background image

BETHANY CAMPBELL

Diamentowa pułapka

(The diamond trap)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Niepotrzebnie  zgodziłam  się  tu  przyjść,  myślała  Dinah,  spoglądając  ze  wzgórza  na 

miasteczko,  w którym spędziła  minione  dziesięć miesięcy i  które  miała  wkrótce opuścić  na 

zawsze.  Nie  powinna...  A  jednak  stała  tutaj,  na  schodach  niewielkiego  kościoła,  w 

towarzystwie  starszego  mężczyzny,  zasłuchana  w  szum  drzew  kołysanych  wiosennym 

wiatrem.  „Do  widzenia,  do  widzenia,  do  widzenia” – zaszeptały  jaworowe  liście  i  nagle 

ogarnęła  ją  złość  i  uczucie  beznadziejności.  Wzruszyła  szczupłymi  ramionami  i  mocno 

wepchnęła ręce do kieszeni szerokiej spódnicy. Jej towarzysz odgadywał zapewne jej uczucia 

i  liczył się  z  nimi,  a  mimo  to  wolała  nie  patrzeć  mu  w  oczy.  Stała  bez  ruchu  ze  wzrokiem 

utkwionym w dolinę. 

Widać  stąd  było  jak  na  dłoni  odrapane  zabudowania  Kakexii  i  przytłaczającą  wszystko 

kopalnię – okryte węglowym pyłem zbocze z przepastną gardzielą, gotową połknąć wszystko, 

czym mogła się radować ta biedna ziemia. 

Było niedzielne popołudnie. Dopiero co skończył się rok szkolny i niewielka społeczność 

górniczej  osady  zebrała  się  pod  budynkiem  szkoły.  Dinah  powinna  być  właśnie  tam,  gdyż 

skromny festyn, który odbywał się na obskurnym dziedzińcu, zorganizowano w dużej mierze 

na pożegnanie jej i Willarda Wakefielda. 

Ona sama wracała po roku nauczycielskiej pracy do Connecticut, a Wakefield odchodził 

na emeryturę. Poświęcił  szkole  w Kakexii  długie lata życia,  ale teraz,  zamiast  bawić się na 

festynie, poprosił ją o spacer na kościelne wzgórze. Zdaje się, że wiem, o co zamierza mnie 

spytać, myślała z lękiem. Naprawdę nie powinnam była tu z nim przychodzić. Trzeba się było 

jakoś wykręcić. 

Zebrani na dziedzińcu zachowywali się hałaśliwie. Mężczyźni, kobiety i dzieci klaskali w 

dłonie i wybijali rytm butami. Na szkolnych schodach, które zamieniły się w prowizoryczną 

scenę, muzykowało trzech nastolatków. Dinah podziwiała tutejszych ludzi. Wbrew wszystkim 

przeciwnościom  losu  umieli  się  cieszyć  życiem,  a  w  ich  domach  często  rozbrzmiewała 

muzyka. 

Przemagając nagły ucisk w gardle, obserwowała kapelę, a zwłaszcza szczupłego chłopca 

w centrum. Był to Roscoe Hockenberry, gitarzysta i wokalista w jednej osobie. Miał dziś na 

sobie swoje najlepsze dżinsy – wyblakłe wszakże i połatane – znoszone kowbojskie buty i za 

duży,  dobrze  już  podniszczony  kowbojski  kapelusz,  który  spadał  mu  na  odstające  uszy. 

Sterczały śmiesznie na boki niczym uchwyty odwróconego do góry dnem garnka. 

background image

Dinah  westchnęła  bezwiednie.  Roscoe...  Bardzo  lubiła  tego  chłopca,  który  był 

jednocześnie żywym dowodem jej pedagogicznej niemocy. Nie potrafiła zmusić go do nauki

– miał  dwóje  ze  wszystkich  przedmiotów  prócz  muzyki.  Nie  radził  sobie  z  matematyką, 

dukał, a nie czytał, nie cierpiał lektur, był nie do ujarzmienia. O jego perspektywach wolała 

nie myśleć. Czekała go praca w kopalni, w której zginął już jego ojciec i starszy brat. Chyba 

żeby... Znowu ścisnęło ją w gardle. Bzdura, pomyślała. Nie, to niemożliwe. Roscoe jest bez 

szans. 

Nagle  poczuła  na  sobie  wzrok  Willarda.  Przez  cały  czas  stał  obok,  nie  przerywając  jej 

upartego milczenia.  Był  dyrektorem tutejszej  szkoły,  a  zarazem  nauczycielem  matematyki i 

absolutnym idealistą. Gdyby go nie poznała, nie uwierzyłaby, że tacy ludzie w ogóle jeszcze 

istnieją. 

– Cieszysz się, że wyjeżdżasz, czy może ci żal? – zapytał, pochylając lekko głowę. 

–  I  jedno,  i  drugie – przyznała,  po  raz  pierwszy  unosząc  ku  niemu  twarz.  – Mamy 

zapewne podobne odczucia, tyle że ty przeżywasz to jeszcze mocniej. 

Oddała  Kakexii  jeden  krótki  rok,  Willard  zaś  poświęcił jej  sprawom  niemal  całe życie. 

Była  jego  domem  w  najgłębszym  tego  słowa  rozumieniu.  Dziesięć  miesięcy  temu  Dinah 

przybyła  tutaj  jako  wolontariuszka  w  bardzo  podniosłym  nastroju.  Miała  wypełnić  swoje 

szlachetne zadanie i zniknąć. Teraz jednak widziała jasno, jak wiele pozostało do zrobienia, i 

czuła  się  wyjątkowo  paskudnie.  Wyjeżdżała  nie  dlatego,  że  zrobiła,  co  do  niej  należało,  a 

dlatego, że po prostu skończył się przepisowy rok. 

– No, no, głowa do góry. – Wakefield uśmiechnął się serdecznie. – Zostawiasz za sobą 

kawał  dobrej  roboty.  Kiedy  tu  przyjechałaś,  takie  eleganckie  chucherko  ze  śmiesznie 

uczesanymi  myślami  w  śmiesznie  uczesanej  główce,  nigdy  bym  nie  przypuścił,  że  na  tyle 

będzie cię stać. A jednak wszystko to zrobiłaś. I to w jakim stylu!

Dinah podziękowała uśmiechem, lecz nie potrafiła zdobyć się na odpowiedź. Nie uważała 

wcale, że zrobiła coś nadzwyczajnego. Miała wrażenie, że dopiero teraz, po tych wszystkich 

miesiącach, zaczyna dostrzegać podstawowe problemy Kakexii i jej mieszkańców. Do wielu, 

do  nazbyt  wielu  uczniów  nie  potrafiła  w  ogóle  dotrzeć.  A  Roscoe,  ten  tam  w  dolinie, 

wyśpiewujący  wszystko,  co  mu  w  duszy  grało,  był  jej  absolutną  klęską.  Wkrótce  ich  drogi 

miały  się  rozejść  na  zawsze – jego  pochłonie  kopalnia,  a  ona  wróci  do  Connecticut  i  do 

dobrobytu.  Znajomi  z  jachtklubu  będą  ją  wynosić  pod  niebiosa,  chwalić  za  odwagę  i 

dzielność,  rozwodzić  się  nad  tym,  ile  to  dobrego  zrobiła  dla  „tych  biedaków”.  I  tylko  ona 

jedna będzie wiedziała, że nic albo prawie nic... 

Błyskawicznie  odwróciła  twarz  do  Willarda  i  na  moment  sczepili  się  wzrokiem. 

background image

Rozpaczliwej  niepewności  pociemniałych  niebieskich  oczu  odpowiedziało  spokojne 

spojrzenie zza okularów. 

Wiatr  nasilał  się  i  w  pewnej  chwili  przeniesiona  mocniejszym  podmuchem  melodia  ze 

szkolnego  podwórka  zabrzmiała  tuż  przy  jej  uszach.  Czysty,  nie  szkolony  głos 

Hockenberry’ego zawisł w powietrzu, uderzył w kościelny mur i wzbił się w niebo. 

– Pewnie  pilno  ci  już  do  domu – odezwał  się  Wakefield,  jakby  ją  wypróbowując.  –

Zaczniesz wreszcie wyższe studia, wyjdziesz za mąż... – Popatrzył znacząco na połyskujący 

na  palcu  jej  lewej  ręki  ogromny  zaręczynowy  diament.  Tutaj,  w  Kakexii,  wydawał  się 

niestosowny. Nie pasował do niczego ani do nikogo. Nawet do niej samej. 

Powiedz mu, nakazała sobie stanowczo, że o niczym bardziej nie marzysz. Powiedz, że 

nie możesz się już doczekać wyjazdu, ślubu z Dennisem, studiów w Yale. Że tak, oczywiście, 

cieszysz się, że za parę dni będziesz już w domu i zaczniesz od nowa żyć tak, jak się wszyscy 

spodziewają i jak dawno to już za ciebie zaplanowano. 

– Nie – odrzekła, wbijając wzrok w ziemię. Wobec Willarda musiała być uczciwa. A co 

ważniejsze:  nie  potrafiła  dłużej  oszukiwać  siebie.  – Wcale  mi  się  nie  śpieszy.  Będę  bardzo 

tęsknić. Za ludźmi, szkołą, moimi uczniami... 

Rodzina  Dinah  cieszyła  się  wielkim  prestiżem.  MacNeilowie  byli  bardzo  zamożni  i  od 

dziesiątków lat piastowali ważne stanowiska w kraju. Protoplasta rodu był założycielem kilku 

fundacji  charytatywnych  i  kulturalnych,  ustanowił  też  utrzymującą  się  w  rodzinie  po  dziś 

dzień  tradycję  filantropii.  Zapisem  testamentowym  zobowiązywał  przyszłych  młodych 

dziedziców rodowej fortuny do ukończenia Ivy College oraz do rocznej ochotniczej pracy w 

instytucjach  publicznych.  Dopiero  wtedy  wolno  im  było  objąć  stanowisko  państwowe, 

ewentualnie rozpocząć pracę w którejś z firm należących do MacNeilów lub fundacji. Udział 

w zarządzaniu rodzinnym majątkiem, a nawet dostęp do niego, był zatem nagrodą za cnotę i 

posłuszeństwo wobec woli protoplasty rodu. Był to mądry, szczwany Szkot,  który wiedział, 

co  robi,  pragnąc, żeby  wypracowana  przez  niego  fortuna  nie  doznała  uszczerbku,  a 

dziedzicom żyło się wygodnie i bez kłopotów. 

Do  tej  pory  Dinah  zachowywała  się  bez  zarzutu,  podporządkowując  swoje  życie 

wymogom rodzinnej tradycji. Rok nauczycielskiej pracy w górniczej Kakexii był krótką, acz 

pouczającą przygodą; pozwolił jej się zetknąć z ogromem autentycznych ludzkich problemów 

i twardą rzeczywistością, a także rozwiać mrzonki co do możliwości szybkiej naprawy tego 

najlepszego  ze  światów.  Ofiarowała  zatem  rok  ze  swego  życia  i  tym  samym  wypełniła 

zobowiązania. Nikt nie mógłby jej zarzucić, że sprzeniewierzyła się woli dziadka, i nikt nawet 

by  nie  zapytał,  czy  opuszczała  tę  górniczą  osadę  z  poczuciem  dobrze  wypełnionego 

background image

obowiązku.  Obecnie  powinna  jedynie  wrócić  do  domu  i  poślubić  Dennisa,  którego  rodzina 

była  jeszcze  bogatsza  niż  jej  własna.  Mieli  być,  oczywiście,  znakomitym  małżeństwem, 

ponieważ  od  lat  mówiło  się,  że  stanowią  idealnie  dobraną  parę.  Zgodnie  z  ustaleniami 

powinna również ukończyć studia na wydziale historii i zaraz potem, niemal automatycznie, 

objąć  stanowisko  dyrektora  muzeum  w  New  Haven.  Muzeum  było,  ma  się  rozumieć, 

własnością  MacNeilów.  Dennis  tymczasem  miał  poświęcić  się  swojej  ukochanej  muzyce  i 

dbać o majątek rodziny. 

W tym tak precyzyjnie zaprogramowanym, pracowitym i dość wygodnym życiu nie było 

miejsca  na  chaos  czy  rozterki.  Mogła  czuć  się  bezpiecznie  i  pewnie.  A  jednak  wcale  jej  to 

teraz nie cieszyło. Zamiast radości odczuwała pustkę. 

– Zamyśliłaś się... – Willard ostrożnie przerwał przedłużające się milczenie. – Ten młody 

człowiek,  który  na  ciebie  czeka,  ma  na  imię  Dennis,  prawda?  Pewnie  się  już  za  nim 

stęskniłaś?

Bardzo by chciała móc powiedzieć, że tak właśnie jest. Ale nie było. Sama nie rozumiała 

dlaczego. Jak  zresztą  można  było nie  cieszyć się  na  myśl  o  powrocie  do  kogoś takiego  jak 

Dennis? Miał artystyczną duszę, był znakomicie wykształcony i świetnie wychowany. Znali 

się od dziecka. Ostatnio jednak, ilekroć pomyślała o małżeństwie z nim, coś krzyczało w niej 

ostrzegawczo: „Nie! Jeszcze nie! Nie teraz!”. 

– Nie potrafię na to szczerze odpowiedzieć – powiedziała bez ogródek. – Coś się ze mną 

porobiło. Kakexia bardzo mnie zmieniła. Potrzebuję czasu, żeby gruntownie przemyśleć parę 

spraw. 

Wakefield westchnął i popatrzył znowu w dolinę. 

– Jesteś w tej szczęśliwej sytuacji – rzekł z żalem – że nic cię tu nie trzyma. Ja wrosłem w 

to wszystko korzeniami.  Usiłowałem zmienić sytuację tych dzieci na lepszą, ale wierz mi –

smutno pokręcił głową – w niewielu wypadkach mi się to udało. Pomogłem może kilkorgu, a 

i tego nie byłbym taki pewien. 

– Chyba się nie doceniasz – sprzeciwiła się Dinah. 

– Wiem, co mówię – powtórzył z uporem. – Większości nie udało mi się ukazać żadnych 

perspektyw, dać jakiejkolwiek szansy... Zostaną tutaj i będą pracować w górnictwie. A to jest 

wredne miejsce, warunki pracy koszmarne. Nienawidzę tej kopalni!

Dinah  podzielała  uczucia  Willarda.  W  tutejszej  kopalni  straciło  życie  w  wypadkach 

nazbyt  wielu  mężczyzn,  wśród  nich  ojciec  i  brat  Roscoe,  podobnie  jak  jego  wujek  i  brat 

dziadka. Pylica i choroby dróg oddechowych odbierały górnikom zdrowie. 

– Słuchaj,  Dinah...  – Na  pooranej  zmarszczkami  twarzy  Wakefielda  pojawiło  się 

background image

zakłopotanie. – Chciałbym  cię prosić  o  przysługę. Skoro, jak  mówisz,  nieszczególnie  ci się 

spieszy do Connecticut i tego młodego człowieka, te... 

– Tak? – przerwała z napięciem. Wiem, co mi zaraz powie, pomyślała. Dokładnie. 

Wakefield odchrząknął. 

– Chcę, żebyś pojechała z Roscoe do Nashville – powiedział. – Na trzy tygodnie, a może i 

na  dłużej.  Chodzi  o  ten  ewentualny  kontrakt.  Sam  nie  da  sobie  rady.  Trzeba  się  temu 

przyjrzeć. 

Dinah znieruchomiała. Nie powiedziała jednak ani tak, ani nie. 

– Trochę cię nie rozumiem – odrzekła spokojnie. – Sam chyba nie wierzysz w ten angaż. 

To jakiś humbug. 

– Wierzę, nie wierzę... – Willard wzruszył ramionami z wyraźnym zniecierpliwieniem. –

Wiem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach. Piękny królewicz znajduje Kopciuszka, a 

przedstawiciel  wytwórni  płytowej  zjawia  się  w  biednym  miasteczku  i  nieznanemu, 

niewykształconemu chłopcu obiecuje kontrakt i złote góry. 

– No właśnie... A mimo to chcesz, żebym go zabrała do Nashville. Mam wierzyć w bajki?

– Dinah mocno biło serce. 

– To  może  być  prawda – upierał  się  Willard.  – Telefonowałem  tu  i  tam.  Wytwórnia  o 

nazwie „Diamentowa podkowa” rzeczywiście istnieje w Naslwille. Jej właściciel Mitch Carey 

też. Ten człowiek naprawdę chce, żeby nasz Roscoe przyjechał do niego na próbne nagrania. 

To jest szansa, Dinah. Nie wolno jej zlekceważyć. 

Dinah  nerwowym  ruchem  przyłożyła  obie  dłonie  do  głowy,  targając  palcami  gładko 

uczesane  włosy.  O  kontrakcie  Roscoe  mówiło  się  w  Kakexii  bezustannie,  od  chwili  gdy 

podczas wiosennych ferii zjawił się w miasteczku człowiek, który przedstawił się jako Lucky 

Bucky  Williston.  Spędzała  ferie  w  Connecticut,  ale  słyszała  o  tej  dziwnej  wizycie 

wielokrotnie. Całe miasteczko było nią ogromnie podniecone. 

Niejaki  Lucky  Bucky  był,  jak  jej  opowiadano,  mężczyzną  potężnej  postury  i  tuszy. 

Ubierał  się  nader  ekscentrycznie.  Chodził  w  niebieskim  kowbojskim  stroju  i  czarnym 

kapeluszu  z  paradnym  rondem  z  wężowej  skóry.  Największe  jednak  wrażenie  zrobił  w 

Kakexii  jego  srebrzysto-niebieski  cadillac  z  klaksonem,  który  potrafił  wygrywać  rozmaite 

melodyjki, między innymi popularną „Dixie” i „Hotelik złamanych serc”. Williston twierdził, 

że  reprezentuje  „Diamentową  podkowę”,  wytwórnię  płytową  z  siedzibą  w  Naslwille,  a  do 

przyjazdu  do  K.  akexii  skłoniło  go  to,  co  słyszał  o  niezwykłym  ponoć  talencie  wokalnym 

młodego  Hockenberry’ego.  Opowiadano,  że  przywiózł  ze  sobą  sprzęt  do  nagrywania 

wielkości małej lodówki i pewnego wieczoru rozstawił się z nim w gospodzie, dokąd wezwał 

background image

chłopca.  Spocony  ze  zdenerwowania  Roscoe  zaśpiewał  wtedy  tylko  cztery  piosenki,  lecz 

Lucky Bucky był bardzo zadowolony. Oświadczył wszem i wobec, że jest dobrze, a będzie 

jeszcze lepiej, i że wspólnie z Mitchem Careyem zrobią z Roscoe gwiazdę. Miał być sławny i 

bogaty. 

Dinah  nie  interesowała  się  nigdy  specjalnie  muzyką  country,  wiedziała  wszakże,  że 

Nashville  jest  muzyczną  stolicą  Południa  i  że  gra  się  tam  właśnie  to,  co  było  naturalnym 

żywiołem  Roscoe.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę  z  tego,  że  w  show-biznesie  wszędzie,  nie 

wyłączając Nashville, kręci się mnóstwo zwykłych naciągaczy i, szczerze mówiąc, wątpiła w 

uczciwość  Willistona,  jak  i  jego  tajemniczego  szefa,  Mitcha  Careya.  Nikt  porządny  nie 

zajeżdża  ot  tak,  nagle,  cadillakiem  do  biednej  górniczej  osady  i  nie  obiecuje  złotych  gór 

prostemu chłopcu. Zresztą nie tylko ona miała poważne wątpliwości. Nikt rozsądny nie ufał 

obietnicom na wyrost. Szczególnie ostrożna była owdowiała matka Roscoe. „Zwykłe brednie!

– powtarzała z uporem. – Roscoe nigdzie nie pojedzie. Za nic w świecie nie puszczę go do 

tego miasta rozpusty”. 

Chłopiec tymczasem był tak rozstrojony sprzecznymi radami i rozbudzonymi nadziejami, 

że kompletnie opuścił się w nauce i nie zaliczył semestru. Dinah przeklinała za to w duchu nie 

znanego  Mitcha  Careya,  który – niezależnie  od  tego,  kim  rzeczywiście  był – nie  zamierzał 

ustąpić.  Nie  przejąwszy  się  zbytnio  kategoryczną  odpowiedzią  Vesty  Hockenberry, 

bombardował  ją  telegramami,  które  wprawiały  nieszczęsną  kobiecinę  w  śmiertelne 

przerażenie.  W  Kakexii  nikt  nigdy  nie  dostawał  telegramów – chyba  że  podczas  wojny,  a 

wtedy zwiastowały nieszczęście. Z Nashville przychodziły jednak wciąż nowe propozycje –

jedna atrakcyjniejsza od drugiej. W niedużym miasteczku nic nie dało się ukryć, toteż Dinah 

wiedziała o wszystkim ze szczegółami. Carey obiecywał tysiąc dolarów i  pokrycie kosztów 

trzytygodniowego pobytu Roscoe w Nashville. W tym okresie miałyby się odbywać próbne 

nagrania.  Wytwórnia  deklarowała  chęć  wyprodukowania  albumu.  Finansowe  warunki 

kontraktu  miały  być  uzgodnione  w  późniejszych  negocjacjach.  Carey  wyrażał  zrozumienie 

dla obaw matki lękającej się o syna i zapewniał, że na czas pobytu w Nashville ulokuje go we 

własnej rezydencji. Skłonny był również polecić agentów gotowych bronić interesów Roscoe, 

a także – gdyby pani Hockenberry uznała to za stosowne – gościć ją lub wybranego przez nią 

opiekuna  chłopca.  Usilne  zachody  i  ustępstwa  szefa  podejrzanej  „Diamentowej  podkowy”

budziły w Dinah coraz większą złość i nieufność. 

Początkowo Vesta pozostawała nieubłagana. Roscoe nigdzie nie pojedzie sam, mówiła, a 

ojej  wyjeździe  w  ogóle  nie  ma  mowy.  Na  myśl  o  podróży,  życiu  w  wielkim  mieście  i 

załatwianiu  urzędowych  spraw  cierpła  ze  strachu.  Poza  tym,  upierała  się,  ktoś  musi  się 

background image

zajmować młodszą  córką. Starsza  siostra Roscoe była zamężna  i  miała dzieci, w związku z 

czym również ona nie mogła nigdzie jechać. 

Mitch Carey jednak, uczciwy czy nieuczciwy, nie ustawał w staraniach, powoli krusząc 

nieustępliwe stanowisko pani Hockenberry. Dinah natomiast myślała o nim z coraz większą 

niechęcią. Budził w niej taką złość, że aż czasem ją samą to dziwiło. Nikt go tu nie znał, a 

przez  niego  trzęsło  się  całe  miasteczko.  Vesta  tonęła  we  łzach  i  nerwach,  a  Roscoe  był 

zupełnie rozbity. 

Carey  domyślił  się  zapewne,  iż  jego  działania  wywołały  zamierzony  efekt,  gdyż 

przypuścił prawdziwy szturm. Zaczął teraz pisać i  telefonować do osób należących do elity 

Kakexii, w tym również do Willarda. 

Oferta  Careya  wydawała  się  Dinah  pod  każdym  względem  niepewna  i  niebezpieczna. 

Była  zbyt  atrakcyjna,  żeby  mogła  się  okazać  prawdziwa.  Tymczasem  opór  innych  osób 

wyraźnie  słabł.  W  końcu  doszło  do  tego,  co  stało  się  dzisiaj  i  co  musiało  się  stać:  Willard 

prosił, żeby osobiście zajęła się tą sprawą. Żeby pojechała do Nashville. Nie miała pojęcia o 

muzyce  country.  Przed  przyjazdem  do  Kakexii  nigdy  jej  nawet  nie  słuchała.  Nie  ufała 

bufonowi o nazwisku czy przezwisku Lucky Bucky, a jego mocodawca budził w niej jedynie 

niechęć i podejrzenia. 

– Dlaczego ja? – zapytała i nie dopuszczając Willarda do głosu, usiłowała rozpaczliwie 

argumentować: – Nigdy nie byłam w Nasłwille. Nie znam się na przemyśle fonograficznym. 

Nie  mam  w  tej  dziedzinie  najmniejszych  kwalifikacji...  a  przede  wszystkim...  powtórzę  raz 

jeszcze to, co już wszystkim mówiłam: nie wierzę tym ludziom. 

Wakefield wzruszył ramionami. 

– I o to chodzi – burknął. – Nikt nie potrafi zająć się tym lepiej niż ty. Jesteś inteligentna i 

bystra. Uczysz się szybko. Nie onieśmiela cię miasto, urzędy ani ludzie, którzy mają w rękach 

jakąś  tam  władzę.  Twoja  rodzina  jest  zbyt  znana,  żeby  Mitch  Carey  próbował  bez  obaw 

wywieść  cię  w  pole.  Będzie  się  musiał  z  tobą  liczyć.  A  poza  tym  sądzę – chciałbym  w  to 

wierzyć,  Dinah – że  ten  facet  może  się  okazać  uczciwy.  Dzwonił  do  mnie  kilka  razy.  Nie 

wyczułem żadnego fałszu. Obiecał, że zaopiekuje się Roscoe i osobą, którą Vesta zdecyduje 

się z nim przysłać. Pani Hockenberry już wyraziła zgodę na ten wyjazd, ale pod warunkiem, 

że pojedziesz i ty. Miałam wracać do Connecticut, myślała oszołomiona. Powinnam się zająć 

przygotowaniami do wesela, a nie niańczeniem Roscoe w Nashville... 

– Vesta ci ufa. – Willard przypuścił szturm. – Jesteś jedną z nielicznych nauczycielek, z 

którymi  Roscoe  w  ogóle  choć  trochę  się  liczył.  On  cię  bardzo  lubi,  będzie  cię  słuchał  i 

uszanuje  twoje  zdanie.  Ja  jestem  już  za  stary  na  takie  wojaże  i  za  mało  obyty  w  wielkim 

background image

świecie, a ponadto mam wrzody i mogłoby się to źle skończyć... 

Dinah wiedziała o dokuczliwej chorobie swego przełożonego. Ogarnęły ją nagle wyrzuty 

sumienia i z poczuciem winy spojrzała znowu w stronę szkoły. Kapela zrobiła sobie przerwę. 

Młodzi  muzycy  stroili  instrumenty.  Roscoe  pochylał  się  nad  swoją  gitarą  z  uwagą,  której 

nigdy nie poświęciłby żadnej książce. 

– Roscoe...  – mruknął  Willard,  podążając  za  jej  spojrzeniem.  – Ten  chłopak  ma 

autentyczny talent, Dinah. Nigdy nie trafił mi się tak uzdolniony muzycznie uczeń. Wiem, że 

nie rozumiesz jego muzyki, i podejrzewam, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie są jego 

możliwości w tej dziedzinie. – Przygarbił się i nagle jakby postarzał. – Chcę, żebyś go stąd 

wyciągnęła. Tylko ty możesz to zrobić. Daj mu tę szansę. Być może nigdy już taka szansa się 

przed nim nie otworzy. Zabierz go do Naslwille, proszę. Zrób to... jeśli nie dla niego, to dla 

mnie.  To  chłopiec,  któremu  bardzo  chciałem  pomóc,  i  nie  udało  mi  się.  Absolutnie.  Może 

tobie się to uda. Inaczej zeżre go kopalnia. 

Opanowało  ją  nagle  uczucie  słabości  i  niemożności.  Była  pewna,  że  w  Nashville  nie 

czekało Roscoe nic prócz zawodu i upokorzeń, a mimo to miała świadomość, że powinna go 

tam zawieźć. Willard miał rację. To była dla tego  chłopca jedyna szansa.  Nie chciała, żeby 

poszedł  do  pracy  w  kopalni.  Miała  obowiązek  pomóc  mu  znaleźć  wyjście  z  pułapki,  jaką 

zastawiło na niego życie. Jeśli takie wyjście w ogóle istniało... 

– Metodami szkolnymi nic nie wskóraliśmy – upierał się Wakefield. – To nie dla niego. 

Może jednak da się go uratować w inny sposób. Nie mam żadnej pewności, ale wiem jedno: 

Roscoe jest utalentowany. Bardzo utalentowany. Pojedziesz z nim, Dinah? Dasz mu tę szansę, 

choćby nawet wydawała się nikła, choćby wcale jej nie było widać?

Znowu  spojrzała  w  dolinę.  Tym  razem  nie  widziała  nikogo  i  niczego  prócz  szczupłej 

sylwetki Roscoe. 

– Tak – powiedziała po dłuższej chwili. – Zawiozę go do Naslwille. 

Mówiła spokojnie, lecz czuła się tak, jakby ziemia uciekała jej spod nóg. Matka, myślała, 

nigdy nie pojmie tej decyzji, a co gorsza – Dennis będzie udawał, że rozumie wszystko. 

Willard objął ją ramieniem i uścisnął po ojcowsku. 

– Byłem pewien, że mnie nie zawiedziesz – powiedział. – Lubię cię, mała!

Spróbowała  się  uśmiechnąć,  ale  nie  zdołała.  Po  co  ja  się  w  to  pakuję? – myślała 

bezradnie.  Roscoe  był  przemiłym  chłopcem,  ale  nie  miał  pojęcia  o  niczym  poza  swoją 

muzyką. Jego wyobrażenie o świecie ograniczało się do kilku ulic górniczej osady, a zgodziła 

się  służyć  mu  za  przewodnika  w  dżungli  show-biznesu,  którego  praw  nawet  nie  zaczęła 

rozumieć.  Podobnie  jak  cała  Kakexia,  uległa  szczególnemu  umysłowemu  zaczadzeniu –

background image

chciała  uwierzyć  w  Mitcha  Careya.  Rozum  mówił,  że  to  niemądre,  lecz  serce  wbrew 

wszystkiemu pragnęło zaufać. Wiedziała, że nie wolno jej dać się zwieść mrzonkom. Powinna 

zachować dystans i rozsądek, a przede wszystkim nie dopuścić do tego, by zapanowały nad 

nią  emocje.  Rozumiała  to  wszystko,  lecz  czuła  się  niemal  pijana  z  podniecenia.  Po  raz 

pierwszy w życiu podejmowała samodzielną decyzję, która wiązała się z moralnym wyborem. 

Po  raz  pierwszy – i  być  może  jedyny – jej  życie  wymykało  się  z  ustalonego  przez  rodzinę 

harmonogramu. Nie miała pojęcia, czy to, co ją czeka, będzie dobre czy złe. Ale wreszcie to 

coś miało być autentycznie własne. Choćby miało trwać tylko trzy tygodnie. 

– Coś  panu  powiem – wybuchnęła  z  udawaną  pewnością  siebie.  – Jeśli  ten  Carey 

spróbuje  wykorzystać  albo  oszukać  Roscoe,  osobiście  dopilnuję,  żeby  wyleciał  z  hukiem  z 

przemysłu muzycznego. Moja w tym głowa!

– Domyślam się. – Willard roześmiał się. – Mitch Carey nie wie jeszcze, że będzie miał 

do czynienia z małą tygrysicą.

– Nie jestem tygrysicą – zaprotestowała zmieszana. 

– Jesteś, jesteś... – Objął ją mocniej za ramiona. – Boisz się myszy, ale jesteś bardzo silna, 

chociaż  jeszcze  o  tym  nie  wiesz.  Chodźmy...  Zejdźmy  tam  do  nich.  Powiemy  najpierw 

Veście, a potem porozmawiamy z Roscoe. 

Dinah zarumieniła się. Willard znał jej słabość. Wiedział, że śmiertelnie bała się myszy. 

To było okropne i upokarzające. Nie miała żadnych innych fobii i obsesji, lecz tej ogromnie 

się wstydziła. Czy ktoś, kto boi się myszy, może się czuć tygrysicą? Bynajmniej... 

Była  pewna  tylko  jednego.  Dała  słowo  Willardowi,  a  zatem  będzie  patrzyła  Mitchowi 

Careyowi  na  ręce,  jakby  był  samym  diabłem.  Jeżeli  zamierzał  wydrzeć  Roscoe  niewinną 

duszę, postanowiła, że będzie walczyć z nim do upadłego. Nie zdążyła zrobić dla K. akexii 

tyle, ile by mogła i chciała, lecz przynajmniej w tej jednej sprawie pragnęła mieć absolutnie 

czyste sumienie. Musiała ocalić choćby tego jednego bezbronnego chłopca. 

Mitch  Carey  siedział  przy  zawalonym  papierami  biurku.  Był  średniego  wzrostu,  lecz  z 

powodu  spadzistych  ramion  i  szczupłej  budowy  ciała  wydawał  się  wysoki.  W  całej  jego 

postaci było coś władczego i niepokojącego zarazem. Przymknięte powieki nadawały śniadej 

twarzy,  której  zasadniczym  rysem  były  ciemne,  wygięte  wysoko, mocne  brwi,  zmysłowy  i 

jakby  nieco  znudzony  wyraz.  Wyglądał  teraz  tak,  jakby  spokojnie  obmyślał  coś,  co  było 

zarazem przyjemne i przewrotne. Zielone oczy zdarzają się nieczęsto, ale Carey właśnie takie 

miał. Przypominały zmrużone ślepia pantery. 

Ta twarz potrafiła być autentycznie groźna. Tym razem jednak w spojrzeniu spod leniwie 

background image

przymkniętych  powiek  widoczna  była  jedynie  słabo  maskowana  niechęć.  Carey  patrzył  na 

rozpartego przed nim w fotelu Bucky’ego Willistona, na jego ciężkie, skrzyżowane uda i buty 

z krokodylowej skóry, oparte na blacie biurka. 

– No to jak? – odezwał się Bucky z fałszywym uśmiechem na nalanej twarzy. – Masz już 

tego swojego chłoptasia?

– Będę miał.  Załatwione – potwierdził  Carey.  – Lepiej,  żeby  okazał  się  taki  dobry,  jak 

mówisz. Kosztowało mnie to sporo zachodu. 

Lucky Bucky żachnął się lekko, jakby poczuł się dotknięty. 

– Posłuchaj – rzekł z ważną miną. – Przekonasz się, że było warto. Szczeniak co prawda 

jest  trochę  cofnięty  i  głupi  jak  but,  co  zresztą  jest  dla  nas  wyłącznie  korzystne,  ale  jak 

zaśpiewa, to ci skarpetki spadną. 

Carey skrzywił się i nieznacznie przymknął powieki. 

– Nie noszę skarpet – powiedział wyniosłym tonem. 

1 rzeczywiście – nie nosił. O ile Lucky Bucky chodził wystrojony jak jakiś przerośnięty 

superkowboj,  jego  szef  ubierał  się  po  europejsku.  Miał  dziś  na  sobie  dopasowane  spodnie, 

ciemnoniebieską koszulkę polo i mokasyny z przedniej skóry. 

– A poza tym... – ziewnął, żeby jeszcze bardziej zagrać na nerwach Willistonowi – weź te 

nogi. 

Lucky Bucky natychmiast zastosował się do polecenia, choć dla grubasa o jego tuszy nie 

było to wcale takie proste. Sapiąc i pochrząkując, poprawił na sobie odblaskową kamizelkę. 

– Kto przyjedzie z tym dzieciakiem? – zapytał, próbując odbudować atmosferę rzeczowej 

rozmowy o interesach. – Matka?

– Jego  matka  nie  przeżyłaby  w  Nashville  jednego  dnia  – odparł  sardonicznie  Carey.  –

Umarłaby ze strachu na widok dwupoziomowego autobusu. Próbują namówić jakąś kobietę... 

podobno nauczycielkę... 

– Nauczycielkę? – powtórzył  z  niesmakiem  Bucky.  – Na  diabła  nam  nauczycielka? 

Będzie próbowała wtrącać się we wszystko. 

Carey ziewnął znowu, prostując powoli ramiona. 

– Nie przejmuj się – mruknął z rozbrajającą pewnością. 

– Nauczycielką zajmę się ja. Osobiście. W niczym mi nie przeszkadza. 

Lucky Bucky rzucił na swego szefa podejrzliwe spojrzenie. Nie wątpił ani przez moment 

w to, że Carey poradziłby sobie z każdym, nie tylko z jakąś tam nauczycielką. Ten pozornie 

beztroski,  żyjący na  luzie  człowiek  po  prostu go przerażał.  Niczym nie  przypominał  swego 

brata,  Bobby’ego.  Bobby  Carey  to  był  chodzący  entuzjazm  i  gorąca  głowa.  Przyjechał  do 

background image

Nashville  zaszaleć  i  postawił  wszystko  na  jedną  kartę:  kupił  pakiet  kontrolny  akcji 

„Diamentowej  podkowy”,  a  jego  – Bucky’ego  Willistona – uczynił  swoim  powiernikiem  i 

główną  osobą  w  firmie.  Może  nie  był  szczególnie  mądry,  ale  miał  do  niego  absolutne 

zaufanie i dawał dobrze zarobić. No a potem ten szalony, kochający rozrywkę człowiek zginął 

w katastrofie lotniczej i na scenę wkroczył Mitch. 

Mitch Carey budził w Willistonie respekt i niepokój. Zachowywał się tak, jakby nigdy nie 

przestawał myśleć. Coś  się bezustannie paliło  w tych jego zdumiewająco  zielonych oczach. 

Ale  co –  .  tego  Lucky  Bucky  nie  potrafił  się  domyślić.  Nie  był  nawet  pewien,  czy  ma  do 

czynienia z kimś uczciwym, czuł jedynie, że ten człowiek planuje coś niezwykłego, a jeśli na 

dobre  zacznie  działać,  Nasłwille  nie  będzie  już  takie  jak  dawniej.  Młody  Hockenberry, 

pochwycony w sieć jego zamiarów, miał, oczywiście, również zmienić się nie do poznania. A 

ta  skromna  nauczycielka...  Lucky  Bucky  wzruszył  ramionami.  Kobieta  w  szponach  Mitcha 

Careya nie miała żadnych szans. Najmniejszych. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Kilka następnych dni upłynęło Dinah nie wiedzieć kiedy. Musiała zadzwonić do rodziców 

i  wyjaśnić  im  sytuację.  Ojciec,  sędzia  Sądu  Najwyższego,  odniósł  się  do  jej  rewelacji  bez 

zbytnich  emocji.  Jak  zwykle  zresztą.  Sprawy  rodzinne  działy się  zawsze  jakby trochę  obok 

niego. Przyjmował je z charakterystycznym roztargnieniem, pochłonięty głównie problemami 

prawniczymi. Skoro Dinah miała ochotę rozszerzyć zakres swojej „służby”, to proszę bardzo, 

czemu nie. Nie miał nic przeciw temu. 

– Bądź ostrożna – ostrzegł jednak. – W show-biznesie jest pełno szakali. Jeśli cokolwiek 

wzbudzi  twoje  podejrzenia,  zwróć  się  do  dobrego  prawnika.  Postaram  się  dać  ci  najlepsze 

namiary. 

– Zastanawiam się, jak to przyjmie Dennis – zmartwiła się matka. – Powinniśmy się już 

zająć przygotowaniami do waszego ślubu, córeczko. Tylko mi nie mów, że chcesz przełożyć 

termin. Dennis to święty chłopiec, ale nie powinnaś nadużywać jego cierpliwości. 

Dinah bardzo się starała zachować spokój. 

– Mam zobowiązania wobec tego ucznia, mamo. To jakoś nie fair uczyć dzieci przez rok i 

wiedzieć,  że  potem  aż  do  końca  i  tak  będzie  się  żyło  z  pieniędzy  rodziny.  Nie  sądzę,  żeby 

nasz pradziad tak to sobie wyobrażał... 

– Nasz  pradziad  znał  granice  dobroczynności – powiedziała  zdenerwowana  pani 

MacNeil. – Byłoby daleko lepiej, gdybyś zaczęła jak najszybciej przygotowywać się do pracy 

w  muzeum,  zamiast  trwonić  czas  na  jakiegoś  dzieciaka,  który  w  dodatku  okazał  się 

absolutnym zerem. Powinnaś wrócić do domu i żyć wreszcie jak należy. Trzeba wydać kilka 

przyjęć,  zorganizować  jakieś  herbatki,  towarzyskie  spotkania...  Na  jak  długo  zamierzasz 

jechać?

– Na  trzy  tygodnie.  – Dinah  zamilkła,  wiedząc,  że  Roscoe  może  dostać  angaż,  który 

zatrzyma go w Nashville na czas nieokreślony. – No, może na nieco dłużej. 

– Dennis będzie tym nadzwyczaj uszczęśliwiony – powiedziała z ironią matka. – Ale jego 

mama zaczyna się już niecierpliwić. Ja również. Czekamy na ten wasz ślub od lat. A ty sobie 

tak po prostu uciekasz, bawiąc się w piastunkę jakiegoś wiejskiego głuptasa. 

– Nie denerwuj się, Kociu – wtrącił się ze swego aparatu w gabinecie sędzia MacNeil. –

Dinah  może  czuć  się  moralnie  zobowiązana  do  poświęcenia  któremuś  ze  swoich  uczniów 

większej  ilości  czasu.  Z  prawnego  punktu  widzenia...  Zgodnie  z  wolą  naszego  pradziada 

praca  w  instytucji  państwowej  winna  trwać  rok.  Byłoby  oczywiście  nierozsądne  wymagać 

background image

okrągłych  dwunastu  miesięcy  od  tych  osób,  które  zdecydowały  się  na  szkolnictwo,  ale  z 

prawnego punktu widzenia... 

– Z prawnego punktu widzenia! – prychnęła matka i od razu się poddała. Nikt nie był w 

stanie  wygrać  z  prawnikiem  zakochanym  w  swoim  prawniczym  widzeniu  świata.  – Jeśli 

Dennis się na to zgodzi – krzyknęła ze złością do słuchawki – to i jemu nie daruję! Dlaczego 

on nigdy nie myśli o sobie? Jest taki dobry, że aż trudno w to uwierzyć!

