background image

Wacław 

Korabiewicz

złowiłem 
życie

Iskry
Warszawa – 1973

Obwolutę projektował WOJCIECH FREUDKNREICH
Redaktor: BARBARA WOLEŃSKA Redaktor techniczny: SABINA RIDEB
PRINTED IN POfAND
Państwowe Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 1BTS r. Wydanie I. Nakład 40 000+275 egz. Ark. wyd. 
1S,«. Ark. druk. 23,25. Papier druk. m/gl. kl. IV, 82X101, 65 g. Druk ukończono w maju 1973 r. 
Łódzka Drukarnia Dziełowa, Łódź, ul. Rewolucji 1905 r. nr 4f. Zam. nr 2227/A/72. R-22. Cena zł 
24.—

background image

Skok 
przez medycynę

Z czarnego węgla pod biały żagiel

Dziwne działy się historie, zanim zostałem lekarzem. Przede wszystkim ten głupi 
świat, w środek którego, ze świadectwem dojrzałości w ręku, człowiek z nagła wpadł 
i nie wiedział, co z tym fantem robić. Strasznie idiotyczne uczucie. Pusta kula, z 
której nie ma wyraźnych drzwi. Zbłądzona owca to mało. Zbłądzony bałwan! Co 
teraz robić? Dokąd się udać?
Cel całego życia, marzenie młodzieńczości: kariera marynarska wzięła w łeb. 
Bezlitosny, stary konował Państwowej Szkoły Morskiej w Tczewie zbadał wzrok, 
pokiwał znacząco głową i z miejsca odwalił.
— Nie nadajesz się, synku — powiedział. A mnie świat się zakołysał pod nogami. 
Bezdnia rozpaczy. Koniec wszystkiego. To właśnie ta pusta kula. Egzaltacja 
młodzieńcza powiększyła rozpacz. Dokąd teraz iść?
Profesor Stainiewicz, późniejszy minister, a mój wykładowca, położył dłoń na moim 
ramieniu i powiada:
— Pan jest humanistą. Gdziekolwiek by pan poszedł, wróci na humanistykę, tam 
tylko dla pana miejsce. Oto moja dłoń. Zakład o co?
Nie wierzyłem w siebie. Sądziłem, że na polonistykę idą sami Mickiewicze. 
Zaświtała mi inna myśl: zrobić jak najszybciej byle gdzie pieniądze, kupić za nie 
jacht, a potem tym jachtem w szeroki świat!
Ale jak tu zrobić pieniądze?
Wypytuję znajomych na prawo i lewo, dokąd iść? Jaki zawód prowadzi najszybciej 
na drogę złotej mamony? Odpowiedź jednogłośna:
— Górnictwo. Będąc inżynierem górnikiem zrobisz fortunę.
Nie ma więc czasu do namysłu. Wsiadam w pociąg i pędzę do Krakowa. Zjawiam się 
w kancelarii Akademii Górniczej.
Miła panieneczka głosem obojętnym podaje warunki przyjęcia: podwójny konkurs, 
konkurs maturalnych świadectw i konkurs egzaminów... Zwiesiłem głowę. Na moim 
świadectwie z matematyki same trójeczki, a o egzaminie... szkoda gadać!
Biorę za klamkę od drzwi, nieopanowane, głupie łzy zakręciły mi się w oczach. Nie 
zdążyłem ich nawet ukryć przed wzrokiem panienki. Miałem wówczas dziewiętnaście 
lat.
— Zaraz... zaraz... — odezwała się litościwie — a może by kawaler odbył jakąś 
praktykę górniczą, to bardzo pomaga... Kto wie?
— Praktykę górniczą? A jak ona wygląda? Gdzie ona Jest? Pochodzę z Litwy, nigdy 
tutaj nie byłem.
Za godzinę siedzę już w pociągu z biletem do Katowic. Tam podobno znajdę ową 
„praktykę górniczą”.
Jadę w nieznane, jak zatracony wieśniak. Czytam przez okno obco brzmiące nazwy. 
Wreszcie na którejś tam stacji kominy, bardzo wysokie i grube kominy.
— Co to za fabryka? — pytam sąsiada z przedziału.
— To nie fabryka, to kopalnia węgla — pada odpowiedź. A we mnie jakby piorun 
trząsł, tego mi wszakże potrzeba. Chwytam walizeczkę i wypadam z pociągu. Czytam 
na tablicy: „Dąbrowa Górnicza”, ale nic mi to nie mówi.

background image

Pomachując walizeczką, niby zagubiony w obcym otoczeniu Charlie Chaplin, kroczę 
sobie beztrosko ulicą
odczytując reklamy. I oto przede mną wielka brama, a na niej napis: „Kopalnia 
Reden”. Nieśmiałym krokiem wchodzą. Jeszcze mniej śmiało pukam do drzwi 
dyrektora. Za biurkiem siedzi mały staruszek w okularach. Zapadam się w przepastną 
głębię wskazanego mi klubowego fotela. To już odbiera mi resztę z takim trudem 
gromadzonego rezonu. Zapominam tyrady przygotowanych słów. Na policzki 
wykwita rumieniec żenady. Coś bąkam, byle bąkać...
— Ja... ja, panie dyrektorze, chcę do Akademii, inaczej tam nie trafię, potrzebna mi 
jest praktyka. Uprzejmie proszę przyjąć mnie jako robotnika.
— A kawaler z jakich stron? — pada pytanie.
— Z Wilna.
— To kawaler może jest kolegą mego syna, nazywa się Świrtun-Rymkiewicz?
— Kazik! — krzyknąłem mimo woli. — Ależ to mój przyjaciel!
— No to, synku, zamelduj się u inżyniera Staszewskiego i będziesz praktykantem. Co 
prawda, na praktykantów przyjmujemy dopiero po pierwszym roku studiów, ale 
zrobię ten mały wyjątek.
I tak rozpoczęła się moja praktyka w tym zupełnie odmiennym świecie.
Pierwszym szokiem, jaki przeżyłem, była łaźnia. Kiedy nazajutrz przed zmianą 
ubrania przekroczyłem jej próg, myślałem, żem zwariował, że w oczach mi się dwoi. 
Czy to cyrk przede mną, czy normalne życie? Jakieś niesamowite, patologiczne 
panoptikum. Ci rozebrani ludzie, co się myją dookoła mnie, to karykaturalnie 
śmieszne jakieś pokraki, postacie ze świata krasnoludków: bary jak u Herkulesa, pierś 
jak u atlety ciężkiej wagi. Potężne bicepsy i cały ten horrendalnie wyrobiony tors 
opada skośną linią ku wąziutkim biodrom i wygląda niby rzeźbiony biust na 
postumencie wątłych, cieniutkich nóżek.
— Czemu ci ludzie są tak nieproporcjonalnie zbudowani? — pytam inżyniera.
— Rezultat górniczego zawodu. Nieustanny wysiłek ramion, podczas gdy nogi stoją 
w miejscu lub nawet często klęczą przez cały ośmiogodzinny dzień pracy.
Drugim kolejnym szokiem była winda, niczym nie zabezpieczona klatka, wozi tam i z 
powrotem grupy ciasno stłoczonych ludzi. Po brudnych, węglowym pyłem 
oblepionych ścianach szybu spływają strugi wody zimnej, oślizłej, odpychającej... 
Winda zagłębia się kilkaset metrów. Im dalej i niżej, tym bardziej elastyczna staje się 
napięta, metalowa lina. Wydłuża się przy każdym zahamowaniu, sprężynuje pod 
nadmiernym ciężarem.
— Przykre uczucie — mówię do inżyniera. — To wyciąganie się liny wygląda jak 
próba jej wytrzymałości.
— Bo tak i jest — stwierdza obojętnie inżynier. — Różnie bywa. Ot, niedawno na 
sąsiedniej kopalni urwała się.
— Jak to? — zdziwiłem się i mimo woli poczułem dreszcz za kołnierzem. — Czyżby 
nie było kontroli?
— Et! — machnął pogardliwie ręką, ale widocznie się spostrzegł, że niepotrzebnie 
straszy nowicjusza, więc zaraz dodał: — Lina musi służyć pięć lat, takie są u nas 
przepisy.
— A ta, tutaj, od kiedy służy?
— Kto tam wie. W każdym razie przy mnie jej jeszcze nie zmieniali.
— A pan inżynier... dawno? — bąknąłem nieśmiało.
— W czerwcu kończy się jedenaście lat...
— Aha! — stwierdziłem ponuro, chwytając się mimo woli za metalową balustradę, w 
tym bowiem momencie winda podskoczyła wyżej niż zwykle.
Już cały tydzień zjeżdżam tak w towarzystwie inżyniera, asystuję mu przy kontroli 

background image

stanowisk. Tym sposobem poznaję wszystkie rodzaje pracy, ale poznaję teoretycznie. 
Ta moja „praca” polega na spacerze. W jednym ręku noszę karbidową latarkę, w 
drugim ręku górniczą ciupagę. Robotnicy tytułują mnie per „panie inżynierze”. 
Nawykli widocznie do tego, że każdy spacerujący młodzik za lat kilka wróci do nich 
w roli superiora. Przyglądam się uważnie fizycznym wysiłkom tych ludzi, ich 
chorobliwej, pozbawionej słońca cerze, błotnistej mazi, w której tkwią, czarnemu 
miałowi, który dusi ich płuca, i pod wpływem tej codziennej obserwacji robi mi się 
coraz bardziej nieswojo. Z każdym dniem odczuwam coraz większy wstyd. Za co mi 
tu płacą? Za ten spacerek z laseczką? Za snobistyczne udawanie inżyniera? Jak ja 
wyglądam wobec tych ludzi?
Nie wytrzymałem takiej próby nerwowo. Ósmego dnia melduję się u inżyniera w 
biurze. Proszę go o zwykłą robotniczą pracę. Nie chcę być uprzywilejowanym 
maminsynkiem. Chcę... pracować!
Inżynier spojrzał na mnie litościwym wzrokiem i pokiwał smętnie głową.
— Oj, przyjdziesz tu jeszcze, kawalerze, poprosisz o zwolnienie!
I po co on to powiedział! Gdyby nie te jego słowa, z całą pewnością wróciłbym już 
po paru dniach, a tak... nie wróciłem. Zagryzłem zęby i trwałem bez sensu i 
niepotrzebnie.
Nie ma co gadać, nie ma co obwijać w bawełnę. Praca była nad siły chłopca 
wyrośniętego ponad miarę swoich lat, rozpieszczonego środowiskiem i warunkami. 
Chłopca, który nie trzymał nigdy w ręku ani topora, ani łopaty. Praca była zbyt ciężka 
jak na typowego maminsynka, co nie wykonał dotąd najmniejszego przymusowego 
wysiłku. A w kopalni, jak w wojsku, do generała droga bardzo daleka. Na początku 
jesteś szeregowcem, to znaczy „popychaczem”, do ciebie należy pchanie wozów po 
szynach, dwa puste albo jeden pełny węgla. Samo popychanie pół biedy — da się 
jakoś radę, ale gorzej, gdy koło wozu spadnie. A szyny koślawe, powykręcane, coraz 
to wóz złośliwie się wykoleja. Wóz ciężki jak diabli i czterech ludzi go nie 
udźwignie, a ty radź sobie, biedaku, jak możesz. W takim wypadku stary 
doświadczony górnik nie»śpieszy. Ma czas. To nie pożar. Więc najpierw obchodzi 
dokoła i bada. Pyka sobie fajeczkę i niby lekarz ze wszystkich stron pacjenta 
obserwuje. Musi wiedzieć, co mu brakuje, a wówczas, gdy pozna, podeprze 
ramieniem odpowiedni punkt i jednym lekkim szarpnięciem postawi na miejsce — 
wóz stoi. Żeby tak zrobić, trzeba mieć doświadczenie wielu lat. Potrafi to uczynić 
górnik, ale nie żółtodziób, zakichany paniczyk, praktykant z bożej łaski. Taki to nie 
ma pojęcia, gdzie trzeba pchać, a gdzie podnosić. Morduje się więc biedny chłopak, 
plecami i głową podpiera, w pałąk wygina swój wątły kręgosłup, żyły mu na 
skroniach pęcznieją, a wóz jak stał, tak stoi w miejscu, ani drgnie. Niedawny 
praktykant, „pan inżynier”, a teraz głupi dobrowolny robotnik, płacze rzewnymi 
łzami, bo go nikt nie widzi. Zasłonięty jest wystającym załomem węgla. Nie trzeba 
nawet tych łez wstydliwych brudnym ramieniem obcierać. A wóz w dalszym ciągu 
kpi w żywe oczy, urąga niedorajdztwu. Nie chce wrócić do szyn.
Tak mijały pierwsze dni roboczych doświadczeń. Potem przyszedł tydzień 
„karowacza”. Młodzieniec dostał ogromną szuflę w łapy, aby przerzucać nią węgiel z 
jednego miejsca na drugie albo bezpośrednio do wozu. Łatwo powiedzieć: 
„przerzucać”. Węgiel to nie piasek, jego bryły nie chcą gładko wejść na szuflę, 
zaczepiają się, trzeba z nimi toczyć walkę. Ciężkie są jak ta cholera. W krzyżu boli i 
po odbytej dniówce jedzie się windą ku „radosnemu słońcu”, a tej radości już się nie 
czuje. Mgłą zachodzą oczy. Jeść się nawet nie chce, tylko spać. Spać! Ale to 
wszystko jeszcze nic. Taka robota to szczeniak. Bagatelka, niewarta słów. Prawdziwa 
robota zacznie się dopiero na trzeci tydzień, kiedy młodzieniec stanie przy boku 
górnika jako pomoc, jego prawa ręka. Wówczas zacznie się wiercenie dziur 

background image

potrzebnych na dynamit. Dziś wiercą te dziury mechanicznym świdrem, a wówczas 
wiercono najzwyklejszym drągiem. Na końcu takiego drąga tkwiła płaska iglica. Za 
każdym wbiciem należało drąg obracać dookoła osi tak, aby w rezultacie otrzymać 
otwór równomiernie okrągły, a nie płaski. Źle dokonany obrót powodował zacięcie 
się grota i mordercze wyszarpywanie go z uwięzi. Mój Boże! Co to za mordęga! Na 
dłoniach wystąpiły ogromne pęcherze. Następnie pękły i zalały się krwią. Na miejsce 
krwi przyszedł węglowy miał. W miarę dalszej pracy dłonie puchły jak kłody. 
Węglowy miał wysuszał krew, więc jakoś szło. Stary górnik od czasu do czasu 
krytycznie rzucał okiem. A gdy nie patrzył, wówczas był czas, aby nieznacznym 
ruchem ramienia otrzeć łzy. I tak jakoś szło aż do końca dniówki. Potem już było lżej, 
bo w wynajętym kawalerskim pokoiku nie miałem świadków. Zanurzywszy ręce w 
ciepłej wodzie można było ryczeć do woli, nikt tego nie widział. Rany się zasklepiały. 
Błogostan trwał całą noc, a następnego dnia... Nie, tego już żaden język nie opisze. 
Co za ból, co za wściekły ból, gdy zabliźnione pęcherze pod wpływem tegoż samego 
żelaznego drąga zaczynają się rozłazić i pękać. Znowu krew i znowu węgielny miał. I 
znowu patrzący górnik i wstyd własnej słabości.
Przetrwałbym wszystko, gdyby nie ta przeklęta szczurza woda!
Wzdłuż podziemnych korytarzy biegła bogata sieć przeróżnych nawadniających i 
odwadniających rur wodociągowych. Na nich od czasu do czasu widniał kran. 
Żadnych napisów ostrzegawczych, żadnych instrukcji, wszystko polegało na ustnych 
informacjach: „Ta woda do picia, a ta od szczurów”, czyli od ścieków. Okazało się, 
że przez czas dłuższy popijałem sobie z niewłaściwego kranu, z czego 
najprawdopodobniej powstawały wszystkie dalsze konsekwencje. Po prostu zacho-
rowałem, ale nie zwyczajnie, jak wszyscy chorują, tylko zupełnie inaczej i dlatego 
pewnie nikt się na tym nie poznał. Lekarz robotniczej kasy chorych zadecydował, że 
symuluję.
— Wiele chcesz dni zwolnienia, chłopcze? — spytał.
A ja się oburzyłem. Chociaż rzeczywiście objawy mojej choroby były nadzwyczajne: 
przy ogólnym osłabieniu bolesne łupanie w prawym kolanie. Bóle nikły przy 
chodzeniu, a występowały przy bezruchu. Kiedy wstawałem, ciemniało mi w oczach i 
mdlałem. Tym sposobem powstało błędne kółko: siedzę — boli, wstaję — mdleję.
Pierwszy raz zjawiam się u inżyniera. Powitał mnie życzliwym uśmiechem.
— No, nareszcie, mój drogi, zmądrzałeś. Dość masz już pracy robotnika, chcesz 
wrócić do spacerów?
Zabolała mnie ta propozycja. Wziąłem zwolnienie tylko na jeden dzień. Z latarką w 
ręku, żeby nikt nie widział, powlokłem się pustym korytarzem kopalni przed siebie. 
Na szczęście nie uszedłem daleko. Znaleziono mnie w jakiejś rozpadlinie. 
Odzyskałem przytomność na łóżku szpitalnym. Lekarz kasy chorych okazał się ten 
sam i konsekwentny.
— To symulant! — powiedział na głos, żeby wszyscy na sali usłyszeli. Siostry i 
salowe przyjęły diagnozę do wykonania. Zlekceważyły po prostu pacjenta.
Zaczęły się koszmarne dni okropnego, mdlącego bólu w kolanie. Sala była ogromna 
na kilkanaście łóżek. Ustęp miałem daleko w przeciwległym rogu sali. Musiałem 
więc maszerować tam samodzielnie. Symulantom wszakże kaczek do łóżka się nie 
podaje. Ten marsz wyglądał w sposób następujący: szybko wstając, pochylałem się 
całym ciężarem ciała w kierunku najbliższego łóżka, oczy zachodziły mgłą, robiło się 
słabo, padałem. Towarzyszył temu jęk całej sali:
— Biedny chłopiec... biedny!
Zrywałem się, obiegałem łóżko i padałem na następne. Tak docierałem do celu. W 
tenże sposób wracałem. Starałem się ograniczyć tę marszrutę do minimum, ale parę 
razy dziennie przecież musiałem ją odbywać. Nie zdarzył się wypadek, aby któraś z 

background image

sióstr zlitowała się nad „symulantem”.
W jednej ze ścian sali mieściła się nisza, a w niej kaplica. Tu odbywały się nieustanne 
modły. Zawodzący, monotonny śpiew zadręczał mnie swym zakłamaniem.
Tuż przy mnie, na sąsiednim łóżku, umierał jakiś górnik na zawodową rozedmę płuc. 
Umierał wolniutko, na raty, w straszliwych męczarniach. Rzęził, łapał powietrze, 
dusił się, wołając ratunku. Odpowiedzią mu był właśnie ten monotonny, bezduszny, 
zawsze jednakowy śpiew kaplicy. Aż przyszedł dzień ostatecznego konania. Oznajmił 
go sam chory tragicznym, jakimś bezprzytomnym krzykiem. Zleciały się wówczas 
wszystkie siostry zakonne z przeoryszą na czele. Wcisnęły mu obrazek w dłoń, 
pochyliły się kołem nad łóżkiem i suchym, bezwzględnym głosem jęły dyktować 
modlitwę.
— Łaskiś pełna... — krzyczały. — Łaskiś pełna... Ale chory już nie miał sił, ostatnim 
tchnieniem rzęził.
— Módl się za nami grzesznymi... módl się! — potrząsając różańcem skrzeczała mu 
nad uchem przeorysza.
Niesforny pacjent nie usłuchał rozkazu. Nie powtórzył już słów modlitwy. 
Zwyczajnie udusił się.
Ta scena przeważyła szale. Zdecydowałem się wykorzystać chwilowy przypływ sił i 
okazję, że kolega mój wracał właśnie do Wilna. Poprosiłem o wypisanie ze szpitala.
— W każdej chwili — zgodził się lekarz kasy chorych. — O jednego symulanta 
mniej!
Jechałem pociągiem dwa dni. Kolega patrzył na mnie przerażonym wzrokiem. Ja 
natomiast mało widziałem. Gęsta mgła leżała mi na oczach. Na peronie wileńskim 
zemdlałem na dobre. Ocucili mnie dopiero nazajutrz w szpitalu. Kurowałem się 
jeszcze przez dwa miesiące. Na początku na tyfus brzuszny, potem wszystko się wy-
jaśniło. Byłem pierwszym przypadkiem grasującej w Polsce tak zwanej „śpiączki 
afrykańskiej”, która była odmianą jakiejś wirusowej grypy. Widocznie te kopalniane 
szczury naniosły tę przeklętą formę symulacji.
Była już połowa listopada, kiedy opuściłem nogi z łóżka i przy pomocy laski 
dowlokłem się do biurka, aby przeczytać urzędowe pismo z Akademii Górniczej w 
Krakowie. Pismo głosiło, że na podstawie doskonałej opinii dyrekcji kopalni „Reden” 
w Dąbrowie Górniczej Wacław Korabiewicz zostaje przyjęty w poczet zwykłych 
słuchaczy bez obowiązujących normalnie egzaminów wstępnych.
— I w takim stanie pojedziesz na samodzielne życie do Krakowa? — spytała matka, a 
ja nie miałem sił oponować.
W tym momencie rozległ się dzwonek u drzwi. Wszedł mój kuzyn, lekarz wojskowy, 
od progu wesoło zawołał:
— Wiesz, Wacek! Przyszła mi znakomita myśl. Chciałeś iść do marynarki. Nie 
przyjęto cię do szkoły morskiej, możesz więc iść na medycynę, a potem pływać jako 
lekarz okrętowy.
Rzeczywiście. Nie przyszło mi to do głowy.
Nazajutrz złożyłem podanie na wydział lekarski. I tak stałem się lekarzem. Długie 
sześć lat prowadziły do dyplomu. Zdobyłem go. Ale to nie wszystko. Trzeba być 
konsekwentnym. Trzeba teraz zdobyć tę jedyną w Polsce posadę lekarza na 
żaglowcu. Jedyny polski żaglowiec — to „Dar Pomorza”, pływa gdzieś w tropikach. 
Idę do Ministerstwa Handlu i pytam:
— Kto jest lekarzem na statku?
— Doktor Kamiński — pada odpowiedź.
Nie namyślając się długo, siadam, biorę papier i piszę:
„Wielce szanowny a drogi Panie Doktorze! Liczę na to, że znudziły się Wam te ciągłe 
podróże, jeżeli mam rację, proszę, przyjmijcie moje zgłoszenie jako kandydata na 

background image

zastępstwo. Z poważaniem...”
Za miesiąc miałem odpowiedź nadaną z Gdyni:
„Szanowny a drogi Panie Kolego — zapewne jesteście telepatą, mam dość statku. 
Przyjeżdżajcie zaraz do Gdyni objąć posadę. Sprawę już omówiłem z dyrektorem 
Szkoły Morskiej”.
Taką więc była w telegraficznym skrócie historia doktora Korabiewicza. Powtarzam: 
w telegraficznym skrócie, życie realne bowiem miało zwolnione tempo. Ba! nawet 
długa to była i uciążliwa droga.

Mały obieżyświat

Mieszkałem przy ulicy Bobrujskiej, tuż niedaleko za cmentarzem Rossa. Stamtąd 
krokiem pośpiesznym pędziłem codziennie do prosektorium, mijając kościół wizytek 
i słynną ulicę Subocz, kędy „onego czasu” grasował bazyliszek wileński, porywając 
niewinne dziewice. Droga do prosektorium nie była wcale bliska i żaden autobus nie 
mógł mi jej skrócić. Dzień w dzień ten sam, jednak monotonny deptak, z dziurami 
chodników, z zapachami otwieranych szynków i żebrakami pod murem kościołów. 
Znałem to wszystko na pamięć i nic dziwnego, że spacer ten chciałem jakoś 
urozmaicić. Zwłaszcza w drodze powrotnej, kiedy nie było pośpiechu, nudziło mi się 
ogromnie. Mogłem sobie wówczas pozwolić na jakąś dłuższą nawet pogadankę. Ale z 
kim?
Właśnie te pogadanki jako jeden z ciekawszych epizodów studenckiego życia utkwiły 
mi w pamięci.
Dzień w dzień spoza rogu tejże kamieniczki, jakby specjalnie na moje spotkanie, 
wypadał mizerny, niewielki chłopczyna i odtąd szliśmy obok siebie prawie całą 
drogę. Ginął dopiero w wielkiej bramie swojej podstawowej szkoły już prawie przed 
samym prosektorium. Jednym słowem towarzyszył mi ten chłopak wiernie i 
niezmiennie każdego dnia i nie pamiętam nawet, czy kiedy ten swój obowiązek 
opuścił. Widocznie wpadłem mu szczególnie w oko i wypatrywał mnie każdorazowo 
gdzieś spoza płota, aby w odpowiednim momencie wypaść na drogę. A może był to 
tylko zbieg okoliczności i pedantyczna dokładność. Mniejsza o to.
Chłopak wysmukły, może nawet chudy, wyglądał na lat czternaście, nie więcej. Miał 
na sobie ciasny mundurek o wyrośniętych nogawkach i takichże kusych rękawach. 
Świadczyłoby to raczej o jego ubóstwie. Rysy miał przeciętne: kartoflowaty nos, 
młodzieńcze wypryski na policzkach i jasna czupryna wyrywająca się lokami spod 
przyciasnej czapki. Oczy tylko miał ciekawe przez ich zachłanną żywość i łobuzerski 
jakiś blask. Właśnie te oczy zachęciły mnie do pierwszej naszej rozmowy.
— Jak ci na imię? — spytałem kiedyś.
— Kazik — odpowiedział. I znowu dłuższa chwila ciszy.
— Chodzimy tak razem chyba ze trzy tygodnie — powiedziałem.
— A tak, znam już pana bardzo dobrze.
— No, nie przesadzajmy. Skądże byś mnie znał tak „dobrze”, czyżby z ulicy?
— Pana wszyscy znają, pan jest prezesem tych akademickich włóczęgów.
— Prezesem jak prezesem, ale czy ty wiesz, co to jest Klub Włóczęgów?
— Wiem tylko tyle, że chciałbym należeć do tego klubu.
— Po co? Co byś tam robił?

background image

— Sam nie wiem, ale myślę, że podróżować łatwiej i weselej w towarzystwie, a ja nie 
mogę znaleźć sobie odpowiedniego kolegi od chwili, kiedy mi mój Jurek zaginął.
— To ty już podróżowałeś? — spytałem.
— Ano... Trochę — odpowiedział skromnie, spuszczając oczy. — Ale ten mój 
towarzysz Jurek, ten to dopiero znał świat!
— Jakże więc go zgubiłeś? — zaciekawiłem się.
— Sam nie wiem, gdzie on jest, może nie żyje. Już będzie blisko rok, jak do domu nie 
wraca.
— Twój kolega ze szkoły?
— Tak i ze szkoły, i z podróżowania. Właściwie to on był moim nauczycielem.
— I rodzice nic nie wiedzą, gdzie się synalek obraca? — zdziwiłem się.
— Nikt nie wie. Może go hak uderzył po głowie...
— Jaki hak? Co ty wygadujesz!...
— Zwyczajnie, proszę pana. Chociaż wagony sypialne są wysokie, to czasem może 
się zdarzyć, że hak od szczepień wisi nisko nad ziemią i wówczas bieda.
— Jaka bieda? Nic nie rozumiem, o czym mówisz?
— No bo przecież Jurek Kędzierski, proszę pana, pozostał leżeć na torze pod 
pociągiem między szynami.
— Gdzie? Kiedy?... Opowiadaj dokładniej... — niecierpliwiłem się.
— No bo, proszę pana, różnie się z nim jeździło, raz do Wiednia, a to znów do 
Paryża. Tym razem, kiedy Jurek zgubił się, zajechaliśmy do Istambułu, pan wie? — 
to w Turcji.
Kazik wymawiał nazwy europejskich stolic tak łatwo i tak prosto, jakby dotyczyły 
wileńskich zaułków i w ogóle w tonie jego rozmowy nie dało się wyczuć żadnego 
chwaliburstwa ani nawet chęci „pokazania się”.
— A ty nie bujasz? Ty naprawdę byłeś w tych wszystkich zagranicznych miastach?
— Naturalnie — stwierdził. — Byliśmy razem z Jurkiem. Morowy chłopak, odważny 
i przedsiębiorczy, a do obcych języków, proszę pana, to pierwszy: bon jour, powiada; 
merei, sailam aleikum i danke szon, jak z rękawa sypie, kiedy potrzeba. Powiadam 
panu, wspaniały chłopak! No, ale muszę już lecieć do szkoły. Innym razem opowiem! 
— wrzasnął już od progu i znikł za drzwiami.
Dziwny chłopak — myślałem, idąc dalej. Na pierwszy rzut oka trzech groszy bym nie 
dał za jego inteligencję, a tu taka rzutkość, taka bystrość umysłu. W głowie mi się nie 
mieściło, skąd on czerpał środki na zagraniczne wojaże. Pewnie ma jakąś dolarową 
ciotkę w Stanach Zjednoczonych — myślałem. — A może ojciec służy na kolei i 
przysługuje mu darmowy przejazd? Zaintrygował mnie ten Kazik na dobre. Wciąż 
wracałem myślami do jego skromnej i raczej ubogiej postaci. Z dużym 
zainteresowaniem oczekiwałem dalszych perypetii jego włóczęgowskiego żywota. Ku 
memu zadowoleniu i tym razem, nazajutrz, nie zawiódł mnie i jak zwykle wybiegł 
spoza rogu tejże co zawsze kamienicy.
— Dzień dobry panu! — krzyknął wesoło i swobodnie, czując się już upoważniony 
do pewnego rodzaju poufałości z „dobrze” znajomym starszym panem.
— Powiedz no mi, Kazik, kto ci dawał pieniądze na twoje zagraniczne eskapady? — 
spytałem.
— Nie tylko zagraniczne, proszę pana! — zaprotestował. — Ja znam całą Polskę. 
Chyba nie ma takiego miasta, gdzie nie byłem. Strasznie lubię podróżować. Każde 
wakacje jeździłem, a i w święta Bożego Narodzenia także. Tak już od maleńkości. 
Nikt mnie w domu nie utrzymał.
— Ale kto ci daje na to pieniądze? Wszakże podróże kosztują.
— Komu kosztują, a komu nie — odparł rezolutnie. — My z Jurkiem jeździliśmy za 
darmo.

background image

— No to opowiedz, jak to się robi, naucz mnie, może i ja to potrafię?
— A jak pan chce jeździć, na kraj czy za granicę? — spytał poważnie, stając na 
chwilę pośrodku chodnika.
— I tu, i tam — odpowiedziałem nie mniej poważnie.
— O nie! — wykrzyknął, wyraźnie zły za moją ignorancję w tych sprawach — Rzecz 
inna podróżować po Polsce, a inna jechać za granicę. Inne metody postępowania — 
dodał.
— A więc zacznij mnie szkolić na kursie niższym, czyli naucz jeżdżenia za darmo po 
kraju, potem przejdziemy na kurs wyższy.
— Są dwie metody podróżowania po kraju: nocna i dzienna — zaczął, szeroko 
gestykulując. — Nocnej nie polecam, bo to ryzykowne, dla pana niestosowne. Lepszy 
jest sposób dzienny, chociaż i tutaj nie sądzę, aby człowiekowi dorosłemu udało się, 
co innego chłopiec taki jak ja, mały.
— No to powiedz, jak się to robi! — ponaglałem z niecierpliwością.
— Bardzo prosto: za parę groszy kupuje się bilet kolejowy trzeciej klasy do 
najbliższej stacji. Z tym biletem wsiada się do klasy drugiej i staje się na korytarzu 
mniej więcej w środku wagonu, tak aby można było obserwować, skąd przyjdzie 
kontrola biletów. Gdy konduktorzy wejdą i zaczną od przedziału do przedziału 
sprawdzać, wówczas należy wyjąć z kieszeni kupiony bilet i ująć go dwoma palcami 
na ukos i za przeciwległe rogi, następnie, gdy konduktorzy są już blisko, wystawić 
ramię przez otwarte okno i dmuchać w bilet tak, żeby się on obracał na tych rogach 
niby młynek. Dmuchając należy zerkać jednym okiem, czy kontrola widzi, i w 
ostatniej chwili, gdy konduktorzy już się zbliżą, dmuchnąć silniej, żeby bilet wyfrunął 
poza okno. Temu „nieszczęściu” oczywiście musi towarzyszyć tragiczny okrzyk: 
„Ojoj! Bilet wypadł!!”
Konduktorzy podchodzą bliżej i pytają, jaki to był bilet? Wówczas, udając płacz, 
należy wymienić najdalszą stację docelową, na przykład Zakopane, i zaraz znowu 
krzyczeć płaczliwie: — Ojoj, co ja teraz pocznę, nieszczęśliwy, pieniędzy nie mam, 
mamusia chora, jechać do niej muszę!!
Nie było jeszcze wypadku, żeby historia kończyła się inaczej. Konduktorzy litują się i 
spisują urzędowy protokół zniszczenia biletu. Pasażerowie są świadkami. No i 
wystawia się bilet tymczasowy na przykład do Zakopanego, oczywiście klasy 
drugiej... Ale, ale, muszę kończyć, bo tutaj już moja szkoła! — zawołał Kazilk, 
znikając we drzwiach.
Nie pamiętam, co mi przeszkodziło wówczas, że kilka dni z rzędu nie uczęszczałem 
na wykłady. A kiedym się zjawił na drodze do prosektorium, Kazik był wyraźnie 
ucieszony:
— O, nareszcie! — wołał z daleka. — Myślałem, że pan zachorował albo gdzie 
wyjechał. Tak długo nie widzieliśmy się.
— Wpierw musisz mnie nauczyć podróżowania, później wyjadę — odrzekłem.
— O czym to ja panu opowiadałem ostatni raz? — spytał.
— O tym obracającym się bilecie kolejowym — odrzekłem.
— Ach tak, o tych podróżach krajowych. Dawno już z nimi skończyłem. 
Podróżowanie zagraniczne daleko ciekawsze i mniej kłopotliwe.
— A kto ci wyrabia paszport?
— Co takiego? — oburzył się. — Niech pan nie żartuje! Kto by tam wyrabiał jakiś 
paszport? Alboż pana kto pyta tutaj w Wilnie o paszport? On potrzebny jest tylko do 
przekroczenia granicy, potem to idź sobie, gdzie tylko chcesz.
— No dobrze, ale Jak przekroczyć granicę? W tym sęk!
— Trzeba mieć ekwipunek, bo bez niego ani rusz— rzeki Kazik z przekonaniem. — 
Na początku to my z Jurkiem wybraliśmy się raz jeden bez ekwipunku, to ledwie z 

background image

życiem uszliśmy.
Rozmowa z Kazikiem nie była wcale łatwa. Musiałem go ciągnąć za język, inaczej 
się zacinał i na dłuższą chwilę milkł.
— Co to za ekwipunek? Nic nie rozumiem — ciągnąłem.
— Fajny, roboczy, brezentowy kombinezon, ten mi mamusia sama uszyła.
— To twoi rodzice wiedzą o podróżach?
— A jakże by nie wiedzieli? Z początku ojciec zakazywał, ale zobaczył, że nie 
pomaga, to machnął ręką, a matka tylko popłakuje czasami.
— Kombinezon i co jeszcze? — podpowiedziałem.
— Jeszcze potrzebne są duże, celuloidowe okulary, takie jak dla szofera, pan wie? A 
także cytryna albo i dwie...
— Dobrze, dobrze, ale po co to wszystko, dalibóg, nic a nic nie rozumiem...
— Inaczej, uważa pan, bardzo niebezpiecznie jeździć...
— Na motocyklu?
— Nie! — zaśmiał się — kto by tam na motocyklu jeździł; wiadomo, pod wagonami, 
na osi pulmana.
— Hm... — mruknąłem — no to opowiadaj, jak to trzeba robić.
— Międzynarodowe, uważa pan, lecą nocami. Trzeba zakraść się od drugiej strony, 
żeby nikt nie spostrzegł, no i szybkim ruchem wśliznąć się pod spód, a tam wskoczyć 
na bęben hamulcowy od ściśnionego powietrza. Takich bębnów jest dwa w każdym 
pulmanie, leżą równolegle. Na jednym zawsze leżałem ja, a na drugim Jurek 
Kędzierski. Ale z tego sąsiedztwa, uważa pan, korzyść niewielka, bo rozmawiać nie 
można, straszny huk.
— I nikt was nigdy nie przyłapał? — zdziwiłem się.
— Gdzież tam! Niełatwo zobaczyć! A zresztą my znamy sekret!
— Jaki? — ciągnąłem go za język...
— Na stacjach, uważa pan, chodzi taki miglanc z długim młotkiem i obstukuje koła. 
Jeżeli ktoś leży na bębnie, to koło zmienia ton, dlatego należy w porę unieść brzuch i 
zawisnąć na koniuszkach palców i na rękach, żeby brzuchem nie tłumić dźwięku.
— A po co cytryna?
— Od pędu powietrza, proszę pana, wargi pękają i strasznie bolą — mówił Kazik, 
kopiąc jakiś okrągły kamyk, co zabłądził skądś na chodnik. — Ćwiartkę cytryny 
trzeba, uważa pan, trzymać w zębach. Taki pęd ekspresu to piekło. Kamyki lecą 
mimo uszu, a i po okularach dostanie się nieraz. Głowę musowo trzymać przy bębnie 
jak najniżej, a to i w łeb dostaniesz.
— Wszystko to rozumiem, ale jak zgubiłeś swojego przyjaciela?
— Sam nie wiem, proszę pana — odpowiedział Kazik z widocznym smutkiem. — 
Pociąg stanął na jakiejś małej stacyjce przed Stambułem, byłem strasznie zmęczony, 
nogi mi zupełnie odjęło. Więc zeskoczyłem, żeby je trochę rozprostować, a tu pociąg 
nagle, bez gwizdka, ruszył. Jurek także zeskoczył, ale wrócić na bęben nie zdążył. 
Widziałem, jak spadł między szyny i przytulił głowę do podkładów. Wiadomo, 
pulmany wysokie, muszą przejść, ale bywa inaczej, kto ich wie... No, ale trzeba już 
iść do szkoły, dziś ostatni dzień. Jutro zaczynam wakacje.
— Dokąd się wybierasz? — spytałem, ściskając mu dłoń.
— Chciałoby się do Londynu, ale tam woda stoi na drodze, a ja do statków to nie 
mam wprawy, ale może się nauczę. Ot, szkoda, że Jurka nie ma — ten to by od razu 
wiedział, co i jak trzeba robić.
Nazajutrz Kazika nie spotkałem, widocznie gdzieś odjechał. Przez całe lato nie było 
go, potem przeniosłem się do Warszawy, no i życie moje poszło szlakiem, któremu 
już nie towarzyszył mały Kazik.

background image

Prosektorium—przedsionek życia

Prócz normalnych anatomicznych, prosektoryjnych zajęć obowiązywały nas jeszcze 
sekcje medycyny sądowej. Tam pod nóż trafiały trupy zupełnie inne, trupy świeże, 
nie moczone w formalinie, najczęściej prosto z wypadku, byli to bowiem przeważnie 
bezrodzinni samobójcy albo ofiary kryminalnych gwałtów, albo podkościelni 
żebracy. Wykręcałem się od tych makabrycznych sekcji niby piskorz. Podsuwałem na 
swoje miejsce innych kandydatów, których na szczęście nie brakło. To, co mnie 
odtrącało, innych, jak’ zauważyłem, właśnie przyciągało. W człowieku bowiem tkwi 
jakiś atarwistyczny instynkt drapieżności, umiłowanie zapachu krwi. I nie ma to nic 
wspólnego z charakterem.
Najlepszym przykładem tego była nasza gosposia, pani Budlewska, osoba poczciwa z 
krwi i kości, nie drapieżna bynajmniej i nawet nie złośliwa, wprost przeciwnie, 
łagodna i dobrego serca. Otóż jej ulubionym zajęciem było odwiedzanie miejskiej 
kostnicy. Nie zdarzył się ani jeden tragiczny wypadek, ani jedna nagła śmierć bez jej 
ochotniczych oględzin. Łagodna, poczciwa pani Budlewska dogryzając rozpoczęte 
śniadanie pędziła tam w ekstazie podniecenia, aby tylko zdążyć na czas i nasycić oczy 
widokiem podziurawionych trupów. Czy kto słuchał, czy nie, tematu starczyło na dni 
kilka. Czy kto słuchał, czy nie, każdy musiał wiedzieć, jakie nieboszczyk miał rany, 
że język wysadzony, a oko wypłynęło. Taż sama krwiożercza potrzeba dreszczyku 
gromadzi gapiów na jezdni przy wypadku, to samo prowadzi młodzież na filmy 
wojenne i niczym innym nie jest tak zwany „sport myśliwski”. Pod tym względem 
jestem wyrodkiem społeczeństwa i nie bardzo zdaję sobie sprawę, jakim sposobem 
potrafiłem przetrwać te dwa lata codziennych prosektoryjnych zajęć bez silniejszych 
wstrząsów psychicznych. Nawet rodzina moja nie chciała w to uwierzyć. 
Przepowiadano mi, że ucieknę z medycyny. Tak się nie stało, chociaż bywały, 
owszem, momenty przeżyć niełatwych.
Pamiętam taki dzień. Przeczytałem w gazecie notatkę, która wywarła na mnie 
szczególnie przykre wrażenie. W którymś tam z hotelików znaleziono parę martwych 
kochanków, on młody akademik, a ona uczennica. Zostawili list z prośbą o dyskrecję. 
Odeszli nie czyniąc nikomu krzywdy, pragnęli tylko utrwalić swoją wielką miłość, do 
której nie mieli prawa, i to wszystko — nic więcej.
Wilno — miasto nieduże, plotkarsko-dewocyjne, więc rósł szept i komentarze. Jedna 
pani drugiej pani — rozgardłowały się kumoszki. Dużo było hałasu, jeszcze więcej 
zgorszenia. Przez kilka dni temat nie schodził z ust. A ja właśnie nazajutrz, trochę 
wcześniej niż zwykle, stanąłem przed prosektoryjnym stołem do swoich codziennych 
wieczornych zajęć. Miałem objąć nowy preparat, przy innych jakichś zwłokach. Trup 
leżał jeszcze przykryty prześcieradłem. Uwypuklał się pod nim czubek ostrego nosa i 
sprężyście sterczące kobiece sutki.
Gestem nawykowym, szybko a bezmyślnie odchyliłem prześcieradło i nagle 
zamarłem w bezruchu. To, co ujrzałem, było niespodzianie inne, niesamowicie 
wstrząsające. Przez długą chwilę stałem urzeczony, nie mogąc złapać tchu ani 
oderwać oczu. Na stole prosektoryjnym zamiast zwykłej ziemistoszarej, wypłukanej 
w formalinie mumii leżała zgrabna, piękna młoda dziewczyna zastygła jakby w 
urzeczonym śnie. Dotychczas widzę, gdy przymrużę oczy, te jej śliczne, długie rzęsy 
i uśmiech — błogi uśmiech rozchylonych warg. Nie wiem czemu, nie ogolono nawet 
włosów, pamiętam te jej faliste, złocące się pukle.
Nikt mi niczego nie mówił, ale wiedziałem od razu, to ONA. Ta samobójczyni z 

background image

hotelu, bohaterka sensacji gorszących, oblubienica skalanej miłości. Bezimienna, 
zapoznana, widocznie wyklęta przez bogobojną rodzinę. Trafiła pod ostrza 
prosektoryjnych skalpeli. Nikt się nie zgłosił po zwłoki, zakała „dobrego domu” 
nikomu nie była potrzebna. I oto ja mam ją teraz ciąć, mam rozpłatać nierozkwitłe 
jeszcze, a spragnione szczęścia piersi, żeby z nich wyłuszczyć mleczne gruczoły, 
takie mam właśnie zadanie i sama myśl o tym wydała mi się zbrodnią, wulgarnym 
aktem brutalnego gwałtu, szczytem nietaktu i chamskiej niedyskrecji. Raz pierwszy 
od przekroczenia progu tej sali uświadomiłem sobie, że to śmierć leży przede mną — 
zjawisko oderwane, zamknięte w sobie, wyrosłe ponad przeciętność, wyzbyte wszel-
kiej logiki, niepojęte, a godne czci.
Nie zdołałem nawet podnieść ręki. Nie narzuciłem z powrotem prześcieradła. Kiedym 
odchodził, pozostała naga, alabastrowa, przezroczysta. Na palcach, jak najciszej, 
wycofałem się na korytarz, a stamtąd do domu.
Nie pracowałem tego dnia w prosektorium i nie mogłem zasnąć długo w noc. 
Straciłem preparat, kto inny go odebrał. Omijałem z dala róg tamtej sali, jakbym 
omijał własny ból. Nie poruszyłem też z nikim tego tematu ani też nikt mnie nie 
widział przy zwłokach tej dziewczyny, a jednak zdarzył się przedziwny fakt, czyżby 
tylko zbieg okoliczności?
Siedzieliśmy jak zwykle gromadką. Każdy trzymał w ręku jakiś opracowany przez 
siebie anatomiczny preparat. Wybuchając raz po raz młodzieńczym śmiechem 
beztrosko gawędziliśmy o wszystkim i o niczym. Przy mnie była wówczas Elka — 
dziewczyna szampańska, któż by więc tam zatruwał myśli jakimiś dramatami. Białe 
fartuchy zszablonizowały ludzi. Złączył nas wspólny medyczny klan. Prosektorium 
stało się towarzyskim, klubem. Tylko na początku, w tych kilku pierwszych dniach 
wzdrygaliśmy się przed jedzeniem w obecności trupów, ale po paru tygodniach nawet 
kanapki z szynką przestawały nas mierzić swoim podobieństwem do krajanych 
mięśni. Od dawna już krajane preparaty przestaliśmy kojarzyć z organami żywego 
człowieka. I dlatego trudno mi wytłumaczyć, dlaczego właśnie wtedy Józek podniósł 
ze swych kolan pięknie spreparowaną czaszkę i obracając ją w rzęsistym świetle 
operacyjnych lamp, patrząc na mnie wesoło, zauważył:
— I któż by powiedział, że to jest owa piękna samobójczyni!
A we mnie jakby piorun trząsł. Jakby ktoś najbrutalniej wnętrzności szarpnął. 
Naprawdę uczułem fizyczny ból. Stanęła mi ta dziewczyna w oczach jak żywa. Jakaś 
dziwnie bliska. Poczucie krzywdy, współudziału w zbrodni. Powinienem był ją od 
tego uchronić. Nie wiedziałem jak, ale powinienem był o to walczyć. Nie wolno było 
jej tak zostawiać na pastwę ludzkich sępów. To był mój obowiązek, a ja go nie 
spełniłem.
Zerwałem się jak oparzony i wybiegłem z prosektorium.
A potem przyszła druga, podobnie głupia historia z tym sercem. Dotychczas nie 
rozumiem, co to być mogło. Gdybym nie znał bliżej Stefana, pomówiłbym go o 
histerię, ale to był wyjątkowo równy i wspaniały chłopak. To on właśnie wtedy 
preparował mięsień serca i opowiadał jak zwykle dowcipny jakiś kawał. Na dłoni 
trzymał serce. Widzę go na tle białej ściany w pełni blasku lamp, jak szybkim ruchem 
wbija w to serce skalpel i nagle w dzikim przerażeniu ciska preparatem o posadzkę. 
Do dziś słyszę jego okrzyk: „Jezus Maria!”
— Co się stało?... Co się stało? — pytaliśmy jeden przez drugiego, a on stał blady, 
nieruchomy i skamieniały wbijając zdumione oczy w ten sczerniały już ochłap 
dawnego ludzkiego serca leżący na podłodze.
— Sam nie wiem — bełkotał. — Sam nie rozumiem. Najwyraźniej poczułem, jak ono 
zaczęło bić. Słowo wam daję, czułem to najwyraźniej. Żadna fantazja ani imaginacja, 
był silny skurcz, a potem rozkurcz...

background image

— Tak — ktoś zauważył — skurcz, ale we własnej twojej dłoni.
— Za wariata mnie masz? — oburzył się. — Chyba potrafię odróżnić dłoń Od 
trzymanego w niej preparatu.
— Nacisnąłeś skalpelem swój własny nerw na dłoni. Stefan milczał, uśmiechał się 
dalej sarkastycznie i bez przekonania.
W prosektorium było kilku tak zwanych asystentów rekrutujących się ze starszych 
roczników. Funkcje swoje spełniali bardzo rozmaicie, przeważnie arbitralnie i 
rubasznie, jakby przekreślenie sentymentów i stosunek za pan brat ze światem 
umarłych stawiały ich na wyższych płaszczyznach materialistycznej awangardy. Z 
niedbałym rozmachem krając ludzkie zwłoki, z nie mniejszą obojętnością kroiliby i 
dusze. Jedynie asystentka Genia pozbawiona była wszelkiej pozy. To, co robiła, 
czyniła z oddaniem. W medycynę w ogóle, a szczególnie w anatomię, wsiąkła 
całkowicie i bez reszty. Nieszczęście chciało, że była krótkowidzem, mało pomagały 
nawet ogromne czarne okulary. Była brzydka, o małym zadartym nosku. Każdy 
anatomiczny preparat badała niezmiernie skrupulatnie, a że była, jako się rzekło, 
prawie ślepa, więc wydawało się, jak gdyby te eksponaty anatomiczne wąchała. 
Szczególnie odrażająco wyglądała ta jej gorliwa pilność, gdy pochylona twarzą nad 
wnętrznościami brzucha wciskała głowę między skrzydła żeber.
Bywały w prosektorium różne zabawy, makabryczne gonitwy, gdy okładano się 
nawzajem lędźwiem lub bicepsem. Do wszystkiego się można przyzwyczaić, ze 
wszystkim można się zżyć, że nawet prosektorium przestaje być smutne, zwłaszcza 
gdy ramię w ramię siedzi przy tobie dziewczyna, w której się kochasz, a ja właśnie 
kochałem się wtedy na zabój i było nam ze sobą bardzo dobrze, tak dobrze, iż 
pewnego dnia, ku wielkiej uciesze zgromadzonych kolegów, nad gruchającą parą 
stanął stary profesor i długo, bardzo długo dobrotliwie kiwał głową. My tego wcale 
nie widzieliśmy. Miłość to wielka rzecz, potrafi przezwyciężyć nawet... prosektorium.
Nierzadko przychodziłem do pracy wcześniej, kiedy na sali nie było jeszcze nikogo, 
pierwszy zapalałem światło, a często nawet stałem w półmroku, wpatrzony w szkarłat 
zachodzącego za oknami słońca. Od szerokich, mlecznych okien szły pasma 
czerwieni, kładąc się na trupich białych całunach. Niesamowita filozoficzna powaga 
biła od tych szeregów wysztywnionych zwłok.
Gospodarzem prosektorium był niejaki Józef, jegomość jeszcze nie stary, przystojny i 
sympatyczny. Do niego należało moczenie trupów w wannach, nastrzykiwanie ich 
formaliną i rozkładanie na odpowiednich stołach. Wanny podobne były do 
staroegipskich sarkofagów i stały kręgiem w dwóch przylegających do sali pokojach. 
Tuż za progiem pierwszego, po stronie prawej stał wysoki stół preparacyjny, a po 
przeciwnej, to znaczy lewej stronie duża wanna. Raz tylko do tych pokojów byłem 
zaproszony i nie kwapiłem się wcale z powtórzeniem wizyty. Ciała ludzkie niby 
sardynki w pudełku cieśniły się na waleta niesfornie wysadzając sztywne kończyny 
byle jak i byle gdzie.
Pamiętam doskonale ów wieczór. Przybyłem jak zwykle nieco wcześniej i zdawało 
mi się, że nikogo jeszcze nie ma. Sięgnąłem do wyłącznika elektrycznej lampy. W 
tymże momencie, tuż obok, za drzwiami Józefowej trupiarni rozległ się straszliwy, 
obłąkańczy wrzask, po czym z ogromnym łomotem drzwi się rozwarły i na ich 
rzęsiście oświetlonym tle ukazały się dwie postacie: pierwszą z nich, z ramionami 
wyciągniętymi do przodu, był Józef, tuż za nim kiwał się na dwie strony 
popielatoszary, bardzo wysoki i chudy nieboszczyk. Wyglądał z ogoloną głową jak 
zmartwychwstały Ramzes. To wszystko trwało mgnienie oka, kilka zaledwie sekund, 
i biedny Józef wpadł mi w ramiona, a goniący nieboszczyk ciężko zwalił się na 
posadzkę. Przez dłuższą chwilę nie było nic słychać prócz histerycznego oddechu 
Józefa. Dygotał na całym ciele, nie mogąc dojść do siebie.

background image

— Co panu? — spytałem, usiłując zdobyć się na spokój.
 Głupkowaty uśmiech wystąpił mu na twarz. Spoglądał poza siebie, to znowu na 
mnie... aż w końcu z trudem przemówił:
— Widzi pan — zaczął nerwowo — widzi pan, co się stało. Ja, stary idiota, jak ta 
baba się przestraszyłem. Kto by pomyślał!
— Ale co się właściwie stało? — zdobyłem się na pytanie.
— Sam nie bardzo rozumiem — odpowiedział jeszcze niepewnym głosem. — 
Chodźmy zobaczyć. — To mówiąc, jak gdyby dla asekuracji chwycił mnie za rękę.
Minęliśmy leżące na podłodze ciało Ramzesa i przestąpiliśmy próg pierwszej 
trupiarni. Po lewej ręce wanna była otwarta i pusta, po prawej zaś stronie na wysokim 
stole leżał trup. Poza tym żadnych innych zmian. Reszta kamiennych sarkofagów 
stała nietknięta.
— Teraz — rzekł Józef — sprawa dla mnie jasna. Aż wstyd. Jakże mogłem tak się 
zbłaźnić. Tego, uważa pan (tu wskazał głową poza siebie), wyjąłem z wanny i 
położyłem na stół. Następnie wyjąłem drugiego i położyłem go na wierzch 
pierwszego, a że szelma był śliski i mokry, więc zaczął powoli spełzać, ja nie 
spostrzegłem, nachyliłem się, żeby poprawić sznurowadło. Usłyszałem za sobą głośne 
klapnięcie. To on właśnie spadł na piętę, a że nogi szelma miał sztywne i szeroko 
rozstawione, więc zaczął się kiwać na strony z jednej pięty na drugą; to właśnie 
zobaczyłem, kiedym odwrócił głowę. Pan chyba przyzna, widok niebywały. 
Wrzasnąłem więc i chodu, a ten tymczasem padając walnął mnie głową w plecy i to 
był mój drugi wrzask. Ot, i cała komedia...

Profesorskie qui pro quo

Profesor Szmurło był ogromnie wymagający i bardzo szorstki w stosunku do 
zdających u niego studentów, dlatego egzamin u niego był postrachem każdego i 
wprawiał w drżenie najwytrawniej szych i najbardziej nawet obkutych. Nie mogłem 
sobie pozwolić na regularne uczęszczanie na laryngologię, a to z powodu pracy 
zarobkowej. Jako instruktor wf prowadziłem gimnastykę w gimnazjum i z tego 
powodu ganiałem jak wściekły pomiędzy jednym gmachem a drugim, wpadając jak 
bomba na lekcję albo na uniwersytecki wykład, zawsze w najostatniejszej chwili, 
nieraz nawet z opóźnieniem. Na prowadzone przez profesora Szmurło ćwiczenia 
uczęszczałem bardzo rzadko, nic więc dziwnego, że w okresie dyplomowych 
egzaminów drżenie moich kończyn nabrało cech choroby św. Wita. W takim ta-
necznym i bladym stanie zjawiłem się przed obliczem straszliwego areopagu, na 
który składał się profesor siedzący u boku pacjenta z otwartą szeroko żuchwą.
Zapomniałem nadmienić, że profesor Szmurło miał spory, pięknie wypuczony 
brzuszek, po którym klepał dłońmi, wydając jednocześnie nieartykułowane dźwięki: 
„he, he, he!” wyrażające ni to śmiech, ni to złośliwy doping. Występowało to 
zazwyczaj w momentach niefortunnej jakiejś odpowiedzi i stąd posądzano go o zło-
śliwość.
Tym razem profesor spojrzał tylko na mnie spoza przechylonych okularów, jakby 
usiłując z trudem wywołać obraz tak rzadko widywanego słuchacza, a może był 
ciekaw po prostu mojego wyglądu, gdyż znał mego ojca, z którym kolegował na 
uniwersytecie. Słowem, oględziny były dokładne od stóp aż do głowy, po mnie zaś 
przebiegały dreszcze także... od stóp aż do głowy.
— Proszę — powiedział wreszcie profesor — niech pan zbada lusterkiem struny 

background image

głosowe chorego i powie, co tam pan widzi.
W tym momencie zbliżył się docent i zameldował:
— Pilny telefon do pana profesora.
— Pan tymczasem obejrzy chorego, ja zaraz wrócę — rzucił profesor na odchodnym, 
a ja drżącą ręką włożyłem szpadel na język pacjenta, rzucając blask lusterka w otwór 
krtani. Niestety, nic tam poza ogólnym zaczerwienieniem nie spostrzegłem. Żadnych 
zmian patologicznych. W tejże chwili usłyszałem szept przy swoim uchu:
— Ma pan zobaczyć na prawej strunie głosowej narośl wielkości połowy grochu. 
Narośl szarosina, podejrzany nowotwór, ale tego nie mówić głośno przy pacjencie.
Nie zdążyłem podziękować. Wiem tylko, że ten miły głos kobiecy należał do 
asystentki profesora, a mojej starszej koleżanki.
Właśnie profesor wracał. Wyjąłem czym prędzej szpadel i opuściwszy ręce na kolana 
oczekiwałem skromnie na dalsze rozkazy.
— No i cóż pan tam znalazł? — odezwał się jowialnie profesor siadając na stołku. W 
jego głosie była wyraźna nuta złośliwej ironii.
— Nie bardzo jestem pewien... — odpowiedziałem. — Czy mogę jeszcze sprawdzić?
— Ależ naturalnie, ależ naturalnie! — zachęcił profesor z zadowoleniem. Ta moja 
ostrożność dobre snadź na nim zrobiła wrażenie.
Ruchem jak można najwprawniejszym przycisnąłem choremu język i pokazowym, 
trochę teatralnym gestem skręciłem lusterko na czole, aby skorygować światło. Przez 
dłuższą chwilę z wyrazem ogromnego skupienia badałem obraz w lusterku, aż 
wreszcie skandując wyrazy, przemówiłem „naukowo”:
— Widzę obrzęk obu strun głosowych z zaczerwienieniem całej przyległej okolicy 
krtani, na prawej strunie głosowej narośl wielkości połowy grochu koloru 
szarosinego...
— Co? — wykrzyknął nagle profesor, a ja zamarłem z przerażenia. Więc tego 
wszystkiego pewno nie ma. To pewno jakieś nieporozumienie. Wyjąłem czym 
prędzej wziernik z ust chorego, bojąc się spojrzeć na profesora. Wyczułem jego 
wzrok utkwiony we mnie. Usłyszałem klapanie dłoni po brzuchu i typowy, tak bardzo 
typowy Śmieszek: „he... he, he!...”
„Koniec” — pomyślałem. Sromotny koniec i co teraz będzie? Ale nie widząc już 
lepszego wyjścia zdobyłem się na ostateczny tupet i jak mogłem najpewniej rzekł

em:

— Może źle widziałem. Pozwoli pan profesor, że sprawdzę?
— Nie potrzeba — rzekł profesor przekrzywiając głową. — He, he, he... dobrze... he, 
he, he... doskonale... Nawet nie przypuszczałem, że z Korabiewieza taki zdolny 
lekarz. Bardzo wątpię, czy który ze studentów tak zdecydowanie postawiłby tu 
diagnozę. He, he, he... to doskonale. Może pan iść, postawię panu czwórkę.
Podskoczyłem ze stołka niby na sprężynie. Szurgnąłem nogą jak sztubak przed panem 
profesorem. Wiedziałem, profesor nikomu nie stawia piątek, ta ocena więc jest 
najwyższym jego uznaniem. Najwyższą oceną. I wszystko to zawdzięczałem 
poczciwej asystentce. Muszą jej serdecznie podziękować, ale nie teraz, nie na oczach 
profesora.
Gorzej było z chirurgią, to już prawdziwy pech. W ogóle jestem straszliwym 
pechowcem, ciągle zachodzą w moim życiu jakieś nieporozumienia. A zaczęło się 
wszystko od tej przeklętej operacji na Serżyku. Był to jeden z moich pupilów — 
uczniów gimnazjum, gdzie prowadziłem wf. Nagle podczas świąt dostał boleści. 
Rozpoznałem ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Natychmiast z dumą 
przetransportowałem chorego do kliniki. Tu bez dłuższej zwłoki chłopak trafił na stół 
operacyjny.
Nie potrzebuję chyba tłumaczyć, że na terenie gimnazjum uczniowie tytułowali minie 
panem profesorem. Tego oczywiście nie wiedział pan profesor M. podchodząc do 

background image

stołu operacyjnego i naciągając rękawiczki. W tym właśnie momencie nie uśpiony 
jeszcze, ale tylko odurzony Serżyk wyrwał usta z maski i podnosząc głowę jął wołać 
na cały głos:
— Ja chcę profesora! Niech mnie profesor operuje!
— Właśnie pan profesor ciebie, chłopcze, będzie operował — uspokoił pacjenta 
asystujący docent.
— Gdzie on?... Pokażcie mi pana profesora! — krzyczał dalej Serż.
Wskazano mu palcem na operatora.
— Ja nie chcę jego! — wrzasnął głosem rozdzierającym Serż. — To żaden profesor! 
— W tym momencie w tłumie białych fartuchów spostrzegł mnie i wskazując 
wzrokiem zawołał:
— To jest prawdziwy profesor, niech on mnie operuje!
Nastąpiła chwila konsternacji i milczenia, po czym operator zdjął rękawiczki i 
zwracając się do mnie, rzekł z przekąsem:
— No cóż, panie kolego, operujcie, ja się wycofuję.
Na pomoc mi przyszedł poczciwy docent, a Serżowi dodano eteru.
Po operacji zostałem wezwany do gabinetu profesorskiego.
— Nie przypominam sobie... — zaczął ordynator — nie przypominam sobie, od 
kiedy to szanowny kolega stał się profesorem. Może byśmy się tak zamienili ka-
tedrami?
— Ależ... — zacząłem się usprawiedliwiać, lecz nie dopuścił mnie do głosu, wskazał 
drzwi. Nie wiedziałem, jak wytłumaczyć to całe głupie nieporozumienie. Ale to był 
dopiero początek. Dwa dni zaledwie minęły, gdy szliśmy wszyscy tłumnie w 
obchodzie szpitalnym. Jak zwykle profesor prowadził, a my — ta cała reszta, niby 
stłoczone barany posuwaliśmy się za nim z tyłu, mało widząc i jeszcze mniej słysząc. 
Ja byłem ostatni. I oto gdy mijałem łóżko jakiegoś chorego, ten chwycił mnie za połę 
fartucha i wskazując na swoją obrzękniętą nogę, spytał:
— Jak pan myśli, czy konieczna tu jest operacja? Może można spróbować leczyć 
zachowawczo?
— Ano — odrzekłem spokojnie — spróbować zawsze można. — I tutaj nagle chory 
usiadł w poduszkach i zwracając się do tłumu lekarzy jął krzyczeć na cały głos:
— A widzicie! Nieprawda! Ten pan profesor twierdzi, że operacja nie jest potrzebna.
Tłum białych fartuchów rozstąpił się na boki. Odsłonili profesora. Patrzył na mnie, a 
ja na niego. Milczenie było bardzo przykre. Wreszcie ordynator przemówił:
— I znowu pan tu profesoruje?
Co było dalej, szkoda słów! Lepiej nie mówić. Najboleśniejszą stroną medalu jest to, 
że nie dopuszczano mnie do słowa. Nie potrafiłem wyjaśnić tej głupiej sytuacji, a 
przecież lubiłem profesora M. Zależało mi bardzo na jego pozytywnej opinii.
Następny pechowy wypadek mojego życia zdarzył się na innym terenie. Nie na 
chirurgii już, tylko na położnictwie, ale także podczas odbywania bezpłatnego stażu.
Wszystko przez tego Antka, właściwie to przez Józię. Przywieźli ją na poród.
Ach, prawda!... wpierw muszę objaśnić, kto to taki Józia. Trudno sobie wyobrazić, 
żeby ktoś nie znał tej dziewczyny. W każdym razie każdy sportowiec w Wilnie znał 
ją na pewno. Brała udział we wszystkich studenckich imprezach i wszelakich 
możliwych regatach. Było to dziewczę wesołe, rumiane, jasnowłose, życzliwie i 
naiwnie patrzące na świat. Najlepszym dowodem tej naiwności był fakt, że przywieźli 
ją właśnie tutaj na rozwiązanie ciąży. Każdy z nas doskonale wiedział, że to jest 
robota Antka — specjalisty od nabierania dziewczyn. Odznaczał się on tak zwanym 
„powodzeniem”, czyli brakiem skrupułów. Zresztą uprzedzałem ją nawet kiedyś, 
żeby się strzegła tego chłopaka, ale trudna rada, z motylami zawsze jest tak, lecą do 
ognia. Ostatnio znikła mi z oczu i zapomniałem o niej. Musiała też pewnie zmienić 

background image

się fizycznie na twarzy od tej swojej ciąży, skoro potrafiłem nie poznać. Słowo 
honoru, szczerze mówię, kiedy ją tutaj przywieźli, zupełnie jej nie poznałem, a i ona 
nie zdradziła naszej zażyłej znajomości.
Któryś z kolegów zauważył, że ładna dziewczyna, że pewnie ją znam, bo ona z 
Azetesu. A ja nic. Mówię, że nie znam.
— Jak możesz nie znać? — protestuje kolega. — W anamnezie powiedziane, że 
uprawiała sporty wodne. Kowalczykówna się nazywa...
— Niech będzie Kowalczykówna! — odburknąłem zły. Kto tam w Azetesie 
nazwiskami operował. Nie znam i tyle. Mnie także nikt nie zna z nazwiska, istnieje 
tylko „Kilometr”. Ale tej baby na oczy nie widziałem.
Wreszcie zaczęły się bóle porodowe. Biedaczka męczyła się bardzo. Zastanawiano się 
nad kleszczami. Zgromadziła się nad jej łóżkiem cała plejada białych fartuchów, z 
docentem i profesorem na czele. Debatują. Aż tu nagle nasza chora, szeroko 
otworzywszy oczy, patrząc na mnie woła dramatycznym głosem:
— Kilometr, ratuj! Mój kochany, mój jedyny... ratuj!
Co za konsternacja. Nie potrzebuję chyba opisywać tych wszystkich uśmieszków i 
domyślników. Żyć mi po prostu nie dano. Nie pomogły żadne perswazje ani tłu-
maczenia. Bezapelacyjnie zostałem pomówiony o ojcostwo, a kiedy się urodził syn, 
pierwsze pytanie docenta pod moim adresem było, jakim go nazwać nazwiskiem? Jak 
go zarejestrować? Doprawdy, trzeba mieć diabelskiego pecha!

Szczęścia w nieszczęściu

Pan doktor S. prowadził oddział wewnętrzny szpitala Świętego Ducha w Warszawie. 
Był człowiekiem gołębiego serca i wielkiej odpowiedzialności, a przy tym miły, 
koleżeński i uczynny. U niego właśnie odbywałem swój obowiązujący, bezpłatny 
staż. Tam, przy ulicy Elektoralnej, przeżywałem katusze cewnikowania chorych nie-
wiast. Najgorsza była próba samozaparcia i męskiej woli. No bo, proszę państwa, jak 
tu trafić w odpowiednią dziurkę? Guma się wygina i ani rusz nie chce włazić.
— Dalejże, doktorku! Dalej! Śmiało! — zachęcały mnie młode pacjentki, a ja ani 
rusz. Ręce drżały, wstyd palił policzki, niedołęstwo kompletne i sromotne!
— Trochę wyżej, doktorku, trochę wyżej! — rozsuwając szerzej kolana pomagała 
pacjentka, a ja coraz bardziej zapadałem w młodzieńczą żenadę. Rumieńce zalewały 
twarz.
Szczególnie ta jedna, szelma, widząc moją samobójczą determinację, filuternie się 
uśmiechając, podjudzała słówkami jak szpilki:
— Niech doktorek próbuje, mnie to wcale nie boli... 
Właśnie niedawno, to znaczy po trzydziestu latach, na którymś ze swoich wieczorów 
autorskich spotkałem tę szelmę. Zachowała nawet swój wdzięk i dawną kokieterię. 
Sama do mnie podeszła.
— Pan doktor pamięta swoje pierwsze lekarskie przygody z pacjentkami w szpitalu 
Świętego Ducha? Przezwałyśmy doktora wtedy „Amorkiem”.
Ładny mi „amorek” — 192 centymetry wzrostu!
Któregoś ranka przyszedł do nas na oddział młody, dobrze zbudowany chłopak, 
policzki miał rumiane i wesołość w oczach.
— To mój pacjent — powiedział doktor S. wskazując ręką. — Leczę go od dziecka, 

background image

miał gruźlicę, zagoiła się świetnie. Właśnie dzisiaj przyszedł na ostatnią odmę, sam 
nie wiem, czy warto go kłuć. Właściwie wszystko jest stuprocentowo zabliźnione. Jak 
koledzy radzą? Zrobić mu odmę czy też nie?
Spojrzeliśmy jeden na drugiego. Co tu radzić? Chłopak przygotowany jest na ten 
zabieg, patrzy na nas jakby zachęcająco. Decyzja trudna, ale nie wiążąca. Cóż znaczy 
jedna głupia odma...
— Skoro do zakończenia całej przepisowej kuracji brakuje jednego zastrzyku — 
odezwał się jakiś głos — no to chyba lepiej dla spokoju sumienia dopełnić recepty.
— Ano, może i racja. Kładź się więc, chłopcze, będziemy robili — rzekł doktor S. i 
chłopak się położył. My stanęliśmy kołem, jak to zwykle bywa przy profesorskich 
pokazach.
Pomoc zresztą nie była potrzebna. Zabieg bardzo prosty, nieskomplikowany. Na 
stojaku butelka z powietrzem, długa rurka gumowa do igły i to wszystko. Doktor S. 
uważnie opukał właściwe pole nakłucia, po czym wprawnym, szybkim ruchem wbił 
igłę między żebra. W tymże samym momencie stopy pacjenta jakoś dziwnie wie-
rzgnęły, a gałki oczne przewróciły kozła.
— Co się stało? — spytał doktor S. podnosząc głowę.
— Pacjent kona! — zawołała najbliżej stojąca koleżanka, chwytając chłopaka za puls.
— Szybciej strofantynę... kamforę! — wołał doktor S., odsuwając nogą stojak z 
powietrzem.
Powstał rejwach. Każdy chciał w czymś dopomóc. Biegamy jak zwariowani. Ktoś 
stosuje sztuczne oddychanie. Po co? Niepotrzebne. Rzecz wiadoma. Embolia. Tętnica 
zassała powietrze z igły. Wypadek nadzwyczaj rzadki. Jeden na milion, ale bywa i 
właśnie musiał się zdarzyć biednemu doktorowi S., właśnie jemu, najpoczciwszemu 
pod słońcem, najlepszemu, najdelikatniejszemu człowiekowi.
Nic tu nie pomoże. Człowiek umarł. Tak łatwo się umiera. Wszak wiele ludzi 
chciałoby mieć embolię. Lekka, szybka, wspaniała śmierć.
Doktor S. odchodzi od przytomności. Chwytając się za głowę, biega z kąta w kąt. 
Jakże to być mogło? Jakże się to stało? Setek odm już dokonał i nigdy, nigdy czegoś 
podobnego! Od dziecka tego chłopca leczył. Jedynak u matki. Bieda w domu. W nim 
cała nadzieja. Co on teraz powie matce? Co jej powie?
Odprowadziliśmy doktora S. do domu. Szliśmy milczącą gromadą. Co tu gadać w 
takim wypadku? Czeka nieprzespana noc. Jutro będzie miał rozmowę z matką. 
Przyjdzie odebrać zwłoki. Jak to się lekko mówi: „odebrać zwłoki”. Swoją drogą 
życie ludzkie kryje w sobie mnóstwo nieubłaganych okrucieństw.
Matka przyszła. Tak jak spodziewaliśmy się, czekała już na nas w szpitalnym 
korytarzu.
— Ja do niej nie wyjdę. Nie mam odwagi — szeptał doktor S., wyłamując sobie 
palce. — Może któryś z kolegów pójdzie ze mną?
Idę więc z doktorem. Babina, typowa warszawska mieszczka, siedzi boczkiem w 
fotelu. Ręce ma złożone, a głowę smutno zwieszoną. Wstała na powitanie i wiele 
mówiącym gestem obtarła sobie chustką oczy i nos.
— No i cóż... — zaczął doktor, plącząc słowa. — Widzi pani, stało się. Niczyja 
wina...
— Wiem, wiem — przerwała babina głosem spokojnym i opanowanym. — Nasz 
ksiądz proboszcz wszystko wytłumaczył. Zamiast w płuca trafił pan doktor igłą w 
serce. Ksiądz mówił, że to bardzo trudno utrafić w płuca i że często tak bywa. Cóż 
robić.
— Nie, nie... — zaczął doktor S., ale ja targnąłem go szybko za połę. Czyż warto 
wałkować niepojęty dla niej temat? Czyż warto robić wykład o embolii, kiedy nawet 
ksiądz proboszcz tego nie zrozumie? Niech będzie tak, jak ma być: igła w serce. 

background image

Szkoda słów.
Posiedziała jeszcze chwilę, posiorbiła nosem, obtarła oczy. Nie ma lepszego lekarza 
nad przymus. Godzimy się łatwo z tym, co jest nieodwracalne. Godzimy się z bólem 
porodowym, godzimy się ze śmiercią. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. 
Bo tak być musi. Umysł prosty łatwiej połyka gorycz konieczności. Wiara w Boga 
rozwiązuje wiele problemów. Ksiądz proboszcz gasi płomienie rozpaczy. Więc 
zwłoki chłopca powędrowały z kostnicy do domu.
Wkrótce pożegnałem kochanego doktora S., przechodząc na chirurgiczny staż do 
sławnego profesora Radlińskiego. Nie było tu żenujących cewnikowań ani obrzyd-
liwego badania kału i moczu, robota znacznie żywsza i ciekawsza.
— Czy kolega robił już kiedy punkcję dolędźwiową? — spytał mnie któregoś dnia 
docent. Serce mi załopotało w najwyższym niepokoju. A więc muszę zdobyć się na 
nową próbę:
— Nie, panie docencie, nie miałem jeszcze sposobności.
— A więc doskonale, oto macie pacjentkę, której trzeba pobrać płyn mózgowo-
rdzeniowy, przygotujcie się do zabiegu.
Rzuciłem na nią okiem. Siedziała w poprzek łóżka, przygięta przepisowo do przodu. 
Plecy miała obnażone z brązowym plackiem jodyny pośrodku. Było to właśnie pole 
operacyjne, w granicach którego należało kłuć.
Za chwilę, trzymając igłę, nisko pochylony, przywarowałem nad tym polem, niby 
sprinter sportowy na startowym dołku.
Miałem szaloną tremę. Nie znoszę kibiców, tymczasem zebrało się ich dokoła co 
niemiara. Czułem na sobie wzrok, hipnotyzował mnie i podniecał. Dłonie mi 
dygotały. Im bardziej chciałem się opanować, tym więcej drżały.
Zbliżyłem igłę do skóry pacjentki. Teoretycznie znałem ruch, jaki mnie czekał. 
Wiedziałem, że muszę wbić prostopadle, nieco ku środkowi i w górę, aż do oporu. 
Później przełamać ten opór dociskając igłę... Wiedziałem, że to jest wierutne 
głupstwo, łatwizna, żaden zabieg, każdy kiep to potrafi. A jednak... głupie dłonie 
drżały jak w febrze... pot wystąpił na czoło... serce lazło do krtani...
— Nie, panie docencie, ja tego zastrzyku dzisiaj nie zrobię, może jutro... — 
wybąkałem, czerwieniejąc na twarzy.
— Patałach z was, kolego! — rzekł, śmiejąc się jowialnie. — O, proszę tylko uważać, 
to się wbija tak — to mówiąc, zagłębił igłę w ciało pacjentki, która jednocześnie z 
tym ruchem opadła bezwładnie na ręce sanitariuszki.
— Co się stało? — spytał spokojnie docent, podnosząc głowę.
— Zdaje się, nie żyje — odpowiedziała siostra, biorąc chorą za puls.
Znowu rejwach, znowu bieganina, jak kiedyś, jak u doktora S. Wypadek podobny: 
embolia. Mam szczęście w nieszczęściu. Czyżby to było przeczucie?

Karetka pogotowia przywiozła jakiegoś zboczeńca-erotomana. Widocznie kolejarz z 
zawodu. Nakręcił sobie na członek kolejową mutrę, taką największego kalibru. 
Oczywiście członek mu obrzękł i mutra została. Nie potrafił jej biedak zdjąć. Nikt z 
nas, lekarzy, nie oglądał takiego dziwoląga: na tle żelaznej czarnej mutry szkarłatna 
główka męskiego żołędzia. Rozkwitły kwiat dzikiego erotyzmu. Profesor R. orzekł, 
że to „ślusarska robota”, chirurg nie ma tu nic do roboty. I rzeczywiście, sprowadzono 
zaraz ślusarza, ten rozłożył swoje narzędzia i krztusząc się ze śmiechu, zaczął 
rubasznie piłować mutrę. Znieczulony dolędźwiowo pacjent obojętnym okiem 
obserwował robotę, a my raz po raz wyłapywaliśmy na korytarzu co młodsze 
koleżanki, aby przyjrzały się tej operacji.
Na którymś z wykładów stomatologii, jeszcze podczas uniwersyteckich studiów, 
profesor demonstrował montowanie złamanej żuchwy. Pamiętam ten wykład dosko-

background image

nale. Z wielkim zainteresowaniem śledziłem ruchy profesorskich palców, podając 
drut lub ligninę. Mistrzowskim ściegiem wiązał profesor tym drucikiem poszczególne 
zęby, aż w końcu, zwracając się do audytorium, rzekł:
— Teraz pacjent może odejść i za dwa tygodnie szczęka się zrośnie.
— Panie profesorze! — spytałem (pamiętam to pytanie doskonale). — Panie 
profesorze, co on może w tym czasie jeść?
— Jak to co? — zdziwił się profesor. — Wszystko. Jeżeli związane legę artis, to i 
orzechy może nawet gryźć.
Dlaczego o tym mówię? Bo właśnie przyszła do nas na Elektoralną pacjentka ze 
złamaną żuchwą.
— Tu chirurgia ogólna, nie stomatologia! — zawołał profesor, ale po chwili odwrócił 
głowę w naszą stronę i spytał: — Może któryś z kolegów tej operacji się podejmie?
Mój uniwersytecki wykład stanął mi w oczach. Ujrzałem przed sobą druciki wiążące 
ze sobą poszczególne zęby. Czemu nie spróbować? Na pewno dam sobie radę. 
Podjąłem się więc operacji.
Pacjentkę miałem cierpliwą i sympatyczną. Dwie bite godziny wysiedziała niby trusia 
bez jęków i bez narzekania, a ja wiązałem jej zęby, naśladując ściśle swój 
uniwersytecki pierwowzór. Kiedy robotę ukończyłem, profesora Radlińskiego już nie 
było, nie mogłem więc pokazać swej pracy, a naprawdę byłem dumny.
— Co mam teraz jeść i jak? — spytała pacjentka na odchodnym.
— Zwyczajnie — odrzekłem. — Co zawsze. Nazajutrz nie byłem w szpitalu. 
Zadzwonił do mnie do domu docent K.
— Panie kolego, z całego serca gratuluję. Powiadam wam, co za sensacja. Zjawiła się 
tutaj ta wasza wczorajsza pacjentka ze złamaną szczęką. Profesor oglądał i nie mógł 
wyjść z podziwu. Wszystkim pokazywał i chwalił. Sukces niebywały. Wspaniała 
robota.
Popędziłem więc do szpitala, aby usłyszeć pochwały bezpośrednio z ust profesora. 
Byłem dumny. Radość rozpierała mi pierś. Skakałem po trzy schodki. Wpadam na 
korytarz aż tu... siedzi na krzesełku moja pacjentka. Ma smutnie zwieszoną głowę. 
Podtrzymując szczękę coś mi tłumaczy. Z tego bełkotu zrozumiałem z trudem, że 
ugryzła skórkę od chleba, no i szczęka się na nowo rozpadła. Cóż teraz robić? Nie ma 
innej rady. Chora poszła na oddział stomatologiczny, aby zreperować moją partacką 
robotę.
Dziś wiem. Robota rzeczywiście była zrobiona legę artis, tylko to jedzenie! — jakże 
można pozwalać na normalny zgryz! To był właśnie wielki błąd, nie mój, tylko mego 
profesora, jakaś lekkomyślna przechwałka. Zmontowana szczęka winna być 
zabandażowana, a karmienie musi odbywać się bokiem przez rurkę.
Na chirurgię od dłuższego czasu uczęszczały młode adeptki kursu dla sióstr 
szpitalnych. Już nie pamiętam, jaka była moja w tym rola i przy jakich 
okolicznościach poznałem Hankę. Wiem tylko, że była to wspaniała, jasna 
dziewczyna, zbudowana niczym kariatyda. Właściwie nic nas nie łączyło bliżej, ot, 
jakaś nieokreślona bliżej młodzieńcza „mięta”. Gdzieś na jakichś salach czy też 
korytarzach całowaliśmy się, gdzieś przy jakimś kawiarnianym stoliczku szeptaliśmy 
sobie słowa miłości i nic więcej, słowo honoru — nic więcej, nawet mego 
kawalerskiego pokoiku nie odwiedziła ani razu. I oto nastąpił jej wyjazd. O godzinie 
dwunastej i pół w nocy odchodził pociąg. Odjeżdżała gdzieś w Kieleckie, na wieś, na 
zawsze. Powiedziała, że przyjdzie do mnie, że spędzimy ostatnie cztery godziny 
razem. Będzie to szaleńcze, upojne pożegnanie. Kupiłem ciastka, zrobiłem piękne 
kanapki z szynką. Kupiłem parę butelek wina i... czekałem. Nie wątpiłem, że 
przyjdzie. Nasz romans był naprawdę ładny, świeży i nieskalany, bez konkretnych 
planów, bez materialistycznych kalkulacji, taki typowo młodzieńczy, nabrzmiały 

background image

pożądaniem, rozgrzany namiętnością niedocałowanych jeszcze warg.
Miała przyjść o wpół do ósmej wieczorem. Niestety, minęła już ta godzina. Może mój 
zegarek nawala? Pukam do gospodyni i sprawdzam czas. To być nie może. Nie 
mieści mi się w głowie, żeby ona zechciała okradać lekkomyślnie i tak zbyt krótki 
czas naszej randki. Wszakże pociąg nie czeka. Każda minuta opóźnienia skraca 
pieszczoty.
Jest już kwadrans do ósmej. Lada szmer na schodach wprawia moje serce w zawrotną 
galopadę. Chyba nigdy w życiu nikogo tak żarliwie, tak wariacko nie czekałem. Ta 
dziewczyna rozdrażniła mnie do szału, ale czym? Właśnie niczym. Zapowiedzią bez 
słów.
Gdzieś za oknem zegar wybił ósmą, a jej nie ma. Pół godziny spóźnienia. Ach, więc 
tak!... Więc byle jaki inny pretekst, inna jakaś racja może być dla niej ważniejsza od 
tej ostatniej serdecznej randki? Więc ja tak mało dla niej znaczę?
Chorobliwa męska ambicja szeptała syczące absurdy, a zdrowy rozsądek uspokajał 
perswazją logiki i zaufania.
Jeszcze chwila, jeszcze momencik, poczekaj, a na pewno nadejdzie. Coś ją 
zatrzymało, jakaś nieprzewidziana przeszkoda...
Godzina wpół do dziewiątej. Nie! Tego już za wiele! Niech wie, że mam ambicję. 
Niech wie, że deptać jej nie wolno! Niech sama teraz za to cierpi! Niech płacze!... 
Wiem, że płakać będzie na pewno.
Napisałem kartkę. Już nie pamiętam, co pisałem. Słowa nasiąkły goryczą i żalem. 
Słowa zachodziły mgłą upartych łez. Pisałem, że się nie zobaczymy, że wychodzę z 
domu na złość jej i sobie, na złość całemu światu. Niech ten przeklęty pociąg wywozi 
ją w świat...
Zatrzasnąłem mocno drzwi. Zanurzyłem się bezwolnie w szum ulicy 
Marszałkowskiej. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Uginały się jak z waty. 
Wiedziałem, że ona zaraz przyjdzie... musi przyjść!
Pamiętam. Stoi mi do dziś w oczach olbrzymi plakat reklamowy: film „Maroko” z 
Marleną Dietrich. Usiadłem w fotelu. Czułem się wypłukany, wyczerpany nerwowo, 
jakby niepotrzebny, wyrzucony za próg własnego domu. Szloch męskiej, urażonej 
dumy dusił mnie pod gardłem. I oto na ekranie kina, gdzieś na pograniczu Sahary 
młody oficer legii kolonialnej, dotknięty nieporozumieniem, odjeżdża bez 
pożegnania, a jego dziewczyna pragnąc swój błąd naprawić biegnie za nim w pu-
stynię. Widzi ślady wielbłądziej karawany, widzi z daleka migoczące w oddali 
proporce, ale nadążyć nie może. Gubi pantofelki, biegnie dalej boso, zalewa się 
łzami. Pada i znowu się zrywa, ale na próżno...
Rzeczywiście... na próżno. Po co ja to zrobiłem? Po co zadałem dziewczynie taki ból? 
Po co się sam jak idiota dręczę?
Zerwałem się z kinowego krzesła, przebiłem się poprzez kolana siedzących widzów i 
jak szalony wpadłem do swego pokoju.
Na stole leżała karteczka: . „Drogi, jedyny, niezapomniany...
Koleżanki zatrzymały mnie na pożegnalnym przyjęciu, nie potrafiłam wyrwać się na 
czas. Niedobry. Gdybyś wiedział, gdybyś czuł mój ból w tej chwili. I po co?... Twoja 
na zawsze — Hanka”.
I rzeczywiście. „Na zawsze”. Nigdy tej dziewczyny więcej nie spotkałem.
Młodzieńcze „tragedie” bywają głupio pogmatwane.

