background image

 

Darcy Emma - 
Niezwykły spadek. 

 
STRESZCZENIE: 
 
Stary i bogaty Vivian Prescott u schyłku życia zatrudnił 

młodą i piękną Margaret jako damę do towarzystwa. Cza-
sami żartobliwie nazywał ją swoją ninią. Maggie wprost 
uwielbiała go, nauczył ją bowiem cieszyć się życiem i zro-
bił z niej . prawdziwą damę. Któregoś dnia złożył jej , nie-
zwykłą propozycję: jeśli uwiedzie jego wnuka, Seau Pre-
scotta, a następnie zaprowadzi go do  ołtarza i urodzi mu 
dziecko, to w zamian zapisze jej w testamencie .cały swój 
majątek. Maggie  potraktowała  propozycję jako żart, ale 
tylko .. do dnia, w którym po nagłej śmierci starego Pre-
scotta stanęła oko w oko z jego wnukiem.  

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
 
Niania? - To się po prostu w głowie nie mieści, pomy-

ślał Beau Prescott po raz kolejny tego dnia. Mijała właśnie 
czternasta godzina lotu z Buenos Aires do Sydney, a on 
wciąż analizował treść testamentu dziadka. Kilka dni temu 
otrzymał ten dokument pocztą od prawnika, który prowa-
dził interesy jego rodziny. 

Po co, u diabła, dziadek zatrudnił niańkę na dwa ostat-

nie lata swojego życia? I dlaczego przekazał ją w spadku 
swojemu wnukowi razem z resztą domowej służby? 

Niania! To nie miało sensu. W domu dziadka nie było 

przecież żadnych dzieci. W każdym razie Beau nic o tako-
wych nie wiedział. 

Pozostali pracownicy zasługiwali, rzecz jasna, na doży-

wotnią opiekę. Beau darzył wielkim szacunkiem zarówno 
panią Featherfield, gosposię dziadka, jak i kamerdynera 
Sedgewicka i szofera Wallace a. Nie wyobrażał też sobie, 
że mógłby pozbyć się pana Polly, głównego ogrodnika. 
Każde z nich było częścią tego domu. Ale niania? Co nale-
żało do jej, obowiązków? 

Przypomniał sobie jej nazwisko: Margaret Stowe. Hm... 
Imię Margaret brzmiało dosyć staroświecko i przywo-

dziło na myśl ubraną w workowate ciuchy starą pannę. 
Może ta niańka to jakaś wykolejona, zubożała staruszka? 
Dziadek miał w zwyczaju brać takich nieudaczników pod 
swoje skrzydła i stawiać ich na nogi. 

 
 

 

background image

Jednak dwa lata hojności i zapis w testamencie to chyba 
lekka przesada. . . 

- Wylądujemy na lotnisku Mascot zgodnie z rozkładem 

obwieścił pilot. - Pogoda jest ładna. Temperatura na dole 
wynosi około dziewiętnastu stopni... 

Beau wyjrzał przez okno i poczuł dziwny przypływ no-

stalgii. 

Poniżej rozpościerał się znajomy widok Sydney; czer-

wone dachy budynków, wielobarwny port, most, bajeczny 
gmach opery. 

To wszystko tak bardzo kojarzyło mu się z domem. Ale 

ten prawdziwy dom to był przede wszystkim Vivian Pre-
scott, człowiek, który przed laty zaopiekował się swoim 
osieroconym ośmioletnim wnukiem i podał mu na tacy 
cały świat. 

Vivian Prescott był kimś więcej niż. dziadkiem. Był 

wielkim człowiekiem. Jego serce powinno było bić znacz-
nie dłużej. 

Rodzina Prescottów tradycyjnie nadawała męskim po-

tomkom dość ekscentryczne imiona. Vivian... Każdy nor-
malny mężczyzna spaliłby się ze wstydu, gdyby musiał 
nosić takie imię. Ale nie dziadek! On uwielbiał oryginal-
ność. W dodatku przekonywał wnuka, że Vivian znaczy 
życie, a przecież radość życia była tak bliska jego duszy. 

Dlaczgo musiał umrzeć? Do diaska! Miał dopiero 

osiemdziesiąt sześć lat. Co to jest dla takiego człowieka jak 
dziadek? 

Zawsze przechwalał się, że dożyje setki. Ćmił ulubione 

cygara i popijał francuskiego szampana, a na jego obydwu 
ramionach wspierały się piękne kobiety. Zbyt mocno ko-
chał życie, żeby tak po prostu się z nim rozstać. 

Beau westchnął ciężko i doszedł do wniosku, że nie ma 

background image

sensu obwiniać dziadka za nagłe odejście. Wyrodny wnu-
czek od trzech lat nie wpadł do domu nawet z krótką wizy-
tą. I nie chodziło tu o odległość, jaka dzieliła Amerykę 
Południową od Australii 

 
... Przecież gdyby wiedział, że dziadek podupadł na 

zdrowiu przyleciałby do ojczyzny natychmiast. 

Sęk w tym, że nie Iniał pojęcia o chorobie dziadka. Po-

dobnie zresztą, jak nie zdawał sobie sprawy, że w domu 
jest niańka. 

Skoro dziadek był chory, czemu nie zatrudnił pielę-

gniarki? 

Czyżby na starość zdziecinniał? Nie, to niemożliwe... 
Wreszcie wylądowali. Kiedy tylko samolot podkołował 

do wejścia, Beau poderwał się i wyjął spod fotela podręcz-
ny bagaż. 

Chciał jak najszybciej wydostać się z lotniska i znaleźć 

się domu. 

- Czy mogę w czymś pomóc, panie Prescott? 
To ta sama stewardesa, która poświęcała mu tyle uwagi 

podczas całego lotu. Beau posłał jej nieuważny uśmiech.. 

- Nie, dziękuję bardzo. 
Zaproszenie w jej błyszczących oczach wydawało się 

dość oczywiste. Cóż, dziewczyna była całkiem ładna, ale 
on nie miał teraz głowy do romansów. Musiał załatwić 
ważne sprawy. 

Jednak kiedy mijał stewardesę w drzwiach wyjścio-

wych, poczuł chwilowe ukłucie żalu. Od dawna nie miał 
kobiety. Odkąd zaszył się w Amazonii, czas wypełniało 
mu głównie przemierzanie odludnych głuszy i walka o 
przetrwanie. 

Zawsze miał ogromne powodzenie u płci przeciwnej. 

background image

Wysoki, muskularny mężczyzna, jakim był Beau, przycią-
gał kobiety niczym magnes. Nie zmieniła tego nawet pew-
na dzikość w jego sposobie bycia; jedna z konsekwencji 
długiego ,popytu w dżungli. 

Dziadek zawsze zamartwiał się, że atrakcyjny wygląd to 

dla Beau prawdziwe przekleństwo., - Zbyt łatwo ci idzie, 
chłopcze - mawiał do wnuka. – Jeśli tak dalej pójdzie, nig-
dy nie ustatkujesz się u boku porządnej kobiety. 

- Nie mam zamiaru się ustatkować, dziadku - odpowia-

dał Beau ze śmiechem. 

Jeszcze trzy lata temu starszy pan przekonywał go po-

ważnym tonem: 

  Beau, masz już trzydzieści lat. Czas, żebyś pomyślał o 

dzieciach. Jesteś ostatnim spadkobiercą rodziny Prescot-
tów. 

Nie chcę, żeby nasz ród wyginął. Zrozum, że jedynym 

sposobem zbliżenia się do nieśmiertelności jest przekazy-
wanie genów. 

Czy Vivian już wtedy czuł, że śmierć jest blisko? 
- Dziadku, mężczyzna może mieć dzieci nawet w póź-

nym wieku - zapewniał go Beau. - Charlie Chaplin został 
ojcem, kiedy zbliżał się do dziewięćdziesiątki. Nawet ty 
mógłbyś jeszcze dorobić się potomka. . . 

- Żeby wychować dziecko, potrzebny jest czas, którego 

mnie nie zostało już wiele. Przemyśl to, Beau. Twoi rodzi-
ce byli niewiele starsi od ciebie, kiedy ich samolot rozbił 
się nad Antarktyką. Nie dostali od życia drugiej szansy. 
Jeśli zawczasu nie pomyślisz o założeniu rodziny, zanim 
się obejrzysz, może być już za późno. 

Za późno... - pomyślał z żalem Beau. Za późno, żeby się 

pożegnać z kochanym staruszkiem, któremu tak wiele za-
wdzięczał. Za późno, żeby mu podziękować. Za późno 

background image

nawet na to, żeby wziąć udział w pogrzebie, który odbył 
się, kiedy Beau przemierzał Amazonię, odcięty od cywili-
zacji. 

Jedyne, co mu pozostało, to postąpić zgodnie z ostatnią 

wolą dziadka, choćby nawet miało to oznaczać zatrzyma-
nie bezużytecznej niańki przez kolejny rok. 

Dziadek życzył sobie ponadto, żeby Beau został w Ro-

secliff, rezydencji Prescottów, przez co najmniej najbliższe 
dwanaście miesięcy. Pewnie staruszek miał nadzieję, że 
wnusio pozna przez ten czas miłą kobietę, ożeni się i zało-
ży rodzinę. Beau potrząsnął głową na samą myśl o takiej 
perspektywie. 

Nie był gotów do małżeństwa. Nie miał ochoty się 

ustatkować. W najbliższym czasie planował podróż do 
Europy. Głupotą z jego strony byłoby, gdyby myślał teraz 
o uwiciu sobie przytulnego gniazdka. 

Szczęśliwie szybko przebrnął przez kontrolę paszpor-

tową, odebrał bagaż i nie ociągając się, wyszedł na ze-
wnątrz hali przylotów. 

Niemal od razu dostrzegł szofera Wallace a ubranego w 

nienaganny uniform, który dodawał powagi temu niewy-
sokiemu mężczyźnie. Beau poczuł, jak towarzyszące mu 
od kilku dni poczucie pustki wypełnia nagle fala ciepła. 
Wallace od zawsze  był dla niego jak członek rodziny. O 
samochodach wiedział tyle, że swoimi wyjaśnieniami bez 
trudu mógł zaspokoić ciekawość nastolatka. Był zaufanym 
powiernikiem chłopięcych sekretów, jego cierpliwość mo-
gła się równać jedynie z niezmąconym spokojem dziadka. 

- Jak dobrze zobaczyć panicza po tylu latach - przywitał 

go Wallace, szybkim ruchem ocierając zwilgotniałe oczy. 

Beau uścisnął go serdecznie, wzruszony ciepłym powi-

taniem. Śmierć Viviana Prescotta musiała być dla szofera 

background image

niezwykle bolesna. Zwłaszcza że stracił długoletniego pra-
codawcę, u którego miał nadzieję dosłużyć aż do emerytu-
ry. Teraz zaś jego przyszłość stanęła pod znakiem zapyta-
nia. Beau obiecywał sobie w duchu, że zajmie się tą spra-
wą.     

- Przykro mi, że mnie tu nie  było  - powiedział, spusz-

czając głowę.  

- Nie mógłby panicz temu zapobiec - padła szybka od-

powiedź. -Umarł niespodziewanie, tak jak zawsze chciał. 
Po hucznym przyjęciu po prostu położył się spać i już się 
nie obudził. Niania Stowe mówi, że Anioł Śmierci zabrał 
go pod swoje skrzydła. 

Beau niemal wykrzywił się z obrzydzenia. Anioł Śmier-

ci? 

Czy ta niańka to jakaś nawiedzona dewotka? W ostat-

niej chwili ugryzł się w język i nie powiedział na głos, co 
sądzi o tego typu porównaniach. Niania najwyraźniej cie-
szyła się szacunkiem Wallace a. 

Uśmiechnął się z przymusem. 
- Huczne przyjęcia były domeną dziadka. 
- Zgadza się, paniczu. Pan Vivian cieszył się sławą do-

skonałego wodzireja. 

Beau spuścił głowę ze smutkiem. 
- Powinienem był urządzić mu równie huczny pogrzeb. 
- Proszę się nie martwić. Niania Stowe o wszystko zad-

bała. 

- Och, doprawdy? 
Tego już za wiele! Co ·ona sobie wyobraża, ta niańka? 
Owszem, Sedgewick, który służył u dziadka przez trzy-

dzieści lat, zapewne wiedziałby, jaki pogrzeb urządzić 
Vivianowi, ale co miała na ten temat do powiedzenia jakaś 
niania-przybłęda? Beau poczuł się głęboko urażony aro-

background image

gancją nieznajomej kobiety. Jak ona śmie tak się szarogę-
sić? 

- Jedźmy do domu. Im szybciej, tym lepiej - zarządził, 

postanawiając z miejsca wykurzyć władczą pannę Stowe. 

-  Wezmę pańskie bagaże. 
- Tylko to. - Wręczył szoferowi torbę podręczną, a sam 

zarzucił na plecy ogromnych rozmiarów plecak. 

- Może wezmę wózek bagażowy? 
- Szkoda czasu - odparł niecierpliwie Beau. - Chcę, że-

byś po drodze opowiedział mi o pogrzebie. 

-  Spodziewał się najgorszego i wolał to usłyszeć jesz-

cze przed  spotkaniem z tą despotką. 

- Pochowaliśmy go z wszelkimi honorami - zapewnił 

Wallace  z dumą. - Niania Stowe od razu zapowiedziała, że 
musimy  urządzić wielki pogrzeb dla wielkiego człowieka. 
I tak też się o. 

- Więcej szczegółów, Wallace - ponaglił go Beau, 

przewidując, że zwykła niańka nie mogła mieć zielonego 
pojęcia o prawdziwej wielkości jego dziadka. 

- Wszystko zaczęło się uroczystą mszą w katedrze pod 

wezwaniem świętego Andrzeja. Przyszły takie tłumy ludzi, 
że kościele nie można było wetknąć szpilki, a ci, którzy się 
nie zmieścili, wypełniali okoliczne ulice. Niania Stowe 
zaprosiła wielu znakomitych gości. Członków zarządów, w 
których zasiadał pański dziadek, polityków, artystów i wie-
lu przyjaciół pana Viviana. 

Przynajmniej tyle dobrego, pomyślał Beau. 
- Sam panicz wie, jak pan Vivian uwielbiał dawać przy-

jaciołom czerwone róże. 

Fakt, to był jego znak firmowy. 
- Nigdy nie widziałem tylu czerwonych róż, ile tego 

dnia w katedrze. Niania Stowe musiała spustoszyć wszyst-

background image

kie kwiaciarnie w mieście, wykupując znajdujące się tam 
róże w tym kolorze. Kwiaty przykrywały także trumnę, a 
każdy żałobnik przy wejściu do katedry dostawał na pa-
miątkę czerwoną różę. 

Beau musiał przyznać w duchu, że to był niezły pomysł. 
Po wyjściu z hali przylotów powitało ich bezchmurne 

błękitne niebo. Ruchem głowy Wallace wskazał miejsce, 
gdzie zaparkował samochód. 

- Mów dalej - domagał się Beau. - Jak przebiegła msza? 
- Chór chłopięcy zaczął od ,,Przygotuj drogę Panu  z 

musicalu  Godspell . To była jedna z ulubionych piosenek 
świętej pamięci pana Viviana. On wprost uwielbiał teatr. 

- W rzeczy samej – przyznał Beau, czując, że jego nie-

chęć do panny Stowe nieco topnieje. 

Niańka faktycznie wpadła na kilka dobrych pomysłów, 

choć były one niewątpliwie wynikiem jej pedantycznej 
dbałości o szczegóły, a nie dziełem bystrego umysłu. Nie-
mniej jednak teatralny ton pasował do dziadka i pomysł z 
chórem zasługiwał na pochwałę. 

- Sir Roland z rady artystycznej wygłosił wspaniałą 

mowę pożegnalną... - ciągnął Wallace. 

Doskonały wybór - sir Roland był przecież najlepszym 

przyjacielem dziadka. 

- .. .mowa biskupa wydała mi się trochę przyciężka, ale 

cytaty z Biblii były doskonale dobrane. To niania Stowe je 
wybrała. Wszystkie mówiły o szczodrości ducha. 

- Hm - mruknął Beau, zastanawiając się, czy niańka nie 

liczy przypadkiem także na jego szczodrość, może nie tyle 
ducha, ile kieszeni. 

Zbliżyli się do białego rolls-royce  a, zaparkowanego w 

miejscu gdzie obowiązywał całkowity zakaz postoju. Beau 
nie miał jednak najmniejszego zamiaru pytać szofera, jak 

background image

udało mu się ominąć zakaz. 

- Na koniec chór zaśpiewał  Amazing Grace… Prze-

pięknie. nawet mnie się łza w oku zakręciła - ciągnął Wal-
lace. - A konduktowi żałobnemu towarzyszyły dźwięki 
fletu. To Sedgewick wpadł na ten pomysł. Sam panicz wie, 
jak dziadek chętnie zapraszał flecistów na wieczorki ta-
neczne. 

- Sedgewick ma łeb na karku - pochwalił Beau, ciesząc 

się w duchu, że choć jedna rzecz nie okazała się zasługą 
panny Stowe. Niańka pewnie chodziła spać z kurami i nig-
dy nie uczestniczyła w organizowanych przez dziadka im-
prezach. - A stypa? - zapytał, zrzucając z ramion ciężki 
plecak. 

- Wszyscy doskonale znaliśmy kulinarne upodobania 

zmarłego - podkreślił Wallace. - Nie zabrakło więc francu-
skiego szampana, kawioru, wędzonego łososia i przepiór-
czych jaj. Na stołach znalazło się wszystko to, co pan 
Vivian lubił najbardziej. 

Pani Featherfield i Sedgewick sporządzili listę, a niania 

Stowe zadbała o resztę. Powiedziała, że koszty nie grają 
roli. Mam nadzieję, że pan się z tym zgadza? 

- Oczywiście, Wallace. 
Trzeba będzie natychmiast przestudiować rachunki, za-

niepokoił się Beau. Wydawanie pieniędzy lekką ręką było 
przywilejem dziadka. Nie wolno jednak dopuścić do tego, 
żeby wszędobylska niańka przejęła ten zwyczaj. Co to, to 
nie! Może już cichcem odkłada coś na własnym koncie, 
licząc, że pogrążony w żałobie wnuczek w niczym się nie 
połapie? 

Wrzucając plecak do bagażnika samochodu, Beau za-

stanawiał się, czy ich rodzinny prawnik na pewno dobrze 
pilnuje -spraw majątkowych. Przecież jego obowiązki nie 

background image

ograniczały się jedynie do wysłania kopii testamentu 
dziadka do Buenos Aires. Ważne, żeby miał oko na to, co 
się dzieje w domu. A zdaje się, że dzieje się tam aż za du-
żo. 

Wallace otworzył usłużnie drzwi, a Beau wsunął się do 

wnętrza wozu. Teraz prędko do domu. Trzeba zorientować 
się w sytuacji.  

 
Gnębiło go jednak pewne pytanie. 
- Dlaczego dziadek zatrudnił niańkę? - zapytał, kiedy 

tylko samochód ruszył. 

- Pan Vivian zawsze miał naturę żartownisia - uśmiech-

nął się szofer. - Pewnego dnia stwierdził, że musi mieć 
przy sobie kogoś, kto będzie go niańczył, kiedy na starość 
zdziecinnieje. 

- Wallace, bądź ze mną szczery. Czy u dziadka wystąpi-

ły jakieś objawy starczej demencji? 

- Ani trochę! Świętej pamięci pan Prescott zachowywał 

się dokładnie tak samo jak zwykle, aż do momentu, kiedy. 
.. hm... odszedł. 

Przynajmniej tym razem nie wspomniał o Aniele 

Śmierci. 

- I mimo to zatrzymał niańkę? - Beau miał coraz więk-

szy mętlik w głowie. 

- Tak, paniczu. Twierdził, że ona jest lepsza niż dżin z 

tonikiem. - Wallace mrugnął porozumiewawczo. 

- Czyżby niania powstrzymywała go od picia? - zapytał 

Beau z lekkim zaniepokojeniem. 

- Ależ skąd. Nawet jej to przez myśl nie przeszło. Nania 

Stowe jest bardzo towarzyska. Bardzo. 

Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Przebiegła niańka 

wszystkich omotała. Nawet Wallace jadł jej z ręki. Mówił 

background image

o niej w samych superlatywach, mimo iż musiał zdawać 
sobie sprawę, że przez cały czas pobytu pod dachem 
Viviana Prescotta ta niby-niańka nie miała żadnych obo-
wiązków. No, ale on jej pokaże, gdzie jest jej miejsce! Już 
niedługo. 

- Pozwoli panicz, że zatelefonuję do Sedgewicka? Pro-

sił, żeby dać mJ znać, kiedy będziemy się zbliżać do domu. 

- Na pewno nie chcesz poinformować niani Stowe? - 

Beau nie mógł się powstrzymać od złośliwej uwagi. 

- Sedgewick ją powiadomi. 
Niewątpliwie. 
- A więc dzwoń, Wallace. Nie zamierzam udaremniać 

komukolwiek szansy dołączenia do komitetu powitalnego. 

A niania Stowe niech już zaczyna drżeć o swoją ciepłą 

posadkę! 

 
 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Maggie Stowe rzeczywiście drżała na samą myśl o spo-

tkaniu z Beau Prescottem. Nigdy go nie widziała, nigdy z 
nim nie rozmawiała, nie znała go. Miała tylko jego foto-
grafię, którą Vivian dał jej przed śmiercią. 

- To mój chłopiec, Beau. Mały dzikus - objaśnił jej wte-

dy staruszek, patrząc z rozrzewnieniem na fotografię wnu-
ka. Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie to, w gruncie 
rzeczy, niezbyt trafne porównanie. 

 Zdjęcie zostało zrobione trzy lata temu, podczas przy-

jęcia z okazji osiemdziesiątych trzecich urodzin Viviana. 

background image

Przystojniak w ciemnym garniturze stojący obok jubilata 
nie wyglądał na chłopca. Raczej na stuprocentowego faceta 
z łobuzerskim błyskiem w oku. 

Beau Prescott był niewątpliwie typem mężczyzny, obok 

którego żadna kobieta nie mogłaby przejść obojętnie. Oczy 
w kolorze jasnozielonym kontrastowały z silnie opaloną 
twarzą okoloną burzą jasnych niesfornych włosów, a pięk-
nie wykrojone usta nadawały delikatności mocnej kwadra-
towej szczęce. Wyglądał fantastycznie, ale przecież nie 
należy  sądzić po pozorach:.. 

- Olśnij go, zaprowadź do ołtarza i uczyń go ojcem swo-

jego dziecka, a Rosecliff i cały mój majątek będą twoje, 
Maggie - zwykł mawiać Vivian.  

 
Interesujące wyzwanie, myślała Maggie, ale zawsze 

traktowała tę propozycję jako żart. 

- A co ja bym z nim robiła? - pytała przekornie. - Taki 

młokos jak on z pewnością nie dorównuje ci ani sposobem 
bycia, ani manierami. Poza tym on może mi się wcale nie 
spodobać. A ja nie mam ochoty wyjść za mąż tylko i wy-
łącznie z rozsądku. 

- Nie znam kobiety, której Beau nie wpadłby w oko - 

argumentował Vivian. 

- A skąd wiesz, że ja mu się spodobam? 
- Co do tego nie mam wątpliwości. 
Maggie nie kontynuowała dyskusji, choć pewnie nie-

jedno miałaby na ten temat do powiedzenia. W swoim ży-
ciu spotkała wielu ludzi, którzy próbowali nadwątlić jej 
poczucie własnej wartości, traktując ją jak powietrze. Roz-
czarowania, których doświadczyła, nauczyły ją nieufności i 
sceptycyzmu wobec nieznajomych. Zdecydowanie wolała 
samotność niż towarzystwo. 

background image

To prawdziwy cud, że trafiła pod skrzydła Viviana. 

Wszyscy w jego domu, począwszy od szofera a na kamer-
dynerze skończywszy, od początku traktowali ją jak człon-
ka rodziny i nikt nie wydawał się ani trochę zdziwiony, że 
pan Prescott u schyłku życia zatrudnił niańkę. 

Wszyscy też zdawali się być zachwyceni szalonym po-

mysłem Viviana, aby wyswatać ją i dziedzica Rosecliff. 
Zgodnie  twierdzili, że to małżeństwo zapewniłoby sukce-
sję rodu Prescottów.  

 
Niedorzeczny plan. Choć... nie tak do końca absurdalny. 

- Maggie czuła, że ciąży na niej obowiązek spełnienia 
ostatniej woli zmarłego. Nie chciała zawieść Viviana, ale 
też i przerażała ją rola, w jaką miała się wcielić. Mężczyź-
ni, na których jej zależało, zazwyczaj nie okazywali się 
warci zachodu. Jak będzie tym razem? 

- Nie masz pojęcia, jak ja się czuję - powiedziała do 

przystojniaka na fotografii. - Taka odpowiedzialność... 

Śmierć Viviana spadła na wszystkich jak grom z jasne-

go nieba. Pogrążeni w żałobie zajęli się przygotowaniami 
do pogrzebu, odsuwając od siebie myśl o konsekwencjach 
związanych z odejściem pana Prescotta. Kiedy jednak po 
uroczystościach pogrzebowych w Rosecliff pojawił się 
prawnik rodziny Prescottów i odczytał ostatnią wolę zmar-
łego, wszyscy nagle zdali sobie sprawę, jak mgliście 
przedstawia się ich przyszłość. 

Vivian Prescott przekazał posiadłość swojemu wnukowi 

i odtąd to w jego rękach spoczywał los mieszkańców Ro-
secliff. 

Wprawdzie przez najbliższy rok wszyscy mieli zapew-

nioną ciągłość zatrudnienia, ale po upływie tego czasu Be-
au Prescott miał prawo zadysponować ich losem wedle 

background image

własnego  uznania. 

Maggie Stowe wierzyła, że tak czy siak uda jej się spaść 

na cztery łapy. Mając dwadzieścia osiem lat była jeszcze 
na tyle młoda, żeby znaleźć posadę gdzie indziej. Zanim 
poznała Viviana Prescotta imała się różnych zajęć; nie-
straszny był jej więc spodziewany spadek poziomu życia. 
Bardziej przerażała ją myśl o opuszczeniu tego domu, w 
którym znalazła spokój i sympatię tylu ludzi. 

Co się z nimi stanie? 
Sedgewick, Wallace, pani Featherfield i pan Pollymi l 

już swoje lata, więc prawdopodobieństwo, że znajdą teraz 
równie intratną posadę było znikome. Dokąd pójdą? Kto 
ich przyjmie na służbę? 

Fala niepohamowanego strachu zalała serce Maggie. I 

zaraz potem przypomniała sobie niedawną rozmowę z 
Sedgewickiem i resztą służby. 

Stary kamerdyner stał przed nią, jak zwykle nieskazitel-

nie ubrany, pełen godności i szyku. Utkwił w niej te swoje 
poczciwe brązowe oczy i przemówił tonem spokojnym, ale 
stanowczym: 

- Nianiu Stowe, tylko pani może nas uratować. Pan 

Vivian bardzo by tego pragnął. 

Maggie potrząsnęła głową ze smutkiem. 
- Przykro mi, ale nie mogę zmienić zapisu w jego te-

stamencie. Nic nie mogę zrobić. 

- Obiecała mu pani... sam słyszałem. Tego wieczoru, 

kiedy umarł, gawędziła z nim pani w salonie. Przyniosłem 
dwa kieliszki szampana i byłem świadkiem waszej roz-
mowy. 

- Przekomarzaliśmy się tylko. 
- Nie. Pamiętam, że pan Vivian powiedział:  Przyrzeknij 

mi, że kiedy Beau zjawi się w domu, dasz mu szansę . I 

background image

pani się zgodziła. Stuknęliście się kieliszkami. 

- To były żarty... 
- Nie, nie i jeszcze raz nie! - Pani Feathelfield niespo-

dziewanie pojawiła się obok nich i włączyła się do rozmo-
wy. - Pan Vivian chciał, żeby Beau się z tobą ożenił, ko-
chanie. Rozmawiał o tym z nami wiele razy. 

Maggie odwróciła głowę i  zauważyła, że w pokoju 

zgromadziła się cała służba zmarłego Prescotta. 

.   Zawsze traktował panią jak członka rodziny - nie-

śmiało wtrącił Wallace.- I pragnął, żeby weszła pani do 
rodu Ptescottów jak najbardziej oficjalnie i legalnie nabyła 
wszelkie prawa do dziedziczenia rodzinnego majątku. 

Pan Polly, przerażony wizją oddania ogrodu pod opiekę 

kogoś innego, zebrał się na odwagę i również wtrącił swoje 
trzy grosze: 

- Małżeństwo to najlepsze rozwiązanie. 
- Przyrzekła mu to pani -przypomniał Sedgewick. - Ma 

pani obowiązek wypełnić ostatnią wolę zmarłego. 

- Obiecałam jedynie, że spróbuję - tłumaczyła cierpliwie 

Maggie. - Nie ma żadnej gwarancji, że Beau Prescott uzna 
mnie za dobry mateńał na żonę. Nie mam też pojęcia, czy 
ja będę miała ochotę związać się z kimś takim jak on. Ta-
kich rzeczy nie da się ani przewidzieć, ani zaplanować. 

- Losowi trzeba pomagać, kochanie - naciskała pani Fe-

atherfield. - Daj chłopakowi szansę. Przed warni cały rok. - 
Już my zrobimy wszystko, żeby ani jeden dzień nie po-
szedł na marne - dodał Sedgewick. 

- Tak jest! - zapewniła chórem cała czwórka,  śląc jed-

nocześnie swojej przyszłej wybawicielce spojrzenia pełne 
nadziei. 

Maggie chciała się roześmiać i kolejny raz zapewnić 

ich, że rozmowy z Vivianem miały charakter żartobliwy i 

background image

nie wiązały się z żadnymi zobowiązaniami. Wiedziała jed-
nak, że wszelkie jej wykręty na nic się nie zdadzą. Czwór-
ka służących miała swoje mocno ugruntowane zdanie na 
temat jej przyszłości i żadne z nich nie dopuszczało do 
siebie myśli, że coś mogłoby się nie udać. 

Wszystko już zaplanowali. Maggie ma poślubić dzie-

dzica, urodzić mu dziecko i żyć z nim długo i szczęśliwie 
w Rosecliff. 

Prosty scenariusz i wyraźny cel. Wizja takiej sielanki 

wydawała im się realna i bardzo bliska.  - Spróbuję - obie-
cała w końcu. - Ale nie spodziewajcie się natychmiastowe-
go sukcesu. Całkiem możliwe, że to będzie klapa na całej 
linii. 

Sedgewick uśmiechnął się dobrotliwie i rzekł: 
- Nianiu Stowe, chyba pamięta pani dewizę pana Vivia-

na? Trzeba myśleć pozytywnie. Ot co! 

 Pozytywne myślenie to nie to samo co cudotwórstwo! 

przemknęło przez głowę Maggie. 

Pani Featherfield złożyła dłonie jak do modlitwy i roza-

nielonym wzrokiem spojrzała ku niebu: 

- Wkrótce w Rosecliff urodzi się dziecko. Coś wspania-

łego! Nie mogę się wprost doczekać. 

Dziecko? Nie istniało nawet w planach, a oni już wi-

dzieli je oczami duszy. .. 

Wallace mrugnął porozumiewawczo i znaczącym spoj-

rzeniem objął całą postać Maggie. 

- Bez obawy, nianiu Stowe. Jestem pewien, że gdy tylko 

panicz Beau spojrzy na panią, obudzi się w nim dziki 
zwierz. 

Maggie pomyślała, że sytuacja zaczyna pomału wymy-

kać się spod jej kontroli. 

Tymczasem pan Polly, ściskając w dłoniach herbacianą 

background image

różę, dodał z wielką powagą w głosie: 

- Natury nie da się oszukać. Trochę zaangażowania i 

troski, a efekty mogą być zdumiewające. 

Tyle że małżeństwo rzadko kiedy bywa drogą usłaną 

różami. 

Chyba że chodzi o bardzo cierniste róże. .. 
Maggie wiedziała już, że nikomu z nich nie zdoła wybić 

z głowy tego zwariowanego pomysłu. Cała czwórka za-
stawiła sidła na Beau Prescotta, a przynętą miała być ona - 
skromna niania. Wszyscy zdawali się zapominać, że ludz-
kimi uczuciami  nie da się manipulować. Albo się kogoś 
lubi  albo nie. Wygląd zewnętrzny nie ma tu nic do rzeczy, 
Na fotografii Beau Prescott prezentował się nieźle. I co z 
tego? Maggie miała już za sobą kilka związków z przy-
stojnymi facetami. Każdy z nich był tak zakochany w so-
bie, że obdarzenie gorącym uczuciem kogoś innego zdawa-
ło się przerastać ich możliwości. Oczekiwali od niej ule-
głości i ciągłych zachwytów. 

Nie, takie związki zdecydowanie jej nie interesowały. 
Ale może tym razem będzie inaczej? Jeśli Beau jest 

choć w połowie tak czarujący jak jego dziadek to... kto 
wie? Maggie poczuła bolesne ukłucie w sercu. Vivian Pre-
scott ofiarował jej dwa najpiękniejsze lata w całym do-
tychczasowym życiu. Nie zdawała sobie sprawy, jak bar-
dzo kocha tego staruszka, dopóki nie odszedł na zawsze. 

W jej myśli wdarł się przeciągły dzwonek telefonu. 
Schowała fotografię Beau Prescotta do górnej szuflady 

komody i niepewnie podniosła słuchawkę. Wiedziała, że 
dzwoni Sedgewick z informacją, że Beau Prescott - ten 
prawdziwy, z krwi i kości - zbliża się już do domu. 

- Przyjadą szybciej, niż myśleliśmy - usłyszała głos 

Sedgewicka. - Panicz Beau potrafi w ekspresowym tempie 

background image

opuszczać lotnisko - dodał z dumą. 

Jakże oni go kochali. Dla Sedgewicka, pani Feather-

field, Wallace a i pana Polly panicz Beau był nadal małym 
dzikusem; wyrośniętym wprawdzie, ale ciągle pełnym 
dziecięcego zapału. Chcieli, żeby ona też go pokochała, ale 
to była już przecież całkiem inna para kaloszy. 

