background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA 

SPOTKANIA 

MAŁYCH URWISÓW

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: GRAŻYNA SPIECHOWICZ-KRISTENSEN)

background image

Krótki wstęp Alfreda Hitchcocka

Poczekajcie chwilkę. Już wyłączam telewizor.
Pozwólcie  teraz,   że  się przedstawię.   Nazywam   się  Alfred Hitchcock.   Jestem  reżyserem  i 

autorem powieści kryminalnych. Niektóre z moich książek sfilmowano.

Na ogół  nie  oglądam  telewizji.  Wyjątek  robię  tylko   dla  wiadomości.   Ale  dzisiaj  miałem 

szczególny powód, żeby obejrzeć pewien program. Występował w nim bowiem jeden z moich 
młodych przyjaciół.

Muszę przyznać, że nigdy bym go nie poznał. Był jeszcze dzieckiem, kiedy grał w tym serialu 

komediowym. Ale pragnąłem go obejrzeć, ponieważ wiedziałem, że właśnie wznowienie tego 
serialu dało początek Tajemnicy spotkania Małych Urwisów.

Tajemnica   ta   to   najnowsza   sprawa,   w   którą   wmieszani   są   moi   młodzi   przyjaciele,   Trzej 

Detektywi. Na wszelki wypadek opowiem wam nieco o nich, zanim przystąpię do wyjaśnień, jak 
w tę sprawę zostali wplątani.

Nazywają   się   Jupiter   Jones,   Pete   Crenshaw   Bob   Andrews.   Mieszkają   w   Rocky   Beach, 

niewielkim kalifornijskim miasteczku na wybrzeżu Pacyfiku, niedaleko mojego domu w Malibu 
i tylko kawałek od Hollywoodu.

Jupiter  Jones,  zwany  przez   przyjaciół   Jupe’em  jest   Pierwszym   Detektywem.  Możecie  mi 

wierzyć, to naprawdę urodzony detektyw. Wiem, co mówię, bo sam pracowałem w tej branży, 
zanim   zostałem   reżyserem.   Ma   on   wszystkie   niezbędne   kwalifikacje,   czyniące   z   człowieka 
dobrego detektywa: bystre oko, które nie omija żadnych szczegółów sprawy, oraz umiejętność 
powiązania tych szczegółów i właściwego ich odczytania. A co najważniejsze dąży uparcie do 
celu i nigdy się nie pod daje zanim nie znajdzie właściwej odpowiedzi.

To wcale nie znaczy, że Jupe nie ma wad. Trudno o nim powiedzieć, żeby był specjalnie 

skromny. A poza tym jest przewrażliwiony na punkcie paru rzeczy, na przykład swojej wagi. Nie 
przejmuje się zbytnio, kiedy przyjaciele nazywają go, no powiedzmy... krępym. Ale jeśli nie 
chcesz zadzierać z Jupe’em, nigdy, przenigdy nie nazywaj go Tłuścioszkiem.

Pete Crenshaw, Drugi Detektyw,  to znakomity  sportowiec.  Świetnie  biega,  pływa,  gra w 

koszykówkę. To znaczy, że w sytuacjach, w których trzeba podjąć choćby najmniejsze ryzyko, 
wymagające fizycznej zręczności, wybór pada zazwyczaj na niego. Nie można powiedzieć, żeby 
Pete lubił ryzykowne sytuacje. Wcale nie. Jeśli mam być szczery, jest najostrożniejszy z całej 
trójki.

Bob   Andrews,   Trzeci   Detektyw,   zajmuje   się   dokumentacją   i   prowadzi   badania.   Pracuje 

dorywczo  w bibliotece  w Rocky Beach. Jest rozważny i rozmiłowany w nauce.  Bardzo się 
przydaje Jupe’owi, ponieważ potrafi zadawać właściwe pytania we właściwych momentach.

Trzej   Detektywi   dość   długo   już   pracują   razem   i   rozwiązali   mnóstwo   przedziwnych 

tajemniczych zagadek. Ale ostatnia sprawa różni się nieco od pozostałych. Jest inna, choćby 
dlatego, że Pierwszy Detektyw  był  osobiście  zaangażowany w Tajemnicę  spotkania  Małych 
Urwisów.

Chodzi o to, że ten dziecięcy aktor, którego przed chwilą oglądałem na ekranie, to właśnie 

Jupiter Jones. Był on kiedyś jednym z Urwisów, a ich spotkanie po latach zapoczątkowało całą 
tę historię.

Alfred Hitchcock

background image

ROZDZIAŁ 1

Nieznana przeszłość Jupe’a

— Dosyć. Starczy — błagał Jupiter Jones. — Wyłączcie to.
Chłopak wcisnął się tak głęboko w fotel obrotowy, że tylko jego oczy były widoczne sponad 

sfatygowanego   drewnianego  biurka.  Z  ust wydobywał   mu  się  jęk. Żywa,   inteligentna   twarz 
Jupitera   była   aż   wykrzywiona   z   bólu.   Pierwszy   Detektyw   wyglądał   i   jęczał   jak   człowiek 
poddawany   straszliwym   torturom.   I   właśnie   tortura   wydawała   się   być   najodpowiedniejszym 
określeniem.

Torturowano go na  oczach  jego dwóch najlepszych  przyjaciół.  I żaden  z nich  nawet nie 

kiwnął palcem,  żeby mu  pomóc.  Dwaj  pozostali  detektywi,  Pete  Crenshaw i Bob Andrews, 
chichotali rozbawieni, od czasu do czasu wybuchając gromkim śmiechem.

Cała trójka znajdowała się w sekretnej Kwaterze Głównej, mieszczącej się na teren je składu 

złomu w Rocky Beach, niewielkim miasteczku na wybrzeżu Pacyfiku, niedaleko Hollywoodu. 
Pete leżał rozwalony w fotelu bujanym, a jego stopy spoczywały na otwartej szufladzie szafy na 
akta. Bob siedział na taborecie opierając się plecami o ścianę.

Wszyscy oglądali telewizję. Na ekranie widać było pulchne, chyba trzyletnie dziecko, które 

siedziało   po   turecku   na   stole   kuchennym.   Ręce   dziecka   były   wykręcone   do   tyłu   i 
przytrzymywane przez ośmio-, może dziewięcioletniego chłopca o obwisłych powiekach. Trzeci 
chłopiec mógł mieć około jedenastu lat i właśnie coś mieszał w porcelanowej misce. Był wysoki 
i  chudy, a przez jasne, króciutko przystrzyżone włosy prześwitywała koścista głowa, niczym 
posypane solą jajko na twardo. Śmiał się tak idiotycznie, że człowiek zastanawiał się, czy w tej 
jego jajowatej głowie znajdowało się coś jeszcze oprócz ugotowanego na twardo żółtka.

— Och, plosę — was głos małego grubaska był zdumiewająca głęboki. — Psestańcie, plosę. 

Ja nie chcę mieć odly.

— Wyłączcie to — Pierwszy Detektyw ponowił swoje błagania. — Już tego nie mogę dłużej 

znieść.

— Ale ja chcę zobaczyć koniec — zaprotestował Pete. — Chcę zobaczyć, jak to się skońcy. 

To znaczy, chciałem powiedzieć, skończy.

—   Po   co   te   krzyki,   Mały   Tłuścioszku   —   powiedział   jeden   z   chłopców   na   ekranie, 

czarnoskóry,   silnie   zbudowany   dwunastolatek   o   sztywnych,   sterczących   włosach, 
przypominających kolce jeża. Wyśmiewał się z dziecka na równi z tamtymi, ale w jego śmiechu 
można było wyczuć pewną łagodność, świadczącą o tym, że tak naprawdę to nie byłby w stanie 
skrzywdzić tego małego grubaska.

— Jeżeli twoi rodzice będą myśleli, że masz odrę — tłumaczył mu monotonnym głosem — to 

wszyscy inni się zlękną, że my też możemy się zarazić. I wtedy będziemy musieli zostać w 
domu.

—   No   właśnie   —   zawtórował   mu   chłopiec   o   ogromnych   stopach.   —   Będą   myśleli,   że 

jesteśmy zaraźliwi.

Ostrzyżony   na   króciutko   urwis,   zwany   Łysą   Czaszką,   zakończył   mieszanie   mikstury   w 

porcelanowej misce i przystąpił do swojego popisowego numeru.

Jupe   podniósł   rękę,   żeby   zasłonić   sobie   oczy.   Pamięć   o   tym   numerze   budziła   w   nim 

szczególną odrazę. Łysa Czaszka potrafił poruszać uszami i robił to w taki sposób, że ogromne 
różowe płatki trzęsły się jak galareta.

background image

I na tym się jego aktorskie zdolności kończyły, pomyślał Jupe ze wstrętem, słysząc głośny 

śmiech Boba i Pete’a.

Stale poruszając uszami,  Łysa  Czaszka schwycił  pędzelek,  zanurzył  go w misce  i zaczął 

przyozdabiać okrągłą buzię Małego Tłuścioszka czerwonymi kropkami. Dziecko wyrywało się i 
broniło, ale nie płakało. Jego buzia pozostała czarującą twarzą piegowatego cherubinka.

Tego   nie   można   było   powiedzieć   o   twarzy   Jupe’a,   który   przez   zaciśnięte   palce   oglądał 

program, przyglądając się sobie ze stale rosnącym zdumieniem.

Czy   to   naprawdę   był   on?   Czy   możliwe,   żeby   ten   pucołowaty   brzdąc   w   śmiesznych 

drelichowych   spodenkach   pozwalający   Łysej   Czaszce   malować   czerwone   kropki   na   nosie   i 
policzkach   był   naprawdę   nim,   Jupiterem   Jonesem.   Pierwszym   Detektywem,   rozwiązującym 
zagadki,   sprawiające   niekiedy   trudności   miejscowej   policji   i   samemu   komendantowi 
Reynoldsowi?

Niestety to była prawda i Jupiter wiedział o tym doskonale. Kiedyś w przeszłości był Małym 

Tłuścioszkiem, jednym z głównych bohaterów serialu o losach Małych Urwisów.

Jupiter robił wszystko, żeby o tym zapomnieć. Ale kiedy przypadkowo powracał myślami do 

tamtych lat, wówczas pocieszał się myślą, że to nie on sam wybrał rolę Małego Tłuścioszka.

Jupiter został Małym Urwisem mając trzy lata, a w tym wieku jest się jeszcze o wiele za 

małym na podejmowanie samodzielnych decyzji. Nie należy myśleć, że Jupiter winą za tę rolę 
obciążał rodziców. Im rola w serialu wydawała się wielką życiową szansą. Rodzice Jupitera 
zginęli, kiedy chłopiec miał cztery lata. Z zawodu byli tancerzami i jeździli po całej Kalifornii 
biorąc udział w różnych konkursach, tańcząc dla pieniędzy tango albo walce w jarzących się 
światłami   salach   balowych.   Występowali   również   w   serialach   muzycznych,   we   wszystkich 
większych studiach, tworząc pełną wdzięku wirującą parę.

Zaprzyjaźnili   się   wtedy   z   reżyserem   filmowym,   który   potem   wpadał   do   nich   czasami   z 

wizytą. I właśnie w czasie jednej z takich wizyt (O, tego niedzielnego wieczoru Jupiter nigdy nie 
zapomni!) przedstawiono go reżyserowi.

— Ty też chcesz zostać tancerzem, kiedy dorośniesz, prawda? —za pytał reżyser chłopca.
— Nie — odpowiedział Jupiter bez wahania swoim zdumiewająca głębokim głosem. — Mam 

zupełnie odmienne zainteresowania. Wołałbym używać mojego umysłu, a nie ciała. Obawiam 
się również, że moja koordynacja ruchowa nie jest najlepsza. Za to mam wyborną pamięć.

— A ile  ty właściwie masz  lat?  — zapytał  reżyser  bojaźliwym  głosem człowieka,  który 

dopiero co zobaczył w swoim ogrodzie jednorożca.

— Dwa lata i jedenaście miesięcy, proszę pana.
Reżysera   zamurowało   i   dopiero   po   opuszczeniu   domu   rodziców   Jupitera,   już   siedząc   w 

samochodzie, zamruczał do siebie:

— Ten dzieciak ma wrodzony talent. Tam do licha. Widziałem wielu, ale ten bąk to urodzony 

aktor.

Po paru dniach zrobiono Jupiterowi próbne zdjęcia filmowe, a już za miesiąc został Małym 

Tłuścioszkiem i jednym z Małych Urwisów.

W swojej  roli  osiągnął  natychmiastowy sukces. Był  nie  tylko  urodzonym  aktorem,  który 

umiał   czkać,   seplenić,   śmiać   się   i   płakać   na   zawołanie.   Miał   również,   w   odróżnieniu   od 
pozostałych Małych Urwisów, jeszcze jedną rzadką właściwość. Potrafił bez problemu nauczyć 
się na pamięć całych stronic dialogów. W czasie tego roku, kiedy występował w serialu, nie 
zapomniał ani jednej repliki, ani jednego zdania. I gdyby nie tragiczna śmierć rodziców, Jupiter 
mógłby jeszcze latami występować w serialu.

Po   śmierci   rodziców   sierotą   zaopiekowali   się   wujek   Tytus   i   ciocia   Matylda   Jonesowie. 

background image

Chłopiec zamieszkał z nimi w Rocky Beach. Pewnego dnia ciocia Matylda, która była życzliwą i 
mądrą kobietą, zadała mu życzliwe i mądre pytanie.

— Czy chcesz w dalszym ciągu występować jako Mały Urwis?
— Nie mam na to najmniejszej ochoty — odpowiedział Jupiter.
Chłopiec nie miał nic przeciwko wstawaniu o wpół do czwartej każdego ranka, jeździe do 

studia filmowego albo wysiadywaniu na krześle podczas charakteryzacji, kiedy to malowano mu 
twarz, szyję  i nawet uszy na jasnopomarańczowy kolor, aby mu nadać bardziej  „naturalny” 
filmowy wygląd. Nie przeszkadzało mu także wyczekiwanie godzinami w studiu, podczas gdy 
kamerzysta wściekał się z powodu świateł. Uwielbiał czytać i rozwiązywać krzyżówki. Szczerze 
mówiąc nawet wypowiadanie głupiutkich uwag, seplenienie czy naśladowanie ruchów małego 
bobasa   nie   sprawiało   mu   specjalnej   przykrości.   Ale   było   coś,   czego   Jupiter   serdecznie   nie 
cierpiał. Nie cierpiał mianowicie swoich kolegów, Małych Urwisów, a przynajmniej większości 
z nich.

W przeciwieństwie  do Jupitera nie umieli  zrozumieć, że wszystko to, co robili na planie 

filmowym — malowanie kropek na twarzy Małego Tłuścioszka czy też polewanie go wężem 
ogrodowym dla znalezienia schowanych przez niego słodyczy — jest tylko i wyłącznie grą. Nie 
byli po prostu w stanie pojąć, że psotne Urwisy, których ludzie podziwiali na ekranie, to jedynie 
filmowe postaci.

Jego koledzy z ekranu grali swoje role i poza planem filmowym. Jupiter był najmłodszy i 

najmniejszy i dlatego padał nieustannie ofiarą głupich żartów.

Poniżano go i terroryzowano. Posypywano mu lody pieprzem w czasie przerwy na lunch w 

stołówce studia. Zlepiano mu klejem włosy w charakteryzatorni, a z  drelichowych spodenek 
obcięto wszystkie guziki.

Ale najgorsze było to, że cały czas nazywano go Małym Tłuścioszkiem. Te puste głowy nie 

mogły zrozumieć, że on nie jest Małym Tłuścioszkiem. W prawdziwym życiu był wyłącznie 
Jupiterem Jonesem.

To dlatego nie wahał się ani przez sekundę, kiedy ciocia Matylda zapytała go, czy chce w 

dalszym ciągu grać Małego Urwisa. Jupiter miał wrażenie, że zwabiono go do klatki i zmuszano 
do przebywania przez długi czas w otoczeniu wyjących i skrzeczących małp i że teraz życzliwa 
ciocia Matylda pozwala mu opuścić tę klatkę.

Po   upływie   rocznego   kontraktu   Jupiter   pożegnał   na   zawsze   Małych   Urwisów.   A   kiedy 

zabrakło Małego Tłuścioszka, serial wkrótce zniknął z ekranu.

Jupe zamieszkał z ciocią i wujkiem w ich domu, który zawdzięczał swą nazwę należącemu do 

nich składowi złomu. W szkole poznał Pete’a Crenshawa i Boba Andrewsa. Chłopcy szybko się 
zaprzyjaźnili  i zasłynęli wkrótce jako Trzej  Detektywi  — odpowiedzialni  młodzi  detektywi, 
którzy rozwiązywali poważne i często skomplikowane sprawy kryminalne. Jupiter próbował ze 
wszystkich sił zapomnieć, że był kiedykolwiek Małym Tłuścioszkiem. I przez wiele lat mu się to 
udawało.

Ale potem zdarzyło się coś strasznego. W każdym razie strasznego dla Jupe’a. Studio, które 

kiedyś wyprodukowało Małych Urwisów, odsprzedało serial jednej z sieci telewizyjnych. Po raz 
pierwszy Jupe dowiedział się o tym, kiedy kolega z klasy poprosił go o autograf. Było to wkrótce 
po pojawieniu się imienia Jupe’a w miejscowej gazecie w związku z opisem obławy na złodziei 
pereł i znaczącej roli, jaką Jupe odegrał w tej sprawie.

— Z szacunkiem, Pierwszy Detektyw, Jupiter Jones — napisał Jupe z dumą na czystej stronie 

książki do autografów.

— Ależ nie. Napisz twoje prawdziwe imię. To, które zrobiło cię sławnym. Mały Tłuścioszek 

background image

— powiedział jego głupkowaty kolega, wyrywając kartkę z książki.

I tak było cały czas, przez trzy ostatnie tygodnie roku szkolnego. Jupe miał wrażenie, że 

wszyscy w szkole mówią tylko o ostatnim odcinku  Małych Urwisów.  Chłopcy i dziewczęta, 
których Jupe nawet nie znał z widzenia, podchodzili do niego na dziedzińcu szkolnym, żeby mu 
powiedzieć, jak był zabawny. Dochodziło do tego, że błagali go wręcz, żeby seplenił chichotał 
jak Mały Tłuścioszek.

— Powiedz „Plosę was, psestańcie”.
Życie Jupe’a stało się koszmarem.
Sytuacja trochę się poprawiła wraz z nastaniem letnich wakacji. Jupe ukrywał się teraz przed 

swoimi   wielbicielami   w   sekretnej   Kwaterze   Głównej   detektywów   na   terenie   składu   złomu. 
Kryjówka mieściła się w przyczepie kempingowej schowanej przed wzrokiem ciekawskich pod 
stertą starego żelastwa. Detektywi magli się nawet poszczycić maleńkim telewizorem. I właśnie 
ten telewizor stał się przekleństwem dla Jupe’a. Pete i Bob domagali się oglądania odcinków 
Małych Urwisów,  kiedy tylko to było możliwe. Niestety, jego przyjaciele naprawdę lubili ten 
stary serial.

Bob i Pete bawili się w dalszym ciągu znakomicie, wpatrując się w ekran telewizyjny. Łysa 

Czaszka,   kościsty   chłopak   o   króciutkich,   jasnych   włosach,   właśnie   zakończył   przyozdabiać 
twarz Małego Tłuścioszka czerwonymi  kropkami. Teraz usiłował ściągnąć mu koszulę, żeby 
zrobić to samo z jego klatką piersiową. Na ekranie drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie i 
ciemnowłosa,   dziewięcioletnia   dziewczynka   wtargnęła   do   środka.   To   była   Śliczna   Peggy, 
bohaterka serialu, która często wydobywała Małego Tłuścioszka z opresji w ogóle była jego 
dobrym duchem.

— Zostaw go w spokoju — powiedziała Śliczna Peggy do Łysej Czaszki.
— Plosę, plosę, psestań — zawtórował jej Mały Tłuścioszek.
Ale Łysa  Czaszka  ani  myślał  przestać.  Próbował teraz  zamknąć  Śliczną  Peggy w szafie. 

Niewysoki,  krępy chłopiec,  zwany Naleśnikiem,  o włosach jak kolce jeża, stanął po stronie 
Peggy. Między Małymi Urwisami wywiązała się bójka. Któryś z nich zauważył tort na półce i 
rzucił   nim   w   Peggy.   Nie   trafił   jednak   dziewczynki   i   tort   wylądował   na   twarzy   Małego 
Tłuścioszka.

— O, baldzo dobze — ucieszył się Mały Tłuścioszek zgarniając krem z nosa i ładując go do 

buzi. — To znacnie lepse od odly.

— Jupi-ter. Gdzie jesteś?
W głośniku słychać było wołanie cioci Matyldy. Jupe zainstalował mikrofon na podwórku, 

żeby   móc   słyszeć   ciotkę,   kiedy   on   sam   przebywał   w   Kwaterze   Głównej.   Jej   głos   oznaczał 
zazwyczaj tylko jedno — pracę. Jupe nie miał w zasadzie nic przeciwko pracy w składzie złomu, 
ponieważ pozwalała mu ona opłacać telefon chłopców w Kwaterze Głównej. Z drugiej strony nie 
sprawiała mu też specjalnej przyjemności. Nawet teraz Jupe wolał pracę umysłową od fizycznej.

Ale dzisiaj głos cioci Matyldy był dla niego wybawieniem. Chłopiec wyskoczył spoza biurka 

i z westchnieniem ulgi wyłączył telewizor. Słodka buzia Małego Tłuścioszka zniknęła z ekranu. 
Po chwili Trzej Detektywi opuścili starannie zamaskowaną Kwaterę Główną wyjściem, zwanym 
Tajemnicza Furtka Cztery. Ominęli stertę drewna i podeszli do cioci Matyldy od tyłu.

— No, jesteście wreszcie — powiedziała.
Jupe zaczął zdejmować kurtkę.
— Co mam robić? — zapytał.
Ale   tym   razem   cioci   Matyldzie   nie   chodziło   o   zapędzenie   chłopców   do   roboty.   Jakiś 

mężczyzna chciał rozmawiać z Jupe’em i czekał na niego przy furtce.

background image

Jupe ponownie westchnął, ale w jego westchnieniu nie było ulgi. Przez ostatnie parę tygodni 

mnóstwo ludzi przychodziło do składu złomu, pragnąc rozmawiać z chłopcem. Byli to reporterzy 
gazet z Los Angeles, a nawet z dalekiego San Francisco, którzy odnaleźli go za pośrednictwem 
studia. Celem tych wizyt było napisanie artykułów typu „Gdzie on teraz jest?” albo „Co się stało 
z Małym Tłuścioszkiem?”

— Powiedz mu, żeby sobie poszedł — prosił Jupe ciocię Matyldę. — Powiedz mu, ze nie 

chcę z nim rozmawiać.

— Ależ usiłowałam to zrobić, Jupiterze. Ale on nie chce odejść. Mówi, że to bardzo ważne. 

—   Ciocia   Matylda   uśmiechała   się   ze   współczuciem.   Doskonale   rozumiała   Jupitera.   Przez 
ostatnie   tygodnie   niezmordowanie   starała   się   ochraniać   go   przed   natrętnymi   reporterami   i 
tabunami ludzi, którzy proponowali mu występ w telewizyjnych programach rozrywkowych

— Ten człowiek ma niezwykle luksusowy samochód — nie dawała za wygraną ciotka. — I 

mówi, że może w nim długo czekać. A nasza droga dojazdowa będzie przez to zablokowana. 
Dlatego wydaje mi się, że powinieneś z nim porozmawiać.

— W porządku — zgodził się Jupe niechętnie. — Porozmawiam z nim tylko po to, żeby się 

go pozbyć. Ale pod żadnym pozorem nie zamierzam z nim mówić o Małych Urwisach.

Samochód był rzeczywiście luksusowy, elegancki żółty citroen, o przodzie przypominającym 

głowę wieloryba. Mężczyzna, który wstał zza kierownicy właśnie w tym momencie, kiedy Trzej 
Detektywi przechodzili przez furtkę, był wysoki i równie elegancki jak jego wóz.

Jako detektyw Jupe przyswoił sobie nawyk obserwowania ludzi, ich twarzy, ubrań, kształtu 

uszu, znaków szczególnych. U mężczyzny rzucały się w oczy zęby. Były duże i białe i lśniły jak 
półksiężyc w jego opalonej twarzy. Błyszczały za każdym razem, kiedy się uśmiechał, a zdawał 
się to robić nieustannie.

— A więc to ty jesteś Jupiter Jones — powiedział mężczyzna uśmiechając się szeroko. — 

Nazywam się Milton Glass. Jestem szefem reklamy w studiu telewizyjnym.

Jupe stał między Pete’em i Bobem i cała jego tęgawa postać była aż sztywna od nietajonej 

niechęci. Spoglądał spode łba na Miltona Glassa nie mówiąc ani słowa.

— Mam pewną propozycję, która być może cię zainteresuje, Jupiterze. — Głos olbrzyma był 

niezwykle   przyjazny.   —   Zamierzam   urządzić   spotkanie   Małych   Urwisów   i   zaprosić   ich 
wszystkich na interesujący lunch do studia, a potem...

— Nie, dziękuję bardzo. — Jupe już nie mógł dłużej milczeć. To przeszło jego najgorsze 

oczekiwania. Propozycje wywiadów i występów na żywo były wystarczająco koszmarne, ale 
myśl o ponownym spotkaniu z tymi wstrętnymi dzieciakami budziła w nim mdłości. Odwrócił 
się i zaczął iść w stronę domu.

— Czy naprawdę nie masz ochoty na spotkanie ze swoimi starymi przyjaciółmi? — Milton 

Glass objął Jupe’a swoją potężną łapą. —Z Łysą Czaszką, Ogarem, Platfusem i...

— Nie, dziękuję uprzejmie. — Jupe próbował się oswobodzić, ale szef od reklamy trzymał go 

w żelaznym uścisku. — Miałem dostatecznie długo do czynienia z tymi idiotami i wystarczy mi 
to do końca życia, i nigdy więcej...

— Brawo, chłopcze. — Uśmiech Miltona Glassa był niebywale przyjazny. — Właśnie to 

spodziewałem się od ciebie usłyszeć.

— Co? — Nieczęsto się zdarzało wyprowadzić Pierwszego Detektywa z równowagi, ale teraz 

nie mógł w żaden sposób zrozumieć dlaczego ten śmiejący się olbrzym był tak zachwycony jego 
odmową. Spojrzał na niego wyczekująco.

— Ci chłopcy zrobili z ciebie kozła ofiarnego, prawda? Byli wstrętni, a w każdym razie 

większość z nich. Wyśmiewali się z ciebie i nazywali Małym Tłuścioszkiem. Założę się, że ich 

background image

nienawidzisz, czyż nie tak?

— Nienawiść do ludzi nie leży w moim charakterze — odpowiedział Jupe zimno. — Ale to 

prawda, że ich nie cierpię. I to bardzo.

— Wspaniale. — Białe zęby Miltona Glassa zalśniły jeszcze mocniej. — A teraz daję ci 

szansę odwetu. Będziesz mógł ich zdemaskować jako tych idiotów, którymi zawsze byli.

— Jak? — Twarz Jupe’a pozostała chłodna, ale w oczach pojawił się błysk zainteresowania.
— W ogólnokrajowym programie telewizyjnym — wytłumaczył mu Milton Glass. — Moje 

studio planuje emisję miniserialu, w skład którego wejdą dwa kwizy. Wszystkie Małe Urwisy 
będą konkurować ze sobą. I mam przeczucie, że wygrasz, Jupiterze. Za twoją sprawą ci inni 
będą wyglądać jak banda głupców.

Przez   głowę   Pierwszego   Detektywa   przeleciał   błysk   przypomnienia.   Łysa   Czaszka.   Jego 

jajowata, twarda głowa. Idiotyczny śmiech. Łysa Czaszka wykręcający mu rękę i wkładający 
zdechłą mysz do woreczka śniadaniowego.

Umysł   Jupitera   pracował   na   przyspieszonych   obrotach,   kiedy   patrzył   na   uśmiechniętą, 

przyjazną twarz Miltona Glassa.

— A pierwsza nagroda, Jupiterze — powiedział Milton Glass tonem zachęty — pierwsza 

nagroda w tym konkursie wynosi aż dwadzieścia tysięcy dolarów.

background image

ROZDZIAŁ 2

Niespodzianka w Studiu Numer Dziewięć

Limuzyna musiała zatrzymać się przed bramą wytwórni filmowej, znajdującej się na ulicy 

Winnej w Hollywoodzie. Umundurowany strażnik skinął kierowcy przyjaźnie głową, a następnie 
podszedł do samochodu, żeby sprawdzić imiona chłopców na liście.

—  Jupiter  Jones  —  powiedział  Jupe  dobitnie.   Powziął  stanowczą   decyzję,  że   nie  będzie 

tolerował żadnych bzdur w rodzaju nazywania go Małym Tłuścioszkiem.

— Jones Jupiter. — Strażnik rzucił okiem na listę. — Ulica Wschodzącego Słońca numer 

czterdzieści pięć w Rocky Beach. Zgadza się?

— Tak — przyznał Jupiter.
Strażnik kiwnął głową. Teraz przyszła kolej na dwóch pozostałych detektywów.
— Pete Crenshaw.
— Bob Andrews.
Strażnik   znalazł   ich   nazwiska   i   adresy   i   ponownie   kiwnął   głową.   Następnie   zatknął   za 

wycieraczkę samochodu małą, białą karteczkę, którą Jupe rozpoznał jako przepustkę do studia.

— Studio Numer Dziewięć — powiedział, kierując ich do środka.
Kierowca limuzyny jechał wolniutko długą ulicą. Po drodze minęli Nowojorską Bibliotekę 

Publiczną, starą Operę w San Francisco i Krzywą Wieżę z Pizy.

Bob i Pete wyciągali szyje, patrząc z zaciekawieniem na wszystkie te sławne budynki, które 

kolejno ukazywały się ich oczom. Ale Jupe doskonale wiedział że to wcale nie były prawdziwe 
domy, a jedynie fałszywe fasady, poza którymi nic się nie kryło.

Siedząc na tylnym fotelu długiego, czarnego pojazdu, Jupe nawet nie zadał sobie trudu, żeby 

patrzeć przez okno.

Szef   reklamy.   Milton   Glass,   przysłał   limuzynę   po   Jupe’a   do   składu   złomu   Jonesów. 

Samochód wraz z kierowcą miał pozostawać do dyspozycji chłopca przez dwa dni nagrywania 
kwizu, które rozpoczynało się już następnego dnia w stacji telewizyjnej w Hollywoodzie.

Wujek Tytus i ciocia Matylda zostali zaproszeni na wspólny lunch w studiu ale żadne z nich 

nie miało ochoty przyjść.

— Nie mam nic przeciwko filmom — powiedziała ciocia Matylda przepraszająco. — Wiele z 

nich bardzo lubię. Ale to jest jak z kiełbasami Jupiterze. Po prostu w ogóle mnie nie interesuje, 
skąd się biorą i jak zostały zrobione.

Wujek Tytus był tego samego zdania. Za to Bob i Pete aż podskoczyli z radości na wieść o 

tym, że będą mieli okazję zobaczyć, co się dzieje za kulisami filmowego studia. Jupe się również 
ucieszył. Obecność dwóch pozostałych detektywów dodawała mu otuchy, w ich towarzystwie 
czuł się bardziej sobą.

Kierowca limuzyny posłusznie przestrzegał ograniczeń szybkości i pojazd w żółwim tempie, 

z prędkością około dziesięciu kilometrów na godzinę, wlókł się drogą. Nagle zatrzymał  się. 
Pochylony do przodu Jupe pomyślał, że dotarli wreszcie do studia dźwiękowego, gdzie miał się 
odbyć   lunch.   Ale   samochód   stanął   przed   szeregiem   wigwamów.   Dwaj   rzymscy   żołnierze, 
uzbrojeni w włócznie i tarcze, przechadzali się nie opodal namiotów.

Kierowca, który przedstawił się chłopcom jako Gordon Harker, opuścił szybę samochodu.
— Przepraszam bardzo, czy mogą  mi  panowie powiedzieć,  jak mam dojechać do Studia 

Numer Dziewięć? — zapytał jednego z żołnierzy.

background image

Równie   dobrze   mógł   uzyskać   tę   informację   od   Jupe’a.   W   Studiu   Numer   Dziewięć   były 

nagrywane wszystkie odcinki Małych Urwisów. Ale tym razem Jupe wyjątkowo nie miał ochoty 
popisywać się swoją wiedzą.

W ogóle nie było mu spieszno do studia i do spotkania z Łysą Czaszką, Platfusem i resztą.
— Pojedzie pan prosto ulicą w dół — powiedział rzymski żołnierz, pokazując drogę ręcznie 

skręconym papierosem.

— Nie może go pan nie zauważyć — dodał drugi z żołnierzy.
Kierowca   podziękował   i   odjechał.   Rzymianie   mieli   rację.   Olbrzymi   biały   budynek, 

przypominający   hangar   samolotowy,   z   dobrze   widoczna   wielką   cytrą   dziewięć,   ukazał   się 
wkrótce ich oczom.

Szofer wyskoczył i otworzył Trzem Detektywom drzwiczki samochodu.
Jupe   podziękował   mu   i   przypatrzył   się   uważnie   temu   wysokiemu   dobrze   zbudowanemu 

młodemu mężczyźnie w eleganckim mundurze i czapce z daszkiem jak to było w jego zwyczaju. 
Jupe   ogarnął   wprawnym   okiem   detektywa   całą   postać   Gordona   Harkera,   od   starannie 
wyczyszczonych   butów   aż   po   inteligentną,   murzyńską   twarz   o   regularnych   rysach   i  proste, 
ciemne włosy.

