background image

Zbigniew Damski

GORZKI LOS ORP „JASTRZĄB”

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1987

Okładkę projektował: Marek Soroka

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor techniczny: Janusz Festur

background image

ROZDZIAŁ I

Mały   stateczek   żeglugi   przybrzeżnej   ominął   kilka   zakotwiczonych   na   rozległej   redzie   Clyde 

frachtowców   i   teraz   dziób   jego   mierzył   wprost   w   ledwo   majaczącą   w   mroku   sylwetę   dużego   statku. 
Stłoczeni na pokładzie marynarze rozpoznali bez trudu: „pasażer”.

— Patrzcie, panowie! Pójdziemy przez ten Atlantyk z fasonem, jak przedwojenni klienci „Orbisu”!
Kilku parsknęło śmiechem: dobry żart. Toć za taką wycieczkę trzeba by zapłacić ciężkie pieniądze, a 

oni — za darmo. Na koszt króla Jerzego. Taki statek zresztą, to dobry początek.

Jedynie mat zawodowy Czesław Kędziora nie podzielał ogólnej wesołości:
— Dobry początek? Ale dzień, psiakrew, feralny...
Zakrzyczeli go:
— Nie kracz! Stary chłop, a przesądny jak wiejska baba. Zresztą odpukaj sobie i nie strasz.
Rzeczywiście: zbliżał się wieczór 13 września 1941 roku, a oni od rana byli w podróży. Najpierw z 

Dundee do Greenock, w poprzek przez Szkocję, ze wschodu na zachód. Niby niedaleko, bo Wyspa w tym 
miejscu wąska, ale w wielkiej bazie Royal Navy w Greenock stanęli dopiero późnym popołudniem. A zanim 
doczekali się na ten stateczek...

O tym zaś, że nastąpią jakieś zmiany, wiedzieli tam, w Dundee, już od kilku tygodni. Ale jakie, tego 

nikt nawet się nie domyślał. Ich okręt, ORP „Wilk” (na którym większość z nich przyszła do Anglii z Polski) 
sterał się w patrolach tak doszczętnie, że prawie nie schodził z doku. Ostatni remont ciągnął się od dwóch 
miesięcy i było już wiadome, że po zakończeniu  „Wilk” zostanie okrętem ćwiczebnym. Tymczasem zaś 
załoga   okrętu   rozrosła   się.   Przybyli   młodzi   marynarze   po   kursach   Szkoły   Specjalistów   Morskich, 
zorganizowanej w Devonport na pokładzie ORP „Gdynia”, a potem przeniesionej na ląd do obozu szkolnego 
ORP  „Bałtyk”   w   Bickleigh,   przybyli   młodzi   oficerowie   po   pierwszej   na   obczyźnie   promocji   Szkoły 
Podchorążych Marynarki Wojennej. Ośmiu oficerów i 92 podoficerów i marynarzy: tylu ludzi tkwiło w 
połowie sierpnia 1941 roku na pokładzie remontowanego okrętu i w bazie. Raczej bezczynnie.

Owszem, wielu nie narzekało. Wszyscy zresztą zdążyli się już zadomowić w uroczym Dundee. „Wilk” 

bazował   tu   od   dłuższego   czasu   i   polscy   marynarze   cieszyli   się   wielką   sympatią   mieszkańców   tego 
szkockiego,   bardzo   katolickiego   miasta.   Szczególny  zaś   mir   mieli  —   co   oczywiste   —   u   płci   pięknej. 
Ogromnie podobało się raczej nie znane tutaj całowanie rączek, szarmanckie maniery, szeroki gest. W kilku 
przypadkach skończyło się to małżeństwem...

Ale   była   przecież   wojna.   Drugi   polski   okręt   podwodny,   ORP  „Sokół”  —   przekazany   polskiej 

Marynarce Wojennej przez Admiralicję Brytyjską 19 stycznia 1941 roku — chodził już od kilku miesięcy na 
patrole z  bazy w Portsmouth. Obsadzono  go również  w części  oficerami i marynarzami z  „Wilka”.  Ci 
przyjeżdżali czasem na krótkie urlopy do Dundee. Opowiadali o blokadzie Brestu, w której  „Sokół” brał 
udział, o patrolach w Zatoce Biskajskiej, o swoim nowym okręcie. Starsi podwodnicy zazdrościli, ale nawet 
ci, którym specjalnie nie ciążyła przymusowa bezczynność w dokach Dundee, rozumieli, że musi przyjść 
jakaś odmiana. Szybko, bo przecież i w Royal Navy brak załóg. Na ćwiczebnym „Wilku” pozostanie tylu 
ludzi, ilu trzeba, a reszta...

Nowy okręt. Wieści o nim chodziły już od dawna. Były pogłoski, że wszyscy zejdą ze zmordowanego 

„Wilka” i obsadzą trzy małe, nowe okręty podwodne. Ale nadzieje te rozwiały się. I dopiero pod koniec 
sierpnia zaczęło się coś dziać.

Najpierw  „poczta pantoflowa” doniosła, że zastępca dowódcy  „Wilka”, kapitan Jerzy Koziołkowski, 

podzielił już załogę, sporządzając specjalną listę — na okręcie podwodnym nic się nie ukryje. Dokonał tego 
pod nieobecność dowódcy okrętu, komandora porucznika Brunona Jabłońskiego, którego wezwano akurat 
do Londynu, do Kierownictwa Marynarki Wojennej. Nie ulegało wątpliwości: będzie nowy okręt! Starsi 
podoficerowie i marynarze na próżno jednak dociekali, kto znalazł się na tej nowej liście, bo rzecz wciąż 
owiana była tajemnicą. Pogłębiło ją jeszcze pojawienie się w Dundee zastępcy dowódcy ORP  „Sokół”, 
kapitana Bolesława Romanowskiego...

Ale też wtedy sprawa wyjaśniła się szybko — jest nowy okręt! Dowódcą jego będzie właśnie kapitan 

Romanowski, a z ogłoszonej wreszcie  listy załogi wynikało  jasno, że wybrano  samych  najlepszych, 38 
podoficerów i marynarzy.

Był tylko jeden szkopuł. Otóż po ten okręt trzeba było pójść aż do Stanów Zjednoczonych! Na drugą 

stronę Atlantyku. Owianego już bardzo ponurą sławą z racji dziesiątkowanych bezlitośnie przez U-booty 
konwojów, a ponadto bardzo burzliwego o tej porze roku.

Stąd i dni poprzedzające wyjazd były nerwowe. Jedni mieli za złe Brytyjczykom, że nie chcą dać okrętu 

budowanego na miejscu, we własnych stoczniach, inni cieszyli się — wreszcie Ameryka to potęga, więc i 
amerykański okręt będzie na pewno najwyższej klasy! I bardzo zdziwiliby się ci pierwsi, gdyby poznali 

background image

tajemnice Admiralicji Brytyjskiej: Anglia po prostu nie miała jeszcze w tym czasie odpowiedniej liczby 
okrętów podwodnych. Nawet dla własnych załóg. Straciła ich bowiem w tym pierwszym okresie wojny tak 
wiele,   że   przemysł   stoczniowy   dochodzący   dopiero   do  „pełnej   mocy”   nie   był   w   stanie   tych   braków 
uzupełnić. Dlatego właśnie i sami Anglicy bardzo liczyli na pomoc USA, na dostawy wszelkich okrętów, 
także podwodnych. Jak bardzo zaś była im potrzebna ta pomoc, świadczy najlepiej fakt, że przyjęli 50 
amerykańskich bardzo stareńkich i wysłużonych kontrtorpedowców. Załogi z miejsca nazwały je (z racji 
obftego dymienia) „fabrykami dżemu”, ale w służbie konwojowej liczył się każdy okręt.

Wszelkie domysły i rozważania uciął wreszcie ostateczny rozkaz:  „Wyjazd jutro, 13 września!” Cały 

dobytek osobisty był już spakowany, pożegnanie krótkie. Każdy przeżywał je zresztą na swój sposób, ale w 
końcu górę wzięła zwykła nie tylko dla ludzi morza ciekawość. Jakże to będzie? Co spotka mnie tam, po 
drugiej stronie „wielkiej wody”?

Z takimi właśnie odczuciami wspinali się na pokład owego „pasażera”, kiedy ich stateczek dobił już do 

jego wysokiej, pokrytej łatami wojennego kamuflażu burty. Na osłoniętej redzie Clyde fala była niewielka, 
więc zaokrętowaniei odbyło się bez trudności, choć statek był starannie zaciemniony.

Dopiero we wnętrzu mogli w pełni ocenić, że trafili rzeczywiście na „linera” * dobrej klasy. Na grupę 

Polaków czekali już smagli Hindusi ze służby intendenckiej. Podoficerowie i marynarze powędrowali po 
chwili za jednym z nich w głąb statku, oficerów zaś poprowadzono do kabin, niosąc za nimi bagaże.

W cieple wygodnej, ze smakiem urządzonej, kabiny poczuł wreszcie kapitan Bolesław Romanowski, 

jak bardzo jest zmęczony. Napięcie wielu ostatnich dni, wypełnionych bezustanną bieganiną i załatwianiem 
dziesiątków   różnorodnych   spraw,   dało   teraz   o   sobie   znać:   zapadł   w   głęboki   fotel.   Kiedy   się   zbudził, 
wskazówki zegara dawno minęły północ, a statek był w ruchu.

Następny dzień zaczął się od naturalnych w takiej sytuacji „odkryć”. Statek nosił nazwę s/s „Cathay” i 

należał do znanej spółki żeglugowej  „P and O Line”. Stosownie do nowej roli został też uzbrojony. O ile 
jednak wmontowane w pokład armaty przypominały wypożyczone z muzeum zabytki, to rozstawiona licznie 
na spardekach broń przeciwlotnicza była w dobrym gatunku i skuteczna we wprawnych rękach. Załogę 
pokładową i hotelową — z wyjątkiem obsady oficerskiej — stanowili Hindusi. Obowiązki swoje spełniali z 
tak   nienaganną   elegancją   i   sumiennością,   jakby   nie   było   wojny,   a  „Cathay”   woził   nadal   w   swym 
luksusowym wnętrzu bogatych handlowców i rozkapryszonych turystów.

O   tym,   że   wojna   jednak   trwa,   przypomniał   kapitanowi   Romanowskiemu   widok,   jaki   tego   ranka 

roztaczał się z pokładu. S/s „Cathay” szedł w konwoju złożonym z ośmiu dużych statków transportowych. 
Wokół uganiały się cztery spore i nowoczesne niszczyciele, a eskortę uzupełniały krążownik i lotniskowiec, 
idące w pewnym oddaleniu. Prędkość całej tej armady oceniał kapitan Romanowski na jakieś 15 węzłów. 
Był to więc konwój specjalny i szybki, czemu zresztą sprzyjał niespodziewanie łagodny stan morza.

Resztę dnia wypełniły bezustanne alarmy. Oczywiście ćwiczebne. Najpierw ogłoszono alarm szalupowy 

i powtórzono go kilka razy, aby każdy zapamiętał drogę do przeznaczonej dla niego łodzi lub tratwy. Potem 
były alarmy bojowe i przeciwawaryjne, pożarowe i wodne. Kilkakrotnie przypominano też przez rozgłośnię 
okrętową, że na noc nie wolno rozbierać się i trzeba koniecznie mieć tuż pod ręką pas ratunkowy. Nie było 
potrzeby dodawać, że na drodze czają się U-booty.

Przy okazji tych alarmów okazało się, że s/s  „Cathay” wyładowany jest wojskiem od stępki aż po 

najwyższe pokłady spacerowe. Było tam kilkuset młodych i hałaśliwych lotników RAF **, udających się do 
specjalnych obozów szkoleniowych i treningowych w Kanadzie, był też duży oddział brytyjskiej piechoty z 
pełnym, bojowym wyposażeniem. Od jego dowódcy, sprężystego pułkownika z nieodłączną trzcinką pod 
pachą,  kapitan  Romanowski dowiedział  się później,  że ów  „skok przez  Atlantyk”  jest  dla  niego  i jego 
żołnierzy   zaledwie   częścią   drogi,   bo   czeka   ich   jeszcze   podróż   wokół   kontynentu   amerykańskiego   i 
przeprawa przez Pacyfik! Taką okrężną drogą mają dotrzeć do Birmy, aby wzmocnić tamtejszą Brytyjską 
Armię Birmańską generała Huttona. Pułkownik dodał też w zaufaniu, że armia ta składa się zaledwie z 
jednej dywizji, a zachodzi obawa, że tamtędy właśnie mogą uderzyć Japończycy na Półwysep Malajski. 
Skoro już przystąpili do osi, łączącej dotąd tylko Berlin i Rzym...

* Liner — (ang.) potoczna nazwa liniowego statku pasażerskiego.
** Royal Air Force — (ang.) Królewskie Siły Powietrzne.

background image

Wśród   tego   ogromnego   tłumu   pasażerów   znalazła   się   również   grupa   marynarzy   angielskich   pod 

dowództwem   lieutenanta   Heslopa.   Okazało   się,   że   są   także   podwodnikami   i   że   udają   się   do   Stanów 
dokładnie w to samo miejsce i w tym samym celu co Polacy: po odbiór okrętu. Początkowa radość z tego 
odkrycia   szybko   jednak   zgasła,   kiedy   kapitan   Romanowski   spostrzegł,   iż   lieutenant   Heslop  —   mimo 
młodego   wieku  —   jest   po   prostu   typowym   produktem   brytyjskiej   „szkoły   imperialnej”:   nadętym 
zarozumialcem. Zdarzyło mu się już spotykać podobne typy, choć wśród podwodników były one raczej 
rzadkością. Nawet świeżo przydzielony im na tę podróż oficer łącznikowy, sublieutenant z RNVR *, Roger 
Burney  dał   się   poznać   jako   człowiek   uczynny  i   sympatyczny.   Obaj   angielscy  specjaliści   z   jego   ekipy, 
sygnalista   John   Daly   i   radiotelegrafista   Martin   Dowd,   byli   także   ludźmi   solidnymi   i   bardzo 
zdyscyplinowanymi podoficerami.

W takich więc warunkach i w takim towarzystwie miała im upłynąć ta ledwie rozpoczęta podróż. Jak 

długo będzie trwała? Nikt nie mówił tego głośno, ale każdy wiedział, że o tym zadecyduje szalejący zwykle 
jesienią Atlantyk i U-booty.

Kapitan Bolesław Romanowski również zdawał sobie z tego sprawę. Miał jednak pod swoją komendą 

ludzi i czuł się za nich odpowiedzialny. Jako dowódca  — po raz pierwszy zresztą samodzielny dowódca 
okrętu  — i jako „współpasażer”. Na swojej jednostce wiedziałby jak zorganizować służbę i życie. Ale jej 
jeszcze nie było. Mimo to musiał zająć czymś ludzi, aby czas płynął im szybciej i by mieli go mniej na 
myślenie o niemieckich U-bootach.

O jedynych możliwych do podjęcia w tych warunkach decyzjach zaraz powiadomił swoich oficerów. 

Zaczął od zastępcy.

—   Andy,   niech   pan   zaproponuje   szefom  tego   statku,  że   nasi   ludzie   obsadzą   tu   różne   stanowiska. 

Artylerzyści pójdą do dział, sygnaliści na wachty obserwacyjne. Nie powinni chyba odmówić. To samo 
trzeba załatwić elektrykom i mechanikom.

„Andy” — jak nazywano porucznika Józefa Anczykowskiego — dopiero wczuwał się w świeżo objętą 

rolę zastępcy dowódcy okrętu.

— Tak jest! Zaraz skoczę do kapitana i „chiefa” *...
— Do chiefa może zajrzeć pan, poruczniku Rydzewski!  — wtrącił dowódca.  — To przecież pańska 

branża.

Oficer-mechanik,   porucznik   Franciszek   Rydzewski,   skinął   w   milczeniu   głową.   Już   przed   kilkoma 

dniami, w  chwili  przybycia   do  Dundee,  spostrzegł,  że  ten  „klan  podwodników” traktuje  go prawie  jak 
intruza. To prawda, że nigdy nie pływał na okrętach podwodnych, ale też i nie jego wina, że Kierownictwo 
Marynarki Wojennej  właśnie  jemu powierzyło  obowiązek technicznego  odbioru  amerykańskiego  okrętu, 
mianując go na ten czas „pierwszym mechanikiem”.

— A co pan zaproponuje, Dyziu?
Najstarszy z trójki „jednopaskowych” podporuczników, Andrzej Guzowski, nie namyślał się długo:
— Ja bym dla wolnych od wacht i całej reszty zrobił zajęcia z Regulaminu Służby Okrętowej...
— Zgoda! — parsknął śmiechem dowódca. — Pański projekt, to i pana będą przeklinać. Ale przyda się. 

Strasznie się ludziska rozpuścili w tym Dundee!

Zasadnicza różnica między  „jednopaskowymi” polegała na tym, że Guzowski przybył do Anglii już 

jako bosman podchorąży najstarszego, trzeciego, rocznika SPMW*** w Bydgoszczy i zdążył tuż przed 
wojennym mianowaniem do pierwszego stopnia oficerskiego odbyć kilkumiesięczną praktykę na „Sokole”. 
Tam przylgnął doń przydomek „Dyzio”. Olszewski zaś i Grocholski znaleźli się wśród tych, którzy w maju 
1939 roku wyszli na ORP „Iskra” w ćwiczebny rejs, a potem przez Casablankę i Francję dotarli do Anglii, 
aby   tam,   w   reaktywowanej   na   ORP  „Gdynia”   SPMW,   dokończyć   nauki.   Ich   stopnie   oficerskie   były 
najświeższej daty — od tej pierwszej promocji mijał dopiero jedenasty dzień — i dlatego nie kwapili się z 
propozycjami. Wreszcie nie wytrzymał Grocholski:

— A może by tak chór?
Kapitan Romanowski wyraźnie się ucieszył:
— Dobra, rób pan chór! Niech śpiewają, tańczą, chodzą na rękach. Byle mieli jakieś zajęcie...

* Royal Navy Volunteer Reserve — Ochotnicza Rezerwa Królewskiej Marynarki Wojennej.
** Chief — (ang.) oficer-mechanik statku.
*** Szkoła Podchorążych Marynarki Wojennej.

background image

Wieczorem   tego   dnia   kapitan   Romanowski   wybrał   się   do   swej   załogi.   Z   obowiązku,   ale   i   starym 

zwyczajem. Bardzo lubił, będąc jeszcze  „torpedowym” na „Żbiku” lub „Wilku”, przesiadywać w wolnych 
chwilach w ciasnym, dziobowym pomieszczeniu torpedominerów, przy kubku gorącej kawy i swobodnych 
pogwarkach. Tym razem jednak, aby odnaleźć swoich, musiał skorzystać z usług stewarda w malowniczym 
turbanie.   Wewnętrzne   pokłady,   gdzie   rozebrano   ściany   kabin,   aby   uzyskać   większe   pomieszczenia, 
przypominały bowiem istne mrowisko.

Już urządzili się jakoś w wyznaczonym sektorze i zaraz zrobili dowódcy miejsce przy stole. Zasiadła 

tam okrętowa starszyzna. Młodzi otoczyli ich ciasnym wianuszkiem, ale rozmowa jakoś kulała. Na pytania o 
warunki życia, wyżywienie i samopoczucie odpowiadali zdawkowo i Romanowski, przyglądając się tak 
dobrze przecież znanym twarzom, spostrzegł, że coś ich gnębi. Miał już o to zapytać, gdy jeden z bosmanów 
wypalił:

— A bo to dzisiaj, panie kapitanie, rocznica. Druga. Akurat równo dwa lata temu, bo właśnie nocą z 

czternastego na piętnastego września, przebijaliśmy się na „Wilku” przez Sundy...

Romanowski ledwie zdołał ukryć zmieszanie. Zapomniał. Po prostu. W całym galimatiasie ostatnich 

tygodni i dni nie przyszło mu nawet na myśl, że data 13 września może się wiązać z czymś innym jeszcze, 
niż terminem zaokrętowania przy ujściu Clyde.

Dwa lata! Popatrzył wokół. Oto stersygnalista, bosman Jan Budka. Tam, w Sundach, jeszcze mat. To on 

stał wtedy na pomoście i on pierwszy wypatrzył światła nadchodzących kontrkursem niemieckich okrętów. 
Było to w najwęższym miejscu, na Flint Rinne, i tamte dwa niszczyciele niemal otarły się o prawą burtę 
„Wilka”...

Kto był wtedy przy dziale? Aha, mat Tyszka. Nie ma go tutaj. Jest za to mat Buszman. To on obsadzał 

enkaem i po nim przejechał snop światła niemieckiego reflektora. Myśleli wtedy, że to już koniec.

A byli na to przygotowani, i okręt był przygotowany do zniszczenia. Kto miał odpalić torpedy i lonty? 

Właśnie, starszy bosman Mieczysław Czub. To on przypomniał o rocznicy. Dokładny, jak zawsze. Spokojny, 
opanowany. Świetny torpedysta. Romanowski niejednego się od niego nauczył. Nic dziwnego, człek o całe 
trzy lata starszy. Miał kiedy opanować swój fach. Gdy przyszedł na ochotnika do marynarki z rodzinnego 
Tarnowa, miał niespełna 18 lat.

Obok Czuba mat zawodowy Czesław Kędziora, rodem z głębi Rosji. Aż z Wołogodzka. Mechanik. 

Tam, w Sundach, tylko kilku ich zostało we wnętrzu okrętu do obsługi  „diesli”. Kto jeszcze? O, właśnie! 
Teraz już bosman, a wtedy bosmat Józef Ziajka, mocarz o nadludzkiej wprost sile! W jego dłoniach skręcają 
się stalowe, kute klucze do zaworów, kiedy na chwilę się  „zapomni”. Niewiele zresztą ustępuje mu siłą 
starszy marynarz Stanisław Ambroszczak...

— A pamięta pan, panie kapitanie, jak stawialiśmy miny pod Helem?
To bosman Kazimierz Karnowski, wtedy mat i drenażysta w obsadzie torpedowej „Wilka”, a teraz, w 

załodze   nowego   okrętu,   kierownik   maszyn.   Ba,   jakże   nie   pamiętać?!   Toż   natyrali   się   wówczas   setnie. 
Wszyscy.   Czub,   Karnowski,   mat   Ring   i   marynarz   Laksy,   nie   wyłączając   samego   porucznika 
Romanowskiego. Poszło trzydzieści sztuk, a w dodatku ostatnie dziesięć trzeba było przesuwać po torach 
ręcznie...

— A pamięta pan, jak okładali nas bombami, a my leżeliśmy na dnie? Na dziewięćdziesięciu pięciu 

metrach...

—   A   jak   rano   pierwszego   dnia   wojny   grzałem   z   enkaemu   do   tych   szwabskich   samolotów   nad 

Oksywiem, co to miały być nasze?

Wspomnienia powracają falą, choć to już dwa lata. Mocne, jeśli przetrwały.
Kapitan Bolesław Romanowski dał się już im ponieść. Sam przypomina różne zdarzenia. Oceniają je 

wspólnie, spierają się o szczegóły. Wszystko to przecież przeżywali razem, tuż obok siebie. Że zaś przeżyli, 
zawdzięczają sobie nawzajem. Temu właśnie, że jeden mógł na drugim polegać. Nikt nie mówi tego głośno, 
ale wszyscy wiedzą, że tak właśnie jest, że to podstawa podwodniackiego rzemiosła.

— I nie daliśmy się! Nie dostali nas.
Ano, nie dostali. Radiotelegrafista, mat Smyłła, przypomina, ile to było nerwów i żalu, kiedy Niemcy 

wrzeszczeli z triumfem przez radio, że posłali właśnie na dno kolejnego polskiego „podwodniaka”. Potem, 
że już wszystkie pięć. I wtedy przyszło opamiętanie. Łżą, bo przecież oni na „Wilku” żyją! I ile radości mieli 
już w Anglii, gdy szwedzkie  gazety doniosły,  że  „Sęp”,  „Żbik” i  „Ryś” internowały się w tamtejszych 
portach, a potem dotarł do Dundee „Orzeł”...

Zasępiły się twarze. Nie ma już „Orła”. I sześćdziesięciu marynarzy, serdecznych przyjaciół i kolegów.
— Żeby mi wtedy tam, po przejściu Sundów, powiedział ktoś, że ta wojna potrwa jeszcze dwa lata — 

odezwał się po chwili mat Kędziora — dałbym w pysk!

Ożywili się wszyscy. O, nie tylko on jeden tak wtedy myślał! Toć wierzyli, że zaraz wrócą na Bałtyk. Z 

background image

okrętami Royal Navy. A potem ta straszna gorycz klęski. Tak szybko?! Zrozumieli wtedy, że sami zrobili 
bardzo wiele. Właściwie wszystko, na co było ich stać. Wykonali rozkazy w pełni i do końca. Choć trudno 
było z początku znieść te niby współczujące spojrzenia i słowa Anglików, spod których przebijało jednak 
lekceważenie: co tam taka Polska! Aż przyszła i na nich kreska. W Norwegii, potem pod Dunkierką. Zresztą 
Francja, taka potęga, a wystarczył miesiąc. I wreszcie te bomby na Anglię, te naloty, ta straszna szarpanina 
na morzu...

— Nie ma co! Wygląda na to, że jeszcze powojujemy.
Romanowski słuchał i rosła w nim pewność, że z tymi ludźmi można bardzo dużo. Wszystko, jeśli tylko 

zaakceptują go jako swego dowódcę, jeśli zdobędzie ich zaufanie. Takie, jakim cieszył się nieobecny już 
wśród żywych dowódca ORP „Wilk”, komandor podporucznik Bogusław Krawczyk.

Za ich  plecami, wśród tych   najmłodszych,  cisza,  jak  makiem  siał.  Słuchają.  Mowa jest  bowiem  o 

sprawach i czasach, których nie dane im było przeżyć.  „Doszlusowali” później, w Anglii. Chociaż ten, 
Michał Kmiecik, zdążył już posmakować podwodniackiego chleba na „Wilku” w kilku niełatwych patrolach 
na Kanale i Morzu Północnym. Jest teraz matem, a Romanowski, który był wówczas zastępcą dowódcy 
okrętu, pamięta go jeszcze jako zupełnie „zielonego” i straszliwie kaleczącego polszczyznę.

Takich, jak on — bardzo młodych ochotników z Francji — przyszło zresztą na pokład „Wilka” więcej. 

Ot, choćby drugi dwudziestolatek, Władzio Niedzielski. Ten urodził się w Niemczech, gdzie rodzice tyrali 
„na saksach”, póki nie przenieśli się do lepszej ponoć pracy, do kopalni, na ziemie francuskiego Nordu. 
Dosłużył się już stopnia starszego marynarza...

Im częściej Romanowski z nimi rozmawiał, im więcej się o nich i od nich dowiadywał, tym wyżej ich 

cenił, ale wciąż nie w pełni rozumiał. No bo dlaczego chłopak rzuca nagle rodzinny dom — cały jeszcze i 
nie zagrożony — i zmienia go na rekrucką biedę w obozie Coëtquidan? Dlaczego człowiek, który nigdy nie 
widział kraju swoich rodziców i ledwo zna ich język, uznaje go za swoją Ojczyznę, i to tak dalece, że idzie 
się za niego bić, w dodatku na morzu?

Serdeczny przyjaciel Bolesława Romanowskiego, kapitan Romuald Tymiński, który przez jakiś czas był 

dowódcą na pofrancuskim dozorowcu „Pomerol”, wiele opowiadał mu o tych osiemnastolatkach. O tym, jak 
bardzo rwali się do walki. Poznał ich chyba najlepiej, bo już w grudniu 1939 został pierwszym dowódcą 
organizującego się w Coëtquidan batalionu polskiej Marynarki Wojennej. A trafił tam bardzo okrężną drogą. 
Był zastępcą dowódcy na „Iskrze” i wędrując z Casablanki przez Francję utknął właśnie w „koczkodańskim” 
obozie. Z własnej woli, głównie przez wzgląd na tych chłopców  — nie darmo był zapalonym harcerzem. 
Przeprowadził ich wreszcie przez kolejny obóz w Pont-Chateau, koło St. Nazaire, i dotarł z całym baonem 
szkolnym, liczącym 442 przyszłych marynarzy, do Plymouth gdzieś w końcu kwietnia 1940 roku.

Kmiecika, Niedzielskiego i kilku innych stracił Romanowski z oczu, kiedy odszedł na ORP „Sokół”.
Wydorośleli przez ten czas i teraz szczerzyli zęby w radosnych uśmiechach:
— Panie kapitanie, a jaka to będzie ta amerykańska „soumarina”?
Ba! Gdyby sam wiedział...
Starsi podoficerowie nie mieli żadnych wątpliwości: dostaną okręt, że palce lizać! Przecież Ameryka to 

przemysłowa potęga, najbogatszy kraj świata. Byle czego nie produkują, wszystko w najlepszym gatunku.

—   Najwyższy   czas!  —   dorzucił   mechanik,   mat   Józef   Chodun.  —   Bo   już   na   naszym  „Wilku” 

urabialiśmy ręce po łokcie. Tak się rozsypał...

Tym sposobem rozmowa zeszła na Amerykę. Jak to tam będzie? Jak długo pozostaną?
— Stasiowi wystarczy parę dni — zakpił ktoś ze śmiechem.— żeby przygadał sobie jakąś amerykańską 

„girlaskę”!

Romanowski odnalazł wzrokiem krępą postać starszego marynarza Stanisława Jarosza i pogroził mu 

palcem:

— To tak? Spróbuj tylko, a jak wrócimy do Dundee, wszystko opowiem twojej żonie! Chyba nie darmo 

byłem drużbą na waszym weselu?