- Czy Wallace wspominał, kiedy dokładnie przyjadą? 
- Za jakieś dwadzieścia minut - poinformował ją Sed-

gewiek podekscytowanym głosem. - Mam nadzieję, że jest 
pani gotowa. 

Żeby go powalić na kolana, dokończyła w myślach Ma-

ggie.  

Tego po niej oczekiwali. Taki był plan. 
- Tak, Sedgewick - odparła sucho. - Dam wam trochę 

czasu na przywitanie się z paniczem. Nie chciałabym prze-
szkadzać... 

- Doskonały pomysł! Zagadamy go w holu i dzięki temu 

będzie pani miała wielkie wejście. Myślę, że czarna suknia 
doskonale współgrałaby z czerwonym dywanem. 

Maggie zamknęła oczy. 
- Tak, Sedgewick, jestem ubrana na czarno, ale nie dla 

wzmocnienia efektu, tylko dlatego, że noszę żałobę. 

- Doskonale - pochwalił kamerdyner. - Ale musi pani 

pamiętać o zasadach, jakim hołdował pan Vivian. Zamiast 
opłakiwać śmierć, należy celebrować życie. Nie wolno 
dopuścić do tego, żeby smutek przysłonił nam widoki na 
świetlaną przyszłość. 

- Dziękuję, Sedgewick. 
Maggie odłożyła słuchawkę i westchnęła, próbując zła-

godzić stres, jaki towarzyszył jej od dobrych kilku godzin. 
Otworzyła drzwi balkonowe i wyszła na zewnątrz. 

Widok zapierający dech w piersiach przyciągnął ją aż 

background image

do samej balustrady balkonu. Czy istniała na świecie cu-
downiejsza  posiadłość niż Rosecliff ze swoim przepięk-
nym, pachnącym ogrodem? Wypielęgnowane trawniki, 
przystrzyżone krzewy i wijące się pomiędzy krzakami róż 
alejki cieszyły oko nie tylko mieszkańców domu, ale i czę-
sto przybywających tu z wizytą gości. 

Vivian był dumny ze swojego domu, ale nie traktował 

go jak bezużytecznego wytworu swojej próżności. Wręcz 
przeciwnie. Często organizował tu bale charytatywne i 
spotkania różnego rodzaju fundacji. Bogactwo i przepych 
Rosecliff służyły zawsze szczytnym celom, podobnie jak 
sam -właściciel posiadłości. 

Nic jednak nie trwa wiecznie. 
Zerknęła na zegarek. Ostatnie beztroskie chwile upły-

wały nieubłaganie szybko. Spojrzała w górę  na bezchmur-
ne niebo i szepnęła: 

  Vivian, jeśli gdzieś tam jesteś i naprawdę chcesz, żeby 

ten plan się powiódł, to lepiej zacznij już teraz machać 
czarodziejską różdżką, bo bez tego twoja bajka nie będzie 
miała szczęśliwego zakończenia. 

Jedyną odpowiedzią był krzyk przelatujących mew. 
Maggie wzięła głęboki wdech i wolnym krokiem opu-

ściła balkon. 

Czas stanąć oko w oko z Beau Prescottem. 
 
ROZDZIAŁ RZECI 
 
Prowadzące do Rosecliff czarne wrota z kutego żelaza 

stały otworem. Wallace zwolnił i niespiesznie wprowadził 
rolls-royce a na wysypany białym żwirem podjazd. Beau 
ze wzruszeniem rozejrzał się dokoła. Ogród wyglądał tak 
samo wspaniale zwykle - wypielęgnowane trawniki i oka-

background image

załe krzewy różane stanowiły iście królewskie otoczenie 
posiadłości Prescottów. 

Beau zdał sobie sprawę, że od jego ostatniego pobytu w 

dornn niewiele tu się zmieniło. Nawet na parkingu stały 
ciągle te same auta. Życie toczyło się tu zwykłym rytmem, 
a zmienić go mogły jedynie decyzje młodego dziedzica. To 
od niego bowiem zależał los pracujących w Rosecliff lu-
dzi. 

Dziadek wiedział co robi, dając wnukowi rok na upora-

nie się li: sprawami dotyczącymi posiadłości. Trzeba prze-
cież postano- , co dalej. Beau nie wyobrażał sobie, że był-
by w stanie osiąść Rosecliff i przejąć styl życia Viviana 
Prescotta, ale jednocześnie chciał, żeby rodowa siedziba 
podupadła na skutek jego nierozważnych decyzji. 

Wallace minął wschodnie skrzydło domu i zaparkował 

tuż przed frontowym wejściem. Kiedy tylko zgasł silnik 
samochodu podwójne dębowe drzwi posiadłości otworzyły 
się jak na zawołanie i stanął w nich akuratny jak zawsze 
Sedgewick. 

Beau podejrzewał w duchu, że tajemnicza niańka stoi 

tuż za plecami  kamerdynera, toteż nie czekając, aż Walla-
ce otworzy  mu drzwiczki samochodu, wyskoczył z rolls-
royce’a, gotów na wyczekiwane od wielu godzin spotka-
nie. 

Ku jego bezgranicznemu zaskoczeniu do konfrontacji 

nie doszło. Niańki nie było w zasięgu wzroku. 

Sedgewick, który mimo wzruszenia starał się zachować 

postawę godną perfekcyjnego sługi, pochwycił dłoń Beau i 
potrząsnął nią gwałtownie. 

- Witamy panicza w domu. 
- Przykro mi, że przybywam tak późno - odparł Beau, 

domyślając się, jak dramatycznym przeżyciem musiała być 

background image

dla Sedgewicka śmierć jego długoletniego chlebodawcy. 

Stojąca obok pani Featherfield otarła oczy brzegiem ha-

ftowanej chusteczki i wydała z piersi bolesne westchnienie. 

- Dzięki Bogu panicz jest nareszcie w domu. Smutne to 

okoliczności, ale cieszymy się, że sprowadziły panicza w 
rodzinne progi. 

- Kochana Feathers - Beau uścisnął gosposię, która z 

uśmiechem przyjęła fakt, że właśnie nazwał ją wymyślo-
nym w dzieciństwie przezwiskiem. - Byłem pewien, że 
dziadek dożyje setki. Nie wyjeżdżałbym na tak długo, 
gdybym przypuszczał... 

- Wiem, kochanie. - Poklepała go przyjaźnie po ramie-

niu, po czym zwróciła się do niego serdecznym tonem: - 
Ale nie wolno nam patrzeć wstecz. Pan Vivian zawsze 
powtarzał: ,,Ani się woda wróci, która upłynęła, ani też 
godzina, która już minęła  

Beau uśmiechnął się. 
- Pamiętam, że mówił też:  Dzisiaj żyjem, jutro gnijem*  
- Otóż to -przytaknęła pani Featherfield. - Trzeba cie-

szyć się dniem dzisiejszym. Niania Stowe na pewno by się 
z tym zgodziła.. . 

- A właśnie, niania Stowe - przypomniał sobie Beau. - 

Wallace wspomniał mi o nowym członku służby. Gdzie 
onajest? 

Sedgewick odchrząknął. 
- To kobieta o nienagannych manierach. Postanowiła 

dać nam odrobinę czasu na przywitanie się z paniczem. 
Myślę jednak... - wskazał na usytuowane w głębi holu 
schody prowadzące na piętro - .. .że panna Stowe powinna 
się tu zjawić lada moment. 

. - W rzeczy samej - przytaknęła pani Featherfield, nie-

natuI raInie podekscytowana. - Zapraszamy do holu, pani-

background image

czu Beau. 

* Feathers G. ang.  -lotka  ptasie pióro  przyp. tłum  
Niania Stowe nie mogła się wprost doczekać tego spo-

tkania. 

 To zupełnie tak jak ja, pomyślał niechętnie. 
Postąpił kilka kroków naprzód i znalazł się u stóp maje-

statycznych marmurowych schodów z kutą ozdobną porę-
czą. Prowadziły one do położonych na piętrze licznych 
sypialni. Beau mechanicznie podniósł głowę i... oniemiał. 

Powyżej, u zwieńczenia schodów, stała młoda kobieta i 

wpatrywała się w niego pytającym wzrokiem. Światło pa-
dające zza jej pleców czyniło z niej postać wręcz nierze-
czywistą. Jej szczupłą twarz okalała aureola złotorudych 
kręconych włosów, spadających kaskadą lśniących loków 
na ramiona i  plecy. Wyglądąła, jak zjawa, jak senne ma-
rzenie.. 

Beau był tak zaskoczony tym niezwykłym widokiem, że 

dopiero po dłuższej chwili zaczął rejestrować coś więcej 
niż tylko tę niesamowitą burzę włosów. Skóra  dziewczyny 
miała alabastrową biel, co upodabniało ją samą do porce-
lanowej lalki. 

Jej piękna twarz miała tak harmonijne i delikatne rysy, 

że trudno było uwierzyć, iż jest to dzieło matki natury. 
Długa szyja stanowiła nie tylko idealną podstawę zgrabnej 
główki, ale i doskonale podkreślała bogactwo złocistych 
loków. 

Poruszyła się. Nie była więc wytworem jego wyobraźni. 
Beau zamrugał oczami, po czym zajął się szczegóło-

wym studiowaniem sylwetki tajemniczej kobiety. 

Najpierw zwrócił uwagę na jej szczupłe, długie nogi w 

grafitowych jedwabnych pończochach. Czarne szpilki 
ozdobione na podbiciu złotym łańcuszkiem uwydatniały 

background image

smukłość łydek i ud poruszających się w rytm powolnego 
kociego kroku. 

Niewiarygodnie długie nogi! Beau pamiętał doskonale, 

że schody mają szesnaście stopni. Tymczasem dopiero 
kiedy dziewczyna pokonała połowę z nich, ukazał mu się 
brzeg krótkiej  czarnej sukienki, w którą była ubrana. Złoty 
łańcuszkowy pasek wił się ponad miękką wypukłością jej 
bioder, a jego koniec delikatnie opadał w miejscu, gdzie 
pod sukienką znajdowało się zwieńczenie jej ud. 

Beau miał wrażenie, że powietrze, które wdycha, zawie-

ra zbyt mało tlenu. A może w ogóle przestał oddychać? 
Słyszał gwałtownie przyspieszony stukot własnego sers;a i 
czuł, że zaczyna się pocić. 

Jego wzrok powędrował dalej w górę. Minął niewiary-

godnie szczupłą talię i... spoczął w miejscu, gdzie pod su-
kienką odznaczały się piersi dziewczyny. Dwa okrągłe 
wzniesienia. 

Poczuł, że robi mu się słabo. Zdaje się, że cała krew od-

płynęła mu z głowy i przemieściła się w dolne partie ciała. 

Niemałym wysiłkiem woli oderwał wzrok od ponętnych 

krągłości i powtórnie przyjrzał się pięknej alabastrowej 
twarzy, na której pojawił się właśnie delikatny rumieniec. 
Oczy koloru Morza Karaibskiego patrzyły na niego nie-
pewnie. 

- Oto niania Stowe, paniczu - zaanonsował Sedgewick 

takim tonem, jakby przedstawiał co najmniej królową. 

Jednak nawet taka prezentacja nie zdołała wydobyć Be-

au z letargu, w jaki zapadł dobrą chwilę temu. Całą jego 
uwagę pochłaniało obserwowanie dziewczyny, która po-
konała właśnie ostatni schodek i kroczyła ku niemu z gra-
cją i wdziękiem. Była niemal tak samo wysoka jak on. 
Gdyby wyciągnął rękę i przygarnął ją do siebie, poszcze-

background image

gólne części ich ciała bez problemu zetknęłyby się ze so-
bą... piersi, biodra, uda. Ta myśl przeszyła Beau rozkosz-
nym dreszczem dawno nie odczuwanej zmysłowej radości. 

 - Panie Prescott, proszę przyjąć moje najszczersze wy-

razy współczucia. 

Jej miękki, seksowny głos zabrzmiał w uszach Beaujak 

najpiękniejsza melodia. 

- Śmierć pańskiego dziadka jest dla nas wszystkich nie-

odżałowaną stratą. Dla pana z pewnością również - dodała. 

Wyciągnęła rękę. Ujął ją i po chwili zobaczył, jak jej 

szczupła delikatna dłoń znika w jego własnej, opalonej na 
ciemny brąz prawicy. Jej kruchość i jego siła stanowiły tak 
oczywisty, ale jednocześnie tak podniecający kontrast, że 
Beau znowu poczuł, jak jego serce gwałtownie przyspie-
sza. 

Wypadałoby coś powiedzieć. Coś zrobić. Nie do wiary, 

że ta kobieta to niania Stowe! Ale tak powiedział Sedge-
wick, więc to musi być prawda, to ona we własnej osobie. 
Niewiarygodne. .. 

- Wallace opowiedział mi, jak wspaniale przygotowała 

pani pogrzeb - wydusił z siebie wreszcie. - Sam nie zrobił-
bym tego lepiej. Dziękuję pani. 

Ruchem głowy wskazała Sedgewicka i panią Feather-

field. 

- Wszyscy mi bardzo pomogli·. 
- Tak. - Beau dopiero teraz przypomniał sobie o obec-

ności służących. - Spisaliście się na medal. Jestem wam 
niezmiernie wdzięczny. 

- Mam nadzieję, że nie uzna pan tego za niestosowne - 

przemówiła znowu, spuszczając wzrok - ale pomyślałam, 
że zechce pan choć w niewielkim stopniu uczestniczyć w 
ceremonii i pozwoliłam sobie wynająć kamerzystę i sfil-

background image

mować pogrzeb. Kaseta jest w bibliotece; gdyby zechciał 
pan ją kiedyś obejrzeć. 

- Miło, .że pani o tym pomyślała. Jeszcze raz dziękuję. 
.Beau nie rejestrował własnych -odpowiedzi. Mówił to, 

co akurat przyszło mu do głowy. Oszołomienie, w które 
wprawiła go stojąca naprzeciwko piękność, trwało i raz po 
raz zalewało go falą silnych emocji. Mógłby utonąć w tych 
przecudnych błękitnych oczach, dałby się porwać temu 
słodkiemu głosowi o dziwnej, chyba zaklinającej mocy... 

- W jadalni przygotowaliśmy niewielki posiłek. - Glos 

Sedgewicka wyrwał Beau z zamyślenia. 

Dziewczyna poruszyła palcami dłoni i dopiero wtedy 

Beau uświadomił sobie, że nadal trzyma jej rękę. Rozluźnił 
uścisk, a ona szybko cofnęła dłoń. 

- Z przyjemnością napiję się kawy - odparł Beau, mając 

nadzieję, że solidna porcja kofeiny przywróci mu trzeź-
wość umysłu. 

- Nianiu Stowe, czy zechciałaby pani towarzyszyć pani-

czowi w jadalni? - Sedgewick był jak zawsze na swoim 
miejscu. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, jak gdyby jej 
też zaczynało brakować tlenu. 

- Może pan Prescott ma ochotę najpierw się odświeżyć? 
Pewnie wyglądam jakbym od tygodni nie widział ma-

szynki do golenia, przemknęło przez głowę Beau. Posta-
nowił jednak nie odkładać rozmowy na później. 

- Nie, dziękuję. Chciałbym napić się kawy. 
Miło było kroczyć za tą pełną wdzięku postacią i po-

dziwiać ją tym razem od tyłu. Jej wspaniałe włosy sięgały 
niemal do pasa, złociste loki poruszały się zwiewnie z każ-
dym jej ruchem. 

Wyglądały jak żywy płomień. Beau miał nawet wraże-

nie, że czuje emanujące z nich ciepło. 

background image

A może robiło mu się gorąco, gdyż tam, gdzie kończyły 

się włosy widać było bardzo kobiecy zarys smukłych bio-
der i zgrabnego, małego tyłeczka? Trudno było oprzeć się 
pokusie, aby nie wyciągnąć dłoni i... Doprawdy, nigdy w 
życiu nie widział równie seksownej kobiety. 

I to jest ta sławetna niania Stowe? 
 Beau poczuł jak do głowy ciśnie mu się jedno zasadni-

cze pytanie: co dziadek z nią robił? 

Dziewczyna spędziła pod tym dachem dwa lata i z tego, 

co mówił Wallace, wynikało, że pełniła tu swego rodzaju 
funkcję damy do towarzystwa. Widać też było gołym 
okiem, że reszta służby odnosi się do niej z szacunkiem 
należnym pani domu. 

No tak, wszystko stawało się jasne. 
Dziadek zawsze uwielbiał otaczać się pięknymi kobie-

tami. 

Ale skoro znalazł jedną tak wyjątkową, nie potrzebował 

już innych. Taka kobieta może być dumą i ozdobą każdego 
mężczyzny. 

Poczuł, że robi mu się niedobrze. Niedawne podniece-

nie minęło jak ręką odjął. 

Kiedy weszli do jadalni, dziewczyna automatycznie 

skierowała się do szczytu stołu. Najwyraźniej od dawna 
było to jej stałe miejsce, z którego nie zamierzała rezy-
gnować nawet po śmierci Viviana. 

Do jadalni  wkroczył niepewnie Polly, przyciskając do 

piersi kosz świeżo ściętych ciemnoczerwonych róż. 

- Przepraszam, że nie przywitałem panicza przy 

drzwiach frontowych - usprawiedliwiał się. - Cieszę się, że 
panicz bezpiecznie dotarł do domu. 

Beau posłał mu przyjacielski uśmiech. 
- Dziękuję, Polly. Ogród wygląda rewelacyjnie. 

background image

- Dbam o niego ze wszystkich sił. - Polly wyciągnął ko-

szyk przed siebie. - Przyniosłem trochę róż. Może niania 
Stowe zechce ustawić je w pańskim pokoju. 

Dziewczyna oblała się rumieńcem. 
- To najlepsze okazy z gatunku Barkarole - ciągnął Pol-

ly, spoglądając na nianię Stowe. - Wspaniały zapach. 

Obok ogrodnika jak spod ziemi wyrosła pani Feather-

field. 

- Dziękujemy, panie Polly. Chodźmy do kuchni wstawić 

róże do wody. Niania Stowe zajmie się nimi później. Na 
razie jest zajęta rozmową z paniczem Beau. 

Tak. Traktowali ją jak kogoś lepszego niż oni sami. 

Ustawienie kwiatów w pokoju gościnnym było zwyczajo-
wo przywilejem pani domu. Tyle że on nie był tu gościem. 
Czyżby wszyscy o tym zapomnieli? Pewnie dlatego ta cho-
lerna niańka spiekła raka. Domyślała się już, że czas jej 
rządów w tym domu dobiega końca. 

Sedgewick podał kawę i kilka rodzajów wyjętych prosto 

z pieca croissantów. 

- Gdyby panicz miał ochotę na coś konkretniejszego, 

kucharz jest do pańskiej dyspozycji. 

- Dziękuję, ale zjadłem śniadanie w samolocie. 
Sedgewick dyskretnie stanął w rogu jadalni, gotów wy-

pełnić każde polecenie. Niania Stowe wyczekująco patrzy-
ła w swój talerz. Beau ugryzł rożek rogalika i upił kilka 
łyków czamej kawy. Na niewiele się to zdało. Jego żołądek 
był nadal ściśnięty. 

- Czy dziadek nazywał panią nianią Stowe? - zapytał po 

chwili. 

Na jej ponętnych ustach pojawił się ledwie widoczny 

uśmiech. 

- Vivian uważał, że to zabawny tytuł. 

background image

Vivian? Więc zwracała się do niego po imieniu? Coś 

podobnego... 

- Rozumiem, że w istocie nie pełniła pani roli niańki? 
Znowu się zarumieniła. 
- To nie tak. Miałam tu pewne obowiązki. Byłam na 

każde jego zawołanie, towarzyszyłam mu na każdym spa-
cerze i ogólnie dbałam o niego. Ale sam nigdy nie nazywał 
mnie nianią. 

Zwracał się do mnie po prostu:  Maggie. 
- Maggie... - powtórzył Beau nieuważnie. 
- Tak. To zdrobnienie od Margaret. 
To imię z czymś mu się kojarzyło... 
Kotka Maggie! Wszystko jasne! 
Tak miała na imię bohaterka jednego z najbardziej ulu-

bionych filmów dziadka -  Kotka na gorącym blaszanym 
dachu . 

Z Elizabeth Taylor w tytułowej roli! Jej bogaty teść 

umierał, a ona, ta kotka Maggie, żeby dobrać się do spad-
ku, udawała, że jest w ciąży. . . 

W ciąży! 
Gorąca fala przerażenia uderzyła Beau do mózgu. Przy-

pomniał sobie jedną z ostatnich rozmów, jaką odbył z 
dziadkiem. 

Sam go wtedy zachęcał, żeby zapewnił sobie dziedzica 

Rosecliff. Dziadek wprawdzie nie ożenił się z nianią Sto-
we, ale spędził z nią urocze dwa lata i po śmierci dał jej 
jeszcze cały rok, być może mając nadzieję, że... coś z tego 
jednak będzie. 

- Dolać kawy, nianiu Stowe? - zapytał Sedgewick, 

wskazując na parujący dzbanek. 

Potrząsnęła głową. Czyżby bała się, że nadmiar kofeiny 

może zaszkodzić dziecku? 

background image

- Kawy, paniczu? 
Beau odmówił ruchem dłoni. Serce biło mu tak szybko, 

że kolejna filiżanka kawy mogłaby tylko dolać oliwy do 
ognia. 

Dziadek umarł na zawał serca. I nikt się tego nie spo-

dziewał! 

Czy robił coś, co przyspieszyło tę śmierć? 
Czy był wtedy... z nianią Stowe? 
W łóżku?! 
Spojrzał na przeciwległy kraniec stołu, przy którym sie-

działa błękitnooka syrena. Te niesamowite oczy, ten 
śpiewny głos. 

Z pewnością była w stanie doprowadzić każdego męż-

czyznę do obłędu. Skusić go i sprawić, że zapomniałby o 
zdrowym rozsądku. 

Musi ją o to spytać. 
Musi wiedzieć. 
Próbował tak sformułować pytanie, żeby nie wywołać 

w niej natychmiastowej paniki, jednak po chwili we-
wnętrznej walki skapitulował. Chciał znać odpowiedź na-
tychmiast! 

 - Czy jesteś w ciąży, Maggie? 
 
ROZDZIAŁ CZWARTY 
 
Sedgewick upuścił dzbanek z kawą. 
Brzęk tłuczonej porcelany na moment wyrwał Maggie z 

szoku, jaki wywołało w niej zadane przed chwilą pytanie. 
Z niedowierzaniem spojrzała na skorupy dzbanka i brązo-
wą plamę rozlaną na parkiecie. Nigdy nie widziała, żeby 
Sedgewick cokolwiek upuścił. Każdy jego ruch był perfek-
cyjnie wystudiowany i nieprzypadkowy. Czyżby to, co 

background image

przed chwilą usłyszał, spowodowało aż tak gwałtowną 
reakcję? 

- Najmocniej przepraszam -wyjąkał. 
Był blady jak ściana. Najwyraźniej sam nie mógł uwie-

rzyć w to, co mu się przydarzyło. 

- Poproszę służącą, żeby posprzątała. - Maggie podnio-

sła się z krzesła. 

- Nie trzeba - zapewnił ją Sedgewick. - Widzę, że i ja 

się pochlapałem - mruknął z niezadowoleniem, gdyż nie 
tolerował zaniedbań we własnym wyglądzie. - Zaraz się 
tym zajmę. Raz jeszcze przepraszam państwa. 

Maggie została sam na sam z Beau Prescottem. Spojrza-

ła na niego z drugiego końca stołu, powoli zapominając o 
nadziejach, jakie w sobie rozbudziła w związku z jego 
osobą. Skoro uważał, że  na może być w ciąży z innym 
mężczyzną, to znaczy, że nie podzielał uczuć, jakimi już 
zdążyła go obdarzyć. 

Nigdy wcześniej nikt nie zrobił na niej tak ogromnego 

wrażenia. Beau uosabiał męskość w czystej postaci. Kiedy 
stanął . u stóp schodów i popatrzył na nią, zamarła w bez-
ruchu, zaskoczona tym, jak bardzo mężczyzna z fotografii 
różnił się od oryginału. Opalona na brąz twarz, okolona 
rozjaśnionymi przez słońce kosmykami włosów, lśniła jak 
pozłacana. Magnetyczne spojrzenie jasnozielonych oczu 
dodawało jego niezwykle męskiej urodzie niespotykanej 
charyzmy. 

Ubrany w koszulę i luźne spodnie koloru khaki wyglą-

dał jak myśliwy rodem z epoki, w której walka o przetrwa-
nie była wartością nadrzędną. O ile dziadek był uosobie-
niem inteligencji i dobrych manier, o tyle wnuk wydawał 
się czystej krwi samcem, gotowym rzucić wyzwanie każ-
dej napotkanej samiczce. 

background image

Maggie z zakłopotaniem musiała przyznać przed sobą, 

że chętnie stałaby się celem jego łowów. Nietrudno było 
się domyślić, że ten mężczyzna jest doskonałym kochan-
kiem, a jako taki wzbudzał w niej silne emocje. 

Nie miała pojęcia, jak długo stała na szczycie schodów. 

Dość, że kiedy ruszyła, dotarło do niej, że nogi ma jak z 
galarety i że w związku z tym każdy krok grozi upadkiem. 
Zwłaszcza że Beau Prescott nie spuszczał z niej wzroku, 
lustrując jej sylwetkę z góry na dół. 

Stanęła naprzeciw niego i kiedy odkryła, że Beau jest 

od niej jedynie odrobinę wyższy, poczuła przypływ rado-
ści. W jakiś sposób utwierdzało ją to w przekonaniu, że są 
dla siebie stworzeni, że idealnie do siebie pasują. A potem 
Beau wyciągnął rękę i ujął jej dłoń w tak zdecydowany 
sposób, że z trudem zdołała utrzymać się na nogach. 

Wydawał się taki miły, taki czarujący. Mogłaby przy-

siąc, że on też był pod wrażeniem jej osoby. Pochłaniał 
wzrokiem każdy szczegół jej twarzy, patrzył w oczy, ści-
skał jej dłoń, nerwowo przełykał ślinę. 

Dopiero kiedy usiedli przy stole, mogła odetchnąć z 

ulgą. 

Ale wtedy zatopiła się w świecie fantazji. Kiedy Polly 

wspomniał o ustawieniu wazonu z różami w sypialni Beau, 
poczuła dreszcz podniecenia. 

Znaleźć się w jego sypialni... 
I to najlepiej wtedy, kiedy i on tam będzie. 
Nic nie mogła poradzić na to, że tego typu rozkoszne 

marzenia cisnęły się jej do głowy. Nie potrafiła nad nimi 
zapanować. 

Nie umiała pozbyć się ich nawet przy pomocy silnej 

woli. 

A teraz poczuła się jak uderzona obuchem w głowę. 

background image

Piękne zielone oczy wbijały w nią kłujące spojrzenie. Beau 
czekał na odpowiedź. Właściwie nie miał prawa zadawać 
tak osobistych pytań, ale Maggie poczuła, że trzeba oczy-
ścić atmosferę. 

- Odpowiedź brzmi: nie, panie Prescott. Nie jestem w 

ciąży i nie przewiduję, żeby w najbliższym czasie miało się 
to zmienić. 

Wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca. 
- Czy mogłabym wiedzieć, co skłoniło pana do tego ty-

pu podejrzeń? - odważyła się zapytać.  

Była trochę rozczarowana zachowaniem Beau. Skąd 

przyszło mu do głowy, że mogłaby być zwjązana z innym 
mężczyzną? 

Czy zrobiła coś niestosownego? 
- Mój dziadek pragnął dziedzica - wyjaśnił powoli, 

spuszczając wzrok. 

- Czyżby pan nie był jego dziedzicem?- zapytała Mag-

gie zbita z tropu. 

- Jestem - odparł Beau i westchnął ciężko. - Ale dziadek 

pragnął, żebym się ożenił i spłodził potomka, który zapew-
niłby ciągłość linii Prescottów. Nie miałem na to ochoty, 
więc podczas jednej z rozmów na ten temat zasugerowa-
łem, żeby sam postarał się o dziecko. 

Olśnienie, które nagle spłynęło na Maggie, momental-

nie skuło lodem więź porozumienia i fascynacji, jaka zdą-
żyła się pomiędzy nimi wytworzyć. 

- Czy pan myślał, że... ja i Vivian? - Zakrztusiła  się, nie 

mogąc wydusić ani słowa więcej. 

- Wydawało mi się to całkiem prawdopodobne - odparł, 

najwyraźniej lekko zmieszany. 

- Vivian miał ponad osiemdziesiąt lat! 
Rany Boskie! - krzyczała w myślach Maggie. Przecież 

background image

ją i staruszka dzieliła różnica prawie sześćdziesięciu lat! 
Co on sobie myślał, ten podejrzliwy typ?! 

- Męskie chucie nie zawsze wygasają z wiekiem - wyja-

śnił Beau dość sucho. - A ty jesteś taka ładna, Maggie. 

 Puściła komplement mimo uszu. Vivian nauczył ją, że 

uroda to kwestia wielu starań i zabiegów. Kilka lat temu 
zobaczył w niej materiał na piękną kobietę i czerpał radość 
z faktu, że pomaga jej przeistoczyć się z larwy w motyla. 
Uroda nie miała tu nic do rzeczy. Beau Prescott okrutnie 
się mylił i trzeba go było jak najprędzej wyprowadzić z 
błędu. 

- Nawet gdyby Vivian miał wobec mnie tego typu za-

miary, a zapewniam pana, że ich nie miał... 

- Maggie, ty prowokujesz męskie zmysły. Nawet 

osiemdziesięciolatek miałby zdrożne myśli. 

- To nieprawda. - Jej twarz przybrała purpurowy kolor. 

Myli się pan... Vivian mnie tylko lubił. Był ze mnie dum-
ny. 

Troszczył się o mnie.  
- Nie wątpię, że cię rozpieszczał i. .. dopieszczał od stóp 

do głów! - wypalił Beau, nie panując już nad swoim gnie-
wem. 

- Nie pragnął mnie w taki sposób! - zawołała wzburzo-

na. 

Chciał, żebym to ja pragnęła ciebie - miała ochotę do-

dać, ale wtedy musiałaby mu się przyznać, że tak właśnie 
się stało. 

Pragnęła Beau całym ciałem, a jednocześnie nie poj-

mowała jego krótkowzroczności i podejrzliwości. 

- Pański dziadek był dżentelmenem - zapewniła Mag-

gie, próbując się opanować. 

- Mój dziadek lubił flirtować z młodymi panienkami - 

background image

odparował Beau z mocą. - Twierdził, że przy nich czuje się 
jak młody bóg! Wielokrotnie powtarzał, że dożyje setki. 
Tymczasem sprowadził cię do domu i proszę... zmarł, ma-
jąc zaledwie osiemdziesiąt sześć lat! Na atak serca, jak ja 
mam to rozumieć, Maggie? 

Jego agresywny ton i jednoznacznie oskarżający ją tok 

rozumowania sprawiły, że serce Maggie zaczęło mocno 
bić. To, co sugerował, było wręcz nie do pomyślenia. 

- Każdy rozsądny człowiek wszcząłby dyskretne docho-

dzenie, zanim doszedłby do tak nieuzasadnionych wnio-
sków! - powiedziała, rzucając mu spojrzenie pełne pogar-
dy. 

- Według mnie, to wnioski całkiem zasadne. Coraz czę-

ściej się zdarza, że piękna młoda kobieta wiąże się z pod-
starzałym milionerem. Okazuje się bowiem, że władza i 
majątek to całkiem niezłe afrodyzjaki. 

 - Jasne! - odpaliła Maggie z wściekłością. - Myśli pan, 

że bezczelnie uwodziłam pańskiego dziadka, bo pragnęłam 
zdobyć Rosecliff?!  -  

Oraz resztę majątku. 
Maggie opadła bezsilnie na krzesło. Trudno uwierzyć, 

że to z tym człowiekiem wiązała tak ogromne nadzieje. 
Sama myśl, że miałaby dać szansę ich ewentualnemu 
związkowi,  wydawała się teraz wręcz odrażająca. Nie po-
trafiłaby zbliżyć się do mężczyzny, który tak nisko ją oce-
nia. Przecież Beau widział w niej jedynie podstępną mo-
dliszkę, czyhającą na fortunę Prescottów!  

Do jadalni weszły cichcem dwie służące i prędko 

uprzątnęły potłuczone kawałki dzbanka. Wycierając pod-
łogę, żadna z nich nawet nie śmiała podnieść wzroku. Wi-
docznie napięcie, które wisiało w powietrzu, dawało się 
łatwo wyczuć i jeszcze łatwiej udzielało się każdemu, kto 

background image

zjawił się w jadalni. 

W końcu Beau odezwał się: 
- Chciałbym wiedzieć na czym stoję, Maggie. 
- Proszę mnie nazywać nianią Stowe. 
Nie przypominała sobie, żeby przeszli na  ty . 
-  Niańki zajmują się usypianiem maluchów - zauważył 

sucho i rzucił jej ironiczne spojrzenie. 

- Nie w tym przypadku - odparła wyniośle. 
Beau wzruszył lekceważąco ramionami. 
- Przejdę do sedna sprawy. Twój związek z moim 

dziadkiem... - Urwał na widok Sedgewicka wkraczającego 
do jadalni z nowym dzbankiem kawy. 

Pod wpływem nagłego impulsu Maggie odwróciła się 

na krześle i rzuciła w stronę Sedgewicka: 

- Pan Prescott chciałby wiedzieć, czy sypiałam z jego 

dziadkiem. Czy byłby pan uprzejmy wyjaśnić... 

Kamerdyner osłupiał. Ręka trzymająca dzbanek zadrża-

ła niebezpiecznie. Maggie wstrzymała oddech, przeklina-
jąc siebie w duchu za tę szokującą bezpośredniość. 

- Spokojnie, Sedgewick - doradził Beau. 
Służący opanował drżenie dłoni i z ulgą spojrzał w su-

fit. Na jego twarzy malował się lekki niesmak pomieszany 
z niedowierzaniem. Zupełnie jakby służący zadawał sobie 
w duchu pytanie, co też się dzieje na tym dziwnym świe-
cie. 

