background image

Gayle Wilson 

Światło w ciemności 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Londyn 1823 

Earl Huntingdon pomyślał, że wolałby raczej stawić 

czoło francuskiej jeździe, niż trwać w tym głuchym 
milczeniu. Wtedy, podczas służby na Półwyspie Iberyj­
skim, umiał przynajmniej zawsze określić, co się dzieje. 
A teraz... 

- Małżeństwo, milordzie? - wykrztusiła Arabella 

Simmons. 

Jeszcze wczoraj by przysiągł, że zna każdy najsub­

telniejszy niuans jej wyjątkowego głosu, lecz teraz, jak 
nigdy wcześniej, brakowało jej tchu. Szok, to oczywi­
ste. Zresztą, mógł się tego spodziewać. Może odczuwa­
ła także niesmak? 

Niech cię diabli, Ingalls, niech cię diabli, żeś mi pod­

sunął tę myśl. I mnie razem z tobą, że byłem tak głupi 

i posłuchałem, pomyślał earl. 

- To po prostu kwestia konwenansu, pani Simmons 

- powiedział spokojnym tonem, by nie odgadła trapią­
cych go rozterek. - Jeżeli ten pomysł wydał się pani 
niesmaczny, więcej nie będziemy o tym rozmawiać. 
Uszanuję pani uczucia. 

background image

- Nie ma mowy o niesmaku - odparła Arabella. 
W jej głosie pobrzmiewało raczej zdumienie, a ear-

lowi ulżyło, że nie popełnił fatalnej i nieodwracalnej 
gafy. 

- Oferta małżeństwa rzadko może być uznana za ob­

razę - kontynuowała. - A oczywiście w naszym przy­
padku... 

Słowa, słowa... Jednak ich przypadek był rzeczywi­

ście szczególny, a oni w odróżnieniu od innych par pla­

nujących małżeństwo znaleźli się w nietypowej sytu­
acji. Jedno niedokończone zdanie można było interpre­
tować na wiele sposobów. 

Przede wszystkim kwestia statusu społecznego. Sim-

mons była jego pracownicą, a on to Alexander Coltrain, 
siódmy earl Huntingdon, ostatni z rodu mający prawo 
do tego dawnego i nobliwego tytułu. Małżeństwo po­
między nimi to oczywisty mezalians, z którejkolwiek 
strony by na to spojrzeć. 

Dziesięć lat wcześniej postanowił, że nigdy się nie 

ożeni, ale teraz nie dbał o ewentualne sprzeciwy opinii, 
które mogłaby wywołać propozycja właśnie przezeń 
złożona. Prawdę mówiąc, wprawiła w zdumienie jego 
samego. Zapewne tak samo zareagują przyjaciele i zna­

jomi. 

Nieliczni żyjący krewni już od dawna oswoili się 

z jego decyzją, że nie założy rodziny. Przyjaciele łajali 
go za to postanowienie. Natomiast służący od dwóch lat 
obserwowali bez komentarzy rozwój znajomości z pa-

background image

nią Bertrandową Simmons. Wszyscy będą zaskoczeni 
zmianą frontu. 

Nigdy, przynajmniej do dzisiaj, nie postrzegał tej 

znajomości w kategoriach osobistych. Chyba że zali­

czyć do nich swoistą przyjemność, jaką odczuwał od 
dnia, w którym Arabella została jego lektorką. Wów­
czas już od ośmiu lat znosił swoją ślepotę i nigdy nie 
pozwolił sobie na najmniejszą skargę z tego powodu, 
uważał jednak, że zasłużył na tę odrobinę radości, jakiej 
dostarczał mu głos pani Simmons. 

Od pierwszej chwili, gdy pojawiła się na schodach jego 

domu z ogłoszeniem, które umieścił w „Timesie", od mo­
mentu, gdy usłyszał jej głos, zrozumiał, że nie chce po­
wrotu do monotonnych recytacji sprawiających mu tyle 

przykrości. 

Nawet w tych nowoczesnych czasach zatrudnienie 

kobiety lektorki było czymś niezwykłym. Jednak Ber­
trand Simmons był kolegą szkolnym earla. Przekonał 
Arabellę, że oferuje jej posadę ze względu na długolet­
nią przyjaźń ze zmarłym mężem, choć wiedział o jej 
trudnej sytuacji życiowej. 

Jedynie to i jej piękny głos zadecydowały o jej 

zatrudnieniu, nawet jeśli inni mogli podejrzewać coś 
więcej. Pani Simmons to była jedyna jego słabostka 
i uznał, że może sobie na nią pozwolić. Teraz jednak 

proponował coś, co może spowodować wiele złośli­
wych uwag, stawiających jego wybór w odmiennym 
świetle. 

background image

- W naszym przypadku? - powtórzył, bo Arabella 

nie rozwijała myśli. 

Czy to jego duma rodziła w nim rozliczne wątpliwo­

ści? A może to przejaw skłonności masochistycznych? 

- Wątpię, by rodzina waszej lordowskiej mości była 

zachwycona przyjęciem przeze mnie tej oferty - powie­
działa po namyśle Arabella. 

Hunt z ulgą przyjął do wiadomości, że w jej głosie 

nie było rozbawienia, które poprzednio wyczuwał. 

- Oboje jesteśmy nie pierwszej młodości i na tyle 

dorośli, by decyzje podejmować samodzielnie. Pani po­
chodzenie, pani Simmons, jest bez zarzutu. Zapewniam, 
że wszelkie ewentualne obiekcje ze strony mojej rodzi­
ny nie będą miały dla mnie najmniejszego znaczenia. 

Tej rodziny zostało już niewiele. Matka zmarła, kie­

dy miał dziesięć lat, ojciec podczas pobytu Hunta 
w Cambridge. Starszy brat, dziedziczący tytuł, zginął, 

jeżdżąc konno, gdy młodszy był jeszcze na Półwyspie 

Iberyjskim. Świeżo upieczony earl nie zrejterował, po­
stanowił pozostać w armii przynajmniej do czasu, aż ta 

przekroczy granice Hiszpanii. To była brzemienna 

w skutki decyzja; w konsekwencji postanowił zostać 

kawalerem. 

Od czasu do czasu odczuwał wyrzuty sumienia, że 

z tego powodu wymrze główna Unia rodu, że jakiś nie-
wydarzony kuzynek odziedziczy tytuł i posiadłości. Co 

na to powie nieliczna rodzina? Składając dziś propozy­
cję pani Simmons, nie miał takich obiekcji. 

background image

- Nie pierwszej młodości, wasza lordowska mość? 

- Znów w jej głosie usłyszał wesołą nutkę. Ciekawe, 

czy zobaczyłby też rozbawienie (gdyby tylko mógł) 
w jej oczach. 

- Proszę przyjąć przeprosiny, pani Simmons. By­

wam, co pani i wszyscy powinni wiedzieć, dość niezrę­
czny w kontaktach z ludźmi. Powinienem był powie­

dzieć, że to ja jestem w odpowiednim wieku, by nie 
oglądać się już na zgodę rodziny w sprawie małżeństwa. 

- A jeśli można spytać...? 
- Mam trzydzieści osiem lat - odparł, zdziwiony, że 

musiał zastanowić się nad odpowiedzią. 

Nastąpiła krótka pauza w rozmowie, po czym pani 

Simmoins powiedziała: 

- A ja dwadzieścia sześć, wasza lordowska mość. 

Starał sobie przypomnieć, co robił, mając tyle lat. To 

było tak dawno temu... 

Nie potrafił skupić się na obrazach z tamtego okresu, 

nie chciał przypominać sobie towarzystwa i przygód 
przeżytych wraz z regimentem. Musiał się skoncentro­
wać, by wyczytać coś z tonu jej głosu. 

- W takim razie z pewnością jest pani za młoda, że­

by zawierać małżeństwo dla konwenansu - ironizował 
Hunt nonszalanckim tonem i usiłował zmusić się do 
uśmiechu. A niech cię, Ingalls, pomyślał po raz kolejny, 
usiłując równocześnie przemóc zakłopotanie. I - co je­
szcze dziwniejsze - uczucie zawodu. 

- Nie to miałam na myśli - odparła prędko. - Męż-

background image

czyzna w pańskich latach jest w kwiecie wieku. 
W Londynie muszą być setki odpowiednich młodych 
dam, które zechcą przyjąć ofertę waszej lordowskiej 
mości. 

- W takim razie rozpatrzę ich kandydatury, skoro nie 

zalicza się pani do grona tych dam. 

- Chciałam dać do zrozumienia, że to ja nie jestem 

już pierwszej młodości. Nie uważam się również za od­

powiednią kandydatkę wedle wszelkich standardów. 
Także moich własnych. - W jej głosie było słychać roz­
bawienie. 

- Wydaje mi się, że to ja powinienem zdecydować, 

jaką kobietę chciałbym pojąć za żonę. 

- Proszę wybaczyć, lecz wydaje mi się, że wasza 

lordowska mość nie planował małżeństwa. A może się 
mylę? 

Zaufanie do Belli płynęło z głębi serca. Tak sądził. 

Nie potrafił sobie nawet przypomnieć, kiedy zaczął 
o niej myśleć, używając tego zdrobnienia. Czy ktoś in­
ny tak ją nazywał? Chyba nie. Ciemne zimowe wieczo­

ry, trzask i syczenie szczap w kominku. Wspaniałe 

dźwięki porównywalne jedynie z przemiłym brzmie­
niem jej głosu, którym odczytywała nudny preliminarz. 
Stała się wtedy Bella. Jego Bella. 

To tylko fantazje, nieszkodliwe w jego pojęciu. 

Świadomie nigdy nie zamierzał przekroczyć precyzyj­
nie wytyczonych granic, które pomiędzy nimi nakreślił. 

Zakochał się w kobiecym głosie, i to był największy je-

background image

go sekret, który miał nigdy nie wyjść na jaw. Nie było 
takiej możliwości. 

- Dawno temu postanowiłem, że nie założę rodziny 

i nie zawrę małżeństwa. W ogólnie przyjętym rozumie­
niu tego, czym jest wspólnota żony i męża. 

- Więc ta propozycja... Do czego miałoby dojść po­

między nami... To ma być coś niekonwencjonalnego? 

- Może pani o tym myśleć jako o układzie czysto 

handlowym. 

Pompatyczny dureń ze mnie, uznał w duchu. Nie 

zdążył ugryźć się w język. 

- Rozumiem - odparła. 

Pojął, że znów powrócili do punktu wyjścia. Poznał 

to po tonie, którym zostały wypowiedziane te słowa. 
Nie wiedział, co o tym sądzić. 

- Niemniej jednak... - zaczął się wycofywać. Nie 

ma co, jego oferta została odczytana jako coś odrażają­
cego. To oczywiste mimo wszelkich sugestii Ingallsa. 

Czemu właściwie miałaby się zgodzić? - pomyślał 

z goryczą, lecz zaraz przywołał się do porządku. Dawno 

temu doszedł do wniosku, że od takiej piekącej goryczy 

już tylko krok do użalania się nad sobą, więc postanowił 

ułożyć twarz w taką samą beznamiętną maskę, jaką 
przybierał podczas debaty w Izbie Lordów. 

- Dlaczego niespodziewanie składa mi pan ofertę 

matrymonialną, milordzie? - spytała pani Simmons. 

- Wydaje mi się, że tok mego rozumowania został 

już dostatecznie objaśniony. 

background image

- Chodzi o to, bym była na każde zawołanie, goto­

wa być pańską lektorką dzień i noc. 

- Mam nadzieję, że moje słowa nie zostały poczy­

tane za nietakt. - Pozwolił sobie na lekki uśmiech 
i chłodny ukłon. 

- Pan nigdy nie jest nietaktowny - odparła. - Jest 

pan troskliwy. Wspaniałomyślny. Szanuje pan in­

nych. Czasem bywa niecierpliwy - dodała po chwili -
ale częściej wobec samego siebie niż wobec innych. 
Nigdy nie jest pan nietaktowny - powtórzyła pani Sim-
mons. 

- Wnoszę, że nie uważa pani za stosowne dzień 

w dzień stawiać temu czoło - powiedział, ignorując ko­
mentarze na temat własnego charakteru. - Oprócz pen­
sji chciałem pani zaoferować miejsce pod moim da­
chem i wyżywienie. Proponuję to w jedyny sposób, 

który jest do zaakceptowania przez towarzystwo. Za­
pewniam, że nie kierowałem się ukrytymi pobudkami. 

- Milordzie, moja gratyfikacja jest więcej niż szczo­

dra i w zupełności wystarcza mi na przyzwoite życie. 

- Nie musi pani szukać wymówek, pani Simmons. 

Po prostu pani nie chce - stwierdził, zastanawiając się, 
czemu Bella przedłuża tę niezbyt miłą indagację. - Od­
mowa w niczym nie zmieni pani sytuacji. 

- Ale ja... mam powinności. 
- Powinności? - spytał. Nie orientował się w jej 

sprawach osobistych. 

- Wobec syna i ciotki będącej jednocześnie jego gu-

background image

wernantką. To są moje zobowiązania. Nie mogę ich zo­
stawić samym sobie. 

„Wobec syna". W uszach Huntingdona zabrzmiało 

to niby zdanie w obcym języku, który ledwie rozumie. 
Bella spędziła pod jego dachem dwa lata, pracowała 
z nim, a on nie wiedział, że ma dziecko. 

- Och, doprawdy... 
- Ma na imię Christopher po swoim dziadku, ojcu 

Bertranda. Skończył cztery lata. 

- Nigdy pani o nim nie wspominała. 

On sam, będąc dzieckiem, niewiele wiedział o mat­

ce i niezbyt często ją widywał. Wychowywały go ko­
lejne nianie, potem surowe guwernantki. Bella zapew­
ne postępowała podobnie. Wszystkie dni tygodnia, 
z wyjątkiem niedziel, spędzała w tym pokoju, zajmując 
się czytaniem na głos. Dla niego. Uświadomił sobie to 
i poczuł się winny; zmuszał ją, by poświęcała mu zbyt 

wiele czasu. Ingalls miał rację, nazywając go bez­
dusznym. 

- Jakoś nie było okazji, by o tym porozmawiać -

odparła Bella. 

To prawda. Nie zajmował się towarzyskimi plotecz­

kami. Zdumiało go, gdy uświadomił sobie, że nawet nie 
wie, gdzie pani Simmons mieszka. Prawdopodobnie In­
galls znał jej adres i nazwisko plenipotenta, ale on, 
Hunt, nigdy się tym nie zainteresował. 

- Oczywiście... - powiedział to jedynie, by skłonić 

ją do kontynuowania wątku. 

background image

- Dziecko mogłoby zrujnować porządek panujący 

w pańskim domu - ostrzegła Bella. 

Dziecko. Mały chłopiec. Jego obecność mogłaby 

stać się utrapieniem. Jednak dom był ogromny; z włas­
nego dzieciństwa pamiętał, że dzięki niańkom można 
łatwo, utrzymywać takiego malucha z dala od reszty 
domowników. 

- Obecność jednego małego chłopca nie przesądza 

sprawy - powiedział i znów się uśmiechnął. 

Ponownie zapadła cisza. Chciałby teraz ujrzeć jej 

twarz. Tego właśnie brakowało mu od lat. Pewnie, że 
głos także może zdradzać emocje, ale nie w takiej sy­
tuacji jak ta. 

- Czy zatem, wasza lordowska mość, mogę poprosić 

o trochę czasu, by przemyśleć tę wspaniałomyślną 
ofertę? 

Znów postawiła na swoim, pozbawiła go możliwości 

manewru. Myślał, że będzie się sprzeciwiać za wszelką 
cenę, a tymczasem... Wbrew wszelkim deklaracjom 
w głębi duszy liczył, że Bella może zaakceptować tę 
propozycję. Niepewność odczuwał nieomal jak fizycz­
ną udrękę. 

- Oczywiście - odparł. - Proszę dysponować cza­

sem do woli. 

- Dziękuję - odrzekła. 

Słyszał, jak szeleści papierami, zbierając się do wyj­

ścia. Było popołudnie. Pamiętał, że cienie za oknem bę­

dą stopniowo się wydłużać; ludzie wracają do domów 

background image

o zmroku - tego roku zima nadeszła wcześnie. Starał 
się wyobrazić sobie Bellę witaną przez swoich „pod­
opiecznych". Czy jej głos ucieszy ich tak samo, czy 
sprawi tyle radości co jemu każdego poranka? 

To były kolejne fantazje, którym nie powinien się od­

dawać. Oni mieli prawo cieszyć się z jej przyjścia, a on 
nie. Nawet jeżeli przystanie na jego propozycję, wciąż 
nie będzie miał do tego prawa. W każdym razie nie bę­
dzie mógł tego okazywać. 

- Dobranoc, milordzie - powiedziała miękko. 
Wyobraził sobie, że właśnie wstała, pewnie spogląda 

na niego, siedzącego za biurkiem. Cóż mogła wyczytać 
z jego twarzy? On sam już dawno zabronił sobie roz­

ważań tego typu - to było coś, na co nie miał wpływu. 

- Dobranoc, pani Simmons. 

Powinno zostać powiedziane coś więcej. Najwyraźniej 

i ona to wyczuła, zwlekając z odejściem. Nie poruszył się, 
nim nie usłyszał zamykających się drzwi. 

Dopiero wtedy earl Huntingdon dotknął swej pokie­

reszowanej twarzy. Ręce mu drżały. 

- Wiedziałeś, że ma syna? - Hunt zwrócił się do słu­

żącego. Ingalls właśnie pomagał mu zdjąć kamizelkę. 

- Wspomniała kiedyś, tak przed Bożym Narodze­

niem, że chłopiec nie czuje się najlepiej. Gorączka czy 

katar, ot, takie dziecięce przypadłości. Była bardzo za­

niepokojona, słowo daję. 

- I nie przyszło ci do głowy, by poinformować mnie 

background image

o istnieniu tego dziecka? - spytał Hunt lodowatym 
tonem. 

- Nim pan złożył propozycję? - John Ingalls zauwa­

żył, że jego pracodawca usiłuje powściągnąć uśmiech. 

- Wiesz dokładnie, o co mi chodzi - odparował earl. 

- Sugerowałeś, że pani Simmons może zapaść na zdro­
wiu z powodu moich wymagań co do czasu i warun­
ków jej zajęcia. Przedstawiłeś wzruszający obraz kobie­
ty, która pracuje ponad siły wykorzystywana przez pra­
codawcę. Kobiety, która jest ponadto zmuszana dojeż­
dżać do pracy, bez względu na panujący dotkliwy ziąb. 

- Doskonale powiedziane, milordzie - odparł In­

galls, wygładzając kamizelę. - Opis świetnie pasuje do 
stanu obecnego. 

- Zmieniło się to, że zaproponowałem małżeństwo 

kobiecie, która, jak właśnie się dowiedziałem, ma syna! 

- Och, czyżby miał pan coś przeciwko dzieciom? 

- Cholernie dobrze wiesz, o co mi chodzi! - wybu­

chnął earl. 

- Chodzi o umieszczenie małego chłopca w ogrom­

nym domostwie, tak dużym, że pomieściłoby nawet ca­
łą armię dzieciaków. Nawet by pan nie zauważył ich 
obecności, chyba że wpadając na jednego z nich. Nie 
rozumiem, o co to całe zamieszanie. 

- To, wedle twojego słownictwa, „zamieszanie" 

sprowadza się do oszustwa. 

Earl panował nad głosem, lecz Ingalls usłyszał 

w nim doskonale sobie znany ton oficera wymagające-

background image

go posłuszeństwa od podwładnego. Obaj przyjęli takie 
role, kiedy się poznali. 

Przez ostatnie dziesięć lat mnóstwo się zmieniło i John 

Ingalls przestał być jedynie podkomendnym. Stał się przy­

jacielem. Alexander Coltrain jednak potrafił pokazać, że 

nadal ma autorytet. Może był sterany przez życie, ocie­
mniały, lecz dziś znajdował się w doskonałej formie. 

- Robi pan z igły widły, milordzie - sprzeciwił się In­

galls. - Propozycja małżeństwa to po prostu czysto hand­
lowy układ. To, że kobieta ma synka, niczego nie zmienia. 