Świeżo upieczony

background image

Działo się to jeszcze wówczas, kiedy płonąłem dziewiczym rumieńcem na widok 
obnażonych piersi młodej pacjentki. Zresztą te profesjonalne rumieńce zależne są 
całkowicie od metod obnażania się. Jeżeli pacjentka nie ma tendencji 
uwodzicielskich, jej ciało automatycznie staje się przedmiotem naukowych badań i 
nie nasuwa żadnych dodatkowych reminiscencji. Ale nie każda pacjentka życzy sobie 
tego. Niektóre kokietki wyraźnie nie doceniają zawodowej solidności lekarza i wolą 
widzieć w nim przede wszystkim mężczyznę — a może nawet tylko... mężczyznę. W 
takim wypadku trudna rada. Fluid wzajemności rozsadza wszelkie moralizatorsko-
prawne zapory. Tak właśnie bywało dość często na tej mojej pierwszej lekarskiej 
placówce.
Mój Boże! Pierwsza samodzielna lekarska posada.
Ogromny gabinet. Biurko jak u dygnitarza. Ceratowa sofka do badania chorych. 
Tablica dla kontroli wzroku. Oszklona szafka z instrumentami. Jednym słowem 
wszystko, czego potrzebuje lekarz-praktyk w ambulatorium. Wszystko, co mu nadaje 
efekt i powagę.
Ale nie ten gabinet mnie wtedy przeraził, tylko kancelaria, przez którą przepuszczano 
zgłaszających się pacjentów. Siedział w niej przedziwny typ satyra, z przekrzywioną 
głową i wzrokiem żbika. Świdrował oczami na wylot, a pierwszym jego codziennym 
pacjentem byłem właśnie ja.
— Pan doktor, znaczy się, będzie u nas pracował? — spytał podejrzliwie pierwszego 
dnia i dziwnie jakoś wzruszył ramionami.
— Ano tak — stwierdziłem nieśmiało, tracąc nagle cały rezon.
— Nu, to proszę sprawić sobie odpowiedni fartuch, bo na ten wzrost nasze koszulki 
nie wlezą.
Rzeczywiście, przymierzyłem kilka wiszących na ścianie urzędowych fartuchów, 
wszystkie rękawy sięgały mi do łokcia.
— Doktor, uważa pan, za przeproszeństwem musi wyglądać honorowo, a w takim 
kusym fartuchu to już wcale obojętnie. Lepiej niech pan doktor idzie do domu i 
sprawi sobie te fartuchy, a ja już jakoś tych pacjentów załatwię, żeby na jutro 
przyszli.
Tak też się stało. Zameldowałem się u mego satyra nazajutrz rano. Zlustrował mnie 
krytycznym, ale życzliwym okiem i rzekł:
— Tak, to co innego, teraz pokazać się możesz. Nikt śmiać się nie będzie.
Wchodząc do gabinetu mijałem poczekalnię; uderzyło mnie dziwne zjawisko. 
Wszystkie krzesła pozajmowały młode, zdrowo i pięknie wyglądające kobiety. 
Mężczyzn zaledwie kilku.
Usiadłem przy biurku, przybrałem poważną minę i głosem jak można najbardziej 
basowym krzyknąłem w stronę drzwi:
— Prosić!
Drobnym, kokietliwym truchtem wbiegła ruda, nieco zbyt zaokrąglona w kształtach, 
trzydziestoparoletnia kobietka i zanim zdążyłem otworzyć usta i zadać pytanie, 
szybkim, wprawnym ruchem zrzuciła bluzkę, następnie biustonosz i usiadłszy na 
obrotowym krzesełku, zadarła w uśmiechu zaróżowioną buzię.
Pokrywając zmieszanie, godnym krokiem zbliżyłem się do delikwentki.
— Co pani dolega? — spytałem jak najpoważniej.
— Pan doktorek sam zobaczy... — skrzywiła się przekornie.
Unikając dotknięcia zbyt obfitych piersi, położyłem stetoskop u dołu, a potem na 
boku i znowu... u dołu.
— Nie, nie! — zawołała wesoło. — To tutaj! — I podnosząc sutkę wskazała ukryte 
pod nią miejsce. — Tutaj mnie kłuje, gdy kaszlę.

background image

Wykorzystując podniesienie sutki, szybkim ruchem przykładam tam słuchawkę, ale 
zwolniona pierś jeszcze szybciej kładzie mi się na policzku, a wyraźnie kokietliwa 
niewiasta jeszcze mocniej przyciska ją do mego policzka.
— No i co pan doktorek słyszy?
— Przyznam się pani, że nic a nic. Uważam panią za całkowicie zdrową i dziwi mnie 
nawet pani wizyta u mnie — odpowiedziałem dość chłodno i obojętnie, chociaż krew 
pulsowała w gorących skroniach.
— Ano! — westchnęła ciężko. — W takim razie trudno. Adieu! — i dopinając 
bluzkę, jakby urażona wyszła z gabinetu.
Ledwie się drzwi zamknęły, już weszła nowa pacjentka, tym razem naprawdę śliczna 
i młodziutka blondyneczka. Nie zdążyłem wstać z krzesła, jak już do połowy 
obnażona leżała na sofce. Tym razem, biję się w skruszoną pierś, nie przykładałem 
słuchawki na gumowych rurkach, tylko chwyciłem pośpiesznie zwykły drewniany 
stetoskop, a że ze wzruszenia mało słyszałem szmerów, więc bezpośrednio 
przyłożyłem ucho do jej kształtnych piersi. Dalibóg i tym razem usłyszałem mało. 
Nasze serca — jej i moje — tłukły wesołego galopada, a ja coraz śmielej 
wędrowałem uchem po aksamitnej, przytulnej powierzchni. Z całą pewnością 
przerwałbym tę bezczelną nieco wędrówkę, gdybym wyczuł ze strony pacjentki 
najmniejszy chociaż protest. Ale wręcz przeciwnie, jej rozkoszne drżenie i kocie, 
pieszczotliwie dyskretne ruchy przyprawiały mnie o zawrót głowy. Niedwuznacznie 
przy tym podstawiała mi to jedną, to znów drugą pierś, jakby się w nich właśnie 
mieściły płuca.
— No! — przemówiłem wibrującym głosem. — Ma pani lekki szmer nad lewym 
płatem górnym, co świadczyć może o procesie gruźliczym, radzę pani udać się do 
rentgena.
— Ależ, panie doktorze, jestem gruźliczką i leczę się od niemowlęctwa — 
uśmiechnęła się smutno.
— Hm... — chrząknąłem znacząco, ratując sytuację — właśnie dlatego mówiłem pani 
o potrzebie zdjęcia.
— Ależ ja nie na leczenie tu przychodzę, tylko po tę przepustkę...
— Jaką przepustkę? — zdziwiłem się.
— Czyżby pan doktor nie wiedział? Wszystkie panie, co tam za drzwiami siedzą, 
czekają na zaświadczenie z lekarskiej wizyty. Uważa pan, bez takiego zaświadczenia 
nie ma kolejowego biletu. My wszystkie, żony i córki kolejarzy, mieszkamy na 
Kolonii Kolejowej, kilka przystanków za miastem. Mamy trzy tylko przejazdy 
powrotne na miesiąc, a tego nie wystarcza. Więc... rozumie pan doktor... Musimy się 
tu pokazać, a potem to już cały dzień wygrany!...
— Więc wszystkie te panie w poczekalni są zdrowe i przyjechały robić zakupy w 
mieście?...
— Czy wszystkie są zdrowe, tego nie wiem, ale chyba większość — odrzekła śmiejąc 
się.
— Żegnam panią i dziękuję za szczerość — powiedziałem dość chłodno, wstając z 
ruchomego krzesełka.
— Następna! — zawołałem w stronę drzwi. — Może się pani nie rozbierać! — 
rzuciłem pośpiesznie do nowej wchodzącej niewiasty.
Starsza, bardzo wytworna i nobliwa pani zrobiła wielkie i zdziwione oczy.
— Ależ ja się nie myślę rozbierać, panie doktorze. Przychodzę tu w sprawie mego 
synka, który leży w domu...
— Przepraszam... bardzo przepraszam... — plątałem się jak głupi żak. — Sądziłem, 
że pani potrzebuje badania...
Tego dnia byłem zły i obojętny na wdzięki niewieście. Po prostu czułem się 

background image

wystrychnięty na dudka. Kiedy po zakończeniu pracy opuszczałem ambulans, mój 
kancelista-satyr, przekrzywiając ironicznie głowę, mrugnął filuternie i rzekł:
— Widzi mi się, że pan doktor kobiet nie lubi, ale kobitki to pana doktora lubią...
— Nie na głupiego trafiły — mruknąłem — a przepustek dawać nie myślę!
— Nu i cóż z tego? Krew sobie i innym napsujesz. Naród rozezłujesz. Zaczną skargi 
na nas pisać i nie wybronim się. A co komu szkodzi, że one w mieście trochi się 
pobawion?
Może i racja. Co komu szkodzi? Dałem spokój. Machnąłem ręką. Niech jeżdżą, byle z
umiarem.
W tym samym też czasie rozpoczęły się prywatne wizyty po domach. Po dwie, trzy 
dziennie. Nie pamiętam ich przebiegu. Jakoś tam dawałem radę. Nikogo nie 
przytrułem, ale czy pomogłem? Czy uleczyłem? Bóg to raczy wiedzieć. Jedna tylko 
wizyta szczególnie wbiła mi się w pamięć. Drzwi otworzył niski, korpulentny, pięć-
dziesięcioletni mężczyzna. Na jego wypuczonym brzuszku wisiał gruby złoty łańcuch 
od zegarka, a kilka sutych podbródków świadczyło o dobrym samopoczuciu.
— Moje szanowanie panu doktorowi, moje szanowanie — wykrzykiwał, szurgając 
typowo nóżkami, zaprawiony widocznie w swoim służalczym stosunku do całego 
świata. — Proszę, proszę, do środeczka.
W salonie czekała już na mnie jeszcze grubsza i daleko okazalsza jegomościna.
— Kto z państwa niedomaga? — spytałem wodząc oczyma.
— To ja, to ja, panie doktorze — westchnęła ciężko gruba niewiasta, opadając, jakby 
na dowód prawdy, w fotel. — A było to tak — zaczęła. — Wczoraj wieczorem, o 
godzinie dziewiątej czterdzieści pięć...
— O dziewiątej trzydzieści i pięć, dla dokładności — wtrącił mężulek.
— Niech i tak będzie — zgodziła się. — Otóż o dziewiątej trzydzieści pięć poczułam 
nagle, o tutaj — podniesienie bluzki — ukłucie...
— Nie ukłucie, tylko pieczenie — przerwał małżonek. — Tak mi wyraźnie mówiłaś.
— Może pieczenie, nie pamiętam dokładnie. W piętnaście minut później...
— Nie w piętnaście, tylko w siedem, doskonale pamiętam, bom spojrzał akurat na 
zegarek... — przerwał znowu grubas.
— Jeśliś taki mądry i wszystko wiesz — oburzyła się — to powiedz, co mi wtedy 
było?
— Dostałaś czkawki — powiedział poważnie małżonek, pochylając z szacunkiem 
głowę.
— Tak, panie doktorze, właśnie tak... dostałam czkawki, która trwała chyba z 
kwadrans...
— Gdzieżby kwadrans!... — zaprotestował małżonek. Czkała mi całe pół godziny.
— Po tej czkawce — kontynuowała jejmość boleściwym głosem — zrobiło mi się 
słabo i pot wystąpił na skronie...
— Pozwolisz, kotku, że dalej już ja będę panu doktorowi mówił, a ty odpoczniesz. Ja 
lepiej to wszystko zapamiętałem. Otóż, panie doktorze, punktualnie o godzinie 10.33 
poczuła parcie na stolec i wypróżniła się...
— Stołeczek był wolny — wtrąciła z jękiem pacjentka.
— No nie tak znowu bardzo wolny — poprawił małżonek — bywa gorzej, panie 
doktorze, bywa gorzej... Sądziliśmy, że wszystko przejdzie, ale gdzież tam. Prze-
trzymała do kolacji. Zjadła kaszki manny z jajeczkiem na miękko i bułeczką z 
masłem.
— Tyci... tyci! Co kot napłakał — wtrąciła chora z fotela.
— Wcale nie takie „tyci-tyci”, ale całą bułkę. Zapomniałem nawet dodać, że i 
szyneczki popróbowała...
— Może płatek, nie więcej... — jęknęła.

background image

— A i sera też kilka kawałków... no i o godzinie jedenastej minut sześć dostała 
wymiotów.
— I odtąd kłuje mnie pod prawym żebrem — rzekła pacjentka, znowu zadzierając 
wysoko bluzkę. — Ot, tutaj, dokładnie tutaj.
— Pokazywałaś mi trochę więcej w prawo — korygował małżonek.
— Zmierzyliśmy gorączkę. Rano było 37. Równe 37, a zwykle bywa 36 i 8, więc 
zdecydowaliśmy się wezwać pana doktora, bo to nic nie wiadomo. Lepiej chorobę 
łapać zawczasu.
— Zapomniałeś powiedzieć panu doktorowi, że przy wymiotach przełknęłam 
plasterek cytryny...
— Ach! Rzeczywiście! — chwycił się za głowę. — Zapomniałem na śmierć. Ale 
wydaje mi się, że nie przełknęłaś, kochanie, a tylko wysmoktałaś go i wyplułaś. Ja 
dobrze uważałem. Bo to, wiadomo, panie doktorze, skórka od cytryny jak ta łupinka 
od pomidora potrafi uczepić się ścianek jelita i ślepa kiszka gotowa. Mój dziadek 
umarł od tego.
— Co mi jest? — jęknęła z fotela.
Już nie pamiętam swojej diagnozy. Wiem tylko, że wybiegłem na ulicę odurzony 
obrazem nowego świata, nowych ludzi, o istnieniu których nie wiedziałem, nie 
wyobrażałem sobie. Wziąłem oto na barki ciężar lekarskiej dyplomacji, cierpliwość 
wyrozumienia dla życiowej komedii.
Później, znacznie później, podobnych wizyt bywało więcej. Stały się one chlebem 
powszednim. A czegóż to się dla chleba nie robi!

Atmosfera szpitala

Nie znoszę szpitalnej atmosfery cierpienia i smrodu.
Nie znam idealnej lecznicy bez zapachów, balansują one pomiędzy siarkowodorem a 
eterem. Im bliżej tego ostatniego, tym lepszy jest szpital. Lecznica, o której będzie 
mowa, należała do tych właśnie lepszych i bogatszych, opierała bowiem swój byt na 
państwowej dotacji, ale gmach jej pamiętał chyba jeszcze czasy rosyjskich carów, 
dlatego nie był w stanie uwzględnić ostatnich sanitarnych wymogów. Co prawda, 
grube mury gwarantowały chorym ciepło, sufity były dostatecznie wysokie, a okna 
ogromne; cóż stąd, kiedy system otwierania ich nasuwał mimo woli skojarzenie z 
obywatelskim dworkiem, gdzie się otwierało okienne podwoje na kwietny ogródek, 
skąd właśnie roznegliżowana Zosia wbiegała po desce w ramiona zapłonionego 
Tadeusza.
Tutaj przed wysokim parterem szpitala żadnych kwiatów nie było. Na zimę okna się 
watowało. Sytuację wówczas ratował tak zwany „lufcik”, jeden jedyny na wielką 
salę. Była to już raczej symboliczna wentylacja przed zaduchem nie ratowała.
Oczywiście zapachy szpitala zależały przede wszystkim od rodzaju pacjentów. Jeden 
taki ze zgangrenowanym ropniem wystarczył do umilenia życia całej reszty 
nieszczęsnych współtowarzyszy.

Sale były, jako się rzekło, ogromne, kilkunastołóżko

we, z wyjątkiem oczywiście tych paru 

protekcyjnych separatek, no i jednej „śmiertelnej”, czyli bocznicy, na którą odstawia 
się kandydatów do wędrówki na tamten świat.
Byłem wówczas bardzo młody, zrzuciłem dopiero obrożę obowiązujących studiów, 
obejmując pierwszą w życiu płatną posadę. Pełniłem funkcję lekarza dyżurnego, 
jedną noc ja, a drugą noc mój przyjaciel, ogromnie równy chłopak, doktor S. S. 
Personel szpitalny mieliśmy doskonały, a stosunki z siostrami rodzinne, tak że od tej 

background image

strony żadnych kłopotów nie należało się spodziewać. Noce upływały spokojnie i nikt 
bez potrzeby nie budził. Poczciwe siostrzyczki radziły w swoim zakresie, chyba że... 
karetka pogotowia z jakimś ciężkim krwawieniem. Dzienna praca dyżurnego 
wyglądała szablonowo i nieciekawie, mówiąc szczerze, wcale jej nie było. Ot, zwykłe 
takie obtłukiwanie się w oczekiwaniu na godzinę trzynastą, która wówczas jeszcze 
nazywała się godziną pierwszą. Wtedy, wydając ostatnie zlecenia i dopinając ostatnie 
guziki palta, odchodzili nasi ordynatorzy. Oni to byli alfą i omegą szpitala, oni tu 
rzeczywiście pracowali, stawiając diagnozę i lecząc pacjentów, prace zaś dodatkowe, 
pomocnicze, jak cewnikowanie, badanie laboratoryjne, płukanie żołądka i temu 
podobne wykonywali bardzo chętnie rozmaici praktykanci, cóż więc zostawało dla 
nas, biednych lekarzy dyżurnych? Mój Staszek gorliwie się garnął do chirurgii i 
asystował przy każdej operacji. Ja tego hobby nie miałem. Stawałem się więc 
posłusznym cieniem lekarzy specjalistów, kroczących na czele uroczystej procesji 
białych fartuchów, tak zwanego „obchodu”. Obchód polega na tym, że pierwszych 
trzech coś widzi i coś bada, a reszta kiwa głowami. Na szczęście wzrost mój dozwalał 
czasami wyjątkowo coś więcej dojrzeć.
Specjalistów było pięciu: dwóch internistów, jeden chirurg, jeden ginekolog 
(położnik) i jeden wenerolog. Interniści to ciasna spółka starych, przedemerytalnych 
przyjaciół. Ciągnęli swój zawodowo-rzemieślniczy wóz uczciwie i pedantycznie, bez 
szczególnych wzlotów i upadków, bez intryg i chorych ambicji. Jednym słowem 
stanowili obaj typ obywatela poczciwego, dlatego pod ich zwierzchnictwem w pracy 
lekarza dyżurnego nie mogło być żadnych nieprzyjemnych zgrzytów.
Specjalizacja zazwyczaj wyciska piętno na człowieku, wytwarzając specyficzne typy 
jak psychicznie, tak i fizycznie. Najlepszym chyba przykładem tego mogą być 
prowincjonalni proboszczowie ze zdawkowym uśmiechem dobrotliwej litości, 
zastygłym na wargach i na podbródkach. W świecie lekarskim chirurg jest chudy, 
nerwowy pediatra — zniewieściały tatuś, ginekolog — wychuchany laluś, okulista — 
nudny pedant, a wenerolog — czerstwy, rubaszny byk. Oczywiście, bywają wyjątki. 
Rozumuję tu bardzo ogólnikowo. Z pewnością jednak doktor D. wyjątku w moim 
szpitalu nie stanowił. Z niebiańskim samozadowoleniem, podkręcając co chwila na 
czerwono nalanych policzkach sumiastego wąsa, manifestacyjnie poklepywał siostry 
po tyłkach, a rubasznie i głośno się śmiał. Jako lekarz dyżurny mało z nim miałem do 
czynienia, wenerycy bowiem stanowili element ambulatoryjny. Na szpitalne sale 
trafiali bardzo rzadko. Doktor D. pozostał w pamięci mojej jako czarodziej. Wcale nie 
żartuję i powtarzam świadomie: czarodziej. Po prostu zamawiał jęczmienie na oku i 
był sławny. Ta sława nie zamykała się bynajmniej w granicach naszego szpitala — 
gdzież tam! — z całego miasta pantoflową pocztą sprowadzano honorowych 
pacjentów, a doktor D. jeszcze głośniej z tego się śmiał, a swoje robił. Brał od 
chorego obrączkę ślubną, toczył nią trzykrotnie po powiece dokoła oka, pluł poprzez 
obrączkę
w przestrzeń, coś mruczał i wreszcie, dmuchnąwszy silnie, zaczynał się śmiać.
Wierzyć — nie wierzyć, a jęczmień ginął od razu. Już go nazajutrz nie było. Ufność 
w powodzenie zamawiania była powszechna i niezachwiana, być może ona to właśnie 
leczyła.
— Czy pan, doktorze, sam w to wierzy? — spytałem go któregoś dnia.
Zaśmiał się jowialnie i mrugnąwszy szelmowsko klepnął mnie po ramieniu.
— He, he, he... a cóż robić, skoro przychodzą i proszą. Zaszkodzić nie zaszkodzę, a 
powiadają, że pomaga...
— A skąd pan doktor tej sztuki się naumiał?
— Od matki, a ona od babki, to dziedziczne. A że siostry nie mam, więc mnie obrano 
spadkobiercą sekretu.

background image

— Jaki jest sens tych słów, które pan szepcze?
— Widzicie go! — zaśmiał się znowu. — Za darmo chciałby do raju. Ze sławy mnie 
obedrzeć, z torbami puścić. Widzicie, kolego — nagle doktor D. spoważniał. — 
Jestem związany słowem danym matce. Nie można nikomu tajemnicy tej objawić, bo 
się straci moc. Tak samo nie wolno wziąć zapłaty za okazaną pomoc. To żaden 
interes — zakończył wesoło.
O naszym ginekologu mało mam do powiedzenia. Razem chodziliśmy na uniwerek. 
On o rok wyżej, ale godnością wypowiadanych słów, powagą dygnitarskiego kroku, 
solidnością i przykładaniem się do naukowej pracy prześcigał mnie o lat dziesięć. 
Poza tym śliczny, postawny chłopak, koleżeński i uczynny. Nikomu nigdy świństwa 
nie zrobił. Po ojcu odziedziczył dyrektorstwo szkoły położnych i mimo młodego 
wieku doskonale dawał sobie z tym radę. Uczennice plackiem padały przed jego 
urodą, ale on, kto wie? Duże mieliśmy wątpliwości pod tym względem i, bijąc się w 
pierś, muszę przyznać się do szeptów na ten temat. Trwały one, dopóki nasz 
przystojny dyrektor się nie ożenił. Wtedy uwierzyliśmy, że jednak może. Jeszcze 
wówczas, kiedy ta akcja dyżurnego lekarza się toczyła, nasz doktorek był kawalerem 
do wzięcia. Rasowy, subtelnie delikatny, obnosił majestatycznie swój nikomu nie 
szkodzący snobizm. Wpatrzony we własny pomnikowy piedestał, odczytywał na nim 
tytuły, do jakich już doszedł i do których musi dojść.
Pod jednym względem mamy ze Stachem (to ten mój współtowarzysz od nocnych 
dyżurów) spokojne życie. W naszym szpitalu nasi obaj staruszkowie nie celebrują 
zbytnio obchodów. Nie ma tu tej komedii, co w uniwersyteckiej klinice. Kto takiego 
profesorskiego obchodu nie widział, ten niech żałuje. Nie byle jakie rewiowe przed-
stawienie. Dygnitarz nauki drepcze szybkim krokiem i mrucząc coś do dyżurnej 
siostry, pobieżnie przegląda karty gorączkowe. Czasami puknie pacjenta od nie-
chcenia w mostek lub pod łopatkę, a czasem nawet każe mu pokazać język. Ale tego 
nikt nie widzi, gdyż panuje gorączkowy tłok, każdy ze studentów i stażystów usiłuje 
pokazać swoją obecną twarz, ale oczywiście pokazać jej nie może. Wszyscy kiwają 
głowami na znak zgody z profesorem.
U nas, powtarzam, tej komedii nie ma. Po obchodzie specjaliści giną w swoich 
gabinetach, a chorzy wyłażą z łóżek na korytarze. Biada wówczas przebiegającym le-
karzom.
— Moje uszanowanie panu doktorowi!
— Jak pan doktor świetnie dzisiaj wygląda!
— Pan doktor zawsze taki zajęty?
Pod żadnym pozorem nie należy się zatrzymywać. Pozdrawiaj, odpowiadaj 
uprzejmie, a nawet słodko, posyłaj całusy dzieciom, powiewaj przyjaźnie dłonią, ale 
koniec będzie z tobą, jeśli na chwilę przystaniesz.
Od lewej przysunie się od razu babcia:
— O! Doktorek widzi, już ruszam nogą...
A czemuż by miała nie ruszać? — myślę sobie. Usiłuję przypomnieć sobie ten 
przypadek. Ale nie pozwolą mi się namyślać, ktoś inny już się podsuwa:
— Mnie tu wciąż strzyka, panie doktorze, zwłaszcza gdy podnoszę nogę.
Od czego może mu tam strzykać? — zastanawiam się, ale na szczęście nie mam czasu 
na odpowiedź, bo jakiś pulchny jegomość w prywatnym szlafroku wykrzykuje w 
moją stronę, wielce uradowany:
— Nareszcie miałem stołeczek, panie doktorze! Bardzo przyjemnie, bardzo 
przyjemnie, potwierdzam,
ruszając naprzód. Ale czyjaś dłoń chwyta mnie za poły. , — Panie doktorku, chciałam 
zapytać, czy mogę już jeść jajko?
— Jajko? — powtórzyłem przeciągle, aby zyskać na czasie, gdyż nie pamiętam, 

background image

czemu by ona nie miała jeść jajka?
— Bo, uważa pan doktor, te ciągłe kaszki już mi bokiem wyłażą, tak bym zjadła 
jajeczko.
— Ach tak! — przypomniałem sobie, zabrakło przecież w kuchni jajek. Po prostu nie 
dostarczono na czas. Trzeba umotywować jakoś to uchybienie.
— Jeszcze pani zaczeka, wątróbka, uważa pani... jutro, jutro, kochana.
Już ktoś inny zastąpił drogę. Już ktoś inny miał szczęśliwy stolec. Trzeba się mile 
uśmiechać i potakiwać, a przy tym „wszystko wiedzieć, o wszystkim pamiętać: kto, 
kiedy i dlaczego?
A oto mijam separatkę — nasz „czyściec”, leżą w niej dwaj nieuleczalnie chorzy. 
Jeden z nich Józef — przemiły, zawsze pogodny, zawsze cierpliwy. Wita mnie nie-
zmiennie tym samym okrzykiem: „Panie doktorze, już tylko 22 dni”.
Wczoraj było 23, a jutro tylko 21. Przed dwoma miesiącami mówił, że mu brakuje 81 
i wówczas wyglądał jeszcze zupełnie czerstwo, miał zaróżowione policzki. Dziś 
rumieńce znikły. Zostały mu tylko pałające, głęboko osadzone oczy, ale układ warg, 
mimo wychudzenia, pozostał ten sam: życzliwy, dobrotliwy i łagodny.
Dwadzieścia dwa dni jeszcze do terminu przyznania mu emerytury. Jeżeli nie dotrwa 
i umrze przed tą datą, emerytury nie dostanie. Takie prawo, a prawo nie zna litości, 
jest suche i nieubłagane. Józef ma żonę i trzech chłopaków, więc zawziął się, że musi 
dla nich trwać aż do terminu. Obaj nasi ordynatorzy mocno powątpiewają, czy potrafi 
przeżyć aż dwadzieścia dwa dni, ale on o to wciąż prosi. Błaga o zastrzyki.
— Mój doktorku! — składa dłonie do modlitwy. — Nie dajcie mi zdechnąć przed 
czasem. Zróbcie, co w waszej mocy.
Wszyscy lubią Józefa i każdy by rad mu dopomóc, ale jak? Ja mu donoszę kawę z 
domu, to go podtrzymuje. Jest mi za nią bardzo wdzięczny. Kuchnia tego dać nie 
może. Siostra litościwym wzrokiem dodaje mu otuchy, ale jemu otuchy nie braknie, 
braknie mu płuc. Wypluwa je kawałkami z krwią. Coraz to ciężej łapie powietrze. 
Otwiera usta, niby ryba na piasku.
— Panie doktorze... już tylko dwadzieścia dwa dni... Drugim pacjentem separatki jest 
Kazimierz. Takiż
wychudzony i wyblakły szkielet, ale w przeciwieństwie do Józefa jest zgryźliwym 
malkontentem. Nie ufa nikomu. Wszystkie winy przypisuje lekarzom i personelowi 
szpitalnemu. „Przyszedł zdrowy i tutaj tak go obrobili”. Uciekłby dawno, gdyby nie 
ta złamana noga. Kazimierz ma raka kości i nie wolno mu się ruszać w obawie, że 
znowu coś pęknie. Pielęgniarki obchodzą się z nim jak z jajkiem, ale on wciąż 
narzeka... Nikt Kazimierza nie lubi.
— Panie doktorze — szepnęła mi na ucho siostra — karetka przywiozła 
samobójczynię, proszę zobaczyć.
— Co za trucizna? — pytam idąc przez korytarz.
— Sublimat.
— Ojoj!... Co za idiotka, nie mogła wybrać lepszej...
— Do tego jeszcze siostra szpitalna, moja koleżanka.
Wchodzimy do ambulatorium. Już dyżurna płucze żołądek. Szklany zbiornik na 
trójnogu i serwetka zasłaniająca twarz samobójczyni.
— Niech siostra pędzi do kuchni po mleko, dużo mleka! — daję zlecenie.
W tym momencie długa, wąska dłoń ściąga serwetkę i spoza niej wyłaniają się 
ogromne, aksamitnie smutne, niebieskie oczy prześlicznej blondynki:
— Niech pan doktor się nie trudzi! — powiada spokojnie. — Wszakże to wszystko na 
nic. Pan sam rozumie, osiemnaście tabletek, końska dawka.
— Po co to było? Po co? — warknąłem wściekły.
— Tak trzeba — stwierdziła poważnie, biorąc mnie za rękę.

background image

— Nie mogła pani wybrać lepszej trucizny, wszakże pani jest siostrą! Czy pani zdaje 
sobie sprawę z tych cierpień, jakie ją czekają? Niewydolność nerek, mocznica... Czy 
pani się nad tym zastanowiła?
Wracałem do dyżurki wytrącony z równowagi. Byłem zły na tę dziewczynę. Głupia. I 
taka... ładna...
— Pewnie zawiedziona miłość? — rzuciłem siostrze przez zęby.
— Gdzież tam! — odrzekła. — Ma kochającego męża.
— Więc może niedostatek... nędza?
— Nic podobnego. Niczego jej nie brakowało. Wszyscy ją pieścili. Rodzice porządni 
ludzie, ja ich znam. Ja panu mówię, doktorze, źle być rozpuszczonym. Za dobrze jej 
było. Ot, co! — zakończyła ze złością.
— Ale tym sublimatem to się wybrała, jesteśmy bezsilni. Procesu nie da się 
zatrzymać. Musi umrzeć, i to w takich straszliwych męczarniach. Na to nie ma już 
żadnej rady. Żadnej rady — powtórzyłem, stając po środku korytarza z rozłożonymi 
ramionami. — Siostra nie rozumie, co się teraz we mnie dzieje. Być lekarzem i nie 
móc poradzić. Patrzeć bezsilnie, jak takie głupie, śliczne dziecko umiera...
No, nareszcie moi szefowie wyszli. Jem szpitalny obiad. Łykam wiórowate mięso i 
zapijam wodnistym rosołem. Nigdy mi ta lura nie smakowała, ale teraz nie mogła mi 
przeleźć przez gardło. Myślałem o dziewczynie. Jątrzyła mnie troska o jutro. Miałem 
wyrzuty sumienia. Może nie wykonałem jakiejś niezbędnej czynności ratowniczej? 
Może nie znam odpowiedniej odtrutki? Może istnieje jakiś nowy środek?
Wyjmuję z podręcznej biblioteczki lekarskiej podręcznik za podręcznikiem, szukam, 
wertuję, ale nic nowego. Wszystko dla niej beznadziejne. Biorę gazetę. Staram się 
wygubić dręczącą myśl, ale ona niby uprzykrzone muchy nie daje mi spokoju. 
Wreszcie wstaję i automatycznym krokiem idę do tamtej sali. W rogu, tuż przy 
drzwiach leży ona. Niedaleko, pod ręką, aby łatwiej było przerzucić na separatkę 
śmierci.
— Wiedziałam, że pan doktor do mnie przyjdzie — szepnęła.
— Dlaczego miałem właśnie przyjść? Wprost przeciwnie, jestem wściekły na panią. 
Gdybym mógł, to bym panią bił...
— To czemu pan nie bije?
— Nie czas na przekomarzanie się. Pani jest dużym dzieckiem, nieodpowiedzialnym, 
właśnie może... zbyt mało bitym... No, bo proszę powiedzieć szczerze, po co to pani 
zrobiła?
— Bo mnie nic nie interesuje. Życie dla mnie nie ma żadnego sensu. Więc po co 
robić coś bez sensu?
— Pewnie obrała pani zły kierunek pracy. Może pani nie lubiła szpitalnictwa? Ja 
także tego nie lubię. Ale mogła pani przecież zająć się czymś innym, medycyną 
społeczną, a zresztą... mój Boże! — trzeba siebie przeanalizować, może ma pani 
ukryte jakieś talenty, z których rodzi się hobby: muzyka, malarstwo... Trzeba było 
siebie wypróbować...
— A po co?
Spytała tak naiwnie, tak zwyczajnie i prosto, wlepiając we mnie swoje naiwnie 
dziecięce oczy, które dopełniły jeszcze to pytanie.
Po co? A bo ja wiem? Rzeczywiście... po co? Przez chwilę wahałem się z 
odpowiedzią.
— Po to, by znaleźć zadowolenie z tego, co się robi. Praca musi być twórcza, a 
wówczas przynosi nam radość.
— Ja nigdy takiego uczucia nie zaznałam. Mnie nic a nic nie interesowało. Ja nikogo 
nie kochałam i nie kocham, czy pan to rozumie? Jakże można żyć bez miłości, 
zwłaszcza gdy zachodzi konieczność jej odwzajemniania. To okropne, być kochanym 

background image

i nie móc odwzajemnić się. Czuć w sobie pustkę. Nie. Pan nie jest w stanie tego 
zrozumieć, bo pan jest normalnym człowiekiem.
Nagle chwyciła mnie za rękę i gorączkowym szeptem zaczęła prosić:
— Panie doktorze, mój drogi! Pan wygląda na dobrego i odważnego człowieka. 
Błagam pana o zastrzyk śmiertelnej dawki morfiny, abym nie dotrwała do tych 
straszliwych męczarni, jakie mnie czekają. Abym skończyła od razu. Pan wie 
przecież, że nie wyjdę stąd żywa. Osiemnaście tabletek sublimatu nie żarty. Błagam 
więc. Tylko jeden zastrzyk, nikt o tym nie będzie wiedział.
— Głupstwa pani mówi! — oburzyłem się, odwracając szybko głowę od tych oczu 
błagalnych, od tego sugestywnego, przeszywającego mnie spojrzenia. — Głupstwa 
pani mówi! — powtórzyłem, energicznie wstając. — Wszakże bywają wypadki... 
Może się panią odratuje...
— Ja tego nie chcę. Bóg panu przebaczy... — szepnęła cicho.
Odszedłem ze spuszczoną głową. Czy miałem oczekiwać na boskie wybaczenie? 
Zdawałem sobie sprawę z absolutnej beznadziejności tego przypadku. Ona się nie 
odratuje. Kwestia tygodnia okrutnych męczarni.
— Panie doktorze, musimy już iść na wieczorny obchód — przypomniała dyżurna 
siostra.
— Ach tak... tak, musimy iść — powtórzyłem apatycznie, wstając z kozetki. I znowu 
łóżko za łóżkiem, twarz za twarzą. Rozpływają się na tle pościelowej bielizny w 
jeden szpitalny chaos, ten miał stolec, a tamten jeszcze nie miał. Tego strzyknęło pod 
łopatką, a tamtego w dołku. Każdy z nich jest przejęty stanem swojego zdrowia, 
kurczowo się trzyma życia, wlepia wzrok w lekarza, jak w wyrocznię lepszej 
przyszłości. Tylko ta dziewczyna, ta głupia, ta jedna tego nie chce. Odwracam od niej 
głowę, gdy mijam. Boję się spotkać te oczy. Wstydzę się i sam nie wiem dlaczego.
Godzina dziesiąta wieczór.
Szpital zalega cisza. Od czasu tylko do czasu przesunie korytarzem jakaś swoim 
nieszczęściem przygarbiona postać.
— No — rzekła dyżurna siostra, stając we framudze otwartych drzwi lekarskiego 
gabinetu — chyba dziś będziemy mieli spokój. Proszę iść spać, ja pozałatwiam 
wszystkie kłopoty.
Zdejmuję buty, rozprasowuję pięknie spodnie na poręczy krzesła i kładę się na 
tapczanie. W tym momencie dolatuje do mych uszu obrzydliwy, natrętny głos 
alarmowej trąbki pogotowia. Masz tobie, babo, placek! Już jakaś niespodzianka.
Mija kwadrans, otwierają się drzwi. Rubaszny głos siostry:
— Niestety. Wstawaj, doktorku, skrobać.
— Bardzo krwawi?
— Ciurkiem. Musimy śpieszyć.
Ano, cóż robić, nie ma rady. Opuszczam nogi z miłego tapczana.
Już sala przygotowana, instrumentarzystka czeka. Wkładam fartuch biały, na wierzch 
„rzeźniczy” — ten z czerwonej ceraty i zabieram się do sakramentalnego szorowania 
rąk. Robię to legę artis, jak uczono, jak wbijano w studencki łeb: złożone dłonie pod 
kran, woda ma ściekać łokciami. Nie opuszczać szczotki, nie dotykać niczego. 
Steril!!!
Pacjentki twarz mnie nie obchodzi. Mam przed sobą pole operacyjne. Szeroko 
rozstawione uda wsparte na podpórkach. Biorę korncangiem watę i zmywam krocze. 
..Zakładam wzierniki. Wchodzę kleszczami do wnętrza. Chwytam za szyjkę macicy i 
podciągam ją jak najbliżej ku sobie. Jest szeroko rozwarta, ziejąca i poszarpana.
— Niepotrzebne tu hegary — rzucam instrumentarzystce — proszę od razu szeroką 
łyżkę. Ostrożnym, okrężnym ruchem łyżki badam dno macicy. Łyżka nie chce 
posuwać się, zaskakuje za wystający płód. Zacina się.

background image

— Proszę korncang — rzucam przez zęby. — Biorę i zaciskam jego zęby na tkankach 
płodu. Obrotowym ruchem wyświdrowuję całą przyczepioną zawartość, pociągając 
ku sobie. Łatwo się odkleja i poddaje. W świetle szyjki macicznej ukazuje się 
dziesięciocentymetrowy niemowlęcy tułowik bez głowy. Wygląda jak tubka z 
gofrowanego, czerwonego kartonu. Te fałdy to żebra. Sprawdzam łyżką jeszcze raz. 
Główki i kończyn brakuje. Widocznie jakiś partacz grzebał się tu przede mną i 
poobrywał gwałtem, co się dało, a tułów został.
— Zakażenie pewne — mówię do siostry. — Przypadek brudny.
W tej chwili pacjentka z cicha jęknęła.
— Tak, tak, teraz pani pojękuje — rzuciłem z irytacją. — A niech pani powie 
szczerze, kto już tu przedtem panią ratował, kto zaglądał przede mną?
— Nikt, panie doktorze. Słowo daję nikt!
— Ja nie jestem policjantem, a wiedzieć muszę, dla pani własnego dobra, ile czasu 
upłynęło od tego grzebania się.
— Gdzież bym pozwoliła, panie doktorze — zaprotestowała energicznie. — Tylko 
przed trzema dniami jedna taka baba tam zaglądała, ale nic nie robiła, broń Boże! 
Tylko zaglądała...
— Właśnie, właśnie — potwierdziłem — i zaglądając oberwała główkę. Silny 
musiała mieć wzrok.
— Ojej, panie doktorze, strasznie boli!
— Już niedługo koniec. Jeszcze tylko chwileczkę. Znowu ostrzem łyżki posuwam się 
wzdłuż dna macicy.
Sprawdzam, oczyszczam resztki przyklejonego łożyska, wszystko to razem z ciemną 
krwią wypada mi na kolana i po ceratowym fartuchu ześlizguje się wprost do wiadra. 
Teraz wyczuwam pod kantem łyżki zgrzyt zdrowej, włóknistomięsnej tkanki. Jest to 
charakterystyczny znak, że operacja skończona, wnętrze macicy już puste i 
powierzchnia czysta.
— Tampon! — rzucam instrumentarzystce zlecenie, zresztą najzupełniej 
niepotrzebnie, bo i bez tego podaje mi go automatycznie. Oto wisi przed moim nosem 
niby długi, ciemnobrunatny wąż. Tamponuję. Zwalniam szczypce. Macica wsuwa się 
w głąb na swoje anatomiczne miejsce. Siostra pieczołowicie ściera kroplisty pot z 
czoła pacjentki. Teraz dopiero widzę jej twarz mizerną i przejrzyście białą.
— Fizjologiczny roztwór — rozkazuję — i calcium chloratum dożylnie.
Opuszczam salę, rad z dobrze odwalonej roboty. Poprzez szronem pokryte szpitalne 
okna przeciera się zimowy, anemiczny świt. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po 
plecach. Leniwym ruchem ramion przeciągam zdrętwiały od przechyłu kark. Patrzę 
na zegarek. Nie opłaca się już spać. Za półtorej godziny zaczną napływać pierwsi 
pracownicy.
Powszedni dzień roboczy rozpoczyna się. Ciekawe, kto tej nocy umarł? Trzeba 
zapytać o to siostry dyżurnej.

Życie czy śmierć bez sensu

 — Panie doktorze — melduje dyżurna siostra — mamy na sali wariata.
— Jak to wariata? — zdziwiłem się. — Wszakże to nie psychiatryczny.
— Ano, widzi pan, nie poznali się i przyjęli. Leżał dotychczas cichutko, a teraz 
zaczyna rozrabiać. Pan doktor może pamięta, ten starzec chudy w sali drugiej, trzecie 
łóżko od okna po lewej. Nie wiem po prostu, co z nim robić, bo mi ciągle ucieka. 

background image

Próbuje z okna skakać. Już dwukrotnie chorzy go na tym przyłapali, właśnie przy-
prowadzono go z ulicy. Pędził w koszuli po śniegu. Co robić?
Wchodzę na salę. Wskazany winowajca leży spokójniutko, niczym trusia. Ma piękną, 
rasową twarz o orlim nosie i wysokim, szlachetnym czole. Patrzy na mnie rozumnie i 
wnikliwie.
— Co panu dolega? — zapytuję wywiadowczo.
— Nic, panie doktorze, ot, taka słabość chodzi pa kościach.
Spoglądam na kartę. Stan podgorączkowy, temperatura skacze pod wieczór. Żadnych 
objawów obiektywnych nie stwierdzono. Mocz i kał w badaniu. Diagnoza: „pod 
obserwacją”.
— Czy pani była przy tym? Co podejrzewają? — szepczę do siostry.
— Pan doktor nic nie mówił, zdaje się, sam nie wie.
— Więc po jakiego licha tutaj go przyjęli?
— Może ten stan podgorączkowy? — domyśla się siostra.
— Co właściwie panu jest? — spytałem obcesowo.
— Właśnie przyszedłem zapytać o to pana doktora — padła rezolutna odpowiedź.
— Hm... no tak, rzeczywiście, do nas należy sprawę wyjaśnić. Ale jeszcze doktor 
choroby pańskiej nie ustalił. Dopiero obserwujemy...
— Całe nasze życie, panie doktorze, to jedna wielka obserwacja, bo nikt z nas nie 
wie, po co się tutaj znalazł. I nie wiemy dokąd i kiedy odjedziemy. My nic nie wiemy. 
Ot, taka idiotyczna obserwacja.
— Tymczasem wiemy jedno — przerwałem gadulstwo — wiemy na pewno, że pan 
musi leżeć spokojnie i nie wyprawiać gonitwy po śniegu. Za następnym razem nikt 
łapać nie będzie i zamarznie pan na śmierć, bo mamy dzisiaj 25 stopni mrozu.
— To wszystko wymysł złych ludzi, panie doktorze — bronił się. — To tylko oni na 
złość wymyślają, żeby mnie dobić.
— No, dobrze już, dobrze. Proszę leżeć spokojnie, nie rozrabiać.
— On wcale nie wygląda na wariata — mówię do siostry, opuszczając salę. — Nawet 
inteligentnie gada.
— Tak, tak, ale nikt nie wie, co mu za chwilę do łba strzeli.
— Co z naszą samobójczynią? — spytałem i zaraz się przestraszyłem własnego 
pytania. Po co? Wszakże doskonale znałem jej stan. Unikając bezpośrednich wizyt, 
obserwowałem ją z daleka. Tak. Muszę się przyznać: boję się jej. Boję się ponowienia 
prośby. Boję się jej spełnienia. Tchórz. Mam do siebie za to wstręt. Ale nie mogę się 
przemóc. Wstrętny tchórz!
— Kończy już — odpowiedziała siostra głosem obojętnym, jakim się mówi o złej lub 
dobrej pogodzie na jutro. — Jej dni są policzone. Chyba lepiej przeprowadzić na 
separatkę....
— Nie, nie — zaprotestowałem gorąco. — Wszakże ona doskonale rozumie, co to 
znaczy. Nie wolno.
— O... — dodała nagle zatrzymując się. — Pan doktor słyszy?
Spoza drzwi dolatywało ciche jęczenie.
— Męczy się. Dobrze jej tak, nic a nic nie żałuję — mówiła siostra nerwowym 
szeptem, którego drżenie przeczyło treści.
Fala niepohamowanego żalu, pomieszana z wyrzutami sumienia i lękiem, ogarnęła 
mną znowu. Czyż jestem temu winien? Alboż to ja spowodowałem jej męczarnię? Ty 
— odpowiedziało sumienie. — Mogłeś i możesz skrócić jej męki. Odrobinę ludzkiej 
litości. Odrobinę męskiej odwagi. Zabrakło ci, tchórzu!
Pośpiesznie wróciłem do gabinetu struty i nieswój. Po co zadawałem siostrze pytanie? 
Po co wywoływałem wilka z lasu?
Przez dwa ostatnie dni mijałem jej salę, odwracałem nawet głowę. Muszę tam zajść w 

background image

końcu. Ale po co? Pocieszać? Grać przed nią komedię? Nie chciałem podczas 
obchodu. Chowałem się za plecy, za białe fartuchy. Wolę tam iść sam. Siedzę na 
sofce swojej lekarskiej dyżurki jak zmięty, bezwolny worek. Odkładam tę wizytę z 
godziny na godzinę. Patrzę bezmyślnie na krystaliczne gwiazdy w oszronionym 
oknie. Wiele w nich symbolicznego piękna. Zimnej, lodowatej obojętności na to, co 
się w krąg dzieje. Przedwieczorna cisza już objęła szpital. Muszę wreszcie tam pójść.
Nagle ciszę tę przerywa tupot biegnących nóg. Ktoś pędzi korytarzem. Drzwi od 
dyżurki gwałtownie się
otwierają. We framudze staje dyżurna siostra, bez służbowego czepka, z rozwianym 
włosem.
— Panie doktorze! Ten stary wariat znów uciekł!
— No to pędźcież za nim! — zawołałem.
— Ależ on w koszuli nocnej i już daleko za bramą, co to będzie, co to będzie! Jeszcze 
pod autobus trafi!
— Nie trafi — uspokajam — pijaków i wariatów licho nie bierze. Niech się siostra 
uspokoi. Kto tam za nim pobiegł?
— Woźny i sanitariusz z chirurgii.
— Wystarczy, dadzą sobie radę. O, już nawet słychać głosy. Proszę lepiej 
przygotować mu łóżko i poszukać kogoś do pilnowania, żeby się awantura nie po-
wtórzyła.
Rzeczywiście od strony schodów dolatywał już jakiś rejwach. Siostra, poprawiając 
czepek, wybiegła na spotkanie. Wyjrzałem i ja na korytarz. Delikwent, w długiej po 
kostki koszuli, niby prasłowiański apostoł, prowadzony pod pachę przez dwóch 
muskularnych i barczystych drabów, kroczył środkiem z godnie podniesioną głową.
— Cóż pan sobie myśli? — krzyknąłem groźnie, a on zatrzymał się tymczasem, 
wybałuszając na mnie swoje naiwnie patrzące oczy.
— Każdy z nas coś myśli, pan doktor także myśli — odpowiedział obojętnie.
— Ja nie mam ludzi na pańskie usługi! — krzyczałem dalej. — Ma pan leżeć 
spokojnie, rozumie pan? Inaczej zawołam policję i oddam pana w ich ręce. Tu szpital, 
a nie kryminał. Nie mamy tu celi dla wariatów!
Poprowadzili starego na salę.
— Kto go będzie pilnować? — spytała siostra.
— Któraś z sanitariuszek nocnych — podpowiedziałem.
— Gdzieżby, panie doktorze, nie utrzyma, stary mocny, woźnemu podobno się 
wyrwał. Gdzieżby słaba kobieta!
— Niechaj więc ten woźny siedzi, nie ma nic lepszego do roboty.
Znowu szpital się uciszył. Mogę usiąść przy biurku. Ale nie! Wszakże to pora 
wieczornego obchodu. Idę od sali do sali. Stolec był? Bóle mniejsze? Czkawka minę-
ła? Krew już nie cieknie? Ropy mniej? Brak apetytu... aż nagle radosny krzyk:
— Panie doktorze, już tylko jedenaście dni! Chyba dożyję? Co?? Proszę mi szczerze 
powiedzieć... dożyję?
Pan Józef uniósł się na łokciach i patrzy błagalnie w oczy, gorączkowo, chorobliwie, 
niby wierny, poczciwy, potrącony przez samochód pies.
— Niech się pan nie martwi — pocieszam i sam siebie w tym momencie nie znoszę. 
Po co ta blaga, skoro dziś jeszcze przed południem doktor K. orzekł, że Józef na 
pewno nie dotrwa. Jak długo kamforą tak trzymać potrafią?
— Kto wie, czy z tego łóżka na spacer się pan jeszcze nie wybierze — dodałem, z 
wymuszonym uśmiechem wisielczego humoru.
— Do Abrahama na piwo — zażartował. — Proszę, niech mi pan doktor zbada 
ciśnienie, bo wciąż mi się zdaje, że zapadam w przepaść.
— Lepiej dam panu mocnej, świeżej kawy, przyniosłem i mam ją w dyżurce. Jutro 

background image

dostanie pan ode mnie w prezencie całą paczkę, wystarczy jej na miesiąc...
— Miesiąc... — powtórzył apatycznie i opadł bezwładnie na poduszki. Zaniósł się 
kaszlem. Wiedziałem. Zaraz będzie krwotok, może ostatni? — zawróciłem, żeby 
uciec. Cóż ja mogę pomóc? Zupełna bezsiła. Wypluwa resztki płuc.
— Panie doktorze — odezwał się nagle sąsiad, ów rakowiec, Kazimierz. — Do sądu 
podam łobuzów. Co to za szpital! Rękę mi teraz złamali. O, proszę spojrzeć... 
Wiedziałem o tym dobrze. Przy przekładaniu z łóżka na nosze pękło mu ramię. Kości 
straciły wytrzymałość. To jego ostatnie godziny. Dziw, że dotąd się jeszcze trzyma. 
Jakże mu wytłumaczyć ten beznadziejny stan? Jakże bronić opinii sanitariuszy?
— Jutro podyktuję podanie do sądu. Trzeba raz skończyć z tymi zbójami. To nie 
szpital, ale mordownia! — krzyczał coraz głośniej, gdy odchodziłem z sali.
Do niej teraz nie pójdę. Lepiej, gdy szpital zaśnie.
Nie mogłem. Nie zdobyłem się. Dopiero dziś, po nowych dwóch dniach jej męczarni. 
Jakim cudem ona się tak długo trzyma? Czwarty dzień bez oddawania moczu. Anuria 
kompletna. I po co to spuszczanie krwi, te fizjologiczne roztwory soli. Po co te 
wszystkie komedie symulujące leczenie, gdy się wie na pewno, że to jest bezcelowe, 
że to tylko przedłuża męczarnie, nieludzkie, niehumanitarne!
Kiedy podchodziłem do jej łóżka, nie poznałem dziewczyny. Ani śladu dawnej 
pięknej twarzy. Jej przeogromne oczy utonęły w obrzydliwym obrzęku. Złośliwy los 
jakby się mścił za tę właśnie piękność. Powstało monstrum. Cały dziewczęcy urok, 
wiotkość i prężność zostały zniszczone, zdeptane, wykoślawione, obrócone w żałosną 
karykaturę. Wysmukłe niegdyś dłonie leżały teraz na bieli prześcieradła niby dwie 
bezforemne kłody, eksponaty tragicznego panopticum.
— No i co? — wyrwało mi się idiotyczne pytanie, bo przecież musiałem coś do niej 
powiedzieć.
Nie poruszyła się już nawet, tylko grymas niewysłowionej boleści wykwitł na 
obrzękłe wargi. Gdzieś z głębi gorączkowym blaskiem błyszczały oczy. Zaczęła coś 
szybko, nerwowo szeptać. Pochyliłem głowę, przybliżając ucho do jej ust.
— Doktorku! Kochany, dobry, jedyny, podaj mi swoją dłoń.
Podałem. Właściwie włożyłem swoją dłoń w jej bezwładnie rozczapierzone palce. I 
wówczas tak dziwnie jakoś, sam dzisiaj tnie rozumiem skąd, zaczęły padać na moją 
rękę wielkie jak groch łzy. Doprawdy, kto z nas płakał — nie wiem. Nie potrafiłem 
wówczas ani czuć, ani analizować tego. Jednocześnie doleciał mnie błagalny, cichy 
szept:
— Litości, morfiny!
Zerwałem się. Dłużej już nie mogłem. Niech będzie, co ma być. Wszak to nie 
morderstwo. To mój obowiązek. Jestem żywym człowiekiem, a nie martwym 
wykonawcą bezdusznych przepisów. Zdecydowanym krokiem wbiegłem do dyżurki 
sióstr. Tam w szafce leżą narkotyki. Kluczyk w wiadomej szufladzie. Drżącą dłonią 
wyciągam go stamtąd. Dyżurka jest pusta. Szpital śpi. Przez zaśnieżone okno 
przeciska się blask neonowej, ulicznej latarni. Widzę wszystko, nie potrzebuję zapa-
lać światła. Serce tłucze mi w piersi na alarm. Czuję tremę jak przed życiowym 
egzaminem. Po cichu, unikając zgrzytu, niby złodziej, przekręcam kluczyk w zamku 
szafki. I tu nagle odzywa się cichy, mocny w tonacji głos:
— Ja wiem, co doktor zamierza uczynić. Odwróciłem głowę. Na tle białego pokrowca 
kanapki siedzi w kącie, w takimże białym fartuchu, dyżurna siostra. Roztopiła się, 
znikła w tej bieli.
— Ja... Ja nic... — bąknąłem z zażenowaniem, niczym spłoszony żak przed 
nauczycielem. Nie przewidziałem podobnej sytuacji.
— Doskonale wiem, że z dobrego serca doktorek idzie dawać jej zastrzyk. I co z 
tego? Ja wpadnę — doktor wpadnie, a jej od tego nikt nie zbawi. Będzie wielki szum. 

background image

Sprawę rozdmuchają. I pytam jeszcze raz: po co? Dla kogo? Dla tej głupiej wariatki? 
Nic a nic jej nie żałuję. Gdyby pan doktor znał jej rodzinę. Najpoczciwsi ludzie, 
atmosfera domu ciepła. Ptasiego mleka jej nie brakowało. Rozpusta. Skaranie boże, 
tfu... ot co. Sama sobie winna, niechaj teraz cierpi.
— Dlaczego sprawa ma się wykryć? — spytałem. — Chyba by siostra wygadała. 
Tych parę ampułek da się ukryć, policzyć na zniszczenie. Nikt nie zauważy.
— A właśnie, że nie pozwolę! Mam swoje zasady. Może się mylę, ale każdy na ziemi 
wlecze swoje biedy i swoje rozkosze. Tak musi być. Każdy ma swój krzyż i my 
swoim ludzkim mózgiem nie powinniśmy ingerować w boskie planowanie. Wszystko 
ma swój sens i swoje przeznaczenie...
— Niech więc siostra szuka sprawiedliwości u swego dobrotliwego Boga, ale mnie 
zostawi swobodę działania. Jestem dorosły i wiem, co robię. Biorę na siebie cał-
kowitą odpowiedzialność. Proszę meldować o tym, komu sobie siostra życzy. Proszę 
uważnie patrzeć, oto biorę z szafki sześć ampułek morfiny i napełniam nimi strzy-
kawkę. Jest to śmiertelna dawka, niech to siostra zanotuje. A teraz proszę iść za mną i 
uważnie śledzić, co robię!
Nerwy ponosiły. Nie panowałem już nad sobą. Sam nie zdawałem sobie sprawy, że 
mój dotychczasowy szept przechodził stopniowo w głośny i ostry krzyk.
— Na miłość boską, ciszej! — zerwała się z sofki. — Jeszcze nas kto usłyszy. Proszę 
się uspokoić, dobrze, proszę się uspokoić!
Nie słyszałem już dalszych jej słów, biegłem przed siebie szerokim szpitalnym 
korytarzem. Nic mnie nie obchodziło. Mogłem napotkać na swej drodze cały świat. 
Roztrąciłbym na strony. Torowałem drogę z zaciętym uporem głębokiej, 
niezachwianej świadomości, że czynię dobrze. Siostra milcząc biegła za mną.
Otworzyłem drzwi separatki i szybko pochyliłem się nad łóżkiem. Jej ręka leżała w 
tym samym miejscu co przedtem. Tylko głowę miała odrzuconą ku tyłowi. Oczy 
wróciły do dawnej wielkości, czyżby puchlina opadła? Zdecydowanym ruchem 
zbliżyłem igłę do jej ramienia.
— Za późno, doktorku — usłyszałem za sobą cichy szept. — Czyż pan nie widzi? 
Ona nie żyje.
Strzykawka wypadła mi z ręki. Stałem jak urzeczony. Zimny pot wystąpił mi na 
czoło. Zacząłem histerycznie dygotać. Zęby dzwoniły mi jak w febrze. Nie mogłem 
oderwać wzroku od jej rozwartych szeroko oczu. Patrzyły smutne i obojętne, bez 
wyrzutów i bez skarg. Oczy, które nie znalazły tematu życia.
W tym momencie poczułem dotyk czyjejś ręki na ramieniu. Dyżurna siostra objęła 
mnie serdecznym, siostrzanym uściskiem:
— Widzisz, doktorku, i obeszło się bez twojej dziecinnej pomocy. Wszystko 
zakończyło się dobrze...
— Dobrze?
Ach, gdybyż ona wiedziała, jak głęboko dotknęła mnie tym słowem.

Uniewinniony wariat

Na szczęście wczoraj wariata zabrano. Przez trzy dni żyliśmy wciąż pod grozą 
nowych ucieczek. Zaśnieżył nam całą salę otwieraniem okien. Pacjentów na sąsie-
dnich łóżkach sterroryzował. Jednym słowem, mieliśmy istny dom wariatów, 
psychiatryczne asyłum, nie interną.
— A to wspaniały kawał, doktorze! Słyszał już pan? — powitała mnie siostra 

background image

wchodząc do dyżurki.
— Co takiego? O co chodzi? — zdziwiłem się.
— Na placu Łukiskim policja złapała psa, który niósł w pysku główkę niemowlęcia, 
wyobraża pan sobie, jakie to wywarło wrażenie na naszych bogobojnych de-
wotkach?... Co? — Zaśmiała się.
— Nic w tym nie widzę śmiesznego — oburzyłem się. — Zwykły sobie kryminał, 
robota dla detektywów. Wyraźna zbrodnia.
— Otóż to, że wcale nie zbrodnia! Żaden kryminał. Ta główka pochodziła z 
porodówki szpitala Św. Jakuba.
— Jak to? Nic nie rozumiem.
— Rzecz najzupełniej zwykła Przywieziono ciężarną z wypadniętą rączką. Lekarz 
ratując życie matki rozkawałkował płód. Martwe niemowlę jak zwykle wrzucono do 
kosza, oczywiście w kawałkach. Kosz tymczasem wyniesiono do przedsionka. 
Zakradł się ten głodny pies. Wybrał co smaczniejszy kąsek. Podobała mu się główka, 
wziął ją w zęby i jazda na plac Łukłski. Tu chryja. Łapią. Cała policja zwerbowana. 
Przeszukują śmietniki. Gdzie jest reszta? Trwało to przez kilka dni, zanim całą 
sprawę wyjaśniono. Dziwne, że pan doktor o tym nie słyszał, już gazety pisały.
— Rzeczywiście makabryczna historia. No, a w naszym szpitalu dzisiaj co nowego?
— Nic, panie doktorze. Tylko ten połamaniec z rakiem, Kazimierz, zmarł nad ranem i 
już jest w kostnicy.
— Chwała Bogu! — wyrwało mi się i jednocześnie pomyślałem: głupi! Jakże można 
cieszyć się z czyjegoś zgonu.
Dzień minął niepostrzeżenie, bez szczególnych przeżyć. Wieczorem przy obchodzie 
staję jak wryty. Przede mną na łóżku tak dobrze znajoma twarz. Orli nos, wysokie 
czoło. Chyba się nie mylę.
— Nasz wariat — szepczę do siostry zdumiony.
— A tak — potwierdziła. — Już za późno wypisywać. Karetka pogotowia przywiozła 
go i na portierni zaakceptowano. To na dziennej zmianie, mnie jeszcze nie było — 
usprawiedliwiała się.
— Naprawdę zrozumieć trudno, co w nim znajdują? Jak on potrafi wszystkich 
nabierać?... Karetka pogotowia? No... no!
Wracam do dyżurki i zastaję tam naszego pięknoducha, dyrektora działu ginekologii i 
położnictwa, siedzi w fotelu i przegląda gazetę.
— Jak się masz! Co za miła wizyta!
— Mam do ciebie prośbę — zaczyna. — Muszę na godzinkę wypaść na miasto, 
miecza mnie oko nad .porodówką. Nic tam szczególnego nie ma, ale zawsze warto 
czuwać.
— Ależ naturalnie, możesz być spokojny, zrobię, co trzeba.
Upłynęło pół godziny od jego wyjścia. Pamiętam ten czas doskonale, bo właśnie 
patrzyłem na zegarek, kiedy na korytarzu rozległ się pośpieszny tupot nóg i niczym 
bomba wpadła do mnie zdyszana siostra z ginekologii.
— Panie doktorze... Panie doktorze! Jedna z naszych zdrowych chorych nagle 
umiera.
— Jak to „zdrowych chorych”? — zdziwiłem się.
— No taka, co już była na wypisaniu, zupełnie zdrowa.
— Diabli nadali! Właśnie kiedy ordynator wyszedł na miasto! Też mam pecha!
Biegniemy co sił w nogach. Biorę po dwa schodki na raz. Na ostatnim piętrze staję 
jak wryty. Przede mną szeroko otwarte drzwi. Za nimi długa sala, przeważnie 
młodych pacjentek, kurujących się na kobiece dolegliwości. Teraz opuściły nogi z 
łóżek i siedzą przerażone, wlepiając wzrok w to jedno, pierwsze od korytarza łóżko. 
Na nim leży na wznak, wyciągnięta jak struna, blada jak papier pacjentka. Oczy ma 

background image

zamknięte, ręce bezwładne wzdłuż kołdry. Obok na nocnym stoliku pali się gromnica, 
a na podłodze klęczą cztery pielęgniarki, odmawiając na głos modlitwę. Groza 
nieoczekiwanej śmierci zawisła nad otoczeniem. Atmosfera szczególnie 
przygnębiająca.
Chwytam chorą za puls, ale go znaleźć nie mogę. Dłoń ma trupio zimną. Pochylam 
nisko głowę, nadstawiając ucha. Łapię ledwie słyszalny, urywany, tak typowy dla 
konających oddech Cheyne Stokesa.
— Może chora upadła i uderzyła głową — pytam szeptem.
— Ależ, panie doktorze, nic podobnego, nie opuszczała na chwilę łóżka.
— Do wyjścia naszego dyrektora czuła się znakomicie i rozmawiała.
— Nawet dowcipkowała — dorzuciła któraś z sąsiadek.
Nie namyślając się długo, zbiegam na dół i nakręcam numer szpitalnego ordynatora. 
Mieszka on na miejscu, tuż za parkiem. Stary, doświadczony internista. Niech 
sprawdzi, niech będzie świadkiem.
Nie upłynął i kwadrans, jak się zjawił.
— O co tu chodzi? — spytał obcesowo.
— Wacek wyszedł na miasto i prosił mnie o zastępstwo. Aż tu nagle, zupełnie 
nieoczekiwanie i bez żadnego powodu umiera, może nawet już umarła, jedna z lekko 
niedomagających pacjentek. Kandydatka na wypisanie...
— Ano — mruknął. — Chodźmy zobaczyć. Bywa... bywa...
Doktor Ch. przedstawia sobą typ lekarza starej generacji, takiego z prowincji, co 
przez całą swoją lekarską praktykę nie miał żadnych pomocy laboratoryjnych ani 
rentgenowskich, musiał więc radzić sam. Kuty na cztery nogi, bez pomocy 
mikroskopu i ekranu stawiał salomonowe diagnozy. Lat pod siedemdziesiąt, 
czerwony na twarzy, z siniejącym nosem, chudy i nie ogolony, z niedbale 
narzuconym kubrakiem, wyglądał raczej na hreczkosieja, a nie ordynatora. Stanął 
przy nogach umierającej. Spojrzał na nią krytycznym okiem, pokiwał smętnie głową i 
rzekł głośno a rubasznie:
— No cóż, panie kolego. Nic nam nie pozostaje do zrobienia, jak tylko wsadzić 
gromnicę w dłonie nieboszczki i zmówić za jej duszę wieczne odpoczywanie.
To powiedziawszy, zdecydowanym krokiem jął schodzić po schodach. Ledwie znikł 
na horyzoncie szpitalnego parku, gdy otworzyły się wejściowe drzwi, a w nich 
ukazała się postać zawsze wytwornego doktora Wacusia. Dopadłem go z hiobową 
wieścią.
— Wacek! Nieszczęście! Mam pecha! Jedna z twoich pacjentek nagle zmarła.
— Co?! — zdumiał się. — Która?
— No ta, pierwsza od strony korytarza. Zdaje się... Kozłowska!
— Kozłowska?
— Tak, tak... zdaje się, że to nazwisko.
— Być nie może! Chodźmy!
To mówiąc, nasz dyrektor energicznie i jak zawsze godnie jął wspinać się na schody, 
a za nim ja, dyżurne siostry i jeszcze kilku zwabionych sensacją gapiów. Kiedyśmy 
osiągnęli szczyt schodów, zastaliśmy sytuację bez zmian. Ten sam przygnębiający 
nastrój, ta sama gromnica, siedzące w koszulach pacjentki i spory tłumek klęczących.
Doktor Wacunio stanął przy łóżku i głosem oficera dowodzącego batalionem, 
wrzasnął z całej mocy:
 — Pani Kozłowska! Proszę w tej chwili zaprzestać tych swoich komedii, bo 
przestanę panią leczyć. Bzdury! Histeria! Ja pani pokażę robić mi kawały! A wy — tu 
obrócił się do pielęgniarek — zgaście gromnicę i zabierajcie się do swojej roboty. Nie 
pora na modlitwy. Jutro rano możecie sobie iść do kościoła.
Staliśmy kołem, jakby zmrożeni i obrażeni. Ten obcesowy, rubaszny rozkaz wobec 

background image

majestatu śmierci wyglądał co najmniej nieludzko. Nie pasował też do natury Wacia, 
zawsze delikatnego i subtelnego. Posępnie patrząc na to, co ma nastąpić, 
skurczyliśmy się w sobie z przerażenia. Modlące się kobiety zerwały się z kolan i 
pośpiesznie zdmuchnęły świece. Powieki „zmarłej” poczęły nagle mrugać, na 
policzki wystąpiły rumieńce, po czym raptem, wstydliwym jakby ruchem zgarnąwszy 
na głowę koc, obróciła się na bok.
Schodziliśmy ze schodów wielce skonfundowani.
— Jakże mogłeś tak krzyczeć na chorą, skąd taka pewność, że ona nie umarła? — 
pytałem półgłosem.
— Leczę babę od czterech lat, to moja stara pacjentka, znam jej wszystkie chwyty. 
Wciąż wyprawia te same hece i wciąż ją od tego ratuję.
— Ale skądże może znać te wszystkie symptomy śmierci. Jakże może ona 
symulować Cheyne Stokesa? Jakże może zatrzymać puls?
— Na tym polegają cuda natury. Histeria potrzebuje tylko bodźca. Dalsza gra odbywa 
się pod dyktando instynktów i atawizmu. Organizm dostaje tylko rozkaz umierania, 
więc zaczyna grać rolę doskonałej śmierci. Ta Kozłowska jest wspaniałym okazem. 
Czego to ona nie potrafi!
— Wiesz — powiadam — zastąp teraz ty mnie w pracy, czuję się zupełnie 
wypompowany. Ta cała historia kosztowała mnie sporo nerwów.
— Daruj — zaśmiał się. — Nie mogłem przewidzieć. Wróciłem dopiero po 
jedenastej, obchód wieczorny był już skończony.
— Wszystko w porządeczku! — zameldowała dyżurna siostra.
— W takim razie idę spać. Dobrej nocy!
Nie wiem, która to mogła być godzina, chyba trzecia nad ranem, kiedy zbudził mnie 
ucisk na piersi i gorący oddech na policzku. Przerażony otworzyłem oczy, ale w krąg 
panowała ciemność. Do elektrycznego wyłącznika musiałem przebiec cały pokój. 
Zresztą nie mogłem się ruszyć, bo ten ktoś trzymał mnie, przyciskając do łóżka. 
Powoli wzrok się oswajał z mrokiem. Blask latarni ulicznej wystarczał do 
rozróżnienia sylwetki. Ujrzałem ją tuż-tuż przed sobą. Ten ktoś klęczał przy łóżku, 
całym ciężarem pochylony nade mną. Jego
błyszczące oczy z odległości paru centymetrów patrzyły na mnie.
— Niech pan doktor mnie ratuje, oni chcą zamordować... — sapał ochrypłym 
basowym głosem.
— Któż to oni? — spytałem, poznając twarz starego „wariata”. Skąd się cm tutaj 
wziął? — myślałem. Jak się teraz od niego odczepić?
— Jakże mogę pana ratować, sikoro pan mnie trzyma — powiedziałem głosem 
spokojnym. — Niech pan mnie puści i usiądzie spokojnie w fotelu.
Nie chciał usłuchać. Przytulił się jeszcze silniej. Przywarł policzkiem do mego 
policzka. Dygotał jak w febrze, sapał gorączkowo prosto w moje ucho:
— Oni chcą mnie zadusić. Oni tutaj zaraz przyjdą. Pana także zaduszą. Tak mówili. 
Musimy uciekać!
— A więc uciekajmy, niech mnie pan puści — podpowiedziałem.
— Nie... nie — bredził dalej. — Oni będą strasznie męczyć, torturować, lepiej może 
ja sam pana szybciej zaduszę i lżej... — to mówiąc jął mi po omacku szukać grdyki.
Tego już nie wytrzymałem. Kopnąłem draba, co sił w nogach zrywając się z sofki. 
Jednym susem byłem już na korytarzu. Nie chciałem podnosić alarmu. Za mną biegł 
wariat. Dopadłem portierni i tu dopiero wrzasnąłem na woźnego. Grał sobie 
najspokojniej w karty z sanitariuszem, tym właśnie, co miał pilnować chorego. 
Wspólnymi siłami obezwładniliśmy starca. Już przybiegła siostra dyżurna:
— Najmocniej przepraszam pana doktora, nie dopatrzyłam, to moja wina.
— Nie szkodzi. To raczej wina sanitariusza i on jutro za to odpowie. Tymczasem 

background image

proszę ułożyć chorego, już się uspokoił. Proszę mu dać krople walerianowe, dobrze 
zrobią. Gdy przyjdą ordynatorzy, zreferuję im sprawę i wariata się wypisze. Musimy 
uprzedzić wszystkie zmiany, żeby go już więcej do naszego szpitala nie kierowano.
Ale stało się zupełnie inaczej. Wariat pozostał w naszym szpitalu i to na dłuższą 
kurację. Jak to się stało, zaraz opowiem.
Tegoż samego dnia, po tej nocnej wizycie, pod koniec roboczodniówki, tuż przed 
odejściem ordynariuszy, powstał nagle rejwach...
— Panie doktorze, panie doktorze!... Prędzej na salę drugą — wołała siostra od 
progu. — Wariat popełnił samobójstwo!
Wpadam na jego salę. Leży ziemistoszary, w zagłębieniu zaś szyi, tuż pod jabłkiem 
Adama sadzawka krwi, spływa ona stamtąd ciurkiem na pościel. Krew ciemna, 
skądże taka ciemna? W tym miejscu są arterie, musiałaby krew tryskać. Nie mani 
czasu na medytacje. Wyrywam chustkę do nosa z kieszeni i zamaszystym ruchem 
ścieram krew z szyi domniemanego samobójcy. Żadnej rany. Szyja gładziutka i 
zdrowa.
— Poprosić tu doktora K.
W tym momencie wbiegli już na salę obaj ordynatorzy-interniści.
— Co?... Co się stało? — pytają nerwowo na wyrywki.
— Mnie się zdaje, że krwotok wewnętrzny żołądka — odpowiedziałem.
— Ach tak, oczywiście! — zawołał doktor K. — Oczywiście. Perforacja wrzodu 
żołądka. A ja nie domyśliłem się. Objawy zaburzenia psychicznego tak charak-
terystyczne dla tych spraw w tym wieku... oczywiście. Dawać go na chirurgiczny. 
Zoperujemy i cała wariacja się uleczy.
Tak więc wyjaśnił się los naszego „wariata”.

Śmierć nie czeka

— Już tylko trzy dni! — wyszeptał dziś na przywitanie, poprzez gasnący uśmiech 
zasuszonych warg, biedny umierający Józef. Chciał jeszcze coś swoim gadatliwym 
nawykiem mówić, ale już nie mógł. Brakło mu sił na otwieranie ust. Nie był to już ten 
dawny, wesoło uśmiechnięty, zawsze pogodny, zawsze życzliwy nasz Józef. Znikły 
dawno ostatnie dowcipy i przygasł połysk przyjacielskich oczu. Leży oto przede mną 
szaroziemisty niby trup, wychudzony do granic możliwości. Spoza rozpiętej piżamy 
wyglądają żebra szkieletu. Gdyby nie ten połysk wciąż jeszcze tlejących źrenic, 
trudno byłoby uwierzyć, że to ciało wciąż jeszcze żyje. I rzeczywiście, dawno by już 
skończył, gdyby nie ciągłe zastrzyki i lewatywy odżywcze. Doktor K. uwziął się. 
Musi żywego doprowadzić do mety. Już tylko trzy dni... trzy dni!...
— Ale cóż ci z niego, nawet jeśli dożyje — powiada dziś doktor Ch. — Wszakże on 
ręki już nie podniesie, żadnego papierka nie podpisze. A nawet kto wie, czy potrafi 
coś przytomnie stwierdzić. Cały ten sztuczny gmach może się zwalić. Wszystko 
okaże się na próżno.
Termin upływa 23 kwietnia. Ani godziny wcześniej. Jeżeli umrze przed tym 
terminem, rodzina znajdzie się na bruku. Jedynie mała, jednorazowa zapomoga — nic 
więcej. Jeżeli terminu dotrzyma, wówczas dostanie emeryturę, nawet wcale niezłą. 
Pacjent doskonale rozumiał. Iluż to rozmów byłem świadkiem.
— Zosiu! — przemawiał do żony — nie denerwuj się. Twardy jestem, nie dam się. 
Licho mnie nie weźmie. Przyjdzie kostucha wcześniej, to jej łeb ukręcę.
Ale z każdym następnym dniem obawy nasze rosły. Dzisiaj, zaraz po obchodzie, 

background image

doktor K. smętnie pokiwał głową:
— Oj, chyba nie dożyje. I cóż z nim robić, taki dobry człowiek...
— A może przesunąć datę zgonu? — podpowiedziałem.
— Ależ kolego! Co też mówicie! To kryminał — oburzył się doktor K. — To jest 
zbrodnia równorzędna z fałszowaniem podpisu. Zresztą zapisy i wypisy chorych idą 
chronologicznie. Poza tym o przyznaniu emerytury decyduje specjalna komisja. Oni 
protokolarnie stwierdzają zgon na miejscu, tutaj w szpitalu. Ha! — miejmy jeszcze 
nadzieję. Proszę kontynuować kroplówkę glukozy. Kamforę dostaje?
— Ależ oczywiście, regularnie. Sam pilnuję. A może by tak dostać skądś koniaku, 
podobno dobrze w takich wypadkach robi? — spytałem.
— A wiecie, kolego, doskonała myśl. Mam właśnie w domu butelczynę, to ją przyślę.
Już po południu mieszałem koniak z żółtkiem jajka i poiłem Józefa własnoręcznie, z 
łyżeczki. Nie trwało długo. Następnego dnia zaczęły się wymioty i... czkawka. Że 
jeszcze żył, świadczyły o tym oczy. Nie mówił już nic, tylko patrzył na drzwi, jakby 
stamtąd oczekiwał ratunku.
Dziś mamy 22 kwietnia. Pogoda śliczna, słoneczna, wiosenna. Rynsztokami spływają 
pierwsze deszcze. Wesoło na duszy i rześko na ciele. Szerzej się oddycha, a nogi 
same aż się podrywają do radosnych podskoków. Hej!
Hej! Młodość to jest wielka rzecz. Nic tak nie reaguje na wiosnę jak młodość. Jej 
świadomość rozsadza pierś, napina bicepsy, że się chce krzyczeć: „Hej!”
Pamiętam, jak sprężyście wbiegłem na szpitalne schody, skacząc po dwa stopnie na 
raz. Tężyzna zdrowia tryskała we mnie werwą humoru.
— Józef już dogorywa — melduje siostra dyżurna na powitanie.
— Dogorywa? — powtórzyłem bezprzytomnie, wiadomość ta nie chciała trafić do 
upojonego wiosną mózgu. — Przepraszam, nie dosłyszałem, kto dogorywa?
— Józef.
— A którego jest dzisiaj? — spytałem pośpiesznie.
— Dwudziesty drugi — odpowiedziała siostra.
— Więc został mu tylko jeden dzień. Czyż naprawdę nie dotrzyma?
— Niech pan doktor sam go zobaczy. Wchodzimy do separatki na palcach. Sam nie 
wiem,
czemu zbliżamy się do śmierci na palcach, jakby w obawie, aby życia nie spłoszyć.
Józef leży bezwładnie na płask w niezmiennej od tygodnia pozie. Oczy utkwił we 
drzwiach, tak jak wczoraj i przedwczoraj. Wiem, że obdarzał mnie szczególną sym-
patią. Witał mnie zawsze wesołym i serdecznym okrzykiem, potem już tylko gestem 
głowy, a ostatnio oczami. Tym razem kąciki warg z lekka drgnęły wysiłkiem mó-
wienia. Przybliżyłem do nich ucho, jak mogłem.
— Jeszcze... dzień... — usłyszałem szept.
— Tak, tak — stwierdziłem głośno. — Tylko jeden dzień. Wszystko będzie dobrze, 
nie ma obaw... — mówiłem twardo i mocno, pragnąc tą butą przełamać spazm, jaki 
mnie dusił za gardło.
Tym razem nawet się nie uśmiechnął, tylko zsiniałe wargi znowu się poruszyły. 
Ledwie słyszalnym tchnieniem wysylabizował: emerytura.
— Ależ tak, tak, naturalnie — stwierdziłem i chciałem dalej mówić, ale nie 
potrafiłem. Głupi spazm chwycił mnie za gardło, taki idiotyczny, dziecinny szloch. 
Odwróciłem szybko głową, aby nie zauważył. Spostrzegła to jednak siostra i... 
zawstydziłem się. Szybko wybiegłem z sali, wpadając w objęcia doktora K. Spojrzał 
wnikliwie w moje oczy i wzruszony, cichym głosem zapytał:
— Koniec?
— Jeszcze nie, ale chyba zaraz... — bąknąłem.
— Zastrzyk strofantyny. Zaraz strofantyny. Musimy go przetrzymać. Tylko 15 godzin 

background image

zostało.
— Dostał już wszystkie zastrzyki w maksymalnych dawkach, panie doktorze.
— To go obłożyć butelkami gorącej wody. Postępować jak z niemowlęciem, jak z 
wcześniakiem. Mleko z żółtkiem i koniakiem w odbytnicę. Robić, co tylko można, 
szkoda człowieka.
Ale co tu gadać. Szkoda słów. Co ma być, to będzie. Stoimy wszyscy troje na 
szpitalnym korytarzu, wpatrzeni w otwarte szeroko okno.
— O, proszę spojrzeć — przemówiła siostra, podnosząc ramię. — Kasztany już 
kwitną.
— Wiosna w pełni — stwierdził doktor K. i pokiwał głową.
— Kasztany — powtórzyłem jakoś bezmyślnie i właśnie w tej chwili, pamiętam to 
doskonale, rozległ się ostry, chrypliwy, nienaturalnie dziki, duszący się krzyk.
Wpadliśmy do separatki z powrotem. Bezwładem opuszczonych ramion, jakby 
wsparty o podłogę, zwisał do połowy wychylony z łóżka Józef.
Podnieśliśmy go z powrotem na poduszki. Na ustach miał krwawą pianę i toczył 
nieprzytomnie białkami oczu.
— Lecę do telefonu — zawołał doktor K. — Muszę tu zaraz ściągnąć tę wielką 
komisję. Niech pan pilnuje pulsu! — krzyknął jeszcze z daleka.
„Pilnować pulsu”! — jak mam to robić? Wysłałem siostrę po strofantynę, sam stałem 
bezradnie patrząc na chorego. Leżał teraz spokojnie, oczy miał otwarte i wciąż 
jeszcze żywe. Oddech nieregularny, zamierający na dłuższe odstępy. Nie miałem już 
najmniejszych złudzeń: konał.
W tym momencie chmara ptactwa siadła na sąsiednim drzewie. Zapamiętałem ten 
przedziwny szczegół. Wiosenny świergot ptaszków i cichy, ledwie dosłyszalny szept 
umierającego zlały się wówczas w jedno. Usłyszałem wyraźnie wypowiedziane 
słowo: „dożyć!”, po czym głowa Józefa bezwładnym skrętem opadła na ramię. Nie 
było chwili do stracenia. Wszakże ordynator potrzebował coś spisać, jakiś protokół, 
jakieś zeznanie. Najwyższy czas... ostatnie sekundy!
Wyskoczyłem na korytarz, aby wołać, ale doktor K. już sam biegł w moją stronę, a za 
nim stary ordynator szpitalny, jak zwykle nie dopięty i jak zawsze nie golony.
— Musicie w obecności pacjenta podpisać, że dziś jest dwudziesty trzeci kwietnia. 
Rozumiecie? Dziś jest dwudziesty trzeci kwietnia, początek dnia, parę minut po 
północy.
— Rozumiemy, panie doktorze — odpowiedzieliśmy zgodnym chórem.
Wiatr zaszeleścił gałęzią kasztana i odleciały ptaki.

Wędkarze sali piątej

Salę piątą, na końcu korytarza, często omijałem w wieczornym obchodzie. Po prostu 
nie było tam co robić. Zdawkowe rozmowy? Landrynkowe uśmiechy? Głupie i 
beznadziejne pocieszenia? Przelewanie z pustego w próżne? Po co ta cała komedia 
wobec tych nieszczęśliwych kikutów? Ci ludzie doskonale zdają sobie sprawę, że ich 
życie już się skończyło. Dla siebie, dla rodziny, dla społeczeństwa są tylko 
nieużytecznym kłopotem, tolerowaną z litości biedą. Kikuty z poobcinanymi 
kończynami, komicznie skaczące pokraki. Gdybyż to jeszcze nowoczesne protezy, ale 
kto by na taki luksus sobie pozwolił. Może państwo? Może ta kolej, która im 
kończyny obcięła? Wolne żarty. Kij w skórę oprawny i kule pod pachą to cały 
ekwipunek. Ich weselna odprawa. A renta — wystarczy na zupę i chleb, ale na jubkę 

background image

żona sama musi zarobić. Ubezpieczenia przedwojenne to istne kpiny.
Leży ich tam na tej piątej sali czworo, jeden gorszy połamaniec od drugiego. Sami 
kolejarze z nieszczęśliwych wypadków. Jeden tylko bez lewej nogi. Drugi bez 
kończyn całej lewej połowy, tak jak mu lokomotywa w pędzie obcięła. Trzeciemu 
brak obu stóp, a najgorszy ten czwarty bez obu rąk i bez obu nóg — sam tylko kikut 
do wożenia w wózku. Kandydat na ulicznego żebraka, model do wzbudzania litości.
Omijam ich salę nie dlatego, że tam ponuro i smutno, wprost przeciwnie, ta piąta sala 
aż kipi od humoru. Najweselsza ze szpitalnych sal. Witają każdego kaskadą 
beztroskiego śpiewu i śmiechu. Skąd się w nich bierze ten humor? Ale my, lekarze, 
mamy szczególnie wyrobioną świadomość nieszczęścia, jakie tworzą amputacje. Oni 
jeszcze tego nie wiedzą. Dopiero gdy wyjdą stąd w dawny świat, dawne życie i do 
dawnych, zdrowych ludzi. Gdy oparci niezdarnie o ścianę nie potrafią postawić przed 
siebie kroku i zaczną chwytać się muru, żeby nie upaść. Wówczas dopiero zginie im 
uśmiech z ust i my lekarze dobrze o tym wiemy. Dlatego nie lubię wchodzić na salę 
piątą. Każdy temat zadrażnia ambicję. Każdy obraz wywołuje tęsknotę. Ja, zdrowy 
człowiek, muszę w ich oczach wyglądać jak ironiczny wyrzut, a do tego jeszcze z 
racją czy bez racji przykładałem wszakże rękę do tego kalectwa. Brałem przecież 
udział w amputacji.
— Musi pan doktor zajść do nich, dawno tam nie byliśmy — powiada siostra, 
naciskając klamkę. Nie miałem już odwrotu, wszedłem więc zdawkowo uśmiech-
nięty.
— Dzień dobry starej gwardii! — rzuciłem niby wesoło i od razu się przestraszyłem 
własnych słów. Czyż to nie ironia z mojej strony? Czyż to nie kpiny? Oni i... gwardia. 
Gdzież to porównanie. Poczują się może dotknięci. I słusznie, jakże można tak 
przemawiać. Straciłem rezon. Prawdopodobnie spiekłem nawet raka.
— Dobry wieczór, doktorku! — odpowiedział wesoły chór podnoszących się z 
poduszek białych postaci.
W tej chwili zauważyłem rzecz dziwną, której nigdy dotąd nie spostrzegłem. Oto przy 
wezgłowiu każdego łóżka, oparty o ścianę stał długi kij, a z jego końca zwisał 
sznurek.
— A cóż to za broń? — spytałem. — Wybieracie się na wojnę?
I znowu łapię siebie na nietakcie. Jakże można podsuwać im taką ironię. Jakże ci 
biedni ludzie mogą się gdziekolwiek wybierać? Każde zdanie tutaj, w tej sali, staje się 
niestosowne. Jakże trudno z nimi rozmawiać.
— Gdy pan doktor przyjdzie do nas w nocy, sam na własne oczy zobaczy, co to za 
wojna — odpowiedział najbliższy kaleka.
— Boję się, a może to kije na mnie?
— Gdzieżby tam naszego doktorka bić! — zaprotestowali chórem. — Ale naprawdę 
serdecznie zapraszamy na widowisko. Początek o godzinie jedenastej w nocy. Rewia 
pierwszej klasy. Cyrk nie z tej ziemi... za jedne 10 groszy!...
— Ano, zobaczymy... — odrzekłem odchodząc.
Pochłonięty robotą zupełnie zapomniałem o tej swojej obietnicy. Dopiero gdzieś 
około północy, kiedy już zdejmowałem buciki do spania, we drzwiach dyżurki stanął 
mój opiekuńczy duch — siostra dyżurna.
— Sala piąta po raz trzeci już dzwoni, żeby poprosić pana doktora.
— Stało się co może?
— A cóż tam mogło się stać gorszego. Nie ma co już tam amputować. Prosili, żeby 
panu doktorowi powiedzieć, że zapraszają na rybki.
— Przyniósł im kto? — zaciekawiłem się.
— Nic nie wiem i niczego nie rozumiem, najlepiej chodźmy zobaczyć.
Idziemy wzdłuż korytarza, mijając otwarte drzwi kolejnych sal. Od niebieskich 

background image

nocnych lampek panuje błękitny półmrok. Od czasu do czasu rozlegnie się gdzieś 
cichy jęk albo astmatyczny, duszący kaszel. Wiosenne powietrze wywietrzyło 
przykre zapachy. Swobodniej się jakoś oddycha.
Ostrożnie naciskam klamkę „piątki”.
— Czemu tu drzwi zamknięte? — mruczę do siostry.
— Oni zawsze o to proszą — odpowiedziała. Przekroczyłem próg zupełnie ciemnej 
sali. Mimo woli
wyciągnąłem dłoń do wyłącznika.
— Niech pan doktor nie zapala! — rozległ się syczący szept od wewnątrz.
Zamknąłem więc za sobą drzwi i oparty o nie plecami czekam, co dalej nastąpi. Z 
wolna wzrok przywyka do ciemności. Poprzez dwa duże okna zakrada się blask 
latarni, wystarcza jej, aby rozróżnić łóżka, a na nich siedzące postacie w błękitnych 
piżamach. Każda z tych postaci trzyma w ręku kij. Z tych czterech kijów wybiegają 
na sam środek pokoju długie sznurki, na końcu każdego z nich widnieje kawałek 
słoniny albo mięsa.
— Co się tu dzieje? — spytałem.
— Tsss...! — uciszono mnie znowu chóralnie.
— Proszę się nie ruszać, zupełnie nie ruszać — szepczą. — Zaraz się rozpocznie.
Nie rozumiałem jeszcze tej całej komedii. Jakieś nocne misterium czy co?
Nagle w przeciwległym rogu sali zjawił się biało-czarny, łaciaty szczur i wahającym 
się, lękliwym truchtem wybiegł na środek.
— To Maciuś... to Maciuś! — przedstawił mi go szeptem najbliższy inwalida. — 
Wielki spryciarz, on przynęty nie weźmie, tylko dookoła obgryzie.
I rzeczywiście, łaciaty szczur obiegł przynętę kołem, każdą obwąchał, po czym usiadł 
przy największym kawałku i szybkim ruchem szczęk jął słoninę obgryzać.
— Szkoda prowizji... Szkoda na łajdaka prowizji! — szeptali wędkarze. — Lepiej go 
odstraszyć dla innych.
— Skądże tu te szczury? — spytałem siostrę. — Nie spodziewałem się tej plagi w 
naszym szpitalu. Zupełnie jak na jakimś starym wraku okrętowym.
— Cicho... cicho! — doleciał znowu przyciszony szept... — Już idą! Tym razem na 
arenę wyszła ich para, były znacznie mniejsze, jednokolorowe, nieufne i strachliwe. 
Lada szmer uciekały z powrotem w kąt. Dopiero po kilkunastu próbach dotarły do 
przynęty i wzięły się także do oskubywania słoniny. Różnica wzrostu była wielka. 
Widocznie matka z synkiem. W końcu matka łapczywie przełknęła resztkę nie 
dogryzionej słoniny. Z chóralnym wrzaskiem triumfu podbito kij. Szczur zatoczył 
piękne salto w powietrzu i z wysoka, prawie spod sufitu, klapnął na jedno z łóżek, 
skąd pośpieszną rajteradą poprzez kołdrę chorego uciekł pod podłogę. Przez cały czas 
tej ucieczki pacjenci pokładali się ze śmiechu. Takiej beztroskiej radości, takiej 
dziecięcej uciechy nie oglądałem w żadnym z dziecińców. Bili dłońmi w koce, kto 
miał nogę, ten nią wierzgał, a gdyby mógł, toby zatańczył oberka.
— Teraz pan doktor poznał nasze rybki — odezwali się wreszcie pełnym głosem. — 
To jedyna nasza tutaj rozrywka. Proszę częściej nas odwiedzać, postaramy się dla 
pana doktora o dobry kij, a słoninkę to nam z kuchni dają. Pani gospodyni także 
czasami tutaj zagląda.
Tak — pomyślałem odchodząc. Jakże niewiele potrzeba do radości, jedni ją widzą w 
każdej brzydocie, a drudzy odbierają sobie życie nie mogąc jej dostrzec. Chyba 
radość mieszka w nas samych i nie da się amputować z kończynami.

