background image

Józef Baran – Wybór wierszy 

 

*** 

a najbardziej jestem poetą  
ludzi nieśmiałych  
tych z osikowym liściem uśmiechu  
przylepionym do warg i drżącym  
za każdym silniejszym  
podmuchem słów 

tych ubogich krewnych duńskiego  
królewicza hamleta  
którzy mają złą dykcję  
i choć za każdym krokiem mówią  
być albo nie być  
czynią to tak po cichu i niepewnie  
że żaden szekspir z tego  
nie zrobił jeszcze tragedii 

ho ho kto tam wie  
co w nich małych drzemie  
i na świat  
nigdy gęby  
nie otworzy 

jacy zaklęci śpiący rycerze  
czekają w nich na odgłos trąbki  
aby spaść z furkotem orlich skrzydeł  
i wyzwolić okupowane  
od urodzenia przez wrogie straże  
bramy ust 

 

*** 

piszę wiersze 
 
coraz lżejsze 
 
wyrzucając jak z balonu 
 
balast rzeczywistości 
 
by się mogły 
 
unosić coraz wyżej 
 
napełnione jak dusza 
 
samą tylko 
 
WIECZNOŚCIĄ 

background image

 

*** 

Nie mamy czasu 

Czas ma nas. 
Bawi się nami 
Przez pewien czas. 

 

*** (Coraz częściej myślę...) 

coraz częściej myślę 
że życie to nasza wiecznie 
Niespełniona Miłość 
do świata 
najgorzej gdy fermentuje 

podziemnie 

rozsadza brzegi łożyska 
wyradza się 
w wojny rewolucje: 
wszechkwaśniejący 
ocet 
podawany wciąż 
od nowa na gąbce 
Chrystusowi 
który łaknie 

 

Ars Poetica 

to równoczesny błysk spojrzeń 
na ziemię i Ziemię 
z perspektywy księżyca 
i przez 

najczulszy mikroskop 

 

stara sztuczka wykradziona bogom 
hartowania rozżarzonych chwil 
w lodowcu Wieczności: 
chwilowe granie na nosie przemijaniu 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Autoportret z opuncją w tle 

ocalałem 
choć tylu silniejszych 
zabiła ta potworna wrażliwość 

z latami wyrosła mi gruba skóra 
wypuściłem chitynowe pazury 
przetrwałem biedę borzęcką 
grypę azjatycką 
parę nerwic 

wylizałem się z niejednej rany 
o włos uniknąłem raka wypadku ulicznego 
zapicia się na amen 

ocalałem 
i doniosłem siebie 
do hotelowego lustra 
w tym słabo odpornym 
naczyniu światłoczułym 
które wypełnia się 
co świt 
kosmosem 
w tej kruchej łupince 
ulepionej ze sprzeczności 
narażonej na pęknięcia wstrząsy 
na wieczne rozsypanie się 

ocalałem 
ja homo sapiens poeticus 
wymierający gatunek 
w epoce elektronicznej 
mam automatyczne skrzydła 
zatrzaskiwane błyskawicznie 

w razie potrzeby 

w pokrowcu 

o barwach ochronnych epoki 

z latami nauczyłem się 
skutecznie bronić 
przed samym sobą 
strzec do siebie przystępu 
jak kolczasty 
i kłujący z wierzchu 
opuncji owoc 

ocalałem 
to prawie cud 
po pół wieku 
stoję w hotelowym lustrze 
żywy i cały 
dziwiąc się sobie 

bo przecież tyle razy wydawało mi się 
że nie udźwignę 

background image

w tej kruchej łupince duszy 
zdanej na kaprysy oceanu 

nawet jednego dnia 

 

Bajka o kotach 

to nie ściany 
to koty mają uszy 

 
czworonożni agenci  
Pana Boga 
zesłani na ziemię 
aby szpiegować Adama 

 

przymilnym ocieraniem 

grzbietów 
wkradają się w łaski 
naszych chałup 

 
nic nie mówią 
podsłuchują 
najskrytsze szepty 
nie ujdą kociej uwadze 
wszędzie ich pełno na kolanach 
za uchem pod nogami 
gdy je wyrzucamy podsłuchują 
za drzwiami sieni 

 
w nocy koty włażą pod łóżka 
zapalają czerwone latarnie oczu 
i w ich blasku 
wszystko skrzętnie spisują 
(notesiki chowają rano do mysiej dziury) 

 
a potem na sądzie ostatecznym dziwimy się 
skąd Pan Bóg o nas wszystko wie 

 

Ballada listopadowa 

 

listopad to niekochana kobieta 

co narzeka narzeka narzeka 

rozpuściła włosy przed lustrem 

i na nic już nie czeka 

background image

przeczytała wszystkie listy z drzew 

w żadnym nie znalazła nic dla siebie 

rozrzucone leżą u jej stóp 

wiatr roznosi je po ziemi i po niebie 

popatrzyła w gwiazdy a tam smutki 

już na resztę życia jej pisane 

więc zaniosła się wariackim śmiechem 

żeby nikt nie wiedział co jest grane 

 

Ballada o arenie cyrkowej 

na koniec - rozwiązano teatr 
więc cała w sztucznych ogniach teraz 
kręci się arena cyrkowa 
naszych czasów metafora 

 

nic tu na pewno wszystko na niby 
małpa jest cyrku idolem 
karzeł podkręca szatańską korbkę 
arena toczy się kołem 
 
niczym piłeczki w palcach żonglerów 
duszyczki nasze wirują wkoło 
życie przestało być sztuką 
i stało się sztuczką cyrkową 
 
dwie siostry syjamskie: prawda kłamstwo 
wbiegają w zwinnych podskokach 
nikt nie odróżni jednej od drugiej 
są w jednakowych trykotach 
 

Bóg gdyby nawet w krzaku ognistym 
pojawił się między nami 
mówilibyśmy że to magik 
kolejną sztuczką nas mami 

 
lecz dokąd można w cyrku żyć 
pytamy stojąc na głowie 
słyszymy drwiący błazna śmiech 
i to jedyna odpowiedź 

 

 

 

 

background image

Ballada o emigrantach 

 
budzą się w środku nocy 
odcięci od pępowiny ojczyzny 
z zakneblowanymi ustami 
nie czując ziemi 
pod stopami 

 
jeszcze przez chwilę 
majaczą w nich 
zatopione titaniki dzieciństwa 
 

 
jest już po transplantacji języka 
transplantacja mózgu trwa 

tylko przeszczep serca 
wciąż się nie udaje 
i choć stare za duże 
pewnie przyjdzie z nim umrzeć 
 

 
z oczu opadają im łuski 
i pojmują 
że prawdziwym przeznaczeniem 
jest nieustanne wygnanie 

z miejsc kolejno oswajanych 
począwszy od zaklętego 
widnokręgu dzieciństwa 
dojrzewanie do myśli 
 
