background image

 

 
Jack London 
Mieszkańcy otchłani

 

 
 

Arcykapłani i władcy skarżą się: 

„Mistrzu i Panie, nie nasza wina, 
Wszak budujemy z ojca na syna. 

Patrz, twe obrazy królują w krąg 

Wśród naszej ziemi wiosek i łąk. 
Ciężkie zadanie - ogniem i mieczem 

Ładzić w spokoju sprawy człowiecze, 
Hakiem żelaznym stada twych trzód 

Gnać, by się pasły kornie jak wprzód”. 

Chrystus wyszukał nędznego człeka 
O drżących dłoniach, smutnych powiekach, 

A z nim dziewczynę spod nędznych strzech, 
Którą przeżarły bieda i grzech. 

A gdy ich stawił między kapłany - 

Ten się i tamten cofnął zmieszany, 
By szat nie zbrudzić. - ,,Oto wasz znój! 

Coście zrobili na obraz mój?” 

James Russell Lowell 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ I 
ZSTĄPIENIE DO OTCHŁANI 
 
 
Na miasto nasze spójrz, o Chryste, 

Niech miłość w domach naszych lśni, 
A serca niechaj będą czyste 

Aż po ostatnie dni. 

Thomas Ashe 
 
-  Sam  chyba  rozumiesz,  że  nie  wolno  ci  tego  robić  -  powiedzieli  przyjaciele,  gdy 
poprosiłem, aby mi pomogli zagłębić się w londyński East End. - Zwróć się lepiej 
do  policji  i  zażądaj  przewodnika  -  dodali  po  chwili  zastanowienia,  usiłując 
bezskutecznie  dostroić  się  do  psychologii  wariata,  który  ma  co  prawda  listy 
polecające, ale nie ma rozumu. 
-  Kiedy  ja  nie  chcę  zwracać  się  do  policji  -  zaprotestowałem.  -  Chcę  natomiast 
dotrzeć do East Endu i zobaczyć go na własne oczy. Chcę się przekonać, dlaczego 
ludzie tam mieszkają, jak i w jakim celu tam mieszkają. Słowem, sam chcę tam 
zamieszkać. 
-  Przecież  ty  nie  możesz  tam  mieszkać!  -  mówili  wszyscy,  a  na  ich  twarzach 
malowała się wyraźna nagana. - Przecież tam są podobno zaułki, w których życie 
człowieka niewarte jest funta kłaków. 
- Te właśnie zaułki chciałbym obejrzeć - przerwałem. 
- Sam chyba rozumiesz, że nie wolno ci tego robić - brzmiała niezmienna replika. 
-  Przyszedłem  do  was  nie  po  to,  żebyście  mnie  o  tym  przekonywali  – 
odpowiedziałem  szorstko,  trochę  zniecierpliwiony  tym  brakiem  zrozumienia.  - 
Jestem  tu  obcy  i  chcę  się  dowiedzieć  od  was  czegoś  o  East  Endzie,  po  prostu, 
żeby mieć jakiś punkt zaczepienia. 
-  Kiedy  my  nic  nie  wiemy  o  East  Endzie.  Jest  gdzieś  tam...  o  tam...  -  i  machali 
rękami w kierunku, gdzie niekiedy można było ujrzeć wschodzące słońce. 
- Wobec tego zwrócę się do Cooka. 
- O tak! - odetchnęli z ulgą. - Cook na pewno będzie wiedział. 
O  Cooku,  Tomaszu  Cooku  i  Synu!  Wy,  którzy  wytyczacie  ścieżki  i  ścieracie  pył 
spod  nóg  turystów,  którzy  jesteście  żywymi  drogowskazami  dla  całego  świata  i 
udzielacie  pierwszej  pomocy  zagubionym  podróżnym  -  wysłalibyście  mnie  bez 
chwili  wahania  i  zwłoki,  wysłalibyście  mnie  łatwo  i  szybko  do  najczarniejszej 
Afryki i w samo serce Tybetu, lecz do East Endu w Londynie, odległego zaledwie o 
rzut kamieniem od Ludgate Circus, nie znacie drogi! 
- Sam pan chyba rozumie, że nie wolno panu tego robić - oświadczył żywy katalog 
szlaków  podróży  i  taryf  kolejowych  w  jednej  z  filii  biur  Cooka.  -  To  jest  takie... 
hm...  niezwykłe.  Proszę,  poradzić  się  policji  -  zakończył  autorytatywnie,  gdy  nie 
przestawałem nalegać. 
-  Nie  mamy  żadnej  praktyki  w  wożeniu  podróżnych  do  East  Endu.  Nikt  nie 
zwracał się do nas w tej sprawie i nic nam nie wiadomo o tej dzielnicy. 
-  Mniejsza  o  to  -  przerwałem  w  obawie,  że  zostanę  zmyty  z  powierzchni  ziemi 
powodzią jego przeczeń. - Coś jednak będziecie mogli dla mnie zrobić. Chciałbym, 
aby  pan  z  góry  znał  moje  zamierzenia  i  w  razie  potrzeby  stwierdził  moją 
tożsamość. 

background image

- Aha, rozumiem! Chodzi panu o to, żebyśmy mogli zidentyfikować trupa, gdyby 
pana zamordowano. 
Powiedział to tak lekko i z taką zimną krwią, że natychmiast pojawiły mi się przed 
oczami  własne  sztywne  i  okaleczałe  zwłoki  rozciągnięte  na  kamiennej  płycie, 
którą  chłodzi  nieustanny  strumień  zimnej  wody.  Ujrzałem  także  tego  pana,  jak 
nachyla  się  i  ze  smutkiem,  cierpliwie  rozpoznaje  ziemską  powlokę  pomylonego 
Amerykanina, który uparł się, że zobaczy East End. 
- Nie, nie - odparłem. - Mam na myśli ewentualne kłopoty z policją. - to ostatnie 
słowo  przejęło  mnie  dreszczem.  Doprawdy,  zaczynałem  poznawać  tajniki  mowy 
ojczystej. 
- Ta sprawa - zawyrokował - należy do kompetencji naszej Centrali. Widzi pan, to 
takie niespotykane - dodał tonem usprawiedliwienia. 
Pan w Komendzie Policji chrząkał i pokasływał. 
-  Przestrzegamy  zasady  -  powiedział  -  żeby  nie  udzielać  informacji  o  naszych 
klientach. 
-  Ale  w  tym  przypadku  -  nie  dawałem  za  wygraną  -  sam  klient  żąda,  abyście 
udzielili o nim informacji. 
Znowu zaczął chrząkać i pokasływać. 
- Oczywiście - uprzedziłem go pośpiesznie - wiem, że jest to bez precedensu, ale... 
-  Jak  zamierzałem właśnie  powiedzieć  -  ciągnął  nieporuszony  -  jest  to  rzecz  bez 
precedensu i nie sądzę, abyśmy mogli pomóc panu w czymkolwiek. 
Wyszedłem jednak stamtąd z adresem detektywa zamieszkałego w East Endzie i 
udałem  się  prosto  do  amerykańskiego  konsula  generalnego.  Tutaj  wreszcie 
trafiłem  na  człowieka,  z  którym  mogłem  się  porozumieć.  Nie  było  żadnego 
chrząkania  ani  pokasływania,  unoszenia  w  górę  brwi,  otwartego  niedowierzania 
czy  bezgranicznego  zdumienia.  W  pierwszej  minucie  rozmowy  wyjaśniłem,  kim 
jestem i jakie mam zamiary, a on potraktował je jako coś najnaturalniejszego w 
świecie.  W  drugiej  minucie  zapytał,  ile  mam  lat,  jaki  wzrost  i  wagę,  i  obejrzał 
mnie od stóp do głów. W trzeciej minucie, w chwili gdy wymienialiśmy pożegnalny 
uścisk dłoni, powiedział: 
- W porządku, Jack. Będę o panu pamiętał i postaram się nie stracić pana z oczu. 
Odetchnąłem  z  ulgą.  Spaliwszy  za  sobą  mosty  mogłem  teraz  zapuścić  się  w  tę 
ludzką dżunglę, o której nikt nic nie wiedział. Ale natychmiast natknąłem się na 
nową  przeszkodę,  tym  razem  w  postaci  dorożkarza  -  niezwykle  szacownej 
osobistości,  o  twarzy  okolonej  siwymi  bokobrodami  -  który  już  od  kilku  godzin 
obwoził mnie z niewzruszonym spokojem po City. 
- Do East Endu - poleciłem, zajmując miejsce w dorożce. 
- Dokąd, panie? - zapytał z niekłamanym zdumieniem. 
- Do East Endu, wszystko jedno dokąd. Jedźmy. 
Przez  kilka  minut  dorożka  toczyła  się  bez  celu,  potem  stanęła,  jak  gdyby 
zdumiona. 
Otwór  w  dachu  nie  był  zasłonięty  i  dorożkarz  pochylił  się  nade  mną  z 
zakłopotaniem. 
- Panie - zaczął- a dokąd to pan chce jechać? 
-  Do  East  Endu  -  powtórzyłem.  -  Nigdzie  w  szczególności.  Zawieź  mnie  pan, 
dokąd chcesz. 
- Ale jaki adres, panie? 
- Słuchaj no! - zagrzmiałem. - Zawieź mnie do East Endu! Ruszaj! 
Widać było, że nie zrozumiał, cofnął jednak głowę i gderliwie popędził konia. 

background image

Nigdzie  na  ulicach  Londynu  nie  zdołasz  uciec  przed  widokiem  nędzy,  a  po 
pięciominutowym spacerze z każdego niemal punktu miasta trafisz na slums. Ale 
dzielnica,  w  którą  zapuścił  się  teraz  mój  powóz,  była  jednym  nie  kończącym  się 
slumsem.  Ulice  zaludniała  jakaś  nowa  i  całkiem  odmienna  rasa  ludzi  niskiego 
wzrostu,  o  zbiedzonym  lub  zapijaczonym  wyglądzie.  Mila  za  milą  jechaliśmy 
wzdłuż ceglanych ścian i pośród nieopisanego brudu, a na każdym skrzyżowaniu 
ukazywały  się  nowe  perspektywy  murów  i  nędzy.  Tu  i  tam  zataczał  się  pijany 
mężczyzna  lub  kobieta,  a  powietrze  aż  ciężkie  było  od  wrzasków  i  kłótni.  Na 
targowisku żałośni starcy i drżące staruchy wygrzebywali ze śmieci rzuconych w 
błoto zgniłe kartofle, fasolę i warzywa, a małe dzieci jak roje much obsiadły kupę 
gnijących  owoców.  Rękami  zanurzonymi  aż  po  ramiona  w  fermentującej  cieczy 
wyciągały z niej nadpsute owoce i pożerały w okamgnieniu. 
Nie spotkałem dotąd ani jednego powozu, a moja dorożka, sądząc po gromadach 
biegnących  za  nią  i  obok  niej  dzieci,  była  zjawiskiem  z  innego,  lepszego  świata. 
Jak  wzrok  sięgał,  ciągnęły  się  ceglane mury,  oślizłe  bruki  i  wrzaskliwe  ulice.  Po 
raz pierwszy w życiu ogarnął mnie lęk przed tłumem. Było to uczucie podobne do 
lęku przed morzem. 
Zalegająca  ulice  wynędzniała  ciżba  wydała  mi  się  ogromnym,  i  cuchnącym 
oceanem,  którego  fale  pomrukiwały  wokół  groźnie,  jak  gdyby  miały  wezbrać  i 
zamknąć się nad moją głową. 
- Stepney, panie. Dworzec kolejowy Stepney - zawołał dorożkarz. 
Rozejrzałem się. Był to istotnie dworzec kolejowy. Strapiony dorożkarz przywiózł 
mnie  tutaj,  do  jedynego  miejsca  w  całej  tej  dżungli,  którego  nazwa  nie  była  mu 
obca. 
- No, tak - powiedziałem. 
Zabełkotał coś i potrząsnął głową. Minę miał bardzo nieszczęśliwą.  
-  Jestem  nietutejszy  -  zdołał  wymamrotać.  -  A  jeśli  nie  chodzi  panu  o  dworzec 
Stepney, to chciałbym wiedzieć, o co panu chodzi. 
- Zaraz wam powiem, o co mi chodzi. Jedźcie prosto i rozglądajcie się za sklepem 
ze  starzyzną.  Gdy  spostrzeżecie  taki  sklep,  pojedźcie  do  najbliższego 
skrzyżowania, skręćcie za róg i zatrzymajcie się, a wtedy ja wysiądę. 
Widziałem, jak wzrasta jego niepokój o zapłatę, niebawem jednak skręcił za róg i 
powiedział, że nieco w tyle jest sklep ze starzyzną. 
- Ale zapłaci mi pan - prosił. - Należy się siedem i pół szylinga. 
- Tak - odparłem ze śmiechem - tylko nie radzę, żebyście mi się więcej pokazywali 
na oczy. 
- Niech Bóg bronił Ale jak mi pan nie zapłaci, to wtedy ja panu poradzę, żeby mi 
się pan lepiej nie pokazywał na oczy - warknął. 
Tymczasem  dorożkę  otoczył  tłum  obszarpanych  gapiów,  więc  roześmiałem  się 
ponownie i zawróciłem do sklepu. 
Nie  łatwo  było  mi  przekonać  sklepikarza,  że  naprawdę  przyszedłem  po  stare 
ubranie. 
Bez  skutku  usiłował  wetknąć  mi  nową  i  okropną  marynarkę  i  spodnie,  aż 
wreszcie  wyniósł  na  światło  dzienne  stos  starej  odzieży.  Przybrał  jednocześnie 
tajemniczą minę i robił niejasne aluzje, chcąc dać do zrozumienia, że „wie, czym 
to pachnie”, i zmusić mnie, abym z obawy przed wykryciem słono zapłacił. Byłem 
w  jego  oczach  człowiekiem  w  krytycznym  położeniu  lub  może  wybitnym 
kryminalistą  zza  oceanu  -  w  obu  przypadkach  kimś,  kto  pragnie  uniknąć 
wszelkiej styczności z policją. 

background image

Tak długo jednak protestowałem przeciw oburzającej dysproporcji między ceną i 
wartością,  że  w  końcu  wybiłem  mu  z  głowy  podejrzenia.  Przystąpił  więc  do 
nieustępliwych  targów  z  nieustępliwym  klientem.  W  rezultacie  wybrałem  parę 
solidnych,  choć  mocno  znoszonych  spodni,  wytartą  marynarkę,  z  jednym  tylko 
guzikiem,  oraz  parę  trzewików,  które  najwyraźniej  odbywały  służbę  przy 
przesypywaniu  węgla,  cienki  skórzany  pasek  i  przeraźliwie  brudną  czapkę. 
Natomiast bieliznę i skarpetki wybrałem ciepłe i nowe, ale z gatunku tych, jakie 
kupić  mógł  każdy  amerykański  włóczęga  nawet  w  okresie  niepowodzeń 
życiowych. 
- Muszę przyznać, że twarda z pana sztuka - powiedział handlarz z nieszczerym 
podziwem,  gdy  wręczałem  mu  dziesięć  szylingów,  czyli  uzgodnioną  ostatecznie 
cenę kompletnego ubioru. - Niech trupem padnę, jeśli nie zwiedził pan przedtem 
całej  Petticoat  Lane.  Za  pana  spodnie  każdy  zapłaci  pięć  szylingów,  a  za  buty 
tragarz z doków dałby najmniej dwa i pół, nie mówiąc już o marynarce, czapce, 
nowym podkoszulku i innych drobiazgach. 
- Ile mi pan za nie zapłaci? - spytałem niespodzianie. - Dałem panu za wszystko 
dziesięć szylingów i chętnie odprzedam od ręki za osiem. Zgoda? 
Ale  handlarz  wyszczerzył  zęby  i  potrząsnął  głową,  a  mnie,  choć  zrobiłem  dobry 
interes, nurtowała nieprzyjemna świadomość, że on zrobił lepszy. 
Dorożkarza  zastałem  w  towarzystwie  policjanta.  Rozmawiali  z  pochylonymi  ku 
sobie  głowami.  Policjant  rzucił  mi  bystre  spojrzenie  i  zlustrował  dokładnie 
tobołek, który niosłem pod padną, po czym odszedł. Dorożkarz, pozostawiony na 
pastwę  rosnącego  w  nim  buntu,  nie  chciał  zrobić  ani  kroku  dalej,  dopóki  nie 
zapłaciłem  należnych  mu  siedmiu  i  pół  szylinga.  Gdy  to  nastąpiło,  gotów  był 
zawieźć  mnie  na  koniec  świata,  przepraszał  wylewnie  za  natarczywość  i 
tłumaczył, że w Londynie spotyka się rozmaitych pasażerów. 
Pojechaliśmy jednak tylko do Highbury Vale w północnej dzielnicy Londynu, gdzie 
czekał na mnie bagaż. Tutaj zdjąłem nazajutrz buty (nie bez uczucia żalu, bo były 
lekkie  i  wygodne),  ciepły  szary  garnitur  podróżny  i  wszystkie  inne  części 
garderoby, a włożyłem ubranie obcych i nie znanych mi mężczyzn, dla których los 
musiał być bardzo niełaskawy, skoro kazał im się rozstać z tymi łachmanami za 
nędzne grosze płacone przez handlarzy. 
W  ciepły  podkoszulek,  tuż  pod  pachą,  wszyłem  złotego  suwerena  (była  to 
skromna  suma  przeznaczona  na  czarną  godzinę),  we  wnętrzu  zaś  tego 
podkoszulka umieściłem samego siebie. Potem usiadłem i zacząłem moralizować 
na  temat  pięknych  i  tłustych  lat,  dzięki  którym  moja  skóra  stała  się  cienka,  a 
nerwy znalazły się tuż pod jej powierzchnią. 
Podkoszulek  bowiem  był  szorstki  jak  włosiennica  i  jestem  pewien,  że 
najzagorzalszy  asceta  nie  cierpi  boleśniej,  niż  cierpiałem  ja  przez  najbliższe 
dwadzieścia cztery godziny. 
Przywdzianie reszty stroju poszło mi dość gładko, choć co prawda przy butach, a 
raczej  buciorach,  natrafiłem  na  nie  lada  przeszkodę.  Były  twarde  i  sztywne  jak 
drewniane  chodaki  i  dopiero  po  długotrwałym  waleniu  pięścią  w  przyszwy 
zdołałem  wcisnąć  w  nie  stopy.  Wetknąwszy  w  kieszenie  kilka  szylingów,  nóż, 
chustkę  do  nosa,  trochę  papieru  i  zapas  prasowanego  tytoniu,  zbiegłem  po 
schodach  grzmocąc  ciężko  buciorami  i  pożegnałem  przyjaciół  pełnych 
najgorszych  obaw.  W  chwili  gdy  przekraczałem  próg,  „pomocnica  domowa”. 
przystojna  kobieta  w  średnim  wieku,  nie  zdołała  opanować  grymasu,  który 
wykrzywił jej usta i rozszerzał je dopóty, dopóki gardło, mimowolnie reagujące na 

background image

skurcz,  nie  wydało  z  siebie  chrapliwych  zwierzęcych  dźwięków,  jakie  skłonni 
jesteśmy określać mianem śmiechu. 
Zaledwie  znalazłem  się  na  ulicy,  uderzyła  mnie  zmiana  mojej  przynależności 
społecznej  wywołana  nowym  ubraniem.  Zniknęła  bez  śladu  służalczość  w 
zachowaniu  ludzi  prostych,  z  którymi  się  stykałem.  Zdumiewające!  Można  by 
powiedzieć,  że  w  mgnieniu  oka  stałem  się  jednym  z  nich.  Moja  przetarta, 
dziurawa  na  łokciach  marynarka  była  symbolem  i  godłem  ich  klasy.  Uczyniła 
mnie  członkiem  tej  klasy,  a  w  miejsce  płaszczenia  się  i  zbyt  gorliwych  oznak 
szacunku,  jakie  mi  dotąd  okazywano,  zadzierzgnęła  się  między  nami  nić 
braterstwa. Mężczyzna w welwetowych spodniach i brudnym szaliku na szyi nie 
nazywał  mnie  już  „panem”  ani  „wielmożnym  panem”.  Byłem  teraz  przyjacielem, 
jest  to  zaś  słowo  piękne  i  szczere,  chwytające  za  serce,  zaprawione  ciepłem  i 
życzliwością, których brak tamtym zwrotom. Wielmożny pan! Jest w tym posmak 
wyższości,  siły  i  władzy  -  hołd  człowieka  na  dnie  człowiekowi  na  szczycie, 
składany w nadziei, że ów zwolni nieco ucisk i ujmie trochę ciężaru, czyli, innymi 
słowy, jest to błagalna prośba o jałmużnę. 
Muszę  tu  jeszcze  wspomnieć  o  rozkoszy,  jakiej  doznałem  ubrawszy  się  w  swoje 
szmaty  i  gałgany,  rozkoszy  niedostępnej  dla  przeciętnego  Amerykanina  poza 
granicami  własnego  kraju.  Amerykanin  podróżujący  po  Europie,  jeśli  nie  jest 
krezusem,  daje  się  bardzo  szybko  zepchnąć  do  chronicznego  stanu  świadomego 
sknerstwa,  zawdzięcza  zaś  to  hordom  płaszczących  się  przed  nim  rabusiów, 
którzy  nie  odstępują  go  od  świtu  do  nocy  i  opróżniają  jego  portfel  z  szybkością, 
jakiej nie powstydziłby się nawet procent składany. 
Mając  szmaty  i  gałgany  na  grzbiecie,  uniknąłem  plagi  dawania  napiwków  i 
stykałem się z ludźmi jak równy z równymi. Ba, nim dzień upłynął, zmieniły się 
role  i  dżentelmenowi,  któremu  przytrzymałem  konia  i  który  wrzucił  pensa  do 
mojej wyciągniętej dłoni, powiedziałem z niekłamaną wdzięcznością: 
- Dziękuję, panie. 
 
 
ROZDZIAŁ II 
JOHNNY UPRIGHT 
 
Zauważyłem też, że nowy ubiór dokonał innych jeszcze zmian w moim położeniu. 
Przekonałem  się,  że  przy  przechodzeniu  na  drugą  stronę  zatłoczonych  jezdni 
muszę żwawiej umykać przed pojazdami, i uświadomiłem sobie nie bez wstrząsu, 
że  moje  życie  potaniało  proporcjonalnie  do  ubrania.  Gdy  przedtem  pytałem 
policjanta o drogę, słyszałem zazwyczaj pytanie:  
-  Omnibusem  czy  dorożką,  proszę  pana?  –  teraz  pytanie  brzmiało:  -  Pieszo  czy 
omnibusem?  
A na dworcach kolejowych wtykano mi bez wahania bilet trzeciej klasy. 
Powetowałem to sobie jednak stokrotnie. Po raz pierwszy zetknąłem się twarzą w 
twarz z dolnymi warstwami społeczeństwa angielskiego i zobaczyłem, co są warte. 
Gdy  robotnik  lub  włóczęga  wdawał  się  ze  mną  w  rozmowę  na  rogu  ulicy  czy  w 
piwiarni,  mówił  jak  równy  z  równym,  tak,  jak  jeden  mężczyzna  powinien  mówić 
do drugiego - swobodnie, bez zamiaru wyłudzenia czegoś za to, co i jak mówił. 
Kiedy  wreszcie  dotarłem  do  East  Endu, przekonałem  się  z  zadowoleniem,  że  nie 
trawi  mnie  już  lęk  przed  tłumem.  Zostałem  cząstką  tłumu.  Wody  ogromnego  i 
cuchnącego morza wezbrały i zamknęły się nade mną lub może ja łagodnie się w 

background image

nich  zanurzyłem.  I  nie  było  w  tym  nic  przerażającego  -  z  wyjątkiem  chyba 
jednego: ciepłego podkoszulka. 
 
Ludzie żyją w nędznych norach trawieni chorobami,  

bez nadziei na lepsze jutro,  

złorzecząc losowi i tym,  
do których należą bogactwa.
 

Thorold Rogers 
 
Nie  podam  wam  adresu  Johnny  Uprighta.  Niech  wystarczy,  że  mieszka  na 
najszacowniejszej  ulicy  East  Endu  -  ulicy,  która  w  Ameryce  uważana  byłaby  za 
nędzny  zaułek,  ale  jest  istną  oazą  na  pustyni  wschodniego  krańca  Londynu. 
Otaczają ją ze wszystkich stron stłoczone ciasno rudery i uliczki, gdzie w braku 
innych  miejsc  do  zabaw  hasa  brudne  i  zdziczałe  najmłodsze  pokolenie.  Ale  na 
chodnikach ulicy Johnny Uprighta widać stosunkowo niewiele dzieci i panuje na 
niej atmosfera opuszczenia - tak nieliczni są tutaj przechodnie. 
Domy  na  tej,  jak  i  na  sąsiednich  ulicach  stoją  w  zwartym  szeregu.  Każdy  ma 
jedno tylko wejście, drzwi frontowej szerokość każdego wynosi około osiemnastu 
stóp  i  każdy  ma  na  tyłach  małe  podwórko  wśród  murów,  skąd,  jeśli  deszcz  nie 
pada, widać ołowiane niebo. 
Ale  pamiętajmy,  że  zajmujemy  się  teraz  bogaczami  East  Endu.  Stopień 
zamożności niektórych mieszkańców tej ulicy jest tak wielki, że trzymają w domu 
„pomoc”. Johnny Upright ma „pomoc”,  o czym przekonałem się na własne oczy, 
jako  że  z  nią  pierwszą  zawarłem  znajomość  w  tej  szczególnej  części  świata.  Gdy 
stanąłem  przed  domem  Johnny  Uprighta,  w  drzwiach  ukazała  się  „pomoc”. 
Pomyślcie  tylko:  jej  pozycja  społeczna  była  godna  politowania  i  wzgardy,  ale  to 
ona spojrzała na mnie z politowaniem i wzgardą. 
Dała  mi  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  chce  się  mnie  pozbyć.  Była  niedziela  i 
Johnny  Upright  wyszedł  z  domu.  To  wszystko.  Ale  zwlekałem  z  odejściem  i 
zastanawiałem się na głos, czy to naprawdę wszystko, aż nasza rozmowa zwabiła 
do  drzwi  żonę  Johnny  Uprighta.  Pani  Upright  zwymyślała  dziewczynę,  że  nie 
zamknęła w porę drzwi i niepotrzebnie traci czas. 
Nie, pana Johnny Uprighta nie ma w domu, zresztą i tak nie przyjmuje nikogo w 
niedzielę! A to wielka szkoda, powiedziałem. Czy szukam pracy? Nie, przeciwnie. 
Przyszedłem  do  pana  Johnny  Uprighta  w  interesie,  który  może  okazać  się  dla 
niego korzystny. 
Atmosfera  uległa  błyskawicznej  zmianie.  Pan  domu  jest  w  kościele,  ale  wróci 
mniej więcej za godzinę, a wtedy z pewnością będę się mógł z nim zobaczyć. 
Czy  nie  zechciałbym  wejść  do  środka?  O  nie,  pani  domu  ani  myślała  mnie 
zaprosić, chociaż usiłowałem sprowokować ją do tego oświadczeniem, że pójdę na 
najbliższy róg i zaczekam w piwiarni. Poszedłem więc na róg, ale że była to pora 
nabożeństwa,  knajpę  zamknięto.  Mżył  drobny,  przenikliwy  deszcz  i  nie 
pozostawało mi nic innego, jak usiąść na progu sąsiedniego domu i czekać. 
Ale  zaledwie  usiadłem,  zjawiła  się  „pomoc”,  bardzo  niechlujna  i  bardzo 
zakłopotana, i oznajmiła, że pani pozwoli mi zaczekać w kuchni. 
- Tyle różnych ludzi przychodzi prosić o pracę - wyjaśniła tonem przeprosin żona 
Johnny  Uprighta.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  czuje  pan  do  mnie  urazy  o  to,  co 
mówiłam. 

background image

-  Bynajmniej,  bynajmniej  -  odpowiedziałem  wyniośle,  na  tę  jedną  okazję 
przydając  godności  moim  łachmanom.  -  Rozumiem  to  doskonale,  zapewniam 
panią. Przypuszczam, że ludzie poszukujący pracy zanudzają państwa na śmierć? 
- Jakby pan zgadł - odparła rzucając mi wymowne i znaczące spojrzenie. Po czym 
zaprowadziła  mnie  wcale  nie  do  kuchni,  lecz  do  pokoju  stołowego  -  dowód 
niezwykłej  łaskawości,  która  jak  przypuszczam,  była  nagrodą  za  moje  pełne 
godności obejście. 
Pokój stołowy położony był na tym samym piętrze co kuchnia, mniej więcej cztery 
stopy poniżej poziomu ulicy i tak był ciemny nawet w samo południe, że dopiero 
po dłuższej chwili oczy przywykły do mroku. Przez okno, którego górna krawędź 
znajdowała  się  na  poziomie  chodnika,  sączyło  się  do  środka  brudne  światło.  W 
tym świetle mogłem odczytać druk gazety. 
A  teraz,  kiedy  czekam  na  przyjście  Johnny  Uprighta,  niech  mi  będzie  wolno 
wyjaśnić  cel  tej  wizyty.  Chociaż  żyłem,  jadłem  i  spałem  wśród  ludzi  East  Endu, 
pragnąłem  mieć  gdzieś  pod  ręką  cichy  port,  do  którego  mógłbym  od  czasu  do 
czasu  zawinąć  i  upewnić  się,  że  istnieją  jeszcze  na  świecie  takie  rzeczy,  jak 
porządne  ubranie  i  czystość.  Ponadto  w  takiej  przystani  mógłbym  odbierać 
pocztę,  opracowywać  notatki  i  po  zmianie  odzienia  robić  wypady  do  świata 
cywilizowanego. 
Tutaj  jednak  nasuwał  się  dylemat.  Moja  własność  byłaby  bezpieczna  tylko  w 
takim  mieszkaniu,  którego  gospodyni  odniosłaby  się  podejrzliwie  do  mężczyzny 
prowadzącego  podwójne  życie.  Natomiast  w  mieszkaniu,  którego  gospodyni  nie 
zawracałaby sobie głowy podwójnym życiem lokatorów, moja własność nie byłaby 
bezpieczna.  I  właśnie  dla  uniknięcia  tych  komplikacji  przyszedłem  do  Johnny 
Uprighta. Jako detektyw od trzydziestu kilku lat wykonujący swój zawód w East 
Endzie,  a  ponadto  człowiek  znany  powszechnie  pod  przydomkiem  nadanym  mu 
przez  pewnego  notorycznego  złoczyńcę  z  doków,  Johnny  Upright  miał  wszelkie 
dane po temu, aby wyszukać mi uczciwą gospodynię i uspokoić jej obawy co do 
dziwnego zjawiania się i znikania, które ewentualnie będę miał na sumieniu. 
W  drodze  z  kościoła  do  domu  wyprzedziły  Johnny  Uprighta  jego  dwie  córki. 
Wyglądały  ładnie  w  swych  odświętnych  sukienkach,  była  to  jednak  krucha  i 
delikatna  uroda,  właściwa  dziewczętom  z  East  Endu,  uroda,  która  stanowi 
zaledwie nietrwałą obietnicę i skazana jest na to, że szybko przygaśnie, podobnie 
jak  przygasa  barwa  zachodu  na  wieczornym  niebie.  Obejrzały  gościa  z  nie 
ukrywaną ciekawością, tak jak ogląda się jakieś osobliwe zwierzę, a potem już do 
końca nie zwracały na mnie najmniejszej uwagi. 
Wreszcie nadszedł sam Johnny Upright i wezwał mnie do siebie na rozmowę. 
-  Proszę  mówić  głośno  -  przerwał  moje  wstępne  wywody.  -  Jestem  bardzo 
zaziębiony i nie dosłyszę. 
Na  prochy  Wielkiego  Tajniaka  i  Sherlocka  Holmesa!  Ciekaw  byłem,  gdzie  siedzi 
pomocnik  Johnny  Uprighta,  obowiązany  zapisywać  informacje,  jakich 
ewentualnie mogłem udzielić. I po dziś dzień, choć tak często widywałem Johnny 
Uprighta  i  tak  często  łamałem  sobie  głowę  nad  zagadką  naszego  pierwszego 
spotkania,  po  dziś  dzień  nie  jestem  pewien,  czy  był,  czy  taż  nie  był  wtedy 
zaziębiony i czy w sąsiednim pokoju tkwił jego pomocnik. Ale jednej rzeczy jestem 
pewien:  chociaż  podałem  Johnny  Uprightowi  wszystkie  dane  dotyczące  mojej 
osoby i moich planów, powstrzymał się z wydaniem sądu do dnia następnego, to 
jest  do  chwili,  gdy  zjawiłem  się  na  jego  ulicy  ubrany  przyzwoicie  i  rozparty  w 

background image

dorożce. Wtedy przywitał mnie dość serdecznie i wprowadził do stołowego, gdzie 
zasiadłem z rodziną do podwieczorku. 
- Żyjemy tu skromnie - powiedział - i nie pławimy się w zbytkach, musi więc pan 
przyjąć nas talkach, jacy jesteśmy. 
Dziewczęta rumieniły się i witały mnie z zakłopotaniem, a ojciec nie ułatwiał im 
bynajmniej sytuacji. 
- Cha, cha! - ryczał jowialnie, waląc otwartą dłonią w stół, aż półmiski dzwoniły. - 
Dziewczęta myślały wczoraj, że pan przyszedł prosić o kawałek chleba. Cha, cha! 
Cha, cha, cha! 
Przeczyły temu z oburzeniem, spuszczały oczy i czerwieniły się w poczuciu winy, 
jak  gdyby  umiejętność  dostrzeżenia  pod  nędznymi  łachmanami  człowieka,  który 
nie musi nosić tych łachmanów, była dowodem prawdziwej ogłady. 
A  potem,  kiedy  już zajadałem  chleb  z marmoladą,  rozgrywała  się  gra  polegająca 
na  nieporozumieniu  -  córki  sądziły,  że  wziąć  mnie  za  żebraka  było  obrazą, 
natomiast ojciec uważał, że taka pomyłka świadczy niezwykle pochlebnie o moim 
sprycie.  Wszystko  to  sprawiło  mi  prawdziwą  przyjemność  -  jak  również  chleb, 
marmolada  i  herbata,  ale  wreszcie  nadeszła  chwila,  gdy  Johnny  Upright  musiał 
zająć się wyszukaniem mi  mieszkania. Znalazł je zaledwie o kilka bram dalej, na 
tejże  szacownej  i  zamożnej  ulicy,  w  domu,  który  był  tak  podobny  do  jego  domu 
jak dwa ziarnka grochu. 
 
 
ROZDZIAŁ III 
MOJE MIESZKANIE I INNE SIEDZIBY LUDZKIE 
 
Dusi za gardło nędzarza 

Straszliwa ręka handlarza, 
W ślepy zaułek go wpędza. 

Przed nim mur głuchy - i nędza... 
Nie masz dla niego zbawienia, 

Nie wydobędzie go z cienia 

Wolny, swobodny blask słońca... 
Nie masz zbawienia ni końca.
 

Sidney Lanier 
 
W  warunkach  East  Endu  pokój,  który  wynająłem  za  sześć  szylingów,  czyli  za 
półtora  dolara  tygodniowo,  był  szczytem  komfortu.  Natomiast  jak  na  stosunki 
amerykańskie  był  nędznie  umeblowany,  niewygodny  i  ciasny.  Kiedy  do  skąpych 
sprzętów  dodałem  zwykły  stolik  pod  maszynę  do  pisania,  z  trudem  mogłem  się 
obrócić - w najlepszym wypadku udawało mi się sterować po pokoju za pomocą 
skomplikowanych  ruchów  robaczkowych,  które  wymagały  wielkiej  zręczności  i 
przytomności umysłu. 
Zainstalowawszy się, a raczej swoje rzeczy, włożyłem robocze ubranie i wyszedłem 
na  przechadzkę.  Ponieważ  głowę  miałem  nabitą  mieszkaniami,  zacząłem  się  za 
nimi  rozglądać,  zakładając  w  duchu,  że  jestem  biednym  młodym  mężczyzną 
obarczonym żoną i liczną rodziną. 
Przede  wszystkim  przekonałem  się,  że  niezamieszkanych  domów  było  niewiele  i 
leżały  od  siebie  daleko  -  tak  daleko,  że  chociaż  wędrowałem  całymi  milami  i 

background image

zakreśliłem  olbrzymią  przestrzeń  siecią  nieregularnych  kół,  nie  znalazłem  ani 
jednego pustego domu - dowód niezbity „nasycenia” całej dzielnicy. 
Nie ulegało wątpliwości, że jako biedny młody człowiek obarczany liczną rodziną, 
nie mogę sobie pozwolić na wynajęcie całego domu w tej bynajmniej nie ponętnej 
dzielnicy, zacząłem więc szukać pokoi do wynajęcia, nie umeblowanych pokoi, w 
których  mógłbym  umieścić  żonę,  dzieci  i  graty.  Takich  pokoi  nie  było  wiele, 
jednakże trafiło się kilka, przeważnie pojedynczych, bo widocznie uważa się tutaj, 
że  rodzinie  biednego  człowieka  wystarczy  jeden  pokój  -  do  gotowania,  jedzenia  i 
spania.  Gdy  pytałem  o  dwa  pokoje,  podnajmujący  spoglądali  na  mnie  tak,  jak  - 
wyobrażam to sobie - musiała pewna osobistość spojrzeć na Oliwera Twista, gdy 
ten poprosił o więcej. 
Nie tylko panuje tutaj przekonanie, że jeden pokój powinien wystarczyć biednemu 
mężczyźnie  i  jego  rodzinie,  ale  wiele  rodzin  gnieżdżących  się  w  pojedynczych 
pokojach ma tak wiele miejsca do odstąpienia, że przyjmuje jeszcze jednego lub 
dwóch  sublokatorów.  Skoro  komorne  za  taki  pokój  waha  się  w  granicach  od 
trzech  do  sześciu  szylingów  tygodniowo,  można  śmiało  przypuszczać,  że 
sublokator z referencjami otrzyma miejsce na podłodze za sumę, powiedzmy, od 
ośmiu penisów do szylinga tygodniowo. Może się nawet stołować u lokatorów za 
kilka dodatkowych szylingów. Tej sprawy nie zbadałem jednak bliżej - co, jeśli się 
zważy  fakt,  że  występowałem  w  imieniu  fikcyjnej  rodziny,  było  z  mojej  strony 
karygodnym błędem. 
Łazienek nie ma nie tylko w domach, które zwiedziłem, ale - o czym powiedziano 
mi później - w wielu tysiącach domów East Endu. W tych warunkach, gdy się ma 
żonę,  dzieci  i  dwóch  sublokatorów  przyjętych  z  uwagi  na  nadmiar  przestrzeni  w 
jednym pokoju, wzięcie kąpieli w blaszanej balii staje się czynem niewykonalnym. 
Ale swoją drogą ma to i dobre strony, a mianowicie daje oszczędność mydła, więc 
wszystko jest w porządku, za co Bogu niech będzie chwała. 
Jednakże nie wynająłem pokoju, lecz wróciłem na ulicę Johnny Uprighta. Myśl o 
żonie,  dzieciach,  lokatorach  i  norach,  w  których  próbowałem  ich  umieścić, 
zwęziła  widocznie  mój  kąt  widzenia,  nie  mogłem  bowiem  jednym  rzutem  oka 
objąć własnego pokoju. Jego ogrom napełnił mnie czcią. Czyżby to był ów pokój 
wynajęty  za  sześć  szylingów  tygodniowo?  Niemożliwe!  Ale  wątpliwości  te 
rozproszyła gospodyni, która zapukała do drzwi, by spytać, czy jest mi wygodnie. 
-  O  tak,  proszę  pana  -  odpowiedziała  na  moje  pytanie.  -  Ta  ulica  jest  ostatnia. 
Przed ośmiu czy dziesięciu laty wszystkie były do niej podobne i mieszkali tu sami 
przyzwoici ludzie. Ale tamci wyparli stąd naszych. Zostali już tylko mieszkańcy tej 
ulicy. To oburzające, proszę pana. 
A  potem  wyjaśniła  proces  „nasycania”,  które  zwiększyło  wartość  czynszową 
dzielnicy, ale zmieniło na niekorzyść jej charakter. 
-  Widzi  pan,  ludzie  naszego  pokroju  nie  przywykli  do  gnieżdżenia  się  w  takiej 
ciasnocie  jak  tamci.  Potrzeba  nam  więcej  miejsca.  Tamci,  obcokrajowcy  i  ludzie 
niższych  klas,  mieszkają  po  pięć  lub  sześć  rodzin  w  takim  domku,  w  jakim 
zmieści  się  tylko  jedna  nasza  rodzina.  W  ten  sposób  mogą  płacić  za  dom  tak 
wysoki  czynsz,  na  jaki  my  się  nie  zdobędziemy.  To  oburzające,  proszę  pana.  I 
pomyśleć tylko, że zaledwie przed kilku laty cała ta okolica była taka przyzwoita! 
Spojrzałem  na  nią.  Stała  przede  mną  kobieta  należąca  do  najwyższej  warstwy 
angielskiej  klasy  robotniczej,  do  sfery  noszącej  liczne  znamiona  kultury,  sfery, 
którą  zatapiały  powoli  fale  wrzaskliwego  i  robaczywego  ludzkiego  przypływu 
wypieranego z centrum Londynu na wschód przez siły rządzące światem. 

background image

Musi  powstać  bank,  fabryka,  hotel,  biuro,  a  biedota  miejska  jest  przecież 
plemieniem  koczowniczym.  Wędruje  więc  na  wschód,  fala  za  falą,  zalewa  i 
degraduje dzielnicę po dzielnicy, wypiera lepsze elementy robotnicze i zmusza do 
pionierstwa na skraju miasta lub też spycha je w dół - jeśli nie w pierwszym, to z 
pewnością w drugim lub trzecim pokoleniu. 
Już  tylko  miesiące  będą  rozstrzygały  o  losach  ulicy  Johnny  Uprighta.  On  sam 
zdaje sobie z tego sprawę. 
-  Za  dwa  lata  -  mówi  -  wygasa  moja  umowa  dzierżawna.  Gospodarz  jest 
człowiekiem  naszego  pokroju.  Nie  podwyższył  czynszu  w  żadnej  ze  swoich 
kamienic  i  dzięki  temu  mogliśmy  się  tu  utrzymać.  Ale  pewnego  dnia  może 
sprzedać nieruchomość albo umrzeć, co w obu wypadkach znaczyłoby dla nas to 
samo.  Powiedzmy,  że  dom  kupi  jakiś  groszorób,  wybuduje  warsztat  na  tym 
skrawku  ziemi,  na  którym  ja  hoduję  pnące  wina,  przyłączy  go  do  domu  i 
wynajmie  każdy  pokój  innej  rodzinie.  Taki  będzie  koniec,  a  Johnny  Uprighta 
diabli wezmą! 
I  naprawdę  ujrzałem  Johnny  Uprighta,  jego  poczciwą  żonę,  ładne  córki  i 
niechlujną „pomoc”, jak na kształt duchów szybują przez mroczne przestworza na 
wschód, a miasto-potwór z rykiem następuje im na pięty. 
Ale  Johnny  Upright  nie  jest  w  tej  ucieczce  odosobniony.  Daleko,  bardzo  daleko, 
na  krawędzi  miasta  mieszkają  drobni  kupcy,  podrzędni  przedsiębiorcy  i 
urzędnicy, którym powiodło się w życiu. Mieszkają w małych domkach lub na pół 
wydzielonych  willach  ze  skrawkami  ogródków  kwiatowych,  z  powietrzem  i 
przestrzenią.  Pęcznieją  z  dumy,  wypinają  pierś  na  myśl  o  Otchłani,  z  której 
zdołali uciec, i dziękują Bogu, że nie są  jak inni ludzie. Ale  spójrzmy! Oto pędzi 
już  ku  nim  Johnny  Upright,  a  tuż  za  nim  miasto-potwór.  Kamienice  czynszowe 
wyrastają jak grzyby po deszczu, ogródki nikną pod fundamentami domów, wille 
rozpadają  się  na  coraz  więcej  i  więcej  oddzielnych  mieszkań,  a  czarna  noc 
Londynu okrywa dzielnicę duszącym całunem. 
 
 
ROZDZIAŁ IV 
CZŁOWIEK I OTCHŁAŃ 
 
Stary garnek się ozwał: czemuż czynią wrzawę. 
Krzycząc, że moje boki krzywe i koślawe, 
I żem jak potwór śmieszny! No cóż, to się zdarza, 

Że zadrży przy robocie stara dłoń garncarza. 
Omar Khayyam 
 
- Czy znalazłby się tu dla mnie nocleg? - rzuciłem niedbale przez ramię w stronę 
tęgiej i niemłodej jejmości, która raczyła mnie wyrobami swojej kuchni w nędznej 
jadłodajni w pobliżu Pool i niedaleko Limehouse. 
- Owszem - odpowiedziała niechętnie, bo przypuszczam, że  mój wygląd odbiegał 
daleko  od  przeciętnego  poziomu  zamożności  wymaganej  przez  zakład.  Nie 
odzywając  się  więcej,  jadłem  płatek  boczku  i  popijałem  lurowatą  herbatę.  Ona 
także  nie  interesowała  się  mną  aż  do  chwili  uregulowania  rachunku  (cztery 
pensy),  kiedy  to  wygrzebałem  z  kieszeni  całe  dziesięć  szylingów.  Osiągnąłem 
zamierzony efekt. 

background image

-  O  tak,  proszę  pana  -  zaczęła  natychmiast,  nie  proszona.  -  Mam  doskonałe 
noclegi, w sam raz dla pana. Wraca pan z podróży? 
- Ile pani liczy za pokój? - spytałem, nie zaspokoiwszy jej ciekawości. 
Obejrzała mnie od stóp do głów, nie próbując nawet ukryć zdumienia.  
- Nie wynajmuję pokoi ani stałym lokatorom, ani tym bardziej przygodnym. 
-  Wobec  tego  będę  musiał  poszukać  gdzie  indziej  -  powiedziałem  wyraźnie 
rozczarowany. 
Widok moich dziesięciu szylingów nie dawał jej jednak spokoju.  
-  Mogę  wynająć  panu  wygodne  łóżko  razem  z  dwoma  innymi  lokatorami  - 
namawiała. - Przyzwoici, porządni ludzie i bardzo spokojni. 
- Ale ja nie chcę spać z obcymi mężczyznami - zaoponowałem. 
- Wcale parna do tego nie namawiam. W pokoju stoją trzy łóżka, a pokój nie jest 
znów taki mały. 
- Ile? - spytałem. 
-  Pół  korony  tygodniowo,  dwa  szylingi  i  sześć  pensów  dla  stałych  lokatorów. 
Polubi  pan  tamtych,  głowę  za  to  daję.  Jeden  pracuje  w  magazynach,  mieszka  u 
mnie dwa lata. A drugi mieszka sześć - w przyszłą sobotę będzie sześć lat i dwa 
miesiące,  jak  mieszka,  proszę  pana.  Pracuje  w  nocy  -  ciągnęła  dalej.  -  Jest 
maszynistą  w  teatrze.  Spokojny,  porządny  człowiek,  odkąd  u  mnie  mieszka,  ani 
razu  nie  opuścił  pracy.  I  lubi  mój  dom.  Mówi,  że  nigdzie  by  nie  znalazł  takiego 
dobrego mieszkania. Stołuję go i tego drugiego lokatora także. 
- Pewnie może oszczędzić sobie parę groszy - rzuciłem niewinnie. 
- Boże broń, skądże! Ale też nigdzie nie miałby za te pieniądze tak dobrego życia. 
Wtedy pomyślałem o moim przestronnym Zachodzie, gdzie pod niebem jest dość 
miejsca i powietrza dla tysiąca Londynów, gdy tu solidny i pracowity, oszczędny i 
uczciwy  człowiek,  który  nigdy  nie  opuszcza  nocnej  pracy,  mieszka  w  jednym 
pokoju  z  dwoma  obcymi  mężczyznami,  płaci  za  ten  pokój  dwa  i  pół  dolara 
miesięcznie  i  wie  z  własnego  doświadczenia,  że  nic  więcej  nie  zdoła  w  życiu 
osiągnąć.  Z  drugiej  zaś  strony  mogłem  dzięki  dziesięciu  szylingom  w  kieszeni 
wejść w łachmanach do jego pokoju i zająć tam łóżko. Człowiek jest samotny, ale 
jakże  bardzo  musi  być  czasem  osamotniony,  kiedy  w  pokoju  stoją  trzy  łóżka  i 
wpuszcza się tam przygodnych lokatorów z dziesięcioma szylingami w kieszeni. 
- Jak długo pani tu mieszka? - spytałem. 
- Ja? Trzynaście lat, proszę pana. No, i jak, weźmie pan mieszkanie? 
W  czasie  rozmowy  nie  przestawała  krzątać  się  po  maleńkiej  kuchni,  w  której 
gotowała jedzenie dla lokatorów, będących również stołownikami. Gdy wszedłem, 
pochłonięta była pracą i nie przerwała jej arii na chwilę. Należała niewątpliwie do 
kobiet pracowitych. „Na nogach od pół do szóstej rano”, „do łóżka późno w nocy” i 
„praca  aż  do  upadłego”  -  trzynaście  lat  takiego  życia,  a  w  nagrodę  siwe  włosy, 
poplamiona suknia, przygarbione plecy, brud i nie kończący się znój w cuchnącej 
i hałaśliwej jadłodajni, której okna wychodzą na ulicę szerokości dziesięciu stóp 
oraz dzielnicę portową – mówiąc najoględniej - niezdrową i brzydką. 
- Wpadnie pan jeszcze obejrzeć pokój? - spytała z nadzieją w głosie, gdy zbliżałem 
się do drzwi. 
Obróciłem się, by na nią spojrzeć, i zrozumiałem w pełni głęboką prawdę bardzo 
starej i bardzo mądrej maksymy: „Cnota jest sama sobie nagrodą”. Zawróciłem. 
- Czy wyjeżdżała pani kiedy na wakacje? - spytałem. 
- Na wakacje? 
- Wyjazd na wieś na kilka dni, świeże powietrze, no, rozumie pani, odpoczynek? 

background image

-  Mój  Boże  -  roześmiała  się,  po  raz  pierwszy  przerywając  pracę.  -  Wakacje?  Dla 
takich  jak  ja?  Co  też  panu  przyszło  do  głowy...  Niech  pan  uważa  na  nogi.  –  to 
ostrzeżenie  rzuciła  bardzo  ostro  pod  moim  adresem  w  chwili,  gdy  wychodząc 
potknąłem się o nadgniły próg jadłodajni. 
W  pobliżu  doków  Zachodnio-Indyjskich  spotkałem  młodego  mężczyznę,  który 
strapionym  wzrokiem  wpatrywał  się  w  mętną  wodę.  Miał  zsuniętą  głęboko  na 
oczy  czapkę  palacza  okrętowego,  a  krój  i  cały  styl  jego  ubioru  wskazywały  na 
marynarza. 
- Hej, kolego - powitałem go usiłując nawiązać rozmowę. - Czy może pan wskazać 
mi drogę do Wapping? 
-  Przypłynął  pan  na  statku  bydlęcym?  -  odpowiedział  pytaniem  na  pytanie, 
odgadując natychmiast moją narodowość. 
Potem  wdaliśmy  się  w  rozmowę,  którą  zakończyła  wspólna  wyprawa  do 
pobliskiego szynku i dwie kwarty „pół na pół”. 
To  doprowadziło  do  bliższej  zażyłości,  gdy  więc  wyciągnąłem  z  kieszeni  garść 
miedziaków  wartości  szylinga  (rzekomo  cały  mój  majątek)  i  odłożyłem  sześć 
pensów  na  nocleg,  a  sześć  pensów  na  dalsze  kolejki  „pół  na  pół”,  zaproponował 
łaskawie, abyśmy przepili całego szylinga. 
- Mój kolega urżnął się wczoraj - wyjaśnił - i policja przymknęła go, więc jeśli pan 
chce, może pan u mnie przenocować. No co, zgoda? 
Powiedziałem,  że  zgoda,  i  dzięki  temu  po  przepiciu  całego  szylinga  i  przespaniu 
wspólnej nocy na nędznym łóżku w nędznej norze zdołałem dobrze go poznać. A 
moje  późniejsze  przeżycia  dowiodły,  że  pod  pewnymi  względami  był  typowym 
przedstawicielem znacznego odłamu londyńskiego lumpenproletariatu. 
Urodził się w Londynie. Wstąpił w ślady ojca, który też był palaczem okrętowym i 
pijakiem.  W  dzieciństwie  dom  zastępowały  mu  ulice  i  doki.  Nie  uczył  się  nigdy 
czytać  ani  nie  odczuwał  potrzeby  nauki,  która,  jego  zdaniem,  jest  próżną  i 
bezużyteczną stratą czasu - przynajmniej dla człowieka jego pozycji. 
Miał kiedyś matkę i czeredę rozwrzeszczanych braci i sióstr. Tłoczyli się wszyscy 
w  dwóch  izbach  i  żywili  jadłem  nędzniejszym  i  mniej  obfitym  od  tego,  które  on 
zdobywał  dla  siebie  własnym  przemysłem.  Toteż  przychodził  do  domu  tylko 
wtedy,  gdy  nie  zdołał  sam  zaopatrzyć  się  w  pożywienie.  Drobne  kradzieże  i 
żebranina  na  ulicach  i  w  dokach,  potem  jeden  czy  dwa  rejsy  morskie  w 
charakterze  chłopca  okrętowego,  kilka  dalszych  podróży,  już  w  roli  węglarza,  aż 
wreszcie teraz jako doświadczony palacz okrętowy osiągnął szczyt swojej życiowej 
kariery. 
Z biegiem lat stworzył sobie własną filozofię życiową, ponurą i odpychającą, z jego 
punktu widzenia jednak logiczną i rozsądną. Gdy spytałem, jaki ma cel w życiu, 
odpowiedział bez wahania:  
- Pić. Rejs na morzu (bo człowiek musi jakoś żyć i zdobywać środki utrzymania), 
potem  wypłata,  a  na  zakończenie  wielkie  pijaństwo.  A  jeszcze  później 
przypadkowe mniejsze pijatyki, wyłudzane po szynkach od towarzyszy, którym  - 
tak jak mnie - zostało jeszcze kilka miedziaków, a gdy nie było już kogo naciągać, 
następna wyprawa na morze i powtórzenie ohydnego cyklu. 
-  Ale  kobiety  -  podsunąłem,  gdy  obwieścił,  że  alkohol  jest  jedynym  celem 
ludzkiego istnienia. 
-  Kobiety!  -  grzmotnął  kuflem  w  ladę  baru  i  rozpoczął  krasomówczy  wykład.  – 
Wiem z doświadczenia, że kobiety trzeba omijać z daleka. To, bracie, nie popłaca. 
Z  pewnością  nie  popłaca.  Na  diabła  takiemu  mężczyźnie  jak  ja  kobiety,  co? 

background image

Powiedz sam! Jak byłem mały, miałem w domu matkę i mówię ci, bracie, wyłaziła 
mi bokiem – poszturchiwała bachory i zatruwała życie staremu, kiedy wracał do 
domu, a to, słowo daję, nie zdarzało się często. A dlaczego nie zdarzało się często? 
Dlatego, że była moja matka! Co tam, nie umilała mu domu! Poza tym są jeszcze 
te  inne  kobiety,  ale  jak  one  traktują  biednego  palacza  z  kilku  szylingami  w 
kieszeni? Ten palacz ma w kieszeni  popijawę, fajną, długą popijawę, ale kobieta 
obedrze go z pieniędzy talk szybko, że biedak nie zdąży wypić jednej szklanki. Ja 
tam  wiem.  Przeżyłem  niejedno  i  znam  się  na  rzeczy.  I  powiadam  ci,  bracie,  że 
gdzie kobieta, tam bieda, wrzaski, awantury, bójki, dźganie nożami, policja, sądy 
i  na  zakończenie  miesiąc  ciężkich  robót  -  a  kiedy  wyjdziesz,  nie  wypłacą  ci 
dniówek. 
-  Ale  żona  i  dzieci  -  upierałem  się.  -  Własny  dom  i  tak  dalej.  Niech  pan  tylko 
pomyśli  -  wraca  pan  z  podróży,  a  tu  małe  dzieci  wspinają  się  panu,  na  kolana, 
żona szczęśliwa i uśmiechnięta, całus dla pana, kiedy nakrywa do stołu, całusy 
od dzieci przed położeniem ich do łóżka, imbryk śpiewa na ogniu, a potem długa 
pogawędka  o  tym,  gdzieś  pan  był  i  coś  widział,  i  o  niej,  o  tych  wszystkich 
drobiazgach, które wydarzyły się w domu w czasie pańskiej nieobecności, i... 
- A niech to diabli! - zawołał waląc mnie przyjaźnie pięścią w plecy. - Chcesz mnie 
pan  nabrać,  co?  Żona  daje  całusa,  pędraki  wspinają  się  na  kolana,  imbryk 
śpiewa - wszystko za cztery i pół funta miesięcznie, jeśli masz pracę na statku, a 
za  darmo,  jak  nie  pracujesz!  Powiem,  co  byś  pan  miał  za  cztery  i  pół  funta 
miesięcznie  –  awantury  żony,  wrzaski  bachorów,  pustą  skrzynię  na  węgiel  i 
imbryk  w  lombardzie,  tyle  byś  pan  miał.  Wystarczy,  żeby  człowiek  był  cholernie 
rad,  kiedy  znajdzie  się  znów  na  statku.  Żona?  A  po  co?  Żeby  ci  życie  obrzydło? 
Bachory? Posłuchaj, bracie, mojej rady i wystrzegaj się ich jak zarazy! Spójrz pan 
na  mnie!  Mogę  napić  się  piwa,  kiedy  zechcę,  a  żona  i  bachory  nie  wrzeszczą  mi 
nad uchem o chleb. Dobrze mi jest, jak jest, z piwem i kumplami takimi jak pan, 
i porządnym statkiem w porcie, i wyjazdem na morze. No, to napijmy się. „Pół na 
pół” mi wystarczy. 
Nie  potrzebuję  chyba  przytaczać  dalszych  wywodów  tego  dwudziestodwuletniego 
mężczyzny,  gdyż  i  tak  ukazałem  dość  jasno  jego  filozofię  życiową  i  leżące  u  jej 
podstaw  przyczyny  natury  ekonomicznej.  Nie  zaznał  nigdy  ogniska  domowego. 
Słowo „dom” budziło w nim same przykre skojarzenia. W niskich zarobkach ojca i 
innych  znalazł  dostateczne  podstawy  do  tego,  aby  piętnować  żonę  i  dzieci  jako 
przeszkodę  i  przyczynę  wszelkich  klęsk  mężczyzny.  Nieświadomy  hedonista,  z 
gruntu  niemoralny  i  zmaterializowany,  szukał  możliwie  największego  szczęścia  i 
znalazł je w trunku. 
Młody  opój,  przedwczesna  ruina  fizyczna,  niezdolność  do  wykonywania  ciężkiej 
pracy palacza, rynsztok albo dom pracy. I koniec  - widział go równie dobrze jak 
ja,  tylko  że  nie  uważał  go  za  przerażający.  Od  kołyski  był  pod  naciskiem 
znieczulających  warunków  otoczenia,  odnosił  się  więc  do  swej  posępnej  i 
nieuniknionej  przyszłości  obojętnie  i  ze  spokojem,  którego  nie  zdołałem  w  nim 
zachwiać. 
Nie był jednak człowiekiem do gruntu złym. Nie przejawiał wrodzonego zepsucia 
czy  brutalności.  Był  normalny  i  miał  nieprzeciętną  kondycję  fizyczną.  W 
niebieskich,  okrągłych  oczach,  osadzonych  szeroko  i  ocienionych  długimi 
rzęsami,  czaił  się  uśmiech  i  przebłysk  humoru.  Czoło  i  rysy  twarzy  miał 
regularne, a usta i wargi łagodne, choć już ukazywał się na nich gorzki grymas. 
Rysunek brody zdradzał słabość, ale nie nadmierną. 

background image

Widywałem  ludzi  na  najwyższych  stanowiskach,  których  brody  znamionowały 
słabsze charaktery. 
Głowę  miał  kształtną  i  tak  zgrabnie  osadzoną  na  silnym  karku,  że  gdy  się 
wieczorem rozbierał, nie zdziwił mnie widok jego ciała. Oglądałem w życiu wielu 
obnażonych  mężczyzn  na  salach  gimnastycznych  i  w  halach  sportowych, 
mężczyzn  wypielęgnowanych  i  pochodzących  z  zamożnych  rodzin,  ale  żaden  z 
nich nie wyglądał lepiej od tego dwudziestodwuletniego pijaka, tego młodego boga 
skazanego  na  zniszczenie  i  ruinę  za  pięć  lub  sześć  krótkich  lat,  na  zejście  ze 
świata  bez  potomstwa,  któremu  mógłby  przekazać  swą  wspaniałą  spuściznę. 
Marnowanie  takiego  życia  wydawało  się  świętokradztwem,  a  jednak  przyznałem 
mu rację, gdy twierdził, że nie chce zakładać rodziny w Londynie przy zarobkach 
czterech i pół funta miesięcznie. Był w takim samym położeniu jak ów maszynista 
teatralny,  który  żyje  szczęśliwiej  i  może  związać  koniec  z  końcem  we  wspólnym 
pokoju z dwoma obcymi mężczyznami, niż gdyby się gnieździł w tańszym pokoju z 
chorowitą  rodziną  i  dwoma  obcymi  mężczyznami  -  i  nie  mógł  związać  końca  z 
końcem. 
Z dnia na dzień wzrastało moje przekonanie, że małżeństwa wśród mieszkańców 
Otchłani  są  nie  tylko  lekkomyślnością,  lecz  wręcz  zbrodnią.  Ludzie  ci  są 
kamieniami  odrzuconymi  przez  budowniczego.  Nie  ma  dla  nich  miejsca  w 
społecznej strukturze Anglii, a społeczeństwo spycha ich wszelkimi siłami w dół, 
ku  zagładzie.  Na  dnie  Otchłani  są  słabi,  niedołężni,  ogłupiali.  Jeśli  się 
rozmnażają, nowe życie jest tak wątłe, że samo zamiera. Świat tworzy swe dzieło 
ponad ich głowami, a oni nie dbają o to i nie są zdolni w tym dziele uczestniczyć. 
Co  więcej,  świat  ich  nie  potrzebuje.  Jest  mrowie  innych  -  daleko 
przydatniejszych,  którzy  kurczowo  trzymają  się  stromej  pochyłości  i  walczą  do 
upadłego, byle nie zsunąć się niżej. 
Krótko mówiąc, londyńska Otchłań to jedno wielkie miejsce straceń. Rok po roku, 
dekada  lat  po  dekadzie  wieś  angielska  przenika  do  niej  falą  krzepkiego,  silnego 
życia, które nie tylko się nie odnawia, ale ginie w trzecim pokoleniu. Kompetentne 
źródła  stwierdzają,  że  robotnik  londyński,  którego  rodzice  i  dziadkowie  urodzili 
się w Londynie, jest niezwykłym i rzadko spotykanym okazem. 
Pan  A.  C.  Pigou  oświadczył,  że  ubodzy  starcy  i  ci  mieszkańcy,  którzy  „żyją  w 
nędzy  wyjątkowej”,  stanowią  siedem  i  pół  procent  ludności  Londynu.  Innymi 
słowy,  450  tysięcy  tych  nieszczęsnych  istot  znajduje  nędzną  śmierć  na  samym 
dnie  otchłani  społecznej  zwanej  Londynem.  Umierały  w  zeszłym  roku  i  wczoraj, 
konają dziś, w tej chwili. Aby zobrazować warunki ich zgonu, podam przykład z 
dzisiejszej porannej gazety. 
 
NIECHLUJSTWO PRZYCZYNĄ ŚMIERCI. 

Wczoraj  dr  Wynn  Westcott  zakończył  śledztwo  w  sprawie  śmierci  77-letniej 
Elżbiety Crews, zamieszkałej pod numerem 32 na East Street, Holborn, i zmarłej w 

ubiegłą środę. 

Alicja  Mathieson  stwierdziła,  że  jest  gospodynią  domu,  w  którym  mieszkała 
nieboszczka.  Świadek  po  raz  ostatni  widziała  ją  przy  życiu  w  ubiegły 

poniedziałek.  Crews  mieszkała  zupełnie  sama.  Pan  Francis  Birch,  kierownik 
pomocy  społecznej  dzielnicy  Holborn,  oświadczył,  że  zmarła  zajmowała  pokój,  o 

którym  mowa, od  trzydziestu pięciu lat.  Gdy pierwszego dnia bieżącego  miesiąca 

wezwano świadka, zastał on staruszkę w okropnym stanie, a po przewiezieniu jej 
do  szpitala  zaszła  konieczność  zdezynfekowania  zarówno  woźnicy,  jak  i 

background image

ambulansu. Dr Chase Fennel stwierdził, że śmierć nastąpiła w wyniku zakażenia 
krwi  na  skutek  odleżyn,  których  powodem  było  osobiste  niechlujstwo  zmarłej  i 

brud w mieszkaniu; sąd wydał orzeczenie takiej samej treści. 
 