Do Studia Numer Dziewięć wchodziło się przez wąskie, solidne obite drzwi. Przymocowana 

do metalowego uchwytu potężna kłódka była teraz otwarta i zwisała z ciężkiego kółka. Jupe 
wpatrywał się zupełnie mechanicznie w dwa czerwone światełka. Pamiętał, że kiedy się palą, nie 
wolno otwierać drzwi. Jest to bowiem sygnał, że w studiu odbywają się nagrania i kamery są w 
akcji. Przypominał sobie powoli to wszystko, wszystkie te przepisy i zwyczaje studia, w którym 
grywał jako dziecko. Dałby wiele za to, żeby te wspomnienia nie były aż tak żywe.

Wkrótce zapaliło się zielone światełko. Jupe popchnął drzwi i wkroczył do środka, a tuż za 

nim podążyli Pete i Bob.

A wtedy wspomnienia ożyły jeszcze bardziej. Zapach świeżej farby i rozgrzanego metalu, 

suche ciepło lamp łukowych, a przede wszystkim ten chór podniesionych głosów i powitanie, 
którego miał nadzieję już nigdy nie usłyszeć.

— Witaj, Mały Tłuścioszku! — krzyczano ze wszystkich stron.
Jupe’a otoczyła grupa fotografów prasowych. Przez parę minut stał cierpliwie pod obstrzałem 

błyskających fleszów.

I przez cały ten czas musiał wysłuchiwać nudnych, okropnych poleceń.
— Uśmiechnij się, Mały Tłuścioszku!
— Popatrz w tę stronę, Mały Tłuścioszku!
— Jeszcze raz, Mały Tłuścioszku!
Wreszcie byli gotowi. Wysoki, uśmiechnięty Milton Glass utorował sobie drogę wśród tłumu 

i położył swoją niedźwiedzią łapę na ramionach Jupe’a.

—   Jupiterze   —   powiedział   serdecznie.   —   Jupiterze   Jonesie.   Chodź   i   przywitaj   się   z 

pozostałymi Małymi Urwisami.

W   końcu   budynku   znajdowała   się   ogromna,   jasna   oświetlona   kuchnia.   Jupe   wiedział 

oczywiście, że nie była prawdziwa. Na kuchence nie można było gotować, a z kranu nad zlewem 
nie   ciekła   woda.   Jedynie   długi   stół,   przy   którym   pracowicie   krzątali   się   kelnerzy,   zajęci 
przygotowaniami do lunchu, nie był częścią tego iluzorycznego, filmowego świata.

Milton Glass przyprowadził Jupe’a i jego dwóch kolegów detektywów do końca stołu, przy 

którym  trójka młodych  mężczyzn  rozmawiała  z bardzo atrakcyjną  młodą  kobietą  o długich, 
ciemnych włosach.

Wszyscy  przestali  rozmawiać  i wpatrywali  się w nadchodzącego  Jupe’a. Jupe też  się im 

background image

przyglądał. Nie był pewien, czego właściwie oczekiwał.

Przez długie lata nosił w pamięci obraz pozostałych Małych Urwisów. Ale pamiętał, jacy byli 

w tamtych czasach. Łysa Czaszka i jego jajowata głowa i idiotyczny uśmiech. Platfus o zmiętej 
twarzy, przypominającej małe, kwaśne jabłko i o nieproporcjonalnie dużych dłoniach stopach. 
Ogar z długim, wywalonym jak u psa jęzorem i ponurymi, sennymi oczami. Śliczna Peggy i jej 
ciemna, równiutko obcięta grzywka, zdobiąca małą, spiczastą twarz.

Teraz patrzył na czwórkę zupełnie mu nie znanych, dorosłych ludzi. Jeden z nich, przystojny 

młody mężczyzna w skórzanej kurtce i długich do ramion jasnych włosach, zakrywających uszy, 
podniósł rękę w geście powitania.

— Cześć — powiedział. — Widzę, że też cię w to wrobili, co?
Jupe przytaknął i popatrzył na kowbojskie buty, które tamten miał na sobie. Wyglądały na 

zadziwiająca małe w stosunku do sylwetki chłopaka, bo mógł on mieć jakieś sto osiemdziesiąt 
centymetrów wzrostu. A więc to na pewno nie był Platfus. I z całą pewnością nie Ogar, bo 
siedzący najbliżej chłopaka młody mężczyzna miał w dalszym ciągu nieco obwisłe powieki, 
chociaż twarzy nie szpecił mu już wywalony jak u psa język. No i poza tym nie wyglądał w 
ogóle na ponuraka.

Młodzieniec o ostrym wyglądzie, w skórzanej kurtce ręcznie szytych butach musiał być Łysą 

Czaszką.

Jupe pozdrowił pozostałych dwóch Urwisów i w skrytości ducha rozpoznał ich jako Platfusa i 

Ogara. Zmienili się bardzo, podobnie jak Łysa Czaszka.

Dłonie i stopy Platfusa sprawiały nadal wrażenie nieco za dużych, ponieważ on sam był niski 

i   dosyć   chudy.   Ale   jego   twarz   nie   przypominała   już   pomarszczonego   jabłka,   co   było 
charakterystyczną cechą wyglądu chłopca, gdy był małym aktorem. Różowe policzki i pełne 
wdzięku   oczy   Platfusa   przywodziły   Jupe’owi   na   myśl   tych   sympatycznych   młodych   ludzi, 
którzy obsługiwali kasy w supermarkecie w Rocky Beach.

Ogar przypominał  Jupe’owi młodego  biznesmena  na kierowniczym  stanowisku. Brązowe, 

króciutko ostrzyżone włosy, koszula z przypiętym na guziki kołnierzykiem i dobrze skrojona 
marynarka nadawały mu wygląd energicznego, przedsiębiorczego człowieka. Aż trudno było 
uwierzyć, że to ten sam ponury dzieciak, który kiedyś grał głupkowatego Ogara.

Jupe odwrócił się i patrzył teraz na młodą kobietę, ubraną w elegancki, brązowy kostium. Jej 

twarz zachowała kształt serca, a ciemnoniebieskie oczy, tak jak dawniej, były okolone gęstymi 
rzęsami. Ale gdyby ją spotkał na ulicy, nigdy by nie pomyślał, że to Śliczna Peggy.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
— Cieszę się, że przyszedłeś, Jupe — powiedziała. — Nie masz chyba nic przeciwko temu, 

że nazywam cię Jupe’em, prawda?

— Oczywiście, że nie. — Jupe był zadowolony, że pamiętała jego prawdziwe imię.
—   A   ty   nazywaj   mnie   Peggy.   Do   licha   z   tą   Śliczną.   Latami   próbowałam   wymazać   ten 

przydomek z pamięci. Po prostu Peggy. W porządku?

—   Nie   ma   sprawy.   —   Jupe   poszukał   wzrokiem   Boba   i   Pete’a,   żeby   ich   przedstawić 

dziewczynie i pozostałym Urwisom. Ale tamci już wyszli z kuchni i byli teraz zajęci rozmową z 
Miltonem   Glassem   i   ze   szczupłym,   siwowłosym   mężczyzna   stojącym   tuż   obok   kamery 
telewizyjnej. Jego twarz wydawała się Jupe’owi znajoma, ale nie mógł sobie przypomnieć, kim 
on właściwie był.

— A teraz, kiedy wszyscy już tutaj jesteśmy — Łysa Czaszka dotknął Jupe’a wyciągniętą 

ręką, zachęcając go, żeby przyłączył się do grupy — miałbym pewną propozycję. Coś bardzo 
ważnego dla każdego z nas.

background image

— Ale jeszcze nie jesteśmy w komplecie — zwróciła mu uwagę Peggy — Ciągle czekamy na 

Naleśnika.

— Naleśnik nie przyjdzie — powiedział Platfus.
— Dlaczego nie przyjdzie? — W głosie Peggy można było wyczuć rozczarowanie.
Jupe był również rozczarowany. Ze wszystkich Małych Urwisów najbardziej lubił właśnie 

Naleśnika. Czarnoskóry chłopiec był jedynym członkiem bandy (z wyjątkiem Peggy), który mu 
nie dokuczał i nie traktował go jako małego, uciążliwego grubaska.

— Albo nie udało im się go znaleźć, albo nie mógł przyjść —powiedział Łysa Czaszka, 

wzruszając ramionami.

—   No   więc   zebraliśmy   się   tutaj   wszyscy   —   kontynuował   Łysa   Czaszka   —   Z   jednego 

powodu. — Chłopak postukał palcem po wewnętrznej kieszonce skórzanej kurtki. — Chodzi o 
forsę. O grube pieniądze. No nie?

— Tak — zgodził się z pewnym wahaniem Ogar.
— Noo, owszem — powiedział Platfus. — To naprawdę jedyny powód naszego spotkania.
Peggy przytaknęła z poważną miną.
— A co ty? — Łysa Czaszka patrzył wyczekująco na Jupe’a. Ale Jupe się wahał. Oczywiście, 

bardzo by chciał  wygrać  dwadzieścia tysięcy dolarów. Mógłby odłożyć  pieniądze  na dalszą 
naukę w college’u. Nie była to jednak cała prawda. Jupe nie przyszedł na to spotkanie i nie 
wyraził zgody na uczestnictwo w telewizyjnym kwizie tylko i wyłącznie z powodu pieniędzy. 
Powziął tę decyzję, żeby się odegrać na tych nicponiach, którzy zatruwali mu życie, kiedy był 
trzyletnim dzieckiem. Ale to nie był odpowiedni moment na tego rodzaju wyjaśnienia.

— Tak, racja — powiedział.
— Jak wiecie — mówił dalej Łysa Czaszka — program naszego spotkania przewiduje, że po 

lunchu zostajemy tutaj, żeby sobie trochę pogawędzić o starych, dobrych czasach. Zgoda?

Peggy znowu przytaknęła.
Może   to   były   stare,   dobre   czasy,   pomyślał   Jupe.   Ale   wiele   dobrego   nie   mógłby   o   nich 

powiedzieć. Dlatego milczał.

— A nasz sympatyczny reżyser, który stoi, o właśnie tam — Łysa Czaszka pstryknął palcem 

w kierunku siwowłosego mężczyzny — będzie nas nagrywał w czasie tej przyjaznej pogawędki. 
W ten sposób pokażą nas w telewizji jeszcze przed właściwym kwizem.

Jupe   zerknął   szybko   przez   ramię.   Teraz   przypomniał   sobie,   kim   był   ten   siwowłosy 

mężczyzna. Nazywał się Luther Lomax i reżyserował wszystkie odcinki Małych Urwisów. Nic 
dziwnego, że go nie poznałem, pomyślał Jupe. Luther Lomax zmienił się jeszcze bardziej niż 
Małe Urwisy. Jupe pamiętał go jako wysokiego mężczyznę o dużym autorytecie, który trzymał 
wszystkich krótko i wydawał polecenia tonem poskramiacza lwów. „Światło, kamera, akcja” 
miał w zwyczaju krzyczeć. Teraz był przygarbiony i wyglądał na starego, zmęczonego życiem 
człowieka.

—   A   więc   tak   —   kontynuował   Łysa   Czaszka.   —   Jeśli   chcą,   żebyśmy   wystąpili   w 

telewizyjnym programie, to muszą nam za to zapłacić. No nie?

Przytaknęli wszyscy z wyjątkiem Jupe’a.
— No, a  co ty?  — domagał  się wyjaśnień  Łysa  Czaszka. — Co masz  na ten  temat  do 

powiedzenia?

Jupe   myślał   intensywnie.   Zgoda   na   propozycję   Łysej   Czaszki   byłaby   jednoznaczna   z 

uznaniem go za przywódcę i rzecznika grupy.  Kiedyś w przeszłości był on również szefem 
bandy tych wstrętnych dzieciaków, którzy stroili niewybredne żarty z małego Jupe’a.

Myśl,   że   miałby   się   ponownie   podporządkować   rządom   Łysej   Czaszki,   była   zupełnie 

background image

sprzeczna z charakterem Jupitera. Będąc Pierwszym Detektywem, przyzwyczaił się do tego, że 
jeśli nawet nie wydawał bezpośrednio rozkazów pozostałym detektywom, to w każdym razie 
podejmował za nich większość decyzji.

Z drugiej strony propozycja Łysej Czaszki była zupełnie niezła. Jeśli naprawdę mieli wystąpić 

w talk show jeszcze przed rozpoczęciem właściwego kwizu, to było całkiem w porządku, że 
otrzymają za to forsę. I to nawet jeśli ich udział miał się ograniczyć tytko do rozmowy.

Jupe przytaknął.
Łysa Czaszka włożył dwa palce do ust i przenikliwie zagwizdał.
— Halo, panie Glass — krzyknął przez całą salę.
Szef reklamy podszedł do nich. A na jego twarzy, tak jak zwykle, gościł czarujący uśmiech. 

Reżyser, Luther Lomax, podążył pokornie w ślad za nim. Zupełnie niczym stary, posłuszny pies 
za swoim panem, pomyślał Jupe.

— Czym wam mogę służyć? — zapytał grzecznie Milton Glass.
Łysa Czaszka jasno i zwięźle wyłożył mu całą sprawę. Każdy z nich domaga się stu dolarów 

za występ w talk show.

— I to w formie honorarium — dodał Łysa Czaszka. — Tak, żeby nie było żadnego podatku 

dochodowego. Płatne gotówką.

Opaloną twarz Miltona Glassa stale rozjaśniał uśmiech, ale na czole pojawiła mu się drobna 

zmarszczka.

— Obawiam się, że to niemożliwe — powiedział. — Nasze studio miało wiele wydatków w 

związku z lunchem. I jeszcze przygotowaliśmy dla każdego z was kosztowny prezent za udział 
w spotkaniu.

— Jaki prezent? — zapytała Peggy.
— I jaką on ma wartość? — chciał się dowiedzieć Platfus.
— To tajemnica, Peggy — odwrócił się do niej z uśmiechem Milton Glass. — Ale wszystko 

jest już gotowe i czeka na was, o właśnie tutaj — pokazał ręką w kierunku drzwi do kuchni. — 
Jestem przekonany, że prezenty przypadną wam do gustu. — Zrobił krótką przerwę. —Niestety 
nie ma mowy o honorarium za udział w talk show — dodał zdecydowanie.

— W porządku. — Łysa Czaszka nawet nie wzruszył ramionami. — Nie będzie forsy, nie 

będzie występu.

Milton Glass próbował go przekonać. Łysa Czaszka odmówił jednak jakiejkolwiek dyskusji 

na ten temat.

— Nie będziemy z panem negocjować, bo i nie ma o czym.
Glass nie przestawał się uśmiechać, ale jego głos nie był już taki uprzejmy.
— To szantaż — podkreślił z naciskiem. — Zwykły, ordynarny szantaż.
— Oczywiście. — Łysa Czaszka odwzajemnił mu uśmiech i Jupe zauważył, że Platfus i Ogar, 

i nawet Peggy byli rozbawieni sytuacją. — I dlatego będzie pan nam musiał zapłacić.

Milton   Glass   jeszcze   próbował   się   bronić   ale   Jupe   widział,   ze   już   wkrótce   się   podda. 

Perspektywa   otrzymania   stu  dolarów  była   nie  do  pogardzenia.  Pójdą  one  do  wspólnej  kasy 
Trzech Detektywów. Opłaci za nie telefon w Kwaterze Głównej i jeszcze mu zostanie na zakup 
nowego sprzętu, z którym chętnie chciałby poeksperymentować. Ale to nie myśl o pieniądzach 
zaprzątała w tej chwili jego umysł.

Zaczynał teraz widzieć Małych Urwisów w nowym świetle, jakże różnym od tego sprzed lat. 

Powoli docierało do niego, ze bardzo wydorośleli, i to w zupełnie nieoczekiwany sposób.

Byli  obecnie  grupą twardych,  zdecydowanych  na wszystko  młodych  ludzi.  Takich,  co to 

potrafią wykorzystywać swój talent doświadczenie w walce o wytknięty sobie cel — pieniądze.

background image

I jeżeli teraz są gotowi walczyć tak zażarcie o sto dolarów to tym bardziej w bój o główną 

wygraną — dwadzieścia tysięcy dolarów — rzucą się z zapałem i bezwzględnością, niczym 
zgraja młodych wilków. Żeby pobić takich rywali, Jupe musi użyć całej swojej inteligencji i 
odwagi. To wcale nie będzie takie łatwe, jak obiecywał Milton Glass.

Jupe zrozumiał, że już dłużej nie czuje nienawiści do Małych Urwisów. Aż trudno mu było 

uwierzyć, że to ci sami ludzie, którzy wiele lat temu poniżali go i stroili z niego głupie żarty.  
Żądza zemsty powoli w nim wygasała. Ale nie osłabła chęć wygrania kwizu.

Było bowiem typowe dla Jupe’a, że zawsze przyjmował rzucone mu wyzwanie. Pierwszy 

Detektyw miał teraz wrażenie, ze już wkrótce stanie przed jednym z najtrudniejszych zadań w 
swoim życiu.

background image

ROZDZIAŁ 3

Czwórka Urwisów i złodziej

Stół  po lunchu  uprzątnięto   i wyniesiono.  Jego  miejsce  zajęły fotele  obrotowe,  ustawione 

półkolem w filmowej kuchni.

Milton Glass był gospodarzem spotkania i siedział pośrodku, mając z jednej strony Peggy, a z 

drugiej Łysą Czaszkę. W jednym  końcu posadzono Jupe’a, a obok niego Ogara. Platfusowi 
wyznaczono miejsce w drugim końcu.

Zapalono   światła   łukowe.   Oświetlały   one   twarz   Jupe’a   mocnym   blaskiem,   niczym   tuzin 

sztucznych słońc. Chłopiec zjadł bardzo niewiele w czasie lunchu, tylko udko kurczaka na zimno 
i trochę sałatki pomidorowej. Chociaż zazwyczaj odznaczał się wyśmienitym apetytem, musiał 
niemalże zmuszać się do przełknięcia tych kęsów. Nie z powodu nerwów. Jupe nie miał większej 
tremy niż wtedy, kiedy grywał jako dziecko. Siedząc w jasnym cieple lamp, a przed sobą mając 
czujne obiektywy kamer telewizyjnych, Pierwszy Detektyw czul, że wracają mu jego wrodzone 
zdolności aktorskie. Podobnie musi to przeżyć dobry pływak, dając nura do głębokiej wody.

Nie, brak apetytu miał inną przyczynę. Umysł Jupe’a pracował zbyt intensywnie, by można 

go  było  zaprzątać   jedzeniem.   Chłopiec  nie   zaprzestał  swych   rozmyślań   nawet  wtedy,  kiedy 
siedzący w pokoju mikserskim Luther Lomax dał sygnał do rozpoczęcia programu.

Chodziło a to, że Jupe powziął plan, który mógłby mu pomóc w wygraniu kwizu. Strategia 

chłopca   miała   duże   szanse   powodzenia,   również   z   powodu   jego   zachowania   od   chwili 
przekroczenia studia dźwiękowego. Nie była to wcale zamierzona taktyka. Po prostu tak się 
złożyło, że Jupe prawie z nikim nie zamienił słowa.

Wszystkie pozostałe Małe Urwisy zabierały głos w dyskusji. Ale Jupe się do niej nie włączał. 

Tylko się przysłuchiwał.  I dlatego czuł, że w ten sposób sporo się dowie o Łysej  Czaszce, 
Platfusie i Ogarze. O tym, jacy oni teraz są. Sam Jupe pozostanie zaś dla nich w dalszym ciągu 
wielką niewiadomą.

— Dobry wieczór — powiedział Milton Glass czarującym głosem gospodarza studia.
Rozpoczął się talk show. Trzy kamery telewizyjne filmowały spotkanie, a siedzący w pokoju 

mikserskim Luther Lomax naciskał na guziki, patrząc na monitor, i wybierał najbardziej udane 
ujęcia.

— Zapraszam was na spotkanie ze starymi przyjaciółmi — kontynuował powitanie Milton 

Glass. — Przez wiele tygodni oglądaliście ich w naszej stacji telewizyjnej i napisaliście do nas 
mnóstwo listów. Pytaliście w nich, co się stało z naszymi  bohaterami, jak się potoczyły ich 
dalsze losy. A teraz będziecie mieli okazję sami się o tym dowiedzieć. Bo już za chwilę ujrzycie 
ich na ekranie.

Milton Glass zrobił króciutką przerwę, ukazując swe olśniewająca białe zęby w uśmiechu.
— Oto oni — Małe Urwisy!
W trakcie powitalnej mowy Glassa, na białej ścianie pojawiło się grupowe zdjęcie Urwisów 

sprzed   lat.   Milton   Glass   pospieszył   z   wyjaśnieniem,   że   niestety   brakuje   wśród   nich   dzisiaj 
jednego   z   Małych   Urwisów,   młodego   mężczyzny,   który   grywał   Naleśnika.   Studio   zrobiło 
wszystko, żeby go odnaleźć, ale wygląda na to, że opuścił on Kalifornię i wszelki ślad po nim 
zaginął.

— Może siedzi w kiciu — podpowiedział usłużnie Łysa Czaszka.
Milton   Glass   skwitował   tę   uwagę   lekko   zakłopotanym   uśmiechem.   Następnie   kolejno 

background image

poprosił Urwisów, żeby się przedstawili telewidzom.

Jako pierwsza rozpoczęła prezentację Peggy.
— Nazywano mnie Śliczną Peggy — powiedziała. — Ale to było dawno temu. I jak sami 

teraz widzicie, obecnie jestem tylko Peggy.

— Ależ, co ty mówisz, Peggy. — Glass uśmiechnął się do niej. — Nie bądź taka skromna. 

Jesteś w dalszym ciągu śliczna jak z obrazka.

Peggy nie odwzajemniła mu uśmiechu.
— Wie pan, tak się jakoś składa, że obecnie wolę zbierać komplementy za moją inteligencję 

— powiedziała.

Na   gust   Jupe’a,   śmiech   Miltona   Glassa   zabrzmiał   nieco   sztucznie.   Pierwszy   Detektyw 

wyciągnął się w fotelu i popatrzył poza kamery,  na zebranych na skraju sceny elektryków i 
maszynistów. Zobaczył wśród nich Boba i Pete’a. Jupe wiedział, że nie był jeszcze w zasięgu 
żadnej z kamer,  ponieważ następny w kolejności miał  być  Łysa Czaszka. Dlatego wzruszył 
nieznacznie ramionami i zamrugał do kolegów.

Uprzedzał ich w ten sposób, żeby nie byli zdziwieni tym, co będzie robić albo mówić, kiedy 

przyjdzie jego kolej. Wydawało mu się, że Bob swoimi okularami sygnalizuje mu poparcie.

Spojrzenie   Jupe’a   powędrowało   teraz   w   prawo   i   chłopiec   zauważył   tam   jeszcze   jedną 

znajomą   twarz.   Był   to  Gordon   Harker,   wysoki,   czarnoskóry  szofer,   który   przywiózł   ich   do 
studia.   Mężczyzna,   szedł   cicho   w   kierunku   sterty   nie   wykorzystanych   lamp   łukowych, 
osadzonych na długich, metalowych prętach.

— Ja byłem tym ogolonym łebkiem w serialu — powiedział Łysa Czaszka. — Przydzielono 

mi   rolę   kompletnego   idioty.   —   Chłopak   popatrzył   na   Miltona   Glassa   ostrym,   twardym 
wzrokiem. — Czy zechciałby pan powiedzieć, że bardzo się zmieniłem?

Trzeba przyznać, że nieźle się trzymasz, Glass, pomyślał Jupe. Gospodarz programu ani na 

sekundę   nie   stracił   swego   dobrego   humoru.   Nie   zwracając   uwagi   na   jawną   wrogość   Łysej 
Czaszki, uśmiechał się do niego, jakby tamten był jego najserdeczniejszym przyjacielem.

— Nazywano cię Łysą Czaszką, prawda? — zapytał swoim czarującym głosem.
— Zgadza się. Ale być może moja głowa nie była taką pustą skorupą, jak to wyglądało w 

serialu. Niewykluczone, że byłem po prostu dobrym aktorem. Nawet diablo dobrym.

Teraz przyszła kolej na Ogara i Platfusa. Jeden i drugi powiedzieli swoje filmowe imiona 

takim beznamiętnym głosem, jakby podawali numery telefonów.

— Ogar.
— Platfus.
Milton Glass próbował wyciągnąć coś więcej od Platfusa.
— Dlaczego właśnie Platfus? Dlaczego nazywano cię Platfusem?
— Po prostu nadano mi taki przydomek.
— No tak. Ale dlaczego?
— Bo tak było napisane w scenariuszu.
Uśmiech Miltona Glassa przygasł nieco, ale tylko na chwilę.
Wreszcie przyszła kolej na Jupe’a.
— Nazywam się Ju-Ju-Jupiter Jones — wyjąkał.
— Tak, teraz. Ale jak się wtedy nazywałeś?
— Ju-Ju-Jupiter Jones. Zawsze byłem Jupiterem Jo-Jo-Jonesem.
Jupiter marszczył czoło w zakłopotaniu. Jako detektyw uznawał często za pożyteczne udawać 

głupiego. Był naprawdę dobry w tej roli. Ale nigdy nie odgrywał jej tak po mistrzowsku jak 
teraz. Włożył cały swój talent aktorski w to, żeby wyglądać na głupca, nie będącego w stanie 

background image

zrozumieć   zadawanych   mu   pytań.   Kiedy   Milton   Glass   zapytał   go   kogo   grywał   w  Małych 
Urwisach, 
Jupiter popatrzył na niego bezmyślnym wzrokiem i potrząsnął głową.

—   Byłem   tylko   dzie-dzie-dzieckiem   —   wydusił   z   siebie   wreszcie.   —   Niewiele   z   tego 

pamiętam.

Gospodarz programu był w końcu zmuszony sam dokonać prezentacji.
— Jupiter Jones był  Małym  Tłuścioszkiem  — oświadczył.  — zdaniem wielu najlepszym 

aktorem wśród Małych Urwisów.

Po   zakończeniu   rundy   prezentacyjnej   Milton   Glass   zaczął   zadawać   gościom   pytania 

dotyczące ich aktualnego zajęcia.

— Jestem recepcjonistką, pracuję w San Francisco — powiedziała Peggy. 
— Z całą pewnością jesteś bardzo dobrą recepcjonistką. To musi podnosić ludzi na duchu, 

kiedy   po   wejściu   do   biura   widzą   twoją   śliczną   buzię.   Jestem   przekonany,   że   obdarzają   cię 
mnóstwem uśmiechów.

— Tego bym nie powiedziała. — Peggy potrząsnęła przecząco głową. — Czy pan widział, 

żeby ktokolwiek się uśmiechał w gabinecie dentystycznym?

Wydawało się, że Glass utknął na ślepym torze. Spróbował więc z innej beczki.
— Tak więc nie kontynuowałaś swojej kariery w branży rozrywkowej. — Słowa Glassa były 

jak zwykle opromienione uśmiechem. — po prostu zrezygnowałaś ze wszystkiego.

—   To   raczej   ze   mnie   zrezygnowano   —   poprawiła   go   Peggy   spokojnie.   —   Od   kiedy 

skończyłam dziesięć lat nie zaproponowano mi pracy w żadnym filmie.

— Domyślam się, że twoi rodzice woleli żebyś  chodziła do szkoły, prowadziła normalne 

życie...

Peggy ponownie potrząsnęła przecząco głową.
— Nie. Wręcz przeciwnie. Zawsze robili wszystko, żebym znowu została aktorką. A zresztą 

od czasów serialu i tak nie mogłam żyć normalnie.

Glass nie zapytał dziewczyny, co było tego przyczyną. Peggy sama udzieliła mu odpowiedzi.
—   Przez   wiele   lat   ludzie   rozpoznawali   mnie   na   ulicy.   Czy   to   ty   grałaś   Śliczną   Peggy? 

Pamiętam ciebie doskonale. Byłaś taka słodka. W końcu bałam się wychodzić z domu. A w 
szkole było jeszcze gorzej. Czy mam panu powiedzieć prawdę?

Gospodarz   programu   przytaknął,   chociaż   jego   spojrzenie,   zdaniem   Jupe’a,   zdradzało,   że 

prawda jest ostatnią rzeczą pod słońcem, którą Milton Glass chciałby usłyszeć.

— Jeśli kiedykolwiek będę miała dziecko, to wolę, żeby zostało grabarzem niż aktorem. To 

jest solidniejsza praca i ma większą przyszłość.

— Jeśli już o tym mówimy — powiedział Milton Glass, wykorzystując okazję do zmiany 

tematu — czy masz jakieś konkretne plany na przyszłość, Peggy?

Po raz pierwszy Peggy uśmiechnęła się do niego.
— Chciałabym pójść do collegeu, jeśli mi się uda odłożyć dostatecznie dużo pieniędzy. Mam 

już   serdecznie   dosyć   bycia   tylko   wyłącznie   ładną   dziewczyną.   Chciałabym   zdobyć 
wykształcenie, żeby móc robić coś interesującego pożytecznego.

— Z pewnością ci się to uda.
Milton Glass z uśmiechem ulgi obrócił się w fotelu w stronę Łysej Czaszki. Jeśli sądził, że 

będzie miał z nim łatwiejsze i przyjemniejsze zadanie niż z Peggy, to przekonał się wkrótce o 
swojej pomyłce. Okazało się, że chłopak pracuje jako mechanik w warsztacie. Upierał się teraz, 
żeby szczegółowo opisać swoją pracę.

— No i leżę na plecach pod samochodami innych ludzi. Olej leje mi się do oczu, smar dostaje 

się pod paznokcie i moje ręce są tak cholernie zmęczone od dłubania w tych gratach...

background image

—   Czy   miałbyś   ochotę   powrócić   do   filmu?   —   Glass   próbował   skierować   rozmowę   na 

bardziej eleganckie tory. — Sam przecież przyznałeś, że byłeś całkiem dobrym aktorem jako 
dziecko.

— Powrócić do filmu. — Łysa Czaszka wymówił te słowa w taki sposób, jakby chciał nimi 

opluć Miltona Glassa. — Czy pan wie, ilu bezrobotnych aktorów włóczy się po mieście?

Wyglądało na to, że Glass nie ma o tym pojęcia. A nawet jeśli miał, to w każdym razie nie 

wykazywał ochoty, żeby o tym mówić.

— Czy miałeś podobne problemy jak Peggy? — szef reklamy zmienił temat rozmowy. — To 

znaczy, czy ludzie też rozpoznawali cię na ulicy?

Łysa Czaszka przyznał, że uniknął tego rodzaju problemów.
— Kiedy studio przestało golić mi głowę, zapuściłem sobie włosy, żeby schować pod nimi 

moje sławne uszy. I to zmieniło tak bardzo mój wygląd, że nawet rodzona matka nie byłaby w 
stanie mnie rozpoznać.

Milton   Glass   nie   zapytał   chłopaka   o   jego   plany   na   przyszłość.   Zdaniem   Jupe’a   było   to 

całkiem   zbyteczne.   Pierwszy   Detektyw   domyślał   się,   co   Łysa   Czaszka   zamierza   robić   w 
najbliższej przyszłości. To pewne, że chce wygrać te dwadzieścia tysięcy dolarów, to nawet jeśli 
miałby osiągnąć cel idąc po trupach.

Gospodarz programu skoncentrował teraz swoją energię na Platfusie i Ogarze. Ogar był przez 

większość   czasu   bezrobotny.   Za   to   Platfus   sprawił   Miltonowi   Glassowi   przyjemną 
niespodziankę. Skończył szkołę średnią i studiował obecnie na pierwszym roku w collegeu.

— Miałem po prostu szczęście — powiedział. — Mój ojciec jest prawnikiem. I szczerze 

mówiąc, nigdy mu tak bardzo nie zależało na tym, żebym był dziecięcym  aktorem. To jego 
klient, który był producentem w studiu, namówił go do tego. Kiedy mój ojciec zorientował się, 
że to taka ciężka harówka, było mu przykro, że mnie w to wciągnął.

Glass spytał go, czy z powodu swojej sławnej twarzy miał jakieś kłopoty w szkole.
— Owszem, przez pewien czas — przypomniał sobie Ogar. — Miałem przecież te senne, psie 

oczy. Ale kiedy zbliżałem się do czternastu lat, moje powieki przestały tak bardzo opadać. No a 
poza tym to ludzie tak już wtedy zapomnieli o Małych Urwisach.

Znowu przyszła kolej na Jupe’a.
— A co ty teraz robisz? — chciał wiedzieć Milton Glass.
Jupe wytrzeszczył na niego zdumione oczy.
— No przecież nic nie robię. Siedzę tutaj — powiedział.
— No tak, ale chciałbym wiedzieć, czym się zajmujesz w zwyczajnym życiu.
— Aha, w życiu — powiedział Jupe. — No, mieszkam w Rocky B-B-Beach.
— Ale co tam robisz?
Jupe   wyglądał   na   zaskoczonego   pytaniem.   Drapał   się   po   głowie   wiercił   się   na   krześle. 

Wreszcie wybąkał, że czasami chodzi na plażę.

— A szkoła? — Wydawało się, że nic nie jest w stanie zgasić promiennego uśmiechu Miltona 

Glassa, ale w jego głosie można było wyczuć wyraźną nutę zniecierpliwienia.

— N-n-nie w czasie wakacji — poinformował go Jupe.
Glass zrezygnował z dalszych pytań. Nie interesowały go również plany Jupe’a na przyszłość.
Pierwsza część spotkania skończyła się, ale zostało jeszcze sześć minut do końca programu.
Glass uśmiechnął się w kierunku kamer.
— A teraz chciałbym  zadać naszym  gościom parę pytań dotyczących  przeszłości. Jestem 

pewien, że wszyscy mają nam do opowiedzenia jakieś zabawne i ciekawe historyjki o tych 
starych czasach, kiedy byli Małymi Urwisami.

background image

I jak poprzednio, Peggy rozpoczęła tę rundę.
—   Najlepiej   albo   może   raczej   najgorzej   zapisała   mi   się   w   pamięci   nasza   fryzjerka. 

Szczotkowała moje włosy tak mocno, że bolała mnie po tym cała głowa.

Łysa Czaszka najwyraźniej pamiętał dzień wypłaty.
— Pieniądze dostawaliśmy w piątek wieczorem. W tamtych czasach płacono nam gotówką. 

