background image

Pisarek Walery - 

Słowa między ludźmi 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

PWZN  

Print 6 

Lublin 1997 

Przedruku dokonano 

na podstawie pozycji 

wydanej przez 

Wydawnictwa 

Radia i Telewizji 

Warszawa 1985 

 
 
 
 
 
 
 

Wstęp 

 
 
 

background image

 
Kiedy piszę o tym, jak skutecznie używać języka, myślę o skutecznym porozumiewaniu się ludzi. 
Pozornie zakrawa to na paradoks: skuteczne posługiwanie się językiem kojarzy się raczej z 
umiejętnością lub sztuką perswazji, propagandy lub zgoła manipulacji - a więc z formą dominacji 
nadawcy nad odbiorcą - niż z porozumiewaniem się równorzędnych partnerów. 
Skojarzenie takie byłoby uzasadnione, gdybyśmy wskazówki, jak skutecznie używać języka, 
chronili niby tajemnicę broni jądrowej, by się nie dostały w niepowołane ręce. Jeżeli jednak 
wszyscy partnerzy dyskusji, mając - przynajmniej w zasadzie - równe możliwości doskonalenia 
własnej sprawności językowej, z tych możliwości skorzystają, potrafią lepiej sformułować swoje 
myśli i tym samym łatwiej będą mogli dojść do porozumienia. A myśl jest sformułowana tym 
lepiej, im łatwiej przychodzi odbiorcy zrozumieć ją, przyjąć do wiadomości i zapamiętać. 
Chodzi więc o to, by zachowując istotę myśli, wyrazić ją za pomocą znaków w miarę możliwości 
pozbawionych kolców, które utrudniają jej przełknięcie przez słuchacza czy czytelnika. Odnosi się 
to, oczywiście, tylko do tych przypadków komunikowania się, które mają prowadzić do 
porozumienia, współpracy i zgodnego współżycia stron bądź obcujących ze sobą z wyboru, bądź 
skazanych na siebie. A tak jest lub przynajmniej powinno być w domu, w pracy, wśród swoich. 
Nie wszystko jednak, co mówimy i piszemy, służy powszechnemu hasłu „kochajmy się”. Czasem 
używamy języka jako oręża w walce, w obronie lub ataku. Argumenty zbroimy wówczas w słowa 
żądlące, raniące do żywego, często niesprawiedliwie przesadne, ciężkie jak kamienie. Ale przecież 
nie oczekujemy wtedy, że nasza wypowiedź przekona przeciwnika, który zasypany argumentami i 
epitetami nagle się podda i przyzna nam rację. Tak naprawdę bowiem to nie jego w ten sposób 
przekonujemy, nie do niego skierowana jest cała nasza wypowiedź, ale do innych ludzi, a w 
szczególności do tych, którzy mogą się z nami zgodzić, że atakowana przez nas osoba, idea lub 
instytucja zasługuje na potępienie lub choćby nieufność. To z tymi ludźmi chcemy się porozumieć, 
znaleźć z nimi wspólny język. 

Poszczególne rozdziały tej książeczki przedstawiają różne warunki i czynniki pomyślnego 
komunikowania się ludzi za pomocą języka. Jest w niej mowa o umiejętności słuchania i 
obradowania, i o tym wszystkim, co zapobiega rzucaniu słów na wiatr. Sporą jej część zajmują 
przestrogi przed pospolitymi błędami językowymi. 
Wśród rozdziałów wypełnionych rozważaniami m.in. o tym, jak słuchać i mówić, zabrakło 
rozdziału, który by odpowiadał na pytanie najtrudniejsze: jak myśleć? A jest ono jednocześnie 
najważniejsze. Banalnych bowiem i szablonowych myśli nie wzbogaci poprawna, gładka forma, w 
jakiej zostaną wyrażone. 
Jeśli zaś myślimy niestarannie, chaotycznie i powierzchownie, to - mimo najlepszych intencji - 
mówimy i piszemy byle jak. Bylejakość tekstów sprzyja następnie bylejakości myślenia ich 
odbiorców. Tak powstaje spirala bełkotu. 
Troska o |polską |mowę to także troska o |polskie |myślenie. 

 
 
 
 

Pochwała milczenia 

 
 
 

background image

 
„Kto nie umie milczeć, nie umie też mówić.@ Pierwsza cnota milczeć.@  
Milczenia rzadko kto żałował.@ a mowności - często.)@ 

 
 
z „Nowej księgi 
przysłów polskich” 

 
 
 
 
Naukę skutecznego używania języka należy rozpoczynać od nauki milczenia.  Kto się nie nauczył 
milczeć, nie powinien w ogóle zabierać głosu, bo prędzej czy później napyta biedy sobie albo 
innym. Toniemy w słowach.  Mówionych i pisanych. W domu, w pracy, na ulicy atakują nas w 
różny sposób, w najrozmaitszych postaciach, zewsząd. Rozkoszne gaworzenie dziecka, kłótnie w 
kolejkach, plotki sąsiedzkie, żale rodzinne, plakatowe hasła, wartkie potoki albo na odmianę leniwo 
toczące się fale tekstów z radia i telewizji, obwieszczenia, zarządzenia, przemówienia, odczyty, 
teatr, książki, zebrania, wypełnione drobnymi literkami gazety i czasopisma. Słowa wielkie i małe, 
szeptane i wykrzykiwane, wzniosłe i pospolite, słowa miłości i nienawiści, nakazu i prośby, skargi i 
przekleństwa, ale przede wszystkim wysypisko słów zbędnych, które w gruncie rzeczy znaczą 
tylko: oto JA mówię, mówię, mówię..., oto JA piszę, piszę, piszę... . 

Ludzi, którzy muszą mówić, bo wytwarzanie potoku tekstów stanowi dla nich potwierdzenie 
własnej egzystencji, jest na tyle dużo, że zahamowanie nadprodukcji słów w skali ogólnospołecznej 
wydaje się mało prawdopodobne.  Znam osoby, które się nie potrafią powstrzymać przed 
wystąpieniem na zebraniu, nawet jeśli wpadną na nie przypadkowo na chwilę. Potem się wstydzą 
własnej gadatliwości, przyrzekają solennie na drugi raz trzymać język za zębami, ale nic z tych 
obietnic nie wychodzi, bo przy najbliższej okazji znów ulegają wewnętrznemu popędowi. Znam 
osoby, które nie ograniczają swojej produktywności słownej do zebrań, ale gdziekolwiek się znajdą 
i kogokolwiek spotkają, nie spoczną, aż doprowadzą słuchacza do całkowitego wyczerpania. Są 
postrachem każdego towarzystwa, a najbardziej nienawidzą ich ci, którzy sami też chcieliby 
mówić. 
Kto mówi (lub pisze) zbyt dużo, zbyt często albo na zbyt wiele tematów, raczej szkodzi swej 
reputacji niż ją umacnia. Może to wynikać z różnych przyczyn, obiektywnych lub subiektywnych. 
Po pierwsze, mówiąc dużo, często i o wszystkim, mówi się z konieczności coraz bardziej 
powierzchownie (bo nie ma czasu na przemyślenie wypowiadanych sądów), banalnie (bo umysł nie 
ładowany informacją ma skłonność do powielania sądów obiegowych) i nudnie (bo trudno uniknąć 
samopowtórzeń, wskutek czego zanim gaduła otworzy usta, już odbiorcy wiedzą, co mogą 
usłyszeć). Po drugie, zabierając zbyt często głos, narażamy się tym wszystkim, którzy są 
przekonani, że to z naszej winy do głosu nie zdołali się dopchać albo nam po prostu zazdroszczą. 
Za klasyczny przykład pierwszego mechanizmu może służyć Pan Jowialski z jego:  
„Znacie tę bajeczkę? No to posłuchajcie!” Mechanizm drugi ilustruje następująca wypowiedź 
dziennikarza o innym dziennikarzu: Iksa „dziś wszędzie pełno. W dziennikach; w tygodnikach, w 
radiu, a może i w telewizji. Niemal w każdym piśmie albo stały felieton, albo wielgachny artykuł, 
albo i to, i to, i jeszcze coś na dokładkę. A wszystko pisane lewą nogą”. 
Różne bywają rodzaje milczenia. Jest milczenie chroniczne, właściwe ludziom zahukanym przez 
otoczenie, jak tata Dulski. Jest milczenie zależne od towarzystwa, w którym się człowiek znajduje: 
są osoby znane z wielkiej gadatliwości w rodzinie i wśród kolegów a niezdolne do wypowiedzenia 

background image

jednego zdania publicznie. Jest milczenie programowe, które - demonstrowane - może być bardziej 
wymowne niż najwspanialsza elokwencja. Jest milczenie wynikające z kompleksu niższości i 
kompleksu wyższości. Jest milczenie ludzi nieobecnych duchem i milczenie rekompensowane 
mimiką, a nawet gestykulacją. Jest milczenie uśpionych przez nudnego prelegenta i milczenie 
chłonących każde jego słowo. Milczenie milczeniu nierówne. 
Wszystkie te odmiany milczenia dają się zaklasyfikować do dwóch podstawowych kategorii: 
milczącej samotności i milczącego uczestnictwa.  Kategorię pierwszą można wyłączyć z pola 
zainteresowania. Tym, którzy albo nie chcą, albo nie potrzebują komunikować się z otoczeniem, 
powinniśmy pozwolić rozkoszować się samotnością z wyboru. Często zresztą jest to samotność 
pozorna i przypomina zachowanie się abstynentów, którzy lubią być świadkami pijatyki, albo 
bywalców dyskotek i potańcówek, którzy z zasady nigdy nie tańczą. Do szczęścia wystarcza im 
świadomość, że są w towarzystwie, że |mogliby mówić, pić czy tańczyć. Nie otwierając ust w 
rozgadanym towarzystwie, nie pijąc w czasie libacji, nie tańcząc na zabawie, jakby się podwójnie 
milczało, nie piło i nie tańczyło. Obecność takich milczących samotników daje się dotkliwie we 
znaki wszystkim towarzyszącym im osobom. 

W przeciwieństwie do zachowania się milczków tej kategorii milczenie uczestniczące okazuje się 
niezwykle pożądane niemal zawsze i niemal wszędzie, jeśli w pobliżu operuje choć jeden gaduła, a 
ci się rodzą na kamieniu. Milczenie uczestniczące nie jest milczeniem doskonałym: polega tylko na 
nieużywaniu lub na maksymalnej oszczędności słów, a wymaga za to zastosowania całego arsenału 
innych środków wyrazu. Mogą to być emotywne wykrzyknienia typu: „Coś takiego!”, 
„Niesłychane!”, „Bujasz!”, „Naprawdę?”, „O, biedaku!”, „To okropne!”, „Cholera!”, „Kapitalne!”. 
Podobną funkcję pełnią niesłowne sygnały głosowe wyrażające również intonacją zaskoczenie, 
niedowierzanie, podziw, zachwyt, współczucie itp.: „O!”, „Eee!”, „Fiu-fiu!”, „Osk!”, „A!”, 
„Uuu!”, „Ojej!”. Takim wykrzyknikom i sygnałom niesłownym towarzyszy zazwyczaj 
odpowiednia mimika, gestykulacja, a nawet odpowiedni układ lub ruch całego ciała. Zwłaszcza 
twarz klasycznego milczka uczestniczącego komunikuje tak wyraziście, że przypomina aktora 
filmu niemego. To się rozjaśnia w błogim uśmiechu, to kurczy w paroksyzmie strachu, to znów się 
układa do całowania niemowlęcia, to puszcza oko albo ciska gromy spod zmarszczonych brwi. 
Ręce również mają mnóstwo pracy: klepią z ukontentowania uda, załamują się w rozpaczy, 
chwytają za twarz z przejęcia, łapią za skronie z przerażenia lub chociaż podpierają głowę ciężką 
bogactwem myśli. To jest milczenie wymowne. Jakże miło i lekko prelegentowi mówić do 
słuchaczy, którzy wpatrzeni w niego siedzą lekko pochyleni do przodu, by łatwiej było chwytać 
słowa padające z katedry.  Jakaż satysfakcja dla mówcy, gdy słuchacze potwierdzają śmiechem 
rzucony dowcip, jak na komendę chwytają za długopisy, by zanotować myśl uznaną przez 
mówiącego za najważniejszą, albo zgodnymi pomrukami wyrażają solidarność z wygłaszanymi 
właśnie opiniami. „Jacy to inteligentni ludzie!  

- myśli sobie prelegent - Poznali się na mnie”. 
 
Zupełnie tak samo reaguje każdy mówca, a zwłaszcza każdy gaduła, na zachowanie się milczka 
uczestniczącego w kontaktach prywatnych. Nic lub niemal nic nie mówiąc, można zyskać opinię 
człowieka towarzyskiego, bystrego, rozgarniętego, mądrego, oczytanego, doświadczonego, 
znającego języki obce, wręcz intelektualisty. Milczek uczestniczący odgrywa rolę zwierciadła, w 
którym się przeglądają jego rozmówcy. A że każdy z nich ma o sobie dobre zdanie, przenosi je 
automatycznie na zwierciadło-milczka.  Krótko mówiąc: kto umiejętnie milczy, wydaje się zwykle 
mądrzejszy. 
Przypomina się tu żydowska anegdota o dwóch rabinach, uważanych przez współwyznawców za 
najmądrzejszych ludzi owego czasu. Jeden z nich mieszkał, powiedzmy, w Brodach, drugi - w 
Złoczowie. Nie utrzymywali ze sobą stosunków, ale oczywiście wiedzieli o otaczającej ich obu 
sławie. Aż pewnego razu spotkali się w tym samym kolejowym przedziale. Wszyscy świadkowie 

background image

zamarli z wrażenia i ciekawości: o czym będą rozmawiać ze sobą dwaj mędrcy? Spotkało ich 
rozczarowanie. Poza wymianą pozdrowień żaden z rabinów nie odezwał się ani słowem. Pytali ich 
później na osobności uczniowie: „Rabi, dlaczego milczałeś?” A oni odpowiadali zgodnie: „Jak on 
wie wszystko i ja wiem wszystko, to o czym możemy ze sobą mówić?” 
Łatwiej zyskać opinię mądrego często milcząc niż dużo mówiąc. Z własnych doświadczeń 
mógłbym przytoczyć wiele przykładów ilustrujących ten sąd. Oto piękna nieznajoma przysłuchuje 
się dyskusji o szkodliwości i pożytkach ewentualnego powrotu mody na egzystencjalizm. Być 
może właśnie jej obecność aktywizuje młodych intelektualistów: „Sartre powiedział...”, „Jaspers 
pisał...”, „Ale nie zapominajmy o Heideggerze...”, „Jeżelibyśmy dziś poważnie potraktowali 
wymagania Camusa...”. Oni zapalają się coraz bardziej, plotą coraz większe głupstwa, a ona ich 
obserwuje przymrużonymi oczyma, nieprzenikniony sfinks z ledwie dostrzegalnym uśmieszkiem 
ironicznej pobłażliwości. Byłbym przysiągł, że wiedzą i inteligencją bije dyskutantów na głowę, 
ale milczy, żeby im nie zrobić przykrości. Wystarczy jednak, że coś powie, a wszyscy się 
przekonają, że przynajmniej tym razem uroda i mądrość nie idą w parze. 
Byłem też kiedyś świadkiem zdarzenia, które wykazało mi niezwykle sugestywnie perswazyjną 
potęgę milczenia uczestniczącego. W pewnej konferencji międzynarodowej brałem udział jako 
członek dwuosobowej delegacji polskiej, jedynej z krajów socjalistycznych. Obrady toczyły się w 
języku angielskim. Mój towarzysz pan I.W. odznaczał się potężną budową, dostojną postawą i 
senatorską twarzą, tak że na pierwszy rzut oka widać było, który z nas dwóch jest ważniejszy. Miał 
tylko jeden mankament - nie znał angielskiego. Nie było w tym niczego złego, bo siedział mu pod 
bokiem inteligentny tłumacz informujący go dyskretnie, o czym się mówi. Zadanie tłumacza było 
zresztą dość łatwe, bo poszczególni mówcy głównie prawili sobie dyplomatyczne komplementy. 
Pan I.W. siedział więc swobodnie rozparty w fotelu, pykał fajkę i raz po raz kiwał głową na znak 
pełnej aprobaty.  Pech jednak chciał, że tłumacz wyszedł właśnie w chwili, kiedy rozpoczynała się 
dyskusja nad lokalizacją następnej konferencji. Sprawa wydawała się zwykłą formalnością, bo już 
wcześniej uzgodniono nieoficjalnie, że konferencja ta odbędzie się w jednym z krajów 
socjalistycznych. Toteż wszystkich zaskoczyło wystąpienie pewnego Anglika, który patrząc na 
pana I.W. powiedział: 

- Idea zorganizowania konferencji w kraju komunistycznym łączy się z wieloma 

niebezpieczeństwami. 

 
A pan I.W. uśmiechnął się dobrotliwie, puścił dym z fajki i kiwnął głową. 

- Trzeba się liczyć z tym, że nie wszyscy dostaną wizy - ciągnie Anglik, a pan I.W., na którego już 

się skierowały oczy wszystkich, spokojnie kiwa głową. 

- Nie można wykluczyć, że niektóre osoby będą mogły wjechać, ale się im nie pozwoli wyjechać - 

mówi Anglik, ale jest tak zaskoczony ponowną aprobatą pana I.W., że zaczyna tracić 
początkowy wigor. 

- Naszą konferencję władze tego kraju potraktują jako poparcie ich polityki informacyjno-

propagandowej - kontynuuje Anglik, już wyraźnie skonfudowany, a pan I.W. z dobrotliwie 
zatroskanym obliczem - jakby mu dodając otuchy - nadal z przekonaniem kiwa głową. 

 
Trwało to dobre kilka minut. Siedziałem jak na torturach i gorączkowo przygotowywałem się do 
repliki. Jakież było moje zdziwienie, gdy się zorientowałem, że Anglik skończył swoje wystąpienie 
bez żadnego wniosku, następni mówcy przeszli nad jego słowami do porządku dziennego, a 
miejsce konferencji ustalono zgodnie z wcześniejszymi oczekiwaniami. A potem nasłuchałem się 
mnóstwa pochwał zimnej krwi, taktu, tolerancyjności i zdolności dyplomatycznych pana I.W., 
który wbrew logice wyszedł z tego pojedynku w aureoli bohatera. Jemu też gratulowano, a on 
dostojnie kiwał swoją piękną, senatorską głową. 

background image

Wyobraźmy sobie teraz, że pan I.W. doskonale włada angielskim.  Usłyszawszy pierwsze zdanie 
Anglika, groźnie marszczy brwi. Przy drugim zdaniu jego oczy zaczynają miotać błyskawice. Ten 
widok przekonuje Anglika, że strzela celnie, więc podnieca się jeszcze bardziej, a każde jego 
następne zdanie brzmi ostrzej i ostrzej. A potem przychodzi kolej na pana I.W., który senatorowym 
głosem nie tylko paruje zarzuty przedmówcy, ale się też odwzajemnia odpowiednimi oskarżeniami. 
Spór wciąga innych uczestników, wszyscy zapominają o przedmiocie obrad i przez kilka godzin 
trwa jałowa polemika, beznadziejna także z tego względu, że role, w jakich występują poszczególni 
delegaci, praktycznie wykluczają możliwość wzajemnego przekonania. 
Przygoda pana I.W. przypomniała mi zdarzenie z innej konferencji. Choć się ono nie wiąże 
bezpośrednio z treścią tego rozdziału, |muszę je opowiedzieć. Rzecz rozgrywa się w Lipsku, a 
bohaterką jest Kubanka, która niemieckiego nie zna, ale się do tego nie przyznaje. Ściślej mówiąc, 
oprócz „dzień dobry”, „do widzenia” i „dziękuję” zna jeden wyraz i odpowiada nim na każde 
pytanie. Nie uwierzyłbym, gdyby mi to opowiadano, ale daję słowo, że co najmniej w 80 
procentach jej odpowiedź okazywała się nie tylko dopuszczalną, ale nawet intrygująco zalotną. 

- Czy idzie Pani na śniadanie? 
- Filajft - filajft (tzn. villeicht - „może)). 
- Czy zabierze Pani dziś głos? 
- Filajft - filajft. 
- Czy po obradach wraca Pani do hotelu? 
- Filajft - filajft. 
 
Oczywiście do całkowitego sukcesu trzeba jeszcze być kobietą, umieć właściwie spojrzeć na 
rozmówcę, uśmiechnąć się, wykonać odpowiedni gest dłonią, pokazując ją raz z dołu, raz z góry. 
Pomimo tych dodatkowych warunków, uważam odkrycie mojej znajomej Kubanki z Lipska za 
graniczące z genialnością. Ale nie należy z tego wyciągać wniosku, że podważam sens uczenia się 
języków obcych. Z całą pewnością igraszki z „filajft - filajft” mogą być bardzo zabawne, ale lepiej 
zakosztować ich z wyboru niż z konieczności. 

Wracam do tematu, to znaczy do pochwały milczenia. Milczenie postrzegane nie jest pustką, 
próżnią, niebytem. Zauważone - nabiera sensu, a raczej osoby postrzegające je nadają mu jakieś 
znaczenie, czasem zgodne, czasem niezgodne z intencją milczącego. Można by więc powiedzieć, 
parafrazując znany paradoks McLuhana („przekaźnik jest przekazem)), że |milczenie |także |jest 
|przekazem. Bywa nim w każdym razie zawsze, jeśli tylko okoliczności stworzą miejsce na 
przekaz. Oto kilka przykładów. 
Chłopiec wraca zbyt późno do domu. Ojciec pyta surowo: 

- Gdzieś był tak długo? 
 
Milczenie. Ojciec jeszcze dobitniej i groźniej: 

- Pytam, gdzieś był tak długo? 
 
Milczenie. Ojciec „wie”, że chłopiec ma nieczyste sumienie, boby w przeciwnym razie nie milczał. 
Po bardzo trudnym odczycie przewodniczący zebrania zwraca się do słuchaczy: 

- Otwieram dyskusję. Kto chciałby zabrać głos? 
 
Odpowiada mu głęboka cisza. Przewodniczący po chwili obniża wymagania: 

- Może ktoś z państwa chciałby o coś zapytać naszego gościa? 
 

background image

I znowu cisza, może nawet jeszcze głębsza, wszyscy się kurczą, wstrzymują oddech, siedzą jak 
skamieniali, żeby nie zwracać na siebie uwagi albo żeby ich nieopatrzny ruch nie został wzięty za 
objaw chęci wystąpienia. Sytuacja się staje coraz bardziej kłopotliwa, aż wreszcie przewodniczący 
rzecz ucina: 

- Widzę, że nie ma pytań ani chętnych do dyskusji, z czego wnoszę, że nasz dzisiejszy prelegent 

mówił tak jasno i przekonywająco, że wszyscy wszystko zrozumieli i wszyscy się z nim 
zgadzają. Dziękujemy bardzo serdecznie. - Następują oklaski. 

 
Inne zebranie. Tym razem prelegent zostaje zasypany pytaniami. Na niektóre odpowiada 
wyczerpująco i rozwlekle, inne kwituje kilkoma słowami, jeszcze inne pomija milczeniem. Tego 
pominięcia słuchacze - zwłaszcza ci, którzy pytali - mu nie darują. Będą później komentować: „Nie 
potrafił odpowiedzieć”. 
Wydarzenie, o którym mówi „cała Polska”, które się powtarza i komentuje w domu, w tramwaju, w 
pracy, w pociągu. Nazajutrz miliony par uszu i oczu kierują się ku radiu, prasie, telewizji. A tam 
milczenie. Więc ludzie tłumaczą je sobie: „Mają nas za głupców”. 
W każdym z tych czterech przypadków mamy do czynienia z milczeniem znaczącym, bo 
wypełniającym pole stworzone przez okoliczności. W pierwszym i trzecim przykładzie takie pole 
stworzyły pytania (ojca i uczestników zebrania), w drugim - słowa przewodniczącego, w czwartym 
- społeczne oczekiwanie, by prasa, radio i telewizja informowały o wydarzeniach uznawanych za 
ważne.  
W każdym z podanych przykładów odbiorcy dekodują milczenie, traktując je jako przekaz. Czasem 
przypisywane mu znaczenie jest prawdziwe i zgodne z intencją milczącego (przykład pierwszy, 
jeśli przyjmiemy, że chłopiec woli, by ojciec go podejrzewał, niż żeby znał prawdę, czasem jest 
nieprawdziwe, ale zgodne z intencją milczących (przykład drugi, jeśli słuchacze aprobują 
wyjaśnienia przewodniczącego), czasem jest prawdziwe, ale niezgodne z intencją milczącego 
(przykład trzeci, jeżeli przyjmiemy, że prelegent liczył na to, że słuchacze wytłumaczą sobie 
przemilczenie niewygodnych pytań przypadkowym pominięciem lub brakiem czasu), czasem zaś 
nieprawdziwe i niezgodne z intencją milczącego (przykład czwarty, jeżeli przyjmiemy, że redakcje 
z jakichś względów nie mogły opublikować informacji pełnej, więc wolały nie dawać jej wcale). 
Milczenie bywa więc często przekazem, ale przekazem wieloznacznym.  Milcząc świadomie, 
trzeba się z tym liczyć i dla ograniczenia wieloznaczności dookreślić milczenie dodatkowymi 
niesłownymi znakami. Taką funkcję spełniły np. w drugim przykładzie oklaski uwiarygodniające 
interpretację przewodniczącego zebrania. Wieloznaczność milczenia jako przekazu nie jest zresztą 
czymś niezwykłym, bo w praktyce niemal każdy przekaz przynajmniej dla części odbiorców 
okazuje się wieloznaczny. Pod tym względem różnica między milczeniem a mówieniem lub 
pisaniem jest różnicą raczej ilościową niż jakościową, tzn. milczenie jest tylko częściej i bardziej 
wieloznaczne niż mówienie i pisanie. 
Cóż milczenie znaczy? Z dawien dawna uznawano je za oznakę zgody. (Pisze T. Pszczołowski: 
„Milczenie (...) może być rozumiane jako oznaka zgody, w myśl starej łacińskiej zasady: Qui tacet, 
consentire videtur (kto milczy - zgadza się) albo jako wyraz obojętności, niezdecydowania: „Kto 
milczy - nie potwierdza, ale i nie przeczy)). „Jużci kto milczy, toć znać, iż przyzwala” - pisał Rej. 
„Kto milczy - ten się zgadza” - potwierdza Rejowską interpretację stare przysłowie. Na tej 
podstawie politycy, którym zaczyna brakować demonstrowanego poparcia w społeczeństwie, 
powołują się na będącą po ich stronie „milczącą większość”. 

Czy jednak zawsze milczenie można utożsamiać ze zgodą i poparciem? Toż „gdy władza każe 
mówić, milczeć się nie godzi”. Bywa więc milczenie nie tylko wyrazem zgody, ale i protestu. 

background image

Wśród „milczącej większości” znajdują się zwykle oprócz tych, którzy władzę rzeczywiście 
popierają, także ci, co ukrywają własne przekonania, by się nie wyobcować z otoczenia. Należeli 
do nich w XVII wieku ci Francuzi, którzy - jak pisał A. de Tocqueville - „jeszcze zachowali starą 
wiarę, ale się obawiali być jedynymi, którzy pozostali wierni, tzn. bardziej obawiali się izolacji niż 
popełnienia grzechu, tak że dołączyli do tłumu, wcale tak jak on nie myśląc”. Do tego 
spostrzeżenia starego Tocqueville’a nawiązuje współczesna socjologiczna koncepcja „spirali 
milczenia”. 
Tłumaczy się milczenie jako objaw głupoty („Milczy jak cielę)) i mądrości („Kto milczy, ten ma 
rozum)), poczucia winy („Milczy, znać winien)) i cnotliwości („Milcząc, niewiele zgrzeszy)), 
pospolitości („Milczycie w obiad, mój panie Konracie, czy tylko na chleb głowę swą chowacie?)) i 
wzniosłości („Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza)). 
To, jak zostanie zrozumiane nasze milczenie, zależy od różnych okoliczności, ale w znacznym 
stopniu także od nas samych. Częściowo - od ewentualnych sygnałów dookreślających, jak wyraz 
twarzy, zachowanie się itp.; przede wszystkim zaś - od tego, co mówiliśmy i pisaliśmy wcześniej.  
Możemy się też spodziewać, że świadkowie naszego milczenia różnie będą je rozumieli. Ci, co nas 
lubią i szanują, potraktują je jako wyraz aprobaty (tego, co oni sami aprobują), mądrości i 
wzniosłości. Ci, co nas nie lubią i nie szanują, uznają je za dowód naszej dezaprobaty (wobec tego, 
co oni aprobują), głupoty, winy i pospolitości. Nie inaczej zresztą jedni i drudzy potraktowaliby 
nasze słowa, gdybyśmy nie milczeli. 
Sens naszemu milczeniu nadają nasze wcześniejsze wypowiedzi. Jeśli się podobały, zaskarbiły nam 
zaufanie, które nie poniesie takiego uszczerbku z powodu nawet dłuższego milczenia, jaki by 
mogło ponieść wskutek nieprzemyślanego odezwania. Dla otaczających nas ludzi milczymy 
mądrze, jeśli przedtem mądrze mówiliśmy. I odwrotnie, dzisiejsza głupia wypowiedź wpłynie na 
interpretację przyszłego milczenia. 
Jak z tego wynika, także w milczeniu wypada zachować umiar, jeśli nam zależy na opinii 
środowiska, w którym żyjemy. Jeśliś nigdy nie zabrał głosu, to i twoje milczenie pozbawione jest 
znaczenia. Jesteś jednak nawet wtedy w lepszej sytuacji niż ten, kto swoimi wystąpieniami wyrobił 
sobie opinię, że plecie głupstwa. To prawda, że czasem żałujemy, żeśmy czegoś nie powiedzieli, bo 
za mało energicznie dopominaliśmy się o głos, bo zbyt późno zdecydowaliśmy się na wystąpienie, 
bo się baliśmy albo za późno przyszła nam do głowy ta wspaniała myśl czy też figura retoryczna o 
niezwykłej nośności. Można się wtedy pocieszać, że milczenie na ogół odrobić łatwiej niż 
wypowiedziane słowa. I chyba też na ogół lepiej żałować, że się czegoś nie powiedziało, aniżeli - 
że się coś powiedziało. (Innego zdania jest cytowany już T. Pszczołowski: „Należy jednak 
wystrzegać się pasywnego udziału w dyskusji. Niewyrażenie sprzeciwu może przecież być 
zrozumiane raczej jako akceptacja wygłaszanych tez niż jako niezdecydowanie. Wiadomo przecież, 
że każdy tłumaczy zachowanie się innych osób tak, jak mu jest wygodnie. Po naradach osoby 
milczące często mają pretensje, że powzięto uchwały, których one nie poparły. Inni też mają do 
nich pretensje za „aprobatę” poglądów, od których należało się natychmiast odciąć. A wszystkiemu 
winne było milczenie...)). 
Milczenie sprzyja rozważaniu różnych punktów widzenia, przemyśleniu argumentów za czymś i 
przeciw czemuś, trafnemu przewidywaniu reakcji otoczenia na wypowiadane sądy i słowa, a przez 
to właściwemu wyborowi między prawdą a fałszem, między słusznym a niesłusznym. I przeciwnie 
- temu, kto zbyt dużo i zbyt często zabiera głos, trudniej się zdobyć na dystans i obiektywizm, bo 
cały czas jest z konieczności nastawiony na uzasadnienie własnego punktu widzenia i zbijanie 
argumentów drugiej strony.  Taka postawa sprzyja jednostronności i zacietrzewieniu. Głęboka 
mądrość wsparta doświadczeniem tkwi w arabskim przysłowiu, które cytuje Schopenhauer w 
„Erystyce”: „Na drzewie milczenia dojrzewa jego owoc - pokój”. 
Z różnych więc względów, chcąc się z ludźmi skutecznie porozumiewać, wybierz raczej milczenie: 

background image

* jeśli się wahasz, czy „to” powiedzieć, czy też „o tym” nie mówić; 
* jeśli dojdziesz do wniosku, że w jakimś towarzystwie właśnie ty mówisz najczęściej, najdłużej i 

najgłośniej; 

* jeśli nie jesteś przekonany, że masz do powiedzenia coś naprawdę ważnego i interesującego dla 

słuchaczy lub czytelników; 

* jeśli się znajdziesz w otoczeniu ludzi, wśród których nie ma nikogo, kto by mógł lub chciał ci 

przyznać rację; 

* jeśli jesteś na kogoś tak bardzo rozwścieczony, że nie potrafisz wymienić żadnej z jego 

ewentualnych zalet lub zasług; 

* jeśli cię nie stać na rozważenie następstw tego, co chcesz powiedzieć, dla ciebie i innych ludzi. 
 
Jeżeli uważasz, że w takich wypadkach zazwyczaj milczysz, to albo brak ci samokrytycyzmu, albo 
rzeczywiście traciłeś czas na lekturę tego rozdziału.  Wybacz autorowi jego gadatliwość i przejdź 
czym prędzej do rozdziału następnego.  

 
 
 
 

Sztuka słuchania 

 
 
 
 
„Kto nie rozważa, mądrych słów słuchając@ Jako wół lutniej słucha, trąby  
zając.)@ 

 
 

Mikołaj Rej 

 
 
 
 
„Dlatego dwie uszy, jeden język dano,@ Iżby mniej mówiono, a więcej  
słuchano.@ Nie sądź jednego, aż wysłuchasz i drugiego.@ Co ludzie radzi  
słyszą, temu łacno wierzą.)@ 
 
 
z „Nowej księgi 
przysłów polskich” 

 
 
 
 
„Jest niemożliwością, żeby człowiek powiedział coś, co byłoby całkowicie pozbawione sensu.” 

 

background image

 

Jacques Rivire 

o dadaizmie 

 
 
 
 
Teksty wytwarzane przez innych ludzi są nam do życia równie potrzebne jak woda. Ale też ich 
nadmiar może być jak nadmiar wody groźny. Chronimy się więc - świadomie lub nieświadomie - 
przed zalewem tekstów za pomocą skomplikowanego systemu tam i filtrów. Jeżeli tamy są zbyt 
szczelne, a filtry - zbyt gęste, po pewnym czasie nasza myśl zacznie wysychać i jałowieć. Jeżeli 
otworzymy tamy zbyt szeroko i zrezygnujemy całkiem z selekcji odbieranych tekstów, możemy w 
ogóle przestać samodzielnie myśleć, a co za tym idzie - pozbawić się własnego zdania i stracić 
zdolność indywidualnej oceny faktów, ludzi i rzeczy. 
Cóż jest w tym przypadku mniejszym złem: Czy odgrodzenie się od informacji rozszerzającej 
wiedzę i horyzonty myślenia i trwanie przy swoim zdaniu może ciasnym, ale własnym? Czy też 
pochłanianie każdej informacji i przyjmowanie za swoją każdej towarzyszącej jej opinii? Na 
szczęście nie musimy wybierać między dwoma biegunami. W praktyce jednak bez większego trudu 
potrafimy wśród znanych nam ludzi wskazać osoby, które raczej „wiedzą swoje”, i osoby, które 
gotowe są każdemu przyznać rację. A tymczasem tajemnica skutecznego słuchania polega na tym, 
by odebrać jak najwięcej tekstów, zachowując krytyczną postawę wobec każdego z nich. 

Krytyczna postawa wobec tekstu narzuca przede wszystkim pytanie o jego pochodzenie. Potrzeba 
znajomości źródła informacji jest tak bardzo zakorzeniona w naszej psychice, jak potrzeba samej 
informacji. Kiedy brat, żona, córka, przyjaciel podzieli się z nami jakąś niezwykłą wiadomością, 
natychmiast ciśnie się nam na usta pytanie: „Skąd to wiesz?” Kiedy na zebraniu zwróci na siebie 
naszą uwagę czyjaś niebanalna wypowiedź, usiłujemy się dowiedzieć od sąsiadów: „Kto to mówi?” 
Każde zdanie, każdy tekst, obok którego trudno nam przejść obojętnie, rodzi pytania: „Kto to 
powiedział?” „Kto to napisał?” „Kto to jest?” Od odpowiedzi na nie - jak wiemy to z własnego 
doświadczenia - zależy w znacznym stopniu nasza późniejsza postawa wobec tekstu, stopień 
aprobaty wyrażanych w nim opinii i ocena jego wiarygodności. 

I to jest właśnie złe, prymitywne i nielogiczne! - mogą w tym miejscu zgodnie wyrazić swoje 
oburzenie logik i filolog-strukturalista. Na prawdziwość sądu nie ma bowiem wpływu to, kto go 
wyraża, a osobiste wycieczki w dyskusji, znane jako argumenty ad personam, należą do 
klasycznego zasobu nieczystych chwytów erystycznych. Każdy tekst, jak każde dzieło literackie, 
należy traktować jako samodzielną strukturę złożoną z elementów treściowych i formalnych, 
poszukiwanie zaś związków między twórcą tekstu a samym tekstem nic do sprawy nie wnosi, 
niepotrzebnie odciąga uwagę badacza od tego, co stanowi istotę tego tekstu i jego miejsca w 
kulturze.  Czy to, że jakiś krwawy dyktator rzuca hasło abstynencji, w jakikolwiek sposób podważa 
słuszność walki z pijaństwem? Czy znakomity utwór przestaje być znakomitym, jeśli się jego autor 
splamił kolaboracją z okupantem? 
Trudno tym poglądom odmówić słuszności, trudno je też bez zastrzeżeń akceptować. Z jednej 
strony bowiem znajomość źródła wiadomości praktycznie jest niezbędnym elementem w ocenie jej 
wiarygodności, a znajomość tego, kto mówi, rzeczywiście pomaga w zrozumieniu samej 
wypowiedzi i dorozumieniu się jej intencji. Z drugiej zaś - gdybyśmy uznali wiadomość za 
nieprawdziwą tylko dlatego, że pochodzi z mało wiarygodnego źródła, a opinię za niesłuszną tylko 
dlatego, że wyraziła ją osoba zasługująca na pogardę postąpilibyśmy nierozsądnie. 

background image

Wynikające z krytycznej postawy wobec tekstu zainteresowanie jego źródłem nie może prowadzić 
do bezkrytycznego odrzucenia tego tekstu, dlatego że pochodzi z podejrzanego źródła. 
Doświadczeni uczestnicy różnych posiedzeń, narad, konferencji, a jednocześnie pilni słuchacze 
wygłaszanych tam przemówień zapewne potwierdzą moje spostrzeżenie, że aktualni ulubieńcy 
władzy lub publiczności plotą zazwyczaj największe głupstwa lub powielają najpospolitsze banały, 
a osoby, które właśnie z łaski wypadły, mówią mądrze, błyskotliwie i interesująco.  Fakt, że 
pierwszym nic to nie szkodzi, a drugim nie pomaga, ma tu znaczenie o tyle, że wynika właśnie z 
bezkrytycznego przeniesienia postawy wobec mówiącego na jego wypowiedź. 
Selekcja informacji według ich źródła wzraz z selekcją opinii według ich zgodności z własną 
opinią jest najważniejszą i najczęstszą przyczyną samooszukiwania się ludzi. Człowiek ma bowiem 
skłonność do korzystania z takich źródeł, które dostarczają mu najwięcej wiadomości 
odpowiadających jego oczekiwaniom i życzeniom, oraz do wysłuchiwania przede wszystkim 
takich opinii, które odpowiadają jego opiniom. Dla dobrego samopoczucia odrzuca się źródło 
przynoszące informacje niepomyślne i opinie kłócące się z przyjętym obrazem świata i systemem 
wartości. Taki jest mechanizm „samoindoktrynacji”. 
Idealny słuchacz krytyczny nie ma złudzeń co do absolutnej i wszechstronnej wiarygodności 
jakiegokolwiek źródła informacji. (Przez „źródło informacji” rozumiemy tu zarówno agencję, 
gazetę, program radiowo-telewizyjny, dziennikarza, prelegenta, dyskutanta, jak i każdego 
człowieka, który nas o czymś informuje.) Wprawdzie z własnego doświadczenia wie, że w danej 
dziedzinie źródło A jest bardziej wiarygodne niż źródło B, ale nie wyciąga stąd wniosku, że każda 
informacja z tej dziedziny pochodząca ze źródła B jest fałszywa, a ze źródła A - zawsze 
prawdziwa.  Odnosi się tylko z większym sceptycyzmem do wiadomości pochodzących ze źródła B 
(a i to nie wszystkich, ale tylko dotyczących niektórych dziedzin). 
Słuchacz krytyczny odróżnia też wiarygodność źródła od jego kompetencji.  Co innego bowiem 
uznać kogoś za specjalistę w jakiejś dziedzinie, co innego ufać mu, że nie chce nas wywieść w 
pole. 

Słuchacz krytyczny zdaje sobie też sprawę z tego, że pewne źródła informacji lubi, inne zaś go 
drażnią. Stara się jednak nie stawiać znaku równości między ufać a lubić, między nienawidzić 
kogoś a uważać go za kretyna. 
Co najważniejsze zaś, słuchacz krytyczny widząc, że większość tekstów w publicznym 
komunikowaniu bezpośrednio lub pośrednio służy celom perswazyjnym, potrafi ich perswazyjność 
rozpoznać i z retorycznej łupiny wyłuskać ziarno rzeczowej informacji, a także rozpoznać ich 
niejawne intencje. Przygotowany jest więc słuchacz krytyczny na to, że fakty przedstawione w 
większości tekstów zostały przynajmniej w pewnym stopniu stronniczo wyselekcjonowane i 
najprawdopodobniej jednostronnie zinterpretowane. Uświadamia sobie również to, że ta 
jednostronność nie zawsze wynika z chęci wprowadzenia odbiorcy w błąd, ale często jest po prostu 
następstwem jednostronności doświadczeń i wiedzy autora lub roli narzuconej mu przez sytuację. 

Przysłuchując się rozprawie między panem, wójtem a plebanem, musimy być przygotowani na to, 
że pan będzie reprezentował interesy pańskie, wójt - chłopskie, a pleban - parafialne. Nie wiadomo, 
czy ten sam pan w rozmowie z innymi panami mówiłby to samo. Być może pozwoliłby sobie na 
współczucie wobec stanu chłopskiego. W spotkaniu wszakże z wójtem i plebanem pan jest skazany 
na reprezentowanie pańskiego punktu widzenia. 
Podobnie, kiedy się dziś spotkają przy jednym stole konferencyjnym dyrektor huty i prezes Ligi 
Ochrony Przyrody, obaj czują się zobowiązani do bronienia różnych racji. W publicznej 
konfrontacji z rzecznikiem przyrody dyrektor huty w pewnym sensie musi mówić, że jego zakład 
daje pracę kilkunastu tysiącom ludzi, zwiększa dochód narodowy o tyle a tyle, przysparza 
„cennych dewiz”, bez huty nie byłoby blachy na pralki i samochody, na zmniejszenie 

background image

zanieczyszczeń wydaje się tyle a tyle milionów, że huta powoduje mniejsze zapylenie niż trzy 
kotłownie osiedlowe, że w pewnych krajach dopuszczalne normy zanieczyszczenia środowiska 
przez zakład tej wielkości są znacznie wyższe, zgodnie z planem modernizacji za 10 lat emisja 
szkodliwych związków chemicznych radykalnie się zmniejszy. 
W odpowiedzi na takie wystąpienie prezes Lop-u nie może przemilczeć tego, że spowodowana 
przez hutę „degradacja środowiska” jest już faktem nieodwracalnym, że teraz nie chodzi już o 
zahamowanie jej tempa, ale o zapobieżenie katastrofie ekologicznej, że bez pralek i samochodów 
można żyć, a bez powietrza i ziemi - nie, że od zysków, jakie huta przynosi, trzeba odjąć koszt 
powodowanych przez nią strat, że naprawdę groźne nie jest zapylenie powietrza, ale 
zanieczyszczenie atmosfery gazowymi związkami chemicznymi, że w innych krajach taki truciciel 
jak nasza huta nie mógłby istnieć, boby zbankrutował płacąc kary, że za 10 lat już nie będzie czego 
chronić, bo w promieniu wielu kilometrów uschną wszystkie drzewa. 
Jeżeli nawet wszystkie fakty przytoczone przez obu dyskutantów są prawdziwe, stronniczość ich 
doboru rzuca się w oczy. Ocenę stanu faktycznego umożliwia równie staranne i równie krytyczne 
wysłuchanie obu stron. Gdybyśmy się zaś przysłuchiwali takiej polemice, z góry przyznając rację 
jednej ze stron, powinniśmy się zdobyć na większy krytycyzm wobec wypowiedzi tej „naszej” 
strony. Tylko w ten sposób uchronimy się przed stronniczym słuchaniem, tzn. przed 
przyjmowaniem z entuzjastyczną aprobatą każdego, nawet naciąganego argumentu rzecznika 
naszego punktu widzenia, a z lekceważeniem i śmiechem - ważkich argumentów strony 
przeciwnej. 

