background image

Sheri WhiteFeather 

Dwa światy 

background image

PROLOG 

1983 rok 

Ten przeklęty David umarł. Do diabła z nim, że poślu­

bił tę Indiankę. 

Spencer Ashton wpatrzył się w drogę przed nim, po 

czym westchnął poirytowany. Spędził właśnie wyczerpu­

jący weekend w Nebrasce, zajmując się sprawami rodzin­

nymi. Czy miał jednak jakiś wybór? Kto inny mógłby upo­
rządkować to, co zostało po życiu Davida i zaoferować jego 
dzieciom-mieszańcom lepszą przyszłość? 

Ta squaw nie nadawała się do ich wychowywania i Spen­

cer nie miał zamiaru pozwolić, żeby zabrała je do tego 
swojego rezerwatu, pełnego pasożytów i pijaków. I tak już 
mieszkali na farmie, którą Spencer pomógł Davidowi kupić 
na długo przed tym, jak ten poślubił Mary Little Dove*. Ta 
farma nigdy nie przynosiła zysków. 

Ale David był zbyt dumny na to, żeby przyznać, że on 

i jego rodzina głodują. 

Spencer opuścił osłonę przeciwsłoneczną, mrużąc oczy 

przed popołudniowym światłem. Wracał właśnie do domu 

* Little Dove - Mała Gołębica 

background image

z lotniska, kierując się w stronę Napa Vałley w Kalifor­

nii, gdzie posiadał doskonale prosperującą winnicę oraz 

ogromny dom. Chłopiec i dziewczynka, których ze sobą 
zabrał - dzieci zmarłego brata - siedziały obok niego na 

przednim siedzeniu luksusowego sedana. 

Zerknął na nich i zauważył, że trzyletnia Charlotte wciąż 

zachowuje się jak zagubiony ptak. Co chwila wydawała 
z siebie ciche kwilenie, które działało mu na nerwy. Pró­
bował usadzić ją z tyłu, ale nie dała się oderwać od brata. 
Spencer nie znosił takich cierpiących istot, ale co mógł zro­

bić? Była córką Davida. 

Z kolei ośmioletni chłopiec już zdołał zaskarbić sobie sza­

cunek Spencera. Walker trzymał głowę wysoko. Ten dzieciak 
miał charakter. Zasługiwał na to, żeby być Ashtonem. 

Szkoda, że był w połowie Indianinem. 

Ale Spencer znajdzie sposób, żeby sobie z tym poradzić. 

Nie przepadał za dziećmi, a sam miał ich zdecydowanie za 

dużo. Walker był jednak inny. Prawdopodobnie okaże się 
lepszy niż którekolwiek z dzieci Spencera. 

Charlotte wydała z siebie kolejny nerwowy pisk i Spen­

cer zacisnął ręce mocniej na kierownicy. 

- Jest przerażona - powiedział Walker. 
- Tak, oczywiście. Straciliście rodziców. - A przynaj­

mniej tak im powiedziano. 

Ich matka żyła, ale to był sekret Spencera. Każdy, oprócz 

jego prawnika, usłyszał tę samą historię: Mary umarła od 

obrażeń, których doznała w wypadku samochodowym, tak 

jak David. 

background image

Spencer i jego adwokat zmusili ją, żeby oddała dzieci, 

ale tak należało zrobić. 

Walker był tego dowodem. Chłopiec wyglądał bardzo 

elegancko w ubraniach, które Spencer mu kupił. Nie ma­
rudził, kiedy fryzjer obcinał mu włosy. Spencer nie miał 
zamiaru przywieźć do domu dzieci, które wyglądały jak ra-
stafarianie. 

Odwrócił się, żeby przyjrzeć się chłopcu. Matka nazy­

wała go wojownikiem. Prawdziwym Siuksem. Ale Spencer 

uważał inaczej. Ten chłopak powinien urodzić się biały. 

- Ja też byłem biedny, kiedy byłem młody - powiedział. 

- Ale chciałem czegoś lepszego. 

Walker spojrzał na niego. 

- Tata opowiadał o tobie. 
- Naprawdę? Ocaliłbym jego farmę. Nie wiedziałem, że 

jest w stanie upadłości. - Spencer wiedział, co ludzie o nim 

mówią - że jest zarozumiałym łajdakiem. Ale co oni mog­

li wiedzieć? Zawsze pomagał Davidowi, mimo że młodszy 
brat był sentymentalnym głupcem. - Próbowałem pomóc 

twojemu tacie. 

- A teraz pomagasz mnie i Charlotte. 
- Tak, pomagam. Beze mnie ty i twoja siostra nie mieli­

byście domu. 

- Modliłem się za mamę i tatę. 

Spencer miał nadzieję, że były to normalne modlitwy, 

a nie te pogańskie bełkoty. 

Walker spojrzał przez okno. Miał ładny profil i był nie­

zwykle przystojny. Przyglądał się winoroślom, bogactwie 

background image

tego regionu. Spencer podejrzewał, że podoba mu się to, co 

widzi. Ten dzieciak będzie wdzięczny za hojność stryja. 

- Czy mój ojciec będzie pochowany tutaj? - zapytał 

Walker. 

-Tak. 
- A mama? 
- Nie, synu. Zostanie pochowana w rezerwacie. Stamtąd 

pochodzi. Ale to za daleko, żebyś mógł uczestniczyć w po 
grzebie. 

- Nigdy tam nie byłem. 

I nigdy nie będziesz, pomyślał Spencer. Zauważył, że 

głos ośmiolatka zmienił się, ale wiedział, że nie ośmieli się 

płakać. Nie, Walker Ashton nie był mazgajem. 

Trudno uwierzyć, że pochodził z plemienia Siuksów. Jego 

matka nie miała żadnych zasad. Żeby upewnić się, że dotrzy 
ma warunków umowy, Spencer zapłacił jej trzydzieści tysięcy 
dolarów. Dla niego była to drobna suma, dla niej fortuna. 

A jeśli chodzi o Walkera i Charlotte, to byli chyba warci 

tych kilku papierków. A przynajmniej chłopak. Nieśmiała 
mała dziewczynka stanowiła po prostu konieczny element 
transakcji. 

Tak czy inaczej było to najlepsze, co mogło się im przy 

darzyć. Spencer mógł być z siebie dumny. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Walker żałował, że jego siostra dowiedziała się, że ich 

matka wciąż żyje. Co gorsza, żałował, że dał się przekonać 
Charlotte, że powinien udać się na jej poszukiwanie. 

Usiadł na brzegu hotelowego łóżka i westchnął ciężko. 

Przez ostatnie kilka dni przeszukiwał rezerwat w Dakocie 
Południowej, przeklinając Pine Ridge, miejsce obejmują­
ce dwa miliony akrów i kilka najbiedniejszych hrabstw 

w kraju. 

Miał zamiar zaraz potem zapomnieć o tej indiańskiej 

dziurze, a już na pewno nie chciał z nikim się tutaj bra­
tać. Jego siostra miała romantyczne wyobrażenia na temat 

Indian, ale Walker był realistą. Pijany Indianin w jednym 

z tych małych miasteczek nazwał go „głupim Yeska", kiedy 
omal się o niego nie przewrócił. 

Yeska. 
To była obelga, której nie potrafił nawet przetłumaczyć. 

Zgrzany i zmęczony, rozpiął koszulę i wyciągnął ją 

z dżinsów, idąc w stronę prysznica. Nie był przyzwyczajo­
ny do tak wysokich temperatur i do przygnębiającej rozleg­
łości tej krainy. 

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, poczuł, jak ściska 

background image

mu się żołądek. Zostawił wiadomość na poczcie, zakłada­

jąc, że będą tam ludzie na tyle inteligentni, żeby zrozumieć, 

o co mu chodzi. Rozmawiał nawet z kilkoma policjantami, 
ale nikt nie był szczególnie pomocny. Traktowali go z ab­
solutną obojętnością. Tak jak on ich. 

Otworzył drzwi, na progu stała kobieta. Była młoda 

i piękna - miała około metra sześćdziesięciu wzrostu, czar­
ne włosy spływały jej na ramiona, a brązowe, egzotyczne 
oczy wpatrywały się w niego uważnie. Indianka. 

Nosiła zwykłą bluzkę i szorty, a jej nogi... 
Kiedy uniosła brew, przestał się jej przyglądać. 

- Czy nazywasz się Walker Ashton? - zapytała. 
-Tak. 

Miał ochotę wytrzeć dłonie w spodnie. Nienawidził dez­

organizacji i brudu. Jako przyszły prezes Ashton-Lattimer, 

firmy zajmującej się inwestycjami bankowymi, na co dzień 
żył w świecie telefonów komórkowych, Internetu, faksu 
i drogich garniturów. 

Kobieta przekrzywiła głowę. 

- Nazywam się Tamra Winter Hawk*. Mieszkam z Mary 

Little Dove Ashton. 

Jego niepokój wzrósł. Tak naprawdę w głębi duszy miał 

nadzieję, że nie odnajdzie matki i będzie mógł powiedzieć 
Charlotte, że zrobił co w jego mocy, ale rodzinne spotka­
nie się nie odbędzie. 

- Jak długo z nią mieszkasz? 
- Mary przygarnęła mnie, kiedy byłam dzieckiem. 

* Winter Hawk - Zimowy Sokół 

background image

- Rozumiem. - Jego matka wychowywała czyjeś dziecko, 

podczas gdy jego młodsza siostra tęskniła za matczyną, mi­
łością. Zdenerwowało go to, chociaż nie znał szczegółów. 

- Chciałbym z nią porozmawiać. 

- Jest w pracy. I nie ma pojęcia, że tu przyjechałeś. 
- Ale ty masz. - Najwyraźniej ktoś powiedział Tamrze 

o nieznajomym z miasta, który kręci się po okolicy, twier­
dząc, że jest synem Mary. - Więc o co chodzi? Dlaczego nie 
chcesz, żebym się z nią spotkał? 

Tamra nie odpowiedziała. Z jej wspaniałą urodą i kró­

lewską pozą sprawiała wrażenie rzeźby z brązu, nieosiągal­
nego przedmiotu za szkłem. 

- Chciałabym zobaczyć twoje dokumenty - powiedzia­

ła w końcu. 

Zmrużył oczy, chroniąc je przed słońcem świecącym zza 

jej pleców. 

- Po co? 
- Żeby upewnić się, że jesteś tym, za kogo się podajesz. 

A kimże innym miałby być? Z jakiego innego powodu 

poświęcałby swój czas - swój cenny czas - na włóczenie się 
po tej zapomnianej przez Boga okolicy? 

- Nie muszę ci nic udowadniać. 
- Więc może powinnam wyjść. - Odwróciła się i ruszy­

ła przez parking. Jej czarne włosy falowały przy każdym 
kroku. 

Walker chciałby pozwolić jej odejść, ale wiedział, że nie 

może. Charlotte by mu tego nie wybaczyła. 

Wściekły, wziął portfel i wyszedł za nią. 

background image

- Poczekaj. 

Tamra zatrzymała się i odwróciła do niego. Znów po­

dobna była do statuy z brązu. Piękna, zachwycająca, nie­
dostępna. 

Walker podał jej prawo jazdy. 

- Zadowolona? - zapytał, czując, jak rozpięta koszula 

przykleja się do jego skóry. 

Zwróciła mu dokument. 

- Porozmawiam z Mary, kiedy wróci do domu. 
-I co potem? 
- Zadzwonię do ciebie i powiem, kiedy możesz się z nią 

spotkać. 

Jasne, pomyślał. Mary, królowa rezerwatu. 

Czując jego wrogość, Tamra. westchnęła. 

- Twoja matka dużo wycierpiała. Próbuję tylko ją chro­

nić. 

Naprawdę? No cóż, on też cierpiał. Nie miał pojęcia, 

dlaczego Spencer okłamał go kiedyś, mówiąc mu, że jego 
matka nie żyje. Teraz jednak Spencer nie żył, zastrzelony 

przez nieznanego napastnika. 

Walker czuł w sercu wielki chaos. 

Wskazał ręką w stronę swojego pokoju, w którym zosta­

wił otwarte drzwi. 

- Będę tutaj. 
- Proszę cię, nie gniewaj się, Walker. A przynajmniej nie 

gniewaj się na Mary. Nigdy nie przestała tęsknić za tobą 

i Charlotte. 

Poczuł ucisk w piersi i nagle trudno mu było oddychać. 

background image

Kiedy on i Charlotte wprowadzili się do Spencera, opo­

wiadał jej szeptem w ciemności, że mama i tata są aniołka­

mi, patrzącymi na nich z nieba. W końcu jednak przyzwy­
czaił się do nowego życia i przestał pocieszać siostrę. 

Spencer stał się mentorem Walkera, jedyną osobą, na 

której chciał zrobić wrażenie. Przedkładał go nad wszyst­
kich innych, włączając w to Charlotte, zostawiając ją samą 

sobie. 

- Nie gniewam się - powiedział. 

Ale to była oczywiście nieprawda. Gdzieś w głębi duszy 

był wściekły jak diabli. 

Na siebie, na Spencera, na Mary. 
I na nią też. Na Tamrę Winter Hawk. 
Dziewczynę, którą wychowała jego matka. 

Zapach gulaszu wołowego unosił się w mieszkaniu, 

a Tamra pomagała Mary sprzątać, odkurzając, ścierając 
kurze i trzepiąc poduszki. 

Mary wyłączyła odkurzacz i się rozejrzała. 

- To miejsce jest naprawdę obskurne. Cokolwiek byśmy 

robiły, wciąż jest to stara przyczepa. 

- Ma tyle lat co ja. A ja nie jestem stara. - Poza tym mia­

ły meble, łazienkę, ogrzewanie w zimie i mnóstwo jedze­
nia w lodówce. 

Tamrze to wystarczało. 
Wiedziała jednak, jak denerwuje się Mary. Kręciła się 

po domu, przygotowując się na przyjście syna i umierając 
ze strachu. 

background image

- Opowiedz mi o nim, Tamro. Opowiedz mi o Walke­

rze. 

Co mogłaby powiedzieć, żeby uspokoić Mary? 

- Będzie tutaj za godzinę. 
- Wiem, ale chcę wiedzieć, co o nim pomyślałaś. Nie po­

wiedziałaś mi tego. 

To prawda. Nie powiedziała, jakie wywołał w niej uczucia. 

Ani że przypomniał jej o przeszłości, o latach, które spędziła 
w San Francisco, o człowieku, który złamał jej serce. 

Spojrzała na Mary i dostrzegła, że ona czeka na jej od­

powiedź. 

- Jest piękny. - Wysoki i szczupły, pomyślała, umięśnio­

ny dokładnie tak jak trzeba. - Był ubrany dość zwyczajnie, 

ale nie wygląda na zwyczajnego faceta. 

Mary spojrzała na nią z niepewnością w oczach. 

- Ale wiesz co? - dodała Tamra. - Wygląda jak jego ta­

ta. - Widziała zdjęcia Davida Ashtona. Wiedziała wszyst­
ko o farmerze, którego poślubiła Mary. -I do ciebie też jest 
podobny. 

Matka Walkera uspokoiła się trochę. 

- Był podobny do nas obydwojga, kiedy był mały. - Za­

milkła i wzięła głęboki oddech. - Myślisz, że będzie mu 
smakował gulasz? 

- Pewnie. - A nawet jeśli nie, to na pewno tego nie po­

wie. 

Zapewne będzie się zachowywał bardzo uprzejmie. 

W stosunku do Tamry nie był zbyt miły, ale ona też była 

dla niego szorstka. Nie ufała jego motywom i podejrzewa-

background image

ła, że skomplikuje ich życie. Przewróci cały jej świat do gó­
ry nogami. 

- Zastanawiam się, dlaczego nie wspomniał nic o Char­

lotte - powiedziała Mary. - Jesteś pewna, że nic nie mówił 

o siostrze? 

- Jestem pewna. Ale możesz go o nią zapytać. 
- Tak, oczywiście. - Nerwowym ruchem Mary wygładzi­

ła bluzkę. 

Wybrała kwiecistą górę i niebieskie spodnie, które ku­

piła zeszłego lata. Na ogół nie przejmowała się specjalnie 
strojem i rzadko się malowała. Tego wieczoru jednak użyła 

szminki i zakręciła proste włosy. 

Nawet jednak tak wyszykowana wyglądała na więcej niż 

pięćdziesiąt siedem lat. Tamra widziała, jak jej piękno stop­
niowo bladło. Mary miała ciężkie życie. 

- Zrobię sałatkę - powiedziała Tamra, chcąc czymś zająć 

ręce. Ona też denerwowała się wizytą Walkera. 

- Założę się, że jada steki i homary. - Mary wstawiła od­

kurzacz do szafki, po czym zmarszczyła brwi, przyglądając 
się swojej ciasnej kuchni. - Myślisz, że Spencer wie, że on 
tutaj jest? 

-Nie mam pojęcia. - Tamra wiedziała, że Spencer 

Ashton zabrał Walkera i Charlotte od matki. To on był od­

powiedzialny za nieustający ból w sercu Mary, za wszystkie 
łzy, które wypłakała. 

Tamra umyła ręce zimną wodą. Nie mogła powstrzymać 

uczucia opiekuńczości, które budziła w niej ta kobieta. 

- Czy tutaj nie jest za gorąco? - zapytała Mary, miesza-

background image

jąc gulasz. - Może powinnyśmy otworzyć jeszcze jedno ok­

no? 

- Już się ochładza. Będzie dobrze. 
- Będzie? 
- Tak. - Nie znosiła tego uczucia wstydu, które zaczęło 

zakradać się do ich serc. Tamra i Mary włożyły wiele wysił­
ku, żeby zaakceptować swoje życie, być z niego dumne. 

Mary nakryła do stołu, ale kiedy przyjechał Walker, była 

w łazience, poprawiając makijaż. 

Tamra usłyszała pukanie w ramę siatki chroniącej przed 

owadami. Odwróciła się i przez chwilę ona i Walker wpa­
trywali się w siebie. 

Nawet się nie uśmiechnął. Wyglądał doskonale w do­

pasowanym podkoszulku i spodniach. Był gładko ogolony, 
czarne włosy miał zaczesane do tyłu, co podkreślało rysy 
twarzy. 

Puls Tamry przyspieszył. 
Ostatni mężczyzna, który wywołał w niej ten efekt, dał 

jej dziecko. Dziecko, które pochowała w San Francisco, 

mieście, w którym mieszkał Walker. 

- Wejdź - powiedziała, otwierając siatkę. 

To nie przypadek, że Tamra była związana z San Franci­

sco, że spędziła tam swoje studenckie lata. Wybrała to mia­
sto ze względu na Walkera i jego siostrę. 

- Dziękuję. - Wszedł do domu, po czym wręczył jej bu­

kiet róż. - Miałem przynieść butelkę wina, ale ponieważ 

w rezerwacie nie sprzedają alkoholu, stwierdziłem, że nie 
wolno wam pić. - Zamilkł na chwilę i wzruszył lekko ra-

background image

mionami. - Ale widziałem wielu pijących ludzi. Wygląda 
na to, że nie wszyscy postępują zgodnie z zasadami. 

Tamra ledwo zauważalnie skinęła głową. Sklepy z alko­

holami posiadane przez białych robiły z Siuksów pijaków. 

- Twojej mamie spodobają się kwiaty. 
- Gdzie ona jest? 
- Odświeża się. Zaraz przyjdzie. 

Po chwili Mary pojawiła się w korytarzu. Walker odwró­

cił się, matka i syn spojrzeli na siebie po raz pierwszy od 
dwudziestu dwóch lat. 

Łzy napłynęły Mary do oczu, ale nie podeszła, żeby uścis­

kać swojego syna. On też nie zrobił kroku w jej stronę. 

Zapadła niezręczna cisza. 

Walker nie wiedział, co powiedzieć. Mary wyglądała ob­

co. Nie miał żadnych starych zdjęć, niczego, co mogłoby 
odświeżyć mu pamięć. 

Kiedy zamrugała powiekami, łzy potoczyły się po jej po­

liczkach. Czy powinien zaoferować jej chusteczkę? A może 

to wywoła jeszcze więcej łez? Walker nie chciał, żeby przez 
niego płakała. 

Zrobił krok w jej stronę. Dlaczego jego wspomnienia 

zbladły? Pamiętał farmę, ale nie mógł przypomnieć sobie 
swojej matki. 

Po prostu łatwiej było zapomnieć, pomyślał. Łatwiej by­

ło zająć się własnym życiem. 

- Mój syn... - powiedziała Mary. - Mój chłopiec... My­

ślałam, że nigdy już cię nie zobaczę. Ale jesteś. Taki wyso­
ki. Taki przystojny. 

background image

Walker zacisnął zęby. 

- Myśleliśmy, że nie żyjesz. 
- Wiem. - Kolejne łzy spłynęły po jej policzkach. - Wiem, 

co Spencer wam powiedział. 

Wiedziała? Brała udział w tym kłamstwie? 

- Jak się ma Charlotte? - zapytała. - Czy wie, że tutaj 

przyjechałeś? 

- Moja siostra ma się dobrze i to był jej pomysł. 

Mary przycisnęła ręce do serca. 

- Moja dziewczynka... Miała tylko trzy lata... Jak może 

mnie pamiętać? 

Walker nie odpowiedział. Co miał powiedzieć? On jej 

nie pamiętał. 1 nie chciał pamiętać. Nie miał ochoty stać się 

jej synem, stać się częścią Pine Ridge, powrócić do swoich 

indiańskich korzeni. 

Spencer nauczył go, że jego pochodzenie nie jest ważne. 
Spojrzał w stronę Tamry i odkrył, że dziewczyna mu się 

przygląda. Czy domyślała się tego, co on czuje? Przyciska­
ła do siebie róże, które przyniósł, wyglądając jak indiańska 
panna młoda 

- Walker je przyniósł. - Tamra wręczyła Mary kwiaty. 

Matka przyjęła podarunek i się uśmiechnęła. 

Walker wziął głęboki oddech. Wyglądała bardzo ładnie, 

kiedy się uśmiechała. Delikatnie, jak kobieta, w której za­
kochał się jego ojciec. David Ashton był sentymentalny, ty­
le dowiedział się od Spencera. 

- Dziękuję - Mary zwróciła się do Walkera. 

Skinął głową. 

background image

- Nie ma za co. 
- Zrobię dla ciebie tarczę. Twój tata zawsze chciał, że­

byś ją miał. 

Jego biały ojciec chciał, żeby miał jakiś przedmiot zwią­

zany z Siuksami? Walker nie rozumiał tego, ale próbował 
udawać, że widzi w tym jakiś sens. Nie miał jednak pojęcia, 
co miałby robić z tarczą. 

Wypowiedzieć wojnę innemu plemieniu? Powiesić na 

ścianie salonu? Nie widział jej jako ozdoby swojego miesz­
kania, nad którym dekorator wnętrz spędził kilka dobrych 
tygodni. 

- Obiad jest gotowy - powiedziała Tamra. - Siądźmy do 

stołu. 

- Jasne. - Żeby tylko jego matka zapomniała o tarczy. 

- Włożę je do wody. - Mary zabrała kwiaty do kuchni, 

w której stał prosty stół, nakryty zwykłymi talerzami, pa­

pierowymi chusteczkami i sztućcami z nierdzewnej stali. 

Walker poczekał na kobiety, chcąc odsunąć im krzesła. 

Jego matka jednak poklepała go po ramieniu i kazała mu 

usiąść, chcąc sama mu wszystko podać. 

W końcu Mary i Tamra usiadły i zabrali się do jedzenia 

gęstego gulaszu, sałatki i maślanych bułeczek. 

Spojrzał przez stół na swoją matkę. Na Mary. Nie wie­

dział nawet, jak ma zwracać się do kobiety, która dała mu 
życie. 

- Czy Spencer dobrze was traktował? - zapytała. 

Zamrugał, próbując nie zmarszczyć brwi. 

- Tak. Byłem z nim blisko. - Był chyba jedynym Ashto-

background image

nem, który mógł to powiedzieć. Jednak była to trudna re­
lacja. 

- Byłeś? 
- Spencer nie żyje. Został zamordowany kilka miesięcy 

temu. Zastrzelono go w biurze. Charlotte znalazła jego cia­
ło. 

- O Boże... - Mary wbiła wzrok w talerz. - Przykro mi. 

Bardzo mi przykro. 

Kiedy zamilkła, Walker poczuł się niezręcznie. Kuchnia 

była ciasna, a stół za mały na troje ludzi. Tamra siedziała 
obok niego, zbyt blisko, żeby było im wygodnie. 

- Opowiesz mi o Charlotte? - zapytała Mary. 

Skinął głową, wiedząc, jak duże znaczenie miało to dla 

jego siostry. 

- Jest zaręczona z Alexandrem Dupree, właścicielem win­

nic we Francji. Nie jest to mężczyzna, jakiego bym jej życzył, 
ale obydwoje za sobą szaleją. Moja siostra była zawsze nie­

śmiała, romantyczna, a Alexander jest... - zamilkł na chwilę, 

szukając odpowiedniego słowa - światowy. 

- Jak książę. - Mary westchnęła, przeżywając już bajko­

wą historię córki. 

- Chyba tak. Kobiety chyba tak myślą. - Walker wiedział, 

że Alexander dał jego siostrze wszystko, czego potrzebowa­
ła. - Są w Paryżu. Charlotte musiała zmienić otoczenie po 
pogrzebie Spencera. Obiecałem jej, że cię odnajdę. 

- Cieszę się. - Oczy Mary znów zwilgotniały. - Masz jej 

zdjęcie? 

Potrząsnął głową. 

background image

- Nie pomyślałem o tym, ale jestem pewien, że szybko 

wróci, żeby cię zobaczyć. Ona i Alexander. 

- Nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę. I oczywiście 

jej narzeczonego. - Mary przysunęła się bliżej stołu. - A czy 
w twoim życiu jest ktoś specjalny, synu? 

- W moim życiu? - Zanim zdążył pomyśleć, spojrzał na 

Tamrę. - Nie. Jestem zbyt zajęty pracą. Inwestycjami ban­

kowymi. A czym ty się zajmujesz? - zapytał, chcąc jak naj­
szybciej zmienić temat. 

Mary przygładziła lekko posiwiałe włosy. 

- Jestem pielęgniarką w szpitalu. - Wyprostowała się lek­

ko, dumna ze swojej pracy. - Jest mi łatwiej niż innym. Ży­
łam w białym świecie, więc lepiej rozumiem lekarzy, któ­
rzy tam pracują. 

- Większość lekarzy to młodzi ludzie - wtrąciła Tamra. 

- Dostali kredyt od rządu na studia i teraz spłacają go, pra­

cując przez kilka lat w szpitalu w rezerwacie. 

J nienawidząc każdej spędzonej tam chwili, pomyślał. 

- W naszej społeczności utarło się, że mądrość przychodzi 

z wiekiem - kontynuowała Tamra - tak więc naszej starszyź-
nie trudno zaakceptować młodych lekarzy. No i przeszkodą 
bywa też bariera językowa. - Spojrzała na jego matkę. - Mary 

jest cennym nabytkiem. Pacjenci jej ufają. Lekarze również. 

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, wziął do ust kolejną por­

cję gulaszu. Mary wyglądała na opiekuńczą osobę, a jednak 
pozwoliła, żeby jej dzieci myślały, że umarła. Miał ochotę 
zapytać ją o przeszłość, zarzucić oskarżeniami, ale obec­
ność Tamry wszystko komplikowała. 

background image

Zajęła jego miejsce. Wychowała ją kobieta, która pozwo­

liła mu odejść. I, co gorsza, bardzo mu się podobała. 

Wszystko razem zapowiadało katastrofę. 

Sięgając po szklankę, dotknął niechcący jej ramienia. 

Poczuł ten dotyk w całym ciele. 

- Przepraszam - powiedział. - Jestem leworęczny. 
- Nie szkodzi. - Spróbowała się trochę odsunąć. 

Zapadła cisza. Nikt nie wiedział, co powiedzieć, więc za­

brali się do jedzenia, hałasując sztućcami. 

Walker przypomniał sobie dzień, w którym Spencer za­

brał ich do siebie. Charlotte była wtedy za mała, żeby po­
czuć to zimne, straszne uczucie, że nigdy już nie zobaczą 
mamy i taty. Ale i tak płakała. 

Walker przestał jeść. Jego wspomnienia z dzieciństwa 

były rozbite i porozrzucane w najgłębszych zakamarkach 
pamięci. Ale ten dzień akurat pamiętał doskonale. 

- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał, nie mogąc dłużej po­

wstrzymywać emocji. - Dlaczego nas oddałaś? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Przepraszam, Walker... - Głos Mary zadrżał. - Powin­

nam była od razu ci wszystko wyjaśnić. Ale myślałam... 

Miałam nadzieję... że najpierw poznamy się trochę lepiej. 

Odsunął talerz. 

- Dlaczego? 
- Żebyś nie oceniał mnie tak surowo. Żebyś nie myślał, 

że chcę cię nastawić przeciwko Spencerowi. 