Brzuszki kurują się

background image

Przez jeden sezon pełniłem funkcję lekarza-instruktora wodolecznictwa i słonecznych 
kąpieli w państwowym sanatorium w Druskienikach pod Grodnem. Wielce pocieszna 
to była praca. Słońce jak słońce. Las jak las. Żywicą pachnące sosny, kryształowa 
rzeka, basen kąpielowy, gorący piasek — czynniki wspaniale leczące, zwłaszcza 
otyłe dyrektorskie brzuszki, których było tam najwięcej, Druskieniki bowiem cieszyły 
się ogromnym Wzięciem właśnie u takich sybarytyzmem podtatusiałych panów. Po 
prostu były one modne.
Rzeczą wiadomą jest, że każde skuteczne leczenie musi być prowadzone według 
ścisłej recepty. Przede wszystkim musi zaistnieć wiara pacjenta w mądre kie-
rownictwo lekarskie. Słońce i las bardzo pięknie, ale tego za mało. Trzeba jeszcze 
wiedzieć, jak w tym lesie chodzić i jak tym słońcem oddychać. Każdy „kuracjusz” 
lubi być prowadzony za rączkę. Każdy przepis, każde zalecenie musi być koniecznie 
poparte autorytetem; tym właśnie autorytetem, jako się rzekło, przez cały sezon letni 
byłem ja.
Istniały w Druskienikach dwa tereny: męski i żeński. Oba otoczone płotem ze ściśle 
dopasowanych desek, aby, broń Boże, ktoś nieproszony a ciekawski nie podpatrzył 
przez niedyskretną szparę, jaką ma figurkę pani ministrowa albo i sam pan dyrektor. 
W granicach obu płotów obowiązywała nagość, przykryta tylko czasem w wypadku 
nadmiernej indywidualnej skromności wąską przepaską imitującą figowy listek.
Każda kuracjuszka i każdy kuracjusz, jako kandydat do raju, przed rozpoczęciem 
spacerów na goło musiał stanąć z arkuszem białego papieru w długim ogonku, a 
kiedy doczekał się wreszcie swojej kolejki, lekarz-instruktor (to niby ja) wypisywał 
na tym arkuszu papieru najprzeróżniejsze „zlecenia”, oczywiście odpowiednie do 
stanu zdrowia danego golasa. Zlecenia wyglądały mniej więcej tak:
„Rano słoneczne naświetlenie minut 15 przez trzy dni, potem każdego dnia dodawać 
po minut 5 aż do 30 minut. Resztę czasu odpoczywać w cieniu. Spacer umiarkowany 
dookoła terenu przechodzić winien stopniowo w piętnastominutowy bieg, po czym 
wracać do normalnego marszu. Natrysk minut osiem, unikając moczenia głowy”...
Oczywiście każdy pacjent musiał posiadać nieco odmienne wskazówki, inaczej 
kuracja wyglądałaby szablonowo. Niełatwą więc rzeczą było wykombinować tyle 
odmiennych wariantów tego „racjonalnego” marszu albo „racjonalnego” naświetlania 
czy też kąpieli.
Żeby ułatwić sobie te „lecznicze” improwizacje, wymyśliłem kolorowe słupki. 
Znakomity wynalazek. Kierownictwo druskienickiego sanatorium było wniebowzięte 
i od razu mi entuzjastycznie przyklasnęło. Kolorowe słupki stanęły na skrzyżowaniu 
spacerowych ścieżek. Odległości wymierzono dokładnie. Od czerwonego słupka do 
zielonego metrów 25, a od zielonego do żółtego 50. Teraz moje recepty wyglądały 
już bardziej precyzyjnie, a w swoich leczniczych skutkach były wprost 
zdumiewające.
„Od czerwonego słupka do zielonego ma pan maszerować wolnym, nie 
przymuszonym krokiem; od zielonego do żółtego stopniowo przyśpieszać. Dalej od 
żółtego biec drobnym, miękkim truchtem, aż przy czerwonym znowu przejść w 
dowolny marsz. Przy niebieskim zatrzymać się i trzy razy głęboko westchnąć”.
Co to była za uciecha patrzeć na tych różnych wygodnickich sybarytów, liczących z 
nabożeństwem sekundy i badających kolory słupków, aby się, broń Boże, nie omylić. 
Te duże, zatroskane, egoistyczne dzieci bawiły się pysznie swą wiarą w lecznictwo. 
Odmierzali kroki, kłócili się o pierwszeństwo albo dzielili się wolnym terenem. 
Jednym słowem, przyjemnie było patrzeć na znakomite postępy tej wielce 
„racjonalnej” kuracji.
Ćwiczenia gimnastyczne prowadził w Druskienikach Pietkiewicz — znany w świecie 

background image

sportowym instruktor, absolwent CIWF. W innych godzinach prowadziłem ja sam. 
Oczywiście ani wiedzą sportową, ani doświadczeniem nie umywałem się do 
Pietkiewicza. Miałem poza sobą poznański kurs wf — i to wszystko. Nie byłem wart 
nawet wiązania sandałów temu doskonałemu sportowcowi. A jednak... jednak jego 
zespół bywał zawsze nieliczny, podczas gdy do mnie garnął się tłum chętnych 
kandydatów. Dlaczego? — Odpowiedź prosta: „ćwiczenia prowadził... lekarz!” Tylko 
takie ćwiczenia mogły pomóc.
Spośród licznych i mniej więcej szablonowych druskienickich kuracjuszy 
zapamiętałem jednego. Był nim rudowłosy przemysłowiec wileński, o białym, mocno 
piegowatym ciele. Miał śmiesznie wypukły okrągły brzuszek i cienkie, 
nieproporcjonalnie długie ramiona. Dałem mu na wstępie specjalnie wielce 
skomplikowaną listę kuracyjnych zajęć i z satysfakcją obserwowałem, jak przez 
pierwsze trzy dni, z zegarkiem w ręku, odmierza słupki i dopasowuje swoje 
ćwiczebne kroki do wypisanej na arkuszu recepty.
Czwartego dnia stanął na nowo do lekarskiego przeglądu w długim ogonku nagich 
kandydatów. Gdy po kilku godzinach dotarł wreszcie do mego gabinetu, spytałem 
zdziwiony:
— A pan tu po co jeszcze raz?
— A bo widzi pan doktor, zapomniałem zapytać, czy ręce, kiedy idę, mam trzymać 
wyprostowane w dół czy zgięte w górę?
Dostał wyraźną instrukcję i uspokoił się. Odtąd trzymał już zawsze ramiona przygięte 
jak w biegu.
Coś za tydzień, a może i za dziesięć dni, obchodząc kuracyjny teren zauważyłem 
mego pacjenta w łazience w pozycji leżącej na ziemi. Wzdłuż ściany biegł szereg 
mosiężnych kranów. Tkwiły one nisko na wysokości 40 centymetrów ponad podłogą 
i służyły do płukania stóp przed wejściem do basenu kąpielowego. Właśnie pod tymi 
kranami, na swoim wypuczonym brzuszku leżał mój ryży delikwent.
— Co pan tu robi? — zawołałem zdumiony.
— Kąpię się tak, jak pan doktor kazał, to znaczy bez moczenia głowy.
Rzeczywiście głowę miał wytkniętą poza obręb działania otwartych kranów.

 Czyszczenie śmietników

— Nasze morze, uważa pan, jest za mało reklamowane — mówił do mnie wojewoda 
toruński Władysław Raczkiewicz. — Z naszych wspaniałych piaszczystych plaż 
moglibyśmy uczynić drugą Riwierą, tylko brak odpowiednich urządzeń, 
przyzwoitych hoteli i w ogóle jakiej bądź troski o letnika-kuracjusza. Dlatego 
postanowiłem stworzyć specjalną placówką „lekarza klimatycznego” i o objęcie tej 
placówki właśnie proszą pana. Jest to sprawa nadzwyczaj pilna, już mamy marzec, 
musi więc pan natychmiast udać się w teren i działać. Przede wszystkim strona 
sanitarna. Poprawić stan higieny. Co tu zresztą długo gadać, nie będę pana uczył. Ze 
swej strony dopomogę we wszystkim, bylebym w porę był o to proszony. Reszty 
dokona naczelny lekarz wojewódzki, dr Kripendorf, zaraz mu pana przedstawię. 
Które z miast wybrzeża pragnie pan obrać za swoją bazę działania?
Nie namyślałem się długo. Puck leżał w samym środku podległego mi terenu, stamtąd 
będę mógł robić wypady na obie strony.
Dr Kripendorf okazał się człowiekiem przemiłym i ogromnie życzliwym. Obiecał jak 
najdalej idącą pomoc, podejmowałem więc pracę w optymistycznym i pełnym zapału 

background image

nastroju.
— Ze starostą wejherowskim to będzie pan miał niemały orzech do zgryzienia, jest to 
formalista mało życiowy — rzucił doktor na pożegnanie. Ale ja nawet nie słuchałem. 
Układałem już błyskawiczny plan działania. I rzeczywiście ustanowiłem rekord 
szybkości. Dosłownie w trzy dni urządzałem już mieszkanie w Pucku, a na czwarty 
dzień przyjechał Żorżyk, był to sanitarny kontroler, zarekomendowany mi przez 
profesora higieny. Żorżyk był Rosjaninem z pochodzenia, ale zasymilowanym przez 
kulturę polską. Mówił z akcentem rosyjskim, a nierzadko szpikował obcymi 
wyrazami. To właśnie okazało się wkrótce naszym wspólnym nieszczęściem. 
Ludność kaszubska przezwała go od razu „Ruskiem”. Żorżyk był małego wzrostu i 
raczej o brzydkiej twarzy, nerwus straszliwy i niepohamowany impetyk. Nie potrafił 
swoich uczuć ani okiełzać, ani ubrać w dyplomatyczne szatki. Reagował szczerze i 
wylewnie, może nazbyt wylewnie, i to mu nie jednało przyjaciół, zwłaszcza tutaj na 
tak odmiennym psychicznie terenie. Jednym słowem, przedstawiał on sobą duszę 
słowiańską, z rosyjska mówiąc: „na rospaszku”. Do pracy wziął się ostro i także 
może... zbyt ostro. Co prawda, ostrość ta była w całej pełni usprawiedliwiona, gdyż 
stan sanitarny naszego wybrzeża przedstawiał się ultra tragicznie, co i dziś jeszcze 
możemy stwierdzić. Z powodu braku odpowiednich lokali wczasowych większość 
letników zmuszona była (i jest do dzisiaj) korzystać z domów prywatnych, całkowicie 
nie dostosowanych do tego przeznaczenia. Nie mówiąc już o łazienkach, ustępów 
przeważnie nie było, a jeśli i były, to ich stan wołał o pomstę do nieba. Poza tym 
królowały jeszcze tak zwane „gnojowniki” na samym środku mieszkalnego 
podwórka.
Jedynym wyjściem z tej sytuacji były ostre nakazy likwidacji tego stanu rzeczy z 
zagrożeniem policyjnymi mandatami. Może by ta metoda dobre dała wyniki, gdyby 
nie pochodziła od „Ruska”. Żorżyk, jako się rzekło, był raptusem o niewyparzonej 
gębie i nie potrafił znieść nerwowo niektórych obrazków obyczajowych, a jakie to 
były obrazki, właśnie zamierzam opowiedzieć.
Któregoś, na przykład, dnia idąc ulicą Pucka natrafiłem na rynsztok przecinający w 
poprzek całą jezdnię. Żółta zawartość i obrzydliwy zapach nie budziły najmniejszej 
wątpliwości. Ten otwarty ściek kloaczny prowadził w bramę domu prywatnego, a 
stamtąd na ukos poprzez spore podwórko do ustępu, którego stan nie da się opisać, 
coś ultra wstrętnego, braknie słów do wyrażenia odrazy. Mój biedny Żorżyk aż 
pozieleniał na twarzy. Z papierosem w zębach rzucił się bez słowa kołatać w drzwi 
właściciela. Niestety, były zamknięte. Dom pusty. Wywiad wkrótce ustalił, że 
właścicielem tym jest radny miasta Pucka. Nazajutrz otrzymał on nakaz sprzątnięcia, 
ale czy go wykonał?
Z innym radnym spotkaliśmy się po paru dniach, kiedy wybraliśmy się na rewizję 
sanitarną miejscowej masarni. Izbę zastaliśmy ogromną i dokładnie wymiecioną. 
Urzędował w niej sam masarz i jego małoletni pomocnik. Na środku izby stał wielki 
gliniany piec do gotowania mięsiwa. U góry widniał niewiele mniejszy zbiornik 
cynowy, prawdopodobnie do wody, takeśmy pomyśleli, ale na wszelki wypadek 
Żorżyk przystawił stołek i wlazłszy nań, zapuścił swoją dłoń za brzegi zbiornika.
— Fu! Cholera! — zaklął siarczyście, zeskakując nagle ze stołka. Wymachując ręką, 
szybko pobiegł do najbliższego kurka spłukać dłoń. Niestety, zamiast wody zaczęły z 
kranu wypadać tłuste, dobrze odkarmione mięsem robaki. Rura do kranu biegła 
właśnie od tegoż zbiornika. Tym razem nie obeszło się bez drabiny. Żorżyk wlazł i 
stwierdził, że ten właśnie cynowy zbiornik pełny był po brzegi bydlęcych jelit 
macerowanych przez robaki. Wewnątrz wszystko się ruszało. Na oburzenie nasze 
zdziwiony masarz wyjaśnił, że metoda ta jest powszechnie stosowana. Jelita z uboju 
poddane bywają naturalnemu procesowi maceracji i dopiero pod koniec procedury 

background image

wypłukuje się martwe już robaki, po czym kiszki idą do produkcji.
Upłynęło kilka tygodni. Czerwcowe słońce zaczęło przypiekać. Z upałami zjawiły się 
tłumy turystów. Wyroiły się wózki z lodami i budki z lemoniadą. Mijając je, 
przeglądamy butelki pod słońce. I, o święty Boże! Czego tam nie ma! Nie mówię już 
o źdźbłach siana, o jakichś tam pyłkach i osadach, ale gorsze są skrzydełka much i 
wreszcie — resztki karaluchów. Dowiaduję się, skąd pochodzą te dziwne jakieś 
zielone nalepki. Oczywiście z mego Pucka. Fabryczka, jak się okazuje, tkwi tuż pod 
moim nosem. Nie czekam długo. Natychmiast już jesteśmy tam z Żorżykiem. Dwie 
izby. Na środku jednej z nich stoi dieslowy motorek do napełniania butelek 
lemoniadą. Drugą izbę wypełniają przeróżne baseny i zbiorniki do gotowania wody, 
żaden z nich od dawna nie był w użyciu, wszystko to oblazłe z farby, brudne i 
zardzewiałe. Ściany obu pomieszczeń niechlujne, zanieczyszczone, szparami biegają 
prusaki, całość przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Nie mam oczywiście innego 
wyjścia, jak tylko nałożyć plomby na pas transmisyjny motoru, z nakazem remontu 
lokalu i wszelkich zbiorników. Właściciel wcale się nie przejmuje moimi 
restrykcjami. Arogancko się uśmiecha twierdząc, że plomby i tak zostaną zdjęte, bo 
on ma brata legionistę w Warszawie i ten będzie wiedział, co z nami zrobić. 
Wychodzimy nieco skonfundowani.
Po kilku dniach znowu łapię w kiosku brudną lemoniadę z takimiż nalepkami, a więc 
produkcja trwa, ale jakim cudem? Wszakże plomby są nałożone. Biorę policjanta i 
razem we trójkę zjawiamy się w fabryczce. Brud jest taki sam jak przedtem. Remont 
wcale nie rozpoczęty. Bezczelny właściciel traktuje nas jak pan, i władca. Widocznie 
otrzymał list z Warszawy. Już zamierzamy opuścić lokal nie wykrywszy żadnego 
przewinienia, gdy nagle policjant nasz cofa się, wraca do motoru, przyklęka przy nim 
i maca sznurek od plomby. Kręci go chwilę w palcach, aż całkowicie rozkręca. 
Włókna poprzecinane w różnych odległościach i zlepione białkiem ustąpiły. Plomba 
spadła. W ten więc sposób odchodziła nocna produkcja. Wypisuję nowy mandat 
karny, ale po co???
Za kilka dni telefon z Torunia. Mówi naczelny wojewódzki lekarz, dr Kripendorf:
— Kolego! Dobra nowina. Mogę wygospodarować dla was parę tysięcy złotych, 
została mi resztówka w sanitarnym budżecie. Na co chcielibyście wydać?
— Na chodnik do plaży w Jastarni i porządny publiczny ustęp w tejże miejscowości 
— zawołałem, podskakując radośnie. Tego mi najbardziej brakowało.
— Zgoda. Jutro dostaniecie gotówkę, tylko załatwcie zaraz formalność ze starostą w 
Wejherowie, on musi wystąpić z wnioskiem.
Telefonuję do starosty. Czekam niedługo.
— Panie starosto! — wołam radośnie. — Dr Kripendorf wygospodarował dla mnie z 
działu sanitarnego dwa tysiące, trzeba tylko wystąpić z formalnym wnioskiem na 
budowę chodnika do plaży w Jastarni oraz ustępu publicznego, najserdeczniej o to 
proszę.
— Jak to? — odezwał się nadęty głos w słuchawce. — Kto tu będzie decydował o 
potrzebach wybrzeża, ja czy pan? Już ja sam tę sprawę z doktorem Kripendorfem 
załatwię. — No i załatwił. Ani on, ani ja pieniędzy nie dostaliśmy. Letnicy w Jastarni 
dalej brnęli poprzez zaśmiecony piasek.
Natomiast ja wkrótce otrzymałem wezwanie do Torunia. Wojewoda Raczkiewicz 
miał zatroskaną twarz.
— Widzi pan, doktorze! — powiedział. — Zbyt ostro pan wziął się do roboty. 
Zwłaszcza ten pański sanitariusz „Ruskiem” przezwany. Kaszubi go nienawidzą. My, 
uważa pan, ludzie z wschodnich kresów nie pasujemy do tutejszej psychiki. Inny 
świat. Tyle skarg, nie mogę się obronić. Radni miasta protestują, podobno pan 
wymaga od nich niestworzonych rzeczy. Mało tego, Warszawa nawet ingeruje. Jakiś 

background image

pułkownik z ministerstwa skarży się, że jego bratu oplombował pan fabryczkę 
lemoniady. Jednym słowem... rewolucja. Wczoraj miałem tu delegację, a do tego 
jeszcze sam starosta jest przeciwny panu.
— A doktor Kripendorf? — bąknąłem nieśmiało. — Jaka jest jego opinia o mojej 
pracy?
— Jak najlepsza, ale dr Kripendorf wyjechał właśnie na miesięczny urlop, a tu żądają 
natychmiastowych zmian. Jeszcze co do pana, to nie nalegają, ale ten kontroler 
„Rusek” musi natychmiast odejść.
— Nie, panie wojewodo, mój kontroler ma najświetniejszą opinię profesora higieny 
na Uniwersytecie Wileńskim, poza tym jest człowiekiem uczciwym, nie dającym się 
przekupić łapówkami, jest pełen szlachetnego zapału, jednym słowem — jest 
człowiekiem najodpowiedniejszym na swoim stanowisku, a to że wsadził kij w 
zaśniedziałe mrowisko, to tylko przemawia na jego korzyść. Dla świętego spokoju 
odejdziemy razem.
Tak się skończyła moja praca na wybrzeżu polskim.

Mundur to ważna rzecz

— Za tydzień zamelduje się pan u mnie w mundurze! — zakończył rozmowę 
dyrektor Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni, odprowadzając mnie uprzejmie do 
samych drzwi, ja zaś wychodząc pomyślałem: jak ten mundur ma wyglądać i u kogo 
mam go uszyć? Tutaj, w Gdyni, ludziska są zżyci z problemami morza, więc na moje 
naiwne pytanie wybałuszą oczy i zaczną żartować albo kpić, lepiej zostawić sprawę 
otwartą. W Warszawie pójdę do dowództwa Marynarki Wojennej i dowiem się 
wszystkiego.
Nazajutrz byłem już w dowództwie. Wchodzę do olbrzymiego hallu, mam tremę. Nie 
znoszę „wysokich” urzędów z ich atmosferą dygnitarstwa. Podchodzę do woźnego.
— Mój panie! Kto by tu mógł mnie poinformować, jak ma wyglądać mundur... uważa 
pan... mundur specjalnego oficera marynarki. — Nie chciałem wykładać kart na stół, 
a’ zdałem sobie sprawę, że wyszło jakoś śmiesznie. Spojrzał na mnie spod oka niby 
kelner na klienta, szacując widocznie możliwość napiwku.
— „Specjalnego oficera”, to znaczy jakiego oficera?
— No, na ten przykład.... lekarza...
— Lekarza? — powtórzył niedowierzająco i jeszcze raz obejrzał mnie badawczo od 
stóp do głowy. — To niby pan? — zdziwił się.
— Mniejsza o to. Chodzi mi o mundur lekarza marynarki, jak ma wyglądać.
— Ano — wysylabizował powoli, podnosząc palec do góry — w tej kwestii 
kompetentny będzie sekretarz wydziału personalnego piętro drugie, pokój 274. Winda 
zaraz w prawo.
Któż by tam windami jeździł w takim ważnym i oficjalnym gmachu. Jeszcze się 
niechcący z samym ministrem w windzie spotkam, dopieroż będzie kawał. Wolę 
skakać po dwa schodki w górę, mam wszakże dopiero dwadzieścia osiem lat!
Pukam we wskazane drzwi bardzo cicho i bardzo nieśmiało. Dopiero później, 
znacznie później nauczę się wchodzić bez pukania i władczym gestem głowy przywo-
ływać niepewne urzędniczki do obsługiwania. Wówczas tej niezawodnej metody 
jeszcze nie opanowałem.
— Czego pan sobie życzy?
— Widzi pani — zacząłem przestępując z nogi na nogę — zostałem zaangażowany w 

background image

charakterze lekarza Szkoły Morskiej i kazano mi sporządzić mundur. Nie wiem, jakie 
mają być galony. Oficerowie marynarki handlowej umieszczają na rękawie złotą 
kotwicę, ale ja chyba tego zrobić nie mogę, bo nie jestem nawigatorem.
— Panie Stanisławie! — zwróciła się sekretarka do jednego z mężczyzn. — Zechce 
pan załatwić tego klienta.
— Czym mogę służyć? — padło nowe pytanie i da capo referuję sprawę, czując jej 
niestosowną i zbyt małą powagę.
— Kto panu kazał szyć ten mundur? — zapytał mężczyzna.
— Jak to kto? — zdziwiłem się. — Alboż to ważne?
— Chciałem powiedzieć, na jakim statku będzie pan pływał?
— Na „Darze Pomorza”.
— To marynarka handlowa, nie nasza, wojenna — stwierdził.
— Ależ naturalnie — zgodziłem się. — Sądzą jednak, że przepisy mundurowe są 
podobne.
— No więc cóż... — zaczął urzędnik z wielką powagą — granatowe sukno, 
marynarka nieco wcięta, dwa rzędy mosiężnych guzików...
— Ależ — przerwałem elokwencję — ja o tym wszystkim wiem, chodzi mi tylko o 
galony na rękawie, jaki znak mam wyhaftować? Czy są jakieś przepisy?
— Hm... — chrząknął urzędnik — właściwie to żadnych przepisów dla lekarzy nie 
ma. O, tutaj ma pan kolorową planszę z wszystkimi oznakami mundurowymi, ale 
lekarzy nie uwzględnili. Po prostu zbyt ich mało w służbie. Rzeczywiście zabawne, 
po prostu zapomnieli uwzględnić...
— Więc co mam robić?
— Wszakże macie swój lekarski emblemat, zdaje się, dwa węże Eskulapa, na 
kielichu, jeśli się nie mylę.
— Ma pan rację, ale nie jestem pewien, czy mogę to wyhaftować.
— Mam dobrą myśl! — krzyknął nagle urzędnik. — Niech pan idzie do naszego 
krawca, on rozstrzygnie.
Bardzo dobry pomysł. Już idę pod wskazany adres,
— Kogo widzę! Co za miłe spotkanie! — pada nowy okrzyk i przede mną staje chudy 
jegomość w mundurze oficera marynarki, ale go dalibóg nie znam. Nie przypominam 
go sobie. Niby znajoma twarz, ale nie mogę skojarzyć jej rysów z jakimiś 
przeżyciami.
— Pan mnie nie poznaje — domyślił się. — Jestem jednym z czterech pływaków, 
którzy pierwsi usiłowali przepłynąć Zatokę Gdańską, teraz pan sobie przypomina?
— Ależ oczywiście! — zawołałem ze szczerym wybuchem radości ściskając podaną 
dłoń. Doskonale pamiętam. Obraz sprzed dwóch lat nagle stanął mi przed oczami jak 
żywy. Bawiłem wówczas na Helu z wędrownym obozem swojej harcerskiej drużyny, 
gdy zapowiedziano ten pierwszy pływacki rajd. Hel—Gdynia. Eskortować miał jacht 
i szalupa, do załogi tej właśnie szalupy zwerbowano mnie i Janka Meysztowicza, 
mego przybocznego. Aż oto na przeszkodzie stanęła pogoda. Nazajutrz od samego 
rana zagwizdał sztormowy wiatr i olbrzymie, wściekłe fale przewaliły się poprzez ka-
mienne molo rybackiego portu. Typowy dla „polskiego” morza nagły spadek 
temperatury i ziąb wywołujący dreszcze. Pływacy stanęli jednak w komplecie: dwie 
panie i dwóch panów. Jakby się umówili — jedna gruba, druga cienka i jeden gruby, 
drugi cienki.
— Pogoda okropna, szkoda zdrowia, nie warto ryzykować — odradzał ktoś z 
komitetu.
— Z tarczą albo na tarczy! — wykrzyknął z patosem ten właśnie grubas, wypinając 
dumnie muskularną pierś, reszta skromnie milczała.
— Raczej byłbym za odłożeniem imprezy — bąknął chudy, ten właśnie, który stanął 

background image

w tej chwili przede mną na ulicy warszawskiej.
— Nie, nie! — zaprotestował wówczas bohaterski grubas. — Nie wolno się cofać, 
skoro już wszystko zorganizowane i zapowiedziane.
— A więc z Bogiem! — zgodziły się obie panie i pierwszy skoczył do wody 
bohaterski grubas, za nim w ślad poszła reszta pływaków. Wkrótce cała ich czwórka 
ukazała się za rufą naszej eskortującej szalupy.
Utrwaliło mi się w pamięci to wariackie wiosłowanie, kiedy raz po raz wiosła 
wyskakiwały z fal zrywając mięśnie. Natarłem sobie dłoń do krwi i przekląłem w 
duchu swoją głupią decyzję.
— Psiakrew! — klął także nasz sternik. — Zachciało się płynąć w taką pogodę.
— I tak, i tak nie dopłyną! — odpowiedzieliśmy zgodnym chórem i właśnie, jakby na 
potwierdzenie tych ponurych horoskopów, bohaterski grubas począł wzywać pomocy 
i zaraz wylazł na pokład jachtu, ani z tarczą, ani na tarczy. Zostało ich troje. Dobrze 
sobie przypominam, właśnie zaczęto szeptać i między sobą, że ten chudy, co jeszcze 
płynie, jest kapitanem marynarki. Teraz on właśnie stoi przede mną...
— Może byśmy tak zaszli gdzie na jednego? — zaproponował.
— Czemuż by nie — ucieszyłem się.
Staliśmy na Nowym Świecie niedaleko baru „Pod Setką”.
— Ogromnie cieszę się, że pana widzę — zaczął, kiedyśmy siadali przy stoliku. — 
Bo wszystko, co się wiąże z przebytym trudem, z jakimś niebywałym zmaganiem się, 
to wszystko, uważa pan, zostawia w nas niezatarty ślad. Bardzo chętnie wracamy do 
wspomnień. Musieliście wówczas mieć solidną zgrywę na tej szalupie...
— Zgrywę jak zgrywę — odparłem wesoło — ale pęcherze na dłoniach, i to jakie 
pęcherze!
— Co też pan mówi? To każdy z nas cierpiał po swojemu. Ja przemarzłem w 
najokrutniejszy sposób, no i dostałem zapalenia płuc, ledwiem się wykaraskał, to nie 
żarty, w taki ziąb.
— Od dziewiątej rano do siódmej wieczór w wodzie. Wszakże pan zrezygnował tuż, 
tuż przed końcem. Gdynię było widać jak na dłoni.
— Ale sromotnie poddałem się, proszę mi wierzyć, już nie mogłem. Mgła zachodziła 
na oczy. Po prostu zamarzłem.
— Zostały jeszcze obie kobiety — zauważyłem niepotrzebnie.
— A właśnie, właśnie... ale one mają grubszy podkład tłuszczu...
— No, to cyk! — odrzekłem, wznosząc pierwszy kieliszek.
— One także zrezygnowały — mruknął, jakby się usprawiedliwiając.
— Tak — potwierdziłem — ale jedna z nich, ta śpiewaczka operowa z Poznania, 
zrezygnowała jedynie przez solidarność, była w pełni sił, czy pan wierzy, przez cały 
czas śpiewała nam do wtóru, płynąc tuż za rufą szalupy.
— I była wcale, wcale niebrzydka — dodał, wypijając drugą kolejkę.
— Te przeklęte pęcherze na dłoniach przeszkodziły mi w obserwacji, nie 
zauważyłem. Pan kapitan pojęcia nie ma, co za wściekły ból.
— Co pan dziś robi? — przerwał nagle.
— Szedłem do krawca szyć mundur. Zostałem zaangażowany przez Państwową 
Szkołę Morską, no i mam zameldować się w mundurze... Cyk!
— Ho, ho! Znakomicie, więc wypijmy podwójnie za powodzenie w pracy na tej 
nowej placówce.
Wypiliśmy. I jeszcze raz, i jeszcze kilka. Świat zaczął mi się trochę bujać. Było 
szalenie wesoło. Już nie pamiętam, o czym dalej była mowa, wiem tylko, że szliśmy 
ulicą w bardzo dobrej komitywie. Dzień już dawno się skończył, była nawet późna 
godzina.
— Zaprowadzę pana do naszego ministerialnego krawca — powiedział kapitan, 

background image

zatrzymując się przy pomocy latarni.
— Ministerialnego? — powtórzyłem niechętnie — to będzie bardzo drogo.
— Wiele pan zarabia w tej szkole? — spytał obcesowo.
— Siedemset złotych — odparłem.
— No to nad czym się zastanawiać, raz się żyje. Mundur to mundur. Musi być jak z 
igły, panie dzieju...
— Ale żaden krawiec o tej porze nie urzęduje — protestowałem.
— Nie szkodzi — odparł kapitan z uporem pijanego. — „Za pieniądze ludzie podli, 
za pieniądze ksiądz się modli”.
Dzwoniliśmy długo, aż jakaś niedoubrana niewiasta otworzyła drzwi. Nie chciała 
wpuścić, ale kapitan powiedział głosem nie znoszącym oporu, że sprawa jest pilna i 
nie cierpi zwłoki. Dopinając spodnie, zjawił się w koszuli krawiec. Na widok 
kapitańskiego munduru twarz mu zmiękła i usłużnym ruchem wskazał na drzwi do 
pracowni.
— Ja, uważa pan, w sprawie zamówienia munduru dla tego oto pana doktora Szkoły 
Morskiej w Gdyni. Mundur ma być koniecznie na jutro.
— To niemożliwe — zaśmiał się krawiec — gdzieżby na jutro...
— Mam tydzień czasu, panie kapitanie — podpowiedziałem cicho.
— Mów do mnie Jasiu — odrzekł czule, kiwając się na obu obcasach. — Tu, panie 
dzieju, nie ma mowy o długim czekaniu. Zapłacimy panu wiele tylko trzeba, byle 
szybko i byle dobrze.
— Te galony — szepnąłem. — Jaką oznakę ma lekarz?
— Wyhaftuję węża eskulapa na kielichu — odrzekł krawiec, kłaniając się uprzejmie. 
Znać obietnica ekstra zapłaty uczyniła na nim dobre wrażenie. Kłaniał się więc biorąc 
miarę i kłaniał się tak nam aż do drzwi.
Rzeczywiście miałem mundur w trzy dni, ale zapłaciłem krocie. Mniej więcej tyle co, 
skromnie szyjąc, dałbym za dwa mundury.
Na rękawie widniał piękny złoty kij z wężem dookoła.
— Ale to nie kielich, to kij — zwróciłem uwagę.
— Kielich, uważa pan, to znak farmaceuty, panu doktorowi należy się kij.
Rzeczywiście — pomyślałem — i to solidne kije. Założyłem ten mundur i zaraz 
wybiegłem na ulicę Marszałkowską. Mijam jakiegoś oficera piechoty, a ten bije mi w 
dach. Salutuje. Zapłoniłem się niczym dziewica. Czyżby jakaś pomyłka? Może to 
mundur marynarki wojennej?
Zachodzę do bramy, zdejmuję czapkę, oglądam ją uważnie. Wszystko jest wyraźne. 
Znak marynarki handlowej. Czyżby się oni na mundurach nie znali. To strasznie 
żenuje.
Ostatnia jeszcze próba. Wychodzę na chodnik i zaraz jakiś kapitan piechoty salutuje. 
Do licha! Dość z tą przykrą maskaradą. Wbiegam z powrotem do mieszkania i 
zrzucam mundur. Nie będę w nim chodzić. Chyba w Gdyni. Tam muszą się znać na 
dystynkcjach.
Mija kilka dni i oto jestem raz pierwszy w messie oficerskiej na statku „Dar 
Pomorza”. Moi koledzy, a przyszli przyjaciele, oglądają mnie nieufnie i z przekąsem. 
Widzę wyraźnie, że się im coś we mnie nie podoba. Jakieś przykre niedomówienie 
zawisło pomiędzy nami. I tak trwało kilka tygodni, aż wreszcie na czyichś imieninach 
i przy kieliszku języki się rozplatały. Wszystkiemu był winien znak, ten głupi znak. 
Sądzili, że mi specjalnie zależało na tym, aby ten wąż eskulapa podobny był do 
kotwicznej liny, a kij do kotwicy. Mówiąc krótko podszywałem się pod nawigatora, 
robiłem z siebie zejmana, czyli nadepnąłem na najczulszy odcisk marynarza. Oni nie 
znoszą podobnej konkurencji.
Te parę tygodni kosztowało mnie sporo nerwów, bo moi przyszli przyjaciele mieli 

background image

niewyparzone języki, a przy tym sporą dozę złośliwego dowcipu. Zwłaszcza Tadeusz 
Meissner dawał mi się we znaki, a Strzembosz dzielnie wtórował. Już mi ten cały 
eskulap gardłem wyłaził, aż go wreszcie sromotnie odprułem. Wkrótce pod lekarskie 
galony wprowadzono czerwoną podkładkę i cała sprawa w ten sposób została 
zlikwidowana. Ale mnie to kosztowało sporo nerwów.

W mundurze marynarza

Żeglarskie krotochwile

W okresie międzywojennym statek szkolny „Dar Pomorza” miał zupełnie inne 
pływania. Wczesną wiosną, gdy wrócił z dalekiej zimowej wędrówki, załoga brała 
urlopy, statek odpoczywał, a nowy narybek Szkoły Morskiej zdawał egzaminy 
wstępne. Żółtodzioby wkładały mundury, aby wróciwszy do swoich rozproszonych 
po Polsce domów imponować różnym „wielbicielkom morza” kołyszącym się 
krokiem zejmana i dalekim spluwaniem przez zęby.
Pod jesień „Dar Pomorza” zaczynał się gotować do nowej zimowej, tropikalnej 
wędrówki: burty malował, żagle cerował, sposobił liny. Urlopowicze ściągali do 
pracy. Żółtodzioby stawały do ćwiczeń. Pojęcia nie mieli o żaglu, a tu czekały ich 
sztormy. Jakże poruczyć statek tak niedoświadczonym rękom? Więc dzień po dniu na 
redzie w Gdyni odbywały się ćwiczenia.
Tego dnia dano właśnie znak, aby zakończyć wiosłowanie, i szalupy zaczęły 
podchodzić pod burtę. Komendant statku, kapitan Konstanty Matyjewicz-
Maciejewicz, osobiście doglądał z pokładu sprawności dobijania szalup. Każda z nich 
miała podejść pod talię i zahaczyć ją, po czym załoga szalupy po linach wdrapywała 
się na pokład. W szalupie zostawało dwóch wioślarzy, aby nadzorować pracę talii — 
tych wciągano na górę razem z łodzią.
W jednej z szalup zostało nie dwóch, lecz trzech chłopców. Spostrzegłszy to, kapitan 
Maciejewicz — jak zawsze w wypadkach uchybień pracy załogi — wpadł w pasję. 
Jako nauczyciel szkół rosyjskich nie mówił po polsku poprawnie, brakowało mu 

background image

często słów, zwłaszcza w chwilach zdenerwowania. Tak więc i teraz — gdy krew 
zawrzała w nim z oburzenia na widok kołyszącej się u burty szalupy z trzema, a nie 
dwoma wioślarzami — wrzasnął na całą zatokę:
— Liszni wyłaź!
Nastąpiła konsternacja. Nikt nie rozumiał. Wszyscy — i ci, co wyszli już na pokład, i 
trójka, co pozostała w szalupie — sprężyli się ze strachu na baczność. Śmiertelna 
cisza zaległa statek. Nagle rozległ się po raz drugi, już bardziej zrozumiały — choć 
jeszcze groźniejszy i jeszcze donioślejszy — krzyk:
— Liszni wyłaź!
Uczniowie struchleli. Ci trzej w szalupie, widząc wlepione w siebie płonące 
wściekłością oczy komendanta, zbledli. Pochyliły się głowy jedna do drugiej.
— Ty jesteś Liszni?
— Nie, nie ja.
— To może ty Liszni?
Wreszcie któryś zdobył się na odwagę i zadzierając w górę twarz zaraportował:
— Tutaj nie ma Liszniego, panie komendancie!
I oto nagle groźny przed chwilą komendant chwycił się za brzuch w paroksyzmie 
szczerego i głośnego śmiechu. Pojął pomyłkę („liszni” w języku rosyjskim znaczy: 
zbędny, nadliczbowy). Lubił kawały, więc śmiał się sam z siebie, a za nim rechotali 
wszyscy.
Tej jesieni „Dar Pomorza”, idąc jak zwykle w rejs południowoamerykański, zahaczył 
o Kopenhagę. Nie mieliśmy tam stać zbyt długo, ot, zaledwie półtorej doby, ale i tego 
wystarczy do szczerej zabawy. Każdy lubił Kopenhagę z jej wesołym miasteczkiem i 
łatwością zawierania znajomości z dziewczynami pełnymi temperamentu i 
bezpośredniości. Duńczycy to naród morski, więc i córki ich oceniają należycie 
błyskotliwą wartość załogi statku szkolnego. Dziś tu — jutro tam. Siady się zatrą. 
Przeżycia sentymentalne — najmilsze wspomnienia. Z Kopenhagą nigdy nie było 
kłopotów: ledwie uczniowie opuścili pokład, ledwie znikli grupkami za zakrętem 
ulicy, już wracają pod rękę z dziewczynami. Zagruchani, wniebowzięci, 
dżentelmeńscy.
W drugim dniu pobytu przyjmowano rewizyty gości. Statek stał na redzie, więc od 
rana wiosłowe szalupy przywoziły i odwoziły zwiedzającą publiczność. Rodzice z 
córkami albo i same córki. Synków mniej (tylko ci interesujący się żaglami). Łaziło 
to całe towarzystwo po pokładzie, zaglądało w każdą szczelinę, pytało o każdy 
szczegół. Trwało to aż do obiadu, kiedy ostatni goście opuścili statek. Na obiedzie 
miał być konsul RP ze swoją świtą i gronem miejscowych dygnitarzy. O godzinie 
drugiej podnosimy kotwicę.
Wszystko odbyło się według programu. Przed obiadem ostatnie dziewczynki 
dyskretnie, przesyłając całusy, odpłynęły w „siną dal”. Niejedno młode serce wes-
tchnęło głęboko. Niejedna wstydliwa łza upadła na stronicę adresowego notesu... 
„Będą do siebie pisali”.
Na statku rejwach. Tupanina nóg. Gorączkowe przygotowania. W kapitańskim 
salonie dostojni goście dopijają ostatnie toasty. Pierwszy oficer wybiega z rozkazem:
— Wszyscy na pokład! Zbiórka!
Biegnąc poprawiamy mundury, wygładzamy czupryny, nasadzamy czapki. Już stoją 
szeregi: uczniowie w białych drelichach, oficerowie świecą złotem galonów. Moment 
nerwowego napięcia. Wreszcie ukazuje się uroczysta świta. Kilka eleganckich pań, za 
nimi brzuszki dyrektorów, a na czele konsul z goździkiem w klapie...
— Baczność! Na prawo patrz!
Kapitan melduje konsulowi gotowość statku do odejścia. Uroczysta pożegnalna 
przemowa i oto nagle... najzupełniej niespodziewanie zza rogu kuchennej przybu-

background image

dówki wysuwają się dwie niewinnie spłonione dziewczynki. Wzrok wszystkich 
obecnych mimo woli przenosi się na nie. Nie mniej czerwony na twarzy „dyżurny” 
melduje coś komendantowi, a ten z kolei podchodzi do konsula.
— Pan konsul wybaczy, ale dwie Dunki spóźniły się na ostatnią szalupę, pozwoli pan 
konsul, że odpłyną w tejże motorówce razem z państwem?
— Ależ oczywiście, ależ oczywiście — wersalski gest w stronę trapu.
Biedne, zawstydzone dziewczęta nieśmiałym, drobnym kroczkiem drepczą do trapu. 
Tuż za nimi idą piękne panie i panowie z dygnitarskimi brzuszkami. Jako ostatni 
schodzi krokiem godnym i obliczonym „na efekt” sam pan konsul RP. Honorom stało 
się zadość.
— Rozejść się! — pada komenda i cała załoga ramię przy ramieniu staje wzdłuż 
relingu.
Pogoda jest śliczna, morze jakby wygładzone. Popielaty Bałtyk do siebie niepodobny. 
Wrześniowe słońce nadało niebu i wodzie głęboki szafir Śródziemnego Morza. 
Niedalekie dźwigi zawsze krzykliwego portu dziś odpoczywają — niedziela. Żaden 
głos nie psuje nastroju. Kapitańska motorówka, lśniąc mosiądzami, na wolnych 
obrotach poważnie pyka rurą wydechową. Uroczyście sztywnym wiankiem, z 
przepisowo miłym uśmiechem zastygły na ławkach eleganckie panie, dyrektorzy 
uchylili kapeluszy. Pośrodku stoi konsul z podniesioną dłonią.
— Pyk, pyk, pyk... — basowo a głucho akompaniuje kapitańska motorówka, a nad 
tym wszystkim grobowa, uroczysta, nadęta cisza. Cała załoga sprężyła się na 
baczność. Palce drżą przy daszkach mundurowych czapek. Autorytet najwyższej 
władzy zawisł w powietrzu.
— Pyk, pyk, pyk! — motorówka basowo gdacze i oto nagle jedna z tych dwóch 
zawstydzonych duńskich dziewczynek unosi się z ławki i powiewając chusteczką wo-
ła piskliwie:
— Pocałuj mnie w dupie! Moment ciszy... i:
— Tfu! Chalera!!! — zagrzmiało z górnego pokładu.
Nerwy kapitana Maciejewicza nie wytrzymały próby. Kontrast tych dwóch krzyków 
na tle dygnitarskiej ciszy był tak wielki i niesamowicie komiczny, że cała załoga jak 
jeden mąż ryknęła chóralnym śmiechem. Rechotali wszyscy uczniowie. Od śmiechu 
trzęsły się burty „Daru Pomorza” i od śmiechu drżała kapitańska motorówka razem z 
konsulem RP. W tym jednym momencie błyskawicznie rozkrochmaliła się atmosfera 
snobistycznego nadęcia — zapomnieli ludziska o dostojeństwie swojego 
przeznaczenia. Ale śmiech trwał krótko. Uczniowie wiedzieli, co ich czeka. Z 
„Macajem” nie ma żartów. Zaraz zaczną się dochodzenia: a kto nauczył, a kiedy, a po 
co? Tylko żagle postawią i reje przehalsują — czeka ich Sąd Boży. Lepiej więc nie 
spieszyć z robotą. Żaden sztorm nie grozi. Niech się „stary” uspokoi. Może da się 
ułagodzić. Będzie lżejszy raport.

Konno na pacjencie

To, co opowiem, działo się wówczas jeszcze, kiedy ani penicylina, ani sulfonamid nie 
istniały. Pojawienie się tych leków, jak wiemy, wybawiło tysiące ludzi od śmierci. 
Flemingowi należy się nie tylko w każdym kraju świata pomnik, ale wiekopomna 
cześć i sława. Szczególnie ród niewieści winien mu wdzięczność za ratunek przed 
nieuleczalną dotąd popołogową (lub poskrobankową) zakaźną gorączką. Dzięki 
Flemingowi właśnie ten problem dzisiaj przeszedł do legendy.

background image

A więc, jako się rzekło, działo się to jeszcze przed penicyliną.
Statek szkoły morskiej „Dar Pomorza” przecinał właśnie Ocean Atlantycki w 
najszerszej jego połaci, wracał bowiem ze swojej dorocznej podróży ćwiczebnej. 
Trasa wiodła od portu Paranagua (Brazylia) do portu Capetown (Afryka Południowa). 
Pamiętam, byliśmy wówczas na wysokości Tristan da Cunha, samotnej, zagubionej, 
romantycznej wyspy. Dotychczasowa śliczna pogoda nagle się popsuła. Gęsta mgła 
opanowała świat, jak na północnym morzu.
— Tfu! — zaklął swoim zwyczajem kapitan Maciejewicz, popularnie Macajem 
zwany. — Pod Tristan da Cunha zawsze tak. Cholera ich tu przyniosła!
— Kogo, panie kapitanie? — spytałem nie rozumiejąc
— Tych wariatów, co tu zamieszkali. Jakaż idea pakować się na te gołe skały? Ani tu 
wody porządnej, ani jedzenia ludzkiego. Czort ich wie, po co żyją, i... jak wszyscy 
żyją! — dodał z uznaniem.
— Czyżby aż tak dobrze żyli? — zaśmiałem się.
— Nie mówię „dobrze”, ale długowiecznie. Podobno średni ich wiek umierania — 
osiemdziesiąt pięć lat. Pomyśl pan sobie: 85 lat! A nierzadko dosięgają setki.
— Nie słyszałem... — bąknąłem.
— Ja również nie słyszałem, ale niedawno czytałem artykuł. Podobno na Tristan da 
Cunha nie ma żadnych zarazków, zdrowi są jak ryby, a przy tym nieustannie szukają 
u siebie jakichś skarbów.
— Czyich?
— Cholera ich wie. Wielu było takich, co tu coś zagrzebali. Potem sami tego znaleźć 
nie mogli albo poumierali. Dziś więcej jest takich, co szukają, aniżeli tych, co zgubili 
— zaśmiał się Macaj.
Statek coraz gwałtowniej rył dziobem, a zadarta wysoko kapitańska rufa raz po raz 
tłukła swoją płaszczyzną o podnoszące się fale. Wiatr wzmagał się i gwizdał na 
wantach. Zanosiło się na sztorm.
— Nie wiadomo, czy będzie można dopłynąć do beczki — mruknął kapitan.
— Do jakiej beczki? — spytałem.
— To pan nic nie wie? Wiadomo... eskulap! Mówiłem już dziś przy stole, że istnieje 
niepisane prawo morskie, że każdy statek omijając Tristan da Cunha musi zabrać jej 
korespondencję.
— Więc zachodzimy do portu?
— Przy tym wietrze? Zwariował pan! Mowy nie ma! Do Tristan w czas dobrej nawet 
pogody trudno zajść, a tu, w taki sztorm? Do beczki daj Bóg dopłynąć. Oni swoje 
listy trzymają w zakotwiczonej beczce, na pełnym morzu. Jesteśmy od strony 
południowej, pełno tu raf.
W ciągu jednego stulecia zatonęło tutaj trzynaście statków. Bardzo podłe warunki.
— Latarnię widać, panie kapitanie — zameldował wachtowy oficer. — Jesteśmy na 
jej trawersie.
— Dobrze. Stanąć pod wiatr! Spuścić kapitańską motorówkę, na wiosłach będzie 
trudno. Pan pojedzie, panie Konstanty.
Zaczął się rejwach brasowania. Sznury białych, tłoczących się postaci rytmicznie 
pociągały za liny. Zwolnione od wiatru płótna wściekle łopotały. Kołysanie wzdłużne 
zmieniło się w nieokreślony jakiś kołowrotek.
— Pytał pan, zdaje się, o te historie ze skarbami? — zaczął Macaj. — Ciągnie się to 
od czasów napoleońskich, kiedy na tych morzach panował największy bałagan. 
Wówczas, zdaje się, i na Tristan da Cunha wysadzono jej pierwszych mieszkańców, 
byli to angielscy marynarze, jeńcy wojenni.
— Jesteśmy gotowi, panie kapitanie — meldował drugi oficer, odziany w 
kombinezon i ratunkową kamizelkę.

background image

— Tylko ostrożnie, panie Konstanty — krzyknął Macaj. — Paskudnie wygląda. 
Chyba sztorm się zaczyna. O czym to ja panu mówiłem? Aha, o tych różnych 
wariatach. Swego czasu głośna była sprawa angielskiego statku „Allanhaw”, 1600 ton 
wyporności. Kapitan jego zwariował z zawiedzionej miłości i najzupełniej świadomie 
na pełnych żaglach, silnym fordewindem wpakował się na skały. Tylko czterech ludzi 
wyratowano.
— Panie kapitanie, kolacja na stole! — zameldował steward.
— Zaczekać, aż szalupa powróci — padł rozkaz. — Szukanie skarbów zaczęło się 
chyba od tego sławnego angielskiego pirata kapitana Kidda. Pan doktor słyszał o 
nim? W każdym szkolnym podręczniku angielskim pełno o nim różnych historyjek.
— Nie czytałem ani jednej — bąknąłem ze wstydem.
— A był pan przynajmniej w londyńskim barze „Old Inn” nad Tamizą?
— Zdaje się, byłem. To w tych dokach, gdzie odbywały się egzekucje nad piratami?
— Właśnie, właśnie, tam też i powieszono owego Kidda. I nikt nie wiedział, gdzie ten 
szelma podział swoje nieprzebrane skarby. On sam twierdził, że skarby zatonęły, ale 
kto by tam wierzył. I dlatego zaczęło się poszukiwanie, które trwa do dzisiaj. Trzy 
punkty świata ściągnęły na siebie szczególną uwagę. Archipelag Kokosowy na 
Pacyfiku, Long Island pod New Yorkiem, no i te właśnie Wyspy Zbawienia. W tych 
gonitwach za skarbem udział brali nie tylko prywatni awanturnicy, ale i rządowe 
nawet okręty wojenne. Tak na przykład w roku, zdaje się, 1813 wysłany został na 
poszukiwanie skarbów okręt angielskiej marynarki wojennej „Prometeusz”, a na dwa 
lata przedtem, niemiecki okręt wojenny „Pantera”. Po prostu szał ogarnął cały świat 
marynarski. Szeptano z ust do ust niesamowite legendy, sprzedawano usługi, 
mordowano konkurentów, w portowych spelunkach aż wrzało od emocji.
— Wracają — zameldował wachtowy.
— Nu, chwała Bogu, a to niepokoiłem się — rzekł Macaj, przykładając dłoń do czoła. 
Istotnie szalupa już dobijała. Rosnące na sile bałwany rzucały nią potężnie na strony. 
Raz po raz wyzwolony z wody motor, przebijając się poprzez szum fal i gwizd 
wiatru, ryczał wniebogłosy. Niełatwa to była sztuka podejść pod talie, ale wprawna 
załoga dała sobie radę i za chwilę drugi oficer, ociekając wodą, zjawił się przed nami.
— Beczka pusta, panie kapitanie. Włożyłem do środka nasze pozdrowienia i to 
wszystko — meldował.
— Ano, dobrze, teraz chodźmy do messy, bo kolacja wystygnie — rzekł Macaj, 
schodząc już po trapie. — Zdaje się, że czeka nas, panowie, ciężka noc. Barometr 
idzie gwałtownie w dół. Coś w rodzaju cyklonu.
Prócz wachtowego siedzieliśmy w komplecie. Sięgaliśmy już po sztućce, gdy nagle 
statek przechylił się gwałtownym skokiem i opadł rufą w dół. Cały rząd biesiadników 
z mego vis a vis opadł brodami w talerze, a my, z przeciwka, zrywając podtrzymujące 
nas łańcuchy, zjechaliśmy po śliskiej podłodze do przeciwległej ściany i gruchnąwszy 
plecami o nią, spadliśmy z krzeseł.
— Cholera! — zaklął Macaj siarczyście. — Pewnie przebrasowali reje. Nu, panie 
Stanisławie! — zwrócił się do stewarda — pozbieraj pan te skorupy po talerzach i 
dawaj nowe kotlety, bo tych z podłogi to ja już jeść nie będę.
— Niech pan opowie nam o tej wyspie, kapitanie! — poprosiłem, gdy cały rejwach 
spowodowany podskokiem statku uspokoił się.
— A ot, żył tu podobno niejaki Lambert, ani pirat, ani kapitan statku, ot, taki sobie 
skromny człowieczek, co handlował futrem upolowanych fok i dorobił się wielkiej 
fortuny. Wiadomo, na Tristan da Cunha banku nie ma, więc pieniądze Lambert 
chował do miedzianego kotła. Miał on dwóch współtowarzyszy: Włocha Corri i An-
glika Milleta. Pewnej nocy Lambert i Millet nie wrócili z myśliwskiej wyprawy, 
został tylko Włoch Corri. Pomówili go o zbrodnię. Ze swojego bogactwa nie robił on 

background image

żadnej tajemnicy. Przy okazji każdej wypitki przechwalał się istnieniem wielkiego 
miedzianego kotła, wypełnionego złotem.
— To mięso jakby czuć! — zauważył nagle pierwszy oficer, wąchając kotlet.
— A cóż zrobić, wiadomo, nieświeże, cóż, od Gdyni płynie, pół roku już minęło — 
usprawiedliwiał się prowiantowy oficer, Majorem przezwany.
— Chłopcy dzisiaj skarżyli się, że w ryżu są robaki — dorzucił Trzeci.
— Wielka mi rzecz! Popływaliby tak żaglowcem do Australii i z powrotem, toby im 
robaki nosem wyszły... — zaśmiał się Macaj.
—A o czymże to ja panom mówił?... Aha! Nu tak i Corri też zginął w jakiejś 
awanturze i nie zdążył zdradzić tajemnicy miedzianego kotła. Od tego czasu ludzie 
powariowali, szukając tej zguby. Ryli dookoła i do dzisiaj wciąż jeszcze ryją. Nawet 
znaleźli podobno szkielet tego Corriego i odtąd jego duch podobno straszy. Innych 
duchów nie ma na Tristan da Cunha, tylko ten jeden Corri. Ale on bardzo jest 
popularny, wszyscy się jego boją. Oprócz miedzianego kotła istnieje jeszcze na wys-
pie skarb kapitana Sandersa, który wylądował tu pewnej nocy i wyniósł na brzeg 
razem ze swoim powiernikiem marynarzem Handersonem wielką skrzynię pełną złota 
i ukrył ją gdzieś w jakiejś grocie. Nie wiem, na jakiej podstawie obliczono, że w 
skrzyni tej było trzydzieści pięć tysięcy złotych funtów szterlingów. To tylko dwie 
historie, nie pamiętam innych — rzekł Macaj. — Ale powiadam wam, jest ich tam 
bez końca. Niesamowite banialuki plotą po spelunkach portowych, a i w prasie od 
czasu do czasu zjawi się jakaś sensacja. Na Tristan da Cunha mamy dużo grot, tak że 
i dla was, panowie, znajdzie się jeszcze robota... — zakończył ze śmiechem.
— Panie doktorze! — meldował od drzwi dyżurny uczeń. — Jeden z kolegów ciężko 
zachorował, może pan doktor zobaczy?
— Co mu jest?
— Ucho strasznie boli, no i wymioty.
Idę do ambulatorium. Chłopak siedzi na stołku, ma twarz czerwoną, oczy pałają 
gorączką. Mierzę. Ma 39,8. Objawy zapalenia ucha środkowego. Dają zastrzyk 
propidonu. Zapuszczam krople kamforowe. Daję silną dawkę aspiryny i kompres. Nic 
więcej zrobić nie mogę. Niestety, penicyliny jeszcze nie było!
Nazajutrz objawy niepomyślne. Gorączka wzrasta. Silne bóle głowy, objawy 
sztywnienia karku. Błona bębenkowa ucha obrzękła i zaczerwieniona, słowem groźba 
komplikacji. Jeżeli nie przedziurawię jej operacyjnie, dwie są możliwości: albo sama 
pęknie rujnując aparat słuchowy, albo ropa przerzuci się do wyrostka sutkowatego i 
dalej na błony mózgowe. A więc muszę dokonać paracentezy ucha. Łatwo jednak 
powiedzieć „muszę”, ale jak, ale czym? Nawet igły odpowiedniej nie posiadam. Kto 
będzie usypiał chorego? Drugi oficer czy sanitariusz, który jest... fryzjerem? Czyli, 
jak za dawnych czasów, cyrulikiem. Zresztą nie o to chodzi. Statkiem rzuca na strony, 
że nie można ustać. Sztorm rozgorzał na całego. Przy kole sterowym, zamiast dwóch 
jak zwykle, stoi czterech uczniów. Są przywiązani linami, żeby ich fala nie zmyła. 
Jakże tu myśleć o trafieniu igłą w bębenek uszny pacjenta, kiedy ustać na nogach nie 
można? A jednak operacji dokonać muszę. Stan chorego jest groźny. Trzeba chłopca 
ratować. Muszę! — powtarzam sobie siłą sugestywną, otwierając drzwi kabiny. W 
tym momencie słyszę za swoimi plecami brzęk tłuczonego szkła i tragiczny okrzyk 
sanitariusza:
— Ojej, panie doktorze! Nasze lusterko się stłukło!
— Jakie lusterko?
— Ano, wziernik do ucha — pada druzgocąca odpowiedź. Wszakże ten wziernik 
właśnie jest podstawą mego działania. Jakże można bez jego pomocy trafić do ucha? 
Co teraz robić? Co robić?
Chwytając się ściany korytarza, jak pijany wracam do ambulansu. Jeszcze nigdy nie 

background image

rzucało tak statkiem. Jednego z uczniów omal że nie zmyło do morza. Zrolował 
biedak aż pod sam reling. Miał szczęście chwycić się asekuracyjnej linki. Inaczej 
byłoby po nim. Im więcej kiwa, tym większy oblatuje mnie strach, jak wybrnąć z 
sytuacji. Lusterko laryngologiczne ma w środku otworek, przez który bada się pole 
operacyjne. Jego wklęsłe lustro koncentruje blask. Powierzchnia, którą należy igłą 
dziurawić, stanowi jedną czwartą całości bębenka. Małe przesunięcie koniuszka igły 
pozbawi chłopca aparatu słuchowego. Jaka odpowiedzialność! Ale zaniechać operacji 
to ryzyko skazujące go nawet na śmierć. Do Capetown, czyli najbliższego portu, 
zajdziemy za dwa, może za trzy tygodnie. Co robić? Co robić?
Odwlekam decyzję. Może dobry los uśmiechnie się? Może nawałnica chmur i 
wichrów odejdzie? Może ocean uspokoi się nieco? Może gorączka u pacjenta 
spadnie?
Niestety, sztorm ryczy coraz zajadlej, a statek skacze w sposób uniemożliwiający 
zupełnie stanie. Nowa noc przynosi pogorszenie. Trzeba się decydować, innego 
wyjścia nie ma.
— Położyć chorego na stół operacyjny — rzucam przez zęby. — Przywiązać go jak 
najmocniej. Chloroform i eter pod ręką, w zabezpieczonej szufladce środki nasercowe 
i strzykawki, długie a cienkie tampony. Poprosić drugiego oficera, żeby asystował 
jako świadek.
Serce mi włazi w gardło. Opanowuję tremę, jak mogę. Nadrabiam miną. Rozklepuję 
młoteczkiem koniuszek domięśniowej igły, to będzie mój specjalny instrument do 
paracentezy. Paskiem od fotograficznego aparatu przywiązuję zwykłe płaskie lusterko 
kieszonkowe do czoła. Tkwi ono nad lewym okiem. Teraz włażę na stół operacyjny i 
siadam okrakiem konno na brzuchu pacjenta. Na szczęście stół jest wąski, a nogi 
mam długie, więc mogę zaczepić stopę o stopę, aby usadowić się mocniej. Teraz 
kiwamy się razem z pacjentem synchronicznie.
Nachylam twarz ku jego twarzy i przekrzywiając głowę rzucam uwiązanym 
lusterkiem błysk w głąb ucha. Jest. Widzę dokładnie bębenek, ale najmniejszy ruch 
ręki odprowadza to światło z pola widzenia. Wykluczone, abym mógł operować w 
świetle. Pozostaje więc tylko przestudiować i zapamiętać pole, a potem na ryzyko 
dziurawić igłą. Wpierw trzeba pacjenta uśpić. Daję mu dużą dawkę chlorethylu. 
Usypia szybko. Przekrzywiam mu głowę. Oddaję maskę drugiemu oficerowi, sam 
znowu oświetlam ucho, no i raz dwa trzy!... zdecydowany ruch dłoni. Opór tkanki. 
Próżnia. Zjawia się strumień ropy. Jest. Brawo. Dzieła dokonałem. Co będzie dalej, 
przyszłość pokaże. Robi mi się nagle słabo. Przeżycie zbyt radykalne, napięcie 
nerwów zbyt silne. Reakcja i odprężenie. Chwytam się oburącz krawędzi stołu, żeby 
nie upaść. Statek kołysze z boku na bok. Właściwie nie jest to już kołysanie, tylko 
szaleńczy jakiś i opętany taniec. Największy chyba sztorm mojego życia. Wreszcie 
przy pomocy asystentów złażę z barykady i przewalając się ze ściany na ścianę 
wybiegam na pokład. Chcę podzielić się radością z kapitanem Maciejewiczem. 
Właśnie napatoczył mi się na drodze. Uśmiecham się więc i już chcę otwierać usta, 
gdy on, spojrzawszy na mnie, wrzasnął gromkim głosem:
— Widzisz go! Raduje się! A tu czort wie, co może wyniknąć! To żadna radość, 
cholera!... To sztorm!
Znikam w kabinie jak zmyty. Rzeczywiście, nie pora na wyrażanie szczęścia.
Nazajutrz choremu spadła gorączka i mózgowe objawy ustąpiły. Tańczyć mi się 
chciało z wielkiej uciechy.
Za miesiąc, kiedy wylądujemy w Capetown, będę wiedział na pewno, czy aparat 
słuchu nie został uszkodzony. Grunt, że chłopak żyje i żyć będzie.
Dziki sztorm trwał jeszcze dwa dni, aż przekształcił się, jak to zresztą często bywa, w 
kompletną ciszę. Ocean wygładził pieniste czupryny i dawno już zgubione tropikalne 

background image

słońce znowu wróciło żarliwym upałem. Leżeliśmy jak zwykle na rufie, wygrzewając 
plecy. Dziadzia (radiotelegrafista) jak zwykle suszył swoje nie kończące się nigdy 
filmy, a Chojnac z Gorylem tonęli we wspomnieniach ostatnich, brazylijskich 
przygód.
Sądziłem, o naiwny, że ze zmianą pogody nastąpi teraz mój osobisty spokój, chyba 
zasłużyłem na to. Gdzież tam! Po obiedzie tegoż dnia zameldował się nowy chory.
— Cóż wam jest? — pytam obcesowo.
— Nie wiem, panie doktorze, ale już dziewięć dni, jak nie chodzę na stronę, to chyba 
już dosyć długo? Dzisiaj zaczęło mnie boleć w brzuchu i ciągle robi mi się słabo.
Badam pacjenta uważnie. W górnym odcinku wstępującego jelita wyraźny, bardzo 
twardy guz.
— Mieliście wymioty?
— Dziś rano po raz pierwszy.
— Jeśli mnie pamięć nie myli, przed kilkoma dniami braliście sól gorzką na 
przeczyszczenie?
— Tak jest, panie doktorze, ale bez skutku.
— Idźcie do łóżka... zobaczymy — mruknąłem. Ale co mam „zobaczyć”? Wszystko 
przemawia za skrętem kiszek przez blokadę, zwykłe zaczopowanie. Na statku nie ma 
warunków do operacji. W pobliżu nie ma statków, płyniemy starym szlakiem 
żaglowym. Żaden nowoczesny statek tędy nie idzie. Cóż więc robić?
Wpadam na myśl.
— Panie Stanisławie! — wołam. — Gdzieś tu mieliśmy klka metrów zapasowej 
gumy do lewatywy, niech pan poszuka.
— Chce pan doktor na procę? — spytał robiąc dziwne oczy.
— Nie na żadną procę, tylko lewatywę — tak zwaną wysoką lewatywę. Tutaj mamy 
niskie sufity, więc nie ma odpowiednich warunków, ale stanie pan na pokładzie 
górnym, a pacjent na dolnym i tak jakoś na dwa piętra poradzimy.
— Nic nie rozumiem — rozłożył ręce. — Lewatywa na dwa piętra?
— A wie pan, co to jest prawo naczyń połączonych? Zamiast gadać, ganiaj szybko po 
gumę.
Na szczęście szlauch się znalazł.
— Stawaj, braciszku, okrakiem — przemówiłem z kolei do pacjenta — a pan, 
Stanisławie, pójdzie z lewatywą na górę. Otrzymamy tym sposobem cztery metry 
różnicy poziomów. Ciśnienie wystarczające do wyprostowania jelit, jeżeli tylko woda 
dojdzie do celu. Ciepła woda z gliceryną swoje zrobi. Zresztą nie ma innej rady. 
Próbujemy.
Wieść o wysokiej lewatywie rozeszła się po całym statku. Kto mógł, ten biegł na 
dziwne widowisko.
— Niech pan tylko tym telefonem za długo nie przemawia — zażartował ktoś.
— Ja to bym na pewno pod takim ciśnieniem pękł — ktoś drugi dowcipkował.
Kibiców zbierało się coraz więcej.
— No trzymaj się, chłopcze — radzono.
— Tylko dalej od mojej kabiny, bo jeszcze eksploduje!
Dałem znak i przedstawienie się rozpoczęło. Zadarłszy koszulę, posłuszny pacjent 
stał okrakiem na podłodze, a ja nad nim z kanką od lewatywy. Rurka gumowa biegła 
w górę ze środka statku nad trapem aż na pokłady
— No, no! — kręcił głową Goryl. — Żeby tylko nie pękł.
— Wytrzyma. Dupa mocna! — pocieszył ktoś.
Ja jednak chowałem w sercu niepokój. Stosowałem ten eksperyment raz pierwszy, 
wiedziony jedynie zdrowym rozsądkiem. Skoro kiszka zaczopowana, a nawet może 
skręcona, należy ją wyprostować. Jeżeli gangreny nie ma, każde ciśnienie dobre.

background image

— Dość, doktorze!... Jak Bozią kocham, nie wytrzymam! — krzyczał pacjent.
Przygotowany basen uratował sytuację.
— Ależ, panie doktorze, jak żyję czegoś podobnego nie widziałem, żeby jeden 
człowiek potrafił aż tyle!... — wołał sanitariusz Stanisław.
Chory uratowany. Czy tam był ten skręt kiszek, czy go nie było, efekt przeszedł 
wszelkie oczekiwania.
W Capetown laryngolog specjalista orzekł, że operacja ucha dokonana została legę 
artis i w najzupełniej odpowiednim polu.
Chyba jakiś dobry duch kierował moją dłonią.

Cisza na morzu

Już drugi dzień mija, jak stoimy w miejscu. Niebywałe zjawisko. Żagle, symbole 
bezużytecznego nieróbstwa, niby zwiędłe a brudne kiście niegdyś białych chryzantem 
obwisły nieruchomymi fałdami. Ocean wygładził swoją powierzchnię do 
niemożliwego absurdu. Jakżeż to może być? Tutaj lśniąca, nieruchoma, otaczająca 
nas masa wody, a tam gdzieś na reszcie mórz i oceanów, gdzieś wieją przecież wiatry,
szaleją sztormy i przewalają się piętrowe fale. Gdzież więc tu reguły fizyki, której nas 
uczono? Gdzież owe zespolenia naczyń i prawa ciśnienia, gdzie Pascale i 
Archimedesy? Bzdury! Życie praktyczne przeczy. Otaczająca nasz statek gładzizna 
drwi z wszelkich teoretycznych zasad. Gdyby choć jedno drgnienie, chociaż jedna 
maluteńka fala. Kamienny, niczym nie wzruszony spokój.
Dziwna, pastelowomleczna poświata związała ze sobą morze i niebo, zatuszowała 
granicę barw. Gdzie spojrzysz — jedno zielonomodre, wMęsłe zwierciadło. Na tym 
olbrzymim połyskującym tle, niby na dnie alabastrowej misy, leży nasz „Dar 
Pomorza” — biała fregata, biały motyl spreparowany, z rozpiętymi skrzydłami — i 
czeka. Na co czeka? Tyle dni już czekamy. Na wiatr.
A wiatru jak nie ma, tak nie ma.
— Tfu... Chaliera! — klnie kapitan Maciejewicz. —
Szósty już but ja rzucił za burtę i, k’czortu, nic nie pomaga!
Rzeczywiście, aż trzy pary obuwia poszły Neptunowi w ofierze i żadnego rezultatu.
— Panie kapitanie! — wołam. — Mam jeszcze jedną parę starych butów, może 
rzucimy?
— A nu — śmieje się Macaj swoim poczciwym, rozbrajającym śmiechem — 
spróbować nie szkodzi!
Biegnę do kabiny. Otwieram w pośpiechu szuflady. Szukam, ryję, ale buty gdzieś się 
zapodziały. Nie ma! Złośliwość martwej natury.
— Panie Stanisławie! — wołam stewarda. — Nie widział pan moich starych butów? 
Były tu w szufladzie, między butelkami wina.
— Wina? — zdziwił się. — Jakiego wina? Rzeczywiście, teraz sobie uświadamiam, 
że i butelek z winem brak. Gdzie moje wino? Najlepsza malaga z Casablanki! 
Zaczynam gorączkowo przewracać szufladę za szufladą. Czyżbym nie pamiętał? 
Może wypiłem z tą Portugalką na Martynice? A może na Porto Rico z Angielką? 
Nie... nie, stanowczo nie! Ktoś musiał mi spłatać figla. Ktoś wypił moje wino!
— Nu i co? — odezwał się głos od progu. — Dasz pan te swoje buty czy nie?
— Nie mogę ich znaleźć, panie kapitanie. Ktoś wypił mi moją malagę, a buty były 
między butelkami...
— Nu, to gdzież one? Przecież ich nikt nie wypił, to nie wino.

background image

Nowe poszukiwania. Wreszcie są. Znajduję je w szafie, pod brudną bielizną. Kroczę 
triumfalnie na pokład. Zacznie się uroczysty ceremoniał.
— A ot, już wiem, dlaczego nie pomagało — zaczął poważnym głosem Macaj, 
podnosząc w górę mój but. — Widzicie, panowie, but trzeba rzucać w tę stronę, skąd 
należy się spodziewać wiatru. A tu sam czort nie rozbieriot — gdzie ten wiatr. 
Przecież zupełna cisza, skądżeby wiedzieć?
— A w którą stronę ostatni but pan rzucił? — spytałem.
— Z prawej burty — odpowiedział Macaj.
— I nic nie pomogło? Znaczy, teraz trzeba rzucać z lewej.
— Rzeczywiście, mądrze pan wykombinował — zaśmiał się kapitan. — Wszystkich 
butów nie wyrzucisz, a próbować trzeba — dodał.
Tymczasem zebrała się już spora gromadka ciekawskich. Czekaliśmy wszyscy na 
stary zejmański ceremoniał.
Macaj uroczystym krokiem podszedł do relingu, odwrócił się plecami ku morzu, 
rozstawił szeroko nogi, aby było wygodniej, i z wielkim rozmachem rzucił. But niby 
z procy wyskoczył wysoko ponad jego ramię i spadł gdzieś w ocean.
— Ale pan kapitan musi coś przy tym powiedzieć — zauważyłem. — Jakieś zaklęcie 
pod adresem Neptuna, jakąś pokorną prośbę.
— Chyba tak, ale czort wie co mówić? Ot, dobrze byłoby poczytać jakieś zejmańskie 
obyczaje — zaśmiał się Macaj. — Nu, to niech pan coś do Neptuna mówi, a ja 
tymczasem drugi pański but wyrzucę.
Niestety, i ta czwarta para obuwia nie pomogła. Wiatru jak nie było, tak nie ma.
— Do licha! — mruczę schodząc po trapie. — Kto wypił moją malagę?
Wołam drugiego oficera.
— Słuchaj, Kot! Jak myślisz, kto mógł mi spłatać taki kawał?
— A kto znał kryjówkę? — pyta Kot.
— Nikt, dosłownie nikt. Ale zaraz... zaraz... poczekaj. Wczoraj był u mnie wieczorem 
ten uczeń, co to przedtem chodził do chyrowskiej, jezuickiej szkoły i opowiadał mi 
historię, jak to oni swoim księżom podkradali mszalne wino. Potem wypytywał mnie 
o gatunki hiszpańskich win i ja mu pokazałem butelki. Ale czyżby się on odważył?
— Rzecz mało prawdopodobna, ale skoro miał szkołę chyrowską... Zaraz skoczę do 
międzypokładu i sprawdzę. Wątpię, żeby już aż pięć butelek wypił — to mówiąc Kot 
wyszedł z kabiny. Jednocześnie prawie rozległy się wołania:
— Albatrosy!... Albatrosy!... Prędzej na pokład! Albatrosy lecą!...
Tupot nóg. Kto żyw, ten biegnie. Niebywała sensacja. Albatros — zejmański symbol. 
Ptak — zjawa. Rzadki gość na żeglarskich szlakach.
Liczna gromada ciekawych zebrała się na oficerskiej burcie, nawet i uczniowie, dla 
których z reguły wstęp tutaj zakazany. Tym razem zapomniano o przepisach. Trzy 
olbrzymie białe ptaszyska kołyszą się na sennej gładzi oceanu. Nie boją się nas wcale. 
Podpłynęły tuż-tuż blisko, niby łabędzie na łazienkowskim stawie.
— Jak by je tak złapać? — odzywa się ktoś w tłumie.
— Rzecz zupełnie prosta — mówi wszechwiedzący komendant i zaraz daje rozkaz: 
— Steward, przynieś pustą puszkę po konserwach! Ot i cała sztuka — dodaje w 
naszym kierunku.
Na czym ta „sztuka” polega, jeszcze nie wiemy. Czekamy cierpliwie na jej 
wyjaśnienie. Za chwilę Macaj bierze puszkę z rąk stewarda, ogląda ją ze wszystkich 
stron i krzyczy:
— Nożyczki! Dajcie dobre, duże nożyczki do blachy. Ktoś kopnął się i już są. 
Kapitan wykrawa owalną płytę wielkości pół męskiej dłoni, wierci w niej dwa 
otwory, na dwóch przeciwległych krańcach.
— Teraz dajcie długi, mocny sznurek — mówi. — Przenizamy go, ot, i gotowe!

background image

— A co na przynętę? — pyta Dziadzia-Kwiatkowski, jako fachowy rybak.
— Nie trzeba żadnej przynęty. Ta blaszka imituje rybę. Albatrosy strasznie żarłoczne, 
chwytają każdy przedmiot.
— Rozumiem, błyszczka — ktoś tam się mądrzy. — Ale błyszczki mają haczyk. 
Tutaj nie ma haczyka, więc jak się ten albatros złapie?
— Rzeczywiście! — zgadza się kilka głosów. — Gdzie haczyk?
— Tutaj cała sztuka polega na tym — śmieje się Macaj — że albatrosy nie potrzebują 
haczyka. One durne! Ich haczykowaty dziób trafi do dziurki w blaszce, nu i koniec. 
Albatros jak zły pies: raz ukąsi, to już nie wypuści.
W tej chwili Dziadzia z Grzelakiem wypuszczają blaszkę na wodę. Wszystkie trzy 
albatrosy ruszają do ataku. Dziobią jeden przez drugiego, wyrywają zdobycz.
— O! — ktoś wrzeszczy! — Poderwać! Już chwycił! Nic z tego. Dziób wymknął się 
z otworu. I znowu albatrosy walczą o zdobycz, czyżby nie widziały oszustwa?
— Ciąg!... Ciąg!... — chóralny wrzask i tym razem sam kapitan szarpie sznurek. 
Długa biała szyja ptaka idzie za błyskotką.
— Jest!... Jest!... Mamy go!...
Cały pokład tańczy: skaczą chłopcy z uciechy, padają sobie w ramiona. A linka się 
napięła. Mocno trzyma. Powoli ją podciągają, aby się nie wymknęła z dzioba ptaka. 
Mamy albatrosa!
— Załoga do motorówki! — pada rozkaz kapitana. — Trzeba go podjąć z wody, 
inaczej dziób nie wytrzyma.
Tymczasem podciągnięto już ptaka pod samą burtę statku. Szyja wyprężona, skrzydła 
rozłożone szeroko.
Trzepocze nimi, tłucze po wodzie. Niedługo to trwa. Już szalupa dobiła. Para silnych 
rąk chwyta albatrosa za skrzydła, wyjmuje go z wody. Oszołomiony, nie wie, co ma 
robić, niby otwiera dziób, ale nie walczy. Usiadł spokojnie na dnie łodzi, nawet go 
trzymać nie trzeba.
— Patrzcie no, oswojony! — ktoś woła.
— Tyś go pewnie oswoił — odpowiada inny, a chór śmiechu wtóruje.
— Ostrożnie tam, żeby nie uciekł!
— Dalej od dzioba, bo jeszcze komu oko wykolę.
— Palec odszczypnie!
— Żeby tylko palec!
— Słyszysz, Kazik? Bądź ostrożny! — nawołują i znowu ryk śmiechu.
A tymczasem albatros, jakby nigdy nic, bez najmniejszej walki wywindowany zostaje 
po trapie na pokład i tu jak domowa kaczka wyprostowuje kolejno to jedną, to drugą 
nogę, po czym niezdarnie, przewalając się na boki, idzie wzdłuż pokładu przed siebie.
— Patrzcie go, jaki spryciarz! Wprost do kuchni wali.
— Panie szefie, dać mu befsztyka!
— Może wódki kieliszek?
Już trzeszczą aparaty. Fotografują ptaka ze wszech stron.
— A zmierzyć mu rozpiętość skrzydeł! — rozkazuje kapitan.
Więc znowu go chwytają. Przywarł piersią do pokładu. Przez szeroko rozwarty dziób 
ciężko dyszy. Próbuje syczeć niby gąsior na wsi, ale nie udaje mu się nikogo 
nastraszyć.
— Co to? — wołają chłopcy. — Spójrzcie no tylko: krew na pokładzie. Krew z niego 
kapie. Któż go zranił?
— Gdzieżby tam zranił! — oburzają się inni.
Ale rzeczywiście, krwawe plamy na pokładzie. Skąd się biorą?
— To z łap! To z łap!... za każdym krokiem czerwony ślad na deskach. Nogi mu 
krwawią.

background image

— Biedak, nie może znieść dotyku twardych desek.
— Tak, tak... — potwierdza kapitan Maciejewicz. — Zapomniałem o tym. U nas było 
tak samo, kiedyśmy łapali albatrosy za moich młodych lat. Te ptaki nigdy nie lądują. 
Raz wyklute, śpią i jedzą przez całe życie na wodzie. One nie znoszą twardego 
dotyku.
— Puśćcie go wolno, niech leci!
— A pewnie. Po co ma się męczyć?
— Jeszcze wykrwawi się i zdechnie...
Ta decyzja nie wymagała plenum. Samorzutnie, na „raz dwa trzy” rozhuśtano ptaka 
i... babach! — przez burtę w morze. Nie zdążył rozłożyć skrzydeł, spadł ciężko, 
rozpryskując wodę.
— Zabił się może?
— Gdzieżby się zabił. Nic mu nie będzie, tyle puchu na piersi...
— Więcej niż u Kazika — ktoś wtrąca i znowu ryk śmiechu.
Długi szereg głów wychylił się za burtę. Uwolniony z niewoli ptak powolnym, wcale 
nie pośpiesznym ruchem odpływa ku swoim towarzyszom. Dołączył i wówczas 
wszystkie trzy razem wzbiły się w powietrze. Tyle ich było widać...
— Oczywiście, to ten drań! — wołał Kot wbiegając do mojej kabiny. — Znalazłem 
pustą butelkę.
— Szelma! — zakląłem. — Przez cały tydzień udawał przyjaciela, zjawiał się w 
kabinie na rozmówki, opowiadał o sobie po to, żeby ukraść wino.
— Podobno cała wachta piła, nie on jeden — zauważył Kot. — Ale ja im pokażę!
— Daj spokój, zwykły łobuzerski kawał. A my to byliśmy lepsi? Nie mów Macaj 
owi, bo będzie awantura. Daj spokój.
— Rają!... Rają!... — ktoś krzyknął na pokładzie.
— Gdzie rają?... Jaka znowu rają?... — pędzimy na górę.
— Patrz pan — pokazuje Dziadzia palcem pod ster i rzeczywiście — widok 
niesamowity: tuż za rufą „Daru Pomorza” stoi w miejscu, wymachując z wolna ogro-
mnymi skrzydłami, oceaniczny potwór, jakiś płaz o kształtach samolotu, stalowo 
połyskujące, opływowe cielsko.
— Prędzej!... Prędzej przynieście mi harpun!... — szepcze gorączkowo Dziadzia, 
nałogowy rybak.
Kopnęli się najbliżsi gdzieś na dół, do bosmana, do żaglomistrza, i już jest harpun — 
olbrzymi dziryt z otwierającą się poprzeczką. Straszliwe narzędzie tortur.
Dziadzia próbuje, czy się otwiera, a głupia rają wciąż tkwi pod rufą, jakby czekała na 
swój smutny koniec.
— Chyba z pięć metrów rozpiętości płetw — powiada Grzelak, kiwając głową z 
uznaniem.
— Co najmniej tonę waży — dodaje ktoś inny.
A Dziadzia tymczasem już się czai, już się wychyla przez reling. Zamachnął się z 
całej siły swego potężnego ciała, aż zafurczało żelazne ostrze.
— Jest!... Jest!.... Trafiony!... Zabity! — wrzeszczą chłopcy. Cóż z tego. Dziryt 
przeszył cielsko potwora przez sam najgrubszy środek i poprzeczka przepisowo się 
rozwarła, ale pod kolosalnym ciężarem wydarła się, wyszarpała wraz z 
galaretowatym mięsem i tylko woda oceanu zabarwiła się szerokim strumieniem 
krwi. Rają zaś, jakby nigdy nic, powolnym ruchem płetw zaszybowała w głębi. 
Szkarłatna spirala poszła za nią poprzez seledyn kryształowo czystej wody.
— Nu — rozległ się wesoły głos kapitana Maciejewicza. — Jak na jeden dzień to 
chyba dosyć wrażeń; ot, byli albatrosy, a teraz rają, to może i wiatr do nas przyjdzie?
— Już jest — niby żartem powiedział Tadeusz Meissner.
I rzeczywiście, chyba to imaginacja? — poczułem na policzku chłodny powiew.

background image

— Jest!... jest!... — zaczęto wkoło wołać... — Buty pomogły!
Statek drgnął. Żagle ożyły. Wydęły się wielkie brzuchy.
— Co tam na sterze? — zaniepokoił się raptem oficer wachtowy.
— Siedemdziesiąt pięć!
— Tak trzymać! — potwierdził. Za burtą już syczała woda.