Tamten zrobił urażoną minę:
— Przecież nie o mnie gada ten głuptas, to pewno o Stasiu Ambroszczaku! Moja spłakała się strasznie, 

jak powiedziałem, że idziemy do Ameryki. Ale zaraz dała mi całą listę zamówień. O, ile tego! Trzeba będzie 
poszukać tych babskich fatałaszków...

Romanowski uśmiechnął się w duchu. Miał w swoich bagażach kilka takich list, którymi obarczono go 

w zaprzyjaźnionych, angielskich rodzinach. Wyspa już dusiła  się w pętli niemieckiej blokady morskiej, 
żywność była na kartki, a o zakupie wielu produktów, nawet tak zwyczajnych jak bielizna czy pończochy, 
trudno było marzyć. Odmówić?

— No to nie gniewaj się, Jarosz! Wiedziałem, że z ciebie dobry mąż...
Poruszone przypadkiem „rodzinne sprawy” zmroziły nastrój. Umilkli wszyscy, a już wyraźnie zasępili 

background image

się ci, którzy pozostawili swoje rodziny w kraju. Romanowski wiedział, że niektórzy sobie tylko znanymi 
drogami zdobyli już o nich jakieś wiadomości, ale że wciąż gryzą się ich losem. Bo i było o co. Wieści, jakie 
podawała   czasem   angielska   prasa   lub   radio   o   poczynaniach   niemieckich   okupantów   w   Polsce,   były 
zatrważające.

Sam Bolesław Romanowski znajdował się w nie lepszej sytuacji. W sierpniu roku 1939 wysłał żonę z 

dwojgiem małych dzieci z gdyńskiego Oksywia, gdzie mieszkali, do swoich rodziców na wieś, koło Nakła 
nad Notecią. Fakt, że pozostali na terenach położonych tuż nad samą granicą z Niemcami, długo nie dawał 
mu   spokoju   i   budził   najgorsze   przeczucia.   Dopiero   w   początku   roku   1940   przyszła   za   pośrednictwem 
Czerwonego   Krzyża   króciutka,   lakoniczna   wiadomość,   że   wszyscy   żyją   i   są   zdrowi.   Przesłał   ją   brat 
Romanowskiego, Zbigniew. Zdołał widocznie — jako lekarz — dotrzeć, gdzie trzeba, ale zapewne nie mógł 
napisać nic więcej. I od tamtej pory cisza.

Dodatkowym sygnałem, że czas już się pożegnać z załogą, był ogłoszony przez rozgłośnie s/s „Cathay” 

komunikat o gaszeniu świateł. Przy nikłym blasku niebieskich lamp awaryjnych kilku starszych podoficerów 
odprowadziło dowódcę, aby nie pobłądził w plątaninie korytarzy. Kiedy już rozstawali się, starszy bosman 
Czub zapytał:

— A kiedy nareszcie wrócimy, panie kapitanie?
Romanowski   bez   trudu   odgadł,   o  jaki   powrót   tu  chodzi.   Oczywiście   o  ten  najważniejszy  dla   nich 

wszystkich, do kraju. Co mógł odpowiedzieć?

— Czub, niech pan na razie martwi się o to, abyśmy cało dobrnęli do tej Ameryki!

ROZDZIAŁ II

Każdego kolejnego ranka Bolesław Romanowski budził się z uczuciem ulgi, ale i niedowierzania: to 

znów noc przeszła spokojnie? Miał twardy sen i czasem z wieczora martwił się, że może nie usłyszeć 
alarmu, co na przykład na „Wilku” zdarzyło się kilka razy.

Ale alarmów nie było, poza ćwiczebnymi, oczywiście. Ostatnio odbyto się nawet ćwiczebne strzelanie z 

dział   i   broni   przeciwlotniczej,   podczas   którego   celnym   ogniem  popisali   się   polscy  artylerzyści  —   mat 
Buszman, starsi marynarze Jerzy Christ i Edward Szrama — wzbudzając podziw hinduskich kolegów z 
załogi s/s „Cathay” i uznanie brytyjskich oficerów. Los wciąż jednak był łaskawy, bo wroga jakby wymiotło 
z ich drogi. Cieszyli się z tego w milczeniu i ukradkiem, żeby nie zapeszyć...

Zaskakująco dobroduszny był też ocean, choć zbliżał się przełom września i października, zwykła pod 

tymi   szerokościami   geograficznymi   pora   budzenia   się   piekielnych   sztormów.   Szła,   oczywiście,   wielka, 
atlantycka fala, ale cały konwój parł nadal z nie zmienioną, niezłą prędkością, zygzakując przy tym dla 
uniknięcia ewentualnego ataku U-bootów. Romanowskiemu, obserwującemu często ten obraz z wysokości 
pokładu   spacerowego,   najbardziej   żal   było   niszczycieli   eskorty.   Były   karzełkami   w   porównaniu   z 
pasażerskim transatlantykiem i ocean poniewierał nimi bez miłosierdzia.

Życie na statku weszło w utarte koleiny, wyznaczane porami posiłków i snu. Nawet ćwiczebne alarmy 

stały się już czymś powszednim. Polscy podoficerowie i marynarze wychodzili ponadto na regularne wachty 
na pokład i do maszyny, a dzięki sumienności oficerów kapitan Romanowski nie miał z tym najmniejszych 
kłopotów. Ludzie szli zresztą na wachty chętnie, aby się po prostu nie nudzić.

I tak Bolesław Romanowski odkrył, że nagle ma bardzo dużo wolnego czasu. Wyłącznie dla siebie. Jak 

nigdy dotąd w ciągu ostatnich lat, szczególnie zaś tych dwóch wojennych. Zgłębianie uroków doskonałej 
kuchni i pogwarki z oficerami brytyjskimi w przestronnych wypoczynkowych salonach statku  — toczone 
głównie w porze, kiedy to „Kings regulations” * już pozwalały na otwarcie baru  — nie zabierały go zbyt 
wiele. Nic zaś tak jak dłuższe przebywanie sam na sam ze sobą nie skłania człowieka do spojrzenia na 
własne życie, do prób uporządkowania nagromadzonego dotąd nawału doznań i przeżyć.

Punktem wyjścia było po prostu to, co najbliższe: obecne miejsce i sytuacja, czyli pokład s/s „Cathay”. 

Co tu robi Bolesław Romanowski, od półtora roku kapitan? Oto płynie do Stanów Zjednoczonych po swój 
własny okręt. Pierwszy, jaki mu powierzono, na którym będzie  „pierwszym po Bogu”. A kilka miesięcy 
temu, w marcu 1941 roku, „stuknął” mu akurat trzydziesty pierwszy rok życia. Wcześnie został dowódcą. 
Gratulować sobie szybkiej kariery i spełnienia marzeń?

Nie miał złudzeń. Jeszcze by na to poczekał, gdyby nie wojna.

* „Kings regulations” — (ang.) „Regulaminy królewskie”.

background image

Został oficerem marynarki wojennej, bo sam tego chciał. Bardzo. I to od dawna, od czasu kiedy zaczął 

chodzić do gimnazjum w Nakle nad Notecią. Zaczytywali się wtedy w Jacku Londonie. Nie krył wówczas 
swoich marzeń i planów, obnosił się z nimi ostentacyjnie, lekceważył sobie te przedmioty, z których, jego 
zdaniem, prawdziwy  „wilk morski” nie powinien mieć żadnego pożytku. Profesorowie przywoływali go 
dość   często   do   szkolnej   rzeczywistości,   sadząc  „dwóje”.   Maturę   zdał   raczej   wbrew   przewidywaniom 
łacinnika, historyka i rodziny.

I z planów swoich nie zrezygnował. Do Torunia, który w 1929 roku był siedzibą Szkoły Podchorążych 

Marynarki   Wojennej,   miał   zresztą   z   rodzinnego   domu   niedaleko.   Zanim   jeszcze   po   raz   pierwszy 
posmakował morza, dostał porządnie w skórę. Na lądzie, bo z kandydatami na podchorążych wcale się 
wówczas nie patyczkowano. Kto nie wytrzymał, odpadał. Szkoła chciała mieć samych najlepszych.

Dziewiętnastolatek potrafi jednak sporo przetrzymać, jeśli się bardzo uprze.
Ze szkolnych lat najmocniej utkwił mu w pamięci wspaniały rejs pod żaglami  „Iskry” i późniejsze 

praktyki na okrętach. Przekonał się wówczas, że się nie zawiódł, że tego właśnie oczekiwał! A że za nudną, 
szkolną wiedzą, wbijaną do głów w dużych porcjach, raczej nie przepadał, na siedemnastu promowanych w 
1932 roku do stopnia podporucznika marynarki w korpusie morskim, ze starszeństwem od 15 sierpnia 1932 
roku, wylądował w tabeli lokat na miejscu piętnastym...

Pierwszy służbowy przydział przyjął jak niezasłużony afront i krach wszystkich marzeń. Skierowano go 

bowiem do Kadry Floty na dowódcę plutonu! Przeklinał niesprawiedliwych przełożonych, którzy zrobili z 
niego zwykłego „zająca”, los i cały świat.

Na wspomnienie tamtych zdarzeń kapitan Romanowski teraz się uśmiechał. Że też człowiek nie potrafił 

wtedy poszukać winnych trochę bliżej...

Prawie przez rok biegał z rekrutami po oksywskich pogórkach, aż wreszcie i do niego uśmiechnęło się 

szczęście. Stanowisko oficera wachtowego na okręcie przyjął jak wybawienie, choć był to tylko wysłużony, 
poniemiecki torpedowiec ORP „Kujawiak”. Dość szybko też awansował na zastępcę dowódcy tego okrętu, 
ale zrezygnował ze stanowiska bez żalu, kiedy w połowie 1934 roku zarysowała się możliwość przejścia do 
Dywizjonu Okrętów Podwodnych.

Udało się i po odpowiednich kursach specjalistycznych został oficerem nawigacyjnym na ORP „Żbik”. 

Tu już zaczęły się lata  „tłuste”. Wszedł do morskiej elity, bo nawet we Flocie uważano podwodników za 
elitę, robił wreszcie to, co lubił. Poza tym miał niezłą gażę porucznika z niemałymi dodatkami, wygodne 
mieszkanie w pobliżu portu, żonę, dzieci, przyjaciół. Gdyby nie wojna...

Najczęściej te wspomnienia przychodziły podczas długich marszów, jakie Romanowski uprawiał na 

pokładzie s/s „Cathay”. Codziennie i forsownie, dla zdrowia. Czasem towarzyszył mu któryś z oficerów. Ze 
„swoich”   najlepszym   kompanem   w   tej   monotonnej   trasie   był   porucznik   Józef   Anczykowski,   niespełna 
dwudziestopięciolatek, mocny i wysportowany. Świetny zresztą bokser. Nim na rok przed wojną ukończył 
SPMW, już zdążył zdobyć mistrzostwo Floty w swojej wadze. Jak wysoko mógłby dojść? No właśnie...

— Andy, czy nie zastanawiał się pan, kim byłby pan dziś, gdyby nie wojna?
Tamten nie odpowiadał, wietrząc w tym pytaniu jakjś podstęp znanego z ostrych dowcipów dowódcy.
— To ja panu powiem. Może mistrzem Polski, a może i olimpijskim. W każdym razie nie musiałby się 

pan dziś użerać z załogą, jako mój zastępca, i bać się niemieckich torped...

Anczykowski wzruszył ramionami:
— Może. Ale to nie ja rozpocząłem tę wojnę.
O wojnie myśleli zawsze, bo przecież przygotowywali się do niej i w szkole, i na morzu. Było to tak 

oczywiste, że aż spowszedniało w natłoku codziennych, służbowych spraw, związanych ze szkoleniem załóg 
i utrzymaniem w sprawności bojowej okrętów. Co o wojnie na morzu wiedzieli naprawdę? Tyle, ile potrafili 
przekazać   im   starsi   dowódcy,   którzy  swoje   morskie   doświadczenia   wynieśli   przeważnie   z   lat   I   wojny 
światowej, służąc we flotach wojennych trzech zaborców: kajzerowskich Niemiec, Austro-Węgier i carskiej 
Rosji. Przynieśli też stamtąd kult dla odrębności i wyższości Floty nad innymi rodzajami broni, co znalazło 
później wyraz w regulaminach, tradycjach i przepisach morskiego ceremoniału młodej, polskiej Marynarki 
Wojennej. Celebrowano więc uroczyście posiłki w mesach, zawsze w stosownych i zgodnych z przepisami 
ubiorach  —   „messdresach”   czy   „flottenrokach”   *   —   przestrzegano   nakazanych   etykietą   wizyt   u 
przełożonych, koniecznie przy szabli i w ściśle określonym czasie, przyjmowano rewizyty,  tańczono na 
zamkniętych balach w kasynie...

* Rodzaj fraka i galowego surduta.

background image

Cały ten sztafaż był dość uciążliwy, ale i miły, bo podkreślał „inność” oficerów Marynarki Wojennej, 

społeczności niezbyt zresztą wówczas licznej, a kto tego nie lubi? Tworzyło się też w ten sposób poczucie 
wzajemnych więzi tak potrzebnych na morzu, choć na okrętach obowiązywały pewne nieprzekraczalne progi 
— na przykład między dowódcą a młodszymi oficerami. Każdy jednak z tych „młodszych” miał niepłonną 
nadzieję, że zgodnie ze „starszeństwem” zostanie kiedyś dowódcą.

Nie zaniedbywano też szkolenia. Romanowski, patrząc teraz wstecz, przyznawał, że na ORP „Żbik” nie 

miał czasu, żeby się nudzić. Dbał o to zastępca dowódcy, a potem i dowódca tego okrętu, kapitan Bogusław 
Krawczyk, zwany „Kubą”, oficer młodszej już generacji i prymus SPMW z promocji w 1928 roku. Tacy jak 
on pilnie śledzili już wszelkie nowości w sztuce podwodnego wojowania i potrafili nakłonić podwładnych 
do tego, aby nie ociągali się i ostro brali się do pracy.

Rosła też flota, przybywało okrętów. Także podwodnych. Budowano je w holenderskich stoczniach. 

Były to jednostki duże i nowoczesne. W lutym roku 1939 przyszedł do Gdyni z Vlissingen ORP „Orzeł”, 
przyprowadzony   przez   cenionego   wówczas   najwyżej   wśród   podwodników   specjalistę,   komandora 
podporucznika Henryka Kłoczkowskiego. Jego autorytet był tak wielki, że słuchano go we wszystkim. Jeśli 
„Kłocz” powiedział, że okrętom podwodnym niepotrzebne są aparaty podsłuchowe, bo ich najskuteczniejszą 
przewagą jest to, że mogą ukryć się w głębinach, to takich aparatów nie instalowano.

I Romanowski  wierzył kiedyś  w każde  jego  słowo, A teraz  na  samo wspomnienie  tego  człowieka 

wzbiera w nim fala gniewu. Przeklęty „Kłocz”!

Wojna. To prawda, że ludzie sprawdzają się najpełniej w warunkach najwyższego zagrożenia.
Właściwie już w początkach 1939 roku nikt we flocie nie miał wątpliwości, że wojna wybuchnie, że 

wisi na włosku. Widzieli, co dzieje się na Bałtyku, jak poczyna tam sobie hitlerowska Kriegsmarine. Zdawali 
też sobie sprawę z jej liczebności i mocy. O tym zaś, że Dowództwo Floty doceniało narastające zagrożenie, 
świadczył fakt, iż zaczęto wprowadzać zmiany w obsadach poszczególnych okrętów  — mające na celu 
„odmłodzenie” dowództw oraz załóg - i ogłoszono stan podwyższonej gotowości bojowej. Chociaż z tym 
ostatnim na razie nie było łatwo, bo świeżo skompletowane załogi musiały się najpierw po prostu zgrać.

Zmiany te nie ominęły i Romanowskiego. Bronił się jak lew przed przeniesieniem ze  „Żbika”, ale w 

końcu musiał ulec rozkazom. „Wilka”, na którym miał objąć stanowisko „torpedowego”, czyli oficera broni 
podwodnej, zastał niemal doszczętnie ogołoconego z oficerów i załogi. Dotychczasowy dowódca, komandor 
podporucznik Władysław Salamon, został wyznaczony do przejęcia z holenderskiej stoczni w Rotterdamie 
wyposażanego tam właśnie okrętu podwodnego ORP  „Sęp” i zabrał ze sobą najlepszych. W rezultacie na 
pokładzie „Wilka” pozostał z całej obsady oficerskiej jedynie oficer-mechanik porucznik Zygmunt Jasiński. 
We dwójkę raźniej było czekać na ściągających z wolna „nowych”.

Jedynym   naprawdę  „nowym”   wśród   oficerów   był   odkomenderowany   z   trałowców   podporucznik 

Henryk Kamiński, który przyszedł  na stanowisko oficera  nawigacyjnego, bo nowego zastępcę  dowódcy 
okrętu, kapitana Borysa Karnickiego, znał Romanowski dobrze z czasów trzyletniej prawie, wspólnej służby 
na „Żbiku”. Nie pałali zresztą ku sobie specjalną sympatią. Za to niekłamaną radość sprawił wszystkim fakt 
wyznaczenia na dowódcę „Wilka” kapitana Bogusława Krawczyka. Popularny „Kuba” był najbardziej chyba 
lubianym oficerem w całym Dywizjonie Okrętów Podwodnych, a zasłużył sobie na to swą pogodą i taktem 
wobec podwładnych. Chociaż w służbie nie przepuścił nikomu.

I   wtedy   zaczęła   się   orka.   Właściwie   przez   całe   lato   roku   1939   tyrali   ciężko   na   morzu,   ćwicząc 

najrozmaitsze   warianty  ataków   torpedowych,   uników,   stawiania   min.   Prawie   nie   oglądali   lądu.   Jednak 
docierały do nich stamtąd wiadomości coraz to bardziej niepokojące, chociaż sprzeczne. Jedne wróżyły 
rychłe zażegnanie narastającego konfliktu, inne grzmiały na alarm. Gdańsk, „korytarz”, zapewnienie: „Silni, 
zwarci,  gotowi!”.  Wszystko  to  mieszało  się  z  przywleczoną   przez   kogoś  z  lądu  piosenką,   śpiewaną  na 
popularną,   lwowską  nutę:  „Anglia   z   nami,  Francja   z   nami,   my  Hitlera   w  d...   mamy!”.   I  właściwie   jej 
niewybredna treść pokrywała się najdokładniej z tym, co każdy z nich tam, na morzu, dobrze wiedział i czuł: 
zrobimy wszystko, co trzeba, ale wygrać możemy tylko przy pomocy naszych potężnych sojuszników. Ta, na 
szczęście,   jest   zapewniona.   Nie   darmo   obradowali   przecież   w   Warszawie,   w   Kierownictwie   Marynarki 
Wojennej, przedstawiciele Admiralicji Brytyjskiej pod wodzą komandora H.B. Rawlingsa...

Ranek   1   września,   czarne   krzyże   na   skrzydłach   hydroplanu   przelatującego   nad   basenami   portu 

wojennego na Oksywiu i trzask serii enkaemu z kiosku  „Wilka”, przypominał się Romanowskiemu już 
niejeden   raz.   I   wciąż   pamiętał   swoje   zdumienie.   To   tak   wygląda   początek   wojny?   A   gdzie   noty 
dyplomatyczne, zerwanie stosunków, wypowiedzenie?!

Wojna...   Tu,   na   s/s  „Cathay”,   obserwował   czasem   z   wysokości   pokładu   spacerowego   musztrę 

angielskich piechurów, jadących do Birmy — zawsze zabawną dla Polaka, bo pełną groteskowych podrygów 
i tupania — i zastanawiał się, czy ci młodzi chłopcy wiedzą o tej swojej wojnie, na którą jadą, więcej, niż 
wiedział   on   o   swojej   przed   dwoma  laty?   Owszem,   wielu   z   nich   przeżyło   już   bombardowanie   Wyspy. 

background image

Niektórzy może nawet własnych domów. Znają ją z radia, z prasy. Ale czy tam, w dżunglach Birmy, będzie 
ona taka, jak ją sobie wyobrażają? Sam ich dowódca, mówiąc o tamtejszym klimacie, nazwał go krótko 
„parszywym” i dorzucił jeszcze parę epitetów. Ile ich wyobrażeń zawali się na miejscu, w bezpośrednim 
zderzeniu z okrutną, wojenną prawdą?

Bo porucznika Romanowskiego  — torpedowego z „Wilka” — wyobrażenia o wojnie zawaliły się w 

ciągu kilku pierwszych dni. Nie tylko zresztą jego. Wszyscy zamknięci wewnątrz skorupy podwodnego 
okrętu   przeżywali   to   samo.   Bomby  z   okrętów   wroga,   bomby  z   samolotów.   Przytajanie   się   na   dnie   w 
grzmocie   serii   tych   bomb.   Długie,   pełne   napięcia   i   strachu   oczekiwanie,   kiedy  spadną   następne,   i   ten 
szarpiący nerwy czas, kiedy już wszystko ucichło i trzeba by się wynurzyć. Tylko jak, jeśli nie wiadomo (ten 
cholerny  „Kłocz”, z jego teoryjkami o aparatach podsłuchowych!), czy na powierzchni nie czai się okręt 
wroga... Okazało się, że ta wojna jest po prostu brutalnym polowaniem, przy czym oni z teoretycznych 
myśliwych stali się zaszczutą zwierzyną.

Przeczuwali wtedy, że coś musiało się popsuć w mechanizmie dowodzenia, ale wykonywali rozkazy. 

Dokładnie. Skąpe zresztą. To właśnie na taki rozkaz postawili zagrodę minową i wywinęli się z tej operacji 
cudem, bo wytropił ich podczas tej akcji okręt wroga i obrzucił bombami. Potem już tylko wywijali się. Do 
końca.   Na   rozklekotanym   od   podwodnych   wybuchów   okręcie,   bez   możliwości   dokonania   napraw   i 
uzupełnienia paliwa, które wyciekało z rozbitych zbiorników zewnętrznych. Kilka razy próbowali jeszcze 
poszukać celów dla swych torped  — tam gdzie powinni to robić od początku, bo na podejściach do baz 
wroga, u progu Zatoki Meklemburskiej  — ale bez powodzenia. I dokładnie, do końca wykonali ostatni 
rozkaz:  „próbować przejść do Wielkiej Brytanii, a jeśli to niemożliwe, działać na Bałtyku jak najdłużej, a 
potem internować się w którymś państw skandynawskich”.

Czternaście dób. Tyle trwała ich bałtycka odyseja, łącznie ze sforsowaniem Sundów. I jeszcze dalsze 

pięć dób, zanim 20 września dotarli do angielskich wybrzeży i wynurzyli się naprzeciw May Island.

Romanowski nigdy dotąd nie potrafił określić dokładnie tego momentu, w którym zdołał się wreszcie 

otrząsnąć z dręczącego go przygnębienia, rozbicia i beznadziejności. Nie był w tym zresztą wyjątkiem. Niby 
cieszyło,  kiedy  Anglicy z  okrętów  Home Fleet  zakotwiczonych w Scapa  Flow,  krzyczeli   na  ich  cześć: 
„Hurrey!” — ale przeszła ta radość, gdy przez blisko miesiąc trzymano ich wśród łysych skał tej bazy, nie 
chcąc rzekomo nadawać rozgłosu ich obecności. Przejście do Dundee i spotkanie  z  „Orłem” wywołało 
wybuch szalonej radości, ale zarazem dowiedzieli się od cudem odzyskanych przyjaciół rzeczy strasznej: 
„Kłocz” zdradził. Po prostu. Najpierw uszedł z okrętem z nakazanego sektora w bezpieczniejsze miejsce, a 
potem, pod pozorem choroby, uciekł z „Orła” w Tallinie. Uciekł, bo chory nie zabiera ze sobą do szpitala 
własnej maszyny do pisania i myśliwskiej strzelby.

Miary goryczy dopełniły wieści o ewakuacji Kierownictwa Marynarki Wojennej z Warszawy do Paryża, 

tak   pospiesznej,   że   już   w   październiku   wznowiło   ono   urzędowanie   w   paryskim   hotelu  „Regina”.   I 
jednocześnie szarpanina z polskim attaché w Londynie o należne odznaczenia bojowe. Odczuć tych nie 
zdołała złagodzić ani wizyta generała Władysława Sikorskiego, który 17 listopada wraz z szefem KMW 
kontradmirałem Jerzym Świrskim odwiedził obydwa okręty w Dundee, ani garść odznaczeń, jaka z tej okazji 
przypadła części obsady  „Orła” (załoga  „Wilka” nie dostała nic), ani też późniejszy grad awansów oraz 
wysokich odznaczeń polskich i brytyjskich. Pozostał po tym wszystkim głęboki niesmak (choć Bolesław 
Romanowski   awansował   wtedy  —  wśród   innych  —  do  stopnia   kapitana   i   został  odznaczony  Krzyżem 
Walecznych), a wśród młodszych oficerów  „Orła” i  „Wilka” ugruntowało się wręcz przekonanie, że całe 
Kierownictwo Marynarki Wojennej należy traktować po prostu jak uciekinierów.

Jedyną pociechą była serdeczna gościnność mieszkańców Dundee, dzięki której bezdomni marynarze 

polscy   z   wolna   odzyskiwali   równowagę.   Wkrótce   też   uregulowano   sprawę   ich   poborów.   Mogli   więc 
wreszcie uzupełnić bardzo dokuczliwe braki w swym odzieniu (z Gdyni wyszli w okrętowych mundurach 
roboczych), a w końcu stycznia Caledon Shipyard zakończyła też remont okrętu. Po przejściu do bazy Royal 
Navy w Rosyth 20 grudnia ORP „Wilk” wyszedł na swój pierwszy, bojowy patrol z angielskiego już portu 
— aż na Kattegat, pod Skagen.

Tamte pierwsze, wojenne święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok spędzili już na morzu. Były przykre i 

Romanowski zawsze wspominał je niechętnie. Życzyli sobie, co prawda, aby przyszłe były już w kraju, ale 
nikt spośród nich nie miał przecież złudzeń. Ta wojna zapowiadała się na długo.

Jakoż   i   zaczął   się   kołowrót   patroli   przeplatanych   remontami.  Patroli   nieudanych,   bo   nic   jakoś   nie 

wychodziło im na „torpedowy strzał”, a i remontów coraz częstszych, bo okręt już odmawiał posłuszeństwa. 
Dołączyło   też   do   nich   w   tym   czasie   kilku   oficerów,   którzy   wydostali   się   z   kraju   różnymi   drogami: 
podporucznik Józef Anczykowski, porucznik Jur Mendé, kapitan Jerzy Koziołkowski...

I   wtedy  wybuchła   awantura.   Właśnie   z   Koziołkowskim   i   o   niego,   a   Romanowski   odegrał   w   niej 

niepoślednią rolę.

background image

Poszło o ucieczkę Koziołkowskiego z Helu. Jachtem, z kilkoma innymi oficerami. Jedną z nielicznych 

udanych, czym Koziołkowski bardzo się chlubił.

Na „Wilku” jednak orzeczono, że była to dezercja. A Romanowski .„oskarżonego” nawet nie próbował 

bronić, choć przesiedzieli przecież całe trzy lata na jednym kursie SPMW i razem stawali do promocji. 
Wystarczyło przecież parę słów.

Romanowski tylko przed sobą przyznawał się do tego, że bardzo Koziołkowskiego nie lubił. Po prostu i 

zwyczajnie. Tamten zresztą odpłacał mu tym samym. Jedynie opowiastki z morałem pouczają, że szkolna 
ława musi koniecznie łączyć ludzi.

I choć kapitan Koziołkowski zdołał przekonać swych oskarżycieli, że dowódca Dywizjonu Okrętów 

Podwodnych dał mu oficjalne zezwolenie ną taką ucieczkę i wyruszył on w przededniu kapitulacji Helu, 
niechęć pozostała. A że i on sam pozostał na „Wilku” jako torpedowy, więc też nie brakło okazji do tarć i 
zadrażnień z zastępcą dowódcy, Romanowskim.

Te drobne w gruncie rzeczy sprawy przeplatały się jednak z wielkimi, bo wojna rozpaliła się od nowa 

wielkim płomieniem. 9 maja 1940 roku Niemcy uderzyli na Danię i Norwegię, dzień wcześniej  „Orzeł” 
posłał torpedami na dno parowiec  „Rio de Janeiro”, wyładowany niemieckimi oddziałami inwazyjnymi, 4 
maja zatonął  zbombardowany pod Narvikiem ORP  „Grom”, zabierając ze sobą 59 marynarzy,  10 maja 
Niemcy zaatakowali Holandię i Belgię, a 13 maja przekroczyli granicę Francji. 8 czerwca w bazie w Rosyth 
na próżno czekali powrotu „Orła” z kolejnego patrolu: po dwóch dobach okręt z całą załogą został uznany za 
zaginiony bez wieści.

I  „Wilk” wychodzi na patrol. 20 czerwca nocą wachtę pełni kapitan Bolesław Romanowski. Właśnie 

wtedy na kursie pojawia się kiosk U-boota. Jest tuż-tuż. Jedyna decyzja — taranować. Po zderzeniu Niemca 
ani śladu, a ciężko uszkodzony „Wilk” z ledwością dociera do bazy.

Dwudziestego piątego czerwca 1940 roku kapituluje Francja.
Znów dłuższy remont, ale już w połowie lipca „Wilk” jest na morzu. Oczywiście z Romanowskim na 

pokładzie. I w początkach sierpnia też.