że śmierć jest też emigracją 
za ostatnią granicę ciała 
 

 
Sztokholm, wrzesień 1995 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Ballada o poecie 

 

 

 
odfrunęły anioły do ciepłych rajów 
 

tylko jeden w karczmie na rozstaju 

 
głuchy na boskie wołania 
 
hulał z karczmareczką do świtania 
 

 

 

pióra piwem zlane sosem musztardowym 

 
skaranie boskie z takim aniołem 
 
jedno skrzydło złamał drugie zastawił 
 
wszystkich wycałował pod ławę się zwalił 
 

 

 

 

 

 

 

 
nawarzył anioł piwa - stracił mannę z nieba 
 
musi sam zapracować na kawałek chleba 
 
że nikogo nie zbawił - sczłowieczał na amen -  
 
już na zawsze zostanie anioł między nami 
 

 

 
niebo z ziemią rymuje słowami skrzypcami 
 
i pomiędzy kramami kręci się z rymami 
 
dzieci za nim biegną psów pijaczków zgraja 
 
a ten im wyśpiewuje o utraconych rajach 

 

 

 

background image

Ballada o staruszkach 

patrzą lecz mało widzą 
słuchają nie słyszą 
mówią lecz nic nam to nie mówi 
już prawie są ciszą 
 
istnieją nieistotnie 
coraz bledsze kopie 

zaginionego w lustrze 

Autentyku 

 
ich rozkład 
do którego stosują się skrupulatnie 
jest co do minuty 

nieaktualny 

 

od czasu do czasu 
bawią się z czasem w chowanego 
szukając rano i wieczorem 
nieistniejącego odbicia z wczoraj 

 

Ballada o wiecznie młodym Stedzie 

zawsze z podręcznym plecaczkiem 
w dwudzietoletnich dżinsach 
jeżdżący przez życie na gapę 
wiatrem podszyty Sted 

 
on rozpędzoną młodość 
wstrzymywał skinieniem dłoni 
i wskazując na stopnie 
odjeżdżał gwiżdżąc balladę 
 
aż raz się nie zatrzymała 
lokomotywa biała 
na torach pozostała 
bezwładna ręka poety 
 
i pojął że to czas 
minął go bezpowrotnie 
i odtrąciła młodość 
bez której nie umiał żyć 
 
więc jakby ktoś w pełnym biegu 
szarpnął rączką hamulca - 
zacisnął pętlę i 
pozostał wiecznie młody 

 

 

 

background image

Ballada podróżna 

żółci się łubin w dali 
 
bielą płatki konwalii 
 
jedzie pociąg z daleka 
 

w szybie miga moja twarz 

 

nieznanym dworcom 

 
mijanym pośpiesznie 
 
odskakującym od szyb 
 
ciężarnym czereśniom 
 

ludziom polom zakolom 

 

obłokom nad łąką 

 

która w mgnieniu oka 

 
zmieni się w rozłąkę 
 

 

 
stuka serce z kołami naprędce 
 
i tak dobrze jest być nigdzie i wszędzie 
 
i tak lekko nie wiedzieć o niczym 
 
co mijane kogoś boli lub cieszy 

 

 

Ballada telefoniczna 

 

w tej rozległej przestrzeni 
co nas łączy i dzieli 
jesteś tak mała 
że mieścisz się w uchu 
jestem tak mały 
że mieszczę się w twym uchu 
 
między nami wielka woda 
po dnie której biegniemy do siebie 

co tchu 

po nitce 
do kłębka słuchawki 

background image

z dwu przeciwnych stron 

 

przez współotwarte okno 
cisną się obłoki 
i długo jeszcze widzę twój głos 
wibrujący kręgami 
w przestrzeniach nieba 
choć telefon 
ten wąż kusiciel 
dawno już zwinął się w kłębek 
i skamieniał 
 

Sztokholm, czerwiec 1998 

 

Ballada wielkanocna 

ojciec chce wstawać do pola 
już wiosnę czuje przez ściany 
jest trzecia on wszystkich budzi 
na wpół sparaliżowany 
 
gniadego chce zaprzęgać 
siać orać jechać do siana 
po rośnym koniczu brodzić 
daj spokój mówi mu mama 

 
dopiero przewróciłam cię na bok 
zapomniałeś że nie możesz chodzić 
lecz przez ojca woła wielkim głosem 
coś co chce ciemności rozproszyć 
 
które przygniatają go do łóżka 
ciężkie jak zwalisty kamień 
w zimnych nogach czuwa czujnie śmierć 
w głowie ojca wiosenny Jawień 
 
i tak ciężko z losem Łazarza 
zaznajamiać się tej Wielkiej Nocy 
chciałby los podźwignąć i nie może 
musi syn poduszki mu podłożyć 
 
chciałby wstawać ojciec do pola 
bo jak długo można tak wyleżeć 
lecz przestało ciało ojca słuchać 
może Bóg nie przestał w ojca wierzyć 

 

 

 

 

background image

Ballada zimowa 

 

z tobą pić nie muszę alkoholi  

żebyś uderzyła do głowy  

gdy przez stół patrzymy sobie w oczy  

to się człowiek do dna zauroczy  

 

co masz w środku pod tymi lodami  

jak je stopić serca dotykiem  

żebyś wybuchnęła w dłoni  

najgorętszym nagim erotykiem  

 

jeszcze dzieli nas lodowa tafla 

lecz już tu i tam zaczyna trzaskać  

to wezbrane zduszone słońca  

pragną się wyłamać z potrzasku  

 

już ruszają w lutych oczach pierwsze lody  

rozstępują się śniegi na trwałe  

i tak mocno uderza do głowy  

twoich spojrzeń wiosenny szalej 

 

 

Bezszelestnie 

bezszelestnie  
otwarły się 
okiennice snu 

 

i ze wszystkich stron  
powiało tęsknotą 
 

na parapecie 
usiadł biały kruk bezsenności 
 
czy to ty myślisz o mnie przez sen  
w środku nocy 

background image

Bukolina borzęcka 

stygnie w ogrodzie 

parny 
lipcowy dzień 
 
stygną w nas 
wszystkie gorączkowe 

dzienne sprawy 

 

- pomilczmy o wieczności - 
szepce księżyc 
wplątując się ukradkiem 
w rozmowy na ganku 

 

cytcytcytcyt 
przemijają w trawie 
pośpieszne pasikoniki 

 