- Ajeśli...? 
Earl urwał tak raptownie, że John przyjrzał się uważnie 

twarzy swojego pracodawcy, któremu drżały wargi, jakby 
obawiał się dokończyć pytanie. Mocno zaciśnięte usta, 
niewidzące spojrzenie błękitnych oczu zdających się spo­
glądać gdzieś ponad ramieniem służącego. Zrobiło mu się 
nieswojo i odwrócił się tyłem do chlebodawcy. 

- , Jeśli" i co? - powtórzył ostrożnie, odwracając się 

znów do tego człowieka, którego znał od przeszło dekady. 
Znał i kochał jak brata. Do człowieka, którego podziwiał 

bardziej niż kogokolwiek innego. Do kogoś, kto nie wie­
dział, co to strach podczas bitwy. Dlaczego teraz myśl 
o małym chłopcu, wkraczającym w te kawalerskie progi, 
miała wywołać aż taki popłoch byłego żołnierza? 

- Nic takiego - odparł earl. 
Zazwyczaj spokojny, zaczął niecierpliwie rozpląty­

wać kunsztowny węzeł fularu. Ingalls wiedział o swoim 
pracodawcy dostatecznie dużo, by uznać, że nie powi-

background image

nien się wtrącać. Powiedział wszak wszystko, co by 
do powiedzenia, i nie było sensu przedłużać rozmów 
To by mogło nawet zaszkodzić delikatnym manewrom, 
które zamierzał przedsięwziąć. 

John Ingalls nie spał dobrze tej nocy. Przewracał się 

z boku na bok, wiercił na wąskim materacu, co było ra­
czej niezwykłe u człowieka, który nie zwykł wątpić we 
własne siły. Jednak to ,Jeśli..." wypowiedziane przez 

earla Huntingdona nie dawało mu spokoju. Długo nie 
mógł zasnąć, lecz nie zdołał dociec, czemu istnienie 
małego chłopca tak zaniepokoiło earla. 

- Małżeństwo? - powtórzyła z niedowierzaniem 

Fanny Hargreaves. 

- Tak, małżeństwo - przytaknęła Arabella, ciesząc 

się, że może nareszcie się wygadać, podzielić z kimś 
myślami, które kłębiły się jej w głowie przez cały wie­

czór. Nie odzywała się, póki Kit nie zjadł kolacji i przy­
tulony na dobranoc nie znalazł się w łóżku. 

- Lecz czemu? - spytała ciotka zupełnie oszołomiona. 
- Nie mam pojęcia - przyznała Arabella. - Powie­

dział, że to dla jego wygody, ale jakoś tak... - Potrząs­
nęła głową, wciąż zastanawiając się nad zagadkową 
propozycją earla Huntingdona. 

- Może się w tobie zakochał, moja droga - zasuge­

rowała ciotka. 

Fanny, mimo że już w latach, nie przestawała wie­

rzyć w romanse. To ułatwia życie, pomyślała Arabella. 

background image

Ona sama miała znacznie bardziej praktyczną naturę. To 
było kuszące, wyobrazić sobie, że earl Huntingdon za­
kochał się w niej, ale ona wiedziała swoje. 

Nie przyszło jej to do głowy ani razu przez dwa lata 

pracy. Fanny lubiła wymyślać liryczne wątki, ale to ona 
dbała, by mieli dach nad głową i coś do zjedzenia na stole. 
Zrozumiała, że nie może zrobić fałszywego kroku w re­
lacjach ze swoim niezwykle opanowanym pracodawcą. 

Nie mogła sobie teraz na to pozwolić. Potrzebowała 

rady za wszelką cenę i zwróciła się do osoby, na której 
życzliwość i serdeczność zawsze mogła liczyć. Do oso­

by wielkiego serca, nawet jeśli to serce było ckliwie 

sentymentalne. 

- Myślę, że bym się zorientowała, gdyby nagle earl 

zaczaj okazywać mi czułość - powiedziała, uśmiecha­

jąc się do ciotki. 

- Ależ on poprosił cię o rękę, moja droga! 

- Z czysto finansowych powodów. 
- Finansowych? - zdumiała się ciotka. - Za moich 

czasów małżeństwo nie było interesem. Nie dla takich 
osób jak my. 

Bella oczywiście wiedziała, co Fanny ma na myśli. 

Osoby z wyższych sfer w wyborze małżonka kierowały 
się zamożnością kandydata, pozycją w społeczeństwie 
i pochodzeniem bądź splendorem, jakiego jego osoba 
mogła przysporzyć rodzinie. Jedynie ci, którzy niczego 
nie mieli, mogli żenić się z miłości. 

Bella nie mogła jednak uwierzyć, że Huntingdon za-

background image

pałał nagle miłością do swej niezamożnej, a wręcz ubo­
giej lektorki. Gdyby tak było, poprosiłby, by została je­
go kochanką. Ale żoną? Nigdy. 

Gdyby nawet zakochał się po uszy w kobiecie, której 

nigdy nie widział, był zbyt opanowany, aby wystąpić 
z tak niespodziewaną propozycją małżeństwa. Choćby 
nie wiem jak chciała, nie potrafiła sobie racjonalnie wy­
tłumaczyć tej oferty, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż je­
go determinacja, by pozostać na zawsze kawalerem, by­
ła powszechnie znana. 

- Powiada, że chce, bym zamieszkała w jego domu, 

bo tak będzie wygodniej. Najwidoczniej chodzi mu 
o pracę po godzinach. Coś jeszcze dodatkowo przeczy­
tać, wyjaśnić, napisać pilne listy. A skoro sam nie może 
zanotować instrukcji... 

- Biedny człowiek. - Fanny westchnęła. Wzruszał 

ją los earla, po prostu miała dobre serce. Współczuła 

mu już od pierwszego dnia, kiedy Arabella wróciła do 
domu i oznajmiła zdziwiona, mimo że jako wdowa po 
Bertrandzie mogła liczyć na względy, iż dostała posadę. 

- Jeżeli faktycznie przeniesiemy się do jego domu 

- Arabella zaczęła wybiegać w przyszłość - nie możesz 
pozwolić, by usłyszał twój głos, dać mu w jakikolwiek 

sposób znać o swojej obecności. 

- To dumny mężczyzna, nieprawdaż? 
- Człowiek, który nie rozumie krępujących go ogra­

niczeń - odparła Arabella, bezwiednie ściszając głos. 

Początkowo była podenerwowana, pracując z ociem-

background image

niałym. Szybko zrozumiała, że earl nie pozwala sobie 
na taryfę ulgową ze względu na własne upośledzenie; 
przynajmniej w tych aspektach życia, w których było to 
możliwe. 

- Niewątpliwie doceni twoje współczucie - dodała, 

uśmiechając się do ciotki. 

- Dziecko moje, pewna jesteś, że nie obudził w to­

bie czułości? 

Arabella zamilkła, wpatrując się w robótkę. Zaru­

mieniła się, zamiast odpowiedzieć ciotce przypatrującej 
się jej z uwagą. 

- Oczywiście, że nie - odrzekła w końcu, zdając so­

bie sprawę, że jej sprzeciw jest za gwałtowny. 

- Czy on jest... szpetny? - W tym pytaniu Fanny 

słychać było nutę lęku. 

- Nie - zaprzeczyła Arabella i prędko dodała, czu­

jąc się nie do końca w porządku. - Ma na twarzy trochę 

blizn, ale zagojonych. Nic bardzo widocznego. 

- Musisz uprzedzić Kita, aby o tym nie wspominał. 

Mali chłopcy bywają ciekawscy. 

- Oczywiście - zgodziła się Arabella, choć dotąd na 

serio nie myślała o tym, jak Kit zareaguje na widok ear-
la. Dopiero słowa Fanny uświadomiły jej, że ci dwaj być 
może kiedyś staną ze sobą twarzą w twarz. 

Przecież nie o to chodzi, pomyślała. Ona nie podzi­

wiała rysów twarzy pracodawcy, ale mężczyznę. Jego 
charakter. I odwagę. 

Mężczyznę, który tego popołudnia poprosił ją o rę-

background image

kę, co napawało ją coraz większym zdumieniem. Zadzi­
wiające. To tylko układ finansowy, upomniała samą sie­
bie, nie pozwalając sobie popaść w rojenia, wzorem 
ciotki. Tak, Huntingdon zaproponował małżeństwo je­
dynie na papierze. Coś w rodzaju ugody ułatwiającej 
życie im obojgu. 

- Zamierzasz się zgodzić, kochanie? - spytała Fanny. 
- Pewnie jutro oprzytomnieje i powie, że to pomyłka. 
- Dżentelmeni tak nie postępują. 
- Ale pracodawcy mogą - odrzekła Arabella 

z uśmiechem. 

- A jeżeli się mylisz? Kochanie, byłabyś głuptasem, 

nie przyjmując propozycji earla. Skończyłyby się nasze 
kłopoty. Nie trzeba by się martwić o opłaty za opał ani 
o długi w sklepie, Kit miałby zapewnione wykształce­
nie, które dałoby mu odpowiednią pozycję w społe­
czeństwie. Do tego zostaniesz żoną earla Huntingdona. 
Pomyśl o tym, kochanie. 

Arabella kręciła głową, powątpiewając w te wszyst­

kie wspaniałości, o których rozprawiała Fanny. Zara­
zem jednak poważnie rozważała ofertę, wpatrując się 
w ogień. Uśmiechnęła się tajemniczo. 

Pomyślała, że cokolwiek zdarzy się jutro, to i tak za­

pamięta ten dzień. Earl Huntingdon poprosił, by została 

jego małżonką. A to już było coś niezwykle ważnego, 

niezależnie od pobudek, które nim kierowały. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Proszę wejść i ogrzać się przy ogniu, pani Sim-

mons - powitał ją następnego ranka John Ingalls, 
otwierając drzwi gabinetu earla Huntingdona. - Zadbali 
o panią należycie podczas jazdy powozem? Jest tak 
zimno, że pewnie Tamiza zamarznie. 

- Wtedy będziemy musieli martwić się o mróz - od­

parła Arabella z uśmiechem. 

Przywykła do porannej obecności Johna w gabine­

cie. Bardzo często to on ją wpuszczał i zastawała earla 

siedzącego za ogromnym biurkiem z palisandru, który 

królował w pomieszczeniu. Tym razem fotel był pusty. 
Omiotła wzrokiem pokój, spojrzała ponownie na sługę. 
John uśmiechnął się. 

- Lord Huntingdon niebawem zejdzie na dół - po­

informował Arabellę. 

Jej pracodawca jeszcze ani razu przez dwa lata nie 

naruszył własnego harmonogramu, którego trzymał się 
z żelazną konsekwencją. To ją ubodło, pomimo tego, co 

powtarzała sobie przez całą drogę. 

Nie było to rozczarowanie związane z matrymonial­

ną ofertą. Sądziła, że pewnie ją przemyślał i zrozumiał, 

background image

jakie to niewłaściwe, a nawet śmieszne. Sama skłamała 

się ku ocenie, że takie małżeństwo byłoby czymś nie­
stosownym, więc czemu on miałby myśleć inaczej? Na­
wet po niewczasie. 

Tak czy inaczej przybyła tu dziś przygotowana na to, 

by mu odmówić. Gdyby nawet earl nie doszedł do takiego 
samego wniosku jak ona, że to małżeństwo jest wyklu­
czone, to Arabella była przeciwna pomysłowi. Jednak... 

Zaczerpnęła tchu, aby się uspokoić. Miała nadzieję, 

że earlowi wystarczy odwagi, aby poinformować ją 

osobiście, a nie przez Ingallsa. Może uznał, że taka for­
ma będzie dla niej mniej upokarzająca. Tak czy inaczej 
była przekonana, że przed sługą nic się w tym domu nie 
ukryje. Nawet taka kuriozalna oferta małżeńska. 

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, nadal się uśmie­

chała, by nie pokazać po sobie emocji. 

- Mam nadzieję, że jego lordowska mość nie jest 

niedysponowany - powiedziała. 

- Jego lordowska mość cierpi z powodu niekompe­

tencji służby, która nie potrafi porządnie zawiązać fula­
ru - odezwał się za jej plecami głos. - Nie z powodu 
niedyspozycji. 

Arabella odwróciła się i zobaczyła earla stojącego 

w drzwiach; barczysta sylwetka niemal je wypełniała. 
Ubrany był w surdut uszyty z materiału najwyższej ja­

kości oraz płowe spodnie opinające ciasno silne uda 
i szczupły brzuch. I choć miała dwadzieścia sześć lat 
i była matką, zrobiło jej się gorąco na ten widok. 

background image

Nie ulegało wątpliwości, że Huntingdon jest bardzo 

przystojny, ale nigdy nie pozwalała sobie na otwarte po­
dziwianie jego męskiej urody. Zastanawiała się z lek­
kim niepokojem, czy ich relacje pozostaną takie same. 
Jeżeli będą jakiekolwiek relacje, dodała w myślach. 

- Wyrazy współczucia, milordzie - powiedziała, 

usiłując się nie roześmiać. 

- Moje również - przyłączył się obłudnie Ingalls. 
- Doprawdy? - Wydawało się, że earl przygląda się 

służącemu. 

Arabella już wcześniej zwróciła na to uwagę. Hun­

tingdon w jakiś niesamowity sposób koncentrował się 
na rozmówcy. Wielokrotnie odniosła wrażenie, że na­
prawdę na nią patrzy. To jeszcze większa fantazja niż 

te, które snuła wczoraj Fanny. 

- Możemy zaczynać? - spytał lord. 
- Wedle pańskiego życzenia. 
- Czy piła już pani herbatę, pani Simmons? - spytał 

służący. 

- Oczywiście - odparła. To pytanie ją zaskoczyło. 

Nie miała przecież w zwyczaju wypijać herbaty w ga­
binecie earla nawet w tak zimne poranki jak ten. Nie 

była gościem. 

- Proszę podać pani herbatę wraz z moją kawą - za­

rządził earl i przeszedł pewnie przez całe spore pomie­

szczenie. 

Dotarł do biurka, zbadał opuszkami palców palisan­

drowy blat, bezbłędnie odnalazł fotel i usadowił się 

background image

w nim. Bella nieco się odprężyła, sytuacja wracała do 
normy. 

Światło poranka padało na twarz earla, uwydatniając 

jego kości policzkowe, mocną szczękę, wygładzając 

ostre rysy. Kruczoczarne włosy opalizowały niebieski­
mi refleksami. 

Usłyszała służącego, kroczącego po dębowej podło­

dze, i zorientowała się, że zostali sami. Nie wykonując 
żadnego ruchu, przypatrywała się mężczyźnie, który 
wczoraj zaproponował jej małżeństwo. Zachodziła 
w głowę, dlaczego to uczynił. 

- Czy zastanowiła się już pani nad moją ofertą? -

Zupełnie jakby czytał w jej myślach. Oczy zwrócił 
wprost na jej twarz. Niesamowite uczucie. 

Dziewczyno, nie rób tego, przestrzegła się w duchu. 

To nie może trwać w nieskończoność. Chyba że chcesz 

stracić tę posadę. 

Nie miała wątpliwości, że zostanie zwolniona 

w mgnieniu oka, gdy tylko earl zorientuje się, że zalała 

ją nagła fala współczucia. Od pierwszej chwili ich zna­
jomości wiedziała instynktownie, że on tego nie toleru­
je. Nie przyjmie współczucia od niej ani od nikogo in­

nego. 

- Milordzie... - zaczęła, czując, że głos się jej łamie. 
Nie była kobietą skłonną do egzaltacji, ale też nikt 

wcześniej nie zaproponował jej, by została żoną earla. 
Pomysł, że może osiągnąć taką społeczną pozycję, był 
tak niedorzeczny, że pomimo zdenerwowania i targają-

background image

cych nią sprzecznych emocji zwyciężyło poczucie hu­
moru. Przyszło z odsieczą. 

- Ależ pani Simmons - napomniał ją uprzejmie, 

lekko kpiąco. 

Głos oczywiście mu nie zadrżał. Nie mogła sobie wy­

obrazić, by zdarzyło mu się to kiedykolwiek w życiu. 

- Czy pan rzeczywiście uważa, że mogłabym zostać 

żoną earla? - spytała. Głos miała już pewny, teraz ona 
kpiła. Nie z lorda bynajmniej, ale z pomysłu, że mogła­
by przypaść jej rola milady. 

- To jest tytuł przynależny mojej małżonce. Proszę 

przyjąć przeprosiny za wszystkie niedogodności, które 
mogą wiązać się z jego noszeniem. 

Przez jego twarz przemknął uśmieszek, a ona znów 

poczuła się nieswojo. 

Nie była przecież panną na wydaniu ani typem ko­

biety, jaką ten mężczyzna chciałby pojąć za żonę. Była 
wdową, która spędziła ponad pięć lat ze zdrowym męż­
czyzną. I cieszyła się tym związkiem. 

- Cóż, czy mimo napomknień o pewnych sprawach, 

wiążących się z moją ofertą, mógłbym poznać pani od­
powiedź? - zapytał, tak samo jak ona siląc się na nie­
frasobliwość. 

Pomyślała, że Fanny miała rację. Dżentelmen nie 

wycofuje się nawet z ekstrawaganckich propozycji, 
skoro już raz zostały złożone. Pocieszyło ją to, bo być 
może była to jakaś podstawa, by mniemać, iż nadal bę­

dzie mogła dla niego pracować. 

background image

Nigdy więcej nie martwić się o opłacenie węgla na 

zimę, o kredyt u sklepikarza, zapewnić Kitowi wy­
kształcenie i pozycję. 

Te słowa Fanny tłukły się jej po głowie, to była obiet­

nica wspaniałej przyszłości; wszystko, co wymyśliła 
ciotka, mogło się urzeczywistnić. Wystarczyło powie­
dzieć „tak". A poza tym... 

Obserwowała go uważnie. Nikt nawet się nie domy­

ślał, że musiała każdego dnia zwalczać chęć, by tak 

bacznie mu się przyglądać. Doskonale zdawała sobie 
sprawę, skąd brała się ta pokusa. To były marzenia, fan­
tazje, że pewnego dnia pojawi się dobry i silny mężczy­
zna i pomoże przezwyciężyć wszelkie przeciwności lo­

su, z którymi musiała się samotnie borykać. 

- Jestem w pełni świadoma, jaki to zaszczyt, milor­

dzie... - starannie dobierała słowa. 

- Proszę sobie nie przeszkadzać - rozległ się energi­

czny głos Ingallsa. Służący wniósł tacę. 

Postawił ją na blacie, zdjął z niej filiżankę. Roz-

szedł się aromat świeżo parzonej kawy i gorących ba­

beczek. 

- Pańska kawa, milordzie. Dwa cale od pańskiej 

prawej ręki. 

Dłonie lorda leżące na blacie nawet nie drgnęły, za 

to skrzywił się nieznacznie. Czy był zirytowany poja­
wieniem się sługi, czy jego zbędną wskazówką? - za­
dała sobie w duchu pytanie Arabella. 

Jeszcze nigdy Ingalls nie zachował się w ten sposób 

background image

w jej obecności. Nieco zdziwiona spostrzegła, że patrzy 
na nią, a nie na swojego chlebodawcę. 

Earl pewnym ruchem chwycił ucho filiżanki, nie uro­

niwszy ani kropli. Ingllas znów spojrzał na Arabellę, 
unosząc pytająco brew. 

- Śmietanka i cukier? - spytał. 
- Śmietanka - odparła, rozumiejąc, że chodzi tu 

o coś więcej. 

Przygotował herbatę, łyżeczka zadzwoniła o porce­

lanę. Przyniósł jej napój do miejsca przeznaczonego dla 
gości, na środku wielkiego pokoju, bo jeszcze wciąż 
tam stała. Podając filiżankę, wyszeptał jej coś do ucha, 
nieomal bezgłośnie, ale absolutnie wyraźnie. 

- Powiedz tak - szepnął zaufany sługa earla Hun-

tingdona, po czym odwrócił się jakby nigdy nic, jakby 
nie przekazał tej nadzwyczajnej wiadomości. - Czy to 

już wszystko, wasza lordowska mość? 

- Dziękuję, Ingalls. Myślę, że wszystko. 

Ton tego podziękowania był dla niej zagadkowy, 

zabrzmiał dziwnie. Później, gdy rozpamiętywała 
wszystkie niezrozumiałe wydarzenia wczorajsze i dzi­
siejsze, uznała, że w tym momencie umknęło jej coś 
ważnego. 