- Już ci mówiłem. On nie żyje. 
- To jego wina - powiedziała Tamra. - Zmusił twoją 

matkę, żeby oddała dzieci. 

- Naprawdę? A jak to zrobił? Groził jej pistoletem? - Nie 

mogąc usiedzieć na miejscu, wstał z krzesła i wbił wzrok 

w młodą kobietę. - Czy zmusił ją też, żeby wzięła ciebie? 
Żeby była twoją matką zamiast naszą? 

Tamra wstała. W jej zaciśniętych ustach i oczach płoną­

cych gniewem dostrzegł wojowniczkę. 

- To nie fair. 
- Chcesz porozmawiać fair? Nie ma żadnego usprawied­

liwienia dla tego, co zrobiła moja matka. Żadnego. - Od­

wrócił się w stronę Mary. - Modliłem się za ciebie. Na­

zywałem cię aniołem. Kiedy Spencer nas wziął do siebie, 

background image

byłem mu tak cholernie wdzięczny. I tak cholernie przera­
żony. Masz pojęcie, jak to jest być sierotą? 

Nie odpowiedziała. 

- Ja wiem, jak to jest - powiedziała Tamra. 

Spojrzał na nią zimno. 

- I ja mam się przez to poczuć lepiej? 
- Nie. Chciałam tylko powiedzieć, że cię rozumiem. 
- No tak. Ty. Idealna Indianka. 
- Idealna? - Zaczęła sprzątać ze stołu, nerwowo pobrzę­

kując talerzami. - Nie masz pojęcia, przez co przeszłam. 
Nie zostałam wychowana w bogatej posiadłości, Walker. 
Mój ojciec uciekł przed moim urodzeniem, a matka była 
zupełnie sama, próbując przeżyć na zasiłku. 

- To nie to samo. - Wskazał Mary, która objęła się ręka­

mi. - Pozwoliła mi myśleć, że nie żyje. Twoi rodzice byli 
przynajmniej uczciwi. 

- Nie pokazuj jej palcem. To niewłaściwe. 
- Kto tak mówi? Ludzie z rezerwatu? Może ktoś powi­

nien był jej powiedzieć, że okłamywanie własnych dzieci 

jest niewłaściwe. 

- Mary była na skraju załamania, kiedy straciła twojego 

ojca. A Spencer wykorzystał jej emocje. On... 

- Czy to prawda? - przerwał jej Walker, zwracając się do 

Mary. 

Skinęła głową i nagle uświadomił sobie, że wygląda 

tak krucho, siedząc samotnie przy stole i słuchając, jak on 
i Tamra się kłócą. 

Usiadł z powrotem, czując, jak serce wali mu w piersi. 

background image

- Powiedz mi - powiedział. - Powiedz mi, co on zrobił. 
- Przyszedł odwiedzić mnie w szpitalu po tym, jak umarł 

twój ojciec. Byłam lekko ranna w tym wypadku, ale wyma­
gałam opieki lekarskiej.,. 

- Jak zmusił cię do oddania nas? 
- Zaczął mi grozić. Powiedział, że naśle na nas opiekę 

społeczną. Że udowodni mi, że jestem złą matką. 

- Ale nie byłaś. - Walker przyglądał się cieniom pod jej 

oczami, zmarszczkom przecinającym jej twarz. - Prawda? 

- Och, oczywiście, że nie. - Sięgnęła przez stół i pogła­

skała go po dłoni. Dotyk lekki jak piórko. Dotyk matki, 

która straciła syna. - Zawsze dobrze traktowałam swoje 
dzieci. 

- Nie wiem, jak nas traktowałaś. Nie pamiętam ani cie­

bie, ani taty. Po prostu nie pamiętam. 

- Rozumiem. - Jej głos przycichł, stał się smutny. - Du­

żo czasu upłynęło... 

- To prawda. - Czując się niezręcznie, rozejrzał się 

wokół. 

Tamra przygotowała dzbanek herbaty. Kiedy podawała 

mu filiżankę, spojrzał na nią i ich oczy się spotkały. 

Nie powinien się w nią wpatrywać. Nie w taki sposób. 

Ale nie mógł od niej oderwać wzroku. 

Ona od niego też nie. 
Mój Boże, pomyślał. Nagle przestraszył się, że przezna­

czone im jest, by zostali kochankami. Nie potrafił przewi­
dzieć przyszłości, ale czuł namiętność. I niebezpieczeństwo, 

jakie na niego czyhało. 

background image

Tamra odwróciła wzrok i nalała herbatę Mary. Potem 

znów usiadła obok niego, mógł wyczuć zapach balsamu na 

jej skórze, niepokojącą woń letnich kwiatów. Zapach, który 

tylko wzmagał pożądanie. 

Pod stołem jej noga znajdowała się zaledwie kilka cen­

tymetrów od jego nogi. Na myśl o tym czuł rozchodzące 
się po ciele ciepło. Nie rozumiał, dlaczego ona działa na 
niego z taką siłą, dlaczego wzbudza w nim takie prag­
nienie. 

Czy chciał ją ukarać? A może chciał ukarać sam siebie? 

- Dokończ swoją opowieść - poprosił Mary, chcąc sku­

pić się na czymś innym. - Opowiedz mi wszystko. 

- Bałam się Spencera. Jego pieniędzy i jego władzy. - Pi­

ła herbatę małymi łykami, obejmując filiżankę obiema rę­
kami. 

- Myślałaś, że Spencer może przekonać opiekę społeczną, 

żeby odebrała ci mnie i Charlotte? 

- Tak. Żyłam poza rezerwatem od dawna. Zostałam żoną 

twojego taty, żoną farmera. Ale w ostatecznym rozrachun­
ku byłam tylko biedną Indianką. Wtedy cierpiałam po stra­
cie męża i byłam otępiona lekami przeciwbólowymi. Nie 
mogłam jasno myśleć. 

- Ale przecież to były lata osiemdziesiąte. Czy twoje ple­

mię nie mogło ci pomóc? 

- Prawo dotyczące dzieci indiańskich mogłoby mi po­

móc, ale nie wiedziałam wtedy o nim. - Głos na moment 
uwiązł jej w gardle. - Moje życie po śmierci twojego ojca 
się skończyło. Farma była w stanie upadłości, nie miałam 

background image

gdzie pójść. - Spojrzała przez okno, w którym lekki wie­
trzyk poruszał firankami. - W tamtym momencie mogłam 

wrócić tylko do zrujnowanej chaty i brata alkoholika. Spen­

cer zagroził, że użyje tego przeciwko mnie. Że udowodni 

w sądzie, że ja też jestem pijaczką. Że biłam ciebie i Char­

lotte. Znał ludzi, którzy złożyliby dla niego fałszywe zezna­
nia. Nie chciałam, żeby moje dzieci dorastały u obcych lu­
dzi i myślały, że je krzywdziłam - dodała. - Dla mnie to 
byłoby gorsze od śmierci. 

Czy tak było? Walker nie wiedział. Nie miał dzieci. W je­

go życiu była tylko praca i kariera, do której przeznaczył go 
Spencer. 

- To nie wszystko - powiedziała Mary. - Twój wuj zro­

bił coś jeszcze. Na początku uważałam to za coś strasznego. 

Tylko że w rezultacie nie okazało się takim złem. 

- Co to było? 
- Pieniądze - powiedziała niemal szeptem. - Jego adwo­

kat przesłał mi czek na trzydzieści tysięcy dolarów. Na po­
czątku nie chciałam go zrealizować. 

- Ale w końcu to zrobiłaś? 
- Tak. - Sięgnęła po jego rękę. - Zrobiłam. 

Walker chciał się od niej odsunąć. Ale pozwolił jej się 

dotykać, udając obojętność, udając, że nie przeszkadza mu 
myśl o tych pieniądzach. 

I o dwojgu sprzedanych małych dzieciach... 

Następnego dnia Tamra przyjechała do motelu Walkera 

na jego prośbę. Spotkał się z nią na zewnątrz, wyglądając 

background image

doskonale w swoich szytych na miarę ubraniach i z fryzurą 
prosto z najnowszego magazynu o modzie. 

- Cześć - powiedział. 
- Cześć. - Zauważyła, że wyglądał na zdenerwowanego. 

Miała nadzieję, że nie skończy się to kolejną kłótnią. - Co 

się dzieje? 

- Nic. Chciałem pogadać. - Sięgnął do kieszeni i wyjął 

garść monet. - Napijesz się czegoś? 

- Chętnie. - Podeszła razem z nim do automatu i wy­

brała napój pomarańczowy. On wybrał smak winogronowy, 
po czym skierowali się w stronę jego pokoju. 

Czuła się dziwnie, wchodząc do miejsca, w którym spał. 

Wiedziała, że nie powinna tego robić. Przebywanie z nim 
w małym pomieszczeniu wywoływało w niej mocne bicie 

serca. 

Usiadła przy sosnowym stole i oparła się o szafkę, ogrom­

ny mebel, w którym schowany był telewizor. 

- Ile miałaś lat, kiedy przygarnęła cię Mary? - zapytał. 
- Miałam pięć lat, ale moja mama wtedy jeszcze żyła. 

Obydwie wprowadziłyśmy się do niej. Moja i twoja matka 
były przyjaciółkami, a my nie miałyśmy dokąd pójść. By­

ła zima i inaczej zamarzłybyśmy na śmierć. - Otworzyła 
puszkę z napojem, czując, jak zalewają ją wspomnienia. -
Moja mama umarła dwa lata później. Miałam siedem lat, 
kiedy Mary przejęła nade mną opiekę. 

- Ile teraz masz lat? 
- Dwadzieścia sześć. 

Zmarszczył brwi. 

background image

- Jesteś tylko rok starsza od mojej siostry. 

Skinęła głową. Czy to mu przeszkadzało? Czy czuł się 

przez to jeszcze bardziej zdradzony? Chciała zapytać, czy 
zadzwonił do Francji, czy rozmawiał ze swoją siostrą, ale 
zdecydowała, że poczeka, aż on skończy zadawać jej py­
tania. 

- Czy to popularne w rezerwacie? - zapytał. - Wychowy­

wać czyjeś dziecko? 

- Tak. - Próbowała rozluźnić się, ale przeszkadzało jej 

w tym jego spojrzenie. - Siuksowie mają ceremonię adop­

cji nazywaną Hunka. Prowadzi ją szaman albo jakiś dorosły, 
który sam był Hunka. Dzięki tej ceremonii dziecko, które 
nie ma domu, dostaje nową rodzinę. 

- Czy ty i Mary też przeszłyście taką ceremonię? 
- Nie. - Podniosła puszkę do ust, upiła łyk i odstawiła ją 

na stół. Walker śledził każdy jej ruch. Próbowała uniknąć 
patrzenia mu w oczy, ale to nie pomagało. Czuła na sobie 

jego wzrok. - Wtedy Mary nie była tak związana ze swoją 

tradycją. Odgradzała się od niej, izolowała od naszej spo­
łeczności. Ceremonia Hunka byłaby zbyt indiańska. 

- Po prostu zatrzymała cię bez adopcji? 
- Tak. - Tamra znów upiła łyk napoju, pragnąc, żeby 

Walker przestał się w nią wpatrywać. - Chociaż teraz mog­

łybyśmy to zrobić. Jeśli obydwie strony się zgadzają, można 
zostać Hunka bez względu na wiek. 

- Nie rób tego. 
- Czego? Nie brać udziału w tej ceremonii? 
- Nie chcę, żebyś stała się jej adoptowaną córką. Nie chcę 

background image

być z tobą spowinowacony. - Odsunął się od szafki. - I je­

stem pewien, że wiesz dlaczego. 

Spojrzała na łóżko, na przykrywający je brązowo-niebie-

ski pled i proste, białe poduszki. Potem spojrzała na niego. 

Czując lekki zawrót głowy, wzięła uspokajający oddech. 

- Nic się nie stanie. 
- Owszem, stanie. Prędzej czy później wylądujemy tam 

razem. 

Tam. 
W jego łóżku. 
Z całej siły próbowała zachować niezmieniony wyraz 

twarzy. 

- To wyjątkowo próżne z twojej strony. 
- Nie powiedziałem, że chcę, żeby tak się stało. Po prostu 

mówię, że tak się stanie. 

Tamra zwilżyła językiem wargi, 

- Nie miewam takich romansów. 
- Ja też nie. 
- Więc dlaczego prowadzimy tę głupią rozmowę? 
- Dlatego, że nie mogłem wczoraj przestać o tobie my­

śleć. I denerwuje mnie to. 

Potrząsnęła głową. 

- Wszystko cię denerwuje, Walker. 

Skrzywił się. 

- Myślałaś o mnie wczoraj? 

Jej puls przyspieszył gwałtownie. 

- Nie. 
- Kłamczucha. 

background image

Tak, pomyślała. Ale za żadne skarby się do tego nie 

przyzna. 

- Nie jesteś w moim typie. 
- Ty w moim też nie. - Zamilkł na chwilę, po czym obej­

rzał ją dokładnie od stóp do głów. - Ale jesteś niezwykle 
seksowna i zmysłowa. Jak na Indiankę - dodał, wywołując 
na jej twarzy grymas. 

Tamra brała pigułki od czasu, kiedy zmarła jej córecz­

ka. Od kiedy zdecydowała, że nigdy już nie zajdzie w ciążę. 

A przynajmniej nie z mężczyzną, który nie będzie jej mę­

żem. Wiedziała jednak, że nie o tym mówił. 

Mówił o ich uczuciach, emocjach. 

- Co moja matka zrobiła z pieniędzmi? - zapytał, zmie­

niając nagle temat. 

-Co? 
- Z trzydziestoma kawałkami. Jak je wydała? 

Tamra potrzebowała chwili, żeby zebrać myśli. 

- Może sam powinieneś ją o to zapytać. 
- Pytam ciebie. - Odchylił się do tyłu. - Łatwiej mi roz­

mawiać z tobą. Nie jesteś... - urwał - .. .tak bezbronna jak 

ona. 

Nie miał o tym pojęcia, pomyślała. Ale skąd niby miał 

wiedzieć? Nie powiedziała mu, że straciła dziecko. Że ro­

zumiała ból jego matki. 

- Mary kupiła przyczepę, w której mieszkamy. Była uży­

wana, więc niedroga. 

- A reszta pieniędzy? 
- Zainwestowała je. 

background image

- Naprawdę? - Wyglądał na zdziwionego. - Rozsądnie? 
- Wystarczająco rozsądnie. Dzięki temu mogłam pójść 

na studia. 

- No proszę. - Lekko rozczochrał włosy. - Moja mat­

ka wysłała dziecko, które nawet nie jest jej Hunka, na 

studia. 

- Włożyłam dużo wysiłku w naukę. Dostałam stypen­

dium. 

- Na uniwersytecie plemiennym? 
- Nie. Na uniwersytecie stanowym w San Francisco. 

Otworzył usta ze zdziwienia. 

- Studiowałaś w San Francisco? Mieszkałaś w Kalifor­

nii? 

- Tak. - Całe dzieciństwo spędziła, marząc o czymś więk­

szym i lepszym. - A Mary pojechała ze mną. 

- Dlaczego do San Francisco? Dlaczego wybrałaś akurat 

ten uniwersytet? 

- Bo wiedziałam, że Spencer zabrał ciebie i Charlotte do 

północnej Kalifornii. Chciałam, żeby Mary miała wrażenie 
kontaktu z dziećmi. Wynajęłyśmy małe mieszkanie i jakoś 

sobie radziłyśmy. Ja znalazłam pracę na pół etatu i zrobi­

łam dyplom z marketingu, a Mary dostała pracę na cały 

etat w szpitalu. Potem została dyplomowaną pielęgniarką. 

Walker usiadł na brzegu łóżka. 

- Dyplom z marketingu. I wróciłyście do Pine Ridge? 
-Tak. 
- Dlaczego? 
- A dlaczego nie? To nasz dom. 

background image

- Świetnie. Nie opowiadaj mi całej historii. I tak mnie to 

nie interesuje. 

Tamra wiedziała jednak, że go to interesuje. Inaczej nie 

czułby się tak zraniony tym, że Mary go zostawiła. 

- Zadzwoniłeś już do siostry? Powiedziałeś Charlotte, że 

odnalazłeś waszą mamę? 

- Tak. - Pokazał ruchem głowy telefon. - Ale nie wraca 

do Stanów. Przynajmniej nie od razu. Możesz w to uwie­
rzyć? Ona uważa, że powinienem spędzić najpierw trochę 
czasu z Mary. Poznać ją lepiej. 

- Dla mnie brzmi to logicznie. 
- Bo jesteś kobietą. Wy zawsze jesteście solidarne. 

Nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

- Chyba polubię twoją siostrę. 
- Na pewno. - Przestał rzucać niezadowolone spojrzenia 

na telefon i dostrzegł jej uśmiech. - Nie traktuj mnie pro­
tekcjonalnie. Mówię poważnie. 

- Ja też. - Roześmiała się wbrew swojej woli. - Po pro­

stu jesteś przez cały czas taki nerwowy, Walker. Wszystko 
cię irytuje. 

- A ty uważasz, że to jest śmieszne? - Chwycił poduszkę 

i rzucił w jej stronę. 

Tamra złapała ją i odrzuciła, po czym obydwoje nag­

le zamilkli. 

- Pójdziesz ze mną na pizzę? - zapytał nagle. 

Czyżby zapraszał ją na randkę? Nie, pomyślała, nie po tym 

wykładzie na temat ich wzajemnego przyciągania. Pewnie po 

prostu się nudził. 

background image

- Chyba tak. Ale nie tutaj, nie w rezerwacie. I muszę naj­

pierw wpaść do przyjaciółki. - Tamra wstała. - Ja popro­

wadzę. A po drodze nauczę cię, jak należy się zachowywać 
wśród Siuksów. - Zaczęła szukać kluczyków w torebce. 

- Już to słyszę. Nie pokazuj palcem, Walker. Nie upijaj 

się na terenie rezerwatu. - Wyszli z pokoju i skierowali się 

w stronę jej samochodu. - Te wszystkie pijaczyny, które wi­

działem po drodze, musiały opuścić tę lekcję. 

- Po prostu słuchaj i się ucz. 
- Tak jest, proszę pani. 

Usiadł na miejscu pasażera, a ona włączyła silnik. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Walker przyglądał się profilowi Tamry. Miał tyle pytań 

na jej temat, na temat swojej matki. Był nawet ciekaw zwy­
czajów Siuksów. 

- Kto ci powiedział, że szukam matki? - zapytał. 
- Dowiedziałam się pocztą pantoflową. - Wjechała na 

autostradę. - Masz szczęście, że Mary pracuje w szpitalu. 

Ludzie ją znają. W rezerwacie na ogół trudno jest kogoś 

odnaleźć. 

- Tak mi się wydawało. - Na to zresztą liczył. - Wszystko 

jest tutaj rozrzucone na olbrzymiej powierzchni. 

Tamra prowadziła dalej. Jej pikap był stary, model 

z wczesnych lat osiemdziesiątych z ogromnym przebie­
giem. Ale wyglądało na to, że jest w dość dobrym stanie. 

A przynajmniej taką miał nadzieję. Wiedział, że w rezer­

wacie są miejsca, w których ani telefony, ani nawet CB ra­

dia nie mają zasięgu. 

- Zapomniałaś o mojej lekcji? - zapytał. 
- Nie. Zastanawiam się tylko, od czego zacząć. 

Ponownie spojrzał na jej profil, myśląc, jak bardzo jest 

charakterystyczny. Wysokie kości policzkowe, lekko niedo-

background image

skonały nos, włosy otaczające twarz. Jej oczy też go fascy­
nowały. Za każdym razem, kiedy na niego spoglądała, krew 
gotowała mu się w żyłach. 

- Zaczniemy od okazywania szacunku poprzez niena-

wiązywanie kontaktu wzrokowego - powiedziała. Walker 

nagle zdał sobie sprawę, jak bardzo się w nią wpatruje. -

Według starych zwyczajów, powinieneś unikać patrzenia 

w oczy starszym. Uczymy dzieci, żeby nie wpatrywały się 
w innych. Wpatrywanie się w kogoś oznacza rzucanie mu 
wyzwania. 

Odwrócił wzrok. Wpatrywał się w nią od momentu, kie­

dy się spotkali. 

- A jeśli chodzi o pokazywanie czegoś - kontynuowała 

- to Siuksowie robią to ustami. 

- Ustami? - Zmarszczył brwi. 
- Tak. - Poruszyła wargami w jego kierunku. 

Spróbował powtórzyć jej gest, sprawiając, że się roze­

śmiała. 

- Przesadzasz, Walker. Wyglądasz jak Mick Jagger. 

On też się roześmiał. 

- Co jeszcze powinienem wiedzieć? - zapytał, stwier­

dzając, że podoba mu się jej towarzystwo, jej poczucie 
humoru. 

-Według tradycji zwracamy się do członka rodziny 

zgodnie ze stopniem pokrewieństwa. 

- Na przykład: matko, synu, córko? 
- Tak. Jednak niektóre nazwy są dość szczególne. Starszy 

bracie. Młodsza siostro. 

background image

- A jak zwracacie się do młodszej siostry? 
- Mężczyzna do kobiety? Chyba Tanki. Czasami się mylę, 

sama wciąż uczę się języka. 

Walker skinął głową. Pomyślał się, że Mary nie wycho­

wywała Tamry w tradycyjny sposób. 

- Czy moja mama zna ten język? 
- Nie mówi płynnie, ale się stara. Obydwie próbujemy 

nadrobić zaległości z przeszłości. Przez lata odcinałyśmy 
się od naszej kultury. - Ręce trzymała zaciśnięte na kierow­
nicy. - Nie jesteśmy jednak ortodoksyjne. Staramy się po 
prostu szanować innych. 

Walker próbował wyobrazić sobie Tamrę w San Franci­

sco, daleko od rezerwatu Siuksów. Świadomość, że wybrała 
uniwersytet w San Francisco, żeby być bliżej niego i Char­
lotte, sprawiała, że czuł się jej bliższy. 

Wyjrzał przez okno i zauważył, że znajdują się na drodze 

do miasta Pine Ridge. Rozpoznał tę trasę. 

- Gdzie pracujesz? 
- Zajmuję się wolontariuszami w lokalnej instytucji do­

broczynnej. Dostarczamy ludziom z rezerwatu jedzenie 
i ubrania. 

Walker uniósł brwi. 

- Indiańska organizacja charytatywna? - Czy wokół tego 

koncentrowało się całe jej życie? Wokół spraw Siuksów? 

- To jest ważne - odpowiedziała mu. 
- Tak, ale to nie wymaga dyplomu z marketingu. Dla 

wykonywania takiej pracy twoje lata na uniwersytecie 

były latami straconymi. 

background image

Rzuciła mu szybkie, ostre spojrzenie. 

- Zajmuję się też koordynacją informacji medialnych. 

Zapewne nic ważnego, pomyślał. 
Kiedy dojechali do Pine Ridge, napięcie między nimi 

sięgało zenitu. Ale przyznał sam przed sobą, że to jego wi­
na. Skrytykował jej pracę. 

Zastanawiał się, czy jej nie przeprosić, po czym stwier­

dził, że byłoby to nieuczciwe. Nie wykorzystywała swojego 

wykształcenia, przynajmniej nie w pełni. Sama siebie oszu­

kiwała, wracając do rezerwatu. 

Miasteczko Pine Ridge miało jedno skrzyżowanie z syg­

nalizacją świetlną. Miało również swoje urzędy i biura, ale 

Walker zauważył, że wielu ludzi nic nie robi, siedząc na 

ławkach. Rozmawiali, żeby zagłuszyć nudę. 

- Wciąż masz ochotę zjeść ze mną pizzę? - zapytał. -

A może wszystko popsułem? 

- Zjem z tobą. Ale najpierw musimy wpaść do mojej 

przyjaciółki, pamiętasz? 

Tak, pamiętał. 

- Czy to ktoś starszy? Czy powinienem unikać patrze­

nia jej w oczy? 

- Michele jest w moim wieku. Chodziłyśmy razem do li­

ceum i nie będzie jej przeszkadzało, jeśli będziesz się na nią 
gapił. Może jej się to nawet spodoba. 

- Tak jak tobie? - Jego usta wygięły się w uśmiechu. 
- Nigdy tego nie powiedziałam. 
- Nie musiałaś. 

Zignorowała jego ostatnią uwagę, więc jechali dalej w ci-

background image

szy, mijając puste pola, aż w końcu wjechali w skupisko 
domów. 

- Dlaczego do niej jedziemy? 
- Pożyczam jej pieniądze. Zbliżają się urodziny jej córki, 

a ona teraz ma gorszy okres. 

Wyjrzał przez okno i dostrzegł ogrodzenia z siatki i ubra­

nia wiszące na starych sznurkach. 

- Michele jest na zasiłku? 
- Jest samotną matką. Tak, dostaje zasiłek na dziecko. 

- Samochód Tamry trząsł się cały na nierównej drodze. -

Czy to ma jakieś znaczenie? 

- Po prostu się zastanawiałem. 

Nie mógł sobie wyobrazić, jak to jest nie mieć pienię­

dzy na urodziny własnego dziecka. Ale wiedział, że jego 
rodzice też byli bez grosza; farma nie przynosiła dochodu. 

Jeśli dobrze zajrzał w głąb siebie, mógł sobie przypomnieć 
wstyd, jaki wtedy czuł, uczucie desperacji. 

Dla Walkera nie było nic gorszego od biedy. 

Dom Michele był bladoniebieski, a do frontowych drzwi 

prowadziły stare, zniszczone schody. Mała dziewczynka, 

mająca może trzy lub cztery lata, siedziała na schodach 
z wyciągniętym obok kundelkiem. 

Domyślał się, że to ona jest tym dzieckiem, które ma 

wkrótce urodziny, chociaż na podwórku bawiła się jeszcze 

grupa starszych dzieci. 

- Ile dzieci ma Michele? - zapytał Tamrę, kiedy parko­

wała samochód na wąskim podjeździe. 

background image

- Tylko jedno. Reszta to jej siostrzenice i siostrzeńcy. 

Walker przyglądał się im, jak biegną przez trawę, ciąg­

nąc się nawzajem ze śmiechem i piskiem. 

- Wszyscy tutaj mieszkają? 
- Tak, razem z rodzicami. W rezerwacie jest za mało do­

mów. Nie mają gdzie pójść. 

Pomyślał o swoim trzypoziomowym mieszkaniu, ol­

brzymich pokojach z drzwiami z witraży. O tarasie i jaccu-
zi. Olbrzymiej kuchni, z której rzadko korzystał. 

Przeczesał palcami włosy, odgarniając je z twarzy i pró­

bując strząsnąć z siebie nagłe poczucie winy. 

- Sporo ludzi jak na jeden dom. 
- To normalne. Plemienny Urząd Mieszkaniowy przy­

dziela domy, ale na liście oczekujących jest co najmniej ty­
siąc dwieście osób. Od dawna tak jest... 

- Dlaczego te domy stoją tak blisko siebie, a dom mojej 

mamy stoi oddzielnie? 

- Mary żyje na kawałku ziemi przydzielonym jej rodzi­

nie, jak większość osób robiło kiedyś. Mieli domki, ogro­
dy i zwierzęta. - Westchnęła i zamilkła na chwilę. - Ale 

w miarę upływu czasu coraz trudniej było ludziom pozo­

stać na ich ziemi. Nie było ich stać na unowocześnienie do­
mów. A niektóre rodziny straciły ziemię i musiały wprowa­
dzić się do państwowych budynków. 

- Takich jak ten? 

Skinęła głową. 

- Takie domy zostały wybudowane w latach sześćdzie­

siątych, żeby zapewnić mieszkańcom wygody. W rezulta-

background image

cie zamieniły się w getta. - Tamra sięgnęła po swoją toreb­
kę. - Ale takie domy to tylko część problemu. Są rodziny, 
które wciąż nie mają elektryczności ani bieżącej wody. Lu­
dzie mieszkają w opuszczonych chatach, starych przycze­
pach, namiotach albo samochodach, tak jak kiedyś ja z mo­

ją mamą. 

Walker nie wiedział, co odpowiedzieć. Widział biedę 

w całym rezerwacie, ale do tej pory nie pozwolił, żeby to 

do niego dotarło. 

Wysiedli z samochodu i Tamra zawołała starsze dzie­

ci. Uśmiechnęły się i pomachały do niej. Walker zasta­
nawiał się, dlaczego wydają się takie szczęśliwe, takie 

wesołe i wolne. 

Mała dziewczynka na schodach też się uśmiechnęła. Miała 

na sobie różową bluzeczkę, dżinsowe szorty, a jej kolana by­
ły podrapane. Brązowe włosy porządnie splecione w warkocz, 
lśniący w lipcowym słońcu. Stopy bose. 

Kiedy Tamra usiadła obok niej, dziewczynka przytuliła 

się do niej z ufnością. Pies też się ucieszył, uderzając ogo­
nem o drewniane stopnie. 

Walker podszedł bliżej i kucnął. Tamra powiedziała mu, 

że dziewczynka nazywa się Maya. 