Córki wybierają się w góry 

patrzę na moje córki 
jak wybierają się w góry 
ładując do plecaków 
marzenia o szczytach 

 
jeszcze śnią mi się wierzchołki 
lecz już schodzę 
cienistym poboczem 

mojej Baraniej Góry 

 

poezja ulata 
pozostaje gorzki owoc spełnienia 
twarda proza do rozgryzienia 

na równinach 

 

 

Czarny kot 

pytałem starego człowieka 
jak mu przeszło życie 
otworzył 
na oścież drzwi 
po chwili 
zawarł 
- tak mi przeszło 
odrzekł 
(do izby 
wskoczył z sieni  
czarny kot 
i usiadł na jego ramieniu) 

background image

Czerwieni się jarzębina 

czerwieni się jarzębina 
już jesień się zaczyna 
słychać gniewną mowę wiatru 
za oknami 

 
opadają ciężko z jabłoni 
owoce miłości 
słońca z ziemią 
tłukąc się nocami 
po dachówkach 

 

o zimna o daleka 
słonecznopaździernikowa 
krążąca gdzieś 
po nieznanych orbitach 

 
czy możliwe 
że niedawno 
byłem tak oślepiony 
twoją bliskością 
że nie widziałem 
świata poza tobą 
 

 

Akersberga, 1995 

 

Dewotki 

bo one ciągle nie wierzyły 
 
że pójdą do nieba 
 

 

 
klękały 
 
waliły głową o konfesjonał 
 
obłapiały za nogi 
 

Bogu ducha winnego Pana Jezusa 

 
i opowiadając mu jedne i te same grzechy 
 
aż do znudzenia jedne i te same 
 
żebrały o kawałek raju 
 

 

 

pod wieczór 

background image

 
nerwowy kościelny 
 
wyrzucał je za bramę 
 

 

 

dopiero wtedy Jezus 

 
mógł rozprostować kości 
 
i dla odprężenia 
 
zagrać z apostołami w karty 

 

Dni jak płonące sztandary Hasiora 

dni jak płonące Hasiora sztandary  

w podmuchach wiatru żarzą się i trzeszczą  

 

emocje stadionów gorączkowe sprawy  

wszystko to tylko wieczności opałem  

 

o zimne ognie złości łzy miłości skry  

tych kilka róż uratowanych z płonącego lasu  

 

zwęglonych znaków drukarskich ot cała historia 

więc czy warto z zapałem rzeźbić dzień po dniu  

 

płoniemy w brzasku i blasku  

pośród nocnej ciszy  

 

skwierczą minuty w zegarku  

i gwiazdy na niebie  

 

płoniemy jasnym blaskiem życiodajnym blaskiem  

by nie wyziębło wszystko nie stało się martwe 

 

background image

Do pięknej przeglądającej się w lustrze 

nie przywiązuj się tak mocno 
do własnego odbicia 
 
odbicia są zmiennymi rybami 
w lustrze heraklita 

 
nie traktuj żadnego 
zbyt dosłownie 
 
żeby śmierć 
nie potraktowała cię na serio 
 
przyjdzie wieczność 
wszystko wykpi 

 

dopóki jeszcze 

dopóki jeszcze 
nie dotarłeś w sobie 
do najdalszych biegunów i planet 
dopóki możesz krzyknąć 
- eureka 
i zawiesić nad odkrytą ameryką 
flagę wiersza 
 
dopóki są w tobie 
nie zgłębione oceany 
nie rozbite atomy 
nie rozszczepione na czworo włosy 
 
dopóki możesz wierzyć w siebie 
jak w Boga 
którego nigdy nie widziałeś i nie zobaczysz 
 
dopóki nie pootwierałeś wszystkich zamkniętych szuflad 
i nie stwierdziłeś że są puste 
 

dopóki jeszcze 
p o t r a f i s z s i ę w y ł a m a ć 
z k a s y p a n c e r n e j r o z s ą d k u 

 

 

 

 

 

 

background image

Elegia 

wszystko na chwilę 
nic na trwałe 
o życie moje 
życie całe 
rozproszone na milion 
ślepych puchów topolowych 
gnanych o poranku czerwcowym 

przemijaniem 

 

czas niczym piaski ruchome 
pochłonął wczoraj 
ciało ojca 
 
gdzie jest ta miłość 
(większa niż śmierć) 
której mógłbym się 
wszystkimi siłami uczepić 
by na nowo 
w całość się zesklepić 

 

Jawor, 14 czerwca 1996 

 

Fotografia szkolna 

Gdzie okiem sięgnąć czas i czas 

jesteśmy czasu milionerami 

 

śmierć nie oceniła jeszcze skrzydłem 

tła fotografii 

rozrzucamy czas 

pełnymi garściami 

 

w kieszeni brzęczy kluczy pęk 

do stu nieznanych bram 

 

życie świeci nam prosto w twarz 

baśnią z tysiąca i jednej nocy 

jest jeszcze świat 

i wszystko 

background image

dosłownie wszystko 

może się zdarzyć 

 

Godzina słoneczna 

słońce jak umie najgoręcej 
wychwala Najwyższego 
nad polaną w puchach obłoków 
wylegują się kobiety rubensa 
 
stanęła wieczność w zegarku 
i przestała na wskazówkę utykać 
tylko pszczoły pracują w lipach 
na spitych upałem gospodarzy 
 
wyprzęgnięci z butów 
drogi i miasta 
po pas zanurzeni w Wolności 
zrywamy do dzbana bławatki nieba 

 

gdy pytamy 

- która godzina? 
ptaka motyla dziką różę 
- słoneczna leśna łąkowa 
odpowiadają w swoich językach 

 

Gra w niebo i piekło 

 
do piekła i do nieba 
wiodą podobne bramy 
wnętrza i korytarze 
tu i tam te same 

 
rozkład zajęć jadłospis 
nieomal tożsame 
więc czemu tu zgrzytanie 
tam pienia ku chwale Pana 

 

byłem w celi klasztornej 
i w więziennej celi 
na pozór identyczna przestrzeń 
lecz przepaść bez dna 
 
wybrańcy i skazańcy 
żyjący na antypodach 
wyboru i przymusu 

ot w niebo i piekło gra 

background image

 
widziałem zakochanych 
zamkniętych w uścisku 
którym sławili wolność 
będąc w siódmych niebach 

  
gdy ich później ujrzałem 
dusili się w dybach 
bliskość ciążyła piekielnie 
wypędzonym z nieba 

 

Hymn poranny 

 

o ogniu wzmagający pragnienie 
 

wodo je gasząca 

 
o ziemio przychylna mi pod słońcem 
 
powietrze służące 
 

tak wiernie 

 

i niedostrzegalnie 

 
za każdym oddechem 
 

 

 
o niebo drogo czysta radości istnienia 
 
domie obłoku chwilo która mijasz 
 
czy nie należy wam się 
 
uśmiech dziękczynienia 
 
za to że trwacie przy mnie 
 

prawie bez wytchnienia 

 