W tym drobnym skądinąd fakcie najbardziej zdumiewa pogodna beztroska, z jaką 
urzędnicy odnieśli się do niego i wydali wyrok. Stwierdzenie że przyczyną zgonu 
siedemdziesięciosiedmioletniej  staruszki  jest  jej  własne  niechlujstwo,  to  pogląd 
bardzo  optymistyczny.  Sama  sobie  winna,  więc  społeczeństwo  uwalnia  się  od 
odpowiedzialności i wraca z ulgą do własnych spraw. 
O  tych,  którzy  „żyją  w  nędzy  wyjątkowej”,  pan  Pigou  powiedział:  „Z  braku  sił 

fizycznych,  inteligencji,  wytrzymałości  lub  też  wszystkich  trzech  czynników,  są 
robotnikami  niewydajnymi  w  pracy  i  opieszałymi,  w  wyniku  czego  nie  potrafią 

zarobić na  własne utrzymanie...  Ich rozwój  umysłowy bywa często zahamowany 

do  tego  stopnia,  że  nie  umieją  odróżnić  prawej  ręki  od  lewej  ani  zapamiętać 
numeru  domu,  w  którym  mieszkają.  Są  słabi  i  pozbawieni  żywotności,  mają 

uczucia spaczone i niemal zupełnie nie znają życia rodzinnego”. 
Czterysta  pięćdziesiąt  tysięcy  ludzi  to  nie  bagatela.  Młody  palacz  okrętowy  był 
tylko jeden, a przecież jego mała opowieść zabrała sporo czasu. Nie chciałbym ich 
słyszeć, gdy zaczną mówić wszyscy na raz. Ciekaw jestem, czy Bóg ich słyszy? 
 
 
ROZDZIAŁ V 
LUDZIE NA KRAWĘDZI 
 
Wierzcie m nie ma nic bardziej przerażającego, 

bardziej poniżającego, niż to beznadziejne, 
okropne życie, które widziałem tam, w East Endzie
 

Huxley 
 
Moje pierwsze wrażenia z East Endu były, oczywiście, ogólnikowe. Później zaczęły 
zarysowywać  się  szczegóły  i  z  chaosu  nieszczęścia  wyłaniały  się  tu  i  tam  małe 
wysepki,  na  których  gościła  radość  -  czasem  bywały  to  całe  rzędy  domów  na 
bocznych wąskich uliczkach, gdzie mieszkają rzemieślnicy i gdzie można znaleźć 
jeszcze prymitywną formę życia rodzinnego. Wieczorami widuje się tam mężczyzn 
siedzących na progach domów z fajkami w ustach i z dziećmi na kolanach. Wokół 
plotkują  ich  żony,  słychać  śmiech  i  żartobliwe  rozmowy.  Zadowolenie  tych  ludzi 
aż  bije  w  oczy,  bo  -  w  porównaniu  z  otaczającą  nędzą  -  wiedzie  im  się  całkiem 
niezgorzej. 
Ale w najlepszym przypadku jest to tępa, zwierzęca radość, zadowolenie pełnego 
brzucha. Są to ludzie do gruntu zmaterializowani, głupi, ociężali, bez wyobraźni. 
Można  by  sądzić,  że  Otchłań  wydziela  ogłupiającą  atmosferę  otępienia,  która 
zatruwa  i  niszczy  jej  mieszkańców.  Religia  nie  ma  do  nich  dostępu.  Świat 
niewidzialny nie napawa ich ani lękiem, ani uniesieniem. Nie zdają sobie sprawy 
z  jego  istnienia;  pełny  brzuch,  wieczorna  fajka  i  kufel  „pół  na  pół”  to  szczyt  ich 
marzeń i dążeń. 
Nie przedstawiałoby to tak wielkiego niebezpieczeństwa, gdyby to było wszystko; 
ale  to  nie  jest  wszystko.  Pełne  zadowolenia  odrętwienie,  w  które  zapadają,  jest 
przerażającym  bezwładem,  pierwszym  krokiem  do  zguby.  Nie  ma  dla  tych  ludzi 
postępu,  a  brak  postępu  oznacza  ich  cofanie  i  staczanie  się  w  Otchłań.  Zdarza 

background image

się, że w ciągu własnego życia rozpoczynają tylko proces upadku, a doprowadzają 
go  do  końca  ich  dzieci  i  dzieci  ich  dzieci.  Człowiek  zawsze  osiąga  mniej,  niż 
wymaga  od  życia.  Mieszkańcy  Otchłani  wymagają  tak  niewiele,  że  ta  odrobina, 
którą osiągają, nie może ich uratować. 
Życie miejskie jest - określając najłagodniej - nienaturalną formą bytowania istoty 
ludzkiej, ale życie w Londynie jest tak niezgodne z naturą, że przeciętny robotnik 
lub  robotnica  nie  mogą  go  wytrzymać.  Ich  duszę  i  ciało  podkopuje  nieustanne 
działanie niszczycielskich wpływów. Łamie się ich odporność fizyczna i moralna. 
Dobry robotnik, przybyły świeżo z roli, staje się w pierwszym miejskim pokoleniu 
złym robotnikiem. W drugim pokoleniu, pozbawiony energii, rozpędu życiowego i 
inicjatywy,  a  wkrótce  fizycznie  niezdolny  do  wykonania  tej  pracy,  którą 
wykonywał jego ojciec, znajduje się na prostej drodze do miejsca straceń na dnie 
Otchłani. 
Pomijając  wszystko  inne,  samo  powietrze,  którym  ciągle  oddycha,  wystarczy,  by 
go osłabić, złamać duchowo i fizycznie i odebrać zdolność współzawodniczenia ze 
świeżym, krzepkim elementem wiejskim, który śpieszy do Londynu niszczyć i ulec 
zniszczeniu. 
Nie myślcie już nawet o bakteriach chorobotwórczych, które zatruwają powietrze 
East  Endu,  a  zastanówcie  się  nad  jednym  tylko  czynnikiem  -  nad  dymem.  Sir 
William Thiselton-Dyer, zarządca Kew Gardens, badał wpływ dymu na roślinność 
i  -  zgodnie  z  jego  wyliczeniami  -  nie  mniej  niż  sześć  ton  ciał  stałych,  na  które 
składa  się  sadza  i  smoliste  węglowodory,  osiada  co  tydzień  na  każdej  czwartej 
części  mili  kwadratowej  Londynu  i  jego  okolic.  A  to  wynosi  dwadzieścia  cztery 
tony  tygodniowo  na  mili  kwadratowej,  czyli  1248  ton  rocznie.  Z  gzymsu 
okalającego  kopułę  katedry  św.  Pawła  zdjęto  ostatnio  twardy  osad 
skrystalizowanego  siarczanu  wapnia.  Osad  ów  powstał  na  skutek  działania 
kwasu siarkowego w powietrzu na węglan wapnia w kamieniu. 
Londyńscy robotnicy ten kwas siarkowy wdychają przez całe życie. 
Nie  ulega  wątpliwości,  że  w  tych  warunkach  dzieci  wyrastają  na  ludzi 
słabowitych,  pozbawionych  siły  żywotnej  i  odporności,  że  tworzą  apatyczne 
plemię  o  wąskich  klatkach  piersiowych  i  słabych  wiązaniach  kostnych,  plemię, 
które  pełza  i  ginie  w  brutalnej  walce  o  byt  z  najeźdźczymi  hordami  ze  wsi. 
Robotnicy kolejowi, tragarze portowi, woźnice omnibusów, robotnicy magazynów 
zbożowych i składów drzewa, jednym słowem, wszyscy, ci, których praca wymaga 
siły fizycznej, rekrutują się przeważnie ze wsi, a w samej tylko Policji Stołecznej 
jest mniej więcej trzy tysiące rdzennych londyńczyków na dwanaście tysięcy ludzi 
urodzonych na wsi. 
A więc narzuca się wniosek, że Otchłań jest - bez przenośni - olbrzymią maszyną 
do  zabijania  ludzi  i  gdy  mijam  małe,  leżące  na  uboczu  uliczki,  przy  których 
mieszkają  syci  rzemieślnicy,  żal  mi  ich bardziej  niż  tych  450  tysięcy  straceńców 
umierających  na  samym  dnie  Otchłani.  Tamci  przynajmniej  konają,  a  o  to 
właśnie  idzie;  ci  zaś  muszą  jeszcze  przejść  przez  powolne,  wstępne  męczarnie, 
które trwają dwa lub nawet trzy pokolenia. 
Ludzie ci nie są jednak źli. Drzemią w nich wszystkie siły potencjalne człowieka. 
Gdyby  stworzyć  odpowiednie  warunki,  mogliby  przetrwać  wieki  i  wydać  z  siebie 
wielkich ludzi, bohaterów i przywódców, którzy udoskonaliliby świat. 
Rozmawiałem  z  pewną  kobietą,  przedstawicielką  typu  ludzi  wypartych  z  małej, 
bocznej uliczki i rozpoczynających tragiczny proces staczania się na dno. Jej mąż 
był  mechanikiem  i  członkiem  Związku  Mechaników.  Musiał  być  kiepskim 

background image

fachowcem,  bo  nie  mógł  jakoś  znaleźć  stałej  pracy.  Brakowało  mu  energii  i 
przedsiębiorczości, żeby ją zdobyć i utrzymać. 
Mieli  dwie  córki  i  mieszkali  razem  w  dwóch  norach,  tylko  przez  uprzejmość 
zwanych  pokojami,  za  które  płacili  siedem  szylingów  tygodniowo.  Nie  było  tam 
pieca  kuchennego,  więc  gotowali  strawę  na  pojedynczym  palniku  gazowym 
umieszczonym w kominku. Jako ludzie o skromnych środkach finansowych, nie 
mogli  pozwolić  sobie  na  nieograniczony  dopływ  gazu,  ale  dla  ich  dobra 
zainstalowano bardzo wymyślny mechanizm. Gdy wrzuciłeś do automatu pensa, 
wydzielała się określona ilość gazu, po czym dopływ zamykał się automatycznie. 
- Nim się obejrzysz, już po pensie - powiedziała - a obiad nie dogotowany! 
Całymi  latami  żyli  na  granicy  głodu.  Miesiąc  po  miesiącu  wstawali  od  stołu  z 
uczuciem,  że  mogliby  i  chcieliby  zjeść  więcej.  A  gdy  znajdziesz  się  już  raz  na 
pochyłości, chroniczny niedosyt staje się ważnym czynnikiem podkopującym siły 
żywotne i przyśpieszającym upadek. 
Kobieta  była  pracowita.  Od  pół  do  piątej  rano  aż  do  zmroku  harowała  ciężko, 
szyjąc płócienne halki z podszewką i dwiema falbanami po siedem szylingów od 
tuzina. 
Pomyślcie  tylko,  halki  podbite  podszewką  i  obszyte  dwiema  falbanami  –  siedem 
szylingów za tuzin! Po przeliczeniu daje to jeden i trzy czwarte dolara za tuzin lub 
czternaście i trzy czwarte centa za sztukę! 
Aby  otrzymać  pracę,  mąż  jej  zapisał  się  do  związku  i  płacił  półtora  szylinga 
składki tygodniowej. A jeśli wybuchał strajk, gdy miał właśnie pracę, zdarzało się, 
że musiał oddawać do kasy związku na rzecz funduszu pomocy aż siedemnaście 
szylingów tygodniowo. 
Starsza  z  córek  była  praktykantką  u  krawcowej.  Zarabiała  półtora  szylinga  na 
tydzień  -  czyli  trzydzieści  siedem  i  pół  centa  na  tydzień  lub  pięć  centów  z 
ułamkiem  dziennie.  W  martwym  sezonie  została  zwolniona  z  pracy,  chociaż 
przyjmując ją za takim niskim wynagrodzeniem, gwarantowano naukę zawodu i 
zajęcie.  Przez  następne  trzy  lata  pracowała  w  składzie  rowerów,  gdzie  zarabiała 
pięć szylingów tygodniowo. Do pracy szła pieszo dwie mile i dwie z powrotem, a za 
każde spóźnienie musiała płacić kary pieniężne. 
Dla ojca i matki gra była już skończona. Ziemia usuwała im się spod nóg i lecieli 
w przepaść. Ale jaki los czeka córki? 
Czy żyjąc jak zwierzęta, wycieńczone chronicznym niedożywieniem, osłabione na 
ciele,  duchu  i  umyśle,  miały  jakąś  szansę  wypełznięcia  z  Otchłani,  do  której 
staczały się od urodzenia? 
Gdy  piszę  te  słowa,  w  powietrzu  rozbrzmiewają  ohydne  odgłosy  brutalnej, 
grubiańskiej walki, która rozgrywa się na sąsiednim podwórzu. Trwa ona już od 
godziny. W pierwszej chwili przypuszczałem, że to szczekanie i warczenie psów, i 
dopiero  po  kilku  minutach  zdołałem  uwierzyć,  że  istoty  ludzkie  -  i  to  kobiety  - 
mogą wydawać tak przerażające dźwięki. 
Bójka  pijanych  kobiet!  Przykro  o  tym  pomyśleć,  ale  jeszcze  przykrzej  słyszeć. 
Odbywa się to mniej więcej w taki sposób:  
Niezrozumiałe  przeraźliwe  okrzyki  kilku  kobiet;  chwila  ciszy,  w  której  słychać 
płacz dziecka i błagalny, płaczliwy głos młodej dziewczyny, wreszcie pisk kobiety, 
ostry i zgrzytliwy: - Toś ty mnie uderzyła, ty pierwsza! - Potem - cios! Wyzwanie 
zostaje przyjęte i walka szaleje od nowa. 
Okna domów okalających podwórze, na którym rozgrywa się ta scena, zapełniają 
się szczelnie entuzjastycznymi widzami, a odgłosy razów i przekleństw mrożących 

background image

krew w żyłach docierają wyraźnie do moich uszu. Na szczęście nie mogę dojrzeć 
walczących przeciwniczek. 
Chwila ciszy.  
- Toś ty puściła to dziecko samopas! - a dziecko, najwyżej kilkoletnie, wrzeszczy 
przeraźliwie ze strachu.  
-  Bo  mi  się  tak  podobało  -  powtarzane  z  uporem  i  na  całe  gardło  najmniej 
dwadzieścia razy.  
- A mnie podoba się dać ci tym kamieniem po łbie! - Po czym, sądząc z nasilenia 
krzyków, kamień istotnie trafia w głowę. 
Cisza; widocznie jedna przeciwniczka została chwilowo unieszkodliwiona i trzeba 
ją  cucić;  znowu  głos  dziecka,  ale  tym  razem  cichszy,  nabrzmiały  lękiem  i 
zdradzający wyczerpanie. 
Głosy przybierają na sile i rozpoczyna się dialog w tym rodzaju: 
- Tak? 
- Tak! 
- Tak? 
- Tak! 
- Tak? 
- Tak! 
- Tak? 
- Tak! 
Obu  stronom  wystarczyło  tych  wzajemnych  zapewnień  i  konflikt  wybucha  od 
nowa. 
Jedna  z  przeciwniczek  zyskuje  druzgocącą  przewagę  i  sądząc  po  wrzaskach 
drugiej  o  krwawym morderstwie,  utrzymuje  ją  przez  dłuższy  czas.  Ale  wołanie  o 
krwawym morderstwie cichnie i zamiera, niewątpliwie zdławione silnym chwytem 
za gardło. 
Przyłączają się nowe głosy; atak z flanki; należy sądzić, że chwyt za gardło został 
nagle  zwolniony,  bo  wołanie  o  krwawym  morderstwie  rozlega  się  ponownie,  tym 
razem o pół oktawy wyżej; ogólny harmider, wszyscy walczą. 
Cisza; nowy głos młodej dziewczyny.  
- Myślisz, że się nie ujmę za własną matką? - 
Potem dialog, powtarzany około pięciu razy.  
- Zrobię, co mi się podoba!  
- Ty świnio, ty świnio, ty świnio!  
- A ja rozwalę ci łeb!...  
- Ty cholero, ty cholero, ty cholero! – potem walka wybucha z nowym nasileniem - 
walczą  matki,  córki,  wszyscy.  Tymczasem  moja  gospodyni  odwołuje  z 
kuchennych  schodów  córkę,  a  ja  zastanawiam  się,  jaki  wpływ  na  moralność 
młodej dziewczyny będzie miało to wszystko, co przed chwilą słyszała. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ VI 
ULICZKA FRYING-PAN I RZUT OKA W PIEKŁO 
 
 
Wieprz żre i drzemie. Tak samo i lew  

My również, bowiem świat to wielki chlew! 
Lecz świństwa nie uleczysz żadną medycyną  

Tak mówią wszyscy i przechodzą mimo. 

Sidney Lanier 
 
Szliśmy  we  trzech  w  dół  Mile  End  Road.  Znajdował  się  wśród  nas  bohater: 
szczupły dziewiętnastoletni chłopiec, tak bardzo drobny i kruchy, że podobnie jak 
Fra Lippo Lippiego, lekki podmuch wiatru mógłby go zgiąć we dwoje i powalić na 
ziemię. Był zagorzałym młodym socjalistą, płonął pierwszym ogniem entuzjazmu i 
dojrzał  już  do  męczeństwa.  Przewodniczył  częstokroć  i  przemawiał  na  wielu 
niebezpiecznych  wiecach  pod  gołym  niebem  i  zamkniętych  zebraniach,  które 
opowiadały  się  za  Burami  i  które  w  ciągu  kilku  ubiegłych  lat  zaćmiły  nieco 
pogodę Wesołej Anglii. W drodze dzielił się ze mną swymi przeżyciami. Mówił, jak 
tłum  napadał  na  niego  w  parkach  i  tramwajach;  jak  on  sam  wdrapywał  się  na 
estradę, by walczyć o przegraną sprawę, gdy rozgniewany motłoch ściągnął z niej 
już kilku mówców, jego towarzyszy, i zbił ich bezlitośnie. 
Opowiadał  o  oblężeniu  w  kościele,  gdzie  on  i  jego  trzej  towarzysze  szukali 
schronienia  i  wśród  fruwających  pocisków  i  odłamków  witraży  odpierali  ataki 
tłumu, dopóki nie wyratował ich oddział policji; o podniebnych, przyprawiających 
o  zawrót  głowy  walkach  na  klatkach  schodowych,  galeriach  i  balkonach,  o 
wybijanych szybach, walących się schodach, demolowanych salach wykładowych, 
rozbijanych  czaszkach  i  łamanych  kościach.  A  potem  spojrzał  na  mnie  i 
powiedział z westchnieniem:  
-  Jakże  zazdroszczę  wam,  dużym,  silnym  mężczyznom!  Jestem  taki  drobny,  że 
kiedy przychodzi do walki, nie na wiele mogę się przydać. 
A ja, górujący znacznie nad nimi dwoma, pomyślałem o moim jurnym Zachodzie i 
krzepkich mężczyznach, na których ja z kolei spoglądałem zazdrośnie. Ale patrząc 
na  tego  drobnego  młodzieńca  o  lwim  sercu,  pomyślałem  też,  że  to  tacy  jak  on 
wznoszą barykady i pokazują światu, że ludzie potrafią jeszcze umierać. 
W  tej  chwili  przemówił  mój  drugi  towarzysz,  dwudziestoośmioletni  mężczyzna, 
który wywalczał sobie niepewną egzystencję w norze chałupniczej. 
- Jestem zdrowym mężczyzną, słowo daję. Nie tak jak reszta w moim warsztacie, 
o nie! Uważają mnie za prawdziwego siłacza. Czy wie pan, że ważę sto czterdzieści 
funtów? 
Wstyd  mi  się  było  przyznać,  że  ważę  ponad  sto  siedemdziesiąt  funtów, 
poprzestałem  więc  na  zapytaniu  go  o  wzrost.  Biedny,  źle  zbudowany,  mały 
człowieczek!  Cerę  miał  niezdrową,  ciało  zniekształcone  i  powykrzywiane,  klatkę 
piersiową  zapadniętą,  plecy  silnie  zgarbione  od  długich  godzin  pracy,  głowę 
zwisającą ciężko i niewłaściwie osadzoną. Był „zdrowym mężczyzną”! 
- Ile ma pan wzrostu? - spytałem. 
- Pięć stóp i dwa cale - odparł z dumą. - A inni w warsztacie... 
- Niech mi pan pokaże ten warsztat. 
Warsztat był akurat nieczynny, niemniej chciałem go obejrzeć. Minąwszy Leman 
Street  przecięliśmy  na  ukos  Spitalfields  i  zagłębiliśmy  się  w  uliczce  Frying-Pan. 

background image

Gromadka  dzieci  uwijających  się  po  oślizłym  chodniku  przywiodła  mi  na  myśl 
kijanki,  które  właśnie  przeobraziły  się  w  żaby  na  dnie  wyschniętego  stawu.  W 
drzwiach  tak  wąskich,  że  radzi  nieradzi  musieliśmy  ją  przeskoczyć,  siedziała 
kobieta  z  niemowlęciem  i  karmiła  je  obnażonymi  bezwstydnie  piersiami, 
znieważając całą świętość macierzyństwa. W czarnej i ciasnej sieni za jej plecami 
przebrnęliśmy  przez  kłębowisko  dzieci  i  dotarliśmy  do  klatki  schodowej,  jeszcze 
chyba ciaśniejszej i brudniejszej. Przebyliśmy trzy piętra i minęliśmy trzy podesty 
schodów, o wymiarach dwie stopy na trzy, zawalone śmieciami i odpadkami. 
Ta  ohyda  zwana  domem  miała  siedem  pokoi.  W  sześciu  dwadzieścia  kilka  osób 
obojga  płci  i  w  różnym  wieku  gotowało,  jadło,  spało  i  pracowało.  Przeciętne 
wymiary  tych  klitek  wynosiły  osiem  stóp  na  osiem  lub  może  dziewięć. 
Przekroczyliśmy  próg  siódmego  pokoju.  Była  to  nora,  w  której  pięciu  mężczyzn 
trudniło  się  chałupnictwem,  szeroka  na  siedem,  a  długa  na  osiem  stóp.  Stół 
roboczy zajmował całą niemal przestrzeń. Do tego stołu przymocowane było pięć 
kopyt  szewskich.  Dla  pracowników  pozostawało  niewiele  miejsca,  bo  resztę 
pomieszczenia  zawalały  stosy  tektury,  skóra,  wiązki  przyszw  i  cała  zbieranina 
materiałów używanych do przymocowywania przyszw do podeszwy. 
W  przyległym  pokoju  mieszkała  kobieta  z  sześciorgiem  dzieci.  W  innej  ohydnej 
norze  -  wdowa  z  jednymi  tylko,  szesnastoletnim  synem,  który  umierał  na 
suchoty.  Dowiedziałem  się,  że  była  uliczną  handlarką  słodyczy  i  że  często  nie 
mogła  dostarczyć  synowi  potrzebnych  trzech  kwaterek  mleka  dziennie.  Ponadto 
ten  słaby,  dogorywający  chłopiec  najwyżej  raz  na  tydzień  brał  do  ust  mięso;  a 
ludzie, którzy nie widzieli nigdy, jak jada człowiek zdegradowany do rzędu świń, 
nie mogą wyobrazić sobie gatunku i rodzaju tego mięsa. 
- Kaszle okropnie - pośpieszył z informacją mój przyjaciel chałupnik skierowując 
rozmowę na temat chłopca. - Słyszymy go tutaj podczas pracy i powiadam panu, 
że to coś okropnego! 
A ja, myśląc o kaszlu i słodyczach, dostrzegłem jeszcze jedno niebezpieczeństwo 
zagrażające dzieciom slumsów. 
Jeśli  była  robota,  mój  przyjaciel  chałupnik  pracował  w  tej  izbie  o  wymiarach 
siedem stóp na osiem wraz z czterema towarzyszami. W zimie przez cały niemal 
dzień paliła się lampa naftowa. Jej wyziewy zatruwały i tak już ciężkie powietrze, 
które wdychano i wydychano bez końca. 
W  okresach  pomyślnych,  kiedy  pracy  nie  brakowało,  ten  dwudziestoośmioletni 
mężczyzna  zarabiał  -  jak  mi  powiedział  -  aż  „trzydzieści  kawałków  na  tydzień”  - 
trzydzieści szylingów! Czyli, siedem i pół dolara! 
-  Ale  tylko  najwprawniejsi  z  nas  mogą  tyle  dostać  -  oświadczył.  -  A  i  tak 
pracujemy  dwanaście,  trzynaście,  czternaście  godzin  dziennie  i  uwijamy  się,  jak 
można.  Powinien  pan  zobaczyć,  jak  się  pocimy.  Leje  się  z  nas  po  prostu 
strumieniami. Od patrzenia zakręciłoby się panu w głowie - ćwieki lecą nam z ust 
jak z jakiejś maszyny. Niech pan spojrzy na moje zęby. 
Spojrzałem.  Zęby  były  przeżarte  przez  nieustanne  tarcie  metalowych  ostrzy  o 
emalię, a poza tym - czarne jak węgiel i zepsute. 
- Co dzień czyszczę zęby - dodał. - Inaczej byłoby jeszcze gorzej. 
Gdy wyjaśnił, że chałupnicy muszą kupować własne narzędzia, gwoździe, pilniki, 
tekturę,  opłacać  komorne,  światło  i  ponosić  wiele  innych  świadczeń, 
zrozumiałem, że trzydzieści szylingów to tylko teoria. 
- A jak długo trwa ruchliwy sezon, w którym zarabia pan aż trzydzieści szylingów? 
- spytałem. 

background image

- Cztery miesiące - brzmiała odpowiedź. Przez pozostałe miesiące roku, wyjaśnił, 
zarabia  przeciętnie  od  pół  funta  do  funta  tygodniowo,  czyli  od  dwóch  i  pół  do 
pięciu dolarów. Minęła już połowa bieżącego tygodnia, a on zarobił cztery szylingi, 
czyli dolara. 
A  przecież  dano  mi  do  zrozumienia,  że  była  to  jedna  z  popłatniejszych  form 
chałupnictwa. 
Wyjrzałem  przez  okno,  które  powinno  wychodzić  na  podwórka  sąsiednich 
kamienic.  Ale  nie  było  tam  podwórek,  a  raczej  były,  lecz  zniknęły  pod 
parterowymi szopami lub ściślej mówiąc, szałasami, w których mieszkali ludzie. 
Dachy  tych  bud  pokrywała  warstwa  brudu,  gruba  miejscami  na  dwie  stopy  - 
utworzona  ze  śmieci  rzucanych  z  okien  drugiego  i  trzeciego  piętra.  Zdołałem 
rozróżnić ości ryb, kawałki kości, śmieci, gnijące szmaty, stare buty, potłuczone 
skorupy i to wszystko, co stanowi odpadki ludzkiego chlewu. 
-  To  już  ostatni  rok  naszego  rzemiosła.  Zniszczy  nas  konkurencja  maszyn  – 
odezwał  się  ponuro  chałupnik,  gdyśmy  ponownie  przeskakiwali  przez  kobietę  z 
obnażonymi  bezwstydnie  piersiami  i  torowali  sobie  drogę  wśród  latorośli 
nędznego życia. 
Następnie zwiedziliśmy domy mieszkalne wzniesione przez Radę Miejską Londynu 
na  terenie  slumsów.  Tu  mieszkało  „Dziecko  Jago”  Artura  Morrisona.  Chociaż 
gnieździło  się  tutaj  teraz  więcej  ludzi,  warunki  zdrowotne  były  lepsze  niż  gdzie 
indziej. Ale domy te zajmowała zamożniejsza warstwa robotników i rzemieślnicy. 
Ludzie ze slumsów odpłynęli dalej, by zapełnić stare lub tworzyć nowe slumsy. 
- A teraz - powiedział chałupnik, „zdrowy mężczyzna”, który pracował tak szybko, 
że „od samego patrzenia zakręciłoby mi się w głowie” - pokażę panu jedno z płuc 
Londynu, ogród Spitalfields. - słowo „ogród” wymówił z szyderstwem. 
Cień kościoła Chrystusa pada na ogród Spitalfields. W cieniu kościoła Chrystusa 
ujrzałem o godzinie trzeciej po południu widok, którego nie chciałbym już nigdy 
oglądać. 
Nie ma kwiatów w tym ogrodzie, który jest mniejszy od mojego ogródka różanego 
w  domu.  Rośnie  tu  tylko  trawa  okolona  ostrymi  żelaznymi  sztachetami,  tak  jak 
okolone są wszystkie parki Londynu - aby bezdomni mężczyźni i kobiety nie mogli 
wejść w nocy i przespać się na trawniku. 
Gdy  wchodziliśmy  do  środka,  minęła  nas  stara  kobieta,  lat  mniej  więcej 
pięćdziesięciu  lub  sześćdziesięciu.  Kroczyła  z  jakimś  wyraźnym  zamiarem,  choć 
nieco  chwiejnie;  przez  ramię  zwisały  jej  na  plecy  i  piersi  dwa  wypchane  tobołki, 
zawinięte w płótno workowe. 
Była włóczęgą, istotą bezdomną, lecz zbyt niezależną, by zawlec obolałe kości do 
domu noclegowego. 
Jak ślimak niosła swój dom na plecach. W tobołkach mieścił się cały jej dobytek: 
ubranie, bielizna i drogie sercu kobiecemu drobiazgi. 
Szliśmy wąską, wysypaną żwirem ścieżką. Na ławkach po obu stronach zebrał się 
tłum  nieszczęsnych  i  zniekształconych  istot  ludzkich,  których  widok  skłoniłby 
Gustawa  Doté  do  bardziej  jeszcze  satanicznych  wybryków  wyobraźni.  Było  to 
zbiorowisko  łachmanów  i  brudu,  najróżniejszego  rodzaju  ohydnych  chorób 
skórnych,  otwartych  ran,  wrzodów,  ordynarności,  zepsucia,  lubieżnej 
monstrualności  i  bestialskich  twarzy.  Wiał  chłodny,  przenikliwy  wiatr,  a  te 
stworzenia  kuliły  się  z  zimna  w  łachmanach  i  przeważnie  spały  lub  usiłowały 
zasnąć.  Na  jednej  ławce  siedziało  kilka  kobiet  w  wieku  od  lat  dwudziestu  do 
siedemdziesięciu. Obok niemowlę, może dziewięciomiesięczne, spało leżąc płasko 

background image

na  twardych  deskach,  bez  poduszki,  bez  przykrycia,  bez  opieki.  Dalej  kilku 
mężczyzn  drzemało  w  pozycji  siedzącej  lub  opierając  się  we  śnie  o  ramiona 
sąsiada. Jeszcze dalej cała rodzina - dziecko uśpione w ramionach śpiącej matki, 
mąż (lub przyjaciel) niezdarnie naprawiający zniszczony trzewik. Na drugiej ławce 
kobieta  przecinała  nożem  postrzępione  łachmany,  a  inna,  uzbrojona  w  igłę  i 
nitkę,  coś  zeszywała.  Opodal  mężczyzna  trzymał  w  ramionach  zmorzoną  snem 
kobietę. Nieco dalej inny mężczyzna w ubraniu oblepionym błotem rynsztoka spał 
z  głową  na  kolanach  kobiety,  mającej  mniej  niż  dwadzieścia  pięć  lat  i  również 
uśpionej. 
Zdumiewał mnie ten powszechny sen. Czemu na dziesięć osób dziewięć spało lub 
usiłowało zasnąć? Odpowiedź na to znalazłem nieco później. Prawo sił rządzących 
światem zabrania bezdomnym spać w nocy. Na trotuarze, obok portyku kościoła 
Chrystusa,  tam,  gdzie  wznosi  się  ku  niebu  okazały  rząd  kamiennych  kolumn, 
leżeli  pokotem  ludzie  pogrążeni  we  śnie  lub  drzemce,  wszyscy  zbyt  otępiali,  aby 
zbudziło ich lub zainteresowało nasze przyjście. 
-  Płuca  Londynu  -  powiedziałem.  -  Nie,  raczej  wrzód,  raczej  wielka,  ropiejąca 
rana. 
-  Och,  czemuś  mnie  tu  przyprowadził?  -  zawołał  zagorzały  młody  socjalista, 
którego delikatna twarz pobladła od cierpienia psychicznego i fizycznych mdłości. 
-  Te  kobiety  -  objaśnił  nasz  przewodnik  -  sprzedadzą  się  za  trzy  albo  za  dwa 
pensy, albo za kawałek czerstwego chleba. 
Powiedział  to  z  nutą  pogodnej  drwiny  w  głosie.  Nie  wiem,  co  jeszcze  mógłby 
dodać, bo walczący z mdłościami socjalista zawołał: 
- Na miłość boską, chodźmy stąd! 
 
 
ROZDZIAŁ VII 
ZDOBYWCA KRZYŻA WIKTORII 
 
W mieście słychać jęki ludzi i krzyki mordowanych. 

Joe 
 
Przekonałem  się,  że  nie  łatwo  otrzymać  nocleg  w  londyńskim  domu  pracy. 
Zrobiłem  dotychczas  dwie  próby,  a  niebawem  podejmę  trzecią.  Za  pierwszym 
razem  wyruszyłem  o  godzinie  siódmej  wieczór  z  czterema  szylingami  w  kieszeni, 
popełniając tym samym podwójny błąd. Przede wszystkim kandydatem do domu 
noclegowego  może  być  jedynie  człowiek  w  skrajnej  nędzy,  że  zaś  podlega  przy 
wejściu skrupulatnej rewizji, musi naprawdę być nędzarzem; cztery pensy, a tym 
bardziej  cztery  szylingi  są  dyskwalifikującym  go  bogactwem.  Drugi  błąd  to,  że 
wybrałem zbyt późną porę. O godzinie siódmej wieczór żaden nędzarz nie otrzyma 
nędzarskiego noclegu. 
Pozwólcie,  że  wyjaśnię  dobrze  odżywionym  i  nieświadomym  ludziom,  co  to  jest 
dom  noclegowy.  To  budynek,  w  którym  przy  odrobinie  szczęścia  bezdomny 
nędzarz może znaleźć chwilowy spoczynek dla obolałych kości; ale już nazajutrz 
zapłaci za niego ciężką pracą. 
Druga  próba  wtargnięcia  do  domu  noclegowego  rozpoczęła  się  pomyślniej. 
Wyruszyłem po południu w towarzystwie młodego zagorzałego socjalisty i jeszcze 
jednego  przyjaciela,  tym  razem  tylko  z  trzema  pensami  w  kieszeni.  Zaprowadzili 
mnie do domu noclegowego Whitechapel, na który spoglądałem spoza znajomego 

background image

zakrętu  ulicy.  Było  dopiero  kilka  minut  po  piątej,  ale  stała  tu  już  długa  i 
melancholijna kolejka niknąca z oczu za rogiem. 
Był  to  obraz  nieskończenie  żałosny  -  mężczyźni  i  kobiety  czekający  w  zimnym, 
szarym schyłku dnia na nocleg nędzarzy - toteż przyznam, że straciłem odwagę. 
Podobnie  jak  chłopiec  przed  drzwiami  dentysty,  wynalazłem  nagle  tysiące 
powodów, by znaleźć się gdzie indziej. Jakieś oznaki tej wewnętrznej walki odbiły 
się widocznie na mojej twarzy, bo jeden z towarzyszy powiedział: 
- Nie bądź tchórzem, stać cię na to. 
Oczywista, że było minie stać, ale nagle uświadomiłem sobie, że nawet trzy pensy 
są  w  tym  tłumie  zbyt  wielkim  skarbem,  więc  aby  się  nie  wyróżniać  i  nie  budzić 
zazdrości  opróżniłem  kieszenie  z  miedziaków.  Potem  pożegnałem  przyjaciół,  z 
bijącym  sercem  ruszyłem  na  drugą  stronę  ulicy  i  zająłem  miejsce  na  końcu 
kolejki.  Żałosny  był  to  widok,  ów  sznur  biedaków  drepczących  w  dół  stromą 
ścieżką ku śmierci; ach, nie domyślałem się nawet, jak bardzo żałosny! 
Obok  mnie  stał  niski,  krępy  mężczyzna.  Choć  mocno  posunięty  w  latach, 
wyglądał zdrowo i krzepko, rysy miał wyraziste i ogorzałą cerę, która przez długie 
lata  podlegać  musiała  działaniu  słońca  i  wiatru.  Jego  twarz  i  oczy  zdradzały 
ponad  wszelką  wątpliwość  marynarza.  Natychmiast  przypomniał  mi  się  urywek 
Kiplingowskiego „Galernika”: 
 
Wypalone na barku znamię,  

piętno stali przywartej, 
Blizny po razach batów,  

rany, co w głąb się wżarły, 
Oczy przygasłe od słońca,  

co igra na słonej fali, 

Hojną mi płacą za trudy... 
 
Dowiecie  się  niebawem,  jak  słuszne  było  moje  przypuszczenie  i  jak  dziwnie 
stosowna treść wiersza. 
- Nie wytrzymam tego dłużej, nie wytrzymam - skarżył się drugiemu sąsiadowi - 
Stłukę szybę, wielką szybę, i przesiedzę ze dwa tygodnie. Będę miał przynajmniej 
wygodne miejsce do spania, o to nie ona obawy, i lepsze żarcie niż tutaj. Ale brak 
mi  będzie  tej  odrobiny  tytoniu  -  te  ostatnie  słowa  wypowiedział  po  namyśle,  z 
żalem i rezygnacją w głosie. 
-  Przesiedziałem  na dworze  dwie  ostatnie  noce  -  ciągnął.  -  Poprzedniej  zmokłem 
do  suchej  nitki.  Nie  zniosę  tego  dłużej.  Starzeję  się  i  któregoś  pięknego  dnia 
znajdą mego trupa. 
- Pilnuj, żebyś się nigdy nie zestarzał, młodzieńcze - zwrócił się do mnie z pasją. - 
Umrzyj młodo, bo inaczej skończysz jak ja. Mówię ci. Mam osiemdziesiąt siedem 
lat i służyłem krajowi, jak przystało na mężczyznę. Trzy paski za dobrą służbę i 
krzyż  Wiktorii,  a  w  nagrodę  ten  dom  noclegowy  na  stare  lata.  Wolałbym  już  nie 
żyć,  wolałbym  już  nie  żyć...  Mówię  ci,  młodzieńcze,  czekam  śmierci  niczym 
zbawienia. 
Oczy  zaszły  mu  mgłą,  lecz  zanim  sąsiad  zdążył  go  pocieszyć,  nucił  już  wesołą 
marynarską piosenkę, jak gdyby nie istniały na świecie takie rzeczy jak złamane 
serce. 
I gdy tak stał w kolejce przed domem noclegowym, po dwóch nocach spędzonych 
na ulicy, opowiedział na moją prośbę następującą historię: 

background image

Jako  młody  chłopiec,  wstąpił  do  marynarki  brytyjskiej  i  przez  czterdzieści  kilka 
lat  służył  wiernie  i  chwalebnie  ojczyźnie.  Nazwy  miejscowości,  portów,  statków, 
szlaków okrętowych, bitew, daty i nazwiska komendantów płynęły wartko z jego 
ust, nie zdołałem ich jednak zapamiętać, a nie wypadało przecież robić notatek u 
drzwi domu nędzarzy. 
Brał  udział  w  „pierwszej  wojnie  chińskiej”,  jak  ją  określił;  potem  dostał  pracę  w 
Kompanii  Wschodnio-Indyjskiej  i  odbył  dziesięcioletnią  służbę  w  Indiach;  wrócił 
ponownie do Indii w okresie buntu i służył we flocie brytyjskiej. Walczył w wojnie 
burmańskiej  i  na  Krymie;  a  ponadto  bił  się  i  harował  pod  flagą  angielską  na 
całym niemal globie. 
A  potem  to  nastąpiło.  Jakaś  drobnostka.  Gdyby  tylko  można  było  trafić  na  jej 
pierwotną  przyczynę:  może  porucznikowi  nie  smakowało  śniadanie;  może 
poprzedniego  wieczora  położył  się  późno  spać;  może  męczyli  go  wierzyciele;  albo 
zwierzchnik  odezwał  się  do  niego  szorstkim  tonem.  Ważne  jest  tylko,  że  tego 
właśnie dnia porucznik był rozdrażniony. Marynarz wraz z towarzyszami klarował 
liny przedniego masztu. 
A  teraz  weźcie  pod  uwagę,  że  służył  na  morzu  ponad  czterdzieści  lat,  że  dostał 
trzy  paski  za  dobrą  służbę  i  krzyż  Wiktorii  za  waleczność,  a  więc  nie  mógł  być 
takim  znowu  najgorszym  marynarzem.  Porucznik  był  rozdrażniony;  porucznik 
rzucił  mu  w  twarz  wyzwisko,  hm...  niezbyt  pochlebne  wyzwisko.  Dotyczyło  ono 
matki marynarza. Kiedy byłem mały, mieliśmy nasz chłopięcy kodeks honorowy, 
który  głosił,  że  będziemy  walczyli  do  upadłego  z  każdym,  kto  ośmieliłby  się 
obrazić  w  ten  sposób  nasze  matki;  a  w  mojej  części  świata  niejeden  mężczyzna 
zapłacił życiem za rzucenie tego przezwiska w twarz innemu mężczyźnie. 
Tak czy inaczej, porucznik obrzucił marynarza tym właśnie wyzwiskiem. Tak się 
złożyło, że w tej chwili marynarz trzymał żelazny lewar czy sztabę. Nie namyślając 
się wiele zdzielił nim porucznika w głowę, a siła uderzenia zwaliła tamtego z nóg i 
wyrzuciła za burtę. 
Co działo się potem, opowiem własnymi słowami starca: 
-  Zrozumiałem,  co  zrobiłem.  Znałem  regulamin,  więc  powiedziałem  sobie  w 
duchu:  „Jack,  mój  chłopcze,  wpadłeś.  Już  się  nie  wykaraskasz”.  I  skoczyłem  za 
nim utopić nas obu. I zrobiłbym to, jak mi Bóg miły, tylko że akurat zbliżyła się 
szalupa  statku  admiralskiego.  Wypłynęliśmy  na  powierzchnię,  ja  trzymam  go  i 
walę z całej siły pięściami. Tym ostatecznie sobie dogodziłem. Gdybym go nie bił, 
mógłbym łatwo zełgać, że opamiętawszy się skoczyłem mu na ratunek. 
Potem  przyszedł  sąd  wojenny,  czy  jak  się  tam  zwie  rozprawa  sądowa  na  morzu. 
Słowo po słowie starzec powtórzył wiernie treść wyroku - widać było, że wyrył mu 
się  w  pamięci,  powtarzany  z  goryczą  niezliczoną  ilość  razy.  I  tak  oto  w  imię 
dyscypliny  i  szacunku  dla  oficerów,  którzy  nie  zawsze  są  dżentelmenami, 
ukarano człowieka winnego odruchu odwagi. Zdegradowano go do rangi zwykłego 
szeregowca;  pozbawiono  należnego  udziału  w  nagrodach  za  zdobycie  statków 
nieprzyjacielskich;  odebrano  prawa  emerytalne;  zażądano  złożenia  krzyża 
Wiktorii; zwolniono ze służby w marynarce z dobrym zaświadczeniem (było to jego 
pierwsze wykroczenie); skazano na pięćdziesiąt batów i dwa lata więzienia. 
-  Żałuję,  że  nie  poszedłem  wtedy  na  dno,  Bóg  mi  świadkiem,  żałuję  -  dodał  na 
zakończenie, w chwili gdy kolejka ruszyła naprzód i przeszliśmy za róg budynku. 
Dojrzałem wreszcie drzwi, przez które grupkami wpuszczano nędzarzy do środka. 
I dopiero tutaj dowiedziałem się zdumiewającej rzeczy: choć to środa, żaden z nas 
nie zostanie zwolniony przed piątkiem. Ponadto - biada wam, palacze - nie wolno 

background image

wnieść  do  gmachu ani  szczypty  tytoniu.  Należy  go  oddać  przy  wejściu.  Podobno 
czasem tytoń zwracano, a czasem niszczono. 
Stary  wilk  morski  pouczył  mnie,  jak  postąpić.  Otworzył  kapciuch  i  wysypał 
żałosną  zawartość  na  kawałek  papieru,  po  czym  ciasno  i  płasko  zawinięta 
paczuszka  powędrowała  pod  skarpetkę  i  do  buta.  Do  buta  powędrował  również 
mój  zapas  tytoniu,  ukryty  w  skarpetce,  bo  czterdzieści  godzin  bez  palenia  jest 
męką, którą zrozumie każdy palacz. 
Kolejka  posuwała  się,  a  my  powoli,  bezustannie  podchodziliśmy  do  furtki. 
Staliśmy właśnie na wpuszczonej w chodnik żelaznej kracie i gdy ukazała się pod 
nią twarz jakiegoś mężczyzny, stary żeglarz zawołał: 
- Ilu jeszcze wpuszczą? 
- Dwudziestu czterech. 
Spojrzeliśmy  przed  siebie  zaniepokojeni  i  porachowaliśmy  szybko  kandydatów. 
Było  ich  trzydziestu  czterech.  Na  otaczających  mnie  twarzach  odmalowało  się 
rozczarowanie  i  konsternacja.  Gdy  ktoś  jest  głodny  i  bez  grosza  przy  duszy, 
perspektywa  nocy  spędzonej  na  ulicach  nie  należy  do  najprzyjemniejszych.  A 
jednak łudziliśmy się nadzieją na cud, aż wreszcie, kiedy już tylko dziesięciu stało 
przed furtką, odźwierny rozwiał nasze złudzenia. 
- Nie ma miejsc - powiedział zatrzaskując drzwi. 
Z  chyżością,  o  jaką  trudno  byłoby  podejrzewać  osiemdziesięciosiedmioletniego 
starca,  marynarz  puścił  się  w  rozpaczliwą  pogoń  za  innym  schronieniem.  A  ja, 
wraz  z  dwoma  mężczyznami,  doświadczonymi  w  sprawach  domów  noclegowych, 
zastanawiałem się, dokąd pójść teraz. Ich wybór padł na odległy o trzy mile dom 
noclegowy Poplar, ruszyliśmy więc w drogę. 
Gdy skręcaliśmy za róg, jeden z nich powiedział:  
- Mogłem się tu dzisiaj dostać. Przechodziłem tędy o pierwszej i kolejka zaczynała 
się  dopiero  ustawiać  -  ot,  same  pupilki.  Przecież  oni  noc  w  noc  wpuszczają  do 
środka tych samych. 
Nie  obawa  śmierci,  nawet  nie  obawa  śmierci  głodowej  czyni  człowieka 
nieszczęśliwym. 
Mało to ludu umierało! Wszyscy musimy umrzeć! 
 
 
ROZDZIAŁ VIII 
WOŹNICA I STOLARZ 
 
Nieszczęśliwym  czyni  człowieka  to,  że  jest  zmuszony  cierpieć  nędzę,  sam  nie 
wiedząc dlaczego, i pracować w pocie czoła, nie otrzymując za to żadnych dóbr; i 
to, że jest znużony, samotny, oderwany od innych ludzi, i otoczony powszechnym 
odrzuceniem. 
Woźnicę,  z  jego  regularnymi  rysami  twarzy  wydatną  brodą  i  wygoloną  górną 
wargą,  mógłbym  w  Stanach  Zjednoczonych  wziąć  równie  dobrze  za  majstra,  jak 
za zamożnego farmera. Natomiast stolarza - hm... Stolarza wziąłbym po prostu za 
stolarza. Wyglądał na to, czym był, chudy, żylasty, o bystrych, uważnych oczach i 
dłoniach  zniekształconych  od  trzymania  narzędzi  przez  czterdzieści  siedem  lat 
pracy  w  rzemiośle.  Przekleństwem  tych  ludzi  była  starość  oraz  to,  że  dzieci  ich 
powymierały  zamiast  dorosnąć  i  zaopiekować  się  rodzicami  na  stare  lata.  Wiek 
zrobił swoje, a z rzemiosła wyparli ich silniejsi i młodsi. 

background image

Ci  dwaj  mężczyźni,  odprawieni  z  kwitkiem  od  drzwi  domu  noclegowego 
Whitechapel,  szli  teraz  ze  mną  do  domu  noclegowego  Poplar.  Widoki  mieliśmy, 
ich  zdaniem,  niewielkie,  ale  była  to  nasza  ostatnia  szansa.  Mieliśmy  do  wyboru 
albo Poplar, albo noc spędzoną na ulicach. Obaj marzyli o łóżku, bo byli, jak to 
sami określali, zmordowani na śmierć. 
Pięćdziesięcioośmioletni woźnica spędził trzy ostatnie noce bez dachu nad głową i 
bez snu, a sześćdziesięciopięcioletni stolarz przebył pod gołym niebem pięć nocy. 
Ale,  o  drodzy  ludzie  żyjący  w  dostatkach,  wy,  których  ciała  są  jędrne  i  krwiste, 
którzy  wiecie,  że  co  noc  czekają  na  was  czyste  łóżka  w  przewiewnych  pokojach, 
jakże  wam  wytłumaczę,  czym  jest  męka  jednej  nocy  spędzonej  na  ulicach 
Londynu? Wierzcie, wydawałoby się wam, że tysiąc wieków upływa, zanim niebo 
zaróżowi się świtem; drżelibyście z zimna i płakalibyście na głos z bólu w każdym 
udręczonym  mięśniu;  i  dziwilibyście  się,  że  możecie  przeżyć  tak  wiele. 
Położylibyście  się  na  ławce  i  zamknęli  zmęczone  powieki,  a  policjant  -  bądźcie 
tego pewni - zbudziłby was burkliwym:  
- Ruszaj stąd!  
Na ławce wolno odpocząć, ale ławek jest niewiele i stoją daleko od siebie; gdyby 
jednak ten odpoczynek miał przemienić się w sen, musielibyście iść dalej i wlec 
zmęczone  ciało  przez  nie  kończące  się  ulice.  Gdybyście,  wiedzeni  chytrością 
zrodzoną  z  rozpaczy,  poszukali  jakiejś  odludnej  alejki  lub  ciemnego  zaułka  i 
położyli się na ziemi, i stamtąd przepędziłby was wszechobecny policjant. Należy 
to do jego obowiązków. Takie jest bowiem prawo ustanowione przez siły rządzące 
światem. 
A  gdy  wreszcie  nastałby  świt  i  rozproszył  koszmar  nocy,  pośpieszylibyście  do 
domu  odpocząć  i  do  końca  życia  opowiadalibyście  wasze  przygody  grupkom 
pełnych  podziwu  przyjaciół.  Rozrosłyby  się  one  do  rozmiaru  epopei.  Krótka 
ośmiogodzinna noc stałaby się odyseją, a wy Homerami. 
Inaczej jednak działo się z bezdomnymi, którzy szli ze mną do domu noclegowego 
Poplar. Tej nocy jest ich w Londynie trzydzieści pięć tysięcy - mężczyzn i kobiet. 
Proszę  was,  zapomnijcie  o  tym,  gdy  wieczorem  położycie  się  do  łóżek;  bo  jeżeli 
serca wasze są tak tkliwe, jak być powinny, będziecie może spali mniej smacznie. 
Kiedy  bowiem  starzy,  sześćdziesięcio-,  siedemdziesięcio-  i  osiemdziesięcioletni 
ludzie,  niedożywieni,  chudzi  i  bezkrwiści,  nie  pokrzepieni  snem  witają  świt,  gdy 
chwiejąc  się  na  nogach  rozpoczynają  szaleńczą  dzienną  gonitwę  za  skórkami 
chleba i drżą przed groźbą zbliżającej się znowu bezlitosnej nocy, i żyją tak przez 
pięć  dni...  O  drodzy  ludzie  łagodnego  serca,  wy,  których  jędrne  ciała  pulsują 
krwią, jakże wam to wytłumaczę? 
Szedłem  Mile  End  Road  między  woźnicą  i  stolarzem.  Mile  End  Road  jest  to 
szeroka  arteria  przecinająca  serce  wschodniego  Londynu,  a  o  tej  porze  dnia 
tłoczyły się na niej dziesiątki tysięcy ludzi. Podkreślam to, abyście mogli pojąć w 
pełni znaczenie tego, o czym będę mówił za chwilę. Jak już wspomniałem, szliśmy 
we trzech i gdy ich zalewała fala goryczy i przeklinali swój kraj, ja przeklinałem z 
nimi  -  tak  jak  tylko  mógł  przeklinać  amerykański  zabijaka,  który  osiadł  na 
mieliźnie  w  dziwnym  i  przerażającym  kraju.  Udało  mi  się  w  nich  wmówić,  że 
jestem marynarzem, który przehulał pieniądze, przepił ubranie (rzecz bynajmniej 
nie rzadka u majtków na lądzie) i będąc chwilowo bez grosza przy duszy, rozgląda 
się  za  następnym  statkiem.  To  tłumaczyło  moją  nieznajomość  obyczajów 
angielskich  w  ogólności  i  obyczajów  domów  noclegowych  w  szczególności  oraz 
moje zainteresowanie tymi drugimi. 

background image

Woźnica z trudem tylko dotrzymywał nam kroku (powiedział, że od rana nie miał 
nic  w  ustach),  ale  stolarz,  wychudły  i  wygłodniały,  w  burym,  obszarpanym 
płaszczu,  powiewającym  żałobnie  na  wietrze,  parł  naprzód  długim  i 
niestrudzonym  krokiem,  podobnym  bardzo  do  ruchów  wilka  pustynnego  lub 
kojota. W czasie marszu i rozmowy obaj nie spuszczali wzroku z płyt chodnika i 
co  chwila  któryś  pochylał  się  i  podnosił  coś  z  ziemi,  nie  zwalniając  kroku. 
Przypuszczałem,  że  zbierają  niedopałki  papierosów  i  cygar  i  początkowo  nie 
zwracałem na to uwagi. Nagle jednak zrozumiałem, czego szukają. 
Z  oślizłych,  pokrytych  plwocinami  chodników  podnosili  i  zjadali  kawałki  skórek 
pomarańczowych,  łupinki  jabłek,  łodyżki  winogron.  Miażdżyli  w  zębach  pestki 
renklod i połykali jądra. Zbierali okruchy chleba wielkości grochu, ogryzki jabłek 
tak czarne i brudne, że trudno się było domyślić, co to takiego, brali to wszystko 
do  ust,  żuli  i  przełykali.  A  działo  się  to  pomiędzy  godziną  szóstą  a  siódmą 
wieczorem  dnia  dwudziestego  sierpnia  roku  pańskiego  1902,  w  sercu 
największego,  najbogatszego  i  najpotężniejszego  imperium,  jakie  kiedykolwiek 
widział świat. 
Obaj mężczyźni mówili. Nie byli głupi, byli tylko starzy. A że kiszki buntowały im 
się  przeciwko  odpadkom  z  chodników,  mówili  naturalnie  o  krwawej  rewolucji. 
Mówili  jak  anarchiści,  jak  fanatycy,  jak  szaleńcy.  I  któż  może  ich  za  to  ganić? 
Mimo że tego dnia zjadłem trzy dobre posiłki i miałem wygodne łóżko, do którego 
mogłem położyć się każdej chwili, mimo całej mojej filozofii społecznej i wiary w 
powolną  ewolucję  i  przemianę  -  mimo  to  wszystko,  jeszcze  raz  podkreślam, 
czułem,  że  muszę  albo  wtórować  ich  nonsensom,  albo  trzymać  język  za  zębami. 
Biedni głupcy! Nie tacy jak oni rodzą rewolucję! A gdy umrą i obrócą się w proch, 
co  wkrótce  nastąpi,  inni  głupcy  będą  mówili  o  krwawej  rewolucji  zbierając 
odpadki z zaplutych chodników Mile End Road po drodze do domu noclegowego 
Poplar. 
Jako obcokrajowiec i człowiek młody, usłyszałem od woźnicy i stolarza wiele rad i 
objaśnień.  Nawiasem  mówiąc,  ich  rada  była  krótka  i  treściwa:  powinienem  jak 
najprędzej uciekać z tego kraju.  
- Ucieknę tak szybko, jak tylko Bóg pozwoli - zapewniłem ich. - Rozwinę skrzydła 
i pomknę tak wysoko, że aż dym zasłoni szlak mojego odlotu. 
Odczuli raczej, niż zrozumieli siłę przenośni i z uznaniem kiwali głowami. 
-  Bo  faktycznie  robią  z  człowieka  zbrodniarza  wbrew  jego  woli  -  odezwał  się 
stolarz. - Niech pan spojrzy na mnie. Jestem stary, młodsi zajęli moje miejsce, na 
moim  ubraniu  łata  przybywa  na  łacie  i  co  dzień  trudniej  mi  o  pracę.  Łóżka 
szukam w domu noclegowym. Muszę być tam o drugiej albo trzeciej po południu, 
bo  się  inaczej  nie  dostanę.  Widział  pan,  co  się  tam  dzisiaj  działo.  Jakie  mam 
wobec  tego  widoki  znalezienia  pracy?  Przypuśćmy,  że  dostanę  się  do  domu 
noclegowego.  Będą  mnie  tam  trzymali  jutro  i  wypuszczą  pojutrze  rano.  A  co 
wtedy?  Prawo  głosi,  że  tej  nocy  nie  wolno  mi  iść  do  innego  domu  noclegowego, 
chyba  że  jest  odległy  najmniej  o  dziesięć  mil  od  poprzedniego.  Będę  się  musiał 
mocno  uwijać,  żeby  zdążyć  na  czas.  Jakie  mam  wobec  tego  widoki  znalezienia 
pracy?  Powiedzmy,  że  nie  pójdę  do  domu  noclegowego.  Powiedzmy,  że  zacznę 
rozglądać  się  za  pracą.  Zanim  coś  znajdę,  znowu  będzie  noc,  ale  nie  będzie 
noclegu.  Noc  bez  snu,  rano  nic  do  gęby,  jakże  mam  szukać  roboty?  Muszę 
przespać  się  jakoś  w  parku  -  obraz  spod  kościoła  Chrystusa  w  Spitalfields  wrył 
mi się głęboko w pamięć - i znaleźć coś do jedzenia. Toteż niech pan spojrzy na 
mnie. Jestem stary, w nędzy i bez widoków na przyszłość. 

background image

-  Dawniej  były  tu  rogatki  -  odezwał  się  woźnica.  -  Niejeden  raz  płaciłem  myto, 
kiedy woziłem towary. 
- W ciągu dwóch dni zjadłem trzy bułki po pół pensa sztuka - oświadczył stolarz 
po  dłuższej  przerwie.  -  Dwie  zjadłem  wczoraj,  a  trzecią  dzisiaj  -  dodał  po 
następnej długiej przerwie. 
- Ja od rana nie miałem nic w gębie  - powiedział woźnica. - Ale też ledwo zipię. 
Najgorszy ten ból w nogach. 
- Chleb, który dadzą panu w „cyrku”, jest tak twardy, że nie da mu pan rady bez 
kwarty  wody  -  zwrócił  się  do  mnie  stolarz.  A  gdy  spytałem,  co  rozumie  przez 
„cyrk”, odpowiedział: - Dom noclegowy. To taka gwara, wie pan. 
Byłem  zdziwiony,  że  stolarz  ma  w  swoim  zapasie  słów  określenie  „gwara”  -  w 
zapasie  słów,  który  jak  stwierdziłem,  zanim  rozstaliśmy  się,  bynajmniej  nie  był 
skąpy. 
Spytałem,  jakiego  wiktu  możemy  się  spodziewać,  jeśli  wpuszczą  nas  do  domu 
noclegowego  Poplar,  na  co  obaj  udzielili  wyczerpującej  odpowiedzi.  Po  wejściu 
czeka mnie zimna kąpiel, a na kolację sześć uncji chleba i „trzy miarki polewki”. 
„Trzy  miarki”  znaczy  trzy  kwaterki,  a  „polewka”  jest  wodnistą  cieczą,  która 
powstaje z rozmieszania trzech kwart płatków owsianych w trzech i pół wiadrach 
gorącej wody. 
- A ponadto mleko, cukier i srebrna łyżka, prawda? - spytałem. 
- A jakże! Dostaniesz pan najwyżej sól, a widziałem już domy, w których nie dają 
łyżek. Podnosisz miskę i wlewasz zupę do gardła. Ot, jak sobie radzisz. 
- W Hackney dają dobrą polewkę - odezwał się woźnica. 
- Och, wspaniałą - pochwalił stolarz i spojrzeli na siebie wymownie. 
-  A  u  św.  Jerzego  sama  woda  z  mąką  -  dorzucił  woźnica.  Stolarz  kiwnął  głową. 
Znał smak wszystkich tych polewek. 
- A co dalej? - spytałem. 
Dowiedziałem się, że następnie poślą mnie prosto do łóżka.  
- Budzą cię o pół do szóstej rano, wstajesz i idziesz pod kran - jeżeli dadzą mydło. 
A  potem  śniadanie,  takie  samo  jak  kolacja  -  trzy  miarki  polewki  i  sześć  uncji 
chleba. 
- Nie zawsze dają sześć uncji - sprostował woźnica. 
- To prawda, nie zawsze. A często chleb bywa taki kwaśny, że ledwie przechodzi 
przez  gardło.  Początkowo  nie  mogłem  jeść  ani  polewki,  ani  chleba,  ale  teraz 
zjadłbym za siebie i za kogoś drugiego. 
-  A  ja  zjadłbym  za  trzech  -  powiedział  woźnica.  -  Od  rana  nie  miałem  nic  w 
ustach. 
- A potem? 
-  Potem  musisz  odrobić  swoją  pracę  -  każą  ci  skubać  cztery  funty  pakuł  albo 
czyścić i szorować, albo tłuc kamienie - dziesięć, do jedenastu cetnarów. Mnie nie 
każą  tłuc  kamieni.  Przekroczyłem  już  sześćdziesiątkę,  rozumie  pan.  Ale  panu 
każą. Jesteś pan silny i młody. 
- Czego bardzo nie lubię - zrzędził woźnica - to kiedy zamkną mnie w izbie i każą 
drzeć pakuły. Za bardzo przypomina mi to więzienie. 
-  A  powiedzmy,  że  wyśpię  się,  ale  nie  zechcę  drzeć  pakuł  ani  tłuc  kamieni,  ani 
robić nic innego - spytałem. 
-  Nie  ma  obawy,  prędko  wybiją  panu  takie  głupstwa  z  głowy.  Zmuszą  pana  - 
odpowiedział stolarz. - Nie radziłbym nawet próbować, mój chłopcze. 

background image

-  Potem  dają  obiad  -  podjął.  -  Osiem  uncji  chleba,  półtorej  uncji  sera  i  zimna 
woda. Kiedy skończysz pracę, dostaniesz kolację - taką jak przedtem: trzy miarki 
polewki  i  sześć  uncji  chleba.  I  do  łóżka  o  szóstej  wieczór,  a  następnego  dnia 
puszczają cię wolno, pod warunkiem, że skończyłeś pracę. 
Dawno  już  opuściliśmy  Mile  End  Road  i  przebrnąwszy  przez  ponurą  plątaninę 
wąskich i krętych uliczek dotarliśmy do domu noclegowego Poplar. 
Na niskim kamiennym murku rozłożyliśmy chustki do nosa i każdy zawinął w nie 
wszystkie  swoje  dobra  doczesne  -  z  wyjątkiem  odrobiny  tytoniu,  która 
powędrowała  do  buta.  Gdy  już  ostatnie  promienie  światła  znikały  z  posępnego 
nieba  i  powiał  zimny,  przenikliwy  wiatr,  stanęliśmy  z  żałosnymi  zawiniątkami w 
rękach przed furtą domu noclegowego. 
Zbliżyły  się  do  nas  trzy  robotnice.  Jedna  rzuciła  mi  współczujące  spojrzenie; 
patrzyłem za nią i widziałem, że obejrzała się jeszcze z tym samym współczuciem 
w oczach. Na mych towarzyszy nie zwróciła uwagi. Mój Boże, współczuła mi, choć 
byłem młody, silny i zdrowy, ale nie miała litości dla tych dwóch starców, którzy 
stali  przy  mnie.  Była  młodą  kobietą,  a  ja  byłem  młodym  mężczyzną  i  jej  litość 
zrodziła  się  z  niejasnych  pobudek  płciowych,  co  obniżało  wartość  tego  uczucia. 
Litość  dla  ludzi  starych  jest  uczuciem  altruistycznym,  a  zresztą  furta  domu 
noclegowego to odpowiednie miejsce dla starców. 
Nie  okazała  więc  litości  im,  tylko  mnie,  który  zasługiwałem  na  nią  mniej  albo 
raczej  wcale.  W  Londynie  siwe  włosy  nie  schodzą  do  grobu  z  należytymi 
honorami. 
Po  jednej  stronie  furty  wisiała  rączka  zwykłego  dzwonka,  a  po  drugiej  widniał 
guzik dzwonka elektrycznego. 
- Niech pan zadzwoni - zwrócił się do mnie woźnica. 
I  tak  jak  byłbym  to  zrobił  przed  każdymi  drzwiami,  pociągnąłem  za  rączkę 
dzwonka. 
-  Och,  och!  -  wrzasnęli  zgodnym  chórem  przerażonych  głosów.  -  Nie  tak 
gwałtownie! 
Puściłem rączkę, a oni spojrzeli na mnie z wyrzutem, jak gdybym zmniejszył ich 
szansę na nocleg i trzy miarki wodnistej polewki. Nie zjawił się nikt. 
Na szczęście nie był to ten dzwonek. Odetchnąłem z ulgą. 
- Niech pan naciśnie guzik - tym razem ja zwróciłem się do stolarza. 
- Nie, nie, odczekajmy chwilę - przerwał pośpiesznie woźnica. 
Z  ich  zachowania  wyciągnąłem  wniosek,  że  odźwierny  domu  noclegowego,  który 
zarabia  przeciętnie  od  siedmiu  do  dziewięciu  funtów  rocznie,  jest  bardzo 
kapryśną i bardzo ważną osobistością i że żadna czołobitność nie mogłaby być dla 
niego zbyt wielka - oczywiście ze strony nędzarzy. 
Wobec  tego  czekaliśmy  -  naturalnie  dziesięć  razy  dłużej,  niż  wymagały  tego 
względy  przyzwoitości,  aż  wreszcie  woźnica  wyciągnął  nieśmiało  i  jakby 
ukradkiem  palec  wskazujący,  zbliżył  go  do  dzwonka  i  możliwie  najdelikatniej 
nacisnął  guzik.  Widziałem  ludzi  zamarłych  w  oczekiwaniu,  gdy  w  grę  wchodziło 
życie  lub  śmierć;  ale  nawet  na  ich  twarzach  nie  dostrzegłem  takiej  męki 
niepewności, jak na twarzach tych dwóch starców oczekujących odźwiernego. 
Przyszedł. Ledwie raczył na nas spojrzeć.  
- Nie ma miejsc - powiedział i zatrzasnął drzwi. 
- Jeszcze jedna noc - jęknął stolarz. 