Trzymając filiżankę, wpatrywała się w przystojną 

twarz pracodawcy. Tymczasem służący, mijając ją 
w drodze do wyjścia, ruchem głowy dodał jej odwagi. 
Gdy zniknął za drzwiami, dość długo panowało milcze­

nie. Przerwał je Huntingdon. 

background image

- Zdaje się, że właśnie zamierzała mi pani udzielić 

odpowiedzi. 

Serce jej podpowiadało, że to drobiazg. Jedno słowo 

i jej życie odmieni się na lepsze. Jedno słowo, a ten 
człowiek będący od dwóch lat jej pracodawcą stanie się 
kimś zupełnie innym. 

Małżeństwo czysto formalne, propozycja handlowa. 

Układ zawarty dla wygody earla. Szczerze mówiąc, ko­
rzystny również dla niej. I może... 

Znów zaczęła studiować jego rysy. Oczy lorda nie 

były już zwrócone na nią, odwrócił się ku lewemu oknu, 
wystawiając twarz na nikłe promienie słońca. Podkre­

ślały one szlachetny, mocno zarysowany profil. Spoj­

rzała na dłonie tak mocno przyciśnięte do blatu biurka, 
że aż kłykcie pobielały. 

Zgódź się, sugerował Ingalls, a on jak nikt inny znał 

earla. Tak przynajmniej uważała. 

Zdała sobie sprawę, jak wiele można wyczytać z dło­

ni earla. Po raz pierwszy spostrzegła, że zadrżały, po 
omacku błądziły w poszukiwaniu filiżanki, którą odsta­
wił zaledwie przed chwilą. Zanim zdążył jej dosięgnąć, 
podjęła decyzję. 

- Tak, milordzie - powiedziała Arabella Simmons. -

Jeśli jest pan pewien, że to... porozumienie spełnia pańskie 
oczekiwania, będę zaszczycona, zostając pańską żoną. 

Żona, pomyślała, przyglądając się cienkiej złotej ob­

rączce, którą nosiła na lewej ręce. Ślub powinien za-

background image

owocować istotnymi zmianami. Tymczasem poślubiła 
Huntingdona cztery tygodnie temu, a rytm jej dni po­
został niemal taki sam. 

Prawda, że codziennie była wożona wygodnym po­

wozem, lecz szukała schronienia w pokojach na piętrze, 

które przeznaczyła dla Fanny i Kita. Ale poza tym... 

Czegoś się spodziewała? - strofowała się w myślach. 

Ostrzegł cię uczciwie, że to układ handlowy, tylko twoja 
wyobraźnia podsuwała ci, że może zdarzyć się coś więcej. 

Wyobraźnia, żywiąca się zapewne romantyzmem 

Fanny i tajemniczym zachowaniem Ingallsa. Zdobyła 
się nawet na odwagę, by wypytać służącego, co miał na 
myśli, mówiąc wtedy tamte słowa. Otwierając oczy sze­
roko ze zdumienia, oznajmił, że jedynie wiernie prze­
kazywał zamiary pana. Tak było łatwiej dla wszystkich, 
dodał, i pozostawił ją skonsternowaną i niepewną mo­
tywów postępowania zarówno jego, jak i męża. 

Jej mąż. To słowo mogło oznaczać tak wiele, lecz nie 

w tym przypadku. Relacje pomiędzy nimi nie uległy 
zmianie i była w końcu zmuszona przyznać, że poczuła 
się rozczarowana; w głębi ducha liczyła na coś innego. 

Zupełnie jakbym była kapryśną Fanny, pomyślała 

z niesmakiem, odkładając szczotkę do włosów na to­
aletkę. 

Obok niej stanął synek i przytulił się. Gdzieś w oddali 

grzmiało i pewnie dlatego tak bardzo ociągał się z pój­
ściem na górę do pokoju dziecinnego, gdzie czekało na 

niego wąskie łóżko zajmowane ongiś przez jego ojczyma. 

background image

Arabella odesłała na spoczynek biedną Fanny, cierpiącą 
na migrenę, i obiecała, że sama dopilnuje malca. 

Oto i kolejna mrzonka, pomyślała, obejmując szczu­

płe ramiona syna - pomysł, że earl kiedykolwiek ode­
gra rolę ojca wobec Kita. To nie należało do umowy 
i musiałaby być głupia, sądząc, że ktoś tak opanowany 
i surowy miałby zatroszczyć się o dziecko. Poczuła jed­
nak ukłucie gniewu na tę myśl. 

- Mógłbym dziś spać u ciebie, mamo, jeśli czujesz 

się samotna. - Wyczuwało się, że Kit ma nadzieję na 

przyjęcie propozycji. 

- A skąd ci to przyszło do głowy? - Przytuliła synka 

mocniej, musnęła wargami jego pachnące loki koloru 
ciemnej miedzi, takiego samego jak jej własne włosy. 

- Wyglądasz na samotną. Odkąd tu zamieszkaliśmy, 

jesteś smutna. 

- Oczywiście, że nie jestem. - Odsunęła Kita, by 

spojrzeć mu w twarz. - Jestem tu bardzo szczęśliwa. 

A ty? 

Przytaknął uroczyście, patrząc matce w oczy. Pokój 

dziecinny był pełen zabawek. Za dnia mieli z Fanny ca­
łe piętro dla siebie. W kominkach palił się ogień, pokoje 
były ciepłe i przytulne. Fanny zapewniała, że na czas 
otrzymują ciepłe i pożywne posiłki. Co nie zawsze zda­

rzało się, kiedy mieszkali w małym wynajętym domku 
przy Wattington Lane. 

- Boisz się burzy? - spytała, wyczuwając, że Kit nie 

chce jej opuścić. 

background image

Jak większość chłopców był żądny przygód i ciekaw­

ski, lecz z jakiegoś powodu przerażały go grzmoty i bły­
skawice. Nauczył się maskować ten strach, lecz noc, burza 
i nowy ogromny dom to mogło być zbyt wiele dla małego 

chłopca. 

- Nie ma się czego bać - powtórzył formułkę tak 

często recytowaną przez matkę i Fanny. 

- Pewnie, że nie - zgodziła się Arabella, głaszcząc 

włosy opadające na czoło syna. - Naprawdę - dodała 
miękko i uśmiechnęła się. 

Zadbała o to, by Kit nie stał się maminsynkiem, nie­

śmiałym dzieckiem bojącym się własnego cienia, cze­

piającym się matczynej spódnicy. Chciała, by wyrósł na 
tak samo dzielnego mężczyznę... Po prostu na dzielne­
go, poprawiła się w myślach, zastanawiając się, jak to 
możliwe, że w pierwszej chwili stanęła jej przed oczami 
twarz świeżo poślubionego męża, a nie ojca Kita. Może 
dlatego, że był tak uhonorowany za odwagę, jaką wy­
kazał się podczas służby wojskowej. Niekwestionowa­
ny bohater wojenny, godnie znoszący swój smutny los. 

Ale czy mogła go stawiać za wzór Kitowi? 

Liczyła również na to, zgadzając się na małżeństwo, 

świadoma, że chłopcu jest potrzebny męski wzorzec. 

Jednak nic z tego nie wyszło, jak z wielu innych hołu­
bionych przez nią marzeń. 

- Wiem - przyznał cicho Kit. 
- Zatem... czy nie czas już do łóżka? 

Słyszała jego westchnienia, lecz nie poskarżył się na 

background image

głos, gdy wspinali się wąskimi schodami i gdy potem 

pomogła mu położyć się do łóżka. Utuliła synka do snu. 

Dopełniła już wszystkich rytuałów związanych 

z pójściem spać. Serce podpowiadało jej, by nie pozo­
stawiać syna samego w ciemnościach, lecz rozum dyk­
tował, że zapalenie światła byłoby niewłaściwym posu­

nięciem. Nie chciała, by wyrósł na fajtłapę, bojącego się 

wszystkiego. Miał być dzielnym Anglikiem, który po­

kona korsykańskiego potwora na europejskich polach 
bitew. 

Dziś jakoś wyjątkowo jej myśli błądziły wokół żoł­

nierskiego bohaterstwa; rozważała to prawie obsesyj­
nie, zmierzając do swojego pokoju, lecz zdawała sobie 
sprawę, czemu ten temat tak ją zaprząta. W obronie 
przed chłodem otuliła się szczelniej szlafrokiem. Mimo 
porządnego ognia dawało się odczuć podmuchy zimna. 

Sypialnia. Nie było nawet próby udawania, że mał­

żeństwo pozostaje nim wyłącznie na papierze, nie jest 
związkiem dusz i ciał, a jedynie swoistym kontraktem, 
umową pomiędzy dwiema zainteresowanymi stronami. 
Nie mogła się zdecydować, czy jej to odpowiada, czy 
też nie. 

Musiała jednak przywyknąć do nieco podejrzliwych 

spojrzeń służby, które czuła na sobie. Niezależnie 

wszakże od wątłości podstaw, na jakich opierało się jej 
małżeństwo, była żoną earla Huntingdona i, przynaj­
mniej wprost, traktowano ją z całym respektem należą­

cym się jej z racji tytułu. 

background image

Chyba straciłaby sporo w ich oczach, gdyby zoba­

czyli ją teraz, drżącą z zimna, skradającą się od załomu 
do załomu korytarza. Z pewnością nie zachowywała się 
z dystynkcją przynależną jej pozycji. 

„Proszę przyjąć przeprosiny za wszystkie niedogod­

ności, które mogą wiązać się z noszeniem tytułu" -
przypomniała sobie jego słowa i zacisnęła usta. Może 
w tym momencie Hunt uznałby tę uwagę za zabawną. 

Arabelli jednak nie było do śmiechu, zwolniła kroku. 

On był jedyną osobą w całym domu, która mogłaby 
przekonać się, jakie widowisko robi z siebie jego żona. 
Byłby raczej zdziwiony niż zszokowany, o tym była 

przekonana. 

Była jego żoną, ale nigdy nie zobaczy, czy ona god­

nie wypełnia swą rolę, czy też łobuzuje jak w tej chwili. 
Nigdy w ogóle jej nie ujrzy i ta konstatacja była nie­
zmiernie bolesna. 

Żona, pomyślał earl Huntingdon. Odkąd Arabella się 

nią stała, powinno się coś dziać, ich wzajemne relacje po­

winny się zmienić. A jednak nic sie nie wydarzyło. Zresztą 

zgodnie ze schematem, który to on narzucił. 

Pasierb, sympatyczny chłopiec, zamieszkał w poko­

ju dziecinnym. Troszczyła się o niego ciotka, będąca 
jednocześnie jego guwernantką. Miła starsza pani. Zy­

cie w ogromnym domostwie szybko wróciło do normy. 

Cóż miało się jeszcze zmienić? - zapytywał ze zło­

ścią sam siebie, chodząc tam i z powrotem po cennym 

background image

tureckim dywanie, wyściełającym podłogę sypialni. 
Czyżbyś uwierzył, że nagle się w tobie zakocha? - za­
dał sobie w duchu kolejne pytanie, po czym parsknął 
kpiącym śmiechem. 

Roztkliwianie się i użalanie nad sobą nie było w jego 

stylu. Tuż po wypadku poprzysiągł sobie, że nie będzie 
miejsca dla tych odczuć w jego życiu. Był zeń zadowo­
lony, póki nie pojawiła się w nim ona, Bella. A ściślej, 
zagustował w spokojnej egzystencji, wymuszonej jego 
kalectwem. Pomyślał, jak bardzo jest to nie fair wobec 
Belli, która przecież wniosła w jego codzienność uro­
zmaicenie, humor, a przede wszystkim siebie, swoją 
osobowość i kobiecość. 

Nie chodziło o to, że wcześniej był nieszczęśliwy. 

Był odrętwiały, absolutnie wyprany z emocji, do któ­
rych, wedle własnego mniemania, nie miał już prawa. 
Nie miał też prawa oczekiwać ich od kobiety. 

Oczywiście miał kochankę, lecz spędzali ze sobą nie­

wiele czasu. Liczył na to, że zaspokoi ona te jego fi­
zyczne potrzeby, które jeszcze w nim ocalały po utracie 
wzroku. Przekonał się jednak, że nie potrafi znieść tro­
skliwości i opiekuńczości. Z roku na rok odwiedzał ją 

coraz rzadziej, podarował w końcu umeblowany dom, 
dał jej wolną rękę w dysponowaniu nim, nie mając za­
miaru wprowadzać tam przygnębiającej atmosfery. 

Być może był to błąd spowodowany, jak większość 

błędów, pychą. W każdym razie stało się, jak się stało, 
ale teraz... 

background image

Wziął głęboki oddech, by odzyskać kontrolę nad cia­

łem, które domagało się swoich praw. Dlaczego jednak 
nadal miałby się trzymać w ryzach, dlaczego przeciw­
stawiać się naturze? Był człowiekiem żonatym. 

Żona. Znów to określenie, powtarzane w myślach ni­

czym echo odbijające się od ścian jaskini. Jego żona. 
Śpiąca teraz w pokoju oddalonym ledwie o kilka kro­

ków. Doszedłby tam bez żadnego problemu. 

A gdyby rzeczywiście tam dotarł? To pytanie, które 

spowodowało, że wydeptywał dywan w swojej sypial­

ni, spędzało mu sen z powiek. Nie pozwalało mu uciec 
w znacznie bardziej wielkoduszną ciemność. 

- Roztkliwiasz się, ty łajdaku - powiedział do siebie 

z niesmakiem. 

Podszedł do jednego z okien, odciągnął zasłony, otwo­

rzył jedno skrzydło. Zimne nocne powietrze wtargnęło do 

środka, niosąc ze sobą zapach deszczu i elektryzujący po­

wiew burzy. 

Uwielbiał burze. Zachwycał się pięknem błyskawic 

przeszywających mroczne niebo. Nie przerażał go 
grzmot, następujący w chwilę później. W czasie burzy 
czuł, że żyje pełniej. Burze zdarzały się teraz nawet czę­
ściej. Mógł je poczuć, wąchać, słyszeć. 

Jego twarz była wilgotna od bryzy wpadającej do po­

koju, zmysł powonienia rejestrował każdy niuans zapa­
chów. Zastanawiał się, czy ona również nie śpi, nasłu­

chując gromów, krzywiąc się na widok przepięknych 
rozbłysków, których jemu już nigdy nie będzie dane zo-

background image

baczyć. Czy jest przerażona, leżąc sama i dygocąc 

w tym ogromnym łożu z baldachimem? 

A gdybyś wiedział, że tak jest? - zadał sobie pytanie, 

na które nie było odpowiedzi. Zamknął okno i odwrócił 

się. Pokój był teraz nieprzyjemnie wyziębiony, dogasa­

jący ogień nie zdołał ogrzać zimnego powietrza, które 

wtargnęło do środka. 

Sytuacja stawiała go przed wyborem. Mógł, jak po­

stąpiłby każdy rozsądny człowiek, wrócić do łóżka bądź 

odnaleźć trochę ciepła, wygody, a także... pocieszenia. 

Zirytowany, przyłapał się na tym, że myśli, czy Bella 

też potrzebuje pocieszenia. On potrzebował go z pew­
nością. Pragnął też... Wziął głęboki oddech, wiedząc 
doskonale, że nie zamierza szukać tego, czego napra­
wdę pożąda. 

Na dole, w gabinecie, została brandy. Jeśli alkohol 

nie pomoże mu zasnąć, będzie to poważne ostrzeżenie. 
Brandy to remedium, może nie najlepsze, ale przynaj­
mniej bezpieczne. O niewielu elementach obecnej sy­
tuacji można by tak powiedzieć. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Brandy była delikatna, przyjemnie paliła przełyk, 

spływając do żołądka. Hunt zamknął oczy, pragnąc, by 

napięcie zelżało. Całym sobą poddał się relaksującemu 
działaniu trunku. 

Poderwał się, słysząc huk grzmotu, nie był nań przy­

gotowany, nie widząc uprzednio błyskawicy. W tym 
momencie dobiegło go westchnienie. 

Odwrócił się instynktownie, szukając źródła dźwięku. 

Zmysły oswoiły się już z otoczeniem i były znacznie bar­
dziej wyostrzone. Ponownie coś usłyszał i pojął, że nie 

jest sam. Zawsze to wyczuwał. Może ułowił uchem czyjś 

oddech, może działał też system ostrzegawczy, który roz­
wijał się, od kiedy oślepł. 

Nie był sam, to pewne. Ktokolwiek tu był, nie ode­

zwał się, kiedy on wchodził. Zatem ten ktoś ukrył się 

rozmyślnie. 

- Kto tu jest? - spytał. Czekał, bojąc się odetchnąć, 

lecz nadal panowała nieznośna cisza. - Odpowiadaj, do 

cholery! - wykrzyknął ze złością. - Kim jesteś i co ro­
bisz w moim gabinecie?! 

background image

- To tylko ja, sir - odezwał się cichy głosik. 
Dochodził od strony biurka. Co prawda, spodziewał 

się usłyszeć kogoś innego, ale natychmiast i bezbłędnie 
zidentyfikował właściciela głosu. 

- Kit? 

Nigdy jeszcze nie wymówił imienia chłopca, jako że 

nie zostali sobie formalnie przedstawieni. Nagle wydało 
mu się to dziwaczne. Oczywiście stało się tak za sprawą 

jego decyzji, lecz i tak było to osobliwe. Dopiero teraz 

zadał sobie pytanie, czy Bella zrozumiała jego niechęć 
do spotkania z jej synem. 

- Tak, sir. 
- Gdzie jesteś? 
- Pod biurkiem. 
- Pod? 
- Tak, sir. - Kit zrejterował, trzęsący się głosik zdra­

dzał niepewność. 

- Ukrywasz się przede mną? 
Zapewne chłopcu zabroniono wchodzić do tego po­

koju i to wyjaśniało, czemu zwlekał z odpowiedzią. 

- Nie, sir. 
- Czemu zatem, do diabła... 
Earl ugryzł się w język, zastanawiał się, czy powi­

nien przeprosić za przekleństwo. Jeśli już, to raczej Bel-
lę. Właśnie kolejny grom przetoczył się nad domem, 
wywołując pod biurkiem kolejne chlipnięcie. 

- Boisz się burzy. - To była pierwsza uwaga, jaka 

Huntowi przyszła do głowy. 

background image

- Proszę nie mówić mamie - poprosił Kit. - Tak na­

prawdę to nie ma się czego obawiać. 

Było oczywiste, że wmówiono to chłopcu, i równie 

oczywiste, że właśnie przestał w to wierzyć. Hunt jakby 
słyszał Bellę zapewniającą syna, że nie ma czego się bać. 

- Rzeczywiście nie ma - potwierdził Hunt. Własne 

napięcie ulotniło się w obliczu obaw tego dziecka, tak 
desperacko usiłującego wykazać się odwagą. 

Gwizdać na ciemności - odczucie, które było mu aż 

nadto dobrze znane z własnego doświadczenia. Masz 
moją sympatię, chłopaku, pomyślał, ale oczywiście nie 
wypowiedział tego na głos. Czasami jednak, mimo że 
niby wszystko wiemy, demony nie chcą słuchać. 

- To tylko dlatego, że był taki okropny huk - tłuma­

czył się chłopiec. 

- Pewnie - zgodził się Hunt, idąc w stronę biurka, 

pod którym kulił się Kit. - Muszę przyznać, że lubię hu­
ki i grzmoty. 

- Pan lubi burze? - spytał niedowierzająco chłopiec. 

To było dla niego nie do pojęcia. 

- Obawiam się, że tak - przyznał skromnie Hunt. -

Jest w nich coś ekscytującego. 

- Może dlatego, że pan ich nie widzi? 
- Może. - Hunt walczył z pokusą, by się uśmiech­

nąć z powodu szczerości chłopca. - Wydaje mi się jed­
nak, że zawsze je lubiłem. 

- Nawet kiedy był pan mały? 
- Nawet wtedy - potwierdził earl. 

background image

Chlipnięcie, które usłyszał, było niczym ostrzeżenie. 

Z pewnością kolejna błyskawica, po której nastąpi 
grzmot. Zanim przebrzmiał, earl Huntingdon poczuł, że 
w jego dłoń wślizguje się mała, drżąca rączka. Odru­
chowo ścisnął palce dziecka, które czepiało się go jak 
koła ratunkowego. 

- W porządku - uspokajał Hunt. - Nic ci się tu nie 

stanie. 

- Pan nie pozwoli, żeby mi się coś stało? - wyszep­

tał chłopiec. 