- Przepraszam, że pana zdenerwowałam - szepnęła Ma-

ggie niespokojnie. 

- Ależ skąd - odparł kamerdyner z godnością, odstawia-

jąc parujący dzbanek na brzeg stołu. - Nie, paniczu, pański 
dziadek nie dzielił łoża z nianią Stowe. 

- Dziękuję, Sedgewick - weszła mu w słowo Maggie, 

zanim Beau zdążył otworzyć usta. - Czy widział pan, żeby 

background image

Vivian kiedykolwiek całował mnie w inne części ciała niż 
policzek, czoło lub, od czasu do czasu, w rękę? 

- Nigdy! - padła zdecydowana odpowiedź. 
- Czy kiedykolwiek zastał nas pan w niedwuznacznej 

sytuacji? -   ciągnęła przesłuchanie Maggie. 

- W żadnym wypadku! - odparł Sedgewick, najwyraź-

niej coraz bardziej urażony. 

- Czy pan Vivian Prescott zachowywał się przy mnie 

jak, za przeproszeniem, podniecony stary ogier? - naciska-
ła Maggie, nie zrażona zakłopotaniem służącego. 

Sedgewick chwycił się za serce, przerażony samą wizją 

swojego chlebodawcy zdradzającego tak niepokojące ob-
jawy skrajnego szaleństwa. 

- Pan Prescott był stuprocentowym dżentelmenem 

oświadczył kamerdyner, co, jak mniemał, miało położyć. 
kres wszelkim dalszym pytaniom. 

 Maggie jednak uznała, że temat nie został wyczerpany.  

Ten podły uparciuch Beau Prescott nie da sobie tak łatwo 
wybić z głowy czegoś, co ułożyło mu się w misterną intry-
gę. 

- Czy mógłby pan opisać własnymi słowami, jak pan 

Prescott zachowywał się wobec mnie? Co do mnie czuł?  

- Sądzę, że traktował panią jak adoptowaną córkę, której 

towarzystwo było dla niego wielką radością. 

- A co może pan powiedzieć o moim stosunku do pana 

Prescotta? - pytała. 

- Mam być szczery, nianiu Stowe? 
- Jak najbardziej. 
- Myślę, że był dla pani kimś w rodzaju dobrego wujka, 

dzięki któremu świat stawał się z każdym dniem piękniej-
szy. Ale wiem też, że to pani obecność sprawiała, iż i jego 
życie było bogatsze - podkreślił Sedgewick. 

background image

Prawda w czystej postaci. Nic dodać, nic ująć. A Beau 

Prescott nie miał najmniejszego prawa niszczyć tych pięk-
nych wspomnień swoimi brzydkimi insynuacjami. 

- Dziękuję, Sedgewick - powiedziała Maggie, wyciera-

jąc ukradkiem łzę. 

- Do pani usług - skłonił się kamerdyner. - Życzy sobie 

pani kawy? 

- Poproszę· Napełnił filiżankę, tym razem nie rozlewa-

jąc już ani kropelki płynu. 

- Kawa dla panicza? 
- Nie, dziękuję - odparł Beau przeciągle. - Zdążyłem już 

jako tako dojść do siebie. Udało wam się mnie przekonać, 
że wszystko jest w należytym porządku. Dziękuję wam 
obojgu z całego serca. 

Maggie podniosła na niego wzrok pełen nadziei. Beau 

rzucił jej ironiczne spojrzenie i z hałasem wstał od stołu. 
Było oczywiste, że jego wątpliwości nie zostały w naj-
mniejszym stopniu rozwiane. Mimo iż Sedgewick po-
świadczył jej wersję wydarzeń, nadal uważał Maggie za 
kochankę dziadka. 

- Czy moje bagaże są już w pokoju? - zapytał opryskli-

wym tonem.   - Oczywiście. 

- To dobrze. Wezmę prysznic, przebiorę się i wychodzę. 

Nie będzie mnie przez cały dzień. Niech Wallace czeka w 
samochodzie - zakomenderował. 

- Czy ma pan jakieś życzenia? - zapytała Maggie. 
- Nie jesteś moją nianią - warknął Beau. 
Spuściła głowę z rezygnacją. 
Dlaczego tak jej nie cierpiał? Co mu zrobiła? 
- Mam nadzieję, że zobaczymy się wieczorem podczas 

kolacji - dodał po chwili. - Możesz zająć swoje dotychcza-
sowe miejsce, Maggie. 

background image

- Jeśli woli pan, żebym... 
- Wręcz przeciwnie. Będę rad z twojego towarzystwa - 

zapewnił ją, wykrzywiając usta w lisim uśmiechu. 

Najwyraźniej coś knuł. I z pewnością nie było to nic 

przyjemnego. 

Niestety.. . 
Trzeba się mieć na baczności, pomyślała Maggie. 
 Beau kierował się ku drzwiom wyjściowym, ale zanim 

opuścił jadalnię, odwrócił się i rzucił w jej stronę: 

- I nie przynoś mi do pokoju kwiatów. Przypominam ci 

uprzejmie, że ja nie jestem moim dziadkiem.   

 
 
 
ROZDZIAŁ PIĄTY 
 
Beau Prescott od piętnastu minut brał prysznic. 
Miał nadzieję, że chłodne strugi wody oddalą na jakiś 

czas erotyczne pobudzenie, jakie wyzwoliła w nim Maggie 
Stowe. 

Powtarzał sobie w myślach, że ta kobieta to bez wątpie-

nia czarownica. Nie dość, że rzuciła urok na dziadka, to 
jeszcze Sedgewicka owinęła sobie wokół palca. Nie mó-
wiąc już o reszcie służby. Wallace gotów był śpiewać na 
jej cześć pieśni pochwalne, Polly przynosił jej róże, a pani 
Featherfield podziwiała jej urodę i dobre maniery. 

No cóż, Maggie Stowe była rzeczywiście bardzo pocią-

gająca. Ale to wcale nie znaczy, że on ma zaraz dać się jej 
omotać. 

Co to, to nie! 
Na początku faktycznie niemal dał się złapać w jej sidła, 

ale na szczęście w porę zdołał przejrzeć ją na wylot. Pięk-

background image

na buzia ukrywała duszę pazernej harpii, żerującej na ma-
jętnych, dobrodusznych staruszkach. Pewnie łudziła się, że 
skoro omamiła dziadka, z wnuczkiem pójdzie jeszcze ła-
twiej. To stąd ten wzruszający spektakl z wystawnym po-
grzebem, stąd ta gładka mówka i trzepotanie długich rzęs. 
Myślała, że go weźmie pod włos! 

A guzik! 
I niech sobie ta cwana niania nie wyobraża, że Beau 

Prescott będzie dla niej drugim dobrym wujkiem! 

Jeśli to prawda, że Vivian z nią nie sypiał, to znaczy, że 

nie jest jeszcze tak tragicznie. Beau rozumiał wprawdzie, 
że dziadek, jak każdy mężczyzna, mógł mieć pewne po-
trzeby, ale dlaczego osiemdziesięcioparolatek miałby zaraz 
robić to z dwudziestoparolatką? Przecież ta dziewczyna na 
pewno była przed trzydziestką! 

Taka młoda, a już świadoma swojego diabelskiego uro-

ku! 

Już nauczona, jak manipulować emocjami mężczyzn! 
 Słusznie ludzie mówią, że rude są fałszywe. 
Choć, z drugiej strony, trzeba przyznać, że te złociste 

loki dodają jej jakiegoś niesamowitego wdzięku. No i te 
niebotycznie długie nogi. . . jak marzenie. 

Nie! Nie wolno zapominać, że każdy szczegół jej wy-

glądu jest z pewnością wypracowany i obliczony na efekt. 
To pułapka, w którą nie wolno dać się zwabić. 

Ciekawe, ile dala radę zarobić w przeciągu tych dwóch 

lat pobytu w Rosecliff? A ile - poza pensją - wyciągnęła z 
kieszeni Viviana Prescotta? 

Sedgewick twierdził, że jej obecność wzbogacała życie 

dziadka. Dobre sobie! Raczej go zubożyła. Taka cwana 
dziewczyna nie miałaby najmniejszych skrupułów, żeby 
wycyganić od staruszka pieniądze na ciuchy i błyskotki. 

background image

Dobrze, że dziadek jej nie a optował. Pod jej wpływem 

mógłby zmienić zapis w testamencie i uczynić ją swoim 
głównym spadkobiercą. 

,No, nie daj Boże! Nie wiadomo, oczywiście, ile mająt-

ku dziadek roztrwonił na prezenty dla swojej ślicznej niani. 
Trzeba to sprawdzić. I bynajmniej nie będzie to dyskretne 
dochodzenie, jak zapewne życzyłaby sobie Maggie Stowe, 
ale wielkie, bezwzględne śledztwo. 

I nieważne, czyje uczucia zostaną przy okazji zranione. 

Jeśli panna Stowe oczekiwała po nim zachowania godnego 
dżentelmena, to niestety srodze się rozczaruje. 

Beau wyskoczył spod prysznica i ubrał się pospiesznie. 
Przed wyjściem zadzwonił jeszcze do prawnika i zapo-

wiedział swoją wizytę. Uprzedził go, że nie oczekuje kon-
dolencji i owijania w bawełnę. Chce szczerych odpowiedzi 
na wszystkie dręczące go pytania. 

 
Przez całą drogę z Rosecliff do centrum miasta Wallace 

nie odezwał się ani słowem. Widocznie Sedgewick 
ostrzegł szofera, żeby nie otwierał ust bez potrzeby. I bar-
dzo dobrze. Beau też nie miał ochoty na czcze pogaduszki. 

Kiedy dotarli do kancelarii prawniczej, odesłał kierowcę 

do domu. Miał zamiar poruszać się po mieście taksówka-
mi. Podejrzewał, że w innym wypadku Wallace informo-
wałby o każdym jego ruchu swoją ulubioną nianię Stowe. 
A ta domyśliłaby się, co jest grane i zabrałaby się za kolej-
ne manipulacje. 

Lionel Armstrong, długoletni prawnik rodziny Prescot-

tów, czekał już w swoim gabinecie. Był to mężczyzna po 
pięćdziesiątce, z siwiejącymi włosami i, jak zawsze, w 
rewelacyjnie skrojonym  garniturze. Na widok swojego 
klienta wstał i przyjaźnie uścisnął mu dłoń. 

background image

- Witaj, Beau. Uprzedzając twoje pytania, zapewniam 

cię,że w sprawie spadku nie widzę najmniej szych proble-
mów. Realizacja testamentu nie potrwa długo. 

Beau uśmiechnął się kwaśno. 
-  Cieszę się, że bez zbędnych wstępów przechodzisz do 

sedna sprawy - odparł, marszcząc nerwowo brwi. - Nie 
podzielam niestety twojego optymizmu. Po pierwsze za-
stanawiam się, . dlaczego dziadek nie zabezpieczył finan-
sowo swoich długoletnich pracowników. 

- Chodzi ci o wierną czwórkę? - upewnił się prawnik. O 

nich się nie martw. Sedgewick, pani Featherfied, Wallace i 
Polly mają zagwarantowaną bezpieczną przyszłość. Twój 
dziadek wykupił im polisy w funduszu emerytalnym. John 
Neville, wasz księgowy, może poinformować cię o szcze-
gółach. O ile jednak wiem, chodzi o duże pieniądze.   

- A Margaret Stowe? - zapytał Beau z niepokojem. 
- Niania? - Lionel wyglądał na rozbawionego. 
Beau wręcz przeciwnie - wcale się dobrze nie bawił. 
- Tak, niania, która zgodnie z wolą dziadka ma prawo 

zostać w domu przez kolejny rok. - Beau poczuł, jak znów 
wzbiera w nim wściekłość. 

- To takie dziwactwo twego dziadka, którego w żaden 

sposób nie dał sobie wyperswadować - tłumaczył z uśmie-
chem Lionel. - Twierdził, że Maggie ma doskonały  wpływ 
na resztę służby. Sam muszę przyznać, że zorganizowała 
wspaniały pogrzeb. Coś rewelacyjnego! 

- Przedstawiła ci kosztorys ceremonii? - spytał Beau. 
- Oczywiście - uspokajał prawnik. - Sprawdziłem 

wszystkie rachunki. W każdej chwili możesz je zobaczyć. 

- To dobrze. Czy ona też ma polisę w funduszu? - Nie 

ustawał w swoim śledztwie Beau. 

- Ma go każda osoba zatrudniona na stałe w posiadłości. 

background image

Takie jest prawo. Jednak skoro ona pracowała w Rosecliff 
tylko przez ostatnie dwa lata, nie dostanie zbyt wiele pie-
niędzy. Nie martw się. 

- Chcę zobaczyć jej akta -  zażądał Beau. 
- Jakie akta? - zdziwił się Lionel. 
- Dobrze wiesz, że dziadek każdemu pracownikowi za-

kładał osobną teczkę. Gromadził w niej referencje, życio-
rys i inne ważne informacje, które ty miałeś sprawdzać.  

- Zgadza się - odparł Lionel, po czym odchylił się nieco  

w swoim fotelu i skrzyżował ręce na brzuchu. - Ale o niej 
nic nie wiem. Nie mam danych Margaret Stowe. 

- Co to, u diabła, ma znaczyć?! - Beau zerwał się z krze-

sła i wbił w Lionela oskarżycielskie spojrzenie. 

- Posiadam jedynie kopię jej aktu urodzenia - wyjaśnił 

prawnik, nieco zaniepokojony nerwowym zachowaniem 
swojego klienta. - Wynika z niego, że była podrzutkiem. 
Przybliżoną datę jej urodzenia ustalił lekarz, który opieko-
wał się noworodkiem. Dopisał też, że rodzice dziewczynki 
są nieznani. 

- Skąd znał jej nazwisko? 
- Może matka zostawiła przy dziecku kartkę? A może 

nazwisko nadała jej jakaś pielęgniarka? Nikt tego nie wie.  
Wzruszył bezradnie ramionami. - Doktor zmarł osiem lat 
temu. W jego mieszkaniu wybuchł pożar. Spłonęła cała 
kartoteka, a wraz z nią wszystkie dane jego pacjentów. 
Nasze śledztwo utknęło w martwym punkcie. Nie mamy o 
niej żadnych informacji. Zupełnie jakby całe życie spędziła 
na innej planecie. Do momentu kiedy spotkała Viviana. 

- Daj spokój. Myślisz, że w to uwierzę? - Beau nerwo-

wo otarł z czoła krople potu. 

- Taka jest prawda - padła zdecydowana odpowiedź. 
- Nie próbowałeś powęszyć wokół tej sprawy na własną 

background image

rękę? - Beau nie miał zamiaru dać za wygraną. 

- Próbowałem. Bezskutecznie. Ta dziewczyna nigdy nie 

wypełniała deklaracji podatkowych, nie posiadała karty 
kredytowej, nie była ubezpieczona. Nie figuruje na liście 
absolwentów żadnej szkoły, I nie była nigdzie zatrudnio-
na... 

- Nie pobierała zasiłku dla bezrobotnych? - Beau nie 

mógł uwierzyć własnym uszom. 

- Nie ma jej na żadnym wykazie. Nie ma paszportu ani 

prawa jazdy. Gwarantuję ci, że sprawdziłem wszystko. 
Wielokrotnie. Zatrudniłem kilku prywatnych detektywów 
jednocześnie - podkreślił Armstrong. 

Piękna niania zawsze zdołała się gdzieś zaszyć i dobrze 

ukryć, pomyślał Beau. Pewnie od samego urodzenia prze-
chodziła z rąk jednego dobrego wujka do drugiego. 

- Wiemy o niej cokolwiek dopiero od chwili, kiedy pod-

jęła pracę u Viviana - powiedział Lionel. 

- To oczywiste, że na takiej posadzie szybko odżyła - 

zadrwił Beau. - Jak dziadek ją poznał?  

- Twierdził, że sprzedawała róże. 
Beau pokiwał smętnie głową. Musiała zrobić wstępny 

wywiad na temat Viviana Prescotta. Wiedziała, że kochał 
róże. 

A potem wystarczyła już tylko wędka i haczyk. 
- Czy dziadek naprawdę nie chciał nic o niej wiedzieć? 
- Mówił, że dla niego jej przeszłość nie ma znaczenia. 
- Nie próbowałeś go przekonać? Przecież przyjął pod 

swój dach kogoś zupełnie obcego! - Beau znowu zaczynał 
się denerwować. 

- Twój dziadek miał na jej temat ugruntowaną opinię. 

Nie dał sobie nic powiedzieć - powtórzył Lionel. 

 Czarownica. Przebiegła wiedźma, myślał Beau. Wie-

background image

działa, że gdyby dziadek zaczął grzebać w jej przeszłości, 
pewnie poznałby jej prawdziwą naturę. A wtedy niechyb-
nie wyleciałaby z Rosecliff jak z procy. 

- Pamiętam, że Vivian powiedział kiedyś coś bardzo 

dziwnego - dodał Lionel w zamyśleniu:   

- Co takiego? - naciskał Beau. 
- Myślę, że traktował tę dziewczynę jak materiał, z któ-

rego można ulepić coś wyjątkowego. Mówił, że spróbuje ją 
stworzyć według swojego planu. Często też powtarzał, że 
ona może być jego zbawieniem. 

- Zbawieniem? - Beau wytrzeszczył oczy. 
Prawnik wzruszył ramionami. 
- Ja też się zdziwiłem. Może widział w niej anioła? 
- Chyba anioła śmierci - warknął Beau. 
- Zalazła ci za skórę, co? - Lionel przyglądał mu się z 

zaciekawieniem. 

- Nie lubię zagadek - odparł Beau. 
- Masz doświadczenie w odkrywaniu nowych lądów, 

więc chyba poradzisz sobie z odkryciem tej tajemnicy? - 
Prawnik puścił do niego oko. 

- Mam taki zamiar. 
- Powodzenia - powiedział Lionel na pożegnanie. 
 
Po wyjściu z kancelarii Beau wstąpił na lunch do nie-

wielkiej restauracji usytuowanej w pobliżu portu. Musiał 
przemyśleć to, czego się do tej pory dowiedział. A nie było 
tego niestety zbyt wiele. 

Maggie Stowe miała dwadzieścia osiem lat, a jej prze-

szłość zdawała się przypominać kosmiczną czarną dziurę. 
Wychodziło na to, że tylko ona sama mogłaby mu cokol-
wiek na swój temat opowiedzieć. A byłby to zapewne stek 
kłamstw. 

background image

Z drugiej strony, nawet fałszywe informacje można 

sprawdzić. Wtedy przynajmniej miałby pewność, że ta 
ruda lalunia to zwykła blagierka. Gdyby jednak udowodnił 
jej oszustwo, mógłby łatwo pozbyć się jej z domu. 

Szkoda, że dzisiaj tak ją do siebie zraził. To nie było 

zbyt roztropne. Do wieczora trzeba oczyścić atmosferę i 
udawać, że  przemyślał sprawę i wszystko jest w należy-
tym porządku. 

Niech Maggie myśli, że wygrała. Wtedy łatwo będzie 

pociągnąć ją za język. 

Beau pomyślał, że może warto byłoby wpaść do biura 

podróży, które jakiś czas temu założył w Australii. Z dru-
giej strony, Helen Carter, która prowadziła agencję, była 
osobą całkowicie godną zaufania i wizyta w biurze mogła 
spokojnie poczekać do jutra. 

W przeciwieństwie do sprawy tajemniczej panny Stowe.  
Niewiele myśląc, Beau uregulował rachunek, wyszedł z 

kawiarni i złapał taksówkę. Udał się do biura Johna Neville 
a, księgowego, który od wielu lat zajmował się finansami 
rodziny Prescottów. 

John był profesjonalistą w swoim zawodzie. Jego skru-

pulatność i dociekliwość zaskarbiły mu zaufanie wielu 
klientów. 

Beau również do nich należał. 
- Pensja panny Stowe rzeczywiście była wysoka - za-

uważył Neville, zagłębiając się w jednej z ksiąg. - Ale z 
tego, co wiem, ta młoda kobieta była na każde zawołanie 
Viviana. Nigdy nie brała urlopu. 

- Nigdy? - zdziwił się Beau. 
- Nie wzięła ani jednego dnia wolnego. Dokądkolwiek 

Vivian się wybierał, zawsze zabierał ją ze sobą. Za jej 
ubrania płacił z własnej kieszeni. Oczywiście używał karty 

background image

kredytowej. 

Wszystko jest wyszczególnione na wyciągach banko-

wych. 

Wręczył Beau komputerowy wydruk. 
Sukienki, kapelusze, buty, torebki, marynarki... wszyst-

ko, co można znaleźć w sklepie z konfekcją. Ceny też nie 
byle jakie. 

No cóż, piękna niania lubiła się stroić... 
- Twój dziadek zaszczycał swoją osobą wiele imprez 

charytatywnych - wyjaśnił Neville. - Życzył sobie, żeby 
panna Stowe błyszczała u jego boku. 

- Sądząc po tym, ile na nią wydawał, musiał to być 

blask wręcz oślepiający - zauważył Beau jadowitym to-
nem. - A co z biżuterią? 

- Na większe okazje wypożyczał kosztowności od jubi-

lera. 

Panna Stowe nie chciała przyjąć od Viviana ani klejno-

tów, ani w ogóle żadnej biżuterii. Większość wieczoro-
wych kreacji sprzedawała po jednorazowym użyciu, a 
otrzymane ze sprzedaży pieniądze przekazywała mnie. 
Wszystko zaksięgowane. Rachunki za pogrzeb mam  także 
u siebie. 

- Wszystko się zgadza? - dopytywał się Beau podejrzli-

wie. - Nie ma żadnych nieścisłości? 

- Żadnych - odparł księgowy z przekonaniem. 
- Niczego nie brakuje? - naciskał Beau. 
John Neville nerwowo splótł dłonie. 
-  I tak, i nie. Jest pewien mały problem. Nie miałem na 

to żadnego wpływu, ale i tak czuję się dość nieswojo. 

- Mów, o co chodzi - popędzał Beau; 
- To nie ma nic wspólnego z panną Stowe. - Rzucił 

spojrzenie znad okularów. - Vivian był wyjątkowo upar-

background image

tym człowiekiem. Nie chciał słuchać dobrych rad. 

Ciekawe, pomyślał Beau. To samo powiedział Lionel 

Armstrong. I w tamtym przypadku to również miało zwią-
zek z Maggie Stowe. 

- Vivian odwiedził mnie na dwa miesiące przed śmier-

cią i poprosił, żebym mu wypłacił milion dolarów gotów-
ką. Dwa miesiące przed śmiercią? To właśnie wtedy dzia-
dek podpisał ostateczną wersję testamentu, w którym zna-
lazło się miejsce dla Margaret Stowe. 

- Takiej sumy pieniędzy nie powinno się tak po prostu 

nosić przy sobie - ciągnął księgowy. - Większe transakcje, 
załatwia się, korzystając z czeków lub kart kredytowych. 
Dlatego zapytałem o powód tej nietypowej prośby. 

- I co odpowiedział? - naciskał Beau. 
- Stwierdził, że to jego pieniądze i że może z nimi robić, 

co zechce - odparł Neville. - Sam rozumiesz, że nie mo-
głem go do niczego zmusić. Upierał się, że potrzebuje tych 
pieniędzy i koniec. Nie miałem wyboru. 

- Dowiedziałeś się, na co je wydał? 
Neville pokręcił smętnie głową. 
- Miałem nadzieję, że to się wyda. Myślałem, że chodzi 

o kupno jakiejś nieruchomości. Dowiadywałem się. Pyta-
łem znajomych w pewnych kręgach. Bez skutku. Mogę ci 
pokazać papier poświadczający wydanie Vivianowi milio-
na w gotówce. 

Mam świadków, którzy widzieli, jak brał te pieniądze. 

Natomiast nie mam zielonego pojęcia, co z nimi zrobił. 

Beau zaklął siarczyście i zacisnął pięści. Bezsilny gniew 

wdarł się do jego mózgu i rozsadzał czaszkę. Kiedy się 
uspokoił, przemyślał sprawę: ma teraz do rozwikłania dwie 
zagadki. 

Po pierwsze, sprawa kobiety znikąd. 

background image

Po drugie, tajemnica zaginionego miliona. 
Miał dziwne przeczucie, że te dwie sprawy w jakiś spo-

sób się ze sobą łączą. Był pewien, że jeśli rozgryzie sekret 
Margaret Stowe, odnajdzie też brakujący milion dolarów. 

 
ROZDZIAŁ SZÓSTY 
 
Maggie objęła wzrokiem wielobarwną kolekcję drogich 

ubrań wiszących w jej garderobie. Vivian uwielbiał ją stro-
ić. 

A ona nie widziała nic złego w tym, że mogła cieszyć 

jego oczy, wkładając na siebie eleganckie i niezwykle ko-
biece fatałaszki. 

Jednak Beau Prescott na pewno nie dostrzeże w tym nic 

zabawnego. Co więcej, fakt, że jego dziadek wydawał for-
tunę na ciuchy dla zwykłej niańki, z całą pewnością wy-
prowadzi go z równowagi. Jego poranne insynuacje spra-
wiły, że poczuła się jak dziwka. Beau sugerował przecież, 
że wykorzystała poczciwego staruszka, a nawet, że dopro-
wadziła go do śmierci. 

Te oskarżenia potwornie bolały. Tym bardziej że rzucał 

je tak niewiarygodnie męski i pociągający facet. 

Pospieszne pukanie do drzwi wyrwało Maggie z zamy-

ślenia. 

.- Proszę· Do pokoju wślizgnęła się nadzwyczaj podeks-

cytowana pani Featherfield.  

- Już wrócił, kochanie  Sedgewick zaproponował aperi-

tif na szóstą trzydzieści, masz więc pół godziny, żeby się 
przygotować do kolacji. - Rzuciła okiem w stronę otwar-
tych drzwi garderoby. - Ma na sobie garnitur, więc mogła-
byś włożyć coś naprawdę eleganckiego. 

- To nie ma najmniejszego sensu. - Maggie skrzywiła 

background image

się· - On mnie nie lubi. 

- Bzdura! Panicz Beau na twój widok omal się nie 

przewrócił z wrażenia. Sama widziałam. 

- Ale potem szybko doszedł do siebie i dał do zrozu-

mienia, że nie mam co liczyć na jego przyjaźń - odparła 
sucho Maggie. 

- To nie tak. Sedgewick i ja jesteśmy pewni, że panicz 

Beau zachwycił się tobą do tego stopnia, że nie mógł 
znieść myśli, iż jego dziadek był z tobą... blisko. On chce 
mieć ciebie na wyłączność. 

Maggie nie miała pojęcia, co odpowiedzieć na tak sfor-

mułowane wyjaśnienie. Obawiała się, że jest ono mocno 
naciągane. 

- Nie martw się, kochanie - dodała pani Featherfield. 

Wallace mówił, że panicz Beau całą drogę do miasta prze-
był zatopiony w myślach. Najwyraźniej uspokoił się, kiedy 
zrozumiał, że nic cię nie łączyło z panem Vivianem. 
Wszystko przemyślał i na pewno jest mu teraz wstyd. 

Maggie nie była tego taka pewna. Na samo wspomnie-

nie dzisiejszego poranka przebiegał ją zimny dreszcz. 

- Ludzie w szoku wygadują różne rzeczy - zauważyła 

refleksyjnie gospodyni. - Każdy potrzebuje trochę czasu do 
namysłu. Panicz Beau z pewnością doszedł już do siebie i 
dziś wieczorem uznasz go za najbardziej czarującego męż-
czyznę pod słońcem. Daj mu jeszcze jedną szansę, kocha-
nie; 

Znokautuje mnie w przeciągu pierwszych pięciu minut, 

po. myślała Maggie, ale nie chcąc rozczarować czwórki 
służących, postanowiła podjąć wyzwanie. 

- Zrobię, co w mojej mocy. Wysiliła się na uśmiech.  
Pani Featherfield pokraśniała z radości. 
 - Pamiętaj, wpół do siódmej: Jeffrey podaje na kolację 

background image

pieczeń wołową, więc postaraj się nie spóźnić. 

Maggie domyślała się, że na stole zapłoną czerwone 

świece, a w tle rozbrzmiewać będzie romantyczna melodia. 
Wszystko to bardzo miłe, tyle że cyniczne spojrzenia Beau 
Prescotta zapewne popsują całą atmosferę. 

W przypływie buntu Maggie wyciągnęła z garderoby 

krwistoczerwoną sukienkę. Skoro Beau Prescott uważa ją 
za ladacznicę, to nie ma sensu wkładać na siebie czegoś 
bardziej przyzwoitego. Zresztą Vivian podziwiał ją za to, 
że jako rudowłosa nie boi się nosić ubrań w czerwonym 
kolorze. Dlatego ze względu na pamięć o niedawno· zmar-
łym dobroczyńcy, włoży dzisiaj ten kusy, seksowny strój. 
Poza tym pani Featherfield nie będzie mogła jej zarzucić, 
że nie stara się zrobić wrażenia na Beau Prescotcie. 

Czerwona, szyfonowa sukienka na cienkich ramiącz-

kach delikatnie opływała figurę Maggie, sprawiając, że 
męskie zmysły zaczynały bić na alarm. Reszty dopełniały 
jedwabne pończochy w cielistym kolorze oraz pantofle na 
niebotycznie wysokich szpilkach. 

Rozpyliła wokół siebie pachnącą mgiełkę  Poison  Chri-

stiana Diora, a w uszy wpięła wiszące, kryształowe, pięk-
nie odbijające światło kolczyki. Była gotowa do ataku. I 
choć w głębi duszy wątpiła w wygraną, miała nadzieję, że 
oczarowany przeciwnik przynajmniej oszczędzi jej cier-
pienia. 

Zeszła do salonu, gdzie Sedgewick serwował swojemu 

paniczowi szklaneczkę martini. Młody Prescott stał oparty 
o filar marmurowego kominka, nad którym wisiał roman-
tyczny obraz przedstawiający roześmianego amorka. Na jej 
widok Beau uniósł szklankę do góry, w geście powitalnego 
toastu. 

Serce zabiło jej mocniej. 

background image

- Dobry wieczór, Maggie - przywitał ją, uśmiechając się 
 
i jednocześnie uważnym wzrokiem lustrując jej strój. - 

Widzę, że faktycznie potrafisz ucieszyć oczy każdego 
mężczyzny, bez względu na jego wiek. 

Czyżby właśnie powiedział jej komplement? Nie była 

tego pewna. 

- Miał pan ciężki dzień? - zapytała. 
- Hm... - potwierdził i zabawnie ściągnął brwi. - Na-

zwałbym go dniem trzech szklanek martini. A propos, na-
pijesz się ze mną? Mam nadzieję, że to ci pomoże zapo-
mnieć o moim dzisiejszym faux pas. 

Przeprosiny? Przygotowała się do walki, a on ogłasza 

rozejm. W dodatku wyglądał tak słodko z tym swoim 
przepraszającym uśmiechem i zadziornym błyskiem w 
oku... 

- Chętnie. - Wyciągnęła dłoń po szklankę i uśmiechnęła 

się. niepewnie. 

Co innego mogła zrobić, skoro Sedgewick rzucał jej po-

rozumiewawcze spojrzenia, zachęcając do postawienia 
wszystkiego na jedną kartę? 

Beau podsunął jej tacę wypełnioną smakowitymi zaką-

skami. 

Najwyraźniej kucharz nie żałował dzisiaj swojej inwen-

cji, żeby godnie  przywitać dziedzica Rosecliff. 

- Zupełnie inaczej sobie ciebie wyobrażałem - wyznał 

niespodziewanie Beau, z trudem ukrywając nutę ironii. - 
Może dlatego, że w testamencie byłaś wymieniona obok 
Sedgewicka. 

Myślałem, że jesteś mniej więcej w jego wieku. 
- W takim razie mój widok musiał być dla pana szokiem 

- odparła Maggie, siląc się na uprzejmość. 

background image

- Delikatnie rzecz ujmując... tak - przytaknął Beau. - 

Byłbym wdzięczny, gdybyś wyjaśniła mi kilka spraw, któ-
re nurtowały mnie przez cały dzień. 

- Czego chciałby się pan dowiedzieć? - zapytała po-

dejrzliwie, przeczuwając podstęp·  

- Na przykład... - Urwał i dopiero po chwili namysłu 

zapytał: - Jak się tu znalazłaś? Czy mój dziadek poszuki-
wał niani przez ogłoszenie? 

Tak postawione pytanie brzmiało dość niewinnie. Wy-

glądało na to, że zadał je z czystej ciekawości. 

- Sądzę, że dopóki mnie nie spotkał, nie planował za-

trudniać nikogo w takim charakterze - odpowiedziała Ma-
ggie, zbierając myśli. - Ten pomysł wpadł mu do głowy 
niespodziewanie. Dla Viviana był to rodzaj zabawy. 

- Dla ciebie też? 
Maggie poczuła, że stąpa po kruchym lodzie. Pytania 

stawały się coraz bardziej podchwytliwe. 

- Bawiło go to, że może mnie wiele nauczyć - wyjaśni-

ła, patrząc Beau prosto w oczy. - Pański dziadek był wspa-
niałym człowiekiem. Przeżyłam tu najlepsze lata swojego 
życia. 

Zielone oczy przeciwnika wpatrywały się w nią badaw-

czo. 

Miała ochotę zarzucić go potokiem zapewnień, że ją i 

Viviana nic nie łączyło. Na szczęście w porę ugryzła się w 
język. 

I tak go nie zmusi, żeby jej uwierzył. 
Po chwili ciszy Beau przemówił: 
- Wiem, co masz na myśli. - W jego głosie zabrzmiała 

nuta rozrzewnienia. - Ten jego wigor i zapał do życia były 
chyba zaraźliwe. Dziadek otworzył mi okno na świat i 
sprawił, że niemal od razu chciałem przez nie wyfrunąć. 

background image

-  O właśnie! Czułam dokładnie to samo - wyrwało się 

Maggie. Beau ubrał w słowa jej własne myśli. 

- Jak się poznaliście? 
Maggie uśmiechnęła się do swoich wspomnień. 
- To było niesamowite spotkanie - zaczęła. - Nie miałam 

pracy i zarabiałam na życie sprzedając róże. Kupowałam je 
hurtem na targu, a potem każdą z osobna przyozdabiałam 
wstążkami i pakowałam w folię. Chodziłam z nimi wieczo-
rem po eleganckich restauracjach i oferowałam mężczy-
znom, którzy akurat jedli kolację w towarzystwie kobiety. 
Wielu z nich dawało się skusić na ten romantyczny gest. 