Kiedy Dinah odłożyła słuchawkę, czuła się winna. Mama mogła się złościć na nią, ale za 

nic  w  świecie  nie  pogniewałaby  się  na  Dennisa.  Uważała  go  za  chodzącą  doskonałość. 

Podczas rozmowy telefonicznej  okazał się rzeczywiście wzorem dżentelmena. Rozmawiał z 

nią grzecznie i nad wyraz rozsądnie. 

– Musisz robić to, co uważasz za słuszne, Dinah – powiedział, dodając jej otuchy. – Nie 

krępuj się żadnymi terminami. 

– Naprawdę  tak  uważasz? – Niekiedy  wydawał  się  jej  aż  nadto  wyrozumiały.  Jakby  to 

było miło, pomyślała, gdyby choć raz się oburzył, gdyby, na przykład, nakrzyczał na nią, że 

za długo każe mu czekać. Niestety, Dennis nie był mężczyzną, który wrzeszczy, wścieka się, 

gorąco pragnie... 

– Mamy przed sobą całą wieczność – zażartował wesoło. – Cóż znaczy parę tygodni czy 

nawet miesięcy?

– Nic,  oczywiście,  że  nic – przyznała  niechętnie.  Nie  wiadomo  dlaczego  nie  potrafiła 

traktować tego tak lekko i filozoficznie jak Dennis. 

– Główka  do  góry,  Didi – powiedział  pieszczotliwie  jak  do  dziecka.  – Zdążymy  z  tym 

ślubem. 

– Oczywiście. 

Stanęła  jej  przed  oczyma  twarz  Dennisa  i  nagle  poczuła  się  jeszcze  paskudniej.  Był 

sympatyczny i miły, a że nie znajdowała w nim nic porywającego... no cóż, to już naprawdę 

nie  była  jego  wina.  Oboje  byli  niewysocy  i  drobni.  Matka  utrzymywała,  że  jego  cechy 

fizyczne znamionują prawdziwego dżentelmena. Miał smukłe, drobne ręce z długimi palcami, 

pociągłą bladą twarz i jasne oczy; nosił jedwabisty wąsik typowego blondyna. Studiował w 

Yale  na  wydziale  instrumentów  strunowych  w  klasie  harfy.  Zdobywanie  wykształcenia 

muzycznego  służyło  jednak  wyłącznie  pogłębianiu  hobby,  gdyż  Dennis  nie  potrzebował 

martwić się o pieniądze. Był spadkobiercą kupieckiej fortuny i matka Dinah nie potrafiła się 

nadziwić,  jakim  cudem  ktoś  tak  majętny  mógł  być  równocześnie  tak  dobrze  wychowany, 

sympatyczny i w dodatku utalentowany. 

Odczuł zapewne jej niepewność i jakiś wewnętrzny opór, gdyż taktownie zmienił temat. 

background image

– Miałem bardzo pracowity tydzień – roześmiał się lekko. 

– Aż mnie palce bolą. Orkiestra ćwiczy co wieczór... – Zaczął z ożywieniem opowiadać o 

przygotowaniach do koncertu, dowcipkował i dopiero pod sam koniec wrócił do zasadniczej 

dla Dinah sprawy. – Jesteś pewna, że potrafisz pokierować nastolatkiem? Dasz sobie radę? –

zapytał, poważniejąc po raz pierwszy od początku rozmowy. – Pytam, bo szczeniaki w tym 

wieku  potrafią dać  w  kość.  Wysłali  mnie  kiedyś  na  obóz  skautowski.  Był  tam  taki  byczek, 

który z uporem maniaka wpuszczał mi ropuchy do śpiwora, wpychał mnie do niego i zapinał. 

Do tej pory śnią mi się po nocach oślizłe, skaczące żabie łapki. Pamiętam, że jeden jedyny raz 

w życiu miałem wtedy ochotę piszczeć. 

– Poradzę sobie – powiedziała głucho. 

– Skoro tak twierdzisz, to na pewno tak będzie – zgodził się pogodnie. – Spróbuj tylko 

zmienić jego muzyczne gusta, dobrze? To znaczy... niech sobie da spokój z muzyką country. 

Ale nie martw się, nikomu nie powiem o jego brzdąkaniu. Będę opowiadał, że opiekujesz się 

młodym wiolonczelistą albo kimś takim. 

– Przemawia  przez  ciebie  snobizm – obruszyła  się,  niemal  widząc,  jak  z  niesmakiem 

wzruszył  ramionami.  – Nie  musisz  lubić  ani  cenić  muzyki  country,  ale  wiele  osób  za  nią 

przepada... – Zorientowała się, że bezwiednie podniosła głos i zamilkła, przygryzając wargę. 

Dennis był taki wyrozumiały... Wprost wychodził ze skóry, żeby rozwiać jej obawy, dając do 

zrozumienia,  że  absolutnie  jej  ufa.  Irytowała  się  niepotrzebnie,  była  niesprawiedliwa...  –

Przepraszam – powiedziała skruszonym tonem. 

– Nie, nie... Masz rację. To ja przepraszam. Ten chłopiec nie jest nic winien, że jest tym, 

kim  jest.  A  ty  jesteś  nadzwyczajna,  że  chcesz  mu  pomóc  zrealizować  jego  marzenia.  Nie 

przejmuj  się  mną  ani  terminami.  Ważne,  żebyś  ty  była  szczęśliwa.  Jakoś  przeżyjemy  tę 

rozłąkę, nieważne: krótszą czy dłuższą. A teraz wyobraź sobie, że całuję twoje małe usteczka, 

i powiedz, że mnie uwielbiasz... 

Chciała powiedzieć, że go kocha, lecz słowa uwięzły jej w gardle. 

– Powiedz  to,  skarbie – ponaglił  ją  żartobliwie.  – Pomyśl  tylko,  jaka  czysta  jest  nasza 

miłość. Pamiętaj, że fizyczna bliskość to nie wszystko. To prawie nic. 

– Nie... nie mogę – wykrztusiła. – Ktoś idzie, tu wszystko słychać. Do zobaczenia, mój 

drogi. Zadzwonię z Nashville. 

Odłożyła słuchawkę do cna wyczerpana. Czuła się wstrętnie. Od dzieciństwa Dennis był 

jej  najlepszym  przyjacielem  i  kompanem.  Matka  powtarzała  wielokrotnie,  że  powinna  być 

szczęśliwa,  iż  jest jej  taki  wierny.  Dlaczego  zatem  nie  potrafiła  wyzwolić  się  od  myśli,  że 

wyjazd do Nashville jest ucieczką? Dlaczego w ogóle pragnęła uciekać?

background image

Ktoś  mocniej  zapukał  do  drzwi.  Wdzięczna  losowi  za  to,  że  wybawia  ją  od  dalszego 

zastanawiania się nad sobą, podeszła szybko, żeby otworzyć. 

– Och,  to  ty,  Roscoe – powitała  go  serdecznie.  Przychodził  do  niej  co  wieczór,  żeby 

chwilę  porozmawiać  i  sprawdzić  pułapki  na  myszy.  Był  naprawdę  dobrym  chłopcem, 

jedynym, któremu mogła powierzyć to zajęcie bez obawy, że naplotkuje na nią w klasie. Jeśli 

znajdował martwą mysz, wynosił ją niepostrzeżenie, tak, żeby Dinah nie zdążyła na nią nawet 

zerknąć. 

Z gitarą i w swoim za obszernym kapeluszu stał teraz skromnie na ganku domku, który 

wynajmowała.  Na  przodzie  spranego  białego  podkoszulka  widniało  wypisane  nierównymi 

literami imię i nazwisko jego idola, Hanka Williamsa. 

– Hej – powiedział  wesoło.  – Zaraz  sprawdzę  pułapki,  ale  najpierw  coś  pani  zagram. 

Napisałem nową piosenkę. Będzie się pani podobała. 

Dinah  posłała  mu  zmęczony  uśmiech,  ale  wyszła  na  próg i  usiadła  na  drewnianych 

schodkach.  Jego  piosenki  były  często  zupełnie  nie  w  jej  guście,  lecz  lubiła  słuchać,  jak 

śpiewał – naturalnie, czysto, żywiołowo. Jak zdrowa jabłoń rodzi dorodny owoc, tak Roscoe i 

jego muzyka były najpiękniejszym i najzdrowszym owocem tej ziemi. 

Kowbojski  kapelusz zsunął mu  się na oczy, podciągnął  go więc  wyżej  i  uśmiechnął się 

krzywo.  Zauważyła,  że  w  dolnym  rzędzie  zębów  brakowało  mu  jedynki.  Trzeba  ją  będzie 

wstawić,  pomyślała,  planując  pierwsze  posunięcia  w  Nashville.  Dentysta,  a  zaraz  potem 

okulista, tak... Trzeba mu wreszcie zbadać wzrok. Była pewna, że miał kłopoty z oczami, co 

mogło pogłębiać problemy z nauką. 

– No więc... jaka jest ta piosenka? – zapytała, zmuszając się do uwagi i uśmiechu. – Mam 

nadzieję, że nie taka smutna, jak ostatnia. 

Chłopiec przekornie pokręcił głową i zerknął na swoją nauczycielkę. 

– Nie. Ta jest naprawdę wesoła – powiedział i nagle przez jego kościstą twarz przebiegł 

cień. – Sama pani wygląda jak smutna piosenka – zawyrokował z żalem. – Coś nie tak? Stało 

się co?

– Nie, skądże znowu – odparła pospiesznie. 

Roscoe  uczył  się  gorzej  niż  kiepsko,  ale  bywał  czasami  aż  za  bardzo  spostrzegawczy. 

Odwróciła wzrok w stronę wzgórz, nieświadomie pokręcając dużym pierścionkiem na palcu. 

– Za ciasny, prawda?

– Słucham? – W  pierwszej  sekundzie  nie  zrozumiała,  o  co  pytał,  i  dopiero  po  chwili 

zorientowała się, że nerwowo bawi się swoim diamentem. – Ach, to... Nie. Pasuje świetnie –

zapewniła z udawaną wesołością. 

background image

– Nie chodzi o to, czy pasuje na palec. – Roscoe ze szczerością dziecka precyzował swoje 

domysły. – Chciałem powiedzieć, że pani z nim za ciasno, że... no, że panią ogranicza. 

– Mam  wyjść  za  mąż.  Trochę  się  denerwuję...  – Dinah  nie  bardzo  wiedziała,  co 

odpowiedzieć. – To naturalne. Sam zrozumiesz, jak dorośniesz. 

– Co tu jest do rozumienia... – wymruczał i zaczął stroić gitarę. – Wie pani co? Wydaje 

mi się, że ten wyjazd do Nashville jest pani potrzebny nie mniej niż mnie. 

Dinah popatrzyła na swego ucznia z pewną ironią. 

– A to niby dlaczego? – spytała. – Czego ja miałabym tam szukać?

Roscoe  jednak  uśmiechnął  się  tylko  po  swojemu  i  zaczął  śpiewać  piosenkę  o  miłości. 

Dinah oparła się plecami o balustradę i słuchała, patrząc na zachodzące słońce. Wypełniał ją 

dziwny niepokój. Nie potrzeba mi nic prócz czasu, myślała. Czasu. 

I oto czas zniknął, skurczył się do zera. Dinah miała wrażenie, że od chwili, gdy tak sobie 

siedzieli na schodkach, upłynęła zaledwie sekunda, w której z odrapanego ganku przeniesiono 

ją  prosto  na  gigantyczne  łoże  w  kształcie  serca.  Stało  ono  w  ogromnej  sypialni  na  piętrze 

rezydencji  Mitcha  Careya  w  Nashville.  Nie,  nie  w  sypialni,  myślała,  rozglądając  się 

niespokojnie.  To  przypomina  raczej  buduar.  Nakryte  czerwoną  atłasową  narzutą  łoże  miało 

błyszczący  czerwony  baldachim,  również  w  kształcie  serca,  i  sute  koronkowe  zasłonki. 

Podłogę  zaścielał  biały  dywan,  uszyty  z  wielkich,  puszystych  serc.  Kapiące  od  złotych 

ozdóbek  białe  meble  miały  zapewne  udawać  styl  francuskiej  prowincji,  lecz  Dinah 

zorientowała się od razu, że są imitacją, i to bardzo toporną. 

W ogromnych oknach wisiały atłasowe, krwistoczerwone zasłony, fantazyjnie zebrane u 

dołu  złotymi  wstęgami.  Wśród  malowideł  na  ścianach  aż  pięć  przedstawiało  nimfy 

dokazujące  z  satyrami.  Zmysłowość  tych  ujęć  mogła  przyprawić  o  zawrót  głowy.  Dinah 

wstała i podeszła do okna, ale to, co z niego zobaczyła, było jeszcze bardziej szokujące. 

W dole rozciągał się ogród z basenem – i nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, 

gdyby nie fakt, że obramowany złotymi płytkami basen wyglądał jak gitara, a otaczające go 

klomby z pięknymi kwiatami miały kształt instrumentów i muzycznych znaków – nut, pauz i 

wiolinowych  kluczy.  Dinah  czym  prędzej  zaciągnęła  żaluzje  i  ze  wzruszeniem  ramion 

odwróciła się od okna. Przez chwilę myślała, co by tu zrobić? Poszła do łazienki, sądząc, że 

może  chociaż  tam  nie  będzie  żadnych  obsesyjnych  ekscentryczności.  Bardzo  się  jednak 

myliła.  Tu  również  panował  aż  nieprzyzwoity  przepych.  Różowa  wanna  i  takaż  muszla 

klozetowa miały kształt serc, a złote krany i klamki inkrustowane były sztucznymi rubinami. 

Dinah  miała  absolutnie  dość.  Wyciągnęła  się  na  łóżku  i  przymknęła  oczy,  próbując  zebrać 

background image

myśli. Wszystko, co do tej pory zobaczyła, a zdążyła przecież zobaczyć niewiele, przerastało 

jej  wyobraźnię.  Zmęczona  nużącym  lotem,  zszokowana  dziwaczną  rezydencją  i 

dwuznacznym wystrojem  pokoju,  który jej przydzielono,  myślała z  trwogą o czekającym ją 

spotkaniu  z  Mitchem  Careyem.  Poznała  już  jego  szofera,  gospodynię  i  dwie  rozchichotane 

pokojówki z jakimiś niesamowitymi fryzurami przypominającymi ule. Wszyscy oni odnieśli 

się do niej niesłychanie bezpośrednio. „Rozgość się i czuj jak u siebie w domu” – usłyszała od 

jednej  z  chichotek,  po  czym  zostawiono  ją  samą  z  informacją,  że  Carey  zechce  ją  widzieć 

około ósmej. W Connecticut takie zachowanie służby byłoby w ogóle nie do pomyślenia. 

Podniosła się i bezwładnie opuściła nogi na dywan. Nie chciało się jej przebierać. Miała 

świadomość,  że  w  swojej  zapiętej  pod  szyję,  prostej  szarobłękitnej  sukience  z  długimi 

rękawami  i  ciemnoniebieskim  paskiem,  podkreślającym  talię,  wygląda  jak  wiktoriańska 

misjonarka, którą zamknięto w buduarze. Z roztargnieniem wzięła do ręki stojącą na stoliczku 

pozytywkę, cacko z inkrustacjami ze złota i kości słoniowej, i podniosła ozdobną pokrywkę. 

Rozległ  się  dźwięk  muzyczki  w  stylu  country.  Dobry  Boże,  pomyślała,  tylko  kompletny 

bałwan,  jakiś  ostatni  barbarzyńca  mógł  nagrać  taki  muzyczny  kicz  na  takim  pięknym, 

zapewne zabytkowym instrumencie. 

Znaleźliśmy  się  wśród  szaleńców,  myślała  ze  strachem  i  z  niesmakiem.  Rodzina 

MacNeilów zajmowała również  duży dom, lecz urządzono  go elegancko.  Ojciec uważał, że 

nie  należy  wstydzić  się  dostatku,  lecz  wszystko  powinno  się  mieścić  w  granicach  dobrego 

smaku. Nienawidził nadmiaru i kiczu. 

Obawiała  się,  że  Roscoe  może  całkowicie  pogubić  się  w  natłoku  wrażeń  i  błyskotek. 

Chwilowo  jednak  nie  groziło  mu  to,  ponieważ  zapewne  usnął,  wyczerpany  podnieceniem  i 

mdłościami,  które  męczyły  go  podczas  lotu.  Był  po  prostu  chory  ze  zdenerwowania.  Ona 

zresztą też. 

Przeklęty  Carey,  myślała.  Żeby  szlag  trafił  wszystkie  jego  obiecanki  i  cały  ten 

burdelowaty pałac. Ze złością uderzyła pięścią w poduszkę w kształcie serca, gdy na nocnym 

stoliku  delikatnie  zadzwonił  telefon-cacko.  Podniosła  złotą  słuchawkę  tak  ostrożnie,  jakby 

spodziewała  się  usłyszeć  zaraz  głos  samego  diabła,  który  tylko  czekał,  by  wreszcie 

przypieczętowała  własną  krwią  cyrograf.  Bardzo  się  starała,  żeby  jej  „halo”  zabrzmiało 

dystyngowanie, ale serce tłukło się w niej jak oszalałe. 

– Witam, panno MacNeil. Mówi Mitch Carey. Mam nadzieję, że miała pani miłą podróż. 

Dinah wyprężyła się jak struna, przytrzymując ręką serce. W miękkim, głębokim głosie 

usłyszała pomruk sytego dzikiego kota. 

– Tak, dziękuję. Lot był długi, ale przebiegł pomyślnie – wybąkała, czując, że drętwieją 

background image

jej wargi. 

– Przykro mi, że Roscoe nie jest obecnie w najlepszej formie – kontynuował tym samym 

aksamitnym tonem. – Nakazałem, żeby nikt go teraz nie niepokoił. 

– Źle zniósł podróż samolotem, ale nie w tym rzecz – przyznała. – Jego matka zwierzyła 

mi  się,  że  nie  spał  dwie  ostatnie  noce.  I  prawie  nie  jadł.  To  nerwy.  Za  dużo  tego  dobrego 

naraz. 

– I ja tak sądzę. Mam tylko nadzieję, że pani zniosła tę wyprawę lepiej. Zastanawiałem 

się, czy nie zechciałaby pani spotkać się ze mną jeszcze dziś. Zjedlibyśmy razem kolację na 

patio. Musimy porozmawiać, no i poznać się bliżej. 

Święty Boże, pomyślała w panice. Najzwyklejsze stwierdzenie tego człowieka odbieram 

jak prowokację, doszukując się jakichś podtekstów... Co mi się stało?

– Byłam trochę zmęczona, ale już odpoczęłam – powiedziała szybko, chociaż nie miała 

najmniejszej  ochoty  na  jedzenie.  – Mała  kolacja  na  pewno  mi  nie  zaszkodzi.  A  poza  tym, 

rzeczywiście,  powinniśmy  jak  najprędzej  się  spotkać  i  porozmawiać.  Musimy  być  ze  sobą 

absolutnie szczerzy, panie Carey. Przyjechałam tutaj wyłącznie po to, żeby bronić interesów 

Roscoe. 

Zaskoczyła go chyba swoją bezpośredniością, bo nie odpowiedział od razu. 

– Cenię  sobie  szczerość  u  kobiety – wycedził  wolno,  z  namysłem.  – Szczerość  i 

inteligencję.  A  propos.  Czy  znajdzie  pani  sama  drogę  na  dziedziniec,  czy  też  mam  kogoś 

przysłać?

Wolałaby  odpowiedzieć,  że  dziękuje,  da  sobie  radę,  lecz  rezydencja  była  olbrzymia  i 

urządzona tak niezwykle, że łatwo się w niej było pogubić. 

– Chyba lepiej będzie, jeśli przyśle pan po mnie – przyznała. 

Odpowiedział jej znajomy pomruk zadowolonej bestii. 

– Znakomicie. A zatem za dziesięć minut. Czy nie będzie to za wcześnie?

– Nie, nie. Dziesięć minut całkowicie mi wystarczy – odparła sztywno. 

– No to świetnie. Bardzo mi będzie miło panią poznać. – Odłożył słuchawkę, nim zdążyła 

się pożegnać. 

Siedziała przez chwilę na swoim niewydarzonym łóżku, czekając, aż serce przestanie jej 

walić  jak  szalony  perkusista.  Dokładnie  dziesięć  minut  później  rozległo  się  lekkie,  szybkie 

pukanie.  Spodziewała  się  zobaczyć  jedną  z  tych  rozchichotanych  pokojówek,  lecz  w  progu 

stał  wysoki  mężczyzna  w  białych  eleganckich  spodniach  i  białym,  wyciętym  pod  szyją 

pulowerze  z  krótkim  rękawem.  Miał  ciemną  karnację,  ciemne  włosy,  dołeczek  w  brodzie  i 

zabójczy uśmiech. Dawała mu jakieś trzydzieści trzy lata. Sportowa sylwetka, luz i uśmiech 

background image

nadawały mu bezpretensjonalny i nieco nonszalancki wygląd. 

Hejże, pomyślała zaskoczona. A to kto znowu? Nie pasował do jej wyobrażeń o osobach 

związanych  z  show-biznesem.  No,  ostatecznie  mógł  być  sekretarzem  Careya.  Nagle 

spostrzegła błysk w oczach o nadzwyczajnym, czysto zielonym kolorze i jej uwagę zwróciły 

mocne, wygięte w ostry łuk brwi. Och, nie! – pomyślała niemal ze zgrozą. Kiedy jednak się 

odezwał, powolny, aksamitny ton jego głosu odebrał jej resztki nadziei. 

– Dobry wieczór, panno MacNeil. Pomyślałem sobie, że ładniej będzie, jeśli sam przyjdę 

po  panią.  Mam  nadzieję,  że  nie  przeszkadza  pani  mój  mało  wieczorowy  strój.  Proszę 

wybaczyć, nie lubię przesady. 

Był  to  bez  wątpienia  Mitch  Carey,  nieodwołalnie  on.  Wyprostował  się,  uśmiechnął 

olśniewająco i zaproponował jej ramię. 

– Idziemy?

– Tak,  oczywiście – wyjąkała,  posłusznie  biorąc  go  pod  rękę,  i  nagle  poczuła  się  tak 

dziwnie,  że  aż  się  przestraszyła.  Wiedziała,  że  Carey  domyśla się,  jak  bardzo  ją  zaskoczył. 

Gdy prowadził  ją  korytarzem  do  krętych  schodów,  gorączkowo  szukała  jakiegoś tematu  do 

rozmowy, lecz miała w głowie absolutną pustkę. 

– Wciąż pani milczy – zauważył, przyjaźnie poklepując jej rękę. – Podróż dała się jednak 

we znaki... Mam nadzieję, że nie byłem zbyt natarczywy, prosząc o spotkanie jeszcze dziś. 

Dotyk jego ręki parzył. Poczuła się jeszcze bardziej zdenerwowana. 

– Nie tak  sobie pana  wyobrażałam – powiedziała  bez  namysłu. Uczciwość  to  najlepsza 

broń, pomyślała z rozpaczą. 

– A jak?

Dinah  wykonała  bezradny  gest,  pokazując  wolną  ręką  przeładowaną  ozdobami 

przestrzeń. 

– Nie pasuje pan do tego wszystkiego – mruknęła i zaraz pomyślała, że może go uraziła. 

Carey skrzywił  się  i  spojrzał  na  świecące się  kandelabry i  schody  wyłożone  sztucznym 

marmurem. 

– Rozumiem.  – Spokojnie  pokiwał  głową.  – O  to  chodzi.  Tak  tu  wytwornie,  że  aż 

okropnie, prawda?

Dinah zabrakło słów. Przełknęła ślinę. 

– Tak, tak, kiczowato. Ktoś taki jak pani – powiedział z naciskiem – musi to szczególnie 

ostro widzieć i odczuwać. Na szczęście to nie należy do mnie. Właśnie dobiega końca roczna 

umowa wynajmu. Rezydencja jest  własnością  pewnej  gwiazdy, która  wyjechała  na tournee. 

Gdzieś po prostu musiałem mieszkać. 

background image

– Oczywiście – bąknęła Dinah i momentalnie uświadomiła sobie, jak beznadziejnie głupia 

i nie na miejscu była jej odpowiedź. Z całych sił próbowała wziąć się w garść. Przyjazd do 

Naslwille wytrącił ją z równowagi, nie mogła jednak pozwolić sobie na to, żeby towarzystwo 

jakiegoś przystojnego przyjemniaczka odbierało jej resztki rozumu. 

– Można było wynająć inny dom. Czy chodziło o to, żeby robił wrażenie na klientach?

Carey skrzywił się ponownie. 

– Na  jednych  robi  wrażenie,  na  innych  nie.  Nie  wynajmowałem  tego  sam. 

Odziedziczyłem tę umowę po kimś. 

Zeszli  już  z  krętych  schodów  i  szli  ogromnym  holem  z  pluskającą  głośno  fontanną. 

Czysty strumień wody tryskał w górę z pyska marmurowej ryby, która przypominała karpia, 

tyle że wyjątkowo obrzydliwego. 

– Jakim  sposobem? – zapytała.  Nie  było  to  zbyt  grzeczne  pytanie,  ale  teraz, gdy 

początkowy szok ustąpił, zaczęło się w niej budzić bardzo mocne przeświadczenie, że musi 

być  bezwzględnie  czujna.  Instynkt  podpowiadał  jej,  iż  ma  do  czynienia  z  przeciwnikiem 

silniejszym, niżby się mogła spodziewać. 

– Jakim  sposobem? – powtórzył  niefrasobliwym  tonem  i  wprowadził  ją  do  wielkiej 

cieplarni,  pełnej  egzotycznych  roślin.  – Zwyczajnie.  Ktoś  umarł.  Pomówmy  jednak  o 

przyjemniejszych sprawach. Albo przynajmniej o neutralnych. Lubi pani homary?

Wyczuła w jego słowach drwinę i zmieszała się. 

– Owszem – odparła, marząc, żeby wreszcie zabrał swoje ramię. 

Otworzył drzwi cieplarni i przepuścił ją przed sobą. Znaleźli się na dziedzińcu. Stał tam 

stylowy,  okrągły  stół  nakryty  do  kolacji.  Fałdami  długiej  koronkowej  serwety  poruszał 

delikatnie  wiatr,  na  którym  tańczyły  również  płomienie  świec  umieszczonych  w  srebrnym 

lichtarzu. Środek stołu zdobiła prosta kompozycja z białych róż. 

Dziedziniec  był  ogromny.  Ze  wszystkich  stron  otaczały  go  kwitnące  róże  i  byłoby  tu 

naprawdę  pięknie,  gdyby  nie  jeszcze  jeden  marmurowy  karp,  szpecący  lewą  stronę.  Gdy 

Carey odsunął krzesło, Dinah usiadła z ulgą, czując, że kręci się jej w głowie, i natychmiast 

pojawił się kelner – postawny, ubrany na biało mężczyzna z krzaczastą brodą. 

– Pozwoliłem sobie zaordynować szampana – powiedział Carey, gdy kelner zbliżył się do 

stołu, by odkorkować butelkę przedniego Dom Perignon. – Myślę, że przybycie pani... i jej 

protegowanego... jak najbardziej na to zasługuje. 

– Roscoe nie jest moim protegowanym – odparła chłodno. – To pan go sobie upatrzył. A 

przynajmniej tak by się mogło wydawać. 

Kelner nalewał pieniący się trunek. 

background image

– Pani, zdaje się, ma mnóstwo wątpliwości – powiedział Carey i podniósł swój kieliszek. 

– Wypijmy więc za zaufanie. – Niech – zachichotał – rośnie i rozkwita między nami. 

– Oby tak było – odpowiedziała bez entuzjazmu. Zadźwięczało cieniutkie szkło. 

Carey  ledwie  umoczył  usta,  Dinah  natomiast  pociągnęła  duży  łyk.  Potrzebowała  jak 

najszybciej  ukoić  roztrzęsione  nerwy.  Obserwował  ją  w  milczeniu.  Przymknął  powieki  i 

mogło  się  wydawać,  że  jest  rozluźniony,  lecz  przez  cały  czas  czuła  na  sobie  skupione 

spojrzenie, które budziło w niej popłoch. 

– Mam wrażenie – odezwał się spokojnie – że mi pani nie ufa. Nie mylę się, prawda?

Dinah wstrzymała oddech  i  nagle popatrzyła na niego tak samo przenikliwie, jak on na 

nią. 

– Prawda – przyznała. – Mówiłam już, że nie tak sobie pana wyobrażałam. Nie wiem też, 

jakie są pana zamiary względem Roscoe. Czy zechciałby mi pan wyjaśnić to bliżej?

Uśmiechnął się lekko. 

– Czasami  lepiej  jest  nie  tworzyć  sobie  zawczasu  pewnych  wyobrażeń.  Uprzedzanie 

faktów  bywa  groźne,  szczególnie  gdy  dotyczy  to  takich  miejsc  jak  Nashville.  A  co  do 

Hockenberry’ego...  Czego  mianowicie  od  niego  oczekuję...  To  proste.  Talentu.  Jesteśmy 

sobie nawzajem potrzebni. Upiła jeszcze jeden łyk. 

– Tak się to zazwyczaj mówi i w zasadzie niczego innego nie spodziewałam się usłyszeć

– powiedziała nieufnie. – Przecież jednak nic pan o nim nie wie. 

– Znam  opinię  Bucky’ego  Willistona.  Słyszałem  nagrania.  Mam  też  przyjaciela,  który 

słyszał Roscoe na żywo. Wyrażał się o jego umiejętnościach jeszcze pochlebniej niż Bucky. 

– Któż to taki? – zapytała sceptycznie. Nie słyszała, by poza Willistonem kontaktował się 

z Roscoe ktoś z Nashville. 

Carey  wciąż  nie  spuszczał  z  niej  oczu.  Nie  miała  pewności,  czy  celowo  nie  prowadził 

wojny nerwów. 

– Nazwisko  nic  by  pani  prawdopodobnie  nie  powiedziało – odparł,  podrzucając  lekko 

głową.  – Lucky  Bucky  potrafi  zwietrzyć  talent  niczym  szakal  krew.  Ale  osoba,  o  której 

mówię,  jest  praktycznie  nieomylna, gdy  chodzi  o  rozpoznanie  nie  tyle  już  samego  talentu 

muzycznego, co geniuszu. Co zatem więcej potrzeba mi wiedzieć o Roscoe?

Dinah czuła, że ma napięte mięśnie karku. Trochę niesamowity w blasku świec uśmiech 

tego mężczyzny i jego perfekcyjne opanowanie budziły w niej czujność i podniecenie. 

– Sam  pan  wie – powiedziała  niechętnie – że  pojęciem  „geniusz”  szafuje  się  dziś  do 

obrzydliwości.  Roscoe  po  prostu  lubi  śpiewać.  Nie  jest  świadom  własnych  zdolności,  a  w 

każdym razie nie potrafi o nich mówić ani ich ocenić. Nie ma pańskiej inteligencji, wiedzy i 

background image

sprytu, a to stawia go w szalenie niekorzystnej sytuacji. 

Carey pochylił się, unosząc kieliszek w jej stronę. 

– Panno MacNeil... – Uśmiechnął się cierpko. – Być może jest tak, że pani inteligencja, 

wiedza  i  spryt  starczą  za  was  dwoje.  Ja  też  miałem  o  pani  inne  wyobrażenie.  Ot,  jakaś 

nauczycielka z Kentucky, myślałem. 

– Czasami  lepiej  nie  tworzyć  sobie  zawczasu  pewnych  wyobrażeń – powtórzyła  z 

przekąsem jego własne słowa. – Zwłaszcza na temat takich miejsc, jak na przykład Kakexia. 

A również o nauczycielach. 

Jeśli nawet uznał jej odpowiedź za złośliwą, nie okazał zniecierpliwienia, a tylko pewne 

rozbawienie, które wyraziło się charakterystycznym uniesieniem brwi. 

– Kiedy  nauczycielka  z  Kentucky  nazywa  się  Dinah  Windsor  MacNeil,  jej  inteligencja 

nie  powinna  może  aż  tak  bardzo  dziwić – powiedział.  – Jest  pani  córką  sędziego  Stuarta 

MacNeila,  prawda?  Siostrzenicą  byłego  gubernatora  Kirka  MacNeila  i  oczywiście  wnuczką 

znanego potentata stali i filantropa Andrew Gilmore’a MacNeila. 

Dinah  zakrztusiła  się  szampanem.  Szczęśliwym  trafem  do  stołu  podszedł  w  tym 

momencie kelner i postawił srebrny półmisek z krewetkami. Szybko odzyskała refleks. 

– Jako nauczycielka muszę panu pogratulować – odezwała się z przekąsem. – Odrobił pan 

lekcje na szóstkę. 

– To  wszystko  powiedział  mi  o  pani  Willard  Wakefield – odparował  Carey.  – Nie 

musiałem się napracować przy zbieraniu informacji. A w ogóle – w kąciku  ust  wciąż drgał 

mu  uśmiech – miałem  niezłą  zabawę.  Oto  dumna  wnuczka  MacNeilów  przyjeżdża  do 

Nashville  w  charakterze  eskorty  i  opiekunki  wioskowego  muzykanta.  – Spojrzał  na 

ciemniejące  niebo  i  teatralnie  się  zamyślił.  – Znakomite! – mruknął  pod  nosem.  – Co  za 

wspaniały zbieg okoliczności. To daje niesamowite możliwości reklamowe!

Ostrożnie odłożyła krewetkę i spojrzała na niego groźnie, lecz udał, że tego nie zauważa. 

– Proszę nie mieszać w to mojej rodziny – sprzeciwiła się kategorycznie. – Przyjechałam 

tutaj, żeby się upewnić, czy Roscoe nie został oszukany, i zapewniam pana, że nie pozwolę 

się wykorzystać. Niech się to panu nawet nie marzy!

– Na  ogół  robię  zawsze  to,  co  uważam  za  stosowne,  panno  MacNeil – odpowiedział  z 

kamienną twarzą. 

– A zatem – pochyliła się w jego stronę nad stołem – proszę mi wreszcie wyjaśnić, jakie 

są pańskie zamiary względem Roscoe. Czego pan chce od tego chłopca?

Westchnął, jakby ta rozmowa zaczynała go już nużyć. 

– Już pani powiedziałem. Potrzebuję jego talentu... o ile rzeczywiście jest to talent, a tak 

background image

wynika z moich informacji o nim. Zostanie solidnie wynagrodzony. Przyzwoicie i uczciwie. 

Gwarantuję. 

– Bardzo ładnie, jeśli to prawda. – Dinah wojowniczo podniosła głowę. 

– To jest prawda. Roscoe ma niespotykany głos. Jest jak szlachetny kamień, który trzeba 

jedynie oszlifować. Gotów jestem w niego zainwestować. 

– A co w zamian? Domyślam się, że sama satysfakcja panu nie wystarczy. A zatem, co? 

Poważny udział w zyskach?

– Satysfakcja to ważna rzecz. Zysk również, ale na przyzwoitych zasadach. 

Dinah z niedowierzaniem pokręciła głową. 

– Gotów  jest  pan  zainwestować  w  Roscoe  swój  czas,  pracę  i  pieniądze  w  zamian  za 

skromny zysk? I naprawdę niczego więcej pan od niego nie chce?

Zaśmiał się krótko. 

– Prawie niczego. 

Uśmiechnął się i coś w tym uśmiechu przeraziło ją do głębi. 

– Prawie?

Spojrzał na nią z ironią. 

– To proste – przyznał w końcu. – Chcę jego duszy. Była pewna, że nie żartował. 

– W  takim  razie – powiedziała  impulsywnie – niech  się  pan  dowie  od  razu,  bo  potem 

może być za późno: Przysłano mnie tu między innymi po to, żeby nikt mu duszy nie odebrał 

ani nie ukradł. 

Mitch Carey uśmiechnął się rozbrajająco, a następnie sięgnął po jej dłoń i złożył na niej 

długi, gorący pocałunek. 

– Nie  pozostaje  mi  zatem  nic  innego – rzekł  tonem  gładkim  jak  jedwab – jak  zdobyć 

najpierw pani duszę. 

– Pan  chyba  oszalał! – Była  naprawdę  wystraszona.  Spróbowała  zabrać  rękę,  lecz 

przytrzymał ją mocniej, patrząc na zaręczynowy diament, w którym odbijał się blask świecy. 

– Nie – odparł lekko. – Ja jestem absolutnie normalny. Zdrowo kopnięty jest natomiast 

facet, który ofiarował pani ten pierścionek i pozwolił wyjechać. 

– Nie znoszę ludzi bezczelnych! – Chciała, żeby wreszcie puścił jej rękę. Czuła ten dotyk 

wszystkimi nerwami. 

– Taki się już urodziłem, droga panno MacNeil. Każdy jest jakiś; pani na przykład ma w 

sobie  wrodzoną  dumę,  a  Roscoe  talent,  Ale  proszę  się  nie  przejmować.  Taki  układ  to 

zapowiedź fascynującej współpracy. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Powtórnie pocałował jej dłoń i dopiero wtedy zwolnił uścisk. Cofnęła rękę jak oparzona. 

Przez moment zastanawiała się, czy nie powinna po prostu wstać i wyjść, zostawiając Mitcha 

Careya przy świecach migoczących w gęstniejącym zmierzchu. 

– Uspokój  się.  Już  będę  grzeczny – powiedział  poufale,  zmieniając  ton  tak  nagle,  że 

znowu oniemiała. – Wróćmy do Roscoe, bo to on jest tu istotny. Mamy omówić parę spraw. 

Przestań więc patrzeć na mnie jak urażona księżniczka i jedz. 

Brodaty kelner,  poruszający się bezszelestnie  jak cień, postawił przed nimi  kryształowe 

talerze z sałatką. Dinah nerwowo dopiła szampana i ledwie odstawiła kieliszek, Mitch znowu 

go napełnił. 

– Opowiedz mi o Roscoe – poprosił, zabierając się do jedzenia. 

Nieświadomie potarła rękę w miejscu, którego dotykały jego wargi, jakby zdziwiona, że 

nie odcisnęły tam świecącego w ciemności znaku. 

– Nie  znam  nikogo  bardziej  naturalnego  i  bezpretensjonalnego  niż  on – powiedziała, 

wzruszając ramionami. – Ale potrzebuje opieki. 

– To oczywiste. Inaczej by cię tu nie było. 

– Mężczyźni  w  jego  rodzinie  to  od  pokoleń  górnicy,  chociaż  jeden  z  jego  wujków 

wyjechał do pracy w fabryce kartonu w Pensylwanii. Kiedy Roscoe miał jedenaście lat, ojciec 

postanowił  pójść  w  ślady  brata.  Spakował  rodzinę  i  zabrał  ich  wszystkich  do  Filadelfii. 

Wszystkich, to znaczy żonę i siedmioro dzieci. 

– I oczywiście nie powiodło mu się – skomentował lakonicznie Mitch. 

Dinah skinęła głową. 

– Z tego, co mówi Vesta, wynika, że to była makabra. Nienawidziła miasta i nie potrafiła 

się w nim zadomowić ani sobie radzić. Nadzieje na dobrze płatną pracę okazały się płonne, a 

opowieści  o  ulicach  brukowanych  złotem  wyssanymi  z  palca  bajeczkami  dla  naiwnych.  Po 

dwóch latach wrócili do Kakexii z niczym. 

– A co przez ten czas robił nasz Roscoe na filadelfijskim złotym bruku?

Zadał  pytanie,  miała  jednak  wrażenie,  że  mało  go  to  wszystko  obchodzi,  a  jego  uwaga 

skupia  się  raczej  na  jej  złotych,  rozwiewanych  przez  ciepły  wiatr  włosach.  Usiłowała  nie 

poddać się uczuciu paniki. 

– Głównie,  jak  to  mówią  w  Kakexii,  usychał  z  tęsknoty  za  domem.  Właśnie  wtedy 

zaczęły  się  jego  poważne  kłopoty  z  nauką.  Vesta  twierdzi,  że  dzieci  w  szkole  wyśmiewały 

background image

jego południową wymowę, a nauczyciel bezustannie go zawstydzał. Braków z tamtego okresu 

nie zdołał już nigdy nadrobić. Pobyt w Filadelfii zakłócił jego normalny rozwój i całkowicie 

go zdemobilizował... 

– Zadziałał  szok  kulturowy – dopowiedział  Mitch.  Z  brodą  opartą  na  pięści  przez  cały 

czas przypatrywał się igraszkom wiatru w jej włosach. 

– Jedynym  jego  przyjacielem i  wybawieniem  była  gitara.  Mówił  mi,  że  teraz  go to  już 

tylko śmieszy, ale wtedy doszedł do takiego stanu, że najchętniej zamykał się w łazience, grał 

i sprawdzał, na ile sposobów jego głos potrafi się odbijać od glazury. 

– Krótko mówiąc – uśmiechnął się Mitch – Roscoe wynalazł komorę pogłosową. 

Dinah przytrzymała dłonią pasemko włosów. 

– Pewnie  tak – ucięła  z  irytacją.  – W  każdym  razie,  kiedy  wrócili  do  Kakexii,  miał 

trzynaście  lat.  Rok  później  w  kopalni  nastąpił  zawał.  Zginęło  dziewięciu  górników,  wśród 

nich trzech Hockenberrych – ojciec i brat Roscoe oraz jego wuj. 

Oderwał nagle wzrok od włosów i popatrzył jej prosto w oczy. 

– Parszywa robota – powiedział jakimś martwym tonem. 

– Co? – Intensywność jego spojrzenia i dziwny ton kompletnie ją zdezorientowały. 

– Praca w górnictwie. To najgroźniejsze zajęcie na świecie. A wiesz, jakie jest prawie tak 

samo niebezpieczne?

– Czasem wydaje mi się, że uczenie dzieci – odparła, sądząc, że wywoła tym wzgardliwy 

uśmiech. 