Miał ochotę wziąć ją na ręce i zabrać do siebie, roz­

pieszczać nowymi ubraniami, zabawkami i wstążkami do 

włosów. 

Miał ochotę zabrać ze sobą również Tamrę. Ją też chciał 

rozpieszczać, wynagrodzić za przeszłość i trudy, które zno­
siła. 

background image

Kiedy odwróciła się do niego, zapragnął ją pocałować. 
Frontowe drzwi otworzyły się jednak nagle i serce Wal­

kera podskoczyło. Romansowanie z Tamrą byłoby szaleń­

stwem. 

Młoda kobieta o pełnej figurze wyszła z domu i przy­

witała się z Tamrą. Jak większość ludzi w rezerwacie miała 

szczególny, płaski akcent, do którego Walker wciąż się jesz­
cze przyzwyczajał. 

- Dlaczego siedzicie na schodach? - zapytała. - Czemu 

nie wejdziecie do środka? 

- Chcieliśmy najpierw przywitać się z Maya - powiedzia­

ła Tamra i wstała, żeby mogły się uściskać. Chwilę po tym 
przedstawiła Walkera. 

Ale Michele sama już się nim zainteresowała. Potrząsnął 

jej ręką, a' ona rzuciła mu uśmiech, który rozjaśnił jej twarz 
w kształcie księżyca w pełni. 

- Gdzie Tamra cię znalazła? - Rzuciła przyjaciółce spoj­

rzenie. - Pokazujesz się tutaj z tym smakowitym yeska i nic 
nie mówisz? 

Smakowity yeska? 

Lepszy smakowity niż głupi, pomyślał. Nadal jednak nie 

wiedział, co to słowo oznacza, więc nie miał pojęcia, jak 

powinien się zachować. 

- To syn Mary. 
- A więc to ty jesteś chłopcem, którego ukradł ten zły 

wasicu. -

 Michele zwróciła się do Walkera. Wasicu. Biały 

człowiek. To było dość łatwe do przetłumaczenia. 

- Stryj Spencer wychował mnie i moją siostrę. 

background image

Michele wcisnęła dłonie do kieszeni spodni. 

- No cóż, dobrze, że wróciłeś. 
- Dzięki. - Spojrzał na dzieci bawiące się na trawie, a po­

tem na Mayę, wciąż siedzącą na schodach ze swoim psem. 

- Mieszkam w San Francisco. I za kilka tygodni wracam 

do domu. 

- Szkoda. - Michele trąciła ramię Tamry. - Ennit, przy­

jaciółko? 

Tamra skinęła głową, po czym spojrzała Walterowi w oczy. 

Wiedział jednak, że nie rzuca mu wyzwania. 

Michele wzięła ich obydwoje pod ramię i wprowadziła 

do domu. Maya wstała i poszła za nimi. Zaraz potem po­
zostałe dzieci też weszły do środka, dołączając do swoich 
rodziców, którzy zebrali się przed telewizorem, żeby oglą­
dać śnieżący obraz. 

Dwie starsze kobiety poszły do kuchni i zaczęły przy­

gotowywać posiłek. Walker nie spodziewał się, że będą dla 
nich gotować. Czuł się dziwnie jako przyczyna całego za­
mieszana. Ale wyglądało na to, że stał się honorowym goś­
ciem. 

Maya usiadła obok niego na starym krześle. Przesunął 

się, żeby zrobić jej trochę miejsca i zapadłe siedzenie za­
skrzypiało pod nim, przypominając mu dodatkowo o tym, 
gdzie się znajduje. Wyblakły brązowy dywan był niemal 
całkowicie wytarty, a maty do spania rozłożone w każdym 
rogu. 

Rozejrzał się po zatłoczonym pokoju i zauważył, jak 

Tamra wręcza Michele banknot dwudziestodolarowy. 

background image

Pożyczka na urodziny. Walker dawał większe napiwki kel­
nerom w restauracjach. 

Na przekąskę składał się smażony chleb podany z woja-

pi, indiańskim puddingiem w miseczkach przygotowanym 
z jagód, wody, cukru i mąki. 

Idąc za przykładem Mayi, Walker zanurzył kawałek 

chleba w wojapi. Przyjaciele Tamry zaczęli wypytywać go 
o różne rzeczy i zdał sobie sprawę, że otaczają go ludzie, na­
prawdę nim zainteresowani. 

Przez kilka zadziwiająco miłych godzin czuł, że podoba 

mu się w Pine Ridge. 

Słońce zaczęło zachodzić, znikając za wzgórzami i ma­

lując niebo królewskimi barwami. 

Dla Tamry to był dom. Ziemia, drzewa, spokój. Zubo­

żały rezerwat. Miejsce, którego kiedyś nienawidziła. Ale to 

już przeszłość. 

Maka Ina,

 pomyślała. Matka Ziemia. 

Spojrzała na Walkera. Siedział obok niej, wpatrzony 

w horyzont. Zajmowali starą, podwójną huśtawkę, która 

skrzypiała za każdym poruszeniem. 

Walker nie był zbyt rozmowny od chwili, kiedy opuści­

li dom Michele i wyglądało na to, że wpadł w refleksyjny 
nastrój. 

Postępując według pierwotnego planu, kupili pizzę. Za­

miast jednak ją zjeść, schowali do lodówki na później, cze­

kając na powrót Mary z pracy. Na razie wciąż byli najedze­
ni chlebem i wojapi. 

background image

- Co to znaczy yeska? - zapytał Walker. 
- Mieszaniec półkrwi. 

- To wszystko? 

- Tak. Czy mam też ci przetłumaczyć słowo „smakowi­

ty"? 

Uśmiechnął się lekko, ale to wystarczyło, żeby jej serce 

zatrzepotało jak u młodej dziewczyny. 

Kiedy jego uśmiech zgasł, wyczuła w nim ból spowodo­

wany tym, że jest mieszańcem. 

- Michele nie chciała cię obrazić. 

Wpatrzył się w dal, w ziemię swoich przodków. Tamra 

czekała na jego odpowiedź. Gdzieś niedaleko zaśpiewał 
ptak. 

- Wiem, że tego nie chciała - powiedział. - Ale pierw­

szego dnia po moim przyjeździe jakiś pijak nazwał mnie 

„głupim yeska". Nie wiedziałem, że to oznacza mieszań­

ca. W San Francisco wszyscy uważają mnie za Indianina. 

Nieważne, jak bardzo staram się ukryć moje pochodze­
nie. A tutaj z kolei nie jestem Indianinem w wystarczają­

cym stopniu. 

- To twój sposób bycia, Walker. Czasami yeska odnosi się 

do czyjegoś sposobu bycia, a nie do krwi. Prawdziwi India­
nie też mogą być yeska. Indianie, którzy myślą kategoriami 
białych. Ale ty nie zachowywałeś się jak yeska, kiedy byli­
śmy u Michele. Zachowywałeś się jak prawdziwy Indianin. 

- Tak? - Roześmiał się. - Naprawdę polubiłem rodzinę 

Michele. - Wziął głęboki oddech. - Ale jestem chyba za 
bardzo przyzwyczajony do obyczajów wasicu. 

background image

- Może. - Uśmiechnęła się do niego. - Zaczynasz mówić 

językiem Siuksów. 

On też się uśmiechnął. 

- Znam tylko kilka słów. Chociaż mój stryj zapewne 

przewraca się w grobie. 

Przez chwilę miała wrażenie, że jego dobry nastrój znik­

nie. Że myśl o stryju zetrze uśmiech z jego twarzy. Ale uda­
ło mu się nie dać po sobie nic poznać, mimo że w jego 
oczach zauważyła głęboki ból. 

- Co to znaczy ennit? - zapytał. 
- To nie jest słowo z języka Siuksów. To takie wtrącenie, 

którego używa wielu Indian. Znaczy mniej więcej tyle, co 

„nieprawdaż". 

- Ty tak nie mówisz. 
- Nigdy nie podobał mi się slang. 
- Dzięki Bogu - powiedział i Tamra się roześmiała. 

Spojrzała w niebo i dostrzegła, że słońce już się schowa­

ło. Zapadł zmrok, okrywając wzgórza jak aksamitna kur­
tyna. 

Walker milczał. Pomyślała, że jemu też podoba się ten 

widok. Pachnące sosnami powietrze, magia lata. 

Nagle jego głos przerwał jej myśli. 

- Wcześniej omal cię nie pocałowałem. 

Gwałtownie wciągnęła powietrze, czując, jak krew w jej 

żyłach zaczyna krążyć szybciej. Bawiąc się skrajem bluz­
ki, próbowała znaleźć odpowiednie słowa. Nie była jednak 

w stanie wydobyć z siebie głosu. 

- Słyszałaś? 

background image

- Tak. 
- Oddałabyś ten pocałunek? 
- Nie - skłamała i skrzyżowała ręce na piersiach. 
- A ja myślę, że tak - powiedział. 

Tamra zmusiła się, żeby na niego spojrzeć. To był błąd. 

- Myślałam, że już to ustaliliśmy. 
- Co? - Pochylił się w jej stronę i jego twarz znalazła się 

tylko kilka centymetrów od jej twarzy. - Kwestię wzajem­
nego pożądania? 

Skinęła głową, a on dotknął jej policzka. Delikatna 

pieszczota. Wstęp do pocałunku. Czekała, ale nic nie zro­
bił. Opuścił dłoń na kolano i odsunął się od niej. 

- Tak. - Wydał z siebie pełne napięcia westchnienie. -

Ustaliliśmy to. 

Spojrzała na niego i szybko odwróciła wzrok. 

- Więc porozmawiajmy o czymś innym. Może o San 

Francisco? 

- Chcesz porównać notatki? - Nakazała sobie spokój. 

Nie chciała się zachowywać jak zakochana nastolatka, my­
śląc o tym, jak cudownie byłoby go dotknąć. - O czym 

chcesz rozmawiać? O naszym uniwersytecie? 

Potrząsnął głową. 

- Ja studiowałem w Berkley. 
- A więc o czym? 
- Chcę wiedzieć, co stało się w San Francisco. Dlaczego 

wyjechałyście. 

Powiał lekki wiatr, schładzając prerię i poruszając po­

wietrze. 

background image

Tamra zauważyła na niebie pierwsze gwiazdy. 

- Powiesz mi o tym? - zapytał. 
-Tak - powiedziała, zbierając siły, żeby opowiedzieć 

o swoim dziecku, które pochowała w rodzinnym mieście 

Walkera. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Tamra wzięła głęboki oddech, zwalczając ból, który przy­

chodził wraz z przeszłością. Walker nic nie mówił. Czekał, 

aż ona zacznie swoją opowieść. 

- W San Francisco urodziłam dziecko - powiedziała. -

Dziewczynkę. Urodziła się martwa. 

- Tak mi przykro. Nie wiedziałem... - Sięgnął po jej rękę, 

obejmując ją swoimi szczupłymi palcami. 

Zamknęła na chwilę oczy, wdzięczna za jego dotyk 

i współczucie. 

- Wciąż tam jest. Na cmentarzu blisko mojego starego 

mieszkania. 

- Chcesz, żebym zawiózł tam kwiaty? 

Tamra otworzyła oczy, czując ucisk w gardle. Nie spo­

dziewała się, że Walker złoży jej taką propozycję. 

- To dużo by dla mnie znaczyło. Czasami martwię się, że 

jest zupełnie sama w takim wielkim mieście. Wiem, że to 

głupie, ale nic na to nie mogę poradzić. - Znów spojrza­
ła na niebo. - Powinnam była pochować ją tutaj. Ale wte­
dy uparłam się, że zostanę w San Francisco, że udowodnię 

wszystkim, że dam sobie radę. 

- Jednak zmieniłaś zdanie? 

background image

Skinęła głową. 

- Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że biegam 

w kółko. Noszę żałobę po moim dziecku i próbuję być kimś, 

kim nie jestem. - Spojrzała na niego i dostrzegła, że on się 

jej przygląda. - Mary i ja pojechałyśmy do San Francisco, 

bo chciałyśmy żyć jak białe kobiety. Ale nie jesteśmy białe. 
Jesteśmy z plemienia Siuksów. A to jest nasz dom. 

Puścił jej rękę, ale zrobił to bardzo delikatnie, powoli. 

- A co z ojcem dziecka? 

Tamra poczuła ciężar na piersi i westchnęła. 

- Zerwał ze mną, kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży. 

Walker poszukał jej spojrzenia. 

- Kochałaś go? 
- Tak. - Poruszyła się, wprawiając huśtawkę w ruch. -

Nazywa się Edward Louis. Poznałam go w JT Marketing, 
firmie, w której pracowałam. Jest jednym z ich najwięk­

szych klientów. 

- Biały? 
- Tak. Właściciel firmy produkującej felgi i opony. 
- Przykro mi, że cię zranił. - Walker zamilkł, po czym 

zmarszczył brwi. - Czy ta jego firma nazywa się Titan Mo-
torsport? 

- Nie. Dlaczego? 
- Mam felgi Titana w swoim jaguarze. Chciałem być pe­

wien, że nie wspieram wroga. 

Uśmiechnęła się i oparła o jego ramię, stwierdzając, że 

go lubi. 

- Twój jaguar jest bezpieczny. 

background image

- To dobrze. - On też się o nią oparł. - Nie rozumiem, jak 

mężczyzna może zostawić kobietę noszącą jego dziecko. 

- Myślał, że specjalnie zaszłam w ciążę. Nie kochał mnie 

tak, jak ja jego. Ale nie zrzucam winy na jego rasę. To nie 
ma nic wspólnego z byciem białym. Wielu Indian też od­
chodzi. 

- Jak twój ojciec? 
-Tak. 
- Wciąż trudno mi jest pogodzić się z tym, co zrobiła 

moja matka. Boli mnie, że nie walczyła o dzieci. Że pozwo­
liła nam odejść. Ale z drugiej strony jestem wdzięczny loso­

wi, że miałem takie życie. Że nie zostałem wychowany tutaj. 

- Skrzywił się. - Wiem, jak okropnie to brzmi, ale nic na to 

nie poradzę. Tu jest po prostu tyle tej przeklętej biedy... 

- Tak też myślała Mary. Dlatego nie walczyła i pozwoliła 

Spencerowi was zabrać. 

- Tak więc chodziło o coś więcej niż tylko jego groźby? 

Tamra skinęła głową. 

- Mary czuła się kompletnie bezradna. Bała się, że nie 

będzie w stanie utrzymać ciebie i Charlotte. Osiemdzie­
siąt pięć procent ludzi w rezerwacie nie ma pracy. Nie ma 
przemysłu ani technologii, które pozwoliłyby na stworze­
nie miejsc pracy. 

- Ale teraz ma pracę. 
- Dwadzieścia dwa lata po tym, jak pozwoliła swoim 

dzieciom odejść. Mary przeszła od tamtej pory długą 
drogę. 

- Ale w Pine Rigde nic się nie zmieniło. 

background image

- Może nie, ale wciąż próbujemy. Mary wie, że źle zro­

biła. Że powinna walczyć o swoje dzieci. Musimy wierzyć 

w siebie, nauczyć naszą młodzież, żeby zwalczała bezrad­

ność. 

- To bardzo szlachetna idea. Ale czy ma jakiekolwiek 

szanse powodzenia? 

- Chodź ze mną jutro do pracy i sam się przekonaj. 

Walker uniósł brwi. 

- To brzmi jak wyzwanie. 
- I to jest wyzwanie. - Nie miała zamiaru pozwolić, że­

by odjeżdżał z rezerwatu rozczarowany. Chciała, żeby był 

dumny ze swoich korzeni. 

- Czy mam wobec tego jakiś wybór? Nie jestem mężczy­

zną, który uchyla się przed wyzwaniami. Zwłaszcza rzuco­
nymi przez ładną dziewczynę. 

Nie odpowiedziała. Nie chciała tak żartować. W gasną­

cym świetle dotknęła jego policzka, badając fakturę jego 
skóry. 

Oddech Walkera stał się głęboki. 

- Ściągniesz na siebie same kłopoty, Tamra. 
- Być może. Ale byłeś dla mnie dzisiaj miły. Zaoferowa­

łeś, że odwiedzisz moją córeczkę i zaniesiesz jej kwiaty. 

- Jak miała na imię? 
- Jade. 
- Od jadeitu? 
- Kiedy byłam w ciąży, Mary kupiła mi na urodziny ja-

deitowego żółwia, który idealnie mieścił się w dłoni. Miał 
mnie chronić. 

background image

- Wciąż go jeszcze masz? 

Potrząsnęła głową. 

- Pochowałam go razem z moim dzieckiem. 

Walker pochylił się w jej stronę. 

- Jade miała szczęście, że byłaś jej mamą. 

Próbowała nie płakać, ale piekące łzy same napłynęły jej 

do oczu wraz ze wspomnieniami o córce, o tym jak kopała 
i poruszała się w jej brzuchu. 

- Tak bardzo chciałam ją mieć. Ale pod koniec wiedzia­

łam, że coś jest nie tak. Przestała się poruszać. 

- Tak mi przykro. - Dotknął jej twarzy, po czym lekko 

musnął ustami jej wargi. 

Desperacko pragnąc jego współczucia, objęła go ramio­

nami i przyciągnęła do siebie. Tamra rozkoszowała się tym 
powolnym, zmysłowym dotykiem jego ust. Smakował ja­
godami. 

Nagle usłyszeli hałas nadjeżdżającego samochodu. Od­

skoczyli od siebie jak para dzieciaków, przyłapanych na ca­

łowaniu się w krzakach. 

- Moja matka wróciła. - Chwycił łańcuch huśtawki, pró­

bując stłumić jego brzęczenie. - Chyba powinniśmy pod­
grzać pizzę. 

- Tak, oczywiście. - Tamra wstała i wygładziła bluzkę. 

Walker, Tamra i Mary siedzieli w salonie przy stole za­

stawionym napojami i resztkami pizzy. 

Walker zastanawiał się, co Tamra myśli. Czy jest rów­

nie zagubiona jak on? Z każdą godziną czuł wobec niej 

background image

coraz większy instynkt opiekuńczy. Wcale go to jednak 
nie cieszyło. W pewien sposób spieranie się z nią było 
dla niego łatwiejsze. Ale nie miał teraz zamiaru rozpo­
czynać kłótni. 

Jeśli miałby coś zrobić, to powinien skrócić swoją wy­

prawę i wrócić do domu. Wiedział jednak, że zostanie. Jeśli 
odejdzie zbyt szybko, będzie się czuł jak tchórz. 

- Chciałbyś spędzić tutaj noc? - zapytała matka, zaska­

kując go. 

Sięgnął po swój napój i pociągnął długi łyk. Spać pod 

tym samym dachem co Tamra? Czy ona nie widziała, co 
się dzieje? 

- To chyba nie jest najlepszy pomysł. 

- Czemu? 

Dlatego, że mam ochotę na seks z twoją przybraną cór­

ką, pomyślał. 

- Dlatego, że nic przy sobie nie mam. Wszystkie rzeczy 

zostały w hotelu. Mój samochód też. 

- Więc może jutro? - Mary rzuciła mu błagalne spojrze­

nie. - Tyle lat mój chłopiec był daleko ode mnie. Po prostu 

jest mi ciężko rozstawać się z tobą. 

Walkera ogarnęło poczucie winy. Nie przyjechał do Pine 

Ridge, żeby zajmować się Tamrą. Przyjechał tu, żeby odna­
leźć matkę. A kiedy już ją znalazł, nie poświęcił jej ani tyle 
czasu, ani tyle uwagi, na ile zasługiwała. 

- Dobrze - powiedział. - Zostanę jutro. 
- I pojutrze? - naciskała z nadzieją w głosie. 

Skinął głową, czując się trochę dziwnie. Nie był przy-

background image

zwyczajony do matczynego uczucia. Żona Spencera, Lila, 
ignorowała go, zwłaszcza kiedy był młody. 

Oczywiście był zbyt zauroczony Spencerem, żeby martwić 

się tym. Nie była też najlepszą matką dla własnych dzieci. Dla­
czego więc miałaby obdarzać jego i Charlotte uczuciem? 

A teraz siedział obok Mary na jej zwyczajnej niebieskiej 

sofie, czując w sobie dziwny niepokój. 

Tęsknota w jej oczach wprawiała go w zakłopotanie. 

Pragnął odwzajemnić to uczucie. Jednak Mary wciąż była 

dla niego kimś obcym. 

- Walker idzie ze mną jutro do pracy - powiedziała 

Tamra, ściągając na siebie jego uwagę. - Najlepiej więc bę­

dzie, jeśli przyprowadzi swój samochód rano. 

- Świetny pomysł - dodała Mary. 
- Musisz mnie jednak jeszcze dzisiaj odwieźć do motelu 

- zwrócił się do Tamry. 

Dziewczyna przygryzła wargę. 

- Wiem. 

Zaciekawiony przyglądał się jej reakcji. Zastanawiała się, 

czy znów ją pocałuje? 

Nie, nie zrobi tego, zdecydował. Miał zamiar trzymać rę­

ce przy sobie. Do czego mógłby prowadzić związek z nią? 

Był przyszłym prezesem firmy, która stanowiła całe jego 
życie. Tamra była oddana swojemu rezerwatowi, miejscu, 

do którego nigdy nie byłby w stanie się dopasować. Jeden 
lub dwa momenty wzruszenia w Pine Ridge nie zmienią go. 
Zawsze będzie yeska. I zawsze będzie związany ze Spence­
rem - surowym i szorstkim. 

background image

- Chcesz zobaczyć stare rodzinne zdjęcia? - zapytała Mary. 

Walker podniósł wzrok, zdając sobie sprawę, że kom­

pletnie się zamyślił. 

- Przepraszam, nie dosłyszałem. Co mówiłaś? 
- Zdjęcia. Twoje i Charlotte, kiedy byliście mali. To były 

pierwsze rzeczy, jakie spakowałam. Gdy wyszłam ze szpi­
tala, Spencer kazał mi zabrać trochę rzeczy, resztę miał mi 
odesłać później. Nie ufałam mu, więc wzięłam pamiątki, by 
ich nie zniszczył. 

Oddech uwiązł mu w gardle. 

- Jasne. Pewnie. Chciałbym je zobaczyć. 

Mary uśmiechnęła się i jej ciemne oczy pojaśniały. 

- Przyniosę je. - Wstała z sofy. - Zaraz wracam. 

Kiedy wyszła z pokoju, Walker spojrzał w oczy Tamrze, 

która siedziała naprzeciwko niego na fotelu. Światło stoją­
cej niedaleko lampy rzucało na jej twarz cienie, sprawiając, 
że wyglądała niemal bezcieleśnie, jak duch. 

Duch Siuksów. 
Potarł ramiona, czując nagły chłód. Nagle usłyszał 

w swojej głowie głosy, krzyk kobiety i dziecka uciekających 

przed kawalerią, padających na zamarzniętą ziemię. Scena 
z filmu dokumentalnego o Indianach, który oglądał w tele­

wizji kilka miesięcy temu. 

- Proszę bardzo. - Mary wróciła z dwoma dużymi al­

bumami. 

Walker odwrócił wzrok, myśląc o dziecku, które pocho­

wała Tamra, dziecku, którym obiecał się dalej opiekować. 

Kwiaty na grobie. 

background image

Mary usiadła na swoim miejscu, wręczając mu album. 

Walker otworzył go na pierwszej stronie i wstrzymał od­

dech. 

- To twój ojciec i ja w dniu ślubu. 
- Wyglądasz zupełnie jak Charlotte. - Zaszokowany 

przyglądał się zdjęciu. 

Nie zauważył tego podobieństwa aż do tej chwili. Nie 

zdawał sobie sprawy, jak wiele jego siostra odziedziczyła po 

Mary. Chociaż z drugiej strony, Mary szybko się zestarzała, 

czas nie był dla niej łaskawy. 

- Naprawdę? - Wydawała się zadowolona i szczęśliwa, że 

jej córka jest do niej podobna. 

Charlotte zadzwoniła do niej wcześniej, obiecując, że 

wróci do Stanów w następnym tygodniu. Doskonale im się 

rozmawiało, tak jakby nigdy się nie rozstawały. W ciągu 
kilku minut jego siostra osiągnęła więcej niż on przez dwa 
dni. I to na dodatek przez telefon. 

Mary przewróciła stronę. 

- To ty w dniu, kiedy się urodziłeś. Spójrz, jaką miałeś 

słodką twarz. 

Słodką? Nie był ekspertem od niemowlaków, ale nie po­

dobało mu się to, co zobaczył. 

- Wyglądam jak śliwka. - Suszona śliwka, pomyślał. 

Kiedy matka poklepała go po ramieniu, wykrzywił się, 

imitując zdjęcie. 

I nagle poczuł smutek. Zauważył Tamrę siedzącą samot­

nie w fotelu, znów podobną do ducha. 

Czy myślała o Jade? 

background image

Próbując ukryć swoje uczucia, posłała mu uśmiech, ale 

było już za późno. 

Już dotarła do jego duszy, już pragnął ją przytulić, zdjąć 

z niej ten ból. 

Zbyt wiele utraconych dzieci, pomyślał. Zbyt wiele cier­

pienia. Mary patrzyła na niego, czekając, aż spojrzy na na­

stępne zdjęcie. 

Żeby przypomniał sobie dzieciństwo. 
Jednak jedyne, o czym mógł myśleć, to ten film, który 

oglądał w telewizji. Kobieta i jej dziecko. Przewracający się 
na ziemię i krwawiący na śniegu. 

Walker i Tamra wracali z Rapid City w Dakocie Południo­

wej do rezerwatu. Ranek spędzili w Rapid City, gdzie Tamra 

oprowadziła go po magazynie darów żywnościowych. Oyate 

Project, organizacja, dla której pracowała, była małą, ale pręż­
ną instytucją. Podobno były większe organizacje w tym regio­
nie, ale ona była z Oyate Project od samego początku. 

Walker dowiedział się, że Oyate w języku Siuksów zna­

czy „lud". Jej lud, jego lud, powiedziała mu. 

Wyjrzał przez okno i zobaczył ogromne pustkowie - tra­

wiaste pola, kępy wyschniętych krzewów, horyzont, który 

zdawał się nie mieć końca. Rapid City znajdowało się oko­
ło dwustu kilometrów od Pine Ridge, tak więc droga była 
bardzo długa, a oni przejechali dopiero połowę. 

- Tą drogą jeżdżą wasze samochody z zaopatrzeniem? -

zapytał. 

- Tak, ale ze względu na dystans pogoda może się zmie-

background image

niać, szczególnie w zimie. Czasami kiedy ciężarówka wy­

jeżdża z Rapid City, jest tam piętnaście stopni, a dojeżdża 

do rezerwatu w śnieżycy. 

Walker próbował sobie wyobrazić olbrzymie połacie te­

renu pokryte śniegiem. 

- Do niektórych domów ciężko chyba się dostać, kiedy 

pada śnieg albo deszcz? 

- Tak, to prawda. Próbujemy dostarczać im paliwo i pie­

cyki. Czasami wozimy również drewno. Ale jest tylu ludzi, 
tyle rodzin, którym trzeba pomóc. 

Pomyślał o zimach, które Tamra spędziła razem z matką, 

trzęsąc się z chłodu. 

- Masz jakąś rodzinę? Kogokolwiek, kto by jeszcze żył? 
- Mam jakichś dalekich kuzynów ze strony ojca, ale nie 

spotykamy się zbyt często. Za bardzo lubią się bawić i zbyt 
dużo piją. - Westchnęła ciężko. - Próbowałam pomóc im 

w rzuceniu alkoholu, ale uważają, że jestem irytująca z tą 

swoją chęcią pomagania wszystkim. 

- Nikt nie mógłby tego powiedzieć o mnie. 
- Nigdy nie zaoferowałeś nikomu pomocy? 
- Niebezpośrednio. Wysyłam czeki do organizacji chary­

tatywnych, ale zawsze traktowałem to jako sposób na odpi­
sanie sobie jakiejś sumy od podatku. Nie angażuję się w to 
emocjonalnie. 

Rzuciła mu krótkie spojrzenie. 

- Dzisiaj się zaangażujesz. 

Próbował przechwycić jej wzrok, ale znów patrzyła na 

drogę. 

background image

- Więc gdzie tak naprawdę jedziemy? 
- Spotkamy się z jedną z ciężarówek w miejscu, gdzie 

przeładowywane są dary. Mam tam swoje biuro. 

Dojechali tam około czterdziestu pięciu minut później. 

Dookoła budynku zaparkowanych było kilka samochodów, 

a grupa ochotników czekała na ciężarówkę. 

Michele i jej córka Maya znajdowały się wśród ochotni­

ków, gotowe nieść pomoc tym, którzy mieli jeszcze mniej 
szczęścia od nich. Walker był pod wrażeniem. Michele 
mieszkała w ciasnym domu, próbowała związać koniec 
z końcem, a jednak była gotowa jechać starym, zniszczo­
nym samochodem do odległych miejsc rezerwatu i dowo­
zić jedzenie głodnym. Podejrzewał, że Oyate Project zwra­
cało jej za benzynę, ale oddawała tym ludziom swój czas 
i serce zupełnie za darmo. 