- De kosztowała ta przyjemność? - zapytał Beau, uśmie-

chając się lekko. 

- Pięć dolarów - odparła, szczęśliwa, że nie potępił jej 

sposobu zarabiania. - Uważałam, że za promienny uśmiech 
obdarowanej kobiety mężczyzna będzie gotów zapłacić 
równowartość ceny lampki wina. 

- Rozsądny sposób rozumowania - powiedział Beau za-

chęcająco. - Podejrzewam, że i mój dziadek nie oparł się 
pokusie kupienia od ciebie róży? 

- Niezupełnie. Vivian jadł wówczas kolację z dużą gru-

pą ludzi. Ominęłam ich. Wiedziałam, że większa szansa 
zarobku to dwuosobowe stoliczki, przy których siedzieli 
zakochani. Ale pański dziadek musiał mnie obserwować. 
W pewnym momencie pokiwał na mnie i zaprosił do stołu. 
Powiedział, że kupi ode mnie wszystkie róże, bo taka 
piękna dziewczyna jak ja powinna w sobotni wieczór ba-
wić się, a nie sprzedawać kwiatki. 

Beau Prescott roześmiał się, co Maggie najwyraźniej 

przyjęła z ogromną ulgą.  

- To rzeczywiście podobne do dziadka zauważył , wpa-

trując się w nią wyczekująco. - Kto mu wówczas towarzy-

background image

szył? 

- Jacyś artyści. 
- Ktoś znany? 
- Nie wiem. Nigdy więcej ich nie widziałam. 
Beau rzucił jej podejrzliwe spojrzenie. 
- Może pan zapytać sir Rolanda - podsunęła Maggie 

usłużnie. - On też tam był. 

- Aha. - Beau uspokoił się nieco. - ile róż sprzedałaś 

dziadkowi? 

- Dwadzieścia. To był dla mnie wielki dzień. A potem 

mogłam jeszcze najeść się za darmo i spędzić czas w towa-
rzystwie miłych ludzi. 

- Mój dziadek był duszą towarzystwa. 
- O tak. I wspaniałym wodzirejem - przyznała Maggie. 
Sączyli martini zatopieni we wspomnieniach. Tęsknota 

za zmarłym staruszkiem zatarła wszelkie ślady nieporozu-
mień, jakie ich dzieliły. 

Tak powinno być, pomyślała Maggie. Miała nadzieję, 

że Vivian Prescott patrzy na nich teraz z góry i uśmiecha 
się zadowoleniem. 

Beau pochylił się nad stołem i zaczął nakładać na swój 

talerz czerwony i czarny kawior. Maggie zadrżała, ponie-
waż nagle wyobraziła sobie, jak ta silna męska dłoń dotyka 
jej nagiego ciała. Domyślała się, że świetnie skrojony gar-
nitur ukrywa wspaniałe, atletyczne, męskie ciało... 

- Skąd się wziął pomysł z niańką? 
Pytanie padło tak nagle, że musiała minąć chwila, nim 

doszła do siebie na tyle, by odpowiedzieć. 

- Vivian zapytał mnie, co do tej pory robiłam, a ja opo-

wiedziałam mu nieco ubarwioną historyjkę. - Wzruszyła 
ramionami. - Myślałam, że nigdy więcej go nie zobaczę, 
więc wolałam trochę nazmyślać, niż zanudzać go moją 

background image

nieciekawą biografią. 

- Oszukałaś go? 
- Ależ nie - zapewniła, Maggie gorliwie. - Naprawdę 

podróżowałam z cyrkiem... - Urwała, niepewna reakcji 
Beau na taką rewelację. 

Wielu ludzi uważało cyrk za mało przyzwoite miejsce. 

Ale Beau nawet nie mrugnął okiem. Czekał na ciąg dalszy. 

- Pracowałam jako niania u właścicieli cyrku - ciągnęła. 
- Poza tym robiłam wiele innych rzeczy, ale Vivian naj-

bardziej zainteresował się właśnie tym okresem mojego 
życia. 

- Jak nazywał się ten cyrk?- zapytał szybko Beau. 
- Zabini. To był taki mały, rodzinny interes. 
- Myślałem, że tego typu atrakcje przeszły już do lamu-

sa -zauważył Beau. 

- Rzeczywiście, cyrk nie cieszył się dużą popularnością. 
Podejrzewam, że w końcu zbankrutował. Nie wiem do-

kładnie. 

Byłam z nimi tylko przez rok. I to dziesięć lat temu. 
- Co było potem? - podpytywał Beau, siląc się na obo-

jętność. 

- Pojechałam w głąb kraju, do interioru, gdyż wiedzia-

łam, że tam z pewnością znajdę pracę. Trafiłam do wioski 
zwanej Wilgilag, co w języku Aborygenów oznacza  czer-
wony . I faktycznie. Jak okiem sięgnąć, ziemia była tam 
czerwona jak ogień piekielny. 

Jej spojrzenie uciekło gdzieś w dal. Dogoniło odległe 

wspomnienia, zagrzebane dawno temu w zakamarkach 
pamięci. 

- Co tam robiłaś? - zachęcał ją Beau do dalszych zwie-

rzeń. 

- Pracowałam na owczej farmie. Zajmowałam się róż-

background image

nymi rzeczami. - Machnęła ręką, jakby chciała odgonić 
jakieś przykre widma przeszłości. - Wiele wody i upłynęło 
od tamtych dni. Nie ma o czym mówić. 

- Przeciwnie. Teraz rozumiem, dlaczego dziadek się to-

bą 

- Byłaś z dziadkiem na  ty . Dlaczego i do mnie nie 

mówisz po imieniu? 

- Bo nie lubię się spoufalać. Wiem z doświadczenia, że 

to pierwszy krok do zguby - odparła ostro. 

- Nie przesadzaj - zaprotestował. - W Australii? To 

przecież najbardziej egalitarne społeczeństwo na świecie. 

- To zależy skąd się pochodzi - zadrwiła. - Pan nie wie, 

czym są niziny społeczne i jak to jest, kiedy trzeba ciągle 
się komuś lub czemuś podporządkowywać. 

Nie mógł temu zaprzeczyć, więc tylko wzruszył ramio-

nami. 

Maggie poczuła się zraniona i nieszczęśliwa. Spojrzała 

na portret amorka wiszący nad kominkiem i uznała, że jego 
strzała nie mogła być dzisiaj umoczona w miłosnym eliksi-
rze. Raczej w truciźnie. 

Kiedy podniosła wzrok, zauważyła, że Beau przygląda 

się jej spod ściągniętych brwi. 

- Powiem panu, co dał mi Vivian - powiedziała po dłuż-

szej chwili kłopotliwego milczenia. - Akceptację, przyjaźń, 
szacunek i uznanie. Przyjął mnie pod swój dach i sprawił, 
że stałam się lepsza niż byłam. Dał mi wszechstronne wy-
kształcenie. Zapoznał z literaturą, muzyką i sztuką. Otwo-
rzył mi oczy na wiele spraw, o których wcześniej nie mia-
łam pojęcia i gdyby nie Vivian, nawet by mi się o nich nie 
śniło... 

Urwała i rzuciła mu spojrzenie pełne wzgardy. Beau 

nawet nie próbował wejść jej w słowo. 

background image

- Nie wiem, dlaczego pański dziadek to robił. Może był 

samotny? Może chciał, żebym z Kopciuszka zmieniła się 
w królewnę? Może pragnął mieć pilnego ucznia? A proszę 
mi wierzyć, że się starałam. Chłonęłam wszystko, o czym 
opowiadał i cieszyłam się, że spełniam jego oczekiwania. 

Beau ze zdumieniem przyglądał się tej świadomej wła-

snej wartości kobiecie i zaczynało go dręczyć przeświad-
czenie, że bardzo się co do niej pomylił. 

- Nie wstydzę się niczego, panie Prescott. Jestem dum-

na, bo Vivian był ze mnie dumny. Kochałam pańskiego 
dziadka. I czy się to panu podoba, czy nie, taka jest praw-
da. 

Nastała cisza, której Beau nie miał odwagi przerwać. 
- Obiad podany - obwieścił niespodziewanie Sedge-

wick, wkraczając do salonu. 

- Sądzę, że pańska pieczeń wołowa okaże się znacznie 

bardziej strawna niż nasza rozmowa - powiedziała Maggie. 
- Nie zwlekajmy, bo kucharz się obrazi. 

Ruszyła w stronę jadalni, obiecując sobie w duchu, że 

już nigdy, przenigdy nie da się zwieść Beau Prescottowi. 

 

 

 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
 
 
Beau z trudem zmusił się do przełknięcia kilku kęsów 

pieczeni. Postanowił nie dać po sobie poznać, że całkowi-
cie stracił apetyt jedynie dlatego, że wstrząsnęła nim wy-
powiedź tej złotoustej niańki. 

Maggie jadła powoli, nie odrywając wzroku od talerza. 

Emanował z niej spokój i całkowita obojętność wobec jego 

background image

osoby. 

Beau przyglądał się jej spod oka, zastanawiając się, czy 

ta kobieta to urodzona aktorka, czy wręcz przeciwnie - 
szczera i niewinna dziewczyna. Gdyby nie ten zaginiony 
milion, chętnie uwierzyłby w jej opowieść. 

. Mimo wszystko dowiedział się dzisiaj paru rzeczy. Sir 

Roland będzie mógł poświadczyć, czy pierwsze spotkanie 
dziadka i Maggie przebiegło w taki sposób, jak to opisała. 
Lionel Armstrong wynajmie detektywa, który sprawdzi, 
czy rzeczywiście pracowała w cyrku Zabini, a potem w 
wiosce Wilgilag. 

Ciekawe, czy mówiła prawdę. .. 
Ponownie zerknął w jej stronę. Twarz Maggie spowijał 

cień, co utrudniało mu obserwację jej zachowania. 

- Sedgewick, zapal światło i zabierz świeczniki - zako-

menderował. - W tych ciemnościach nie widzę, co jem. 

- Jak pan sobie życzy. 
Beau z niezadowoleniem wyczuł potępienie w głosie i 

postawie kamerdynera. Najwyraźniej wszyscy członkowie 
służby uważali teraz swojego panicza za ordynusa, który 
popsuł humor wielce szanownej niańce. 

Zapalenie światła niewiele pomogło. Twarz Maggie 

przypominała białą maskę pozbawioną jakiegokolwiek  
wyrazu. Ujęła kieliszek i wypiła łyk czerwonego wina. 
Beau specjalnie kazał podać do obiadu wino zamiast 
szampana. Dla panny Stowe skończyły się czasy nieustan-
nego świętowania. Zresztą, jeśli zachomikowała gdzieś 
milion dolarów, wkrótce sama będzie mogła kupić sobie 
takie trunki, jakie zechce. 

To ona gwizdnęła ten milion. Beau był tego niemal pe-

wien. 

Tymczasem przeciągająca się cisza zaczynała działać 

background image

mu na nerwy. Postanowił zagaić rozmowę. 

- Co robiłaś po wyjeździe z Wilgilag? 
Bardzo powoli i z wyraźną niechęcią Maggie podniosła 

głowę· Jej wielkie oczy lśniły jak dwa szafiry. 

- Jeśli jest pan ciekaw, proszę zatrudnić detektywa. 
Ta odpowiedź nie dała Beau ani satysfakcji, ani nie 

sprawiła mu przyjemności. Za to całkowicie pozbawiła go 
apetytu. 

- Chciałbym dowiedzieć się o tobie czegoś więcej - wy-

jaśnił, odkładając sztućce. 

Potrząsnęła przecząco głową, nie zaszczycając go nawet 

spojrzeniem. 

Ani chybi zdenerwował ją swoimi natrętnymi pytaniami 

oraz sugestią, że na dziadka patrzyła jedynie przez pryzmat 
jego dolarów. Szkoda, że nie trzymał języka za zębami. 
Jeszcze trochę, a może wyciągnąłby z niej wiele cennych 
informacji. 

Choć... może ona rzeczywiście mówiła prawdę? Była 

dość przekonująca, kiedy tak bez mrugnięcia okiem wyja-
śniała mu, jaki rodzaj relacji łączył ją i dziadka. 

Czyżby pomylił się co do niani Stowe? 
Czyżby przypisywał jej czyny, z którymi nie miała nic 

wspólnego? 

Musiał przyznać z niechęcią, że wiele z tego, co powie-

działa, było niezaprzeczalną prawdą i w dodatku dotkliwie 
pogłębiało jego poczucie winy. 

Wspomniała, że dziadek był samotny. 
Te słowa zabolały go. Dziadek życzył sobie przecież, 

żeby wnuk osiadł razem z nim w Rosecliff, założył rodzinę 
i prowadził ustabilizowane życie. Tymczasem Beau srodze 
go zawiódł. Włóczył się po świecie, nie myśląc o samot-
nym staruszku. Nawet przyjaciele dziadka nie byli w stanie 

background image

wypełnić pustki po nieobecnym wnuku. Jedynej bliskiej 
mu osobie. 

To pewnie dlatego dziadek przygarnął Maggie Stowe. 

To ona miała być realizacją jego marzeń i ambicji. Właśnie 
dlatego w rozmowie z Lionelem Armstrongiem stwierdził, 
że stworzy ją według swojego planu. Wiedział, że ona 
znacznie lepiej spełni jego oczekiwania niż ukochany 
wnuczek. 

To miało sens. 
Niania Stowe mogła więc mówić prawdę. Tyle że to nie 

rozwiązywało sprawy  zaginionego miliona. 

Maggie odsunęła krzesło i odkładając na stół serwetę, 

spojrzała Beau prosto w oczy. 

- Proszę mi wybaczyć, panie Prescott - powiedziała po-

woli. - Nie czuję się najlepiej. 

W tej sytuacji nie wypadało jej zatrzymywać. 
- Przykro mi. Jeśli mogę coś dla ciebie zrobić... 
- Nie, dziękuję. - Odwróciła się w stronę kamerdynera. 

Sedgewick, proszę przeprosić ode mnie Jeffreya. Wiem, że 
upiekł na deser wspaniałe ciasta. Żałuję, ale nie będę mo-
gła ich spróbować.  

- Jeffrey z pewnością to zrozumie, nianiu Stowe - za-

pewnił kamerdyner, odsuwając jej usłużnie krzesło. 

- Dziękuję. 
Kiedy wstała, Beau zauważył, że jej biała twarz jeszcze 

bardziej pobladła, a oczy nie błyszczą już tak jak godzinę 
temu. 

Naprawdę wyglądała na chorą. Chorą na duszy. I to, 

zdaje się, z jego powodu. 

- Dał mi pan do zrozumienia, że zbyt wiele sobie obie-

cywałam - powiedziała słabym głosem Maggie. - Nie usią-
dę z panem więcej do stołu, panie Prescott. Jak pan sam 

background image

wspomniał dziś rano, nie jest pan swoim dziadkiem. 

Beau otworzył usta, mając zamiar bronić się przed oce-

ną, jaką mu wystawiła. Chciał się usprawiedliwić, wytłu-
maczyć. 

Chciał, żeby została. 
Pragnął o wiele więcej... 
Ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, usłyszał jej ci-

che: 

- Dobranoc, panie Prescott. 
Odprowadził ją wzrokiem do drzwi jadalni. Czerwona 

sukienka, opływająca delikatnie wspaniałą figurę, wyda-
wała się w tej chwili zupełnie nie na miejscu. A jednak 
magnetyzm tej niezwykłej kobiety działał na Beau wyjąt-
kowo silnie. Kiedy znikła mu z pola widzenia, poczuł 
wszechogarniającą pustkę. 

Sedgewick zajął się uprzątaniem tej części stołu, przy 

której siedziała Maggie. Widać było, że jest poruszony i 
bardzo niezadowolony. 

 - Jeśli masz mi coś do powiedzenia, Sedgewick, to wal 

prosto z mostu - powiedział Beau gniewnie. 

Kamerdyner podniósł z godnością głowę i spojrzał z gó-

ry na swojego panicza. 

- Pomyślałem sobie, że usługiwałem wielu gościom, 

którzy przewijali się przez Rosecliff. Było wśród nich kil-
ku możnych tego kraju, jeśli można to ująć w ten sposób. 
Zdarzali się też tacy, którzy uważali, że pieniądze czynią 
ich lepszymi od innych. Niania Stowe nie posiada żadnego 
majątku, ale to prawdziwa dama. Pan Vivian z pewnością 
też tak uważał. 

- Mówisz tak, bo nie wiesz tego, co ja wiem - odpalił 

Beau, z trudem hamując ogarniającą go furię Sedgewick 
uniósł brwi lekceważąco. 

background image

- Z pewnością. Mam na swoim koncie jedynie dwa lata 

bliskiej znajomości z nianią Stowe. 

Ta odpowiedź wytrąciła Beau z ręki wszelkie argumen-

ty. 

W oczach służby był próżnym, rozpuszczonym pani-

czykiem, który rzuca oszczerstwa pod adresem niewinnej 
kobiety. 

- Powiedz Jeffreyowi, że ja również nie zjem deseru. 

Mam dosyć na dzisiaj. Jesteś wolny, Sedgewick. 

- Do usług. - Kamerdyner wycofał się do kuchni. 
Beau miotał się przez chwilę po jadalni, mając ciągle 

przed oczami obraz czerwonej sukienki oraz jej rudowłosej 
właścicielki. W uszach dźwięczały mu jeszcze słowa stare-
go kamerdynera. Ten człowiek nigdy nie mylił się w swo-
ich ocenach. Zawsze trafnie i sprawiedliwie osądzał ludzi. 

Jaka jest prawda? Kim jest Maggie Stowe? 
Nagle przypomniał sobie o kasecie wideo z uroczystości 

pogrzebowych. Może tam znajdzie odpowiedź? 

Pobiegł do biblioteki i uruchomił magnetowid. Przygo-

towując się na długi wieczór przed telewizorem, ściągnął 
marynarkę i krawat, rozpiął kołnierzyk koszuli oraz pod-
winął rękawy. Miał nadzieję, że te zabiegi zlikwidują na-
pięcie, jakie wywołała w nim rozmowa z panną Stowe. 

Niestety, zdenerwowanie nie mijało. 
 
Nalał sobie kieliszek wina, podejrzewając w duchu, że 

kolejne dni spędzone w towarzystwie tej cholernej niańki 
niechybnie. doprowadzą go do alkoholizmu. 

Z pilotem w ręku opadł na skórzany fotel i spojrzał w 

szkła. ekran, gdzie zaczynała się właśnie ceremonia po-
grzebowa  ważniejszego człowieka w jego życiu - dziadka, 
który odszedł przedwcześnie, nie pożegnawszy się z 

background image

wnuczkiem. 

Beau poczuł, że towarzyszący mu niepokój i negatywne 

emocje są dość niestosowne w obliczu tak poważnego ob-
rządku pogrzeb bliskiej osoby. Dlatego jednym okiem śle-
dząc pojawiający się kondukt żałobny, jednocześnie pró-
bował doprowadzić umysł do ładu i składu i choć na mo-
ment wyrzucić z głowy Maggie Stowe. 

Przywołał w myśli najpiękniejsze chwile swojego dzie-

ciństwa. Przed oczami przemknęła mu cała seria wspo-
mnień - obrazów zatrzymanych w pamięci niczym stop-
klatki na kliszy filmowej. Szczęśliwe wydarzenia z młodo-
ści były ściśle związane z osobą dziadka. Przypomniał 
sobie ich wspólne wojaże i przygody rodem z najwspanial-
szych książek. Rejs do Wielkiej Rafy. Koralowej, wy-
cieczka do Narodowego Parku Kakadu, wreszcie podróż 
do Europy, gdzie dziadek objaśniał wnukowi zawiłości 
historii. 

To Vivian sprawił, że świat wydawał się cudowny i 

niepowtarzalny. Można powiedzieć, że dał wnukowi świat 
w prezencie. A potem podobny podarunek wręczył Mag-
gie. Pragnął podzielić się z kimś swoją wiedzą i doświad-
czeniem i umrzeć z przekonaniem, że jego nauki nie poszły 
na marne. Taka była jego wola i miał prawo zgodnie z nią 
postępować, tak samo jak miał prawo zrobić to, co chciał 
ze swoim milionem dolarów. 

Beau z całego serca pragnął uszanować wolę dziadka. 

Ale jeśli staruszek został wystrychnięty na dudka? Jeśli 
niania podstępnie wykorzystała jego samotność? 

Sedgewick twierdził, że Maggie to prawdziwa dama. 

Dziadek lubił takie kobiety. Zresztą, kto by nie lubił? Beau 
był pewien, że gdyby poznał Maggie w innych okoliczno-
ściach i na innym gruncie, nie spocząłby, dopóki dziew-

background image

czyna nie byłaby jego. 

Kotka Maggie. Być może drapieżna kotka... I znowu 

niania powróciła do myśli Beau. Nic nie mógł na to pora-
dzić. Była w tej chwili niemal tak samo związana z osobą 
Viviana, jak jego wnuk. Nie było tylko wiadomo, czy jej 
zainteresowanie staruszkiem miało istotnie jedynie bezin-
teresowne emocjonalne podłoże... 

Nerwowo przewijał taśmę z pogrzebu, szukając frag-

mentów, gdzie byłoby dobrze widać piękną nianię. 

Burza rudych włosów rzuciła mu się w oczy niemal od 

razu. 

To był moment złożenia trumny do grobu. Maggie stała 

wśród tłumu zgromadzonych, ale wydawała się nieobecna 
duchem. Nie rejestrowała tego, co działo się wokół niej. 
Nieruchomym wzrokiem wpatrywała się w niebo, a po jej 
policzkach płynęły strumienie łez. Widać było, że bardzo 
cierpi. Nie mogła udawać. 

Płakała po Vivianie. Po tym, co odeszło wraz z jego 

osobą. Jej rozpacz była autentyczna. Beau rozumiał jej 
uczucia. Straciła jedyną bliską osobę. Jedynego człowieka, 
który przejął się jej losem i postanowił dać jej życiową 
szansę. 

Beau wyłączył wideo. To, co zobaczył, w zupełności 

mu wystarczyło. 

 Tak jak opisywał to Wallace, cały pogrzeb był wyra-

zem wielkiej miłości do zmarłego. Maggie zorganizowała 
ceremonię pogrzebową w dowód swojej wdzięczności i 
zrobiła to w iście perfekcyjny sposób. Jej zaangażowanie i 
troska o dopracowanie każdego szczegółu zaprzeczały teo-
rii, że jest podstępną materialistką. Beau musiał to wresz-
cie przyznać. A w związku z tym czuł się po prostu podle. 

Kobieta, która dała dziadkowi tyle radości, która wy-

background image

zwalała w nim energię i motywowała do życia, zasługiwała 
na najwyższy. szacunek. A co zrobił jego wnuk? Dopro-
wadził ją do łez, obrzucając bezpodstawnymi oskarżenia-
mi. Czy dziadek byłby z niego zadowolony? 

Poczuł, jak oblewa go zimny pot. 
Dziadek w testamencie zapisał swoją ostatnią wolę od-

noszącą się do najbliższej przyszłości niani Stowe. A do 
jego wnuka należała realizacja ostatniej woli zmarłego. 
Tymczasem ledwie przyjechał, a już zaczął się szarogęsić, 
całkowicie ignorując postanowienia dziadka. 

Co za wstyd. 
Zerknął na zegarek. Nie było jeszcze za późno, by od-

wiedzić Margaret Stowe i przeprosić ją za dzisiejsze za-
chowanie. Im szybciej, tym lepiej. Nie mógłby zasnąć, 
gdyby nie załatwił tej sprawy jeszcze dziś. 

Opuszczając bibliotekę, zdał sobie sprawę, że nie wie, 

który pokój zajmuje Maggie. Po chwili namysłu uznał jed-
nak, że dziadek musiał przydzielić jej Gabinet Różany. Ich 
znajomość zaczęła się od róż i na różach się skończyła. 

A więc niech się dzieje wola dziadka. 
Niech Maggie przez najbliższy rok zostanie w Rosecliff. 
 
ROZDZIAŁ ÓSMY 
 
Początkowo Maggie wcale nie miała zamiaru reagować 

na natarczywe pukanie do drzwi. Była pewna, że to pani 
Featherfield kolejny raz pragnie wytłumaczyć swego pani-
cza i prosić ją o odrobinę wyrozumiałości. Maggie nie mia-
ła już jednak siły znosić kolejnych upokorzeń i podłych 
zarzutów ze strony Beau Prescotta. Nie zmienią tego żadne 
wyjaśnienia. Rozczarowałaby tylko poczciwą gospodynię. 

Wyszła na balkon i spojrzała na romantycznie oświetlo-

background image

ny ogród, w którym swego czasu spędziła tyle miłych 
chwil razem z  Vianem. Niezliczone spacery, fascynujące 
opowieści, wielkie plany - to wszystko, co działo się w 
ogrodzie należało już do przeszłości. Nadszedł czas, żeby 
pożegnać się z tym rajem na ziemi. 

Pukanie nie ustawało. Zdaje się, że pani Featherfield nie 

miała zamiaru ,tak łatwo się poddać. 

Maggie cofnęła się do pokoju. 
- Proszę - powiedziała zrezygnowanym tonem. 
Drzwi otworzyły się i ku jej bezgranicznemu zdziwieniu 

do pokoju wszedł Beau Prescott. 

Ogarnęła ją groza. Ten okropny facet miał czelność 

przyjść do jej sypialni i zakłócić jej spokój. Wparował jak-
by nigdy nic i może jeszcze czekał na owacje? Więc już w 
żadnym z pomieszczeń Rosecliff nie mogła czuć się bez-
piecznie? 

Panicz stał teraz naprzeciw niej, już bez marynarki i 

krawata, w rozpiętej pod szyją koszuli. Spod zakasanych 
rękawów wystawały opalone muskularne ramiona. Jego 
agresywny męski seksapil emanował potężną siłą i atako-
wał wszystkie jej zmysły. 

Była zupełnie sparaliżowana. I to nie tylko ze strachu... 
A on, zamiast wytłumaczyć się, po co przyszedł, stał 

osłupiały podobnie jak ona i w milczeniu pożerał ją wzro-
kiem. W dodatku oddychał coraz szybciej i coraz mocniej 
zaciskał dłonie. 

Kolejny szok przyszedł w momencie, kiedy Maggie 

uświadomiła sobie, jak jest ubrana. Krótka jedwabna ko-
szulka nocna właściwie więcej odsłaniała niż zakrywała. 
Miękki materiał delikatnie otulający jej nagość musiał bar-
dzo pobudzać męską wyobraźnię. 

Maggie kupiła ten ciuszek niedawno, powodowana nie-

background image

pohamowanym impulsem. To była taka drobna, prywatna 
przyjemność, jaką cieszyła się w zaciszu sypialni. 

Teraz jednak to jej zacisze stało się miejscem inwazji 

Beau Prescotta, który miał na temat Maggie ugruntowane 
zdanie. Ten skąpy strój zapewne jedynie potwierdzi jego 
przypuszczenia... 

Tymczasem Beau nie spuszczał z niej pożądliwego 

wzroku, najwyraźniej nie mogąc wydusić z siebie ani sło-
wa. Maggie odczuła satysfakcję, widząc, że jej wróg nie 
jest w stanie ukryć swoich pragnień i dusi się z niemocy. I 
dobrze mu tak! - pomyślała. Nie miała najmniejszego za-
miaru chować się pod kołdrę ze wstydu. Jest we własnej 
sypialni i może mieć na sobie, co jej się podoba. A on 
niech się gapi, ile wlezie. I niech go szlag trafi! 

Wyzwanie, które mu rzuciła, zaczynało oddziaływać i 

na nią. 

Pod wpływem jego głodnego wzroku przebiegła ją nie-

bezpieczna fala podniecenia. Poczuła, że jej ciało zaczyna 
się alarmująco prężyć, domagając się choćby dotyku mę-
skiej dłoni. 

Płomień w oczach Beau i krople potu na jego czole 

świadczyły o tym, że resztkami sił walczy ze swoim pożą-
daniem. Maggie pragnęła go całą sobą. I to od momentu, 
kiedy zobaczyła go po raz pierwszy tego ranka. Już wtedy 
dostrzegła w nim mężczyznę swoich marzeń, z którym 
mogłaby związać się na zawsze. Powinni być razem. Wie-
działa o tym. 

- Maggie... - dobiegł ją niespodziewanie jego chrapliwy 

szept. 

Podniosła wzrok i zrozumiała, że pękły wszelkie barie-

ry. Nie było już mowy o jakichkolwiek zahamowaniach. 
Mały dzikus, jak go nazywał Vivian, ruszył do ataku. Tyle 

background image

że zamiast chłopca Maggie zobaczyła stuprocentowego 
mężczyznę, który podchodził do niej, zdejmując po drodze 
koszulę i odsłaniając swój opalony muskularny tors. 

Ubranie opadało z niego z nieopisaną szybkością. Bez 

wahania. Bez namysłu. Maggie była zupełnie zahipnoty-
zowana. 

Objawiająca się jej w szalonym tempie męska nagość 

doprowadzała ją na skraj pożądania. 

Był coraz bliżej. Tak blisko, że czuła już jego zapach. 

Aż wreszcie znalazł się tuż obok i porwał ją w ramiona. 
Cieniutki materiał koszuli nocnej, który był teraz jedyną 
barierą pomiędzy nimi, potęgował efekt upojenia. Beau 
obsypał ją pocałunkami, błądząc jednocześnie dłonią w jej 
długich, spływających na plecy włosach. Maggie z rozkó-
szą poddawała się tym pieszczotom, pragnąc, żeby za-
władnął nią całą. Jak najprędzej. 

Po chwili Beau wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko. Nic 

nie było teraz w stanie ich powstrzymać. Nie miały już 
znaczenia ich wzajemne uprzedzenia ani jakiekolwiek inne 
przeszkody. 

Liczyła się tylko ekstaza i spełnienie, które za chwilę 

miały stać się ich udziałem... 

 
Pół godziny później nadal leżeli w łóżku i w milczeniu 

wpatrywali się w sufit. 

- Od wielu lat nie byłem z kobietą - odezwał się w koń-

cu Beau, nie patrząc na nią. 

- A ja z mężczyzną - odparła Maggie cicho. 
- Nie po to tu przyszedłem - wyjaśnił zakłopotany. 
- Wcale cię o to nie podejrzewam - rzuciła Maggie, sta-

rając się uderzyć w wesołą nutę. - A ja myślałam, że to 
pani Featherfield puka. 

background image

Znowu zapadła cisza. 
Leżeli obok siebie, zupełnie nadzy, a każde z nich po-

grążone było we własnych, niewesołych myślach. 

- Co teraz będzie? - zadawała sobie pytanie Maggie. 
- Obejrzałem kasetę z pogrzebu - wyznał Beau. 
- Tak? - rzuciła Maggie, zastanawiając się, dlaczego w 

zaistniałych okolicznościach ta informacja ma dla niego 
takie znaczenie. - Mam nadzieję, że właśnie takiej ceremo-
nii życzyłby sobie twój dziadek. 

- Na pewno. 
 Wreszcie przyznał, że zrobiła coś po jego myśli. Choć i 

tak było już za późno, żeby cokolwiek między nimi napra-
wić. 

- Przyszedłem, żeby... przeprosić cię za moje dzisiejsze 

zachowanie - powiedział prędko. - Powinienem był usza-
nować twoją pozycję w tym domu. I od tej pory tak będzie 
- dodał z mocą. 

Niestety, nie potrafiła mu już uwierzyć. 
- Zamierzam jutro odejść - odparła po chwili namysłu. 
Poczuła jak zadrżał z niepokoju. 
- Nie chcę, żebyś odeszła z mojego powodu - powie-

dział sztywno. 

Maggie nie poczuła się uspokojona jego słowami. Nie 

wyobrażała sobie, że mogłaby jutro spojrzeć mu w twarz 
jak gdyby nigdy nic. To, co się przed chwilą między nimi 
wydarzyło, jedynie pogorszyło sytuację. 

- Tak będzie najlepiej, Nie zabiorę ze sobą zbyt wielu 

rzeczy - zapewniła go. - Lubię podróżować z lekkim baga-
żem, a poza tym większość ubrań, które kupił mi Vivian, 
nie pasowałaby do wędrownego stylu życia. Zadzwonię do 
Johna Neville a i poproszę, żeby sprzedał moje suknie.  

- Powinnaś zostać - naciskał Beau, przypominając sobie 

background image

niechętnie o swoich podejrzeniach dotyczących zaginione-
go miliona. 

- Tak jest zapisane w testamencie. Tego życzył sobie 

dziadek. 

Oparł się na łokciach i spojrzał na nią wyczekująco i z 

napięciem. Był diabelnie przystojny. I niesamowicie dobry 
w łóżku. Ale przecież nie były to wartości najważniejsze. 

- Vivian odszedł - powiedziała Maggie.- Sam mi o tym 

dzisiaj dosadnie przypomniałeś. 

- Przepraszam. Nie wiem, co jeszcze mam powiedzieć. 

- Chcę, żebyś została. 

Maggie zajrzała w zielone oczy leżącego obok mężczy-

zny i zaczęła się zastanawiać, co się takiego stało, że Beau 
Prescott nagle zmienił o niej zdanie. Czy tak podziałały na 
niego upojne chwile spędzone w jej ramionach? Czy wy-
dawało mu się, że może pragnąć czegoś więcej? 

Nagle ogarnęło ją przerażenie. Poderwała się z łóżka jak 

wystrzelona z procy i przez chwilę siedziała nieruchomo, 
analizując przebieg ich zbliżenia. 

- Nie zabezpieczyliśmy się! - zawołała po chwili. Pod-

skoczył jak oparzony i znalazł się obok niej. 

- Nie bierzesz pigułek? 
- Nie było takiej potrzeby. 
- Do diaska! - Przejechał dłonią po rozpalonym czole. 
Maggie przyszło do głowy, że taki facet jak Beau, prze-

bywając szmat czasu w Ameryce Południowej, mógł mieć 
wiele przypadkowych kochanek. 