background image

W mdłym świetle twarz woźnicy była szara i wynędzniała. Przypadkowa jałmużna 
jest  grzechem,  twierdzą  zawodowi  filantropi.  Hm...  ja  jednak  postanowiłem 
zgrzeszyć. 
- Nie mamy na co czekać; niech pan wyciągnie nóż i idzie ze mną - zwróciłem się 
do woźnicy. 
Wytrzeszczył  przerażone  oczy  i  usiłował  się  cofnąć.  Wziął  mnie  prawdopodobnie 
za  nowego  Kubę  Rozpruwacza  o  specjalnej  inklinacji  do  podstarzałych  nędzarzy 
lub  pomyślał,  że  chcę  go  nakłonić  do  jakiejś  zbrodni.  Tak,  czy  owak,  zląkł  się 
wyraźnie. 
Pamiętacie  pewno,  że  w  ciepłą  półkoszulkę  wszyłem  tuż  pod  pachą  złotego 
suwerena. 
Schowałem go na czarną godzinę i teraz po raz pierwszy musiałem zrobić z niego 
użytek. 
Pomoc  woźnicy  zapewniłem  sobie  dopiero  wtedy,  gdy  wykonawszy  kilka 
akrobatycznych  ruchów  człowieka-gumy  pokazałem  mu  wszytą  w  odzież  twardą 
monetę.  Ale  mimo  to  ręce  drżały  mu  tak  gwałtownie,  że  bałem  się,  aby  zamiast 
szwów nie rozpruł mi skóry, i odebrawszy mu nóż rozciąłem szwy własnoręcznie. 
Błysnął złoty krążek - fortuna w ich zgłodniałych oczach. Ruszyliśmy kłusem do 
najbliższej jadłodajni. 
Musiałem im oczywiście wyjaśnić, że jestem jedynie badaczem, studentem nauk 
społecznych,  pragnącym  przekonać  się,  jak  żyje  druga  połowa  ludzkości.  I 
natychmiast  zamknęli  się  w  sobie  jak  ślimaki.  Przestałem  być  jednym  z  nich; 
zmienił  się  mój  sposób  mówienia,  ton  mojego  głosu  zabrzmiał  obco,  słowem, 
stałem  się  nagle  istotą  nadrzędną,  a  oni  uświadamiali  sobie  doskonałe  swoją 
przynależność klasową. 
- Co zjecie? - spytałem, gdy nadszedł kelner. 
- Dwie kromki i filiżankę herbaty - powiedział potulnie woźnica. 
- Dwie kromki i filiżankę herbaty - zawtórował mu potulnym echem stolarz. 
Poświęćcie  mi  chwilę  uwagi  i  zastanówcie  się  nad  sytuacją.  Miałem  przed  sobą 
dwóch  mężczyzn,  których  zaprosiłem  do  jadłodajni.  Widzieli  mojego  złotego 
suwerena i domyślali się, że nie jestem nędzarzem. Jeden zjadł tego dnia bułkę za 
pół  pensa,  drugi  nie  jadł  nic.  A  poprosili  o  „dwie  kromki  i  filiżankę  herbaty”! 
Zamówili  dania  po  dwa  pensy  od  osoby.  Nawiasem  mówiąc,  określenie  „dwie 
kromki” oznacza dwa kawałki chleba z masłem. 
Była to ta sama poniżająca pokora, która cechowała ich stosunek do odźwiernego 
z  przytułku  dla  nędzarzy.  Ja  jednak  nie  zamierzałem  jej  tolerować.  Stopniowo, 
krok po kroku, powiększałem ich zamówienia - jajka, płatki boczku, nowa porcja 
jajek, nowa porcja boczku, nowa porcja herbaty, nowa porcja chleba z masłem i 
tak dalej, i dalej, a oni przez cały czas zapewniali mnie z tęsknym spojrzeniem, że 
nie zdołają już zjeść więcej - i pochłaniali żarłocznie potrawy, gdy tylko zjawiły się 
na stole. 
- Moja pierwsza od dwóch tygodni filiżanka herbaty - powiedział woźnica. 
- Wspaniała herbata - dodał stolarz. 
Wypili obaj po dwie kwarty, a zapewniam was, że, były to pomyje. Przypominały 
herbatę w mniejszym stopniu niż podłe piwo szampana. Nie, była to zwykła lura i 
w ogóle nie miała nic wspólnego z herbatą. 
Gdy minął pierwszy wstrząs, ciekawie przedstawiały się dla  obserwatora zmiany 
dokonane  w  nich  pod  wpływem  jedzenia.  Najpierw  wpadli  obaj  w  melancholię  i 
zaczęli wspominać rozmaite chwile, w których rozważali myśl o samobójstwie. Nie 

background image

dawniej niż przed tygodniem  woźnica stał na moście, spoglądał w wodę i dumał 
nad  tym  zagadnieniem.  Woda,  zaperzył  się  stolarz,  to  kiepska  ucieczka.  Na 
przykład  on,  wiedział  o  tym,  nie  poddałby  się  bez  walki.  Kulka  jest 
„poręczniejsza”, ale jakim cudem zdobyć rewolwer? W tym sęk. 
Rozpogodzili  się  nieco,  gdy  rozgrzała  ich  herbata,  i  rozgadali  o  sobie.  Woźnica 
pochował żonę i dzieci, z wyjątkiem jednego syna, który dorósł wieku męskiego i 
pomagał  mu  w  pracy.  A  potem  stało  się  nieszczęście.  Syn,  trzydziestoletni 
mężczyzna, umarł na ospę. 
Ledwie  ojciec  zdążył  go  pochować,  a  już  sam  zachorował  i  poszedł  na  trzy 
miesiące  do  szpitala.  To  był  jego  koniec.  Opuścił  szpital  słaby,  wyczerpany,  nie 
miał  już  oparcia  w  młodym,  silnym  synu,  jego  maleńki  interes  przewozowy 
podupadł,  kieszeń  świeciła  pustkami.  Przyszło  nieszczęście  i  gra  się  skończyła. 
Starzec  nie  miał  żadnych  widoków  na  rozpoczęcie  życia  od  nowa.  Wszyscy  jego 
przyjaciele  byli  biedni  i  nie  mogli  mu  pomóc.  Starał  się  o  pracę,  gdy  ustawiano 
trybuny do pierwszej parady koronacyjnej.  
Ale obrzydły mi te ciągłe odpowiedzi: „Nie! Nie! Nie!”.  
- W nocy, gdy próbowałem zasnąć, dzwoniło mi ciągle w uszach: „Nie! Nie! Nie!”.  
Nie  dalej  jak  przed  tygodniem  zgłosił  się  do  pracy  w  Hackney  odpowiadając  na 
ogłoszenie, ale gdy podał swój wiek, powiedziano: 
- Och, za stary, o wiele za stary! 
Stolarz urodził się w armii, w której jego ojciec służył przez dwadzieścia dwa lata. 
Śladem  ojca  dwaj  bracia  zaciągnęli  się  do  wojska;  jeden,  starszy  sierżant 
Siódmego Pułku Huzarów, umarł w Indiach po buncie, drugi po dziewięciu latach 
służby  na  Wschodzie  pod  komendą  Robertsa  zginął  w  Egipcie.  Stolarz  nie 
zaciągnął się do armii, dlatego wciąż jeszcze chodził po ziemi. 
- Niech pan da rękę - powiedział rozchylając brzegi obszarpanej koszuli. - Nadaję 
się  już  tylko  do  prosektorium,  do  niczego  więcej.  Niknę  w  oczach,  proszę  pana, 
dosłownie niknę w oczach z braku pożywienia. Niech pan dotknie moich żeber, to 
się pan przekona. 
Wsunąłem  rękę  pod  koszulę.  Skóra  jak  pergamin  opinała  jego  kości;  odniosłem 
wrażenie, że przejeżdżam dłonią po tarze. 
-  Przeżyłem  siedem  lat  szczęśliwych  -  zwierzał  się.  -  Miałem  dobrą  żonę  i  trzy 
śliczne  dziewuszki.  Ale  umarły  wszystkie.  Szkarlatyna  zabrała  maleństwa  w 
przeciągu dwóch tygodni. 
-  Po  tym,  poroszę  pana  -  odezwał  się  woźnica  wskazując  ręką  zastawę  stołu  i 
pragnąc  skierować  rozmowę  na  nieco  weselsze  tory  -  po  tym  -  powtórzył  –  nie 
przełknę śniadania w domu noclegowym. 
-  Ani  ja  -  zawtórował  stolarz  i  zagłębili  się  w  dyskusję  na  temat  rozkoszy 
podniebienia  i  smakowitych  potraw,  którymi  w  dawnych  czasach  raczyły  ich 
żony. 
- Przetrwałem kiedyś trzy dni bez kęsa w ustach - oznajmił woźnica. 
- A ja pięć - dodał jego towarzysz zasępiając się na samo wspomnienie. - Pięć dni 
pod  rząd  o  pustym  żołądku,  tylko  o  skrawku  skórki  pomarańczy,  ale  natura 
zbuntowała się, proszę pana, i o mało co nie umarłem. Czasem, kiedy chodziłem 
w  nocy  po  ulicach,  chwytała  mnie  taka  rozpacz,  że  mówiłem  sobie:  wóz  albo 
przewóz. Wie pan, co miałem na myśli? Chciałem popełnić jakąś wielką kradzież. 
A  jak  nadchodził  ranek,  tak  byłem  słaby  z  zimna  i  głodu,  że  nie  potrafiłbym 
skrzywdzić muchy. 

background image

Gdy  ich  wycieńczone  ciała  rozgrzały  się  pod  wpływem  jedzenia,  zbudziła  się  w 
nich  chełpliwość  i  zaczęli  rozprawiać  o  polityce.  Mogę  jedynie  stwierdzić,  że  ich 
wypowiedzi  na  temat  polityki  nie  tylko  nie  były  głupsze  od  wypowiedzi 
przeciętnego przedstawiciela klasy średniej, ale często mądrzejsze od wypowiedzi 
niektórych przedstawicieli tej klasy. 
Natomiast  zdumiewała  mnie  ich  znajomość  geografii  i  zasób  wiedzy  o  świecie  i 
krajach  oraz  minionej  i  współczesnej  historii.  Jak  już  mówiłem,  nie  byli  oni 
głupcami. Byli jedynie starzy, a dzieci zawiodły ich, nie dorosły i nie zapewniły im 
ciepłego miejsca przy kominie. 
Muszę opisać jeszcze jedno drobne wydarzenie, które zaszło, gdy żegnałem ich na 
rogu  ulicy,  rozradowanych  myślą  o  paru  szylingach  spoczywających  na  dnie 
kieszeni  i  perspektywą  nocy  spędzonej  w  łóżku.  Zapaliłem  papierosa  i  miałem 
właśnie  odrzucić  płonącą  zapałkę,  gdy  woźnica  sięgnął  po  nią.  Podałem  mu 
pudełko, ale powiedział:  
- Nie, dziękuję panu, nie chciałbym marnować tej zapałki.  
Zapalił  papierosa,  którym  go  przedtem  poczęstowałem,  a  tymczasem  stolarz, 
chcąc skorzystać z tej samej zapałki, pośpiesznie nabił fajkę. 
- Nie należy marnować niczego - powiedział. 
-  Tak  -  przyznałem.  Myślałem  jednak  o  przypominających  tarę  żebrach,  po 
których przeciągnąłem ręką. 
 
 
ROZDZIAŁ IX 
„CYRK” 
 
Starożytni  Spartanie  postępowali  mądrzej:  kiedy  helotów  było  już  zbyt  dużo, 

urządzali na nich obławy i zabijali kopiami. 
O  ileż  łatwiej  byłoby  organizować  takie  obławy  w  naszych  warunkach 

udoskonalonej  techniki,  w  czasach  kiedy  wynaleziono  broń  palną  i  istnieją 
regularne armie! 

Nawet  w  najgęściej  zaludnionym  kraju  można  by  w  ciągu  trzech  dni  wystrzelać 

wszystkich  zdolnych  do  pracy  biedaków,  gdyby  się  co  roku  powtarzało  tą 
operację. 

Carlyle 
 
Przede  wszystkim  muszę  przeprosić  moje  ciało,  że  naraziłem  je  na  takie 
okropności,  a  mój  żołądek,  że  go  tymi  okropnościami  nakarmiłem.  Byłem  w 
„cyrku”,  spałem  w  „cyrku”  i  jadłem  w  „cyrku”;  a  potem  uciekłem  z  „cyrku”.  Po 
dwóch  nieudanych  próbach  wdarcia  się  do  domu  noclegowego  Whitechapel 
wyruszyłem  tego  dnia  wcześnie  i  na  kilka  minut  przed  godziną  trzecią  po 
południu  zająłem  miejsce  w  żałosnej  kolejce.  Wpuszczano  do  środka  dopiero  o 
szóstej,  tak  wczesne  przyjście  jednak  zapewniło  mi  dwudziesty  numer  kolejny; 
tymczasem  rozeszła  się  wieść,  że  wpuszczą  tylko  dwadzieścia  dwie  osoby.  O 
czwartej  stało  już  trzydziestu  czterech  mężczyzn,  przy  czym  ostatni  dziesiątek 
uczepił  się  kruchej  nadziei,  że  jakimś  cudem  dostanie  się  do  środka.  Przyszło 
jeszcze  wielu,  spojrzeli  na  kolejkę  i  odeszli,  świadomi  gorzkiego  faktu,  że  „cyrk” 
będzie przepełniony. 
Początkowo rozmowa kulała, a ożywiła się dopiero wtedy, gdy mężczyzna stojący 
przede  mną  i  mężczyzna  stojący  za  mną  odkryli,  że  jednocześnie  przebywali  w 

background image

szpitalu dla chorych na ospę, choć tysiąc sześciuset pacjentów przeszkodziło im 
w  zawarciu  bliższej  znajomości.  Teraz  odrabiali  stracony  czas  roztrząsając  i 
porównując  co  ohydniejsze  objawy  choroby  z  zimną  krwią  i  w  tonie  jak 
najbardziej  rzeczowym.  Z  ich  rozmowy  dowiedziałem  się,  że  przeciętna 
śmiertelność chorych na ospę wynosi jeden do sześciu, że pierwszy z nich leżał w 
szpitalu trzy, drugi trzy i pół miesiąca oraz że „po prostu gnili w strupach”. Skóra 
na  mnie  ścierpła  i  spytałem,  jak  dawno  opuścili  szpital.  Jeden  wyszedł  przed 
dwoma,  drugi  przed  trzema  tygodniami.  Twarze  mieli  zorane  dziobami  (choć 
zapewniali się wzajemnie, że choroba nie pozostawała na nich śladu), a co więcej, 
pokazali mi na rękach i pod paznokciami jeszcze nie zaschłe strupy po ospie. Ale 
to nie wszystko. Jeden z nich zdarł na moją cześć taki strupek, po czym wprost z 
jego  ciała  rozsadnik  zarazy  powędrował  w  powietrze.  Próbowałem  skurczyć  się 
wewnątrz  ubrania,  żywiąc  jednocześnie  namiętną  choć  cichą  nadzieję,  że  strup 
nie spoczął na mnie. 
Przekonałem się, że w obu wypadkach ospa była przyczyną ich „znalezienia się za 
burtą”.  Obaj  pracowali,  gdy  powaliła  ich  choroba,  i  obaj  wyszli  ze  szpitala  bez 
pensa  przy  duszy  i  z  posępną  perspektywą  pogoni  za  pracą.  Jak  dotychczas, 
pogoń  ta  była  bezskuteczna,  a  do  „cyrku”  przyszli  na  „odpoczynek”,  po  trzech 
dobach spędzonych na ulicy. 
Okazuje  się,  że  nie  tylko  starzec  karany  jest  za  mimowolne  niedołęstwo,  ale 
również  człowiek,  który  zachoruje  lub  ulegnie  wypadkowi.  Nieco  później 
rozmawiałem z innym mężczyzną - nazywaliśmy go „Rudzielcem” - który stał na 
czele  kolejki  (co  dowodziło  niezbicie,  że  czeka  od  godziny  pierwszej).  Pracował  u 
handlarza  ryb  i  pewnego  dnia  przed  rokiem  podniósł  zbyt  ciężką  skrzynkę. 
Rezultat: „coś we mnie trzasło” - i skrzynka leżała na ziemi, a on obok skrzynki. 
W pierwszym szpitalu, do którego natychmiast go zaniesiono, lekarze stwierdzili 
rupturę,  dali  coś  na  zmniejszenie  opuchlizny,  nieco  wazeliny  do  wcierania  i  po 
czterech godzinach powiedzieli, żeby sobie poszedł. Ale po kilku godzinach znów 
się  przewrócił.  Tym  razem  powędrował  do  innego  szpitala,  gdzie  go  podleczono. 
Najważniejsze  jednak  jest  to,  że  pracodawca  nie  zrobił  nic,  absolutnie  nic  dla 
poszkodowanego przy pracy, gdy zaś ów wyszedł ze szpitala, odmówił mu nawet 
„jakiejś  lekkiej,  dorywczej  roboty”.  Rudzielec  jest  człowiekiem  straconym.  Mógł 
zarabiać  na  życie  jedynie  ciężką  pracą.  Obecnie  nie  może  jej  wykonywać  i  do 
końca  życia  musi  szukać  dachu  nad  głową  i  jedzenia  jedynie  w  „cyrku”,  kuchni 
dobroczynnej lub na ulicach. Zdarzyło się nieszczęście - i to wszystko. 
Wziął  na  plecy  zbyt  ciężki  ładunek  ryb  i  w  księgach  niebieskich  przekreślone 
zostały jego widoki na szczęśliwe życie. 
Kilku  mężczyzn  w  kolejce  było  kiedyś  w  Stanach  Zjednoczonych;  teraz  żałowali, 
że nie osiedlili się tam na stałe, i przeklinali własną głupotę, która skłoniła ich do 
wyjazdu. 
Anglia  stała  się  dla  nich  więzieniem,  więzieniem  bez  nadziei  ucieczki.  Nie  mieli 
absolutnie  żadnych  możliwości  opuszczenia  kraju.  Nie  zdołaliby  ani  uciułać 
odpowiedniej sumy na przejazd, ani też zapłacić za podróż pracą. Zbyt wielu było 
w kraju nędzarzy w takim samym położeniu. 
Wcieliłem się znowu w marynarza, który przehulał pieniądze i przepił ubranie, a 
wszyscy  ubolewali  nad  moim  losem  i  udzielali  mi  wielu  słusznych  wskazówek. 
Reasumując, ich rady brzmiały mniej więcej tak: trzymać się z daleka od miejsc w 
rodzaju  „cyrku”,  gdyż  nie  czeka  mnie  tu  nic  dobrego.  Ruszyć  natychmiast  na 
wybrzeże  i  wszelkimi  sposobami  starać  się  o  przyjęcie  na  statek.  Wziąć  się  do 

background image

pracy,  jeśli  to  możliwe,  i  uciuławszy  funta  lub  dwa  dać  łapówkę  jakiemuś 
stewardowi lub chłopcu okrętowemu, żeby umożliwił mi odpracowanie przejazdu. 
Zazdrościli  młodości  i  siły,  które  prędzej  czy  później  pozwolą  mi  wydostać  się  z 
kraju. Oni sami stracili już młodość i siły. Wiek i ciężka dola w Anglii złamały ich, 
gra się skończyła. 
Był wszakże między nimi człowiek dość jeszcze młody, który w końcu, jestem tego 
pewien,  wypłynie  na  powierzchnię.  We  wczesnej  młodości  dostał  się  do  Stanów 
Zjednoczonych i podczas czternastoletniego tam pobytu nie zdarzyło się ani razu, 
żeby pozostawał bez pracy dłużej niż dwanaście godzin. Oszczędzał, uciułał spory 
kapitalik - i wrócił do ojczyzny. Teraz stał w kolejce do „cyrku”. 
Przez  dwa  ubiegłe  lata  był  kucharzem.  Pracował  od  siódmej  rano  do  pół  do 
jedenastej  w  nocy,  w  soboty  do  pół  do  pierwszej  w  nocy  -  dziewięćdziesiąt  pięć 
godzin  tygodniowo,  za  które  otrzymywał  dwadzieścia  szylingów,  czyli  pięć 
dolarów. 
-  Ciężka  praca  do  późnej  nocy  zabijała  mnie  -  powiedział  -  więc  musiałem  ją 
rzucić.  Miałem  trochę  zaoszczędzonych  pieniędzy,  ale  wydałem  je  na  życie  i  na 
szukanie nowego zajęcia. 
Ta noc była jego pierwszą nocą w „cyrku”, przyszedł tu po to tylko, ażeby trochę 
odpocząć. 

Natychmiast 

po 

wyjściu 

stąd 

zamierzał 

puścić 

się 

studziesięciomilową pieszą wędrówkę do Bristolu, gdzie, jak sądził, zdoła się może 
dostać na statek płynący do Stanów. 
Nie  wszyscy  jednak  mężczyźni  w  kolejce  mieli  taki  zapas  sił.  Niektórzy  byli 
nieszczęsnymi,  znikczemniałymi  bestiami,  prymitywnymi  i  nie  umiejącymi  się 
wysłowić,  a  mimo  to  nie  pozbawionymi  ludzkich  uczuć.  Pamiętam,  jak  wózkarz, 
wracając  najwidoczniej  po  całodziennej  pracy  do  domu,  zatrzymał  tuż  obok  nas 
wózek  i  czekał,  aż  jego  młodociana  pociecha,  która  wybiegła  mu  naprzeciw, 
wdrapie się do środka. Wózek był jednak wysoki, a chłopczyk niziutki i wszystkie 
próby malca kończyły się niepowodzeniem. Wtedy jeden z mężczyzn o najbardziej 
spodlałym wyglądzie wystąpił z szeregu i podsadził dziecko. Zasługa i piękno tego 
uczynku  polegały  na  tym,  że  stanowił  on  akt  miłości,  nie  najmu.  Wózkarz  był 
biedny i obcy mężczyzna wiedział o tym; mężczyzna stał w kolejce przed „cyrkiem” 
a wózkarz wiedział o tym; a jednak mężczyzna oddał tę małą przysługę, za którą 
wózkarz podziękował - zrobił to zaś tak, jak zrobiłbym ja lub ktoś z was. 
Inny przebłysk piękna ujrzałem w chmielarzu i jego „starej”. Gdy żona się zjawiła, 
on  stał  już  w  ogonku  blisko  pół  godziny.  Jak  na  kobietę  swej  klasy,  „stara” 
ubrana była porządnie, na głowie miała spłowiały od słońca i deszczu czepek, a 
pod pachą tobołek owinięty w płótno. W pewnej chwili chmielarz sięgnął ręką po 
siwy  kosmyk  włosów,  który  wysunął  jej  się  spod  czepka,  skręcił  go  delikatnie  w 
palcach  i  odgarnął  pieczołowicie  za  ucho.  Można  z  tego  wyciągnąć  wiele 
rozmaitych  wniosków.  Lubił  ją  na  pewno,  skoro  dbał,  aby  wyglądała  czysto  i 
schludnie.  Był  z  niej  dumny,  choć  stali  w  kolejce  do  „cyrku”,  i  pragnął,  aby 
przedstawiała się korzystnie oczom innych nieszczęśliwców. Ale co najważniejsze, 
najcenniejsze i co stanowiło fundament tamtych motywów, to silne uczucie, jakim 
ją obdarzał; mężczyzna bowiem nie jest skory zawracać sobie głowy schludnością 
i czystością kobiety, której nie kocha. 
Zacząłem  zastanawiać  się  w  duchu,  czemu  ów  mężczyzna  i  jego  towarzyszka, 
oboje - jak to wynikało z ich rozmowy - pracujący w pocie czoła, musieli korzystać 
z noclegu nędzarzy. Biła od niego duma - dumny był ze swej starej żony, dumny 
był  z  siebie.  Gdy  spytałem  go,  ile  ja,  nowicjusz,  mógłbym  zarobić  przy  zbiorze 

background image

chmielu, zmierzył mnie wzrokiem i powiedział, że to zależy. Często ludzie okazują 
się zbyt powolni do tej pracy i niczego nie osiągają. Człowiek, który chce, aby mu 
się  powiodło,  musi  pracować  głową  i  musi  mieć  szybkie  palce,  musi  mieć 
niezwykle  szybkie  palce.  Otóż  on  i  jego  żona  zarabiali  bardzo  dobrze,  gdyż 
pracowali  razem  przy  jednym  koszu  i  nie  tracili  czasu;  ale  też  zajmowali  się  tą 
robotą od lat. 
- Miałem znajomego, który w zeszłym roku pracował przy chmielu  - odezwał się 
jakiś  mężczyzna.  -  Poszedł  pierwszy  raz,  ale  wrócił  z  dwoma  funtami  i 
dziesięcioma szylingami w kieszeni, a nie było go tylko miesiąc. 
- Ano, widzicie - powiedział chmielarz z podziwem. - Umiał szybko pracować. Był 
do tego, jak się to mówi, stworzony. 
Dwa  funty  i  dziesięć  szylingów  -  dwanaście  i  pół  dolara  -  za  miesiąc  pracy,  i  to 
kiedy jest się do niej po prostu „stworzonym”! A na dodatek spanie bez koców  i 
Bóg jeden raczy wiedzieć, jakie życie. Bywają chwile, kiedy dziękuję losowi, że nie 
jestem po prostu stworzony do niczego, nawet do skubania chmielu. 
Chmielarz  udzielił  mi  kilku  mądrych  rad  o  sposobie  zdobycia  ekwipunku  do 
„wyprawy  na  chmiel”,  a  radzę  wam  zwrócić  na  nie  uwagę,  o  rozpieszczeni  i 
delikatni ludzie, na wypadek, gdyby zdarzyło się wam kiedykolwiek klepać biedę 
na ulicach Londynu. 
- Jeśli nie masz pan garnczków i naczyń kuchennych, czeka cię tylko chleb i ser. 
Nie spasiesz się pan na takim pożywieniu. Musisz mieć gorącą herbatę i jarzyny, 
a od czasu do czasu odrobinę mięsa, jeżeli chcesz pracować jak należy. Kiepska 
praca,  kiedy  ciało  osłabnie.  Dam  panu  dobrą  radę,  chłopcze.  Pobiegnij  rano  na 
miasto  i  poszperaj  w  śmietnikach.  Znajdziesz  dość  garnczków  do  gotowania. 
Doskonałe garnczki, niektóre jak nowe. My z moją starą znaleźliśmy w ten sposób 
nasze  -  wskazał  na  tobołek,  który    trzymała  w  ręku,  a  ona  skinęła  z 
zadowoleniem głową i uśmiechnęła się do mnie promiennie, życzliwie, w poczuciu 
własnego  szczęścia  i  dobrobytu.  -  Ten  płaszcz  starczy  mi  za  koc  -  ciągnął  dalej, 
podsuwając jego połę, abym mógł sprawdzić grubość materiału. - A kto wie, może 
niedługo znajdę sobie koc. 
Stara kobieta ponownie skinęła głową i uśmiechnęła się promiennie, tym razem z 
niewzruszoną pewnością, że on znajdzie niedługo koc. 
-  Ja  tam  mówię,  że  zrywanie  chmielu  to  najlepsza  zabawa  -  zakończył 
rozmarzonym  głosem.  -  Przyzwoity  sposób  uciułania  dwóch  czy  trzech  funtów  i 
zabezpieczenia sobie spokojnej zimy. Jedna rzecz, której nie lubię - i tu ukazała 
się odwrotna strona medalu - to tej wyprawy na miejsce. 
Nie ulegało wątpliwości, że lata dawały się energicznej parze we znaki, choć nadal 
lubili  samą  pracę,  „wyprawa  na  miejsce”,  czyli  piesza  wędrówka  na  wieś, 
zaczynała  im  już  ciążyć.  Spojrzałem  na  ich  siwe  włosy,  pomyślałem  o 
nadchodzących  najbliższych  dziesięciu  latach  i  zadumałem  się  nad  losem  tych 
staruszków. 
Na końcu kolejki zauważyłem jeszcze jednego mężczyznę. W towarzystwie kobiety, 
oboje  powyżej  pięćdziesiątki.  Kobieta,  ponieważ  była  kobietą,  dostała  się  do 
„cyrku”, ale on spóźnił się, więc pożegnawszy ją ruszył na całonocną wędrówkę po 
mieście. 
Szerokość ulicy, na której staliśmy, wynosiła najwyżej dwadzieścia stóp. Chodniki 
miały około trzech stóp szerokości. Była to dzielnica mieszkalna, a przynajmniej 
robotnicy  i  ich  rodziny  żyli  tu  w  okolicznych  kamienicach.  Dzień  w  dzień  od 
godziny  pierwszej  do  szóstej  po  południu  „cyrkowa”  kolejka  obszarpańców 

background image

stanowi  główny  motyw  krajobrazu,  jaki  roztacza  się  z  frontowych  okien  domów. 
Jakiś  robotnik  siedział  w  otwartych  drzwiach  na  wprost  wejścia  do  „cyrku”, 
zażywając odpoczynku i powietrza po ciężkim znoju dnia. 
Później  przyszła  na  pogawędkę  jego  żona.  Próg  był  za  wąski  dla  obojga,  więc 
kobieta stała. Przed nimi baraszkowały ich dzieci. W odległości zaś mniejszej niż 
dwadzieścia  stóp  ciągnęła  się  kolejka  do  domu  noclegowego  -  i  nie  było 
samotności  i  odosobnienia  ani  dla  robotnika,  ani  dla  stojących  w  kolejce 
nędzarzy. U naszych nóg bawiły się dzieci z sąsiedztwa. Nasza obecność stała się 
dla  nich  czymś  najzwyklejszym  w  świecie.  Nie  uważały  nas  za  intruzów. 
Przedstawialiśmy  widok  tak  codzienny  i  zwyczajny  jak  cegły  domów  i  kamienie 
krawężników ich ulicy. Skazane były od urodzenia na widok tej kolejki, widziały 
ją przez wszystkie dni swojego krótkiego życia. 
O  szóstej  kolejka  ruszyła  z  miejsca;  zaczęto  wpuszczać  nas  do  środka  w 
trzyosobowych  grupach.  Kierownik  zapisywał  z  błyskawiczną  szybkością  wiek, 
nazwisko,  zawód,  miejsce  urodzenia,  stopień  ubóstwa  i  miejsce  poprzedniego 
noclegu. Gdy po dopełnieniu tych formalności odwróciłem się, zdumiał mnie jakiś 
mężczyzna,  który  wcisnął  mi  w  rękę  coś,  co  w  dotyku  przypominało  cegłę,  i 
wrzasnął prosto do ucha:  
- Nie masz pan noża, zapałek, tytoniu?  
- Nie, proszę pana - skłamałem, jak kłamali wszyscy przy wejściu. 
Na schodach do piwnicy przekonałem się, że otrzymaną cegłę można by zadając 
gwałt  językowi  nazwać  „chlebem”.  Jego  twardość  i  waga  wskazywały  na  chleb 
przaśny. 
W piwnicy panował mrok i zanim zdałem sobie z tego sprawę, ktoś inny wcisnął 
mi  do  drugiej  ręki  kubek.  Potykając  się  ruszyłem  do  jeszcze  ciemniejszego 
pomieszczenia,  gdzie  na  ławkach  ustawionych  wokół  stołów  siedzieli  mężczyźni. 
Panował  tu  straszliwy  zaduch,  a  posępny  mrok  i  gwar  głosów  płynących  z 
ciemności upodabniał izbę do przedsionka piekieł. 
Nogi  odmawiały  większości  mych  towarzyszy  posłuszeństwa,  toteż  zanim  zabrali 
się do jedzenia, zaczęli zzuwać buty i zdejmować brudne szmaty, którymi owijali 
stopy. To powiększyło ogólną wrzawę, a równocześnie zmniejszyło mój apetyt. 
Ponadto  przekonałem  się,  że  popełniłem  błąd.  Przed  pięciu  godzinami  zjadłem 
obfity obiad, aby zaś móc oddać sprawiedliwość strawie, która przede mną stała, 
powinienem  był  pościć  najmniej  od  dwóch  dni.  Kubek  zawierał  trzy  miarki 
polewki  z  kukurydzy  i  gorącej  wody.  Mężczyźni  zanurzali  chleb  w  kupkach  soli 
rozsypanej na brudnych stołach. 
Próbowałem  robić  to  samo,  ale  chleb  rósł  mi  w  ustach.  Wspomniałem  słowa 
stolarza:  
- Do przełknięcia chleba potrzebna ci kwarta wody. 
Poszedłem do ciemnego kąta, dokąd, jak widziałem, chodzili inni, i wypiłem kilka 
łyków  wody.  Potem  ze  zwiększoną  energią  zabrałem  się  do  polewki.  Była  nie 
dogotowana, nie przyprawiona i gorzka. Ta natrętna gorycz, która pozostawała w 
ustach  długo  jeszcze  po  przełknięciu  płynu,  szczególnie  dawała  się  we  znaki. 
Walczyłem dzielnie, ale opanowały mnie mdłości i zdołałem wmusić w siebie tylko 
kilka łyków polewki i kęsów chleba. 
Mężczyzna  siedzący  obok  mnie  pochłonął  swoją  porcję  i  na  dodatek  moją, 
wyskrobał  kubek  do  dna  i  zgłodniałym  wzrokiem  rozglądał  się  za  czymś  jeszcze 
do zjedzenia. 
- Spotkałem dziś jednego frajera, który zafundował mi dobry obiad - wyjaśniłem. 

background image

- A ja od wczoraj rana nie miałem nic w gębie - odpowiedział. 
- A jak z paleniem? - spytałem. - Czy ten typ na górze będzie tu teraz węszył? 
- O nie - odpowiedział. - Nie ma obawy. To jest najłagodniejszy „cyrk”. Trzeba ci 
było widzieć inne. Obszukują cię od stóp do głowy. 
Gdy kubki były już wyskrobane do czysta, zawiązała się rozmowa.  
-  Ten  kierownik  na  górze  pisze  ciągle  o  nas  biedakach  do  gazet  -  odezwał  się 
mężczyzna siedzący z drugiej strony. 
- A co pisze? - spytałem. 
- Och, pisze, że z nas same niedobre, banda leniów i łajdaków i że wymigujemy 
się od każdej pracy. Pisze o wszystkich tych starych sztuczkach, o których słyszę 
od  dwudziestu  lat;  tylko  że  nigdy  nie  widziałem,  żeby  je  któryś  z  naszych  robił. 
Przypominam sobie jego ostatnie gadanie o tym, jak to jeden wychodzi z „cyrku” 
ze skórką chleba w kieszeni. A kiedy widzi z daleka, że ulicą idzie jakiś poczciwy 
starszy  gość,  rzuca  skórkę  do  rynsztoka  i  pożycza  od  starego  laskę,  żeby 
wygrzebać ten chleb. Wtedy staruszek daje mu dziesiątkę. 
Szmer  uznania  przywitał  tę  mocno  już  wyświechtaną  anegdotę,  a  gdzieś  z 
mroczniejszej głębi pokoju przypłynął gniewny głos: 
-  Gadają  bujdy,  że  na  wsi  jest  dużo  żarcia.  Chciałbym  je  zobaczyć.  Przychodzę 
teraz z Dover, ale z wiktem się tam nie przelewało. Kubka wody ci nie dadzą, a co 
dopiero mówić o jedzeniu. 
-  Są  tacy,  co  w  ogóle  nie  opuszczają  Kentu  -  odezwał  się  jakiś  inny  głos  –  a 
wyglądają jak pączki w maśle. 
-  Przeszedłem  przez  Kent  -  odezwał  się  ponownie  pierwszy  głos,  jeszcze 
gniewniejszy  -  i  niech  mnie  piorun  trzaśnie,  jeżeli  widziałem  żarcie.  Ale 
zmiarkowałem  już,  że  ten,  co  się  chwali,  że  miał  jedzenia  po  uszy,  jak  tylko 
przyjdzie do „cyrku”, zmiata swoją pieską porcję i na dodatek wciąłby moją. 
-  Są  tacy  w  Londynie  -  wtrącił  mężczyzna  siedzący  po  drugiej  stronie  stołu  -  co 
mają  tyle  żarcia,  ile  dusza  zapragnie,  i  nigdy  nie  chodzą  na  wieś.  Siedzą  w 
Londynie cały okrągły rok. A za budą (miał na myśli nocleg) oglądają się dopiero o 
dziewiątej wieczorem.  
Przytwierdził mu zgodny chór głosów. 
- Ale to cholernie przebiegłe sztuki - odezwał się jakiś głos pełen zachwytu. 
-  Pewnie,  że  przebiegłe  -  przyznał  inny.  -  Ale  tacy  jak  ty  i  ja  tego  nie  potrafią. 
Trzeba  się  z  tym  urodzić,  powiadam  ci.  Te  draby  od  kołyski  otwierają  drzwiczki 
dorożek i sprzedają gazety, a przed nimi robili to ich ojcowie i matki. Powiadam 
wam,  że  trzeba  w  tym  wyrosnąć,  a  tacy  jak  ty  i  ja  przy  takim  życiu  zdechliby  z 
głodu. 
To, jak również twierdzenie, że są i tacy, co okrągłe dwanaście miesięcy siedzą w 
„cyrku” i nigdy nie biorą do gęby jedzenia innego jak „cyrkowa” polewka i chleb, 
zostało także poświadczone zgodnym chórem. 
-  Dostałem  kiedyś  pół  korony  w  „cyrku”  Stratford  -  rzucił  jakiś  nowy  głos. 
Natychmiast  zaległa  cisza  i  wszyscy  przysłuchiwali  się  bajecznej  opowieści.  - 
Tłukliśmy we trzech kamienie. Była zima, na dworze mróz jak diabli. Tamci dwaj 
powiedzieli,  że  wolą  trupem  paść  niż  tłuc  te  kamienie,  no  i  nic  nie  robili.  Ale  ja 
ostro wziąłem się do roboty - wiecie, dla rozgrzewki. A potem przyszli strażnicy i 
tamci  dwaj  dostali  po  dwa  tygodnie,  a  jak  strażnicy  zobaczyli,  że  ja  się  nie 
leniłem, każdy dał mi po szóstaku. Było ich pięciu, to się i zebrało. 
Przekonałem się, że większość tych ludzi - nie, raczej wszyscy nie lubią „cyrku” i 
przychodzą tu jedynie z konieczności. Po „odpoczynku” nabierają sił na dwie lub 

background image

trzy  doby  na  ulicach,  potem  zaś  wracają  po  nowy  odpoczynek.  Oczywiście  te 
ciągłe trudy i niewygody bardzo szybko rujnują im zdrowie, co zresztą w bardzo 
tylko niejasny sposób dociera do ich świadomości. Jest to bieg rzeczy tak zwykły i 
naturalny, że nie zaprzątają sobie nim głowy. 
Nazywają  to  włóczęgostwo  „życiem  po  domach  noclegowych”  -  co  odpowiada 
amerykańskiemu „życiu na drogach”. 
Wszyscy  twierdzą  zgodnie,  że  problem  noclegów,  schronienia  i  snu  jest 
najtrudniejszy, trudniejszy nawet niż zdobywanie pożywienia. Przyczyną tego jest 
w głównej mierze niepogoda i surowość prawa; natomiast ludzie ci przypisują swą 
bezdomność imigracji, przeważnie Żydów z Polski i Rosji, którzy jako tańsza siła 
robocza, wypierają ich z pracy i wprowadzają system chałupnictwa. 
O  siódmej  kazano  nam  wziąć  kąpiel  i  położyć  się  do  łóżek.  Zdjęliśmy  ubrania, 
zawinęliśmy je w wierzchnie okrycia i spięli paskami, a potem ułożyliśmy w wielki 
stos  na  podłodze  -  co  stwarzało  idealne  warunki  dla  rozprzestrzeniania  się 
robactwa.  Następnie  dwójkami  wchodziliśmy  do  łazienki.  Stały  tam  dwie  zwykłe 
wanny  i  mogę  stwierdzić,  co  następuje:  dwaj  moi  poprzednicy  kąpali  się  w  tej 
wodzie,  myśmy  się  w  niej  wykąpali  i  nie  zmieniono  jej  dla  dwóch  następnych 
mężczyzn.  To  mogę  stwierdzić;  ale  jestem  pewien,  że  cała  nasza 
dwudziestodwuosobowa grupa kąpała się w tej samej wodzie. 
Odważyłem się tylko na spryskanie ciała odrobiną tej podejrzanej cieczy i szybko 
starłem  ją  ręcznikiem,  wilgotnym  od  ciał  innych  mężczyzn.  Nie  przywrócił  mi 
spokoju  ducha  widok  pleców  jakiegoś  biedaka  -  krwawej  skorupy  powstałej  na 
skutek ukąszeń robactwa i ciągłego drapania. 
Wręczono mi koszulę nocną. Zaciekawiło mnie, ile też ludzi nosiło ją przede mną. 
Potem z dwoma kocami pod pachą powlokłem się do kwatery noclegowej. Była to 
długa,  wąska  izba  przecięta  dwiema  niskimi,  żelaznymi  barierami,  pomiędzy 
którymi  wisiały  -  bynajmniej  nie  hamaki,  lecz  kawałki  workowego  płótna, 
długości  sześciu,  a  szerokości  niecałych  dwóch  stóp.  Zastępowały  one  łóżka. 
Przestrzeń  pomiędzy  nimi  wynosiła  sześć  cali,  odległość  ich  od  podłogi  około 
ośmiu  cali.  Najbardziej  dokuczało  to,  że  głowa  znajdowała  się  trochę  wyżej  niż 
nogi,  przez  co  ciało  bezustannie  się  obsuwało.  A  że  łóżka  zawieszone  były  na 
wspólnych  prętach,  przy  najlżejszym  nawet  ruchu  jednego  mężczyzny  wszyscy 
inni zaczynali się kołysać; ilekroć zapadałem w drzemkę, ktoś zmieniał pozycję - i 
budził mnie. 
Wiele  godzin  minęło,  zanim  zmorzył  mnie  sen.  Była  dopiero  siódma  wieczorem i 
do północy rozbrzmiewały głosy dzieci bawiących się hałaśliwie na ulicy. Straszny 
zaduch w izbie przyprawiał o mdłości. Podniecona wyobraźnia zaczęła pracować 
gorączkowo, aż skóra na mnie ścierpła i byłem na granicy obłędu. Rozbrzmiewały 
chrząkania,  jęki  i  chrapanie,  przypominające  pomruk  jakiegoś  morskiego 
potwora,  a  kilka  razy  w  ciągu  nocy  wyrywały  nas  ze  snu  wrzaski  i  wycia 
trapionego przez zmory towarzysza. Nad ranem przebudził mnie szczur czy jakieś 
podobne zwierzę harcujące mi po piersiach. W szybkim przejściu od snu do jawy, 
nim  odzyskałem  całkowitą  przytomność,  wydałem  okrzyk,  który  mógł  obudzić 
zmarłego.  W  każdym  razie  obudził  żywych,  ci  zaś  klęli  mnie  siarczyście  za  taki 
brak towarzyskiej ogłady. 
Nadszedł  wreszcie  dzień.  O  szóstej  otrzymaliśmy  śniadanie  złożone  z  chleba  i 
polewki,  których  się  zrzekłem,  po  czym  skierowano  nas  do  rozmaitych  zajęć. 
Część  wyznaczono  do  szorowania  i  sprzątania,  innych  do  darcia  pakuł,  a  nas 
ośmiu odprowadzono pod strażą do szpitala Whitechapel po przeciwległej stronie 

background image

ulicy, gdzie zabraliśmy się do robienia porządków. W taki to sposób płaciliśmy za 
polewkę  i  miejsce  do  spania;  jeśli  o  mnie  idzie,  wiem,  że  grubo  za  nie 
przepłaciłem. 
Chociaż  wykonywaliśmy  najohydniejsze  prace,  nasz  przydział  uważano  za 
najlepszy i mężczyźni w mojej grupie poczytywali go sobie za dowód nie byle jakiej 
łaskawości losu. 
- Nie dotykaj pan tego! Pielęgniarka mówi, że to śmiertelna zaraza - ostrzegł mnie 
towarzysz pracy, gdy trzymałem otwarty worek, do którego wypróżniał zawartość 
kubła ze śmieciami. 
Śmieci  pochodziły  z  sal  szpitalnych,  toteż  zapowiedziałem,  że  ani  nie  mam 
zamiaru dotykać tego, ani nie dopuszczę, aby to mnie dotknęło. W każdym razie 
musiałem  znieść  ten  i  wiele  innych  podobnych  worków  po  schodach  i  wysypać 
ich zawartość do śmietnika, gdzie gnijące odpadki skropiono natychmiast silnym 
środkiem dezynfekcyjnym. 
Może  kryje  się  w  tym  jakieś  mądre  miłosierdzie.  Ludzie  z  „cyrku”,  z  kuchni 
dobroczynnej  i  z  ulicy  są  tylko  dla  innych  ciężarem.  Nie  przedstawiają  żadnej 
wartości  ani  nie  przydają  się  nikomu,  nawet  samym  sobie.  Brukają  swoją 
obecnością  ziemię  i  zanieczyszczają  powietrze,  lepiej  więc  się  ich  pozbyć. 
Wyniszczeni  nędzą,  niedożywieni,  zgłodniali,  pierwsi  chwytają  zarazki  i  pierwsi 
umierają. 
Sami  zresztą  czują,  że  wszystkie  moce  społeczne  sprzęgły  się,  aby  ich  pozbawić 
życia. 
Rozpryskiwaliśmy  właśnie  środek  dezynfekcyjny  w  pobliżu  kostnicy,  kiedy 
zajechał  karawan  i  wniesiono  do  środka  pięciu  nieboszczyków.  Rozmowa  zeszła 
na  temat  „białego  leku”  i  „czarnej  mieszanki”.  Otóż  przekonałem  się,  że  według 
zgodnej  opinii  moich  towarzyszy  człowiek  biedny,  obojętne,  mężczyzna  czy 
kobieta, który w szpitalu sprawia zbyt wiele kłopotu lub jest beznadziejnie chory, 
zostaje  „wykończony”.  Innymi  słowy,  nieuleczalnie  chorzy  i  niesforni  pacjenci 
otrzymują dozę „białego leku” lub „czarnej mieszanki” i wędrują na tamten świat. 
Nieważne,  czy  dzieje  się  tak  w  rzeczywistości,  czy  też  nie.  Ważne  jest  głębokie 
przekonanie  tych  ludzi,  że  tak  się  dzieje.  Stworzyli  nawet  specjalny  język  dla 
wyrażenia tego przekonania - „czarna mieszanka”, „biały lek”, „wykończyć”. 
O  ósmej  zeszliśmy  do  piwnicy,  gdzie  przyniesiono  nam  herbatę  i  resztki  ze 
szpitalnego stołu. Była to trudna do opisania mieszanina, spiętrzona wysoko na 
olbrzymim  półmisku  -  ogryzki  chleba,  ochłapy  tłuszczu  i  słoniny,  przypalona 
skóra  pieczeni,  kości,  jednym  słowem,  wszystkie  odpadki,  które  trzymali  w 
rękach  i  ustach  pacjenci  cierpiący  na  najróżniejsze  choroby.  Moi  towarzysze 
zagłębiali ręce w tej masie i wykopywali, grzebali, przewracali, oglądali, odrzucali i 
wyrywali sobie co lepsze kęsy. Nie był to ładny widok. 
Świnie  nie  mogły  zachowywać  się  gorzej.  Ale  ci  nieszczęśliwcy  byli  głodni, 
pochłaniali  więc  żarłocznie  odpadki,  a  gdy  nie  mogli  już  zjeść  więcej,  zawijali 
resztki w chustki od nosa i wsuwali je za koszule. 
- Nie uwierzysz pan, co znalazłem tam na dworze, kiedy byłem tu któregoś dnia. 
Patrzę,  leży  cały  kawał  żeberek  wieprzowych  -  zwrócił  się  do  mnie  Rudzielec. 
„Tam  na  dworze”  oznaczało  miejsce,  na  które  wyrzucano  śmieci,  skrapiane 
później środkiem dezynfekcyjnym. - Był to pierwsza klasa kawałek, mięsa na nim 
zatrzęsienie, więc łapię go w ręce i biegiem za bramę, potem dalej na ulicę i tylko 
rozglądam  się  za  kimś,  komu  by  to  dać.  Ale  nie  widzę  żywej  duszy,  więc  gnam, 
jakbym  dostał  bzika,  a  za  mną  pędzi  ten  drab  szpitalny  i  pewnie  myśli,  że  chcę 

background image

dać nogę. Ale akurat jak mnie doganiał, zobaczyłem jakąś staruszkę i wetknąłem 
jej żeberka w fartuch. 
O Dobroczynności, o Filantropio, zstąpcie do „cyrku” i weźcie lekcję u Rudzielca! 
Na  samym  dnie  Otchłani  spełnił  uczynek  tak  idealnie  altruistyczny,  że 
piękniejszego nie znaleźć by poza jej granicami. Rudzielec postąpił pięknie, a jeśli 
nawet  stara  kobieta  zaraziła  się  jakąś  chorobą  od  „zatrzęsienia  mięsa”  na 
żeberkach,  postępek  mimo  to  był  piękny,  choć  może  już  nie  tak  bardzo.  Ale 
wydaje mi się, że najznamienniejsze jest tu zachowanie biednego Rudzielca, który 
o  mało  co  „nie  dostał  bzika”  na  widok  tak  ogromnej  ilości  jedzenia  mogącej  się 
zmarnować. 
Regulamin  domu  noclegowego  wymaga,  aby  człowiek  otrzymujący  w  nim 
schronienie  przebywał  w  jego  murach  dwie  noce  i  dzień;  ja  jednak  ujrzałem  już 
wszystko,  co  chciałem,  zapłaciłem  pracą  za  polewkę  i  barłóg  i  przygotowywałem 
się do ucieczki. 
-  Chodź  pan,  zwiejemy  -  rzekłem  do  jednego  z  towarzyszy  wskazując  otwartą 
bramę, przez którą wjechał do środka karawan. 
- I dostaniemy dwa tygodnie? 
- Nie, uciekniemy. 
-  Ani  myślę,  przyszedłem  tu  na  odpoczynek  -  oznajmił  z  ukontentowaniem.  –  A 
jeszcze jedna noc w łóżku z pewnością mi nie zaszkodzi. 
Wszyscy byli tego samego zdania, musiałem więc „zwiać” samotnie. 
- Nie będziesz pan mógł tu już wrócić - ostrzegali. 
- O to nie ma obawy - odpowiedziałem z zapałem, którego nie mogli zrozumieć, i 
wypadłszy za bramę, puściłem się pędem ulicą. 
Pobiegłem  prosto  do  mojego  pokoju,  zmieniłem  ubranie,  a  w  niespełna  godzinę 
później  siedziałem  w  łaźni  tureckiej  i  razem  z  potem  wydzielałem  zarazki  i 
wszystkie inne paskudztwa, które przeniknęły mi do naskórka - i żałowałem, że 
potrafię  znieść  temperaturę  tylko  dwustu  dwudziestu,  a  nie  trzystu  dwudziestu 
stopni. 
 
 
ROZDZIAŁ X 
„NOSZENIE SZTANDARU” 
 
Nie chcą, aby robotnik był ofiarą wytworów własnej pracy. 
Nie chcą, aby robotnik był ofiarą moich wygód i mojej próżności, 

to jest wygód i próżności całej klasy, składającej się z takich jak ja. 
Niech perkal będzie gorszy, byleby ludzie byli lepsi. 

Nie trzeba tkaczowi odbierać przekonania, że nie jego robota, 

lecz on jest na pierwszym miejscu. 
Emerson 
 
Nieść  sztandar  -  znaczy  w  gwarze  londyńskiej  chodzić  całą  noc  po  ulicach; 
wywiesiłem  więc  ów  urojony  emblemat  i  wyszedłem  na  miasto,  by  przyjrzeć  się 
jego życiu. 
Mężczyźni  i  kobiety  zaludniają  w  nocy  wszystkie  ulice  tej  olbrzymiej  metropolii, 
ale mój wybór padł na West End. Przyjąwszy za bazę wypadową Leicester Square, 
przetrząsałem całą okolicę od Embankment do Hyde Parku. 
Gdy ludzie zaczęli wychodzić z teatrów, padał ulewny deszcz i świetny tłum, który 

background image

opuszczał miejsca rozrywki, miał nie lada kłopot ze znalezieniem dorożek. Ulicami 
sunęły  nieprzerwane  sznury  powozów,  ale  większość  ich  była  zajęta;  i  wtedy 
właśnie  ujrzałem  rozpaczliwe  wysiłki  obdartych  mężczyzn  i  chłopców,  którzy 
zdobywając  dorożki  dla  pięknych  pań  i  wytwornych  panów  pragnęli  zarobić  na 
nocleg.  Używam  słowa  „rozpaczliwe”  świadomie,  bo  ci  nieszczęśni,  bezdomni 
ludzie  dla  łóżka  ryzykowali  przemoknięcie;  a  jak  zdołałem  zauważyć,  większość 
ich mokła, ale łóżka nie zdobywała. 
Wierzcie  mi,  że  przetrwanie  ulewnej  nocy  w  mokrym  odzieniu,  kiedy  jest  się 
ponadto źle odżywionym i od tygodni czy miesięcy nie miało się w ustach mięsa, 
jest jedną z cięższych prób, przez jakie przejść może człowiek. Dobrze odżywiony i 
dobrze  ubrany  podróżowałem  kiedyś  przez  cały  dzień  w  temperaturze  74  stopni 
poniżej  zera  na  termometrze  spirytusowym,  czyli  przy  stu  sześciu  stopniach 
mrozu, a choć cierpiałem, było to niczym w porównaniu z „noszeniem sztandaru” 
przez jedną londyńską noc, gdy się jest głodnym, obdartym i przemokniętym. 
Kiedy  rozeszły  się  już  tłumy  z  teatrów,  ulice  ucichły  i  opustoszały.  Widać  było 
tylko wszędobylskich policjantów, rzucających snopy mętnego światła latarek do 
bram i w ciemne uliczki, oraz mężczyzn, kobiety i chłopców chroniących się przed 
deszczem  i  wiatrem  pod  osłoną  murów.  Jednakże  Picadilly  nie  opustoszała 
zupełnie. Jej trotuary jaśniały od jaskrawo ubranych, samotnych kobiet i było tu 
więcej życia i ruchu, wywołanego zabiegami o pozyskanie męskiego towarzystwa. 
Ale o godzinie trzeciej zniknęły ostatnie z tych pań i ulica naprawdę opustoszała. 
O  pół  do  drugiej  ustała  ulewa  i  potem  padały  już  tylko  przelotne  deszcze. 
Bezdomni  opuścili  schronienia  w  załomach  murów  i  dla  rozgrzewki  zaczęli 
ociężale poruszać się po ulicach. 
Jeszcze  wcześniej  tego  wieczoru  zauważyłem  na  Piccadilly,  w  pobliżu  Leicester 
Square,  starą  kobietę  lat  może  pięćdziesięciu  lub  sześćdziesięciu,  prawdziwą 
ruinę  ludzką.  Nie  starczało  jej  widocznie  ani  rozumu,  ani  sił,  by  schronić  się 
przed  deszczem  lub  chodzić;  stała  tylko  głupawo,  ilekroć  jej  pozwolono  i  -  jak 
sądziłem  -  wspominała  dawno  minione  dni,  kiedy  była  młoda  i  krew  miała 
gorącą. Ale udawało jej się to rzadko. 
Popychał  ją  naprzód  każdy  posterunkowy  i  trzeba  było  przeciętnie  sześciu 
szturchnięć  policjanta,  aby  z  rejonu  jednego  poczłapała  chwiejnym  krokiem  do 
rejonu  drugiego.  O  trzeciej  nad  ranem  zdołała  dotrzeć  zaledwie  do  St.  James's 
Street, a gdy zegary wybijały czwartą, widziałem, jak pogrążona w głębokim śnie 
opiera się o sztachety Green Parku. 
Padał właśnie rzęsisty deszcz, przemokła więc do nitki. 
O  godzinie  pierwszej  powiedziałem  sobie:  nie  zapominaj,  że  jesteś  biednym 
młodym  człowiekiem,  który  znalazł  się  bez  grosza  przy  duszy  na  londyńskim 
bruku, i że jutro będziesz się musiał rozejrzeć za jakąś robotą. Wobec tego musisz 
się przespać, aby nabrać sił do szukania i wykonania pracy - jeśli ją dostaniesz. 
Usiadłem więc na kamiennych stopniach jakiegoś budynku. W pięć minut później 
poczułem na sobie wzrok policjanta. Oczy miałem otwarte, więc zamruczał tylko 
coś  pod  nosem  i  poszedł.  Po  dziesięciu  minutach  głowa  opadła  mi  na  kolana  i 
zdrzemnąłem  się,  natychmiast  jednak  usłyszałem  burkliwy  głos  tego  samego 
posterunkowego:  
- Ruszaj pan stąd, tylko prędzej. 
Ruszyłem przed siebie. I podobnie jak ta stara kobieta szedłem ciągle naprzód; bo 
ilekroć zaczynałem drzemać, zjawiał się policjant i przepędzał mnie dalej. 

background image

Zrezygnowałem  więc  z  tej  próby.  Idąc  nieco  później  z  młodym  londyńczykiem, 
który przebywał przez pewien czas w koloniach i chciał tam wrócić, zauważyłem 
po drodze ciemny pasaż wiodący w głąb jakiegoś budynku i niknący w ciemności. 
Niska żelazna brama zamykała wejście. 
-  Chodź  pan  -  powiedziałem.  -  Wejdziemy  do  środka  i  wyśpimy  się  za  wszystkie 
czasy. 
-  Co?  -  wrzasnął  odskakując  ode  mnie.  -  I  posiedzimy  trzy  miesiące?  Nie  ma 
głupich! 
Jeszcze  później  szedłem  przez  Hyde  Park  w  towarzystwie  czternasto-  lub 
piętnastoletniego  chorego  chłopca  o  nieszczęsnym,  wymizerowanym  wyglądzie  i 
zapadniętych oczach. 
-  Przedostańmy  się  przez  ogrodzenie  -  zaproponowałem  -  i  schowajmy  się  w 
krzakach. Policjanci nigdy nas tam nie znajdą. 
-  Akurat!  -  odpowiedział.  -  W  parku  są  dozorcy,  a  taki  ma  prawo  wsadzić 
człowieka na pół roku. 
Niestety,  czasy  się  zmieniły!  Gdy  byłem  dzieckiem,  czytywałem  o  bezdomnych 
chłopcach,  którzy  sypiali  na  progach  domów.  Stało  się  to  już  tradycją.  Jako 
motyw literacki obraz ten przetrwa niewątpliwie najbliższe stulecie, ale jako fakt 
przestał istnieć. 
Są w tym mieście progi domów i są bezdomni chłopcy, ale nie wynikają już z tego 
żadne szczęśliwe zbiegi okoliczności. Progi domów świecą pustkami, a bezdomni 
chłopcy nie śpią i „noszą sztandar”. 
-  Byłem  na  dole,  pod  arkadami  -  odezwał  się  gniewnie  inny  młody  mężczyzna. 
Miał na myśli filary mostów łączących brzegi Tamizy. - Siedziałem pod arkadami, 
kiedy  była  największa  ulewa,  ale  wlazł  za  mną  jakiś  glina  i  przepędził  mnie. 
Potem wróciłem, a on za mną. „Hej - powiada - co pan tu robisz?”. Na to ja znowu 
wyłażę, ale mówię do niego: „Czego się pan boisz, myślisz może, że chcę zwędzić 
ten śmierdzący most?”. 
Wśród  tych,  którzy  „noszą  sztandar”,  Green  Park  wyrobił  sobie  sławę  parku 
najwcześniej  otwierającego  bramy,  więc  o  godzinie  czwartej  piętnaście  rano 
wszedłem tam wraz z innymi bezdomnymi. Znowu rozpadał się deszcz, ale nocna 
włóczęga  wyczerpała  ich  do  tego  stopnia,  że  porozsiadali  się  na  ławkach  i 
natychmiast  zasypiali.  Wielu  mężczyzn  rozciągnęło  się  wprost  na  podmokłej 
trawie i wśród ulewnych strumieni deszczu spało twardym snem. 
A  teraz  pragnę  skrytykować  siły  rządzące  światem.  Są  to  siły,  więc  mogą 
ustanawiać,  co  im  się  podoba;  wobec  tego  ośmielam  się  jedynie  krytykować 
śmieszność ich postanowień. Przez całą długą noc każą bezdomnym przechadzać 
się po ulicach miasta. 
Wypędzają  ich  z  wnęk  domów  i  pasaży,  zamykają  przed  nimi  parki.  Wyraźną 
intencją  wszystkich  tych  zarządzeń  jest  pozbawienie  bezdomnych  snu.  W 
porządku, siły mają władzę pozbawić ich snu lub czegokolwiek innego; ale czemu, 
u licha, otwierają parki o piątej rano i pozwalają spać w nich bezdomnym. Jeśli 
zamierzają  pozbawić  bezdomnych  snu,  to  czemu  pozwalają  im  spać  po  piątej 
rano? Jeśli zaś nie mają zamiaru odbierać bezdomnym snu, to dlaczego nie dają 
im zasnąć wcześniej, w ciągu nocy? 
W związku z tym dodam, że przechodziłem przez Green Park tego samego jeszcze 
dnia  o  pierwszej  po  południu  i  naliczyłem  dziesiątki  obdartych,  uśpionych  w 
trawie  obszarpańców.  Była  to  niedziela,  od  czasu  do  czasu  ukazywało  się  na 
niebie  kapryśne  słońce  i  tysiące  dobrze  ubranych  mieszkańców  West  Endu 

background image

wyszło  wraz  z  żonami  i  latoroślami  zaczerpnąć  świeżego  powietrza.  Nie  sprawiał 
im  przyjemności  widok  tych  dziesiątków  odrażających,  nie  mytych,  uśpionych 
włóczęgów. Natomiast sami nędzarze, wiem o tym, woleliby przespać się minionej 
nocy. 
A  więc,  drodzy  ludzie  o  miękkich  sercach,  gdyby  zdarzyło  wam  się  kiedykolwiek 
zwiedzać Londyn i gdybyście ujrzeli tych ludzi pogrążonych we śnie na ławkach i 
w  trawie,  nie  myślcie,  proszę,  że  są  to  nicponie  przekładający  sen  nad  pracę. 
Wiedzcie, że siły rządzące światem zmusiły ich do całonocnych przechadzek i że w 
dzień nie mają innego miejsca do spania. 
 
 
ROZDZIAŁ XI 
KUCHNIA DOBROCZYNNA 
 
I ja uważam, że wymaganie, aby wszyscy ludzie byli zdrowi fizycznie, pociąga za 

sobą  wszystkie  inne  sprawiedliwe  wymagania,  bo  kto  wie,  gdzie  tkwi  źródło 
chorób, na które cierpią nawet bogacze? W zbytku przodków? Być może. Mnie się 

jednak zdaje, że raczej w ich ubóstwie. 