Forsa leżała w brązowej kopercie, zabezpieczonej czerwonym paskiem.

— Domyślam się, że to był szczególnie radosny dzień dla ciebie, prawda? — podpowiedział 

mu Milton Glass.

— Nie dla mnie — zaprzeczył Łysa Czaszka. — Dla mojego starego. Jedynie w tym dniu 

pojawiał się w studiu. Oczywiście tylko po to, żeby ograbić mnie z całej forsy.

Platfus pamiętał, że musiał nosić olbrzymie, bezkształtne buty.
— Wypychano je papierowymi chusteczkami do nosa, żeby mi nie spadały z nóg. Ale i tak 

były za luźne i robiły mi się od nich pęcherze.

Ogar pamiętał te dni, kiedy nie musiał pracować w studiu.
— Mój ojciec brał również wolne tego popołudnia i szliśmy wtedy razem na mecz piłkarski 

albo na plażę. Co wam będę mówić. Obaj liczyliśmy z niecierpliwością tygodnie, które dzieliły 
nas od końca kontraktu.

Jupe wyglądał, jakby nie był w stanie niczego sobie przypomnieć.
—   Byłem   tylko   dzie-dzie-dzieckiem.   —   Wytłumaczył,   że   w   ogóle   nie   pamięta,   żeby 

kiedykolwiek grywał w studiu. Nigdy przedtem nie słyszał o Małym Tłuścioszku. Dowiedział się 
o nim dopiero parę tygodni temu, kiedy go zobaczył w telewizji. — I wtedy ktoś mi uświadomił,  
że Mały Tłuścioszek to ja — zakończył swoją historię.

— To musiała być dla ciebie wielka rewelacja — powiedział Glass, zanosząc się sztucznym 

śmiechem.

Użyte przez niego słowo nie było najszczęśliwiej wybrane. Jupe najwyraźniej nie rozumiał, 

co ono oznacza. Kiedy Milton Glass mu to wytłumaczył, do końca programu zostały tylko trzy 
minuty.

Gospodarz programu podniósł się i stanął twarzą w kierunku kamer.
— A teraz przygotowałem dla was niespodziankę — powiedział z promiennym uśmiechem. 

— Jest to nagroda dla Urwisów za występ w naszym talk show. Każdy z was otrzyma w dowód 
wdzięczności prezent od studia. Bardzo proszę, panno Trixie.

Odwrócił lekko głowę w kierunku drzwi do kuchni. Pojawiła się w nich bardzo ładna młoda 

blondynka   w   krótkiej   spódniczce.   Dziewczyna   niosła   duże,   kwadratowe   pudełko,   owinięte 
złocistym papierem.

Wręczyła   je   Miltonowi   Glassowi,   który   rozwiązał   wstążkę   i   zdjął   opakowanie.   Przed 

przystąpieniem do otwarcia pudełka zrobił krótką pauzę.

— Już za chwilę otrzymacie bardzo kosztowne prezenty — oświadczył zgromadzonym w 

studiu Urwisom, ozdabiając swoje słowa niezwykle szerokim i ciepłym uśmiechem. — I mam 
nadzieję, że będą one dla was drogą pamiątką na całe życie.

Zawiesił na chwilę głos, a następnie przystąpił do opisu prezentów.
— A oto srebrne puchary! Z wygrawerowanymi  waszymi  imionami tytułem serialu  Małe 

Urwisy, który dzięki wam stał się takim niebywałym sukcesem.

Glass   zdjął   pokrywkę   i   wręczył   ją   Trixie.   Zajrzał   do   środka.   Włożył   rękę   do   pudełka, 

schwycił je i potrząsnął nim nerwowo. Pudełko wypadło mu z ręki i potoczyło się po podłodze. 
Wreszcie zatrzymało się, otwartą stroną w kierunku kamer.

Nie było w nim śladu po srebrnych pucharach.

background image

Pierwszy Detektyw  obserwował twarz gospodarza programu. I po raz pierwszy,  od czasu 

kiedy Jupe spotkał Miltona Glassa, nie było na niej uśmiechu.

background image

ROZDZIAŁ 4

Światło na scenie

— Po prostu go nie ma — powiedział Bob.
— Jesteś pewien, że to właściwy program? — zapytał Pete.
Bob przytaknął.
— Mieli go pokazać kwadrans przed piątą, tuż przed wiadomościami. Była o tym informacja 

w gazecie. Ale zamiast tego leci stary western.

Kiedy limuzyna odwiozła ich z powrotem do Rocky Beach, Trzej Detektywi skierowali od 

razu swoje kroki ku Kwaterze Głównej.

Pete usadowił się wygodnie w fotelu bujanym.
— Przypuszczam, że postanowili to usunąć z programu po aferze z kradzieżą pucharów. Co o 

tym sądzisz, Jupe?

Jupiter nic nie odpowiedział. Siedział przy biurku, wciśnięty głęboko w krzesło, i skubał 

dolną wargę. Było to jego stare przyzwyczajenie. Twierdził, że pomaga mu w myśleniu, a teraz 
myślał naprawdę intensywnie.

Bob wyłączył  telewizor, nie doczekawszy się zapowiedzianego programu o nazwie Show 

Małych Urwisów. Dwóch galopujących na koniach kowbojów w czarnych kapeluszach zniknęło 
z ekranu.

— Czuję, że są tam w dalszym ciągu — powiedział Jupe w zamyśleniu.
— Kto? — Bob siedział na krześle, opierając się plecami o ścianę.
— Nie kto, tylko co — poprawił go Pierwszy Detektyw. — No przecież tych pięć srebrnych 

pucharów, które zamierzali nam podarować. Są tam w dalszym ciągu.

— Tam, to znaczy gdzie? — zapytał Pete.
— Sprawdzili każdego dokładnie, zanim opuściliśmy Studio Numer Dziewieć — tłumaczył 

mu Jupe. — Skontrolowali również po raz drugi limuzynę, już przy bramie studia. Niezależnie 
od tego, kto zwinął te puchary, nie mógł po prostu w żaden sposób przemycić ich na zewnątrz. A 
więc są tam, ukryte w tym czy innym miejscu w studiu dźwiękowym.

— A tak na marginesie, dlaczego nazywają to studiem dźwiękowym? — chciał się dowiedzie 

Pete.

— Przed wielu laty, kiedy filmy przemówiły ludzkim głosem, wszystkie wytwórnie filmowe 

musiały zadbaćo to żeby stworzyć studia dźwiękoszczelne.

— Wydaje mi się, że masz rację co do tych pucharów — przyznał nade Pete. — Wiedział z 

doświadczenia, że Pierwszy Detektyw prawie nigdy się nie mylił w swoich przypuszczeniach. — 
Ale dlaczego sobie tym zawracasz głowę? Przecież tak naprawdę to ci chyba nie zależy na tym 
pucharze. Co byś zresztą robił z takim kawałkiem srebra?

— Zwłaszcza biorąc pod uwagę twój stosunek do Małych Urwisów — dodał Bob. Chłopak 

uśmiechnął się przypominając sobie występ Jupe’a tego popołudnia. — Świetnie się odegrałeś 
na Miltonie Glassie,   okazując mu, co myślisz o całej tej hecy reklamowej. Byłeś naprawdę 
dobry w roli kretynka.

—   W   ogóle   się   nie   odgrywałem   na   Miltonie   Glassie   —   powiedział   Jupe   poważnie.   — 

Próbowałem po prostu uspokoić Łysą Czaszkę i Ogara.

— W jaki sposób? — Pete nie był całkiem pewien, co jego przyjaciel ma na myśli.
— To jest jak w szermierce — wytłumaczył mu Jupe. — Jeśli myślisz ze twój przeciwnik nie 

background image

odróżnia szpady od pochwy, może to uśpić twoją czujność.

— Wiesz co, wytłumacz to jakoś bardziej po ludzku — poprosił Pete. Jupiter wyrażał się 

czasami w sposób, który był zbyt skomplikowany dla jego kolegów.

— Jeśli pozostali uczestnicy kwizu będą myśleli, że jestem za głupi, żeby pamiętać moje 

własne imię — wyjaśniał mu cierpliwie Jupe — to wtedy uznają mnie za łatwego przeciwnika i 
nie będą wkładać tyle wysiłku w to, żeby ze mną wygrać.

— Aha — powiedział Pete. — Już rozumiem, o co ci chodzi.
Bob czyścił swoje okulary i przytakiwał z uznaniem. Teraz wszystko było zupełnie jasne.
— Myślę jednak — kontynuował swoje rozważania Jupe — że kradzież pucharów zmieniła 

nieco stan rzeczy.

— Uważasz, że mamy się teraz włączyć w tę sprawę jako detektywi. Czy o to ci chodzi, Jupe? 

— zapytał Bob.

Wiedział doskonale, że jeśli Jupe dostał w swoje ręce jakąś sprawę, obojętnie jaką, to nic nie 

było w stanie go od niej oderwać. Pracował nad nią aż do chwili rozwiązania zagadki. Bob 
odczuwał to trochę w taki sam sposób i to samo można było powiedzieć o ostatnim z trójki 
chłopców.   Bądź   co   bądź   nazywali   siebie   Trzema   Detektywami.   Jeśli   gdzieś   miała   miejsce 
kradzież, to zadaniem detektywa jest odnalezienie sprawcy.

— Czy masz jakiś pomysł, Jupe? — dopytywał się Pete.
Pierwszy Detektyw nie odpowiedział, ale za to wyciągnął rękę po telefon. Sprawdził coś na 

wizytówce i nakręcił jakiś numer.

— Halo! — powiedział. — Czy to agencja wynajmu limuzyn „Komfortowa jazda”? Mówi 

Jupiter Jones. Jeden z waszych kierowców został mi przydzielony w związku z kwizem Małych 
Urwisów. Nazywa się Gordon Harker. Czy mógłbym z nim rozmawiać?

W słuchawce zapanowała przez chwilę cisza, potem odezwał się w niej głos kierowcy.
—   Halo,   czy   to   pan   Harker?   —   zapytał   Jupe.   —   Przykro   mi,   że   znowu   muszę   pana 

fatygować, ale zadzwoniono do mnie przed chwilą ze studia. Mam tam ponownie przyjechać. 
Tak, natychmiast... W porządku, dziękuję panu. Będziemy czekać na pana przy furtce.

— Mamy znowu pojechać do studia? — Pete podniósł się z bujanego fotela. — Ale jak się 

dostaniemy do środka, Jupe? Przecież nikt tam na nas nie czeka. Nikt do ciebie nie dzwonił, 
prawda?

— Nie, byłem  zmuszony trochę nakłamać. — Jupe wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął 

kawałek papieru. — Ale nie bój się, wpuszczą nas, bo mamy tę starą przepustkę do studia. 
Zdjąłem ją z przedniej szyby samochodu, kiedy nas tutaj odstawiono. Miałem podejrzenie, że ten 
szofer, Gordon Harker, mógłby ją wykorzystać.

Na tym zakończył swoje wyjaśnienia. A kiedy Bob i Pete próbowali wyciągnąć z niego coś 

więcej podczas jazdy do studia, potrząsnął tylko spokojnie głową, dając im do zrozumienia, żeby 
byli cicho.

Przy bramie studia Jupe pokazał przepustkę strażnikowi, który wpuścił ich od razu do środka, 

nie   zadając   żadnych   pytań.   Limuzyna   posuwała   się   ulicą   ze   sławnymi   budynkami,   potem 
skręciła   w   bok   i   zatrzymała   się   przed   drzwiami   Studia   Numer   Dziewięć.   Gordon   otworzył 
chłopcom tylne drzwi samochodu.

—   Prawdopodobnie   nie   zabawimy   tam   długo,   najwyżej   pół   godziny   —   powiedział   Jupe 

szoferowi.

—   W   porządku.   —   Gordon   Harker   zajął   z   powrotem   miejsce   za   kierownicą.   —   Jeśli 

będziecie mnie potrzebować, to parkuję tam na końcu ulicy.

Jupe  poczekał,  aż  samochód  odjedzie, a  następnie  podszedł  do wąskich, solidnie  obitych 

background image

drzwi. Dobrze wiedział, że nie są zamknięte na kłódkę. Pamiętał z czasów swojej dziecięcej 
kariery   filmowej,   że   studia   dźwiękowe   są   zawsze   otwarte.   W   ten   sposób   przychodzący   o 
godzinie ósmej  wieczorem robotnicy nocnej zmiany mają do nich swobodny dostęp i  mogą 
uprzątnąć stare dekoracje i zastąpić je nowymi, tak żeby wszystko było gotowe na następny 
dzień.

Ogromne studio dźwiękowe było teraz niemal całkowicie pogrążone w ciemnościach, których 

nie zdołało rozproszyć nikłe światło nielicznych żarówek w drucianych kloszach. Żarówki te 
zwisały z wysokiego, metalowego balkonu, okalającego sufit tego olbrzymiego budynku.

Jupe wyciągnął latarkę z kieszeni i w jej świetle torował sobie drogę poprzez kłębowisko 

walających się po podłodze kabli elektrycznych.

Bob   i   Pete   podążali   tuż   za   nim,   aż   wreszcie   cała   trójka   dotarła   do   filmowej   kuchni, 

znajdującej się w końcu budynku. Pierwszy Detektyw zatrzymał się i zaczął wodzić latarką po 
ścianach.

— A więc to było tak — mruczał do siebie pod nosem. — Tutaj stał stół. I zaraz po lunchu  

wyniesiono go — o tędy — a potem wstawiono fotele obrotowe. I przez cały ten czas pudełko z 
pucharami znajdowało się na zewnątrz tego pomieszczenia.

Podszedł do drzwi filmowej kuchni. Tymi drzwiami weszła ta młoda blondynka, dokładnie 

wtedy, kiedy Milton Glass miał przystąpić do wręczania prezentów.

Jupe otworzył drzwi i wszyscy trzej wkroczyli do środka.
— Pudełko leżało najprawdopodobniej tutaj... — Jupe latarką wyłowił z ciemności solidny 

stół, znajdujący się niecały metr od niego. — Ale podczas kiedy siedzieliśmy w kuchni, nikt nie 
otwierał drzwi aż do chwili wniesienia pudełka. Kelnerzy, kamerzyści i wszyscy inni wchodzili 
do   kuchni   tą   samą   drogą   co   my,   to   znaczy   otwartą   stroną   sceny.   A   personel   pomocniczy, 
elektrycy i tłum różnych ludzi stali tam przecież również przez cały czas. A więc... — Jupe 
popatrzył na Boba i Pete’a. — Co o tym wszystkim myślicie?

— To znaczy, że ten, kto zwinął puchary, nie mógł ich przemycić do kuchni, a potem tam 

ukryć — snuł swoje rozważania Pete. — Bo wtedy musiałby przecisnąć się z nimi do kuchni 
przez tłum ludzi, stojących przy otwartym końcu sceny.

— No właśnie — przytaknął Jupe. — Załóżmy, że jestem złodziejem. — Posuwał się wzdłuż 

płóciennych  dekoracji, formujących  ściany kuchni, w kierunku otwartej przestrzeni, gdzie w 
czasie lunchu był zgromadzony zespół kamerzystów.

— Stoję tutaj, otoczony tłumem ludzi — mówił Jupe. — Ale jeśliby mi się udało prześliznąć 

do stołu z pudełkiem, to znalazłbym się poza zasięgiem ich wzroku, za sceną. — Podszedł z 
powrotem do stołu, przyświecając sobie latarką.

— Drzwi do kuchni są zamknięte i nie ma powodu, dla którego ktoś miałby tutaj przychodzić 

— powiedział w zamyśleniu. — A więc przy odrobinie szczęścia mam mnóstwo czasu, żeby 
otworzyć pudełko, wyjąć puchary i ponownie owinąć pudełko złocistym papierem.

Chłopiec pokazywał rękami, jak by to zrobił.
— Potem stoję tutaj i trzymam pięć srebrnych pucharów — kontynuował swoje wywody 

Jupe. — Ale jest mi potrzebny worek, albo coś w tym rodzaju, żeby je schować. No i poza tym  
muszę również brać pod uwagę tych wszystkich ludzi, znajdujących się w pobliżu, a więc...

— A więc musisz schować puchary gdzieś tutaj — dokończył za niego Bob.
— Zapalił własną latarkę i zaczął wodzić nią po pomieszczeniu. W jej świetle zobaczył zwoje 

kabli, kilkanaście dużych puszek po farbie, stertę desek i stojącą w pewnej odległości od nich, 
solidną, drewnianą skrzynię.

Jupe pozostał na swoim miejscu i oświetlał przedmioty latarką, podczas gdy dwaj pozostali 

background image

detektywi rzucili się natychmiast w kierunku drewnianej skrzyni.

Ale w skrzyni były tylko narzędzia stolarskie. Nie znaleźli również niczego pod stertą desek 

ani w żadnej z pustych puszek po farbie.

Bob i Pete odwrócili się i poszukali spojrzeniem Pierwszego Detektywa. Jupe nie był już na 

swoim miejscu; stał teraz obok jednej z ruchomych lamp łukowych i bacznie studiował śrubę, 
przymocowaną   do   długiego,   metalowego   słupa   lampy.   Nagle   znieruchomiał   i   popatrzył   na 
osadzoną karę metrów ponad jego głową, dużą, czarną skrzynię, w której mieścił się reflektor.

— Pomóżcie mi, chłopaki — powiedział.
Dwaj   detektywi   pospieszyli   do   niego.   Obluzowali   śrubę,   dzięki   której   słup   stał 

wyprostowany,   i   wolniutko   spuszczali   na   dół   skrzynię   z   reflektorem.   Wreszcie   Jupe   mógł 
dosięgnąć jej ręką. Chłopiec znalazł uchwyt i otworzył skrzynię z jednej strony. Potem włożył 
rękę do środka.

Nagle tysiące promieni, niczym  grom z jasnego nieba, uderzyło  o scenę, zlewając się po 

chwili w jeden wielki strumień światła.

Cała   strona   studia   dźwiękowego,   po   której   znajdowała   się   kuchnia,   była   teraz   zalana 

światłem!

background image

ROZDZIAŁ 5

Pierwszy podejrzany

Trzej Detektywi stali nieruchomo w świetle lamp łukowych. Bob i Pete podtrzymywali ciągle 

metalowy słup. Jupe zastygł z ręką pogrążoną we wnętrzu skrzyni z reflektorem.

— Wy, tam — powiedział władczy głos. — Zostańcie na swoich miejscach.
Chłopcy posłuchali rozkazu, a w tym czasie reżyser Małych Urwisów, Luther Lomax, opuścił 

miejsce przy głównym wyłączniku światła i szedł prosto w ich kierunku.

Mężczyzna zatrzymał się i utkwił wzrok w Pierwszym Detektywie. Teraz posługiwanie się 

latarką nie było  już konieczne. Wszyscy widzieli doskonale wnętrze skrzyni z reflektorem i 
pogrążoną w niej rękę Jupe’a. A tuż za reflektorem błyszczało pięć srebrnych pucharów.

— A więc tutaj je schowaliście — powiedział Luther Lomax. Po południu w czasie lunchu 

reżyser wyglądał na starego zmęczonego życiem, ale teraz można było usłyszeć w jego głosie 
ton człowieka przywykłego do wydawania rozkazów. Tak właśnie odzywał się przed laty, kiedy 
reżyserował serial.

— Te puchary kosztowały studio dwa tysiące  dolarów — kontynuował swoje oskarżenia 

Lomax. — Wasza trójka wykradła je z pudełka dzisiejszego popołudnia i ukryła w tej lampie 
łukowej, kiedy nikt tego nie widział.

—   Nie,   proszę   pana   —   powiedział   Jupiter   Jones.   —   To   nie   było   tak.   Ja   nie   ukradłem 

pucharów, ja je tutaj znalazłem. — Chłopak wyjął srebrne puchary i wręczył je reżyserowi jeden 
po drugim.

— I myślisz, że uwierzę w tę naiwną historyjkę — powiedział Lomax stawiając puchary na 

stole.

—   Naprawdę   ich   nie   ukradłem   —   mówiąc   to,   Pierwszy   Detektyw   podniósł   głos,   nie 

skrywając już rosnącego w nim oburzenia. — Po prostu wydedukowałem, gdzie złodziej je mógł 
schować. Siedziałem razem z moimi kolegami w Kwaterze Głównej w trakcie dyskusji z nimi 
doszedłem do wniosku, że...

— Jaka Kwatera Główna? — przerwał mu ostro reżyser. — Co masz na myśli mówiąc o 

Kwaterze Głównej?

— To jest nasze domowe biuro — wytłumaczył mu Jupe. — Pracujemy tam, kiedy mamy 

jakieś sprawy da rozwiązania.

— Co znowu za sprawy? — Luther Lomax mówił teraz także podniesionym głosem. — Może 

mi jeszcze powiesz, że pracujecie w policji jako detektywi.

— Nie, proszę pana. Nie pracujemy w policji. Ale jesteśmy detektywami — wyjaśnił mu 

Jupe.

Wyjął   z   kieszonki   koszuli   wizytówkę   i   wręczył   ją   reżyserowi.   Wydrukował   kartonik 

własnoręcznie na starej drukarce, kupionej kiedyś przez wujka Tytusa i wyremontowanej przez 
chłopców.

Na wizytówce widniały następujące słowa:

background image

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko 

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

Pod tekstem był podany numer telefonu do Kwatery Głównej.
Często   pytano   ich,   co   oznaczają   znaki   zapytania   na   wizytówce.   Odpowiadali   wtedy,   że 

symbolizują one wszelkie sprawy zagadki, które chłopcy próbują rozwiązać. Ale Luther Lomax 
nie   zadawał   im   żadnych   pytań.   Spoglądał   na   kartonik,   tak   jakby   to   była   zwyczajna, 
pięciocentowa moneta.

—   To   w   ogóle   niczego   nie   dowodzi   —   powiedział.   —   Mógłbyś   sobie   wydrukować 

wizytówkę mówiącą, że jesteś dyrektorem tego studia. To mnie wcale nie przekonuje, że nie 
ukradliście tych pucharów.

— Niech pan nam wierzy, naprawdę tego nie zrobiliśmy — usiłował go przekonać Bob. — 

Kiedy tutaj przyszliśmy, nie mieliśmy pojęcia, gdzie ukryto te puchary.

— Myśleliśmy nawet, że mogą być w jednej z tych puszek po farbie — powiedział Pete, 

starając się przyjść swemu koledze z pomocą.

— No a potem Jupe wykombinował, że znajdują się w tej lampie łukowej — podjął wątek 

Bob. — Ale jak na to wpadłeś, Jupe?

— Wydawało mi się, że lampa jest za wysoka — powiedział Jupe w roztargnieniu. — Tylko 

ona była wyciągnięta na całą długość. I zacząłem się zastanawiać, z jakiego powodu.

Kiedy   to   mówił,   widać   było,   że   jego   umysł   jest   zajęty   zupełnie   inną   sprawą.   Chłopiec 

spoglądał na reżysera i próbował wymyślić sposób, w jaki mógłby go przekonać, że on i jego 
koledzy naprawdę są detektywami, a nie pospolitymi złodziejaszkami. Było oczywiste, że oni 
sami nie potrafią tego zrobić. Ale może istniał ktoś, kto mógłby im pomóc.

— Panie Lomax, czy zna pan Alfreda Hitchcocka? — zapytał.
— Tego reżysera filmów kryminalnych? Oczywiście, ale dlaczego pytasz?
— On jest naszym  dobrym  przyjacielem.  I wie a nas wszystko,  również to, że jesteśmy 

detektywami. Zawsze interesuje się naszymi sprawami.

Reżyser ciągle trzymał w ręku wizytówkę Trzech Detektywów. Nagle zgniótł ją i rzucił na 

podłogę.

— Czego właściwie ode mnie oczekujecie? — powiedział z niecierpliwością w głosie. — 

Chcecie, żebym poprosił pana Hitchcocka o udzielenie wam referencji?

— A czemu nie?
Lomax zawahał się.
— Nigdy nie widziałem tego człowieka na oczy i nie znam nawet jego numeru telefonu.
— Mogę go panu dać. — Jupe wyjął ołówek następną wizytówkę z kieszeni i napisał numer 

na odwrocie. — Jestem pewien, że nie będzie miał nic przeciwko temu, że pan do niego dzwoni 
— powiedział z przekonaniem.

Lomax   ciągle   się   jeszcze   wahał,   ale   jednak   podszedł   do   telefonu,   znajdującego   się   po 

przeciwnej   stronie   studia   dźwiękowego.   Trzej   Detektywi   obserwowali   go   uważnie.   Słów 
reżysera nie mogli słyszeć, bo stali za daleko, ale zauważyli, że rozmowa zajęła mu zadziwiająco 
dużo czasu.

background image

Kiedy wreszcie powiesił słuchawkę i powrócił do nich, był w znacznie lepszym humorze, 

nawet się uśmiechał.

— Pomyślcie tylko. Pan Hitchcock pamiętał moje nazwisko. — Po głosie Lomaxa można się 

było  zorientować, że jest przyjemnie zaskoczony.  — Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się 
tego. Wiecie, kiedy kręcono jego film Mroczne dziedzictwo, miałem nadzieję, że zaproponują mi 
współpracę.   No   ale...   —   Wzruszył   ramionami   Z   rezygnacją.   —   Zaangażowano   młodszego 
reżysera. — Ponownie się uśmiechnął. — To było parę lat temu. Jednak od razu mnie sobie 
przypomniał. Wielki Alfred Hitchcock pamiętał moje nazwisko.

— Ale co powiedział o nas? — zapytał Pete.
— No, o was. — Luther Lomax potrząsnął głową, tak jakby ten gest miał mu pomóc w 

powrocie do teraźniejszości. — Z wami jest wszystko w porządku. Powiedział mi, że na pewno 
nie ukradliście tych pucharów. A więc jeśli chcecie pojechać teraz do domu, to postaram się, aby 
puchary powróciły do działu reklamy.

Jupe podziękował mu, że zadzwonił do pana Hitchcocka.
— Nie ma za co — zapewnił go reżyser. — Rozmowa z panem Alfredem Hitchcockiem 

sprawiła mi wielką przyjemność. W mojej branży odchodzi się bardzo szybko w zapomnienie. 
Ale on mnie pamiętał, pamiętał wszystkie dobre filmy, które kiedyś reżyserowałem.

Jupe   dał   znak   kolegom   i   cała   trójka   skierowała   się   w   kierunku   wyjścia,   pozostawiając 

reżysera pogrążonego we własnych myślach.

— Co o tym wszystkim sądzisz, Jupe? — zapytał Pete, jak tylko chłopcy znaleźli się na ulicy.
Pierwszy Detektyw nie od razu mu odpowiedział. Skubał w zamyśleniu dolną wargę.
— Jak myślisz, kto to mógł zrobić? — starał się na nim wymusić odpowiedź Bob. — Kto 

twoim zdaniem zwinął te puchary?

— Te lampy łukowe nie dają mi spokoju — powiedział Jupe w zamyśleniu. — Ktoś musiał 

wiedzieć,   że   nie   będą   tego   popołudnia   w   użyciu.   —   Zatrzymał   się   i   to   samo   zrobili   dwaj 
pozostali detektywi.

— Może dlatego czekał, aż kamery zaczną filmować...  — Zmarszczył  czoło. — Ale nie 

jestem tego pewien.

— Myślisz, że to był Łysa Czaszka? — chciał wiedzieć Pete. —Albo może Platfus?
—   Nie   jestem   tego   pewien   —   powtórzył   Jupiter   Jones.   —   Cała   ta   sprawa   ma   tyle  

tajemniczych aspektów, że wszystko jest możliwe.

— Naprawdę? A co masz konkretnie na myśli? — niecierpliwił się Bob.
— Zagadka numer jeden to nasz szofer, Gordon Harker.
— Ale dlaczego? — dopytywał się Pete. — Co on ma wspólnego z tą sprawą?
— Jest coś nie w porządku z jego pamięcią — wyjaśnił Jupe. —Przecież strażnik przy bramie 

rozpoznał go dzisiaj rano, a to oznacza, że Harker musi często jeździć do studia. Ale on nawet 
nie pamiętał, gdzie się znajduje Studio Numer Dziewięć. Pytał kogoś o drogę.

Pierwszy Detektyw ruszył w kierunku zaparkowanego na końcu ulicy samochodu.
—   Chyba,   że   Harker   po   prostu   udawał   —   powiedział.   —   Niewykluczone,   że   wiedział 

wszystko o tych srebrnych pucharach, które miano nam podarować w czasie talk show. I dlatego 
chciał, żebyśmy myśleli, że on w ogóle nie zna drogi do studia dźwiękowego.

— Naprawdę uważasz, że Harker zwinął te puchary? — zapytał Bob.
Jupe zmarszczył czoło.
— Nie chcę nikogo oskarżać — odpowiedział w zamyśleniu — na to jest jeszcze za wcześnie. 

Ale widziałem na własne oczy, jak Gordon Harker szedł w kierunku lamp łukowych... a było to 
tuż przed rozpoczęciem programu.

background image

ROZDZIAŁ 6

Pierwszy Detektyw w akcji

Następnego ranka Jupe szybko zjadł śniadanie, pomógł cioci Matyldzie pozmywać naczynia i 

zaraz potem poszedł do swojego warsztatu, mieszczącego się na terenie składu złomu. W stacji 
telewizyjnej był umówiony na godzinę drugą, właśnie wtedy miały się rozpocząć zdjęcia do 
pierwszego z dwóch zaplanowanych kwizów.

Chłopiec wiedział z doświadczenia, że w większości tego typu programów uczestnicy mają 

prawo wybierać tematy, dotyczące różnych dziedzin, takich jak na przykład historia, sport czy 
sławni ludzie. Każdy z Małych Urwisów będzie więc musiał odpowiadać na związane z którąś z 
tych dziedzin pytania.

Podczas przerwy w pracy Jupe zastanawiał się, co może być przedmiotem pytań w programie 

Kwiz Małych  Urwisów. Miał nadzieję, że jednym z tematów będą nauki przyrodnicze, jego 
ulubiony szkolny przedmiot.

Peggy próbowała o to spytać Miltona Glassa podczas wczorajszego lunchu, ale szef reklamy 

nabrał od razu wody w usta.

— To tajemnica — oświadczył.
Na desce warsztatu, osłoniętego blaszanym daszkiem, były porozrzucane części kilkunastu 

starych, zniszczonych aparatów fotograficznych, które wujek Tytus kiedyś przyniósł do domu. 
Jupe usiłował teraz zmontować z nich specjalny, miniaturowy aparat fotograficzny, niezbędne 
narzędzie pracy detektywa, który można by ukryć pod klapą marynarki i robić nim zdjęcia przez 
dziurkę   od   guzika.   Praca   szła   mu   dobrze,   a   robienie   nowych   rzeczy   z   kawałków   starych, 
zniszczonych rupieci sprawiało mu naprawdę dużą przyjemność.

Ale   teraz   zdążył   popracować   tylko   parę   minut,   kiedy   nagle   wyprostował   się   i   odłożył 

trzymane w ręku narzędzia. Nad warsztatem zapaliło się czerwone światełko oznaczające, że w 
Kwaterze Głównej właśnie zadzwonił telefon.

Niecały metr od Jupe’a znajdowała się stara, metalowa kratą niedbale oparta o stertę żelastwa. 

Chłopiec odłożył ją szybko na bok. Za kratą znajdowało się wejście do długiej rury z falistej 
blachy. Rura ta była zwana Tunelem Drugim tworzącym jedno z tajemnych przejść do Kwatery 
Głównej.

W   wielkim   pośpiechu   Jupe   przecisnął   swoje   tęgie   ciało   przez   rurę   a   potem   przez   drzwi 

zapadowe przedostał się do przyczepy kempingowej.

Dobiegł do telefonu i schwycił słuchawkę.
— Jupiter Jones, słucham,
— Mówi Luther Lomax. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
Ciekawa   sprawa,   jak   ten   Luther   Lomax   potrafi   zmieniać   ton   głosu,   prawie   z   minuty   na 

minutę, pomyślał Jupe. Zeszłej nocy, kiedy Lomax oskarżał Jupe’a i jego przyjaciół o kradzież 
srebrnych   pucharów,   jego   głos   brzmiał   władczo   i   rozkazująco.   Takim   też   głosem   wydawał 
polecenia,   reżyserując  Małych   Urwisów.  Parę   minut   później,   kiedy   mówił   o   niedoszłej 
współpracy przy kręceniu filmu Alfreda Hitchcocka Mroczne dziedzictwo, w jego głosie można 
było wyczuć zmęczenie i rezygnację. Podobnie teraz.

— Oczywiście, że nie. Cieszy mnie, że pana słyszę, panie Lomax. Jestem bardzo ciekawy, 

czy pan już odnalazł złodziei srebrnych pucharów.

— Nie, jeszcze nie. A w każdym razie nie jestem tego pewien, i właśnie w tej sprawie do 

background image

ciebie dzwonię. — W głosie reżysera zabrzmiało coś z dawnej władczości. — To wszystko jest 
zbyt  skomplikowane,  żeby  o  tym   mówić  przez   telefon.  Dlatego   proponuję,   żebyś   przyszedł 
trochę wcześniej do stacji telewizyjnej, wówczas moglibyśmy spokojnie porozmawiać.

— Dobrze, bardzo chętnie. O której godzinie mam tam być?
— Przyjdź o jedenastej. Ale punktualnie. Zapytaj o mnie w recepcji. — Reżyser zrobił krótką 

pauzę. — Czy twoi przyjaciele też przyjdą?

— Nie, przyjdę sam.
To  naprawdę  pech,  że  nie  pójdziemy   tam  w trójkę,  pomyślał  Jupe wieszając  słuchawkę. 

Chłopiec wiedział, ze jego koledzy są teraz na plaży. Proponowali mu, żeby się do nich dołączył, 
ale Jupe nie miał specjalnej ochoty na długą jazdę rowerem i męczące pływanie w morskich 
falach.   Chciał   być   wypoczęty   przed   czekającym   go   kwizem.   Zadzwonił   do   mamy   Boba   i 
powiedział jej o zmianie planów, obiecując jednocześnie, że przyśle  z  powrotem limuzynę po 
chłopców, tak żeby mogli zdążyć na czas do studia.