Należało po prostu dodać mu otuchy, ale niespodzie­

wanie próba pocieszenia wydała się Huntowi trudna. 
Ogarnęło go wzruszenie. Przecież już od tak dawna nikt 
nie prosił go o otoczenie opieką. 

- Nic ci się tu nie stanie - powtórzył, nie będąc 

w stanie odpowiedzieć wprost na pytanie dziecka. 

Uścisk palców Kita nieco zelżał, Hunt ruszył w kie­

runku biurka. Chłopiec szedł z nim posłusznie jak pies 
na smyczy. Earl wymacał krawędź mebla, odnalazł fotel 
i usiadł. 

Gdy tylko się usadowił, Kit natychmiast przytulił się do 

jego nóg. Hunt, nieprzyzwyczajony do bliskości, po­

wściągnął chęć natychmiastowego wyrwania się z tego 
uścisku i ucieczki. Kit, wyrwany ze szponów strachu 
w środku burzy, właściwie powinien przestać go intereso­

wać. Z pewnych powodów Hunt jednak nie kwapił się do 
takiego zakończenia znajomości. Był ciekaw pasierba. 

- To jest pański gabinet. 

background image

- Zgadza się. Twoja mama i ja tu pracujemy. 
- Robiąc ważne rzeczy dla Anglii - oznajmił Kit 

wyraźnie z tego dumny. 

Hunt uśmiechnął się, mając nadzieję, że w ciemności 

nie będzie to widoczne. W swoim czasie był o tym 

przekonany równie szczerze jak ten chłopak. 

- Staram się - odparł. 
- A mama panu pomaga. 
- Owszem. 
- To dlatego tu się przeprowadziliśmy. W ten spo­

sób mama będzie mogła być jeszcze bardziej pomocna. 

Nie wiedzieć czemu Huntowi to się nie spodobało, 

chociaż użył tego argumentu, proponując Belli małżeń­
stwo. To nie był oczywiście jego własny pomysł, tylko 
podsunięty przez Ingallsa, tłumaczącego, że pani Sim-
mons będzie miała dogodniejsze warunki do pracy. 

Jednak podczas tych tygodni, które Bella spędziła 

pod jego dachem, zmuszony był zastanowić się, dlacze­
go właściwie uległ sugestiom Johna. Na pewno nie z te­
go powodu, że kobiety w ogóle przestały go intereso­
wać i może pozwolić sobie na małżeństwo pro forma. 
Stało się tak raczej dlatego, że ta jedna kobieta swoją 
obecnością i czarem potrąciła w nim, jak sądził, od 
dawna martwą nutę. A odkąd została jego żoną, pocią­

gała go coraz bardziej. 

- Przenieśliście się tu także dlatego, iż uznałem, że 

będzie się wam przyjemniej mieszkać w moim domu. 
Kit, podoba ci się tutaj? 

background image

- W zasadzie tak. 
- Kiedy nie grzmi? 
- Lubię swój pokój i wszystkie zabawki. Mama mó­

wi, że niektóre należały do pana. 

- Mama ma rację. Które najbardziej cię cieszą? 
- Żołnierzyki. Bawię się nimi każdego dnia. - Chło­

piec nie namyślał się ani chwili nad odpowiedzią. 

- Ja też to robiłem. - Głos Hunta złagodniał pod 

wpływem wspomnień, nie tylko tych dotyczących po­
koju dziecinnego. 

- No i ogień - dodał Kit. - Mama mówiła cioci 

Fanny, że możemy mieć go na zawołanie. To prawda? 

- W każdej chwili - przytaknął earl, zastanawiając 

się, jaki niedostatek musiał spowodować, że dziecko za­

daje takie pytanie. 

Wyczuł drżenie chłopca, ostrzegające go przed na­

stępnym grzmotem. Nie był jednak przygotowany na to, 

że Kit nagle znajdzie się na jego kolanach, a drobne ra­
mionka obejmą go za szyję. 

Hunt bezwiednie przytulił drżącego chłopca. Trwali 

tak nawet wtedy, gdy grom już przebrzmiał w oddali. 
Dopiero po dłuższej chwili kędzierzawa główka poru­
szyła się, a Hunt poczuł na policzku ciepło oddechu 
chłopca, który cicho westchnął. 

Czy było to westchnienie ulgi? - zastanawiał się. 

Oddech Kita stał się tak regularny, że mogło to oznaczać 
tylko jedno: malec zasnął. 

Znów wzruszenie ścisnęło go za gardło. Wyglądało 

background image

na to, że jakkolwiek on i Bella będą interpretowali re­
guły zawartego układu, jego pasierb ma na ten temat 
własne zdanie. Choć Hunt nigdy nie przypuszczał, że 
pierwsze spotkanie z dzieckiem może właśnie tak wy­
glądać, musiał przyznać, iż nie był wcale rozczarowany 
tym, co się stało. 

Może to właśnie ciemności zawdzięczał, że chłopiec 

go zaakceptował, lecz... Nie jestem wcale rozczarowa­
ny, pomyślał ponownie, uspokajająco gładząc głowę 
pasierba. 

Łoskot był na tyle głośny, że Arabella raptownie prze­

rwała czytanie. Przez chwilę słuchali wspólnie deszczu 
bębniącego w wysokie palladiańskie okna oraz delikat­
nych trzasków płonącego ognia. Hunt oczekiwał, że bę­
dzie kontynuowała lekturę, lecz cisza się przedłużała. 
Z oddali dobiegały wciąż przybierające na sile głosy. 

- Pozwoli pan, że go opuszczę na chwilę, milordzie? 

- spytała Arabella. 

Usłyszał, że odkłada gazetę, którą mu czytała. Roz­

legł się szelest jej spódnic, gdy spiesznie przemierzała 

pokój, a w końcu dobiegły go krzyki z korytarza, zna­
cznie wyraźniejsze po otwarciu drzwi. 

Słów wciąż nie można było zrozumieć, lecz rozpoznał 

głosy. Należały do pani Crutchen, jego gospodyni, oraz 
Ingallsa; od czasu do czasu słychać było dźwięczny głos 
majordomusa Blaira, a także przerażony głos Belli. 

- Och, nie! - wykrzyknęła. 

background image

Zaciekawiony Hunt wstał i przeszedł przez pokój, 

nasłuchując zgiełku za drzwiami. Pani Crutchen była 
najwyraźniej zdenerwowana, Ingalls ją uspokajał. 
A Bella? - zastanawiał się. Co stało się z Bella? Nama-
cał futrynę i wyszedł na zewnątrz, nie mając z tym naj­
mniejszych kłopotów. 

- Co się tu dzieje, u diabła? - przerwał pytaniem 

harmider, panujący na korytarzu. 

Natychmiast zapadła cisza. Odniósł wrażenie, że 

wszystkie oczy skierowane są na niego. Nie było to naj­

przyjemniejsze odczucie. 

- Nic, milordzie - wyjaśnił Ingalls. - Nic, co wyma­

gałoby pańskiej uwagi. 

- Chodzi o wazę z Vinceness pańskiej prababki -

wtrąciła się wyraźnie zdenerwowana pani Crutchen. -
Rozbita w drobny mak. Myślę, że to wymaga uwagi 
waszej lordowskiej mości. 

- W istocie - zgodził się. 
Jeżeli ktokolwiek ze służących okazał się niedbały 

w obchodzeniu się z tak cenną porcelaną, powinien 

oczywiście zostać ukarany, ale to należało do Blaira. On 
i pani Crutchen wiedzieli o służbie to, o czym on nawet 
nie miał pojęcia. Niepokojono go jedynie w przypadku, 
gdy trzeba było kogoś zwolnić, bo musiał zaakceptować 
taką decyzję. 

- A pani Simmons? - spytał i natychmiast się zo­

rientował, że popełnił pomyłkę. To nie była już pani 
Bertrandowa Simmons, lecz jego żona. 

background image

Zapewne to wywabiło ją z pokoju. Miał nadzieję, że 

nie będzie interweniowała, niezależnie od kary wyznaczo­
nej przez Blaira, lecz jeżeli to zrobi, będzie musiał wziąć 

jej stronę, nawet występując przeciw majordomusowi. 

- Ja nie chciałem. 
To był ten sam płaczliwy głosik, który słyszał ostat­

niej nocy w czasie burzy. Wszystko stało się jasne, na­
wet gniewna przemowa Belli. 

- Nie powinieneś być tu na dole - strofowała syna. 

- Gdybyś robił, co ci polecono, nigdy by do tego nie 
doszło. 

- Blair, niech ktoś to posprząta - zadysponował 

Hunt, uznając, że mimo ogromnej wartości wazy pra­

babki nie warto robić tyle szumu z powodu jej rozbicia. 

Ta decyzja miała na pewno coś wspólnego z podej­

rzeniem, które właśnie przyszło mu do głowy. A jeżeli 

Kit znalazł się na dole w korytarzu, w miejscu, gdzie 
miał surowo zabronione przebywać, bo tak jak wczoraj 
szukał pociechy, liczył na życzliwe przyjęcie? Myśl, że 

chłopiec go potrzebował, napełniła radością jego serce. 
Było to znacznie ważniejsze od rozbitej skorupy, choć­

by nie wiem jak starej i cennej. 

- Tak, milordzie - powiedział Blair, choć w jego 

głosie słychać było niezadowolenie. 

- Proszę więcej nie wspominać o tym wypadku -

oznajmił earl lodowato uprzejmym tonem, podchwyco­
nym od ojca, który w podobnych sytuacjach podkreślał 
w ten sposób wagę rozkazu. 

background image

- Chodź, chłopaku - rzekł pogodnie Ingalls. - Od­

prowadzę cię na górę. Przyjrzymy się żołnierzykom, 
którymi się tak interesujesz. Jeśli chcesz, pokażę ci, jak 
Boney rozlokował swoje siły pod Waterloo. 

Głos cichł, w miarę jak Ingalls oddalał się, prowadząc 

malca w stronę ogromnych schodów. Chłopiec coś odpo­
wiedział, lecz już nie było słychać co. Earl chciał zawołać, 
by na niego poczekali, lecz oczywiście tego nie zrobił. 

- To wszystko, jak sądzę - oznajmił, nie dopuszcza­

jąc do dalszej dyskusji. 

- Tak jest, milordzie - odparł majordomus. 
Pani Crutchen prychnęła, lecz zaraz się oddaliła, pra­

wdopodobnie po to, by przywołać pokojówkę, która po­
sprząta bałagan. 

- Bello? - spytał łagodnie. 
- Jestem tutaj, milordzie. 
W jej głosie pobrzmiewał jeszcze gniew. Była bliżej, 

niż się spodziewał. Na tyle blisko, że mógł objąć jej ra­
miona uspokajającym gestem. Nie wiedział tylko, jak 
zostałoby to przyjęte. 

- Czy moglibyśmy... - zaproponował, wskazując 

ręką gabinet. 

- Oczywiście - odparła przytłumionym, nieswoim 

głosem, do jakiego nie przywykł. 

Przepuścił ją w drzwiach. Gdy go mijała, poczuł dys­

kretną woń wody różanej. Zamierzał przeprosić ją za 
słowa, które mu się wymknęły, lecz nie wiedział, jak się 
do tego zabrać. 

background image

- Tak mi przykro - zaczęła Bella. - Wiem, że ta wa­

za ma ogromną wartość zarówno materialną, jak i sen­
tymentalną. Mam nadzieję... - zawahała się. 

- Nadzieję na co? 
- Że pozwoli mi pan za nią zapłacić. To może trochę 

potrwać, ale zapewniam... 

Przerwał jej wybuch gromkiego śmiechu. 
- Dobry Boże, Bello, jesteś moją żoną! Nie zamie­

rzam zostać twoim wierzycielem. Poza tym możesz po­
rozbijać wszystko w tym domu. Urządzić go od nowa. 
To nie muzeum. To twój dom. Tak samo jak Kita - do­
dał, przypominając sobie, jak w nocy zaniósł chłopca 
na górę. Nie przeszkodziły mu w tym ciemności. Poło­
żył go do łóżka, które kiedyś należało do niego, i stał 
tam jeszcze długo, wdychając zapachy i wspomnienia 
dzieciństwa. 

- Nawet jeżeli tak jest, musi ponieść karę - posta­

nowiła Arabella, wracając do meritum. 

- To jeszcze dziecko. Wypadki się zdarzają. 
- Ale nie tak poważne. Tym bardziej że Kit został 

uprzedzony. Nie mogę sobie wyobrazić, że był aż tak 
nieposłuszny. 

Hunt wywnioskował z jej tonu, że jest zniecierpli­

wiona i rozczarowana. Fakt, że Kit pozwolił sobie zejść 
na dół, to była raczej wina Hunta niż pogwałcenie dys­
cypliny ze strony chłopca. Gdyby Bella znała pobudki, 

którymi kierował się syn, byłaby pewnie bardziej skłon­
na zapomnieć i wybaczyć. 

background image

Zresztą, o ile Hunt pamiętał, waza stała na postu­

mencie u podnóża schodów. Równie dobrze on sam 
mógł ją strącić. 

To nie byłaby pierwsza rzecz zniszczona przez niego 

w tym domu. Nie zdarzało się to zbyt często, lecz to 
właśnie on rozbił klejnot rodzinny i nikt nie śmiał po­
wiedzieć słowa o jego nieostrożności. Wszyscy woleli 
udawać, że nic się nie stało. Szkoda, że nie było go 
w pobliżu, kiedy chłopiec strącał wazę z postumentu. 

Wziąłby tę szkodę na siebie i scena w korytarzu miała­
by zupełnie inny przebieg. 

- Sądzę, że Kit szedł tutaj. 
- Tutaj? - spytała Bella. 
- Znalazłem go tu wczoraj w środku burzy, ukrywa­

jącego się pod biurkiem. 

- Pod biurkiem? - powtórzyła jego słowa. - Ale... 
- Bał się. Obiecałem, że ci tego nie powiem, więc 

mnie nie zdradź. Biurko wygląda na porządne schronie­
nie, zresztą faktycznie jest solidne jak dąb. 

- Pan też się bał? Dlatego zszedł pan na dół w środ­

ku burzy? 

Oby Bella nie zadała tego jedynego pytania, na które 

nie miał ochoty odpowiadać. Znacznie łatwiej przycho­
dziło mu wyjaśnić pobudki, które przywiodły tu Kita 
niż swoje własne. 

- Nie mogłem spać. Pewnie z powodu huku grzmo­

tów. Zszedłem na dół na szklaneczkę brandy i znala­
złem Kita. Z początku... 

background image

Przerwał, uświadomiwszy sobie, że pierwszą myślą, 

jaka przyszła mu do głowy tej nocy, nie zamierzał się 

dzielić. Przynajmniej na razie. 

- Co z początku? - chciała wiedzieć. 
- Drogie echo - powiedział z uśmiechem - czy po­

wtarzasz po mnie wszystko, co powiem? 

- Nie, milordzie. Tylko to, czego pan nie powie­

dział. 

- Jest jeszcze coś, co musimy zmienić. W etykiecie. 
- W etykiecie? 
- Nie jesteś już panią Simmons. A ja nie jestem two­

im chlebodawcą. 

- I panem - powiedziała to sotto voce, lecz jej zdzi­

wienie było oczywiste. 

- Czy mógłbym do ciebie mówić Bello, a ty do 

mnie... Hunt? Przyjaciele tak się do mnie zwracają. Lub 
Huntingdon, jeśli wolisz. Wszystko, byle nie milordzie. 

- A kiedy będziemy sami? 
Mógłby przysiąc, że za tym pytaniem, zadanym żar­

tobliwym tonem, coś się kryje. Może poufałość zawarta 
w tym pytaniu: „A kiedy będziemy sami?". Byli sami 
i teraz, ale jej ton sugerował odmienne sytuacje. 

- Mam na imię Alexander. 
- Wiem. 
Cisza gęstniała, w końcu usłyszał szelest gazety, której 

czytanie przerwało im to całe zdarzenie. Widać Bella po­

szła po nią i najwyraźniej była gotowa wrócić do pracy. 

Godząc się z doznanym rozczarowaniem, przeszedł 

background image

przez pokój, jak co dzień dotknął krawędzi blatu, lecz 
wyczuł coś innego niż powierzchnię biurka. 

- Bardzo przepraszam - powiedział skrępowany, że 

nie zorientował się, iż ona tu stanęła. 

Teraz już to wiedział. Subtelny aromat wody różanej 

wzbudził w nim falę pożądania. Mógłby chwycić ją za 

ramiona i przyciągnąć do siebie. Zamknąć w objęciach 
giętkie ciało. Przywrzeć wargami do jej drżących ust. 

Oczywiście nie zrobił tego. Cofnął się o krok od 

biurka. Od swojej żony. Czekał. 

- Proszę mi wybaczyć, milordzie. To moja pomyłka. 

Usłyszał, że zajmuje swoje zwykłe miejsce, torując 

mu drogę do fotela. 

Całe popołudnie spędził, słuchając pięknego głosu 

Belli. W miarę upływu czasu earl Huntingdon coraz jaś­
niej uświadamiał sobie, że jest zgubiony. Nie był już za­
kochany w głosie kobiety. Był zakochany w niej samej. 

- Przyszedłem pana przeprosić, wasza lordowska 

mość. - Kit ledwie wyjąkał te słowa. 

- Myślałem, że po prostu przyszedłeś z wizytą. -

Hunt uśmiechnął się do chłopca. 

Był zdziwiony, gdy Ingalls wprowadził dziecko do 

sypialni, lecz pewnie służący uznał, zważywszy na to, 

co stało się na dole, że oszczędzi w ten sposób Kitowi 
kolejnych nieprzyjemności. 

- Zabroniono mi widywać pana. Byłem bardzo nie­

posłuszny - powiedział pasierb. 

background image

- A chciałbyś mnie widywać? - Earl z nadzieją cze­

kał na odpowiedź. - Jeżeli oczywiście uzyskamy zgodę 
mamy. 

- Ona jest bardzo zła. 
- Złości się tylko z powodu nieposłuszeństwa, a nie 

z powodu tego, że chciałbyś odwiedzać earla. Może 
gdyby wasza lordowska mość z nią porozmawiał...? -
zasugerował Ingalls. 

Był zdziwiony, że John wtrąca się do rozmowy, ale 

zapewne wiedział znacznie lepiej niż on sam, co dzieje 
się w domu. Hunt mógł jedynie zdać się na osąd zaufa­

nego służącego. 

- Mógłby pan to zrobić? Najbardziej ze wszystkiego 

chciałbym pana odwiedzać. 

- Earl mógłby złożyć rewizytę. Z pewnością wie 

znacznie więcej o znalezionych przez nas żołnierzy­

kach. Kiedyś należały do niego, czyż nie tak, wasza lor­
dowska mość? - Ingalls dopytywał się naiwnie. 

Hunt doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest 

poddany manipulacji, więc uniósł pytająco brew, lecz 
ta konstatacja była całkowicie zgodna z prawdą. 

- Kiedyś były moją własnością, ale teraz należą 

oczywiście do Kita - przyznał. 

- Może pan przyjść i się nimi pobawić - padła 

wspaniałomyślna propozycja ze strony dziecka. 

- Chciałbyś? - Hunt poczytał to za komplement, 

mimo iż nadto wyraźnie widać w tym było knowania 

Johna. 

background image

- Bardzo. Jeżeli mama nie będzie miała nic przeciw­

ko temu. Ciocia Fanny z pewnością również nie będzie 
zgłaszała obiekcji. 

Obaj mężczyźni roześmieli się, słysząc tak ceremo­

nialne zaproszenie. 

- Zatem powinienem spytać mamę, czy pozwoli 

nam rewizytować się nawzajem. 

- A teraz jak grzeczny chłopiec powiedz dobranoc 

- zaproponował Ingalls. - Odprowadzę cię na górę. 

- Niech pan też pójdzie - zapraszał Kit. 
I znów Hunt poczuł w swojej dłoni rączkę dziecka, 

które rozgrzewało jego serce okazywanym zaufaniem. 

- Jego lordowska mość musi porozmawiać z twoją 

mamą - przypomniał Ingalls. - Może jutro... 

Earl Huntingdon mógł sobie jedynie wyobrazić, że 

wymienili porozumiewawcze spojrzenia, lecz chłopiec 
uwolnił rękę z jego uścisku, niechętnie, jak mu się zda­
wało. 