Michele przywitała się z nim i z Tamrą, uściskawszy ich. 

Maya spojrzała na nich i się uśmiechnęła. Wkrótce inny 

ochotnik nawiązał rozmowę z Tamrą, która zostawiła Wal­
kera z Michele i jej słodką córeczką. 

Walker naturalnym gestem wyjął z portfela banknot 

i wsunął Michele do ręki. 

Rzuciła mu zdziwione spojrzenie. 

- To na urodziny Mayi - powiedział, obserwując, jak 

dziewczynka bawi się w piasku. 

Michele podziękowała mu, ponownie go obejmując i przy-

suwając usta do jego ucha. 

- Mam nadzieję, że podrywasz moją przyjaciółkę. Ona 

potrzebuje takiego faceta jak ty. 

background image

Odsunął się o krok, czując, jak serce mu wali w piersi. 

- Nikogo nie podrywam. 
- Jesteś pewien? 

Robił wszystko, żeby tylko nie dotknąć Tamry, nie po­

całować jej znowu. 

Michele przekrzywiła głowę. Jej długie proste włosy by­

ły spięte dużą plastikową spinką, a jasnoniebieska koszulka 
przylegała do pulchnej figury. 

- Może nie powinieneś z tym walczyć. 

Walker przestąpił z nogi na nogę. Stali w upale, a słońce 

niemiłosiernie świeciło im w plecy. 

- To nie ma sensu. Mieszkam w Kalifornii. 
- Tak, ale teraz jesteś tutaj. - Rzuciła mu poważne spoj­

rzenie. - I nie możesz przestać o niej myśleć. 

Miał więc żyć chwilą? Przeżyć przelotny romans z kobie­

tą, która tyle w życiu przeszła? Wątpił jednak, żeby Michele 
to właśnie miała na myśli. 

- Myślisz, że zostanę. Myślisz, że jeśli się z nią zwiążę, to 

tu będzie mój dom. 

- Dziwniejsze rzeczy się zdarzały. 

Nie tak dziwne, pomyślał. 
Tamra wróciła i zaprosiła go do swojego biura. Idąc za 

nią, cieszył się, że może uciec Michele. Lubił ją, ale czuł się 
osaczony. 

Zdecydowany utrzymywać dystans starał się nie zbliżać 

do Tamry. Kiedy jednak znaleźli się w jej biurze i drzwi 
się za nimi zamknęły, nie miał wyboru. Biuro było małe, 

background image

znajdowało się w nim biurko, wąski regał oraz szafka na 
akta, zajmujące zdecydowanie zbyt dużo miejsca. 

Tamra otworzyła najwyższą szufladę, wyjęła teczkę 

i przejrzała ją, wyjmując dokumenty, których potrzebowa­
ła. Walker wziął głęboki oddech i otoczył go nagle jej za­
pach. Gdyby podeszła bliżej, tylko dwa lub trzy kroki, mógł­
by wziąć ją w ramiona. 

Mógłby ją pocałować, bez względu na konsekwencje. 

Telefon na jej biurku zadzwonił, sprowadzając go z po­

wrotem na ziemię. Podniosła słuchawkę. 

- Jesteś gotowy? - zapytała Tamra po chwili. 

Spojrzał na nią. Nawet nie zauważył, kiedy odłożyła słu­

chawkę. Był zbyt zajęty swoimi myślami. 

-Gotowy na co? 

- Żeby wyjść na zewnątrz. A może wolisz poczekać 

tutaj? 

- Poczekać na co? 
- Na ciężarówkę. - Spojrzała na niego z zaciekawieniem. 

- Dobrze się czujesz, Walker? 

- A dlaczego miałbym czuć się źle? 
- Skąd mam wiedzieć? Dziwnie się zachowujesz. 

Czy musiała być taka ładna? Tak smukła i zmysłowa? 

Miała na sobie dżinsy i koszulkę Oyate Project, ale dla nie­

go była tak pociągająca, jakby miała na sobie powiewną ko­
szulkę nocną. 

- Może po prostu mam dosyć rezerwatu. 

Założyła ramiona na piersi. 

- To wróć do domu. 

background image

Nie chciał wracać do Kalifornii, najpierw pragnął jej do­

tknąć. 

- Nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało. - Oparł się 

o szafkę. - Nie chcę się z tobą kłócić. 

- Ja z tobą też nie. 

Westchnęła, a on prawie wyciągnął do niej rękę. 

Prawie. 

Stwierdził, że bezpieczniej będzie zaczekać na zewnątrz, 

nawet jeśli miał się przez to narazić na konspiracyjne spoj­
rzenia Michele. 

Jednak wreszcie przyjechała ciężarówka i wszyscy się 

ożywili. Walkera pochłonęło rozpakowywanie jedzenia. 

Po rozładowaniu kartonów, Tamra zaczęła przydzielać je 

do poszczególnych samochodów. Walker załadował też jej 
auto produktami z listy, którą mu wręczyła. 

Wkrótce znów znaleźli się na równinie, zmierzając w stro­

nę pierwszego przystanku. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć 
i stwierdził, że miała rację. Zaangażował się dziś emocjonal­
nie. Ale nie tylko w jej działalność charytatywną. 

Zaczynał przywiązywać się również do niej. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Walker i Tamra spędzili popołudnie z rodzinami, które 

nie miały elektryczności i bieżącej wody. Ludzie żyli w po­
rzuconych samochodach, starych chatach, zardzewiałych 
przyczepach. Jednak mimo tego widział w ich oczach du­
mę, determinację, uprzejmość, poczucie więzi. 

A teraz Tamra zabrała go do pomnika Wounded Knee. 

Nie wiedział, dlaczego zdecydowała się tutaj przyjść, szcze­

gólnie dzisiaj. Obydwoje byli już zmęczeni, po całym dniu 

jeżdżenia po rezerwacie. 

Walker rozejrzał się dookoła. Oprócz indiańskiej pary 

sprzedającej amulety w cieniu kępy sosen nikogo nie było. 
Sądził jednak, że jacyś turyści pojawiają się tu od czasu do 
czasu, ponieważ w przeciwnym razie przedsiębiorcza para 
nie miałaby żadnych klientów. 

Zielony zniszczony znak opowiadał historię Masakry 

pod Wounded Knee.

 Słowo „masakra" napisane było na ka­

wałku metalu przybitym do tablicy. Widać było, że przy-

krywał inne słowo. 

- Co było tutaj napisane wcześniej? - Walker zapytał 

Tamrę, która stała obok niego. 

background image

- Bitwa - powiedziała mu. 
- Bitwa pod Wounded Knee? 
- Tak nazwał to na początku rząd. 
- Ale to nie była bitwa --wyjaśniła mu, kiedy wpatrywał 

się w znak. - To była masakra, miejsce, gdzie ponad trzy­
stu Indian, głównie kobiet i dzieci, zostało zamordowanych 
dwudziestego dziewiątego grudnia 1890 roku za popiera­
nie Tańca Ducha, rytuału, który został zabroniony na tere­
nie rezerwatu Siuksów 

Czternaście dni przed masakrą plemienna policja za­

mordowała Siedzącego Byka w jego domu. Wielka Stopa, 

jego następca, zaprowadził więc swoją grupę do Pine Ridge, 

gdzie miał nadzieję schronić się u wodza Czerwonej Chmu­
ry, który pertraktował z armią. Jednak Wielka Stopa, stary 
człowiek chory na zapalenie płuc, oraz większość jego lu­
dzi zostali zabici. Ci, którzy przeżyli, opowiedzieli tę histo­
rię wraz z jej przerażającymi szczegółami. 

- To 7 Pułk Kawalerii ich rozstrzelał - powiedziała Tamra. 

- Dawny oddział Custera. Rząd wysłał ich, razem z innymi 

wojskami, żeby zaaresztować Tańczących z Duchami. Na­

stępnego ranka po tym, jak pojmano Wielką Stopę i jego 
ludzi, w trakcie rozbrajania wypaliła przypadkowo strzel­
ba. I to wystarczyło. Tak się zaczęła masakra. - Zamilkła na 
chwilę. W jej głosie czuć było zaangażowanie w naznaczo­
ną wojnami historię. - Większość Indian oddała już broń. 
Było tylko stu wojowników. Reszta to kobiety, dzieci i star­
cy. Kiedy uciekali, żeby się schronić, kawaleria otworzyła 
ogień z armat, które były rozmieszczone powyżej obozu. 

background image

Później znaleziono kilka kobiet parę kilometrów dalej, co 

znaczy, że były ścigane i zabijane. 

Walker spojrzał na budkę, w której zawieszone amulety 

powiewały na wietrze. 

- 7 Pułk zemścił się w końcu. 
- Tak. - Tamra podążyła za jego wzrokiem. - Taniec Du­

cha miał przywołać tradycję, zjednoczyć nas. W tym czasie 
rząd odbierał nam ziemię i zagwarantowane prawa. Siukso­

wie chorowali i głodowali. Potrzebowali nadziei. 

- Potrzebowali Tańca Ducha - powiedział. 

Skinęła głową, a on pomyślał o tym filmie w telewizji. 

Czy przedstawiał właśnie masakrę pod Wounded Knee? 
Oglądał go tylko fragmentarycznie, ale i tak wywarł na 
nim wrażenie. 

- Ktoś znalazł dziecko wciąż ssące martwą matkę -

powiedziała, a on oczami wyobraźni ujrzał przerażający 
obraz. - Po tym jak zabito już większość ludzi, znaleź­
li się żołnierze, którzy krzyczeli, że ranni mają wyjść 
i nic im się nie stanie. Ale kiedy kilku małych chłopców 

wyszło z kryjówek, nastąpiła dalsza rzeź. - Wzięła głębo­

ki oddech. - Co roku urządzamy uroczystość, podczas 
której grupa jeźdźców, głównie dzieci, jedzie śladami 
ofiar. Przewodzi jej potomek Siedzącego Byka. Niektó­
re dzieci nie znają swojej kultury, a to im bardzo poma­
ga w poznawaniu jej, a także w patrzeniu w przyszłość. 
Nadzieja może narodzić się ze smutku. Z akceptacji tego, 
kim jesteś. 

- Spencer mówił mi, że moje indiańskie korzenie nie 

background image

mają znaczenia - przyznał Walker. - Że muszę zapomnieć 
o nich, jeśli chcę osiągnąć sukces. 

- Ja słyszałam to samo. Od mojej matki, od twojej matki. 

Ale ja i Mary się zmieniłyśmy. Dzisiaj uważamy inaczej. 

- Możemy pójść na groby? - zapytał. 
- Tak, oczywiście - odpowiedziała, spoglądając na niego. 

Zastanawiał się, czy potrafi zajrzeć do jego serca, czy wie, 

co on myśli. Jeśli nawet tak było, to nie powiedziała ani sło­

wa. Zamiast tego poprowadziła go do ścieżki wiodącej na 

cmentarz, który znajdował się na szczycie wzgórza. 

Była to zbiorowa mogiła ogrodzona niskim płotem z be­

tonu. Na kamiennym obelisku wypisane były imiona po­
chowanych tu Indian. Podarunki, pióra i tytoń zdobiły ich 

miejsce spoczynku. Dookoła pomnika były też inne groby, 
nowsze, porozrzucane w szorstkiej trawie. 

Walker sięgnął po rękę Tamry i zaczął szeptać modlitwę. 

Dziewczyna splotła swoje palce z jego palcami i stali tak 

obok siebie, mężczyzna i kobieta, których zaczynała łączyć 

więź. Bliskość, której żadne z nich nie mogło zaprzeczyć. 

Kiedy wrócili do samochodu, siedzieli w nim przez 

chwilę w ciszy. W końcu Walker odwrócił się, żeby na nią 
spojrzeć. Pocałowali się. Powoli, delikatnie. 

Mimo że ten pocałunek był bardziej związany z emo­

cjami niż pożądaniem, żałował, że nie mogą kochać się tej 
nocy. Wiedział, że to nie jest możliwe. Zgodził się przecież, 
że zostanie na noc w domu swojej matki. 

Pełen sprzecznych uczuć przerwał pocałunek, wciąż 

pragnąc tego, czego nie mógł mieć. 

background image

Tamra leżała obok Mary, która chrapała trochę zbyt 

głośno. Niespokojnie spojrzała na zegarek i stwierdziła, że 

jest prawie pierwsza w nocy. Wpatrywała się w sufit godzi­

nami, chrapanie Mary nie dawało jej zasnąć. 

Oddała Walkerowi swój pokój. Nie mogła o nim fan­

tazjować, nie tutaj, nie teraz, nie tak. Czując wyrzuty 
sumienia, ostrożnie wstała z łóżka, starając się nie obu­
dzić Mary. 

Musiała napić się wody. W dużej szklance, pełnej lodu. 

Potrzebowała czegoś, co ją ochłodzi. 

Kiedy szła korytarzem, pod jej stopami trzeszczały deski. 

Gdy doszła do kuchni, stanęła w progu. Walker stał przy lo­
dówce, pijąc wodę. 

Nie zauważył jej jeszcze. Stał odwrócony twarzą do ma­

łego okna nad zlewem, wpatrując się w noc. Był bez koszul­
ki, a szorty nosił nisko na biodrach. Jego włosy, te ciemne, 
zmysłowe kosmyki, opadały na czoło. 

Nagle odwrócił się i zauważył ją. Omal nie wypuścił 

szklanki z palców. 

- Przepraszam - powiedziała. - Nie chciałam cię zasko­

czyć. 

- W porządku. Ja tylko... 

Obrzucił ją spojrzeniem i nagle Tamra zdała sobie spra­

wę, że ma na sobie tylko krótką letnią koszulkę nocną 

z miękkiej bawełny. 

- Tylko co? 
- Chciało mi się pić. 
- Mnie też. 

background image

- Proszę. - Podał jej swoją wodę, a ona podniosła szklan­

kę do ust. Lód zagrzechotał, przerywając ciszę. 

Walker wciąż na nią patrzył. Wyglądało na to, że podoba 

mu się to, co widzi - delikatne zagłębienie między jej pier­
siami, zarys bioder, gołe nogi. 

Tamra wypiła kolejny łyk. 

- Nie mogłem spać - powiedział. - Nie w twoim łóżku. 

Tamra oddała mu szklankę z resztką wody. Kiedy odbie­

rał ją, jego ręka dotknęła jej dłoni. 

- Czemu? - zapytała. 
- Dlatego, że czuję twój zapach. W pościeli, na poduszce... 

Tamra wzięła głęboki wdech. 

- Nie używam perfum. 
- Wiem, ale używasz balsamu. Kiedy stoję blisko ciebie, 

czuję go na twojej skórze. 

- To tylko balsam nawilżający. - Wiedziała, że nie jest to 

najmądrzejsza rzecz, jaką mogłaby powiedzieć, ale nic in­
nego nie przyszło jej do głowy. 

Patrzył na nią z takim pożądaniem w oczach, że miała 

ochotę rzucić się w jego ramiona. 

Tutaj. W kuchni jego matki. 

Walker odstawił szklankę na blat i podszedł do niej. 

Przełknęła ślinę, znów czując pragnienie i wyobrażając 

sobie, jak spotykają się ich usta. Wiedziała, że on ją uwodzi, 
ale nie obchodziło jej to. Podobał się jej zmysłowy wyraz 

jego twarzy i głęboki ton głosu. 

Postąpił kolejny krok w jej stronę, poruszając się cicho 

jak kot. 

background image

- Nie byłem z nikim od wielu miesięcy. 

Poczuła pulsowanie krwi w skroniach. 

- Ja jeszcze dłużej. 
- Potrafię kontrolować swoje potrzeby. 
- Ja też. Ale z tobą mi się to nie udaje. 
- Mnie też nie. - Zaklął cicho, po czym chwycił ją w ramio­

na i pocałował tak mocno, że zakręciło jej się w głowie. 

- Nie możemy tego zrobić... - powiedział po chwili. -

Nie tutaj. 

Skinęła głową. 

- Więc gdzie? 
- Nie wiem. Nie potrafię jasno myśleć. 

Ona też nie potrafiła. Pragnęła tylko Walkera Ashtona. 

Chłopca, o którym słyszała, od kiedy była dzieckiem. Męż­
czyzny, którego prawie nie znała. 

- Moglibyśmy gdzieś pojechać - zasugerował. - Moim 

samochodem. 

Terenówką, którą wypożyczył. Samochodem z napędem 

na cztery koła i dużym tylnym siedzeniem. Nagle poczuła 
się jak nastolatka. 

- Daj mi przynajmniej się ubrać. Wezmę coś z pokoju. 

Uśmiechnął się. Najwyraźniej on też miał ogromną 

ochotę na tę nocną przejażdżkę. 

- Przyniesiesz mi koszulkę i buty? 

Skinęła głową, ale kiedy odwracała się, chwycił ją za 

ramię. 

- Co się stało? - zapytała. 
- Nie mam żadnego zabezpieczenia. 

background image

- Biorę pigułki. . 

Zmarszczył brwi. 

- Myślałem, że ostatnio byłaś samotna. 
- Byłam. Ale wolę być przygotowana. 

Poszukał jej spojrzenia. 

- Ze względu na ojca twojego dziecka? 

Wypuściła oddech, który wstrzymywała. 

-Tak. 
- Nie mogę ci nic obiecać, Tamro. Żadnego „żyli długo 

i szczęśliwie". Ale nie zrobiłbym tego, co on. Nie skrzyw­
dziłbym cię. 

- Dziękuję. - Zdała sobie sprawę, że szepczą, rozmawia­

jąc o czymś o wiele intymniejszym niż seks. 

Tym razem, kiedy odwróciła się, żeby pójść po ubrania, 

nie zatrzymywał jej. 

Walker jechał przez noc piaszczystą drogą, myśląc, że jest 

to najdziwniejsza erotyczna chwila w jego życiu. Tamra sie­
działa obok niego, trzymając torbę na zakupy na kolanach. 
Nie pytał, co w niej jest. Na razie próbował znaleźć miejsce, 

w którym mógłby zaparkować. Rezerwat był ciemny, tajemni­

czy, piękny. Ziemia rozciągała się po horyzont, drzewa chwia­
ły się w świetle księżyca. Gdzieś daleko zawył kojot. 

Tamra przebrała się w sukienkę zapinaną z przodu na 

guziki. Nigdy nie widział bardziej pociągającej kobiety. Jej 

włosy miały kolor kruczych skrzydeł, były gładkie, lśniące 

i błagały, żeby ich dotknąć. 

- Może tutaj. - Wskazał kępę krzaków bawełny. 

background image

Tamra wyjrzała przez okno. 

- Tam jest rzeka. Ktoś może obozować nad wodą. 
- To pojedziemy w drugą stronę. - Wjechał na łąkę, 

kierując się w stronę wzgórz. Widok zaparł mu dech 

w piersiach. 

Zaparkował pod księżycem, pod tańczącymi na niebie 

gwiazdami. 

- Co masz w torbie, Tamro? 
- Koc i dodatkowe ubrania. 
- Dodatkowe ubrania? - Dotknął jej włosów, bawiąc się 

opadającym na jej policzek pasmem. - Po co? 

- W razie gdybyśmy podarli swoje. 

Puls Walkera podskoczył. Podekscytowany, zaintrygo­

wany i podniecony przysunął się bliżej. 

Przygryzła dolną wargę dziewczęcym zwyczajem, który 

zaobserwował już u niej wcześniej. 

- Wciąż mnie ostrzegałeś, że zedrzemy z siebie ubrania 

a ja... - zamilkła na chwilę i pochyliła się w jego stronę 

- ...pomyślałam, że powinniśmy być przygotowani. 

Nie był pewien, czy cokolwiek mogłoby go przygotować 

na tę chwilę. Objął ją mocno, a Tamra przytuliła się do nie­
go, chwytając go za ramiona. 

Zaczęli się całować. Sekundę potem poczuli, jakby 

wstąpiło w nich szaleństwo. Walker rozerwał jej sukienkę, 

odrywając wszystkie guziki. Ona to samo zrobiła z jego 
koszulą. 

Kiedy usiadła na nim okrakiem, pomyślał, że zaraz 

umrze. Jej nagie piersi znalazły się kilka cali od jego ust. 

background image

Była unieruchomiona między nim i kierownicą, ale nie 
przeszkadzało jej to. 

Walker zamknął oczy, otworzył je i uśmiechnął się do niej. 

Przyglądała się każdemu jego ruchowi, próbując do­

strzec jego twarz. Walker włączył górną lampkę, zalała 

wnętrze samochodu łagodnym światłem. Nie obchodziło 

go, czy akumulator się wyczerpie. Mógłby tak trwać przez 
resztę życia. 

Jego ciało było twarde jak skała, gotowe na to, żeby w nią 

wejść. Wciąż jednak byli do połowy ubrani, wciąż torturo­
wali się nawzajem grą wstępną. 

- Mógłbym zjeść cię żywcem - powiedział. 
- To zrób to. - Poruszyła się na nim, rzucając mu na pół 

nieśmiały, na pół uwodzicielski uśmiech. - A ja zrobię to 
samo z tobą. 

Wtulił twarz w zagłębienie jej szyi, językiem podrażnił 

płatek ucha, wdychając zapach skóry, po czym pociągnął ją 
na tylne siedzenie, Znów podciągnął spódnicę, ale tym ra­

zem zdjął też jej bieliznę, chwytając za skraj koronki. Zasta­
nawiał się, czy włożyła ją specjalnie, dla niego, czy zawsze 
nosi takie seksowne rzeczy. 

Tamra zdjęła sukienkę i buty, rzuciła je na bok, i zaofero­

wała mu każdy centymetr swojego ciała. Dar... - pomyślał. 

Głęboko w duszy czuł, że to coś więcej niż tylko romans. 

To były ich emocje, mieszanka seksu i grzechu, namiętno­

ści i czułości. 

Przyjemności tak wielkiej, że bał się w niej zatonąć. 

Wciąż pieścili się wzajemnie. To była czysta namiętność. 

background image

Razem osiągnęli rozkosz. Przywarła do niego, oddychając 

ciężko tuż przy jego uchu, drżąc w jego ramionach, pod­
czas gdy on oddawał siebie, zatracając się w jej cieple. 

Przez następnych kilka chwil pozostawali bez ruchu, bo­

jąc się przerwać tę więź. 

W końcu wycofał się z niej. Wziął swoją koszulkę i po­

dał, żeby mogła użyć jej jako ręcznika. 

- Nie żałujesz tego, prawda? - zapytała. 
- Nie. Dlaczego miałbym żałować? 
- Powiedziałeś, że obydwoje będziemy później żałować. 
- Powiedziałem tak, zanim lepiej cię poznałem. - Ułożył 

się obok niej, odsunął jej włosy z twarzy, myśląc, jak bar­
dzo jest piękna. 

- Ja też nie żałuję. 

Uśmiechnął się, po czym zauważył, że jest jej zimno. 

Przypomniał sobie o kocu i sięgnął po niego na przednie 

siedzenie. Okrył jej ramiona i wyłączył światło. 

Kiedy przytulali się do siebie w ciemności, zastanawiał 

się, czy będą tego żałować później. Gdy odjedzie z rezer­

watu bez niej. 

background image

ROZDZIAŁ SZóSTY 

Ranek nadszedł za wcześnie. Tamra usłyszała pobrzęki­

wanie naczyń w kuchni, co oznaczało, że Mary już wstała 

i robiła śniadanie. 

Czy Walker też się już obudził? Czy siedział przy 

kuchennym stole, udając, że nie wykradał się z domu 

w nocy? 

Usiadła i sięgnęła po szlafrok. Wciąż czuła dotyk Walke­

ra - jego ust, rąk, siłę jego ciała. 

Powtarzała sobie, że to było tylko pożądanie, spełnie­

nie desperackiej potrzeby, ale wiedziała, że nie ma racji. Po 
tym jak skończyli się kochać, leżeli przytuleni do siebie, bo­

jąc się poruszyć, żeby nie przerwać uroku. 

A teraz bała się zobaczyć go, spojrzeć w twarz mężczyź­

nie, który miał taki wpływ na jej emocje. 

Zbliżali się do siebie zbyt szybko i to ją niepokoiło, cho­

ciaż z drugiej strony bardzo się podobało. Miała ochotę 

wmaszerować do kuchni i całować go do utraty tchu. Ale 

nie ośmieli się na to, nie przy Mary. Mama Walkera prze­
spała całe to wydarzenie. 

Tamra umyła twarz i zęby, ale nie wzięła prysznica ani 

background image

się nie ubrała. Po prostu zacisnęła mocniej pasek szlafroka 

i poszła do kuchni. Chciała, żeby Walker spojrzał jej w oczy, 

zerknął na jej potargane lekko włosy i przypomniał sobie, 

jak zanurzał w nich dłonie. 

Weszła do kuchni, ale nie było go przy stole. Nie wyglą­

dał na człowieka, który przesypia całe dnie. 

- No proszę. - Mary odwróciła się od kuchenki, na któ­

rej gotowała tradycyjną owsiankę. - Miałaś ciężką noc? 

Tamra zamrugała i przywołała na twarz uśmiech, zwal­

czając poczucie winy. 

- Ciężką? 
- Nie dawałam ci spać? - Starsza kobieta westchnęła. 

- Chrapałam, prawda? Powinnam coś z tym wreszcie zro­

bić. 

- Nie, prawie nie słyszałam. - Bo byłam w samochodzie 

i kochałam się z twoim synem. 

Grzech, który miała zamiar powtórzyć. 
Unikając spojrzenia Mary, nalała sobie kubek kawy, 

wdzięczna za zawartość kofeiny. 

- Pomóc ci przy śniadaniu? - zapytała, dodając cukru, 

żeby pobudzić organizm do życia. 

- Możesz usmażyć jajka. Ale będziemy jadły tylko we 

dwie. Walker wyjechał dziś rano. 

- Wyjechał? - Tamra odwróciła się, niemal rozlewając 

gorący napój. - Pojechał do domu? 

- Nie, kochanie. Pojechał do Gordon. Powiedział, że mu­

si się zająć jakimiś kwestiami finansowymi. 

Jej serce przestało bić szalonym rytmem. 

background image

- No tak, rozumiem. 

Mary spojrzała na zegarek, po czym wróciła do miesza­

nia owsianki. Zawsze wcześnie wstawała i była już ubrana 
do pracy w świeżo wyprany uniform i skrzypiące buty. 

- Walker wyglądał dzisiaj na dość poruszonego. 
- Tak? - Tamra otworzyła karton z jajkami, próbując za­

chowywać się zupełnie normalnie. - Jak to? 

- Chyba chciał się z tobą zobaczyć... Miał nadzieję, że 

już wstałaś. 

- Naprawdę? - Wiedziała, że nie będzie już w stanie zjeść 

śniadania. Wbiła jednak kilka jajek na patelnię, po czym 

zdała sobie sprawę, że nie włączyła pod nią ognia. Podnios­
ła wzrok i zauważyła, że Mary na nią patrzy. O oleju też 
zapomniała. 

- Co się między wami dzieje? 
- Między mną i Walkerem? - Przyłapana Tamra odpo­

wiedziała zwyczajnym tonem: - Nic. Jesteśmy tylko przy­
jaciółmi. 

- Akurat, przyjaciółmi... Myślę, że czujecie do siebie coś 

więcej. 

Wlała rozbite jaja do miski, decydując, że zrobi jednak 

jajecznicę. Tym razem włożyła na patelnię spory kawałek 

masła i zapaliła gaz. 

- A miałabyś coś przeciwko temu? 
- Oczywiście, że nie - powiedziała Mary. - Ale nie chcia­

łabym, żebyś zrobiła coś lekkomyślnie. 

Tamra spojrzała na kobietę, która ją wychowała i dała jej 

wszystko, o czym może marzyć dziecko. 

background image

- Spałam z nim. 
- O mój Boże... - Mary zesztywniała. - Tak szybko? 

- Wyłączyła ogień pod owsianką, zapominając o na wpół 

przygotowanym śniadaniu. - Musisz być ostrożna, kocha­
nie. On też. To wszystko jest takie nowe... 

- Damy sobie z tym radę. 
- Jesteś pewna? 
- Nie - przyznała. - Nie jestem. Ale jaki mamy wybór? 

Już się zaangażowaliśmy. 

- Na jak długo? 
- To nie musi trwać wiecznie. A on obiecał, że mnie nie 

zrani. 

Mary zmarszczyła brwi. 

- Na pewno nie zrobi tego specjalnie. Ale co będzie, jeśli 

się w nim zakochasz? 

To było pytanie, na które Tamra nie mogła udzielić od­

powiedzi. Pytanie, którego się bała. Wiedziała, że kiedy 

Walker wróci do domu, ona będzie musiała poradzić sobie 

sama z poczuciem straty. 

I będzie za nim rozpaczliwie tęsknić. 

Tamra próbowała skupić się na pracy. Siedziała przy 

biurku w ciasnym biurze, nakazując sobie przestać my­
śleć o Walkerze. Miała ważniejsze sprawy - zaprojektowa­
nie ulotek, skoordynowanie harmonogramów, zapewnienie 
darów na uroczystość powwow*, która miała się odbyć pod 
koniec miesiąca. 