Jupe zadzwonił do agencji wynajmu limuzyn. Tym razem Gordon Harker osobiście odebrał 

telefon i obiecał, że za pół godziny przyjedzie po Jupe’a do składu złomu.

Jupe przebrał się w ciemny garnitur i białą koszulę z krawatem stał już  przy furtce, kiedy 

samochód   podjechał.   Droga   do   Hollywoodu   przebiegła   w   całkowitym   milczeniu,   Ale   kiedy 
dotarli   do   olbrzymiej   stacji   telewizyjnej   i   kierowca   otworzył   Jupe’owi   drzwi,   chłopiec 
zorientował się z wyrazu twarzy Gordona Harkera, że mężczyzna pragnie go o coś zapytać.

Pierwszy Detektyw stał na chodniku i patrzył wyczekująco na kierowcę.
— Nigdy przedtem nie widziałem takiego kwizu — zaczął Harker. — Czy to prawda, że 

będzie również publiczność?

— Tak — powiedział Jupe — Wydaje mi się ze około dwustu ludzi będzie oglądać nasz kwiz 

na żywo studiu.

— To musi być bardzo interesujące. — Kierowca w zakłopotaniu przestępował z nogi na 

nogę. — Czy nie miałbyś przypadkiem zbędnego biletu?

Okazało  się, że Jupe był  w stanie pomóc. Dostał od Miltona Glassa aż cztery bilety,  na 

wypadek gdyby chciał zaprosić do studia swoją rodzinę. Ciocia Matylda i wujek Tytus grzecznie 
odmówili. Dwa bilety ofiarował Bobowi i Pete’owi, a w kieszeni spoczywa dwa pozostałe. Jupe 
podarował jeden z nich Gordonowi Harkerowi.

— Dzięki. — Kierowca ochoczo przyjął bilet. — Bardzo dziękuję. Zabiorę później twoich 

przyjaciół, a potem przyjdę obejrzeć kwiz. No... a poza tym to życzę powodzenia.

Jupe rozmyślał intensywnie, wstępując do budynku, gdzie mieściło się biuro. Gordon Harker 

był dla niego wielką zagadką, trudną do rozszyfrowania. Jupe nie mógł zrozumieć, dlaczego taki 
inteligentny   człowiek   jak   Harker   chciał   przyjść   do   studia,   żeby   obejrzeć   zgraję   byłych 
dziecięcych   aktorów,   odpowiadających   na   głupie   pytania.   No   i   dlaczego   tak   nieśmiało 
dopytywał  się o bilet?  Doszedł w końcu do wniosku, że kierowca być  może jest po prostu 
zafascynowany   rzekomym   blaskiem   show  biznesu.   To   zdarzało   się  wielu   innym   rozumnym 
ludziom.

Recepcjonistka posłała Jupe’a od razu do pokoju Luthera Lomaxa. Na drzwiach widniał napis 

REŻYSERZY-GOŚCIE. Wydawało  się, że Lomax jest zadowolony ze spotkania z Jupe’em. 
Chłopiec zajął miejsce naprzeciwko niego, po drugiej stronie biurka.

—   Kiedy   wczoraj   wieczorem   rozmawiałem   z   panem   Hitchcockiem   —   zaczął   Lomax   — 

wyraził się on o tobie z wielkim uznaniem. Nie mam tylko na myśli twoich cech charakteru. 
Alfred Hitchcock  powiedział  mi  oczywiście  od razu,  że na pewno nie  jesteś złodziejem  — 
Reżyser   milczał   przez   chwilę.   —   Czy   nie   masz   nic   przeciwko   temu,   że   będę   cię   nazywał 

background image

Jupiterem?

— Większość ludzi nazywa mnie Jupe’em — powiedział Pierwszy Detektyw.
— A więc to było tak, Jupe. Pan Hitchcock opowiedział mi również, że rozwiązałeś razem ze 

swoimi przyjaciółmi mnóstwo zadziwiających zagadek.

Jupe przytaknął. Skromność nie była jego najmocniejszą stroną i chłopca cieszyło, że jego 

przyjaciel Alfred Hitchcock miał równie wysokie mniemanie o jego zdolnościach, co on sam.

— I w związku z tym wpadł mi do głowy pewien pomysł, Jupe... — Lomax zawiesił na 

chwilę głos. — Chodzi o to, że studio nie zamierza nadawać tej sprawie z kradzieżą pucharów 
zbytecznego rozgłosu. Nie będziemy nawet zawiadamiać policji... — reżyser ponownie zawiesił 
głos.   —   I   dlatego   pomyślałem,   że   to   może   być   sprawa   dla   ciebie   i   twoich   kolegów.   Jeśli 
znajdziecie złodzieja, niewykluczone, że otrzymacie nawet niewielką nagrodę.

Jupe podziękował mu.
— Najbardziej interesuje nas sama sprawa, nagroda jest mniej ważna — dodał.
— W porządku. — Lomax przesunął palcami po swoich rzadkich, siwych włosach. — A tak 

między nami mówiąc, proszę, zachowaj to w tajemnicy, podejrzewam pewną osobę o kradzież 
pucharów. I mam do tego swoje powody.

Jupe nic na to nie odpowiedział. Czekał na dodatkowe wyjaśnienia
— Kiedy opuszczałem studio dźwiękowe zeszłej nocy — mówił Lomax — to zobaczyłem, że 

ktoś biegnie od strony drzwi. Z pewnością przestraszyły go moje kroki. Na dworze było już 
ciemno, ale zdążyłem zauważyć  młodego mężczyznę, który szedł szybko w kierunku bramy 
studia.

Jupe w dalszym ciągu milczał.
—   Nie   widziałem   jego   twarzy   —   wyjaśnił   reżyser   —   ale   sposób,   w   jaki   się   poruszał, 

wydawał mi się znajomy. Stawiał przy chodzeniu swoje stopy tak, jak to robił Charlie Chaplin. I 
zupełnie tak samo jak ten chłopiec, który grał w serialu Platfusa.

— Czy pan myśli, że przyszedł do studia dźwiękowego, żeby odebrać puchary? — zapytał 

Jupe.

Reżyser przytaknął.
— Wydaje mi się to oczywiste. No bo z jakiego innego powodu przychodziłby tak późno?
Jupe’owi trudno się było z tym nie zgodzić.
— Ale to jeszcze nie dowód, że Platfus jest złodziejem — dodał.
—   Nie,   ale   wiele   na   to   wskazuje.   —   Reżyser   wypowiedział   te   słowa   swoim   dawnym 

zdecydowanym głosem i wyprostował plecy. — Być może nie wolno mi było tego robić. Ale 
dzisiaj jest niedziela i w studiu się nie pracuje. Będzie stało puste aż do poniedziałku. I dlatego 
kiedy opuszczałem studio, zamknąłem drzwi na kłódkę.

Wyjął klucz z kieszeni i położył go na biurku.
— Mam przeczucie, że Platfus naprawdę ukradł te puchary — powiedział zdecydowanym 

głosem.  —  I  coś  mi   mówi,  że   wróci  do  studia   dźwiękowego  w  nadziei,  że   je  zastanie   nie 
zamknięte i że znajdzie ukryte w lampie łukowej puchary.

— Bardzo możliwe, że ma pan rację — powiedział Jupe. — No bo on oczywiście nie może 

wiedzieć, że my je już odnaleźliśmy.

— Otóż to. Dział reklamy otrzymał wyraźne polecenie, żeby nikomu nic na ten temat nie 

mówić.   —   Reżyser   posunął   klucze   w   kierunku   Jupe’a   —   Weź   je   —   powiedział   obserwuj 
uważnie   Platfusa.   Możliwe,   że   wpadniesz   na   jakiś   sposób,   żeby   go   zdemaskować   A   teraz 
musimy   się   już   pożegnać,   bo   mam   jeszcze   parę   rzeczy   do   załatwienia   przed   rozpoczęciem 
kwizu.

background image

Jupe wziął klucze i podniósł się z krzesła.
— Obserwuj uważnie Platfusa — Powtórzył Luther Lomax na pożegnanie.
Na korytarzu   Jupe  popatrzył   na zegarek.   Zostawały mu  jeszcze   prawie  dwie   godziny  do 

czasu, kiedy był umówiony w studiu. Wsiadł w windę i pojechał z powrotem na dół, a następnie 
rozsiadł się wygodnie na umieszczonej w rogu kanapie. Ludzie nieustannie otwierali i zamykali 
wejściowe drzwi, zatrzymywali się przy recepcji, a następnie podążali w kierunku wind.

Nagle Jupe pochylił się do przodu i zakrył twarz dłońmi.
Osoba, którą zgodnie z poleceniem Lomaxa miał uważnie obserwować, właśnie pojawiła się 

w studiu.

Widział, jak Platfus przechodzi obok niego i wsiada do windy. Kiedy tylko drzwi się za nim 

zamknęły,   Jupe   wstał   zaczął   się   przypatrywać   światłom,   sygnalizującym   na   którym   piętrze 
winda się zatrzymuje.

Winda zatrzymywała się wiele razy. I dlatego Jupe nie miał możności sprawdzić, na którym 

piętrze  Platfus z niej wysiadł.  W związku z tym  nie było  sensu próbować go śledzić. Jupe 
usadowił się z powrotem na kanapie.

Jednej rzeczy był  pewien: studio telewizyjne, gdzie miał się odbyć  kwiz, mieściło się na 

siedemnastym piętrze, a tam winda się nie zatrzymywała. A więc Platfus nie podąża do studia. 
Bardzo możliwe, że po prostu chciał odwiedzić kogoś w tym budynku. Dlatego istniała szansa, 
ze będzie z powrotem przechodził obok recepcji.

Jupe postanowił zostać na swoim miejscu i poczekać na dalszy rozwój wypadków. Nie musiał 

długo czekać. Za niecałe pięć minut Platfus przeszedł z powrotem obok niego, trzymając w ręku 
jakąś kopertę. Po chwili wyszedł na ulicę.

Jupiter podążył w ślad za nim, zachowując bezpieczną odległość, Chłopiec właśnie wchodził 

na chodnik, kiedy w ostatniej chwili zdążył zauważyć jak Platfus wskakuje na stary motocykl i z 
hałasem odjeżdża aleją w kierunku studia filmowego przy ulicy Winnej.

Jupe   rozejrzał   się   wokół.   Parę   kroków   od   niego   jakaś   starsza   pani   właśnie   wysiadała   z 

taksówki,   która   zatrzymała   się   tuż  przed   budynkiem   stacji   telewizyjnej.   Jupe   poczekał,   aż 
kobieta zapłaci a potem wskoczył na tylnie siedzenie samochodu.

— Dokąd mamy jechać? — zapytał taksówkarz.
Jupe   pochylił   się   do   przodu,   myśląc   intensywnie.   Jeśli   Platfus   udawał   się   do   studia 

dźwiękowego, co by było zgodne z teorią Jupe’a, to nie miało sensu jechać za nim. Znacznie 
lepszym rozwiązaniem będzie po prostu zjawić się tam przed nim i ukryć się gdzieś w studiu 
dźwiękowym.

Jupe dał taksówkarzowi adres studia filmowego przy ulicy Winnej. Sądząc po klekoczącym 

dźwięku motocykla, którym jechał Platfus, istniała duża szansa, że Pierwszy Detektyw będzie 
tam znacznie szybciej od niego.

I tak też było. Taksówka minęła motocykl już przy drugich światłach, a studio znajdowało się 

o niecałe cztery kilometry dalej, tuż za Aleją Hollywoodzką.

Jupe zapłacił taksówkarzowi przy bramie studia, pokazał przepustkę strażnikowi i szybko 

przeszedł   wyludnioną   ulicą   ze   sławnymi   budynkami   do   drzwi   Studia   Numer   Dziewięć.   Za 
pomocą klucza, który dostał od Luthera Lomaxa, otworzył kłódkę i wkroczył do środka.

Olbrzymie studio dźwiękowe było całkowicie pogrążone w ciemnościach. Jupe żałował, że 

nie   zabrał   z   sobą   latarki,   ale   nie   chciał   tracić   czasu   na   tego   typu   rozważania.   Jeśli   Platfus 
wybierał się do studia dla odzyskania skradzionych srebrnych pucharów, to mógł się tu stawić 
lada moment.

Jupe zostawił solidnie obite drzwi wejściowe trochę uchylone, tak żeby wnikało przez nie 

background image

nieco   światła,   i   zaczął   iść   po   omacku   w   kierunku   kuchni   mieszczącej   się   na   końcu   tego 
olbrzymiego budynku. Przeszedł jakieś dziewięć metrów, kiedy nagle usłyszał głuchy odgłos tuż 
za sobą. Szybko się odwrócił i popatrzył w kierunku drzwi.

Wąska struga światła, wydobywająca się przez szczelinę w uchylonych drzwiach zniknęła, i 

Jupe zrozumiał, że drzwi zamknięto od zewnętrz.

Pierwszy Detektyw podbiegł do drzwi tak szybko, jak tylko pozwalały mu na to panujące w 

budynku egipskie ciemności, i starał się je otworzyć. Spróbował jeszcze raz, wkładając w to tym 
razem więcej wysiłku. Pomagając sobie ramieniem, napierał na drzwi z całych sił.

Ale ani drgnęły.  Ktoś zamknął  je na kłódkę. Jupe był  uwięziony!  Złapany w pułapkę w 

ogromnym, dźwiękoszczelnym studiu. Nawet gdyby krzyczał z całych sił, nikt znajdujący się na 
zewnątrz nie byłby w stanie go usłyszeć. Nie mógł też liczyć na to, że ktoś przypadkowo go 
oswobodzi. Nikt nie będzie próbował dostać się do studia dźwiękowego przed pierwszą zmianą 
robotników, którzy pojawią się dopiero w poniedziałek rano.

A za półtorej godziny, albo nawet wcześniej, Ogar i Peggy i cała reszta przystąpią do udziału 

w pierwszym kwizie Małych Urwisów.

Jupe   stał   przez   chwilę   zupełnie   nieruchomo.   Jego   umysł   pracował   na   przyspieszonych 

obrotach, ale chłopiec nie poddawał się panice. Obmyślał pian, punkt po punkcie.

Punkt Pierwszy. Światło.
Przed   oczami   pojawił   mu   się   obraz   Luthera   Lomaxa,   idącego   od   strony   głównego 

przełącznika światła, zaraz po tym jak reżyser zaskoczył ich, kiedy właśnie odnaleźli srebrne 
puchary.

Jupe szedł ostrożnie, po omacku, tuż przy ścianie studia dźwiękowego, starając się dotrzeć do 

miejsca, gdzie znajdowała się kuchnia. Miał wrażenie, że upłynęło mnóstwo czasu, zanim jego 
palce dotknęły dużej, metalowej skrzynki z wyłącznikiem światła. Znalazł uchwyt i otworzył 
skrzynkę. Wymacał dłonią rączkę wyłącznika i opuścił ją na dół.

Kuchnia wypełniła się światłem.
Punkt Drugi. Telefon.
Był przymocowany do ściany, w odległości paru metrów od niego. Podszedł tam i przyłożył 

słuchawkę do ucha.

Telefon był głuchy.

background image

ROZDZIAŁ 7

W pułapce!

Pierwszy Detektyw  nie  stracił  odwagi, kiedy okazało  się, że  telefon  nie działa.  Szczerze 

mówiąc, nie spodziewał się niczego innego. Ten, kto go zaryglował w studiu dźwiękowym, żeby 
w ten sposób nie dopuścić do jego udziału w kwizie, musiał mieć oczywiście pewność, że Jupe 
nie będzie mógł zatelefonować po pomoc.

Punkt Trzeci. Jeśli to będzie możliwe, napraw telefon.
Odnalezienie miejsca, w którym przecięto kabel, nie było trudne, bo zrobiono to tuż przy 

podłodze.   Ten,   kto   to   zrobił,   był   bardzo   dokładny.   Nie   zadowolił   się   przecięciem   kabla 
nożyczkami, ale usunął również większą jego część.

Skrzynka z narzędziami stolarskimi stała w dalszym ciągu na podłodze w kuchni. Znajdowała 

się w niej para dobrych, solidnych kleszczy. Znalezienie kabla w studiu dźwiękowym nie było 
rzeczą trudną. Jupe wziął, co mu było potrzebne, z niewielkiego, pionowego reflektora.

Spieszył się, jak tylko mógł, żeby połączyć luźno zwisające końce kabla telefonicznego. Serce 

waliło   mu   jak   młotem,   kiedy   znowu   podniósł   słuchawkę   do   ucha.   Wiedział,   że   istniała 
niewielka,   ale   przerażająca   możliwość,   że   linię   telefoniczną   przecięto   również   na   zewnątrz 
studia.

Nagle usłyszał jeden z najcudowniejszych dźwięków na świecie: sygnał telefoniczny.
Jupe rozważał możliwość, żeby zadzwonić do recepcji studia i poprosić o przysłanie kogoś z 

zapasowym kluczem. Ale łatwo było wyobrazić sobie wszystkie te pytania i wyjaśnienia, które 
taki krok za sobą pociągnie. Dlatego zdecydował, że w tej sytuacji lepiej będzie zwrócić się o 
pomoc do kolegów.

Pete właśnie przyszedł z plaży. Już po drugim sygnale podniósł słuchawkę. Jupe wytłumaczył 

mu, gdzie się znajduje, i w wielkim skrócie opisał przebieg wydarzeń.

— Zadzwoń do Gordona Harkera i poproś go, żeby przywiózł ciebie tutaj jak najszybciej 

mówił Pierwszy Detektyw. — Spróbuję przeciąć obicie drzwi na dole i przez szparę przecisnąć 
klucz.

Pete nie tracił czasu. Zaraz po odłożeniu słuchawki zadzwonił do agencji wynajmu limuzyn i 

rozmawiał z Gordonem Harkerem. Za pół godziny szofer przyjechał pod dom Pete’a. Pete i Bob, 
który   po   otrzymaniu   alarmującego   telefonu   natychmiast   przyjechał   do   kolegi   na   rowerze 
wgramolili się na tylne siedzenie samochodu.

Limuzyna   przeciskała   się   zręcznie   poprzez   niedzielny   tłok   panujący   na   drodze   do 

Hollywoodu a chłopcom nie pozostawało nic innego, jak tylko siedzieć i nabierać sił do dalszej 
akcji.   W   końcu   samochód   skręcił   w   ulicę   Winną   i   oczom   detektywów   ukazały   się   bramy 
filmowego studia.

Gordon   Harker   zatrzymał   samochód.   Pilnujący   bramy   strażnik   opuścił   swoją   kabinę   i 

podszedł do limuzyny.

— Proszę pokazać Przepustki — powiedział.
Dwaj   detektywi   popatrzyli   na   siebie,   a   na   ich   twarzach   odmalowała   się   konsternacja. 

Przepustka do studia znajdowała się u Jupe’a.

Pierwszy Detektyw po raz ostatni użył dłuta. Następnie odsunął narzędzia i podważył cienki 

kawałek drewna, który wydłubał ze spodu drzwi, i umieścił go obok szczątków już wcześniej 

background image

oderwanego obicia Potem położył się na podłodze, i wytężając wzrok starał się dostrzec jak 
najwięcej poprzez utworzoną w ten sposób szczelinę w drzwiach.

Wszystko   było   w   porządku.   Punkt   Czwarty   został   wykonany.   Poprzez   szczelinę 

przedostawała się teraz wąska smuga światła.  Jak tylko Pete tutaj dotrze, Jupe będzie  mógł 
przecisnąć przez nią klucz.

Pierwszy   Detektyw   popatrzył   na   zegarek.   Za   siedemnaście   minut   druga.   Dlaczego   Pete 

jeszcze się nie zjawił? Powinien już tutaj być. Czy nie mógł się dodzwonić do szofera? A może 
spóźniał się z innego powodu”?

Z   rosnącym   uczuciem  niepokoju   Jupiter   Jones   przypomniał   sobie   o   swoim   trudnym   do 

wytłumaczenia podejrzeniu w stosunku do Gordona Harkera.

Limuzyna stała w dalszym ciągu na ulicy.
— Mamy przepustkę, ale zostawiliśmy ją w domu -— powiedział Pete strażnikowi. — Czy 

pan   nas   sobie   nie   przypomina?   Byliśmy   tutaj   wczoraj   w   związku   ze   spotkaniem   Małych 
Urwisów. A teraz przyjechaliśmy po naszego kolegę, Jupitera Jonesa.

Strażnik potrząsnął niewzruszenie głową. Wyjaśnienia Pete’a nie zrobiły na nim wrażenia.
—   Nic   o   tym   nie   wiem   —   oświadczył.   —   Na   mojej   liście   nie   ma   dzisiaj   żadnych 

odwiedzających. A bez przepustki nie mogę nikogo wpuścić do środka.

— No tak, ale... — wyjąkał Bob, tracąc nadzieję. — Przecież my...
Nie udało mu się dokończyć zdania. Gordon Harker otworzył tylne drzwi samochodu.
— W porządku — powiedział. — Będzie lepiej, jak wyskoczycie teraz, chłopcy.
Pete i Bob zrobili, o co ich proszono. Gordon Harker podszedł do strażnika.
— Limuzyna jest dla pana Miltona Glassa z działu reklamy — powiedział. — Przywiozłem 

tutaj tych chłopców ponieważ chcieli zobaczyć studio.

— Nie wydaje mi się, żeby pan Glass był teraz w biurze... — zaczął strażnik.
—   Jego   sekretarka   zamówiła   limuzynę.   —   Szofer   nie   pozwolił   mu   dokończyć   i   szybko 

zamknął drzwi samochodu, szepcząc równocześnie dc stojącego tuż obok Pete’a: — Gdzie on 
teraz jest?

— W Studiu Numer Dziewięć — odpowiedział szeptem Pete. — Ktoś go tam zamknął. Poda 

panu klucz przez szparę w drzwiach.

Szofer   zajął   znowu   miejsce   za   kierownicą.   Strażnik   wpuścił   go   do   środka.   Pete   i   Bob 

obserwowali przez chwilę, jak samochód oddala się ulicą ze sławnymi budynkami.

Jupe miał rację, pomyślał Bob. Ten Gordon Harker to naprawdę tajemniczy facet.
Jupiter   leżał   w   dalszym   ciągu   na   podłodze   studia   dźwiękowego   i   obserwował   światło 

przedostające się przez szczelinę w drzwiach. Nagle światło zniknęło.

— Czy to ty, Pete? — zapytał Jupe.
— Nie, to ja. — Pierwszy Detektyw z trudem słyszał głos mężczyzny. — To ja, Gordon 

Harker, kierowca. Proszę mi podać klucz.

Jupe zawahał się przez moment. Naprawa telefonu, przecięcie obicia i drewna w drzwiach 

kosztowało go dużo pracy i dlatego nie chciał podać klucza niewłaściwej osobie. Komuś, kto 
mógłby po prostu sobie odejść i zostawić go na łasce losu do poniedziałku. Nie było nawet 
wykluczone, że to Harker szedł za nim do studia i że to właśnie on go w nim zamknął.

Znowu spojrzał na zegarek. Za dwanaście minut druga. Nie było czasu na wahanie. Pomimo 

wszystko istnieje przecież szansa, że szofer jest jego sprzymierzeńcem. Musi mu zaufać.

Przecisnął klucz przez szparę w drzwiach i podniósł się z podłogi. Chwilę czekał.
Drzwi się otworzyły.

background image

Z uczuciem ulgi Pierwszy Detektyw wyszedł na oświetloną słońcem ulicę.
— Dziękuję panu, panie Harker — powiedział z wdzięcznością.
— Musimy się pospieszyć. Twoi przyjaciele czekają przy bramie. Zabierzemy ich po drodze i 

wydaje mi się, że uda nam się zdążyć na drugą.

Do studia dotarli w ostatniej chwili. Była za dwie minuty druga, kiedy Jupe i dwójka jego 

przyjaciół wbiegli do dużego budynku studia, a następnie w pośpiechu wskoczyli do windy.

Drzwi do studia na siedemnastym piętrze, gdzie zgodnie z planem miał się odbyć kwiz, były 

jeszcze otwarte. Umundurowany kontroler przepuścił go szybko między krzesłami do środka.

Następnie   pokazał   mu   jego   miejsce   na   długiej,   drewnianej   ławie,   przypominającej   ławę 

przysięgłych w sądzie. Podczas kiedy kontroler przymocowywał mikrofon do jego krawata, Jupe 
obserwował   uważnie  siedzącego   tuż  obok  Platfusa.   Interesowały  go  przede  wszystkim   oczy 
chłopaka.

— Cześć — powiedział Platfus. — To było w ostatniej chwili, co?
Zupełnie pewien nie mogę być, pomyślał Jupe. Człowiek nigdy nie ma absolutnej pewności, 

jeśli chodzi o twarze i reakcje innych ludzi. Ale zaryzykowałbym moje dobre imię detektywa, że 
się nie mylę.

Platfus nie był wcale zaskoczony obecnością Pierwszego Detektywa w studiu.
Jupe obrzucił szybko spojrzeniem pozostałych ludzi na scenie. Peggy również nie wyglądała 

na zaskoczoną. Przeciwnie, widać było, że sprawiło jej wyraźną ulgę, że Jupe zdążył przyjść na 
czas. Obdarowała go teraz serdecznym, przyjacielskim spojrzeniem.

Ogar wyglądał także na zadowolonego. To samo można było powiedzieć o Miltonie Glassie, 

który był gospodarzem kwizu.

Jedyną osobą, która nie odwzajemniła spojrzenia Jupe’a i która wykazywała niezadowolenie z 

zaistniałej sytuacji, był młody mężczyzna o długich, opadających na ramiona włosach.

Mężczyzną tym był Łysa Czaszka.

background image

ROZDZIAŁ 8

Pierwszy kwiz

Kamery   telewizyjne   poszły   w   ruch.   Pierwszy   kwiz   Show   Małych   Urwisów   właśnie   się 

rozpoczął.

Milton Glass rozgrzał publiczność opowiedzeniem paru dowcipów, jak zwykle okraszonych 

promiennym uśmiechem, a następnie wytłumaczył zasady kwizu.

Uczestnicy będą odpowiadać na pytania po kolei. Poprawna odpowiedź daje pięć punktów, a 

niewłaściwa zero. Jeśli jeden z nich nie będzie mógł udzielić odpowiedzi na pytanie, pozostali 
mogą się zgłaszać dobrowolnie, poprzez wyciągnięcie ręki do góry. W przypadku poprawnej 
odpowiedzi uzyskują pięć punktów, ale jeśli się pomylą, tracą pięć punktów.

Milton Glass odwrócił się i obdarzył uśmiechem wszystkich uczestników.
— A więc nie zgłaszajcie się dobrowolnie, jeśli nie jesteście pewni — ostrzegł ich.
Następnie ustawił się ponownie twarzą w kierunku kamer i publiczności.
— W niektórych kwizach jest zazwyczaj kilkanaście różnych kategorii — kontynuował swoje 

wyjaśnienia. — Ale w naszym będzie tylko jedna. Małe Urwisy będą odpowiadać wyłącznie na 
jeden temat —zrobił małą przerwę, ukazując w uśmiechu olśniewająca białe zęby — a tematem 
tym będą oni sami.

Od strony publiczności doleciał podniecony szmer głosów.
Milton Glass pospieszył z wyjaśnieniem.
— W Szwecji jest takie powiedzenie „kłamać jak naoczny świadek”. No cóż, w  naszym 

kwizie Małe Urwisy będą własnymi świadkami. Na początku każdego programu pokażemy im 
fragmenty   filmu,   będącego   kombinacją   scen   pochodzących   z   różnych   odcinków   serialu   o 
Małych Urwisach. A państwo w naszym studiu będziecie mieli możliwość obserwowania tego 
na tym właśnie ekranie.

Milton Glass wskazał palcem na wielki ekran, który zajmował część sceny był widoczny od 

strony publiczności.

— Nasi uczestnicy będą mogli zobaczyć film tylko jeden raz — na tym oto ekranie.
Jupe wpatrywał się w ekran, umieszczony przed jego, Ogara i pozostałych Małych Urwisów 

wzrokiem. Chłopiec był w wyśmienitym humorze. Ze wszystkich możliwych kategorii trudno 
było sobie wyobrazić lepszą, lepiej odpowiadającą jego zdolnościom. Pierwszy Detektyw był 
uderzony doskonałą pamięcią, a poza tym był niezwykle spostrzegawczy. Dlatego nawet nie 
dopuszczał do siebie myśli, że mógłby się potknąć na którymś pytaniu. Postanowił, że będzie się 
zgłaszał jak najczęściej i najszybciej, jak tylko któryś z uczestników kwizu udzieli niewłaściwej 
odpowiedzi.

Popatrzył   na   siedzących   obok   niego   konkurentów:   na   Platfusa,   potem   Peggy,   na   Łysą 

Czaszkę i Ogara. Tylko Łysa Czaszka się uśmiechał.

— A więc zaczynamy nasz kwiz — powiedział Milton Glass. — Już za chwilę zobaczymy, 

jak Małe Urwisy radzą sobie z pytaniami.

Po tych słowach zajął miejsce przy elektronicznej tablicy wyników. Jupe skoncentrował całą 

swoją uwagę na ekranie, na którym właśnie rozpoczął się film.

Nie był to film we właściwym sensie tego słowa — nie było w nim żadnej fabuły. Była to 

mieszanka fragmentów, pochodzących ze starych komedii, gdzie sceny zmieniały się jedna za 
drugą.

background image

Łysa Czaszka i Ogar byli zajęci wsypywaniem prochu do mąki, której Śliczna Peggy używała 

do   robienia   ciasta.   Czarnoskóry  chłopiec,   zwany   Naleśnikiem,   o   włosach   przypominających 
kolce jeża, wypuszczał powietrze z opon roweru Platfusa. Nieznajomy w średnim wieku, który 
od   czasu   do   czasu   grywał   w   serialu,   wręczył   Małym   Urwisom   dolana   za   obserwowanie 
samochodu,   wypełnionego   skradzionymi   aparatami   radiowymi.   Mały   Tłuścioszek   został 
porwany i przywiązany do drzewa przez inne dzieciaki, które planowały wymuszenie okupu w 
postaci   pudełka   słodyczy.   Łysa   Czaszka,   poruszając   figlarnie   uszami,   starał   się   namówić 
Naleśnika, żeby szukał zakopanego skarbu wśród trującego bluszczu, podczas kiedy pozostali 
przypatrywali się temu i chichotali. Śliczna Peggy uwalniała przywiązanego do drzewa Małego 
Tłuścioszka, rozwiązując liczne supły.

Dokładnie po dwóch minutach film się skończył, a na scenie widowni ponownie zapaliło się 

światło.   Publiczność,   która   śmiała   się   rozbawiona   w   trakcie   pokazu   filmu,   skwitowała   jego 
koniec oklaskami. Kamery zatrzymały się teraz na Miltonie Glassie, który obrócił się na krześle 
twarzą w kierunku uczestników kwizu.

Pierwsze pytanie było przeznaczone dla Peggy.
— Kto wypuścił powietrze z opon motocykla? — zapytał  Glass ze swoim rozbrajającym 

uśmiechem.

— Nikt tego nie zrobił — odpowiedziała z uśmiechem Peggy.
Jupe’owi imponowało jej zdecydowanie i koncentracja. Było widoczne, że wygranie kwizu 

miało dla niej duże znaczenie. Przypomniał sobie, co mówiła o pieniądzach, potrzebnych jej na 
naukę w collegeu.

— To nie był motocykl — uzupełniła swoją odpowiedź Peggy. — Chodzi tutaj o zwykły 

rower, z którego Naleśnik wypuścił powietrze.

—   Zgadza   się.   —   Publiczność   zareagowała   na   to   oklaskami.   Na   elektronicznej   tablicy 

wyników Milton Glass zanotował pięć punktów dla Peggy.

Teraz przyszła kolej na Łysą  Czaszkę. Pytano go o kolor roweru i chłopak bez wahania 

udzielił prawidłowej odpowiedzi.

— Zielony — padło z jego ust.
Ponowne oklaski ze strony publiczności. Następny w kolejności był Ogar.
— Po której stronie kierownicy roweru była umieszczona przerzutka?
Ogar się zawahał.
— Czy nie po prawej? — zaproponował nieco niepewnym głosem. Szmer rozczarowania ze 

strony publiczności.

Jupe podniósł rękę sekundę wcześniej niż Łysa Czaszka. Czekał, podczas gdy Milton Glass 

zapewniał Ogara, że jest mu przykro z powodu jego niewłaściwej odpowiedzi.

—   Dwie   osoby   chcą   dobrowolnie   odpowiedzieć   na   to   pytanie   —Glass   obdarował 

promiennym uśmiechem obu chłopców. Następnie wskazał palcem na Jupe’a.

—   Rower   nie   miał   przerzutki   —   powiedział   Pierwszy   Detektyw   głosem   poczciwego 

głuptaska.

— Zupełnie prawidłowo.
Wielkie oklaski. I dodatkowych pięć punktów dla Jupe’a. Łysa Czaszka patrzył spode łba na 

ukazujące się na tablicy wyników punkty.

Teraz przyszła kolej na Platfusa.
Pytanie było łatwe, brzmiało:
— Co było dodatkowym składnikiem w cieście Ślicznej Peggy?
— Proch.

background image

— Zgadza się!
Pięć punktów i grzeczne oklaski dla Platfusa.
Milton Glass zapytał teraz z uśmiechem Jupitera Jonesa.
— Ile supłów musiała Śliczna Peggy rozwiązać, żeby oswobodzić Małego Tłuścioszka?
Jupe zobaczył,  że Peggy unosi rękę do góry. Zrobiła to tak szybko, że Jupiter nawet nie 

zdążył udawać, że jest zaskoczony pytaniem. Miał prawie ochotę dać błędną odpowiedź i w ten 
sposób pozwolić jej uzyskać następnych pięć punktów, ale z drugiej strony nie chciał, żeby Łysa 
Czaszka był górą.