- Dobranoc - powiedział grzecznie. - Proszę przyjść 

i pobawić się z nami. Jeżeli mama pozwoli - dodał. 

Słysząc tę ostatnią uwagę, earl powstrzymał grymas 

i pogłaskał chłopca po jedwabistej czuprynie. 

- Spij dobrze - rzekł miękko. 
- I niech pan nie zapomni zapytać. 
- Nie zapomnę. 
- Może jeszcze dzisiejszego wieczoru... - zasuge­

rował John. 

Na chwilę zapadła cisza. 

background image

- Chodź, chłopcze - ponaglił Ingalls, pojąwszy chy­

ba, że się zagalopował. - Nie chcemy znów rozzłościć 
mamy, spóźniając się z pójściem spać. 

Hunt słyszał, jak przechodzili przez pokój. Chłopiec 

wybiegł na korytarz, lecz Ingalls obrócił się na pięcie. 

- Wielmożna pani jeszcze nie położyła się do łóżka. 

Informuję, na wypadek gdyby był pan ciekaw 

- Nie jestem - odparł zwięźle earl. - Dziękuję ci za 

organizowanie mi wolnego czasu. Czy ty znasz jakieś 
nowiny, Ingalls? 

- Ja, milordzie? Cóż miałoby to być? 
- Tak się tylko zastanawiam. 
- Cóż, nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zoriento­

wać się, że wy oboje, działając wspólnie, łatwiej pora­
dzicie sobie z umożliwieniem chłopcu odnalezienia się 
w nowym miejscu. On pana polubił, milordzie. To jest 
komplement. Niech go pan nie rozczaruje. Uważa, że 

jest pan tak odważny, by stawić czoło każdemu wyzwa­

niu. Nawet temu. 

Drzwi zamknęły się tak szybko, że Hunt nie zdążył 

zadać pytania, które go nurtowało. Czemu jego pasierb 

miał go za odważnego, skoro nic o nim nie wiedział? 
Chyba że... 

To Ingalls mógł snuć wojenne opowieści. Resztę ła­

two sobie dośpiewać. Belli z pewnością nie spodobało 
się, że wkłada małemu do głowy opowiadania o boha­
terstwie. On nie znosił historyjek, w których sam wy­
stępował. 

background image

Wojna nie jest dla dziecka, pomyślał, podchodząc do 

okna i uchylając je jak zeszłej nocy. Tym razem powie­
trze nie było naelektryzowane. Poczuł jedynie 
orzeźwiający chłód. Wystawił nań twarz, rozmyślając 
o ostatnim stwierdzeniu Ingallsa. „Uważa, że jest pan 
tak odważny, by stawić czoło każdemu wyzwaniu. Na­
wet temu". 

Znał Johna na tyle dobrze, że chyba domyślał się, 

mimo pokrętnego sposobu, w jaki zostało to wyrażone, 

jakie wyzwanie służący miał na myśli. Wychodzi na to, 

że jego uczucia do Belli, tak jak cała reszta jego życia, 
nie są dla Ingallsa tajemnicą. Niewątpliwie został zdra­
dzony przez służącego. Zastanawiał się jednak, czy Bel­
la może znać inne, ukryte motywy, które pchnęły go do 
małżeństwa. Jeżeli tak, to ciekawe, co ona czuje. 

Co żona do niego czuje? To było kluczowe pytanie. 

Znalezienie nań odpowiedzi stanowiło właśnie owo wy­

zwanie, o którym wspomniał John. Miał jedynie nadzieję, 
że on sam będzie choć w połowie tak pewny siebie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

To był długi dzień, uznała Arabella Huntingdon, sia­

dając wieczorem przed toaletką. Jeden z najbardziej de­
prymujących. Powierzyła to wyznanie jedynie lustru, 
które na pewno nikomu nie zdradzi targających nią wąt­

pliwości. 

Przede wszystkim ten poranny „wypadek" Kita, jak 

określił to earl. Mimo że uprzejmie zbagatelizował stra­
tę, było jej niezwykle przykro, że jej syn zniszczył tak 
wartościowy i cenny z punktu widzenia historii rodu 
przedmiot. 

Kit zawsze dobrze się sprawował, ale ze względu na 

ograniczenie narzucone przez ich uprzednią skromną 
egzystencję, nie miał zbyt wielu okazji do psot. W no­
wym domu obudził się w nim naturalny instynkt od­

krywcy, a nadarzało się bez liku okoliczności, by przy­

sparzać nieustających kłopotów. 

Arabella musiała przyznać, że biedna Fanny nie była 

w stanie zapanować nad żywym i ciekawskim chłop­

cem. Ona zaś nie mogła jednocześnie pilnować syna 
i wykonywać pracy, do której została wynajęta. Poślu­
biona raczej, pomyślała z goryczą. 

background image

To właśnie, pomijając wszystkie inne poważne pro­

blemy, wpłynęło na jej zły nastrój. Poślubiła męż­
czyznę, którego nie interesowała jako kobieta. Kłopot 

w tym, że zdecydowanie czuła się kobietą. Podczas 

pierwszego małżeństwa odkryła w sobie potrzeby i pra­
gnienia przynależne jej płci. Miała nadzieję, że to dru­
gie również da jej szansę na ich zaspokojenie. 

Zamiast tego dostała męża, który najwyraźniej nie 

miał ochoty na jakikolwiek fizyczny kontakt. Nie chciał 

jej nawet dotknąć. Gdy dziś jego ręka przypadkiem 

otarła się o jej ciało, cofnął się jak oparzony. Bądź zbru-
kany. 

Zacisnęła usta. Wychodząc za earla Huntingdona, 

wiedziała, że dzieli ich przepaść, na którą składały się 
różnice w pozycji społecznej, bogactwie, wykształce­
niu, doświadczeniu i pochodzeniu. Zbyt wielki dystans, 

by earl zechciał go pokonać. 

Najgorsze, że nie miała na co narzekać. Wyjaśniono 

jej przecież zawczasu bardzo dokładnie reguły funkcjo­

nowania tego związku. Earl chciał wygody, zatrzymu­

jąc ją w swoim domu. Małżeństwo było jedyną drogą, 

by uzyskać społeczną akceptację takiego układu, choć 

jej własna rodzina, może nie tak utytułowana, też sroce 

spod ogona nie wypadła. 

Wygoda, pomyślała, czując, jak wzbiera w niej go­

rycz. Tylko tyle dla niego znaczyła. Mimo że nazwał ją 

„drogim echem" (ciekawe, czy tkwiło w tym jakieś 
ukryte znaczenie, zastanawiała się przez cały dzień), 

background image

mimo uprzejmości wykazanej w związku z Kitem, mi­
mo... 

Niemą tyradę wygłaszaną do lustra przerwało puka­

nie do drzwi. W pierwszej chwili pomyślała, że syn 
znowu wpakował się w kłopoty, ale przecież zostawiła 
go z Ingallsem. Rozgrywali bitwę przy kominku, posłu­
gując się batalionami ołowianych żołnierzyków, i John 
solennie obiecał, że położy małego spać. 

- Proszę - powiedziała zaniepokojona. Przekręciła 

skrzydło toaletki, tak by widzieć drzwi. Ujrzała w lu­
strze... swojego męża. Była zarazem zaskoczona 

i oszołomiona. A także przestraszona jak dziś rano, gdy 
zobaczyła na podłodze szczątki bezcennej francuskiej 

porcelany. 

- Tak, milordzie? - Nie mogła złapać tchu, lecz po­

nieważ wizyta była niezapowiedziana, wahanie w jej 
głosie można było złożyć na karb zaskoczenia. 

- Czy mogę wejść? - zapytał uprzejmie. 
- Oczywiście. 
Zerwała się i pospieszyła ku drzwiom, orientując się 

po drodze, że, o zgrozo, jest w negliżu. Co prawda, nie­
zbyt prześwitującym, ale zawsze. Zresztą, jakie to ma 
znaczenie? Dla jej męża mogłaby być ubrana we wło-
siennicę lub naga. 

- Czy coś nie w porządku? - spytała z niepokojem, 

mając nadzieję, że natychmiast usłyszy zaprzeczenie. 

Nie wolno ci, upominała się w duchu, przyglądając się 
przystojnej ogorzałej twarzy. 

background image

- Nic, o czym byłoby mi wiadomo - odparł earl. 

Wydawał się zaskoczony pytaniem. 

Zapadło milczenie, jej serce powoli odzyskiwało 

normalny rytm. W końcu przyszedł do jej pokoju. Za­
pewne... 

- Proszę mi wybaczyć najście, ale... chciałbym po­

prosić o przysługę. 

- Przysługę? 
- Tak, o przysługę. - Uśmiechnął się. - Drobną, 

lecz bardzo mi na tym zależy. 

- Oczywiście - odpowiedziała, usiłując ukryć roz­

czarowanie, które zastąpiło nadzieję. „Drobna przysłu­
ga" oznaczała, że nie przyszedł tu dla niej. 

- Czy coś nie tak? - spytał. 
Już miała powiedzieć „nie tak, milordzie", ale ugryz­

ła się w język. Rzeczywiście, prawdziwe z niej „drogie 
echo". 

- Oczywiście, że nie - odparła. 
- Bo głos twój... - zawahał się, kręcąc głową. -

Proszę mi wybaczyć. Jeżeli ktoś jest zmuszony polegać 

jedynie na słuchu, to często naraża się na nadinterpre­

tację głosów. 

- I pan właśnie to robi? Interpretuje głosy? 
- Intonację. Modulację. Sądzę, że pomaga mi to zo­

rientować się, co ludzie myślą. Znaczna część komuni­
kacji jest niewerbalna: gesty, pozy, wyraz twarzy. Jeżeli 
kogoś pozbawiono możliwości odczytywania tych syg­
nałów, szuka kompensacji. Czasami przesadza. 

background image

Pierwszy raz od dwóch lat, od czasu gdy go poznała, 

rozmawiał z nią o swojej ślepocie. Wstrzymała oddech, 
rozumiejąc, że od jej odpowiedzi mogą zależeć ich re­
lacje w przyszłości. 

- Myślę, że trudno byłoby uniknąć tej przesady. 
Dobrze, z podkreśleniem odpowiedniego dystansu 

i obiektywizmu, uznała. Bez nadskakiwania, które pew­
nie by mu się nie spodobało. I bez, miała nadzieję, rap­
townego ucinania wątku, który pojawił się tak nagle. To 
mogłoby nie spodobać się jej z kolei. 

- Być może - przyznał. - Jednakże nie przyszedłem 

tu dyskutować o moich porażkach. 

- Nie sądziłam, że pan poniósł jakiekolwiek. - Mó­

wiąc to, przypomniała sobie, jak bardzo było jej przy­
kro, zanim przyszedł. 

Do debaty na każdy temat w Izbie Lordów przygo­

towywał się bardzo starannie, a jego wyważone opinie 

były często cytowane w prasie. Niektóre z tych artyku­
łów czytała mu na głos, przekonując się, że napawa ją 
to dumą - mogła pomagać mu w realizacji celów. 

- Oczywiście, to mi pochlebia, ale... przypuszczal­

nie nie znasz mnie dostatecznie długo - powiedział, 
uśmiechając się ponownie. 

- Dwa lata. 
- Aż trudno w to uwierzyć - rzekł miękko. 
Zdawało się, że ten człowiek stał się częścią jej życia 

znacznie dawniej. I oczywiście nie chodziło o małżeń­
stwo, o którym nawet wtedy nie myślała. 

background image

- Bello? 
- Przepraszam. Może przejdziemy do celu pańskiej 

wizyty - odparła, siląc się na dowcip. 

- Oczywiście. Cel mojej wizyty... - powiedział to 

tak, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że istniało 
coś takiego. 

Z trudem powstrzymała się, by teraz jego nie nazwać 

echem. 

- Czy moglibyśmy usiąść? - zaproponował niespo­

dziewanie. - Jeśli dobrze pamiętam, to koło kominka 
stały dwa fotele. Chyba że dokonałaś przemeblowania? 

- To był pokój pańskiej matki. - Dowiedziała się tego 

od gospodyni, która dodała, że jego lordowska mość na­
legał, by zainstalować ją właśnie w tym pomieszczeniu. 

- Czasami pozwalała mi tu przychodzić i doglądać 

wieczorowych kreacji. Oczywiście chodziło jedynie 
o ostatnie poprawki. Przyklejenie sztucznego pieprzy-

ka, wybór ozdób do włosów. Biżuteria. 

- Pozwalała panu wybierać? - zainteresowała się 

Bella tymi zwierzeniami znacznie bardziej osobistymi 
niż to, co słyszała od niego kiedykolwiek wcześniej. 

- Od czasu do czasu. Czasami nawet wkładała to, co 

wybrałem. Częściej wyjaśniała, dlaczego tego nie zrobi. 

Bella była zaskoczona, choć jego głos przepełniony 

był nostalgią. Nie wyobrażała sobie, by mogła coś ta­
kiego zrobić Kitowi. Gdyby kiedykolwiek dała mu 
możliwość wyboru swoich kreacji, bez wątpienia nosi­
łaby to, co wskazał syn. 

background image

- Pierwsze lekcje dobrego smaku. - Chciała wy­

brnąć z niezręcznej sytuacji wywołanej przez nie naj­
milsze wspomnienie. 

- Obawiam się, że obecnie muszę polegać na guście 

Ingallsa. Mogę jedynie mieć nadzieję, że jest bez za­
rzutu. 

Zalała ją fala gorąca. Pierwszy raz w czasie ich zna­

jomości pozbył się na chwilę rezerwy, a ona przestra­

szyła się, że wszystko zepsuła bezmyślną uwagą. 

- Może być pan pewien, że tak jest w istocie. 
- Dziękuję. Ale teraz naprawdę musimy porozma­

wiać o Kicie. 

- Kicie? - znowu powtórzyła niczym echo. 

Miała nadzieję, że przyszedł tu dla niej, i kiedy zro­

zumiała, iż nic z tego, poczuła rozczarowanie. Cóż ta­
kiego miał do powiedzenia o jej synu? Oczywiście mu­
siało to być coś ważnego, skoro z tego powodu pofaty­
gował się pierwszy raz do jej sypialni. 

- Może przy ogniu? - ponaglił delikatnie. 
Znów poczuła się niepewnie. Czy powinna podać mu 

ramię? Skoro nie był w tym pokoju od śmierci matki, 

poruszanie się po tym terenie może być dla niego trudne 
lub nawet niebezpieczne. 

- Proszę mi wybaczyć, że byłem tak nieroztropny -

odezwał się, mylnie interpretując jej milczenie. - Może 
lepiej porozmawiamy jutro na dole. 

- Wolałabym raczej dowiedzieć się, jak pan dotrze 

do tych foteli. 

background image

Jego wybuch śmiechu rozładował atmosferę. 
- Czyżby ten pokój był labiryntem? 

Spojrzała w kierunku kominka zachęcającego cie­

płem i przytulnością. Po drodze nie było żadnych prze­

szkód. 

- Chyba nie. 
- Więc możemy iść - powiedział, wyciągając rękę. 

Chwyciła jego dłoń ciepłą i mocną, zwłaszcza w po­

równaniu z jej własną, która drżała. 

- Zaufa mi pan? - spytała, patrząc jednocześnie na 

tę twarz o doskonałych proporcjach. 

- Bez zastrzeżeń. - Chyba wciąż był rozbawiony. 

Miała cichą nadzieję, że nic złego nie wydarzy się po 

drodze, i podprowadziła go do fotela stojącego po pra­
wej stronie kominka. Tu znów się zawahała, a on po 
prostu czekał. 

W końcu położyła jego dłoń na oparciu. Namacał po­

ręcze, zbadał mebel palcami, po czym usiadł. 

Poczuła ulgę, że się udało. Podchodząc do swojego 

fotela, poczuła drżenie kolan. Opóźniona reakcja na 

stres? Czy obawa przed tym, co zaraz usłyszy? 

Boże - modliła się w duchu - żeby tylko nie chodzi­

ło o to, że Kit i Fanny muszą się wynieść. Rano earl nie 
wyglądał na zbyt rozgniewanego. Może to będzie 
zwykłe napomnienie, by bardziej uważała na syna, trzy­
mała go w pomieszczeniach przeznaczonych dla dzieci. 
Była przygotowana na taki warunek, oczekiwała, że 
usłyszy coś takiego. 

background image

- Sądzę, że powinniśmy zmienić nieco reguły postę­

powania wobec Kita. 

- Doprawdy? - Zdobyła się tylko na tyle. 
- Muszę przyznać, że jego wizyta sprawiła mi przy­

jemność. Mam nadzieję, że nie będziesz zabraniać mu 

kolejnych odwiedzin. 

- Zabraniać? - Nie była pewna, czy dobrze usłysza­

ła. - Życzy sobie pan, by tam się pojawiał? 

- Wydaje mi się, że lubi mnie widywać, a i mnie 

sprawia to przyjemność. Sądzę, że z czasem... 

- Tak? 
- On nie może zaakceptować tych... 
Jej oczy wypełniły się łzami, nad którymi chciała za­

panować, przynajmniej na tyle, by nie można było po­
znać po jej głosie wzruszenia. 

- .. .ograniczeń? Ależ one są niezwykle łagodne, za­

pewniam. 

- Pomyślałem sobie, że w nocy poczuł się zagubio­

ny w ciemnościach, lecz dzisiejszego ranka, a także 
wieczorem... 

Urwał, uświadomiwszy sobie, że powiedział za 

dużo. 

, - Kit znów przyszedł do gabinetu? - Nie mogła 

uwierzyć, że syn ponownie okazał nieposłuszeństwo, 
zwłaszcza po porannej katastrofie. 

- Nie, nie - zaprotestował szybko Hunt. - Proszę mi 

wybaczyć. Tym razem to Ingalls przyprowadził go do 
mnie, aby chłopiec mógł przeprosić za stłuczenie wazy. 

background image

W trakcie tej wizyty Kit zaprosił mnie do siebie, aby­
śmy razem mogli pobawić się żołnierzykami. 

- A pan ma na to ochotę - odparła. 

Nie trudno było dostrzec, że tak jest w istocie. Wal­

czył z uśmiechem, wyglądał prawie tak samo jak Kit. 
Poczuła osobliwy skurcz w sercu. Obawy, które odczu­
wała przez kilka tygodni, gdzieś pierzchły. 

- Pan go lubi. 
- Oczywiście. A co ważniejsze, uważam, że Kit 

mnie polubił. Przynajmniej się mnie nie boi. W każdym 
razie nie krępuje go nazbyt... to. - Wykonał gest, jakby 
chciał dotknąć oczu, po czym wstał, wciąż trzymając 

się fotela. - Bello, czy mamy twoją zgodę? 

- I błogosławieństwo - odparła, znów walcząc ze 

łzami. 

- Dziękuję. 
- To ja dziękuję, milordzie. 
- Hunt - poprawił ją - lub Alex, jeśli wolisz. 

Kiedy będziemy sami. Właśnie byli. Sami w jej sy­

pialni. 

- Niech będzie Hunt - zgodziła się. 
- To nie było takie straszne, nieprawdaż? 
- Nie aż tak jak sobie wyobrażałam. 
- Świetnie. Zatem będę życzył dobrej nocy. 
- Potrzebujesz, żebym... 

- Innym razem. Znam drogę - odparł, lecz nie ru­

szył się z miejsca. 

background image

- Czy coś jeszcze? - spytała, patrząc na cienie, które 

rzucały płomienie na twarz męża. 

- Żałujesz, Bello? 
Doskonale wiedziała, co ma na myśli, i postanowiła 

poradzić się serca, by dać szczerą odpowiedź. Nie żało­
wała oczywiście, że go poślubiła, lecz było jej przykro 
z powodu charakteru łączących ich więzi. Pomijając 
dzisiejszą wylewność, nie weszła do jego świata. Jesz­
cze nie. 

- Nie - wyszeptała ze ściśniętą krtanią. - Niczego 

nie żałuję. 

- Świetnie - odwrócił się i pewnie ruszył ku 

drzwiom. 

Trzymał już dłoń na klamce, kiedy zatrzymało go jej 

pytanie. 

- A ty? Czy ty czegoś żałujesz? 

Nie widziała teraz jego twarzy i zrozumiała, co miał na 

myśli, mówiąc o subtelnościach mimiki. Chciała spojrzeć 
mu w oczy, kiedy usłyszy odpowiedź. Musiała czekać. 