Nie uśmiechnął się jednak. 

– Błąd – powiedział.  – Z  niebezpieczeństwami,  na  jakie  narażony  jest  górnik,  da  się 

porównać tylko jedno: pracę w show-biznesie. 

Służący sprzątnął talerze po sałatce i za moment wniósł srebrną paterę z homarami. Nim 

zdążył ponownie nakryć i zniknąć gdzieś w głębi domu, Dinah odzyskała werwę. 

– Zdaję  sobie  sprawę,  że  to  grząski  teren – zapewniła  go  chłodno.  – Właśnie  dlatego 

pańska chęć zdobycia duszy Roscoe  wydała mi  się mało zabawna. Ten  chłopiec pozostanie 

sobą...  przynajmniej  dopóki  ja  będę  tu  miała  coś  do  powiedzenia.  Nikt  mu  niczego  nie 

odbierze. 

Carey zerknął złośliwie znad talerza. 

– W  takim  razie  będzie  pani  musiała  pozostać  w  Nashville  długo.  Pokusy,  panno 

MacNeil, nie mają końca. 

– Nie ma się z czego śmiać! – parsknęła gniewnie. 

– Ależ ja się wcale nie śmieję. 

background image

– A w takim razie, co pan robi?

– Nic – wymruczał kpiąco. – Zajmuję się głównie obserwowaniem twoich reakcji. 

Dinah odłożyła widelec. Czuła, że pali ją twarz. 

– Jejku,  jejku...  – powiedział  z  zabójczym  uśmieszkiem  i  spokojnie  zajął  się  swoim 

homarem. 

– Może  pan  sobie  obserwować,  co  pan  chce! – wybuchnęła.  – Proszę  mi  tylko 

odpowiedzieć na parę prostych pytań. Po pierwsze, jakie dokładnie ma pan kwalifikacje, żeby 

kierować  wytwórnią  płytową?  Po  drugie,  jaką  opinię  ma  „Diamentowa  podkowa”?  I  po 

trzecie, co konkretnie chce pan zaproponować Roscoe i za ile?

– Czy zechciałabyś mi podać sól?

Sięgnęła po srebrną solniczkę, którą mógłby bez trudu przysunąć sobie sam, i energicznie 

postawiła  ją  przed  Mitchem.  Uśmiechnął  się.  Gwałtownym  ruchem  odsunęła  swój  talerz  i 

skrzyżowała ręce na piersiach. 

– Słucham. 

Milczał  przez  chwilę,  obierając  homara.  Ciemne  brwi  uniosły  się  i  opadły,  zanim 

odpowiedział. 

– Jakie zatem  mam kwalifikacje, żeby produkować nagrania?  Otóż... żadne. Jeszcze  się 

tym nie zajmowałem. 

– Nie rozumiem – powiedziała bardzo spokojnie. 

– Powtarzam: Nie mam żadnych kwalifikacji. Od razu odpowiem też na drugie pytanie: 

„Diamentowa podkowa” cieszy się jak najgorszą opinią. 

– Pozwoli pan... – Oczy Dinah zwęziły się niebezpiecznie. – Pańska wytwórnia ma zatem 

złą opinię, a pan nie ma kwalifikacji, żeby nią kierować. Czy tak?

Carey podrapał się w brodę i zapatrzył w ciemność. 

– I tak, i nie – odpowiedział. – Jestem w Nashville od zaledwie dwóch miesięcy. Mówi 

się tu, że nie mam kwalifikacji, ponieważ nikt mnie nie zna. Ludzie patrzą na „Diamentową 

podkowę” krzywym okiem, aleja nie zdążyłem jeszcze jej zmienić. 

– Odważne  zamiary – powiedziała  z  sarkazmem.  – Tylko  dlaczego  wszedł  pan  w  taki 

interes? Po co kupować upadającą , firmę? Nie lepiej, skoro jest pan taki zdolny, kupić dobrą 

albo zainwestować i stworzyć własną?

– Niczego  nie  kupowałem.  – Odwrócił  twarz  w  stronę  domu.  – Z  wytwórnią  było  tak 

samo, jak z tym domem. Odziedziczyłem ją. 

– Ach, tak. Można wiedzieć po kim?

– Oczywiście, że można. Po moim bracie. Miał wyobraźnię i rozmach, ale był birbantem. 

background image

Zdawało mu się, że... Nieważne. Myślał, że show-biznes robi się z kolesiami. 

Popatrzyła na niego zaskoczona. 

– Pański brat... – zaczęła z wahaniem. – Wpadł w złe towarzystwo? Nie radził sobie ze 

sobą?

Odpowiedziało  jej  spojrzenie  człowieka,  który  dziwi  się,  jak  w  ogóle  można  zadawać 

takie naiwne pytania. 

– To był kawał idioty. – Uśmiechnął się tak dziwnie, że nie mogła już tego znieść. 

– Panie Carey! – krzyknęła. Zmięła serwetkę i cisnęła nią w kamiennego karpia. 

Popatrzył na nią, jakby nie rozumiał. 

– No co?

– Pański brat umarł... rozumiem, że stało się to niedawno... a pan go nazywa idiotą?! Jak 

tak można?

– Cóż... – Rozłożył ręce. – Wiem, że nie mówi się źle o umarłych. Ale taka jest prawda. 

Bobby potrafił  zachowywać się  jak  ostatni  kretyn.  Nigdy niczego nie  przemyślał  do końca. 

Był  impulsywny,  nieodpowiedzialny,  a  przede  wszystkim  niszczył  samego  siebie.  Możesz 

zapytać, kogo chcesz. To smutne, ale prawdziwe. 

– A jednak nieładnie tak mówić. 

– Chciałaś,  żebym  był  uczciwy.  Więc  jestem.  Powiedz  sama,  czy  rozsądny  człowiek 

wynająłby  taki  dom? – Popatrzył  znacząco  na  ohydną  fontannę.  Kamienny  karp  wypluwał 

wodę, która skrzyła się w świetle gwiazd. 

Dinah  przełknęła  ślinę,  przypominając  sobie  swój  pokój.  z  czerwonym  łóżkiem  w 

kształcie serca i galerię obrazów z satyrami. 

– Celowo  dałem  ci  tamten  pokój – dodał,  jakby  odczytywał  jej  myśli.  – Żebyś  mogła 

zrozumieć. Jestem pewien, że i w twojej nieskalanej rodzinie dałoby się znaleźć kogoś, o kim 

nie masz najlepszego mniemania. 

Kuzyn  Douglas,  pomyślała  natychmiast.  Ten  podlec.  Uśmiechnęła  się  do  Mitcha  z 

zawstydzeniem. Jego niezwykła otwartość zupełnie ją rozbroiła. Odpowiedział uśmiechem i 

nagle  pomyślała,  że  to  ich  chwilowe  porozumienie  jest  czymś  najprzyjemniejszym, 

najbardziej naturalnym w świecie. W pewnej chwili poczuła jego wzrok na swoich wargach i 

noc wypełniła się żarem, oczekiwaniem i poczuciem, że coś się w tej ciemności rodzi. 

Westchnął lekko. Wiedziała, że uśmiechnął sienie dlatego, że przyłapał ją na myśleniu o 

Douglasie, lecz że domyślił się jej oczarowania. 

– Tak czy owak – powiedziała, potrząsając głową, jakby chciała w ten sposób przywrócić 

myślom jasność – nie musi pan być aż tak brutalnie szczery. Nie żal panu, że brat odszedł?

background image

Przymrużył powieki. 

– Tęsknię za nim. Tak bym chciał, żeby istniał ktoś, kto potrafiłby go uratować od zguby. 

Żebym  to  był  ja.  Bobby  chciał  koniecznie  pokazać  całemu  światu,  że  umie  zrobić  coś 

wielkiego  sam.  Gdyby  to  potrwało  dłużej,  może  umiałbym  go  zawrócić,  ale  nie  starczyło 

czasu. Jedno, co mogę, to ocalić jedyny przyzwoity i sensowny pomysł, jaki miał w życiu... tę 

jego  „Diamentową  podkowę”.  Myślę,  że  tego  ode  mnie  chciał.  W  przeciwnym  razie  nie 

zostawiłby  mi  jej  w  spadku...  Rozruszam  ten  szmelc.  Stać  mnie  na  to,  ponieważ  potrafię 

narzucić  sobie  dyscyplinę.  Musi  się  udać  między  innymi  dlatego,  że  mam  Roscoe... 

oczywiście pod warunkiem, że się nie pomyliłem. 

– To  znaczy,  że  chce  pan  budować  swoje  księstwo  na jego  talencie?  To  tylko 

szesnastoletni chłopiec. Może się pan przeliczyć. 

– Mylisz  się.  – Pokręcił  głową,  widząc,  że  patrzy  na  niego  ironicznie,  jakby 

zaszufladkowała  już  te  pomysły  razem  z  mrzonkami  jego  zmarłego,  niezrównoważonego 

brata.  – Ja  nie  myślę  o  księstewku.  To  będzie  prawdziwe  królestwo  muzyki.  I  nie  tylko 

Roscoeje zbuduje. Ściągnę do „Diamentowej podkowy” największe talenty. 

– A co on będzie z tego miał? Pomoże panu zostać królem Nashville i co?

Oparł brodę na pięści i po raz kolejny zaczął irytującą obserwację jej włosów. 

– Przede wszystkim otrzyma coś, na co nie ma ceny w show-biznesie... podpiszę z nim 

kontrakt. 

– Papier – prychnęła  drwiąco.  – Matka  i  siostry  się  tym  nie  najedzą.  Pańska 

wspaniałomyślność doprawdy zbija z nóg. 

Zielone oczy Careya błysnęły jak szmaragd. 

– Jeszcze  nie  zawarłem  z  nim  umowy,  panno  MacNeil.  Dam  wam  parę  dni,  bardzo 

proszę,  niech  pani  spróbuje  zainteresować  osobą  swego  ucznia  kogokolwiek  w  Nashville. 

Wszyscy  nic,  tylko  czekają  na  niego  z  otwartymi  ramionami,  prawda?  Po  tygodniu 

przybiegnie  pani  do  mnie  z  wywieszonym  językiem,  gotowa  całować  mnie  po  rękach  za 

jakikolwiek angaż. 

– Wolałabym  raczej  umrzeć.  A  swoją  drogą  chętnie  się  rozejrzę.  Jeśli  Roscoe 

rzeczywiście  jest  taki  utalentowany,  jak  pan  powiada,  to  być  może  nie  powinnam  mu 

pozwolić  brać  pierwszej  z  brzegu  oferty,  zwłaszcza  gdy  wychodzi  z  nią  szef  zrujnowanej 

wytwórni, który sam o sobie mówi, że jest człowiekiem bez kwalifikacji. 

– No,  no...  – Carey  bacznie  obserwował  bąbelki  w  kieliszku.  – Twardo  powiedziane. 

Proponuję Roscoe coś więcej niż kontrakt, ale pani, panno MacNeil, chyba tego jeszcze nie 

rozumie.  Będę  wobec  niego  lojalny  i  uczciwy.  Spróbuję  znaleźć  najwłaściwszych  ludzi, 

background image

którym bez obawy mógłbym powierzyć dalszy rozwój jego talentu. 

– Obietnice nic nie kosztują – odparła chłodno. – Być może ma pan dobre intencje, ale jak 

na  razie  pańską  firmę  budują  głównie  marzenia  i  mrzonki.  Proponował  mi  pan  tydzień  na 

zastanowienie. Chętnie z niego skorzystam. 

Na twarzy Careya pojawił się wyraz drwiny a zarazem podziwu. 

– Odnajduję  w  pani  odwagę  i  determinację  wielkiego  MacNeila,  który  ponoć  zszedł 

niegdyś ze statku bez grosza przy duszy, a został jednym z najbogatszych ludzi w tym kraju, 

uosobieniem amerykańskiego snu o potędze. Ma pani w sobie również jego legendarną butę. 

Krew się odezwała. Czasami tak bywa... 

– Nie wiem – odpowiedziała zaskoczona. 

– Zostaniecie  jednak...  i  pani,  i  Roscoe...  tutaj,  tak  jak  to  było  uzgodnione.  Sfinansuję 

wasz pobyt. Chciałbym też, niezależnie od rezultatu pani poszukiwań, mieć możność pracy z 

Roscoe. Muszę go trochę poznać. – Skinął na kelnera, który pojawił się natychmiast z grubym 

plikiem dokumentów. – Jeśli do końca tygodnia nie znajdzie pani niczego atrakcyjniejszego, 

proszę się z tym zapoznać. To kontrakt, który proponuję. Niech pani to przejrzy i przemyśli. 

– Przeczytam wszystko z uwagą, kiedy tylko znajdę czas. Kąciki ust Careya zadrgały w 

uśmiechu. 

– W  tej  ślicznej  torebce – wymruczał – ma  pani  zapewne  karteczkę  z  nazwiskiem 

adwokata z Nashville. Lepiej mnie sprawdzić. 

Dinah  zamrugała  powiekami.  Ten  człowiek  czasami  zachowywał  się  jak  prawdziwy 

jasnowidz. 

– Założyłbym  się – mówił  dalej,  wpatrując  się  w  musujący  szampan – i  to  o  grube 

pieniądze, że znam nazwisko tego adwokata. 

Spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Ojciec  rzeczywiście  doradził  jej,  z  kim  powinna  się 

skontaktować. Zapisała skrupulatnie wszystkie nazwiska, a karteczkę z adresami wsunęła do 

portfela, który teraz leżał na dnie torebki. 

Kelner przypomniał znowu  o  swej  obecności.  Sprzątnął  zastawę  i  na  stole  pojawiły  się 

pucharki z apetycznym czekoladowym kremem. 

– Nazwisko,  o  którym  mówimy,  brzmi...  – Carey  wzniósł  oczy  do  góry,  udając,  że 

głęboko  się  zastanawia – Roman  Hornsby.  Zgadłem,  prawda?  A  ponieważ  każdy  MacNeil 

musi mieć zawsze coś w zapasie, ot tak, na wszelki wypadek ma pani jeszcze jeden kontakt. 

Ten drugi prawnik, to Richard Ortison. Czy tak?

Niebieskie  oczy  Dinah  wyrażały  najwyższe  zdumienie.  Carey  odgadł  wszystko 

bezbłędnie. Ojciec polecił jej właśnie tych dwóch prawników. 

background image

– Proszę  pójść  z  dokumentami  do  obu.  Żaden  nie  zaprzeczy,  że  kontrakt  jest  uczciwy, 

więcej niż uczciwy. 

Dinah bawiła się łyżeczką. Czekoladowy deser nagle przestał jej smakować. Być może, 

myślała  niespokojnie,  Carey  nadal  blefuje,  a  udając,  że  nie  boi  się  prawników,  chce 

doprowadzić  do  tego,  by  zrezygnowała  z  zasięgania  ich  opinii.  Tymczasem  on  sięgnął  do 

kieszeni i wyjął z niej jakiś arkusik. 

– Mówiłem  już – przypomniał – że  dopilnuję,  żeby  chłopcem  zajęli  się  najlepsi 

specjaliści.  A  zatem,  proszę,  to  jest  lista  osób,  które  chciałbym  zaangażować.  Są  to  ludzie 

młodzi, lecz bardzo utalentowani; być może zgodzą się pracować z Roscoe. A co do mnie... 

proszę, niech mnie pani sprawdza. Na każdym kroku, we wszystkim i dowolnymi metodami. 

– O to już może się pan nie martwić – powiedziała ponuro. Wrzuciła arkusik do teczki z 

dokumentami  i  z  niechęcią  spojrzała  na  krem.  Jeśli  Mitch  Carey  był  szarlatanem,  to  zaiste 

znał się na swoim fachu. 

Zauważył zapewne jej brak apetytu, bo odstawił swój nie dokończony deser. 

– Kawy? – zaproponował. – A może kieliszek likieru?

W  odpowiedzi  mruknęła  tylko  i  przecząco  pokręciła  głową.  Miała  wszystkiego  dosyć. 

Przenikał  ją  strach  i  po  raz  pierwszy  pomyślała,  że  być  może  wzięła  na  siebie  więcej,  niż 

zdoła unieść. 

– Wygląda pani na zmęczoną – zauważył łagodnie. – Odprowadzę panią na górę. 

– Nie ma potrzeby... 

– Ten dom – nie dał się przekonać – to  ogromny labirynt.  Jeszcze  dziś przyda się pani 

przewodnik. 

Chciał  podać  jej  ramię,  lecz  odsunęła  się,  być  może  zbyt  gwałtownie.  Wiatr  ucichł  i 

płomienie  świec  stały  nieruchomo.  Jasno  świeciły  gwiazdy,  a  na  niebo  wpłynął  księżyc. 

Dinah  poczuła  na  sobie  nie  znoszący  sprzeciwu  wzrok.  Carey  wyciągnął  ręce  i  mocno 

przytrzymał ją za ramiona. 

– Spokojnie – powiedział zduszonym szeptem. – Ze mną nie trzeba walczyć. Nie odrzuca 

się pomocnej dłoni, tak nie wolno. Powiedziałem, że odprowadzę cię do pokoju i tak będzie. 

Pomogę ci się odnaleźć. Tutaj, w domu, i w ogóle, w Nashville. 

W  mroku  nie  widziała  dokładnie  jego  twarzy,  czuła  natomiast  wyraźnie  pulsowanie 

własnej  krwi.  Nigdy  jeszcze  nie  burzyła  się  w  niej  tak  gorąco.  Na  moment  zabrakło  jej 

powietrza. Wiedziała, że nie ma to nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, lecz ów człowiek 

o  zupełnie  nieprzewidywalnych  zamiarach  i  reakcjach  całkowicie  ją  sobą  oszałamiał.  Była 

rozpalona,  rozgorączkowana,  w  najwyższym  stopniu  rozstrojona.  Dlaczego  pozwalała,  by 

background image

czasami mówił do niej na ty?

– A w zamian za pańską cudowną pomoc – syknęła ze złością – i ja, i Roscoe mamy być 

wobec pana absolutnie ulegli. 

Opuścił ręce i cofnął się, lecz kiedy ponownie podał jej ramię, nie ośmieliła się zrobić mu 

afrontu. 

– Przesadzasz – powiedział. – Niczego takiego nie oczekuję. Proszę jedynie o lojalność. 

O  lojalność – powtórzył,  chociaż  nie  odezwała  się  ani  słowem.  – Traktuję  swoich  ludzi 

przyzwoicie i  w zamian  żądam lojalności. Bez niej nie da się niczego zbudować, a ja mam 

spore zamiary. 

Krętymi  schodami  na  piętro  wchodzili  w  absolutnej  ciszy.  Odprowadził  ją  pod  same 

drzwi i dopiero tam puścił jej rękę. 

– Spróbuj  się  dobrze  wyspać – doradził,  patrząc  na  nią  w  niepokojący  sposób.  – Masz 

tydzień na znalezienie lepszej oferty. To będzie męczące i... no cóż, bardzo się rozczarujesz. 

Dinah  czuła,  jak  z  sekundy  na  sekundę  narasta  napięcie.  Powinna  była  natychmiast 

odejść, lecz coś ją powstrzymywało. 

– Nie powiedział mi pan jeszcze, skąd w panu tyle wiary w sukces? Skąd pan właściwie 

pochodzi? I co pan robił przedtem?

Uśmiechnął się po swojemu i atmosfera zagęściła się jeszcze bardziej. 

– Niejeden upierałby się, że  w całym swoim  życiu  nie przepracowałem nawet  godziny, 

ale ja mam w tej sprawie odrębny punkt widzenia. 

– To  znaczy?...  – Nie  zdążyła  powiedzieć  nic  więcej,  gdyż  nagle  znalazła  się  w  jego 

ramionach. 

– A pani, panno MacNeil, nie powiedziała mi jeszcze, co to za bałwan związał panią ze 

sobą  tym  pierścionkiem,  a  potem  pozwolił  od  siebie  uciec.  I  to  dokąd?!  Do  Nashville,  do 

domu nieznanego mężczyzny!

Wiedziała,  że  powinna  jak  najszybciej  się  odsunąć,  ale  nie  była  zdolna  wyrwać  się  ze 

stanu upojenia, w jakie wprawiała ją jego bliskość. 

– Proszę  już  iść – powiedziała  słabym  głosem  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Były 

hipnotyzujące  i  drwiące.  – Dlaczego...  – szepnęła – dlaczego  miałby  mnie  nie  puszczać  do 

Nashville?

Przytulił ją mocniej i pogładził po włosach. 

– Bo, widzisz...  widzisz – odchylił lekko jej głowę, ustami niemal dotykając jej warg –

tutaj żyje się namiętnościami, pasją... 

Krew uderzyła jej do głowy. Ogarnęło ją cudowne uniesienie i jakiś słodki lęk. 

background image

– Pasją – powtórzył miękko, delikatnie obejmując wargami jej małe, rozchylone usta. 

Dinah  znieruchomiała,  czując,  że  zamiera  w  niej  serce.  Instynktownie  zamknęła  oczy, 

oszołomiona przez rozkosz. Chciała, żeby ją całował, chociaż pragnienie to bezgranicznie ją 

przerażało.  Kiedy  wtulił  ją  w  siebie  mocno,  aż  zabrakło  jej  tchu,  oderwała  usta,  walcząc  o 

oddech,  lecz  zamknął  je  pocałunkiem  tak  gorącym,  że  przestała  panować  nad  sobą.  W  jej 

piersiach,  ramionach,  udach  budziło  się  coś,  czego  nie  znała.  Żaru  ciała  nie  studził  już 

lodowaty strach, który hamował wszystkie jej reakcje. 

Nagle Carey cofnął się i powoli wypuścił ją z objęć. Sięgnął do wysokiego kołnierzyka 

jej sukienki i rozprostował go. W jego oczach dostrzegła błysk satysfakcji. 

– Widzisz? – powiedział  drwiąco.  – Uczysz  się.  Musisz  się  wiele  nauczyć.  Jest  pani 

dzieckiem,  panno  MacNeil.  Mimo  całej  swojej  błyskotliwej  inteligencji,  całujesz  się  jak 

dziewczynka,  którą  nauczono,  że  nie  wolno  okazywać  uczuć  ani  nawet  przyznawać  się  do 

nich.  Jaka  szkoda!  Dobrzy  ludzie  z  Kakexii  przysłali  mi  dziecko,  które  ma  strzec  drugiego 

dziecka.  Chociaż,  jak  na  dzieci,  jesteście  wyjątkowo  dorośli.  Ale  nic  się  nie  martw. 

Zaopiekuję się wami. Dam wam niezłą szkołę życia. 

Mówił  to  wszystko,  nie  ukrywając  satysfakcji  i  przez  cały  czas  bawiąc  się  jej 

kołnierzykiem. 

– Nie  bierz  sobie  do  serca tego,  co  się  stało – wymruczał.  – W  ogóle o  tym  zapomnij. 

Chciałem ci tylko coś pokazać. Nie warto o tym pamiętać, naprawdę. 

Opuścił ręce, odwrócił się i podszedł do schodów. 

– Powinnam dać ci w twarz! – zawołała za nim upokorzona i wściekła na siebie. 

Nie zatrzymał się, lecz tylko rzucił jej poważne spojrzenie przez ramię. 

– Z całą pewnością – odpowiedział z cierpkim uśmiechem, lecz po chwili błysnął zębami. 

– Ale tego nie zrobiłaś. I być może w tym cała moja nadzieja. 

Zbiegł po schodach. 

Dinah  usłyszała  jeszcze  ciche  pogwizdywanie,  po  czym  pomaszerowała  do  swojego 

pokoju i z największym trudem powstrzymując się od trzaśnięcia drzwiami, wyładowała złość 

na  czerwonych  poduszeczkach  w  kształcie  serca.  Porozrzucała  je  po  podłodze,  a  potem 

rzuciła się na łóżko z atłasową narzutą i zaczęła je okładać pięściami. 

Ze ścian, z objęć rozochoconych satyrów, patrzyły na nią błędnym wzrokiem rozognione, 

bezwstydne nimfy. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Mógłbyś chociaż raz zdjąć z głowy ten kapelusz – sarknęła, hamując złość. 

– Nie. – Roscoe był wyraźnie zdziwiony jej tonem. – To mój kapelusz szczęścia. 

– Rozumiem.  – Po  minionej,  upiornej  nocy  nie  miała  siły  na  perswazję  ani  ochoty  na 

dyskusję. 

Oboje  wstali  wcześnie  i  jedli  śniadanie  na  dziedzińcu.  Roscoe  wyspał  się  i 

przezwyciężywszy  szok,  chłonął  wszystkimi  porami  ciała  ekscentryczną  atmosferę 

rezydencji. Odzyskał też apetyt. Nigdy w życiu nie jadł croissantów, toteż teraz wcinał, aż mu 

się  uszy  trzęsły. Do  sześciu  sadzonych  jaj  na  bekonie  nie  wystarczyło  sześć  rogalików. 

Właśnie pałaszował siódmy!

Dinah natomiast nie miała apetytu. Panicznie bała się ponownego spotkania z Careyem i 

żałowała,  że  zdecydowała  się  szukać  dla  Roscoe  innych  propozycji  angażu.  Tej  nocy 

uświadomiła  sobie  jednoznacznie,  że  chociaż  odebrała  staranne  wykształcenie,  nic  nie 

przygotowało jej do tego rodzaju działań ani kontaktów z ludźmi pokroju Mitcha Careya. 

Roscoe  nie  zdążył  jeszcze  zjeść  całego  śniadania,  gdy  jak  na  złość  pojawił  się Carey. 

Szedł  ścieżką  między  azaliami.  Był  w  białych  obcisłych  dżinsach,  które  leżały  na  nim 

idealnie, i w wełnianym swetrze w odcieniu morskiej zieleni, podkreślającej barwę jego oczu. 

Dinah  sięgnęła  po  filiżankę,  udając  brak  zainteresowania,  lecz  musiała  ją  szybko  odstawić, 

gdyż  widać  było,  że  trzęsie  się  jej  ręka.  Zażenowana  reakcją,  na  którą  nie  miała  wpływu, 

schowała ręce pod stół, kryjąc je w fałdach spódnicy. Carey jednak niemal nie zwrócił na nią 

uwagi.  Jego  szeroki,  przyjazny  uśmiech  skierowany  był  wyłącznie  do  Roscoe.  Chłopiec 

zmieszał  się,  ale  już  po  chwili  wpatrywał  się  w  niego  jak  w  tęczę.  Dopiero  wtedy  Mitch 

raczył  zauważyć  obecność  Dinah.  Uśmiech  nie  schodził  mu  z  twarzy,  gotowa  była  jednak 

przysiąc, że w jego powitaniu czaił się diabelski chichot. 

– Dzień dobry, panno MacNeil – przywitał ją radośnie. – Pani wygląd potwierdza prawdę, 

że  nie  tylko  kwiaty,  ale  i  kobiety  rozkwitają  najpiękniej  o  poranku.  Składam  ukłon 

prawdziwej damie. 

– Dziękuję – powiedziała  kwaśno.  Gdyby  mogła,  rzuciłaby  w  niego  filiżanką. 

Najwyraźniej sobie z niej dworował. Ze wszystkiego: z jej charakteru, ze stroju. To prawda, 

ubierała się tradycyjnie, co jednak wcale nie oznaczało, że miał prawo mówić do niej jak do 

jakiejś beznadziejnej gęsi. 

– O  ile  wiem – zwrócił  się  do  chłopca – panna  MacNeil  zabiera  cię  dzisiaj  do  miasta. 

background image

Macie  przeprowadzić  pewne  rozmowy.  Chciałbym  jednak,  żebyś  o  czwartej  przyszedł  do 

studia. 

– Oczywiście – zgodził się Roscoe, lecz wyglądał na odrobinę zaniepokojonego. 

Chciała  mu  wyjaśnić,  że  przed  podjęciem  zobowiązań  wobec  „Diamentowej  podkowy”

warto podpytać parę osób, ale Mitch był szybszy. 

– Panna  MacNeil – powiedział  bardzo  spokojnie – jest  tu  po  to,  żeby  strzec  twoich 

interesów. Chce się upewnić, czy jestem osobą godną zaufania i sądzi, że znajdzie dla ciebie 

lepszą propozycję. Ale nie przejmuj  się. Moja oferta jest najkorzystniejsza. Sama się o tym 

przekona. 

Roscoe spojrzał na niego, po czym przeniósł wzrok na Dinah. 

– My... – zająknął się zdenerwowany. – Myślałem, że wszystko jest już załatwione. 

Dinah ponownie usiłowała coś powiedzieć, lecz Carey znowu był szybszy. 

– Wiesz,  jakie  są  kobiety – powiedział,  braterskim  gestem  kładąc  dłoń  na  ramieniu 

chłopca. – Trzeba im dać pomyszkować, inaczej nigdy nie będą szczęśliwe. Dajmy jej więc tę 

satysfakcję.  Niech  ma,  czego  chce.  Bądźmy  tylko  cierpliwi,  a  dojdzie  do  właściwych 

wniosków. 

Roscoe jednak nie wydawał się przekonany. Nerwowo poruszył grdyką. 

A to gadzina, pomyślała o Mitchu Dinah. 

– Nic  się  nie  martw – zapewnił  chłopca.  – Panna  MacNeil  jest  inteligentna.  Wkrótce 

wszystko  zrozumie...  Myślę,  że  możesz  jej  ufać,  synu.  Weźmie  co  prawda  małe  cięgi  od 

życia, ale nic nie szkodzi. No, a teraz – uśmiechnął się szeroko – znikam. Mam trochę pracy. 

Odprowadziła  go  wzrokiem,  kompletnie  zszokowana  jego  bezczelnością.  Jak  śmiał 

zapewniać Roscoe o jej oddaniu, mówić, że może jej ufać? To tak, jakby wilk perswadował 

jagnięciu, że pasterze ostatecznie na coś się przydają. Chłopiec przyglądał się jej bacznie spod 

ronda wciśniętego na oczy kapelusza.

– Nie  lubi  go pani – powiedział  cicho.  – Skąd  to  wiem?  Ano  wiem.  Też  myślałem,  że 

będzie stary i wstrętny. Ale nie jest. 

– Nie nabiera się do kogoś zaufania po kwadransie... Teraz, kiedy zostali sami, mogła już 

wyciągnąć spod stołu ręce. Sięgnęła po filiżankę i duszkiem dopiła kawę. 

– Widzę, że podchodzi pani do tego bardzo uczuciowo. – Roscoe wzruszył ramionami. 

– Uczuciowo! – powtórzyła niemal ze zgrozą. Najlepiej, żeby w ogóle nie miała uczuć. 

Byłaby wtedy w Connecticut i szła do ołtarza pod rękę z Dennisem. 

– Jeśli ktoś nie potrafi zaufać swoim uczuciom, to czemu właściwie ma ufać? – zapytał 

wprost. 

background image

Nie potrafiła na to odpowiedzieć. 

– Musimy się spotkać z paroma osobami – powiedziała po dłuższej chwili. – Dla twojego 

dobra. 

– Znowu  to  pani  robi – zauważył  lakonicznie.  Sięgnął  po  nadgryziony  rogalik,  który 

zostawiła na talerzyku, i wepchnął go sobie do ust. 

Zrezygnowała z wykładu na temat manier. 

– Co mianowicie?

– Kręci pani tym swoim pierścionkiem, jakby chciała wyrwać sobie palec. 

Zmieszana opuściła wzrok. Rzeczywiście! Robiła to przez cały czas. 

– Musimy się zobaczyć z pewnymi ludźmi – powtórzyła. – Zbieraj się, Roscoe. 

Cały ten dzień okazał się długą lekcją pokory. Nazwisko MacNeil otworzyło przed nimi 

parę  drzwi,  w  większości  jednak  pozostały  zamknięte.  Żadna  wytwórnia,  żaden  producent, 

właściwie nikt związany z show-biznesem nie miał dla nich czasu. Na spotkanie, i to dopiero 

za kilka dni, zgodził się tylko jeden agent, Stephen Fleetwood. Jak na ironię, był to człowiek, 

którego  Carey szczególnie  jej  polecał.  Nie  wiedziała,  czy  powinna  mu  ufać,  lecz  nie  miała 

innego  wyboru.  Wszędzie  spotykała  się  z  grzeczną,  ale  stanowczą  odmową.  O  wejście  do

królestwa muzyki żebrało w Naslwille tysiące ludzi i zarówno ona sama, jak i Roscoe, byli tu 

zaledwie  cząstką  tej  anonimowej  masy.  Z  godziny  na  godzinę  Dinah  uświadamiała  sobie 

coraz dobitniej, że oferta Mitcha Careya jest nie tylko jedyną propozycją dla Roscoe, ale być 

może w ogóle najlepszą. Bowiem jedynymi osobami, z którymi udało im się zobaczyć jeszcze 

tego dnia, byli poleceni jej przez ojca prawnicy i obaj potwierdzili, że warunki kontraktu są 

nie tylko uczciwe, ale i wyjątkowo korzystne. 

– A widzi pani – emocjonował się Roscoe, kiedy opuścili biuro Ortisona. – Mówiłem, że 

pan Carey jest w porządku. Trzeba tylko zaufać swoim odczuciom. 

Zebrała w sobie całą cierpliwość, na jaką ją było stać. 

– Słuchaj – powiedziała. – Twoje,  jak  ty to  nazywasz,  odczucia  są  takie,  że  należy mu 

ufać, a moje, że wręcz przeciwnie. Twoja teoria jest więc niedoskonała i dlatego musieliśmy 

go sprawdzić. 

Roscoe przystanął na moment i poprawił kapelusz. 

– Nie zgadzam się. Myślę, że myli pani dwie rzeczy. Intuicję w interesach z odczuciami 

kobiety i dlatego jest pani taka skołowana. 

Poczuła się tak, jakby strzelił w nią piorun. 

– Co ty mówisz? – podniosła głos. – Co to w ogóle ma znaczyć? Ile ty właściwie masz 

lat, żeby sugerować mi takie rzeczy?!

background image

Chłopiec zaczerwienił się i zaczął przepraszać, lecz jego słowa wróciły później do niej jak 

echo. Miał rację. Była skołowana. Kompletnie i wszechstronnie. Chyba nie było drugiej takiej 

odmóżdżonej kobiety. 

Aż do końca dnia wędrowali od jednych zamkniętych drzwi do drugich i od odmowy do 

odmowy. 

Z  obolałymi  nogami  i  całkowicie  wykończona  Dinah  siedziała  w  barze  u  Bootsiego, 

gapiąc się bezmyślnie na fotografie piosenkarzy i muzyków. Roscoe z entuzjazmem zajadał 

hamburgera i popijał dużą colę. Czuła, że powinna również coś zjeść, lecz nie miała apetytu. 

Wypiła tylko kawę, która jeszcze bardziej rozstroiła jej nerwy; na jedzenie nie mogła nawet 

patrzeć. Siedziała, smakując gorycz porażki. Jakąż naiwnością z jej strony była pewność, że 

wystarczy  przejść  się  po  Nashville,  żeby  przed  Roscoe  otworzyły  się  perspektywy  o  niebo 

lepsze niż kontrakt z „Diamentową podkową” Careya. 

– Zjadłbym jeszcze jednego takiego hamburgera. 

Wyrwana  z  rozmyślań,  spojrzała  na  Roscoe  nieprzytomnym  wzrokiem  i  nagle 

uświadomiła  sobie  z  całą  mocą  prawdę  o  swoim  położeniu.  Mrzonki  na  bok,  pomyślała 

twardo.  Oto  siedziała  w  barze  w  centrum  Nashville,  a  naprzeciwko  niej  obżerał  się 

hamburgerami  nieokrzesany  chłopak,  który  ponoć  był  geniuszem  i  za  którego  wzięła 

odpowiedzialność. Za parę chwil będzie zmuszona przyznać rację Mitchowi Careyowi. Żeby 

się przekonać o tym, iż miał słuszność, nie potrzebowała tygodnia. Wystarczył dzień, a nawet 

mniej niż dzień. 

Westchnęła i zerknęła na zegarek. 

– Dochodzi czwarta – powiedziała. – Mamy się spotkać z panem Careyem. Zostaw sobie 

trochę miejsca na kolację. 

Pragnęłaby  teraz  być  w  domu  i  mieć  przy  sobie  Dennisa  – miłego,  łatwego  w 

obcowaniu...  Przez  niego  nigdy  me  trzęsły  się  jej  ręce.  Nie  była  „skołowana”.  A  teraz 

wszystko się jej mieszało – odczucia, intuicje, cele. 

Odrapany,  podłużny  budynek  z  cegły,  w  którym  mieściła  się  wytwórnia,  nie  robił 

wrażenia, dopóki nie weszło się do środka. Panował tu nieopisany zgiełk i wszędzie kręcili się 

robotnicy. Zamiast muzyki, słychać było kakofonię dźwięków – walenie, stukanie, wiercenie, 

rytmiczne obroty gruszki z cementem. Carey przeprowadzał remont. Remont na wielką skalę. 

Przy  biurku,  zachowując  stoicki  spokój,  siedziała  jego  sekretarka.  Na  głowie  miała 

zakurzony  czepek  kąpielowy,  który  chronił  jej  włosy  przed  pyłem,  gruzem  i  brudem.  Była 

wysoką, energiczną kobietą po pięćdziesiątce, a nie żadnym tam eleganckim czupiradełkiem 

w szpilkach, o co Dinah skłonna była podejrzewać sekretarkę Careya. 

background image

– Buttress, miło mi – przedstawiła się, przekrzykując hałas. – Proszę wybaczyć chwilowy 

bałagan. – Nie wiadomo jakim cudem udawało się tej kobiecie zachować absolutny spokój i 

wojskową  niemal  dyscyplinę.  Wstała  z  miejsca,  zerwała  z  głowy  czepek  i  otworzyła  drzwi 

gabinetu swego szefa. – Bardzo proszę. 

Dinah  przeszła  przez  głowę  absurdalna  myśl,  że  odeskortowawszy  ich  gdzie  trzeba, 

energiczna niewiasta zasalutuje na pożegnanie. 

Cały budynek trząsł się w posadach, lecz szef „Diamentowej podkowy” nie wydawał się 

ani trochę zmęczony czy zirytowany. Jego gabinet był dźwiękoszczelny i stanowił oazę ciszy 

w piekle remontu. Ignorując Dinah, Carey zdjął nogi z biurka, wstał i serdecznie wyciągnął 

rękę do Roscoe. 

– Miałeś już okazję poznać Bucky’ego Willistona – powiedział. – To mój chodzący dział 

promocji, przynajmniej na razie. 

– Witaj, synu – mruknął Lucky Bucky, usiłując wstać z fotela. – Trzeba będzie nad tobą 

sporo popracować – dodał, potrząsając dłonią chłopca z przesadnym zapałem. – Stworzyć ci 

jakiś image. 

– Stworzyć mi, co?

– Najlepiej zdaj się z tym na mnie, synu – doradził Lucky Bucky. – Mam już pomysł za 

milion dolarów. 

Carey zdecydował się wreszcie zauważyć Dinah. 

– Bucky, mój drogi... To jest panna MacNeil, anioł stróż Roscoe. Poznajcie się, proszę. 

Panno MacNeil, to jest Lucky Bucky Williston. 

– Czarująca,  palce  lizać – mruknął  Bucky  z  przyklejonym  uśmiechem.  Zamaszystym 

ruchem ściągnął z głowy pomarańczowego stetsona i ukłonił się teatralnie. 

Dinah poczuła, że cała krew odpłynęła jej z twarzy. Bucky ledwie mieścił się w swoim 

płomiennie pomarańczowym kowbojskim stroju, obszytym z przodu czarnymi cekinami. 

– Sprytna z pani jałóweczka – powiedział, prostując plecy i patrząc na nią tak, że aż się 

jej zrobiło gorąco z gniewu i zażenowania. – Mitch mówił, że przyjechało jakieś chucherko w 

żabocie  i  kołnierzyku  pod  szyję.  Klasyczna  nauczycielka.  Zgadza  się.  Tyle  że  cholernie 

sprytna. 

Zarechotał  obleśnie,  wyobrażając  sobie  zapewne,  że  jego  uśmiech  jest  oszałamiająco 

uwodzicielski, po czym przymknął oczy. Dinah mogłaby przysiąc, że słyszała klapnięcie jego 

tłustych powiek. Obmierzła dynia, pomyślała, a jej twarz aż się ściągnęła z obrzydzenia. 

– Dziękuję – odparła lodowato, ale do Bucky’ego najwyraźniej nie docierały subtelności 

takie  jak  ton.  Mitch  natomiast,  który  rozumiał  je  doskonale,  nie  próbował  nawet  kryć 

background image

rozbawienia. 

– Jak minął dzień, panno MacNeil? – zapytał drwiąco. – Chyba nie przychodzi pani do 

mnie z pięcioletnim kontraktem z RCA czy Radiem „Columbia”?  Mam też nadzieję, że nie 

wpadnie  tu  zaraz  policja  i  nie  zgarnie  mnie  z  powodu  jakichś  straszliwych  matactw,  które 

jakoby zamierzałem popełnić. 

To był morderczy dzień. Straciła wszelkie złudzenia. Nie mogła jednak przyznać się do 

tego Careyowi. Już samo jego spojrzenie, przenikliwe i drwiące, wywoływało w niej popłoch. 

– To był naprawdę wspaniały dzień – powiedziała obojętnie. 

– Siadajcie. – Błysnął w uśmiechu zębami. Wiedział, że skłamała. 

Roscoe  natychmiast  zagłębił  się  w  mocno  podniszczonym  fotelu  i  poprawił  kapelusz, 

który  jak  zwykle  zsunął  mu  się  na  oczy.  Dinah  zaś,  napięta  do  granic  możliwości,  usiadła, 

prostując plecy. Carey wziął z biurka ołówek, podrzucił go do góry i złapał w locie. 