  Przebadałeś się? Nie złapałeś żadnego... wirusa? 
- Jestem czysty! - odpalił urażony. - A ty? 
- Oczywiście -zapewniła go. - Mówiłam ci, że nie robi-

łam tego od lat. 

Zielone oczy Beau błysnęły niespokojnie. 

background image

- Sądzisz, że mogłaś... zajść w ciążę? Maggie wzięła 

głęboki oddech i rozpoczęła gorączkowe obliczenia. Zdaje 
się, że wybrali sobie najgorszy z możliwych czas. To pew-
nie dlatego tak bardzo pragnęła zbliżenia. Pamiętała z lek-
cji biologii, że w tym najniebezpieczniejszym okresie cy-
klu kobieta staje się bardzo pobudzona seksualnie. 

To by się zgadzało. 
- Obawiam się, że to możliwe - odparła cicho, strofując 

się w duchu za swoją bezgraniczną głupotę i nieodpowie-
dzialność. 

- Niech to szlag... - wymamrotał Beau, nie mniej niż 

ona niezadowolony z grożącego im niebezpieczeństwa. 

Ukrył twarz w dłoniach i zaczął intensywnie myśleć. 
Maggie poczuła się tak samotna jak nigdy dotąd. 
- W każdym razie nie możesz teraz odejść - stwierdził w 

końcu. - Musisz zostać, dopóki sprawa się nie wyjaśni. 

Rzeczywiście, nie było innego wyjścia. Maggie wy-

obrażała sobie, co Beau sobie w tej chwili o niej myśli. 
Wrobiła go. 

Zastawiła na niego sidła i zwabiła w pułapkę  Jej noto-

wania spadły z zera na pozycję minusową. A przecież tak 
bardzo starała się oczarować go... 

- Gdybym była w ciąży, uznałbyś to dziecko? - zapytała 

bez specjalnej nadziei. 

- Oczywiście! - wypalił z godnością. - Myślisz, że je-

stem typem faceta, który wyparłby się własnego dziecka? 

Coś takiego przeszło jej przez myśl. W końcu sama zo-

stała opuszczona w dzieciństwie i do dziś nie wiedziała, 
kim są jej rodzice. 

- Nie znam cię - powiedziała. - Poznałam cię zaledwie 

przed kilkunastoma godzinami i nie zrobiłeś na mnie wra-
żenia mężczyzny, na którym mogłabym polegać. Sądzę, że 

background image

zwykle robisz to, co ci akurat pasuje. 

- Mylisz się - oświadczył urażony. - Znam wielu ludzi, 

którzy nie zgodziliby się z twoją opinią na mój temat. 

- Czas pokaże... - Wzruszyła ramionami. 
- Otóż to. 
Wstał z łóżka i szybko zaczął zbierać porozrzucane po 

pokoju ubrania. 

Maggie modliła się w duchu, żeby Bóg zechciał wyba-

czyć jej tę jedną jedyną noc całkowitego zapomnienia. 
Pragnęła dziecka, ale nie z kimś takim jak Beau Prescott. 

Jakim byłby ojcem? Prawdopodobnie wiecznie nie-

obecnym, niecierpliwym i niechętnym. Czy taka postawa 
dobrze wpłynęłaby na rozwój dziecka? Raczej nie. 

 Unikała jego wzroku. Nie chciała mieć z nim nic 

wspólnego. 

Ale jeśli rzeczywiście jest z nim w ciąży, nie pozbawi 

go przecież kontaktu z dzieckiem. Nie wolno jej tak postą-
pić. Dziecko mogłoby jej tego nigdy nie wybaczyć. 

 

- A więc wszystko ustalone - podsumował Beau władczym 
tonem i przewiesił przez ramię pomiętą koszulę i spodnie. - 
Zostajesz. Przynajmniej do czasu aż wykluczymy ciążę. 

- Dobrze - odparła cicho Maggie. 
Wydawało się, że to jedyne sensowne rozwiązanie. 
Była w potrzasku. W sytuacji bez wyjścia. 
Tymczasem Beau uznał sprawę za zakończoną. Wy-

szedł, zamykając z trzaskiem drzwi. Tym samym zakoń-
czyło się jedno z najbardziej pożałowania godnych wyda-
rzeń w życiu Maggie.  

 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
 

background image

Beau oparł się o drzwi opuszczonego przed chwilą Ga-

binetu Różanego i zamknął oczy, wymyślając sobie  w 
duchu od kretynów. 

Dał się złapać. 
A rodzaj pułapki był znany od wieków. 
Jeśli Maggie zaszłaby w ciążę, nie mógłby zostawić jej 

na lodzie. Ale być uwiązanym do niej na całe życie? To 
przerastało jego wyobrażenia. 

Ze spuszczoną głową powlókł się do swojej sypialni. 
Co też go podkusiło, że wybrał się z wieczorną wizytą 

do Maggie Stowe? Powinien był przestrzelić sobie stopę, 
wtedy uniknąłby kłopotów. 

Rzucił ubrania na podłogę pokoju, skoczył na łóżko i 

wślizgnął się pod kołdrę. Po raz pierwszy od wielu lat cie-
szył się z faktu, że nikt obok niego nie leży. 

Musiał przemyśleć parę spraw. 
Był przekonany, że kotka Maggie dopięła swego. Tak 

długo go kusiła i prowokowała, aż zwabiła go do swojej 
sypialni i... 

stało się. 
Choć z drugiej strony, czy rzeczywiście mogła coś ta-

kiego zaplanować? Przecież nie miała pojęcia, że on przyj-
dzie wieczorem do jej pokoju. Ale kiedy już przyszedł i 
bez opamiętania rzucił się na nią, ani przez chwilę nie od-
czuł, żeby się opierała. 

Pragnęła tego tak samo jak on i być może doskonale 

zdawała sobie sprawę, jakie będą konsekwencje ich spon-
tanicznego zachowania. 

Prawdopodobnie od początku wiedziała, że może zajść 

w ciążę. To dlatego zaczęła zadawać mu natarczywe pyta-
nia o to, co by zrobił, gdyby okazało się, że zostanie oj-
cem. 

background image

No cóż, na pewno nie byłby szczęśliwy. Ale też nie ka-

załby jej usuwać ciąży. Co to, to nie. Może i był lekkodu-
chem, ale z całą pewnością nie był nieodpowiedzialny. 

A ona? 
Kobieta znikąd miałaby odtąd stać się częścią jego ży-

cia?  

Nie ufał jej, wątpił w jej szczere intencje, a tymczasem 

miałby związać się z nią na zawsze? 

Zbyt wiele wątpliwości jak na jeden wieczór. 
Beau poczuł piasek pod powiekami. Teraz potrzeba mu 

było jedynie snu. Ucieczka w nieświadomość stanowiła 
przynajmniej chwilowe zażegnanie kłopotów. 

 
Następny dzień nie zaczął się dla Beau zbyt miło. 
Maggie nie pojawiła się na śniadaniu, czego Sedgewick 

nie omieszkał skwitować znaczącymi westchnieniami i 
wycelowanymi w stronę panicza spojrzeniami pełnymi 
dezaprobaty. 

Po śniadaniu Beau zaszył się w bibliotece swojego 

dziadka, gdzie zasiadłszy za mahoniowym biurkiem, na-
tychmiast wykręcił numer telefonu Lionela Armstronga. 

Podał prawnikowi kilka nowych faktów dotyczących 

Margaret Stowe i polecił je sprawdzić w trybie natychmia-
stowym. 

- Niech twoi ludzie wykopią spod ziemi co się da. Trze-

ba wypytać jej pracodawców. Co robiła, jak się zachowy-
wała,  z kim się spotykała. Interesują mnie zdjęcia, doku-
menty, referencje, wszystko. 

- Beau... - zawahał się Armstrong. - Czy to naprawdę 

konieczne? Nie byłoby lepiej dać temu spokój? 

Beau zazgrzytał zębami.  Istniał przecież zasadniczy 

powód tego śledztwa - ta kobieta mogła być matką jego 

background image

dziecka! Mogła też wiedzieć coś o zaginionym milionie. 

- Po prostu zajmij się tym - powtórzył z naciskiem. 
- Vivian też nie chciał słuchać moich rad - westchnął 

LioneI. - Zastanawiam się, co też takiego jest w tej kobie-
cie. 

- Chodzi o to, że ja mam dość zastanawiania się   wy-

buchnął Beau. - Interesują mnie tylko fakty. 

Nie było czasu. Już wkrótce się okaże, czy Maggie jest 

w ciąży, a wtedy może być za późno na dochodzenia. 

- Sprawdź dwie rzeczy - polecił Beau. - Cyrk Zabini i 

wioskę Wilgilag. Nie zwlekaj z tym - dodał niecierpliwie. 
W przeciągu tygodnia oczekuję sprawozdania. 

- To będzie kosztować... - ostrzegł prawnik. 
- Nieważne. Każ swoim ludziom informować mnie na 

bieżąco. Czekam na jakiekolwiek wiadomości. Czy to ja-
sne? 

- Owszem. Zlecę tę robotę dwóm najlepszym detekty-

wom w mieście. Przekażę im twoje instrukcje. 

- Dzięki. 
Kiedy Beau odłożył słuchawkę, usłyszał ciche pukanie 

do drzwi biblioteki. 

- To pewnie Maggie, pomyślał i niespodziewanie jego 

serce podskoczyło z radości. Z jakichś niezrozumiałych dla 
siebie przyczyn tęsknił za nią i nie mógł się doczekać spo-
tkania. 

Trzeba było jednak zachować spokój i kontrolować 

własne reakcje. 

- Proszę - zawołał, starając się przybrać wesoły, zapra-

szający ton głosu. 

 Do biblioteki weszła pani Featherfield, trzymając pod 

pachą coś, co wyglądało jak wielki zeszyt. 

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - przywitała go, 

background image

uśmiechając się promiennie. 
     Beau poczuł się lekko rozczarowany pojawieniem się 
gospodyni, ale nie wypadało mu okazać zniecierpliwienia. 
Jeszcze tego brakowało, żeby zraził do siebie całą służbę! 

- Wejdź, Feathers.  Dla ciebie zawsze mam czas. 
- Och, jak miło! - zawołała zaskoczona. - Chciałam po-

kazać paniczowi mój zeszyt z wycinkami prasowymi. 

- Z wycinkami? - zdziwił się Beau. - Na jaki temat? 
-  Jest tu wszystko, co kiedykolwiek napisali o panu 

Vivianie - wyjaśniła gospodyni dumnym tonem. - Pomy-
ślałam, że może to panicza zainteresować. 

Beau otworzył zeszyt i zaczął go powoli kartkować. 
- Niesamowite! Nie miałem pojęcia, że prowadzisz takie 

archiwum - powiedział zafascynowany. 

- To wspaniałe wspomnienia, paniczu. Pański dziadek 

był dżentelmenem w każdym calu. Służbę u niego zawsze 
uważaliśmy za największy przywilej. 

- Miło mi, że tak mówisz. - Beau uśmiechnął się ciepło. 
- Bo tak myślę. Niania Stowe powtarzała często, że pan  

nam przemieniał życie w tęczę. 

A na końcu tej tęczy widniał worek złota, dopowiedział 

myślach Beau, ale zaraz zbeształ się za te powracające jak 
rang wstrętne podejrzenia. . 

- Pan Vivian uwielbiał mieć Maggie u swego boku – 

ciągnęła gospodyni. - Gdziekolwiek ją zabrał, zawsze była 
ozdobą wieczoru. - Pani Featherfield wycelowała palcem 
w jedno ze zdjęć. - Proszę spojrzeć. Oto i oni! 

Maggie i dziadek patrzyli na niego z fotografii zrobionej 

chyba podczas jakiegoś balu charytatywnego. Dziadek, jak 
zwykle elegancki, w czarnym smokingu i muszce, obej-
mował przyjaźnie piękną nianię Stowe, ubraną w niesa-
mowitą, czarno-bordową kreację ozdobioną egzotyczną 

background image

biżuterią. 

- Doskonale pamiętam ten wieczór - powiedziała Fe-

athers. 

- Pan Vivian zawołał nas do holu, żebyśmy popatrzyli, 

jak niania Stowe schodzi na dół po schodach. Kiedy się 
pojawiła, wszyscy biliśmy brawo. Pan Vivian był wniebo-
wzięty. Panna Maggie była jego wielką dumą. Beau z ła-
twością mógł wyobrazić sobie całą tę scenę. Dziadek 
uwielbiał wielkie wejścia pięknych kobiet. A Maggie? No 
cóż, która kobieta odrzuciłaby szansę zostania gwiazdą 
choćby przez jeden wieczór? 

- Jaka ona była, kiedy pojawiła się tu po raz pierwszy? 

- zapytał nieśmiało. 

- Pyta panicz o nianię Stowe? 
- Tak. - Beau podniósł na gospodynię zaciekawiony 

wzrok. 

- Jakie było twoje pierwsze wrażenie? Jak ją oceniałaś 

po tygodniu jej pobytu w Rosecliff? 

Odpowiedź nie padła od razu. Pani Featherfield zamy-

śliła się, najwyraźniej odświeżając w pamięci wspomnienia 
sprzed ponad dwóch lat. 

- Zachowywała się tak, jakby została tu przeniesiona z 

innego świata i nie do końca wierzyła w to, co się wokół 
niej dzieje. Była podekscytowana, ale i przestraszona. I 
zdumiona Ze wszech miar zdumiona - powtórzyła pani 
Featherfield. 

- Czym? - dopytywał się Beau. 
- Chyba tym, że nie została przez nas odrzucona. Zdaje 

się, że przedtem nie miała swojego miejsca na ziemi. W 
walizce przyniosła jedynie znoszone dżinsy, kilka koszulek 
i parę tanich indyjskich sukienek. - Gospodyni pokręciła 
głową z dezaprobatą. - Jej, pożal się Boże, bagaż zawierał 

background image

niezbędne minimum do życia. 

Beau zamyślił się przez chwilę. Maggie mówiła, że 

zwykle podróżuje z lekkim bagażem. A więc to miała na 
myśli. Szmatławe ciuchy w starej walizce. Trudno mu byłe 
to sobie wyobrazić. 

- Oczywiście pan Vivian zaraz się tym zajął - ciągnęła 

gospodyni. - Prosiłam ją, żeby wyrzuciła te stare ubrania, 
ale nie chciała. Powiedziała, że to jedyne rzeczy, które 
należą wyłącznie do niej. 

Maggie twierdziła, że stroje, jakie kupił jej Vivian nie 

pasują do wędrownego stylu życia, przemknęło przez gło-
wę Beau. 

Chciała wrócić do życia ubogiego wagabundy, który 

nigdy nie wie, czy danego wieczora będzie mu dane zjeść 
ciepły posiłek. 

Co za ponura perspektywa! 
- Nie potrafiła o siebie zadbać - przypominała sobie pa-

ni Featherfield. - Nie poznałby jej panicz, gdyby ją wtedy 
zobaczył. Włosy splecione w niedbały warkocz, brak ma-
kijażu, Spuszczona głowa. W dodatku była bardzo chuda. 
Stanowczo za chuda: Kiedy pan Vivian pokazał jej, jak 
powinna i mogłaby wyglądać  nie wierzyła własnym 
oczom. 

A teraz Vivian odszedł, pomyślał Beau i Maggie wie, że 

jej czas dobiega końca. Kopciuszek musi zrzucić pantofel-
ki i wrócić do czarnej roboty. 

A wszystko przez to, że nie uszanował woli dziadka. 
Beau poczuł ogromne wyrzuty sumienia... 
- Potrzebowała kogoś, kto by o nią zadbał - dodała go-

spodyni z przekonaniem. - Zdaje się, że nigdy w życiu nie 
miała nikogo, kto by się o nią troszczył. 

Aż do czasu kiedy w jej życiu pojawił się dziadek, do-

background image

pow.iedział Beau w myślach. Ale on odszedł. A skoro 
Vivian odszedł na zawsze, Maggie uznała, że w Rosecliff 
nie ma już czego szukać. 

W tym momencie Beau nabrał podejrzenia, że Maggie 

może już wcale nie być w posiadłości. To dlatego nie ze-
szła na śniadanie. Odeszła. 

Ta straszna myśl sprawiła, że Beau poderwał się z krze-

sła i z trudem opanował chęć, żeby popędzić do Gabinetu 
Różanego i utwierdzić się w swoich przeczuciach. 

- Czy coś się stało, paniczu? - zaniepokoiła się Feathers. 
- Chciałbym porozmawiać z nianią Stowe - odpowie-

dział, z trudem ukrywając niecierpliwe drżenie głosu. - 
Poproś, żeby zeszła tu do mnie. 

- Teraz? 
- Tak. Natychmiast. 
- Zostawić panu mój zeszyt? 
- Tak. Dziękuję. - Niecierpliwość zaczynała dawać o 

sobie znać. - Muszę się z nią widzieć w pilnej sprawie. 

Gospodyni wyglądała na bardzo zadowoloną. 
- Pobiegnę do niej co sił w nogach - zapewniła go. 
Beau siedział jak na szpilkach. Nie spodziewał się, że 

pani Featherfield zastanie Maggie w pokoju. Zapewne spa-
kowała się już i wymknęła cichaczem z domu. Nie widzia-
ła sensu, żeby zostać w Rosecliff choćby jeden dzień dłu-
żej. A jeśli w dodatku . miała przy sobie ów zaginiony mi-
lion, zwyczajnie nie opłacało jej się znosić impertynencji 
młodego panicza. 

Trzeba będzie ją odnaleźć pomyślał Beau. Problem w 

tym, że kobieta znikąd mogła się bardzo łatwo zaszyć w 
świecie, z którego przybyła przed dwoma laty. 

Nie mógłby dalej żyć, nie wiedząc nic o dziecku... jeśli 

dziecko rzeczywiście miałoby przyjść na świat. Niepew-

background image

ność zabiłaby go. Wyrzuty sumienia odjęłyby mu zmysły. 

Z zamyślenia wyrwało Beau ciche pukanie do drzwi. - 

Tak? - zawołał, spodziewając się złych wieści. 

W otwartych drzwiach ukazała się Maggie Stowe. 
Niedowierzanie odjęło mu na moment mowę. Ale na-

stępująca po szoku ulga ogarnęła go tylko na chwilę. Wi-
dok, jaki Maggie sobą przedstawiała, daleki był od tego, 
czego się spodziewał. 

Miała na sobie wypłowiałe dżinsy, sprany podkoszulek 

i stare tenisówki. Piękne włosy zaczesane teraz gładko i 
splecione w ciasny warkocz uwydatniały delikatne rysy jej 
twarzy i powiększały wielkie błękitne oczy o spłoszonym 
wyrazie. 

 Stała w otwartych drzwiach, zostawiając sobie drogę 

ucieczki przed wrogiem, jakiego w nim widziała. 

Beau wyciągnął rękę w przyjaznym geście. 
- Nie pozwolę ci odejść, Maggie. 
Podniosła głowę. Jej oczy błysnęły nieufnie. 
- Nie sądzę, żeby miał pan prawo mówić mi, co mam 

robić, a czego nie panie Prescott. 

- Mów mi Beau, na litość boską! Po tym, co się wczoraj 

stało, nie ma sensu silić się na dystans. 

Jej policzki zarumieniły się. 
- Przepraszam - rzucił. - Nie miałem zamiaru cię ura-

zić...- podszedł do biurka i oparł się o blat -. ... ani dzisiaj, 
ani też wczoraj. 

Chyba mu nie. zarzuci, że zaciągnął ją do łóżka wbrew 

jej woli? O nie! Miała na to ochotę tak samo jak on. 

- O nic pana nie oskarżam, panie Prescott. 
- Beau -powtórzył z naciskiem. - Możesz się czuć tu 

bezpiecznie, przysięgam. Chcę tylko porozmawiać. 

- Najlepiej będzie, jeśli odejdę. 

background image

- Nie! - zaprotestował stanowczo. 
- Będzie pan mógł udawać, że to nigdy nie miało miej-

sca. 

Co z oczu, to i z głowy. 
- To się nie uda. - Pokręcił głową. 
Maggie spojrzała na niego pustym wzrokiem. 
- A co się uda? - zapytała retorycznie. - Gardzi pan mną. 
Żałuje pan tego, co się stało. Odejdę i będzie miał pan 

święty spokój. 

- Taki masz właśnie zamiar? - zapytał smutno. - Chcia-

łabyś odejść, nawet się ze mną nie żegnając? 

Sama myśl wydała mu się przygnębiająca. 
- Nie - odparła Maggie, wzruszając ramionami. - Zgo-

dziłam się poczekać do czasu, aż wszystko się wyjaśni. 

- Dlaczego nie zeszłaś na śniadanie? 
- Zaspałam. 
Beau ogarnął wzrokiem jej zgarbioną sylwetkę. 
- Mój dziadek nie kupiłby ci takich ciuchów - zauważył, 

wskazując palcem jej dżinsy. 

- To moje własne ubrania. - W jej głosi  dawało się wy-

czuć nutkę dumy. - Kupiłam je, zanim przybyłam do Ro-
secliff. 

- Dlaczego je dziś włożyłaś? 
- Bo czuję się w nich bardziej  stosownie - rzuciła, pa-

trząc mu w oczy wyzywającym wzrokiem. 

- Czy to przeze mnie? Przez to, co powiedziałem? 
Maggie spuściła wzrok. 
- Nie ma sensu dłużej się stroić - wymamrotała. 
- Zdaje się, że wszystko zepsułem - powiedział z żalem. 
- To nie ma znaczenia. 
- Ma - upierał się. - Przepraszam cię. Bardzo mi przy-

kro. 

background image

Rzuciła mu pytające spojrzenie. 
Pragnął, żeby mu zaufała. Żeby uwierzyła, że odtąd bę-

dzie szanował jej pozycję w tym domu. Wiedział już, że 
Maggie uszczęśliwiła dziadka i wypełniła radością ostatnie 
dwa lata jego życia i za to był jej ogromnie wdzięczny. 

- Proszę... Zapomnij o tym, co mówiłem na temat two-

jego stylu ubierania - powiedział miękko. - Nie miałem 
prawa pozbawiać cię przywilejów nadanych przez dziadka. 

Maggie spuściła wzrok. Beau zamarzył nagle, żeby po-

dejść do niej, wziąć w ramiona i utulić, ale bał się, że 
dziewczyna znowu poczuje się zagrożona. 

- Dzwoniłam rano do lekarza. - Wypowiedziane cichym 

głosem słowa zdradzały jej smutek i niepewność. - Za czte-
ry dni pobiorą mi krew. Dwa dni później poznamy wyniki 
badania i postanowimy co dalej. 

Nie chciała być w ciąży, zrozumiał Beau. Mylił się, są-

dząc, że Maggie postanowiła złapać go na dziecko. 

- Badanie krwi daje pewny wynik  - dodała po chwili. 
- Pojadę z tobą - powiedział zdecydowanym tonem. 
- Aż tak mi pan nie ufa? - Jej usta zadrżały. 
Potrząsnął głową przecząco. 
- Po prostu chcę być przy tobie. Niektóre kobiety mdle-

ją podczas pobierania krwi. Nie powinnaś być sama. To w 
końcu także moja sprawa. 

Maggie podniosła wzrok i rzuciła mu ironiczne spojrze-

nie. 

- Racja. Najlepiej będzie, gdy zobaczy pan na własne 

oczy, że wszystko przebiega prawidłowo. 

Nie wierzyła, że on naprawdę się o nią troszczy. 
- Jeśli wynik będzie pozytywny, obiecuję, że zajmę się 

tobą i dzieckiem - zapewnił gorliwie. 

- Nie chcę być dla pana kulą u nogi. Zabiorę dziecko. 

background image

Nie dopuszczę do tego, żeby czuło się niechciane. 

Tak jak ona przed laty. Opuszczone, nieszczęśliwe 

dziecko. 

- Przysięgam, że tak nie będzie. - Beau nie wiedział już, 

co powiedzieć, żeby poczuła się bezpieczna. 

- Jeśli wynik będzie negatywny, mamy problem z głowy 

- zauważyła beznamiętnym głosem. 

Beau poczuł gwałtowny przypływ silnych emocji, które 

szturmem wdzierały się do jego serca i opanowywały 
umysł. 

Niespodziewanie dla siebie odkrył, że chce tego dziec-

ka. I że jednocześnie pragnie Maggie. 

- Zacznijmy wszystko od początku... - powiedział bła-

galnym tonem. 

- Od którego miejsca? - zapytała chłodno. 
- Tak mi przykro... Wiem, że zachowałem się podle, 

ale... daj mi szansę - poprosił. - Udowodnię ci, że nadaję 
się na ojca i że jestem coś wart. 

Spojrzała na niego z uwagą. 
- Rzeczywiście, chciałabym się o tym przekonać. 
- A więc... zawieramy pokój? - naciskał. 
Po chwili wahania Maggie skinęła niepewnie głową. 
Beau odetchnął z ulgą. 
- Czy mogę coś dla ciebie zrobić? - zapytał ciepło. 
Pokręciła milcząco głową. Nadal nie była pewna, czy 

dobrze zrobiła, obdarzając go odrobiną zaufania. 

- Mam kilka spraw do załatwienia w moim biurze po-

dróży. 

Nie będzie mnie cały dzień. Zobaczymy się na kolacji? 
- Jak pan sobie  życzy. . 
- Proszę, skończ z tym panem - nalegał. - I jeszcze jed-

no. 

background image

Wróć do poprzedniego stylu ubierania. Zachowuj się 

tak, jakby Vivian nadal był z nami. 

Maggie westchnęła ciężko. 
 - Jesteś pewien, że tego chcesz, Beau? Nie chciałabym 

znowu cię rozdrażnić. 

Mówi do niego po imieniu. Radość wdarła się szturmem 

do jego serca. Nie potrafił ukryć zadowolenia. 

- Przy tobie będę już zawsze łagodny jak baranek. 
 Sprawa zaginionego miliona musi poczekać. Mieli te-

raz ważniejsze sprawy na głowie. 

- Niech ci będzie. – Na jej ustach pojawił się nikły 

uśmiech. 

- A więc do zobaczenia wieczorem. 
Wymknęła się z biblioteki, zamykając za sobą drzwi. 
Uciekła jak zranione zwierzę, pomyślał Beau i zrozu-

miał, że Maggie ma większe powody do strachu niż on. To 
ją być może czeka dziewięć miesięcy ciąży, poród i macie-
rzyństwo. 

Czy była na to przygotowana? 
Będzie  musiał w jakiś sposób umilić jej ten trudny czas 

oczekiwania i niepewności. A przy okazji może poprawi 
trochę swój wizerunek w jej oczach. 

Bez względu na to, czy Maggie urodzi ich dziecko, czy 

nie, nie pozwoli jej tak łatwo wymknąć się z jego życia. 
Nie wyobrażał już sobie bez niej Rosecliff. 

I chyba nie wyobrażał sobie bez niej życia... 
 
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
 
Minęło sześć dni i ten siódmy wielki dzień nadszedł 

niespodziewanie szybko. Zbyt szybko, żeby należycie 
przygotować się do myśli o nieoczekiwanym macierzyń-

background image

stwie. A także zbyt szybko, by podjąć decyzję, co dalej, 
jeśli nie jest w ciąży... 

Ranek był ciepły i słoneczny. Błękit nieba zlewał się z 

lazurowym odcieniem morza, a śpiew ptaków zadomowio-
nych w ogrodzie Rosecliff tworzył cudowne tło muzyczne 
dla tej sielanki. 

Maggie leżała w swoim wielkim łóżku i analizowała 

przebieg ostatnich sześciu dni. Musiała przyznać, że przez 
ten czas Beau Prescott zachowywał się wobec niej bez 
zarzutu. Był miły, usłużny, przyjacielski i dowcipny. Mi-
mo to Maggie nadal bała się zbytnio zbliżyć do niego. Ko-
lejna próba podejścia do ognia mogła skończyć się tragicz-
nym w skutkach poparzeniem. Nie chciała dać się zwieść 
pozorom ani pozwolić sobie na marzenia czy odrobinę 
nadziei. 

Beau pociągał ją bardziej niż kiedykolwiek. Spędzona 

wspólnie noc utwierdziła ją w przypuszczeniach, że młody 
panicz jest kochankiem doskonałym i że fizycznie idealnie 
do siebie pasują. Szkoda, że jego zachowanie pozbawiło ją 
wszelkich złudzeń co do tego, że mogliby stanowić dobrą 
parę. Wiedziała, że byłoby bezpieczniej po prostu odejść. 
Jeśli wynik testu okaże się negatywny - będzie wolna. Jeśli 
nie - będzie musiała od nowa zaplanować swoje życie. 

 O wiele łatwiej byłoby, rzecz jasna, gdyby nie była w 

ciąży. 

Jednak w głębi duszy Maggie żywiła nadzieję, że nosi 

w sobie dziecko Beau Prescotta. Nie mogła nic na to pora-
dzić, ale nadal wierzyła, że są sobie przeznaczeni. 

Tyle że to były jedynie jej marzenia. 
Maggie podniosła się z łóżka i podeszła do drzwi garde-

roby. 

Postanowiła włożyć na siebie coś w żółtym kolorze, 

background image

gdyż ta słoneczna barwa zazwyczaj w znacznym stopniu 
poprawiała jej humor. 

 
Beau Prescott stał przy otwartym oknie i nieobecnym 

wzrokiem wpatrywał się w niebo. Minęła kolejna noc nie-
pewności, kolejna noc tęsknoty za tym, żeby być blisko 
Maggie Stowe. 

Każdego wieczoru zakradał się pod drzwi jej sypialni i 

marzył o tym, żeby znaleźć się po ich drugiej stronie. Nie 
chodziło mu wyłącznie o seks. Marzył o bliskości kobiety, 
która każdego dnia nie tylko pobudzała jego zmysły, ale i 
wyzwalała najbardziej serdeczne i ciepłe uczucia. 

Oczekiwanie na wynik badań doprowadzało go do 

obłędu. 

Jeszcze bardziej drażnił go dystans, jaki narzucili sobie 

- on i Maggie. Sama jej obecność już mu nie wystarczała. 
Pragnął jakiegokolwiek zaangażowania z jej strony. Choć-
by małego znaku, że odpuściła mu grzechy. 

Przez ostatnie sześć dni nie rozmawiali zbyt wiele. Ma-

ggie zachowywała się wobec niego podejrzliwie i nie po-
zwalała sobie na spontaniczność. Najwyraźniej bała się mu 
zaufać. 

Prawdę mówiąc, nie dziwił się jej. 
 
On od pierwszego dnia jej nie zaufał, a przecież to, co 

mu o sobie opowiedziała, okazało się najszczerszą prawdą. 

Sir Roland potwierdził każdy szczegół jej pierwszego 

spotkania z dziadkiem. Doskonale pamiętał rudowłosą 
dziewczynę z naręczem róż, która tak zafascynowała jego 
przyjaciela. Raport, który kilka dni temu przysłał mu Lio-
nel Armstrong również był zgodny z relacją Maggie. Mel-
dunek zawierał między innymi streszczenie rozmowy, jaką 

background image

jeden z detektywów Armstronga przeprowadził z panią 
Zabini, współwłaścicielką cyrku, gdzie pracowała Maggie. 

- Nie miała żadnych papierów - wyjaśniała pani Zabini. 
- Prawie żadnych ubrań. Mówiła, że ma osiemnaście lat, 

ale sądzę, że miała około szesnastu. Nie zadawałam zbęd-
nych pytań. Podobno wychowała się w dużej rodzinie za-
stępczej. To chyba prawda, bo potrafiła zajmować się 
dziećmi. Robiła wszystko bez gadania. Bardzo nieśmiała. 
Bała się ludzi i policji. 

Nie kradła. Nie było z nią żadnych kłopotów. Myślę, że 

się przed czymś lub przed kimś ukrywała. Po roku powie-
działa, że odchodzi. Mąż napisał jej referencje. Dobra 
dziewczyna. Świetna niania. Lubiliśmy ją. 

Informacje uzyskane w Wilgilag miały podobny charak-

ter. 

Maggie doskonale radziła sobie z dziećmi, ale unikała 

dorosłych. Nie mówiła o sobie. Nie miała rodziny ani zna-
jomych. 

Nigdy nie dostała żadnego listu. Sama też do  nikogo 

nie pisała. 

Nie było z nią problemów. Kiedy siostra właściciela 

farmy zaczęła wypytywać ją o przeszłość, dziewczyna zni-
kła bez słowa pożegnania. Nigdy więcej o niej nie słyszeli. 

Czego się bała? - zastanawiał się Beau. Co takiego wy-

darzyło się w jej życiu, co sprawiło, że odczuwała lęk 
przed kontaktem z ludźmi? 

 
Beau oderwał wzrok od nieba i podszedł do szafy. 

Trzeba było zejść na śniadanie, a potem należało zmierzyć 
się z wynikiem badań. 

Nie był przygotowany na ojcostwo, ale jeśli wynik testu 

okazałby się negatywny, wiedział, że będzie bardzo roz-

background image

czarowany. 

To było chyba jakieś szaleństwo. 
Pragnął Maggie każdą komórką swojego ciała, ale nie 

miał pojęcia, jak się do niej zbliżyć. 

Jeszcze nigdy żadna kobieta nie obezwładniła go do te-

go stopnia. Przy żadnej nie czuł się aż tak bezradny: Brak 
dokładnych informacji o jej przeszłości jedynie utrudniał 
sprawę. Jak miał walczyć z jej lękami, skoro nie wiedział, 
czego ona się boi? 

Jakim sposobem miał do niej dotrzeć? 
 
- Dzień dobry - przywitał nianię Stowe stojący w 

drzwiach jadalni Sedgewick. 

Beau, który siedział już przy stole i czytał gazetę, rzucił 

jej nieuważne spojrzenie. Wyglądał na zmęczonego i ze-
stresowanego. Niepewność najwyraźniej wykańczała go 
nerwowo. Maggie spuściła smutno głowę. 

- Jeffrey przygotowuje dzisiaj coś wyjątkowego - poin-

formował ich Sedgewick, podając pannie Stowe szklankę 
soku. 

Maggie miała tak ściśnięty żołądek, że przełknięcie 

czegokolwiek nie wydawało jej się możliwe. 