- Jedynie tego, że zwlekałem tak długo - powiedział 

w końcu, otworzył drzwi i zniknął w mroku korytarza. 

Czyżbym zrobił z siebie głupca? - zastanawiał się 

rano, siadając za biurkiem i czekając, aż Bella zejdzie 
na dół. Kiedy go pozdrowi, może będzie umiał 
wyczytać to z tonu jej głosu, który zdradzał więcej niż 
wypowiadane słowa. Coś się wydarzyło ostatniego 
wieczoru... 

background image

- Zamierzamy wcześnie zabrać się do pracy, milor­

dzie? - spytał Ingalls, wchodząc do gabinetu. 

John najwyraźniej oczekiwał, że pracodawca poczeka 

do czasu, gdy pojawi się na dole o zwykłej porze, lecz nie 
umknęło jego uwagi, jak wcześnie posłano po niego tego 

ranka, by pomógł w toalecie i ubieraniu się pana. Nie wie­
dział też zapewne, że Hunt prawie nie spał tej nocy. 

- A czemu nie? - spytał lord. 

Służący postawił tacę na stole, lecz earl nie tknął 

chińskiej porcelany. 

- Czy coś pana trapi, milordzie? 

Hunt rozważał przez chwilę, czy nie zapytać Johna 

o zdanie. W końcu niewiele z rzeczy, dziejących się 
w domu, uchodziło jego uwagi. Jednak to była sprawa 
nazbyt osobista. Nie było też żadnej gwarancji, że słu­
żący powie prawdę. 

- Trapi mnie jedynie brak kawy - odpowiedział. 
- Oczywiście. Pozwoliłem sobie przynieść najnow­

sze zaproszenia. Z początkiem świątecznego sezonu 

przychodzi ich coraz więcej. Myślę, że zechciałby pan 
przedyskutować z małżonką, które z nich przyjąć. 

Ingalls wiedział oczywiście, że earl większość z nich 

odrzuca. Gros pochodziło od parlamentarzystów z jego 
frakcji, wiele przysyłano ze względu na jego tytuł. Nie­
liczne, które przyjmował, były zaproszeniami na domo­
we spotkania w gronie bliskich przyjaciół. 

- Wiesz przecież... - zaczął, ale John ciągnął jakby 

nigdy nic. 

background image

- Pańska małżonka musi być podekscytowana. Wy­

obrażam sobie, że już od dawna nie bywała w towarzy­
stwie. To niewybaczalne w przypadku tak czarującej 
młodej kobiety. Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale zy­
skałaby jeszcze, ubierając się nieco modniej. W każdej 

chwili mogę kazać posłać po modniarkę. 

- Doprawdy, John? 
Nie było wątpliwości co do intencji Ingallsa. Nie ule­

gało kwestii, że wszystko, co mówił, było dokładnie 
przemyślane. Absolutnie odpowiadało prawdzie. Bella 
od dawna już nie bywała w towarzystwie, od dawna nie 
sprawiła sobie nowej kreacji. 

- Sugerujesz, że lady Huntingdon jest źle ubrana? 
- Mówię jedynie, że to zbrodnia, by taka kobieta nie 

miała najmodniejszych strojów w stolicy. Gdyby pan mógł 

ją zobaczyć, niewątpliwie zgodziłby się pan z tą opinią. 

„Gdyby pan mógł ją zobaczyć"... To była doskonała 

okazja, by zrobić coś, na co już od dawna miał ochotę. 
Na długo przed tym, zanim zdecydował sie ją poślubić. 
Mimo łączącej ich przyjaźni nie poprosił Ingallsa, by 
opisał mu Bellę. Nie zrobił tego i teraz. 

- Otrzymałem pozwolenie od lady Huntingdon, by 

mały mógł mnie odwiedzać - powiedział, zamiast wy­

jawić swą prośbę. - Będę zobowiązany, jeżeli przypro­

wadzisz go po południu. O ile zechce przyjść. 

- Och, oczywiście, że zechce. Proszę się tym nie 

martwić. Ma do pana, milordzie, tysiące pytań. Jest bar­
dzo podekscytowany. 

background image

- Pytań na jaki temat? 
- Na pański przede wszystkim. O doświadczenia 

z półwyspu. Proszę się o to nie gniewać na chłopaka, 

bo, obawiam się, to moja wina. Trochę mu opowiada­
łem, jak tam sobie poczynaliśmy. 

- To raczej zbyt drastyczne tematy dla małego 

chłopca. Nie jestem pewien, czy jego matka byłaby za­
chwycona. 

- Może i nie - zgodził się John. - Ale jest bystry, ma 

żywą inteligencję i nie zaszkodzi mu kilka opowieści. 

Będzie pana męczył, aż nie zaspokoi ciekawości w tym 
względzie. 

- Nie miałem zbyt wiele kontaktów z dziećmi - oz­

najmił Hunt. 

Zaczął się zastanawiać, czy inicjowanie przyjaźni 

z pasierbem to dobry pomysł. Zrozumiał, że w zbyt 
wielu gwałtownych zmianach, jakie zaszły w jego ży­
ciu, dyskretnie maczał palce służący. 

- Najwyższy czas, aby pan je zaczął nawiązywać -

powiedział John. - Czas, żeby pan postarał się o włas­
ne. Takie jest moje zdanie. 

- Nie przypuszczam, abym je podzielał. Dziękuję, 

ci, Ingalls - powiedział lodowatym tonem Hunt, mając 
nadzieję, że dostatecznie jasno daje do zrozumienia, że 
dalsza rozmowa na ten temat jest mu niemiła. 

- To też część pańskich problemów - odparł służą­

cy, stawiając na blacie filiżankę. - Nigdy nie pyta mnie 
pan o zdanie. 

background image

- Dzień dobry - odezwała się Bella, przechodząc 

przez gabinet. 

Zastanawiał się, czy słyszała coś z tego, o czym była 

tu mowa, zwłaszcza sugestie Ingallsa dotyczące potom­
stwa. Choć był przekonany, że potrafi „czytać" z jej 
głosu, te dwa słowa nie dawały żadnych wskazówek. 
Ot, po prostu, jak każdego ranka przyszła do pracy. 

- Milady - spytał John - czy życzy sobie pani her­

baty? 

- Dziękuję, nie. Już piłam. 
- Sądzę, że możemy wystawić na szwank domowy 

budżet, godząc się na drugą filiżankę - wtrącił się Hunt, 

dziękując Bogu, że w jego głosie nie znać podenerwo­
wania. 

- Dziękuję. Dobrze wiedzieć, że nie ściga nas ko­

mornik. 

Earl wyczuwał napięcie Johna przysłuchującego się 

rozmowie. Było oczywiste, że relacje pomiędzy mał­
żonkami uległy subtelnej odmianie. Nie był pewien, 
który aspekt wczorajszej wizyty w jej buduarze na to 
wpłynął, ale efekt napawał go otuchą. 

- Właśnie zaczyna się sezon świąteczny - powie­

dział pomny uwag Ingallsa. - Rachunki od twojej kraw­
cowej mogą nas zrujnować. 

- Rachunki od mojej krawcowej? 
- To by było tyle - zwrócił się Hunt do Johna, zdzi­

wiony, że ten ociąga się z odejściem w momencie, kie­
dy poruszył zasugerowany przez Ingallsa wątek. 

background image

- A pańska kawa, milordzie? 
- Może później - odparł, usiłując zachować powagę. 
- Doskonale, milordzie. - John sprawiał wrażenie 

oburzonego. 

Marudził, ustawiając naczynia na tacy, przeciągał jak 

mógł moment odejścia, lecz wreszcie pojął, że Hunting-
don nie odezwie się, póki nie zostanie sam na sam 
z żoną. 

Przyjacielu, obydwaj możemy bawić się w manipu­

lacje, pomyślał ze złośliwą satysfakcją Hunt. To mało­
stkowe, ale przejrzał Ingallsa i postanowił stawić mu 
czoło. 

Odezwał się dopiero wtedy, kiedy w końcu za służą­

cym zamknęły się drzwi. 

- Nigdy nie sprawiałaś sobie nowych strojów z oka­

zji sezonu? 

- Nie przypuszczałam, że przyjmujemy zaprosze­

nia, wymagające nowych sukni. 

My. Pomyślał ironicznie, że wpadł we własne sidła, 

lecz zdał sobie jednocześnie sprawę, iż jest gotów na 
takie ustępstwa, że dla niej może zacząć bywać. John 
miał oczywiście rację. Ona zbyt długo nie pojawiała się 
na przyjęciach. 

Hunt prawdopodobnie lepiej niż ktokolwiek inny 

orientował się, jak ciężkie było życie tej kobiety po 

śmierci Bertranda, zwłaszcza w okresie, gdy jeszcze nie 

była u niego zatrudniona. Bella i Bertrand byli oboje 
sierotami, nie mieli rodzin, które zaproponowałyby 

background image

wsparcie materialne wdowie lub choćby dach nad gło­
wą. Mówiła o tym całkiem otwarcie podczas ich pier­
wszego spotkania. Niewielką sumkę pozostawioną 

przez męża wydała na życie, w końcu zdecydowała się 
na znalezienie pracy. 

Znając Bellę, wiedział, że nie pragnie niczego dla 

siebie. Zastanawiał się, kiedy ostatnio sprawiła sobie 
nową suknię. Zrobiło mu się przykro, że Bella jest już 
od ponad miesiąca jego żoną, a on nawet nie pomyślał, 
by zadbać o jej garderobę. Niezależnie od wszelkich 
zmian to był jego obowiązek, a nie jej. 

Zresztą nawet by nie mogła. Dawkins, człowiek zaj­

mujący się jego finansami, mógł uznać, że należy prze­
stać wypłacać apanaże lady Huntingdon. A to oznacza­

ło.... 

- Przecież ty nie masz pieniędzy - powiedział na 

głos. 

Roześmiała się. 

- Jeżeli sądzisz, że dostaniesz na piśmie małżeńską 

ugodę, to się rozczarujesz. Powinieneś pomyśleć o tym 
przed ślubem. 

- Wybacz, Bello. Chodzi o to, że zapomniałem 

o należnych ci pieniądzach. 

- Masz na myśli pieniądze na moje wydatki? 
- Oczywiście. Jesteś moją żoną. 
- Lady Huntingdon. - W jej głosie znać było rozba­

wienie. 

- Musisz zatem odpowiednio się ubierać. - Uświa-

background image

domił sobie, że może, tak jak John, popróbować mani­
pulacji. 

- Żebym nie wprawiała cię w zakłopotanie na tych 

wszystkich przyjęciach, w których będziemy uczestni­
czyć? - spytała z kpiną w głosie. 

- Oczywiście. To, co uchodziło mi jako kawalerowi, 

nie przystoi świeżo zaślubionemu małżonkowi. 

- Czy ty rzeczywiście zamierzasz.... - nie dokoń­

czyła pytania. 

- Zabrać cię na tańce? - zasugerował, uświadamia­

jąc sobie, że właśnie tego pragnie najbardziej. Chciał 

wziąć Bellę w ramiona przynajmniej na chwilę, chciał 

też poprowadzić ją po parkiecie. 

Kiedyś miano go za dobrego tancerza. Umiejętność 

tak samo ceniona w drużynie Wellingtona jak dobre 
oko strzelca i sprawność jeździecka. Czemu zatem nie 
mógłby poprosić jej do walca? O co tyle hałasu? 

Nie zważając na jej konsternację, zapytał: 
- Czy masz ulubioną modniarkę? 

- Nawet jeśli, to już pewnie umarła albo zmieniła 

zawód - odpowiedziała opryskliwie. - Albo zrezygno­
wała ze świadczenia mi usług. 

- Zatem postanowione. 
- Cóż takiego? - spytała skonsternowana. 
- Potrzebujesz nowych toalet, odpowiednich dla 

lady Huntingdon. Muszą pochodzić oczywiście od naj­
lepszej krawcowej w Londynie. Za twoim pozwole­

niem, oczywiście. 

background image

Upłynęła dłuższa chwila, nim zdecydowała się na 

odpowiedź, a zrobiła to tonem, którego wcześniej nie 
słyszał. Ale co tam ton, słowa były ważne. 

- Oczywiście. Jak sobie życzysz. Będę zaszczycona, 

mogąc wejść do towarzystwa, opierając się na twym ra­
mieniu. 

Znów dał się zapędzić w kozi róg. Niczego jednak 

nie żałował. Zadziwiające. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Ten materiał wspaniale koresponduje z twoją kar­

nacją, moja droga. I krój też nie mógłby być lepszy. 
Arabello, wyglądasz jak z obrazka! - zachwycała się 
Fanny. - Zgodzi się pan ze mną, milordzie? 

Po tej bezmyślnej uwadze zapadła krępująca cisza. 

Hunt odczuwał napięcie, stojąc u stóp schodów i cze­
kając na żonę. Nie zwrócił uwagi na słowa biednej Fan­
ny, ale naprawdę chciał zobaczyć Bellę. Po raz pierwszy 
od bez mała dziesięciu lat wzbierał w nim gniew z po­
wodu kalectwa, gniew, nad którym z trudem panował. 

- Proszę mi wybaczyć, lordzie Huntingdon - powie­

działa Fanny drżącym głosem. Znać było, że starsza pa­
ni jest mocno zaambarasowana popełnioną gafą. 

- Tu nie ma nic do wybaczania, pani Hargreaves. 

Jestem przekonany, że lady Huntingdon rzeczywiście 
wygląda jak z obrazka - powiedział Hunt, zachowując 
obojętną minę, wypracowaną przez lata. 

Zastanawiał się, jak przetrwa ten wieczór. Pomimo 

słów Ingallsa, mimo że zgadzał się z jego sugestiami, 
wprowadzanie Belli w towarzystwo było chyba błę­

dem. Za wszelką cenę chciał sprawić żonie przyje-

background image

mność. Fantazjował na długo przed tym, nim włożył 
strój wieczorowy, że trzymając ją w ramionach, zatacza 
powoli kręgi na parkiecie. Wiedział jednak, przez co bę­
dzie trzeba przejść. 

Zdawał sobie sprawę, jakie nieprzyjemne uwagi padną 

tego wieczoru, gdy Bella będzie prowadziła go do sali ba­
lowej. Przywykł do poruszenia, jakie wywoływało jego 
przybycie, ale jak ona to zniesie? Wiedział też, że nie zdo­

będzie się na odwagę, by poprosić ją do walca, o czym 
marzył od czasu przyjęcia tego idiotycznego zaproszenia. 

Zorientował się niespodziewanie, że Bella stoi tuż 

przed nim, poczuł subtelny różany aromat. To dobrze 
oddawało obecny stan jego umysłu. Była tuż obok, a on 
wyczuł to dopiero po dłuższej chwili. Takie roztargnie­
nie nie wróżyło niczego dobrego na resztę wieczoru. 

Musiał maksymalnie się skoncentrować, aby nie zro­

bić z siebie głupca. Głupca lub obiektu współczucia. Je­
żeli przydarzy się jakaś ambarasująca katastrofa, będą 
współczująco szeptać na temat jego żony. 

- Tędy proszę. - Ujął jej dłoń, dotknął palców w je­

dwabnych rękawiczkach. - Zaiste, przednia tkanina. 
Barwy księżycowych promieni, delikatna niczym 
mgiełka. Nie znam się na tym, ale powiadają, że to chiń­
ska produkcja. 

Powiedział to zupełnie swobodnie, zaczaj się odprę­

żać. Może jednak wpłynął na to fakt, że nie cofnęła ręki 
i najwyraźniej nie miała zamiaru tego uczynić. Podniósł 

jej dłoń do ust, dotknął wargami delikatnego materiału. 

background image

- Będziesz niewątpliwie najpiękniejszą kobietą na 

balu - zawyrokował. A potem już ciszej, tak że tylko 
ona mogła go usłyszeć. - Nie wiesz nawet, jak bardzo 
pragnąłbym cię ujrzeć. 

Dłoń zamknięta w jego uścisku zadrżała. Puścił ją 

natychmiast, żałując swojej szczerości. Dziś wysłucha 
dostatecznie dużo aluzji do jego ślepoty; większość za­
pewne padnie mimochodem i będzie niezamierzona, 
lecz równie bolesna jak uwaga Fanny. Miał tylko na­
dzieję, że nie będą to uwagi nazbyt złośliwe. Za nic nie 
chciał zepsuć jej tego wieczoru. 

- To znacznie lepiej, że nie możesz mnie zobaczyć 

- odpowiedziała cicho Arabella. W jej głosie pobrzmie­

wała ironia. - Nie chciałabym sprawić ci zawodu, nie 
zostając królową tego lub jakiegokolwiek innego balu. 

Reszta jego obaw rozwiała się, gdy usłyszał te słowa. 

Bella ujęła go pod ramię i mógł poprowadzić ją do 
drzwi wyjściowych. To nie było takie trudne, pomyślał, 
podczas gdy lokaj pomagał mu usadowić się w oczeku­

jącym powozie. Tak to już jest, przeszkody pojawią się 

po przekroczeniu progu domu. Świat nie wydawał mu 

się przyjazny. 

Spotykać nowych ludzi, konwersować z wciąż zmie­

niającymi się osobami, nie zważając na muzykę i panu­

jący zgiełk. Torować sobie drogę w obcej przestrzeni, 

będąc otoczonym przez tłum i zdanym na łaskę innych, 
czego nienawidził ze szczerego serca. 

Dla dobra Belli wytrzymam i to, postanowił sobie, 

background image

przywołując całą odwagę, której nabył przez lata spę­
dzone w wojsku. I tę inną, pozwalającą mu przetrwać 
długie mroczne lata, które upłynęły od czasu stoczenia 
przezeń ostatniej bitwy. Dziś, jak zawsze, musiał stawić 
czoło najtrudniejszemu przeciwnikowi - własnej pysze. 

Wieczór całkowicie odbiegł od oczekiwań Arabelli. 

Z gracją wirowała na parkiecie w towarzystwie przyjaciół 
earla Huntingdona. Ten akurat służył wraz z jej mężem 
w Hiszpanii, a jeszcze tylu innych dżentelmenów okazało 

jej zainteresowanie. Dawni żołnierze nie byli jedynymi, 

którzy zwracali uwagę na lady Huntingdon. Tańczyła rów­

nież z najbardziej wpływowymi członkami rządu. 

W miarę jak mijał wieczór, zamazywały się jej na­

zwiska i twarze. Pewne było jedno - była rozchwyty­
wana, każdy taniec miała już zarezerwowany. 

Gdyby była próżną kobietą, mogłaby przypisać tę 

popularność atrakcyjności własnej osoby lub wspania­
łej sukni, która ją zdobiła. Propozycja Hunta, by oddać 
się w ręce najlepszej londyńskiej modniarki, została 
wykorzystana w stu procentach. Miała najpiękniejszą 
kreację na całej sali, a lustra przekonywały, że rzeczy­
wiście wygląda doskonale. 

Nie daj się zwieść próżności, przestrzegła się w du­

chu Arabella. Zaczęła podejrzewać, że te wszystkie za­
chwyty na jej temat to spisek przyjaciół męża. Kto wie, 
może i on sam maczał w tym palce? 

Wyłowiła wzrokiem Hunta z tłumu. Stał po drugiej 

background image

stronie sali - ze względu na wzrost łatwo było go do­
strzec - pochylając głowę, by usłyszeć, co mówi do nie­
go premier. Bezwiednie dala znów porwać się rytmowi 
walca, lecz nie przestała obserwować earla. 

Miała wrażenie, że przyciąga jej uwagę. Wirowała 

w ramionach przystojnych mężczyzn, a wolałaby tań­
czyć z mężem. Zresztą, czy powinna narzekać? 

Hunt mógł jedynie zachować nieco więcej powścią­

gliwości, odsyłając ją na parkiet w ramionach każdego 
dżentelmena, który poprosił go o możliwość zatańcze­
nia z żoną, uznała Arabella. Wydawało się, iż sprawia 

mu przyjemność, że stała się atrakcją wieczoru. 

Znając go wystarczająco dobrze, Arabella rozumiała, 

że ten wieczór musi być dla niego koszmarnie nudny. 
Bal to przecież tańce, a to chyba nie jest jego ulubiona 

rozrywka. Przynajmniej przez ostatnie dwa lata w jego 
terminarzu spotkań towarzyskich nie dostrzegła bali 
i wieczorów tańcujących. Aż tu nagle taka odmiana. 