– Musimy  przedyskutować  parę  zasadniczych  spraw – powiedział.  – Od  podjętych  tu 

ustaleń,  oczywiście  jeśli  zdecydujemy,  że  podejmujemy  współpracę,  zależy  los  kariery 

Roscoe. 

Chłopiec  znieruchomiał.  Widać  było,  że  jest  bardzo  podekscytowany.  Lucky  Bucky 

rozsiadł się ciężko i stary fotel zachwiał się i zaskrzypiał niebezpiecznie, jakby się miał zaraz 

rozpaść. Mitch znowu podrzucił ołówek. 

– Chwileczkę – powstrzymała go Dinah, wyprowadzona z równowagi. – Zanim zacznie 

pan mówić o konkretnych decyzjach, które wpłyną na kształt kariery Roscoe... albo i na całe 

jego  życie,  może  powinien  znaleźć  się  tu  ktoś  doświadczony,  kto  umiejętnie  dopilnowałby 

jego praw... 

– Wynajęła już pani kogoś takiego? – zgasił ją ironicznie Carey. 

– Nie. Oczywiście, że nie. Nie zdążyłam. 

– Cóż... – rozłożył ręce. – W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak uznać panią za 

jedyną  osobę  reprezentującą  interesy  Roscoe...  No,  to  cieszę  się – skonstatował  spokojnie, 

uznając jej przedłużające się milczenie za zgodę. 

– Jestem bardzo rad, że w końcu okazała się pani rozsądna. No, a teraz... – bez uśmiechu 

spojrzał na rozpartego grubasa – kolej na ciebie. Bucky, proszę, słuchamy. 

– Jak wszystkim wiadomo – zaczął, mrużąc oczy w samouwielbieniu – pomysły to moja 

specjalność. Lęgną mi się w głowie jak za przeproszeniem pchły na psie. A więc posłuchajcie. 

Mówi się ostatnio coraz częściej, że Nashville stało się zbyt ugłaskane, że powinno wrócić do 

swoich korzeni. 

Popatrzcie no tylko na Roscoe. Przykleił się do fotela jak jakiś krowi placek. Więc myślę 

background image

sobie tak: Zróbmy z niego chłopka w dawnym stylu. Ubierzmy go w połatane gacie, niech mu 

z  butów  wyłazi  słoma.  I  jeszcze  efekt  specjalny – na  scenie  będzie  mu  towarzyszyło  żywe 

prosię. Powiemy, że je sobie wytresował i nigdy się nie rozstają. No jak, dobre?

Roscoe  wyglądał  tak,  jakby  miał  zaraz  zemdleć,  natomiast  z  twarzy Mitcha  Careya  nie 

dało się odczytać nic prócz znudzenia. W powietrzu śmignął znowu ołówek. Dinah siedziała 

jak na rozżarzonych węglach, aż nagle wyrzuciła z siebie jedno jedyne słowo:

– Nie!

– O co chodzi? – Wyglądało na to, że Bucky nie pojmuje jej reakcji. – Dlaczego nie?

– Bo nie – powtórzyła cicho. – Bo to  jest kompletne bezguście. W  życiu nie słyszałam 

czegoś tak niedorzecznego! I jeszcze ta świnia! Nie! Absolutnie się nie zgadzam. 

– Okay,  prosiaka  możemy  sobie  odpuścić.  Ale  idea,  żeby  go  zrobić  na  wiejskiego 

prostaczka, jest genialna. 

Dinah wyprostowała się w zjedzonym przez mole fotelu niczym królowa na tronie. 

– Panie  Williston – wycedziła  przez  zęby.  – Wyrażam  kategoryczny  sprzeciw.  Nie 

zrobicie z niego pośmiewiska. Roscoe jest piosenkarzem, a nie klaunem. Pan daruje, ale... 

– Okay, okay... – Bucky podniósł tłuste łapska w niby to obronnym geście. – Nic się nie 

stało. Pani popatrzy: przecież to urodzony wieśniak... szczerbaty, zezowaty, skóra i kości. 

Roscoe wcisnął się w fotel, jakby chciał zniknąć. Mitch patrzył na Dinah z prawdziwym 

zainteresowaniem. Żenowało ją to i tym bardziej  starała się nie poddawać ogarniającemu ją 

zmęczeniu. 

– W najbliższym czasie – powiedziała lodowatym tonem – wybierzemy się do dentysty i 

okulisty. Nikt nie będzie się natrząsał z Roscoe. Pozwolicie mu się normalnie ubrać albo nie 

wystąpi wcale. 

– Pani niczego nie rozumie... – zaczął Bucky, ale Carey przerwał mu w pół słowa. 

– Pannie MacNeil – rzekł, nie odrywając oczu od Dinah – nie odpowiada twój pomysł. A, 

jak  widzisz,  jest  to  uparta  osóbka.  Wymyśl  może  coś  innego.  A  poza  tym  nasz  przyjaciel 

Roscoe  wygląda  tak  jak  my,  kiedy  mieliśmy  szesnaście  lat.  Kiedyś  też  byłeś  chudy, 

zapomniałeś? Nabierze ciała, zmężnieje i będzie całkiem przystojnym mężczyzną. 

Williston patrzył na swego szefa jak na dzikie zwierzę, które trzeba właściwie podejść. 

– Okay, okay – powtórzył. – Wstawić mu tylko zęby, poprawić wzrok, dodać z dziesięć 

kilogramów  i...  tak,  masz  rację.  Całkiem  przystojny chłopak.  Kto  powiedział,  że  wsiok  nie 

może być przystojny? Trzeba go podtuczyć, wsadzić w jakieś stylowe ciuchy, zapłacić paru 

panienkom, żeby zemdlały na jego widok. No i niech koniecznie zmieni nazwisko. Może być 

Ross  Hocken albo,  lepiej,  Ray Heartbreaker*

[Heartbreaker  –  łamiący  serca]

.  Jak  już  nie  chce być 

background image

prostaczkiem, to niech przynajmniej pozbędzie się prostackiego nazwiska. 

Mitch milczał. Popatrzył na Dinah i niemal niedostrzegalnie się skrzywił. Odgadła jego 

intencje – kolejny  ruch  należał  do  niej.  Roscoe  był  biały  jak  kreda,  w  twarzy  drgał  mu 

mięsień. Wiedziała, że jest do głębi urażony. 

– Roscoe – odezwała się cicho. – Ja wiem, co o tym myśleć. A jakie jest twoje zdanie? 

No, mów. 

Twarz chłopca ściągnęła się jeszcze widoczniej. 

– Nazywam  się  Roscoe  Hockenberry,  tak  jak  mój  tato  – powiedział,  patrząc  na 

Bucky’ego. – Jestem dumny ze swego nazwiska. Niczego nie będę zmieniał. 

Carey  uśmiechnął  się  otwarcie,  jakby  rzucał  jej  kolejne  wyzwanie.  Gdyby  nie  wstyd  i 

duma, przytrzymałaby ręką walące serce. 

– Bardzo  słusznie – poparła  Roscoe.  – Nie  zrobicie  z  niego  komedianta  ani  idola 

rozhisteryzowanych dziewczyn. On jest piosenkarzem. Nie potrzebuje idiotycznego image’u 

ani mdlejących panienek. Przykro mi, że muszę to powiedzieć, panie Williston, ale sądzę, że

obejdzie się również bez pana. Chyba że zacznie go pan traktować z szacunkiem. 

Przerwała zaskoczona  własną  śmiałością.  Od nadmiaru  emocji kręciło  się  jej w  głowie. 

Czuła się tak, jakby była na rauszu. Lucky Bucky tymczasem śmiertelnie się obraził. 

– Ta  damulka – powiedział  wyniośle – nie  ma  pojęcia  o  show-biznesie.  Jestem  tu 

ekspertem. Pani ma do czynienia z wytwórnią, a to znaczy, że musi się pani liczyć również ze 

mną. 

– A pan – odparła z ironią, czując, że Mitch Carey jej nie pomoże – ma do czynienia z 

Roscoe  Hockenberrym,  a  to  oznacza,  że  również  ze  mną.  Roscoe  przyjechał  do  Nashville, 

żeby śpiewać, a nie występować w cyrku. Traktuje swoje zajęcie poważnie. Dobrze by było, 

żeby i pan tak traktował swoją pracę. Jestem oburzona pańską postawą!

Lucky Bucky spurpurowiał ze złości. 

– Coś  takiego!  Nikt  nigdy  nie  zarzucił  mi  bezmyślności.  To  bezczelność!  I  kto  to 

wszystko mówi? Jakaś nauczycielka, jakaś kompletna ignorantka! Jankeska jedna!

No  to  koniec,  pomyślała  Dinah,  dławiąc  się  z  gniewu  i  strachu.  Wszystko  przepadnie. 

Roscoe patrzył tępo przed siebie, jakby widział ruinę wymarzonej kariery, która nie zdążyła 

się nawet zacząć. 

Carey poruszył się i skrzywił. 

– Spokojnie, Bucky – powiedział. – Ze zdaniem tej Jankeski, chciał nie chciał, będziemy 

się musieli liczyć. Poszukaj jakiegoś innego rozwiązania. 

Uff, nie wszystko stracone. Dinah poczuła, że spada jej kamień z serca, a zarazem miała 

background image

wrażenie, że zaraz straci przytomność. Od rana prawie nic nie jadła, a przyszło jej walczyć z 

ludźmi, przeciwko którym miała tylko jedną broń – własną odwagę. Łupało ją w skroniach, 

czuła  ssanie  w  żołądku  i  drżenie  mięśni.  Carey  obserwował  jej  prawie  przezroczystą  z 

wyczerpania twarz. 

– No, dosyć już tych dyskusji na dzisiaj – powiedział. 

– Wiemy, na czym stoimy, a resztę omówimy jutro. Musisz, Bucky, przemyśleć jeszcze 

raz sprawę image’u Roscoe. Twój zawód, mój drogi, wymaga elastyczności. 

– Rozumiem, szefie – mruknął niechętnie grubas i wstał. 

– Ja  potrafię  być  elastyczny.  Pytanie  tylko,  czy  ta  kobieta  będzie  w  ogóle  w  stanie 

rozpoznać dobry pomysł. 

– Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko mieć nadzieję. 

– Mitch  uśmiechnął  się  kwaśno  i  pożegnał  swojego  stylistę,  który  jak  góra  lodowa 

przesunął  się  w  stronę  drzwi  i  opuścił  gabinet.  – Hej,  chłopcze...  – Carey  zwrócił  się  do 

przerażonego Roscoe. – Głowa do góry. Nic się nie stało i wszystko będzie okay. Wieczorem 

przyjdzie  do  nas  pani  Buttress.  Chcę,  żeby  przepisała  twoje  piosenki,  te,  które  uznasz  za 

najlepsze. Popracujecie trochę razem po kolacji. 

– Dobrze. – Roscoe rozluźnił się widocznie, bo uśmiechnął się w swój charakterystyczny 

bezradny sposób. 

Dinah podniosła się niepewnie. Chłopiec wstał również, patrząc na nią tak, jakby chciał 

powiedzieć, że jest z niej bardzo dumny. Muszę koniecznie zadbać o jego zęby, myślała jak w 

gorączce. Umówić go na wizytę u okulisty, pójść do fryzjera... Trzeba mu kupić nowe dżinsy 

i, aha, jeszcze dziś zatelefonować do Vesty. Należałoby też pomówić z Willardem... wpaść do 

biblioteki i wypożyczyć to i owo o muzyce country i show-biznesie... 

Gdyby w tym stanie ducha dane było Dinah wyjść na dwór, ochłonęłaby jakoś i wróciła 

do równowagi. Los zrządził jednak inaczej. Naciskała już klamkę, gdy zza regału wyskoczyło 

coś ciemnego i wbiegło na dywan. Była to duża brunatna mysz. Zatrzymała się na moment, 

po czym ruszyła w stronę drzwi. Dinah zamarła, zrobiło się jej ciemno przed oczyma i nagle 

coś się musiało stać, bo już po chwili usłyszała dochodzący jakby z oddali głos Careya:

– Panno MacNeil, panno MacNeil! Czy pani źle się czuje?

– Nie, nie,  skądże.  – Nie  wiadomo  dlaczego  siedziała  z  głową  odchyloną  na  oparcie 

fotela, choć przecież już wychodziła z gabinetu, a Mitch pochylał się nad nią. 

Roscoe zdjął kapelusz i płoszył nim stworzenie, które pomknęło jak strzała i zniknęło pod 

szafką. 

– Już po wszystkim, proszę pani – powiedział, nasadzając kapelusz na głowę. – Uciekła. 

background image

Opaloną  twarz  Mitcha  rozjaśnił  uśmiech.  Nie  była  w  stanie  znieść  jego  drwiny  i 

raptownie zerwała się z fotela. Nogi jednak odmówiły jej posłuszeństwa i nagle uświadomiła

sobie, że znajduje się w ramionach Mitcha. Oszołomiona i straszliwie zażenowana spojrzała 

mu  w  oczy,  ale  znalazła  w  nich  nie  kpinę,  której  tak  się  bała,  lecz  wezwanie,  żeby  się 

opanowała.  Nieświadomie  położyła  mu  rękę  na  piersi,  a  wtedy  nakrył  jej  drobną  dłoń  i 

przycisnął mocniej do siebie. 

– Masz palce zimne jak lód – powiedział miękko i delikatnie pogładził jej policzek. – I 

jesteś  blada  jak  opłatek.  Co  się  z  tobą  dzieje?  Tylko  mi  nie  mów,  że  po  prostu  boisz  się 

myszy... 

Dinah spróbowała stanąć o własnych siłach, lecz ramiona Mitcha okazały się nieubłaganą 

pułapką. 

– Ja...  – wyjąkała  niepewnie.  – To  wszystko  chyba  dlatego,  że  mało  dziś  jadłam,  a  ten 

dzień...  Tyle  nowych  spraw,  nerwów... – Czuła  się zbyt wyczerpana,  żeby  nawet  próbować 

kłamać. – Tak – przyznała upokorzona. – Panicznie boję się myszy. 

– O  do  licha! – W  zielonych  oczach  błysnęło  zdumienie.  – Roscoe! – nakazał,  nie 

odrywając oczu od Dinah. – Biegnij do knajpy, jest po drugiej stronie ulicy, i przynieś jakiś 

sok pomarańczowy. Jeśli nie masz forsy, poproś panią Buttress. 

– Tak jest, szefie. 

Dinah usłyszała szybkie  kroki Roscoe, a kiedy tylko zamknęły się za nim  drzwi, Mitch 

porwał ją na ręce. Poczuła się nagle jak lalka. 

– Dobry  Boże – mruknął.  – Piórko,  po  prostu  piórko.  Ile  ty  właściwie  ważysz? 

Pięćdziesiąt kilogramów?

– Czterdzieści  osiem.  – Bezwiednym  ruchem  splotła  mu  ręce  na  szyi  i  ogarnęło  ją 

wrażenie,  że  karmi  się  jego  siłą  i  ciepłem,  choć  cały  świat  wirował  niebezpiecznie.  Mitch 

dokądś ją niósł. Otworzył drzwi nogą, przeszedł kilkanaście metrów, skręcił i nagle opuścił ją 

na coś, co było miękkie i bardzo wygodne. – Gdzie my jesteśmy? – zapytała zażenowana. 

– W studiu dla uprzywilejowanych – powiedział bez uśmiechu. 

Od drzwi dał się słyszeć energiczny głos pani Buttress:

– Szefie, szefie! Pan Hockenberry twierdzi, że panna MacNeil zemdlała. Czy powinnam 

wezwać lekarza?

Służbisty ton sekretarki podziałał na Dinah dyscyplinujące Natychmiast, jakby pozwoliła 

sobie na coś zdrożnego, zdjęła ręce z szyi Mitcha i wcisnęła się w miękką kanapę. 

– Przeżyje  i  bez  niego – odpowiedział  ironicznie.  – Proszę  tylko  zamknąć  drzwi. 

Strasznie tam głośno. 

background image

Pani Buttress bezzwłocznie wykonała polecenie. 

– Nareszcie sami – wymruczał i uśmiechnął się kpiąco. – Tętno – poszukał jej pulsu na 

szyi – poprawiło się. Jeszcze trochę, a będziesz zupełnie zdrowiuteńka. 

Dinah odwróciła głowę. 

– Zostaw mnie – sprzeciwiła się z gniewem. – Czuję się już dobrze. Naprawdę. 

Usiłowała się podnieść, lecz za swój upór zapłaciła kolejnym zawrotem głowy. 

– Och! – Ciężko usiadła na łóżku. Carey zaklął i podtrzymał ją mocno. 

– Opuść głowę, nisko. 

– Nie – jęknęła, lecz bezceremonialnie nacisnął jej kark. 

– Przestań  się,  do  cholery,  wygłupiać! – krzyknął.  – Jeśli  nie  chcesz  mi  tu  znowu 

zemdleć, rób, co mówię. Opuść głowę między kolana!

– Za  nic!  Co  ty  sobie  wyobrażasz?!  Co?!  Kupiłeś  sobie  pajaca?  Jak  chcesz  mieć 

przedstawienie, to idź do teatru. 

Mitch odsunął się. 

– Kobiety! – Powiedział  to  z  taką  wzgardą,  że  kryjąc  twarz  w  fałdach  sukienki,  Dinah 

cieszyła się, że nie musi na niego patrzeć. – Czemu nie przysłali mi tu zamiast ciebie jakiegoś 

faceta,  z  którym  mógłbym  rozmawiać  jak  mężczyzna  z  mężczyzną.  Rozłożyłaś  na  obie 

łopatki Willistona, który jest trzy razy większy od ciebie, a histeryzujesz na widok myszy. I 

co ja mam z tobą zrobić?

W  biurze  przylegającym  do  studia  szczęknęły  drzwi  i  zaraz  potem  usłyszeli  niepewny 

głos Roscoe. 

– Jest tu kto?

– Jesteśmy,  jesteśmy! – odkrzyknął  niecierpliwie  Mitch,  obejmując  Dinah  ramieniem  i 

pomagając jej siedzieć prosto. 

– Co z nią? – Roscoe był bardzo zdenerwowany. – Czy już lepiej?

– Nie tylko lepiej, ale w ogóle nie ma o czym mówić. 

– Machnęła ręką, lecz zabrzmiało to mało przekonywająco. Mitch nie dał się jej odsunąć. 

– Niestety, jest o czym mówić – wycedził i zwrócił się do Roscoe: – Posłuchaj, chłopie, 

masz jej od jutra pilnować. Zwłaszcza tego, żeby jadła. Drobiazg taki... Nie powinna chodzić 

na głodniaka. 

– Nie jadła dziś za dużo – przyznał bezradnie chłopiec. 

– To fakt. Myszy też specjalnie nie kocha. Tylko że... No, nie wiem dokładnie, ale wydaje 

mi się, że dręczy ją jeszcze coś innego... 

Zapadła cisza. Dinah dzwoniło w uszach. Co ten chłopak znowu sobie ubzdurał? Był na 

background image

swój sposób inteligentny, lecz miewał niekiedy dość dziwaczne pomysły. 

– To znaczy, co? – Mitch przytrzymał ją mocniej. – Ma kłopoty ze zdrowiem? Wyrażaj 

się jaśniej, bo nie rozumiem. 

– Myślę, że uwiera ją pierścionek. 

Znowu zrobiło się cicho. Dinah spiekła raka. Miała ochotę zamordować to młode cielę, 

które  patrzyło  na  nią  mokrymi,  niewinnymi  oczami.  Śmiech  Mitcha  przerwało  napięte 

milczenie. 

– Roscoe,  mój  miły! – zawołał  z  zachwytem.  – Z  ciebie  jest  poeta  i  filozof  w  jednej 

osobie. Masz słuszność: Pannę MacNeil uwiera pierścionek! Ot co! No, Dinah, pij swój sok. 

Nie miała ochoty na nic, ale przypilnował, żeby wypiła całą szklankę. 

– Roscoe – zwrócił  się  z  ożywieniem  do  chłopca – idź  i  powiedz  pani  Buttress,  żeby 

zamówiła ekipę do deratyzacji. Jedna mała myszka zupełnie pomieszała  nam szyki i więcej 

się to nie może powtórzyć. Niech jeszcze dziś zrobią tu porządek. 

Nie wypuszczając Dinah z objęć, wyjął pustą szklaneczkę z jej ręki i postawił na stoliku 

przy łóżku. 

– Czuję się już dobrze. Puść mnie, proszę – powiedziała zażenowana, ale udał, że tego nie 

słyszy. 

– Pewien  stary, mądry  człowiek  radził  mi  kiedyś,  żebym  poszukał  sobie  staroświeckiej 

dziewczyny. Powiedział  mi  mniej  więcej tak:  „Jeśli  znajdziesz  gdzieś taką, która mdleje na 

widok  myszy,  to  się  z  nią,  synu,  ożeń”.  No  i  znalazłem  kogoś  takiego...  ciebie,  ale  ty –

podniósł jej dłoń z pierścionkiem – jesteś już zajęta. No i co my mamy z tym zrobić?

Dinah wyrwała rękę, oswobodziła się gwałtownym ruchem i wstała z kanapy. 

– Nic – powiedziała,  nie  patrząc  na  Mitcha  i  czując,  że  dziko  bijące  serce  rozsadza  jej 

klatkę piersiową. – Tu nie ma nic do zrobienia. 

– A to się jeszcze okaże – powiedział i zabójczo się uśmiechnął. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Dinah poprosiła o kolację do pokoju i siedziała teraz na łóżku, wygładzając bezwiednie 

czerwoną narzutę. Przez otwarte okno dobiegał z dziedzińca dźwięczny głos Roscoe. Śpiewał 

chwytającą za serce piosenkę o miłości. W pewnym  momencie podniosła się i, jakby chcąc 

odciąć  dostęp  nastrojom,  które  nie  dawały  jej  normalnie  żyć,  starannie  zamknęła  okno. 

Próbowała  nie  myśleć  o  człowieku,  na  którego  spadała  cała  odpowiedzialność  za  to,  że  w 

ogóle  znalazła  się  w  Nashville.  W  najwyższym  stopniu  rozdrażniona  dziwiła  się  sobie, 

dlaczego  prościutka  piosenka  Roscoe  aż  tak  ją  porusza.  Co  taki  chłopiec  mógł  w  ogóle 

wiedzieć o kochaniu? Nic. To wszystko było wtórne, zasłyszane. Jakieś tam echa przebojów i 

wątków z bajeczek o miłości. Była zawsze zbyt inteligentna, zbyt dojrzała, żeby wierzyć, że 

coś takiego może zdarzyć się naprawdę. 

Pokręciła  się  nerwowo  po  pokoju  i  przysiadła  znowu  na  łożu  w  kształcie  serca,  nie 

wiedząc, co robić. Miała dosyć bezczynności i myślenia o bzdurach. Bardzo chętnie zajęłaby 

się czymś konkretnym. Po raz pierwszy w życiu nie potrafiła zapełnić samotności czytaniem, 

choć  na  nocnym  stoliku  leżała  arcyciekawa  biografia  Marii  Stuart.  Dawniej  natychmiast 

sięgnęłaby  po  książkę – dziś  nawet  jej  nie  otworzyła.  Spojrzała  na  telefon,  ale  odwróciła 

wzrok. Dzwoniła już, gdzie miała zadzwonić: do matki Roscoe i do Willarda. Pokój wydał się 

jej  nagle  ogromną  złotą  klatką.  Jakże  chętnie  zeszłaby  teraz  na  dół  pooddychać  świeżym 

powietrzem wieczoru, ale tam był Mitch. Byłaby blisko niego... 

Och, przestań, zganiła się w myśli. Nie daj się ponosić wyobraźni tylko dlatego, że jakiś 

człowiek, jakiś mężczyzna, obudził w tobie coś, czego istnienia nawet nie podejrzewałaś. To 

tylko drzemiący w każdym z nas instynkt, wstydliwa i w gruncie rzeczy mało ważna cząstka 

każdego z nas. Uświadomiłaś to sobie, w porządku, a teraz po prostu zignoruj. A poza tym, 

pamiętaj, masz do czynienia z kimś, kto jest twoim przeciwnikiem i bez przerwy – chyba dla 

jakiejś perwersyjnej przyjemności – kontruje cię i sprawdza. 

Nagle zatęskniła za  Dennisem. Jak mogła choćby na moment zwątpić w to, że są sobie 

przeznaczeni? Przecież razem dorastali, mieli podobne zainteresowania i osobowość. Kochali 

książki, spokój, nie znosili ostentacji. Byli dumni z tego, że wybrali taki właśnie styl i sposób 

życia. 

Chociaż  rozmawiała  z  nim  krótko  poprzedniego  dnia,  zapragnęła  usłyszeć  znowu  jego 

wesoły,  krzepiący  głos.  Podniosła  słuchawkę  kiczowatego  telefonu  i  wybrała  numer.

Wczorajsza rozmowa jakoś im się nie kleiła – trwała zaledwie parę minut, mówili ze sobą jak 

background image

obcy. Być może zadecydowało o tym zmęczenie po podróży, ale dziś odezwała się w Dinah 

prawdziwa tęsknota. 

Niestety,  zamiast  samego  Dennisa,  usłyszała  jedynie  jego  wesoły  głos  nagrany  na 

automatyczną  sekretarkę:  „Halo.  Mówi  Dennis  Lingle.  Dziś  wieczór  dajemy  dodatkowy 

koncert,  więc  będę  jak  aniołeczek  grający  na  harfie!  Po  zakończeniu  sygnału  proszę  podać 

nazwisko i numer telefonu. Postaram się oddzwonić jutro”. 

Dinah zacisnęła dłoń na ozdobnej słuchawce. Usłyszała sygnał. 

– Dennis – powiedziała  rozpaczliwie.  – To  ja,  Di.  To  wszystko  tutaj  jest  bardziej 

skomplikowane, niż mogłam sobie wyobrazić. Potrzebuję z kimś porozmawiać. Czy możesz 

do mnie zadzwonić? Ja... Tęsknię za tobą. 

Odłożyła słuchawkę z uczuciem takiego samego rozedrgania, jakie ogarnęło ją tuż przed 

omdleniem.  Wiedziała,  że  dzisiaj  Dennis  już  nie  zadzwoni.  Nigdy  nie  telefonował  po 

dziesiątej.  O  tej  porze  nie  przesłuchiwał  nawet  automatycznej  sekretarki  w  obawie  przed 

wiadomościami, które ewentualnie mogłyby zakłócić jego spokój przed snem. Tolerancyjny 

w większości spraw, w tej jednej kwestii był zasadniczy aż do przesady. 

Siedząc  na  łóżku,  Dinah  przyłapała  się  w  pewnym  momencie  na  tym,  że  kręci 

pierścionkiem na palcu, i aż się wzdrygnęła. Spontanicznie sięgnęła znowu po aparat i zrobiła 

coś,  co  od  czasu  wyjazdu  do  college’u  zdarzało  się  jej  bardzo  rzadko – zatelefonowała  do 

domu, tak po prostu, żeby porozmawiać. 

Dzieci  w  rodzinie  MacNeilów  wychowywano  na  ludzi  zdyscyplinowanych.  Dinah, 

najmłodsza  z  całego  klanu,  uważała  się  zresztą  za  najbardziej  zdyscyplinowaną  osobę  w 

rodzinie. W dzieciństwie dużo chorowała i była wątła, co sprawiało, że podporządkowanie się 

surowym  rygorom  kosztowało  ją  ogromnie  dużo  wysiłku.  Powinna  być  opanowana  i 

trzymająca nerwy na wodzy, lecz w tej chwili czuła się bardzo młodo i niepewnie. Zapragnęła 

porozmawiać  z  matką,  chciała  usłyszeć  z  jej  ust  zapewnienie,  że  Dennis  jest  wspaniały  i –

ależ  oczywiście – stanowią  idealną  parę.  Telefon  jednak  odebrała  Svetla,  kucharka. 

Oznajmiła,  że  rodziców  nie  ma – pan  sędzia  wyjechał  do  Bostonu,  a  pani  MacNeil  spędza 

weekend  w  Bar  Harbour,  dokąd  wybrała  się  z  matką  Dennisa.  Czy  panienka  życzy  sobie 

przekazać jakąś wiadomość

0

– Nie. – Zmuszając się do uprzejmości, Dinah czym prędzej zakończyła rozmowę i tępo 

popatrzyła  na  słuchawkę.  Przez  moment  miała  wrażenie,  że  sztuczne  rubiny,  którymi 

słuchawka była inkrustowana, mrugają do niej ironicznie. Z melancholii wyrwało ją delikatne 

pukanie. Podskoczyła jak oparzona i nie wkładając nawet pantofli, podbiegła do drzwi. 

W progu stał Mitch. Był jak zwykle na luzie, choć od razu zauważyła, że się przebrał. Z 

background image

lekko  potarganymi  przez  wiatr  włosami,  w  oliwkowej  koszuli  i  w  ciemnych  spodniach 

wyglądał pięknie. 

– Masz jakiś nowy żabocik – stwierdził z charakterystycznym uśmieszkiem. – To znaczy, 

że czujesz się jako tako. Tylko jakieś obuwie by ci się przydało. Nie uważasz?

Bezwiednie  dotknęła  przodu  sukienki  i  schowała  palec  bosych  stóp  w  puszystym 

dywanie.

– Myślałam, że to Roscoe. 

Kiwnął głową i nie czekając na zaproszenie, wszedł do pokoju. 

– Roscoe jest za młody, żeby kręcić się o tej porze wokół sypialni swojej nauczycielki. 

Siedzi w studiu z panią Buttress. Opracowują nowe piosenki, świetnie im idzie. Pani Buttress 

jest  zresztą  w  siódmym  niebie,  bo  Roscoe  przypomina  jej  średniego  syna...  Słyszałaś,  jak 

śpiewał?

– Tak...  – Mitch  tymczasem  podszedł  do  wielkiego  łoża,  popatrzył  na  nie,  wzruszył 

ramionami i  usiadł,  a potem  oparł się  na  łokciach. – Czego  chcesz? – zapytała nerwowo, z 

trudem znosząc jego spojrzenie. – Wszedłeś jak do siebie. Nie przypominam sobie, żebym cię 

zapraszała. 

– Bo nie zapraszałaś. – Nadal nie spuszczał jej z oczu. – Chciałem jedynie sprawdzić, jak 

się masz. Nie zgasiłaś światła. Pomyślałem, że może szukasz pułapki na myszy albo że... że 

czujesz się samotna. 

Kiedy  indziej  parsknęłaby  pewnie  śmiechem,  ale  dziś...  Utrafił  w  samo  sedno.  Była 

samotna, straszliwie samotna. 

– Proszę cię, zapomnijmy o tej myszy – powiedziała markotnie. – Przestań się już nade 

mną pastwić. Czytałam sobie, było mi jak w niebie. 

– A  to  ciekawe.  – Wziął  do  ręki  gruby  tom,  przejrzał  go  i  odłożył  z  powrotem.  –

Wygląda,  jakby  nikt  tego  nie  otwierał.  Musisz  być  genialna,  skoro  potrafisz  czytać,  nie 

otwierając książki, ale nieważne. Pomyślałem sobie, że jeśli ci się na przykład nudzi, to może 

byś się gdzieś ruszyła... 

– Jeszcze  czego...  – Spróbowała  się  roześmiać.  – Naslwille  przy  świetle  księżyca? 

Wielkie dzięki. Naoglądałam się już dzisiaj wystarczająco. 

Mitch jednak, jakby niespecjalnie zważając na to, co mówiła, usiadł prosto, a następnie 

schylił  się  i  wyciągnął  spod  łóżka  jej  pantofelki.  Przytrzymał  je  za  paseczki  i  zakołysał  na 

palcu. Była w tym geście taka intymność, że Dinah poczuła, jak robi się jej gorąco. 

– Wątpię,  żebyś  zobaczyła  wiele – wymruczał.  – A  poza  tym  jestem  pewien,  że 

chciałabyś  opuścić  na  jakiś  czas  ten  miły  pokoik.  No,  chodź  tutaj  i  włóż  bury.  Chcę  ci 

background image

pokazać, gdzie będziesz kiedyś mieszkać. 

Dinah podeszła do drzwi i otworzyła je na całą szerokość. 

– Gdzie  co? – zapytała.  – Co  ty  powiedziałeś?  Mitch  prowokacyjnie  zakołysał 

pantofelkami. 

– Powiedziałem, żebyś tu przyszła, Kopciuszku. Muszę się przekonać, czy te zabaweczki 

naprawdę na ciebie pasują. – Widząc, że Dinah stoi bez ruchu, uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

– No chodź, bo inaczej sam po ciebie pójdę. 

Podniósł  się,  odstawił  pantofle  na  stolik  i  nie  wiadomo  kiedy  znalazła  się  w  jego 

ramionach. Takim samym płynnym i łagodnym ruchem wziął ją na ręce i przeniósł na łóżko, 

po czym usiadł obok, kładąc sobie na kolanach jej bose stopy. 

– Co ty... 

Nie pozwolił jej dokończyć. 

– Prosiłem  cię  dwa  razy,  żebyś  włożyła  buty.  Nie  mam  zwyczaju  prosić  nikogo  o  nic 

trzykrotnie. Taki już jestem. Przejmuję inicjatywę sam. 

Przytrzymując  lewą  kostkę,  sięgnął  po  pantofel  i  wsunął  jej  go  na  stopę.  Dinah  miała 

niesamowitą  wprost  świadomość  zmysłowości  tego  prostego  gestu.  Była  porażona  ciepłem 

mocnego ciała mężczyzny, który, pochylony nad nią, metodycznie i jakby drocząc się z nią, 

zapinał  misterne  paseczki.  Kiedy  zrobił  już  wszystko,  co  było  do  zrobienia,  przytrzymał 

prawą kostkę i w ten sam sposób wsunął drugi sandałek i zaczął zapinać paski. 

– Przestań – syknęła zażenowana. – Umiem włożyć sobie buty. Nie widzisz, że drzwi są 

otwarte. Co będzie, jeśli Roscoe zobaczy?

– Co mianowicie miałby zobaczyć?

Dopiął  ostatni  paseczek i  podnosząc  się,  bez  wysiłku  dźwignął  ją  z  łóżka  i  postawił  na 

ziemi. 

– Czy to?

Uśmiechnął  się  z  wystudiowaną  nonszalancją,  odsunął  się  odrobinę,  po  czym,  nim 

zdążyła  jakkolwiek  zareagować,  podniósł  do  ust  jej  dłoń.  Poczuła  mocne  wargi,  które  po 

chwili dotknęły pocałunkiem wszystkich palców prócz jednego – tego, na którym znajdował 

się zaręczynowy pierścionek. 

– Czy można mnie oskarżyć o brak szacunku? – zadrwił. 

– O nic cię nie oskarżam! – Wyrwała rękę i odsunęła się jak najdalej. 

– Boże, co za mała, tchórzliwa istota – powiedział, gdy stanęła w otwartych drzwiach. 

– Słuchaj, Mitch. – Dinah oddychała ciężko. – Mam tego dość! Nie lubię być niegrzeczna 

i nie jestem żadnym tchórzem, ale nie przywykłam do tego, żeby jakiś facet wdzierał mi się 

background image

do pokoju, rzucał mnie na łóżko, ubierał i udawał, że... – Pokazała Mitchowi wyjście. 

– Mhm – chrząknął, nie ruszając się z miejsca. – Powinienem pewnie rzucić cię na łóżko i 

rozebrać. Tak byłoby ciekawiej, prawda?

– Jasne – warknęła. – A teraz, proszę cię, wyjdź. Nie zamierzam tolerować tego, jak mnie 

traktujesz. 

– Postępuję jak każdy normalny, zdrowy mężczyzna. Tyle że ty o tym nie wiesz, bo nie 

masz pojęcia, co to jest normalny, zdrowy facet. 

– Raczej normalny, zdrowy kogut! – parsknęła. – Wynoś się. Idź piać gdzie indziej. 

Uśmiechnął się nieprzyjemnie. 

– Masz  ostry  języczek,  moja  ty  arystokratko.  Konto  w  banku  to  jak  widać  jeszcze  nie 

kultura. 

– Ty za to jesteś bardzo kulturalny!

– Daj spokój. – Wyciągnął rękę. – Po co mamy się kłócić? Chodź, pojedziemy zobaczyć 

nasz dom. – Objął ją ramieniem i poddała mu się bez najmniejszego oporu. 

– Nie rozumiem, o co ci chodzi... 

– Cicho  bądź.  Sama  zobaczysz.  Jedźmy.  Noc  jest  jeszcze  młoda.  Prawie  taka  młoda  i 

nieświadoma niczego jak ty. Odłóż więc na bok gorzkie słowa i chodź. Przecież bardzo tego 

chcesz. Życie, Dinah, jest za krótkie, żeby udawać. 

Zawahała się przez  moment, ale zaraz  wyszła  za  nim  z  pokoju. Było zresztą  tak, jakby 

przez całe życie czekała  właśnie na to, żeby tak iść obok tego mężczyzny, obejmującego ją 

delikatnie...  Dokąd  on  mnie  zabiera? – pytała  samą  siebie,  lecz  coś  w  niej  odpowiadało: 

Nieważne dokąd. Absolutnie nieważne. 

Noc  była  aksamitna,  jasna  od  księżyca  i  gwiazd.  Samochód  Mitcha,  czarny  excalibur, 

mknął ulicami Naslwille. Dinah nie wiedziała, dokąd dokładnie jadą; Mitch nie chciał jej tego 

zdradzić. Powiedział jedynie, że czeka ich dość długa droga. Spojrzała na zegarek. 

– Jest już po dziesiątej. Ile będziemy jechać?

– Na zakąskę – uśmiechnął się – chciałbym ci pokazać Partenon. 

– Partenon? – Dinah przygładziła rozwiane włosy. – Co ty wygadujesz? Tak się składa, że 

Partenon jest w Grecji. 

– Zgadza się. Jeden. Tyle że jesteśmy w Naslwille, mieście niespodzianek. 

Jeśli próbował ją zaintrygować, to trzeba przyznać, że mu się udało. Nie miała pojęcia, co 

chciał  powiedzieć,  dając  do  zrozumienia,  że  Partenonow  może  być  kilka.  Wkrótce  zresztą 

przestała się nad tym zastanawiać, oczarowana widokami spowitego w ciszę miasta. Skręcili 

w West End Avenue i kiedy dojechali do ogromnego parku, Mitch zwolnił. 

background image

– Popatrz – powiedział z satysfakcją. – Nie wierzyłaś mi, prawda?

Dinah  głośno  wciągnęła  powietrze.  Z  księżycowej  poświaty,  spoza  ciemnych  kształtów 

drzew, wyłaniały się kolumny i fronton Partenonu. Było w tym coś wspaniałego, a zarazem 

upiornego. 

– Jesteśmy  w  Centennial  Park – wyjaśnił,  spostrzegając,  jak  bardzo  jest  zaskoczona.  –

Widzisz replikę Partenonu. Drugiej takiej nie ma nigdzie na świecie. 

– Niesłychane – mruknęła.  – Tak  to  musiało  wyglądać  naprawdę...  kiedyś,  przed 

wiekami. 

– Tak... I nigdy już tak wyglądać nie będzie. Ludzie, którzy znają Partenon wyłącznie z 

pocztówek,  nie  potrafią  sobie  wyobrazić,  jaki  jest  ogromny...  jaki  był,  nim  zniszczyły  go 

dwadzieścia  cztery  wieki  historii  i  nim  nie  wywieziono  wszystkiego  do  muzeów...  Mam 

nadzieję, że aprobujesz to, co tu zostało zrobione. A może – dodał ironicznie – należysz do 

ludzi, którzy pogardzają replikami niezależnie od celu, dla których powstały?

– Nie, nie – przyznała – to jest piękne... ale jednego nie rozumiem. Dlaczego coś takiego 

postawiono w Nashville?

Mitch włączył silnik. 

– Nashville  nie  zawsze  było  światowym  centrum  muzyki  country – powiedział.  – Tak 

naprawdę przemysł muzyczny rozwija się tu od nie tak dawna. Muszę cię powiadomić, mój ty 

ptaszku z Północy, że to miasto bywa również nazywane Atenami Południa i jest ośrodkiem 

kultury i nauki. 

Uśmiechnęła się z niedowierzaniem. 

– Ateny  Południa?...  Ładna  nazwa,  ale  kłóci  się  z  powszechnymi  wyobrażeniami  o 

Nashville. 

– Powszechne  wyobrażenia  bywają  zazwyczaj  stereotypowe  albo  zgoła  mylne –

powiedział,  wyprowadzając  samochód  z  uroczystej  ciszy  parku  i  kierując  się  znowu  na 

wschód. – Cały świat może sobie twierdzić, że jest to tylko miasto szalonej i często tandetnej 

muzyki,  ale  my  wiemy  swoje.  Nashville  to  prawdziwa  południowa  piękność...  dojrzała, 

wyrafinowana  i  bardzo  mądra  dama  z  przeszłością  i  urodą,  dzięki  którym  jest  wiecznie 

atrakcyjna. 

– Mówisz jak zakochany... 

– Może...  Cokolwiek  czuję  i  myślę,  bezpieczniej  jest  kochać  miasto  niż  kobietę.  Ono 

nigdy nie udaje wierności. 

Czyżby  sądził,  że  jedynie  udawała  wierność  wobec  Dennisa?  Czy  uważał,  że  wiążą  ją 

wyłącznie formalne zobowiązania?

background image

– Dlaczego Nashville jest ci takie drogie? – zapytała, próbując zachować swobodny ton. –

Nie  masz  południowego  akcentu.  Mówisz  raczej  jak  ktoś  z  Kalifornii  albo  ze  Środkowego 

Zachodu... 

– Z Kalifornii – potwierdził. – Wychowałem się w Los Angeles. Chodziłem do szkoły w 

Chicago  i  w  Londynie,  a  potem  znowu  przeniosłem  się  do  Los  Angeles.  Jestem 

południowcem  z  wyboru.  A  co  do  Nashville,  to  kocham  atmosferę  tego  miasta,  jego 

paradoksy, muzykę oraz niezwykłą witalność. 