William Morris 
 
Gdy  po  nocy,  którą  spędziłem  na  „noszeniu  sztandaru”,  zaświtał  ranek,  nie 
poszedłem  spać  do  Green  Parku.  Przemokłem  do  suchej  nitki,  to  prawda,  i  nie 
spałem od dwudziestu czterech godzin; ale nadal w roli mężczyzny poszukującego 
pracy,  bez  grosza  przy  duszy,  musiałem  rozejrzeć  się  przede  wszystkim  za 
śniadaniem, potem za pracą. 
Jeszcze  nocą  dowiedziałem  się  o  pewnym  miejscu  na  prawym  brzegu  Tamizy,  w 
części  miasta  zwanej  stroną  Surrey,  gdzie  co  niedzielę  rano  Armia  Zbawienia 
wydaje  śniadanie  każdemu  nie  obmytemu.  (A  nawiasem  mówiąc,  ludzie,  którzy 
„noszą  sztandar”,  są  rano  nie  umyci  i  -  chyba  że  pada  deszcz  -  nie  mają  wiele 
okazji  do  mycia).  Pomyślałem,  że  tego  mi  właśnie  potrzeba  -  rano  śniadanie,  a 
potem cały dzień na szukanie pracy. 
Była  to  nużąca  wędrówka.  Wlokłem  obolałe  nogi  przez  St.  James's  Street,  przez 
Pall  Mall,  minąłem  Trafalgar  Square  i  wyszedłem  na  Strand.  Mostem  Waterloo 
przedostałem  się  na  stronę  Surrey,  przeciąłem  Blackfriars  Road,  minąłem  teatr 
Surrey  i  przed  godziną  siódmą  dotarłem  do  baraków  Armii  Zbawienia.  Był  to 
jeden  z  londyńskich  „kołków”.  W  gwarze  londyńskiej  słowo  „kołek”  oznacza 
miejsce, w którym można za darmo otrzymać pożywienie. 
Tłoczył  się  tu  różnorodny  tłum  przybitych  niedolą  biedaków,  którzy  spędzili  noc 
na  deszczu.  Co  za  zdumiewająca  nędza!  I  tyle  jej  okazów!  Starzy  ludzie,  młodzi 
ludzie,  najprzeróżniejsi  ludzie,  a  na  dodatek  jeszcze  chłopcy,  najrozmaitsi 
chłopcy.  Niektórzy  spali  w  pozycji  stojącej;  kilkunastu  leżało  na  kamiennych 
schodkach  w  najboleśniej  niewygodnych  pozycjach;  pogrążeni  byli  w  głębokim 
śnie, a przez dziury i pęknięcia łachmanów przeświecała sinawa skóra. Jak okiem 
sięgnąć w górę i w dół ulicy, po obu jej stronach, aż do najbliższych skrzyżowań, 
każdy  próg  miał  po  kilku  lokatorów,  którzy  spali  z  głowami  wspartymi  na 
kolanach. Należy pamiętać, że nie były to dla Anglii ciężkie czasy. Sprawy toczyły 
się normalnie, a okres ten nie zasługuje na miano ani ciężkiego, ani lekkiego. 
Potem nadszedł policjant.  

background image

- Wynosić się stąd, wy śmierdzące świnie! Prędzej! Prędzej! Wynosić się stąd! - i 
jak świnie zegnał ich z progów i przepędził na cztery wiatry Surrey. 
Ale  oburzenie  jego  wzrosło,  gdy  natknął  się  na  gromadę  ludzi  śpiących  na 
kamiennych schodkach.  
-  Oburzające!  -  zawołał.  -  Oburzające!  I  to  w  niedzielę  rano!  Piękny  mi  widok! 
Prędzej! Prędzej! Jazda stąd, śmierdząca zarazo! 
Był  to  widok  istotnie  oburzający.  Ja  sam  byłem  oburzony.  I  nie  chciałbym,  aby 
moja córka skalała sobie wzrok takim obrazem ani też, żeby zbliżyła się do niego 
na odległość pół mili. Ale... i widzicie? - widzicie? „Ale” to wszystko, co można na 
ten temat powiedzieć. 
Policjant wyniósł się, a my znów oblepiliśmy bramę, jak muchy oblepiają dzbanek 
miodu. 
Bo czyż nie czekała nas cudowna rzecz - śniadanie? Nawet gdyby rozdawano tu 
banknoty  wartości  miliona  dolarów,  nie  tłoczylibyśmy  się  z  bardziej  natrętnym  i 
rozpaczliwym uporem. Niektórzy spali już, gdy nagle wrócił policjant, musieliśmy 
więc rozproszyć się znowu - po to tylko, żeby wrócić, jak tylko zniknął za rogiem. 
O pół do ósmej uchyliły się małe drzwiczki i zobaczyliśmy w nich głowę żołnierza 
Armii Zbawienia.  
- I po co się tak pchać? - powiedział. - Ci z biletami mogą wejść do środka teraz, a 
ci bez biletów dopiero o dziewiątej. 
Ach,  to  śniadanie!  Dopiero  o  dziewiątej!  Jeszcze  półtorej  godziny  czekania! 
Mężczyźni  z  biletami  wzbudzili  ogólną  zazdrość.  Pozwolono  im  wejść  do  środka, 
umyć  się,  a  potem  usiąść  i  odpoczywać  aż  do  śniadania,  podczas  gdy  my 
musieliśmy czekać na to samo śniadanie na ulicy. Bilety rozdawano poprzedniego 
wieczoru  na  ulicach  i  na  Embankment,  więc  posiadanie  ich  było  zwykłym 
przypadkiem, a nie nagrodą za jakieś zasługi. 
O pół do dziewiątej wpuszczono do środka następną partię mężczyzn z biletami, a 
o  dziewiątej  mała  furtka  otworzyła  się  dla  nas.  Zdołaliśmy  się  jakoś  przez  nią 
przecisnąć  i  stłoczeni  jak  sardynki  stanęliśmy  na  podwórzu.  Gdy  byłem 
jankeskim  włóczęgą  w  jankeskim  kraju,  niejednokrotnie  musiałem  zapracować 
na  śniadanie;  na  żadne  jednak  nie  pracowałem  tak  ciężko.  Czekałem  na  ulicy 
przeszło  dwie  godziny,  a  jeszcze  godzinę  musiałem  czekać  na  tym  zatłoczonym 
podwórzu.  Od  poprzedniego  wieczora  nie  miałem  w  ustach  kęsa  strawy,  byłem 
osłabiony  i  bliski  omdlenia,  a  zapach  brudnej  odzieży  i  nie  mytych  ciał, 
ściśniętych dokoła mnie i rozgrzanych w tłoku, przyprawiał mnie o mdłości. 
Byliśmy  zbici  w  tak  gęstą  gromadę,  że  wielu  mężczyzn  skorzystało  z  okazji  i 
zasnęło smacznie w pozycji stojącej. 
O  Armii  Zbawienia  nie  wiem  nic  ogólnego,  więc  wszelkie  moje  słowa  krytyki 
odnoszą  się  jedynie  do  tej  komórki  organizacji,  która  prowadzi  działalność  na 
Blackfriars  Road,  w  pobliżu  teatru  Surrey.  Przede  wszystkim  samo  zmuszanie 
ludzi,  aby  po  całej  nocy  spędzonej  na  nogach  stali  kilka  godzin,  jest  w  równym 
stopniu okrutne, jak niepotrzebne. 
Byliśmy  osłabieni,  zgłodniali,  wyczerpani  całonocną  udręką  i  brakiem  snu,  a 
jednak staliśmy, staliśmy i stali bez najmniejszej przyczyny. 
W  tłumie  roiło  się  od  marynarzy.  Odniosłem  wrażenie,  że  co  czwarty  mężczyzna 
szuka  pracy  na  statku  i  przekonałem  się,  że  znajdowało  się  tu  kilkunastu 
marynarzy  amerykańskich.  Każdy  opowiedział  mi  taką  samą  historię,  w  wyniku 
której  „osiadł  na  mieliźnie”;  z  własnych  doświadczeń  na  morzu  wiedziałem,  że 
opowieść ta brzmi prawdziwie. Statki angielskie werbują załogę na cały rejs, czyli 

background image

na  rejs  do  celu  i  z  powrotem.  Trwa  on  czasem  trzy  lata;  marynarze  nie  mogą 
rzucić służby i odebrać należnych poborów, dopóki nie znajdą się z powrotem w 
porcie  macierzystym,  czyli  w  Anglii.  Ich  płace  są  niskie,  jedzenie  złe,  a 
traktowanie jeszcze gorsze. Zdarza się często, że gdzieś w portach Nowego Świata 
lub kolonii kapitanowie zmuszają ich wręcz do ucieczki i pozostawienia na statku 
pokaźnych  kwot,  które  im  się  należą  -  czysty  zysk  dla  kapitana  lub  właściciela 
statku  albo  dla  obu.  Ale  czy  tylko  dlatego,  czy  też  i  z  innych  przyczyn,  dezercje 
zdarzają  się  bardzo  często.  Wtedy  na  podróż  do  portu  macierzystego  kapitan 
werbuje  takich  marynarzy,  jacy  znajdą  się  w  tej  chwili  pod  ręką.  Otrzymują  oni 
wynagrodzenie nieco wyższe od wypłacanego zazwyczaj w innych częściach świata 
– z zastrzeżeniem, że zejdą na ląd natychmiast po przybyciu do Anglii. Nie trudno 
wykryć  przyczynę  tego  zjawiska;  kontraktowanie  ich  na  jakiś  dłuższy  okres 
dowodziłoby kiepskiej polityki handlowej, bo płace marynarzy w Anglii są bardzo 
niskie  i  zawsze  pełno  tam  marynarzy  „na  mieliźnie”.  To  wyjaśnia  całkowicie 
obecność  amerykańskich  marynarzy  w  barakach  Armii  Zbawienia.  Aby  „zejść  z 
mielizny”  w  innych  cudzoziemskich  krajach,  przyjechali  do  Anglii  i  „utknęli  na 
mieliźnie”  w  tym  najbardziej  dla  nich  cudzoziemskim  ze  wszystkich  krajów 
świata. 
W  tłumie  znajdowało  się  jeszcze  wielu  innych  Amerykanów.  Nie  byli 
marynarzami,  należeli  do  kategorii  „włóczęgów  królewskich”,  ludzi,  którzy  są  za 
pan  brat  z  wiatrem-obieżyświatem.  Ci  wszyscy  byli  pogodni  i  stawiali  czoło 
przeciwnościom  życia  z  odwagą,  która  jest  ich  główną  cechą  i  zdaje  się  nie 
opuszczać  ich  nigdy,  a  jednocześnie  klęli  Anglię  używając  barwnych  metafor, 
bardzo  orzeźwiających  po  miesiącu  monotonnych  i  pozbawionych  fantazji 
przekleństw  gwary  londyńskiej.  Londyńczyk  zna  jedno  jedyne  przekleństwo, 
najplugawsze  w  całym  angielskim  słownictwie,  i  używa  go  przy  każdej  okazji. 
Całkiem inne są kwieciste i urozmaicone przekleństwa Zachodu, które skłaniają 
się  raczej  ku  bluźnierstwu  niż  ku  nieprzyzwoitości.  A  skoro,  ludzie  będą  i  tak 
przeklinali, ja osobiście wolę bluźnierstwo od nieprzyzwoitości. Jest w nim pewne 
zuchwalstwo, jakiś posmak ryzyka i urągliwości, które stawiam wyżej od zwykłej 
plugawości. 
Jeden amerykański „włóczęga królewski” szczególnie przypadł mi do serca. 
Zauważyłem go jeszcze na ulicy, jak spał na progu domu z głową opartą o kolana; 
miał  kapelusz,  jakiego  nie  spotyka  się  po  tej  stronie  Atlantyku.  Gdy 
posterunkowy kazał mu wstać, podniósł się bez pośpiechu, spojrzał na władzę z 
namysłem, ziewnął, przeciągnął się, ponownie popatrzył na policjanta dając mu w 
ten  sposób  do  zrozumienia,  że  nie  jest  jeszcze  pewien,  czy  odejdzie,  czy  nie,  a 
potem powlókł się leniwie chodnikiem. Od razu poznałem kapelusz, ale ta scena 
upewniła mnie co do narodowości jego właściciela. 
W  ścisku  panującym  wewnątrz  znalazłem  się  tuż  obok  niego,  toteż  ucięliśmy 
sobie dłuższą pogawędkę. Przewędrował Hiszpanię, Włochy, Szwajcarię i Francję i 
dokazał  czynu  praktycznie  niewykonalnego,  a  mianowicie  przejechał  kolejami 
francuskimi trzysta mil na gapę i nie dał się złapać na stacji końcowej. Gdzie ja 
się  obijałem?  -  spytał.  –  I  jak  radziłem  sobie  z  noclegami?  Czy  poznałem  tu  już 
wszystkie  kąty?  -  On  dawał  sobie  jakoś  radę,  chociaż  kraj  jest  „wstrętny”,  a 
miasta  „paskudne”.  Czy  nie  ma  racji?  Co  użebrał,  to  mu  ktoś  inny  zwędził.  Ale 
ani  myśli  stąd  wyjeżdżać.  Niebawem  przyjedzie  cyrk  Buffalo  Billa,  a  człowiek, 
który potrafi powozić ósemką koni, będzie miał w każdej chwili zapewnioną pracę. 

background image

Te  pokraki  tutaj  nie  mają  o  powożeniu  zielonego  pojęcia  -  kto  wie,  czy  taki 
potrafiłby powozić dorożkarską szkapą. A gdybym ja tak poczekał na Buffalo 
Billa? Głowę by dał, że zdołam się tam jakoś wkręcić. 
A  więc  jednak  krew  to  nie  woda.  Byliśmy  ziomkami  i  cudzoziemcami  w  obcym 
kraju. 
Zrobiło  mi  się  ciepło  na  sercu  na  widok  jego  starego,  sfatygowanego  kapelusza, 
on  zaś  tak  troszczył  się  o  mój  los,  jak  gdybyśmy  byli  rodzonymi  braćmi. 
Wymieniliśmy  wiele  pożytecznych  informacji  na  temat  kraju  i  zwyczajów  jego 
mieszkańców,  sposobów  zdobycia  jedzenia  i  noclegu  i  tym  podobnych,  a  potem 
pożegnaliśmy się, szczerze zmartwieni, że musimy się rozstać. 
Rzeczą w tym tłumie szczególnie rzucającą się w oczy był niski wzrost mężczyzn. 
Ja,  który  jestem  wzrostu  zaledwie  średniego,  przewyższałem  o  głowę  dziewięciu 
na  dziesięciu  obecnych.  Wszyscy  tuziemcy  byli  niscy,  niscy  byli  również 
zagraniczni  marynarze.  W  całej  gromadzie  naliczyłem  pięciu  lub  sześciu  dość 
wysokich,  a  jak  się  okazało,  byli  to  Skandynawowie  i  Amerykanie.  Jednakże 
najwyższy  mężczyzna  stanowił  wyjątek.  Był  Anglikiem,  ale  nie  pochodził  z 
Londynu.  
- Kandydat do gwardii królewskiej - rzuciłem. 
- Jakbyś pan zgadł - odpowiedział. - Przesłużyłem w niej kawałek czasu, a teraz 
zanosi się, że wrócę tam niebawem. 
Przez  godzinę  staliśmy  spokojnie  na  zatłoczonym  podwórzu.  A  potem  zaczęło 
wzrastać zniecierpliwienie. Wszyscy cisnęli się, pchali do przodu, rozległ się cichy 
pomruk głosów. 
Nie  było  w  tym  jednak  nic  natrętnego,  nic  gwałtownego;  jedynie  niepokój 
zmęczonych  i  zgłodniałych  ludzi.  Wtedy  zjawił  się  adiutant.  Nie  podobał  mi  się. 
Miał  niedobre  oczy.  Nie  zdradzał  w  najmniejszej  mierze  pokory  Galilejczyka, 
natomiast bardzo przypominał setnika, który rzekł: „Albowiem jam jest ten, który 
władzę  sprawuje  nad  żołnierzami;  i  mówię  temu  człowiekowi:  idź,  a  on  idzie;  a 
innemu mówię: pójdź, a on przychodzi; a słudze mojemu mówię: uczyń to, a on 
czyni”. 
W każdym razie spojrzał na nas tak, jakby mógł spojrzeć setnik, a ci, którzy stali 
najbliżej, zadrżeli. Adiutant krzyknął: 
- Dość tego! Uspokoić mi się natychmiast, bo wyrzucę za furtę i żaden z was nie 
powącha śniadania! 
Nie  potrafię  za  pomocą  słowa  drukowanego  wyrazić,  jak  bardzo  ton  jego  ranił. 
Wydawało się, że ten człowiek rozkoszuje się władzą, dzięki której może oznajmić 
pięciu  setkom  wynędzniałych  obdartusów:  ode  mnie  zależy,  czy  się  najecie,  czy 
też będziecie głodni. 
Pozbawić  nas  śniadania,  na  które  czekamy  od  tylu  godzin!  Była  to  straszliwa 
groźba, a żałosna i pokorna cisza, jaka natychmiast zaległa, dowodziła zawartej w 
niej mocy. Była to również groźba tchórza. Dokuczał nam głód, więc nie mogliśmy 
odparować  ciosu;  a  tak  już  jest  na  świecie,  że  człowiek,  który  żywi  drugiego 
człowieka, staje się jego panem. 
Nie zaspokoiło to jednak setnika - mam na myśli adiutanta. W śmiertelnej ciszy 
znowu podniósł głos i powtórzył pogróżkę w dosadniejszych słowach. 
Wreszcie  pozwolono  nam  wejść  do  sali  jadalnej,  gdzie  zastaliśmy  mężczyzn  z 
biletami  umytych,  ale  wciąż  jeszcze  nie  nakarmionych.  Potem  wszyscy  -  a 
przypuszczam,  że  było  nas  około  siedmiuset  -  zasiedliśmy...  nie  do  mięsa  i 
chleba,  lecz  do  przemówień,  pieśni  i  modlitwy.  Z  tego  wyciągnąłem  wniosek,  że 

background image

Tantal  cierpi  pod  wielu  postaciami  w  tej  części  piekielnych  otchłani.  Adiutant 
odprawił modły, ale nie zwróciłem na nie uwagi, gdyż zbyt pochłaniał mnie widok 
zgromadzonej  wokół  nędzy.  Przemówienie  brzmiało  mniej  więcej  tak:  „Będziecie 
ucztować w raju. Choćbyście nie wiem jak cierpieli i głodowali tutaj, zasiądziecie 
do uczty w raju - oczywiście pod warunkiem, że będziecie postępowali zgodnie z 
naszymi  wskazaniami”.  I  tak  dalej,  i  dalej.  Uznałem  to  za  sprytny  chwyt 
propagandowy,  który  jednak  z  dwóch  względów  mijał  się  z  celem.  Po  pierwsze, 
ludzie,  do  których  miał  trafić,  pozbawieni  byli  wyobraźni  i  zmaterializowani, 
nieświadomi istnienia Niewidzialnego i zbyt obyci z piekłem na ziemi, aby mogła 
przerazić  ich  myśl  o  przyszłym  potępieniu.  Po  drugie,  byli  wyczerpani 
bezsennością  i  mordęgą  nocy,  nogi  mieli  obolałe  od  długiego  stania,  a  ciała 
wycieńczone głodem i pragnęli nie zbawienia, lecz strawy. Jeśli „łowcy dusz” (jak 
ci  ludzie  nazywają  propagandzistów  religijnych)  pragną,  aby  ich  wysiłki  nie  szły 
na marne, powinni poświęcić nieco czasu na studiowanie fizjologicznych podstaw 
psychologii. 
Wreszcie około jedenastej zjawiło się śniadanie. Przyniesiono je nie na talerzach, 
lecz zawinięte w papier. Nie zaspokoiło mojego głodu i jestem pewny, że nawet w 
połowie  nie  nasyciło  apetytu  żadnego  z  obecnych.  Oddałem  część  chleba 
„królewskiemu  włóczędze”,  który  czekał  na  przyjazd  Buffalo  Billa,  a  okazywał 
równą żarłoczność przy końcu posiłku jak na początku. Oto z czego składało się 
śniadanie:  dwie  kromki  chleba,  jedna  mała  kromka  chleba  z  rodzynkami, 
zwanego tu „ciastem”, płatek sera i kubek „zaczarowanej wody”. Wielu mężczyzn 
oczekiwało tego posiłku od godziny piątej, a wszyscy czekaliśmy najmniej cztery 
godziny;  co  więcej,  spędzono  nas  w  stado  jak  świnie,  upchano  jak  sardynki, 
traktowano  jak  bezpańskie  kundle,  śpiewano  dla  nas,  raczono  nas  kazaniem  i 
modlono się za nas. Ale to jeszcze nie wszystko. 
Zaledwie  skończyło  się  śniadanie  (a  trwało  niemal  tak  krótko,  jak  krótko  trwa 
opowiadanie o nim), a już zmęczone głowy zaczęły się kiwać i opadać na piersi i 
po  pięciu  minutach  połowa  sali  pogrążona  była  w  głębokim  śnie.  Nic  nie 
zapowiadało  naszego  rychłego  uwolnienia,  przeciwnie,  wiele  niechybnych  oznak 
zdradzało, że przygotowuje się jakieś zebranie. Spojrzałem na mały zegar ścienny. 
Wskazywał  pięć  minut  po  pół  do  dwunastej.  „Ho,  ho”  -  pomyślałem  -  „czas 
ucieka, a ja muszę jeszcze poszukać pracy”.  
-  Chciałbym  stąd  wyjść  -  odezwałem  się  do  dwóch  mężczyzn,  którzy  siedzieli  w 
pobliżu i nie spali. 
- Musisz pan zostać na nabożeństwie - brzmiała odpowiedź. 
- A wy macie ochotę zostać? - spytałem. 
Potrząsnęli przecząco głowami. 
- No, to powiedzmy im, że chcemy wyjść - zaproponowałem. - Chodźcie. 
Ale te nieszczęsne istoty spojrzały na mnie ze zgrozą. Wobec tego pozostawiłem je 
na pastwę losu i podszedłem do najbliższego członka Armii Zbawienia. 
- Chcę już pójść - zacząłem. - Przyszedłem tu zjeść śniadanie, żeby nabrać sił do 
szukania pracy. Nie przypuszczałem, że zajmie nam to tyle czasu. Wydaje mi się, 
że  mam  pewne  widoki  na  pracę  w  Stepney,  a  im  prędzej  wyruszę,  tym  większe 
będę miał szanse powodzenia. 
Był  to  naprawdę  poczciwy  człeczyna,  jednakże  moje  żądanie  wprawiło  go  w 
bezgraniczne zdumienie.  
- Ależ człowieku - powiedział - przecież  zaraz będziemy odprawiać nabożeństwo. 
Nie radziłbym panu odchodzić. 

background image

- W takim razie przepadnie mi praca  - upierałem się. - A w tej chwili praca jest 
dla mnie najważniejsza... 
Był  tylko  szeregowcem,  więc  odesłał  mnie  do  adiutanta.  Wyłuszczyłem  mu 
powody,  które  skłaniały  mnie  do  odejścia  i  poprosiłem  uprzejmie,  żeby  pozwolił 
mi odejść. 
-  To  niemożliwe  -  rzekł,  a  moja  niewdzięczność  wzbudziła  w  nim  płomień 
świątobliwego oburzenia. - Co za pomysł! - parsknął gniewnie. - Co za pomysł! 
-  Czy  chce  pan  przez  to  powiedzieć,  że  nie  wolno  mi  odejść?  -  spytałem.  –  Że 
zamierza pan trzymać mnie tu wbrew mojej woli? 
- Tak! - parsknął. 
Nie  wiem,  co  mogłoby  się  zdarzyć,  bo  we  mnie  również  wzbierało  oburzenie;  ale 
tymczasem na sali zauważono już, co się święci, więc zaciągnął mnie w róg izby, a 
potem  do  przyległego  pokoju.  Tutaj  jeszcze  raz  kazał  mi  wymienić  powody,  dla 
których chciałem odejść. 
- Muszę pójść - oznajmiłem - bo chcę poszukać pracy w Stepney, a każda godzina 
zmniejsza moje widoki zarobku. Jest w tej chwili za dwadzieścia pięć dwunasta. 
Przychodząc tu nie przypuszczałem, że śniadanie zajmie mi tyle czasu. 
-  Masz  pan  interesy  na  mieście,  co?  -  szydził.  -  Jesteś  człowiekiem  interesów, 
prawda? Ale wobec tego po coś pan tu przyszedł? 
- Spędziłem całą noc na dworze i chciałem zjeść śniadanie, żeby nabrać nieco sił 
do szukania pracy. Po to tu przyszedłem. 
- Ładny mi postępek, nie ma co - drwił dalej. - Mężczyzna, który ma na mieście 
interesy,  nie  powinien  tu  przychodzić.  Pozbawiłeś  pan  jakiegoś  biedaka 
śniadania. Oto coś pan zrobił. 
Było to kłamstwo, bo dostaliśmy się do środka wszyscy, co do jednego. 
A  teraz  odwołuję  się  do  was:  czy  człowiek  ów  postąpił  po  chrześcijańsku  lub 
choćby  uczciwie  -  po  tym,  kiedy  stwierdziłem  wyraźnie,  że  jestem  bezdomny  i 
głodny i że chcę poszukać pracy - nazywając szukanie pracy „interesami”, a mnie 
określając  jako  „człowieka  interesów”,  i  wreszcie  wyciągając  z  tego  prosty 
wniosek, że człowiek interesów, i to w dodatku zamożny, nie potrzebuje śniadania 
z  dobroczynnej  kuchni  oraz  że  zjadłszy  taki  posiłek  okradłem  jakiegoś 
wygłodniałego nędzarza, który nie jest „człowiekiem interesów”? 
Opanowałem ogarniającą mnie złość, jeszcze raz przytoczyłem swoje argumenty, 
a  potem  jasno  i  treściwie  wykazałem,  jak  bardzo  jest  niesprawiedliwy  i  jak 
zniekształca  prawdę.  Ponieważ  nie  zdradzałem  żadnej  gotowości  do  ustępstw  (a 
pewien jestem, że moje oczy zaczynały błyszczeć gniewem), zaprowadził mnie na 
dziedziniec  za  budynkiem,  do  namiotu.  Tym  samym  szyderczym  tonem 
poinformował dwóch szeregowców, którzy pełnili straż u wejścia, że „to jest facet, 
co ma na mieście interesy i chce wyjść przed nabożeństwem”. 
Oczywiście  słowa  te  wstrząsnęły  nimi  do  głębi,  przyglądali  mi  się  więc  z 
niewysłowioną zgrozą. Adiutant wszedł do namiotu i przyprowadził majora. Wciąż 
tym  samym  szyderczym  tonem  przedłożył  komendantowi  moją  prośbę,  kładąc 
szczególny  nacisk  na  moje  „interesy”.  Major  był  człowiekiem  całkiem  innego 
pokroju.  Spodobał  mi  się  od  pierwszego  wejrzenia  toteż  przedstawiłem  mu 
sprawę, oświetlając ją jak poprzednio. 
-  Czy  nie  wiedział  pan,  że  ma  pan  obowiązek  uczestniczyć  w  nabożeństwie?  - 
spytał. 
- Pewnie, że nie wiedziałem - odparłem - bo inaczej zrezygnowałbym ze śniadania. 
Nie ogłaszacie tego na afiszach ani nie zawiadamiacie o tym przy wejściu. 

background image

Zastanawiał się przez chwilę.  
- Możesz pan iść - zezwolił.  
Gdy  wydostałem  się  wreszcie  na  ulicę,  minęła  już  dwunasta  i  doprawdy  nie 
umiałbym  powiedzieć,  czy  byłem  w  wojsku,  czy  też  w  więzieniu.  Zmarnowałem 
połowę dnia, a od Stepney dzieliła mnie daleka droga. Zresztą była to niedziela, a 
przecież nawet człowiek, który przymiera głodem, nie szukałby pracy w niedzielę. 
Poza tym doszedłem do wniosku, że mam za sobą ciężką pracę nocną (chodzenie 
po ulicach) i ciężką pracę dzienną (zdobywanie śniadania). Wobec tego przestałem 
na  razie  udawać  przymierającego  głodem  młodego  mężczyznę  w  pogoni  za 
zarobkiem, zatrzymałem omnibus i pojechałem do domu. 
Ogolony  i  wykąpany  położyłem  się  pod  białe  prześcieradła  i  zasnąłem. 
Zamknąłem  oczy  o  szóstej  po  południu.  Gdy  otwierałem  je  ponownie,  biła 
dziewiąta rano. Przespałem piętnaście godzin. Leżąc w półśnie wróciłem myślami 
do tych siedmiuset nieszczęśliwców, którzy czekali na nabożeństwo. Nie dla nich 
kąpiel  ani  możność  ogolenia  się,  ani  białe  prześcieradła,  ani  piętnaście  godzin 
snu.  Po  skończeniu  modłów  czeka  ich  natomiast  mordęga  ulic,  problem  skórki 
chleba  przed  nocą,  długa  bezsenna  noc  na  ulicach  i  dumanie  nad  sposobem 
znalezienia skórki chleba o świcie. 
 
 
ROZDZIAŁ XII 
DZIEŃ KORONACJI 
 
Ty, której ląd bezbronny 
Oddziela morska głąb - 

Anglio Miltona - dokąd 

chcesz znosić wstyd i srom? 
Byłaś Rzeczpospolitą, 

Dziś łasisz się u nóg 
Tych królów rdzą przeżartych. 

Choć kłamstwa robak zmógł, 

Jak wichr ci szarpią włosy 
I oczu czysty blask 

Skrywają jak zasłona 
Przed niebem bożych łask.
 
Swinburne 
 
Vivat Rex Eduardus! Ukoronowano dzisiaj króla wśród objawów wielkiego wesela 
i błazeńskiej pompy, a ja jestem tym wstrząśnięty i zasmucony. Nie widziałem w 
życiu  nic,  co  dałoby  się  porównać  z  przepychem  tego  widowiska  -  chyba  tylko 
jankeskie cyrki i balet w „Alhambrze”. Nigdy w życiu nie widziałem też nic równie 
beznadziejnego i tragicznego. 
Aby zachwycić się widokiem parady koronacyjnej, powinienem był przybyć prosto 
ze  Stanów  Zjednoczonych  do  Hotelu  Cecil,  a  prosto  z  Hotelu  Cecil  udać  się  na 
trybunę,  na  którą  wstęp  kosztował  pięć  gwinei,  i  zasiąść  pomiędzy  umytymi.  Ja 
zaś  popełniłem  błąd  i  przybyłem  spośród  nie  mytych  z  East  Endu.  Niewielu 
nadciągnęło z tamtej części miasta. 
Większość  mieszkańców  East  Endu  pozostała  w  swoich  zaułkach  i  upiła  się  do 
nieprzytomności.  Socjaliści,  demokraci  i  republikanie  wyjechali  na  wieś 

background image

zaczerpnąć  świeżego  powietrza  i  nie  wzruszał  ich  bynajmniej  fakt,  że  czterysta 
milionów  ludzi  obierało  sobie  ukoronowanego  i  namaszczonego  olejami  władcę. 
Sześć  tysięcy  pięciuset  prałatów,  księży,  mężów  stanu,  książąt  i  wojowników 
przyglądało się koronowaniu i namaszczaniu, a reszta obserwowała orszak. 
Ja przypatrywałem mu się na Trafalgar Square, z „najokazalszego placu Europy” i 
samego  serca  imperium.  Było  nas  tam  wiele  tysięcy,  trzymanych  w  ryzach  i 
zmuszanych  do  porządku  przez  najprzedniejsze  oddziały  sił  zbrojnych  Anglii. 
Wzdłuż  trasy  marszu  stał  podwójny  szpaler  żołnierzy.  Cokół  kolumny  Nelsona 
otaczali  potrójnym  wieńcem  marynarze.  Dalej  ku  wschodowi,  u  wylotu  placu, 
zajęła  miejsce  Królewska  Artyleria  Morska.  Wznoszący  się  w  trójkącie  pomiędzy 
Pall  Mall  i  Cockspur  Street  pomnik  Jerzego  III  oskrzydlały  z  obu  stron  pułki 
lansjerów  i  huzarów.  Po  zachodniej  stronie  placu  barwiły  się  czerwone  płaszcze 
żołnierzy Marynarki Królewskiej, a przestrzeń od Union Club do Whitehall łukiem 
spinała  iskrząca  się,  potężna  linia  1  pułku  gwardii  królewskiej  -  gigantyczni 
ludzie  na  grzbietach  gigantycznych  wierzchowców,  w  stalowych  napierśnikach  i 
stalowych hełmach - olbrzymi stalowy miecz wojenny gotowy na każde skinienie 
sił  rządzących  światem.  A  jeszcze  dalej  przecinały  tłum  długie  szeregi  policji 
stołecznej,  za  plecami  zaś  tłumu  czuwali  rezerwiści  -  wysocy,  dobrze  odżywieni 
mężczyźni, którzy w razie potrzeby mogli posłużyć się bronią i siłą mięśni. 
Podobny  obraz  roztaczał  się  wzdłuż  całej  trasy  marszu  -  siła,  druzgocąca, 
przemożna  siła;  tysiące  mężczyzn,  wspaniałych  mężczyzn,  sam  kwiat  narodu, 
których  jedyną  funkcją  jest:  słuchać  ślepo  i  zabijać  ślepo,  niszczyć  ślepo  i 
mordować  ślepo.  A  po  to,  aby  ludzie  ci  byli  dobrze  odżywieni,  dobrze  ubrani  i 
dobrze uzbrojeni, aby mieli statki, które zawiozą ich na odległe krańce świata - po 
to haruje, niszczeje i umiera East End Londynu i East End całej Anglii. 
Jest takie chińskie przysłowie, że jeśli jeden człowiek gnuśnieje w lenistwie, drugi 
umrze  z  głodu.  A  Monteskiusz  powiedział:  „Fakt,  że  wiele  ludzi  pracuje,  aby 
odziać jednego człowieka, jest przyczyną, że wiele ludzi nie posiada odzienia”. W 
ten  sposób  jedno  tłumaczy  drugie.  Nie  potrafimy  zrozumieć,  czemu  przymiera 
głodem  skarlały  robotnik  East  Endu  (który  mieszka  z  rodziną  w  jednoizbowej 
norze  i  podnajmuje  innym  przymierającym  głodem  i  skarlałym  robotnikom 
skrawek miejsca na podłodze), dopóki nie spojrzymy na rosłego żołnierza gwardii 
królewskiej  z  East  Endu  i  nie  uprzytomnimy  sobie,  że  jeden  musi  żywić  i 
odziewać, i służyć drugiemu. 
I  gdy  w  Opactwie  Westminsterskim  naród  obierał  sobie  króla,  ja,  wciśnięty 
pomiędzy  szeregi  gwardii  królewskiej  i  oddziałów  policji  z  Trafalgar  Square, 
sięgnąłem myślą do tych czasów, kiedy lud Izraela po raz pierwszy miał otrzymać 
koronowanego władcę. 
Wiecie  wszyscy,  jak  się  to  odbyło.  Starsi  przyszli  do  proroka  Samuela  i 
powiedzieli:  „Przetoż  postanów  nam  króla,  aby  nas  sądził,  jako  je  wszystkie 
narody mają”. 
Tedy  rzekł  Pan  do  Samuela:  „Przetoż  teraz  usłuchaj  głosu  ich,  a  wszakże 
oświadcz się jako najpilniej przed nimi i oznajmij im prawo króla, który nad nimi 
ma królować. 
A tak Samuel odniósł wszystkie słowa Pańskie do ludu, który go prosił o króla. 
I mówił: Toć będzie prawo króla, który królować ma nad wami: Syny wasze brać 
będzie,  a  osadzi  nimi  wozy  swoje  i  poczyni  je  jezdnymi,  a  będą  biegać  przed 
wozem jego. 

background image

Poczyni  też  sobie  z  nich  pułkowniki  nad  tysiącami  i  rotmistrze  nad 
pięćdziesięcioma;  poczyni  z  nich  oracze  pól  swoich  i  żeńce  żniwa  swego,  i  te, 
którzy by robili rynsztunki wojenne i potrzeby do wozów jego. 
Córki  też  wasze  pobierze,  by  gotowały  rzeczy  wonne  i  były  kucharkami  i 
piekarkami. 
Pola  też  wasze  i  winnice  wasze,  i  oliwnice  wasze  co  najlepsze  pobierze,  a  rozda 
sługom swoim. 
Przy tym z zasiewków waszych i winnic waszych będzie brał dziesięciny i rozda je 
komornikom swoim i sługom swoim. 
Także sługi wasze i dziewki wasze, i młodzieńce wasze co najgrzeczniejsze będzie 
brał, i osły wasze pobierze, i obróci do roboty swojej. 
Z  bydła  waszego  dziesięcinę  będzie  brał,  a  wy  będziecie  niewolnikami  jego.  I 
będziecie  wołać  dnia  onego  dla  króla  waszego,  którego  sobie  obierzecie,  a  nie 
wysłucha was Pan dnia onego”. 
Wszystko to zdarzyło się owego dnia pradawnego i lud wołał do Samuela: „Módl 
się za sługami twymi Panu Bogu twemu, żebyśmy nie pomarli; bośmy przydali do 
wszystkich  grzechów  naszych  tę  złość,  żeśmy  sobie  prosili  o  króla.  A  po  Saulu, 
Dawidzie  i  Salomonie  przyszedł  Roboam,  który  „dał  srogą  odpowiedź  ludowi 
mówiąc:  Ojciec  mój  kładł  na  was  jarzmo  ciężkie,  ale  ja  przydam  do  jarzma 
waszego; Ojciec mój karał was biczykami, ale ja was karał będę korbaczami”. 
W naszych zaś dniach pięciuset dziedzicznych parów włada piątą częścią Anglii; a 
ci  parowie  i  oficerowie,  i  słudzy  królewscy,  i  ci,  którzy  tworzą  siły  rządzące 
światem,  marnotrawią  na  zbytki  1  850  milionów  dolarów,  czyli  370  milionów 
funtów rocznie, co stanowi 32 procent ogólnej wartości dóbr wytwarzanych przez 
robotników tego kraju. 
W opactwie wśród dźwięków fanfar i łkania muzyki nadano monarsze, odzianemu 
we  wspaniałą  złocistą  szatę  i  otoczonemu  przez  świetny  tłum  panów,  lordów  i 
władców,  insygnia  władzy  królewskiej.  Lord  Wielki  Szambelan  przypiął  mu  do 
butów ostrogi, a arcybiskup Canterbury wręczył mu miecz królewski w czerwonej 
pochwie, mówiąc:  
- Przyjm ten królewski miecz przyniesiony z ołtarza bożego i wręczony ci rękami 
biskupów i sług bożych niegodnych tego zaszczytu. 
A gdy przypasano mu miecz, król wysłuchał egzort arcybiskupa: 
- Mieczem tym czyń sprawiedliwość, zwalczaj w zarodku niesprawiedliwość, chroń 
Święty Kościół Boży, wspomagaj i broń sieroty i wdowy, przywracaj siłę rzeczom, 
które  chylą  się  do  upadku,  zachowuj  rzeczy,  którym  przywróciłeś  siłę,  karz  i 
naprawiaj zło i umacniaj dobro. 
Ale posłuchajcie! Gdzieś od strony Whitehallu płyną ku nam odgłosy radosnych 
wiwatów;  tłum  zaczyna  falować,  podwójny  szpaler  żołnierzy  staje  na  baczność  i 
wnet  ukazują  się  królewscy  przewoźnicy  w  fantastycznych  średniowiecznych 
ubiorach  ze  szkarłatnej  materii,  do  złudzenia  przypominający  cyrkowców  na 
wozie podczas cyrkowej parady. 
Potem królewska karoca wiezie damy dworu i panów dworskich, z upudrowanymi 
lokajami i woźnicami w przebogatych strojach. Przybywają coraz to nowe karoce, 
nowi  lordowie,  szambelanowie,  wicehrabiowie,  damy  dworu  -  sami  służalcy. 
Potem  wojownicy,  królewska  eskorta,  generałowie  o  spalonych  na  brąz  i 
wyniszczonych  twarzach,  przybyli  do  Londynu  z  najdalszych  zakątków  świata, 
oficerowie-ochotnicy,  oficerowie  milicji  i  oficerowie  regularnych  sił  zbrojnych; 
Spens i Plumer, Broadwood i Cooper, którzy przyszli na odsiecz Ookiep, Mathias 

background image

z  Dargai,  Dixon  z  Vlakfontein;  generał  Gaselee  i  admirał  Seymour  z  Chin; 
Kitchener z Chartumu; lord Roberts z Indii i cały świat - zbrojni mężowie Anglii, 
władcy  zniszczenia  i  panowie  śmierci!  Inna  rasa  ludzi  niż  ci  ze  sklepów  i 
slumsów, całkiem inne plemię! 
Ale  oto  jadą  w  całym  swym  przepychu  i  poczuciu  posiadanej  władzy,  nadjeżdża 
ich  coraz  więcej  -  tych  mężczyzn  ze  spiżu,  tych  bogów  wojny  i  ciemiężycieli 
świata.  Bezładna  mieszanina  -  parowie  i  pospólstwo,  książęta  i  maharadżowie, 
koniuszowie królewscy i kawalerzyści gwardii. A dalej mieszkańcy kolonii, smukli 
i  silni;  jeszcze  dalej  wszystkie  rasy  świata  -  żołnierze  z  Kanady,  z  Australii,  z 
Nowej  Zelandii;  z  Bermudów,  Borneo,  Fidżi  i  ze  Złotego  Wybrzeża;  z  Rodezji, 
Południowej Afryki, Natalu, Sierra Leone i Gambii; z Nigerii i Ugandy; z Cejlonu i 
Cypru, z Hongkongu, Jamajki i Wei-Hai-Wei; z Lagos, Malty, St. Lucia, Singapore 
i Trinidadu. A za nimi podbite ludy Indii, śniadzi jeźdźcy, barbarzyńcy władający 
mieczem,  jaśniejący  purpurą  i  szkarłatem  -  Sikhowie,  Radżpuci,  Birmanie, 
prowincja po prowincji, kasta po kaście. 
A  teraz  gwardia  konna,  połysk  złotych  zbroi,  piękne  bułane  konie,  huragan 
wiwatów, ogłuszający dźwięk orkiestr  - „Król! Król! Boże, strzeż króla!”. Wszyscy 
postradali  zmysły.  Porwał  mnie  nastrój  nieprzytomnego  podniecenia,  ja  również 
mam ochotę wołać: „Król! Boże, strzeż króla!”. Wokół mnie ludzie w łachmanach 
podrzucają  kapelusze  i  ze  łzami  w  oczach  wołają  w  ekstazie:  „Niech  żyje!  Niech 
żyje!  Niech  żyje!”.  Popatrz,  widać  go,  jedzie  w  tej  cudownej  złotej  karocy,  wielka 
korona  iskrzy  mu  się  na  głowie,  obok  niego  kobieta  w  bieli,  w  podobnej  jak  on 
koronie. 
A  ja  opanowuję  się  z  trudem  i  usiłuję  przekonać  samego  siebie,  że  to  wszystko 
rzeczywistość, że to nie jakieś sceny z bajki. Ale na próżno - i tak jest może lepiej. 
Wolę się łudzić, że cała ta pompa, cały przepych i błazeńska maskarada należą do 
krainy  baśni,  niż  gdybym  miał  uwierzyć,  że  to  wybryk  zdrowych  na  umyśle  i 
rozsądnych ludzi, którzy ujarzmili materię i zgłębili tajemnice gwiazd. 
Książęta  i  książątka,  hrabiowie,  hrabiny  i  najróżniejsze  odmiany  szlachetnie 
urodzonych  postaci  z  królewskiego  orszaku  migają  mi  przed  oczami;  i  znów 
wojownicy  i  lokaje,  i  ludy  zwyciężone...  Parada  skończona.  Tłum  unosi  mnie  z 
placu w plątaninę wąskich uliczek, gdzie szynki rozbrzmiewają pijacką wrzawą, a 
mężczyźni,  kobiety  i  dzieci  łączą  się  w  ogólnym  rozpasaniu.  Zewsząd  płynie 
melodia ulubionej piosenki koronacyjnej: 
 
Hej, w dniu koronacji krew żywiej w żyłach nam gra. 

Będziemy hulali, tańczyli, śpiewali, hip hip hura! 
Hej, w dniu koronacji strumieniem popłyną 

I serca zagrzeją nam whisky i wino. 

 
Rozpadał  się  deszcz.  U  wylotu  ulicy  ukazują  się  oddziały  wojsk  posiłkowych, 
czarni  Afrykanie  w  turbanach  i  żółci  Azjaci  w  fezach,  obok  kulisi  uginający  się 
pod ciężarem niesionych na głowach karabinów maszynowych i baterii górskich; 
ich  bose  stopy  brną  przez  błoto  uliczne  i  wybijają  szybki  rytm  -  tap,  tap,  tap. 
Szynki  opróżniają  się  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  i  ciemnoskórzy 
lennicy idą wśród wiwatów swych brytyjskich braci, którzy zaraz potem wracają 
do przerwanej hulanki. 
- Jak się panu podobał pochód? - spytałem jakiegoś starego człowieka na ławce w 
Green Parku. 

background image

-  Jak  mi  się  podobał  pochód?  Cholernie  dobra  okazja  do  przespania  się; 
pomyślałem,  kiedy  wszystkie  gliny  polazły  gdzie  indziej,  i  schowałem  się  w 
tamtym  kącie  razem  z  pięćdziesiątką  innych.  Ale  nie  mogłem  zasnąć,  leżałem 
głodny i rozmyślałem, że niby jak to może być, żebym po tylu latach harówki nie 
miał  nawet  dachu  nad  głową;  i  słuchałem  muzyki  i  wiwatów,  i  strzałów 
armatnich, aż zrobił się ze mnie prawie anarchista i przyszła mi chętka rozwalić 
łeb Lordowi Szambelanowi. 
Nie mogłem zrozumieć, czemu akurat Lordowi Szambelanowi, co prawda i on nie 
wiedział,  ale  oświadczył  stanowczo,  że  tak  to  właśnie  odczuwa,  i  nie  wracaliśmy 
już więcej do tego tematu. 
Gdy  zapadła  noc,  miasto  rozjarzyło  się  tysiącem  świateł.  Tu  i  tam  zachwycały 
wzrok  jaskrawe  plamy  zieleni,  bursztynu  i  rubinu,  a  na  każdym  kroku  jaśniały 
wycięte z kryształu i oświetlone płomieniem gazowym olbrzymie litery „ER”. Tłum 
na ulicach wzrósł do setek tysięcy i chociaż policja z całą surowością kładła kres 
wszelkim  wybrykom,  nie  brak  było  awantur  pijackich  i  bójek.  Wydawało  się,  że 
podniecenie  i  chwilowe  odprężenie  uderzyły  do  głowy  znużonym  pracą 
robotnikom;  tańcząc  przeciągali  ulicami  mężczyźni  i  kobiety,  starzy  i  młodzi, 
złączeni ramionami w długie szeregi śpiewali: 
 
Tyś jest powój, wonny powój, a ja jestem pszczółką, 

Piłbym miód z twych warg czerwonych, piłbym, piłbym w kółko 

 
Odpoczywałem  na  ławce  na  Embankment  i  spoglądałem  na  lśniącą  od  blasków 
wodę. 
Zbliżała się północ i przede mną płynęli „lepsi” uczestnicy zabaw, którzy unikali 
wrzaskliwych ulic i wracali do domów. Obok mnie siedziały drzemiąc i kiwając się 
dwie  postacie  w  łachmanach:  mężczyzna  i  kobieta.  Nędzarka  miała  ręce  ciasno 
skrzyżowane  na  piersiach  i  bez  ustanku  pochylała  się  do  przodu,  aż  wydawało 
się,  że  za  chwilę  straci  równowagę  i  zsunie  się  na  chodnik;  to  przeginała  się  w 
lewo, aż głową dotykała ramienia mężczyzny; to znów chyliła w prawo, aż ból w 
naprężonych i naciągniętych mięśniach budził ją i zmuszał do zmiany pozycji. A 
potem  opadanie  ku  przodowi  zaczynało  się  od  nowa  i  powtarzał  się  poprzedni 
cykl, dopóki ból mięśni nie wyrwał biedaczki ze snu. 
Co  chwilę  chłopcy  lub  młodzi  ludzie  przystawali  za  ławką  wydając  przeraźliwe 
wrzaski. 
Każdy  taki  wyczyn  budził  brutalnie  mężczyznę  i  kobietę,  a  na  widok  żałosnego 
zdumienia na ich twarzach tłum wybuchał radosnym śmiechem. 
Ten brak serca, objawiający się na każdym kroku, zdumiewał mnie najbardziej. 
Bezdomni na ławkach, to taki pospolity widok - biedni, nieszczęśni i nieszkodliwi 
ludzie,  którym  można  bezkarnie  dokuczać.  Najmniej  pięćdziesiąt  tysięcy  osób 
przeszło obok ławki, podczas gdy na niej siedziałem, ale choć był to taki radosny 
dzień  jak  koronacja,  żadnemu  z  przechodniów  nie  drgnęło  serce  i  żaden  nie 
podszedł  do  kobiety  ze  słowami:  „Masz  tu  sześć  pensów;  idź  i  znajdź  sobie 
nocleg”. Przeciwnie, kobiety, szczególnie młodsze, robiły dowcipne uwagi na temat 
kiwającej się na ławce nieszczęsnej istoty i za każdym razem rozśmieszały swoich 
towarzyszy. 
Anglicy  określiliby  takie  postępowanie  jako  okrutne.  Amerykanie  nazwaliby  to 
trafniej: zdziczeniem. Toteż przyznaję, że wzięła mnie złość na ten przewijający się 
przede  mną  radosny  tłum  i  nie  bez  satysfakcji  pomyślałem  o  statystykach, 

background image

według których co czwarty dorosły mieszkaniec Londynu umiera w instytucjach 
dobroczynnych - albo w domu noclegowym, albo w szpitalu, albo w zakładzie dla 
umysłowo chorych. 
Wdałem  się  w  rozmowę  z  mężczyzną.  Miał  lat  pięćdziesiąt  cztery  i  był  kiedyś 
dokerem, a teraz stoczył się na dno nędzy. Mógł liczyć tylko na dorywcze zajęcie, i 
to  jedynie  w  okresie,  gdy  był  duży  popyt  na  pracę,  bo  w  sezonie  martwym 
pierwszeństwo dawano mężczyznom młodym i silnym. Ostatni tydzień spędził na 
ławkach Embankment. 
Przyszły  tydzień  zapowiadał  się  nieco  pomyślniej;  może  uda  mu  się  znaleźć 
kilkudniową pracę i zdobyć łóżko w jakimś domu noclegowym. Całe życie spędził 
w Londynie, z wyjątkiem tych pięciu lat od roku 1878, kiedy posłano go na służbę 
do Indii. 
Pewnie, żeby coś zjadł; tak samo dziewczyna. Takie dnie dawały się ludziom w ich 
położeniu  szczególnie  we  znaki,  chociaż  policjanci  mieli  ręce  pełne  roboty  i 
bezdomnym  łatwiej  było  przespać  się  w  jakimś  kącie.  Obudziłem  dziewczynę,  a 
raczej  kobietę,  bo  liczyła  „dwadzieścia  osiem  lat,  proszę  pana”  i  ruszyliśmy  do 
najbliższej jadłodajni. 
-  Ile  to  kosztowało  pracy  założenie  takich  świateł  -  powiedział  mężczyzna  na 
widok  wspaniale  iluminowanego  budynku.  To  było  nutą  przewodnią  jego  myśli. 
Pracował przez całe życie i jedynie kategoriami pracy umiał wyrazić to, co wiązało 
się ze światem zewnętrznym i z jego własną duszą. - Koronacja nie jest zła - rzekł. 
- Daje ludziom pracę. 
- A jednak panu kiszki grają marsza - powiedziałem. 
-  Tak  -  przyznał.  -  Próbowałem,  ale  nie  miałem  żadnych  widoków.  Jestem  za 
stary. A pan gdzie pracuje? Na morzu, co? Poznałem zaraz po ubraniu. 
- Wiem, kto pan jest - wtrąciła dziewczyna. - Włoch. 
- Nie, nieprawda - zaperzył się mężczyzna. - Jest Jankesem, głowę daję. 
-  Chryste  Panie,  spójrzcie  tylko!  -  zawołała,  gdy  wydostaliśmy  się  na  Strand, 
nabity  rozwrzeszczanym  i  roztańczonym,  świętującym  tłumem.  Mężczyźni 
pokrzykiwali ochoczo, a dziewczęta śpiewały wysokimi, gardłowymi głosami: 
 
Hej, w dniu koronacji krew w żyłach żywiej nam gra. 
Będziemy hulali, tańczyli, śpiewali hip, hip, hura! 

Hej, w dniu koronacji strumieniem popłyną 
I serca zagrzeją nam whisky i wino.
 
 
-  Och,  jaka  ja  jestem  brudna  po  tym  chodzeniu  -  powiedziała  kobieta  sadowiąc 
się  w  jadłodajni  i  ścierając  z  kącików  oczu  resztki  brudu  i  snu.  -  Czego  to  ja 
dzisiaj nie widziałam i jak mi się to wszystko podobało, chociaż byłam sama jak 
kołek. Te wszystkie księżne i damy miały takie wspaniałe białe suknie. Wyglądały 
pięknie, niczym z jakiego obrazka. 
- Jestem Irlandką - odpowiedziała na moje pytanie. - Nazywam się Eyethorne. 
- Jak? - spytałem. 
- Eyethorne, proszę pana, Eyethorne. 
- Niech pani powie litera po literze. 
- E-y-e-t-h-o-r-n-e. Eyethorne. 
- Aha - zauważyłem - londyńska Irlandka. 
- Tak, proszę pana, urodziłam się w Londynie. 

background image

Do  śmierci  ojca,  który  zginął  w  jakimś  wypadku,  żyła  szczęśliwie  w  domu 
rodziców,  ale  potem  musiała  rozpocząć  samodzielne  życie.  Jeden  brat  służył  w 
wojsku, a drugiego tak pochłaniał problem utrzymania żony i ośmiorga dzieci za 
dwadzieścia szylingów na tydzień przy niepewnej pracy, że naturalnie siostrze nie 
mógł już pomagać. Raz w życiu wyjechała z Londynu do odległej o dwanaście mil 
miejscowości w Essex i przez trzy tygodnie zrywała tam owoce.  
- A wróciłam brązowa jak śliwka. Nie uwierzy pan, ale słowo daję, że zupełnie jak 
śliwka. 
Ostatnio  pracowała  w  jadłodajni,  od  siódmej  rano  do  jedenastej  w  nocy,  za 
wyżywienie  i  pięć  szylingów  tygodniowo.  Potem  zachorowała,  a  gdy  opuściła 
szpital,  nie  mogła  znaleźć  nowego  zajęcia.  Zresztą  nie  czuła  się  zbyt  dobrze,  a 
dwie ostatnie noce spędziła na ulicach. 
Pochłonęli  we  dwójkę  zdumiewające  ilości  strawy  i  dopiero  gdy  podwoiłem  i 
potroiłem ich początkowe zamówienia, zdradzili pewne oznaki sytości. 
W pewnej chwili kobieta sięgnęła prawą ręką przez stół i dotknąwszy materiału, z 
którego  uszyta  była  moja  kurtka  i  koszula,  zwróciła  uwagę  na  dobry  gatunek 
amerykańskiej  odzieży.  Moje  łachmany  ubraniem  w  dobrym  gatunku! 
Zaczerwieniłem  się;  ale  gdy  obejrzałem  dokładniej  ich  odzienie,  poczułem  się 
nagle człowiekiem dobrze ubranym i szacownym. 
-  Jak  sobie  wyobrażacie  przyszłość?  -  spytałem.  -  Przecież  z  każdym  dniem  się 
starzejecie. 
- Cóż, przytułek - odpowiedział mężczyzna. 
- Prędzej skonam, niż pójdę do przytułku - oświadczyła kobieta. - Nie mam już w 
życiu  żadnej  nadziei,  wiem  o  tym,  ale  wolę  umrzeć  na  ulicy.  Nie  nadaję  się  do 
przytułku,  nie,  dziękuję  pięknie!  Jeszcze  by  też!  -  parsknęła  gniewnie  w  ciszy, 
która nagle zapadła. 
- A po spędzeniu całej nocy na ulicach - spytałem - co robicie, żeby zdobyć trochę 
jedzenia? 
-  Jeśli  nie  zaoszczędziłeś  nic,  musisz  najpierw  zdobyć  pensa  -  objaśnił  mnie 
bezdomny. - A jak go już masz, idziesz do jadłodajni i zamawiasz kubek herbaty. 
- Nie rozumiem, w jaki sposób można zaspokoić tym głód - zaoponowałem. 
Para uśmiechnęła się porozumiewawczo. 
- Pijesz kubek herbaty małymi łyczkami  - ciągnął dalej nędzarz - żeby trwało to 
jak najdłużej. A przez cały czas rozglądasz się dookoła i zawsze znajdziesz takich, 
którzy zostawią coś na talerzu. 
- Aż dziw bierze, ile niektórzy ludzie marnują jedzenia - wtrąciła kobieta. 
-  Cały  dowcip  polega  na  tym  -  zawyrokował  mężczyzna,  gdy  dotarł  do  mnie 
wreszcie sens jego słów - żeby zdobyć pensa. 
Gdy  opuszczaliśmy  jadłodajnię,  panna  Eyethorne  zebrała  z  sąsiednich  stolików 
kilka skórek chleba i wetknęła je pomiędzy łachmany. 
- Rozumie pan, nie należy tego marnować - powiedziała, a były doker przytaknął 
jej skinieniem głowy i sam schował dwie skórki. 
O  trzeciej  nad  ranem  szedłem  wzdłuż  Embankment.  Była  to  prawdziwa  noc 
galowa dla bezdomnych, bo policja pełniła służbę gdzie indziej; toteż każda ławka 
miała śpiących lokatorów. 
Kobiety  nie  ustępowały  liczbą  mężczyznom,  a  większość  stanowili  ludzie  starzy. 
Od  czasu  do  czasu  dostrzegałem  chłopca.  Na  jednej  ławce  zobaczyłem  całą 
rodzinę - mężczyzna siedział wyprostowany, ze śpiącym dzieckiem na ręku, obok 

background image

spała  żona  z  głową  na  jego  ramieniu,  a  na  jej  kolanach  spoczywała  głowa 
śpiącego chłopca. 
Mężczyzna miał oczy szeroko otwarte. Wpatrywał się w wodę i myślał - czego nie 
powinien  robić  bezdomny  i  obarczony  rodziną  człowiek.  Nie  byłoby  chyba 
przyjemnie  odczytać  jego  myśli;  ale  to  jedno  wiem  i  wie  o  tym  cały  Londyn,  że 
bynajmniej nierzadko bezrobotni mężczyźni mordują własne żony i dzieci. 
Gdy  idzie  się  o  świcie  wzdłuż  Embankment,  od  gmachu  Parlamentu,  pod  Iglicą 
Kleopatry aż do mostu Waterloo, nie można nie wspomnieć cierpień, które przed 
dwudziestu siedmiu wiekami opiewał autor „Księgi Hioba”: 
 
Niezbożni granice przenoszą, trzody zabierają i pasą. 
Osła sierotek zajmują, a wołu od wdowy w zastawie biorą. 

Spychają ubogich z drogi; spólnie się muszą nędzni kryć na ziemi. 

Oto jako leśne osły w puszczach wychodzą na robotę swoją,  
wstawając rano na łupiestwo; pustynia jest chlebem ich i dzieci ich. 

Na polach ubogiego pożynają zboża, a niepobożni z winnic zbierają. 
Nagich nocować przymuszają bez odzienia,  

którzy się nie mają czym nakryć na zimnie. 

Powodzią gór zmaczani bywają,  
nie mając mieszkania przytulają się do skały. 

Porywają sierotkę od piersi, a od ubogiego zastaw biorą. 

Nagiemu dopuszczają chodzić bez odzienia,  
a o głodzie chowają tych, którzy im snopy noszą.
 

(„Księga Hioba”, XXIV, 2-10.) 
 
Minęło dwadzieścia siedem wieków! A słowa te są niemniej prawdziwe i aktualne 
dzisiaj, w samym sercu chrześcijańskiej cywilizacji, której Edward VII jest królem! 
 
 
ROZDZIAŁ XIII 
DAN CULLEN, DOKER 
 
Wielkość życia? Człowiecze, szukasz po próżnicy, 

Jeśli chcesz ją odnaleźć w knajpie lub w piwnicy. 
Thomas Ashe 
 
Byłem  wczoraj  w  pokoju  jednego  z  „Domów  Miejskich”  w  pobliżu  Leman  Street. 
Gdybym  mógł  spojrzeć  w  posępną  przyszłość  i  przekonać  się,  że  aż  do  samej 
śmierci będę mieszkał w takim pokoju, zeszedłbym natychmiast na dół, rzucił się 
w  wody  Tamizy  i  rozwiązał  w  ten  sposób  umowę  dzierżawną.  Nie  jest  to  pokój. 
Szacunek dla języka nie pozwala nazwać go pokojem, tak jak nie pozwala nadać 
lepiance miana pałacu. Jest to nora, legowisko. Jej wymiary wynoszą siedem stóp 
na osiem, a sufit jest tak niski, że nie daje nawet tej ilości przestrzeni kubicznej 
powietrza, której wymaga się dla żołnierza angielskiego w barakach wojskowych. 
Połamane  łóżko  przykryte  strzępami  kołdry  zajmuje  niemal  połowę  pokoju. 
Koślawy stolik, krzesło i dwie skrzynki nie pozostawiają wiele wolnego miejsca. Za 
pięć dolarów można by kupić wszystko, co się tam znajduje. 

background image

Podłoga  świeci  nagimi  deskami,  natomiast  ściany  i  sufit  okrywa  istna  tapeta 
krwawych  znaków  i  plam.  Każdy  z  tych  śladów  świadczył  o  gwałtownej  śmierci 
insekta, bo w pokoju roiło się od robactwa, plagi, której nikt nie podoła samotnie. 
Mieszkaniec nory, pewien doker nazwiskiem Dan Cullen, umierał w szpitalu. Ale 
jego osobowość wycisnęła na tym nędznym wnętrzu piętno dość silne, aby można 
było  wyrobić  sobie  pojęcie,  jaki  to  był  człowiek.  Na  ścianach  wisiały  tanie 
reprodukcje  portretów  Garibaldiego,  Engelsa  i  Dan  Burnsa  oraz  innych 
przywódców  robotniczych,  a  na  stole  leżała  powieść  Waltera  Besanta.  Znał 
Szekspira, mówiono mi, i czytał dzieła z zakresu historii, socjologii i ekonomii. I 
był samoukiem. 
Wśród  dzikiego  nieładu  na  stole  leżała  kartka  papieru  z  nabazgranymi  kilku 
słowami:  „Panie  Cullen,  proszę  oddać  mi  duży  biały  dzbanek  i  korkociąg,  który 
panu  pożyczyłam...”  -  przedmioty  pożyczone  mu  w  pierwszym  okresie  choroby 
przez  sąsiadkę,  o  których  zwrot  dopominała  się  w  przewidywaniu  jego  rychłej 
śmierci.  Duży  biały  dzbanek  i  korkociąg  posiadają  dla  mieszkańca  Otchłani 
wartość  zbyt  wielką,  aby  pozwolił  umrzeć  w  spokoju  współmieszkańcowi  tej 
krainy. Aż do ostatka dręczyć będzie duszę Dana Cullena małość ludzka, ponad 
którą daremnie usiłował wzlecieć. 
Historia  Dana  Cullena  jest  krótka  i  błaha,  ale  wiele  można  z  niej  wyczytać 
pomiędzy wierszami. Urodził się w biednej rodzinie, w mieście i w kraju, w którym 
granice pomiędzy klasami społecznymi zaznaczone są bardzo wyraźnie. Przez całe 
życie  ciężko  pracował;  a  ponieważ  otworzył  książki,  ponieważ  zapłonęły  w  nim 
ognie  ducha,  ponieważ  umiał  „napisać  list  jak  adwokat”,  towarzysze  wybrali  go, 
aby  pracował  dla  nich  mózgiem.  Został  przywódcą  związku  tragarzy  owoców, 
reprezentował  dokerów  w  Londyńskiej  Radzie  Związków  Zawodowych  i  pisywał 
cięte artykuły do pism robotniczych. 
Nie  płaszczył  się  przed  ludźmi,  nawet  jeśli  byli  jego  ekonomicznymi  panami  i 
władali  środkami  jego  utrzymania,  wypowiadał  odważnie  swoje  myśli  i  walczył 
nieustraszenie. 
Zawinił, bo podczas „wielkiego strajku w dokach” odegrał rolę kierowniczą. Był to 
dla  niego  koniec.  Od  tego  dnia  stał  się  człowiekiem  napiętnowanym  i  co  dzień, 
przez lat dziesięć lub więcej, „brał zapłatę” za to, co uczynił. 
Doker  pracuje  dorywczo.  Praca  jest,  to  znów  jej  nie  ma,  a  on  pracuje  lub  nie, 
zależnie od ilości towarów, które należy wyładować. Dana Cullena szykanowano. 
Wprawdzie zdecydowanie nie odmówiono mu pracy (co groziłoby kłopotami, ale z 
pewnością  byłoby  mniej  okrutne),  majster  wezwał  go  jednak  do  siebie  i 
oświadczył, że nie ma dla niego roboty więcej niż na dwa lub trzy dni w tygodniu. 
Nazywa się to „nauką dyscypliny” lub „musztrą”, oznacza zaś śmierć głodową. Nie 
ma na to łagodniejszego określenia. 
Dziesięć lat takiego życia złamało mu serce, a ludzie ze złamanym sercem nie żyją 
długo. 
Położył  się  do  łóżka  w  swojej  strasznej  norze,  która,  w  miarę  jak  tracił  siły, 
stawała się coraz straszniejsza. Nie miał przyjaciół ani krewnych, był samotnym 
starym  człowiekiem,  zgorzkniałym  i  skłonnym  do  pesymizmu;  walczył  z 
robactwem  i  patrzał  na  Garibaldiego,  Engelsa  i  Burnsa,  którzy  spoglądali  na 
niego  z  pocętkowanych  krwią  ścian.  Nie  odwiedzał  go  żaden  z  lokatorów  tych 
przepełnionych  miejskich  baraków,  gdyż  nie  zaprzyjaźnił  się  z  nikim.  Pozwolono 
mu gnić w samotności. 

background image

Ale  z  dalekich  krańców  East  Endu  przyszedł  szewc-łatacz  z  synem,  jego  jedyni 
przyjaciele.  Sprzątnęli  mu  pokój,  przynieśli  z  domu  świeżą  bieliznę  i  zdjęli 
szaroczarne  od  brudu  prześcieradła.  I  przyprowadzili  do  niego  jedną  z  sióstr 
Fundacji Miłosierdzia Królowej w Aldgate. 
Obmyła mu twarz, poprawiła  łóżko i wdała się z nim w rozmowę. Pogawędka ta 
interesowała  ją  -  dopóki  on  nie  usłyszał  jej  nazwiska.  A  tak,  nazywa  się  Blank, 
odpowiedziała  niewinnie,  a  sir  George  Blank  jest  jej  bratem.  Och,  sir  George 
Blank? - zagrzmiał Dan Cullen na łożu śmierci. Sir George Blank, radca prawny 
doków  w  Cardiff,  który  ponosi  większą  niż  inni  odpowiedzialność  za  to,  że 
rozpędził Związek Dokerów w Cardiff, a potem został uszlachcony? A ona jest jego 
siostrą? Dan Cullen uniósł się na połamanym łóżku i rzucił na nią klątwę aż do 
siódmego pokolenia, a ona uciekła, aby nie powrócić więcej, głęboko wstrząśnięta 
niewdzięcznością ubogich. 
Nogi Dana Cullena nabrzmiały od wodnej puchliny. Siedział przez cały dzień na 
brzegu  łóżka  (aby  woda  nie  doszła  do  tułowia),  pod  stopami  nie  miał  dywanika, 
nogi  okrywał  mu  cienki  kocyk,  ramiona  -  stare  palto.  Jakiś  misjonarz  przyniósł 
parę  papierowych  rannych  pantofli  wartości  czterech  pensów  (widziałem  je)  i 
zaofiarował się odmówić z pięćdziesiąt modlitw za duszę Dana Cullena. Ale Dan 
Cullen  należał  do  typu  ludzi,  którzy  wolą,  aby  ich  pozostawiono  w  spokoju.  Nie 
życzył  sobie,  by  jakiś  tam  Tom,  Dick  czy  Harry  kupował  sobie  za  parę  rannych 
pantofli,  wartości  czterech  pensów,  prawo  wtrącania  się  do  jego  duszy.  Poprosił 
uprzejmie misjonarza o otworzenie okna i wyrzucił ranne pantofle. 
Misjonarz  poszedł,  aby  więcej  nie  wrócić,  również  poruszony  do  głębi 
niewdzięcznością nędzarzy. 
Szewc-łatacz, sam nieustraszony stary bohater - choć nie znany i nie opiewany – 
udał się po kryjomu do dyrekcji potężnej firmy handlu owocami, dla której Dan 
Cullen  pracował  dorywczo  przez  trzydzieści  lat.  System  firmy  opierał  się  niemal 
wyłącznie  na  pracy  dorywczej.  Szewc-łatacz  opisał  im  rozpaczliwe  położenie 
Cullena,  który  umierał  stary,  złamany  na  duchu,  bez  opieki  i  bez  środków  do 
życia, przypomniał im, że tragarz pracował u nich przez trzydzieści lat, i prosił, by 
mu jakoś pomogli. 
-  Och,  widzi  pan  -  powiedział  dyrektor,  bez  zaglądania  do  ksiąg  przypominając 
sobie  Dana  Cullena  -  mamy  zasadę  nie  wspomagać  pracowników  dorywczych, 
więc nic dla niego zrobić nie możemy. 
I nie zrobili nic, nie podpisali nawet prośby o przyjęcie Dana Cullena do szpitala. 
A  nie  jest  bynajmniej  łatwo  dostać  się  do  szpitala  w  Londynie.  W  Hampstead, 
gdyby  nawet  komisja  lekarzy  dała  mu  skierowanie,  upłynęłoby  najmniej  cztery 
miesiące, zanim mógłby otrzymać miejsce, tak wielu zapisanych było przed nim. 
Wreszcie szewc wystarał się o przyjęcie go do szpitala w Whitechapel, gdzie często 
go  odwiedzał.  Ale  niebawem  przekonał  się,  że  Dan  Cullen  uległ  ogólnie 
panującemu  przekonaniu,  iż  jako  pacjent  nieuleczalnie  chory  zostanie  jak 
najśpieszniej  wyekspediowany  na  tamten  świat.  Trzeba  przyznać,  że  jak  na 
starego  i  złamanego  człowieka,  którego  „uczono  dyscypliny”  i  „musztrowano” 
przez  lat  dziesięć,  wniosek  całkiem  prosty  i  logiczny.  Gdy  dawano  mu  na  poty, 
aby  jako  cierpiącemu  na  chorobę  Brighta  odtłuścić  nerki,  Dan  Cullen 
utrzymywał,  że  pocenie  się  przyśpiesza  śmierć,  gdyż  choroba  Brighta  polega  na 
zanikaniu  nerek,  a  więc  nie  mogą  one  zawierać  nadmiaru  tłuszczu,  czyli  że 
wyjaśnienia  lekarza  są  wierutnym  kłamstwem.  Doktor  wpadł  we  wściekłość  i 
przez dziewięć dni nie zbliżał się do jego łóżka. 

background image

Potem ustawiono łóżko w ten sposób, że stopy i nogi leżącego uniosły się do góry. 
Natychmiast  puchlina  wodna  zaatakowała  całe  ciało,  a  Dan  Cullen  twierdził,  że 
zrobiono to w tym celu, aby woda spłynęła z nóg i przyśpieszyła śmierć. Zażądał 
wypisania ze szpitala, chociaż powiedziano mu, że umrze na schodach, i bliższy 
śmierci  niż  życia  przywlókł  się  do  warsztatu  szewca-łatacza.  W  chwili  gdy  to 
piszę, Dan Cullen umiera w szpitalu Temperance, w którym, poruszywszy niebo i 
ziemię, umieścił go wierny przyjaciel. 
Biedny  Dan  Cullen!  Juda  Nieznany,  który  sięgnął  po  wiedzę;  który  w  dzień 
pracował fizycznie, a uczył się nocami, który roił sny i walczył dzielnie za sprawę; 
patriota, miłośnik wolności człowieka i nieustraszony bojownik, a pod koniec nie 
dość silny i wielki, aby zwyciężyć warunki życia, które dusiły go i dławiły - cynik i 
pesymista  oddający  ostatnie  tchnienie  na  łóżku  nędzarza  w  szpitalu 
dobroczynnym - „bo zwę tragedią śmierć człowieka, który mógł być mądry, a nie 
był”. 
 