Jednostronnością doboru faktów i ich interpretacji grzeszy większość tekstów perswazyjnych tak w 
życiu publicznym, jak i w prywatnym. Można ją dostrzec w sprzecznych relacjach męża i żony z 
rodzinnej kłótni, w opowieściach kibiców różnych drużyn z tego samego meczu, a także w 
polemikach i komentarzach publicystycznych. Stosunkowo łatwo ją ujawnić wtedy, kiedy mamy 
okazję wysłuchać obu stron. Znacznie trudniej - jeśli się ograniczymy do wysłuchania jednej 
strony. Najtrudniej - jeśli wysłuchamy tylko jednej strony, i to właśnie tej, z którą się 
solidaryzujemy. Nie sztuka bowiem dostrzec „tendencyjność” wypowiedzi, która atakuje nasz 
punkt widzenia. 

Tekst, którego głównym celem jest przekonanie słuchacza lub czytelnika do jakiejś idei (a więc np. 
tekst reklamowy, propagandowy, polemiczny, kaznodziejski) charakteryzuje się zwykle - jak 
wspomnieliśmy - stronniczą selekcją informacji. Aby ją stwierdzić, trzeba by skądinąd znać 
informacje pominięte w tekście, co często nie jest możliwe. Tekst perswazyjny zdradza jednak 
zwykle krytycznemu słuchaczowi swój charakter także użyciem pewnych wyrazów i zwrotów. 

Wśród nich szczególnie ważną rolę odgrywają wyrazy, które nie tylko nazywają przedmioty, ludzi 
i czynności, ale także sygnalizują, że mówiący ma (a słuchający powinien mieć) do nich stosunek 
negatywny. Jeżeli w tekstach spotykamy określenia typu: „ponure gmaszysko” (o siedzibie 
władzy), „banda wyrostków” (o grupie młodych ludzi), „grafoman” (o płodnym pisarzu), „brutalna 
napaść na kogoś” (o krytyce), to z całą pewnością mamy do czynienia z tekstami jawnie 
perswazyjnymi. 

O perswazyjności tekstu świadczą oczywiście także wyrazy, które imputują słuchaczowi lub 
czytelnikowi pozytywny stosunek do przedstawianych przedmiotów, ludzi, idei itd. Najczęściej 
używa się w takiej funkcji słownictwa podniosłego, a więc wyrazów i wyrażeń typu „duch”, „trud”, 
„podwalina”, „bohater”, „świetlana postać”, „święty obowiązek” itp.  Perswazyjny charakter tych 
środków językowych nie budzi chyba wątpliwości ani tych, którzy się nimi posługują, ani tych, 
którzy je odbierają. Pół wieku temu pisał J. Tuwim: „Kto ułoży „słowniczek patriotyczny)? 
(Zakusy, piędź, tężyzna, knowania, czuj duch, rubież itd)”. 

background image

Znacznie mniej oczywista dla słuchacza jest perswazyjność takich wyrazów jak „cały” (naród), 
„wszyscy” (ludzie), „każdy” (człowiek), „nikt”, „zawsze”, „nigdy”, „wszędzie”, „nigdzie” itp. 
Używa się ich dla podkreślenia wagi wypowiadanego przekonania raczej jako figury retorycznej 
niż w ich realnym znaczeniu. Zdania typu: „Zawsze o tobie myślę.”, „Cały naród stanął do walki”, 
„Nikt mu nie poda ręki”, „Wszędzie o tym mówią” są - jeśliby je potraktować dosłownie - albo 
nieprawdziwe, albo niesprawdzalne. 

Zenon Klemensiewicz oburzał się, kiedy mu argumentowano, że jakiegoś wyrazu nie można uznać 
za niepoprawny, bo „wszyscy go używają”. 

- Nie ma Pan prawa mówić mi, że „wszyscy go używają”, skoro ja go nie używam. Gdyby 

rzeczywiście używali go wszyscy, nie mógłby mnie razić. 

 
Określeniami typu „wszyscy”, „zawsze” i „wszędzie” posługują się ludzie wtedy, kiedy chcą 
popieranej przez siebie idei dodać znaczenia lub przekonać do niej słuchaczy. Z punktu widzenia 
logiki tymczasem „powszechność jakiegoś poglądu nie jest, poważnie mówiąc, żadnym dowodem, 
nie daje nawet prawdopodobieństwa słuszności”, jak pisał Schopenhauer. W innym miejscu jego 
„Erystyki” czytamy: „Doprawdy, nie ma tak absurdalnego poglądu, którego by ludzie nie przyjęli 
jako własny, o ile tylko potrafi im się wmówić, że pogląd ten został |przyjęty |przez |ogół. (...) To, 
co nazywa się |zdaniem |ogółu, jest, ściśle biorąc, zdaniem dwóch lub trzech osób i o tym 
przekonalibyśmy się, gdybyśmy mogli obserwować powstawanie takiego ogólnie przyjętego 
poglądu. Zauważylibyśmy wtedy, że tylko dwie lub trzy osoby najpierw to zdanie przyjęły od 
innych albo wypowiedziały same, a inni z uprzejmości uwierzyli, w przekonaniu, że rzecz była 
gruntownie zbadana. (...) I tak z dnia na dzień narastała liczba tych leniwych i łatwowiernych 
zwolenników; gdy bowiem taki pogląd przyjęła już znaczna liczba osób, wówczas następni 
uważali, że to się mogło stać tylko dzięki słuszności tego poglądu. Pozostali zaś byli teraz 
zmuszeni uznawać to, co już zostało ogólnie uznane, jeżeli nie chcieli uchodzić za niespokojne 
głowy, które się opierają ogólnie uznanym poglądom, lub za zarozumialców, którzy chcą być 
mądrzejsi od całego świata”. Tak Schopenhauer opisuje mechanizm dominacji opinii publicznej, o 
którym wzmianka znalazła się w poprzednim rozdziale w związku ze „spiralą milczenia”. 
W rzeczywistości wyrazy „wszyscy”, „zawsze” i „wszędzie” znaczą w najlepszym wypadku 
„wielu”, „często” i „w wielu miejscach”. Przypuśćmy teraz, że faktycznie wiele osób często i w 
wielu różnych miejscach deklaruje pogląd, który się komuś nie podoba. Ten ktoś z całą pewnością 
ani nie przyzna, że wszyscy tak mówią, ani nawet, że wiele osób tak mówi.  Bądźmy przygotowani 
na to, że usłyszymy: „Niektórzy, niekiedy, tu i ówdzie twierdzą...” 
Jak z tego wynika, w tekście perswazyjnym wyrazy „wszyscy” i „niektórzy” (oraz „zawsze” i 
„niekiedy)) nie różnią się pod względem znaczenia realnego. Różnica między nimi sprowadza się 
do różnicy intencji mówiącego: używając wyrazów „wszyscy”, „każdy”, „nikt”, „zawsze” itp. 
ocenia się rzeczywistość inaczej, niż używając wyrazów „niektórzy”, „pewni” (ludzie), „niekiedy” 
itp. 

Podobny sens perswazyjny mają sądy odnoszące się do stereotypów narodowych, zawodowych i 
innych typu „Polacy źle pracują, lekarze biorą łapówki, krakowski chleb nie nadaje się do 
jedzenia”. Fałszywość takich sądów ujawnia się w całej oczywistości, jeśli np. nasz sąsiad 
odznacza się wielką pracowitością, znajomy nam lekarz z pewnością nie bierze łapówek, a pewna 
piekarnia na Karmelickiej wypieka wspaniały chleb. Nie zgodzimy się przecież z rozumowaniem, 
że skoro „Polacy źle pracują”, a „sąsiad pracuje dobrze”, to „sąsiad nie jest Polakiem”. Zdanie 
„Polacy źle pracują” może więc znaczyć tylko „wielu Polaków źle pracuje” lub ewentualnie 
„większość Polaków źle pracuje”. Stanowi ono przykład takiego samego nadużycia perswazyjnego, 
co zdanie „Wszyscy ludzie mówią wziąść, a nie wziąć”. Czy polonista, który mówi „wziąć”, nie 
jest człowiekiem? 

background image

Wdzięcznym środkiem perswazyjnej przesady okazują się przymiotniki i przysłówki w stopniu 
najwyższym. Jeśli bowiem pan powie pani „Jesteś piękna”, może to być prawdą; jeśli powie jej 
„Jesteś piękniejsza niż Kowalska”, to również może być prawdą. Jeżeli jednak powie jej „Jesteś 
najpiękniejsza”, to w najlepszym wypadku prawdziwość tego sądu jest niesprawdzalna. Z 
nadużyciami superlatywów spotykamy się dość często w życiu prywatnym i w kontaktach 
publicznych. Gdybyśmy spośród haseł propagandowych, które się znalazły na transparentach w 
Polsce Ludowej, wybrali wszystkie zbudowane według wzoru „x jest naszym największym 
obowiązkiem”, okazałoby się, że lista tych „najświętszych” obowiązków jest dość długa. 
Wystarczy zresztą krytycznemu słuchaczowi prześledzić starannie poszczególne przemówienia lub 
apele, by się przekonać, że czasem w tym samym tekście perswazyjnym ci sami ludzie wskazują 
jako „najważniejsze” różne cele, zadania lub problemy. Logicznie „najważniejszy” znaczy 
„ważniejszy niż wszyscy pozostali (lub wszystkie pozostałe)”. Realnie, w tekście perswazyjnym 
zakres znaczenia tego superlatywu rozciąga się od „ważniejszy niż większość pozostałych” aż do 
„ważniejszy niż niektórzy inni (niektóre inne)”. 
Krytyczny słuchacz odnosi się z rezerwą do wypowiedzi, w których zbyt często występują 
przymiotniki „prawdziwy”, „rzeczywisty”, „autentyczny”.  Spostrzegł bowiem, że używa się ich 
zwykle wtedy, kiedy prawdziwość jakiegoś faktu albo stosowność jakiegoś określenia może być 
zakwestionowana. Nikt nie powie „to jest prawdziwa kawa”, jeśli nic nie przemawia przeciw jej 
naturalności. Podkreśla się natomiast prawdziwość kawy, jeżeli jej wygląd, smak lub aromat 
nasuwa podejrzenia, że poczęstowano nas namiastką kawy. 
Analogicznie mamy prawo do sceptycyzmu, słysząc wyrażenia „prawdziwy sukces”, „rzeczywisty 
rozwój”, „autentyczne osiągnięcie na skalę światową”.  Kto używa takich wyrażeń, przynajmniej 
podświadomie liczy się sam z możliwością zakwestionowania przez słuchaczy owego sukcesu, 
rozwoju, osiągnięcia. Zdanie „Takie są fakty” zasługuje na zaufanie bardziej niż zdanie „To jest 
najprawdziwsza prawda”. 
Ze zrozumieniem odnosi się krytyczny słuchacz także do wypowiedzi kierowanych do niego a 
formułowanych w pierwszej osobie liczby mnogiej.  Przyznaje rację mówcy, kiedy ten zwraca się 
do obecnych: „Jesteśmy Polakami” albo „Jesteśmy ludźmi dorosłymi”. Ale nie zgadza się bez 
zastanowienia z deklaracjami typu: „Z mieszanymi uczuciami wysłuchaliśmy wystąpienia pana X. 
Nie wiemy tylko, co bardziej podziwiać: jego erudycję czy arogancję. Nie możemy się przecież 
zgodzić..., domagamy się..., zdecydowanie odrzucamy...” albo odwrotnie: „Z satysfakcją 
wysłuchaliśmy..., od lat czekaliśmy na takie postawienie sprawy..., z najgłębszym przekonaniem 
popieramy...”. 
Nie daje się też krytyczny słuchacz zwieść mówcy, który ucieka od konkretnych przykładów w 
dziedziny abstrakcyjnych pojęć, szafując wyrazami „wolność”, „sprawiedliwość”, „równość”, 
„partnerstwo” itp., albo ucina argumenty ludzi inaczej myślących brzytwą takich określeń jak 
„dogmatyzm”, „rewizjonizm”, „neopozytywizm”, „arrywizm”, nie wykazując, czym by ów 
domniemany dogmatyzm, rewizjonizm, neopozytywizm czy arrywizm miał się przejawiać. 
Nieoceniony Schopenhauer pisał półtora wieku temu: „Przeszkadzające nam twierdzenie 
przeciwnika możemy łatwo usunąć lub też przynajmniej uczynić podejrzanym, zaliczając je do 
jakiejś nienawistnej nam kategorii pojęć i to nawet wtedy, gdy zachodzi tylko słabe podobieństwo 
lub inne luźne powiązanie, jak np. w powiedzeniach: „To jest manicheizm; to arianizm; to 
pelagianizm; to idealizm; to spinozyzm; to panteizm; to brownianizm; to naturalizm; to ateizm; to 
racjonalizm; to spirytualizm” itd., itd. Czynimy tu dwa założenia: 1. że owo twierdzenie jest 
rzeczywiście identyczne z tą kategorią albo przynajmniej jest w niej zawarte; wołamy wówczas: „o, 
to już znamy!” - i 2. że cała ta kategoria pojęć została już odrzucona i nie może zawierać 
prawdziwego słowa”. 

background image

Krytyczny słuchacz nie jest wreszcie tak naiwny, by uwierzyć bez zastrzeżeń, że słowa 
„Powiedzmy sobie szczerze...” albo „Dość owijania w bawełnę, czas nazwać rzecz po imieniu...”, 
albo „Teraz przejdę do uwag krytycznych...” wprowadzają wyłącznie wypowiedź szczerą, 
bezkompromisową lub krytyczną. Nie daje się też zwieść, jeśli jego rozmówca lub dyskutant 
zaczyna chwalić kogoś lub coś: „Zasługi pana Z. dla naszego miasta są powszechnie znane...” albo: 
„Profesor K. jest niewątpliwie wielkim uczonym, należy do największych autorytetów w swojej 
dziedzinie...”, albo: „Z wielkim zainteresowaniem wysłuchałem wniosku kolegi M. i muszę 
przyznać, że długi rejestr korzyści wynikających z realizacji proponowanego przedsięwzięcia 
zrobił na mnie wielkie wrażenie...” Gorzko może żałować ten, kto wysłuchawszy takich wstępnych 
pochwał, zacznie myśleć o czym innym. Nierzadko bowiem wypowiedź rozpoczęta od pochwały 
kończy się zupełnie inaczej. Dowiadują się więc uważni słuchacze, że straty spowodowane przez 
pana Z. przewyższają jego zasługi, prof. K. wplątał się w kompromitującą go aferę, a proponowane 
przez kolegę M. przedsięwzięcie nie tylko nie przyniesie żadnych korzyści, ale spowoduje 
powszechną katastrofę. 
Tak więc krytyczny słuchacz jest przygotowany na to, że wypowiedzi, z którymi się styka, 
reprezentują lub przynajmniej mogą reprezentować interes mówiącego, przedstawiają fakty 
jednostronnie dobrane i zinterpretowane, mogą służyć celom perswazyjnym, a tym samym 
zawierać m.in.: 

- wartościujące wyrazy, wyrażenia i zwroty, które nie tylko nazywają elementy rzeczywistości, ale 

też imputują stosunek do nich ; 

- uogólniające określenia typu „wszyscy”, „zawsze”, „wszędzie” lub „nikt”, „nigdy”, które 

wyolbrzymiają zasięg zjawiska; 

- sądy uogólniające, stereotypowe wyobrażenia o cechach narodowych, regionalnych, zawodowych 

itp.; 

- przymiotniki i przysłówki w stopniu najwyższym, których użycie nie jest usprawiedliwione 

porównaniem jasno określonej liczby elementów; 

- przymiotnik „prawdziwy” i przysłówek „prawdziwie” oraz ich synonimy, które wzmacniają 

znaczenie określanego przez siebie wyrazu oceniającego; 

- formy 1 osoby liczby mnogiej („my”, „nasz)), które mogą sugerować, że mówiący wypowiada się 

w swoim imieniu, a być może także w imieniu słuchającego; 

- wiele wyrazów abstrakcyjnych, a wśród nich nazw i pojęć, które mogą być użyte jako etykiety 

pochwalne lub deprecjonujące; 

- wyrazy lub zdania rozpoczynające wypowiedź (albo jej wątek), których głównym celem jest 

przygotowanie słuchacza do akceptacji stanowiska mówiącego. 

 
Przynajmniej niektóre z wymienionych środków językowych traktowane są jako „chwyty” 
retoryczne, czasem jako właściwości języka propagandy (zwłaszcza przeciwnika ideowego). 
Przedstawia się je jako atrybuty „nowomowy”, ilustrując licznymi przykładami z przemówień, 
publicystyki czy oficjalnych dokumentów. Uważa się je za przejawy brudnej manipulacji słowami, 
mającej na celu manipulowanie świadomością słuchaczy lub czytelników. Tymczasem 
wymienionymi wyżej „chwytami” posługują się nie tylko wszyscy autorzy tekstów 
propagandowych i reklamowych, ale w ogóle wszyscy normalni ludzie (nawet dzieci), jeżeli chcą 
kogoś do czegoś przekonać. Przypuszczam, że także w tej książce nie mogłem się bez nich obejść. 
Zdarza się dość często, że ludzie potępiający użycie „chwytów” perswazyjnych przez swoich 
przeciwników sami je stosują w życiu prywatnym i publicznym. Mam prawo przypuszczać, że na 
ogół robią to, nie uświadamiając sobie rozbieżności między swoimi słowami a postępowaniem. 
Użycie bowiem perswazyjnych środków językowych przez ludzi, z którymi się w danej sprawie nie 
zgadzamy, razi nas jak nieczysty chwyt. Użycia tych samych środków przez nas samych albo przez 
naszych przyjaciół na ogół nie spostrzegamy. 

background image

Na przykład z ostrą krytyką różnych autorów (w tym także językoznawców) spotkał się język 
propagandy z lat siedemdziesiątych. Chętnie i często nawiązując do G. Orwella, nazywano go 
„nowomową”. Jedną z potępianych charakterystycznych cech tego języka miałoby być użycie 
wyrazów wartościujących, tzn. nie tylko nazywających jakiś element rzeczywistości, ale też 
narzucających jego ocenę. Jak na ironię wyśmienitym przykładem wyrazów tego typu jest właśnie 
rzeczownik „nowomowa”, który przecież nie tylko nazywa pewną odmianę stylistyczną języka, ale 
także wyraża negatywny stosunek do niej. Kto więc nazywa język propagandy nowomową, sam się 
posługuje piętnowanymi przez siebie chwytami perswazyjnymi. Trudno ten paradoks wyjaśnić 
inaczej jak tylko tym, że ludzie nie odczuwają perswazyjności („charakteru manipulatorskiego)) 
środków językowych użytych przez nich samych lub przez ich przyjaciół. 
Podobnie, jeżeli pewna pani mówi mi: „Powiedziałam mu może trochę podniesionym głosem, żeby 
wyszedł”, a pan, do którego były te słowa skierowane, opisuje to samo zdanie słowami: 
„Wrzeszczała, żebym się natychmiast wynosił”, to rozbieżność relacji pani i pana kładę raczej na 
karb braku wrażliwości na własne środki perswazyjne i nadwrażliwości na środki przeciwnika. 
Żadnej ze stron nie podejrzewam o świadome, perfidne wprowadzenie mnie w błąd. I pani, i pan są 
głęboko przekonani, że mówią prawdę. Wierzę i jej, i jemu, bo odcedziwszy subiektywne 
zabarwienie obu relacji, znajduję w nich te same fakty. Sprawa wyglądałaby inaczej dopiero wtedy, 
kiedy pani by twierdziła, że kazała panu wyjść, a pan utrzymywałby, że kazała mu zostać. A 
zresztą, nawet w takim wypadku nie dawałbym głowy, że jedno z nich kłamie z premedytacją. 
Z dotychczasowych rozważań wynika taki morał: nie oskarżajmy pochopnie ludzi, z którymi się 
spotykamy i ich wypowiedzi o stronniczość. Jeżeli nas ona razi, to najczęściej jest to tylko sygnał, 
że ludzie ci patrzą na świat inaczej niż my i inaczej niż my go oceniają. Na obcowanie ze 
stronniczymi wypowiedziami tak w życiu prywatnym, jak i publicznym jesteśmy po prostu skazani. 
Tak samo zresztą inni ludzie są skazani na stronniczość naszych wypowiedzi. Jedyne wyjście, jakie 
mamy, to nauczyć się z nią żyć, tzn.  umieć pod warstwą emocji i oceny znaleźć gołe fakty. Nie 
porozumiemy się z nikim myślącym inaczej niż my, jeśli - nie próbując dotrzeć do faktów - na jego 
emocje i oceny odpowiemy naszymi emocjami i ocenami. 

Prawda jako zgodność z obiektywnym, materialnym stanem rzeczy jest zapewne jedna, ale faktem 
jest również subiektywna prawda naszych uczuć, często zniekształcających obraz owego stanu 
rzeczy. Można ją nazwać prawdą psychologiczną, Ponadto obcując z literaturą, a zwłaszcza z 
poezją, stykamy się z rzeczywistością, która się wymyka weryfikacji za pomocą kryteriów 
zgodności z obiektywnym, materialnym stanem rzeczy. Już jako dzieci poznaliśmy w bajkach 
zwierzęta przemawiające ludzkim głosem. Uczono nas podziwu dla „Ody do młodości”, „Pana 
Tadeusza”, „Wesela”. Potem sami odkryliśmy urok groteskowej rzeczywistości utworów 
Witkacego, Gombrowicza i Mrożka. W ten sposób nauczyliśmy się obcować z prawdą innego 
wymiaru, którą się nazywa prawdą artystyczną. 
Na ogół nie razi nas prawda psychologiczna wyznań miłosnych ani prawda artystyczna dobrej 
literatury, choćby się one w oczywisty sposób kłóciły z tym, co wiemy skądinąd o obiektywnej 
rzeczywistości. Nie zawsze natomiast uświadamiamy sobie dostatecznie wyraźnie, że elementy 
prawdy psychologicznej i artystycznej dochodzą do głosu także w potocznych i publicznych 
tekstach mających obiektywnie odwzorowywać rzeczywistość. 
Czy to znaczy, że kłamstwo świadome, spowodowane chęcią wprowadzenia w błąd słuchacza lub 
czytelnika nie istnieje? Nie! Oczywiście spotykamy ludzi, którzy bez mrugnięcia okiem na czarne 
mówią białe, nie brak też tekstów skłamanych od początku do końca, zdarza się to jednak znacznie 
rzadziej, niż się sądzi. 
Ludzie są nieufni wobec tekstów, które przedstawiają i oceniają rzeczywistość nie po ich myśli 
albo niezgodnie z ich doświadczeniem. Dzięki temu nie dają się łatwo wyprowadzić w pole. I 
dlatego chyba częściej oszukują się sami, niż zostają oszukani przez innych. Po pierwsze - jak 

background image

mówi przysłowie - co człowiek rad słyszy, temu łacno wierzy. Po drugie - często słyszy to, co chce 
usłyszeć, a nie to, co rzeczywiście zostało powiedziane. 
Jeżeli kogoś nie lubimy albo drażni nas treść czyjegoś wystąpienia, wychwycimy wszystkie jego 
potknięcia logiczne, faktograficzne lub językowe.  I te potknięcia (czasem rzeczywiste, czasem 
tylko przez nas imputowane) pozwolą zdyskwalifikować mówcę i jego całą wypowiedź. Odwrotnie 
ma się rzecz z kimś, kogo lubimy, albo z wypowiedzią popierającą nasz punkt widzenia. Kiedy 
mówię studentom, że bardzo mało wiedzą, nie czytają, nie przygotowują się do zajęć, nie zasługują 
na zaliczenie itd. i w długą perorę wplączę jedno zdanie, że nie brak im inteligencji, niezmiennie 
się potem przekonuję, że do ich świadomości doszło tylko to jedno zdanie. Tak działa wspomniany 
już mechanizm samooszukiwania się słuchaczy. 
Teksty informują nie tylko o rzeczywistości, do której się odnoszą, ale także o swoich autorach. 
Dotyczy to zwłaszcza tekstów mówionych. Mówca zdradza się czasem ze swoim pochodzeniem, 
stanem psychicznym, brakiem wykształcenia czy niedostateczną znajomością kulturalnej 
polszczyzny ogólnej. Z wypowiedzi poszczególnych ludzi można też czasem wnioskować o ich 
osobowości. 
Skłonność do częstego używania takich wyrazów, jak „konieczność”, „nakaz”, „bezwzględna 
potrzeba”, „absolutnie”, „bezwarunkowo”, „bezsprzecznie”, „niewątpliwie”, „całkowicie”, 
„ostatecznie”, „definitywnie”, „jednoznacznie”, „powinien”, „należy” (coś zrobić), „musieć” 
świadczy o autorytarnej osobowości mówiącego i jego dogmatycznym sposobie myślenia: taki 
sposób myślenia towarzyszy czasem twórczej i zaangażowanej postawie wobec rzeczywistości. 
Odwrotnie, skłonność do częstego użycia wyrazów, wyrażeń i zwrotów typu „jakiś”, „częściowo”, 
„przynajmniej”, „w pewnym stopniu”, „w jakimś sensie”, „jak się wydaje”, „pozwalam sobie”, 
„proszę mi wybaczyć” itd. zdradza brak pewności siebie i „antydogmatyczność” autora. (Tak na 
podstawie własnych badań twierdzi psycholingwista Suitbert Ertel). W skłonności zaś do częstego 
używania form zaimkowych „ja”, „mnie”, „mną”, „o mnie”, „mój” oraz do formułowania zdań w 
pierwszej osobie liczby pojedynczej („przyjechałem”, „zobaczyłem”, „obiecałem)) przejawia się 
egotyzm mówiącego. 
Dobrze wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Nie postąpilibyśmy jednak rozsądnie, gdybyśmy 
domyślając się osobowości mówcy, doszli do wniosku: „To jest dogmatyk, to jest człowiek małej 
wiary, to jest egotysta; nie chcę mieć z nimi nic wspólnego”. Skrajnym egotystą - jak świadczy 
analiza jego przemówień - był m.in. de Gaulle. 
„Funkcja oddziaływania jest jedną z pierwotnych, najważniejszych funkcji mowy ludzkiej. 
Człowiek mówi po to, aby oddziaływać, jeśli nie bezpośrednio na zachowanie się, to na myśli i 
uczucia, na świadomość innych”. Tak napisał w swoich „Podstawach psychologii ogólnej” S. L. 
Rubinsztejn.  Podobne stanowisko znalazło już wyraz w tym rozdziale: na każdym kroku stykamy 
się z tekstami, które wytworzone zostały po to, by oddziałać bądź na nasze zachowanie się, bądź na 
naszą świadomość, bądź i na to, i na to. 
Nie należy jednak z tego powodu wpadać w panikę i zatykać sobie uszy, kiedy ktoś zacznie do nas 
mówić w ten sposób, tzn. nie należy postępować podobnie jak kawaler, który unika kobiet, bo mu 
się wydaje, że każda z nich czyha na to, by go zaciągnąć do ołtarza. Porównanie to nie jest zresztą 
trafne, bo bez kobiet obyć się łatwiej niż bez tekstów innych ludzi. Skoro więc jesteśmy skazani na 
obcowanie z tekstami, których większość powstaje po to, aby wpłynąć także na nas, wypada się 
nauczyć tak ich słuchać, żeby jak najwięcej skorzystać, a zachować niezależność własnego 
myślenia. 
Aby opanować umiejętność krytycznego słuchania, moim zdaniem należy: 
* słuchać co najmniej równie uważnie do końca ludzi, których lubimy, i wypowiedzi, z którymi się 

zgadzamy, co ludzi, których nie lubimy, i wypowiedzi, z którymi się nie zgadzamy; 

background image

* zwracać uwagę na to, kto na dany temat mówi, w czyim imieniu i jaki ma w tym interes; 

stwierdzenie stronniczości nie może być jednak równoznaczne z odrzuceniem wypowiedzi, bo 
stronniczość jest normalną cechą większości tekstów; trzeba tylko zdawać sobie sprawę z jej 
istnienia i kierunku; 

* w sprawach spornych wysłuchać racji różnych stron, zanim się zajmie i wyrazi własne 

stanowisko; 

* słuchając wypowiedzi zarówno popierających, jak i atakujących nasz punkt widzenia, pod 

powłoką środków perswazyjnych dostrzegać znaczenie przedmiotowe (tzn. rozumieć, że zdanie 
„bachor się drze” znaczy „dziecko płacze” plus „ja tego bardzo nie lubię)); 

* sprawdzać sens abstrakcyjnych uogólnień, tłumacząc je na język konkretów i przykładów. 
 
Zgoda, że są to wymagania dość wygórowane, ale nie ma cienia przesady w tym, że skutecznie 
słuchać jest co najmniej tak trudno, jak skutecznie mówić. 

 
 
 
 

Rytuał i sens 

obradowania 

 
 
 
 
„Sejmowali tak przez całą zimę z wielkim kosztem, z wielkim hałasem, a po staremu nic dobrego 
nie wysejmowali.” 

 
 

Jan Chryzostom 

Pasek 

 
 
 
 
„Dyskusyje publicznej sprawie nie zaszkodzą.” 

 
 

Adam Mickiewicz 

 
 
 
 
„Gdzie bez czynu sama rada,@ Biada radźcom, dziełu biada!) 

 

background image

 

Aleksander Fredro 

 
 
 
 
Spotkania, zebrania, posiedzenia, narady, konferencje, sympozja, zjazdy, kongresy - to jeden z 
głównych przedmiotów zainteresowania gazet, a także dzienników radiowych i telewizyjnych. 
Gdybyśmy na podstawie lektury wiadomości prasowych chcieli się zorientować, jak ludzie 
spędzają czas, doszlibyśmy zapewne do wniosku, że najczęściej obradują. 
Z własnego doświadczenia i obserwacji wiemy, że taki wniosek byłby przesadny, bo jednak 
najwięcej społecznego czasu zajmuje praca produkcyjna, a konferencje różnego typu - choć czasem 
sprzyjają wzrostowi produkcji - nie owocują przecież bezpośrednio dobrami materialnymi, nawet 
jeśli się je nazwie produkcyjnymi, roboczymi i owocnymi. Liczba ludzi, którzy uczestniczą w 
spotkaniach, zebraniach, naradach itd. dwa, trzy razy w roku jest wielokrotnie większa niż liczba 
tych, którym dwie lub trzy konferencje wypadają w jednym dniu. Trudno byłoby jednak znaleźć 
dziś dorosłego Polaka, który ani razu w swoim życiu nie był na żadnym zebraniu. 
W udziale w różnych zebraniach, naradach i zjazdach przejawia się uczestnictwo obywateli w 
życiu społecznym i politycznym, a więc także we współrządzeniu krajem. Bez powszechnego 
obradowania nie może istnieć demokracja, co oczywiście nie znaczy, że im więcej zebrań, tym 
więcej demokracji. Wszelkie bowiem zorganizowane zgromadzenia ludzi różnią się nie tylko liczbą 
uczestników (w spotkaniu bierze udział zwykle kilka osób, w kongresie - kilkaset), ale także 
stopniem ich równoprawności. Inny charakter ma zebranie, którego każdy uczestnik współdecyduje 
o porządku dziennym czy wyborze przewodniczącego, bierze udział w głosowaniach i 
przynajmniej teoretycznie może się wypowiedzieć we wszystkich sprawach merytorycznych i 
formalnych, inny - odprawa, charakteryzująca się przejrzystą, hierarchiczną zależnością, między 
kierownictwem a uczestnikami, których jedynym prawem jest prawo zadawania pytań w 
określonym czasie. 
Większość zebrań odbywa się zgodnie z ogólnym rytualnym protokołem.  Przewiduje on wybór 
przewodniczącego, często także komisji roboczych, zatwierdzenie porządku dziennego, przyjęcie 
protokołu z poprzedniego zebrania, przestrzeganie ogólnych zasad głosowania (czasem jawnego, 
czasem tajnego) i kolejności zabierania głosu. Cała procedura obradowania, oparta częściowo na 
zwyczaju, częściowo na regulaminach, nie mieści się jednak w ramach tej książki, poświęconej 
używaniu języka. 
Zebranie zasługuje na to, by uznać je za owocne, jeżeli doprowadziło do podjęcia ważnych i 
społecznie korzystnych decyzji, zgodnych z przekonaniem znacznej większości uczestników. 
Rzadko, bo tylko przypadkowo, udaje się to osiągnąć bez odpowiedniego przygotowania. Równie 
rzadko i przypadkowo uczestnik zebrania opuszcza je zadowolony (pomińmy tu zadowolenie 
związane z uczuciem ulgi, że się już nasiadówka skończyła), jeżeli się uprzednio do niego nie 
przygotował. 
Dobry zwyczaj każe organizatorom zebrania zawiadomić wszystkich potencjalnych jego 
uczestników, jakie sprawy zamierza się na nim omawiać.  Najczęściej pisemne zaproszenie na 
zebranie informuje nie tylko o tym, kiedy i gdzie będzie się ono odbywało, ale także przynosi 
planowany porządek dzienny. Im bardziej jest on szczegółowy i konkretny, tym większe 
prawdopodobieństwo, że się zebranie uda. Cóż bowiem komu przyjdzie z następującego porządku 
dziennego: 

background image

1.  Zagajenie prezesa 
2.  Wybór przewodniczącego zebrania 
3.  Odczytanie i przyjęcie protokołu z poprzedniego zebrania 
4.  Wystąpienie przedstawiciela zarządu 
5.  Dyskusja 
6.  Sprawy bieżące (referuje sekretarz) 
7.  Dyskusja 
8.  Wolne wnioski 
 
Czytając taki porządek dzienny, potencjalny uczestnik zebrania może dojść do wniosku, że albo 
organizatorom chodzi tylko o to, by regulaminowi stało się zadość („chcą tylko odfajkować, że się 
zebranie odbyło)), albo też przeprowadzić przez zaskoczenie uchwałę w jakiejś kontrowersyjnej 
sprawie („chcą pewnie coś przepchać albo zaklepać i boją się, że im nie wyjdzie)). Tak więc 
organizatorzy zebrania, którzy wysyłają niekonkretną propozycję porządku dziennego, narażają się 
na zarzut pustego formalizmu lub manipulacji. W rzeczywistości ogólnikowe sformułowania 
wynikają najczęściej z pospolitego lenistwa. Osobie wysyłającej zaproszenia nie chciało się 
sprawdzić, kto będzie reprezentował zarząd ani ustalić z sekretarzem, które ze „spraw bieżących” 
uważa za najważniejsze. Po otrzymaniu tak sformułowanej propozycji porządku dziennego 
uczestnikom zebrania nie pozostaje nic innego, jak wystąpić z wnioskiem o podjęcie uchwały 
nakazującej organizatorom, aby w przyszłości podawali w zaproszeniach, jakie sprawy i przez 
kogo będą referowane. 
Cały problem ogólnikowości zapowiadanego porządku dziennego uzna ktoś za mało ważny, skoro i 
tak jest to tylko propozycja wymagająca zaraz na początku zebrania aprobaty obecnych, którzy 
mogą zmienić porządek dzienny i żądać uściślenia jego sformułowań. Nie podzielam tego sądu. 
Organizatorzy zebrania nie postępują uczciwie, jeżeli nie dają wszystkim jego potencjalnym 
uczestnikom szans przygotowania się do dyskusji. 
Przypuśćmy, że zarząd pewnego stowarzyszenia planuje podniesienie składek członkowskich o 100 
procent. Do tego potrzebna jest zgoda kwalifikowanej większości obecnych na walnym zebraniu. 
Sprawę stawia się więc na porządku dziennym. Referuje ją sekretarz. Mówi, że się stowarzyszenie 
znalazło w krytycznej sytuacji finansowej i grozi mu bankructwo. Argumentuje, że wysokość 
składki nie zmieniła się od 10 lat, w tym czasie średnia płaca wzrosła dwukrotnie, a realna wartość 
nabywcza składki spadła do 30 procent w porównaniu ze stanem sprzed 5 lat. Powołuje się na 
opinię wieloletniego skarbnika, który twierdzi, że za jego pamięci, tzn. w ostatnim ćwierćwieczu, 
stowarzyszenie nigdy nie przeżywało takich kłopotów finansowych. Dyrektorzy przedsiębiorstw, z 
których usług stowarzyszenie dawniej korzystało, a teraz musiało je ograniczyć, dziwią się, że się 
toleruje taki stan rzeczy. Brak pieniędzy zmusił stowarzyszenie do rezygnacji z wielu form 
działalności. Doszło już do tego, że czasem nie ma za co wysłać listów do członków 
stowarzyszenia. 

- Widzę tylko jedno wyjście - kontynuuje sekretarz. - Trzeba podnieść wysokość składki 

przynajmniej o 100 procent. Dzięki temu podwoją się nasze roczne wpływy, co umożliwi nie 
tylko utrzymanie dotychczasowych form działalności, ale także realizację wielu nowych 
pomysłów, jak na przykład... Wszystkie - o ile mi wiadomo - stowarzyszenia w ostatnim czasie 
podniosły wydatnie wysokość składki; na przykład... Podwojona składka nie obciąży zbytnio 
kieszeni naszych członków, bo będzie wynosić mniej więcej taki sam odsetek zarobków jak 
przed 10 laty. Kiedy zwiększymy składkę członkowską, będziemy mogli jak dawniej budzić 
powszechny podziw i zazdrość z racji naszej aktywności. Jak dawniej będziecie znów dumni z 
przynależności do naszego stowarzyszenia. Będziecie regularnie otrzymywali nasze 
wydawnictwa i jak przed laty - zwrot kosztów podróży na walne zebrania, a także wszystkie 

background image

statutowe świadczenia. Stawiam wniosek o podwojenie stawki członkowskiej od nowego roku 
kalendarzowego. 

 
W tym miejscu przewodniczący chciałby już przystąpić go głosowania, ale zgodnie z dobrym 
obyczajem pyta: 

- Czy w tej sprawie ktoś chciałby zabrać głos? 
 
Ze środka sali podnosi się zdecydowanie jedna ręka. Po chwili słyszymy replikę: 

- Nie zgadzam się z wnioskiem sekretarza. Porównując stan finansowy stowarzyszenia ze stanem 

sprzed 10 lat, nie wspomniał, że mieliśmy wówczas zaledwie jedną czwartą obecnej liczby 
członków. Wysokość wpływów stowarzyszenia mogłaby więc dziś być 4 razy większa. Zadałem 
sobie trud i sprawdziłem, że jest tylko 2 razy większa, bo znaczna część członków zalega ze 
składkami. Warto też przypomnieć, że przed 10 laty dwaj etatowi pracownicy zarządu robili 
dokładnie to samo, co teraz robi 11 osób.  Personel administracyjny stowarzyszenia zwiększył 
się więc pięciokrotnie, a mimo to nie potrafi wyegzekwować składek. Usłyszeliśmy przed 
chwilą, że przez ostatnie 10 lat średnia płaca wzrosła dwukrotnie, a realna wartość składki 
spadła do 30 procent. Spadek wartości składki to jednak także spadek wartości pieniądza, a więc 
realna płaca wcale nie wzrosła i stanowi zaledwie 60 procent płacy sprzed 10 lat. I oto teraz nam 
się proponuje, żebyśmy płacili dwukrotnie większą składkę otrzymując niższe wynagrodzenie.  
Taka jest prawda! 

 
Pomysł zwiększenia składki trzeba uznać za niefortunny także z tego względu, że wskutek jego 
realizacji bynajmniej nie wzrosną fundusze stowarzyszenia. Zaległości w składkach biorą się 
bowiem także stąd, że części naszych kolegów po prostu nie stać na ich opłacenie. Zwiększenie 
składki spowoduje jeszcze większe zaległości, a jeśli się je zacznie bezwzględnie egzekwować, 
wiele osób zrezygnuje z członkostwa. 
I co wtedy, kolego sekretarzu? Czy za rok znów nam zarząd zaproponuje podwojenie składki? I za 
dwa lata jeszcze raz? I tak dalej, aż stowarzyszenie stopnieje do garstki najmajętniejszych kolegów. 
Chyba nie tędy prowadzi droga do uzdrowienia jego sytuacji finansowej. Wniosek, z jakim 
wystąpił sekretarz, uważam za nieprzemyślany, niesłuszny i szkodliwy. 
Przerwijmy teraz tę relację z dyskusji, by skomentować oba wystąpienia.  Pierwsze (wystąpienie 
sekretarza) stanowi przykład „wypowiedzi za czymś”; nazwijmy ją wypowiedzią |inicjującą. 
Składa się ona z 3 zasadniczych członów. Inicjator zaczyna od |przedstawienia |niepomyślnej 
|sytuacji, odwołując się do danych statystycznych oraz przytaczając opinie miarodajnych osób i 
przykłady dobitnie ilustrujące wagę problemu. Następnie przechodzi do wskazania |sposobów 
|zaradzenia |złu; tu znów jest miejsce na dane liczbowe, przykłady i analogie. W obu członach 
dobry mówca pozwoliłby jeszcze sobie na wprowadzenie do każdego z nich jakichś anegdot z 
życia, ubarwiających całą wypowiedź a jednocześnie ilustrujących bądź to tragizm aktualnej 
sytuacji, bądź też stan przyszłej szczęśliwości. Trzeci człon wypowiedzi inicjującej |wskazuje 
|korzyści, jakie przyniesie przyjęcie propozycji tak całej społeczności (tzn. w naszej dyskusji - 
całemu stowarzyszeniu), jak i poszczególnym jej członkom. Wypowiedź kończy się jasno 
sformułowanym wnioskiem, który może być przedmiotem głosowania. 
Wystąpienie drugie (replika) jest przykładem „wypowiedzi przeciw czemuś”, którą możemy 
nazwać wypowiedzią |kontrującą. Również w niej wyróżniają się 3 ważne człony. Mówca najpierw 
wskazuje, że obraz sytuacji nakreślony przez inicjatora bądź |nie |odpowiada |rzeczywistości, bądź 
|pomija |jej |ważne |elementy. Jeżeli więc inicjator przedstawił sytuację w najczarniejszych 
barwach, oponent stara się dowieść, że jest ona całkiem niezła (zwłaszcza kiedy się uwzględni 
pewne dodatkowe aspekty lub porówna z sytuacją innych).  W naszej dyskusji rzecz się ma trochę 

background image

inaczej. Oponent nie kwestionuje sądu inicjatora, że sytuacja jest zła. Wskazuje tylko inne 
przyczyny: kłopoty finansowe - zdaniem oponenta - wynikają nie ze zbyt niskiej składki, ale z 
niegospodarności i nieudolności zarządu. (Nawiasem mówiąc, oponent ujawnia błąd logiczno-
statystyczny w rozumowaniu sekretarza, ale sam popełnia - świadomie lub nieświadomie - 
analogiczny błąd). 
Drugi człon wypowiedzi oponenta poświęcony jest wykazaniu, że pomysł inicjatora |nie |przyniesie 
|zamierzonych |skutków, a nawet może spowodować |pogorszenie |sytuacji. W innych 
wypowiedziach kontrujących dowodzi się niekiedy, że pomysłu inicjatora nie da się w ogóle 
zrealizować; na przykład podczas pewnej dyskusji wobec wniosku, by zebrać opinie ekspertów za 
pomocą ankiety, wysunięto argument, że „nikt na nią nie odpowie”. Mogłoby się wydawać, że 
omawiane tu oba początkowe człony wypowiedzi kontrującej nie są logicznie spójne: skoro 
bowiem wykazujemy, że inicjator błędnie ocenił sytuację, to tym samym dyskwalifikujemy jego 
wniosek na tej ocenie oparty.  Może się tak czasami zdarzyć. Najczęściej jednak inicjator dowodzi, 
że sytuacja jest bardzo zła, a oponent przekonuje, że jest ona faktycznie całkiem dobra. Nie znaczy 
to przecież, że jest doskonała i nie można jej poprawić. Tylko propozycja inicjatora do ewentualnej 
poprawy się nie przyczyni. 
Trzeci człon wypowiedzi kontrującej odpowiada trzeciemu członowi wypowiedzi inicjującej. Jeżeli 
inicjator wskazywał społeczne i osobiste korzyści, jakie przyniesie jego propozycja, to oponent 
koncentruje się na jej |niepomyślnych |konsekwencjach. Czasem się w ogóle neguje możliwość 
jakichkolwiek korzyści, czasem zwraca tylko uwagę na niepożądane skutki uboczne. W naszej 
dyskusji mamy do czynienia z pierwszą ewentualnością: w podniesieniu składek oponent widzi 
źródło samych nieszczęść. 