– A przedtem, co robiłeś?

– I to, i owo. – Zignorował jej pytanie. – Ale tutaj od początku czuję się jak w domu. 

Przednie  światła  excalibura  przebijały  ciemność.  Carey  skręcił  w  boczną  ulicę,  a 

następnie  w  obrośniętą  mimozami  aleję,  którą  zamykała  potężna,  kuta  w  żelazie  brama 

prywatnej posiadłości. Zatrzymał samochód i wychylił się do bramofonu. 

– W porządku, Troutman – powiedział. – To ja. Chcę pokazać komuś dom. 

Brama rozsunęła się posłusznie. Wjechali. Mitch machnął strażnikowi na powitanie, a ten 

pozdrowił go gestem. 

– Gdzie my jesteśmy? – Dinah była bardzo zaintrygowana. 

– U siebie – odpowiedział z uśmiechem. – Zaraz wszystko zobaczysz. 

Skręcił  i  po  chwili  oczom  zdumionej  Dinah  ukazał  się  budynek  stojący  na  niewielkim 

wzniesieniu  pokrytym  trawą.  Tak  pięknej  bryły  nigdy  jeszcze  nie  widziała.  Oktagon  o 

wysmakowanych proporcjach zbudowany był z bladoróżowej cegły. Zdobiły go białe ganki i 

koronkowe gzymsy. Na tle nocnego nieba wyglądał jak domek z bajki. 

– Czy to jest prawdziwe? – szepnęła zachwycona. – Oryginalne?

– I tak, i  nie. Zależy, o  co pytasz. Tak się kiedyś  budowało na Południu. Masz  więc w 

pewnym sensie do czynienia z repliką. Tego wieczoru to już druga – dodał kpiąco. 

Dinah  czuła  się  przyjemnie  oszołomiona.  Miała  wrażenie,  iż  od  paru  kwadransów 

znajduje  się  w  wielkim  gabinecie  luster,  w  których  wciąż  zmieniają  się  widoki.  Naslwille 

stawało się miejscem, w którym iluzja i rzeczywistość mieszały się ze sobą tak dokładnie, że 

powoli traciła umiejętność ich rozróżniania. 

– Budujesz się?

Wysiadł z samochodu i otworzył drzwi. 

– I  tak,  i  nie – roześmiał  się  tajemniczo.  – Kupiłem  tę  willę  w  stanie  surowym. 

Poprzedniemu właścicielowi nie starczyło pieniędzy. Mam nadzieję, że zdążę ją wykończyć, 

zanim wygaśnie umowa wynajmu na tamto szkaradzieństwo... Chciałabyś obejrzeć dom?

– Bardzo – odpowiedziała  szczerze,  zachwycona  architektoniczną  lekkością  willi,  która 

background image

zdawała się żeglować przez noc jak jakiś napowietrzny cud. 

– Wiesz,  jak  mówiono  na  taki  dom? – Weszli  na  szerokie  schody  werandy.  – Nie 

domyślisz  się.  „Biały  słoń”.  Śmieszna  nazwa,  co,  ale  jakoś  przekornie  pasuje.  Oryginalna 

willa  w  tym  stylu,  która  stała  w  Missisipi,  nie  została  dokończona  z  powodu  wojny 

secesyjnej.  Musiałem  zajrzeć  do  planów,  żeby  się  zorientować,  jak  taki  „słoń”  miał 

ostatecznie wyglądać... 

– Będzie  wspaniały – przerwała  z  entuzjazmem.  – W  życiu  nie  widziałam  czegoś  tak 

fantastycznego!

Mitch otworzył kluczem wielkie frontowe drzwi. Namacał ręką kontakt w holu i znaleźli 

się nagle w powodzi światła. Posadzka ułożona była z przydymionego, jasnego marmuru. Z 

prawej strony na piętro prowadziły rzeźbione w orzechu schody. 

– Raczy pani wstąpić na moje salony? – zapytał z przekorą, dotykając lekko jej ramienia. 

– Na górze, niestety, nie ma światła, muszą nam wystarczyć gwiazdy, no i może weźmiemy 

jeszcze to. 

Sięgnął po mosiężny lichtarz i ogniem z zapalniczki zapalił trzy wysokie świece. Otoczył 

ich krąg ciepłego, złotego światła, w którym przeszli przez nie wykończony salon i znaleźli 

się  w  pokoju  z  wysokimi,  łukowymi  oknami.  Światło  świec  odbiło  się  w  kryształowym 

kandelabrze, zapalając w nim delikatne, kolorowe błyski. 

– Kandelabr jest podłączony. Chcesz, żebym włączył światło?

– Nie, tak jest dobrze. 

Skinął  głową  i  przygarniając  ją  do  siebie,  podprowadził  do  rzędu  okien  w  północnej 

części pokoju. 

– Wychodzą  na  jezioro,  ale  lepszy  widok  jest  z  werandy.  Pójdziemy  popatrzeć? –

Postawił świecznik na podłodze i otworzył drzwi. 

W ciemnej toni jeziora odbijały się gwiazdy. Bzyczały roje owadów. Przez moment stali 

nieruchomo. 

– O czym myślisz? – zapytał, opasując ją ramionami i opierając brodę na jej włosach. 

– Tak mi dobrze – szepnęła upojona nocą i jego bliskością, od której jej krew burzyła się. 

Zapragnęła nagle chłonąć całą sobą słodycz tej chwili. Zamknęła oczy i oparła głowę na piersi 

Mitcha. 

– No i jak – spytał tonem, w którym odezwała się znajoma, nie znosząca sprzeciwu nuta.

– Będziemy tutaj szczęśliwi czy nie będziemy? Jak pani myśli, panno uparta? Ty i ja i, ma się 

rozumieć, tamten dzieciak. Będziemy go traktować jak syna, aż dorośnie na tyle, żeby, dzięki 

Bogu, mógł się wynieść. 

background image

O czym on myślał? O jakim wspólnym życiu? Dinah wymknęła się z rozkosznego objęcia 

i odwróciła do Mitcha rozpaloną twarz. 

– Co ty sobie roisz?

– Za  dwa  miesiące  wprowadzam  się  tutaj – powiedział  bez  emocji.  – Jeśli  Roscoe 

zostanie w Naslwille na dłużej, a po dzisiejszych przesłuchaniach wiem już, że tak będzie, to 

zostaniesz i ty. Jesteś mu potrzebna. Jeżeli zabraknie kogoś, kto potrafi go chronić, a zarazem 

narzucić mu pewne rygory, może się załamać. Musisz zostać... 

Spróbował  pieszczotliwie  pogładzić  ją  po  włosach,  ale  uchyliła  głowę.  Prowadził  jakąś 

grę, której nie rozumiała, lecz doprawdy trzeba było nie mieć rozumu, żeby dać się w nią aż 

tak mocno wciągnąć. 

– Za dwa miesiące będziemy już wiedzieli wszystko. Niezależnie od tego, czy podpiszesz 

kontrakt z Roscoe, czy też nie, ja mam swoje życie. 

– Nikt nie zadba o niego lepiej niż ty. Widziałem twoje starcie z Buckym. Zaatakowałaś 

go i pokonałaś wyłącznie siłą charakteru. Nigdy nikogo nie słuchał, ale z tobą musi się liczyć. 

Zrobiłaś na nim wrażenie. 

– Na  tobie  też,  kiedy  później  prawie  zemdlałam? – zapytała  z  goryczą  i  wstydem.  –

Zrobiłam z siebie przedstawienie... 

– Daj spokój – burknął i odwrócił wzrok. – Nieźle się wystraszyłem. 

– Wątpię. – Zaśmiała się nieprzyjemnie. – Raczej setnie się ubawiłeś, prawda?

Patrzyła na iskrzące się w świetle gwiazd jezioro. 

– Wiem, że jest ci ciężko... że... – Urwał, jakby nie od razu potrafił znaleźć odpowiednie 

słowa. – Jesteś taka drobna. .. Tyle w tobie siły charakteru, a boisz się głupiej myszy. Co za 

paradoks!  Składasz  się  z  samych  sprzeczności:  z  odwagi  i  lęków,  z  uległości  i  buntu.  Ale 

wobec pewnych spraw jesteś bezbronna, nie radzisz sobie z nimi. Mam rację?

– Nie. To są sprawy chwilowe. Jestem zdumiewająco odporna i silna. Naprawdę. 

– A ten twój narzeczony... Czy on w ogóle wie, jak ci trudno i ciężko? Czy o ciebie dba?

– Oczywiście,  że  dba.  Wie,  że  w  dzieciństwie  byłam  chorowita.  Zresztą,  czym  się  tu 

przejmować?

Mitch skrzywił się ironicznie. 

– Tak, tak, rzeczywiście. Wszystko gra, póki się nie przemęczysz. Jak na przykład dzisiaj. 

Światło księżyca i jego bliskość wprawiały ją w stan niemal euforycznego napięcia. 

– Zgadza się – przyznała. – A pan, panie Carey, jest dosyć męczący... 

– Pani, panno MacNeil, również. Myślę jednak, że udręczam panią nie tylko ja i nie tylko 

Roscoe. Chłopak ma absolutną rację. To ten pierścionek wysysa z ciebie wszystkie siły. Jest 

background image

za  ciasny.  Jesteś  silna,  niech  będzie,  ale  nie  na  tyle,  żeby  rozwiązać  swój  podstawowy 

problem. I właśnie to cię wykańcza. 

Wyczuła,  że  ponownie  staje  tuż  za  jej  plecami.  Wiedziała,  że  gdyby  się  do  niego 

odwróciła, natychmiast znalazłaby się w jego ramionach, a wtedy... 

– Tak się składa, że naprawdę kocham mojego narzeczonego – oznajmiła zimno. 

– Dlaczego  zatem  jesteś  tutaj  ze  mną?  I  dlaczego,  skoro  i  on  tak  bardzo  cię  rzekomo 

kocha, pozwolił ci wyjechać?

– Bo... – Podeszła do balustrady i zacisnęła na niej ręce. – Bo taki był mój obowiązek. To 

ja  tak  postanowiłam.  Dennis  i  ja  jesteśmy  dojrzałymi  ludźmi.  Wiemy,  że  czasami 

odpowiedzialność jest ważniejsza od przyjemności. Miłość to nie to samo co romans. Zawsze 

tak uważaliśmy. Więź między nami przetrwa każdą rozłąkę... 

Przerwał jej ironicznym śmiechem. 

– Jesteś  przerażającą  hipokrytką,  Dinah.  A  ten  twój  Dennis  potwornym  głupcem.  Ja, 

gdybym cię kochał, nie pozwoliłbym ci nigdy wyjechać na długo. Strzegłbym cię jak skarbu. 

– W takim razie – przygarbiła się i jeszcze mocniej przytrzymała balustrady – dobrze, że 

mnie nie kochasz. Nie jestem lalką, którą można mieć na własność. I nigdy nie będę. 

– Oj, Dinah, Dinah – powiedział łagodnie. – O czym ty mówisz? Przecież ty, dziewczyno, 

nie  należysz  nawet  do  samej  siebie.  Nie  wiesz  jeszcze,  kim  jesteś,  ani  czego  chcesz. 

Przyjechałaś  do  Nashville  właśnie  po  to,  żeby  to  zrozumieć,  i  przestraszyłaś  się.  Boisz  się 

tego, co w sobie odkrywasz. 

– Zmieńmy  temat,  dobrze? – Mocno  przygryzła  wargę.  – Nie  jestem  znowu  aż  tak 

interesująca, żeby ciągle o mnie mówić. 

– W porządku. Pomówmy zatem  o mnie. Czego  się dzisiaj dowiedziałaś na mój temat? 

Odkryłaś jakiś szwindel, jakąś brudną tajemnicę?

– Wiem  już,  że  grasz  z  Roscoe  czysto.  A  o  tobie  samym  nikt  nie  potrafił  mi  wiele 

powiedzieć... ani dobrego, ani złego. Zrozumiałam, że twoja propozycja jest jedyną, na jaką 

może liczyć Roscoe, a ponieważ jesteś jego jedyną szansą, nie pozostaje mi nic innego, jak z 

tobą współpracować, zachowując ostrożność. 

– Ostrożność, czujność, dystans. – W  głosie Mitcha zabrzmiała nuta sarkazmu. – Jesteś 

dobra w te klocki. Zrobiłaś z tego sztukę. 

Oczywista prawda tych słów zabolała ją tak mocno, że musiała odwrócić wzrok. 

– Być może – powiedziała, przemagając wewnętrzną rozpacz. – Ale chyba już rozumiesz, 

że  jeśli  mówię,  że  za  dwa  miesiące  mnie  tu  nie  będzie,  to  tak  naprawdę  myślę.  Dopilnuję 

spraw Roscoe i wracam do domu. Tam jest moje miejsce. 

background image

– Naprawdę? Naprawdę tak uważasz? Znowu przygryzła wargę. 

– Ja to wiem. Carey zastanowił się. 

– Możliwe – mruknął. – Może i tak jest, że potrafisz być szczęśliwa jedynie wśród ludzi, 

w  których  płynie  błękitna  krew.  Ja  do  nich  nie  należę.  Moje  pieniądze  śmierdzą.  Jestem 

nuworyszem. 

– A ludzie  odpowiedzialni  wydają ci się nudni,  prawda?  Tam, skąd pochodzę, liczą  się 

zasady. 

– Zasady! – parsknął.  – Ja  też  mam  swoje  zasady,  Dinah.  Gdybym  ich  nie  miał, 

trzymałbym  cię  teraz  w  ramionach  i  całował,  aż  błagałabyś  o  litość  i  o...  jeszcze.  Ale  ty 

umierasz ze strachu na samą myśl, że ktoś mógłby w tobie rozgrzać tę zimną błękitną krew. A 

zwłaszcza – dodał z błyskiem w oczach – że tym kimś mógłby być ktoś taki jak ja. Cham i 

prostak. 

Odsunął się i zrozumiała, że dystans, jaki się między nimi wytworzył, oznaczał więcej niż 

zwykłe fizyczne oddalenie. 

– Nie jestem snobką – powiedziała z godnością. 

– Chodźmy już – przerwał. – Robi się późno i niepotrzebnie cię tu przywiozłem. Musisz 

się porządnie wyspać. Nie chciałbym, żebyś znowu zemdlała. 

– To się już nie powtórzy. Nie wiem, co mi się stało. Takich zawrotów głowy nie miałam 

od lat. 

– Nosisz za ciasny pierścionek. – W jego głosie usłyszała gorycz. – Ale wiesz co? Może 

jest  tak,  że  bez  niego  nie  byłabyś  dla  mnie  aż  taka  atrakcyjna.  Człowiek  lubi  sięgać  po 

zakazany owoc. Chodźmy!

Przez całą drogę powrotną milczał, jakby w ogóle nie było jej obok. Pozwoliło to Dinah 

uspokoić  się,  ale  i  budziło  sprzeciw.  Czegóż  jednak  się  właściwie  spodziewała?  Sama 

przecież wzniosła ten mur. Musiała to zrobić. Tkwiła korzeniami w Connecticut i w rodzinie. 

Należała do nich i, oczywiście, do Dennisa. Była mu przeznaczona. Od zawsze i na zawsze. 

Wszyscy tak twierdzili. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Rano obudził ją telefon. Rozespana wyciągnęła rękę po słuchawkę i wtulając policzek w 

czerwoną poduszkę, przyłożyła ją do ucha. 

– Tak, słucham. 

– Dinah?  To  ja,  Dennis.  Przesłuchałem  to,  co  mi  wczoraj  nagrałaś.  Słuchaj,  co  ty 

opowiadasz? To jakiś nonsens. Jestem pewien, absolutnie pewien, że dasz sobie radę. 

Usiadła zdezorientowana. 

– Dennis... 

– Ani  mi  się  waż  mówić,  że  nie  robisz  tam  genialnej  roboty – powiedział,  udając 

surowość. – Nie wolno ci się roztkliwiać nad sobą. Nie pozwalam. Nie pozwalam i koniec. 

Przeczesała palcami potargane włosy. 

– Dennis... – szepnęła bezradnie. 

– Powtarzam ci jeszcze raz: Możesz tam zostać, jak długo będzie trzeba. Nie przejmuj się 

niczym i nie myśl o powrocie, aż ustawisz tego swojego Rufusa... 

– Masz na myśli Roscoe?

– Niech  będzie  Roscoe,  co  za  różnica.  Jestem  taki  dumny,  że  wzięłaś  tego  biednego, 

pogardzanego chłopca pod swoją opiekę. 

– Roscoe jest biedny, ale zapewniam cię, że nikt tu nim nie gardzi – powiedziała oschle. –

Wątpię raczej w moje umiejętności. 

– O,  to  źle,  to  bardzo  niewłaściwie.  Nie  wolno  ci  tak  myśleć.  Natychmiast  wyrzuć  te 

myśli. Jesteś mądra, potrafisz wszystko. Pamiętasz? Wszyscy mówili, że nie powinnaś jechać 

do  Kakexii,  aleja  powtarzałem:  „Bzdura!  Poradzi  sobie  i  to  fantastycznie”.  I  co?  Miałem 

słuszność. 

– Kto  mówił,  że  nie  powinnam  jechać  do  Kakexii? – zapytała  nieufnie.  Nikt  nigdy  jej 

tego nie powiedział wprost. 

– Och,  nieważne...  – Dennis  zawahał  się.  – Mama,  na  przykład.  „Żeń  się  już  teraz –

gderała.  – Są  pieniądze,  wystarczy  dla  was  obojga.  Po  co  jej  ten  rok  ogłupiającej,  ciężkiej 

pracy. Jest zbyt delikatna”. 

– Nie jestem delikatna! Może kiedyś byłam, ale już nie jestem. 

– No  właśnie  tak  jej  odpowiedziałem.  Powtarzałem,  że  w  naszych  czasach  kobieta  ma 

prawo do samorealizacji, do indywidualnych wyborów, do rozwoju swojej indywidualności... 

Dinah poczuła nagle, że ta rozmowa prowadzi donikąd. 

background image

– Słuchaj – ucięła. – Ten facet, u którego mieszkamy... Okropnie mnie irytuje. Sugeruje, 

że... 

– No to nie pozwól, żeby cię irytował. Po prostu go zbywaj, bądź ponad... 

– Wiesz... – przerwała bliska rozpaczy. – On jest przystojny... To znaczy... No, podoba mi 

się. 

– To  chyba  normalne.  – Dennis  roześmiał  się.  – Zawsze  miałaś  dobry  gust  i  byłbym 

ostatnim osłem, gdybym tego nie doceniał. Lubisz dobre malarstwo i rzeźbę, więc dlaczego 

miałby ci się nie podobać przystojny mężczyzna. Na Boga, rozumiem. 

– Ale ja nie rozumiem! – krzyknęła do słuchawki. – Jak ty ze mną rozmawiasz? Dennis!

– Po  prostu  próbuję  cię  wesprzeć.  Chcę  wesprzeć  twoją  wspaniałą  wolę  bycia  kimś, 

poczucie własnej wartości. 

– Ale ja mam właśnie szalone problemy z wolą!

– Niesłuszna myśl! Niesłuszna! Natychmiast odrzuć wszelkie negatywne myślenie. Kiedy 

mnie coś takiego dopada, włączam sobie Mozarta. 

– Słuchaj! Ty niczego nie rozumiesz! Próbuję ci powiedzieć, że ten człowiek zachowuje 

się tak, jakby chciał mnie... uwieść. 

Dennis zachichotał. 

– Oj, Dinah, chyba za dużo sobie wyobrażasz. Uwieść? Ciebie?

– Tak, mnie. A co? Uważasz, że to niemożliwe?

– Nie jesteś taką kobietą... 

– Nie rozumiem... 

– Nie należysz do kobiet, które się uwodzi – powtórzył zmieszany. – Ten gość ma pewnie 

apetyt na twoje pieniądze. 

– Pudło, mój drogi. To ktoś bardzo zamożny. 

– Mhm... – Dennis zamyślił się. – W takim razie na pewno nie ma wobec ciebie żadnych 

niecnych zamiarów. Nie masz w tym względzie doświadczenia, zadziałała wyobraźnia. Ale, 

oczywiście,  jeśli  on  ci  się  podoba,  to,  jak  najbardziej,  powinnaś  przeanalizować  swoje 

uczucia. 

Dinah była bliska płaczu. 

– Dennis! – jęknęła. – Co ty mówisz?

– Nic  takiego.  Radzę  ci  jedynie,  żebyś  spróbowała  zrozumieć  własne  uczucia.  Trzeba 

znać siebie. Inaczej nie można wyrobić sobie żadnej postawy wobec życia. 

– Chcesz powiedzieć, że to w porządku, że podoba mi się inny mężczyzna?

– Oczywiście. Musiałbym się czuć bardzo niepewnie, żeby sądzić inaczej. 

background image

– Aha – wycedziła  powoli.  – Rozumiem,  że  powinnam  ci  podziękować  za  to,  iż  nie 

czujesz się zagrożony. A więc dziękuję. Bardzo dziękuję. 

– Bardzo proszę. – W głosie Dennisa zabrzmiała wielkoduszność. 

Pożegnawszy  się  szybko,  Dinah  odłożyła  słuchawkę  i  objęła  ramionami  lamowaną 

koronką poduszkę. Nagle zrozumiała wszystko z przeraźliwą jasnością. Nie kochała Dennisa. 

Ani  teraz,  ani  przedtem.  Co  więcej,  on  również  jej  nie  kochał.  Rad  był  jej  wyjazdowi  do 

Kakexii, cieszył się, że pojechała do Nashville. Jeśli był człowiekiem uczciwym, a za takiego 

go  uważała,  to  ich  narzeczeństwo  więziło  go  tak  samo  jak  ją.  Miała  ochotę  ściągnąć 

pierścionek i cisnąć nim przez pokój, ale pohamowała się. Byłoby to dziecinne, a poza tym, 

gdyby go zdjęła, Mitch Carey uznałby, że zrobiła to z jego powodu. Należało to uczynić, ale 

nie tutaj, a dopiero w domu, w obecności Dennisa, po szczerej rozmowie w cztery oczy. 

Stali  przed  złotym  cadillakiem  Elvisa  Presleya  w  muzeum  muzyki  country  przy  Musie 

Square East. Roscoe był w siódmym niebie. 

– Ale cacko – mruknął zachwycony. – Jak będę bogaty, to kupię mojej mamie taki sam 

wózek. 

Dinah  chciała  już  powiedzieć,  że  Vesta  zapewne  wolałaby  mieć  inny,  mniej 

ekstrawagancki samochód,  ale w porę ugryzła się w język. Niech sobie marzy, pomyślała z 

nagłym  uczuciem  osamotnienia  i  zagubienia.  Roscoe  rozumiał  atmosferę  tego  muzeum 

znacznie  lepiej  od  niej.  Znał  wszystkie  nazwiska,  rozpoznawał  postacie  na  fotogramach, 

wiedział,  o  jakich  koncertach  i  wydarzeniach  muzycznych  mówią  plansze.  Była  w  jego 

świecie  kompletnym  ignorantem.  A  zatem  w  pewnym  momencie  mogło  się  okazać,  że  w 

ogóle nie potrafi mu pomóc. 

– Roscoe – powiedziała  nagle,  kładąc  mu  dłoń  na  ramieniu.  – Nie  wiem  nic  o  twojej 

muzyce. Czy mógłbyś mnie trochę poduczyć?

Spojrzał na nią, jakby nie rozumiał. 

– Ja?

– Tak – odpowiedziała żarliwie, patrząc mu prosto w oczy. – Proszę. 

Chłopiec zdjął kapelusz. Rudawe włosy opadły mu na czoło. 

– Będę zaszczycony – powiedział uroczyście. Nakrył głowę i odchrząknął. 

– O  ile  mi  wiadomo – zaczął – ojcem  tej  muzyki  był  Hank  Williams.  Bez  niego  nie 

znalazłaby swego wyrazu, a Nashville nie byłoby tym, czym jest. Oddał temu miastu całego 

siebie, ale umarł młodo. Mimo to zmienił tę muzykę na zawsze. Wydobył z niej wielkość. 

Dinah uśmiechnęła się. Jeszcze nigdy Roscoe nie starał się być taki elokwentny. Zawsze 

background image

miała  słabość  do  tego  trudnego  ucznia,  lecz  teraz  po  prostu  ją  zachwycał.  Był  kimś 

niepospolitym,  rzadkim  przykładem  urodzonego  dżentelmena.  Miał  osobowość,  której  nie 

wolno mu było zatracić, i być może na tym przede wszystkim polegało jej zadanie. 

Wyglądało  na  to,  że  i  on,  pochłonięty  nowymi  wrażeniami,  nie  zapominał  o  swoich 

obowiązkach. Kiedy zorientował się, że dochodzi dwunasta, przypomniał Dinah, że powinna 

coś  zjeść.  Żeby  uniknąć  tłoku,  weszli  do  małej  knajpki  przy  bocznej  ulicy.  Czekając  na 

hamburgery, Roscoe studiował plan miasta, pokazując, co jeszcze i gdzie powinni zobaczyć, a 

Dinah  myślała  z  satysfakcją  o  tym,  że  mimo  mizernego  samopoczucia  po  rozmowie  z 

Dennisem udało się jej umówić chłopca na wizytę u dentysty i na badanie wzroku. 

Nagle z rozmowy w sąsiednim boksie wyłowiła męski głos:

– Jeśli Carey chce ją mieć, to będzie miał. Dinah znieruchomiała. 

– Skąd wiesz? – zapytała kobieta, która najwyraźniej nie miała takiej pewności. 

– Bo przynajmniej do tej pory wszystko mu się udaje. 

Obserwuję  go  od  samego  początku.  To  ktoś  zupełnie  inny  niż  jego  brat,  jakby  byli  od 

innej matki. Jest diabelnie konsekwentny i wie, co robi. Jak się uprze, to Vonda będzie jego. 

– Vonda jest gwiazdą – sprzeciwiła się kobieta. – Niby dlaczego miałaby zrywać świetny 

kontrakt i angażować się u kogoś, kto nie wypuścił jeszcze nawet singla?

– Bo ten ktoś pozwoli jej być znowu sobą. A to, być może, liczy się dla niej najbardziej. 

– Czyste szaleństwo – upierała się kobieta. – Skąd te grymasy?

– A stąd, moja droga, że prawdopodobnie chciałaby być artystką, a nie produktem show-

biznesu. 

– Artystką! – Kobieta  parsknęła  śmiechem.  – Oj,  bo  skonam.  Jest  ładna,  ma  figurę  i 

fantastyczne włosy. Ale co to ma wspólnego ze sztuką? Artystka z koziego teatru! No wiesz... 

– Pamiętasz  jej  wczesne  nagrania? – zapytał  spokojnie  mężczyzna.  – Pamiętasz,  jaka 

była, zanim się skomercjalizowała?

– Owszem, było w niej coś. Ale publiczność chce innej Vondy, takiej, jaka jest teraz. Nie 

mogę sobie jakoś wyobrazić, że zechce zmienić swój image za cenę „artystycznej wolności”. 

Jeśli wybierze Careya, zrobi to z innych powodów. 

– To znaczy?

– Ze względu na niego samego. Są do siebie podobni. Oboje wiedzą, czego chcą. Jeżeli 

znajdą wspólny cel, to go razem osiągną. A poza tym są ze sobą. 

– Skąd wiesz?

– Wiem.  Mieszkała  u  niego,  to  znaczy  w  chałupie  Bobby’ego,  aż  do  przyjazdu  tego 

chłopaczka, z którym Carey podpisuje kontrakt. 

background image

– Kto to jest?

– Nazwiska  nie  pamiętam,  ale  to  podobno  kompletny  naturszczyk.  Problem  w  tym,  że 

przyjechał do Nashville z jakąś kobietą, która pilnuje jego interesów. Lucky Bucky twierdzi, 

że baba jest nie do zniesienia i że Carey zamierza przytrzeć jej nosa... 

Dinah miała dosyć. Podniosła  się gwałtownie i  podeszła do grającej szafy. Wrzuciła do 

niej  wszystkie  drobne  i  wcisnęła  guziki.  Jak  ktoś  podsłuchuje,  to  nie  powinien  potem  mieć 

żalu, pomyślała ze złością. A więc to tak. Carey chciał ją poniżyć. Powinna się była domyślić. 

Człowiek  jego  pokroju  mógł  widzieć  w  kimś  takim  jak  ona  jedynie  przeciwnika,  którego 

należało  omamić  i  zgnoić.  To  by  tłumaczyło  jego  pozorne  zainteresowanie  jej  osobą.  Tak, 

wszystko się zgadzało, tylko kim, do licha, była ta jakaś piękna Vonda. 

Z  grającej  szafy  buchnęła  melodia.  Ktoś  śpiewał  rozpaczliwie  o  złamanym  sercu  i 

utraconej miłości. 

Około  czwartej  Dinah  miała  wrażenie,  jakby  przeszła  przez  pół  miasta.  Próbując  nie 

myśleć  o  swoich  sprawach,  wypytywała  Roscoe.  Kręciło  się  jej  już  w  głowie  od  nazwisk, 

trendów, stylów, faktów związanych z muzyką country, lecz zdołała jeszcze zagonić Roscoe 

do  sklepu,  gdzie  ubrała  go  w  nowe  dżinsy,  brzoskwiniowego  koloru  koszulę  i  wysokie 

kowbojskie buty. Głuchy na jej prośby, nie chciał się jednak rozstać z kapeluszem, twierdząc, 

że to jego talizman. 

Wracali więc obładowani pakunkami, a kapelusz szczęścia jak zwykle spadał mu na oczy. 

Dochodząc do budynku wytwórni, Dinah zauważyła robotnika umocowującego na ścianie 

jakąś tablicę, a potem odczytała napis: „Diamentowa podkowa. Studio nagrań. Wybudowane 

zgodnie  z  planami  Bobby’ego  Careya”.  Stała  przez  chwilę,  zastanawiając  się  nad 

zagadkowością  tego  wszystkie

go.  Jakimże  skomplikowanym  człowiekiem  musiał  być 

Mitch,  skoro  postanowił  upamiętnić  krótkie  i  dość  beznadziejne  życie  swego  brata, 

przyznając publicznie, że to, co robi, jest kontynuacją pomysłu Bobby’ego. 

Pani  Buttress,  uosobienie  spokoju  w  ogólnym  chaosie,  powitała  ich  jak  zwykle  w 

ochronnym  czepku  na  głowie  i  niczym  sierżant  sprężystym  krokiem  poprowadziła  do 

gabinetu  Mitcha.  Przy  oknie  naprzeciw  drzwi  siedział  Lucky  Bucky.  Na  widok  Dinah  nie 

raczył nawet wstać, a tylko zerknął na nią spode łba. 

– O, Roscoe – ucieszył się Carey. – Aleś ty elegancki. Panna MacNeil  pięknie o ciebie 

zadbała. Gratuluję, panno MacNeil. Proszę mi przypomnieć, żebym zwrócił pieniądze. 

– Uśmiechnął się złośliwie. 

– Nie ma potrzeby – zaoponowała kategorycznie. – Roscoe sam je sobie zwróci, kiedy mu 

pan zapłaci za te trzy tygodnie. 

background image

– Poproszę zatem panią Buttress, żeby wystawiła czek od razu. Siadajcie. 

– Powinien się pożegnać z tym rozciapanym kapeluszem. 

– Bucky zmierzył Roscoe krytycznym spojrzeniem. – Wygląda jak kapeć. 

– To jest jego kapelusz – warknęła Dinah. – Ma prawo nosić, co mu się podoba. 

– Koszmar! – Lucky  strzepnął  niewidoczny  pyłek  z  obcisłych,  niebieskich  spodni,  w 

których jego uda przypominały serdelki. 

– Czy  możemy  przejść  do  interesów? – zapytał  zniecierpliwiony  Mitch.  – Czy  też 

będziemy tu siedzieć i dyskutować na temat kowbojskiego kapelusza?

– Rozmawiajmy o interesach – . zgodziła się Dinah. 

– Świetnie. Mam już kapelę dla Roscoe. Chciałbym cały następny tydzień przeznaczyć na 

próby. Jeżeli zespół się dotrze, zostaniemy w tym składzie na stałe. 

– Jakich muzyków proponujesz? To znaczy... jakie instrumenty? – zapytała. 

Nauki  Roscoe  nie  poszły  w  las.  Potrafiła  przynajmniej  zadać  sensowne  pytanie,  czym 

pewnie bardzo zaskoczyła Careya, bo spojrzał na nią z uwagą. 

– Będzie  gitara  elektryczna,  perkusja,  skrzypce  i  basy.  Chcę,  żeby  tło  było  bardzo 

klarowne. 

Dinah  zerknęła  w  stronę  Roscoe.  W  widoczny  sposób  aprobował  tę  decyzję.  Skinęła 

głową. 

– Tak, zgadzamy się. 

Mitch posłał jej znowu przeciągłe spojrzenie. 

– Nagrywamy cztery piosenki. Trzy autorstwa Roscoe, o których rozmawialiśmy wczoraj 

wieczorem, i jedną – spojrzał na chłopca, a potem znowu na Dinah – jedną Hanka Williamsa. 

Roscoe  ma  w  sobie  tę  samą  naturalność,  co  on.  Podobieństwo  narzuca  się  samo,  więc 

wydobądźmy je, nie ma czego kryć. 

Dinah  popatrzyła  na  Roscoe  i  zrozumiała  od  razu,  że  jest  bardzo  zdenerwowany. 

Porównanie z Hankiem Williamsem było dla niego najwyższym komplementem. 

– Nie  wiem,  czy  powinienem  śpiewać  jego  piosenkę – powiedział  z  wahaniem.  – Nie 

wiem, czy dam radę, czy mam w ogóle prawo, no... czy jestem godzien. 

Uspokajająco dotknęła jego ramienia. 

– Jesteś – zapewniła  go  serdecznie  i  spojrzała  Mitchowi  w  oczy.  – Roscoe  spróbuje –

powiedziała. – Jeśli się nie uda, zmienimy koncepcję. 

– Dobrze. – Zawstydzony opuścił głowę. 

– No  to  teraz  ty.  – Mitch  westchnął,  odwracając  się  do  grubasa.  – Mów,  co  nowego 

wymyśliłeś. 

background image

– Ha, wielcy ludzie myślą podobnie – oznajmił buńczucznie. – Nieraz już przychodziło 

mi  do  głowy,  że  Roscoe  ma  w  sobie  coś  z  Hanka.  Podobieństwo  jest  uderzające,  a  przede 

wszystkim  Nashville  od  czterdziestu  lat  czeka  na  nowego  Williamsa.  Ale  powiadam:  nie 

wystarczy porównywać. Trzeba to podobieństwo wydobyć i wykorzystać. 

Mitch  przestał  się  bawić  ołówkiem  i  z  uwagą  patrzył  na  Bucky’ego.  Dinah  i  Roscoe 

zamarli w nerwowym oczekiwaniu. 

– Mówię wam – kontynuował tonem rutynowego handlarza – to się opłaci. Ubierzmy go 

tak, jak nosił się Williams, odtwórzmy dokładnie tamtą kapelę. Zróbmy kampanię reklamową 

pod  hasłem:  „Hank  zmartwychwstał”.  Ogłośmy  nawet,  że  Hockenberry  wierzy,  że  jest 

nowym wcieleniem Williamsa. 

Cisza,  która  zapanowała,  gdy  Lucky  Bucky  skończył  swoją  przemowę,  była  wprost 

ogłuszająca.  Na  twarzy  Mitcha  malowała  się  rezerwa  i  czujność,  Roscoe  natomiast  był 

czerwony jak rak, oddychał głośno i zaciskał pięści. Dinah nie widziała go jeszcze w takim 

stanie. 

– No i co powiecie? – Bucky rozparł się, czekając zapewne na pochwały. 

– Nie mam słów – powiedział Mitch tonem, który nie pozwalał domyślić się intencji. 

Roscoe chrząkał przez chwilę, jakby zaraz miał się udusić. 

– Nie! – wybuchnął rozpaczliwie. Bucky spojrzał na niego z pogardą. 

– Co to ma znaczyć?! – krzyknął. – Ty ignorancie! Ja tu jestem od myślenia, rozumiesz? 

Co ty w ogóle wiesz, prostaku jeden?! Trzeba cię jakoś sprzedać, a to jest pomysł za milion 

dolarów. Jeżeli ci nie odpowiada, to jesteś głupszy od świni. 

Poderwał  się  z  miejsca  i  w  tej  samej  chwili  Roscoe  skoczył  w  jego  stronę.  Dinah 

błyskawicznie stanęła między nimi. 

Ten gówniarz nie ma o niczym pojęcia – wysapał ze złością Bucky. – Jakim prawem mi 

się sprzeciwia? Powinien się nauczyć słuchać mądrzejszych od siebie!

– Ciszej,  proszę – syknęła  Dinah.  – Chciałby  się  pan  może  wypowiedzieć? – rzuciła 

gniewnie, odwracając twarz do Mitcha. 

– Nie  będę  pani  przeszkadzał.  – Podparł  brodę  i  obserwował  rozwój  sytuacji  z  uwagą 

godną naukowca. 

Ciężki  i  ogromny  Bucky  stał  naprzeciwko  Dinah,  a  jego  nalana  twarz  aż  się  trzęsła  z 

wściekłości.  Za jej  plecami  dyszał  Roscoe,  gotów  pięściami  udowodnić  bezczelnemu 

tłuściochowi, że i on ma tu coś do powiedzenia. 

– Odsuń się – nakazała chłopcu. – A teraz pan – powiedziała, mierząc palcem w twarz 

Bucky’ego. – Siadaj pan i nie próbuj poniżać Roscoe. Jeśli musi się pan na kimś wyżyć, to 

background image

proszę, jestem. 

– Gdybym nie był dżentelmenem, rozgniótłbym cię jak pluskwę – warknął Williston, lecz 

cofnął  się  o  krok.  – Nie  walczę  z  kobietami – dodał  lekceważąco  i  usiadł,  jakby  całe  to 

zdarzenie w ogóle go nie obeszło. 

Dinah jednak nie dała za wygraną. 

– Myli  się  pan,  panie  Williston – syknęła  zjadliwie.  – Będzie  pan  musiał  walczyć  z 

kobietą,  boja  nią  jestem.  Pański  „pomysł”  nie  tylko  nie  zadowala  mojego  klienta,  ale  po 

prostu go obraża. Nie będzie pan dla pieniędzy wykorzystywał pamięci o zmarłym, który był 

legendą  muzyki  country.  To  byłoby  niewybaczalne,  niesmaczne  i  żenujące.  My  w  każdym 

razie nie weźmiemy w tym udziału. 

– Cholera  jasna! – Bucky zerwał  z  głowy kapelusz  i  cisnął  nim  o  podłogę.  – To  ja  się 

męczę, sypię pomysłami, a ty i ten smarkacz rzucacie mi je w twarz?!  Mam już tego dość! 

Ignoranci!

Roscoe ze wstrętem patrzył na Bucky’ego, najwyraźniej wciąż gotów do bójki. 

– Siedź! – powiedziała cicho, lecz dobitnie. – Proszę. 

Zerknęła  szybko  na  Mitcha.  Z  najwyższym  zainteresowaniem  oglądał  czubek  swojego 

ołówka.  Zrozumiała  od  razu.  Nie  zamierzał  jej  pomóc.  Na  wsparcie  Careya  liczył  również 

Bucky. 

– Tak nie może być – rzucił ostro w jego stronę. – Każ, żeby się zachowywała po ludzku. 

Odpowiedziało mu krótkie, chłodne spojrzenie. 

– Nie mogę jej niczego narzucać, Bucky. 

– Ale  ty...  Słuchaj,  tobie  chyba  podoba  się  mój  pomysł,  co? – Bucky  skręcał  się  z 

niepewności. – Dostrzegasz jego wartość promocyjną? To chyba najlepszy chwyt reklamowy, 

jaki kiedykolwiek wymyśliłem. 

– Powiedziałbym  raczej, obserwując  twoje  kolejne  poczynania,  że  jeden  z 

oryginalniejszych.  Cóż,  kiedy  nie  znalazł  uznania  naszego  artysty  i  jego  pięknej 

przedstawicielki. Będziesz się musiał pogłowić jeszcze raz. A skoro taki to dla ciebie twardy 

orzech do zgryzienia, może powinieneś zapytać, jak sami to widzą. 

Lucky Bucky popatrzył na Dinah spod przymrużonych powiek. 

– Nie  ma  tu  nic  do  rozgryzania – wymruczał  roztrzęsiony.  – Głupia,  rozpaskudzona 

snobka.  Uparła  się,  żeby  przerobić  tego  smarkacza  na  swoje  kopyto.  Jestem  artystą  i  nie 

pozwolę  się  lekceważyć.  Odmawiam  dalszej  współpracy.  – Uchylił  kapelusza  i  ponownie 

nasadził go sobie na głowę. – Bardzo mi przykro, panie Carey – pożegnał się pompatycznie. –

Proszę mnie wezwać, kiedy znajdzie pan ludzi skłonnych docenić mój talent. 

background image

Blady  jak  ściana  Roscoe  odprowadził  go  wzrokiem  aż  do  drzwi,  po  czym  spojrzał  na 

Dinah. 

– Mam to  gdzieś – powiedział. – Mogę wracać  do domu. Nie będę  niczego  ani nikogo 

udawał. Jestem sobą. Wystarczy. 

– I bardzo dobrze – odezwał się milczący do tej pory Mitch. Wstał, podszedł do chłopca i 

położył  mu  dłoń  na  ramieniu.  – Masz  rację.  Nie  gniewam  się.  Cieszę  się,  że  Bucky  się 

wyniósł... A ty – zwrócił się do stojącej nieruchomo Dinah – siadaj. Cała się trzęsiesz. 