 
ROZDZIAŁ XIV 
CHMIEL I CHMIELARZE 
 
Bogatemu krajowi, gdzie lud tyje w biedzie 

Ni w szczęściu, ni w nieszczęściu dobrze się nie wiedzie. 

Głupstwo arystokracja. Niech zwiędnie lub zginie, 
A nową można stworzyć w tej samej godzinie. 

Ale, o dumna Anglio, twój lud, twa krew żywa 
Nigdy już nie odrośnie jak kłos ścięty w żniwach.
 

Goldsmith 
 
Proces  odrywania  robotników  od  ziemi  posunął  się  tak  daleko,  że  w  okresie 
zbiorów  okręgi  rolnicze  na  całym  świecie  cywilizowanym  zależą  od  miast.  Wtedy 
to,  gdy  grozi  zmarnowanie  dojrzewających  bogactw,  ludzie  ulicy,  których 
oderwano  od  roli,  wzywani  są  na  nią  z  powrotem.  Ale  w  Anglii  wracają  nie  jako 
synowie  marnotrawni,  lecz  jako  wyrzutki,  jako  włóczędzy  i  pariasi,  aby  znosić 
szyderstwa  i  nieufność  wiejskich  braci,  sypiać  w  więzieniach  i  przytułkach  lub 
pod płotami i żyć jeden Bóg wie jak. 
Podobno  samo  tylko  hrabstwo  Kent  potrzebuje  do  pracy  przy  zbiorze  chmielu 
osiemdziesiąt  tysięcy  ludzi  ulicy.  A  oni  przybywają,  posłuszni  wezwaniu,  które 
jest  wezwaniem  ich  głodnych  brzuchów  i  tej  resztki  żądzy  przygód,  która  wciąż 
jeszcze  w  nich  drzemie.  Wysypują  się  ze  slumsów,  dusznych  nor  i  gett,  których 
ropiejąca zawartość jest niewyczerpana. Zalewają wieś jak armia złych duchów i 
wieś  ich  nie  chce.  Bo  też  są  tutaj  nie  na  miejscu.  Gdy  wloką  przysadkowate, 
zniekształcone ciała po gościńcach i dróżkach, zdawać by się mogło, że to jakieś 
nędzne  plemię  ze  świata  podziemi.  Sama  ich  obecność,  sam  fakt  ich  istnienia 
urąga  jasnemu  słońcu  i  zielonym,  rozwijającym  się  roślinom.  Gdy  patrzy  się  na 
czyste,  wyniosłe  drzewa,  widok  ich  pokracznych,  zwiędłych  postaci  napawa 
wstydem; ich plugawość profanuje w ohydny sposób słodycz i czystość przyrody. 
Czy  jest  to  obraz  przejaskrawiony?  To  zależy.  Dla  kogoś,  kto  widzi  i  rozpatruje 
życie pod kątem akcji i kuponów, z pewnością jest przejaskrawiony, ale nie robi 
takiego  wrażenia  na  kimś,  kto  patrzy  na  zagadnienie  życia  przez  pryzmat 
człowieczeństwa.  Takie  hordy  zezwierzęconych  nieszczęśników  i  wołających  o 

background image

pomstę  do  nieba  nędzarzy  nie  mogą  być  kompensatą  za  posiadającego  miliony 
właściciela  browaru,  który  żyje  w  pałacu  West  Endu,  syci  się  zmysłowymi 
rozkoszami  złotych  londyńskich  teatrów,  kuma  z  książątkami  i  lordziątkami  i  z 
rąk króla przyjmuje szlachectwo. Zdobywa szlacheckie ostrogi – pożal się Boże! W 
zamierzchłych czasach wielkie, jasnowłose bestie jeździły zaprzęgami wojennymi i 
otrzymywały ostrogi za rozłupywanie łbów ludzkich. A przecież lepiej zabić silnego 
mężczyznę przeszywającym ciosem rozśpiewanej stali, niż za pomocą wymyślnych 
i  pajęczych  manipulacji  przemysłu  i  polityki  robić  zwierzę  z  niego  i  z 
następujących po nim pokoleń. 
Ale  wróćmy  do  chmielu.  Oderwanie  od  ziemi  jest  tutaj  tak  widoczne,  jak  we 
wszystkich  innych  gałęziach  rolnictwa  Anglii.  Chociaż  produkcja  piwa  w  Anglii 
stale  wzrasta,  hodowla  chmielu  ciągle  maleje.  W  roku  1835  zasadzono  71  327 
akrów  chmielu.  W  tym  roku  tylko  48  024,  o  23  303  akry  mniej  niż  w  roku 
ubiegłym. 
Choć  tak  mało  uprawiono  w  tym  roku  chmielu,  dżdżyste  lato  i  straszliwe  burze 
zmniejszyły  jeszcze  zbiory.  Ta  klęska  dotknęła  zarówno  tych,  którzy  hodują 
chmiel,  jak  i  tych,  którzy  go  zbierają.  Właściciele  muszą,  chcąc  nie  chcąc, 
zadowolić  się  mniejszą  ilością  rzeczy  przyjemnych  w  życiu,  zbieracze  zaś 
zmuszeni są do poprzestania na skąpszym jedzeniu, którego w najlepszych nawet 
czasach  nie  mają  nigdy  pod  dostatkiem.  Przez  długie  tygodnie  w  prasie 
londyńskiej ukazywały się następujące nagłówki: „Włóczęgów pod dostatkiem, ale 
chmielu mało i niedojrzały”. 
A ponadto pojawiała się niezliczona ilość notatek w tym rodzaju: 
 
Z  okolic,  gdzie  prowadzona  jest  uprawa  chmielu,  nachodzą  niepokojące  wieści. 

Nagłe ustalenie się pogody zwabiło w ciągu ostatnich dwóch dni do hrabstwa Kent 

wiele setek chmielarzy, którzy będą musieli zaczekać, aż pola dojrzeją do zbiorów. 
W  Dover  liczba  włóczęgów  w  domach  noclegowych  wzrosła  trzykrotnie  od  roku 

ubiegłego,  a  w  innych  miejscowościach  opóźnienie  zbiorów  chmielu  stało  się 
przyczyną wzrostu liczby nędzarzy. 

 
Dla  ukoronowania  niedoli  chmielarzy  straszliwy  huragan,  deszcz  i  grad  o  mało 
nie  zmiótł  ich  z  powierzchni  ziemi  zaraz  po  rozpoczęciu  zbiorów.  Chmiel  niemal 
doszczętnie  zdarło  z  tyczek  i  wgniotło  w  ziemię,  a  chmielarze  omal  nie  potonęli, 
szukając schronienia przed ostrymi ukłuciami gradu w szałasach i lepiankach na 
nizinnych polach. Gdy burza przeszła, znaleźli się w pożałowania godnej sytuacji, 
a  ich  włóczęgostwo  jeszcze  wyraźniej  rzucało  się  w  oczy,  bo  jakkolwiek  kiepskie 
były  zbiory,  ich  zniszczenie  odebrało  tym  ludziom  ostatnią  szansę  zarobienia 
kilku  pensów  i  teraz  nie  pozostało  im  nic  innego,  jak  tylko  „podrałować”  z 
powrotem do Londynu. 
-  Nie  jesteśmy  zamiataczami  ulic  -  powiedzieli  odchodząc  z  pól  pokrytych  po 
kostki chmielem. 
Ci,  którzy  pozostali  wśród  na  pół  obdartych  tyczek,  sarkali  głośno  na  płacę: 
szyling za siedem buszli. Była to stawka przyjęta w czasach urodzaju, gdy chmiel 
jest  wspaniały,  jak  również  w  sezonach  niepomyślnych,  gdy  hodowców  nie  stać 
na więcej. 
Wkrótce po burzy przejeżdżałem przez Teston raz Wschodni i Zachodni Farleigh, 
przysłuchiwałem  się  narzekaniom  chmielarzy  i  widziałem  chmiel  gnijący  na 
polach.  W  cieplarniach  w  Barham  Court  grad  strzaskał  trzydzieści  tysięcy  szyb, 

background image

potłukł  i  zmiażdżył  brzoskwinie,  śliwki,  gruszki,  jabłka,  rabarbar,  kapustę, 
dosłownie wszystko. 
Był  to  oczywiście  bardzo  dotkliwy  cios  dla  właścicieli,  ale  w  najgorszym  nawet 
wypadku  żadnemu  z  nich  nie  zabraknie  jadła  czy  napoju  na  choćby  jeden 
posiłek.  A  przecież  im  właśnie  gazety  poświęciły  całe  kolumny,  im  wyrażały 
współczucie i opisywały ich straty z nużącą dokładnością. „Pan Herbert L. oblicza 
swoje straty na 8 000 funtów”. „Pan F., właściciel słynnego browaru i dzierżawca 
całej  ziemi  w  parafii,  stracił  10  000  funtów”,  a  „pan  L.,  właściciel  browaru  w 
Wateringbury, brat pana Herberta L., poniósł również wielkie straty”. Natomiast 
chmielarze nie liczyli się zupełnie. A jednak zaryzykuję twierdzenie, że strata tych 
kilku  posiłków,  których  się  spodziewał  niedożywiony  William  Buggles, 
niedożywiona  pani  Buggles  i  ich  niedożywione  dzieci,  była  dla  nich  tragedią 
większą  niż  dla  pana  F.  strata  10  000  funtów.  Ponadto  dramat  niedożywionego 
Williama Bugglesa dałby się pomnożyć przez tysiące, natomiast nieszczęście pana 
F. najwyżej przez pięć. 
Chcąc  się  przekonać,  jak  żyje  William  Buggles  i  jemu  podobni,  przywdziałem 
marynarski  rynsztunek  i  wyruszyłem  na  poszukiwanie  pracy.  Towarzyszył  mi 
młody  szewc  z  East  Endu  imieniem  Bert,  który  dał  się  porwać  żądzy  przygód  i 
poszedł ze mną na wędrówkę. 
Usłuchał  mojej  rady  i  wdział  na  siebie  „najgorsze  łachy”,  a  gdy  opuszczaliśmy 
gościńcem londyńskim Maidstone, był szczerze zmartwiony, że ubraliśmy się zbyt 
nędznie na tego rodzaju wyprawę. 
I  nie  można  mu  się  dziwić.  Kiedy  wstąpiliśmy  po  drodze  do  oberży,  karczmarz 
spojrzał  na  nas  groźnie  i  rozchmurzył  się  dopiero  na  widok  gotówki.  Wszyscy 
ludzie  miejscowi  wzdłuż  całego  wybrzeża  odnosili  się  do  nas  nieufnie,  a 
uczestnicy  „święta  fasoli”,  mknący  dyliżansami  z  Londynu,  wyśmiewali  nas, 
szydzili i rzucali za nami obelżywe słowa. Ale zanim opuściliśmy okręg Maidstone, 
mój przyjaciel przekonał się, że jesteśmy ubrani równie dobrze, jeśli nie lepiej niż 
przeciętny  chmielarz.  Niekiedy  spotykaliśmy  po  drodze  wręcz  cudaczne 
zestawienia gałganów. 
- Widać na morzu jest odpływ - rzuciła towarzyszkom jakaś podobna do Cyganki 
kobieta  w  chwili,  gdy  zbliżaliśmy  się  do  długiego  rzędu  koszy,  nad  którymi 
chmielarze skubali chmiel. 
- Skapował pan? - szepnął Bert. - Przygadała panu. 
Skapowałem.  I  należy  przyznać,  że  przenośnia  uderzała  trafnością.  Podczas 
odpływu  łodzie  leżą  na  piasku  i  żeglarz  nie  wyrusza  wtedy  na  morze.  Mój 
marynarski ubiór i obecność w chmielniku dowodziły, że jestem marynarzem bez 
statku, człowiekiem „na mieliźnie” i najprawdopodobniej bez grosza przy duszy. 
- Czy możecie dać nam pracę, szefie? - zwrócił się Bert do rządcy, zapracowanego 
niemłodego mężczyzny o dobrotliwym wyrazie twarzy. 
Jego „nie” brzmiało niezwykle stanowczo; ale Bert nie dawał za wygraną i chodził 
za nim niemal po całym polu, ja zaś następowałem mu na pięty. Ani Bert, ani ja 
nie  mogliśmy  się  zorientować,  czy  rządca  uznał  nasz  upór  za  dowód  jakiegoś 
szczególnego  zapału  do  pracy,  czy  też  wzruszył  go  nasz  nieszczęsny  wygląd  i 
opowieść, wreszcie jednak zmiękło mu serce i wskazał nam jedyny wolny kosz na 
polu  -  kosz  porzucony  przez  dwóch  mężczyzn,  którzy  jak  się  dowiedziałem,  nie 
zdołali zarobić przy nim na życie. 
-  Tylko  żadnych  wybryków,  pamiętajcie  -  ostrzegł  rządca  zostawiając  nas  przy 
pracy wśród samych kobiet. 

background image

Było  to  sobotnie  popołudnie  i  wiedzieliśmy,  że  zostaniemy  dzisiaj  wcześniej 
zwolnieni; pracowaliśmy więc pilnie, pragnąc się przekonać, czy zdołamy zarobić 
chociaż  na  sól  do  chleba.  Praca  była  prosta,  odpowiedniejsza  raczej  dla  kobiety 
niż dla mężczyzny. 
Siedzieliśmy  na  krawędziach  kosza  ustawionego  między  tyczkami  chmielu,  a 
„tyczkarz” zrywał z tyczek i zrzucał na ziemię olbrzymie pachnące gałęzie. Już po 
godzinie  osiągnęliśmy  maksymalną  biegłość.  Gdy  tylko  palce  przywykną  do 
automatycznego  odróżniania  szyszek  od  liści  i  do  zrywania  jednym  ruchem 
najmniej pół tuzina, nauka jest skończona. 
Pracowaliśmy  zwinnie  i  niemniej  szybko  od  kobiet,  chociaż  ich  kosze  napełniały 
się prędzej dzięki pomocy gromady dzieci, z których każde rwało obiema rękami, 
niemal tak szybko jak my. 
-  Tylko  nie  obrywaj  pan  za  dokładnie,  my  nie  mamy  tego  zwyczaju  -  rzuciła  mi 
przestrogę jedna z kobiet; posłuchaliśmy tej rady z wdzięcznością. 
W  miarę  jak  upływały  godziny,  wzrastało  nasze  przekonanie,  że  praca  przy 
chmielu nie da środków utrzymania - przynajmniej mężczyznom. Kobiety zrywają 
tyle, co my, a dzieci pracują niewiele gorzej od matek, więc mężczyzna nie może 
konkurować  z  kobietą  i  sześciorgiem  dzieci;  bo  robotnica  i  jej  pół  tuzina 
potomków  liczą  się  za  jednostkę  i  ich  wspólna  wydajność  pracy  określa  płacę 
całej grupy. 
-  Powiem  ci,  bracie,  że  jestem  piekielnie  głodny  -  zwróciłem  się  do  Berta.  Nie 
jedliśmy tego dnia obiadu. 
-  Słowo  daję,  mógłbym  zjeść  ten  chmiel  -  odpowiedział.  A  potem  zaczęliśmy 
ubolewać  nad  własnym  niedbalstwem,  które  sprawiło,  że  nie  wyhodowaliśmy 
sobie  licznego  potomstwa  do  pomocy  w  tym  krytycznym  dniu.  I  tak 
przepędziliśmy  czas  prowadząc  rozmowy  ku  zbudowaniu  naszych  sąsiadek. 
Pozyskaliśmy  sobie  nawet  sympatię  „tyczkarza”,  młodego  parobczaka,  który  od 
czasu  do  czasu  dorzucał  do  naszego  kosza  kilka  zebranych  szyszek;  do  jego 
obowiązków  należało  bowiem  między  innymi  zbieranie  rozrzuconych  na  ziemi 
kiści, które odłamały się w czasie ściągania chmielu z tyczek. 
Wdaliśmy się z nim w rozmowę na temat naszej zaliczki i dowiedzieliśmy się, że 
choć  płacono  szylinga  za  siedem  buszli,  tytułem  zaliczki  mogliśmy  otrzymać 
zaledwie  szylinga  za  każde  dwanaście  buszli.  Innymi  słowy,  zatrzymywano  nam 
wynagrodzenie  za  pięć  buszli  w  tuzinie  -  metoda,  za  pomocą  której  plantator 
chciał  utrzymać  chmielarza  przy  pracy,  niezależnie  od  tego,  czy  zbiory  wypadły 
dobrze czy źle, zwłaszcza zaś gdy się nie udały. 
Mimo wszystko przyjemnie było siedzieć w jasnych promieniach słońca, z rękami 
unurzanymi  w  złotym  pyłku  kwietnym,  z  nozdrzami  pełnymi  aromatycznego, 
ostrego zapachu chmielu, i wspominać mgliście zgiełkliwe miasta, skąd wypełzły 
te  istoty.  Biedni  ludzie  ulicy!  Biedni  mieszkańcy  rynsztoka!  Nawet  w  nich  budzi 
się  głód  ziemi,  nawet  oni  tęsknią  niejasno  za  rolą,  od  której  ich  oderwano,  za 
swobodnym życiem na otwartej przestrzeni, za wiatrem i deszczem, i słońcem nie 
splugawionym wyziewami miasta. 
Podobnie jak żeglarz odczuwa zew morza, tak oni odczuwają zew ziemi i w głębi 
pokracznych,  wynaturzonych  istnień  doznają  dziwnego  wzruszenia  –  wzruszenia 
wywołanego  wspomnieniami  o  chłopskich  przodkach,  żyjących  zanim  powstały 
miasta. 
W niewytłumaczony sposób radują się zapachami, widokami i odgłosami ziemi, o 
których pamięć pozostała im we krwi. 

background image

- Już po chmielu, bracie! - poskarżył się Bert. 
Minęła piąta po południu i „tyczkarze” zeszli z pola, abyśmy mogli ukończyć pracę 
przed  niedzielą.  Godzinę  czekaliśmy  bezczynnie  na  przyjście  rachmistrzów,  a 
tymczasem  przenikliwy  chłód,  który  nastał  po  zachodzie  słońca,  szczypał  nam 
stopy.  Przy  sąsiednim  koszu  dwie  kobiety  i  sześcioro  dzieci  naskubały  dziewięć 
buszli;  a  więc  nasze  pięć  buszli  dowodziło,  że  spisaliśmy  się  równie  dzielnie,  bo 
tam pracowało sześcioro dzieci w wieku od lat dziewięciu do czternastu. 
Pięć buszli! Zarobiliśmy osiem i pół pensa, czyli siedemnaście centów  - za trzy i 
półgodzinną pracę dwóch mężczyzn. Cztery i ćwierć pensa na osobę! Nieco więcej 
niż  pens  za  godzinę  pracy!  Ale  z  ogólnej  należności  mogliśmy  otrzymać  tylko 
zaliczkę w wysokości pięciu pensów; karbowy nie miał jednak drobnych i dał nam 
monetę  sześciopensową.  Błagaliśmy  na  próżno.  Nie  wzruszyła  go  opowieść  o 
naszej ciężkiej doli. Oświadczył głośno, że otrzymaliśmy o całego pensa więcej, niż 
się należało, i poszedł. 
Jeśli  dla  lepszego  zilustrowania  sytuacja  założymy,  że  byliśmy  tymi,  za  których 
się  podawaliśmy,  a  mianowicie  biedakami  bez  grosza  przy  duszy,  tak  wyglądało 
nasze  położenie:  zbliżała  się  noc,  nie  jedliśmy  ani  obiadu,  ani  kolacji  i 
posiadaliśmy do spółki sześć pensów. Dokuczał mi taki głód, że aby się nasycić, 
musiałbym zjeść najmniej za trzy sześciopensówki, podobnie jak i Bert. Jedno nie 
budziło wątpliwości. Zaspokajając żołądki w 16 i 1/3 procenta, wydalibyśmy całą 
sześciopensówkę,  a  mimo  to  kiszki,  nie  nasycone  w  83  i  2/3  procenta,  grałyby 
nam w dalszym ciągu marsza. Nie mielibyśmy już ani pensa, więc oczekiwałaby 
nas  noc  pod  płotem,  co  nie  byłoby  jeszcze  takie  najgorsze,  choć  zimno 
zmniejszyłoby wydatnie wartość skąpej kolacji. Ale nazajutrz była niedziela, dzień 
bez pracy, czego nie zechciałyby wziąć pod uwagę nasze głupie żołądki. 
Najtrudniejszy  więc  był  problem:  jak  zdobyć  trzy  posiłki  w  niedzielę  i  dwa  w 
poniedziałek  (bo  następną  zaliczkę  mogliśmy  otrzymać  dopiero  w  poniedziałek 
wieczorem). 
Wiedzieliśmy,  że  domy  noclegowe  są  przepełnione;  wiedzieliśmy  również,  że 
gdybyśmy  spróbowali  żebrać  u  chłopa  lub  mieszkańca  miasteczka,  według 
wszelkiego  prawdopodobieństwa  następne  dwa  tygodnie  spędzilibyśmy  w 
więzieniu. A więc co robić? Spojrzeliśmy na siebie z rozpaczą... 
...  Nie,  nieprawda.  Podziękowaliśmy  radośnie  Bogu,  że  nie  stworzył  nas  na 
podobieństwo  innych  ludzi,  zwłaszcza  chmielarzy,  i  ruszyliśmy  drogą  do 
Maidstone. W kieszeniach pobrzękiwały nam przyniesione z Londynu półkorony i 
floreny. 
 
 
ROZDZIAŁ XV 
MORSKA PANI 
 
 
Ci  nieokrzesani  chłopi,  którzy  dźwigają  na  swoich  barkach  królewskie  trony, 
przynoszą  sławę  państwowym  działaczom,  zapewniają  trwałe  zwycięstwa 

generałom,  sami  zaś  żyją  w  ciemnocie,  apatii,  pełni  tępej  nienawiści  ci  chłopi, 
którzy swoją pracą wprawiają w ruch cały świat, chociaż zmusza się ich, aby się 

mordowali  nawzajem  w  imię  Boga,  króla  i  giełdy  -  ci  marzyciele,  pożałowania 

godni głupcy zasłużyli sobie na nieśmiertelność, a pozwalają sobą komenderować 

background image

jakiejś  tam  pozłacanej  kukle  i  oddają  swoje  życie  do  rozporządzenia  mieszka 
złota. 

Stephen Crane 
 
Nie  przypuszczalibyście  nigdy,  że  znajdziecie  Morską  Panią  w  samym  sercu 
Kentu,  ale  tam  ją  właśnie  odkryłem,  na  nędznej  uliczce  w  ubogiej  dzielnicy 
Maidstone.  W  jej  oknach  nie  było  napisu  zawiadamiającego  o  pokojach  do 
wynajęcia i dopiero po długich namowach zgodziła się przyjąć mnie do frontowego 
pokoju.  Wieczorem  zeszedłem  do  kuchni  w  suterenie  i  wdałem  się  w  rozmowę  z 
nią i jej mężem Tomaszem Mugridge. 
Gdy  gawędziłem  z  nimi,  zniknęły  subtelności  i  złożoność  olbrzymiej  machiny 
zwanej  cywilizacją.  Wydawało  mi  się,  że  przedarłem  się  przez  wszystkie 
zewnętrzne  pancerze  i  powłoki,  aż  obnażyłem  jej  duszę  i  w  Tomaszu  Mugridge  i 
jego  żonie  poznałem  istotę  zdumiewającej  rasy  angielskiej.  Znalazłem  tu  ducha 
włóczęgi,  który  wabił  synów  Albionu  za  morza;  znalazłem  wprost  zdumiewającą 
nierozwagę,  która  przywodziła  Anglików  do  idiotycznych  waśni  i  niedorzecznych 
walk; znalazłem upór i zaciętość, która doprowadziła ich ślepo do imperium i do 
wielkości;  znalazłem  również  bezgraniczną,  niepojętą  cierpliwość,  dzięki  której 
ludność  tego  kraju  potrafiła  znieść  straszliwe  brzemię,  pracować  w  pocie  czoła 
przez ciężkie lata i ulegle oddawać najlepszych synów, aby walczyli i kolonizowali 
odległe krańce globu. 
Tomasz Mugridge miał lat siedemdziesiąt jeden i był niskiego wzrostu. Do wojska 
nie  poszedł  tylko  dlatego,  że  był  taki  niski.  Został  w  domu  i  pracował.  Jego 
pierwsze  wspomnienia  wiązały  się  z  pracą.  Nie  znał  nic  oprócz  znoju.  Pracował 
przez całe życie i teraz, mając lat siedemdziesiąt jeden, nie przestał pracować. Co 
rano  wstawał  ze  skowronkami  i  wyruszał  w  pole  jako  dniówkarz,  bo  urodził  się 
dniówkarzem.  Pani  Mugridge  liczyła  lat  siedemdziesiąt  trzy.  Od  siódmego  roku 
życia  pracowała  na  roli  wykonując  najpierw  robotę  chłopca,  potem  mężczyzny. 
Teraz pracowała nadal, dom jej lśnił czystością, prała, gotowała, piekła, a gdy u 
niej  mieszkałem,  przyrządzała  mi  jedzenie  i  słała  nawet  łóżko,  czym  mnie 
zawstydzała. Po z górą sześćdziesięciu latach pracy nie posiadali nic i nie czekało 
ich nic - prócz coraz to nowego wysiłku. I byli szczęśliwi. Nie spodziewali się nic 
innego, nie pragnęli nic więcej. 
Żyli  skromnie.  Potrzeby  mieli  niewielkie  -  kwarta  piwa  na  zakończenie  dnia, 
popijana małymi łyczkami w kuchni, tygodnik, nad którym ślęczeli przez siedem 
wieczorów, i rozmowa tak czcza i tak pełna zamyślenia, jak melancholijne i pełne 
zadumy  jest  przeżuwanie  pokarmu  przez  krowę.  Z  drzeworytu  na  ścianie 
spoglądała  ku  nim  smukła  dziewczyna  o  anielskim  wyglądzie,  a  pod  obrazkiem 
widniał  napis:  „Nasza  przyszła  królowa”.  Z  wiszącej  obok  jaskrawej  litografii 
patrzyła  starszawa  i  tęga  pani,  a  litery  biegnące  pod  portretem  głosiły:  „Nasza 
królowa - jubileusz diamentowy”. 
- Słodkie jest tylko to, co zdobędziesz własną pracą - zacytowała pani Mugridge, 
gdy podsunąłem im, że już czas, aby odpoczęli. 
- Nie, ale bo też my nie chcemy pomocy  - odpowiedział Tomasz Mugridge, kiedy 
spytałem, czy dzieci pomagają im w pracy. 
- Będziemy pracowali, dopóki nie wyschniemy na wióry i nie przeniesiemy się na 
tamten świat - dodał; a pani Mugridge przytaknęła energicznie głową. 
Urodziła  piętnaścioro  dzieci,  lecz  wszystkie  były  daleko  poza  domem  albo  w 
grobie. 

Tylko 

najmłodsze 

„dziecko” 

mieszkało 

Maidstone 

background image

dwudziestosiedmioletnia  córka.  Gdy  dzieci  żeniły  się  lub  wychodziły  za  mąż, 
miały dość kłopotu i roboty z własnymi rodzinami, tak jak przed nimi ich ojcowie 
i matki. 
Gdzie przebywają dzieci? Ach, gdzie ich nie ma! Lizzie mieszka w Australii, Maria 
w Buenos Aires, Poll w Nowym Jorku, Joe zmarł w Indiach - i tak przyzywali ich, 
żywych i umarłych, żołnierzy i marynarzy, przed oczy podróżnego, który siedział 
w ich kuchni. 
Dali mi do ręki fotografię. Spoglądał z niej dziarski młody chłopak w mundurze. 
- A to który z synów? - spytałem. 
Wybuchnęli serdecznym śmiechem. Syn! Nie, to wnuk. Wrócił niedawno ze służby 
w  Indiach  i  teraz  jest  trębaczem  królewskim.  Jego  brat  służy  z  nim  w  jednym 
pułku.  I  tak  toczyła  się  opowieść  o  synach  i  córkach,  wnukach  i  wnuczkach, 
podróżnikach i budowniczych imperium. Ale i staruszkowie także dokładali swoją 
cegiełkę do budowy, pozostając i pracując w ojczyźnie. 
 
Tam u północnej bramy wśród pięknych dóbr włodarzy 
I dom swój ma bogaty Morska Pani. 

Matka niestrudzona, wydała ród żeglarzy, 

A wszystkich synów morzu składa w dani.. 
Jedni gdzieś potonęli na wodach niezmierzonych, 

Innych przy brzegu na dno fala zmyła, 

Płyną żałobne wieści do matki zasmuconej, 
Lecz ona nowe dzieci w świat wysyła.
 

 
Ale Pani Morska niewiele już wyda na świat dzieci. Jej ród się wyczerpuje, planeta 
zaś  zapełnia  ludźmi.  Żony  jej  synów  mogą  rodzić  dzieci,  mogą  podtrzymywać 
plemię,  ale  jej  dzieło  jest  już  skończone.  Dawni  mieszkańcy  Anglii  zamieszkują 
teraz  Australię,  Amerykę,  Afrykę.  Brytania  tak  długo  wysyłała  „co 
najprzedniejszych  synów”  poza  granice    i  tak  uparcie  niszczyła  tych,  którzy  nie 
wyjechali,  że  cóż  jej  teraz  pozostało  -  chyba  tylko  wysiadywać  przez  długie 
wieczory i wpatrywać się w portrety członków rodziny królewskiej na ścianie. 
Prawdziwy brytyjski kupiec-żeglarz należy już do przeszłości. Do brytyjskiej floty 
handlowej nie wstępują teraz takie wilki morskie, jakie walczyły u boku Nelsona 
pod Trafalgarem i nad Nilem. Załoga statków handlowych składa się przeważnie z 
obcokrajowców,  chociaż  Anglicy  wciąż  nimi  dowodzą.  Brytyjczycy  wolą  majtków 
cudzoziemskich.  W  południowej  Afryce  koloniści  uczą  wyspiarzy,  jak  należy 
strzelać, a oficerowie brytyjscy ośmieszają się i robią głupstwa, jednocześnie zaś 
w  kraju  gawiedź  uliczna  szaleje  histerycznie  podczas  manifestacji  na  cześć 
zwycięstw  nad  Burami,  Ministerstwo  Wojny  zaś  obniża  granicę  wymaganego 
wzrostu rekrutów. 
Musiało się tak stać. Najoptymistyczniejszy Anglik nie łudzi się chyba, że można 
wiecznie upuszczać krew i nie dożywiać się, a mimo to zachować siły. Przeciętna 
pani  Tomaszowa  Mugridge  wchłonięta  została  przez  miasto  i  wydaje  na  świat 
mało  potomstwa  -  a  jeśli  je  rodzi,  to  anemiczne  i  chorowite,  które  nie  potrafi 
zdobyć dla siebie dość pożywienia. 
Dzisiaj siła rasy mówiącej po angielsku tkwi nie na małej, ciasnej wysepce, lecz w 
Nowym  Świecie,  po  drugiej  stronie  oceanu,  gdzie  żyją  synowie  i  córki  pani 
Tomaszowej Mugridge. Morska Pani u Północnej Bramy już prawie spełniła swoją 
powinność na świecie, choć nie zdaje sobie z tego jeszcze sprawy. Musi na pewien 

background image

czas dać odpoczynek swym zmęczonym lędźwiom; a jeśli nie czeka jej przytułek i 
dom  pracy,  zawdzięcza  to  tylko  tym  córkom  i  synom,  których  wychowała,  aby 
mieć zabezpieczenie na dni choroby i starości. 
 
 
ROZDZIAŁ XVI 
WŁASNOŚĆ PRZECIWKO CZŁOWIEKOWI 
 
 
Własność  prywatna  tak  się  rozpanoszyła,  że  społeczeństwo  niewiele  znaczy, 

chyba  nie  będzie  przesadą  stwierdzenie,  że  prawo  do  dobrobytu,  życiowych 
udogodnień i obywatelskich swobód przeważającej części ludności leży u stóp tej 

garstki właścicieli, którzy nie pracują. 

Joseph Chamberlain 
 
Jest rzeczą nieuniknioną, że w cywilizacji z gruntu materialistycznej i opartej na 
własności, nie na wartościach ducha, własność zostanie wyniesiona ponad duszę, 
a  zbrodnie  przeciwko  własności  będą  uznane  za  daleko  groźniejsze  od 
przestępstw przeciwko człowiekowi. Zbić własną żonę na kwaśne jabłko i połamać 
jej  przy  tym  kilka  żeber,  to  wykroczenie  drobne  w  porównaniu  ze  spaniem  pod 
gołym  niebem,  gdy  nie  ma  się  pieniędzy  na  nocleg.  Wyrostek,  który  kradnie 
bogatemu towarzystwu kolejowemu kilka gruszek, jest dla społeczeństwa większą 
groźbą  niż  brutalny  młodzieniec,  który  niczym  nie  sprowokowany  napada  na 
siedemdziesięciokilkuletniego  starca.  Natomiast  młoda  dziewczyna,  która 
wynajmuje  nocleg  pod  fałszywym  pozorem  posiadania  pracy,  popełnia  występek 
tak groźny, że gdyby srogo jej nie karano, ona i jej podobni mogliby spowodować 
zawalenie  się  całego  systemu  własności.  Gdyby  jednak  przechadzała  się  nocą  w 
grzesznych zamiarach po Piccadilly i Strandzie, policja zostawiłaby ją w spokoju, 
a ona miałaby pieniądze na nocleg. 
Przytoczę następujące przykłady wybrane z raportów sądów policyjnych z okresu 
jednego tylko tygodnia: 
Sąd  Policyjny  w  Widnes.  Sprawa  rozpatrywana  przed  sędziami  Gossage'em  i 
Neilem. Tomasz Lynch oskarżony o pijaństwo i zakłócenie porządku publicznego 
oraz o pobicie policjanta. Pozwany uwolnił z aresztu kobietę, skopał policjanta i 
ciskał  w  niego  kamieniami.  Ukarano  go  grzywną  w  wysokości  3  szylingów  i  6 
pensów za pierwsze przestępstwo, a za napad grzywną w wysokości 10 szylingów 
i obciążono kosztami. 
Sąd  Policyjny  w  Glasgow,  Queen's  Park.  Sprawa  rozpatrywana  przed  sędzią 
Normanem  Thompsonem.  John  Kane  przyznał  się  do  pobicia  żony.  Karany  już 
pięciokrotnie. Ukarano go grzywną w wysokości 2 funtów i 2 szylingów. 
Kolegium Orzekające Hrabstwa Taunton. John Painter, wysoki, silnie zbudowany 
mężczyzna,  robotnik,  oskarżony  o  pobicie  żony.  Kobieta  ma  dotkliwie 
podsiniaczone oczy i mocno opuchniętą twarz. Ukarano go grzywną w wysokości 
1  funta  i  8  szylingów  (wliczając  koszty)  oraz  zobowiązano  do  poprawy  na 
przyszłość. 
Sąd Policyjny w Widnes. Ryszard Bestwick i George Hunt oskarżeni o wkroczenie 
na grunty prywatne w poszukiwaniu zwierzyny. Hunt został ukarany grzywną w 
wysokości  1  funta  i  obciążony  kosztami,  Bestwick  -  grzywną  w  wysokości  2 

background image

funtów i obciążony kosztami; z zamianą na miesiąc więzienia w razie niemożności 
zapłaty. 
Sąd  Policyjny  w  Shaftesbury.  Sprawa  toczyła  się  przed  burmistrzem  (p.  A.  T. 
Carpenterem).  Tomasz  Baker  oskarżony  o  spanie  na  dworze.  Czternaście  dni 
aresztu. 
Główny Sąd Policyjny w Glasgow. Sprawa toczyła się przed sędzią Dunlopem. 
Kilkunastoletni  Edward  Morrison  oskarżony  o  kradzież  piętnastu  gruszek  z 
platformy kolejowej na dworcu. Siedem dni aresztu. 
Sąd  Policyjny  w  gminie  miejskiej  Doncaster.  Sprawa  rozpatrywana  przed  sędzią 
Clarkiem  i  innymi.  James  M'Gowan  oskarżony  na  mocy  ustawy  o  zwalczaniu 
kłusownictwa.  Znaleziono  przy  nim  wnyki  i  parę  królików.  Ukarany  grzywną  w 
wysokości 2 funtów i obciążony kosztami, z zamianą na miesiąc aresztu. 
Sąd  Szeryfa  w  Dunfermline.  Sprawa  toczyła  się  przed  szeryfem  Gillespie.  John 
Young,  górnik-rębacz,  przyznał  się  do  napaści  na  Aleksandra  Storrara,  tłukł  go 
pięściami  po  głowie  i  ciele,  obalił  na  ziemię  i  bił  stemplem  górniczym.  Ukarany 
grzywną w wysokości 1 funta. 
Sąd  Policyjny  w  Kirkcaldy.  Sprawa  toczyła  się  przed  sędzią  Dishartem.  Simon 
Walker  przyznał  się  do  napaści  na  człowieka,  pobicia  go  i  skopania.  Była  to 
napaść  nie  sprowokowana  i  sędzia  nazwał  oskarżonego  prawdziwą  zakałą 
społeczeństwa. Ukarany grzywną w wysokości 30 szylingów. 
Sąd Policyjny w Mansfield. Sprawa toczyła się przed burmistrzem oraz pp. F. J. 
Turnerem,  J.  Whitakerem,  F.  Tidsbury'm,  E.  Holmesem  i  dr.  R.  Nesbittem. 
Joseph Jackson stanął przed sądem pod zarzutem napaści na Karola Nunn. Bez 
żadnej przyczyny oskarżony zadał poszkodowanemu brutalny cios w twarz, zwalił 
go na ziemię, a potem kopał w skroń. Poszkodowany stracił przytomność i przez 
dwa tygodnie pozostawał pod opieką lekarzy. Grzywna w wysokości 21 szylingów. 
Sąd Szeryfa w Perth. Sprawa toczyła się przed szeryfem Symem. Dawid Mitchell 
oskarżony  o  kłusownictwo.  Karany  już  dwukrotnie,  po  raz  ostatni  przed  trzema 
laty.  Szeryf  proszony  był  o  łagodny  wymiar  kary  dla  Mitchella,  który  ma  lat 
sześćdziesiąt  dwa  i  nie  stawiał  gajowemu  oporu.  Skazany  na  cztery  miesiące 
aresztu. 
Sąd  Szeryfa  w  Dundee.  Sprawa  toczyła  się  przed  zastępcą  szeryfa,  R.  C. 
Walkerem. John Murray, Donald Craig i James Parkes oskarżeni o kłusownictwo. 
Craig  i  Parkes  ukarani  grzywną  w  wysokości  1  funta  każdy,  z  zamianą  na  dwa 
tygodnie aresztu; Murray ukarany grzywną w wysokości 5 funtów z zamianą na 
miesiąc aresztu. 
Sąd  Policyjny  w  gminie  miejskiej  Reading.  Sprawa  toczyła  się  przed  pp.  W.  B. 
Monckiem,  F.  B.  Parfittem,  H.  M.  Wallisem  i  G.  Gillaganem.  Alfred  Masters,  lat 
szesnaście,  oskarżony  o  spanie  na  dworze  oraz  niemożność  wskazania  źródeł 
swego dochodu. Siedem dni aresztu. 
Kolegium orzekające w Salisbury. Sprawa toczyła się przed burmistrzem i pp. C. 
Hoskinsem,  G.  Fullfordem,  E.  Alexandrem,  W.  Marlowem.  James  Moore 
oskarżony  o  kradzież  pary  butów  sprzed  sklepu.  Skazany  na  dwadzieścia  jeden 
dni aresztu. 
Sąd  Policyjny  w  Horncastle.  Sprawa  toczyła  się  przed  wielebnym  W.  P. 
Massingberdem,  wielebnym  J.  Grahamem  i  p.  N.  Lucasem  Calcraftem.  Młody 
robotnik  John  Brackenbury  oskarżony  o  przestępstwo,  które  sąd  określił  jako 
całkowicie  nie  sprowokowaną  i  brutalną  napaść  na  Jamesa  Sargeanta  Fostera, 
siedemdziesięciokilkoletniego starca. 

background image

Ukarany  grzywną  w  wysokości  1  funta,  5  szylingów  i  6  pensów  oraz  obciążony 
kosztami. 
Kolegium  orzekające  w  Workskop.  Sprawa  toczyła  się  przed  pp.  F.J.S 
Foljambe'em, R. Eddisonem i S. Smithem. John Priestley oskarżony o napaść na 
wielebnego Leslie Grahama. Priestley wiózł w stanie nietrzeźwym dziecko i przez 
nieuwagę wjechał pod platformą konną, w wyniku czego wózek się przewrócił, a 
dziecko wypadło na ziemię. Platforma przejechała wózek, ale dziecko nie odniosło 
obrażeń.  Pozwany  rzucił  się  na  woźnicę,  a  potem  pobił  poszkodowanego,  który 
zganił  jego  zachowanie.  W  wyniku  obrażeń  zadanych  przez  oskarżonego 
poszkodowany  musiał  udać  się  do  lekarza.  Podsądnego  ukarano  grzywną  w 
wysokości 40 szylingów oraz obciążono kosztami. 
Kolegium orzekające w Zachodnim Rotherhamie. Sprawa toczyła się przed pp. C. 
Wrightem i G. Pughem oraz płk. Stoddartem. Beniamin Storey, Tomasz Brammer 
i Samuel Wilcock oskarżeni o kłusownictwo. Wszyscy dostali po miesiącu aresztu. 
Sąd Policyjny w hrabstwie Southampton. Sprawa toczyła się przed admirałem J. 
C. Rowleyem, p. H. H. Culme-Seymourem i innymi radnymi. Henryk Thorrington 
oskarżony o spanie na dworze. Skazano go na siedem dni aresztu. 
Sąd Policyjny w Eckington. Sprawa toczyła się przed mjr. L. B. Bowdenem, pp. R. 
Eyre'em,  H.  A.  Fowlerem  i  dr.  Courtem.  Joseph  Watts  oskarżony  o  kradzież 
dziewięciu paproci z ogrodu. Miesiąc aresztu. 
Sesja  wyjazdowa  sądu  w  Ripley.  Sprawa  toczyła  się  przed  pp.  J.  B.  Wheelerem, 
W.  D.  Bembridge'em  i  M.  Hooperem.  Wincenty  Allen  i  George  Hall  oskarżeni  na 
mocy  ustawy  o  zwalczaniu  kłusownictwa,  że  znaleziono  u  nich  kilka  królików; 
John  Sparham  oskarżony  o  współudział  i  podżeganie  do  przestępstwa.  Halla  i 
Sparhama  ukarano  grzywną  w  wysokości  1  funta,  17  szylingów  i  4  pensów,  a 
Allena grzywną w wysokości 2 funtów, 17 szylingów i 4 pensów (wliczając koszty); 
z zamianą w wypadku niemożności zapłaty na czternaście dni aresztu dla dwóch 
pierwszych oskarżonych oraz na miesiąc aresztu dla trzeciego. 
Sąd  Policyjny  w  Londynie,  dzielnica  południowo-zachodnia.  Sprawa  toczyła  się 
przed  p.  Rose.  John  Probyn  oskarżony  o  zadanie  ciężkich  obrażeń  cielesnych 
policjantowi.  Więzień  skopał  żonę  i  pobił  inną  kobietę,  która  protestowała 
przeciwko jego brutalności. Posterunkowy namawiał oskarżonego, aby wszedł do 
domu, ale ten nagle rzucił się na niego, uderzeniem w twarz powalił na ziemię, a 
potem  kopał  i  usiłował  udusić.  Na  zakończenie  kopnął  rozmyślnie  policjanta  w 
delikatną  część  ciała  zadając  mu  obrażenie,  które  na  czas  dłuższy  uniemożliwi 
mu pełnienie służby. Skazany na sześć tygodni aresztu. 
Sąd  policyjny  w  Londynie,  dzielnica  Lambeth.  Sprawa  toczyła  się  przed  p. 
Hopkinsem.  „Baby”  Stuart,  dziewiętnastoletnia  chórzystka,  oskarżona  o 
wyłudzenie  noclegu  i  jedzenia  na  ogólną  sumę  5  szylingów  pod  fałszywymi 
pozorami  i  z  zamiarem  okradzenia  Emmy  Brasier.  Oskarżenie  wnosi  Emma 
Brasier,  właścicielka  pensjonatu  na  Atwell  Road.  Oskarżona  wynajęła  pokój  w 
pensjonacie  twierdząc,  że  pracuje  w  Królewskim  Teatrze.  Po  upływie  kilku  dni 
pani  Brasier  zasięgnęła  informacji  i  przekonawszy  się,  że  opowieść  dziewczyny 
jest  nieprawdziwa,  zażądała  jej  aresztowania.  Oskarżona  oświadczyła  przed 
sądem,  że  pracowałaby,  gdyby  zdrowie  jej  na  to  pozwoliło.  Skazano  ją  na  sześć 
tygodni ciężkich robót. 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ XVII 
NIEZDOLNOŚĆ DO PRACY 
 
Wolałbym raczej śmierć na drodze pod otwartym niebem. 

Wolałbym raczej umrzeć z głodu, utonąć w morskiej otchłani 

albo zginąć od kuli w zapamiętałej, bezlitosnej walce 
niż wieść bydlęcy żywot w cuchnącym piekle, 

by w końcu oddać ducha na żebraczym barłogu. 

Robert Blatchford 
 
Zatrzymałem  się  na  chwilę,  aby  posłuchać  sprzeczki  na  Mile  End  Waste.  Był 
wieczór. 
Wszyscy uczestnicy rozmowy należeli do zamożniejszej warstwy klasy robotniczej. 
Otoczyli jednego ze swych towarzyszy, trzydziestoletniego mężczyznę o ujmującej 
twarzy, i rozprawiali z nim dosyć popędliwie.. 
-  A  jak  z  tą  tanią  imigracją?  -  spytał  ktoś  groźnie.  -  Na  przykład  Żydzi  z 
Whitechapel zwyczajnie podrzynają nam gardła. 
- Nie do nich miej pretensje - brzmiała odpowiedź. - To tacy sami ludzie jak my i 
muszą jakoś żyć. Nie miej pretensji do człowieka, który godzi się pracować taniej 
niż ty i otrzymuje twoją pracę. 
- Ale co z żoną i dzieciakami? - nie ustępował rozmówca. 
-  Ano  właśnie.  Co  z  żoną  i  dziećmi  tego,  który  godzi  się  pracować  taniej  niż  ty  i 
odbiera ci pracę? No, jak? Co z jego żoną i dziećmi? Obchodzą go one bardziej niż 
twoje,  więc  nie  może  pozwolić,  żeby  zdychały  z  głodu.  Wobec  tego  obniża  cenę 
pracy  -  i  już  po  tobie.  Ale  nie  do  niego,  biedaka,  miej  o  to  pretensje.  On  tu  nie 
zawinił. Płace zawsze spadają, kiedy dwóch ludzi ubiega się o tę samą pracę. To 
wina konkurencji, a nie tego, który godzi się pracować taniej. 
-  Ale  płace  nie  spadają  tam,  gdzie  jest  związek  -  sprzeciwił  się  któryś  z 
rozmówców. 
-  Ano  właśnie,  znowu  trafiłeś  w  sedno.  Związek  nie  dopuszcza  do  konkurencji 
pomiędzy  robotnikami,  za  to  utrudnia  jeszcze  sytuację  tam,  gdzie  nie  ma 
związków. I tu właśnie zjawia się twoja tania siła robocza z Whitechapel. Ci ludzie 
są nie wykwalifikowani i nie zrzeszeni, więc podrzynają sobie nawzajem gardła - a 
przy okazji podrzynają nasze, jeżeli nie należymy do silnego związku. 
Bez  dalszego  zagłębiania  się  w  tę  dyskusję  można  z  wypowiedzi  mężczyzny  na 
Mile End Waste wyciągnąć następujący morał: gdzie dwóch ludzi ubiega się o tę 
samą  pracę,  tam  następuje  obniżka  płacy.  Gdyby  ów  mężczyzna  głębiej 
przemyślał tę sprawę, doszedłby do wniosku, że nawet związek liczący, dajmy na 
to,  dwadzieścia  tysięcy  członków  nie  utrzyma  płac  na  jednym  poziomie,  jeśli 
dwadzieścia tysięcy pozbawionych pracy ludzi będzie usiłowało wysadzić z siodła 
związkowców.  Powrót  i  demobilizacja  żołnierzy  z  Południowej  Afryki  stanowi 
wspaniałą ilustrację tej tezy: dziesiątki tysięcy znalazły się w rozpaczliwej sytuacji 
i  zapełniły  szeregi  armii  bezrobotnych.  W  całym  kraju  zaznacza  się  teraz  ogólna 
obniżka  płac,  co  prowadzi  do  zatargów  i  strajków.  Wykorzystują  to  bezrobotni, 
którzy chętnie podejmują z ziemi narzędzia porzucone przez strajkujących. 
Wyzysk  chałupniczy,  głodowe  płace,  armia  bezrobotnych  i  wielkie  rzesze 
bezdomnych istnieją wszędzie tam, gdzie więcej jest ludzi do pracy niż pracy dla 
ludzi.  Mężczyźni  i  kobiety,  których  spotykałem  na  ulicach,  w  „cyrku”  lub  w 
kuchni dobroczynnej, nie znaleźli się tam bynajmniej dlatego, że jest to dla nich 

background image

„jedwabne  życie”.  Dość  wyraźnie  uwydatniłem  trudy,  na  jakie  są  narażeni,  aby 
wykazać, że ich warunki egzystencji nie są z pewnością „jedwabne”. 
Ktoś,  kto  myśli  trzeźwo,  dojdzie  zawsze  do  wniosku,  że  w  Anglii  wygodniej  jest 
pracować  za  dwadzieścia  szylingów  na  tydzień  i  mieć  regularne  jedzenie  i 
zapewniony kąt do spania niż pędzić życie na ulicy. Człowiek, który żyje na ulicy, 
cierpi  dotkliwiej  i  pracuje  ciężej,  a  osiąga  daleko  mniej.  Opisałem,  jak  ludzie  ci 
spędzają  noce  i  jak  fizycznie  wyczerpani  szukają  „odpoczynku”  w  domach 
noclegowych.  A  życie  w  nich  nie  jest  przecież  jedwabne.  Skubać  cztery  funty 
pakuł,  tłuc  dwanaście  cetnarów  kamieni  i  wykonywać  najohydniejsze  prace  w 
zamian  za  nędzną  strawę  i  nocleg  –  to  bezgraniczna  lekkomyślność  ze  strony 
nędzarzy.  Ze  strony  władz  jest  to  najzwyklejszy  rozbój.  Dają  one  człowiekowi  za 
pracę bez porównania mniej niż pracodawca kapitalistyczny. Wynagrodzenie za tę 
samą  pracę  wykonaną  dla  pracodawcy  prywatnego  zapewniłoby  nędzarzowi 
lepsze jedzenie, lepsze noclegi, więcej radości w życiu, a przede wszystkim więcej 
swobody. 
Jak już podkreśliłem, dobrowolne korzystanie z domów noclegowych dowodziłoby 
bezgranicznej  głupoty  tych  ludzi.  Upór,  z  jakim  unikają  domów  noclegowych 
dopóty,  dopóki  nie  zagna  ich  tam  fizyczne  wyczerpanie,  wskazuje  najlepiej,  że 
sami zdają sobie z tego sprawę. Dlaczego więc z nich korzystają? Nie dlatego, że 
są  zniechęconymi  do  pracy  robotnikami.  Wręcz  przeciwnie;  są  zrażonymi  do 
włóczęgostwa włóczęgami. W Stanach Zjednoczonych włóczęga jest prawie zawsze 
zniechęconym do pracy robotnikiem. Uważa włóczęgostwo za lżejszą formę życia 
niż  pracę.  Ale  w  Anglii  rzecz  ma  się  inaczej.  Tu  władze  robią  wszystko,  aby 
odstręczyć włóczęgę od włóczęgostwa, co też udaje im się w zupełności. Włóczęga 
angielski  wie,  że  za  dwa  szylingi  dziennie,  co  równa  się  zaledwie  pięćdziesięciu 
centom,  kupi  sobie  trzy  dobre  posiłki  i  nocleg  i  że  zostaną  mu  jeszcze  ze  dwa 
pensy  na  drobne  wydatki.  Chętniej  będzie  pracował  za  te  dwa  szylingi  niż  za 
dobroczynność domu noclegowego, wie bowiem, że pracodawca nie narzuci mu aż 
tak ciężkiej pracy ani nie potraktuje go w tak poniżający sposób. Jeżeli postępuje 
inaczej, to dlatego, że więcej jest ludzi do pracy niż pracy dla ludzi. 
Gdzie  liczba  kandydatów  przewyższa  zapotrzebowanie,  tam  musi  rozpocząć  się 
proces  selekcji.  Każda  gałąź  przemysłu  odrzuca  mniej  zdatnych  do  pracy.  A 
ponieważ  zdyskwalifikowała  ich  nieudolność,  zamiast  piąć  się  w  górę  muszą 
zstępować  w  dół,  spadać  dopóty,  dopóki  nie  znajdą  się  na  właściwym  szczeblu 
drabiny  przemysłowej,  na  którym  okażą  się  przydatni.  Toteż  wynika  z  tego 
nieuchronnie, że ci najmniej wydajni są spychani na samo dno, czyli na miejsce 
straceń, gdzie giną marnie. 
Jeden rzut oka na ludzi uznanych za nie nadających się do pracy i znajdujących 
się na samym dnie Otchłani wystarczy, aby się przekonać, że są to w większości 
wypadków  duchowe,  fizyczne  i  moralne  ruiny  ludzkie.  Wyjątek  z  tej  reguły 
stanowią  ci  późniejsi  przybysze,  którzy  są  tylko  kiepskimi  robotnikami  i  którzy 
zaczynają  dopiero  podlegać  niszczycielskiemu  procesowi.  Należy  pamiętać,  że 
wszystkie siły działają tutaj destrukcyjnie. Zdrowe ciało (które znalazło się tutaj, 
bo umysł nie pracował szybko i sprawnie) traci wkrótce sprawność i kształtność; 
jasny umysł (który znalazł się tu, bo ciało było słabe) zostaje szybko wypaczony i 
zatruty.  Śmiertelność  wśród  tych  ludzi  jest  ogromna,  ale  proces  konania 
stanowczo zbyt powolny. 
Taka  jest  struktura  Otchłani  i  miejsca  straceń.  Na  wszystkich  szczeblach 
machiny  przemysłowej  odbywa  się  stała  eliminacja.  Ludzi  niezdatnych  do  pracy 

background image

odrzuca  i  spycha  w  dół.  Wiele  rzeczy  decyduje  o  niezdatności.  Niepunktualny  i 
pozbawiony  poczucia  odpowiedzialności  mechanik  stacza  się  coraz  niżej,  dopóki 
nie  znajdzie  odpowiedniego  dla  siebie  miejsca  -  powiedzmy,  dorywczego  zajęcia, 
które  z  natury  rzeczy  nie  wymaga  ani  punktualności,  ani  żadnego  -  lub  bardzo 
niewiele - poczucia odpowiedzialności. 
Ci, którzy okazują się przy wypełnianiu obowiązku powolni i niezręczni czy słabi 
fizycznie  lub  umysłowo,  lub  którym  brak  duchowej,  fizycznej  i  nerwowej 
wytrzymałości, muszą stoczyć się na dno - czasem błyskawicznie, czasem krok za 
krokiem.  Nieszczęśliwy  wypadek  czyni  dobrego  robotnika  niezdatnym  do  pracy  i 
również spycha go na dno. A robotnik, który ze zmniejszoną energią i słabnącymi 
władzami umysłowymi staje na progu starości, musi rozpocząć tragiczną drogę w 
dół, na której nie zatrzyma się, póki nie osiągnie dna i nie umrze. 
To  ostatnie  twierdzenie  ilustrują  znakomicie  przerażające  statystyki  Londynu. 
Ludność  stolicy  stanowi  siódmą  część  mieszkańców  całego  Zjednoczonego 
Królestwa  i  tu  rok  po  roku  co  czwarty  dorosły  mieszkaniec  umiera  na  koszt 
dobroczynności publicznej – albo w przytułku, albo w szpitalu, albo w zakładzie 
dla umysłowo chorych. Jeśli wziąć pod uwagę, że ludzie zamożni nie kończą życia 
w  ten  sposób,  stanie  się  jasne,  iż  taka  śmierć  czeka  przynajmniej  co  trzeciego 
dorosłego robotnika. 
Nie  mogę  się  oprzeć  pokusie  opisania  wam  sprawy  M'Garry'ego,  mężczyzny  lat 
trzydziestu dwóch, stałego lokatora domów noclegowych. Zobrazuje to, jak dobry 
robotnik  może  nagle  utracić  zdolność  do  pracy.  Podaję  wyjątek  zaczerpnięty  z 
rocznych sprawozdań związku zawodowego. 
 
Pracowałem  w  fabryce  Sullivana  w  Widnes,  znanej  pod  nazwą  Brytyjskich 

Zakładów  Przemysłu  Alkalicznego.  Pracowałem  w  szopie  i  musiałem  przejść  na 

drugą  stronę  podwórza.  Była  godzina  dziesiąta  wieczorem,  nie  paliły  się  żadne 
światła. Gdy przechodziłem przez dziedziniec, poczułem nagle, że coś chwyta mnie 

za nogi i ciągnie ze straszną siłą. Straciłem przytomność; nie wiem, co się ze mną 
działo  przez  dzień  czy  dwa.  W  niedzielę  wieczorem  odzyskałem  świadomość  i 

przekonałem się, że jestem w szpitalu. Spytałem pielęgniarkę, co się dzieje z moimi 

nogami, i dowiedziałem się, że obie straciłem. 
Na  podwórzu  umieścili  kierat  wpuszczony  w  ziemię,  otwór  miał  osiemnaście  cali 

długości, a głębokości i szerokości po piętnaście. Kierat obracał się we wgłębieniu 
z  szybkością  trzech  obrotów  na  minutę.  Dół  nie  był  niczym  ogrodzony  ani 
przykryty.  Po  moim  wypadku  zatrzymano  maszynę,  a  dziurę  zasłonięto  płytą 

żelazną...  Dali  mi  dwadzieścia  pięć  funtów.  Nie  uważali  tego  za  odszkodowanie; 
powiedzieli,  że  ofiarowują  je  tylko  z  litości.  Z  tej  sumy  wydałem  dziewięć funtów 

na wózek, za pomocą którego mogę się teraz poruszać. 

Gdy  kierat  urwał  mi  nogi,  pracowałem.  Zarabiałem  dwadzieścia  cztery  szylingi 
tygodniowo, na ogół więcej niż inni robotnicy, bo często brałem zastępstwa. Kiedy 

zdarzyła się jakaś ciężka robota, wybierano do niej najczęściej mnie. Pan Manton, 

dyrektor fabryki, odwiedził mnie kilka razy w szpitalu. Gdy zacząłem powracać do 
zdrowia,  spytałem,  czy  będzie  mógł  znaleźć  mi  jakieś  zajęcie.  Powiedział,  żebym 

się  nie  martwił,  bo  zarząd  fabryki  nie  jest  bez  serca.  W  żadnym  wypadku  nie 
stanie mi się krzywda... Pan Manton przestał mnie odwiedzać; a podczas ostatniej 

wizyty oznajmił, że zamierza namówić dyrektorów, aby dali mi pięćdziesiąt funtów 

na wyjazd do przyjaciół w Irlandii. 

background image

Biedny  M'Garry!  Otrzymywał  płacę  lepszą  niż  inni,  bo  był  ambitny  i  brał 
zastępstwa,  a  gdy  zdarzała  się  jakaś  cięższa  praca,  zlecano  ją  właśnie  jemu.  A 
potem  przyszło  nieszczęście  i  musiał  pójść  do  przytułku.  Miał  jeszcze  drugie 
wyjście  -  mógł  wrócić  do  Irlandii  i  do  końca  życia  być  ciężarem  dla  przyjaciół. 
Komentarz jest tutaj zbędny. 
Należy  pamiętać,  że  zdatności  do  pracy  nie  określają  sami  robotnicy,  lecz 
wyznacza  ją  popyt.  Jeżeli  trzej  ludzie  starają  się  o  jedną  pracę,  otrzyma  ją  ten, 
który  się  do  niej  najbardziej  nadaje.  Pozostali  dwaj,  niezależnie  od  posiadanych 
zdolności,  staną  się  niezdatni  do  pracy.  Gdyby  Niemcy,  Japonia  i  Stany 
Zjednoczone  zagarnęły  cały  rynek  światowy  żelaza,  węgla  i  tekstyliów,  setki 
tysięcy  angielskich  robotników  straciłyby  natychmiast  pracę.  Część  ich 
wyemigrowałaby, ale reszta usiłowałaby wedrzeć się do innych gałęzi przemysłu. 
W  wyniku  tego  nastąpiłoby  ogólne  przetasowanie  robotników  we  wszystkich 
gałęziach  przemysłu,  a  po  przywróceniu  równowagi  liczba  bezrobotnych  na  dnie 
Otchłani  wzrosłaby  o  nowe  setki  tysięcy.  Ale  gdyby  nawet  sytuacja  nie  ulegała 
żadnej gwałtownej zmianie i gdyby wszyscy robotnicy podwoili wydajność pracy, 
nie  ubyłoby  wcale  niezdatnych  do  pracy,  choć  każdy  z  nich  stałby  się  nagle 
podwójnie  do  niej  uzdolniony,  bardziej  uzdolniony,  niż  była  dotąd  większość 
zdatnych do pracy. 
Gdy  więcej  jest  ludzi  do  pracy  niż  pracy  dla  ludzi,  wszyscy  ci,  dla  których 
zabraknie  zajęcia,  zyskują  piętno  nieudolności,  skazujące  ich  na  nędzną 
wegetację i powolną ruinę. 
W następnych rozdziałach postaram się na przykładzie ich pracy i sposobu życia  
pokazać nie tylko, jak ludzie niezdatni do pracy są eliminowani ze społeczeństwa 
i  niszczeni,  lecz  także,  jak  siły  uprzemysłowionego  społeczeństwa  w  jego 
dzisiejszej  formie  nieustannie  i  lekkomyślnie  tworzą  coraz  to  nowe  zastępy  istot 
niedołężnych. 
 