Wtedy właśnie zszedł z  „Wilka” Borys  Karnicki. Dokąd? Ano, na nowy okręt! Jako przyszły jego 

dowódca. Romanowski czasem z przekąsem wyrażał się o „obrotności” bardzo pewnego siebie „Boba”, ale 
teraz musiał się skłonić przed jego przedsiębiorczością i uporem. W jaki sposób Karnicki dotarł samotnie do 
Admiralicji Brytyjskiej i do dowódcy brytyjskiej floty podwodnej, admirała Maxa Hortona, w jaki sposób 
zdołał wydębić nowiutki okręt, w to już Romanowski nie próbował nawet wnikać. Wystarczyło, że Karnicki 
zaproponował: „Chodź do mnie na zastępcę...”

Szkoła podwodnego pływania w bazie HMS  „Dolphin” w bombardowanym akurat bez miłosierdzia 

Portsmouth,  a  potem wyjazd   do  Barrow  in Furness  nad  Morzem Irlandzkim,  gdzie  w stoczni  „Vickers 
Armstrong” pod dyrekcją sir Charlesa Cravena powstawało właśnie to nowiutkie „żelazko”, okręt podwodny 
typu „U” — jak „Urszula”. Do wodowania w dniu 30 września naharowali się setnie, żeby poznać wszystkie 
jego zakamarki. Potem tyrali jeszcze, z całą już załogą, aż do 19 stycznia 1941 roku, kiedy to dawny HMS 
„Urchin” zmienił swą nazwę na ORP „Sokół” i została podniesiona na nim biało-czerwona bandera. Była, 
oczywiście,   ogromna   gala   z   udziałem   Wodza   Naczelnego,   generała   Sikorskiego,   oraz   generalicji   i 
admiralicji...

A w trzy miesiące później, 26 marca, wyruszy „Sokół” z bazy w Portsmouth na swój pierwszy patrol 

bojowy. I będzie chodził na te patrole pod Brest i na Zatokę Biskajską niemal przez całe pół roku.

W pamięci Romanowskiego pozostała z tamtego okresu jedynie skłębiona mozaika wydarzeń. Nieudany 

atak ,,Sokoła” na niemieckie ścigacze, a później na spory statek, ucieczki przed samolotem i bombami, 
rekordowy patrol — 20 dni na morzu! — i remont w dokach Portsmouth pod gradem lotniczych bomb. W 
tym czasie Anglicy już walczą z Włochami w Afryce Północnej o Tobruk, Dernę i Benghazi,  „Bismarck” 
topi „Hooda” i sam idzie na dno, odkryty najpierw i ostrzelany przez ORP „Piorun” (polska flota nawodna 
powiększyła się wtedy o ten okręt, a także o ORP „Garland”, ORP „Krakowiak” i ORP „Kujawiak”), a 22 
czerwca   1941   roku   angielski   radiotelegrafista   z   „Sokoła”,   petty   officer   Chisholm,   przynosi   do   mesy 
zaskakującą wiadomość: „Wojska niemieckie napadły na ZSRR!” Nikt nie ma wątpliwości, że teraz nastąpi 
zwrot w tej wojnie. I to bardzo poważny. Najcenniejszy zresztą dla Anglii, bo odetchnie wreszcie od bomb i 
zagrożenia inwazją. Niemcy będą potrzebowali na wschodzie wielkich sił.

Dla Bolesława Romanowskiego takim zaś „zwrotnym dniem” stanie się 20 lipca 1941 roku. Ten dzień 

będzie pamiętał długo. Przyjechał właśnie z Portsmouth do Dundee, aby odwiedzić przyjaciół, a tam wieść, 
jak grom: nie ma już komandora podporucznika Krawczyka. Popełnił samobójstwo. Wczoraj. Na „Wilku” 
żałoba i całkowite rozprzężenie...

Nie, nigdy Romanowski nie zdołał pojąć tego czynu. Ginęły wtedy tystące. Zginęła cała załoga „Orła” z 

serdecznymi  przyjaciółmi, z Andrzejem Piaseckim,  Heńkiem Kamińskim,  Florkiem Roszakiem...  Ale  w 

background image

walce. A tu zdrowy, pogodny, trzydziestopięcioletni zaledwie mężczyzna i znakomity dowódca pozbawia się 
życia...

Kiedy   wraca   z   tą   niepojętą   wieścią   do   Portsmouth,   niezawodny  „Bob”   zaraz   rusza   do   Dundee   i 

Londynu.   Gdzie   i   z   kim   rozmawia,   nie   wiadomo.   Wkrótce   jednak   Bolesław   Romanowski   otrzymuje 
wezwanie na Cavendish Street, do londyńskiej siedziby Kierownictwa Marynarki Wojennej. Nie lubi tam 
zaglądać, ale tym razem rozmowa jest uprzejma. Pytają o zdrowie i w końcu propozycja równa rozkazowi: 
„Obejmie pan dowództwo nowego okrętu”.

Tak, właśnie tego, po który teraz płynie do USA.
Jeszcze wizyta u admirała Maxa Hortona, który potwierdzi decyzję KMW, jeszcze huczne pożegnanie w 

Portsmouth, na „Sokole”. Potem podróż z pękającą głową do Dundee...

Na s/s „Cathay” tymczasem szykuje się wielki, pożegnalny koncert. Za niecałą dobę konwój wejdzie do 

portu Halifax w kanadyjskiej Nowej Szkocji! Kapitan Romanowski zaś — zaproszony na generalną próbę 
swego chóru — ma kolejną okazję, aby stwierdzić, że dostał rzeczywiście świetną załogę. Jak to się stało? 
Na dobór oficerów nie miał żadnego wpływu. Chciał bardziej doświadczonych, nie wyszło. Jakoś będzie 
musiał dać sobie radę. Ale załogę dobierał przecież Jurek Koziołkowski...

I tu nagłe olśnienie. Przygotowywał ją po prostu dla siebie, licząc, że to on zostanie dowódcą nowego 

okrętu! Dlatego wybrał najlepszych. Cóż, bywa, że ludzie, którzy nawet bardzo się nie lubią, mogą nagle — 
przypadkiem! — oddać sobie cenną przysługę.

Koncert udał się nad podziw. Każdy z zaokrętowanych oddziałów starał się wypaść jak najlepiej, więc 

też program był bogaty i urozmaicony. Szkockie pieśni, śpiewane przez jednego z angielskich lotników, 
przeplatały   się   humorystycznymi   scenkami   i   skeczami,   wystawionymi   przez   piechurów,   oraz   polskimi 
ludowymi piosenkami w wykonaniu marynarskiego chóru z solistą, którym był obdarzony pięknym głosem 
starszy bosman Czub. Występował  też magik i pląsały w polskich ludowych tańcach hoże dziewoje, w 
których   tylko   nudziarze   usiłowali   doszukiwać   się   przebranych   marynarzy.   Widownia   szalała.   Wszyscy 
bawili się tak, jak tylko potrafią się bawić ludzie wolni od wszelkich trosk, co wreszcie było prawdą  — 
przecież mieli już za sobą ocean z U-bootami i dotarli aż tutaj cali i zdrowi! A jutro port.

Wszyscy szykowali się na tę chwilę.
—   Jak   tylko   minę   bramę   portu,   to   wejdę   do   pierwszego   pubu*  —-   rozmarzył   się   elektryk,   mat 

Goderski. — I nie wyjdę, aż czas będzie wracać. Zupełnie się rozeschłem na tej łajbie!

Kilku od razu poparło ten projekt. Dobry pomysł. Były jednak i wątpliwości:
— A czy oni tutaj mają puby?
— Idź, głupi! Kanada, to dominium brytyjskie. A czyś ty widział Anglika, który by umiał żyć bez 

pubów?

Świt i hurkot rzucanej kotwicy nadwątlił te nadzieje, a pogrzebał je całkowicie krótki komunikat: nie 

ma zejścia na ląd.

— Ano, cholerny los marynarza...
Tłoczyli się więc u burt. S/s „Cathay” stał w dość rozległym awanporcie, ale w pobliżu nabrzeży, przy 

których cumowały statki rozmaitych bander. Mimo wczesnej pory port kipiał życiem. Potem jeszcze słońce 
przebiło się przez chmury i oświetliło niezbyt odległe pasma gór, pokrytych lasem.

— Hej, wziąłby człowiek plecak i powędrował! Jesień w górach najpiękniejsza...
Tymczasem do burty s/s „Cathay” podszedł kolorowy prom i poczęli nań schodzić angielscy lotnicy. To 

był koniec ich morskiej podróży. Potem dobiła motorówka i zeszło do niej kilku brytyjskich oficerów, a 
wśród nich kapitan Romanowski.

— Nasz „stary” to ma szczęście!
Nawet przenikliwy chłód nie był w stanie spędzić ludzi z pokładu. Stali tam i po prostu gapili się na 

ruch w porcie i oddalone zabudowania miasta. Po tylu dniach na oceanie...

Po południu przeszło obok s/s „Cathay” kilka dużych statków kierując się w stronę otwartego morza. 

Szły tak blisko, że można było odróżnić twarze zapełniających pokłady żołnierzy. Wrzeszczeli raczej niż 
śpiewali popularną „Tipperary” i z obu stron żegnano się wielkim machaniem rąk. Długo, póki na ostatnim z 
nich można było dostrzec jeszcze coś więcej, prócz piętrzących się nadbudówek.

— Pewno szykuje się konwój do Anglii  — mruknął bosman Budka.  — A ci cieszą się jak dzieci. 

Pojęcia nie mają, co ich tam czeka.

Jakoż po pewnym czasie wyszły gdzieś z głębi portu cztery niszczyciele. Szły w szyku torowym ku 

morzu i zaraz wszyscy po numerach burtowych rozpoznali: nasi! Ci właśnie, co przyprowadzili nas tutaj z 
Anglii!

* Pub — (ang.) piwiarnia.

background image

— Rany boskie! To już znów gonią ich na ocean?!
— Przecież ledwo chyba zdążyli pobrać paliwo i prowiant. Żeby tak ani doby wypoczynku?
— Pieska służba! Ja już tam wolę nasze  „żelazka”. Przynajmniej w zanurzeniu morze człowieka nie 

poniewiera i można się wyspać...

O zmroku rozbłysły nad portem silne lampy, a za nim całe rojowisko świateł wyznaczało dość rozległe 

tereny miasta.

— Patrzcie! — wyrwało się komuś. — Toż oni wcale nie przestrzegają black-outu! *
Gruchnął śmiech, ale zaraz umilkł w zażenowanej ciszy. Co to wojna potrafi zrobić z człowieka... Już 

nawet zapomina się, że może istnieć normalny świat, w którym zwyczajnie oświetla się domy i ulice.

W nocy s/s „Cathay” podniósł kotwicę i ruszył w dalszą drogę. Już samotnie. Kolejnym celem był New 

York.

ROZDZIAŁ III

— Szkoda gadać, panowie! To po prostu gruchot...
Po tych słowach w pomieszczeniu starszych podoficerów zapanowało pełne przygnębienia milczenie. 

Niestety, Mietek Czub ma rację. To prawda. Tym bardziej przykra i bolesna, że jeszcze do tego ranka...

To  fakt.  Żyli  jakby w  transie,  w  zdumionym  oszołomieniu. Już  od  chwili,   kiedy  dojrzeli  z   morza 

ogromną łunę w stronie, gdzie Nowy Jork, i potem, kiedy s/s „Cathay” stanął na kotwicy prawie w samym 
środku oszalałego morza migotliwych, różnobarwnych świateł, wspinających się aż pod niebo. Nie spali 
wtedy całą noc. Podziwiali. Gigantyczne budowle, gdy wstał już dzień i mały statek zabrał ich na ląd, 
wąwozy ulic zatłoczonych potokami samochodów, wśród których ich policyjna eskorta na motocyklach z 
trudem tylko torowała drogę rykiem syren. Szeroką autostradę, kiedy autokary już wyrwały się z miasta, całe 
szeregi   parterowych   domków   (to   i   taka   jest   Ameryka?)   i   wszelki   dostatek   w   przydrożnym   zajeździe. 
Chłonęli wszystkie te cuda z zachłannością ludzi, którzy przybyli ze świata kartek na żywność i benzynę, 
domów obłożonych worami z piaskiem, ryku syren obwieszczających nalot. Ze świata wojny.

Nie opuściło ich to omroczenie i u celu. Do New London w stanie Connecticut dojechali o zmroku, ale 

w   bazie   VII   Flotylli   Okrętów   Podwodnych   US   Navy   już   ich   oczekiwano.   Zaraz   też   powędrowali   do 
wyznaczonych kwater: osobno marynarze, osobno podoficerowie młodsi i wreszcie starsi. Pomieszczenia 
były wygodne, dobrze wyposażone, posiłki obfite.

Raj! Nic dziwnego, przecież to Ameryka!
Dopóki nie zobaczyli okrętu.
Port wojenny rozłożył się szeroko w ujściu rzeki Tamizy, a u nabrzeży i pirsów stały okręty podwodne. 

Było   ich   sporo,   ale   raczej   starszych   typów.   Maszerowali   w   nadziei,   że   dotrą   wreszcie   do   właściwych 
basenów, póki nie padła komenda: stój. Mieli przed sobą okręt, który różnił się od innych tylko napisem 
wymalowanym na kiosku: „S-25”.

Ten pierwszy dzień, spędzony w jego wnętrzu, rozwiał złudzenia. Nie takiego okrętu się spodziewali. 

Byli zresztą zbyt doświadczonymi podwodnikami, aby nie dostrzec od razu, że to grat.

Ponury  nastrój   tamtego   wieczora,   kiedy  już   wrócili   do   swych   kwater,   usiłował   ratować   kierownik 

„diesli”, bosman Ziajka:

— Jest nieźle utrzymany...
Zakrzyczeli go. Poczekaj, jeszcze wylejesz na nim więcej potu niż na „Wilku”!
Sam kapitan Romanowski nie umiał ukryć głębokiego rozczarowania, kiedy wcześniej pokazano mu ten 

okręt. Ledwo zdobył się na kilka kurtuazyjnych słów, aby nie urazić jego dowódcy, lieutenanta St. Angelo, i 
zastępcy,   dwumetrowego  dryblasa,   lieutenanta   Olsena.   Byli   najwyraźniej   bardzo   przywiązani   do   swego 
okrętu...

Uczucia   przykrego   zawodu   nie   zdołał   zatrzeć   nawet   huczny   wieczór   powitalny,   wydany   przez 

dowództwo  „S-25”   na   cześć   polskiego  „następcy”   i   jego   oficerów.   Włoscy   przodkowie   St.   Angela   i 
skandynawscy tyczkowatego Olsena sprawili zapewne, że obaj ci sympatyczni młodzi ludzie nie traktowali 
przybyszów z Polski jak obcych, egzotycznych gości. Przeciwnie. Za ich niekłamaną serdecznością krył się i 
szacunek.   Przecież   ci   polscy  podwodnicy   już   walczą   naprawdę,   i   to   od   dwóch   lat.   Przyjęli   nawet   ze 
zrozumieniem uwagę, że Romanowski i jego załoga woleliby jednak dostać bardziej nowoczesną broń...

* Black-out — (ang.) zaciemnienie.

background image

Ale nie było innego wyjścia. Musieli po prostu brać, co dają, i kapitan Romanowski rzucił się w wir 

spraw związanych z przejęciem „S-25”.

A   tych   było   mnóstwo.   Zaczęło   się   od   oficjalnych   wizyt  —   najpierw   u   Dowodzącego   Okrętami 

Podwodnymi Floty Atlantyckiej, którym był rear admiral * R.S. Edwards, potem u dowódcy Bazy Okrętów 
podwodnych,   captaina   F.S.   Cuttsa,   u   dowódcy   VII   Flotylli   Okrętów   Podwodnych,   commandera   M. 
Comstocka, i u lieutenanta-commandera K.G. Hensela komendanta Szkoły Okrętów Podwodnych. Trzeba 
też było odwiedzić captaina Royal Navy, Garwooda, który był brytyjskim oficerem łącznikowym przy US 
Navy,   i   zameldować   wreszcie   o   swoim   pobycie   ambasadorowi   Polski   w   Waszyngtonie   Janowi 
Ciechanowskiemu. Romanowski zrobił to telefonicznie, ale nie spotkał się z większym zainteresowaniem, 
kazano mu po prostu złożyć meldunek na piśmie.

Potem  przyszła   kolej   na   konkrety.   Załoga   musiała   poznać   okręt,   a   czasu   było   mało,   bo  dobiegała 

właśnie pierwsza dekada października 1941 roku.

Z przedstawionego przez Amerykanów programu szkolenia Romanowski z miejsca odrzucił całą teorię 

—   miał   przecież   świetnych   specjalistów.   Ustalono,   że   początkowo   praktyka   będzie   odbywała   się   na 
urządzeniach treningowych w bazie (na lądzie były nawet ustawione wierne modele okrętów podwodnych 
typu  „S”), a następnie już na  „S-25” w ten sposób,  że załoga polska i amerykańska będą zmieniały się 
wachtami, póki w końcu nie pozostaną sami Polacy. Do dnia podniesienia polskiej bandery dowództwo miał 
sprawować lieutenant St. Angelo.

I praca ruszyła pełną parą. Najpierw na lądzie, gdzie w specjalnych urządzeniach można było ćwiczyć 

wyważanie okrętu, sterowanie nim pod wodą i strzelanie torped, a w głębokim basenie awaryjne opuszczanie 
okrętu. Bardzo pomocne były albumy ze schematami i przekrojami wszystkich mechanizmów i instalacji. 
Zupełnie za to nie wypaliła pomoc instruktorów, znających rzekomo język polski. Ich straszliwy żargon 
wywoływał tylko zabawne nieporozumienia. Załoga zdążyła już zresztą na tyle opanować język angielski, że 
wystarczyły techniczne opisy.

Już   w   tej   fazie   szkolenia   życzliwość   amerykańskich   oficerów,   którą   obdarzali   Polaków   nieco  „na 

kredyt”, zamieniła się w prawdziwy podziw i uznanie — świetni, zdyscyplinowani fachowcy i marynarze!

Oni jednak do swojego okrętu podchodzili jak pies do jeża. Nie mogli jakoś zapomnieć o zawodzie, jaki 

ich   spotkał.   Oswajali   się   z   nim   powoli,   mimo   wyraźnych   starań   amerykańskich   kolegów   i   oficerów: 
torpedowego — porucznika Keegana, mechanika — porucznika Hunnicuta, i wachtowego — podporucznika 
Allcorna. Przy nich szlifowali także swe praktyczne umiejętności oficerowie polscy, tym bardziej że kapitan 
Romanowski prawie co dzień  „pędził” na morze. W wyznaczonym akwenie Long Island Sound ćwiczyli 
zanurzenia   z  wachty i  alarmowe,  manewrowanie  pod wodą i  różne  warianty ataków  torpedowych  oraz 
wynurzenia do otwarcia ognia z działa.

Załoga wciąż jednak była nieufna. Rymowano nawet o okręcie złośliwe wierszyki, a w końcu ludzie 

zaczęli powtarzać przy każdej okazji:

— Ech, żeby to był nasz „Wilk”...
Utarło   się   wśród   marynarzy,   że   zawsze   najlepszy   okręt   to   ten,   z   którego   się   właśnie   zeszło.   W 

przypadku  „S-25” sprawa była o tyle prostsza, że o  „nowym” okręcie dowiedzieli1 się już sporo, więc 
porównania z „Wilkiem” nasuwały się same...

Najpierw — wiek. Zwodowany w amerykańskiej stoczni „Bethlehem S.B. Co.” w Quincy w 1920 roku 

„S-25”   był   jak   na   okręt   podwodny  wiekowym   staruszkiem,   podczas   gdy  ORP  „Wilk”,   wodowany  we 
francuskiej stoczni w Hawrze w roku 1929, mógł być traktowany jak mąż w sile wieku. Inne porównania 
były   trudniejsze,   bo   okręty   różniły   się   wielkością   oraz   bojowym   przeznaczeniem,   co   jednak   nie 
przeszkadzało, że w oczach załogi wszystko świadczyło na korzyść „Wilka”.

„S-25” miał 73 metry długości, a zatem był o całe 5 i pół metra krótszy od „Wilka”, miał też o ponad 

150   ton   mniejszą   wyporność   nawodną,   co   było   zrozumiałe,   gdyż  „Wilk”   był   ponadto   podwodnym 
stawiaczem min, których mógł zabierać do wnętrza swego kadłuba 40. Prędkość nawodną i podwodną oba 
okręty miały  prawie  równą,  ale  mocno  różniły się  uzbrojeniem.  Znów  „lepszy”   był  „Wilk”,  bo oprócz 
wspomnianych min nosił 6 wyrzutni torpedowych (w tym jedną obrotową) kalibru 550 milimątrów, działo 
102-milimetrowe przed kioskiem, a na pomoście podwójny, sprzężony enkaem kalibru 13,2 mm.  „S-25” 
miał tylko cztery aparaty torpedowe 533 mm i jedno działo kalibru 102 mm. Również etatowa załoga „S-
25”, składająca się z 39 ludzi, była o 15 osób mniejsza.

* Rear admiral — w polskiej Marynarce Wojennej kontradmirał, captain — komandor, commander — komandor 

porucznik, lieutenant-commander — kapitan.

background image

Dzieje zaś tego okrętu (o co szczegółowo wypytano amerykańską załogę) najkrócej skomentował mat 

Kędziora:

— Szwendał się jak żydowski handełes po jarmarkach.
Rzeczywiście,  „S-25” miał dość barwny  „życiorys”. Wcielony do służby w US Navy w roku 1923 

pełnił ją najpierw w New London, potem aż w Panamie, a później przeniesiony do Floty Pacyfiku z bazą w 
Honolulu pozostawał tam przez całe 12 lat. Odesłany stamtąd na kontynent amerykański trafił do Filadelfii, 
gdzie był okrętem ćwiczebnym w szkole podsłuchowców, aż wreszcie powrócił do New London jako okręt 
szkolny.

Był   podobno  „szczęśliwy”.   Raz   tylko   miał   poważniejszą   awarię   na   Pacyfiku,   gdzie   podczas 

ćwiczebnego ataku na okręt nawodny tamten przejechał mu po kiosku i zniósł doszczętnie pomost. Do 
remontu użyto pomostu, który był wkomponowany w pewien pomnik w Honolulu  — zdjęto go po prostu 
stamtąd i zmontowano na „S-25”. Operacja była udana, bo okręt z tym „sztukowanym” pomostem przeszedł 
bez awarii 6 tysięcy mil morskich przez Pacyfik.

Wszystko to raczej nie zachęcało polskich podwodników, stąd to przekorne wychwalanie  „Wilka”. I 

nawet   nie   chcieli   pamiętać,   że  „S-25”   miał   nad  „Wilkiem”   tę   zasadniczą   przewagę,   że   nigdy   nie 
eksplodowało w pobliżu jego burt tyle bomb głębinowych i nigdy nie taranował wrogiego okrętu. Że był w 
podeszłym wieku? To prawda. Ale był „zadbany”. A co najważniejsze, jeszcze „na chodzie”.

Zresztą innego nie mieli.
Przyszły   dowódca   wiedział   o   tym   doskonale.   Więcej,   mógł   porównywać   swój  „nowy   nabytek”   z 

opuszczonym nie tak dawno „Sokołem”, okrętem nowiutkim, wprost ze stoczni, która wyposażyła jego 
wnętrze w najnowsze urządzenia techniczne. Co z tego? Trzeba było pogodzić się z faktami. Toteż kiedy 
oficer-mechanik, Franciszek Rydzewski, nie przestawał wybrzydzać na tę  „kupę szmelcu”, powiedział mu 
wprost:

— Czy pan wie, poruczniku, co trzeba zrobić, kiedy nie można rozwieść się ze starą i kłótliwą żoną? 

Trzeba ją polubić.

Sam zresztą starał się o to, doszukując się w „S-25” jego dobrych stron. Do nich można było zaliczyć 

wygodne   pomieszczenia   dla   załogi   z   wentylacją   do   tłoczenia   ciepłego   i   zimnego   powietrza,   stację 
odświeżania tegoż i bardzo dużą lodówkę, która pozostała po okresie pływania w tropikach. Z urządzeń 
technicznych wygodny był system łączności wewnętrznej  — telefoniczny i przez rozgłośnię okrętową  — 
oraz peryskopy podnoszone za pomocą silników elektrycznych. Okręt ponadto dobrze trzymał zanurzenie, 
łatwo było nim manewrować pod wodą i nieźle dawał sobie radę na fali.

Lista   mankamentów   była   jednak   dłuższa.   Małe   umywalki   i   ubikacje,   brak   miejsca   na   suszenie 

przemoczonej   odzieży,   maleńka   mesa,   to   tylko   niektóre   i   mniej   ważne   braki.   Do   najważniejszych,   bo 
decydujących   o   sprawności   bojowej   okrętu,   należały   straszliwie   hałasujące   urządzenia   napędowe   i 
mechanizmy okrętowe, a także spora trudność w utrzymaniu jednostki pod wodą  „na równej stępce”  — 
zgrupowane w okolicach śródokręcia balasty sprawiały, że w czasie manewru zanurzenia okręt gwałtownie 
nurkował dziobem w dół i trzeba było sporych umiejętności, aby  „wyhamować” ten ruch i doprowadzić 
pokład pod stopami do położenia poziomego.

Wszystkie   te   wady   wychwytywano   pilnie   podczas   codziennych   ćwiczeń   na   morzu   i   prac   przy 

mechanizmach w porcie. A choć czas naglił, to zawsze jednak pozostawało go nieco dla siebie. Dla polskich 
podwodników Ameryka już z wolna przestawała być „krainą z baśni”, ale nie omijali żadnej okazji, aby ją 
lepiej poznać.

Z  początku   wielką   atrakcją   były  wizyty  w  domach   amerykańskich   kolegów,   marynarzy,   z  którymi 

zaprzyjaźnili się szybko. Wracali stamtąd zdumieni stylem życia Amerykanów, ale nie zawsze zadowoleni...

— U mnie, jak bym przyprowadził kolegę choćby z innego miasta, to matka zastawiłaby stół tak, żeby 

się uginał! A tu propozycja: „nalej sobie drinka”. Sam nalał sobie pół szklaneczki i przegadaliśmy przy tym 
do wieczora...

Zadziwiało skrzętne liczenie się z groszem, zapobiegliwość, troska o drobne domowe i gospodarskie 

sprawy. Nie dostrzegali, że oni odwykli już od tego przez dwa wojenne lata, gdy domem tylko okręt, a cały 
dobytek mieścił się w marynarskim worku lub walizce.

Nie mogli też pojąć stosunku Amerykanów do wojny.  Obojętnego raczej. Oburzało Polaków, że ta 

wojna, która pozbawiła ich domów, rodzin i ojczyzny, na której zginęło dotąd tylu ich przyjaciół, która nadal 
pochłaniała tysiące ofiar, jest dla amerykańskiego marynarza czymś niezmiernie odległym, dziejącym się 
daleko, w Europie. Owszem, zgadzali się, że Hitler i „nazi” są źli, że trzeba ich pobić. A kto to ma zrobić? 
Oczywiście, wy sami. Że bardzo ciężko? Przecież wam pomagamy. Dajemy różne towary, broń, okręty...

Podobne rozmowy toczyły się również w kasynie oficerskim. Część amerykańskich oficerów rwała się 

do wojny (tyczkowaty Olsen nawet tak dalece, że czynił już starania, aby przydzielono go jako oficera 

background image

łącznikowego   do   polskiej   załogi  „S-25”),   część   dowodziła,   że   pora,   aby  amerykańskie   okręty  chodziły 
chociaż w osłonie konwojów do Anglii, ale nie brakowało takich, którzy perorowali głośno:

— Bzdura! Prezydent Roosevelt wie, co robi. Nie damy się wciągnąć w tę awanturę. Wyciągnęliśmy 

wnioski z pierwszej wojny światowej! To interes Europy; nie nasz. Skoro sami wzięli się za łby, to niech 
teras sami sobie radzą.

Anczykowski przyznał kiedyś, że już wstawał, żeby dać takiemu w szczękę, ale Romanowski mu to 

wyperswadował:

— Nie warto, Andy! Wszyscy nie nabiorą rozumu, jak jednemu da pan po pysku. A tu jeszcze kupa 

ludzi rozumuje jak dzieci.  „My tu bezpieczni, bo wojna daleko. I jeszcze można zarobić”. Oj, żeby nie 
przyszedł na psa mróz...

Dowódca miał zresztą z Amerykanami swoje kłopoty, tyle że z Amerykanami polskiego pochodzenia. 

Zwiedziały się jakoś okoliczne Polonusy, że w New London siedzą polscy sailors *, i rozpoczął się istny 
najazd z oblężeniem. U portowych bram stały całe sznury wozów i porywano bez ceremonii każdego, kto 
tylko nosił polskiego orzełka na marynarskiej czapce. Gorzej. Porywano go nie na jeden wieczór, nie na 
dzień, ale, bywało, na dni parę. Przyprowadzał potem takiego bosman okrętowy i meldował:

— Trzy dni go nie było, wrócił schlany jak nieboskie stworzenie. Do paki?
Delikwent zaś zapytany o to, co ma na swoje usprawiedliwienie, zaklinał się, że nie chciał, za Boga! 

Zagarnęli go do samochodu, obiecali, że tylko posiedzą w domu i pogadają z walczącym rodakiem. A tam 
stół po staropolsku, nalewki, polska zagrycha. Potem znów do samochodu, i dalej. Nawet daleko. A tam 
znów od początku. I jeszcze...