Było jej wszystko jedno. 

– Mogłeś mnie wesprzeć – powiedziała z żalem, zapadając się w fotel. 

– Mogłem.  Ale  lepiej,  że  stało  się  to  właśnie  w  taki  naturalny  sposób.  Gdybym  go 

odsunął  od  promocji  Roscoe,  nazwałby  to  złamaniem  kontraktu  i  próbował  mnie  ciągać  po 

sądach.  To  znany pieniacz.  Tym  razem  jednak  zrezygnował sam.  Krótko  mówiąc,  spalił  za 

sobą mosty. 

Dinah zakręciło się w głowie. Narastało w niej podejrzenie, że oto Mitch posłużył się nią 

do własnych celów i to nad wyraz zręcznie. 

– No to załatwione – powiedział z satysfakcją i nagle spojrzał na nią tak, jakby poruszył 

go  widok  jej  drobnej  sylwetki  w  wielkim  fotelu.  – A  ty,  jak  sobie  wyobrażasz  sceniczny 

image Roscoe? Myślałaś już o tym?

– A  czy  jemu  czegoś  brakuje? – zapytała  spontanicznie,  spoglądając  na  roztrzęsionego 

chłopca, który w milczeniu przeżuwał swoje upokorzenie, i z radością zauważyła, że od razu 

się odprężył. – Dlaczego miałby udawać kogoś innego, niż jest? Czy to naprawdę konieczne? 

Najlepiej, jeśli zostanie sobą. Widzisz w tym coś niewłaściwego?

– Nie. Przez cały czas miałem nadzieję, że to wreszcie powiesz. Uff... No, to teraz idźcie 

już  sobie...  Aha,  byłbym  zapomniał.  Wieczorem  będziemy  mieli  gościa.  Urządzam  kolację, 

ale to nic oficjalnego. 

Podnieśli się, ale już w progu Mitch zatrzymał Dinah. 

– Pozwól  na  moment...  Chciałbym  z  tobą  porozmawiać.  Kiedy  tylko  Roscoe  wyszedł, 

przyciągnął ją do siebie delikatnie, lecz stanowczo. 

– Chcę ci powiedzieć – szepnął – że byłaś wspaniała... Wspaniała – powtórzył i szybko 

pocałował ją. 

Całował ją, a ona dawała się unosić namiętności, wiedząc, że te ciemne, gorące fale, które 

raz po raz ogarniały całe jej ciało, to pożądanie. Nigdy w życiu żaden mężczyzna nie wywołał 

w  niej  czegoś  podobnego.  Odpowiadała  pocałunkami,  błagając  każdym  dotknięciem  i 

poruszeniem, żeby nauczył ją rozpoznawać nieznane siły, które trawiły ją teraz jak ogień. 

background image

– Jeśli się zaraz nie opanuję – szepnął, pieszcząc ją coraz namiętniej – to zaniosę cię na tę 

kanapkę,  gdzie  razem  wkładaliśmy  sandałki.  Ale  jak  to  wytłumaczymy  twojemu  drogiemu 

narzeczonemu, którego tak bardzo kochasz?

Boleśnie przywołał ją do porządku, lecz jeszcze przez moment trwała w jego objęciach, 

czując, że nie ma siły na nic. Cofnął się jednak, podtrzymując ją lekko. 

– Biedna,  biedna  Dinah – powiedział  ze  współczuciem,  patrząc  na  jej  bezbronne  usta  i 

oczy,  w  których  czaiła  się  skarga.  – Taka  mądra  i  taka  skromna.  Wykształcona,  uczona  i 

kompletnie  naiwna.  Twarda,  zasadnicza,  a  jednocześnie  nieświadoma  siebie  i  swoich 

pragnień. 

– Wiem, kim jestem i czego chcę – skłamała z uporem. 

– No, to czemu tak bardzo boisz się uczucia? – zapytał miękko. – I mnie?

Pokręciła głową, nie patrząc mu w oczy. Bała się go dokładnie z tego samego powodu, 

dla  którego  przerażały  ją  emocje,  które  w  niej  od  początku  budził.  Nie  potrafiła 

przezwyciężyć w sobie nieufności. 

– Muszę...  muszę  już  iść – wybąkała.  – Roscoe  czeka.  Wypuścił  ją  z  łatwością,  która 

graniczyła z pozą. 

– Dokończymy  tę  rozmowę  kiedy  indziej.  Leć...  Zobaczymy  się  wieczorem.  Pamiętaj, 

będziemy mieli gościa, poproś więc Roscoe, żeby poskromił swoje jedzeniowe nawyki i nie 

zjadł nam przypadkiem obrusa. 

Dinah  wzdrygnęła  się.  Przygładziła  włosy i  niechętnie  potrząsnęła  głową,  chwytając na 

ułamek  chwili  swoje  odbicie  w  wiszącym  na  ścianie  lustrze.  Zobaczyła  pałające  policzki, 

obrzmiałe od pocałunków wargi. Na pomoc przyszły jej teraz długie lata twardej dyscypliny i 

umiejętność  błyskawicznego  opanowania  się.  Podeszła  bliżej  do  lustra  i  szybko,  bardzo 

sprawnie, umalowała usta. 

– Roscoe ma apetyt – stwierdziła chłodno. – To naturalne u chłopca w jego wieku. 

– Ja też mam apetyt – odciął się znaczącym tonem. – To naturalne u mężczyzny w moim 

wieku. 

Dinah zadrżała. 

– Kto ma być z nami na kolacji, jeśli wolno mi wiedzieć?

– zapytała, odważnie patrząc mu w oczy. 

Obojętnie wzruszył ramionami. 

– Nikt, kogo byś znała. – Zachłannie patrzył na jej usta. 

– Vonda Rainy, znana piosenkarka. Już niedługo będzie nagrywać u nas. 

Jeśli  można  w  jednej  chwili  odczuć,  że  świat  wali  się  nam  na  głowę,  to  coś  takiego 

background image

przydarzyło się Dinah. 

– Ach, tak – powiedziała bardzo spokojnie. – To znakomicie. A zatem do zobaczenia we 

troje. 

W drodze do domu udzieliła Roscoe stosownego wykładu na temat zachowania się przy 

stole,  lecz  poza  energicznej  nauczycielki  służyła  jedynie  ukryciu  zdenerwowania.  Cały  ten 

dzień bardzo ją zmęczył i nie miała najmniejszej ochoty na kolację w towarzystwie kobiety, o 

którą Mitch naprawdę zabiegał. Myślała gorzko o tym, jak to może być, że mężczyzna, który 

próbował ją  w sobie  rozkochać,  potrafi  posadzić  obok niej – no, kogo? – rywalkę, kobietę, 

swoją  miłość?  Dlaczego  tak  czynił?  Bo  jest  bezwzględny  i  niemoralny  i  przyrzekł  sobie  ją 

poniżyć. 

Jej  nastrój  pogorszył  się  jeszcze  bardziej,  kiedy  powiedziała  swojemu  uczniowi,  że 

tajemniczym gościem na kolacji będzie Vonda Rainy. Wywrócił oczy i teatralnie chwycił się 

za serce. 

– Czy mógłbyś mi łaskawie wytłumaczyć swój entuzjazm? Nic o niej nie wiem. 

– To najpiękniejsza kobieta w Naslwille! – zawołał z niekłamanym zachwytem. – A może 

i na całym świecie. W całym Kosmosie!

Dinah westchnęła. Było jeszcze gorzej, niż myślała. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Jak się wkrótce miało okazać, piękność Vondy Rainy była już trochę nadszarpnięta przez 

czas. Artystka przybyła limuzyną, z której wyłoniła się w obcisłych dżinsach i butach z białej 

skóry.  Wetknięta  w  spodnie  różowa  koronkowa  bluzka  miała  szerokie,  bufiaste  rękawy. 

Wąską talię, szerokie biodra i pełny biust podkreślał szeroki, nabijany ozdobnymi guzami pas. 

Uwagę  zwracały  też  ogromne,  diamentowe  kolczyki;  Dinah  w  życiu  nie  widziała  niczego 

paradniejszego. 

Pani  Rainy  nie  tyle  weszła  do  domu,  co  po  prostu  wpadła  do  niego  jak  bomba.  Miała 

nieprawdopodobnie gęste, długie włosy, które truskawkowo-złotą kaskadą opadały na plecy, 

bardzo mocny makijaż i niesamowicie długie rzęsy. Była sporo wyższa od Dinah, która na jej 

widok poczuła się od razu nudna, mała, mizerna i nikomu niepotrzebna. Serdecznie ucałowała 

Mitcha  w  policzek,  a  następnie  cmoknęła  zaczerwienionego  Roscoe,  mówiąc,  że  czeka  go 

wielka kariera. Uścisnęła też mocno rękę Dinah. 

Po kolacji przeszli do salonu. Vonda poprosiła Mitcha o gitarę, gdyż chciała pośpiewać z 

Roscoe. Poszedł po instrument sam, jakby dokładnie wiedział, o którą gitarę chodzi, i nie ufał, 

że służący przyniesie tę właściwą. Roscoe pędem pobiegł na górę po swoją. 

– Miły chłopak. – Vonda odprowadziła go wzrokiem. Siedziała na podłodze po turecku i 

sączyła szampana. 

Dinah przysiadła sztywno na brzeżku krzesła, elegancko krzyżując kostki. Czuła się jak 

stara ciotka i zazdrościła Vondzie dżinsów i luzu. 

– Owszem. A jak śpiewa!

– Już  go  słyszałam.  – Piosenkarka  zerknęła  na  nią  znad  kieliszka.  – Mitch  pani  nie 

mówił? To ja znalazłam Roscoe. 

– Myślałam, że Lucky Bucky. – Dinah odstawiła swój kieliszek. 

– Nic podobnego. Mitch posłał Bucky’ego, żeby wszystko sprawdził, ale odkrycie należy 

do  mnie.  Po  raz  pierwszy  zobaczyłam  go  na  targu  w  Kentucky.  Był  tam  z  przyjaciółmi. 

Usłyszałam, jak śpiewa i pomyślałam sobie: „To jest to”. Po powrocie opowiedziałam o nim 

Mitchowi. Naprawdę nic nie mówił?

Dinah pokręciła głową. Nie wspomniał jej ani słowem o istnieniu Vondy. 

Piosenkarka potrząsnęła błyszczącymi lokami. 

– No tak. Prosiłam, żeby nie mówił o mnie chłopcu. Nie chciałam, żeby Roscoe czuł się 

zobowiązany.  Sądziłam  jednak,  że  pani  wie...  Mówmy  sobie  po  imieniu,  dobrze? –

background image

zaproponowała i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Jesteś przecież jego opiekunką. 

– Ale... – Dinah próbowała uporządkować fakty w logiczną całość. – Jak to się stało, że 

byłaś w Kentucky i Roscoe cię nie widział? Uważa, że jesteś wspaniała. 

– To  proste,  kotku – zaśmiała  się  Vonda.  – Zrobiłam  sobie  wtedy  wakacje  od  samej 

siebie. Rozumiesz mnie, prawda? Zmyłam makijaż, ubrałam się zwyczajnie i wybrałam się na 

wakacje jak normalni ludzie. Mam w Kentucky krewnych i bardzo chciałam ich odwiedzić. 

Mój  kuzyn  wyhodował  świnię,  która  dostała  nagrodę  na  targach,  i  oczywiście  musiałam  to 

zobaczyć. Tak się więc składa, że odkryłam twojego Roscoe dzięki świni. I niech mi nikt nie 

mówi, że życie nie jest zabawne. – Zaniosła się znowu gardłowym, serdecznym śmiechem. 

Dinah, chcąc nie chcąc, musiała się również uśmiechnąć. 

– Ach, ten Mitch – powiedziała po chwili nieco skrępowana. – Jest taki dyskretny. Mógł 

ci  nie  wspomnieć,  że  mieszkałam  tutaj  przez  pewien  czas.  To  jest  miasto,  w  którym  plotki 

rozchodzą się bardzo szybko, i prędzej czy później i tak byś się dowiedziała. Chcę po prostu, 

żebyś  znała  prawdę:  Między  mną  a  Mitchem  nic  nie  było.  Jesteśmy  przyjaciółmi,  to 

wszystko. I nie ma w tym żadnych podtekstów. 

– Ależ  naturalnie – odpowiedziała  uprzejmie  Dinah,  chociaż  nie  udało  się  jej  ukryć 

zdenerwowania. – Naturalnie. 

– W  porządku – mruknęła  Vonda.  – Pamiętaj,  nie  łączy  nas  nic  prócz  przyjaźni.  Nie 

powinno  to  zresztą  nikogo  interesować,  ale  wiesz,  jak  to  jest...  ludzie  lubią  sobie 

poplotkować, a teraz plotkują o nas. Nie zwracaj na to uwagi. – Twarz piosenkarki ściągnęła 

się nagle, piękna maska opadła na moment, odsłaniając cień czegoś głęboko ukrywanego, lecz 

już  za  moment  Dinah  miała  znowu  obok  siebie  czarującą,  tryskającą  energią,  błyskotliwą 

kobietę. 

Przez  resztę  wieczoru  obserwowała  ją  dyskretnie.  Nie  mogły  więc  ujść  jej  uwagi  ani 

spojrzenia,  które  wymieniała  z  Mitchem,  ani  ich  nie  ukrywana  wzajemna  sympatia,  ani  też 

wreszcie  to,  że  jej  własna  osoba  zeszła  na  daleki  plan.  Roscoe  tymczasem,  jedyny  z  ich 

czwórki, wydawał się całkowicie uodporniony na wszystko, co działo się wokół. Pochłonęła 

go muzyka. Początkowo trochę zdenerwowany, rozśpiewał się później na całego. 

– Ho,  ho,  ho! – wykrzyknęła  Vonda, gdy  zakończył  wyjątkowo  poruszającą  balladę.  –

Toś ty taki dobry, Szczupaczku? Znasz „Słodką szesnasteczkę”? Jak to będzie? No, pomóż... 

„Kocham cię jak nigdy nikogo... „ Pamiętasz słowa?

Roscoe kiwnął głową. Vonda podała ton i nagle ich głosy stopiły się ze sobą, nad podziw 

zgrane i czyste. Dinah była autentycznie olśniona. Słuchała z zapartym tchem. 

background image

Kocham cię jak nigdy nikogo, 

Jak wtedy, gdy cię zobaczyłem na zielonej łące. 

Przybądź do mnie we śnie o wielkiej miłości. 

Kocham cię, jak kochałem, 

Kiedy byłaś słodką, 

Słodką szesnasteczką. 

Nieskomplikowana opowieść o miłości wyrażała dokładnie to, co ona sama czuła wobec 

Mitcha. Dinah uświadomiła  to  sobie nagle i  odkrycie  tej elementarnej  prawdy było  dla niej 

tak szokujące, że próbowała ze wszystkich sił się przed tym bronić. Głupstwo, myślała. Ani 

ja, ani Mitch nie jesteśmy już naiwnymi nastolatkami. To Dennisa, a nie jego, znałam, kiedy 

byłam taka młoda, a przecież kompletnie już do siebie nie pasujemy. A Mitch... Mitch należał 

do kobiety, która siedziała na dywanie u jego stóp. 

Vonda i Roscoe kończyli swoją balladę, gdy poczuła na sobie jego wzrok. Obserwował ją 

z  nieprzeniknionym  wyrazem  twarzy.  Nawet  oczy  nie  zdradzały  tego,  o  czym  myślał,  a 

jednak  nie  była  w  stanie  się  od  nich  oderwać.  Kiedy  nieświadomie  rozchyliła  wargi, 

spojrzenie  Mitcha  uchwyciło  natychmiast  ten  ruch  i  zachłannie  skupił  wzrok  na  jej  ustach. 

Ucichły ostatnie takty melodii  i pokój wypełniła cisza. Mitch zerknął ironicznie  na diament 

błyszczący  na  palcu  Dinah,  uśmiechnął  się  zimno  i  przeniósł  uwagę  na  Vondę  i  chłopca. 

Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że jej serce kurczy się z bólu i tęsknoty. 

Vonda również była bardzo poruszona. Uśmiechnęła się i otarła łzę. 

– Ja  płaczę – powiedziała  do  Roscoe.  – Widzisz,  co  narobiłeś?  Jesteś  fenomenalny,  a 

razem nie wypadło nam najgorzej, prawda?

– Skoro pani tak mówi... – Patrzył na nią z pełnym respektu uwielbieniem. 

Vonda spojrzała na Mitcha. 

– Musisz mi go pożyczyć – powiedziała ze szczerym zapałem. – W pierwszym albumie, 

który nagram u ciebie, chcę mieć przynajmniej jedną piosenkę w duecie z nim. Albo i dwie. 

Jeśli  się  zgodzisz,  zaśpiewam  z  Roscoe  piosenkę  na  jego  debiutanckiej  płycie.  Co  o  tym 

sądzisz?

Bez emocji wzruszył ramionami. 

– Jeśli to ma pomóc w sprzedaży płyt, jestem za. Spróbujcie jakiś szybszy kawałek. Chcę 

usłyszeć, co potraficie. 

Piosenkarka mrugnęła do Roscoe. 

– Chce nas sprawdzić, Szczupaczku – powiedziała wesoło. – No to dawaj, pokażemy mu. 

background image

Pokój  znowu  wypełnił  się  żywymi  dźwiękami  i  po  raz  pierwszy  w  życiu,  uniesiona 

niezwykłą atmosferą, Dinah doceniła tę muzykę apelującą do serca, nie do intelektu. Było już 

dobrze po północy, gdy Vonda oddała gitarę Mitchowi. Stłumiła ziewnięcie, zasłaniając usta 

upierścienioną dłonią, i roześmiała się. 

– To  było  cudowne.  Dokładnie  coś  takiego  zalecał  mi  lekarz – powiedziała  i  umilkła, 

napotykając spojrzenie zielonych oczu Mitcha. – Cudownie się pobawiliśmy – dopowiedziała 

miękko. – Dziękuję. 

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł lekko, lecz patrzył na nią uważnie, jakby 

szukał  czegoś,  co  tylko  on  mógł  dostrzec.  – Dobrze  się  czujesz? – zapytał  troskliwie.  –

Zrobiło się późno, a pewnie jesteś zmęczona. Może chcesz zostać na noc?  Miejsce jest, nie 

musisz nigdzie jechać. Zostań. 

– Nie dzisiaj. – Vonda popatrzyła znacząco na struchlałą Dinah i upojonego ze szczęścia 

Roscoe. – Masz gości. Zobaczymy się kiedy indziej. Kiedy?

– Wkrótce – obiecał z uśmiechem. – Nie będziemy sobie żałować czasu. 

Vonda odwróciła się i ucałowała Roscoe na dobranoc. 

– Będziesz gwiazdą, Szczupaczku – zapewniła go serdecznie. – Możesz mi ufać. Potrafię 

przewidywać przyszłość. 

Roscoe  spąsowiał  i  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  Pani  Rainy  spontanicznie  uściskała  go 

jeszcze raz, po czym wyciągnęła rękę do Dinah. 

– Pilnuj dobrze tego chłopca – powiedziała z dziwnym wyrazem oczu. – Ten biznes rzuca 

się na mózg. Bądź jego aniołem stróżem. 

– Spróbuję. 

– Pamiętaj, musisz  go upilnować – powtórzyła  piosenkarka. W  tonie jej głosu było  coś 

niemal wróżebnego. Dinah spojrzała na nią poruszona do głębi. 

Kiedy Mitch, po odprowadzeniu Vondy do samochodu, wszedł do pokoju, zauważyła na 

jego policzku ślad różowej szminki. Rozstroiło ją to jeszcze bardziej. 

– Śpiewałeś nadzwyczajnie – pochwalił chłopca. – Pani Rainy pomogła ci się wspiąć na 

wyżyny. – Nalał sobie bourbona i nie zwracając uwagi na Dinah, dodał: – Ale niech cię jej 

osoba  nie  onieśmiela,  bez  przesady.  Ona  nie  cierpi  hołdów.  Zachowuj  się  naturalnie. 

Będziecie pewnie ze sobą współpracować, przywykniesz do niej. 

– Powinieneś  już  pójść  spać – odezwała  się  Dinah.  Roscoe  wyglądał  jak 

zahipnotyzowany. Rozumiała, że ten wieczór miał dla niego ogromne, być może przełomowe, 

znaczenie, ale musieli wstać rano. – O siódmej masz wizytę u dentysty. 

Skrzywił się, lecz nawet perspektywa borowania zębów nie wyrwała go ze szczęśliwego 

background image

transu. Bez sprzeciwu poszedł na górę, by – najprawdopodobniej – śnić tam o jakiejś Vondzie 

Rainy, tyle że w jego wieku. 

– Mam  nadzieję,  że  się  przez  nią  wewnętrznie  nie  rozbije – powiedział  cicho  Mitch.  –

Vonda niekiedy przytłacza sobą ludzi. Bezwiednie. Wystarczy, ż^by weszła, i wszyscy faceci 

natychmiast dostają bzika. Również ci tak zwani rozsądni, a na pewno bardziej doświadczeni 

niż Roscoe. 

Jak na przykład ty? – pomyślała smętnie Dinah, ale tylko wzruszyła ramionami. 

– Roscoe  uważa  nas  wszystkich  za  staruszków.  Pani  Rainy pociągałaby  go jako  słodka 

szesnasteczka, ale teraz... Pewnie się zastanawiał, jaka była wtedy. 

– Chyba prawie taka sama jak teraz. – Mitch obserwował grę światła w kosteczkach lodu. 

– Wspaniała. Utalentowana. Pełna emocji i  entuzjazmu. Bez nich nie mogłaby śpiewać tak, 

jak  śpiewa.  Widziałem,  jaka  byłaś  poruszona.  A  skoro  Vonda  i  Roscoe  potrafili  wzruszyć 

nawet  ciebie,  to  sprzedam  miliony  płyt.  Co  tam  miliony!  Tryliony! – dokończył  z  jakąś 

niespodziewaną agresją w głosie i dopił alkohol. 

– Pójdę się położyć. – Starając się nie dać po sobie poznać, że jest wystraszona, ruszyła w 

stronę schodów, lecz zatarasował jej sobą przejście. 

– Zaczekaj, słodka szesnasteczko. Powiedz, jaka ty wtedy byłaś. Czy go kochałaś? Czy 

kochałaś już wtedy tego swojego wspaniałego narzeczonego? Czy to wspomnienia tak bardzo 

cię poruszyły?

Odstawił  szklaneczkę  na  stół  i  usiłował  wziąć  Dinah  za  rękę,  ale  wymknęła  mu  się 

niechętnie. 

– Byłam bardzo przeciętną dziewczyną. Może tylko jeszcze nudniejszą niż teraz, jeśli to 

w ogóle możliwe. 

– Nie jesteś nudna. 

Spojrzała mu w oczy, szukając w nich kpiny. Serce biło mocno, oddech wiązł w piersi. 

Ślad różowej szminki na policzku Mitcha przypominał, że nie dalej jak dziesięć minut temu, z 

takim samym niemal zainteresowaniem patrzył na Vondę. 

– Tak...  – powiedziała  z  wewnętrznym  buntem.  – Rzeczywiście  myślałam  wtedy  o 

Dennisie. Kiedy mieliśmy po szesnaście lat, byliśmy parą. Zawsze byliśmy parą... 

Nagle miarka się przebrała. Po raz drugi tego wieczoru zaszkliły się jej oczy. Nie potrafiła 

sobie poradzić. Prawda, myślała wtedy o Dennisie, a raczej o tym wszystkim, czego z nim nie 

zaznała. O miłości. Byli przez  te wszystkie lata  parą, ponieważ  inni  uznali, że  tak powinno 

być. Z naiwności, a być może i z tchórzostwa nie potrafili się przeciwstawić woli rodzin. 

– Co ci jest? – Mitch z kamienną twarzą obserwował jej błyszczące, mokre oczy. 

background image

– Nic. – Otarła łzy, lecz zaraz pokazały się nowe. 

– Mój  Boże – powiedział  powoli,  nachylając  się,  jakby  chciał  sprawdzić,  czy  są 

prawdziwe. – To ty go aż tak bardzo kochasz, tak bardzo tęsknisz?

– Tak – skłamała ze ściśniętym gardłem. – Ja i on jesteśmy z tej samej gliny. Marzę, żeby 

już tam być. 

Mitch wyciągnął rękę na wysokość jej policzka, tak jakby chciał przytrzymać ją za twarz, 

ale się opanował. 

– Jesteście  z  tej  samej  gliny,  mówisz...  – Zauważyła  pulsującą  żyłkę  na  jego  skroni.  –

Stare  rody,  stare  pieniądze.  Amerykańska  arystokracja.  Powinienem  się  chyba  siebie 

wstydzić. Ale się nie wstydzę. Być może na tym polega mój problem. 

– Być może – odburknęła cierpko i natychmiast tego pożałowała. 

Tym razem już się nie zawahał. Uchwycił mocno drobną, zaciętą w uporze twarz Dinah i 

nie pozwolił jej odwrócić wzroku. 

– Ja też marzę o tym, żeby być gdzie indziej – powiedział z lodowatym uśmiechem. – I z 

kim innym. Z kobietą, w której żyłach płynie prawdziwa krew, niekoniecznie błękitna, i która 

nie ma jakichś przedziwnych skłonności do tego, by swoje życie zamienić w koszmar. 

– Koszmar? – powtórzyła słabym głosem. 

– A tak, tak, koszmar. Myślisz, że co cię czeka w tym twoim Connecticut? I po co ci to 

małżeństwo? Żeby pieścić w sobie wspomnienie czułej przyjaźni z dzieciństwa? Na jak długo 

wystarczy  wam  ta  infantylna  zażyłość?  I  czy  w  ogóle  da  się  tak  żyć?  Jedynie  słusznie, 

zgodnie ze sztywnym kodeksem, w zaplanowany z góry sposób? Boże, co za potworność!

Dinah stała bez  ruchu, przerażona i  niema. Miała świadomość, że  gdyby Mitch ją teraz 

pocałował,  oddałaby  mu  siebie  i  jej  życie  odmieniłoby  się  raz  na  zawsze.  Tymczasem 

pokręcił tylko głową, puścił ją i podszedł do barku. 

– Co będziesz robić, kiedy wrócisz do Connecticut? – zapytał ironicznie, nalewając sobie 

bourbona.  – To  znaczy  potem,  jak  już  wyjdziesz  za  to  swoje  cudo?  Zdasz  się  na  waszych 

czcigodnych  przodków  i  ich  równie  czcigodne  pieniądze?  Umeblują  wam  rozkoszną 

przyszłość?

– Jadę  do  Yale – wybuchnęła  ze  złością,  nie  przywiązując  większej  wagi  do  tego,  co 

powiedział o Dennisie. – Po dyplomie obejmę stanowisko dyrektora muzeum MacNeilów w 

New Haven. 

– Muzeum MacNeilów – powtórzył z sarkazmem. – Jest się czym podniecać, doprawdy! 

Byłem tam kiedyś. Przyczynkarstwo do dziejów stali. Bardzo rozwijające wyobraźnię. Muszę 

przyznać,  że  to  rzeczywiście  idealne  miejsce  dla  ciebie.  Żelazna  dama  w  muzeum  stali... 

background image

Wiesz, to mi się nawet podoba. 

– Masz mi jeszcze coś do powiedzenia? Bo jeśli nie, to chętnie poszłabym już spać. 

– Ja też – stwierdził lakonicznie. – Tyle że, będąc zaledwie człowiekiem, nie chciałbym 

być sam. 

– W  takim  razie – rzuciła,  wchodząc  na  schody – wielka  szkoda,  że  panna  Rainy  nie 

została na noc. 

W jednej sekundzie znalazł się przy niej. 

– Nie  lubisz,  zdaje  się,  tanich  chwytów – powiedział  niskim,  ochrypłym  głosem.  – To 

podobno nie w twoim stylu. Ale to... to ci się naprawdę nie udało. 

Dinah cofnęła się. 

– Źle mnie zrozumiałeś – wycedziła z fałszywą słodyczą. – Nic mnie nie obchodzicie... 

ani ty, ani Vonda, ani plotki. Pragnę jedynie wypełnić do końca swoje zadanie. Po tych trzech 

tygodniach natychmiast się zwijam. 

– A  jeśli  miałoby  się  okazać,  że  Roscoe  potrzebuje  więcej  czasu?  Nie  uszczkniesz  ze 

swego  płaskiego,  arystokratycznego  życia  ani  godziny  dłużej?  Obudź  się,  moja  damo,  i 

pomyśl. Czy nie rozumiesz, że to jest show-biznes? Nie rozumiesz, jakie zagrożenia niesie? 

Wiem  coś  o  tym,  naprawdę,  a  jeśli  mi  nie  wierzysz,  porozmawiaj  z  Vondą.  Oboje 

doświadczyliśmy  tego  na  własnej  skórze.  Wiemy,  co  scena  i  sława  potrafią  zrobić  z 

człowiekiem. Nie pojmujesz, że twojemu uczniowi może być potrzebna pomoc?

– Ale  dlaczego  moja?  Dlaczego? – powtórzyła  z  taką  rozpaczą,  że  aż  spojrzał  na  nią 

zaniepokojony.  – Wiążesz  z  nim  własne  nadzieje,  to  sam  się  nim  zajmij.  Albo  poproś  o  to 

Vondę. Odkryła talent Roscoe, więc jest za to wszystko odpowiedzialna. 

– Jak  ty  to  sobie  wyobrażasz?  Ani  ona,  ani  ja  nie  mamy  czasu.  Taki  jest  nasz  zawód. 

Jesteśmy potwornie zajęci. 

– Ja również!

Zirytowana  ruszyła  w  górę  schodów,  ogarniając  fałdy  spódnicy,  lecz  w  pewnym 

momencie,  nie  potrafiąc  utrzymać  na  wodzy  nerwów  i  emocji,  obejrzała  się  do  tyłu.  Mitch 

przyglądał się jej z jawną kpiną. 

– Niby  dlaczego  wszyscy  uważają,  że  to  właśnie  ja  powinnam  się  zajmować 

Hockenberrym?! – krzyknęła z  ogniem w  oczach.  – Dlaczego  ciągle  powtarzasz,  że  to  mój 

obowiązek? – Przytrzymała się balustrady, marząc o tym, żeby na jej ręce nie błyszczał wielki 

diament. – No, dlaczego? Dlaczego mam być rzekomo jego jedyną szansą?

Mitch oparł się o ścianę, nie ukrywając ziewnięcia. 

– Może  tak  ci  było  pisane – powiedział  łagodnie  i  uśmiechnął  się.  – A  może  jest 

background image

odwrotnie?  Może  to  on  jest  twoją  jedyną  szansą,  nim  staniesz  się  kawałkiem  żelaza  w 

muzeum w New Haven. Muzea zawsze kojarzyły mi się z kurzem, starością i zamknięciem. A 

swoją drogą, czy w tym twoim nie ma myszy?

Dinah wzdrygnęła się i pędem pobiegła na górę, zapominając o swojej szerokiej spódnicy 

i  o  tym,  że  powinna  ją  przyzwoicie  przytrzymać.  Błysnęły  białe  kolana  i  smukłe  udo. 

Odprowadził ją tęsknym wzrokiem, a kiedy zniknęła, usłyszał mocne trzaśniecie drzwiami. 

– Dobranoc, droga panno MacNeil – powiedział miękko. – Słodkich, arystokratycznych 

snów! Niech w nich nie grasują myszy. 

Dopił alkohol i zaklął pod nosem. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Po  wyjściu  od  dentysty  Roscoe  przestał  lubić  Nashville.  Naszpikowany  środkami 

przeciwbólowymi  i  sztywny  ze  strachu  dał  się  jak  manekin  zaprowadzić  do  domu.  Kiedy 

poszedł się położyć, Dinah wróciła do swojego pokoju, żeby zadzwonić do Dennisa. W całym 

tym uczuciowym zamęcie jedno bowiem było dla niej absolutnie oczywiste. Nie mogła dłużej 

nosić zaręczynowego pierścionka i to ona musiała głośno wyartykułować to, o czym oboje od 

dawna wiedzieli. 

Kiedy jednak uzyskała połączenie, odpowiedziało jej znów tylko nagranie, które już raz 

słyszała, próbując się dodzwonić  w nocy:  „Halo,  halo. Kłania się  Dennis  Lingle.  Jestem  na 

przyjęciu  u  pani  profesor  Twissle”.  Dinah  ściągnęła  brwi.  Dziwne.  Dennis  zazwyczaj 

przesłuchiwał taśmę i zmieniał ją po śniadaniu. Odłożyła słuchawkę, nie zostawiając żadnej 

wiadomości, i upewniwszy się, że Roscoe zasnął, wzięła samochód i pojechała do miasta na 

umówione spotkanie z agentem Stephenem Fleetwoodem. 

Popołudnie, po skromnym lunchu, spędziła w czytelni, ślęcząc nad książkami o Nashville 

i  przemyśle  muzycznym.  Kiedy  wróciła  do  rezydencji,  Mitcha  jeszcze  nie  było,  a  Roscoe 

siedział  w  studiu,  przykładając  sobie  zimny  okład.  Na  jej  widok  poderwał  się  i  oświadczył 

kategorycznie,  że  w  życiu  nie  pójdzie  już  do  dentysty,  lecz  ofuknęła  go,  przypominając  o 

dwóch naznaczonych wizytach. Jęknął tylko i bez słowa wrócił na kanapę. 

Prosto od drzwi swego pokoju Dinah rzuciła się do telefonu i wykręciła numer Dennisa. 

Odezwał  się  znowu  automat,  tyle że  nagranie  było  świeże:  „Dzień  dobry – usłyszała.  – Tu 

mówi Dennis Lingle. Wychodzę na kolację z kumplami z wydziału. Później jadę na recital. 

Spieszę  się,  przepraszam.  Proszę  zostawić  numer  telefonu.  Oddzwonię  jutro.  Miłego 

wieczoru! Pa!”. Odczekała, aż przebrzmi sygnał, i bez słowa przerwała połączenie. Dopiero 

godzinę  później,  doprowadzona  niemal  do  histerii,  zatelefonowała  jeszcze  raz  i  rzuciła  do 

słuchawki tylko parę słów: „Zadzwoń. Chcę zerwać zaręczyny”. 

Parę  minut  po  ósmej zapukał Mitch.  Powiedział,  że  kolację  na  dziedzińcu przyjdzie im 

dzisiaj  jeść  tylko  we  dwoje,  ponieważ  Roscoe  w  dalszym  ciągu  nie  czuje  się  najlepiej. 

Wieczór był ciepły i miły. 

– Jak minął dzień? – zapytała, gdy usiedli przy stole i kelner nalał do kieliszków wino. 

Mitch przyjrzał się jej z sarkazmem. 

– Zdaje  mi  się,  że  słyszę  papugę – powiedział  drwiąco.  – Ale  nic,  w  porządku,  jakoś 

minął. A ty, co robiłaś? Byłaś u Fleetwooda, jadłaś lunch... Muszę niestety stwierdzić, że nie 

background image

powinnaś się ograniczać do byle sałatki. A jak ci się siedziało w bibliotece?

Dinah odstawiła kieliszek i spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

– Skąd ty to wszystko wiesz? Wynająłeś detektywa, żeby mnie szpiegował?

Mitch włożył do ust oliwkę i żuł ją z namysłem. 

– Zaraz tam szpiegował – powiedział z pewnym wahaniem. – Coś przecież muszę o tobie 

wiedzieć. Jesteś tu nowa. Po Nashville poruszasz się jak dziecko w ciemnym lesie. 

– Nie jestem żadnym dzieckiem – podniosła głos. – Lasu też tu nie ma. Raczej dżungla. 

– Mów ciszej. – Sięgnął po następną oliwkę. – I proszę cię, nie wygłaszaj banałów. Jesteś 

na to za inteligentna. 

– Całe  popołudnie  czytałam  o  tym,  czym  zajmujesz  się  na  co  dzień – powiedziała 

niechętnie.  – Wydaje  mi  się,  że  wielu  gwiazdorom  przychodzi  płacić  zbyt  wysoką  cenę  za 

sukces. 

– Nieudacznikom zaś za to, że im się nie udało. Wierz mi, znam to na pamięć. Mówiłem 

ci  już  i  powtórzę  raz  jeszcze,  że  ten  biznes  jest  groźny,  szczególnie  dla  ludzi  młodych  i 

podatnych na wpływy, takich jak na przykład Roscoe. Będzie mu potrzebna mocna ręka, ktoś, 

kto  nim  pokieruje  i  w  razie  czego  weźmie  w  karby.  Lekceważyłaś  moje  słowa,  dopóki  nie 

naczytałaś się o tym, o czym mówiłem. Bo ty tak się wszystkiego uczysz, prawda? Z książek, 

nie z życia. 

– Nie masz zielonego pojęcia, jak i czego się uczę! – parsknęła gniewnie. 

– Mylisz  się.  Fakt,  że  poszłaś  do  biblioteki,  świadczy  o  tym,  że  mam  rację.  Nashville 

pulsuje wokół ciebie... żywe i prawdziwe, otaczają cię ludzie, a ty dokąd idziesz po naukę? 

Do  biblioteki.  To  typowe,  Dinah.  Ufasz  drukowanemu  słowu  bardziej  niż  życiu,  choćby 

podchodziło pod same drzwi. Skoro jednak tak już musi być, to i ja dam ci książkę. O Hanku 

Williamsie. 

– Nie,  dziękuję – powiedziała  wojowniczo.  – Jestem  pewna,  że  był  genialny,  że 

przydarzyły mu się same okropności i umarł młodo. Błysnął jak meteor i zgasł. 

– Miał  zaledwie  dwadzieścia  dziewięć  lat – potwierdził  cicho  Mitch.  – Ugiął  się  pod 

brzemieniem  swojej  sławy  i  nie  było  nikogo,  kto  mógłby  mu  pomóc.  Wielkie  talenty  nie 

rodzą się na kamieniu. Trzeba pokoleń, żeby coś takiego mogło się powtórzyć... Chciałbym 

wierzyć, że istnieje szansa... 

– Naprawdę wierzysz, że Roscoe jest aż taki zdolny? – zapytała prawie ze strachem. 

– Ja to wiem. Paru ludzi w tym mieście też zaczyna już coś przewąchiwać. Mają dobrego 

nosa. 

– Fleetwood na przykład. 

background image

– Na przykład. To cynik i plotkarz, ale potrafiłby pilnować kontraktów Roscoe. Jedynie 

nad duszą tego chłopca nie będzie komu czuwać. Od tego jesteś ty i tylko ty. 

– Dlaczego ja? Przecież to wszystko jest dla mnie tak samo nowe, jak dla niego. 

– Tak, ale ty jesteś nieprzekupna. 

– Jaka? – W oczach Dinah pojawiło się absolutne niezrozumienie. – Co chcesz przez to 

powiedzieć?

– Dokładnie to, co słyszysz. Ciebie nie można kupić. Co więcej, masz w sobie coś, czego 

nie  da  się  kupić  za  żadne  pieniądze,  a  co  potrafisz  przekazać  komuś,  kto,  jak  na  przykład 

Roscoe, bardzo tego potrzebuje. 

– To znaczy, co? – zapytała podejrzliwie. 

– Klasę.  – Uśmiechnął  się.  – Mocno  zakodowane  wartości.  W  źrenicach  Mitcha 

zatańczyły płomienie świec. Czuła się jak ktoś poddany władzy hipnotyzera, kto jednak nie 

chce ulec. 

– Jeśli jestem takim skarbem – powiedziała – to powinnam też umieć odróżnić pochwałę 

od  pochlebstwa.  No  i  umiem.  – Podniosła  w  górę  kieliszek.  – To  było  ładne,  Mitch –

uśmiechnęła  się  z  ironią.  – Tyle  że  nie  do  końca  przemyślane.  Już  raz  się  mną  posłużyłeś, 

kiedy trzeba było pozbyć się Bucky’ego. Nie mam zamiaru zostać w Nasłwille tylko po to, 

żeby mnie tak czy inaczej wykorzystywano. 

– W miłości, na wojnie i po to, żeby uziemić Bucky’ego każdy chwyt jest dobry. A poza 

tym nie  mam zamiaru  ci  pochlebiać. Chodzi  mi  wyłącznie o to, że  jesteś  potrzebna tutaj,  a 

uparłaś  się,  żeby  wyjść  za  mąż  za  tę  zimną  rybę  w  Connecticut  i  stać  się  eksponatem  w 

muzeum. 

– Jesteś wobec mnie ogromnie krytyczny. – Dinah nie umiała się bronić. – Zauważyłam 

natomiast,  że  nigdy  nie  mówisz  o  sobie.  Zdążyłam  się  nasłuchać  tylu  plotek...  Chciałabym 

znać prawdę. 

– To znaczy, że moje życie w ogóle cię obchodzi?

– Ze  względu  na  Roscoe.  – Czuła,  że  palą  ją  policzki.  – Osobiście  mogłabym  nic  nie 

wiedzieć. 

– No  i  świetnie.  – Przez  twarz  Mitcha  jakby  przebiegł  cień.  Mam  swoje  powody,  by 

zostawić  przeszłość  w  spokoju.  To  są  sprawy  ściśle  związane  z  losem  „Diamentowej 

podkowy”. 

– Masz też powody, żeby ukrywać, co naprawdę łączy cię z panną Rainy?

Przez moment patrzył na nią w skupieniu. 

– Tak cię to interesuje?

background image

– Nic a nic. – Odwróciła wzrok. – To tylko trochę dziwaczne. 

– Mam wobec Vondy pewne zobowiązania. Są powody, dla których nie należy mówić o 

jej osobistym życiu. Dama taka jak ty powinna to rozumieć. 

– Naturalnie. – Dinah postarała się o najbardziej wyważony ton, na jaki ją było stać. 