 
ROZDZIAŁ XVIII 
PŁACE 
 
 
Jedni swą duszę mają do sprzedania, 
A inni w trudzie zdobywają chleb... 
Jednych w rozpaczy toń rzeczna pochłania 

Innych katorga młotem wali w łeb. 
Cóż, w naszym kraju złoto się panoszy. 

Ten tylko wielki, kto złota ma kosz. 

Pot ludzki nie wart nawet paru groszy 
A dusza ludzka tańsza niźli grosz.
 

 
Kiedy się dowiedziałem, że w najuboższej dzielnicy Londynu żyje 1 292 737 ludzi, 
którzy  na  utrzymanie  rodziny  zarabiają  dwadzieścia  jeden  szylingów  tygodniowo 
lub  nawet  mniej,  postanowiłem  zbadać,  w  jaki  sposób  należałoby  zużyć  te 
zarobki,  aby  podtrzymać  fizyczną  sprawność  takich  rodzin.  Ponieważ  rodzin 
sześcio-,  siedmio-,  ośmio-  czy  dziesięcioosobowych  nie  można  brać  pod  uwagę, 
wziąłem  za  podstawę  poniższej  tabeli  rodzinę  pięcioosobową,  złożoną  z  ojca, 
matki i trojga dzieci. Przyjąłem, że dwadzieścia jeden szylingów równa się pięciu 

background image

dolarom  i  dwudziestu  pięciu  centom,  chociaż  właściwie  suma  ta  ma  wartość 
około pięciu dolarów i jedenastu centów. 
 
Komorne 1 pens 50 centów 
Chleb 1 
Mięso- 87 1/2  
Jarzyny”- 62 1/2  
Węgiel- 25  
Herbata- 18  
Nafta- 16  
Cukier- 18  
Mleko- 12  
Mydło- 8  
Masło - 20 centów 
Drzewo na podpałkę - 8  
 
Dokładniejsze  zbadanie  choćby  jednej  z  tych  pozycji  wykaże,  jak  absolutnie 
niczego nie wolno tu trwonić. Chleb - 1 dolar. W rodzinie składającej się z pięciu 
osób chleb za cenę jednego dolara na cały tydzień oznacza rację dzienną wartości 
2  i  6/7  centa  dla  poszczególnych  członków  rodziny;  a  jeżeli  jedzą  oni  trzy  razy 
dziennie,  każda  osoba  ma  prawo  spożyć  do  jednego  posiłku  kromkę  chleba 
wartości 0,95 centa, czyli trochę mniej niż pół pensa. Nie zapominajmy jednak, że 
chleb  to  pozycja  najpoważniejsza.  Mięsa  wypada  na  głowę  mniej,  jarzyn  jeszcze 
mniej. A drobniejsze pozycje są tak mikroskopijne, że w ogóle nie można ich brać 
pod uwagę. Z drugiej strony wszystkie te artykuły żywnościowe zakupywane są w 
nieznacznych  ilościach,  co  jest  najkosztowniejszym  i  najmniej  oszczędnym 
systemem robienia zakupów. 
Z  podanego  zestawienia  wynika,  że  nie  może  być  tu  mowy  o  żadnej 
ekstrawagancji  ani  o  przeciążaniu  żołądka,  jak  również  o  tym,  aby  pozostała 
jakaś  nadwyżka.  Całe  dwadzieścia  jeden  szylingów  idzie  na  komorne  i  jedzenie. 
Nie zostaje nic na drobne wydatki. Jeśli mężczyzna wyda na szklankę piwa, jego 
rodzina  musi  zjeść  o  tyle  mniej;  a  im  gorzej  się  rodzina  odżywia,  tym  bardziej 
nadweręża swoją sprawność fizyczną. 
Członkowie  jej  nie  mogą  jeździć  omnibusami  ani  tramwajami,  nie  mogą  pisać 
listów,  jeździć  na  wycieczki,  chodzić  na  galerię  taniego  teatrzyku,  należeć  do 
klubów, kupować słodyczy, tytoniu, książek czy gazet. 
A  ponadto,  jeśli  tylko  jednemu  dziecku  (a  jest  ich  troje)  potrzebne  będą  buty, 
rodzinę  zmusi  to  do  wykreślenia  ze  spisu  potraw  mięsa  na  przeciąg  tygodnia.  A 
ponieważ  jest  tu  pięć  par  nóg,  które  trzeba  obuć,  i  pięć  głów,  które  potrzebują 
kapeluszy,  i  pięć  ciał,  które  muszą  być  przyodziane,  i  ponieważ  prawo  zwalcza 
nieprzystojną nagość, rodzina - chcąc zachować ciepło i uniknąć więzienia - musi 
nieustannie  nadwątlać  swoją  sprawność  fizyczną.  Zwracam  wam  uwagę,  że  gdy 
od  tygodniowego  zarobku  odliczy  się  sumy  pochłaniane  przez  komorne,  węgiel, 
naftę,  mydło  i  drzewo,  to  dla  jednej  osoby  wypadnie  dziennie  na  życie  4  i  1/2 
pensa;  a  tej  sumy  4  i  1/2  pensa  nie  da  się  uszczuplić  wydatkiem  na  kupno 
ubrania bez równoczesnego osłabienia odporności fizycznej. 
Wszystko to nie jest bynajmniej wesołe. Ale powiedzmy, że stanie się nieszczęście: 
mąż  i  ojciec  złamie nogę  lub  skręci  kark.  Nie  ma  już  4  i  1/2  pensa  dziennie  na 
żywność,  nie  ma  chleba  za  pół  pensa  do  każdego  posiłku,  a  gdy  skończy  się 

background image

tydzień, nie będzie sześciu szylingów na komorne. Rodzina musi się więc wynieść 
-  na  ulicę  albo  do  przytułku,  albo  do  nędznej  nory,  gdzie  matka  podejmie 
rozpaczliwe próby wyżywienia wszystkich za dziesięć szylingów na tydzień, które, 
być może, uda się jej zarobić. 
Ale  nie  zapominajmy,  że  w  Londynie  żyje  1  292  737  ludzi  zarabiających 
dwadzieścia jeden szylingów lub mniej tygodniowo i utrzymujących za to rodziny 
oraz że my zajmowaliśmy się rodziną pięcioosobową, której egzystencja opiera się 
na dwudziestu jeden szylingach. Są rodziny liczniejsze, rodziny, które utrzymują 
się  za  sumę  mniejszą  niż  dwadzieścia  jeden  szylingów,  i  jest  praca  dorywcza. 
Oczywiście  powstaje  pytanie:  jak  tacy  ludzie  żyją?  Odpowiedź  brzmi:  wcale  nie 
żyją. Nie wiedzą, czym może być życie.  
Pędzą zwierzęcy byt, dopóki miłosierna śmierć nie zlituje się nad nimi. 
Zanim przejdę do haniebniejszych przypadków, przytoczę sprawę telefonistek. Są 
to czyste i świeże angielskie dziewczęta, które powinny żyć na wyższym poziomie 
niż  zwierzęta,  inaczej  bowiem  przestaną  być  czystymi  i  świeżymi  angielskimi 
dziewczętami. 
Po  wstąpieniu  na  służbę  telefonistka  otrzymuje  wynagrodzenie  tygodniowe 
wysokości  11  szylingów.  Jeśli  pracuje  szybko  i  jest  inteligentna,  może  po  pięciu 
latach  pracy  osiągnąć  wynagrodzenie  maksymalne,  czyli  całego  funta.  Ostatnio 
przedstawiono  lordowi  Londonderry  tygodniowe  zestawienie  wydatków  takiej 
telefonistki.  
Jak  z  tego  wynika,  nie  pozostaje  nic  na  ubranie,  na  rozrywki  czy  chorobę.  A 
przecież wiele z tych dziewcząt nie zarabia osiemnastu szylingów na tydzień, lecz 
jedenaście,  dwanaście  czy  czternaście.  Muszą  przecież  mieć  ubranie  i  nieco 
przyjemności i... 
 
Mężczyzna często krzywdzi mężczyznę, 
Lecz zawsze krzywdzi kobietę...
 

 
Na  odbywającym  się  obecnie  w  Londynie  Kongresie  Związków  Zawodowych, 
Związek  Pracowników  Gazowni  zaproponował,  aby  komisja  parlamentarna 
wniosła  projekt  ustawy  wzbraniającej  zatrudniania  dzieci  poniżej  lat  piętnastu. 
Pan  Shackleton,  poseł  do  parlamentu  i  przedstawiciel  tkaczy  hrabstw 
północnych,  przeciwstawił  się  rezolucji  w  imieniu  robotników  przemysłu 
włókienniczego,  którzy  -  jak  stwierdził  -  nie  mogą  wyrzec  się  zarobków  swych 
dzieci i ograniczyć się jedynie do własnych dochodów. 
Przedstawiciele  514  000  robotników  głosowali  przeciwko  rezolucji,  a 
przedstawiciele 535 000 robotników wypowiedzieli się za nią. Z faktu, że 514 000 
robotników  przeciwstawia  się  rezolucji  wzbraniającej  zatrudniania  dzieci  poniżej 
lat  piętnastu,  wynika  jasno,  że  większość  dorosłych  ludzi  w  kraju  otrzymuje 
głodowe płace. 
W  Whitechapel  rozmawiałem  z  kobietami,  które  otrzymują  mniej  niż  szylinga  za 
dwunastogodzinny 

dzień 

pracy 

chałupniczej 

przy 

szyciu 

płaszczy; 

przeprowadziłem również rozmowy z kobietami, które pracują przy wykańczaniu 
męskich  spodni  i  otrzymują  królewskie  wynagrodzenie  trzech  do  czterech 
szylingów na tydzień. 
Niedawno  przedostała  się  do  wiadomości  publicznej  sprawa  mężczyzn 
zatrudnionych  w  bogatej  firmie  handlowej,  gdzie  otrzymują  jedzenie  i  sześć 
szylingów  tygodniowo  za  sześć  dni  pracy  po  szesnaście  godzin  każdy.  „Żywe 

background image

reklamy”  -  ludzie,  którzy  obnoszą  po  ulicach  plakaty,  otrzymują  czternaście 
pensów  dziennie.  Przeciętny  tygodniowy  zarobek  sprzedawców  ulicznych  i 
przekupni waha się od dziesięciu do dwunastu szylingów. Przeciętny tygodniowy 
zarobek  wszystkich  robotników  nie  wykwalifikowanych,  z  wyjątkiem  dokerów, 
wynosi  mniej  niż  szesnaście  szylingów  na  tydzień,  natomiast  średni  tygodniowy 
dochód dokerów sięga ośmiu do dziewięciu szylingów. Powyższe cyfry pochodzą ze 
sprawozdania komisji królewskiej i są autentyczne. 
Wyobraźcie sobie starą, złamaną na duchu i umierającą kobietę, która płaci trzy 
szylingi  tygodniowo  komornego  i  pracuje  na  utrzymanie  swoje  i  czworga  dzieci 
wyrabianiem  pudełek  do  zapałek  po  dwa  i  ćwierć  pensa  za  dwanaście  tuzinów. 
Dwanaście  tuzinów  pudełek  za  dwa  i  ćwierć  pensa,  a  w  dodatku  własny  klej  i 
własne  nici!  Ta  kobieta  nie  wie,  co  to  dzień  wytchnienia  czy  choroba,  czy 
odpoczynek,  czy  rozrywka.  Dzień  po  dniu,  nie  wyłączając  niedziel,  haruje  po 
czternaście  godzin  na  dobę.  Jej  górna  granica  wydajności  to  siedem  razy  po 
dwanaście  tuzinów,  za  które  otrzymuje  szylinga  i  3  3/4  pensa.  W  ciągu 
dziewięćdziesięcioośmiogodzinnego  tygodnia  pracy  zdoła  zrobić  7  066  pudełek  i 
zarobić 4 szylingi 10 1/4 pensa, od czego trzeba odliczyć koszty kleju i nici. 
W roku ubiegłym  Tomasz Holmes, znany misjonarz z terenu sądów policyjnych, 
po opublikowaniu artykułu o warunkach pracy kobiet otrzymał następujący list, 
datowany 18 kwietnia 1901 roku: 
 
Szanowny Panie! 
Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale przeczytałam Pański artykuł na temat wyzysku 

nieszczęsnych  kobiet,  które  przy  czternastogodzinnym  dniu  pracy  otrzymują  10 
szylingów  tygodniowo,  i  chciałabym  opisać  panu  moją  sprawę.  Jestem 

krawaciarką  i  mimo  ciężkiej  pracy  nie  mogę  zarobić  więcej  niż  pięć  szylingów  na 

tydzień,  a  mam  na  utrzymaniu  biednego  chorego  męża,  który  od  przeszło 
dziesięciu lat nie zarobił ani grosza...
 

 
Wyobraźcie  sobie  kobietę,  zdolną  do  napisania  tak  jasnego,  rozsądnego  i 
gramatycznego listu, która utrzymuje siebie i chorego męża z pięciu szylingów na 
tydzień! Tomasz Holmes odwiedził tę kobietę. Ledwie wcisnął się do izdebki. Leżał 
tam  jej  chory  mąż  i  ona  pracowała  od  świtu  do  późnej  nocy.  Tam  również 
gotowała, jadła, prała i spała; i w tymże pomieszczeniu ona i jej mąż wykonywali 
wszystkie  funkcje  życia  i  umierania.  Jedynym  miejscem,  gdzie  misjonarz  mógł 
usiąść, było łóżko częściowo przykryte krawatami i jedwabiem. Płuca mężczyzny 
znajdowały  się  w  stanie  ostatecznego  rozkładu.  Kasłał  i  spluwał  nieustannie,  a 
kobieta przerywała pracę i starała się nieść mu ulgę, gdy chwytał go paroksyzm 
kaszlu. Jedwabny pył z krawatów źle wpływał na jego chorobę; a jego choroba źle 
wpływała na krawaty, jak również na ich sprzedawców i przyszłych właścicieli. 
Inny  wypadek,  który  Tomasz  Holmes  bliżej  zbadał,  to  sprawa  dwunastoletniej 
dziewczynki,  postawionej  przed  sąd  policyjny  za  kradzież  jedzenia.  Tomasz 
Holmes  przekonał  się,  że  dziewczynka  zastępowała  matkę  dziewięcioletniemu 
chłopcu,  siedmioletniemu  chłopcu-kalece  i  jeszcze  młodszej  dziewczynce.  Matka 
była  wdową  i  szyła  bluzki.  Za  komorne  płaciła  pięć  szylingów  tygodniowo.  Oto 
kilka ostatnich pozycji z jej rachunków domowych: herbata - 1/2 pensa; cukier - 
1/2 pensa; chleb - 1/4 pensa; margaryna - 1 pens; nafta - 1 i 1/2 pensa; drzewo 
na  podpałkę  -  1/2  pensa.  Zacne  żony  dobrych  ludzi  o  łagodnym  sercu, 
wyobraźcie  sobie,  że  robicie  zakupy  i  prowadzicie  dom  na  takiej  stopie,  że 

background image

nakrywacie  stół  dla  pięciu  osób  i  pilnujecie  waszej  dwunastoletniej  zastępczyni, 
aby nie kradła żywności dla młodszych braci i sióstr, kiedy wy szyjecie, szyjecie, 
szyjecie koszmarny, nie kończący się szereg bluzek, który ciągnie się przed wami 
w mrok aż do trumny nędzarzy, otwartej już na wasze przyjęcie. 
 
 
ROZDZIAŁ XIX 
GETTO 
 
Gdy wszechobecną Wiedzą chlubi się epoka. 

Dzieci ulicy żyją w odmętach rynsztoka. 
W ciemnych zaułkach Postęp staje jak zaklęty, 

Zbrodnia i głód rozpuście wydają dziewczęta. 

Wychudłej szwaczce chlebodawca skąpi jadła, 
W norach ciasnota żywych z martwymi pokładła. 

Barłogi pełne grzechu i zgniłe legowiska 
Liże płomień zarazy, co z dna nędzy tryska.
 

Tennyson 
 
Ongiś  narody  Europy  zamykały  niepożądanych  Żydów  w  miejskich  gettach. 
Dzisiaj  klasa  dominująca  gospodarczo,  za  pomocą  mniej  może  despotycznych, 
lecz  równie  nieubłaganych  metod,  zamknęła  niepożądanych,  a  jednak 
potrzebnych  robotników  w  gettach  o  zdumiewającym  wprost  obszarze  i 
zdumiewającej nędzy. Wschodni Londyn jest takim właśnie gettem, w którym nie 
mieszkają bogaci ani możni, którego nie odwiedzają turyści i w którym gnieżdżą 
się, rozmnażają i umierają dwa miliony robotników. 
Nie  należy  przypuszczać,  że  wszyscy  robotnicy  Londynu  stłoczeni  są  w  East 
Endzie,  silny  jednak  prąd  pcha  ich  wyraźnie  w  tamtym  kierunku.  Ubogie 
dzielnice  właściwego  miasta  bezustannie  niszczeją,  główna  zaś  fala  ludzi 
pozbawionych  dachu  nad  głową  kieruje  się  na  wschód.  Jedna  tylko  dzielnica 
leżąca  poza  Aldgate,  Whitechapel  i  Mile  End,  zwana  „Podmiejskim  Londynem”, 
wzrosła  w  ciągu  ostatnich  dwunastu  lat  o  260  000  mieszkańców,  czyli  o 
sześćdziesiąt procent. Nawiasem mówiąc, kościoły w tym okręgu mogą pomieścić 
zaledwie co trzydziestą ósmą osobę spośród ludności napływowej. East End bywa 
często  nazywany  „Miastem  Straszliwej  Monotonii”,  zwłaszcza  przez  dobrze 
odżywionych  optymistycznych  turystów,  których  wzrok  ślizga  się  tylko  po 
powierzchni  rzeczy  i  którzy  dostrzegają  jedynie  straszliwą  jednostajność  i 
brzydotę  ulic.  Gdyby  East  End  nie  zasługiwał  na  miano  gorsze  niż  „Miasto 
Straszliwej  Monotonii”  i  gdyby  ludziom  pracy  nie  należało  się  urozmaicenie, 
piękno  i  niespodzianka,  nie  byłoby  tu  tak  źle  mieszkać.  Ale  East  End  wart  jest 
straszliwszej nazwy. Powinno się go nazywać „Miastem Poniżenia”. 
Chociaż  nie  jest  to  miasto  slumsów,  jak  sobie  niektórzy  wyobrażają,  można 
śmiało  nazwać  je  jednym  gigantycznym  slumsem.  Z  punktu  widzenia  prostej 
przyzwoitości i zwykłego człowieczeństwa każda z jego nędznych uliczek to slums. 
East  End  obfituje  w  widoki  i  dźwięki,  których  ani  ty,  ani  ja  nie  pozwolilibyśmy 
oglądać i słuchać naszym dzieciom, a więc nie powinny tu mieszkać, oglądać tych 
widoków  ani  słuchać  tych  dźwięków  dzieci  innych  ludzi.  Ani  ty,  ani  ja  nie 
chcielibyśmy, żeby pędziły tu życie nasze żony, a więc nie powinny żyć tutaj żony 
innych ludzi. Bo tutaj na każdym kroku rzuca się w oczy bezwstyd i brutalność 

background image

życia.  Nikt  nie  zna  tutaj  pojęcia  domowego  zacisza.  Zło  zaraża  dobro  i  wszystko 
rozkłada się razem. Niewinne dzieciństwo jest piękne i słodkie, ale we Wschodnim 
Londynie niewinność przemija szybko i jeśli chcesz ją znaleźć, szukaj jej u dzieci, 
zanim wypełzną z kołyski, bo później łatwo możesz się przekonać, że są nie mniej 
uświadomione od ciebie. 
Zasada: „wszystko tedy, co byście chcieli, aby ludzie wam czynili, i wy im czyńcie” 
doprowadza  nas  do  wniosku,  że  East  End  nie  jest  miejscem  odpowiednim  do 
życia.  Tam,  gdzie  nie  chciałbyś,  aby  twoje  dziecko  mieszkało,  rozwijało  się  i 
zdobywało  wiedzę  o  życiu,  tam  nie  powinny  mieszkać,  rozwijać  się  i  zdobywać 
wiedzy o życiu dzieci innych mężczyzn. Jakże prosta i wyczerpująca zasada! Jeżeli 
ekonomia  polityczna  i  prawo  silniejszego  mówią  inaczej,  do  diabła  z  ekonomią 
polityczną  i  prawem  silniejszego!  Co  nie  dogadza  tobie,  nie nadaje  się  dla  twego 
bliźniego - nic tu nie można dodać!  
W  Londynie  żyje  300  000  ludzi  podzielonych  na  rodziny,  które  gnieżdżą  się  w 
jednoizbowych mieszkaniach. O wiele więcej jest takich, którzy mieszkają w dwu i 
trzech  izbach,  ale  tłoczą  się  w  nie  mniejszej  ciasnocie,  bez  względu  na  płeć. 
Według prawa na osobę winno przypadać czterysta stóp sześciennych powietrza. 
W  barakach  wojskowych  jednemu  żołnierzowi  przysługuje  sześćset  stóp 
sześciennych.  Profesor  Huxley,  ongiś  urzędnik  służby  zdrowia  we  Wschodnim 
Londynie, twierdził, że człowiek potrzebuje osiemset stóp sześciennych powietrza, 
i to czystego i często odświeżanego. A jednak w Londynie mieszka ponad 900 000 
ludzi, którzy nie mają nawet owych 400 stóp, przyznanych przez prawo. 
Karol  Booth,  który  od  lat  prowadzi  systematyczną  pracę  nad  segregowaniem  i 
klasyfikowaniem  robotniczej  ludności  miasta,  oblicza,  że  w  Londynie  żyje  1  800 
000 ludzi ubogich lub bardzo ubogich. Warto się przekonać, co pan Booth bierze 
za  podstawę  klasyfikacji.  Rodziny  ubogie  to  według  niego  takie,  których  łączny 
dochód  wynosi  od  ośmiu  do  dwudziestu  jeden  szylingów  na  tydzień.  Rodziny 
bardzo ubogie żyją znacznie poniżej tego poziomu. 
Robotnicy  jako  klasa  są  coraz  dokładniej  segregowani  przez  swych 
ekonomicznych panów; a ów proces wraz z towarzyszącym mu przeludnieniem i 
stałym pogarszaniem się sytuacji mieszkaniowej prowadzi raczej do amoralności 
niż  do  niemoralności.  Podaję  niżej  wyciąg  z  protokołu  ostatniego  posiedzenia 
Rady  Miejskiej  Londynu,  suchy  i  zwięzły,  ale  wywołujący  uczucie  grozy  u  tego, 
kto potrafi czytać między wierszami: 
 
Pan Bruce spytał przewodniczącego komisji zdrowia publicznego, czy znane mu są 

wypadki  groźnego  przeludnienia  w  East  Endzie.  W  St.  Georges-in-the-East  mąż, 
żona  i  ich  ośmioosobowa  rodzina  mieszkają  w  jednej  izdebce. Ta  rodzina  składa 

się  z  pięciu  córek  w  wieku  lat  dwudziestu,  siedemnastu,  ośmiu,  czterech  i 

niemowlęcia  oraz  z  trzech  synów,  mających  jeden  piętnaście,  drugi  trzynaście,  a 
trzeci  dwanaście  lat.  W  Whitechapel  mąż,  żona,  trzy  córki:  szesnastoletnia, 

ośmioletnia  i  czteroletnia,  oraz  dwóch  synów,  dwunastoletni  i  dziesięcioletni, 

gnieżdżą  się  w  izbie  o  mniejszych  jeszcze  wymiarach.  W  Bethnal  Green  mieszka 
również w jednej izbie mąż, żona, czterech synów w wieku lat: dwudziestu trzech, 

dwudziestu  jeden,  dziewiętnastu  i  szesnastu,  oraz  dwie  córki,  jedna  siedmio-, 
druga czternastoletnia. Pan Bruce spytał ponadto, czy zapobieganie tak groźnemu 

w skutkach przepełnieniu nie powinno należeć do obowiązków władz miejskich. 

 

background image

Ale  skoro  900  000  ludzi  żyje  w  warunkach  sprzecznych  z  przepisami  prawa, 
władze  mają  ręce  pełne  roboty.  Jeśli  wyruguje  się  ludzi  z  przepełnionych  nor, 
wędrują do innych zakamarków; ponieważ przeprowadzki odbywają się w nocy i 
na  ręcznych  taczkach  (jedna  taczka  mieści  wszystkie  sprzęty  domowe  i  uśpione 
dzieci), kontrolowanie tych ruchów jest zgoła niemożliwe. Gdyby zalecenia Ustawy 
o zdrowiu publicznym z roku 1891 zostały nagle i rygorystycznie wprowadzone w 
życie, 900 000 osób otrzymałoby nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkań 
i  wyjścia  na  ulicę,  aby  zaś  zakwaterować  ich  wszystkich  zgodnie  z  przepisami 
prawa, musiano by wybudować 500 000 nowych izb mieszkalnych. 
Nędzne  ulice  jedynie  z  zewnątrz  tak  wyglądają,  ale  wewnątrz  ich  murów  gości 
głód,  brud  i  tragedia.  Może  tragiczny  wypadek,  który  opiszę,  wywoła  w  was 
uczucie wstrętu, nie należy jednak zapominać, jak daleko bardziej oburzające jest 
to, że mógł się on wydarzyć. 
Przy  placu  Devonshire  w  dzielnicy  Lisson  Grove  umarła  niedawno 
siedemdziesięciopięcioletnia  staruszka.  Urzędnik  śledczy  oświadczył  podczas 
przewodu  sądowego,  że  „w  izbie  znalazł  jedynie  kupę  starych  szmat  pokrytych 
robactwem,  które  oblazło  również  i  jego”.  Izba  znajdowała  się  w  stanie  trudnym 
do  opisania,  urzędnik  nigdy  w  życiu  nie  widział  nic  podobnego.  Wszystko  było 
dosłownie oblepione robactwem.  
Lekarz  stwierdził:  „Zmarłą  znalazłem  na  podłodze,  leżała  na  plecach  przed 
kominkiem.  Ubrana  była  w  jeden  łachman,  na  nogach  miała  tylko  pończochy. 
Ciało  dosłownie  roiło  się  od  insektów  i  wszystka  odzież  w  pokoju  była  szara  od 
wszy.  Nieboszczka  jadła  bardzo  marnie,  była  więc  przeraźliwie  wychudzona. 
Pończochy  poprzysychały  jej  do  olbrzymich  ran  na  nogach.  Rany  powstały  od 
ukąszeń robactwa”. 
Pewien mężczyzna obecny przy śledztwie pisał: „Miałem nieszczęście widzieć ciało 
zmarłej  w  kostnicy  i  do  dzisiaj  na  samo  wspomnienie  tego  potwornego  widoku 
przejmują mnie dreszcze. Leżała w trumnie tak wychudzona i wyniszczona, że jej 
ciało  było  właściwie  wiązką  kości  obciągniętych  skórą.  Zlepione  od  brudu  włosy 
przedstawiały  jedno  gniazdo  robactwa.  Po  kościstej  klatce  piersiowej  skakały  i 
pełzały setki, tysiące, miliony wszy”. 
Twoja  matka  ani  moja  matka  nie  powinny  tak  umierać,  a  więc  nie  powinna  też 
tak umierać ta kobieta - czyjąkolwiek była matką. 
Biskup  Wilkinson,  który  lata  spędził  w  kraju  Zulusów,  powiedział  ostatnio: 
„Żaden  wódz  afrykańskiej  wioski  nie  pozwoliłby  na  tak  bezładne  mieszanie 
młodych mężczyzn i kobiet, chłopców i dziewcząt”. Miał na myśli dzieci nędzarzy, 
które w wieku lat pięciu nauczyły się już wszystkiego i powinny by się niejednego 
oduczyć - co nigdy nie nastąpi. 
Jest  to  fakt  powszechnie  znany,  że  w  getcie  domy,  w  których  gnieżdżą  się 
nędzarze,  przynoszą  większe  zyski  od  wspaniałych  kamienic  zamieszkiwanych 
przez bogaczy. 
Biedny  robotnik  nie  tylko  mieszka  jak  zwierzę,  ale  płaci  za  to  proporcjonalnie 
więcej  niż  bogacz  za  wielopokojowe  luksusy.  Współzawodnictwo  biedoty  o 
mieszkania  doprowadziło  do  tego,  że  powstała  klasa  kamieniczników-
wyzyskiwaczy.  Ludzi  jest  więcej  niż  pomieszczeń,  a  wiele  idzie  do  przytułku 
wyłącznie dlatego, że nie mogą znaleźć dachu nad głową. Nie tylko wynajmuje się 
domy, ale podnajmuje i podpodnajmuje aż do poszczególnych pokojów. 
„Część  pokoju  do  wynajęcia”.  Takie  ogłoszenie  ukazało  się  w  oknie  domu 
położonego o pięć minut drogi od St. James's Hall. Wielebny Hugh Price Hughes 

background image

poparł  swoim  autorytetem  twierdzenie,  że  łóżka  wynajmowane  są  na  „trzy 
zmiany” - to znaczy, że każde ma po trzech lokatorów, którzy zajmują je po osiem 
godzin,  a  więc  pościel  nie  zdąży  nawet  wystygnąć;  przestrzeń  pod  łóżkiem 
wynajmowana  jest  tym  samym  systemem.  Urzędników  służby  zdrowia  praktyka 
oswoiła  z  podobnymi  przypadkami:  w  jednej  izbie  o  pojemności  tysiąca  stóp 
sześciennych trzy dorosłe kobiety śpią na łóżku, a dwie pod łóżkiem; a w innej, o 
pojemności  1650  stóp,  na  łóżku  układają  się  do  snu  dorosły  mężczyzna  i  dwoje 
dzieci, a pod łóżkiem - dwie dorosłe kobiety. 
Oto  typowy  przykład  pokoju  wynajmowanego  „na  dwie  zmiany”,  w  ciągu  dnia 
zajmuje go młoda kobieta pracująca przez całą noc w hotelu. O godzinie siódmej 
wieczorem  zwalnia  pokój,  a  w  posiadanie  jego  wchodzi  robotnik  murarski.  O 
siódmej rano on idzie do pracy, a ona wraca z hotelu. 
Wielebny  W.  N.  Davies,  proboszcz  Spitalfields,  przeprowadzał  spis  ludności  w 
niektórych zaułkach parafii. Oto jego słowa: 
 
Na  jednej  uliczce  stoi  dziesięć  domów  -  pięćdziesiąt  jeden  izb  o  wymiarach  około 
ośmiu  stóp  na  dziewięć  -  i  gnieżdżą  się  w  nich  254  osoby.  Tylko  w  sześciu 

wypadkach  na  pokój  przypadają  po  dwie  osoby;  w  pozostałych  liczba  ich  waha 

się  od  trzech  do  dziewięciu.  Na  innej  uliczce  w  sześciu  domach  o  22  pokojach 
mieszka osiemdziesiąt cztery osoby - znowu w kilku wypadkach po sześć, siedem, 

osiem  i  dziewięć  na  izbę.  W  pewnym  ośmiopokojowym  domu  osiedliło  się 

czterdzieści  pięć  osób  -  w  jednym  pokoju  zamieszkuje  ich  dziewięć,  w  drugim 
osiem, w dwóch następnych po siedem, w innym wreszcie sześć. 

 
Ta  ciasnota  w  getcie  nie  jest  wynikiem  zamiłowania,  lecz  konieczności.  Niemal 
połowa  robotników  przeznacza  od  dwudziestu  pięciu  do  pięćdziesięciu  procent 
zarobków  na  komorne.  Przeciętna  wysokość  czynszu  za  mieszkanie  w  całym 
niemal East Endzie waha się od czterech do sześciu szylingów tygodniowo za izbę, 
wykwalifikowani  zaś  mechanicy,  zarabiający  trzydzieści  pięć  szylingów 
tygodniowo,  muszą  ze  swoich  zarobków  poświęcić  najmniej  piętnaście  szylingów 
na  opłacenie  dwóch  lub  trzech  ciasnych  nor,  w  których  walczą  rozpaczliwie,  by 
osiągnąć  pewne  pozory  życia  domowego.  A  wysokość  czynszu  wzrasta  stale.  Na 
pewnej ulicy w Stepney czynsz podskoczył w ciągu zaledwie dwóch lat z trzynastu 
na osiemnaście szylingów; na innej z jedenastu na szesnaście; na jeszcze innej z 
jedenastu  na  piętnaście;  w  Whitechapel  zaś  komorne  w  dwuizbowych  domkach, 
które  do  niedawna  wynajmowano  za  dziesięć  szylingów  na  tydzień,  wynosi 
obecnie  dwadzieścia  jeden  szylingów!  Na  wschodzie,  zachodzie,  północy  i 
południu  komorne  nieustannie  skacze  w  górę.  Gdy  cena  gruntu  wynosi  od 
dwudziestu do trzydziestu tysięcy funtów za akr, ktoś musi odpowiednio płacić jej 
właścicielowi. 
W.  C.  Steadman,  wygłaszając  w  Izbie  Gmin  przemówienie  o  sprawach  swojego 
okręgu wyborczego w Stepney, przytoczył następujący przykład: 
 
Dziś rano, mniej niż o sto jardów od domu, w którym mieszkam, zatrzymała mnie 

na ulicy pewna wdowa. Ma na utrzymaniu sześcioro dzieci i dotychczas płaciła za 
komorne czternaście szylingów tygodniowo. Utrzymuje się z podnajmowania pokoi 

lokatorom, z dorywczych posług i prania. Otóż ta kobieta oświadczyła mi ze łzami 

w oczach, że gospodarz podniósł jej czynsz z czternastu szylingów na osiemnaście. 

background image

I cóż ona zrobi? Nie ma w Stepney wolnych mieszkań. Każdy dom jest wynajęty i 
przepełniony. 

 
Wyższość  jednej  klasy  nad  drugą  można  osiągnąć  tylko  przez  degradację  jednej 
klasy; a kiedy robotnicy odseparowani zostają w getcie, nie mogą uniknąć idącej 
za  tym  degradacji.  Tworzy  się  typ  ludzi  cherlawych  i  skarłowaciałych  -  rasa 
zdumiewająco różna od pokolenia panów, plemię ludzi ulicy, pozbawionych siły i 
odporności. Mężczyźni stają się karykaturą tego, czym powinien być mężczyzna, a 
kobiety  i  dzieci  wyglądają  blado  i  anemicznie,  mają  podbite  oczy,  pochylone 
sylwetki i ociężałe ruchy i szybko tracą kształtność i urodę. 
Sytuację  pogarsza  jeszcze  fakt,  że  ludzie  getta  to  właściwie  ludzkie  odpadki  – 
nadgniły  pień,  któremu  pozwala  się  gnić  w  spokoju.  Przez  najmniej  sto 
pięćdziesiąt  lat  wyjaławiano  ich,  pozbawiano  najlepszego  elementu.  Ludzie  silni, 
odważni,  pełni  inicjatywy  i  ambicji  wyjeżdżali  do  innych  części  świata,  gdzie 
znajdowali większą wolność i swobodniejszy oddech, aby zakładać nowe państwa 
i tworzyć nowe narody. Ci, którym brakło tych przymiotów - ludzie słabi, głupi i 
małoduszni, jak również ludzie żyjący w rozkładzie i beznadziejności, zostawali w 
kraju i płodzili nowe potomstwo. I znowu rok po roku odbiera im się kwiat tego, 
co  zdołają  spłodzić.  Ilekroć  uchowa  się  i  dorośnie  silny  i  postawny  mężczyzna, 
natychmiast  powołują  go  do  wojska.  „Żołnierz  -  jak  powiedział  Bernard  Shaw  - 
pozornie  bohater  i  ożywiony  patriotycznym  zapałem  obrońca  ojczyzny,  jest  w 
istocie  nieszczęśliwcem,  którego  nędza  zmusza  do  ofiarowania  się  na  mięso 
armatnie za cenę codziennych racji strawy, dachu nad głową i ubrania”. 
To  nieustanne  wybieranie  spośród  robotników  ich  najwartościowszego  elementu 
zubożyło  tych,  którzy  zostali,  i  sprawiło,  że  w  większości  są  to  tragiczne, 
zdegenerowane  odpadki,  staczające  się  w  getcie  na  samo  dno  Otchłani. 
Odciągnięto  z  nich  sok  życia,  który  rozlał  się  po  całym  świecie  i  stworzył  nowe 
plemiona. Pozostał tylko osad odseparowany i fermentujący w zamknięciu. Ludzie 
stają się tu bezwstydni i bestialscy. 
Jeśli zabijają, robią to własnymi rękami, a potem tępo oddają się pod topór kata. 
W  ich  występkach  nie  ma  zuchwalstwa  podniecającego  wyobraźnię.  Dźgają 
towarzysza tępym nożem w plecy lub rozwalają mu czerep żelaznym garnkiem, a 
potem  siadają  z  założonymi  rękami  i  czekają  na  przyjście  policji.  Bicie  żon  jest 
małżeńskim przywilejem mężczyzn. Noszą buty podkute potężnymi żelaznymi lub 
miedzianymi  gwoździami  i  gdy  pozostawią  już  matce  swoich  dzieci  pamiątkę  w 
postaci  podbitego  oka  lub  sińca,  zwalają  ją  na  ziemię  i  tratują  buciorami  mniej 
więcej tak, jak na Zachodzie ogier tratuje grzechotnika. 
Kobieta  z  niższych  warstw  getta  jest  w  równym  stopniu  niewolnicą  męża,  jak 
indyjska  squaw.  Ale  gdybym  ja  był  kobietą  i  miał  do  wyboru  tylko  te  dwie 
możliwości,  wolałbym  los  squaw.  Mężczyźni  zależą  ekonomicznie  od  swoich 
panów,  a  kobiety  żyją  w  zależności  ekonomicznej  od  mężów.  I  w  rezultacie 
kobiecie dostaje się to bicie, które mężczyzna powinien sprawić swojemu panu, a 
nie ma ona żadnego sposobu obrony. Są przecież dzieci, mężczyzna zaś zdobywa 
chleb,  gdyby  więc  za  jej  przyczyną  poszedł  do  więzienia,  wszyscy  zdechliby  z 
głodu.  Kiedy  sprawa  tego  typu  trafi  do  sądu,  rzadko  słyszy  się  obciążające 
zeznania;  w  większości  wypadków  stratowana  podkutymi  butami  żona  i  matka 
płacze  i  błaga  histerycznie  sędziego,  aby  miał  litość  nad  jej  dziećmi  i  wypuścił 
męża na wolność. 

background image

Kobiety  stają  się  wrzaskliwymi  wiedźmami  lub  zahukanymi,  załamanymi  na 
duchu  stworzeniami,  wyzbywają  się  szybko  resztek  przyzwoitości  i  godności 
osobistej,  które  zostały  im  z  panieńskich  czasów,  i  zobojętniałe  na  wszystko, 
staczają się coraz niżej w brud i upodlenie. 
Niekiedy  ogarnia  mnie  lęk,  że  może  zbytnio  uogólniam  mój  pogląd  na  masową 
nędzę  życia  w  londyńskim  getcie  i  mam  uczucie,  że  moje  wrażenia  są 
wyolbrzymione,  że  stoją  zbyt  blisko  obrazu  i  brak  mi  właściwej  perspektywy.  W 
takich  chwilach,  aby  udowodnić  samemu  sobie,  że  nie  przesadzam  i  nie 
histeryzuję, odwołuję się do świadectwa innych ludzi. Fryderyk Harrison robił na 
mnie  zawsze  wrażenie  człowieka  zrównoważonego  i  obdarzonego  zdrowym 
rozsądkiem, a oto jego słowa: 
 
Osobiście gotów  jestem napiętnować nowoczesny ustrój społeczny  jako  wcale nie 

lepszy  od  formy  niewolnictwa  czy  pańszczyzny,  gdyby  warunki  w  przemyśle 
miały  pozostać  takie,  jakie  obecnie  obserwujemy;  a  mianowicie,  że 

dziewięćdziesiąt  procent  rzeczywistych  producentów  dóbr  nie  posiada  mieszkań, 
które  mogliby  nazwać  „swoim  domem”  dłużej  niż  przez  tydzień;  że  nie  mają  ani 

skrawka ziemi, ani izb na własność; że nie posiadają nic, co miałoby jakąkolwiek 

wartość - prócz kilku starych gratów, które zmieścić się mogą na ręcznym wózku, 
że  brak  im  pewności,  czy  otrzymają  tygodniowy  zarobek,  który  zaledwie 

wystarczy  na  utrzymanie  się  przy  życiu;  że  mieszkają  przeważnie  w 

pomieszczeniach, których żaden człowiek nie uznałby za odpowiednie dla swojego 
konia; że od nędzy dzieli ich tak niewiele, iż miesiąc zastoju w przemyśle, choroba 

lub  nieprzewidziana  strata  skazują  całą  rodzinę  na  głód  i  niedostatek...  W 
warunkach o wiele gorszych niż przeciętny robotnik miast i wsi znajduje się zgraja 

wynędzniałych  maruderów  armii  przemysłu,  co  najmniej  jedna  dziesiąta  całego 

proletariatu, i żyje w nieopisanym upośledzeniu. Jeśli taki ma być trwały układ w 
nowoczesnym  społeczeństwie,  cywilizacja  musi  stać  się  przekleństwem  dla 

olbrzymiej większości rodzaju ludzkiego. 
 
Dziewięćdziesiąt  procent!  Ta  liczba  przygnębia,  a  jednak  Stopford  Brooke, 
odmalowawszy przejmujący grozą obraz z życia Londynu, mnoży go później przez 
pół miliona. Oto co mówi: 
 
Kiedy byłem wikarym w Kensington, widywałem często rodziny, które napływały 
do  Londynu  drogą  z  Hammersmith.  Pewnego  dnia  przybył  robotnik  rolny  z  żoną, 

synem  i  dwiema  córkami.  Żyli  przez  długi  czas  na  wsi  w  majątku,  gdzie 
utrzymywali  się  całkiem  nieźle  z  pracy  własnych  rąk  i  z  uprawy  gruntów 

gminnych.  Ale  przyszła  chwila,  kiedy  gminie  odebrano  ziemię,  a  w  majątku 

robotnicy  przestali  być  potrzebni;  wtedy  to  bez  skrupułów  wyrzucono  ich  z 
zagrody.  Dokąd  mieli  się  udać?  Oczywiście  do  Londynu,  gdzie,  jak  wszyscy 

mówią, pracy jest pod dostatkiem. Mieli nieco oszczędności, sądzili więc, że uda im 

się  wynająć  dwie  przyzwoite  izby.  Ale  w  stolicy  zetknęli  się  natychmiast  z 
nieubłaganą  kwestią  mieszkaniową.  Szukali  mieszkania  w  porządniejszych 

kamienicach i przekonali się, że za dwa pokoje musieliby płacić najmniej dziesięć 
szylingów  tygodniowo. Żywność okazała  się  tu kosztowna  i zła,  woda niedobra  i 

niebawem zaczęli podupadać na zdrowiu. O robotę nie było łatwo, a płacono tak 

nędznie,  że  wkrótce  wpadli  w  długi.  Stan  ich  zdrowia  pogarszał  się,  a  plugawe 
otoczenie,  brak  słońca  i  długie  godziny  pracy  doprowadzały  do  ostatecznego 

background image

przygnębienia;  wreszcie  musieli  poszukać  tańszego  mieszkania.  Znaleźli  je  w 
zaułku,  dobrze  mi  znanym,  jako  istna  wylęgarnia  zbrodni  i  bezimiennego 

występku.  Za  wygórowane  komorne  dostali  pojedynczy  pokój,  a  ponieważ 
mieszkali  w  uliczce  o  tak  złej  sławie,  napotkali  jeszcze  większe  trudności  przy 

szukaniu zajęcia i  wpadli  w szpony tych, którzy wyciskają ostatnią kroplę potu z 

mężczyzn, kobiet i dzieci za płace będące tylko pokarmem dla rozpaczy. I jeszcze 
uciążliwsze  stały  się  ciemność  i  brud,  złe  jedzenie  i  choroba,  brak  wody;  tłum 

uliczny  i  współżycie  z  mieszkańcami  zaułka  odarły  tych  ludzi  z  resztek  poczucia 

własnej godności. Opanował ich demon pijaństwa. Po obu rogach uliczki mieściły 
się  oczywiście  szynki.  Tam  kierowali  swe  kroki,  tam  szukali  schronienia  i  ciepła, 

towarzystwa  i  zapomnienia.  I  wychodzili  stamtąd  z  coraz  większymi  długami,  z 
rozpalonymi  zmysłami  i  gorejącymi  myślami,  i  z  nieugaszonym  pragnieniem 

alkoholu, dla którego zaspokojenia ważyliby się na wszystko. Po kilku miesiącach 

ojca  wtrącono do  więzienia,  matka dogorywała, syn został zbrodniarzem,  a córki 
poszły  na  ulicę.  Pomnóż  te  dzieje  przez  pół  miliona,  a  zbliżysz  się  do  poznania 

prawdy. 
 
Nie  łatwo  byłoby  znaleźć  na  tej  ziemi  widoki  posępniejsze  niż  „ów  ohydny 
Wschód”  z  jego  dzielnicami  Whitechapel,  Boston,  Spitalfields,  Bethnal  Green  i 
Wapping  aż  do  doków  Wschodnio-Indyjskich.  Życie  jest  tu  szare  i  posępne. 
Wszystko  wygląda  nędznie,  beznadziejnie,  monotonnie  i  brudno.  Wanna  jest 
rzeczą  nieznaną  i  mityczną  jak  nektar  bogów.  Samych  ludzi  obrasta  brud,  a 
każdy  wysiłek  utrzymania  czystości  staje  się  żałosną  farsą  -  jeśli  nie  jest  czymś 
wręcz  bolesnym  i  tragicznym.  Oleisty  wiatr  przynosi  dziwne,  nieokreślone 
zapachy,  a  gdy  pada  deszcz,  przypomina  raczej  tłustą  maź  niż  wodę  z  nieba. 
Nawet bruk pokrywa warstwa tłuszczu. 
Żyje  tu  ludność  tak  tępa  i  tak  pozbawiona  fantazji,  jak  długie,  szare  mile 
niechlujnych murów tej dzielnicy. Religia nie ma tu właściwie dostępu, a panuje 
wulgarny  i  głupi  materializm,  zgubny  zarówno  dla  spraw  ducha,  jak  i  dla 
szlachetniejszych instynktów. 
Popularna  była  kiedyś  pełna  dumy  przechwałka,  że  dom  każdego  Anglika  jest 
jego  twierdzą.  Dziś  jest  to  już  anachronizm.  Mieszkańcy  getta  nie  mają  domów 
rodzinnych. 
Nie  doceniają  znaczenia  i  nie  pojmują  świętości  życia  rodzinnego.  Nawet 
kamienice,  w  których  mieszkają  zamożniejsze  warstwy  klasy  robotniczej,  są 
jedynie  zatłoczonymi  barakami.  Ludność  East  Endu  nie  zna  życia  rodzinnego. 
Sam język daje tego dowody. 
Ojciec  przychodzi  z  pracy  i  pyta  dziecko  spotkane  na  ulicy,  gdzie  matka; 
odpowiedź brzmi: w kamienicy. 
Wyrosła nowa rasa ludzika - plemię ludzi ulicy. Spędzają życie przy pracy lub na 
ulicy.  Mają  nory  i  legowiska,  do  których  wpełzają  na  noc  -  i  to  wszystko. 
Nazwanie  tych  nor  i  legowisk  „domami”  byłoby  parodią  tego  pięknego  słowa. 
Tradycyjny  powściągliwy  i  małomówny  Anglik  należy  już  do  przeszłości.  Ludzie 
ulicy  są  hałaśliwi,  gadatliwi,  nerwowi,  pobudliwi  -  dopóki  są  młodzi.  Gdy 
zaczynają się starzeć, ogłupia i niszczy ich piwo. W wolnych chwilach dumają jak 
krowy przeżuwające trawę. Spotyka się ich wszędzie, na każdym rogu ulicy. Stoją 
nieruchomo i spoglądają w próżnię. Przyjrzyj się któremuś z nich. Będzie tak stał 
nieporuszony całymi godzinami, a gdy odejdziesz, nie przestanie wpatrywać się w 
pustkę.  Pochłania  go  to  bez  reszty.  Nie  ma  pieniędzy  na  piwo,  a  jego  legowisko 

background image

służy tylko do spania, cóż więc ma ze sobą począć? Posiadł już tajemnicę miłości 
dziewczyny, miłości żony i miłości dziecka i przekonał się, że to same mamidła i 
kłamstwa,  próżne  i  przemijające  jak  krople  rosy  -  i  niknące  szybko  wobec 
straszliwej prawdy życia. 
Jak już mówiłem, młodych charakteryzuje hałaśliwość, nerwowość i pobudliwość; 
ludzie  w  średnim  wieku  zdradzają  otępienie,  ociężałość  i  ogłupienie.  Byłoby 
absurdem  przypuszczać  choć  przez  chwilę,  że  ludzie  ci  mogą  konkurować  z 
robotnikami  z  Nowego  Świata.  Zezwierzęceni,  poniżeni  i  nierozgarnięci 
mieszkańcy getta nie zdołają oddać Anglii skutecznych usług w walce o przewagę 
przemysłową na świecie, a zapasy te - jak twierdzą ekonomiści - już się zaczęły. A 
gdy  w  chwili  potrzeby  kraj  powoła  tych  zapomnianych,  nie  staną  na  wysokości 
zadania ani jako robotnicy, ani jako żołnierze; gdyby zaś Anglia została wyparta 
poza  światową  orbitę  przemysłową,  zginęliby  jak  muchy  z  końcem  lata.  Lub  też 
jeśli Wielka Brytania znajdzie się w sytuacji krytycznej, a ich porwie rozpacz, tak 
jak dzikie bestie ogarnia rozjuszenie, mogą stać się groźni, „wezbrać” w kierunku 
West Endu i zmienić go w slums, podobnie jak West End postąpił ze wschodnią 
częścią  miasta.  A  jeśli  się  to  zdarzy,  zginą  tym  szybciej  i  łatwiej  w  ogniu 
karabinów maszynowych i nowoczesnych środków wojennych. 
 
 
ROZDZIAŁ XX 
KAWIARNIE I DOMY NOCLEGOWE 
 
W imię czego żyć mamy jak w baryłce śledzie? 
Robert Blatchford 
 
Jeszcze  jedno  wyrażenie  straciło  wartość,  odarte  z  romantyzmu  tradycji  i  tego 
wszystkiego,  co  decyduje  o  trwałości  określeń.  Odtąd  słowo  „kawiarnia”  będzie 
budziło we mnie same tylko przykre skojarzenia. Sam jego dźwięk wskrzeszał po 
tamtej  stronie  globu  ziemskiego  całe  korowody  historycznych  bywalców 
kawiarnianych  i  zaludniał  moją  wyobraźnię  nie  kończącymi  się  szeregami 
dowcipnisiów  i  dandysów,  pamflecistów,  zabijaków  i  braci  artystycznej  z  Grub 
Street. 
Ale niestety, tu, po tej stronie oceanu, w samej nazwie kryje się nieporozumienie. 
Kawiarnia: pomieszczenie, w którym ludzie piją kawę. Bynajmniej. Nie dostaniesz 
tam  kawy  za  żadne  skarby  świata.  To  prawda,  możesz  zażądać  tego  napoju  i 
otrzymać  filiżankę  czegoś,  co  będzie  pretendowało  do  nazwy  kawy;  a  ty 
skosztujesz i doznasz rozczarowania, bo z pewnością nie będzie to kawa. 
A to samo, co o kawie, można powiedzieć o kawiarni. W lokalach takich bywają 
przeważnie  robotnicy,  a  same  pomieszczenia  są  brudne,  obmierzłe  i  nie  ma  w 
nich  nic,  co  wzmacniałoby  w  człowieku  poczucie  własnej  godności  i 
człowieczeństwa. Nie znają tu obrusów ani serwetek. Człowiek spożywa jedzenie 
wśród  odpadków  pozostawionych  przez  poprzednika  i  sam  rzuca  resztki  wokół 
siebie i na ziemię. W godzinach największego ruchu dosłownie brnąłem przez gnój 
i  śmiecie,  które  pokrywały  podłogę  -  a  jednak  jadłem,  bo  byłem  przeraźliwie 
głodny i gotów połknąć byle co. 
Sądząc  po  gwałtowności,  z  jaką  robotnik  zabiera  się  do  jedzenia,  dojmujące 
uczucie  głodu  jest  u  niego  stanem  normalnym.  Jedzenie  jest  koniecznością  i 
zbędne  są  tu  wszelkie  upiększenia.  Robotnik  przynosi  ze  sobą  do  kawiarni 

background image

prymitywną żarłoczność, a wynosi - jestem tego pewien - uczucie zdrowego i nie 
nasyconego  apetytu.  Spotkasz  go  może  rano,  gdy  w  drodze  do  pracy  zamawia 
kubek herbaty, która w równym stopniu przypomina herbatę jak nektar bogów, 
wyjmuje  kromkę  suchego  chleba  z  kieszeni  i  popija  herbatą;  wierz  mi,  ten 
człowiek  nie  ma  właściwego  pokarmu  w  brzuchu,  nie  ma  nawet  wystarczającej 
ilości niewłaściwego pokarmu, który dałby mu siłę do wykonania dziennej pracy. 
Co więcej, zapewniam cię, że ani on, ani tysiąc jemu podobnych nie osiągnie tej 
wydajności pracy, jaką wykaże tysiąc mężczyzn, którzy najedli się do syta mięsa i 
kartofli i napili kawy zasługującej na to miano. 
Zatrzymany  za  włóczęgostwo  w  kalifornijskim  więzieniu  dla  notorycznych 
włóczęgów, jadłem i piłem lepiej niż londyński robotnik w swoich kawiarniach; a 
jako amerykański robotnik spożywałem za dwanaście pensów śniadanie, o jakim 
angielski człowiek pracy nie ośmieliłby się nawet marzyć. Oczywiście on płaci za 
swoje  śniadanie  tylko  trzy  czy  cztery  pensy;  jednakże  proporcjonalnie  wynosi  to 
tyle, ile ja wydałem na moje, bo zarabiałem sześć szylingów, a on dwa albo dwa i 
pół.  Tylko  że  ja  wykonywałem  w  ciągu  dnia  taką  ilość  pracy,  że  zestawienie  ze 
mną  mogłoby  jedynie  przynieść  mu  wstyd.  A  więc  tak  wyglądają  dwie  strony 
medalu. Człowiek żyjący na wysokiej stopie będzie pracował lepiej i wydajniej od 
takiego, który żyje w nędzy. 
Marynarze zwykli w ten sposób porównywać służbę w marynarkach handlowych, 
angielskiej  i  amerykańskiej:  na  angielskim  statku,  mówią,  jest  marne  żarcie, 
marna  płaca  i  lekka  praca;  na  amerykańskim  czeka  dobre  żarcie,  dobra  płaca  i 
ciężka  praca.  Można  zastosować  to  porównanie  do  klas  pracujących  obu  tych 
krajów.  Szybkie  statki  oceaniczne  muszą  dobrze  płacić  za  szybkość  i  to  samo 
odnosi się do robotnika. Ale jeśli robotnik nie jest w stanie wnieść odpowiedniej 
opłaty,  nie  osiągnie  szybkości.  Potwierdza  się  to,  gdy  robotnik  angielski 
przyjeżdża do Ameryki. Położy on więcej  cegieł w Nowym Jorku niż w Londynie, 
jeszcze więcej w St. Louis, a najwięcej w San Francisco. Przez cały czas podnosi 
się jego stopa życiowa. 
We  wczesnych  godzinach  rannych  wzdłuż  ulic,  którymi  robotnicy  idą  do  pracy, 
siedzą  na  chodniku  kobiety  z  workami  chleba  przed  sobą.  Tysiące  robotników 
kupują  ten  chleb  i  spożywają  po  drodze.  Nie  popijają  go  nawet  herbatą,  którą 
mogliby  otrzymać  za  pensa  w  kawiarniach.  Z  całą  pewnością  po  takim  posiłku 
człowiek  nie  jest  w  formie  odpowiedniej  do  rozpoczęcia  całodziennej  pracy;  z 
pewnością  też  narazi  to  na  straty  jego  pracodawcę  i  naród.  Już  od  dłuższego 
czasu  politycy  wołają:  „Zbudź  się,  Anglio!”.  Wykazaliby  więcej  poczucia 
rzeczywistości i zdrowego rozsądku, gdyby zmienili hasło na „Najedz się, Anglio!”. 
Robotnik odżywia się nie tylko źle, ale i niehigienicznie. Stanąłem przed sklepem 
rzeźnika  i  przyglądałem  się  gromadom  zaaferowanych  gospodyń  grzebiących  w 
stosie skrawków i ochłapów wołowiny i baraniny. W Stanach takie okrawki daje 
się  psom.  Nie  ręczyłbym  za  czystość  rąk  tych  gospodyń  ani  za  schludność 
jednoizbowych  nor,  w  których  wiele  z  nich  mieszka  z  rodzinami;  a  jednak  one 
przetrząsały,  rozdrapywały  i  wyrywały  sobie  kawałki  mięsa,  bo  każda  pragnęła 
wydać  miedziaki  z  pożytkiem.  Nie  odrywałem  oczu  od  jednego  szczególnie 
odrażającego kawałka i śledziłem, jak przechodził przez szpony ponad dwudziestu 
gospodyń,  aż  przypadł  w  udziale  jakiejś  potulnej  kobiecinie,  w  którą  wmówił  go 
rzeźnik.  Przez  cały  dzień  to  dorzucano  na  stos  nowe  ochłapy,  to  znów  je 
ujmowano;  pokrywały  go  wciąż  nowe  warstwy  kurzu  i  brudu  ulicznego,  siadały 
na nim muchy, przewracały go bez ustanku brudne palce kobiet. 

background image

Od rana do wieczora handlarze rozwożą na wózkach piramidy nadgniłych owoców 
popstrzonych  przez  muchy,  a  zdarza  się  często,  że  w  nocy  przechowują  je  we 
własnych izbach. Tam towar narażony jest na ataki zarazków chorobotwórczych, 
na oddechy i wyziewy z zatłoczonych, brudnych izb, następnego zaś dnia wędruje 
znowu na wózki. 
Ubogi robotnik East Endu nie wie, co znaczy zjeść dobre, zdrowe mięso czy owoce 
- prawdę mówiąc, w ogóle nie jada mięsa ani owoców, zresztą i wykwalifikowany 
robotnik nie ma także żadnego powodu do chełpienia się tym, co jada. Opierając 
się  na  wrażeniach  z  kawiarni,  które  w  tym  wypadku  są  dobrym  sprawdzianem, 
mogę  wysnuć  wniosek,  że  przez  całe  życie  nie  zazna  on  prawdziwego  smaku 
kawy, herbaty czy kakao. 
Pomyje i lury podawane w kawiarniach różnią się od siebie tylko stopniem ohydy, 
nigdy  jednak  nawet  w  przybliżeniu  nie  przypominają  tego,  co  ty  i  ja  zwykliśmy 
nazywać kawą czy herbatą. 
Przypomina mi się drobne zajście, którego byłem świadkiem w kawiarni na Mile 
End Road, niedaleko Jubilee Street. 
- Czy mogłabyś dać mi coś za tego miedziaka, córko? Cokolwiek bądź, wszystko 
mi jedno. Od rana nie miałam nic w ustach i mdli mnie trochę w dołku... 
Mówiła to staruszka ubrana w schludne czarne łachmany. W wyciągniętej dłoni 
trzymała  pensa.  Kobieta  nazwana  „córką”  miała  lat  najmniej  czterdzieści  i 
zatroskany wyraz twarzy; była właścicielką i zarazem kelnerką kawiarni. 
Oczekiwałem wyniku tej prośby z niemniejszym chyba niepokojem niż staruszka. 
Minęła  godzina  czwarta  po  południu,  a  starowina  wyglądała  źle  i  mizernie. 
Kobieta zawahała się, potem postawiła na ladzie duży talerz „duszonego jagnięcia 
z  młodym  groszkiem”.  Ja  również  jadłem  tę  potrawę  i  moim  zdaniem  jagnię  nie 
różniło się niczym od starego barana, a groch, nawet sporo odmłodzony, nie byłby 
jeszcze  młody.  Ale  ważne  jest  tu  co  innego  -  porcja  kosztowała  sześć  pensów,  a 
właścicielka  oddała  ją  za  pensa,  raz  jeszcze  potwierdzając  tym  starą  prawdę  o 
miłosierdziu ubogich.  
Stara kobieta podziękowała wylewnie, zajęła miejsce po drugiej stronie wąskiego 
stołu i rzuciła się żarłocznie na dymiącą strawę. Jedliśmy w ciszy i skupieniu, gdy 
nagle wykrzyknęła do mnie radośnie: 
-  Sprzedałam  pudełko  zapałek!  Tak  -  dodała  z  wybuchem  bardziej  jeszcze 
żywiołowej radości. - Sprzedałam pudełko zapałek! W ten sposób zdobyłam tego 
pensa. 
- Starość zbliża się po trochu - zauważyłem. 
- Skończyłam wczoraj siedemdziesiąt cztery lata - odparła wracając z apetytem do 
gorącej potrawy. 
-  Chryste,  pomógłbym  chętnie  tej  babci,  ale  sam  jem  pierwsze  żarcie  od  rana  - 
odezwał się do mnie siedzący obok młody mężczyzna.  - A i tak mi się udało, bo 
wzięli  mnie  do  zmywania  i  zarobiłem  szylinga.  Boże  kochany,  w  głowie  mi  się 
kołowało od tych garnczków i talerzy. 
- W moim zawodzie już od sześciu tygodni pracy ani na lekarstwo - odpowiedział 
na  moje  pytanie.  -  Czasem  tylko  wpadnie  człowiekowi  w  ręce  jakaś  dorywcza 
robota. 
W  kawiarniach  przeżywa  się  najrozmaitsze  przygody.  Nie  zapomnę  nigdy 
jadłodajni  w  pobliżu  Trafalgar  Square  i  pewnej  londyńskiej  amazonki,  której 
płacąc rachunek, wręczyłem złotego suwerena (nawiasem mówiąc raczej powinno 

background image

się  płacić  rachunek  z  dołu,  ale  jeśli  się  jest  biednie  ubranym,  koniecznie  trzeba 
płacić z góry). 
Dziewczyna  wypróbowała  złoty  krążek  zębami,  uderzyła  nim  o  marmurowy 
kontuar, a potem zmierzyła badawczym wzrokiem mnie i moje łachmany. 
- Gdzieś pan to znalazł? - spytała w końcu. 
- Jakiś facet zostawił na stole i poszedł. Nie wierzy pani? Słowo daję  - odciąłem 
się. 
- Co to za głupie gadanie? - spytała patrząc mi spokojnie w oczy. 
- Mój własny wyrób. 
Prychnęła  pogardliwie  i  wydała  mi  resztę  srebrem,  a  ja  zemściłem  się,  próbując 
zębami i ciskając o ladę każdą monetę. 
- Dam pani pół pensa za dodatkowy cukier do herbaty - powiedziałem. 
-  Niech  się  pan  powiesi  -  brzmiała  uprzejma  odpowiedź.  A  żebym  nie  miał 
żadnych  wątpliwości,  zilustrowała  ją  w  sposób  niezwykle  plastyczny  i  nie 
nadający się do druku. 
Nie  miałem  nigdy  talentu  do  ciętych  replik,  ale  ona  pozbawiła  mnie  nawet  tej 
odrobiny  uzdolnień;  świadomy  porażki,  przełknąłem  szybko  herbatę,  a  gdy 
wychodziłem na ulicę, odprowadziła mnie pogardliwym spojrzeniem. 