Misiowe kłopoty

Statek „Dar Pomorza” stał przy molo portu Paranagua, w południowej Brazylii, gdzie 
jak zwykle spędzaliśmy bardzo miły miesiąc wzajemnych wizyt, wymienianych z 
polską kolonią z miasta Kurytyby. Do Kurytyby jeździło się pociągiem poprzez 
wspaniałe góry pełne przepaści, mostów i tuneli.
Niestety, wizyty miały się już ku końcowi i czekaliśmy rozkazu podniesienia 
kotwicy.
Wtem najzupełniej nieoczekiwanie z perspektywy ulicy wyłoniła się przekomiczna 
para: otyły, beczkowato niski jegomość wlókł za sobą na grubym łańcuchu zupełnie 
maleńkie, puszyste zwierzątko. Z opuszczonym niewinnie pyszczkiem, zamiatając 
ziemię ogonową kitą, przewalając się niedźwiedzim sposobem z boku na bok, z łapki 
na łapkę, dreptał powoli a godnie, obojętny na ciężar żelaznego łańcucha, maleńki 
miś, szop pracz.
Dysproporcja tych dwóch osobników była tak rażąco wielka, że tłum zebranych na 
pokładzie statku uczniów ryknął chóralnym, nieopanowanym śmiechem.
— Cóż za smoka prowadzi pan na łańcuchu? — zapytał któryś.
Grubas ciężko sapiąc przystanął. Otarł spocone czoło chustką. Podniósł czerwoną 
twarz w górę, jak to czynią krótkowidze, po czym szybkim, gniewnym ruchem podał 
koniec łańcucha trapowemu i rzekł:
— Zabierajcie. To dla warszawskiego ZOO. Pośmiejecie się jeszcze... pośmiejecie — 
powtórzył złośliwie, akcentując ostatnie słowo. Podniósł przy tym palec i grożąc nim 
znikł jak najszybciej za najbliższym zakrętem. Takim więc sposobem mój kochany 
miś znalazł się nagle na pokładzie szkolnego żaglowca.
Oczywiście, pierwszą naszą czynnością było oswobodzić małą, delikatną szyjkę z 
uścisku niewspółmiernie dużego łańcucha. Biedne zwierzę nie mogło chyba uwierzyć 
w nadmiar osiągniętego szczęścia, bo stało wciąż jeszcze w miejscu z nisko 
pochyloną głową, aż musieliśmy go pchnąć ku drzwiom dla dodania otuchy. To 
pchnięcie dopiero przekonało go, że jest rzeczywiście wolny. Podniósł czarny, 
wilgocią lśniący nos i jął nim ostrożnie a nieufnie wietrzyć dokoła.
Zapach nie był przyjemny. Pochodził widocznie od spotniałych nóg otaczających go 
kołem marynarzy. Zmarszczył się z niesmakiem, opuścił nos między łapki, po czym 
bez pardonu i energicznie jął torować sobie drogę pomiędzy lasem tych nóg. Dobrnął 
do najbliższego masztu, skoczył na stalówkę i po niej akrobatycznie w górę. Czynił to 
szelma tak zgrabnie i tak jakoś komicznie, że cała patrząca na to załoga aż zakrztusiła 
się od śmiechu. Żaden kot, żadna mysz, nawet żadna małpa nie dotrzymałaby mu 
placu w tej artystycznej wspinaczce. Okazał się urodzonym linoskoczkiem. Dopiero 
na samym szczycie, to znaczy na wysokości czterdziestu metrów nad pokładem, 
ulokowawszy bezpiecznie w fałdach zwiniętego żagla pewną część ciała wraz z 
puszystym ogonem, wytknął szpiczastą mordkę i spojrzał na dół beztrosko a 
filuternie.
Zaraz wysłano jednego z najzwinniejszych uczniów, aby misia spędził do jedzenia. 

background image

Chyba musi być głodny po ostatnim lądowym spacerze!
Gdzież tam! Misio doskonale rozumiał swoją wyższość na wantach. Nie zdradzał 
najmniejszego lęku. Wyczekiwał chytrze aż do ostatniego momentu, kiedy goniący 
go marynarz wyciągnie rękę, a wówczas jeden tylko zgrabny sus i znowu można 
bezpiecznie leżąc czekać.
A z dołu tymczasem nabijali się marynarze, podjudzali kolegę, grali w totalizatora:
— A nuże, panie pokrako!
— A który z was jest niedźwiedziem?
— Do luftu z takim marynarzem!
— Nie daj się, Misiu, tej ofermie!
Od tego dnia zadomowił się Miś na najwyższej rei. Czuł się widocznie tam niczym na 
rodzinnych lianach Mato Grosso. Za każdym razem, idąc w górę, aby rozwinąć żagle, 
uczniowie się nawoływali:
— A uważać tam i nie zrzucić czasami Misia! Niepotrzebna troska, bo Miś sam na 
siebie uważał. Nie potrzebował żadnej opieki. Był samodzielnym, dyplomowanym 
akrobatą. Żadna chyba siła nie potrafiłaby go zrzucić z żagli. Miał ostre pazury i 
jeszcze ostrzejsze zęby.
Każdy lubił Misia. Każdy klepał go po pysku. Każdy gładził puszyste, lśniące, 
mękkie futro. Proszę się teraz zastanowić i bezstronnie wejść w położenie biednego 
Misia. Takich klepiących czule i gładzących amatorów było na statku z górą stu. 
Jeżeli za minimum przyjmiemy tylko trzy takie serdeczne pieszczoty, to 
nieszczęśliwe stworzenie otrzyma trzysta klapnięć lub trzysta pogładzeń. Wystarczy! 
Widocznie z Misia był dobry matematyk i wykalkulował to sobie dostatecznie 
szybko. Wolał samotność na rejach od pokładowych sentymentów.
Był jeszcze jeden powód zmiany misiowego usposobienia, i to może najważniejszy, 
nie wszyscy bowiem członkowie załogi statku obdarzali go uczuciami sympatii, byli 
też i tacy, co prześladowali go na każdym kroku, dokuczając o byle co i byle gdzie. 
Za co? Rzecz wielce prozaiczna. Tak już świat głupio został stworzony, że każde 
zwierzę musi się załatwiać. Miś także... musiał. Nikt mu nie wskazał ustępu. Nikt nie 
nasypał piasku do miski. Ale każdy wymagał czystości. Gdzież więc biedak miał 
brudzić???
Pokład „Daru Pomorza” myją sami uczniowie. Żaden nie lubił dodatkowej roboty. 
Biedny szop-pracz zaczął zbierać niezasłużone cięgi to miotłą, to paskiem, to kijem i 
nic w tym dziwnego, iż w końcu się znarowił. Na wszelki wypadek gryzł w prawo i w 
lewo. Stał się podejrzliwy i nieufny. Zaczepiony przez napastnika, nie uciekał na reje 
jak przedtem, tylko przysiadał na ogonie, wyszczerzał ostre zęby i szczekając 
piskliwie, wypowiadał wojnę.
Pokojowa i życzliwa dotychczas atmosfera zmieniła się w nieustanna; walkę, a czułe 
pieszczoty — w nieżyczliwe wrzaski. Misia tropiono wszędzie, łapano go po kątach, 
bito coraz dotkliwiej i niesprawiedliwiej.
Bywało i odwrotnie. Miś czaił się za szalupami albo za wiązkami lin, aby 
upatrzywszy odpowiedni moment zaatakować śmiertelnego wroga. Zauważono przy 
tym, że napady misiowe nie były bezplanowe. Dostawało się tylko i wyłącznie 
zasłużonym dręczycielom. Nikt z niewinnych nie został ugryziony. Ci z sumieniem 
obciążonym bali się przejść przez pokład bez odpowiedniego kija. Skradali się, 
oglądając na wszystkie strony, jakby mały Miś był co najmniej lampartem.
A Miś w dalszym ciągu brudził, bo cóż miał innego robić? Na początku nie rozumiał, 
więc czynił to otwarcie i szczerze. Wkrótce jednak dokładnie pojął, że tego robić nie 
wolno. Zaczął więc chować się po ciemniejszych kątach, wścibiać we wszelkie 
szczeliny i dziury, za drzwi i za liny, gdzie tylko mógł się zmieścić. Wszędzie 
jednakże dostrzegało go złośliwe oko ludzkie. Wszędzie dosięgała bezlitosna miotła.

background image

Jedyną, zdaje się, osobą, która ani razu nie skrzywdziła Misia, byłem ja. Nie 
wyprosiłem go nawet nigdy ze swojej kabiny, ale i nie było za co. Niedźwiadek 
ocenił chyba ten życzliwy stosunek do swojej osoby, bo pomimo coraz częstszych 
wizyt nigdy u mnie nie nabrudził. Natomiast zaszedł bardzo dziwny fakt, że mój 
przyjaciel, sąsiad, wówczas starszy oficer, a dziś znany powszechnie kapitan Tadeusz 
Meissner, coraz częściej narzekał. Mówił, że na środku jego kabiny Miś pozostawia 
regularnie bardzo niemiłe pamiątki. Co za szelma! — pomyślałem sobie w duchu. — 
Wychodzi ode mnie po to, ażeby się załatwić u najbliższego sąsiada. Postanowiłem 
łajdaka dopilnować. Byłem ciekaw tej przemyślnej akcji.
Przez parę dni nie było okazji, aż wreszcie któregoś wieczoru zauważyłem, jak 
zwierzątko, oglądając się na boki, złazi z mojej koi i wybiega na korytarz. Ja za nim. 
Za progiem przysiadł i wietrząc noskiem jął badać sytuację. Horyzont był czysty. 
Szybkim więc susem skręcił w bok i dał nura w drzwi Meissnerowskiej kabiny. Nie 
potrzebowałem go dalej śledzić. Wiedziałem dobrze, co on tam robi i po co tam 
poszedł. Nie przeszkadzałem. Bo i po co? Nie mogłem jakoś uważać tej czynności za 
zbrodnię, a złych skutów za tragedię. To, że Miś obrał kabinę mego przyjaciela, to 
była wyłącznie jego sprawa. Ani myślałem ingerować.
Któregoś z następnych wieczorów siedziałem u siebie przy biurku czytając książkę. 
Tuż za moimi plecami na wysokiej koi jak zwykle leżał mój kochany Miś. Po lewej 
stronie miał otwarty bulaj. Miły powiew wieczornej bryzy chłodził mi nagie plecy. W 
tropikach, po pracy, wszyscy chadzaliśmy bez koszul. Nic nie mąciło ciszy tego 
wieczoru. Tylko monotonny okrzyk „oka” na dziobie statku: „światła się palą”, 
odrywał czasami myśl od tematu książki. Taki wieczór sprzyja zadumie.
Nagle Miś poruszył się energicznie. Zaczął coś skrobać łapkami. Leniłem się obrócić 
głowę. A niech sobie skrobie, co to komu szkodzi. Słyszałem, jak łazi po poduszce, 
następnie jakby znowu drapał ścianę. Nie zwracałem jeszcze uwagi. W tropikalnej 
duchocie każdy ruch głowy wymaga ekstra wysiłku. Gdy jednak tajemnicze szmery 
przeniosły się z łóżka na otwarty bulaj, zaniepokoiłem się i spojrzałem.
To, co ujrzały moje oczy, przekraczało wszelką, najbujniejszą nawet fantazję. Było to 
nie do uwierzenia: oto z otworu okrągłego okna statku sterczał ku mnie szpiczasty 
pyszczek, a cztery łapki z wypuszczonymi pazurkami trzymały się kurczowo 
mosiężnej krawędzi. Cała reszta Misia, wraz z puszystym jego ogonem, wisiała poza 
burtą statku, nad powierzchnią oceanu. Misio załatwiał się bezpośrednio do morza.
Ta wyszukana pozycja nawet dla takiego akrobaty jak Misio była wielce trudna i 
niebezpieczna, dlatego mordka mu się trzęsła od wysiłku, a czarne ślepki patrzyły 
smutno jakoś i jakby z wyrzutem: „widzisz, do czego doszło?”
Takim to sposobem mój mały Miś, bity na prawo i lewo, wpadł na znakomity pomysł 
załatwiania się za burtę. Czyżby zrozumiał, że za ten wyczyn nikt go już nie zdzieli 
miotłą, nikt nie będzie się gniewał?
Wzruszony do głębi, pogładziłem biedaka po tym trzęsącym się pyszczku, a on wrócił 
od razu na poprzednie miejsce w moim łóżku i... dokończył tam przedwcześnie 
przerwany interes. Trudno. Nie wolno go za to winić. Zadanie przerosło możliwości. 
Wykazał tyle najlepszej woli. Proszę tylko spróbować wisieć tak, trzymając się 
koniuszkami palców za ostrą krawędź mosiężnej ramy okna.
Czasami podczas śniadania lub obiadu, goniony przez swoich prześladowców, biedny 
Miś zapędzał się aż do oficerskiej messy i tu z głośnym szczekaniem wpadał między 
moje nogawki, pod stołem, gdzie dopiero czuł się bezpieczny. Jak spomiędzy 
czternastu jednakowo ubranych nóg wybierał właśnie moje, tego pojąć nie mogę.
W końcu jednak postanowiono Misia uwięzić. Rozpięto między szalupami długi drut, 
a na nim, na kółku, miał się ślizgać łańcuszek. Obmyślono wszystko dokładnie i 
humanitarnie, ale raptowny przeskok od swobodnych harców po masztach do tego 

background image

więziennego spaceru pomiędzy szalupami — był nazbyt rażący. Toteż szop-pracz 
opuścił nisko łepek i nie patrząc już na nikogo rozpoczął swój wahadłowy, 
rozpaczliwy, zrezygnowany chód tam i z powrotem, tam i z powrotem, przewalając 
się miękko z łapy na łapę.
Zgodnie z wolą ofiarodawcy trafił Miś do warszawskiego ogrodu zoologicznego. 
Minął cały rok, zanim go tam odwiedziłem. Podchodziłem do klatki ze ściśniętym 
sercem. Czy pozna? Znalazłem w klatce parę podobnych misiów, tylko ten kapitana 
Lepeckiego był ciemniejszy. Przykucnąłem przy drutach wołając jak najczulej: 
„Miś... Miś... Misiunio!”
Zatrzymał się w biegu. Nadstawił uszu. Po czym nagle, jakby w przystępie wielkiej 
żenady, nachylił się, podwinął pod siebie kitę ogona i jął trzepać obiema łapkami. Ten 
właśnie ruch, ten najtypowszy ruch symulujący pranie bielizny, przyniósł tym 
szopom brazylijskim ich przydomek: „pracz”. Piorą one swój ogon w minutach 
większych wzruszeń.
A więc mój Miś był wzruszony. Dokonawszy prania, skoczył jak strzała do mnie i 
popiskując radośnie tulił się do drutów. Nie miałem już najmniejszej wątpliwości, że 
mnie poznał, mimo rocznego niewidzenia i tłumów codziennych gości. To była moja 
pierwsza i ostatnia wizyta. Dalszych losów Misia nie znam.

Tramp i złodziej

Jak co roku „Dar Pomorza” powędrował z kandydatami w szkolny rejs, w którym 
zawinął do portu hiszpańskiego Vigo. Z zasady nie lubiliśmy dobijać do mola, 
odsunięcie bowiem od lądu gwarantowało lepszą nad uczniami kontrolę. Więc i tym 
razem zakotwiczyliśmy na redzie. Dla dokonania formalności udałem się z ko-
mendantem do kapitanatu portu. Motorówka nasza z rozwiniętą banderą szybko 
prześliznęła się po oleistym kożuchu portowej zatoki. My zaś w białych, tropikalnych 
mundurach, połyskując złotymi galonami, nadawaliśmy uroczysty charakter tej 
kurtuazyjnej wizycie.
Jak zwykle oczekiwała nas na molo gromada gapiów. Na czele stali dwaj mężczyźni 
odbijający od reszty oryginalnością wyglądu. Jeden — chudy obdartus, nędzarz o 
kędzierzawej blond czuprynie, drugi — wysmukły elegant w świetnie skrojonym 
garniturze. Obaj szarmancko ukłonili się, pozdrawiając nas czystą polszczyzną.
— Prosimy panów na statek o godzinie czwartej po południu — rzekł do nich 
komendant.
I przypłynęli naszą szalupą punktualnie w oznaczonym czasie. Elegant, jak to zwykle 
bywa, znalazł się od razu w salonie kapitańskim, a zaraz potem w oficerskiej messie 
na kolacji. Oczywiście, nie zaproszono tam obdartusa. Znalazł on swe miejsce w 
kubryku stałej załogi. Zanim jednak tam dotarł, zaczepił naszego intendenta:
— Może mogę być panu pomocny w zakupach? — zaproponował skromnie. — Znam 
język francuski, hiszpański i angielski. Pokażę panu najtańsze i najuczciwsze źródła 
sprzedaży.
Stanęło więc na tym, że od jutra będą chodzić na rynek razem. Tadeusz, nasz 
intendent, popularnie „Majorem” zwany, bardzo rad był z tej pomocy i tegoż zaraz 
dnia wieczorem chwalił uczciwość i fachowość swego towarzysza, który w dodatku 
nie chciał przyjąć żadnego napiwku, twierdząc, że swój procent potrafi wziąć sam od 
straganiny.
Dzień po dniu nasz „asystent gospodarczy” obrastał w coraz to nowe piórka. Dziś 

background image

koszula, jutro spodnie. Po tygodniu niepodobny już był w niczym do owego nędzarza 
witającego nas na molo. Zaróżowiona, dokładnie wygolona twarz miała teraz 
zupełnie inne rysy. Chód i maniery zdradzały ogładę towarzyską. A w rozmowie nie 
dopuszczał się nigdy jakichkolwiek trywialności. Po paru dnia zaproponowałem 
Serżowi — takie miał bowiem imię — wspólną przechadzkę po mieście. Oprowadzał 
mnie po krętych i wąskich zaułkach starego hiszpańskiego miasta, pokazując 
ciekawsze kościoły i domy. Opowiadał mi też nieco o sobie.
Któregoś wieczoru siedzieliśmy na ławce w miejskim parku. Rozmawialiśmy o 
Polsce. Serż opowiadał o latach młodzieńczych spędzonych w Białymstoku i żyłce 
włóczęgowskiej, która pchnęła go w świat, o rodzinie swojej, gdzie traktowany był 
jak parszywa owca, zakała rodu. Nigdy tam nie słyszał dobrego słowa.
— A ta moja włóczęgowska fantazja to coś złego? Czym ona jest gorsza od 
wiecznego gnicia w drobnych, maleńkich troskach i niepokojach, kłótniach i 
zawiściach, intrygach i żydowskich konkurencjach. Ja przynajmniej w tym rodzinnym
groszoróbstwie nie widziałem żadnej zalety, żadnego polotu, ciasno mi było i duszno, 
więc wciąż uciekałem z domu i jeździłem po całej Polsce na gapę. W pociągach i pod 
pociągami, aż wreszcie uciekłem za granicę. Od trzech lat już włóczę się tak po róż-
nych krajach bez grosza...
A ot, na przykład, ten drugi, co ze mną wszedł na statek, za pieniądze, ja nie chcę 
powiedzieć skąd, ale ma dużo pieniędzy, i panowie go karmią z oficerami, bo miał 
wyprasowane spodnie, a mnie wszyscy... nie dostrzegają. Czy to sprawiedliwe? Ta 
sprawiedliwość świata mnie najbardziej gnębi. Ta właśnie „sprawiedliwość”...
— W jakim kraju najlepiej traktują takich włóczykijów jak pan? — spytałem.
— To zależy — odpowiedział — nam, Żydom, najlepiej wędruje się przez Francję.
— A to dlaczego? — zdziwiłem się, znając niegościnność Francuzów.
— Tam, widzi pan, najmniejsze nawet miasteczko posiada swoją gminę żydowską, 
ona musi z urzędu pomagać naszym wędrowcom. Rockefeller zostawił na to 
specjalny kapitał.
— Co z panem będzie, gdy nasz statek odpłynie? Serż smutno westchnął.
— Ano, będę chyba musiał przeprosić się ze swoim stryjem w Buenos Aires. Dobrze 
mu się powodzi. Proponował mi już kilka razy pracę w swoich zakładach, ale 
odmawiałem. Po co miałem tam jechać? Żeby zbijać forsę? Teraz obejrzałem już 
sobie Europę, pora na Amerykę, więc pojadę. Trochę popracuję, a później...
— Ma pan już bilet?
— Bilet? — Serż uśmiechnął się serdecznie, jakby moje pytanie było świetnym 
żartem. — Biletu nie mam, ale popłynę tam luksusowym turystycznym statkiem, 
który dziś wieczorem wejdzie do portu.
Pożegnałem się z Serżem przy trapie i wszedłem na pokład. Uderzyła mnie 
nadzwyczajna cisza. Na pokładzie dosłownie ani żywej duszy. Dlaczego? Co się 
stało? Idę na zwiady. Schodzę tylnym, rufowym trapem do międzypokładu 
uczniowskiego. Jakiś wykład. Uczniowie siedzą w ławkach odwróceni do mnie 
plecami. Prelegenta jeszcze nie widzę, jest zasłonięty wentylatorem. Siadam na 
ostatniej ławce i słyszę znajomy głos. Wychylam się, patrzę, a to nasz „pasażer-
elegant” żywo gestykulując mówi:
— ...ot tak, moi kochani... teraz już wszystko pójdzie gładko. Podkradamy się w 
skarpetkach, ot tak... Prawą ręką kręcimy zluzowany klucz, lewą szarpiemy za kla-
mkę i kasa otwarta. Pamiętamy tylko o włożeniu rękawiczek, żeby nie zostawić 
śladów...
Młode audytorium szalało z zachwytu. Oklaskom nie było końca. Widocznie wykład, 
którego tylko zakończenie miałem szczęście słyszeć, dokładnie objaśniał cały kunszt 
czystej „roboty”.

background image

Po cichu wycofałem się na pokład. Nie chciałem psuć nastroju, tym bardziej że za 
dwa dni mieliśmy już odchodzić w morze.
Wieczorem, powoli i majestatycznie, w asyście dwóch ‘ holowników, połyskując 
nową farbą swoich białych kominów, wszedł do portu amerykański liniowiec. Na 
miasto wysypało się stamtąd mrowie turystów, jak zawsze z baedekerami i aparatami 
fotograficznymi. Ceny w sklepach podskoczyły o sto procent, a tandeta wyrobów 
pamiątkarskich wylała się aż na kamienne mola.
„Dar Pomorza” miał wyjść w morze o czwartej rano, a więc nazajutrz, zaraz po tym 
luksusowym transportowcu.
We środę Serż zjawił się jak zwykle. Załatwił z oficerem prowiantowym zakupy. 
Rozliczył się skrupulatnie ze wszystkich prywatnych pożyczek i wreszcie począł się 
żegnać. Był wzruszony i bliski łez. Na koniec zaproponował wszystkim kupno 
amerykańskich papierosów bez cła na tamtym statku. Chętnie nam przyniesie. 
Złożyliśmy sporą sumę pieniędzy, Macaj dał mu kartkę, aby go wpuścili na tamten 
statek i Serż znikł za burtą. Nie wracał tak długo, że ktoś rzucił podejrzliwie:
— Kto go tam wie, może zwędził...
— Spójrzcie! Statek wywiesił sygnał odejścia.
W tym momencie rozległ się długi, basowy ryk syreny. Turyści amerykańscy 
odpływali. Prawie jednocześnie do burty naszej dobiła rybacka łódź, a w niej chłopak 
obarczony sporą paczką. Były to papierosy dla nas wraz z finansowym rozliczeniem 
w załączonym liście. Serż przepraszał w nim, że nie może dostarczyć papierosów 
osobiście, ale odpływa właśnie do Argentyny... „Proszę patrzeć łaskawie na statek — 
pokiwam wam ręką”.
Wieść o tym „pokiwaniu ręką” rozległa się błyskawicą i po trzecim gwizdku syreny 
kto tylko żył na „Darze”, wychylał się poprzez reling, szukając naszego znajomego.
Luksusowy statek sunął tymczasem obok nas burta w burtę. Szeregi 
wyelegantowanych, biało ubranych pasażerek i wytwornych pasażerów powiewało ku 
nam chusteczkami. Ale nikt z nas na nich nie patrzył. Każdy był ciekawy, gdzie 
spryciarz potrafił się zadekować, czy naprawdę zdobędzie się aż na taką odwagę, 
żeby machać jeszcze na pożegnanie ręką.
— Patrzcie, patrzcie! On stoi na górze, na pokładzie pierwszej klasy!
Istotnie. Uśmiechnięty Serż powiewał do nas stamtąd białą chusteczką. Był równie 
wytworny i elegancki, jak otaczający go pasażerowie.
Nie słyszałem nigdy, ani przedtem, ani później, tak serdecznie chóralnego śmiechu 
jak wówczas na pokładzie „Daru Pomorza”. Nasi chłopcy zarykiwali się, trzymając 
się za brzuchy, podskakując z wielkiej uciechy. Wyczyn Serża potraktowali jako 
znakomity dowcip.
Po powrocie do Polski zastałem na biurku gruby, wypchany list. Czekał już na mnie 
od miesiąca. Z wielkim zainteresowaniem czytałem:

„Kochany Panie Doktorze! Od chwili kiedy powiewałem do was chusteczką, upłynął 
tydzień w spokoju. Siadywałem sobie przy stole pasażerów pierwszej klasy i 
zapijałem się doskonałym winem. Nikt nie podejrzewał, że nie posiadam biletu. Noce 
były gorące, więc spałem na pokładzie na leżaku obok bardzo ładnej argentyńskiej 
lady. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten drań steward, do którego od początku 
nie czułem sympatii. On to zameldował kapitanowi, że jestem bez kabiny. Odtąd 
jadłem gorzej. Mieli mnie oddać w ręce policji na jakiejś wyspie. Ale na szczęście 
wybuchła tam rewolucja i statek nie mógł wejść do portu. Przekazali mnie więc 
policji argentyńskiej już w samym Buenos Aires. Oczywiście zatelefonowałem zaraz 
do mojego stryja i ten mnie wydobył. Pracuję u niego w fabryce, ale ostatniej nocy 
śnił mi się Szanghaj, tam mnie jeszcze nie było. Chyba nie wytrzymam długo i 

background image

pojadę. Dowiadywałem się o statki chodzące do Chin, nietrudno na nie trafić. Ich 
kapitanowie jednak są okrutni dla trampów. Niemniej proszę oczekiwać następnego 
listu z Azji.
Oddany pański przyjaciel Serż”.

Listu z Chin już nie otrzymałem nigdy. Wkrótce bowiem wybuchła wojna...

Kuracja zemdlonych

Właśnie „Dar Pomorza” wrócił z letniego pływania. Był to koniec sierpnia. Staliśmy 
na redzie, gdy nadszedł dziwny, nigdy dotąd wobec nas nie stosowany rozkaz: 
„Natychmiast udać się na motorze do Gdańska, aby przywieźć stamtąd do Gdyni 
załogę i tabor kajakowego spływu”.
Jeden z naszych okrętów wojennych otrzymał identyczne zlecenie, a więc płyniemy 
prawie burta w burtę.
O szóstej po południu jesteśmy na miejscu. Ogólnopolski spływ kajakowy 
organizowany rzeź Ligę Morską i Kolonialną ma przybyć za godzinę. O siódmej 
przybiegają panie z organizacyjnego komitetu. Są eleganckie i pełne zapału. 
Wytwornie wyglądają w swoich jachtowych mundurkach, przy białych spódniczkach 
granatowe marynarki, pełne najprzeróżniejszych złoceń.
— Może by tak jakieś kanapki dla tych ludzi przygotować? — pytamy.
— Gdzież tam — protestują panie z komitetu. — Załoga przybędzie syta i wypoczęta. 
Wszędzie po drodze opiekują się nimi.
Mija godzina, za nią i druga. Kajakarzy ani śladu. Nadciąga przejmujący wiatr od 
morza. Wyjątkowo zimny wieczór.
— Może zagotować im herbaty, bo przemarzną? — troszczy się nasz prowiantowy.
— Dziękujemy, nic nie potrzeba — odpowiadają panie z komitetu.
— Więc jaka ma być nasza rola i nasza pomoc?
— Tylko wskazać miejsce na pokładzie, gdzie mają być złożone kajaki. Kajakarze 
sami je złożą w porządku.
Czekamy jeszcze godzinę. Panie z komitetu rozsiadły się na cumowych słupkach. 
Patrzymy na zegarki. Godzina dziesiąta z minutami. Nareszcie zjawia się pierwsza 
para kajakowiczów, on i ona. Oboje wykończeni zupełnie, ledwo zipią. Ciała 
poparzone od słońca, oczy pałają gorączką. Ledwie wysiedli, zapomnieli o kajaku i o 
rzeczach. Podpierając się wzajemnie, istne pokraki, wloką się do kapitańskiego 
salonu. Trzęsą się z zimna. Drugi kajak, trzeci, czwarty, zaczynają sypać się jak z 
rękawa, a wszyscy skonani do ostatecznego tchu, wszyscy poparzeni, schorowani, 
zbolali... „Pić!... Jeść!... Spać!... Ratunku!” — jedno wzdychanie, jeden jęk. Obraz 
nieszczęścia i klęski. Wytworne panie z komitetu gdzieś się ulotniły. Nasz poczciwy 
kwatermistrz gotuje herbatę. Nie tylko salon, ale wszystkie zakamarki statku 
wypełnione są rozbitkami. Kajaki, rzucone na pastwę losu, wędrują z wody na 
plecach uczniów Szkoły Morskiej, a ci, mając w jawnej pogardzie słodkowodnych 
patałachów, klną:
— Cóż to, za tragarzy nas wynajęli czy co? — i słusznie.
Wreszcie grubo już po północy statek ruszył. Piramidy kajaków i piramidy byle jak i 
byle gdzie zwalonych ludzi. Obraz nędzy i rozpaczy.
— Choć burza huczy wkoło nas!... — zaintonował jakiś bohater, ale pieśń zamarła w 
ciasnym kanale Nogatu. Ponure milczenie było jedyną odpowiedzią.

background image

— Tu i „Góralu” nie pomoże — mruczy drugi oficer, wściekły na tę głupią 
organizację. Jakże można doprowadzać ludzi do podobnego wyczerpania.
Nasz magazyn nie był przygotowany na tyle ludzi. Właśnie za kilka dni miano 
ładować prowiant na zimowy rejs. Major więc wyłaził teraz ze skóry, aby jakoś 
nasycić tych nieoczekiwanych głodomorów. Litościwym okiem spoglądał na żałosne, 
przytulone do siebie w ciemnych kątach statku pary. Chleb się skończył, konserwy 
też — i jakże tu ich nakarmić? Uczniowie klną, na czym świat stoi.
— Ładny mi sport! Niedołęgi!... Ciamajdy!... Łazęgi!... Wreszcie stukot układanych 
kajaków zmienił się w klekotanie naszego motoru. Wyszliśmy w morze.
Z trudem torując sobie drogę poprzez stłoczone kolana siedzących na podłodze ludzi, 
trafiłem wreszcie do swojej kabiny. Drzwi jej wychodziły na korytarz, vis a vis 
takichże drzwi do ambulansu. Ledwie usiadłem przy biurku i ledwie otworzyłem 
książkę, już ktoś puka.
— Wlazł! — wrzasnąłem wersalsko.
We framudze otwartych drzwi sprężył się dyżurny uczeń:
— Melduję, panie doktorze, zemdloną kajakarkę!
— Zanieść ją do ambulansu, zaraz tam przyjdę.
Nie śpiesząc się opuszczam kabinę i przekroczywszy korytarz staję przed 
operacyjnym, wysokim stołem. Służył on jednocześnie za sofkę do lekarskich badań. 
Tu właśnie uczniowie złożyli zemdloną. Sami zaś dyskretnie stanęli pod drzwiami.
— Możecie odejść! — rozkazałem chłodno i przeczekawszy, aż się drzwi za nimi 
zamkną, pochyliłem się nad twarzą pacjentki. Jasna blondynka, w białej akademickiej 
czapce, leży oto na wznak, blada, z zamkniętymi oczami. Biorę ją za puls, 
przypatrując się uważnie z bliska firankom długich rzęs. I wtedy... O nieba! Piękne, 
błękitne oczy rozwarły się szeroko i nagłym a niespodziewanym ruchem nagie 
ramiona dziewczyny objęły mnie za szyję. To wszystko stało się tak nagle, że warg 
już nawet nie zdążyłem cofnąć przed gorącym, namiętnym pocałunkiem. Zresztą kto 
by się przed takimi rzeczami cofał?
Nie namyślając się długo, podłożyłem ręce pod kibić zemdlonej, uniosłem ją wysoko 
w górę, kopnięciem buta otworzyłem drzwi na korytarz, potem drugie drzwi do 
własnej kabiny. Ułożyłem tutaj dziewczynę na wysokiej koi, a mądre drzwi same się 
już zatrzasnęły za mną. Nie potrzebowałem się troszczyć o niepotrzebnych świadków. 
Kabina była pusta. Zrzuciłem mundurową kurtkę. Żar policzków dziewczyny był zbyt 
wielki. Jej głowa w tej chwili znajdowała się tuż przy mojej. Nie miałbym przeszkód 
w dalszym całowaniu, gdyby nie nowe dobijanie się do drzwi.
— Wlazł! — wrzasnąłem.
— Panie doktorze — znajomy głos. — Nowa zemdlona!
— Zanieście ją do ambulansu! — rozkazałem.
— Przepraszam! — rzuciłem w stronę miłego gościa — zaraz wrócę.
Byłem zły. Tak dobrze zapowiadający się romans psuły obowiązki służbowe. Byle 
prędzej odczepić się od tej nowej pacjentki.
Znalazłem ją na tym samym stole operacyjnym i w takiej samej pozycji. Odprawiłem 
uczniów jak przedtem. Zostaliśmy sami. Tym razem nie była to blondynka, wprost 
przeciwnie — rumiana, okrąglutka czarnula. Na głowie miała takąż samą białą 
rogatywkę akademicką.
Widocznie od blasku operacyjnej lampy oczy pacjentki rozwarły się. Na ustach 
wykwitł zalotny uśmieszek:
— Doktorek myśli, że udaję? Słowo honoru zrobiło mi się słabo. W tamtej sali 
okropnie tłoczno i duszno.
Doktorek nie wierzy?... O, proszę posłuchać, jak mi bije serce...
To mówiąc zemdlona pacjentka zgrabnym i wprawnym ruchem wyłuskała z 

background image

ramiączka bardzo foremną pierś i uniósłszy się ku górze, zerknęła spode łba.
Nie miałem słuchawki w ręku. Posłuszny zaproszeniu przytuliłem ucho do 
wskazanego mi miejsca. Usłużna rączka przycisnęła mi głowę mocniej. Nie słyszałem 
nic prócz łomotania statku, a może było to moje serce?
— Szkoda czasu, doktorku, lepiej mnie pocałuj — powiedziała zwyczajnie i prosto. 
Jakże mogłem odmówić? Wargi miała jędrne i soczyste. Nie wszystkie kobiety 
umieją całować. Nie lubię różnych wyszukanych metod. Pocałunek warg jest 
najsmakowitszy, ale wymaga zrozumienia.
Jeszcze wahałem się chwilę, co mam teraz robić? Gdzie ją ulokować? W kabinie 
wolna kanapka. Łóżko zajęte. Uniosłem dziewczynę na ręce i tąż samą metodą, 
kopiąc butem drzwi, utorowałem sobie drogę. Znalazłem się w kabinie...
— Co widzę!... Zosiu! To ty już tutaj? — zawołał mój słodki ciężar na widok 
poprzednio ocuconej koleżanki.
— Widzicie ją, jaka spryciara! — odpowiedziała Zosia i obie zaniosły się 
srebrzystym, beztroskim śmiechem. Poczułem się trochę nieswojo.
Tak wystrychnięto mnie na dudka. A czemu? Właściwie wszystkiemu byłem winien 
sam. Jakże mogłem wnosić tę drugą kobietę, skoro już nie było wolnego miejsca? 
Teraz nie ma innej rady. Muszę sprowadzić na pomoc innych kolegów. Szuflady 
kabiny są pełne dobrej malagi. Butelki z ostatnich portów hiszpańskich czekają. 
Niech więc dziewczyny się rozweselą.
— Zaraz wrócę! — rzuciłem w przestrzeń, zatrzaskując drzwi za sobą.
— Władek! Kazik! Bruno!. — zwołuję przyjaciół. — Mam dla was niespodziankę, 
chodźcie do mnie na kieliszek.
Rzeczywiście, im bliżej Gdyni, tym było weselej w mojej kabinie. Noc minęła 
szybko. Na szczęście nikt już więcej nie mdlał.

Na tropach mafii

— Cudowna dziewczyna, wspaniała dziewczyna! Bez niej nie odejdę, musi być moja! 
— wykrzykiwał nasz przyjaciel instruktor Henio, biegając nerwowo z kąta w kąt 
kabiny. Na kanapce zaś siedziała stłoczona cała reszta oficerskiej załogi statku.
— Zwariowałeś — uspokajał przyjaciela Bruno. — Jesteś pod świeżym wrażeniem, 
dlatego tak mówisz. Ochłoniesz, skrytykujesz i otrzeźwiejesz, boć w końcu to 
przecież zwykła kurwa...
— Wypraszam sobie podobne epitety! — zawołał Henio stając w zaperzeniu 
pośrodku kabiny. — Jeśli chcesz zostać moim przyjacielem, to się w ten sposób o niej 
nie wyrażaj. Wcale kurwą nie jest. Porwano ją, rozumiesz? To jest biedna, 
najnieszczęśliwsza i najlepsza dziewczyna w ręku handlarzy żywym towarem. Trzeba 
ją z tych rąk wyrwać. Muszę tego dokonać i wy mi w tym pomożecie.
— Wcale nie taka łatwa i nie prosta sprawa — zaczął Drugi. — Zastanów się tylko, 
co za przykre konsekwencje mogą stąd wyniknąć. Chryja, jakich mało. Ale opowiedz 
nam przynajmniej dokładnie, jak to tam było.
— Nic nie było, a co miało być? — zaczął Henio opierając się plecami o moją 
wysoką koję. — Co miało być? Ty zaraz węszysz sensację. Po prostu dziewczyna 
oddała mi się nie jak prostytutka, tylko jak najniewinniejsza, najporządniejsza 
serdeczna i uczciwa dziewczyna... ale szkoda słów, tego się nie opisze, to tylko 
można wyczuć nerwami, całym sobą. Tego się nie da ująć w żadne słowa. Wytworzył 
się między nami stosunek świeży, piękny, nieskalany. Nawet nie chcę tego ujmować 

background image

w lapidarne słowa. Ta noc to najpiękniejsze przeżycie, to odmłodzenie, powrót do 
sztubackich czasów. Ona to pensjonarka. Takie naiwnie, ufnie patrzące dziewczę. 
Tak, najlepsze określenie dla niej: ,,pensjonarka”. Co za temperament: szalony, 
ekspulsywny, ognisty, chłonący bez reszty i bez zastrzeżeń. Ach, co tu gadać, takiego 
szału, takiej opętańczej miłości nie przeżywałem dotąd nigdy i nie wyobrażam sobie 
nawet, że może istnieć.
— No dobrze — zgodziłem się. — Wielki seksualny temperament, może chwilowy 
nastrój miłosnego uniesienia, ale na czymże budujesz te swoje dalekosiężne plany 
życiowe? Skąd wiesz o porwaniu? Może to zwykła tylko romantyczna bujda.
— A cóż ty sobie myślisz, że całą noc, a właściwie całą dobę przełajdaczyliśmy, nic 
do siebie nie gadając? Wiem od niej wszystko. Mówiła szczerze i wylewnie. 
Przyznawała się do swoich głupich kroków, do ucieczki z domu i temu podobnych 
szczegółów, ale kwintesencją wszystkiego jest doskonale zorganizowana akcja kry-
minalistów, porywaczy, zawodowych uwodzicieli, w ręce których trafiła i nie może 
się już wyrwać. Nic? ma dla niej sposobu. Wejdźcie tylko w jej położenie. Przecież to 
koszmar. Ona pochodzi z inteligenckiej, nawet zamożnej rodziny hiszpańskiej, która 
nie mogąc zrozumieć tej całej matni wyrzekła się jej. Obwiniono ją jedynie, nie do-
patrując się gangsterskiego podstępu. Zwykła rodzicielska, drobnomieszczańska 
kołtuneria hiszpańska, katolicka moralistyka, bezwzględna i fanatyczna. Ona zaś raz 
odrzucona nie może dokołatać się do ich serc, nie może wytłumaczyć, co się stało. A 
zresztą nie ma po temu żadnych okazji, bo jej pilnują na każdym kroku. 
Odseparowana jest od świata niczym w więzieniu. Powiadam wam, to kryminał, 
najtypowszy, najgroźniejszy kryminał...
— A któż ci zaręczy, że całe to jej opowiadanie nie jest zwykłą fantastyczną blagą dla 
rozczulenia i zabawienia klienta... — Zaczął znowu Brunc, ale natychmiast przerwał, 
widząc niekłamaną boleść na twarzy przyjaciela, który zagryzł wargi i zbladł. 
Walczył widocznie ze sobą, aby nie wybuchnąć zwykłą, ordynarną wściekłością. 
Żeby nie zakląć marynarską gwarą. Hamowanym, wolnym ruchem otarł pot z czoła:
— Widzę, że was nie przekonam. Szkoda gadania. Trzeba było przeżyć. Trzeba było 
wysłuchać tych skarg, jak ja wysłuchałem. Trzeba było widzieć jej oczy, wyraz jej 
twarzy... et! — machnął pogardliwie ręką. — Nie zrozumiecie, boście tego nie 
przeżyli, co ja przeżyłem, fakt jest faktem: dziewczyna została uwięziona przez 
najciemniejszy świat przestępczy i muszę ją za wszelką cenę stamtąd wyrwać. 
Obiecałem jej to i choćbym miał zejść ze statku, dotrzymam słowa. Ja to uczynię. Nie 
chcecie mi dopomóc, sam sobie jakoś poradzę. Całe miasto postawię na nogi. Ściągnę 
policję. Zapłacę wiele trzeba, a swego dopnę.
— I co z nią potem zrobisz? — spytałem.
— Jak to co? Ożenię się. Zabiorę do Polski.
— Ano — mruknął Drugi — wobec takiej determinacji nie ma o czym gadać...
— Determinacja — powtórzył Henio. — To żadna determinacja, to tylko świadomość 
wielkiego, spontanicznego uczucia. Ja ją kocham, wiem na pewno, że kocham i ona 
mnie się odwzajemnia.
— O ho ho! — krzyknęliśmy chórem. — Jedna płomienna noc i zaraz miłość!
— Znowu sobie pozwalacie! — oburzył się Henio. — Wy wszystko potraficie 
ześwinić. Każdą ideę sprowadzicie bezmyślnie do rynsztoka. Jedna noc — powtórzył 
w zamyśleniu — tak, jedna noc, ale czas nie odgrywa tu najmniejszej roli. Cóż 
znaczy czas? Ta noc to moje życie. Wykładam karty na stół va banque. Jestem przy 
zdrowych zmysłach i wiem, co robię. Ratuję przez to człowieka.
— Więc chodźmy z tym do kapitana — zdecydowałem. — Bez niego się tu nie 
obejdzie. On swój człowiek i może lepiej cię zrozumie od nas, a w każdym razie coś 
wspólnie uradzimy.

background image

Kapitana w salonie nie zastaliśmy, rozsiedliśmy się więc po kanapach wyczekując, aż 
zejdzie z mostka.
— Co zamyślasz robić? Masz jakiś konkretny plan? — spytał Trzeci.
— Plan? A cóż może być za plan? Wejść do burdelu niespodzianie. Zabrać 
dziewczynę po dobremu albo i przemocą, no i już. Wszakże oni nie mają nad nią 
żadnej prawem ustalonej władzy, mimo że nie jest jeszcze pełnoletnią. Zresztą licho 
ich tam wie, jak się obwarowali.
— Otóż to, otóż to... kto ich wie? Obawiam się, że sprawa nie jest wcale taka prosta. 
Jeżeli ona należy do nich, to znaczy do świata przestępczego, nici zagmatwane i 
odpowiednio umocnione. Oni wiedzą, jak się wymigać, a kto wie, czy policja 
miejscowa nie macza też w tym swoich palców. W tym kraju wszystko jest przekupne 
bardziej niż gdzie indziej. Dlatego Argentyna i Brazylia tworzyły zawsze i do dziś 
tworzą podstawę do akcji handlarzy żywym towarem, tu się ogniskowało i ogniskuje 
to całe tałałajstwo. Stąd wysuwają oni swoje macki na cały świat. Tu jest właściwie 
przechowalnia młodych porwanych dziewcząt do chwili, aż się uspokoją, aż przestaną 
być niebezpieczne.
— Przypuśćmy, że wszystko się nam uda, że dziewczynę uprowadzimy — zaczął 
Drugi. — Co z nią dalej robić? Wszak „Dar Pomorza” jej nie zabierze. Zostawić nie 
można, bo znajdą ją i porwą. Położenie więc wcale niełatwe.
— Opłacą jej podróż do Polski. Weźmiemy ślub zaraz, jako mojej uprawnionej żonie 
nie mogą chyba robić trudności — snuł swoje plany w zamyśleniu.
— Podać panom wino? — spytał usłużnie steward.
— Nie zaszkodzi — potwierdziłem — wino dobrze nam zrobi.
— Nu i cóż za taka narada? — spytał wesoło od progu kapitan.
Zaczęło się opowiadanie na wyrywki. Każdy starał się coś dodać, aby sprawie nadać 
możliwie łagodny charakter. Każdy z nas chciałby chłopcu dopomóc.
— Krótko i węzłowato — rzuciłem poważnie: — nasz Kochany Henio trafił wczoraj 
wieczorem w Kurytybie zamiast do kościoła do burdelu...
— Doktor zaczyna żartować, a to sprawa nie do żartów — przerwał mi Henio i 
znowu pobladł na twarzy. — Muszę, panie kapitanie, odebrać z rąk bandytów dziew-
czynę, w której się zakochałem i z którą postanowiłem się ożenić.
— Co?... — zdziwił się komendant z dobrotliwym uśmiechem... — Tak już od razu, 
tak zaraz?... Ożenić się? A czy się pan zastanowił? Zna pan ją? Zna pan jej rodziców? 
Skąd pochodzi? Jaka jest? Mój drogi, pan jeszcze dziecko. One wszystkie zawsze 
opowiadają niestworzone historie. Żebym ja tyle włosów miał na głowie, wiele 
podobnych historii nasłuchałem się.
— Nie, nie, panie kapitanie — obruszył się Henio. — Lepiej nie tracić czasu na 
namowy. Ta rzecz jest zupełnie i bezapelacyjnie przesądzona. Żenię się i zabieram 
dziewczynę do Polski, tylko trzeba ją wyrwać z rąk handlarzy i o pomoc w tym 
względzie uprzejmie proszę pana kapitana.
— A ja wsio taki i nie ustąpię. Ot, ja wasz ojciec, za was wszystkich odpowiadam i w 
głupstwach pomagać nie mogiem. Pan zaraz jak ten Don Kichot na wiatrak gotów 
pędzić, a z tego mogą wyniknąć wielkie awantury. Nie daj boh, co za skandal. 
Oficerowie statku szkolnego po burdelach się tłuką. Co ludzie powiedzą? Co 
pomyślą?
— Więc co robić, panie kapitanie? Proszę mi radzić jak ojciec. Ja stąd nie wyjadę bez 
niej. To moja dziewczyna. Kocham ją i koniec, a zresztą obiecałem jej i raz danego 
słowa dotrzymam. Muszę dotrzymać. Proszę, bardzo pana proszę dopomóc. Może 
wszystko uda się łatwiej, niż przypuszczamy. Może tylko zażądają okupu, ja zapłacę 
wiele tylko trzeba. Może skończy się pokojowo i spokojnie. Proszę tylko pana 
kapitana o zezwolenie na wyjście tego wieczoru na ląd. Trzeci mnie zastąpi na 

background image

wachcie, a doktor i Drugi pójdą ze mną razem.
— No cóż, ja wam zabronić nie mogę. Wyż dorosły człowiek, nie uczeń. Szkołę już 
ukończyliście. Jesteście wolny. Nu, i historia rzeczywiście ciekawa. Ja nawet, 
powiedzieć pod sekretem, takie awantury to lubię. Ot, i poszedłby nawet z wami, 
tylko mam stracha. Ot, widzicie, w tym znaczy się waszym... burdelu można nie-
chcący na jakiegoś z naszych uczni trafić. A kto ich chalera wie, gdzie gulają. Ot, i 
wstyd będzie. Uczniowie, a tu i komendant. Może wyjść wielki skandal.
— To my trochę wcześniej pojedziemy, a uczniów można trochę przy jakichś 
dodatkowych robotach przytrzymać — zaproponował Drugi. — My ostrożnie pój-
dziemy naprzód, a pan kapitan za nami.
— Nu dobrze — zgodził się Macaj. — Pojedziemy, ale wy ani mru-mru nikomu. 
Naszykujcie motorówkę raniej.
Tak też się i stało. Oto stoimy we czworo na tylnej platformie brazylijskiego wagonu. 
Bujny, rozkwitły, orchideami pachnący świat nieprzystępnej bokami dżungli umyka 
spod naszych nóg. Nie ma lepszego miejsca do obserwacji mijanych krajobrazów jak 
ta właśnie platforma z trzema oknami. Nic nie zasłania tu wzroku. Szerokoekranowy, 
barwny film z tubylczego życia rozwija się w całej swojej okazałości.
Wdzieramy się oto na górską przełęcz. Jakże inne są wkoło nas góry od naszych 
Karpat czy Bałkanów, a nawet od gór Taurusu czy Kaukazu. Tam przeważnie gołe 
skały najeżone od czasu do czasu kępami iglastych lasów. Kłujące i sztywne. A tutaj 
pijany przepych najsoczystszej, tropikalnej flory. Splątany gąszcz wiecznie zielonej, 
odurzającej zapachami dżungli. Tu także są szczyty i doliny, są granie i przepaście, 
ale wszystko to miękkie, obrosłe i pulchne, sprężyste od mchów i paproci, wilgotne i 
przytulne jak liście bananowców. Wszystko tu splątane girlandami pachnących 
storczyków, których kompozycja nie zna granic. Szkarłat żywy, ognisty bije z 
każdego pnia, każdej gałęzi, razi oczy słonecznym odbiciem, przywołując ku sobie 
ogromne, macicą perłową mieniące się niebieskie motyle.
Dwie lokomotywy na raz, ciężko sapiąc, ciągną ciężar długiego pociągu. Kręcą się 
wzdłuż górskich potoków posłuszne nakazom natury. Kładą się za nami dwa pasma 
metalowych szyn, nurzają się w soczystej trawie, giną za koronami pierzastych, 
kokietliwych palm. Białe siklawy z pienistym szumem spadają wprost pod koła 
pociągu, aż odprysk ich chłodny orzeźwia rozpyloną mgłą.
— Uciekamy! — wrzasnął nagle kapitan, mocując się z klamkami u drzwi. W tym 
momencie ogarnęła nas ciemność i gryzący, jałowcowy dym wypełnił płuca. Za 
gardło chwycił spazm. Zbitą kupą, z obłędnym lękiem, wzajemnie się popychając, 
wpadliśmy za kapitanem na korytarz wagonu, zatrzaskując za sobą drzwi.
— Zapomniałem uprzedzić. Tunel, chalera! — wołał Macaj. — Oni tu palą drzewem 
jakimś śmierdzącym, że wytrzymać nie można.
Na szczęście wpadliśmy do przedziału z zamkniętymi oknami. Na nasz widok jedyny 
pasażer, otyły kaboklo, parsknął jowialnym dobrodusznym śmiechem.
— Muito bom... muito bom — pochwalił ironicznie.
— Chodźmy lepiej z powrotem na naszą platformę — zachęcałem, kiedy się tunel 
skończył.
— Co pan! — zaprotestował Macaj. — Teraz to już one jeden za drugim pójdą aż do 
samej Kurytyby. Ludzie mówią, że ta kolej od Paranagua do Kurytyby to 
najpiękniejsza na świecie. Czy najpiękniejsza nie wiem, ale że bardzo ładna to fakt.
Kiedyśmy wysiedli w Kurytybie, była już godzina siódma, więc noc w całej pełni.
— Niech pan idzie przodem i nas prowadzi — zwrócił się Macaj do instruktora. 
Szliśmy parami. To miało być niedaleko od dworca.
— Uczniów nie ma co się bać, bo jeszcze nie mogli zdążyć. My złapaliśmy, zdaje się, 
pierwszy, najwcześniejszy pociąg.

background image

— To tutaj — rzekł Henio zatrzymując się i nie wiadomo czemu ściszając głos. — 
Dom, jak widzicie, niewielki, wejście tylko jedno, a drugie prawdopodobnie od 
podwórka. Ty, Brunc, stań tutaj na straży i obserwuj, my we trójkę wejdziemy do 
środka — to mówiąc Henio szarpnął silnie sznurek od ręcznego dzwonka.
Upłynęło sporo czasu, zanim się otworzyło maleńkie okienko niczym więzienny 
judasz.
— Kto tam? — spytał antypatycznie skrzeczący głos po portugalsku.
— Klienci ze statku — odpowiedział wesoło Brunc. Okienko się zamknęło bez 
żadnej dalszej reakcji. Stoimy w ciszy dobre dziesięć minut.
— Pewnie poznała ciebie — zauważył półgłosem Brunc.
— Wątpię, stałem przecież na boku — odpowiedział także półgłosem Henio. A ja 
pomyślałem tylko w duchu: dlaczego oni tak szepczą? A drzwi jakoś nikt nie kwapił 
się otwierać.
— Chodźmy, tu nie ma na co czekać — zdecydował Henio, kierując się w stronę 
bramy. — Brunc! Ty zostań i pilnuj, żeby nam nikt nie uciekł.
Obeszliśmy dom. Rzeczywiście od strony podwórka miał oszklony ganek. Drzwi 
zastaliśmy otwarte, widocznie od tej strony nie spodziewano się wizyty. Weszliśmy 
bez pukania. Byliśmy zrezygnowani i gotowi teraz na wszystko. Czuć było w 
powietrzu awanturę. W najbliższej izbie mignęła rozwiana spódnica. Ktoś 
pośpiesznie uciekł. Stanęliśmy w środku dużego pokoju i zwyczajem miejscowych 
kabokli klaszczemy w dłonie. Tak nakazuje przyzwoitość. Nareszcie zjawia się gruba 
„mama”.
— To ta sama wiedźma — szepnął na ucho kapitanowi Henio występując naprzód. — 
Senhora zawoła tutaj zaraz do nas senhoritę Annę Marię.
— Annę Marię? — powtórzyła zdziwiona.
— No tak, właśnie Annę Marię, z którą spędziłem tutaj wczorajszą noc.
— Senhor, tutaj? — przekrzywiła głowę udając, że nie poznaje Henia. — Ja nie 
pamiętam. Tu żadnej Anny Marii nigdy nie było.
Nie widziałem jeszcze Henia z taką zmienioną twarzą, taką zawziętością, taką 
nienawiścią, takim wściekłym błyskiem oczu. Mimo woli przysunąłem się bliżej, aby 
powstrzymać go od rękoczynu. Ale nie. Chłopak sam się pohamował, tylko przez 
zaciśnięte wargi powtórzył ciszej:
— Z Anną Marią spędziłem tutaj wczorajszą noc i w tej chwili ma ona tutaj przyjść, 
inaczej sami ją tutaj przyprowadzimy.
Wyraz twarzy Henia był nie do żartów, więc nagle baba zmiękła i cofając się 
dyskretnie ku drzwiom, zaczęła nerwowo zapewniać, że nic nie wie i nic nie pamięta, 
pewno to nie była żadna Anna Maria, tylko inna młoda i ta właśnie dzisiaj rano 
odjechała...
— Dokąd odjechała? — wrzasnął instruktor zaciskając pięści.
— A skąd ja mogę wiedzieć dokąd? Alboż ona dziecko? Alboż ja jej matka? Alboż ja 
pytam każdą dziewczynę, gdzie idzie? Jej sprawa. Zechciała pojechać, niech jedzie. 
Zabrała rzeczy i pojechała, może do Rio, a może do Sao Paulo, a może do Buenos 
Aires. Kto ją tam wie — trzęsąc się z wielkiej emocji, paplała prawie histerycznie.
— To kłamstwo! Być nie może! — wykrzykiwał Henio zwrócony w naszą stronę. — 
Ona miała na mnie czekać, na pewno miała czekać. Oni ją wywieźli albo schowali. 
Nie mamy czego tu stać bezczynnie, chodźmy do środka. — To mówiąc odepchnął 
babę na stronę i nagłym, energicznym ruchem pchnął przed siebie drzwi. Nastąpił 
pisk i cztery roznegliżowane senhority rzuciły się do ucieczki, a tuż za nimi biegł 
nasz Henio. Nie było tam Anny Marii. Nie zważając na protesty przestraszonej 
„mamy”, otwieraliśmy kolejno szafy i zaglądaliśmy pod łóżka, niestety i tutaj zguby 
naszej nie było.

background image

Dziwiło mnie, że te wszystkie protesty gospodyni miały charakter raczej łagodny i 
powściągliwy, bądź co bądź szarogęsiliśmy się w jej domu niczym bandyci i mogła 
przecie z łatwością zawołać policję, mogła podnieść dziki wrzask, a ona tymczasem, 
burcząc pod nosem niewinne przekleństwa, dreptała nam po piętach, zaglądając w 
ręce, czy nie przywłaszczamy jakichś drobnych przedmiotów. Widocznie mając do 
wyboru interwencję policji albo niewinną burdę marynarzy, wolała to ostatnie. Jako 
dobry, doświadczony psycholog wiedziała, że marynarz dziś tu — jutro tam i wszelki 
ślad po nim zginie. Gniew marynarza to jak ta bańka z mydła: napęcznieje, błyśnie i 
pęknie. Można przeżyć.
I rzeczywiście, biedny nasz Henio daleki był od wszelkich burd. Najdelikatniejszy, 
najkulturalniejszy z naszych młodych kolegów nie był po prostu zdolny do wul-
garnych wystąpień. Więc zamiast miotać się i krzyczeć, zamiast łajać i bić — 
obgryzał tylko palce i nerwowo sapał. Kto go znał tak blisko jak my, ten tylko mógł 
spostrzec cierpienie odbite na jego twarzy. Cierpienie bezsilne i nieszkodliwe.
Odchodziliśmy z burdelu pokonani i bezradni, a jednocześnie przekonani, że baba z 
nas zakpiła, wystrychnęła na dudka. Być może dziewczyna siedziała ukryta na jakimś 
stryszku. Wszakże rewizja nasza była tylko gestem, gentlemeńskim odruchem. Żaden 
z nas nie potrafił zdobyć się na tupet, aby zaglądać we wszystkie zakamarki.
— A jednak ona nie wyjechała! — krzyknął nagle biedny Henio, kiedyśmy uszli 
spory kawał drogi. — Ja wiem na pewno.
— Więc może wrócimy, złapiemy ich w zaskoczeniu — zaproponowałem.
— Myśl dobra, ale do niczego nie zaprowadzi — powiedział kapitan. — Nie bójcie 
się. One nas śledzą. Zapakują dziewczynę z powrotem do tejże kryjówki. Kto będzie 
jej tam szukał? Może pan? — zwrócił się do instruktora.
— Trudna rada — rzekł Brunc, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. — Zbierz się, 
bracie, do kupy. Zapomnij. Nie takie jeszcze w życiu czekają ciebie kawały. Głową 
muru nie przebijesz. Zrobiliśmy, co do nas należało.
— Mogła jednak krzyczeć — wtrącił kapitan. — Wątpię w to, aby ją kneblowali.
— A któż zaręczy? — zauważyłem. — Czemużby nie mieli kneblować? Mnie też nie 
wygląda na to, aby dziewczyna wyjechała. Była na pewno gdzieś dobrze ukryta.
— Gdyby nie to, że statek jutro musi odchodzić, powtórzylibyśmy wizytę 
kilkakrotnie — mówił Macaj. — Ja nawet na pańskim miejscu zameldowałbym o tym 
wypadku miejscowej policji, ale nie ma o czym gadać. Musimy jutro odpływać.
— A może bym ja został, panie kapitanie?
— Dla samego przypuszczenia? Dla bardzo słabej nadziei? Czy warto ryzykować? 
Wystrychną pana na dudka jak dzisiaj i na tym się sprawa skończy. To przecież 
międzynarodowa szajka...
— Ależ dziewczyna nie igła, musiałaby się w końcu znaleźć.
— Gdzie? Niech pan nie żartuje. Alboż Brazylia mała! Profesor Fawcett zginął i nie 
mogli go odnaleźć, a cóż dopiero jakaś tam za przeproszeniem... tfu!... dziewczyna — 
zakończył Macaj w nagłym zażenowaniu.
— Otóż to... otóż to — jęknął biedny Henio.
Wracaliśmy bez humorów. Nie ciekawiły nas już widoki uciekającej zieleni. Ciemno 
zresztą było. Dopiero marsz przez uśpione miasto Parangua rozkrochmalił nieco 
smutną atmosferę. Może nie sam marsz, tylko ten chór tropikalnych cykad, których 
orkiestra nigdzie chyba nie jest tak donośna, jak właśnie tutaj, w Brazylii. A latające 
ogniki, nigdzie takiej ilości ich nie ma. Jednookie i dwuokie. Mrugające i ze światłem 
stałym. Małe i duże. Chmarą pokrywają krzaki.
— Stańmy! — rozkazał kapitan. — Tych żab warto posłuchać. Takich żab na całym 
świecie nie znaleźć. Widzieli panowie? Jak czapka tak duże. Posiedzim w ciszy, ot i 
posłuchacie.

background image

Rzeczywiście nie trzeba było czekać. Chór żabi rozległ się głębokim, dzwoniącym 
warkotem, a od czasu do czasu jakby do taktu jazzbandowej melodii, odzywał się ba-
sowy, rezonujący ton niby gongu, niby wojennego kotła, to właśnie kumkały te 
największe ropuchy.
Na statku czekała na nas niespodzianka.
— Panie doktorze! — meldował dyżurny uczeń. — Kapitański steward zamiast 
wódki napił się nafty.
— A to jakim cudem — zdumiałem się.
— Ano — odpowiedział dyżurny skromnie opuszczając oczy. — Ano dopił się do 
tego stanu, że przestał odróżniać smaki.
— Dużo wypił?
— Zdaje się, całą butelkę.
— Płukanie żołądka! Natychmiast płukanie żołądka!
— Zbędne chyba, panie doktorze, bo on już od godziny wymiotuje.
— Nie szkodzi, dać mu mleka, dużo mleka, niechaj wymiotuje mlekiem. Umieścić go 
w szpitalu, zaraz tam przychodzę.
Życie. Normalne życie lekarza powołuje do zawodowych czynności. Jeden kryminał 
się skończył, drugi się zaczyna. Dramaty są tylko pozorami. Wszystko się przemiele, 
roztopi w tyglu czasu i zapomni. Wspaniała, piękna, wulkaniczna Hiszpanka, 
niedoszła żona naszego przyjaciela, dzisiaj, jeżeli jeszcze żyje, roztyła się nie do 
poznania, tak zresztą jak wszystkie one po dwudziestym piątym roku życia. Rozlazła 
z niej pewnie, siwa już babcia. A instruktor Henio? Nie pytajcie. Zginął na ka-
pitańskim posterunku.

Wąż i łysina

Jak wygląda rzeka Amazonka? Właściwie to ona wcale nie „wygląda”, bo jej nie 
widać. Cóż to za rzeka, jeżeli jej przeciwległego brzegu wcale nie ma? Był ocean i w 
dalszym ciągu został ocean, tylko że woda zmętniała, straciła swój dotychczasowy 
ciemnoniebieski kolor, a stała się żółta.
— O, widzi pan — mówi do mnie kapitan statku, podając lornetkę — niech pan tylko 
uważnie patrzy, tam na horyzoncie biegnie linia, po jej prawej stronie kolor 
granatowy to ocean, a po lewej mętnożółty — to Amazonka.
Nazajutrz przybiliśmy dwoma szalupami do dzikiego brzegu na kąpiel. Ktoś 
praktyczny odradzał, że to niby krokodyl może chwycić za nogę, ale trudno było 
uwierzyć w tak mało prawdopodobne historie, bo po cóż by było krokodylowi iść do 
słonej wody, skoro słodkiej miał pod dostatkiem. A zresztą słońce dopiekało 
siarczyście, koszule nam lgnęły do karku, a wilgotna duchota nie pozwalała na 
szerszy oddech. Któż by tam przez tego wyimaginowanego krokodyla chciał cierpieć 
bez kąpieli?
Brzeg wspaniały, zupełnie jak w bajce albo na wyspie Robinsona. Drzewa mangrowe 
stały na obnażonych, bardzo długich korzeniach, niby olbrzymie pająki. Podczas 
odpływu oceanu, kiedy woda opadnie, można pływać łodzią pomiędzy tymi 
korzeniami, jak w jakimś dziwacznym, bezlistnym lesie. Labirynt, w którym łatwo 
zabłądzić. A u góry, ponad głowami, zielony pomost, gęsty, splątany lianami. Po 
korzeniach, sękach i dziuplach biegają kolorowe, przeważnie ceglasto-czarne duże 

background image

kraby. Pełno ich. Wyglądają niby ruchome kwiaty.
Dalej, w głąb lądu, zarośla mangrowe się kończą i zaczyna normalny tropikalny, 
brazylijski las: gęsty, nieprzystępny, wilgocią pachnący. Pełno tu olbrzymich, 
aksamitnie miękkich, łopuchowatych liści bananowców i rozczapierzonych, 
szmaragdowych dłoni palm. Pełno zwisających luźno kit fantastycznych, nigdzie 
więcej nie spotykanych, jaskrawych kwiatów. Ten las paruje żarem, a małe 
różnobarwne papużki i jeszcze inne, mniejsze od nich koliberki furkoczą w miejscu, 
zawieszone na tle ciemnolazurowego nieba niby miniaturowe modele helikopterów.
W głębi zatoczki leży wyciągnięte na piasek, dłubane w drewnianym pniu rybackie 
czółno, a nieco dalej na patykach suszy się duża sieć. Starsza kobieta do pasa naga 
myje garnek, a u jej podołka tłoczy się jak zwykle gromada umorusanych, 
czekoladowych malców.
Na skraju dżungli, na wysokich palach, strzegących przed wodą, stoi sklecona z 
gałęzi i liści uboga chatynka okolona szerokim pomostem niby werandą. Na ten po-
most prowadzą schody. Wchodzę po nich i nagle staję jak wryty. Oto przede mną, tuż 
u moich stóp, po obu stronach drzwi wejściowych leżą zwinięte w kłębek dwa 
ogromne i grube węże z gatunku pytonów dusicieli. Tyle się o nich czytało kiedyś w 
podróżniczych książkach.
Stoję w miejscu jak urzeczony i boję się ruszyć. Jeden z węży uniósł swój trójkątny 
łeb i patrzy na mnie, jakby chciał hipnotyzować. Powoli, nieznacznie zaczy

nam 

wycofywać się tyłem z tej niemiłej dla mnie opresji. Ale w tym momencie posłyszałem, a 
raczej wyczułem za sobą ciężkie kroki. Ktoś wchodził po schodach. Obejrzałem się. Tuż za 
moimi plecami stał jakiś wysoki jegomość w dużym słomianym kapeluszu, a na jego 
ramieniu... O Boże mój! Na jego ramieniu i dookoła jego szyi okręcony był trzeci, takiż sam 
wąż dusiciel i jego trójkątny łeb, z wystawionym złowrogo językiem, kiwał się wahadłowo 
tuż przed moim nosem. Zdrętwiałem. Mrowie przeszło mi przez skórę. Nie było już wyjścia. 
Przede mną te dwie skręcone na progu bestie, a tutaj, z tyłu, ten dziwny czarownik.
— B... b... bom... d... d... d... dia! (dzień dobry) — wybąkałem, jąkając się ze strachu.
— Bom dia! — odpowiedział mi kaboklo z miłym uśmiechem i ten jego życzliwy spokój 
dobrze wpłynął na stan moich nerwów.
— To on nie gryzie? — spytałem, wskazując palcem na węża.
— Gdzieżby! — zaprotestował zaprzeczeniem głowy. — To mój amigo — dodał poklepując 
węża przyjaźnie. — On łapie mi szczury, on dobry.
— No, no — zdziwiłem się głośno, na wszelki wypadek czym prędzej wycofując się na 
schody i dopiero kiedy poczułem się bezpieczny na samym ich dole, spytałem:
— A skąd bierzecie tych swoich przyjaciół?
— Na rynku. Ludzie przynoszą w skrzyniach, można kupić. Oczywiście, oswojonego nikt nie 
sprzeda, ale one są bardzo rozumne i szybko się przywiązują do swego gospodarza.
Kiedy po powrocie do szalupy opowiedziałem uczniom Szkoły Morskiej o swojej przygodzie, 
nie chcieli mi wierzyć. Umówiliśmy się więc nazajutrz gromadnie na

 ten rynek. Idąc na 

rynek przypomniałem sobie nagle, że przecież niedawno, przed samym odpłynięciem 
„Daru” z Gdyni, ożeniłem się, a więc jestem żonaty!
— Jeżeli znajdę ładny okaz węża, kupię go w prezencie żonie — powiedziałem i 
zaraz ugryzłem się w język, bo wszyscy wybuchnęli śmiechem.
— Ładny mi prezent: boa-dusiciel ukochanej żonie!... cha, cha, cha...
Trudno, słowo się rzekło, więc poszliśmy na ten rynek. Cóż to za niesamowity widok. 
Prawie każdy z kabokli nosił na szyi węża. Trudno było przejść drogą bez otarcia się 
o jakąś wężową głowę. Stanowiły one jakby część uroczystego stroju miejscowej 
ludności, coś w rodzaju ich krawatów czy szalików. Jedne z tych węży śpią sobie 
niemrawo, inne rozglądają się dokoła, biorąc udział w rynkowym życiu.
— Amigo! — zwróciłem się do jednego z przechodniów. — Gdzie tu można kupić 
takiego „przyjaciela”?
— Na samym końcu rynku. Na ziemi znajdziecie wiele skrzyń, a w nich są węże. 

background image

Można wybrać według wielkości i koloru.
Rzeczywiście, za chwilę weszliśmy pomiędzy skrzynie, miały one okratowane drutem 
okienka, przez które widniały grube sploty wężów. Każdy z nich spał snem 
sprawiedliwego. Nie pomagały pukania w wieko ani nawet silniejsze wstrząsy. Nic 
nie zdołało zachwiać wężowej obojętności. Węże boa na ogół są jednakowe: 
rdzawoczerwone z jaśniejszym podbrzuszem. Wybrałem jednego. Aby nie za duży, 
bo w głębi duszy trochę się bałem tego potwora.
W uroczystym pochodzie wróciliśmy na statek. Wiadomość o nowym nabytku 
rozeszła się piorunem i kto tylko mógł, wybiegał na pokład oglądać węża. Ułożyliśmy 
skrzynię na środku, a tłum ciekawskich pochylił się nad nią. I oto stała się rzecz 
najmniej przewidziana. Mój wąż nagle się rozprostował, naprężył swoje sploty i 
wielkim trzaskiem rozsadził skrzynię. Rejwach. Krzyk. Popłoch. Dzielna wiara w 
nogi. Na polu pozostał tylko kapitan statku, bo gdzieżby kapitan... uciekał. Jako że 
był to już czas nieoficjalny i po robocie, a tropikalny upał wszystkim dokuczał, więc i 
kapitan miał nagą pierś i tylko krótkie szorty na sobie. Pochylił się nad wężem i dla 
przykładu jął doń przemawiać czule. Rozdrażniony gad nie ocenił widocznie tych 
życzliwych dla niego intencji i jednym mocnym rzutem głowy uderzył kapitana w 
jego nagą, bohaterską pierś.
— U!... Cholera! Widzicie go, jaki łajdak! — krzyknął odskakując. — Nu! Już ja mu 
teraz pokażę. Cieśla!... Zróbcie mu klatkę, ale mocną, żeby nie wylazł.
Tymczasem wąż stracił rezon i skulił się skonfundowany, jakby zrozumiał, co mu 
groziło. Tak przeleżał potulnie, aż okrętowy cieśla przyniósł nową skrzynię i 
uczniowie zapędzili go miotłami do środka.
Nowa skrzynia posiadała zakratowane okienko u góry i wymyślnie zasuwane 
drzwiczki od boku. Przez te drzwiczki właśnie rozpoczęła się edukacja. Oto pier-
wszego zaraz ranka, ująwszy dwoma palcami zwiniętą w kłębek chustkę do nosa, 
wpakowałem rękę do środka klatki, pod sam pysk węża. Ten, jak się należało spo-
dziewać, uderzył zębami w chustkę, a wówczas, wypuściwszy ją z dłoni, szybkim 
ruchem chwyciłem węża pod gardło. Mimo najgorliwszych prób nie mógł mi już nic 
zrobić, panując nad sytuacją, zacząłem go z całych sił wyciągać na zewnątrz. Szelma 
nie chciał ustąpić i splotami cielska opierał się moim próbom, ale w końcu pokonałem 
go i oto boa-dusiciel zwisając z wyprostowanej w górę pięści, znalazł się w uścisku 
moich kolan. Co prawda kręcił się jeszcze i wiercił, ale bezskutecznie.
Kilka nawet razy dostał dłonią po pysku, co znakomicie ułatwiło edukację, poczuł 
bowiem moją nad nim wyższość i dał spokój dalszym próbom. Zrezygnował z walki. 
Więc i ja dałem mu spokój, wsadzając gagatka do klatki.
Nazajutrz urządziłem mu aż dwa podobne treningi. Jeszcze mu nie w smak była moja 
fizyczna przewaga, więc próbował się wyrwać, ale trzeci dzień przyniósł całkowitą 
kapitulację. Gdy wsadziłem rękę, aby go z klatki wyciągnąć, już nawet nie atakował 
chusteczki do nosa. Więc po kilku dniach odważyłem się na ryzykowną próbę, 
podsuwając mu swoją dłoń pod nos bez ochrony chustki. Zwyciężyłem na całym 
froncie, mój dotychczasowy wróg zamieniał się w przyjaciela i dał się pokornie 
wyciągnąć niby potulny baranek na rzeź. Położyłem więc go w nagrodę na kolana i 
uniosłem obie ręce do góry. Był zupełnie wolny i mógł czynić, co mu się żywnie 
podoba, a spodobały mu się fałdy mojego marynarskiego munduru. Powoli jął się 
wspinać i wpełzać za pazuchę, pod podszewkę marynarki. Siedziałem przerażony i 
zdrętwiały od obrzydzenia. To nie było przyjemne, gdy jego zimne cielsko 
wędrowało po mojej koszuli, wślizgując się w rękaw, aby za chwilę ukazać łeb w 
dole, tuż przy samej dłoni.
Siedziałem więc sztywno, jakbym kij połknął, bojąc się najmniejszego ruchu, aby go 
nie sprowokować do ataku. Ale wąż ani myślał gryźć.

background image

Po tej ostatniej próbie zdecydowałem zlikwidować więzienną skrzynię zabierając 
przyjaciela do swojej kabiny.
— Pamiętaj! — groził mi palcem Kostek, starszy oficer statku — niech no tylko twój 
wstrętny gad z kabiny wypełznie, zatłukę go na śmierć. Nie nawykłem mieszkać 
pospołu z gadami.
Nie wiedziałem, czy żartuje, czy mówi prawdę, ale na 

wszelki wypadek zamykałem drzwi 

kabiny na klucz i klucz nosiłem w kieszeni. Nikt więc, nawet przez zapomnienie, węża nie mógł 
wypuścić.
Wąż tymczasem zadomowił się bardzo łatwo i szybko. Rozpoczął swe urzędowanie od inspekcyjnego 
spaceru dookoła ścian po półkach z książkami, po umywalce i poręczach krzeseł na firankę do łóżka, a 
stamtąd na drążek. Tu, na tym drążku, pokazał wszystkie swoje akrobatyczne talenty. Nawet nie 
przypuszczałem, co taki gad zrobić potrafi. Balansował zwojami cielska niby zawodowy linoskoczek, 
a przecież statek kiwał.
W końcu, poznawszy wszystkie kąty i zakamarki mojej kabiny, obrał sobie na stałe legowisko wolną 
przestrzeń pomiędzy sprężynami materaca a górną powierzchnią szuflad mojej marynarskiej, wysokiej 
koi. Tak więc odtąd sypialiśmy dosłownie w jednym łóżku i co rano odchylałem róg materaca, aby 
skontrolować, jak się ma i co robi mój przyjaciel.
Tak przeżyliśmy, a raczej przespaliśmy dobre kilka tygodni. Przez cały ten czas wąż się wcale nie zała-
twiał. Kapitan, jako encyklopedia wszelkiej wiedzy, uspokoił mnie, twierdząc, że węże jedzą raz na 
parę miesięcy, a więc i załatwiać się tak często nie potrzebują. Może i racja, gdyż z wyżywieniem 
także nie było kłopotu, wąż nie zdradzał najmniejszego apetytu. Tym niemniej moja kabina przesiąkła 
jakimś ostrym, w nosie aż świdrującym, nieprzyjemnym zapachem. Doszedłem do wniosku, że to 
skóra węża tak nieprzyjemnie pachnie, trzeba więc go wymyć.
Niewiele myśląc, nalałem do umywalki wody i wyszorowałem gagatka szczotką i mydłem jak się 
patrzy.
Nazajutrz wąż boa nie wyszedł na zwykły, codzienny swój spacer. Leżał bez humoru, niemrawy jakiś i 
oso

wiały, a oczy przestały czarno połyskiwać i przyoblekły się mgłą cierpienia.

W Brazylii są dwa gatunki węży pytonów: sukuri, czyli inaczej anakonda, wąż wodny 
i boa-dusiciel — wąż lądowy. Ten ostatni jednak, o ile mi wiadomo, potrafi także 
pływać, więc skądże by aż taki wstręt do wody? Może mu mydło się nie podobało? A 
może szczotki nie lubi? W każdym razie nie ulegało już najmniejszej wątpliwości, że 
to kąpiel spowodowała wężowe niedomagania i byłem już w poważnym strachu, aby 
mój przyjaciel nie wyzionął ducha.
Trzy dni trwał ten stan chorobowy, po czym na czwarty dzień rano zastałem gada na 
półce z książkami. Oczy miał pełne młodzieńczego połysku, a skóra jaśniała barwami 
tęczy jak nigdy dotąd. Był naprawdę piękny. Rysunek rdzawych plam wystąpił jakoś 
wyraziściej. Co się stało? Mój przyjaciel stanowczo odmłodniał i wyprzystojniał. I 
oto sprawa się wyjaśniła: pod materacem znalazłem przezroczyste, pergaminowe 
łuski zrzuconej skóry. Mój boa-dusiciel nie przeżył hańby tej swojej przymusowej 
kąpieli i postanowił ze wstrętem pozbyć się zapachu toaletowego mydła.
Któregoś tam dnia z rzędu zawinęliśmy na wyspę Puerto Rico i tu na redzie rzucono 
kotwicę. Poprzez otwarty bulaj widziałem bukiety strzępiastych palm rysujących się 
jeszcze cieniem na tle jaśniejącego nieba. Wczesny ranek. Słońce zaledwie wstaje. O 
tej porze właśnie zwykł kończyć swoje nocne spacery mój wężowy przyjaciel. Nie 
słyszałem najmniejszego szmeru, więc usiadłszy na łóżku odchyliłem materac.
Wąż leżał na swoim miejscu, ale dziwnie jakoś pofalowany w spiralę. Chcąc go 
pobudzić do ruchu, chwyciłem za ogon, ale ten ogon był sztywny. Wyskoczyłem z 
koi i odchyliłem całą pościel. Wąż leżał na ukos w sztywnych splotach, martwy już 
chyba od dawna.
Właśnie promienie wschodzącego słońca padły na łóżko, wyświetlając wesołe, 
piękne, ceglaste, jabłkowate plamy wężowego wzoru. Sam nie wiem dlaczego, 
machinalnie zupełnie, uniosłem go z posłania i silnym, zrezygnowanym rozmachem 
cisnąłem przez okno w ten różowy, drwiący jakby ze mnie blask i drętwym, nie-
czułym wzrokiem śledziłem wolne ruchy zanurzającego się w wodę martwego 

background image

przyjaciela. Woda była przezroczysta — jak kryształ akwamaryny. Spiralnie zastygłe 
sploty nadawały mu wahadłowy ruch. Wyglądało, jakby uciekał ku niedalekim 
brzegom. To samo spostrzegli uczniowie zwijający żagle na rejach.
— Panie doktorze! — wołali stamtąd chórem — pański wąż ucieka!
Rzeczywiście. Uciekł i tym razem na zawsze. Dobry los wybawił go od dalszej 
niewoli, od tych spacerów po książkach i półkach.
Wychodząc z kabiny z opuszczoną głową, napatoczyłem się na Kota — mego 
serdecznego przyjaciela.
— Cóżeś taki zgryziony? — zauważył. — Stało się coś niedobrego?
— Mój wąż zdechł, właśnie wyrzuciłem go za burtę.
— No, to chwała Bogu! — wykrzyknął z zadowoleniem. — Przyznam ci się, że nie 
lubiłem tej bestii, a nawet bałem się, że któregoś dnia wpełznie mi pod kołdrę. Teraz 
przynajmniej będę spał spokojnie.
— Ja też nie czułem nigdy sympatii do węży, ale tego dusiciela polubiłem, 
przyzwyczaiłem się nawet do jego towarzystwa. Żal mi go.
— Et! Bzdury. Zajmij się lepiej czymś innym. Nie masz teraz pacjentów, to rób jakieś 
wynalazki.
— Właśnie ten wąż był moim wynalazkiem — powiedziałem z uśmiechem. — No bo 
pomyśl tylko: boa-dusiciel w prywatnym polskim mieszkaniu. Czy wyobrażasz sobie 
małżonkę na jakimś balu z takim boa na szyi zamiast naszyjnika z pereł?
— Rzeczywiście pomysł kapitalny, ale wiesz, ja mam lepszą myśl dla ciebie. Na ten 
przykład wykombinuj jakiś lek na moją łysinę. Mamy przed sobą do Gdyni co 
najmniej miesiąc drogi. Smaruj mnie, czym tylko chcesz, będę łykał wszelkie 
paskudztwa, bylebyś zaplantował na mojej łysej głowie włosy. Pomyśl, co za sława 
ciebie czeka! Jaka wdzięczność całego łysego społeczeństwa.
— Ano — roześmiałem się. — Spróbuję.
To powiedziawszy, skierowałem kroki do okrętowej apteczki i zadarłszy głowę ku 
wysokim półkom, zacząłem przebiegać wzrokiem rozmaite słoiki, głośno przy tym 
rozumując:
— Olej rycynowy znakomity na porost włosów. Chinina — zaszkodzi. Rezorycyna i 
tanina również. Spirytus salicylowy może pomóc... i tak głośno przemawiając, 
odstawiłem słoiczki i pudełka na bok. Potem wszystko to w odpowiednich dawkach 
przemieszałem, a przetarłszy otrzymałem piękną, żółtą maść. Dodałem do niej dla 
zapachu dobrej wody kolońskiej i triumfalnym gestem wręczyłem Kotowi.
— Masz, bracie. Smaruj trzy razy dziennie głowę, a będziesz miał czuprynę niczym 
Paderewski albo Stokowski.
Sądziłem, że na tym cała historia się zakończy. Gdzież tam! Podczas gdy ja o 
procedurze tej dawno zapomniałem, mój gorliwy pacjent regularnie i z 
namaszczeniem smarował sobie łysą jak kolano czaszkę. W rezultacie zaczęła się ona 
pokrywać ledwie widzialnym puszkiem.
Mój przyjaciel wpadł w entuzjazm. Zatraciwszy oficerską godność, jął podskakiwać z 
wielkiej uciechy.
— Złotko! — powiada do mnie czule. — Nieba ci przychylę, na tronie posadzę, 
ptasiego mleczka zdobędę, czego tylko pragnie twoja nędzna dusza. Patrz, przyglądaj 
się. Ciesz swoje oczy. Geniusz jesteś. Moja łysina kwitnie.
Kiedyśmy dobijali do gdyńskiego portu, czupryny Paderewskiego co prawda jeszcze 
nie było. A nawet, przyznam się szczerze, żadnych włosów na przyjacielskiej głowie 
nie widziałem. Wszyscy wokoło jednak twierdzili inaczej, więc ślepotę swoją 
zwaliłem na karb złego wzroku.
— Czego chcesz! — wołał Kot, zadowolony. — Wszakże to tylko jeden miesiąc 
minął. Cudów nie ma. Włosy nie rosną tak szybko. Ale czuję... rozumiesz, czuję, że 

background image

rosną! Daj buziaka za to.
Pocałowaliśmy się. Kot opuścił statek i poszedł do domu.
Nazajutrz, krztusząc się od śmiechu, przybiega do mnie trapowy i melduje:
— Panie doktorze, sześciu jakichś panów pragnie pana widzieć, czy mam ich wpuścić 
na statek?
— No dobrze — powiadam. — Ale czemu się tak śmiejecie?
— No, bo proszę pana doktora, to tak śmiesznie wygląda, nigdy nie widziałem 
sześciu mężczyzn zupełnie łysych zebranych w komplecie.
Istotnie komplet był przezabawny. Chyba jakiś nadzwyczajny zbieg okoliczności? 
Nie. Jak się okazało, to wdzięczny mój pacjent zrobił taką reklamę. Wszyscy łysi z 
Gdyni mają złożyć mi wizytę po ten cudowny lek na porost włosów. Jeden z nich 
przyniósł kartkę od Kota. Prosił, abym mu przysłał nowy słoik, gdyż poprzedni już 
się skończył.
Masz, babo, placek! A ja nie pamiętam recepty. Zabijcie, nie pamiętam, co mieszałem 
i w jakich dawkach. Głupi by takie bzdury zapisywał. Nie wierzyłem przecież w 
skuteczność lekarstwa, a teraz okazało się ono „cudem”.
Stanąłem przed apteczką, zadarłem głowę jak dawniej, jak przedtem i w identyczny 
sposób zacząłem kolekcjonować słoiczki i pudełka. Pomieszałem je, przetarłem, 
wyperfumowałem i doręczyłem każdemu z klientów. Kolor maści jednak ani jej 
konsystencja niepodobne były do poprzedniej. Machnąłem ręką, cóż robić! Nie 
zaszkodzi na pewno.
Niestety, po tygodniu z takim trudem wyhodowany puszek znikł z głowy kapitana, a i 
sześciu nowych pacjentów skarżyło się, że nic a nic im cudowna maść nie pomaga.
— Przyznaj się! — powiada do mnie Kot. — Dałeś mi inną maść.
Przyznałem się. Cóż innego miałem zrobić, Kot aż pozieleniał ze złości.
— Idioto stary! — powiedział — tak blisko byłeś od fortuny. Czy zdajesz sobie 
sprawę, co za pieniądze straciłeś? Milionerem byś był. Milionerem, a teraz przez 
własne niedbalstwo guzik! Masz, zabieraj resztki paskudztwa i smaruj sobie dupę!
To mówiąc złym gestem oddał mi słoiczek. Taki już mój los. Nigdy nie miałem 
szczęścia do żadnej loterii i w ogóle szczęście do mnie wciąż się uśmiecha, drażni się, 
szelma, a przyłapać go za ogon nie potrafię.
Wkrótce po powrocie wszystkie gazety warszawskie podały na pierwszej stronie 
grubym drukiem: „Doktor Korabiewicz przywiózł małżonce w prezencie węża boa-
dusiciela, ale go sam niechcący udusił”.
Taki to był „happy end” tych tragicznych historii.