Warto zwrócić uwagę, że choć niemal każde zdanie wypowiedzi kontrującej kierowało się przeciw 
propozycji inicjatora, słusznie się ona kończy lapidarnym wnioskiem, który nie pozostawia cienia 
wątpliwości co do stanowiska oponenta. Jest to ogromnie ważne dla dyskusji, której celem jest 
podjęcie zespołowej decyzji (o to zwykle chodzi na posiedzeniach organizacji społeczno-
politycznych, kolegiów, zarządów, rad i wszelkich ciał przedstawicielskich), a nie tylko nie 
zobowiązująca do niczego wymiana opinii i argumentów (jak to najczęściej bywa na posiedzeniach 
naukowych i hobbystycznych). 

Wróćmy do naszego zebrania. Można sobie wyobrazić, że już w trakcie wystąpienia oponenta 
nastrój w sali całkowicie się zmienił. Jeżeli nawet wypowiedź inicjatora przyjęto bez entuzjazmu, 
to większość obecnych gotowa była się zgodzić z jego wnioskiem w poczuciu smutnej 
konieczności. Replika oponenta zmusiła nagle wszystkich do myślenia i oceny argumentów obu 
stron.  Nic więc dziwnego, że przez chwilę nikt się nie spieszy z deklaracją swego stanowiska, ale 
wkrótce wstępują w szranki dyskusji |stronnicy inicjatora lub oponenta. 
W pewnym momencie dochodzą do głosu ludzie, którzy chcieliby uzyskać dodatkowe informacje 
lub poznać opinie innych, a zwłaszcza osób cieszących się szczególnym szacunkiem i zaufaniem. 
Można ich nazwać |poszukiwaczami |informacji |i |opinii. Ich wystąpienia ograniczają się do pytań: 

- O ile została podniesiona składka przed 10 laty? 
- O ile wzrosły składki innych stowarzyszeń? 
- Ile osób zalega ze składkami? Czy są to osoby rzeczywiście gorzej sytuowane? 
- Co myślą koledzy emeryci i renciści o podniesieniu składki? 
- Czy zdaniem zarządu można zmniejszyć personel administracyjny stowarzyszenia? 
 
Pytania mogą się ciągnąć długo. Z każdą chwilą jednak coraz wyraźniej się krystalizują stanowiska 
wobec wniosku inicjatora. Pytania nie są bowiem bezstronne. Kierują uwagę uczestników zebrania 
na fakty pomyślne dla jednej strony sporu, a niepomyślne dla drugiej. Krystalizacji stanowisk 
sprzyjają jeszcze w większym stopniu odpowiedzi udzielane przez osoby, które nazwiemy 

background image

|dostawcami |informacji |i |opinii. Pomagają im ci, którzy odpowiedzi prostują, uściślają lub 
uzupełniają. 
Etap pytań i odpowiedzi jest w większości dyskusji bardzo ważny i pożyteczny. Rozładowuje 
emocje i pozwala uczestnikom przemyśleć argumenty obu stron. Niekiedy zastępuje właściwą 
dyskusję i prowadzi do głosowania. 
Inaczej przebiega nasze zebranie, bo dochodzi do głosu człowiek, który odegra rolę |agresora. 
Natychmiast przechodzi do ataku. 

- Kiedy słuchałem wystąpienia kolegi sekretarza, nie wiedziałem, co bardziej podziwiać: jego 

hipokryzję czy tupet. Któż to bowiem przybiera pozę działacza tak zatroskanego o losy naszego 
stowarzyszenia? Człowiek, który dla tego stowarzyszenia nigdy nie ma czasu i swoją funkcję 
sprowadził do bezmyślnego podpisywania papierków przygotowanych przez niemiłosiernie 
rozdętą administrację. Oczywisty dla każdego bezstronnego obserwatora upadek stowarzyszenia 
to przecież głównie jego dzieło. Pustki w kasie nie wzięły się z niczego, ale spowodowała je 
niegospodarność itd., itd. 

 
Całe wystąpienie agresora charakteryzuje się mnogością emocjonalnie nacechowanych epitetów i 
gołosłownością ciężkich zarzutów wobec osoby sekretarza, które nie mają bezpośredniego związku 
z przedmiotem sporu. Z tego względu agresor nie kończy swego wystąpienia żadnym wnioskiem.  
Słuchacze mogą się tylko domyślać, że atak na inicjatora należy zrozumieć jako opowiedzenie się 
przeciw jego propozycji. 

Na naszym zebraniu agresor zaatakował inicjatora, ale oczywiście przedmiotem agresji równie 
dobrze mógłby być oponent. Nie można również wykluczyć udziału dwóch, a nawet większej 
liczby agresorów atakujących bądź inicjatora, bądź oponenta, bądź któregoś z dostawców 
informacji i opinii. 

Wystąpienie każdego agresora prowokuje niemal nieuchronnie wystąpienie |obrońcy. Jest bowiem 
rzeczą mało prawdopodobną, by wśród uczestników zebrania nie znalazł się ani jeden przyjaciel 
atakowanego, nie zareagował oburzeniem na personalne ataki i nie poczuł się do obowiązku ich 
odparcia.  Biada zebraniu, jeśli zamiast obrońcy wystąpi kolejny agresor z personalnym atakiem na 
agresora pierwotnego. Grozi to skierowaniem całej dyskusji na manowce insynuacji i oskarżeń. 
Starcie obrońcy z agresorem stwarza przez zepchnięcie propozycji inicjatora na drugi plan - 
dogodną okazję do wystąpień ludziom, którzy zechcą przy ogólnym zamieszaniu upiec własną 
pieczeń. Typowymi ich okazami są |złotousty i |poszukiwacz |uznania. Złotousty mówi długo i tak 
pięknie, że się nie ośmielę oddać jego wystąpienia własnymi słowami, streścić nie potrafię, bo w 
gruncie rzeczy byłem tak jak wszyscy zbyt urzeczony kunsztem oratorskim, żeby się zastanawiać 
nad czymś tak przyziemnym, jak sens wypowiedzi. 
Rolę poszukiwacza uznania natomiast odegrał na naszym zebraniu człowiek, który przed laty pełnił 
w stowarzyszeniu funkcję sekretarza. 

- Dobrze pamiętam - zaczął nostalgicznie - jak przed dziesięciu laty jeden z członków zarządu - 

celowo pominę jego nazwisko, bo nie widzę go w tej sali, a przestrzegam zasady, by nie mówić 
źle o nieobecnych - zaproponował podniesienie składki o 100 procent. Domagał się, by decyzję 
w tej sprawie podjął zarząd, a potem się ją zaklepie na walnym zebraniu.  Pomysł bardzo się 
spodobał większości członków zarządu i pewnie by został zrealizowany, gdyby nie mój 
zdecydowany sprzeciw. Nawiasem mówiąc, naraziłem się wtedy niektórym z naszych kolegów, 
że do dziś odczuwam tego skutki. Ale nie żałuję swojej ówczesnej stanowczości, bo mam czyste 
sumienie i mogę każdemu spojrzeć w oczy... 

 

background image

Poszukiwacz uznania z reguły sięga w przeszłość, żeby wydobyć z niej własne zasługi. Jego 
wypowiedź ułatwia zabranie głosu stowarzyszeniowemu |erudycie. Ten wie i pamięta wszystko. W 
małym palcu ma statut stowarzyszenia, różne regulaminy i ogólne przepisy prawne, doskonale się 
orientuje w sprawach innych stowarzyszeń w kraju i za granicą, a także w zmianach cen i płac. 
Przed nim nie ukryje się żaden błąd w rozumowaniu dyskutantów ani żadne naciągnięcie 
argumentu przez którąkolwiek ze stron.  Nic więc dziwnego, że znaczną część jego wypowiedzi 
zajmuje prostowanie pomyłek przedmówców. Erudyta mimo wszystkich swoich zalet ma 
przynajmniej jedną słabość: brak mu nerwu polemicznego i z przytaczanej masy faktów i danych 
nie umie wyprowadzić jednoznacznej konkluzji. Nie opowie się też po żadnej stronie sporu. 
Większość uczestników zebrania, znudzona długą wypowiedzią erudyty, wita z ulgą jej 
zakończenie i z rozbawionym zainteresowaniem kieruje wzrok ku następnemu dyskutantowi. 
Wystąpi on w charakterze |wesołka. 
Wesołek jest osobą znaną i lubianą. Na sam jego widok ludzie się uśmiechają, bo pamiętają z 
innych zebrań jego zgrywy i dowcipy. Kiedy jednak zabiera głos, część słuchaczy zgrzyta zębami 
ze złości. Tak reagują wszystkie osoby szczerze zaangażowane w dyskusję. Wiedzą z 
doświadczenia, że wystąpienie wesołka to stracony czas dla spraw merytorycznych. Wesołek nie 
musi się wysilać, aby wywołać huragany śmiechu. Wystarczy, że powie: 

- Składka za mała, składka za duża, a cóż to za problem? Proszę państwa, żebyśmy tylko zdrowi 

byli! 

 
Albo: 

- Ja mam taki wniosek: niech jedni płacą mniejszą składkę, inni - większą. Ale kto zapłaci mniejszą 

składkę, nie będzie miał prawa siedzieć na całym zebraniu. 

 
Albo: 

- Trzeba zorganizować robotę propagandową wśród tych, co zalegają ze składkami. Ja już mam 

tekst hasła na ulotkę: „Kto płaci składki, jest piękny i gładki”. Można też dać mocniejsze hasło 
dla opornych: „Płać składki, bo pójdziesz za kratki”. 

 
Wesołek siada zadowolony z siebie, bo ludzie się śmieją, więc dopiął swego i teraz już z czystym 
sumieniem może się oddać flirtowi z sąsiadką.  Niektóre osoby jednak nie podzielają jego 
zadowolenia. W ich imieniu występuje |przyspieszacz, który mówi: 

- Koleżanki i koledzy, już przeszło godzinę dyskutujemy sprawę składek.  
Przed nami jeszcze dużo punktów porządku dziennego, a przecież każdy ma dom albo jakieś inne 
obowiązki i chyba nikt by nie chciał siedzieć na zebraniu do północy. Proponuję, żeby się skracać i 
zwiększyć tempo obrad. 
Ta uwaga przyspieszacza trafia większości do przekonania do tego stopnia, że się nawet może 
spotkać z oklaskami. Nie należy jednak wyciągać z nich wniosków, że zaowocuje rzeczywistym 
skróceniem obrad. Od meritum dyskutowanej propozycji bowiem odciąga uwagę obecnych kolejny 
mówca, którego nazwiemy |upominaczem |o |rzeczy |mało |ważne. Płaczliwym głosem prosi on na 
przykład, aby w uzasadnionych przypadkach dopuścić spłacenie składkowych zaległości w ratach. 
Reakcją na wypowiedzi tego typu będzie zapewne wystąpienie |naprowadzacza |na |temat. To 
energiczny człowiek, który mówi z nutą zniecierpliwienia: 

- Proszę państwa, chciałem przypomnieć, że nie omawiamy teraz ani zaległości w płaceniu składek, 

ani sposobów ich ściągania. Nie oceniamy też działalności ani obecnego,ani poprzedniego 
zarządu i nie rozważamy sprawy, czy składki lepiej płacić rano czy wieczorem. Przedmiotem 

background image

dyskusji jest propozycja sekretarza, aby podwoić wysokość składki. Proszę więc nie odbiegać od 
tego tematu. Wszystkie inne sprawy można poruszyć w wolnych wnioskach. 

 
Oczywiście w roli naprowadzacza na temat może, a nawet powinien wystąpić przewodniczący 
zebrania. Jeśli zaniedba ten obowiązek i ograniczy się do udzielania głosu, zastąpi go ktoś z sali. Po 
upomnieniu, żeby dyskutanci nie odbiegali od tematu, zazwyczaj okazuje się, że nikt już nie ma nic 
do powiedzenia. Wtedy przychodzi pora na |wnioskowacza, który tym razem nie ma wiele do 
powiedzenia. 

- Widać, że dyskusja wygasa, więc stawiam wniosek, byśmy przystąpili do głosowania. 
 
Natychmiast zgłasza się milczący do tej pory uczestnik zebrania, który cały czas skrzętnie notował 
wszystkie wypowiedzi. Można go nazwać |zapisywaczem. 

- W sprawie wysokości składek - mówi - zgłoszono właściwie tylko jeden wniosek. Był to wniosek 

sekretarza - cytuję - „o podwojenie składki członkowskiej od nowego roku kalendarzowego”. 

 
Po tych słowach w sali podnosi się gwar, aż przewodniczący musi prosić o spokój i ciszę. To 
oponenci wyrażają swoje nieukontentowanie, dając do zrozumienia, że są zdecydowani głosować 
przeciw wnioskowi. Wydaje się rzeczą mało prawdopodobną, by mógł on przejść zdecydowaną 
większością głosów. Wtedy oferuje swoje usługi |kompromisowiec. 

- Koleżanki i koledzy, nie dziwi mnie wasza reakcja na wniosek sekretarza. Nikomu z nas się nie 

przelewa, ale powinniśmy też wejść w położenie zarządu. Przyczyny jego kłopotów 
finansowych są bowiem takie same, jak przyczyny naszych kłopotów. Dlatego zgadzam się, że 
składka musi być zwiększona, choć się nie mogę zgodzić na jej podwojenie. Proponuję, byśmy 
się porozumieli krakowskim targiem i stawiam wniosek o podniesienie składki od nowego roku 
o 50 procent. 

 
Gdyby ten kompromisowy wniosek był zgłoszony godzinę wcześniej, zapewne by się spotkał z 
repliką jakiegoś oponenta, atakiem agresora, znaleźliby się również nowi poszukiwacze i dostawcy 
informacji i opinii. Teraz jednak większość uczestników zebrania odczuwa znużenie. Wytrawny 
kompromisowiec wie, kiedy wystąpić. Wprawdzie może się zdarzyć, że sekretarz, jego oponent 
albo któryś z jego zwolenników podejmie rozpaczliwe próby ratowania jednego z dwóch 
radykalnych stanowisk (podwoić stawkę czy pozostawić ją w dotychczasowej wysokości?), ale ich 
wystąpienia są już tylko głosami |obrońców |przegranej |sprawy. Obaj zapewnią, że bez względu na 
wynik głosowania nie zmienią swego przekonania. 
Po nich otwierają się dwie różne możliwości dalszego toku obrad. Jeżeli liczba popierających 
wniosek sekretarza jest mniej więcej równa liczbie osób sprzeciwiających się mu, szanse 
powodzenia ma |odsyłacz |do |komisji.  Zabrawszy głos powie, że sprawa jest zbyt poważna, by ją 
tak pochopnie rozstrzygać. Należałoby raczej powołać specjalną komisję, która rozpatrzy wszystkie 
argumenty, wysonduje opinię członków nieobecnych i odpowiednie sprawozdanie przedstawi na 
następnym walnym zebraniu. Jak ta propozycja chwyci, wszyscy oddychają z ulgą, ale po kilku 
tygodniach lub miesiącach cała sprawa powtarza się według podobnego scenariusza. Rolę 
inicjatora odegra wtedy przewodniczący komisji. 
Na naszym zebraniu zbrakło odsyłacza do komisji. Wystąpił natomiast formalista. Jest to człowiek 
obdarzony doskonałą pamięcią, a do tego wyśmienicie znający statuty i regulaminy. Przez cały 
czas obrad śledzi każdy ich krok i niezwłocznie wytyka spostrzeżone uchybienia. Czasem wyżywa 
się na początku zebrania apelem o niepalenie lub prośbą o otwarcie lub zamknięcie okna. Jego 
interwencje ponad miarę komplikują tok obrad, ale czasem zapobiegają nieprawidłowościom, to 
znów umożliwiają wybrnięcie z kłopotliwych sytuacji. Tym razem jego głos ma inny charakter: 

background image

- Ja w sprawie formalnej. Paragraf 32 punkt 3 Statutu przewiduje, że wszelkie wnioski muszą być 

przegłosowane tajnie, jeżeli za tajnością opowie się przynajmniej 1/3 uczestników walnego 
zebrania. Uważam, że sprawa składek jest na tyle ważna, a do tego kontrowersyjna, by głosować 
tajnie.  Zgłaszam to jako wniosek formalny. 

 
Wniosek przechodzi gładko, niemal jednogłośnie. Część osób nie chce się narazić sekretarzowi, 
część - jego oponentom, więc większość z zadowoleniem opowiada się za tajnym głosowaniem. Na 
takie okazje tylko czeka |organizator |zaradny, który proponuje: 

- Mogę przygotować kartki do głosowania. 
 
Uzyskawszy zgodę, znika, a po krótkiej chwili już jest z powrotem, z kartkami. Ledwie zdołano 
wybrać komisję skrutacyjną. Zgodnie z dobrym obyczajem najpierw poddaje się pod głosowanie 
wniosek inicjatora jako najdalej idący, potem wniosek kompromisowca. I wreszcie można już 
przejść do następnego punktu porządku dziennego. 
W przedstawionym opisie walnego zebrania znalazło się 21 różnych typowych ról, nie licząc 
przewodniczącego i członków komisji skrutacyjnej.  Oczywiście nie na każdym zebraniu wszystkie 
role zostają obsadzone, czasem niektórzy dyskutanci występują w różnych rolach, ale też się 
zdarza, że niektóre role odgrywa po kilka osób. W szczególności może wystąpić kilku, a nawet 
kilkunastu stronników oraz poszukiwaczy i dostawców informacji lub opinii. 
Jeżeli przyjmiemy, że celem dyskusji na zebraniu jest doprowadzenie do podjęcia kolektywnej 
decyzji, optymalnej z punktu widzenia interesu społecznego, a jednocześnie akceptowanej przez 
możliwie dużą liczbę osób zainteresowanych, będziemy mogli sformułować kryteria oceny 
poszczególnych ról. Za rolę pozytywną uznamy tę, która sprzyja sprawnemu osiągnięciu celu 
dyskusji, za rolę negatywną taką, która utrudnia lub uniemożliwia jego osiągnięcie. 
W świetle tego kryterium bezwzględnie |pozytywne okazują się role:  
inicjatora, oponenta i ich stronników, poszukiwaczy i dostawców informacji lub opinii, a także role 
naprowadzacza na temat, wnioskowacza, zapisywacza, kompromisowca i organizatora zaradnego. 

Za bezwzględnie |negatywne uznamy role: agresora, złotoustego, poszukiwacza uznania, wesołka 
oraz upominacza o rzeczy mało ważne. 
Zależnie natomiast od okoliczności pozytywnymi lub negatywnymi mogą się okazać role: obrońcy, 
erudyty, przyspieszacza, obrońcy przegranej sprawy, odsyłacza do komisji i formalisty. 
Przedstawiona w tym rozdziale typologia uczestników zebrań zapewne nie jest wyczerpująca, a 
wyróżnione w niej typy rzadko występują w rzeczywistości w stanie czystym. Przekonywano mnie 
na przykład, że powinienem dodać pochlebcę-lizusa, którego uważam za odmianę poszukiwacza 
uznania. Zdaję sobie sprawę z tego, że złotoustym bywa agresor, upominacz o rzeczy mało ważne, 
a zwłaszcza obrońca przegranej sprawy. Również podział wyróżnionych ról na pozytywne i 
negatywne może ktoś uznać za powierzchowny i formalistyczny, twierdząc na przykład, że agresor 
występujący w słusznej sprawie spełnia funkcję bezwzględnie pozytywną. 
Nie zamierzam bronić się przed tymi zarzutami. Z całą pewnością w życiu spotyka się pojedyncze 
przypadki, które się nie mieszczą w szufladkach uproszczonej typologii. Sądzę jednak, że 
większość osób zabierających współcześnie głos na zebraniach reprezentuje wyróżnione typy, a 
podana ocena roli każdego z nich jest w większości wypadków sprawiedliwa. Z tego przekonania 
wynika wniosek praktyczny: powstrzymajmy się przed wystąpieniami w charakterze agresora, 
złotoustego. poszukiwacza uznania, wesołka i upominacza o rzeczy mało ważne; zastanówmy się 
dobrze, czy na pewno mamy rację, kiedy kusi nas licho, by wystąpić w roli obrońcy, erudyty, 
przyspieszacza, obrońcy przegranej sprawy, odsyłacza do komisji i formalisty. 

background image

Od opisanego zebrania różnią się znacznie charakterem, celem, a co za tym idzie także przebiegiem 
rozmaite konferencje, których porządek dzienny składa się z dwóch zasadniczych punktów: 

1.  Referat wprowadzający 
2.  Dyskusja 
 
Referat wygłasza zazwyczaj Ważna Osoba, potem się ogłasza przerwę, podczas której można 
składać na kartkach zgłoszenia do dyskusji. Po przerwie zabierają głos kolejni mówcy, w porządku 
odpowiadającym najczęściej kolejności zgłoszeń. Mija kilka godzin i wtedy się okazuje, że brak 
czasu uniemożliwia wystąpienie wszystkim chętnym; ci, którzy nie zdążyli zabrać głosu, proszeni 
są o złożenie swoich wypowiedzi do protokołu. Na koniec albo się dziękuje za szczerą i życzliwą 
dyskusję, albo Ważna Osoba (niekiedy Jeszcze Ważniejsza Osoba) podsumowuje całość obrad, 
ustosunkowując się do zgłoszonych uwag. 
Konferencje tego typu tym się różnią od poprzednio omówionych zebrań, że w przeciwieństwie do 
nich nie prowadzą do podejmowania wspólnych decyzji, ale służą wymianie informacji i opinii. 
Zazwyczaj Ważna Osoba, reprezentująca kierownictwo, przekazuje jego zamierzenia i ocenę 
sytuacji, a uczestnicy komentują, o ile w świetle ich doświadczeń te zamierzenia są realne a ocena 
słuszna, oraz przedstawiają własne kłopoty i osiągnięcia. Z moich doświadczeń posiedzeniarza 
wynika, że właśnie w tych konferencjach rytuał szczególnie często przeważa nad sensem. 
Znaczna część mówców (moim zdaniem nie mają oni zwykle prawa do miana dyskutantów) 
zabiera głos nie dlatego, że ma coś do powiedzenia, ale dlatego, że „muszą” wystąpić. Na domiar 
złego, niektórzy uważają, że nie tylko „muszą” wystąpić, ale także - z racji zajmowanego 
stanowiska - „muszą” mówić odpowiednio długo. Jeżeli, dajmy na to, wystąpienie kierownika 
trwało 10 minut, to dyrektor nie może się skompromitować wystąpieniem pięciominutowym. 
Wskutek tego obłędnego obyczaju wiele wypowiedzi konferencyjnych wypełnia wata retorycznego 
banału, a ich wartość informacyjna bywa nierzadko odwrotnie proporcjonalna do służbowego 
stanowiska mówcy. 
Zaoszczędzilibyśmy niemało czasu, gdyby się udało uświadomić wszystkim zabierającym głos na 
konferencjach, że już wcześniej zostaliśmy poinformowani m.in. o tym, że: 
* 8 marca obchodzimy Dzień Kobiet, 
* po zimie przychodzi wiosna, 
* Wisła jest królową polskich rzek, 
* po całotygodniowej ciężkiej pracy każdemu się należy godziwy wypoczynek, 
* w sierpniu następuje spiętrzenie prac polowych, 
* troskliwą opieką należy otaczać dzieci i młodzież, 
* przeżywamy szczególnie trudny okres w historii naszego narodu, 
* dokładamy wszelkich wysiłków, aby plan został zrealizowany z nadwyżką. 
 
 
 
 
 

Słowem i gestem 

 
 
 
 

background image

„Panuj słowom@ I gestom swoim, jak wódz szykom@ w 
bitwie.)@ 

 
 

Leopold Staff 

 
 
 
 
„Najtrudniej przekonać tego,@ kto nie chce być przekonanym.@ Obrazić  
łacno, przejednać trudno.@ Dobre słowo lepiej gasi niż wiadro wody.@ Żeby  
nie twa głupia mina, tobyś wyszedł na rabina.@ To kazanie dobre jest, gdy  
je wspiera tęgi gest.)@ 
 
 
z „Nowej księgi 
przysłów polskich” 

 
 
 
 
Kto chce publicznie zabierać głos, powinien się najpierw zdecydować, o co mu właściwie chodzi. 
Czy chce przejść do historii, czy też osiągnąć konkretny cel, zabłysnąć przed władzami czy też 
pozyskać ich poparcie; spodobać się sobie samemu i przyjaciołom czy przekonać obojętnych. 
Dylemat wcale nie jest sztucznie wydumany. Wprawdzie każdy bez wahania zadeklaruje, że chce 
mówić przekonywająco, ale wiele osób postawionych wobec wyboru - pryncypialność czy 
skuteczność - nie zdecyduje się łatwo na jednoznaczną odpowiedź. 
Komunikowanie skutecznie zasadza się z reguły na kompromisie, który rzadko chodzi w parze z 
pryncypialnością. Demonstrowana zaś pryncypialność okazuje się na ogół nieskuteczna wobec 
słuchaczy o odmiennym systemie wartości, chyba że stoi za nią odpowiednio sprawny mechanizm 
przymusu.  Wybór między komunikowaniem skutecznym a pryncypialnym można zresztą 
traktować jako szczególny przypadek ogólniejszej alternatywy: demonstrować wbrew wszystkiemu 
czy robić to, na co dane warunki pozwalają. 

W poprzednim rozdziale omawialiśmy fragment zebrania poświęcony podwojeniu wysokości 
składki członkowskiej. Wniosek w tej sprawie nie miał szans uzyskania większości głosów. Gdyby 
uczestnicy zebrania godzący się z koniecznością podwojenia składki potraktowali sprawę 
bezkompromisowo i pryncypialnie, zapewne by przegrali i wysokość składki by się nie zmieniła.  
Sytuację uratował wniosek o wzrost 50-procentowy. Nie było to oczywiście rozwiązanie jedyne. 
Można było proponować zwiększenie składki o 40% czy 60%, przyjęcie progresji wysokości 
składki w zależności od zarobków itp.  Podobnie, jeśli chcemy bronić idei lub człowieka w gronie 
ich zdecydowanych przeciwników, musimy być przygotowani na to, że największym możliwym 
sukcesem będzie milcząca zgoda słuchaczy na przyznanie owej idei lub człowiekowi choćby 
jednej, nawet drugorzędnej zalety. Pryncypialna apoteoza czegokolwiek albo kogokolwiek w takich 
warunkach najprawdopodobniej nie tylko by była nieskuteczna, ale spowodowałaby replikę 
utwierdzającą wrogie postawy. 

background image

Jeśli chcesz coś od kogoś uzyskać, postaraj się o jego życzliwość. Tej prostej zasady uczymy się 
bardzo wcześnie. Ledwie dziecko zacznie mówić, już wie, że przymilny uśmiech i słowa 
„mamusiu, najlepsza, najdroższa, najśliczniejsza” albo „tato, jak ty się strasznie męczysz” 
skutecznie przygotowują rodziców do przełknięcia nieprzyjemnej wiadomości. A później w miarę 
dojrzewania zmienia się treść i forma naszych wypowiedzi zaskarbiających życzliwość odbiorcy, 
ale ich głębszy sens i funkcja pozostają takie same: „Prześlicznie dziś wyglądasz”, „Masz 
wspaniałe dzieci”, „Odwaliłeś kawał solidnej roboty”, „Nigdy nie widziałem tak pięknych róż”, 
„Znałem twego ojca: był cudownym i mądrym człowiekiem”. 
Nie chodzi tu bynajmniej o prawienie czczych komplementów dla nich samych, choć - nawiasem 
mówiąc - i one są w życiu potrzebne. Nie chodzi tym bardziej o fałszywe demonstrowanie 
rzekomego zachwytu, podziwu lub sympatii. Przeciwnie, życzliwość rozmówcy ułatwia skuteczne 
powiedzenie mu prawdy. Jeżeli się nam nie podoba sukienka na znajomej Pani, która nie jest nam 
obojętna, zapewne lepiej powiedzieć: „Prześlicznie dziś wyglądasz, ale z całą pewnością nie jest to 
zasługa tej sukienki” niż obcesowo: „Potwornie Ci w tej sukni!” 
Bohaterka jednej ze sztuki J. Anouilha osiąga sukces w załatwieniu trudnej sprawy, mówiąc 
każdemu napotkanemu urzędnikowi (począwszy od portiera, który początkowo nie chce jej w 
ogóle dopuścić przed oblicze szefa), że jest piękny. To sam Apollo dał jej tę radę. 
Widziałem kiedyś taką reklamę płaszczy: zdjęcie przedstawia młodego mężczyznę w zniszczonym, 
ale bardzo stylowym trenczu z podniesionym kołnierzem. Tekst brzmiał mniej więcej tak: „Wiemy, 
że twój stary płaszcz, który tyle z tobą przeżył, jest ci tak bliski. Rozumiemy cię bardzo dobrze, bo 
też taki mamy. Ale inni ludzie nie są w stanie nas zrozumieć. A niestety musimy żyć wśród nich. 
Więc może |ze |względu |na |nich warto kupić nowy?” Jest to bardzo dobra reklama, a jednocześnie 
doskonały przykład zastosowania w perswazji zasady pozyskania życzliwości odbiorcy. Jego 
doskonałość polega na tym, że tekst budzi zaufanie adresata pochwałą postawy, którą zamierza 
zmienić. Nadawca wytwarza najpierw, a w każdym razie próbuje wytworzyć w odbiorcy poczucie 
wspólnoty emocjonalnej ze sobą poprzez aprobatę jego upodobań, aby skuteczniej je 
zakwestionować. Reklama, mimo indywidualnego charakteru, trafi do wielu mężczyzn, bo 
sentyment do podniszczonej, ale stylowej odzieży, do ulubionego płaszcza lub kurtki jest wśród 
nich zjawiskiem niemal powszechnym. Jednostronna perswazja bezpośrednia przez krytykę starej 
odzieży, ośmieszenie jej lub zachwalanie nowej okazuje się w takich wypadkach mniej skuteczna. 
Hamuje ją uruchomiony przez emocje mechanizm obronny, który neutralizuje argumenty ludzi 
myślących inaczej niż my, nie rozumiejących nas, mających inne upodobania, a więc ludzi nam 
obcych. Mechanizm ten działa zawsze tym efektywniej, im bliższy jest nam krytykowany 
przedmiot, a także im ostrzejsza i bardziej jednostronna jest krytyka. Ze zdaniem bowiem ludzi, 
którzy z nami nie mają nic wspólnego, nie trzeba się liczyć. 
Doświadczenie uczy nas od dziecka dialektycznego stosunku do ludzi, zwierząt i przedmiotów. 
Tylko w złej literaturze, a nie w rzeczywistości świat zaludniają aniołowie i szatany. Ogień jest 
dobry, bo daje ciepło, ale zły, bo parzy. Woda jest dobra, bo gasi pragnienie, ale zła, kiedy zaleje 
mieszkanie. Kret jest dobry, bo niszczy pędraki, ale zły, bo robi kopce na klombach. Ojciec jest 
dobry, bo utrzymuje rodzinę, ale zły, bo krzyczy na mamę i dzieci. 

Takie dialektyczne widzenie świata wcale nie musi prowadzić ani do indyferentyzmu, ani do 
relatywizmu w ocenie przedmiotów, zdarzeń, ludzi czy idei. Dobre i złe nigdy nie jest wymieszane 
w idealnie równych proporcjach.  A każdą oceną każdego elementu rzeczywistości formułujemy 
przecież w określonych warunkach, ze względu na określony interes określonych ludzi. W 
konkretnej sytuacji i ze względu na konkretny cel wcale nie musimy przeżywać rozterki, uznając 
jedną rzecz za zdecydowanie dobrą lub lepszą - inną za zdecydowanie złą lub gorszą. 
Czy mamy jednak prawo uważać, że wybór dokonany przez nas zostanie automatycznie 
zaaprobowany przez wszystkich, jeśli ich tylko |powiadomimy, że iks jest dobre, a igrek - złe? Tak, 

background image

jeśli nikt z naszych słuchaczy lub czytelników dotychczas nie wiedział w ogóle o istnieniu iksa i 
igreka. 

A jeśli się już z nimi wcześniej zetknęli, to czy wystarczy |nazwać iksa pięknym, mądrym, 
pracowitym, zapobiegliwym i ofiarnym, a igreka - wstrętnym, przebiegłym, ograniczonym, 
chciwym, fanatycznym, by jednego zaczęto uważać za dobrego, a drugiego za złego? Tak, ale tylko 
wtedy, kiedy słuchacze i czytelnicy bezgranicznie nam ufają. 
A czy zdołamy przekonać pozostałych, jeśli im przedstawimy wyłącznie |fakty dobrze świadczące 
o iksie, a źle o igreku? Tak, ale tylko tych spośród nich, którzy nie znają faktów świadczących 
odwrotnie o iksie i igreku, a ponadto i do jednego, i do drugiego mają stosunek obojętny. 
Cóż począć w takim razie z czytelnikami i słuchaczami, którzy nam tak całkowicie nie ufają, iksa 
nie lubią, natomiast igreka lubią, a do tego jeszcze o jednym i o drugim sporo wiedzą? I do nich 
można trafić przekonywającą argumentacją, bo człowiek - to nie komputer, który wprawdzie słucha 
instrukcji, ale się nie poddaje perswazji. Trzeba jednak ludzi traktować poważnie. W przeciwnym 
wypadku ani się obejrzymy, kiedy po swojej stronie będziemy mieli tylko topniejącą garstkę 
bezgranicznie oddanych pretorianów, a cała reszta będzie przyjmowała śmiechem lub wzruszeniem 
ramion nasze najbardziej wyszukane epitety i najstaranniej wyselekcjonowane przez nas 
nieskazitelnie białe informacje o iksie o smoliście czarne - o igreku. 
Poważne traktowanie odbiorców oznacza w tym wypadku liczenie się z tym, że są wśród nich nie 
tylko tacy, którzy gotowi są zaakceptować naszą czarno-białą wersję rzeczywistości, ale i tacy, 
którzy widzą różne barwy świata, a także tacy, którzy pielęgnują swoją uproszczoną biało-czarną 
wizję, będącą dokładną odwrotnością naszej. O pozyskanie pierwszej kategorii odbiorców nie 
trzeba się martwić; znalezienie wspólnego języka z kategorią drugą przynajmniej na początku 
dyskusji wymaga akceptacji barwności świata; kategorii trzeciej trzeba pokazać, że świat jest 
kolorowy, tzn. ani czarno-biały, ani biało-czarny. I nie ma w tym żadnej makiawelicznej 
manipulacji, bo on naprawdę taki jest. 

Gdyby kierowca autobusu utknąwszy na trasie, zwrócił się do pasażerów ze słowami „Wasi 
ojcowie byli złodziejami i sutenerami. Bądźcie tak dobrzy i popchnijcie nasz wspaniały samochód, 
bo nie mogę ruszyć”, powiedzielibyśmy o nim bez namysłu: „Szalony!” A przecież czasem tak 
właśnie wygląda to, co niektórzy nazywają „językiem naszej propagandy”. 
Czy jednak w ogóle potrzebujemy „języka propagandy)? Na to pytanie jest - moim zdaniem - tylko 
jedna stanowcza odpowiedź: Nie, nie potrzebujemy. 
Przez „język propagandy” rozumieć by należało zbiór wyrazów i sposobów łączenia ich w zdania 
dostosowany do tworzenia tekstów propagandowych.  Byłby więc „język propagandy” czymś 
analogicznym do języka naukowego czy też do języka urzędowego (zwanego również 
kancelaryjnym), a więc w gruncie rzeczy byłby jednym z podjęzyków funkcyjnych danego języka 
narodowego. 

Język naukowy i urzędowy, obsługując dwie różne sfery działalności społecznej, muszą się 
dostosować, by sprostać różnym swoistym wymaganiom.  Od języka naukowego oczekujemy 
przede wszystkim obiektywności, ścisłości i jednoznaczności słownictwa (tym wymaganiom czyni 
zadość terminologia naukowa) i logiczności (osiągnięcie jej umożliwiają środki uwydatniające 
rodzaj związków między poszczególnymi sądami). W języku urzędowym na pierwszy plan wybija 
się m.in. potrzeba powagi, podkreślenia, że na względy osobiste (ewentualne znajomości, sympatie 
i antypatie) nie ma co liczyć, i swoistego uzasadnienia (np. przez powoływanie się na określone 
dokumenty) wyrażanych sądów. 

Autorzy tekstów naukowych i urzędowych na ogół się starają nadać im taką formę językową, by 
czytelnik wiedział, z czym ma do czynienia. Weźmy dla przykładu fragmenty dwóch tekstów: 

background image

„Glutynacja w analizowanej próbie da się scharakteryzować za pomocą średniej wartości siły 
glutynacji G, równej stosunkowi wartości siły glutynacyjnej incipitów kolejnych wypowiedzeń do 
ich liczby...” 
„Przedsiębiorstwo Gospodarki Mieszkaniowej w Krakowie zawiadamia, że zgodnie z Uchwałą nr 
23 Rady Ministrów z dnia 27 stycznia 1982 w sprawie...  stawka opłat za centralne ogrzewanie 
lokali mieszkaniowych wynosi 5,507zł za 1 metr kwadratowy powierzchni użytkowej mieszkania 
miesięcznie.  Niniejsze pismo stanowi załącznik...” 
Rzut oka na te teksty wystarcza każdemu Polakowi, by pierwszy uznać za naukowy, a drugi - za 
urzędowy. Użyte w tych tekstach środki językowe nie tylko bowiem zaspokajają potrzebę ścisłości, 
jednoznaczności i logiczności oraz powagi i bezosobowości, ale też wołają do odbiorcy: Uwaga, 
masz do czynienia z tekstem naukowym (albo: urzędowym)! Posłuszny temu wezwaniu, odbiorca 
zajmuje wobec nich należytą postawę, tzn. odnosi się do nich - zgodnie z intencją nadawców - jak 
do tekstu naukowego lub urzędowego, a nie np. literackiego. Skuteczność oddziaływania tych 
tekstów wymaga uświadomienia sobie przez czytelnika ich charakteru. 
Zupełnie inaczej funkcjonuje tekst perswazyjny w ogóle, a propagandowy w szczególności. 
Skuteczność jego oddziaływania nie tylko nie zależy od tego, czy odbiorca wie, że ma do czynienia 
z propagandą, ale nawet czasem czytelnicza świadomość propagandowego charakteru czytanego 
tekstu zmniejsza lub wręcz przekreśla jego perswazyjne działanie. Kiedy w czasie II wojny 
światowej alianci zarzucali wojska niemieckie ulotkami wykazującymi bezsens dalszej walki, 
władze hitlerowskie nie niszczyły ich, ale opatrywały nadrukiem „Uwaga! Wroga propaganda!” 
Tak spreparowana ulotka traciła pierwotną wartość perswazyjną i mogła spełnić funkcję zastrzyku 
uodparniającego na argumenty przeciwnika. 
Weźmy teraz dla przykładu tekst napisany językiem, jaki się krzewi u nas od lat jako „język 
propagandy”: 
„Wpadł mi ostatnio w rękę histeryczny, cuchnący na milę prowokacją i rozpasaną hipokryzją 
elaborat niejakiego pana X, bankruta podejrzanej konduity, handlarza idei już dawno wyrzuconych 
na śmietnik historii, od lat gwałtem, acz bezskutecznie wciąganego przez wiadome koła na 
piedestał rzekomych męczenników. Nie wiadomo, co w tym tzw. „oświadczeniu” bardziej 
„podziwiać”: czy bezczelną arogancję i niebotyczną megalomanię samozwańczego mentora, czy 
jego przewrotność i zgniliznę moralną, czy cynizm w opluwaniu wszystkiego, co każdy uczciwy 
człowiek uważa za najświętsze, czy wreszcie ostateczną degrengoladę umysłową”. 
Niemal każdym swoim słowem tekst ten krzyczy: Jestem propagandą! Tym samym ogranicza 
skuteczność swego oddziaływania. Zwróćmy przy tym uwagę, że jest on prawie całkowicie 
pozbawiony informacji i sterylnie czysty, jeśli chodzi o argumentację racjonalną. Uczciwie 
przyznaję, że nie jest to tekst autentyczny, zbudowałem go jednak z elementów zebranych z 
różnych (także pod względem orientacji politycznej) autentycznych tekstów. 
Bylibyśmy jednak niesprawiedliwi, gdybyśmy mu całkiem odmówili wartości perswazyjnej. 
Zdrowy rozsądek zresztą dyktuje, że gdyby taki język propagandy nie miał zupełnie sensu, nie 
mógłby się wykształcić. Spróbujmy zresztą takim językiem przemawiać do naszych 
bezkrytycznych zwolenników, a przekonamy się, że każde zdanie będzie wzbudzało ich aplauz. Te 
same natomiast słowa skierowane do ludzi nie przekonanych lub przeżywających wątpliwości co 
do tego, czy racja jest po naszej stronie, są nie tylko nieskuteczne, ale nawet mogą nam zaszkodzić. 
Jeśli więc nie wiadomo, kto nas słucha lub czyta, wystrzegajmy się tzw. języka propagandy, który 
w społeczeństwie niejednolitym pod względem przekonań i postaw jest z reguły językiem złej 
propagandy. 

background image

Geneza zmanierowanego języka wielu współczesnych tekstów jest oczywista.  Ich autorzy 
przyzwyczaili się przekonywać już przekonanych i teraz chodzą ze swoim prymitywnym językiem-
wytrychem, zaskoczeni, że nie mogą trafić do ludzkiej świadomości. 
Czytelnicy i słuchacze są nieobliczalni. Z tego, co się dla nich drukuje lub do nich mówi, wybierają 
sobie to, co im sprawia przyjemność albo się im może przydać jako temat do rozmów, jako 
argument potwierdzający ich punkt widzenia czy też jako wskazówka postępowania, a nie to, co 
wedle nadawcy powinni wiedzieć. 
Nieobliczalność czytelników i słuchaczy, tak wyraźna w sferze selekcji informacji, przejawia się w 
jeszcze wyższym stopniu w sferze selekcji |opinii oraz |oceny wydarzeń i ich bohaterów. Odnosi się 
to zwłaszcza do spraw, które odbiorcy uważają za ważne, które nie są im obce i o których mają już 
wyrobioną opinię. Jeżeli się na dodatek ta opinia pokrywa z opinią najbliższego środowiska, z 
którym się człowiek komunikuje na co dzień, propaganda bez interwencji innych czynników 
okazuje się na krótką metę niemal całkowicie bezsilna w lansowaniu wprost opinii odmiennej. W 
takiej sytuacji nawet obiektywnie bardzo mocne argumenty racjonalne i emocjonalne nie tylko nie 
odnoszą zamierzonego skutku, ale nawet mogą wywoływać postawy agresywne wobec 
rzeczywistego lub domniemanego nadawcy. 

Podobne następstwa wśród odbiorców uodpornionych na perswazję wpływem środowiska 
pociągają za sobą wypowiedzi utrzymane w jaskrawo propagandowym stylu, nasycone mocnymi 
epitetami. Chodzi tu o teksty, w których na przykład przeciwników lub tylko ludzi inaczej 
myślących określa się takimi słowami, jak: „polityczni psychopaci”; „wytrawni politykierzy”; 
„cioty rewolucji, które swój prostacki arrywizm z lat propagandy sukcesu przyoblekają w szatki 
partyjnego radykalizmu”; „gracze polityczni”;  
„kameleony”; „awanturnicy”; „manipulatorzy”; „oportuniści”; „zamordyści”;  
„cierpiętnicy”; „karierowicze”; „farbowane lisy”; „fanatycy różnej maści”;  
„polityczni ślepcy”; „chytruski i łajdaczki”; „czarownice pseudosocjalistycznych guseł”; 
„prestidigitatorzy racji”; „specjaliści od utrwalania strachu, nienawiści i ciemnoty” itd. itp. 
Podobnych przykładów nie brak w tekstach powstałych w dawnej i niezbyt odległej przeszłości. 
Takie intensywnie perswazyjne wypowiedzi z jednej strony wywołują agresywność odbiorców nie 
zgadzających się z nadawcą, a nawet zwiększają ich opór wobec jego argumentacji, ale z drugiej - 
trzeba to przyznać - trafiają do przekonania zwolennikom nadawcy i wzmacniają w nich postawy 
przez nadawcę pożądane. 
Jak z tego widać, ta sama wypowiedź perswazyjna może mieć diametralnie różne skutki w 
zależności od tego, kto ją odbiera. Analogiczne zjawisko daje się zaobserwować w oddziaływaniu 
wypowiedzi o dwustronnej argumentacji. W zasadzie bowiem argumentacja dwustronna (tzn. taka, 
która się nie ogranicza do przytoczenia argumentów za propagowaną tezą, ale także przytacza 
argumenty strony przeciwnej, wykazując oczywiście ich słabość) jest skuteczniejsza niż 
jednostronna. Jednakże na ludzi o niższym wykształceniu, a do tego bezgranicznie wierzących 
nadawcy i nie stykających się z argumentami drugiej strony, skuteczniej oddziaływa argumentacja 
jednostronna. 