Podczas gdy 300 000 mieszkańców Londynu zajmuje mieszkania jednoizbowe, a 
900  000  żyje  w  warunkach  sprzecznych  z  przepisami  prawa,  dalsze  38  000 
figuruje  w  spisach  londyńskich  domów  noclegowych  znanych  w  miejscowej 
gwarze  pod  nazwą  „bud”.  Istnieje  wiele  odmian  domów  noclegowych,  ale 
wszystkie  posiadają  jedną  wspólną  cechę  -  od  tych  małych  i  przeraźliwie 
brudnych aż po monstrualnie wielkie i przynoszące pięć procent zysku, krzykliwie 
wychwalane pod niebiosa przez syte mieszczaństwo, które wie o nich wszystko - z 
wyjątkiem jednej rzeczy, a mianowicie, że nie są zdatne na mieszkania. Nie chcę 
przez  to  powiedzieć,  że  dachy  przeciekają  lub  ściany  są  nieszczelne;  mam 
natomiast na myśli ich niezdrową i poniżającą atmosferę. 
Nazywa się je często „hotelami biednych ludzi”, ale brzmi to jak szyderstwo. Nie 
posiadać własnego pokoju, w którym czasem można by posiedzieć samotnie; być 
zmuszonym do wstawania natychmiast po obudzeniu; co wieczór wynajmować od 
nowa  i  opłacać  łóżko;  nie  wiedzieć,  co  to  zacisze  domowe  -  wszystko  to  nie 
przypomina chyba w niczym życia w zwykłych hotelach. 
Niech  nikt  nie  sądzi,  że  potępiam  wszystkie  wielkie  prywatne  i  miejskie  domy 
noclegowe  i  domy  robotnicze.  Jestem  od  tego  daleki.  Zapobiegły  one  wielu 
okropnościom  wynikającym  z  mieszkania  w  małych,  niesolidnych  domach 
noclegowych  i  dały  robotnikowi  za  jego  pieniądze  więcej,  niż  otrzymywał 
dotychczas, ale to nie znaczy bynajmniej, że są tak odpowiednie do mieszkania i 
zdrowe, jak powinny być domy człowieka pracy. 
Małe  prywatne  domy  noclegowe  są  z  reguły  czymś  nieopisanie  potwornym. 
Spałem  w  nich,  więc  wiem;  ale  pozwólcie,  że  je  pominę  i  ograniczę  się  do 
zakładów większych i lepiej urządzonych. W pobliżu Middlesex Street w dzielnicy 
Whitechapel  odwiedziłem  taki  dom  noclegowy,  zamieszkany  niemal  wyłącznie 
przez robotników. Z chodnika schodziło się do pomieszczeń stanowiących piwnice 
budynku. Były tam dwie  obszerne i skąpo oświetlone izby, w których mężczyźni 
przyrządzali i spożywali jedzenie. Ja również zamierzałem coś sobie ugotować, ale 
zapach unoszący się w piwnicy odebrał mi, a raczej zniszczył doszczętnie apetyt: 
wobec tego zadowoliłem się obserwowaniem tych, którzy gotowali i jedli. 

background image

Jakiś  wracający  z  pracy  robotnik  usiadł  naprzeciw  mnie  po  drugiej  stronie  nie 
heblowanego  stołu  i  zaczął  jeść.  Garść  soli  wysypana  na  niezbyt  czyste  deski 
zastępowała  mu  masło.  Maczał  w  niej  chleb,  kęs  po  kęsie,  i  popijał  herbatę  z 
dużego kubka. Kawałek ryby uzupełniał jego wieczorną ucztę. Jadł w milczeniu, 
nie  patrzał  ani  na  lewo,  ani  na  prawo,  ani  na  mnie.  Tu  i  tam,  przy  kilku 
oddzielnych stołach, inni mężczyźni pożywiali się również w milczeniu. W pokoju 
nikt  prawie  nie  rozmawiał,  a  w  całym  źle  oświetlonym  pomieszczeniu  panował 
nastrój  przygnębienia.  Wielu  robotników  siedziało  i  dumało  posępnie  nad 
resztkami  posiłku;  patrząc  na  nich  zastanawiałem  się  podobnie  jak  Childe 
Roland, za co też los ukarał ich tak srogo. 
Od  strony  kuchni  dochodziły  odgłosy  bardziej  ożywionego  życia  towarzyskiego, 
więc  przybliżyłem  się  do  komina,  gdzie  mężczyźni  gotowali.  Ale  zapach,  który 
zwrócił  moją  uwagę  przy  wejściu,  był  tu  o  wiele  silniejszy  i  gwałtowne  uczucie 
mdłości  zmusiło  mnie  do  wycofania  się  na  ulicę  i  zaczerpnięcia  świeżego 
powietrza. 
Po powrocie zapłaciłem pięć pensów za „kabinę”, otrzymałem bilet wstępu (wielką 
miedzianą tabliczkę) i udałem się na górę do palarni. Dwa małe stoły bilardowe i 
kilka  szachownic  zajęli  młodzi  robotnicy,  inni  czekali  na  swą  kolejkę  przy  grze, 
wielu  zaś  siedziało  czytając,  paląc  lub  naprawiając  ubrania.  Młodzi  byli  weseli, 
starzy posępni. 
Właściwie  wyodrębniały  się  tu  tylko  te  dwa  typy  ludzi  -  weseli  i  ożywieni  lub 
zgorzkniali i ponurzy, a wiek wytyczał granicę. 
Ale  podobnie  jak  dwie  izby  w  piwnicach,  palarnia  w  najmniejszym  stopniu  nie 
przywodziła  na  myśl  domu.  Ani  ty,  ani  ja,  którzy  wiemy,  czym  jest  prawdziwy 
dom,  nie  doszukalibyśmy  się  tu  domowej  atmosfery.  Na  ścianach  wisiały 
absurdalne  i  obraźliwe  w  treści  regulaminy  zakładu,  o  godzinie  zaś  dziesiątej 
gasły  wszystkie  światła  i  pozostawało  już  tylko  łóżko.  Aby  do  niego  dotrzeć, 
należało  zejść  ponownie  do  suteren,  wręczyć  miedzianą  tabliczkę  otyłemu 
odźwiernemu i wspiąć się po wielu schodach do najwyższych rejonów. Wszedłem 
na  sam  szczyt  schodów  i  wróciłem  na  dół  mijając  po  drodze  kilka  pięter 
zapełnionych  pogrążonymi  we  śnie  mężczyznami.  „Kabiny”  były  tu 
najwygodniejszym  miejscem  do  spania.  W  każdej  z  nich  stało  małe  łóżko  i 
pozostawała wąska przestrzeń do rozbierania. Ani co do czystej pościeli, ani co do 
łóżka  nie  mam  żadnych  zastrzeżeń.  Ale  kabina  nie  dawała  odosobnienia  i 
samotności. 
Aby sobie uzmysłowić wygląd piętra pociętego kabinami, wystarczy powiększyć w 
myśli jedną warstwę tekturowych przegródek w skrzynce na jajka, nadać każdej 
przegródce siedem stóp wysokości i proporcjonalnie powiększyć resztę wymiarów, 
potem położyć tę tekturową warstwę na podłodze olbrzymiego, przypominającego 
stodołę pokoju - i to wszystko. Przegródki pozbawione są sufitów, ściany cienkie i 
chcąc  nie  chcąc  musisz  wysłuchiwać  chrapania  śpiących  i  każdego  ruchu  i 
obrotu najbliższych sąsiadów. A kabina jest twoją własnością tylko przez krótką 
chwilę.  Opuszczasz  ją  rankiem.  Nie  możesz  umieścić  w  niej  walizki,  wchodzić  i 
wychodzić, kiedy zechcesz, ani zamknąć drzwi na klucz, ani czuć się jak u siebie 
w  domu.  Kabina  nie  ma  w  ogóle  drzwi,  tylko  otwartą  framugę.  Jeśli  mimo  to 
chcesz być gościem hotelu biednych ludzi, musisz się z tym pogodzić, jak również 
przyjąć  więzienny  regulamin,  który  przypomina  ci  na  każdym  kroku,  że  jesteś 
nikim i że nie posiadasz nawet własnej duszy. 

background image

Otóż twierdzę, że minimum potrzeb człowieka wracającego po całodziennej pracy 
to  własny  pokój,  który  można  zamknąć  na  klucz  i  w  którym  można  czuć  się 
pewnym swojej własności; gdzie można usiąść przy oknie i poczytać lub popatrzeć 
na  ulicę;  gdzie  można  wchodzić  i  wychodzić  według  własnej  woli;  gdzie  można 
zgromadzić  nieco  przedmiotów  osobistego  użytku,  poza  tymi,  które  nosi  się  na 
plecach  lub  w  kieszeniach  ubrania;  gdzie  można  powiesić  na  ścianie  fotografię 
matki albo siostry, albo ukochanej, albo baletnicy, albo buldoga - jak komu serce 
dyktuje  -  jednym  słowem,  pokój,  który  jest  własnym  kątem  na  ziemi,  o  którym 
można powiedzieć: „To jest moje, moja twierdza. Świat zatrzymuje się na progu. 
Ja  jestem  tutaj  panem  i  władcą”.  Człowiek,  który  zamieszka  w  takim  pokoju, 
stanie się wartościowszym obywatelem i potrafi lepiej pracować. 
Przystanąłem na jednym z pięter hotelu biedaków i nasłuchiwałem. Chodziłem od 
łóżka do łóżka i spoglądałem w twarze śpiących. Byli to ludzie przeważnie młodzi, 
w  granicach  od  lat  dwudziestu  do  czterdziestu.  Starszych  nie  stać  na  dom 
noclegowy. Idą do przytułku. Więc spoglądałem na tych młodych mężczyzn - całe 
ich dziesiątki. Byli przystojni. Ich twarze wydawały się stworzone do pocałunków, 
ich  szyje  –  przeznaczone  do  objęć  kobiecych  ramion.  Zasługiwali  na  miłość  tak 
jak inni mężczyźni. I oni mogliby kochać. Bliskość kobiety wpływa uśmierzająco i 
łagodząco,  a  im  potrzebne  było  takie  ukojenie  i  słodycz,  aby  nie  stawali  się  z 
każdym dniem twardsi i bardziej nieczuli. 
Zastanawiałem się, gdzie są te kobiety, i usłyszałem w wyobraźni „pijany śmiech 
dziewki”.  Odpowiedziały  mi  Leman  Street,  Waterloo  Road,  Piccadilly,  Strand  - 
wiedziałem, gdzie są te kobiety. 
 
 
ROZDZIAŁ XXI 
NIEPEWNE JUTRO 
 
- Gdzie pracujecie? Wyglądacie na chorego. 
- Mam kiepskie płuca. Pracuję w fabryce kwasu siarkowego. 

- Pracujecie w fabryce sody? 
- Tak. 

- Ciężką macie pracą? 
- Diabelnie ciężką. 

- Dlaczego wybraliście sobie taki okropny zawód? 
- Jestem żonaty. Mam dzieci. Czy moja rodzina ma głodować? 

- Dlaczego prowadzicie taki tryb życia? 
- Mam rodzinę. W naszych miastach dużo bezrobotnych. 

- Jaką robotę nazywacie ciężką? 
- Swoją. A czy jest cięższa od mojej? Spróbujcie no obracać pięćdziesięciofuntowym 

żelaznym drągiem sześćsetfuntowe bryły, kiedy z pieca buchają płomienie! 
- Mnie to niepotrzebne. Jestem filozofem! 

- Ach tak? To trzymajcie się swojej pracy. Gorszej niż ta i w piekle nie znajdziesz. 

Z rozmów Roberta Blatchforda z robotnikami. 

background image

Rozmawiałem  z  niezwykłe  mściwym  człowiekiem.  Jego  zdaniem  skrzywdziła  go 
żona i prawo. Strona etyczna sprawy i samo jej meritum nie są tu istotne. Sedno 
leży  w  tym,  że  żona  otrzymała  separację  i  musiał  płacić  jej  i  pięciorgu  dzieciom 
alimenty w wysokości dziesięciu szylingów tygodniowo. 
- Ale niech pan tylko pomyśli, co się z nią stanie, jak nie zapłacę tych dziesięciu 
szylingów?  Przypuśćmy,  że  zdarzy  mi  się  jakiś  wypadek  i  diabli  wezmą  pracę? 
Przypuśćmy, że dostanę ruptury albo reumatyzmu, albo cholery? I co ona wtedy 
zrobi? Niech pan sam powie. 
Potrząsnął głową ze smutkiem.  
- Szkoda gadać. Najlepsze, co ją czeka, to przytułek, a przytułek to piekło. A jak 
nie  pójdzie  do  przytułku,  będzie  miała  jeszcze  gorsze  piekło.  Niech  pan  idzie  ze 
mną,  to  pokażę  panu  kilkanaście  kobiet,  które  nocują  w  zaułku.  I  pokażę  panu 
coś  jeszcze  gorszego,  co  ją  czeka,  jeżeli  diabli  wezmą  mnie  i  moje  dziesięć 
szylingów. 
Pewność, z jaką ten człowiek przepowiadał przyszłość żony, zasługuje na uwagę. 
Znał on dość dobrze warunki życia, aby zdawać sobie sprawę z niepewnego jutra 
żony  i  dzieci.  Bo  dla  niej  wszystko  przepadnie  z  chwilą,  gdy  on  częściowo  lub 
całkowicie  straci  zdolność  do  pracy.  A  jeśli  spojrzymy  na  ten  stan  rzeczy  z 
ogólniejszego  punktu  widzenia,  przekonamy  się,  że  to  samo  odnosi  się  do  setek 
tysięcy, a nawet milionów mężczyzn i kobiet żyjących w zgodzie i wspomagających 
się wzajemnie w pogoni za chlebem i dachem nad głową. 
Wymowa cyfr jest wstrząsająca: 1 800 000 ludzi wegetuje w Londynie na granicy 
lub poniżej granicy ubóstwa, a dalszy milion dzieli od nędzy tygodniowy zarobek. 
W  całej  Anglii  i  Walii  osiemnaście  procent  ludności  musi  szukać  wsparcia  w 
parafiach,  a  w  samej  stolicy  -  zgodnie  z  danymi  statystycznymi  Rady  Miejskiej 
Londynu - dwadzieścia jeden procent ludności ucieka się do pomocy parafialnej. 
Istnieje  co  prawda  ogromna  różnica  pomiędzy  człowiekiem,  który  zwraca  się  o 
wsparcie  do  parafii,  a  takim,  który  popadł  w  skrajną  nędzę,  jednak  Londyn 
utrzymuje 123 000 nędzarzy - co równa się liczbie mieszkańców sporego miasta. 
Co czwarty londyńczyk umiera na koszt dobroczynności publicznej, a na każde 1 
000  mieszkańców  Zjednoczonego  Królestwa  939  kończy  życie  w  biedzie;  osiem 
milionów  walczy  na  stromej  krawędzi  głodu,  a  dalszym  dwudziestu  milionom 
daleko do dobrobytu we właściwym znaczeniu tego słowa. 
Ciekawy  jest  bliższy  rzut  oka  na  tych,  którzy  umierają  w  Londynie  na  koszt 
dobroczynności publicznej. 
W  1886  i  aż  do  1893  roku  stosunek  procentowy  nędzarzy  do  ogólnej  liczby 
ludności był mniejszy w Londynie niż w całej Anglii; ale od roku 1893 i w latach 
następnych  procent  ten  stał  się  większy  w  stolicy  niż  w  całym  kraju.  Jednakże 
wykazy  generalnego  komisarza  do  spraw  ludności  na  rok  1886  zawierają 
następujące dane: 
Na 81 951 zgonów w Londynie (1884) 
W przytułkach.......................................... 9 909 
W szpitalach.............................................. 6 559 
W zakładach dla umysłowo chorych ........... 278 
Razem w zakładach dobroczynności publicznej....16 746 
Komentując te liczby jeden z pisarzy stwierdził: „Jeśli się weźmie pod uwagę, że 
dzieci stanowią tu procent stosunkowo niewielki, zachodzi prawdopodobieństwo, 
że  co  trzeci  dorosły  mieszkaniec  Londynu  umiera  w  jednym  z  tych  publicznych 

background image

zakładów  dobroczynnych;  stosunek  ten  większy  jest  oczywiście  w  klasie 
robotniczej”. 
Ta  statystyka  wykazuje  również,  jak  przerażająco  blisko  nędzy  znajduje  się 
przeciętny robotnik. Różne są przyczyny niedostatku. Na przykład we wczorajszej 
porannej gazecie ukazało się następujące ogłoszenie: 
 
Potrzebny  urzędnik  ze  znajomością  stenografii,  pisania  na  maszynie  i 

fakturowania.  Wynagrodzenie  dziesięć  szylingów  (2  i  1/2  dolara)  na  tydzień. 

Zgłoszenie listowne itd... 
 
A  w  dzisiejszym  dzienniku  przeczytałem  o  pewnym  trzydziestopięcioletnim 
urzędniku, stałym bywalcu londyńskich domów noclegowych, który stanął przed 
sądem  oskarżony  o  odmowę  wykonania  pracy.  W  czasie  przewodu  sądowego 
przytoczył  na  swą  obronę,  że  od  chwili  zamieszkania  w  przytułku  wykonywał 
wszystkie  roboty,  jakie  mu  zlecono;  ale  gdy  dozorca  kazał  mu  tłuc  kamienie, 
urzędnikowi  na  dłoniach  porobiły  się  pęcherze  i  nie  mógł  dokończyć  pracy. 
Tłumaczył się, że nigdy nie używał narzędzia cięższego od pióra. 
Sędzia skazał go i jego pokryte pęcherzami ręce na siedem dni ciężkich robót. 
Oczywiście  przyczyną  nędzy  bywa  starość.  Poza  tym  zdarzają  się  wypadki  przy 
pracy,  śmierć  lub  inwalidztwo  męża,  ojca,  żywiciela.  Weźmy  na  przykład 
mężczyznę,  który  ma  żonę  i  troje  dzieci  i  utrzymuje  się  z  niezbyt  pewnego 
dochodu dwudziestu szylingów na tydzień - a w Londynie mieszkają setki tysięcy 
takich rodzin. Z konieczności, aby nie umrzeć z głodu, muszą wydać całą tę sumę 
na życie, tak że tygodniowy zarobek (jeden funt) jest jedyną zaporą, która chroni 
ich przed śmiercią głodową. Przychodzi nieszczęście - ojciec ginie w wypadku. I co 
wtedy?  Matka  z  trojgiem  dzieci  zarobi  niewiele  albo  nic.  Musi  więc  wydać  dzieci 
społeczeństwu  jako  młodocianych  nędzarzy  i  uwolniwszy  się  w  ten  sposób  od 
obowiązków  macierzyńskich,  wyszukać  sobie  jakąś  odpowiednią  pracę  albo  też 
zająć  się  chałupnictwem  i  pracować  w  najohydniejszej  norze,  jedynej,  na  jaką 
wystarczy  jej  zmniejszony  dochód.  Ale  w  chałupnictwie  wysokość  stawek 
określają  kobiety  zamężne,  które  w  pocie  czoła  łatają  mężowski  budżet,  lub  też 
kobiety  samotne,  które  zużytkowują  zarobki  jedynie  na  własne  nędzne 
utrzymanie. Określone w ten sposób płace są tak przerażająco niskie, że matka z 
trojgiem dzieci może żyć tylko w prawdziwym zezwierzęceniu i przymierać głodem, 
dopóki choroba i śmierć nie ukrócą ich cierpień. 
Aby wykazać, że matka z trojgiem dzieci na utrzymaniu nie może konkurować w 
chałupnictwie z kobietami samotnymi, przytoczę dwa wypadki opisane w bieżącej 
prasie: 
Pewien ojciec pisze z oburzeniem, że jego córka i jej towarzyszka otrzymują 8 i ½ 
pensa  za  wykonanie  dwunastu  tuzinów  pudełek.  Wyrabiają  każdego  dnia  po  48 
tuzinów.  
Mają  następujące  wydatki:  8  pensów  przejazdy,  2  pensy  porto  pocztowe,  2  i  pół 
pensa  klej  i  1  pens  szpagat;  a  więc  ich  wspólny  zarobek  wynosi  i  szyling  i  9 
pensów, czyli na głowę 10 i pół pensa za dzień pracy. 
W drugim wypadku do zarządu przytułku w Luton zgłosiła się przed kilku dniami 
po zapomogę 72-letnia staruszka. „Trudniła się wyrobem słomkowych kapeluszy, 
ale  niskie  zarobki  zmusiły  ją  do  porzucenia  tego  zawodu.  Za  wykonanie  jednej 
sztuki  płacono  jej  2  i  1/4  pensa.  Suma  ta  obejmowała  koszt  tasiemki  do 
lamowania, którą musiała dostarczyć sama, i zapłatę za robotę”. 

background image

A przecież ta matka i jej troje dzieci nie zrobiły nic złego, za cóż więc spotkała je 
tak  wielka  kara?  Nie  popełniły  żadnego  grzechu.  Zdarzyło  się  nieszczęście  -  i  to 
wszystko;  mąż,  ojciec  i  żywiciel  uległ  wypadkowi.  Nie  ma  na  to  rady.  To 
przypadek. Każda rodzina ma tak wiele okazji uniknięcia dna Otchłani i tak wiele 
okazji stoczenia się w jej głąb.  
Okazje  do  upadku  można  wyrazić  zimnymi,  bezlitosnymi  cyframi.  Przytoczyć 
kilka takich danych nie będzie całkiem od rzeczy. 
Sir A. Forwood oblicza, że rocznie: 
Na 1400 robotników 1 ginie w śmiertelnym wypadku 
Na 2500 robotników 1 staje się całkowicie niezdolny do pracy 
Na 300 robotników 1 pozostaje do końca życia częściowo niezdolny do pracy 
Na  8  robotników  1  bywa  niezdolny  do  pracy  na  okres  od  trzech  do  czterech 
tygodni. 
Ale  liczby  te  obrazują  tylko  wypadki  przy  pracy.  Śmiertelność  wśród  ludzi  w 
londyńskim getcie jest przerażająca. W West Endzie człowiek żyje przeciętnie lat 
pięćdziesiąt  pięć;  w  East  Endzie  średnia  wieku  ludzkiego  wynosi  lat  trzydzieści. 
Innymi słowy, mieszkaniec West Endu ma dwukrotnie większą szansę przeżycia 
od mieszkańca East Endu. I mówić tu o wojnie! Śmiertelność na frontach Afryki 
Południowej  i  Filipin  blednie,  wydaje  się  błahostką.  Tutaj,  w  samym  sercu 
pokoju,  śmierć  zbiera  straszliwe  żniwo;  a  nie  przestrzega  się  tu  prawideł  wojny, 
jakie  niesie  cywilizacja,  bo  na  równi  z  mężczyznami  giną  w  okrutny  sposób 
kobiety,  dzieci  i  niemowlęta  przy  piersi.  Wojna!  W  Anglii  co  roku  500  000 
mężczyzn,  kobiet  i  dzieci  zatrudnionych  w  różnych  gałęziach  przemysłu  ponosi 
śmierć w nieszczęśliwych wypadkach lub traci zdolność do pracy albo też staje się 
niezdolnymi do pracy na skutek chorób. 
W  West  Endzie  osiemnaście  procent  dzieci  umiera  przed  osiągnięciem  wieku  lat 
pięciu; w East Endzie umiera pięćdziesiąt pięć procent dzieci w tym wieku. A są w 
Londynie ulice, gdzie na sto dzieci, urodzonych w ciągu jednego roku, pięćdziesiąt 
umiera  przed  upływem  następnego  roku;  a  z  pięćdziesięciu  pozostałych  - 
dwadzieścia pięć, zanim dożyje lat pięciu. Rzeź niewiniątek! Nawet Herod nie był 
taki straszny. 
Następujący  wyjątek  z  ostatniego  sprawozdania  urzędnika  służby  zdrowia  w 
Liverpoolu, które można by zresztą zastosować nie tylko do tego miasta, dowodzi 
niezbicie,  że  przemysł  czyni  wśród  ludzi  spustoszenie  większe  niż  najkrwawsza 
bitwa. 
 
W  wielu  wypadkach  światło  słoneczne  w  ogóle  nie  przenika  na  podwórze,  a 
powietrze  w  mieszkaniach  jest  stęchłe,  co  w  znacznym  stopniu  wypływa  z 

opłakanego stanu ścian i sufitów, których porowata powierzchnia  wchłania przez 

długie  lata  wyziewy  ciał  mieszkańców.  O  braku  światła  słonecznego  na  tych 
podwórzach  świadczy  wymownie  wynik  akcji  Komitetu  Parków  i  Ogrodów,  który 

chciał  rozjaśnić  ponurość  domów  klasy  najbiedniejszej  przez  założenie  w  oknach 

skrzynek  z  kwiatami;  ale  daru  tego  Komitet  nie  mógł  zrobić,  gdyż  w  niezdrowej 
atmosferze tych podwórzy rośliny i kwiaty nie chciałyby się przyjąć. 

 
Ponadto  istnieją  jeszcze  tak  zwane  „niebezpieczne  zawody”,  które  zatrudniają 
olbrzymie  rzesze  robotników.  Szanse  utrzymania  się  przy  życiu  tych  ludzi  są 
istotnie  małe  -  daleko  mniejsze  niż  żołnierzy  dwudziestego  wieku.  W  przemyśle 
lniarskim, przy przygotowaniu włókna, wilgotne stopy i wilgotne ubrania stają się 

background image

przyczyną  niezwykle  wysokiej  liczby  zachorowań  na  bronchit,  zapalenie  płuc  i 
ostry reumatyzm, w gremplarniach zaś i przędzalniach miałki pył doprowadza w 
większości wypadków do chorób płucnych; kobieta, która rozpoczyna pracę przy 
gremplowaniu  mając  lat  siedemnaście  lub  osiemnaście,  po  trzydziestu  jest  już 
ruiną  człowieka.  Robotnicy  przemysłu  chemicznego,  wybrani  spośród  mężczyzn 
najsilniejszych  i  najlepiej  zbudowanych,  żyją  przeciętnie  mniej  niż  czterdzieści 
osiem lat.  
Dr Arlidge tak mówi o zawodzie garncarzy: „Pył garncarski nie zabija nagle, lecz 
rok  po  roku  osadza  się  coraz  trwałej  w  płucach  i  tworzy  w  nich  zwapnienia. 
Oddech staje się coraz cięższy, aż wreszcie zamiera”. 
Pyły  stali,  kamienia,  gliny,  ługowca,  pierza,  bawełny  -  wszystkie  zabijają  i  są 
zgubniejsze  od  karabinów  maszynowych.  A  najgroźniejszy  jest  pył  ołowiu  w 
fabrykach bieli ołowianej. 
Oto opis typowych schorzeń młodej, zdrowej i normalnie zbudowanej dziewczyny, 
która rozpoczęła pracę w fabryce bieli ołowianej: 
 
Tutaj,  w  zależności  od  tego,  w  jakim  stopniu  narażona  jest  na  wdychanie  pyłu 

ołowianego,  dostaje  anemii..  Być  może,  na  jej  dziąsłach  ukaże  się  leciutka  sina 

smuga  lub  też  przeciwnie,  zęby  pozostaną  najzupełniej  zdrowe,  a  dziąsła  nie 
wykażą  żadnych  zmian.  Równocześnie  z  rozwojem  anemii  w  organizmie 

dziewczyna  zaczyna  tracić  na  wadze,  ale  dzieje  się  to  tak  stopniowo,  że  nie 

zauważa tego ani ona, ani jej otoczenie.  
Jednakże  choroba  czyni  postępy  i  chora  dostaje  coraz  silniejszych  bólów  głowy. 

Tym  dolegliwościom  towarzyszą  zaburzenia  wzrokowe  lub  nawet  czasowa 
ślepota.  Dziewczyna  wpada  w  stan,  który  jej  przyjaciele  i  lekarz  skłonni  są 

uważać za zwykłą histerię. Jej zdrowie pogarsza się stopniowo i nieznacznie, aż w 

końcu  ulega  ona  konwulsjom,  które  atakują  początkowo  połowę  twarzy,  potem 
przerzucają  się  na  rękę,  następnie  na  nogę,  aż  wreszcie  drgawki,  gwałtowne  i  o 

charakterze  wyraźnie  epileptycznym,  obejmują  całe  ciało.  Towarzyszy  im  utrata 
przytomności;  po  odzyskaniu  przytomności  następują  dalsze  i  coraz 

gwałtowniejsze konwulsje. Podczas jednego z ataków dziewczyna umiera.. Zdarza 

się  też,  że  przytomność  powraca  całkowicie  lub  częściowo  na  okres  kilku  minut, 
kilku  godzin  albo  kilku  dni.  Chora  skarży  się  na  dokuczliwe  bóle  głowy,  bredzi  i 

okazuje  podniecenie  jak  w  przypadkach  ostrego  obłędu  lub  wpada  w  otępienie  i 
posępnieje jak  w  ataku  melancholii. Krąży niespokojnie po pokoju, a  jej  wymowa 
traci  wyrazistość.  Należy  wtedy  wyrwać  ją  z  tego  stanu.  Bez  żadnych  dalszych 

ostrzeżeń,  prócz  nieregularności  pulsu,  który  ucisza  się  niemal  do  zwykłej  ilości 
uderzeń, a potem staje się nagle szybki i przerywany, dziewczyna dostaje nowego 

ataku  konwulsji  i  kona  lub  popada  w  stan  letargu,  z  którego  nigdy  nie  zdoła  się 

podźwignąć.  Bywa  też,  że  konwulsje  zanikają  stopniowo,  bóle  głowy  ustępują  i 
pacjentka  wraca  do  zdrowia  -  po  to  tylko,  aby  się  przekonać,  że  straciła  wzrok, 

przy czym jej ślepota może być chwilowa lub nieuleczalna. 

 
Podaję kilka konkretnych wypadków zatrucia bielą ołowiu: 
Charlotte Rafferty, przystojna, rosła i doskonale zbudowana młoda kobieta, która 
nigdy  w  życiu  nie  chorowała,  została  robotnicą  w  fabryce  bieli  ołowianej. 
Konwulsje chwyciły ją u stóp drabiny w hali fabrycznej. Dr Oliver zbadał chorą i 
znalazł  sinawą  pręgę  na  dziąsłach,  co  jest  dowodem,  że  ołów  przemknął  do 

background image

organizmu.  Doktor  wiedział,  że  konwulsje  ponowią  się  niebawem.  Tak  też  się 
stało, a pacjentka umarła. 
Mary  Ann  Toler  -  siedemnastoletnia  dziewczyna,  która  nie  cierpiała  nigdy  na 
żadne  ataki  -  zachorowała  trzykrotnie  i  musiała  porzucić  pracę  w  fabryce.  Nim 
skończyła  lat  dziewiętnaście,  pojawiły  się  symptomy  zatrucia  ołowiem  - 
konwulsje, piana na ustach. Dziewczyna umarła. 
Mary A. kobieta o niezwykłej wprost żywotności, przepracowała w fabryce ołowiu 
lat  dwadzieścia.  Przez  cały  ten  czas  tylko  raz  cierpiała  na  kolkę;  miała  ośmioro 
dzieci  i  wszystkie  poumierały  jako  niemowlęta  w  atakach  konwulsji.  Otóż  ta 
kobieta czesząc się któregoś ranka straciła władzę w obu rękach. 
Eliza H. lat dwadzieścia pięć, po pięciomiesięcznej pracy w fabryce ołowiu dostała 
gwałtownego  ataku  kolki.  Znalazła  zajęcie  w  innej  fabryce  (tu  odmówiono  jej 
pracy)  i  pracowała  bez  przerwy  przez  dwa  lata.  Potem  wróciły  pierwsze  objawy 
choroby  i  po  dwóch  dniach  dziewczyna  zmarła  w  konwulsjach;  przyczyną  jej 
zgonu było ostre zatrucie ołowiem. 
Vaughan Nash tak mówi o nie narodzonym jeszcze pokoleniu: 
 
Dzieci  robotników  przemysłu  ołowianego  przychodzą  na  świat  po  to  tylko,  aby 

umrzeć  w  konwulsjach  spowodowanych  zatruciem  przez  ołów  -  albo  rodzą  się 
przedwcześnie, albo umierają w pierwszym roku życia. 

 
A  na  zakończenie  niech  wolno  mi  będzie  przytoczyć  sprawę  Harriet  A.  Walker, 
siedemnastoletniej  dziewczyny,  która  zginęła  prowadząc  beznadziejną  walkę  na 
przemysłowym  polu  bitwy.  Pracowała  jako  robotnica  w  fabryce  naczyń 
emaliowanych, gdzie częste są wypadki zatrucia ołowiem. Zarówno jej ojciec, jak i 
brat  byli  bez  pracy.  Dziewczyna  ukrywała  chorobę,  szła  pieszo  sześć  mil  do 
fabryki,  zarabiała  swoje  siedem  czy  osiem  szylingów  tygodniowo  i  umarła  mając 
lat siedemnaście. 
Zastój  w  przemyśle  odgrywa  poważną  rolę  w  spychaniu  robotników  na  dno 
Otchłani. 
Kiedy rodzinę robotniczą odgradza od ubóstwa zaledwie tygodniowy zarobek ojca, 
miesiąc  przymusowej  bezczynności  prowadzi  do  nie  dającej  się  wprost  opisać 
nędzy, a ofiary jej nie zawsze wracają do sił, gdy pracy znów jest pod dostatkiem. 
Właśnie  w  chwili  obecnej  prasa  codzienna  zamieszcza  sprawozdanie  z  wiecu 
sekcji Związku Zawodowego Dokerów w Carlisle, z doniesienia tego wynika, że w 
ciągu  ostatnich  kilku  miesięcy  większość  robotników  osiągnęła  przeciętny 
tygodniowy  zarobek  czterech  do  pięciu  szylingów.  Przyczyną  tego  stanu  rzeczy 
jest zastój w stoczniach portu londyńskiego. 
Młodzi  robotnicy  czy  robotnice  lub  też  młode  małżeństwa  robotnicze  nie  mają 
absolutnie  żadnej  gwarancji  szczęśliwego  i  spokojnego  życia  w  latach  dojrzałych 
czy znośnej starości. Mimo najgorliwszej nawet pracy nie zdołają zapewnić sobie 
przyszłości. 
Wszystko tu jest dziełem przypadku. Wszystko zależy od tego, co przyniesie los – 
na który nie mają wpływu. Nie ochronią przed nim żadne środka ostrożności ani 
podstępy. 
Jeśli  robotnicy  chcą  się  utrzymać  na  przemysłowym  polu  bitwy,  muszą  stawić 
czoło przeciwnościom i zaryzykować tę nierówną walkę. Oczywiście, jeśli mają po 
temu  warunki  i  nie  są  skrępowani  obowiązkami  rodzinnymi,  mogą  uciec  z 
szeregów  armii  przemysłu.  W  takim  przypadku  dla  mężczyzny  najbezpieczniej 

background image

będzie zaciągnąć się do wojska, dla kobiety zaś zostać siostrą Czerwonego Krzyża 
lub  wstąpić  do  klasztoru.  Ale  wtedy  muszą  wyrzec  się  domu  i  dzieci,  i  tego 
wszystkiego,  dzięki  czemu  warto  żyć  i  co  sprawia,  że  starość  nie  staje  się 
straszliwym koszmarem. 
 
 
ROZDZIAŁ XXII 
SAMOBÓJSTWO 
 
Anglia - to raj dla bogatych, czyściec dla mądrych i piekło dla biednych. 

Theodore Parker 
 
Rzecz jasna, że gdy dnie upływają w takiej niepewności, a szanse szczęścia są tak 
małe,  życie  traci  wartość,  a  samobójstwo  staje  się  objawem  powszednim  i  tak 
bardzo  rozpowszechnionym,  że  nie  można  wziąć  do  ręki  gazety,  aby  się  nie 
spotkać z jego opisem; sprawa zaś o usiłowanie samobójstwa nie budzi w sądzie 
policyjnym  większego  zainteresowania  niż  zwykły  wypadek  pijaństwa  i  traktuje 
się ją z tą samą obojętnością i tym samym pośpiechem. 
Pamiętam  taką  sprawę  rozpatrywaną  w  sądzie  policyjnym  okręgu  Tamizy. 
Szczyciłem  się  zawsze  dobrym  wzrokiem  i  słuchem,  jak  również  rozległą 
znajomością ludzi i świata, ale przyznaję, że gdy stałem na sali sądowej, oszołomił 
mnie błyskawiczny pośpiech, z jakim pijacy, awanturnicy, włóczędzy, dręczyciele 
żon,  złodzieje,  paserzy,  szulerzy  i  kobiety  uliczne  przepuszczani  byli  przez  tryby 
machiny sprawiedliwości. Ława oskarżonych znajdowała się pośrodku sali (gdzie 
oświetlenie  było  najlepsze),  a  mężczyźni,  kobiety  i  dzieci  przepływali  przez  nią 
strumieniem  tak  równomiernym,  jak  równomierny  był  potok  wyroków 
spływających z ust sędziego. 
Rozmyślałem jeszcze o suchotniczym „meliniarzu”, który bronił się niezdolnością 
do  pracy  i  koniecznością  utrzymania  żony  i  dzieci,  a  został  skazany  na  rok 
ciężkich  robót,  gdy  na  ławie  oskarżonych  zjawił  się  młodzieniec  lat  mniej  więcej 
dwudziestu.  „Alfred  Freeman”  -  dosłyszałem  nazwisko,  nie  uchwyciłem  jednak 
treści  oskarżenia.  Tęga  kobieta  o  matronowatym  wyglądzie  dygnęła  za  pulpitem 
świadków  i  rozpoczęła  zeznania.  Dowiedziałem  się,  że  jej  mąż  jest  dozorcą  śluzy 
Britannia.  W  nocy  usłyszała  głośny  plusk;  pobiegła  nad  rzekę  i  ujrzała 
oskarżonego w wodzie. 
Przeniosłem  wzrok  na  młodzieńca.  A  więc  taka  jest  treść  oskarżenia  - 
samobójstwo. 
Stał  oszołomiony  i  obojętny  na  wszystko;  gęste  kasztanowate  włosy  opadały  mu 
na czoło, twarz była wynędzniała, zatroskana i jeszcze chłopięca. 
-  Tak,  panie  -  mówiła  żona  dozorcy.  -  Co  go  wyciągnęłam  na  płytszą  wodę, 
wyrywał mi się z powrotem. Zaczęłam wzywać pomocy; akurat przechodzili jacyś 
robotnicy, więc razem wyciągnęliśmy go i oddali w ręce policjanta. 
Sędzia  wyraził  uznanie  dla  sprawności  mięśni  kobiety  i  cała  sala  ryknęła 
śmiechem;  ale  ja  widziałem  tylko  chłopca  na  progu  życia  wyrywającego  się 
namiętnie w objęcia błotnistej śmierci, a w tym nie było przecież nic śmiesznego. 
Przed  pulpitem  świadków  stanął  teraz  świadek  obrony  i  składał  zeznanie 
stwierdzające dobry charakter chłopca. Jest, a raczej był jego majstrem. Alfred to 
dobry  chłopiec,  tylko  że  w  domu  miał  wciąż  jakieś  zmartwienia,  przeważnie 
kłopoty  pieniężne.  A  poza  tym  matka  mu  chorowała.  Martwił  się  i  martwił,  aż  z 

background image

tego zmartwienia stracił zdolność do pracy. A ponieważ robotę wykonywał źle, on 
(majster), dbając o własną reputację, musiał poprosić chłopca, aby wymówił. 
- Czy oskarżony ma coś do powiedzenia? - spytał ostro sędzia. 
Chłopiec  na  ławie  oskarżonych  wymamrotał  coś  niezrozumiale.  Był  wciąż 
oszołomiony. 
- Co on tam mówi, sierżancie? - dopytywał się sędzia ze zniecierpliwieniem. 
Barczysty  mężczyzna  w  granatowym  mundurze  przybliżył  ucho  do  warg 
oskarżonego, a potem odparł głośno:  
- Mówi, że jest mu bardzo przykro, proszę wysokiego sądu. 
- Z powrotem do więzienia - powiedział „wysoki sąd”. 
Rozpoczynała  się  już  następna  z  kolei  sprawa  i  pierwszy  świadek  składał 
przysięgę. 
Chłopiec, oszołomiony i obojętny na to, co się wokół niego działo, opuszczał salę 
w  towarzystwie  strażnika  więziennego.  I  to  było  wszystko  -  pięć  minut  od 
rozpoczęcia  do  zakończenia  rozprawy.  Na  ławie  oskarżonych  dwaj  brutale 
usiłowali teraz zrzucić z siebie odpowiedzialność za posiadanie kradzionego pręta 
od wędki, wartego zapewne z dziesięć centów. 
Najgorsze jest to, że ci nieszczęśliwcy nie umieją popełnić samobójstwa i udaje im 
się ono dopiero po dwu lub trzykrotnych próbach. Naturalnie sprawia to mnóstwo 
kłopotu  policjantom  i  sędziom  i  przysparza  im  wiele  pracy.  Jednakże  niekiedy 
sędziowie  wypowiadają  się  na  ten  temat  z  całkowitą  szczerością  a  strofują 
oskarżonych,  że  podejmowali  tak  nieumiejętne  próby.  Oto  słowa  pana  R.  S., 
przewodniczącego  sądu  dzielnicy  S...  B...,  wypowiedziane  na  wczorajszej 
rozprawie przeciwko Annie Wood, która usiłowała utopić się w jednym z kanałów. 
- Jeśli chciała pani to zrobić, to dlaczego pani tego nie zrobiła? - spytał oburzony 
pan R. S. - Mogła pani zanurzyć się pod wodę i skończyć ze sobą raz na zawsze 
zamiast zawracać nam tu wszystkim głowę i robić zamieszanie. 
Niedola, nędza i lęk przed domem pracy to główne przyczyny samobójstwa wśród 
klasy robotniczej.  
- Prędzej się utopię, niż pójdę do domu pracy - oświadczyła Ellen Hughes Hunt, 
lat pięćdziesiąt dwa.  
W  ubiegłą  środę  toczyło  się  w  Shoreditch  śledztwo  w  sprawie  jej  śmierci.  Mąż 
przybył  z  przytułku  w  Islington,  aby  zidentyfikować  jej  zwłoki.  Był  dawniej 
handlarzem  sera,  ale  bankructwo  i  nędza  zapędziły  go  do  domu  pracy,  dokąd 
żona nie chciała mu towarzyszyć. 
Widziano ją po raz ostatni około godziny pierwszej w nocy. W trzy godziny później 
znaleziono  na  ścieżce  holowniczej  koło  Regent's  Canal  jej  kapelusz  i  żakiet,  a 
nieco  później  wyłowiono  z  wody  ciało.  Orzeczenie  sądu:  samobójstwo  w  stanie 
chwilowego zamroczenia umysłu. 
Takie orzeczenia są zbrodnią przeciwko prawdzie. Prawo jest kłamstwem i za jego 
pośrednictwem  ludzie  kłamią  bezwstydnie.  Na  przykład  tak  zwana  „kobieta 
upadła”,  oplwana  i  zapomniana  przez  rodzinę  i  przyjaciół,  truje  siebie  i  dziecko 
laudanum. 
Niemowlę umiera, ale ona, po kilku tygodniach spędzonych w szpitalu, wraca do 
zdrowia,  a  potem  zostaje  oskarżona  o  morderstwo  i  skazana  na  dziesięć  lat 
więzienia.  Wyzdrowiała,  więc  prawo  uznaje  ją  za  winną  popełnionej  zbrodni;  ale 
gdyby umarła, to samo prawo orzekłoby: „chwilowe zamroczenie umysłu”. 
Otóż  jeśli  się  rozważa  sprawę  Ellen  Hughes  Hunt,  równie  słuszne  i  logiczne 
byłoby  twierdzenie,  że  jej  mąż  cierpiał  na  chwilowe  zamroczenie  umysłu,  gdy 

background image

szedł  do  domu  pracy  w  Islington,  jak  orzeczenie,  że  ona  cierpiała  na  chwilowe 
zamroczenie  umysłu,  gdy  wskakiwała  do  Regent's  Canal.  A  tylko  osobiste 
przekonanie  i  indywidualny  sąd  mogą  rozstrzygnąć,  które  z  tych  dwóch  miejsc 
jest  dla  człowieka  lepszym  schronieniem.  Na  przykład  ja  znalazłszy  się  w 
podobnym  położeniu,  wobec  tego,  co  wiem  o  kanałach  i  domach  pracy, 
wybrałbym kanał. Ośmielam się zaś twierdzić, że nie jestem bardziej upośledzony 
na umyśle od Ellen Hughes Hunt, jej męża i reszty rodzaju ludzkiego. 
Człowiek  nie  idzie  już  teraz  za  instynktem  z  tą  samą  dawną,  przyrodzoną 
wiernością. 
Stał się istotą rozumną i na podstawie przesłanek rozumowych może albo trwać 
przy życiu, albo się go wyrzec - zależnie od tego, czy życie obiecuje mu szczęście 
czy udrękę. Zaryzykuję twierdzenie, że Ellen Hughes Hunt, okpiona przez życie i 
okradziona  z  wszelkich  jego  radości,  na  które  zasłużyła  sobie  w  pełni 
pięćdziesięciodwuletnią służbą na świecie, nie oczekująca od przyszłości nic prócz 
okropieństw  domu  pracy,  postąpiła  bardzo  rozsądnie  i  bardzo  logicznie,  gdy 
zdecydowała  się  na  skok  do  kanału.  Ośmielę  się  ponadto  stwierdzić,  że  sąd 
przysięgłych  postąpiłby  słuszniej,  gdyby  oskarżył  społeczeństwo  o  chwilowe 
zamroczenie szczęścia czy udrękę. Zaryzykuję twierdzenie, że Ellen Hui pozbawił 
ją szczęścia należnego jej za pięćdziesiąt dwa lata ciężkiego żywota. 
Chwilowe  zamroczenie  umysłu!  O,  te  przeklęte  słowa,  te  bezwstydne  kłamstwa, 
którymi  zasłaniają  się  ludzie  z  brzuchami  pełnymi  mięsa  i  całymi  koszulami  na 
grzbiecie chcąc uniknąć odpowiedzialności za los swych sióstr i braci o pustych 
żołądkach i podartych koszulach! 
Z  jednego  tylko  egzemplarza  „Observera”,  dziennika  East  Endu,  przytaczam 
następujące powszednie wypadki: 
Palacz  okrętowy  nazwiskiem  Johnny  King  oskarżony  o  usiłowanie  samobójstwa. 
W  środę  King  zjawił  się  w  komisariacie  policji  w  Bow  i  oświadczył,  że  zażył 
znaczną  ilość  fosforu,  gdyż  znajdował  się  w  nędzy  i  nie  mógł  dostać  zajęcia.  W 
komisariacie zaopiekowano się nim i podano mu środek na wymioty. Oskarżony 
oświadcza obecnie, że żałuje swego postępku. Chociaż posiada dobre świadectwo 
z okresu szesnastoletniej pracy, nie udało mu się nigdzie znaleźć zajęcia. Sędzia 
Dickinson odesłał oskarżonego do aresztu na rozmowę z misjonarzem sądowym. 
Tymoteusz  Warner,  lat  trzydzieści  dwa,  dostał  się  do  więzienia  za  podobne 
przestępstwo. Skoczył z nadbrzeża Limehouse, a gdy go uratowano, powiedział:  
- Chciałem się utopić. 
Schludnie  wyglądająca  młoda  kobieta,  Ellen  Gray,  osadzona  została  w  areszcie 
na  mocy  oskarżenia  o  usiłowanie  samobójstwa.  W  niedzielę  rano,  około  godziny 
pół  do  dziewiątej,  posterunkowy  policji  nr  „834  K”  znalazł  oskarżoną  na  progu 
domu przy Benworth Street. 
Pogrążona  była  w  głębokim  śnie.  W  zaciśniętej  dłoni  trzymała  pustą  butelkę. 
Ellen Gray oświadczyła, że przed kilku godzinami zażyła znaczną ilość laudanum. 
Stan jej zdrowia budził poważne obawy, wezwano więc lekarza policyjnego, który 
kazał  jej  dać  kawę  i  pilnować,  aby  nie  usnęła.  Na  sali  sądowej  oskarżona 
oświadczyła, że usiłowała odebrać sobie życie, gdyż nie ma ani domu rodzinnego, 
ani przyjaciół. 
Jestem daleki od twierdzenia, że wszyscy ludzie, którzy popełniają samobójstwa, 
są  zdrowi  na  umyśle,  podobnie  jak  nie  twierdzę,  że  wszyscy,  którzy  ich  nie 
popełniają,  są  zdrowi.  Zresztą,  nawiasem  mówiąc,  brak  pewności,  czy  się 

background image

zdobędzie pożywienie i dach nad głową, to jedna z głównych przyczyn popadania 
w obłęd. 
Przekupnie uliczni, sprzedawcy gazet i kramarze, a więc grupa robotników, która 
w  większym  stopniu  niż  inne  żyje  z  dnia  na  dzień,  stanowi  najwyższy  procent 
wśród pacjentów domów dla umysłowo chorych. Co roku na 10 000 mężczyzn z 
tych  zawodów  26,9  zapada  na  choroby  umysłowe,  na  10  000  zaś  kobiet  -  36,9. 
Natomiast  wśród  żołnierzy,  którzy  nie  potrzebują  przynajmniej  kłopotać  się  o 
dach  nad  głową  i  strawę,  na  10  000  dostaje  pomieszania  zmysłów  13;  a  pośród 
rolników  i  hodowców  bydła  jedynie  5,1.  A  więc  sprzedawca  uliczny  ma 
dwukrotnie  większą  szansę  postradania  zmysłów  od  żołnierza  i  pięciokrotnie 
większą od rolnika. 
Nędza  i  niepowodzenia  życiowe  bywają  niemniej  częstą  przyczyną  chorób 
umysłowych i wiodą jednych za bramę domu wariatów, innych do kostnicy lub na 
szubienicę.  Gdy  zdarzy  się  nieszczęście  i  ojciec  rodziny,  mimo  całej  miłości  do 
żony i dzieci i mimo gotowości do pracy, nie może jej otrzymać, byle co wystarczy, 
by  zachwiać  równowagę  jego  umysłu.  A  następuje  to  tym  łatwiej,  że  ciało 
nieszczęśliwca wyniszczone jest niedożywieniem i chorobą, serce zaś krwawi mu 
na widok cierpień żony i maleństw. 
„Jest to przystojny mężczyzna o gęstej, czarnej czuprynie, ciemnych, wyrazistych 
oczach,  delikatnie  rzeźbionym  nosie  i  brodzie  oraz  falistych  pięknych  wąsach”. 
Tymi  słowy  reporter  opisał  Franka  Cavilla,  który  w  mocno  zniszczonym  szarym 
garniturze pojawił się owego posępnego wrześniowego dnia na ławie oskarżonych. 
Frank  Cavilla  mieszkał  w  Londynie  i  zajmował  się  tapicerstwem.  W  raportach 
sądowych  określono  go  jako  dobrego  rzemieślnika,  człowieka  opanowanego  i 
stroniącego od whisky, a jego sąsiedzi scharakteryzowali go zgodnie, jako czułego 
i kochającego męża i ojca. 
Żona  Franka,  Hanna  Cavilla,  była  wysoką,  przystojną  kobietą  o  pogodnym 
usposobieniu.  Dbała  (podkreślili  to  wszyscy  sąsiedzi),  aby  jej  dzieci  chodziły 
schludnie  ubrane  do  szkoły  na  Childeric  Road.  A  więc  rodzina,  mająca  takiego 
opiekuna,  tak  dobrego,  wstrzemięźliwego  i  nie  pracującego  dorywczo  żywiciela, 
żyła sobie szczęśliwie i nic nie zaciemniało jej horyzontu. 
Potem  zdarzyło  się  nieszczęście.  Frank  Cavilla  pracował  u  budowniczego,  pana 
Becka, i mieszkał przy Trundley Road,  w jednym z domów swojego pracodawcy. 
Pan  Beck  spadł  z  dwukółki  i  zginął  na  miejscu.  Nieszczęście  wcieliło  się  w 
nieokiełznanego  wierzchowca,  ale,  jak  już  mówiłem,  przyszło  i  Frank  Cavilla 
musiał szukać nowej pracy i nowego mieszkania. 
Było  to  przed  osiemnastu  miesiącami.  Przez  półtora  roku  Cavilla  prowadził 
upartą walkę.  
Znalazł  mieszkanie  w  małym  domku  przy  Batavia  Road,  ale  nie  mógł  związać 
końca z końcem. Nie udawało mu się znaleźć stałej pracy. Walczył dzielnie, imał 
się najróżniejszych dorywczych zajęć, a żona i czworo dzieci nikły mu w oczach. 
On sam głodził się, tracił siły, a wreszcie zachorował. Działo się to przed trzema 
miesiącami,  w  domu  nie  było  kęsa  strawy.  Nie  skarżyli  się,  nie  mówili  o  tym 
nikomu;  ale  biedni  ludzie  wiedzą  takie  rzeczy.  Gospodynie  domów  przy  Batavia 
Road  posyłały  im  jedzenie,  lecz  Cavillowie  tak  byli  ambitni,  że  musiały  to  robić 
anonimowo, w skrytości, żeby nie zranić ich dumy. 
Stało  się.  Walczył,  przymierał  głodem  i  cierpiał  przez  osiemnaście  miesięcy. 
Któregoś  dnia  we  wrześniu  Frank  Cavilla  wstał  bardzo  wcześnie.  Otworzył 
scyzoryk.  Poderżnął  gardło  żonie  Hannie  Cavilla,  lat  trzydzieści  trzy.  Poderżnął 

background image

gardło  pierworodnemu  synowi,  dwunastoletniemu  Frankowi.  Poderżnął  gardło 
ośmioletniemu  synowi  Walterowi.  Poderżnął  gardło  czteroletniej  córce,  Nellie. 
Poderżnął  gardło  najmłodszemu  synowi,  Ernestowi,  liczącemu  rok  i  cztery 
miesiące.  A  potem  cały  dzień  czuwał  przy  zmarłych,  dopóki  wieczorem  nie 
przyszła policja. Powiedział policjantom, że jeśli chcą mieć światło, muszą wrzucić 
pensa do gazomierza. 
Frank  Cavilla  był  teraz  na  ławie  oskarżonych.  Miał  mocno  zniszczony  szary 
garnitur  i  koszulę  bez  kołnierzyka.  Przystojny  mężczyzna  o  gęstej,  czarnej 
czuprynie,  ciemnych,  wyrazistych  oczach,  delikatnie  wyrzeźbionym  nosie  i 
brodzie i falistych pięknych wąsach. 
 
 
ROZDZIAŁ XXIII 
DZIECI 
 
„...Gdzie dom jest lepianką, gdzie żyjemy w upodleniu, 
gdzie zapominamy, że świat jest piękny...” 

 
W East Endzie ujrzeć można jeden piękny widok, jeden  jedyny - dzieci tańczące 
na ulicy, gdy zjawi się kataryniarz. Z jakim zachwytem przyglądałem się im, tym 
nowonarodzonym,  temu  przyszłemu  pokoleniu,  które  stąpa  wdzięcznie,  kołysze 
się rytmicznie, stroi śliczne minki i wykonywa kroki taneczne własnego pomysłu. 
Muskuły  tańczących  poruszają  się  łatwo  i  zwinnie,  a  ciała  wykonują  zwiewne 
ruchy, jakich nie uczono nigdy w szkołach tańca. 
Rozmawiałem  z  tymi  dziećmi  wielokrotnie  i  odniosłem  wrażenie,  że  inteligencją 
dorównują innym dzieciom, a pod wieloma względami nawet je przewyższają. 
Obdarzone są niezwykle żywą wyobraźnią. Ich zdolność przerzucania się w świat 
bajki  i  fantazji  jest  wręcz  zdumiewająca.  Ich  krew  pulsuje  radością  życia. 
Zachwyca  je  muzyka,  ruch  i  kolor,  a  bardzo  często  pod  brudem  i  łachmanami 
znaleźć można zadziwiająco piękne twarze i ciała. 
Ale  w  Londynie  jest  Szczurołap,  który  wykrada  je  wszystkie.  Znikają  bez  śladu. 
Nie  widzi  się  ich  później.  Ani  nic,  co  by  je  przypominało  choć  w  najmniejszym 
stopniu.  Na  próżno  szukałbyś  ich  wśród  dorosłych.  Znajdziesz  tylko 
skarłowaciałe  postacie,  szpetne  twarze  i  otępiałe,  nieczułe  umysły.  Wdzięk, 
piękno,  wyobraźnia,  prężność  umysłu  i  ciała  zniknęły  bez  śladu.  Jednakże 
czasem  możesz  ujrzeć  kobietę  -  niekoniecznie  starą,  ale  taką,  której 
zdeformowane  ciało  straciło  urok  kobiecości,  o  twarzy  nabrzmiałej  od  whisky  - 
która unosi brzeg obszarpanej spódnicy i wykonuje na bruku kilka groteskowych, 
chwiejnych  tanecznych  kroków.  To  dowód,  że  była  kiedyś  dzieckiem  tańczącym 
na  ulicy  do  wtóru  katarynki.  Te  chwiejne,  groteskowe  kroki  są  wszystkim,  co 
zostało  z  pełnego  obietnic  dzieciństwa.  Gdzieś  w  głębiach  jej  otępiałego  umysłu 
zbudziło  się  przelotne  wspomnienie.  Tłum  otacza  ją  kołem.  Małe  dziewczynki 
tańczą  wokół  niej  z  wdziękiem,  który  ona  mgliście  sobie  przypomina,  lecz  który 
zdolna  jest  już  tylko  parodiować.  Potem  braknie  jej  tchu,  wyczerpana  wydostaje 
się niepewnym krokiem z tłumu. A małe dziewczynki nie przerywają tańca. 
Dzieci  londyńskiego  getta  obdarzone  są  tymi  wszystkimi  wartościami,  które  z 
czasem  przeradzają  się  w  szlachetną  kobiecość  i  szlachetną  męskość;  ale  getto, 
podobne  do  rozwścieczonej  tygrysicy,  która  rzuca  się  na  swoje  małe  -  getto 
niszczy te wartości, gasi jasność i śmiech i przeistacza tych, których nie uda mu 

background image

się zabić, w ogłupiałe, nieszczęsne stworzenia, nieokrzesane, poniżone i upodlone 
bardziej od dzikich zwierząt. 
Sposób,  w  jaki  się  to  odbywa,  opisałem  obszernie  w  poprzednich  rozdziałach; 
pozwólmy teraz profesorowi Huxleyowi zobrazować go w kilku zdaniach: 
 
„Każdy,  kto  poznał  położenie  ludności  wszystkich  wielkich  okręgów 
przemysłowych  w  naszym  czy  też  w  innych  krajach,  orientuje  się,  że  ogromna  i 

wciąż  wzrastająca  część  robotników  żyje  w  warunkach,  które  można  nazwać 

jedynie  stanem  nędzy  wyjątkowej.  W  tych  okolicznościach  żywność,  ciepło  i 
odzienie,  potrzebne  do  podtrzymania  normalnych  funkcji  ciała,  stają  się  czymś 

nieosiągalnym;  w  tych  okolicznościach  mężczyźni,  kobiety  i  dzieci  muszą  się 
gnieździć  w  norach,  gdzie  nieznana  jest  obyczajność  i  które  nie  odpowiadają 

najelementarniejszym  wymogom  higieny;  w  tych  okolicznościach  dostępne 

robotnikom  rozrywki  ograniczają  się  do  burd  i  pijaństwa;  w  tych  okolicznościach 
cierpienie  narasta  z  szybkością  procentu  składanego  i  przybiera  postać  śmierci 

głodowej,  chorób,  skarlenia  fizycznego  i  degradacji  moralnej;  w  tych 
okolicznościach  nawet  w  okresie  dobrobytu  gospodarczego  jedyną  perspektywą 

jest życie pełne niepowodzeń i walki z głodem, a na końcu grób nędzarzy”. 

 
W tych okolicznościach przyszłość dzieci przedstawia się beznadziejnie. Umierają 
jak  muchy,  a  jeśli  zdołają  utrzymać  się  przy  życiu,  to  tylko  dzięki  niespożytej 
żywotności  i  zdolności  przystosowania  się  do  poniżającego  otoczenia.  Nie  mają 
życia  rodzinnego.  W  norach  i  legowiskach,  które  zamieszkują,  stykają  się  z 
bezwstydem  i  nieobyczajnością.  I  tak  jak  ich  umysły  podlegają  procesowi 
zepsucia, tak podlegają mu ich ciała pod wpływem złych warunków sanitarnych, 
przeludnienia i niedożywienia. Jeśli ojciec i matka mieszkają w jednym pokoju z 
trojgiem lub czworgiem dzieci, które kolejno czuwają w nocy i odpędzają szczury 
od  ciał  śpiących,  jeżeli  te  dzieci  nigdy  nie  są  syte,  jeżeli  prześladują  je,  męczą  i 
wycieńczają roje robactwa, łatwo można sobie wyobrazić, na jakich to mężczyzn i 
jakie kobiety wyrosną ci, co zdołają wyżyć. 
 
Czarna rozpacz, nędza, głód 
Od dzieciństwa u ich wrót. 

Burdy, klątwy aż do ranka - 
To ich pierwsza kołysanka. 
 
Mężczyzna  i  kobieta  zawierają  małżeństwo  i  prowadzą  gospodarstwo  w  jednej 
izbie. Ich dochód nie wzrasta w miarę  upływu lat, natomiast wzrasta rodzina,  a 
mężczyzna, który zdoła zachować zdrowie i utrzymać pracę, może uważać się za 
człowieka  w  czepku  urodzonego.  Przychodzi  na  świat  dziecko,  potem  drugie. 
Rodzina  potrzebuje  więcej  przestrzeni;  ale  te  małe  dziecinne  buzie  i  małe  ciałka 
pociągają  za  sobą  dodatkowe  koszty  i  przekreślają  wszelką  możliwość  wynajęcia 
obszerniejszego mieszkania. 
Przybywa coraz więcej dzieci. W pokoju nie ma się gdzie obrócić. Wałęsają się po 
ulicach, a gdy mają lat dwanaście lub czternaście, zagadnienie ciasnoty dochodzi 
do  punktu  kulminacyjnego  i  dzieci  już  na  dobre  muszą  wynieść  się  z  domu. 
Chłopiec, jeśli mu się powiedzie, znajdzie miejsce w domu noclegowym i jego życie 
może  się  potoczyć  różnymi  drogami.  Ale  czternasto-  lub  piętnastoletnią 
dziewczynę,  zmuszoną  w  ten  sposób  do  opuszczenia  izby,  która  jest  jej  domem 

background image

rodzinnym,  i  zdolną  zarobić  w  najlepszym  wypadku  marne  pięć  lub  sześć 
szylingów na tydzień, czeka tylko jedna droga. A droga ta prowadzi do gorzkiego 
końca  -  końca,  jaki  spotkał  kobietę,  której  ciało  znalazła  dziś  rano  policja  w 
bramie  na  Dorset  Street  w  Whitechapel.  Bez  domu  rodzinnego,  bez  dachu  nad 
głową, chora, samotna w godzinie śmierci, umarła nocą w opuszczeniu. Miała lat 
sześćdziesiąt dwa, była sprzedawczynią zapałek. Umarła jak dzikie zwierzę. 
Wraził mi się w pamięć obraz chłopca na ławie oskarżonych sądu policyjnego w 
East  Endzie.  Jego  głowa  ledwie  była  widoczna  ponad  barierą.  Przewód  sądowy 
wykazał, że chłopiec winien jest kradzieży dwóch szylingów, które zabrał pewnej 
kobiecie i wydał - nie na słodycze i rozrywki, tylko na jedzenie. 
- Dlaczego nie poprosiłeś tej kobiety o jedzenie? - spytał sędzia zbolałym głosem. - 
Z pewnością by ci nie odmówiła. 
-  Gdybym  ją  poprosił  o  jedzenie  -  odparł  malec  -  dostałbym  się  do  ciupy  za 
żebraninę. 
Sędzia  zmarszczył  brwi  i  przełknął  tę  odpowiedź.  Nikt  nie  znał  tego  chłopca  ani 
jego  ojca  lub  matki.  Był  bez  przeszłości  i  przodków  -  podrzutek,  zbłąkane, 
bezpańskie  szczenię,  szukające  pożywienia  w  dżungli  imperium,  żerujące  na 
słabszych od siebie i wystawione na żer silniejszych. 
Ludzie  dobrej  woli,  którzy  gromadzą  dzieci  getta  i  wysyłają  na  jednodniowe 
wycieczki  za  miasto  przypuszczają,  że  niewiele  jest  dzieci,  które  przed 
ukończeniem  dziesiątego  roku  życia  nie  spędziły  przynajmniej  jednego  dnia  na 
wsi.  Pewien  publicysta  pisze  na  ten  temat:  „Nie  należy  umniejszać  znaczenia 
przemiany  duchowej  spowodowanej  takim  jednym  dniem  spędzonym  na  wsi. 
Jakiekolwiek są warunki jego życia, dziecko przekonuje się na własne oczy, czym 
jest  pole  i  las,  i  dzięki  temu  opisy  przyrody  w  książkach,  które  dotychczas 
stanowiły dlań puste słowa, stają się zrozumiałe”. 
Jeden dzień w lasach i na polach! I to jeśli się dziecku poszczęści i na nie właśnie 
padnie wybór ludzi dobrej woli. A co dzień rodzi się tych dzieci więcej, niż można 
wywieźć  na  pola  i  do  lasów  na  ów  jeden  dzień  w  ich  życiu.  Jeden  dzień!  Jeden, 
jedyny  dzień  w  całym  życiu!  A  na  resztę  dni  pozostaje  to,  co  jakiś  chłopiec 
opowiedział  pewnemu  biskupowi:  „Jak  mamy  lat  dziesięć,  chodzimy  na  wagary; 
jak  mamy  lat  trzynaście,  buchamy,  co  nam  wpadnie  pod  rękę;  jak  mamy  lat 
szesnaście, potrafimy nawet glinie zadać bobu”. Innymi słowy: mając lat dziesięć 
chłopcy uciekają z domu, mając lat trzynaście kradną, mając lat szesnaście są na 
tyle rozchuliganieni, że rzucają się na policjanta. 
Wielebny  J.  Cartmel  Robinson  wspomina  o  chłopcu  i  dziewczynce  ze  swojej 
parafii,  którzy  postanowili  wybrać  się  do  lasu.  Szli  i  szli  przez  nie  kończące  się 
ulice  wciąż  przekonani,  że  za  każdym  rogiem  ujrzą  upragniony  las;  aż  wreszcie 
wyczerpani i zrozpaczeni usiedli nad rynsztokiem. Znalazła ich tam jakaś zacna 
kobieta i odprowadziła do domu. Widocznie przeoczyli ich ludzie dobrej woli. 
Ten sam pastor stwierdza autorytatywnie, że na pewnej ulicy w Hoxton (dzielnica 
rozległego East Endu) ponad siedemset dzieci w wieku od lat pięciu do trzynastu 
mieszka  w  osiemdziesięciu  maleńkich  domkach.  Pastor  w  ten  sposób  kończy 
swoje  wywody:  „Dzieci  Londynu  wyrastają  na  niedołężnych  mężczyzn  i  kobiety 
głównie  dlatego,  że  miasto  uwięziło  ich  w  labiryncie  ulic  i  domów  i  pozbawiło 
należnego dziedzictwa nieba i pól, i strumieni”. 
Wspomina  dalej  o  członku  swojej  kongregacji,  który  wynajął  pokój  w  suterenie 
pewnej  parze  małżeńskiej:  „Oświadczyli,  że  mają  dwoje  dzieci.  Po  ich 
wprowadzeniu  okazało  się,  że  dzieci  jest  czworo.  Niebawem  urodziło  się  piąte  i 

background image

gospodarz  wymówił  im  mieszkanie.  Nie  zwrócili  na  to  uwagi.  Potem  przyszedł 
inspektor  służby  zdrowia,  który  często  patrzy  przez  palce  na  przepisy  prawne,  i 
zagroził  mojemu  przyjacielowi  sprawą  sądową.  Ten  dowodził,  że  lokatorzy  nie 
chcą się wyprowadzić. Małżeństwo miało na usprawiedliwienie argument, że nikt 
nie  zechce  przyjąć  ich  z  tak  liczną  rodziną  za  komorne,  które  mogą  płacić,  co, 
nawiasem  mówiąc,  jest  jedną  z  powszedniejszych  skarg  nędzarzy.  Co  robić? 
Gospodarz  znalazł  się  między  młotem  a  kowadłem.  Wreszcie  zwrócił  się  do 
sędziego,  który  przysłał  urzędnika  w  celu  zbadania  sprawy  na  miejscu.  Od  tego 
czasu minęło już dwadzieścia dni i nic jeszcze nie zrobiono. Czy jest to wypadek 
odosobniony? Bynajmniej, należy do powszednich”. 
Ubiegłego tygodnia policja przeprowadziła rewizję w domu publicznym. W jednym 
z pokoi znaleziono dwoje małych dzieci. Aresztowano je i postawiono przed sądem 
wraz  z  kobietami  uprawiającymi  prostytucję.  Na  rozprawę  stawił  się  ojciec. 
Oświadczył,  że  mieszka  w  tym  pokoju  wraz  z  żoną  i  dwojgiem  starszych  dzieci; 
wyjaśnił również, że zajął ten pokój, gdyż nie może znaleźć innego za cenę 2 i pół 
szylinga,  które  za  niego  płaci.  Sędzia  zwolnił  dwoje  młodocianych  przestępców  i 
upomniał ojca, że wychowuje dzieci w niezdrowej atmosferze. 
Zbędne  są  już  chyba  dalsze  przykłady.  W  Londynie  rzeź  niewiniątek  przybiera 
rozmiary  potworniejsze  niż  kiedykolwiek  w  historii  świata.  A  niemniej  potworna 
jest nieczułość tych, co wierzą w Chrystusa, uznają istnienie Boga i co niedzielę 
chodzą do kościoła. 
Przez resztę tygodnia używają życia za pieniądze z czynszów i dochodów, których 
dostarcza  im  splamiony  krwią  dzieci  East  End.  A  z  tak  szczególnej  ulepieni  są 
gliny,  że  niekiedy  biorą  pół  miliona  z  tych  czynszów  i  dochodów  i  ofiarowują  na 
naukę czarnych dzieci Sudanu. 
 