 

 
i wciąż się jeszcze zjawiacie 
 
jak na zawołanie 
 
po każdym przebudzeniu 
 

background image

z brzasku migotaniem 

 

 

 
o święta - która nigdy 
 

mi nie spowszedniejesz 

 
boś tak naprawdę tylko 
 

drogocennym snem - 

 
ziemio bańko tęczowa 
 

którą zdmuchnie śmierć 

 

jak motyle 

w wysokich górach 

na werandzie winiarni 

trzej toskańczycy 

jak motyle 

trzepoczą przez chwilę 

w moich oczach 

zaczytani w lokalnych gazetach 

poczym autobus 

ze mną niezauważonym w środku 

odfruwa serpentynami w słońce 

 

Jak szybko jak łatwo 

  

jak szybko 

tracimy barwne 

upierzenie dusz 

 
jak łatwo nad Wisłą 
marzenia kwaśnieją gorzknieją 
kisną 
 

spijamy potem 

ten sfermentowany 

napój narodowy 
który idzie prosto do głowy 

background image

żeby 
skakać sobie do oczu 
obskubywać się z pawich piór 
 
jak szybko jak łatwo 
jednako wiejemy w narzekaniach 

 

Jesienny ślepiec z mandoliną 

jesienny ślepiec  

rwie struny mandoliny  

niczym własne włosy  

fałszując pod nosem  

melodię sprzed lat  

 

podobny do nosorożca  

pragnącego zanucić arię motyla  

 

starzec bez głosu słuchu ni perspektyw  

ostała mu się wola grania  

uparta chęć przetrwania  

pożal się boże  

zapamiętałość w fałszowaniu  

 

czy nie jesteśmy do niego podobni 

kalikujący dzień za dniem 

nie znający nut przeznaczenia 

 

o obłędna ma melodio 

rwąca się sensów kakofonio 

Ktoś przysłuchując się temu z Góry 

zatyka uszy 

 

 

 

background image

Kałuża 

odkryć w mętnej kałuży 
oprawionej w leśną dróżkę 
(którą tyle razy przejeżdżałeś) 
Pałace Blasków 
Niebotyczne Maszty Sosen 
Zbłękitniałe Dale 
to tak jakby znać kogoś 
lecz nie znać go wcale 
aż raptem zdumieć się obłoczną 
perspektywą odbitego 
w nim do góry nogami 
świata 

 

Kapelusz 

  

na początku był kapelusz 
 

cyrkowy kapelusz 

 

z którego Bóg 

 
ku własnemu zdumieniu 
 
wyciągnął samego siebie 
 

 

 
potem wkładał rękę 
 

do kapelusza 

 
i przez sześć dni z rzędu 
 
wyciągnął Niebo i Ziemię 
 
oraz pięć dowodów 
 
na własne istnienie 
 

 

 

z magicznego kapelusza 

 
wyskakiwały planety 
 
jak piłeczki pingpongowe 
 

a Bóg kolejno 

 

background image

jedną za drugą 
 
wprawiał bożymi palcami w wirowanie 
 

 

 
Planety rozmnażały się 
 
z zatrważającą szybkością 
 

a On 

 
uwijał się jak w ukropie 
 
w środku wirującego planetarium 
 
uważając aby z palca żadnej nie uronić 
 

 

 

tymczasem na widowni 

 
siedzieli już Adam i Ewa 
 
i prawdę mówiąc 
 

nic a nic 

 
własnym oczom 
 

nie wierzyli 

 

Krótka adoracja królewskiej lipy 

  

cóż mówić o kosmosie 
 
gdy się w lipę wpatrzeć 
 
można się zatracić 
 
karuzela spiętrzonych gałęzi 
 
wirująca szaleńczo 
 
w skołowanej głowie 
 
liść goni liść 
 

a jest ich tyle 

 

trzepotliwe zielone motyle 

background image

 
idealna jedność w wielości 
 

symetria powtarzalności 

 
rozmnażanie się 
 

przez klonowanie 

 
liściastych planet 
 
wiatrem napędzanych 
 

a wszystkie takie same  

 
i każda taka samotna 
 

amen 

 

Latawiec 

jeszcze coś dopiszę 
jeszcze coś skreślę 
zanim ten list do Najwyższego 
pisany na pergaminie duszy 

jak latawiec 
w obłoki 
wyślę 

 

Letni ogrodowy poranek 

ranek czysty 
jak łza 
jak dzieciństwo 
lub w snach 

odchuchane wspomnienie 

sprzed lat 

 

w sadzie 
westchnienie kukułki 
turkot mleczarskiej dwukółki 
w szybie uśmiech 
przychylnego Nieba 

 
błyszczy rosa na trawie 
obietnicą dzień cały 
rozciągnięty po błękitu kres 
i za - 

 
przystaw drabinkę do dnia 
(czubek nieba sam ku ziemi 
się przychyli) 

background image

i obieraj 
chwilę po chwili 
jak wisienki 
z których każda 
się przymili 
by ją rwać 
 
tak smakując chwil 
z słońce trwaj! 

 

Letni pastelowy zmierzch 

Krzysiowi Myszkowskiemu i Nataszce 

 

 
gwiazdy zaplatają się od gwiazd 
w dolinę napływają cienie 
czułość świateł pulsująca od szyb 
i samotność między niebem a ziemią 
 
stłumione głosy pastelowy zmierzch 
psów ujadanie czyjeś kroki na ścieżce 
po ogrodach szeleszczą wspomnienia 
i na pogodę cykają świerszcze 
 
szarówka utkana cała z domysłów 
aż po lasu czarny widnokrąg 
i chce się iść - nie wiadomo z kim 
na nieskończony spacer Bóg wie dokąd 
 
i z zachwytu chce się wstrzymać oddech 
wiecznie trwać w tym wieczornym czerwcu 
i jest tak jakby ktoś daleki kochany 
łaskotał cię piórkiem po sercu 

 

Lęk 
 
nocą ociemniałą 
w podróż kosmiczną 
po omacku wyruszyć 
 

bez biletu 
bez ciała 
na laserowej śnieżynce 
duszy 

 

 

 

background image

Lipcowa niedziela w Bożęcinie* 

najwyższe podniesienie lata 
na promiennych szalach 
ważą się anioły pogody 
białe motyle 
i słychać zewsząd 
brzęczenie dzwoneczków prosa 
w niekończącej się 
procesji równiny 

 
mój zachwyt życiem 
znów tak młody 
że wznoszę z niego 
strzelisty kościół 
w którym mszę odprawia Słońce 
przed nieba Wielkim Ołtarzem 