Ze środowiskowych sukcesów intensywnej i jednostronnej propagandy kierowanej do całego 
społeczeństwa nie zawsze nadawca ma prawo się cieszyć.  Skutki bowiem takiej propagandy 
dostępnej ludziom różnym pod względem wykształcenia, światopoglądu i stopnia poinformowania 
kumulują się i prowadzą do pogłębiania istniejących podziałów ideowych w społeczeństwie.  
Podziały te rychło się uzewnętrzniają w mowie i piśmie, skąd już tylko krok do uświadomienia 
sobie, że porozumienie się jest niemożliwe, bo MY i ONI mówimy różnymi językami. A jak pisał 
Norwid w „Promethidionie”: „żadne się społeczeństwo nie ostoi i żaden |naród nie utrzyma, jak 
przez |pracy harmonię tradycyjną powiązane ze sobą |słowo |ludu |i |słowo |społeczeństwa w dwie 
się strony rozprzęgną”. 

background image

Idealistycznym złudzeniem są koncepcje, że sprytna zmiana języka może zmienić rzeczywistość 
lub stosunek do niej. Zmiany w języku mogą co najwyżej wspomagać przekształcanie 
rzeczywistości lub je hamować, wpływ bowiem rzeczywistości na język jest nieporównywalnie 
bardziej skuteczny niż wpływ języka na rzeczywistość. Konsekwentne nazywanie szarego - białym 
może wprawdzie doraźnie wprowadzić odbiorców w błąd, ale na dłuższą metę i w szerszej skali 
spowoduje zmianę znaczenia wyrazu „biały”. 
Jako przekonywająca ilustracja tego zjawiska mogą służyć losy emotywnego nacechowania 
rzeczownika „działacz”. Wyraz ten w intencji używających go miał zawsze nacechowanie dodatnie 
i występował jako określenie osób zasługujących - zdaniem nadawców - na społeczny szacunek. 
Tymczasem pod koniec lat siedemdziesiątych - jak dowodzą badania z tamtego okresu - nabrał 
znaczenia perjoratywnego! 

Jakich jednak używać słów, by przekonać słuchacza? Czy mocnych, dosadnych, 
wyolbrzymiających cechy opisywanego przedmiotu, czy raczej łagodnych i stonowanych. A więc 
czy lepiej powiedzieć, że ktoś „łże”, czy też że się „myli” lub „mija z prawdą)? Odpowiedź 
podsuwa doświadczenie.  Wśród przyjaciół nie musimy się wystrzegać mocnego słowa, ale mówiąc 
publicznie, zawsze lepiej pamiętać o klasycznej zasadzie „fortiter in re, suaviter in modo”, co 
znaczy - „mocno w treści, łagodnie w formie”. Jest ona szczególnie ważna, gdy chcemy pozyskać 
dla jakiejś idei ludzi odnoszących się do nas z rezerwą lub wręcz nam niechętnych. 
„Dobrze pamiętam, co ci zawdzięczam, więc możesz być pewien, że zrobię wszystko, żeby ci 
pomóc”. Jeżeli w ten sposób napiszę do kolegi z dawnych lat, który poprosił mnie o przysługę - 
dajmy na to o protekcję w sprawie przyjęcia syna na studia - prawdopodobnie uwierzy w moją 
dobrą wolę.  Deklaracja pomocy została wyrażona w języku, który jako „system znaków” - co 
potwierdzają setki definicji - uznawany jest powszechnie za najdoskonalszy i najbardziej 
wszechstronny ze wszystkich kodów naturalnych służących ludziom do porozumiewania się ze 
sobą. Wiadomo, że ten kod składa się ze słownika i gramatyki, a więc ze zbioru wyrazów i zbioru 
reguł określających możliwości ich użycia. O jego doskonałości jako narzędzia komunikowania 
świadczy literatura piękna, piśmiennictwo naukowe, a także to, że zaspokaja najprzeróżniejsze 
potrzeby jego użytkowników.  Dowiedzieliśmy się o tym wszystkim w szkole. 
Język polski - podobnie zresztą jak każdy inny język narodowy - jest rzeczywiście wspaniałym 
narzędziem komunikowania, w życiu jednak występuje najczęściej w towarzystwie innych kodów, 
zazwyczaj niedocenianych albo wręcz pomijanych na lekcjach gramatyki i stylistyki. Dwa z tych 
dodatkowych kodów zasługują na szczególną uwagę: kod intonacyjny i kod mimiczno-
gestykulacyjny. 

Dzięki znakom kodu intonacyjnego za pomocą jednej głoski „a” można wyrazić tak różne uczucia, 
jak przestrach, zdziwienie, zachwyt, niedowierzanie, radość, współczucie, miłość itd. Do znaków 
kodu mimiczno-gestykulacyjnego należy perskie oko, kiwanie i kręcenie głową, wydymanie warg, 
uśmiech, pochylenie głowy, kiwanie, grożenie lub wskazanie palcem, zaciśnięcie pięści, uderzenie 
pięścią w stół, machnięcie ręką, klaskanie, a także gest Kozakiewicza. Już z tych przykładów 
wynika, że zasób „znaczeń”, jakie za pomocą kodu intonacyjnego i mimiczno-gestykulacyjnego 
można przekazać, jest dość bogaty, choć oczywiście nie sposób porównywać go z możliwościami 
nawet najuboższego języka narodowego. 
W przeciwieństwie do języka intonacja, mimika i gestykulacja wyrażają niemal wyłącznie uczucia 
i postawy, a nie treści intelektualne. Trudno byłoby dyskutować nawet na najbłahszy temat, 
ograniczając się wyłącznie do achów i ochów, grymasów twarzy i machania rękami. Ponadto kodu 
intonacyjnego i mimiczno-gestykulacyjnego używa się przede wszystkim w komunikowaniu 
bezpośrednim, twarzą w twarz. Jeśli bowiem pominiemy możliwość rejestracji dźwięku i obrazu na 
taśmie magnetycznej lub filmowej, jest rzeczą oczywistą, że by odebrać znaki intonacyjne jako 

background image

wykładniki postawy uczuciowej, trzeba słyszeć głos nadawcy, a by odebrać znaki kodu mimiczno-
gestykulacyjnego - trzeba nadawcę widzieć. 

Intonację, mimikę i gestykulację można opisać, wyrazić treść słowami („Ach! - powiedziała 
zaskoczona i skromnie spuściła oczy)), ale się ich nie zapisuje znakami graficznymi, tak jak się to 
robi z wyrazami i zdaniami tekstu językowego. To, że się ludzie setki lat obywali bez zapisywania 
kodu intonacyjnego (znak zapytania, wykrzyknik, wielokropek itp. nie oddają jego bogactwa, a 
przy tym są dość świeżej daty) i mimiczno-gestykulacyjnego, dowodzi traktowania obu tych 
kodów jako mało istotnych. Ostatecznie, odpowiednie słowa mogą je zawsze zastąpić. 
Mamy więc z jednej strony doskonały system języka narodowego ze słownictwem i gramatyką, z 
drugiej zaś - dwa prymitywne kody o bardzo ograniczonym zakresie użycia. Czy jednak można je 
uznać za dodatkowy, niekonieczny i mało ważny element porozumiewania się? 
Zanim odpowiemy na to pytanie, spróbujmy sobie wyobrazić, że między znaczeniem tekstu 
wyrazowego a intonacją występuje sprzeczność. Czy w takim wypadku zwycięża znaczenie słów, 
czy znaczenie intonacji? Wystarczy wypowiedzieć z leciutką ironią zdanie: „Dobrze pamiętam, co 
ci zawdzięczam, więc możesz być pewien mojej pomocy”, a słuchacz zrozumie jednoznacznie, że 
nie ma co liczyć na naszą życzliwość. Intonacja zmieni sens całego zdania. 
Idźmy dalej. Spróbujmy wypowiedzieć to samo zdanie z intonacją wyrażającą najgłębsze przejęcie 
i stanowczość, ale jednocześnie robiąc perskie oko czy uśmiechając się drwiąco. Stworzymy wtedy 
sytuację, w której znaczenie słów zgodnie z intonacją przeciwstawia się znakom kodu mimiczno-
gestykulacyjnego. I co wychodzi zwycięsko z tej konfrontacji?  Mimika i gest. 
Podane przykłady dominacji kodu intonacyjnego nad językiem, a mimiczno-gestykulacyjnego nad 
intonacyjnym są może przejaskrawione, ale tym wyraziściej ilustrują opisywane zjawisko. Z badań 
eksperymentalnych wynika bowiem, że w komunikowaniu twarzą w twarz także sam brak 
potwierdzenia sensu wypowiadanego tekstu przez intonację, mimikę i gest obniża jego 
wiarygodność. Obiecujemy ludziom złote góry, a i tak nam nie uwierzą, jeśli słownych obietnic nie 
potwierdzi odpowiednia intonacja, wyraz twarzy, spojrzenie i całe nasze zachowanie. Być może 
także z tego powodu łatwiej jest ukryć swoje myśli w piśmie niż w bezpośredniej rozmowie. Ale 
również w związku z tym najskuteczniejszą formą perswazji okazuje się bezpośrednie 
przekonywanie twarzą w twarz przez ludzi szczerze oddanych idei, którą głoszą. 
Jeśliby ktokolwiek wątpił, czy przypominanie o niezbędnej zbieżności między sensem 
wypowiadanego tekstu a towarzyszącą mu intonacją, mimiką i gestykulacją jest potrzebne, niech 
spojrzy krytycznie na niektórych ludzi zabierających głos na zebraniach, a nawet w telewizji. Z 
całą pewnością zauważy bezbarwne recytowanie apeli o gospodarność, bezradne rozkładanie rąk w 
trakcie opowiadania o ambitnych zamierzeniach albo grożenie palcem towarzyszące samokrytyce. 
Myślę, że niektórym mówcom - w ich własnym interesie - należałoby wiązać z tyłu ręce przed 
wejściem na mównicę. 
Rolą mimiki i szeroko rozumianej gestykulacji w komunikowaniu zajmuje się nauka zwana 
kinemiką. Podobna problematyka badawcza łączy się z proksemiką, badającą znaczenie odległości 
między komunikującymi się osobami. Z obserwacji i badań empirycznych wiadomo, że optymalna 
odległość między ludźmi rozmawiającymi ze sobą zależy od kultury i rodzaju kontaktu. Uważa się 
na przykład za rzecz udowodnioną, że Włosi w trakcie rozmowy odczuwają potrzebę większego 
zbliżenia do partnera niż Anglicy. Stąd rozmowa Włocha z Anglikiem prowadzi często do 
zabawnych scen: Włoch przysuwa się do Anglika, ten zaś instynktownie ustępuje krok do tyłu, 
Włoch znów się zbliża, Anglik się cofa i w ten sposób obaj panowie mogą przewędrować całą salę. 
Wedle znanej anegdoty pewien Włoch, nie mogąc znieść odległości od angielskiego partnera 
wyznaczonej przez szerokie biurko, w ferworze dyskusji wręcz się na nie wgramolił. 

background image

Według amerykańskich proksemików większość mieszkańców USA przestrzega w kontaktach ze 
sobą następujących norm odległości: do 60 cm zajmuje strefa intymna, której naruszenie przez 
ludzi obcych odczuwa się jako agresję. Za nią - od 60 do 1207cm - rozciąga się strefa osobista 
przeznaczona do kontaktów z przyjaciółmi i bliższymi znajomymi. W następnej strefie, określanej 
mianem oficjalnej - między 150 a 2507cm - załatwia się wszelkie sprawy urzędowe i handlowe; w 
tej już bezpiecznej strefie składa się sprawozdania szefowi, zdaje się egzaminy i wysłuchuje 
upomnień ze strony władzy. W odległości powyżej 3 metrów rozciąga się strefa publiczna; 
typowym dla niej rodzajem komunikowania są przemówienia, odczyty, kazania itp. Jeśliby 
pominąć strefę intymną, w której się doskonale czuje para kochanków, można by sformułować 
ogólną zasadę, że zmniejszanie odległości w trakcie rozmowy oznacza skłonność do dominacji nad 
partnerem, utrzymywanie zaś większej odległości wyraża uległość - poddanie się lub obawę przed 
agresywnością partnera. 
Życie we współczesnym cywilizowanym świecie stwarza wiele sytuacji, w których ochrona strefy 
intymnej i osobistej przed inwazją obcych okazuje się niemożliwa. Jazda w zatłoczonym tramwaju, 
stanie w kolejce czy korzystanie z windy zmuszają mieszkańców miast do tolerowania nadmiernej 
bliskości całkiem nieznajomych ludzi. Niektórzy naprawdę cierpią z tego powodu. Inni się ratują 
nawiązywaniem rozmowy, która jakby przemienia obcych w niby-znajomych. Najczęściej stosuje 
się różne zabiegi częściowo neutralizujące nieznośną bliskość współpasażerów lub 
współtowarzyszy z kolejki: ludzie starają się nie patrzyć sobie w twarze (patrzą w sufit, w podłogę, 
w dal za oknem itp.), odwracają się do siebie plecami, odsuwają się natychmiast od siebie, jeśli się 
tylko nadarzy okazja. Szczególne znaczenie ma kontakt wzrokowy. Wpatrywanie się osobie 
nieznajomej w twarz odczuwa się jako nieprzyzwoitość. Pouczających wniosków dostarcza 
obserwacja przechodniów mijających się przypadkowo na ulicy. Patrzą na siebie, kiedy się 
znajdują w dużej odległości. Kiedy się jednak zbliżą, podświadomie spuszczają głowę lub 
odwracają wzrok. Jeżeli ktoś tego nie uczyni, da prawo drugiej osobie do wniosków typu: 
„zaczepia mnie” albo „skąd ten facet mnie zna?”, albo „chce się pewnie o coś zapytać”. 
Przestrzeganie norm proksemicznych jest dla skutecznego komunikowania się ludzi równie ważne 
jak przestrzeganie norm językowych i obyczajowych. Zbyt duży dystans w stosunku do 
rozmówców może być odebrany jako oznaka intencji uoficjalnienia kontaktu z nami lub jako 
kapitulacja. Nadmierne zbliżenie mogą rozmówcy zrozumieć jako natręctwo, objaw agresywności 
lub chęci dominacji. 

Jakie z tego wynikają wnioski dla codziennej praktyki? Po pierwsze, warto wziąć sobie do serca 
spostrzeżenie, że istnieje związek między fizyczną odległością, jaka dzieli rozmawiające ze sobą 
osoby lub mówcę od słuchaczy, a charakterem kontaktu komunikacyjnego. Stosunkowo duża, 
kilkumetrowa odległość między mówcą a uczestnikami zebrania jest przez nich całkowicie 
aprobowana (mało kto lubi siadać w pierwszym rzędzie). W kontaktach kameralnych zbyt duża 
odległość mówiącego od słuchającego nadaje komunikowaniu charakter urzędowy, można więc - 
narzucając taką odległość - narazić się na zarzut biurokratycznej oschłości; narzucona przez 
mówiącego zbyt mała odległość między nim a słuchającym może budzić posądzenia o nadmierną 
poufałość i arogancję. Krótko mówiąc: bliskość fizyczna partnerów w komunikowaniu powinna 
odpowiadać ich bliskości duchowej. 
Po drugie, warto zwrócić uwagę na nasze ręce w trakcie mówienia. Jeżeli ktoś nie jest całkiem 
pewien, że w pełni nad nimi panuje, niech je zmusi do spoczynku. Najpracowitsze machanie 
rękami przez mówiącego niewiele wnosi do jego wypowiedzi, a niemal zawsze robi złe wrażenie 
na słuchaczach. 
Po trzecie, warto pamiętać, że ważnym narzędziem perswazji są oczy.  
Unikanie wzroku rozmówcy tradycyjnie się uważa za przejaw braku szczerości.  Człowiek o 
otwartym spojrzeniu, patrzący śmiało w twarz swoim słuchaczom, budzi ich zaufanie, jeżeli tylko 

background image

nie świdruje ich oczami zbyt natarczywie.  Mówiąc do większego grona uczestników zebrania, 
trzeba się zebrać na odwagę i od czasu do czasu spojrzeć im w oczy. Patrząc na słuchacza, 
mobilizujemy jego uwagę. Wytrawny mówca w czasie dłuższego wystąpienia znajduje czas, by 
każdej osobie obecnej w sali poświęcić choć jedno spojrzenie. 
Aby komunikować skutecznie, nie wystarczy budować zgrabne zdania z odpowiednio dobranych 
wyrazów. Nie tylko słowa bowiem znaczą. Towarzysząca im intonacja, mimika, gestykulacja, całe 
zachowanie się mówiącego, nawet jego wygląd dostarcza słuchaczowi informacji, która może 
zwielokrotnić siłę oddziaływania słów, ale także ją osłabić, a nawet zniweczyć. 

 
 
 

Zasady skutecznego 

komunikowania 

 
 
 
 
„Gdyby filozofowie przełożyli swój język na język zwykły, z którego jest on wyabstrahowany, 
uświadomiliby sobie, że jest to spaczony język świata rzeczywistego, i zrozumieli, że ani myślenie, 
ani język nie stanowią własnego królestwa, że są one jedynie przejawami rzeczywistego świata.” 

 
 

Karol Marks 

 
 
 
 
„Czy nie mamy tu (w naszej prasie) do czynienia z bajeczkami, chełpliwością, inteligenckimi 
obiecankami („sprawa jest na dobrej drodze”, „sporządzono plan”, „uruchamiamy siły”, „obecnie 
zaręczamy”, „poprawa jest niewątpliwa” itp. szarlatańskie frazesy, w których tworzeniu „my” 
jesteśmy takimi mistrzami)?” 

 
 

Włodzimierz Lenin 

 
 
 
 
„Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego faktu w słowa.” 

 
 

background image

Julian Tuwim 

 
 
 
 
Na wyposażenie ludzi, którzy chcą mówić i pisać po polsku, składa się - przynajmniej teoretycznie 
- kilkadziesiąt tysięcy wyrazów oraz zasady, jak ich należy używać. Wartość tego ekwipunku 
została sprawdzona w ciągu wieków. Wiadomo, że wystarczył, by stworzyć całą naszą literaturę i 
wielkie dzieła naukowe. Wiadomo, że potrafi zaspokoić wszystkie, nawet najbardziej wyszukane, 
potrzeby Polaków w dziedzinie wyrażania myśli i uczuć. Wiadomo, że z jego pomocą można 
wywołać śmiech i łzy, budzić gniew i litość, miłość i nienawiść, strach i poczucie bezpieczeństwa, 
dumę i wstyd, zniechęcenie i ambicję. Wiadomo też, że większość tego, co wiemy o świecie, 
poznaliśmy dzięki niemu. Tym nieocenionym ekwipunkiem jest nasz język narodowy. 

Komunikowanie polega na używaniu wyrazów. Ale przecież używanie wyrazów nie jest celem 
samym w sobie. Nie używamy ich tylko dlatego, że brzmią pięknie lub uczenie, ale dlatego, że 
trafnie oddają to, co chcemy wyrazić.  Można powiedzieć, że komunikować skutecznie - to 
|właściwie używać |odpowiednich wyrazów. Nie jest to jednak cała prawda. 
Wprawdzie niewiele byśmy mogli zakomunikować bez słów, ale też najpiękniej i najmądrzej 
brzmiące słowa nie zapewniają, że to, co mówimy i piszemy ma sens. Mówimy używając słów, ale 
używamy ich po to, by powiadomić o czymś słuchacza, by przekonać go do czegoś, by odsłonić 
przed nim własne myśli i uczucia. Mów tylko wtedy, kiedy naprawdę masz coś ważnego do 
powiedzenia - to podstawowa zasada, ba! kamień węgielny skutecznego komunikowania. Trzeba 
ludzi przyzwyczaić do tego, że naszego głosu opłaci się słuchać. Nie można dopuścić do zamulenia 
kanału łączącego nas ze słuchaczem tekstami, których ani nie chce słuchać, ani nie może 
zrozumieć. 
Tę elementarną zasadę powinno się przypominać na wstępie wszystkich rozważań o tym, jak 
skutecznie używać języka. Lepiej od razu ukręcić głowę ewentualnym złudzeniom, że sprawność 
mówienia zastąpi zdolność myślenia. 
Kiedy publicznie zabieramy głos, mamy zwykle trzy kategorie potencjalnych słuchaczy: 
szeregowych uczestników zebrania; tych, którzy siedzą za stołem prezydialnym; protokolantów. 

Podświadomie odczuwamy, że każda z tych kategorii oczekuje od nas przynajmniej trochę czego 
innego, i to zarówno ze względu na treść, jak i na formę naszej wypowiedzi. Stół prezydialny 
będzie zadowolony, jeśli wyrazimy poparcie dla czegoś lub zadeklarujemy coś po jego myśli, 
odcinając się od czegoś lub potępiając coś, co jego zdaniem powinno być potępione, a jednocześnie 
przemilczając to, czego w danej chwili jego zdaniem nie należy wyciągać na światło dzienne. 
Protokolanta uszczęśliwimy, jeśli naszą wypowiedź będzie mógł bez większych kłopotów ująć w 
gotowe ramki szablonowych formułek, a więc jeśli nie będzie musiał przekładać jej na żargon 
kancelaryjny. Oczekiwania sali są zazwyczaj bardzo zróżnicowane.  Wśród obecnych w niej 
znajdują się zapewne nasi przyjaciele, ludzie mający do nas i do tego, co mówimy, stosunek 
obojętny lub niezdecydowany, a także osoby mniej lub bardziej nam nieżyczliwe. 
Najważniejszą kategorią uczestników większości zebrań jest nie stół prezydialny i protokolanci, ale 
ludzie siedzący w rzędach krzeseł. Oni stanowią faktyczną publiczność poszczególnych 
wypowiedzi. Symbolizuje to mównica zwrócona frontem do sali. O nawiązanie i utrzymanie 
bezpośredniego kontaktu z tymi słuchaczami powinien dbać każdy, kto zabiera głos. Jeśli 
zlekceważy i nie będzie śledził reakcji sali na swoje słowa, rychło odniesie wrażenie, że mówi sam 
do siebie, a raczej, że słucha go tylko protokolant. Jeśli się temu wrażeniu podda, jeśli zapomni o 
ludziach zebranych w sali, o tym, kim oni są i o czym w danej chwili mogą myśleć, 

background image

najprawdopodobniej jego wrażenie będzie odpowiadało rzeczywistości: nikt - prócz protokolanta - 
nie będzie go słuchał, a wypowiedź stanie się sucha, martwa. To spostrzeżenie zasługuje, by na nim 
oprzeć drugą podstawową zasadę skutecznego komunikowania: mów do ludzi, a nie - do protokołu. 
Na tych dwóch zasadach - mówić do rzeczy i mówić do ludzi (Wańkowicz zapewne napisałby: 
mówić dorzecznie i doludnie) - opiera się cała nowoczesna retoryka. Jeżeli się tylko będziemy 
starali mówić sensownie, a z myślą o słuchaczach, ich upodobaniach, przekonaniach, wiedzy i 
potrzebach, połowę sukcesu mamy zagwarantowaną. 
Współczesny człowiek pławi się w informacji. Radio, prasa i telewizja towarzyszą mu przez cały 
dzień, a przynajmniej przez cały dzień bądź na zmianę, bądź jednocześnie oferują swoje usługi. 
Żyjąc w takich warunkach przez dłuższy czas, człowiek nauczył się wybierać z potoku informacji 
tylko niektóre treści. Wyrobił też w sobie zdolność wyłączania uwagi wówczas, kiedy atakują go 
informacje, które uznaje za nieistotne. Dzięki tej zdolności łatwiej przychodzi mu znieść hałas i 
szumy informacyjne, ale też wskutek niej może przesiedzieć przed włączonym telewizorem lub 
przy grającym radiu kilka godzin i niczego nie zapamiętać. Badania nad odbiorem programu 
telewizyjnego dowodzą, że ludzie, czasem specjalnie włączywszy aparat, by słuchać dziennika, 
zapytani bezpośrednio po nim, czego się dowiedzieli, albo w ogóle nie potrafią powtórzyć ani 
jednej informacji, albo pamiętają tylko, o czym mówiono. 
Trzeba przyznać, że to najpierw radio nauczyło nas słuchać nie słuchając.  Włączaliśmy je 
natychmiast, kiedy tylko wstaliśmy rano z łóżka, grało nam, kiedy goliliśmy się i jedliśmy 
śniadanie, nasze dzieci przy jego dźwiękach odrabiały lekcje, akompaniowało rodzinnym kłótniom 
i sąsiedzkim pogwarkom, Dźwięki płynące z radia stały się dla wielu z nas akustycznym tłem dla 
wszystkich czynności w pracy i w domu. Dziś coraz częściej w takiej roli występuje telewizja, a 
radio powoli może odzyskiwać uważną publiczność. 
W powodzi zbędnych informacji i szablonowych wypowiedzi informacyjnie pustych szczególnego 
znaczenia nabiera zainteresowanie odbiorcy naszymi słowami. Na nic się nie zda trud poświęcony 
na zebranie wiadomości i ich najstaranniejsze opracowanie, jeśliby miały one przepłynąć koło uszu 
słuchacza, nie docierając do jego świadomości. Nie wystarczy go zresztą zainteresować, trzeba 
jeszcze utrzymać jego zainteresowanie przez całą audycję; nie można dopuścić do tego, by nudny 
fragment spłoszył słuchaczy i jej dalszy ciąg pozbawił publiczności. Zainteresować zaś ludzi 
można nie tylko tym, o czym się mówi, ale także tym, jak się mówi. 
Jak unikać nudy? Jak zainteresować słuchaczy? Odpowiedź na te pytania wydaje się prosta i 
oczywista: należy mówić o sprawach bliskim słuchaczom, o tym, czym oni sami żyją, o tym, co ich 
interesuje. Taka odpowiedź niewiele jednak wyjaśnia, a ponadto sugeruje, że zainteresowanie 
wypowiedzią zależy od jej tematu. Nam zaś chodzi nie o to, o |czym mówić, ale o to, |jak mówić. 
Wypada zacząć od wymowy. Monotonny głos potrafi zamordować każdą wypowiedź. Dotyczy to 
zarówno jednostajnego recytowania tekstu bez żadnych przycisków lub intonacji, jak i przesadnego 
akcentowania niektórych wyrazów według jakiegoś manierycznego schematu. Podobnie, wrażenie 
nudy może wywoływać i zbyt wolne czytanie lub mówienie, i zbyt szybkie. Zbyt wolne powoduje, 
że bardziej niecierpliwi słuchacze, nie mogąc się doczekać końca zdania, zaczynają myśleć o 
czymś innym. Z drugiej jednak strony za tokiem zbyt szybko czytanego tekstu część słuchaczy nie 
potrafi nadążyć, przestaje słuchać i tylko czeka, kiedy się ów tekst wreszcie skończy. Te same 
skutki wywołuje także wymowa niewyraźna lub zbyt cicha. Mechanizm ucieczki słuchacza jest w 
tych czterech wypadkach niemal identyczny: pokonanie przeszkód utrudniających odbiór 
wypowiedzi (zbyt wolnej, zbyt szybkiej, niewyraźnej lub za cichej) wymaga zbyt wielu wysiłków, 
by się je opłaciło podejmować. 
Aż się prosi, żeby w tym miejscu podać idealną szybkość publicznego czytania lub mówienia. 
Zrezygnujemy z tego, bo optymalna szybkość nie jest czymś stałym, ale zależy od tego, o czym się 

background image

mówi i do jakich słuchaczy.  Można sobie pozwolić na szybkie czytanie tekstu łatwego i 
dotyczącego spraw dobrze znanych słuchaczom. Tekst trudny, a zwłaszcza operujący terminologią, 
z którą słuchacze nie są zżyci, powinno się wypowiadać wolniej. Oczywiście określenia trudności i 
łatwości tekstu są względne: zawsze chodzi nam o trudność lub łatwość dla tych konkretnych ludzi, 
których uważamy za najważniejszych adresatów naszej wypowiedzi. 
Uczucie znużenia budzi w słuchaczach także wymowa jednostajna. Chcąc mu zapobiec, wytrawny 
mówca raz po raz zmienia tempo wypowiedzi, mówi to ciszej, to głośniej, akcentuje wybrane 
słowa i zdania, zmienia barwę głosu, kiedy cytuje cudzą myśl, mówi raz z przekąsem, raz z 
politowaniem, raz z ironią, raz stanowczo, to znów z podziwem lub entuzjazmem. Słuchając takiej 
wypowiedzi nawet w obcym języku można rozpoznać z samego jej brzmienia, jaką postawę w 
jakiej chwili mówca wyraża. 
Tak więc niezależnie od treści, użytych wyrazów i budowy zdań samo brzmienie wypowiedzi bywa 
nudne lub interesujące. Narzuca się tu analogia do gazety, która również czasem - niezależnie od 
treści i formy językowej - samym wyglądem przyciąga uwagę czytelnika, czasem zaś monotonną 
szarością swych stron odstręcza go od lektury. 
Wiadomo od dawna, że nic nie interesuje ludzi tak bardzo jak to, co ich bezpośrednio dotyczy lub z 
czego mogą odnieść osobistą korzyść, oraz...  inni ludzie. Gdybyśmy się mieli ograniczyć do 
mówienia rzeczy bezpośrednio dotyczących słuchaczy albo użytecznych dla nich, bardzo rzadko 
mielibyśmy okazję zabrania głosu. Niemal zawsze natomiast możemy skorzystać z zainteresowania 
losami innych ludzi. Myśleć można, nawet trzeba o ideach, mówić interesująco najłatwiej o 
ludziach, a więc i o sobie samym. 
Jeśli skorzystamy z tej wskazówki, zaraz nasza wypowiedź nabierze życia.  Nie będziemy musieli 
się starać o to, by unikać kancelaryjnej strony biernej, bo sam język nam podpowie, że to Kowalski 
coś zrobił albo czegoś nie zrobił. Podświadomie razem ze stroną bierną zostawiamy urzędnikom 
nieosobowe formy typu „zrobiono”, „wykonano” lub „nie zrobiono”, „nie wykonano”. Wszystko to 
bowiem zrobili - albo tego nie zrobili - ludzie, o których właśnie mówimy. Uchronimy też naszą 
wypowiedź przed naporem rzeczowników zakończonych na -anie, -enie, -cie i ich obco brzmiących 
synonimów na -acja, -sja, -zja. Nie stanie się ona przez to mądrzejsza i piękniejsza, ale się wyda 
interesująca. 
Ale z całą pewnością do najważniejszych przykazań mówcy należy zasada:  
mów interesująco. 
Nigdy właściwie nie wiemy, w którym momencie kto nas słucha. Aktualnie słuchająca część 
publiczności każdej dłuższej wypowiedzi jest zazwyczaj płynna. Potencjali słuchacze w każdej 
chwili mogą zacząć lub przestać słuchać. Czy można mówić tylko do tych osób, które słuchają nas 
uważnie od samego początku? Przenigdy. Jakżebyśmy ograniczyli krąg naszych słuchaczy i zasięg 
naszego oddziaływania! Czy nie znamy z własnego doświadczenia uczucia pretensji do spikera 
radiowego, który się nie troszczy o zaspanych odbiorców? Przypomnijmy sobie: oto włączamy 
radio lub telewizor w trakcie meczu i niczego tak nie pragniemy, jak poznać aktualny stan bramek. 
Oto kiedy indziej, kiedy niby to słuchamy radia, chwytamy nagle słowa spikera „...dwie osoby 
poniosły śmierć...”, ogarnia nas niepokój, chcemy wiedzieć, gdzie się to stało - niestety, z głośnika 
dochodzą tylko trzeciorzędne szczegóły wypadku. Wytrawny mówca, jak wytrawny radiowiec, 
rzadko się naraża na takie pretensje swoich odbiorców. We krwi już bowiem ma zasadę: pamiętaj o 
słuchaczach dorywczych. 
Chyba nic tak skutecznie nie odstręcza ludzi od słuchania czegokolwiek, jak niezrozumiałość. 
Tekst, którego nie rozumiemy, musi się wydawać potwornie nudny. Doświadczenie uczy, że nawet 
najbardziej atrakcyjne treści podane w zbyt uczonej formie nie mogą liczyć na większą 
publiczność. I trudno się temu dziwić. A cóż mi przyjdzie z wiadomości, że „produkcja ulega coraz 

background image

większej dywersyfikacji”, jeżeli nie wiem, co to jest „dywersyfikacja)? A co mi dają słowa 
kończące zdanie „...wygrali wyścig z czasem”, jeżeli było ono tak długie i skomplikowane, że 
zapomniałem jego początek. 

O |trudności języka każdego tekstu decyduje słownictwo i składnia, a więc to, jakich wyrazów się 
używa i jak się z nich tworzy zdania. Ogólnie rzecz ujmując, można powiedzieć, że tekst jest tym 
trudniejszy, im bardziej jego język różni się od mowy potocznej. Na co dzień w pracy i w domu 
posługujemy się zdaniami krótkimi, najczęściej pojedynczymi lub dwukrotnie złożonymi.  Tekst 
okazuje się tym trudniejszy, im dłuższe, a więc i bardziej skomplikowane zdania w nim 
przeważają. Teksty potoczne nasycone są formami osobowymi czasownika, w których odbija się 
dynamiczność naszych wypowiedzi, w trudnych tekstach naukowych natomiast nieporównanie 
ważniejszą rolę odgrywają rzeczowniki. W tekstach potocznych udział rzeczowników 
abstrakcyjnych jest niewielki: panują w nich rzeczowniki konkretne.  Stosunkowo mało znajdziemy 
w tekstach potocznych wyrazów zapożyczonych, których obcość jest wyraźnie odczuwana; 
szczególnie rzadko używamy na co dzień zapożyczonych wyrazów abstrakcyjnych, od których aż 
się roi w wielu tekstach propagandowych, to znaczy wyrazów takich, jak „dywersyfikacja”, 
„konfabulacja”, „kontrowersja”, „minimalizowanie”, „reglamentacja” itp.  Biorąc pod uwagę te 
podstawowe cechy mowy potocznej, można przyjąć, że niezrozumiałość wielu tekstów 
propagandowych spowodowana jest przede wszystkim ich zbyt długimi i skomplikowanymi 
zdaniami, nominalnością stylu oraz abstrakcyjnością i obcością słownictwa. 
„Jeśli ktoś mnie zapyta - pisał blisko 300 lat temu D. Defoe, autor „Robinsona Cruzoe” - jaki styl 
języka uważam za doskonały, odpowiem, że ten, w którym człowiek przemawiający do 500 osób 
różnego pochodzenia i na różnym poziomie, wyjąwszy idiotów i wariatów, będzie zrozumiały”. 
Defoe nawet nie przeczuwał czasów, w których jeden człowiek może przemawiać do tysięcy, a 
nawet milionów słuchaczy. Jego słowa były trafne trzy wieki temu, dziś urastają do rangi jednej z 
najważniejszych zasad publicznego wypowiadania się: mów zrozumiale. 
Mówić zrozumiale - to także mówić poprawnie. Związek między zrozumiałością a poprawnością 
tylko na pierwszy rzut oka wydaje się luźny.  W rzeczywistości łączą się one ze sobą dość ściśle. 
Przecież zarówno błąd, jak i forma niezrozumiała mają tę samą cechę wspólną: nie są powszechnie 
w danym środowisku używane. Rzecz można zresztą odwrócić i powiedzieć, że forma powszechnie 
używana nie może być ani błędna, ani niezrozumiała. I formy błędne, i formy niezrozumiałe 
skupiają na sobie uwagę słuchacza, odciągając ją jednocześnie od treści wypowiedzi. A na 
zwracaniu uwagi odbiorców na formę tekstu może zależeć tylko poecie. 
Błędy językowe pociągają za sobą jeszcze inne niepomyślne skutki. Czasem ośmieszają 
wypowiedź, a pośrednio także jej treść i autora, czasem obniżają autorytet mówiącego i tym samym 
podważają zaufanie do treści wypowiedzi.  Kto nie umie mówić poprawnie - wnioskuje słuchacz - 
ma braki w wykształceniu, nie jest człowiekiem kompetentnym, więc niech się nie wymądrza. 
Kto chce publicznie zabierać głos - bądź jako mówca, bądź jako publicysta, bądź jako spiker 
radiowy - musi się zatroszczyć o swój język, a to najważniejsze narzędzie własnej pracy. Każdy z 
nas - bez względu na to, skąd się wywodzimy - wyniósł z domu lub środowiska, w którym się 
obracał, formy językowe rażące innych ludzi, do tego środowiska nie należących.  Każdy z nas 
powinien się starać ujawnić te swoje „dziedziczne” lub nabyte obciążenia i nauczyć się nad nimi 
panować. Odnosi się to zarówno do błędów leksykalnych, gramatycznych i stylistycznych, jak i do 
niepoprawnej wymowy poszczególnych wyrazów, a także ich akcentowania. 
Troska o język ojczysty jest obowiązkiem każdego Polaka. Język stanowi przecież jeden z 
najważniejszych czynników więzi narodowej. Troska o to, jak mówimy, jest też zawsze aktualnym 
nakazem obywatelskim. Także od tego, jak mówimy, zależy, w jakim stopniu potrafimy się ze sobą 
porozumieć; od możliwości porozumienia się zależy możliwość skutecznego współdziałania. 

background image

Nie trzeba jednak przywoływać aż tak wielkich słów, by uzasadnić troskę o język wypowiedzi na 
zebraniach. Czyż nie wystarczy uświadomienie sobie związku między skutecznością a 
poprawnością wypowiedzi? Chcesz, by cię traktowano poważnie - mów poprawnie. 
Niemal wszystko, co mówimy, mówimy po to, by skłonić naszych słuchaczy, żeby myśleli, czuli i 
postępowali w sposób, który sami uważamy za słuszny.  W prasie, radiu czy telewizji temu celowi 
służą wiadomości, komentarze do aktualnych wydarzeń, a także reportaże i felietony. Choć 
wszystkie te wypowiedzi służą przekonywaniu czytelników i słuchaczy, dążą do niego różnymi 
środkami i różne zalety wysuwają się w nich na pierwszy plan. Z dwóch tekstów wiadomości o tym 
samym zdarzeniu lepszy perswazyjnie jest ten, któremu ludzie bardziej skłonni są uwierzyć. Z 
dwóch tekstów komentarza tak samo oceniającego to samo wydarzenie lepszy jest ten, któremu 
ludzie bardziej skłonni są przyznać rację i uznać ją za swoją. Z dwóch reportaży przedstawiających 
z tego samego punktu widzenia ten sam przebieg wypadków lub ten sam stan rzeczy lepszy jest 
ten, którego słuchacze będą mogli lepiej się wczuć w opisywaną sytuację i bardziej plastycznie ją 
sobie wyobrazić. 
Oczywiście, jeżeli chcemy, by się słuchacze odnosili z zaufaniem do naszych wiadomości, musimy 
im przekazywać tylko informacje prawdziwe. Jeśli chcemy, by słuchacz podzielił naszą ocenę 
wydarzeń, musimy się posłużyć odpowiednio mocnymi argumentami. Jeżeli chcemy, by słuchacz 
trafnie wyobraził sobie opisywane zdarzenie, musimy mu dostarczyć dostatecznie szczegółowych 
informacji. Ale też za każdym razem ogromnie ważną rolę odgrywają używane przez nas słowa. Tę 
samą wiadomość - zależnie od tego, jak została wyrażona - różnie będą słuchacze oceniać. Te same 
argumenty mają różną nośność propagandową w zależności od sposobu ich wysławiania. Te same 
szczegóły w opisie przedmiotu - w zależności od tego, jakich środków językowych użyto do ich 
podania - z różną siłą rozbudzają wyobraźnię słuchacza. 

Jeżeli w ogóle najczęściej mówimy po to, by przekonać naszych słuchaczy o czymś lub do czegoś, 
to przekonywanie ludzi, kształtowanie ich postaw i opinii, a wreszcie skłanianie ich do pożądanego 
zachowania się jest bez wątpienia głównym celem wszystkich tekstów propagandowych. Cel ten 
mogą spełniać i nieraz spełniają teksty czysto informacyjne, pozbawione językowych środków 
perswazyjnych. Sama znajomość niektórych faktów ma wielką siłę propagandową. W praktyce 
jednak, przygotowując tekst propagandowy, autor tylko wyjątkowo ogranicza się do bezstronnej 
rejestracji i częściowo stronniczej selekcji faktów. Niemal zawsze posługuje się wyrazami i 
zwrotami nacechowanymi emocjonalnie, a więc nie tylko nazywającymi elementy rzeczywistości, 
ale także wyrażającymi negatywny lub pozytywny stosunek do nich. Trudno oczekiwać, by miało 
być inaczej. Język wykształcił wiele różnych środków perswazyjnych i byłoby rzeczą nienaturalną, 
gdyby się miało ich w propagandzie nie stosować.  Oddają one ogromne usługi w propagandzie 
pod warunkiem, że autor nie popadnie w przesadę, która może śmieszyć albo wywoływać skutki 
odwrotne od zamierzonych. 

Zdarza się, że chęć ożywienia tekstu przenośniami i porównaniami prowadzi do jego 
|sztampowości. Przenośnie i porównania bowiem ożywiają tekst tylko wtedy, kiedy są świeże. 
Często powtarzane stają się zbitkami frazeologicznymi, rażącymi pretensjonalnością. Tak na 
przykład już dawno zatraciły pierwotną świeżość takie zwroty, jak „podejmować energiczne kroki 
w kierunku...” albo „zapisać na swoim koncie kolejne osiągnięcie”. 
Próby ożywienia tych martwych przenośni dają jeszcze bardziej żałosne, a niekiedy wręcz 
humorystyczne wyniki. „Podejmowanie energicznego marszu” nie jest lepsze od „podejmowania 
energicznych kroków”, a „rejestrowanie na swoim koncie” nie wydaje się świeższe od 
„zapisywania na nim jakichkolwiek osiągnięć”. Co się robi z „przyjaźnią)? Można ją „zacieśniać”. 
A jak już jest dostatecznie ciasna, to się ją „pogłębia”; a kiedy się okaże dość głęboka, to można ją 
„poszerzyć”. Przyjaźń zacieśniona, pogłębiona i poszerzona nadaje się jeszcze w ostateczności do 

background image

„rozwijania”. Kłóci się już jednak bezwzględnie ze zwyczajem językowym jej „podwyższanie” i 
„wzrost”. 
Sprawa nie ogranicza się zresztą do wyboru odpowiedniego sąsiedztwa dla właściwie użytych 
wyrazów. Niemałe znaczenie za każdym razem ma także szybkość mówienia czy barwa głosu i 
jego modulacja, rozłożenie akcentów zdaniowych, intonacja, a nawet towarzysząca mówieniu 
gestykulacja i mimika. 

Skuteczne przekonywanie jest sztuką trudną i złożoną. Niechże cały splot związanych z nim 
czynników - później przyjrzymy się im bliżej - zasygnalizuje w tym miejscu tylko proste 
wezwanie: mów przekonywająco. 
Poważne traktowanie wszelkich zasad skutecznego komunikowania opiera się na milcząco 
przyjętym założeniu, że sprawnego posługiwania się językiem można się nauczyć tak, jak się uczy 
prowadzić samochód albo jeździć na nartach. Stąd już tylko krok do wniosku, że dobrze i 
skutecznie mówi ten, kto posiadł umiejętność przekonywania. I już się rodzi przekorne pytanie: A 
zaangażowanie osobiste w ogóle się nie liczy? W ogóle nie jest ważne? 
Oczywiście, jest ważne, jest potrzebne, ale samo zaangażowanie ideowe, choćby najgłębsze i 
najszczersze, wystarcza tylko w sytuacjach wyjątkowych, w krytycznych, w chwilach 
szczególnego napięcia emocjonalnego słuchacza.  Zgoda. że w czasie burzliwego wiecu niewielkie 
znaczenie ma to, czy się mówi logicznie i poprawnie. Byle mówić z pasją, wewnętrznym ogniem i 
na fali ogólnego uniesienia. Wtedy się jednak apeluje tylko do serc, a nie do umysłów słuchaczy. 
W normalnych warunkach samo zaangażowanie nie wystarczy - musi je poprzeć znajomość 
rzeczywistości i umiejętność mówienia. Od płonącej garści słomy w nadzwyczajnych 
okolicznościach może się spalić wieś, ale w normalnych warunkach na garści słomy nie zagotuje 
się nawet małego garnuszka wody. 
Zawartość tego rozdziału sprowadza się do sześciorga następujących, dość banalnych przykazań, 
dla wszystkich zabierających publicznie głos: 
* mów tylko wtedy, kiedy naprawdę masz coś ważnego do powiedzenia, 
* mów do ludzi, a nie do protokołu, 
* mów interesująco i pamiętaj o słuchaczach dorywczych, 
* mów zrozumiale, 
* mów poprawnie, 
* mów przekonywająco. 
 