— Cztery su-su-supły? — powiedział, udając, że prawidłowa odpowiedź była tylko dziełem 

przypadku.

— Zgadza się.
Następne oklaski zakończyły tę część programu. Milton Glass odczytał starannie wszystkie 

uzyskane  wyniki,  chociaż każdy i tak mógł  je zobaczyć  bez problemów. Wydawało  się, że 
pozowanie przed kamerami sprawia mu wyraźną przyjemność.

Jupe popatrzył w stronę pomieszczenia kontrolnego, znajdującego się na tyłach sceny, gdzie 

Luther Lomax obserwował program na monitorze. Miał tak skupiony wyraz twarzy, że sprawiał 
wrażenie pilota próbującego wylądować w potwornej mgle.

Spojrzenie   Jupe’a   pobiegło   w   inną   stronę   i   Pierwszy   Detektyw   dostrzegł   Boba   i   Pete’a, 

siedzących w piątym rzędzie wśród publiczności.

Obok   nich   zobaczył   Gordona   Harkera.   Kierowca   trzymał   na   kolanach   kartkę,   na   której 

pospiesznie coś notował.

Kiedy Pete złapał spojrzenie Jupe’a, podniósł zaciśnięte dłonie gestem zawodowego boksera, 

który obwieszcza o swoim zwycięstwie.

Obok Harkera siedział Bob. Chłopak nie mógł się powstrzymać od zerknięcia na trzymaną 

przez kierowcę kartkę. Harker uśmiechnął się i pokazał mu, co zapisał.

Zwykły rower
Zielony
Nie ma przerzutki
Proch
Cztery
— Próbowałem po prostu odgadnąć odpowiedzi, jeszcze zanim to zrobili uczestnicy kwizu — 

wyjaśnił. Pokazał ptaszki, które robił przy każdej prawidłowej odpowiedzi.

Rozpoczęła   się   następna   runda   pytań.   Peggy   i   Łysa   Czaszka   udzielili   poprawnych 

odpowiedzi. Ogarowi znowu się nie powiodło i Łysa Czaszka był tym razem szybszy od Jupe’a i 
uzyskał dodatkowe punkty. Platfus tym razem podzielił los Ogara. Jupe podniósł rękę do góry 
jako pierwszy, uprzedzając zarówno Łysą Czaszkę, jak i Peggy i zdobył w ten sposób dodatkowe 
pięć punktów.

Milton Glass powtarzał tę samą scenę z podliczaniem punktów po każdej rundzie, pozując 

przy tym przed kamerami ze swoim promiennym uśmiechem na ustach i zabawiając publiczność 
opowiadaniem kolejnej serii żarcików.

Przed rozpoczęciem piątej, ostatniej rundy Jupe wyprzedzał Łysą Czaszkę o pięć punktów, a 

Peggy o dziesięć. Ogar i Platfus byli praktycznie bez szans w dalszych zawodach.

Rozpoczęła się ostatnia runda pytań.
— Dlaczego samochód nieznajomego był podejrzany?
— Bo było w nim pełno skradzionych aparatów radiowych.
— Zgadza się. — Pięć punktów dla Peggy.

background image

Oklaski ze strony publiczności.
Łysa  Czaszka zdobył  znowu pięć punktów. Wymienił poprawnie markę samochodu i był 

nawet w stanie podać rok produkcji. Okazało się, że chodziło o niemalże starożytnego pierce-
arrowa z dwudziestego dziewiątego roku.

Tym razem Ogar otrzymał łatwe pytanie.
— Ile pieniędzy zapłacił nieznajomy Małym Urwisom za pilnowanie samochodu? 
— Jednego dolara.
— Poprawna odpowiedź.
Oklaski dla Ogara.
Nawet Platfus zdobył punkty w tej rundzie. Pamiętał przezwisko, nadane przez Małe Urwisy 

nieznajomemu. Nazywano go pan Aferzysta.

Jupe   był   ostatni   w   kolejności   i   przeznaczonym   dla   niego   pytaniem   miała   się   zakończyć 

pierwsza część kwizu.

— Jak się nazywał aktor, który grał pana Aferzystę?
To nie było zupełnie w porządku ze strony autora kwizu, że Jupe otrzymał tego typu pytanie. 

Nie   miało   ono   nic   wspólnego   z   oglądanym   na   początku   kwizu   filmem   ani   z   koncepcją 
naocznego świadka. Jeśli Jupe nie będzie w stanie przypomnieć sobie nazwiska aktora, którego 
widział zaledwie parę razy, i to w wieku trzech lat, to wówczas straci pięć punktów.

Łysa Czaszka i Peggy zaczęli gorączkowo wymachiwać rękami.
Jupe   zmarszczył   czoło   w   wielkim   wysiłku,   udając,   że   nie   zna   odpowiedzi   na   pytanie. 

Odgrywał głupiego, żeby zmylić Łysą Czaszkę. Jupiter spotkał przypadkowo tego aktora jakiś 
czas temu, w związku z rozwiązywaną właśnie przez Trzech Detektywów sprawą kradzieży w 
muzeum. Dlatego rozpoznał go od razu i pamiętał doskonale jego nazwisko.

—   Na-na-nazywał   się   Edmund   Frank   —   wydusił   z   siebie,   uśmiechając   się   przy   tym 

niezwykle głupkowato.

— Zgadza się.
Publiczność po prostu oszalała z zachwytu.
Program się skończył.  Jupe wyprzedzał  w dalszym  ciągu  Łysą  Czaszkę  o pięć  punktów. 

Publiczność   zaczęła   opuszczać   salę,   a   Milton   Glass   przypomniał   uczestnikom   kwizu,   żeby 
przyszli do stacji telewizyjnej punktualnie o godzinie drugiej następnego dnia.

Wyraźnie zmartwiona Peggy spieszyła się do wyjścia. Jupe patrzył, jak opuszcza studio. Było 

mu żal dziewczyny i miał wielką ochotę pomóc jej w jakiś sposób. Ale dopóki Łysa Czaszka był 
jego najgroźniejszym konkurentem, Pierwszy Detektyw chciał zrobić wszystko, żeby wygrać 
kwiz. Czuł, że ma w dalszym ciągu porachunki z Łysą Czaszką, chociażby za sposób, w jaki 
tamten traktował go wiele lat temu.

Jupe   również   ruszył   do   wyjścia,   chcąc   się   dołączyć   do   dwójki   swoich   przyjaciół, 

znajdujących się na zupełnie już pustej widowni. Nagle zobaczył długi skórzany rękaw. Łysa 
Czaszka schwycił go brutalnie za ramię. Jego uścisk był mocny jak stal.

— Miej się na baczności, Mały Tłuścioszku — warknął wysoki młodzieniec. — Przejrzałem 

cię. Wiem o tobie wszystko. Zgrywasz się na idiotę, żeby wygrać te dwadzieścia tysięcy.

Jupiter odwrócił się. Uścisk Łysej Czaszki stał się jeszcze mocniejszy.
— Ostrzegam cię, Tłuścioszku — powiedział prześladowca. — Skończ z tymi wygłupami, bo 

w przeciwnym razie... — nie dokończył zdania i opuścił Jupitera.

Bob i Pete czekali na Jupe’a w przejściu. Gordon Harker poszedł po samochód.
— Co ci powiedział ten Łysa Czaszka? — zapytał Pete Jupe’a.
Pierwszy Detektyw nie odpowiedział. Sam miał ochotę o coś zapytać.

background image

— Bob — powiedział. — Siedziałeś obok Gordona Harkera, prawda?
— No tak. A o co chodzi?
— Co on pisał na tej kartce papieru podczas kwizu?
— Nic specjalnego. — Bob wzruszył ramionami. — Próbował po prostu odpowiedzieć na 

pytania, jeszcze zanim ty to zrobiłeś.

—   Czy   widziałeś   jego   odpowiedzi?   —   Jupe   zmarszczył   czoło.   Jego   głos   miał   to 

charakterystyczne zabarwienie, które oznaczało, że chłopak był na tropie pewnej zagadki i miał 
zamiar się nią zajmować, aż do uzyskania rozwiązania.

—   Oczywiście.   Sam   mi   je   pokazał.   Szło   mu   bardzo   dobrze.   Z   jednym   wyjątkiem 

odpowiedział poprawnie na wszystkie pytania.

— Czy zauważyłeś, o które pytanie chodziło? — zapytał Pierwszy Detektyw nie ukrywając 

podniecenia.   —   Może   to   ostatnie   o  Edmunda   Franka?   Czy   na   to   pytanie   nie   potrafił 
odpowiedzieć poprawnie?

— Nie — Bob pokręcił przecząco głową. — Jedyne pytanie, które sprawiło mu trudność, 

dotyczyło samochodu pana Aferzysty. Nazwisko tego aktora napisał poprawnie jeszcze na długo 
przed twoją odpowiedzią.

Jupe wpatrywał się przez chwilę w kolegę, potem pokiwał głową i poszedł dalej w kierunku 

wyjścia. I chociaż Bob i Pete próbowali go wypytywać podczas jazdy windą, Pierwszy Detektyw 
nie   pisnął   ani   słowa,   nie   chcąc   wyjawić,   dlaczego   tak   bardzo   interesowały   go   odpowiedzi 
kierowcy na pytania kwizowe.

Dopiero kiedy znaleźli się na chodniku i stali tam, oczekując na przyjazd limuzyny, Jupiter 

znowu się odezwał.

— Mogę zrozumieć, że odpowiedział poprawnie na wszystkie te pytania — powiedział w 

zamyśleniu.   —   Oczywiście   oglądał   film,   tak   jak   wszyscy,   i   nie   ulega   wątpliwości,   że   jest 
inteligentnym mężczyzną... — Pierwszy Detektyw zawiesił głos.

— No i co? — dopytywali się dwaj pozostali detektywi. — No mów, Jupe. Dlaczego myślisz, 

że jest to takie dziwne?

— Jest dla mnie zagadką — powiedział Pierwszy Detektyw nieco roztargnionym głosem — 

jest dla mnie zagadką, dlaczego szofer limuzyny tak bardzo interesuje się Małymi Urwisami.

background image

ROZDZIAŁ 9

Człowiek, który wiedział za dużo

— Mam paru podejrzanych — powiedział Jupiter Jones. — Jako pierwszy na mojej liście 

figuruje Platfus. — Mówiąc to Jupe podniósł do góry swój pulchny palec.

Trzej   Detektywi   znajdowali   się   teraz   w   Kwaterze   Głównej,   do   której   udali   się   prosto   z 

telewizji. Jupe siedział za biurkiem, a Bob i Pete na swoich zwykłych miejscach.

— A więc Platfus — powtórzył Pierwszy Detektyw. — Co właściwie o nim wiemy?
Nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Po prostu głośno wyraził swoje myśli, co często 

robił, kiedy pracował nad rozwiązaniem jakiejś zagadki.

— Wiemy tylko, że mógł ukraść te srebrne puchary — ciągnął Jupe. — Ale równie dobrze 

mógł to zrobić każdy z pozostałych Urwisów. Wszyscy siedzieliśmy wokół tego samego stołu. 
W kuchni znajdował się tłum ludzi — kelnerzy, elektrycy, maszyniści. Każdy z nas miał szansę 
przedostać się niepostrzeżenie na tył  sceny, gdzie leżały te puchary, i pobyć tam przez parę 
minut, nie zwracając niczyjej uwagi.

— A co z Łysą Czaszką? — zapytał Pete, sadowiąc się wygodnie w fotelu bujanym. — To 

mój główny podejrzany.

Jupe zrobił znak ręką, chcąc w ten sposób powstrzymać Pete’a od dalszych uwag.
— Najpierw zajmijmy się Platfusem — powiedział. — Reżyser Luther Lomax podejrzewa 

Platfusa. Widział go w pobliżu Studia Numer Dziewięć tej krytycznej nocy i miał wrażenie, że 
chłopak wrócił tam, żeby odzyskać skradzione puchary. Ale Lomax go przestraszył. Z drugiej 
strony   reżyser   był   pewny,   że   Platfus   przyjdzie   znowu   do   studia  w  tym   samym   celu.   I 
niewykluczone, że miał rację. Za kwadrans jedenasta dzisiejszego przedpołudnia Platfus dosiada 
swojego motocykla i zmierza w kierunku studia filmowego. Jadę za nim i jestem pierwszy na 
miejscu. Platfus widzi, jak wchodzę do studia dźwiękowego. Ogarnia go panika dlatego zamyka 
mnie w studiu...

— Zupełnie niegłupio pomyślane — przyznał Bob.
—   Być   może.   —   Jupe   skubał   wargę.   Takie   rozwiązanie   wydawało   się   prawdopodobne, 

pomyślał, ale nie wszystko było w nim zupełnie jasne. Jupe uważał, że ten, kto go zamknął w 
studiu,   nie   działał   w   panice,   ale   zrobił   to   z   pewnego   bardzo   konkretnego   powodu   —   a 
mianowicie po to, żeby się pozbyć konkurenta. A Platfusowi nigdy specjalnie nie zależało na 
tym   kwizie.   Prawdopodobnie   sądził,   że   i   tak   nie   ma   wielkiej   szansy   na   zdobycie   głównej 
wygranej.

Z   drugiej   strony   Jupe   nie   bardzo   wierzył   w   zbieg   okoliczności.   Nie   był   całkowicie 

przekonany, że Platfus wybrał się tego ranka do studia dźwiękowego zupełnie przypadkowo.

— A teraz drugi podejrzany — Pierwszy Detektyw uniósł do góry drugi palec.
— Łysa Czaszka — podsunął mu Pete w podnieceniu.
— Tak, dlaczego  nie. Chłopak  jest bardzo  cwany.  Jest chciwy na pieniądze.  Nienawidzi 

Miltona Glassa i całego tego pomysłu ze spotkaniem po latach w gronie Urwisów. Żądał stu 
dolarów za występ w zwykłym talk show. I cholernie mu zależy na wygraniu kwizu. Podejrzewa 
mnie że tylko zgrywam się na głupiego dzieciaka, i mówi, że wie, kim jestem.

— A skąd masz tego typu informacje? — przerwał mu Bob.
— Oświadczył mi to Łysa Czaszka, kiedy schwycił mnie za ramię po dzisiejszym kwizie — 

powiedział Jupe w roztargnieniu. — I jeśli Łysa Czaszka widział, że wchodzę do Studia Numer 

background image

Dziewięć   na   półtorej   godziny   przed   rozpoczęciem   nagrań,   mógł   ulec   pokusie   pozbycia   się 
niebezpiecznego rywala. A kiedy pomimo wszystko dotarłem do telewizji na czas, tylko Łysa 
Czaszka   wyglądał   na   zaskoczonego   moją   obecnością.   I   co   robił   Łysa   Czaszka   w   studiu 
filmowym dzisiaj przed południem? W tym samym czasie co Platfus?

— No przecież mógł tam być zupełnie przypadkowo, nie? — odpowiedział Bob.
— Nie — Jupe pokręcił zdecydowanie głową. — Nie wierzę w zbieg okoliczności.
Milczał przez chwilę, pogrążony w swoich myślach, a potem podniósł trzeci palec do góry.
— Mój trzeci podejrzany to Gordon Harker.
— Nie wydaje mi się, że byłby w stanie ukraść puchary. — Bob zaczynał naprawdę lubić 

szofera. — Nie jest po prostu tym typem człowieka.

—   Może   tak,   a   może   nie.   —   Jupe   był   osobiście   tego   samego   zdania,   ale   nie   zamierzał 

wykluczyć Harkera spośród podejrzanych, tylko z tego powodu, że szofer sprawiał wrażenie 
bardzo sympatycznego faceta.

— Weź pod uwagę, że był on wczoraj w studiu dźwiękowym — powiedział znacząco. — 

Widziałem   go   tam   tuz   przed   rozpoczęciem   programu.   Szedł   w   kierunku   miejsca,   gdzie 
znajdowały się puchary i nie wykorzystane światła. A poza tym był niezwykle zainteresowany 
spotkaniem Małych Urwisów, od czasu kiedy to wszystko się zaczęło. Poprosił mnie o bilet na 
dzisiejszy kwiz. A w czasie programu siedział na widowni i próbował odgadnąć odpowiedzi na 
pytania   i   notować   je   na   kartce   papieru.   Znał   również   nazwisko   tego   podrzędnego   aktora   z 
serialu. Ale równocześnie kryje się ze swoim zainteresowaniem. Twierdzi na przykład, że nie 
zna drogi do Studia Numer Dziewięć... — Jupe zawiesił na chwilę głos i popatrzył na swoich 
przyjaciół.

— Można powiedzieć — kontynuował swoje rozważania — że Gordon Harker to nie tylko 

człowiek, który wie za mało. Pamiętacie, jest taki stary film pana Hitchcocka i jego tytuł pasuje 
do Harkera, bo jest on również człowiekiem, który wie za dużo.

Pete zerknął na zegarek i skoczył na nogi.
— O rany, już jest czwarta, Jupe — powiedział.
Jupe   zawahał   się   i   popatrzył   na   telewizor.   Właśnie   o   tej   godzinie   telewizja   zaplanowała 

emisję jeszcze jednej starej komedii o Małych Urwisach. To będzie dla niego straszna męka 
oglądać ponownie siebie w roli Małego Tłuścioszka. Z drugiej strony niewykluczone, że będzie 
mógł   wykorzystać   film   w   czasie   jutrzejszego   kwizu.   Pierwszy   Detektyw   czuł,   że   uważne 
obejrzenie tej komedii było jego obowiązkiem jako uczestnika konkursu.

— W porządku — powiedział z ciężkim westchnieniem. — Włącz telewizor, Bob.
Właśnie skończyła się pierwsza seria reklam. Jupe wzdrygnął się jak rażony prądem, kiedy 

zobaczył Małego Tłuścioszka na ekranie.

— Plosę, zabierzcie mnie ze sobą — błagał Mały Tłuścioszek.
Małe Urwisy potrząsnęły przecząco głowami. Cała paczka wybierała się do miasta na lody i 

oczywiście nikt nie miał ochoty na zabranie takiego berbecia ze sobą.

— No ale przecież nie możemy go zostawić tutaj zupełnie samego — zlitowała się nad nim 

Śliczna Peggy. — Biedny malec.

— W porządku. Jeśli ci go tak strasznie żal, to zostań z nim — zaproponował Łysa Czaszka.
Ale Peggy nie chciała zrezygnować z wyprawy do miasta. W końcu postanowili ciągnąć o to 

losy.

— O tak, baldzo fajnie — powiedział Mały Tłuścioszek. — Będą losy, będą lody. Duzo 

lodów.

Łysa Czaszka oszukiwał i Naleśnik przegrał.

background image

—   Ach,   powiedz   mi,   Boże,   dlaczego   muszę   zawsze   tak   ciężko   harować?   —   zajęczał 

czarnoskóry chłopiec swoim śpiewnym głosem.

— Ach, przecież nie jestem żadną niańką.
Jeden   z   wątków   filmu   ukazywał   pana   Aferzystę   i   jego   samochód,   pełny   skradzionych 

aparatów   radiowych.   Pan   Aferzysta   zapłacił   Małym   Urwisom   za   pilnowanie   samochodu, 
ponieważ   musiał   w   tym   czasie   do   kogoś   zadzwonić.   Wszyscy   wesoło   się   bawili   w  starym 
kabriolecie   marki   pierce-arrow,   kiedy   nagle   przybyła   policja   i   zabrała   ze   sobą   samochód   i 
dzieciaki.

Natomiast Naleśnik postanowił sam zrobić lody.  Mały Tłuścioszek ochoczo mu pomagał, 

tylko że zamiast cukru dosypał do lodów soli.

Pan Aferzysta ukradł z powrotem swój kabriolet z posterunku policji. Na ekranie można było 

teraz obserwować pościg samochodowy, uczestnikami którego były również Małe Urwisy. Cała 
paczka siedziała na tylnym siedzeniu samochodu policyjnego i znakomicie się bawiła, rycząc i 
wyjąc...

Jupe podniósł się i wyłączył telewizor.
— Ale jak się to wszystko skończyło? — chciał wiedzieć Pete. — Czy policja złapała pana 

Aferzystę?

— Nie — wyjaśnił Jupe. — Autorzy filmu chcieli ponownie wykorzystać tego samego aktora 

w   następnym   odcinku,   w   którym   Edmund   Frank   wynajmuje   Naleśnika   do   kradzieży   psa,   i 
dlatego pozwolili mu wtedy uciec.

Pierwszy Detektyw podszedł do telefonu.
— Halo, czy to pan Harker — powiedział po chwili. — Mówi Jupiter Jones. Czy nie mógłby 

pan przyjechać teraz do składu złomu? Tak, możliwie jak najszybciej.

— Dokąd on ma nas zabrać? — dziwił się Bob, kiedy Jupe odłożył słuchawkę.
— Donikąd — odpowiedział Jupe, myśląc na głos. — Po prostu wpadło mi do głowy, że 

potrzebujemy   sojusznika,   dobrego   przyjaciela   właśnie   teraz,   kiedy   rozwiązujemy   zagadkę 
kradzieży pucharów. Kogoś, kogo nikt nie podejrzewa.

Stanowczo  odmówił   dalszych   wyjaśnień  i   wszyscy  oczekiwali   w milczeniu  na   limuzynę. 

Wujek Tytus i ciocia Matylda poszli na aukcję, więc Jupe zaprosił Gordona Harkera na kawę do 
domu.

Całe   towarzystwo   usadowiło   się   w   dużej,   przyjemnej   kuchni.   Jupe   przygotował   dzbanek 

kawy dla pana Harkera i przyniósł wodę sodową dla chłopców.

Następnie zaczął mówić o kwizie.
— Cieszę  się, że nie  zapytano  mnie,  co to był  za samochód  — powiedział.  — Też  nie 

wiedziałem, o jaką markę chodzi.

—   Naprawdę?   —   Gordon   Harker   popijał   kawę   małymi   łykami.   —   Znałeś   przecież 

odpowiedzi na pozostałe pytania.

— Owszem, ale nigdy nie występowałem w tych scenach — wyjaśnił Jupe. — To znaczy 

tam, gdzie pojawiał się pan Aferzysta ze swoim samochodem. Za to Łysa Czaszka, Ogar i cała 
reszta brali w nich udział. Przypuszczam, że musieli zapytać Luthera Lomaxa albo kogoś innego 
o markę tego samochodu. No i dlatego Łysa Czaszka ją znał i pamiętał, że chodziło o pierce-
arrowa. Ale ja nigdy nie widziałem tego samochodu.

— Ach, już rozumiem — powiedział kierowca. — Właśnie oglądałem tę scenę w telewizji, 

kiedy   do   mnie   zadzwoniłeś.   —   Harker   uśmiechnął   się.   —   Ty   i   ten   czarnoskóry   chłopiec 
zostaliście w domu i robiliście lody.

— Czy pan lubi oglądać te stare komedie? — zapytał Jupe.

background image

Harker wzruszył ramionami.
— Są głupawe — przyznał. — Ale za to całkiem zabawne.
— Ja nawet uważam, że są całkowicie kretyńskie — dodał Jupe. — Ale właśnie o to im 

chodziło. Autorzy serialu chcieli, żebyśmy zachowywali się jak idioci. Łysa Czaszka musiał 
poruszać   uszami,   a   Ogar   wywalać   język.   Mnie   przeznaczono   rolę   sepleniącego   tłuścioszka. 
Platfus śmieszył ogromnymi stopami, a Naleśnik śpiewnym sposobem mówienia.

Jupe zrobił małą pauzę.
—   Ach,   powiedz   mi,   Boże,   dlaczego   muszę   tak   ciężko   harować?   —   Jupe   doskonale 

naśladował głos czarnego aktora. — Ach, nie jestem przecież żadną niańką.

Gordon Harker zaczął się śmiać.
— Świetnie ci to wyszło — powiedział.
Pierwszy Detektyw pochylił się do przodu.
—   Szczerze   mówiąc,   to   wszystko   jest   teraz   trochę   żenujące,   zgadza   się   pan   ze   mną? 

Przynajmniej ja to tak odczuwam — powiedział z naciskiem.

— No, to zupełnie możliwe. — Kierowca wziął do ręki swoją czapkę. — A więc dokąd mam 

was teraz zawieźć?

— Nigdzie się nie wybieramy.  — Jupe wyciągał  rękę w kierunku  szofera. — Po prostu 

chciałem ci powiedzieć cześć.

Bob i Pete wpatrywali się w osłupieniu w Jupe’a. Co on robi? I o czym on do diabła mówi?
Jupe stał z wyciągniętą ręką tak długo, dopóki kierowca jej nie uścisnął.
— Cieszę się, że cię znów widzę, Naleśniku — powiedział Pierwszy Detektyw.

background image

ROZDZIAŁ 10

Randka w Hollywoodzie

—   No,   cóż   —   powiedział   Gordon   Harker.   —   Miałem   po   prostu   więcej   szczęścia   od 

pozostałych Małych Urwisów, no może z wyjątkiem Łysej Czaszki. Nigdy nie występowałem 
pod   moim   własnym   nazwiskiem   i   kiedy   serial   przestał   się   ukazywać,   nie   miałem   żadnych 
problemów w szkole. Z wyprostowanymi włosami i moim naturalnym tonem głosu w niczym nie 
przypominałem Naleśnika.

Dopił kawy i Jupe ponownie napełnił jego filiżankę. Dwaj pozostali detektywi oczekiwali w 

napięciu na dalszy ciąg historii Gardona Harkera.

—  Moi   rodzice   odkładali  pieniądze,  które   zarobiłem  w  serialu   —  mówił   mężczyzna.  — 

Dobrze się uczyłem i w wieku szesnastu lat ukończyłem średnią szkołę. Potem kontynuowałem 
naukę w seminarium nauczycielskim i zostałem belfrem.

Popatrzył teraz na Jupe’a.
— Pracuję w dalszym ciągu jako nauczyciel — powiedział. — I lubię moją pracę. Lubię 

moich uczniów. Szkoła leży w tak zwanej trudnej dzielnicy i moi chłopcy nie należą do aniołów. 
Ale ja nie mam z nimi żadnych kłopotów. Dobrze się rozumiemy. — Uśmiechnął się krzywo. — 
Kiedy znowu zaczęli emitować ten serial o Małych Urwisach, przeraziłem się nie na żarty — 
powiedział. — Gdyby chłopcy z mojej klasy dowiedzieli się, że byłem Naleśnikiem, to byłby 
mój koniec. Czy możesz sobie wyobrazić, jak by się ze mnie naśmiewali? „Ach, Boże, dlaczego 
muszę zawsze tak ciężko harować?” — Naśladował śpiewny głos Naleśnika. — Nie mógłbym 
spokojnie przejść ulicą, bo cały czas stroiliby sobie ze mnie żarty I wykrzykiwali pod moim 
adresem tego typu idiotyzmy.

Jupe przytakiwał ze zrozumieniem. Dobrze pamiętał trzy ostatnie tygodnie roku szkolnego, 

tuż przed letnimi wakacjami, kiedy koledzy ze szkoły podchodzili do niego i prosili:

— No powiedz: „Plosę, psestań”, Mały Tłuścioszku. „Plosę”.
— Ale z drugiej strony — powiedział Gordon Harker po chwili zastanowienia. — Z drugiej 

strony nie mogłem  tak zupełnie  tych  starych  czasów wymazać  z pamięci.  I ciekawiło  mnie 
również,  jak się potoczyły  dalsze  losy pozostałych  Małych  Urwisów. Jak sobie  poradzili  w 
życiu. Kiedyś w czasie wakacji zarobiłem trochę pieniędzy, pracując jako kierowca dla agencji 
wynajmu limuzyn. Jeździłem wtedy nawet parę razy do tego starego studia filmowego. I kiedy 
przeczytałem o spotkaniu Małych Urwisów, trudno mi było się powstrzymać, aby ich znowu nie 
zobaczyć.   Poprosiłem   znajomego   kierowcę,   żeby   pozwolił   mi   siebie   zastąpić   w   ten   sposób 
mogłem jeździć do studia w czasie trwania kwizu.

— Jeśli jeździłeś często do studia — przerwał mu Jupe —  no to dlaczego nie znałeś drogi do 

Studia Numer Dziewięć?

— O, tam jest tyle przeróżnych budynków — powiedział Harker. — No a poza tym, to od 

czasu kiedy byłem chłopcem, nigdy tam nie jeździłem. A kiedy moi rodzice odwozili mnie na 
nagrania, nie zwracałem uwagi na drogę.

Wymieszał cukier w filiżance i ponownie popatrzył na Jupe’a.
—   Oczywiście,   nie   przyszło   mi   nawet   do   głowy,   że   ktoś   mógłby   mnie   rozpoznać   jako 

Naleśnika — dodał. — Milton Glass powiedział przecież, że Naleśnik po prostu jakby zapadł się 
pod ziemię, kiedy serial się skończył, wszelki ślad po nim zaginął. Nikt nie wiedział, gdzie on 
jest i co teraz robi.

background image

Wypił łyk kawy i odstawił filiżankę.
— Nie liczyłem się z tym, że jesteś takim zdolnym detektywem —Powiedział Jupe’owi.
— O, to nie jest wyłącznie moja zasługa. — Jupe popatrzył  skromnie na puszkę z wodą 

sodową. — To był po prostu łut szczęścia, że Bob zobaczył twoje odpowiedzi na pytania.

Tak między nami mówiąc, Pierwszy Detektyw czuł, że przesadził trochę z tą skromnością. W 

głębi duszy był przekonany, że tylko dzięki swoim wybitnym zdolnościom dedukcyjnym był w 
stanie odkryć, że Gordon Harker to Naleśnik. I że to nie miało nic wspólnego ze szczęściem.

Potrafił po prostu wszystko połączyć w logiczną całość. — To, że Harker nie był w stanie 

rozpoznać samochodu pana Aferzysty jako pierce-arrowa — z tego względu, że nigdy w tych 
scenach nie występował. A także to, że pan Harker znał nazwisko aktora, Edmunda Franka, 
ponieważ w późniejszym odcinku serialu pan Aferzysta wynajął Naleśnika do kradzieży psa, no i 
w ten sposób pracowali razem przez kilkanaście dni.

Jupe rozwiązał tę zagadkę, poprawnie i logicznie.
— Mam ochotę o coś ciebie zapytać. Czy mogę? — powiedział Jupiter.
— Pytaj śmiało — zachęcił go pan Harker.
— Kiedy siedziałem w studiu dźwiękowym podczas nagrywania programu, zauważyłem, że 

szedłeś w kierunku świateł na końcu sceny. Co tam robiłeś?

— Aha, o to ci chodzi — zaśmiał się kierowca. — No to mnie złapałeś na gorącym uczynku. 

Mnie po prostu zawsze ciekawiły techniczne aspekty show biznesu, i to nawet wtedy, kiedy 
grywałem Naleśnika. A tego dnia, o który mnie pytasz, uważałem, że nadarza się świetna okazja, 
żeby zobaczyć, jak działa w takich programach oświetlenie.

— No tak, to wyjaśnia sprawę — powiedział śmiejąc się Jupiter. —A jednocześnie jest to 

ostrzeżenie dla detektywa, żeby nie opierał swoich wywodów wyłącznie na faktach. Był taki 
moment, że ciebie podejrzewałem o ukrycie skradzionych pucharów właśnie w tych światłach.

— Jestem całkowicie niewinny — powiedział pan Harker. — No ale co teraz zamierzasz z 

tym fantem zrobić? Czy chcesz mnie zdemaskować i powiedzieć wszystkim, kim jestem?

— Ani mi się śni — Jupiter popatrzył na przyjaciół. — Nikt z nas nie piśnie ani słowa. 

Prawda, chłopaki?

— No pewnie — potwierdził Bob. — Może pan na nas polegać, panie Harker.
Z ust Gordona Harkera wydobyło się westchnienie ulgi.
— Dziękuję wam chłopcy — powiedział. — Naprawdę spadł mi kamień z serca.
W pomieszczeniu zapanowała cisza.
— Mamy taką nadzieję... — powiedział Jupe po chwili. — To znaczy, oczywiście nie musisz 

tego robić. Ale byłoby strasznie fajnie, gdybyś nam pomógł, Gordonie.

— No jasne, bardzo chętnie — odrzekł Harker. — Co mam dla was zrobić?
Jupe opowiedział mu o skradzionych pucharach i o Lutherze Lomaxie, który zaangażował ich 

do znalezienia  złodzieja. Jupe wyjął  z kieszeni wizytówkę Trzech Detektywów  i pokazał ją 
Harkerowi.

— Chodzi o to — powiedział — że kiedy pracujemy nad jakąś zagadką, no to po prostu 

zajmujemy się nią aż do jej rozwiązania. W związku z  tym musimy teraz odnaleźć złodzieja 
pucharów. Trzej Detektywi to solidna firma. Każda zlecona nam sprawa musi być doprowadzona 
do samego końca.

Harker pokiwał głową ze zrozumieniem.
— W jaki sposób mogę wam pomóc? — zapytał.
—   Moim   zdaniem   mamy   dwóch   głównych   podejrzanych   —   wyjaśnił   mu   Jupe.   —   A 

mianowicie Łysą Czaszkę i Platfusa. — Pierwszy Detektyw przemyślał wszystko, czekając na 

background image

przybycie szofera, i wpadło mu do głowy pewne rozwiązanie, które wykluczało tak bardzo przez 
niego znienawidzony zbieg okoliczności.

— A więc załóżmy, że razem zwinęli te puchary — powiedział. — W ten sposób cała sprawa 

przedstawia się bardziej logicznie. Łysa Czaszka i Platfus umówili się na spotkanie w studiu 
filmowym dzisiejszego popołudnia. Obaj przypuszczają, że skradzione puchary znajdują się w 
lampie łukowej na scenie i oczywiście chcą je odzyskać. Łysa Czaszka czeka na Platfusa na 
zewnątrz studia dźwiękowego. Nagle widzi, że wchodzę do studia. Wtedy wpada mu do głowy 
pewien pomysł. Wygranie dwudziestu tysięcy dolarów ma dla niego znacznie większe znaczenie 
niż te puchary. Kiedy Platfus dociera do studia na motocyklu, Łysa Czaszka mówi mu, że studio 
jest zamknięte i że będą musieli próbować się do niego dostać innym razem.