 
Bóg boży się 
w zbożach i brzozach 
cyka w pasikonikach 
pełno go wszędzie 
na ziemi w powietrzu i niebie 
i na lipcowych dróżkach 
 
jedną z nich 
pędzącą wprost ku obłokom 
zbliżam się na rowerze sam ku sobie 
po miesiącach rozłąki 

*stara pisownia Borzęcina 

 

Lipcowy tren 

Ojcze mój 
któryś jest w ziemi 
święć się imię twoje 
na polach i łąkach 
gdzie pogwizdujesz 

z wiatrem 
żołnierską piosenkę 
rozmachując się kosą 
po lasu widnokres 
a twą anonimową sławę 
niosą po niebie 
skowronki 

 
Pełno cię wszędzie 
w ogrodzie zagrodzie 

na furze siana 

i na polnej drodze 
w obłokach twoje twarze 
odcisnęły pieczęć 

background image

gdzie tylko spojrzę 
ślady twe tak świeże 
Ojcze mój 
który jesteś we mnie 

 

Maj 

pachną czeremchy niesłychanie 
płyną obłoki nieprzerwanie 
oto na śmierć i życie bojowanie 
wiecznego trwania z wietrznym przemijaniem 

 

Marcowy swing 

 

wiatr się wiesza na gałęziach 
głową w dół  
i na dworze 
hula chyba diabłów stu  
światła chwieją się uliczne  
roześmiane diabolicznie 
w ową noc rozkołysaną swingiem noc  
 

porzucone na ulicy cienie 
mrą 
sny bezpańskie  
sny bezdomne  
w szybach lśnią 
i tak strasznie jest dreszczowo  
grzechem pachnie każde słowo 
które szepcze mu do ucha w ową noc  
 
odstawione swiaty są 
na boczny tor 
hotelowa w nich już tyka tyko noc  
lampy chwieją się uliczne  

roziskrzone satanicznie 
w ową noc rozkołysaną swingiem noc 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Mężczyzna i kobieta 

byłem odległą gwiazdą 
która wybuchła płomieniem  
od twojego spojrzenia  

 

rzucasz za siebie grzebyk 
wyrastają lasy które w mknieniu oka  
zajmują się ogniem 
rozwijasz z włosów wstążkę rzeki 
i po niej prześlizguję się błyskawicą  
słyszysz miłosny szept 
palących się traw 
jestem pożarem który cię ogarnie  
biegniesz wyschniętą na upale łąką  
już żarzą się twoje oczy serce 
cała jesteś w płomieniach  
spadającej gwiazdy 

 

Mijanie się 

mijają stulecia  
a one fruną  
i są dla nas wciąż te same  
 
zadzierając głowy  
niezmiennie mówimy na nie:  
kawki bociany pszczoły  
nie próbując rozróżnić  
kawkę od kawki  
bociana od bociana  
pszczołę od pszczoły  
 
i one dostrzegają w nas  
stale tego samego człowieka  
żyjącego teraz i przed wiekami  
 

w tej gatunkowej perspektywie  
(może nie tak znów niedorzecznej)  
mijając się a nie przemijając  
istniejemy dla siebie  

bezimiennie ale za to wiecznie 

 

 

 

 

 

 

background image

Mistrz i Panna 

 

(czyli najniewinniejsza rozmowa pod słońcem) 

Wyfrunęła z mojej poezji i siedzi naprzeciw 
w pokoiku trzy na pięć. Dziewczyna z moich stron 
serca, pragnąca mnie podziwiać jako bezcielesnego 
Mistrza, Ducha Św. Unoszącego się ponad wodami 

Lecz gdy rozmowa wzbija się w coraz wyższe 
obłoki abstrakcji – tu na ziemi uśmiechy mieszają 
się, spojrzenia w oczy – krzyżują; planety twarzy 
zbliżają się do siebie na niebezpieczną odległość 
i oświetlają nawzajem prawie krążą po tych 
samych orbitach. 

Widzę wąskie nagie wargi, pomiędzy którymi –  
o wstydzie opisu! – różowi się gorący język 
nawilżony grzeszną śliną... Cóż z tego, gdy muszę  
udawać, że obchodzą mnie tylko słowa, słowa, 
słowa. 

Dotykam spojrzeniami konch jej ucha, omuskuję 
Żywą ciepłą i jakże inną od mojej skórę policzka 
I mówię, mówię, mówię. 

W tym czasie jej stopy są zupełnie nagie! 
Obnażone igrają na podłodze z pantofelkami, 
zdradzając niefrasobliwą obojętność wobec 
rozmowy. Ach bezwstydzie dziesięciu palców 
u nóg, z których każdy upomina się o osobną  
pieszczotę? Gdy tymczasem w górze trwa uczone 
spotkanie głów na najwyższym szczycie 

Ach zuchwałe krótko podstrzyżone kosmyki 
ciemnych włosów odrzucane jakby od niechcenia 
dłonią do góry i domagające się adoracji warg! 

Ukrzesłowieni: Mistrz i Panna – pomiędzy nami 
cały alfabet obyczajnego zachowania i iskrząca się 
bliskość na dotknięcie dłoni. Mówmy dalej, niech 
rozmowa nie daje niczego po sobie poznać... 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Moja nocna dziewczyna 

a najbardziej to ja lubię 
moją nocną dziewczynę 
 

przychodzi do mnie 

cichutko na palcach 

kiedy już wszyscy śpią 

gdy tylko stary zegar 
przekomarza się na ścianie 
z ciszą 
i czyjeś napotkane przypadkiem 
za oknem kroki 
pohukują jak dwie ogromne 
przyczajone w mroku sowy 

 
zakładam wtedy biały miłosny fartuch 
zawijam ją ciasno 
w wałek jak ciasto 
i wąskimi ostrymi wargami 
kraję na stolnicy łóżka 
 
połykam potem kawałek za kawałkiem 
akurat kiedy znika ostatni kąsek brzucha 
i poczynają piać koguty 
mówimy sobie że się kochamy 
 
najbardziej to ja lubię 
moją nocną dziewczynę 

 

Mojej matce 

Tak chciałbym ujrzeć Cię promienną:  
jak w oknie pośród pelargonii  
uśmiechasz się do przechodzących,  
"Szczęść Boże" - pozdrawiają Cię znajomi.  
 
Idziemy łąką ramię w ramię,  
zrywasz na bukiet kwiaty najpiękniejsze,  
a na ustronnej cichej ławce  
czytamy wspólnie wiersze.  