I cóż z takim robić? Zamykać, żeby się wylegiwał w areszcie, kiedy tu gonią terminy?
— Bierz, byku, overall ** i leć do roboty!
Ten wybuch patriotycznych uczuć stał się rzeczywiście problemem. Stan Connecticut nie jest duży, ale 

pełen   fabryk   i   osiadłych   tu   czasem   od   pokoleń   Polaków.   Najczęściej   urodzonych   już   tutaj,   ale   bardzo 
czujących   się   Polakami.  Tak   bardzo,   że   zgodnie   z   polską   naturą   potworzyli   dziesiątki   najrozmaitszych 
organizacji   świeckich   i   religijnych,   politycznych   i   kulturalnych,   mieli   swoje   kluby,   orkiestry,   gazety   i 
rozgłośnie radiowe — i boczyli się jedni na drugich. Niespodziewany przyjazd polskich podwodników nagle 
wszystkie te swary i waśnie wygasił. Wici zaś musiały pójść i do innych, ościennych stanów, bo zaczęli 
pojawiać się ludzie nawet z bardzo odległych stron, aby tylko zobaczyć polskich marynarzy...

Kapitan Romanowski już wcześniej zdążył poznać tę polonijną, a wciąż staropolską gościnność. Dużo 

wcześniej, bo w 1930 roku! Był wtedy podchorążym tuż po pierwszym roku SPMW i w gronie dwudziestu 
innych szczęśliwców udało mu się trafić na największy, najwspanialszy rejs „Iskry” — właśnie do Ameryki! 
Szli od piątego maja przez Cherbourg, Portsmouth, Las Palmas, Santiago de Cuba aż do Newport w stanie 
Rhode Island i tam trafili w objęcia Polonusów! Później, w drodze powrotnej, dopadł ich na Atlantyku 
cyklon, ale częściej chyba wspominali pobyt w USA...

Teraz jednak nie przybyli tu z kurtuazyjną wizytą, a po broń. Potrzebną im na wojnie. I czas naglił. 

Tłumaczyć to Polonusom? Jak? Każdemu z osobna? I tak nie zrozumieją. Już huczą, że tych marynarzy 
stanowczo za mało, że nie wystarcza dla każdego chętnego.

Pozostało przydzielać, ściśle według planu, z gwarancją, że „wypożyczony” powróci do bazy na czas, i 

kapitan   Romanowski   poprosił   o   zorganizowanie   takiej   akcji   komendanta   miejscowego   Stowarzyszenia 
Polskich Weteranów. I udało się.

Tyle że zaraz przyszła wiadomość: „Termin objęcia okrętu przyspieszony. Skrócić czas przygotowań”. 

Wyśrubowane już i tak plany szkolenia rozleciały się w jednej chwili. Cóż, rozkaz.

Spotkał   wtedy   kapitan   Romanowski   lieutenanta   Heslopa.   Tak,   tego   zarozumialca   z   s/s  „Cathay”. 

Widywali się w bazie w New London dość często, bo i Heslop ze swoją załogą tu właśnie odbierał okręt 
podwodny. „R-3” był nieco mniejszy, ale w równie kiepskim stanie. Wymieniali czasem jakieś uwagi, lecz 
nadal nie darzyli się sympatią. Tyczyło to zresztą i załóg — polskiej i angielskiej. Nie zaprzyjaźniły się, choć 
ludzie ćwiczyli przecież i pracowali tuż obok siebie. Może przyczyniło się do tego angielskie „zadzieranie 
nosa”? Może, bo Anglicy także i Amerykanów traktowali „z góry”, co kończyło się często wielkimi bójkami 
na lądzie.

* Sailors — tu marynarze.
** Overall — (ang.) kombinezon.

background image

A teraz Heslop był wściekły i bezradny:
— To oburzające! Co za pomysły mają ci Yankesi, żeby tak nagle skracać terminy? Przecież my jeszcze 

nie jesteśmy przygotowani do samodzielnego pływania. W takim czasie?!

Tu polski dowódca miał tę satysfakcję, że mógł rozłożyć ręce i powiedzieć: wojna. Napomknął też, że 

decyzje   zostały   podjęte   zapewne   nie   przez   Amerykanów,   a   przez   Admiralicję   Brytyjską,   która   pilnie 
potrzebuje okrętów. I z tym należało się liczyć. Od początku.

A termin przejęcia okrętów od Amerykanów był rzeczywiście bliski. Wyznaczono go na 4 listopada 

1941 roku. Pozostały zaledwie dni.

Trzeba   było  „podkręcić”   tempo.   Na   okręcie  —   z   wyjątkiem   kilku   specjalistów   amerykańskich  — 

gospodarzyła już polska załoga i zaczął się dla niej bardzo gorący czas. Urwały się wyprawy do gościnnych, 
polskich domów. Tkwili na okręcie do nocy  — bosman Ziajka ze swoimi motorzystami, szef elektryków 
bosman Stułka z nieodłącznym matem Goderskim, kierownik maszyn, bosman Karnowski, z Kędziorą i 
Chodunem,   drenażyści,   artylerzyści,   radiowcy.   Przeglądali   ostatnie   zakamarki   mechanizmów.   Prace   we 
wnętrzu nie ustały nawet wówczas, kiedy okręt poszedł na dok i jego kadłub obsiadły zastępy stoczniowców.

Pewnego dnia kapitan Bolesław Romanowski został wezwany do admirała Edwardsa. Sprawa  — jak 

poinformował go telefonicznie oficer flagowy admirała — miała tyczyć szczegółów ceremonii przekazania 
okrętu. Szedł więc wraz z porucznikiem St. Angelo, rozważając plan przygotowania do tej uroczystości 
własnej załogi — komplet polskich bander i proporców przywieźli ze sobą z Anglii.

W gabinecie admirała było już kilku oficerów, a między nimi dowódca VII Flotylli, lieutenant Heslop, i 

jakiś nie znany Romanowskiemu wyższy oficer brytyjskiej Royal Navy. Okazało się też, że program jest 
przygotowany i wystarczy się tylko z nim zapoznać.

Romanowski czytał go z rosnącym zdumieniem i niedowierzaniem. Z programu wynikało bowiem, że 

na obydwu okrętach  — „S-25” i „R-3” — zostaną podniesione bandery brytyjskie i takiż hymn odegra 
orkiestra.

To był grom z jasnego nieba. Bandera brytyjska?! Nie!!!
— Panie admirale — wykrztusił wreszcie, siląc się na spokój, choć wściekłość zaciskała gardło. — Ja 

przejmuję okręt, a ja i moja załoga jesteśmy marynarzami Polskiej Marynarki Wojennej. I tylko polska 
bandera może być podniesiona na tym okręcie!

Potem zapanowało ciężkie milczenie. Z zachowania owego Brytyjczyka i admirała Edwardsa dało się 

jednak wywnioskować, że spodziewali się tego protestu. Admirał nie zatrzymywał zresztą Romanowskiego 
dłużej. Oświadczył, że musi zbadać sprawę.

To był cios. Jak się bronić? Czy przypominać tym wszystkim Amerykanom i Anglikom o umowie, 

zawartej jeszcze w listopadzie 1939 roku w Londynie między rządem Wielkiej Brytanii a rządem polskim na 
emigracji, regulującej współpracę Polskiej Marynarki Wojennej z Royal Navy? Może nie znać jej treści 
admirał Edwards, ale tamten Brytyjczyk zna ją na pewno. I wie, że okręty polskie — jak również te, które 
Royal Navy wydzierżawi na czas wojny Polakom  — mają nosić banderę polską! Tak, jak na  „Sokole” i 
innych   okrętach.   Dlaczego   tutaj   ma   być   inaczej?   Co   za   grę   prowadzą   Anglicy?   Bo  nie   ulega   przecież 
wątpliwości, że to oni a nie Amerykanie — byli autorami tego uwłaczającego Polakom pomysłu...

Kto mógł pomóc w tej paskudnej sprawie? Oczywiście, ambasada polska w Waszyngtonie! To nawet jej 

obowiązek.

Rozmowa z ambasadorem, panem Ciechanowskim, nie podniosła Romanowskiego na duchu. Prośba o 

przybycie na miejsce i wyjaśnienie sprawy,  tak ważnej przecież dla prestiżu i interesów Polski, została 
zaledwie   wysłuchana.   Konkretnej   odpowiedzi   Romanowski   nie   usłyszał.   Nie   pomogły  też   argumenty  o 
znaczeniu   takiej   uroczystości   dla   Polonii   amerykańskiej.   Odkładając   słuchawkę   miał   wrażenie,   że 
niepotrzebnie zakłócił ambasadorowi spokój...

Zaraz zresztą wezwano go ponownie do admirała, choć był już wieczór. Tym razem był tam jeszcze 

konsul   brytyjski.   Obaj   Anglicy   przypuścili   generalny   szturm.   Trzeba   podnieść   banderę   Królewskiej 
Marynarki Wojennej, stwierdzili. Te okręty są przekazywane przez rząd USA rządowi Wielkiej Brytanii na 
podstawie bezpośredniej, osobnej umowy...

Ale kapitan Romanowski już się zdecydował:
— Proszę w takim razie mnie i moją załogę odesłać do Anglii. Nie będę pływał pod obcą banderą.
Admirał Edwards przysłuchiwał się tylko tym pertraktacjom. W godzinę później przysłał do kwatery 

Romanowskiego zaproszenie. Do domu. Przy kolacji  powiedział, choć poufnie, że popiera jego racje,  i 
namawiał, żeby nie ustępował.

Następnego ranka brytyjski oficer odszukał Romanowskiego i przedstawił nowy wariant ceremonii: „S-

25” podniesie banderę brytyjską, wyjdzie poza wody terytorialne, tam zmieni ją na polską i wróci do portu. 
Pomysł   był   raczej   karkołomny   i   Romanowiski   go   odrzucił.   Anglikowi   wytłumaczył,   że   właśnie   na 

background image

podniesienie polskiej bandery czeka cała tutejsza Polonia.

Kolejny telefon do Waszyngtonu. Teraz Romanowski usłyszał, że ambasador podejmuje przybyłego z 

Londynu ministra Stańczyka i nie ma czasu. Poszedł więc kapitan na dok i rozkazał załodze opuścić okręt.

Zamknęli się w swych kwaterach. Co przeżywali? Jeszcze rankiem 4 listopada nic się nie zmieniło, 

choć uroczystość zaplanowana była na godzinę 16.00.

O   10.00   admirał   Edwards   osobiście   zadzwonił   do   Romanowskiego:   jest   zgoda   z   Waszyngtonu   na 

przekazanie okrętu Polskiej Marynarce Wojennej i podniesienie polskiej bandery!

Tłumy, jakie już od świtu oblegały bramy portu, zaskoczyły i zdumiały nawet Amerykanów, nie mówiąc 

o Anglikach. Z orkiestrami i kapelami w ludowych strojach, z flagami i sztandarami, z mnóstwem kwiatów! 
Potem cały ten barwny i rozgorączkowany potok wlał się na nabrzeża i oblepił je szczelnie. Byle bliżej tego 
miejsca, gdzie wyświeżony do połysku cumował „S-25”. Rżnęły kapele, terkotały kamery filmowe, chrypli 
sprawozdawcy lokalnych rozgłośni...

Ceremonię rozpoczęło odczytanie stosownych rozkazów. Potem był hymn Stanów Zjednoczonych i z 

okrętowych drzewc spłynęła amerykańska bandera oraz znaki. Chwilę potem zeszła z pokładu amerykańska 
załoga, a jej miejsce zajęły wyrównane dwuszeregi Polaków. Przy drzewcach na dziobie i rufie stanęli mat 
Kmiecik i mat Kozioł, na pomoście, obok kapitana Romanowskiego, starszy marynarz Strzelecki.

— Baczność! Banderę podnieść!
Zagrzmiał   hymn:  „Jeszcze   Polska...”,   i   wznosić   się   jęły   ku   górze   bandera,   proporzec   Marynarki 

Wojennej i znak dowódcy. Wreszcie załopotały na wietrze bielą i czerwienią.

Z tą chwilą okręt stał się cząstką Polski. Wolnej. I walczącej o to, żeby przywrócić wolność całej Polsce 

startej przez wroga z map świata.

Zaraz też pękły wszystkie kordony i tłumy Polonusów rzuciły się ku okrętowi. Każdy chciał choćby 

stopę postawić na tym skrawku polskiej ziemi.

Przy innej  keji * odbywała  się  podobna uroczystość na przejmowanym przez  Anglików  „R-3”.  W 

zupełnym osamotnieniu, jeśli nie liczyć grupki oficjeli z ambasadorem Wielkiej Brytanii na czele.

Z ambasady Polski w Waszyngtonie nie przybył nikt.
Tej nocy na  „S-25” pozostała zaledwie niepełna wachta  — resztę załogi porwali rozentuzjazmowani 

rodacy.   Dowództwo   musiało   uczestniczyć   w   oficjalnym   bankiecie   wydanym   przez   ambasadę   Wielkiej 
Brytanii.

A do wyjścia w drogę powrotną do Anglii pozostało okrągłe dziesięć dni.
Rozpoczął   je   kapitan   Romanowski   ostrymi   ćwiczeniami   na   morzu.   Już   bojowymi.   Trzeba   było 

ostatecznie   zgrać   załogę,   i   to   w   takich   manewrach,   jak   w   walce:   szybkich,   alarmowych   zanurzeniach, 
„ostrym”   strzelaniu   artyleryjskim   i   torpedowym.   Wyniki   były   dobre,   ale   wyszła   na   jaw   jedna   z 
najpoważniejszych chyba wad okrętu. Otóż amerykańskie torpedy skonstruowano tak, że woda bardzo łatwo 
dostawała   się   do   ich   przedziałów   silnikowych   i   żyroskopowych.   Stąd   zewnętrzne   klapy   aparatów 
torpedowych otwierać można  było dopiero tuż przed strzałem, co nie pozwalało  oddać go dostatecznie 
szybko   do   wykrytego   celu.   Bosman   Czub   ze   swymi   ludźmi   osobiście   dobierał   i   próbował   je   w 
amerykańskiej torpedowni, ale nie rozwiązało to przecież sprawy.

Miał   jeszcze   kapitan   Romanowski   okazję,   aby   podzielić   się   swym   bojowym   doświadczeniem   i 

tutejszymi spostrzeżeniami z oficerami VII Flotylli podczas oficjalnego spotkania zaaranżowanego przez jej 
dowództwo. Nic nie owijał w bawełnę. Powiedział wprost, co sądzi o słabej przydatności okrętów typu „S” 
do  walki   (a   był  to  wówczas  podstawowy  typ   okrętu  w  amerykańskiej  flocie  podwodnej...),  o  marnych 
torpedach,   o   kalkulatorach   torpedowych   i   peryskopach.   Nie   zyskał   tym   sympatii   u   starszych   oficerów. 
Zaatakowali   go,   że   zbyt   ryzykownie   manewruje   okrętem,   szczególnie   przy   szybkich   zanurzeniach   (co 
obserwowali podczas ćwiczeń), ale Romanowski odpowiedział spokojnie:

— A czy mieliście już nad głowami samoloty? Wiedzielibyście wówczas, że wtedy lepiej mieć tych 

kilka metrów wody więcej nad okrętem...

Przypadek też sprawił, żę Bolesław Romanowski odkrył w Nowym Jorku konsulat Polski, a w nim 

bardzo sympatycznego  pana, Sylwina  Strakacza. Konsul tłumaczył się gęsto, że nie otrzymał w ich sprawie 
żadnych poleceń z ambasady, a o ich pobycie dowiedział się dopiero z gazet... Postanowili więc wspólnie: 
zrobimy chrzest okrętu!

Dwunastego listopada znów do portu zwaliły się tłumy. Na  „ojca chrzestnego” zaproszono admirała 

Edwardsa, matką została córka konsula, Anetka Strakacz. Pękła tradycyjna butelka szampana...

Okręt zaś otrzymał imię ORP „Jastrząb”.

* Keja — fragment portowego nabrzeża.

background image

Znów było huczne przyjęcie, wydane przez konsula, i następnego wieczora kolejne, już pożegnalne, 

urządzone przez VII Flotyllę dla  „Jastrzębia” i  „R-3”. I byłby to najmilszy wieczór  — bo Amerykanie z 
prawdziwym żalem i ogromną serdecznością żegnali Polaków — gdyby nagle nie wybuchła wielka bijatyka! 
Oczywiście   między  marynarzami  brytyjskimi  i   amerykańskimi.   Dopiero   załoga  „Jastrzębia”   pod   wodzą 
porucznika Anczykowskiego zrobiła porządek, siłą rozdzielając walczących i wyrzucając kogo było trzeba. 
Potem dokończono uczty na z grubsza uporządkowanym pobojowisku.

Przed południem 14 listopada 1941 roku ORP „Jastrząb” (z nowym już numerem taktycznym na kiosku 

— „P-551”) był gotów do drogi. Wnętrze okrętu wypełniały po brzegi części zapasowe i wszelkie dobra 
nabyte dla rodzin i przyjaciół w Anglii oraz sterty podarunków od miejscowej Polonii. Dowódca odbył już 
przepisowe wizyty pożegnalne, cała załoga zgromadziła się na pokładzie. Jeszcze ostatnie życzenia, uściski 
rąk...

O godzinie 12.00 padł rozkaz:
— Odcumowanie!
Poszli w dół rzeką, ku morzu, a jej brzegiem ciągnął równo z nimi długi sznur samochodów: konsul 

Strakacz,   St.   Angelo,   Olsen,   kilku   innych   oficerów   i   rzecz   jasna   przyjaciele-Polonusi.   Stamtąd,   gdzie 
kończyła   się   droga,   dobiegł  „Jastrzębia”   znany  wszystkim  marynarzom  sygnał  —   trzykrotny,   długi   jęk 
klaksonów:

— Pomyślnej podróży!

ROZDZIAŁ IV

— Dowódca okrętu może sobie pozwolić na odpoczynek, szczególnie w bazie. Zastępca, nigdy! Niech 

pan siada, Andy, i wyciąga tę swoją buchalterię.

Porucznik Anczykowski uśmiechnął się i położył na stole dzienniki okrętowe „Jastrzębia”. Znajdowali 

się   w   kabinie   kapitana   Romanowskiego   na   statku-bazie  „Al-Rawdah”,   w   szkockim   Holy   Loch   (gdzie 
stacjonowała brytyjska Trzecia Flotylla Okrętów Podwodnych), i był właśnie późny wieczór 2 grudnia 1941 
roku. Tegoż dnia w południe ORP „Jastrząb” wszedł tu i przycumował u burty statku-bazy, kończąc w ten 
sposób swój przemarsz przez Ocean Atlantycki.

Dowódca sięgnął po papiery. Wiedział, że wszystko jest już wyprowadzone „na czysto”.
Było nawet podsumowanie:  „Na morzu 370 godzin, z tego w zanurzeniu — 40. Postój w porcie 41 

godzin. Mil morskich łącznie...”

— Psiakrew, ależ to wszystko wygląda tu gładko i prosto!
Przerzucił kartki dziennika:  „19 listopada, godz. 21.00. Na wysokości wejścia do St. John's, Nowa 

Fundlandia”.

Mieli już wtedy za sobą, od wyjścia z New London, ponad pięć dób marszu. Na powierzchni. Przy 

silnej fali i w śnieżnych zawiejach. Ludzie chorowali. Odwykli od morza. Na wachtach dokuczał piekielny 
ziąb i gdyby nie znakomita, amerykańska odzież...

Z map wynikało, że wejście do St. John's jest kręte i na pewno poprzegradzane bonami *. Przez całe 

dwie godziny krążyli w nocnych ciemnościach i śnieżnej zadymce, niesionej lodowatym wichrem, wołając 
światłem ląd, by przysłał pilota. Odetchnęli dopiero na spokojnych, wewnętrznych wodach portu.

Nie   na   długo.   Już   następnego   dnia   zaczął   się   niepokój:   gdzie  „R-3”?   Okręt   lieutenanta   Heslopa, 

oznaczony już teraz numerem  „P-511”, wyszedł z New London niedługo po nich. Czas, jaki wyznaczyli 
sobie na spotkanie w St. John's, minął. Pozostawało tylko czekać.

Osiemnaście godzin. Tyle spóźnił się Heslop. To był rzeczywiście mały okręt i ciężko mu było na 

wzburzonym morzu. Ale dzięki tym dodatkowym godzinom Romanowskiemu udało się odkryć w porcie St. 
John's   inną   jednostkę   pod   biało-czerwona   banderą  —   statek   handlowy   s/s   „Morska   Wola”.   W   mesie 
„Jastrzębia” brodaty kapitan żeglugi wielkiej Bronisław Hurko opowiadał o życiu w konwojach, widzianym 
oczami tych, co na powierzchni morza i wystawieni „na strzał”. Mieli także okazję wspólnie powzdychać: 
gdzie to się ci Polacy dzisiaj nie spotykają...

I  znów zapis  w  dzienniku.  Lakoniczny jak  wszystkie:  „21  listopada,  godzina  14.00.  Wyjście  z  St. 

John's”. Czyli odbicie do „skoku przez Atlantyk”.

* Bony — pływające zapory.

background image

— A nie myślał pan wtedy, Andy, że możemy nie dać rady?
Anczykowski zmrużył oczy w uśmiechu:
— Od myślenia to ja mam dowódcę...
No właśnie. Wtedy, przed wyjściem na ocean, poszedł Romanowski wraz z Heslopem do miejscowego 

Dowództwa Rejonu Morskiego w St. John's, a to, czego się wówczas tam dowiedzieli, wcale nie napawało 
optymizmem. Owszem, ułożono im marszrutę tak, aby omijała szlaki własnych konwojów, by przez ich 
eskortę nie zostali wzięci za wroga. Najpierw mieli pójść w szyku — „Jastrząb” jako prowadzący — potem 
rozdzielić   się   w   określonym   punkcie   i   iść   dalej   różnymi   szlakami:  „P-511”   krótszym,   jako   mniejszy  i 
powolniejszy. Od 25 południka w dzień winni iść w zanurzeniu. Spotkanie u brzegów Szkocji, o 10 mil na 
zachód od latarni Barra Head, tkwiącej na południowym skraju archipelagu Hebryd, wyznaczono na dzień 1 
grudnia, godzinę 10.00. I z góry dostali ostrzeżenie, że prognoza pogody dla całej prawie trasy jest wręcz 
fatalna.

Sprawdziło się to natychmiast, tuż po wyjściu z St. John's. Okręt Heslopa — który uprosił, aby pójść 

przodem — zniknął od razu wśród monstrualnych gór wody i ukazywał się odtąd rzadko. Śnieg, niesiony 
huraganowym wichrem, zacinał poziomo i zaginął w nim cały świat. O żadnym szyku nie mogło być mowy.

Pięć dób. Tyle trwała ta szaleńcza jazda. Ocean odbierał sobie z nawiązką to, co podarował im tak 

wspaniałomyślnie w czasie podróży na s/s „Cathay”. Szalał. Trzydziestometrowej wysokości fala, biegnąca 
od rufy, raz wynosiła „Jastrzębia” pod niebo, innym razem przelewała się przez okręt, nakrywając go grubą 
czapą lodowatej wody. Niezbędni na pomoście ludzie — dwaj tylko i przywiązani mocno — dusili się pod 
nią dopóki nie spłynęła i nie potoczyła się dalej. Romanowski doświadczył tego kilka razy. Ludzie podczas 
dwugodzinnej wachty przebierali się w suchą odzież nawet czterokrotnie.

Dobrnęli w końcu do miejsca, od którego już mogli iść w zanurzeniu od rana do zmroku, ale dopiero na 

głębokości   poniżej   60   metrów   okręt   przestawał   się   kiwać.   Nocami,   kiedy  wynurzali   się,   aby  ładować 
akumulatory,   udawało   się   czasem   Romanowskiemu   określić   pozycję  okrętu   według   gwiazd.   Wypadała 
zadowalająco.

Aż wreszcie ten wczorajszy zaledwie wpis: „1 grudnia, godz. 9.00. Ląd w namiarze...”. Doszli. Niemal 

dokładnie „na punkt” z niewielkim tylko odchyleniem. Zresztą zaraz spotkali trałowiec HMT „Daneman”, 
który wyszedł im na spotkanie.

Ale nie było „P-511”. Czekali, krążąc po skotłowanym morzu, aż do późnego popołudnia. Cały dzień, i 

to już u celu podróży. Klęli straszliwie! Nie przyszedł.

— A propos, panie poruczniku, są o nich jakieś wiadomości?
— Niestety, cisza.
Biedny „P-511”. Biedny Heslop.
— Nasze straty już pan widział  — uzupełnił Anczykowski lakoniczny zapis w dzienniku.  — Zniosło 

nam spory kawał pokładu na dziobie, mamy połamane i pogięte  relingi, poodpadała farba, a w środku 
wszystko mokre. Kazałem porozwieszać koce i ubrania, żeby choć trochę przeschły. Z całego zapasu stu 
czterdziestu   siedmiu   ton   ropy   pozostało   niewiele.   Doszliśmy   prawie   na   resztkach.   Mechanik   jeszcze 
przegląda swój dział.

Kapitan Romanowski popatrzył na swego zastępcę i machnął ręką:
— W zasadzie powinniśmy się teraz solidnie urżnąć, ale nic z tego. Jutro będziemy mieli na karku szefa 

KMW, już wiceadmirała Świrskiego. Na pewno będzie chciał obejrzeć okręt.

— W takim stanie?! Może choć wyładować części zamienne i ćwiczebne głowice do torped, bo po 

prostu nie ma gdzie się ruszyć!

— Nie przyszliśmy ze spaceru. Porządkować to wszystko trzeba, ale na przyjazd admirała niech pan 

przygotuje zbiórkę załogi nie na okręcie, a tu, w bazie.

Kiedy pozostał sam, przyszło nagle uczucie ogromnego, wewnętrznego zadowolenia i dumy. A jednak 

dokonałem tego! Przeszedłem Atlantyk. Więcej, przeprowadziłem okręt przez ocean. Samodzielnie. A to już 
zupełnie inna sprawa, niż tamto przejście przez Atlantyk na  „Iskrze”, bo wtedy myślał za mnie dowódca, 
kapitan Stefan de Walden. Podróży zaś na s/s „Cathay” nie warto nawet wspominać.

Ale zaraz nadciągnęły wątpliwości: czy to znaczy, że już zostałem prawdziwym morskim, bojowym 

dowódcą? Przecież tam, przed skalistymi brzegami Fundlandii, koło St. John's, oddałbym wszystko, by na 
moim miejscu znalazł się ktoś inny, a ja mógłbym tylko słuchać i wykonywać rozkazy. A ten czas, gdy w 
najwyższym napięciu wypatrywałem szkockiego lądu, gdy zastanawiałem się czy wyjdziemy, gdzie trzeba, 
czy nie popełniłem czasem jakiejś pomyłki?

Ponadto byli tam ze mną inni ludzie. Oficerowie, załoga. Mechanik Rydzewski, zastępca Anczykowski, 

torpedowy Guzowski, nawigacyjny Olszewski i wachtowy Grocholski. Wykonywali pilnie swoje obowiązki. 
Sprawdzili się. Sprawdzili się także ci wszyscy, co obsługiwali wszelkie mechanizmy, żeby okręt szedł, 

background image

pełnili służby i wachty. Każdy na swoim stanowisku, dokładnie i fachowo, choć ocean poniewierał nimi bez 
litości. Czy oni nie mieli chwili zwątpienia? Mieli. Widział to nieraz w ich oczach w niemych pytaniach: 
damy radę, dowódco?

Właśnie: oni mieli jeszcze nad sobą kogoś, na kogo liczyli w najcięższych chwilach. On już nie.
A i okręt okazał się w końcu nie taki zły, skoro dowiózł ich tutaj i odniósł tak niewielkie uszkodzenia. 

Po   osiemnastu   dobach   zmagań   z   rozszalałymi   żywiołem   mogli   spodziewać   się   znacznie   większych 
zniszczeń. Tylko czy będzie sprawował się tak samo w sytuacjach bojowych, w walce?

I dopiero teraz kapitan Romanowski spostrzegł, że wszystko to, czego właśnie dokonali — on, załoga i 

okręt  —  i z czego był  przed chwilą aż tak bardzo dumny,  niewiele miało dotąd wspólnego ze sprawą 
zasadniczą, z wojną. Przecież „Jastrząb” nie walczył z wrogiem, jeszcze nie.

Wiceadmirał   Jerzy   Świrski   pochwalił   załogę,   okręt   obejrzał   z   kamienną   twarzą,   a   na   propozycję 

Romanowskiego,   że   chętnie   oddadzą  „Jastrzębia”   Anglikom   w   zamian   za   nowy   okręt   klasy  „U”, 
odpowiedział:

— A ja dostałem na pana skargę. Z Waszyngtonu, od naszego ambasadora. Co pan tam wyprawiał?
Po   wyjaśnieniu   stanęło   na   tym,   źe   Romanowski   opisze   całą   sprawę   w   obszernym   meldunku.   Ale 

później, bo nazajutrz miał wizytować „Jastrzębia” sam prezydent RP, Władysław Raczkiewicz.

Wizyta minęła jak wszystkie odwiedziny dostojników. Za to następnego dnia, 5 grudnia, gruchnęła w 

Trzeciej Flotylli radosna wieść: znalazł się „P-511”! Z całą, choć ledwie żywą, załogą. Mniej radosny był 
fakt, że odnaleziono go na skałach Orkney's Islands. Jak tam się znalazł? Okazało się później, że najpierw 
popełniono błąd w nawigacji i  „P-511” zaszedł aż po wybrzeża Norwegii. Wycofując się stamtąd przez 
Morze Północne, spalił cały zapas ropy, a później, idąc na silnikach elektrycznych, wyczerpał do cna baterie. 
Zepsuła się też radiostacja i bezwładnie dryfujący okręt oparł się w końcu tam, skąd go teraz holowano do 
bazy.