Zobaczmy teraz, jak na tle naszych przykazań wyglądają przynajmniej niektóre teksty. Oto 
fragment jednego z nich, chyba kwintesencja większości wad współczesnej publicystyki i 
zebraniowej retoryki: 

„Biorąc pod uwagę fakt, że wyniki współczynnikowej analizy realizacji programu poprawy jakości 
obuwia wykazują zbyt wolne tempo i nieuzyskanie założonych rezultatów, niezwłoczne podjęcie 
energicznych kroków zmierzających w kierunku zmiany tego stanu rzeczy stało się pilną 
koniecznością”. 
Prawda, że jest to zdanie wyjątkowe i niełatwo znaleźć przykłady podobnego |nagromadzenia tylu 
grzechów w tak krótkim urywku tekstu. Zawiera ono jednak wyłącznie wyrazy i związki 
frazeologiczne, które się mieszczą w podręcznym zasobie środków językowych wielu 
niszczęśników aspirujących do roli publicystów, propagandystów i działaczy społecznych. Cóż 
miał autor cytowanego zdania do powiedzenia? Nic szczególnie nowego: buty są nadal złe, więc 
trzeba coś zrobić, żeby były lepsze. Nie warto ani słuchaczom, ani czytelnikom zawracać głowy 
takimi wiadomościami. Lepiej milczeć, niż próbować dzielić się nimi z ludźmi w sposób nudny, 
niezrozumiały, niepoprawny i nieprzekonywający. 

background image

Podobnie jak większość dorosłych Polaków czytam dość regularnie gazety i czasopisma, oglądam 
telewizję, słucham radia, a także bywam na różnych zebraniach i posiedzeniach. Dzięki temu mniej 
więcej wiem, co należy zrobić, aby było lepiej. Trzeba więc „zmniejszyć materiałochłonność, 
energochłonność” i w ogóle „koszty produkcji”; „produkować więcej towarów poszukiwanych 
przez ludność”; „przestrzegać zasady uzależniania wysokości płacy od ilości i jakości pracy”; 
„opracować odpowiednie instrumenty w systemie planowania”; „wzmocnić i unowocześnić bazę 
materialno-techniczną handlu”; „rozwijać usługi i rzemiosło”; „racjonalnie gospodarować ziemią”;  

„krzewić postęp w rolnictwie”; „wdrażać do praktyki osiągnięcia polskiej nauki i techniki”; 
„likwidować przerosty zatrudnienia”; „rozwijać i unowocześniać system komunikacyjny”; 
„intensyfikować eksport i poprawić jego efektywność”; „doskonalić system planowania i 
zarządzania”; „umacniać przedstawicielskie organy władzy ludowej”; „doskonalić kontrolę 
społeczną” itd. itd. 
Nikt, kto umie myśleć kategoriami ekonomicznymi i dobrze życzy naszej ojczyźnie, nie może 
zaprzeczyć, że osiągnięcie tych celów jest warunkiem jej wszechstronnego rozwoju. Skoro zaś 
wszyscy powinniśmy się czuć odpowiedzialni za losu kraju, wszyscy też mamy prawo i obowiązek 
wiedzieć, dokąd idziemy. Dzięki prasie, radiu, telewizji i zebraniom - wiem. Ale ta wiedza wcale 
mnie nie chroni przed poczuciem własnej bezsilności i zagubienia wobec potężnych mechanizmów 
ekonomiczno-politycznych. Myślę, że w podobnej sytuacji znajduje się większość czytelników 
gazet, telewidzów, radiosłuchaczy i uczestników zebrań. Jako jednostki nie potrafimy nic zrobić, 
aby zmniejszyć materiałochłonność i energochłonność produkcji, aby uzależnić wysokość płacy od 
ilości i jakości pracy, aby stworzyć odpowiednie instrumenty w systemie planowania itd. itd. Nasze 
poczucie bezsilności i zagubienia dodatkowo potęgują słowa obce, bo urzędowe, uczone i 
abstrakcyjne, a do tego jeszcze groźne, bo przekazywane w ramach poleceń:  
„musimy”, „powinniśmy”, „należy”, „trzeba”, „jest koniecznością”. 
Dobry tekst propagandowy ma sprawiać na odbiorcy wrażenie, że dotyczy  
osobiście jego i ludzi takich jak on. Spełnieniu tego warunku będzie  
sprzyjało posługiwanie się językiem zbliżonym do języka, w jakim ów  
odbiorca myśli i mówi na co dzień, a nie wtedy, kiedy pisze sprawozdanie z  
realizacji nie zrealizowanego planu. Tymczasem protokolaryzm treści wielu  
naszych tekstów propagandowych pociąga za sobą |protokolarną  
|kancelaryjność |ich |języka 
Ludzie interesują się dużo bardziej innymi ludźmi niż ogólnymi problemami społecznymi i ogólną 
sytuacją ekonomiczną. Zaspokoić zainteresowanie społeczne i jednocześnie zwiększyć orientację 
społeczno-ekonomiczną ludzi można przez pokazywanie, jak owe ogólne problemy przejawiają się 
w życiu jednego człowieka i jednej rodziny. Wbrew temu znaczna część naszych tekstów 
propagandowych przypomina także pod względem językowym uniwersyteckie wykłady o Polsce i 
świecie współczesnym. |Pretensjonalna |uczoność języka niektórych tekstów tego typu redukuje do 
zera ich siłę oddziaływania propagandowego. 
Maniera uczoności idzie w parze z mówieniem i pisaniem raczej o ogólnych prawidłowościach niż 
o konkretnych wydarzeniach, konkretnych przedmiotach i konkretnych ludziach. W kategoriach 
ogólnych i bezosobowych ujmuje się nie tylko - choć przede wszystkim - dokuczliwe bolączki 
społeczne, ale także osiągnięte sukcesy i perspektywy na przyszłość. 
Ludzie myślą kategoriami swego konkretnego, jednostkowego doświadczenia codziennego, 
propaganda natomiast usiłuje wyjaśnić im rzeczywistość w kategoriach pojęć |abstrakcyjnych. 
Życie - to zmiana, ruch, rozwój. Ludzie coś robią, spieszą się, inni im przeszkadzają, materia 
stawia opór, który się pokonuje czasem z największym wysiłkiem, płacąc nieraz wysoką cenę za 
popełnione błędy. Zawsze i wszędzie coś się dzieje, coś się zdarza. Tę zmieniającą się 

background image

rzeczywistość jakże często nasza propaganda przedstawia za pomocą zdań opisujących tylko stany 
i wyniki działania, a nie dynamizm i konfliktowość swego działania. Stąd pochodzą kolejne 
słabości wielu tekstów propagandowych, a mianowicie ich |statyczność i |bezkonfliktowość. 
Najprostszym językowym sposobem skłonienia odbiorcy do określonego zachowania się jest tryb 
rozkazujący. Hasła ujęte w tym trybie nie mają jednak na celu przekonywania, one tylko nakazują 
działać ludziom zmuszonym do tego lub wzywają do działania ludzi całkowicie przekonanych. We 
współczesnych tekstach propagandowych tryb rozkazujący występuje raczej rzadko, ale za to jego 
funkcje spełniają wyrazy i zwroty wskazujące przymus, konieczność jakiegoś zachowania się. 
Teksty takie nie tyle przekonują odbiorców, co informują ich, że muszą lub powinni myśleć albo 
postępować w określony sposób, jeżeli chcą zasłużyć na pozytywną ocenę nadawcy. Wskutek tego 
jedną z charakterystycznych cech naszej propagandy jest |dyrektywność, która w skali 
ogólnospołecznej ogranicza jej rzeczywiste oddziaływanie perswazyjne. 
Nośność społeczną wielu tekstów propagandowych ogranicza więc ich kancelaryjność, uczoność, 
abstrakcyjność, statyczność, bezkonfliktowość i dyrektywność. Aby pozbawić je tych cech, nie 
wystarczy po prostu zastąpić poszczególne słowa innymi. Między językiem a myśleniem zachodzi 
ścisły związek. Chcąc stworzyć teksty propagandowe nie obciążone wymienionymi słabościami, 
trzeba zacząć myśleć inaczej. Zastanawianie się nad wyrazami, których używamy, może nas co 
najwyżej ostrzec, że myślimy zbyt kancelaryjnie, abstrakcyjnie itd. W formie językowej bowiem 
odbija się sposób myślenia autora o przedstawianej rzeczywistości. 
Jeśli krytykujemy teksty propagandowe za ich kancelaryjność, abstrakcyjność czy dyrektywność, 
nie znaczy to, że wszystkie te cechy językowe zasługują zawsze na potępienie. Styl kancelaryjny 
jest nie tylko dopuszczalny, ale często nawet pożądany w komunikatach urzędowych, w oficjalnych 
dokumentach i w międzyinstytucjonalnych kontaktach. Swoboda potocznego języka raziłaby tam 
tak samo, jak rażą i śmieszą kancelaryjne zwroty w codziennym życiu pozabiurowym. 
Abstrakcyjność, która w większości wypadków wydatnie ogranicza nośność tekstów 
propagandowych, okazuje się nieodzownym elementem języka piśmiennictwa naukowego. 
Dyrektywność, zwykle bezwartościowa jako środek przekonywania krytycznie myślących 
słuchaczy i czytelników, jest całkiem na miejscu w kontaktach przełożonych z podwładnymi, a 
więc wtedy, kiedy nie chodzi o przekonanie odbiorcy, że coś jest słuszne, ale o wydanie mu 
polecenia, jak powinien postępować. Tak więc teksty kancelaryjne, abstrakcyjne i dyrektywne nie 
zawsze są złe; są tylko zazwyczaj mało skuteczne jako środek przekonywania słuchaczy i 
czytelników. 
Nawet doskonały wykład ma niewielką wartość perswazyjną poza ramami szkoły, kursu lub 
narady, tzn. w sytuacji, w której nie działa mechanizm spodziewanego egzaminu lub wezwania do 
wypowiedzi. Upowszechnianie uczonych i abstrakcyjnych tekstów propagandowych, utrzymanych 
w stylu oficjalnym, w najlepszym wypadku umożliwia części odbiorców opanowanie - zgodnego z 
oczekiwaniem nadawcy - sposobu wypowiadania się i komentowania rzeczywistości, a także 
deklarowania pożądanej postawy w rytualnych kontaktach publicznych. W świadomości - a może 
raczej w podświadomości - ludzie oddzielają wtedy od siebie dwa różne obrazy rzeczywistości. 
Jeden z nich - to obraz świata propagandy, zwerbalizowany w jej tekstach, w którym się człowiek 
nauczył obracać na zebraniach, myśląc o nim wówczas również językiem tych tekstów. Drugi - to 
obraz świata znanego z codziennego doświadczenia, który się artykułuje w języku potocznym. Te 
dwa światy i odpowiadające im dwa języki mogą istnieć zupełnie od siebie niezależnie.  Wskutek 
braku kontaktu między nimi nawet przyswojone przez odbiorcę treści tekstów propagandowych nie 
mają większego wpływu na jego zachowanie się i myślenie poza strefą oficjalnego, 
zinstytucjonalizowanego życia publicznego. 
Szanse przyswojenia sobie przez odbiorcę - a choćby nawet tylko starannego przeczytania lub 
wysłuchania - kancelaryjnych, abstrakcyjnych i dyrektywnych tekstów propagandowych są jednak 

background image

w praktyce niewielkie. Jest coś nienormalnego w tym, że - jak wynika z badań - drukowane w 
prasie listy od czytelników cieszą się znacznie większą poczytnością niż teksty dziennikarskie, a 
wielokrotnie większą niż teksty oficjalnych osobistości.  Z całą pewnością na taki stan rzeczy 
wywiera wpływ także ich kształt językowy. 

 
 
 
 
O zaufaniu, przejrzystej 

konstrukcji i trudnym 

początku 

 
 
 
 
Poza prasą, radiem i telewizją niewiele jest okazji zabierania głosu wobec słuchaczy, którzy o 
mówiącym absolutnie nic nie wiedzą i odbierają jego wypowiedź bez żadnych uprzedzeń. 
Wystarczy bowiem przedstawienie osoby zabierającej głos jako dziennikarza, dyrektora czy dajmy 
na to mieszkańca Krakowa, by słuchacze zajęli wobec niej postawę odpowiadającą ich 
wyobrażeniom o dziennikarzach, dyrektorach czy mieszkańcach Krakowa. A przecież zwykle 
mówi człowiek do ludzi, którzy go dobrze znają, pamiętają jego wcześniejsze wypowiedzi, lubią go 
lub nie lubią i mniej więcej wiedzą, czego się po nim mogą spodziewać. Wskutek tego, zabierając 
głos czy to prywatnie, czy publicznie, zazwyczaj ciągniemy ze sobą bagaż opinii, jaką mamy u 
słuchaczy. Od niej w znacznym stopniu zależy ich zaufanie do naszej wypowiedzi, które z kolei 
wpływa na jej skuteczność. Tak więc zanim człowiek otworzy usta, by coś powiedzieć, już - 
właściwie bez jego udziału w danej chwili - rozstrzyga się kwestia wstępnego kredytu zaufania do 
tego, co powie. 

Zaufanie słuchaczy do mówcy sprzyja skuteczności jego wypowiedzi. Jest rzeczą oczywistą, że 
jeśli na tym samym zebraniu miałyby z tą samą wypowiedzią występować dwie osoby, z których 
jedna cieszy się większym zaufaniem niż druga, to wypowiedź osoby, której słuchacze bardziej 
ufają, okaże się skuteczniejsza. Nie znaczy to jednak, że mówca, któremu się nie ufa, stoi na 
straconej pozycji i nie ma szans, by spowodować jakąkolwiek pożądaną przez siebie zmianę w 
świadomości odbiorców. 
Wiadomo, że ludzie pamiętają dłużej samą informację lub opinię niż ich źródło, a więc niż to, kto 
im danej informacji dostarczył lub kto daną opinię wyraził. Z chwilą, kiedy się o źródle informacji 
zapomni, mechanizm blokujący akceptację wiadomości lub opinii pochodzącej od niewiarygodnej 
osoby przestaje działać. Wskutek tego skutki wypowiedzi mówcy, któremu się nie ufa, mogą się 
ujawnić po pewnym czasie. 
W kategoriach długofalowego oddziaływania myślą organizatorzy kampanii propagandowych i 
reklamowych. W życiu codziennym mówiącemu zależy bardziej na doraźnych efektach. Jeżeli chcę 
kogoś namówić, by poszedł ze mną na spacer, mało mnie obchodzi to, że moje argumenty 
zaowocują po paru dniach, tygodniach czy miesiącach. Podobnie na zebraniu dyskutanci starają się 
przekonać słuchaczy i skłonić ich, by się zachowali w pożądany sposób już w trakcie głosowania; 
niewielkim pocieszeniem dla mówcy, którego wniosek padł w głosowaniu, będzie to, że za rok 
jego słuchacze przyznają mu rację. 
Zaufanie nie jest jednak cechą stałą, którą się ma - lub której się nie ma - raz na zawsze. Jeżeli 
nawet każdy mówca zabiera głos z pewnym kapitałem zaufania, to swoją wypowiedzią może go 

background image

zwiększyć, zmniejszyć albo zgoła stracić. Ludzie bowiem, przysłuchując się wypowiedzi, czasem 
nabierają zaufania do mówiącego (choćby mu na początku nie ufali), czasem przestają mu ufać. Z 
tego względu mówca, któremu na początku słuchacze nie ufają, znajduje się w położeniu znacznie 
trudniejszym niż ktoś, kto się cieszy ich zaufaniem, ale nie jest to położenie beznadziejne. 
Zaufanie do ludzi jako źródeł informacji jest wypadkową co najmniej kilku przypisywanych im 
cech. Ufa się człowiekowi, którego uważa się za |uczciwego, a więc takiemu, który - w 
przekonaniu słuchaczy - nie chce ich oszukać, świadomie wprowadzić w błąd. Uczciwość jako 
podstawa zaufania jest właściwością bardzo cenną, ale nie jedyną. Cóż bowiem z tego, że ktoś jest 
na wskroś uczciwy, jeżeli się nie zna na tym, o czym mówi. Tytuł do zaufania daje również 
kompetencja. Za |kompetentnego uważa się człowieka, który w danej dziedzinie może być uznany 
za eksperta z racji posiadanej wiedzy lub osobistych doświadczeń; w dziedzinie medycyny lekarz 
jest bardziej kompetentny niż trener piłki nożnej, a naoczny świadek wypadku drogowego - 
bardziej kompetentny w sprawie tego wypadku niż osoby, które tylko o nim słyszały. Trzecią - 
oprócz uczciwości i kompetencji - właściwością przypisywaną często osobie, której się ufa, jest 
|bezstronność. Wiadomo przecież, że wielu najuczciwszych ekspertów grzeszy skłonnością do 
stronniczego wyolbrzymiania lub pomniejszania znaczenia niektórych faktów i zjawisk. Zazwyczaj 
lekarz surowiej ocenia stan zdrowia ludności, a prokurator - stopień przestępczości niż 
przedstawiciele innych zawodów. Kiedy nauczyciel mówi o trudach pracy pedagogicznej, 
słuchacze są skłonni do traktowania jego wypowiedzi jako częściowo stronniczej, bo wyrażającej 
nauczycielski punkt widzenia. Z tego względu starania mówcy, by zasłużyć na opinię człowieka 
bezstronnego, są równie uzasadnione, jak troska o opinię człowieka uczciwego i kompetentnego. 
Mówca, który - zdaniem jego słuchaczy - jest jednocześnie uczciwy, kompetentny i bezstronny, 
cieszy się ich szczególnym zaufaniem. 
Te trzy cechy źródła informacji - choć nierzadko przypisywane mu niesłusznie - dają się łatwo 
uzasadnić |racjonalnie; ich rolę uzasadnia tzw. zdrowy rozsądek. Oprócz nich wpływ na zaufanie 
do źródła informacji mają trzy inne cechy, motywowane głównie |emocjonalnie. Otóż ludzie 
skłonni są także ufać mówcy, którego lubią, którego wypowiedź im się podoba oraz którego 
uważają za podobnego do siebie. W szczególnie sprzyjających okolicznościach taki mówca może 
odnieść sukces, choćby w gruncie rzeczy słuchacze uważali go za niekompetentnego lub 
stronniczego. 

Wyodrębnienie sześciu czynników warunkujących zaufanie do człowieka jako do źródła informacji 
stawia problem ich hierarchii. Zapewne nie uda się go nigdy rozwiązać generalnie, bo ważność 
poszczególnych czynników zależy od przedmiotu informacji, jakości słuchaczy i wielu różnych 
okoliczności.  Jednakże zarówno doświadczenie, jak i nieliczne zresztą badania w tej dziedzinie 
wskazują zgodnie, że najważniejsza jest uczciwość. W każdym zaś razie góruje ona nad 
kompetencją. Nic w tym dziwnego. Im wyższe kwalifikacje ma nieuczciwy ekspert, tym łatwiej mu 
wywieść laików w pole.  Drugie miejsce po uczciwości należy się prawdopodobnie bezstronności, 
zwłaszcza jeśli słuchacze są ludźmi wykształconymi i krytycznie nastawionymi do 
przekazywanych im informacji i opinii. 

Wynikają stąd dwa wnioski o wielkiej doniosłości dla każdego, komu zależy, by jego słowa 
spotkały się z zaufaniem słuchaczy: 
* wystrzegać się kłamstwa i takiego podkoloryzowania faktów, by się lepiej zgadzały z 

propagowaną tezą, 

* zapobiegać wrażeniu, że popierając jakąś tezę, kieruje się własnym interesem. 
 
Zapewne bardzo rzadko trafia się mówcy, by słuchacze uważali go za uczciwego, kompetentnego, 
bezstronnego, a ponadto, żeby go lubili, żeby się im jego wypowiedź podobała i żeby się z nim 
utożsamiali. Nieporównanie łatwiej o sytuację, w której mówca uważany za nieuczciwego, 

background image

niekompetentnego, stronniczego i obcego, a do tego nielubiany usiłuje trafić do przekonania 
słuchaczom swoją wypowiedzią odbieraną przez nich jako przelewanie z pustego w próżne. Jeżeli 
taki nieszczęsny mówca nie uświadamia sobie swojej klęski, a jeszcze na dodatek, zszedłszy z 
trybuny, dopomina się o komplementy („Jak się wam podobało moje wystąpienie?)), nikt nie 
potrafi mu pomóc. Najlżejszą krytykę swojej wypowiedzi potraktuje (z najgłębszym 
przekonaniem!) jako atak na pryncypia lub w najlepszym przypadku jako przejaw osobistej 
wrogości albo zawiści. 
Pewne nadzieje na wyleczenie z pustosłowia rokują tylko ci mówcy, którzy zdają sobie sprawę z 
poniesionej klęski. Być może następnym razem, kiedy znów zabiorą głos, zadbają o zaufanie 
słuchaczy. 
Może zechcą, chroniąc się przed posądzeniem o |nieuczciwość, sprawdzić zgodność swoich sądów 
z rzeczywistością, zweryfikować liczby i nazwy, skontrolować prawomocność wnioskowania, 
zrewidować argumenty (czy aby któryś z nich nie jest zbyt naciągany?), zastanowić się nad 
dopuszczalnością zamierzonych przemilczeń, rozważyć celowość użycia epitetów motywowanych 
wyłącznie emocjonalnie, a zwłaszcza wyrzec się nadużywania nieprecyzyjności określeń (np. „X 
był swego czasu zamieszany w sprawę głośnej kradzieży”, co ma sugerować, że X ukradł, choć 
faktycznie jego okradziono lub był on tylko świadkiem kradzieży). Kiedyś mówiono, że „kłamstwo 
ma krótkie nóżki”; dziś, wobec rozwoju środków komunikowania i aktywności komunikacyjnej 
ludzi, kłamstwa są właściwie beznogie. 
Kto nie chce mieć opinii |niekompetentnego, niech nigdy z własnej woli nie zabiera głosu w 
sprawach, na których się nie zna. Milcząc traci się niewiele, mówiąc głupstwa - można się 
ośmieszyć na bardzo długo. Oczywiście nikt się nie rodzi ekspertem; dopiero po zebraniu 
informacji i opinii oraz ich przemyśleniu uzyskuje się moralne prawo publicznego wystąpienia. 
Mając zaś podstawę, by się do tego prawa poczuwać, pozwalamy sobie dać to możliwie delikatnie 
słuchaczom do zrozumienia (np. „Rozmawiałem niedawno na ten temat z Iksem, który uchodzi za 
specjalistę...”; „Przeczytałem sobie przed naszym zebraniem wszystkie protokoły...”; „Przez kilka 
lat pracowałem z Igrekiem w tym samym zespole...”; „Niedawno byłem świadkiem podobnej 
dyskusji...)). We wszystkim, naturalnie, trzeba zachować umiar. Natrętne demonstrowanie 
kompetencji przez mówcę może się obrócić przeciw niemu.  Jeśli bowiem słuchacze jej nie 
zaakceptują, albo nie rozumieją wypowiedzi, ten i ów pomyśli sobie: „Ee, wymądrza się!” albo: 
„Chyba coś kręci!” 
Przed zarzutem |stronniczości zabezpieczy mówcę danie do zrozumienia słuchaczom, że znane mu 
są fakty i argumenty przemawiające przeciw popieranej przez niego tezie oraz że popierając ją, nie 
kieruje się własnym interesem. Niektórzy, aby zasłużyć na opinię bezstronnych, idą na całość i 
wmawiają słuchaczowi, że popierając dany wniosek, świadomie działają na własną szkodę w imię 
ogólnego dobra. Ten zabieg uznałbym jednak za przesadę. 
Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, jak być |lubianym. Wszelkie uogólnienia okazują się 
niebezpieczne, bo zgodnie z przysłowiem „na każdego potwora znajdzie się amatora”. Zwykle 
jednak dobre wrażenie robi na słuchaczach wszystko, co świadczy o tym, że mówca lub rozmówca 
traktuje ich poważnie i życzliwie. Każdy natomiast objaw lekceważenia, poczucia wyższości lub 
agresywności zraża większość słuchaczy. Na ogół można się spodziewać, że na życzliwość 
odpowiedzą życzliwością, na agresję - agresją.  Łatwiej darują mówcy nieporadność niż 
zadzieranie nosa. Na sympatię słuchaczy zarabia zresztą mówca nie tylko tym, co mówi, ale także 
swoim wyglądem i zachowaniem. 
Chyba równie trudno określić, co się ludziom |podoba w tekstach. O tym również decydują 
indywidualne gusty. Wiadomo z doświadczenia i obserwacji, że ludzie niby wolą teksty wesołe niż 
smutne, ale ten sam dowcip, z którego jedni się śmieją do łez, inni przyjmują z niesmakiem. 
Podobnie ma się rzecz z barokową stylizacją, podniosłymi archaizmami lub wyszukanymi 

background image

ornamentami przenośni i porównań: w jednych budzą zachwyt, inni uważają je za pretensjonalne, 
sztuczne i napuszone. Tym, co jednych nudzi, inni się pasjonują. Pomimo tak różnych gustów na 
ogół każdy woli słuchać komplementów i pochwał niż wymówek i uwag krytycznych; chyba 
każdemu większą przyjemność sprawiają informacje i opinie zgodne z jego obrazem świata i 
systemem wartości niż informacje i opinie ów obraz i ów system podważające; zapewne też 
większości ludzi bardziej się podobają rzeczy jeszcze im nie znane, barwne opowieści o ludziach i 
ich niezwykłych perypetiach oraz wypowiedzi jasne i zrozumiałe niż treści banalne i abstrakcyjne 
dywagacje, których zrozumienie wymaga od słuchaczy szczególnej koncentracji uwagi. Zręcznie 
wpleciony w wypowiedź świeży żart lub dowcip - jeżeli nie jest zbyt rubaszny i nie obraża 
słuchaczy - sprzyja pozyskaniu ich sympatii. 
Aby się wydać słuchaczowi |podobnym |do |niego, mówca w miarę dyskretnie zwraca uwagę na to, 
co ich ze sobą łączy. Za ludzi „podobnych do nas”, „swoich”, „takich jak my” uważamy tych, 
którzy wiedzą to, co sami wiemy; którzy przeżyli to, co sami przeżywaliśmy; którzy mają kłopoty, 
marzenia i plany bliskie naszym. Kiedy więc mówimy do piłkarzy, nie zawadzi wspomnieć, że i 
my kopaliśmy kiedyś piłkę. Kiedy zabieramy głos na wywiadówce w szkole, może się okazać 
pożyteczne przypomnienie, że i my mamy dzieci.  Kiedy rozmawiamy z sąsiadami, warto się z 
nimi podzielić naszymi zmartwieniami, że trudno dziś związać koniec z końcem, że zdrowie nie 
zawsze dopisuje, że mamy hałaśliwego lokatora, a program telewizji stał się już zupełnie 
beznadziejny. Oczywiście, ani myślę namawiać kogokolwiek do kłamstwa, do strojenia się w 
cudze piórka, do udawania kogoś, kim nie jesteśmy. Jestem tylko najgłębiej przekonany, że 
wszystkich nas, Ziemian - a tym bardziej nas, Polaków - więcej cech łączy niż dzieli. I właśnie to, 
co nas łączy, dobrze jest i sobie, i innym przypomnieć, aby się lepiej zrozumieć i lepiej 
porozumieć. Do tego, aby słuchacze odnieśli wrażenie, że mówiący jest im bliski, podobny do nich 
albo wręcz jednym z nich, nie muszą być zawsze użyte słowa. Często wystarcza sam wygląd i 
sposób bycia. 
Są ludzie, którzy mają zadziwiającą zdolność wytwarzania wypowiedzi dowolnej długości i na 
dowolny temat. Wydaje się, że ukrywają w sobie jakąś gigantyczną szpulę nici tematów. W razie 
potrzeby odwijają jej tyle, ile zapragną, a raczej tyle, ile zniosą słuchacze. Gotowi są w każdej 
chwili zacząć i w każdej chwili - np. na żądanie przewodniczącego - skończyć.  Często mówią 
ładnie i płynnie, bez jąkania się i stękania, udaje się im zainteresować, a nawet rozśmieszyć 
słuchaczy jakąś dykteryjką lub dowcipem.  Bywa, że się cieszą opinią złotoustych, i wiele osób 
zazdrości im daru słowa. Ale kiedy potem słuchacz relacjonuje przebieg dyskusji z udziałem 
takiego mówcy, nie potrafi o jego wystąpieniu powiedzieć nic więcej ponad to, że „zabrał głos i 
mówił bardzo pięknie”. 
Takie wystąpienia przypominają nić wysnuwaną ze szpulki: można je ciąć w dowolnym miejscu, 
mogą mieć (do pewnego stopnia) dowolną długość, a początek nie będzie się różnił od końca. 
Nie mniejszym postrachem zebrań, których uczestnicy chcą doprowadzić obrady do konkretnych 
wyników, są ludzie pozbawieni poczucia czasu. Nie pomoże zapowiedź, że poszczególne 
wystąpienia nie mogą przekraczać 5 czy 10 minut. Człowiek bez poczucia czasu przygotuje sobie 
wypowiedź - czasem nawet na piśmie - na godzinę. Wygląda to, jakby ktoś chciał dzieżę ciasta 
włożyć do szklanki. Najpierw mówi wolno i dobitnie. Dopiero gdy zapowiedziany czas 
wystąpienia dobiega końca, nieszczęśnik zaczyna się orientować, że wciąż jeszcze nie doszedł do 
meritum sprawy. Zwiększa więc coraz bardziej tempo mówienia lub czytania. Niewiele to daje, 
przewodniczący raz po raz przypomina o konieczności ustąpienia miejsca następnym dyskutantom. 
Nasz biedak długo nie rezygnuje, zdobywa jeszcze 5, jeszcze 10 minut, ale wreszcie zaczyna się 
plątać, co zresztą nie ma żadnego znaczenia, bo już dawno nikt go nie słucha. Kiedy skończy, 
większość potencjalnych słuchaczy przyjmuje to z uczuciem ulgi. Tylko niektórzy będą żałowali, 
że się skończyły zabawne zmagania upartego gaduły z przewodniczącym zebrania. Biada jednak 

background image

słuchaczom, kiedy taki pozbawiony poczucia czasu mówca zajmuje w hierarchii społecznej 
pozycję na tyle wysoką, że przewodniczący nie ma odwagi przerwać mu wystąpienia. 
Bywają też dyskutanci, których wypowiedź ciągnie się jak guma do żucia w dobrym gatunku. Po 
prostu nie mogą jej skończyć, bo w miarę mówienia ciągle im się przypomina jakaś nowa sprawa. 
Takie wystąpienia przypominają nizanie koralików na sznurek. Ich obserwacja także może 
dostarczyć wiele uciechy słuchaczom obdarzonym poczuciem humoru. Przypomnijmy sobie tych 
dyskutantów, którzy czując, że czas ich wystąpienia dobiega końca, deklarują: „Spróbujmy 
podsumować te fakty i wyciągnąć z nich praktyczne wnioski”. Już się naiwni słuchacze poprawiają 
w krzesłach i przygotowują do następnego dyskutanta. Tymczasem ta deklaracja nic nia znaczyła 
ponad to, że mówca zdaje sobie sprawę z upływu czasu. Po kilku minutach znów zapowiada: „Na 
zakończenie kilka słów chciałbym poświęcić sprawie...” Tego też nie należy traktować poważnie, 
bo po omówieniu owej sprawy usłyszymy:  
„Kończąc pozwolę sobie jeszcze wspomnieć, że...”, a potem: „Z tym łączy się inna historia, którą 
zakończę moje wystąpienie”, i za chwilę znów: „Jeszcze sprawa ostatnia...”, i znów: „Kończę więc, 
teraz już naprawdę, przypomnieniem...”. To również nie zapowiada finału, ale jest tylko objawem 
chwalebnego samokrytycyzmu, bo po kilku minutach słyszymy znów: „I wreszcie, żeby 
skończyć...” Taka wypowiedź trwałaby w nieskończoność; przerywa ją zazwyczaj dopiero 
żywiołowy śmiech z sali, wywołany kolejną zapowiedzią zakończenia. 
Wystąpienia typu „snucie nici”, „wkładanie ciasta do zbyt małej formy” lub „nizanie koralików” 
rzadko występują w stanie czystym i w tak karykaturalnej postaci, jak to przedstawiają przytoczone 
przykłady. W praktyce jednak w większości dłuższych wypowiedzi na zebraniach można dostrzec 
przynajmniej pewne elementy jednego z trzech wyróżnionych typów wypowiedzi, nieefektywnych 
wskutek amorficzności. Nie zawadzi przyjrzeć się krytycznie swoim wypowiedziom, by sobie 
uświadomić, któremu z nich są one najbliższe. 
Wprawdzie każdy tekst ma początek, środek i zakończenie, ale tylko w wypowiedziach świadomie 
budowanych początek jest początkiem, zakończenie - zakończeniem, a środek - środkiem nie tylko 
dlatego, że początek rozpoczyna wypowiedź, zakończenie ją kończy, natomiast środek znajduje się 
między początkiem a zakończeniem, ale przede wszystkim dlatego, że mają właściwe sobie cechy 
treściowe i formalne. 
Bodaj najważniejszą funkcją początku każdej wypowiedzi - zwłaszcza dłuższej - jest 
poinformowanie słuchaczy o jej zamierzonej treści i konstrukcji. Słuchacz ma prawo wiedzieć, co 
go czeka, a więc o czym się będzie mówiło i w jakiej kolejności. Znając plan wypowiedzi, nastroi 
się odpowiednio na jej odbiór, z czego zresztą skorzysta także mówca, bo jego myśli i słowa padną 
na przygotowany grunt. Z tego względu postulat powiadamiania na wstępie o treści wypowiedzi 
służy nie tyle skuteczności i perswazji, co skuteczności komunikowania się w najściślejszym 
znaczeniu tego słowa. Wiemy z własnego doświadczenia, że decyzja o zakupie lub lekturze nie 
znanej książki zależy często od zapoznania się z jej spisem rzeczy, który - nawiasem mówiąc - 
coraz częściej wydawca zamieszcza na początku, a nie na końcu. Początek dobrze skonstruowanej 
wypowiedzi powinien odgrywać rolę jej swoistego spisu rzeczy. 

Rolę tę odgrywają zwykle sformułowania typu: „Zajmę się najpierw sprawą X, potem będę mówił 
o sprawie Y, a skończę na sprawie Z”; albo: „Chcę poruszyć 3 kwestie: pierwsza - to X, druga - to 
Y, trzecia - to Z”; albo:  

„Swoją wypowiedź poświęcę rozważaniu wniosku zgłoszonego przez N.; omówię najpierw jego 
aspekty prawne, potem ekonomiczne, a wreszcie polityczne”; albo: „Chciałem podzielić się 
uwagami, jakie mi się nasunęły podczas słuchania dotychczasowych wypowiedzi. Przedstawię je w 
takiej kolejności, w jakiej te wypowiedzi były wygłaszane. Na koniec postaram się pokazać, że 
wszystkie one, choć tak różne, opierają się na tym samym błędnym założeniu”. 

background image

Zapowiedzianego na wstępie „spisu rzeczy” powinien mówca przestrzegać rygorystycznie. Jest też 
rzeczą wskazaną, by informował słuchaczy o podejmowaniu kolejnych zaplanowanych wątków. 
Służą temu celowi takie zwroty, jak np. „Przechodzę teraz do następnej sprawy”; albo: „Tyle w 
sprawie X. Jeśli chodzi o sprawę Y, przypominam...”; albo: „Tak się przedstawiają prawne aspekty 
wniosku. Zajmijmy się nim teraz z ekonomicznego punktu widzenia”. Sposobów sygnalizowania 
słuchaczom, że się skończyło jeden wątek i podejmuje następny, można oczywiście wymyślić 
nieskończenie wiele. Mogą być bardzo wyszukane, mogą się też odznaczać krańcową prostotą i 
bezpretensjonalnością, jak np. „Sprawa pierwsza...; sprawa druga...; sprawa trzecia...”. Także dobór 
form wprowadzających poszczególne wątki wypowiedzi nasuwa analogie do spisu rzeczy w 
książkach; w nim również poszczególne rozdziały miewają niekiedy wyrafinowane tytuły, niekiedy 
zaś tylko liczby porządkowe: Rozdział I, Rozdział II... itd. 
Prawdopodobnie większość wypowiedzi publicznych - z wyjątkiem przemówień, referatów i 
odczytów - wymaga improwizacji. Dotyczy to zwłaszcza głosów w dyskusji. Jeśli bowiem nawet 
przezornie napiszemy sobie wcześniej tekst wystąpienia, zwykle wypowiedzi przedmówców 
zmuszą nas do zmiany: a to się coś okaże zbędne, a to trzeba coś koniecznie dodać, a to jakiś wstęp 
przeredagować. W wypowiedzi choćby częściowo improwizowanej znacznie trudniej utrzymać 
zamierzoną konstrukcję niż w tekście pisanym. W trakcie mówienia przypominają się różne fakty, 
anegdoty, ludzie, czasem reakcja słuchaczy wywołuje dodatkowe spojrzenia, co sprzyja nie 
dającym się przewidzieć dygresjom, które mogą zagrozić rozsadzeniem pierwotnie klarownej 
struktury wypowiedzi. Moim zdaniem, dygresje są zazwyczaj niepożądane, ale też zdaję sobie 
sprawę z tego, że mało kto potrafi się ich ustrzec. Skoro więc już ulegamy pokusie wprowadzenia 
dygresji, nie omieszkujemy powiadomić o tym słuchaczy. Uczynimy najlepiej, jeśli ją ujmiemy w 
wyraźne klamry, np. „Tu pozwolę sobie na małą dygresję...” - a potem - „Wróćmy do przerwanego 
wątku”. Oczywiście, dygresja raczej nie powinna być dłuższa niż którakolwiek z zasadniczych 
spraw poruszanych w wypowiedzi. Nie powinna się też stawać odskocznią do nowych 
dodatkowych wątków ubocznych, bo jak zaczniemy robić dygresje do dygresji, to się najuważniejsi 
słuchacze w nich pogubią. 
Nawet najdłuższa wypowiedź ma - na szczęście słuchaczy - swój koniec.  Rzecz w tym, by 
następował on wtedy, kiedy mówca tego chce, a nie wtedy, kiedy jest do tego zmuszony przez 
przewodniczącego lub świadomość całkowitej utraty kontaktu ze słuchaczami. Owa utrata kontaktu 
może mieć różne przyczyny i różne przybierać formy: od okrzyków oburzenia i protestu, przez 
coraz głośniejsze rozmowy, do powszechnego ziewania i drzemki (o opuszczaniu sali przez 
słuchaczy chyłkiem lub demonstracyjnie nie wypada pisać). Przynosi jednak ten sam skutek: 
poczucie absuardalności dalszego mówienia. Wtedy prawdziwym problemem staje się zakończenie 
wypowiedzi już nie z sensem, ale z honorem. 
Jeżeli mówca szczęśliwie uniknie tych przykrych sytuacji i we właściwym czasie dobrnie do 
końcowej partii wystąpienia, utrzymując uwagę większości słuchaczy, ma prawo być z siebie 
zadowolony. Świadomość sukcesu doda mu pewności siebie i zmobilizuje do ostatniego wysiłku, 
tzn. do podsumowania wypowiedzi i do sformułowania wynikającego z niej wniosku, który całemu 
wystąpieniu nadaje rację bytu. Jeżeli zaś wystąpienie przebiegało nie całkiem pomyślnie, bo 
mówca poplątał tok rozumowania, niespodziewanie dla siebie część słuchaczy rozdrażnił, część zaś 
znudził, wdał się w niepotrzebne dygresje albo nie przez wszystkich został właściwie zrozumiany, 
|podsumowanie i końcowy |wniosek stwarza szansę powetowania słabości całej wypowiedzi. 
W tej końcowej partii wystąpienia warto jeszcze raz przypomnieć jego konstrukcję, a więc to, jakie 
się sprawy poruszało i w jakiej kolejności.  Słuchacze też się napracowali, usiłując nas zrozumieć, a 
czeka ich jeszcze tyle pracy z wysłuchaniem następnych wypowiedzi. Aby im zaoszczędzić 
zbędnego wysiłku, nie wahajmy się ich uprzedzić jednoznacznie, szczerze, po męsku: „Mówiłem o 
tym i tym. Teraz podsumowuję (albo: rekapituluję, ewentualnie resumuję; raczej nie: reasumuję). Z 
czego wynika wniosek taki i taki”. 

background image

Zdarzają się, prawda, wypowiedzi, które mając charakter komentarza, refleksji albo przyczynku, 
nie prowadzą do konkretnego wniosku. Ale na ogół i w nich są myśli ważniejsze i mniej ważne. Tę 
spośród nich, którą mówca uważa za najważniejszą, może powtórzyć na końcu, powierzywszy jej 
funkcję wniosku. Podkreślmy: ta myśl powinna być |powtórzona w ostatnich słowach wystąpienia, 
a nie zachowana na jego zakończenie. 
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jeśli tylko większość mówców zacznie przestrzegać 
zasady zapowiadania słuchaczom, iż oto za chwilę będą mieli do czynienia z podsumowaniem lub 
wnioskiem, wypowiedzi staną się jeszcze bardziej szablonowe, niż są obecnie. Nie podzielam tych 
obaw. Samo podsumowanie albo wniosek mogą być tak oryginalne pod względem treści i formy, 
jak się to tylko mówiącemu podoba. Od sposobu ich zapowiedzi nie trzeba oczekiwać 
oryginalności. Nie razi nas przecież jako szablon czy banał to, że w bardzo różnych książkach 
pierwszy rozdział nazywa się najczęściej wstępem lub wprowadzeniem, a ostatni - zakończeniem. 
Kiedy radzę, żeby zaraz na początku wystąpienia poinformować słuchaczy o jego konstrukcji, 
milcząco przyjmuję za rzecz oczywistą, że nikt odpowiedzialny nie zabiera głosu (pomijam w 
zasadzie nieparlamentarne kilkuwyrazowe wtręty do cudzej wypowiedzi, osłaniane czasem 
fałszywą legitymacją „ad vocem)), jeżeli go sobie nie przemyślał. Na nieszczęście nie brak na ogół 
na zebraniach ludzi nieodpowiedzialnych, którzy pomysł na jedno zdanie utożsamiają z 
przemyśleniem wystąpienia. Strzelą efektownie tym jednym zdaniem i poczują pustkę, ale że nie 
sposób się ograniczyć do kilku słów (w najściślejszym znaczeniu tego wyrażenia), przelewają z 
pustego w próżne i z powrotem, całym swoim zachowaniem i wyglądem pytając:  
„Co by wam tu jeszcze powiedzieć?” 
Należało przed zabraniem głosu pytać siebie samego: „Po co mam mówić? O czym? Co mam o 
tym do powiedzenia? Jak to powiem? Jak skończę? Odpowiedzi na te pytania łatwo nas 
doprowadzą do planu całego wystąpienia. Znam ludzi, którzy ułożywszy sobie taki plan w głowie, 
realizują go z żelazną konsekwencją - a przynajmniej takie sprawiają wrażenie - i nie odczuwają 
potrzeby posłużenia się notatkami nawet podczas godzinnego wystąpienia.  Może są genialni, a 
może mają jakieś konszachty z diabłem. Ponieważ sam tego nie potrafię, namawiam wszystkich do 
sporządzenia planu na kartce.  Niechże to będą choćby strzępy planu. Niech poszczególne wątki 
będą w nim oznaczone tylko hasłowymi wyrazami. Niech to będzie tylko pięć, sześć słów.  
Trzymajmy je w pogotowiu. Mogą odegrać w trakcie mówienia rolę, jeżeli nie koła ratunkowego, 
to przynajmniej kompasu. 