– Tak  czy  owak  to  wszystko  jest  nieważne – podsumował,  jakby  nagle  znudziła  go 

rozmowa.  – Pomyślmy  o  czymś  istotniejszym,  na  przykład  o  dzisiejszym  wieczorze.  Może 

wybralibyśmy się gdzieś potańczyć?

Dinah odstawiła kieliszek kompletnie zdezorientowana. 

– Jak to potańczyć?

– Normalnie. 

– Nie myślisz chyba o jakichś podskakiwaniach w rytm muzyki country? Nie mam o tym 

pojęcia. 

– To  bardzo  łatwe.  – Sięgnął  przez  stół,  dolewając  jej  wina.  – Teksaski  „Twostep”  to 

klasyczny taniec Zachodu. Śmiesznie łatwy. Po prostu obejmuję cię wpół i tobą kręcę. 

Uśmiechnęła się niepewnie. 

– Myślę – powiedziała z przejęciem – że robiłeś to już zbyt wiele razy. 

– To znaczy, co? Obejmowałem cię? Za często? Tego nigdy dosyć... 

– Nie o to chodzi... Chodzi o kręcenie mną. Na więcej nie mam ochoty. 

Mitch wzruszył ramionami. 

– Nieładnie  to  nazywasz.  Prowadzę  cię,  nakierowuję,  zgoda,  ale  na  pewno  nie  kręcę. 

Jeszcze to polubisz, zobaczysz. Obiecuję, że tak będzie. 

– Nie.  – Zmusiła  się  do  jedzenia.  – Jeśli  chcesz  potańczyć,  zaproś  kogoś  innego.  Ja 

zostaję. Czekam na telefon. 

– Ach, tak. – Z twarzy Mitcha zniknęło rozbawienie. – To jednak ten twój pewny siebie i 

ciebie narzeczony czasami sprawdza, co robisz. A mówiłaś, że jest taki dojrzały... Nie miałby 

chyba nic przeciwko temu, żebym cię zabrał na tańce. Trzeba poznawać folklor. 

Dinah z irytacją odłożyła widelec. Mitch kpił sobie z niej w żywe oczy. Być może nawet 

nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  jak  okrutnie  bolały  ją  te  żarty.  Poszłaby  z  nim  przecież 

tańczyć  wszędzie,  wszystko  jedno  przy  jakiej  muzyce,  byleby  tylko  znaleźć  się  w  jego 

ramionach. Ale nie mogła. 

– Folklor dobra rzecz – powiedziała. – Dennis nie miałby nic przeciw temu, żebyś mi go 

pokazał. Ale ja mam pewną sprawę. Muszę z nim porozmawiać. 

– No cóż... W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przygruchać sobie kogoś, 

kto nie pogardzi naszym swojskim kręceniem się w kółeczko. W przeciwieństwie do twojego 

background image

narzeczonego wolę obejmować ciepłą kobietę niż zimną słuchawkę. Mam więc nadzieję, że 

się nie obrazisz, jeśli już teraz cię przeproszę. 

– Naturalnie. – Dumnie podniosła głowę. Niespodziewanie przystanął na moment za jej 

krzesłem, nachylił się i pocałował ją w szyję. 

– Pyszne – powiedział, prostując się. – Smakuje jak każdy zakazany owoc. No to na razie. 

Nie zapomnij skończyć kolacji. Nawet księżniczki nie żyją powietrzem. 

Kiedy  odszedł,  zaczęła  posłusznie  dziobać  widelcem  w  talerzu.  Taka  już  była –

posłuszna, obowiązkowa, lojalna... Nie potrafiłaby określić, ile czasu upłynęło do chwili, gdy 

w  zapadających  ciemnościach  do  stolika  podszedł  brodaty  kelner  i  powiadomił  ją,  że  ktoś 

dzwoni.  Bez  pośpiechu  przeszła  do  swego  pokoju.  Miała  zaraz  powiedzieć:  „Żegnaj!”  nie 

tylko  Dennisowi,  ale  również  sobie,  tej  dziewczynie,  którą jak  jej  się  wydawało – znała  i 

rozumiała. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Dinah?  To  ty? – Ton  Dennisa  wskazywał  na  to,  że  młody  Lingle  był  autentycznie 

wstrząśnięty.  – Chcesz  zerwać  zaręczyny?  Nic  nie  rozumiem.  I  kto  to  mówi?  Ty?  Zawsze 

taka opanowana, logiczna... Co ci się stało? Gdzie się podziała moja dawna Dinah?

Dobre  pytanie,  pomyślała  z  wisielczym  humorem.  Gdzie  się  podziała  tamta  młoda 

kobieta?  Już  w  Kakexii  zauważyła  u  siebie  poważne  zmiany,  ale  tutaj,  w  Nashville,  po 

rozsądnej, chłodnej i posłusznej Di pozostała już tylko niewyraźna pamięć.

– To  wszystko  razem  jest  nieroztropne,  nieprzemyślane  i  bez  sensu – stwierdził 

autorytatywnie. – Czy nie przyszło ci do głowy, jak to przeżyją nasze rodziny? Jak zmartwisz 

swoją mamę, nie mówiąc już o mojej? Zastanów się jeszcze... 

– Nie ma się nad czym zastanawiać – przerwała kategorycznie. – Przemyślałam wszystko 

dokładnie,  a  prawdę  mówiąc  pierwsze  wątpliwości  pojawiły  się  we  mnie  dawno  temu. 

Powiedz  mi  na  przykład,  czy  bardzo  się  zmartwiłeś,  kiedy  ci  powiedziałam,  że  jadę  do 

Kakexii? Pozwoliłeś mi wyjechać bez żalu i ani razu nawet mnie tam nie odwiedziłeś. Mój 

wyjazd był ci po prostu na rękę... 

– No wiesz... – Dennis sapnął niecierpliwie. – Jesteś niesprawiedliwa. Nie ja wymyśliłem 

roczną służbę publiczną w Kakexii czy w jakimś innym okropnym miejscu. Tak każe tradycja 

waszej rodziny. 

– Kakexia nie jest żadnym okropnym miejscem! Mieszka  tam wielu wspaniałych  ludzi. 

Odważnych, twórczych... 

– Tylko  że  orkiestry  z  prawdziwego  zdarzenia  w  całym  rejonie  trzeba  by  szukać  ze 

świecą. To kompletna pustynia, chyba że za muzykę uznamy te trywialne melodyjki w stylu 

country... Ale nie. Miałaś swoje obowiązki i ja miałem swoje. Doprawdy, Dinah, zadziwiasz 

mnie. Mówisz,  jakbyś była zazdrosna. Pozwoliłem  ci wyjechać do pracy,  ponieważ szanuję 

twoje prawo wyboru. 

– I z tego też wielkiego szacunku zgodziłeś się na mój wyjazd do Nashville?

– Naturalnie.  Już  ci  mówiłem,  że  nie  pozwoliłbym  sobie  na  łamanie  twojej 

indywidualności... 

– Słuchaj! – wtrąciła niemal groźnie. – Czy mógłbyś łaskawie nie używać tego okropnego 

słowa?

– To znaczy, którego?

– Indywidualność.  Brzmi  tak  drętwo,  a  zarazem  tak  jakoś  naukowo.  Ilekroć  próbuję  ci 

background image

opowiedzieć  o  trudnościach,  jakie  tutaj  przeżywam,  pleciesz  o  wyborach  moralnych, 

indywidualności itd. Tak nie mówi mężczyzna, który kocha. Tak mówi człowiek zadowolony 

z tego, że chwilowo ma święty spokój. 

Na moment zapadła cisza. 

– Dinah – odezwał się w końcu. – Uznałem, że chcesz pomóc temu małemu Rufusowi. 

Myślałem, że uważasz to za swoją powinność. Wybacz, jeśli cię uraziłem... 

– On ma na imię Roscoe, nie Rufus! – krzyknęła do słuchawki. – Tak, chcę mu pomóc, 

ale  nie  zamierzam  czekać  w  Nashville,  aż  stanie  się  pełnoletni.  Na  miły  Bóg!  Nie  wiem 

nawet, czy w ogóle potrafię zająć się wszystkim właściwie. 

– W  takim  razie  musisz  tam  siedzieć,  aż  znajdziesz  mu  kogoś  odpowiedniego.  To 

oczywiste, prawda? – zapytał spokojnie. – Znam cię, Di.  Zagryzłyby cię  wyrzuty sumienia, 

gdybyś  opuściła  tego  dzieciaka.  Nie  ma  się  nad  czym  zastanawiać  i  dramatyzować.  Jesteś 

podenerwowana. 

– Nie  o  to  chodzi – żachnęła  się  niecierpliwie.  – Jestem  dosłownie  przygnieciona 

ciężarem  tego  wszystkiego.  Tutaj  nic  nie  jest  proste.  Nie  ma  łatwych  wyborów.  A  ty...  ty 

wcale mi ich nie ułatwiasz. Nie kochasz mnie. 

Nastąpiła znowu chwila napiętej ciszy, którą przerwał Dennis. 

– Proszę  cię...  – powiedział.  – Czy  stało  się  coś,  co  sprawiło,  że  myślisz,  że  mnie  nie 

kochasz?  Przecież  to  trwa  od  czasu,  kiedy  mieliśmy  po  jedenaście  lat.  Nie  pamiętasz? 

Chorowałaś  na  zatoki  i  mama  posłała  mnie  do  was,  żebym  ci  poczytał  „Alicję  w  krainie 

czarów” i zagrał na pianinie. Bez przerwy pociągałaś nosem i kaszlałaś, ale było nam jak w 

bajce. Powiedziałaś mi później, że nigdy tak dobrze się nie czułaś. 

– Pamiętam,  pamiętam.  Uwielbiałam  twoje  towarzystwo,  ale  być  może  pomyliliśmy 

potem  sympatię  z  miłością.  Jesteśmy  dla  siebie  bardziej  jak  brat  i  siostra  niż  jak... 

kochankowie. 

– Kochankowie?  Dinah!  Proszę! – Dennis  wydawał  się  przestraszony.  – Co  się  z  tobą 

dzieje? Czy to... czy to ten człowiek, o którym mi nadmieniłaś? Ten poznany w Nashville?

– Tak – odpowiedziała wprost i w tym samym momencie uświadomiła sobie, że po raz 

pierwszy  od  lat  jest  wobec  Dennisa  absolutnie  szczera.  Było  to  dziwne  uczucie,  niemal 

upajające. 

– A czy on... czy on również jest w tobie zakochany? Wyznał ci to?

– Nie. Nie ma mowy o żadnym uczuciu z jego strony. Jestem dla niego nikim. Jakąś tam 

kobietą. Jedną z wielu. 

Wyobraziła sobie minę swojego narzeczonego. 

background image

– Dinah! Ty chyba nie wiesz, co robisz – powiedział zdenerwowany. – Popełniasz wielki 

błąd. Nie możesz zrywać zaręczyn z powodu jakiegoś faceta, którego w ogóle nie obchodzisz. 

Zawsze byłaś taka naiwna, nie rozumiesz, jakie jest życie... 

– Posłuchaj, Dennisie – przerwała stanowczo. – Nie jestem twoim wrogiem i nie chcę nim 

być,  ale  nasze  narzeczeństwo  jest  farsą,  a  małżeństwo  byłoby  tragedią.  Nie  chcę  już  nosić 

twojego pierścionka. Proszę cię, zrozum... 

– Staram się, ale... Dinah! – Tak surowego tonu jeszcze u niego nie słyszała. – Jeśli jest 

tak,  jak  mówisz,  stanie  się  zgodnie  z  twoim  życzeniem.  Pod  jednym  wszakże  warunkiem. 

Przemyślisz  to  jeszcze  raz  i  porozmawiamy  za  miesiąc.  Jeśli  nic  się  nie  zmieni  w  twoich 

uczuciach,  zerwiemy  zaręczyny.  Do  tego  jednak  czasu,  przez  wzgląd  na  naszą  zażyłość  i 

rodziny, noś,  proszę,  ten  pierścionek.  I nie  mów  nikomu  o  tej  rozmowie.  Niech  to  na  razie 

zostanie między nami. Bo widzisz, ja... Nie spodziewałem się czegoś takiego i... Nie potrafię 

wyrazić, jak głupio się czuję. Potrzebuję czasu, żeby się z tym uporać. 

Słysząc tak nietypowy dla Dennisa, prawie płaczliwy ton, Dinah poczuła ucisk w gardle. 

Cztery tygodnie,  pomyślała.  Dobrze,  wytrzymam,  jestem  mu  je  dłużna. Wcześniej  i  tak  nie 

znajdę nikogo, kto zająłby się Roscoe. To potrwa. A poza tym przyzwoiciej by było wrócić 

do Connecticut i zerwać zaręczyny we właściwy sposób. Odchrząknęła głośno. 

– Dinah... – przynaglił ją. – Bardzo cię proszę, daj mi ten miesiąc. Inaczej nie wiem, jak 

to wszystko wytłumaczę mamie... zresztą obu naszym matkom... Twoja zdenerwuje się chyba 

jeszcze bardziej... Wiesz przecież, jak bardzo twoja mama i ja się lubimy... 

– Nie przejmuj się tak – powiedziała z rezygnacją. – Masz być może rację. To wygląda na 

coś  nieprzemyślanego,  ale  takie  nie  jest  i  sądzę,  że  wiesz  o  tym  tak  samo  dobrze,  jak  ja. 

Potrzebujesz miesiąca? Bardzo proszę. Gwarantuję absolutną dyskrecję. 

– Dziękuję ci, Dinah, bardzo dziękuję. No to cóż? Późno się zrobiło i... ojej, recital chyba 

się już zaczął. Muszę iść. Mam nadzieję, że muzyka mnie uspokoi. Tak się zdenerwowałem... 

Odłożyła  słuchawkę  z  poczuciem  winy.  Dennis  nie  zachowywał  się  wprawdzie  jak 

człowiek,  który  kocha,  ale  być  może  potrzebował  jej  na  swój  sposób  i  wiązał  z  nią  jakieś 

nadzieje.  Tyle  że  ona  już  go  nie  potrzebowała.  Obchodził  ją  wyłącznie  ciemnowłosy 

mężczyzna  o  kpiącym  spojrzeniu  zielonych  oczu.  Spojrzała  na  swój  ogromny  zaręczynowy 

pierścionek.  Nie  miał  dla  niej  żadnego  znaczenia,  a  przecież  jedynie  on – martwy, 

niepotrzebny  przedmiot – chronił  ją  przed  zaborczością  Mitcha  Careya  i  jej  własnym 

niemądrym pragnieniem, by na zawsze zająć miejsce u jego boku. 

Pokój wydał się jej nagle więzieniem. Nie cierpiała go, lecz teraz poczuła się w nim jak w 

klatce i czym prędzej zeszła na dół. Miała nadzieję, że znajdzie tam Roscoe, ale pokojówka 

background image

poinformowała  ją,  że  poszedł  już  spać.  Pewnie  śni  mu  się  borowanie,  pomyślała  ze 

współczuciem  Dinah  i  wyszła  do  oranżerii.  Tylu  rzeczy  trzeba  go  było  nauczyć!  Musiała 

znaleźć jakiś sposób, żeby go przekonać, że powinien się uczyć dla własnego dobra. Czy było 

to  w  ogóle  możliwe  w  Nashville,  mieście  stwarzającym  okazję  do  tylu  pokus?  Bez 

wykształcenia  byłby  jednak  zawsze  skazany  na  łaskę  i  niełaskę  ludzi  sprytnych.  Należało 

przede wszystkim wyrobić w nim tę świadomość i wewnętrzną dyscyplinę. Nauczyć go, żeby 

dbał o siebie. Nie miała pojęcia, jak to zrobić – jakimi metodami i to w tak krótkim czasie. 

Z  rozmyślań  wyrwała  ją  pokojówka,  która  oznajmiła,  że  przyszedł  pan  Williston  i 

chciałby się z nią zobaczyć. 

– Ze  mną? – zdziwiła  się  Dinah.  – Pan  Williston  ma  zapewne  jakąś  sprawę  do  pana 

Careya, ale go nie ma. 

Dziewczyna poprawiła lok w rozwichrzonej fryzurze. 

– Powiedział wyraźnie, że chce się widzieć z panią. Czy mam go wpuścić?

Właściwie czemu nie, pomyślała Dinah, nie panując nad sytuacją. Co jeszcze mogło się 

zdarzyć tego upiornego dnia? Było jej wszystko jedno. 

– Naturalnie. Poproś go tutaj – powiedziała z roztargnieniem. 

Sala pełna tropikalnych pnączy przypominała dżunglę i być może była to najwłaściwsza 

sceneria do spotkania z kimś takim jak Bucky. 

– Nie wiem, co pana do mnie sprowadza – powiedziała wyniośle, gdy wszedł, trzymając 

w  ręku  kapelusz  z  rondem  z  białoszarej  skóry  pytona.  Ubrany  od  stóp  do  głów  na  biało 

przypominał jakąś groteskową postać z komiksu. – Pan Carey wyszedł. 

– Wiem, że go nie ma. – Bucky nerwowo miął swojego stetsona. – Bawi się w klubie z 

Vondą Rainy. Domyśliłem się więc, że pani musi być tutaj. 

Dinah  odwróciła  się  na  moment  ze  struchlałym  sercem,  udając  zainteresowanie  piękną 

orchideą. 

– Czym zatem mogę panu służyć? – zapytała drewnianym głosem. 

Przez parę chwil mierzyli się wzrokiem w nieprzyjemnej ciszy. 

– Przyszedłem prosić o wybaczenie, madame – powiedział wreszcie. 

Spojrzała  na  niego zaskoczona.  Miał  purpurową  twarz.  Oczy wbił  w  ziemię.  Czubkiem 

buta popchnął leżący na podłodze płatek. 

– Zachowałem się jak gbur. Wiem, że nie będę się już zajmował promocją pani ucznia, 

ale stało się! Wpadłem w chytrze zastawioną pułapkę. Carey wyprowadził mnie w pole. Mało 

kto dorównuje mu sprytem... Nieważne zresztą. .. Chcę po prostu panią przeprosić. 

Dinah  przyglądała  mu  się  podejrzliwie.  Ten  olbrzymi,  zwalisty  mężczyzna  w  scenerii 

background image

tropikalnych  pnączy  i  odurzająco  pachnących  kwiatów  przedstawiał  sobą  widok  tyleż 

niezwykły, co nie budzący zaufania. 

– Mówi  pan,  że  wpadł  pan  w  pułapkę.  To  znaczy?  Niechętnie  wzruszył  ramionami  jak 

ktoś, kto przyznaje się do własnej głupoty. 

– Carey  lubi  napuszczać  na  siebie  ludzi,  żeby  cudzymi  rękami  załatwiać  swoje  brudne 

sprawy. Zawarłem kontrakt z „Diamentową podkową”, kiedy jeszcze kierował nią jego brat. 

Ale Mitch nie chce tego honorować. Próbuje więc mnie zmusić, żebym sam poderżnął sobie 

gardło. No i udaje mu się to. 

– Nie  rozumiem – powiedziała  ostrożnie,  chociaż  pamiętała  doskonale  słowa  Mitcha. 

Cieszył się, iż to ona doprowadziła Bucky’ego do rezygnacji ze współpracy. Przyznał, że było 

mu to na rękę. Fleetwood powtórzył mniej więcej to samo. 

Bucky zaczerwienił się jeszcze mocniej, lecz podniósł głowę. W małych, rybich oczach 

szkliła się nienawiść. 

– Straszył mnie panią, jeszcze zanim się tu zjawiliście – przyznał niechętnie. – Dawał mi 

do zrozumienia,  że  nie poradzę sobie z  wymaganiami, które może  mi  postawić osoba z  tak 

wysokich sfer. Mówił też jednak, że... nieważne... no, w każdym razie, że nie powinienem dać 

się  łatwo  zbić  z  tropu.  Do  diabła!  Jestem  w  takim  stanie,  że  mówię  o  pewnych  sprawach 

niepotrzebnie... Ale nic... Nie miałem wtedy pojęcia, że celowo nas antagonizuje. 

– Ale po co miałby to robić? Co by mu z tego przyszło?

– A to, że nie chce honorować kontraktu ze mną, lecz nie jest na tyle uczciwy, żeby to 

powiedzieć otwarcie. Więc posłużył się panią. 

– Czy zechciałby pan wyjaśnić bliżej swoje ostatnie stwierdzenie?

– Nic prostszego. – Bucky po raz kolejny wzruszył ramionami. – Ustawił wszystko tak, 

żebym  zrezygnował  sam.  Napuścił  też  na  mnie  Vondę.  Zantagonizował  was  obie.  Potem 

przyjdzie kolej  na  Vondę  i  Roscoe.  Sama  pani  zobaczy. Wszystkich pozbawi  jakiejkolwiek 

pewności. To taka jego gra. Jest w tym dobry. 

Dinah skubała w palcach listek bluszczu. 

– Ja i Vonda, Vonda i Roscoe. Po co miałby nas skłócać?

– Żeby  wami  rządzić.  Vonda  i  Roscoe  znienawidzą  się  nawzajem  w  przekonaniu,  że 

jedno odbiera drugiemu sławę i prestiż. A pani i Vonda... To jasne. 

– Wybaczy pan, ale znowu nie rozumiem. Pani Rainy i ja nie jesteśmy sobie wrogie i nikt 

nas  tak  nie  ustawiał.  Nie  widzę  też  najmniejszego  powodu,  dla  którego  panu  Careyowi 

miałoby na czymś takim zależeć. 

Oczy Bucky’ego zajarzyły się złośliwie. 

background image

– Czyżby,  panno  MacNeil?  Przecież  on  postawił  na  tego  małego,  a  chłopak  bez  pani 

pomocy nie da sobie rady. Będzie więc was tu trzymał, jak długo zechce, a Vonda zacznie się 

dusić z zazdrości. Już się dusi, kiedy tylko Carey spojrzy na panią. A pani, nie da się ukryć, 

jest  nim  zafascynowana.  Proszę  mi  wybaczyć,  ja  jedynie  ostrzegam.  Niech  się  pani  ma  na 

baczności. W przeciwnym razie wykorzysta panią pod każdym względem. 

– Nie ośmieliłby się!

– Ośmieliłby się, ośmielił. – Bucky roześmiał się bezwzględnie. – Dla niego nie istnieje 

nic świętego i właśnie to mnie w nim przeraża. Nigdy w życiu nikogo się nie bałem, a jego się 

boję. Nic go nie obchodzi czyjś ból. Ma teraz szansę rozwinąć wytwórnię i zrobi to za każdą 

cenę. Ożeni się z Vondą, która koniecznie chce wyjść ponownie za mąż, żeby urodzić dzieci, 

nim będzie na to za późno. Dla niej to nie jest jeszcze jeden angaż, lecz życiowa szansa. Czy 

sądzi  pani,  że  gdyby nie  zaproponował  jej  małżeństwa,  zainteresowałaby  się  w  ogóle  jakąś 

zakichaną  „Diamentową  podkową”?  Carey  jednak  nie  chce,  żeby  poczuła  się  zbyt  pewnie. 

Obecność  młodej  kobiety,  czyli  pani,  przyda  mu  się  do  trzymania  jej  w  szachu.  Bucky 

ponownie  wbił  wzrok  w  podłogę,  jakby  uświadomił  sobie,  że  powiedział  nazbyt  wiele. 

Końcem buta zgniótł odsunięty płatek. Dinah była absolutnie porażona. 

– Skąd mam wiedzieć, że to wszystko nie są wierutne kłamstwa? – zapytała ze ściśniętym 

gardłem. – Może opowiada mi je pan tylko dlatego, że mnie pan nie cierpi. 

– Nic by mi z tego nie przyszło – powiedział, wyjmując z wewnętrznej kieszeni kopertę. 

– Proszę, oto  moja rezygnacja. Nashville to  nie  sielanka. Przyzwyczaiłem  się do ostrej gry, 

ale nie potrafię świnić tak jak Carey. Niech więc ma, czego chce. Uwalniam go od siebie i nie 

zgłaszam  żadnych pretensji  finansowych.  Chciałem  jedynie przeprosić  panią  i  ostrzec. Jego 

obchodzi  wyłącznie  władza,  ale  mną  nie  będzie  już  rządził.  Zechce mu  pani  to  przekazać  i 

bardzo proszę, niech pani nie powtarza, o czym tu mówiliśmy. 

Kiedy  wreszcie  wyszedł,  Dinah  miała  wrażenie,  że  zaraz  się  udusi.  Stała  przez  chwilę 

nieruchomo z kopertą w ręce, aż wreszcie postanowiła zanieść ją do gabinetu Mitcha. Nigdy 

jeszcze nie była tam sama. Popchnęła ciężkie drzwi, podeszła do ogromnego biurka i położyła 

rezygnację  Bucky’ego  na  samym  środku.  Trudno  było  nie  zauważyć  pięknej  czarnobiałej 

fotografii,  stojącej  w  srebrnych  ramkach.  Patrzyły  z  niej  ogromne  oczy  Vondy.  W  dolnym 

rogu  zdjęcia,  równiutkim  pismem  napisano:  „Drogiemu  Mitchowi – mojemu  rycerzowi  i 

kawalerowi. Nikt nie mógł zrobić tego lepiej. Z wdzięcznością. Vonda R. „

Dinah wybiegła z gabinetu i popędziła krętymi schodami na górę. Wiedziała, że musi jak 

najszybciej opuścić ten dom. Nie mogła jednak pozostawić Roscoe samego, zwłaszcza teraz, 

gdy wszystko wydawało się takie niepewne i groźne. 

background image

Spała źle i obudziła się o świcie. Służba jeszcze nie wstała, toteż starając się nikogo nie 

obudzić,  Dinah  zaparzyła  sobie  herbatę  i  narzuciwszy  szal,  wyszła  z  tacą  na  dziedziniec. 

Usiadła,  myśląc  smętnie  o  swojej  przyszłości.  Z  zadumy  wyrwało  ją  coś,  co  dałoby  się 

porównać  jedynie  z  porażeniem  prądem.  Poczuła  na  karku  ciepłe  wargi,  a  chwilę  później 

otoczyły ją ramiona Mitcha. 

– Dzień dobry. – Uśmiechnął się prowokacyjnie. – Nie musiałaś na mnie czekać. 

Błyskawicznie odsunęła się z krzesłem i odwróciła głowę. Stał tuż za nią, w tym samym 

ubraniu, które miał na sobie w nocy przed wyjazdem do klubu. Był nie ogolony. Na policzku i 

odpiętym  kołnierzyku  zauważyła  ślady  szminki.  Pachniał  whisky  i  dobrymi  perfumami. 

Wraca prosto od Vondy, pomyślała z goryczą. Przespał się z nią, a teraz wraca do domu. 

– Nienawidzę, jak mnie ktoś całuje w szyję – syknęła, pochylając się nad stołem. 

– Trudno. Ciesz się, że nie jestem wampirem. 

– Nie byłabym tego taka pewna... 

– No to pomyśl dobrze... Wschodzi słońce, a gdy wstaje dzień, wampiry się chowają. 

– Szczerze mówiąc, trudno by mi  było uwierzyć,  że  spędziłeś noc w trumnie, i  to sam. 

Drakula się znalazł – mruknęła pod nosem i od razu pożałowała swoich słów. Mitch bowiem 

uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

– Coś ci się znowu pomyliło – powiedział, uśmiechając się drwiąco. – Wampiry spędzają 

w trumnie dnie, a nie noce. A poza tym nie sądziłem, że obchodzi cię, co robię nocami. 

– Nic mnie to nie obchodzi! – prychnęła ze złością. Wyglądał tak, jakby spędził noc na 

hulance. Miał podkrążone oczy, lecz uśmiechał się jak zwykle – trochę lekceważąco i bardzo, 

bardzo zwodniczo. 

– A jak ci się udała rozmowa z narzeczonym? Dzwonił? Dinah zignorowała te pytania. 

– Był tutaj Bucky – powiedziała, nalewając sobie herbaty. – Zostawił ci list. Położyłam 

go na biurku w twoim gabinecie. 

Ziewnął, jakby go to w ogóle nie zainteresowało. 

– Powiedział, że to ważne. 

– Jeśli  mam  szczęście,  to  złożył  rezygnację.  Słyszałem,  że  zatrudnia  go  jakiś  frajer  z 

Kalifornii,  ale  wierzyć  mi  się  nie  chce,  że  to  naprawdę  koniec.  Ciekawe,  jaki  numer  mi 

jeszcze  wytnie.  Nieważne  zresztą.  Powiedz  mi  lepiej,  czemu  tak  wcześnie  wstałaś.  – W 

kącikach jego ust pojawił się znowu drwiący uśmiech. – Czyżby z jakiegoś powodu gryzło cię 

sumienie?  Ale  nie,  to  przecież  niemożliwe.  Jakie  wyrzuty  sumienia  może  mieć  chodząca 

doskonałość?!  „Kto  rano  wstaje,  temu  Pan  Bóg  daje”.  Tak  to  się  chyba  mówi  w  waszych 

background image

dobrych,  normalnych  domach?  Czy  twój  dzielny  narzeczony  również  wstaje  skoro  świt  i 

dlatego jest taki bogaty? – Zaśmiał się ironicznie. – A skoro jesteśmy już przy nim, to czym 

on się właściwie zajmuje?

– Kończy wyższą szkołę muzyczną i zarządza finansami rodziny. W przyszłości chce być 

nauczycielem akademickim, ale to tak... raczej... w wolnym czasie. 

Przez moment wydawało się jej, że zrobiło to na Mitchu wrażenie. Nie mogła się widać 

bardziej pomylić, gdyż wybuchnął gromkim śmiechem. 

– W wolnym czasie? To mi dopiero profesor-hobbysta. 

Rodowy szmal w sejfie plus tytuły naukowe, koncerty i śmietanka towarzyska na deser. A 

dla ciebie jakie miejsce przewidział? W sejfie czy na talerzyku? Daj spokój, co za potworna 

nuda! Jak ktoś taki może ci się w ogóle podobać?

– Mógłbyś być trochę mniej grubiański? – zapytała z niesmakiem. 

– Nie  mógłbym.  Wystarczy,  że  ty  jesteś  nieskazitelnie  taktowna  i  uprzejma.  A  przy 

okazji...  Jakie  milutkie  tortury  zaplanowałaś  dzisiaj  dla  Roscoe?  Dasz  mi  go  chociaż  na 

chwilę, czy znowu będzie przez cały dzień nieosiągalny?

Dinah odstawiła kubek tak gwałtownie, że aż zadźwięczały spodki. 

Jest  zapisany  do  dentysty  i  do  okulisty.  Jedną  wizytę  mamy  rano,  drugą  po  południu. 

Przecież wiesz, że muszę zadbać o jego zdrowie. Nic nie stoi na przeszkodzie,  żebyście się 

spotkali wieczorem. 

– Co ty powiesz? – zaśmiał się ironicznie. – Doprawdy nie wiem, jak ci dziękować. 

– Zrozum.  – Dinah  nie  wiedziała  już,  jak  bronić  się  przed  jego  złośliwościami.  – Ja 

naprawdę muszę dopilnować tych spraw. Roscoe ma słaby wzrok. Myślę, że radziłby sobie w 

szkole  znacznie  lepiej,  gdyby  nosił  okulary.  Trzeba  się  tym  natychmiast  zająć.  Przez  cały 

następny tydzień będzie miał przecież próby. Tak ustaliłeś... 

– A ty z żelazną konsekwencją zaciągniesz go przedtem do wszystkich lekarzy. Robisz to 

dlatego, że tak postanowiłaś, czy z prawdziwej przyjaźni?

– Oczywiście, że z przy... z przyjaźni – zająknęła się zażenowana. 

– Dobry  Boże! – Mitch  z  niedowierzaniem  pokręcił  głową.  – Jak  ty  to  powiedziałaś? 

Skoro nawet wypowiedzenie słowa przyjaźń jest dla ciebie problemem, to wyobrażam sobie, 

jak trudno ci coś takiego odczuwać. Czy ciebie  naprawdę  nie obchodzi, co stanie się z tym 

chłopcem, kiedy wyjedziesz?

– Obchodzi! – krzyknęła z rozpaczą. – I to bardzo! Zapadła cisza. W pewnej chwili Dinah 

uświadomiła  sobie,  że  oddycha  nierówno  i  że  palą  ją  policzki.  Przez  cały  czas  patrzyli  na 

siebie  przez  stół. Nie  ogoloną  twarz  Mitcha  ściągnął nieprzyjemny  grymas  i  dopiero  wtedy 

background image

zdołała oderwać od niej wzrok. 

– Zamierzasz zatrzymać go w Naslwille – powiedziała nieswoim głosem, patrząc na róże. 

– Zaproponujesz mu angaż. Próbne nagrania to czysta formalność. Ma tutaj zostać na dłużej... 

– Tak – przyznał nie od razu. – Roscoe zostanie w Nashville. A ty?

W  jednej  sekundzie  poszukała  znowu  jego  oczu.  Spojrzenie,  które  napotkała,  nie  było 

uprzejme,  czułe  ani  nawet  badawcze.  Było  kamienne.  Zewnętrzny  kącik  lewego  oka  drgnął 

lekko, po czym cała twarz znieruchomiała, zamieniając się w zastygłą maskę z kreską zamiast 

ust. 

I oto siedział przed nią nie ogolony i rozchełstany, po nocy przehulanej z Vondą Rainy. 

Powinna go była nienawidzić, a przecież pragnęła go aż do bólu. Przeżywała coś, co z całą 

pewnością  nie  powinno  się  zdarzyć  MacNeilównie.  MacNeilowie  myśleli  racjonalnie  i 

krytycznie. Silne uczucia i pragnienia rzeczy zakazanych stanowczo nie wchodziły w grę. 

– Nie mogę tu zostać – powiedziała z trudem. – Już ci to mówiłam. 

– Czyli  że  wracasz  do  niego.  Do  człowieka,  który  będzie  przez  całe  życie  liczył 

pieniądze. Do tego zarządcy. 

Nie odpowiedziała wprost. Spojrzała na swój pierścionek i pokręciła nim. 

– Uważasz, że gospodarowanie rodzinnym majątkiem to coś złego? – zapytała zaczepnie, 

nie podnosząc oczu. 

– Nie. – Wstał i patrzył na nią z góry. – Nie potrafię tylko zrozumieć, że takiego kogoś 

sobie wybrałaś. Kogoś, komu wystarczą liczydła, prestiż i spokój. 

Odszedł  i  nie  ośmieliła  się  nawet  odprowadzić  go  wzrokiem.  Uznał,  że  wybrała  nudne 

bezpieczeństwo, że nie stać ją było na ryzyko i uczucia. Jakże się mylił. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Tymczasem wypadki zaczęły się toczyć z oszałamiającą prędkością, zmuszając Dinah do 

uczestnictwa  w  coraz  liczniejszych  sprawach.  W  czwartek  wieczorem  Mitch  wyjechał  do 

Nowego  Jorku  i  był  nieobecny  przez  cały  weekend.  Jego  nieobecność  była  dla  niej  takim 

samym  koszmarem,  jak  ostatnie  dni,  kiedy  prawie  się  do  siebie  nie  odzywali.  Nie  raczył 

nawet  powiedzieć,  dokąd  wyjeżdża  i  po  co,  i  dopiero  pani  Buttress,  która  zaszła  do 

rezydencji, by zostawić jakieś taśmy, wyjaśniła w czym rzecz. Okazało się, że Mitch i Vonda 

polecieli na Manhattan negocjować z wytwórnią, z którą piosenkarkę wiązał kontrakt. Zabrali 

ze sobą prawników. 

Dinah uznała, że sprawy rozstrzygnęły się w sposób ostateczny, i próbowała zdusić swój 

ból  w  drobiazgowych staraniach  o  Roscoe.  Zabrała  go do  specjalistów,  zamówiła  okulary i 

szkła  kontaktowe, zaprowadziła  do  fryzjera,  zadbała  o  ubrania.  Przyciśnięta  przez  panią 

Buttress  kupiła  mu  też  nową  gitarę  na  koszt  Mitcha.  Przesłuchała  nagrania  muzyków,  z 

którymi miał  pracować,  i  pomogła mu  sformułować opinie na  ich  temat.  Sprawdziła  też  po 

trzykroć reputację osób rekomendowanych przez Mitcha. 

W poniedziałek rano miały się zacząć próby. W studiu czekała już na nich pani Buttress, 

producent, liczne grono muzyków i ekipa techniczna. Roscoe był początkowo spłoszony i nie 

potrafił ukryć zdenerwowania. Przeszkadzały mu szkła kontaktowe, sztywne od nowości buty 

i  jakby  nie  swoje,  wyreperowane  zęby.  Rozluźnił  się  dopiero  wtedy,  gdy  zaczęło  się 

muzykowanie.  Widząc  to,  Dinah  odetchnęła  z  ulgą.  Pani  Buttress  była  również  wyraźnie 

przejęta. 

– To jest niezwykłe – szepnęła Dinah na ucho. – Przy próbnych nagraniach nigdy nie ma 

takiego  zespołu.  To  chyba  coś  poważniejszego,  inaczej  pan  Carey  aż  tak  by  się  nie 

angażował. Roscoe ma genialny głos. Trzeba tylko – mówiła podniecona – dopilnować, żeby 

woda sodowa nie uderzyła mu do głowy, ale przy pani to niemożliwe. Jest w pani tyle umiaru 

i rozsądku... 

Dinah  przestała  się  uśmiechać.  O  własnym  rozsądku  wolała  nie  myśleć,  wiedziała 

natomiast,  że  czas  się  kurczy,  a  nie  zaczęła  nawet  szukać  opiekuna  dla  tego  niezmiernie 

uzdolnionego chłopca, któremu naprawdę mogło się przewrócić w głowie. Śpiewał teraz do 

mikrofonu,  przejęty  i  skupiony.  Czuła,  jak  jej  serce  zalewa  duma.  Był  nadzwyczajny, 

wspaniały  w  tym,  co  robił.  Rozkwitał  na  jej  oczach...  Pomogła  mu  w  tym...  przynajmniej 

trochę... Nagle uświadomiła sobie, jak bardzo będzie za nim tęsknić. 

background image

O piątej producent ogłosił  koniec pracy.  Obie pobiegły natychmiast  pogratulować. Pani 

Buttress  ściskała  właśnie  rękę  Roscoe,  gdy  do  studia  wszedł  Mitch.  Na  jego  widok  Dinah 

omal nie zemdlała z radości, lecz kategorycznie nakazała sobie spokój. Czuła, że cała krew 

odpłynęła jej z twarzy. 

– Gratuluję.  – Uśmiechnął  się  mile,  podając  chłopcu  rękę.  – Producent  mówi,  że  to 

rewelacyjny początek. 

Roscoe  poruszył  grdyką,  zaczerwienił  się,  podziękował  i  ukrywając  zmieszanie,  z 

przesadną troskliwością odstawił swoją nową gitarę. 

– A panu,  jak  się powiodło? – zapytała szybko  pani Buttress. – Mam  nadzieję, że  pani 

Rainy pomyślnie rozwiązała swoje problemy... 

Mitch kiwnął głową. 

– Jest teraz moja – wymruczał nonszalancko. – Wyłącznie moja. 

Dinah spostrzegła w jego oczach błysk satysfakcji. 

– Wspaniale – ucieszyła  się  pani  Buttress.  – Jutro  z  samego  rana  przygotuję  wszystkie 

dokumenty do zawarcia kontraktu z panią Rainy. Znajdzie je pan na biurku. 

– Nie ma pośpiechu. – Zerknął na Dinah, lecz szybko odwrócił wzrok, jakby zupełnie go 

nie interesowała. – Vonda i jej agent wrócą tu nie wcześniej niż za tydzień. Muszą załatwić 

pewną nie dokończoną sprawę. 

Pani Buttress pokiwała siwiejącą głową. 

– No  cóż – powiedziała.  – Muszę  przyznać,  że  mieliśmy  wszyscy  dość  wyczerpujący 

dzień.  Strasznie  się  denerwowałam  o  Roscoe.  Przydałoby  się  trochę  odpocząć  i  wyjść 

wreszcie z hałasu. Ten remont... 

– A właśnie... Czy wszystko w porządku? Mam nadzieję, że myszy się wyniosły... 

– Bezwarunkowo! – zapewniła  gorąco  i  chyba  nikt  nie  zauważył  wypieków  na  twarzy 

Dinah.  – Życzył  pan  sobie,  żebym  zajęła  się  problemem  myszy,  więc  problem  został 

rozwiązany. Ostatecznie!  Niech się nie nazywam Adelle Cappington  Buttress,  jeśli  miałoby 

być inaczej. 

Carey uśmiechnął się. 

– Proszę  mi  wybaczyć,  droga  pani  Buttress.  Naturalnie!  Jak  mogłoby  być  inaczej?! 

Zapomnijmy o tym pytaniu. 

Pani Buttress miała jednak kwaśną minę. 

– No, to idę coś przegryźć. Chyba że będę jeszcze potrzebna. 

– Prawdę mówiąc, chciałbym, żeby zawiozła pani Roscoe na jakąś dobrą kolację. – Wyjął 

portfel  i  wręczył sekretarce  kilka  banknotów.  – To  dla  pani  i  chłopca.  Proszę  go zabrać  do 

background image

jakiejś ładnej restauracji. 

Pani Buttress przeliczyła pieniądze i oddała część swemu szefowi. 

– Nie trzeba nas psuć – powiedziała. – Rozrzutność  demoralizuje. Zjemy smacznie, ale 

skromnie. Dziękuję. Resztę zwrócimy. Chodź, chłopcze. 

Starsza pani wyprowadziła Roscoe ze studia jak sierżant pilnujący zbiega. 

– Mhm, mhm – mruknął Mitch, odprowadzając ich wzrokiem. – Widzę, że pani Buttress 

zaprowadziła tutaj ostrą dyscyplinę. Zawsze była twarda, ale teraz to już prawie wojsko. Masz 

na nią wpływ. 