Na „Jastrzębiu” żywo omawiano tę historię, która tylko cudem nie zakończyła się tragicznie — „P-511” 

był   wreszcie   ich   współtowarzyszem  w   przeprawie   przez   Atlantyk.   I   choć   w   świetle   świeżo   poznanych 
faktów wina dowództwa  tego okrętu była oczywista, to jednak budziły się i wątpliwości. Czy w ogóle 
powinno się wysyłać na ocean tak małego i sfatygowanego grata? I co z takiego za korzyść?

Głosy te były odbiciem nastrojów panujących wśród sporej części załogi niespokojnej o swoje losy i 

losy „Jastrzębia”. Oni przecież przyprowadzili z Ameryki takiego samego gruchota. A że się udało? Co z 
tego? Ważne, co będzie dalej.

Jedynym człowiekiem, który mógł podjąć ostateczną decyzję, był dowódca brytyjskiej floty podwodnej, 

admirał   Max   Horton.   Przybył   zresztą   niezwłocznie   i   obejrzał   okręt   bardzo   dokładnie,   zaglądając   we 
wszystkie jego zakamarki i zadając mnóstwo pytań. Był to doskonały fachowiec i znakomity podwodnik z 
lat I wojny światowej. Ocena jego była zwięzła i krótka:

— Okręt w tym stanie, przy tak zużytych mechanizmach i urządzeniach, nadaje się wyłącznie do celów 

szkoleniowych. I to po przyzwoitym remoncie.

Była to najgorsza z wiadomości, jakie Romanowski spodziewał się usłyszeć. Okręt ćwiczebny?! Kręcić 

się po wodach wokół baz, służąc innym podwodnikom jako „pomoc naukowa”? O, nie! Nie po to uciekał z 
„Wilka”, którego czekał taki los. Owszem, nie ulega wątpliwości, że „Jastrząb” jest starym gratem. Ale jak 
się spisze w walce, to w dużym stopniu zależy od ludzi...

Wszystko to przemknęło mu przez myśl w mgnieniu oka, ale odpowiedź była już ostrożniejsza, bardziej 

wyważona:

— To jasne, sir. Tylko że my po prostu chcemy walczyć. Bezpośrednio z wrogiem. — Admirał milczał, 

więc Romanowski ciągnął dalej, już z determinacją: — Osobiście doceniam znaczenie szkolenia, ale sądzę, 
że razem ze swoją załogą będę bardziej przydatny w walce. Pewno, że wolałbym mieć nowy okręt, na 
przykład klasy „U”...

Admirał pokręcił przecząco głową:
— Nie, tego panu obiecać nie mogę. A czy poszedłby pan na patrol na tym okręcie?
Tu Romanowski nie mógł już zastanawiać się ani sekundy. Nie wypadało.
— Pójdę.
Admirał Max Horton przez dłuższą chwilę zwlekał z odpowiedzią:
— Na razie nie ma o tym mowy. Okręt trzeba najpierw dokładnie zbadać, poddać próbom. Zobaczymy, 

co one wykażą. I dopiero...

Wiadomość   o   decyzji   admirała   szybko   obiegła   załogę.   Tym   bardziej   że   na  „Jastrzębiu”   niemal 

natychmiast zjawiły się liczne ekipy rozmaitych specjalistów. Obsiedli oni okręt wewnątrz i z zewnątrz, 
kazali rozbierać na części różne mechanizmy, dokonywali skomplikowanych pomiarów i obliczeń. A ile przy 
tym było zamieszania...

background image

Zajęci codzienną krzątaniną wokół własnych spraw dowiedzieli się nagle, iż Japończycy napadli na 

Pearl Harbour! W pierwszej chwili nie mogli w to uwierzyć, ale wkrótce nadeszło oficjalne potwierdzenie tej 
wieści.   Świtem,  7  grudnia   1941  roku,   lotnictwo   japońskie   dokonało   ciężkiego   nalotu   na   tę   największą 
amerykańską bazę wojenną na Oceanie Spokojnym...

W  bazie  Trzeciej  Flotylli i wśród obsady  „Jastrzębia” sprawa ta stała  się tematem  „numer  jeden”. 

Rzucono się do map. Gdzie Japonia, a gdzie archipelag Hawajów z wyspą Oahu, na której Honolulu i baza 
Pearl Harbour? Toż to świat drogi! Trzeba przejść większą część Pacyfiku. A skoro uderzyło lotnictwo, 
musiały tam podejść lotniskowce, czyli cała wielka armada japońskich okrętów.

W   miarę   napływu   dalszych,   choć   zapewne   tonowanych   przez   wojenną   cenzurę,   informacji,   zaczął 

rysować się obraz wielkiej klęski. Zatopione  — i to w porcie! — ciężkie okręty liniowe i krążowniki, 
zniszczone na lotniskach samoloty. Między wierszami można było wyczytać, że niemal przestał istnieć trzon 
amerykańskiej Floty Oceanu Spokojnego. Zaskoczenie zaś musiało być zupełne, co wśród marynarzy w 
Holy Loch wywołało lawinę pytań. To gdzie, u diabła, był amerykański wywiad, gdzie zespoły okrętów 
dalekiego dozoru, gdzie radarowe stacje brzegowe na wyspach archipelagu? I gdzie okręty podwodne, które 
powinny przeciąć kurs japońskiej armadzie i przynajmniej narobić w jej szykach zamieszania?!

Polacy  mieli   szczególne   powody,   aby  żywo   interesować   się   przebiegiem   tych   wydarzeń.   Przecież 

dopiero powrócili z tego nie tkniętego dotąd przez wojnę kontynentu i doskonale pamiętali toczone tam 
dyskusje. Porucznik Anczykowski nie omieszkał przypomnieć teraz dowódcy:

— I wykrakał pan im tę wojnę! Tylko kto mógł przypuszczać, że wybuchnie tak szybko...
Romanowski był również zaskoczony tymi wydarzeniami. Nie podzielał jednak optymizmu tych, którzy 

nagle nabrali nadziei, że z chwilą przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny przeciw państwom osi 
również   i   sprawy   w   Europie   czy   Afryce   Północnej   potoczą   się   szybciej   i   bardziej   pomyślnie   dla 
sprzymierzonych.   Przewidywał,   że   liczyć   na   bezpośrednią   pomoc   Amerykanów   będzie   można   dopiero 
wówczas, kiedy przynajmniej częściowo opanują sytuację na Pacyfiku. Jednego tylko był pewien. Udział 
tego nowego i tak potężnego sprzymierzeńca będzie miał poważny wpływ  na losy tej wojny,  teraz już 
naprawdę światowej, bo rozpaliła się przecież i na drugiej półkuli.

Tymczasem   angielscy   inżynierowie   i   technicy   już   zakończyli   swoje   ponad   dwutygodniowe 

„opukiwanie” okrętu i wynieśli się z „Jastrzębia”. Teraz trzeba było czekać na wyniki ich prac.

Nadchodziły właśnie święta Bożego Narodzenia i koniec roku. 23 grudnia  „Jastrząb” rzucił cumy i 

przeszedł do pobliskiego Rothessy, gdzie stanął u burty ORP „Wilk”.

Trzecie święta na obczyźnie, trzeci Nowy Rok. Garnęli się jakoś ku sobie w taki czas, aby być razem, 

wśród swoich. Nie obyło się i teraz bez życzeń: „Aby następne już w kraju...”, ale nie czuło się już w tych 
słowach wiary w spełnienie. Ponadto rozgoryczeni byli, że sami jakoś w niczym nie przyczyniają się do 
poprawienia   tej   sytuacji.   Nie   walczą   przecież,   zostali   odstawieni   na  „boczny   tor”.   ORP   „Wilk”   pod 
dowództwem   komandora  porucznika   Brunona   Jabłońskiego   odrabiał   swoją   pańszczyznę   szkoleniowego, 
ćwiczebnego   pływania,  a  „Jastrząb”...   Ci  z  „Wilka”  znali   już   ich   perypetie  z  „nowym”,   amerykańskim 
okrętem i nie skąpili współczucia.

Mógł   nareszcie   Romanowski   nagadać   się   do   woli   ze   swym   serdecznym   przyjacielem,  „Radcą”, 

kapitanem   Zygmuntem   Jasińskim,   oficerem-mechanikiem  „Wilka”.   Wspominali   huczne,   ubiegłoroczne 
święta, które spędzili w Barrow in Furness, gdzie budowano „Sokoła”, wspominali też ten okręt. I okazało 
się, że w czasie amerykańskiej wyprawy Romanowskiego nadeszły o „Sokole” wręcz zadziwiające wieści!

Operujący od początku października z brytyjskiej bazy na Malcie ORP „Sokół” zdołał już w końcu tego 

miesiąca zatopić torpedami na Morzu Tyrreńskim włoski krążownik pomocniczy, za co z rąk samego Wodza 
Naczelnego,   generała   Władysława   Sikorskiego,   który   wizytował   w   początkach   listopada   Polską   Misję 
Morską w Gibraltarze oraz właśnie przybył na Maltę, otrzymał  „piracką” flagę  „Jolly Roger”. Donosiły o 
tym gazety,   a  niedługo   potem  cała  prasa  rozhuczała  się  zupełnie  już  sensacyjną  wiadomością.  Znów  o 
„Sokole”! Otóż okręt ten, patrolując na wodach greckich, wszedł do zatoki Navarino i usiłował wedrzeć się 
do portu o tej samej nazwie. Ale zaplątał się u wejścia w stalowe sieci zagrodowe. A kiedy już udało mu się 
uwolnić z tej pułapki, dowódca okrętu  — zamiast uciekać, gdzie pieprz rośnie, szczęśliwy, że uniósł cało 
głowę  — postanowił powrócić, przyczaić się... i storpedować stojący wewnątrz portu włoski niszczyciel 
„Ascari”! Dla każdego podwodnika było jasne, że po takim fakcie inne bazujące w tym porcie okręty wroga 
nie pozostały bierne i na pewno rzuciły się w pościg za napastnikiem. Co musiał on wtedy przeżywać? To 
także  wiedzieli  z własnych doświadczeń.  Ale już zupełnie  niepojęty wydawał  się  fakt,  że tego samego 
wieczora ORP „Sokół” znów posłał na dno spory statek z przechodzącego nieopodal konwoju...

Jednak   historie   te   mogły   być   niewiarygodne   jedynie   dla   ludzi,   którzy   nie   znali   kapitana   Borysa 

Karnickiego, a na  „Wilku” i „Jastrzębiu” prawie wszyscy znali go dobrze. A już szczególnie Jasiński i 
Romanowski:

background image

— Cholerny „Bob”! Czy ktoś inny potrafiłby zdobyć się na taką fantazję i bezczelność?!
Było   w   tych   słowach   tyleż   podziwu,   co   i   zazdrości.   Tamci   walczą  —   i   to   jak!   —   a   oni... 

Romanowskiemu przy tym jeszcze jedna sprawa nie dawała spokoju. Otóż zastępcą dowódcy na „Sokole” 
był kapitan Jerzy Koziołkowski...

Kiedy wywietrzały już z głów opary noworocznych toastów i licznych „poprawin”, nadszedł na ORP 

„Jastrząb” rozkaz: „Udać się do Blyth w celu zadokowania i dokonania kapitalnego remontu oraz koniecznej 
przebudowy”.

Kapitan Romanowski odebrał ten rozkaz z mieszanymi uczuciami — więc jednak komisja techniczna, 

przysłana przez admirała Hortona, orzekła, że gra warta świeczki... Niezależnie jednak od tego, co myślał i 
czuł,   musiał   wykonywać   rozkazy.   ORP  „Jastrząb”   wyszedł   więc   z   Holy   Loch,   okrążył   strome   skały 
północnych  wybrzeży Szkocji, z posępnym Cape  Wrath  — Przylądkiem Gniewu,  przebrnął  silne  prądy 
cieśniny Pentland Firth i od Przylądka Duncansby poszedł wzdłuż wschodnich brzegów Wyspy na południe, 
do rejonu Newcastle, gdzie leżał cel podróży — stocznie i doki miasta Blyth.

Remont i modernizacja „Jastrzębia”, jak wynikało ze wstępnych planów, zapowiadały się na dłużej. 

Należało więc opracować rozkład zajęć dla załogi, a ponieważ na okręcie nie wszyscy byli potrzebni, ludzie 
mogli nareszcie wykorzystać zaległe urlopy.

Najbardziej cieszyli się ci, którzy mieli już w Anglii rodziny. Zdarzało się, że zapraszali do siebie na 

wypoczynek najbliższych przyjaciół z okrętu. Wielu marynarzy miało już także zaprzyjaźnione domy w 
szkockich   i   angielskich   miasteczkach   i   wiedzieli,   że   zawsze   znajdą   tam   gościnny   kąt.   Dla   najmniej 
„zapobiegliwych” pozostawał dom wypoczynkowy w Brighton, a oficerowie mogli udać się do podobnego 
w Edynburgu.

Gdy na   okręt  rzuciły się   całe  tabuny stoczniowców,   by demontować,  zda  się,   co  popadło,  kapitan 

Romanowski poczuł się chwilowo zwolniony z obowiązków. Nadzór techniczny nad pracami przejął zresztą 
„z ramienia” KMW dotychczasowy oficer-mechanik okrętu, porucznik Franciszek Rydzewski. Nadal nie 
przepadali za sobą, ale Romanowski już zdołał docenić fachową wiedzę i umiejętności tego o dwa lata tylko 
młodszego wiekiem i oficerskim „starszeństwem” wychowanka wydziału technicznego SPMW w Toruniu. 
Dlatego   mógł   nareszcie   ruszyć   spokojnie   w   okoliczne   pola   i   zagajniki   z   ulubioną   (choć   tu   tylko 
wypożyczoną...) flintą.

Miał też wreszcie Romanowski sporo czasu, aby zorientować się dokładniej w sytuacji na świecie. A w 

pierwszych miesiącach roku 1942 sytuacja ta nie napawała optymizmem.

Najbliższe było miejsce, w którym żył, czyli Anglia. Tu nastąpiło pewne odprężenie, szczególnie po 

tym, kiedy ustały zmasowane naloty, ustępując miejsca rzadszym już wyprawom wrogich bombowców nad 
Wyspę, i zniknęła wreszcie dławiąca zmora nieuniknionej zdawałoby się niemieckiej inwazji z okupowanego 
niemal w całości kontynentu. Zaciskała się natomiast coraz bardziej obręcz morskiej blokady wokół Wyspy i 
na wszystkich wiodących do niej szlakach żeglugowych. Blokady „podwójnej”, bo jedną ogłosili Anglicy 
wobec okupowanych portów Europy,  a drugą Niemcy wobec Wyspy.  Dla Anglii jednak sprawa dostaw 
morskich   była   kwestią   życia   lub   śmierci.   Potrzebowała   wszystkiego:   żywności   i   surowców.   I   Niemcy 
doskonale o tym wiedzieli. Rzucili zatem na Atlantyk ciężkie okręty — pojedyncze, pirackie rajdery — a 
potem   całe   stada   U-bootów.   Liczby   przedstawiające   tonaż   utraconych   w   dziesiątkowanych   konwojach 
statków były już w końcu roku 1941 wielkie, a w początkach roku 1942 poczęły jeszcze wzrastać. I na nic 
się zdały wysiłki propagandy, usiłującej ukryć prawdziwy stan rzeczy. Widać to było wyraźnie w angielskich 
sklepach i po wciąż zmniejszanych przydziałach kartkowej żywności.

Nie   lepiej   działo   się   w   Afryce   Północnej   i   na   Morzu   Śródziemnym.   Z   chwilą   wylądowania   w 

Trypolitanii oddziałów niemieckiego Afrika-Korps pod dowództwem generała Erwina Rommla skończył się 
trwający od lata roku 1940 kontredans szczupłych wojsk brytyjskich z wielką armią włoską, w którym 
Brytyjczycy bywali górą. Rommel ostro zabrał się do rzeczy. W początkach roku 1941 odrzucił wojska 
brytyjskie i otoczył Tobruk. Na tym działania utknęły, ale rozgorzały z nową siłą, kiedy już Brytyjczycy 
weszli do Syrii i Iranu. Wówczas uderzyli, odbili Tobruk i odsunęli linię frontu daleko od granic Egiptu i od 
życiodajnego Kanału Sueskiego. W początkach roku 1942 obie strony czaiły się do nowej ofensywy.

Powodzenie zaś takich operacji zależy w ogromnej mierze od zaopatrzenia wojsk. W tym przypadku od 

sytuacji  na Morzu Śródziemnym,  przez  które szły statki z dostawami dla wojsk osi. Brytyjczycy robili 
wszystko, aby te linie komunikacyjne przerwać, ale nie było to łatwe, bo z Włoch do Afryki przecież blisko, 
a Wielka Brytania miała na tym morzu właściwie tylko dwie duże bazy: w Gibraltarze i w Aleksandrii. I 
trzecią,   niewielką,   jednak   najważniejszą,   bo   leżącą   na   drodze   włosko-niemieckich   konwojów.   Była   nią 
Malta.   I   dlatego   lotnictwo   państw   osi   usiłowało   znieść   tę   wyspę   z   powierzchni   morza,   a   Brytyjczycy 
dostarczyć na nią zaopatrzenie. Za wszelką cenę! Byle tylko wytrwała. W początkach 1942 roku prasa i 
radio londyńskie donosiły, że Malta przeżywa falę niezwykle ciężkich nalotów, ale trwa.

background image

Równie  złe  wieści nadchodziły ze  stron bardzo odległych,  bo z  Azji  Południowo-Wschodniej.  Oto 

Japończycy   zagarnęli   już   Syjam,   weszli   w   granice   Birmy,   gdzie   zajęli   szereg   miast,   i   prą   w   stronę 
stołecznego Rangunu. Wcześniej japońskie samoloty zaatakowały pod Kuantanem, u wybrzeży Półwyspu 
Malajskiego, eskadrę brytyjskich okrętów i posłały na dno dwa okręty liniowe: HMS  „Prince of Wales” i 
HMS   „Repulse”,   oraz   cztery   niszczyciele   wraz   z   dowódcą   eskadry   admirałem   T.   Philipsem. 
Najtragiczniejsza   jednak  wiadomość  przyszła   z  Singapuru.  Ta   największa   na  Malajach   brytyjska  baza  i 
twierdza zarazem poddała się Japończykom w połowie lutego po krótkim oblężeniu, a 85-tysięczny garnizon 
poszedł do niewoli. Droga do Indii niemal stanęła otworem...

W   ogóle   na   Oceanie   Spokojnym   działo   się   gorzej   niż   źle.   Japończycy   po   opanowaniu   Półwyspu 

Malajskiego, całych prawie Filipin oraz wysp Borneo, Celebes, Sumatry i Bali szykowali się do skoku na 
Jawę, w czym usiłowała im przeszkodzić połączona flota amerykańsko-brytyjsko-holenderska. Pod koniec 
lutego doszło do bitwy na Morzu Jawajskim, którą sprzymierzeni przegrali, ponosząc przy tym duże straty. 
Jawa padła w początkach marca.

Jedyne krzepiące wiadomości płynęły z frontu na wschodzie Europy: oto Armia Radziecka odepchnęła 

Niemców spod Moskwy, i to miejscami na odległość blisko 250 kilometrów!

Za drugą pomyślną wiadomość Romanowski uznał tę o formowaniu Armii Polskiej w ZSRR. I nie 

rozumiał,   dlaczego   niektóre   polskie   gazety   wychodzące   w   Londynie   podnoszą   taką   wrzawę   wokół 
porozumienia, które zawarł Sikorski ze Stalinem. Czy Polacy powinni starać się w tej wojnie o utworzenie 
silnej armii? Oczywiście. Na razie jednak jest zaledwie Brygada Strzelców Karpackich w Afryce Północnej i 
te nieliczne, dopiero organizujące się, oddziały w Anglii. Jeśli więc można utworzyć w ZSRR kilka dywizji z 
przebywających tam Polaków? Będą na pewno bardzo potrzebne. Owszem, jest w Anglii już dosyć silne 
lotnictwo polskie, są oni, Marynarka Wojenna...

Właściwie podwodnicy tworzyli swoisty, zamknięty światek, ale mieli przecież dziesiątki kolegów na 

okrętach nawodnych pływających pod biało-czerwoną banderą, na  „Błyskawicy”,  „Burzy”, „Garlandzie” i 
„Piorunie”, na nowych eskortowcach „Krakowiaku”, „Kujawiaku” i „Ślązaku” (wyposażano go właśnie w 
pobliskim Newcastle nad rzeką Tyne) oraz na ścigaczach i kutrach torpedowych operujących na Kanale. 
Spotykali się — choć rzadko, bo stacjonowali w różnych bazach — ale podczas tych spotkań rozprawiali o 
tym, co było ich „chlebem powszednim” na morzu.

Najczęściej   o   służbie   w   konwojach.   Tych   atlantyckich.   Ostatnio   jednak   zaczęła   pojawiać   się   w 

marynarskich rozmowach nowa nazwa: Droga Północna. Wymawiano ją niechętnie, jakby z lękiem.

O   tym,   że   Związek   Radziecki   otrzymuje   od   swych   zachodnich   sojuszników   pomoc   w   sprzęcie 

bojowym, wszelkich materiałach wojennych i żywności, wiedzieli w Anglii już wszyscy. W prasie i radiu 
wychwalano system „Lend and Lease” *. Mało kto jednak zastanawiał się, jakimi drogami ta pomoc dociera 
do   celu,   póki   nie   pojawiły   się   po   raz   pierwszy  nazwy   portów:   Murmańsk   i   Archangielsk.   Marynarze 
zrozumieli   od   razu,   że   szlak   ten   wiedzie   skrajami  Morza   Arktycznego   przez   rejony  najtrudniejsze   dla 
żeglugi.   Byli   zresztą   już   tacy,   którzy   szlaki   te   przemierzyli,   bo   pierwsze   konwoje   do   ZSRR   ruszyły 
początkiem zimy 1941 roku.

Dla załogi  „Jastrzębia” najważniejsze na razie było to, że wreszcie nadszedł koniec remontów. A w 

zasadzie przebudowy, bo okręt uzyskał nawet nową sylwetę dzięki wymianie konstrukcji całego pokładu 
rufowego. Przebudowie uległo również wnętrze, a urządzenia i mechanizmy naprawiono. Zainstalowano też 
nową, typową radiostację i aparaturę hydroakustyczną. Pomalowany świeżutką farbą „Jastrząb” wyglądał w 
końcu jak nowy.

Próby na uwięzi i na morzu wypadły pomyślnie i zaraz przyszedł rozkaz, by jak najprędzej zabierać się 

ze stoczni — była wprost zawalona robotą i potrzebny był każdy kawałek nabrzeża. Rozkazano też, aby w 
drodze  powrotnej   do bazy macierzystej  Trzeciej   Flotylli  Okrętów   Podwodnych   w  Holy Loch  wejść   do 
Rosyth. Czeka tam grupa statków, które trzeba przeprowadzić na redę Greenock.

Podczas manewru odcumowania Romanowskiemu przypomniał się nagle podobny, ten z New London. 

Wtedy też wychodził na pięknie pomalowanym okręcie. Tym samym. I czym się skończyło?

— Nie nawojowaliśmy się. Ale teraz...

* Nazwa amerykańskiej specjalnej pożyczki wojennej dla państw sprzymierzonych.

background image

ROZDZIAŁ V

Holenderski eskortowiec „Jan van Gelder” szedł przodem, a ORP „Jastrząb” trzymał się pilnie w jego 

śladzie   torowym.   Był   pogodny   dzień   22   kwietnia   1942   roku,   Morze   Szkockie,   którym   wędrowali   ku 
północy, łaskawe, a kapitan Romanowski miał wciąż jeszcze w pamięci serdeczne: „Good hunting!” *, jakim 
pożegnali go rankiem brytyjscy przyjaciele, podwodnicy na statku-bazie „Forth” w Holy Loch.

Szli wreszcie na swój pierwszy patrol bojowy.
Na razie celem był port Lerwick na Szetlandach. Tam dopiero mieli otrzymać szczegółowe instrukcje i 

stamtąd wyruszyć  do właściwych  działań,  zapowiadanych już  na odprawie  w Holy Loch  — do osłony 
konwoju, idącego na północ. Do Murmańska.

Byli   gotowi.   W   ostatnich   tygodniach   pracowali   ciężko,   odbywając   próby   i   przepisowe   ćwiczenia 

bojowe.   Dziesiątki   razy  „atakowali”   prowadzący   ich   dziś   eskortowiec   lub   francuski   ścigacz  „La 
Capricieuse”   i   wobec   tej   gonitwy   pierwsze   zadanie,   jakiej   wykonali,   eskortując   wraz   z   holenderskim 
okrętem podwodnym „O-14” z Rosyth do Greenock spore stado „handlarzy” w niezwykle gęstej mgle, było 
po prostu fraszką. Okręt sprawował się nieźle, egzamin zdali także ludzie.

Obsada  „Jastrzębia”   nieco   się   w   tym   czasie   zmieniła,   bo   odszedł   oficer-mechanik,   porucznik 

Rydzewski, oraz podporucznik Grocholski. Reszta pozostała teraz na swoich ściśle etatowych stanowiskach: 
dowódca   kapitan   Romanowski,   zastępca   porucznik   Anczykowski   oraz   dwaj   podporucznicy  Guzowski   i 
Olszowski, pierwszy jako „torpedowy”, drugi jako nawigacyjny.  Niewielkie zmiany zaszły też w składzie 
załogi.   Na   miejsce   tych   kilku,   którzy  opuścili   okręt   z   różnych   przyczyn,   przysłano   marynarzy   bardzo 
młodych.   Byli   wśród   nich   dwaj   hydroakustycy,   marynarze   Zbigniew   Głowa   i   Stanisław   Kuncewicz,   i 
Romanowski odkrył ze zdumieniem, że obaj urodzili się w Kanadzie! Tam też zgłosili się ochotniczo do 
polskiej Marynarki Wojennej i tam, w obozie szkoleniowym w Windsor, leżącym w prowincji Ontario, 
ukończyli kurs Asdic School, czyli podsłuchowców. Wyniki mieli dobre, co udowodnili podczas ćwiczeń. 
Załoga składała się zatem z 35 podoficerów i marynarzy, plus dodatkowo zaokrętowana angielska ekipa 
łącznikowa. Radiotelegrafistę, Martina Dowda, znał doskonale, bo był razem z nimi w New London i często 
chodził   na   ląd   z   polskim   orzełkiem   na   czapce.   Sygnalista,   Thomas   Beard,   był  „nowy”,   podobnie   jak 
dziewiętnastoletni   zaledwie,   bardzo   cichy  i   nieśmiały  oficer   łącznikowy,   sublieutenant   RNVR   Maurice 
Hanbury. Romanowski z trudem wyciągnął z chłopaka, że jest jedynakiem, że porzucił studia, by pójść 
ochotniczo na morze — nad czym bardzo rozpacza matka — i że będzie to jego pierwszy, bojowy rejs.

Dlaczego   tak   mocno   naciskał   tego   chłopca,   dlaczego   wypytywał   go  o   osobiste   sprawy?   Bo   wciąż 

jeszcze nosił w sobie poczucie winy i żalu za błąd, jaki niedawno popełnił. Nie mógł sobie darować, że 
zlekceważył   człowieka.   Uprzedził   się   doń   z   góry,   od   początku.   Wystarczyło,   że   tamten   nie   był 
podwodnikiem, że dołączył do załogi  „Jastrzębia” skierowany przez KMW, przez tych z Londynu, którzy 
nadal jeszcze mieli na okrętach niechlubną opinię „uciekinierów”. Dlatego Romanowski nawet nie próbował 
przybliżyć się do porucznika Franciszka Rydzewskiego. Przez całe siedem miesięcy wspólnej służby na ORP 
„Jastrząb” żyli niejako obok siebie, bo i tamten — spokojny i małomówny” — także nie próbował przełamać 
dzielącej ich bariery. Nigdy i nikomu nie mówił o sobie. I dopiero niedawno...

Wracali właśnie z morza do stoczni w Blyth z którejś z ostatnich prób. Okręt spisywał się dobrze i 

Romanowski wyraził nawet Rydzewskiemu jakieś zdawkowe słowa uznania. Wiedząc zaś, że po odbiorze 
okrętu oficer-mechanik pożegna się z załogą, nie omieszkał dorzucić — swoim zwyczajem — kpiącej uwagi 
o czekającym go na lądzie spokojnym życiu. I wtedy tamten zapytał wprost:

— A czy pan kapitan miał już w tej wojnie przed sobą żywego żołnierza niemieckiego? Wiem, że nie. 

Że pan go nawet nie widział. A ja nie tylko na nich patrzyłem...

Tego właśnie momentu Romanowski nie mógł zapomnieć. I tego wszystkiego, co usłyszał później, bo 

rozpoczęte wreszcie rozmowy przeciągnęły się do białego rana.

Pierwszy września 1939 roku zastał porucznika Rydzewskiego w Bydgoszczy, w nowej — od niedawna 

— siedzibie SPMW, w której był wykładowcą. Pełnił akurat służbę oficera placu. Pierwsze bombardowanie 
przeżyli w trakcie ogromnej krzątaniny, bo z DOK VIII w Toruniu przyszedł rozkaz: „Ewakuować szkołę do 
bazy   głównej   Flotylli   Rzecznej   w   Pińsku”.   Ładowali   się   więc   na   bocznicy   do   dwóch   pociągów.   Do 
pierwszego   podchorążowie   drugiego,  „średniego”   rocznika   z   wydziału   pokładowego   i   technicznego, 
kandydaci,   którzy   ukończyli   właśnie   szkolenie   rekruckie   (razem   72   ludzi),   i   personel   szkoły   wraz   z 
rodzinami. Do drugiego cały inwentarz szkoły, bo przecież tam, w Pińsku, miała być kontynuowana nauka...