 

Potem wracamy hojnie obdarowani  
muzyką świerszczy, bławatkowym niebem?  
Tak chciałbym ujrzeć Cię promienną,  
szczęściem z Tobą łamać się jak chlebem 

 

 

 

 

background image

 

Najbliżsi nie muszą być stale z nami 

Najbliżsi nie muszą być stale z nami 
czasem wystarczy świadomość 
że są po tej samej stronie planety 
po tej samej stronie 
przeciąganej liny 
oddychają tym samym 
powietrzem 

(nawet po drugiej 
stronie słuchawki) 
rymując się z nami niewidzialnie 
by było myślom lżej 
tańczyć z Ziemią 
dookoła słonecznego traktu 
do taktu 

 

Najdalsza podróż życia 

październikowy lot na antypody miał być 
najdłuższą podróżą 
 
w styczniu poleciałem dalej 
na biegun polarny 
operacyjnego stołu 
gdzie skalpel chirurga 

to jedyna granica 
pomiędzy śmiercią 
i życiem 
 
wgłębiałem się w nieznany 
interior cierpienia 

którejś nocy śniło mi się że jestem powstańcem 
powracającym do siebie mrocznymi kanałami 
w ustach gorycz kroplówek sól muł 
w nosie lizol kał 
 
przedzierałem się 
ślepą kiszką ku wyjściu 
nie mogłem sobie przypomnieć gdzie jestem 
matka ziemia stękała 
gdy rodziłem się jeszcze raz 
i raz 
ucząc się na nowo 
przewracać z boku na bok 
jeść 
      stawiać kroki 

                           oddychać 

 

za szybami 
majaczył się świat ludzi zdrowych 

background image

dalek planeta 
mrugająca światłami życia 
tak niepojęta dla 
zdanego na łaskę 
noża i kroplówki 
oddalonego od siebie 

wczorajszego 

o lata 
świetlne 

 

Nawoływania 

nawołują mnie mroczne moczary 
i strzeliste wysokie błękity 
nawołuje zieleń pól i topól 
rośne leśne konwaliowe świty 

wabią zawsząd zawrotne wonie 
ziół świergoty ptasie polne dróżki 
i kukułki kuszące kukaniem 
i czeremchy i żółte dzbanuszki 

nawołuje do życia życie 
co pulsuje w pędach wiąże pąki 
i musuje aż do szaleństwa 
w sokach brzozy i w mleczach łąki 

nawołują trawy i niebo 
żebym stał się cząstką wszystkiego 
zaprzepaścił się w tym wszystkim miłośnie 
wyzybył siebie bez reszty w tej wiośnie 

 

Nokturn 

Bóg tak samotny o trzeciej nad ranem  
że wygrywa na skrzypcach tęsknotę  
w ścianach zarosłych pająkami  
budzą się ze snu kochankowie 
 
tają oddech nadsłuchują skrzypiec 
i bezgłośnie rośnie w nich osobność  
(w starych lustrach odbija się ciemność  
w niej pająki białą śmierć przędą) 
 
tają oddech wzmaga się nokturn  
opadają nocy puste ręce 
gdy Bóg choruje na samotność  
wszystkie słowa zdają się zbędne  
 
tylko świecę po omacku zapalić 
i w tej świecy płonąć dwa sczepione cienie  

background image

aż się Bogu ulży z rąk wypuści skrzypce 
i odfrunie ponad starym domem 

 

Ojciec w szpitalu 

 

ojcze mój pomarniały 
 
taki stałeś się mały 
 
zbliżasz się korytarzem białym 
 
i opierasz o ściany 
 

 

 
na ręce by cię wziąć 
 
i baśnią ukołysać 
 
o tym że będziesz jeszcze 
 
żył i żył 
 
urośniesz na powrót 
 
i staniesz się silny i zdrowy 
 

 

 
by kiedyś znów mnie małego 
 
poprowadzić polną drogą za rękę 
 

 

 
a dokoła szumieć będą 
 
łany życia bezkresne 

 

 

 

 

 

 

 

background image

On i ona 

 
gdy on już w myślach  
zdążył się otrzepać jak kogut  
zbiec po schodach hotelu  
wsiąść do pociągu  
by czym prędzej  
czmychnąć od niej  
gdzie pieprz rośnie  
 

 
ona przytulając się  
do niego z zamkniętymi oczyma  
zbudowała z nimi przez ten czas  
dom  
pachnący obiadem  
i świeżymi dziećmi  
do którego wbiegł właśnie  

po schodach  

 

 
(w rzeczywistości  
on i ona przespali się  
dziś z sobą pierwszy raz  
i leżąc  
milczą o tym właśnie  
w dwu obcych  

nieznanych sobie  
językach) 

 

piosenka chemioterapeutyczna 

  

w oddziale chorych na raka 

usiąść na łóżku zakrakać 

  

mieszkają tu ludzie-cienie 

dziś są jutro ich nie ma 

  

snują się po korytarzach białych 

nie mogą w sobie miejsca znaleźć 

  

bo rozciągają się stąd widoki 

na niepojętą krainę nicości 

background image

  

zastygł w oknie Znikomek 

na tle Nieskończoności 

  

ma wygląd Frasobliwego 

nazywa się tak lub siak 

  

i nie wie gdzie stąd się uda 

na ten 

          czy tamten świat? 

 

Piosenka o nadziei 

 

wciąż plecami odwrócona 

niczym widnokrąg ruchoma 

w jutrzennej poświacie cała 

to zbliża się to oddala 

 

o niej pieśni układałeś 

w stogach gwiazdach jej szukałeś 

brnąłeś borem lasem losem 

za jej znikającym głosem 

 

dopędzasz ją wreszcie masz 

obraca ku tobie twarz 

kostusia stara jak świat 

 

jak wryty staje twój czas 

 

 

 

 

background image

Piosenka zauroczonego 

 

ciągnie mnie do ciebie  
jak mnicha do nieba  

cygana do skrzypiec  
głodnego do chleba  
 

jak pijaka do szklanki  
do miodu niedźwiedzia  
na oślep na pallicho  
ciągnie mnie do ciebie  
 
jak wędrowca do drogi  
karciarza do kart  
na złe i na dobre  
i na bógwiejak  

 

i jak wszyscy diabli  

i wszyscy anieli  
co się w twoich oczach  
tak na mnie zawzięli 

 

Pochwała roweru "Free Spirit" 

jestem podłączony 
pod wysokie napięcie 
złotych pasikoników pogody 
 
tworzę układ zamknięty 
ze Słońcem 
którego krzyk niesie się 
po niebie i łące 
 
jestem podłączony 
do obłoków 
zapachów zbóż 
dzikich róż 

niepoliczalnej trawy 
jastrzębia kołującego 
ponad borami 

 
otwierają się 
w sercu 

strona po stronie 

krajobrazy 
dojrzewają we mnie 
żyta do ścięcia 
przelewa się kipi zatapia 
lipcowa pełnia upału 
tuż przed ofiarowaniem 
 

background image

a w niej krąży 
to samo życie 
prażycie prajednia 
co we mnie 

 