Złowiłem życie

Pierwszy oficer „Daru Pomorza”, a mój najserdeczniejszy przyjaciel „Kot” zaperzył 
się na dobre krzycząc:
— Pora ci się ustatkować, chłopcze! Pora wyjąć to piórko z dupy! Już ci nawet „Daru 
Pomorza” nie wystarcza? Wszakże mamy płynąć dookoła świata. Pomyśl tylko 
wariacie: dookoła świata! Czegóż więc potrzebujesz jeszcze? Guza szukasz?!
— A mnie to wszystko nie bawi — odrzekłem głosem spokojnym i z najwyższą 
rezygnacją. — Podróże na „Darze Pomorza” z gwarancją dobrych obiadów o go-
dzinie dwunastej, kolacji o szóstej i noclegów w wygodnej okrętowej koi... jeszcze mi 
nie wystarczają. „Dar Pomorza” dla mnie to tylko biały malowany tramwaj. Ty 
musisz zrozumieć, Kot, życie dla mnie to wielka przygoda, to niespodzianka, co się 

background image

wyłania zza każdego zakrętu rzeki czy morza. Tu plaża zasiana muszlami, tam grota z 
tajemniczym włazem, tam koralowe labirynty pełne zawoalowanych ryb, a czasem 
wyjdzie do ciebie takiż nieoczekiwany człowiek; surowy, jakby wyciosany z bryły, 
zagorzały słońcem, o mocno zaciśniętych wargach i milcząc poda ci na znak 
wielkiego zrozumienia zgrubiałą dłoń. Dlatego właśnie, aby odbić od tej powszedniej, 
nudnej planowości, od tego łańcucha programowo ułożonych dni, schodzę z pokładu 
„Daru Pomo

rza”. A wy płyńcie sobie dookoła świata! Nie będę wam zazdrościł. Ja także 

popłynę. Mój świat będzie inny. Popłynę sam jeden, a może wezmę sobie towarzyszkę. Zbu-
duję trochę lepszy kajak, uwieńczę go małym żagielkiem i w drogę!
A słowo ciałem się stało.
Oto ja i moja małżonka Pimpa siedzimy w kajaku na... Oceanie Indyjskim. Skąd tak nagle? 
Jakim sposonem? Jaką drogą?
Wcale nie nagle, tylko bardzo powoli i żmudnie: krok po kroku, piędź po piędzi. Od granic 
Polski rzeką Prut do Dunaju, potem do Morza Czarnego i poprzez morze do Bosforu.
Co za rozkosz wpływać maleńkim, drewnianym kajaczkiem w olbrzymią skalną bramę, która 
jest Rubikonem. Za nią leży inny świat. Za tą bramą Stambuł, Bagdad, Kair... kolorowy, 
zakwefiony, rozkołysany wielbłądzim garbem, roztańczony czarną kobrą, świat baśni 1001 
nocy.
Marmurowe morze, zielone bukiety greckich wysp, a później syryjsko-irackie pustynie, przez 
które spłyniemy prądem rzeki Eufrat w objęcia daktylowych palm Zatoki Perskiej.
Tak niedawno, zaledwie parę miesięcy temu, muskaliśmy burtami kajaka żółte kaczeńce 
Prutu, a tu ponad głową szeleszczą już pióra daktylowych palm. Czyż nie wspaniały 
przeskok, co za fantastyczna zmiana dekoracji, i to nie mocą rakietowego samolotu, nie 
ekspresowym pędem lokomotywy, tylko zwyczajnie: siłą własnych ramion, siłą maleńkiego 
żagielka, więc nic nie znaczą teraz dla nas tysiące kilometrów, skoro uświadomiliśmy 
możliwość ich pokonania. Wczoraj byliśmy w Polsce — dziś jesteśmy na oceanie. Bez 
niczyjej łaski. Trzymam oto w dłoni linę żagla, a wiatr dmucha. Ten

 sam, stary znajomy — 

polski, a raczej... międzynarodowy, swojski wiatr i aż tutaj nas zadmuchał...
Jesteśmy więc na Oceanie Indyjskim. Płyniemy wzdłuż brzegów Indii ja i Pimpa, 
oderwani od ziemi, zawieszeni w próżni, kołysani ogromną od paru miesięcy 
ustaloną, monsunową falą. Pozornie jest niby pogoda. Niebo czyste, głęboko 
przejrzyste. Wiatr stały a silny. Szot żagla siną pręgą zaciska się na dłoni. Raz po raz 
zapadamy w dolinę między dwa wały wodne i wówczas wiatr ginie. Przerażony 
żagiel łopoce. Przywykliśmy już do tych gór wodnych, nie wydają się nam tak groźne 
jak przed kilku dniami. Rzucają nami niby piłką, z łaskawą pobłażliwością raz w 
górę, to znów na dół. Czasami tylko zbłądzony, ponadprogramowy grzywacz 
chlupnie od niechcenia, przetaczając się ponad pokładem wprost na moją rozgrzaną 
pierś. Na ciemno opalonej skórze wystąpią białe pręgi skrystalizowanej morskiej soli.
Prujemy ostrym półwiatrem biorąc fale na skos. Dziś, gdy piszę te słowa, wydaje mi 
się to tak proste, tak niemowlęco łatwe. Ale wówczas miałem nerwy napięte do 
ostatecznych granic, wzrok i myśl skupione nad ścisłym obliczaniem kąta każdej 
nadchodzącej fali i wysokości jej białej grzywy. Byłem ogromnie zmęczony. Szliśmy 
tak na żaglu drugą już dobę bez przerwy bez zmrużenia oka. Marzyłem o śnie, nie 
mogąc zdecydować się na lądowanie. Brzeg nie był widoczny. Mijaliśmy bowiem ląd 
płaski i niski. Ani jednego pagórka, ani jednego przedmiotu, na którym mógłby 
spocząć znużony przestrzenią wzrok. Pięciometrowe, a może jeszcze wyższe wały 
suną mimo nas systematycznie a nieubłaganie ku brzegowej mieliźnie, za chwilę 
spiętrzą się tam i połamią w czuby, druzgocząc każdą napotkaną przeszkodę. Nic się 
nie oprze tej potędze. Nic Się jej nie ostoi. Każda łódź zostanie rozbita, zrolowana, 
wyrzucona na piasek, jak niezdarna, bezwładna szmata. Nawet motor tu nie poradzi, 
cóż dopiero mały nasz kajaczek. Wystarczy raz tylko z wysokości pięciu metrów 
spaść na mokry piasek, zakręcić się wraz z falą w głąb i znowu trzasnąć łbem o brzeg. 
Woda wszystko zabierze, wtłoczy i przydusi. Delikatne deski pokładu nie wytrzymają 

background image

uderzeń. Więc nie może tu być mowy o lądowaniu. Nawet prostopadłe skały i te są 
lepsze. Czasami można wśród nich wypatrzyć szczelinę lub rafę i w momencie 
krytycznym zaskoczyć za nią. Wielki, ustalony monsunem przybój gorszy jest na 
piasku niż w skalistej zatoce.
Raz po raz przykładam lornetkę do oczu, ale i to mało mi pomaga. Ani jednego 
drzewka, ani jednego patyka na przeraźliwie pustym horyzoncie.
Od lądu dzieli nas parę kilometrów, jest to najmniejsza bezpieczna odległość, 
przekroczenie tej granicy grozi porwaniem przez niosące ku brzegowi fale. Pomimo 
tej świadomości zdaję sobie sprawę, że długo tak nie wytrzymam. Prócz zwykłego 
zmęczenia zjawiają się już objawy choroby „kajakowej”: ostry ból w krzyżu, 
szarpanie nóg i towarzysząca temu gorączka. Aż oto, kiedy tak rozmyślam, nagle i 
niespodziewanie zaczyna się dziać coś niesamowitego. Woda rozstępuje się, ucieka 
od nas zostawiając piasek, w którym grzęźnie dziób kajaka. Skądże tutaj, na pełnym 
oceanie piasek? A więc mielizna? Wyspa obnażona przez odpływ? Wyskakuję i 
chwytam za dziób łodzi. Sądzę, że go przeciągnę przez przeszkodę, ale gdzież tam! 
Coraz więcej przede mną piasku, a coraz mniej wody. Dosłownie w kilka minut 
Znaleźliśmy się pośrodku wcale nie małej wyspy. Sam dobry los widocznie ulitował 
się nad nami, podając okazję do wypoczynku i jedzenia. W tej chwili dopiero nadarza 
mi się sposobność do oceny siły monsunowego wiatru. W poprzek naszej 
robinsonowskiej wyspy płyną teraz strugi gruboziarnistego żwiru. Monotonnie 
szeleszcząc, niesione tym wichrem toczą się kamyki. Pomimo jarzącego słońca 
przejmuje nas dotkliwy ziąb. Mamy dziś początek stycznia. Czym prędzej zaciągam 
nad kajakiem brezentowy daszek, tworząc tym samym prowizorium zacisznego 
domku, a pierwszym, zasadniczym jego celem będzie ochrona płomyka naszej naf-
towej maszynki do gotowania strawy, czyli popularnego „prymusa”. Pimpa 
przygarbiona w kucki bierze się do pitraszenia strawy. Na samą myśl o gorącej ja-
jecznicy ślina mi do ust napływa.
— A gdzie będziemy spali? — pyta Pimpa.
— Chyba w środku kajaka i na waleta — odpowiadam, ale w tymże momencie wzrok 
mój przykuwa ciekawe zjawisko. Oto na dalekim horyzoncie, do którego zdążyła się 
już podsunąć nasza wyspa, widnieje duży żaglowy kuter. Z tego kutra wysypuje się 
na piasek wyspy kolorowy tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, wszystko to razem biegnie 
w naszą stronę. Za chwilę, szeroko gestykulując, otoczyli nas rozszczebiotaną 
gromadą. Jeden przez drugiego krzyczy. Jeden przez drugiego coś nam tłumaczy. 
Luźne, muślinowe szaty, przysadziste barwne turbany, oliwkowe twarze o czarnych 
wąsikach, w nozdrzach kobiet złote spinki, a na czołach czerwone punkty albo białe 
kreski.
Wskazują na niebo, na kajak i piasek. Nadmuchując policzki naśladują wiatr. 
Wymachują tragicznie rękami. Usiłują nam coś powiedzieć. Wpatrujemy się w te usta 
i gesty, ale treść ich pozostaje nie znana. Denerwują się coraz bardziej. Wykrzykują 
coraz głośniej. Tupią bosymi stopami o piasek, aż wreszcie dopięli swego. Zrozumia-
łem. Ci poczciwi ludzie przypłynęli do nas, aby ratować, aby uprzedzić, że miejsce to 
jest niebezpieczne. Za parę godzin przyjdzie przypływ i groźnym ryczącym wałem 
wszystko zmiecie, co stanie na drodze. Jedyne, co nam pozostaje, to jak najśpieszniej 
uciekać!
— Uciekać? Ależ dokąd? — Pokazujemy kajak i rzeczy. Wskazujemy daleką linię 
wody. Jakże się z tym wszystkim zabrać? Sił już nie ma, jesteśmy zmęczeni...
Kiwnęli głowami. Przyjacielskie zrozumienie. Jeden na drugiego porozumiewawczo 
zerknął. Jeden do drugiego mrugnął, po czym nie mówiąc słowa chwycili za łódź 
razem z siedzącą w niej Pimpą, podrzucili na ramiona i jęli biec z chóralnym 
śmiechem w stronę swego kutra, a ja za nimi. Dzieciom największa frajda. Te dopiero 

background image

skaczą z wielkiej uciechy, a każde z nich niesie któryś z naszych manatków. Nie 
upłynął kwadrans, jak znaleźliśmy się znowu na wodzie, zasłonięci od wiatru wysoką 
burtą przyjacielskiego kutra. Stary Hindus, najwidoczniej kapitan tego kutra, wskazał 
mi palcem kierunek, tam musimy płynąć. Trzeba się śpieszyć, aby tam dotrzeć 
jeszcze przed nadejściem przyboju. Żegnani serdecznym powiewaniem dłoni, 
odbijamy od naszej wyspy. Jajecznica nie została zjedzona. Nie starczyło czasu.
A ocean tymczasem przycichł. Mimo stałego wiatru jakby się przyczaił i wygładził 
fale. Spokojnym, równomiernym półwiatrem gnaliśmy wprost ku lądowi, który także 
jakby przycichł i nie huczał swoim rytmicznym a złowieszczym pomrukiem. 
Widocznie pod gościnną protekcją mieliźnianej wyspy czas nam sprzyjał. Pimpa nie 
potrzebowała wylewać wody. Z powierzchni oceanu znikły białe czuby. Jedną ręką 
trzymając napięty szot żagla, w drugiej miałem lornetkę. Studiuję nerwowo i nie bez 
emocji szybko zbliżający się ląd. Właściwie nie był to ląd tylko wał przybojowej 
wody załamujący się na jego płaskich piaskach. Nie mam przekonania do takich 
niewidzialnych, niskich brzegów. Ani jednej skały, ani jednego drzewka, na których 
mógłbym zatrzymać wzrok. Pieniące się grzywacze zachodzą mi od obu boków, 
widocznie zagłębiamy się w zatokę. Zrozumiałem, dlaczego tutaj panuje względna 
cisza i dlaczego miejsce to wskazał nam Hindus.
Im głębiej w zatokę, tym ciszej brzeg mruczy, aż dobijamy wreszcie zupełnie 
spokojnie jak na pogodnym jeziorze. Rozprężamy ramiona. Nareszcie możemy sobie 
na ten luksus pozwolić. Dwie doby żeglowania bez przerwy. Dwie doby napiętych 
nerwów. Wysiadam wpół zgięty, nie mogąc wyprostować pleców. Nogi jak z waty. W 
głowie się kręci.
— No, nareszcie się spokojnie wyśpimy — westchnęła Pimpa z ulgą. A ja opuściłem 
wzrok, jakby szukając dogodnego miejsca na ten upragniony nocleg. To, co zo-
baczyłem, odebrało wszelki zapał i wszelką chęć do życia. Zimny dreszcz przebiegł 
mi przez skórę. Pojąłem całą grozę naszej nowej sytuacji. Ten brzeg, na którym w tej 
chwili staliśmy, nie był stałym lądem, tylko dnem morza. Chwilowo odpłynęła woda. 
Drobne, gofrowane fałdy odbite na piasku to ślad ostatnich jej odcieków. Gdy za parę 
godzin woda wróci, to zatopi ten niski brzeg wraz z naszym dobytkiem. Ale dlaczego 
stary Hindus wskazał nam ten kierunek? Jakaż różnica pomiędzy obecną sytuacją a 
pobytem na naszej wyspie Robinsona? I tu, i tam ten sam przypływ i tu, i tam jednaki 
koniec. Czyżby z jego strony miała być złośliwość? Nasze życie w tej chwili 
uzależnione jest całkowicie od siły, z jaką zwalą się przybojowe wały. Okoliczności 
te nie dawały powodu do zbytniego optymizmu.
— Wiesz! — odezwałem się ponuro. — Musimy chyba odnieść kajak i wszystkie 
nasze manele jak najdalej w głąb lądu, żeby potem, gdy się to wszystko już zacznie, 
mieć chwilę wytchnienia. Bardzo wątpię, abyśmy dziś mogli myśleć o jakimkolwiek 
śnie.
— Po co odnosić? — zdziwiła się Pimpa, wskazując dłonią na równomiernie płaski, 
nizinny piasek. — Tam także woda dosięgnie.
— Dosięgnie — stwierdziłem — ale może z mniejszą gwałtownością. Ja liczę wciąż 
jeszcze na poczciwość naszych hinduskich doradców. Skoro nas tutaj przysłali, 
musiała być jakaś racja. Jakiś sens, chociaż logika temu przeczy. Szkoda słów. Innego 
ratunku w tej chwili nie widzę, jak tylko uciekać dalej od oceanu. Im dalej się od 
niego znajdziemy, tym dłuższy będzie nasz nerwowy odpoczynek. Bierzmy się więc 
do roboty.
To mówiąc chwytam plecak i bańki ze słodką wodą, Pimpa zaś worek prowiantu i 
szybkim truchtem biegniemy przed siebie. Tak zaczęła się nowa nasza martyrologia 
aż do ostatecznego umęczenia. Na raty, co pięćdziesiąt kroków porcja i znowu dalej, 
jak najdalej! Jako ostatni poszedł pusty kajak. Nieśliśmy go z wielkim trudem, 

background image

chociaż nie był przecie ciężki. W takim stanie zastała nas noc — styczniowa, zimna, 
przejmująca dreszczem.
— Dość już tego! — zaprotestowała Pimpa. — Naprawdę już sił nie mam.
— Dobrze — zgodziłem się łatwo — mamy już za sobą przynajmniej ze trzysta 
metrów. Teraz musimy zapakować wszystko do wodoszczelnych luków. Takielunek 
żeglarski mocno przywiązać. Łódź ustawimy dziobem w kierunku lądu, sami 
wsiądziemy do środka i z wiosłami w dłoniach będziemy oczekiwać przyboju. Co ma 
być, niech będzie. Innego wyjścia nie ma. Posłuchaj. Już przypływ ryczy, ale mamy 
jeszcze czas.
— Czemu noc taka ciemna i taki jakiś niesamowity koloryt?
Zajęty bieganiem nie zauważyłem tego. Teraz podnoszę wzrok na niebo — 
...oniemiałem. Na wprost nas wyrasta spod ziemi olbrzymia tarcza księżyca. Nie był 
to jednak ten znany nam, wesoły, srebrzysty księżyc, przyjaciel zakochanych. 
Patrzyła na nas twarz demoniczna, obca, nastroszona brodawkami kraterów, 
sinoszkarłatna, niesamowicie ponura i groźna. Jednocześnie z tym dziwnym 
zjawiskiem powiał nagle lodowaty wiatr i jeśli kiedykolwiek w życiu odczuwałem 
dreszcz przerażenia, to właśnie wówczas, w tej minucie niezapowiedzianego, 
nieoczekiwanego zaćmienia. Wobec straszliwej pustki dokoła, wobec beznadziejnej 
samotności i oderwania od normalnego życia czułem się teraz dziwnie bezradny, 
opuszczony, zapomniany, ...biedny. W tej fatalnej dla nas chwili, jakby oczekiwania 
na egzekucję, sinoszkarłatna twarz gasnącego księżyca stała się jakby symbolem 
nieszczęścia, tej sytuacji bez wyjścia. Otaczający świat roztapiał się, ginął w krwią 
nasiąkłym mroku. I właśnie wtedy doleciało do naszych uszu pierwsze głuche, 
basowe uderzenie przyboju o brzeg. Ocean ruszył do ataku. Potężny, bezwzględny, 
obojętny na wszelką słabość, aż perfidny w swojej pedanterii. Posuwał się skokami 
naprzód wielki, oceaniczny przypływ. Jak w zegarku, bez żadnych wzruszeń czy 
litości. To najzupełniej obojętne, że stoimy tutaj w bezradnym oczekiwaniu, 
zagubieni i bezdomni. Wziął nas w niewolę tym swoim hipnotyzującym hukiem i 
trzyma w napięciu, każe nadstawiać uszy i myśleć o tym, co za chwilę nastąpi. 
Siedzimy już w kajaku odwróceni plecami do niebezpieczeństwa. Gdy zaleje, a nie 
zdruzgocze, będziemy uciekać na wiosłach. A może się uda? Tymczasem stuliliśmy 
ramiona, głowy opadły na pierś, drzemiemy. Zmęczenie robi swoje. Rosnący huk 
przestaje przerażać. Rezygnacja ciąży na powiekach. Mimo woli ściskamy wiosła, ale 
po co? Wszak wody jeszcze nie ma. Kiedy przyjdzie, chyba będzie za późno. Jej 
wściekły, ryczący wał spadnie z góry, zaleje, zdruzgocze, zagarnie nas w głąb, aby za 
chwilę znowu wyrzucić, zrolować, wywrócić i znowu zabrać aż do utraty tchu, aż do 
ostatniej jeszcze nie rozbitej deski kajaka.
Wtykamy palce w uszy, żeby nie słyszeć. To ponad nasze siły. Z drażniącą 
powolnością, krok po kroku piętrzy się ta wodna masa i coraz donośniej huczy niby 
kanonada ciężkiej artylerii. Wrzeszczę do Pimpy, ale ona mnie nie słyszy. Ten dziki 
łomot powinien już być tuż-tuż za nami, a właściwie nad nami.
Ten nieznośny ryk zagłusza tętno własnego serca. Głupie uczucie kompletnej 
bezradności.
A noc tymczasem rozsrebrzyła się gwiazdami i księżyc już się otrząsnął od 
wstrętnego cienia ziemi. Poczucie naszej mizeroty wobec wszechwładnego oce-
anicznego molocha przytłamsiło psychicznie, odebrało nawet chęć do oporu i walki. 
Poddaliśmy się losowi, trzymamy tylko te idiotyczne patyki wioseł w pełnym 
poczuciu ich bezużyteczności. I właśnie wówczas, w momencie końcowego 
załamania i kompletnej porażki umęczonych nerwów, jakby w odpowiedzi na 
pytanie; „co robić?” pojawiło się gdzieś bardzo, bardzo daleko małe, zagubione w 
przestrzeni światełko. Nie była to gwiazda, tylko zapalona ludzką ręką latarnia. Znak 

background image

obecności człowieka. To chyba najważniejsze. Nie jesteśmy więc sami. Istnieje na 
tym skrawku lądu jakaś żywa dusza. W razie czego dowleczemy się do niej. Ta myśl 
natchnęła otuchą. Jedna sekunda, a takie przeobrażenie. Jest ktoś, do kogo można 
krzyczeć. Jest cel, do którego można dążyć. Nie jesteśmy samotni. To nic, że nie ma 
w tym ani krzty praktycznego realizmu. Kto by się zastanawiał nad tym. Ten 
najzupełniej abstrakcyjny, nieosiągalny błysk światła poderwał, ocucił, wlał zapas 
energii do zamarłych już nerwów. Wołam do Pimpy, że światło, że człowiek!... ale 
nie słyszy, gdzież’ tam! Huk opanował wszystko, staliśmy się już jego cząstką 
integralną. Tkwimy w nim fizycznie i psychicznie. To wówczas właśnie szarpnęło 
kajakiem. Ktoś bardzo silny chwycił go wraz z nami na potężne bary, zakołysał w 
obie strony i nagłym pchnięciem rzucił przed siebie. W krąg zabulgotała woda.
— Naprzód!!! — wrzasnąłem jakimś nieswoim, przeraźliwym głosem, zagarniając 
jednocześnie łopatkami wioseł, to samo czyniła Pimpa, ale ten trud był najzupełniej 
zbyteczny. Wystarczyło utrzymywać kierunek. Mknęliśmy jak strzała ku owemu 
tajemniczemu światłu, a prąd to nasilał się, to znów słabł w rytmie przybojowych fal. 
Wiosłowaliśmy zajadle, jakby w tym naszym wysiłku leżał sens ucieczki przed 
rozszalałym żywiołem, co goni nas za plecami i dognać nie może.
Tak minęła trzecia długa nieprzespana noc. W miejsce wczorajszego zaćmionego 
księżyca wyłoniło się pogodne, uśmiechnięte słońce. Kajak ciężko osiadł w piasku, a 
nam opadły ramiona. Usnęliśmy kamiennym snem ludzi wykończonych.
Gdy się otworzyły oczy, wody nie było. Ocean cofnął się, zostawiając dziesięć 
kilometrów piaszczystej niziny. Zrozumiałem wreszcie cud naszego ocalenia. Prze-
nieśliśmy bezwiednie nasz bagaż poprzez wyższy nieco wał piaszczystej mierzei i te 
trzysta metrów przyjęło na siebie całe uderzenie wodnej potęgi. Ten trzystumetrowy 
wał stał się zaporą, na której połamały sobie zęby przybojowe fale. Leżącą dalej 
dolinę zalała obezwładniona już woda i ona poniosła nas łagodnie w przestrzeń. 
Musimy teraz cierpliwie czekać, aż ocean wróci. Przed nami nowe zadanie: wyrwać 
się z tej piekielnej matni.
Planując swoją kajakową wyprawę w dalekie kraje, sądziłem, że największą 
przeszkodę i największe ryzyko stanowić będą oceaniczne fale, przybrzeżne rafy i 
nieprzewidziane, nagłe sztormy, tymczasem wszystkie te czynniki ułożyły się jakoś w 
moich wspomnieniach w dziecinną prawie igraszkę bez wstrząsów i bez zgrzytów, 
natomiast na plan pierwszy wysunęły się inne przeżycia, szczególiki raczej 
niepoważne, humorystyczne, trudno je inaczej z odległości lat ocenić. A jednak, 
gdyby ktoś zapytał mnie dzisiaj, czego bym się najbardziej bał organizując następną 
podobną wyprawę, odpowiedziałbym bez najmniejszego wahania: szumu oceanu. 
Tak. Powtarzam w pełni świadomości: szumu oceanu. Nie rafy, nie fale, nie 
sztormowa wichura, tylko ten szum właśnie potrafił mnie kilkakrotnie załamać 
psychicznie aż do utraty samokontroli. Ten czynnik, tak niewinny i pozornie 
śmieszny, należałoby zanalizować. Szum morskich fal uderzających monotonnie a 
jednostajnie i systematycznie o brzeg, raz ciszej, a raz głośniej, piętrzy się widocznie 
w umyśle naszym i kumuluje widmem najgorszego niebezpieczeństwa: uderzenia o 
rafy. Być może w tym odczuciu nie ma żadnych skojarzeń, tylko zwykłe, śmiertelne 
umęczenie uszu i dzikie pragnienie ciszy, błogosławionej ciszy. Jak jest, tak jest, 
wiem tylko, że parokrotnie byłem w najzupełniej psychopatycznym stanie, bliski 
całkowitej wariacji i ten stan bezspornie zawdzięczam jedynie szumowi przybój 
owego morza.
Gdy się przez kilka kolejnych dni i nocy płynie maleńkim kajaczkiem wzdłuż linii 
brzegowej oceanu, bezskutecznie wypatrując możliwego miejsca na lądowanie i w 
odpowiedzi słyszy się jedynie ten ciągły, podstępnie złośliwy, złowieszczy huk, to 
wreszcie musi się go znienawidzić. Ten huk staje się naszym nieprzyjacielem. To on 

background image

odgradza nas. od spokojnego wypoczynku. To on szarpie nerwy ciągłym, 
nieustannym napięciem wyczekiwania. I kiedy wreszcie po ryzykownej walce, w 
momencie ostatecznej rezygnacji, uda się nam jakimś cudem wylądować, to i tu 
zamiast wymarzonego spokoju i ciszy spotka nas, stojących już twardą stopą na 
ziemi, ten sam co przedtem monotonny huk, nasilony jeszcze rezonacją lądu. Ogarnie 
nas wówczas paniczny lęk, jakiś nieokreślony bliżej wstręt i gniew. Wtykając opuszki 
palców w uszy, chowamy głowę w piasek, krzycząc wniebogłosy, żeby przekrzyczeć, 
żeby usłyszeć swój własny głos, żeby przezwyciężyć. Nie! Nic nie pomaga. Huk 
oceanu jest potężniejszy, przenika poprzez piasek, przez palce i przez wszelkie 
gałgany, które mi narzuca na głowę Pimpa. Ten nieustanny, nieubłagany rytmiczny 
huk uderza taranem w zbolałą czaszkę i drwi... To okropne! I rzeczywiście musiało to 
być okropne przeżycie, skoro przetrwało w tej formie tyle długich lat, wyciskając swe 
ponure piętno na całe życie.
A ja wówczas płakałem. Bezbronny, zhisteryzowany głupiec. Umęczony szumem 
morza płakałem i śmiałem się na przemian, głośno, jak najgłośniej, żeby pokazać 
temu komuś, że kpię, że drwię, że jestem silny, a tymczasem byłem właśnie 
całkowicie przegrany. Ocean górował nade mną. Dzierżył mnie w ręku swoim baso-
wym, szatańskim chichotem. Taki stan zadecydował pewno o naszym samobójczym 
lądowaniu. Po prostu musiałem uciec od morza. Trwać dalej w tym rozhuśtanym, 
miażdżącym czaszkę huku nie mogłem. Tam, gdzieś blisko, tuż-tuż za mierzeją 
piasku leży rzeka Indus. Tamtędy wiedzie nasza droga. Tam już nie będzie huku fal. 
A więc musimy się przedostać!
Rzeka Indus, jak zresztą każda tropikalna rzeka, wpada do oceanu niezliczoną ilością 
polipowych odnóg, a wszystkie one plączą się korzeniami mangrowców 
przeplatanych błotem i piaskiem. Te piaszczyste mielizny wzajemnie się nakładając 
tworzą jak gdyby wał, na którym właśnie rozbija się ryczący wściekle przybój 
oceanu. Żeby wejść łodzią w którąś odnogę Indusu, trzeba wpierw wylawirować 
między mieliznami, tego dokonać potrafi tylko miejscowy rybak. Od strony otwar-
tego morza wszystkie wysepki nakładają się w jedną, wspólną linię, jeden huczący 
wał. Wiedziałem, że jesteśmy na trawersie rzeki, ale który punkt wybrać na lą-
dowanie? Nieco z boku widnieje grupa wyższych skał, na nich skaczą pióropusze 
odbitych fal. Dłuższa obserwacja przez lornetkę ustala przekonanie, że rafy są roz-
rzucone na różnych odległościach od brzegu, czyli że można wykorzystać którąś z 
nich na ochronę przed przybojem, na to trzeba złapać odpowiedni moment i szybko a 
zręcznie zaskoczyć. Jest to manewr więcej niż ryzykowny, przy tym mało 
prawdopodobny. Najmniejszy błąd w obliczeniu, najmniejsze uchybienie steru i łódź 
pójdzie na wprost, na rozbicie.
Swoją drogą, doskonałym zjawiskiem życia jest przymus. Godzimy się z 
koniecznością, gdy nie ma innej drogi. Tak właśnie było i wtedy. Słońce zapada. 
Jeszcze moment, a przestanę odróżniać szczegóły lądu, a wówczas wszelka 
możliwość lądowania odpadnie. Wiatr wieje wprost ku brzegom. Więc niewiele 
myśląc skręcam łódź i fordewindem gnam przed siebie. Przybojowe fale narastają w 
sile i wielkości. Zapadamy się w coraz głębsze doliny. Żagiel chwyta jedynie na 
wierzchołku gór. Staje się więc bezużyteczny. Pimpa go szybko ściąga i mocuje do 
pokładu. Teraz musimy odciążyć dziób, inaczej zatopi się kajak. Ostatni to moment. 
Pimpa wyskakuje i ginie mi z oczu. Wyjmuję ster, chowając go pod pokład. Chwytam 
łopatkę kanadyjską i siedząc na rufie, utrzymuję nią kierunek. Niestety, siła skośnie 
nadciągającej fali przewyższa moje skromne możliwości. Zagarniam wiosłem wodę, 
jak mogę najsilniej, opór fali jest mocniejszy, więc wiosło mi pęka, a jednocześnie 
czuję bolesny chrobot w nad

garstku. Pewno ręka także pękła! — przemknęło mi 

przez 

myśl, ale nie ma czasu na detale. Już nowa góra piętrzy się od tyłu, nadchodzi i zaraz 

background image

zaleje, zachluszcze mi cały kajak. Pora odciążyć i rufę. Skaczę więc do wody, nie 
puszczając sterowych zawiasów. Nogami wykonuję silne nożyce, podnosząc rufę 
kajaka do góry. Tym sposobem nadchodząca góra wody zamiast chlusnąć do wnętrza, 
pakuje się pod kajak i niesie go na sobie, a mnie za nim. Ciało moje staje się 
mimowolną kotwicą. Pusty kajak jako lżejszy idzie naprzód, ciało zaś wlecze się z 
tyłu. Znakomita, logiczna kombinacja, przepis podyktowany doświadczeniem. 
Wreszcie przy którymś upadku w dolinę koniuszkiem palców dotykam dna. Odbijam 
się przed nową górą i wzlatuję na niej po to, aby za moment być rzuconym razem z 
kajakiem naprzód i znowu w dół. Szalona huśtawka, naturalne wesołe miasteczko z 
jego karuzelami i młynem. Byłoby „wesołe”, gdyby nie niepokój o stan łodzi, no i o 
życie Pimpy, która gdzieś walczy z tymiż falami. Wreszcie całą stopą odbijam się od 
piasku i znowu lecę za kajakiem, może nawet szybciej niż przedtem, ale nie tak 
wysoko. Coraz krótsze rzuty, aż stoję po pas, wywracam się, roluję, ale nie puszczam 
steru. Dłonie zdrętwiały, a lewy nadgarstek chrobocze i boli. Łódź już prawie 
wyniesiona na brzeg, fale poza mną, a oto i Pimpa jest przy mnie. Chwytamy kajak i 
biegniemy z nim w głąb nieznanej ziemi. Mimo zmęczenia łódź wydaje się nam 
lekka. Odnosimy ją daleko, jak najdalej od tego przeklętego huku. Chowamy się za 
skały, tutaj zacisznie, tutaj bezpiecznie! Na nowo więc złowiłem życie!

Wojna

Bywają dni złe same w sobie bez żadnej po temu przyczyny i wówczas mówi się: 
„Wstałem lewą nogą”. Bywają też dni wesołe, pełne słońca i pogody, w których 
wszystko się do nas uśmiecha od samiuteńkiego rama. Do takich należał ów dzień, 
kiedy statek „Dar Pomorza” wychodził z portu Tallin, inaczej Rewlem zwanego. Spę-
dziliśmy tam kilka dni na beztroskich a serdecznych pogadankach z miejscową 
Polonią, a mówiąc ściślej z jej miłymi przedstawicielkami. Takie migawkowo 
zadzierzgnięte znajomości mijają zwykle bezbarwnie, upichcone jedynie 
dyplomatyczno-politycznym sosem. Zresztą zależy to przede wszystkim od ludzi, a ja 
należę do tych najmniej krochmalonych etykietą. Smutną stronę tych spotkań 
stanowią zawsze nieodzowne a rozrzewniające pożegnania.
W tym pogodnym, słonecznym dniu, o którym będzie mowa, nie było miejsca na 
smutne refleksje. Cała załoga żyła jutrem powrotu, rwała się do czekających nas w 
Gdyni rodzin, do rozpoczętej tak świetnie jesieni, do resztek naszych urlopów. 
Perspektywa piękna, więc te chwilowe smutki z powodu przerwanych miłostek nie 
wyglądały poważnie. Tallin zresztą leżał blisko od naszej Gdyni, więc i rewizyty nie 
były trudne.
— Obiad na stole! — zameldował steward i wszyscy bez najmniejszej łezki 
sentymentu odwrócili głowy od niknącego we mgle lądu. Przy stole nie zbrakło 
nikogo.
— No i cóż... — odezwał się Karol. — Tylko patrzeć, a już Gdynia!
— Nastaw, major, radio — zawołał Chojnac. — Te wariaty pewnie dalej krzyczą.
I rzeczywiście, z drewnianego pudełka popłynęły wrzaski wiwatów i dźwięki 
hitlerowskich orkiestr.
— Sk... syny — zaklął Goryl — wojenki im się zachciewa. Dostaną w kuper, to ogon 
będą lizać.
— Z tym kuprem to jeszcze nie wiadomo, co wyjdzie — zauważył Kostek.
— Dostaną w kość, niech tylko spróbują! — wykrzyknął inżynier Pojka. — 

background image

Czytaliście pewno? Transport działek przeciwlotniczych i nowych samolotów idzie 
do nas z Anglii. Mobilizacja powoli się posuwa. Nie bójcie się, chłopaki, nasz Rydz 
wie, co robi...
— A z Becka też nie gorszy polityk — dorzucił kapitan.
— Słyszeliście, jak przed tygodniem Kiepura wyśpiewywał u nas w Gdyni? Z 
pewnością nie byłby takim chojrakiem, gdyby nie znał sytuacji. On wciąż podróżuje i 
widzi. On zna naszą siłę. Jesteśmy zwarci, silni i gotowi. Z nami liczą się. U 
Niemców wcale nie tak wesoło. Tam też kryzys wzrasta.
— Tak, tak, panowie. Hitler ryczy jak ta krowa, co mało mleka daje. Spróbuje tylko 
nas zaczepić, orzecha nie zgryzie.
— Panie kapitanie, depesza! — zameldował od drzwi radiotelegrafista Dziadzio, 
podając karteczkę.
Przez chwilę kapitan czytał, potem jakby sam sobie nie wierząc wrócił wzrokiem do 
początku i znowu czytał.
— Panowie! — zwrócił się do nas jakimś dziwnie uroczystym, a zarazem 
wzruszonym głosem. — Dziś rano wojska niemieckie przekroczyły nasze granice. 
Wojna. Otrzymaliśmy rozkaz natychmiastowego schronienia się do któregoś ze 
szwedzkich portów.
— Chronić się?! — zawołało kilka głosów na raz. — Przed kim się chronić? Nasze 
miejsce w kraju!
— Nie czas na dyskusje. Mamy słuchać rozkazu, inaczej będzie bałagan. Kieruję 
statek do Szwecji, a tam będziemy czekali na dalsze dyrektywy.
— Długo nie postoimy — zauważył Major optymistycznie.
— Pewnie, że nie postoimy! — potwierdziły liczne głosy. — Dostaną w kość i grać 
swoje marsze przestaną.
— A swoją drogą, niech ich cholera weźmie! — zaklął Goryl. — Wszystkie nasze 
plany diabli wzięli. Całą jesień zepsuli.
— Nie smućmy się przedwcześnie — pocieszył kapitan. — Przeczucie mi mówi, że 
za parę dni wszystko się wyjaśni i będziemy mogli wrócić. Ten bałagan nie może 
trwać długo. Nasza kawaleria uderzy i Berlin nasz.
— Swoją drogą mogliśmy uderzyć pierwsi, kto atakuje, ten wygrywa, wszystkiemu 
winna ta gówniana koalicja, której niepotrzebnie słuchamy. Hitler nikogo nie słucha i 
ot, widzicie... uderzył... — mówił z przejęciem Chojnac.
— Zamiast sprzeczać się, posłuchajmy lepiej Warszawy. Co nasze radio podaje? — 
rzucił kapitan.
Przywarliśmy głowami do mówiącego pudełka. Warszawa wzywała społeczeństwo 
do zachowania spokoju. Westerplatte broni się. Hel walczy bohatersko.
— A nie mówiłem! — krzyczał Goryl. — Dostaną w kość!
Taki był nastrój tych pierwszych dwóch dni, aż statek stanął w ślicznej zatoce, 
okolonej skałami niskich fiordów. Słońce prażyło niczym w lipcu.
— Musimy jakoś zająć naszych uczniów — mówi kapitan. — Niechaj jeżdżą na 
plażę, niech kąpią się, niech się bawią, byle jak najmniej mieli czasu na rozmyślania. 
Obawiam się z ich strony jakiegoś buntu, wszakże to młoda krew.
— Już się zaczyna — wtrącił Karol. — Załoga ostro krytykuje ucieczkę statku. 
Uważają to za tchórzostwo. Obwiniają ciebie jako komendanta. Uważają, że powi-
nieneś płynąć do Gdyni...
— Ależ Gdynia dawno zajęta. Idiotyzmem byłoby oddawać się w ręce wroga!
— Każdy to wie — mruknął Karol. — Ale wytłumacz to młodym...
Za parę dni przychodzi nowy rozkaz: przejść do Sztokholmu i oddać się pod opiekę 
tamtejszej władzy.
W Sztokholmie postawili nas przy honorowym molo, gdzie przed paru laty staliśmy 

background image

na międzynarodowym zlocie statków żaglowych. Wówczas byliśmy honorowymi 
gośćmi jego królewskiej mości, a dziś jesteśmy internowani.
Po południu jedziemy liczną gromadą do miasta. Może miejscowe gazety powiedzą 
nam jakąś pocieszającą nowinę? Kierujemy się do redakcji największej z tutejszych 
gazet.
Olbrzymią witrynę zajmuje mapa Polski, na niej ruchome czarne kwadraciki — to 
nasze wojska. Vis a vis linia małych znaczków swastyki — to wojska niemieckie. Co 
chwila jakaś usłużna dłoń posuwa te swastyki w głąb Polski, jakby na złość naszym 
oczom, co patrzą żarliwie, pełne niepokoju, pełne troskliwej nadziei.
— Być nie może... być nie może! — szepczą chłopcy. — Bydgoszcz zajęta, pod 
Kutnem walki, gdzież projektowana koncentracja? Gdzie linia obrony?
Tymczasem tłum zgromadzonych obok nas Szwedów rechocze z wielkiego 
zadowolenia. Zacierają dłonie, podskakują wesoło, czuć sympatię dla hitlerowskich 
poczynań. 
— Nie wytrzymam! Dam w mordę! — mruknął Pojka przez zęby.
— Musielibyśmy ich wszystkich prać po pyskach — odpowiadam półgłosem. — Oni 
wszyscy są nam nieprzychylni. Wprost nie rozumiem, skąd w nich taka niechęć do 
nas? Czyżby od czasów Karola Gustawa?
— Chodźmy stąd. To okropne tak patrzeć bezradnie na ich wstrętną radość. Ale co się 
z naszym wojskiem stało? Co się stało?... — pytano wokoło.
Coraz gorsze nadchodziły wieści. Gnębiły, przybijały, zaskakiwały nas tragedią 
niepowodzeń. A najgorsze, że stoimy, założywszy ręce, przyglądamy się z daleka tej 
całej krwawej rozgrywce.
Szmery krążą po międzypokładzie. Uczniowie zbierają się w gromadki. Szepczą po 
kątach. Coś się szykuje. Nerwowa gestykulacja rąk. Wrogie spojrzenia w stronę 
oficerów. „Kapitan coś wie, coś knuje?”
I jak tu ich uspokoić? Jak wytłumaczyć nonsens powrotu?
Aż oto przylatuje wybawienie: nasz polski samolot wywiadowczy. Jakaś 
dyplomatyczno-polityczna misja pomiędzy rządem a polską ambasadą w 
Sztokholmie. Na prośbę naszego kapitana pilot godzi się przemówić do załogi. 
Zbieramy się na pokładzie pod gołym niebem. Dwaj piloci stają wyżej, nad nami.
— Panowie! — mówią. — W kraju panuje kompletny chaos. Wszystkie lotniska 
zbombardowane, punkty mobilizacyjne rozbite. Powołana do służby młodzież wałęsa 
się w poszukiwaniu broni i przydziału. Ludzi jest dość. Gdybyście tam przybyli, nie 
wiedzielibyście, co ze sobą począć. Padlibyście najzupełniej niepotrzebną ofiarą. 
Waszym zadaniem jest trwać w oczekiwaniu na odpowiedni moment odwetu, 
obojętnie, na jakiej ziemi. Taki moment nastąpi, a gdy nastąpi, będziecie 
powiadomieni.
Któryś z młodych wystąpił naprzód. Pokazuje papier. Otrzymał go w przeddzień 
wyjścia statku w morze. Jest to wezwanie mobilizacyjne. Jego obowiązkiem więc jest 
stawić się na apel. Taki rozkaz władz wojskowych, on musi go wykonać.
— Ja też mam wezwanie! — krzyknął ktoś inny.
— I ja też... i ja też! — posypały się głosy.
— A więc dobrze — odpowiedział pilot. — Mamy dziesięć wolnych miejsc w 
samolocie. Zabierzemy tylko tych zmobilizowanych. Uczynimy to wbrew własnemu 
sumieniu. Nawet wbrew logice, ale cóż robić. Wy tego nie zrozumiecie. Wy nie 
widzieliście smutnej prawdy na własne oczy. Żeby w nią uwierzyć, trzeba zobaczyć.
Nazajutrz cała dziesiątka „szczęśliwców” stanęła w szeregu. Patrzyliśmy na nich jak 
ma wybrańców losu. Oni wracają. Oni dołączą do rodzin. Oni będą bronić ojczyzny. 
Wciskaliśmy im swoje listy, sądząc naiwnie, że dojdą. Przekazywaliśmy 
pozdrowienia tak, jak się to czyni w dni pokojowej przechadzki.

background image

Odlecieli. Dla nas na statku zaczęły się dni dręczącej monotonii, umęczonych 
niepokojów, otoczone wrogością i złe. Gdzieś pod pokładem zaczynało kipieć. Młoda 
krew nie wytrzymała próby. Oburzenie wzbierało: „To wina starszych”, 
„niedołęstwo”, „bierność”, „brak inicjatywy!” Padały słowa głośnego protestu...
— Dłużej nie wytrzymamy! Chcemy do kraju, tam nasze miejsce!!!
Kapitan statku codziennie składał wizytę w naszej ambasadzie, ale żadnych nowych 
dyrektyw. Wysyłano pytania: co robić? Odpowiedzi brakło. Nikt się tym nie 
zajmował. Widocznie inne, ważniejsze były problemy do rozstrzygania.
— Na miłość boską! — zaklinał. — Cierpliwie czekać. Gdynia i Hel już zajęte, więc 
dokąd mam płynąć? W ręce Niemców? Może na zatopienie?
Któregoś wieczoru pukanie do moich drzwi. Wchodzą dwaj uczniowie. Kulturalni i 
porządni chłopcy z najstarszego rocznika. Mną w dłoniach swoje brezentowe czapki:
— Możemy na chwileczkę?
— Siadajcie, o co chodzi? — spytałem, wskazując sofkę.
— My do pana doktora z wielką prośbą, ale pan doktor nikomu o tym nie powie, 
zgoda?
— Skoro nie macie zaufania — nie mówcie. Paplą nie jestem.
— My, uważa pan, tak dalej siedzieć bezczynnie nie możemy. Kapitańskie gadanie 
dobre jest dla dzieci, a nie dla dorosłych. My żadnych układów ani obiecanych 
„odwetów” nie chcemy. Nasze miejsce jest w kraju, zaraz, w tej chwili, a nie potem. 
My musimy się bić.
— Zgoda — powiedziałem. — Ja również chcę tego samego. Ja również chcę być w 
Polsce, ale jak, ale kędy? Jakim cudem?
— Bez cudu, panie doktorze — wyrwali się obaj razem. Oczy zaświeciły 
młodzieńczym entuzjazmem. — Zebraliśmy paczkę kolegów, sami starsi: chłop w 
chłopa. Jest nas dwunastu. Szalupa gotowa stoi na wodzie. Takielunek i żywność 
sprawdzone, wystarczy tego na dwa tygodnie. Bardzo prosimy pana doktora o opiekę 
nad nami i objęcie komendy.
— Ależ to nonsens! — próbowałem jeszcze argumentów. — Jakżeż potrafimy 
wylądować na brzegu zajętym już przez Niemców. W każdym wypadku trafimy pod 
obstrzał.
— Czy potrafimy, to pokaże przyszłość, ale próbować trzeba.
— Kiedy zamierzacie startować?
— Dziś o północy.
— A więc zgoda. Będę na czas przy trapie.
Wyprawa nie doszła do skutku. W parę chwil po odejściu delegacji nasz kapitan 
powrócił z ambasady. Na pierwszy rzut oka poznałem, że zaszły jakieś ważne 
zmiany.
— Nareszcie! — wykrzyknął. — Nareszcie coś z nami zrobią. Nareszcie mogę 
pokazać załodze twarz swoją bez wstydu. — To mówiąc zadzwonił na wachtowego.
— Zwołać mi całą załogę do międzypokładu — wydał rozkaz. Za chwilę stanęliśmy 
przed zgromadzeniem.
— Mamy rozkaz opuścić statek. Wyruszamy zaraz do Anglii, aby tam przy boku 
aliantów dalej walczyć o wolność i o szczęśliwy powrót.
Ledwie skończył, czapki poleciały w górę.
— Hurrra!!! — zabrzmiał radosny krzyk... Młodzi rzucili się nawzajem 
obcałowywać. Coś zaczyna się dziać. Wyrwano ich nareszcie z tej śmierdzącej 
stagnacji. Jadą... Jadą... To obojętne dokąd, byle jechać i mieć jakąś nadzieję. 
Wszakże Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Muszą więc coś robić. 
Muszą w końcu pomóc!
Kilka dni gorączkowej pracy. Zabezpieczyć „Dar Pomorza” na zimowanie. Na straży 

background image

zostanie trzech ludzi: radiotelegrafista Dziadzio, mechanik Sobieraj, no i stary 
bosman Waju. Rozumieliśmy, że obecność w Sztokholmie radiotelegrafisty potrzebna 
była nie tyle dla konserwacji i kontroli statku, ile dla naszej ambasady i jej łączności z 
krajem. Od kilku dni stacja radiowa BBC nadaje wciąż komunikaty „rodzinne” — ten 
szuka matki, tamten narzeczonej, jeden podaje swój adres, inny pyta o zdrowie i nagle 
wpadam na pomysł: moja małżonka była w Gdyni, gdzie jest obecnie, nie wiem. Oto 
przede mną stoi takież pudełko jak przed nią — RADIO! Długo się nie namyślam. 
Piszę do londyńskiego BBC prośbę o umieszczenie następującej notatki:
 „Kilometr prosi przyjaciół wysłać żonę do Sztokholmu, tam są pieniądze”.
Zacieram dłonie z uciechy. Moje przezwisko akademickie jest dostatecznie znane, 
dobra i życzliwa dusza zawsze się znajdzie.
Wystartowałem więc ze Sztokholmu pełen nadziei.
Pociągami przez Norwegię docieramy do portu Bergen, gdzie ku wielkiej radości 
zastajemy już na redzie aż pięć naszych handlowych trampów. Dostaję kabinę na 
statku s/s „Wilno” i staję się naczelnym i jedynym lekarzem tej wielkiej flotylli.
Zaczęły się nowe dni wyczekiwania, nie wiadomo na co czy na kogo. Już nasza 
klęska wojenna stała się faktem. Polska jako niepodległe państwo przestała istnieć. 
Dlatego na każdym ze statków brakowało kogoś z załogi. Uważając umowy za 
rozwiązane, opuścili pracę. Na ich miejsce wstąpili nasi oficerowie lub uczniowie ze 
starszego rocznika. Reszta uczniów zamustrowała w roli przymusowych pasażerów.
Wszystkie pięć statków stanęło na redzie, w malowniczej zatoce fiordu. Pogoda 
dopisywała. Był to koniec pamiętnego września. Każdego wieczoru płynęliśmy sza-
lupą na ląd, właściwie bez sensu i bez celu, ot, tak sobie, aby wyprostować nogi. 
Typowa dla skandynawskich miast nuda. Jedyną rozrywkę stanowiły kobiety — żony 
i córki pływających marynarzy, beztrosko zawsze uśmiechnięte, zdrowe jak rzepy, 
rosłe i wysportowane, jurne a pożądliwe. Życie seksualne traktowały niby kinowy 
seans bez drażliwych problemów, bez zobowiązań i przysiąg miłości. Nieletnie 
pensjonarki szły spać z kochankami przy pełnej rodzicielskiej aprobacie.
Wkrótce na naszych statkach zaroiło się od białogłów. Szczególnym powodzeniem 
cieszył się asystent od maszyn — chłopak atletycznej budowy, właściciel 
kędzierzawych blond loków i niemowlęco roześmianych oczu. Coraz to jakaś 
piękność urzędowała w jego kabinie. Jedna drugiej ustępowała miejsca, traktując ten 
sport bezkonkurencyjnie. Gdyby nie zaszczepiony wojną, chroniczny smutek, wesoło 
by się działo na naszej małej flotylli, ale co się gęba zaśmieje, to serce zapłacze.
Któregoś dnia przywiózł nasz kapitan rozkaz od policyjnych władz portowych, 
zakazujący Polakom swobodnego lądowania. Od dziś należało brać specjalne prze-
pustki z ograniczeniem czasu przebywania na lądzie. Poza tym od dzisiaj miała 
krążyć dookoła flotylli policyjna motorówka. Mówiąc inaczej, mieliśmy być wzięci 
pod kuratelę.
— A to czemu? — padły pytania.
— Oni twierdzą — objaśnia kapitan — że ich kobiety powariowały. Odbyło się 
specjalne zebranie obywateli miasta, na którym udowodnili generalną demoralizację 
kobiet. Uciekają podobno na polskie statki.
Ano trudno. Kombinując, jak je obejść, pogodziliśmy się z nowymi restrykcjami. Gdy 
łódź policyjna patrolowała z lewej, my odbijaliśmy z prawej i tak jakoś szło. 
Dziewczynek z pokładu nie ubywało, a raczej przybywało. Niektóre z nich przyjęły 
na siebie zastępczą rolę nieobecnych żon. Szczególnie pokochaliśmy jedną z nich, 
jasnego aniołka z dołkami w policzkach. Oczywiście był to aniołek naszego 
maszynowego asystenta, chociaż korzystało z niej wielu — bo wszystkim cerowała 
skarpetki. Niestety, po paru dniach przyjechali rodzice, twierdząc, że jest uczennicą i 
musi uczęszczać do szkoły.

background image

Ano, trudno i z tym należało się pogodzić.
Przez czas dłuższy dziewczyny nie było widać, aż oto któregoś dnia przyjechały do 
nas aż trzy policyjne motorówki. Cała banda umundurowanych jęła pilnie 
przeszukiwać statki. Ryli w kabinach dokumentnie. Najwidoczniej szukali czegoś 
konkretnego.
— Alboż my złodzieje! — padały okrzyki oburzenia. — O co im właściwie chodzi?
— Jakaś dziewczynka uciekła z domu i od kilku dni nie mogą jej znaleźć — tłumaczy 
nasz kapitan. — Dałem im słowo, że u nas żadnej dziewczynki nie ma, a byłby 
skandal, gdyby okazało się, że skłamałem.
Na wszelki wypadek, żeby uspokoić swoje sumienie, kapitan jeździ motorówką od 
burty do burty, przemawiając do załóg:
— Przyznajcie się lepiej. Macie tam gdzie dziewczynkę?
— Ależ gdzie znowu!... Pan kapitan sam widzi!... Dziewczynka nie szpilka, za 
kołnierz nie wsadzisz.
I rzeczywiście, żandarmi obeszli już wszystkie zakamarki, właśnie opuszczają 
ostatnią kabinę naszego statku...
— A to co takiego? — wykrzykuje nagle jeden z nich, wskazując palcem na wysoką 
marynarską koję. Tym razem nie mieliśmy najmniejszego złudzenia. Spod materaca 
piękną, złocistą falą wypływał i opadał w dół puszyście lśniący, długi pukiel włosów.
— Do cholery! — zaklął kapitan. — Nie mogli jej lepiej ukryć!
Spod odchylonego materaca wyłoniły się wdzięczne kształty tak dobrze nam 
wszystkim znanego dziewczęcia. To ona właśnie, ta hoża pensjonareczka, co tak 
pilnie cerowała skarpetki, to ta właśnie szelma wyskoczyła rodzicom przez okno i 
stała się ośrodkiem dzisiejszego dramatu.
Brutalnie i bez ceremonii wyciągnięto biedaczkę z łóżka i stoi teraz pośrodku kabiny, 
tupiąc ze złości nóżkami. Ona nie pójdzie do domu! Ona popłynie z Polakami...
Niestety, w krąg stali urzędnicy — ludzie bez litości i sumienia, okrutni i 
bezwzględni. Radni miasta mieli nas po dziurki od nosa. Ich własne żony i żony 
pływających na morzu przyjaciół znalazły się w niebezpieczeństwie. Polacy muszą 
jak najprędzej odpłynąć!
Nie wiadomo też, czy zrządzeniem dobrego losu, czy też przy pomocy radnych 
miasta Bergen dosłownie w parę dni po incydencie statki wyruszyły. Specjalnie 
przydzielone okręty angielskiej marynarki miały nas odstawić na brytyjski brzeg. 
Tylko dwa statki miały siaki taki ładunek, reszta świeciła pustką, a że niebo nad nami 
było pogodne, więc ładownie stały otworem. Na dnie rozsiedli się nasi uczniowie. 
Otuleni kocami siedzieli milcząc. Nastrój przygnębienia powiększały regularne 
wybuchy bomb głębinowych. Zrzucano je z pokładu angielskich torpedowców celem 
odstraszenia niemieckich łodzi podwodnych. Puste pudło statku rezonowało każdą 
eksplozję, dziesięciokrotnie powiększając huk detonacji, że wyglądało, jakby właśnie 
ten nasz statek wylatywał w powietrze. W razie torpedy ratunek byłby kiepski. Jedna 
jedyna sznurowa drabinka (trap) zwieszała się z krawędzi bagażowego luku. Chłopcy 
nadrabiali miną, ale skołatane nerwy odmawiały posłuszeństwa. Kurczyli się więc w 
sobie za każdym nowym wybuchem. Rozmowy zamierały na ustach, a wzrok mimo 
woli szukał dookoła ratunku. Tej nocy nikt oka nie zmrużył.
Świt przyszedł mglisty i chłodny, jak zwykle koło brzegów Szkocji. Pamiętam, jak w 
pewnej chwili podsunął się do nas angielski torpedowiec, ten, co nas eskortował w 
konwoju. Na jego kapitańskim mostku stało trzech oficerów, lornetkowali niedaleki 
ląd. I wtedy nagle, niby grom z jasnego nieba, zwalił się niemiecki Messerschmitt, 
zatoczył salto, wygarnął z karabinu maszynowego serię, zrzucił dwie bomby i znikł 
na horyzoncie. To był ułamek sekundy, mgnienie oka i znowu cisza, znowu pozorny 
spokój. Pozorny, gdyż na kapitańskim mostku torpedowca nie stoją już oficerowie. 

background image

Wszyscy trzej leżą zabici. Rejwach, tupanina. Biorą na nosze. Pierwszy nalot — 
posmak wojny.

Katastrofa

M/s „Piłsudski” od paru już tygodni stał bezczynnie w porcie NewCastle on Tyne, 
kiedy przybyłem tam objąć pracę lekarza okrętowego. Dnie płynęły monotonnie, do 
obrzydliwości jednakie. Unikaliśmy wzajemnie wzroku, w sumieniu pełni wyrzutów 
za komfort i bezpieczeństwo obecnego życia. W gardle dławiło, a drżące w bezsile 
palce szukały papierosa lub kieliszka wódki.
Aż nagle któregoś dnia iskra przebiegła statek. Kapitan zgodził się w rekordowym 
czasie przebudować statek na wojenne potrzeby. Od jutra rozpoczną się roboty. M/s 
„Piłsudski” ma wozić wojsko.
Rzeczywiście. Zawrzało, zakipiało nazajutrz. Zrywają piękne sztukaterie, budują 
prowizoryczne przepierzenia, stawiają mnóstwo prycz, malują statek na ochronny 
kolor, zasmarowują wszystkie szkła bulajów czarną farbą. Zwariowali z tą robotą. 
Spieszą, krzyczą, popychają się, plączą i znów gdzieś gnają. Gorączka, harmider, 
chaos. Tak mija tydzień.
Chwytam za rękaw starszego oficera:
— Słuchaj, Karol, kiedy mamy wystartować?
Karol spojrzał na mnie ironicznym okiem. Skrzywił wargi, jak to on potrafi, i 
przekrzywiwszy głowę powiada:
— Widać, żeś eskulap, a nie marynarz. Tylko eskulap na statku może zadać podobnie 
głupie pytanie. Wszakże to wojna. Nawet kapitan wiedzieć nie może, kiedy statek 
odpłynie. W ostatnim momencie otrzyma rozkaz i wyjdzie. To tajemnica wojenna.
Ciężko skonfundowany wychodzę na miasto, a że potrzebuję się ostrzyc, więc za 
chwilę siedzę u fryzjera. Zakładając mi serwetkę pod brodę, fryzjer z uśmiechem 
zaczyna:
— Pan z polskiego statku?
— Tak — potwierdzam skinieniem głowy.
— Z „Piłsudskiego”?
— A jakże.
— Wkrótce odchodzicie — mówi stanowczo — szkoda.
Oho — myślę sobie — podjeżdża, może szpieg? Wojna. Trzymaj język za zębami. 
„Wróg podsłuchuje”.
— 28 o godzinie 8 wieczór podnosicie kotwicę — powiada fryzjer, podcinając mi 
brzytwą baczki.
— Może. Nie wiem sam... — bąkam od niechcenia.
— Pan nie wie, ale my wszyscy wiemy, bo statek płynie po nasze wojsko do Nowej 
Zelandii. To nie żadna tajemnica — dodał, widząc moją skonfundowaną milę. — 
Wszakże my tu sami swoi, Niemców nie ma.
W drodze powrotnej odbieram od szewca buty, a ten do mnie na wstępie:
— Podobno wieczorem 28 odchodzicie już w morze.
A niech go diabli porwą, czyżby to była prawda? Wbiegam na pokład statku i od razu 
szukam Karola.
— Może ja i eskulap, ale wiem więcej od ciebie: odpływamy 28 o godzinie ósmej 
wieczór. Wie o tym fryzjer i szewc. Wszyscy wiedzą.
Karol spojrzał na mnie z wysokości Olimpu:

background image

— Wypchaj się razem ze swoim szewcem i fryzjerem.
Nastał wreszcie oczekiwany dzień 28 listopada. Od samego rana próbują motory. 
Rejwach wzrósł jeszcze bardziej. Słychać wszędzie soczyste wymyślania. Punk-
tualnie o ósmej motory zaczęły grać na dobre. Czyżbyśmy naprawdę odchodzili???
Biegnę do Karola.
— Słuchaj, bratku, cóż ty na to? Czyżby ten fryzjer miał rację?
Karol wygląda jakoś nijako. Skrobiąc się w potylicę, powiada głosem pedagoga:
— Widocznie odchodzimy gdzieś na redę, żeby być gotowymi do wyjścia w morze. 
Nie obawiaj się, już oni wiedzą, co robią. — Tu wieloznacząco podniósł palec w 
górę.
Uwierzyłem i ja. Spokojny o naszą przyszłość poszedłem do ambulansu kończyć 
rozpakowywanie skrzyń z lekarstwami. Dopiero o jedenastej byłem gotów. Statek 
szedł już pełną parą.
— Aha! — zawołał nagle radiotelegrafista, wciskając głowę do mojej kabiny. — 
Patrz, co ja mam: zalutowałem dokumenty i tabliczki czekolady w tej bańce po 
benzynie.
„Może i mnie przygotować apteczkę pierwszej pomocy?” — przemknęło mi przez 
myśl, ale w tej chwili odpowiedziałem sobie: Jutro rano — teraz byłem bardzo 
zmęczony. Położyłem się w nocnej koszuli.
Zbudził mnie silny huk i wstrząs. Półprzytomny spuściłem bose nogi z wysokiej koi. 
Bulaje zamalowane już były czarną farbą na „black out”. Wewnątrz kabiny panowała 
absolutna ciemność. Wyciągnąłem ramię w bok do wyłącznika. Przekręciłem, ale 
światło się nie zapaliło. W tymże momencie tuż, tuż, zda się pode mną, nastąpił drugi 
wybuch. Statkiem zatrzęsło i zawirowało, jednocześnie zaczęło się wszystko sypać z 
góry. Miałem wrażenie, że sufit się wali. W pierwszym odruchu pochyliłem głowę do 
kolan i skurczyłem się w sobie. Maszyny przestały pracować, nastąpiła martwa cisza 
przerywana jeszcze jakimś spóźnionym brzękiem spadających poszczególnych 
przedmiotów, coraz rzadziej i rzadziej, aż oto nagle usłyszałem wodospadowy szum 
przedzierającej się dokądś wody i to było najstraszniejsze. Obłędnym susem 
skoczyłem przed siebie w dół, gdzie były drzwi na korytarz. Tu ochłonąłem, 
uświadamiając sobie, że jestem tylko w koszuli. Szybko wróciłem z powrotem. 
Zdarłem z haka spodnie i marynarkę mundurową, włożyłem to wszystko na siebie. 
Nachyliłem się po buty i zamiast nich trafiłem dłońmi na czerepy umywalki, 
przewrócone krzesło, wypadnięte szuflady, stosy książek, telefon i jakieś inne 
rupiecie. Butów znaleźć nie mogłem. Biegnę więc korytarzem boso. Czuję, jak statek 
coraz bardziej się przechyla. Wciąż słyszę ten szum wodospadu i nie wiem gdzie: w 
górze czy w dole. Jesteśmy na powierzchni czy już pod wodą? Od czasu i do czasu 
walą mnie w łeb jakieś otwarte drzwiczki i wyjmuję z nóg kawałki potłuczonego 
szkła. Nic nie boli, nie czuję. Tylko krew zlepia mi palce. Wybiegam na oślep w 
próżnię centralnego hallu. Muszę go przeciąć ukosem ku schodom na pokład. Jestem 
już blisko, wtem ktoś obłapuje mnie od tyłu i histerycznie dusząc woła po angielsku:
— Pokaż mi drogę! Nie znam drogi... Rozwieram silą splecione na mojej piersi palce 
i pcham go ku schodom. Jednocześnie przypominam sobie, że zostawiłem w kabinie 
pas ratunkowy. Zawracam więc. Gorączkowo wydzieram pas z szafy i pędzę coraz 
szybciej. Już nie wyjmuję nawet szkła z nogi. Przecinam znowu hali. Skaczę po dwa 
stopnie w górę po schodach i tu potykając się o coś padam jak długi. Ale co to???...
Zimny dreszcz przebiega mi sikorę. Uświadomiłem sobie, że nie leżę na podłodze. 
Czyżby rzuciło już mną na ścianę albo na sufit? Czyżby statek przewrócił się do góry 
dnem? Tracę panowanie nad sobą i wpadam w histerię. Słyszę własny, chorobliwie 
ostry, bardzo szybki oddech. Stoję na czworakach, obmacując drżącymi dłońmi 
podłoże, na którym się znajduję. Nie jest to podłoga, tylko coś miękkiego. Miękkie i 

background image

gładkie, ale nie dywan. I oto natrafiam palcami na ostry brzeg ramy. Nagle 
zrozumiałem. Robi mi się wisielczo wesoło. Śmieję się na cały głos, histerycznie. Już 
wiem, co się stało. Oto leżę na portrecie marszałka Piłsudskiego, który spadł z haka 
od wybuchu torpedy. Podrywam się teraz pełen werwy i energii, ale zaraz znowu 
moja werwa gaśnie, potykam się oto o stos wywróconych mebli. Wstaję i znowu się 
wywracam. Jeden upadek za drugim. To deprymuje, wytrąca z równowagi. Tracę 
orientację kierunku. Ciemnia absolutna. Nie wiem, dokąd mam iść wśród tego 
straszliwego rumowiska. Wreszcie jakoś dopadam klamki, naciskam, ale drzwi na 
pokład nie otwierają się. Targam, szarpię — bezskutecznie. — Ręce mi opadają. 
Apatycznie zaczynam sunąć wzdłuż ściany i za chwilę wpadam w próżnię. Przede 
mną perspektywa długiego salonu z szeregiem dużych, prostokątnych okien, 
prześwitujących nocnym niebem. Firanki łopocą szarpane wichurą. Wiew świeżego 
powietrza. WOLNOŚĆ!
Podlatuję do pierwszego okna. Języki niedotłuczonego szkła sterczą kołem. Nie 
namyślając się kładę korkowy pas na te języki i daję nura głową naprzód. Wpadam na 
pokład bez najmniejszego draśnięcia. To wyrwanie się z ciemni wraca mi zmysły. Z 
najwyższym spokojem ruszam szukać swojej szalupy numer trzy. W tym momencie 
jakaś łódź ukazuje się w górze i właśnie mnie mija. Zupełnie opanowanym głosem 
pytam:
— Czy to szalupa trzy?
— Nie bądź głupi i wskakuj! — słyszę znajomy głos kwatermistrza.
Jednym susem przesadziłem reling i znalazłem się w szalupie. Dziś, z odległości tylu 
lat, przypominając te sceny, zastanawiam się nad bardzo ciekawym zjawiskiem 
psychologicznym. Na statku było z górą czterystu ludzi załogi, a wszakże przez cały 
czas ratowania się nie słyszałem dosłownie ani jednego głosu. Panowała zupełna 
cisza. I teraz w tej szalupie, gdzie było także około pięćdziesięciu ludzi, nikt nie 
wołał, nikt nie mówił, tylko wszyscy... ODDYCHALI. Nerwowo, histerycznie, 
strasznie szybko, chóralnie ODDYCHALI. Ten oddech słyszę dotychczas.
Oddech zaostrzył się jeszcze bardziej, gdy burta naszej łodzi położyła się na burcie 
przechylonego mocno statku i nie chciała się dalej ześlizgiwać. Wówczas wszyscy, 
jak jeden mąż, odpychaliśmy się od niej, rozumiejąc, że za parę sekund będzie za 
późno. Za parę sekund statek fiknie śmiertelnego kozła i przerzuci nas w kłębiący się 
wir.
Co chwila ktoś spadał nam na ręce i na głowy. To spóźnieni rozbitkowie, 
nieprzytomni, wyrwani ze snu, jak stali, w bieliźnie, walili się głową na dół.
Wreszcie łódź dotknęła wody. Zręcznie odczepiono hak. Ciemny kadłub 
„Piłsudskiego” oderwał się i szybko pomknął mimo nas. Znaleźliśmy się na 
wzburzonym morzu. Najsilniejszy ze sztormów sezonu właśnie się rozpoczynał.
Było nas przy wiosłach około dziesięciu. Reszta załogi leżała byle jak na dnie łodzi, 
trzęsąc się od zimna. Zakryliśmy tę ludzką masę żaglowym płótnem. Komendę objął 
stary Anglik, kapitan O’Conner, przydzielony do pomocy naszemu kapitanowi. Był 
on tylko w piżamie i szczękał zębami. Zdjąłem więc marynarkę, dałem mu ją, sądząc, 
że nie zmarznę wiosłując.
Kapitan O’Conner usiłował utrzymać kurs na tonący statek, ja tymczasem widziałem 
zupełnie wyraźnie bliskie światła portu. Wołałem więc, żeby kierować do brzegu. 
Przerwali wiosłowanie. Patrzyli na mnie jak na wariata.
— Gdzie światła?... Jakie światła?... Czy ci niedobrze?
Rzeczywiście, świateł żadnych nie było. Była to zwykła halucynacja dyktowana 
widocznie moją mocną wiarą, że statek w oznaczonym terminie nie odejdzie. Wie-
rzyłem, że jesteśmy na redzie. Widziałem zupełnie wyraźnie światła białe i czerwone, 
stałe i mrugające, nawet sylwetki budynków. Nie zapomnę tego wrażenia.

background image

Umilkłem nie chcąc wprowadzać kłótni. Marzłem coraz bardziej. Nie wiem, co się 
dalej działo. Zbudziłem się pod żaglami, kiedy już było widno i nad nami stał wo-
jenny okręt. Właściwie nie stał, tylko skakał to w górę, to w dół, grożąc nam 
rozbiciem o burtę. Marynarze angielscy wychylali się, aby chwytać nas za co się da i 
wciągać na pokład. Wykorzystywano moment, gdy burty się mijały. W drugim rzucie 
wciągnięto i mnie. Trafiłem od razu do obszernego międzypokładu. Kołem stali 
rozbitkowie z naszej i innych szalup. Pośrodku na podłodze leżał jakiś topieciel, nad 
nim znęcał się ktoś sztucznym oddychaniem.
— Wodę z płuc pan wylał? — zapytuję.
— Nie — pada odpowiedź po angielsku.
— Chłopcy — zwracam się głośno do załogi — kto to taki?
Jeden przez drugiego zagląda w twarz topielca. Nikt nie poznaje.
— To chyba jakiś angielski steward — pada odpowiedź.
— Dawaj pan zastrzyki nasercowe — rozkazuję Anglikowi.
— Nie ma żadnych zastrzyków.
— Nie wierzę, prowadź pan do apteczki.
Galopem biegniemy przez pokład. Wpadamy do kabiny drugiego oficera. Otwieramy 
jego prywatną szafę z ubraniem. Na dnie pomiędzy butami stoi kilka butelek z 
miksturami i to wszystko, dosłownie wszystko. Wracam. Biorę topielca na kolano i 
wyciskam sporo krwawej wody. Wyciągam język i zaczynam sztuczne oddychanie. 
W tym momencie zimne i sine ciało robi się nagle czerwone i gorące. Radość 
wstępuje w moje serce. Ale nie na długo. Ciało znowu stygnie. Zrozumiałem. To 
agonia. Śmierć aparatu regulującego ciepło. Wstałem zrezygnowany. Nic tu po mnie, 
śmierci nie odwołam. W tym momencie angielski oficer ujął mnie za ramię i 
pociągnął za sobą do messy, tam zastałem już sporą gromadę naszych oficerów 
popijających whisky. Na sofce opodal wpół siedział, wpół leżał jakiś nie znany mi 
jegomość i pośpiesznym, gorączkowym szeptem coś żarliwie opowiadał. Niezdolny 
byłem do słuchania. Własne wytrącone z równowagi myśli trzepotały mi się chaoty-
cznie po głowie, a świeżo przeżyte obrazy natrętnie się kładły przed oczy. Któryś z 
angielskich gospodarzy postawił przede mną szklankę. Nigdy nie lubiłem whisky, ale 
wtedy z dziką rozkoszą chłeptałem ten trunek, jakby to była orzeźwiająca w dzień 
upalny woda. Brzegi szklanki wydzwaniały na moich zębach rytm lęku, zmęczenia i 
żalu, a dłonie, te głupie dłonie kompromitowały moją męskość histerycznie babskim 
drżeniem. I wtedy właśnie doleciało mnie wypowiedziane przez nieznajomego 
marynarza nazwisko naszego kapitana: Mamert Stankiewicz. Nadstawiłem więc 
ciekawie uszu, a on cichym, znużonym głosem opowiadał: — „...Szalupy, uważacie, 
spuszczaliśmy we czwórkę: kapitan, pierwszy oficer, no i ja z Józkiem. Co chwila 
ktoś nadbiegał i pakował się w kolejną szalupę. Potem pierwszy gdzieś znikł, pewnie 
wskoczył do ostatniej łodzi, zostaliśmy na statku we trójkę, my z Józkiem, no i 
kapitan Stankiewicz. Zbiegliśmy na dolny pokład, spieszno nam było, bo statek, 
cholera, tracił równowagę, pochylił się już chyba na 45 stopni. Trudno było trzymać 
się na nogach. Podbiegliśmy do ratunkowej tratwy, co leżała na tym dolnym 
pokładzie, odwiązaliśmy ją i na wodę, a tu i nasz kucharz Kawka skądś nadbiega. 
Ubrany w futro i kapelusz, nawet przy szaliku, cholera, jakby na spacer wyszedł, 
niczego nie zapomniał, nawet walizeczkę w ręku trzyma. A tu wiatr gwiżdże na 
linach, fale raz po raz prują przez burtę, morze huczy, że nic poza tym nie słychać. 
Kapitan Stankiewicz coś wrzeszczy, usta mu się rozwierają, ale nie słychać. Pokazuje 
na tratwę i sam skacze do morza, a my za nim. To nie była łatwa sztuka. Fale 
sztormowe, trudno się utrzymać liny. Rzuca nami to w górę, to w dół, że aż strach 
bierze, aby nie rozgniotło między tratwą a burtą statku. A ten Kawka kiwa się u góry 
nad nami, a skoczyć boi się. Co robić? „Puścić linę! — woła kapitan. — Nie możemy 

background image

czekać”. No i puściłem. Tratwa jak wypluta poszła precz i cień statku zaczął się 
gwałtownie zmniejszać, jeszcze chyba miał inercję od wygasłych motorów. Zaraz 
pierwsze fale przewaliły się przez nas wierzchem. Straszliwie zimno, wiadomo, 29 
listopada. No i zaczął się taniec. Ja nie z tych słabych, a ledwie mogłem się utrzymać. 
To był sztorm nie byle jaki, sami wiecie. Szarpało nami na wszystkie strony, a na 
tratwie, wiadomo, nie ma za co się dobrze uchwycić. Na początku, póki nie 
zamarzliśmy to jeszcze siako-tako, ale po godzinie dłonie zgrabiały, że trudno było 
się utrzymać. Kapitan, człowiek starszy, wiadomo, więc pierwszy osłabł i raz po raz 
puszczał ręce i zleciałby do wody, gdyby nie my z Józkiem. Łapaliśmy za kark, za 
nogi, jak popadło, a on dziękował, obiecywał nagrodę. Głos miał coraz słabszy i tak 
zeszło aż do świtu, kiedy to nadeszły te angielskie okręty. Nas zauważyli pierwszych 
i od razu podsunął się jeden. Rzucili linę. Józef był najbliżej, więc jego wyciągnęli, 
potem kolejka przyszła na mnie. Kapitan ze wszystkim osłabł i nie potrafił już liny 
chwycić. Pewnie spadł do morza, ja nic nie pamiętam dalej, bo straciłem 
przytomność, ot, i znalazłem się tutaj...”
W tym momencie tuż aa moimi plecami odezwał się głos angielskiego starszego 
oficera:
— Doctor! Can you help me (Czy może mi pan dopomóc?)
To mówiąc podsunął mi przed oczy kartkę papieru, na której napisane były dwa tylko 
słowa: Mamert Stankiewicz.
— Do you know this man? — spytał.
— Ależ oczywiście! — zawołałem radośnie. — To nasz kapitan.
— To ten sam człowiek, którego przed chwilą pan ratował i który niestety nie żyje.
— To być nie może! — zawołałem zrywając się z krzesła. — Jakżeby cała załoga nie 
poznała swojego kapitana? To był zupełnie kto inny.
Wybiegliśmy razem na pokład. Torpedowiec mocno pochylony od bocznego wiatru 
ostro pruł wzburzone fale, które raz po raz przelewały się pieniście górą, grożąc nam 
zmyciem z pokładu. Chwytając się asekuracyjnych lin, przytuleni do ścian 
nadbudówek posuwaliśmy się e trudem pod wiatr ku dziobowi, gdzie pod osłoną 
relingu, na sanitarnych noszach leżały jakieś zwłoki przykryte prześcieradłem. Oficer 
milcząc odchylił rąbek tego całunu, spod którego wyłoniła się tak dobrze mi znana, 
zupełnie nie zmieniona, skamieniała śmiercią twarz Mamerta Stankiewicza. Obrzękłe 
policzki i zapadłe oczodoły wróciły teraz do normy. Nie było najmniejszej 
wątpliwości. To on.
Ciepło fotela, w który zapadłem, atmosfera otaczającego bezpieczeństwa, bezdenna 
rezygnacja i wszystko, co się ostatnio zwaliło na głowę, sprawiło, że nie zdołałem 
wypowiedzieć do czekających na mnie ludzi nawet słowa. Zapadłem w jakieś 
odrętwienie, półsen czy półjawę, aż się ocuciłem na miejscu tamtego marynarza, na 
solce. A dzień już był w całej pełni. Dobijaliśmy do portu. Przywitał nas przejmujący 
ziąb szkockiego lądu. Za chwilę gromada niedospanych, rozziewanych i 
niedoubranych rozbitków zbierała się przy wyjściowym trapie. Była niedziela. 
Ludność małego prowincjonalnego miasteczka śpieszyła oglądać pierwsze ofiary 
wojny. A my parami, niby grzecznie ułożony szkolny pensjonat, schodziliśmy na ląd i 
dalej ulicami miasta. Ubrani, jak kto mógł, raczej... rozebrani. Dwóch tylko miało na 
sobie mundury, do tych szczęśliwców należałem i ja, tylko na nogach nie miałem 
butów, a stopy poranione na szkle i grubo a niezdarnie obandażowane czyniły 
wrażenie poważnego inwalidztwa. Przy tym kulałem straszliwie, bo naprawdę bolało. 
Tę tragifarsę pogłębiały jeszcze trzy złote galony na moich rękawach. Stawałem się 
bohaterem chwili. Inni wyglądali komiczniej z włochatymi, gołymi łydkami spod 
wełnianych koców lub zgoła w rozchełstanych piżamach, albo tylko ręcznikach na 
trykotowych, białych koszulkach. Nie mieli oficerskich dystynkcji na pokaz. Dla 

background image

Anglików nie było jeszcze wojny. To był, zdaje się, pierwszy storpedowany statek. 
Postrach, w który nie bardzo chcieli wierzyć.
Obskurny, prowincjonalny hotelik to nasze czasowe fizyczne i moralne przytulisko. 
W moim pokoiku zbierają się koledzy. Jedni wchodzą, drudzy wychodzą, a każdy 
przynosi jakieś wiadomości. Już wiem, że statek zatonął dopiero o godzinie dziesiątej 
rano, a więc z górą sześć godzin od torpedy. Któż mógł taki fakt przewidzieć? 
Prawdopodobnie napił się wody przez wyrwane dziury, wyprostował się i w tej 
normalnej swojej pozycji poszedł na dno. Nasz kwatermistrz z angielskim 
komendantem pośpieszyli motorówką ratować dokumenty i gotówkę z kasy 
ogniotrwałej, ale nie zdążyli, na ich oczach właśnie rozegrał się ostateczny dramat.
— A co z Kawką? — spytałem któregoś.
— O! To ciekawa historia! — zawołał. — Kawka został na statku, bo bał się skoczyć 
na tratwę. Tymczasem, jak wiemy, statek się zupełnie wyprostował, sztorm zaczął 
przycichać, więc i kiwanie się zmniejszyło. Kawka oswoił się ze swoim położeniem i 
jął troskliwie rozglądać się po kątach. Szczęście mu dopisało. Oto nagle i 
niespodzianie znalazł jeszcze jedną, zapomnianą szalupę ratunkową, wisiała sobie na 
taliach nad wodą. Kawka znał się na marynarskiej robocie, nie darmo tyle lat 
przepływał na statkach jako kucharz. Więc i teraz w mig zorientował się w 
możliwościach, wiedział, że z chwilą gdy szalupa tonącego statku dotknie 
powierzchni morza, należy ją odczepić. Zanim to nastąpi, można lipą naładować 
rzeczami własnymi i niekoniecznie własnymi, boć w myśl prawa, wszystko na tym 
porzuconym przez załogę statku należało do Kawki. Tak więc, gdy szalupa zbliżyła 
się do powierzchni morza, Kawka usiadł sobie w środku pomiędzy walizkami i 
tobołkami cierpliwie czekając na zmiłowanie losu. Oczywiście zmiłowanie przyszło, 
ale bynajmniej nie tak łatwo, jak to może się pierwszemu lepszemu laikowi wydać. 
Jak wiemy, morze nie było tego dnia spokojne i fale nie zdążyły ucichnąć po tak 
wielkim nocnym sztormie, przeto szalupa zamiast usiąść na wodzie, zaczęła się 
miotać to w dół, to w górę i trzeba było niemałego sprytu, a nawet technicznych 
umiejętności, żeby dba haki, na dziobie, i na rufie, w porę odczepić. Podobno przy tej 
właśnie robocie Kawka złamał aż pięć żeber i to wystarczyło, aby trafił do 
angielskiego szpitala. Dostarczyli go tam brytyjscy rybacy. Leży teraz niby król, a 
wszystkie gazety rozpisują się o nim jak o bohaterze. Angielskie ladies, 
zorganizowane w różnych charytatywnych wojennych organizacjach, przynoszą mu 
stosy kwiatów i czekoladek. Opływa w dostatkach niby pączek w maśle.
Na tym się skończyły wszystkie historie związane z moją pracą na m/s Piłsudski. Ale 
nie! — o najważniejszym zapomniałem. Do hoteliku wpadł zasapany nasz poczciwy 
kapitan Kot. Przyjechał z Londynu, aby nas pocieszać i rzeczywiście przywiózł dla 
mnie radość niebywałą. Oto moja żona jest już w Anglii, przyleciała wczoraj 
samolotem ze Sztokholmu. Jak się okazało, przyjaciele jej dopomogli i z Wilna przez 
Rygę trafiła do Szwecji. Nocowała w mojej kabinie, na statku „Dar Pomorza”, o 
świcie zbudził ją radiotelegrafista Dziadzia, podając do wiadomości, że siatek 
„Piłsudski” zatonął, ale z gazet „wyrozumieć” nie było można, czy cała załoga 
zatonęła i dwudziestu dwóch uratowano, czy też dwudziestu dwóch utonęło, a reszta 
wyratowana. Nie było czasu na rozwiązywanie tej zagadki, bo samolot do Londynu 
już czekał, więc żona poleciała, aby się dowiedzieć na miejscu od Kota, że utonęło 
tylko dwóch, a nie dwudziestu dwóch i wśród nich nazwiska męża nie ma.
To wszystko było tak dawno! Wydaje mi się, że wieki minęły, a to tylko parę tygodni 
temu. Łażę oto ulicami Londynu. Bezrobocie, obce otoczenie, troska o przyjaciół 
pozostałych w kraju — wszystko się złożyło na smutek i rezygnację. Słowiański 
smutek, którego angielskie otoczenie nie rozumiało.
Z ciężko opuszczoną głową podążam w kierunku królewskiego pałacu St. James, 

background image

który zamieniony został na centralę Brytyjskiego Czerwonego Krzyża. Nie znam 
Londynu, a po angielsku mówię ledwie-ledwie. Dogadać się niełatwo, zwłaszcza gdy 
Anglicy posługują się sobie tylko znanymi idiomami.
Przed pałacem nie stoją jak dawniej konni gwardziści w pozłocistych hełmach i 
pióropuszach, zamiast nich leżą przed oknami i bramą workowe barykady. Wielka 
Brytania powoli a systematycznie przygotowuje się do wojny. Wchodzę w szerokie 
wrota nieco skonfundowany i niepewny, bo jakżeż w takim wyświechtanym prze-
ciwdeszczowym płaszczyku pchać się w królewskie podwoje. Schody marmurowe, 
dokoła pełno lordowskich konterfektów, amfilady plafonów, co tu robię ja — wyzuty 
z ojczyzny, wystrychnięty dudek?
Wytworna paniusia spostrzegła błądzącą bezradnie słowiańską sierotę. Dobrotliwie 
się uśmiecha i pyta, czego szukam. W czym maże być pomocna? Referuję nieśmiało 
sprawę skromną: pragnę wysłać paczkę swemu siostrzeńcowi do obozu jeńców, czy 
można?
— Jakiej narodowości? — pada zapytanie.
— Polak — odpowiadam.
— Ach! — wykrzykuje lady. — Jak to dobrze! Może pan nam pomoże. Już od paru 
miesięcy przydzieliliśmy polskim jeńcom kontyngent tysiąca paczek odzieżowych i 
dwa tysiące żywnościowych. Tyle możemy dla was wysyłać, tymczasem nikt się nie 
zgłasza, nikt pieniędzy na to nie wpłaca, wysyłamy miesięcznie sześć paczek zamiast 
trzech tysięcy. Szkoda marnować taką okazję. Może pan mógłby się tym zająć?
— Na to, żeby te trzy tysiące paczek wyszło do naszych jeńców, czego potrzeba, co 
właściwie musiałbym zrobić? — pytam.
— Rzecz prosta: wpłacić odpowiednią sumę pieniędzy i dostarczyć trzy tysiące 
imiennych adresów.
Wychodzę na ulicę otumaniony. Nic nie rozumiem, przestaję rozumieć. Istnieje w 
Londynie ambasada, istnieje konsulat, istnieje nawet wojskowy „attaszat” i nikt dotąd 
nie dowiedział się o możliwości przekazywania paczek naszym jeńcom w niewoli, 
nikt nie zatroszczył się o to? Idę coraz szybciej, przyśpieszam wciąż kroku i myślę. 
Układam plan działania. Znalazłem cel życia. Przestało mi być smutno. Byłem 
bezrobotny, a oto nagle zjawiła się praca. Muszę w najbliższym miesiącu wysłać do 
obozów jenieckich trzy tysiące paczek!