- Jeffrey to świetny kucharz - zauważył Beau. 
To prawda. Przez ostatnie kilka dni Jeffrey wyjątkowo 

ich rozpieszczał. Sedgewick uważał, że smaczne jedzenie 
wprawia w dobry humor, namawiał więc Jeffreya na kuli-
narne popisy. 

- On uważa się za artystę, paniczu Beau - odparł Sed-

gewick, okazując mu trochę więcej ciepła niż kilka dni 
temu. 

- Cóż takiego przyrządził na dzisiejsze śniadanie? - za-

pytał Beau z zainteresowaniem. 

background image

Czy on naprawdę jest w tej chwili w stanie myśleć o je-

dzeniu? - zastanawiała się Maggie. 

- Jeffrey ma przyjaciela, który pochodzi z Luizjany - 

wyjaśniał Sedgewick. - Podobno to danie uznawane jest 
tam za wyjątkowy przysmak. Chodzi o smażone zielone 
pomidory. Coś pysznego, próbowałem. Gwarantuję, że 
będziecie państwo zachwyceni.  

 - Zielone pomidory? - powtórzyła Maggie. 
- W rzeczy samej. Zielone plasterki pomidorów otoczo-

ne w panierce o smaku cebulowo-czosnkowym. 

Czosnek był ostatnią rzeczą, na jaką Maggie miała 

ochotę. 

- Powiedz Jeffreyowi, że się niecierpliwimy - odezwał 

się Beau, najwyraźniej nie mogąc się już doczekać nowych 
rozkoszy podniebienia. 

Maggie nie była w stanie pojąć, co w niego wstąpiło. 
Zaś Sedgewick popędził do kuchni obwieścić kucha-

rzowi dobrą nowinę. Szanowni państwo są głodni! 

- Wyglądasz pięknie w tej żółtej sukience - powiedział 

Beau ciepło. - Aż się serce raduje. 

Interesujący komplement. Co on znowu knuje? 
-  Mam nadzieję, że wybaczyłaś mi już moje głupie 

uwagi na temat twojego ubierania się. - Uśmiechnął się 
czarująco. 

Maggie siedziała sztywno i wpatrywała się w niego py-

tającym wzrokiem. Nie wiedziała, co Beau ma na myśli. 

- Bałem się, że zjawisz się na śniadaniu w dżinsach i 

znowu oświadczysz, że znikasz z mojego życia - wyjaśnił. 

Wreszcie pojęła. Myślał o ich niedawnym spotkaniu w 

bibliotece, kiedy uzgodnili, że Maggie zostanie do czasu, 
aż poznają wyniki badania krwi. 

- Nadal nie chcesz, żebym odeszła? - zapytała nieśmia-

background image

ło.   - W żadnym wypadku - odparł z przekonaniem. 

Uśmiechnęła się radośnie. Przyjazne zachowanie Beau 

nie mogło być udawane. A skoro chciał, żeby została w 
Rosecliff na dłużej, to może... choć trochę ją polubił? Z 
drugiej strony, może po prostu czuł się w obowiązku do-
brze wypełnić ostatnią wolę zmarłego dziadka? 

Zanim zdążyła go o to zapytać, do jadalni wszedł Polly 

z naręczem róż. 

- Proszę mi wybaczyć, paniczu Beau... 
- Śmiało, Polly. 
- To ulubione róże pańskiego dziadka. Mówiłem mu, że 

w tym roku zakwitną wyjątkowo pięknie. Pan Vivian 
chciał, żebym wystawił je w Królewskim Konkursie Wiel-
kanocnym. 

- Zgadzam się z dziadkiem. Powinieneś wziąć udział w 

tym konkursie - zachęcił go Beau. - Sądzę, że zwycięstwo 
masz w kieszeni. 

- To Double Delight. - Polly z dumą zaprezentował jed-

ną z róż. - Tak je nazywają ze względu na dwukolorowe, 
białoczerwone płatki. 

- Jaka piękna róża! - wykrzyknęła Maggie. 
- Przepiękna, tak samo jak pani. Pomyślałem, że może 

zechce je pani umieścić w swoim pokoju? 

- Oczywiście! Dziękuję panu. Są naprawdę cudne…  
- W takim razie poproszę panią Featherfield, żeby 

wstawiła je do wody. 

Polly zniknął za drzwiami kuchni, a Maggie rzuciła nie-

pewne spojrzenie w stronę młodego Prescotta. Na szczę-
ście.wyglądało na to, że Beau jest szczerze rozbawiony 
przyjaznym zachowaniem starego ogrodnika. 

- Sama widzisz - powiedział. - Gdybyś odeszła, moje 

życie okazałoby się nic niewarte. - Roześmiał się, wyobra-

background image

żając sobie Roseciff bez Maggie. - Sedgewick kazałby· 
Jeffreyowi podawać na obiad zlewki, pani Featherfield bez 
przerwy by burczała i rozstawiałaby mnie po kątach, Wal-
lace prowadziłby samochód jak nieokiełzanego ogiera, a 
Polly zamiast róż hodowałby jakieś zielone badyle. 

Maggie nie odwzajemniła uśmiechu. Jego przewidywa-

nia wcale nie były zabawne. 

- Przez wiele lat służyli u twojego dziadka - przypo-

mniała mu. - Boją się zmian. Weź to pod uwagę, zanim 
podejmiesz jakiekolwiek decyzje. 

Beau zastanowił się nad tym, co przed chwilą usłyszał. 
- Zależy ci na nich - zrozumiał. 
- Zawdzięczam im najlepsze lata swojego życia, więc to 

oczywiste, że mi na nich zależy. To ludzie o złotych ser-
cach. 

- Masz więc kolejny powód, żeby tu zostać. 
Maggie nie była tego taka pewna. Uważała, że najlepiej 

będzie przestać się łudzić i wziąć nogi za pas, tak szybko 
jak to będzie możliwe. 

- Zobaczymy - powiedziała sucho. 
Do jadalni wrócił Sedgewick ze smażonymi pomidora-

mi. Beau nie mógł się nachwalić przysmaku rodem z Lu-
izjany. Maggie przytakiwała, usiłując przełknąć kilka ka-
wałków pachnącej czosnkiem potrawy. Jedli wymieniając 
krótkie, nieistotne uwagi. 

Po śniadaniu wymknęła się z jadalni pod pretekstem 

ułożenia róż w wazonie,   Beau oświadczył, że idzie do 
biblioteki. 

Maggie wiedziała, dlaczego tam poszedł. Chciał być 

bliżej faksu, którym miały wkrótce nadejść wyniki badań. 
Ich być albo nie być. 

Każde z nich zamknęło się w swoim pokoju, razem z 

background image

nie wesołymi myślami i ogromem wątpliwości. 

 
Maggie ułożyła kwiaty w wazonie i postawiła je na toa-

letce. 

Usiadła i mimochodem zerknęła na swoje odbicie w lu-

strze. 

Zobaczyła twarz zastraszonej i niepewnej przyszłości 

Maggie Stowe - twarz sprzed kilku lat. To taką twarz Ma-
ggie zobaczył Vivian po raz pierwszy. 

Już wtedy wiele wiedziała o życiu. Z niejednego pieca 

jadła chleb. Włóczęga była jej sposobem na przetrwanie. 
Dzieciństwo nauczyło ją, czym jest dyscyplina, bez-
względne posłuszeństwo i uniżoność. 

- Ty, z rudymi lokami, nie zadzieraj tak nosa. Ile razy 

słyszała to zdanie? 

Już jako sześciolatka nauczyła się ciasno pleść w war-

kocz swoje rude włosy, żeby były jak najmniej widoczne. 
Wiedziała, że przy ludziach należy spuszczać wzrok, gdyż 
wtedy można ukryć własne uczucia. 

Pod pozorem posłuszeństwa i karności ukrywała naturę 

buntowniczki. Czekała tylko na odpowiednią chwilę, żeby 
dać upust swoim emocjom. Nie mogła się doczekać, kiedy 
dorośnie. 

Podejrzewała, że za płotem, którym był ogrodzony ich 

przytułek, kryje się większy i lepszy świat. Dzieciom- 
mówiono wprawdzie, że tam, na zewnątrz, dzieją się same 
złe rzeczy, którymi nie powinny się interesować, ale ona 
widziała, że dorośli bywają w tamtym tajemniczym świe-
cie i nic złego im się nie przydarza.  

Kiedy udało jej się w końcu uciec, zrozumiała, że płot 

nie był barierą ochronną. Był granicą władzy jej opieku-
nów. A przytułek swoim charakterem bardziej przypomi-

background image

nał więzienie niż cichą przystań. 

Od tamtego czasu wolność stała się dla Maggie warto-

ścią nadrzędną, a wszelkie ograniczenia były dla niej naj-
większą torturą· Nie wiedziała, czy tę postawę odziedzi-
czyła po którymś z rodziców, gdyż nigdy nie poznała żad-
nego z nich. Nie wiedziała, kim byli ludzie, którzy dali jej 
życie. 

Lustro też nie potrafiło odpowiedzieć na to pytanie. 
Pukanie do drzwi sprawiło, że serce nieomal podsko-

czyło jej do gardła. Wiedziała, że za drzwiami stoi Beau i 
że on zna już wyniki badania krwi. On już wie. 

Z trudem zmusiła się, żeby stanąć na nogi. 
Drżała. Było jej niedobrze. 
 Wiadomość, którą zaraz usłyszy, ma tak ogromną wagę 

i może przynieść tak wielką odmianę w jej życiu, że... 

Pukanie nie ustawało. 
- Proszę - wyszeptała Maggie drżącym głosem. 
Usiadła na kanapie i wbiła wzrok w podłogę. Nie mogła 

teraz spojrzeć Beau w oczy. Nie  chciała wyczytać odpo-
wiedzi z jego twarzy. 

Słyszała, jak zamyka drzwi, jak podchodzi, a w końcu 

w jego wyciągniętej ręce zobaczyła zadrukowaną kartkę 
papieru. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, co jest 
napisane na kartce. 

Wynik badań był pozytywny. 
 
ROZDZLĄŁ JEDENASTY 
 
Beau czuł, jak mocno bije mu serce, kiedy czekał na re-

akcję Maggie. Domyślał się, że wynik badań krwi musiał 
nią wstrząsnąć, tak samo jak nim kilka minut temu. Chciał 
porozmawiać, ale nie wiedział, od czego zacząć. Taka 

background image

wiadomość nie miała przecież prawa całkowicie wytrącić 
ich z równowagi. Trzeba było coś postanowić. 

Tymczasem Maggie siedziała nieruchomo na łóżku i od 

kilku chwil wpatrywała się w trzymaną w dłoni kartkę. 
Beau nie spodziewał się, że ta wiadomość podziała na nią 
tak paraliżująco. 

Co się stało z tą pełną energii dziewczyną? Siedziała te-

raz zgarbiona i pobladła i wydawała się całkowicie nie-
obecna duchem. 

- Myślę, że powinniśmy się pobrać, Maggie. 
 Poderwała gwałtownie głowę i spojrzała na niego zdu-

mionym wzrokiem. 

Beau też był zaskoczony własnymi słowami. W zasa-

dzie nie zamierzał proponować jej małżeństwa. W każdym 
razie nie od razu. A jednak zrobił to i już nie miał ochoty 
się wycofać. 

- Nie! - Maggie zerwała się z łóżka i z wyrazem przera-

żenia na twarzy odepchnęła Beau od siebie. - Nie! - Po-
trząsając gwałtownie głową, zaczęła chaotycznie krążyć po 
pokoju. - Nie mogę! Nie ma mowy!  - krzyknęła i skiero-
wała się ku drzwiom balkonowym, najwyraźniej szykując 
się do ucieczki.  

- Dlaczego nie? - zapytał Beau, kompletnie zaskoczony 

jej reakcją. 

Propozycja, którą rzucił, miała wprawdzie zupełnie luź-

ny charakter, ale tak stanowcza odmowa po prostu nie mie-
ściła mu się w głowie. Czyż nie był najlepszą partią w 
promieniu kilkuset kilometrów? Mógł jej zaoferować do-
statnie i wygodne życie. 

Dlaczego, u diabła, ona tego nie docenia? 
Maggie zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi 

na balkon, ale nie odwróciła się. Drżała na całym ciele. 

background image

- To byłoby jak więzienie - powiedziała roztrzęsionym 

głosem, którego ton zabrzmiał niepokojąco. 

Więzienie? Beau osłupiał. Fakt, że uważała małżeństwo 

z nim za więzienie był przerażający. Ale jeszcze okrop-
niejszy był sposób, w jaki to powiedziała. 

Po chwili Maggie otworzyła drzwi i wybiegła na bal-

kon. 

Czyżby uciekała przed nim jak przed jakimś strażni-

kiem więziennym? Beau poczuł się zupełnie bezsilny. Jej 
niechęć do niego godziła w jego serce jak sztylet. . 

Zerknął na porzuconą na ziemię kartkę. 
Maggie Stowe nosi w sobie jego dziecko. Cokolwiek ją 

trapi, trzeba będzie temu zaradzić. Nie pozwoli jej odejść, 
nie dopuści do tego, żeby zerwali kontakt. Musi do niej 
dotrzeć, zrozumieć ją i może wtedy uda się ją zatrzymać. 

Niewiele myśląc, Beau szybkim krokiem wyszedł na 

balkon. 

Maggie stała w samym rogu balkonu, tuż przy balustra-

dzie, zupełnie jakby starała się znaleźć jak najdalej od nie-
go. Patrzyła w dal, jakby z utęsknieniem czekając, aż opu-
ści swoją klatkę i znajdzie się na wolności. 

- Dlaczego nazywasz Rosecliff więzieniem? - Podszedł 

bliżej, próbując zajrzeć Maggie w twarz. 

Nie odpowiedziała. Może nie słyszała? 
- Mogłabyś mieć to wszystko... - Zatoczył ręką krąg 

wokół ogrodu. - Gdybyś za mnie wyszła... 

Zamknęła oczy. Jej palce zacisnęły się na balustradzie 

balkonu. Beau czekał, bojąc się popełnić kolejny błąd. Już 
i tak pozwolił sobie wobec niej na zbyt wiele. 

- Więzieniem często nie jest budynek, ale ludzie - od-

powiedziała, a jej słowa zdawały się dobiegać z bardzo 
daleka. 

background image

Ludzie? Jacy ludzie? 
Maggie odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy. 
- Ludzie, którzy mają władzę i chcą kierować życiem 

innych. To oni stanowią więzienie. 

Czyżby mówiła o nim? Jak mogła porównywać go do 

więzienia? 

Oczy Maggie płonęły niepokojącym blaskiem i Beau 

zdał sobie sprawę, że dziewczyna dobrze wie, co mówi. 
Traumatyczne wspomnienia z przeszłości były nadal czę-
ścią jej życia. 

Tak bardzo pragnął dowiedzieć się czegoś o jej dzieciń-

stwie i latach młodzieńczych i oto nagle dojrzał to w jej 
spojrzeniu przepełnionym strachem i bólem. 

Maggie spuściła głowę. 
- Nie mogę tak żyć - powiedziała z mocą. - Nie pozwo-

lę, żeby tak żyło moje dziecko. Muszę zapewnić mu bez-
pieczeństwo i wolność. 

Skąd się u niej brała ta wszechogarniająca potrzeba wy-

zwolenia? Skąd ten strach przed uwięzieniem? 

Beau przeanalizował w myślach słowa pani Zabini. Ko-

bieta twierdziła, że Maggie mogła być uciekinierką. Nie z 
prawdziwego więzienia, rzecz jasna, bo w takim wypadku 
Lionel Armstrong na pewno wyszperałby odpowiednie 
dokumenty. Może więzieniem był jakiś prywatny sieroci-
niec? Może Maggie spędziła w izolacji całe dzieciństwo, 
aż do czasu gdy jako szesnastolatka zdołała uciec? 

To było prawdopodobne... 
Jednak Beau postanowił nie zaprzątać sobie w tej chwili 

tym głowy. Najważniejsze było, żeby zapewnić jej poczu-
cie bezpieczeństwa. Nie może dopuścić do tego, żeby Ma-
ggie kojarzyła go z więziennym strażnikiem. Musi zdobyć 
jej zaufanie, uspokoić ją, przekonać, że przy jego boku nic 

background image

jej nie grozi. 

- Dlaczego małżeństwo ze mną uważasz za więzienie? - 

zapytał cicho, pozbawiając swój głos oskarżycielskiego 
tonu. 

Maggie potrząsnęła bezradnie głową. 
- Myślisz tylko o tym, czego sam chcesz - odparła gło-

sem pozbawionym jakichkolwiek emocji. 

- Chcę tego, co najlepsze dla całej naszej trójki, a nie 

tylko dla siebie - zapewnił ją. 

- Nie dałam ci prawa decydować o tym, co jest dla mnie 

najlepsze. I nie próbuj podejmować decyzji w imieniu mo-
jego dziecka. - Spojrzała na niego wyzywająco. - Jestem 
dorosła i dokonuję własnych wyborów. 

- Przepraszam. Nie miałem zamiaru... 
- Właśnie, że miałeś. Proponujesz mi małżeństwo tylko 

po to, żeby uwięzić mnie w związku, w którym będziesz 
miał prawo decydować o życiu moim i mojego dziecka. 

- Pragnę jedynie troszczyć się o was - powiedział, świę-

cie wierząc we własne słowa. 

Maggie parsknęła krótkim, ironicznym śmiechem. 
- Nie przejmowałbyś się moimi potrzebami. Masz 

gdzieś moje uczucia - zarzuciła mu ostro. 

Chciał protestować. Krzyczeć, że bardzo się myli w 

swoim osądzie. Jednak zdawał sobie sprawę, że po tym, 
jak potraktował ją w pierwszym dniu ich znajomości, Ma-
ggie mu nie uwierzy. 

- Przez ostatnie kilka dni starałem się poprawić - przy-

pomniał, szukając gorączkowo czegoś na swoją obronę. 

Maggie potrząsnęła głową. 
- Tu chodzi o coś więcej niż tylko kulturalne zachowa-

nie - powiedziała z ironią. - Chodzi o uczucia, szacunek, 
zrozumienie. Naprawdę nie widzisz różnicy? 

background image

Miała go za kompletnego idiotę. I kto wie, czy nie było 

w tym trochę prawdy. Przecież nawet teraz miał w głowie 
całkowitą pustkę i nie wiedział, co odpowiedzieć. 

Maggie rzuciła mu drwiące spojrzenie. 
- Od początku mi nie ufałeś. I nadal mi nie ufasz. Dlate-

go chcesz mnie zniewolić. 

Przejrzała go. Nazwała po imieniu odczucia, jakie hołu-

bił od dnia, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Każde 
jego działanie było podyktowane egoistyczną chęcią po-
znania prawdy, podczas gdy ona stanowiła jedynie przed-
miot podejrzeń.  

To mogło przerazić. 
Miała prawo go nienawidzić. Ale czy w takim razie to 

samo czuła do jego dziecka? Czy od niego też chciała 
uciec? 

Musiał to wiedzieć. 
- Maggie, powiedz... czy ciąża to także więzienie? Nie 

myśl teraz o mnie. Chodzi o coś ważniejszego... -  Bał się 
zadać to pytanie i bał się usłyszeć na nie odpowiedź. - Czy 
pragniesz tego dziecka? 

- Oczywiście, że tak - odpowiedziała bez cienia waha-

nia. 

Beau odetchnął z wyraźną ulgą. 
- Ja też. 
Rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie, niepewna, czy Beau 

jest z nią szczery. 

- Wiem, że okoliczności nie są najszczęśliwsze, ale... 

uśmiechnął się niepewnie - .. . naprawdę bardzo się cieszę, 
że zostanę ojcem. 

- Nie przeszkadza ci, że to ja będę matką? - zapytała. 
- Nie wyobrażam sobie nikogo innego. 
- Przecież mnie nie znosisz - powiedziała zdumiona. 

background image

A więc to ją tak odstręczało od małżeństwa z nim. Nie 

dopuszczała myśli, że mogłaby wyjść za kogoś, kto nie 
darzył jej żadnym pozytywnym uczuciem. Poza tym bała 
się, że Beau nie zaakceptuje jej jako matki swojego dziec-
ka. 

- To nieprawda, Maggie - zapewnił ją gorliwie. - Kiedy 

cię poznałem, targały mną tysiące wątpliwości, ale teraz 
wiem, że kobieta, która tak bardzo uszczęśliwiała mojego 
dziadka musi być warta bliższego poznania. Wierzę też, że 
skoro zaskarbiłaś sobie tak ogromną sympatię służby, nie-
wątpliwie jesteś osobą wielkiego serca. 

Beau zobaczył, jak jej twarz przybiera zacięty wyraz, a 

oczy wyrażają nieufność i niechęć. 

- Przysięgam, że nie jestem do ciebie uprzedzony! - za-

wołał, przestając panować nad emocjami. 

Wiedział, że nie najlepiej to zabrzmiało. Maggie odsu-

nęła się od niego i rzuciła ponuro: 

- Mówisz tak, bo mam teraz coś, czego pragniesz. 
Zabolało, mimo iż prawdopodobnie zasłużył sobie na 

takie słowa. Maggie odrzucała jego przeprosiny, jego sta-
rania i zapewnienia o tym, że się zmienił. Wymierzyła mu 
karę za jego niesprawiedliwość wobec niej, za brak taktu i 
bezceremonialność, z jaką się z nią obchodził na początku 
ich znajomości. 

Oto kara za uprzedzenia. 
Za brak zaufania. Za sprzeciwienie się woli dziadka. 
Ale przecież musi istnieć możliwość odkupienia win. 

Musi być szansa naprawienia krzywd. Będzie próbował, 
dopóki mu starczy sił. 

- Co zamierzasz, Maggie? - zapytał pokornym głosem, 

onieśmielony faktem, że tak łatwo go przejrzała. - Co mo-
gę zrobić, żebyś poczuła się lepiej?  

background image

 
 
 
ROZDZLAŁ JEDENASTY 
 
Maggie nie miała pojęcia, co mogłoby poprawić jej na-

strój. 

Sytuacja przerosła ją na tyle, że kompletnie nie wiedzia-

ła, co począć. Do głowy cisnęło się tysiące wątpliwości, a 
serce zalewał smutek. I znikąd nie mogła się spodziewać 
pomocy. 

Vivian, gdzie jesteś? 
Maggie zastanawiała się, czy poczciwy staruszek patrzy 

na nich teraz z nieba i widzi absurd całej tej historii. Wy-
marzył sobie kiedyś, że Beau i Maggie pobiorą się, za-
mieszkają w Rosecliff i będą żyli długo i szczęśliwie wraz 
z gromadką dzieci. 

I oto proszę  jego życzenie zaczyna się spełniać. Jednak 

nie do końca w takim stylu, w jakim mogłaby sobie tego 
życzyć Maggie. Obiektywnie rzecz ujmując, obrót spraw 
był zupełnie nie do przyjęcia. 

Przecież dawała Beau szansę. Próbowała. Ale on zdep-

tał jej uczucia i jeszcze urządzał sobie drwiny. 

W tej sytuacji nic dziwnego, że jedyne, na co miała 

ochotę, to spakować się i uciec stąd jak najdalej. Tylko 
świadomość, że od tej decyzji może zależeć los kilku bli-
skich jej ludzi, odwodziła ją  od natychmiastowego odej-
ścia. 

Pamiętała, jak Sedgewick podkreślał, że najważniejsze 

jest pozytywne myślenie. Czy to, że w tej chwili odpierała 
prośby  Beau było przejawem myślenia negatywnego? 

Pani Featherfield nie mogła się doczekać, kiedy w Ro-

background image

secliff pojawi się dziecko. Maggie zastanawiała się więc, 
czy dobrze zrobi, pozbawiając maleństwo jego naturalnego 
dziedzictwa. 

Wallace był przekonany, że wzajemne pożądanie dwoj-

ga ludzi jest lekarstwem na wszystko. Nie da się ukryć, że 
pod tym względem ona i Beau byli doskonale dopasowani. 
Może więc warto byłoby przymknąć oko na pewne wady 
charakteru? 

Polly twierdził, że natury nie da się oszukać. Odrobina 

troski, a efekty mogą być zdumiewające. Tylko, czy Beau 
w ogóle potrafi się o kogoś troszczyć? Czy jest szansa, że 
zmieni się z powodu dziecka? 

A może będzie wręcz przeciwnie? Beau stanie się tyra-

nem, który pozbawi Maggie wszelkich praw i przejmie 
kontrolę nad jej życiem. 

Westchnęła i spojrzała na niego. Oto mężczyzna, z któ-

rym przeżyła intymne chwile, ale który nie miał pojęcia o 
jej uczuciach. Wnuk Viviana. Ojciec jej dziecka. 

Ostatnia myśl wprawiła jej serce w drżenie. Nie mogła 

zaprzeczyć faktom, nie miała prawa go odrzucić. 

- Jak mam ci zaufać? - zapytała niepewnym głosem. 
Beau poczuł nowy przypływ nadziei. Rzucił jej spojrze-

nie które odzwierciedlało ogrom bólu, jaki czaił się w jego 
sercu. 

- Chyba musisz zaryzykować, Maggie - powiedział ci-

cho. - Inaczej nie będę mógł udowodnić, że popełniasz 
błąd, nie próbując dać mi szansy. 

- Małżeństwo to zbyt duże ryzyko. 
. Pokiwał głową i posłał jej smętny uśmiech.. 
- Rozumiem. I przepraszam cię, Maggie. Moje zacho-

wanie w stosunku do ciebie od początku pozostawiało wie-
le do życzenia. Żałuję swoich słów, choć wiem, że to już w 

background image

niczym nie pomoże.  

Ta postawa pełna skruchy zaczynała powoli topić jej 

serce. 

Beau z pewnością nie był w stanie pojąć, dlaczego ona 

odrzuca propozycję małżeństwa z kimś takim jak on, jed-
nak fakt, że nie wybuchnął z tego powodu gniewem, wy-
dawał się obiecującą perspektywą zmiany jego charakteru 
na lepsze. 

Wyglądało na to, ze naprawdę mu na niej zależy. Choć, 

oczywiście, mogła to być kolejna gra pozorów. Z drugiej 
jednak strony Beau musiał mieć wiele dobrych cech cha-
rakteru. W innym wypadku nie cieszyłby się tak ogromną 
sympatią służby. 

Poza tym Vivian nie usiłowałby wydać jej za mąż za 

kogoś bez serca. Kochał ich oboje i pragnął, żeby i oni się 
pokochali; 

Marzył o ich wspólnym szczęściu. Czy Beau o tym 

wiedział? 

- Vivian bardzo cię kochał, Beau. 
- Wiem. 
- Uważał, że... Ponieważ oboje byliśmy drodzy jego 

sercu, miał nadzieję, że się polubimy. 

- Też tak sądzę - przytaknął Beau niemal natychmiast. 
- Ostrzegałam go, że to może się nie udać. Byłam goto-

wa odejść, gdybyś sobie tego życzył - wyjaśniła. - W koń-
cu to ty jesteś jego wnukiem. Jego prawdziwą rodziną. 
Bałam się, że możesz być zazdrosny o jego uczucia do 
mnie. 

- Maggie, nigdy nie myślałem o tym w takich katego-

riach - zapewnił Beau. - Nikt nie mógłby zmienić tego, co 
łączyło mnie z dziadkiem. To było coś nadzwyczajnego. 
Domyślam się, że wasze wzajemne uczucia również były 

background image

wyjątkowe. 

O tak, pomyślała Maggie. Nigdy nie kochała nikogo 

równie mocno jak Viviana. Jego serdeczność i bezintere-
sowna przyjaźń przywróciły jej wiarę w ludzi. To dzięki 
niemu otworzyła się na świat i za to odwdzięczyła się mu 
dozgonnym przywiązaniem. 

- Odkąd pamiętam - ciągnął Beau - dziadek pomagał in-

nym ludziom. Ale to w żaden sposób nie umniejszało jego 
miłości do mnie. Dlatego nie potrafiłem być zazdrosny. 

To zabrzmiało tak sensownie i szczerze, że jego wcze-

śniejsze zachowanie wydawało się tym bardziej niezrozu-
miałe. 

- Więc dlaczego byłeś dla mnie taki okropny? - zapytała 

wprost, patrząc mu prosto w oczy. 

Skrzywił się, targany wyrzutami sumienia. 
- Byłem zły na siebie, że nie zdążyłem odwiedzić 

dziadka przed śmiercią. Czułem się oszukany, że zmarł tak 
niespodziewanie. Kiedy przyjechałem do Rosecliff, wyda-
wało mi się, że zachowujesz się jak pani tego domu. Służ-
ba kłaniała ci się w pas, a ty zasiadałaś u szczytu stołu. Nie 
byłem na to przygotowany. Zdenerwowałem się i wyłado-
wałem całą złość na tobie. Przepraszam. 

Maggie zrozumiała wreszcie, dlaczego reagował na nią 

wyłącznie negatywnymi emocjami. Teraz mogła przyjąć 
jego przeprosiny. Jednak nadal nie czuła się przy nim bez-
piecznie. Targały nią sprzeczne uczucia. Z jednej strony 
obietnica dana Vivianowi przed śmiercią, z drugiej strach 
przed nieobliczalnym zachowaniem Beau Prescotta. 

- Vivian poprosił mnie... - wyjąkała po chwili - .. . że-

bym dała ci szansę. Żebym spróbowała cię polubić. Wie-
dział, że z natury jestem nieufna wobec ludzi. 

- Żałuję, że nie powiedział mi tego samego, zanim tu 

background image

przyjechałem - szepnął Beau, kręcąc głową. I już głośniej 
dodał: - Wszystko potoczyłoby się inaczej. Przykro mi, że 
zawiodłem twoje oczekiwania. 

- Mnie też jest przykro, bo chyba już nie potrafię ci za-

ufać. 

Odeszłabym natychmiast, gdyby nie to, że chodzi o 

prawnuka Viviana. Źle bym się czuła, żyjąc ze świadomo-
ścią, że nie spróbowałam jakoś unormować naszych sto-
sunków. 

- Mam pewną propozycję - zasugerował nieśmiało Be-

au. 

- Jaką? 
- Wyjedź ze mną na jakiś czas. Podczas podróży można 

się o wiele lepiej poznać. Planuję służbową wyprawę do 
Europy. Uśmiechnął się łobuzersko. - Możesz towarzyszyć 
mi jako niania i troszczyć się o mnie tak samo, jak to robi-
łaś w przypadku dziadka. 

 Maggie wybuchła niepohamowanym śmiechem. Ab-

surdalność pomysłu w połączeniu z rozluźnieniem, jakie 
przyszło po kilku godzinach nerwowego napięcia, wyzwo-
liło z niej skumulowane emocje. Śmiejąc się, pokręciła 
przecząco głową. 

- Nie będę ci się narzucał, przysięgam - nalegał Beau, 

zdeterminowany, żeby przekonać ją do tego pomysłu. - 
Zarezerwuję osobne sypialnie. I dostaniesz bilet powrotny, 
tak żebyś mogła wrócić do domu w każdej chwili. 

Podróż do Europy. .. Coś fantastycznego, pomyślała. 

Vivian często opowiadał jej o europejskich miastach. 

- Ten wyjazd dobrze ci zrobi - przekonywał Beau. - Ła-

twiej ci przyjdzie odejść z Rosecliff, jeśli nadal będziesz 
upierać się przy tej decyzji. Gdybyś odchodziła bezpośred-
nio stąd, Sedgewick i inni nie daliby ci spokoju. A tak... 

background image

myślę, że ucieszą się, że wyjeżdżamy razem. 

Ma rację, musiała przyznać mu w duchu Maggie. Ale 

ten wyjazd i tak nie wchodził w grę. 

- Będę się tobą opiekował - obiecywał Beau. - Jeśli za-

ryzykujesz i zgodzisz się wyjechać, łatwiej ci będzie pod-
jąć decyzję dotyczącą przyszłości. 

- To dobry pomysł - przyznała w końcu Maggie. - Bar-

dzo bym chciała pojechać, ale... to niestety ·niemożliwe. 

- Dlaczego? - zawołał. 
Maggie spuściła głowę, bojąc się, że Beau nie będzie w 

stanie pojąć beznadziejności jej sytuacji. 

.-  Poza kontem w banku, które założył mi Vivian, nie 

mam nic, co mogłoby poświadczyć kim jestem - wyznała 
cicho. - Vivian i pan Neville musieli poręczyć za mnie w 
banku, bo nie posiadałam żadnego dokumentu tożsamości. 
Sam wiesz, że bez paszportu nie ma mowy o wyjeździe za 
granicę. 

- Masz przecież swój akt urodzenia. 
- Nie mam. Próbowałam kiedyś zdobyć jego odpis, ale 

poproszono mnie o podanie informacji, których niestety 
nie znam. - Westchnęła. - Nie ma sensu szukać tych infor-
macji. Nikt się teraz do niczego nie przyzna. Prawdopo-
dobnie po urodzeniu nie  byłam nawet zarejestrowana. 

Maggie odwróciła się ponownie i ogarnęła wzrokiem 

ogród. 

Który to już raz poczuła się jak kobieta znikąd... jak wy-

rzutek społeczeństwa, pozbawiony korzeni i historii? Była 
jak niczyja, pusta łódka na oceanie, dryfująca w coraz to 
nowym kierunku. 

Wprawdzie ciągle utrzymywała się na powierzchni, ale 

ten bezcelowy dryf coraz bardziej nadwątlał jej siły. 

- Maggie, pozwól sobie pomóc. Musi być ktoś, kto 

background image

wie... 

Potrząsnęła głową. 
- Nie rozumiesz, Beau. Nic już nie znajdziesz. Nie ma 

już żadnych dokumentów. Żadnych świadków. 

- Jakich świadków? - zapytał cicho Beau. 
Za dużo powiedziała. Nie lubiła mówić o swoim dzie-

ciństwie. Kiedy raz zwierzyła się koleżance, z którą pra-
cowała, tamta już zawsze patrzyła na nią jak na wariatkę. 

- Boisz się tego... co odeszło? - domyślał się Beau. 
Właściwie nie miała już powodu do strachu. Nikt nie 

mógł jej zmusić, żeby wróciła do przytułku. A jednak 
świadomość, że ktoś zabrał jej ładny kawałek życia i tym 
samym pozbawił szans na normalną egzystencję, przeraża-
ła ją. 

