guziki i jeden z nich trafił panią Adę w oko. Dziki wybuch śmiechu na półkach i ogólna radość z poskromienia „burżujki” zakończyły zajście.
Raz znów - pamiętam - kiedy w czasie największych upałów przez dwa dni z rzędu odmawiano nam wody, wybuchnął bunt w wagonie. Jak wtedy w Brygidkach. Ile nas było, zaczęłyśmy ze wszystkich sił walić w ściany i krzyczeć. Nie przypominam sobie już dziś, czy to było na stacji, czy w szczerym polu, dość, że pociąg wtedy stał. W okamgnieniu cały nasz wagon otoczyła chmara eskorty z bagnetami. Było ich chyba kilkudziesięciu. Uczepiona okienka, zachrypnięta od krzyku Cesia, zaczęła ich prosić o wodę, a wreszcie grozić, że poty nie przestaniemy hałasować, póki jej nie dadzą. Nie wiem dlaczego wobec krzyku byli zawsze tacy bezradni i ustępliwi? Wprawdzie pienili się, wrzeszczeli, składali się do Cesi z karabinów, grozili karcerem, nowym paragrafem itd. Jednak -żadnej z tych gróźb nie wykonali. A Cesia, wiejąc na przeciągu złotym czubem i pertraktując z nimi najgrzeczniej w świecie, schowaną za siebie ręką dyrygowała równocześnie kocią muzyką wagonu. I nie ustąpiła! Dali nam wtedy kilka wiader cuchnącej wody z rowu, ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że postawiłyśmy na swoim i że woda, choć niemożliwa do picia, wystarczyła każdej do odświeżenia twarzy i starcia sadzy z brudnych rąk.
Raz tylko jeden w czasie tego strasznego transportu umyłyśmy się wszystkie naprawdę. Niebo samo urządziło nam tym razem banię. Po jakimś zabójczym upale przyszła nagła czerwcowa ulewa. Urwanie chmury po prostu! Mimo ciasnoty okienek deszcz zalał nam wagon w okamgnieniu. Te, które leżały pod ścianą, z wrzaskiem porwały swoje rzeczy i zbiły się w kłąb na środku wagonu, gdzie przez dziurawy dach deszcz pokapywał tylko nieszkodliwie, a w twarde chlusty skosem od okien bijącej deszczówki pchać się zaczęły inne, jak pod tusz. To było cudowne! Razem z głową, na oślep, zachłannie, radośnie - poddawał się człowiek siekącym strugom deszczu, łapał go rękami, ustami, spragniony i nareszcie ochłodły. I choć noc po tej burzy trzeba było przespać na obrzękłej wodą podłodze, choć mi worek zamókł i z kilku dni uzbierany cukier zmienił mi się w lepką papkę w szmateczce, błogosławiłam tę kąpiel.
Pewnego dnia, na którymś z postojów, prócz wiader z kaszą dostajemy, jako dodatek, i starszą Gruenwald na śniadanie. Udało się jej widocznie uprosić naczelnika eszelonu, aby jej wolno było przesiąść się do wa-
156