* Powwow - festiwal muzyki i tańca Indian Ameryki Północnej 

background image

Obsesyjne myślenie o mężczyźnie nie pomoże jej w zre­

alizowaniu tych zadań. 

Rozległo się pukanie do drzwi, gdy sięgnęła po kawę, 

drugą tego dnia. 

- Wejdź - powiedziała, zakładając, że to Michele. 

Przyjaciółka zaoferowała, że wpadnie, by pomóc w przy­

gotowywaniu powwow. Oyate Project postanowiło w tym 
roku zorganizować loterię i rozdać tyle nagród, ile uda im 
się zebrać. 

Spojrzała w górę i dostrzegła, że się pomyliła. To nie by­

ła Michele. Walker przeszedł przez próg, ubrany w dżinsy 
i płócienną koszulę, podobną do tej, którą wczoraj z niego 

zerwała. 

- Cześć - powiedział. 
- Cześć. - Zaczęła układać teczki, próbując opanować 

zmysły i wyglądać na bardzo zajętą. - Nie spodziewałam 
się ciebie. 

Sięgnął po stare składane krzesło stojące w rogu i rozło­

żył je naprzeciwko jej biurka. 

Para lustrzanych okularów zakrywała jego oczy, a ręka­

wy miał podwinięte do łokci. 

- Masz chwilę? - zapytał. 

Dla niego miała cały dzień. Całą noc. Cały rok. 

- Pewnie. 
- Właśnie wróciłem z banku. 
- Mary powiedziała mi, że tam pojechałeś. 
- Otworzyłem konto w Gordon. Doszedłem do wniosku, 

że to najlepsza lokalizacja. - Zdjął okulary i włożył je do 

background image

kieszeni koszuli. - Ty i Mary będziecie musiały pojechać 
do oddziału, żeby podpisać kilka dokumentów. Chyba że 
macie już tam konto. Wtedy mogę dodać wasze nazwiska 
przez Internet. 

Tamra zamrugała ze zdziwienia. 

- Nie rozumiem. 
- To będzie wspólne konto. Będę przelewał na nie pie­

niądze co miesiąc, a ty i Mary będziecie mogły z niego ko­
rzystać, jak tylko wam się będzie podobało. 

- Chcesz nas utrzymywać? 
- Nie całkiem, chyba że będziecie chciały zostawić pracę. 

Ale nie sądzę, żeby tak się stało. Jesteście obydwie zaanga­

żowane w to, co robicie. 

-Więc po co...? - Wciągnęła powietrze, zastanawia­

jąc się, jak on ma czelność siedzieć tak spokojnie i pro­

ponować jej pieniądze. - Czy to dla tego, że przespałeś 

się ze mną? 

W jego oczach nagle pojawił się gniew, jak rozbłysk pło­

mienia. Widać, że był przyzwyczajony do kontrolowania 
życia innych ludzi. 

- Co to, do cholery, miało znaczyć? Uważasz, że chcę 

zrobić z ciebie swoją kochankę? 

- Tak to właśnie wygląda - powiedziała, ignorując jego 

wybuch, mięsień drgający na szczęce i wyraz twarzy, mó­
wiący, że czuje się panem świata. 

Wstał i odsunął krzesło, niemal uderzając nim o regał. 

- Chciałem tylko pomóc. Ułatwić mojej mamie życie. -

Umilkł i zatopił spojrzenie w jej oczach. - Tobie też. Poza 

background image

tym nie miewam kochanek. Nie nagradzam tych, które ze 
mną śpią. 

Nic nie powiedziała, więc pochylił się do przodu i oparł 

dłonie o biurko. 

- Nie mogę uwierzyć, że masz o mnie tak kiepskie zda­

nie. Nie rozumiesz tego, Tamro? Nie widzisz, dlaczego to 
ma dla mnie takie znaczenie? 

- Nie, nie rozumiem. Mary i ja potrafimy się sobą zająć. 
- Wiem. Ale samochód mojej mamy wygląda tak, jakby 

zaraz miał się rozlecieć, a ty pożyczasz pieniądze przyjacio­
łom, chociaż sama masz ich tak mało. Nie chcę wrócić do 
domu i martwić się o was. 

Westchnęła, żałując, że sprowokowała tę kłótnię. 

- Nie musisz czuć się winny za to, że jesteś bogaty. 
- Łatwo ci powiedzieć, panno Pomagam Wszystkim. 

Przewróciła oczami, próbując zmusić go, żeby przestał 

się krzywić. 

- Posłuchaj sam siebie, panie Wypiszę Czek. 

Uśmiechnął się. Ciesząc się z tego, Tamra wzięła do ręki 

spinacz do papieru i rzuciła w jego kierunku. 

- Powinnaś zobaczyć moje biuro w Ashton-Lattimer 

- powiedział. - I mój apartament. Nie wspominając już 

o mieszkaniu w rodzinnej posiadłości w Napa Valley. Jest 
na drugim piętrze i ma wspaniały widok. 

Nie mogła sobie nawet wyobrazić jego stylu życia. 

- Mary chciała, żebyś właśnie coś takiego miał. 
- Powiesz jej o koncie? - zapytał. 
- Nie, ale ty możesz to zrobić. Jeśli chcesz pomóc mamie, 

background image

a ona chce tę pomoc przyjąć, to w porządku. Nie chcę jed­
nak brać w tym udziału. 

- Bo będziesz się czuła niezręcznie, biorąc ode mnie pie­

niądze? 

- Edward dawał mi prezenty. Kupował mi też różne błys­

kotki. 

- Ten palant, który cię zranił? To nie to samo. 
- Kiedy ze mną zerwał, poczułam się, jakbym się sprze­

dała. - Było to dla niej najgorsze uczucie na świecie. - Nie 
chcę po raz drugi przez to przechodzić. Nigdy. 

- Nie porównuj mnie do niego. Nie mamy ze sobą nic 

wspólnego. Czy przyjmiesz przynajmniej czek na twoją or­

ganizację? - zapytał. 

Spojrzała mu w oczy. 

- Już go wypisałeś, prawda? 
- Tak. - Wyciągnął go z kieszeni i wręczył jej. 

Spojrzała na sumę. 

- To bardzo hojna darowizna. - Seks to nie miłość, po­

wiedziała sobie. Nie było nic złego w kontynuowaniu tego 

romansu. 

- Odliczę ją sobie od podatku. - Podniósł spinacz, któ­

rym w niego rzuciła. Bawiąc się nim, wyginał go w różne 
strony. - Poza tym, to na szczytny cel. Wiem, że Oyate Pro­

ject zrobi z tych pieniędzy dobry użytek. 

- Dziękuję. - Wypisała kwitek, a kiedy podawała mu go, 

ich oczy się spotkały. 

To było bardzo intymne spojrzenie. Głębokie, dociera­

jące do samego serca. 

background image

- Pojedziesz ze mną do domu, Tamro? 
- Do domu? 
- Do Napa Valley. Do posiadłości. 

Do jego rodzinnej posiadłości? Do winnicy? Do miejsca, 

w którym dorastał? Odwróciła wzrok. 

- Po co? 
- Chciałbym zabrać tam ciebie i Mary. To byłoby świetne > 

miejsce na spotkanie mamy z Charlotte. A my moglibyśmy 
spędzić razem trochę czasu. 

- A co z resztą rodziny? Żoną Spencera? Twoimi kuzy­

nami? - Kiedy razem z Mary mieszkały w Kalifornii, prze­
glądały rubryki towarzyskie w gazetach w poszukiwaniu 
informacji na temat Ashtonów i kilka razy natrafiły na 

wzmiankę o nich. - Może im się nie spodobać nasza obec­

ność. 

- Spencer nie żyje, a tylko on mógłby tego zabronić. 

Nie uspokoiło jej to jednak. 

- Nie jestem pewna, czy mogę wziąć wolne. 
- Proszę tylko o tydzień. Siedem dni. Nie bierzesz nigdy 

urlopu? 

- Biorę, ale... 
- Ale co? 

Tamra bawiła się spinaczem, który zgiął. Co mogła po­

wiedzieć? Że bała się znaleźć w jego świecie? Że nie pasu­
je tam? 

- Jestem pewien, że Mary będzie się czuła pewniej, jeśli 

z nami pojedziesz. Ja zresztą też. 

background image

- Czy w grę wchodzi również wypad do San Francisco? 

- zapytała. 

- Jak najbardziej. To tylko godzina drogi od posiadłości. 

Tam pracuję. 

- Jak często jeździsz do Napa Valley? 
- Na ogół w weekendy. Ale od czasu zabójstwa Spence­

ra spędzam tam więcej czasu. Tęsknię za nim, nic na to nie 
poradzę. 

Wyjrzała przez okno i poczuła nagle chłód. 

- Chciałabym odwiedzić Jade. 
- Możemy razem ją odwiedzić. Ale będziemy musieli po­

wiedzieć mojej mamie, co się dzieje. Nie możemy wciąż się 
wymykać. 

- Już jej powiedziałam. 
- Że jesteśmy kochankami? - Oparł się o krzesło, zmar­

szczył lekko brwi i przeczesał włosy dłonią. - Jak to przy­

jęła? 

- Powiedziała, że musimy być ostrożni. Że wszystko jest 

takie nowe. 

- Ale nie będzie. - Poszukał wzrokiem jej oczu. - Kiedy 

już poznamy się lepiej. 

- Dobrze, poJade z wami. Wezmę kilka dni wolnego. -

Żeby być z nim, poznać jego rodzinę, odkryć, kim napraw­
dę jest Walker Ashton. 

Walker siedział na stopniach werandy w domu swojej 

matki. Tamra wciąż była w pracy, a Mary kręciła się po 
kuchni, wykonując domowe czynności. Wróciła do do-

background image

mu godzinę temu, co dało mu okazję, żeby z nią poroz­
mawiać. 

- Chyba się niczym nie martwisz? 
- Co? Nie. - Odwrócił się i spojrzał na Mary, która wy­

szła na werandę ze szklanką lemoniady w ręku. Podała mu 
napój. 

- Jesteś bardzo zamyślony. 
- Może. Nie wiem. - Pociągnął łyk lemoniady i stwier­

dził, że ma idealny smak, nie jest ani za słodka, ani zbyt 
kwaśna. 

- Martwisz się tym kontem? 
- Tym, że ty i Tamra odmówiłyście? Tak, martwię się. 

Próbuję zrobić coś dobrego i nikt nie chce mi tego ułatwić. 

Usiadła obok niego. 

- Trzydzieści tysięcy, które dał mi Spencer, w zupełności 

mi wystarczyły. Nie chcę brać pieniędzy jeszcze od moje­
go syna. 

Zmrużył oczy w świetle popołudniowego słońca. 

- Wydawało mi się, że indiańskie rodziny, pomagają so­

bie wzajemnie. 

- Masz rację. Ale ja nie jestem już biedna. Nie mam 

kłopotów z płaceniem rachunków. - Wygładziła bluzkę 
z poliestru, którą kupiła najprawdopodobniej w jakimś 
tanim sklepie. - Wstydziłam się swojego domu, kiedy po 
raz pierwszy tu przyjechałeś, ale nie powinnam była się 
tak czuć. Jest ładniejszy niż większość domów w okolicy. 

W oczach Walkera była jednak biedna. Przyczepa z dwie­

ma sypialniami i stary buick na pewno nie czyniły jej bogatą. 

background image

- Cieszę się, że zgodziłyście się chociaż na przyjazd do 

Kalifornii. 

- Ja też. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę Charlotte. 
- Ona też chce cię zobaczyć. - Przebiegł przed nimi kró­

lik i ukrył się w krzakach. - Chciałbym, żebyś zastanowiła 
się jeszcze nad przyjęciem tych pieniędzy. 

- Jesteś zupełnie jak twój ojciec... 
- Uparty? - spytał. 
- Jak osioł - odpowiedziała. 

Zaryczał, udając osła, po czym obydwoje się roześmiali. 

Wciąż próbowali się do siebie przyzwyczaić, rozmawiać ze 

sobą swobodnie. 

Mary westchnęła, a jej głos stał się cichy. 

- Tak bardzo kochałam Davida... 

Walker nie wiedział, co powiedzieć. Nigdy nie był zako­

chany. Nigdy nikomu nie oddał serca. 

- Wiesz, jak się poznaliśmy? - zapytała. 
- Nie. 
- Podróżowałam autostopem, on się zatrzymał. To był 

mój drugi dzień w drodze i nikt mnie nie chciał pod­

wieźć. 

- Wtedy po raz pierwszy opuściłaś rezerwat? 

Skinęła głową. 

- Miałam dwadzieścia trzy lata i pragnęłam uciec stąd 

i nigdy nie wrócić. 

- Dokąd się wybierałaś? 
- Do Omaha. Stwierdziłam, że jest wystarczająco duże 

i że uda mi się znaleźć tam pracę. 

background image

- Czy tata zawiózł cię tam? 
- Nie. Podwiózł mnie tylko do Kendall, gdzie mieszkał. 

- Jej głos nagle stał się rozmarzony. - Był taki przystojny, 

wysoki i silny, miał najbardziej zielone oczy, jakie kiedy­

kolwiek widziałam... 

Walker przyglądał się jej. Wyglądała teraz jak młoda 

dziewczyna wspominająca mężczyznę, którego kochała. 

- Chyba nigdy nie dotarłaś do Omaha, skoro ja i Char­

lotte urodziliśmy się w Kendall. 

- David zaproponował mi pracę. Powiedział, że szuka 

gospodyni, kogoś, kto mógłby sprzątać i gotować dla niego 
i jego pracowników. Ale później odkryłam, że chce mnie 
po prostu zatrzymać. 

Walker nie mógł powstrzymać uśmiechu. 

- Sprytny facet. 
- Do tego dumny i miły. Miał wszystko, o czym mogłam 

marzyć. Nigdy nie przestałam za nim tęsknić. 

Odwrócił wzrok i zmarszczył brwi, czując, jak zalewa go 

fala poplątanych wspomnień. 

- Co się stało w dniu, w którym zginął? 
- Twój ojciec miał atak serca za kierownicą. Byłam ra­

zem z nim, jechałam na siedzeniu pasażera. Wracaliśmy 
z banku, prosząc o odroczenie spłaty kredytu, ale było już 
za późno. Odmówili i chcieli przejąć farmę. Wszystko sta­
ło się tak szybko... Uderzyliśmy w drzewo. David nie miał 
szans. 

- Charlotte i ja byliśmy u sąsiadki. Starszej kobiety... -

background image

Pamiętał kobietę o siwych włosach, ale nie mógł sobie przy­
pomnieć własnych rodziców. 

Mary zamrugała, żeby powstrzymać łzy. 

- Była wdową i czasami zajmowała się dziećmi. Zostali­

ście u niej, dopóki Spencer po was nie przyjechał. Powie­
dział jej, że zajmie się moimi dziećmi, póki nie poczuję się 
na tyle dobrze, by zabrać was do rezerwatu. Nie miała po­

wodu, żeby mu nie uwierzyć. 

Zapadła cisza, Walker odstawił lemoniadę na stopień. 

Chciał pocieszyć Mary, zmniejszyć jej ból i swój własny, 
ale nie wiedział jak. 

Wciąż próbował odbudować z nią więź, zachowywać się 

jak długo niewidziany syn. 

- Powinnam zacząć przygotowywać kolację. - Wstała 

i otrzepała spodnie. 

- Jak się mówi „matka" w języku Siuksów? 
- Ina - powiedziała mu. 
- Ina - powtórzył. 

Mary wstrzymała oddech, a on poczuł ucisk w gardle. 

- Pomogę ci przy kolacji - powiedział, mimo że był kiep­

skim kucharzem. 

Dotknęła jego policzka ciepłą ręką. Spojrzeli na siebie, 

ale się nie objęli. Zanim zdążyli poczuć się niezręcznie, po-

prowadziła go do kuchni, gdzie nauczyła go przyrządzać 
indiańskie tacos. 

Kiedy przyjechała Tamra, przygotowywali właśnie cia-

sto oraz kroili sałatę i pomidory. Tamra dołączyła do nich 
i we troje przygotowali wieczorny posiłek. 

background image

Wkrótce będą w Napa Valley, pomyślał Walker. > 
W posiadłości, w której został wychowany i którą nazy­

wał domem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Pogoda w północnej Kalifornii była idealna - ciepły, let­

ni dzień. Region winiarski, z jego płodną ziemią i rosnący­
mi wszędzie winogronami, był otoczony łańcuchami gór 
sięgającymi do nieba. 

Tamra siedziała obok Walkera w jego srebrnym jaguarze, 

którego odebrał z parkingu na lotnisku. Mary usadowiła się 
na tylnym siedzeniu. 

Walker zatrzymał się przed bramą wiodącą do posiadło­

ści, żeby wystukać kilkucyfrowy kod zabezpieczający. Rezy­
dencja, olbrzymi budynek w kremowym kolorze, królował 
na szczycie wzgórza ponad winnicami. Na jego tyłach, co 
widać było z podjazdu, znajdował się basen. Woda lśniła 

w słońcu, chwytając światło jakby magicznym sposobem. 

- Och... - westchnęła Mary, wyrażając dokładnie to, co 

pomyślała Tamra. 

- Witajcie w moich skromnych progach - zażartował 

Walker, wjeżdżając na podjazd. 

Cieszy się, że jest w domu, pomyślała Tamra. Ale dla 

niej ta posiadłość wydawała się fortecą. Wszędzie widać 
było władzę Spencera Ashtona. Pomimo śmierci wciąż tu 
królował. 

background image

Wysiedli. Walker ręką wskazał bagażnik, który już odpo­

wiednim przyciskiem otworzył. 

- Nie przejmujcie się bagażami. Ktoś się nimi zaraz zaj­

mie. 

- Jesteś rozpuszczony - powiedziała Tamra. 

Zmarszczył brwi. 

- W San Francisco nie mam służących. Wolę prywat­

ność. Ale tutaj jest inaczej. 

Otworzył drzwi do ogromnego foyer. Po lewej stronie 

znajdowała się wspaniała biblioteka, a po prawej pięknie 
zdobiona jadalnia. Podwójna klatka schodowa, prowadzą­
ca do każdego ze skrzydeł domu, robiła ogromne wrażenie. 

Walker zaprowadził je do eleganckiego pokoju, który na­

zwał dużym salonem. 

Było to wspaniałe pomieszczenie - kremowe materia­

ły, antyczne rzeźby, taras z widokiem na kwitnący ogród 
i leżące w dole winnice. Meble były idealnie wypolerowa­
ne. Stoły lśniły, a lustra odbijały każdy starannie udekoro­

wany kąt pokoju. Nawet poduszki rozrzucone były w prze­

myślany sposób. 

Kobieta w czarnej sukience i białym fartuszku weszła do 

salonu. Była mniej więcej w wieku Mary. 

- Pan Walker - powiedziała łagodnym i pełnym szacun­

ku tonem. - Cieszymy się, że pan wrócił. Pan i pana nowa 
rodzina. 

-Witaj, Ireno - pozdrowił ją lekceważącym tonem. 

Przedstawił ją jednak Tamrze i Mary, informując je, że jest 
tu gospodynią. 

background image

Jeśli nawet jego ton uraził uczucia Ireny, nie dała tego po 

sobie poznać. Jej błękitne oczy lśniły, szczególnie kiedy roz­
mawiała z Mary. Tamra od razu ją polubiła i tym bardziej 
dziwiło ją zachowanie Walkera. 

Czy gospodyni zrobiła coś, co go zirytowało? A może 

wszystkich pracowników traktował z lekką pogardą? Czy 

tego nauczył go Spencer? 

- Pani Charlotte i pan Alexander zostawili dla pana wia­

domość - poinformowała go Irena. - Przyjadą dopiero ju­
tro rano. 

Walker zmarszczył brwi. 

- W porządku. Czy jest Lila? 
- Tak, niedługo przyjdzie. 
- Dziękuję. Mogłabyś przysłać nam przekąski? 
- Oczywiście, z największą przyjemnością. - Rzuci­

ła matce Walkera łagodny uśmiech, kierując się w stronę 
drzwi. 

Mary wydawała się rozczarowana opóźnionym przy­

byciem Charlotte, ale miłe zachowanie Ireny pomogło jej 
i Tamrze się zrelaksować. 

Pięć minut później, kiedy Lila pojawiła się w salonie, ich 

dobre samopoczucie znikło. 

Pani domu, chuda, rudowłosa kobieta, podeszła do Wal­

kera i ucałowała go, cmokając powietrze obok jego policz­
ków. Była ubrana w nieskazitelnie czysty kostium w kolorze 

wystroju pomieszczenia. Jej makijaż był bez zarzutu, a skó­

ra nienaturalnie napięta. 

Czyżby zastrzyki z botoksu? - pomyślała Tamra. 

background image

- Widzę, że Indianki już przybyły - powiedziała Lila. 
- Zachowuj się uprzejmie - Walker zwrócił się do czter-

dziestodziewięcioletniej ciotki, jakby była dzieckiem. 

- Czy to było politycznie niepoprawne? - Spojrzała na 

Tamrę, a potem na Mary. - Czy wolicie, żeby się do was 

zwracać: Rdzenne Amerykanki? 

Nie było to zbyt ciepłe powitanie. 

- Może być Indianki. 
- Świetnie. Widzisz? - Lila wygładziła przód żakietu, na 

którym lśniła prosta, złota broszka. - Nic się nie stało. 

Walker przedstawił najpierw swoją matkę. Lila wyciąg­

nęła do niej rękę, ale wyraźnie nie wiedziała, jak ma się do 
niej odnosić. 

Nadeszła Irena ze srebrną tacą, na której niosła mrożo­

ną herbatę, świeżą miętę, plasterki cytryny i cukier. Inna 
pokojówka przyniosła paterę z malutkimi kanapkami i ta­
lerzyki z cieniutkiej, chińskiej porcelany. 

Lila skrzywiła się, widząc herbatę, tak jakby wolała napić 

się czegoś mocniejszego. Gospodyni podała pierwszą szklan­
kę Mary, która przyjęła ją z wdzięcznością. Obydwie służące 
rozdały napoje, postawiły kanapki na stole i wyszły. 

- A więc - Lila usiadła na wiktoriańskiej sofie - musimy 

zdecydować, które pokoje zajmą Tamra i Mary. 

Walker podjął decyzję w ciągu dwóch sekund. 

- Moja matka może wziąć stary pokój Charlotte, a Tamra 

zostanie w moim apartamencie. 

- W twoim apartamencie? - Cienkie brwi Lili wygięły 

się w łuk. 

background image

- Zgadza się - potwierdził wyzywającym tonem. 

Lila postanowiła nie zostawiać tej kwestii bez komen­

tarza. 

- Jego apartament jest w zachodnim skrzydle - powie­

działa, nie zwracając się właściwie do nikogo. - I ma dwie 
sypialnie. 

Walker spojrzał na Tamrę. 

- Czy ty i twoi goście przyłączycie się do nas na kolacji? 

- zapytała Lila. 

-Tak. 
- Więc przypilnuję menu. - Wstała. - Jeśli jesteście zmę­

czone po podróży, możecie udać się do swoich pokoi - po­

wiedziała do Mary i odwróciła się do Walkera. - Mam na­

dzieję, że pokażesz im ich pokoje. 

- Oczywiście. 
- Upewnię się, czy przyniesiono wasze bagaże. - Lila 

kiwnęła im głową i wyszła z salonu. 

Apartament Walkera był równie zadziwiający jak reszta 

rezydencji, chociaż udekorowany śmielej i bardziej kolo­
rowo. Mieścił stylowy salon, dwie sypialnie, dwie łazienki 
i świetnie wyposażoną kuchnię. 

Ich bagaż dotarł prawie od razu, więc zdecydowała roz­

pakować się, podczas gdy Walker siedział na skraju łóżka 
i patrzył na nią. 

- Czy po drugiej stronie jest jeszcze jeden apartament? 

- zapytała. 

Skinął głową. 

background image

- Tak. Należy do Trace'a. Jemu przypadł balkon - dodał 

ironicznie. 

- Widzę, że za nim nie przepadasz. 
- Trace mnie irytuje. -

Tamra sięgnęła po wieszak. 

- Naprawdę? Dlaczego? 
- Po prostu tak jest. Nigdy się nie lubiliśmy. 

Męska rywalizacja? A może chodzi o coś głębszego? 

- Próbowałeś się z nim kiedyś dogadać? Porozmawiać 

o tym, co was różni? 

Zaśmiał się. 

- Tak, jasne, ale nie da się z nim rozmawiać. 
- Czym on się zajmuje? 
- Zarządza winnicą Ashtonów. 
- Dlaczego ty się nie zajmujesz winnicami? 
- Bo Spencer chciał, żebym pracował z nim w korporacji 

Ashton-Lattimer. W firmie bankowo-inwestycyjnej. - Zdjął 

buty i skarpetki i rzucił je na podłogę. Miał na sobie antra-
cytowy garnitur, który podkreślał ciemny kolor jego oczu. 

- Trace jest synem Spencera, prawda? 
- Tak. Jedynym synem jego i Lili. 
- A ile mają córek? 
- Dwie. Paige i Megan. Paige wciąż tu mieszka, a Megan 

wyszła za mąż. - Zdjął marynarkę. - Czy moglibyśmy prze­

stać już rozmawiać o mojej rodzinie i przejść do bardziej 
interesujących tematów? - Obejrzał ją całą i zniżył głos. -

Tęskniłem za tobą. 

background image

Tamra poczuła falę ciepła, ale postanowiła nie podda­

wać się tak łatwo. 

- Tęskniłeś za dotykaniem mnie. To nie to samo, co 

tęsknota za kimś. A ja nie skończyłam jeszcze zadawać 
pytań. 

Zrobił głupi grymas i udał, że wiesza się na swoim kra­

wacie. Przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać. 

- Tym mnie do łóżka nie zaciągniesz - powiedziała, mi­

mo że miała ochotę oddać mu się bez pamięci. 

- Więc pospiesz się i kończ już ten wywiad. 
- Dobrze. - Powiesiła swoją najlepszą sukienkę z czar­

nej bawełny z satynowym wykończeniem w jego szafie. -

A Irena...? 

- Jest gospodynią, już mówiłem. 
- Dlaczego byłeś wobec niej nieuprzejmy? 
- Nie byłem nieuprzejmy. 
- Owszem, byłeś. 
- No dobrze. Irena jest zdrajczynią. Pracuje tu, od kiedy 

byłem dzieckiem, ale pozwoliła córce, która zresztą też tu­
taj pracowała, by zaręczyła się z wrogiem. 

- Z wrogiem? - Posiadłość Ashtonów coraz bardziej 

przywodziła jej na myśl scenerię opery mydlanej. 

- Z Elim Ashtonem. Łajdakiem, który wściekł się, że 

odziedziczyłem akcje Ashton-Lattimer. 

Pieniądze, pomyślała. Źródło wszelkiego zła. Tylko że 

w tym przypadku nie wiedziała, kto jest po złej stronie. 

- W jaki sposób Eli był związany ze Spencerem? 
- Jest jednym z dzieci Spencera z małżeństwa z Caroline 

background image

Lattimer. To ta druga gałąź rodziny Ashtonów. - Podszedł 
do barku i nalał sobie kieliszek tequili. Po raz pierwszy 

Tamra widziała go pijącego alkohol. - Mają winnicę czter­

dzieści kilometrów stąd. Ale to Elemu nie wystarcza. Praw­
dopodobnie będzie chciał odebrać mi akcje Ashton-Latti-
mer. 

- Czy Spencer cokolwiek zostawił w testamencie dzie­

ciom Caroline? 

-Nie. 
- I uważasz, że to w porządku? 
- Nie do mnie należy ocena tej decyzji. Poza tym Eli robi 

całe to zamieszanie, ponieważ jego dziadek ze strony matki 
założył tę firmę. 

- Ale przejął ją Spencer? 
- Zostawił mu ją ojciec Caroline. Oczywiście, zanim się 

rozwiedli. Poza tym to nie ma znaczenia, bo ich małżeń­
stwo okazało się nieważne. Spencer miał żonę w Nebrasce, 
dawno temu, ale nie rozwiódł się z nią. 

Tamra wpatrywała się w niego z niedowierzaniem sze­

roko otwartymi oczami. 

- Jak się nazywała? 
- Sally. Z nią też miał dzieci. Aha, i jest jeszcze ten mały 

chłopiec, który urodził się dwa lata temu. 

- Zdradzał Lilę? 
- Z tego, co wiem, zdradzał wszystkie żony. Lila była je­

go kochanką, zanim się z nią ożenił. Jego sekretarką. Zna­
ny schemat. 

- I to ma być człowiek, którego podziwiałeś? 

background image

Walker rzucił jej niepewne spojrzenie. 

- Traktował mnie lepiej niż kogokolwiek innego. 
- Nie powinieneś być niemiły dla Ireny za to, że jej córka 

zaręczyła się z Elim. 

- Znów do tego wracasz? 
- Tak. Naprawdę myślałeś, że Irena może powstrzymać 

córkę, jeśli się zakochała? - Spojrzała na niego i jej puls 
przyspieszył. - Miłości nie można kontrolować. Ani do ro­
dziców, ani do dzieci, ani między kobietą i mężczyzną. 