— Aha, to dlatego Platfus się nie zdziwił, kiedy przybyłeś do studia na czas — przerwał jego 

wyjaśnienia Pete.

— No tak, a Łysa Czaszka był bardzo zdziwiony — dorzucił Bob.
— Dokładnie tak było — Jupe popatrzył na Gordona Harkera. — I właśnie w związku z tym 

potrzebujemy twojej pomocy — powiedział.

— W porządku. Jako nauczyciel lubię rozwiązywać trudne problemy. podobnie jak wy. — 

Wysoki kierowca dopił kawy. — Ale jeszcze mi nie powiedzieliście co mam robić.

— Chcemy ich śledzić — wyjaśnił Jupe. — Interesuje nas, czy są w zmowie i czy pójdą z 

powrotem do studia dźwiękowego dzisiejszego wieczoru.

— Dobrze — Gordon Harker podniósł się od stołu. — Skąd zaczynamy?
— I to jest właśnie sedno całej sprawy — Jupe popatrzył  na Harkera, nie ruszając się z 

miejsca. — Właśnie w związku z tym potrzebujemy w pierwszym rzędzie twojej pomocy. Po 
prostu  nie  wiemy,  gdzie   Łysa   Czaszka  i  Platfus mieszkają.   Dlatego  nie  możemy   rozpocząć 
naszej akcji, zanim nie zdobędziemy ich adresów.

— To będzie trudna sprawa — Harker potrząsnął głową. — Żadnemu z nich nie została 

przydzielona limuzyna, a to z tego powodu, ze obaj mają własne środki transportu. Łysa Czaszka 
jeździ angielskim sportowym samochodem, no a Platfus ma motor. Dlatego agencja wynajmu 
limuzyn „Komfortowa jazda” również nie zna ich adresów.

—   Ale   ma   je   strażnik,   pilnujący   bramy   do   studia   —   przypomniał   mu   Jupe.   —   Dobrze 

widziałem,  że miał  mój  adres kiedy mnie  sprawdzał  przed wczorajszym  lunchem.  I dlatego 
istnieje duże prawdopodobieństwo, że ma także adresy naszych dwóch podejrzanych. Obawiam 
się jednak, że ich nie wyda, jeśli to my go o nie poprosimy.

— Przecież on w ogóle nie chciał nas dzisiaj wpuścić do studia — dorzucił Bob.
Szofer zastanawiał się przez chwilę.
—   Nigdy   nie   zaszkodzi   spróbować   —   powiedział.   —   Agencja   wynajmu   limuzyn   często 

pracuje   dla   studia.   Mógłbym   im   opowiedzieć   bajkę,   że   otrzymałem   polecenie,   żeby   zabrać 
wszystkich Małych Urwisów na specjalne spotkanie.

Schwycił swoją czapkę i założył ją na głowę.
— Zobaczymy, czy mi się to uda — powiedział. — A teraz w drogę!
Kierowca zostawił chłopców w pewnej odległości od bram studia, na ulicy Winnej, a sam 

pojechał porozmawiać ze strażnikiem.

Jupe jego dwaj przyjaciele wpadli tymczasem na hamburgera. Nie minęło nawet piętnaście 

minut, kiedy znów zobaczyli Gordona. Widząc jego szeroki uśmiech, Jupe od razu się domyślił, 
że ich nowy przyjaciel zdobył to, c co go prosili.

I   rzeczywiście   miał   on   wszystkie   adresy   Urwisów   zapisane   na   kartce   papieru.   Trzej 

Detektywi studiowali je uważnie, chrupiąc równocześnie hamburgery przy ladzie sklepu. Peggy 

background image

przebywała w hotelu w Santa Monica. Ogar mieszkał razem z ojcem w Beverly Hills. Łysa 
Czaszka i Platfus mieli mieszkania w Hollywoodzie.

— Może zaczniemy od Łysej Czaszki — zaproponował Jupe.
— Wiesz co, pozwól mi najpierw zjeść kolację — zaprotestował Pete
Chłopcy wymietli talerze do czysta, pan Harker również zdążył połknąć jakąś kanapkę, a 

zaraz potem wszyscy wskoczyli do limuzyny.

Łysa Czaszka mieszkał w osiedlu o romantycznej nazwie Gałęzie Magnolii, przy ulicy Las 

Palmas, niedaleko Alei Hollywoodzkiej.

Gordon Harker zaparkował samochód na ulicy, a Trzej Detektywi wśliznęli się na podwórze. 

Tylko w paru domkach paliło się światło.

Można powiedzieć, że mieli szczęście. Zgodnie z listą Gordona Harkera mieszkanie Łysej 

Czaszki mieściło się pod numerem dziesiątym. Domek znajdował się prawie na samym końcu 
osiedla, a jego okna miały zaciągnięte zasłony. Jupe zauważył jednak, że przebłyskiwało przez 
nie światło. Łysa Czaszka był prawdopodobnie w domu.

Pierwszy   Detektyw   dał   znak   przyjaciołom   i   cała   trójka   zaczęła   się   skradać   po   trawniku 

dziedzińca. Naprzeciwko domu numer dziesięć rósł okazały krzew magnolii. Trzej Detektywi 
przykucnęli w jego cieniu i swojej kryjówki obserwowali drzwi domku Łysej Czaszki.

Górną część drzwi zrobiono ze szkła. Żaluzje były spuszczone. Jupe zauważył, że były w 

niektórych miejscach zniszczone i wygięte. Jeśli ktoś przyłożyłby twarz do szklanej partii drzwi, 
mógłby zobaczyć, co się dzieje w środku mieszkania.

— To wygląda jak zadanie dla ciebie — zaszeptał Jupe do Pete’a.
Pete westchnął. Nie pierwszy raz słyszał te słowa z usta Jupe’a.
Oznaczały one, że sytuacja stawała się trudna i niebezpieczna i dlatego wymagała, żeby Pete 

wykazał się swoimi zdolnościami.

Drugi Detektyw był najbardziej wysportowany z całej trójki. Biegał szybciej od Jupe’a i Boba 

i potrafił poruszać się bezszelestnie.

Kuląc   się,   zaczął   się   powoli   oddalać   od   krzewu   magnolii   i   jego   opiekuńczego   cienia. 

Wiedział,  że musi  niepostrzeżenie pokonać ten wąski kawałek trawnika, który dzielił  go od 
drzwi domu Łysej Czaszki.

Zdołał zrobić zaledwie parę kroków, kiedy nagle rzucił się na ziemię. Miało się wrażenie, że 

najchętniej by się pod nią zapadł.

Drzwi mieszkania Łysej Czaszki otworzyły się.
Jupe zobaczył  w nich wysokiego, młodego mężczyznę w skórzanej kurtce. Jego sylwetka 

rysowała się wyraźnie na tle światła.

Przecież w każdej chwili może mnie zobaczyć, pomyślał Pete. Leżę zaledwie parę metrów od 

niego.

Pamiętał,   jak   brutalnie   Łysa   Czaszka   schwycił   Jupe’a   za   ramię   po   skończonym   kwizie 

dzisiejszego popołudnia. Jeśli zauważy, że Trzej Detektywi go śledzą, wpadnie we wściekłość i 
może stać się niebezpieczny.

Łysa Czaszka odwrócił głowę i popatrzył w kierunku oświetlonego pokoju.
—   No   chodź   wreszcie   —   powiedział   niecierpliwie   i   poczesał   grzebieniem   swoje   długie 

włosy. — Musimy już iść. Robi się późno.

Pierwszy Detektyw zacisnął pięści. Znaleźć się sam na sam z Łysą Czaszką to nie była żadna 

przyjemna perspektywa. Ale jeśli był u niego również Platfus, to Trzej Detektywi nie będą w 
ogóle w stanie sobie poradzić.

O, gdyby był z nimi Gordon Harker. Ale szofera nie było widać, przynajmniej nie gołym 

background image

okiem. Siedział teraz w limuzynie, zaparkowanej na uliczce przy podwórku.

Łysa Czaszka podniósł rękę, zdawał się czegoś szukać. Jakaś postać w niebieskich dżinsach i 

dżinsowej koszuli pojawiła się obok niego. Wreszcie chłopak odnalazł palcami kontakt. Światło 
w domku zgasło.

Łysa   Czaszka   zatrzasnął   z   impetem   drzwi.   Dwie   postacie   ruszyły   do   przodu   prawie   w 

zupełnych ciemnościach.

Pete nie odważył się podnieść głowy. Leżał zupełnie nieruchomo, wciśnięty w trawę.
W   tym   krótkim   odstępie   czasu   pomiędzy   wyłączeniem   światła   a   wyjściem   z   domu   dwu 

postaci   Jupe   miał   możliwość   zupełnie   dobrze   się   im   przypatrzeć   i   był   w   stanie   rozpoznać 
towarzysza Łysej Czaszki.

Była nim Peggy.
Jupe patrzył za nią i widział, jak razem z Łysą Czaszką zmierza do wyjścia i znika na ulicy.
Pete zbliżył się do niego.
— Miałem cholerne szczęście, że się o mnie nie potknęli — powiedział nieco zadyszany, tak 

jak człowiek, który o mały włos uniknął wielkiego niebezpieczeństwa. Pete właśnie tak reagował 
w podobnych sytuacjach, bo szczerze mówiąc, nigdy nie lubił nadstawiać karku.

Ale Pierwszy Detektyw nie miał czasu go słuchać, bo już ruszył w ślad za Łysą Czaszką i 

Peggy. Wkrótce dołączyli do niego Bob i Pete.

Młody mężczyzna w skórzanej kurtce i towarzysząca mu dziewczyna zdążyli już oddalić się o 

jakieś   dwadzieścia   metrów   i   szybkim   krokiem   podążali   w  kierunku   Alei   Hollywoodzkiej. 
Gordon Harker parkował po przeciwnej stronie ulicy. Kierowca musiałby zawrócić samochód, 
żeby ich dogonić. Jupe podjął błyskawiczną decyzję.

— Poproś pana Harkera, żeby zawrócił i pojechał za mną — powiedział do Pete’a. — A my 

pójdziemy razem, Bob. Spróbujemy ich śledzić.

Pete pobiegł przez ulicę do samochodu, a Jupe i Bob ruszyli spiesznie w kierunku alei.
Na ulicy Las Palmas było niewielu przechodniów. Gdyby Łysej Czaszce przyszło do głowy 

się odwrócić, mógłby zauważyć, że podąża za nim dwójka naszych detektywów. Dlatego Jupe i 
Bob utrzymywali bezpieczną odległość.

Po krótkiej chwili Jupe usłyszał, że zbliża się samochód. Chłopak znajdował się o jakieś 

piętnaście metrów od Alei Hollywoodzkiej. Zobaczył,  że Łysa  Czaszka i Peggy przystanęli, 
czekając na zielone światło. Pierwszy Detektyw poczekał, aż limuzyna podjedzie do niego, a 
potem otworzył jej tylne drzwi.

Od tej chwili wypadki potoczyły się błyskawicznie.
Łysa Czaszka i Peggy przeszli przez jezdnię i znaleźli się w Alei Hollywoodzkiej.
Bob i Jupe wskoczyli do limuzyny.
Jakiś obcy żółty samochód pojawił się przez moment na rogu alei.
Limuzyna poszybowała do przodu.
Jupe wychylił się z okna, żeby nie stracić z oczu Łysej Czaszki i Peggy.
Ale chłopak i dziewczyna zniknęli mu z pola widzenia. Żółty samochód przejechał z dużą 

szybkością przez skrzyżowanie.

— Jedź za nimi — powiedział Jupe.
Gordon   Harker   wykonał   polecenie.   Ale   w   tej   chwili   światła   zmieniły   się   na   czerwone. 

Kierowca nie mógł w  żaden sposób skręcić w  lewo, żeby dogonić umykający im samochód. 
Jupe’owi mignęły przed oczami dwie znajome postacie na tylnym siedzeniu żółtego samochodu, 
który mknął Aleją Hollywoodzką i w końcu stał się zupełnie niewidoczny.

Łysa Czaszka i Peggy.

background image

Gordon Harker zdjął czapkę i odpoczywał po pościgu, czekając na zmianę świateł.
— Bardzo mi przykro — powiedział. — Obawiam się, że już ich nie dogonimy.
— To nie twoja wina — pocieszał go Jupe. Pierwszy Detektyw wiedział doskonale, co  się 

stało. Łysa Czaszka i Peggy umówili się, że żółty samochód podjedzie do nich na skrzyżowaniu 
ulicy Las Palmas alei. No i właśnie w ten sposób udało im się zniknąć. Wskoczyli po prostu do 
samochodu w momencie zmiany świateł.

—   Właściwie   nie   ma   się   czym   przejmować   —   powiedział   Jupe   w   zamyśleniu.— 

Przynajmniej się czegoś dowiedzieliśmy.

— Masz na myśli Peggy? — zapytał Bob. — I to, że była razem z Łysą Czaszką?
Jupe przytaknął.
— I być może jeszcze coś ważniejszego — dodał. — Wszyscy widzieliśmy ten elegancki 

samochód. I wiemy również, kto jest jego właścicielem.

— Naprawdę? — zdziwił się Pete.
— A kto to jest? — zapytał Bob.
—   No   przecież   nasz   wspólny   przyjaciel‚   szef   reklamy   w   studiu   —   wyjaśnił   Pierwszy 

Detektyw. — Pan Milton Glass.

background image

ROZDZIAŁ 11

Przyjazny wiatr

Następnego ranka Pierwszy Detektyw wstał wcześnie. Sam zrobił sobie śniadanie: mleko i 

płatki owsiane, które zjadł w pustej kuchni, a następnie pobiegł do warsztatu.

Dzień był wietrzny. Chłopiec musiał przymocować kawałek brezentu nad warsztatem, żeby w 

ogóle móc w nim pracować.

Nie  miał  jeszcze  konkretnych  planów  co  do tego,  w  jaki  sposób  wykorzysta   swój   nowy 

wynalazek,   specjalny   aparat   fotograficzny   dla   detektywów.   Pomimo   to   praca   sprawiała   mu 
przyjemność, bo pomagała myśleć.

Składanie   cienkich   kawałków   metalu   i   montowanie   z   nich   aparatu   było   relaksującym 

zajęciem; umysł mógł się w tym czasie skoncentrować nad rozwiązaniem łamigłówki dotyczącej 
skradzionych pucharów.

Jupe doszedł do wniosku, że wiele części tej łamigłówki nie pasowało do siebie. Pierwszy 

Detektyw w dalszym ciągu rozważał tę możliwość, że kiedy Platfus poprzedniego dnia dosiadł 
swojego chrypiącego rumaka i pojechał na nim do studia, to zrobił to w tym celu, żeby spotkać 
się tam z Łysą Czaszką i zabrać ukradzione puchary.

Ale co, u licha, robił  Platfus w budynku  telewizji  zaraz po wejściu do środka?  Przecież 

pojawił się tam na dwie godziny przed rozpoczęciem kwizu. Jechał windą, ale nie wysiadł na 
siedemnastym piętrze, gdzie znajdowało się studio. I pięć minut później pojawił się znowu w 
recepcji.

Co się stało w przeciągu tych pięciu minut? Czyżby odwiedzał kogoś w studiu?
Ale kogo?
No i  jeszcze  ten  Milton Glass. Dlaczego  ubiegłej  nocy zabrał  Peggy i Łysą  Czaszkę  do 

swojego samochodu na rogu Alei Hollywoodzkiej?

Czy po prostu chciał ich zaprosić na kolację czy coś w tym sensie — co, kiedy się pamiętało 

wrogość   pomiędzy   Łysą   Czaszką   i   Glassem   nie   wydawało   się   bardzo   prawdopodobne...   I 
dlaczego szef reklamy nie pojechał od razu do osiedla o nazwie Gałęzie Magnolii, żeby zabrać 
stamtąd Łysą Czaszkę i jego towarzyszkę?

Cała   ta   randka   w   Hollywoodzie   przypominała   Jupe’owi   scenę   ze   szpiegowskiego   filmu. 

Wszystko przebiegło tak szybko i tajemniczo. W tego typu filmach nazywano to tajną operacją.

W przeciągu trzech godzin Jupe był gotowy ze swoim aparatem fotograficznym.
Całe urządzenie  mieściło  się w metalowym  pudełeczku,  prawie tak cienkim jak grzebień 

kieszonkowy i niewiele od niego szerszym. Jupe schował aparat pod klapą marynarki. Był tam 
zupełnie   niewidoczny.   Teraz   przeciskał   lekko   wypukły   obiektyw   aparatu   przez   dziurkę   od 
guzika, kiedy nagle zobaczył, że nad stołem zapaliło się światełko.

Trzydzieści sekund później wśliznął się przez wejście zwane Tunelem Drugim do Kwatery 

Głównej i schwycił słuchawkę.

— Mówi Jupiter Jones — powiedział.
— Witaj, Jupiterze. Cieszę się, że cię zastałem w domu. — Głos brzmiał tak przyjaźnie i 

serdecznie, jakby jego właściciel ustawicznie się uśmiechał.

— Czy to pan Glass? — zapytał chłopiec.
— Powiedzmy, że jestem przyjacielem — odpowiedział mu serdeczny głos. — Przyjacielem 

Peggy. A ty chyba nie chcesz, żeby jej coś się stało?

background image

— Oczywiście, że nie — powiedział Jupiter. — Ale co jej grozi? I gdzie się ona znajduje?
— Mniejsza z tym, Mały Tłuścioszku. — Głos był w dalszym ciągu bardzo serdeczny. — Na 

razie nic jej nie grozi. Chciałem po prostu ciebie ostrzec. Jej bezpieczeństwo niedługo zawiśnie 
na włosku. — Nagle w słuchawce zapanowała cisza. — I to na bardzo cienkim, jeśli zamierzasz 
wygrać  dzisiejszy kwiz,  Mały  Tłuścioszku.  Bo jeśli  masz   takie  plany,   to Peggy  skończy  w 
szpitalu, i to na bardzo długo.

— Niech pan trochę poczeka — zaczął Jupe. Ale już było za późno. Pierwszy Detektyw 

usłyszał dźwięk odkładanej słuchawki.

Jupe też odwiesił słuchawkę i usiadł za biurkiem.
W kieszeni miał listę z adresami, którą dostał od Gordona Harkera. Odnalazł numer telefonu 

do hotelu Peggy w Santa Monica i zadzwonił.

Odezwał się recepcjonista, który połączył go z pokojem Peggy.
— Nie ma jej w pokoju — oświadczył po chwili.
— Czy już opuściła hotel? — zapytał Jupe.
W książce gości nie było jej podpisu. Ale recepcjonista przypomniał obie, że w ogóle jej 

dzisiaj nie widział, chociaż jej klucz jest na swoim miejscu.

Jupe podziękował mu  i odłożył  słuchawkę. Przez chwilę  siedział  w zupełnym  milczeniu, 

marszcząc czoło i skubiąc wargę. Po paru minutach kilkanaście razy potrząsnął przecząco głową.

— Ten głos w słuchawce nie należał do Miltona Glassa — powiedział na głos
Nie wierzył, żeby Milton Glass nazywał go Małym Tłuścioszkiem. Nigdy nie używał tego 

imienia. Zawsze mówił po prostu Jupiterze albo Jupe. A więc jeśli to nie Milton Glass ostrzegał, 
że Peggy grozi niebezpieczeństwo, musiał to być aktor, który bardzo dobrze naśladował głos 
szefa reklamy.

Ale kto? Łysa Czaszka? Ale Łysa Czaszka był najgorszym aktorem ze wszystkich Małych 

Urwisów. Często nie potrafił nawet zapamiętać swoich kwestii. A nawet jeśli mu się to udało, to 
nigdy nie potrafił ich wypowiedzieć we właściwy sposób. Jedyne, co umiał, to poruszać uszami.

Wiatr świszczał wokół starej przyczepy kempingowej, ukrytej pod stertą żelastwa.
A Łysa Czaszka miał otwarty sportowy samochód. To podsunęło Jupe’owi pewien pomysł. 

Znów podniósł słuchawkę i zadzwonił do Gordona Harkera. Umówił się z nim, żeby pojechał po 
Pete’a i Boba i przywiózł ich do składu złomu tak szybko, jak tylko to było możliwe.

Po skończeniu rozmowy Jupe usiadł za biurkiem i jeszcze raz przemyślał całą sprawę. Jego 

plan będzie wymagał użycia dopiero co zrobionego aparatu fotograficznego. Pierwszy Detektyw 
nawet nie przypuszczał, że nastąpi to tak szybko.

W Kwaterze Głównej mieściła się niewielka ciemnia. Jupe wszedł do niej i włożył film do 

aparatu.   Wmontowanie   rolki   do   tego   płaskiego   pudełeczka   okazało   się   zadaniem 
niewykonalnym.   I  to  właśnie   była  jedyna  wada  nowego  wynalazku  Jupe’a.  Jego  aparat  był 
dostosowany tylko do zrobienia jednego zdjęcia, potem trzeba już było wymienić film.

Ale jedno zdjęcie też wystarczy, jeśli przeczucie Jupe’a było słuszne i jeśli wszystko pójdzie 

zgodnie z jego planem.

Chłopiec ukrył aparat pod klapą marynarki i ustawił obiektyw w dziurce od guzika. Trudno 

się było domyślić, że to był obiektyw, to małe szklane kółeczko otoczone mosiężną gwiazdą, 
które łatwo można było wziąć za jakiś znaczek.

Po krótkiej chwili przy furtce pojawił się samochód z Pete’em i Bobem.
— Ale dzisiaj wieje — powiedział Bob do Jupe’a, kiedy ten gramolił się na tylne siedzenie 

limuzyny.

— Też to zauważyłem — przyznał Jupe. — I mam nadzieję, że wiatr będzie nam sprzyjał.

background image

Nie wytłumaczył, co ma na myśli. Milczał przez całą drogę. Odezwał się dopiero wtedy, 

kiedy Gordon Harker zaparkował samochód naprzeciwko osiedla mieszkalnego o dobrze znanej 
chłopcom nazwie Gałęzie Magnolii.

— Pójdziesz tam, Pete — powiedział.
— Och, nie — zaprotestował Drugi Detektyw. — Dlaczego to znowu muszę być ja?
Jupe uśmiechnął się.
— Masz tylko sprawdzić, czy samochód Łysej Czaszki stoi na parkingu. Niczego więcej od 

ciebie nie chcę.

Za trzy minuty Pete był z powrotem.
— Jest tam — powiedział. — Taki mały czerwony samochód.
Jupe pochylił się do przodu.
— Czy ma spuszczony dach? — zapytał.
— Tak, taki brezentowy.
Jupe z wyraźnym zadowoleniem pokiwał głową.
— Miejmy nadzieję, że go nie podniesie — dodał. — A wtedy naprawdę będziemy mogli 

mówić o przyjaznym wietrze.

Pierwszy Detektyw popatrzył na zegarek. Jeszcze nie było wpół do dwunastej. Trudno było 

przewidzieć, jak długo będą musieli tutaj czekać, zanim Łysa Czaszka opuści mieszkanie, żeby 
się   udać   do   studia.   Jupe   nie   miał   najmniejszej   ochoty   czekać   w   limuzynie,   parkującej 
naprzeciwko domu tego długowłosego chłopaka. Łysa Czaszka bez wątpienia zwróci uwagę na 
ten duży, czarny samochód, jak tylko znajdzie się na chodniku przed domem.

Jakieś dziesięć metrów stąd była wąska poprzeczna uliczka, przechodząca w Las Palmas.
— Czy możesz tam zaparkować? — zapytał Jupe Gordona Harkera. — Naprzeciwko Las 

Palmas? Bo wtedy będziemy mogli go śledzić, niezależnie od tego, w którym kierunku Łysa 
Czaszka skręci po wyjechaniu z parkingu.

— No jasne — odpowiedział kierowca. — To dobry pomysł.
Harker   pojechał   trochę   do   przodu,   następnie   cofnął   się   i   wjechał   w   poprzeczną   uliczkę. 

Samochód zaparkował w taki sposób, żeby nie był widoczny z podwórka domu.

Jupe sprawdził, czy aparat jest w porządku, a następnie wrócił do samochodu. Teraz mogli już 

tylko czekać.

Dokładnie o pierwszej Trzej Detektywi zobaczyli, jak Łysa Czaszka przechodzi przez bramę i 

zmierza   w   kierunku   parkingu.   Gordon   Harker   włączył   motor.   Kiedy   czerwony   sportowy 
samochód   Łysej   Czaszki   wjechał   w   Las   Palmas   i   skręcił   w   prawo   w   kierunku   Alei 
Hollywoodzkiej, limuzyna ruszyła z miejsca.

Harker pojechał za Łysą Czaszką.
Chłopak znów skręcił w prawo. Było jasne, że jedzie do telewizji. — Zwolnij trochę — 

poprosił kierowcę Jupe. — A kiedy powiem teraz, dodaj gazu i jedź obok niego, tak blisko, jak 
tylko będziesz mógł.

Pierwszy Detektyw siedział po prawej stronie na tylnym fotelu limuzyny. Przez szybę mógł 

obserwować czerwony samochód i kierującego nim Łysą Czaszkę. Długie, jasne włosy chłopaka 
powiewały na wietrze. Jupe pochylił się do przodu. Wiedział, że miał tylko jedną szansę na 
zrobienie zdjęcia, na którym mu tak bardzo zależało.

Oba samochody przejechały na zielonym  świetle.  Przed nimi  był  długi, całkowicie  pusty 

odcinek alei. Łysa Czaszka zwiększył szybkość.

W otwartym samochodzie włosy chłopca wiatr rozwiewał gwałtownie, odsłaniając jeszcze 

bardziej jego policzki i szyję.

background image

Obserwując to, Pierwszy Detektyw poczuł ogarniającą go falę podniecenia.
— Teraz — powiedział.
Limuzyna poszybowała do przodu. Jechała tuż obok sportowego wozu Łysej Czaszki. Jupe 

obrócił   się.   Przed   oczami   miał   teraz   okno   czerwonego   samochodu.   Pierwszy   Detektyw 
przycisnął klapę marynarki do szyby.

Jeśli Łysa Czaszka odwróci głowę, żeby popatrzeć na limuzynę, to Jupe straci jedyną szansę. 

Cały jego misternie opracowany plan spełznie na niczym.

Na szczęście Łysa Czaszka patrzył prosto przed siebie. Jupe nacisnął guzik ukrytego aparatu 

fotograficznego. Po chwili Łysa Czaszka się odwrócił, ale to już nie miało znaczenia. Nowy 
wynalazek Pierwszego Detektywa został wykorzystany zgodnie z jego przeznaczeniem. Łysa 
Czaszka nie zauważył, że właśnie przed chwilą zrobiono mu zdjęcie.

— W porządku, możesz teraz zwolnić tempo — powiedział szoferowi Jupe.
Limuzyna przyhamowała i jechała za sportowym samochodem. W czasie tego manewru Jupe 

odczepił aparat od klapy marynarki i wręczył go Bobowi.

— Jak tylko dotrzemy do telewizji, szoruj z powrotem do Kwatery Głównej, wywołaj tam 

film i zrób powiększenie zdjęcia — powiedział.

— Naprawdę mi przykro, że ty i Gordon nie będziecie mogli zobaczyć kolejnego kwizu, ale 

potrzebne jest mi wyraźne, duże zdjęcie, i to zaraz po zakończeniu dzisiejszych nagrań. Jak tylko 
kwiz się skończy, przynieś mi zdjęcie na górę, Bob, dobrze? — upewniał się Jupe.

— Nie ma sprawy — Bob wziął aparat fotograficzny i włożył go do kieszeni. — Ale byłoby 

fajnie, gdybyś wreszcie puścił parę z ust i powiedział, o co tutaj chodzi? Co to za tajemnica z 
tym zdjęciem Łysej Czaszki?

Jako Pierwszy Detektyw Jupe często wiedział dużo więcej od swoich przyjaciół. Nawet go to 

bawiło, tak trzymać w niepewności kolegów. Teraz jednak doszedł do wniosku, że nadszedł 
moment, żeby uchylić rąbka tajemnicy i wyjaśnić swoje poczynania.

— Nie chodziło mi o zrobienie portretu Łysej Czaszki — powiedział. — To miało być zdjęcie 

jego profilu w dużym zbliżeniu, w otwartym samochodzie podczas jazdy wietrznego dnia. No 
chyba rozumiecie, dlaczego to jest takie ważne, prawda?

— Niezupełnie — przyznał Pete. — Szczerze mówiąc, to wcale tego nie rozumiem.
— Ja też nie — dodał Bob.
— Te jego długie jasne włosy — powiedział z naciskiem Jupe. —Zwróciliście chyba uwagę, 

że ma je zawsze starannie zaczesane. Ale pomocą wiatru byłem w stanie zrobić zdjęcie tego, co 
zawsze tak starannie ukrywa pod włosami. No a teraz, to już chyba wiecie, o co chodzi.

— Nie — powiedzieli zgodnie Bob i Pete.
— Uszy — wyjaśnił Pierwszy Detektyw. — Chodziło mi o sławne uszy Łysej Czaszki.

background image

ROZDZIAŁ 12

Drugi kwiz

Była za minutę druga. Jupe zauważył, że Milton Glass znowu spogląda nerwowo na zegarek. 

Robił to już po raz trzeci, od czasu kiedy Jupe zaczął go obserwować.

Za minutę miał się rozpocząć drugi i ostatni odcinek kwizu „Show Małych Urwisów”, ale 

tylko trzech uczestników zajmowało swoje miejsca. A mianowicie Łysa Czaszka, Ogar, no i 
oczywiście Jupe. Natomiast po Platfusie i Peggy nie było ani śladu.

Jupe   popatrzył   w   kierunku   publiczności.   Pete   siedział   w   ostatnim   rzędzie.   Wyglądał   na 

równie zdenerwowanego jak pan Glass. Kiedy dostrzegł spojrzenie Jupe’a, wzruszył ramionami, 
wyrażając   tym   swoje   zdziwienie.   Jupe   odpowiedział   mu   w   taki   sam   sposób.   Nie   mógł 
zrozumieć,   dlaczego   Platfus   się   jeszcze   nie   zjawił,   natomiast   był   bardzo   zaniepokojony   z 
powodu nieobecności Peggy.

Jego spojrzenie powędrowało dalej. Zobaczył, że Luther Lomax siedział w reżyserce. W tym 

samym co zawsze wytartym, szarym garniturze. Jego siwe włosy były potargane, a pod oczami 
miał głębokie worki. Wyglądał na starego, zmęczonego życiem człowieka.

Uwagę Pierwszego Detektywa  odwrócił jakiś ruch w przejściu. Platfus szedł spiesznie w 

kierunku sceny.  Wręczył  kopertę Miltonowi Glassowi, a następnie skierował swoje kroki w 
stronę uczestników kwizu.

Była już druga, a Peggy w dalszym ciągu nie przychodziła.
Jupe podniósł się, żeby przepuścić Platfusa na sąsiadujące z jego własnym miejsce.
— To było w ostatniej chwili, co? — zaszeptał Jupe.
— Taak — uśmiechnął się Platfus. — Miałem odebrać wiadomość z biura pana Glassa i mój 

stary motor odmówił posłuszeństwa. — Chłopak przymocował mikrofon do krawata. — No i 
właściwie to czym  się mam przejmować.  Jest dla mnie  jasne jak słońce, że i tak nie mam 
najmniejszej   szansy   na   wygranie   tego   kwizu.   A   poza   tym   zarabiam   teraz   zupełnie   nieźle, 
załatwiając różne sprawy dla telewizji.

Spojrzenie Jupe’a powędrowało ponownie w stronę Miltona Glassa. Gospodarz programu był 

zajęty otwieraniem koperty,  którą otrzymał  od Platfusa. W trakcie czytania  dostarczonej mu 
informacji jego promienny uśmiech nieco przygasł. Ale za chwilę białe zęby znowu zabłysły w 
opalonej twarzy. Dał sygnał siedzącemu w reżyserce Lomaxowi, żeby zaczynać, i odwrócił się 
twarzą w kierunku publiczności.

—   Obawiam   się,   że   to   będą   raczej   niewesołe   wiadomości   —   powiedział.   —   Właśnie 

otrzymałem list od jednej z uczestniczek kwizu, Peggy. Może będzie lepiej, jak usłyszą państwo 
jej własne słowa. — Glass zawiesił na chwilę głos, patrząc na kawałek papieru, który trzymał w 
ręku.

— Szanowny  panie  Glass —  czytał.   — Bardzo  mi  przykro,   że  będę  musiała   wszystkim 

sprawić zawód. Ale od czasu kiedy moja fotografia pojawiła się w gazetach, przeżywam bardzo 
ciężkie chwile. Ludzie rozpoznają mnie na ulicy nie dają mi spokoju, podobnie jak to było wiele 
lat temu. Zdaję sobie sprawę, że i tak nie jestem w stanie wygrać tego kwizu, w związku z tym  
postanowiłam z niego zrezygnować i wrócić do San Francisco. Tam będę przynajmniej miała 
spokój.   Serdeczne   pozdrowienia   dla   wszystkich,   a   zwłaszcza   dla   moich   kolegów   Małych 
Urwisów.

Glass ponownie zrobił przerwę.

background image

— Podpisano „Śliczna Peggy”.
Publiczność zareagowała na to pomrukiem, w którym Jupe wyraźnie wyczuł sympatię dla 

dziewczyny.

— No cóż, jeśli nas teraz oglądasz, Peggy — ciągnął Milton Glass — to chciałbym ci jedynie 

powiedzieć, że ogromnie nas zmartwiła twoja decyzja. Bardzo cię wszyscy polubiliśmy i będzie 
nam ciebie strasznie brakować.

Publiczność   odpowiedziała   mu   gorącymi   oklaskami.   Glass   podniósł   obie   ręce   do   góry, 

prosząc o spokój.