Sporządzając na gorąco plan wystąpienia, zwykle się nie ograniczam do zanotowania hasłowymi 
wyrazami poszczególnych jego punktów. Zapisuję zwroty, porównania i przenośnie, które przyszły 
mi do głowy podczas myślenia o tym, co chcę powiedzieć. Staram się również zapisać w możliwie 
w zgrabnej formie główną myśl przyszłej wypowiedzi lub jej końcowy wniosek.  Jeżeli zaś mam 
dość czasu, układam sobie w myślach początkowe zdania wystąpienia, czyli tak zwane wejście. Jak 
mi przyjdzie do głowy coś, co mi się w danej chwili spodoba, rzucam to także na papier. Opłaca 
się. Może się bowiem zdarzyć, że tuż przed otrzymaniem głosu zajdzie coś, co skieruje naszą 
uwagę na boczny tor. Wystarczy, że sąsiad szepnie nam do ucha jakąś plotkę albo przedmówca 
powie coś bulwersującego, wtedy nam notatki usłużą jak najlepszy sufler. 
Była już mowa o tym, że słuchacz ma prawo wiedzieć, kto do niego będzie mówił, o czym i w 
jakiej kolejności. W rozmowie z komputerem ta informacja w zupełności wystarcza. Ludzie są 
jednak w przeciwieństwie do komputerów niezdyscyplinowani, przekorni i nie dają się jak 
komputer włączyć na odbiór przez naciśnięcie odpowiedniego guzika. Informacja, kto będzie 
mówił, może przyciągnąć do słuchania tych, co temu komuś ufają lub są szczególnie 
zainteresowani jego opinią. Informacja, o czym się będzie mówiło, może zdobyć uwagę tych, 
którzy się daną sprawą szczególnie interesują. A co z resztą obecnych? Przynajmniej niektórych 

background image

można skłonić do słuchania tym, jak się będzie mówiło. To przede wszystkim dla nich 
przeznaczone jest |wejście. 

Dobre wejście jest krótkie, ściąga na siebie życzliwą uwagę nawet drzemiących, zagadanych lub 
zaczytanych słuchaczy, a ponadto łączy się z głównym wątkiem wystąpienia. Jeśli nie spełnia ono 
któregokolwiek z tych trzech wymagań, może zabierającemu głos przynieść więcej szkody niż 
pożytku. Wejście zbyt długie zabiera cenny czas, uniemożliwia rozwinięcie właściwego tematu, 
przytłumia go, a tym samym pomniejsza jego wagę.  Wejście, które nie wzbudza zainteresowania 
większości potencjalnych słuchaczy, staje się zbędnym balastem, a jeśli część z nich rozdrażnia - 
przypomina piłkę strzelaną do własnej bramki. Mniej oczywiste są szkody powodowane przez 
wejście krótkie i efektowne, ale całkowicie oderwane od poruszanego tematu; niby bowiem 
nastraja słuchaczy przychylnie do mówiącego, ale jednocześnie kieruje ich myśli w niewłaściwym 
kierunku, sugerując jakieś nie zamierzone zupełnie aluzje i podteksty. 
Jako wejścia skuteczne służą najczęściej przysłowia i cytaty, dowcipy, krótkie anegdoty, pytania 
retoryczne kierowane do słuchaczy, żartobliwe zapowiedzi treści wystąpienia, hasło, wspomnienie, 
informacja o jakimś niezwykłym zdarzeniu, szokujące zestawienie dwóch faktów, komplement pod 
adresem wszystkich obecnych lub osób powszechnie szanowanych itp. 
Wejście nie jest koniecznym elementem wystąpienia. Ponieważ zaś źle dobrane może zaszkodzić, 
lepiej z niego zrezygnować, jeśli zachodzą wątpliwości, jak też je słuchacze przyjmą. Z moich 
doświadczeń i obserwacji wynika, że zabierając głos, popełnia się najczęściej któryś z trzech 
kardynalnych błędów: wymądrzanie się, dawanie upustu miłości własnej i obrażanie słuchaczy. 
Jako przykład pierwszego z tych błędów mogą służyć łacińskie lub francuskie cytaty, jeśli nikt lub 
prawie nikt z obecnych nie zna łaciny czy francuskiego; nawet niezwłoczne przetłumaczenie ich na 
język polski nie uratuje mówcy przed odruchem niechęci ze strony słuchaczy. Przesadna miłość 
własna przejawia się zwykle w mówieniu o sobie samym (np. „Długo się zastanawiałem, czy 
powinienem zabrać głos w tej sprawie...”; albo: „Kiedy słuchałem wypowiedzi kolegów, naszły 
mnie wspomnienia...”; albo: „Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nigdy się nie ubiegałem o nagrody i 
wyróżnienia, ale się zawsze starałem wywiązać jak najlepiej...)).  Ewentualne obrażanie słuchaczy 
na wstępie wypowiedzi jest chyba największym i najtrudniejszym do odrobienia błędem, jaki 
mówca może popełnić. Kto nie wierzy, niech spróbuje zacząć swoje wystąpienie od słów: 
„Uderzmy się w piersi. Pracujemy mało wydajnie, niedbale i niegospodarnie. Spóźnienia do pracy 
są na porządku dziennym. Liczba nieusprawiedliwionych nieobecności wzrasta z roku na rok. Nic 
więc dziwnego, że nie osiągnęliśmy żadnego z planowanych wskaźników produkcji. A 
jednocześnie narzekamy na niskie zarobki...”. Jestem pewien, że już przy drugim zdaniu mówca 
będzie miał przeciw sobie niemal całą salę, a być może jakiś bardziej krewki słuchacz nie 
wytrzyma i zawoła „Bij się we własne piersi!” Albo: „Mów w swoim imieniu”. Sprawa jest 
przegrana i nie ma co ciągnąć dalej wypowiedzi. 
Pozornie efektowne wejścia bywają naprawdę niebezpieczne. Bez nich jednak zebrania, spotkania i 
rozmowy stałyby się okropnie nudne. Warto więc od czasu do czasu zaryzykować, by się uchronić 
od powielania na przykład takich wypowiedzi: 
„W naszym modelu przedsiębiorstwa wyniki produkcyjne nie są zadaniem samym dla siebie, lecz 
służą konkretnym i wymiernym celom - tworzeniu takich warunków, które zapewnią coraz 
pełniejsze zaspokajanie materialnych i duchowych potrzeb oraz wszechstronny rozwój każdego 
pracownika. Są to cele o szerokim społecznym wymiarze. I właśnie dlatego wymagają one, jeśli 
chcemy je osiągnąć, wsparcia o równie społecznie szeroki mechanizm ich realizacji. Mówiąc 
wprost i konkretnie, istota rzeczy polega na tym, że podstawową dźwignią tego mechanizmu jest 
człowiek, jego aktywność, inicjatywa i zaangażowanie. Ona właśnie - bardziej niż kiedykolwiek - 
odgrywa dziś rolę rozstrzygającą, decyduje o tym, w jakim stopniu, z jaką skutecznością 
wykorzystamy wszystkie możliwości...” 

background image

 
 
 
 

Umi

ejętność przekonywania 

czy sztuka porozumienia 

 
 
 
 
„Prawda ma podstawową wyższość nad fałszem i jeśli w starciu z nim nie zwycięża, to dlatego, że 
jej obrońcom brak zdolności perswazyjnych.” 

 
 

Arystoteles 

 
 
 
 
„Umiejętność rządzenia ludźmi to przede wszystkim umiejętność perswazji.” 

 
 

Józef Tischner 

 
 
 
 
Co najmniej od 2 tysięcy lat ludzie sądzą, że umiejętność przekonywania można posiąść przez 
naukę, a więc mniej więcej tak, jak się uczy zapasów, boksu, karate, dżudo albo kung-fu. Zgodnie z 
tym poglądem skuteczność przekonywania zapewniałoby opanowanie i właściwe stosowanie 
pewnej liczby chwytów perswazyjnych. Bogaty ich zbiór pozostawili nam starożytni retorzy, a w 
czasach nowszych opisał je Schopenhauer w swej „Erystyce, czyli sztuce prowadzenia sporów”. 
Nawiasem mówiąc, chyba żaden z chwytów opisanych przez Kwintyliana, Arystotelesa czy 
Schopenchauera nie został przez nich wymyślony; oni tylko opisali sposoby przekonywania, jakie 
ludzie stosują intuicyjnie, odkąd się zaczęli porozumiewać za pomocą języka. Porównywanie zaś 
retoryki i erystyki z karate jest raczej niestosowne, bo atakowi fizycznemu można się 
przeciwstawić tylko fizycznie, a nawet najwymyślniejsza wypowiedź perswazyjna spali na 
panewce, jeżeli adresat nie zechce jej wysłuchać albo nie potrafi jej zrozumieć. 
Nie ma się więc co łudzić, że ktokolwiek zdoła posiąść umiejętność przekonywania w takim 
stopniu, że będzie mógł dowolnie manipulować świadomością i zachowaniem się ludzi. 
Uniemożliwi mu to zresztą rozmaitość i znaczna nieobliczalność ludzkich reakcji na te same 
przekazy. 

Sceptycyzm wobec wszechmocy propagandy, reklamy i wszelkich innych form perswazji, a także 
wobec niezawodności wszelkich chwytów retorycznych nie przekreśla jednak sensu doskonalenia 

background image

umiejętności przekonywania. Bez względu bowiem na to, czy się to komuś podoba, czy nie, ludzie 
się ze sobą komunikują najczęściej po to, by się wzajemnie do czegoś przekonywać.  Ponieważ zaś 
różne osoby są obdarzone zdolnością przekonywania w różnym stopniu, warto ją rozwijać, by 
zwiększyć szanse egzystencji tych idei, które sami uważamy za słuszne, dobre i piękne. 
Kłopot zaczyna się jednak zaraz, jak się tylko spróbuje układać uniwersalne zasady skutecznego 
przekonywania. Okazuje się bowiem, że na ogół mają wartość względną, ograniczoną swoistością 
nadawcy, odbiorcy, tematyki i wielu dodatkowymi okolicznościami. Myślałby ktoś na przykład, że 
zalecenie, by odbiorców nie zrażać maksymalizmem propagowanej idei, ale zdobywać jej 
akceptację małymi kroczkami, jest tak oczywiste, że nie może budzić wątpliwości w żadnych 
warunkach. Tymczasem eksperymentalne badania skuteczności propagandy dowodzą 
przekonywająco, że niekiedy lepsze wyniki daje zasada „więcej żądasz - więcej otrzymasz”. Z 
powodzeniem stosują tę zasadę od wieków sprzedawcy na arabskich bazarach, podając ceny 
wywoławcze wielokrotnie przewyższające kwotę, za którą gotowi są swój towar odstąpić. 
Wartość pozornie uniwersalnych zasad zmienia się też w czasie.  Eksperymenty amerykańskich 
psychologów społecznych z lat pięćdziesiątych przemawiały na rzecz tezy, że lekkie postraszenie 
odbiorców („możecie zachorować)) jest perswazyjnie skuteczniejsze niż wielki strach („możecie 
umrzeć)). Analogiczne eksperymenty przeprowadzone kilkanaście lat później ujawniły istotną 
zmianę związku między wielkością groźby a skutecznością perswazji: większy strach powodował 
większą zmianę postaw w kierunku pożądanym przez nadawcę! 
Podobnie, sformułowana przez Arystotelesa zasada, że argumenty w wypowiedzi powinny być 
przedstawione w kolejności od najsłabszego do najmocniejszego, nie znalazła potwierdzenia w 
eksperymentalnych badaniach z połowy XX wieku. Wykazały one zależność odwrotną: 
wypowiedzi rozpoczynające się od argumentów najistotniejszych są na ogół perswazyjnie 
skuteczniejsze. 

Jeżeli jednak jakieś „uniwersalne” zasady przekonywania w ogóle istnieją, należy do nich zapewne 
ta, że łatwiej zmienić zachowanie się i opinię człowieka niż motywy jego postępowania. Motywy, 
jakimi się kierujemy w życiu prywatnym i publicznym, wyrabiane przez wiele lat czasem wręcz 
sprawiają wrażenie wrodzonych i wszelkie nadzieje, że się uda je przekształcić jednorazowym 
aktem perswazji są całkowicie płonne. To właśnie rzeczywiste motywy postępowania ludzi mogą 
posłużyć i często służą jako punkt odniesienia w argumentacji na rzecz propagowanej idei. 
Niewiele wskórałby nauczyciel, który by przekonywał rodziców, że powinni być surowsi dla 
dzieci, bo przynoszą wstyd szkole. Ta argumentacja opiera się na motywie dbałości o opinię 
szkoły, który by miał górować nad innymi motywami. Bez porównania skuteczniej trafi rodzicom 
do przekonania argumentacja odwołująca się do motywu miłości do dziecka. Dlatego właśnie 
doświadczony pedagog zaapeluje do rodziców o większą surowość w imię troski o właściwie 
rozumiany interes dzieci. 

Do uniwersalności może również pretendować teza, że „szczerość jest bardzo perswazyjna”. 
Niestety, w praktyce nie ma ta teza większego znaczenia, bo chodzi tu o szczerość rzeczywistą, a 
nie odgrywaną.  Rzeczywiste zaangażowanie mówcy okazuje się bardzo zaraźliwe, sprzyja 
zainteresowaniu słuchaczy tematem i wciąga ich w omawianą sprawę. Nie znaczy to jednak, że 
szczerość może pokryć wszelkie słabości wypowiedzi.  Toż podobno dobrymi chęciami całe piekło 
wybrukowano. Teza o przekonywującej sile szczerości mówi tylko tyle, że z dwóch wypowiedzi 
identycznych pod względem argumentacji i kształtu językowego, a różniących się jedynie stopniem 
osobistego zaangażowania mówcy, większy skutek wywrze wypowiedź mówcy bardziej i szczerzej 
zaangażowanego. Perswazyjność szczerości wiąże się zapewne ściśle z zaufaniem odbiorców do 
nadawcy.  Zgodnie z tym, co się na ten temat mówiło w jednym z poprzednich rozdziałów, 
wchodzi tu w grę zaufanie oparte na przeświadczeniu raczej o uczciwości nadawcy niż o jego 
kompetencji. 

background image

Zdając sobie sprawę z względności niemal wszystkich wskazówek skutecznego przekonywania, 
sądzę, że przynajmniej niektóre z nich zasługują na to, by o nich pamiętać, kiedy się publicznie 
zabiera głos. Przemawia za nimi doświadczenie wielu mówców, kaznodziejów i prelegentów, 
częściowo poparte wynikami badań, a także zdrowy rozsądek i wyobraźnia. Wskazówki te, mające 
na ogół wielowiekową tradycję, powtarza także współczesna literatura poświęcona publicznemu 
używaniu języka. Jak dawniej, tak i dziś uzasadnia je troska o to, by słuchacze uświadamiali sobie, 
co się do nich mówi, wierzyli temu i przyznawali rację mówiącemu. 
Do wyobraźni słuchacza i czytelnika najskuteczniej znajdują drogę |przykłady, które ilustrują 
przekazywane myśli. Jest bowiem rzeczą chwalebną, jeśli mówca dba, by dać rzeczy odpowiednie 
słowo, ale najodpowiedniejsze słowo nie przybliży owej rzeczy słuchaczom tak, jak może to 
uczynić przykład odwołujący się do ich doświadczenia. Przykłady unaoczniają i konkretyzują, 
wciągają słuchaczy i pozwalają im przeżywać treść wypowiedzi, czyniąc ją bardziej zrozumiałą, 
plastyczną i dobitną.  Przykład zdolny jest przybliżyć abstrakcyjne idee i hasła. Z powodzeniem 
unaoczni, jak coś działa, jak to coś jest ważne, a także czy jest złe, czy dobre. Wagę przykładu 
przekazywali światu Rzymianie w przysłowiu: „Verba docent, exempla trahunt” (słowa pouczają, 
przykłady pociągają). 
Przysłowie to w równym stopniu odnosi się do przykładów, jakie się daje własnym postępowaniem 
czy całym własnym życiem, jak i do przykładów przytaczanych w wypowiedzi, jeżeli są one 
dostatecznie konkretne, a słuchacze uznają je za typowe. Przykład może bowiem różnić od 
przykładu kilka stopni konkretności. Wyobraźmy sobie dialog reportera z lokalnym działaczem 
młodzieżowym: 

- Czym się zajmujecie? 
- Za najważniejsze zadanie uznaliśmy działalność ideowo-wychowawczą w środowisku. 
- Jak się to przejawia w waszej pracy? 
- Na przykład upowszechniamy znajomość najnowszej historii Polski. 
- Jak to robicie? 
- Organizujemy odczyty z udziałem prelegentów nawet z Warszawy. 
- Proszę o jakiś przykład. 
- W zeszłym miesiącu mieliśmy odczyt o powstaniu KRN. Niektóre odczyty cieszą się sporym 

zainteresowaniem. 

- Ilu słuchaczy bywa zwykle na takim odczycie? 
- Różnie. Na przykład na tym odczycie o KRN-ie było przeszło 20 osób. 
 
Ten fragment dialogu - służący nam oczywiście za przykład - ilustruje różne stopnie dzielące 
ogólnikowy poziom prowadzenia „działalności ideowo-wychowawczej” od poziomu konkretnych 
dwudziestu kilku osób obecnych na konkretnym odczycie. Tylko ten najniższy poziom dostarcza 
przykładów pełnowartościowych. 

Wymowa przytaczanych przykładów nie zawsze i nie dla wszystkich bywa wyraźna i 
jednoznaczna. A że nie ma większego sensu zabieranie głosu, jeżeli słuchacze nie rozumieją i 
przynajmniej na czas dyskusji nie zapamiętają, co właściwie mówca chciał im powiedzieć, warto 
zapobiec ich ewentualnym wątpliwościom. Uczyni to najlepiej wyrażenie podstawowej idei całej 
wypowiedzi w formie krótkiej, dosadnej a wpadającej w ucho i pamięć.  Taką formę mają tzw. 
|złote |myśli, a wśród nich przysłowia i przysłowiowe wyrażenia literackiej proweniencji. 
Oto młody człowiek naraził się środowisku pewnym karygodnym postępkiem.  Toczy się dyskusja, 
jakie konsekwencje swego czynu powinien ponieść. Zdania są podzielone. Jedni uważają, że należy 
go ukarać surowo, by miał nauczkę na całe życie, inni - że darowanie kary i ograniczenie się do 
upomnienia będzie miało lepszy skutek wychowawczy. Ci pierwszi będą przypominać, że „czym 
skorupka za młodu nasiąknie...”, że „od rzemyczka do koziczka...”, że „drzewko póki młode 

background image

naginać trzeba...”, że „pobłażliwość złe owoce rodzi” itp. Ci drudzy będą odpowiadać, że „młodość 
musi się wyszumieć”, że „nawet późniejsi święci grzeszyli w młodości”, że „głupota jest cechą 
młodości”, że „karząc młodych, robimy z nich przestępców”, że „młodych trzeba wychowywać, a 
nie karać”, że „odpowiedzialność za występki młodych spada na pokolenie starsze”. Bez końca 
można by przytaczać podobne sentencje uzasadniające, że trzeba winowajcę ukarać, bo młody, 
albo mu - dlatego, że młody - darować. 

Jeżeli złote myśli podkreślają główny sens wypowiedzi, to |cytaty go uwierzytelniają. Szczególnie 
przydatne okazują się pod tym względem cytowane słowa ludzi, do których słuchacze odnoszą się 
(albo powinni się odnosić zgodnie z systemem wartości panującym w danej grupie) z szacunkiem, 
zaufaniem, czcią lub miłością. Powołują się mówcy na autorytet wielkich myślicieli i bohaterów 
narodowych, uczonych i poetów, przedstawicieli wyższych instancji władzy i przepisy prawne. 
Swoisty charakter ma cytowanie wypowiedzi przeciwników na poparcie własnej tezy; zazwyczaj w 
takich wypadkach przytacza się je w charakterystycznej oprawie typu „nawet NN, którego nikt nie 
może posądzić o życzliwość do nas, musiał przyznać, że...” i tu się przywołuje potwierdzenie 
jakiegoś osiągnięcia lub zalety. Częściej jednak z wypowiedzi przeciwników dobiera się cytaty 
kompromitujące ich w oczach słuchaczy. 
Znaczenie, jakie się przypisuje cytatom, sprawia, że popyt na nie wśród ludzi często zabierających 
publicznie głos, czy to w mowie, czy to w piśmie, zawsze był duży. W pewnym stopniu 
zaspokajały go zbiory cytatów przygotowane na użytek oratorów i pisarzy już na początku naszej 
ery.  Również i dziś w wielu krajach świata takie zbiory cytatów na różne okazje należą do 
podstawowej biblioteki ludzi zawodowo wytwarzających teksty mówione lub pisane, a więc 
polityków, dziennikarzy, kaznodziejów, specjalistów od reklamy itp. Ludzie pióra w Polsce 
korzystają obecnie z wydanej przez PIW w połowie lat siedemdziesiątych „Księgi cytatów z 
polskiej literatury pięknej od XIV do XX wieku”; ułożyli ją Paweł Hertz i Władysław Kopaliński. 

Zakres przywoływania cudzych słów jako argumentu jest bardzo rozległy.  Nie obędzie się bez 
cytatów żadna rozprawa naukowa, nie brak ich w publicystyce, propagandzie i reklamie, użyczają 
blasku przemówieniom mężów stanu, a jednocześnie chętnie się po nie sięga w swobodnej 
towarzyskiej rozmowie. Na pierwszy rzut oka ta powszechność posługiwania się cytatami wydaje 
się zrozumiała. Najczęściej rzeczywiście ich główną funkcją jest to, że uwierzytelniają, nobilitują i 
podpierają myśli zawarte w wypowiedzi.  
Prócz tego mogą jednak pełnić jeszcze przynajmniej dwie inne funkcje:  
ubarwiać samą wypowiedź i sprawiać wrażenie, że cytujący jest osobą wysoce kulturalną i 
oczytaną. Jeżeli więc ktoś zgrabnie zacytuje dajmy na to Arystotelesa, Mickiewicza i Marksa, 
odnosi trzy korzyści: po pierwsze, sugeruje, że Arystoteles, Mickiewicz i Marks stoją po jego 
stronie; po drugie, jego wypowiedź staje się bardziej urozmaicona; po trzecie, przedstawia się sam 
słuchaczom w korzystnym świetle. 
Pomimo tych wszystkich zalet praktycznych, faktyczna racjonalna moc dowodowa cytatów jest 
dość skromna. Jakąż moc dowodową dla tezy, że nie należy wierzyć uczonym, ma to, że młody 
Mickiewicz napisał „Martwe znasz prawdy...)? Ponadto cytowane cudze słowa wyrywa się z 
kontekstu, co sprzyja różnego rodzaju nadużyciom. Bywa tak, że się dyskusja przeradza w jałową 
szermierkę na cytaty z tych samych autorów. 
Podobną do cytatów funkcję perswazyjną pełnią |nawiązania do wydarzeń historycznych lub 
fikcyjnych znanych z literatury. Im mocniej takie wydarzenie (i wiążące się z nim emocje) jest 
zakorzenione w świadomości słuchaczy, tym większa okazuje się siła jego oddziaływania. Z 
możliwości takich nawiązań chętnie korzystają politycy, ale i publicysta, przedstawiając swój 
program, przywoła tradycje - w razie potrzeby - albo zrywów powstańczych, albo rozwoju 

background image

gospodarczego. Stęskniona żona porównuje siebie do Penelopy, a zahukany mąż - do papy 
Dulskiego. 

Nawiązania do wydarzeń historycznych bywają nierzadko przedmiotem nadużyć perswazyjnych, 
służąc jako narzędzie dywersji ideowej i tzw. manipulacji.  Biada jednak mówcy, gdy w 
retorycznej euforii pozwoli tu sobie na zbytnią przesadę; słuchacze zareagują oburzeniem lub 
śmiechem. 
Dla ludzi trzeźwo myślących - prawda, że ostatnio o takich coraz trudniej - moc dowodową 
większą niż cytaty i nawiązania mają |liczby. Szczególnie łatwo tu przedobrzyć. Kabarety 
ośmieszyły skutecznie styl przemówień typu „Plony 4 zbóż w skali kraju wyniosły w roku 
bieżącym 15,4 mln ton wobec 14,3 mln w roku ubiegłym i 11,3 mln przed 10 laty. Jednocześnie 
powierzchnia zasiewów obejmowała 9,093 mln ha przed 10 laty, 8,841 mln ha w roku ubiegłym, 
8,563 mln ha w roku bieżącym”. 
W piśmie cytowany fragment ma nawet sens, ale odczytywany słuchaczom wymęczonym 
wielogodzinnymi obradami nie ma żadnych szans, by dotrzeć do ich świadomości. Można się 
założyć, że nawet nie zorientują się, czy powierzchnia zasiewów wzrosła, czy też się zmniejszyła. 
Ludzie czują się względnie pewnie, operując liczbami do stu, ewentualnie do tysiąca. Kiedy w grę 
wchodzą setki tysięcy i miliony, różnice między nimi zaczynają się zacierać. Wyobraźni słuchaczy 
trzeba pomóc. Można to uczynić na przykład tak: „Tu nie chodzi o 4 czy 40 ton, ani o 400 czy 
nawet 4 tysiące, ale o miliony ton, a więc o trzecią część tego, co zebraliśmy przed 10 laty”. 
Jeżeli mówcy zależy na pobudzeniu słuchaczy do myślenia, dobre usługi oddadzą mu |pytania. Już 
sama ich wznosząca się intonacja przełamuje monotonię zdań orzekających, które zwykle panują w 
wypowiedziach. Do tego dochodzi ich treść. Pytanie jakby otwierało w świadomości słuchaczy 
miejsce na odpowiedź, jakby budziło oczekiwanie na nią. Wskutek tego pytanie aktywizuje 
słuchaczy, a zwłaszcza tych, do których jest bezpośrednio skierowane. 
Pytania dzieli się zwykle na otwarte (np. „Co słychać?)) i zamknięte, wśród których wyróżnia się 
pytania o rozstrzygnięcie (np. „Czy nasz wniosek był już rozpatrywany na posiedzeniu Zarządu?)) i 
pytania o uzupełnienie (np. „Kogo wybrano na delegata na Zjazd?)). Podział ten niewiele jednak 
wyjaśnia, bo pomija rzeczywiste funkcje perswazyjne pytań. Kiedy się im starannie przyglądamy, 
odkrywamy ich bogactwo i dochodzimy do wniosku, że pytania są chyba najbardziej perswazyjną 
ze wszystkich form wypowiedzenia. 

Zacznijmy od pytań z ukrytym założeniem. Pytając na przykład „Kto odpowiada za nieporządki w 
administracji?” albo „Jaką karę powinien ponieść Kowalski za swój pożałowania godny wybryk?”, 
albo „Kiedy wreszcie uwierzymy we własne siły?” - zakładamy kolejno, że w administracji są 
nieporządki, że Kowalski dopuścił się karygodnego wybryku, i że dotychczas we własne siły nie 
wierzymy. Taki charakter ma również pytanie oskarżonego ze znanej anegdoty „Czy pan sędzia 
przestał brać łapówki?”, a także słynny początek mowy Cycerona „Quousque tandem, Catilina, 
abutere patientia nostra?” (Jak długo jeszcze, Katylino, nadużywać będziesz naszej cierpliwości?).  
Perswazyjność tych pytań jest oczywista. 

 
 
Inną funkcję pełnią pytania wprowadzające pominięty wątek, które stawiają dyskutanci referentowi 
lub przedmówcy. Niektóre z nich cechuje podchwytliwość mająca na celu ujawnienie informacji 
niewygodnych, więc przemilczanych. Pytanie pozorne umożliwia znów przedstawienie własnego 
stanowiska w sytuacji, kiedy się nie przewiduje dyskusji, a tylko zadawanie pytań prelegentowi 
(mówi się wtedy: „Moim zdaniem jest tak i tak. A co pan o tym sądzi?)). Czasem pytanie pomaga 
się wykręcić z odpowiedzi na postawione nam pytanie; klasycznym przykładem tego jest znany 
szmonces:  

background image

„Dlaczego wy, Żydzi, zawsze odpowiadacie pytaniem na pytanie?” „A dlaczego Żydzi nie mieliby 
odpowiadać pytaniem na pytanie?” 
Można by też klasyfikować pytania ze względu na to, kto ma na nie odpowiadać. Wyróżniają się tu 
trzy główne ich typy. Są to, po pierwsze, pytania rzeczywiste, kierowane do osób obecnych, od 
których się oczekuje rzeczowej odpowiedzi. Grupę drugą tworzą pytania, na które sobie odpowiada 
sam pytający (np. „Czy możemy o tym zapomnieć? Moim zdaniem po stokroć nie!)). Do grupy 
trzeciej należą tzw. pytania retoryczne, w ogóle nie wymagające odpowiedzi (np. „Czy ktokolwiek 
będzie działał świadomie na własną szkodę?” „Czyście wszyscy powariowali? Czy wszyscy 
postradali rozum?” „Odkąd to jajko mądrzejsze niż kura?)). 

Przez umiejętne zadawanie pytań antagoniście w dyskusji można doprowadzić go do tego, że sam 
sformułuje wniosek zbieżny z poglądem, któremu się przeciwstawił. Podobno ten sposób 
przekonywania upodobał sobie Sokrates; z tego powodu przekonywanie przez pytania nazywa się 
do dziś metodą sokratyczną. 
Metoda sokratyczna leży na pograniczu sposobów |uzasadniania (argumentowania) popieranego 
sądu i sposobów przekonywania przeciwnika, a więc chwytów perswazyjnych w ścisłym tego 
słowa znaczeniu, tzn.  teoretycznie możliwych do zastosowania w każdej dyskusji przez każdą ze 
stron bez względu na to, która z nich ma rację. Żeby nie powtarzać tego, co można znaleźć w 
innych książkach (np. w „Erystyce” Schopenhauera i „Umiejętności przekonywania i dyskusji” T. 
Pszczołowskiego), ograniczymy się do kilku innych praktycznych wskazówek. 
Każdy pogląd, każda teoria, każde stanowisko ma strony mocniejsze i słabsze. Obrońca czy też 
propagator danego poglądu, teorii lub stanowiska skupia zwykle uwagę słuchaczy na ich mocnych 
stronach. Odwrotnie powinien się zachowywać ich przeciwnik: największe szanse zwycięstwa daje 
mu bowiem |atak |na |słabe |strony zwalczanego poglądu lub teorii. Ta wskazówka przypomina 
zasadę dżu-dżitsu w starciu z bardzo silnym przeciwnikiem: jeśli nie masz szans, by skutecznie 
złapać go za rękę, całą swą siłą skoncentruj na chwycie jego małego palca. Frontalny atak na 
ogniwo najmocniejsze nie ma większych szans powodzenia. Przerwanie natomiast najsłabszego, 
nawet mało znaczącego ogniwa w rozumowaniu przeciwnika grozi zawaleniem się całej jego teorii. 
Polemikę z referentem lub w ogóle z jakąkolwiek wypowiedzią przedmówcy dobrze jest |zacząć 
|od |ich |pochwały. Taki zabieg usypia czujność osoby krytykowanej i jej potencjalnych 
zwolenników. Pochwała wcale nie musi być fałszywa. Moim zdaniem nie ma wypowiedzi tak 
niedorzecznej, żeby się nie dało o niej powiedzieć dobrego słowa. Polemika zgodna z tą zasadą 
może się rozpoczynać w sposób następujący: 

- Z prawdziwą przyjemnością wysłuchałem wystąpienia mego przedmówcy.  
Nieodparta logika jego rozumowania nie pozostawia najmniejszej szczeliny na wątpliwości. Z 
przytoczonych faktów nie da się wyprowadzić innych wniosków.  Problem polega jednak na tym, 
że te fakty nie są zgodne z rzeczywistością... 
Lubimy ludzi konsekwentnych, o stałych przekonaniach. Ktoś, kto kilka lat wcześniej, przed kilku 
tygodniami lub wczoraj wyrażał inne poglądy niż dziś, nie może liczyć na większe zaufanie 
słuchaczy. Trudno się dziwić podejrzliwości ludzkiej wobec osób zmieniających przekonania: toż 
jeżeli dziś mówią co innego niż wczoraj, to może się zdarzyć, że jutro będą mówili coś innego niż 
dziś. To zjawisko wykorzystywane bywa dość często we współczesnych polemikach politycznych. 
Przykłady |przypominania antagonistom ich |dawnych |wypowiedzi łatwo znaleźć w naszej 
publicystyce prasowej. Od lat zresztą krytycy religii wyszukują sprzeczności w Piśmie Świętym, a 
przeciwnicy marksizmu z upodobaniem oddają się odkrywaniu historycznie motywowanych 
niekonsekwencji w pismach jego klasyków. 
Ten sposób dyskredytacji osoby, z którą się polemizuje, zwłaszcza publicznie - ale także w cztery 
oczy - może oddać istotne usługi w działaniu perswazyjnym. „Pozwolę sobie przypomnieć - powie 

background image

polemista - co referent pisał na temat swobody krytyki przed dwoma laty”. „Wczoraj mówiłeś, że 
nie ma nic lepszego niż dobra herbata - narzeka żona - i dzisiaj nagle ci się zachciało kawy”. 
Do podstawowego zasobu chwytów perswazyjnych używanych współcześnie w polemikach należy 
również |tytułowanie antagonistów. Sposób tytułowania staje się znaczący, jeśli odbiega od normy 
utrwalonej zwyczajowo w danym środowisku lub w danych okolicznościach. Zwracanie się do 
osób, z którymi nie mówimy sobie po imieniu, przez „pan” można uznać we współczesnej Polsce 
za całkowicie neutralne. Jeżeli jednak na liczniejszym zebraniu partyjnym jeden z jego 
uczestników, zwracając się do innego lub mówiący o innym, użyje formy „pan”, może to być 
odebrane jako afront. Wyłączając bowiem ewentualne przejęzyczenia się, mamy prawo traktować 
tytułowanie „panem” w tych okolicznościach za wyraz opinii mówiącego, ze osoba tak tytułowana 
jest obca uczestnikom zebrania i nie zasługuje na miano towarzysza. Tak więc w tym wypadku 
złamanie zwyczajowej normy oznacza: „On nie jest jednym z nas”. Ten wypadek można określić 
jako wyłamywanie się z normy „w bok”. 
Bardziej dwuznaczny charakter ma wyłamywanie się z normy „w górę”.  Obserwujemy je 
wówczas, kiedy mówca chce szczególnie uhonorować kogoś, ale i wtedy, kiedy chce go 
skompromitować w opinii publicznej. Za przykład zamierzonego honorowania można uznać 
tytułowanie osoby, z którą jesteśmy na ty, inżynierem, dyrektorem, profesorem (np. „...jak słusznie 
podkreślił inżynier Kowalski...)); zwykle tego typu honorowanie ma na celu uwydatnienie 
autorytetu człowieka, który w dyskusji podziela nasze stanowisko. 
Kompromitacji antagonisty służy przesadne tytułowanie, któremu towarzyszy dodatkowo 
przesadna grzeczność (np. „Mój uczony przedmówca, szanowny docent habilitowany, był łaskaw 
zauważyć...)). Aby uniknąć niezrozumienia intencji takiego tytułowania, sygnalizuje ją mówca 
odpowiednią intonacją z odcieniem ironii. Przykładem przesadnego tytułowania jakiejś osoby w 
celu jej dyskredytacji jest też nazywanie w recenzji „panem Kowalskim” Kowalskiego jako autora 
(np. „Panu Kowalskiemu wprawdzie nie brak wyobraźni, ale niestety nie opanował jeszcze 
umiejętności składania zdań z wyrazów...)). 
Przedstawione wyżej chwyty perswazyjne (pytania, atakowanie najsłabszej strony, rozpoczynanie 
od pochwały antagonisty, cytowanie jego wcześniejszych wypowiedzi, tytułowanie) są w gruncie 
rzeczy tylko dodatkowymi zabiegami taktycznymi. Istota zaś mechanizmu przekonywania za 
pomocą komunikowania słownego zasadza się na |selekcji. Zazwyczaj dokonuje się jej na dwóch 
poziomach: poziom pierwszy odpowiada selekcji samych faktów (informacji), poziom drugi - 
selekcji środków językowych opisujących te fakty. 
Zgodnie z prawem selekcji motywowanej perswazyjnie informuje się więc tylko o niektórych 
właściwościach przedmiotów lub o niektórych cechach i rolach osób. Wspomina się zaś albo 
uwydatnia te właściwości, cechy i role, które odpowiadają intencjom nadawcy. Ten sam człowiek - 
posłużmy się banalnym przykładem - może być jednocześnie milionerem, właścicielem kopalni, 
starcem, ojcem itd., itd. Reakcja słuchacza na wiadomość o niepomyślnym wydarzeniu, jakie 
spotkało tego człowieka, będzie różna w zależności od tego, czy je przedstawimy jako 
niepowodzenia milionera, schorowanego starca czy nieszczęśliwego ojca. Wiadomość, że 
strajkujący górnicy wybili kamieniami okna w rezydencji bezwzględnego właściciela kopalni może 
wzbudzić uczucia satysfakcji wśród robotników, ale wiadomość o wybiciu okien w domu chorego, 
starego człowieka wywoła zapewne współczucie dla niego. 
Perswazyjne oddziaływanie obu wersji takiej wiadomości opiera się raczej na perswazyjności treści 
wypowiedzi niż na perswazyjności użytych w niej środków językowych. W magazynie języka są 
jednak środki wyspecjalizowane w kształtowaniu postaw, opinii i zachowania się słuchaczy i 
czytelników.  Znamy je dobrze i w różnych okazjach korzystamy z nich wszyscy. 

background image

Najprostszym językowym sposobem skłonienia odbiorcy do pożądanego postępowania jest druga 
osoba trybu rozkazującego: „zrób to”, „zostań”, „chodź”, „czytaj”, „nie jedz” oraz wołacz: 
„Piotrze”, „Mario”, „towarzyszu”, „obywatelko”. Znaczenie trybu rozkazującego można też 
wyrazić odpowiednimi czasownikami o formie trybu oznajmującego, mówiąc na przykład:  
„chcę”, „żądam”, „rozkazuję” (żebyś to zrobił), „zabraniam” (ci jeść), a także formami czasu 
przyszłego „zrobisz to”, „przyjdziesz”, „zostaniesz”, „przeczytasz”, „nie zjesz”. Podobnie można 
tłumaczyć znaczenie wyrazów wskazujących przymus lub konieczność zrobienia czegoś: „musisz 
to zrobić”, „trzeba zostać”, „należy przeczytać”, „nie powinieneś jeść”. Taką funkcję pełnią 
również wypowiedzi typu: „Do broni!”, „Wody!”, „Jazda!”, „Na pomoc!” 
Ważne miejsce w arsenale językowych środków perswazyjnych zajmują także gesty foniczne, jak 
„Och!”, „Żeby to szlag najjaśniejszy trafił!”, „Cholera!” Informują one słuchaczy o emocjach 
nadawcy („jestem wściekły)), przez co wpływają na ich zachowanie się. Podobną funkcję 
wyrażania emocji pełnią dziś zwykle już rytualne wyrażenia typu: „Wielce Szanowny Panie” 
(szacunek), „Mój Drogi Piotrze” (sympatia), wyrażenia obraźliwe: „Ty chamie” (pogarda), „Ty 
łajdaku” (potępienie), „Idiota” (oburzenie), oraz nasycone uczuciowością wykrzyknienia typu: 
„Cudowne!” (zachwyt), „Biedactwo!” (współczucie), „Jedyna!” (miłość) itp. Używa się ich w celu 
perswazyjnym zwykle po to, by przygotować odbiorcę na przyjęcie towarzyszącej im wypowiedzi. 
Typowym przykładem są tu nagłówki w listach i wołacze w wystąpieniach publicznych. Wyrażenie 
„Wielce Szanowny, Czcigodny o Kochany Panie Profesorze” w liście czy wykrzyknienie „Drodzy 
przyjaciele” w przemówieniu mają dać do zrozumienia odbiorcom, że - odpowiednio - czujemy do 
nich szacunek lub żywimy uczucie przyjaźni. Te informacje powinny ich życzliwie ustosunkować 
do samej wypowiedzi. 

Swoiście wyspecjalizowanymi środkami perswazyjnymi w języku są wyrazy, które nie tylko 
oznaczają różne osoby, przedmioty i pojęcia, ale także wyrażają lub narzucają pewien stosunek do 
nich, ich ocenę. „Kliką” nazywamy grupę ludzi, do której mamy stosunek niechętny; „prowodyr” - 
to przywódca akcji, którą oceniamy negatywnie; „kolaboracja” - to współpraca z naszym wrogiem; 
„fiasko” - to plany naszych przeciwników wymierzone przeciw nam;  
„machinacje” - to działania na naszą szkodę. Sami nigdy nie stosujemy „szykan”, nie urządzamy 
„burd”, nie występujemy z „pogróżkami”, nie bywamy „demaskowani”, nikogo nie „szczujemy” 
przeciw innym, nie uprawiamy żadnych „procederów”, z nikim nie łączą nas jakieś wspólne 
„konszachty”. Nas może cechować „grzeczność”, „delikatność” i „przyzwoitość” - naszych 
przeciwników odpowiednio „hipokryzja”, „oportunizm” o „tchórzostwo”. O mówcy, z którym się 
solidaryzujemy, powiemy, że „wykazał’ coś lub „dowiódł” czegoś, że „ukazał” rzeczywistych 
sprawców jakiegoś wydarzenia. O innym, z którym się nie zgadzamy, powiemy, że „się starał coś 
wykazać”, że „usiłował” czegoś „dowieść”, że „próbował przerzucić” odpowiedzialność na kogoś 
innego. 

Do słownictwa perswazyjnie nacechowanego należą też wyrazy: „wrzeszczeć”, „bachor”, „śpioch”, 
„żarłok”, „szpiegować”, „knuć”, „tchórz”, „leń”.  Wszystkie wyrażają i narzucają postawę 
negatywną, ale czynią to niejednakowo. Interesującą propozycję rozróżniania trzech postaw 
uzewnętrznianych prze słownictwo perswazyjne dała przed kilkunastu laty A.  Wierzbicka. 
Jej zdaniem znaczenie wyrazów „wrzeszczeć”, „bachor”, „śpioch” i „żarłok” daje się rozłożyć 
następująco: 
„wrzeszczeć” - równa się - krzyczeć plus czuję, że to mnie denerwuje 
„bachor” - równa się - dziecko plus czuję, że mnie ono denerwuje 
„śpioch” - równa się - ten, co dużo śpi plus sądzę, że za dużo 
„żarłok” - równa się - ten, co dużo je plus sądzę, że za dużo 

background image

Mechanizm perswazyjny wyrazów „szpiegować”, „knuć”, „tchórz”, „leń” jest nieco inny. 
Używając ich nie tylko wyrażamy własną postawę, ale jednocześnie milcząco zakładamy, że się 
odbiorca z nami solidaryzuje, jeśli chodzi o negatywną ocenę szpiegostwa, knucia, tchórzostwa i 
lenistwa (nie chodzi więc tu o trafność użycia wymienionych wyrazów w odniesieniu do 
konkretnych czynności i osób). Wierzbicka tak te wyrazy analizuje: 
„szpiegować” - równa się - śledzić kogoś plus sądzę, że wiesz, że to źle 
„knuć” - równa się - planować podstęp przeciw nam plus sądzę, że wiesz,  
że to źle 
„tchórz” - równa się - ten kto się boi plus sądzę, że wiesz, że to źle 
„leń” - równa się - ten, kto nie chce pracować plus sądzę, że wiesz, że  
to źle 
Można podważać trafność „tłumaczeń” dokonywanych przez Wierzbicką. Można powątpiewać, 
czy słusznie oddziela ona wyrazy „śpioch” i „żarłok” od wyrazów „tchórz” i „leń”. Trudno jednak 
zaprzeczyć, że |sposób wyrażania treści perswazyjnych odróżnia takie wyrazy, jak „wrzeszczeć” i 
„bachor” od takich, jak „szpiegować” i „leń”. We wrzeszczeniu i bachorze zawiera się ocena 
subiektywna (np. mówiąc, że jakaś piosenkarka wrzeszczy, nie negujemy jej umiejętności, tylko 
informujemy, że nas denerwuje lub że naszym zdaniem śpiewa za głośno). Perswazyjność wyrazów 
„szpiegowanie” i „leń” polega na odwołaniu się do systemu wartości akceptowanego przez 
nadawcę i odbiorców.  Wyrazy te mają jakby podwójną wartość perswazyjną: po pierwsze, 
nastawiają słuchaczy nieprzychylnie do kogoś, kto szpieguje lub jest leniem; po drugie, utrwalają 
negatywną ocenę „śledzenia kogoś” i „braku chęci do pracy”. 
Do interpretowania i komentowania rzeczywistości wykształcił język specjalne perswazyjne środki 
składniowe. Należą do nich między innymi niektóre typy zdań, w szczególności zaś te, które służą 
przeciwstawianiu jednego elementu innemu, te, które wskazują wynik, przyczynę, skutek, cel lub 
warunek jakiegoś działania oraz te, które uwydatniają, że się coś wydarzyło lub wydarzy pomimo 
czegoś. Według tradycyjnej szkolnej składni są to zdania: 

a.  przeciwstawne, np. „Do pracy się nie przykłada, ale czapkuje wszystkim zawzięcie”; 
b.  wynikowe, np. „Pracowali ciężko od świtu do zmroku, więc stosunkowo szybko zdołali się 

zagospodarować”; 

c.  przyczynowe, np. „Tempo wzrostu dochodu narodowego było niskie, bo hamowały go 

wieloletnie zaniedbania”; 

d.  skutkowe, np. „Mówił z przejęciem, aż mu wszyscy uwierzyli”; 
e.  celowe, np. „Każdy pracuje, żeby mu było lepiej”; 
f.  warunkowe, np. „Do niczego nie dojdziemy, jeżeli się pogodzimy z takim stanem rzeczy”; 
g.  przyzwolenia, np. „Nie zejdziemy z wybranej drogi, choć nie jest łatwa”. 
 