- Zaufaj mi przynajmniej w tej sprawie - poprosił Beau. 
- Chcę ci pomóc przejść przez życie, a nie rzucać kłody 

pod nogi. 

Błagalny ton jego głosu podziałał na nią kojąco. Przed 

kim miałaby odsłonić duszę, jeśli nie przed ojcem swojego 
dziecka? 

- Dobrze. 
Westchnęła ciężko i spojrzała na niego. Niełatwo było 

wracać do przeszłości. Ujawnianie tego, co kryło się w 
zakamarkach pamięci, kojarzyło jej się z ekshibicjoni-
zmem. Musiała jednak spróbować. 

- Wychowałam się w czymś w rodzaju komuny - zaczę-

ła. - Było tam około pięćdziesięciorga dzieci w różnym 
wieku oraz ośmioro dorosłych. Nikt z nas nie wiedział, 
kim są jego prawdziwi rodzice i czy w ogóle tacy istnieją. 
Nic nie wiedzieliśmy o świecie znajdującym się za ogro-
dzeniem przytułku. 

- Trzymali cię tam od dziecka? - zapytał Beau, starając 

background image

się nie okazywać zaniepokojenia. 

- Tak. Wpajano nam, że jesteśmy niewinnymi dziećmi 

bożymi i że nie możemy dać się zbrukać światu zewnętrz-
nemu. To był rodzaj sekty. Eksperyment społeczny. 

Twarz Beau stężała, ale skinął głową, zachęcając ją do 

dalszych wyjaśnień. 

- Uczono nas czytać i pisać, ale nie zdawaliśmy żadnych 

oficjalnych egzaminów. Wielką wagę przywiązywano do 
muzyki. Ciągle śpiewaliśmy hymny i pieśni pochwalne. - 
Maggie spojrzała w dal. - Życie w przytułku nie było takie 
złe, pod warunkiem, że nie zadawało się zbyt wielu pytań. 

- To było jak więzienie - powiedział  cicho Beau. 
Skinęła głową. 
- Nie było mowy o wolności ani prywatności. Uciekłam 

stamtąd, mając czternaście lat. 

- Tak wcześnie? - zdurniał się Beau. 
- Byłam wysoka. Mogłam uchodzić za starszą. 
- Gdzie był ten przytułek? 
- Na odludziu. W Nowej Południowej Walii. Teraz nic 

tam  już nie ma. - Wzruszyła ramionami. 

- Od jak dawna? 
- Od ośmiu lat. Miałam dwadzieścia lat, kiedy dowie-

dziano się o istnieniu sekty. Rząd zainteresował się sprawą. 
Dzieci odebrano i umieszczono w rodzinach zastępczych. 
Liderzy sekty zniszczyli wszystkie dokumenty i uciekli z 
kraju. 

- Nie próbowano ich odnaleźć? - Beau nie mógł uwie-

rzyć. 

- Ślad urwał się na Hawajach. Nikogo nie złapano. Pra-

sa rozpisywała się o tej sprawie. Głównie o problemach z 
dziećmi odebranymi z przytułku. Były kłopoty z przysto-
sowaniem ich do normalnego życia. 

background image

- Nie myślałaś o tym, żeby ujawnić się i  opowiedzieć 

swoją historię? -  zapytał nieśmiało.  

 - Media odkryły, że lekarze i prawnicy pomagali sekcie 

w zdobywaniu porzuconych lub osieroconych dzieci. Nie 
dziw się więc, że nikomu nie ufałam. Nie mam pojęcia, co 
mogliby ze mną zrobić. Chciałam spróbować żyć po swo-
jemu. 

- Dobrze zrobiłaś - przyznał Beau, rozumiejąc jej oba-

wy. 

- Czy opowiedziałaś tę historię dziadkowi? 
- Tak, ale dopiero po pewnym czasie. Nie bardzo mia-

łam ochotę wskrzeszać te wspomnienia. Kiedy Vivian po-
prosił mnie o numer konta, na które chciał mi wpłacać mo-
ją pensję, powie-działam, że dotychczas dostawałam pie-
niądze do ręki i nigdy nie oszczędzałam, dlatego konto nie 
było mi potrzebne. - Wzruszyła ramionami. - Nie skłama-
łam. Zresztą i tak nie wiedziałabym, co wpisać w rubryki 
druków bankowych. 

 - Czy dziadek nigdy nie interesował się, dlaczego nie 

posiadasz żadnych dokumentów? 

- Nie. Wasz księgowy załatwił mi konto w banku. A 

sprawa paszportu nigdy nie wypłynęła. 

- Rozumiem - wymamrotał Beau . - Kiedy więc opo-

wiedziałaś dziadkowi o swoim dzieciństwie? 

Maggie zastanowiła się chwilę.   - Vivian rozprawiał 

pewnego dnia o rodzinnych koneksjach i w pewnym mo-
mencie zapytał mnie o moich rodziców. To było chyba na 
dwa miesiące przed jego śmiercią. 

Beau odetchnął głęboko, a na jego twarzy dostrzec 

można było ulgę i satysfakcję. 

- Dziękuję, że mi zaufałaś. To wiele tłumaczy. 
Maggie nie śmiała pytać, co tłumaczy jej opowieść. Je-

background image

śli teraz widział ją w innym świetle, nie okazywał tego po 
sobie. 

- Pojedziesz ze mną do Europy? - zapytał znienacka. 
- Mówiłam ci... 
- Zdobędę dla ciebie paszport. Bez względu na to, czy 

pojedziesz ze mną, czy nie, załatwię ci wszystkie niezbęd-
ne do życia dokumenty. 

- Ale jak? 
- Wierz mi, mam znajomości. 
Zobaczyła na jego twarzy determinację i niezłomność, 

które całkowicie roztopiły jej serce. 

- Zrobisz to dla mnie? - wyszeptała. 

     - Tak. Natychmiast zaczynam działać. 

 Zdecydowany, pewny siebie, nieustraszony. To takim 

zobaczyła go po raz pierwszy. Prawdziwy mężczyzna, któ-
ry emanował odwagą. Myśliwy, zdecydowany osiągnąć 
wyznaczony cel. 

Mężczyzna jej marzeń. Ideał... 
Maggie poczuła gwałtowny przypływ pozytywnych 

emocji. 

Nadzieja i oczekiwanie znowu znalazły miejsce w jej 

sercu. 

Strach i wątpliwości powoli stawały się odległym, mgli-

stym wspomnieniem. 

Czekał na odpowiedź. Nie nalegał. Wybór należał do 

niej. 

- Niech będzie - powiedziała lekko drżącym głosem. - 

Pojadę z tobą do Europy. - Zdobyła się na słaby uśmiech. - 
Oczywiście jako niania.  

 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
 

background image

- Jakie to ekscytujące! - wołała pani Featherfield, roz-

glądając się czujnym wzrokiem po pokoju. - Jesteś pewna, 
że wszystko spakowałaś, kochanie? 

- Zrobiłam listę potrzebnych rzeczy, tak jak mi pani ra-

dziła. . 

Wszystkie zostały już odhaczone - zapewniła ją Maggie 

radosnym głosem. - Przykleiłam kartkę do wewnętrznej 
strony wieka walizki, tak więc nie ma mowy, żebym za-
pomniała czegoś w drodze powrotnej. 

Uśmiech gospodyni był pełen satysfakcji i zadowolenia. 
- Tego samego uczyłam kiedyś panicza Beau. - W jej 

oczach niespodziewanie zalśniły  łzy. - Pamiętam, jak pan 
Vivian zabrał go po raz pierwszy do Europy. Jestem pew-
na, że stary pan Prescott byłby szczęśliwy, wiedząc, że i 
ciebie czeka taka wspaniała podróż. 

Maggie szybko uścisnęła gosposię, próbując ukryć na-

rastające wzruszenie. 

- Cieszę się, że Beau  fpadł na ten pomysł - przyznała. 

    - Ten chłopiec naprawdę ma dobre serce. Tak samo jak 
jego dziadek: Będziesz z nim bezpieczna, kochanie. 

Maggie powoli zaczynała w to wierzyć. 
Przez ostatnie cztery tygodnie dostrzegła w Beau ko-

rzystne zmiany. Traktował ją jak równą sobie, był troskli-
wy, rozważny i odpowiedzialny. Zaplanował podróż w taki 
sposób, żeby Maggie mogła zobaczyć jak najwięcej. Za-
chęcał ją do czytania przewodników i z niekłamaną rado-
ścią patrzył, jak Maggie cieszy się perspektywą zobaczenia 
zabytków Europy na własne oczy. 

I - co najważniejsze - dotrzymał obietnicy. 
Nie wiadomo jakim cudem odnalazł jej akt urodzenia. 

Załatwił jej karty kredytowe i paszport. Wreszcie czuła się 
jak pełnoprawna obywatelka Australii. I mimo że na akcie 

background image

urodzenia brakowało imion jej rodziców, Maggie nie czuła 
się rozczarowana. Już dawno temu pogodziła się z myślą, 
że nigdy nie pozna matki i ojca. Skoro obchodziła ich tak 
mało, że oddali ją do rodziny zastępczej, która okazała się 
sektą, to znaczy, że nie warto zbyt często zaprzątać sobie 
nimi głowy. 

Beau nalegał, żeby Maggie zrobiła prawo jazdy. Było to 

ekscytujące wyzwanie. Większość lekcji pobierała u Wal-
lace’a i tylko dzięki niemu udało jej się zdać egzamin i... 
otrzymać kolejny dokument. Niespodziewanie dla siebie 
Maggie odkryła, jak bardzo cieszą ją dowody tożsamości. 
Wszystkie spoczywały teraz w specjalnej przegródce jej 
nowej torby podróżnej. 

Pani Featherfield otarła oczy brzegiem fartucha. 
- Nie pozwólmy im czekać. Idź już, kochanie, a ja za-

biorę twój płaszcz. Wyglądasz tak szykownie w tym ko-
stiumie, że szkoda by było zasłaniać go wierzchnim okry-
ciem. Niech cię najpierw zobaczy panicz Beau. 

Serce Maggie zabiło szybciej, jak na alarm. Do tej pory 

odpychała od siebie myśl, że podczas całej podróży ona i 
Beau będą zdani tylko i wyłącznie na własne towarzystwo. 
Będą ze sobą sami. Oczywiście, zgodnie z obietnicą, Beau 
zarezerwował dla nich osobne pokoje i w żaden sposób nie 
próbował narzucać jej innego układu. Jednak Maggie wca-
le nie tego się obawiała. Drżała na myśl, że nie zdoła ukryć 
własnych uczuć, że przypadkowo zdradzi się z tym, jak 
bardzo Beau ją pociąga. Nadal uważała, że byłoby to bar-
dzo nierozważne z jej strony. 

 
Beau i Sedgewick stali w holu na dole. 
Obydwaj odwrócili się, kiedy usłyszeli jej kroki. Spoj-

rzenie Sedgewicka wyrażało satysfakcję i aprobatę, ale 

background image

sposób, w jaki patrzył na nią Beau, sprawił, że poczuła, jak 
lekko drżą jej nogi. 

Ubrała się wygodnie, ale jednocześnie elegancko. 

Spódnica i marynarka w kolorze mlecznej czekolady, do 
tego koszulowa bluzka w cętki podobne do cętek na skórze 
leoparda oraz złoty pasek. Wszystko doskonale dobrane 
kolorystycznie, tak jak uczył ją Vivian. Musiała pilnie słu-
chać lekcji staruszka, bo młody Prescott nie spuszczał z 
niej zachwyconego wzroku. Sam miał na sobie zielone 
spodnie i beżową koszulę. Przez ramię przewiesił niedbale 
brązową skórzaną kurtkę. Wyglądał olśniewająco i nie-
zwykle męsko. Trudno było oderwać wzrok odjego musku-
larnej, zgrabnej sylwetki. 

- Domyślam się, że cały bagaż czeka już w samocho-

dzie?- zapytała Maggie, starając się opanować zdenerwo-
wanie. 

- Wallace załadował wszystko do bagażnika i jest gotów 

do drogi - odparł Beau, śmiejąc się w duchu z wytężonych 
starań całej służby, która nie posiadała się z radości, że 
udało im się zeswatać panicza z nianią Stowe. 

- Ufam, że znajdzie pani czas, nianiu Stowe, . żeby 

przesłać nam pocztówkę - wtrącił Sedgewick, unosząc 
znacząco brwi. 

Chciałby wiedzieć, czy sytuacja rozwija się w dobrym 

kierunku, zinterpretowała w duchu Maggie. 

- Oczywiście, Sedgewick - zapewniła go, uśmiechając 

się lekko. 

Kamerdyner odprowadził ich do drzwi samochodu. Stał 

tam już Polly, który również pragnął życzyć im udanej 
podróży. 

 
 

background image

 
 
- Pan Vivian opowiadał mi, że ogrody wersalskie to coś 

wyjątkowego. Będąc w Paryżu, powinni państwo je zoba-
czyć - poradził. 

- Tak zrobimy - obiecał Beau. 
- Udanego wyjazdu, nianiu Stowe. Pan Vivian byłby 

rad, wiedząc, że panicz Beau zabiera panią do Europy. 

-  Dziękuję panu, Polly - powiedziała Maggie z uśmie-

chem. 

- Nie wyobrażam sobie, że zobaczę w Europie piękniej-

sze róże niż w Rosecliff. Przecież pańskie Double Belight 
wygrały w Królewskim Konkursie Wielkanocnym.   Polly 
pokiwał głową i odwzajemnił. uśmiech. 

- Odrobina troski. To wszystko - przyznał skromnie, 

podczas gdy Wallace otwierał przed podróżnymi tylne 
drzwiczki rolls-royce’a. 

Beau rzucił w stronę służących ostatnie słowa pożegna-

nia i usadowił się w samochodzie obok Maggie. Wallace 
powoli ruszył z podjazdu. 

- Nie zapomniałaś biletów? - zapytał Beau, rzucając jej 

wesołe spojrzenie zielonych oczu. 

Już wcześniej ustalili, że do jej obowiązków jako niani 

należy troszczenie się o bilety i rozkłady jazdy, pilnowa-
nie, czy  czego nie zostawili w pociągach, restauracjach i 
hotelach, ewentualne uzupełnianie składu apteczki oraz 
przygotowywanie suchego prowiantu na piesze wycieczki. 

- Wszystko spakowane i przygotowane. - Maggie po-

klepała swoją torbę podręczną i uśmiechnęła się radośnie. - 
Nie mogę  wierzyć, że właśnie zaczyna się nasza podróż. 

Beau roześmiał się w głos. 
- Zacznie się dopiero wtedy, kiedy nasz samolot ode-

background image

rwie się ziemi. 

 
Ta jego uwaga uświadomiła Maggie, że jest on przecież 

zdeklarowanym podróżnikiem, dla którego przemierzanie 
kontynentów jest sposobem na życie. Zastanawiała się, jak 
Beau wyobraża sobie w tej sytuacji swoje ojcostwo. Chyba 
nie myślał, że ona i dziecko będą razem z nim przedzierali 
się przez dżunglę? 

Z drugiej jednak strony, kiedy proponował jej małżeń-

stwo, wspominał o Rosecliff. Może więc miał zamiar 
osiąść w posiadłości na dobre? Albo wręcz przeciwnie - 
uwięzić ją tam z dzieckiem, a s memu wyruszyć w kolejną 
podróż... Taka wizja przyszłości nie wydawała się Maggie 
zbyt kusząca, ale było za wcześnie, żeby jednoznacznie 
odpowiedzieć sobie na to pytanie. 

Być może wyjazd do Europy pozwoli jej lepiej ocenić 

sytuację, w jakiej oboje się znaleźli i podjąć słuszną decy-
zję co do ich wspólnej przyszłości... 

- Sprawdziłem prognozę pogody w Londynie - wtrącił 

Wallace. - Mają tam dość chłodną wiosnę. Dziesięć do 
piętnastu stopni. Łatwo się przeziębić. 

- Dziękujemy, Wallace - odparł Beau dość sucho. - 

Wzięliśmy ze sobą kurtki. 

- W Paryżu i Berlinie jest podobnie - ciągnął szofer. - 

Za to w Rzymie temperatura dochodzi do dwudziestu pię-
ciu stopni. 

Dopiero tam, w słonecznej Italii, będą państwo mogli 

zdjąć ciepłe okrycia. 

- Co za miła perspektywa - rzuciła Maggie, modląc się 

w duchu, żeby Wallace nie rozpędził się zanadto i za chwi-
lę nie zasugerował im na przykład... wypadu na plażę nu-
dystów. 

background image

- Skoro mowa o Włoszech, to wczoraj miałem okazję 

oglądać w telewizji program o różnych cudach włoskiego 
wybrzeża - opowiadał Wallace. - Pewna para narzeczonych 
objeżdżała to wybrzeże czerwonym ferrari. Wspaniały 
wóz. Zatrzymali się w uroczej wiosce przycupniętej na 
skalistym nadbrzeżu. O ile pamiętam, wioska nosiła nazwę 
Positano i wydawała się bardzo romantycznym miejscem..  

- Być może  się tam wybierzemy - uciął Beau. 
Jednak Wallace nie dawał za wygraną i do samego lot-

niska udzielał im rozlicznych rad i informacji. Nie powie-
dział co prawda wprost, że powinni zostać kochankami, ale 
sugerował to każdym swoim słowem. Maggie usiłowała 
nie zwracać uwagi na te zachęty, a Beau próbował rozluź-
nić napiętą atmosferę ciętymi, pełnymi humoru ripostami. 

Z ulgą pożegnali się z szoferem, jednak napięcie, jakie 

towarzyszyło Maggie od dłuższego czasu, jedynie się 
wzmogło. Została sam na sam z Beau. Jak tylko mogła, 
unikała jego wzroku i przypadkowych dotknięć. Odpowia-
dała półsłówkami lub automatycznie kiwała głową. 

Chwilami miała ochotę wziąć nogi za pas jak ostatni 

tchórz. 

Chciała uciec od odpowiedzialności i zaangażowania. 

Zanim przybyła do Rosecliff, nie potrafiła przywiązać się 
ani do miejsca, ani do ludzi. Teraz było inaczej. Fakt, że 
tak bardzo zależało jej na Beau wprost przerażał ją. Czuła 
się zniewolona przez własne uczucia i nie miała pojęcia, 
jak to zmienić. 

Zerknęła przez okno poczekalni na płytę lotniska. W ja-

ki sposób te wielkie maszyny potrafią wzbić się w powie-
trze? 

 Wkrótce wsiądzie do jednego z samolotów i poszybuje 

na drugi  koniec świata. I to nie sama, ale... z nim. 

background image

Już nigdy nie będzie sama. Położyła rękę na brzuchu i 

pozcuła, jak oblewa ją fala niepewności, a jednocześnie w 
jej sercu zbiera się nadzieja, a raczej coś na kształt rado-
snego oczekiwania. 

 
Beau przyniósł jej filiżankę herbaty. Podziękowała, 

nadal nie patrząc mu w oczy. 

- Naprawdę nie musisz postępować zgodnie z oczeki-

waniami innych - powiedział cicho. - Zwłaszcza jeśli jest 
to niezgodne z twoimi odczuciami. 

Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie. Czyżby domyślił 

się. jakim ciężarem odpowiedzialności obarczyli ją służący 
z Rosecliff? 

Uśmiechnął się lekko i dodał: 
- Bądź wierna swoim przekonaniom. Tylko to się liczy, 

tylko to ma sens. Jeśli będziesz nieszczęśliwa, nieświado-
mie zarazisz swoim smutkiem innych. 

Wiedziała, że ma rację. Była mu wdzięczna za zrozu-

mienie i słowa otuchy. Musiała przyznać w duchu, że w 
gruncie rzeczy jest bardzo podobny do Viviana. Beau miał 
taką samą siłę charakteru oraz charyzmę, które przyciągały 
do niego ludzi. 

- Oni potrzebują ciebie, a nie mnie. Zdajesz sobie z tego 

sprawę? - zapytała niespodziewanie. 

- Masz na myśli Sedgewicka, Feathers i.. .? 
- Tak - przyznała Maggie. - Całe ich życie kręciło się 

wokół Viviana. A teraz... są wpatrzeni we mnie, bo...  Za-
wahała się, czy wyznać Beau, czego służący naprawdę 
oczekiwali od mej. 

- Wierzą, że dzięki twoim staraniom będą mogli zostać 

w Rosecliff - dokończył Beau spokojnym tonem. 

- Tu nie chodzi o miejsce - wyznała, patrząc mu w oczy. 

background image

- Chodzi im o ciebie. Jesteś wnukiem Viviana, więc 

wydaje im się, że podobnie jak on, możesz nadać ich życiu 
sens. Gdyby stało się inaczej, żadne z nich nie. wiedziało-
by, co ze sobą począć. 

- Nie zadręczaj się tym, Maggie. Oni są dla mnie jak ro-

dzina. Możesz być pewna, że ich nie skrzywdzę. 

Niesamowite. Tymi kilkoma słowami zdjął z jej barków 

ogromny ciężar odpowiedzialności. Wreszcie mogła się 
odprężyć i uśmiechnąć. 

- Masz jeszcze jakieś zmartwienia? - zapytał Beau, pra-

gnąc ostatecznie rozładować jej napięcie. 

- Nie. Może tylko... - Ruchem głowy wskazała płytę 

lotniska. - Boję się, żeby nasz samolot się nie roztrzaskał. 

Beau uśmiechnął się· - Linia, którą będziemy podróżo-

wać, ma opinię jednej z najbezpieczniejszych. 

- Te maszyny są takie ogromne... 
- Będę trzymał cię za rękę· Roześmiała się i poczuła, jak 

zalewa ją fala ciepła. 

Może rzeczywiście ona i dziecko będą z nim bezpiecz-

ni? 

Może Beau okaże się jednak mężczyzną jej życia? 
 
Godzinę później siedziała już we wnętrzu samolotu, 

zajmując wygodny fotel przyoknie. Maszyna rozpędziła się 
na pasie startowym, po czym delikatnie wzbiła się w górę· 
Beau pochylił się i ujął dłoń Maggie. Ciepło, jakie emano-
wało od siedzącego obok mężczyzny, pozwoliło jej prze-
łamać strach i zerknąć przez okno. Odległość dzieląca ich 
od ziemi zwiększała się, a po chwili samolot wleciał po-
między chmury. 

Maggie odwróciła się i posłała Beau radosny- uśmiech. 

Była autentycznie szczęśliwa. 

background image

- Dziadek nazwałby tę podróż wspaniałą przygodą - 

powiedział Beau, odwzajemniając uśmiech. - Taką przy-
godą jak na przykład wyprawa po złote runo. 

- Dziękuję, że mnie ze sobą zabrałeś. 
Zerknęła na ich splecione dłonie i pomyślała, że tak na-

prawdę czeka ich wyprawa nie po złote runo, ale po wza-
jemne zaufanie. 

I być może po miłość. 
A w takim razie rzeczywiście czekała ich wielka przy-

goda. 

I wielka niewiadoma. 
 
ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
 
Beau w krótkim czasie pojął, dlaczego jego dziadek tak 

bardzo zachwycał się nianią Stowe. 

Maggie okazała się osobą niezwykle ciekawą świata. 

Ani zmęczenie, ani niewygoda, ani nadmiar wrażeń nie 
były w stanie zniechęcić ją do całodziennych wędrówek po 
Londynie. 

Każdy spacer traktowała jak lekcję historii i nawet 

współczesne, tętniące życiem centrum wydawało jej się 
fascynujące. 

Nie była typową turystką, która jedynie odhacza w 

przewodniku warte zobaczenia miejsca. Nie interesowały 
ją sklepy z pamiątkami i restauracje szybkiej obsługi. Wo-
lała sycić oczy architekturą, kulturową spuścizną wysta-
wianą w muzeach lub po prostu chłonąć atmosferę brytyj-
skiej stolicy. 

Przed wyjazdem Maggie przeczytała od deski do deski 

wszelkie przewodniki, jakie udało jej się zdobyć, toteż 
teraz czerpała radość z faktu, że może na własne oczy zo-

background image

baczyć to wszystko, o czym czytała. Jej entuzjazm udzielił 
się również Beau. Potrafiła zainteresować go obiektami i 
miejscami, które widział już przed laty. Znała wiele cieka-
wostek na ich temat i chętnie się nimi dzieliła. 

Musiał przyznać, że Maggie okazała się wspaniałą to-

warzyszką podróży. Zawsze uśmiechnięta i skora do roz-
mowy, otwarta na jego propozycje i sugestie. 

Beau cieszył się każdym błyskiem w jej oku, uwielbiał 

obserwować jej spontaniczne reakcje i w duchu myślał 
sobie, j  bardzo chciałby spędzić z nią resztę życia. 

Domyślał się również, dlaczego Maggie rezygnowała 

z zakupu pamiątek. Po pierwsze, przyzwyczajona do po-
dróżowania z lekkim bagażem, nie chciała zbytnio powięk-
szać ciężaru walizek. Po drugie, jako osoba nie mająca 
rodziny niewiele podróżująca, nie miała w zwyczaju przy-
wozić nikomu prezentów. 

Po kilku dniach zabrał ją do Harrodsa, przekonując, że 

wizyta w Londynie powinna być uwieńczona zakupami w 
tym słynnym sklepie. Miał nadzieję, że bogate i wymyślne 
wystawy skuszą Maggie do sprawienia sobie małej przy-
jemności. Tymczasem ona postanowiła zrobić niespo-
dziankę Sedgewickowi. 

- Spójrz, Beau! Srebrny korek do butelek. Po otwarciu 

szampana można zatrzymać bąbelki. Sedgewick byłby 
zachwycony. 

- Dlaczego? 
- Zawsze się martwi, że nikt nie chce dolewki szampa-

na, mimo iż butelka jest jeszcze w połowie pełna. Mając 
ten korek, będzie mógł zamknąć butelkę i wypić szampana 
wieczorem po skończeniu służby. Muszę mu go kupić. 

Kiedy ekspedientka pakowała korek, Maggie zwróciła 

się do Beau z wahaniem: 

background image

- Może jednak nie powinnam... Zauważyłam, że ty nie 

pijasz tyle szampana co Vivian. Skoro nie masz zamiaru 
urządzać w Rosecliff przyjęć i spotkań różnych fundacji... 

- Kup go - powiedział Beau z mocą. - Zapewniam cię, 

że podtrzymam tradycję bali charytatywnych. Nawet jeśli 
nie będę mógł pełnić honorów gospodarza, Sedgewick 
mnie zastąpi. 

Powiedziawszy to, zdał sobie sprawę, że właśnie złożył 

coś rodzaju deklaracji. Prawdopodobnie decyzję o pozo-
staniu Rosecliff podjął już jakiś czas temu, ale dopiero w 
tej chwili ł, że naprawd tego pragnie. Zapewnienie domu 
Maggie dziecku stało się dla Beau celem nadrzędnym. 
Pragnął mieć szczęśliwą rodzinę i miał nadzieję, że Mag-
gie nie rozwieje jego 

Następnego dnia na stacji Waterloo wsiedli w pociąg, 

który tunelem pod kanałem La Manche powiózł ich do 
Paryża. 

Beau przypomniał sobie, że kiedy odwiedził stolicę 

Francji w dzieciństwie, miasto zachwyciło go swoją archi-
tekturą, wspaniałą maestrią budynków i pomników, mo-
numentalnością wieży a oraz całym historycznym baga-
żem, o którym opowiadał dziadek. Wówczas nie postrzegał 
Paryża jako miasta zakochanych. 

Teraz było zupełnie inaczej. 
Wprawdzie wiosna w Paryżu rzeczywiście okazała się 

chłodna jednak promienie słońca uprzyjemniały ich space-
ry po Polach Elizejskich i po Ogrodzie Luksemburskim. 

Pierwszego dnia, kiedy Maggie potknęła się na scho-

dach prowadzących do bazyliki Sacre-Coeur, Beau chwy-
cił ją za rękęi nie wypuścił jej już, a ona nie cofnęła dłoni. 
To zachęciło go do brania Maggie za rękę każdego następ-
nego dnia. Od tej pory wspólne przechadzki nabrały nowe-

background image

go znaczenia. Beau był zachwycony możliwością nawią-
zania choćby tak minimalnego fizycznego kontaktu z ko-
bietą swoich marzeń. Miał nadzieję, że to kolejny krok w 
stronę przełamania ciągle istniejących między nimi barier. 

Spędzili cały dzień, zwiedzając pałac wersalski oraz 

otaczające go ogrody. Zachwycali się bogactwem wnętrz 
królewskich komnat i podziwiali wymyślność form parko-
wej architektury. 

Maggie kupiła dla Polly’ego piękny album ze zdjęciami 

Wersalu i jego ogrodów. 

- Chcę zaspokoić jego ciekawość - wyjaśniła. - Jest tak 

wspaniałym ogrodnikiem, że z pewnością doceni tutejsze 
rozwiązania, tę francuską precyzję w projektowaniu ogro-
dowej architektury. 

Następnego dnia, spacerując brzegiem Sekwany w po-

bliżu Bastylii, natknęli się na bazar staroci. Na jednym ze 
stoisk Maggie wypatrzyła misternie zdobione mosiężne 
guziki. 

- Coś dla Wallace’a! - wykrzyknęła zachwycona. - Był-

by wniebowzięty, mając takie guziki przy swoim unifor-
mie. Pomóż mi wybrać dziesięć. Kupię je, a w domu przy-
szyję mu wszystkie do marynarki. 

- Świetny pomysł - przyznał Beau. - Nie mogłabyś ku-

pić mu niczego lepszego... No, może poza czerwonym fer-
rari, ale akurat nie mamy tu takiego pod ręką - śmiał się, 
żartując sobie zarówno z niej, jak i z ambitnego szofera. - 
Te guziki są wspaniałe! Wallace będzie się nimi chwalił na 
prawo i lewo. 

Jak się okazało, oboje znali słabość szofera do wyglądu 

jego uniformu. Beau był jednak zaskoczony, że Maggie 
posiada tak niezwykłą zdolność obserwacji, która pozwala-
ła jej wybrać dla służących najbardziej odpowiednie upo-

background image

minki. 

Jego zaskoczenie sięgnęło zenitu, kiedy w okolicach 

Place des Voges pociągnęła go do wnętrza sklepu z bieli-
zną. Początkowo pomyślał, że może ma ochotę kupić 
wreszcie coś dla siebie, ale okazało się, że nie, bo tym ra-
zem chodziło jej o panią Featherfield. 

- Koszula nocna z Paryża ozdobiona prawdziwą francu-

ską koronką! - Maggie z radości aż klasnęła w ręce, oglą-
dając rozłożone na ladzie seksowne ciuszki. - Pani Feather-
field na pewno będzie zachwycona! 

Przyglądał się koszulce, której właśnie dotykała Maggie 

i bardzo starał się nie ulegać podnieceniu. Jak dotąd, uda-
wało mu się utrzymać żądze na wodzy, jednak nawet silna 
wola ma woje granice, toteż widok tych pięknych kobie-
cych koszulek doprowadził go do wrzenia. 

  Nie sądzisz, że to jest trochę zbyt... - Próbował zająć 

obiektywne stanowisko. - Feathers nie jest już taka młoda i 
ma raczej dorodną posturę· Maggie roześmiała się i żarto-
bliwie pogroziła mu palcem. 

- Kobieta nigdy nie jest ani za stara, ani za gruba na to, 

żeby poczuć się kobieco i zmysłowo - zapewniła go z 
przekonaniem. 

- Pani Featherfield bardzo podobała się moja nocna ko-

szula, w której. .. - Urwała i oblała się rumieńcem. 

Wiedział doskonale, co miała na myśli. Wróciło wspo-

mnienie wieczoru, kiedy Maggie stała przed nim ubrana 
jedynie w niebieską jedwabną koszulkę i wyglądała tak 
podniecająco, że... Ona chyba też przypomniała sobie tam-
te wydarzenia, bo drżała na całym ciele i wbijała w niego 
płonące spojrzenie. 

Nie był w stanie dłużej walczyć z pożądaniem. Zwłasz-

cza że teraz był pewien, że Maggie chce tego samego!  

background image

- Idziemy to przymierzyć - rzucił w stronę sprzedaw-

czyni, porywając z lady jakiś koronkowy ciuszek. 

Chwycił Maggie za rękę i poprowadził ją w stronę 

przymierzalni, znajdującej się w tylnej części sklepu. 

Nie wyrywała się, nie protestowała, ale jej serce biło 

szybko, jak na alarm. 

Zaciągnął zasłonkę przymierzalni i rzucił w kąt koron-

kową koszulkę. Porwał Maggie w ramiona i poczuł, jak 
dziewczyna wypuszcza z rąk torby z zakupami. Podniosła 
ręce, ale nie po to, żeby go odepchnąć. Jej dłonie szybko 
wślizgnęły się pod jego marynarkę i powędrowały na jego 
plecy. 

- Beau... - wyszeptała. Jej wargi wprost drżały z nie-

cierpliwości. 

Długie tygodnie oczekiwania na ten moment wreszcie 

dobiegły końca. Znowu byli razem. Miejsce, czas i oko-
liczności przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. W tej 
chwili istotna była jedynie ich bliskość i perspektywa 
upragnionego spełnienia. 

Beau pochylił się odrobinę i podniósł Maggie do góry. 
Oplotła go w pasie nogami i przytuliła jego głowę do 

piersi. 

Po chwili połączył ich wybuch namiętności... 
Kilka minut później, kiedy starali się uspokoić bijące w 

szaleńczym tempie serca, do uszu Maggie dotarły głośne 
rozmowy przebywających w sklepie ludzi. 

- Beau, to nie jest najlepsze miejsce. Zdaje się, że w 

sklepie jest pełno klientów - wyszeptała mu prosto w ucho. 

- I co z tego? Nigdy więcej ich nie zobaczymy - odpo-

wiedział, wpatrując się w nią uszczęśliwionym wzrokiem. 
- To, co się stało między nami, jest znacznie ważniejsze. 

Maggie uśmiechnęła się niepewnie.  

background image

- Nie mogę uwierzyć, że znowu do tego dopuściłam. To 

istne szaleństwo. 

- Nie chciałaś tego? - zapytał Beau, przerażony faktem, 

że Maggie może zacząć żałować, iż uległa pożądaniu. 