— A teraz  rozpoczynamy  nasz program.  Za chwilę  ujrzą państwo ostatni  odcinek kwizu 

„Show Małych Urwisów” — oświadczył.

Na scenie zgasły światła. Jupe zmuszał się do patrzenia na ekran w czasie tych dwóch minut 

trwania filmu.

Jego umysł  pracował zbyt  gorączkowo, żeby chłopiec mógł się skupić na oglądaniu. Ale 

chociaż poświęcił filmowi tylko połowę swojej uwagi, wytrenowana pamięć detektywa pomogła 
mu   zarejestrować   wszystkie   ważne   momenty   w   odgrywających   się   przed   jego   oczami 
króciutkich scenach.

Naleśnik   kradł   psa   dla   pana   Aferzysty.   Peggy   przez   pasiastą   słomkę   piła   truskawkowy 

koktajl. Łysa Czaszka i Ogar rozpalili ognisko w lesie, żeby uprażyć kukurydzę. Platfus dał nura 
do   jeziora,   które   miało   niecałe   osiem   centymetrów   głębokości.   Ogar   bandażował   głowę 
Platfusowi obrusem w kratkę. Peggy ratowała Małego Tłuścioszka z płonącego lasu.

Druga połowa umysłu Pierwszego Detektywa była zaprzątnięta myślami o Peggy. Chłopiec 

nie wierzył, że napisała ten list. To na pewno nie był jej podpis. Dziewczyna nienawidziła z 
całego serca swojego starego przydomka „Śliczna Peggy”, podobnie jak Jupe nie cierpiał, kiedy 
nazywano go „Małym Tłuścioszkiem”.

No a poza tym, to wcale nie pojechała do domu. Przecież nie opuściła hotelu. I nie było jej 

tam całe przedpołudnie.

Jupe   miał   podejrzenie,   że   Peggy   grozi   prawdziwe   niebezpieczeństwo.   Ktoś   ją   gdzieś 

przetrzymywał   wbrew   jej   woli.   Była   to   na   pewno   ta   sama   osoba,   która   sfałszowała   list, 
podpisując go imieniem dziewczyny. I telefonowała tego ranka do Jupe’a do Kwatery Głównej.

„Na razie jej nic nie grozi. Chciałem ciebie po prostu ostrzec, że jej bezpieczeństwo niedługo 

zawiśnie na włosku... I to na bardzo cienkim, jeśli wygrasz dzisiejszy kwiz, Mały Tłuścioszku”.

Po dwóch minutach film się skończył. Na scenie ponownie zapaliło się światło.
Jupe wpatrywał się w elektroniczną tablicę wyników. On sam miał czterdzieści pięć punktów. 

Łysa Czaszka czterdzieści, a Peggy trzydzieści pięć. Ogar i Platfus byli daleko w tyle. Szybko 
obliczył, że będzie musiał dobrowolnie udzielić trzech mylnych odpowiedzi.

Milton Glass siedział teraz twarzą w kierunku uczestników kwizu.
Ponieważ Peggy była nieobecna, pierwsze pytanie przypadło w udziale Łysej Czaszce.
— Co ciekawego można powiedzieć o tej słomce, przez którą piła napój Śliczna Peggy?
— Słomka była w paski — wypalił bez namysłu Łysa Czaszka. — W żółte, białe i niebieskie.
Oklaski. I pięć punktów dla Łysej Czaszki. Teraz miał on tyle samo punktów, co Jupe.
Następny w kolejności był Ogar.
— Jaki rodzaj koktajlu piła Śliczna Peggy?
— Czy przypadkiem nie czekoladowy? — odpowiedź Ogara była jak zwykle utrzymana w 

nieco żartobliwym tonie.

— Och, nie — krzyknął któryś z widzów.
— Jest mi niezmiernie przykro — powiedział Glass. — A teraz czekam na ochotnika. — 

background image

Uśmiech Glassa był skierowany w stronę Jupe’a.

Pierwszy Detektyw udawał, że się waha. Oczywiście doskonale znał odpowiedź na to pytanie. 

Wiedział, że chodzi o truskawkowy koktajl mleczny.

— Noo, też mi się wydaje, że miał smak czekoladowy — powiedział Jupe.
Publiczność   wydała   jęk   rozczarowania.   Chłopiec   stracił   pięć   punktów.   I   na   tym   się   nie 

skończyło.   Kiedy   przyszła   jego   kolej,   chciano   się   od   niego   dowiedzieć,   czym   była 
zabandażowana głowa Platfusa. Jupe znowu udawał, że się waha.

— Czy nie chusteczką? — zapytał niepewnie.
Na sali dał się słyszeć szmer rozczarowania.
Na   początku   piątej   i   ostatniej   rundy   prowadził   Łysa   Czaszka,   mając   sześćdziesiąt   pięć 

punktów. Również na następne pytanie odpowiedział poprawnie. Ogarowi i Platfusowi znowu 
się nie powiodło. Teraz przyszła kolej na Jupe’a. Była to jego ostatnia szansa.

—   A   teraz   takie   zupełnie   łatwiutkie   pytanie   dla   ciebie   —   powiedział   Glass   przyjaznym 

tonem. — Co ukradł Naleśnik dla pana Aferzysty?

Przed udzieleniem odpowiedzi Jupe ponownie popatrzył na tablicę wyników. Zgłaszając się 

dobrowolnie trzy razy z niewłaściwą odpowiedzią stracił piętnaście punktów. W tym samym 
czasie nie zyskał ani jednego. Peggy wyprzedzała go o pięć punktów.

— Małego kotka — powiedział.
Znowu rozległ się jęk zawodu ze strony publiczności.
— Bardzo mi przykro, ale chodziło o psa.
Runda pytań została zakończona.
Milton   Glass   znowu   odstawił   swój   popisowy   numer   przed   kamerami,   z   uroczystym 

odczytywaniem końcowych wyników. Publiczność nagrodziła jego występ oklaskami.

Łysa  Czaszka wygrał,  uzyskując  siedemdziesiąt  punktów. Jupiter Jones pomniejszył  swój 

rezultat  do trzydziestu  punktów, ponieważ trzy razy zgłaszał się dobrowolnie z niewłaściwą 
odpowiedzią. I chociaż Peggy w ogóle nie uczestniczyła w obecnie rozegranym kwizie, to i tak 
zajmowała drugie miejsce, mając trzydzieści pięć punktów.

Wszystkie kamery pokazywały teraz Łysą Czaszkę, który z uśmiechem na ustach odebrał 

czek opiewający na sumę dwudziestu tysięcy dolarów. Pierwszy Detektyw nawet nie zadał sobie 
trudu,   żeby   oglądać   wręczanie   nagrody.   Spoglądał   teraz   w   kierunku   wyjścia,   oczekując 
pojawienia się Boba.

W końcu spostrzegł go, spiesznie przeciskającego się do przodu. Towarzyszył mu Pete. Bob 

wskoczył na schody prowadzące na scenę. Miał z sobą dużą brązową kopertę, którą wręczył 
Jupe’owi.

— Wyszło bardzo dobrze — szepnął. — Wyraźne, jak nie wiem co.
Kiedy   tylko   Bob   usiadł   na   swoim   miejscu,   Jupe   otworzył   kopertę   i   wyjął   z   niej   duże, 

błyszczące   zdjęcie.   Rezultat   przeszedł   jego   najśmielsze   oczekiwania.   Była   to   wspaniała 
fotografia Łysej Czaszki z odgarniętymi do tyłu, powiewającymi na wietrze włosami.

Jego odsłonięte lewe ucho było niezwykle dobrze widoczne.
— Drodzy państwo — zaszczebiotał radośnie Milton Glass. — To dla mnie wielki zaszczyt 

móc zaprezentować państwu — jego słowom towarzyszyły uroczyste dźwięki bębna — te cenne 
podarunki, które już za chwilę staną się własnością naszych drogich uczestników.

Rozległy się podniecone szepty widzów. Jupe schował z powrotem fotografię do koperty i 

przygotował się na ponowne spotkanie z kamerą.

— Prezenty te są oznaką naszej wdzięczności dla Małych Urwisów, bez których nie byłoby 

możliwe   zorganizowanie   tego   kwizu.   —   Glass   zrobił   taneczny   półobrót.   —   Bardzo   proszę, 

background image

panno Trixie.

Ta sama  młoda  dziewczyna  w mini  spódniczce,  która pojawiła się  już raz  w programie, 

weszła teraz na scenę. W ręku trzymała identyczne jak poprzednio pudło, opakowane w złocisty 
papier. Jupe uniósł brwi do góry. Tym razem dziewczynie towarzyszył ochroniarz.

Glass   rozpakował   pudełko,   nie   zaprzestając   ani   na   chwilę   swojego   ględzenia.   W   końcu 

powiedział:

— ...cenny srebrny puchar dla każdego z uczestników.
Tłum wydawał ochy i achy w trakcie wręczania pucharów kolejnym Urwisom.
— Puchar Peggy — gadał dalej Glass — prześlemy jej do domu. Jeśli nas oglądasz, Peggy, to 

przyjmij jeszcze raz nasze gorące podziękowania. A teraz zbliża się już chwila rozstania. Do 
widzenia, kochane Urwisy, do widzenia, droga publiczności i wszyscy ci, którzy oglądacie nas 
we własnych domach. Do zobaczenia.

Milton Glass pomachał ręką w stronę kamer, ukazując jeszcze raz w promiennym uśmiechu 

białe zęby. Ponownie wybuchnęły oklaski i przedstawienie się skończyło.

Kamery   przestały   nagrywać.   Uczestnicy   zaczęli   się   rozchodzić.   Łysa   Czaszka   stał   po 

przeciwnej stronie sceny. Milton Glass, Ogar, Platfus, kamerzyści i grupa widzów tłoczyli się 
wokół niego, gratulując mu zwycięstwa.

Jupe w towarzystwie przyjaciół torował sobie drogę wśród tłumu, aż wreszcie stanął twarzą w 

twarz z jasnowłosym młodzieńcem w skórzanej kurtce. Pokazał mu fotografię, pytając:

— Czy to ty?
— Dlaczego? — Łysa Czaszka gapił się na zdjęcie w jakiś dziwny, zażenowany sposób. Ale 

trudno mu było  udawać, że to nie jego twarz. Podobieństwo rzucało się w oczy wszystkim 
otaczającym go ludziom.

— No owszem, to ja — przyznał wreszcie. — Ale dlaczego pytasz?
— Dlatego, drogi przyjacielu — powiedział Jupe — że tym razem włosy nie skrywają twoich 

uszu. — Odwrócił się do Miltona Glassa, który stał tuż za nim. — Ludzkie twarze bardzo się 
zmieniają w miarę upływu lat — wyjaśnił. — Twarze Ogara, Platfusa no i moja zmieniły się tak 
bardzo, że trudno by nas teraz  było  rozpoznać  jako tych  chłopaków, którzy występowali  w 
serialu Małe Urwisy. Zgadza się?

— No tak, masz rację — przyznał Ogar. Milton Glass też przytaknął.
— Ale jest coś, co się nigdy nie zmienia — ciągnął Jupe. — Tym czymś jest kształt ludzkich 

uszu. Łysa Czaszka miał niezwykłe uszy o wielkich, zwisających płatkach. Ale osoba na tym 
zdjęciu, ta sama osoba, która przed chwilą otrzymała główną wygraną, ma zupełnie inne uszy — 
małe i ciasno przylegające do głowy.

Młody mężczyzna w skórzanej kurtce zrobił ostrzegawczy krok do przodu. Próbował wyrwać 

zdjęcie z rąk Jupe’a. Ogar schwycił rękę Łysej Czaszki i powstrzymał go.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zawarczał Łysa Czaszka.
— Tylko to — odpowiedział chłodno Pierwszy Detektyw — że nigdy nie byłeś jednym z 

Małych Urwisów. Dlatego nie miałeś prawa uczestniczyć w naszym kwizie. Myślę, że pan Glass 
się ze mną zgodzi, że w takim razie nie przysługuje ci również główna wygrana. Że jesteś po 
prostu zdyskwalifikowany.

Jupe zamachał trzymaną w ręku fotografią.
— To zdjęcie jest niezbitym dowodem, że w żaden sposób nie możesz być Łysą Czaszką!

background image

ROZDZIAŁ 13

Porwana!

Wszyscy znajdowali się w dużym  pomieszczeniu  biurowym  w budynku  telewizji: oszust, 

który udawał, że jest Łysą Czaszką, Milton Glass, Luther Lomax, Trzej Detektywi, Ogar, Platfus 
i strażnik.

Milton Glass zajmował miejsce za biurkiem. Przed nim leżało zrobione przez Jupe’a zdjęcie. 

Fałszywy Łysa Czaszka rozwalał się nonszalancko na krześle, stojącym przed biurkiem Glassa. 
Pozostali siedzieli wokół na krzesłach.

— No dobra — powiedział młodzieniec w skórzanej kurtce — dałem się wystrychnąć na 

dudka. Dopuściłem do tego, żeby Mały Tłuścioszek zrobił mi zdjęcie, które pokazuje moje uszy. 
— Popatrzył na Jupe’a. — Powiedziałem ci, że nie jesteś głupi. Ale niestety okazało się, że 
jesteś sprytniejszy, niż myślałem. Niech to diabli. — Oszust wzruszył ramionami. — W każdym 
razie warto było spróbować. Chodziło bądź co bądź o dwadzieścia tysięcy dolców. Dla mnie to 
kupa szmalu. I prawie mi się udało. Nie będę nawet próbował iść do banku z tym czekiem, na 
pewno wstrzymacie wypłatę.

Włożył rękę do kieszeni i wyjął czek, który dopiero co wygrał w kwizie. W jego twardych 

oczach pojawił się na chwilę błysk żalu. Następnie zgniótł czek, tak jakby to był bezwartościowy 
kawałek papieru i rzucił go Miltonowi Glassowi pod nos.

—   Oddaj   również   puchar   —   powiedział   Luther   Lomax   głosem,   w   którym   słyszało   się 

powracającą pewność siebie.

Fałszywy  Łysa  Czaszka  z żalem  wyjął  schowany pod kurtką puchar  i rąbnął  nim  o blat 

biurka.

— Kim ty właściwie jesteś? — zapytał strażnik beznamiętnym głosem. — Jak się naprawdę 

nazywasz?

— A jakie to ma znaczenie? — Oszust wzruszył ramionami. — Kogo może obchodzić moje 

prawdziwe   nazwisko?   Jestem   po   prostu   jednym   z   wielu   w   tym   mieście.   Mój   zawód   — 
bezrobotny aktor. I dodałbym, że nie jestem najgorszym przedstawicielem tego gatunku.

Pierwszy Detektyw był tego samego zdania. Oszust był na pewno o niebu lepszym aktorem 

od prawdziwego Łysej Czaszki.

Milton Glass wyprostował zgnieciony czek i schował go do kieszeni.
— Kto ci podsunął ten pomysł do głowy? — zapytał.
— Nikt. Głos oszusta był twardy i brzmiał pewnie. — Nikt mi niczego nie podsuwał do 

głowy. Serial Małe Urwisy pokazywano w telewizji, pisano o nim w gazetach. Chodziłem przez 
jakiś czas do szkoły chłopakiem, który grał Łysą Czaszkę w serialu, i wiedziałem, że zniknął 
bez wieści wiele lat temu. Wydaje mi się, że zginął. Że go przejechał samochód albo coś takiego. 
Był taki ograniczony, że mogłaby go przejechać nawet kosiarka do trawy.

Byłem   dosyć   podobny   do   niego,   z   wyjątkiem   uszu   —   kontynuował   swoją   opowieść 

bezrobotny aktor. — I to podsunęło mi pewien pomysł do głowy. Na początku próbowałem 
trochę zarobić, po prostu podając się za niego. Myślałem, że mi to pomoże w znalezieniu pracy. 
No   a   potem   telewizja   wymyśliła   tę   hecę   z   kwizem,   no   i   oczywiście   zgodziłem   się   w   nim 
występować. To chyba jasne, nie? Kto by odmówił? Chodziło o kupę forsy, dwadzieścia tysięcy 
dolców!

W biurze zapanowała cisza. Milton Glass w dalszym  ciągu się uśmiechał, ale z pewnym 

background image

powątpiewaniem.

— A więc co pan zamierza ze mną zrobić? — fałszywy Łysa Czaszka domagał się od Glassa 

zajęcia stanowiska w tej sprawie.

— Zaprowadzimy cię na policję — odpowiedział mu strażnik. — Oskarżymy cię o oszustwo, 

a potem...

Nie dokończył, bo Milton Glass wpadł mu w słowo.
— Chwileczkę, chwileczkę — powiedział. — Ani stacja telewizyjna ani studio filmowe nie 

chcą tej sprawie nadawać rozgłosu. Nie potrzebujemy tego typu reklamy. Czy może pan sobie 
wyobrazić, co by się stało, gdyby się o tym dowiedziały gazety? — Glass błysnął uśmiechem w 
kierunku  strażnika.  —  No  a  poza   tym,   co  wielkiego   się  stało?  Po  prostu   poślemy  czek  na 
dwadzieścia tysięcy dolarów do Peggy do San Francisco. I jestem przekonany, że dziewczyna 
nie będzie zadawać żadnych pytań. No a co się tyczy tego młodego człowieka...

Glass odwrócił się z uśmiechem do oszusta.
—   No   cóż   —   powiedział   —   co   nam   szkodzi   potraktować   to   wszystko   jako   kawał?   — 

Popatrzył teraz na Luthera Lomaxa. — Czy masz coś przeciwko temu?

Reżyser przymknął nieco swoje zmęczone oczy. Palcami przeciągnął po rzadkich, siwych 

włosach.

— Nie — odpowiedział. — Zgadzam się z tobą.
Jupiter podniósł się. To samo zrobiła dwójka jego przyjaciół.
— Jeśli chodzi o gazety, to może pan na nas liczyć, nie puścimy pary z ust — powiedział 

Jupe. Wyglądało na to, że zebranie skończy się lada moment i chłopak miał ochotę opuścić je 
jako pierwszy.  Chciał jak najszybciej znaleźć się na parkingu, gdzie czekał na nich Gordon 
Harker z limuzyną. — A więc jeśli pan nie ma nic przeciwko temu, to już pójdziemy — dodał.

— Oczywiście, mój drogi. — Szef reklamy również wstał z miejsca. — I muszę powiedzieć, 

że jestem ci bardzo wdzięczny, Jupe. — Jego uśmiech był promienny jak zawsze, ale w głosie 
nie było ani odrobiny wdzięczności. — Spisałeś się na medal jako detektyw. Bez twojej pomocy 
moglibyśmy   popełnić   wielką   niesprawiedliwość.   Peggy   nie   dostałaby   nagrody,   na   którą   jak 
najbardziej zasłużyła.

Jupe podziękował mu i w towarzystwie Boba i Pete’a skierował się w stronę drzwi. Kiedy je 

zamykał, jego spojrzenie ogarnęło po raz ostatni wnętrze biura. Zauważył, że Milton Glass siedzi 
na krześle i uśmiecha się z ulgą do fałszywego Łysej Czaszki, który odwzajemnia uśmiech. 
Luther Lomax z opuszczonym wzrokiem dłubie przy tłustej plamie na swoim wytartym, szarym 
garniturze, a strażnik patrzy chmurnie przez okno.

W windzie panował tłok. Trzej Detektywi zjechali w milczeniu na dół. Dopiero w holu Bob i 

Pete dali upust swoim uczuciom.

—   Czy   naprawdę   pozwolisz   im   wyłgać   się   z   tego   w   taki   sposób?   —zapytał   Pete   z 

niepokojem. Nie mógł w to po prostu uwierzyć. Przyjaźnił się z Jupe’em od wielu lat i w tym 
czasie nigdy nie był świadkiem czegoś podobnego. Puścić wolno takich kanciarzy!  Było dla 
niego oczywistą sprawą, że Milton Glass należał do spisku od samego początku. Szef reklamy 
doskonale wiedział, że to był fałszywy Łysa Czaszka. I właśnie dlatego potraktował go teraz tak 
pobłażliwie.

—   To   po   prostu   niesłychane   —   zawtórował   mu   Bob.   Był   równie   zaszokowany   i 

zaniepokojony jak Pete. — A co z Peggy? Powiedziałeś nam przecież, że nie wierzysz w to, 
żeby powróciła do San Francisco. Przekonywałeś nas, że grozi jej niebezpieczeństwo.

—   No   właśnie   —   zgodził   się   z   nim   Pete.   Chłopak   był   teraz   jeszcze   bardziej   zły   i 

zaniepokojony. — Co to wszystko ma znaczyć, Jupe?

background image

Pierwszy Detektyw skubał dolną wargę.
—   Ja   też   myślę   o   Peggy.   Myślałem   o   niej   od   czasu   tej   dziwnej   razmowy   telefonicznej 

dzisiejszego   ranka.   —   Jego   przyjaciele   już   wiedzieli   o   tym   niepokojącym   telefonie.   —   To 
właśnie z jej powodu dawałem te głupie odpowiedzi i straciłem tyle punktów — ciągnął Jupe. — 
Chciałem,  żeby Peggy wygrała. I możecie  mi wierzyć,  że nie przestałem  o niej myśleć.  — 
Popatrzył   na  Boba.  —  Masz  rację,  dziewczynie   grozi  prawdziwe  niebezpieczeństwo.   A my 
musimy jej pomóc. Chodźcie, chłopaki.

Po tych słowach wybiegł na ulicę. Tuż za nim podążyli Bob i Pete.
Gordon Harker siedział w samochodzie na parkingu i czytał jakieś czasopismo. Odłożył je na 

bok, jak tylko Jupe zbliżył się do drzwi.

— Dokąd mam jechać? — zapytał serdecznie.
— Dzięki, ale na razie postoimy tutaj. — Jupe i jego przyjaciele wgramolili się na tylne 

siedzenie limuzyny. Pierwszy Detektyw popatrzył w kierunku miejsca, gdzie stał zaparkowany 
elegancki   żółty   citroen   Miltona   Glassa.   —   Czy   myślisz,   że   mógłbyś   cofnąć   się   trochę,   tak 
żebyśmy mogli obserwować ten samochód? Ale bez ryzyka, że ktoś to zauważy? — zapytał. — I 
tak, że mógłbyś wystartować jak tylko ten samochód ruszy z miejsca? — dodał.

— Nie ma sprawy.
Szofer włączył motor i odjechał na koniec parkingu, skąd limuzyna była niewidoczna. Ze 

swojego nowego miejsca był w stanie obserwować przypominający wieloryba przód citroena.

— Czy mamy teraz śledzić Miltona Glassa? — zapytał jak zawsze skory do pomocy.
Jupe   przytaknął   z   nieobecnym   wyrazem   twarzy.   Siedział   na   tylnym   fotelu,   całkowicie 

pogrążony w myślach.

— Wiesz co, mam już tego dosyć — powiedział nagle Bob. —Tak, tak, dobrze wiem, że 

uwielbiasz odgrywać milczącego sfinksa. Ale tym razem ci się to nie uda. Masz natychmiast 
nam wyjaśnić, co się stało w tym biurze.

— Właśnie — Pete był tego samego zdania. — Czy powiesz nam wreszcie, o co tutaj chodzi?
— No dobra, chłopaki — westchnął Jupe, ale w skrytości ducha cieszył się, że przyjaciele 

nalegają, żeby usłyszeć jego opinię. Pomoże mu to uporządkować własne myśli.

— A więc — powiedział donośnym głosem, tak żeby Gordon Harker również mógł słyszeć 

jego wywody. — A więc, kiedy po raz ostatni widzieliśmy Peggy?

— W Alei Hollywoodzkiej zeszłej nocy — przypomniał mu Bob. —Wtedy, kiedy Milton 

Glass zabrał ją do swojego samochodu.

— I był z nią również Łysa Czaszka — dodał Jupe. — No a następnego dnia nad ranem 

otrzymałem od niego telefon. Naśladował głos Miltona Glassa i ostrzegał mnie, że będzie lepiej, 
jeśli zrezygnuję z wygrania kwizu. W przeciwnym razie coś się stanie z Peggy. No i jakie z tego 
możemy wysnuć wnioski?

— Że to właśnie Łysa  Czaszka  gdzieś ją przetrzymuje  — podsunął Bob. — To znaczy, 

wbrew jej woli. Ale to nie może być w jego mieszkaniu, no nie? Kręci się tam za dużo ludzi i 
ktoś mógłby zwrócić na nią uwagę.

— Racja — zgodził się Jupe.
— Ale teraz, kiedy Peggy wygrała kwiz i Łysa Czaszka został zdemaskowany jako oszust, to 

chyba  już jej nic nie zagraża? Czy nie myślisz, że Łysa Czaszka ją po prostu wypuści? — 
zastanawiał się Pete.

— Nie, na pewno tego nie zrobi — wyjaśnił Pierwszy Detektyw. — Bo niezależnie od tego, 

co Łysa Czaszka powiedział wtedy w biurze, to jestem przekonany, że ma on wspólnika. Ktoś 
podsunął mu tę myśl, że ma udawać jednego z Małych Urwisów. I ten ktoś pomagał mu cały 

background image

czas.   Był   jego   aniołem   stróżem.   Opowiedział   mu   wszystkie   szczegóły   o   naszym   życiu   w 
czasach, kiedy leciał ten serial. Na przykład powiedział mu, że w piątki dostawaliśmy wypłatę w 
gotówce.   I   że   pieniądze   znajdowały   się   w   brązowej   kopercie   z   czerwonym   paskiem.   Łysa 
Czaszka nie byłby w stanie sam dowiedzieć się takich szczegółów. Nie mógłby wiedzieć, ze 
samochód pana Aferzysty to stary pierce-arrow z dwudziestego dziewiątego roku. Ktoś mu o 
tym wszystkim powiedział.

— No tak, to jasne, że miał wspólnika — zgodził się Bob.
— Właśnie — powiedział Pierwszy Detektyw. — I ten wspólnik pomógł mu uprowadzić 

Peggy. I teraz nie mogą jej wypuścić. Bo Peggy zna tego wspólnika. A także z tego względu, że 
porwanie to znacznie poważniejsza sprawa niż oszustwo. Można za to iść do więzienia na całe 
życie.

— To na pewno Milton Glass — powiedział z przekonaniem Bob.
—   On   przecież   w   ogóle   nie   chciał   wytoczyć   sprawy   przeciwko   Łysej   Czaszce.   Jestem 

pewien, że Milton Glass był zaplątany w tę aferę od samego początku.

— To chyba się zgadza, Jupe, no nie? — zapytał Pete. — Peggy jest uwięziona w domu 

Miltona Glassa, prawda?

Pierwszy   Detektyw   nie   odpowiedział   Siedział   pochylony   do   przodu   i   wpatrywał   się   w 

idącego w kierunku żółtego samochodu mężczyznę. Widział, jak tamten wsiada i zapala motor, 
żeby wyjechać z parkingu.

— Nie — powiedział wreszcie. — Milton Glass to po prostu banalny szef reklamy. Boi się 

jak ognia skandalu i stara się chronić studio i stację telewizyjną. Glass nie wiedział, że Łysa 
Czaszka jest oszustem. Ten ktoś to facet, który pomagał cały czas fałszywemu Łysej Czaszce, to 
ktoś,   kto   podsuwał   mu   właściwe   odpowiedzi   przed   każdym   kwizem,   to   facet,   który   zna 
doskonale każdy centymetr filmu. To właśnie ten ktoś pomógł mu uprowadzić Peggy.

— No tak, ale kto to jest? — Bob i Pete pochylili się również do przodu, starając się dostrzec 

kierowcę żółtego samochodu, który zatrzymał się teraz na rogu Alei Hollywoodzkiej. Limuzyna 
prowadzona zręczną ręką Harkera posuwała się ślad w ślad za samochodem.

— To Luther Lomax — powiedział w końcu Pierwszy Detektyw.

background image

ROZDZIAŁ 14

Dom widmo

Żółty   samochód   opuścił   Aleję   Hollywoodzką   i   jechał   w   kierunku   wąwozów   położonych 

ponad Beverly Hills.

Luther   Lomax   był   powolnym   i   ostrożnym   kierowcą.   Gordon   Harker   mógł   bez   trudu   go 

śledzić, nie ryzykując, że reżyser to zauważy.

Droga wiła się wśród skał. Domy, a właściwie ogromne posiadłości za kamiennymi murami, 

były rozmieszczone daleko od siebie. Te imponujące rezydencje zostały zbudowane przez ludzi 
filmu w czasach świetności kina i całego związanego z nim przemysłu. Jeszcze nie tak dawno 
temu jeździły tymi drogami specjalne autobusy, wynajęte na prowadzone przez przewodników 
wycieczki do domów gwiazd. Autobusy te były wypełnione ciekawskimi turystami, którzy z 
zachwytem wpatrywali się w bramy mijanych domów, podczas kiedy kierowca wykrzykiwał 
sławne nazwiska mieszkających za wysokimi murami ludzi.

Jupe   wiedział,   że   większość   z   tych   domów   była   teraz   własnością   bankierów,   bogaczy 

związanych z przemysłem naftowym albo arabskich szejków. Ludzie filmu przeprowadzili się do 
niżej położonych okolic, zwanych potocznie nizinami w Beverly Hills.

Gordon   Harker   musiał   zwolnić.   Żółty   samochód   przejechał   otwartą   bramą,   a   limuzyna 

przyhamowała i zatrzymała się.

— No i co teraz? Co mamy teraz robić? Pójdziemy tam za nim? —zapytał szofer.
— Nie, lepiej nie. — Pierwszy Detektyw otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. — On ma 

tam prawdopodobnie ochroniarzy, służbę, ogrodników. Jak zobaczy, że idziemy do niego, będzie 
mógł się przygotować i coś wymyślić. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, Gordonie, to poczekaj 
tutaj,   a   my   rozejrzymy   się   trochę   po   posiadłości.   Może   uda   się   nam   odgadnąć,   gdzie   jest 
uwięziona Peggy.

— W porządku. — Gordon Harker wyciągnął czasopismo. — Powodzenia, chłopaki. Jeśli 

będziecie potrzebować mojej pomocy, to krzyczcie.

Jupe   podziękował   mu,   po   czym   Trzej   Detektywi   zaczęli   przesuwać   się   wzdłuż   muru   w 

kierunku bramy.

Była otwarta. Żaden ochroniarz nie zamknął jej za Lomaxem. Po prostu nie było tam nikogo. 

Posiadłość wyglądała na opustoszałą. Żółty samochód Miltona Glassa parkował przed okazałym 
wejściem do domu.

Zdaniem Jupe’a nie pasował on w ogóle do tego otoczenia. Był  jedyną rzeczą, która nie 

przypominała   chłopakowi   sceny   z   filmu   o   opuszczonej,   podupadłej   rezydencji   gdzieś   na 
Południu Stanów. Coś w rodzaju sceny ze starych filmów typu Przeminęło z wiatrem.

Mimo   wszystko   była   to   rezydencja.   Cały   przód   domu   podpierały   okazałe   kolumny.   Pod 

górnymi oknami znajdowała się weranda, a po bokach tego imponującego budynku rozciągały 
się dwa skrzydła.

Ale   tynk   na   wysokich   kolumnach   odłupywał   się   i   kruszył.   Wiele   okien   było   byle   jak 

naprawionych   albo   po   prostu   zabitych   deskami.   Schody   prowadzące   do   domu   potłuczone   i 
poprzerastane chwastami i krzewami.

Na prawo od bramy rosły drzewa, dochodzące do samego domu. Jupe dał ręką znak swoim 

przyjaciołom i podbiegł do najbliższego drzewa. Trawa pod drzewami była taka wysoka, że 
Trzej Detektywi mogli spokojnie się w niej schować podczas ostrożnej wędrówki w kierunku 

background image

rezydencji.

— O rany — powiedział Pete. — Czy naprawdę myślisz, że ktoś tutaj mieszka?
Jupe przytaknął z posępnym wyrazem twarzy. Pierwszy Detektyw próbował sobie wyobrazić, 

jak to wszystko musiało tutaj wyglądać w czasach, kiedy trawnik był dobrze utrzymany, białe 
kolumny świeżo pomalowane, okna błyszczące czystością, a przed domem ustawione rzędem 
jasne, kolorowe leżaki.

Wydawało się, że było to przed wiekami, a przecież w rzeczywistości minęło od tamtego 

czasu niewiele ponad osiem, dziewięć lat. Ale ulewne deszcze i obsuwające się błoto, typowe dla 
południowej Kalifornii, upały i tropikalna roślinność są zabójcze dla zaniedbanych budynków i 
ogrodów,   które   bardzo   szybko   popadają   w   ruinę.   W   tym   czasie,   kiedy   Luther   Lomax 
reżyserował  Małych   Urwisów,  jego   posiadłość   była   prawdopodobnie   eleganckim   domem, 
podobnym do innych w tej okolicy.

Jupe był w każdym razie pewien jednej rzeczy. W tym domu już od wieków nie było żadnych  

ochroniarzy, służby czy innych tego rodzaju pracowników. Chłopiec nie miał wątpliwości, że 
Lomax był w tej posępnej rezydencji sam na sam z Peggy.

—   Chodźcie,   chłopaki   —   powiedział   Pierwszy   Detektyw.   —   Nie   ma   co   tutaj   dłużej 

szpiegować. Możemy po prostu wejść głównymi drzwiami i załatwić całą sprawę z Lutherem 
Lomaxem.

Dwójka detektywów zgodziła się na propozycję Jupe’a. Nie wydawało im się, że muszą się 

specjalnie obawiać podstarzałego reżysera.

W domu nie było żadnego dzwonka. Jupe podniósł do góry zaśniedziałą mosiężną kołatkę i 

zastukał nią o drzwi, które natychmiast się otworzyły. Stał w nich Luther Lomax i wpatrywał się 
w nie zapowiedzianych gości.

— Ach, to ty, Jupiterze Jonesie. I są z tobą twoi przyjaciele. Oczekiwałem was. Domyślam 

się,   że   przyszliście   po   nagrodę,   którą   wam   obiecałem   za   rozwiązanie   zagadki   srebrnych 
pucharów. Wejdźcie, proszę, do środka.