Bez takich zdań i wprowadzających je spójników: „ale”, „więc”, „bo”, „aż”, „żeby” („aby”, „by)), 
„jeżeli”, „choć” nie sposób skonstruować perswazyjnego tekstu nawet pozorującego jakiekolwiek 
rozumowanie. 

Wśród form fleksyjnych - oprócz wołacza i trybu rozkazującego - szczególną wartość perswazyjną 
przedstawia pierwsza osoba liczby mnogiej:  

„otrzymaliśmy”, „wykonaliśmy”, „zrobiliśmy”, „wiemy”. Owo |my łączy mówiącego i słuchaczy, 
odróżnia |nas od |was, a zwłaszcza od |nich. Czasem |my - to tylko nas dwoje, czasem wszyscy 
obecni, a czasami - cały naród. W tekstach perswazyjnych „wszyscy wiemy” znaczy też często tyle 
samo, co „każdy wie”. 

background image

Rejestr środków językowych służących perswazji byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim przenośni 
i porównań. Wiadomo, że do pewnych osób, przedmiotów i pojęć żywią ludzie uczucia pozytywne, 
lubią je i kochają, do innych czują niechęć, wrogość, pogardę i obrzydzenie. Analogiczne uczucia 
są wzbudzane przez wyrazy, które nazywają owe osoby, przedmioty i pojęcia.  Na tym polega 
pierwotna magia języka: na słowo (znak) ludzie reagują podobnie jak na przedmiot przez nie 
oznaczony. Od najdawniejszych czasów wykorzystywano to zjawisko tak w magicznym rytuale, 
jak i w komunikowaniu perswazyjnym. Umożliwiają to przede wszystkim przenośnie i 
porównania. 
Dzięki nim można określony przedmiot (osobę, instytucję, ideę) nazwać wyrazami oznaczającymi 
inne przedmioty, a w szczególności albo takie, które budzą uczucia pozytywne (jeżeli chcemy, by 
słuchacz ustosunkował się do tego przedmiotu pozytywnie), albo takie, które budzą uczucia 
negatywne (jeżeli chcemy, by słuchacz ustosunkował się do tego przedmiotu negatywnie). 
Człowieka, którego chciano wywyższyć, nazywano „lwem”, „orłem”, „promykiem słońca”, „różą”, 
„opoką”; ten, którego chciano poniżyć w opinii społecznej, bywał określany mianem „gada”, 
„żmii”, „ścierwa”, „tchórza”, „pokrzywy”, „bagna”. Zachowując się tak samo, człowiek poniżany 
„kąsa pierś, która go wykarmiła” (albo: „kala własne gniazdo)), człowiek wywyższany - „ratuje 
honor swego narodu”. 
Swoistym chwytem perswazyjnym jest kalambur; pomijając współczesne jego przykłady, 
przypomnijmy Tuwima: „obwieśpolak” (członek Obozu Wielkiej Polski), „honorhea” (narodowa 
choroba Polaków), „Romintern” (kler). 
Tak w przytoczonych rozmowach z sąsiadami i przyjaciółmi, jak i w komunikowaniu publicznym 
chyba żadnego z omówionych i wspomnianych dotychczas językowych środków perswazyjnych 
nie używa się w izolacji.  Nakładają się na siebie i wzajemnie wspierają słownictwo pozornie 
neutralne i wyrazy jawnie oceniające; komentujące struktury składniowe i bezpośrednio 
rozkazujące formy fleksyjne; środki służące argumentacji racjonalnej oraz emotywnie 
nacechowane wyrazy i wyrażenia bądź wyrażające głównie własne odczucia, bądź odwołujące się 
równocześnie także do wartości uznawanych przez odbiorców. Oto typowa scenka perswazyjna z 
codziennego życia: 
Żona do męża: 

- Kochanie! (to słowo ma przygotować męża na właściwy przekaz perswazyjny; jeżeli osobnik jest 

mało podatny na perswazję, może dodatkowo usłyszeć: - Świetnie dziś wyglądasz). 

- Weź parasol. (Bezpośredni, jawny apel) 
- Deszcz pada. (Uzasadnienie bezpośredniego apelu podyktowane obawą, że sam może nie 

poskutkować; uzasadnienie ma formę pozornie rzeczowej informacji o fakcie, w rzeczywistości 
jest ona trochę naciągana, bo to nie deszcz, ale raczej deszczyk, a nawet mżawka. Argument nie 
skutkuje, bo mąż nie lubi chodzić z parasolem) 

- Przeziębisz się. (Argument nie skutkuje, bo człowiek lekkomyślny i zdrowy nie boi się lekkiej 

choroby.) 

- Jak ci zleje głowę i ubranie, będziesz wyglądał jak zmokła kura.  
(Dodatkowy argument, tym razem skuteczny, odwołujący się do potrzeby uznania, a wyrażony 
zwrotem „wyglądać jak zmokła kura”; zwrot ten znaczy „być zmokniętym plus sądzę, że wiesz, że 
to nieładnie)). 
Od najdawniejszych czasów doskonalenie umiejętności korzystania z językowych środków 
perswazyjnych traktuje się podobnie jak naukę szermierki Opanowanie ich miałoby zwiększać 
szanse skutecznego forsowania własnego stanowiska, narzucania własnego zdania, zwycięstwa w 
sporach, polemikach i dyskusjach. W takim ujęciu można postawić znak równości między 
skutecznym komunikowaniem a kształtowaniem postaw, świadomości i zachowania się odbiorców 
przez sprawnego nadawcę. Cóż się jednak stanie, jeżeli temu sprawnemu nadawcy przeciwstawią 

background image

się równie sprawni inni nadawcy, a każdy z nich za wszelką cenę będzie chciał przeforsować 
własne zdanie? Czy w takim wypadku można oczekiwać, że sprawne komunikowanie zapobiegnie 
konfliktom lub przyczyni się do ich rozładowania? 
Nie sposób na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. Konflikty między ludźmi i grupami 
społecznymi rzadko wynikają ze złego komunikowania. Jeszcze rzadsze są wypadki rozwiązania 
lub rozładowania konfliktów dzięki dobremu komunikowaniu. Jak na ironię, w praktyce można 
znaleźć wiele przykładów na to, że to właśnie dobre i sprawne komunikowanie prowadzi do 
zaostrzenia konfliktu, jeżeli obie strony dążą do umocnienia swoich pozycji lub do zwycięstwa za 
wszelką cenę, a nie do porozumienia. 
W razie powstania różnicy zdań między ludźmi możliwe są teoretycznie różne strategie 
postępowania: 

- konsolidacja każdej ze stron sporu, 
- wzajemne przekonywanie się, 
- obustronne poszukiwanie optymalnego rozwiązania (lub obustronne przemilczanie spornej 

kwestii). 

 
W sferze komunikowania się w pierwszym wypadku wysuwa się na czoło pryncypialność 
wyrażania własnego stanowiska i agresywność wobec ludzi myślących inaczej; w drugim wypadku 
- skuteczność perswazji mającej na celu pożądaną zmianę ich opinii i postępowania; w wypadku 
trzecim - zdolność takiego sformułowania spornego problemu, które by było akceptowane przez 
obie strony, czyli umiejętność „znalezienia wspólnego języka”. 
Jest rzeczą oczywistą, że strategia pryncypialno-agresywna może sprzyjać integracji zbiorowości 
ludzi tak samo myślących, jednakże nie tylko nie prowadzi do zażegnania konfliktu, ale jeszcze go 
zaognia, i to tym bardziej, im sprawniej jest realizowana; w razie jej zastosowania ewentualne 
rozstrzygnięcie konfliktu - bo przecież nie jego zażegnanie - może nastąpić na drodze innej niż 
komunikacja (np. przez przymus fizyczny). 

Od sprawności komunikacyjnej natomiast zależy skuteczność pozostałych dwóch strategii. Jeśli 
chodzi o strategię perswazyjną, można oczekiwać - w najlepszym wypadku - rozstrzygnięcia 
konfliktu na rzecz jednej ze stron; tylko strategia porozumienia może konflikt zażegnać. 
Omówione w tym rozdziale środki językowe, z których się korzysta w celu przekonywania 
słuchaczy i czytelników, tradycyjnie traktowane są jako podstawowy arsenał strategii perswazyjnej. 
Równie użyteczne okazują się jednak dla strategii porozumienia, bo w jej ramach także chodzi o 
wyrażenie stanowiska atrakcyjne, zrozumiałe i przekonywające dla odbiorcy. „Dojść do 
porozumienia” nie znaczy bowiem „zrezygnować z własnych racji”. 

 
 
 

Kultura języka 

 
 
 
 
„Mowa nasza, nasz język jest naszym największym skarbem kulturalnym; broniąc naszego języka, 
bronimy samej istoty naszej kultury.” 

 

background image

 

Jarosław Iwaszkiewicz 

 
 
 
 
„Ponieważ nie sobie, ale innym mówimy, słów używać winni jesteśmy nie tych, które nam się 
podobają, ale które słuchający mile przyjmują.” 

 
 
Stanisław Kleczewski (1767) 

 
 
 
 
Co to jest kultura języka? Odpowiedzieć na to pytanie powinien pomóc słownik. Sięgnijmy więc 
do jedenastotomowego słownika języka polskiego PAN pod redakcją W. Doroszewskiego. Tam w 
tomie III znajdziemy hasło „kultura”.  Z czterech wyróżnionych znaczeń tego wyrazu jedno 
odpowiada znaczeniu, w jakim występuje on w wyrażeniu „kultura języka”. Kultura - czytamy - to 
„stopień doskonałości, sprawności w opanowaniu, znawstwie jakiejś specjalności, umiejętności itp. 
wysoki poziom czegoś, zwłaszcza wysoki poziom rozwoju intelektualnego i moralnego; ogłada, 
obycie, takt”.  Zwłaszcza z pierwszej części tej definicji wynika, że kultura jako „stopień 
doskonałości, sprawności w opanowaniu, znawstwie” może się odnosić do różnych dziedzin życia 
społecznego, a więc np. do literatury, sztuki, teatru, życia towarzyskiego, polityki, sportu, a nawet 
techniki i rolnictwa. Z myślą o tych różnych dziedzinach mówimy odpowiednio o kulturze 
literackiej, artystycznej, teatralnej, towarzyskiej, politycznej, fizycznej, technicznej czy rolnej. W 
tym szeregu znajduje swe miejsce także kultura języka jako stopień znajomości środków 
językowych oraz sprawności w świadomym i krytycznym korzystaniu z nich. Jej ważność opiera 
się na szczególnej roli, jaką odgrywa język w każdej dziedzinie życia społecznego.  Ostatecznie, 
bez kultury języka trudno sobie wyobrazić kulturę literacką, teatralną, towarzyską, polityczną, a 
nawet - do pewnego stopnia - techniczną i rolną. 

Potocznie przez upowszechnianie kultury języka rozumie się zwalczanie błędów w użyciu 
wyrazów, w ich odmianie, składni, wymowie, a nawet pisowni.  Nie należy się temu dziwić, skoro 
większość książek, artykułów, odczytów i programów radiowo-telewizyjnych mających w tytule 
wyrażenie „kultura języka” poświęcona jest piętnowaniu błędów językowych. Wiedzieć, co i 
dlaczego jest „złe”, to niewątpliwie ważny element kultury w każdej dziedzinie, ale prawdziwa 
kultura nie może się ograniczać do umiejętności rozpoznawania niedobrego. Podobnie, kultura 
artystyczna nie ogranicza się do umiejętności rozpoznania kiczu, a kultura techniczna - do wiedzy, 
że jakieś konstrukcje są z oczywistych względów chybione. 
Na domiar złego, mówiąc lub pisząc o kulturze języka, piętnuje się zazwyczaj mniej więcej ten sam 
zbiór wyrażeń i zwrotów uznawanych za błędne, co tym bardziej umacnia przekonanie, że 
wystarczy się ich wystrzegać, by służyć za wzór sprawności posługiwania się polszczyzną.  
Tymczasem, jak sztuka perswazji nie polega na opanowaniu kilkunastu czy kilkudziesięciu 
chwytów polemicznych, tak też kultury języka nie można sprowadzić do niepopełniania 
kilkudziesięciu czy nawet kilkuset błędów opisanych w poradnikach językowych. Co więcej, 
zdarza się, że jakiś tekst zadziwia pięknem, bogactwem i sprawnością języka mimo zawartych w 
nim błędów, a inny, choć poprawny formalnie, razi prymitywizmem i szablonowością. 

background image

Nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, że niemal całą dotychczasową literaturę z dziedziny 
kultury języka można odesłać do lamusa i z lekceważeniem odnosić się do zawartych w niej 
przestróg i wyroków. Bądź co bądź opierają się one na współczesnym poczuciu językowym tych 
warstw społecznych, które najpełniej reprezentują kulturę narodową w ogóle, a stan kultury języka 
ojczystego w szczególności. I jeżeli nawet w tekstach największego pisarza może się trafić forma 
wyrazowa, którą poradniki piętnują jako niepoprawną, nie przekreśla to sensowności ich orzeczeń.  
Wielkim ludziom - a więc także wielkim pisarzom - wybacza się różne słabości i grzeszki. Są oni 
bowiem wielcy pomimo tych grzeszków, a nie dzięki nim. Jeżeli jednak w ten sam sposób potknie 
się publicznie zwykły śmiertelnik, nic go niie osłoni przed opinią, że potwornie kaleczy mowę 
ojczystą. 
Wielu Polaków, czytając lub przeglądając poradniki językowe, dziwi się niektórym orzeczeniom: 
„Coś takiego! To ma być błąd? Ależ tak wszyscy mówią i piszą!” Wprawdzie owi „wszyscy” - to 
najczęściej tylko osoby, z którymi dziwiący się przestaje na co dzień, ale niektóre orzeczenia w 
poradnikach rzeczywiście nie znajdują oparcia we współczesnym zwyczaju językowym większości 
wykształconych młodych Polaków. Zazwyczaj dotyczy to form nieprawidłowych lub 
niepożądanych zapożyczeń, którym z różnych powodów udało się upowszechnić kosztem swoich 
prawidłowych lub rodzimych odpowiedników. Czy w takim wypadku można sąd poradnika 
językowego zlekceważyć? Nie radzę tego robić publicznie. Trzeba się raczej pogodzić z faktem, że 
niektóre wyrazy i wyrażenia, których się nawet używa w mowie potocznej, są napiętnowane jako 
błędne. Wprawdzie już się nie odczuwa ich niepoprawności, ale się wie, że nie należy ich używać. 
W publicznym wystąpieniu lepiej się więc nie narazić ich użyciem, bo może ono być 
wykorzystywane w celu podważenia zaufania do tego, co mówimy. Zawsze się może znaleźć ktoś, 
kto powie: „Wymądrza się, a kilku zdań bez błędu nie potrafi sklecić. Kto nie wierzy, niech 
sprawdzi w słowniku!” 
Przykłady wyraźnej niezgodności między orzeczeniami poradników a świadomością językową 
warstw wykształconych są oczywiście raczej rzadkie.  Nie ograniczają się zresztą do przypadków 
potępiania przez słownik takich form językowych, do których ludzie się już przyzwyczaili. 
Zdarzają się też przypadki odwrotne: wielu Polakom niektóre orzeczenia poradników językowych 
wydają się zbyt liberalne. Spotykamy się więc zarówno z reakcją typu:  
„Autorzy poradników są oderwani od życia: uznają wyrażenie „w oparciu o doświadczenia” za 
niepoprawne, a pełno go w prasie, radiu i telewizji, w przemówieniach i książkach”, jak i z reakcją 
typu: „Językoznawcy zbyt łatwo się poddają: to skandal, że w poradnikach traktuje się jako formę 
poprawną tak rażący błąd, jak wyrażenie „dwoma kobietami” zamiast tradycyjnego „dwiema 
kobietami”. 
Zagadnienie poprawności języka doczekało się ostatnio nowego ujęcia przez socjolingwistykę. Jej 
przedstawiciele, tzn. językoznawcy badający społeczne uwarunkowania zjawisk językowych, 
zwrócili uwagę na rozbieżność między tym, jak ludzie mówią, a tym, co uważają za poprawne. 
Jeżeli ta koncepcja jest słuszna - a wiele argumentów za nią przemawia - mielibyśmy dwie normy 
językowe: uznawaną i praktykowaną. Na pierwszy rzut oka wydaje się to paradoksalne ale przecież 
taka sytuacja występuje w sferze moralności: ludzie potępiają np. kradzież i kłamstwo, a 
jednocześnie trudno znaleźć człowieka, który nigdy niczego sobie nie przywłaszczył i nigdy nie 
minął się świadomie z prawdą. Rekonstruując stan moralności danego społeczeństwa na podstawie 
bądź tego, co ludzie uważają za dobre i złe, bądź tego, jak postępują, otrzymalibyśmy dwa różne 
obrazy. Zapewne podobnie ma się rzecz z poprawnością językową. Podobnie więc jak w sferze 
moralności obyczajowej, tak i w sferze poprawności językowej świadome upowszechnianie kultury 
powinno wspierać raczej normy uznawane, choć oczywiście nie sposób zlekceważyć norm 
praktykowanych. 

background image

Ograniczenie kultury języka do zwalczania błędów jest stosunkowo świeżej daty. Przez wieki 
poradniki dla mówców i ludzi pióra dawały im wskazówki, jak korzystać z zasobów języka, by 
skutecznie „uczyć, zachwycać i wzruszać”. Tej tradycji przestrzegano jeszcze w XIX wieku. Autor 
podręcznika stylistyki dla dzieci, wydanego w 1886 roku, wymienia cztery warunki dobrego stylu: 
jasność, prostota, poprawność, szlachetność (ta ostatnia oznacza „przyzwoitność, nie dozwalającą 
używania wyrazów gminnych)). Kilkanaście lat później A. Krasnowolski pisał: 
„Trudno jest ująć w szczegółowe przepisy te różne własności, które wpływają na to, że dany 
sposób wyrażania się uważamy za piękny. Nie można też żadnymi ustalonymi prawidłami nauczyć 
kogoś pięknego stylu. Wymagamy jednak od każdego, kto pisemnie czy ustnie myśli swe 
wypowiada, by czynił to w sposób jasny, zrozumiały, a zwłaszcza by wyrażał się bez błędów”. 
Potem dawne wymagania, by wypowiedź zachwycała i wzruszała, by cechowała ją jasność, 
prostota, szlachetność i zrozumiałość, coraz powszechniej kurczyły się do jednego: niechże będzie 
wolna od błędów językowych. Trudno dociec przyczyny tej rezygnacji. Czy spowodował ją zalew 
słowa pisanego i mówionego? Czy ogólne obniżenie poziomu sprawności językowej ludzi 
zabierających publicznie głos? Czy upowszechniający się styl myślenia, polegający na tym, że 
wymagać można tylko tego, co się da zadekretować w formie zakazów? A może tracimy poczucie, 
że publicznie wypowiedziane słowa mają jakiś sens i cel oprócz zajmowania czasu albo papieru? 
Odwiedziłem kiedyś kolegę polonistę. Siedział nad cudzym maszynopisem bliski płaczu. 

- Co się stało? - pytam. 
- Podjąłem się - mówi - nieopatrznie, że poprawię tekst tego przemówienia. Mam nic nie zmieniać, 

tylko usunąć błędy. Cóż to jednak da, że „zabezpieczyć” zamienię na „zapewnić”, a „co by się 
nie powiedziało” na „cokolwiek się powie”, jeżeli z całego tekstu zieje nuda, jeżeli niektórych 
zdań sam nie mogę zrozumieć, jeżeli w całym tekście nie ma ani śladu oryginalnej myśli. 
Posłuchaj: 

 
„Doskonalenie pracy ideowo-wychowawczej, stałe wzmacnianie jej rytmu, pogłębianie jej treści 
staje się zatem dziś - bardziej niż kiedykolwiek - szczególnie ważnym składnikiem systemu 
naszych działań, służących dynamicznej realizacji porogramu rozwoju społeczno-gospodarczego 
Polski - jedynej drogi, wiodącej do urzeczywistnienia naszych aspiracji i interesów”. 

Taki sposób mówienia i pisania jest znacznie groźniejszy społecznie niż sporadyczne błędy 
gramatyczne czy ortograficzne. Wiadomo, że język służy nie tylko jako narzędzie komunikowania 
się ludzi, ale także jako narzędzie myślenia. To, że ktoś napisze reportaż przez rz albo powie, że 
„wiele zawdzięcza pewnemu dniu” (zamiast: dniowi), może być potraktowane przez czytelników 
lub słuchaczy jako przejaw rażących braków wykształcenia.  Prawda, że taki wniosek może 
ośmieszyć całą jego wypowiedź w oczach nieżyczliwych odbiorców i zmniejszyć jej 
wiarygodność, ale żadnej ze stron aktu komunikacyjnego nie umożliwi porozumienia się. Błędna 
pisownia wyrazu nie przeszkodzi temu, że czytelnik zgodnie z intencją autora pomyśli o reportażu. 
Podobnie ma się rzecz z rażącą, bo nieprawidłową, formą celownika wyrazu „dzień”. 
Nie da się tego powiedzieć o wyrażeniach „stałe wzmacnianie rytmu pracy”, „ważny składnik 
systemu działań” czy „działania służące dynamicznej realizacji programu”. Za nimi nie stoi 
myślenie i same nie są zdolne pobudzić odbiorców do myślenia. Dlatego są takie groźne. To do 
nich odnoszą się słowa angielskiego pisarza: „Język staje się brzydki i niedokładny, bo nasze myśli 
są głupie, ale niestaranność naszego języka sprzyja temu, żebyśmy mieli głupie myśli”. 

Jerzy Bralczyk, autor wielu prac o języku współczesnej propagandy, pisze, że w wielu jej tekstach 
widać „prymat leksyki nad logiką”. Autorzy tych tekstów bowiem używają pewnych wyrazów nie 
dlatego, że znaczą to, co znaczą, ale dlatego, że sama ich obecność w wypowiedzi nadaje jej blasku 
pryncypialności. 

background image

Na stare problemy kultury języka nowe światło rzucają tak dynamicznie rozwijające się obecnie 
kierunki badań nad językiem, jak pragmatyka, psycholingwistyka i socjolingwistyka. Pragmatyka 
zajmuje się związkami między środkami językowymi a ludźmi, którzy ich używają. 
Psychologiczne aspekty tych związków stanowią przedmiot zainteresowania psycholingwistyki, a 
aspekty społeczne - socjolingwistyki. 
Blisko ćwierć wieku temu angielski socjolog języka B. Bernstein wystąpił z koncepcją, że języki 
narodowe we współczesnych społeczeństwach funkcjonują w dwóch różnych odmianach, 
uwarunkowanych klasowo. Ludzie bardziej wykształceni posługują się językiem „rozwiniętym”, 
ludzie bez wykształcenia - językiem „ograniczonym”. Pierwotna koncepcja Bernsteina spotkała się 
z ostrą krytyką (zarzucono jej m.in. bezpodstawne wartościowanie odmian języka służących do 
różnych celów) i została - także przez samego twórcę - w istotny sposób przeformułowana. Samo 
jednak rozróżnienie rozwiniętej i ograniczonej odmiany języka narodowego przetrwało - 
przynajmniej na razie - próbę czasu. 

Nawiązała do tego ostatnio Mirosława Marody, tworząc pojęcie „quasi-rozwiniętej” odmiany 
języka. Jej istotą miałoby być używanie form wyrazowych i składniowych właściwych odmianie 
rozwiniętej, ale bez uświadamiania sobie ich swoistych znaczeń. Oto na przykład ktoś, kto 
normalnie myśli i wypowiada się w kategoriach ograniczonej odmiany języka, odróżnia ludzi 
biednych i bogatych. Zetknąwszy się z przeciwieństwem klas wyzyskiwanych i wyzyskujących, 
może obie te |nazwy włączyć do swego słownika i używać ich w odpowiedniej chwili, ale nie w ich 
właściwym znaczeniu, tylko jako odświętnych, wiecowych czy uczonych synonimów wyrazów 
„biedni” i „bogaci”. Wypowiedź sformułowana w języku quasi-rozwiniętym wskutek zapożyczenia 
form należących do odmiany rozwiniętej udaje wypowiedź w języku rozwiniętym, choć w istocie 
wyraża uproszczony obraz świata charakterystyczny dla ograniczonej odmiany języka. Język quasi-
rozwinięty polega więc jakby na oddzieleniu formy od treści. 
„Za jego powstanie - pisze M. Marody - odpowiedzialne wydają się dwie grupy czynników: 1. 
oddziaływanie środków masowego przekazu oraz 2.  specyficzny typ kształcenia. Ponieważ 
zarówno mass-media, jak i kształcenie znajdują się w rękach ludzi z wyższym wykształceniem, jest 
rzeczą zrozumiałą, że język używany w tych instytucjach posiada cechy formalne kodu 
rozwiniętego. Jeżeli jednak idzie o treści przekazywane za pośrednictwem tych dwu typów 
instytucji, to sprawa jest bardziej złożona. W przypadku środków masowego przekazu na 
kształtowanie tych treści wpływ wywiera potrzeba dotarcia do najszerszego kręgu odbiorców oraz 
konieczności wynikające z założonych celów propagandowych”. 
Jeżeli quasi-rozwinięta odmiana języka - charakteryzująca się rozwiniętą formą i ograniczoną 
treścią - rzeczywiście istnieje i ma szerszy zasięg społeczny, gotów jestem uznać ją za 
najgroźniejszego wroga kultury języka i myślenia narodowego. To właśnie ona byłaby przyczyną 
wspomnianego „prymatu leksyki nad logiką” w niektórych tekstach propagandowych. 

Koncepcja quasi-rozwiniętej odmiany języka (Marody pisze o „kodzie quasi-rozwiniętym)) 
zapewne zrobi karierę, bo nawiązuje do teorii modnej obecnie w świecie, jest dość oryginalna, a co 
najważniejsze - przekonywająco wyjaśnia językowe zachowania się ludzi. Trafnie uwydatnia 
związek między językiem a myśleniem w ogóle, a między zasobem środków językowych, a 
jakością obrazu świata w szczególności. Umożliwia też sformułowanie ogólnej wskazówki 
pragmatycznej z dziedziny kultury języka:  
Jeśli nie uświadamiasz sobie różnicy znaczenia między dwoma wyrazami, z których jeden jest ci 
dobrze znany, bo używasz go na co dzień, a drugi wydaje ci się bardziej uczony, niezwykły i 
elegancki, użyj pierwszego z nich. 
Zastosowanie się do tej wskazówki uchroniłoby wiele osób przed niestosownym użyciem wyrazów 
„posiadać”, „aktualny”, „alternatywa” czy wyrażenia „klasa wyzyskiwana” zamiast „mieć”, 

background image

„obecny”, „możliwość”, „biedni”. Wskazówka wydaje się wyśmienita, ale pół żartem pół serio 
wypada zwrócić uwagę, że teoretycznie jest niebezpieczna. Wyobraźmy sobie człowieka, którego 
zasób czasowników używanych na co dzień ogranicza się do słowa „pieprzyć” (darujmy sobie 
wulgarniejszy odpowiednik), uzupełnianego odpowiednimi przedrostkami. Wyobraźmy sobie, że 
ten człowiek wziął sobie do serca naszą wskazówkę i postanowił się do niej zastosować. Ktoś go 
zapytał: 

- Co robisz po pracy? 
 
A on myśli: Jakbym się silił na elegancję, powiedziałbym, że zjem obiad, pójdę do domu i spędzę 
wieczór z dziećmi. Skoro mi jednak radzą, żebym mówił raczej tak, jak mówię na co dzień, to co 
się będę „opieprzał”. I wali prosto z mostu: 

- Jak „wpieprzę” obiad, „zapieprzam” do domu i „przepieprzę” wieczór z dzieciakami. 
 
Określiliśmy kulturę języka jako stopień znajomości środków językowych oraz sprawności w 
świadomym i krytycznym korzystaniu z nich. Jej poziom w odniesieniu tak do jednego człowieka, 
jak i większej społeczności można by ustalić za pomocą odpowiednich badań. W praktyce przecież 
o stopniu opanowania języka i o sprawności posługiwania się nim wnioskujemy z tekstów. Tekst, 
w którym się znajdzie wiele przykładów niewłaściwego użycia środków językowych, świadczy o 
niskiej kulturze języka jego twórcy. 
Współczesne językoznawstwo odróżnia język „jako abstrakcyjny, społecznie wytworzony system 
znaków” od mówienia i pisania, a więc od posługiwania się językiem. Twórcą tego rozróżnienia 
był szwajcarski językoznawca F. de Saussure. Porównał on komunikację językową do gry w 
szachy. W ramach tego porównania język odpowiada samym zasadom gry, a mówienie i pisanie - 
sposobom rozgrywania konkretnych partii szachowych. W tak rozumianym języku nie może być 
„błędnych zasad gry”. Popełnia się natomiast błędy, posługując się językiem, podobnie jak się je 
popełnia w trakcie rozgrywania konkretnych partii szachowych. Zgodnie z tym rozumowaniem 
należałoby mówić nie o błędach językowych (bo błędy w języku - jak wynika z samej jego definicji 
- istnieć nie mogą), ale o błędach w mówieniu i pisaniu. 

Jeżeli jednak wyrażenie „błąd językowy” nie razi nas jako błąd, to nie tylko dlatego, że większość 
Polaków nie słyszała o Saussurowskiej koncepcji języka (nawiasem mówiąc, nie wszyscy 
językoznawcy uznają tę koncepcję), ale dlatego, że się po polsku używa wyrazu „język” w różnych 
znaczeniach.  Mówimy bowiem nie tylko o języku polskim, niemieckim czy rosyjskim jako o 
narodowych, społecznie wytworzonych systemach znaków, używając wyrazu „język” w znaczeniu 
nadanym mu przez Saussure’a, ale także np. o „języku Adama Mickiewicza” czy nawet o „języku 
Pana Tadeusza”, mając na myśli indywidualny sposób posługiwania się językiem przez 
konkretnego pisarza lub realizację języka narodowego w konkretnym utworze. 
Wróćmy jeszcze do porównania komunikacji językowej z grą w szachy.  Powiedzieliśmy, że w 
języku, rozumianym jako zasady gry, nie może być błędów. Można jednak wyobrazić sobie kogoś, 
kto właśnie rozgrywa partię szachów, nie znając dobrze wszystkich reguł tej gry. Podobnie bywa ze 
znajomością języka przez konkretnych jego użytkowników. Sytuację młodego człowieka, który nie 
wie, że dajmy na to słowem „Cześć!” nie wypada powitać profesora, można porównać z sytuacją 
niedouczonego szachisty, który nie zna zasad ograniczających na przykład zastosowanie roszady. 
Słynne porównanie języka z grą w szachy nie jest jednak doskonałe. Być może w ogóle 
doskonałych porównań nie ma. Między językiem bowiem a szachami zachodzi przynajmniej jedna 
podstawowa różnica: większość szachistów zna wszystkie obowiązujące zasady tej gry, a 
prawdopodobnie nikt nie ma prawa powiedzieć, że zna swój język ojczysty w całości. Choć od 
dziecka mówimy po polsku, nie znamy ani wszystkich wyrazów składających się na słownictwo 
współczesnej polszczyzny kulturalnej (o gwarach i polszczyźnie historycznej nawet wspominać nie 

background image

warto), ani wszystkich reguł ograniczających ich użycie. Stopień znajomości jednych i drugich 
świadczy właśnie o kulturze języka każdego z nas. Jej dokumentację stanowią wytwarzane przez 
nas teksty w mowie i piśmie, a w szczególności także zawarte w nich błędy. 
Wedle słownikowej definicji błąd językowy to „nieświadome odstępstwo od współczesnej normy 
językowej, usankcjonowanej zwyczajem językowym i poczuciem językowym środowisk uznanych 
społecznie za użytkowników kulturalnej odmiany danego języka narodowego. Współcześnie do 
tych środków zalicza się przede wszystkim inteligencję humanistyczną”. Ze względu na to, jakie 
normy są przez błędy naruszane, wyróżnia się zwykle błędy stylistyczne, frazeologiczne, 
składniowe, gramatyczne, leksykalne, fonetyczne oraz interpunkcyjne i ortograficzne (dwa ostatnie 
rodzaje trudno zresztą uznać za błędy językowe w pełnym tego słowa znaczeniu, bo zasady 
przestankowania i pisowni są w gruncie rzeczy zewnętrzne i sztuczne wobec żywej materii języka). 
Błędy |stylistyczne wynikają z pogwałcenia norm stylistycznych co do stosowności użycia różnych 
środków językowych. Mamy na przykład w polskim słownictwie wiele wyrazów, które się nadają 
do użycia tylko w niektórych okolicznościach. Wyrazy „tatuś” i „buzia” - takie miłe w mowie 
potocznej - źle by się czuły w rozprawie naukowej lub w podaniu do urzędu. Odwrotnie, urzędowe 
„niniejszym zawiadamiam” lub „lokal mieszkalny”, a także naukowe „podstawy metodologiczne” i 
„poczynania eksperymentalne” śmieszyłyby w mowie potocznej. Rażą - jako błędy stylistyczne - 
wyrazy podniosłe w opisie prostych czynności i wyrazy wulgarne w mowie pogrzebowej. Za 
stylistyczne potknięcia można też uznać niepotrzebne powtarzanie tego samego wyrazu w 
niewielkich odstępach, nie zamierzone rymy, używanie blisko siebie podobnie brzmiących 
wyrazów czy też sąsiedztwo dwóch wyrazów, z których pierwszy kończy się taką samą sylabą, jaką 
się rozpoczyna drugi (np. prosta stancja). Błędami stylistycznymi są również nieudane przenośnie i 
porównania, a także wszelkie nieporadności językowe nie naruszające norm gramatycznych. 
Błędy |frazeologiczne powstają wskutek zniekształcenia związku dwóch lub większej liczby 
wyrazów przez zastąpienie jednego z nich innym, bliskoznacznym (taki błąd popełnilibyśmy, 
zmieniając w związku „snuć plany” wyraz „plany” na „perspektywy)) lub przez skrzyżowanie 
dwóch poprawnych związków (np. błędny zwrot „krzyżować szyki” powstał prawdopodobnie ze 
skrzyżowania poprawnych zwrotów: „krzyżować plany” i „mieszać szyki)). Za błędy 
frazeologiczne uważa się też tautologie i pleonazmy (np. „narzucający się i natrętny”; „wzajemna 
współpraca”, „poprawić się na lepsze)). 
Do błędów |składniowych zalicza się połączenia wyrazów rażące nie ze względu na ich znaczenie 
lub posmak stylistyczny, ale ze względu na niedostosowanie formalne. Najczęściej chodzi o formę 
dopełnienia nie odpowiadającą wymaganiom czasownika (np. „bronić ojczyznę” zamiast 
poprawnego „bronić ojczyzny”; „szukać za czym” zamiast „szukać czegoś)).  Znacznie rzadziej 
zdarzają się przykłady braku wymaganej zgodności rodzaju i liczby między podmiotem i 
orzeczeniem lub między przydawką a określanym przez nią rzeczownikiem. Do błędów 
składniowych należą też niewłaściwe użycia przyimków (np. „bez most przez czapki)) i spójników 
(np.”nie lubię, a kocham” zamiast: „nie lubię, ale kocham)) oraz imiesłowów (np.  wielokrotnie 
potępiane w szkole: „idąc przez wieś dzwony dzwoniły” zamiast:  
„kiedy szedł przez wieś, dzwony dzwoniły)). 
Błędy |gramatyczne łamią normy gramatyki, tzn. głównie fleksji (deklinacji lub koniugacji) i 
słowotwórstwa. Zdarzają się znacznie rzadziej niż stylistyczne, ale nie na tyle rzadko, by 
przykładów trzeba było długo szukać. Nawet u ludzi zawodowo trudniących się piórem trafić się 
może np.  błędna forma „tego periodyka” (zamiast: „tego periodyku)), a uważana za niepoprawną 
forma „wykąpę się” (zamiast: „wykąpię się)) zdarza się w mowie potocznej dość często. 
Wielu Polaków ma kłopoty z odmianą nazw własnych (np. „z Jabłonnej, z Miłosnej” zamiast: „z 
Jabłonny, z Miłosny)), a także z tworzeniem nowych wyrazów (por. np. błędną formę przymiotnika 

background image

od nazwy „Nowa Huta - nowohuciański” zamiast: „nowohucki)). Błędem gramatycznym jest też - 
przypisanie wyrazowi niewłaściwego rodzaju (np. „ten pomarańcz” zamiast:  
„ta pomarańcza)). Wypada tu dodać, że w gruncie rzeczy cała składnia należy do gramatyki, a więc 
tym samym wszystkie błędy składniowe - omówione poprzednio - można traktować jako typ 
błędów gramatycznych. 
Błędy |leksykalne polegają na użyciu wyrazów w niewłaściwym znaczeniu (np. „ludyczny” w 
znaczeniu „ludowy” zamiast „zabawowy)) lub w zniekształconej postaci (np. błędne „wziąść” 
zamiast „wziąć)). Za błędy leksykalne można by też uznać użycie wyrazu obcego wynikające z 
niewiedzy, że znaczy on dokładnie to samo, co dobrze nam znany wyraz polski (por. np.  użycie 
wyrazu „emerald” zamiast polskiego „szmaragd)). 
Błędy |fonetyczne, czyli błędne wymawianie wyrazów, należą do najczęstszych. Niektóre z nich 
można zresztą traktować jako typ błędów leksykalnych (jako przykład może tu służyć niepoprawna 
wymowa „predystyncja” zamiast „predestynacja)). Wiele innych zdarza się w niestarannej mowie 
potocznej (np. niepoprawna wymowa wyrazów „biblioteka”, „są”, „oryginał” jako „bibloteka”, 
„som”, „orginał)). Jako błędy fonetyczne traktuje się też niewłaściwe akcentowanie wyrazów (np. 
„za granicą”, „kopuła” zamiast „za granicą”, „kopuła)). Szczególnie często zdarza się błędna 
wymowa wyrazów obcych i zapożyczonych. 
Błędy |interpunkcyjne i |ortograficzne popełnia się oczywiście tylko w piśmie, ale przynajmniej 
niektóre z nich odbijają niepoprawną wymowę wyrazów. Tak jest zapewne z błędną pisownią 
„szklanny”, „zrucać”, „orginał” i „orginalny” (zamiast poprawnych „szklany”, „zrzucać”, 
„orginał”, „orginalny)). Nierozróżnianie w mowie głosek „h” i „ch” sprzyja też błędnej pisowni 
„błachy” i „haber” (zamiast poprawnych: „błahy” i „chaber)). Zawieszenia głosu (lub ich brak) w 
trakcie wymawiania zdań pociągają za sobą niewłaściwe użycie przycinka (lub jego brak wbrew 
wymaganiom przepisów), bo jak wiadomo reguły polskiej interpunkcji opierają się raczej na 
składni niż na sposobie wymawiania zdań. A jeśli niepoprawne stawianie przecinka jest 
najczęstszym błędem interpunkcyjnym, to w zakresie ortografii na pierwsze miejsce wysuwają się 
zakłócenia w pisowni łącznej i rozłącznej grup wyrazowych (np. błędne „na prawdę” i „napewno” 
zamiast poprawnych: „naprawdę” i „na pewno)). 
Niepopełnianie błędów stylistycznych, gramatycznych, leksykalnych itd.  niewątpliwie świadczy o 
kulturze języka. Z drugiej strony można powiedzieć, że upowszechnianie kultury języka słusznie 
się łączy z walką z nimi. Czy miałoby to jednak znaczyć, że ostatecznym celem kultury języka jest 
to, by wszyscy mówili poprawnie? Czy miałoby sens zwalczanie błędów, jeżeli jedyną nagrodą 
byłoby przeświadczenie, że się ich nie popełnia? Czy poprawny język ojczysty jest rzeczywiście 
wartością prymarną, nie wymagającą odwołania się do innych wartości jako motywów? 
Zgodnie z intencją tej książki na wszystkie te trzy pytania wypada odpowiedzieć przecząco. 
Poprawność, rozumiana jako brak błędów, nie jest ani celem ostatecznym kultury języka, ani nawet 
jednym z jej celów ostatecznych, ale tylko środkiem służącym lepszemu porozumiewaniu się ludzi, 
poprawniejszemu i pełniejszemu wyrażaniu myśli i uczuć, trafniejszemu rozumieniu tego, co inni 
mówią i piszą, skuteczniejszemu poznawaniu świata oraz precyzyjniejszemu i owocniejszemu 
myśleniu o nim. 
Podczas dyskusji w środowisku dziennikarskim jeden z redaktorów powiedział: „Wszystko, co 
robimy, podporządkowane jest głównemu celowi, by nie popełniać błędów politycznych”. Kiedy 
kilku jego kolegów, usłyszawszy to oświadczenie, roześmiało się w głos, przez dłuższą chwilę nie 
mógł się zorientować, co niestosownego było w tym, co powiedział. Aż mu ktoś z sali wygarnął: 

- Waszym celem ma być dobra gazeta, dobra także z politycznego punktu widzenia. 
 
A ktoś inny dorzucił: 

background image

- Najlepszym sposobem uchronienia się od błędów - to nic nie robić! 
 
Podobne nieporozumienie może się zdarzyć w podejściu do błędów językowych. Ich unikanie 
również trzeba traktować jako jeden z warunków skutecznego komunikowania, a nie jako cel sam 
w sobie. 