Proszono ją do każdego tańca, zupełnie jakby to 

wcześniej zaplanowano. W pewnym momencie zdała 
sobie sprawę, że Hunt przyprowadził ją, by sprawić jej 

przyjemność. Z pewnością mu się to udało. Największa 
satysfakcja, to że mąż tak starannie wszystko obmyślił, 
mając wyłącznie ją na uwadze. Gdyby tylko... 

- Czyżbym panią nudził, lady Huntingdon? - za­

gadnął ją aktualny partner. - Już po raz drugi pozosta­
wiła pani moje pytanie bez odpowiedzi. Jeśli w rzeczy­
wistości jestem tak mało atrakcyjny, to może powinie-

background image

nem podziękować pani już teraz, nim umilknie muzy­
ka? 

Zaskoczona spojrzała w piwne oczy mężczyzny, 

przestała na chwilę wodzić wzrokiem za Huntem. 

Każdy może się spodziewać, że partner w tańcu 

będzie podtrzymywał konwersację - wyszeptał jej do 
ucha. - Nie wiem, kto na to wpadł, ale już tak jest, i to 

raczej powszechnie przyjęty zwyczaj. 

- Niezmiernie mi przykro - zreflektowała się Ara-

bella, czując, jak oblewa ją rumieniec. - Proszę o wy­
baczenie, lordzie... - Za nic w świecie nie potrafiła 
przypomnieć sobie nazwiska. Roześmiał się, a to spra­
wiło, że spłoniła się jeszcze bardziej. 

- Ardley - podpowiedział. - Właściwie to zachwy­

cające poznać kogoś tak zakochanego we własnym mę­
żu. To wyjątkowa rzadkość w naszym towarzystwie. 
Nawet jeżeli dotyczy to młodej pary. Hunt to szczę­
ściarz. Zagarnęła go pani dla siebie bez reszty, niepraw­

daż? 

W oczach mężczyzny wciąż błyskały figlarne ogniki, 

więc uznała, że nie warto się bronić. 

- Myślę, że należałoby to sformułować nieco ina­

czej. Nie wiem, kto na to wpadł... 

Jak przewidywała, roześmiał się. 
- Ależ pani jest w nim zakochana. Nie da się temu 

zaprzeczyć. Jest pani zakochana w mężu tak samo jak 

prawdopodobnie on w pani. 

- On zakochany we mnie? - powtórzyła, przypomi-

background image

nająć sobie, jak Hunt droczył się z nią z powodu tych 
powtórzeń. Moje drogie echo? 

- Oczywiście - odparł Ardley. - Wszyscy zdziwili­

śmy się wielce, słysząc wiadomość o waszym małżeń­
stwie, bo Hunt przysięgał, że nigdy nie stanie się cięża­

rem dla żadnej kobiety... Aż tu nagle... Zobaczywszy 
panią, zrozumieliśmy, czemu zmienił zdanie. 

W jego oczach zgasły iskierki rozbawienia. 
- Earl Huntingdon nigdy mnie nie widział - powie­

działa. 

I nigdy nie zobaczy, dodała w myślach. To było chyba 

nawet trudniejsze do zniesienia po słowach, które wypo­
wiedział mąż, całując dziś jej dłoń u stóp schodów. 

- Czy opowiadał, jak stracił wzrok? 
- Nie - zaprzeczyła, zastanawiając się, czy pragnie 

poznać tę historię. I czy mąż byłby zadowolony, że ją 
usłyszała. Wiedziała, że nie dowie się tego nigdy od 
Hunta, i nie odważy się o to pytać. Nie przerwała jed­
nak lordowi Ardleyowi, gdy ten rozpoczął opowieść. 

- Był jednym z ulubionych oficerów sztabowych 

Wellingtona. Wszyscy o tym wiedzieli, lecz nikt nie 
miał mu za złe tych względów. Hunt zaskarbił sobie 
nasz szacunek na więcej sposobów, niż zdołałbym wy­
liczyć. Zjednywał go wciąż od nowa. Im trudniejsza by­
ła misja, tym bardziej pewne było, że to właśnie Hunt 
będzie musiał jej podołać. 

Lord Ardley zmienił nieco sposób prowadzenia part­

nerki. 

background image

- Był tam taki nerwowy porucznik, prosto z Londy­

nu, który sądził, że wojna to tylko chwała i honor, wal­
ka z wiatrakami. Jeden z tych głupków, których wete­
rani, jak Hunt, starali się unikać za wszelką cenę, uwa­
żając taką kompanię za złą, szaloną i przede wszystkim 
niebezpieczną. 

- I co, ten porucznik okazał się taki? - Uśmiechnęła 

się. 

- Och, znacznie bardziej, niż się pani wydaje. Nie 

minął miesiąc, jak wpakował się w poważne tarapaty. 
Nikt się specjalnie nie dziwił, że tak szybko, ludzie po­
wiadali: „diabeł go porwał". Najpoważniejszym kłopo­
tem było jednak to, że dowodził ludźmi, na których 

również sprowadzał kłopoty. Wielu z nich zginęło przez 

jego głupotę. 

Znów przerwał opowieść, wypatrując Hunta w tłu­

mie. Earl śmiał się z czyjegoś dowcipu, wydawało się, 
iż dobrze się bawi. Arabella miała nadzieję, że tak jest 
w istocie. 

Brązowe oczy lorda Ardleya spoglądały na nią tym 

razem z powagą. 

- To Hunt oczywiście ruszył z odsieczą. I nawet 

udało mu się wyprowadzić większość żołnierzy z po­
twornego bałaganu, w który wpakował ich nasz wspa­
niały bohater. Większość z nich. - Zacisnął usta. 

- A co z porucznikiem? 
- Dostał francuską kulę w ramię i spadł z konia. 

Prawdziwy heroizm, nieprawdaż? - zakpił. 

background image

- Zginął? 
- Ach nie, jego także Hunt uratował. Powalił fran­

cuskiego dragona, który już się poważnie zabierał do 
dzieła. Wsadził chłopaka na własnego konia i mocnym 
klepnięciem w zad odesłał w kierunku naszych linii. 
Klepnął oczywiście wierzchowca, nie porucznika. Tam 
okazało się, że był to jedynie czysty postrzał, kula nie 
uszkodziła kości. Prawdziwy cud, orzekły łapiduchy. 

- A Hunt? - szepnęła Bella, znając już odpowiedź 

na pytanie, które postawiła sobie na początku rozmowy. 
Nie chciała tego słuchać. 

- Francuski szrapnel wybuchł mu prawie pod noga­

mi. Skoro zaś odesłał konia... Nikt widząc, co się stało, 
nie spodziewał się, że jeszcze go zobaczymy. Odnalazł 
go dopiero wysłany wieczorny patrol, który miał poza­
bierać ciała poległych. Szrapnel zapalił trawę; inaczej 
Hunt mógłby się czołgać, ale ten żar... 

- Proszę mi tego oszczędzić! 

Sparaliżowana okropnością opowieści zgubiła rytm i 

w końcu zatrzymali się w samym środku wirujących par. 

- Proszę mi wybaczyć. Nigdy bym tego pani nie 

opowiadał, ale chciałem, by pani wiedziała, jakiego for­
matu człowiekiem jest pani mąż. 

- Teraz już wiem - powiedziała, zmagając się z po­

twornymi obrazami podsuwanymi przez wyobraźnię 
pobudzoną zasłyszaną historią. 

- Jest pani bardzo blada, lady Huntingdon. Jeżeli 

oddam panią Huntowi w takim stanie, przetrzepie mi 

background image

skórę i będzie miał słuszność. Może łyk świeżego po­
wietrza? - zasugerował. 

Stali właśnie koło francuskich drzwi, prowadzących 

do ogrodu. Może rzeczywiście poczuje się lepiej, gdy 
zaczerpnie chłodnego nocnego powietrza? - pomyślała 
Arabella. W sali robiło się coraz tłoczniej i coraz gorę­
cej. Ardley miał rację. Hunt mógłby wywnioskować 
z tonu jej głosu, że coś jest nie tak. Znał ją już na tyle 

dobrze, że odkryje to bez trudu. 

Ardley powiódł ją do drzwi i gdy tylko przestąpiła 

próg, poczuła, że to była roztropna decyzja. Hunt nie 
zacznie się o nią martwić, ona postoi jedynie chwilę lub 
dwie, by uspokoić myśli i dojść do siebie. 

- Może przynieść pani coś odświeżającego? 
- Tak, bardzo proszę. Jest pan niezwykle uprzejmy. 
- O nie, milady. To, co zrobiłem, jest wprost niewy­

baczalne. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, 
chyba jedynie to, że jestem nadal takim samym poryw-
czym, bezmyślnym durniem jak tamtego dnia w Hisz­
panii. - Powiedziawszy to, zniknął w tłumie wypełnia­

jącym salę balową. 

„Jestem nadal takim samym porywczym, bezmyśl­

nym durniem jak tamtego dnia w Hiszpanii". Zrozu­
miała, że to właśnie Ardley jest tym porucznikiem, któ­
rego kretyńskie wyczyny sprawiły, że ta wojna koszto­
wała jej męża tak wiele, więcej niż kogokolwiek inne­

go. Gdyby Hunt miał tamtego dnia wybór, pewnie wo­
lałby zginąć. 

background image

Zaczerpnęła powietrza, usiłując sobie poukładać 

w głowie całą tę historię i wszystkie płynące z niej im­
plikacje. Oczywiście zdarzyło się to ponad dziesięć lat 
temu i zapewne Hunt nie myślał już o tym w ten spo­
sób. Pogodził się przypuszczalnie z konsekwencjami 
własnego bohaterstwa. 

Dziś zrozumiała w pełni, jak świetnie dawał sobie ra­

dę ze swoją ślepotą. Z elegancją znosił bycie ciężarem 
dla innych, choć oni nigdy nie narzekali. Ułatwiał i 
swobodne zachowanie w swojej obecności, znos 

okropne bombardowanie dźwiękami płynącymi _ 
wszystkich stron. Pozwolił jej dziś, niezdarnej i niezde­
cydowanej, być przewodniczką wprowadzającą go 
w ten ogromny tłum. 

Żaden mężczyzna nie życzyłby sobie przyswajać ta­

kich lekcji. A już z pewnością nie ktoś opisany właśnie 

przez Ardleya - elegancki i szanowany oficer. 

- Bella? - usłyszała za plecami. 
Odwróciła się w porę, by zobaczyć, jak Ardley cofa 

się, zostawiając Hunta w szerokich drzwiach. Czekał na 
odpowiedź, nie zważając na hałas za plecami. 

- Tu jestem - odparła. 
Nie odważyła się podejść do męża. Nieostrożne sło­

wo, ton litości w głosie, mogłyby okazać się fatalne 
w tym przypadku. Zdawała sobie z tego sprawę, lecz 

instynktownie chciała podbiec do Hunta, utulić go w ra­
mionach niczym Kita, całować. 

Jednak minęło ponad dziesięć lat, odkąd go okale-

background image

czono, i nikt nie mógł ukoić tego bólu. Nikt, nawet ona, 
gdyby nawet spróbowała. Przecież nie była jego matką, 
lecz żoną. Trzeba w końcu wejść w swoją rolę. 

- Ardley powiedział, że jesteś chora. 

Był zatroskany i zdziwiony. Czemuż on o to py­

ta? - pomyślała zdziwiona. Przecież nie chorowała 
ani przez jeden dzień, odkąd ją zatrudnił. Skąd po­
mysł, że właśnie tego wieczoru, zaplanowanego prze­
zeń precyzyjnie niczym operacja wojskowa, miałaby 
ulec jakimś chimerom? 

- Jestem po prostu zmęczona duchotą i hałasem. 

I tym, że ciągle depczą mi po palcach. 

- Mam go wyzwać na pojedynek? 
- Kogo? - pomyślała zaniepokojona, że lord Ardley 

przyznał się, że wszystko jej opowiedział. 

- Oczywiście tego prostaka, który deptał ci po palcach. 
Roześmiała się, opadło napięcie, które odczuwała 

przez ostatnie minuty. Hunt był znów pogodny, łagod­
ny, opiekuńczy. Zrozumiała, że czuje się przy nim pew­
nie, bo wie, że zawsze się o nią zatroszczy. Jak choćby 

dzisiejszego wieczoru. 

- Wybaczę łajdakowi pod warunkiem, że zawieziesz 

mnie do domu. 

- Zmęczona? 
- Jedynie tym - odparła szczerze - balem, hałasem, 

duchotą. 

- Myślałem, że ci się to wszystko spodoba. Ęyłaś, 

tak czy owak, królową tego balu. 

background image

- To pewnie z powodu stroju. - Wiedziała doskona­

le, czemu poruszył ten temat. 

- Nie, to z powodu kobiety, która go nosi - sprosto­

wał. - Wielu mężczyzn podchodziło do mnie, by pogra­
tulować mi, że jestem szczęściarzem. Większość z nich 
zaraz po tańcu z tobą. 

- Cóż, po prostu próbowałam nie deptać im po pal­

cach. 

Ucieszył ją śmiech męża. Teraz, gdy przyszła do sie­

bie po tej koszmarnej opowieści, mogła śmiać się razem 

z nim. 

- Jestem pewien, że nawet by tego nie zauważyli, 

a co więcej, nie mieliby nic przeciwko temu. 

- A ty miałbyś? 
To było powiedziane z lekką kpiną, zaledwie wygło­

szona sugestia. Mimo to uśmiech zniknął z jego twarzy, 

która przybrała taki sam surowy wyraz jak w chwilach, 
gdy koncentrował się na czymś wyjątkowo dla niego 
trudnym. 

Czekała na odpowiedź, lecz on milczał i było to 

przygnębiające. Rozpływające się w chłodnej ciemno­

ści dźwięki muzyki, dochodzące z parkietu, podkreślały 

jedynie niezręczność sytuacji. W końcu przemówił, 

lecz nie była to odpowiedź na jej pytanie. 

- Zabiorę cię do domu najszybciej, jak się da. Musi­

my tylko oficjalnie się pożegnać i przeprosić gospoda­
rzy. Na pewno poczujesz się lepiej z dala od tłumu. 

Osiągnęła jedynie tyle, że oboje poczuli się zakłopo-

background image

tani. Zmarnowała wieczór, który został zaplanowany 
dla jej przyjemności. To błąd, którego nie wolno popeł­
nić po raz drugi. 

- Niewątpliwie masz rację - stwierdziła. 
Wyprostowała się, dumnie uniosła głowę, przeszła 

przez taras, by ująć go pod ramię. Zamierzała wprowa­
dzić męża do sali balowej, lecz on się nie poruszył. 

- Bello, czy dobrze się bawiłaś? 
- Tak, dziękuję. - To było bardziej formalnie, niż 

zamierzała. 

- Zatem... może w następny wieczór... - zabrzmia­

ło to jak pytanie. 

Hunt uczynił krok do przodu, zmuszając żonę, by po­

szła z nim lub pozostawiła go bez przewodnika. Po dro­

dze domu już się nie odzywał. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

, Jestem pewien, że nawet by tego nie zauważyli, a co 

więcej, nie mieliby nic przeciwko temu. A ty miałbyś?" 

Nie istnieje inne racjonalne wytłumaczenie, pomyś­

lał earl Huntingdon, podchodząc do okna sypialni 
i przypominając sobie rozmowę na tarasie po raz setny 
od powrotu z balu. 

Bella chciała z nim zatańczyć. A on, głupiec ostatni, 

zignorował tę sugestię. Stało się to, czego obawiał się 

od początku wieczoru -jego duma i pycha dały o sobie 
znać ponad miarę. 

Może zresztą to nie całkiem tak, poprawił się. Bella 

stwierdziła, że bawiła się dobrze. Biorąc pod uwagę, że 
sprawienie jej przyjemności było głównym powodem, 

dla którego przyjął zaproszenie, nie można żałować, że 
tam poszli, niezależnie od tego, iż wieczór okazał się 
tak wyczerpujący. 

Teraz, Bogu dzięki, to wszystko było już poza nim 

i będąc sam w sypialni, mógł wreszcie odpocząć. In-
galls pomógł mu się rozebrać i został odesłany. 

Nie zamierzał odpowiadać na pytania, które John 

background image

chciałby z pewnością zadać. Nawiasem mówiąc, ocze­
kiwania służącego odnośnie do dzisiejszego wieczoru 
były zapewne równie wielkie jak jego własne. I od po­
czątku obaj byli skazani na rozczarowanie, pomyślał 
Hunt, wciąż drepcząc tam i z powrotem. 

Tak czy inaczej Bella została przedstawiona wielu je­

go przyjaciołom, którzy będą mogli jej towarzyszyć 
podczas kolejnych spotkań tego sezonu. Z tego punktu 
widzenia wieczór okazał się sukcesem. Niekwestio­
nowanym sukcesem, pomyślał z goryczą, przypomina­

jąc sobie niezliczone uwagi na temat jej urody. Lecz one 

wzmagały jedynie... 

Rozmyślania przerwało delikatne pukanie do drzwi. 

Pewnie Ingalls zamierza się dowiedzieć, czemu jego 
pracodawca wciąż jest na nogach. John coraz częściej 
wściubiał nos w sprawy, które nie powinny go intere­
sować. Earl poczuł nieuzasadniony gniew, który, Bo­
giem a prawdą, powinien być skierowany nie przeciw 
poczynaniom oddanego służącego, lecz jego własnym. 
A może przeciw własnej bierności? 

Podszedł do drzwi, otworzył, gotów surowo upo­

mnieć Ingallsa, że zachowuje się wobec niego jak opie­
kuńcza kwoka. Już szykował się do rozpoczęcia gniew­
nej tyrady, gdy wtem wyczuł dyskretny różany zapach. 
Walczył z pokusą, by zamknąć oczy i rozkoszować się 

w spokoju tą wonią, jak to uczynił w powozie, wiozą­

cym ich do domu. 

- Bello? Czy stało się coś złego? 

background image

- Większość żon uznałaby za zniewagę takie pytanie 

ze strony mężów, stojących w drzwiach sypialni. 

Bella nie zaliczała się jednak do większości żon. On 

zresztą też był nietuzinkowym mężem. Był ślepcem, 
który tego dnia bardziej doświadczył swojego kalectwa 
niż przez ostatnie dziesięć lat. Był ociemniałym męż­
czyzną, który zawarł małżeństwo, aby zadośćuczynić 

konwenansom. Wreszcie był niewidomym, zakocha­
nym w kobiecie, której nigdy nie widział. 

W kobiecie, która wedle relacji przyjaciół była nie­

zwykle piękna; w istocie, której zaproponował dach 
nad głową i finansową stabilizację. W tym układzie nie 
chodziło o nic innego, nie było żadnych podtekstów. 

Tylko tyle i kropka. Niezależnie od tego, co odczuwał 
obecnie, nie potrafił wyobrazić sobie, jak można by to 

zmienić bez pogwałcenia zawartego porozumienia. 

- Mogę wejść? - spytała Bella. 
- Oczywiście - odpowiedział, powodowany raczej 

wpojonym poczuciem grzeczności niż chęcią doświad­
czenia kolejnych sprzecznych emocji, które targały nim 
od chwili powrotu do domu. 

- Dziękuję - powiedziała to niemal z rozbawieniem. 

Przekroczyła próg. Usłyszał trzaśniecie zamykanych 

drzwi i poczuł, że serce bije mu nadspodziewanie szyb­
ko. Przecież dzień w dzień zostawała z nim sam na 
sam. Jednak nie w ten sposób, to było coś bardzo in­
tymnego. Jeszcze bardziej niż tamto nocne spotkanie 
w jej sypialni, kiedy omawiali problem Kita. 

background image

Kit. Pewnie Bella przyszła tu z tego powodu; chce 

porozmawiać o synu. Porzucił niewczesną nadzieję, że 
Bella może poszukiwać go z innych przyczyn. 

- Chciałam podziękować za dzisiejszy wieczór -

powiedziała. - Był niemal doskonały. 

Wyczuł coś w jej tonie, jakiś subtelny podtekst, któ­

rego jednak nie był w stanie zidentyfikować. 

- Niemal doskonały? - Uśmiechnął się. - Czyżbyś 

składała skargę? 

- Twoi przyjaciele byli czarujący. Czułam się wspa­

niale, będąc traktowana niczym najczystszy brylant. To 
schlebia oczywiście każdej kobiecie, zwłaszcza takiej... 
w moich latach - dodała znów lekko rozbawionym to­
nem. - Muszę jednak wyznać... 