Zmarszczył brwi, skrzywił się i odstawił kieliszek na 

bar. 

- A jeśli Eli zaskarży testament? 
- To go zaskarży. To nie ma nic wspólnego z Ireną. Jesteś 

jej winien przeprosiny, Walker. 

- Posłuchaj siebie. Głos współczucia. - Znów usiadł na 

brzegu łóżka. - Ale masz rację. Przeproszę ją dzisiaj przed 
kolacją. W końcu nie ona jest winna, że jej córka zakochała 
się w samolubnym palancie. 

- Dobrzy rodzice starają się uszczęśliwić swoje dzieci. 

Walker wpatrzył się w widok za oknem. 

- Moja mama chce, żebym był szczęśliwy. 
- Tak, to prawda. Bardzo cię kocha. 
- Wiem. Czuję to. - Odwrócił się od okna. - Ale nie ro­

zumiem. Ona prawie wcale mnie nie zna. 

Tamra odeszła od szafy i usiadła obok niego. 

- Większość matek czuje wyjątkową więź ze swoimi 

dziećmi. Ja w ogóle nie znałam swojego dziecka, ale je ko­
chałam. Zawsze będzie w moim sercu. 

background image

Dotknął jej twarzy. 

- Chciałbym, żeby to było takie proste. Żebym mógł ko­

chać Mary tak, jak ona mnie. 

- Pewnego dnia to się stanie. 

Położyła głowę na jego ramieniu, a on przytulił ją tak 

mocno, że prawie nie mogła oddychać. Walker rozpiął naj­

wyższy guzik jej bluzki. Kiedy całował jej kark, rozpięła po­

zostałe guziki. Przyjął jej dar. Położyli się na łóżku i leżeli 
obok siebie, całując się i pieszcząc. Delikatnie i powoli. Nie­

bezpiecznie i zmysłowo. 

Zdjął jej stanik i przesunął dłonią po brzuchu, rozpina­

jąc guzik dżinsów. Kiedy przesunął rękę niżej, wstrzymała 

oddech. 

Przetoczyli się po łóżku, rozrzucając poduszki. Rozbie­

rali się nawzajem. Kiedy byli już zupełnie nadzy, uniósł się 
nad nią, opierając się na rękach. 

Patrzył, chłonąc zachwycający widok. Potem chwycił jej 

nadgarstki i unieruchomił za głową, czyniąc z niej swoje­
go więźnia. 

- Jesteś najlepszą kochanką, jaką miałem. 
- A było ich wiele? 
- To zależy - pochylił się i pocałował jej pierś. 

Nie próbowała się uwolnić, mimo że wciąż ją przytrzy­

mywał. Podobała jej się jego gra i zdecydowane ruchy. 

Pasmo włosów opadło mu na brew, nadając wygląd bun­

townika. Pragnęła przesunąć palcami po jego plecach, wbić 
paznokcie w skórę. 

On jednak przewrócił się na plecy i pociągnął ją za sobą, 

background image

tak że znalazła się na nim. Zacisnął palce wokół jej talii, 
kierując ruchami, ustalając rytm. 

Pochyliła się i pocałowała go gwałtownie. Smakował te-

quilą. 

Kochali się mocno i szybko, jakby jutro nigdy nie mia­

ło nadejść. 

- To szaleństwo... - powiedziała. 

Nie odpowiedział. Po prostu kierował nią, żeby porusza­

ła się jeszcze szybciej. 

Szybciej, mocniej, głębiej... 
Pokój wokół nich zawirował, aż w końcu poczuła gorą­

ce fale rozkoszy. 

background image

RODZIAŁ ÓSMY 

Tamra wyszła z łazienki owinięta w gruby, puszysty ręcz­

nik Wszystko w posiadłości Ashtonów było luksusowe. 

Zbyt luksusowe, stwierdziła, idąc do szafy po świeżą bie­

liznę. 

Walker leżał na łóżku również owinięty w ręcznik. Wzię­

li razem prysznic, ale ona została w łazience dłużej, żeby 

wysuszyć włosy. 

Jego włosy wciąż były wilgotne, ale sczesał je na bok 

i utrwalił żelem. 

Uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła uśmiech, nie 

chcąc, żeby wiedział, jak bardzo denerwuje się tą kolacją. 

- Czy Ashtonowie ubierają się jakoś specjalnie na kola­

cję? - zapytała. 

- Nie. - Podciągnął kolana. - Jemy nago. 

Westchnęła i niemal się roześmiała. 

- Wiesz, o co mi chodzi. 
- Lila zawsze ubiera się elegancko, ale nie przejmuj się 

tym. Włóż to, w czym będziesz się dobrze czuła. 

Przejrzała swoją skromną kolekcję ubrań i wybrała białą 

spódnicę, białą koszulę i wyszywany paciorkami pasek, któ-

background image

ry kupiła od artystki w rezerwacie. Dodała do tego srebrną 
i turkusową biżuterię. 

- Teraz wyglądasz jak prawdziwa Indianka - powiedział 

Walker. 

- Czy to dla ciebie jakiś problem? - Odwróciła się do 

niego, przygotowana na kłótnię. 

- Nie, podoba mi się. 
- Dziękuję. 
- Nie ma za co. - Zachmurzył się lekko. - Nie wstydzę 

się twojego pochodzenia, Tamra. Ani mojego - dodał. -

Cieszę się, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. 

- Czyżby? - zapytała, czując nagłą przykrość na myśl, jak 

tymczasowy jest ich romans, i nieważny. 

W jego oczach zabłysnął ogień. 

- Co to miało znaczyć? 
- Nigdy nie przeprowadzisz się do Pine Ridge, mam 

rację? 

- A czy jest ku temu jakiś powód? 

Złapana w pułapkę, zajęła się zapinaniem bransoletki. 

- Nie, oczywiście, że nie. 

On jednak nie zmienił tematu. 

- Trochę za późno, żebym od nowa zaczynał życie, że­

bym wprowadził się do mojej mamy i udawał, że nie byli­
śmy rozdzieleni przez dwadzieścia dwa lata. Poza tym, jak 
miałbym żyć w rezerwacie? Jestem przyszłym prezesem fir­

my bankowo-inwestycyjnej. 

- Przyszłym? Przejąłeś Ashton-Lattimer, kiedy Spencer 

umarł? 

background image

- Byłem wiceprezesem, zanim został zamordowany. To 

logiczny wybór. 

- Więc myślisz, że zarząd wybierze cię na stałe? 

Skinął głową. 

- Jestem na razie na urlopie. Jednak kiedy tylko ty i Mary 

wrócicie do rezerwatu, wracam do pracy. 

Mocniej ścisnęła zamek bransoletki. 

- I przyjmiesz to stanowisko? 
- Oczywiście, że tak. Dlaczego miałbym tego nie zro­

bić? 

Wzruszyła ramionami. Nie miała prawa kwestionować 

jego wyborów. Już ją przecież ostrzegał, że nie będzie „żyli 

długo i szczęśliwie". 

A więc dlaczego czuła się odrzucona? Dlaczego tak bała 

się, że go straci? 

- Zobaczę, co z twoją mamą - powiedziała. 
- Kolacja jest dopiero za godzinę. 
- Wiem, ale chcę zobaczyć, jak ona się tu czuje. 

Tamra wyszła na korytarz, zostawiając Walkera same­

go. Nie bała się, że się zgubi, ponieważ pokój Mary też był 

w zachodnim skrzydle. Zapukała do drzwi, które od razu 

się otworzyły. 

Stojąca za nimi kobieta uśmiechnęła się, podziwiając 

strój Tamry. 

- Ładnie wyglądasz. 
- Dziękuję. - Zauważyła, że Mary ubrana jest w szlafrok, 

a na głowę ma nawinięte wałki. Wyglądała na równie zde­
nerwowaną, jak Tamra. - Co wkładasz? 

background image

- Nie mam pojęcia. To miejsce jest tak eleganckie... -

Matka Walkera zacisnęła usta. - Co myślisz o mojej czar­

nej sukience? 

- Myślę, że będzie idealna. 

Mary westchnęła z ulgą. Tamra zaczęła pomagać jej 

w ubieraniu. Miała nadzieję, że kolacja u Ashtonów nie bę­

dzie przypominała stypy. 

Godzinę później wszyscy siedzieli w jadalni. Stół był 

przybrany świeżo ściętymi kwiatami, stała na nim najlep­

sza porcelanowa zastawa i śnieżnobiałe serwetki. 

Walker i Trace, kuzyn, na którego się skarżył, przywitali 

się skinieniem głowy. Trace powitał jednak Tamrę i Mary 

w o wiele cieplejszy sposób. Tamra pomyślała, że jest przy­

stojny. Był zbudowany jak sportowiec i miał zadziwiająco 

zielone oczy. Czuła też, że jest w nim jakaś namiętność, coś, 
czego Walker nie chciał mu przyznać. 

Paige, kuzynka, która też mieszkała w posiadłości, 

wyglądała na cichą i spokojną, ale widać było, że mar­

twi się tym, co się dzieje. Jej oczy w kształcie migdałów 

wędrowały od brata do kuzyna. Czy miała nadzieję, że 

przestaną się wreszcie kłócić i zaczną zachowywać jak 
rodzina? 

Lila z kolei udawała, że niczego nie dostrzega. Siedzia­

ła w naszyjniku z pereł, srebrnym widelcem jedząc pierw­

sze danie. 

Tamra pragnęła, żeby ktoś coś powiedział. Spojrzała na 

Paige, która rzuciła jej pocieszający uśmiech. Blond pasma 
rozjaśniały jej jasnobrązowe włosy, okalające twarz mięk-

background image

kimi falami. Była powiewem świeżości w tej napiętej at­
mosferze. 

Lila w końcu przerwała ciszę. 

- Podoba ci się twój pokój? - zwróciła się do Mary. 
- O tak, jest cudowny - odpowiedziała matka Walkera. 
- Zmieniliśmy ostatnio wystrój. - Lila nabrała trochę sa­

łatki na widelec, podniosła do ust, połknęła i ciągnęła: -
Nie miałam pojęcia, że żyjesz. Spencer powiedział wszyst­
kim, że zginęłaś razem ze swoim mężem. 

Mary spojrzała na syna, po czym znów skierowała wzrok 

na Lilę. 

- Dziękuję, że zajęłaś się moimi dziećmi. 
- Hm, no cóż... 

Atmosfera przy stole nieco zelżała. Chwilę później Irena 

weszła do pokoju, informując Lilę, że jest do niej telefon. 

Lila przeprosiła wszystkich. Kiedy wróciła po krót­

kiej nieobecności, nie usiadła, tylko chwyciła się opar­

cia krzesła. 

- Dzwonił Stephen Cassidy - powiedziała. 

Walker podniósł wzrok. 

- Prawnik Spencera? Są jakieś wieści w sprawie testa­

mentu? 

Potrząsnęła głową. 

- Stephen słyszał plotki o śledztwie w sprawie morder­

stwa. Policja zbiera dowody przeciwko Grantowi. - Prawie 

wysyczała to imię. - Wsadzą tego zdrajcę za kratki. 

- Jesteś pewna? - zapytała Paige, wyraźnie zdenerwo­

wana. 

background image

- Podobno odkryto coś więcej niż* tylko poszlaki. 
- Czego się dowiedzieli? - zapytał Trace. 
-Stephenowi nie udało się poznać szczegółów. - Li­

la usiadła i sięgnęła po wino, zdecydowanie zbyt szybko 

opróżniając kieliszek. - Pragnę tylko, żeby ten koszmar się 
skończył. Żebym przestała wyobrażać sobie mojego męża 
z kulą w sercu. 

- Kim jest Grant? - spytała Tamra. 
- To syn Spencera z pierwszego małżeństwa - odpowie­

dział Walker. 

- Z Nebraski? 
- Tak, tamta była żona od dawna nie żyje. Umarła, kie­

dy Grant i jego siostra bliźniaczka mieli po dwanaście lat. 

- Walker wziął do ręki nóż. - Grant nie ma alibi na tę noc, 

kiedy zastrzelono Spencera. Był tego dnia w jego biurze 
i słyszano, jak się kłócili. Jeśli to, co słyszał Stephen, jest 
prawdą, to tylko kwestia czasu, kiedy policja go aresztuje. 

- Pokroił bułkę na kilka nierównych kawałków. - Mam na­

dzieję, że ten łajdak znajdzie się w piekle za to, co zrobił. 

Tamra przyglądała się mrocznej twarzy swojego 

kochanka. 

Kolacja jednak okazała się stypą. Mimo że nikt głośno 

nie opłakiwał Spencera. 

Poranne słońce wznosiło się nad horyzontem. Tamra, 

Walker, Charlotte, AIexander i Mary siedzieli na werandzie 

za domem, wychodzącej na ogród, na rośliny i kwiaty jesz­
cze wilgotne od rosy. 

background image

Kiedy Charlotte przyjechała, Walker widział, jak jego 

matka i siostra obejmują się, jak Charlotte płacze w ramio­
nach Mary. 

Nawet Alexander uściskał Mary. I nazwał ją maman, co 

po francusku znaczy „mama". Przyszło mu to z łatwością, 
a przecież był tylko jej przyszłym zięciem. 

Walker nigdy nie widział, żeby Mary była tak szczęśli­

wa. Ona i Charlotte przeglądały albumy ze zdjęciami, któ­

re Mary ze sobą przywiozła, zdjęciami, które nie budziły 

w Walkerze żadnych wspomnień. 

Dlaczego nie pamiętał swoich rodziców? 

- Spójrz, jaki tata był przystojny - powiedziała Charlotte, 

nachylając się w stronę Mary i przyglądając się zdjęciu 
Davida. 

- Spójrz, jaka ty jesteś piękna. - Mary dotknęła policzka 

córki, zachwycona. 

Walker musiał przyznać, że siostra była piękna. Miała 

długie, proste włosy i drobną figurę. Ubrana była w lekką, 
letnią sukienkę, równie jasną, jak otaczający ich ogród. 

- Charlotte zarządza częścią korporacji zajmującą się roś­

linami - powiedział Walker. 

- Planuję założyć niezależną firmę - dodała jego siostra 

- ale na razie pracuję jeszcze w Ashton Botanicals, szkoląc 

kogoś, kto ma mnie zastąpić. 

- Niezależna firma? - zapytała Mary. 

Charlotte skinęła głową. 

- Jeszcze nie zdecydowałam, czy założę ją w Napa Valley 

czy we Francji. Ale tak czy inaczej, będzie moja własna. 

background image

- To wspaniale. Twój ojciec zawsze miał dobrą rękę do 

roślin. 

Tak, pomyślał Walker, ich ojciec był farmerem, człowie­

kiem, który żył z płodów ziemi. Czasami zastanawiał się, 

jak to się stało, że nie był dzieckiem Lili i Spencera, tylko 
Davida i Mary. 

Chwilę później poczuł wstyd, że tak pomyślał. Przysu­

nął krzesło bliżej stołu. 

- Czy mogę ją pożyczyć? 

Wskazał na fotografię Davida, Mary, jego i Charlotte. 

Ostatnie ich wspólne zdjęcie, w Nowy Rok 1983. Rok, 

w którym ich życie zmieniło się na zawsze. 

Mary podniosła wzrok i spojrzała na niego. 

- Oczywiście, że możesz. - Wyjęła wyblakłe zdjęcie z al­

bumu i podała mu. 

- Dziękuję. - Przycisnął je do serca. - Nie zgubię go. Ze-

skanuję i zrobię odbitkę. 

Matka się uśmiechnęła. 

- Ufam ci. 

Charlotte i Alexander również się do niego uśmiechnę­

li. Tamra położyła dłoń na jego kolanie. Walker spojrzał na 
nią, pragnął ją pocałować i przytulić. 

- Och, mamo - powiedziała Charlotte, przerywając ciszę. 

- To cudownie, że tutaj jesteś, że możemy być z tobą. Kie­

dy byłam mała, często o tobie śniłam. Wyobrażałam sobie 
dzień taki, jak dzisiaj. Gdzieś w głębi duszy zawsze wierzy­
łam, że żyjesz. 

Alexander dotknął ramienia narzeczonej. 

background image

- Ma petite - szepnął. 

W oczach kobiet pojawiły się łzy i Walker żałował, że 

nie potrafi kochać tak mocno, jak jego siostra. On jednak 
nigdy nie kwestionował-opowieści, którą usłyszał od Spen­
cera. Ufał mu. 

- Oprowadzisz mnie po szklarni? - Mary zapytała córkę. 
- Tak. I musisz koniecznie przyjechać do naszego nowe­

go domu. - Charlotte zwróciła się do Walkera: - Nie będzie 
ci to przeszkadzało? 

- Nie - powiedział, wiedząc, że nie może zabierać sio­

strze i matce tego cennego czasu. - Tamra i ja pojedziemy 
do San Francisco, a mama zostanie z wami. Potem spotka­
my się wszyscy razem przed ich powrotem do Pine Ridge. 

- Dobrze. - Charlotte sięgnęła po dłoń Mary. - Alexan-

der i ja mamy też zamiar odwiedzić wasz dom, jak tylko 
będziemy mogli zorganizować wycieczkę. 

- Może będziecie mogli przyjechać na powwow na ko­

niec miesiąca - zaproponowała starsza kobieta. 

- Spotkanie Siuksów? - Charlotte promieniała. - Zawsze 

chciałam wiedzieć więcej o swoim pochodzeniu. 

- Nauczę cię. - Mary ścisnęła jej dłoń. - Twój ojciec za­

wsze mi mówił, że powinnam być dumna ze swojej kultury. 

Że powinnam uczyć was, żebyście też byli dumni. 

- To dlatego chciał, żebym miał tarczę? - zapytał Walker. 

Matka skinęła głową. 

- Tarcza jest odzwierciedleniem życia wojownika: walki, 

polowania, miłości, partnerstwa. Przedstawia nawet wizje 
i marzenia. 

background image

Walker chciałby mieć wizje i marzenia. Coś, co wykra­

czałoby poza Ashton-Lattimer. 

- To ciekawe. 
- Więcej niż ciekawe. To przedstawienie tego, kim jesteś. 

- Mary przysunęła się bliżej. - Mogę zrobić dla ciebie tar­

czę albo mogę cię tego nauczyć. Możesz umieścić na niej 
swoje własne symbole. Zwierzęta, kolory, co tylko będziesz 
chciał. 

Czy tarcza zwiąże go z plemieniem Siuksów? A może 

będzie to oszustwo? Powiedział Tamrze, że dobrze czuje się 
ze swoim dziedzictwem, ale czy to była prawda? Czy prze­
stanie być Siuksem, kiedy wróci do Ashton-Lattimer? Kie­
dy znów zacznie się zachowywać jak wasicu*. Albo miesz­
czański yeska? 

-Walker? 
- Tak? 
- Chcesz, żebym ja ci ją zrobiła, czy wolisz sam? 
- Możesz ty ją zrobić. - Spojrzał na zdjęcie swojej rodzi­

ny. - Umieścisz na niej coś, co przedstawia nas? - Uniósł 
fotografię. - Ciebie, tatę, Charlotte i mnie? - Wypuścił 

wstrzymywany oddech. - I Tamrę? 

Tamra podniosła na niego wzrok. Uśmiechała się, ale 

wyglądała na zaskoczoną, może nawet trochę onieśmielo­

ną tym, co powiedział. 

Mary spojrzała na nią, a potem z powrotem na Walkera. 

- Ona do ciebie pasuje. Oboje pasujecie do siebie, 
- Ja też tak myślę - powiedziała Charlotte. 
- Oui - wtrącił się Alexander. - Zgadzam się. 

background image

Walker nie wiedział, co powiedzieć. Jego związek 

z Tamrą nie miał trwać wiecznie. Chciał ją przedstawić na 
tarczy dlatego, że wiedział, że ją straci. 

Tracąc jednocześnie część samego siebie. 

Kilka godzin później Walker siedział przy dębowym 

biurku w swojej dodatkowej sypialni. Zeskanował fotogra­
fię, utworzył folder „zdjęcia rodzinne" i wydrukował je. Po­
tem zapisał je na dysku i zapakował, żeby zabrać do San 
Francisco. 

Tamra zastukała w otwarte drzwi, więc odwrócił się, że­

by na nią spojrzeć. 

- Znalazłam lody w twojej zamrażarce - powiedziała. -

Mogę się poczęstować? 

- Pewnie. - Obejrzał ją od stóp do głów i stwierdził, że 

przebrała się w wygodne spodnie. - Przyniesiesz mi tro­
chę? 

- Tak, zaraz wracam. 

Patrzył, jak odchodzi, po czym włożył oryginalne zdję­

cie do koperty i zostawił je na biurku razem z karteczką 
przypominającą mu, żeby oddał matce. 

Tamra wróciła z dwiema szklanymi miseczkami. Wrę­

czyła mu jedną i usiadła na brzegu łóżka. Walker został na 
obrotowym krześle. 

- Twoja siostra jest niesamowita - powiedziała. - Słodka, 

bystra, piękna. Naprawdę ją lubię. 

- Ona też cię polubiła. 
- Alexander też jest wspaniały. 

background image

- Naprawdę? Tak myślisz? 
- Tak. Jest świetny. Taki... uważny wobec Charlotte. 

Walker poczuł zazdrość, ale postanowił się jej nie pod­

dawać. Wiedział, że Alexander jest jednym z tych facetów, 

których kobiety zauważały. Nawet mama była pod jego 
urokiem. 

- Kocha moją siostrę. 
- To widać. - Bawiła się łyżką. - To było dziwne... To, co 

Mary, Charlotte i Alexander powiedzieli o nas. 

- Tak, dziwne. - Spojrzał w inną stronę. - Myślą, że pa­

sujemy do siebie. 

Zapadła cisza. Nienawidził takich momentów. Nie po­

trafił rozładować napięcia. 

Ona jednak szybko zmieniła temat. 

- Czy ktoś mieszka czasami w tym pokoju? - zapytała. 
- Nie. Nigdy tutaj nie zapraszam gości. 
- To po co ci dodatkowe łóżko? 
- Nie wiem. Pewnie po to, żeby zapełnić przestrzeń. 
- A co z twoją sypialnią? 
- Tam też nikt nie przyjeżdża. 
- Ale ja przyjechałam. 
- Tak, ale... - zamilkł, bojąc się, żeby nie powiedzieć za 

dużo - .. .ty jesteś inna. 

- Inna? - powtórzyła. 

Sprytna dziewczyna. Skłaniała go, żeby powiedział 

wszystko. 

- Mówiłem ci już, że jesteś najlepszą kochanką, jaką kie­

dykolwiek miałem. Chciałem w pełni z tego skorzystać. 

background image

Opuścił wzrok i zauważył jej piersi pod koszulką. 

- Zimno ci, Tamro? 
- Jem lody. 

Wstał od biurka, podszedł do niej i wyjął jej z ręki mis­

kę z lodami. 

- Doprowadzasz mnie do szaleństwa. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Apartament Walkera w San Francisco był w tej samej 

dzielnicy, co apartament Edwarda. Tamra nie wiedziała 
o tym. 

- Co się stało? - zapytał, kiedy stali na tarasie i oglądali 

panoramę miasta. 

- Nic. Masz piękny dom. 
- Daj spokój, Tamro, przecież widzę, że coś cię gryzie. 

Dziwnie się zachowujesz. 

Wzięła głęboki oddech, po czym spojrzała na niego. 

Przyjechali około dziesięciu minut temu i Walker oprowa­
dził ją po ogromnych pokojach, pokazując supernowoczes­
ne meble, wannę z jaccuzi. Luksusowy, kawalerski aparta­
ment, pomyślała. 

- Edward mieszka jakieś sześć przecznic stąd. 
- Ojciec Jade? - Walker zmarszczył brwi i jego ciem­

ne oczy pociemniały jeszcze bardziej. - Czy masz zamiar 
o nim myśleć przez cały czas pobytu tutaj? 

- Oczywiście, że nie. To nic nie znaczy. 
- Akurat, nic nie znaczy. - Odwrócił się. - Wciąż się przej­

mujesz Edwardem. On wciąż ma dla ciebie znaczenie. 

- To, że straciłam dziecko, ma dla mnie znaczenie. Nie 

background image

spodziewałam się, że mieszkasz tak blisko niego.- Twoje 
mieszkanie jest o wiele ładniejsze. Jego nie jest tak wysoko. 

Ma beznadziejny widok. 

Walkerowi udało się uśmiechnąć. 

- Czy próbujesz ugłaskać moje ego? 
- A udało mi się? 
- Może troszkę. - Jego uśmiech stał się uwodzicielski. -

Ale wolałbym, żebyś głaskała coś innego. 

Tamra uderzyła go w ramię i oboje się roześmiali. Była 

pewna, że zanim słońce zajdzie, zerwą z siebie ubrania i bę­
dą się kochać. Po chwili spojrzała w stronę jaccuzi. 

- Nigdy jeszcze nie robiłam tego w czymś takim. 
- Naprawdę? 
-Uhm. A ty? 
- Tak, ale nie będę opowiadał ci szczegółów. 

Nie chciała wyobrażać sobie innych kobiet w jego miesz­

kaniu. Wolała udawać, że Walker Ashton należy do niej. Że 

zawsze będzie jej kochankiem. Jej i tylko jej. 

- Może Edward już tu nie mieszka - powiedział niespo­

dziewanie. 

- Minęły tylko trzy lata - odpowiedziała drżącym gło­

sem. 

- Wiele się może zdarzyć w tak długim czasie. - Wciąż 

patrzył jej w oczy. - My znamy się dopiero od dwóch ty­
godni. 

Szesnaście dni, pomyślała, ale kto by to liczył? 
Dotknął jej policzka i kolana się pod nią ugięły. W zwy­

czajnym świecie byliby zaledwie znajomymi. Ale ich świat 

background image

nie miał w sobie nic zwyczajnego. Stali się kochankami nie­
mal od razu. A teraz udawała, że on do niej należy, że może 

wymyślać bajeczki i sama siebie oszukiwać. 

- Tęsknisz za miastem? - zapytał. 

Potrząsnęła głową, przypominając sobie miejsce, które 

zostawiła za sobą: trolejbusy, chińską dzielnicę, most Gol-
den Gate, wzgórza i wiktoriańskie domy, poranną mgłę. 

Zbyt wiele wspomnień, pomyślała. Miejsce, gdzie w ma­

łym grobie spoczywała Jade. 

- Tęsknisz za rezerwatem? - zapytała. 
- Za krótko tam byłem. - Wsunął palce w jej włosy. 

Tamra poczuła ból, jakby go traciła. 
Nagle ogarnęła ją panika. Czyżby się właśnie zakochi­

wała? 

Walker nie był Edwardem. Nie był ojcem jej utraconego 

dziecka. Ale Tamra chciałaby mieć z nim dziecko. 

Patrzył na nią z bliska. 

- Znowu czymś się martwisz. 
- Po prostu mnie przytul. - Wyciągnęła do niego ręce, 

a on ją objął. 

Z zamkniętymi oczami wtuliła się w jego szyję. Przy­

ciągnął ją bliżej i Tamra wdychała jego zapach. 

Czy zakochała się w nim? Po szesnastu dniach? Czy tra­

ciła głowę? 

- Nie mogę jasno myśleć. 
- Dlaczego? 
- Nie wiem. - Chwyciła go mocniej, mimo że wiedziała, 

że powinna go puścić. - Może to twoja wina. 

background image

- Nie wiń mnie. Chciałaś przyjechać do San Francisco. 
- Żeby odwiedzić Jade. - Nie żeby stracić serce. 
- Odwiedzimy ją. 
- Nie teraz. - Usłyszała swoje słowa. Potrzebowała chwi­

li czasu, żeby się pozbierać, zacząć myśleć o czymś innym. 

- Zróbmy teraz coś innego. 

- Możesz pojechać ze mną do biura. 

Odsunęła się od niego. 

- Masz zamiar pracować? 
- Chcę sprawdzić, co się tam dzieje, dać znać mojej asy­

stentce, że jestem w mieście. Poza tym chciałbym, żebyś zo­

baczyła Ashton-Lattimer. 

- To jedźmy tam. 

Może widok jego biura przywoła ją do rzeczywistości. 
Pół godziny później Tamra i Walker dotarli do Dzielni­

cy Finansowej. Korporacja Ashton-Lattimer znajdowała się 

w osiemnastopiętrowym budynku na California Street. 

Kiedy znaleźli się w środku, Tamra rozejrzała się, podzi­

wiając architekturę z przełomu wieków, Walker powiedział, 
że wieżowiec zbudowano w 1906 roku, po wielkim pożarze. 

Wyglądał na zafascynowanego jego historią. 

Próbowała trzymać emocje pod kontrolą, ale w trakcie 

jazdy windą na górę poczuła, jak ściany zaczynają się wo­

kół niej zamykać. Byli jedynymi osobami w tej małej prze­
strzeni. 