Odwrócił  się,  po  raz  pierwszy  pozwalając  sobie  spojrzeć  dłużej  na  Dinah.  Poczuła,  że 

traci panowanie nad sobą. 

– Nie mam wpływu na nikogo. – Starała się, by zabrzmiało to obojętnie. 

– A jednak – zaoponował z leciutkim uśmiechem. – Masz oczywisty wpływ na Roscoe. 

Wygląda rewelacyjnie. Co ty z nim takiego zrobiłaś?

– Nic. Jedynie to, co było konieczne – odpowiedziała, zmierzając do wyjścia. 

– Zaczekaj! – Nie  poruszył  się  nawet,  żeby  ją  zatrzymać,  a  mimo  to  znieruchomiała, 

jakby stanęła przed niewidoczną przeszkodą. – Zabieram cię na kolację. 

– Nie, dziękuję bardzo – powiedziała, nie odwracając głowy. – Nie chce mi się nigdzie 

jechać. Potrzebuję trochę czasu dla siebie. 

– Do diabła! – Jednym skokiem znalazł się przy niej. Chwycił ją za ramiona i wydawało 

się,  że  potrząśnie  nią  z  całej  siły.  Opanował  się  jednak  i  tylko  żyłka  na  skroni  pulsowała 

niebezpiecznie. – O co ci chodzi? Nie cieszysz się, że mnie widzisz?

Dinah bezradnie rozejrzała się po studiu, marząc, żeby ktoś tu jeszcze był. 

– A niby dlaczego miałabym się cieszyć?  Z jakiego powodu mielibyśmy się cieszyć na 

swój widok? Co w tym radosnego?

Drwiący  uśmiech  zamarł  na  wargach  Mitcha.  Ręce  leżące  na  jej  ramionach  usztywniły 

się. 

– Faktycznie.  Nie  ma  się  z  czego  cieszyć.  Oboje  mamy  nadzwyczajną  umiejętność 

doprowadzania się wzajemnie do szału. Ale nie o to teraz chodzi. Mam do ciebie parę pytań. 

Zasadniczych. 

– Słucham. – Podniosła wyżej głowę. 

Przyglądał  się  jej  przez  dłuższą  chwilę,  po  czym  zdjął  ręce  z  jej  ramion  i  przeczesał 

palcami włosy. 

– Po pierwsze: wydatki. Dentysta, okulista, ubranie Roscoe. Wszystko bardzo pięknie, ale 

kto za to płacił?

background image

– Ja. Powiedziałam mu jednak, że to z twoich pieniędzy, że tak zostało postanowione w 

kontrakcie. Skłamałam, bo nie przyjąłby prezentu. 

– Nie do wiary! Skłamałaś! Dobry Boże, czy ty naprawdę myślisz, że możesz zrobić dla 

tego  chłopca  tylko  tyle?  Załatwić  mu  lekarzy  i  fryzjera?  Czy  nie  rozumiesz,  że  jesteś  dla 

niego kimś znacznie ważniejszym niż pierwszy lepszy opiekun? Chcę ci zwrócić pieniądze za 

wszystkie te wydatki. Nalegam. 

– Nie. To moja sprawa. 

– Jesteś  niemożliwa...  Czy  ty  mnie  w  ogóle  słuchasz?  Obronnym  gestem  skrzyżowała 

ręce na piersiach i spojrzała na niego niepewnie. 

– Za  gitarę  płacisz,  oczywiście,  ty.  Przepraszam,  że  Roscoe  jeszcze  ci  za  nią  nie 

podziękował, ale na pewno zrobi to jutro. Był zmęczony... 

– Nie  potrzebuję  żadnych  podziękowań.  Nie  obchodzą  mnie – powiedział  ze  złością  i 

podszedł do stojącego z tyłu bębna. Przez moment wyglądał tak, jakby się zastanawiał, czy w 

niego nie kopnąć. 

– Ale  mnie  obchodzą.  Człowiek  powinien  umieć  okazać  wdzięczność  i  Roscoe  musi  o 

tym pamiętać. 

Mitch spojrzał na bęben i westchnął ciężko, po czym przeszedł parę kroków, odsuwając 

od siebie pokusę wyładowania na nim swoich emocji. 

– Ciekawe, kto mu będzie o tym przypominać, kiedy wyjedziesz – parsknął, stając znowu 

przed nią. – Bo wyjeżdżasz, prawda? Nie zmieniłaś decyzji?

– Wyjeżdżam. 

– A kto zajmie się Roscoe? – Mitchowi płonęły oczy. 

– Jeszcze nie wiem. Znajdę kogoś. 

– Na mnie nie licz, pamiętaj. Kieruję wytwórnią, pracuję na pełnych obrotach. Nie mogę 

być niańką nastolatka. 

– Nawet by mi to nie przyszło do głowy. Nie oczekuję też, że będziesz go stale u siebie 

gościł. Na dłuższą metę by ci to z pewnością przeszkadzało, a dla Roscoe też nie byłoby to 

najlepsze. Twój sposób życia nie jest żadnym wzorem dla młodego chłopca. Kiedy podpisze 

angaż i będzie już miał własne pieniądze, znajdę mu jakieś odpowiedniejsze miejsce. 

– Przestań... 

– Musi  się  przecież  kiedyś  nauczyć  płacić  własne  rachunki.  Wszyscy  je  płacimy  przez 

całe życie... 

– Do diabła! – Twarz Mitcha wykrzywiła się w złości. – Długo tak jeszcze będziesz stać i 

ględzić o pieniądzach? Ani Roscoe, ani ty nie musicie się nigdzie wyprowadzać. Są sprawy 

background image

ważniejsze niż forsa. Nie przyszło ci to do głowy, jasny gwint?

– Nie przeklinaj – upomniała go, co sprawiło, że zaklął ponownie. – Wiem dobrze, o co 

mi chodzi. O odpowiedzialność. Roscoe musi się nauczyć odpowiedzialności. Wiesz,  czego 

bym najbardziej chciała? Zabrać go z powrotem do Kakexii, żeby skończył szkołę. 

– Roscoe będzie bogaty. Bogaty i sławny. Po co miałby wracać do szkoły?

– Dla własnego dobra. Nie mów mi, że tego nie rozumiesz. A może wolisz, żeby pozostał 

niewykształconym prostakiem? Łatwiej by ci było nim manipulować... 

– Nigdy nim  nie  manipulowałem! – oburzył  się  Mitch.  – Nigdy. I wiesz  co? – dodał z 

jeszcze  większą  złością. – W  życiu nie  spotkałem  kobiety,  która  irytowałaby mnie  bardziej 

niż ty. Masz jakiś specjalny talent, czy co?

– Mogłabym odwrócić twoje słowa. Coś w tym rzeczywiście jest. Nie potrafimy ze sobą 

rozmawiać,  pertraktować,  nie  rozumiemy  się.  Mamy  prawdopodobnie  krańcowo  odmienne 

zasady i dlatego tak to wygląda. 

– A to znakomicie – przyznał z ponurą satysfakcją. – Po prostu wybornie. 

– No właśnie – powtórzyła jak echo. – Przewybornie. Czuła, że ma miękkie kolana, lecz 

wyprostowała się dumnie jak księżniczka i ruszyła w stronę drzwi. 

– Hej! – powiedział ostro i natychmiast się odwróciła. Mitch sięgnął do kieszeni i wyjął z 

niej  paczuszkę.  – Przywiozłem  ci  coś  z  Nowego  Jorku,  więc  zabierz  to  sobie.  Mnie  to 

niepotrzebne. 

– Ja nie... – zaczęła, lecz uciął ze złością:

– Powiedziałem, żebyś to wzięła – powtórzył i bezceremonialnie wcisnął jej pudełeczko 

do ręki. 

Nie  była  w  stanie  kłócić  się  z  nim  dłużej.  Wrzuciła  prezent  do  torebki  i  wybiegła  ze 

studia.  Ośmieliła  się  go  odwinąć  dopiero  późno  w  nocy.  Zdarła  delikatny  biały  papier  i 

zobaczyła znak firmowy Tiffany’ego. Podniosła wieczko. Wewnątrz znajdowała się maleńka 

pułapka na myszy – istne cacko ze złota, diamencików i szafirków. 

Ze  łzami  w  oczach  Dinah  zapakowała  pudełeczko  najstaranniej  jak  umiała  i  dołączyła 

krótki list. 

Szanowny Panie!

Nie  mogą  przyjąć  tak  kosztownego  podarunku.  Byłoby  to z  mojej  strony  wysoce 

niewłaściwe. Nie wracajmy, proszą, nigdy do tej sprawy.

Dinah MacNeil. 

Następnie  zeszła  na  dół  i  poprosiła  pokojówkę  o  zaniesienie  koperty  i  paczuszki  do 

background image

gabinetu pana Careya. 

Sesje nagraniowe trwały przez całe następne trzy dni. Mitch pojawiał się w studiu często, 

ale  Dinah  niemal  nie  zauważał.  Kiedy  chciała  go  o  coś  zapytać,  zbył  ją  i  odesłał  do  pani 

Buttress, po czym szybko odszedł. 

Gdzie spędzał noce, nie wiedziała. Tak czy owak rzadko był w domu przed czwartą nad 

ranem.  Tymczasem  ona  sama  przesiadywała  w  wytwórni.  Muzykom  i  Roscoe  podawano 

lunch do studia i Dinah, czując się trochę niepotrzebna w ich towarzystwie, przeniosła się z 

kanapką i kawą do sekretariatu. Pani Buttress również jadła swój lunch na miejscu. 

– Proszę, proszę – powiedziała, ścierając kurz z krzesła i zapraszając Dinah, żeby usiadła. 

– Jutro będzie wielki dzień... – Zauważyła jej zdziwioną minę i zapytała: – To pani nie wie? 

Jutro Roscoe podpisuje kontrakt. Pan Carey nic pani nie mówił?

– Nie. 

– Prawdę  mówiąc,  sama  już  nie  wiem,  co  się  z  tym  człowiekiem  ostatnio  dzieje. 

Zachowuje się, jakby go coś ugryzło. 

Dinah zdjęła pokrywkę ze swego kubeczka z kawą. 

– Znika na całe noce. 

Pani Buttress przyjrzała się jej z uwagą. 

– No właśnie, właśnie – podchwyciła podejrzliwie. – Ale z kim? Pani Rainy nie wchodzi 

w rachubę, bo jest w Nowym Jorku... A tak między nami mówiąc, to nigdy nie wierzyłam w 

te plotki na temat ich związku. 

– Tworzą  ładną  parę – odezwała  się  Dinah,  próbując  ukryć  smutek.  – Nie  powinien 

jednak łazić nie wiadomo gdzie, kiedy jej nie ma. 

– To  się  i  tak  zaraz  skończy.  W  przyszłym  tygodniu  przyjeżdża  jakaś  utalentowana 

dziewczyna z Kanady i pan Carey będzie się musiał nią zająć. Na pewno wspomniał pani, że 

zamieszka w rezydencji. 

– Pierwsze słyszę. – Dinah straciła resztki  humoru. A zatem jeszcze jedna, pomyślała z 

niechęcią  i  czując,  że  za  moment  zupełnie  się  rozklei,  dodała: – Muszę  poszukać  jakiegoś 

mieszkania dla Roscoe. Nie będzie przecież wiecznie gościem pana Careya. 

– Słusznie – zgodziła  się  pani  Buttress.  – Mogłoby  powstać  wrażenie,  że  szef  go 

faworyzuje. 

– To też. A poza tym ja wkrótce wyjeżdżam... 

– Tak  właśnie  utrzymuje  pan  Carey.  Powtarza  mi  to  co  dzień  z  zadziwiającą 

regularnością. Chociaż, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, kto mógłby panią zastąpić. 

– Ja również – mruknęła Dinah. – Najpierw jednak muszę znaleźć dla Roscoe... dla nas 

background image

obojga... jakieś lokum i nie wiem... 

Pani Buttress dokończyła kanapkę i starannie wytarła usta. 

– Dziwię się – powiedziała z namysłem – dlaczego pan Carey nie wspomniał, że ja mam 

pokoje do wynajęcia. 

– Pani?

– Tak. – Sekretarka pokiwała smutno głową. – Od kiedy mój najmłodszy syn wyniósł się 

na  swoje,  dom  świeci  pustkami.  To  dlatego  wróciłam  na  pełny  etat.  Tęsknię  za  chłopcami. 

Roscoe przypomina mi mojego średniego syna. Słodki chłopak, ale trudny do upilnowania i 

wpływowy. Jest teraz w internacie. 

Ręka niosąca kanapkę do ust znieruchomiała w pół drogi, po czym opadła na biurko. 

– Pani Buttress – powiedziała Dinah, czując, że odzywa się w niej przedsiębiorczy duch 

MacNeilow, i natychmiast podjęła decyzję. – Pomówmy o interesach. Mam dla pani bardzo 

korzy stną propozycję. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Osiem  dni  później  Dinah  patrzyła  na  Atlantyk  z  okna  samolotu  zbliżającego  się  do 

lądowania na międzynarodowym lotnisku w Bostonie. Zamiast radości z powrotu do domu, 

czuła jedynie pustkę. Jakby chcąc sobie pomóc, zerknęła na to, czego przez całą podróż nie 

wypuszczała z rąk, narażając się na zdziwione spojrzenia stewardes i współpasażerów. Był to 

ftary kapelusz Roscoe, kapelusz szczęścia. Na lotnisku w Nashville uparł się, żeby go zabrała. 

Przy pożegnaniu była bliska płaczu. 

– Jeśli  pani  zostanie – wymruczał  zduszonym  głosem,  nie  chcąc  jej  puścić – wrócę  do 

szkoły. Przysięgam. 

Odsunęła go jednak od siebie i z uśmiechem przez łzy powiedziała:

– To  szantaż,  Roscoe.  Powinieneś  wrócić  bez  względu  na  wszystko.  Prawda,  pani 

Buttress?

– Tak. – Sekretarka Careya była również bardzo wzruszona. – Dołożę wszelkich starań, 

żeby  tak  się  stało.  – Objęła  Dinah  z  niezwykłą u  niej  serdecznością.  – Proszę  się  o  nic  nie 

martwić. Dwa razy w tygodniu będę dzwonić do matki, a na wszystkie święta wyekspediuję 

go do domu. 

Kiedy  rozległo  się  powtórne  wezwanie  do  wyjścia  na  płytę  lotniska,  pożegnała  się 

szybko, czując, że zaraz się rozpłacze. 

– Dziękuję! – zawołał za nią Roscoe. – Panno MacNeil! Dziękuję!

– Nie ma za co! – odkrzyknęła, nie odwracając głowy. 

– To ja ci dziękuję, Roscoe. Dziękuję za wszystko! – Głos się jej załamał. 

A  teraz  obojętnie  patrzyła  przez  okno,  nie  czując  nic  prócz  wielkiej,  przenikającej  na 

wskroś  tęsknoty  za  Nashville,  za  Roscoe  i  panią  Buttress,  a  przede  wszystkim  za  Mitchem 

Careyem. 

Ten  fragment  jej  życia  dobiegał  już  jednak  kresu.  Wypełniła  swój  obowiązek.  Roscoe 

podpisał kontrakt. Był zdaniem wielu na najlepszej drodze do wielkiej kariery. I nie zostawiła 

go bez opieki. U sekretarki Careya miał własny pokój, lecz porządna i jak zwykle niezawodna 

pani Buttress potraktowała go jak jednego ze swych wytęsknionych synów i udostępniła mu 

właściwie cały dom. 

Jedynym  cieniem,  który  kładł  się  na  całą  tę  tak  dobrze  kończącą  się  historię,  było 

pożegnanie z Mitchem. W przeddzień przeprowadzki zaczepił ją w oranżerii. 

– A więc to tak – powiedział, chwytając ją za rękę. – Nie tylko zabierasz stąd Roscoe, ale 

background image

jeszcze  podkupujesz  mi  sekretarkę.  Jesteś  takim  samym  piratem,  jak  ten  wasz  pierwszy 

MacNeil!

– A niby gdzie miałam szukać opieki dla niego? Pani Buttress zna ten biznes, zna również 

ciebie i twoje sztuczki. 

– Moje sztuczki? – parsknął. – Chyba twoje. A swoją drogą, ile jej zaproponowałaś?

– Pięćdziesiąt  dolarów  za  tydzień.  Plus  pół  procenta  od  zarobków  Roscoe.  To  bardzo 

dobre warunki, wierz mi. 

– Dobry Boże! – Mitch aż się zaczerwienił z wściekłości. 

– Płacisz gosposi procent! Gdzie ty się tego nauczyłaś?

– W  Nashville.  Tutaj  wszystko  jest  biznesem.  – Zaśmiała  się  cierpko.  – Nie  próbuj 

przypadkiem  odebrać  tego  pani  Buttress.  To  dla  niej  znakomita  sposobność  zarobienia 

większych pieniędzy. Tyrałeś nią bez litości... 

– Nie mam nic przeciw  pani Buttress – powiedział, jakby nagle ochrypł. – Za to ciebie 

mam dosyć. Jesteś kuta na cztery nogi i absolutnie bezwzględna. Czy to właśnie dlatego, że 

płynie w tobie ta błękitna krew?

Nie  odpowiedziała  ani  słowem.  Mitch  odszedł.  Musiał  załatwić  jakieś  sprawy  z 

dziewczyną z Kanady. Była ładna, miała dołeczki i wielką ochotę, żeby się podobać. 

Koła  samolotu  uderzyły  o  pas.  Dinah  umalowała  się  szybko  i  przejrzała  w  lusterku, 

szykując  się  do  spotkania  z  Dennisem,  który  miał  na  nią  czekać  na  lotnisku.  Przez  cały 

miesiąc  utrzymywali  regularny  kontakt  telefoniczny,  lecz  ich  rozmowy  stawały  się  coraz 

bardziej jałowe. Decyzja o rozstaniu była ostateczna. 

Oblepiona reklamami hala terminalu nigdy jeszcze nie wydawała się jej taka anonimowa i 

nieprzyjazna.  Kiedy  w  tłumie  oczekujących  spostrzegła  bladą  twarz  Dennisa,  nie  potrafiła 

zmusić się do uśmiechu. 

– Witaj, Didi – powiedział, automatycznie cmokając ją w policzek, i zerknął podejrzliwie 

na wygnieciony kapelusz. – A to co?

– Kapelusz – odparła ze ściśniętym gardłem. – Nie ma już Didi, Dennisie. To imię małej 

dziewczynki. 

– Zmieniłaś się... 

– Ty też. 

– Tak.  Chodźmy.  – Wziął  od  niej  torbę.  Był  nieprzytomnie  skrępowany.  – Wejdźmy 

gdzieś na drinka. Muszę się napić. 

Usiedli w małym barku i przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie milcząc. Dinah smutno 

wzruszyła  ramionami,  ściągnęła  z  palca  pierścionek  i  podała  Dennisowi.  Nic  nie  mówiąc, 

background image

włożył go do pudełeczka, schował je do kieszeni i pociągnął duży łyk martini. 

– Przepraszam – wybąkała. 

– Nie przepraszaj. – Rozejrzał się nerwowo i pochylił w jej stronę. – Tak będzie lepiej, 

Dinah. Nie sądzone nam było zostać mężem i żoną. Nie pasujemy do siebie. Uświadomiłem 

to sobie już dawno, myślałem jednak, że to się jakoś ułoży. Pewnie uszczęśliwilibyśmy nasze 

rodziny, ale dla nas byłaby to katastrofa. 

Dinah z ulgą oparła głowę na skórzanej kanapie. 

– Cieszę się, że to rozumiesz... – zaczęła, ale od razu jej przerwał. 

– Dinah, ja się ożeniłem. 

– Co?!

Pociągła twarz Dennisa była purpurowa. 

– Ożeniłem się. Ona ma na imię Bella. Jest tancerką w klubie. Ty tego nie wiesz, ale ja od 

lat  spotykam  się  z  dziewczynami  tego  typu.  To  dlatego prawie  nigdy  nie  można  mnie  było 

wieczorem  zastać  w  domu.  Moja  mama  tyle  czasu  się  nie  domyśliła,  myślałem  więc,  że  i 

przed tobą po naszym ślubie uda mi się to ukryć. Wielu mężczyzn prowadzi takie podwójne 

życie, a ty... Wydawało mi się, że nigdy nie interesowała cię ta strona życia... To znaczy... że 

ja nie interesowałem cię fizycznie... jako mężczyzna... 

– Ożeniłeś się?! – Prawie go nie słuchała. – Ty się ożeniłeś?

– Ciszej! – Nachylił się jeszcze bliżej. – Myślałem, że i ty masz zamiar wyjść za mąż... za 

tego tam z Nashville. Nie chciałem, żeby to wyglądało tak, że ja... No więc dobrze, zgoda, nie 

jestem ciebie godzien. Wiem, że to ci się może wydawać głupią dumą, ale wolę, żebyś mnie 

miała za drania niż za głupca. Przyjrzałem się sobie. Wiem, kim jestem. Nie radzę sobie ze 

swoją pożądliwością. Matka zaczyna powoli rozumieć to, że podobają mi się kobiety takie jak 

Bella,  ale  jeszcze  nie  powiedziałem  jej  o  ślubie.  Chcę,  żebyś  poszła  do  niej  ze  mną  i 

wytłumaczyła, że trudno, stało się i tak będzie najlepiej. Proszę cię... 

Dinah trzęsła się cała. 

– Dennis,  ja...  Ja  mam  ci  pomóc  wytłumaczyć  się  przed  matką?  Przecież  ty  mnie 

oszukałeś!

Poczerwieniał jeszcze mocniej i znowu sięgnął po martini. 

– Potrzebowałem czasu, żeby wszystko przemyśleć. Kiedy zobaczysz Bellę, zrozumiesz, 

że  podjąłem słuszną decyzję. To rasowa kobieta.  W  czarnych siatkowych  pończochach i  na 

wysokich obcasach wygląda fantastycznie, a w skórzanych spodniach... nie ma słów, którymi 

dałoby się to opisać. 

– Ja też nie znajduję słów... – powiedziała, patrząc na niego. 

background image

– Nie wyobrażasz  sobie, jak mi  było  ciężko. Jak  ja nienawidziłem  gry na  tej przeklętej 

harfie, byle tylko zadowolić mamę. Ale dzięki temu miałem przynajmniej alibi... spędzałem 

czas  tak,  jak  chciałem...  z  długonogimi  dziewczynami,  takimi  jak  Bella.  Nigdy  nie 

pociągaliśmy  się  fizycznie...  ani  ja  ciebie,  ani  ty  mnie, Dinah.  Całe  lata  byłaś  wiecznie 

zaziębionym  chucherkiem.  Wątpię,  czy  w  ogóle  pociągał  cię  fizycznie  jakikolwiek 

mężczyzna.  Ale  teraz  oboje  znaleźliśmy  sobie  odpowiednich  partnerów.  Możesz  więc 

powiedzieć mojej mamie, że... 

Dinah wstała i podniosła z kanapy kapelusz Roscoe. 

– Sam jej to powiedz – przerwała. – Chociaż raz zachowaj się jak mężczyzna. I nie odwoź 

mnie teraz do domu. Wezmę taksówkę. 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  wyszła  z  baru,  zasłaniając  usta  ręką,  żeby  nie  wybuchnąć 

płaczem,  ale  i  tak  prawie  nic  nie  widziała  przez  łzy.  Nigdy  nie  znała  Dennisa,  nie  miała 

pojęcia, jaki jest naprawdę. Nie przyszłoby jej do głowy, iż nie dość, że przez wiele lat był 

wobec  niej  nielojalny,  to  potrafiłby  się  z  nią  ożenić  i  dalej  wieść  podwójne  życie.  Była 

absolutną idiotką. Jakżeby Mitch śmiał się z niej, gdyby wiedział. 

Mitch, pomyślała z trwogą. Mitch. Prawie widziała, jak się uśmiecha. 

Nie wiadomo dlaczego matka uważała, że to jej wina, iż Dennis ożenił się z Bella. 

– Gdyby nie  ten  twój  wyjazd  do  Naslwille! – gderała.  – Pobyt  tam  bardzo  cię  zmienił. 

Dennis uprzedzał mnie, że stałaś się wobec niego chłodna. Nic dziwnego, że dał nogę i zrobił 

to, co zrobił. 

Nie podejmowała dyskusji na temat Dennisa. Nie wspominała też Naslwille. Powiedziała 

natomiast rodzinie, że nie chce studiować w Yale i pracować w muzeum, ponieważ interesuje 

ją wyłącznie uczenie dzieci i taką właśnie pracę zamierza sobie znaleźć. Atmosfera w domu 

stała się nie do zniesienia. 

– Nic  nie  robisz,  tylko  sprzątasz  i  słuchasz  tej  głupiej  muzyki – zrzędziła  matka.  –

Zakochałaś się, czy co? Dennis utrzymuje, że  tak. Nie wiem, czy to  prawda, ale jesteś taka 

dziwna. Powiedz mi... Przeżyłaś w Nashville romans?

– Nie. – Odwróciła wzrok. – Nie było żadnego romansu. W końcu pani MacNeil i matka 

Dennisa postanowiły sobie wynagrodzić zmarnowane nadzieje i wybrały się razem na dłuższe 

zakupy  do  Nowego  Jorku.  Sędzia  MacNeil  w  towarzystwie  dwóch  innych  prawników 

wyruszył do Hampshire, by złowić szczupaka i przy ognisku podyskutować nad prawniczymi 

niuansami. Dinah bez celu snuła się po opustoszałym domu. Od rana do wieczora puszczała 

muzykę  country  nadawaną  przez  rozgłośnię  bostońską.  Myślała  bezustannie  o  Roscoe,  o 

kiczowatej rezydencji Bobby’ego Careya i pięknym „białym słoniu” rekonstruowanym przez 

background image

Mitcha, a zwłaszcza o nim samym. 

Pewnego  chłodnego,  ale  słonecznego  ranka  przyszedł  list  od  Roscoe.  Uszczęśliwiona 

wyszła do ogrodu  i  drżącymi palcami  otworzyła kopertę, marząc  o  tym,  by znaleźć  choćby 

wzmiankę o Mitchu. 

Droga Panno MacNeil!

– pisał  Roscoe  starannie  wypracowanymi  kulfonami.  – U  nas  wszystko  w  porządku. 

Byłem  w  domu  zobaczyć  się  z  mamą  i  siostrami.  Czują  się  dobrze.  Pan  Carey  jest  okay. 

Nashville  też  jest  okay.  Mam  już  swój  krążek.  Wszyscy  mówią,  że  jest  w  porządku.  Vonda 

Rainy wyszła za mąż. Czuje się dobrze. Niech Pani przyjedzie, proszę. Tęsknię za Panią. Mam 

nadzieją,  że  u  Pani  wszystko  w  porządku.  Pani  przyjaciel  na  wieki – Roscoe  Ralph 

Hockenberry, jr. 

PS.  W okularach  lepiej  mi  się  czyta.  Przeczytałem  książkę  o  Hanku  Williamsie.  Była  w 

porządku. Tęsknię za Panią. Mam nadzieję, że u Pani wszystko w porządku. 

Wiadomość o tym, że Vonda wyszła za mąż, była absolutną rewelacją. Ciekawe za kogo, 

myślała Dinah. Z całą pewnością nie za Mitcha, bo Roscoe chyba by to napisał. Gorączkowo, 

trzykrotnie  przebiegła  wzrokiem  list.  Cały  Roscoe!  Swoim  śpiewem  potrafił  wyrazić 

wszystkie  subtelności,  ale  na  piśmie  nic,  kompletnie  nic.  „Pan  Carey  jest  okay”.  Co  to 

właściwie znaczyło?

– Bardzo  przepraszam...  – Z  zadumy  wyrwał  ją  głos  Svetli,  która  niepostrzeżenie 

podeszła  do  leżaka.  – Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  jakiś  człowiek  chce  się  z  panią 

widzieć. Nie wiem, kto to jest. Chyba ktoś z napraw, ale nie wiem... 

Dinah pospiesznie złożyła list i wsunęła go do kieszeni spódnicy. 

– O co mu chodzi? – zapytała bez zainteresowania. 

– Nie wiem. – Svetla pokręciła głową. – Cudacznie się jakoś przedstawił. 

– To znaczy? Kucharka skrzywiła się. 

– Powiedział, że przychodzi w sprawie pułapki na myszy. Poproszę go, dobrze? Niech się 

z nim pani sama rozmówi. 

Serce Dinah zatrzepotało tak nerwowo, że przez moment nie mogła oddychać. 

– Proś – powiedziała. – Proś. 

Chwilę później zobaczyła Mitcha. Stał w otwartych na ogród drzwiach jadalni, w jasnym 

ubraniu  i  rozpiętej  pod  szyją  koszuli.  Wydawało  się  jej,  że  ma  ciemniejszą  karnację,  niż 

zapamiętała, i jeszcze ciemniejsze włosy. Ale oczy... zielone, elektryzujące ją oczy, były na 

background image

pewno te same. To one patrzyły na nią co noc z głębi niespokojnych snów. 

Nie padło między nimi nawet jedno słowo powitania. Dinah stała bez ruchu, przykładając 

rękę do żabotu bluzki. Patrzyli na siebie, aż wreszcie Mitch postąpił do przodu, ale zaraz się 

zatrzymał i podniósł głowę, jakby rzucał jej wyzwanie. Poczuła szybkie pulsowanie krwi. 

– A  więc – odezwał  się  swoim  charakterystycznym  drwiącym  tonem – nie  wyszłaś  za 

niego. Dopiero co się dowiedziałem. Wieści z Connecticut do Naslwille nie przenoszą się z 

prędkością światła, ale w końcu jednak dochodzą. 

– Ożenił się z kimś innym – powiedziała cicho, umykając wzrokiem. 

– Zawsze mówiłem, że to frajer.

– Nieważne. Nie pasowaliśmy do siebie. Przez moment panowała cisza. 

– Szkoda, że w Nashville jeszcze o tym nie wiedziałaś. 

– Wiedziałam. – Dinah z trudem opanowała drżenie głosu. 

– Ale po prostu nie interesował cię pewien zdolny człowiek. 

– Nie rozumiem... – Czuła, że ogarnia ją bezrozumne uniesienie i słabość, która tak często 

opanowywała ją w obecności Mitcha. 

– Zdolny człowiek. To znaczy ja – dopowiedział z wymuszonym uśmiechem. – Ja cię nie 

zainteresowałem. Nie winię cię za to i przepraszam. Pomyliłem się. Myślałem, że czujesz to 

samo, co ja i chciałem być za szybki. 

– Nie masz za co przepraszać – odpowiedziała zmieszana. 

– Usiądź, proszę. Zrobić ci drinka? Opowiedz mi, co słychać. Właśnie przyszedł list od 

Roscoe.  Pisze,  że  przeczytał  książkę.  To  coś  nadzwyczajnego.  I  że  Vonda  wyszła  za  mąż. 

Zapomniał dodać, za kogo... Za ciebie?

Mitch nawet się nie poruszył. 

– Vonda i ja? – powiedział, nie spuszczając z niej oczu. 

– Chyba  żartujesz,  Dinah.  Nie  bzdurz.  Proszę  cię  jedynie  o  odpowiedź.  No  więc,  co 

będzie?

– Z czym?

Podszedł i położył jej ręce na ramionach. 

– Nie z czym, a z kim. Z nami. Nie nosisz już tego przeklętego pierścionka. 

Odwróciła twarz, lecz nie znalazła w sobie siły, żeby się i odsunąć. 

– Nosiłam  go  tylko  przez  grzeczność – przyznała.  – Obiecałam  Dennisowi,  że  z 

zerwaniem  zaręczyn  poczekam  aż  do  spotkania  w  cztery  oczy.  Byłam  lojalna,  a  on  mnie 

oszukał. 

– Nie o to cię pytałem. – Delikatnie ujął jej twarz, zmuszając, żeby popatrzyła mu w oczy. 

background image

– Pytam o nas. Wyłącznie o nas dwoje. 

– Wydawało mi się zawsze, że... – głos jej zadrżał – że nie ma żadnych „nas dwojga”. Że, 

owszem, kobiety są ci potrzebne, aleja akurat najmniej. 

– Mylisz  się – powiedział  poważnie.  – Pragnę  tylko  ciebie,  Dinah.  Nie  byłem 

przygotowany na miłość, ale stało się. Zrozumiałem, że nigdy i nikogo nie potrzebowałem tak 

jak ciebie. Dlatego tu jestem. 

Spojrzała na niego przez łzy. 

– Tylu się nasłuchałam plotek... O tobie i Vondzie... Przyciągnął ją bliżej. 

– Vondę  i  mnie  łączą  interesy.  To  prawda,  jesteśmy  również  przyjaciółmi.  Szukała  we 

mnie wsparcia po  swoim  ostatnim  załamaniu nerwowym i  teraz, przed zawarciem drugiego 

małżeństwa. Pomogłem jej trochę i to wszystko. 

– Nie  miałam  o  niczym  pojęcia.  Słyszałam  jedynie,  że  szykuje  się  do  ślubu  z  tobą,  bo 

chce mieć dzieci. 

– Bzdura. Widzisz, w Nashville trzeba czasami umieć manipulować plotką, żeby osłonić 

prawdę. Vonda potrzebowała spokoju i dlatego, kiedy zamieszkała u mnie, umówiliśmy się, 

że  będę  występował  w  charakterze  starającego  się  o  jej  względy.  Pozwoliliśmy  krążyć  tej 

plotce. Nie odsłoniłem przed tobą prawdy, ponieważ miałem wrażenie, że cię nie obchodzę. 

– Myślałam,  że  spotykasz  się  jeszcze  z  kimś  innym.  Kiedy  Vonda  została  w  Nowym 

Jorku, wychodziłeś z domu na całe noce... 

– Tylko mi nie mów, że byłaś o mnie zazdrosna. – Uśmiechnął się, burząc jej włosy. – To 

by  znaczyło,  że  mogę  mieć  nadzieję.  Pocałuj  mnie,  Dinah,  pocałuj  mnie,  bo  inaczej... 

zapożądam się na śmierć. 

Jego wargi były czułe, a zarazem niecierpliwe. Przygarnął ją mocno. 

– Kocham cię – szepnął między pocałunkami. – Kocham w tobie wszystko. Musisz i ty 

nauczyć się mnie kochać. Nawet jeśli na to nie zasługuję. 

– Nie  muszę  się  tego  uczyć.  – Przytuliła  się  do  niego  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  –

Umiem to! Umiałam zawsze, nawet wtedy, kiedy nie wiedziałam jeszcze, kim i czym jesteś. 

Jesteś moją miłością. 

Mitch delikatnie odsunął ją od siebie. 

– Niewiele  o  mnie  wiesz.  Nie  wszystko  będzie  ci  się  podobało,  a  twojej  rodzinie  tym 

bardziej.  Nie  powiedziałem  ci  jeszcze  o  tylu  sprawach...  Pochodzimy  z  zupełnie  różnych 

środowisk, Dinah. Twoja rodzina cieszy się od pokoleń dużym prestiżem. Moja wciąż walczy 

o zwykły ludzki szacunek. 

– Nie sądzę, by to, co czuję, miało jakikolwiek związek z naszymi rodzinami czy nawet z 

background image

szacunkiem – powiedziała, wtulając policzek w jego szyję. 

Pogładził ją po włosach. 

– Usiądźmy  lepiej.  To,  co  chcę  ci  powiedzieć,  nie  jest  ani  proste,  ani  przyjemne... 

Słyszałaś kiedyś o wytwórni płytowej, która nazywała się „Gemstone”?

– Nie. Chyba nie. 

– No właśnie. – Uśmiechnął się smutno. – Założył ją mój ojciec, czterdzieści lat temu. A 

dwadzieścia lat później  ją  zniszczył. Korupcja, długi, nie zapłacone  podatki. Był to  jeden  z 

największych skandali w przemyśle fonograficznym. Ojciec zrujnował nie tylko siebie, ale i 

parę setek innych ludzi. Został aresztowany i zmarł w więzieniu... Moja matka, dużo od niego 

młodsza,  była  obiecującą  śpiewaczką.  Wyrosła  w  nędzy  i  chociaż  małżeństwo  ze  starszym 

mężczyzną  nie  było  szczęśliwe,  sądziła,  że  da  jej  przynajmniej  jakąś  pozycję.  Myliła  się, 

niestety. Nagle wszystko runęło. Miałem wtedy jedenaście lat, Bobby dziewięć. Kiedy ojciec 

znalazł  się  w  więzieniu,  mama  wystąpiła  o  rozwód  i  ponownie  wyszła  za  mąż  za  bardzo 

zamożnego człowieka. Ten ktoś nazywał się Alvin Carey i zgodził się zaadoptować nas obu. 

Nigdy w życiu, ani na minutę, nie dał nam zapomnieć, jaką łaskę nam wyświadczył i jakim 

utracjuszem  i  oszustem  był  nasz  rodzony  ojciec.  Po  tych  straszliwych  przeżyciach  matka, 

oczywiście, nie życzyła  sobie, żebyśmy mieli  cokolwiek  wspólnego z  nagraniami.  Zdarzyło 

się jednak coś niespodziewanego. Ojciec mój, nim jeszcze się to wszystko stało, zainwestował 

w małą, nikomu nie znaną wytwórnię i kupił ją na nazwisko matki. Chciała ją sprzedać, ale 

ojczym, człowiek niegłupi, nie pozwolił jej na to. Miał rację. Wytwórnia stała się początkiem 

naszej  późniejszej  „Mekki”,  która  przyniosła  zyski,  o  których  matka  nawet  nie  marzyła. 

Kiedy  ojczym  zmarł  na  zawał,  okazało  się,  że  potrzebny  jest  ktoś,  kto  potrafi  zarządzać 

przedsiębiorstwem. A ja studiowałem właśnie zarządzanie w Berkeley. – Mitch roześmiał się 

ironicznie.  – Pokpiwałem  sobie  z  twojego  narzeczonego,  bo  byłem  kiedyś  dokładnie  kimś 

takim  jak  on,  tyle  że  liczenie  zysków  bardzo  szybko  przestało  mi  wystarczać.  Chciałem 

zbudować  coś  własnego.  Właśnie  wtedy  umarł  Bobby...  Jego  „Diamentowa  podkowa”  w 

Nashville  była  ruiną,  ale  czekała...  Całe  lata  udawałem  przykładnego  syna.  To  Bobby 

wierzgał  i  marzył.  Nienawidził  ojczyma...  z  wzajemnością.  I  koniecznie  chciał  się 

usamodzielnić.  Matka  robiła  wszystko,  co  w  jej  mocy,  żeby  go  zniechęcić  do  własnych 

inicjatyw. Groziła mu nawet wydziedziczeniem. Mimo to rzucił dom, nie chcąc zawdzięczać 

niczego Careyowi, zadłużył się i kupił „Diamentową podkowę”. Resztę już znasz. Przejąłem 

wytwórnię i postanowiłem, że musi mi się udać. Bo przecież obaj – Bobby i ja – tak jak nasz 

ojciec,  mieliśmy  muzykę  we  krwi.  Chciałem  pokazać  światu,  że  syn bankruta  i  skandalisty 

może sobie poradzić w tym biznesie, grając czysto. 

background image

– Twój ojciec byłby z ciebie dumny – powiedziała ze wzruszeniem. – Jesteś wspaniałym 

człowiekiem. 

– Nie wiem. Wiem tylko, że muzykę mam we krwi chyba po nim.... Ale miłość po tym 

wszystkim,  co  pamiętam  z  przeżyć  własnej  rodziny  i  na  co  patrzyłem  od  dziecka,  jest  dla 

mnie  czymś  nowym.  Zakochałem  się  w  tobie,  księżniczko.  Nie  jestem  księciem.  Bywam 

okropny, ale chcę się z tobą ożenić, rozumiesz? Powiedz, że się zgadzasz. Przynajmniej raz 

mi się nie sprzeciwiaj. 

– Nie sprzeciwiam się – powiedziała cicho, a wtedy wstał i przyciągnął ją do siebie. 

Całowali  się  zapamiętale.  Wargi  Mitcha  powędrowały  w  dół  jej  szyi,  przeniosły się  na 

pierś i po dłuższej, zachwycającej dla Dinah chwili wróciły znowu na usta. 

– Jak ja ciebie wyłuskam z tych wszystkich zakładek i żabotów? – szepnął chrapliwie. – I 

co ważniejsze: kiedy? Wyjedźmy już, natychmiast. Nie przywiozłem ze sobą pierścionka, ale 

może to go zastąpi?

Wsunął jej do ręki pudełeczko ze spinką w kształcie diamentowej pułapki. 

– Jedźmy już – powtórzył, całując ją w ucho. – Teraz. 

– Tak – powiedziała. – Zabierz mnie do domu. 

– Niczego nie pakuj. Wystarczy to, co masz na sobie. Zapewnię ci wszystko, pozwól... 

– Jedną rzecz muszę zabrać – uśmiechnęła się, oddając pocałunek. – Kapelusz Roscoe. 

– Przez całe życie ma mnie straszyć ten niesamowity kapeć? Nie dała sobie jednak tego 

wyperswadować. 

– Mów,  co  chcesz – powiedziała  z  uporem.  – To  nie  jest  żaden  kapeć.  To  kapelusz 

szczęścia.  Przyniósł  nam  wszystkim  tyle  dobra  i  miłości,  że  nie  wolno  go  zostawić  ani 

wyrzucić. Nie rozstanę się z nim za nic w świecie. 

Mitch pocałował ją i filozoficznie podniósł palec. 

– No  tak – powiedział.  – Kowbojski  kapelusz  i  diamentowa  pułapka.  Oto  rzeczy,  bez 

których nie może się obyć moja przyszła żona. 

– Właśnie. – Uśmiechnęła się szczęśliwa. – Teraz możesz już mnie zabrać do domu.