pakunki i torby, i zabrali się do rąbania drzew. Z tą samą szybkością i wprawą, jak tam nad potokiem, swoje-mi ciupagami, lekkiemi stosunkowo, ścięli ogromnych smereków, zdaje mi się, około ośm; trzeba było drzewa na ogromne dwa ogniska, ale na to jeden smerek byłby wystarczył; wycięto zaś tyle, aby lasu nie zapalić. Jedno ognisko było dla panów, drugie dla górali.
Już było dobrze wyiskrzone niebo, gdy wilgotne drzewo zaczęło się nareszcie palić wielkim płomieniem. Wiatr w wysokopiennym lesie nie dochodził; płomień szedł prosto w górę; można było naokoło „watry11 fo-remnem kołem zasiąść. Przy drugiem ognisku krzątały się sylwety górali; warzono tam herbatę, odgrzewano konserwy i kociołki z bigosem.
Wysoko nad szczytami jodeł miesiąc zaświecił w tej majestatycznej głuszy, lodowatem tchnieniem, wiejącej od czerniejących na wyiskrzonem niebie granitów Ro-haczy; trzeszczą iskrami i burzą ogniem olbrzymie stosy na potężne dzwona zrąbanych smereków. Skupieni przy ogniu, odczuwamy wrażenie chwili, czujemy wszyscy jej urok i nie psujemy jej gadaniną. Obserwuję wyrazistą twarz pana Tytusa, widzę go w swoim żywiole, promieniejącego rozkoszą największą, jaką mu życie jeszcze dać może.
Podjedli wszyscy. Od watry góralskiej podchodzą górale do naszej, skrzypki Bartkowe zaintonowały raptem motyw ze „staroświeckiego14. Wnet zawtórowały basy Kuby Kulawego i skrzypki Jaśkowe. Zwolna, zaledwie się posuwając, w kapeluszach z fantazją „zbójnicką11 nasadzonych, ukazują się na tern tle płomieni te nieporównane typy Szymków i Wojtków starych, młodych Józków i Jędrków.
Zaczyna się zbójecki taniec. Nie dla gości z Warszawy, banalny i obliczony na tani efekt, w odświętnych czuchach i pstro wyszytych surdutach. Zrudziałe kapę-
lusze, łatane portki i wytarte na nich serdaki. Ale każda łata, to pamiątka albo krwawej bójki, albo niebezpiecznej chwili na jakim Ganku lub Mnichu, podchodzenia za kozicą albo ucieczką przed węgierskimi strzelcami.
Tańczą dla siebie przedewszystkiem: na tle jedynem, na jakiem ten dziwny taniec wogóle tańczonym być może: na tle łuną ogniska oświetlonych smereków, za którymi zaraz noc i głębia czarna. W czerni tej mogą być tak samo strażnicy węgierscy, jak niedźwiedź.
Rytm w takt muzyki coraz szybszy; jeden za drugim suną coraz prędzej, drepcząc zgrabnemi nogami coraz szybciej, raptem przeraźliwy gwizd przez palce, jeden, drugi i trzeci. Bartek kapelmistrz oczy przymyka, kierpcami wali takt z pasją, „zbójecki" wpada w szał, gwizdy coraz częstsze... Śmigają raptem w górę wszystkie ciu-naąi, nerwowe i żylaste ramiona; wyrzucone w górę, błyskają wysoko nad kapeluszami i orlemi piórami, stalą wyostrzonych toporków, puszczają je w palcach w obrót wirowy, tak szybki, że tylko refleks płomienia świeci. Jeden za drugim sadzi teraz w górę, ten sam szał dziki, co juhasów zwabionych muzyką, poiywa ich wszystkich; w przysiadach, podskakując co chwila, strzela któryś calem ciałem, jak z procy wyrzucony, w górę.
I znowu ten pierwszy motyw wraca, tempo wolnieje, zaczyna się „zbójecki" da capo, aby nie wiem ile razy zakończyć się znowu tern finale furioso.
Miałem wrażenie po tym „zbójeckim", jedynym, jaki widziałem w życiu, że bez krwi, bez mordu, strzelaniny i zgrzytu ciupagi o kość, jest niekompletnym, nieskończonym. Biada strażnikom skarbowym, biada Liptakom i żandarmom, gdyby z nimi teraz zadarli!
Nazajutrz nastąpiło wdarcie się na trudny szczyt Roha-czów, poczem wrócono do Zakopanego.
Druga wycieczka, zorganizowana przez Chałubińskiego