Walker przebrał się w garnitur i wyglądał niezwykle 

seksownie. Jak prezes ogromnej firmy. Ulubiony bratanek 
Spencera Ashtona. 

background image

Uśmiechnął się do niej, a ona poczuła ucisk w gardle. 

Wiedziała, że Walker ma w sobie jasną stronę, którą ukrył 

przed stryjem. 

- To naprawdę imponujące miejsce - powiedziała. 
- Tutaj został zamordowany Spencer. Został zastrzelony 

w swoim biurze. Pracował do późna i... 

Drzwi windy otworzyły się i Walker zamilkł. Czterna­

ste piętro, na którym znajdowały się biura Ashton-Lattimer, 

było urządzone nowocześnie. 

Walker przedstawił ją kilku pracownikom, z których 

każdy traktował go z najwyższym szacunkiem. Zastana­

wiała się, czy tutaj, na szczycie łańcucha władzy, są jakieś 
kobiety. 

Pokazał jej swoje biuro - przestronny gabinet urządzony 

w różnych odcieniach szarości. 

To nie deja vu, powtarzała sobie. To nie był Edward. Po 

prostu pobyt z Walkerem w San Francisco budził w niej 
stare wspomnienia. I nowe obawy. 

Rozstanie z Edwardem pozwoliło jej odnaleźć samą sie­

bie. Ale utrata Walkera... 

- Chodź - powiedział, przerywając tok jej myśli. - Przed­

stawię cię mojej asystentce. 

Zaprowadził ją do mniejszego biura, ale najwyraźniej 

kobieta za lśniącym biurkiem nie była tą, której się spo­
dziewał. 

- Kerry? - Rzucił jej zdziwione spojrzenie. - Gdzie jest 

Linda? 

Kerry wstała. Była wysoka, miała kobiece kształty i pięk-

background image

ne blond włosy. Nosiła lawendowy kostium podkreślający 

jej fiołkowe oczy, otoczone długimi rzęsami. 

Była po prostu piękna. 

- Linda jest chora - powiedziała Kerry. - Złapała okrop­

ną grypę, więc ja ją zastępuję. 

- Świetnie. Wiem, że wszystkim doskonale się zajmiesz. 

- Walker rzucił jej uśmiech, po czym odwrócił się do Tamry 

i przedstawił ją. 

Kerry, której nazwisko brzmiało Roarke, wyciągnęła do 

niej rękę ze szczerą sympatią. Tamra od razu stwierdziła, że 
między nią i Walterem nigdy nic nie było. 

- Kerry była asystentką Spencera - powiedział. - Kiedy 

zginął, przeszła do innego działu, ale pomaga nam zawsze, 
kiedy jej potrzebujemy. 

Teraz Tamra zaczęła zastanawiać się, czy Kerry była 

związana ze Spencerem. Biorąc pod uwagę jego skłonność 
do niewierności, mogła sobie wyobrazić, jak usilnie próbo­

wał zdobyć tę zachwycającą blondynkę. 

Ale czy Kerry była typem kobiety, która poszłaby do łóż­

ka z żonatym mężczyzną? 

Kiedy Walker i Kerry dyskutowali o sprawach biznesowych, 

Tamra usiadła na krześle. Po kilkunastu minutach wyszli. 

Walker wziął Tamrę za rękę i wyprowadził z budynku. 

Kiedy owiał ich lekki wietrzyk, zdecydowała, że jest go­

towa, żeby odwiedzić grób Jade. Przedstawić mężczyznę, 
którego kocha, swojej córce. Kiedy ona wyjedzie, a Walker 
zostanie w San Francisco, to on będzie ją odwiedzał. 

background image

Tamra podała Walkerowi wskazówki, jak dotrzeć na 

cmentarz, ale on zatrzymał się najpierw przed kwiaciarnią. 

Tamra też wysiadła z samochodu i zaczęła przechadzać się 

po chodniku tam i z powrotem, czując, jak myśli w jej gło­

wie wirują. 

Nie chciała wracać do domu, nie powiedziawszy mu, że 

go kocha. Nie była jednak pewna, czy powinna mu to mó­

wić. Co chciała uzyskać, wyjawiając mu prawdę? Czy my­
ślała, że to zmieni ich związek? Że on porzuci wielkomiej­

skie życie i przeprowadzi się do Pine Ridge? 

Nie ma szans, stwierdziła. 

Ale z drugiej strony, dlaczego ma nic nie mówić i cier­

pieć w milczeniu? Wpatrzyła się w bukiet stokrotek na wy­

stawie, czując się jak licealistka, która nie potrafi poradzić 
sobie z natłokiem uczuć. 

Kocha. Nie kocha. 

Walker był synem Mary. Zawsze będzie częścią jej życia. 

Będzie widywała go co rok. Nie będzie mogła ignorować 
więzi, która między nimi powstała. 

- Co powiesz na różowe róże? - zapytał, stanąwszy za nią. 

Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. Mary ostrzegała 

ją, że może cierpieć, że może się zakochać. Ale teraz matka 

Walkera myśli, że jest im razem dobrze. 

- Różowe róże? - powtórzyła. 

Skinął głową. 

- I może pluszowy niedźwiadek. Mają też owieczkę, jest 

naprawdę śliczna. Kwiaciarka powiedziała, że mogą umieś­
cić ją w bukiecie. 

background image

Miała ochotę zarzucić mu ręce na szyję i objąć mocno. 

Wydał się jej ziemskim aniołem stróżem Jade. Jej wysokim 

ciemnowłosym opiekunem. 

- Brzmi wspaniale. 
- Dobrze. - Uśmiechnął się. - Zaraz wracam ze zwierząt­

kami. Musimy któreś wybrać. 

Tamra znów spojrzała na stokrotki. 
Kocha. Nie kocha. 
Walker wrócił z różowym niedźwiadkiem w jednej ręce 

i białą owieczką w drugiej. Podniósł obydwa do góry, po­
trząsając nimi. 

- Które bardziej ci się podoba? 
- Nie wiem. - Niedźwiadek miał duże, wyraziste oczy, 

a owieczka uśmiechała się łagodnie. - Może ty zdecydu­

jesz? 

Walker udał, że z namaszczeniem przygląda się obydwu 

zwierzakom. 

- Może powinniśmy wziąć oba. Wtedy jedno nie będzie 

samotne. 

Tamra zastanawiała się, jak to możliwe, żeby był to ten 

sam człowiek, który pozwolił Spencerowi Ashtonowi, aby 
go prowadził i wpływał na jego życie. 

Nie mogła wyobrazić sobie Spencera kupującego za­

bawki na grób dziecka. Albo, nie daj Boże, martwiącego się 

o emocjonalny komfort białej owieczki i różowego misia. 

- Dziękuję, Walker. To naprawdę dużo dla mnie znaczy. 

Spojrzał jej w oczy. Na tle przytulnej kwiaciarni wyglą­

dał jeszcze bardziej męsko. 

background image

- Jade będzie szczęśliwa, że ją odwiedzasz - powiedział, 

po czym zamilkł na chwilę, jakby zastanawiając się nad 
czymś. - Kiedy wrócimy do Napa Valley, zabiorę mamę na 
grób taty. 

Tamra nie mogła przestać na niego patrzeć. Pasmo wło­

sów, zburzone wiatrem, opadło mu na czoło, przykrywając 
ciemną brew. Miała ochotę go dotknąć. 

- Charlotte pewnie to zrobi - powiedziała w końcu. 
- Masz rację. - Chwycił mocniej obydwie przytulania. -

Idę złożyć zamówienie. 

Kiedy czekali na przygotowanie bukietu, Tamra wdy­

chała zapach kwiatów. Walker stał z rękami w kieszeniach, 
ubrany w swój nienagannie skrojony garnitur. Tamra miała 

na sobie ten sam strój, co wcześniej. Nie przebrała się, kie­
dy jechali do jego biura. Nie musiała. Jej dżinsowa spódni­
ca i kowbojki odzwierciedlały jej styl, to, kim była i zawsze 
będzie. 

W ciszy dojechali do cmentarza. Walker niósł róże, 

a ona poprowadziła go trawiastym zboczem do kępy sta­

rych drzew. Płyty nagrobne były tutaj różne - od wymyśl­
nych, po najprostsze. Płyta na grobie Jade była biała, z za­
tkniętym za nią orlim piórem. 

Tamra uklękła i odgarnęła z płyty liście. 

- Jade Marie Winter Hawk. Ukochana córka - odczytał 

Walker, po czym postawił koszyk na ziemi. Pomiędzy kwia­

tami owieczka i niedźwiadek patrzyły na siebie, uśmiecha­

jąc się, jak dzieci bawiące się razem na podwórku. 

- Moja matka miała na imię Marie. - Zastanawiała się, 

background image

jak by Jade wyglądała dzisiaj jako trzylatka mająca w sobie 

krew dwóch różnych ras, piękne, pół-indiańskie dziecko. 

- To ładne imię. 
- Dziękuję. - Wspomnienia wróciły do Tamry, ale po­

stanowiła, że nie będzie płakać, nie pokaże swojej córce, że 

jest smutna. 

- Opowiesz mi, co się stało? - zapytał Walker. 

Skinęła głową, po czym wzięła głęboki oddech. 

- Zdarza się, że dzieci umierają przed porodem i tak 

właśnie było w tym przypadku. Podejrzewałam, że coś jest 

nie tak, ponieważ przestała się ruszać. 

- Wspominałaś o tym. Wyobrażam sobie, że musiałaś 

być przerażona. 

- Przerażona i samotna. Była ze mną tylko Mary. Twoja 

mama bardzo mi pomogła. - Odgarnęła liść z grobu Jade, 
przywiany wiatrem z pobliskiego drzewa. - USG potwier­
dziło moje podejrzenia. 

Sięgnął po jej rękę, splatając z nią palce. Wdzięczna za 

jego dotyk, kontynuowała opowieść, chcąc podzielić się 

z nim przeszłością. 

- Nie było medycznej konieczności wywoływania poro­

du, więc zostawili mi wybór. Mogliśmy wywołać go albo 
czekać, aż sam się zacznie. 

- Zdecydowałaś się na wywołanie? 
- Tak. Większość kobiet w takiej sytuacji tak robi. Cze­

kanie jest zbyt traumatyczne. - Spojrzała mu w oczy i za­
uważyła, jak uważnie się jej przygląda, z jaką troską. - Po 
porodzie zrobiono autopsję i okazało się, że Jade umarła 

background image

z powodu wady wrodzonej. Powiedzieli mi jednak, że to 
nie jest coś, co może powtórzyć się przy następnej ciąży, 

więc ryzyko, że urodzę kolejne martwe dziecko, jest niskie. 

Uniósł ich złączone dłonie do ust i pocałował jej palce. 

- Któregoś dnia będziesz miała dzieci. 
- Tak, któregoś dnia. 

Tamra zdecydowała, że powie jednak Walkerowi, że go 

kocha. Dziś wieczorem, jutro rano... Nie była jeszcze pew­
na kiedy, ale zbierze odwagę, żeby powiedzieć te dwa sło­

wa głośno. Żeby wiedział, co ona czuje. Żeby usłyszeć jego 

odpowiedź. Żeby zobaczyć wyraz jego oczu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

O zmroku Walker i Tamra siedzieli na jego biurku, je­

dząc przyniesione chińskie dania. Wiał lekki wiatr, unosząc 
aromat kurczaka po seczuańsku, wieprzowiny w sosie słod-
ko-kwaśnym, sajgonek i smażonego ryżu. 

Używali papierowych talerzyków i sztućców. Walker 

często tak robił - rzadko gotował, więc rzadko korzystał 
z wyposażenia swojej kuchni. 

- Myliłam się - powiedziała Tamra. 
- Dlaczego? - Nabił kawałek kurczaka na widelec. 
- Myślałam, że zerwiemy z siebie ubrania i będziemy ko­

chać się, zanim słońce zajdzie. 

Spojrzał w niebo i dostrzegł słońce zachodzące za chmu­

rami. 

- Wciąż mamy jeszcze czas. - Przyglądał się chwilę bled­

nącemu światłu, po czym rzucił jej psotny uśmiech. - Ale 
musimy się pospieszyć. 

Roześmiała się. Ucieszyło go to, ponieważ martwił się 

o nią przez cały dzień. 

Wiedział, że bliskość domu Edwarda wyzwoliła w niej 

dawne emocje. To miasto było dla Tamry pełne smutnych 

background image

przeżyć. Walker jednak chciał to zmienić, chciał dać jej tro-
chę ciepłych i czułych wspomnień. 

Doszedł do wniosku, że taka zwyczajna kolacja to do-

bry początek. Jedzenie na jego biurku, ze świecami po-
rozstawianymi dookoła, tworzyło romantyczną atmosferę. 
Na zewnątrz wanna z jaccuzi była już gotowa, a nad wodą 
unosiła się para. Dookoła niej posadzone były kwiaty, a po 
ścianie pięło się wino. 

Tamra wzięła do ust kolejny mały kawałek słodko-kwaś-

nej wieprzowiny. Walker przyglądał się jej, podziwiając 
bezpretensjonalne piękno, dżinsową spódnicę i ulubione 
kowbojki. 

Po chwili spojrzał na wannę, myśląc o rozmowie, którą 

wcześniej odbyli. 

- W tym jaccuzi nigdy nie uprawiałem seksu. 

Podniosła głowę i spojrzała na niego. 

- Nie? 
- Nie. To stało się zupełnie gdzie indziej. 
- Dzięki Bogu. - Sięgnęła po butelkę wody. - Nie muszę 

wyobrażać sobie ciebie z inną kobietą tutaj, na tym tarasie. 

Jej zazdrość sprawiła mu przyjemność. 
Uśmiechnął się i ukradł z jej talerza największy kawa-

łek ananasa, włożywszy go do ust, zanim zdążyła go po-
wstrzymać. 

- Moje jaccuzi jest bezpieczne. 

Potrząsnęła głową, ale wiedział, że cieszy się jego towa-

rzystwem, leniwym popołudniem, które dla niej zorgani-
zował. 

background image

Czy powinien się przyznać do tego, gdzie odbyło się to 

spotkanie w jaccuzi? Złamać swoją zasadę i opowiedzieć 

jej o przeszłości? 

A co mi tam, pomyślał.-

- To było na studenckim przyjęciu. 

Tamra zrobiła zdziwioną minę. 

- Zrobiłeś to na przyjęciu? W obecności innych ludzi? 

Walker zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę, że nie po­

winien był jednak nic mówić. Myślała pewnie, że uczestni­

czył w jakiejś orgii. 

- To nie było tak. Przyjęcie się skończyło. Ja siedziałem 

w jaccuzi z blondynką, która tam mieszkała. Mój przyjaciel, 
Matt, był w sypialni z jej współlokatorką. 

- Zamieniliście się partnerkami? 
- Nigdy bym tego nie zrobił. - Zamilkł na chwilę, wspo­

minając swobodny tryb życia Matta. - Chociaż mój przy­

jaciel nie miałby nic przeciwko temu. 

- Świetny facet. 

Walker zignorował sarkazm w jej głosie. 

- On jest świetnym facetem. Naprawdę. Jest dobrym 

człowiekiem. Tyle że nie pozwoliłbym żadnej kobiecie 
z mojej rodziny spotykać się z nim. - Spojrzał na ciast­
ka z wróżbą, których jeszcze nie ruszyli. - Naprawdę nie 

wiem, dlaczego się ożenił. Wiedział przecież, że to skończy 

się rozwodem. 

- Jest bogaty? Pochodzi z tego samego środowiska co 

Ashtonowie? 

- Jest bogaty, ale każdego centa zarobił sam. Matt Cam-

background image

berlane nie miał nic, kiedy był dorastającym dzieciakiem. 

Żył w warunkach podobnych do tych w Pine Ridge. 

Tamra przechyliła głowę. 

- A ty się z nim przyjaźniłeś? 

Wzruszył ramionami, widząc jej zaskoczenie. 

- Ja też kiedyś byłem biedny, pamiętasz? Zanim Spencer 

zabrał Charlotte i mnie do siebie. Rozumiałem wstyd Mar­
ta i jego determinację, żeby osiągnąć sukces. - Nabrał ryżu 
na widelec. - Wciąż się przyjaźnimy. 

- Więc spróbuję go nie oceniać. - Spojrzała mu prosto 

w oczy. - Ale zgadzam się, że powinieneś trzymać go z dala 

od kobiet w twojej rodzinie. 

- Nie boję się o to. Jestem pewien, że Matt ma wystarcza­

jąco dużo własnych kochanek do zabawy. 

- A ty masz mnie. 

Wypuścił głośno powietrze z płuc. 

- Nie jesteś moją zabawką, Tamro. Z nami jest inaczej. 
- Wiem. - Odsunęła talerz. - Wiem bardzo dobrze. 

Zauważył, że jej ręce drżą, że znowu opanował ją niepo­

kój. Nie wiedział, co ma zrobić i jak odpowiedzieć. Bał się, 
że ich związek wymyka się spod kontroli i obydwoje mogą 
z tego powodu cierpieć. 

- Muszę ci coś powiedzieć. - Bawiła się bransoletką. -

Nie wiedziałam, kiedy będzie odpowiedni czas, ale... 

Zamarł. Gdzieś w głębi duszy wiedział, o co chodzi. 

- Kocham cię, Walker. 

Tych słów się właśnie spodziewał. 

- Nikt mnie nigdy nie kochał. Nikt. 

background image

- Ja cię kocham. 

Poszukała jego spojrzenia, patrząc na niego z bolesną 

szczerością. Wiedział, że nie powinien się bać. Był samot­
nym, z nikim niezwiązanym mężczyzną i nie miał nic do 
stracenia. 

Tylko swoje serce. 

Czy on też ją kochał? Czy to szaleństwo, ta despera­

cka potrzeba chronienia jej to była miłość? Strach przed 

utratą? 

Walker wziął butelkę z wodą do ręki i pociągnął długi 

łyk. Jednak lodowaty płyn nie otrzeźwił go. 

- Ze mną dzieje się to samo. 
- Naprawdę? - Była zdenerwowana. - Co zrobimy? 
- Nie wiem. Czy nie możemy o tym po prostu zapo­

mnieć? - Posłał jej niepewny uśmiech. - Może po prostu 
pójdziemy do jaccuzi? 

- Mężczyźni zawsze uważają, że seks jest odpowiedzią. 
- Nie możesz mnie winić za to, że próbowałem. - Nic 

innego nie przychodziło mu do głowy, więc wstał i zebrał 
kartony po jedzeniu. - Odniosę je. 

Ona też wstała. 

- Zetrę stół. 

Posprzątali w kilka minut i oboje znaleźli się w kuch­

ni, patrząc na siebie w świetle jasnych, oślepiających lamp. 
Zastanawiał się, czy może nie powinni wyjąć przepowied­
ni z ciastek, może słowa wypisane na małych karteczkach 
papieru dodałyby im odwagi. 

- Coś wymyślimy - powiedział. 

background image

- Wymyślimy? 
- Tak. - Przysunął się do niej. Dwa, trzy, cztery kroki i już 

mógł poczuć jej zapach. - Ludzie cały czas się zakochują. 

- Ludzie, którzy mieszkają tysiące kilometrów od siebie? 
- Mamy przeszkodę, którą musimy pokonać. - Odsunął 

pasmo włosów z jej twarzy. - Ale jestem dobry w rozwią­
zywaniu problemów. 

Ona również dotknęła go i za chwilę stali objęci, cału­

jąc się. 

Potem wzięła go za rękę i poprowadziła na zewnątrz. Ra­

zem weszli między rośliny. Bez słowa rozebrali się nawza­

jem, rzucając ubrania na podłogę. Walker przyciągnął jej 

nagie ciało do swojego, czując coraz większe podniecenie. 

Kiedy zanurzali się w wodzie, stwierdził, że nie ma się 

czym martwić. 

Musi tylko poprosić ją, żeby została, zostawiła rezerwat 

i wprowadziła się do niego. To było jedyne wyjście. Jedy­
ny logiczny wybór. Porozmawia z nią o tym. Porozmawia, 
tylko nie teraz. 

Ich ręce żyły własnym życiem, dotykając każdego miej­

sca na ciele partnera. Woda przepływała między nimi, uno­
sząca się z niej para tworzyła magiczny nastrój. Słońce za­
szło, ustępując miejsca srebrnemu księżycowi. 

Uniósł ją do góry, sadzając na brzegu wanny. Wygląda 

jak syrena, pomyślał, dumna bogini morza. 

Nieśmiała. Zmysłowa. Wyzywająca. 
Kobieta, w której się zakochiwał. 

background image

Tamrze kręciło się w głowie. To od gorącej wody i chłod­

nego powietrza San Francisco, pomyślała. Ale przede 

wszystkim od tego, że Walker Ashton przyznał, że on też 

się w niej zakochał. 

Owinął ją w ręcznik, a ona przyglądała mu się spod 

rzęs. 

Jej puls nie chciał zwolnić. 

Walker wziął drugi ręcznik, wysuszył się szybko i owinął 

go wokół bioder. 

- Wejdźmy do środka. Dam ci szlafrok. . 

Weszła za nim do mieszkania. Podobała jej się myśl, że 

założy coś, co należy do niego. 

Zaczekała w salonie, a Walker po chwili powrócił z plu­

szowym, grubym szlafrokiem, który okazał się o wiele na 
nią za duży. 

- Jest idealny - powiedziała. 

Dla siebie przyniósł parę dżinsów. Jego pierś wciąż jed­

nak była naga, a woda spływała po niej małymi strumycz­
kami. Tamra miała ochotę znowu go dotknąć. 

- Napijesz się ze mną wina? - zapytał. 
- Czy chcesz mnie upić? 
- A potem wykorzystać? Żebyś wiedziała. - Mrugnął do 

niej. - Rozpracowałaś mnie. 

- No dobrze. Ale tylko trochę. Nie piję alkoholu zbyt 

często. 

- Nie ma problemu. - Nalał jej, a sobie napełnił kieliszek 

o wiele hojniejszą ręką. 

Tamra wzięła do ust łyk pinot noir. 

background image

- Jest z twojej rodzinnej winnicy? - zapytała. 
- Tak. - Odwrócił butelkę w jej stronę, żeby mogła przyj­

rzeć się etykiecie. - Najlepsze wino. 

Siedzieli przez chwilę w ciszy i Tamra rozkoszowała się 

atmosferą. 

- Chciałbym, żebyś się do mnie wprowadziła. 
- Tutaj? 
- Tak, tutaj. Chcę dzielić moje życie z tobą. 

Wszystko w jej wnętrzu zamarło. Prosił ją, żeby by­

ła z nim, została z nim... Jak jednak mogła się na to zgo­
dzić? Jak mogła mieszkać w mieście? Udawać kogoś, kim 
nie jest? 

Tamra ścisnęła poły szlafroka, zamknęła oczy, po czym 

znów je otworzyła. Czy popełniała błąd? Czy będzie ża­
łowała tej decyzji przez resztę życia? Czy będzie płakała 
z tęsknoty za nim w długie, samotne noce? 

- Nie mogę opuścić Pine Ridge - powiedziała ze ściśnię­

tym gardłem. - Próbuję czegoś tam dokonać, pomóc na­
szym ludziom. 

- Nie chodzi o plemię. - Jednym łykiem wypił kieliszek 

do dna. - Chodzi o nas. O ciebie i o mnie. 

- Dlaczego ty nie możesz się przenieść? - zapytała. 
- Ja? W rezerwacie? To nigdy się nie uda i dobrze o tym 

wiesz. Zajmuję się bankowością inwestycyjną. To potra­

fię i to mam we krwi. Miałbym to zostawić? Co bym robił 
w Pine Ridge? 

- A co ja bym tutaj robiła? 
- Masz dyplom z marketingu - odparł. - Poradzisz sobie 

background image

w San Francisco. Dopasujesz się do miejskiej rzeczywisto­
ści. Już tutaj mieszkałaś. 

Potrząsnęła głową, a łzy napłynęły jej do oczu. Nie mog­

ła opuścić ziemi swoich przodków. 

- Pine Ridge to mój dom. 
- Więc po co mówiłaś mi, że mnie kochasz? 
- Bo chciałam, żebyś wiedział, co czuję. 

Napełnił swój kieliszek i znów wypił go duszkiem. 

Tamra odstawiła kieliszek na stół, obok butelki. Ona ni­

gdy nie piła alkoholu, żeby złagodzić swój ból. Zbyt wiele 

widziała w rezerwacie przykładów, do czego to może pro­
wadzić. 

- Nie pij tyle, Walker. To nie pomoże. 

- Nie mów mi, co mam robić. - Wstał i spojrzał na nią 

pociemniałymi oczami. - Nie potrzebuję, żeby kobieta, 
którą kocham, traktowała mnie jak dziecko. 

Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej. 

Walker wcisnął ręce do kieszeni. 

- Myślałem o tym, jak trudno mi będzie rozstać się z to­

bą. Ale i tak cię sTrace, i tak. 

- Ja też. Ale nie spodziewałam się cudu - odpowiedzia­

ła. - W głębi duszy wiedziałam, że nigdy nie zmienisz dla 
mnie swojego trybu życia. Że nigdy nie przeprowadzisz się 

do Pine Ridge. 

- A ty nie przeniesiesz się tutaj. 

Podniósł butelkę, spojrzał na etykietę Ashtonów i przez 

chwilę Tamra obawiała się, że rzuci nią i roztrzaska o ścia­
nę. Powstrzymał się jednak. 

background image

A kiedy ich oczy się spotkały, kiedy spojrzał wprost na 

nią, wiedziała, że nigdy już nie będzie taka, jak przedtem. 
Bez względu na to, ile lat minie, jak bardzo będzie próbo­

wała wymazać go z pamięci, on na zawsze pozostanie męż­

czyzną, którego kocha. 

Walker i Tamra wrócili do Napa Valley dzień wcześniej. 
Walker zostawił ją w swoim apartamencie w posiadłości, 

twierdząc, że ma coś do załatwienia. Pojechał do domu swo­

jej siostry, żeby porozmawiać z matką. Siedział teraz obok niej 

na ławce w patio Charlotte. W ogrodzie kwiaty, drzewa i rośli­
ny doniczkowe kwitły, a w oddali widać było wzgórza. 

Wzrok Walkera przyciągnęła fontanna, znajdująca się 

w centralnym punkcie ogrodu. Wyglądała trochę jak stud­

nia życzeń, ale wiedział, że nie ma się co łudzić. 

Wyjaśnił całą sytuację mamie, ale ona nie zaoferowała 

pomocy. Nie powiedziała, że zrobi cokolwiek. 

- Chciałbym, byś przekonała Tamrę, że powinna się do 

mnie wprowadzić - powiedział, marszcząc brwi i wbijając 

wzrok w fontannę. 

Rodzina zięb kąpała się w niej, rozpryskując wodę i wy­

glądając na zdecydowanie za bardzo szczęśliwą. 

- Och, kochanie... Nie mogę tego zrobić. 
- Dlaczego? Bo myślisz, że ona ma rację? Że to ja powi­

nienem się przeprowadzić? 

- Tu nie chodzi o to, kto miałby się przeprowadzić. Tu 

chodzi o dwoje ludzi, którzy muszą nauczyć się rozwiązy­

wać problemy wspólnie. 

background image

- Łatwo ci powiedzieć. 
- Nie. Dla mnie to w ogóle nie jest łatwe. Kocham ciebie 

i Tamrę. Chcę, żebyście obydwoje byli szczęśliwi. 

- No cóż, więc nie jesteśmy. Unieszczęśliwiamy siebie na­

wzajem. 

Mary westchnęła. 

- Kiedy byłeś małym chłopcem i byłeś smutny, kładłeś 

mi głowę na kolana. Ale teraz jesteś dorosły i nie wiem, jak 
sprawić, żebyś poczuł się lepiej. 

- Żałuję, że nie jestem już dzieckiem. Życie było wtedy 

prostsze. 

- Tak myślisz? - zapytała. 
- Nie. - Jego życie nigdy nie było łatwe, zwłaszcza po 

stracie rodziców. Spojrzał Mary w oczy, przez chwilę czu­

jąc pokusę położenia głowy na jej kolanach, cofnięcia się 
w czasie i rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Żałował, że 
jej nie pamięta, że jego wspomnienia są takie niepełne. No­

sił nawet zdjęcie rodziny w portfelu, ale to go nie zmieni­

ło. Nie odnowiło jego tożsamości. - Nawet nie wiem, kim 
teraz jestem. 

Dotknęła jego policzka. 

- Jesteś mężczyzną, którego kocha Tamra. 
- Ale to boli, mamo. 
- Wiem. - Gładziła go dłonią po twarzy. - Ona też 

cierpi. 

- A ja obiecałem jej, że tak się nie stanie. 
- Jeśli będziesz wytrwale szukał, w końcu znajdziesz roz­

wiązanie. Spójrz na Charlotte i Alexandra. Zobacz, jak im 

background image

udaje się żyć razem. - Opuściła rękę. - On ma winnice 
i dom we Francji, ale postanowił zostać w Ameryce, do­
póki Charlotte nie Będzie gotowa się przeprowadzić. A na­

wet wtedy wciąż będą mieli ten dom. Wciąż będą związani 

z Napa Valley. 