Trzej Detektywi wkroczyli  do domu, a reżyser zamknął za nimi drzwi. Znajdowali się w 

ogromnym, ciemnym holu. Pomieszczenie wydawało się Jupe’owi jeszcze większe, niż było w 
rzeczywistości, bo nie stały w nim prawie żadne meble, z wyjątkiem paru płóciennych krzeseł i 
sfatygowanego biurka.

Spojrzenie   Jupe’a   powędrowało   w   kierunku   ścian.   Wisiały   na   nich   pięknie   oprawione 

fotografie przystojnych młodych mężczyzn i wspaniałych kobiet. Jupe rozpoznał kilka gwiazd 
filmowych ze starych filmów w telewizji.

Lomax zauważył, że Jupe przygląda się zdjęciom. Reżyser wyprostował się. Przez chwilę 

wyglądał jak silny i cieszący się powodzeniem człowiek, podobny do postaci na fotografiach.

— To są moi starzy przyjaciele — powiedział. — Zanim studio narzuciło mi pracę nad tym 

dziwacznym   serialem   o  Małych   Urwisach,  obrażając   mnie   tą   propozycją,   reżyserowałem 
niektóre z największych filmów tych gwiazd. Nie muszę się specjalnie chwalić, ale mogę śmiało 
powiedzieć, że wiele z nich tylko mnie zawdzięcza swój sukces. — Jego głos rósł i odbijał się 
echem od ścian. — Nauczyłem tych ludzi wszystkiego. Modelowałem ich i kształtowałem. To ja 
ich stworzyłem.

Bob zaczął dygotać. Mimo potłuczonych okien w wielkim pustym holu nie było zimno. To po 

prostu z powodu całej tej dziwnej atmosfery dostaję gęsiej skórki, pomyślał chłopak. Zupełnie 
jakbym był w grobowcu, nawiedzonym przez widma z przeszłości.

— Jeśli chodzi o tę nagrodę — powiedział Lomax swoim normalnym głosem — niestety nie 

mam dużo gotówki w domu, ale jestem przekonany, że dział reklamy na pewno...

background image

— Nie przyszliśmy po nagrodę — przerwał mu Jupe. Bob zauważył, że jego przyjaciel czuł 

się równie nieswojo, jak on sam. — Jesteśmy tutaj, żeby zabrać Peggy do domu.

— Peggy? Masz na myśli Śliczną Peggy? — Reżyser rozwarł zaciśnięte pięści i schował je w 

kieszeniach wytartej marynarki. — Ale skąd ci w ogóle wpadło do głowy, że ona tutaj jest?

—   Widzieliśmy,   że   zabrał   ją   pan   samochodem   z   Alei   Hollywoodzkiej   zeszłej   nocy   — 

powiedział mu Pete. — Peggy i Łysa Czaszka wsiedli do pańskiego samochodu...

— To po prostu niesłychane. — Luther Lomax próbował się uśmiechnąć. — Ależ ja nawet 

nie mam teraz samochodu. Mój rolls jest w naprawie...

— Chodzi mi o ten samochód na zewnątrz — wyjaśnił Jupe. — Przypuszczam, że należy on 

do   Miltona   Glassa   albo   do   studia.   No   i   na   pewno   pozwolili   panu   go   używać   w   trakcie 
reżyserowania   kwizu.   Przywiózł   ją   pan   tutaj   samochodem.   I   jechał   pan   tym   właśnie 
samochodem ubiegłej nocy po odebraniu Peggy i Łysej Czaszki.

Lomax  nie próbował się już dłużej  uśmiechać.  Osunął się na jedno z krzeseł, pokrytych 

płóciennym obiciem.

— Nawet mi nie dali limuzyny — powiedział zmęczonym, płaczliwym głosem. — Zapłacili 

mi   najmniejszą   stawkę   za   reżyserowanie   kwizu   i   nawet   nie   przysłali   po   mnie   limuzyny. 
Musiałem błagać Miltona o pożyczenie mi tego samochodu. Straszyłem go, że to nie będzie 
najlepsza reklama dla studia, jeśli jeden z ich największych i najsławniejszych reżyserów będzie 
musiał jechać do pracy okazją...

Jego   głos   się   załamał.   Patrzył   na   swoje   kolana   i   mechanicznie   gładził   palcem   swoje 

wyświechtane spodnie. — Ale ja nie porwałem Peggy — powiedział. — Nie, nie. Co do tego nie 
macie racji.

— Panie Lomax, bardzo pana proszę — błagał Jupe łagodnym głosem. — Nie zamierzamy 

sprawiać panu kłopotów. Ale wiemy doskonale, że Peggy nie napisała tego listu do Miltona 
Glassa. I zdajemy sobie sprawę, że nie zrezygnowała z kwizu z własnej, nieprzymuszonej woli. I 
jeżeli   pan   nie   pozwoli   nam   zabrać   jej   do   domu,   to   wtedy   zadzwonimy   na   policję,   która 
przyjedzie i przewróci tu wszystko do góry nogami...

— Oczywiście, Peggy jest tutaj. — Reżyser mówił teraz podniesionym głosem, a jego twarz 

nabrała ponownie władczego wyrazu — Peggy przebywa w moim domu jako gość. Zamierzam 
zrobić z niej wielką gwiazdę. Dzięki mnie będzie bogata i sławna. — Podniósł się i wskazał 
palcem fotografie na ścianach. — Tak jak ci tutaj, którzy mi wszystko zawdzięczają. Zamierzam 
reżyserować wielki film z Peggy w głównej roli...

— Dosyć, już starczy, ty zabytku przeszłości.
Ten lakoniczny, twardy głos dobiegł od drzwi wejściowych Trzej Detektywi odwrócili się 

twarzami w kierunku przybysza. Jasnowłosy młodzieniec w skórzanej kurtce właśnie wkroczył 
do holu i szedł groźnie w ich stronę.

background image

ROZDZIAŁ 15

Mały Tłuścioszek znowu górą

— Dosyć, już starczy — powtórzył Łysa Czaszka, nie spuszczając wzroku z Luthera Lomaxa. 

—Mam  już  po  uszy  twojego  ględzenia.   Zaplątałeś   mnie   w tę   hecę,   wykorzystałeś  mnie  do 
kradzieży   pucharów   i   obiecałeś   mi   połowę   ich   wartości.   Mówiłeś   również,   że   będziesz   mi 
podsuwał właściwe odpowiedzi że połowa wygranej będzie moja. No i co ja z tego teraz mam? 
Nic, guzik. — Łysa Czaszka popatrzył na Jupe’a. — To był jego pomysł od samego początku — 
powiedział.   —Zobaczył   mnie   kiedyś   w  jakiejś   sztuce   w   małym   teatrzyku   w  Hollywoodzie. 
Potem przyszedł do mnie za kulisy, żeby mi powiedzieć, że jestem takim świetnym aktorem.

Lomax stał w dalszym ciągu z rękami w kieszeniach marynarki i potrząsał wolno głową.
— To były tylko pochlebstwa. W rzeczywistości masz jedynie niewielki talent i to wszystko. 

Nigdy nie będziesz gwiazdą. Nawet ja ci nie mogę pomóc.

Łysa Czaszka nie zwracał na niego uwagi. Wpatrywał się stale w Jupe’a.
— Nie miałem ochoty wypaplać tego wszystkiego w biurze Miltona Glassa — oświadczył — 

Wiedziałem, że Lomax zamknął Peggy tutaj w domu. I ze nas oskarżą o porwanie. Zdawałem 
sobie sprawę, że gliny powiedzą, ze byłem tak samo winny jak Lomax, chociaż to wszystko był 
jego pomysł. Zmusiłem go, żeby mi obiecał, że nie będzie stosował wobec niej przemocy. Ale 
nie   przeczę,   że   mu   pomagałem.   Zadzwoniłem   do   Peggy   i   poprosiłem   ją,   żeby   przyszła   do 
mojego mieszkania zeszłej nocy Wmówiłem jej, ze Milton Glass chce z nami porozmawiać, ale 
bez świadków, No i dlatego podjedzie po nas samochodem.

Pierwszy   Detektyw   przytaknął.   Opowiadanie   Łysej   Czaszki   pokrywało   się   z   faktami,   o 

których sam wiedział. Zastanawiało go jednak, czego Łysa Czaszka oczekiwał w zamian.

— Czego ode mnie oczekujesz? — zapytał.
— Chcę się z tobą dogadać — powiedział Łysa Czaszka. — Coś za coś. Ja zaprowadzę ciebie 

do Peggy no a ty… — Uśmiechnął się krzywo — No a w zamian za to ty mnie nie wydasz. 
Powiesz jej, że to ja chciałem tutaj przyjść, żeby jej pomóc. I że nie miałem zamiaru jej nic 
zrobić.   Tobie   uwierzy.   Powiedz   jej,   w   jaki   sposób   pomogłeś   jej   wygrać   kwiz.   I   to   ty   ją 
przekonasz, żeby nie wysuwała żadnych oskarżeń pod moim adresem.

Jupe popatrzył na Boba a potem na Pete’a. Pierwszy Detektyw wiedział, że nie ma prawa 

zawierać tego typu umowy. Jeśli Peggy zechce oskarżyć Lomaxa i Łysą Czaszkę, będzie z tego 
sprawa sądowa. A jeśli do niej dojdzie, Jupe będzie musiał powiedzieć całą prawdę, wszystko to, 
czego się przed chwilą dowiedział od Łysej Czaszki.

Z drugiej strony najważniejszą rzeczą w obecnej chwili było uwolnienie Peggy. No a jak to 

już będzie załatwione, to dziewczyna może sama zdecydować, czy chce potem pójść na policję. 
Jupe popatrzył pytająco na przyjaciół.

Pete skinął głową.
Bob się trochę wahał, ale poszedł po chwili śladem kolegi.
— W porządku — powiedział Jupe. — Będę się ją starał przekonać, że nie miałeś wobec niej 

złych zamiarów i że przyszedłeś tutaj, żeby ją uwolnić. Ale mogę ci to tylko obiecać. No a potem 
to już wszystko będzie zależeć od samej Peggy. Gdzie ona teraz jest?

— Tam na górze. Widziałem, jak ten stary wariat zamykał ją w jednej z łazienek. — Łysa 

Czaszka zrobił krok do przodu, ale nagle się zatrzymał.

Luther Lomax wyjął z kieszeni prawą rękę. Miał w niej mały automatyczny pistolet.

background image

— Nic z tego nie będzie — powiedział. — Nie dostaniesz jej. Peggy zostanie ze mną.
Lomax stał z lekko rozstawionymi stopami i z odrzuconą do tyłu głową. Takim pamiętał go 

Jupe ze starych czasów — jako wysokiego, postawnego, wzbudzającego respekt mężczyznę.

— To dzięki mnie została dziecięcą gwiazdą — dalsze słowa reżyser wypowiedział silnym, 

dźwięcznym głosem. — I będzie nią znowu. Postaram się o to. Ta dziewczyna ma talent. Wiem 
o tym. Pomogę jej go rozwinąć. Stanie się z niej wielka aktorka. Nakręcimy wspólnie znakomity 
film. I dostaniemy za niego Oscara. To będzie mój triumfalny powrót na filmowe ekrany świata. 
Będziemy oboje sławni i bogaci.

Pete popatrzył na Lomaxa, starając się ocenić dzielącą ich odległość. Jednym ze specjalnych 

trików   Drugiego   Detektywa   były   obezwładniające   chwyty.   Gwałtowny   skok,   a   następnie 
błyskawiczne powalenie przeciwnika na kolana. Już kiedyś w przeszłości udało mu się w ten 
sposób uratować przyjaciół z opresji.

Ale tym razem nie da się tego zrobić. Odległość pomiędzy nim a reżyserem była stanowczo 

za duża. Zanim Pete zdąży obezwładnić Lomaxa, tamten będzie miał dostatecznie dużo czasu, 
żeby użyć pistoletu.

Jupe wyczuł, o czym Pete w tej chwili myśli. Podniósł rękę do góry, ostrzegając go, żeby był 

ostrożny.

— Drogi panie Lomax — powiedział Jupe swoim najbardziej przekonywającym głosem. — 

Pan przecież nie chce nikogo zastrzelić. Nie jest pan mordercą, tylko wielkim reżyserem...

— Nie licz na to — przerwał mu Łysa Czaszka. — To wariat, zdolny do wszystkiego. Znam 

go lepiej niż ty. Wiesz, co on chciał zrobić ze swoją częścią nagrody? Zamierzał urządzić za tę 
forsę wielkie przyjęcie! I zaprosić na nie wszystkie te byłe gwiazdy, które zdobią jego ściany. 
Oczywiście tylko te, które jeszcze żyją. I do tego wynająć cygańską orkiestrę. A potem zaprosić 
prasę...

—   Cisza!   —   Reżyser   uniósł   lewą   rękę   rozkazującym   gestem.   —   Spokój   na   planie!   — 

krzyknął. — Cała czwórka ustawia się w szereg! Ręce do góry!

Łysa Czaszka jako pierwszy wykonał rozkaz. Pozostali poszli jego śladem.
— A teraz — Lomax krzyczał cały czas — w prawo! Kiedy powiem marsz pójdziecie do tego 

przedsionka, a potem na dół po schodach. Jesteście gotowi?

Łysa Czaszka ponownie zareagował jako pierwszy. Pozostali również przytaknęli.
— Światła — krzyczał reżyser dźwięcznym głosem — kamery, akcja. Marsz!
Przedsionek   znajdował   się   na   końcu   holu.   Jupe   zauważył   prowadzące   na   dół   schody. 

Prawdopodobnie była tam stara piwnica, pomyślał. Jeśli Lomax zamknie ich w tej piwnicy, to 
może się zdarzyć, że ten szalony człowiek zgubi od niej klucz albo zapomni o jedzeniu dla nich i 
nikt nie usłyszy ich krzyków, bo tutaj nie ma żadnych sąsiadów ani żadnej służby. Ich jedyną 
szansą była ucieczka właśnie w tym momencie. Jupe wiedział, że Pete znajduje się tuż za nim.

Pierwszy Detektyw zwolnił kroku.
— Rób, co on każe — powiedział Łysa Czaszka błagalnym tonem. Nie drażnij go, bo inaczej 

mnie zastrzeli.

Jupe zaczął powoli schodzić po schedach.
— Marsz! — krzyczał Lomax. — Marsz! Marsz! Marsz!...
Głos mu się załamał. Jupe usłyszał zduszony okrzyk przerażenia. Cos upadło na podłogę, 

wydając   ciężki,   głuchy   dźwięk.   Pracując   wiele   lat   razem,   Trzej   Detektywi   nauczyli   się 
koordynować swoje ruchy, tak jak zespół koszykarzy. W mgnieniu oka wyrwali się z szeregu i 
ustawili się szerokim półkolem na końcu holu.

Pierwszą rzeczą, która się rzuciła Jupe’owi w oczy, był czarny, automatyczny pistolet. Leżał 

background image

teraz   o   parę   kroków   od   otwartych   drzwi   wejściowych.   Potem   Jupiter   zobaczył   Lomaxa. 
Wydawało się, że stary reżyser pływa w powietrzu. Wywijał uniesionymi  nogami, tak jakby 
poruszał się w głębokiej wodzie. Para muskularnych rąk przytrzymywała go od tyłu. Dwie silne, 
ciemne dłonie zaciskały się wokół jego pasa.

Gordon Harker obchodził się bardzo łagodnie z reżyserem. Starał się nie zrobić mu krzywdy, 

kiedy go niósł holem. Następnie posadził go na płóciennym krześle.

— A teraz proszę się zachowywać spokojnie, panie Lomax — powiedział, trzymając ramiona 

reżysera w mocnym, ale niebolesnym uścisku. — Podnieś pistolet, Jupe. Upewnij się, że jest 
zabezpieczony, a potem włóż go do kieszeni.

Jupe wykonał polecenie bez słowa. Potem popatrzył na Łysą Czaszkę. Młody aktor opierał się 

o ścianę. Jego twarz była kredowobiała, a ciałem chłopaka wstrząsały dreszcze.

— Dziękuję ci Gordonie — powiedział Pierwszy Detektyw wdzięcznością.
— Nie ma za co — odpowiedział szofer. — Kiedy zobaczyłem, że ten młody facet się tutaj 

skrada, i przypomniałem sobie, co mi o nim opowiedziałeś, to pomyślałem, że będzie lepiej, jak 
wejdę i zobaczę, co się dzieje.

— To był naprawdę dobry pomysł. — Jupe spojrzał na Łysą Czaszkę. — A ten z powiedz 

nam wreszcie, gdzie jest Peggy.

Młody aktor był jeszcze ciągle w szoku, ale pomimo to zaprowadził Trzech Detektywów 

schodami   na   piętro,   a   potem   pomaszerował  z  nimi   na   sam   koniec   długiego,   zakurzonego 
korytarza. Jupe otworzył drzwi I wszedł do środka.

Peggy siedziała na krześle przy zabitym deskami oknie. W ustach miała zwiniętą chusteczkę 

do   nosa,   przymocowaną   za   pomocą   drugiej   chusteczki,   okręconej   wokół   głowy.   Ręce 
dziewczyny by przywiązane do oparcia krzesła, a jej kostki do nóg mebla.

Łysa Czaszka aż jęknął ze zdziwienia.
— Naprawdę tego nie wiedziałem — powiedział cicho. — Nie wyobrażałem sobie, że ją 

zwiąże w taki sposób. Gdybym to wiedział, to nigdy bym się nie zgodził mu pomagać.

Jupe wierzył mu. Sądząc z zachowania Łysej Czaszki w ostatnich paru minutach, młody aktor 

tylko udawał twardego faceta. Pod tą maską krył się miękki, bojący się gwałtu człowiek.

Trzej Detektywi pospieszyli w kierunku Peggy, zostawiając ciągle opierającego się o drzwi 

bladego aktora własnemu losowi. Pete i Bob odkneblowali usta dziewczyny,  a Jupe przeciął 
swoim szwajcarskim nożem wiążące ją sznury.

Peggy potrząsnęła głową, jakby budząc się ze złego snu. Potem potarła nadgarstki i odgarnęła 

włosy z czoła. Ostrożnie rozprostowała nogi i z pewną trudnością wstała z krzesła. I uśmiechnęła 
się.

— No cóż — powiedziała. — To całkiem zabawne. Zupełnie jak scena z tych starych filmów 

o Małych Urwisach. Tylko, że to zawsze ja wydobywałam ciebie z tarapatów, Jupe. No a teraz ty 
przyszedłeś mi z pomocą.

background image

ROZDZIAŁ 16

Przysługa dla Dona

— Peggy była taka szczęśliwa z powodu wygrania tych pieniędzy — powiedział Jupe — że 

postanowiła nie wytaczać sprawy przeciwko Lutherowi Lomaxowi i Łysej Czaszce.

— Teraz wreszcie będzie ją stać na naukę w collegeu, o czym zawsze marzyła — dorzucił 

Bob.

— Zamierza zacząć od września studia w Berkeley — dodał Pete.
Trzej Detektywi siedzieli przy stole w ogromnym salonie pana Hitchcocka. Z okien pokoju 

widać było wody Oceanu Spokojnego. Zaglądając do notatek zrobionych przez Boba, młodzi 
przyjaciele zdawali dawnemu reżyserowi relację ze swojej ostatniej sprawy.

Alfred   Hitchcock   siedział   wygodnie   rozparty   w   długim   fotelu   plażowym.   Parę   lat   temu, 

reżyserując film w Nowym Jorku, doznał poważnej kontuzji nogi i od czasu do czasu dokuczała 
mu ona jeszcze.

—   A   więc   Łysa   Czaszka   zamierza   występować   teraz   jako   aktor   pod   swoim   własnym 

nazwiskiem? — wypytywał się.

— Tak, będzie próbował swoich sił — potwierdził Jupe. — Chociaż nie wydaje mi się, żeby 

miał duże szanse. Będzie musiał w dalszym ciągu zarabiać na życie jako mechanik.

Pierwszy Detektyw zamyślił się na chwilę.
—   To   śmieszne   —   powiedział.   —   To   właśnie   moje   wspomnienia   o   prawdziwym   Łysej 

Czaszce sprawiły, że postanowiłem wystąpić w tym programie kwizowym. Nienawidziłem go 
tak bardzo jako dziecko, że chciałem go pokonać za każdą cenę. Ale w gruncie rzeczy prawie 
polubiłem tego młodego chłopaka, który go udawał. Jestem pewien, że naprawdę nie chciał 
skrzywdzić Peggy. Po prostu rozpaczliwie potrzebował pieniędzy i był zupełnie załamany, nie 
mogąc dostać żadnej roli. Dlatego przystał na wszystko, co mu Luther Lomax zaproponował.

— Tak, życie  w tym  mieście  nie jest łatwe — zgodził się pan Hitchcock. — A jak już 

jesteśmy przy tym temacie, to co się stało z Lutherem Lomaxem? Czy w dalszym ciągu błąka się 
po swojej opustoszałej posiadłości i snuje marzenia o minionej sławie?

— Nie — odpowiedział Pete. — Zupełnie się załamał nerwowo, kiedy zobaczył, że Peggy 

schodzi razem z nami po schodach, po tym jak ją wyswobodziliśmy. Ciągle krzyczał: „Spokój na 
planie” i „Światło, kamery, akcja”. Gordonowi Harkerowi udało się go wreszcie uspokoić, a 
potem odwieźć do szpitala.

Sławny reżyser pokiwał ze współczuciem głową.
— Był kiedyś wielkim reżyserem — powiedział. — Pamiętam sporo jego starych filmów. 

Czy ciągle przebywa w szpitalu?

— Nie — wyjaśnił Jupe. — Stowarzyszenie Filmowe znalazło dla niego wygodne miejsce w 

domu   dla   emerytowanych   ludzi   filmu,   w   skrzydle   przeznaczonym   dla   osób   z   problemami 
psychicznymi. Jest tam przynajmniej wśród starych przyjaciół.

— No tak, oczywiście. — Pan Hitchcock uśmiechnął się z przymusem. — Jest takie stare 

przysłowie w Hollywoodzie: „Nie musisz być wariatem, żeby robić filmy, ale to z pewnością 
pomaga”.

A Glass nic nie wiedział o spisku pomiędzy Łysą Czaszką i Lomaxem? — pytał dalej pan 

Hitchcock.

— Tak, zgadza się — potwierdził Jupe. — Przez cały ten czas nie miał o niczym pojęcia. Nie 

background image

wiedział, że Łysa Czaszka jest oszustem, że Lomax ukradł puchary i że we dwójkę uprowadzili 
Peggy. Glass zajmuje się reklamą, nie chciał więc zepsuć swojego dobrego imienia i wyjawić, 
kiedy program się skończył, że Łysa Czaszka to oszust.

— A co z Platfusem i Ogarem? — dopytywał się pan Hitchcock.
— Co się z nimi stało?
— Platfusowi te kwizy pomogły stanąć na nogi, jeśli można się tak wyrazić — odpowiedział 

Jupe. — Przez dłuższy czas był bez pracy. W czasie trwania kwizu zwróciła na niego uwagę 
pewna   sieć   handlowa,   zajmująca   się   sprzedażą   sportowego   obuwia   i   zaangażowała   go   do 
reklamy.   No   wie   pan,   pokazy,   promocja   produktów   w   sklepach   i   tak   dalej.   Platfus   był 
zadowolony, że dostał tę pracę. I wcale nie musi nosić wielkich butów i się wygłupiać, po prostu 
opowiada o wyrobach firmy.

Natomiast  Ogar zamierza  skończyć  college,  a potem  studiować prawo. Chciałby również 

pomagać młodym aktorom i aktorkom w walce o ich prawa przeciwko studiom filmowym i 
stacjom telewizyjnym, które próbują wykorzystywać młodych ludzi.

— Godne uznania plany — zauważył pan Hitchcock.
Potem   jego   spojrzenie   powędrowało   w   kierunku   kuchni,   gdzie   królował   służący   pana 

Hitchcocka, Wietnamczyk Hoang Van Don, i skąd dobiegały odgłosy brzęczących garnków i 
patelni.

— A co z Gordonem Harkerem? — chciał wiedzieć pan Hitchcock. — Czy nie zdradziliście 

jego tajemnicy?

— Oczywiście, że nie — zapewnił go Pete. — Nikomu nie powiedzieliśmy o tym, że grał 

kiedyś Naleśnika w tych starych filmach o Małych Urwisach. Pan jest wyjątkiem. Może we 
wrześniu spokojnie wrócić do swojej szkoły jako nauczyciel.

— Jeśli już jest mowa o szkole — pan Hitchcock ponownie zerknął w kierunku kuchni — to 

Don również niedawno chodził na wykłady.

— Poważnie? — zdziwił się Bob. — A czego się uczył?
— Jak się przygotowuje cordon bleu — wyjaśnił pan Hitchcock. — Na sposób francuskiego 

mistrza kuchni. Don wyrzucił z głowy wszystkie te przepisy na zdrowe jedzenie. — Sławny 
reżyser   westchnął.   —Teraz   myśli   tylko   o   skomplikowanych   sosach   i   wymyślnych   daniach. 
Muszę przyznać, że to lepsze od tych różnych wodorostów. Ale to trochę za dużo jak na mój 
biedny żołądek.

Pan Hitchcock przerwał swoje wywody i wyciągnął się w fotelu.
— Mam nadzieję, że zostaniecie na lunchu — dodał. — Zwłaszcza ty, Jupe.
Bob i Jupe popatrzyli  na siebie nieco sceptycznie. Pamiętali doskonale, jak Don ostatnio 

potraktował ich jako króliki doświadczalne i wypróbował na nich jedno ze swoich egzotycznych 
francuskich dań, a mianowicie ślimaki. Pomimo to odpowiedzieli grzecznie, że bardzo chętnie 
zostaną.

— Ciekawe, dlaczego zwłaszcza ja? — zainteresował się Jupe.
—   Dlatego   że   Don   chce,   abyś   mu   wyświadczył   pewną   przysługę   —   powiedział   pan 

Hitchcock.   —   A   w   zamian   za   to   zgodził   się   przygotować   do   jedzenia   wszystko,   o   co   go 
poprosisz. Bezwzględnie wszystko — dodał tęsknym głosem.

— A dlaczego nie możemy zjeść czegoś, na co pan ma ochotę? —zapytał Pierwszy Detektyw.
— Miałem nadzieję, że to powiesz. — Pan Hitchcock sięgnął po laskę, stojącą za fotelem i 

podniósł się z miejsca. — Muszę się przyznać, że mam wielki apetyt na zwykłego, porządnego 
hamburgera. Może z odrobiną surowej cebuli. Ale bez sosu i keczupu. Po prostu solidny kawałek 
mięsa.

background image

Trójka chłopców z zapałem zaaprobowała tę propozycję.
— Ale czego Don ode mnie chce? — zapytał Jupe.
— Obawiam się, że to tajemnica — powiedział pan Hitchcock. — Jestem pewien, że to nic 

strasznego.   —   Odwrócił   się,   opierając   się   na   lasce.   —   pójdę   powiedzieć   Donowi,   żeby 
przygotował hamburgery. Po prostu zwykłe hamburgery. I w zamian za to spełnisz jego prośbę, 
Jupe. Niezależnie od tego, jaka ona będzie.

Trzej Detektywi widzieli, jak pan Hitchcock kuśtyka przez swój olbrzymi pokój, przechodzi 

obok biblioteczki, oddzielającej salon od pracowni i wchodzi do kuchni.

Dom pana Hitchcocka w Malibu był kiedyś restauracją znaną jako knajpa „U Charliego”. To 

wyjaśniało, dlaczego było w nim tyle otwartej przestrzeni. Reżyser przerabiał go stopniowo w 
coś, co nazywał okazałym domem. I rzeczywiście można było mówić o pewnym postępie, od 
czasu kiedy Jupe był tu po raz ostatni. Oprócz już wcześniej wspomnianego fotela, przybyła 
jeszcze wygodna kanapa, która wzbogaciła trochę za ubogie umeblowanie domu.

Kiedy pan Hitchcock przyszedł z powrotem, na jego twarzy gościł pełen entuzjazmu uśmiech.
— Porządny hamburger to jest to — powiedział, sadowiąc się z powrotem w fotelu. — Don 

chciał do tego podać sos  bearnaise,  ale zapewniłem go, że ty wolisz, żeby nie było żadnych 
dodatków. — Przez moment siedział w milczeniu. — Myślałem o waszej ostatniej sprawie — 
odezwał się po chwili. — Zastanawia mnie w niej jedna rzecz.

— Tak? — zapytał Jupe. — A co mianowicie?
— Dlaczego zacząłeś podejrzewać Lomaxa? Jak odgadłeś, że to właśnie ten stary reżyser, a 

nie   Milton   Glass   albo   któryś   z   Urwisów   dostarczał   fałszywemu   Łysej   Czaszce   wszystkich 
potrzebnych informacji, tak żeby chłopak mógł udawać prawdziwego Łysą Czaszkę?

—   To   był   przede   wszystkim   ten   zbieg   okoliczności   związany   z   Platfusem   —   wyjaśnił 

Pierwszy   Detektyw.   —   Domyśliłem   się,   że   to   Łysa   Czaszka   zamknął   mnie   w   studiu 
dźwiękowym, żebym nie mógł uczestniczyć w kwizie. Tylko on się zdziwił, kiedy pojawiłem się 
w studiu w ostatniej chwili. Ale co robił Platfus w studiu tego samego dnia, o tej samej godzinie? 
Dlaczego pojechał tam swoim starym motorem, podczas gdy ja jechałem za nim taksówką? Ten 
zbieg okoliczności nie dawał mi spokoju.

Pan Hitchcock przytaknął.
— Mnie by to również nie dawało spokoju — przyznał. — Jako reżyser filmów kryminalnych 

też nie lubię zbiegów okoliczności. No ale mów dalej, Jupe. Jak ci się w końcu udało rozwiązać 
tę zagadkę?

— To było zaraz po tym, jak otrzymałem ostatnią wskazówkę w tej sprawie — powiedział 

Jupe. — Tuż przed rozpoczęciem drugiego kwizu Platfus zwierzył mi się, że załatwia różne 
polecenia dla studia filmowego i stacji telewizyjnej.

— No i domyśliłeś się, że ktoś go posłał do studia? Zgadza się?
— Dokładnie tak było — przyznał Jupe. — Ktoś posłał go tam jako przynętę. Po to, żebym ja 

go śledził. A tylko jedna osoba wiedziała w tym czasie, że Trzej Detektywi zajmują się sprawą 
kradzieży pucharów. I tą osobą był Luther Lomax.

— Aha, już rozumiem — pan Hitchcock znowu przytaknął. — Lomax namówił cię, żebyś 

przyszedł do stacji telewizyjnej, pod pretekstem, że chce z tobą mówić o srebrnych pucharach. I 
jak tylko się z tobą pożegnał, to zaraz zadzwonił po Platfusa i posłał go w jakiejś sprawie do 
studia filmowego, wiedząc, że zobaczysz go w recepcji, i spodziewając się, że za nim pójdziesz.

— On nie tylko się tego spodziewał — wyjaśnił Jupe. — On to dobrze wiedział. Prosił mnie 

dwa razy, żebym nie spuszczał oka z Platfusa. A więc miał prawie pewność, że go będę śledzić. 
No i oczywiście za sprawą Lomaxa, Łysa Czaszka już był w studiu i czekał tylko na to, żeby 

background image

mnie tam zamknąć, nawet gdyby musiał mnie przedtem rąbnąć czymś w głowę.

— No tak. Wszystko świetnie pasuje. — Pan Hitchcock podniósł się z fotela  na dźwięk 

kroków z kuchni. — O, jak ładnie pachnie — zaszeptał, zajmując miejsce przy dużym stole.

Zapach jest rzeczywiście smakowity, pomyślał Jupe, wspominając wszystkie inne potrawy, 

które konsumowali przy tym stole. Był taki okres, kiedy Don serwował wyłącznie gotowe dania, 
takie   jak   pizza   czy   rybne   paluszki.   Potrawy   te   były   reklamowane   w   późnych   programach 
telewizji. Potem wietnamski kucharz został zagorzałym zwolennikiem jedzenia zalecanego przez 
telewizyjne wyrocznie propagujące zdrowy tryb życia, i na stole pojawił się brązowy ryż, surowe 
ryby i różne sałatki.

Teraz Jupe z przyjemnością przyglądał się, jak Don stawia na stole olbrzymi  półmisek z 

czterema   hamburgerami   O   imponujących   rozmiarach.   Do   ich   wyglądu   też   nie   można   się 
przyczepić, pomyślał.

Hamburgery były naprawdę dobre. Wspaniałe mięso z kawałkami surowej cebuli. Pierwszy 

Detektyw jadł danie z wielkim apetytem.

— W porządku? — zapytał Don.
— Naprawdę świetny — pochwalił hamburgera Jupe. — Po prostu pierwsza klasa.
— To dobrze. Teraz ty mi oddasz przysługę?
— Oczywiście — wymamrotał ustami pełnymi jedzenia Pierwszy Detektyw. — O co chodzi?
— Ty bardzo sławny. Cały czas widzę ciebie w telewizji. I ty mnie teraz dasz twój autograf.
Don   wyciągnął   z   kieszeni   białego   fartucha   oprawioną   w   skórę   książkę   do   autografów   i 

położył ją obok talerza Jupe’a.

— Nie ma sprawy. — Jupe przełknął kawałek cebuli i wyjął długopis. To była naprawdę 

niewielka przysługa za takiego dobrego hamburgera. — Jak mam napisać? Pierwszy Detektyw? 
Albo po prostu Jupiter Jones?

— Nie, nie. — Don zdecydowanie potrząsnął głową. — Ty napisz swoje sławne imię. W 

porządku?

Jupe zamknął na krótko oczy i westchnął. Potem wyciągnął rękę po książkę.
Z najlepszymi życzeniami dla Hoang Van Dona — wykaligrafował. Następnie wziął głęboki 

oddech i dodał to sławne imię, o które go proszono: Od Małego Tłuścioszka.