Pochwała zapominania 

 

bądź pochwalona 
 
dziuro w pamięci 
 
siostrzyczko opatrznościowa 
 
która ulżyłaś nam w drodze 
 
tyle się wysypało 
 
tak mało zostało 
 

gdyby nie ty 

 
upadlibyśmy dawno 
 
pod ciężarem 
 

 

 
ty sprawiasz że co ciężkie 
 
staje się znów lekkie 
 
co parzyło do bąbli 
 
nie grzeje ni ziębi 
 

otwieramy ramiona 

 

i idziemy dalej 

 

- umarł dzień 

 
niech żyje dzień - 
 
wołamy 
 

 

 
przez ciebie płynie 
 
rwąca rzeka 
 

background image

jak pies nam liże rany 
 

zabiera twarze i rozmowy 

 

przynosi w zamian nowe 

 

Poezja naszych czasów 

  

rozprawiali o milionach 

 
które cudownie przemieniały się w miliardy 
 
wachlując swe muzy niedbale 
 
tą najpiękniejszą muzyką cyfr 
 

 

 
w restauracji chińskiej 
 
gdzie kwiecisty rosół i schab lakierowany 
 
siedziałem jak Chrystus kuszony na Górze 
 
goły między biznesmenami 
 

 

 
i rozmyślałem o swych oszczędnościach: 
 

kupie tzw. bezcennych metafor 

 
słuchając jak triumfuje w ich słowach 
 

nowoczesna poezja walutowa 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Powietrze 

ty jesteś 
 

jak powietrze 

 

niewidoczne ale konieczne 

 
tobą oddycha dom 
 

nieprzeliczone twe 

 

makowe prace 

 

 

 
jak milczenie jesteś 
 
w którym mieści się wszystko 
 

i jak zdrowie 

 

 

 
nie straciłem cię nigdy 
 
więc 
 
jaka jesteś naprawdę 
 

nie wiem 

 

Prośba 

nie śpieszcie się tak moje małe 
dzieciństwo wasze 
z nie zatrzaśniętym jeszcze 
wiekiem marzeń 
niech się obłoczy w nieskończoność 

nie rośnijcie tak prędko 
zielone lata z nadzieją bez granic 
kwitnące nie dla owocu 
a dla samego kwitnienia 
bo to jedyna poezja tego świata 

życie samo powoli powoli 
otworzy przed wami drzwi 

za którymi wszystko okaże się 
o niebo mniej doskonałe 
niż to się wam wydawało 
przez tajemniczo uchyloną szparę 

 

background image

Przez świat idące nawoływanie 

zakochaj się we mnie 
ja się odwzajemnię 
wczepimy się w siebie 
bez tchu i bez-dennie 

 
ja w tobie się skryję 
ty skryjesz się we mnie 
śmierć nas będzie szukać 
po świecie daremnie 

 

Reinkarnacja 

 

o trzeciej nad ranem 
słyszę gwiezdne szczekanie 
lutowych psów 
i myślę jak dziwne i niepodobne do siebie 
były moje życia 
 
jakbym odradzał się w kolejnych wcieleniach 
i obumierał bez echa 
to wszystko trwało 
miliony lat 
lub było jak 
klaśnięcie bicza 
zabarwiałem się odmiennymi muzykami istnienia 
i żyłem na tak różnych planetach 
że jak tu się nie dziwić co wspólnego 
łączy mnie z tamtym chłopcem 
z epoki kamienia łupanego 
przyczepionym do krowiego ogona 
tysiące ludzi o których zapomniałem 
miliony zdarzeń 
zatopionych we mnie 

jak w titanicu 
na dnie oceanu majaczą 
a niekiedy fosforyzują w pamięci 
 
ciesz się smutku ciesz 
płacz radości płacz 
że wszystko 
ułożyło się w całość 
z której rozumiem tak mało 

Kraków nocą 27 II 2001 

 

 

 

background image

Scherzo jesienne 

 

takich jak my 

podszytych nastrojami 
najłatwiej zdmuchnie 
wiatr i metafizyka 
skłóconych z ciałem 
i prawami ciążenia 
lekkich jak piórko dmuchawca 

klawisz muzyka 

 

Serce w rozterce 

Ciało by chciało 
Ale duszy 

To nie ruszy 

 

Spóźniona odpowiedź na listy Emily Dickinson 

  

witaj droga Emily 

 
w moim ogrodzie w Borzęcinie 
 
gdzie po stu pięćdziesięciu latach 
 
dotarły do mnie 
 
twoje listy do świata 
 
światła dawno wygasłej planety 
 

 

 
nad moją głową dzięcioł 
 

wykuwa w gruszy mieszkanie 

 
i błękit nieba tak nieskalany 
 
że jest wyrzutem dla istnienia 
 

 

 
cieszę się że myślimy tak samo 
 
naprawdę Wielkie Wydarzenia 
 

to nie rozwrzaskliwe 

background image

 
przechwałki epoki 
 

lecz zachwyt wróbla 

 
nad okruszyną chleba 
 
nadejście wiosny 
 

tak cudowne i nieoczekiwane 

 
że nie wiadomo co począć z sercem 
 

 

 
grzeszyłem narzekając że los 
 
przyniósł zbyt mało odmian 
 
a przecież nawet to co mam 
 

to o wiele za wiele 

 

rozmów twarzy 

 

 

 
przeoczyłem tyle skarbów 
 
migały kalejdoskopy podróży 
 
gdy ty obserwowałaś 
 
przebijanie się fiołków przez darń 
 
i z każdej chwili wyławiałaś 
 
odbicie Wieczności 
 

 

 

witaj droga Emily 

 

która mnie zawstydzasz 

 
piękna duszko świerszczu w ogrodzie 
 
swoim śpiewem bezinteresownie 
 
wtórujący 
 
codziennej ziemskiej krzątaninie 

 

background image

Szara ballada 

 
Nie czerń lecz szarość wszędzie 
Ta nić szara się przędzie 
Ona za mną, przede mną i przy mnie 
Ona rankiem w mej głowie 
W dłoni i w pierwszym słowie 
Niczym gołąb pocztowy powraca 
 
Szarą nicią przeszyty 
I do świata przyszyty 
Tak jak guzik do szarego płaszcza 
Z szarej włóczki me myśli 
Zgrzebne dni i tygodnie 
Nawet wiersz cały z tęczy 
Nagły list, radość, szczęście 
Co jak wzór na kilimie się złocą 

 
Już za moment szarzeją 
Są jak fatamorgana 
W zeschły liść się zmieniają i popiół 
Z szarych nici ten kłębek 
Który w szarą godzinę 
Sennie zwijam, pod głowę podkładam 
 