* Good hunting — (ang.) szczęśliwych łowów (dobrego polowania).

background image

— Pierwszy pociąg odszedł na wschód nocą z pierwszego na drugiego września, drugi dopiero rankiem. 

My,   kilku   oficerów   wraz   z   komendantem   SPMW   komandorem   Tadeuszem   Podjazd-Morgensternem, 
zdaliśmy   władzom   miejskim   budynki   i   wyruszyliśmy   w   drogę   następnego   dnia   trzema   samochodami 
osobowymi...

Słuchali potem w ciasnej mesie  „Jastrzębia”  — ci oficerowie, którym nie dane było tego przeżyć  — 

opowieści jak ze złego snu. O przebijaniu się zatłoczonymi przez uchodźców drogami, o bombardowaniu 
pod Inowrocławiem i o tym, jak Rydzewski wiózł swoim Citröenem ranne dzieci do szpitala, o Warszawie, 
gdzie   w   gmachu   KMW   przy   ulicy   Wawelskiej   odbył   komendant   SPWM   rozmowę   z   kontradmirałem 
Świrskim, zanim nie wyruszyli dalej, na Kobryń.

— W Pińsku stanęliśmy piątego września, a w dwa dni po nas nadeszły nasze transporty kolejowe. 

Także bombardowane po drodze. Byli ranni. Okazało się jednak, że w Pińsku nie ma dla szkoły żadnych 
pomieszczeń, więc skierowano nas do wsi Horodyszcze Poleskie, gdzie nad jeziorem było duże schronisko 
turystyczne...

Ale o nauce już nie ma mowy. Nie tylko dlatego, że część wyposażenia szkoły zaginęła po drodze. Po 

prostu: na frontach jest źle. Niemcy dotarli pod Warszawę, a z północnego zachodu, z Prus Wschodnich, wali 
w stronę Polesia pancerna nawała. Na miejscu, w okolicach Horodyszcza, działają dywersanci. Idą w lasy 
marynarskie, podchorążackie patrole.

—   A   dwunastego   września   następuje   rozwiązanie   SPMW.   Są   awanse   podchorążych   do   starszego 

rocznika i kandydatów na podchorążych. I formujemy batalion. Drugi, bo pierwszy jest już sformowany z 
marynarzy Flotylli...

Zostaje   w   nim   porucznik   Rydzewski   dowódcą   kompanii  —   drugiej   —   i   wraz   z   nią   jest 

odkomenderowany   do   wsi   Damaszyce,   gdzie   organizuje   obronę.   Podchorążowie   wyfasowali   zielone 
płaszcze i nowe buty, ale nie rozstają się z marynarskimi czapkami. Mają karabiny, wiele bez pasów, i po 20 
granatów. Od Brześcia zaś nadchodzą złe wieści. Po zaciętej obronie żołnierze generała Kleeberga wycofali 
się. Broni się jeszcze okrążona Cytadela.

— Siedemnastego września przychodzi rozkaz: „Odstępować. Z Sowietami nie walczyć”.
Maszeruje porucznik Rydzewski ze swoimi do Pińska, a stamtąd na zachód. Lasami, mokradłami, po 

„nakatach”, drogach z dyli, rzucanych na błota. Idą przez Moroczno i Lubieszów, na Kamień Koszyrski. Jest 
głodno, mokro, doskwierają poodparzane w forsownych marszach nogi. I dopiero 23 września zbierają się 
oba bataliony marynarskie w Kamieniu Koszyrskim, ale odpoczynek jest krótki, bo trzeba znów w drogę. 27 
września wieczorem przechodzą Bug i walą się do snu — jak kto stał — w pustych koszarach 30 pal we 
Włodawie. Przed kilkoma dniami już byli tam Niemcy, ale odstąpili...

I we Włodawie właśnie organizuje generał Franciszek Kleeberg swoją Samodzielną Grupę Operacyjną 

„Polesie”. Z obu batalionów marynarskich utworzony zostaje jeden — trzy kompanie plus pluton cekaemów. 
Są tam wszyscy podchorążowie, a porucznik Rydzewski jest zastępcą dowódcy kompanii pierwszej kapitana 
Jerzego   Wojciechowskiego.   Cały   batalion   włączono   do   182   zapasowego   pułku   piechoty   pułkownika 
Franciszka Targowskiego z 60 Dywizji Piechoty „Kobryń”, dowodzonej przez pułkownika Adama Eplera.

— I znów ruszyliśmy w drogę. Rozkaz głosił: „Idziemy na odsiecz Warszawie”.
Szli na Parczew. 29 września natknęli się na Niemców we wsi Jabłonie i marynarze stoczyli z nimi 

siedmiogodzinny bój.

— Poległ wtedy jeden nasz podchorąży.
Trzydziestego września wchodzą do lasów parczewskich i maszerują całe 24 godziny. Postój we wsi 

Kresowa i 2 października ruszają dalej, w stronę Dęblina.

— A czwartego października rozpoczęła się ta ostatnia bitwa. Mówi się „pod Kockiem”, ale myśmy szli 

piątego października do ostatniego szturmu na Helenów. Walczyliśmy na bagnety.

I słuchał kapitan Romanowski, jak poderwali się marynarze rojem i poszli przez odkryte pola na ziejącą 

ogniem broni maszynowej wieś. I wzięli ją: właśnie bagnetem. Słuchał o bohaterskiej śmierci swego o rok 
tylko   młodszego   kolegi   z   SPMW,   porucznika   Witka   Wyrostka,   co   po   promocji   został   adiutantem 
komendanta szkoły, a poległ pod Helenowem skoszony serią z niemieckiego cekaemu, o żołnierskiej śmierci 
młodziutkich podchorążaków  — i jakoś przybladły przy tym jego dotychczasowe wojenne przeżycia na 
morzu.

O sobie zaś i swych dalszych losach mówił porucznik Franciszek Rydzewski skąpo. Po kapitulacji SGO 

„Polesie” i złożeniu 6 października broni przewieźli Niemcy polskich oficerów do więzienia w Dęblinie, a 
stamtąd do obozu przejściowego w Radomiu, który został założony w dawnych koszarach 78 pułku piechoty. 
Stamtąd uciekł. Pomogła mu w tym polska lekarka, pani Oleszczuk, dostarczając cywilne ubranie i czyjeś 
dokumenty. Potem była wędrówka przez Słowację i Węgry, Jugosławię i Włochy, i w końcu roku 1939 
dotarł do Paryża, do koszar Bessierés, gdzie organizowało się już Wojsko Polskie. Tam spotkał swego brata, 

background image

kapitana artylerii...

Cóż, już nie ma na  „Jastrzębiu” porucznika Rydzewskiego. Żegnali go hucznie, deklarując przyjaźń i 

pamięć, ale Romanowski do dziś nie mógł pozbyć się odczucia, że wszystko to stało się za późno.

Teraz, idąc za „Janem van Gelder”, dowódca czynił w myślach ostateczny przegląd okrętu: pełny zapas 

paliwa, słodkiej wody i prowiantu, dwanaście torped bojowych, z czego cztery w aparatach. Cały dobytek 
osobisty załogi i własny zdany do magazynów. W bazie pozostawiono także adresy bliskich, jeśli ktoś ich tu 
miał. Na wszelki wypadek.

W   Lerwick   rzucili   kotwicę   24   kwietnia,   o   godzinie   14.30.   Miejscowe   dowództwo   mieściło   się   w 

zwykłym baraku i tam też zastał Romanowski dowódców innych okręgów podwodnych, które miały brać 
udział we wspólnej wyprawie: norweskiego „Uredd”, francuskiego „Minerve” i brytyjskiego „P-43”. Okręty 
te zresztą tkwiły już na wodach zatoki wciśniętej między szetlandzkie łyse i skaliste pagóry.

Mięli trochę czasu, bo z portu wychodzili dopiero nazajutrz, toteż Romanowski korzystał z okazji, aby 

zebrać jak najwięcej wiadomości o sprawie dotyczącej go teraz najbliżej: o konwojach na Drodze Północnej. 
Ci tutaj byli już fachowcami.

Owszem, chodzą te konwoje już od ostatnich miesięcy 1941 roku, mówiono mu. Do tej pory poszło ich 

czternaście, a oznaczone są  „dla porządku” literami  „PQ” z kolejną liczbą. Powracające noszą kryptonim 
„QP”. Punkt zborny statków z zaopatrzeniem znajduje się na Islandii, w Reykjaviku lub w Seydishfjord. 
Tam formują się konwoje i stamtąd wychodzą już pod silną eskortą bezpośrednią i zespołami dalekiej osłony 
okrętów Home Fleet. Na osłonę własnego lotnictwa z lotnisk Sullom Voë na Szetlandach oraz z Reykjaviku 
można liczyć jedynie przez pierwsze trzy dni marszu...

Którędy idą? Zimą, pod osłoną nocy polarnej, konwoje przemierzają krótszą  „drogę”: przez Morze 

Norweskie, Barentsa i Białe, jeśli celem jest Archangielsk. Czyli bliżej brzegów Norwegii. Teraz, kiedy już 
nastał  „polarny dzień” i cofnęły się lody, trzeba korzystać z  „drogi letniej”, wiodącej między Islandią a 
Grenlandią i dalej samym skrajem lodów aż do Wyspy Jan Mayen. Wyspę tę letni szlak omija od zachodu i 
biegnie dalej w stronę Spitsbergenu, aby w pewnym punkcie obrócić się na wschód i przejść między Wyspą 
Niedźwiedzią a granicą lodów u Przylądka Południowego Spitsbergenu. Stamtąd dopiero dalej na wschód do 
Zatoki Kolskiej, gdzie Murmańsk.

Dlaczego tak daleko, tak ogromnym łukiem? Żeby jak najdalej od brzegów Norwegii, bo tam wszędzie 

niemieckie   bazy:   w   Trondheim,   Bergen,   Bodö,   Tromsö,   Banak,   a   nawet   w   Kirkenes   za   Przylądkiem 
Północnym i w fińskim Petsamo. Mają tam lotniska, w fiordach są krążowniki, niszczyciele i U-booty, 
Ostatnio nawet patrolujący w rejonie Trondheim brytyjski okręt podwodny HMS „Seawolf” spostrzegł, iż w 
osłonie trzech niszczycieli wychodzi w morze niemiecki pancernik „Tirpitz”. Tak. I pancernik! A najbardziej 
niebezpiecznym dla konwojów rejonem jest ten między Jan Mayen a Wyspą Niedźwiedzią. Tam Niemcy 
mają najbliżej.

— I to jest właśnie wasze zadanie, panowie! — dokończył prowadzący odprawę oficer z komendy w 

Lerwick.  —   Sektory   patrolowania   dla   waszych   okrętów   rozłożone   są   wzdłuż   północnych   wybrzeży 
Norwegii i będziecie stanowili „pierwszą linię” między nimi a trasą konwoju. Obserwować, co wychodzi z 
fiordów, powiadamiać o tym natychmiast komodora * konwoju oraz eskortę i atakować wszystko oprócz 
statków handlowych.

Romanowski przejrzał już kopertę z instrukcjami. Wynikało z nich, że wysunięty najdalej na północ 

sektor patrolowania będzie miał  „Uredd”. Niżej, gdzieś o 200 mil na południowy zachód od Tromsö, był 
sektor  „Jastrzębia”, a dalej  „P-43” i „Minerve”. Wśród instrukcji i map znajdowały się też spisy znaków 
rozpoznawczych i sygnałów. Dla napotkanych ewentualnie okrętów własnych miała to być żółta świeca 
dymna.

— Konwój, który panowie będą osłaniać, nosi kryptonim „PQ-piętnaście” —- uzupełnił komendant. — 

Część statków wyszła w połowie kwietnia z ujścia Clyde, a teraz całość formuje się w Reykjaviku. Będzie 
tam razem dwadzieścia pięć transportowców, a w eskorcie dziewięć niszczycieli i trzy trałowce. Wyjście z 
Reykjaviku na Islandii przewidziane jest na dwudziestego szóstego kwietnia. Zarówno statki jak i eskorta 
zaopatrzone są we wszelkie instrukcje, łącznie z mapami sektorów, w których będą patrolować wasze okręty. 
Życzę szczęścia!

Na pożegnanie łyknęli jeszcze sakramentalnego „drinka” — i czas było wracać na okręty, bo zapadał 

zmierzch.

* Komodor — dowódca konwoju.

background image

ORP  „Jastrząb” był  już przygotowany do wyjścia na morze.  Porucznik Anczykowski zdążył nawet 

odesłać   motorówkami na   ląd,  do  tutejszych  magazynów,   wszystkie  zbędne  na  morzu   przedmioty,   które 
mogłaby uszkodzić lub zabrać fala: łódź, cumy, trap. Potem wieść o zadaniu szybko obiegła okręt.

— No, to zapolujemy na grubszego zwierza! Może sam  „Tirpitz” wyjdzie nam na strzał? Jeśli mógł 

„Piorun” wojować z „Bismarckiem”...

Rankiem 25 kwietnia podnosili kotwicę w doskonałych nastrojach. Po zanurzeniu się dla wyważenia 

okrętu poszli dalej na powierzchni wciąż jeszcze spokojnego morza.

Następnego dnia zagonił ich pod wodę samolot. Dali nura tak szybko, że nawet nie zdążyli dostrzec, 

swój to czy obcy, za co zresztą dowódca pochwalił wachtowego: lepiej zawsze w takim przypadku o moment 
wcześniej. W nocy minęli kilka zerwanych z uwięzi min zagrodowych i trzeba było odtąd równie pilnie 
obserwować morze.

Dwudziestego siódmego kwietnia znów dostrzegli samolot. Bardzo późno. Był tuż, kiedy zdążyli się 

zanurzyć. Alarmowo. I wtedy nastąpiła awaria sterów głębokości. Zacięły się i okręt spadał coraz niżej. Jak 
kamień. Udało się wyrównać dopiero na głębokości 240 stóp, czyli 73 metrów, o całe 12 metrów głębiej, niż 
przewidywały normy dla naciskotrwałego, „sztywnego” kadłuba...

Tego dnia zresztą pogoda zaczęła się psuć. Nadlatywały bardzo silne szkwały, niosąc tumany śniegu, 

rosła fala. Przypadek z samolotem był groźnym ostrzeżeniem. Trzeba bardzo, ale to bardzo, uważać.

W tym też dniu wieczorem  „Jastrząb” dotarł do swego sektora patrolowania i od tej pory powinien, 

według instrukcji, przebywać w dzień w zanurzeniu. Pojęcia zaś „dzień” bądź „noc” były w tej szerokości 
geograficznej i o tej porze roku o tyle nieścisłe, że panował właśnie „polarny dzień” i słońce nie zachodziło 
przez okrągłą dobę. Nie było go jednak widać spoza grubej pokrywy chmur sypiących śnieżycami. Świat 
wokół   tonął   w   szarawej,   mdłej   poświacie.   Nie   ułatwiało   to   prowadzenia   nawigacji   i   nie   pozwalało   na 
dokładniejsze określenie własnej pozycji na morzu.

Na domiar złego rozszalał się sztorm i już pod pierwszymi jego uderzeniami okręt zaczął odmawiać 

posłuszeństwa. Najpierw, 28 kwietnia, stanął lewy silnik  „diesla”. Ziajka, Karnowski, Chodun i wszyscy 
motorzyści   tyrali   do   upadłego,   nim   mogli   zameldować   dó   centrali:  „Poszedł”...   Nieco   później,   przy 
napełnianiu balastów, okazało się, że nie działa jeden z odwietrzników. Był złamany.

Sztorm szalał   nadal,  ale  musieli   wynurzyć  się  podczas  zegarowej  „nocy”,  żeby naładować   baterie. 

Wtedy,   29  kwietnia,  fale  uszkodziły  lewy  ster  dziobowy.   Zaczęły  się  trudności  z zanurzeniem okrętu  i 
utrzymaniem  go  na   odpowiedniej   głębokości.   Ster   nie   działał,   a   złamany  odwietrznik   balastu   numer  5 
utrudniał właściwe wyważenie okrętu.

Trzydziestego  kwietnia fala  zerwała sporą część  pokładu.  Okręt zaczął  się po prostu rozsypywać i 

Romanowski, aby uniknąć dalszych zniszczeń, postanowił jak najdłużej przebywać pod wodą, w zanurzeniu. 
Dopiero   na   głębokości   30   metrów  „Jastrząb”   przestawał   się   kiwać   i   tę   głębokość   dowódca   uznał   za 
najbezpieczniejszą   dla   rozpadającej   się   jednostki.   Ale   w   tej   sytuacji   nie   można   było   wykonywać 
zasadniczego zadania. Nie było mowy o patrolowaniu sektora! Romanowski rozkazał więc hydroakustykom, 
aby pełnili nieprzerwanie wachtę i osłuchiwali wokół morze. Jednocześnie postanowił podnosić okręt co pół 
godziny do głębokości peryskopowej (10—12 metrów), aby móc za pomocą silnie powiększających szkieł 
peryskopu  zlustrować powierzchnię. Manewr ten był  o tyle  trudny,  że zwisająca  na wyłamanej zębatce 
płetwa steru zachowywała się w sposób absolutnie nie dający się przewidzieć i okręt bądź „tonął”, bądź też 
był  niemal wyrzucany na powierzchnię.  Nawet najlepszy w sztuce  obsługiwania  sterów głębokości mat 
Stefan Kozioł był bezradny. Dotąd zresztą nie udało im się dostrzec nic. Dokoła było tylko rozhukane morze, 
mgła i śnieżna zawieja. Nie udało się też przez kilka ostatnich dób zaobserwować ani słońca, ani gwiazd. 
Pozycja okrętu, określona na podstawie zliczania, była dość niepewna.

Romanowski   osobiście   doglądał   tych   spraw.   Nie   dlatego,   by   nie   miał   zaufania   do   podporucznika 

Olszowskiego,   ale   po   prostu   ze   względu   na   szczególnie   trudną   sytuację.   Sam   także   próbował   zliczyć 
przybliżoną   drogę   konwoju  „PQ-15”   i   określić   dzień,   w   którym   konwój   znajdzie   się   mniej   więcej   na 
wysokości sektora wyznaczonego „Jastrzębiowi”. Wypadało, że może to nastąpić około 2 maja i że konwój 
powinien się wówczas znajdować o co najmniej 100 mil na północny zachód od ich sektora.

Mimo tak poważnych trudności wśród załogi panował spokój. Ułożył się już nawet zwykły na patrolach 

porządek   dnia.   W   zanurzeniu,   czyli   w   dzień,   ludzie   przesypiali   wolny   od   wachty   czas.   Wieczorem 
wydawano śniadanie, koło północy, kiedy okręt szedł na powierzchni, obiad, potem kolację, a przed świtem 
wyrzucano śmieci w dobrze obciążonym worku, wypalano ostatniego papierosa, wentylowano okręt, i „do 
sosu”. Tak nazywano pójście w zanurzenie. N rozklekotanym  „Jastrzębiu” porządek ten zakłócały liczne, 
drobne awarie, do których trzeba było zrywać także i wolnych od wacht elektryków lub drenażystów.

Noc z 1 na 2 maja  „Jastrząb” spędził na powierzchni, walcząc z szalejącym sztormem. Trzeba było 

jednak naładować baterie akumulatorów. Nad ranem silniki „diesla” zostały odstawione i okręt zanurzył się.

background image

Tak  zaczął się jedenasty od wyjścia  z  Holy Loch, a ósmy od opuszczenia  Lerwick, dzień patrolu. 

Pierwszego, bojowego patrolu „Jastrzębia” pod biało-czerwoną banderą.

Okręt   wypróbowanym   już   sposobem   wynurzał   się   co   pół   godziny   z   głębokości   30   metrów   do 

„peryskopowej”,   podsłuchowcy   tkwili   przy   swoich   szumonamiernikach.   Około   południa   Romanowski 
zrzucił kożuszek, wierzchnie, nieprzemakalne ubranie oraz buty i wyciągnął się na koi w swojej kabinie. 
Wydawało mu się, że tylko zmrużył oczy, kiedy dobiegły go podniesione głosy z centrali.

W mgnieniu oka był za drzwiami. Korytarzyk, centrala, i głos podporucznika Guzowskiego:
— Podsłuch słyszy śruby!
— Peryskopowe! — rzuca Romanowski sternikom. — Przygotować aparaty do strzału!
Zanim głowica peryskopu wychynie ze studzienki, spogląda na zegar: 14.00. Potem trzask rozkładanych 

rączek u peryskopu, oko do szkła.

— Cel w namiarze...Kąt kursowy...
To hydroakustyk, Zbyszek Głowa. Dowódca obraca posłusznie oko peryskopu na podany kąt.
— Jest!
W szkle znajomy kształt U-boota. Doskonale znany! Taki sam U-boot bazował w Holy Loch. Nazywał 

się HMS „Graph”. Zanim poddał się brytyjskiej „łodzi latającej”, nosił numer „U-570”. I taki sam idzie teraz 
z dużą prędkością, przecinając kurs  „Jastrzębia” prawie pod kątem prostym, o jakieś 400 metrów przed 
dziobem.

— Co z aparatami?!
Wszystko to dzieje się w krótkiej chwili.
— Uwaga przy aparatach!
Romanowski nie odrywa oka od okularu. Prowadzi cel.
— Budka, niech pan nastawi mi peryskop na kąt kursowy lewo piętnaście.
Pochylony nad dowódcą bosman Budka wykonuje polecenie.
— Aparaty gotowe!
— Ster prawo na burt. Nie topić mi okrętu, nie topić!!!
W szkłach tylko zielonkawa rozchybotana masa. I głos hydroakustyka:
— Cel w namiarze... Kąt kursowy... — Chwila milczenia i wreszcie: — Idzie na oddalenie.
Kiedy „Jastrząb” znów wydźwignął się do głębokości peryskopowej (ten cholerny ster!), U-boot  — 

zwrócony już teraz rufą — był daleko. Wściekłość i żal wyładowują się w krzyku:

— Szlag trafił taką okazję! Przepuściliśmy U-boota...
W   centrali   ciężkie   milczenie.   Ludzie   w   białych,   przybrudzonych   już   swetrach   garbią   się   przy 

stanowiskach. Pokryte kilkudniowym zarostem twarze są zasępione. Może gdyby oficer wachtowy kazał 
natychmiast przygotować aparaty i wyjść na „peryskopowe”?

Romanowski dostrzega Hanbury'ego. Na jego twarzy wyraz zdumionego przerażenia. Już widział go w 

takim stanie kilka razy  — kiedy urwał się ster i kiedy zniosło pokład  — ale na ogół chłopak trzyma się 
dzielnie.  Teraz  jednak ma  w oczach pytanie,  które  nieraz  chciał  już  chyba  zadać: co  z was za  ludzie? 
Dlaczego z takim uporem tkwicie w sztormie na rozlatującym się okręcie, zamiast szybko uciekać do bazy? I 
jeszcze się wściekacie, że uszedł wam wróg?

Wreszcie dowódca uśmiecha się i macha ręką:
— Wszystko w porządku, Maurice! Niech pan wraca do siebie i grzmotnie się na koję...
Powoli przychodzi odprężenie. Ten ster i te cholerne, amerykańskie aparaty torpedowe! Ile trzeba czasu, 

żeby napełnić je wodą, wyrównać ciśnienie, otworzyć pokrywy... Trudno z tym zdążyć, szczególnie kiedy 
cel jest akurat „na strzał”. Na „Wilku” lub „Sokole” wystarczyłoby przycisnąć zawór odpalania.

O godzinie 19.40 meldunek z centrali:
— Znów mamy szum śrub...
Wyjście z 30 metrów na peryskopowe. Romanowski omiata szkłami wciąż wzburzoną powierzchnię 

morza. Śnieg. W nim, na lewo za trawersem, sylwetka okrętu. O jakieś dwa tysiące metrów. Jakby znajoma. 
Stary, amerykański kontrtorpedowiec? Pokazuje teraz lewą burtę i oddala się gdzieś za rufę „Jastrzębia” z 
prędkością chyba 16 węzłów...

Swoi?   Tutaj?   Skąd?!!   Jeszcze   obrót   peryskopu   dokoła.   Przed   dziobem  drugi   okręt.   Tylko   kontury. 

Chyba trałowiec, i to brytyjski...

W tym momencie „Jastrząb” gwałtownie nurkuje. Głęboko. To znów ster, chyba uderzony większą falą. 

Dowódca nie odrywa się od peryskopu. Zaraz powinni wyrównać, wyjść do góry.

Wtedy podsłuchowiec Kuncewicz melduje:

background image

— Lewo sto sześćdziesiąt pingowanie *! Ma z nami kontakt.
Wykrył nas ten niszczyciel z lewej! Ma „Jastrzębia” w wiązce fal asdicu. Już nie przepuści.
— Andy, szybko na peryskopowe! Podać sygnały rozpoznawcze! Strzelić świecę dymną!
Poszła   świeca.   Dźwignął   się   też   okręt.   I   straszny  obraz   w   szkłach   peryskopu.   Dziób   niszczyciela, 

walącego   prosto   na   nich,   z   dwoma   wysokimi   odkosami   fal.   Już  „Jastrząb”   nie   zdąży   się   przed   nim 
wynurzyć...

— Drugą świecę! I oba motory cała naprzód. Zanurzenie trzysta stóp.
Uciec w głąb! Może jeszcze zdążą? Szum nad głowami narasta. Teraz to już potężny hurkot, jakby ktoś 

setki stalowych beczek toczył po bruku. A tu dopiero 70 stóp. Zaraz będą bomby...

Seria sześciu wybuchów. Suchych, krótkich. Blisko... Okręt drży pod ich ciosami. Brzęk tłuczonego 

szkła, we wnętrzu jakieś świsty, postukiwania.

— Sprawdzić szczelność okrętu!
Teraz niszczyciel przeszedł i pewno robi zwrot. Ale jest jeszcze ten drugi. Trzeba więc i drugą serię 

bomb przyjąć pod wodą. A potem szybko na powierzchnię i podawać swoje znaki rozpoznawcze!

Jak głęboko zeszli? Manometry zanurzenia nie działają. Guzowski idzie na dziób. Może tam są jeszcze 

całe. Sygnalista Beard czai się z aldisem ** w kiosku, Budka, stoi przy stacji klap balastu, Ziajka przy 
tablicy szasu ***. Kuncewicz ze słuchawkami w uszach melduje:

— Okręt w namiarze... Zwiększa prędkość.
Znów narastający łoskot. Teraz!
— Oba motory cała naprzód, ster lewo dwadzieścia pięć!
Uciec jak najszybciej z miejsca, które tamten sobie namierzył. Wywinąć się...
Pięć grzmotów za rufą. Głuchych. Dudniących. Czyli dość daleko.
— Wynurzenie! Wszystkie balasty szasować!
Zdążyć. Zdążyć, nim obydwa zawrócą!
Ryk sprężonego powietrza w rurociągach. I potworny wstrząs. Wszystko wokół łamie się i rwie. Błyski 

krótkich   spięć   i   ciemność.   Krzyk   ludzi,   kłębiących   się   w   zielonkawej   poświacie   nafosforyzowanych 
zegarów. Jeszcze jakieś huki i trzaski, smród chloru, szum lejącej się wody.

Na powierzchni...
Drabinka, kiosk, właz na pomost. Przed Romanowskim sygnalista Beard. Potyka się o niego już na 

pomoście. Tamten leży we krwi. Jeszcze przez moment próbuje nadawać sygnały rozpoznawcze. Lampę 
zabiera mu z martwych rąk radiotelegrafista Dowd. I natychmiast pada.

To strzelają obydwa okręty. Z broni maszynowej i z działek przeciwlotniczych. Ten trałowiec, o jakieś 

200 metrów  z  prawej  przed dziobem wynurzonego  „Jastrzębia”,  i niszczyciel,  który zbliża  się od rufy. 
Romanowski   dostrzega   to   wszystko   w   mgnieniu   oka.   Słyszy  stukot   wystrzałów.   Chce   wejść   na   ławkę 
pomostu, gdy nagle ostry ból w obu nogach...

Siada   na   nadburciu,   podnosi   wysoko   nad   głowę   polską   banderę,   którą   ktoś   wcisnął   mu   do   rąk. 

Trałowiec przestaje strzelać. Niszczyciel idzie nadal wprost na nich. Będzie taranował?!

— Otworzyć włazy! Wszyscy na górę!
To stało się jednocześnie. Ludzie sypnęli się na pomost, a niszczyciel podszedł łukiem na pięćdziesiąt 

metrów od lewej burty „Jastrzębia” i otworzył ogień. Bił długimi seriami, a ludzie na pomoście padali ze 
strasznym krzykiem. Rósł stos ciał. Na białych swetrach plamy krwi.

Wreszcie   wszystko   ucichło   i   wtedy   z   pokładu   niszczyciela   ktoś   zawołał   przez   tubę   w   złej 

angielszczyźnie:

— Are you German? ****
— We are the Polish submarine „Jastrząb”, can't you see „P-551”, you bloody fool?! *****
Na nic więcej już Romanowski zdobyć się nie zdołał. Dusiła go rozpacz: tylu ludzi i okręt... Martwych i 

rannych miał tuż, na pomoście. Żywi tłoczyli się na pokładzie, a z otwartych włazów na dziobie i rufie walił 
żółty dym.

Z trałowca szła ku nim łódź i bosman Budka ze starszym marynarzem Ambroszczakiem już podawali z 

pomostu na pokład „Jastrzębia” rannych i zabitych. Łódź dobiła i na pomost wdrapał się jakiś człowiek.