Z kontynentu na kontynent

W podziemnych kolejkach

Smętnie wygląda miasto Londyn: worki z piaskiem zawalają drzwi biur, środkiem 
jezdni rozsiadły się betonowe czworoboki schronów, a wszędzie napisy ze strzałkami 

background image

regulującymi ruch w chwili alarmu. Zresztą nawykłe do tego oczy przestały kojarzyć 
te zjawiska z grozą oczekiwanej wojny. Aż oto któregoś dnia białe smugi na 
pogodnym niebie zaczęły wypisywać regularne kółka i wówczas któryś z rezolutnych 
przechodniów spokojnie zauważył:
— O, patrzcie! Niemcy przygotowują swój atak bombowy.
— Bzdury! Co pan opowiada? — obruszyła się jakaś obywatelka. — Niemcy? U nas? 
Też pomysł?
— Wyznaczają kółkami tereny dla bombardowania — uzupełnił swoje informacje 
poprzedni jegomość. I w trakcie tych słów zjawiły się nagle eskadry, jedna za drugą, 
a każda inna. Rozproszyły się, zaczęły gonitwę i na oczach beztroskich przechodniów 
odbyła się pierwsza lotnicza bitwa o Londyn. Można było śledzić jej przebieg gołym 
okiem, wyraźnie jak na dłoni, jak na defiladowym pokazie akrobacji. W smudze 
dymu dwa niemieckie Messerschmitty padały na skrzydło. Ważyły się oto losy 
Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim naszych polskich chłopców-pilotów. To oni 
tam byli.
Tego dnia bombowce nie doszły. Zrzuciły swój niebezpieczny ładunek na 
południowych przedmieściach miast i jak najszybciej pierzchły.
To była pierwsza próba. Lew brytyjski pokazał pazury, ale odtąd poszły już alarmy 
regularne, codzienne, jak zapisał. O zachodzie słońca syreny poczynały wyć swoją 
potępieńczą melodię, a wkrótce po nich nadlatywał krew mrożący w żyłach, 
rytmicznie przerywany, uwieńczony głuchym łomotem wybuchów, ciężki i złowrogi 
warkot. Dokoła miasta zawisły na stalowych linach podłużne cygara zaporowych 
balonów. Początkowo piloci niemieccy nie wytrzymywali nerwowo ich widoku i 
zrzucali swój ładunek daleko przed celem, później jednak szli wytrwale i zawzięcie 
naprzód. Zamieszkiwałem wówczas w centrum miasta, po różnych kamienicach 
wynajmując kawalerskie pokoiki zwyczajem angielskim z tygodnia na tydzień — od 
soboty do soboty. Żonę moją, wraz z kliniką położniczą, przeniesiono pod Oksford, 
do starej siedziby jakowegoś lorda. Jeździłem więc tam na „weekendy”, wracając w 
poniedziałek rano. W jednym tylko domu, opodal naszej ambasady na Portland Place, 
przemieszkałem aż trzy kolejne tygodnie, było tam wygodnie, mieszkałbym i dłużej, 
gdyby nie przypadek. Oto wróciwszy któregoś poniedziałku z Oksfordu zastałem 
swoje łóżko na czwartym piętrze w pozycji „wywrotowej”, to znaczy zawieszone 
ponad chodnikiem. Cała reszta umeblowania razem z pięknym kominkiem leżała w 
drobnych kawałkach na bruku ulicy. Mój pokój wyglądał teraz niby scena 
prowincjonalnego teatru na pięć minut przed wejściem aktora.
Na szczęście dobry los oszczędził mi tej ostatniej roli. Stojąc na przeciwnej stronie 
ulicy obserwowałem z zadartą do góry twarzą rozprute bombą wnętrze. 
Kalkulowałem, ile miałbym szans na ocalenie, gdybym tak spał na tym zawieszonym 
w powietrzu łóżku.
Pozornie mało ważny fakt, a jednak wpłynął zdecydowanie na dalsze losy mojego 
życia.
Po prostu odeszła mnie ochota wynajmowania pokojów, bo i po co? Czyżby po to, 
aby zawisnąć w tenże sposób nad próżnią i swoim żywym albo martwym ciałem 
cieszyć zebraną na dole gawiedź?
— Gdzie mieszkacie? — usłyszałem obok znajomy głos.
Doktor Kapuściński — mój współpracownik na niwie społecznej pomocy jeńcom 
wojennym. Razem żebraliśmy o grosz na wysyłane paczki.
— Ano, kochany, właśnie zastanawiam się, gdzie mam zamieszkać, moje poprzednie 
łóżko wisi ot tam! — tu gest głową.
— Gdzie? — zdziwił się, poprawiając okulary.
— Tam — powtórzyłem, wskazując palcem.

background image

— Hm... — mruknął. — Mieliście szczęście. Kto by dzisiaj tak głupio mieszkał. Już 
od tygodnia sypiam w podziemnych kolejkach.
Teraz ja z kolei nie zrozumiałem:
— Jak to w kolejkach?
— Ano, zobaczycie. Nie wynajmujcie dzisiaj żadnego pokoju. Walizkę zostawcie w 
attaszacie. Wieczorem przed samym alarmem spotkamy się w przedsionku BBC.
Tak też się stało. Spotkaliśmy się punktualnie o piątej.
— Alarmu jeszcze nie było, chodźmy więc przegryźć coś w najbliższej knajpie.
— „Fish and Chips”? — zapytałem.
— Można, ale to zbyt daleko, chyba że na Tottenham Court Road, chociaż nieźle się 
układa, bo Northern Linę to stacja najgłębsza.
— Sądziłem, że wszystkie linie leżą na tym samym poziomie.
— Gdzieżby! Ogromna różnica. Podczas gdy District biegnie prawie 
powierzchownie, to Picadilly i Northern leżą ponad sto metrów głęboko, ta ostatnia 
przechodzi nawet tunelem pod rzeką Tamizą.
Kiedyśmy wychodzili z kolejki na Tottenham Court, właśnie zaczynała wyć syrena. 
Przytulając się do murów, biegliśmy jak najprędzej do znajomych, niedalekich drzwi 
knajpy. Mrok zapadł nad miastem. Światła pogaszono, tylko niebieskie ogniki 
przytłumionych reflektorów samochodowych, niby świętojańskie żuki, migały tu i 
tam. Drzwi do knajpy zasłaniał parawan z dykty, a w nim oświetlona niebieska tarcza 
z napisem: „Please Come” (proszę wejść). W środku pełno jak w ulu. Każdy 
doskonale zdawał sobie sprawę, że ten bar nie stanowi żadnej ochrony. Dwupiętrowa, 
starego typu ceglana kamieniczka rozpadnie się za byle podmuchem, ale świadomość 
zbiorowej beztroski, w atmosferze rozgardiaszu i koleżeńskiej pogadanki, oddalała 
myśl o niebezpieczeństwie. Z momentem zamykania drzwi za sobą świat wojny i 
bomb oddalał się, ginął i cichł. Tu była tylko knajpa — przedwojenna, spokojna, 
pokojowa.
— Znam tu kelnerkę, umizgnę się, może wytrzaśnie jakiś stolik — rzekł doktor 
Kapuściński, przepychając się naprzód.
— Nie trzeba — powstrzymałem go chwytem za ramię. — Wszakże ten lokal nas nie 
uchroni, lepiej przejść w miejsce bezpieczniejsze.
— A co uchroni? Może te betonowe sześciany na ulicach!? Żart na stronę. Rozwali 
się to, rozwali się tamto, a i my w końcu rozwalimy się, jakaż różnica? Wcześniej, 
później...
— Ja się boję nie śmierci, tylko tych nieprzewidzianych przeżyć. Tego zawieszenia 
na piątym piętrze, ponad brukiem ulicy...
— Dlatego wyciągnąłem was na nocleg do podziemnej kolejki, tam wypoczniecie 
psychicznie od swojego szoku — zaśmiał się Kapuściński.
Przyglądałem się zebranej w krąg publiczności, Składała się przeważnie ze stałych 
bywalców — stołowników, to znaczy ludzi fizycznej pracy, różnych robotników i 
rzemieślników, konduktorów i szoferów, szwajcarów i śmieciarzy. Znali się 
nawzajem, więc panował rejwach beztroski i familijny jakiś powszechny rozgardiasz, 
Przekrzykiwali się na odległość z głośnym wybuchem rubasznego śmiechu. 
Osławiona „fish and chips” nie posiada gastronomicznego smaku. Trzeba ją mocno 
posolić i dodać pomidorowego sosu, aby to powszednie angielskie jedzenie przeszło 
jakoś przez gardło. Tym razem zajadałem rybę z wyjątkowym apetytem, widocznie 
sprzyjała temu atmosfera ogólnego podniecenia. Obok popijali piwo dwaj typowi 
przedstawiciele angielskiego „slumu”.
— Zapowiedzieli na dzisiaj mgłę — przemówił ktoś w naszą stronę.
— Ano — stwierdziłem uprzejmie — mgła już jest.
— Co oni mogą widzieć zrzucając te bomby?

background image

— Toteż mało widzą — wtrącił się drugi. — Wszystkie bomby lecą na Battersea 
Park.
— Zachciało się nam wojować, ot i mamy! — mruknął pierwszy.
— Za jakąś Poland karku nadstawiać, a co mnie ta ich Poland obchodzi, nawet nie 
wiem, gdzie to jest, ty wiesz, Eric? — zwrócił się do kolegi.
Z opuszczonymi głowami kończyliśmy nasze ryby, aby jak najprędzej ulotnić się, nie 
zdradzając swego pochodzenia.
Głuchy wstrząs targnął ścianami domu i światła nagle zgasły. Chwila głuchego 
wyczekiwania na coś, co ma zaraz nastąpić. Nie nastąpiło. Dach wytrzymał, więc 
szmer rozmów wrócił na swoje miejsce. Przy stolikach tu i tam zapalono świece. 
Żadnej paniki, żadnego wzruszenia, jak gdyby wszystko tu szło według z góry 
ustalonego planu.
— Swoją drogą dziwni ludzie — mruknąłem.
— Zobaczycie ich dopiero za chwilę w podziemiu — odpowiedział Kapuściński. — 
Chodźmy...
Kiedyśmy wyszli spoza dyktowej osłony na ulicę, noc panowała już kompletna. Gęsta 
mgła uniemożliwiała orientację. Posuwaliśmy dłońmi po morze. Co chwila ktoś 
kogoś przepraszał i szedł dalej. Kapuściński lepiej znał Londyn, więc poszedł 
przodem.
— Stoimy przed miękką zasłoną, odchylajcie i wchodźcie! To, zdaje się, już nasza 
stacja — powiedział.
Ruchome schody zwożą nas w dół. Pod ścianami korytarzy siedzą w kucki ludzie. 
Peron zasłany kocami. Na tych kocach w różnych pozach spoczywają kobiety i 
dzieci. Mężczyźni zebrani w gromadki. Panuje wesoły pogwar. Ktoś gra na 
saksofonie, w innym kącie podśpiewuje chór.
— Spóźniliśmy się — powiada Kapuściński, rozglądając się dookoła. — Trudno 
będzie znaleźć wolne miejsce. Nie pozostaje nic innego, jak tylko ułożyć się blisko 
szyn. To podła lokata. Pociągi nie dadzą spać.
Kiedyśmy układali nasze koce tuż przy krawężniku peronowym, właśnie nadleciał 
pociąg. Zgrzyt hamulców, pęd powietrza. Deptanie nóg...
— Tak będzie do północy — pocieszył Kapuściński. — Potem będziemy mieli kilka 
godzin spokoju.
Usiedliśmy wygodnie na kocach. Z lewej strony za sąsiadkę miałem chudą jejmość w 
czarnych okularach, z drugiej strony, jako przypadkowy kontrast, stał pękaty 
jegomość z gitarą w ręku. Siwa czupryna, przy czarno farbowanych wąsikach, 
rumiane, wypuczone policzki i parę podbródków nadawały mu wyraz jowialnej 
dobroduszności. Najwyraźniej szykował się do koncertu.
Ledwieśmy usiedli, podszedł bliżej i z życzliwym uśmiechem powiedział:
— Dobrą mamy dzisiaj pogodę...
Wypadało ten idiotyczny nonsens potwierdzić, bo jakżeż, u licha, w dzisiejszej 
chłodnej mgle można dopatrywać się pięknej pogody?! Nie wytrzymałem nerwowo. 
Chciałem być ścisły:
— Jakaż pogoda! — zaprzeczyłem. — Czyż pan nie widział tej mgły?
— U nas, londyńczyków, mgła się nie liczy, panowie są, widzę, alianci?
— Ano tak...
— To widać, to widać... a ot, zaraz bomby spadną i mgłę rozproszą, nie ma tego 
złego, co by na dobre nie wyszło — roześmiał się.
— Takiej formy optymizmu jeszcze nie spotkałem — mruknął Kapuściński.
— Panie i panowie! — zwrócił się nasz grubas do zbiegowiska. — Żeby wam nie 
było nudno, zaśpiewam pieśń o Robin Hoodzie — to mówiąc i nie czekając, uderzył 
w struny gitary. Głos miał silny i czysty, nie spodziewaliśmy się po nim czegoś 

background image

podobnego. Śpiewał z werwą, przytupując do taktu. Było w nim coś z Hiszpana, a 
kiedy skończył, przykląkł przy mnie i szepnął:
— Dziwicie się mojemu głosowi? Jestem emerytowanym barytonem opery Covent 
Garden. Obecnie prowadzę swój Corner-Bar niedaleko stąd. Jeżeli bomby nie rozwalą 
moich beczek z piwem, to zapraszam, przyjdźcie któregoś wieczoru. Tam dużo 
foreignerów się zbiera. Wszyscy muszą śpiewać, taki wprowadziłem rygor.
— Peter!... PeterL. — wołały głosy znad podłogi. — Zaśpiewaj którąś z operowych 
arii... Aidę! Pajace!... Madame Butterfly!
Huk nadjeżdżającego pociągu zagłuszył dalsze wołania. Tłum wysiadających i 
wsiadających pasażerów deptał nam pomiędzy kocami. Ale nie słychać było zło-
rzeczeń, żadnych klątw ani pretensji. Każdy przepraszał i był uprzejmy; dziwnie 
zdyscyplinowany naród.
Wagony odjechały, a nasz Peter rozpoczął arię z „Aidy”. Sam sobie akompaniował. 
Chwilami zapominał o tym akompaniamencie, rad widocznie z rzadkiej okazji 
publicznego popisu, zachłystywał się własnym głosem.
Czas mijał, pociągi przelatywały, hulały przeciągi po kocach i ludziach, aż 
doczekaliśmy się wreszcie spokoju i ciszy.
— No — rzekł Kapuściński — pięć gadzin snu przed nami, trzeba korzystać. — To 
mówiąc, obrócił się na bok i jak na komendę chrapnął.
Zbudził mnie podmuch wiatru, to pierwszy poranny transport ruszył. Robotnicy 
jechali do fabryk. Pora wstawać. Alarm odwołany. Eskalator wciąga nas z powrotem 
do przerwanego życia. Oślizgły, mokry, popielaty, kapiący za kołnierz deszczem 
Londyn wita chłodną obcością. Właśnie ostatnie dźwięki syreny zamierają. Mijam 
zbombardowane domy. Już dogasają. Straż ogniowa kończy pracę. Dymy syczą spod 
cegieł. Witryny sklepów rozbite, a ich zawartość szeroko rozsypana po chodniku. 
Przed oknem jubilerskim leżą złote zegarki i bransoletki. Ktoś troskliwy otoczył to 
linią pokruszonych cegieł. Oczywiście nie zachodzi obawa kradzieży.
Następnej nocy nie zjeżdżałem do podziemi. Tak się złożyło. Do późna zasiedziałem 
się u przyjaciół. Mieszkali w czynszowej ogromnej nowoczesnej kamienicy, nie-
daleko miejskiej gazowni. Któż by mógł przypuszczać, że właśnie w tym dniu 
Niemcy zechcą bombardować gazownię? Oczywiście nie wiedziałem o tym, a 
pułkownikowstwo byli tacy gościnni. Dołączył jeszcze do nas generał R. i tak we 
czwórkę graliśmy sobie w kierki, a bombowce wyły jak zwykle i przerażały dalekim 
echem eksplodujących bomb.
Tak było do kolacji, a potem... potem nagle kamienica się zachwiała, skręciła się, 
następnie wpadła w niesamowite drżenie, jakby się śmiała z siebie i z nas. A nam 
wcale nie było do śmiechu. Podnieśliśmy głowy od kart i patrząc na siebie, 
dziwiliśmy się wzajemnie, dlaczego twarze są same blade. Milczeliśmy, aż się 
kamienica uspokoi. Milczeliśmy, aż serca przestaną łomotać. Niesamowite, 
niezapomniane wrażenie. Nie słyszałem żadnego huku, żadnej destrukcji lub łamania, 
tylko ten dziwny taniec ścian.
Mocna betonowa konstrukcja wytrzymała.
Poszła znowu cała seria podobnych wybuchów, ale już nieco dalej. Łuny pobliskich 
pożarów zaczerwieniły okna.
— Chodźmy lepiej spać! — przemówiła pułkownikowa. — Doktor obok generała na 
ziemi.
Pamiętam, że byłem ogromnie odważny tego wieczoru, po prostu nadrabiałem 
ambicją i miną, lecz nazajutrz, kiedy znalazłem się w hotelowym osamotnieniu i 
kiedy alarm obwieścił nowe bomby, zdawało mi się, że wszystkie one lecą właśnie na 
moją głowę. Schowałem więc ją czym prędzej pod poduszkę, czekając na 
nieodzowny koniec.

background image

A koniec nie chciał jeszcze przyjść. Zbudziłem się następnego rana i jeszcze 
następnego, aż się związały one w kierat powszedniego, znormalizowanego 
wyłudzania grosza od różnych zarabiających rodaków. Założyłem klub, aby raźniej 
było w tym kierunku działać.
— Wiecie — zaczepił mnie któregoś dnia doktor Kapuściński. — Nasz Czerwony 
Krzyż zjeżdża do Anglii i ma tu rozpocząć swoją działalność.
— No więc co? — zdziwiłem się obojętnie.
— No to, że zechcą wziąć się do pakowania i wysyłania paczek jeńcom, czyli 
wykonywać robotę, którą zorganizowaliśmy i prowadzimy.
— Bardzo dobrze — zgodziłem się — im więcej ludzi’ do pracy, tym lepiej, alboż to 
dla ambicji pracujemy, nie widzę w tym żadnej konkurencji.
— Tu nie o konkurencję chodzi, ale o zwykłe wykiwanie. Oni wcale nie potrzebują 
tak harować jak my, im nie trzeba żebrać o grosz. Oni przywożą nasze państwowe 
złoto. Wystarczy tylko co miesiąc podpisać czek do banku i już cały kontyngent 
paczek obsadzony. Tu nie będzie roboty, zobaczycie. I wy im wcale potrzebni nie 
jesteście.
A słowo ciałem się stało, miał rację Kapuściński. Moje „Koło Opieki Nad 
Żołnierzem” zostało wcielone do nowego PCK, a ja zostałem kierownikiem „Sekcji 
Pomocy Jeńcom”. Nominalnie mało się zmieniło, a praca dawniej ciężka, czasami 
nawet przykra, istnieć przestała i sprowadzała się do podpisywania rachunków. Już 
po tygodniu miałem dość, wybrałem się więc do prezesa, profesora K.
— Nic tu po mnie — rzekłem prosto z mostu. — Wyślijcie mnie w jakiś teren, gdzie 
od nowa zorganizuję wysyłkę paczek.
Profesor się ucieszył.
— Rzeczywiście, myśl znakomita. Stany Zjednoczone, Kanada, Brazylia i Argentyna, 
a nawet Turcja czekają na taką organizację. Dokąd więc pragnie pan jechać? Jaki kraj 
pan obiera?
— Brazylię! — odrzekłem bez namysłu i klamka zapadła. Za kilka dni zabieram żonę 
i małe dziecko.

Konwój

Liverpool lizał rany. Ostatnia noc była bardzo ciężka, właśnie ta, kiedyśmy 
odpływali. Żona nie zmrużyła oka, ja oczywiście spałem jak suseł, ale nie z powodu 
bohaterstwa, tylko ze zwykłego nawyku, że noc, jaka by nie była, przeznaczona jest 
na spanie. Jeszcze mniej przejmowała się wojenną sytuacją moja mała córka, Jonka, 
liczyła bowiem wówczas trzy miesiące życia. Czekaliśmy w obskurnym pokoiku 
najtańszego hoteliku portowego na wiadomość, kiedy możemy się ładować na statek. 
Miał odpłynąć o świcie. Świt już jest, ale dziw mnie ogarnia, jak w takim 
rozgardiaszu dogorywających domów mogą jeszcze ludzie coś planować i 
dotrzymywać wyznaczonych terminów. A tu tymczasem agent się zjawia. Opóźnienie 
najwyżej półgodzinne. Prowadzi zaułkami, bo to niedaleko. Konwój skompletowany. 
Nasz statek, tramp niewielki, najwyżej pięć - sześć tysięcy ton wyporności, ma cztery 
kabiny pasażerskie, oczywiście puste, bo kto by dzisiaj pływał, kiedy co dziesiąty 
statek w konwoju wyskakuje w powietrze. Niemcy się uwzięli. Na trasie 
amerykańskiej podobno aż się roi od podwodnych łodzi. Czyhają, atakują, szarpią. 
Tymczasem przerwać transportów nie sposób, więc konwoje z każdym dniem rosną. 
Coraz więcej statków handlowych, a coraz mniej wojennych. Dziesięć procent 

background image

przeznacza się na zgubę. Towar i ludzie pod jedno kopyto. Muszą tonąć, taki ich los 
w ogólnej korzystnej kalkulacji.
— Słuchaj — powiada mi żona, kiedyśmy zajęli kabinę. — Musimy jakoś 
zabezpieczyć Jonkę. Pierwszy lepszy wybuch może nas porozdzielać i w ciemności 
nie znajdziemy drogi.
— Rzeczywiście — potwierdziłem. — Chyba najlepiej tych kilka najgorszych 
pierwszych nocy przesiedzieć na pokładzie, skąd w razie torpedy łatwiej dotrzeć do 
szalupy ratunkowej.
— Jest zimno i na pokładzie nie ma łóżeczka — zauważyła żona.
— Kładź ją do skrzyni z pasami ratunkowymi, będzie, dobra osłona przed wiatrem, 
no i blisko komina, więc grzeje.
— A któż ją z tej skrzyni wyjmie w razie katastrofy?
— Już wiem. Będę spał Obok w leżaku i swój nadgarstek połączę sznurem z jej 
nóżką. W razie torpedy Janka się nie zgubi.
— Dobra myśl — zaakceptowała żona. — Ja będę spała w leżaku po stronie 
przeciwnej.
Tak więc od pierwszego dnia spaliśmy na pokładzie. Czy spaliśmy? Trudno ten stan 
w ten sposób nazwać. Oczy niby mieliśmy zamknięte, ale na każdy gwizd, każdy huk, 
każdy najmniejszy wstrząs na statku nerwy reagowały trwogą. Co tu dużo gadać. 
Atmosfera konwoju była po prostu straszna. Psychika straceńców. Wyczekiwanie na 
to, co musi nastąpić. Obrazy torpedowanych statków i tonących ofiar tak były 
aktualne wtedy, takie żywe, przerażające i krew mrożące w żyłach.
Nie wiem doprawdy, ile statków liczył nasz konwój. Szliśmy trójkami prawie burta w 
burtę. Na rufie poprzednika szczelnie zakryta od góry wisiała latarka.
— Ostrożnie! — uprzedzał kapitan sternika. — Ostrożnie, żeby nie najechać na rufę. 
Uważaj!
Nasz statek leżał na lewym krańcu. Od czasu do czasu mijał nas popielaty 
torpedowiec ostrym swoim dziobem niby nożem tnąc na bok zbałwanione fale. My 
szliśmy wolniutko, jakby przyczajeni. Skradaliśmy się na palcach i z cicha, aby tylko 
wróg nie podsłuchał. Ze wszech stron zasłonięte światła rzucały gdzieniegdzie, na 
wodę jakby przestraszone, wąziutkie smugi. Czasami ktoś drzwi nieostrożnie 
otworzył lufo papierosa zapalił w zapomnieniu i błysło... — Cyt! Zagaś! — 
krzyczano. Załoga niewprawna jeszcze. Nie wszyscy pływali w konwojach.
Nie uszy, nie nerwy, tylko całe ciało nasłuchiwało echa eksplozji. Czyżby nasz 
konwój był aż tak szczęśliwy? Być nie może. Wierzyć się nie chce. Trzeci dzień bez 
ataku.
— No — westchnął kapitan przy kolacji. — Dziś pójdziemy swoją drogą, konwój w 
prawo, a my w lewo.
— Jak to? — zdziwiłem się. — Więc my idziemy dalej bez konwoju?
— Płyniemy do Brazylii, a na tej trasie nie ma tylu łodzi podwodnych, chyba tylko 
przypadkowo. Zresztą będziemy iść zygzakiem, więc może nas nie zauważą.
— A wiele dni tak będziemy tym zygzakiem płynąć?
— Do Rio de Janeiro chyba ze trzydzieści — odparł kapitan z angielską flegmą.
— Bez żadnej ochrony przez trzydzieści dni to trochę... „obojętnie”, jak powiadali u 
nas w Wilnie — szepczę do żony. — Chyba nie zmienimy miejsca naszego snu, tym 
bardziej że robi się coraz cieplej.
— Za kilka dni będzie gorąco — odrzekła.
I oto zaczęły się te dni monotonne, jednakowo szeleszczące wodą po burtach, 
jednakowo szarpiące nerwy wibrowaniem motoru.
Każdego wieczoru, na początku kolacji, radiotelegrafista meldował głosem 
obojętnym i suchym: 30 stopni na zachód, 27 na południe widziano na powierzchni 

background image

łódź podwodną.
— Jak daleko od nas? — pytałem na początku, a kapitan uśmiechał się tylko 
pobłażliwie.
— Daleko — mówił. — Chyba ze trzydzieści, a może i więcej mil od nas...
— Mogą być i bliżej — burknąłem, ale wkrótce dałem spokój tym indagacjom. Po co 
robić z siebie tchórza. Co ma być, niech będzie.
I tak jakoś „pyk... pyk... pyk...” — dobrnęliśmy do Rio de Janeiro. Już na horyzoncie 
postać Chrystusa na górze Corcovado, już mijamy słynną głowę cukru i ja... 
odwiązuję nóżkę córki.

Goły dywersant

Nerwowym ruchem uniosłem dłoń. Spojrzałem na zegarek. Kwadrans po piątej, a 
więc za godzinę będzie już mrok, jak zwykle w krajach tropikalnych. Muszę się 
śpieszyć, aby jeszcze zdążyć na plażę przed zapaleniem latarń. Wieczór parny i 
gorący nie przyniósł orzeźwienia. Koszula przemokła od potu obiegła ciało 
męczącym pancerzem, a przecież nie mogę zrzucić marynarki, bo głupia etykieta 
Ameryki Łacińskiej nie pozwala na to, tu trzeba chodzić w czarnym ubraniu i pod 
krawatem. Za zdjęcie marynarki w tramwaju lub autobusie mogą wyprosić pasażera 
na bruk. Wolę więc nie ryzykować.
Pomimo zmęczenia, żaru i duchoty nie potrafię być zły. Niewysłowiony urok zatoki 
morskiej Rio de Janeiro roztapia wszelką złość, rozprasza wszelkie troski i humory. 
Miasto bajki nie ma równego sobie w świecie. Na tle zielenią umajonych wzgórz, na 
piedestale naturalnej skały Chrystus błogosławi światu ramionami w krzyż. A świat 
— to miasto w dole rozproszone po plażach zatoki, to białe, dziecięce kłódki 
trzydziestopiętrowych drapaczy chmur, to kajaczki transatlantyków przycumowanych 
w porcie, to żuczki latających ulicami aut, to wszystko, co się gorączkowo uwija w 
głębokim dole, u Chrystusowych bosych stóp.
Właśnie płynę w tej chwili małym stateczkiem na drugą stronę zatoki do Niteroy, 
gdzie się mieści tak zwany Dom Polski, czyli czasowe przytulisko uchodźców. Na 
wprost od bramy domu biegnie chodnik, po jednej jego stronie jezdnia ulicy, po 
drugiej wspaniała, szeroka plaża. Lubię kąpać się wieczorami tuż przed zachodem 
słońca, wówczas ulica jest pusta i mało gapiów nad morzem. Dziś powracam 
wyjątkowo późno. Jak w Londynie, tak i tutaj zorganizowałem akcję wysyłki paczek 
jeńcom. Grono chętnych pań podjęło dalszą robotę, przekazałem placówkę księciu 
Olgierdowi Czartoryskiemu, sam zaś cały dzień latam w poszukiwaniu pracy. 
Obiecują mi ją już od tygodnia. Mam objąć placówkę lekarską, z ramienia Instytutu 
Rockefellera, gdzieś w dalekim interiorze. Będę badał i leczył żółtą febrę, desze się tą 
myślą. Przez całe życie unikałem wielkich miast z ich chorobliwą gorączką i... 
„cywilizacją”. W głębokim interiorze świat jest prostszy i ludzie mniej zakłamani. 
Dyrektor Instytutu zapewnił mnie dziś osobiście, że sprawa wygląda pomyślnie, 
brakuje tylko jakichś drobnych formalności. W tych dniach da mi pozytywną 
odpowiedź. Mogę być spokojny. Czyżby się dobry los naprawdę uśmiechnął?
A dzień miałem naprawdę trudny. Ulicami przeciągały tłumy, aż trudno się było 
przepchać. Ludność podniecona. Transparenty i wrzaski. Atmosfera nerwowej 
egzaltacji. Niemcy zatopili dwa pasażerskie liniowce. Społeczeństwo żąda odwetu. 
Niesłychane bezprawie. Nikczemność i okrucieństwo. Wszakże Brazylia nie wy-
powiedziała jeszcze wojny. Zresztą statki przybrzeżnej żeglugi to nie wojenne okręty. 

background image

Cóż temu winne kobiety i dzieci! Mnóstwo zatopionych ofiar. Gazety pełne dras-
tycznych opisów tego dramatu. Ktoś szepcze złośliwie, że to prowokacja. To 
Ameryka zatopiła, aby przyśpieszyć decyzję, ażeby zmusić do wojennej pomocy. 
Brazylia się namyślała, teraz nie będzie już żadnych wahań. Miasto aż kipi. Ludzie 
się ze sobą kłócą. Ten nastrój przeszedł i na pokład statku. Tu także wre od okrzy-
ków: „Precz z Niemcami! Precz z hitleryzmem!” Zewsząd pada słowo „Alleman, 
Alleman... Alleman!”
Podekscytowany tym nastrojem biegnę do domu. Słońce już zaszło, nie mam więc 
czasu. Kolację zjem później, teraz muszę się orzeźwić w morzu, muszę zmyć z siebie 
całodzienny kurz i pot. Pośpiesznie zdejmuję ubranie, byle jak naciągam kąpielówki, 
już za progiem narzucam kąpielowy płaszcz i pędzę wprost na plażę. Nie odchodzę 
daleko. Już zapalono światła, właśnie stoję w pełni neonowego blasku latarni. 
Nerwowym szarpnięciem zrzucam płaszcz z ramion i już chcę biec do morza, gdy 
nagle tuż opodal rozlega się przeraźliwy gwizd i jak spod ziemi, z ramieniem 
wytkniętym we mnie, wyrasta policjant, a w krąg, ze wszech stron chodnikiem i 
jezdnią pędzą z wrzaskiem ludzie, a wszyscy są podnieceni i żywo gestykulując 
wskazują na mnie.
Co jest?... co się stało?... Czego chcą ode mnie?
Opuszczam wzrok i nagle wszystko się wyjaśnia. Oto moje kąpielowe spodenki leżą u
stóp na piasku, a ja stoję na nich w pełni tego przeklętego blasku, niby na 
(przeglądzie nudystycznej mody, jak mnie pan Bóg stworzył, goły — golusieńki. 
Oczywiście, bez dłuższego namysłu, odziewam się w te slipki, ale już jest za późno, . 
już mnie tłum dopadł. Z okrzykiem nienawiści chwycili za ręce. Jakiś starszy, siwy 
jegomość nawołuje do akcji. Chciałem podnieść płaszcz, gdzieżby! — nie dali.
— Pojedziesz z nami tak jak stoisz, bezwstydniku!
— Będziesz tu propagował nudyzm, my ci pokażemy!
— Gorszyć niewinnych? Ty cudzoziemski rozpustniku!
— Zgnilizno moralna, ty parszywa owco!
— Do policji z nim!... Do komendanta!
Chciałem im wytłumaczyć, ale bezskutecznie. Tłum ryczał coraz głośniej. Szarpano 
mnie za ramiona, pchano przed siebie, w stronę chodnika, gdzie stała już przywołana 
taksówka.
— To Niemiec! — wrzasnął ktoś. — On nie umie po portugalsku!
— Niemiec... Niemiec!... — podchwyciły liczne głosy. Ktoś otworzył już drzwi 
samochodu, wpychali mnie gwałtem do środka.
Dom Polski był tuż obok, mogłem wołać o pomoc, ale nie chciałem wywoływać 
kompromitacji. Lepiej pozostanę hitlerowcem, skoro dotychczas jeszcze żyję, chyba 
mnie nie zlinczują. Może w samochodzie uda mi się ich jakoś przekonać. Na tylnym 
siedzeniu dwa draby trzymają mnie wciąż za ramiona jak najgorszego bandytę. 
Przede mną, a obok kierowcy, usadowił się ów fanatyczny starzec, do niego więc 
rozpoczynam ugodową przemowę. Mówiłem w języku francuskim, ale nic nie zrozu-
miał. Próbowałem po angielsku i to bezskutecznie. Milczał jak zaklęty. Zaciął się w 
swoim zawziętym uporze.
Jechaliśmy długo aż do centrum miasta dokoła całej morskiej zatoki.
Perspektywa maszerowania na goło przez największe ulice, i to w okresie 
politycznego podniecenia, wcale mi się nie uśmiechała, więc tracąc na honorze, 
skomlałem łamaną portugalszczyzną:
— Senhor! Co panu z tego przyjdzie? Odwieź mnie pan do domu. Wszakże to był 
tylko przypadek. Gumka mi nawaliła...
Ale wściekły starzec nawet nie chciał słuchać. Natchnięty świętą inkwizycją 
wydymał dumnie pierś w obronie moralności. Dałem więc spokój dalszym błaga-

background image

niom, przypatrując się przez okno coraz wytworniejszym przechodniom luksusowej 
dzielnicy stołecznego miasta Rio de Janeiro. Zatrzymaliśmy się wreszcie przed 
olbrzymim gmachem głównej komendy policji.
W pełni rzęsistego światła poprzez szeroką a wspaniałą bramę wkroczyłem na 
marmurowe schody. Od Adama z raju różniły mnie jedynie slipki. „Hadko patrzeć!” 
zawołałby pan Podbipięta, ale ja nadrabiając miną kroczyłem poważnie a godnie 
samym środkiem tych białych schodów, obojętny na szpaler nastawionych aparatów 
już widocznie uprzedzonych reporterów. Przypomniała mi się wówczas nieśmiertelna 
bajka Andersena „Nagi król” i to mi jakoś dodało otuchy. Wyżej unosiłem kolana i 
pewniej stawiałem swoje bose etapy.
Na którymś tam piętrze wprowadzono mnie do biurowego pokoju. Asysta się 
zmieniła. Na szczęście znikł gdzieś obrzydliwy starzec i ramiona miałem już wolne 
od troskliwych uścisków, zamiast niego w drzwiach stanął uzbrojony policjant. 
Próbowałem zagadać, lecz bez rezultatu. Usiadłem więc w wygodnym klubowym 
fotelu na wprost wejścia, wypatrując stamtąd zbawienia, ale zamiast niego zjawili się 
dwaj reporterzy i z miną usłużnych fryzjerów jęli mnie obskakiwać z boku i z przodu, 
strzelając raz po raz magnezją. To był niewinny początek. Odtąd co chwila ktoś 
wciskał się poprzez drzwi i nastawiał aparat... Widocznie wiadomość o zwariowanym 
golasie rozpowszechniła się lotem błyskawicy. Całe miasto było ciekawe tej nowej 
politycznej sensacji. Niemiec w potrzasku!... Niemiec przyłapany!
Wreszcie po godzinie albo i więcej przyszedł cywilny urzędnik, wypędził reporterów, 
zatrzasnął drzwi i zostawił mnie samego z moją okropną golizną. Myślałem; jak tu 
zawiadomić żonę. Cały Dom Polski wie, że wyszedłem na plażę i nagle stamtąd 
zginąłem. Wyobrażam sobie ich niepokój. Może szukają topielca? Pewnie meldują w 
policji. Jak temu zapobiec? Jak sprowadzić ubranie? Wszakże na goło nie powędruję 
przez miasto. W końcu nadejdzie chyba jakiś mądry człowiek i umie stąd wypuści.
‘W tej chwili otworzyło się okno z korytarza i kilku reporterów wycelowało znowu 
swoje obiektywy. Miałem już tego dość. Zerwałem się z fotela i pięścią walnąłem w 
drzwi. Natychmiast się otworzyły, a w nich ten sam cywilny urzędnik.
— Kiedy mnie wypuścicie? — spytałem obcesowo.
— Musimy czekać komendanta, jest na mieście.
— Kiedyż więc przyjdzie?
— Czasami bardzo późno, może być i po północy. Spojrzałem na zegarek: godzina 
ósma trzydzieści, a więc w najgorszym razie cztery godziny czekania. Uzbroiłem się 
w cierpliwość. Całe szczęście, że to nie Europa i nie zimowy czas. Ładnie bym się 
czuł w objęciu chłodnej skóry klubowego fotela. Tu przynajmniej ciepło. Może bym 
się nawet i zdrzemnął, gdyby nie stan nerwów. Reporterzy nie dają za wygraną, okno 
się wciąż otwiera i aparaty pstrykają, ale przyzwyczaiłem się do nich. Do wszystkiego 
można się przyzwyczaić. Godziny płyną powoli, ale konsekwentnie... dziewiąta, 
dziesiąta... dwunasta... pierwsza i wreszcie, o nieba! — drzwi się otworzyły z 
trzaskiem, wyprowadzono mnie na korytarz, a z niego na drugi, szerszy i okazalszy, 
abym był lepiej widziany w świetle iskrzących się lamp. Głupstwo. Byle się to kiedyś 
skończyło. Jego królewska mość, bohater z bajki Andersena, wchodzę do 
wytwornego gabinetu przed areopag wygalantowanych mundurów i stoję oto 
nonszalancki, wdzięczny dobremu losowi, bo mogło być jeszcze gorzej, mogło 
zabraknąć tych... slipków.
— No i co? — zaśmiał się bardzo sympatyczny komendant. — Pękła panu gumka?
— Oczywiście — bąknąłem.
— No nic. Zdarza się. Nie nasza w tym wina. Każę zaraz pana odwieźć na miejsce. 
Dobrej nocy panu.
I na te uprzejme słowa musiałem czekać aż sześć godzin w tej nagiej poniewierce. 

background image

Nie jadłem kolacji. Wszy

scy już spali, kiedy wstydliwie wbiegłem do swego pokoju. 

Sądziłem, że na tym historia się skończy. Gdzież tam! Nazajutrz rano zbudził mnie głos 
gospodarza:
— Panie doktorze! Wszystkie gazety o panu piszą, proszę tylko spojrzeć! — to mówiąc 
wcisnął mi szparą drzwi paczkę czasopism. Rzeczywiście, na samym wstępie olbrzymim 
czerwonym drukiem stało napisane:
„Jakieś podejrzane indywiduum ukazało się na plaży w Niteroy. Golutki Niemiec wylądował 
bez żadnych dokumentów. Śledztwo w toku”.
„Hitlerowski agent ujęty na plaży w Niteroy zupełnie bez ubrania”.
„Wacław Korabiewicz — Niemiec goły, bez dokumentów zatrzymany przez policję na plaży 
Niteroy”.
Informacje powtarzały się bez końca, jedna lepsza od drugiej, a mnie włosy stawały dęba. Co 
teraz robić? Jak się wymigać z tej kabały? Pędzę co tchu do telefonu. Łączę się z 
ambasadorem.
— Czytał pan gazety? — zapytuję. W odpowiedzi słyszę serdeczny, szczery śmiech:
— A to pana ubrali! Teraz to pan już nie goły.
— Ależ panie ambasadorze! — wołam oburzony. — Jak to odwołać? Co robić?
— Nic nie robić. Siedzieć cicho — pada odpowiedź. — Pan nie zna tutejszej prasy, oni tylko 
czekają na sensację. Broń Boże nie wałkować sprawy. Jutro wszystko ucichnie. Nikt pana nie 
zna. Zapomną. A spróbuje pan odwoływać lub protestować, dopieroż zacznie się nagonka. 
Zresztą, zrobili z pana hitlerowca, to i dobrze. Nawet ten pański nudyzm przestał być 
narodowy. Proszę się nie denerwować. Nikt rozsądny tego poważnie nie weźmie.
A jednak stało się inaczej. Widocznie nie wszyscy bywają rozsądni.
Sekretariat Instytutu Rockefellera wyraził zaintere

sowanie, czy to ja właśnie byłem owym 

golasem na plaży, i kiedy rzecz została stwierdzona, z ubolewaniem 
zakomunikowano, że moje podanie o pracę zostało załatwione odmownie. Nie 
pomogły już późniejsze interwencje ani wyjaśnienia. Dyrektor Instytutu bardzo 
uprzejmie powiedział memu przyjacielowi, że, owszem, wierzy i rozumie, ale... było 
— nie było, ostrożność nie; zawadzi.
Tak więc czasami i gumka od kąpielowych slipków zadecydować może o życiowej 
karierze człowieka, ale nie ma złego, bez dobrego, może i to na dobre wyszło. 
Dołączyłem do ekspedycji w głąb dziewiczej dżungli! Mato Grosso. Będę wypychał 
ptaki dla muzeów brazylijskich. Będzie nas trzech — Polaków: Tadeusz i Stanisław, 
„Myśliwcem” zwany. Oni będą polowali, a ja będę wypychać te ptaki. Cieszę się na 
samą myśl o dalekiej wędrówce w głąb interioru. Tydzień ma trwać sama podróż do 
ostatniej fazendy ostatniego kabdklay dalej już tylko puszcza i zwierzęta.

Ptasi pacjenci

Zachody słońca coraz piękniejsze i coraz niesamowitsze. Wzniecane przez naszych 
myśliwych szerokie pożary Pantanalu pokryły całe niebo subtelną mgłą sadzy« W 
ciągu dnia przy świetle nie widzi się jej wcale, dopiero gdy nastąpi wieczór i słońce 
opuści się do poziomu tych mgieł, wygląda, jakby się chowało za przezroczystą, 
fioletową kurtynę. Normalnie razi oczy — teraz daje się oglądać gołym okiem.
Olbrzymi, szkarłatny lampion chiński, zawieszony na tle fioletu — to słońce nad 
płonącym Pantanalem. Ten widok, jak każde niezależne od woli ludzkiej, a rzadko 
tylko spotykane zjawisko, naprowadza na człowieka niesamowity jakiś dreszcz 
niepokoju, że coś się dzieje na opak, nie tak, jak powinno być normalnie. Takie 
uczucie miewa się na przykład podczas zaćmienia słońca lub patrząc na potężne 
błyskawice w czasie burzy.

background image

Od kilku dni wstaję bardzo wcześnie, jeszcze daleko przed wschodem słońca. Wtedy 
jest najpiękniej. Dziś na przykład rozśpiewał się poranek wyjątkowo głośno. 
Arancuangi kompletnie powariowały z radości. Obsiadły gremialnie wszystkie 
okoliczne drzewa. Powcdem ich radości są chyba kwitnące piuva. Specjalnie słodkie 
mszą być te kwiaty, skoro tak się o nie dobija cały świat ptasi. Od szeregu dni 
zamiłowanie to stwierdzam podczas krwawej sekcji. Gardziele ptaków zamieniły się 
w worki barwnych confetti. Płatki koloru różowolila dominują, jest to właśnie drzewo 
piuva.
Od połowy lipca Pantanal zaczyna kwitnąć, co kilka dni zmienia kolor. Drzewa 
wkładają na siebie kwiaty zamiast liści. Tak więc dzisiaj mamy tydzień lila, potem 
przyjdzie kolor żółty, po nim ciemnofioletowy i wówczas zwariują z kolei kolibry. 
Potem będzie biało i tak wkoło.
Siedzę z pochyloną głową nad rozprutym żwaczem ptasim i jest mi niezmiernie 
smutno. Barwne płatki połkniętych kwiatów sypią się na moje palce niemym 
wyrzutem popełnionej zbrodni. Nikomu wszakże te ptaki nie uczyniły krzywdy, 
nikomu nie przeszkadzały, zbierały sobie kwiaty, a kwiatów tych aż za dużo, cały 
Pantanal różowy. Czemuż więc im żałować, za co je zabijać?
Gdy tak dumam sobie smętnie z odłożonym na bok nożem, nagle ponad głową moją 
rozgadały się dwie arary. Nie spotykałem ich dotąd w tej okolicy. Prawdopodobnie 
przyleciały także do piuvy. Dlaczego jednak usiadły właśnie nad moją głową. Papuzia 
ciekawość. Papuzia ciekawość i tyle.
Arary Pantanalu należą do największych i najrzadszych. Ich granatowe upierzenie z 
żółtą obwódką dokoła oczu nie ma tej tandetnej pstrokacizny, jaka cechuje inne 
papugi tegoż samego gatunku znad Amazonki. Są one, że tak powiem, bardziej 
rasowe i bardziej „z towarzystwa”.
Skrzek arary nie jest sympatyczny. Drą się one ochryple, zgrzytliwie i głośno, nie 
wiadomo nigdy, dlaczego i po co. Przekrzywiają przy tym swoje potężne dzioby, jak 
urodzeni krótkowidze.
Przytulone czule do siebie, siedzą oto nade mną i gapią się. Są nieprzyzwoicie 
natrętne. Samca można łatwo poznać, jest bowiem znacznie większy od swojej 
połowicy.
W tym momencie przychodzi mi raptem myśl do głowy. Wszakże obok nas, zaledwie 
dwadzieścia metrów stąd, tkwi „Anjanga”, a w niej Myśliwiec. Po cóż więc te głupie 
ptaki tak się drą niemiłosiernie? Nie rozumieją, że śmierć leży tuż obok nich i tylko 
czyha na szaloną okazję. Jakże je uspokoić teraz — jakże im wytłumaczyć naiwną 
dziecinadę? Wszakże człowieka należy unikać. Wie o tym każde stworzenie dżungli, 
wie o tym nawet... Kipling, a te durne przyleciały właśnie tutaj nad samą naszą głowę 
i krzyczą. Szybko wstaję, aby je w porę jeszcze odstraszyć. I już, już mam dyskretnie 
klasnąć, gdy płótno „Anjangi” nagle się odsłania i wychodzi stamtąd rozczochrany 
jak zwykle, w swoich nigdy nie zdejmowanych i nie dopiętych portkach Stanisław 
Myśliwiec.
Za późno. Karabin trzyma w ręku. Tak wygląda brutalna rzeczywistość. Boso, w 
rozchełstanej koszuli na włochatej piersi, podkrada się uzbrojona po zęby ludzka 
pokraka do pięknych, granatowych ptaków, a one, jeszcze bardziej ciekawe, jeszcze 
bardziej zdumione, przekrzywiają niespokojnie swoje wielkie łby na boki i patrzą. 
Patrzą i myślą pewno: „Swoją drogą śmieszne bydlę z tego człowieka, ni to pająk 
duży, ni to ibis długonogi, ni to krokodyl na sztorc”.
Nie odlatują biedne ptaki. Wychodzą prawdopodobnie ze słusznego założenia, że 
skoro krzywdy nikomu nie czynią, w drogę nikomu nie wchodzą, owoców nie kradną 
(bo ich tutaj nie ma), więc czemuż by się miały bać?
Pająkowaty potwór ludzki ma jednak swoiste upodobania i swoiste prawa uczciwości. 

background image

Strzał padł i mniejsza z papug zachwiała się niezdarnie. Zatrzepotała błękitem piór i 
ciężko lecąc poprzez gałęzie, spadła do naszych stóp. Pozostały, zdrowy jeszcze 
towarzysz odpowiedział jej mocniejszym krzykiem zdumienia; przekrzywiwszy dziób 
patrzy na dół zdziwiony, co się takiego mogło jej nagle przydarzyć. Nie myśli wcale 
uciekać. Któż by zostawił ukochaną bez pomocy! Nie wie, co ma myśleć o tak 
śmiesznym zjawisku. Spadła z gałęzi nagle i bez powodu, a teraz leży na trawie. 
Pochylił się więc i pyta. Kracze dziwnie chrypliwie i smutno, a z dołu odpowiada mu 
ranna towarzyszka. Rozmowa nie trwa długo. Myśliwiec podnosi karabin. Gruchnął 
drugi strzał i skrzydła wielkiego ptaka obwisły w bezwładzie (że też Stanisław ma 
talent do ich łamania!). Następuje krótkotrwała walka o utrzymanie równowagi. 
Zdrowe skrzydło tłucze się niezdarnie o gałąź. Myśliwiec spuszcza broń i patrzy z 
jakąś sadystyczną satysfakcją w górę. Zauważyliśmy już dawno z Tadeuszem, że w 
polowaniu Myśliwca największą przyjemność stanowi sam mord, bez sensu, bez celu, 
bez żadnego prawa.
Myśliwiec nie spieszy się. Z doświadczenia wie doskonale, że w żadnym wypadku 
jedna papuga nie ucieknie od drugiej. Więc tragiczne krakanie trwa. Samiec wciąż 
jeszcze nie ustępuje. Spadł o parę gałęzi niżej i tu zawisł szponami w górę, a głową na 
dół. Krew ścieka mu ze skrzydła dużymi kroplami. Na nic wysiłek. Jeszcze parę 
rozpaczliwych szarpnięć i biedny ptak wali się ciężko na trawę. Rzucamy się naprzód. 
Dotychczas żałosna nuta krakania przechodzi nagle w ton bojowy. Obie papugi leżą 
na plecach gotowe do obrony. Rozwarły swoje olbrzymie dzioby, nadstawiły pazury i 
czekają ataku. Naiwne po raz drugi. Sądzą, że człowiek zacznie z nimi uczciwy i 
prostolinijny bój. Dzięki potężnym mięśniom szczęki, zdolnym zmiażdżyć palec aż 
do kości, są one pewne zwycięstwa. Tymczasem chytry i tchórzliwy człowiek ani 
myśli ryzykować. Na wszystko zna on podstępne ,sposoby. Podnosi z ziemi suchy 
patyk i zbliża go do 

rannego ptaka, a ten, głupi, chwyta go zajadle pazurami obu nóg i 

dziobem, wgryza się weń aż do miąższu. Tego tylko właśnie potrzeba, aby jednym nagłym 
ruchem chwycić ptaka za szyję i uchronić się w ten sposób przed niebezpiecznym zgryzem. 
Nóg można się już nie bać. Naiwny ptak nie wypuści dobrowolnie kija.
W ten sposób, szponami wsparta na patyku, chwycona za kark może być arara 
transportowana bezpiecznie. Myśliwiec niesie jedną, a ja w tenże sposób drugą. Obie podczas 
drogi nie przestają się wzajemnie nawoływać jakimś dziwnie rozumnym krakaniem. Sądzę, że
w niedługim czasie mógłbym ten ich język zrozumieć.
Tadeusz ma pono wielką praktykę w hodowaniu dzikich zwierząt. Poza tym ma on kobieco 
tkliwe serce. Myśliwiec (natomiast kocha przyrodę jako ulegalizowane źródło 
emocjonującego mordu. Doniósł więc teraz swoją ararę do stołu operacyjnego, aby rzucić ją 
na ziemię z obojętnością i okrucieństwem tak charakterystycznym dla jego duszy. Arara ma 
być wypchaną, takie jest jej przeznaczenie, a kiedy i jak umrze, to go zupełnie nie obchodzi.
Porozumiewamy się z Tadeuszem i wiemy już, co trzeba czynić. A więc przede wszystkim 
lekarskie oględziny. Kładziemy z początku samca na stół. Trzymając ostrożnie dziób i 
pazury, rozgarniam mu pióra na karku i skrzydłach. Jedno skrzydło jest połamane w kilku 
miejscach. Niestety, nawet przy najszczerszych staraniach nic się Już nie da z nim zrobić. 
Stan beznadziejnie ciężki. Ze smutkiem odstawiamy pacjenta na stronę. Z kolei idzie na stół 
jego małżonka.
Dziwna rzecz. Ptaki jakby rozumieją naszą dobrą intencję. Pierwszy jeszcze niby się troszkę 
broni, ale bez żadnej zaciętości. Drugi natomiast poddaje się torturom z całą świadomością 
koniecznej ich potrzeby. Wlepia we mnie jakby pytający wzrok, czy aby da się jeszcze

 coś 

uratować. Za każdym boleśniejszym ruchem moich palców pojękuje z cicha, jak 
ciężko ranny żołnierz. W ten sposób zeszywam na żywca pięć dużych ran. Kula 
bowiem przebiegła wzdłuż kości ramieniowej, tworząc wloty i wyloty na zgięciach 
skrzydeł, gruchocząc po drodze wszystkie stawy.
Wreszcie z dumą odkładam skalpel. Dokonałem zabiegu legę artis. Życie ptaka zależy 
jedynie od ilości utraconej przedtem krwi. Jestem przekonany niestety, że nigdy on w 

background image

niebo nie poleci.
Pod osłoną worka leży teraz na stole spokojny, jakby oczekując na dalszy swój los. 
Przymrużone z lekka powieki drżą męką cierpienia. Przy bandażowaniu obracamy go 
z Tadeuszem bez najmniejszych już obaw. Nie próbuje nawet mścić się za doznany 
przed chwilą ból. Przytwierdzamy oba skrzydła do tułowia mocnym bandażem. W ten 
sposób arara przybiera postać zbiedzonej babuliny wiejskiej, owiniętej na krzyż 
chustką.
Obie papugi razem wiążemy na długich sznurach, umieszczając obok siebie. 
Obserwujemy je z daleka. Pierwszą ich myślą jest wyswobodzić się z tych krępują-
cych więzów. Kładą się więc ostrożnie na wznak i leżąc w tak nienaturalnej pozycji, 
cierpliwie a flegmatycznie gryzą dziobami supełki na nogach. Z tej żmudnej pilności 
wyziera tyle samozaparcia się, tyle uporu i wiary, jak gdyby była to już nie pierwsza 
ich niewola i nie pierwszy tego rodzaju fortel. Zmieniam wkrótce sznury na drut. Nie 
spodobało się to wyraźnie papugom. Po paru nieudanych próbach ponownego 
gryzienia rezygnują. Opodal stoi rozłożyste drzewo. W gęstwinie jego liści 
postanowiły teraz szukać schronienia. Pomagając sobie dziobami, ciężko i nieudolnie 
jęły się drapać na pochyłą gałąź. Praca idzie mozolnie. Co chwila spadają, pojękując 
cicho z bólu. Po godzinie jednak zastajemy je obie na wysokiej gałęzi. Na wpół 
drzemiąc, siedzą oparte o siebie, zrezygnowane i ciche.
Za każdą naszą próbą zbliżenia się do nich powstaje chóralny skrzek niepokoju. To 
nas ogromnie martwi i peszy. Krążymy dookoła jak urzeczeni, jakby dręczeni 
wyrzutami sumienia. Łamiemy wciąż głowę, jak by biedakom przyjść tu z pomocą. 
Biorę na próbę blaszankę od skondensowanego mleka, napełniam ją wodą i ostrożnie 
podsuwam pod dziób najbliższego ptaka. Jestem ostrożny i przygciowany na szybki 
ruch ogromnego dzioba, który zmiażdży mi w jednej chwili nadstawiony palec. Ale 
papuga ani myśli napadać. Powoli przekrzywia łeb, krytycznie spogląda to na 
blaszankę, to na mnie i z najwyższym spokojem zaczyna sobie pić wodę. Groźny jej 
dziób mija moje drżące jeszcze ze strachu palce tam i z powrotem, ani myśląc czynić 
mi krzywdy.
Ośmielony tą pierwszą próbą, napełniam łyżkę ryżem i podsuwam ją pod dziób ptaka. 
Jak przedtem, tak i teraz nie namyśla się długo. Badawczym wzrokiem zlustrował 
podany mu przedmiot, po czym ruchem pełnym rezerwy bierze kilka ziarenek, dusi je 
i smakuje czarnym językiem. Niestety, ryż nie przypada do gustu. Zwyczajnie i po 
ludzku... wypluwa. Powtarzam próbę z fasolą. Wynik ten sam. Wówczas posuwam 
się już do granic najwyższego ryzyka, biorę jedno ziarno fasoli i podaję je papudze 
palcami pod oczy. Przestraszony Tadeusz szepcze mi do ucha, że zostanę bez ręki, że 
nie ma szpitala, a on się na ranach nic a nic nie zna.
Tadeusz stał dalej od ptaka i dlatego nie mógł zrozumieć jego smutnych spojrzeń. Nie 
mógł z nich wyczytać tej ufności, którą wyczytałem ja. Widocznie jakiś szósty zmysł 
działał pomiędzy nami bez słów i bez dotyku. Biedne ptaszysko ostrożnym, jakby 
uczonym, subtelnym ruchem wyjęło ziarno fasoli z moich palców i przegryzłszy je na 
pół, wypluło z niesmakiem.
— Jak idiotycznie przedstawia się człowiek wobec takiego biedactwa — roztkliwiał 
się tymczasem Tadeusz — z czegóż możemy być dumni, my ludzie?
— Lepiej niech mi pan poradzi, co mamy dalej robić. Skąd wziąć jedzenie? 
Wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości naszej bogatej spiżarni. Poddałem jeszcze 
ostatecznej próbie cukier, ale i ten zakwalifikowały papugi jako świństwo.
— Po cóżeś, głupia, przyleciała aż tutaj? — pytam ararę na głos, a Tadeusz obok, 
milcząc, żuje papierosa i przestępuje z nogi na nogę, co zwykł czynić w najwyższym 
zdenerwowaniu. Bezsilność w stosunku do czyjegoś cierpienia nie zna żadnej logiki. 
Jest to uczucie gnębiące w równym zupełnie stopniu na widok rannego psa jak tysiąca 

background image

umierających ludzi. Litość jest uczuciem czystym a bezkrytycznym i dlatego smutek 
nasz nie był wówczas ani śmieszny, ani czułostkowy, bo nie czynił w tej chwili 
żadnych porównań. Zapomnieliśmy o wojnie, o milionach mordowanych i milionach 
męczonych. Przed nami było także cierpienie i ono nas obwiniało. Tej winy nie 
byliśmy w stanie naprawić i to było najważniejsze.
Poszliśmy spać na głodno. Papugi i my.

Gdzieś koło północy zbudziła mnie nagła myśl: „czekolada”. Resztki jej leżą gdzieś 
na dnie pudełka. Nowa nadzieja podrywa mnie ż hamaka. Mieszam proszek z Wodą i 
cukrem, a Tadeusz milcząc pomaga. Ostatnia nadzieja podnieca nas obu w tej pracy. 
Raz po raz rzucamy z czułością wzrok na drzemiącą obok papugę. Jakby nas wyczuła. 
Otwiera oczy i przekrzywia łeb. Mój Boże, dałbym wszystko w tej chwili za 
uratowanie jej życia. Już nie skrzeczy nawet, gdy się do niej zbliżamy. Nie odsuwa 
się na drugi koniec gałęzi jak przedtem.
Przeciwnie. Jakby czekała na nowy nasz poczęstunek. Już bez namysłu zanurza dziób 
w czekoladowym płynie, ale tylko raz. Więcej nie próbuje. Zrezygnowani i przybici 
wracamy do swoich hamaków.
— Panie Tadeuszu, chodźmy spróbować eksperymentu z drugą papugą, może będzie 
mądrzejsza. Może się okaże mniej wybredna.
Idziemy świecąc przed sobą snopem światła elektrycznej latarki. Z daleka już 
widnieje suchy badyl, a na nim przepiękny olbrzym, niebieski samiec. Ptak nie jest 
zabandażowany i robi wrażenie zupełnie normalne. Jeszcze z pięćdziesiąt metrów 
dzieli nas od niego. Za chwilę zacznie w niepokoju, przeraźliwie kracząc, kiwać się 
na boki. Zacznie przemierzać łapami długość gałęzi. Podchodzimy z Tadeuszem 
powoli, coraz powolniej, aby go nie straszyć. Nieruchomo zastygła postawa papugi 
czyni na nas coraz bardziej przygnębiające wrażenie. Nie mówimy do siebie, ale 
każdy o jednym i tym samym myśli. Zachowanie się papug podczas operacji i potem 
w czasie karmienia, ich prawdziwie ludzka mądrość i wdzięczna łagodność zdołały w 
nas wzbudzić przywiązanie. Przyspieszamy kroku. Już biegniemy. Papuga w dalszym 
ciągu nie zmienia swojego położenia. Jej ogromny łeb z lekko przekrzywionym 
dziobem trzyma górną gałąź, a palce nóg kurczowo się opierają na dolnej. Szkliste, 
martwe już oczy lśnią w odbiciu latarki. Stoimy jak wryci. Zaskoczeni jesteśmy tym 
zupełnie dla nas niespodziewanym, a tak dziwnym zakończeniem męki. Wzniesiony 
do poziomu naszych twarzy ptak patrzy oto z bliska z niemą skargą.
Ostrożnie i niemal z czułością dotykam olbrzymiego dzioba. Ruchem wahadłowego 
bezwładu zakiwała się błękitna głowa. Pod badylem na trawie rdzawi się szeroko 
plama zakrzepłej krwi. Biedny ptak musiał tak gasnąć powoli, zaciskając dziób na 
gałęzi, aby z niej broń Boże nie upaść. Siłą gasnącej woli bronił się przed hańbą 
upadku z wolności ptasiej na niewolną ziemię.
Każda śmierć ma swój specyficzny wyraz. Ta była uosobieniem ciszy i tragicznego, a 
raczej smętnego spokoju i rezygnacji. Ten smutek właśnie udzielił się nieuchwytnym 
fluidem nam obu. Tadeusz dawno już zgasił latarkę, ale oswojony z ciemnością 
wzrok doskonale odróżnia cień wiszącego przed nami ptaka.
W tej chwili doleciał nas szelest kulejących kroków i miarowy brzęk łańcucha. 
Zdumieni obracamy głowy. „Wlokąc za sobą kawałek łańcucha, obandażowana na 
krzyż poplamioną chustką, dużym i niezdarnie rozkiwanym krokiem idzie ku nam 
powoli nasza druga zraniona arara. Czyżby przeczuła zgon towarzysza? Nie chciałem 
czekać na to, co miało teraz nastąpić. Sam nie wiem czemu, zdawało mi się, że ta 
papuzia niema boleść tysiąckrotnie może być głębsza od wszystkich ludzkich łkań i 
teatralnych krzyków, i że to bezgłośne i tragiczne spotkanie nierozłącznej dotąd 
zawsze pary puszczańskich przyjaciół starga mi do reszty nadszarpnięte nerwy i ja — 

background image

człowiek dorosły, zbłaźnię się w dobie klęsk i prawdziwych nieszczęść głupim 
sentymentalizmem.
Zawracamy obaj, szybkim krokiem wracając do swoich hamaków.
Cały dzień następny schodzi nam na wytężonej pracy. Nie ma czasu. Wypychanie 
pochłania uwagę i pamięć. Ogromny tuiuiu przypadł mi dzisiaj w udziale. Przy 
najlepszych nawet chęciach nie skończę go do późnego wieczora. Powiesiłem ptaka 
za dziób na gałęzi i w ten sposób wywlekam go ze skóry. Mierzy dwa metry, czyli 
jest wyższy ode mnie. Największą trudność przy wypychaniu sprawiają 
śnieżystobiałe pióra. Ani się spostrzeżesz, jak krople krwi popsują ci całą robotę. Za 
każdym cięciem muszę okrywać pióra workiem i wyczyniąc istne akrobacje. Dopiero 
gdzieś koło północy przypomniałem sobie o mojej biednej papudze. Trzeba ją napoić. 
Jakże mogłem dotąd nie pomyśleć o tym! Z blaszanką w ręku kieruję się ku badylowi. 
W tymże momencie przychodzi mi do głowy myśl, że dawno już mojej papugi nie 
ma, wszakże zapomniałem ją przywiązać. Trudno przecież wymagać od dzikiego 
ptaka, żeby siedział całą dobę w oznaczonym ściśle miejscu. A zresztą może to i 
dobrze, że zapomniałem przywiązać. Znajdzie sobie jakiś owoc i prędzej wykuruje 
sobie skrzydła. Nałożone szwy nie dopuszczają już do krwotoku. Tak medytując 
zbliżam się do badyla. Przytulone do siebie głowami i nieruchome, siedzą obie 
papugi. Czyżby i ta druga już nie żyła? Wstrzymałem oddech. Podchodzę. Dwa 
ogromne, nierozłącznie miłujące się ptaki z obwisłymi bezsilnie skrzydłami patrzą 
oto w szkarłatną łunę zachodzącego słońca.
Chór arankuang zagrzmiał nagle harmonijnym wołaniem i pognał jak zwykle w dal. 
Krokodyle warknęły od niechcenia i na ten wrogi głos jedna z papug sennym, 
poważnym ruchem obróciła głowę i nadsłuchuje. Więc jednak żyje! Radość porwała 
mnie z miejsca. Podbiegłem do niej z czułym słowem, jak do bliskiej już sobie istoty, 
podsuwam miskę z wodą pod same oczy. Łapczywie siorbie wodę bez namysłu i 
przymykając rozkosznie powieki, zadziera raz po raz w górę swoje straszliwie 
niezdarne dziobisko. Dobry mój, rozumny ptak! Może mu będzie jednak lepiej. Może 
w końcu wynajdziemy coś do jedzenia.
— Zabiorę cię na inny jakiś krzak. Nazbyt smutno tutaj tobie, prześpisz się, 
zapomnisz. Chodźmy.
Pieczołowicie zdejmuję papugę z gałęzi. Nie stawia mi najmniejszego oporu i nie 
protestuje głosem. Niosę ją przytuloną do boku jak niemowlę w pieluszkach.
Wybieram dla niej wygodne drzewo niedaleko obozu i sadzam ją tam na poziomej 
gałęzi, dobrej do chwytu. Daję spokój wszelkim sznurkom. Zechce uciekać — Wola 
boska. Niech robi tak, jak jej lepiej, jak wygodniej.
W parę godzin później siedzimy sobie wszyscy trzej przy kolacyjnym stole. Mato 
Grosso dawno już śpi. Rzeka zastygła w srebrze księżyca i prześwieca ku nam 
postaciami duchów uformowanych czupryną liści. Chór żab i cykad wyciąga jeszcze 
ostatnie akordy nocnej symfonii. Przyczajona cisza zwierzęcych łowów za chwilę ma 
się rozpocząć.
Jaó — nocny potępieniec, nieustanna zapowiedź czarodziejskiego radia wygwizduje 
co kilka minut swój trójdźwiękowy sygnał. On nigdy nie zamilknie. To jego los, jego 
przeznaczenie gonić tak nocami poprzez dżunglę i szukać, beznadziejnie wołać, 
skamleć gwizdem monotonnym o litość.
Poza tym nic już nie słychać. Chyba jeszcze ciężki plusk krokodyla, wciągającego 
swój obżarty brzuch do wody, albo jakiś nadprogramowy a krótkotrwały wrzask 
duszonej ofiary, ale to rzadko, bardzo rzadko Się zdarza.
Pijemy herbatę znużeni gorącem dnia i komarami. Marzymy o hamaku. Czasami od 
niechcenia ktoś rzuci słówko. Tadeusz-gaduła właśnie zakończył którąś z opowieści 
myśliwskich czy też lotniczych. Nie słyszałem jej wcale. Myśl moja, ciężka i 

background image

osowiała, nie chce się jakoś czepiać banalnych historii. Postrzelone tak niezręcznie 
ptaki wracają mi wciąż przed oczy nużącym’ wyrzutem.
Raptem ciszę naszego zadumania przerywa jakiś donośny i tragiczny jęk. Jęk tak 
przeraźliwie smutny i chrypliwy, tak wymowny, że dreszcz przerażenia wstrząsnął 
naszą trójką. Mimo woli kierujemy wzrok ku Myśliwcowi. On chyba wie. On nam 
zaraz wyjaśnił. Może to łkanie pojedynczego szakala? A może lobo, wilk brazylijski 
wpadł krokodylowi w paszczę?
To nie ptak. To żaden ze znajomych krzyków.
Zamarliśmy nadstawiając uszu. Coś musi się stać. Coś, co wreszcie rozwikła całą 
tajemnicę.
I oto dziki jęk powtarza się nagle jeszcze bliżej, donośniej i ostrzej. Zupełnie, jakby 
wołał o pomoc, o zrozumienie męki. Trwa przez kilka długich sekund, po czym 
załamuje się w chrypliwy, duszący skrzek.
— Nie wiem — powiada Myśliwiec z namysłem. I chce dalej o czymś głupim gadać, 
ale Tadeusz innego jest widocznie zdania. Bo oto zrywa się raptem od stołu i 
zdecydowanym a szybkim ruchem biegnie w stronę słyszanego przed chwilą głosu. 
Idę w ślad za nim. I oto w drodze uświadamiam sobie nagle, nabieram pewności, że 
ten krzyk, to nocne, tragiczne wołanie przeznaczone było właśnie dla nas i pochodzi 
od mojej biednej arary. Boję się sprawdzić, czy rodzące się w duszy przypuszczenia 
są prawdziwe. Stajemy pod wysoką gałęzią, rzucając na nią snop światła. Oto leży 
nad nami arara z głową opuszczoną, ze smutnym gestem rezygnacji i wzrokiem 
zasnutym już śmiertelną mgłą. Patrzy nam w oczy.
Wołała, więc przyszliśmy. Stoimy bezradni wobec śmierci. Uniosła dziób o parę 
centymetrów w górę, jak gdyby pragnąc przekazać nam swoją wdzięczność za 
wszystko, swój ptasi, nieskomplikowany testament, i zbrakło jej siły. Głowa opadła w 
omdleniu jeszcze niżej, dziób chwycił gałąź dla zachowania równowagi.
Dziwny jest ten instynkt zachowywania wysokości u ptaków. Widocznie upadek na 
ziemię hańbi je nawet po śmierci. Jak gdyby zmęczeni ciężkim wysiłkiem fizycznej 
pracy, opuściwszy ramiona, wracamy milcząc do obozu.
Papugi zostały na swym posterunku. Jutro rano zdejmie się z nich skórę.
Niestety, gdy przyszło do roboty, wszystko okazało się na nic. Skrzydła połamane nie 
dały się zreperować. Kłakami wyrwane pióra.
Tak więc nie było najmniejszego sensu w zabiciu papug. Z jednej Tadeusz 
spreparował sobie na pamiątkę czaszkę, a z drugiej pozostawiłem sobie parę długich, 
niebieskich piór z ogona. To wszystko. Czyż warto było strzelać?
Biedne moje arary!
Jeszcze parę tygodni, a opuściliśmy Pantanal, gdzie papugi są jak kwiaty, a kwiaty jak 
papugi.
Kilka dni indiańską pirogą, parę dni rzecznym statkiem, kilka dni pociągiem i oto 
znowu drapacze chmur, znowu Rio de Janeiro.
— Gratuluję panu, panie doktorze! — przywitał mnie od progu nasz ambasador. — 
Już od tygodnia czeka na pana telegram. — To mówiąc wręczył mi papierek:
„Zapytać doktora Korabiewicza, czy się zgadza na natychmiastowy wyjazd do Afryki 
celem opieki nad naszym uchodźstwem z Rosji. Stańczyk — Minister.”
Któż by się nie zgodził.
Płyniemy.

Do Afryki

background image

Brazylia przystąpiła do wojny, ale tutaj jeszcze tego nie czuć. Zbyt daleko leżą fronty. 
Któż by się też troszczył o bezpieczeństwo handlowych transportów. Wszakże nie ma 
na statkach amunicyjnych ładunków ani nawet żadnego wojska. Ot, płyną sobie 
cichutko, a spokojnie jak przedtem, tak i dziś ze swoją bawełną lub kawą z Santos — 
do Capetown i z powrotem, a częściej do Stanów Zjednoczonych, ale to żegluga 
przybrzeżna, kto by tam przy brzegach torpedował. Więc i teraz płyniemy do 
Capetown zdani na łaskę losu bez żadnego konwojenta. Zechcą nas dziobnąć torpedą, 
no to... dziobną. Wola boska — kismet!
Bardzo sympatyczny radiooficer biega wciąż pomiędzy swoim aparatem radiowym a 
kapitańską kabiną. Dziś po raz pierwszy zjawił się podczas kolacji. Był wyraźnie 
zdenerwowany i z trudem opanowując głos zaraportował:
— Amerykański statek „Mexico” idąc z Trynidadu został storpedowany i tonie 80 mil 
przed nami na kursie. Podał S.O.S., ale już nie powtarza.
— Może zdążymy? — rzuciłem w przestrzeń.
— Pan chyba żartuje! — oburzył się kapitan. — Już go dawno nie ma. Fale duże. 
Wątpię, czy dali radę tak szybko opuścić szalupy. I kto te szalupy po nocy odnajdzie? 
Zresztą pójdę i sprawdzę kurs. To mówiąc kapitan wstał i szybko wybiegł na mostek.
— A łódź podwodna chyba ma jeszcze torpedy — zauważyła niby od niechcenia 
Pimpa.
— Ano, chyba ma, ale ty nie zapeszaj! — mruknąłem. Kapitan wrócił wyjątkowo 
ponury.
— Niezupełnie na kursie, musielibyśmy zbaczać. Niebezpiecznie i beznadziejnie. 
Jeśli szalupy są, to wiatr i fale kto wie, dokąd je zapędzą. Zbyt daleko od nas. Prey tej 
pogodzie moglibyśmy tam być za trzy godziny albo i później. Łódź podwodna tylko 
czeka na taką okazję.
— Ale ludzie toną — zauważyła nieśmiało Pimpa.
— Tutaj także są ludzie i ja za nich odpowiadam. Gdybym miał dalsze wezwania, 
oczywiście płynąłbym tam bez namysłu, ale tak, bez potrzeby nie mogę ryzykować. 
W dodatku sztorm idzie, i to niemały.
Siedliśmy milcząc do kart jak zwykle, jak co dzień. Tuż pod moją ręką leży mała 
Jonka. Nie spuszczamy jej z oka. Gramy w sto, jest to jedyna gra przeze mnie 
uprawiana. Nie lubię przekładania kolorowych papierków. Tym razem szczególnie 
denerwująco wyglądają one na stole, podczas gdy myśl błądzi gdzieś po odległych 
falach szukając tonących. Raz przeżyłem to na własnej skórze i nie chcę tego 
powtarzać.
Statek coraz potężniej się huśta. Kapitan przerwał grę, przeprosił zostawiając nas 
samych. Widocznie mrok zapadł, bo steward zaśrubowuje już bulaje na „black-out”. 
Od czasu torpedowania „Piłsudskiego” choruję na klaustrofobię. Boję się zamknięcia 
w metalowym pudełku statku. Wizje przeżytych niegdyś zdarzeń mimo woli wracają 
przed oczy i szarpią nerwy.
— Dziś 29 listopada! — rzuciła nagle żona. To niewinne, cicho wypowiedziane 
zdanie uderzyło we mnie obuchem. Patrzyłem na nią jak odurzony. Jakiż dziwny 
zbieg okoliczności. Przed trzema laty właśnie był ten sam dzień miesiąca i wtedy się 
to zdarzyło...
— 29 listopada... — powtórzyła żona w zamyśleniu i jakby w odpowiedzi na te słowa 
gwałtownie zabrzęczały puste szklanki uderzone o karafkę w drewnianym, 
mahoniowym statywie. To statek gwałtownie się przechylił. Poprzez szparę nie 
domkniętych drzwi wcisnął się kapitan.
— No! — zawołał od progu sztucznym jakimś głosem — barometr leci na łeb i szyję. 
Spodziewam się nie lada sztormu. Proszę zejść do kabiny i przymocować rzeczy. 

background image

Córkę także radzę zabezpieczyć...
— Zabezpieczyć! — powtórzyła moja żona, bezradnie spoglądając na bębna, 
beztrosko wierzgającego nóżkami.
— A więc chodźmy! — rzekłem chwytając za przeciwległe rogi koca. — Musimy 
swój skarb zabezpieczyć.
W tymże momencie, zbity gwałtownym przechyłem podłogi, straciłem równowagę i 
razem z zadartym kocem i żoną uwieszoną u jego drugiego końca poleciałem wprost 
na kredens. Szczęściem nie puściliśmy koca z rąk i dziecko w hamakowym 
zawieszeniu znalazło się na mojej piersi. Oparci o kredens leżymy tak na plecach 
oczekując powrotu do równowagi, ale statek nie chce do niej wracać. Dzieje się coś 
niesamowitego. Podłoga, na której stoimy, trwa wciąż w pochyleniu 45 stopni. 
Chwytając się krawędzi stołu, kapitan wyskakuje na pokład.
— Co to może być? Co się stało? — rzucam pytania. — Skąd ten przechył? Torpedy 
nie było, więc chyba nie toniemy?
Na odpowiedź nie czekamy długo. Kapitan wrócił i już od progu klnie na czym świat 
stoi. Po raz pierwszy widzę go w takim stanie nerwów. Zawsze opanowany, z 
wygasłą fajką przylepioną do dolnej wargi, typowy wilk morski z jakiejś powieści 
podróżniczej, trzęsie się teraz z oburzenia i z fajką w dłoni klnie na cały głos:
— Świnie! Mordercy! Ja im pokażę! Mówiłem. Dobrze im. Będą teraz płacić. Nie 
moja wina. Ostrzegałem. Jakże to mogło być: ciężkie beczki z winem kłaść na górny 
pokład. Statek i tak przepełniony ponad normę. Kryminał! A tu jeszcze w ostatniej 
chwili te beczki. Każdy osioł zrozumie, że pierwsza większa fala beczki przerzuci. 
Dobrze, że się tylko tak skończyło. Mało nam brakowało. Puściłem je w morze. 
Wszystkie beczki w morze, a cóż miałem robić? Może czekać wywrotki? O! Widzą 
państwo, statek się wyprostował, jeszcze kilka beczek i zupełnie się wyprostuje. 
Dobrze im tak. Powiadam państwu, każdy armator to rekin. Życie ludzkie nic dla nich 
nie znaczy, byle dolarki płynęły. Nic się nie znają, im nie wytłumaczysz! Tfu! — 
splunął na zakończenie siarczyście. A statek naprawdę wrócił już do normalnego 
położenia, chociaż rzucało nim okropnie na strony, widocznie sztorm rozpętał się na 
całego.
— Bez tych beczek damy sobie radę — mruknął kapitan, spoglądając na nasz 
niepokój. Poszliśmy więc spać, ale gdzież tam! Kto by usnął. Rolowałem po pościeli, 
raz po raz obtłukując boki o ścianę. Czasem nogi szły w górę na dowód, że dziób 
statku stanął dęba przed „dziewiątą falą”. Znam ten taniec morski, jakże go dobrze 
pamiętam z czasów „Daru Pomorza”. Nawet lubiłem go wówczas, kiedy nie było pod 
ręką dziecka ani żony i żadna łódź podwodna nie groziła.
— Pimpa!
— Co?
— A może by jednak przywiązać Jonkę za nogę tak jak wtedy, gdy płynęliśmy z 
Londynu?
— Sprawa beznadziejna — odpowiada żona ze stoickim spokojem. — Tutaj nie ma 
szans. Jeżeli trafią, pójdziemy na dno. Przecież to nie statek, a kalosz. Trzy dni do 
śmierci. Chyba to jego ostatni rejs.
Świetnie przeczuła.
Po roku, kiedyśmy się już na dobre rozsiedli w Lusace (Rodezja Północna, obecnie 
Malawi), przeczytałem któregoś dnia w gazecie, że właśnie ten nasz „kalosz” zatonął 
niedaleko Capetown, wyrzuciło go morze na skały. Swoją drogą mam szczęście, 
udowodniłem to już kilkakrotnie w życiu.

background image

Spotkanie z nosorożcem

Makindu? Co to za tajemnicza, egzotyczna nazwa! Co ona właściwie znaczy? Czy 
jest to imię, czy miasto? Gdzie ono leży? Chyba nie zwierzę i nie ptak — Makindu.
W historii polskiego uchodźstwa powinno być wypisane wielkimi zgłoskami, 
odegrało bowiem rolę niepoślednią. Był to obóz rozdzielczy. Tysiące wysiedleńców 
naszych kierowano tutaj z portu Mombasy, dokąd zawijały statki z Iranu. Po kilku 
tygodniach zamieszkiwania w tutejszych barakach, a czasami po miesiącach 
segregowano materiał ludzki, zanim transporty kolejowe odeszły w głąb Afryki 
Wschodniej do miejsca przeznaczenia. Miejscem przeznaczenia zaś były wielkie 
obozy na terenie Ugandy i Tanganiki. Razem było ich sześć.
Makindu leży w Kenii, w połowie drogi pomiędzy Mombasą a Nairobi, otoczone 
najtypowszym dziko splątanym buszem karłowatych drzew i takichże kolczastych 
krzewów. Oczywiście, dziś nie ma tutaj nawet śladu polskiego obozu, dawno znikły 
gliniane, okrągłe chatynki z palmowymi dachami i większe baraki wraz z kapliczką. 
Wszystko to przeszło już do legendy, niestety, legendy zapoznanej.
Wybrałem się w roku 1943 do Makindu służbowo, dzisiaj powiedziałoby się „w 
delegacji”. Zadaniem moim było zorganizowanie transportu do osiedla Masindi w 
Ugandzie. Musiałem dobrać ludzi, pogadać z nimi, uzyskać zgodę, a następnie 
konwojować wszystkich aż na miejsce przeznaczenia.
Oczywiście, pierwsza rzecz — zetknąłem się z tak zwanym komendantem osiedla 
Makindu, bardzo inteligentnym i energicznym inżynierem K. On scharakteryzował 
swoich ludzi, podsuwając tego lub innego osobnika jako kandydata na mego asystenta 
w pracach organizacyjnych transportu.
— Tylko Bóg niech pana strzeże przed tymi dwoma wariatami, których mi nadesłano 
z wojska! — zawołał.
— A cóż to za typy? — spytałem zaciekawiony, ponieważ pasjami lubią życiowych 
„wariatów”.
— Jeden to porucznik wylany z wojska za to, zdaje się, że spoliczkował jakiegoś 
majora czy też pułkownika. Drugi, sierżant, wskoczył pod Tobrukiem na minę i 
wstrząsnął sobie mózg.
Ano — pomyślałem — referencje wcale nie najgorsze. Muszę poznać tych 
jegomościów.
Tak też uczyniłem. Drogą okrężną, aby nie drażnić ambicji pana komendanta, 
zaprosiłem obu do swego pokoju. Wysocy, reprezentacyjni chłopcy, elastyczni w 
ruchach, znać dobrze wysportowani. Szczególnie wpadł mi w oko porucznik Witek, z 
czupryną blond w bogatych lokach i z oczami jak polskie bławatki. Taki nie 
potrzebuje dowodzić polskości.
— Chciałbym was, panowie, poznać bliżej — zacząłem tonem przyjaznym. — Nie 
chodzi mi o dane formalne ani o imię ojca, ani o imię dziadka. Ciekawi mnie tylko 
wasza historia z punktu widzenia psychologicznego. Potrzebni nam są ludzie 
energiczni i przedsiębiorczy. Musimy rozruszać społeczeństwo uchodźcze, wyrwać je 
ze stagnacji.
— Pan już pewno coś o nas słyszał od tego tam...
tego... hm... komendanta — mruknął porucznik Witek z niedwuznacznym grymasem 
twarzy.
— Wiem tylko, że was nie bardzo lubi, ale nic szczególnego nie mówił, a ja słuchać 
nie chciałem. Wolę z panami porozmawiać szczerze i otwarcie. Naprawdę mam do 
was pełne zaufanie. Za co pan tego majora spoliczkował? Mogę wiedzieć?
— Szkoda słów, panie doktorze, sk...syn. Takim to się dobrze dzieje. Cały batalion 

background image

chętnie by mu zęby powybijał, ale że nie było odważnych, musiałem dać w mordę ja. 
Taki już mój los — dodał.
— A pan podobno wskoczył na minę, długo trwała kuracja? — zwróciłem się do 
drugiego.
— Ach, panie doktorze! — zawołał porucznik Witek. — O tej jego minie i tej kuracji 
to warto posłuchać. Musimy panu dokładniej opowiedzieć i dlatego zapraszamy pana 
na pombe do naszego domku.
— Jakie pombe?
— Ano, miejscowe murzyńskie piwo, dobre to ono nie jest, ale tanie i naturalne, bez 
żadnych chemicznych przypraw. Przyzwyczailiśmy się już do tego napoju.
Za chwilę siedziałem w ich okrągłym, z gliny lepionym domku. Za umeblowanie 
służyły dwa łóżka, stolik i dwa krzesła. Zamiast szafy dwa wieszaki z płóciennym 
pokryciem.
Trzy butelki z mętnym płynem i trzy białe kubki czekały już przygotowane. Jako 
zakąska posłużył papaj pokrajany na dzwonka.
— Historia Jurka, panie doktorze! — zaczął porucznik Witek — nadaje się na film, to 
niebywała sensacja...
— No to niechże pan mi opowie — zwróciłem się do sierżanta, który wcale nie 
zdradzał chęci do mówienia. W ogóle, w przeciwieństwie do porucznika, był typem 
skrytym i milczącym, a nawet trochę ponurym. Być może ponurość ta właśnie 
pochodziła z wypadku.
— Głupstwo, panie doktorze — uśmiechnął się — zwyczajna rzecz. Wiadomo, że z 
eksplozji cało się nie wychodzi, więc i mnie połamało.
— Pan sobie wyobraża: wszystkie kości miał pogruchotane. Jak mięczak, powiadam 
panu, jak worek mąki owinęli go całego w gips, bo to i ręce, i nogi, i kręgosłup, i 
żebra — paplał szybko Witek.
— Zawieźli mnie do polowego szpitala — wtrącił Jurek.
— Otóż to, w tym sęk! — wykrzyknął porucznik. — W tym sęk, że ten szpital tejże 
nocy został zbombardowany i spalił się doszczętnie, a mój Jureczek z braku miejsca 
leżał w przybudówce, a ta jedynie ocalała.
— Zaleli mnie wodą — wtrącił znowu Jurek — ale wkrótce wyschłem — dodał, jak 
gdyby to było bardzo ważne. — Pan wie, w Tobruku ogromnie gorąco, tam wszystko 
od razu wysycha.
— Dali go zaraz na sanitarny statek — kontynuował porucznik Witek. — Na statku 
także nie było miejsca. Załadowali rannymi wszystkie kabiny i korytarze, a i pokład 
także, jednym przy drugim, pokotem.
— Mnie położyli z boku, przy oknie do maszynowni — zaczął Jurek, widocznie 
ośmielony moim milczeniem. — Nie mogłem ruszyć ani głową, ani palcami. Byłem 
owinięty tym gipsem niby mumia. Statek szedł do Anglii i miał na kominie 
wymalowany czerwony krzyż. Sam był biało malowany, żeby, cholera, Niemcy 
widzieli, że to szpital...
— No i zobaczyli — wtrącił się znowu porucznik. — Dokładnie nawet zobaczyli, bo 
w sam środeczek bombą zapalającą trafili. Mało kto żyw wyszedł. Jeszcze do szalup 
ratowniczych sk....syny strzelali.
— No a pan? A co z panem? — spytałem, nie bez zdumienia. — Jakże pan wyszedł z 
takiej opresji?
— W ostatniej chwili ktoś litościwy włożył mnie w środek gumowego pontonu i 
spuścił na wodę. Morze tego dnia było bardzo spokojne. Popłynąłem więc sobie niby 
w wannie.
— Sam jeden! — wyrwało mi się.
— Ano — stwierdził obojętnie — dziewczynki nie miałem. Kołysało mną, kołysało, 

background image

ale najgorsze to grzywacze od fal, wkrótce zalały mi cały kajak, więc leżałem w 
wodzie.
— To było lato? — spytałem, jak gdyby łagodząc sytuację.
— Tak, woda była ciepła, ale bardzo słona i gips rozmókł, a sól dostała się do moich 
ran. Wściekły ból. Nie mogłem się podrapać. Nie mogłem się ruszyć. To 
najokropniejsze. Wolałbym drugi raz wskoczyć na minę.
— I tak od tego bólu zasnął — wtrącił Witek. — Ale niech pan nie myśli, że historia 
na tym się kończy, o nie!... Radzę jednak przerwać ją toastem za zdrowie pana 
doktora — to mówiąc, porucznik wzniósł kubek do góry.
Nie powiem, żeby mi to murzyńskie pombe smakowało. Nie miało nic wspólnego z 
europejskim piwem. Coś jakby rozmoczone drożdże.
— Dziękuję! — powiedziałem — ale wobec grozy waszych przeżyć aż mi dreszcz 
przechodzi po skórze. Taka ogipsowana mumia ludzka płynąca bezwolnie na falach 
oceanu...
— Zaraz... zaraz!... — zawołał Witek — niech pan słucha, co było dalej! Otóż z tego 
straszliwego bólu biedny Jurek zasnął i jakoś przespał tak całą noc. Rano zbudziło go 
silne szturchnięcie w bok.
— Otworzyłem oczy — przerwał mu Jurek — ale nie mogłem zadrzeć głowy i 
poprzez wałki nadmuchanych kiszek pontonu nie mogłem dojrzeć, co tak mnie trąca. 
Leżą więc sobie dalej i jęczą z bólu, a tu raz po raz coś trąca dalej i trąca. Wreszcie 
przemogłem ból, a że gips był już rozmokły, więc udało mi się jakoś wyjrzeć poza 
granice pływaków. To, co ujrzałem, dech zaparło w piersi. Oto przytulona czule do 
mego pontonu huśtała się beztrosko a niewinnie przybłąkana skądś pływająca mina.
— Jurek doskonale zna się na minach — wtrącił Witek. — On wiedział, że do 
wybuchu potrzebne jest tylko uderzenie w boczną kapsle. Na szczęście obrócona ona 
była w tym momencie do góry.
— Wie pan — przemówił spokojnie Jurek. — Te godziny, jakie spędziłem potem z tą 
miną przy boku i wciąż przez nią trącany, zaliczyć chyba muszę do najcięższych 
przeżyć mojego życia. To ciągłe wyczekiwanie wybuchu było okropne. Myślę, że 
skazany na śmierć w ten właśnie sposób nasłuchuje kroków żandarma.
— No i jak to się skończyło, jak się skończyło? — spytałem.
— Wpierw wypijmy to pombe — zaproponował Witek. — Świństwo bo świństwo, 
ale pić można.
W tej chwili rozległo się dziwne jakieś, przerywane wycie. Nie znałem jeszcze 
Afryki. Dopiero przed paru miesiącami zjawiłem się tutaj i cały ten czas przesie-
działem w Nairobi.
— Hiena — odpowiedział Jurek.
— To pan doktor jeszcze nie słyszał hieny? — zdziwił się Witek.
— Nie miałem po temu wielu okazji.
— Makindu leży w samym sercu zwierzęcego rezerwatu. Trzy kilometry stąd płynie 
rzeczka. Nad jej brzegiem, na rozłożystym drzewie zbudowaliśmy balkon do 
obserwacji. Musimy doktora tam zaprowadzić. Wszystkie gatunki dzikiej zwierzyny 
ściągają do wodopoju. Powiadam panu, wspaniały widok z tego balkonu!
— Dobrze — przerwałem — ale co stało się z panem Jerzym na tym gumowym 
kajaku?
— Ano, jakiś francuski rybak ich zobaczył...
— Jak to „ich”? — zdziwiłem się. — Więc tam więcej ludzi było?
— No nie — zaprotestował Witek — mówię „ich”, to znaczy: Jurka i tę minę. Rybak 
zobaczył, podpłynął i...
— wyjął z wody — podpowiedziałem.
— Gdzież tam — zaśmieli się obaj — przestraszył się i uciekł. Dopiero potem, 

background image

bardzo nieprędko, zjawiła się łódź patrolowa wojenna i ona Jurka ostrożnie odłączyła 
od miny.
— Rok leżałem w szpitalu angielskim, na wydziale chirurgicznym — dodał Jurek. — 
A potem przeprowadzili mnie na oddział dla nerwowo chorych. Mnie nic właściwie 
nie było, tylko nie mogłem znieść huku, wówczas wpadałem w furię. Tutaj, w 
osiedlu, też kiedyś coś huknęło, zdaje mi się, że kocioł w kuchni eksplodował, no i ja 
wpadłem w furię, stąd ta niełaska u komendanta.
— Musicie mnie zaprowadzić na ten wasz pomost nad rzeczkę — zakończyłem 
konferencję. — Kiedy się tam wybierzemy?
— O świcie, tylko o świcie, kiedy zwierzęta ciągną do wodopoju — podchwycił z 
entuzjazmem Witek. — Jutro obudzimy pana i pójdziemy razem.
Rzeczywiście zbudzili mnie nawet przed czasem, jak mi się przynajmniej wydawało, 
kiedy zaspany wyłaziłem ze swego domku w chłodną noc. W Afryce pomiędzy 
rozprażonym dniem a cienistą nocą bywają zaskakujące kontrasty temperatury.
Szliśmy raźnym, wojskowym krokiem. Wiodła nas wyraźnie udeptana ścieżka. 
Widocznie dużo już amatorów tędy przewędrowało. Nie zastanawiałem się wówczas, 
jakim niebezpieczeństwem jest marsz przez rezerwat zwierzęcy o nocnej porze. 
Byłem wówczas kompletnym żółtodziobem, analfabetą afrykańskiej „księgi dżungli”.
Kiedyśmy dotarli do rzeczki, słońce ukazało już swoją uśmiechniętą twarz i antylopy 
licznymi stadami odchodziły od wodopoju.
— Psiakrew! — zaklął Witek. — Spóźniliśmy się nieco. Przedstawienie skończone.
W tym momencie stado zebr, zupełnie jak stado naszych polskich baranów, 
przeciskało się uparcie tuż przed naszym nosem na drugą stronę ścieżki, jak gdyby 
innej drogi dla nich nie było. W przerażeniu tuliły się ido siebie bokami, bliskie na 
zasięg ramienia.
— Wie pan! — krzyknął Witek — tutaj już żadne przyzwoite bydlę nie przyjdzie. 
Lepiej maszerujmy sobie do tamtego lasu, tam parę razy widziałem lwa.
Posłuszny wskazówkom skierowałem się za nimi. Dla mnie, naiwnego ignoranta w 
sprawach afrykańskiego buszu, ci dwaj młodzi ludzie byli wyrocznią. Zresztą 
pewność Witka i jego świadome decyzje nie dopuszczały wahań. Szliśmy więc 
pospołu, szeroką tyralierą poprzez spalone trawy. W Afryce rokrocznie przy końcu 
sezonu suchego bywają takie stepowe pożary.
Nagle Jurek stanął i wzniósłszy lewe ramię w stronę lasu przed siebie, rzekł 
spokojnie:
— Patrzcie, zdaje mi się, że tam na skraju stoi nosorożec.
— Gdzie, gdzie? — zawołaliśmy razem, przykładając dłonie do rażonych niskim 
jeszcze słońcem oczu.
— Chodźmy do niego bliżej! — krzyknął porucznik Witek i bez namysłu popędził 
przed siebie. To samo uczynił Jurek, więc cóż miałem robić ja? Biegliśmy 
wyrównanym szeregiem, mniej więcej pięć kroków jeden od drugiego. Przestrzeń 
dzieląca nas od krawędzi lasu zmniejszała się szybko. Pomimo złego wzroku 
widziałem już nosorożca zupełnie wyraźnie, stał pyskiem do nas, widocznie 
zdumiony taką niespodziewaną, niespotykaną agresją. A my wciąż biegliśmy naiwnie 
i nieroztropnie, zupełnie jak mali rozdokazywani chłopcy, do tego moi dorośli wojacy 
unieśli ramiona w bok i powiewając nimi niby skrzydłami, wołali dla animuszu:
— Hop... hop! Hollala!
Nosorożec stracił cierpliwość. Opuścił głowę, nastawił swój długi róg i patrzył na nas 
czerwonymi, krwią nalanymi oczami, gotując się do szarży.
Odległość pomiędzy nim a nami zmalała do trzydziestu kroków i wówczas, zupełnie 
nagle, nosorożec zaczął kopać przednimi racicami ziemię. Tuman kurzu wzbił się i 
zasłonił go całkowicie przed naszym wzrokiem. Stanęliśmy otumanieni tym kurzem i 

background image

głuchym, donośnym tupotem nóg, jaki bezpośrednio nastąpił. Tupot oddalał się, aż 
znikł gdzieś w gąszczach buszu.
— Uciekł, szelma! — powiedział Witek tak soczyście, jakby czuł żal do nosorożca. 
— Ale podeszliśmy blisko — dodał z przechwałką.
— Przecież mógł nas zaatakować — powiedziałem.
— A mógł — stwierdzili obojętnie.
Kiedyśmy wrócili do obozu, byłem już zdecydowany. Obu chłopców przydzieliłem 
do transportu, jako tak zwanych sekcyjnych. Mieli mi asystować przy prowian-
towaniu i utrzymaniu porządku. Długi pociąg wymagał intensywnej pracy i na to 
właśnie potrzebowałem młodych ludzi. Listę transportu razem z jego kierownictwem 
przedstawiłem komendantowi.
— Co?! — wykrzyknął — pan bierze tych wariatów i chce im zaufać? — Był 
najwyraźniej rozżalony na mnie za nieusłuchanie jego rad. Rozstaliśmy się nawet 
chłodno.
Tymczasem właśnie ten mój szczęśliwy wybór uratował transport od głodu. Oto 
najniespodzianiej w świecie pociąg stanął w środku bezludnego buszu, na wysokim i 
ostrym nasypie. Słonie zniszczyły tor kolejowy, trzeba było czekać aż pięć godzin na 
jego reperację. Połączenia między wagonami nie było. Jakże tu rozdzielić prowiant? 
Jak przenosić puszki i butelki z naszego wagonu do reszty? Problem ten rozwiązali 
dzielni, wysportowani chłopcy. Po prostu objuczeni bagażem przełazili z okna do 
okna bokiem, podawali sobie skrzynki, rzucali je i łapali, dokonywali żonglerskiej 
akrobacji, a wszystko przez życzliwość dla mej osoby i gwoli naszej przyjaźni. 
Transport dowiozłem zadowolony i szczęśliwy, nie miałem żadnych kłopotów ani 
przykrych zajść. Niestety, zgubiłem wkrótce wszelką z nimi łączność. Po latach 
dopiero, kiedy się stałem „starym” Afrykańczykiem, kiedy przeżyłem niejedną 
przygodę i nasłuchałem się rozmaitych prawdziwych historii z dziedziny współżycia 
człowieka z dzikim zwierzęciem buszu, a szczególnie po wysłuchaniu i po prze-
czytaniu wielu opowiadań o nosorożcach, w całej pełni zdaję sobie dziś sprawę z tej 
głupiej dziecinady, na jaką sobie w krańcowej naszej naiwności wtedy pozwoliliśmy. 
Nawet głupi nosorożec naszą wariację ocenił i na nasze szczęście... przecenił.
Tej właśnie przecenie zawdzięczamy życie.