Ludzie chorzy na szarość 
Mój los chory na szarość 
Mój dom, moje miasto, planeta 
Boże cały ze złota 
Przędący w kołowrotku 
Czemu z siebie wysnuwasz nić szarą 
 

Ojcze nasz wielobarwny 

W akselbantach, brokatach 
Który błyszczysz i mienisz się cały 
Jeśli trochę nas lubisz 
Nachyl się nad wrzecionem 
Dorzuć włosów anielskich do włóczki 
 
Bo w nas szarość w oddechach 
Szarość w snach i w uśmiechach 
Szarość we łzach, w modlitwie i w hymnie 

 

 

 

 

 

 

background image

Sztuka dom 

  

podnosi się kurtyna drzwi 
 
tata przebrany za pana młodego 
 
przenosi przez próg mamę 
 
piękną jak lilija 
 

 

 
z tyłu publiczność goście weselni 
 

kapela gra marsza 

 

kurtyna opada 

 

 

 
kurtyna podnosi się 
 
zapadają wieka trumien 
 

znika dziadek wystrojony w garnitur 

 

jak kamień w wodę babka wpada w wieczny sen 

 

kurtyna opada 

 

 

 
podnosi się 
 

krzyk siostry w kolebce 

 

kurtyna 

 
podnosi się 
 
brat z rączek 
 

kurtyna 

 
odmykają się moje powieki 
 

 

 
kurtyna podnosi się 
 
z krzesła ojciec przebrany 
 
za starego chłopa 

background image

 
błogosławi młodą parę kłania się 
 
schodzi ze sceny podłogi 
 

kurtyna 

 

 

 
drzewa z sadu zaglądają na jednej nodze 
 
przez szyby klaszczą w liście 
 

- to wszystko 

 
było wczoraj 
 
upiera się matka 

 

Uśmiech dla Pana Boga 

 
jak tu się nie uśmiechać 
dziś do Pana Boga 
gdy wyświęca się wkoło 
rajska pogoda 

 
trzmiel wtula się 
w płatki 
zbierając mi metafory 
bez odurzony niebem 

pachnie jak szalony 
siwy koń z baśni 
pasie się na łące 
i w pręcikach dmuchawców 
roziskrzone słońce 
 
chciałbym uśmiechem 
odwdzięczyć się Panie 
za to zielone 

traw zmarwychpowstanie 
za ważkość ważki i chwilowość chwili 
która za chwilę w wieczność się przesili 
za to wśród życia 
ziemskie zabłąkanie 
chciałbym uśmiechem 
odwdzięczyć się Panie 
 

z tym dniem majowym 
życiu tak do twarzy 
że w podzięce czymś ciepłym 
muszę Cię obdarzyć 

background image

Wierszyk do wiosennego sztambucha 

ptaki cieszą się jak jasna cholera 
słońce pisze pierwsze miłosne listy na drzewach 
otwierają się we wszystkie strony okna dali 
rżą nieznane dróżki nawołując z oddali 
o! wyskoczył kaczeniec spod ziemi 
rozwarły się sezamy zieleni 
otwieramy się i my zazieleniamy 
 
zakochani właśnie przed chwilą 
na zielony liść przysięgli wieczną miłość 
zapomniawszy że liść zielony 
w proch się rozsypie na jesiennej dłoni 
uroczyście płyną parkiem głowa przy głowie 
 
jeszcze raz zawierzamy światu 
na piękne oczy 
na zwodne kwietniowe słowo 

 

więcej uczucia 

 

dla drobnej chwili 
niech napełni cię sobą pochłonie 
nachyl się tylko 
nad jej źródełkiem 
zaczerpnij w dłonie 
 
wstrzymaj życie 
niebieskich chwil 

szalone obroty 
przejrzyj się 
w kropli ciszy 

nie nazywaj tego 

pustym przelotem 

 
spowolnij życie 
naciesz się tym co jest 
otwórz oczy 
to może jedyna wieczność 
którą przeoczysz. 
 

bo mijamy chwile 
biegnąc ślepo przed siebie 
i one nas potrącą odbiegną 
nie przygarną w potrzebie. 

 

 

 

background image

Wspomnienie 

 

po dziadku 

pozostały tylko 
kłęby dymu fajczanego 
mleczne obłoki płynące niebem 
 
i na wpół zburzona chałupa 
na progu której 
cieplaszę się z kurami w słońcu 
 

mam 10 lat 
leżę w świńskim korycie 
czytając Małych włóczęgów 
a właściwie 
żegluję szkunerem 
po nieboskłonie 
 

moje marzenia 
są wielkie 
 
jestem więc najbogatszym 
człowiekiem na świecie 
 
jakie to wszystko było małe 
co później zdobyłem 

 

Wyścig 

 

teraz głupota 
utysiąckrotnia się 
z prędkością światła 
 
pędzi coraz szybszymi autami 
przez kolorowe autostrady ekranów 

biegle włada wszystkimi językami 
rozsiewa się na czołówkach 
doniesień prasowych 
zapuściła korzenie nawet 
na najwyższej górze mądrości 
 
w odróżnieniu od mądrości 
w lot pojmowalna 
w odróżnieniu od mądrości 
na ustach i oczach świata 
z twarzą roześmianą od ucha do ucha 
rajskimi perspektywami 

 

na jej olimpiadach 
szaleją wypełnione stadiony 

background image

a ja wciąż daję się wyprzedzać 
kolejnym szczęśliwcom 
którzy nie wierzą 
gdy ich zapewniam 
że w wyścigu głupoty 
mogę być ostatni 
 

 

1996 

 

Zakochany odkrywca 

 

jeden wynalazł koło 

drugi zbudował wodolot 

trzeci zrobił trzy pierwsze kroki na Marsie 

a ja odkryłem Ciebie 

na tej dziwnej planecie 

Ziemi 

i odtąd 

co świt 

budzi mnie radosna 

jak szczygiełek myśl 

że ty naprawdę 

istniejesz... 

 

Życie w zenicie 

 

każdą komórką do życia się garną 
 

bzy turkawki i trawy i motyle białe 

 
i wszystkich Słońce musi wykarmić 
 
jak bocianica w gnieździe swoje małe 
 

 

 
po ogrodzie trzmiel mały stwórca krąży 
 
na którym kwiatku siądzie ten w owoc się zwija 

background image

 
niebo jest tak niebieskie że aż dech zapiera 
 

wszystko się jeszcze sumuje nic nie przemija 

 

 

 
i wszystko staje się możliwe 
 
choć z duszy mojej uszło tyle zieleni 
 
jeśli możesz - Słońce - daj żar i zuchwałość 
 
żebym zakwitł jeszcze raz miłością na tej ziemi