* Efekt dźwiękowy, kiedy fale magnetyczne z asdicu uderzają o burtę okrętu.
** Aldis — lampa sygnałowa.
*** Szasy — zawory sprężonego powietrza.
**** — Czy jesteście Niemcami?
***** — Jesteśmy polskim okrętem podwodnym „Jastrząb”, czy nie widzicie „P-551”, wy przeklęci głupcy?!

background image

— Jestem oficerem mechanikiem...
— Zechce pan zejść do wnętrza i zbadać stan okrętu?
Anglik poszedł za bosmanem Karnowskim. Romanowskiemu ktoś owinął postrzelane nogi kocem, mat 

Kozioł przyniósł kożuszek i czapkę. Gdy zjawił się bosman Ziajka i zaczął tłumaczyć bezładnie, że „diesli” 
już uruchomić się nie da, dowódca przywołał Guzowskiego:

— Pan obejmie dowództwo okrętu.
— To niemożliwe. Okręt jest rozbity...
— To proszę ewakuować ludzi i okręt zatopić!
Karnowski i oficer-mechanik wrócili już tymczasem i zdawali sprawę: baterie rozbite, w środku pełno 

gazu. I wody. Pękł sztywny kadłub na rufie, leje się i tamtędy. Popękane rurociągi sprężonego powietrza. 
Zerwane instalacje. Ruina. Okręt tonie.

Dwie łodzie  — bo ta druga przyszła z niszczyciela  — zabierały z pokładu ludzi. Żywych, rannych i 

zabitych. Romanowskiego znieśli do jednej z nich. Nie zszedł z okrętu ostatni, jak każe morski obyczaj.

Widział potem z pokładu trałowca, jak od  „Jastrzębia” odbija ostatnia łódź. Rozpoznał w niej rudą 

głowę   Guzowskiego.   Znad  fal   wystawał   już   wtedy  tylko   kiosk   okrętu.   Niedługo.   Po   chwili   w   tamtym 
miejscu nie było nic.

Sanitariusz z trałowca niewiele mógł Romanowskiemu pomóc. Założył tylko opatrunki na prawą nogę, 

przestrzeloną w udzie, łydce i stopie, i na lewą, również przestrzeloną, stopę. Potem wszedł do kabiny 
drobny mężczyzna o bardzo zmęczonej twarzy.

— Jestem dowódcą.  Mój  trałowiec  to HMT  „Seagull” z  Royal  Navy,  a tamten niszczyciel  to „St. 

Albans” i nosi banderę norweską. Nie spodziewaliśmy się tutaj własnych okrętów.

Co można było odpowiedzieć? Że wojna?
— Niech pan poda do mojej Flotylli sygnał o zatonięciu okrętu i o uratowaniu załogi. I zadba o rannych.
— Oni są na „St. Albans”. Tu tylko pan i kilkunastu zdrowych.
Podporucznik Andrzej Guzowski i bosman Jan Budka przynieśli dokładniejsze wiadomości. Także i te 

najgorsze.   Pod   ogniem   obu   okrętów   zginęli   na   miejscu,   na   pomoście  „Jastrzębia”,   starszy   bosman 
Mieczysław Czub i starszy marynarz Władysław Niedzielski oraz dwaj angielscy podoficerowie: starszy 
sygnalista Thomas Beard i starszy radiotelegrafista Martin Dowd. Zwłoki ich zabrano na „St. Albans”. Tam 
też przewieziono rannych. Najcięższe rany odniósł mat Czesław Kędziora i sublieutenant Maurice Hanbury 
—   mechanik   walczy   ze  śmiercią,   a   młody   Anglik   ma   fatalnie   postrzelane   biodra.   Porucznik   Józef 
Anczykowski dostał w nogę i to tak paskudnie, że nie wiadomo, czy jej nie utraci. Starszemu marynarzowi 
Tadeuszowi Czerwińskiemu pocisk urwał rękę. Lżejsze rany odnieśli podporucznik Stanisław Olszowski i 
artylerzysta, starszy marynarz Jerzy Christ.

Guzowski   zameldował   jeszcze,   że   wszystkie   dokumenty   okrętu   ocalały   i   zostały   oddane   na 

przechowanie   do   sejfu   HMT  „Seagull”.   Odnotował   też   przybliżoną   pozycję   zatopienia   okrętu.   ORP 
„Jastrząb” zatonął pod 71 stopniem i 30 minutami szerokości północnej i 12 stopniem oraz 32 minutami 
długości wschodniej dnia 2 maja 1942 roku około godziny dwudziestej.

Godzina 20.00? Więc wszystko to trwało niespełna trzydzieści minut?!
A gdy obaj opuszczali już kabinę, Romanowski dojrzał nagle coś, co go zdumiało i przeraziło:
— Budka, co się z panem stało?!
Tamten uśmiechnął się blado, jakby z zażenowaniem i przeciągnął dłonią po włosach. Były zupełnie 

siwe.

Potem, kiedy już wyszli, Romanowski zapłakał.
Następnego ranka nadszedł ze  „St. Albans” sygnał, że w nocy zmarł z ran mat zawodowy Czesław 

Kędziora. A w chwilę później rozłomotała się broń przeciwlotnicza na pokładzie HMT „Seagull” i innych 
okrętów eskorty konwoju „PQ-15”. Wojna trwała nadal, a konwój miał jeszcze do Murmańska szmat drogi.

Dzień 3 maja nie był dla konwoju „PQ-15” pomyślny. Właśnie tego ranka spoza zwałów niskich chmur 

wypadła znienacka szóstka niemieckich samolotów torpedowych i posłała na dno trzy duże transportowce. 
Okręty eskorty biły z całej broni i uwijały się w szalonych zwrotach. Romanowski zaś, z poranionymi 
nogami podpiętymi do górnej koi, mógł tylko cierpieć. Wiedział, że tak samo cierpią też ci na pokładzie „St. 
Albans” i rozbitkowie ze storpedowanych statków, których wniesiono niedawno na pokład HMT „Seagull”. 
Najbardziej   zazdrościł   wtedy   swoim   artylerzystom  —   Buszmanowi,   Jaroszowi   i   Szramie   —   gdyż   ci 
obsadzili   działka   na   trałowcu   i   walczyli.   Przybiegali   czasem,   rozgrzani   jeszcze   walką,   i   zrywali   się 
natychmiast na sygnał alarmu.

Nocą z 3 na 4 maja znów nadleciały samoloty, ale eskorta zdołała odpędzić je ogniem. Potem konwój 

„PQ-15” wszedł w strefę gęstych mgieł i pod ich osłoną dotarł do celu.

Do Murmańska weszli 5 maja 1942 roku.

background image

Kapitan   Bolesław   Romanowski   tego   nie   widział.   Trawiony   wysoką   gorączką   został   natychmiast 

zabrany do mesy, zoperowany tam wstępnie i przewieziony do szpitala.

ROZDZIAŁ VI

Szła polarna wiosna. Zapowiadało ją znaczne już ocieplenie i tabuny komarów, które wieczorami cięły 

bez miłosierdzia. A przed trzema zaledwie tygodniami, kiedy w Murmańsku zeszli na ląd, zima była jeszcze 
tęga i leżał gruby śnieg.

— Zobaczy pan, Andy — powiedział Romanowski, sięgając po kule i stawiając ostrożnie lewą nogę 

otuloną gipsowym opatrunkiem — że teraz zrobi się na morzu większy ruch i na pewno jakiś okręt eskorty w 
końcu nas stąd zabierze.

Anczykowski podciągnął koc i uśmiechnął się blado:
— Oby jak najprędzej! Myślę, że jeszcze wytrzymam.
Wyglądał bardzo źle. Z mocnego, sprężystego mężczyzny pozostał cień. I ta noga na wyciągu.
— Oczywiście!
Kuśtykając do swojej kwatery Romanowski miał nad czym rozmyślać. Podziwiał upór tego człowieka. 

Już w szpitalu w Murmańsku radzieccy lekarze orzekli: tylko amputacja. Nie zgodził się. Kategorycznie. 
Poskładali więc jakoś kości strasznie postrzelanej goleni, założyli gips i odesłali tutaj, do Polarnoje. Później 
młody   lekarz   ze   storpedowanego   krążownika  „Trinidad”,   Irlandczyk   O'Connor,   powtórzył   to   samo, 
ostrzegając, że może wdać się gangrena. A tamten nie i nie! Woli umrzeć, niż zostać kaleką.

A na ludzi kalekich Romanowski napatrzył się dość. Ci, których podniesiono z lodowatych fal lub z 

łodzi czy tratw, mieli amputowane, wskutek odmrożeń, ręce i nogi. Czasem i ręce, i nogi. Marynarzy z 
tankowców, ratujących się skokiem z płonących pokładów, ogarniały płomienie palącej się na powierzchni 
morza ropy. Wypalały oczy, paliły skórę aż do mięśni. Rany postrzałowe, te lżejsze nawet, tu paskudziły się 
okropnie. Od ropy, z brudu, z braku natychmiastowej pomocy.

I całe to ludzkie nieszczęście kłębiło się wewnątrz sporego murmańskiego szpitala, wypełniało go od 

piwnic aż po strychy. Ludzie leżeli pokotem. Wszędzie. W straszliwym zaduchu, bo okna zabito grubymi 
dylami, przed odłamkami. Codziennie przecież, a nawet kilka razy w ciągu dnia i nocy wyły syreny.  Nalot! 
Niemcy stali o 15 kilometrów od Murmańska. Bomby spadały nie tylko na port. Alarm spędzał do piwnic 
wszystkich i nawet ci bez nóg potrafili się wtedy staczać z łóżek.

Brakowało lekarstw, bandaży, narzędzi lekarskich a nawet żywności. Miasto było niemal odcięte od 

reszty kraju. Oddziały radzieckie z największym poświęceniem broniły jedynej linii kolejowej wiodącej na 
południe. Stamtąd też napływało mnóstwo rannych. A w szpitalu było zaledwie kilku lekarzy. Siostry i 
pielęgniarki   to   przeważnie   miejscowe,   młode   dziewczyny,   ochotniczki.   I   tych   nie   było   za   wiele.   Po 
zmobilizowaniu mężczyzn do armii w stutysięcznym Murmańsku pozostało mnóstwo stanowisk pracy, które 
musiały obsadzić kobiety.

Romanowski podziwiał tych ludzi. Szczerze. Lekarzy, pielęgniarki. Padali ze zmęczenia, nie dojadali, 

ale tkwili w salach operacyjnych i przy łóżkach cierpiących. To prawda, że operowano tu tylko najcięższe 
przypadki i udzielano pierwszej, najbardziej potrzebnej pomocy. Potem trzeba było zwalniać miejsce dla 
innych.

Zoperowano tam i jego. A właściwie poprawiono zabieg dokonany w mesie HMT „Seagull”. Dopiero 

po kilku dniach na tyle wrócił do sił, że zaczął rozpytywać o swoich. Pomógł mu w tym zapamiętany jakimś 
cudem z dzieciństwa łamany język rosyjsko-białoruski. W ten sposób dowiedział się, że w tym szpitalu leżą 
jeszcze porucznik Anczykowski i sublieutenant Hanbury, obaj w ciężkim stanie. Lżej rannych skierowano do 
izby chorych w niezbyt odległej miejscowości Wajenga i tam też jest reszta załogi „Jastrzębia”.

Zorientował   się   też,   że   oni,   ranni   marynarze   alianccy,   mają   w   tym   szpitalu   nieco   lepsze   warunki. 

Wydzielono im osobne sale, a dodatkową żywność i medykamenty dostarczano z zawijających do portu 
alianckich statków i okrętów. Spostrzegł to zaś wówczas, kiedy podczas jakiegoś alarmu przeniesiono go 
przez pomieszczenia zajmowane przez samych żołnierzy radzieckich...

Dodatkową opiekę nad rannymi w „salach alianckich” sprawowali dwaj młodzi angielscy lekarze. Ich 

okręt,   krążownik   HMS  „Trinidad”,   znajdował   się   w   składzie   eskorty   konwoju  „PQ-13”.   Wyruszył   z 
Reykjaviku 20 marca, a na 150 mil przed Murmańskiem zaatakowały go, wśród sztormu i śnieżnej zamieci, 
trzy duże niemieckie niszczyciele. Wtedy właśnie HMS  „Trinidad” został trafiony torpedą, ale mimo to 
ogniem swoich dwunastu 152-milimetrowych dział nakrył i zatopił jeden z niszczycieli,  „Z-26”. Potem z 
ledwością dowlókł się do celu, mając na pokładzie wielu zabitych i rannych.

Właśnie ci ranni opowiedzieli Romanowskiemu o tej walce, a lekarze niedawno wspomnieli mu, że na 

background image

HMS  „Trinidad” dokonano już prowizorycznych napraw i pójdzie on prawdopodobnie do Anglii gdzieś 
przed 15 maja z konwojem „QP-12”. Jeden z tych młodych ludzi zaproponował wprost Romanowskiemu, by 
zabrał się wraz z nimi. Pokusa była silna, ale on miał tu przecież swoją załogę...

Stanęło na tym, że Anglicy zabiorą na pokład krążownika sublieutenanta Hanbury'ego, mimo stanu nie 

rokującego już dużych nadziei. Była jednak jakaś szansa, że dowiezionemu do angielskich szpitali będzie 
jeszcze można uratować życie.

Zabrano go więc, a w kilka dni później i Romanowski opuścił murmański szpital. Rany na prawej nodze 

goiły się dobrze. Gorzej było z lewą stopą. Założono jednak na nią gips i przewieziono go do Polarnoje. W 
szpitalu wciąż brakowało miejsca.

Polarnoje leżało bliżej morza niż Murmańsk, tkwiący w głębi zatoki, i było bazą wojenną radzieckiej 

Floty   Północnej   kontradmirała   A.G.   Gołowki.   W   tym   czasie   marynarze   radzieccy   dzielili   tę   bazę   z 
marynarzami brytyjskimi, bo stacjonowało tam kilkanaście okrętów Royal Navy  — niszczycieli, okrętów 
podwodnych i trałowców — które wspierały niezbyt liczne siły radzieckie w osłonie konwojów na ostatnich 
odcinkach północnego szlaku oraz na dalszej drodze do Archangielska. W bazie tej był również niewielki 
szpital, do którego kierowano alianckich marynarzy już po operacjach i na rekonwalescencję. Tam właśnie 
Romanowski spotkał Anczykowskiego. Niedługo zresztą dzielili szpitalną salę, bo admiraf Bevan, Senior 
British Naval Officer *, sprawujący tu władzę nad zespołem brytyjskim, zaprosił polskiego dowódcę do 
zajmowanych przez jego sztab pomieszczeń i przydzielił mu tam osobną, wygodną kwaterę.

Oprócz   wygód   kapitan   Romanowski   uzyskał   w   ten   sposób   większą   swobodę   działania.   Mógł   już 

poruszać   się,   choć   o   kulach,   a   przebywając   w   brytyjskiej   części   bazy  i   pośród   dowódców   brytyjskich 
okrętów miał wszystkie informacje „z pierwszej ręki” i mógł wreszcie załatwić wiele spraw.

Pierwszą   i   najważniejszą   był   kontakt   z   miejscowością   Wajenga,   gdzie   mieścił   się   punkt   zborny 

marynarzy  alianckich   z   zatopionych   okrętów   i   gdzie   przebywała   załoga  „Jastrzębia”   pod   dowództwem 
podporuczników Andrzeja Guzowskiego i Stanisława Olszowskiego, który już zaleczył rany. W tamtejszej 
izbie chorych przebywali jeszcze starsi marynarze Christ i Czerwiński, ale reszta była już w dobrej formie. 
Mieli tam niezłe nawet warunki, ponieważ zajęli teren zagospodarowany przez stacjonujące tu do niedawna 
brytyjskie dywizjony myśliwskie  — 151 oraz 134 — ale musieli w końcu postawić dowódcy nurtujące 
wszystkich pytanie: co dalej?

Ba! Tego nie wiedział i Romanowski. Murmańsk dla takich jak oni był swoistą „pułapką”.
Potwierdziło się to pewnego dnia, kiedy zapukał ktoś do jego kwatery i ukazała się znajoma twarz, 

ozdobiona cygańską bródką. Kapitan żeglugi wielkiej Bronisław Hurko! Jak? Skąd? Przecież ostatni raz 
widzieli się na drugim końcu świata, w Saint John's, kiedy jeden dowodził  „Morską Wolą”, a drugi miał 
jeszcze swego „Jastrzębia”.

I popłynęły długie rodaków rozmowy. Współczuł Hurko serdecznie Romanowskiemu, ale sam był w nie 

lepszej sytuacji. Otóż przeszedł z  „Morskiej Woli” na nowiutki „dziesięciotysięcznik” Polskiej Marynarki 
Handlowej s/s „Tobruk” i w pierwszej podróży pod załadunkiem — właśnie w konwoju do Murmańska— 
bomby! Ledwo udało im się dociągnąć do Polarnoje na tonącym statku i osadzić go na płyciźnie tuż u 
wejścia do portu. Kiedy to było? Pierwszego kwietnia! A już się kończy maj...

I kapitan Hurko — „wilniuk chytreńki”! — wyłuszczył wreszcie, z czym przybył.
—  Taż   my,   załoga   znaczy,   tyramy  ciężko   na   naszym   statku.   Naprawiamy,   co   się   da,   sami,  bo  on 

zupełnie dobry! Podnieść by go tylko na dok, wyłatać blachy na dnie i hajda na morze! Ale tutaj nie chcą o 
tym słyszeć. Najpierw okręty wojenne, powiadają. Więc ja do pana, kapitanie. Pomóż po starej znajomości. 
Słyszałem ja, że pan masz ogromne „chody” u angielskiego admirała, a jego słowo dużo znaczy...

Te „chody” sprowadzały się do kilku rozmów Romanowskiego z admirałem Bevanem, rozmów na wpół 

służbowych,   bo   najpierw   Romanowski   musiał   zrelacjonować   admirałowi   cały   przebieg   katastrofy 
„Jastrzębia”. Zdeponował też u niego wszystkie dokumenty zatopionego okrętu oraz pisemne relacje załogi, 
zebrane   przez   podporucznika   Guzowskiego.   Admirał   wyraził   mu   wtedy  współczucie,   ale   nie   próbował 
pocieszać. Takich tragedii na Drodze Północnej było wiele. Ginęły dziesiątki statków z pełnym ładunkiem i 
okręty eskorty. Oto w tym samym dniu, w którym zatonął  „Jastrząb”, poszedł na dno krążownik brytyjski 
HMS „Edinburgh”. Na Morzu Barentsa. Szedł do Anglii w osłonie konwoju „QP-11” i dostał dwie torpedy z 
niemieckiego okrętu podwodnego. Wprawdzie wzięły go na hol okręty eskorty i usiłowały doprowadzić z 
powrotem do Zatoki Kolskiej, ale na próżno. O jego losie przesądziła trzecia torpeda. Z tonącego okrętu 
zdjęto załogę, a unoszący się wciąż jeszcze na wodzie wrak zatopiły ostatecznie własne, brytyjskie okręty.

* Starszy dowódca brytyjskiej marynarki.

background image

HMS „Edinburgh” miał na swym pokładzie — co admirał Bevan dał Romanowskiemu do zrozumienia 

w zaufaniu  — niezwykle cenną przesyłkę*. Ale przypomniał też, że podobny los spotkał inny krążownik: 
HMS „Trinidad”. Wyszedł on z Murmańska wraz z konwojem „QP-12” po pobieżnym tylko remoncie, gdyż 
więcej tu zrobić się nie dało. Na Morzu Barentsa dopadły go U-booty. Ciężko uszkodzony okręt dobiły 
torpedami własne niszczyciele, zabierając najpierw z pokładu ocalałą załogę. Było to 15 maja...

Ta   wiadomość   spadła   na   Romanowskiego   jak   grom.  „Trinidad”!   Przecież   na   nim   właśnie   by   się 

znajdował, gdyby... A Hanbury?! Nawet nie śmiał myśleć o losie nieszczęsnego chłopaka.

Ale udało się też kapitanowi Romanowskiemu uzyskać od admirała Bevana informację bardzo dla niego 

ważną i krzepiącą. Tkwiła ona w treści krótkiego sprawozdania, jakie złożył u admirała dowódca HMT 
„Seagull” w związku z zatopieniem „Jastrzębia”. Otóż powiedziane tam było wyraźnie, że konwój „PQ-15” 
— odkryty 30 kwietnia przez niemiecki samolot dalekiego rozpoznania, ale nie atakowany — napotkał w 
dniu następnym wielkie pole lodowe. I w związku z tym komodor dał rozkaz zmiany kursu. Żeby ominąć. 
Konwój wykonał zwrot, schodząc z ustalonej trasy o jakieś 70 do 90 mil na południe!

To Romanowskiemu wystarczyło. Nareszcie znalazł odpowiedź na dręczącą go od chwili utraty okrętu 

zagadkę: jak to się stało, że napotkał własne okręty w miejscu, w którym być ich nie powinno?! To nie on 
zabłądził, wchodząc konwojowi w drogę. To konwój wszedł do jego sektora.

Setki razy od tamtej pory rozważał każdy szczegół tragedii. Winił i siebie. Może zbyt długo trwało nim 

zdołał zidentyfikować napotkane okręty jako własne? Gdyby uczynił to wcześniej, mógłby wynurzyć się 
jeszcze   przed   rzuceniem   przez   nie   bomb   głębinowych   i   podać   swoje   znaki   rozpoznawcze.   Niestety, 
„Jastrząb” znajdował się w fatalnym stanie i nie mógł wyjść na powierzchnię, dopóki on, dowódca, nie był 
absolutnie pewny, czy to okręty własne, czy wrogie. A tej pewności nie miał, bo okręt  „tonął” z powodu 
uszkodzonego steru, co uniemożliwiało dokładniejsze obserwacje przez peryskop. Zabrakło chwili.

Tamte tragiczne pół godziny na Morzu Norweskim przeżywał kapitan Romanowski dziesiątki razy i 

analizował minuta po minucie. Nagły atak bombowy obu okrętów nie pozwolił mu się wynurzyć w porę, ale 
czemu nie  zareagowały one na  ustalone  sygnały?  Wystrzelił  przecież  świece  dymne.  Czyżby tamci nie 
wiedzieli, co to znaczy? I jeszcze jedna sprawa. Brytyjskie bomby głębinowe zniszczyły okręt, ale z załogi 
nie zginął nikt. Dopiero na powierzchni, pod ogniem broni pokładowej obu okrętów... Czy nie za wcześnie 
dał rozkaz, aby otworzyć włazy i wychodzić na pokład? Nie! „Jastrząb” w każdej chwili mógł pójść na dno i 
zamknięci w jego potrzaskanym wnętrzu ludzie nie mieliby żadnych szans.

Teraz dopiero Romanowski poznał prawdę. Teraz się wyjaśniło, że ani HMT „Seagull”, ani „St. Albans” 

nie miały pojęcia, iż znalazły się nagle w strefie patrolowania własnych okrętów podwodnych, właśnie przez 
tamtą zmianę kursu. Atakując, zareagowały prawidłowo. Takie jest prawo wojny: kto szybciej. Nic jednak 
nie usprawiedliwiało dowódcy niszczyciela  „St. Albans”, który był przyczyną największej tragedii ludzi z 
ORP  „Jastrząb”.   Jakim   prawem   otworzył  ogień   z   odległości   kilkudziesięciu   metrów,   kiedy  zostały  już 
podane sygnały rozpoznawcze, a numer „P-551” na kiosku mógł dostrzec nawet ślepy...

To   wszystko   nie   zmieniało   jednak   dramatycznej   prawdy:   zatopieni   przez   swoich.   I   nie   uwalniało 

kapitana Bolesława Romanowskiego od głębokiej, wewnętrznej rozterki i poczucia klęski. Przecież utracił 
okręt. Z 42 ludzi załogi sześciu poległo, bo i Hanbury już pewnie nie żyje. Zabrakło wśród żywych sześciu 
ludzi   dobrze   znanych   i   bardzo   bliskich.   Pięciu   odniosło   rany.   Czy   Anczykowski   przeżyje?   A   on, 
Romanowski, jest przecież dowódcą. A to znaczy, że ponosi odpowiedzialność. Za wszystko. Tak go uczono 
w SPMW i w takim przekonaniu ukształtowały go lata służby.

I najważniejsze, co dalej? Admirał Bevan wprawdzie zapewniał, że jego obowiązkiem jest odesłać całą 

załogę do Anglii. Przy najbliższej okazji...

Dwudziestego dziewiątego maja oficer operacyjny brytyjskiego zespołu w Polarnoje zakomunikował 

Romanowskiemu:

— Będzie pan miał gości, kapitanie! I to swoich, Polaków. Wejdzie tutaj ORP „Garland”. Są sygnały, że 

jest uszkodzony i poniósł ciężkie straty.

Gdy następnego dnia kapitan Romanowski ujrzał w drzwiach swego pokoju komandora porucznika 

Henryka Eibela, był zaskoczony. Z czasów ostatnich odwiedzin w bazie Greenock zapamiętał przecież, że 
„Garlandem”   dowodził   komandor   porucznik   Konrad   Namieśniowski.   Gość   jednak   wiedział,   kogo   tu 
zastanie. Wracał właśnie od admirała Bevana, któremu zdawał raport z rejsu, i od niego dowiedział się o 
zatopieniu „Jastrzębia”.

* Na krążowniku były m.in.  — co wyjaśniło się po wojnie  — skrzynie  ze sztabami złota. Była to część spłat 

ZSRR za dostawy wojenne z W. Brytanii.

background image

Romanowski przyjął gościa „czym chata bogata”. Nie zapomniał przy tym o trunkach. Tamten dopiero 

przecież przyszedł z morza, a i to, co dbaj mieli sobie do powiedzenia, nie było łatwe.

Wypadki, dzięki którym komandor porucznik Eibel znalazł się w Polarnoje, były bardzo świeżej daty. 

Starał się relacjonować je zwięźle, ale czuło się, że wszystko to przeżywa wciąż jeszcze bardzo mocno.

Dowództwo  „Garlanda” objął po Namieśniowskim. Niedawno. Okręt kończył dłuższy remont i zaraz 

też   przeszli   do   Greenock.   Stamtąd,   17   maja,   wyszli   z   małym   konwojem   do   Reykjaviku.   Tam   dopiero 
dowiedzieli się, że pójdą dalej. Do Murmańska, w eskorcie konwoju „PQ-16”. Był on podobno największy z 
dotychczasowych, bo liczył aż 36 statków...

— A doprowadziliśmy tutaj tylko dwadzieścia pięć.
Samoloty dopadły ich 25 maja. Walczyli z nimi tego dnia i następnego. Zestrzelili jedną maszynę. Ale 

najgorsze przyszło 27 maja. Wtedy samoloty rzuciły się na okręty eskorty.

— Bomby spadły tuż obok burty „Garlanda”. Trzy albo cztery. Myśleliśmy, że już po nas.
Dopiero   rankiem   28   maja   dowódca   osłony   zezwolił   ciężko   okaleczonemu   okrętowi   odłączyć   od 

konwoju i odejść do Murmańska. Samotnie. Na redę dotarli późnym wieczorem 29 maja.

— Dwudziestu dwóch poległych. Razem z tymi, co po drodze zmarli z ran, choć nasz lekarz okrętowy 

dokonywał cudów. I czterdziestu sześciu rannych, w tym prawie połowa ciężko. Ze stu czterdziestu pięciu 
ludzi załogi...

Romanowski wiedział dobrze, co w takich chwilach czuje dowódca. Dzielił ich wprawdzie i stopień, i 

wiek: kiedy Romanowski był podchorążym pierwszego rocznika SPMW, Henryk Eibel, kapitan marynarki, 
od dwóch lat już dowodził szkunerem ORP „Iskra”. Teraz jednak obaj znajdowali się niemal w takiej samej 
sytuacji. I to ich zrównało.

Gdy   Eibel   już   rozpytał   o   szczegóły,   tyczące   zatopienia  „Jastrzębia”,   przyszła   kolej   na   pytania   o 

Murmańsk. Romanowski nie ukrywał ciężkiej sytuacji panującej w szpitalu i w mieście. Przedstawił też 
położenie załogi „Jastrzębia” i własne.

— A teraz czekamy — zakończył. — Chyba że pan, panie komandorze, zechce nas zabrać?
— A kiedy ja stąd wyjdę? Okręt jak sito, maszyny w proszku. Na razie „Garland” nie może się ruszyć o 

własnych siłach. Zresztą jak, kiedy brakuje połowy załogi?

Romanowski tylko na to czekał:
— Przecież ja mam tutaj dwóch oficerów oraz trzydziestu dwóch podoficerów i marynarzy! A myślę, że 

w tej sytuacji znajdzie się też miejsce dla inwalidy w gipsie...

Pożegnali się serdecznie: do zobaczenia na „Garlandzie”!
W kilka dni później motorówka admirała przewiozła kapitana Romanowskiego na pokład polskiego 

niszczyciela,   który   stał   przy   drewnianym   pomoście   portu   zewnętrznego,   położonego   o   kilkanaście 
kilometrów od miasta,  w pobliżu  bazy Polarnoje.  Tu, ze  względu  na silniejszą  obronę przeciwlotniczą, 
rzadziej zapędzały się samoloty wroga i łatwiej było prowadzić roboty remontowe.

I tam Romanowski poczuł się tak, jakby wreszcie powrócił do domu. Znalazł się zresztą wśród dawnych 

kolegów. Z zastępcą dowódcy  „Garlanda”, kapitanem Bolesławem Biskupskim, przyjaźnił się jeszcze od 
czasów   SPMW   (choć   tamten   był   na  „starszym   roczniku”),   obecny   oficer-mechanik   okrętu,   komandor 
podporucznik Wacław Trzebiński, był przed wojną podwodnikiem. Dowiedział się też, że na „Garlandzie” 
znajduje się bardzo lubiany, zwany kiedyś w szkole „Zośką”, kapitan Tadeusz Kamiński, ale właśnie leży w 
murmańskim szpitalu i już amputowano mu nogę...