Nie dokończyła zdania. Hunt czekał na to, co po­

wie żona, wciąż niepewny, ku czemu zmierza ta kon­
wersacja. 

- Jeśli mam być szczera, to najbardziej pragnęłam 

zatańczyć z tobą. 

Hunt słysząc to, poczuł sprzeczne emocje: zadowo­

lenie i lęk. 

- Wybacz, Bello, ale nie palę się do tańca. Chyba to 

rozumiesz. 

- Nie bardzo. 

Było wiele prawdopodobnych wyjaśnień, które mógł 

jej podać. Tym razem jednak zdecydował się wyjawić 

prawdę. 

- Obawiałem się, że próbując, zrobię z siebie głup-

background image

ca. - Uśmiechnął się do niej, by złagodzić nieco ostry 
ton tych słów. 

Nie była to prośba o litość; wierzył, że znają się na 

tyle dobrze, by nie odczytała tego w ten sposób. Taka 
była prawda. Wyjść na głupca, zwłaszcza wobec niej 

- tego bał się najbardziej. 

Z tego samego powodu nie przyznał się, co dyktuje 

mu serce. Wciąż z tym zwlekał, choć milczenie, jakie 
zapadło po tych słowach, sprzyjało wyznaniom. 

- To dziwne, nie zorientowałam się, że obawiamy 

się tego samego. 

- Tego samego? - Niedowierzająco pokręcił głową. 
- Tak, drogie echo. Oboje obawiamy się wyjść na 

głupców, przyznając się do własnych uczuć - powie­
działa. 

„Drogie echo". Tego dnia wyjawił jej chyba zbyt 

wiele ze swoich uczuć. A jednak słysząc ten specyficz­
ny ton w głosie żony, uznał, że nie ma czego żałować. 

„Oboje obawiamy się wyjść na głupców, przyznając 

się do własnych uczuć". A to może znaczyć tylko 

jedno... 

Nagle opanowały go stare lęki, kwestionujące wspa­

niałe poczucie pewności, jakie przed chwilą go ogarnę­
ło. Znów ta walka, którą prowadził z samym sobą już 

raz tego wieczoru, zmagania, które uniemożliwiły mu 
porwanie Belli w ramiona, wirowanie z żoną po par­
kiecie. 

Strach był jego wrogiem. Strach i ta przeklęta duma, 

background image

niepozwalająca mu od lat okazać komukolwiek, jak 
mocno można go zranić. 

Zdawał sobie sprawę, że musi stawić temu czoło. 

Wykrzesać odwagę, tę samą, którą odnalazł w sobie, 
gdy chirurdzy orzekli, że do końca życia będzie ocie­
mniały. Odwagę konieczną, by codziennie rano wstać 
z łóżka, ażeby mimo kalectwa dokonać w życiu czegoś 
znaczącego. Aby sprostać wszelkim wyzwaniom, jakie 
stawiała przed nim ta przeklęta ciemność, której, mimo 

upływu lat, wciąż tak samo nienawidził. 

„Oboje obawiamy się wyjść na głupców, przyznając 

się do własnych uczuć". 

- Bello, czy gdybym opowiedział ci o swoich uczu­

ciach, zrobiłbym z siebie głupca? - spytał. 

- Miłość czyni głupców z nas wszystkich. Jestem 

zdziwiona, że o tym nie wiedziałeś. 

- Zatem... - wykrztusił przez ściśnięte gardło - ko­

cham cię, Bello. 

- I ja cię kocham, najdroższy - wyszeptała. 
Wziął ją w ramiona, czując, że to ktoś nie tylko dro­

gi, lecz także dobrze znany. Pochylił się, odnalazł jej 
wargi i całował z pasją, zupełnie jakby robili to wcześ­
niej już tysiące razy. 

Wyczuł drżenie jej ust, pieścił je swoimi, usiłując pa­

nować nad wzbierającą w nim żądzą, by nie wystraszyć 

Belli. Nie było się czego bać. Rozchyliła wargi, jej ję­
zyk odnalazł drogę i rozpoczął się długi taniec, jakiego 
nie widziano na żadnym z londyńskich balów. Pocału-

background image

nek zdawał się nie mieć końca. Zbliżali się od siebie, 
oddalali, poszukiwali. 

Uczyli się. Uczyli się siebie nawzajem. Po bardzo 

długim czasie Hunt odsunął żonę od siebie na odległość 
ramion. Nie mógł dostrzec, że jej usta wciąż pragną 
kontaktu. 

- Bella... Najdroższa... - szepnął zdziwiony, że 

mówi to na głos. Nie był pewien, czy zrozumiała, lecz 
on pragnął czegoś więcej. Pożądał jej od tak dawna, 
a ona nawet nie miała o tym pojęcia. 

- Co się stało? - Nie odpowiedział, a ona delikatnie 

dotykała kciukiem jego policzków i warg. - Coś złego? 

Nie znalazł słów zdolnych wyrazić, co działo się 

w jego sercu, więc nie rzekł nic. Zamiast tego zaczaj 
opuszkami palców poznawać twarz żony. Czoło, krzy­
wiznę nosa, brwi, wypukłości policzków, zamknięte po­
wieki skrywające oczy, długie rzęsy. 

Palce były niezmordowane w swojej wędrówce, ba­

dały kolejno delikatną strukturę kobiecej twarzy: łuki 
brwi, krągłości policzków, szczęki. Uszy, kosmyki wło­
sów wyczuwalne na policzku. 

Ręce dotarły do szyi i wreszcie znieruchomiały, jak 

gdyby palce poznały już wszystko. Lecz to Huntowi nie 
wystarczyło, przyciągnął Bellę i spróbował językiem 
smaku jej delikatnej skóry ponad uchem, prowokował, 
pieszcząc podbródek. 

To były - a włączyły się do tego i ręce - niespieszne 

pieszczoty. Badał, jeszcze raz badał i odkrywał. Oboj-

background image

czyk, falujące piersi, obszar za obszarem, znów powrót 
do punktu wyjścia. Niespodziewanie Bella westchnęła 
i w głębinach swoich ciemności poczuł się zbity z tro­

pu. Odsunął się, usiłując odgadnąć przyczynę zmiany 
w rytmie oddechu żony. 

- Nie przestawaj - wyszeptała. 
- Bello, jesteś pewna? Nie będzie już odwrotu. 

Skoro nie możesz znieść niezgrabnych pieszczot ślep­

ca... 

Przerwała mu w najprostszy z możliwych sposo­

bów - wspinając się na palce, podała mu usta. Przeko­
nała go w ten sposób, że jeżeli pozostały jeszcze jakie­
kolwiek wątpliwości, to ona ich nie podziela. 

Zupełnie nieźle poradził sobie z kobiecą garderobą, 

zupełnie jak za dawnych, bardziej szalonych czasów. 
Earl Huntingdon pomyślał, że pewnych rzeczy się nie 
zapomina. Niczym jazdy na bicyklu. W chwilę później 
skonstatował, że ciemność nigdy, w całej historii świa­
ta, nie była przeszkodą w uprawianiu miłości. 

- Tak. - Westchnęła tak cichutko, że można było to 

poczytać za trzepot skrzydeł nocnych motyli. 

- I jeszcze tu - zaproponował. 

Czuła na skórze wilgoć jego oddechu. Język delikat­

nie i powoli poznawał sutki. Dokuczał, kusząc jedno­
cześnie. 

Zresztą wszystko, co zrobił w ciągu tych długich 

mrocznych, wieczornych godzin, było kuszące. Arabel-

background image

la nie miała pojęcia, że jest zdolna do takich przeżyć 
ani że jest w stanie dać komuś w zamian aż taką przy­

jemność. Było tak, jakby każde zetknięcie ich warg, 

każde poruszenie języka było odkryciem. 

- I jeszcze tu - dodał, smakując skórę jej brzucha. 

Nie miała nawet siły, by mu odpowiedzieć, a tym bar­
dziej przerwać to, co robił. Nie miała na nic siły. 

Zostały przełamane wszelkie bariery, które mogły 

stanąć im na drodze, wrota były otwarte, oblężenie cy­

tadeli zakończone całkowitym powodzeniem. 

„Miłość ze wszystkich czyni głupców" - przypo­

mniała sobie własne słowa wypowiedziane onegdaj do 
męża. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo były pra­
wdziwe, aż do tej chwili, kiedy omdlała z rozkoszy le­
żała w jego ramionach. 

Chętnie poznawała jego świat. Świat dźwięków, do­

tyków, smaków. Było ciemno w pokoju i na zewnątrz. 
I w tym mroku doświadczała w milczeniu wolności, ja­
kiej dotąd nie zaznała. 

Delektował się jej ciałem, lecz i ona miała prawo 

zgłębiać tajemnice męża. Podziwiać, pieścić, odpoczy­
wać po wszystkim z policzkiem przyciśniętym do jego 
twarzy, wsłuchiwać się w rytm powoli uspokajającego 
się rytmu serca. 

Sądziła, że oboje już osiągnęli zaspokojenie, lecz 

myliła się. Jemu wciąż było mało wyrafinowanych pie­
szczot. Czyżby wprawiał się w tej sztuce, walcząc 
z korsykańskim potworem? - przyszło jej do głowy, 

background image

lecz zaraz odrzuciła tę myśl. Ta namiętność nie mogła 
mieć nic wspólnego z francuskimi brankami, jedynie 
z nią samą. To było zbyt wspaniałe... Pokazał jej dziś, 
że ciemność to nic strasznego. 

- Szkoda, że nie mogłem cię oglądać, kiedy to wszyst­

ko się działo pomiędzy nami. - W jego stwierdzeniu był 
żal, ale nie smutek. 

- Wiem. 
Zamierzała mu powiedzieć, że ona może go też tylko 

dostrzec o brzasku. Patrząc na twarz ukochanego, posta­
nowiła nie mówić mu, że ciemności, które dziś wspólnie 
pokonali, odeszły na zawsze, że noc już nie powróci. Każ­
dy poranek będzie kolejnym radosnym świtem reszty ich 
wspólnego życia. Może powinna była to powiedzieć, lecz 
zamiast tego delikatnie pocałowała go w usta. 

W tym geście nie było już namiętności, diabeł pożą­

dania - przynajmniej na razie - opuścił ich ciała. Teraz 
przyszedł czas na inne sprawy. Przyziemne, lecz istotne 
zadania dyktowane przez życie, którym, jak co dzień, 
trzeba stawić czoło. I to od zaraz. 

- Co robisz? - spytał Hunt, gdy oparła się znów na 

poduszce, podziwiając po raz kolejny piękne rysy jego 
twarzy. 

- To na wypadek, gdybyś zapomniał. 
- Zapomniał? - Delikatnie ujął ją za głowę, przytu­

lając do siebie. Być może był to najbardziej poufały gest 
z jego strony od początku ich znajomości. 

- Moje drogie echo - upomniała go łagodnie. - To 

background image

tylko na wypadek, gdybyś zapomniał, jak bardzo cię 
kocham. 

Uśmiechnął się szelmowsko, niwecząc lekko melan­

cholijną atmosferę budzącego się dnia. 

- Tego chyba nie trzeba ci mówić. To powinno być 

oczywiste. 

- Tak, nawet dla mnie. - Uśmiech zniknął z jego 

twarzy. - Możesz pomęczyć się trochę i objaśnić 
ślepemu człowiekowi, co powinno być dlań tak oczy­
wiste? 

- Czy ty, ze swojej strony, wyjaśniasz mi wszystkie 

zawiłości tych parlamentarnych ustaw? - odcięła się. 

- Czasami się staram - ulżyło jej, że uśmiech po­

wrócił na twarz męża - lecz niezbyt często. To są spra­
wy, które naprawdę mnie wciągają. 

- Właśnie - powiedziała, przyciągając go ku sobie. 

Bella obudziła się i poznała po słońcu, że musi być 

już bardzo późno. Poduszka obok była pusta. Tak jak 

i sypialnia męża. Jego samego nie było, prawdopodob­
nie znajdował się na dole, gdzie Ingalls przekazywał mu 
wiadomości dnia. 

Szczęśliwie odnalazła suknię leżącą przy łóżku. 

Przypomniała sobie z rozbawieniem, że to niedziela. Jej 
wolny dzień. Fakt, należał się jej po tym wszystkim. 

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Zabawne, 

bo akurat w tym momencie zastanawiała się, czy służba 
ich szpieguje, przystawiając uszy do drzwi. Powiedziała 

background image

„proszę" i pojawił się Ingalls, niosąc na tacy filiżankę 

herbaty. Twarz służącego nawet nie drgnęła, udał, iż nie 
zauważa niekompletnego ubioru żony swego pana. 

Bella była z tego zadowolona, miała poczucie, że się 

rumieni, że nie tak powinna wyglądać żona earla zasta­
na w dezabilu w sypialni męża. 

- Czy to już wszystko? - spytał Ingalls, stawiając ta­

cę na stoliku obok okna. 

- Dziękuję. Czy earl już jadł śniadanie? 
- Wydaje mi się, milady, że lord Huntingdon jest 

w pokojach dziecinnych. 

- Doprawdy? - zdziwiła się, myśląc jednocześnie, 

że właśnie tam powinien być. Dwoje ludzi, których 
ukochała nad życie, w jednym pomieszczeniu. Zwłasz­

cza w tym dniu. 

- Czy mam go poprosić, by dotrzymał pani towa­

rzystwa? 

- Nie, Ingalls, dziękuję. Lepiej będzie, gdy sama się 

do nich przyłączę. 

- Doskonale, milady - przytaknął służący, zbierając 

się do odejścia. 

- John? - Odwrócił się, spoglądając na Arabellę 

pierwszy raz tego poranka. - John, dziękuję. Dziękuję 
ci za wszystko. 

- No tak, ci z wyższych sfer nie zawsze wiedzą, co 

dla nich dobre. Od czasu do czasu trzeba popchnąć ich 
we właściwym kierunku, taka już rola służących, jeśli 
wie pani, co mam na myśli. Pewnie tak jest lepiej dla 

background image

wszystkich zainteresowanych, jeśli milady wie, o co mi 

chodzi. - Puścił do niej oko. 

Dopiero teraz oblał ją gorący rumieniec. Ingalls za­

uważył to i oddalił się bez słowa. 

Bella usłyszała podekscytowany szczebiot Kita, za­

nim jeszcze pchnęła drzwi do dziecięcego pokoju. Nie 
traciła czasu, by wrócić do siebie i się przebrać. Na 
szczęście idąc na piętro, nie spotkała nikogo ze służą­
cych. Mina wszystkowiedzącego Ingallsa wystarczają­
co ją zaambarasowała. 

Otworzyła drzwi w sam raz na czas, by usłyszeć 

wspaniałomyślną propozycję syna. 

- Teraz ty możesz być Żelaznym Księciem, jeżeli 

masz ochotę. Pomogę ci rozstawić wojska dokładnie 
tak, jak rozmieścił je pod Vitorią. 

- Dziękuję - odparł pokornie earl Huntingdon, który 

brał udział w przygotowaniach do rzeczywistej bitwy. 

Kit dostrzegł matkę stojącą w drzwiach. 

- Mama! - zawołał, zrywając się na równe nogi 

i przeskakując przez pole bitwy, będące w rzeczywisto­
ści jedynie wytartym dywanikiem umieszczonym przed 

kominkiem. Niejeden z eleganckich ołowianych żołnie­
rzyków ucierpiał, gdy chłopiec rzucił się ku matce, by 
wpaść w jej ramiona. 

Bella pochwyciła go w ostatniej chwili, nie pozwa­

lając mu upaść. Podniosła go, wyściskała czule i posta­
wiła z powrotem na nogi. 

background image

- Dobrze bawiłaś się wczoraj? - spytał chłopiec. 
Bella, niejako wbrew sobie, spojrzała na męża, który 

nadal leżał po swojej stronie „pola bitwy". Nawet z tej 
odległości dostrzegła, jak bardzo zależy mu na usłysze­
niu odpowiedzi na pytanie zadane przez Kita. Hunt jed­
ną ręką nerwowo bawił się rozłożonymi żołnierzykami. 
Arabella znów oblała się rumieńcem. 

- Doskonale, Kit, to było wspaniałe. Kolczyki, które 

dla mnie wybrałeś, synku, były fantastyczne. Byłam 
królową balu, zapewniam cię. 

- To świetnie - podsumował radośnie Kit i zaraz 

wrócił do znacznie ważniejszych zajęć. - Przyszłaś, by 
pobawić się z nami żołnierzykami? 

- Raczej jedynie sobie popatrzę. - Arabella wciąż 

nie odrywała wzroku od męża. 

- Dziewczyny chyba niezbyt dobrze umieją bawić 

się w wojnę - skwitował Kit. 

- Może bardziej interesuje je co innego - zasugero­

wał earl. - Mają inne talenty... 

Smukłymi palcami wciąż przestawiał miniaturowe 

ludziki. Patrząca nań Bella rozumiała doskonale aluzje 
czytelne w kontekście ostatniej nocy. 

- Dziękuję - powiedziała. 
- To ja dziękuję tobie - sprostował. 
- Hunt uważa, że powinienem mieć braciszka - oz­

najmił Kit. 

- Braciszka? - zdziwiła się. 

background image

- No, może siostrzyczkę. Hunt nie jest do końca pe­

wien - odparł chłopiec. 

- Earl, zdaje się, wysuwał jakieś... przypuszczenia 

tego ranka. Kit, mam nadzieję, że nie poczujesz się roz­
czarowany, jeśli będziesz musiał poczekać na rodzeń­

stwo. 

- Zaledwie konieczne dziewięć miesięcy - odezwał 

się Hunt. - Wyjaśniłem mu już wszystko. 

- Doprawdy? - zdziwiła się Bella, popychając 

chłopca w kierunku kominka i ojczyma. Kit przeszedł, 
nie czyniąc większych spustoszeń w obu formacjach 
wojsk. 

- Coś mi się wydaje, milordzie, że dziś rano jest pan 

bardzo pewny siebie. 

- A i owszem, jestem. Zachęcił mnie do tego wielki 

autorytet w osobie Ingallsa. Powiedział on mianowicie, 
że najwyższa pora, bym miał dzieci. 

Wyciągnął rękę do Arabelli, zapraszając, by usado­

wiła się z nimi na dywaniku. Przystała na to z uśmie­
chem. Siedziała już na podłodze, lecz on dalej nie wy­
puszczał ręki żony, całując po kolei jej palce. Kit patrzył 
na to zafascynowany. 

- Nigdy nie dyskutuję z Ingallsem. Nauczyłem się 

jednego: on naprawdę zawsze wie, jak znaleźć najlepsze 

wyjście z sytuacji - wyjaśnił z uśmiechem. 

Bella przypomniała sobie tamten chłodny zimowy 

dzień, kiedy przyszła do gabinetu, by powiedzieć ear-
lowi Huntingdonowi „nie". Wtedy Ingalls wyszeptał 

background image

„zgódź się" i ona, na przekór sobie, tak postąpiła. Proste 
„tak" odmieniło jej życie. 

Nie była pewna, jaką rolę odegrał w tym wszystkim 

służący męża, ale uwaga rzucona przez Hunta dawała 
do myślenia. Tak czy inaczej, miała u Ingallsa dług, 

którego nie zdoła spłacić do końca życia. 

- Jeżeli powtórzysz mu, co powiedziałem, to oba­

wiam się, że stanie się nie do wytrzymania. Mogliby­
śmy udawać, że nic nie wiedzieliśmy o jego manipula­

cjach? 

- Że ta wspaniała umowa spadła nam z nieba? -

spytała, ustawiając w szeregu przewróconego żołnie­

rzyka. - Któż uwierzy, że szlachcic mógł zakochać się 

we własnej żonie? 

- Uważam to za nadzwyczaj rozsądne wytłumacze­

nie - odparł, uśmiechając się do żony ponad głową 
chłopca. Ich pierwszego syna. 

- Oczywiście, że tak - odparła ukontentowana. - To 

dlatego o takich parach jak my powiada się, że zawarli 
ślub z rozsądku. 

Lady Huntingdon pochyliła się, by ucałować mał­

żonka, zadając jednocześnie armii Wellingtona takie 
straty, jakich jeszcze nie doświadczyła. 

Roztargniony dowódca sił brytyjskich nawet tego nie 

zauważył.