- To nie to samo. 
- Owszem, to samo. Tylko że jesteś zbyt zagubiony, żeby 

to dostrzec. Daj sobie trochę czasu. Przemyśl to. Pogódź się 
sam ze sobą. I ze wszystkim i wszystkimi wokół ciebie, jeśli 
tak będzie trzeba. 

To była dobra rada. Prosto z serca. Ale Walker nie wie­

dział, jak wprowadzić ją w życie. Mimo że jego życie nie 
było idealne, inne kłopoty nie mogły się równać z tym, co 

działo się między nim i Tamrą. 

Nie zastanawiając się, położył się i oparł głowę na kola­

nach Mary. Kiedy dotknęła jego policzka, zamknął oczy. 

- Nie chcę, żeby Tamra wyjeżdżała. 
- Ona też nie chce cię stracić. Ale jest równie zagubio­

na jak ty. 

- Nigdy nam się nie uda znaleźć rozwiązania. 
- Uda wam się - powiedziała jego matka. - Jeśli kochacie 

się wystarczająco mocno, uda się. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

W dzień wyjazdu Tamra obudziła się, kiedy zamglone 

światło poranka zaczęło wpływać do sypialni. 

Przewróciła się na bok i spojrzała na Walkera. Wciąż 

jeszcze spał. Miał na sobie bokserki, a jego włosy rozrzu­

cone były na poduszce. Jednym ramieniem zakrywał twarz, 
a kołdra przykrywała go tylko do bioder. 

Chciała przysunąć się bliżej, dotknąć go, przytulić, trzy­

mała się jednak na dystans. Mimo że wciąż dzielili to samo 
łóżko, nie kochali się od tamtej fatalnej nocy w San Fran­
cisco. 

Nocy, której go straciła. 

Wiedziała, że to jej wina. Odrzuciła zaproszenie Walke­

ra. Odmówiła jego prośbie, żeby dzieliła z nim życie. I te­
raz płaci za to cenę. 

Walker poruszył się przez sen, odsuwając ramię i odsła­

niając twarz. 

Tamra naciągnęła na siebie kołdrę, próbując się roz­

grzać. 

Znów się poruszył, a kiedy otworzył oczy, jej serce nie­

omal się zatrzymało. 

background image

- Cześć - powiedziała, nie znajdując lepszego powitania. 
- Cześć. - Nie uśmiechnął się. 

Przez kilka ostatnich dni prawie nie rozmawiali. Jednak 

żadne z nich nie zaproponowało, że powinni spać w oddziel­
nych sypialniach. 

Pozostanie w tym samym łóżku było szaleństwem, wie­

działa o tym, ale taki był ich wybór. W ten sposób karali 
samych siebie. 

Spojrzał na zegarek. 

- Jest wcześnie. 

Wiedziała, co miał na myśli. Za wcześnie, żeby szykować 

się na lotnisko. 

- Chcesz kawy? 
- Tak, poproszę. - Usiadł i przygładził włosy. 

Zauważyła, że od kilku dni się nie golił. 

- Jesteś głodny? - zapytała. 
- Nie bardzo. A ty? 
- Nie, ale zrobię kilka tostów. Nie lubię pić kawy na pu­

sty żołądek. 

- Ja też nie. 

Kiedy wstawała z łóżka, czuła, że on się jej przygląda. 

Miała ochotę chwycić szlafrok i zakryć koszulkę nocną, ale 
nie miała żadnego pod ręką. Wyszła więc z sypialni z biją­
cym sercem. 

Kiedy wróciła z kuchni z tacą i posmarowanymi masłem 

tostami, Walker wciąż leżał w łóżku i miał na sobie bokser­
ki. Postawiła śniadanie na szafce nocnej, a on podziękował 

jej cicho. 

background image

Tamra sięgnęła po kubek i wypiła łyk kawy, zastanawia­

jąc się, co powinna powiedzieć. 

- Mglisty dzień - rzuciła. 
- Świetnie oddaje mój nastrój. - Zamilkł i poszukał jej 

wzroku. - Dziwnie będzie, kiedy odjedziesz. 

- Mnie też będzie dziwnie... Może przyjedziesz do re­

zerwatu na powwow w przyszłym tygodniu? Będzie twoja 
siostra i Alexander i... 

- Nie mogę - przerwał jej. - Nie mogę już wziąć więcej 

wolnego w Ashton-Lattimer, przynajmniej nie tak szybko. 
Mam spore zaległości. 

- Rozumiem. 

Spojrzał przez okno na przepływającą za nim mgłę. 

- Może nie powinienem jechać dziś na lotnisko. - Upuś­

cił kilka okruchów na pościel, ale nie zwrócił na to uwa­
gi, - Charlotte i Alexander zaproponowali, że was odwiozą, 
i myślę, że tak będzie łatwiej. Nie znoszę długich pożeg­
nań. 

- Dobrze. 
- Jesteś pewna? 
- Tak - powiedziała, mimo że pragnęła, żeby ją odpro­

wadził, żeby mogła udawać, że jedzie razem z nią. - Nie ma 

problemu, Walker. Możesz zostać. 

Trzy godziny później Tamra była już spakowana i goto­

wa do wyjazdu. Prawie gotowa. Lila nalegała, żeby wszyscy 
jeszcze spotkali się w jadalni na późne śniadanie. 

Tak więc rodzina Ashtonów i ich wyjeżdżający goście 

spotkali się w jadalni przy jajkach, bekonie i naleśnikach 

background image

z truskawkami. Mary, Charlotte i Alexander rozmawiali 
z Paige i Traceem, podczas gdy Lila dolewała szampana do 
swojego soku pomarańczowego. 

Tamra nie zjadła dużo. Wystarczyła jej wcześniejsza ka­

wa i tosty. Walker też nie miał apetytu. 

W końcu posiłek się skończył i Alexander ogłosił, że 

czas już jechać na lotnisko. 

Lila robiła, co mogła, żeby złagodzić napięcie. Pocało­

wała Mary w policzek, po czym wręczyła Tamrze czek, da­

rowiznę na Oyate Project. Tamra podziękowała, domyśla­

jąc się, że Walker opowiedział o działalności charytatywnej, 

którą prowadziła. 

Walker najpierw pożegnał się z Mary. Przytulił ją, obie­

cując, że będzie kontaktował się tak często, jak to tylko 
możliwe. Dowodziło to, jak dużo wydarzyło się między 
nim i Mary. Byli bez wątpienia matką i synem. 

Łzy napłynęły Tamrze do oczu, ale nie pozwoliła im po­

płynąć. Nie chciała płakać przy wszystkich. Kiedy Walker 
odwrócił się od niej, czekała, aż zrobi pierwszy krok i jej 
dotknie. 

Wtedy czas się zatrzymał. Pocałował ją delikatnie. 

- Wybacz mi - szepnęła, przepraszając za to, że nie uda­

ło jej się sprawić, żeby ich związek mógł przetrwać, że nie 
znalazła sposobu na to, by byli razem. 

- Ty też mi wybacz - powiedział. 

Położyła głowę na jego ramieniu, błagając Stwórcę, żeby 

dał jej siłę, by mogła odejść, nie uśmiercając swojej duszy. 

Jej modlitwa jednak nie poskutkowała. 

background image

Rozdzielili się, a ona poczuła w środku kompletną pustkę. 
Po kilku sekundach było już po wszystkim. Pożegnali się, 

Tamra wyszła przez frontowe drzwi i wsiadła do samocho­

du Alexandra, siadając z tyłu obok Mary. 

Z bólem rozrywającym serce spojrzała przez okno, za­

stanawiając się, czy Walker wyszedł za nimi. Nie było jed­
nak nikogo. 

Po prostu zniknął. Jak poranna mgła. 

Tydzień później Walker siedział w barze w San Franci­

sco, czekając na Tracea. Poprosił kuzyna o spotkanie, ale 

Trace się jeszcze nie pojawił. 

Zerknął na zegarek. Siedział przy tym samym piwie od 

dwudziestu minut. Wybrał głośny bar ze stołami bilardo­

wymi i migającą szafą grającą, ponieważ nie znosił zosta­
wać sam, w ciszy. 

Walker pracował ostatnio dłużej niż zwykle, ale kiedy 

jego dzień pracy się kończył, nie potrafił wrócić do puste­

go mieszkania. 

Podniósł głowę i dostrzegł Trace'a wchodzącego do 

środka. Kuzyn wyglądał na poirytowanego. 

Spojrzeli na siebie poprzez zatłoczone pomieszczenie 

i Trace ruszył w jego stronę. Grymas na jego twarzy nada­

wał jej jeszcze surowszy wyraz niż zwykle. 

Wściekły Ashton. 

- Mam nadzieję, że masz dobry powód, żeby mnie tu 

ściągnąć - powiedział i rozejrzał się. - Poza tym nie mo­

głeś wybrać sympatyczniejszego miejsca? To nora. 

background image

- Zamknij się i siadaj - powiedział Walker, zastanawiając 

się, czy nie popełnił błędu. On i Trace od lat nie rozmawiali 
normalnie. - Postawię ci piwo i miejmy to już za sobą. 

- Dobra. Jak chcesz. - Trace przyciągnął sobie krzesło. 

W przyćmionym świetle jego oczy nabrały kociego wyrazu. 

Ostrożne, nieufne. 

Kelnerka podeszła i przyjęła zamówienie. Wkrótce przed 

nimi pojawiły się kufle piwa. Orzeszki stojące na stole po­
zostały nietknięte. 

- Więc o co chodzi? - zapytał Trace. 
- Próbuję pogodzić się sam ze sobą, a moja matka po­

wiedziała, że powinienem pogodzić się również z otaczają­

cymi mnie ludźmi. Pomyślałem sobie, że zacznę od ciebie. 

- Czy to jakiś żart? - Kuzyn rozejrzał się dookoła w po­

szukiwaniu ukrytej kamery. - A może po prostu chcesz 
mnie zdenerwować? 

Walker przeklął pod nosem. To faktycznie brzmiało 

dość głupio. 

- Przechodzę teraz trudny okres. Nie wiedziałem, co 

mogę innego zrobić. 

- Nie jestem dobry w dawaniu rad, ale jeśli chcesz z kimś 

pogadać, to dawaj. - Trace wyprostował się na krześle. 

Nie ma mowy, pomyślał Walker. Nie powie mu, jak bar­

dzo tęskni za Tamrą. Nie miał zamiaru przyznawać się, że 
nie może spać w nocy. 

- No dalej - zachęcał go Trace. - Powiedz, co cię gnębi. 
- Żebyś mógł się napawać moim cierpieniem? Niedo­

kładnie o to mi chodziło. 

background image

Kuzyn przybrał stoicki wyraz twarzy, co robił zdecydo­

wanie za często. Walker nigdy nie wiedział, co Trace myśli. 

Był świetny w ukrywaniu emocji. 

- Nawet nie wiem, dlaczego cię nie lubię - powiedział. 

- Poza tym, że jako dziecko byłeś nieznośny. 

Trace prawie się uśmiechnął. Prawie. 

- Jestem cztery lata młodszy od ciebie. Czego się spo­

dziewałeś? 

- Czy chodziło o Spencera? Czy to on zrobił z nas wro­

gów? 

- Dlatego, że byłeś ulubieńcem taty? - Trace wziął do ust 

orzeszka. - To na pewno nie pomagało. 

- To nie było sprawiedliwe. Spencer traktował mnie le­

piej niż ciebie. 

- Tak, ale biorąc pod uwagę, co ci zrobił, okłamując cię 

na temat twojej matki, myślę, że wyrównał rachunki. Tata 
kochał tylko samego siebie. 

Kochać. Tak bardzo chciał, żeby Spencer go kochał. Tak 

bardzo, że pogrzebał swoje wspomnienia, udając, że David 
i Mary, jego rodzice, nigdy nie istnieli. 

- Ojciec mnie też oszukał - powiedział Trace. 
- Jak to? 
- Nigdy nie byłem z nim blisko, ale prawdziwa nienawiść 

między nami zaczęła się, kiedy spłacił moją narzeczoną. 

Walker pomyślał o pieniądzach, które Spencer dał Mary. 

Najwyraźniej była to jego odpowiedź na wszystko. 

- Zapłacił kobiecie, którą kochałeś? Dlaczego? Żeby po­

zbyć się jej z twojego życia? 

background image

- Tysiąc kawałków. 
- Mojej mamie dał nędzne trzydzieści. 

Trace westchnął i obydwaj napili się piwa. Walker 

zastanawiał się, czy jego kuzyn wciąż kochał swoją narze­
czoną. 

- Wzięła pieniądze? 
- Co do centa. 

Walker zmarszczył brwi. Ledwo przypominał sobie, że 

Trace był zaręczony. Nigdy nie interesował się życiem in­

nych. 

- Myślisz, że jestem taki jak on? 
- Kto, mój tata? Przecież starałeś się być taki ze wszyst­

kich sił. Cholera, nawet zajmujesz jego miejsce w biurze. 

Nagłe myśl o życiu w cieniu Spencera sprawiła, że Wal­

ker poczuł mdłości. Chciał być niezależny, znaleźć spokój, 

o którym mówiła jego matka. Zamiast tego dowiedział 
się, że będąc prezesem Ashton-Lattimer, okłamuje same­
go siebie. 

- Przykro mi, że to zrobił. 
- To było pięć lat temu. Już to przebolałem. 

Kłamca, pomyślał Walker. Trace wciąż cierpiał. 

- Myślisz, że twój ojciec wciąż ma na nas wpływ? Nawet 

zza grobu? 

Trace nie odpowiedział, ale to nie miało znaczenia. Wal­

ker znał już odpowiedź. Przynajmniej jeśli chodziło o nie­
go. Wybrał Ashton-Lattimer zamiast Tamry. 

A teraz chciał naprawić ten błąd, zrobić wszystko, żeby 

ich związek się udał. Ale to nie było takie proste jak rezyg-

background image

nacja z pracy. Należało zawrzeć jeszcze inne kompromisy. 

A on nie mógł zrobić tego sam. 

Musiał współpracować z Tamrą. 

Następnego dnia Walker przyjechał do rezerwatu. Zatrzy­

mał się przy domu swojej mamy, ale nikogo nie zastał. Wtedy 
przypomniał sobie o powwow. Pojechał tam od razu. 

Pod morzem baldachimów siedziały rodziny na rozkła­

danych krzesełkach i przyglądały się przebranym tance­
rzom, zataczającym taneczne koła. W innym miejscu zgro­
madzili się sprzedawcy pamiątek i stały stoiska z jedzeniem. 

W cieniu drzew dzieci siedziały po turecku w kręgach, sze­

roko otwartymi oczami wpatrując się w bajarzy, którzy 
opowiadając różne historie, przenosili je do innego świata. 

Walker rozglądał się dookoła, a do jego uszu dotarły 

dźwięki bębnów, rozchodzące się w rozgrzanym słońcem 
powietrzu. 

Nie miał pojęcia, gdzie szukać Tamry. Zakładał, że jego 

mama i siostra były razem z nią. I z Alexandrem. Zastana­

wiał się, co Francuz myśli o spotkaniu w Pine Ridge. Bez 
wątpienia on i Charlotte doskonale się bawili. 

Grupa nastolatków przeszła obok niego, flirtując ze sobą. 

Walker uśmiechnął się do siebie, po czym zwalczył strach. 

A jeśli Tamra nie przyjmie jego propozycji? Będą musieli 

oboje coś poświęcić, coś zmienić. 

Poprzedniego dnia powtórzył sobie całą przemowę, ale 

teraz żałował, że nie zadzwonił do Tamry i nie uprzedził jej 
o swoim przyjeździe. 

background image

- No proszę, nasz smakowity yeska. - Usłyszał za sobą 

głos. 

Odwrócił się i dostrzegł Michele, przyjaciółkę Tamry, 

uśmiechała się do niego. 

On też się uśmiechnął, ciesząc się, że widzi znajomą 

twarz. Michele przebrana była w tradycyjny strój i moka­
syny, wszystko ozdobione koralikami i kawałkami błysz­
czącego metalu. -

- Nie wiedziałem, że jesteś tancerką i bierzesz udział 

w konkursie - powiedział, zauważając numer na lasce, któ­

rą trzymała w ręku. 

- A ja nie wiedziałam, że cię tutaj spotkam. - Przechyli­

ła głowę. - Zastanawiam się, czemu Tamra nic mi nie po­

wiedziała. 

Walker znów poczuł przypływ zdenerwowania. 

- Nic o tym nie wie. 

Oczy Michele się rozjaśniły. 

- Przyjechałeś, żeby zrobić jej niespodziankę? To cudow­

nie. Była ostatnio bardzo nieszczęśliwa. 

Poczuł przypływ ulgi. Jeśli była nieszczęśliwa, to znaczy, 

że za nim tęskniła. A przynajmniej miał taką nadzieję. 

- Gdzie ona jest? 
- Kręci się w pobliżu, sprzedaje bilety na loterię. - Mi­

chele wskazała kierunek ustami. - Ale widziałam twoją ma­
mę przy stoisku ze smażonym chlebem. Przedstawiła mnie 
twojej siostrze i temu przystojniakowi, za którego wycho­
dzi. Jest naprawdę uroczy. 

- Alexander wie, jak oczarować kobietę. 

background image

- Oj tak. 

Spojrzał w stronę stoisk z jedzeniem. 

- Myślisz, że moja mama wciąż tam jest? 
- Chyba tak. Kolejka była dość długa. Naprawdę się cie­

szę, że wróciłeś. Mam nadzieję, że tym razem zostaniesz 

trochę dłużej. 

- Taki mam zamiar. Przynajmniej coś w tym rodzaju -

dodał, czując serce podchodzące do gardła. - Zobaczymy 
się później, dobrze? 

- Jasne. - Rzuciła mu pytające spojrzenie. Najwyraźniej 

to „coś w tym rodzaju" musiało ją zdziwić. 

Walker nie miał jednak czasu, żeby jej wszystko wyjaś­

niać. Jeśli wkrótce nie znajdzie Tamry, jego niepokój zmie­
ni się w atak paniki. 

Łatwo odnalazł Mary, Charlotte i Alexandra. Mama 

była szczęśliwa, że go widzi. Zarzuciła mu ręce na szyję, 
a on przytulił się do niej, ciesząc się, że jest w jego życiu. 
Kochał ją. Wiedział to teraz i był tego pewien. Czuł tę 

więź, jaka między nimi powstała, więź, którą Spencer 

chciał zniszczyć. 

Mary odsunęła się o krok, żeby mu się przyjrzeć. 

- Mój chłopiec. Mój syn. Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. 
-Ind

 - zwrócił się do niej w dialekcie Siuksów i Mary 

się uśmiechnęła. 

- Przyjechałeś do Tamry? 

Skinął głową, pragnąc, by żołądek przestał skakać. 

- Nie mogę jej znaleźć. 
- Pomogę ci. 

background image

Mimo że Mary najwyraźniej dobrze znała teren pow-

wow, nie było to łatwe zadanie. W końcu zauważyła ją. 

- Jest tam. 

Walker się zatrzymał. Tamra stała kilkanaście metrów 

od nich przy stoisku z pamiątkami, sprzedając turystom 
bilety na loterię. 

Matka ścisnęła go za ramię. 

- Myślę, że dalej sam sobie poradzisz. 

Skinął głową. Tamra jeszcze go nie zauważyła. 

- Kocham cię - wyszeptał do Mary, chcąc, żeby wiedzia-

ła, jak wiele dla niego znaczy. 

- Ja też cię kocham - odszepnęła, uśmiechając się i pa-

trząc na niego z matczyną czułością. 

Potem zostawiła go samego, żeby mógł podejść do 

Tamry i zmienić bieg ich życia. 

Tamra zakończyła transakcję i Walker podszedł bliżej 

Zauważyła go i się zachwiała. 

Przez długą chwilę wpatrywali się w siebie. Potem ona 

podeszła do niego. Miała na sobie parę spranych dżinsów 
koszulkę bez rękawów i kowbojki, które tak często nosiła, 

Za nią widać było, łagodnie wznoszące się wzgórza. 

Matka Ziemia i kobieta, którą kocha. 
Miał ochotę chwycić ją w ramiona i nigdy nie wypuścić; 

ale powstrzymał się i wcisnął ręce w kieszenie spodni. 

- Mówiłeś, że nie przyjedziesz na powwow - powiedzia-

ła drżącym głosem. - Ale jesteś. 

- Możesz zrobić sobie chwilę przerwy? 
- Tak, oczywiście. 

background image

Poprowadził ją na trawę w miejscu, gdzie nie było niko­

go, usiedli na ziemi. Jej włosy opadały na ramiona lśniącą 
kaskadą, a oczy wpatrywały się w niego pytająco. Na szyi 
nosiła medalion symbolizujący cztery strony świata i czte­
ry najważniejsze wartości Siuksów: wspólnotę, odwagę, si­
łę i hojność. 

Walker pomyślał, że idealnie do niej pasuje. 

- Rezygnuję z pracy w Ashton-Lattimer - powiedział. -

Nie chcę żyć w cieniu Spencera. 

Tamra otworzyła szerzej oczy. 

- Co teraz zrobisz? 
- Założę własną firmę doradczą. 
- W San Francisco? 
- Tak, ale mam zamiar znaleźć wspólnika. Kogoś, kto bę­

dzie zajmował się firmą na co dzień, kiedy mnie nie będzie. 

- Zaryzykował i przysunął się bliżej. - W ten sposób będę 

mógł mieszkać i tu, i tam. 

Tamra zamrugała i zdał sobie sprawę, że próbuje po­

wstrzymać łzy. 

- Czy to znaczy, że możemy być razem? 

- Tak, ale nie będzie to łatwe. Przynajmniej na począt­

ku - powiedział, nie chcąc obiecywać jej rzeczy niemoż­
liwych. - Będę dużo pracował, muszę przecież uruchomić 
firmę. W końcu jednak powinno być lepiej. 

- I będziesz mógł spędzać tutaj więcej czasu? Ze mną? 

- zapytała cicho, patrząc na niego z nadzieją. 

Skinął głową. 

-Nie oczekuję, że rzucisz dla mnie pracę. Wiem, 

background image

ile Oyate Project dla ciebie znaczy i jak ważny jest dla re­
zerwatu. Ale miałem nadzieję, że będziesz mogła od czasu 
do czasu przyjechać do Kalifornii. W wolnych dniach, kie­
dy tylko ci się uda. 

- Zrobię wszystko, co będzie trzeba - powiedziała, 

wyciągając do niego ręce. - Nie zniosę ponownej utra­

ty ciebie. 

Wziął ją w ramiona i pogładził po włosach. Czuł teraz 

jak bardzo go kocha, jak samotna była bez niego. Mimo 

tego, chciał upewnić się, czy Tamra na pewno wie, co 

robi. 

- Nasze życie będzie się różniło od życia normalnych par. 

Często mnie nie będzie. Pewnie kilka tygodni w miesiącu. 

Uniosła głowę. 

- To nie ma dla mnie znaczenia. Jeśli tylko obiecamy so­

bie, że będziemy razem. - Wyprostowała się i przyłoży­
ła dłoń do serca. - To jest odpowiedź na nasze modlitwy, 

Walker. To idealne rozwiązanie. Musimy obydwoje się do­

stosować, żeby nam się udało. 

- Czy spędzanie większej ilości czasu w San Francisco cię 

przeraża? - zapytał. - Tak jak mnie przeraża dostosowanie 
się do życia w rezerwacie? 

Tamra westchnęła. 

- Tak, ale możesz nauczyć mnie korzystać z uroków mia­

sta, patrzeć na nie twoimi oczami. A ja pomogę ci poczuć 
się w rezerwacie jak w domu. 

Ogarnęło go poczucie zadowolenia. Kompromis, pięk­

no obietnicy. 

background image

- Musimy mieć większy dom. Dom mojej mamy jest za 

mały. 

Uśmiechnęła się. 

- Czy to znaczy, że będziemy mieszkać z Mary? 

On też się uśmiechnął. 

- To jest chyba najbardziej logiczne rozwiązanie. W ten 

sposób nie będziesz sama, kiedy ja będę w Kalifornii. 

- Nowy dom brzmi świetnie, ale nie chcę nic wymyśl­

nego. 

- Jeśli będę miał ochotę na coś wymyślnego, to poJade do 

posiadłości Ashtonów. Poza tym zatrzymam również mój 
apartament. Będę miał mnóstwo luksusu, kiedy będę go 
potrzebował. - Zamilkł na chwilę, czując, jak serce mocno 

bije mu w piersi. - Możemy to zrobić. Uda się nam. 

Spojrzała mu w oczy. 

- Kocham cię, Walker. 
- Ja też cię kocham. - Znów wziął ją w ramiona, wiedząc, 

że Tamra akceptuje go takim, jakim jest. 

Siuks z Pine Ridge. Yeska z San Francisco. 

Był i jednym, i drugim. Ale przede wszystkim był part­

nerem Tamry, człowiekiem, który nie mógł bez niej żyć. 

Nad ranem Tamra i Walker wciąż jeszcze nie spali. Leże­

li w łóżku w jej pokoju, przytulając się i rozmawiając, zbyt 
podekscytowani, żeby spać. 

Tamra nie mogła przestać patrzeć na niego, dotykać go. 

Musiała czuć jego skórę pod swoimi palcami. Dla niej to 

był sen. Bajka, coś, czego nigdy się nie spodziewała. 

background image

- O jakim ślubie marzysz? - zapytał. 
- Ślubie? - Jej serce podskoczyło. - Nigdy nie wspomi­

nałeś nic o małżeństwie. 

Uniósł brwi. 

- Myślisz, że chciałem prosić cię, żebyś żyła ze mną 

w grzechu? 

Roześmiała się i uszczypnęła go. 

- To dość ciekawe oświadczyny! 

Walker bawił się jej włosami. 

- Cieszę się, że tak myślisz. 

Nie mogła się nie uśmiechnąć. Leżeli obok siebie na 

wpół rozebrani, oboje pełni emocji. 

- Czy nasze zaręczyny mają być długie, czy weźmiemy 

ślub szybko? 

- Długie - zdecydował. - Powinniśmy zrobić to tak, jak 

należy. Może nawet zorganizujemy dwie ceremonie. Jedną 
tutaj i jedną w posiadłości. 

- Brzmi doskonale. Jeśli mamy połączyć oba nasze świa­

ty, powinniśmy wziąć ślub i tu, i tam. 

- Też tak pomyślałem. - Jego wyraz twarzy zmienił się, 

najwidoczniej przyszła mu do głowy jakaś niepokojąca 
myśl. 

- Co się stało? 
- Nie mam pojęcia, co się stanie z akcjami, które odzie­

dziczyłem. Najprawdopodobniej zostaną zawieszone na 
dłuższy czas, zwłaszcza jeśli Eli albo ktoś z tamtej strony 
rodziny będzie chciał zaskarżyć testament. 

- Czy te akcje mają aż takie znaczenie? 

background image

- Tak naprawdę to nie. Już nie. I tak bym je po prostu 

sprzedał. - Podniósł się i oparł na łokciu. - Muszę zlikwi­
dować też inne inwestycje. 

- Żeby otworzyć firmę? 
- Żeby pomóc ludziom w rezerwacie. Chciałbym założyć 

fundusz budowlany, może z jakimś lokalnym wykonawcą, 
który będzie chciał się w to zaangażować. 

- Żeby rozwiązać problem z domami? 

Skinął głową. 

- Nawet jeśli miałby to być tylko jeden albo dwa domy 

rocznie. 

- Nic dziwnego, że tak bardzo cię kocham. - Wzięła głę­

boki oddech i poszukała jego spojrzenia. Chciała dotknąć 
tematu, którego oboje unikali. - A jak inne sprawy? Co te­
raz myślisz o Spencerze? 

Walker zmarszczył brwi. 

- Próbuję pogodzić się jakoś z tym, co zrobił. Ale to nie 

znaczy, że zapomnę o tym morderstwie. Chcę wiedzieć, kto 
go zabił. - Poprawił koc, wygładzając powstałą na nim fał­
dę. - A jeśli chodzi o moje wspomnienia z dzieciństwa, to 

jestem przekonany, że wrócą. 

- Ja też tak myślę. - Znów wpatrzyła się w jego twarz, 

w tańczące na niej promienie księżyca. - A co z dziećmi? -

zapytała nagle, zdając sobie sprawę, że nie rozmawiali jesz­
cze o tym. - Chciałbyś je mieć? 

Walker sięgnął po jej rękę. 

- Kiedy tylko będziesz gotowa. 

Tamra splotła palce z jego palcami. 

background image

- Wolę najpierw wziąć ślub. 
- To poczekamy. 

Pochylił się, żeby ją pocałować, a ona z radością przyjęła 

jego dotyk, jego siłę. Podobało jej się to, że ją chroni. 

Ich ręce wciąż były splecione, jak części puzzli, które pa­

sowały do siebie. 

Ich oczy spotkały się i wiedziała, że on myśli o wspólnej 

przyszłości. Ona też o niej myślała. 

- Na zawsze - szepnęła. 
- Na zawsze - powtórzył.