Na okręcie było zresztą mnóstwo rannych. Wielu dość ciężko. Okazało się, że niektórzy w ogóle nie 

zgodzili się pójść do szpitala, a inni już wybłagali, żeby ich stamtąd zabrać. Pozostało tam tylko kilku z 
najcięższymi obrażeniami. Nad resztą, nad całym tym okrętowym lazaretem, sprawował bardzo troskliwą 
opiekę młody lekarz, podporucznik Wilhelm Zabroń. Do niego też udał się Romanowski ze swoją wciąż 
obolałą, ropiejącą stopą.

Wśród   załogi  „Garlanda”   panowało   smutne,   ciężkie   milczenie.   Niedawno   przecież,   bo   2   czerwca, 

pochowali 22 kolegów. W morzu. Zgodnie z obyczajem. Z honorami. A że „Garland” nie mógł im wtedy 
oddać tej ostatniej posługi, zastąpił go brytyjski trałowiec HMT „Niger”. A teraz znów donoszą ze szpitala w 
Murmańsku, że zmarło tam dalszych trzech...

Dziewiątego   czerwca   ORP  „Garland”   z   prowizorycznie   naprawioną   przy   pomocy   radzieckich 

mechaników maszynownią wyszedł z Zatoki Kolskiej na skraj Morza Barentsa. Tam zastopował maszyny. 
Dowódca okrętu powiedział kilka stosownych słów, zastępca odczytał modlitwę i trzy proste, drewniane 
trumny zsunęły się spod okrywających je bander do morza. Trzykrotna salwa karabinowa pożegnała dwóch 
Polaków i Anglika-sygnalistę.

Romanowski pierwszy raz w życiu uczestniczył w takim pogrzebie i długo nie mógł otrząsnąć się z 

przygnębienia.   Wojna   raz   jeszcze   objawiła   mu   się   w   swojej   obłędnej,   brutalnej   złożoności.   Walczyli   o 

background image

Polskę. Dlaczego więc znaleźli groby tak od niej daleko, dlaczego zabrnęli aż na zimne, polarne morza? Bo 
nieśli pomoc tym, którzy biją się ze wspólnym wrogiem, nieśli pomoc Armii Radzieckiej. Już tak jest w tej 
wojnie, że o Polskę trzeba walczyć na Atlantyku, na Morzu Śródziemnym i w Afryce. Nic w tym zresztą 
nowego.   Historia   Polaków   lubi   się   powtarzać.   Słowa   Mazurka   Dąbrowskiego:  „Z   ziemi   włoskiej   do 
Polski...”, stały się aktualne i dziś.

Później   dni   na  „Garlandzie”,   zacumowanym   wciąż   w   zewnętrznym   porcie   Murmańska,   wypełniła 

ciężka praca. Poważny remont, na jaki liczyli, utknął właściwie w miejscu. Radzieccy mechanicy odeszli już 
do innych prac. Przy burtach okrętu pojawiała się tylko każdego ranka pewna kobieta i spawała przestrzeliny 
aż   do   wieczora.   Do   niezbędnych   napraw   zrujnowanych   mechanizmów   stanęła   więc   cała   załoga,   którą 
kierował oficer-mechanik Trzebiński, ranny zresztą i uwijający się w grubych bandażach. Doszlusowała już 
także załoga  „Jastrzębia”, ściągnięta z Wajengi. Trzeba było jak najprędzej przygotować  „Garlanda” do 
wyjścia na morze, bo tymczasem naloty na Murmańsk i okolice nasiliły się znacznie. Co dzień nad miastem 
stały słupy burego dymu.

Nocą z 19 na 20 czerwca szczególnie  ciężki  nalot  rozpalił nad  Murmańskiem wielką  łunę.  Wtedy 

podjechały pod burtę „Garlanda” sanitarki z rannymi Polakami, tymi ze szpitala w Murmańsku i tymi z bazy 
w Polarnoje. Przywieziono również najciężej rannych, a wśród nich kapitana Kamińskiego i porucznika 
Anczykowskiego. I nadszedł też rozkaz: iść do Archangielska!

Zawinęli tam późnym wieczorem 21 czerwca, już zwyczajnym, ciemnym, bo nad ujściem Dwiny do 

Morza Białego panowała pełnia polarnego lata. Rankiem sanitarki zabrały rannych do miejscowych szpitali. 
Przy pożegnaniu straszliwie wymizerowany Anczykowski zdobył się jeszcze na uśmiech:

— A nogi i tak uciąć nie pozwolę...
I znów czekali. „Garland” został wciśnięty w jakąś zatoczkę obwałowaną pniami ściętego drewna, tak 

że spoza nich nie było widać świata. Marynarze łowili ryby, a nawet kąpali się. Wojna wydawała się tu 
czymś bardzo odległym i nierealnym. Romanowskiemu przypomniał o jej zagmatwanych sprawach bardzo 
gadatliwy oficer-artylerzysta z „Garlanda”, podporucznik Gustaw Plewako:

— Bo gdyby tak po drodze z Murmańska dopadł nas jakiś okręt czy samolot, to dowódca mógłby tylko 

rozkazać:  „Czapki z głów i do modlitwy!” Przecież komory amunicyjne mamy puściutkie. Ani jednego 
pocisku!

I okazało się, że czekają także na amunicję, po którą poszły do Anglii, jeszcze z Murmańska, dwa 

niszczyciele. Specjalnie, bo i reszta okrętów była w podobnej sytuacji. Zresztą wyposażono ich na tę drogę 
wspólnymi siłami, oddając z parków i komór ostatnie naboje.

Wróciły wreszcie szczęśliwie i  „Garland” otrzymał swój przydział  —  nawet dla naprawionych tylko 

prowizorycznie dział artylerii głównej. I natychmiast przyszły rozkazy:  „Dołączyć 29 czerwca do eskorty 
konwoju »QP-13«. Na morzu, w pozycji...”

Dla   tych   z  „Jastrzębia”   oznaczało   to   tak   długo   oczekiwaną   drogę   powrotną,   a   dla  „Garlanda” 

rozpoczynała się znów zwykła, konwojowa orka.

Konwój   był   duży,   bo   liczył   35   statków,   a   eskorta   składała   się   z   pięciu   niszczycieli   i   dziewięciu 

mniejszych okrętów. I na razie miał szczęście.  Dopiero 1 lipca, kiedy minęli już Wyspę  Niedźwiedzią, 
pojawiły się pierwsze samoloty wroga. Poprzedził je, jak zwykle, znany już marynarzom z  „Garlanda”, 
pokraczny „anioł-stróż” niemiecki samolot rozpoznawczy na pływakach typu „Blohm-Voss”. Powisiał nad 
konwojem na bezpiecznej od jego ognia wysokości i odleciał. A atak samolotów, który niedługo potem 
nastąpił, był stosunkowo łagodny, choć wzięły w nim udział bombowce nurkujące i samoloty torpedowe. 
Ogień eskorty i uzbrojonych w broń przeciwlotniczą transportowców odpędził je tak skutecznie, że konwój 
nie poniósł żadnych strat.

Potem minął ich podążający do Murmańska konwój  „PQ-17”, o czym dowiedzieli się z odebranych 

przez   radio   sygnałów.   Od   tego   punktu   szli   dalej   już   ani   razu   nie   niepokojeni   przez   wroga,   choć   nie 
brakowało alarmów. Na szczęście, fałszywych. Dziwiło to mocno oficerów „Garlanda”: podejrzany spokój...

Kapitan Romanowski miał w trakcie tego rejsu pierwszą w życiu okazję, aby być na okręcie nawodnym 

w   warunkach   bojowych.   Tu   wszystko   było   zupełnie   inne   od   tego,   do   czego   przywykł   na   okrętach 
podwodnych.   Pilnie   też   notował  w  pamięci  to,   co  działo  się  wokół,  szczególnie   zaś   sposób   odpierania 
ataków   lotniczych   i   przeprowadzania   ataków   bombowych   na   wykryte  „echa”,   zwiastujące   ewentualną 
obecność   U-bootów.   Widział,   z   jakim   uporem   niszczyciele   i   trałowce   krążą   nad   wskazanym   przez 
pokładową   aparaturę   miejscem,   okładając   je   bombami  głębinowymi   systematycznie   i   bez   miłosierdzia. 
Oglądał   i   tę   aparaturę  —   nowoczesny   asdic   potrafił   już   wykreślać   drogę  „namierzonego”   okrętu 
podwodnego. Jakie więc szanse mają dziś  „podwodniaki”? Kto zechce na nich walczyć? I kto z załogi 
„Jastrzębia” będzie jeszcze chciał pływać na okrętach podwodnych?

Ale dostrzegł też coś, co go trochę zaskoczyło i uspokoiło. Otóż marynarze z okrętów nawodnych bali 

background image

się „podwodniaków”. Dotąd był przekonany, że bardziej uzasadniony jest strach podwodników...

Konwój tymczasem — pilnie zważając na góry lodowe, bo nadeszła pora „cielenia się” lodowców — 

dotarł szczęśliwie do miejsca, w którym część eskorty mogła już się odłączyć. Do grupy tej należał również 
ORP „Garland”. Konwój poczłapał więc do Reykjawiku, a oni wprost do Anglii, do ujścia Clyde.

Ósmego lipca 1942 roku ORP  „Garland” zacumował w Gourock. Załoga  „Jastrzębia” wyszła z tych 

stron 22 kwietnia, a powróciła po siedemdziesięciu ośmiu dniach. Niecała, niestety, i bez okrętu.

Ale powróciła.
Do   Holy   Loch   było   stąd   bardzo   blisko   i   kapitan   Bolesław   Romanowski   natychmiast   poprosił   o 

motorówkę.   Wbrew   orzeczeniom   lekarzy,   którzy  kategorycznie   nakazywali   szpital.   Załoga  „Jastrzębia” 
pozostała   więc   chwilowo   na   pokładzie  „Garlanda”   pod   komendą   rudobrodego   podporucznika   Andrzeja 
Guzowskiego, a dowódca ruszył w drogę. Chciał zameldować się jak najprędzej w macierzystej Trzeciej 
Flotylli Okrętów Podwodnych.

Na statku-bazie  „Forth”  dowódca Flotylli, captain  Ionides,  i jego  szef sztabu, commander Phillips, 

powitali go jak przybysza z tamtego świata. Owszem, sygnał od HMT „Seagull” otrzymali już dawno, ale 
mówił on wyłącznie o zatopieniu „P-551”.. O tym,  że załoga została uratowana, ani słowa! Wpisali ich w 
rejestr   zaginionych   i   opłakali...   Takie   zresztą   meldunki   poszły   do   wszystkich   władz,   nie   wyłączając 
Kierownictwa Marynarki Wojennej. I nie ulega wątpliwości, że ta żałobna wieść obiegła już załogi okrętów 
Polskiej Marynarki Wojennej...

Po   pierwszych   wybuchach   niekłamanej   radości   przyszła   pora   na   dokładne,   szczegółowe   relacje. 

Wreszcie i na to, co kapitana Romanowskiego nurtowało najmocniej: na pytania o procedurę, jaką stosuje się 
w Royal Navy po utracie okrętu. Gdzie, w jaki sposób i kiedy, a także przed jakim trybunałem należy stanąć, 
aby wytłumaczyć się z okoliczności, w jakich ponieśli śmierć ludzie i zatonął okręt?

Romanowski  wiedział,  że  w takiej   sprawie  musi   być   przeprowadzone  dochodzenie,  a  on  powinien 

udzielić wszelkich wyjaśnień i przedstawić dokumenty. Miał czyste sumienie i chciał, aby stało się to jak 
najprędzej.  Z  zadowoleniem przyjął  wiadomość,  że  dochodzenie   będzie  prowadził  „z   urzędu”  dowódca 
Trzeciej Flotylli, ale zaprotestował, gdy captain Ionides chciał odłożyć całą sprawę do jego powrotu ze 
szpitala. Wytrzyma!

Z obietnicą, że dochodzenie zostanie przyspieszone, odprowadzono wreszcie Romanowskiego do jego 

dawnej kabiny na „Forth” — sam nadal poruszał się tylko o kulach i to z wielkim trudem. Przed odejściem 
usłyszał jeszcze nowinę:

—   Jutro,   dziewiątego   lipca,   będzie   bawił   na  „Garlandzie”   wasz   polski   admirał.   Ma   przybyć,   aby 

powitać i dekorować załogę.

Zasypiając, Bolesław Romanowski starał się wyobrazić sobie zaskoczenie wiceadmirała Świrskiego, 

gdy spotka na pokładzie niszczyciela „poległą” załogę „Jastrzębia”...

Rankiem dostał  najbardziej  radosną  wieść:  tego  dnia  wejdzie  do Holy Loch powracający z  Morza 

Śródziemnego ORP „Sokół”!

Najpierw jednak spotkał się z szefem KMW, wiceadmirałem Świrskim, który wiedząc już o jego ranie 

przybył wprost z  „Garlanda” na statek-bazę  „Forth”. Admirał umiał kryć wszelkie uczucia za kamienną 
twarzą. Podziękował  Romanowskiemu za uratowanie  załogi, zapewnił,  że nie musi się zbytnio martwić 
stratą   tak   marnego   przecież   okrętu,   i   wyraził   nadzieję,   że   dochodzenie,   w   którym   wezmą   udział 
przedstawiciele KMW, zakończy się dla dowódcy „Jastrzębia” pomyślnie. Prośbę o przyznanie odznaczeń 
niektórym członkom załogi, także i pośmiertnie, skwitował milczeniem. Polecił w końcu Romanowskiemu 
przesłać załogę z byłego „Jastrzębia” do dyspozycji dowódcy ORP „Sokół”, a jemu samemu zameldować się 
po zakończeniu leczenia.

Jedyne cieplejsze słowa padły przy pożegnaniu:
— To dobra załoga. I ludzie są panu bardzo oddani.
Za to na wieczorne spotkanie, które rozpoczęło się z chwilą przycumowania  „Sokoła” u burty HMS 

„Forth”, nie wystarczyło nocy. Najpierw zaskoczenie, zdumienie  — i radość! Tym większa, że przecież 
oficerowie „Sokoła” już zdążyli pogodzić się z myślą, że Romanowski wraz z całą załogą i „Jastrzębiem” 
spoczywa na dnie morza. Taką wiadomość przekazał im ORP  „Kujawiak” podczas wspólnego postoju w 
Gibraltarze...

I potem lawina pytań. Z obydwu stron.
Tamci, Borys Karnicki, Jerzy Koziołkowski, Tadeusz Bernas i Andrzej Kłopotowski, wracali w pełnej 

chwale. Po dziesięciu blisko miesiącach walk na Morzu Śródziemnym. Z bazy na Malcie. Po sukcesach. 
Posyłali na dno statki i okręty wroga, ale okazało się, że i sami ledwo uszli stamtąd z życiem. Straszliwe 
bombardowania Malty sprawiły, że do Gibraltaru dowlekli się tylko cudem, na ruinie okrętu...

Rankiem ORP „Sokół” odszedł do Blyth. Do kapitalnego remontu.

background image

A captain Ionides dotrzymał słowa. Podjął działania sprawnie i szybko. Zdołał się już dowiedzieć, że 

„St. Albans” stoi akurat w Clyde, a z Admiralicji  ściągnął komplet dokumentów ORP  „Jastrząb”. Wśród 
nich były i te, które Romanowski zdeponował u admirała Bevana w Polarnoje, i przydały się one bardzo, bo 
HMT „Seagull” został zatopiony w drodze powrotnej z Murmańska.

Rozprawę wyznaczono na dzień 13 lipca na pokładzie HMS  „Forth”. Trwała ona krótko, a końcowe 

orzeczenie brzmiało tak: „Dowódca ORP «Jastrząb» winy za stratę okrętu nie ponosi. Uczynił on, co tylko 
było w ludzkiej mocy, aby okręt i załogę ocalić”. Za winnych zatopienia okrętu uznano dowódców HMT 
„Seagull” i „St. Albans”. Powinni oni znać swoją aktualną pozycję, a zatem i wiedzieć, że znaleźli się w 
sektorze patrolowania własnych okrętów podwodnych. W tym wypadku winni pamiętać, że nie mają tam 
prawa podejmować żadnych  ataków. Szczególną  winą obarczono  Norwega: nie miał pojęcia, co znaczą 
sygnały dymne, i nie znał numerów taktycznych okrętów współdziałających w tej operacji konwojowej, choć 
to wszystko było podane w dostarczonych mu przed rejsem dokumentach.

Teraz już kapitan Bolesław Romanowski mógł spokojnie pójść do szpitala. Odchodził z niewielkim 

tylko bagażem, bo po wiadomości o zatopieniu „Jastrzębia” znaczna część jego dobytku, zdeponowanego na 
„Forth”, gdzieś się ulotniła, ale też z przekonaniem, że raz jeszcze wywinął się śmierci. Konwój „QP-13” 
przeszedł tak spokojnie tylko dlatego, że Niemcy w tym czasie dokonywali straszliwego pogromu konwoju 
„PQ-17”.

*

We wrześniu 1942 roku załoga byłego ORP „Jastrząb” została udekorowana Krzyżami Walecznych, a w 

początkach   października   kapitan   Bolesław   Romanowski,   już   zdrów   i   w   pełni   sił,   objął   dowództwo 
budowanego właśnie w stoczni w Barrow in Furness nowego okrętu podwodnego ORP „Dzik”.

Ale to już zupełnie inna historia.

Posłowie

Dwunastego   października   1985   roku   lał   deszcz.   Od   rana.   W   strugach   tego   deszczu   mokli 

przedstawiciele najwyższych władz wojskowych wraz z dowództwem Marynarki Wojennej, mokła orkiestra 
reprezentacyjna tejże i ustawione w szykach na portowym nabrzeżu — ubrane „na galowo” i pod bronią — 
załogi okrętów morskiego związku taktycznego. Jednostki przodującej w Marynarce i wyróżnianej już także 
przez ministra Obrony Narodowej medalami  „Za Osiągnięcia w Służbie Wojskowej”. Wszyscy oni brali 
udział w uroczystości nadania tej jednostce imienia komandora Bolesława Romanowskiego. Najlepszego w 
latach II wojny światowej polskiego dowódcy-podwodnika.

Tu, w tej opowieści, rozstaliśmy się z kapitanem Bolesławem Romanowskim niejako  w pół drogi, 

śledziliśmy jego losy w okresie, który bez wątpienia zadecydował o tym, że później stał się najlepszym z 
polskich podwodników. Dowodził okrętem podwodnym ORP „Dzik”, na to zaś, jak tym okrętem dowodził, 
miały na pewno wpływ te ciężkie, dramatyczne doświadczenia, które zbierał od pierwszego dnia wojny.

Przypomnijmy jeszcze kilka faktów. Z załogą „Jastrzębia” rozstaliśmy się u schyłku trzeciego kwartału 

1942 roku. My dziś już wiemy, ile czasu musiała jeszcze trwać wojna, jak przebiegała i jak się zakończyła. 
Oni wówczas wiedzieli tylko tyle, że wojna trwa i że sytuacja na frontach jest bardzo zła. Wręcz fatalna.

I rzeczywiście.  Na Północnym Atlantyku pojawiły się  całe stada  U-bootów.  Był  to w konwojowej 

żegludze sprzymierzonych najbardziej dramatyczny rok: utracono ponad tysiąc statków o łącznym tonażu 
niemal 6 milionów BRT. Wielkie straty ponosiły konwoje na Drodze Północnej. Na Morzu Śródziemnym z 
wyniszczonej bombardowaniami Malty trzeba było wycofać okręty i przejściowo przestała ona pełnić rolę 
bazy.   W   Afryce   Północnej   obydwie   strony  —  bardzo   wyczerpane   walkami,  w   czasie   których   Rommel 
zdobył Tobruk — przyczaiły się w obronie w odległości niespełna 100 kilometrów od Aleksandrii zbierając 
siły do następnej rozgrywki; nowy dowódca brytyjskiej 8 armii, generał B. Montgomery, wybrał na miejsce 
koncentracji rejony El-Alamejn. Brytyjczycy ponieśli także ostateczną klęskę w Birmie i wycofali się przez 
dżunglę do Indii, zmuszeni nawet do zniszczenia własnego sprzętu.

Bardzo źle działo się też w tym czasie na rozległym froncie radzieckim, sięgającym od Morza Barentsa 

aż po Morze Czarne. Na północy Niemcy nadal tkwili u wrót Murmańska i oblegali Leningrad, ale na 
południu podjęli zdecydowaną ofensywę. Podeszli pod Stalingrad, gdzie rozpoczęły się już walki uliczne, 
sforsowali Don, zdobywali Półwysep Kerczeński oraz Sewastopol i ostro parli na Kaukaz. Jeśli przejdą, będą 
mieli tylko krok do roponośnych pól Iranu i Iraku...

Jedyne, bardziej pomyślne wiadomości nadchodziły z Oceanu Spokojnego. Japończykom nie udało się 

background image

zdobyć Port Moresby na Nowej Gwinei, ponieśli klęskę w bitwie flot na Morzu Koralowym i wreszcie drugą 
— bardzo ciężką!  — w bitwie o Midway, gdzie utracili cztery lotniskowce i 253 samoloty! W sierpniu 
Amerykanie   wysadzili   desant   na   Guadalcanal.   Byłyby  to   bardzo   krzepiące   wieści,   gdyby  te   bitwy  nie 
rozgrywały się aż tak daleko...

Tyle że walczący ludzie zrozumieli, iż w tej wojnie obowiązuje prawo  „naczyń połączonych”: klęska 

wroga   na   bardzo   nawet   odległym   froncie   ma   wpływ   na   jego   poczynania   w   zupełnie   innym   punkcie 
płonącego globu.

I chyba najlepiej rozumieli to Polacy,  walczący przecież cały czas z dala od kraju. Okupowanego. 

Wieści dochodzące stamtąd przerażały. Skrócić ten koszmar można było tylko poprzez nieustępliwą walkę 
tu, na oceanie, morzach, a także pod niebem Anglii, Francji i bombardowanych już Niemiec. W Afryce bili 
się „karpatczycy”, w Anglii sformowała się już 1 dywizja pancerna i 1 samodzielna brygada spadochronowa, 
natomiast   z   ewakuowanych   z   ZSRR   dywizji   Armii   Polskiej   rozpoczęto   organizowanie   w   Iraku   Armii 
Polskiej na Wschodzie.

Taka była sytuacja, gdy kapitan Bolesław Romanowski obejmował dowództwo ORP „Dzik” — jeszcze 

w budowie. W tym czasie Polska Marynarka Wojenna nie miała „w linii” ani jednego okrętu podwodnego. 
Sterany  „Wilk”   został   już   odstawiony   do   drugiej   rezerwy,   a  „Sokół”   leczył   swoje   rany   z   Morza 
Śródziemnego w stoczni w Blyth. Ciężko za to harowały w atlantyckich konwojach niszczyciele — „Burza”, 
„Błyskawica” i „Piorun” (ten ostatni pobił wszelkie rekordy, przechodząc w ciągu jednego roku aż 6 razy 
przez Atlantyk). Chodziły w konwojach  „Krakowiak” i „Kujawiak” — ten aż do 16 czerwca 1942 roku, 
kiedy to zatonął na minie u wybrzeży Malty, po doprowadzeniu tam konwoju z zaopatrzeniem: wraz z nim 
poszło na dno 13 marynarzy, a wielu odniosło rany. „Garland” wciąż jeszcze stał w remontach po ciężkich 
uszkodzeniach   w   pamiętnym   konwoju   do   Murmańska,   ale   świeżo   wcielony   pod   polską   banderę   ORP 
„Ślązak” już zdołał wsławić się, biorąc udział w sierpniu roku 1942 w lądowo-morskiej operacji pod Dieppe: 
odparł tam 30 nalotów i zestrzelił cztery samoloty wroga! Dzielnie walczyły na Kanale polskie ścigacze — 
„Chart”, „Wilczur” i „Wyżeł”  — a w jednej ze stoczni już trwały przygotowania do podniesienia polskiej 
bandery na najnowocześniejszym z niszczycieli, ORP „Orkan”.

A jak potoczyły się w tym czasie — i później  — losy ludzi, poznanych na kartach tej książki? I jaki 

wpływ na nie miała tragedia przeżyta na pokładzie „Jastrzębia”?

Nie   sprawdziły   się   obawy   kapitana   Romanowskiego!   Tylko   podporucznik   Stanisław   Olszowski 

zrezygnował   z   podwodnej   służby  i   przeszedł   na   ORP  „Burza”.   Na   „Dzika”   natomiast   zameldował   się 
natychmiast porucznik Andrzej Guzowski (na dawne swoje stanowisko  „torpedowego”) a także, między 
innymi,   bosmani   Jan   Budka   i   siłacz   Józef   Ziajka,   mat   Buszman   i   radiotelegrafista   mat   Smyłła,   były 
„Francuz”   mat   Michał   Kmiecik   i   świetny   sternik   mat   Stefan   Kozioł,   starsi   marynarze   Stanisław 
Ambroszczak, Edward Szrama, Stanisław Jarosz i wyleczony już Jerzy Christ.

A inni?  Pozostawiony w szpitalu  w Archangielsku  porucznik  Józef Anczykowski  ocalił  swą nogę! 

Przewieziono go do Anglii w nie najlepszym stanie i bardzo długo leżał jeszcze w londyńskich szpitalach, 
zanim lekarze, przeszczepiając kości, sprawili, że mógł wreszcie chodzić, choć noga pozostała sztywna. 
Ukończył potem kurs kapitanów marynarki handlowej i dowodził statkami długo po wojnie. Wspomniany tu 
oficer z  „Garlanda”, kapitan Tadeusz Kamiński, powrócił także i, choć bez nogi, został dyrektorem nauk 
SPMW w Bickleigh.

A sublieutenant Maurice Hanbury? Po nim, niestety, zaginął wszelki ślad.
Są   do   dziś   na   cmentarzu   w   Murmańsku   groby   polskich   marynarzy.   Jest   ich   pięć.   Zadbane.   Z 

kamiennymi tablicami, ozdobionymi Orłem Białym. Nazwisko, niestety, jest tylko na jednym z nich i nie 
zdołano ustalić,  czy marynarz ten przybył  tu na polskim okręcie wojennym,  czy też na którymś  statku 
handlowym. Pozostałe cztery mogiły są bezimienne. Napisy na nich, w języku polskim, głoszą:  „Żołnierz 
nieznany, marynarz, poległ za waszą i naszą wolność w konwoju”.

Czy groby te kryją prochy starszego bosmana Mieczysława Czuba, mata Czesława Kędziory i starszego 

marynarza   Władysława   Niedzielskiego?   Nie   wiadomo.  Należy  przypuszczać,   że   norweski  „St.   Albans” 
dowiózł jednak zwłoki poległych na „Jastrzębiu” do Murmańska. Także obu Brytyjczyków.

Cóż, wojna.
Warto   też   zapamiętać,   że   poznany  w   St.   John's,   a   potem   w   Murmańsku,   kapitan   żeglugi   wielkiej 

Bronisław Hurko także dopiął swego: s/s „Tobruk” został w końcu podniesiony, wyłatany i 1 października 
1942 roku wszedł do portu w Newcastle! Wojenne zaś drogi kapitanów  — Hurko i Romanowskiego — 
skrzyżowały się raz jeszcze. Było to w sierpniu 1943 roku podczas lądowania sprzymierzonych na Sycylii. 
S/s  „Tobruk”   transportował   wówczas   wojsko   i   sprzęt,   a   ORP  „Dzik”   pod   dowództwem   Bolesława 
Romanowskiego razem z wieloma innymi okrętami osłaniał tę operację.

Ale powiedzieliśmy już, że losy ORP „Dzik” to odrębna historia.

background image

A w dziejach polskiej Marynarki Wojennej komandor Bolesław Romanowski pozostał na zawsze tym 

pierwszym i jedynym, który przeprowadził polski okręt podwodny przez Atlantyk. I on to właśnie 4 lipca 
1947 roku przyprowadził do portu w Gdyni nasz najsławniejszy okręt, ORP „Błyskawica”.

Był później dowódcą ORP „Sęp” (kiedy ten wraz z innymi powrócił po latach internowania ze Szwecji), 

a następnie, już jako dowódca dywizjonu okrętów podwodnych, podniósł swój proporczyk na ORP „Żbik”. 
Na   tym   samym,   na   którym   w   1934   roku   rozpoczynał   swoją   podwodniacką   karierę.   Teraz   on   uczył   i 
wychowywał młodych. A później...

Tego okresu w jego życiu nie można wspominać inaczej niż ze wstydem i żalem. Musiał odejść z 

Marynarki. I znad morza. On, kawaler Krzyża Virtuti Militari, dwukrotnie Krzyża Walecznych i jednego z 
najwyższych odznaczeń brytyjskich, Distinguished Service Cross. Na całe długie siedem lat. Spędzonych 
nawet daleko od morza, bo w Solcu Kujawskim. Takie były czasy.

W roku 1957 powraca do służby w Marynarce Wojennej. Awansowany do stopnia komandora obejmuje 

stanowisko w sztabie, a później zostaje zastępcą komendanta Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej imienia 
Bohaterów Westerplatte. W Gdyni. Ta morska „alma mater” znalazła tu swoje — jakże właściwe! — miejsce 
dopiero po wojnie.

Tej wojnie, w której swój udział miał  komandor Bolesław  Romanowski. Od początku  do końca. I 

niemały, jak na miarę jednego człowieka.

Zmarł, mając pięćdziesiąt osiem lat, 12 sierpnia 1968 roku. 12 października 1985 roku jego mogiłę na 

gdyńskim cmentarzu Witomino pokryły kwiaty.

Od marynarzy. Dla których na zawsze pozostanie wzorem.