Metamorfoza

Nowy szpital plantacji sizalowych nie był jeszcze gotowy. Pracowałem więc w 
tymczasowych barakach, skleconych z gałęzi i oblepionych gliną. Ich dach stanowiła 
zwykła strzecha pleciona z palmowych liści. Za łóżka służyły miejscowe murzyńskie 
prycze, złożone z czterech nóżek, ramy i siatki z bydlęcej, surowej skóry, napiętej na 
nią. Zamiast materaców były maty. Każdy pacjent przychodził na leżenie z taką 
własną „pościelą”. Podłogę mojego „szpitala” stanowiło klepisko z gliny udeptanej 
tysiącem stóp. Okien nie było w ogóle, bo i po co? Nazbyt jarzące i jaskrawe słońce 
znajdowało sobie łatwo drogę poprzez nie doklejone szpary. Było go i tak zbyt wiele.
Rzecz oczywista, że pacjenci leżeli na tych swoich — pożal się Boże! — brudnych 
matach bez żadnej bielizny. Owszem — dla przyzwoitości mieli na sobie jakieś tam 
szmatki, a raczej opaski na biodra. Zresztą nie przypuszczani, aby którykolwiek z 
tych chorych ludzi, a nawet i ktoś z personelu sanitarnego używał kiedykolwiek 
przedtem w swoim własnym, rodzinnym domu pościeli.
A więc szpital nie stwarzał wyjątku i nie krzywdził nikogo. Poza tym dzięki ażurowi 

background image

ścian miał doskonałą wentylację. Jednym słowem, pracowałoby się wcale nieźle, 
gdyby nie pewne niespodzianki w rodzaju na 

przykład trąb powietrznych. W suchym, 

najgorętszym sezonie miewaliśmy po parę takich nieproszonych „miłych gości”. Taki śrubokręt 
wiatru, taka zwariowana trąba powietrzna, wędrując sobie wzdłuż zoranej, czarnej gleby plantacji 
sizalowej, niesie ze sobą co najmniej tonę subtelnego miału i biada, gdy na jej drodze staną otwarte 
drzwi lub okna domu, albo właśnie taki jak nasz, ażurowy, zewsząd odkryty, prowizoryczny budynek. 
W mig z dnia robi się noc. Krztuszenie się i kichanie. Po prostu koniec świata! Wszelkie przybory opa-
trunkowe, jak wata czy lignina, bandaże i tampony — wszystko to nadaje się już później jedynie do 
wyrzucenia na śmietnik. Szparami nie domkniętych szafek i skrzyń bezczelnie wciska się ten czarny 
popiół grubą, trudno usuwalną warstwą i wypełnia wnętrze. A co najgorsze, nigdy nie można 
przewidzieć takiej wizyty. Przed chwilą jeszcze była cisza i spokój, żadnego powiewu, upalny żar, aż 
tu nagle z pogodnego nieba, niby eksplozja wodorowej bomby, wyrasta czarny czub i pędzi przed 
siebie na oślep, aby równie nieoczekiwanie upaść i zginąć gdzieś pod ziemią. Jeżeli coś można 
przyrównywać do szatańskiej zjawy, to chyba taka właśnie powietrzna trąba jest wcieleniem samego 
diabła. Bywało, stoi sobie człek nad pacjentem, przytrzymując igłę w żyle, a sanitariusz obok ze 
szklanym słojem fizjologicznego roztworu soli, a tu z nagła zakołuje się, lecą liście z dachu, popiół i 
przeróżne śmiecie wprost do sterylizowanego naczynia.
Ale nie te naturalne zjawiska utkwiły mi szczególnie w pamięci jako przeszkody w pracy. Nie one były 
przyczyną zniechęcenia i odrazy. Najgorszą stroną medalu było plucie. Tak, zwyczajne, codzienne, 
powszednie, prawie nieustanne plucie. Afrykańczycy są pod tym względem prawdziwymi artystami. 
Cykają poprzez zęby na odległość pięciu metrów, trafiając dokładnie w

 określony punkt. Skąd się 

w nich bierze aż tyle śliny, doprawdy nie rozumiem. Wody piją bardzo mało, zup w 
ogóle nie używają, a wciąż i wszędzie plują. Mój Boże! — zwłaszcza w tym moim 
szpitalu chyba z nudów plują i plują, na prawo i na lewo, na wprost i poza siebie, 
latają pieniste strugi dokoła, trzeba uważnie lawirować, aby nie trafiły cię w locie.
A tymczasem kończono nowy, luksusowo elegancki szpital. Z błyszczącymi 
posadzkami, z lakierem na białych ścianach, z meblami sprowadzonymi wprost aż z 
Londynu. Każdy pacjent miał tam leżeć pod czystym prześcieradłem i na takiej że 
świeżutkiej poduszce... Na samą myśl o tych śnieżnych prześcieradłach i o tych 
błyszczących parkietach dreszcz zgrozy przechodził mi przez skórę, co to będzie? Co 
to będzie — gdy moi pacjenci zaczną tam po swojemu pluć?
I oto nadszedł wreszcie upragniony, tak długo przeze mnie oczekiwany dzień. Baraki 
opustoszały. Który z pacjentów mógł, ten sam maszerował do nowych sal, innych 
nieśli sanitariusze na noszach. Umyślnie dałem parę godzin czasu, aby sprawy same 
się jakoś ułożyły. Wreszcie, ze ściśniętym sercem, ruszyłem na swój pierwszy 
kontrolny obchód. Bałem się widoku, jaki tam zastanę.
Wchodzę na pierwszą salę. Wszyscy moi pacjenci zamiast leżeć, siedzą skromniutko 
na krawędzi łóżek. Pościel nietknięta.
— Czemu się nie kładą? — pytam zdumiony.
— Proszą o jakąś ściereczkę, aby wytrzeć stopy, inaczej zabrudzą tę czystą pościel.
Rzeczywiście. Takie niedopatrzenie organizacyjne! Jakże mogłem zapomnieć o 
dywanikach pod stopy. Zarządzam pocięcie starych koców pod nogi.
Nazajutrz rano odbywam normalny obchód. Wszyscy chorzy leżą przykładnie w 
swoich łóżkach.
— Pan doktor sobie nie wyobraża, jak się oni myją w łazienkach, żaden się brudny 
nie położy — powiada sanitariusz.
— A jak z pluciem? — spytałem.
— Co proszę? — nie zrozumiał.
— No z tym pluciem przez zęby na podłogę?
— O, w żadnym wypadku. Każdorazowo wychodzą na podwórko. Albo w ogóle nie 
plują. Gdzieżby na taką śliczną podłogę!
Tak więc stałem się mimowolnym świadkiem kulturalnych, rewolucyjnych 
przeobrażeń ze skrajnego prymitywu w cywilizację.

background image

Oto i Etiopia

W szpitalu moim nie ma sali operacyjnej ani nawet porządnego sterylizatora. Zresztą 
nie jestem chirurgiem, a nawet chirurg nie podjąłby się większej operacji bez asysty. 
Tymczasem przywieźli mi wczoraj dwóch Arabów poharatanych kulami. 
Skomplikowane, kilkakrotne złamanie uda. Potrzebny jest wyciąg, a ja wyciągu nie 
mam.
— Musicie natychmiast lecieć do Addis Abeby na operacją, inaczej stracicie nogi, a 
może nawet i życie.
— Iszi! — odpowiadają spokojnie. — Cóż robić, nie mamy pieniędzy.
— Ato Gabre! — wołam rozpaczliwie do dyrektora. — Ci ludzie muszą natychmiast 
lecieć do któregoś ze szpitali stołecznych.
Dyrektor uśmiecha się pobłażliwie. Na to nic nie poradzimy. Fundusze, z których 
można by pokryć koszty biletów, nie istnieją.
— Któż więc za nich zapłaci? Może pan?
Pędzę do gubernatora, referuję mu sprawę. Uśmiecha się jeszcze dobroduszniej i 
mówi:
— Pan im wierzy? Oni mają pieniądze i gdyby chcieli, mogliby lecieć, tylko 
lekceważą sprawę. Niech pan da spokój.
Łatwo dać spokój, ale przede mną perspektywa co najmniej rocznego leczenia i 
pielęgnowania tych ran bez fachowej pomocy. Będę musiał sam to wszystko robić i 
denerwować się codziennie z powodu niemożliwości wykonania tego zadania legę 
artis. Co robić? Wyjmuję więc portmonetkę i płacę. Odlatują tegoż popołudnia na mój 
koszt.
Istnieje doskonała książka Conan Doyle’a pod tytułem „Świat zaginiony”, tejże 
nazwy jest i film. Historia niesamowita:
Oto gdzieś w sercu dżungli brazylijskiej leży niedostępny płaskowyż z prostopadle 
urwanymi ścianami, na nim przechowała się od czasów przedpotopowych jeszcze 
flora i fauna; pośród niebotycznych paprociowych drzew do dzisiaj uwijają się 
brontozaurusy.
Takim właśnie płaskowyżem jest Abisynia, dlatego tutaj przechował się do dni 
dzisiejszych świat gdzie indziej już zaginiony. Na przykład, szpital ma jakieś 
przedziwne obowiązki: musi czyścić i dezynfekować wszystkie publiczne budynki z 
więzieniem włącznie, a przy tej okazji oczywiście należy wydezynfekować i odpchlić 
mieszkania prywatne tutejszych dygnitarzy. Szpital też musi truć od czasu do czasu 
arszenikiem tak zwane „wściekłe psy”. A psem wściekłym jest każdy biedny pies, 
który odważy się bezczelnie szczerzyć zęby na widok miotanego weń kamienia. 
Stosunek do psów przejęli Abisyńczycy od muzułmanów. Unikają tych zwierząt, a 
czasami tylko łaskawie tolerują. Tłustego psa trudno tu spotkać. Trucie psów odbywa 
się masowo i bezplanowo. Addis Abeba stale jest przepełniona trupami tych biednych 
stworzeń. Czasami nawet możemy spotkać przy chodniku zwłoki jakiegoś rasowego 
europejskiego faworyta z obrożą na szyi.
Ja także jestem hyclem miasta Gore.
Mam w terenie pięć tak zwanych klinik, czyli punktów sanitarnych, gdzie urzędują 
tytułowani przez miejscową ludność „doktorami” „kowboje” najgorszego gatunku. 
Zresztą kwalifikacje nie są tu jeszcze potrzebne, bo społeczeństwo woli zasięgać 
porad u swoich czarodziejów. Lekarz i szpital stają się potrzebne dopiero, gdy ręka 
albo noga zgangrenuje, wówczas pacjent taki dosiada muła i pełen rezygnacji żąda 

background image

„marfe”, czyli zastrzyku.
Pod względem zdrowotnym cały teren Etiopii jest surowy, nie w znaczeniu 
czerstwości, tylko w znaczeniu pierwotności. Takiej abnegacji i nędzy fizycznej, jaką 
oglądam tutaj codziennie, nie spotkałem w żadnym afrykańskim kraju. Syfilitycy 
bezzębni i beznosi, szkielety z odpadającym ciałem, żywe jeszcze purchawki 
podminowane ropą, jakoweś monstra do patologicznych fotografii, z których trzeba 
wydłubywać sens życia, potworna okropność nie dająca się opisać żadnymi słowami.
Bardzo popularną chorobę stanowią w Etiopii schorzenia serca, ale dziwnym 
zbiegiem okoliczności mieszczą się one zawsze w dołku podżebrowym i towarzyszy 
im obłożony język. Na słabość tę zapadają przeważnie istoty delikatniejsze, a więc 
przede wszystkim żony wysokich urzędników. Wezwany lekarz zastaje delikwentkę 
w teatralnie tragicznej pozie. W kręgu co najmniej dwudziestu współczujących 
krewnych. Z powodu zamkniętych okien i okiennic w pokoju duchota nie do 
wytrzymania. Broń Bóg sprowadzać taką pacjentkę z wyżyn sercowego cierpienia na 
padół tasiemcowych dolegliwości. Nie wolno. Dobra opinia takiego lekarza będzie na 
zawsze pogrzebana.
Należy natomiast, ocierając łzę współczucia, zapewnić w takim wypadku, że po 
pierwszej szklance soli gorzkiej serce boleć przestanie. Z tą solą też sprawa wcale nie 
łatwa, bo Etiopczycy, przyzwyczajeni do chronicznego zażywania środków 
czyszczących, przeważnie już na nie nie reagują. Nawet końskie dawki na tych lu-
dziach nie czynią najmniejszego wrażenia. W praktyce mojej przeważnie używałem 
olejku krotonowego, środka weterynaryjnego.
Właśnie pacjentka moja wypiła z łyżki olej rycynowy. Złożyła wargi w ciup i z 
nabożną powagą wciąga gęsty płyn kropla po kropli, powolutku i z namaszczeniem. 
Nie znaczy to bynajmniej, że Etiopczycy lubują się w oleju rycynowym, tylko po 
prostu nikt im nigdy nie tłumaczył, jak należy lekarstwa przyjmować. Dlatego 
wszystkie tabletki z reguły są przeżuwane, a żelatynowe kapsułki rozgryzane. 
Szczególnie komicznie wygląda to przy szeroko otwieranych ustach i tym 
sakramentalnie skupionym wyrazie twarzy. Początkowo litowałem się nad ofiarami 
swojego leczenia:
— Na litość boską! — wołałem. — Wytłumaczże tym biedakom, jak imają lekarstwo 
połykać.
Ale mój tłumacz-kowboj z wykonaniem rozkazu nie śpieszył się.
— Et, szkoda słów. I tak nie zrozumieją.
Może i racja. Nie dalej jak dzisiaj zjawiła się pacjentka, skarżąca się na biegunkę.
— Ależ ona tu wczoraj była — przypomniał mi mój kowboj, wodząc palcem po 
rejestrze. — O, jest.
Dostała pigułki aloiny ze strychniną na chroniczną obstrukcję.
Nagle wpadam na myśl:
— Spytaj ją, ile tych pigułek zażyła.
Sanitariusz pyta. Baba nadstawia ucha. Powtarza za nim słowa jak bezmyślna papuga, 
w końcu jednak treść dociera do jej świadomości.
— Mówi, że połknęła wszystkie pigułki na raz, to znaczy dwadzieścia i cztery, 
przeznaczone na dwanaście dni.
— W takim razie powiedz jej, że jestem niezmiernie szczęśliwy widząc ją tutaj przy 
życiu. Śmiertelna dawka strychniny została czterokrotnie przekroczona.
Takie to są miejscowe żołądki, ale nie tylko żołądki. Odporni są oni na wszystkie 
zarazki. Widocznie, kto nie umarł niemowlęciem, ten już zaszczepił sobie pełny 
komplet wszelakich świństw bakteryjnych i tylko najgorsze z nich dają mu radę. 
Nawet syfilis, i ten stosunkowo łagodnie przebiega. Czasami przyniosą dogorywający 
szkielet ludzki z obdartą skórą na ramieniu, cały w ropie. Bez wątpienia leżał on już 

background image

w domu co najmniej miesiąc i kładł na ranę wszelkie czarodziejskie maści. Na 
pierwszy rzut oka grozi mu śmierć w dwadzieścia cztery godziny, a w najlepszym 
razie amputacja zgangrenowanej ręki. Tymczasem parę zastrzyków penicyliny robi 
cuda. Rana w oczach się goi, pacjent nabiera ciała. W tydzień skacząc wybiega ze 
szpitala.
Przed paru tygodniami przynieśli jakiegoś starego zakonnika. Widocznie głodujący 
pustelnik, bo poza skórą nic więcej na żebrach nie było. Zbadałem, znalazłem wysoki 
skręt kiszek, i to już zadawniony. Brzuch jak bania, nigdy dotąd takiego nie 
oglądałem. Gazy biedaka rozdęły i wyglądało, że już żywcem do nieba poleci.
Zaproponowałem natychmiastowy wyjazd do Addis Abeby, chociaż bardzo wątpiłem, 
czy w najlepszych warunkach operacyjnych, zważywszy cherlactwo pacjenta i jego 
wiek — ponad osiemdziesiąt lat — podejmie się kto tego zabiegu.
Nie mając nic lepszego do roboty, przedziurawiłem mu brzuch trochanterem. Syczący 
gwizd uchodzącego gazu łudząco imitował samochodową oponę, która nawaliła. 
Brzuch opadł, a szczęśliwy pacjent jął mnie całować po rękach. Ale nadziei nie było. 
Za godzinę bania wróciła do poprzedniej normy. Chory z trudnością łapał powietrze. 
Samozatrucie odbierało mu przytomność.
Grono zakonników usilnie namawiało, aby wrócił umierać do domu, lecz on 
protestował. Strasznie mu przypadło do gustu wypuszczanie powietrza. Wiedział, że 
nikt mu tego w domu nie zrobi.
Patrząc na jego męczarnie, postanowiłem użyć podwójnej dawki morfiny. Usnął snem 
kamiennym.
— Panie doktorze — szepcze jeden z zakonników — może by wykorzystać ten sen i 
teraz zabrać go do domu, niech umiera z nami.
— Oczywiście — zgodziłem się chętnie. Straszliwie nie lubię szpitalnych pogrzebów, 
zwłaszcza tutaj, w Etiopii, gdzie nieboszczyków opłakują zawodowe płaczki.
Zadowolony, że się kłopotu pozbyłem, wracam wieczorem do domu.
Rano zaczynam obchód chorych i przekroczywszy próg pierwszej sali, staję jak 
wryty. Oto z tegoż samego co wczoraj łóżka patrzy na mnie radosnym a przyjaznym 
wzrokiem wczorajszy zakonnik-nieboszczyk. Oczom własnym nie wierzę. Brzuch ma 
normalny i wzrok jakiś lepszy.
— Chłopcy! Dawać no szybko lewatywę. Zrobić mu jak najwyższą, z wysokości 
szafy.
I, o cudzie! Mój stary w trzy dni wyzdrowiał, sam odszedł do domu, a z wielkiej 
wdzięczności podarował mi swój drewniany, pięknie wyrzeźbiony krzyż. Dziś wiem: 
to dawka podwójnej morfiny zniosła prawdopodobnie spazm kiszek wracając im 
czynności. Bywają cudowne przypadki i w medycynie, ale zaręczam, z kimś innym 
nie poszłoby tak łatwo. To abisyńska odporność. Żelazny organizm.
Przyjmowanie chorych w moim szpitalu wygląda następująco: Siedzę za olbrzymim 
stołem, którego połowę zajmują butelki i pudełka z podręczną apteką. Naprzeciw 
mam dwóch kowbojów-tłumaczy. Jeden z nich prowadzi rejestr ambulatoryjnych 
chorych i zadaje im pierwsze pytania. Drugi rozdaje zalecone przeze mnie leki i także 
zadaje pytania. Wygląda to w ten sposób:
Kowboj I (krzyczy): — Co ci dolega?
Pacjent (nadstawiając ucha): — E?
Kowboj I (głośniej): — Co cię boli?
Pacjent: — E?
Kowboj I (do lekarza): — On pewnie nie zna języka amhara.
Lekarz (do kowboja II): — Więc ty spytaj go w języku galla.
Kowboj II (do pacjenta w języku galla): — Gdzie ci dolega?
Pacjent (obracając się o 90 stopni nadstawia ucha): —E?

background image

Kowboj II (do lekarza): — On nie rozumie galla, on chyba jest guragie.
Na scenę występuje jakiś dziad i zaczyna się rozmowa w kółko, niby trening 
siatkowej piłki.
Lekarz do kowboja I: — Spytaj, czy pacjent miał dzisiaj stolec.
Sanitariusz I sanitariuszowi II powtarza pytanie w języku amhara. Sanitariusz II 
powtarza dziadowi to samo w języku galla. Dziad mówi do chorego w języku guragie 
jak wyżej.
Kilkoma tabletkami aspiryny usiłuję zakończyć dyskusję, ale gdzież tam. Pacjent 
dopomina się o „marfe”. Będę podłym lekarzem, jeżeli mu odmówię. Obszczeka mnie 
po całej szerokiej okolicy. Nazajutrz fitarari napisze list do dedżazmacza, a 
dedżazmacz do samego cesarza. Otrzymam pismo z pieczęciami, że lekceważę sobie 
obowiązki, oszczędzając na chorych, którzy w myśl cesarskiego dekretu mają mieć 
darmowe leczenie i darmowy szpital.
Z tym dekretem to także sprawa! Wypłaty rządowe niewielkie, ledwie że wystarczą 
na utrzymanie szpitala, a już na żywienie pacjentów nie ma. Biedny dyrektor głowę 
łamie, jak wybrnąć z kabały. Więc chorzy płacą swoje dwa dolary za konsultację i nic 
dziwnego, że się domagają „marfe”.
Stoi oto przede mną gość od czubka głowy aż po pięty pokryty jedną masą 
świerzbowych strupów. Daję mu słoik maści i powiadam ustami tłumaczy jak wyżej 
w kółko:
— Przez trzy kolejne ranki masz szorować ciało gorącą wodą z mydłem...
— Panie doktorze! — szepcze mi na ucho kowboj I. — On nie ma ani mydła, ani 
garnka do ugotowania wody.
— Hm... W takim razie niech się myje piaskiem i zimną wodą, a następnie naciera się 
tą oto maścią. Każdego ranka ma zmieniać ubranie.
— Ależ on ma tylko tę jedną porwaną koszulę i nie może prać, bo zostanie 
nieprzyzwoicie goły.
— Hm... Więc jakże dotychczas prał?
— On nigdy nie prał.
Istotnie. Teraz dopiero zauważyłem bezprzykładny brud tych wszystkich szmat 
przede mną. Jakże się mam dziwić, że jednym jedynym „marfe” chcą ci ludzie 
uleczyć siebie od syfilisu, gruźlicy, anemii i połamanych nóg, skoro nie mają koszuli 
na zmianę i wbrew cesarskiemu dekretowi muszą jeszcze za poradę zapłacić dwa 
dolary.
— Panie doktorze! — woła sanitariusz. — On nie chce się dać smarować, on 
koniecznie chce „marfe”!
I jakże tu świerzb uleczyć zastrzykiem? Początkowo obrażałem się za takie 
dyktowanie mi metod leczniczych, z czasem jednak serce mi zmiękło. Wielki Boże, i 
tak za jednym zamachem zarazków nie wyplenię, a chory po raz drugi nie przyjdzie.
Co trzeci pacjent nie potrafi samodzielnie wyjść z pokoju. Przeszkodą nie do 
pokonania stają mu na drodze drzwi z klamką. Któż widział kiedy klamkę w kurnej 
chacie?
Przy takim „pośpiesznym” trybie badań lekarskich muszę przyjąć stu dwudziestu 
chorych. Prócz tego należy do mnie obchód szpitala, wydawanie lekarstw, badania 
mikroskopowe, no i pisanie zaświadczeń lekarskich do sądu, ale to już... „happy end”.
Badanie tych ofiar pobicia wygląda następująco:
Przed domem na plecionym łóżku leży „ofiara”, przyniesiona do badania. Lekarz (to 
znaczy ja) każe sanitariuszowi wnieść chorą do izby przyjęć.
Sanitariusz: — Oni mówią, że nie można jej ruszać, bo umrze.
Lekarz: — Każ wnieść, bo inaczej badać nie będę.
Za chwilę drzwi się szeroko otwierają i wtacza się gromada tragarzy z tragicznie 

background image

lecącym im poprzez ręce ciałem.
Lekarz (doświadczony): — Złożyć na tapczan i wynosić się.
Gromada tragarzy niechętnie opuszcza pokój.
Lekarz (do zatrudnionego sanitariusza): — Pytaj, gdzie ją boli.
Sanitariusz czule pyta, a nieszczęśliwa ofiara tylko łypie oczami.
Lekarz: — Powiedz jej, że nie mogę wystawić zaświadczenia, skoro nie wiem, gdzie 
ją boli.
Sanitariusz tłumaczy moje słowa.
Filmowo zwolnionym tempem unosi się zbolała ręka i chwyta się za łopatkę.
Lekarz: — Zapytaj, czy brzuch ją także boli.
Przeczący ruch głowy.
Lekarz: — W takim razie każ jej natychmiast usiąść, abym mógł lepiej zbadać 
łopatkę.
Pacjentka z trudem siada. Oczywiście, najmniejszego śladu potłuczenia.
Lekarz: — Niech teraz pacjentka wstaje i idzie sobie do domu.
Kobieta, nie wiedząc, co robić bez pomocy swoich doradców, ogląda się bezradnie 
dookoła, po czym zwleka się z tapczanu, opuszcza nogi i, teatralnie podpierając się o 
ścianę, wychodzi z pokoju.
Tak oto trup zmartwychwstał.
Jak dotąd innych trupów prawie nie miewałem, chyba ten jeden prawdziwy, co to trzy 
dni jechał do mnie konno na mule z jelitami w dłoniach. Gdyby zjawił się o jeden 
dzień wcześniej, może bym go i wyratował, ale tak było już za późno, kiszki 
zgangrenowały i w parę godzin skonał.
Najciekawsze, że gdy zajdzie poważniejszy wypadek pobicia, przeważnie nie ma 
kogo sądzić: bo albo winowajca uciekł za granicę, albo poszkodowanemu braknie 
pieniędzy na sąd.
Mam chwilę przerwy w przyjmowaniu chorych, bo w biurze zabrakło bilecików. 
Mimo straszliwego smrodu, jaki zalatuje od więziennego ustępu, otwieram okno i 
patrzę na podwórko. Oglądam czekających pacjentów. Jest ich cały tłum. Najbliżej 
drzwi wejściowych stoją sznurem żołnierze. Część z nich zamiast munduru oblekła 
się w koce. Muszą zamanifestować powagę choroby, aby uzyskać zwolnienie z pracy. 
Dalej za nimi tłoczą się bezładnie cywile, wypychając naprzód swoje i nie swoje 
niemowlęta, gdyż kazałem dzieci przepuszczać bez kolejki. W głębi, na trawniku, 
pobrzękując kajdankami i łańcuchami, rozsiedli się więźniowie. Od bramy ciągnie 
jakiś tragiczny pochód. Na czele, wysoko na ramionach, płynie drewniane łóżko, a na 
łóżku wyprężona nieruchomo postać. Z tyłu spora gromada odprowadzających. 
Pogrzeb? Ależ nie. Dawniej i ja tak myślałem, dzisiaj mam wprawę w rozpoznawaniu 
abisyńskich teatrów. Nie ma chyba na świecie zdolniejszych aktorów. Ta wydłużona 
śmiertelnie postać — to ofiara miłosnych albo przyjacielskich kłótni, to następny z 
kolei „trup” żądający świadectwa.
Im tragiczniej wygląda taki korowód, tym mniejsze obrażenia ciała. Na szczęście, 
mimo ogromnych zdolności aktorskich, komedie są nazbyt łatwe do odcyfrowania. Są 
to wspaniałe pokazy czułostkowości i histerii.
Takiej przesady jak w Etiopii nie spotyka się nigdzie. Jeżeli kogoś boli brzuch, musi 
koniecznie chwytać się za głowę. Musi słaniać się i tragicznym gestem szukać dokoła 
oparcia. Na szczęście taki pacjent nigdy nie bywa opuszczony. Prowadzi go do 
szpitala co najmniej pięć albo i dziesięć osób, każda z nich podtrzymuje inną część 
jego „słabego” ciała. Z chwilą, gdy się chorego ulokuje w jego szpitalnym łóżku, 
najbliższa kobieta pada obok na kolana i kładzie mu dłonie na czole. Tylu od-
wiedzających, płaczących i współczujących nie oglądałem w żadnym kraju.
Najbardziej wzruszające są kobiety w roli pacjentek. Do gabinetu wchodzą jak 

background image

bohaterki romansu na scenę. Nie patrzą nigdy w oczy. Broń Boże! Nie wiedzą, co 
czynić z rękami. Jak pies ogonem, tak tubylcza kobieta biodrami wyraża zażenowanie 
i obawę. Kręcą tymi biodrami na wszystkie strony zabójczo kokietliwie. Jedna z 
wielkiego zażenowania mnie dłonią spódnicę, druga wierci wskazującym palcem 
dołek w policzku. Usta w ciup, a rzęsy, długie, piękne rzęsy, opadają niewinnie i jak 
motyle trzepoczą. W badaniu lekarskim trzeba stoczyć nie byle jaką walkę o prawo 
podniesienia tuzina ubraniowych zasłon, aby nareszcie pod tą żelazną kurtyną 
dziewiczości i wstydliwości dogrzebać się rzeczowych dowodów drugorzędnej kiły 
(syfilisu). Ale jako się rzekło, choroba ta nie krępuje tutaj nikogo i nie wystawia 
świadectwa moralności. Zupełnie śmiało możemy pytać duchownego, czy badał krew 
na Wassermana. Żadnego księdza to nie obraża.
— Dosyć na dzisiaj — mówią do swego kowboja. — Jestem piekielnie zmęczony. 
Jest tam jeszcze kto?
— Jeden tylko żołnierz, spóźnił się, ale bardzo prosi o przyjęcie, bo jest umierający.
— Proś.
Wchodzi chłopisko barczyste, wielkie, tylko moralnie załamane w sobie i 
nieszczęśliwe. Niby bezsilna szmata upada tuż obok na stołek, ciężko opierając się 
łokciami o stół. Twarz ma stroskaną i apatyczną.
— Spytaj, co mu jest.
Kowboj jak zwykle rozpoczyna stereotypową konwersację, ja zaś patrząc na ich 
twarze obserwuję reakcję. Tym razem długo nie czekam. Przy pierwszych słowach 
mój dzielny wojak wybucha płaczem. Ramiona mu się trzęsą od tragicznych łkań, a 
poprzez zasłaniające twarz palce strugami ciekną łzy. Szkoda mi chłopa. Nie mogę 
się doczekać wyjaśnienia.
— No i cóż? Co mu wreszcie jest? Czemu tak płacze?
— Bo on wie, że musi umrzeć, a chce żyć.
— Dlaczego ma umrzeć? Pogryzł go wściekły pies?
— Nie.
— Więc ugryzła go żmija?
— Też nie. Wczoraj była po deszczu tęcza... Pan doktor pamięta?
— Pamiętam. No więc cóż?
— On zapomniał się i oddał mocz, stojąc twarzą w kierunku tęczy.
— Więc cóż z tego? Co za głupstwo?
— To nie żadne głupstwo — obruszył się mój kowboj I. — Każdy wie, proszę 
zapytać, że odlanie się na wprost tęczy powoduje śmiertelną żółtą febrę.
— I ma on już jakieś objawy tej choroby?
— Jeszcze nie. Dlatego tutaj przybiegł, żeby zapytać, czy pan doktor nie może dać 
mu jakiegoś „marfe”, które by zapobiegło nieszczęściu.
— I ty w to wierzysz?
— Niby w co?
— No, w te wszystkie banialuki z tą tęczą i febrą. Ty, sanitariusz i mądry chłopak, 
wierzysz w takie czarodziejskie opowiadania?
— O, nie! — oburzył się. — To nie są wcale głupstwa! Każdy z nas w to wierzy. 
Tyle ludzi umiera z tej żółtej febry. Może w Europie nie bywa tęczy...
— Tak, tak... Ale żółta febra nie ma nic wspólnego z tęczą.
— A skąd pan doktor wie?
Rzeczywiście, skąd ja to wiem? Zastanowiłem się poważnie. Któż może udowodnić, 
że tak nie jest? Ci ludzie obserwują przyrodę od wieków, współżyją z nią i znają 
doskonale swój stosunek do niej i odwrotnie. Na podstawie obserwacji dochodzą do 
pewnych wniosków, a my, mądrzy i oświeceni ludzie, lekceważąco kpimy. I jakże 
mam udowodnić memu kowbojowi I, że tak nie jest, że to wierutny nonsens, że tęcza 

background image

na niebie nie ma nic wspólnego z siusianiem na ziemi. To ja raczej staję się w tym 
momencie mądrzejszy o jedną wiedzę: wiedzę zwątpienia.

Czarownik wśród czarowników

Szpital, w którym urzęduję w charakterze naczelnego i jedynego lekarza, a więc: 
chirurga oraz internisty, laryngologa oraz dentysty, ginekologa oraz okulisty, leży w 
okolicy bezludnej i zalesionej, do niedawna jeszcze zamieszkanej przez muchy tse-
tse. Dopiero po długoletniej a bardzo intensywnej akcji, przy udziale helikopterów, 
rozpylających „DDT”, udało się muchę ostatecznie wytrzebić i tereny te udostępnić 
nowym ludzkim osiedleńcom. Powstały tu ogromne farmy. Olbrzymie buldożery 
wgryzły się w zielony gąszcz skołtunionego buszu, kładąc pod swoje bezwzględne, 
żarłoczne gąsienice nie zwalczoną dotąd, umocnioną lianami barierę dzikiej dżungli. 
Jak się okazało, ta mała, czarna mucha stała dotąd na straży tropikalnego raju. Dziś 
jej nie stało. Raj się skończył, przyszedł człowiek, dwunogi potwór, ze swoim 
egocentryzmem.
Dokoła dżungli i tych nowo powstałych farm rozciągają się tak zwane Stepy 
Masajskie. To obojętne, z którego pagórka patrzysz, widok niezmiennie ten sam. Hen, 
w zawrotną dal, aż po nieuchwytny horyzont biegnie afrykańska sawanna z jej 
wyprażoną przez słońce trawą, parasolami akacjowców albo olbrzymich aloesów. 
Czasami i z rzadka, niby przeogromna marchew, tkwi sam gruby król Afryki, 
tysiącletni baobab — przytulisko nietoperzy i pytonów. Gdy się zasłoni oczy przed 
słońcem i wytęży wzrok, wówczas ujrzy się gromady pasiastych zebr albo stada 
strusi, one są bowiem czarne i białe. Lamparta ani lwa nawet przez lornetkę nie doj-
rzysz, nie odbijają bowiem od żółtego tła otaczającej przyrody. A jeśli masz oko 
wprawne i nawykłe do odczytywania dżungli, wówczas odróżnisz cętkowane pnie od 
takichże żółtych gładkich. Te pierwsze zmienią za chwilę pozycję, przeniosą się do 
innych drzew. Są to bowiem szyje żyraf.
Powietrze afrykańskiego buszu jest klarowne, patrzysz na świat jak przez pryzmat 
kryształu. Dziesiątki kilometrów sawanny biegnie od twoich stóp i żaden komin, 
żaden dom nie zmąci horyzontu. Akacjowce długo kwitną. Pozornie monotonna 
sawanna ożywia się. Fioletowe tamaryszki także kwitną, a dołem przeplatają się 
kaktusy oraz inne różnobarwne kule, strzępiaste, fantazyjnie powykręcane...
Kolorowa bywa Afryka u podnóża masajskiego stepu, a pagórków na nim bez liku, 
niby kurhanów przedhistorycznych, zagrzebanych miast. A kiedy ujrzysz obłok siwy 
przed sobą, to nie deszcz i nie chmura, tylko od pastwisk do pastwisk spod tysięcy 
kopyt podnosi się kurz. Pastuchy pędzą bydło. Oni to i mieszkańcy pobliskich 
glinianych lepianek, i rybacy znad jeziora Manyara, to wszystko moi pacjenci, ale 
gdybyż tylko moi! Właśnie na tym polega cała tragedia. Co zapiszę lek, to pacjent 
wyplunie. Co założę opatrunek, to nazajutrz będzie on zerwany.
— Czemu? — pytam któregoś dnia szkolnego malca, usuwając z jego nogi cuchnący 
opatrunek. — Czemu zdjąłeś to, co przed trzema dniami założyłem, wszakże ta nowo 
nałożona maść nie jest wcale moim lekarstwem.
Malec w płacz, nie chce mówić, jest przestraszony. Wreszcie któryś z sąsiadów 
wyjaśnia pod sekretem:
— Nasz mganga-mchawi mówi, że wazungu nie umie leczyć, że jego lekarstwa 
szkodzą i dlatego trzeba wszystko zdzierać.
— Czemu się zjawiasz u mnie tak późno? — zapytuję innego dnia starego Masaja. 

background image

On również ogląda się lękliwie na strony. Boi się przyznać.
— Gdybyś przyszedł od razu, byłbyś już zdrów, a teraz cala noga w ranach, na co 
czekałeś?
— Nasz mganga-mchawi mówi, że doktor od wazungów niczego nie umie, że tylko 
oczy mydli i oszukuje. Mganga powiada, że pana doktora Mzimo nie popiera.
— A Skądże wasz mganga wie, kogo wielki Mzimo popiera, a kogo nie? — spytałem 
starego obcesowo, widząc na jego piersi okrągły placek stożkowatej muszli, oznakę 
szefostwa. Wiedziałem, że tego rodzaju emblemat nie zdobi byle kogo, kiedyś jego 
wartość osiągała cenę dwóch krów.
— Ano — zmieszał się stary — co wie mganga, tego my wiedzieć nie możemy. On 
bardzo dużo wie, bo on nawet kieruje wężem wazungów.
Ach, więc o tego czarodzieja chodzi. Dawno już wybierałem się do niego z wizytą. 
Znaliśmy się z widzenia. Któż by go tutaj nie znał. Pełni funkcję naczelnika stacji 
kolejowej i paraduje w czerwonej czapce. Musiał być istotnie chytry jak Achilles, a 
mądry jak Salomon, skoro potrafił oficjalnie połączyć te dwie tak odrębne role: 
czarodzieja plemiennego i naczelnika stacji, a co najdziwniejsze, Anglicy się z tym 
pogodzili.
Ostatnia konwersacja z pacjentem utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje 
lecznictwo nie osiągnie pożądanych rezultatów bez nawiązania przyjacielskich sto-
sunków z czarodziejami. Muszę ich osobiście udobruchać i rozbroić. Spotykałem już 
wielu czarowników, ale nie miałem jeszcze do czynienia z panem naczelnikiem stacji, 
jak do takiego podejść?
Nie czekałem długo. Wybrałem się doń zaraz nazajutrz, porą wieczorną, kiedy ostatni 
pociąg odszedł i czerwona czapka poszła w kąt.
Budynek stacji Tengeru powygaszał już światła i tylko czerwony semafor dawał znać, 
że czuwa. Przy nim właśnie zatrzymałem samochód, aby dalej iść piechotą.
Zaskoczenie obezwładnia zwykle ludzi. Zwłaszcza umysł prymitywny nie ma 
wówczas czasu na zamierzoną dyplomację.
Siedzibę naczelnika dzieli od jego stacji najwyżej trzysta kroków, mieści się ona w 
otuleniu mangowych drzew. Szeroka, dobrze udeptana ścieżka świadczy o po-
pularności gospodarza. Usłyszałem głos bębnów. W miarę zbliżania się do celu rytm 
ich narastał, aż stanąłem przed zamkniętą bramką obszernego podwórka, pośrodku 
którego na wysokim drągu wisiała lampa. W dole, w jej kręgu kołysały się miarowo 
cienie tańczących ludzi. Krzyczę hodil, ale nikt mnie nie słyszy. Klaszczę w dłonie i 
powtarzam kilkakrotnie okrzyk. Wreszcie, po dłuższej chwili odzywa się znajomy 
głos:
— Karibu! (Proszę).
Jakże inaczej teraz wygląda ten urzędnik angielskich kolei. Dalibóg, nie poznałbym 
go wcale. Na mój widok zrywa się z leżaka i biegnie usłużnie. Ma czerwone, 
muzułmańskie spodnie i długą pasiastą kapotę, na jego piersi wisi mosiądzem 
błyszczący, starannie wypolerowany ogromny medalion. Poznaję. Jest to górne wieko 
od zbiornika maszynki naftowej z napisem „primus — madę in Sweden”.
Podsuwa mi drewniany stołek, połą płaszcza wyciera jego powierzchnię. Ledwie 
usiadłem, już któraś z żon nalała mi tykwę miejscowego piwa pombe.
Jesteśmy odseparowani od gromady tancerzy. Na ognisku piecze się kozioł. Koło 
tancerzy pod lampą nie reaguje na moją niespodziewaną wizytę. Nie widzą nikogo, są 
już pod silnym alkoholowym rauszem. Zresztą, kto ich tam wie. Tym ludziom 
wystarczy tylko rytm Bębnów. Wybałuszyli gały oczne, wywalili oślinione i drepczą, 
pokracznie rozstawiając kolana. Każdy w dłoni ogon antylopy i od czasu do czasu 
macha dla odpędzenia moskitów.
— Może bwana mkubwa nie lubi naszego pombe, tu u siebie piwo wazungów... — 

background image

mówił do mnie czarodziej z obleśnym uśmiechem.
— Dawno wybierałem się do ciebie wielki mango. Jak wiesz, jestem doktorem w 
szpitalu wazungów. Moi Ri na twój rozkaz zdzierają moje opatrunki z ran, być nie 
może. Moja praca obraca się wniwecz, że lepiej byłoby nam współpracować zgodnie. 
A gdzieżby! A gdzieżby! — wołał czarownik wznosząc obie ręce. — Czyżby bwana 
mkubwa miał jakieś skargi przeciwko wiernemu przyjacielowi i oddanemu słudze...
— Nie dawniej jak wczoraj Masa je mi donieśli, że odradzasz im leczenie się u mnie, 
a dzieci szkolne wciąż zrywają z nóg moje opatrunki.
— To niemożliwe! Nie ma w tym mojej winy... — bąknął naczelnik.
— Prawda czy nieprawda, wina czy niewina — mnie to mało obchodzi. Wiem, ze 
jesteś mądry, a sądzę, że mógłbym ciebie niejednego nauczyć. Powiedz mi na 
przykład, co robisz z kaczanami kukurydzy? 
Spojrzał na mnie wzrokiem skonsternowanym i niemym, jakby badając, czy kpię z 
niego, czy tylko żartuję.
— Cóż mogę robić z kaczanami kukurydzy? — powtórzył — Oczywiście zjadam. 
Każdy je kukurydzę, wszakże to jest główne nasze pożywienie.
— Pytam, co robisz z liśćmi i z tą kitą brunatną, co przy końcu kaczana?
— Co z tym robię? — zaśmiał się. — Wiadomo, wyrzucam kozom na pożarcie.
— Otóż to! Widzisz — zaprotestowałem. — Jesteś niby wielki mganga, a nie wiesz. 
Te włókna od kaczana są doskonałym lekarstwem. Ty to oddajesz kozie na pożarcie. 
Czy to jest dowodem twojej mądrości?
Czarodziej oglądnął się dokoła, czy ktoś przypadkiem tej naszej rozmowy nie 
usłyszał. Ale nie, wszyscy goście zajęci byli sobą. Pombe działało świetnie, rytm 
bębnów także robił swoje.
— Widzisz, zamiast marnować — kontynuowałem — zaparzyłbyś te kłącza i 
dawałbyś herbatkę do picia niemowlętom na oczyszczenie moczu. Znakomite lekars-
two. A czy ty znasz cudowne działanie korzenia rokobe? No, powiedz szczerze... 
znasz?
Czarodziej kręcił się na stołku wyraźnie zażenowany.
— Drzewo rokobe wcale nie leczy — mruknął.
— Właśnie że leczy, tylko trzeba wiedzieć o tym. Spróbuj zaraz jutro. Daj wywar z 
tego korzenia ukąszonemu przez węża i kładź jeszcze ten sam wywar na jego ranę. 
Uratujesz człowieka. A kiedy kobra plunie komu w twarz, to płucz natychmiast mu 
oczy herbatą z korzenia museka. Doskonałe lekarstwo. A co ty dajesz pacjentowi, gdy 
boli go ząb?
— Trzy ogony szczurze zawijam w liść kawy, spalam na ogniu i ten popiół sypię w 
otwór bolącego zęba.
— Może to i skuteczne lekarstwo, ale spróbuj lepiej zgnieść jeden goździk z 
Zanzibaru i olejek goździka zakropić w tenże otwór zbolałego zęba. Ja ci mogę dać 
bardzo dużo podobnych rad, tylko musimy być przyjaciółmi i nie szkodzić jeden 
drugiemu. Gdy przyjdziesz do mnie, to ci pokażę szkiełko, przez które można widzieć 
każdą chorobę. Nie będziesz wiedział, jak leczyć pacjenta, przyjdź do mnie i popatrz 
w szkiełko.
Niepokój czarodzieja zmienił się w zachwyt.
— Mzuri bwana mganga! Kabisa mzuri! Mimi takudja keszo na subui! (wspaniale, 
panie, jutro rano przyjdę).
Tak więc przyjaźń nasza ugruntowała się. Opuszczając jego dom myślałem: pozostał 
mi jeszcze jeden głupi drań, ale ten jest gorszy, bo nieokrzesany i dziki, a poza tym 
mieszka po drugiej stronie rzeki oddzielony ode mnie wertepami bez dróg, nie ma 
mowy, aby mój Opel-Olimpia pokonał takie trudności, na to trzeba rasowego Land-
Rovera. Przypomniał mi się wówczas mój młody przyjaciel Dick — agent leśny, on 

background image

wałęsa się po całym kraju, wybierając odpowiednie drzewa na handel, kiedyś 
proponował mi nawet wspólną eskapadę, może więc teraz puści się ze mną do tego 
mchawi.
Od myśli do słowa, od słowa do czynu. Dosłownie w kilka dni rzecz została 
omówiona i postanowiona. Oto w słoneczną, wcale nawet nie gorącą pogodę je-
dziemy razem na tereny plemienia Wandorobo.
Dick jest wspaniałym, wysportowanym, krępym i zdrowym chłopcem, szczerzącym 
co chwila swoje śnieżyste zęby w rubasznym, bezpośrednim uśmiechu. Ma on 
doskonałą metodę podejścia do tubylców bez zbędnego spoufalania się i bez 
snobistycznej, angielskiej wyższości. Swobodny i przyjacielski, chwilami może 
jowialny, potrafi być powściągliwy w tej swojej wylewności nie zatracając prestiżu.
— Wysłałem już wczoraj do nich swojego człowieka — powiedział, wsiadając do 
łazika. — Prosiłem, aby szef zwołał ludzi na ngomę, będzie to nas kosztowało parę 
kozłów, ale z pewnością się opłaci. Będzie pan miał świetny przegląd 
różnoplemiennych strojów.
— Tym razem chodzi mi o czarodzieja. Muszę go ułaskawić, żeby mi nie robił 
świństw i nie zatruwał pracy.
— Będzie i czarodziej — stwierdził Dick kiwnięciem brody. — Widział go pan 
kiedy?
Nie odpowiedziałem na to pytanie, bo mnie zatkało w tym momencie od nagłego i 
wielce ryzykownego przechyłu auta. Jechaliśmy wąską ścieżyną dla pieszych tak, że 
tylko dwa lewe koła toczyły się po niej równo, podczas gdy koła prawe skakały po 
korzeniach, grudach i kamieniach, przy czym teren to obniżał się, to podnosił, nie 
synchronizując się bynajmniej z poziomem ścieżki. Dick jednak nic sobie z tych 
różnic nie robił. Pędził sześćdziesiąt mil na godzinę.
— Byczy chłop z tego czarodzieja! — krzyczał dalej Dick. — Trudno uwierzyć, że 
dziś, w wieku rakiet i samolotów takie kreatury jeszcze chadzają po świecie. Goryl, 
powiadam panu, istny goryl! Gdyby go tak zabrać do Europy i pokazywać tam na 
placach miast, doskonały business.
— No to cóż — odpowiedziałem śmiechem. — Proszę próbować. Ja radzę inny, 
przyjemniejszy interes, niech pan weźmie sobie za żonę którąś z młodych dziewczyn 
plemienia Goroa, czy pan zauważył?
— Co miałem zauważyć?
— Ano, fenomen. W przeciwieństwie do nieforemnych, typowo afrykańskich 
obwisłych piersi tutaj, w tym jedynym chyba plemieniu ma pan piersi klasycznie 
piękne, foremne i jędrne.
— Widzę, że pan doktor nie od tego, co? — zaśmiał się.
Dojeżdżaliśmy do celu. Już z daleka widniał spory tłum mężczyzn, czekali widocznie 
nas przed domostwem szefa. Rzeczywiście, rozmaitość strojów przebogata, zwłaszcza 
ubiory głów. Od hipopotamich kłów do strusich piór, od plecionych kapeluszy do 
gliną lepionych fantazyjnych fryzur. Nie było w tym żadnego ustalonego stylu ani 
formy. Zbieranina różnych okolicznych plemion. Na spotkanie nasze wystąpił opasły 
szef w towarzystwie golasa obwieszonego brudnym śmieciem, inaczej tej jego 
biżuterii nazwać nie można. Czego tani nie było! Przede wszystkim na grubym, 
kręconym (skórzanym sznurze, na samym froncie, zwieszał się ogromny, kręty róg 
antylopy wypełniony gliną albo inną tajemniczą jakąś mieszaniną. Każdy czarodziej 
Afryki ma podobny róg i nad nim odprawia swoje gusła. Prócz rogu cała pierś golasa 
obwieszona była drobiazgami magicznego pochodzenia, jak: powykręcane korzonki 
drewna, muszelki różnego kształtu, zasuszone jaszczurki i kameleony, spiralki 
druciane, muterki od samochodu, jednym słowem — kolekcja niebywała. Do tego 
czarodziej trzymał jeszcze w dłoni olbrzymi ogon koński, a raczej antylopi (bo w tych 

background image

okolicach koni nie ma). Bez takiej kity zresztą nie może się obyć żaden starszy 
Afrykańczyk, służy on do odpędzania much i komarów.
— A więc to jest mój groźny konkurent! — mruknąłem do Dicka. — Musimy go 
jakoś ułagodzić.
— Moi drodzy! — rozpoczął Dick przemowę. — Znacie mnie jako waszego „Bwana 
Miti” (leśniczy). Już nieraz dałem wam dobrze zarobić przy rąbaniu lasu. Dzisiaj 
przywiozłem wam wazungu-mganga (białego lekarza), który jest najlepszym mgangą. 
On umie czytać chorobę ze szkiełka. Patrzy przez szkiełko i widzi wszystko, co w 
sercu, co w brzuchu, co w płucach. On umie czytać nawet myśli ludzkie.
Obserwowałem spod oka, jakie wrażenie wywiera ta przemowa na słuchaczach. W 
miarę jej panegirycznych słów oczy tłumu skupiały się na mnie. Przyglądali mi się 
ciekawie z otwartymi ustami. Tylko na wargi czarodzieja wystąpił ironiczny uśmiech. 
On jeden nie dowierzał tym słowom. On jeden miał mnie w pogardzie. 
Zdecydowałem się wówczas na ostateczny psychologiczny chwyt. Wystąpiłem 
naprzód i zwracając się do czarodzieja, zawołałem głosem donośnym:
— Wasz mganga-mchawi jest wielki i mądry, dlatego leczy was skutecznie, ale 
czasami musicie przyjść do mnie i wasz mganga musi także przyjść do mnie, żeby 
spojrzeć przez szkiełko. Ja nie chcę od was pieniędzy — chcę tylko wam pomóc. Na 
dowód mojej siły mogę uczynić, co tylko chcecie. Mogę wydrzeć w tej chwili sobie 
albo wam oczy. Mogę oberwać uszy... mogę wyjąć zęby... Nie wierzycie! Oto one! — 
krzyknąłem głośno, ruchem szybkim wyjmując sobie dolną protezę, po czym 
uniosłem ją w górę wysoko ponad głową.
Efekt był piorunujący. Tłum zakołysał się i oglądając się poza siebie, jął przezornie 
się cofać. Tylko czarodziej stał dalej niewzruszony. Wówczas zaszło coś najmniej 
spodziewanego. Oto Dick, ten młody, zdrowy, czerstwy Anglik, spojrzał na mnie 
wesoło, mrugnął porozumiewawczo okiem, po czym ruchem błyskawicznym 
wyłuskał sobie z ust obie sztuczne szczęki i uniósłszy je ponad głowę, jął nimi 
grzechotać co sił w powietrzu.
Tego już jak na prymitywny umysł zgromadzonych widzów było za wiele. Pierwszy 
wrzasnął czarodziej i całym pędem puścił się do ucieczki, a za nim jego wierny tłum. 
W kilkadziesiąt sekund plac opustoszał, zostaliśmy tylko we dwóch. Nawet opasły 
nasz szef na wszelki wypadek podreptał drobnym truchtem i przezornie znikł w 
drzwiach swego domu, skąd, zdaje się, obserwował bieg dalszych spraw.
Nie czekaliśmy długo. Byłem najzupełniej pewien dobrych skutków tej naszej 
dyplomatycznej wizyty. Przez całą powrotną drogę Dick raz po raz parskał 
niehamowanym, łobuzerskim śmiechem.
— Kapitalny kawał! — wołał. — Do końca życia nie zapomnę wyrazu ich twarzy. 
Skąd panu doktorowi przyszedł tak znakomity pomysł?
— A skądże, u licha, panu w tak młodym wieku zjawiły się obie szczęki sztucznych 
zębów?
— Rzecz prosta. Dostałem kiedyś bólu w żołądku, poszedłem do doktora. Zbadał i 
powiada, że niczego znaleźć nie może, więc prawdopodobnie mam jakieś ognisko 
ropne w zębach. Ja do dentysty. Ten z kolei zbadał, prześwietlił, co trzeba, ale 
niczego nie znalazł. Powiedział, że to jakaś ropa ukryta.
„Ano to rwij pan wszystko — mówię. — Będę miał święty spokój. No i wyrwał. 
Teraz rzeczywiście mam Święty spokój. U nas w Anglii na ogół dentyści nie lubią 
leczyć. Dlatego większość nawet młodych nosi sztuczne zęby. No i widzi pan, 
doktorze, dziś się one panu przydały. Jestem głęboko przekonany, że rano zjawi się u 
pana wielki czarodziej — mchawi Wando-yobo z czołobitną wizytą.
Pożegnałem Dicka na progu swego szpitala. Musiałem jeszcze odbyć poobiedni 
obchód chorych. 

background image

— Panie doktorze, Nakumeni obwiesił się! — zameldował mi starszy sanitariusz, 
kiedy wróciłem z wyprawy. 
— Jaki Nakumeni?
— Jeden z tych sizalowych robotników niedawno utrudnionych, trzeba, aby pan 
doktor stwierdził jego gon.
 Straszliwie nie lubię tych wszystkich policyjnych formalności, w całym swoim 
lekarskim życiu wykręcałem się, jak mogłem, od widoku trupów.
— Gdzież on jest? — zapytuję.
— A wisi sobie tam niedaleko, na drzewie.
— No to zdejmijcie i przynieście go tutaj, za chwilę wrócę.
Upłynęło parę godzin, zanim wróciłem. Byłem bowiem zajęty czymś innym. Zwłoki 
zastałem pod ścianą przykryte jakimś workiem. Odchyliłem rąbek. Znałem tą twarz. 
Przychodził do mnie często po rozmaite lekarstwa.
— A więc ten stary nazywał się Nakumeni... — mruknąłem, żeby coś powiedzieć. — 
Zabierzcie go i pochowajcie.
Stanowczo nie nadaję się do pełnienia służby lekarza urzędowego. Nie znosiłem 
medycyny sądowej i za czasów uniwersyteckich uciekałem z jej wykładów. Do-
tychczas każdorazowe zbliżenie się do śmierci wytrąca mnie z równowagi. Wówczas 
również nie mogłem do niej przez czas dłuższy wrócić. Kolacja mi nie smakowała. 
Nic prawie nie jadłem.
— Co się stało? — pytała żona, ale nie chciałem jej opowiadać. Komu potrzebne te 
wisielcze historie.
W nocy także nie mogłem jakoś zasnąć. Śliczny, wypolerowany księżyc w asyście 
miliarda tropikalnych gwiazd oświecił rozprażone niebo. Pióra palm nawisłych ponad 
oknem cedziły ten blask poprzez sito swoich fantazyjnych, postrzępionych liści. 
Nieruchome powietrze dławiło. Wstałem, aby się trochę przejść, żeby zaczerpnąć 
tchu, którego brakowało.’ Była to najgorsza pora suszy.
Pójdę skontrolować pracę dyżurnego sanitariusza w szpitalu — przemknęło mi przez 
myśl. — Pewno śpi w najlepsze, zamiast czuwać nad chorymi.
Jak mogłem najciszej, podkradłem się do frontowych drzwi szpitala. Chciałem go 
przyłapać na lekceważeniu obowiązków. Drzwi zastałem otwarte. Za progiem, w 
przedsionku na podłodze, w smudze księżyca, oparty plecami o ścianę, siedział jakiś 
chudy starzec, na mój widok zaczął wolno się podnosić. Struchlałem. Nogi odmówiły 
mi posłuszeństwa. Stałem nieruchomo, wpatrzony w tę zjawę. Nie, na pewno się nie 
myliłem. Nie mogłem się omylić. To był on — dzisiejszy wisielec.
W tym właśnie momencie wsunął się gdzieś z boku mój nocny dyżurny sanitariusz.
— Widzi pan doktor — rzekł wesoło — to nasz Nakumeni, my już chcieliśmy go 
pochować, a on wstał...
Chyba nie wisiał? Kłamaliście?! — zawołałem ciekły, jakby zły na to „niepotrzebne” 
zmartwychwstanie.
Żebym tak zdrów był, bwana mkubwa! Żeby mój zdrów był i jego matka, jeślim 
kłamał. On naprawdę wisiał, i to wisiał rzetelnie, ale ożył i cóż na to powiesz? — 
dodał z ciężkim westchnieniem. No to chwała Bogu, że ożył... — dodałem 
pośpiesznie, aby złagodzić pierwsze wrażenie. — Daj mu zazastrzyk kamfory i 
witaminy, a od jutra musimy go jeszcze karmić. Niechaj tutaj nie siedzi, zabierz go 
raz do łóżka.

background image

Skok o tyczce

Wydaje mi się, że przed chwilą byłem w Etiopii, a przed kilku dniami wędrowałem 
przez busz Tanganiki, Ugandy czy Kenii. Czas przestał się liczyć jako miarodajny 
czynnik, wszystko zależy od natężenia przeżywanych wrażeń, jedne ulatują bez śladu, 
nikną z pamięci, inne zostają na zawsze, a przez to bliższe są w czasie i przestrzeni. 
Trudno uwierzyć w to, ale naprawdę jestem już w Afryce Zachodniej. Kto by po-
myślał. Niesamowity jakiś bałagan w moim podróżniczym planowaniu, brak 
konsekwencji. Zresztą zawsze mi jej brakło. Ale mówiąc otwarcie, czy to wielka 
rzecz? Skok o tyczce poprzez cały afrykański kontynent ze wschodu na zachód, za 
jednym zamachem, czyż to nie wspaniałe? Właściwie z wielkim powodzeniem mógł-
bym dalej snuć swoje opowieści włóczęgowskie i żaden z czytelników nawet by się 
nie spostrzegł, że to nie Afryka Wschodnia. Widoki te same, ludzie tegoż samego 
koloru. Nawet sępy-śmieciarze jednako się plączą pod nogami. A zresztą — mój 
Boże! — jakaż różnica dla czytelnika, czy dana miejscowość nosi nazwę Huli-Popo, 
czy Popo-Huli? Czy leży ona w Nigerii czy w Kongo? Najważniejsze, aby leżała w 
jakiejś egzotycznej krainie i żeby obrazek był wierny pod względem przygody i 
obyczajowości. Ot, na przykład w tym momencie: siedzimy sobie przy ognisku, 
popijając z tykwy lokalne piwo. Muchy nieznośne, natrętne, obrzydliwe, roz-
wydrzone brakiem sanitarnych urządzeń oblepiają twarz, a szczególnie oczy i 
nozdrza, tak że żadna siła nie potrafi ich odstraszyć, są rozpuszczone i oswojone 
niczym gołębie na placu Św. Marka w Wenecji albo na , placu Trafalgar w Londynie. 
Co prawda, szef plemienia - Lobi ofiarował mi swój piękny chwast z ogona antylopy, 
ale macham nim przed nosem i macham, a muchy nic sobie z tego nie robią.
— Tu proszę pana — przemówił nagle szef — zupełnie inaczej było dawniej. Ludzie 
szanowali szefa. On dla nich był więcej niż ojcem. Posłuch był, spokój, dyscyplina! 
Każdy wiedział, co ma robić i dlaczego, a te wyznaczają nam jakiegoś „komisarza”, 
jakby szefa, on obcy, nietutejszy. Jakże może być obcy szef? No, niech pan sam 
powie, czyż to nie głupie?
— Hm — bąknąłem byle coś bąknąć.
— On jest ze szczepu Akan, z południa, znad morza. My ich nigdy nie lubiliśmy. 
Dawniej to kiedy omyłkowo taki do nas zabłądził, to go zamykaliśmy do komórki na 
zapas, na okazję... aż się mu głowę utnie...
— Jak to... utnie? — zdziwiłem się.
— Zwyczajnie — odrzekł szef — przy okazji.
— Cóż to za taka okazja?
 — Kiedy jakiś szef umrze. Bo u nas, uważa pan, każda wieś ma swego szefa, a nad 
nimi wszystkimi panuje Paramont-szef, taki jak ja.
— Więc jeśli któryś z tych małych szefów umrze — podpowiedziałem — to jest 
okazja do ucinania łba?
— Właśnie, właśnie... jakby pan zgadł — potwierdził szef. — Bo nasi przodkowie 
muszą na czas wiedzieć o tym zdarzeniu, żeby zmarłego godnie przyjąć do swego 
grona. Jeżeli szef był znamienitą osobą, to się wysyłało kilku takich posłańców na 
tamten świat.
— Nie bardzo rozumiem, co ma wspólnego ucięcie głowy z rolą jakiegoś posłańca na 
tamten świat?
— No, rzecz bardzo prosta. Najstarszy z rodziny zmarłego szepcze do ucha takiego 
wybrańca wszystko, co trzeba powiedzieć na tamtym świecie naszym przodkom, 
jednym słowem, daje zlecenie, a potem nożem pod gardło i już po wszystkim. 
Posłaniec jest na tamtym świecie.

background image

— Rzeczywiście, rzecz to krótka i nieskomplikowana — stwierdziłem.
— No widzi pan! — zawołał radośnie szef i kładąc obie pulchne dłonie na mocno 
wypuczony brzuch, trząsł się od paroksyzmów śmiechu. — I na ten cel właśnie my 
zbieramy w swoich komórkach takich zabłąkanych przechodniów. Nikt ich nie zna i 
nikt ich nie będzie szukać.
Słuchając tych szef owych opowieści, myślę sobie: co kraj, to obyczaj. W tamtej 
Afryce, Wschodniej, tego nie było. Przynajmniej tego nie spotkałem.
— Dzisiaj chyba nie wysyłacie już posłańców na tamten świat? — spytałem.
— Trudniej z tym — mruknął szef wyraźnie niezadowolny. — Ale — dodał spiesznie 
— jakoś sobie radzimy.
Stanęła mi w oczach historia opisana przez słynnego angielskiego podróżnika i 
odkrywcę Barkersa, jak to wysyłano podobnych posłańców w zaświaty na dworze 
króla Dahomeju. Wówczas odbywało się to uroczyście z orkiestrą bębnów i z 
przystrajaniem ofiar w kolorowe szaty. Jednak — pomyślałem — obyczaje się nieco 
temperują.
Szef Lobi mieszka niedaleko mojej stałej siedziby, więc składam mu częste wizyty 
służbowe. Ale bliskość w stosunkach afrykańskich także nie odgrywa zbyt wielkiej 
roli. Miasto Tamale leży ode mnie około 270 kilometrów, i to bardzo paskudnej 
drogi, tam właśnie robimy z żoną zakupy. Raz albo i dwa na miesiąc. Na tej drodze 
leży rzeka Biała Wolta, słynna z endemii filarii, choroby prawie nieuleczalnej, 
powodującej ślepotę i słoniowaciznę. W porze deszczowej Wolta jest szeroka i 
bystra. Na drugą stronę przewozi motorowy prom, ale w sezonie suchym woda opada 
i wówczas poprzez wąską stosunkowo strugę przerzucają metalowe przęsło mostowe. 
Przez ten most właśnie w tej chwili przejeżdżam i tuż za nim skręcam samochodem 
na cementową, starą, popękaną płytę, prawdopodobnie pozostałość po dawnym 
promie. Tu stawiam auto bokiem o rzeki, żeby zasłaniało nas od wiatru. Dalej każdy z 
wie, co ma robić; ja rozkładam dwa polowe łóżka, żona przygotowuje pościel i 
moskitiery. Oba łóżka przysuwamy jak najbliżej do samochodu, następnie wtykamy 
w drzwiowe szczeliny patyki i na nich zawieszamy moskitiery. Robota idzie 
automatycznie. Gdy wszystko gotowe, śpieszymy do kąpieli. Jest pełnia księżyca, 
rzeka lśni żywym srebrem. Ale te krokodyle???
Zwykłe krokodyle unikają zgiełku. Przy mostach i promach można się śmiało kąpać. 
Tak jest w dzień, gdy panuje ruch. Co się dzieje w nocy, kto może przewidzieć? 
Pewnie wówczas krokodyle rozpoczynają wędrówki i spacery? Woda w Wolcie 
mętna, nieprzezroczysta. We dnie kąpiel wygląda inaczej niż w nocy. Sytuacja tym 
bardziej niepewna, że do wody trzeba wchodzić ze śliskiej skały i od razu w głębię.
Właśnie rybacy wracają z połowu. Ciężkimi łopatami pchają klecone z desek, 
płaskodenne czółna.
Od rzeki niesie wilgotnym chłodem. To pora harmatanu — afrykańskiego halniaka. 
Duchota dnia topnieje wraz ze słońcem. Małe muszki otaczają bezgłośną chmarą, aby 
tylko złośliwie pokąsać i zaraz odlecieć, im także czas spać. Jedno pechowe 
ukąszenie może nas kosztować życie albo ślepotę. Te właśnie małe muszki to 
Simulium — roznosiciele filarii. Ruch samochodowy ustał. Rybacy wrócili. Cisza 
przedwieczorna zaległa nad rzeką. Gdzieś z bardzo daleka słychać gwar wioski i głu-
che bicie stęp. To kobiety ubijają swoje fu-fu, czyli kukurydziane ciasto, narodową 
potrawę Afryki Zachodniej. Zwierząt żadnych nie ma. Wszystko już dawno 
wytępione. Hipopotamy także uciekły.
Gdy noc zapada na dobre, drapię się na wysoki brzeg do wioski po smażoną rybę. Na 
małym klepisku, przy samej drodze rozsiadły się czarne przekupki. Przed każdą tkwi 
na wysokich nóżkach żelazny kosz żarzących się węgli. Na jego drucianym ruszcie, w 
orzechowym tłuszczu wspaniale rumienią się ryby. To nic, że każdy klient zanim rybę 

background image

kupi, na wszystkie strony ją obmaca, a przekupka jeszcze poprawi. Płomień zarazki 
przepali, a żadna z europejska przyrządzona ryba nie miała i mieć nie będzie takiego 
niebiańskiego smaku. Zaopatrzony w doskonałą kolację, klucząc wśród płonących 
ognisk wioski, nie śpiesząc wracam do samochodu. Odwlekam powrót, jak mogę, bo 
cóż teraz robić? Komary tną, więc trzeba włazić pod moskitierę. Lampy nie ma. 
Godzina wczesna — spać się jeszcze nie chce.
Wioska została daleko za mną. W dalekiej perspektywie szkarłatnią się węglowe 
piecyki. Na purpurowym ich tle czernią się karykaturalnie wydłużone ludzkie cienie. 
W tym właśnie momencie na przeciwległym brzegu rzeki, spoza górki wyłania się 
olbrzymia tarcza księżyca. Jej blask zygzaczy się wolno poprzez dygocącą wodę.
Układamy się na polowych łóżkach przykryci woalem białej moskitowej siatki, 
nadaje ona otaczającemu światu nienaturalne, dziwne kształty, jakby się patrzyło 
poprzez przymglone szkła. Temperatura powietrza teraz, późnym wieczorem jest 
najmilsza, koi nerwy, orzeźwia płuca. Od rzeki idzie niezastąpiony, jedyny w świecie 
zapach wilgoci. O siatkę leciutko terkocą uderzenia muszek. Błoga beztroska 
przysypana gwiazdami. Wokół srebrzące się w księżycu, miękkie, przytulne plamy 
piasku. Jakieś chrząkania w oddali. Czyżby hipopotamy? Podobno w tamtej stronie 
rzeki jeszcze Się pytają.
Jakże przyjemnie wstawać tuż przed świtem, kiedy zmierzch nie zdążył rozproszyć 
mroku. Kiedy niebo dostaje rumieńców, a ryby pluskają na powitanie słońca. Nawet 
rybak w czółnie stara się wody nie mącić. Wkłada wiosło powoli i z ostrożna. Świat 
się nie rozruszał jeszcze z podrzemkowej drętwoty. Trzeba się śpieszyć w drogę, 
zanim murzyńskie autobusy nie ruszyły z Taimale, gdyż będzie straszliwy kurz.
Wjeżdżamy do miasta w czas największej gorączki. Szeroko rozrzucony bazar otacza 
czworobok niskich szanych straganów. Rękodzielnictwo niestety zapchane w 
najodleglejszy gdzieś kąt. Trzeba więc koniecznie minąć te stosy błyszczących 
rupieci: aluminiowe piramidy garnków, kwieciste japońskie perkaliki i plastykowe 
sandały, kolorowe grzebyki i wzorzyste filiżanki z emalii. Trzeba mieć wzrok bystry, 
a i niuch dobry, żeby wyczuć kierunek marszu i nie przegapić tego, co stanowi do 
dziś jeszcze duszę każdego północnoafrykańskiego jarmarku. Najlepiej kierować się 
zapachem garbowanych skór.
Otóż i one. W oddzielnych, dość przestronnych stoiskach siedzi po dwóch albo trzech 
szewców, oczywiście w kucki i na ziemi. Obok wiązki jaskrawo barwionej skóry. W 
rękach trzymają jakiś przeplatany kolorami sandał lub torbę, na gwoździu zaś wisi 
para butów do konnej jazdy. Są gotowe, ale nie podzelowane. Czasami mignie suto 
haftowany czaprak, aplikowany skórą w esy-floresy. Gdy uważnie przejrzysz towar, 
to i szablę wyłuskasz z safianowej pochwy albo i nóż jaki piękny. Nikt ci tego nie 
będzie pod nos sadził ani zachwalał. Nie z młokosami masz tu do czynienia, co 
europejską tandetę sprzedają. Tu są solidni rzemieślnicy. Ludzie starsi, najczęściej 
sędziwi. Znają swoją godność. Nie reklamują się. Milczą. Sam musisz o siebie dbać, 
sam towaru szukać.
Po drugiej stronie tejże ulicy rozłożone kilimy. Przybyły tu w tobołach na głowach 
domokrążców. Przywędrowały od strony tajemniczego Timbuktu, czyli od miasta 
tysiąca legend, gdzie wielka, niebieska rzeka Niger wsiąka w żółty piasek Sahary. Na 
wąskich warsztacikach tkackich pracują wysokiej klasy specjaliści. Sami wiją nici, 
sami je barwią roślinnymi farbami, sami tkają w długie, cienkie paski. Kilimy, na 
których trzeba się znać, żeby nie paść ofiarą imitacji. Jeden znany ekspertom kolor 
już cenę dziesięciokrotnie podwyższy.
Na bruku między straganami siedzi starzec — mistrz od srebrnych wyrobów 
jubilerskich. Rzadki to ptak w tutejszych stronach. Piękne ma rzeczy wytapiane i 
kute: bransolety ciężkie, masywne, kręcone ze srebrnych prętów. Pierścienie 

background image

ogromne, wypukłe, stare, a nowoczesne w kształtach.
Bliżej płotu znajdziesz stragany „dżudżu”. Najróżniejsze rozłożone na płachcie 
workowej, pomocne w chorobach fetysze. Można je nabyć z porady znachora. Ale 
jeśli takowej ze sobą nie otrzymałeś, doradzi sam sprzedawca, stary dżudżumen, czyli 
czarownik. Siedzi on na skrzyżowanych piętach sarkastycznie obserwując, jak 
gmerasz palcami w jego śmietniku. Nie protestuje. Tu możesz robić, co się żywnie 
podoba, tutaj zawsze klient to pan, jaki by nie był: czarny czy biały.
A więc wybieram zasuszonego kameleona, dwa zęby krokodyla, ogon jakiegoś 
ptaszka, kilka starych ręcznie szlifowanych paciorków i... parę główek czosnku, bo 
takiego specjału nigdzie więcej dostać nie można.
Z targu warto pojechać do miejscowego hotelu, gdzie przed jego werandą, pod 
rozłożystą koroną drzewa siedzi zawsze paru kupców-domokrążców. Sprzedają oni 
upominki turystom. Nie wolno ich lekceważyć. Śród banalnej a nieciekawej tandety 
zaplątać się mogą przedmioty rzadkiej wartości. Ci ludzie wędrują po całej Afryce 
Zachodniej zbierając, co się tylko da. Cenniejsze przedmioty schowane są dla 
„lepszej” klienteli, trzeba się o nie specjalnie dopominać. Niejeden eksponat nabyłem 
z ich rąk.
Nie znoszę miasta. Nawet taka dziura, takie maleńkie Tamale drażni mnie i męczy, 
ach, z jakąż rozkoszą mijam ostatnie domy, zagłębiając się ponownie w cudowną 
monotonię afrykańskiego buszu. Nic właściwie pięknego w nim nie ma, jest raczej 
uosobieniem brzydoty: pokracznie karłowate krzewy, fantastycznie sprężone w 
jakimś paralitycznym letargu, i na tle tego cmentarnego parku porozrzucano 
olbrzymie, rudoczerwone pomniki termitier. Łącznie z wysuszoną trawą wszystko tu 
beznadziejne jest i smutne. A jednak właśnie busz ma w sobie niewysłowiony urok. 
Przywiązuje do siebie, pociąga. Może sprawia to przestrzeń nieograniczona, 
rozmaszysta, szeroka, rozrzutna. głęboko się oddycha — daleko się patrzy. 
Droga do Daboy nie różni się od innych afrykańskichczerwonoruda przedziera się 
poprzez najtypowszy busz, od czasu do czasu nanizują się paciorki okrągłych, 
takichże czerwonych chat, o stożkowatych, słomą krytych dachach. Ta droga 
prowadzi do mostu, który trzeba koniecznie przejechać, a skoro „koniecznie”, więc 
nie wchodzi w rachubę jakość, stan, moc, bezpieczeństwo i w ogóle tego rodzaju 
bezsensowne warunki. Jeżeli słupa zabrakło, trzeba ten słup wykombinować.
Jeżeli pokrycia deskami ,brak, wówczas same belki wystarczyć powinny. Skoro 
przejechać się m u s i, to nie ma gadania! Tak też jest i w tej chwili. Stwierdziłem, że 
most przestał istnieć. Ostatni sezon deszczowy zabrał wszystkie deski. Pozostał 
jedynie szkielet. Ha. Więc cóż robić?
Łamię długą trzcinę. Mierzę nią rozstęp kół samochodu, następnie mierzę rozstęp 
wzdłużnych belek szkieletu mostowego i — o dobry mój losie! Oba te wymiary 
zgadzają się. Więc nad czym tu się zastanawiać? Podjeżdżam pod sam most. 
Wysiadam. Sprawdzam, czy koła przednie są prawidłowo nastawione. Wracam do 
kierownicy. Żona przechodzi po belce na drugą stronę rzeki. Teraz pozostaje 
dokładna obserwacja ruchów jej ręki.
Powoli, z namaszczeniem, z sercem w gardle, a duszą na ramieniu... — przejeżdżam.
Most wzięty. Czeka mnie jeszcze powrót. To Afryka. Jeszcze kilka mil, ostry wjazd 
do góry i wspaniały widok... U naszych stóp, to znaczy przed samochodem znowu 
rzeka Wolta. Dalej przejazdu nie ma... Hop, hop!” — trzeba wołać. Na przeciwległym 
brzegu odpowiedzą, gdyż od wczoraj czekają. Muszą czekać. Starszy sanitariusz 
Sulley — syn wielkiego szefa plemienia Dagomba — czekać na mnie musi, takie to 
już demokratyczne czasy.
Wysoki, rasowy, o małych wąsikach i szerokich skułach przypomina raczej 
mieszkańca północnych Chin. Jest wybitnie służbisty i zdyscyplinowany. W konwer-

background image

sacji z nim nie należy się spodziewać innych odpowiedzi jak tylko: yes, sir i no, sir.
Za chwilę rybackim korytem przeprawimy się na drugą stronę. Przede wszystkim 
należy złożyć oficjalną (wizytę szefowi miasteczka. Każdą pracę trzeba zaczynać od 
kurtuazji. Afryka jest wybitnie drażliwa.
Do „pałacu” szefa nie wolno wchodzić bez uprzedniego zaanonsowania. Po kilku 
dopiero minutach zjawi się sługa i zaprosi do środka. Wielki szef Daboy każe na 
siebie cierpliwie czekać. Sala audiencyjna, jak i cała reszta pałacu, klejona jest z 
gliny. Strop niski, ale izba obszerna. Pod jedną ze ścian tronowe podwyższenie, na 
nim skórzane pufy. Żadnych innych mebli. Pod drugą, przeciwległą, ścianą dwa 
ogromne sygnalizacyjne bębny.
A oto i sam szef. Przed progiem, muzułmańskim obyczajem, zrzuca z bosych stóp 
sandały. Za szefem wciska się gromada starszych osobników. Szef nigdy nie bywa 
samotny. Jest stale otoczony świtą doradców.
— Antire! — zaczął mój asystent Sulley.
— Na! (dziękuję) — odpowiedział szef owy tłumacz, gdyż mało który szef 
pospolituje się przemawianiem bezpośrednio. Nie należy to do dobrych obyczajów. 
Do wiernych mówi się za pomocą pośrednika, do którego szef mruczy półgłosem, a 
on dopiero powtarza przemowę.
— Aba bewola! — kontynuuje mój Sulley.
— Na — odpowiada szef. Wiem, że te tradycyjne powitania potrwają dobre kilka 
minut, oglądam się więc tymczasem na boki, badając wzrokiem otoczenie. Nic 
ciekawego. Ściany gładkie, lepione z gliny, żadnych obrazków, sufit takiż gliniany 
podparty krokwiami,. Najbardziej atrakcyjne są twarze doradców o rysach 
chamickich, orlich nosach, krzaczastych brwiach i sępim wzroku. Widocznie są to 
przybysze z północnych stron.
— Amma bewola! (jak się ma twoja matka?) — przemawiał tymczasem Sulley.
— Na — burczał przez tłumacza szef i dalej szła przepisowa rozmowa.
Wreszcie litania dobiegła końca. Towarzystwo z wyraźną ulgą westchnęło. 
Obyczajom stało się zadość, teraz można przystąpić do rzeczy.
— Mój drogi szefie — zacząłem głosem uroczystym. — Znasz minie, nie pierwszy 
już raz przychodzę tutaj ze swoimi ludźmi, żeby leczyć twoich poddanych. Teraz 
pragnę twojej pomocy w zwoływaniu opornych, bez ciebie nie zrozumieją korzyści, 
jakie płyną z lekarstw. Ty wiesz, jacy ludzie bywają niemądrzy.
Sulley jest doskonałym mówcą i sugestywnie gestykulując, gęsto ilustruje moje 
słowa. Zresztą nie potrzebuje już mnie słuchać, zna na pamięć wszystkie nasze 
zawodowe prośby i powitania, dziękczynienia i pożegnania.
Szef także nie gorzej od niego zna treść tych przemów.
Więc gdy formom stało się zadość, przechodzimy na bardziej poufały ton, szef 
pochyla się do mnie i szepce:
— Pan doktor zaraz jedzie do Jabun?
— Tak jest, jadę.
— Mógłby pan łaskawie przywieźć mi stamtąd od brata jeden worek kukurydzianego 
ziarna?
Któż by szefowi odmówił, znakomita okazja do zadzierzgnięcia bliższych stosunków.
— Ależ z największą przyjemnością — zawołałem, zrywając się z miejsca, bo jeden z 
szef owych synków ukłuł mnie w tym momencie w pośladek.
— Ci malcy to synowie waszej dostojności? — zapytuję, siląc się na uśmiech.
— Tak, moi — odpowiada szef dumnie.
— A wielu ich razem? — pytam.
— Czterdziestu siedmiu i siedemnaście córek.
— Z jednej żony?