 
ROZDZIAŁ XXIV 
WIZJA NOCY 
 
Wszyscy oni byli przed laty maleńkimi, pulchnymi dzieciakami o różowych buziach 

i można było nadać im dowolny kształt społeczny. 
Carlyle 
 
Szedłem  wczoraj  późnym  wieczorem  Commercial  Street,  od  Spitalfields  do 
Whitechapel  i  dalej  na  południe  Leman  Street,  aż  do  doków.  Idąc  uśmiechałem 
się  na  myśl  o  gazetach  East  Endu,  które  pełne  obywatelskiej  dumy  twierdziły 
chełpliwie,  że  ludziom  wcale  nie  mieszka  się  tak  źle  w  tej  dzielnicy.  Nie  łatwo 
byłoby  mi  opowiedzieć  choćby  dziesiątą  część  tego,  co  widziałem.  Wiele  wrażeń 
nie  da  się  wcale  wyrazić  słowami.  Ale  ogólnie  mogę  stwierdzić,  że  widziałem 
koszmar,  widziałem  bezgraniczną  ohydę,  która  zaludniała  chodniki,  widziałem 
potworne  nagromadzenie  nieopisanego  wyuzdania,  które  zaćmić  może  nawet 
„nocne  piekło”  Piccadilly  i  Strandu.  Była  to  menażeria  odzianych  dwunogów, 
które przypominały nieco istoty ludzkie, ale daleko bardziej przywodziły na myśl 
zwierzęta;  aby  zaś  dopełnić  obrazu,  pogromcy  z  mosiężnymi  guzikami 
utrzymywali wśród nich porządek, gdy pomruki ich stawały się zbyt groźne. 
Rad  byłem  z  obecności  pogromców,  bo  nie  miałem  na  sobie  marynarskiego 
ubrania i rzucałem się w oczy tym żerującym drapieżnym stworzeniom. Czasem, 
gdy pogromcy nie było w pobliżu, spoglądali na mnie przenikliwie wygłodniałymi 

background image

oczami  hien  rynsztokowych  -  a  ja  bałem  się  ich  rąk,  ich  gołych  rąk,  tak  jak 
bałbym się szponów goryla. Przypominali mi goryle. Ciała mieli wychudłe, drobne, 
niekształtne. Nie widziałem potężnych mięśni czy szerokich barów. Istoty te były 
przykładem  jakiejś  pierwotnej  oszczędności  natury,  tak  jak  ludzie  jaskiniowi.  A 
jednak tkwi w ich wychudłych ciałach siła, straszliwa, prymitywna siła. Przejawia 
się ona w żelaznym uchwycie dłoni. Podobno napadają na ludzką zdobycz z taką 
gwałtownością, że potrafią przegiąć ją do tyłu i przechylać póty, póki nie pęknie 
kręgosłup.  Pozbawieni  są  sumienia  i  wyprani  z  wszelkich  ludzkich  uczuć,  a  gdy 
nadarzy  im  się  cień  sposobności,  zabijają  dla  pół  suwerena  bez  lęku  i  bez 
zmrużenia  powieki.  Wyrodzili  się  w  nowy  gatunek  ludzi,  rasę  miejskich 
barbarzyńców.  Ulice  i  domy,  zaułki  i  podwórza  służą  im  za  teren  łowów.  Czym 
doliny  i  góry  dla  dzikusów,  tym  dla  nich  są  wąwozy  ulic  i  masywy  kamienic. 
Slums jest ich dżunglą, a oni żyją i żerują w tej dżungli. 
Sympatyczni, delikatni ludzie ze złotych teatrów i pałaców-dziwów West Endu nie 
widują  tych  stworzeń,  nie  domyślają  się  nawet  ich  istnienia.  Ale  one  mimo  to 
istnieją,  żyją  w  swojej  dżungli.  I  nieszczęsny  będzie  dzień,  gdy  Anglia  stanie  do 
walki w ostatnich okopach, a jej zdolni do noszenia broni mężczyźni znajdą się na 
linii  ognia!  Bo  tego  dnia  dzikie  bestie  wypełzną  ze  swych  nor  i  legowisk  i 
mieszkańcy  West  Endu  ujrzą  ich,  tak  jak  kiedyś  ujrzeli  ich  sympatyczni  i 
delikatni  arystokraci  feudalnej  Francji  i  pytali  jeden  drugiego:  „Skąd  oni 
przychodzą?”,  „Czy  to  są  ludzie?”.  Ale  stworzenia  te  nie  były  jedynymi 
mieszkańcami  tej  menażerii.  Ukazywały  się  tylko  gdzieniegdzie,  czając  się  na 
mrocznych  podwórzach  i  pełznąc  jak  szare  cienie  pod  ścianami  domów;  za  to 
kobiety,  z  których  przegniłych  lędźwi  stwory  te  brały  początek,  znajdowały  się 
wszędzie.  Skomlały  bezczelnie,  zapijaczonymi  głosami  prosiły  o  jałmużnę  -  i  nie 
tylko o jałmużnę. Wyprawiały pijackie orgie we wszystkich nędznych szynkach po 
drodze  -  niechlujne,  ze  zmierzwionymi  włosami,  błędnym,  zmatowiałym 
wzrokiem,  mamrotały  pijackie  przekleństwa  i  rzucały  lubieżne  spojrzenia  - 
plugawe,  sprośne.  A  spite  do  nieprzytomności,  rozciągały  się  na  ławkach  i 
szynkwasach - odpychające, straszne. 
Żyły  w  tym  świecie  jeszcze  inne  istoty;  ze  wszystkich  stron  otaczały  mnie 
dziwaczne,  upiorne postacie  i  twarze,  koślawe  poczwary,  niepojęte  typy  pijackiej 
brzydoty,  wyrzutki  społeczeństwa,  chodzące  ścierwa,  żyjące  trupy  -  zżarte 
chorobami  i  alkoholem  kobiety,  których  ciała  nie  kupiłby  nikt  nawet  za  dwa 
pensy;  mężczyźni  w  fantastycznych  łachmanach,  których  niedola  i  nędza 
pozbawiły  wszelkich  cech  ludzkich,  o  twarzach  wykrzywionych  nieustannym 
spazmem  bólu,  o  zidiociałym  uśmiechu  na  wargach,  o  niezdarnych  ruchach 
małp, umierający przy każdym kroku i każdym oddechu. 
Spotykało  się  tam  także  młode,  osiemnaste-  i  dwudziestoletnie  dziewczęta, 
schludne  i  o  twarzach  nie  skażonych  jeszcze  grymasem  i  nie  zniekształconych 
opuchlizną,  które  potknąwszy  się  raz  tylko,  runęły  na  samo  dno  Otchłani.  I 
pamiętam  dwóch  bezdomnych  chłopców:  jednego  może  czternasto-,  drugiego 
sześcio-  lub  siedmioletniego,  bladych  i  chorowitych;  siedzieli  na  bruku,  oparci 
plecami o żelazne sztachety i przyglądali się temu wszystkiemu. 
Niezdolni  do  pracy,  niepotrzebni  ludzie!  Przemysł  ich  nie  potrzebuje.  Praca  nie 
stuka  do  drzwi  izb  w  poszukiwaniu  mężczyzn  i  kobiet.  Dokerzy  zbierają  się 
tłumnie  u  bram  portu  i  nie  doczekawszy  się  wezwania  majstra,  odchodzą  z 
przekleństwem na ustach. 

background image

Mechanicy, którzy mają pracę, płacą sześć szylingów tygodniowo na rzecz swoich 
braci, którzy nie mogą jej dostać; 514 000 robotników przemysłu włókienniczego 
przeciwstawia się rezolucji żądającej zniesienia pracy nieletnich. Kobiety - tysiące 
kobiet  -  harują  w  pocie  czoła  dla  swych  chałupniczych  władców  i  otrzymują 
dziesięć  pensów  za  czternastogodzinny  dzień  pracy.  Alfred  Freeman  rzuca  się  w 
objęcia  błotnistej  śmierci,  bo  stracił  zajęcie.  Ellen  Hughes  Hunt  woli  Regent's 
Canal od domu pracy w Islington. Frank Cavilla podrzyna gardło żonie i czworgu 
dzieciom,  bo  nie  może  znaleźć  pracy,  która  zapewniłaby  im  dach  nad  głową  i 
jedzenie. 
Niezdolni  do  pracy,  niepotrzebni  ludzie!  Nieszczęśni,  wzgardzeni  i  zapomniani, 
mordowani  w  rzeźni  społecznej.  Plemię  wzrosłe  z  prostytucji  -  prostytucji 
mężczyzn, kobiet i dzieci, z prostytucji ciała i krwi, ducha  i  umysłu; słowem - z 
prostytucji pracy.  
Jeśli  to  ma  być  największym  dobrem  danym  człowiekowi  przez  cywilizację,  to 
wolimy  pierwotne,  nagie  barbarzyństwo.  Znacznie  lepiej  być  ludem  pustyni  i 
puszczy, jaskini czy kryjówki niż ludem maszyny i Otchłani. 
 
 
ROZDZIAŁ XXV 
LAMENT GŁODNYCH 
 
Zdaje mi się, że gdyby Wszechmogący Bóg zamierzał stworzyć plemię ludzi, którzy 
by mieli jeść za wszystkich i wcale nie pracować, dałby im tylko usta, ale zrobiłby 

ich  bez  rąk;  gdyby  zaś  życzył  sobie  stworzyć  takich  ludzi,  którzy  by  mieli 
pracować  za  wszystkich,  a  nic  nie  jeść,  zrobiłby  ich  bez  ust,  ale  za  to  z  wielką 

ilością rąk. 

Abraham Lincoln 
 
- Ojciec ma więcej siły i wytrzymałości ode mnie, bo urodził się na wsi. 
Mój rozmówca, młody i inteligentny mieszkaniec East Endu, skarżył się na swoją 
nędzną budowę fizyczną. 
-  Niech  pan  spojrzy  na  te  cherlawe  ręce  -  podciągnął  rękaw  koszuli.  -  Za  mało 
jedzenia.  Och,  nie  teraz.  Teraz  mam  tyle  jedzenia,  ile  potrzebuję.  Ale  jest  już  za 
późno.  Nie  zdołam  nadrobić  braków,  które  miałem  w  dzieciństwie.  Ojciec 
przeniósł  się  do  Londynu  z  okręgu  Fen.  Matka  umarła,  a  my,  sześcioro  dzieci  i 
ojciec, żyliśmy w dwóch maleńkich izdebkach. Ciężkie życie miał ojciec. Mógł nas 
porzucić,  ale  tego  nie  zrobił.  Harował  cały  dzień,  a  wieczorem  wracał  do  domu, 
gotował  i  zajmował  się  nami.  Był  dla  nas  ojcem  i  matką.  Dbał  o  nas,  jak  tylko 
mógł, ale cóż, mieliśmy za mało jedzenia. Mięso widywaliśmy bardzo rzadko, i to 
same  najgorsze  ochłapy.  A  nie  jest  dobrze  dla  rosnących  dzieci  zasiadać  do 
obiadu  złożonego  z  chleba  i  odrobiny  sera  -  i  to  w  zbyt  skąpych  ilościach.  Jaki 
tego  wynik?  Jestem  zbyt  niski,  brak  mi  siły  i  odporności  mojego  ojca.  Zabił  je 
głód.  Za  dwa  pokolenia  nie  będzie  tu  w  Londynie  po  mnie  ani  śladu.  Ale  mam 
młodszego  brata;  jest  znacznie  wyższy  niż  ja  i  lepiej  rozwinięty.  Widzi  pan,  to 
dlatego, że trzymaliśmy się wszyscy kupy i pomagaliśmy sobie wzajemnie. 
-  Nie  rozumiem  -  zaprotestowałem.  -  Sądziłbym  raczej,  że  w  takich  warunkach 
żywotność  powinna  się  stopniowo  zmniejszać,  a  każde  następne  dziecko  rodzić 
słabsze. 

background image

-  Nie  wtedy,  gdy  rodzina  trzyma  się  razem  -  odpowiedział.  -  Ilekroć  zdarzy  się 
panu spotkać w East Endzie dziecko pomiędzy ósmym i dwunastym rokiem życia 
dobrze rozwinięte fizycznie, wysokie i zdrowe, niech pan tylko spyta, a przekona 
się  pan,  że  jest  najmłodszym  lub  w  każdym  razie  jednym  z  młodszych  dzieci  w 
rodzinie.  Dzieje  się  to  w  ten  sposób:  starsze  dzieci  cierpią  dotkliwszy  głód  niż 
młodsze.  Gdy  młodsze  przychodzą  na  świat,  starsze  zaczynają  pracować  i  do 
domu wpływa więcej pieniędzy, a co za tym idzie, więcej jedzenia. 
Opuścił  rękaw  koszuli.  Przedstawiał  konkretny  przykład  chronicznego 
niedożywienia,  które  prowadzi  nie  do  śmierci,  lecz  do  cherlactwa.  Jego  głos  był 
tylko  jednym  z  dziesiątków  tysięcy,  jakie  wzbijają  się  tworząc  lament  głodnych 
największego  imperium  świata.  Co  dzień  na  terenie  Zjednoczonego  Królestwa 
ponad  milion  nędzarzy  korzysta  ze  wsparcia  przyznanego  na  zasadzie  ustawy  o 
ubogich.  W  ciągu  roku  w  ramach  tej  ustawy  otrzymuje  zapomogę  co  jedenasty 
przedstawiciel  klasy  pracującej.  37  500  000  ludzi  zarabia  poniżej  dwunastu 
funtów  miesięcznie  i  utrzymuje  z  tego  rodziny;  a  stała  ośmiomilionowa  armia 
biedaków żyje na granicy śmierci głodowej. 
Raport  Komisji  Rady  Szkolnej  hrabstwa  Londynu  stwierdza,  co  następuje:  „W 
czasie  gdy  nie  dają  się  nam  we  znaki  żadne  szczególne  klęski,  w  samych  tylko 
szkołach  Londynu  jest  55  tysięcy  dzieci  wygłodzonych  do  tego  stopnia,  że 
wszelkie  próby  nauczania  ich  są  bezowocne”.  Słowa  „nie  dają  się  nam  we  znaki 
żadne szczególne klęski” znaczą, że w Anglii panują dobre czasy; naród angielski 
bowiem  przywykł  spoglądać  na  głód  i  cierpienia,  które  nazywają  się  tu 
„klęskami”, jako na część porządku społecznego. 
Chroniczny  głód  uważa  się  za  rzecz  powszednią  i  naturalną.  Bije  się  na  alarm 
dopiero wtedy, gdy osiągnie on jakieś szczególnie dotkliwe rozmiary. 
Nie zapomnę nigdy gorzkiego lamentu ślepca w maleńkim sklepiku East Endu u 
schyłku  pochmurnego  dnia.  Był  najstarszym  z  pięciorga  dzieci,  które  miały 
matkę,  ale  nie  miały  ojca.  Jako  najstarszy,  pracował  i  morzył  się  głodem,  aby 
zdobyć chleb dla młodszych sióstr i braci. Mięsa nie jadał częściej niż raz na trzy 
miesiące.  Nie  znał  uczucia  całkowitej  sytości.  Twierdził,  że  to  chroniczne 
niedożywianie w dzieciństwie pozbawiło go wzroku. Na poparcie przytoczył cytat z 
raportu  Królewskiej  Komisji  do  Spraw  Niewidomych:  „Ślepota  panuje  głównie  w 
dzielnicach nędzy, a ubóstwo przyśpiesza to straszliwe kalectwo”. 
Ale  nie  poprzestał  na  tym.  Mówił  dalej,  a  w  głosie  jego  brzmiała  gorycz  kaleki, 
któremu  społeczeństwo  nie  daje  dość  pożywienia.  Był  tylko  jednym  z  olbrzymiej 
armii  ślepców  w  Londynie  i  dowodził,  że  w  przytułkach  dla  niewidomych 
pensjonariusze nawet w połowie nie zaspokajają głodu. Podał mi spis dziennych 
racji: 
Śniadanie ... około 1/2 kwarty polewki i suchy chleb 
Obiad .......... 3 uncje mięsa, 1 kromka chleba, 1/2 funta kartofli 
Kolacja ...... 1/2 kwarty polewki i suchy chleb. 
Oskar  Wilde  -  świeć,  Panie,  nad  jego  duszą  -  własnymi  słowami  wyraża  lament 
zamkniętego  w  więzieniu  dziecka,  lament,  który  w  mniejszym  lub  większym 
stopniu jest lamentem zamkniętych w więzieniu mężczyzn i kobiet. 
 
„...Drugim  cierpieniem  dziecka  w  więzieniu  jest  głód.  Pożywienie  składa  się 

zazwyczaj  z  nie  dopieczonego  chleba  więziennego  i  kubka  wody  na  śniadanie  o 

godzinie  pół  do  ósmej.  O  godzinie  dwunastej  otrzymuje  ono  obiad  -  kubek  nie 
dogotowanej  polewki  z  mąki  kukurydzianej;  o  pół  do  szóstej  -  kolację  złożoną  z 

background image

kromki  suchego  chleba  i  kubka  wody.  U  silnego  dorosłego  mężczyzny  podobne 
odżywianie  prowadzi  zawsze  do  takich  lub  innych  chorób,  przede  wszystkim  do 

biegunki  i  towarzyszącego  jej  osłabienia.  We  wszystkich  właściwie  wielkich 
więzieniach  strażnicy  stale  i  regularnie  dają  więźniom  dozy  środków 

wstrzymujących.  A  dzieci  nie  mogą  w  ogóle  wziąć  w  usta  podawanego  im 

pożywienia.  Każdy,  kto  ma  choć  najpowierzchowniejsze  pojęcie  o  dzieciach,  wie, 
jak łatwo pod wpływem ataku płaczu, zmartwienia lub zdenerwowania powstają 

zaburzenia  ich  systemu  trawiennego.  Dziecko,  które  zamknięte  w  odosobnionej, 

rozjaśnionej mdłym światłem celi i rzucone na pastwę obłędnego strachu płakało 
przez  cały  dzień  i,  być  może,  przez  połowę  nocy,  nie  zdoła  przełknąć  tej 

prymitywnej, ohydnej strawy. 
Chłopczyk, któremu strażnik Martin dał biszkopty, płakał we wtorek rano z głodu i 

nie  mógł  zjeść  porannego  chleba  i  wody.  Po  rozdaniu  śniadań  strażnik  Martin 

wyszedł  na  miasto  i  kupił  kilka  słodkich  biszkoptów,  bo  nie  mógł  znieść  widoku 
morzonego głodem dziecka. Spełnił piękny czyn, należycie oceniony przez małego 

chłopczyka, który - nieświadomy regulaminu więziennego - powiedział jednemu ze 
starszych  strażników  o  dobroci  jego  młodszego  kolegi.  Rezultatem  tego  było 

oczywiście  postępowanie  dyscyplinarne  i  zwolnienie  szlachetnego  strażnika  z 

pracy”. 
 
Robert  Blatchford  porównuje  racje  dzienne  w  domu  pracy  dla  nędzarzy  z 
dziennymi  racjami  żołnierzy,  które,  gdy  służył  w  wojsku,  uważane  były  za  zbyt 
skąpe, a są przecież dwa razy obfitsze od racji ubogich. 
Dorosły  mężczyzna  otrzymuje  w  domu  nędzarzy  mięso  (oprócz  tego,  które 
znajduje się w zupie) tylko raz na tydzień; niemal wszyscy nędzarze „mają bladą, 
zielonkawą cerę, co jest niezbitym dowodem zagłodzenia”. 
Ten sam pisarz stwierdza w dalszym ciągu: „Racje funkcjonariuszy są obfitsze od 
racji  nędzarzy;  ale  widocznie  uważa  się  je  za  nie  dość  obfite,  gdyż  na  końcu 
wykazu  figuruje  uwaga  treści  następującej:  każdemu  funkcjonariuszowi 
zamieszkałemu  na  terenie  domu  pracy  wypłaca  się  gotówką  2  i  pół  szylinga 
tygodniowo. Jeśli nędzarze mają jedzenia pod dostatkiem, czemu funkcjonariusze 
dostają go więcej? A jeśli funkcjonariusze otrzymują go zbyt mało, to czy nędzarze 
mogą mieć go pod dostatkiem, skoro daje się im zaledwie połowę racji?” 
Ale  nie  tylko  mieszkańcy  getta,  więźniowie  i  nędzarze  przymierają  głodem. 
Biedota wiejska nie zna uczucia stałej sytości. Prawdę mówiąc, właśnie te kaszki 
grające marsza przygnały ich w tak wielkiej liczbie do miasta. Przyjrzyjmy się, jak 
żyje robotnik rolny w pewnej parafii okręgu Berkshire, należącej do Ligi Pomocy 
Biednym w Bradfield. 
Przypuśćmy,  że  ma  on  dwoje  dzieci,  stałą  pracę,  nie  płaci  czynszu  za  chatę  i 
zarabia  przeciętnie  trzynaście  szylingów  tygodniowo;  czyli  trzy  dolary  i 
dwadzieścia pięć centów; oto jak przedstawia się jego budżet tygodniowy: 
 
Chleb (5 bochenków 4-funtowych) 1 szyling i 10 pensów  
Mąka 1/2 galona)  4 pensy 
Herbata (1/4 funta) 6 pensów 
Masło (1 funt) 3 pensy 
Słonina (1 funt) 6 pensów 
Cukier (6 funtów) 10 pensów 
Boczek lub inne mięso (ok. 4 funtów) 2 szylingi i 8 pensów  

background image

Ser (1 funt) 8 pensów 
Mleko (pół puszki skondensowanego) 3 i 1/4 pensa 
Olej, świece, mydło, farbka do bielizny, pieprz 1 szyling i 0 pensów 
Węgiel 1 szyling i 6 pensów 
Ubezpieczenie od wypadku 3 pensy 
Składka związkowa 1 pens 
Drzewo, narzędzia, lekarstwa itd. 16 pensów 
Ubezpieczenie na wypadek niezdolności do pracy lub śmierci, reszta na ubranie 1 
szyling i 1 i 3/4 pensa 
Razem: 13 szylingów i 6 pensów 
 
Opiekunowie  domu  pracy  należącego  do  wspomnianej  Ligi  chełpią  się  swoją 
daleko  posuniętą  oszczędnością  w  wydatkach.  Tygodniowy  koszt  wyżywienia 
nędzarza wynosi: 
 
Mężczyzna 6 szyl. 1 i 1/2 pensa 
Kobieta 5,6 szyl. i 1/2 pensa 
Dziecko 5,1 szyl. i 1/4 pensa 
 
Gdyby  robotnik,  którego  budżet  podałem  wyżej,  porzucił  zajęcie  i  poszedł  do 
domu pracy, łożono, by tygodniowo 
 
Na niego 6 szyl. i 1/2 pensa 
Na żonę 5,6 szyl. i 1/2 pensa 
Na dwoje dzieci 10,2 szyl. i 1/2 pensa 
Razem 21 szyl. 10 i 1/2 pensa czyli około 5 dolarów i 46 centów.  
 
Utrzymanie  robotnika  i  jego  rodziny  kosztowałoby  dom  pracy  więcej  niż  funta 
tygodniowo,  on  sam  zaś  potrafi  się  jakoś  utrzymać  za  trzynaście  szylingów.  A 
przecież wiadomo, że taniej się kalkuluje utrzymanie dużej grupy ludzi - hurtowe 
kupowanie,  gotowanie,  przyrządzanie  potraw  -  niż  utrzymanie  małej  grupy, 
powiedzmy - rodziny. 
Gdy układano powyższy budżet, mieszkała w tej samej parafii rodzina złożona nie 
z czterech, lecz z jedenastu osób i utrzymująca się z dochodu nie trzynastu, lecz 
dwunastu  szylingów  (z  jedenastu  szylingów  w  zimie),  która  nie  mieszkała 
bezpłatnie, lecz musiała płacić za domek trzy szylingi tygodniowo. 
Należy  zrozumieć,  i  to  dobrze:  jeżeli  chodzi  o  nędzę  i  upodlenie,  to  wszystko,  co 
odnosi się do Londynu, odnosi się również do całej Anglii. I chociaż Paryż nie jest 
Francją,  Londyn  jest  Anglią.  Straszliwe  warunki  życia,  które  nadały  Londynowi 
cechy  piekła  na  ziemi,  nadały  cechy  piekła  na  ziemi  całemu  Zjednoczonemu 
Królestwu.  Często  powtarzany  argument,  że  decentralizacja  Londynu  poprawi 
jakoby  warunki  życia,  jest  z  gruntu  fałszywy  i  bezpodstawny.  Gdyby 
sześciomilionowa  ludność  Londynu  została  podzielona  na  sto  miast,  każde  po 
sześćdziesiąt  tysięcy  mieszkańców,  nędza  zostałaby  zdecentralizowana,  ale  nie 
zmniejszona. Suma nędzy pozostałaby ta sama. 
B. S. Rowntree przeprowadził wyczerpującą analizę i udowodnił w odniesieniu do 
miast  prowincjonalnych  to,  co  Karol  Booth  udowodnił  w  odniesieniu  do 
metropolii, a mianowicie, że najmniej jedna czwarta mieszkańców skazana jest na 
nędzę,  która  zabija  ich  fizycznie  i  duchowo;  że  jedna  czwarta  mieszkańców 

background image

przymiera głodem, jest źle odziana, żyje w nieodpowiednich pomieszczeniach i nie 
ma  dostatecznej  ilości  opału  w  ostrym  klimacie;  że  wreszcie  czwartą  część 
ludności  czeka  moralna  degeneracja,  która  stawia  ich  pod  względem  czystości  i 
obyczajności poniżej poziomu dzikusów. 
Wysłuchawszy  lamentu  starego  chłopa  irlandzkiego  z  Kerry,  Robert  Blatchford 
spytał go, czego pragnie. „Starzec wsparł się na łopacie i spojrzał  w ciemniejące 
ponad czarnym torfowiskiem niebo.  
- Czego pragnę? - powtórzył; a potem mówił, głosem niskim i pełnym skargi, do 
siebie  raczej  niż  do  mnie.  -  Wszyscy  nasi  dzielni  chłopcy  i  dziewczęta  są  za 
morzem, agent zabrał mi świnię, deszcz zniszczył zboża, a ja jestem stary i chcę 
dnia Sądu Ostatecznego”. 
Dzień  Sądu  Ostatecznego!  Nie  tylko  on  czeka  na  jego  nadejście.  Ze  wszystkich 
stron  kraju  podnosi  się  lament  głodnych,  z  Otchłani  i  więzienia,  ze  wsi  i 
przytułku,  z  domu  dla  obłąkanych  i  domu  pracy  -  lament  ludzi,  którzy  cierpią 
głód. Miliony ludzi - mężczyźni, kobiety i dzieci, niemowlęta w powijakach, ślepcy, 
głusi,  kulawi,  chorzy,  włóczędzy  i  robotnicy,  więźniowie  i  nędzarze,  lud  Irlandii, 
Anglii, Szkocji i Walii - nie znają uczucia sytości. A dzieje się to w obliczu faktu, 
że pięciu ludzi może wyprodukować dostateczną ilość chleba dla tysiąca, że jeden 
robotnik potrafi wyprodukować dostateczną ilość tkaniny bawełnianej dla dwustu 
pięćdziesięciu  ludzi,  wełnianej  dla  trzystu,  a  trzewików  dla  tysiąca.  Można  by 
powiedzieć, że 40 000 000 ludzi prowadzi wspólne gospodarstwo, lecz że prowadzi 
je nieudolnie. Z dochodami jest wszystko w porządku, ale w samym zarządzaniu 
tym wspólnym gospodarstwem kryje się jakiś zbrodniczy błąd. Bo kto ośmieli się 
powiedzieć,  że  to  wielkie  gospodarstwo  nie  jest  karygodnie  nieumiejętnie 
zawiadywane,  skoro  pięciu  mężczyzn  może  wyprodukować  chleb  dla  tysiąca,  a 
jednak miliony przymierają głodem? 
 
 
ROZDZIAŁ XXVI 
PIJAŃSTWO, UMIARKOWANIE, OSZCZĘDNOŚĆ 
 
Często  biednych  chwali  się  za  oszczędność.  Ale  radzić  biednemu,  aby  był 
oszczędny  -  głupio  i  przykro.  Równie  dobrze  można  radzić  człowiekowi 

umierającemu  z  głodu,  aby  jadł  mniej.  Oszczędność  dla  człowieka  pracy  -  czy  w 
mieście,  czy  na  wsi  -  to  po  prostu  rzecz  niemoralna.  Człowiek  nie  powinien  się 
godzić na to, że musi żyć jak bydlę, które źle karmią. 

Oskar Wilde 
 
Można  śmiało  zaryzykować  twierdzenie,  że  angielska  klasa  robotnicza 
przesiąknięta jest piwem. Otępia ono robotników i ogłupia. Ich zdolność do pracy 
zmniejsza się w zastraszający sposób, tracą wyobraźnię, pomysłowość i bystrość 
umysłu,  do  których  predestynowała  ich  rasa.  Trudno  byłoby  nazwać  to 
nadużywanie  piwa  nałogiem  nabytym,  bo  przyswoili  je  sobie  od  dni 
najwcześniejszego  dzieciństwa.  Dzieci  zostają  poczęte  w  pijaństwie,  przesiąkają 
alkoholem  na  długo,  zanim  płuca  ich  wciągną  pierwszy  haust  powietrza,  od 
urodzenia  przywykają  do  jego  zapachu  i  smaku  i  wychowują  się  wśród  jego 
oparów. 
Szynk  jest  wszechobecny.  Panoszy  się  na  każdym  rogu  ulicy,  i  nie  tylko  na 
rogach. 

background image

Kobiety  odwiedzają  go  niemal  tak  licznie  jak  mężczyźni.  Można  w  nim  znaleźć 
również dzieci czekające na chwilę, w której matka i ojciec zechcą pójść do domu, 
popijające  ze  szklanek  rodziców,  przysłuchujące  się  ordynarnym  słowom  i 
poniżającej, plugawej rozmowie, przesiąkające tym plugastwem, spoufalające się 
z wyuzdaniem i rozpustą. 
Pani  Grundy  panuje  nie  tylko  wśród  angielskiej  burżuazji,  lecz  również  wśród 
angielskiej klasy robotniczej; ale jeśli idzie o klasę robotniczą, pani Grundy robi 
jeden  wyjątek:  nie  gorszy  się  szynkiem.  Szynk  nie  przynosi  nikomu  wstydu  ani 
hańby, nawet młodej dziewczynie lub kobiecie, która do niego uczęszcza. 
Pamiętam z jakiejś kawiarni dziewczynę, która mówiła:  
-  W  barze  nigdy  nie  piję  whisky.  -  była  to  młoda  i  ładna  kelnerka,  wyłuszczała 
właśnie  innej  kelnerce  swoje  zasady  przyzwoitości  i  rozsądku.  Pani  Grundy 
wzbroniła tego, pozwoliła jednak, aby młoda, niewinna dziewczyna piła piwo i aby 
robiła to w miejscu publicznym. 
Z jednej więc strony piwo wpływa ujemnie na ludzi, z drugiej zaś - zdarza się aż 
nazbyt  często,  że  mężczyźni  i  kobiety  stają  się  fizycznie  niezdolni  do  picia.  Ale 
właśnie  ta  niezdolność  pcha  ich  w  objęcia  pijaństwa.  Są  źle  odżywieni,  osłabli 
wskutek  chronicznego  niedożywienia,  ciasnoty  mieszkań  i  brudu,  a  w  ich 
organizmach budzi się chorobliwe pożądanie alkoholu, podobnie jak schorowany 
żołądek  przepracowanego  mechanika  z  fabryki  w  Manchesterze  łaknie 
nadmiernych  ilości  marynat  i  innych  niezwykłych  potraw.  Niezdrowe  warunki 
pracy i życia budzą niezdrowe apetyty i pragnienia. Człowiek nie może pracować 
ciężej  od  konia,  mieszkać  i  jeść  gorzej  od  świni,  a  jednocześnie  zachować 
szlachetne ideały i dążenia. 
Życie  domowe  zanika,  jego  zaś  miejsce  zajmuje  szynk.  Zresztą  nienormalne 
pragnienie  alkoholu  budzi  się  nie  tylko  w  mężczyznach  i  kobietach 
przepracowanych, wyczerpanych, cierpiących na zaburzenia żołądkowe, żyjących 
w  potwornych  warunkach  sanitarnych,  zabijanych  szpetotą  i  monotonią 
egzystencji; również kobiety i mężczyźni o rozwiniętym instynkcie towarzyskim, a 
pozbawieni życia rodzinnego, uciekają do jarzących świateł hałaśliwych szynków 
w  próżnym  wysiłku  zaspokojenia  instynktu  stadnego.  A  gdy  rodzina  mieszka  w 
jednej małej izbie, życie rodzinne nie istnieje. 
Pobieżne  choćby  zbadanie  takiego  pomieszczenia  wyciągnie  na  światło  dzienne 
jedną  ważną  przyczynę  pijaństwa.  Tutaj  rodzina  wstaje  rano,  ubiera  się,  myje  - 
ojciec,  matka,  synowie,  córki;  w  ciasnocie  tej  samej  izby  (bo  izba  z  reguły  jest 
ciasna) matka i żona gotuje śniadanie. W tejże izbie, wśród zaduchu i wyziewów 
ich  stłoczonych  ciał  rodzina  spożywa  śniadanie.  Ojciec  idzie  do  roboty,  starsze 
dzieci  wychodzą  do  szkoły  lub  na  ulicę,  a  matka,  otoczona  pełzającą,  drepczącą 
młodszą dziatwą, rozpoczyna pracę przy gospodarstwie - wciąż w tej samej izbie. 
Tutaj  robi  pranie  i  napełnia  ciasną  przestrzeń  zapachem  mydlin  i  wyziewami 
brudnej odzieży, tutaj wiesza pod sufitem i suszy mokrą bieliznę. 
Tutaj wieczorem wśród różnorodnych zapachów dnia rodzina udaje się na dobrze 
zasłużony  odpoczynek.  To  znaczy  ci,  dla  których  starczy  miejsca,  tłoczą  się  na 
jednym  łóżku  (jeśli  je  mają),  cała  zaś  reszta  układa  się  pokotem  na  podłodze.  I 
takie jest ich życie, miesiąc po miesiącu, rok po roku, bo nigdy nie mają wakacji i 
nigdy  nie  opuszczają  mieszkania  -  chyba  że  wyeksmituje  ich  gospodarz.  Gdy 
umiera  dziecko,  a  to  zawsze  może  się  zdarzyć,  skoro  pięćdziesiąt  pięć  procent 
dzieci  East  Endu  umiera  przed  piątym  rokiem  życia,  ciało  jego  spoczywa  na 
narach w tym samym pokoju. A jeśli rodzina jest bardzo biedna, zmarłe dziecko 

background image

przez  kilka  dni  czeka  na  pogrzeb.  W  ciągu  dnia  leży  na  łóżku;  w  nocy  żywi 
zajmują łóżko, a mały nieboszczyk wędruje na stół, przy którym rano, gdy zwłoki 
zostaną z powrotem ułożone na łóżku, żywi jedzą śniadanie. Czasem zdarza się, 
że układają ciało na półce, która służy im za spiżarnię. Niedawno pewna kobieta z 
East  Endu  znalazła  się  w  nie  lada  kłopocie;  nie  mając  bowiem  za  co  pochować 
dziecka, trzymała je przez trzy tygodnie w mieszkaniu. 
Taka  izba,  jaką  opisałem,  nie  jest  domem  rodzinnym,  lecz  koszmarem;  a 
mężczyźni i kobiety, którzy z niej uciekają do szynków, nie zasługują na naganę, 
lecz na współczucie.  
W  Londynie  300  000  ludzi  tworzących  rodziny  żyje  w  jednoizbowych 
mieszkaniach, a 900 000 mieszka w warunkach sprzecznych z przepisami ustawy 
o zdrowiu publicznym z roku 1891 - co w znakomity sposób przygotowuje grunt 
dla pijaństwa. 
Ponadto  istnieje  niepewność  szczęścia,  wątpliwość  egzystencji,  uzasadniony  lęk 
przed przyszłością - bardzo poważne pobudki pijaństwa. Niedola szuka ukojenia, 
a  właśnie  szynk  przynosi  zapomnienie  i  łagodzi  ból.  Atmosfera  szynku  jest 
niezdrowa.  Oczywista,  ale  wszystko  w  życiu  tych  ludzi  jest  niezdrowe,  a  szynk 
przynajmniej  przynosi  zapomnienie,  jakiego  nic  w  życiu  przynieść  nie  zdoła. 
Wprawia  ich  w  stan  podniecenia,  powoduje,  że  czują  się  lepsi  i  szlachetniejsi, 
choć  jednocześnie  spycha  ich  na  dno  i  upodabnia  do  zwierząt.  Jest  dla  tych 
nieszczęsnych  kobiet  i  mężczyzn  ucieczką  z  jednego  nieszczęścia  w  drugie  - 
ucieczką, która kończy się dopiero w chwili śmierci. 
Daremne  byłoby  prawienie  tym  ludziom  kazań  na  temat  wstrzemięźliwości  i 
trzeźwości. 
Nałóg pijaństwa staje się może przyczyną wielu nieszczęść; lecz z drugiej strony, 
pojawia  się  jako  wynik  innych  i  wcześniejszych  nieszczęść.  Głosiciele 
wstrzemięźliwości  mogą  aż  do  znudzenia  prawić  kazania  na  temat  zgubnych 
skutków  pijaństwa,  ale  dopóki  nie  zostanie  usunięte  zło,  które  pcha  ludzi  w 
objęcia nałogu, dopóty istnieć będzie pijaństwo i jego zgubne skutki. 
Dopóki  ludzie,  którzy  pragną  nieść  pomoc,  nie  zrozumieją  tego,  dopóty  próżne 
będą  ich  chwalebne  wysiłki,  a  oni  sami  wystawiać  się  będą  na  pośmiewisko. 
Obejrzałem  wystawę  sztuki  japońskiej,  zorganizowaną  dla  biednych  dzielnicy 
Whitechapel w intencji podniesienia ich na duchu i rozbudzenia w nich tęsknoty 
za Pięknem, Prawdą i Dobrem. 
Jeśli się założy (zresztą fałszywie), że można w ten sposób rozbudzić w ludziach 
biednych  świadomość  i  tęsknotę  za  Pięknem,  Prawdą  i  Dobrem,  to  jednak 
plugawa  rzeczywistość  ich  istnienia  oraz  prawo  społeczne,  które  skazuje  co 
trzeciego biedaka na śmierć na koszt dobroczynności publicznej,  dowodzą, że ta 
świadomość  i  tęsknota  będą  dodatkowym  przekleństwem  ich  życia.  Im  głębiej 
przeniknie  ich  tęsknota,  tym  więcej  będą  musieli  zapomnieć.  Gdyby  los  związał 
mnie dzisiaj na resztę moich dni z życiem East Endu i gdyby pozwolił mi wyrazić 
jedno tylko życzenie, prosiłbym, aby dane mi było zapomnieć o Pięknie, Prawdzie 
i  Dobru;  aby  dane  md  było  zapomnieć  o  wszystkim,  czego  nauczyłem  się  w 
księgach  świata,  zapomnieć  o  ludziach,  których  znałem,  o  rzeczach,  które 
słyszałem,  o  krajach,  które  widziałem.  A  gdyby  los  odmówił  mi  tego  przywileju, 
pewien jestem, że możliwie najczęściej szukałbym zapomnienia w pijaństwie. 
Ludzie, którzy pragną nieść pomoc! Ich związki, fundacje, misje, dobroczynności i 
tym  podobne  mijają  się  z  celem.  Z  natury  rzeczy  skazane  są  na  niepowodzenia. 
Są  mylnie,  choć  szczerze  pojęte.  Ci  poczciwi  ludzie  podchodzą  do  życia  od 

background image

niewłaściwej  strony.  Nie  rozumieją  East  Endu,  a  mimo  to  przybywają  tam  jako 
nauczyciele  i  mędrcy.  Nie  rozumieją  prostej  socjologii  Chrystusa,  a  idą  do 
nieszczęśliwych  i  wzgardzonych  w  całej  okazałości  reformatorów  społecznych. 
Pracują w dobrej wierze, jednak poza złagodzeniem maleńkiej jak krople w morzu 
cząsteczki  nędzy  i  zebraniem  niewielkiej  ilości  danych,  które  można  by  zresztą 
zebrać  w  sposób  bardziej  naukowy,  a  mniej  kosztowny,  nic  absolutnie  nie 
osiągają. 
Jak to ktoś słusznie powiedział, robią dla biednych wszystko, tylko nie chcą zleźć 
im  z  karku.  Pieniądze  topione  w  realizacji  tych  dziecinnych  zamierzeń  zagrabili 
biednym.  Ci  poczciwcy  pochodzą  z  plemienia  sytych,  drapieżnych  dwunogów, 
które stoją pomiędzy robotnikiem a jego płacą i usiłują radzić temu robotnikowi, 
jak  ma  gospodarować  rzuconą  mu  z  łaski  żałosną  resztką.  Jaki  ma  sens,  na 
Boga, zakładanie żłobków dla dzieci kobiet pracujących, skoro do żłóbka dostaje 
się  dziecko,  którego  matka  wyrabia  w  Islington  sztuczne  fiołki  po  dwanaście 
tuzinów  za  3/4  pensa,  skoro  co  dzień  rodzi  się  więcej  dzieci  i  więcej  kobiet 
zajmujących  się  wyrobem  sztucznych  fiołków!  Taka  kwiaciarka  wykonuje  przy 
każdym  kwiatku  cztery  ściśle  określone  ruchy  rąk,  czyli  576  ruchów  za  3/4 
pensa, w ciągu dnia 6 912 ruchów za 9 pensów. Okradają ją. Ktoś siedzi jej na 
karku  i  tęsknota  za  Pięknem,  Prawdą  i  Dobrem  nie  zmniejszy  tego  brzemienia. 
Nie  zrobili  dla  niej  nic  ci  społeczni  partacze;  a  to,  czego  nie  zrobili  dla  matki, 
zniweczy wieczorem, gdy dziecko wraca do domu, wszystko to, czego w ciągu dnia 
dokonali dla dziecka. 
Wszyscy oni uczą jednego podstawowego kłamstwa. Nie wiedzą, że kłamią, ale ta 
ich  niewiedza  nie  nada  kłamstwu  cech  prawdy.  Kłamstwo,  które  głoszą,  to 
„Oszczędność”. 
Dowiodę tego na przykładzie. 
Przeludniony Londyn jest terenem zaciętej walki o pracę, w wyniku zaś tej walki 
płace  spadają  do  poziomu  głodowego.  Żyć  oszczędnie  znaczyłoby  dla  robotnika 
wydawać na życie mniej, niż zarabia, czyli; innymi słowy, żyć jeszcze skromniej, 
niż żyje. Byłoby to równoznaczne z obniżeniem stopy życiowej. W konkurencyjnej 
walce  o  pracę  człowiek  żyjący  na  niższym  poziomie  musi  zwyciężyć  człowieka 
żyjącego  na  wyższym  poziomie.  A  mała  nawet  grupa  takich  oszczędnych 
robotników w każdej gałęzi przemysłu, gdzie istnieje nadmiar rąk do pracy, będzie 
nieustannie obniżała poziom płac w tym przemyśle. 
I  ci  oszczędni  przestaną  być  oszczędni,  bo  ich  dochód  podlegać  będzie 
nieustannej obniżce, dopóki nie zrówna się z wydatkami. 
Jednym  słowem,  oszczędność  przeczy  oszczędności.  Gdyby  wszyscy  robotnicy  w 
Anglii  posłuchali  głosicieli  oszczędności  i  zmniejszyli  wydatki  do  połowy,  to  w 
warunkach, w których więcej jest ludzi do pracy niż pracy dla ludzi, płace bardzo 
szybko zmniejszyłyby się do połowy. Wtedy zaś żaden robotnik w Anglii nie byłby 
oszczędny,  bo  wszyscy  żyliby  ze  zmniejszonych  dochodów.  Krótkowzrocznych 
głosicieli  oszczędności  zdumiałby  naturalnie  taki  wynik  ich  akcji.  Miara  ich 
niepowodzenia byłaby dokładnie miarą sukcesu ich propagandy. W każdym razie 
prawienie  kazań  na  temat  oszczędności  1  800  000  robotników  londyńskich, 
którzy podzieleni na rodziny utrzymują się z dochodu mniejszego niż dwadzieścia 
jeden szylingów na tydzień i od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu procent tego 
dochodu wydają na komorne, jest czystym nonsensem. 
Wracając  jeszcze  do  daremności  wysiłków  ludzi,  którzy  pragną  nieść  pomoc, 
chciałbym  wspomnieć  o  jednym  znamiennym,  szlachetnym  wyjątku,  mianowicie 

background image

o  domach  doktora  Barnardo.  Doktor  Barnardo  jest  łowcą  dzieci.  Przede 
wszystkim  „łowi”  je,  dopóki  są  jeszcze  młode,  dopóki  się  nie  ukształtują  i  nie 
stwardnieją  w  wadliwej  formie  społecznej;  potem  wysyła  je  za  morza,  aby  tam 
wzrosły  i  rozwinęły  się  według  innych,  lepszych  wzorów  socjalnych.  Do  chwili 
obecnej doktor Barnardo wysłał poza granice kraju 13 340 chłopców, przeważnie 
do  Kanady,  i  nawet  jeden  na  pięćdziesięciu  nie  zawiódł  jego  nadziei.  Wynik 
zdumiewający, jeśli weźmie się pod uwagę, że ci chłopcy to bezdomne, nie znające 
rodziców  włóczęgi  i  podrzutki  wyrwane  z  samego  dna  Otchłani  i  że  czterdziestu 
dziewięciu na pięćdziesięciu wyrasta na ludzi. 
Co  dwadzieścia  cztery  godziny  doktor  Barnardo  zabiera  ulicy  dziewięciu  małych 
włóczęgów;  obrazuje  to  ogrom  jego  pola  pracy.  Ludzie,  którzy  pragną  nieść 
pomoc,  mogliby  się  wiele  od  niego  nauczyć.  Nie  bawi  się  w  żadne  półśrodki. 
Dociera do samego źródła społecznej nędzy i występku. Przenosi potomków ludzi 
rynsztoka z ich zapowietrzonego otoczenia w zdrową atmosferę, gdzie można ich 
ociosać, ukształtować tak, aby wyrośli na ludzi. 
Gdy  ci,  którzy  pragną  nieść  pomoc,  przestaną  się  wreszcie  bawić  w  żłobki 
dziecięce  i  wystawy  sztuki  japońskiej,  wrócą  do  siebie,  poznają  najpierw  własny 
East  End  i  nauczą  się  socjologii  Chrystusa,  będą  się  może  wówczas  lepiej 
nadawali do poważnego podjęcia pracy, którą powinni na świecie wykonać. A jeśli 
wezmą się do tego poważnie, pójdą z pewnością za przykładem doktora Barnardo, 
tylko  w  skali  tak  wielkiej,  jak  wielki  jest  naród.  Nie  będą  pchać  siłą  do  gardła 
kobiety, która robi dwanaście tuzinów fiołków za ¾ pensa, tęsknoty za Pięknem, 
Prawdą i Dobrem, lecz zmuszą tego kogoś, kto siedzi jej na karku, by zsiadł i nie 
pchał  się  tam  więcej.  I  żeby,  jak  Rzymianin,  poszedł  do  łaźni  i  wypocił  z  siebie 
ducha  wyzysku.  Przekonają  się  wtedy  ku  własnemu  zdumieniu,  że  sami  będą 
musieli  zleźć  z  karku  tej  kobiety  i  z  karku  kilku  innych  kobiet  i  dzieci  –  choć 
przecież nie mieli pojęcia, że na nich siedzą. 
 
 
ROZDZIAŁ XXVII 
ADMINISTRACJA 
 
Siedmiu  ludzi,  pracując  szesnaście  godzin  na  ulepszonych  maszynach,  mogłoby 

nakarmić tysiąc osób. 
Edward Atkinson 
 
W  końcowym  rozdziale  dobrze  byłoby  spojrzeć  na  Otchłań  społeczną  nieco 
ogólniej i zadać cywilizacji kilka pytań; a zależnie od odpowiedzi, cywilizacja albo 
wyjdzie z próby zwycięsko, albo padnie. Więc najpierw: czy cywilizacja poprawiła 
dolę człowieka? Słowa „człowiek” używam w jego demokratycznym sensie, mając 
na  myśli  człowieka  przeciętnego.  A  więc  nadajmy  zdaniu  inną  formę:  czy 
cywilizacja poprawiła dolę przeciętnego człowieka? 
Zastanówmy  się.  Na  Alasce,  wzdłuż  brzegów  Yukonu,  w  pobliżu  ujścia,  osiadło 
plemię  Innuitów.  Jest  to  plemię  bardzo  prymitywne  i  tylko  z  trudem  można  by 
doszukać  się  w  nim  przebłysków  tego  potężnego  a  sztucznego  tworu  zwanego 
cywilizacją. Majątek narodowy Innuitów sięga, być może, dwóch funtów na głowę. 
Żywność zdobywają w drodze polowania i rybołówstwa. Posługują się włóczniami 
i strzałami o ostrzach z kości. 

background image

Innuici  nie  znają  bezdomności.  Ich  odzienie,  zrobione  przeważnie  ze  skór 
zwierzęcych, jest ciepłe. Nie brak im nigdy drzewa na opał ani do budowy chat, 
które wznoszą częściowo pod ziemią i w których siedzą sobie zacisznie w okresach 
najdokuczliwszego  mrozu.  W  lecie  mieszkają  w  przewiewnych  namiotach.  Są 
silni, zdrowi i szczęśliwi. 
Jedyny ich problem to zdobywanie żywności. Przeżywają swoje dobre i złe czasy. 
W  dobrych  czasach  ucztują;  w  złych  umierają  z  głodu.  Ale  głód  jako  stan 
chroniczny  ogromnej  części  ludności  jest  im  nie  znany.  A  ponadto  nie  mają 
długów. 
W Zjednoczonym Królestwie nad Oceanem Atlantyckim mieszka naród angielski. 
Naród ten jest w najwyższym stopniu cywilizowany. Jego majątek narodowy sięga 
trzystu  funtów  na  głowę.  Zdobywa  on  jedzenie  nie  w  drodze  polowania  i 
rybołówstwa,  lecz  wymyślną  i  skomplikowaną  pracą.  Olbrzymia  jego  większość 
mieszka  w  okropnych  warunkach,  nie  ma  drzewa  na  opał  i  jest  nie  dość  ciepło 
ubrana.  Znaczna  część  ludności  nie  ma  w  ogóle  mieszkań  i  tuła  się  bez  dachu 
nad  głową,  pod  gwiazdami.  Wielu  jest  takich,  którzy  zimą  i  latem  drżą  w  swych 
łachmanach  na  ulicach.  Przeżywają  dobre  i  złe  czasy.  W  dobrych  czasach 
większość  potrafi  jakoś  zdobyć  dostateczną  ilość  pożywienia,  w  złych  czasach 
umierają z głodu. Umierają w tej chwili, umierali wczoraj i w zeszłym roku, będą 
umierali  jutro  i  w  przyszłym  roku  -  z  głodu;  w  przeciwieństwie  bowiem  do 
Innuitów  żyją  w  warunkach  chronicznego  głodu.  Naród  angielski  liczy  40  000 
000,  a  z  każdego  tysiąca  939  osób  umiera  w  nędzy,  podczas  gdy  8  000  000 
boryka  się  nad  stromą  krawędzią  głodu.  A  dalej,  każde  dziecko,  które  się  rodzi, 
obciążone jest długiem wysokości 22 funtów. Przyczyną tego jest cudaczny twór, 
zwany długiem narodowym. 
Jeżeli porównamy przeciętnego Innuitę z przeciętnym Anglikiem, przekonamy się, 
że  życie  obchodzi  się  łagodniej  z  Innuitą;  że  Innuita  przymiera  głodem  tylko  w 
czasach złych, natomiast Anglik przymiera głodem również w czasach dobrych; że 
żadnemu Innuicie nie brak opału, odzienia i dachu nad głową, natomiast Anglik 
cierpi nieustannie od tych braków. Warto powołać się tu na zdanie człowieka tej 
miary,  co  Huxley.  Na  podstawie  doświadczeń  zdobytych  w  East  Endzie,  gdzie 
pracował jako urzędnik służby zdrowia, oraz badań naukowo-odkrywczych wśród 
dzikich  ludów,  Huxley  stwierdza:  „Gdybym  stanął  wobec  takiej  alternatywy, 
wolałbym z pewnością życie dzikich niż życie tych ludzi w sercu chrześcijańskiego 
Londynu”. 
Podstawowe  dobra,  z  których  człowiek  korzysta,  są  wytworem  pracy  ludzkiej.  A 
skoro cywilizacja nie zdołała zapewnić przeciętnemu Anglikowi tej ilości jedzenia i 
pomieszczeń  mieszkalnych,  z  jakiej  korzystają  Innuici,  powstaje  następujące 
pytanie: czy cywilizacja zwiększyła zdolność produkcyjną przeciętnego człowieka? 
Jeżeli  cywilizacja  nie  zwiększyła  zdolności  produkcyjnej  przeciętnego  człowieka, 
nie zdała egzaminu. 
Ale  przyznaję  natychmiast  -  cywilizacja  zwiększyła  zdolność  produkcyjną 
człowieka. 
Pięciu ludzi może wyprodukować dostateczną ilość chleba dla tysiąca, jeden zaś 
człowiek może wyprodukować dostateczną ilość tkaniny bawełnianej dla dwustu 
pięćdziesięciu  ludzi,  wełnianej  dla  trzystu,  butów  dla  tysiąca.  A  jednak  na 
kartach  tej  książki  zostało  udowodnione,  że  miliony  Anglików  nie  otrzymują 
dostatecznej  ilości  jedzenia,  ubrania  i  butów.  Nasuwa  się  więc  trzecie  i 

background image

najważniejsze  pytanie:  jeśli  cywilizacja  zwiększyła  zdolność  produkcyjną 
przeciętnego człowieka, dlaczego nie polepszyła jego bytu? 
Odpowiedź jest tylko jedna - zła administracja. Cywilizacja może dać człowiekowi 
wszystko,  czego  dusza  zapragnie;  udostępniła  mu  najprzeróżniejsze  rodzaje 
wygód materialnych. Lecz przeciętny Anglik z nich nie korzysta. Jeżeli przeciętny 
Anglik nigdy nie będzie z nich korzystał, cywilizacja upadnie. Jakaż byłaby racja 
dalszego  istnienia  tego  cudacznego,  chybionego  tworu?  Ale  trudno  wprost 
uwierzyć, aby tak olbrzymie wysiłki ludzkie miały pójść na marne. To zadaje kłam 
rozumowi.  Przyznać  się  do  tak  druzgocącej  klęski  znaczy  zadać  śmiertelny  cios 
ludzkim dążeniom i postępowi. 
Inna i jedyna możliwość - to zmusić cywilizację do poprawienia bytu przeciętnego 
człowieka.  Jeśli  się  na  to  zgodzimy,  wyłoni  się  natychmiast  kwestia  gospodarki 
narodowej.  Należy  utrzymać  to,  co  przynosi  dochód;  a  skasować  to,  co  dochodu 
nie przynosi. Imperium albo przynosi Anglii zyski, albo straty. Jeśli przysparza jej 
strat,  należy  z  nim  skończyć.  Jeśli  przynosi  zyski,  należy  gospodarować  w  ten 
sposób, aby przeciętnemu człowiekowi przypadł w tych zyskach udział. 
Jeżeli  walka  o  supremację  handlową  przynosi  zyski,  należy  prowadzić  ją  dalej. 
Jeśli  nie,  jeśli  krzywdzi  robotnika,  jeśli  sprawia,  że  los  jego  gorszy  jest  od  losu 
dzikiego barbarzyńcy, niech zagraniczne rynki zbytu i imperium przemysłowe idą 
do wszystkich diabłów. Bo jest to fakt oczywisty, że gdy 40 000 000 ludzi żyje na 
wysokim  stopniu  cywilizacji  i  ma  większą  indywidualną  siłę  produkcyjną  niż 
Innuici, to te 40 000 000 powinno korzystać z większych wygód materialnych niż 
dzikie plemię Alaski. 
Jeżeli 400 000 angielskich panów, którzy, zgodnie z ich własnym określeniem na 
formularzach  spisu  ludności  z  roku  1881,  są  „bez  zajęcia”,  nie  przynosi  Anglii 
zysków, skończcie z nimi. Zasadźcie ich do karczowania myśliwskich rezerwatów 
i  sadzenia  kartofli.  Jeśli  przynoszą  zyski,  utrzymajcie  ich  koniecznie,  tylko 
baczcie, aby przeciętny Anglik miał jakiś udział w korzyściach, które przynosi ich 
życie „bez zajęcia”. 
Słowem,  należy  zreorganizować  społeczeństwo  i  postawić  na  jego  czele  sprawną 
administrację. Co do tego, że obecna administracja jest nieudolna, nie ma chyba 
żadnych  wątpliwości.  Pozbawiła  Zjednoczone  Królestwo  jego  krwi  i  żywotności. 
Tak długo osłabiała ludzi, którzy zostali w kraju, że wreszcie nie są zdolni walczyć 
w  pierwszych  szeregach  rywalizujących  narodów.  Wybudowała  West  End  i  East 
End,  dzielnice  tak  wielkie  jak  samo  Królestwo,  którego  jeden  kraniec  zieje 
rozpustą i zgnilizną, a drugi - chorobą i niedożywieniem. 
Olbrzymie imperium marnieje w rękach tej nieudolnej administracji. Pod słowem 
„imperium”  rozumiemy  machinę  polityczną,  która  łączy  wszystkie  ludy  świata 
posługujące  się  językiem  angielskim  poza  granicami  Stanów  Zjednoczonych.  Nie 
rzucam  tego  oskarżenia  w  przypływie  pesymizmu.  Imperium  krwi  jest  większe  i 
trwalsze od imperium politycznego i Anglicy z Nowego Świata i antypod są wciąż 
jednakowo silni i żywotni. Ale chyli się ku upadkowi imperium polityczne, które 
ich nominalnie jednoczy. Rozkręcają się tryby machiny politycznej, znanej światu 
pod  nazwą  Imperium  Brytyjskiego.  W  rękach  jej  administracji  słabnie  z  każdym 
dniem siła jej rozpędu. 
Ta  administracja,  która  rządzi  w  sposób  głupi  i  zbrodniczo  nieudolny,  musi 
zniknąć z powierzchni ziemi. Jest nie tylko marnotrawna i nieudolna, lecz robi zły 
użytek  z  powierzonych  jej  funduszów.  Każdy  wynędzniały  biedak,  każdy  ślepiec, 
każde  niemowlę  w  więzieniu,  każdy  mężczyzna,  kobieta  i  dziecko,  którego 

background image

wnętrzności szarpie głód, głodny jest dlatego, że administracja zrobiła zły użytek z 
powierzonych jej publicznych funduszów. 
A  gdy  przyjdzie  dzień  Sądu  Człowieka,  żaden  członek  klasy  rządzącej  nie  będzie 
mógł  powoływać  się  na  swą  niewinność.  „Żywi  w  swych  domach  i  w  grobach 
umarli”  poniosą  odpowiedzialność  za  każde  dziecko,  które  umarło  z  głodu,  za 
każdą  dziewczynę,  która  porzuci  norę  chałupniczą  i  ucieknie  na  nocną 
przechadzkę  po  Piccadilly,  za  każdego  spracowanego  robotnika,  który  skoczy  do 
kanału.  Jedzenie,  które  spożywa  klasa  rządząca,  wino,  które  pije,  przepych, 
którym się otacza, wspaniałe stroje, w które się odziewa, są wyzwaniem dla ośmiu 
milionów żołądków, które nigdy nie miały dość strawy, i dla dwukrotnie większej 
liczby ciał, które nigdy nie miały odpowiedniego odzienia i odpowiedniego dachu 
nad głową. 
Nie  może  tu  być  mowy  o  jakiejś  pomyłce.  Cywilizacja  zwiększyła  stokrotnie 
zdolność produkcyjną człowieka, a nieudolne zawiadywanie dobrami sprawiło, że 
człowiek  cywilizowany  żyje  gorzej  od  dzikich  zwierząt  i  ma  mniej  jedzenia  i 
ubrania  dla  ochrony  przed  żywiołami  aniżeli  dziki  Innuita  z  klimatu 
podbiegunowego,  który  żyje  dzisiaj  tak,  jak  żył  w  epoce  kamiennej  przed 
dziesięciu tysiącami lat. 
 
 
WYZWANIE 
 
Może z pradawnych kronik, 

Może z hiszpańskiej legendy 
Pamięć moja przymglona 

Taką opowieść wyprzędła: 

Gdy pod Zamorą król Sanchez 
Życie dał w boju zaciętym, 

Miasto obiegły pierścieniem 
Wojsk jego dzielne zastępy. 

Don Diego de Ordenez 

Koniem pod mury zatoczył 
I wrogim strażom na wałach 

Wyzwanie rzucił w oczy. 
„O podli! - gromko zawoła - 
Wy zdrajcy i dzieci wasze!” 

I w słowach grzmiących pogardą 
Hańbę Zamorze ogłasza. 

Przeklina domostwa wrogów, 

Klnie ich umarłych cmentarze, 
Klątwą zatruwa im rzeki 

I jadło przeklina wraże. 

Lecz sroższym kręgiem żelaznym 
Nas większa armia otacza: 

W drzwi każde i każde okno 
Nędza zagląda żebracza. 

Chleb nasz codzienny i wino 

Przekleństwem więzną nam w gardłach; 
Głodni zdrajcami nas mienią 

background image

Żywych czy dawno umarłych. 
Gdy uginają się stoły 

I gęsto krążą kielichy, 
Przez śmiech, muzykę i pieśni 

Straszliwy okrzyk przenika. 

U progu sal rozświetlonych 
Widm bladych łańcuch wyrasta, 

Kościste palce z podłogi 

Zbierają okruchy ciasta. 
Tu słodkie buchają wonie, 

Tysiączne światła się jarzą - 
Tam, w mroku, w zimnej mgły kłębach 

Snują się głodni nędzarze. 

I tam w obozie nieszczęścia, 
Gdzie wicher i deszcz się sroży, 

Leży wśród pobojowiska 
Zmarły za ludzi Syn Boży.
 

Longellow