- Jasne, że chciałam - odparła miękko. 
Strach, jaki przed chwilą odczuwał, błyskawicznie za-

mienił się w bezgraniczną radość. 

- Za pierwszym razem można to było uznać za szaleń-

stwo, bo prawie się nie znaliśmy - argumentował. - Ale 
teraz to miało głęboki sens. 

- Sens? - Maggie zachichotała. - Seks w przymierzalni? 
- Widocznie oboje lubimy oryginalne zachowanie. 
Potrząsnęła głową z niedowierzaniem. 
- Nie sądziłam, że moje upodobanie do bycia oryginalną 

popchnie mnie aż do takich wybryków - zażartowała. 

- Spontaniczność nie jest zła, przynajmniej jest szczera 

przekonywał Beau. - Przyrzekam, że dziś wieczorem za-
chowam się jak klasyczny uwodziciel. Co powiesz na rejs 
po Sekwanie połączony z wykwintną kolacją? Oświetlony 
Paryż, romantyczna atmosfera, francuski szampan... 

Pogłaskała go po policzku. 
- Nie musisz tego robić, Beau. 
Położył palec na jej ustach. 
- Chcę ci ofiarować wszystkie bogactwa świata, Maggie 

- wyszeptał. - Pragnę twojego szczęścia. 

Maggie wiedziała, że Beau mówi prawdę. Od jakiegoś 

czasu podejrzewała, że jego uczucia są szczere i kryszta-
łowo czyste. 

Westchnęła głęboko i uśmiechnęła się z zakłopotaniem. 
- No cóż, najwyższy czas, żebyś postawił mnie na pod-

łodze. 

Powinniśmy ruszać w dalszą drogę· Beau miał nadzieję, 

background image

że ich wspólna droga nie będzie miała końca. Zdał sobie 
bowiem sprawę, że jest śmiertelnie zakochany w kobiecie, 
którą właśnie trzyma w objęciach. Nie wyobrażał już sobie 
bez niej życia, nie zniósłby nawet chwilowej rozłąki. 

Musiał teraz zrobić wszystko, żeby przekonać ją do 

małżeństwa. 

I wiedział już, że nie chodzi mu tylko o ich dziecko, 

które nosiła pod sercem. To ona była najważniejsza. Był 
głęboko przekonany, że Maggie to kobieta jego życia, ta 
właściwa osoba, na którą czasami czeka się całe życie. 

Byłby ostatnim osłem, gdyby pozwolił jej odejść. 
Bez niej nic nie miałoby sensu... 
 
ROZDZIAŁ PĘTNASTY 
 
Początkowo Maggie nie potrafiła oswoić się z myślą, że 

można być z kimś aż tak blisko. Ale jednocześnie nie wy-
obrażała już sobie, że mogłoby być inaczej. Beau stał się 
częścią jej codziennej egzystencji. Zdawał się czytać w jej 
myślach, wyczuwał każdy jej nastrój i spełniał wszystkie 
życzenia. Nie opuszczał jej na krok. 

Zdawała sobie sprawę, że jej życie uległo zasadniczej 

odmianie. Jak dotąd, z nikim nie łączył jej tego rodzaju 
związek. Zażyła przyjaźń z Vivianem nie była nawet w 
połowie tak silna jak więź łącząca ją teraz z Beau. Nie wy-
obrażała już sobie, że mogłaby żyć inaczej. Jednak pod-
świadomie zadręczała się myśleniem o przyszłości. Jak 
długo może trwać ta niezmącona harmonia? Co będzie 
jutro? 

Zbyt dużo wątpliwości... 
Dlatego powtarzała sobie w duchu, że należy cieszyć się 

dniem dzisiejszym oraz szczęśliwymi chwilami, które są 

background image

jej dane tu i teraz. A każda spędzona z nim chwila przeno-
siła ją w cudowny bajkowy świat. 

A takich chwili nie brakowało. 
Każdy dzień wypełniony był nowymi wrażeniami i za-

pierającymi dech w piersiach widokami. Katedra w Kolo-
nii, bajkowe zamki Bawarii, malowniczy Salzburg, maje-
statyczne góry Austrii.. . 

 
Kiedy dotarli do Włoch, nie sposób było nasycić się 

urodą miejsc, które zwiedzali. Jezioro Como, romantyczna 
Werona, przepięknie położona Wenecja... 

Wspólne noce pełne miłosnych uniesień zbliżały ich do 

siebie coraz bardziej. Maggie powoli zaczynała zapominać, 
jak się czuła, kiedy była samotna. A przecież większość 
swojego życia spędziła jako samotny wędrowiec. 

Jeszcze w Paryżu Beau odwołał rezerwację dwóch po-

koi i we wszystkich hotelach, gdzie planowali noclegi, 
zarezerwował dla nich jeden apartament. Oddzielne sy-
pialnie nie były im już potrzebne. Żadne z nich już nie pra-
gnęło spać osobno. 

Beau okazał się kochankiem tyleż czułym, co pełnym 

pasji. 

Potrafił być delikatny i zmysłowy, a po chwili zamieniał 

się w dziką bestię owładniętą bez reszty żądzą dominacji. 
Wspomnienie tych upojnych namiętnych nocy towarzyszy-
ło Maggie podczas słonecznych dni wypełnionych zwie-
dzaniem kolejnych miast i podziwianiem kolejnych krajo-
brazów. 

Mimo to jedno pytanie nadal  pozostawało bez odpo-

wiedzi. 

Jak ma wyglądać ich wspólna przyszłość? Jeszcze nie 

tak dawno pragnieniem Beau było po prostu przywiązać ją 

background image

do siebie i zniewolić. Czy w tej kwestii coś się zmieniło? 

Wynajęli willę w Toskanii, która miała im służyć jako 

baza wypadowa do Florencji i innych wartych zobaczenia 
włoskich miast. Domek stał na wzgórzu, z którego rozpo-
ścierał się malowniczy widok na gaje oliwne i zielone pola 
usiane czerwonymi makami. Maggie nie mogła się nadzi-
wić tajemniczym właściwościom toskańskiego słońca: 
Jego promienie zdawały się dodawać głębi kolorom i ob-
lewać oświetlane przedmioty magicznym blaskiem. 

 
Po kilku tygodniach spędzonych na zwiedzaniu miast, 

wypad na wieś był dla obojga miłą odmianą. Szczególnie 
Maggie potrzebowała teraz chwili wytchnienia. Dotych-
czas czuła się tak świetnie, że niemal zapomniała o ciąży  
Teraz jednak, od dwóch dni, poranne mdłości znacznie 
osłabiały jej ochotę na dłuższe wycieczki. Popołudniami 
dopadały ją zawroty głowy, które próbowała przetrzymać, 
zapadając w drzemkę· Beau wykazał się niespotykaną 
wręcz troskliwością i wyrozumiałością. Mimo to Maggie 
trapiły wyrzuty sumienia, że marnuje jego czas i niweczy 
plany. Czwartego dnia niedyspozycji postanowiła zmusić 
się do wyruszenia na wycieczkę do Sienny, jednak kiedy 
podniosła się z łóżka, okazało się, że zawroty głowy unie-
możliwiają jej jakikolwiek ruch. 

Beau zaparzył dla Maggie herbaty i przyniósł talerz cia-

steczek, a potem usiadł przy jej łóżku i zapytał z niepoko-
jem: 

- Na pewno nie chcesz, żebym wezwał lekarza? Może 

potrzebujesz tabletek z żelazem albo. 

- Nic mi nie jest - zapewniła go szybko. - Te mdłości na 

pewno wkrótce mi przejdą. Przepraszam, że sprawiam ci 
kłopot. 

background image

- Kłopot? - powtórzył z niedowierzaniem, najwyraźniej 

niezbyt zachwycony tym słowem. 

Czuła się tak słabo, że nie miała ochoty się spierać. 
- Chciałabym zostać dzisiaj w łóżku. Nie martw się o 

mnie. 

Po prostu położę się i poczekam na ciebie. 
- Sugerujesz, żebym cię zostawił samą i pojechał na 

wycieczkę do Sienny? - Beau był coraz bardziej poruszo-
ny. 

- Czemu nie? Dam sobie radę   odparła cicho. 
- Może i tak, ale to straszne, że oceniasz mnie w taki  

sposób. Wysyłasz mnie na wycieczkę, jak byś uważała, że 
wcale się tobą nie przejmuję. Chcesz, żebym zszedł ci z 
oczu? 

Zdała sobie sprawę, że Beau poczuł się urażony. Nie 

miał najmniejszego zamiaru zostawiać jej, takiej słabej i 
chorej, a samemu korzystać z uroków zwiedzania Sienny. 

- Do diabła, Maggie! Obiecałem przecież, że będę o 

ciebie dbał. Myślisz, że przyjemnie mi patrzeć, jak cier-
pisz? 

Maggie westchnęła i opadła na poduszki. Dlaczego  on 

nie potrafi zrozumieć, że chodziło jej jedynie o jego dobro. 
Nie chciała być mu kulą u nogi, uniemożliwiającą realiza-
cję jego dalszych planów. Ta ich podróż w dużej części 
była związana z zawodowymi interesami Beau i ona od 
samego początku dobrze o tym wiedziała. 

Beau uniósł ramiona w bezradnym geście. 
- Szanuję twoje wybory i postanowienia, ale i ty uszanuj 

moje. Nie podejmuj za mnie decyzji. Troska o ciebie i 
dziecko jest obowiązkiem zarówno twoim, jak i moim. Nie 
pozbawiaj mnie prawa do opieki nad wami. 

- Beau, jesteś w podróży służbowej - przypomniała: 

background image

- I dlatego mnie odtrącasz? - rzucił oskarżycielsko. 
Maggie otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 
Westchnął i pokręcił bezsilnie głową. 
- Znów mi nie ufasz, prawda? 
- Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli - odparła nie-

pewnym głosem. 

Beau wzruszył ramionami i uśmiechnął się blado. 
- Mniejsza z tym. Przepraszam, że się uniosłem. Potrze-

bujesz teraz spokoju. 

- Zostań - powiedziała cicho, widząc, że Beau zbiera się 

do wyjścia. 

- Prześpij się - odpowiedział, jakby nie słyszał jej proś-

by. 

- Jeśli będziesz czegoś potrzebować, zawołaj mnie. 
Wycofał się z pokoju, jednak zanim zamknął drzwi, 

rzucił jeszcze: 

- Może wyda ci się to niewiarygodne, ale interesy nie są 

dla mnie najważniejsze. Liczysz się tylko ty i dziecko. I 
podejrzewam, że tak będzie już zawsze. 

Maggie nie potrafiła pohamować strumienia łez, jaki 

popłynął jej po policzkach. Chciała zawołać Beau, ale ze 
wzruszenia zaschło jej w gardle. Nie mogła uwierzyć w to, 
co przed chwilą usłyszała. Jej umysł nie był w stanie pojąć, 
że ona i dziecko mogą być dla Beau aż tak ważne, że 
wszystko inne zeszło w jego oczach na drugi plan. 

Nikt nigdy się o nią nie troszczył. Nikogo nie obchodzi-

ła. 

No, może poza Vivianem. On jeden interesował się jej 

losem, ale była tylko jego pracownicą zatrudnioną w cha-
rakterze niani i to ona miała obowiązek troszczyć się o 
swojego chlebodawcę. Dzisiaj rano, kiedy wiedziała już, że 
będzie musiała przeleżeć kolejny dzień w łóżku, pragnęła, 

background image

aby Beau został przy niej. 

To oczywiste, że czułaby się przy nim bezpieczniej, ale 

sumienie podpowiadało jej, że nie ma prawa go zatrzymy-
wać, że nie powinna absorbować go swoją osobą. . Dlatego 
pohamowała egoistyczną zachciankę i starała się za wszel-
ką cenę wyprawić go na wycieczkę. Tymczasem Beau 
wcale tego nie doceniał. 

Gorzej - w ogóle tego nie rozumiał. Zarzucił jej nieuf-

ność i podejrzliwość. Posądził o nieczułość i niewdzięcz-
ność. Podejrzewał, że Maggie woli samotność od jego to-
warzystwa. 

Jak bardzo się mylił... 
Nie miała już powodu, żeby mu nie ufać. Wyjaśnił jej 

przecież powody swojej początkowej niechęci i motywy 
swojego postępowania. Starał się wynagrodzić wszystkie 
przykrości i upokorzenia, jakie stały się jej udziałem. Był 
opiekuńczy jak anioł stróż i każdego dnia udowadniał, że 
zależy mu na niej i na dziecku. . 

Jak mogłaby go teraz odtrącić? 
Drzwi sypialni były lekko uchylone. W każdej chwili 

mogła go zawołać. Z pewnością na to czekał. Nie musiała 
się obawiać, że obarcza go swoimi problemami, ponieważ 
między nią a nim nie istniały już żadne podziały. Ich ży-
ciowe drogi splotły się w jedną i nie było sensu chować 
głowy w piasek i udawać przed sobą, że nadal pragnie 
dawnej samowystarczalności i wolności. 

Teraz byli jednością i razem musieli stawić czoło czeka-

jącej ich przyszłości. 

Łyk po łyku Maggie wypiła herbatę, którą zaparzył jej 

Beau, a potem ugryzła jedno z przyniesionych ciasteczek. 
Ponieważ żołądek nie zareagował histerycznie, opróżniła 
cały talerzyk. Po chwili spróbowała podnieść się z łóżka. 

background image

Ku jej radosnemu zaskoczeniu zawroty głowy minęły jak 
ręką odjął. Ubrała się i ruszyła na poszukiwanie swojego 
mężczyzny. 

Beau siedział w ogrodzie przy stoliku, pod pergolą 

oplecioną winną latoroślą. Na kolanach trzymał otwarty 
komputer osobisty, ale nie patrzył w jego ekran. Wpatry-
wał się w dal, najwyraźniej zatopiony w niewesołych my-
ślach. 

Kiedy usłyszał na tarasie jej kroki, odwrócił się gwał-

townie, jakby nasłuchiwał wszelkich dochodzących z do-
mu odgłosów. 

Na jego twarzy malowało się napięcie i smutek. Przez 

chwilę Maggie pomyślała, że może źle zrobiła, zakłócając 
jego spokój, jednak kiedy odłożył komputer i wykonał 
zapraszający gest, uznała, że jest mile oczekiwanym go-
ściem. 

- Zdaje się, że moja pomoc nie była ci potrzebna - rzu-

cił, uśmiechając się ironicznie. 

- Mylisz się - zapewniła go. - Herbata i ciasteczka bar-

dzo mnie pokrzepiły. Od razu poczułam się lepiej. 

- Miło mi to słyszeć. - Ruchem ręki wskazał jej sąsied-

nie krzesło. - Piękny dzisiaj dzień. Może przyłączysz się 
do mnie? 

Pokiwała głową. 
- Chętnie, Beau. Naprawdę czuję się już całkiem do-

brze. Z przyjemnością odetchnę świeżym powietrzem. 

Przez chwilę siedzieli obok siebie bez słowa i zgodnie 

przemierzali wzrokiem linię horyzontu. 

- Przepraszam, jeśli uraziłam cię dziś rano - zagadnęła 

Maggie pojednawczym tonem. - Nie miałam zamiaru cię 
odtrącać. Ja po prostu... nie jestem przyzwyczajona do po-
legania na kimś drugim. Zawsze polegałam tylko na sobie. 

background image

Beau zerknął na nią· - Nie musisz przepraszać. To nie 

twoja wina. Zdaję sobie sprawę, że to dla ciebie trudne. Po 
tym wszystkim, co przeszłaś w dzieciństwie... 

Odwrócił wzrok w stronę gajów oliwnych. Niepotrzeb-

nie wspominał o jej przeszłości. Maggie najchętniej wcale 
by do tego nie wracała. Poza tym jego współczucie onie-
śmielało ją i zbijało z tropu. 

- Dziadek nazywał mnie małym dzikusem - powiedział 

Beau w zamyśleniu. - Miał swoje powody. Myślę jednak, 
że to przezwisko bardziej pasuje do ciebie.  

- Do mnie? - obruszyła się Maggie, zupełnie nie rozu-

miejąc go uwagi. 

Pokiwał głową z przekonaniem. 
- Nawet sekta nie zdołała cię ujarzmić. A odkąd stamtąd 

uciekłaś, wędrujesz własnymi drogami jak kot. 

-To dlatego, że nigdzie nie miałam prawdziwego domu, 

przemknęło przez głowę Maggie. 

- Zanim przyszłaś, patrzyłem na to makowe pole - cią-

gnął Beau, przenosząc wzrok na łąkę. - Maki kwitną tu jak 
oszalałe, ciesząc oko czerwonymi płatkami. Gdyby jednak 
przenieść je do eleganckiego ogrodu, zapewne zmarniały-
by i szybko zwiędły. Dlatego lepiej zostawić je w spokoju. 
Niech kwitną tam, gdzie chcą. 

Maggie wyczuła w jego głosie melancholię i pomyślała, 

że Beau zaczyna się od niej pomału odsuwać. Czyżby po-
między nimi znów pojawiła się przepaść? 

Spojrzał na nią, a w jego oczach czaił się ból i rezygna-

cja. 

- Źle cię potraktowałem, Maggie, ale myślałem, że uda 

mi się to naprawić - powiedział. - Pomyliłem się. Obiecuję 
ci, że od tej pory przestaję cię dręczyć. Jeśli chcesz, żeby-
śmy żyli osobno...- urwał. - Sama zdecyduj, jak ma wyglą-

background image

dać nasza przyszłość. 

Wreszcie pojęła. To ona żyła w zaślepieniu, nie on. 
Beau ją kochał. A ona boleśnie zraniła jego uczucia, da-

jąc mu do zrozumienia, że nie może liczyć na wzajemność. 
Wiedziała, że w tej sytuacji wszelkie słowa wyjaśnienia na 
nic by się nie zdały. Musiała w inny sposób udowodnić 
mu, że jego troska i miłość zostały zauważone i są odwza-
jemniane. 

Bez słowa wstała z krzesła i szybkim krokiem zaczęła 

schodzić w dół pagórka. Determinacja i pasja pchały ją 
coraz dalej przed siebie. Wiedziała już, że Beau Prescott 
jest jej przeznaczeniem. Miała zamiar spędzić z nim resztę 
życia. Nie pozwoli się zniewolić obawom i wątpliwo-
ściom. 

Nie zatrzymała się, dopóki nie znalazła się pośrodku 

makowego pola. Szybkimi ruchami zaczęła zrywać kwiaty, 
formując z nich imponujący bukiet. Kiedy miała już pełne 
naręcze maków, odetchnęła i zawróciła w stronę willi. 

 
Ku jej zdumieniu Beau stał zaledwie kilka metrów z 

niepokojem przyglądał się jej poczynaniom. Najpewniej 
obawiał się o kondycję psychiczną przyszłej matki. 
Uśmiechnęła się i powoli zbliżyła się do niego. Kiedy wrę-
czyła mu bukiet maków, rzucił jej pytające spojrzenie. 

- Daję ci je na zawsze, Beau - powiedziała miękko. A 

wraz z nimi moje całkowite zaufanie. I miłość. I całe życie. 

- Maggie... - Nadzieja w jego głosie nadal mieszała się z 

niedowierzaniem. 

- Proszę cię, Beau. 
Przyjął bukiet, ale jego spojrzenie mówiło wyraźnie, że 

kwiaty nie zastąpią mu jej samej. 

- Myślałem... 

background image

- Lepiej będzie, jeżeli oboje przestaniemy za dużo my-

śleć - przerwała mu ze śmiechem. 

Beau odłożył kwiaty i porwał Maggie w ramiona. 
- Kocham cię, Maggie. Chcę spędzić z tobą resztę życia. 
Opadli na łąkę i utonęli w wysokiej trawie. Toskańskie 

słońce opromieniało ich miłość, przypieczętowaną bukie-
tem maków. Przez długi, długi czas leżeli pośród kwiatów 
i traw jak na cudownej pościeli i cieszyli się własnym 
szczęściem. 

Ani razu Maggie me pomyślała o tym, że spełnia się 

właśnie marzenie Viviana. Nie myślała również o służą-
cych z Roseciff, którzy życzyli sobie takiego finału. Nawet 
dziecko, poczęte w chwili błogiej nieświadomości, nie 
było w tej chwili najważniejsze. Myśli, Maggie koncen-
trowały się jedynie na mężczyźnie, któremu podarowała 
swoje serce. Liczyli się tylko oni oraz ich szansa na wspól-
ne, pełne harmonii życie. . 

Tej szansy nie wolno im było zmarnować. 
 
ROZDZIAŁ SZESNASTY 
 
Katedra pod wezwaniem świętego Andrzeja była wy-

pełniona ludźmi. Wszyscy chcieli zobaczyć ślub, który 
media obwołały wydarzeniem roku. Beau Prescott, spad-
kobierca słynnego Viviana Prescotta, żenił się z przepiękną 
podopieczną swojego dziadka - Margaret Stowe. Sakra-
mentu małżeństwa udzielał im sam biskup przy akompa-
niamencie pieśni kościelnych w wykonaniu znanego chóru 
chłopięcego. 

Czworo wiernych służących, szczęśliwych, że oto speł-

nia się ich marzenie, na każdym kroku Przypominali mło-
dej parze, że wesele musi być największym i najwspanial-

background image

szym przyjęciem w historii Rosecliff. 

Beau nie miał absolutnie nic przeciwko temu. Chciał 

dać Maggie wszystko, co najlepsze, zwłaszcza w dniu ślu-
bu. 

I w żadnym wypadku nie miał zamiaru odbierać służą-

cym przyjemności czynnego udziału w przygotowaniach. 

Sedgewick był niewątpliwie w swoim żywiole, nadzo-

rując dekorację sali balowej w Rosecliff, rozstawiając fote-
le i polerując tace, na których miał roznosić setki kielisz-
ków francuskiego szampana. Feathers pomagała Maggie 
wybrać suknię ślubną, a w dniu ceremonii zamążpójścia 
ubrała ją i upięła jej we włosach welon. Wallace sam po-
wiózł Maggie do katedry wyczyszczonym na błysk rolls-
royce em. Róże Polly’ego znalazły  się zarówno w bukie-
cie panny młodej, jak i w wazonach zdobiących ołtarz. 

Cała czwórka nie posiadała się z zachwytu, dowie-

dziawszy się o planach młodej pary. Rosecliff miał pozo-
stać ich domem, a jednocześnie siedzibą wspomagającą 
organizacje dobroczynne. Beau i Maggie postanowili po-
nadto, że każdego roku wybiorą się w podróż w inną część 
świata, a najpiękniejsze z odwiedzonych przez nich miej-
scowości wzbogacą ofertę turystyczną ich biura podróży. 

Mimo iż plany wydawały się rewelacyjne, Maggie mia-

ła jednak pewne wątpliwości i nie omieszkała podzielić się 
nimi z Beau. 

- Nie zapominaj, że będziemy mieć dziecko - powie-

działa podczas rozmowy na temat ich przyszłych wojaży. 

- Wszystkie dzieci, mając nasze geny, niewątpliwie 

okażą się małymi dzikusami - zapewnił ją. - Każdy wyjazd 
będzie dla nich wspaniałą przygodą. 

- Chcesz, żebyśmy wyjeżdżali całą rodziną? 
- Czemu nie? Otworzymy dzieciom okno na świat. 

background image

Po takiej deklaracji oboje musieli się roześmiać. 
- Oczywiście trzeba będzie zabrać ze sobą nianię, która 

zajmie się dziećmi, kiedy my wybierzemy się na roman-
tyczną kolację - dodał Beau z łobuzerskim uśmiechem. - A 
gdy wyjedziemy w krótką podróż, zostawimy nianię z 
dziećmi w domu i pozwolimy, żeby Feathers, Sedgewick, 
Wallace i Polly rozpuścili je tak, jak rozpuszczali... mnie i 
ciebie. 

Nie było wątpliwości, że wierna czwórka ochoczo przy-

stanie na tę propozycję.  

 
Z błogiego zamyślenia wyrwały Beau dźwięki fletu in-

tonującego pierwsze nuty marsza Mendelssohna -
Bartholdy’ ego. Po chwili jego oczom ukazała się piękna 
panna młoda, wolno posuwająca się w jego kierunku, 
wsparta lekko na ramieniu sir Rolanda. 

Wyglądała jak księżniczka z bajki. Jedwabna suknia ko-

loru kości słoniowej, ozdobiona złotym haftem, olśniewała 
elegancją i dostojnym wdziękiem. Rozpromieniona twarz 
panny młodej, otoczona burzą wspaniałych włosów i deli-
katną mgiełką welonu przywodziła na myśl anioła. 

Suknia doskonale maskowała czteromiesięczną ciążę, 

ale Beau nie umiał pozbyć się myśli, że razem z nimi, bez-
piecznie ukryte w łonie Maggie, jest ich dziecko. Nagle to, 
co dziadek mówił Lionelowi Armstrongowi o zbawieniu i 
tworzeniu nabrało głębokiego sensu. 

Ród Prescottów przetrwa dzięki niemu i Maggie. Czyż-

by dziadek to przewidział? Czy jego duch unosił się teraz 
gdzieś w pobliżu i błogosławił im na nową drogę życia? 

Beau miał nadzieję, że tak właśnie jest. 
I oto Maggie stanęła przy nim i podała mu swoją dłoń. 
Wypowiadając słowa przysięgi małżeńskiej, patrzyli 

background image

sobie w oczy i. uśmiechali się radośnie. Katedrę wypełniły 
słodkie dźwięki psalmów, śpiewane przez licznie zgroma-
dzonych gości. 

Ale Beau i Maggie zdawali się tego nie słyszeć. Nie 

spuszczali z siebie wzroku, myśląc o tym, że przez wszyst-
kie lata ich życia dążyli do tego jedynego momentu, do 
połączenia ich serc, do ich ślubu. 

Przyjęcie w sali balowej Rosecliff okazało się dopraco-

wane w każdym szczególe i tak doskonałe, jak tylko pod-
ekscytowany Sedgewick mógłby sobie wymarzyć. Goście 
ocenili jednogłośnie, że był to jeden z najbardziej nieza-
pomniany ślub w jakim kiedykolwiek brali udział. Jeffrey i 
kilkunastu wynajętych kucharzy, którzy przygotowali po-
trawy. Szampan lał się strumieniami. Pani Featherfield 
.er:go wała pokojówkami, które odbierały od przybyłych 
wierzchnie okrycia. Sir Roland wznosił kolejne toasty, a 
każdy z nich był błyskotliwy, dowcipny i sympatyczny. 

Kiedy przyszła pora na pierwszy taniec nowożeńców, 

ku zaskoczeniu gości orkiestra nie zagrała tradycyjnego 
walca, ale jeden z przebojów Abby ,,Dancing Queen . 
Wśród owacji zgromadzonych Beau poprowadził Maggie 
na środek parkietu i porwał do tańca. 

- Kto ci powiedział, że to moja ulubiona piosenka? - za-

pytała Maggie, śmiejąc się radośnie. 

- Wallace. Zresztą, czy tytuł nie jest odpowiedni do sy-

tuacji? - Uśmiechnął się promiennie. - Tańczę przecież z 
królową mojego serca. 

- A ja z moim panem i królem. 
Widok zalotnych błysków w jej oczach natychmiast po-

działał na zmysły Beau. Z trudem pohamował się, żeby nie 
uprowadzić swojej świeżo poślubionej żony w bardziej 
odludne miejsce. Na szczęście sir Roland poprosił Maggie 

background image

do następnego tańca i dzięki temu uratował sytuację. 

Lionel Armstrong skorzystał z okazji i odciągnął Beau 

w róg salonu, prosząc go o chwilę rozmowy. 

- To od twojego dziadka - oświadczył, wręczając mu 

kopertę. - Polecił mi przekazać ci to w dniu twojego ślubu 
z Margaret Stowe. 

Beau oniemiał. 
- Skąd dziadek mógł wiedzieć, że do tego dojdzie? 
- Nie wiedział. Dostałem drugą kopertę, którą przeka-

załbym ci, gdybyś w przeciągu roku nie zdecydował się na 
ożenek. 

Beau potrząsnął głową, nadal nic nie rozumiejąc. 
- Gdzie jest ta druga koperta? 
- Została dzisiaj zniszczona, zgodnie z instrukcją Vivia-

na. 

Twierdził, że w przypadku waszego ślubu jej zawartość 

będzie nieistotna. Prosił też, żebym ci przekazał, że list, 
który jest w środku - Lionel wskazał palcem kopertę - ma-
cie przeczytać oboje w dniu waszego ślubu.  

Beau wrócił na salę i dyskretnie wyprowadził Maggie 

spośród tłumu gości. Kiedy powiedział jej o tajemniczym 
liście od dziadka, była podobnie poruszona jak on. 

Ukryli się w bibliotece i rozerwali kopertę. W środku 

znajdował się list i jakiś kluczyk, który całkowicie zbił ich 
z tropu. 

Z niecierpliwością zaczęli czytać list: 
 
Mój drogi Beau,  
 Cieszę się, że okazałeś się na tyle mądry, żeby poślubić 

Maggie. Ona jest moim ślubnym prezentem. Znalazłem ją 
dla ciebie, zaniepokojony faktem, że nie przejawiasz chęci 
ustatkowania się i założenia rodziny 

background image

 
Beau roześmiał się. 
-Oj, ten mój dziadek! Co za przebiegłość! Założę się, że 

planował to od dnia, w którym zobaczył cię po raz pierw-
szy. 

- Nie jesteś zły? - zapytała Maggie niepewnie. 
- Nie mam powodu. Przecież się nie pomylił. 
Jej uśmiech promieniał miłością. 
- O tak... 
- Czytajmy dalej. 
 
Do listu dołączam klucz do skrytki bankowej - szczegóły 

na następnej stronie. To mój prezent ślubny dla Maggie. 
Ona musi czuć się wolna i niezależna, a ty, Beau, musisz to 
zrozumieć, gdyż w przeciwnym razie wasze małżeństwo nie 
będzie szczęśliwe. Pragnę zabezpieczyć ją finansowo, dla-
tego w skrytce zdeponowałem milion dolarów, którymi 
Maggie może dysponować według własnego uznania. 

 
- Och! - Maggie ukryła w dłoniach płonące policzki. – 

Jak on mógł?! Tyle pieniędzy! 

Beau roześmiał się, szczęśliwy, że oto właśnie znalazł 

się zaginiony milion! 

- Mógł, bo bardzo cię kochał, Maggie. Masz teraz mały 

majątek, z którym możesz zrobić, co tylko zechcesz. 

- Dzięki Bogu, że wzięliśmy ślub. Inaczej czułabym się 

niezręcznie, przyjmując taki prezent. 

- Nie miałabyś innego wyjścia. 
- Co takiego? 
- Posłuchaj. 
 
Jeśli jednak okazałbyś się na tyle głupi, że pozwoliłbyś 

background image

Maggie wymknąć się z twojego życia, nakazałem Neville  
owi przekazać jej wspomnianą wyżej sumę, żeby już nigdy
 
nie musiała zmagać się z niesprawiedliwym losem. 

Ufam, że i w takim wypadku uszanowałbyś moją wolę i 

nie robiłbyś problemów. 

 
Beau pomyślał, że dziadek wiedział, co robi, nie wspo-

minając w testamencie o milionie dolarów darowanym 
Maggie. Vivian przewidział, że wnuczek na pewno wpadł-
by w szał, gdyby dowiedział się o tym od razu, zaraz po 
przyjeździe do Rosecliff. 

- Był dla mnie taki dobry - powiedziała Maggie ze 

wzruszeniem w głosie. 

- Ty też wiele dla niego zrobiłaś   szepnął Beau, obej-

mując ją. 

 
Mam jeszcze jedną prośbę. Kiedy urodzi się mój pra-

wnuk, chciałbym, żebyś podtrzymał tradycję rodziny Pre-
scottów i nadał mu imię, które pozwoli chłopcu rozwinąć 
umysł i silny charakter oraz ukształtuje jego osobowość. 

Mój osobisty faworyt to Marion
 
- Po moim trupie! - zawołał Beau. 
- Marion? - zdziwiła się Maggie. - Myślałam, że to żeń-

skie imię· - Tak! Podobnie jak Vivian, Beverly i. .. niech to 
szlag! Nie nadam dziecku imienia, którego w przyszłości 
będzie się wstydziło! Beau to wystarczająco idiotyczne 
imię. 

- A mnie się podoba - przyznała Maggie. - Pasuje do 

ciebie. 

Tak samo jak do twojego dziadka pasowało imię 

Vivian. 

background image

- Nie ma mowy! Nie nazwiemy naszego syna Marion. 
- Może urodzą nam się same córki... 
- Mam nadzieję. - Beau z rozczuleniem poklepał brzu-

szek swojej żony. - Lepiej, żeby tam była dziewczynka. 

W zakończeniu listu dziadek oznajmiał im, że wkrótce 

wybiera się w najciekawszą podróż swojego życia, a im 
życzył wszystkiego najlepszego w doczesnym świecie. 

Oboje uśmiechnęli się do siebie ze wzruszeniem. 
- Można powiedzieć, że dziadek był jednym z naszych 

weselnych gości - powiedział Beau ciepło. 

-  Myślę, że był z nami przez cały dzień. 
 –Tak. Ale noc należy wyłącznie do nas. 
Wziął ją w ramiona, a ich pocałunek był prawdziwym 

symbolem jedności, którą stali się tego dnia. . 

 
Pięć miesięcy później urodził się chłopiec. 
Na chrzcie nadano mu imiona Marion John Richard 

Prescott. 

Beau podkreślał, że w przyszłości jego syn sam zdecy-

duje, które imię podoba mu się najbardziej i którym chce 
się przedstawiać. Jego pradziadek na pewno by to zrozu-
miał. A skoro Maggie tak bardzo chce, to trudno, może 
nazywać go Marion. 

Ale, jeśli łaska, niech się za bardzo nie  przyzwyczaja 

do tego imienia. 

Maggie z uśmiechem powtarzała, że rodzinna tradycja 

nadawania dzieciom osobliwych imion w gruncie rzeczy 
bardzo się jej podoba. 

W końcu Beau musiał się poddać. 
A Marion Prescott, zgodnie z przewidywaniami dziad-

ka, rozwinął niezwykle silny charakter... 

 


Document Outline