background image

— Nie, gdzieżby, z trzydziestu siedmiu.
— Oho! — chrząknąłem mimo woli — chciałbym mieć takie zdrowie.
Wizyta się kończy. Właśnie olbrzymi drab wywleka bębny na podwórko, żeby nadać 
ostatnie rozkazy dotyczące współpracy ludności z naszą sanitarną ekipą. Przy 
głuchych tonach bębnów odchodzimy z Sulleyem do naszego Land-Rowera. Czeka 
nas wędrówka ciężka i daleka, bez drogi przez busz. Szofer, zaprawiony do tego 
rodzaju przepraw, nic sobie nie robi z drzew na drodze. Łamie je, a częściej przygina 
do ziemi zderzakiem i sunie dalej po nich niby tankiem. Swoją drogą Land-Rower to 
doskonały wynalazek: pozornie mała pchła, a taka silna. Przekonałem się wkrótce, że 
drzewa i krzewy to najmniejsze z przeszkód. Dziwnie są giętkie i ustępują grzecznie z 
drogi. Gorsze są zwykłe kępy trawy, wysokie i mocno wrośnięte w glebę. Środkiem 
brać ich nie można, kołem objechać trudno. Przechylamy się więc na boki, niby w 
motorowej łodzi na falach. Ale Land-Rower ma świetną równowagę. Tak jadąc krok 
za krokiem, balansując biodrami, chwytając się dłońmi szyb, przebrnęliśmy ze 
dwadzieścia mil, aż cierpliwy szofer stracił panowanie. Zakląkł siarczyście. Dalej 
jechać nie sposób. Jakby ktoś bardzo złośliwy usypał wał z kamieni. Mowy nie ma o 
przedostaniu się na drugą stronę. Istny chiński mur. Cóż robić? Wysiadamy.
— Jak jeszcze daleko? — pytam.
— Bliziutko, kilka mil zaledwie.
— Ale jak potem odszukać ten samochód w buszu?
Sulley uśmiechnął się pod wąsikami. Pomyślał pewnie: „głupi”, bo jakże można nie 
trafić? Dla człowieka buszu taki problem nie istnieje. Nosem czują kierunek.
Idziemy gęsiego, Sulley prowadzi.
— Słyszałem, że się pan ożenił niedawno... — zacząłem, żeby coś mówić.
— Tak, przed tygodniem — odpowiedział.
— Pierwsza żona? — spytałem, przypominając sobie, że Sulley jest mahometaninem.
— Nie, czwarta — odpowiedział.
Korciła mnie od dawna tłumiona ciekawość, jak ci ludzie radzą sobie z taką liczbą 
żon. Nie miałem nigdy lepszej sposobności niż teraz. Z Sulleyem łączą mnie 
serdecznie życzliwe stosunki.
— Panie Sulley! — zacząłem — jakże to u was jest, czy każdorazowo pan woła 
którąś żonę, czy same wiedzą, kiedy mają przyjść?
— Same wiedzą. Co drugą noc zmiana. Sprawiedliwie — odrzekł poważnie.
— I pan tak może niby w zegarku, regularnie i na zawołanie? — zwątpiłem.
— Widzi pan, w praktyce to się rzadko zdarza, aby pan miał więcej niż jedną lub 
najwyżej dwie baby, reszta bezużyteczna...
— Jak to bezużyteczna?
— No bo zachodzą w ciążę i od szóstego miesiąca już spać z taką nie można. 
Obyczaje nie pozwalają. Potem przychodzi na świat dziecko, no i trzeba znowu 
czekać aż do dwóch lat...
— Dlaczego aż do dwóch lat? — zdumiałem się.
— Bo u nas taki zwyczaj. Nie tylko u nas, ale prawie we wszystkich plemionach 
afrykańskich trzeba czekać dwa lata, żeby różnica wieku między jednym dzieckiem a 
drugim nie była mniejsza niż trzy lata. Poprzednie dzieci muszą być od razu zdolne 
do pomocy matce przy następnym rodzeństwie. Muszą być dostatecznie silne, żeby 
dziecko unieść z ziemi.
— Trzyletni bachor? — mruknąłem niedowierzająco.
— A naturalnie. Czyż pan nie widział zupełnie małych dziewczynek z maleńkim 
kalabaszem na głowie niosących za matką wodę z rzeki? Czyż pan nie widział 
takichże dziewczynek dźwigających niemowlę? U nas dzieci od najwcześniejszego 
dzieciństwa pracują z dorosłymi, a raczej bawią się w pracę.

background image

— My tak gadu-gadu, mila za milą i żadnych zmian. Obawiam się, że to jeszcze 
bardzo daleko — zauważyłem.
Sulley stanął, podniósł głowę, spojrzał w niebo, potem dookoła. Nadstawił uszu, coś 
posłuchał, wreszcie zadecydował:
— Zostało jeszcze tylko parę mil.
— Tak samo pan mówił przedtem... „kilka mil”, ja znam te wasze afrykańskie nie 
kończące się mile, ale skąd. pan może wiedzieć? Czemu pan nosem pociąga?
— Ot, widzi pan, w stronę Jabun idzie się do Wolty. Im bliżej do rzeki, tym większa 
wilgoć, można ją wyczuć w powietrzu, a także i na krzewach.
— W każdym razie dalej nie pójdę, zanim czegoś nie przegryzę, jestem diablo 
głodny.
To mówiąc, obliczam w myślach, ile kanapek mam w torbie, czy wystarczy herbaty w 
termosie. Żona obliczyła tylko na jeden posiłek dla jednej osoby, tymczasem trzeba 
będzie towarzysza częstować. Żaden Ghańczyk nie zje samotnie, żaden Ghańczyk 
puszczając się w podróż nie zabiera ze sobą jedzenia. Po co? Wszędzie dostanie jeść 
za darmo. Sulley też nie zabrał ze sobą kanapek ani wody. On — człowiek tutejszy — 
je i pije to, co inni. Je palcami, a pije z kalbaszu żółtą ciecz z przydrożnej kałuży. Ja 
tymczasem za Boga nie wypiję takiej lury i za Boga nie skosztuję gniecionego 
brudnymi rękami ciasta, zwanego fu-fu. Pomijając brud, żadna z tutejszych potraw 
nie zna soli, jest polewana przy tym bardzo tłustym, oleisto-pieprznym sosem. Kiedy 
dojdziemy do wsi Jabun, Sulley zasiądzie do uczty. Będzie połykał wszystkie 
miejscowe smakołyki, a co ze mną? Oddając mu teraz ostatnie kanapki i ostatnią 
filtrowaną wodę znajdę się w bardzo niewesołym położeniu. Cóż jednak robić? Nie 
mogę przecież tego wszystkiego tłumaczyć Sulleyowi. Muszę się z nim po bratersku 
dzielić. Wyjmuję więc termos i kanapki. Rozkładam wszystko na trawie, zajadamy 
sprawiedliwie. Sulley niczego nie odmawia. W jego głowie ani na moment nie 
przemkną tego rodzaju niepokoje. Zajada, popija, a ja kurczę się w sobie na myśl, co 
dalej będzie, wszakże wracamy dopiero jutro wieczorem.
Tym razem Sulley nie omylił się. Jabun leżał tuż obok.
Zastaliśmy chłopców przy robocie. Moi „chłopcy” są to technicy sanitarni wyszkoleni 
w jednym kierunku: badania i leczenia śpiączki oraz frambezji — dwóch chorób 
nagminnie tutaj występujących. Jeszcze przed kilkunastu laty były one powodem 
setek ofiar w ludziach, dziś, dzięki takim właśnie „chłopcom”, rokrocznie 
plądrującym tutejsze wsie, choroby prawie znikły. Cierpliwie, żmudnie, 
systematycznie co rok idą drużyny tych ludzi, zbrojne w mikroskopy i strzykawki, 
badając i lecząc każdego mieszkańca każdej wsi.
Dwa długie ogony pacjentów i pacjentek czekają na badanie. Oczywiście kobiety i 
mężczyźni oddzielnie. Mało kobiet samotnych, prawie każda ma w objęciach dziecko,
a drugie wisi na plecach zawinięte w chustę. Większość pacjentek jest całkowicie 
goła, z cieniutką przepaską, a częściej sznurem na biodrach. Ta przepaska albo ten 
sznur służy do zatknięcia z tyłu zielonej miotły, zastępuje ona skutecznie 
najmodniejszą spódniczkę. W krąg panuje cisza skupiona i poważna. Żadne dziecko 
nie płacze. Są zdyscyplinowane. Na buziach przestrach, oczy wybałuszone, ale 
posłusznie bez szemrania podsuwają szyje do macania gruczołów. Powiększone 
gruczoły szyjne to pierwszy nieomylny objaw śpiączki. Wprawne palce moich 
sanitariuszy biegają po mięśniach jak po klawiszach muzycznych instrumentów. 
Czasami uchwycą gruczoł, przekłują go igłą, wiercą bezwzględnie a okrutnie, aby jak 
najwięcej płynu wciągnąć do strzykawki. Mały pacjent krzywi się boleśnie, ale nie 
płacze.
Idę wzdłuż ogonka pacjentek przyglądając się z bliska wszystkim malusińskim. Są 
przeważnie dobrze odżywione. Te nieliczne wyjątki, jak w praktyce wiem, chudość 

background image

swoją zawdzięczają nie tyle ubóstwu, ile brakowi higieny i rozumu rodziców. 
Ghańczycy na ogół są ładnie i mocno zbudowani. Ich codzienne pożywienie zawiera 
widocznie wszystkie potrzebne składniki.
Na szyjach dzieci wiszą różne dżudżu, w postaci małych człowieczków 
wyrzeźbionych w drzewie albo kawałków kości. Dziecko to skarb, to przedmiot kultu 
i miłości.
Dlatego wszystkich ciekawych amuletów-dżudżu szukaj na szyjach niemowląt, są one 
stale pod opieką czarodziejów i dobrych albo złych duszków. Żadna matka nie 
sprzeda wiszącego na szyi jej dziecka dżudżu. Żadne skarby jej nie przebłagają. 
Choćbyś cały swój majątek ofiarował, fetysza nie dostaniesz. Gdybyś go dostał, dzie-
cko musiałoby umrzeć. Dżudżu jest strasznie mściwe.
Nareszcie cała wieś przebadana i moi chłopcy rozchodzą się po domach. Moi 
„chłopcy” to najzupełniej dorośli mężczyźni, z których najmłodszy liczy lat dzie-
więtnaście, a najstarszy pięćdziesiąt i pięć. Prowadzą cygańskie życie, przerzucając 
się z miejsca na miejsce. Obrana jako baza wieś służy im domem najwyżej na kilka 
tygodni. Mimo swych włóczęgowskich zamiłowań zwariowałbym chyba żyjąc w 
podobnych warunkach. Menu niewyszukane, meble spartańskie. O ile Afryka 
Wschodnia od swego zarania plecie dość wygodne łóżka, o tyle tutaj, na zachodzie, 
ludzie zwykli spać na ziemi, za jedyną pościel uznają matę.
Do jednej z lepianek wprowadzono w tej chwili i mnie. Jest to siedziba kierownika 
mojej sanitarnej grupy. Za całe umeblowanie służy stół, parę krzeseł. Za zasłoną z 
koca, przegradzającą izbę na dwie połowy, leży na ziemi duża, małżeńska mata.
Mój Sulley zadomowił się już na dobre i zajada przy stole jakieś swoje fu-fu. Zerwał 
się szarmancko i oczywiście wskazując na jedzenie zaproponował:
— Pan doktor pozwoli.
Wie szelma doskonale, że jeść tego nie będę, ale grzeczności stało się zadość. Usiadł 
z powrotem i zajada, aż mu się uszy trzęsą. Ja zaś pójdę spać głodny i głodny będę 
jutro aż do południa, kiedy to może dobrnę do pierwszego filtru i do pierwszego 
sklepu z możliwym chlebem. Swoją drogą, głupia jest ta cywilizacja.
Odwiedzam mego przyjaciela — starszego sanitariusza Akapana. Gorliwy katolik, 
jego żonę — gruźliczkę — niedawno umieściłem w sanatorium. Akapane ma liczną 
rodzinę, jest ich coś jedenaścioro czy dwanaścioro. Wchodząc na próg jego chaty, 
widzę inną młodą niewiastę. Niańczy malutkiego bachorka. Pytam, wskazując na nią 
palcem:
— Twoja siostra?
— Nie — odpowiedział bez wahania — żona.
— Jakże to — zdziwiłem się. — Wszakże jesteś katolikiem.
— O, tak — odpowiedział. — Panu chodzi o żonę? Tylko tamta żona gruźliczka jest 
żoną katolicką, ta nie.
Lubię beztroskie rozwiązywanie problemów.

Tse-tse i tabu

— Co robić z tym Brifu? — pyta mnie już chyba raz setny mój Vankumuni, a ja nie 
mogę zdobyć się na
konkretną decyzję. Cały mój rejon oczyszczony jest od I muchy tse-tse. Ogromnym 
nakładem kosztów wytrzebiło się cieniste gąszcze wzdłuż strumyków i rzek, a w tym 
nieszczęsnym Brifu wciąż i bez końca znajduję wypadki śpiączki i wiem, wiem na 

background image

pewno, gdzie się te przeklęte muchy gnieżdżą. Ale cóż robić? Jestem wobec nich 
zupełnie bezsilny. Muchy tse-tse siedzą w świętym gaiku. Są nietykalne, chronione 
zabobonem, jakby czczone. Tam też w tym właśnie gaiku bije źródło i setki kobiet 
wędrują doń z szerokiej okolicy po wodę. Są kąsane przez te muchy — roznosicielki 
choroby. Ale co robić?... Co robić? Nie mogę przecież wyciąć tego lasku, bo... tabu! 
Straszne słowo, paraliżujące wszelkie poczynania.
— Czemużeście nie wycięli tego przed dziesięciu laty, kiedy prowadzona była 
specjalna akcja? — wybuchnąłem zniecierpliwiony, jakby biedny Vankumuni był 
temu winien.
— Pan sam wie, doktorze... — odpowiedział z powagą. — Pan wie, jak z nimi trudno.
Rzeczywiście, przypomniałem sobie całą, najwcześniejszą historię tego kraju, a było 
to w roku 1482, kiedy Portugalczycy wylądowali, aby zbudować tutaj pierwszy swój 
fort. Po długich pertraktacjach miejscowy król Karamansa zgodził się na rozpoczęcie 
prac. Gdy nazajutrz robotnicy portugalscy uderzyli kilofem w skałę, powstał 
straszliwy krzyk. Tubylcy rzucili się do bitwy. Okazało się, że ta skała zamieszkana 
jest przez ducha rzeki i nie wolno go krzywdzić. Nie wiadomo, czym by się wszystko 
skończyło, gdyby nie nowe prezenty.
Ale wiem, dobrze wiem, przykład rzuca mi się w oczy każdego tygodnia, gdy mijam 
wieś Larabanga. Droga tutaj wije się zygzakami, omijając z daleka jeden głupi 
kamień. Ten właśnie kamień-dżudżu stanął przypadkowo na wytyczonej prostej 
drodze. Miejscowa ludność tknąć go nie dała. Usunięcie kamienia miało bowiem 
grozić zagładą całej wsi i śmiercią jej mieszkańców, tak orzekł najwyższy autorytet, 
największy z czarodziejów.
Wbrew wszelkiej inżynieryjnej logice droga poszła kołem i zygzakami.
Jakże więc po tych i innych bogatych doświadczeniach mógłbym tknąć święte muchy 
tse-tse w dżudżu-gaiku?
Może, ale ja nie zaryzykuję. Chcę jeszcze żyć. Świętego gaju nie ruszę. Lepiej pojadę 
pertraktować z moim najserdeczniejszym przyjacielem, kapłanem tego dżu-dżu, 
wielkim królem Brifu.
Brifu to duża wieś, liczy coś około tysiąca mieszkańców, ale jest w niej jeden jedyny 
dom, jednej i tej samej rodziny. Kamienica? Drapacz chmur? Broń Boże! Jeżeli 
koniecznie mamy go do czegoś porównywać, to raczej jest to gliniany plaster miodu. 
Tak przynajmniej wygląda z lotu ptaka. Najprawdopodobniej kiedyś, bardzo, bardzo 
dawno, stanęła tu niewielka, skromna lepianka. Żył w niej praszczur Lobi. W miarę 
lat każdemu nowo powstającemu stadłu dolepiano nową izbę albo i dwie, według 
wymagania. W ten sposób rodzinny dom Lobi rozrastał się. Z jednej izby do drugiej 
prowadzą okrągłe lub owalne otwory. Co druga izba posiada w suficie otwór 
przykrywany w razie deszczu garnkiem. Ten płaski sufit jest jednocześnie dachem, 
włazi się nań po „drabinie” od zewnątrz. Drabinę stanowi oparty o ścianę pień drzewa 
z naciętymi stopniami. U szczytu pień taki widłowato się rozszczepia, aby oparciem 
w dwóch punktach zapobiec obrotowi dookoła własnej osi. Izby z otworami 
wentylacyjnymi służą do pogawędek towarzyskich oraz drobnych robót rę-
kodzielniczych, jak przędzenie lub kręcenie sznurków. Toteż na przemian to 
mężczyźni, to kobiety zbierają się w grupki i gaworzą, nigdy, broń Boże, razem, to 
nie do pomyślenia. Żarliwe słońce Afryki w głąb tych izb nie zagląda, więc jest 
przyjemnie i chłodno. Atmosfera groty, z tą tylko różnicą, że brakuje tu stalaktytów, 
no i wilgoci. Cóż by ci biedni ludzie dali za jeden taki „podziemny” ruczaj! Tego 
właśnie tutaj brak, tego najbardziej brak Afrykanom.
Otwór do izby drugiej, czyli sypialnej, zawieszany jest brudnym workiem albo matą, 
aby nie wypuścić stamtąd drogocennego „ducha” ogniska. Nienawykły gość mruży 
od razu oczy, tak go straszliwie pieką powieki, wytrzymać wprost trudno od dymu. 

background image

Tubylcy tego nie czują. Zżyli się od dzieciństwa. Dym jest dobroczyńcą. Dym chroni 
przed komarami.
Tak więc jadę do owego plastra miodu, do tej tysiąc mieszkańców liczącej wsi Brifu. 
Szczep Lobi należy do afrykańskich ortodoksów, którzy mając w pogardzie białego 
człowieka z jego idiotycznymi wynalazkami, opierają się postępowi cywilizacji. 
Takim ortodoksyjnym szczepem Afryki Wschodniej są Masa je, tacy są Gala w 
Abisynii, a tutaj w Ghanie — właśnie Lobi. Chadzają nago (ach, jakże mądrze robią). 
Mężczyźni przerzucają przez jedno ramię skórę kozła związaną na piersi nóżkami. 
Kobiety zaś, całkiem gołe, opasują się cienkim tylko sznurkiem, żeby przytrzymać 
jakoś zawieszoną na tyłku świeżo zerwaną miotłę, taką zwyczajną zieloną miotłę, 
jaka u nas służy do podmiatania podwórka.
Lobi zamieszkują oba brzegi rzeki Czarna Wolta, stanowiącej naturalną granicę 
dwóch nowo powstałych republik: Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej. Rządzą się 
oni wyłącznie szczepowo i nawet europejskie pieniądze traktują jak zło konieczne. 
Do drobnego handlu tabaką albo nawet do kupna żony używają wyłącznie małych 
muszelek, obliczanych na tysiące. Wspaniale wygląda miejscowy targ, w atomowej 
dobie, gdzie taka para starców przykucniętych na ziemi przekłada z powagą muszelki 
z jednej kupki na drugą.
Brifu leży na krawędzi płaskowyżu. Stąd rozpościera się daleki widok na obnażoną ze 
wszelkiego drzewostanu dolinę, pustą i żółtą. Biegnie ona aż ku fioletowej linii gór, 
które stanowią właśnie przeciwległy jej brzeg. Tu u ich stóp płynie rzeka Czarna 
Wolta. Nie widać jej, zakryta jest powodzią nie dopalonych traw. Te trawy 
gdzieniegdzie tworzą wyspy suchych, ciemnoniebieskich kit. Asymetryczne 
ciemniejsze plamy tłumią oślepiający blask tropikalnego słońca odbity od tych 
złocących się łąk. Gdyby nie one, trudno byłoby utrzymać otwarte oczy.
Bydło z ogromnymi rogami wolno się posuwa dołem, a z tyłu, za nim, grupki 
czarnych golasów wypiskują bezmelodyjny rytm na drewnianych archaicznych pi-
szczałkach.
Pąsowa kula słońca opada już z bezchmurnego nieba. Trzeba się spieszyć. Jedziemy z 
Vankumunim załatwić sprawę tego świętego gaiku.
Już z daleka słychać dziwnie miękki rytm. To nie bębny, to inny jakiś instrument.
Zatrzymuję samochód na krańcu wioski. Dalej jechać nie można. Gęsty tłum zaległ 
niewielką przestrzeń przedpałacowego podwórka. Piechotą łatwiej iść, gdyż na nasz 
widok z szacunkiem ustępują drogi. Zastajemy szefa w roli wirtuoza. Wystukuje 
pałeczkami ten właśnie dziki rytm na olbrzymim ksylofonie, a właściwie, mówiąc 
fachowo: „balofonie”, pod każdą bowiem deseczką wisi tykwa, służąca jako 
rezonator. One to wzmacniają i pogłębiają ton. Szef musiał już sporo podpić, twarz 
ma czerwoną, a jego małe oczka świecą w zatłuszczonych policzkach jak dwa 
skarabeusze z nefrytu.
Szef podniósł głowę, uśmiechnął się i dalej gra, wyraźnie popisuje się przede mną 
zdolnościami. Udaję więc zachwyt, chociaż ani rytm skomplikowany, ani melodia 
wcale mi nie odpowiadają.
— W dobry czas przybywamy — szepcę do Vankumuniego. — Szef podchmielony, 
w dobrym humorze.
— Na cześć pana, doktorze, moje żony zatańczą! — zawołał szef przekrzykując hałas 
i ruchem brody wskazał na rząd starszych kobiet ustawiających się już gęsiego, jedna 
za drugą. Nie przypuszczałem, że mogą być aż takie brzydkie i stare. Może się szef 
omylił? Chyba to jego matki.
Cztery staruchy chude, wyniszczone, z sutkami do pasa, lekkim podrygiwaniem 
wyrażały już wielką ochotę. Szef uderzył mocniej w ksylofon i zaczął się szaleńczy, 
pełen werwy i siły taniec. Zadarły i wyprężyły głowy, aż na szyjach uwypukliły się 

background image

żyły. Opuszczone, wyprostowane ku dołowi ramiona sprężyły się w ekstazie. Na 
sztywnych, prostych nogach jęły podskakiwać, dreptać, bić piętami nie zginając 
kolan. Dziwny jakiś taniec paralityków, którego jedynym chyba celem mogło być 
rozruszanie, albo... oberwanie sutek. Pot spływał z rozskakanych bab. A szef pełen 
aprobaty, tłukąc w ksylofon, zadowolony zerkał spod oka.
Ledwie żony skończyły, z przeciwnej strony wybiegł rząd mężczyzn i w ten sam 
sposób jął wzbijać kłęby kurzu.
— Właściwie z jakiej racji wyprawiacie dziś tak wielką fetę? — spytałem szefa, 
przekrzykując łomotanie ksylofonu.
— Jeden z braci naszych ożenił się — odkrzyknął szef, nie przerywając gry na 
instrumencie. — Widzi pan, dolepiliśmy tam, do naszego wspólnego domu, dwie 
nowe izby dla nich.
Tu szef zakończył grę mocnym akordem i oddał pałeczki innemu wirtuozowi.
— Wiele płaci się tutaj za żonę? — spytałem go, gdy się wygodnie rozparł w fotelu 
obok mnie.
— Dwadzieścia tysięcy muszelek.
— A gdzie pan młody te muszelki zdobywa? Jeździ specjalnie nad morze?
— Gdzież tam. Muszelki od wieków krążą dookoła jako nasza obiegowa moneta. 
Jednostką monetarną jest tak zwany libie tuo, czyli trzysta sześćdziesiąt muszli.
— A kto wybiera żonę? Rodzice?
— Kto? — zdziwił się szef. — Nikt. To u nas samo automatycznie idzie.
— Nie rozumiem. Jak to idzie?
— Każda pierworodna córka, widzi pan, wychodzi za syna wujka, czyli syna brata 
matki, a inne córki za innych kuzynów z linii matki.
— I nie ma wyjątków od tej reguły?
— No — zaśmiał się szef jowialnie — bez wyjątków nie ma życia. Na przykład, 
dziewczyna może być poślubiona takiemu, co uratował ją od śmierci. A pan wie, jak 
nasze niemowlęta chorują, więc nietrudno jest znaleźć takiego, co uratuje. — Znowu 
szef zaśmiał się głośno i oglądnął się, czy ten dowcip został usłyszany.
— Więc ten dzisiejszy pan młody uratował kiedyś swoją dzisiejszą żoną?
— A właśnie że nie! — zawołał szef, bijąc się z zadowoleniem dłońmi po kolanach. 
— Widzi pan, nowy wyjątek. On wcale jej nie uratował i nawet nie jest synem brata 
matki, a żeni się... widzi pan... żeni się — powtarzał szef, rechocąc od śmiechu.
— Więc jak? Co zaszło?
— Do tego jeszcze — zaczął szef tłumaczyć — do tego jeszcze od samego jej 
urodzenia wolno mu było nazywać dziewczynkę swoją żoną. Takie miał już prawo. I 
nazywał ją „żoną”. A wie pan dlaczego?...
— No?
— Bo on pierwszy pozdrowił jej matkę, gdy się urodziło dziecko.
— To znaczy, pozdrowił zaraz po urodzeniu tej właśnie dzisiejszej panny młodej?
— No tak — potwierdził szef.
— A ileż to panna młoda ma dzisiaj lat?
— Czternaście.
— Czyli, jak z tego wynika, dzisiejszy małżonek jest od niej starszy przynajmniej o 
dwadzieścia lat?
— O, nie! — zaprotestował szef, widocznie bardzo rad z tej naszej dyskusji. — On 
starszy jest od niej grubo więcej, chyba o czterdzieści lat.
Spostrzegłem w tym momencie, jak chudy, stary golas w damskim, porwanym 
europejskim kapeluszu obchodził zebranych gości, obdzielając każdego kieliszkiem 
miejscowej wódki, czyli tak zwanej apateszi. Za kieliszek służyła mu pusta banieczka 
po pomidorowym koncentracie. Trzeba korzystać z dobrej okazji — pomyślałem i 

background image

zwróciłem się do szefa:
— Mój przyjacielu! Chciałem i ja przyczynić się czymkolwiek do szczęścia państwa 
młodych w dniu dzisiejszym. Ile kosztuje jedna butelka apateszi?
— Trzy szylingi — odpowiedział ochoczo szef, bystro orientując się w sytuacji. Za tę 
właśnie orientację bardzo go lubiłem. Nie trzeba było tracić czasu na długie 
wyjaśnienia. Szef Brifu w mig załatwiał sprawy.
— Masz tu trzydzieści szylingów i poślij kogoś po dziesięć butelek. To będzie 
skromny dasz (prezent) dla młodych.
— O! To stanowczo za dużo — zaprotestował. — Najzupełniej wystarczy pięć... 
Resztę zatrzymam sobie — dodał pośpiesznie, abym nie zrozumiał opacznie jego 
ceregieli. Nie upłynęło i dziesięć minut, już dwóch gołych cyklistów przywiozło na 
bagażnikach zamówione butelki. Na skutek tego poczęstunku nie trzeba było długo 
czekać. Na ogół Murzyni mają słabą głowę. O ile przedtem z tańcem szło opornie, 
teraz każdy się do niego palił. Zaczęły się dobrowolne indywidualne popisy, 
polegające na wykrzywianiu się, przewracaniu gałek ocznych, wysadzaniu języka, 
wyprężaniu szyi na sztywno. Popisy odbywały się w trakcie tańców. Przez środek 
podwórka szły korowody zawsze gęsiego, wystukując sztywnymi piętami. Mało już 
było widać poprzez kłęby kurzu. Dusiło mnie. Krztusiłem się i kaszlałem. Wreszcie 
spostrzegł to szef i wllając rzekł:
— Chodź pan na dach mojego pałacu. My tam lepiej zatańczymy. Tutaj nie wypada, 
zbyt dużo obcych.
To mówiąc poszedł naprzód w stronę szerokich, glinianych schodów, przelewając 
swoją tuszę z jednej krótkiej nóżki na drugą. Zadarł przy tym twarz dumnie w górę, 
powiewając energicznie połami rozpiętego płaszcza.
„Król” krasnoludków Disneya — pomyślałem i nagle uprzytomniłem sobie, że tę 
postać już gdzieś widziałem. Widziałem go na... Piccadilly. To on był, on na pewno...
— Czy pan, szefie, był kiedy w Londynie? — spytałem niepewnym głosem.
— A jakże — powiedział, odwracając się do mnie pełen emocji. — A jakże. 
Poleciałem na konferencję głównych szefów, zwanych Paramount Chiefs. Oho! Ja im 
nawet grałem na ksylofonie i sam jego królewska mość książę małżonek poklepał 
mnie po ramieniu. Znam Londyn, znam Piccadilly...
— Właśnie, właśnie, musiałem tam pana spotkać, tylko w innym płaszczu.
— Byłem wówczas w swoim królewskim płaszczu, zaraz pan zobaczy i pozna. — 
Znowu zaklaskał i nachylając się do ucha starej baby, dał zlecenie. Za chwilę 
przyniesiono bardzo szeroki wełniany, kolorowy płaszcz i czarną aksamitną czapkę z 
naszywanymi ozdobami z metalu. Szef naciągnął rękawy i obracając się w kółko, 
mówił:
— Tak oto chodziłem po ulicach Londynu, żeby każdy wiedział, że to szef, wielki 
szef Lobi.
Nie miałem najmniejszych złudzeń, to on. Co za przedziwny zbieg okoliczności! 
Gdzie Brifu, a gdzie Piccadilly? Świat swoją drogą jest mały.
Siedliśmy na europejskich krzesłach przy europejskim stoliczku, na progu ogromnej, 
krytej blachą stodoły. Stodoła ta stoi na dachach rodzinnego domostwa Lobi. 
Wystając ponad jego poziom, pełni rolę „pałacu”.
Widok stąd wspaniały. Właśnie dolina rzeki Wolty rozszkliła się szkarłatnie pod łuną 
zachodzącego słońca. Powódź czerwieni, na której gdzieniegdzie porozsiewały się 
kępki świeżo zoranych plantacji jamu (bulwa, rodzaj olbrzymiego kartofla), odbijając 
od niej ciemnym fioletem.
Ludzka karawana kobiet z dzbanami wody zbliża się od strony gaju. To jest ów 
słynny dżudżu-gaj, siedlisko muchy tse-tse, moje najgorsze utrapienie.
— W samochodzie mam butelkę whisky, jak pan myśli, przynieść? — mówię do 

background image

Vankumuniego szeptem, a ten od razu wstaje:
— Gdzie?
— W teczce na siedzeniu, będę panu niezmiernie wdzięczny.
Na widok butelki szefowi oczy się roziskrzyły.
— Pan wody szuka? Ja wody nie uznaję. W Londynie jak piłem whisky, to wszyscy 
nadziwić się nie mogli, że piję, a głowa trzeźwa. Ja tu jeszcze panu pokażę, jak szef 
Lobi pije. Ho, ho, ho! — To mówiąc wychylił jednym duszkiem zawartość i 
podstawił szklankę po nową dawkę. Nalałem pełną, dużą szklankę do herbaty. My z 
Vankumunim piliśmy piwo.
— Patrzę na twój gaj, szefie, na ten, w którym bije źródło. Właśnie idą stamtąd twoje 
kobiety, patrz. Pewno się zaraziły śpiączką, bo, jak wiesz, pełno tam much tse-tse i 
one zarażają...
— Wiem, wiem — przerwał mi lekceważącym ruchem ramienia. — Ż dżudżu nikt 
nie poradzi. Mój czarodziej nawet słyszeć nie chce. Ten las daje cień naszej wodzie. 
Gdy nie będzie cienia, woda wyschnie, a wtedy i my uschniemy. Nie ma Brifu bez 
źródła. Nie ma na to rady...
Tu szef zdeterminowanym ruchem wychylił drugą szklankę.
Wieczór wyjątkowo duszny i gorący, a ten siedzi w swoich trzech płaszczach 
wełnianych, niby gruba kukła, i z nalanej twarzy pot sobie ściera. Tymczasem co 
lepsze towarzystwo zebrało się na dachu przed „pałacem” i czeka na znak. Ksylofony 
znowu zagrały. Rytm plemienia Lobi jest dziwnie dysharmonijny, chropowaty i 
trudno uchwytny.
Starę_kobiety już znowu stają gęsiego. Rozochocone alkoholem wytrzymać nie 
mogą, podrygują w miejscu, kołyszą biodrami. Stary dziad chwycił laskę i zaczął nią 
wybijać takt po obrzeżeniu ksylofonu. Ostre uderzenia potęgują się rezonatorami. 
Wytrzymać trudno ten stukocąco-klekocący harmider. Czekam, aż ktoś dziada 
uspokoi, ale widocznie te straszne, denerwujące uderzenia potrzebne są do 
skompletowania orkiestry. Im większy hałas, tym milszy dla ich ucha. Mam wrażenie, 
że nie melodia tu ważna, tylko rytm.
Poszły baby w tan, już lecą podrygując. Pojąć nie mogę, jak się ten gliniany dach nie 
załamie pod takim nieprzytomnym kopaniem pięt.
Słonecznego szkarłatu już nie ma w dolinie. Fiolet rozwielmożnił się na dobre. Po 
brzegach zaczyna siwieć. Srebrne nitki plączą się od gwiazd. Księżycowy pająk zaraz 
wyjdzie na nie.
Szef rozwalił się w leżaku i z lekka pochrapuje. Walczy ze snem. Nie może zmóc. 
Daję znak Vankumuniemu. Pora na nas. Nagle szef się zrywa: — Co?... Chcecie 
odchodzić... Myślicie, że ululałem się?... O, nie. Wielki szef Lobi pokaże zaraz, co 
umie. W Londynie dwie butelki whisky sam jeden wytrąbiłem i jeszcze im grałem na 
ksylofonie.
To mówiąc, chwiejnym krokiem zszedł niżej na płaski dach, obrócił się twarzą do nas 
i uniósłszy otwarte dłonie w górę, w pozycji tańczącego Buddy, jął dreptać w 
miejscu. Zatańczył z taką werwą, z takim tupetem, że całe otoczenie stojące na dachu 
i pod dachem zaczęło chóralnie klaskać mu do taktu.
Szef tańczył jeszcze żwawiej, jeszcze ogniściej. Pot ciurkiem ściekał mu po twarzy. 
Oczy świeciły niebiańską rozkoszą. Na wargach wykwitł błogi uśmiech. Król 
Dahomeju zwykł w takich wypadkach rozrzucać ten swój pot podczas tańca na głowy 
pochylonych wiernych, ale tu nie było tego obyczaju.
Szef tańczył — niestrudzony, żelazny po prostu człowiek.
Szaty mu się rozchełstały na trzęsącej się od tłuszczu piersi. Nic sobie z tego nie 
robił. Sapał, ale tańczył. Młodzieńcze, zwariowane tempo.
Podziwiałem, skąd w nim się tyle zapału, tyle energii bierze?

background image

Wreszcie ciężko sapiąc padł w fotel:
— A co?... Szef Brifu czegoś wart?... Mogę pić i mogę tańczyć.
— Drogi szefie — zacząłem — mam prośbę do ciebie: nie pozwalacie wycinać 
świętego gaju dżudżu, więc chciałbym przysłać tu swoją ekipę, żeby opryskali cały 
gaj i wytruli wszystkie muchy tse-tse. Ta praca potrwa tydzień, tylko jeden tydzień, 
pozwolisz?
— A wody nam nie zatrują?
— Gdzieżby, będą pryskać w inną stronę.
— A drzewa od tego nie uschną?
— Jeszcze lepiej będą rosły.
— W takim razie proszę bardzo. Powiem swemu dżudżumanowi, że przodkowie tego 
potrzebują. Pan wie, doktorze, jak pana cenię i szanuję. Skoro pan powiedział, iż to 
sikanie jest potrzebne, wierzę, ufam i z całym przekonaniem mogę pozwolić. — To 
mówiąc szef, słaniając się trochę na nogach, zaklaskał w dłonie:
— Zanieść no do samochodu pana doktora dwie najtłuściejsze kaczki jako dasz od 
szefa Lobi. Oby pan był zdrów i jego rodzina, i jego praca...
Rzeczywiście — pomyślałem odchodząc. Tym razem praca moja dała „zdrowe” 
rezultaty, bo szef pozwolił na to, czego odmawiał przez dziesięć lat. Muchy tse-tse w 
gaiku świętym Brifu będą nareszcie wytępione...

Czarne widmo

— Zbliżamy się do miasteczka Ikom — zacząłem przemowę, spoglądając na mapę 
Afryki Zachodniej i... ugryzłem się w język, bo cóż, u licha, mogę powiedzieć żonie o 
tym kraju, skoro sam nic a nic o nim nie wiem. Zatrzymałem samochód, żeby się 
rozejrzeć na mapie, tymczasem ta mapa też nic powiedzieć nie potrafi. Po prostu 
zielonobrunatna plama bez żadnych napisów, bez żadnych dróg, jedna wielka 
niewiadoma — gdzie stopa białego jeszcze nie stała. Plamka pozornie mała, można ją 
przykryć paznokciem wielkiego palca, tymczasem jest to przestrzeń 
dwustupięćdziesięciokilometrowej średnicy. Dzika, nieprzystępna puszcza. W doli-
nach, na polanach pełno tam jakichś wsi, jakichś golasów zapomnianych, 
bezimiennych, nie rejestrowanych. I pomyśleć, że takich białych plam jest mnóstwo 
jeszcze w różnych Kongach, Gabonach, Gwineach, Kabindach, co trudno jest 
zrozumieć studentom geografii w europejskich uniwersytetach.
— Daleko jeszcze do tego Ikomu? — spytała żona głosem zmęczonym.
— Ano, będzie jeszcze ze trzydzieści kilometrów. Przed zachodem słońca 
powinniśmy tam być, oczywiście, jeżeli droga nie nawali.
Droga asfaltowa, ale dziura na dziurze, od niepamiętnych czasów nikt jej nie 
naprawiał. Takie dziury w asfalcie gorsze są od zwykłego bitego gościńca lub polnej 
drogi, gdyż tworzą katastrofalne niespodzianki.
Im bliżej do Nigru, tym wilgotniej, coraz więcej mostków przez drobne dopływy, 
coraz bujniejsza roślinność. Perspektywa noclegu w buszu nie jest przyjemna, bo nie 
ma możliwości zjechania na bok. Ani jednej szerszej ścieżki, ani jednej dostępnej 
platformy. Miejscami wertepy stają się wprost niesamowite, ślady nie dokończonych 
napraw, gdzie asfalt znikł, a na jego miejsce zjawiła się rozmoczona ostatnimi 
deszczami glina. Głębokich kolein nie sposób ominąć, więc auto wlecze brzuchem po 
wydętych grzbietach. Raz po raz trzeba wysiadać i pchać.
— Już do Ikomu zaledwie pięć kilometrów! — zawołałem radośnie wsiadając do 

background image

samochodu po którejś z takich przygód i właśnie wtedy spoza zakrętu wyłonił się 
długi rząd oczekujących na coś aut. Zniecierpliwieni pasażerowie żywo gestykulując 
łażą obok. Czyżby już prom przez rzekę, ale jaką? Staję w ogonku, wychylam się z 
okna:
— Co się stało?
— Rozebrali mostek.
— Kto rozebrał?
— Ano, jacyś robotnicy. Mają nakaz poprawić, więc rozebrali.
— I długo tak będzie?
— Właśnie trwają pertraktacje. Chcemy złożyć się i dać im łapówkę. Może 
prowizorycznie, odbudują chwilowy przejazd, no i przepuszczą nasze samochody. 
Zebrało się aż siedem.
— Ale i to chyba potrwa długo? — zapytuję, z trudem opanowując złość.
— Zobaczymy, może przed zachodem słońca przerzucą jakieś deski.
Idziemy na most. Rzeczywiście, widok żałosny. Strumień wezbrany deszczami 
dostatecznie głęboki, aby w nim ugrzęznąć, poza tym brzegi kamieniste i urwiste, 
więc o żadnym objeździe mowy być nie może. Z mostu pozostały tylko pionowe 
słupy, reszta już zdjęta, leży na kupie obok.
— Ależ to niepodobieństwo, żeby oni dzisiaj skończyli robotę! — wybucham 
wściekłością w stronę Bogu ducha winnego Francuza, który zajęty jest w tej chwili 
gromadzeniem puszek konserwowych.
— Dla kogo pan to zbiera? — zapytuję ciekawie.
— Dla nich, dla tych robotników, inaczej nie będą chcieli się śpieszyć, może i 
państwo coś dorzucicie. Twierdzą, że są głodni i muszą iść do domu, oczywiście to 
tylko taki pretekst, znam ja ich.
— Co to za plemię? — zapytuje po cichu żona.
— Ibo. Skądinąd inteligentni, ale cała inteligencja poszła w mylnym kierunku. Chyba 
nie istnieje w Afryce plemię bardziej opanowane przez czarowników różnego pokroju 
jak oni. Tu nie można kroku postawić bez wskazówek fachowych jakiegoś dżudżu. 
Oni potrafią być (tu Francuz pochylił się znacząco do mojego ucha)... ludożercami.
— Et! — żachnąłem się protestacyjnie — chyba przesada!
— Żadna przesada. Ja mieszkam tu już z górą pięćdziesiąt lat, poznałem więc trochę 
tajniki, chociaż i setnej ich części nie znam, tutaj bowiem wszystko jest zaszyfrowane 
i tajemnicze. Zobaczycie, ledwie słońce zajdzie, już będzie słychać mówiące bębny. 
One rozmawiają każdego dnia o świcie i o zachodzie, wówczas cały ich świat 
zamienia się w słuch. W krąg dżungla, zdawałoby się, nieprzystępna dla głosu, a tu 
tymczasem dla tego właśnie bębnowego łomotu nie ma żadnych przeszkód, ten głos 
przenika wszystko, nie chcesz, a musisz go słuchać.
W tym momencie podszedł do nas jakiś starszy gość o siwej, bujnej czuprynie, która 
niegdyś musiała chyba być czarna, pozostały tylko krzaczaste brwi nad żywym, 
przeszywającym wzrokiem. Pomarszczona, przeorana wiatrami i słońcem twarz 
mówiła bardzo wiele, ten człowiek nie siedział za biurkiem i nie spędzał urlopów w 
Europie. Jego strój także przemawiał za żywiołowym rozmachem i niebanalną 
fantazją. Pionowa, silnie zaznaczona fałda nad nosem świadczyła o woli i 
koncentracji.
— Mr. Hives jestem, taki zwyczajny Hives, jakich setki pan znajdzie w telefonicznej 
książce Londynu — przedstawił się. — Ale — dodał — jestem zakałą tego 
szlachetnego, mieszczańskiego rodu i wszystko, co czynię, czynię im nie w smak. 
Nawet herbaty w tej chwili nie piję, chociaż to jest „tea time”.
— Nigdy bym nie wziął pana za Anglika — stwierdziłem, ale jednocześnie ugryzłem 
się w język. Najwyższym nietaktem jest odmówić Anglikowi jego brytyjskiego 

background image

pochodzenia. On sam może o sobie w ten sposób mówić, jako żart. Obcokrajowiec 
nie śmie potwierdzić podobnie nieodpowiedniego dowcipu.
— Kiedyś nim byłem, ale po sześćdziesięciu latach Afryki chyba już jestem Ibo albo 
Jeruba — zaśmiał się.
— Nie wygląda pan na siedemdziesiąt lat! — zauważyła moja żona.
— Grzecznie to z pani strony, ale muszę tu stwierdzić, że liczę sobie 75 lat i nigdy nie 
opuszczałem tych stron, jestem stuprocentowym Afrykańczykiem, chociaż do tego 
tytułu dziś pretendują jedynie obywatele o czarnej skórze.
— No, miła pani i drodzy panowie — odezwał się jakiś nowy głos i spoza 
najbliższego samochodu wyłonił się typowy amerykański kowboj, w amerykańskich 
dżinsach i rozłożystym kapeluszu. — Możemy siadać, drodzy państwo, na całą, 
calutką noc. Szybciej mostu nie zrobią. Proponuję rozpalić ognisko i dopóki jeszcze 
widno, pozbierać suchych gałęzi. Za chwilę będzie zmrok. — To mówiąc, jął butem 
oczyszczać z kamieni i gałęzi niewielką, przydrożną płaszczyznę.
— Obawiam się, że zamarzniemy pomimo ognia — rzekłem. — Noce są chłodne, od 
lasu i wody wieje wilgocią.
— Siedem samochodów, nasz ósmy, a zupełnie nie widać pasażerów — zauważyła 
moja małżonka.
— Bo ich nie ma, są tylko kierowcy tych ciężarówek, a Murzyni siedzą tam na 
moście razem z cieślami, nas tutaj, kandydatów do ogniska, jak widziałaś, razem pięć 
osób, przy tym ty królujesz jako jedyna kobieta. Ale gadu... gadu, oni poszli po 
drzewo, a my siedzimy bezczynnie.
Nasi towarzysze okazali się wygodniejsi, oto wydali tylko rozkaz swoim czarnym 
asystentom i ci właśnie wrócili z naręczami drzewa. Oni też wprawnie i szybko 
rozpalili ogień, a nawet przynieśli z któregoś samochodu cztery rozkładane krzesełka.
Słońce dawno już zaszło i tropikalny mrok, tajemniczy mrok otulił puszczę 
gwiaździstym płaszczem głębokiego szafiru. „Kowboj” wyciągnął skądś płaską butel-
czynę whisky i jął nią częstować z mosiężnego kieliszka. Atmosfera wytworzyła się 
od razu swojska i sportowa. Nikt więcej nikomu się nie przedstawiał i oprócz Hivesa 
nie znałem żadnych imion.
— Więc pan naprawdę aż tak długo tutaj mieszka? — sprowokowałem starego.
— I nie lubię wyjeżdżać. Nie znoszę Europy, ciasno mi tam.
— No — zaśmiałem się — tutaj, między murami nieprzystępnej dżungli, na tej 
wąskiej drodze przed złamanym mostem nie powiem, żeby nam było... przestrzennie.
— Tak. Ale może pan iść przed siebie i gwarantuję, że przez trzy dni ani jednego 
człowieka się nie spotka, czyż to nie wspaniałe!
— Tak się pan boi ludzi? — spytała żona.
— Przestałem się bać właśnie tutaj, chociaż bywałem świadkiem, jak jeden drugiego 
zjada, ale zjada po prostu i zwyczajnie, wolę to od dyplomatyczno-politycznych 
intryg, ofiarą których padają tysiące.
Nie rozumiem, gdzie ci Murzyni potrafili znaleźć takie doskonałe i suche szczapy. 
Ognisko rozkwitło pełnym, wspaniałym szkarłatem, pogłębiając swym blaskiem 
zaczajoną ponurość lasu. Przez dłuższą chwilę wsłuchiwaliśmy się w jego wesołe 
pomruki.
— Wspomniał pan o kanibalizmie, czyżby i dziś nawet... — zacząłem.
— Ależ oczywiście, tylko nie w kulinarnej formie, jak za moich młodych lat bywało. 
Dziś odbywa się to rytualnie, z inicjatywy czarodzieja. Zresztą wszystko w tym kraju 
dzieje się za jego wolą. Cała Biafra to czarodziejstwo, to dżudżu. Wszelkie rządy 
centralne, zarządzenia, konstytucje to wszystko bzdura. O! Słyszy pan?... proszę 
uważnie słuchać...
Nastawiliśmy uszy, ale nic poza szmerem płomieni nie było słychać. Trwaliśmy tak z 

background image

wydłużonymi szyjami, aż nagle rozległo się basowe, jakby przytłumione klapnięcie, 
potem dwa takie razem i znowu jedno.
— Widzi pan, to właśnie oni rozmawiają, czarodzieje. Nie starajmy się zrozumieć, to 
wyższa szkoła wielu pokoleń. Próbowałem poznać ten alfabet. Tłumaczono mi, ale 
skutek żaden. Nie zapamiętałem. A oni wszystko wiedzą, powiadam państwu... 
wszystko. Już wiedzą, że siedzimy przy moście. Już cieszą się z tej naszej przygody, 
bo są jak wielkie, stare dzieci...
Kowboj znowu nalał swój mosiężny kielich. Kolejka się rozpoczęła, każdy pił jakoś 
dziwnie poważnie, jakby misteryjnie, to właśnie robi dziewiczy las i ognisko.
— Pan tyle lat tu siedzi — odezwała się znowu moja żona — więc proszę nam 
powiedzieć coś o tych czarodziejach, czy to prawda, że tkwi w nich jakaś nadprzyro-
dzona siła, że posiadają moce dla nas nieuchwytne, niewytłumaczalne ...
— Chcecie, opowiem prawdziwą, najprawdziwszą historię, ale nie biorę 
odpowiedzialności za późniejszy stan pani nerwów.
— Proszę, proszę... bardzo proszę! — wybuchła żona entuzjastycznie.
— A więc, było to bardzo dawno, w parę lat zaledwie po moim tutaj przybyciu, 
miałem wówczas dwadzieścia lat i rozpierała mnie żądza dokazania bohaterskich czy-
nów. Diabła bym się wówczas nie przestraszył, a jednak... przestraszyłem się, i to jak! 
— zamilkł i mimo woli wzdrygnął się, jak przed jakimś natrętnym a bolesnym 
widmem. Nadstawił pusty kieliszek i czekał milcząc, aż mu go nasz usłużny kowboj 
wypełni. — Przyjechałem na ten teren służbowo, jako oficer administracyjny. 
Zostałem zastępcą rejonowego komisarza. On właśnie wezwał mnie któregoś dnia i 
powiada:
— John! Udasz się do wsi Isuingo, leży ona gdzieś w bardzo dalekim buszu. Mój 
poprzednik zbudował tam podobno rest house, a więc będziesz miał gdzie przespać 
się bezpiecznie. Muszę cię jednak uprzedzić, że reputacja tej miejscowości jest niżej 
krytyki. Morderstwa rytualne, złośliwe dżudżu i w ogóle ten mój poprzednik miał 
wiele kłopotów. Weźmiesz sześciu dobrze uzbrojonych ludzi, no i uważaj. Dużo 
zależy od ostrożności i roztropności twojej.
— Państwo rozumiecie, jakie uczucia wzbudziły we mnie wówczas te wszystkie 
ostrzeżenia. Niebezpieczeństwo, ryzyko, tajemnica, dżudżu to synonimy wielkiej 
młodzieńczej przygody. Aż się paliłem do tego safari. Nie pozwoliłem boyowi 
dotknąć mego pistoletu, sam go własnoręcznie oczyściłem. Naiwnie sądząc, że afry-
kańskie dżudżu boi się kuli.
Tu Mr. Hives zaśmiał się suchym, nerwowym, jakby sztucznym śmiechem. Ta jego 
nerwowość udzieliła się chyba słuchaczom, bo mimo woli, jakby w tajonym lęku to 
ten, to ów nadstawiał uszu w kierunku dżungli, skąd nieustannie, rytmicznie, z 
sugestywną powagą biły wciąż bębny.
— No i ruszyliśmy, jak zwykle, wąską krętą ścieżyną deptaną od pokoleń tysiącami 
bosych nóg. Maszerowaliśmy tak dwa dni, noc w lesie minęła bez przygód i w ogóle 
nic nie wróżyło szczególnych jakichś perypetii. Dnia trzeciego pod wieczór dobiliśmy 
do celu. Domniemany rest house wyglądał wcale okazale, przed nim liczna drużyna 
miotłami podnosiła kurz, symulując jak zwykle uciążliwą i gorliwą pracę. Jedna nie-
zwykła rzecz zdziwiła mnie na wstępie: ci ludzie zamiatali, ścinali trawę, wynosili 
śmiecie i w ogóle kręcili się dokoła domu, nie przestępując jego progu, tymczasem 
dom sam, szczególnie jego weranda, wyglądał brudny i utrzymany niechlujnie. Kiedy 
zwróciłem na to uwagę miejscowego szefa, długo się wykręcał, zanim wreszcie 
powiedział w zażenowaniu, że nikt z ludzi progu tego nie przestąpi, a i mnie spać tam 
nie radzi, bo dom jest zły. W tym właśnie momencie nadciągnęli moi tragarze z 
pościelą i sportowym ekwipunkiem, zrzucili to czym prędzej z ramion i już chcieli 
uciekać. Zatrzymałem ich rozkazem. Najwyraźniej unikali zetknięcia się z tym 

background image

domem, który niczym nie różnił się od innych naszych urzędowych rest house’ów, to 
znaczy składał się z dwóch okrągłych glinianych budynków o stożkowatym, wysokim 
dachu z liści palmowych, budynki łączył ze sobą korytarz zewnętrzny bez bocznych 
ścian, pokryty takimże liściastym dachem. Kazałem moim ludziom wnieść cały bagaż 
na werandę, a przewidując duchotę właśnie tutaj, w tym szerokim korytarzu 
rozstawiłem polowe łóżko, stolik i krzesła. Wszystkie te czynności zostały wykonane 
pośpiesznie i niechętnie, a każdy z moich policjantów i tragarzy oglądał się co chwila 
za siebie, jakby się spodziewał jakiegoś napadu.
Pomimo zmęczenia kolacji prawie nie jadłem z powodu nieprawdopodobnej ilości 
much. Natrętnie pakowały mi się w usta, topiły się w mleku, miałem tego dość. Przy 
tym od samego początku prześladował mnie jakiś nieokreślony, denerwujący 
niepokój. Atmosfera napięcia, jak to czasami bywa przed burzą. Poza tym, gdzieś od 
końca werandy dolatywał bardzo nieprzyjemny, mdły zapach, jakby padliny.
Zawołałem boya i kazałem mu przeszukać kąty, czy aby nie ma jakiejś zdechłej 
myszy, ale nie znalazł niczego, więc położyłem się do łóżka, a boy jak zwykle 
pozatykał skrzętnie dookoła brzegi moskitiery, poprawił lampę na stoliku obok i 
życząc mi dobrej nocy, szybko się oddalił.
Leżąc na wznak, zastanawiałem się właśnie nad przyczyną tej dziwnie nieprzyjemnej 
atmosfery, gdy nagle w przeciwnym kącie werandy, tam, gdzie złożona została reszta 
bagażu, rozległ się szmer, jakby czyjaś niewidzialna ręka odsuwała to wszystko na 
bok. Usiadłem w łóżku, kierując w tamtą stronę snop elektrycznej latarki, ale niczego 
podejrzanego dojrzeć nie mogłem. W tejże chwili na progu domu zjawił się z latarnią 
w dłoni mój stary, bardzo wierny kucharz i dygocząc jak w febrze, głosem cichym i 
przerażonym jął prosić:
— Panie. Odejść stąd. Spać gdzie indziej. To bardzo złe miejsce. Tutaj wielu, bardzo 
wielu ludzi umrzeć. Oni wszyscy tutaj leżeć. To bardzo, bardzo złe miejsce! — 
powtarzał drżącymi wargami, raz po raz oglądając się za siebie.
Podziękowałem za dobrą radę i kazałem spokojnie iść spać. Nie mogłem wszakże 
robić z siebie pośmiewiska, uciekać ni stąd, ni zowąd. Zresztą musiałbym podnieść 
ogólny harmider i rozbić namioty. Jakaż do tego racja? Zostałem więc na miejscu, 
kładąc się jakby nigdy nic do łóżka. Po tych tajemniczych szmerach jednak, a 
zwłaszcza po ostatniej przemowie, nie czułem się swojsko. Do tego wszystkiego 
zatruwał mnie ten dziwny a wstrętny trupi zapach.
Spojrzałem na zegarek, brakowało kilkunastu minut do północy. Ostatnie odgłosy 
pobliskiej wsi ucichły. Głownie na ogniskach moich tragarzy podogasały i noc 
zaległa ponura, nieprzenikniona jak dzisiaj...
Każdy z nas oglądnął się dokoła, jakby sprawdzał, czy rzeczywiście jest aż tak 
ciemno, czy rzeczywiście tak, jak w owym rest housie.
Kowboj dorzucił gałęzi do ogniska, żona moja szczelniej okutała się w sweter, a ja 
obserwowałem pilnie Hivesa. To, co opowiadał, kosztowało go widocznie sporo 
nerwów. Przeżywał wszystko na nowo. Usta miał zacięte, a mięśnie twarzy grały.
— Może bym i zasnął, bo byłem naprawdę zmęczony — kontynuował opowiadanie 
— ale ten obrzydliwy, trupi zapach wzmagał się z każdą minutą. Zbierało mi się na 
torsje. Fala tego okropnego smrodu szła najwyraźniej od końca werandy, gdzie leżały 
moje bagaże. Odwróciłem się plecami, starając się opanować i wtedy właśnie 
usłyszałem znowu szmer odsuwanych bagaży. Jak na sprężynie poderwałem się z 
łóżka i siadłem na jego brzegu. Dreszcz przerażenia przebiegł moje ciało, nie mogłem 
się ruszyć, zdrętwiałem i tylko oczy, szeroko otwierałem oczy. To, co ujrzałem, 
przekraczało wszelkie wyobrażenie. Oto spoza piramidy moich tłumoków, z kąta 
werandy wysuwała się na czworakach koszmarna ludzka postać i pełzła wprost na 
mnie. To nie był żywy człowiek, to był trup w pełnym rozkładzie. Widziałem go 

background image

zupełnie wyraźnie, coraz dokładniej, gdyż zbliżał się, idąc tak na mnie. Nosa nie miał, 
na wywalonych powiekach matowe gały oczne, a na policzkach robaczywe plamy. 
Cała skóra nagiego ciała w pęcherzach, popielata i zgniła. Czaszka świeciła gołą 
kością. W miarę jak wyciągał i stawiał ręce na podłodze, podnosił twarz i patrzył we 
mnie nieruchomym, okropnym spojrzeniem martwych źrenic. Nie zapomnę tych oczu 
nigdy, ani tych warg na poły otwartych, obwisłych bezwładnie. W jednej ręce trzymał 
gruby sznur, który wlókł się za nim po ziemi. Tak dopełzł do mego łóżka i tuż-tuż na 
krok przede mną jął się podnosić, aż stanął na wprost mnie: mały, stary, chudy, na 
poły zgniły człowieczek.
Siedziałem nieruchomo zmrożony przerażeniem i odurzony wstrętnym zapachem 
ludzkiej padliny, chciałem krzyczeć, ale wargi i krtań odmówiły posłuszeństwa.
Obok mego łóżka stał jeden z centralnych, najwyższych słupów podpierających 
krokwie dachu, do tego słupa właśnie podeszła trupia maszkara i uniósłszy swój 
sznur, jęła się drapać do góry.
Z momentem kiedy stopy starca oderwały się od ziemi, wróciła mi przytomność i 
zdolność poruszania się.
Nie czekałem dłużej. Obraz był zbyt realny i zbyt bliski, aby się wahać. Wyciągnąłem 
przed siebie ramię z pistoletem i oddałem dwa strzały. Ale straszliwa kreatura dalej 
pełzła po słupie jakby nigdy nic, chociaż byłem pewien celności swych strzałów. 
Wpadłem w szał wściekłości i strzelałem raz po razie, zdając sobie jednocześnie 
sprawę, że wszystko na próżno. To bezcelowe, żadnej reakcji. Trup bezszelestnie 
posuwał się w górę.
Wówczas straciłem panowanie nad sobą, zwłaszcza że lampa zaczęła dogasać. 
Skoczyłem przed siebie w ciemnię nocną, wrzeszcząc jak opętany na pomoc. Powstał 
niebywały rejwach. Cała wieś pędziła do mnie, ale zatrzymali się w przyzwoitej 
odległości. Nikt się nie zbliżył do werandy. Każdy trzymał w dłoni latarnię 
sztormową, w drugiej zaś wielką maczetę do koszenia trawy.
Kazałem policjantom otoczyć rest house, a sam w asyście sierżanta, z bronią 
nastawioną do strzału, wstąpiliśmy na werandę. Piędź po piędzi przeszukaliśmy cały 
dom, ale nigdzie żadnego śladu. Przykry zapach także się gdzieś ulotnił. Natomiast w 
słupie, po którym drapała się nocna maszkara, tkwiły trzy kule dokładnie tam, gdzie 
celowałem. Gdzie widziałem w owej chwili klatkę piersiową z sercem. Gdyby to był 
osobnik żywy, bez wątpienia musiałby spaść martwy. Nie powiedziałem nikomu ani 
słowa. Kazałem rozejść się. Zresztą świt już wstawał i wieś obudziła się. Po śniadaniu 
przywołałem kucharza, który wczoraj po przyjacielsku ostrzegał. Posłałem go do wsi, 
aby wyszukał jakiegoś młodego, miejscowego chłopca. Starzy bowiem mają swoje 
upory, swoje strachy i zastrzeżenia, młody wygada wszystko, co wie. Tak się też 
stało. Zjawił się chłopak szkolny i całą rzecz wyjaśnił — ale przedtem dajcie mi 
wypić, bo w gardle wyschło...
— Zdaje mi się, most już kończą — wtrącił kowboj.
— Rzeczywiście, pierwszy wóz próbuje startować.
— Ale bez wyjaśnienia całej tej ciekawej historii nie wypuścimy pana stąd — 
zawołała żona.
— Zapraszam więc na zakończenie do mego baru w Ikomie — odrzekł Hives, 
powstając od ogniska.
— O nie... nie! — zaprotestowały wszystkie głosy na raz. — Tam inny nastrój. Tam 
wypijemy chętnie piwa.
— A więc, sprawa krótka: w myśl informacji chłopca, w miejscu rest house’u stało 
stare bawełniane drzewo, pod którym odbywały się posiedzenia dżudżu. Czarodziej 
był bardzo zły i z jego inicjatywy pozabijano mnóstwo ludzi, po zjedzeniu których 
głowy wiązano na tym drzewie. Kiedy przed rokiem zjawił się tutaj biały komisarz, 

background image

zobaczył te głowy i usłyszał o tym czarodzieju, kazał natychmiast drzewo ściąć, teren 
oczyścić i właśnie na tym miejscu zbudował rest house. Kiedy kończono budowlę, 
przyszedł w nocy stary dżudżu i straszliwie przeklinał; później wziął sznur i obwiesił 
się na słupie. Wszyscy się jego bali, więc ciała nie zdjęto. Wisiało tak na tym słupie 
kilka miesięcy, aż samo zrobaczywiało i spadło. Odtąd dżudżu przychodził każdej no-
cy, wszyscy we wsi go widzieli. Unikano tego domu. To bardzo zły dom.
No i wiecie, jaki był koniec? — spytał nagle Mr. Hives, podnosząc twarz ku 
księżycowi, co się nagle ukazał spoza szczytu dżungli. — Kazałem ku ogólnej radości 
całej wsi podpalić rest house. Razem z nim spaliła się moja trzeźwość umysłu, 
wszelka realistyczna logika. Przestałem być cywilizowanym Europejczykiem, a sta-
łem się przesądnym Ibo, widziałem bowiem na własne oczy to, czego inni w Europie 
nie widzą. Tak, moi drodzy, to było okropne, ale prawdziwe — najprawdziwsze i 
wcale nie wyssane z palca.
Już klaksonami dawali znać, ze jedziemy. Ostrożnie, powolutku, na pierwszym biegu 
mijamy przerzucone deski.
Do Ikomu wjechaliśmy o północy i na samym wstępie, na szerokim placu, w pełni 
księżycowego blasku i miliarda gwiazd ujrzeliśmy pochód masek. Szły gęsiego, jedna 
za drugą, w odstępie pięćdziesięciu kroków każda. Prowadziła kobieta, miała na sobie 
zwykły biały płaszcz i niewielką, czarną twarzową maskę. Reszta to chłopcy, w 
maskach fantastycznie abstrakcyjnych, typowo , kameruńskich. Dokąd tak szli nocą 
— nie wiem. Chyba nie do wsi Isuingu, bo tam już nie ma bawełnianego drzewa. Ani 
straszliwego dżudżu, co zabija ludzi. Ale Afryka trwa wciąż jeszcze w masce. Ci 
ludzie dokądś idą. Próżno dociekać ich celu. Próżno za nimi biec, szukając śladów. 
Zgubią się w tajemniczym mroku. Lepiej iść do baru Mr. Hivesa, aby się napić piwa.

Wierzyć, nie wierzyć

Jesteśmy mądrzy i potrafimy lądować na Księżycu. Staramy się logicznie tłumaczyć 
wszystkie zjawiska. Produkujemy mechaniczne roboty, sprowadzające mózg ludzki 
do roli biernego kontrolera. A jednak dzieją się obok nas rzeczy, o których nie śniło 
się i filozofom, rzeczy, wobec których musimy ze wstydem opuszczać oczy i z 
głupowatym uśmieszkiem ignoranta rozkładać ramiona. Po prostu coś się dzieje poza 
naszą wiedzą.
U moich przyjaciół na farmie afrykańskiej dzikie świnie plądrowały plantację papai i 
nie było na to żadnego ratunku. Wszystkie środki zostały wypróbowane, łącznie z 
kolczastym drutem, ale nic nie mogło powstrzymać tej bezczelnej hordy. Murzyni 
spoglądali na daremne wysiłki białego bwana mkubwy i podrapując potylice, 
wieloznacząco się uśmiechali, chrząkali i odchodzili. Aż któregoś dnia jeden z nich 
przemówił:
— A czarodzieja to chyba warto zaprosić.
— Jakiego czarodzieja? — zdziwił się mój przyjaciel.
— Ano, tego od dzikich świń.
— Alboż istnieje taki specjalista?
— Oczywiście, istnieje, nawet tutaj niedaleko — padła odpowiedź.
Pamiętam długą, a nawet kłótliwą naradę całej familii w domu: sprowadzać go czy 
nie sprowadzać. Trochę było nam wstyd. Jakże ten cywilizowany człowiek, ten 
„bwana mkubwa” w oczach tubylca będzie wyglądał? Przy całej swojej 
przemądrzałej wielkości nagle sprowadza na pomoc... czarodzieja. Ale cóż było ro-

background image

bić? Pomoże — nie pomoże, spróbować nie zaszkodzi.
— A drogo kosztuje taka czarodziejska porada? — spytał jeszcze mój przyjaciel 
swojego doradcę.
— Da pan mu jakąś starą koszulę, no i jeszcze dziesięć szylingów, to wystarczy.
Rzeczywiście, honorarium niewygórowane. Ugoda stanęła. Nazajutrz wieczorem 
czarodziej przybędzie. I rzeczywiście terminu dotrzymał. Zjawił się w całej krasie 
swojej godności i reprezentacji. Odziany w skóry, obwieszony niezliczoną ilością 
najprzeróżniejszych magicznych przedmiotów, jak kawałki rogów, muszelki, 
drewienka, korzonki, pęczki piór i pazurów, a przede wszystkim duży, zawieszony na 
piersi, starannie wypolerowany, mosiężny, okrągły „ryngraf z napisem: „Primus — 
madę in Switzerland”.
Drogę do plantacji odbyliśmy pieszo. Przodem, drobnym truchtem biegł czarownik. 
Ten krok jest typowy dla Murzynów, nawykłych do pokonywania dużych przestrzeni. 
Biegną oni wówczas takim właśnie drobnym truchcikiem, pobrzękując sobie do taktu 
na żelaznych klawiszach rezonującej tykwy.
Przed plantacją czarodziej zatrzymał się i czas dłuższy badawczym wzrokiem 
obserwował ją, po czym rozłożył szeroko ramiona, jakby obejmował nimi całość 
zasadzonego papajami gruntu, i monotonnym głosem jął wywoływać zaklęcia. Znam 
trochę język kiswahili, ale próżno starałem się z tych krzyków wychwycić jakiś sens. 
Były to raczej luźno ze sobą sprzęgnięte, nic nie znaczące sylaby. Od czasu do czasu 
krzyki te przechodziły w śpiew. Wszystko razem trwało dobre kilka minut, po czym 
czarownik zwolnionym, poważnym ruchem wyjął zza pazuchy małą, zawieszoną na 
skórzanym pasku buteleczkę, odkorkował ją i z wielkim namaszczeniem wylał z niej 
parę kropli płynu na najbliższy papaj owy liść. Teraz krokiem teatralnie wydłużonym 
i elastycznym jął iść wzdłuż granicy plantacji, od czasu do czasu kropiąc w tenże 
sposób liście. Tym ablucjom towarzyszyło nieustanne mruczenie zaklęć. Cała ta 
ceremonia trwała chyba z pól godziny, po czym, wziąwszy od przyjaciela mego aż 
dwie koszule i te parę groszy, odszedł zadowolony, z niskim pokłonem.
Tejże nocy duże stada dzików plądrowały najbliższą okolicę. Cała ziemia dookoła 
papaj ów była wściekle zryta, ale granic nie przestąpiły. Jakimś zbiegiem okolicz-
ności zjawisko to powtarzało się kilkakrotnie aż do zmiany sezonu. Dziki ryły w krąg 
bez sensu i bez celu, jakby wyładowując swoją bezsilną złość. Plantacja jednak stała 
nienaruszona.
Tak było z tym zamówieniem dzików. Jeszcze ciekawsze historie słyszałem od 
pewnego proboszcza na temat wywoływania deszczów. Wprost wierzyć się nie chce i 
gdyby nie osoba czcigodnego przeora misji katolickiej, włożyłbym wszystko do 
zbiorku bajeczek. Oto według słów tego starego księdza w pewnym roku, nie 
pamiętam już w którym, panowała straszliwa posucha. Bydło padało tysiącami, a 
wreszcie i ludzie po odległych wioskach zaczęli wymierać z braku wody w źródłach. 
Deszczowa pora jak nie przychodziła, tak nie przychodziła. Kolejki wychudłych 
kobiet wyczekiwały godzinami przy pustych dołkach wykopanych w łożysku 
dawnych rzek, czekały, aż nazbiera się te trochę kropel błogosławionej wilgoci. Rzek 
było coraz to mniej, a potoki dawno już powysychały. Tłumy nawróconych wiernych 
modliły się w misyjnych kościółkach. Celem podniesienia wiary na przywitanie 
oczekiwanego deszczu przeor zarządził codzienne procesje dookoła misji. Niestety, 
nic nie pomagało. Rozpalona słońcem, bezdusznie lazurowa otchłań nieba ziała 
pustką. Nie było w niej chmur. Zabójczy żar wywiercał ludziom wnętrzności, a duże 
muchy — zwiastuny upału, przylepione do kory drzewnej trajkotały coraz głośniej 
swój przebrzydły hymn suszy. Co robić?... Co robić? Jak zaradzić złu?
I oto pewnego dnia zjawił się na podwórku kościelnym dziwny jakiś człowiek, prawie 
nagi, odziany w strzępy łachmanów, obwieszony dzwoneczkami i koralikami. W 

background image

jednym ręku trzymał długi i kręty róg antylopy, a w drugiej ręce kij. Stanął sobie 
skromnie pod murem, przyglądając się religijnej procesji.
— Wielebny ojcze — szepnął zakrystian. — Ten mze to znany czarodziej, on umie 
wywoływać deszcze, niechże poprosi Boga o pomoc.
— Czemu nie — mruknął zrezygnowany proboszcz. — Nikt mu nie broni modlić się.
— Ale on modli się nie po naszemu, tylko po swojemu — szepnął zakrystian.
— A niech robi, co chce, byle nam jakoś pomógł! — zezwolił proboszcz. — Powiedz 
mu, że zapłacę dziesięć szylingów, jeżeli wywoła deszcz.
No i zaczęły się czary. Ledwie procesja znikła za drzwiami kościoła, stary mze 
rozłożył na ziemi porwany i brudny worek, na nim postawił drewniany trójnóg, w 
jego otwór wsadził swój kręty róg, po czym obejrzał się na wszystkie strony, jakby 
czegoś czy też kogoś szukał.
— Czego on jeszcze chce? — spytał proboszcz, siedząc wygodnie w fotelu, niby na 
teatralnym przedstawieniu.
— On prosi o masło — wytłumaczył zakrystian.
— To przynieś mu masła z plebanii — zezwolił ksiądz.
Za chwilę czarodziej nabrał masła na dłoń i jął namaszczać nim suto brudny róg 
antylopy. Tłuszcz kapał poprzez palce na ziemię. Trwało to sporą chwilę, towa-
rzyszyło tej czynności głośne mruczenie jakichś tajemniczych zaklęć. Od czasu do 
czasu czarodziej teatralnie podrzucał głowę, naśladując ryk lwa. Wreszcie wstał i 
wodząc oczyma po zebranym tłumie, wskazał na jakiegoś chłopca. A gdy ten ociągał 
się jeszcze, czarodziej wrzasnął rozkazująco: „Chodź!” Tym razem chłopak wybiegł 
posłusznie i zaraz przysiadł w kucki przed namaszczonym rogiem. Wówczas 
czarodziej zdjął ze swojej szyi pasek skórzany z krystalicznym wisiorkiem i 
powiesiwszy go na szyi chłopca, rozkazał głośno: „Idź!” Chłopiec wyprostował się 
jak struna, przez chwilę stał w miejscu z lekka się kołysząc, po czym, zrobiwszy 
półobrót, automatycznym, nieprzytomnym krokiem jął iść na przełaj przez kościelne 
podwórko. W tymże momencie rozległ się szmer. Wszyscy wlepili wzrok w horyzont, 
właśnie tam, dokąd teraz zdążał chłopak. On zaś szedł jak zahipnotyzowany na 
spotkanie tej czarnej chmury albo może ona szła na jego spotkanie. Ogromna, 
deszczem ciężarna, pierwsza wyczekiwana chmura deszczowa sezonu. A chłopak 
wciąż szedł i szedł przed siebie, a za nim, zebrawszy manatki, powlókł się czarodziej. 
Ogromne, soczyste, zimne krople dżdżu spadły na głowy zdumionego tłumu.
Taką to nieprawdopodobną historię opowiedział mi Padre Rosolini, proboszcz 
włoskiej misji katolickiej w Tanganice. Nie ma powodu sądzić, aby powyższe opo-
wiadanie leżało w interesach katolickiej propagandy, wprost przeciwnie, było raczej 
pewnego rodzaju skruchą i przyznaniem się do kapitulacji, więc nie pozostaje nam 
nic innego, jak tylko uwierzyć w jego prawdziwość.
Nie wiem, czy potrafiłbym z pamięci wyliczyć wszystkie słyszane opowieści o 
jakichś nadprzyrodzonych, niesamowitych wprost wyczynach różnych afrykańskich 
czarodziejów. Wiem tylko, że wszystkie te historie pochodzą z ust katolickich 
kapłanów, ludzi poważnych i krytycznie ustosunkowanych do tematu. Pamiętam, jak 
przeor misji w Nyanza (Rwanda) przy nastrojowym kominku (bo w Rwandzie noce 
są bardzo chłodne) snuł opowieść o swoim wiernym kucharzu, który zapadł na 
galopującą gruźlicę i według opinii miejscowego lekarza musiał umrzeć w ciągu paru 
miesięcy. Rentgen wykazywał brak dwóch płatów płucnych, a kawerny w pozosta-
łych rosły z dnia na dzień. Chory pluł krwią i oczywiście prątkował.
— Co tu gadać, mój panie — zakończył proboszcz. — Robiliśmy, co tylko można, 
aby go ratować, bo to był najlepszy nasz sługa i przyjaciel, ale wszelkie starania 
okazały się daremne. I wtedy któregoś wieczoru — powiada proboszcz — przyszedł 
do mnie i mnąc w zażenowaniu czapkę, depcząc, nogi na nogę, prosił o trzy-

background image

miesięczny urlop. Twierdził, że musi pójść do takiego specjalisty mchawi, co to leczy 
płuca. „Gdzie on jest?” — spytałem ciekawie. „O — zawołał — trzeba doń iść trzy, a 
może nawet i cztery dni”. „Nie dojdziesz — powiadam. — Jesteś słaby, gorączkujesz, 
lepiej połóż się zaraz do łóżka. Cóż ci tam jakiś głupi czarodziej pomoże?” Nie. Uparł 
się, że pójdzie. Żadne perswazje nie pomagały. Puściłem go więc z ukrytym 
westchnieniem ulgi. Cieszyłem się, że będzie o jeden pogrzeb mniej. Odszedł. Nie 
pamiętam nawet, jaka to była pora, deszczowa czy też sucha. Wiem tylko na pewno, 
że nie wrócił, jak to obiecał, za trzy miesiące. Upłynęło pół roku, a może nawet 
więcej. Wrócił pełen energii i wigoru. Wierzyć się nie chciało, że to ten sam 
człowiek. Znikła mu z twarzy tak typowa, popielata szarość, jaka charakteryzuje cho-
rego Murzyna. Przybyło mu na wadze, wyglądał zdrowo i czerstwo. Zanim przyjąłem 
go do pracy, skierowałem do tegoż samego lekarza na kontrolę. Zrobione było zdjęcie 
rentgenowskie. Lekarz nie mógł wyjść z podziwu. Wszystkie ubytki zabliźniły się czy 
też zwapniły. Proces został zlikwidowany i pacjent mógł przystąpić do pracy. Po 
prostu cud, istny cud boski — zakończył ksiądz proboszcz, a przy pożegnaniu, stojąc 
w drzwiach, dodał:
— A może pan myśli, że to jedyny wypadek z czarodziejem? Gdzież tam! W naszej 
okolicy mieszka gdzieś w głębokim buszu jakiś magik, co prostuje ludziom krzywe 
nogi. Wszyscy połamańcy giną na rok, ażeby powrócić prostymi jak struna. Pan nie 
wierzy? Pan się śmieje, a to jest rzetelna prawda. Przed kilku laty próbowałem tego 
drania odszukać. Znalazłem nawet przewodnika. Dobrnęliśmy do jeziora, skąd łódką 
trzeba było przeprawiać się na wyspę. Już mieliśmy wsiadać do łódki, gdy doleciały 
nas od wyspy niesamowite, dreszcz grozy budzące wrzaski. Wyglądało, jakby komuś 
żywcem łamano kości. Mój przewodnik nie wytrzymał nerwowo i uciekł. Sam nie 
zdecydowałem się na przeprawę, no i jak niepyszny wróciłem na misję.
Takie były opinie o czarodziejskiej mocy różnych wielebnych duszpasterzy, ale 
chyba najbardziej nieprawdopodobną historię czytałem w urzędowym brytyjskim 
piśmie „Tanganyika Notes and Records”, wydawanym w Dar es-Salaam, tam jakiś 
komisarz prowincji Dodoma umieścił swój raport z prawdziwego zdarzenia. Pisał on 
mianowicie, że w najbliższej okolicy przebywał wielki czarodziej, do którego dzień w 
dzień ściągały tłumy przeróżnych klientów, ale on lekceważył wszelkie państwowe 
podatki. Któregoś dnia komisarz wysłał do niego swego urzędnika z upomnieniem, 
ale ten wyrzucił go za drzwi, grożąc śmiercią w razie powtórzenia wizyty. Z braku 
reakcji po kilku tygodniach komisarz znowu posłał tego samego urzędnika. Jakież 
było jego zdumienie, gdy nazajutrz urzędnik powrócił do biura na czele żałobnego 
pochodu. Na noszach przyniesiono trzy zwęglone trupy. Piorun uderzył w chatkę, 
zabijając żonę i dwoje dzieci. Komisarz znalazł się w trudnym położeniu. Karać 
czarodzieja za śmierć byłoby równoznaczne z przyznaniem mu nadprzyrodzonych 
właściwości, pozostawić sprawcę bezkarnie wobec jawnych, poprzedzających 
pogróżek było demoralizujące. W końcu wysłano żandarmów, aby czarodzieja 
aresztować. Po kilku dniach odbył się sąd. Salę wypełnił tłum świadków. Na ławie 
podsądnych stanął czarodziej w całej krasie swoich insygniów, czyli naszyjników, 
brzękadeł, rogów i muszli. Stanął z podniesioną głową niby bohater chwili. Była to 
pora sucha, kiedy chmury się nie zdarzają. A oto na dalekim horyzoncie ukazał się 
czarny obłok i szybko gnał w kierunku sądowego budynku. Wśród zebranych powstał 
niepokój. Od podłogi, na której ludzie siedzieli w kucki, podniosły się twarze, 
wszystkie oczy patrzyły na chmurę. I czarodziej z wyraźną ironią zwrócił tam głowę. 
Wyczekiwał.
— No cóż — przemówił komisarz ratując sytuację. — Może to ty sprowadzasz grom 
na nasze głowy i chcesz teraz mnie zabić?
— Nie! — krzyknął czarodziej władczym głosem. — Ciebie nie zabiję, ale tych! — I 

background image

tu nagłym ruchem obrócił się i wskazał ręką na siedzących świadków. W sali powstał 
niebywały popłoch. Budynek zwyczajem tropikalnym nie posiadał okien ani drzwi, 
tylko niską balustradę i dach oparty na słupach. Teraz ludzie poczęli skakać przez tę 
właśnie balustradę, gnając przed siebie, kędy oczy poniosą, byle jak najdalej od 
gromu i czarodzieja.
Dosłownie w parę minut na sali pozostały tylko dwie osoby: komisarz i czarodziej.
— No i cóż? — przemówił czarodziej chłodno. — Chcesz być zabity?
— Chcę — odpowiedział również głosem spokojnym i zrównoważonym komisarz — 
ale wpierw zapłacisz mi wszystkie zalegające podatki.
— Zapłacę — zgodził się czarodziej, wysypując na stół srebrniki.
I taki był koniec historii.
Oczywiście, we wszystkim można się dopatrzyć zbiegu okoliczności, ale kto bliżej i 
dłużej obcował ze światem prymitywu, kto się zagłębiał nie tylko w dżunglę drzew, i 
w dżunglę ludzi, ten mniej realistycznie patrzy na świat. Coś w tym jest i cały sęk w 
tym, żeby odkryć to coś, gdyż rzeczywiście dzieją się czasami rzeczy, które śniły się 
nawet żadnym filozofom, a życie w sobie stanowi najzawilszy problem, który się łowi 
aktem urodzenia.

SPIS RZECZY

SKOK PRZEZ MEDYCYNĘ
Z czarnego węgla pod biały żagiel
Mały obieżyświat
Prosektorium — przedsionek życia
Profesorskie qui pro quo 
Szczęścia w nieszczęściu
Świeżo upieczony
Atmosfera szpitala
Życie czy śmierć bez sensu
Uniewinniony wariat
Śmierć nie czeka
Wędkarze sali piątej
Brzuszki kurują się
Czyszczenie śmietników
Mundur to ważna rzecz

W MUNDURZE MARYNARZA
Żeglarskie krotochwile
Konno na pacjencie
Cisza na morzu
Misiowe kłopoty
Tramp i złodziej.....
Kuracja zemdlonych
Na tropach mafii
Wąż i łysina
Złowiłem życie
Wojna
Katastrofa

Z KONTYNENTU NA KONTYNENT
W podziemnych kolejkach
Konwój
Goły dywersant
Ptasi pacjenci

background image

Do Afryki
Spotkanie s nosorożcem
Metamorfoza
Oto i Etiopia
Czarownik wśród czarowników
Skok o tyczce
Tse-tse i tabu
Czarne widmo
Wierzyć, nie wierzyć