Sens troski o kulturę języka ojczystego motywuje się zwykle względami patriotycznymi. Jeżeli 
bowiem nawet trochę przesadnie brzmi sąd, że „naród żyje, póki jego język żyje” (ostatecznie 
historia podpowiada przykłady prężnych i nieźle radzących sobie narodów bez jednego, własnego 
języka narodowego), to przecież prawdą jest, że „język stanowi nasz największy skarb kulturalny”, 
a „broniąc go, bronimy samej istoty naszej kultury”. Nic więc dziwnego, że taka narodowa 
motywacja troski o język wysuwa się na plan pierwszy w okresach nasilenia uczuć patriotycznych. 
W szczególnych okolicznościach dochodzi wręcz do utożsamienia polszczyzny z ojczyzną. 
Nie ujmując w niczym tak rozumianej patriotyczno-kulturalnej motywacji troski o język, warto 
przecież spojrzeć na niego jako na swoiste narzędzie zarówno porozumiewania się, jak i myślenia 
wszystkich Polaków. Zająwszy takie pragmatyczne stanowisko, powiemy, że dbałość o język i 
troska o jego pożądany rozwój służy skutecznemu współdziałaniu obywateli oraz ich logicznemu i 
realistycznemu myśleniu. Z tego punktu widzenia na naganę zasługuje każde użycie środka 
językowego, które przeszkadza lub wręcz uniemożliwia osiągnięcie celu wypowiedzi, jaki sobie 
mówiący zamierzył. Za niewłaściwe i często jednocześnie błędne (stylistycznie, gramatycznie itd.) 
uznamy te formy językowe, których słuchacz (lub czytelnik) nie zrozumie, które może zrozumieć 
opacznie, które go - wbrew zamierzeniu mówiącego - rozśmieszą lub oburzą, które - poza poezją - 
odciągną uwagę słuchacza od treści wypowiedzi ku jej formie, które wreszcie sprawią, że słuchacz 
(lub czytelnik) nabierze przeświadczenia, że nadawca nie zna się na tym, o czym mówi (lub pisze), 
nie należy do „swoich”, nie umie się zachować albo nie potrafi mówić (lub pisać) poprawnie. 
Kropla dziegciu zniszczy najwspanialszą beczkę miodu. Czar najpiękniejszego tekstu może 
prysnąć wskutek jednego potknięcia. Nie wierzy Pani? To proszę posłuchać: „Lytwo, ojczyzno 
moja...”. 
Myślałby ktoś, że ta nietolerancyjna postawa wobec mówienia i pisania takiego, „jak się mówić i 
pisać nie powinno”, jest nieracjonalna i świadczy o prymitywizmie słuchacza lub czytelnika. Nic 
podobnego! Brak tolerancji wobec nie aprobowanych w danej społeczności sposobów mówienia 
okazuje się wysoce racjonalny z punktu widzenia interesów wspólnoty komunikacyjnej. To 
najważniejszy naturalny mechanizm utrzymania możliwości porozumienia się między pokoleniami. 
Działa dość skutecznie na różnych poziomach: w rodzinie, w kręgu rówieśniczym, w środowisku 
zawodowym i organizacyjnym, a wreszcie na poziomie ogólnonarodowym. Chroni język jako 
podstawowe narzędzie komunikowania się. A - jak wiadomo - jest to narzędzie szczególnego typu. 
Pozornie - zauważył pewien amerykański językoznawca - i język, i maszyna do strzyżenia 
trawników są tylko narzędziami. Jeśli mój sąsiad strzyże swój trawnik maszyną zupełnie inną niż 
ja, nie przeszkadza to w niczym naszej przyjaźni. Kiedy byśmy jednak mówili różnymi językami, 
prawdopodobnie byśmy się w ogóle nie zaprzyjaźnili. 
Powyższa pochwała ostracyzmu wobec form językowych odczuwanych jako niepoprawne wymaga 
kilku słów komentarza. Uznając bowiem pożądane skutki wspomnianego braku tolerancji, nie 
sposób przemilczeć tego, że jako zjawisko żywiołowe pociąga on za sobą skutki również 
niepomyślne. Jeżeli bowiem nie towarzyszy mu dostateczna znajomość języka (a więc też wiedza, 
co jest błędne, a co - poprawne), potępienie może objąć nie tylko rzeczywiste błędy, ale i formy 
najzupełniej poprawne, a nawet lepsze niż te, których się w danym środowisku powszechnie 
używa. Ponadto zbytnia nietolerancyjność wobec wszelkiej innowacji może - przynajmniej 
teoretycznie - zahamować rozwój języka narodowego, a przez to także - narodowego myślenia. 

background image

Jakże więc w końcu nietolerancyjność wobec błędów w mowie i piśmie ocenić? Przed chwilą się ją 
wynosiło pod niebiosy jako głównego gwaranta jedności języka, a tu nagle pada oskarżenie, że 
może chronić błędy, a nawet hamować rozwój myśli! A jednak oba sądy są prawdziwe. 
Najzwyklejsza to zresztą rzecz na tym świecie, na którym nie ma ani absolutnego dobra, ani 
absolutnego zła. Cały zaś problem polega na tym, by stworzyć warunki, które sprzyjają pożądanym 
skutkom nietolerancyjności wobec innowacji językowych, a jednocześnie ograniczają jej skutki 
niepożądane. Przyczynić się może do tego właśnie upowszechnienie kultury języka. 
Kiedy mam mówić i pisać o kulturze języka, wszyscy radzą mi: „Niech pan napiętnuje najbardziej 
rażące i najczęstsze błędy”. Na pierwszy rzut oka rada wydaje się dobra i chyba nikomu, kto mi ją 
daje, nawet przez myśl nie przejdzie, ile kłopotów i wewnętrznych rozterek sprawia chęć 
zastosowania się do niej. 
Biorę sobie tę radę do serca i zgodnie z najgłębszym przekonaniem uderzam w to, co uważam za 
rzeczywiście najbardziej rażące i najczęstsze, a do tego - najgroźniejsze społecznie: w sztuczność, 
w manierę, w udawanie, że się jest kimś innym. Biję w niezrozumialstwo kancelaryjnego żargonu, 
w płyciznę dowcipkowatego cwaniactwa, w pozorowaną naiwność niby-zaangażowanej 
publicystyki, w fałsz podniosłych frazesów i w sztampę wyświechtanej metaforyki. Ilustruję 
przykładami te grzechy główne naszej mowy, cytując: 
„Wskutek uprzednich zaszłości koszty zabezpieczenia finalizacji zadaszenia przedmiotowego 
budynku pomimo priorytetowego charakteru tej wiodącej inwestycji na terenie tut. okręgu 
podlegają limitowaniu zgodnie z obowiązującymi przepisami w pierwszym rzędzie w funduszu 
bezosobowym i w zakupach importowych z drugiego obszaru płatniczego.” 

A potem: 

„Janina L. stała się brzemienną przyczyną o rok od niej młodszego Kazimierza Ł. (...) Ł. miał 
wtedy, gdy wdepnął w Janinę L., dwumiesięczne dziecko. Za zgodą ojca Janiny wspólne 
zamieszkiwanie córki z Kazimierzem Ł.  odbyło się w jego willi. (...) Po urodzeniu dziecka, 
Kazimierz wzmógł absencję w domu”. 

I jeszcze: 

„To wycinki różnych przejawów stajni augiaszowych, zasmradzających atmosferę ludowej 
Ojczyzny, budzących przysłowiową czarną krew w sercach milionowych rzesz ludzkich. Co za 
„szatani” byli tam czynni, że tyle świństw trzymało się pod korcem maku też przysłowiowym”. 

I jeszcze: 

„Zaszczytna akcja honorowego oddawania krwi wśród naszej załogi podobnie jak w całej Ludowej 
Ojczyźnie została zrozumiana z poczuciem szlachetnego czynu człowieka dla człowieka. Wstąp w 
szeregi ofiarnych krwiodawców, których łączą humanitarne idee wyznawane przez wszystkich 
ludzi dobrej woli na całym świecie”. 

I wreszcie: 

„Po pierwszym ataku śnieżnej aury żegnał lary i penaty w syrenim grodzie i z uporem maniaka 
wyprawiał się ekspresem o wdzięcznej nazwie Tatry do zimowej stolicy Polski, by tam oddawać 
się białemu szaleństwu”. 
Pytam później moich zleceniodawców lub doradców: „Czy o to wam chodziło?” „Niezupełnie - 
odpowiadają. - Mówiłeś zbyt ogólnie o manierach stylu. Myśmy zaś myśleli o konkretnych błędach 
językowych, że się nie mówi „dej”, ale „daj”; nie: „trzyletnia rocznica”, ale „trzecia rocznica”; nie: 
„większa połowa”, ale „więcej niż pół” itd. Liczyliśmy na to, że wytkniesz po prostu błędy 
najczęstsze i najbardziej rażące”. 

background image

Błąd językowy - to nie zamierzone uchybienie zwyczajowi powszechnej mowy zwanej kulturalną. 
Błędnym jest więc taki sposób wyrażania się, o którym możemy orzec, że „tak się nie mówi” albo 
„tak nie można powiedzieć po polsku”. Zdania: „To jest błąd językowy” i „Tak się nie mówi” 
znaczą to samo. Ale przecież wyrazy i wyrażenia, o których się orzeka, że „tak się nie mówi”, nie 
mogą być zbyt często używane. W wyrażeniu „najczęstszy błąd” wolno się dopatrywać 
wewnętrznej sprzeczności. 
Na domiar złego mam piętnować błędy nie tylko najczęstsze, ale jednocześnie najbardziej rażące. 
Tymczasem najbardziej rażą nas wyrazy i wyrażenia, których się w ogóle nie spodziewamy, a więc 
takie, które są używane rzadko. Najbardziej rażącą wyda nam się forma, z którą zetknęliśmy się po 
raz pierwszy w życiu. Za drugim, trzecim czy dziesiątym razem parzy nasze poczucie językowe już 
trochę słabiej, a za pięćsetnym czy tysięcznym - okaże się, że jesteśmy już do niej niemal całkiem 
przyzwyczajeni. W wyrażeniu „błąd najczęstszy i najbardziej rażący” tkwi podwójna sprzeczność. 
Oto z całą pewnością do najczęstszych błędów należy użycie formy „tą” zamiast „tę” w funkcji 
biernika, to znaczy w zwrotach typu „pożycz mi tę książkę”. Ale właśnie wskutek częstości użycia 
trudno powiedzieć, że w zasadzie niepoprawne wyrażenie „tą książkę” jest przykładem najbardziej 
rażących błędów. Z drugiej strony chyba żaden Polak nie powie „nie mam samochoda” 
(przynajmniej ja się nigdy w życiu nie spotkałem z tym, by dorosły Polak napisał lub powiedział 
„samochoda” zamiast „samochodu)).  Gdybym się z taką formą spotkał, bez wahania zaliczyłbym 
ją do błędów najbardziej rażących, ale bardzo rzadkich. 
Mimo tych zastrzeżeń ponownie próbuję sprostać oczekiwaniom społecznym.  Wybieram kilka 
wyrazów, wyrażeń i zwrotów, które stosunkowo często występują w mowie i piśmie, a pomimo to 
rażą poczucie językowe wielu Polaków. 
Zacznijmy od dość rozpowszechnionego błędnego użycia zwrotu „opierać się o coś”. 
Czasownikowi „opierać się”, a nawet samemu zwrotowi „opierać się o coś” nie można nic 
zarzucić. Wątpliwości zaczynają się dopiero wtedy, kiedy ma się go użyć w zdaniu. Wszystko 
bowiem zależy od tego, co jest przedmiotem oparcia. 
W języku polskim odróżniamy opieranie się o coś pionowego (mówimy:  
opierać się plecami o ścianę, o rosnące drzewo, o latarnię itp.) od opierania się na czymś poziomym 
(mówimy: opierać się łokciami na stole, strop opiera się na 8 kolumnach itp.). I Polacy na ogół nie 
popełniają błędów, używając czasownika „opierać się” w jego realnym, konkretnym znaczeniu. 
Często natomiast łamią zasadę, że w znaczeniu przenośnym opieranie się jest opieraniem się na 
czym, a nie o coś. Zgodnie z tą zasadą popełnia błąd, kto mówi „postęp techniczny opiera się o 
naukę” (zamiast:  
„opiera się na nauce)), „zarządzenia opiera się o przepisy” (zamiast:  
„opiera się na przepisach)), „decyzja oparta o wyniki analizy” (zamiast:  
„oparta na wynikach analizy)). 
Inny przykład: „Jako pierwszy (albo: jako ostatni) zabrał głos tow. X”. W zdaniach tego typu 
wyraz „jako” jest całkowicie zbędny, a co więcej - jego obecność razi poczucie językowe wielu 
Polaków, którzy słusznie dopatrują się w jego nadużywaniu wpływu obcego języka. Ich stanowisko 
popierają zresztą chyba wszystkie wydawnictwa poświęcone kulturze języka polskiego.  Podobnie, 
za niepoprawne uznamy zdania: „Francuz przyjechał jako drugi” (zamiast: „przyjechał drugi)), 
„Jako ostatni zameldował się na mecie zawodnik X” (zamiast: „ostatni zameldował się...)). 
Nie mniej często - zwłaszcza w tekstach urzędowych - spotykamy wyrażenie „odnośnie czego”. 
Niewiele oficjalnych dokumentów może się bez niego obyć.  A jest to błąd oczywisty i chyba pół 
Polski krzywi się z niesmakiem na jego widok. Bo niby dlaczego miałoby się mówić „odnośnie 
czegoś”, jeżeli chcąc do czegoś nawiązać, mówimy „odnosić się do czegoś)? Wprawdzie i ten 
zwrot pachnie na milę kancelarią, potocznie go nie używamy, ale przynajmniej nie można mu 

background image

zarzucić, że jest niepoprawny. Niczym nie da się usprawiedliwić obecności błędnego wyrażenia 
„odnoście czego” w zdaniach: „Odnośnie lokalizacji obiektu wyjaśniamy...” (zamiast: „W sprawie 
lokalizacji...”, „odnośnie do lokalizacji...)), „Zalecenia odnośnie zagrożenia pożarowego są 
słuszne” (zamiast: „Zalecenia co do zagrożenia...” albo „zalecenia odnośnie do zagrożenia)). 
Niekiedy wyrazu „odnośnie” używa się nie tylko błędnie, ale także niepotrzebnie, np. :Rozważono 
sprawę odnośnie rozbudowy zakładu” (zamiast po prostu: „rozważono sprawę rozbudowy...)). 
Poradniki językowe zgodnie wskazują, że wyrażenie „odnośnie czegoś” jest dokładnym 
tłumaczeniem rosyjskiego „otnositielno czego”. 

Albo wyrażenie „w międzyczasie”. Ileż atramentu wypisano przeciw niemu!  

Ileż argumentów wytoczono, by je raz na zawsze usunąć z polszczyzny!  Wszystkie te wysiłki 
wprawdzie nie poszły na darmo, bo w starannie zredagowanym tekście „międzyczasu” nie 
znajdziemy, ale do całkowitego zwycięstwa daleko. Nie brak zresztą ludzi, którzy bronią tego 
wyrażenia, twierdząc, że jest ono niezastąpione jako określenie czasu między dwoma zdarzeniami. 
Czymże mam zastąpić - pytają - wyrażenie „w międzyczasie” w zdaniu: „O ósmej zadzwonił 
Janek, o dziewiątej Piotruś, a w międzyczasie zjadłem śniadanie)? Nie twierdzę, że w tej 
argumentacji nie ma za grosz sensu. W praktyce jednak wyrażenia „w międzyczasie” używa się 
wcale nie w takich szczególnych sytuacjach, ale tam, gdzie by się również dobrze czuł wyraz 
„tymczasem”, np.: „Zagadali się, a w międzyczasie (zamiast:  
„tymczasem)) zrobiło się późno”, „Jeden z nich zabawiał rozmową strażnika, a drugi w 
międzyczasie (zamiast: „tymczasem” albo: „w tym czasie)) usiłował przedostać się na teren 
zakładów”. 
Hulają sobie po Polsce zwroty typu „jak by nie było”, „jaki by nie był”, „co by nie zrobił”, „gdzie 
by nie był”. Nie wiadomo, który z nich najbrzydszy i najmniej logiczny. Cóż to bowiem znaczy 
„jak by nie było)?  Ano po prostu: „jakkolwiek by było”, „w każdym razie”. A co znaczy „jaki by 
nie był)? Po prostu: „jakikolwiek by był”, a więc - „każdy”. A „co by nie zrobił)? Po prostu: 
„cokolwiek (by) zrobił”, a więc „wszystko co (by) zrobił”. Ani o autorach, ani o redaktorach nie 
świadczą dobrze następujące zdania: „Jak by nie było, sprawiedliwości stało się zadość”; „Maszyna 
do pisania - jaka by nie była - to dopiero pierwszy etap nowoczesności”; „Co by nie mówić 
odznaczenie brygadzisty było wyróżnieniem całego zespołu”. Do tej samej kategorii należy błędne 
wyrażenie „co nie bądź”, używane niestety nie tylko pod kioskiem z piwem, zamiast poprawnego 
„co bądź”. 
Skoro już mówimy o wyrazie „bądź”, wypada wspomnieć o dwóch innych niebezpieczeństwach 
związanych z jego użyciem. Oto pierwsze z nich: wyraz ten znaczy dokładnie to samo, co człon -
kolwiek dodawany do zaimków: „kto”, „co”, „jak”, „gdzie”, „kiedy”. Możemy więc powiedzieć 
„ktokolwiek” albo „kto bądź”, „cokolwiek” albo „co bądź”, „jakkolwiek” albo „jak bądź”, 
„gdziekolwiek” albo „gdzie bądź”, „kiedykolwiek” albo „kiedy bądź”.  Wszystkie te formy są 
poprawne, choć nie wszystkie brzmią dziś równie naturalnie (np. powiemy raczej „ktokolwiek” niż 
„kto bądź)). Oczywistym natomiast błędem, rażącym wielu Polaków, jest łączenie w jednym 
wyrażeniu zaimka zakończonego członem -kolwiek z wyrazem „bądź”, np. „ktokolwiek bądź”, 
„cokolwiek bądź” itp. 
Niebezpieczeństwo drugie w gruncie rzeczy łączy się z pierwszym. Chodzi tu bowiem również o 
niepotrzebne użycie wyrazu „bądź” w towarzystwie zaimka „każdy”. „Każdy” - to właśnie 
„ktokolwiek”, a więc wyrażenie „każdy bądź” tak samo nie ma sensu jak „ktokolwiek bądź”. 
Spotyka się je najczęściej w rażącym określeniu „w każdym bądź razie”, używanym zamiast 
poprawnego „w każdym razie”. 
W błędnych wyrażeniach „jakkolwiek bądź” i „w każdym bądź razie” pojawia się grzech 
nadmiaru: kolejne składniki powtarzają tę samą treść. A wiadomo, że co za dużo, to nie zdrowo. To 

background image

samo odnosi się do rażącego wyrażenia „na wskutek czegoś”. Powstało ono - jak się łatwo 
domyślić - w wyniku skrzyżowania dwóch poprawnych wyrażeń: „na skutek czegoś” i „wskutek 
czegoś”. Trzeba się zdecydować: albo „na”, albo „w”. Jednoczesne użycie obu tych elementów 
brzmi jak zgrzyt noża po szkle. 
Sięgnijmy do innej szufladki, też wypełnionej przykładami po brzegi. Są to przykłady błędnego 
użycia form „pisze” i „pisało” typu „w gazecie pisało, że będzie padał deszcz”. Takie gwarowe 
użycie form „pisze” i „pisało” jest prawdopodobnie świadectwem czasów, kiedy do tekstu pisanego 
odnoszono się jak do wyniku działania jakichś nieznanych ponadnaturalnych sił. Podobnie do dziś 
mówimy „grzmi”, „grzmiało”. To jakieś nieznane „coś” grzmi lub grzmiało. Wyładowania 
atmosferyczne do dziś w większości ludzi budzą wrażenie tajemniczości i grozy, jakiś dziwny 
strach przed nieznaną potęgą. Poddają się temu wrażeniu nawet osoby, które doskonale wiedzą, 
skąd się biorą grzmoty. Co innego jednak z pismem. Każdy tekst pisany jest wytworem 
konkretnego człowieka, dziennikarza lub urzędnika, przyjaciela, znajomego lub pewnej osoby 
osobiście nam nie znanej. 
W żadnej gazecie nie pisze ani nigdy nie pisało „coś”. Zawsze robili to i robią konkretni ludzie. 
Dlatego poprawnie mówimy albo „jest (było) napisane w gazecie”, albo „piszą (pisali) w gazecie”, 
albo - zwłaszcza potocznie - „pisze (pisała) gazeta”. 

Zastanówmy się jeszcze raz nad omówionymi tu przykładami błędnych wyrażeń i zwrotów: 
„opierać się o naukę”, „przybył jako pierwszy”, „odnośnie czego”, „w międzyczasie”, „jak by nie 
było”, „kto by nie był”, „co nie bądź”, „gdziekolwiek bądź”, „w każdym bądź razie”, „pisało w 
gazecie”. Są to oczywiście błędy i częste, i rażące. Jestem jednak pewien, że kto podejmie trud 
zastanowienia się nad wymienionymi formami, zgodzi się z moim twierdzeniem: siła, z jaką błąd 
razi nasze poczucie językowe, jest odwrotnie proporcjonalna do częstości jego występowania. Do 
niektórych, z całą pewnością nieprawidłowych form (np. „w oparciu o przepisy”, „odnośnie 
czego)), już tak bardzo zdążyliśmy się przyzwyczaić, że niemal gotowi jesteśmy przyznać im 
prawo obywatelstwa w kulturalnej polszczyźnie. Moim zdaniem jednak dziś jeszcze na to za 
wcześnie, a nadmierny pośpiech mógłby przynieść więcej szkody niż pożytku. 
Ponadto bardzo wielu Polaków |wie, że wszystkie te wyrazy i wyrażenia są niepoprawne. Nie jest 
rzeczą istotną, czy sami na podstawie własnego poczucia językowego uznają je za błędy. 
Wystarczy, że wiedzą to ze szkoły i lektury. Jest zaś takich Polaków sporo i naprawdę nie warto 
narażać się ich opinii nieopatrznie użytym, kompromitującym słowem. 

- No i jak? - pytam na koniec moich krytyków. 
- Doskonale, właśnie o to nam chodziło, tylko samo zakończenie—niepotrzebne. 
- Poprawię się w następnym rozdziale. 
 
 
 
 
 

Grzechy i grzeszki 

naszej mowy. 

 
 
 
 

background image

„Postanowiliśmy dla pożytku Rzeczypospolitej wydać tę krytykę stylu i pokazać młodzieży, jakich 
błędów unikać należy w przemówieniu.” 

 
 

Stanisław Konarski 

(1741) 

 
 
 
 
„W mowie pewnych ludzi słychać błędy ortograficzne.” 

 
 

Julian Tuwim 

 
 
 
 
Narzekania na stan polszczyzny powtarzają się od dwustu lat z okładem.  „Samiśmy winni temu - 
pisał w XVIII wieku Adam Naruszewicz - że nasz język poszedł w zaniedbanie tak dalece, że 
rzadko kto dobrze mówi w potocznych rzeczach, dopieroż pisze co poważnego w wolnej czyli 
wiązanej mowie”.  Niemal sto lat później biadał Fryderyk Skobel, rektor Uniwersytetu 
Jagiellońskiego, nad „jedną z najsmutniejszych epok dla języka polskiego, epoką zepsucia 
wzrastającego (...) w rozmiarach tak zatrważających, iż lękać się trzeba, czy usiłowania szczupłego 
grona mężów, gorliwych i dbałych o jego dawną czystość i o zachowanie mu jego właściwości 
obok lekkomyślności i obojętności ogółu, złemu skutecznie zaradzić potrafią”. 
Podobnie ocenia dziś wiele osób współczesną polszczyznę. Oto charakterystyczna wypowiedź 
czytelnika czasopisma „Język Polski” z roku 1961: „To, co jest w rzeczywistości, zarówno w 
słowie mówionym, jak i pisanym, przeraża, bo wydaje się czasem, że lawina niepoprawności i 
nieporadności językowej jest nie do powstrzymania”. 
Z cytowanych przykładów nie należy wyciągać wniosku, że językowi polskiemu grozi nieuchronna 
zagłada (z równą konsekwencją bowiem Niemcy narzekają na psucie się języka niemieckiego, a 
Francuzi - francuskiego), ani że jedyną czy nawet główną wadą narodową Polaków jest obojętność 
wobec języka ojczystego (ostatecznie piętnowanie innych naszych słabości narodowych ma jeszcze 
dłuższą tradycję), ani też że wszelkie próby przeciwstawiania się temu, co nas razi w mowie 
naszych rodaków, skazane są z góry na niepowodzenie. Można sądzić natomiast, że co najmniej od 
dwustu kilkudziesięciu lat każdy, kto się wypowiada po polsku publicznie, musi się liczyć z tym, że 
społecznej ocenie podlega nie tylko sens, ale i forma jego wypowiedzi. 
Ze społeczną dezaprobatą (prawda, że nie zawsze jest ona powszechna) spotykają się więc nie 
tylko myśli głupie, banalne, przewrotne i nieodpowiedzialne, nie tylko kłamstwa, niekonsekwencje 
i zniewagi, ale także pretensjonalność i rozwlekłość wypowiedzi, nadużywanie niektórych 
wyrazów i zwrotów, zbędne zapożyczenia, błędy w składni i odmianie, niepoprawna wymowa, a 
także błędy pisowni i przestankowania. Niemal wszystko, co razi nas w cudzych tekstach i co 
innych ludzi razi w tekstach naszych, można potraktować jako przykłady tych kilku wymienionych 

background image

rodzajów wykolejeń językowych. Warto przypomnieć te z nich, które najczęściej służą dziś jako 
dowody „psucia polszczyzny przez urzędy, prasę, radio i telewizję”. 
Zacznijmy od |pretensjonalności. Ona bowiem jako grzech główny naszej mowy sprzyja wielu 
innym grzechom i grzeszkom. To ona dyktuje takie napuszone i koturnowe zwroty, jak „przejść w 
stan spoczynku zawodowego” (zamiast: „przejść na emeryturę)), „znajdować się w stanie 
nietrzeźwości” (zamiast: „być nietrzeźwym)), „uprawiać jeździectwo na koniu” (zamiast:  
„jeździć konno)), „zachodzi prawdopodobieństwo opadów deszczu” (zamiast:  
„może padać deszcz)). To ona każe swoim nieszczęsnym ofiarom nazywać pogodę - aurą, 
przyszłość - perspektywą, zniszczenie budynku - jego zdekapitalizowaniem, a jednoczesne - 
równoległym. Urzędową pretensjonalność tekstu najłatwiej rozpoznać po użytych w nim 
czasownikach: „dysponować”, „posiadać”, „przebywać”, „stanowić”, „udać się” (dokądś) itp. 
Oczywiście żadnego z tych wyrazów nie można uznać za błędny. Nie grzeszy pretensjonalnością 
M. Dąbrowska, kiedy pisze: „Radca miał prawo dysponować majątkiem, jak sam chciał”, bo 
„dysponować” znaczy: „mieć do dyspozycji, rozporządzać czym według uznania” lub „wydawać 
polecenia”. Obszar pretensjonalnych nadużyć czasownika „dysponować” rozciąga się poza tym 
znaczeniem, a obejmuje przede wszystkim zakres zwyczajnego, skromnego „mieć”; nawet o 
najważniejszej osobistości mówimy po prostu, że „ma pewność, wyższe wykształcenie, wybitne 
zdolności”, a nie że „dysponuje pewnością, wyższym wykształceniem, wybitnymi zdolnościami” 
itp. Jak wynika z tych przykładów dysponujemy, tzn. rozporządzamy ludźmi, zwierzętami i 
wszelkimi przedmiotami materialnymi (zwłaszcza pieniędzmi), przymioty i właściwości duchowe 
po prostu się ma albo się ich nie ma. 
To samo się odnosi do czasownika „posiadać”, który również ze śmieszną pretensjonalnością 
wypiera naturalne „mieć”. Wbrew temu, co się dziś sądzi (a nawet pisze), nie jest to zresztą 
zjawisko nowe, skoro w 1788 roku, a więc blisko 200 lat temu, F. Golański tłumaczył już swoim 
współczesnym:  
„Dobrze Polak dobra ziemskie posiada, ale czemu raczej nie ma mieć przymiotów, rozumu, sławy, 
nie żeby ustawicznie posiadał rozum, posiadał sławę, posiadał talenta, posiadał sekret. Bo się lepiej 
u Polaka gruntowne dobra niż umysłowe posiadają”. Do przykładów podanych przez Golańskiego 
możemy dziś dorzucić horrendalne „posiadać braki”, „posiadać czas”, „posiadać miejsce”, „ 
posiadać możliwość zakupu”, „posiadać słuszność”, „posiadać znaczenie”, „posiadać 
zrozumienie”. A zdaniem pewnego dziennikarza „służba zdrowia w Czersku posiada bardzo złe 
warunki pracy”. 

Zwykli ludzie „mieszkają” w Krakowie, Poznaniu i Białymstoku albo jeżdżą do tych miast. Ważne 
osobistości „przebywają” w Krakowie, Poznaniu i Białymstoku albo się tam „udają”. Z tym można 
się pogodzić. Nawet najwyższe zasługi nie dają jednak nikomu prawa, by „przebywać na 
zwolnieniu lekarskim” (zamiast „korzystać z niego)), „przebywać na emeryturze” (zamiast: „być na 
emeryturze)) lub „udać się na rentę” (zamiast: „przejść na rentę)). 
Trudno spotkać równie skandaliczne przykłady nadużywania czasownika „stanowić”. Warto jednak 
- zanim się go wprowadzi do zdania - przypomnieć sobie, że niemal zawsze można go zastąpić 
najzwyklejszym „być” i dzięki temu pozbawić zdania posmaku oficjalności: „jest najdotkliwszym 
brakiem” brzmi z całą pewnością lepiej niż „stanowi najdotkliwszy mankament”. 
Urzędnicy nie lubią potocznego słownictwa. Krawat, śliniak, ściereczka do kurzu - to nazwy zbyt 
pospolite, by je tolerować w oficjalnych planach i sprawozdaniach. Znacznie poważniej brzmi 
„zwis męski”, „podgardle dziecięce” i „skurzawka”. Podobnie razi urzędnicze ucho potoczna 
„zniżka” lub „obniżka ceny”. Bardziej elegancka wydaje się „bonifikata”, ale to wyraz obcy, a 
urzędnik chce się wykazać dbałością o czystość polszczyzny; ogłasza więc „posezonową 
wyprzedaż z opustem”. 

background image

Pretensjonalność przejawia się też w tworzeniu nowych wyrazów i w powielaniu wzorów 
składniowych uznanych za godne szczególnego szacunku.  Rodzime przyrostki -arz i -owiec 
wydają się zbyt pospolite w nazwie stanowiska pracownika umysłowego, tego więc, kto 
opracowuje kosztorysy, nazwie się nie „kosztorysiarzem” czy „kosztorysowcem”, ale 
„kosztorysantem”. Podobnie, pochodzący z łaciny przyrostek -cja w wyrazach „demaskacja”, 
„denerwacja”, „krępacja”, „kompletacja”, „pozoracja” ma uszlachcić rodzime lub tradycyjne 
„demaskowanie”, „zdenerwowanie” (nerwy), „skrępowanie”, „skompletowanie” i „pozorowanie” 
(np. roboty). 

Wiele terminów z różnych dziedzin nauki i techniki ma formę wyrażenia składającego się z dwóch 
wyrazów, z których pierwszy jest rzeczownikiem, a drugi - przymiotnikiem. Rzeczownik nazywa 
pewną klasę przedmiotów lub pojęć, a przymiotnik uściśla, o jaką odmianę w ramach tej klasy 
chodzi. Tak zbudowane są terminy matematyczne (np. „geometria wykreślna)), językoznawcze (np. 
„zdanie pojedyncze)), ekonomiczne (np. „budżet rodzinny)) czy też polityczne (np. „demokracja 
socjalistyczna)).  Autorytet nauki sprzyja rozpowszechnianiu się analogicznych terminopodobnych 
wyrażeń w dziedzinach życia mających niewiele albo nie mających nic wspólnego z nauką. 
Ostatnio wślizgnęły się do słownictwa publicystyki wyrażenia „wsad dewizowy” i „nawis 
inflacyjny”; za nimi pojawiają się w prasie takie dziwactwa, jak „kryzys skarpetkowy” i „dołek 
pończoszniczy” („Kiedy wyjdziemy z dołka pończoszniczego?)), a sprawozdawcy sportowi 
załamują ręce nad „indolencją strzałową” piłkarzy, która może spowodować „dramat ekstremalny”, 
czyli wyeliminowanie drużyny z rozgrywek. 
Pretensjonalność prowadzi zwykle do |rozwlekłości. Przejawia się ona w użyciu dwóch słów tam, 
gdzie jeden wyraz z równą ścisłością, a jednocześnie bardziej dynamicznie mógłby zamierzone 
znaczenie oddać. Weźmy wyrażenia:  
„fakt przyjazdu”, „proces niszczenia”, „w miesiącu grudniu”. Wyrazy „fakt”, „proces”, „miesiąc” 
są więc - może poza szczególnymi wypadkami, kiedy mówiącemu zależy na podkreśleniu, że coś 
jest faktem, procesem lub miesiącem - zbędnym balastem. 
Niemal każde zdanie, niczego nie tracąc, zyska, jeżeli usuniemy z niego wyrazy występujące jako 
atrybuty stylistycznej powagi: „fakt, proces, zjawisko”; „problem, kwestia, zagadnienie, sprawa, 
temat”; „natura, charakter, typ”; „teren, obszar, grunt, przestrzeń, odcinek, sfera, okres”;  
„stopień, szczebel”; „sposób, droga” (zwykle w formie: „drogą” lub w „drodze czegoś)); „dzień, 
miesiąc”; „rzędu, w liczbie, w kierunku, w celu” itp.  
O fakcie i procesie już mówiliśmy. Równie zbędne - jak one w cytowanych wyżej przykładach - są: 

wyrazy: - w wyrażeniach: 

„zjawisko” - zjawisko wschodu słońca, zjawisko obojętności 
„problem” - problem zamiatania ulic, problem zaopatrzenia 
„kwestia” - kwestia wzrostu wydajności pracy 
„zagadnienie” - zagadnienie wysokości składek 
„sprawa” - sprawa odpoczynku, sprawa zadłużenia 
„natura” - sprawa natury osobistej, kwestia natury mieszkaniowej 
„charakter” - problem o charakterze palącym 
„typ” - wniosek typu formalnego 
„teren” - teren miasta, na terenie fabryki 
„obszar” - na obszarze nauk społecznych 

background image

„grunt” - przenieść na grunt zakładów pracy 
„przestrzeń” - na przestrzeni kilku lat 
„odcinek” - na odcinku kolonii letnich 
„sfera” - w sferze polityki, w sferze handlu 
„zakres” - w zakresie zaopatrzenia, w zakresie słownictwa 
„okres” - dłuższy okres czasu, w tym okresie czasu 
„stopień” - instancje stopnia wojewódzkiego 
„szczebel” - władze szczebla gminnego 
„sposób” - zachowanie się w sposób arogancki 
„droga” - drogą próśb i gróźb, rozwiązania w drodze kompromisu 
„dzień” - w dniu wczorajszym, w dniu 3 lutego 
„miesiąc” - wyniki z miesiąca stycznia; w miesiącu grudniu 
„rzędu” - kwota rzędu kilku tysięcy złotych 
„liczba” - zespół w liczbie pięciu osób, największa liczba wypadków 
„kierunek” - usiłowania w kierunku poprawy 
„cel” - dążenia w celu zmiany postaw. 
Tę listę często zbędnych rzeczowników można by ciągnąć jeszcze długo, bo właściwie każdy 
wyraz nazywający kategorię cech przedmiotu da się użyć w takiej funkcji; odnosi się to np. do 
rzeczownika „kolor” („oczy w kolorze zielonym” - „zielone oczy)), „wzrost” („mężczyzna 
wysokiego wzrostu” - „wysoki mężczyzna)), „smak” („wino o cierpkim smaku” - „cierpkie wino)) 
itp. 

Nie od rzeczy będzie zwrócenie tu uwagi na nieco inne, bardziej rażące pretensjonalną 
rozwlekłością wyrażenia, jak „przyjechał do miasta Łodzi” (zamiast: „przyjechał do Łodzi)) czy też 
„w godzinach rannych” (zamiast:  
„rano)). 
Jako podstawy rozwlekłych związków frazeologiczny występują też często czasowniki. Do 
szczególnie natrętnych należą: 
* „dokon(yw)ać”, np. „dokonać wymiany” (zamiast: „wymienić)), „dokonać skoku” (zamiast: 

„skoczyć)), „dokonać podziału” (zamiast: „podzielić)) 

* „dopuścić się”, np. „dopuścić się kradzieży” (zamiast: ukraść), „dopuścić się kłamstwa” (zamiast: 

„skłamać)), „dopuścić się naruszenia przepisów” (zamiast: „naruszyć przepisy)) 

* „nastąpić”, np. „nastąpi zawiadomienie” (zamiast: „zawiadomi się)), „nastąpi odwołanie” 

(zamiast: „odwoła się)), „nastąpi odbiór przesyłki przez adresata” (zamiast: „adresat odbierze 
przesyłkę)) 

* „(prze)prowadzić”, np. „prowadzić sprzedaż” (zamiast: „sprzedawać)), „prowadzić wymianę” 

(zamiast: „wymieniać)), „prowadzić poszukiwania” (zamiast: „poszukiwać)) 

* „stworzyć”, „stwarzać”, np. „stworzyć możliwość” (zamiast:  
„umożliwić’), „stwarzać zagrożenie” (zamiast: „zagrażać)), „stwarzać trudności” (zamiast: 
„utrudniać)) 
* „udzielić”, „udzielać”, np. „udzielić odpowiedzi” (zamiast:  

background image

„odpowiedzieć)), „udzielić pożyczki” (zamiast „pożyczyć)), „udzielić pomocy” (zamiast: 
„pomagać)) 
* „ulec”, „ulegać”, np. „ulec zmianie” (zamiast: „zmienić się)), „ulegać poprawie” (zamiast: 

„poprawiać się)), „ulegać rozszerzeniu” (zamiast: „rozszerzać się)) 

* „wywrzeć”, „wywierać”, np. „wywrzeć wpływ” (zamiast: „wpłynąć)). 
 
Występując przeciw rozwlekłym, opisowym wyrażeniom i zwrotom, narażam się na zarzut, że chcę 
zubożyć polszczyznę przez usunięcie z niej całkiem poprawnych form. To właśnie dobrze - powie 
ktoś - że raz możemy napisać „w dniu wczorajszym wszystko uległo zmianie”, a innym razem - 
„wczoraj wszystko się zmieniło”. Trudno by mi było nie przyznać mu racji. Broniąc jednak swego 
stanowiska, odpowiedziałbym, że nie chodzi mi o całkowitą eliminację form opisowych, ale o ich 
ograniczenie. One zresztą usunąć się nie dadzą. Nie brak ich i w moich tekstach, choć bardzo się 
staram ich unikać. Jeżeli zaś pod wpływem publicznej krytyki spadnie częstość ich użycia bodaj o 
dziesięć procent, wyjdzie to na dobre mówionym i pisanym tekstom. 
W imię oszczędności środków wyrazu wypada opowiedzieć się również przeciw opisowym 
formom stopniowania przymiotników i przysłówków, tzn. uznać formy „bardziej bliski”, „bardziej 
czysty”, „bardziej doskonały”, „bardziej śmiały”, „bardziej ważny”, „bardziej wybitny”, „bardziej 
ściśle”, „najbardziej prosto” za gorsze niż formy „bliższy”, „czyściejszy”, „doskonalszy”, 
„śmielszy”, „ważniejszy”, „najwybitniejszy”, „ściślej”, „najprościej”. Zbędny jest wyraz „jako” w 
zdaniach typu: „przyjechał jako pierwszy”, „wpadł na metę jako piąty” itd. 
Jeżeli wszystkie cytowane dotychczas przykłady rozwlekłości można potraktować jako stylistyczne 
grzeszki nie naruszające podstawowych norm językowych, to nie sposób równie tolerancyjnie 
odnieść się do następujących pleonazmów i tautologii: 
* „cofnąć się o 30 lat wstecz” (wyraz „wstecz” powtarza niepotrzebnie treść, którą przynosi już 

czasownik „cofnąć się)) 

* „podwoić się o 100 procent” („podwoić się” - to właśnie wzrosnąć o 100 procent) 
* „kontynuować w dalszym ciągu” („kontynuować” - to „robić coś nadal, w dalszym ciągu)) 
* „zgłosić akces do udziału w komisji” (można albo „zgłosić akces do komisji”, albo „zgłosić 

udział w komisji”, „akces” bowiem - to m.in.  wzięcie w czymś udziału) 

* „deratyzacja szczurów” („deratyzacja” - to odszczurzanie, więc dodatkowe określanie jej formą 

„szczurów” jest nonsensem) 

* „odium niechęci” („odium” - wedle słownikowej definicji - to, „niechęć, niesmak, odraza, wstręt, 

nienawiść)) 

* „okres czasu” („okres” - to przede wszystkim „czas trwania czegoś” lub „pewien odcinek czasu 

wyodrębniony ze względu na jakieś ważne wydarzenia”, a więc właśnie pewna ilość czasu) 

* „regeneracja odnowy sił” („regeneracja” - to wprawdzie przede wszystkim w biologii 

„odtwarzanie utraconych lub uszkodzonych części ciała, narządów, tkanek lub komórek”, ale w 
języku potocznym przenośnie rzeczownik ten znaczy „odrodzenie, odnowienie”; można więc 
mówić albo „regeneracja sił”, albo „odnowa sił)) 

* „interesująca ciekawostka” (istotną cechą ciekawostki jest właśnie to, że jest interesująca) 
* „kooperacyjna współpraca” (przypomnijmy, że „kooperacja” - to, „współdziałanie, współpraca)) 
* „tegoroczny rok” (to nic innego niż ten rok; wyrażenie wydaje się szczytem nonsensu, ale z 

historycznego punktu widzenia nie jest ono gorsze niż „dzisiejszy dzień)) 

* „tradycyjny zwyczaj” (nie ma zwyczaju, bez tradycji) 
* „wzajemna współpraca” („wzajemność”, a więc wspólność, oznaczona jest przez pierwszy człon 

wyrazu „współpraca)) 

* „w ówczesnym czasie” (to nic innego niż wówczas, czyli w owym czasie) 
* „w każdym bądź razie” (każdy - to „jaki bądź”, więc wyraz „bądź” powtarza jego treść 

niepotrzebnie) 

background image

* „jakikolwiek bądź tramwaj” (człon „-kolwiek” i wyraz „bądź” znaczą to samo; mówimy bowiem 

albo „jakikolwiek tramwaj”, albo „jaki bądź tramwaj”; podobnie wyraz „bądź” niepotrzebny jest 
jako dodatek do wszystkich zaimków z członem „-kolwiek”: „ktokolwiek”, „którykolwiek”, 
„gdziekolwiek”, „dokądkolwiek”, „kiedykolwiek” itp.) 

* „najbardziej optymalny” („optymalny” - to „najlepszy”, a więc jakby „najbardziej dobry”; 

znaczenie „najbardziej” zawiera się w pojęciu optymalności) 

 
Po pretensjonalności i rozwlekłości za trzeci grzech naszej mowy uważam |uległość |wobec |mody. 
Każda epoka, a raczej każdy etap dziejów Polski przynosi swoje wyrazy i wyrażenia modne, które 
się nagle wydają niezastąpione i rozszerzając ponad miarę zakres swego użycia, wypierają z niego 
inne, często właściwsze i precyzyjniejsze. Jako przykłady można by tu powtórzyć te wszystkie 
„sprawy”, „problemy”, „tereny”, o których się mówiło w związku z rozwlekłością. Trudno wprost 
uwierzyć, że współcześnie rzeczownikiem najczęściej powtarzającym się w prasie jest wyraz 
„sprawa”, któremu zresztą niewiele ustępuje częstością użycia wyraz „problem”. 
Początek lat osiemdziesiątych dorzucił do tamtych wyrazów modnych rzeczownik „temat”. 
Zaczęło się mówić „na temat wolnych sobót”, a nie o „wolnych sobotach”, sen z powiek 
ekonomistów spędza „temat niskiej wydajności pracy”, a nie jej „niska wydajność”. Jeszcze kilka 
lat temu nikt by nie napisał ani nie powiedział: „W temacie kultura posuwamy się naprzód”, 
„Przemysł do klienta z tematem...”, „Temat jest dogadany”, „W tym temacie nie mamy jeszcze 
wyrobionego zdania”. 
Jeszcze świeżej daty jest moda na czasownik „drgnąć” używany w ogólnym znaczeniu „okazać 
objawy niewielkiej zmiany na lepsze”. Najpierw dziennikarze zaczęli donosić, że „drgnęło w 
pończochach”, „drgnęła gospodarka”, „drgnęło w przemyśle odzieżowym”. Pewien dziennik 
zamieścił informację o uprzątnięciu śmieci czy też o poprawie chodnika pod nagłówkiem: „Na ul. 
Pomorskiej drgnęło”. Zdaję sobie sprawę z tego, że przynajmniej część użyć czasownika „drgnąć” 
wynika z zamierzonego dowcipu.  Nie trzeba się jednak uspokajać takim wyjaśnieniem, bo bardzo 
wiele wykolejeń językowych narodziło się z żartów. Pisał o tym przed pół wiekiem S. Szober bodaj 
w związku z ówczesną modą na zwroty „szkodzi nic”, „kocha pracować”, czy „nie dajmy się 
zwariować”: „Nieraz się zdarza, że ludzie żartu nie rozumieją i albo są nim dotknięci, albo biorą go 
poważnie. Ten drugi wypadek staje się niekiedy źródłem mimowolnego krzewienia błędów 
językowych”. 
Uchwycić krzewiącą się modę na różne formy językowe nie jest łatwo, bo wszyscy jej w 
mniejszym lub większym stopniu ulegamy. Niedawno dostałem od człowieka o wrażliwym słuchu 
językowym list następującej treści: 
„Chciałbym dorzucić nowy przyczynek do języka niby-polskiego, choć właściwie nie jest to błąd, 
lecz maniera. Zamiast „ten”, „ta”, „to” mówi się coraz częściej „tenże”, „taż”, „toż”. Znam ¾-
inteligenta, który już 5 lat temu używał wyłącznie formy „tenże”, ale myślałem, że to jest tylko 
kuriozalny indywidualizm. Okazuje się jednak, że jest to nowość bardzo zaraźliwa. Ku mojemu 
zdziwieniu nawet jeden z ekspertów polonistów odpowiadający radiosłuchaczom na pytania 
poprawnościowe w ciągu godziny audycji aż 14 razy użył słów „tenże”, „tejże”, „tegoż” itp.” 
Początkowo odniosłem się do spostrzeżenia nadawcy listu podejrzliwie. Po kilku dniach obserwacji 
zacząłem się przechylać na jego stronę. Kiedy zaś usłyszałem w telewizji: „i temuż podobnież”, 
przyznałem mu rację. Partykuła „-ż(e)” robi karierę. 
Zrobiły ją już dawno wyrazy: „szereg” (często długi), „gama” (zwykle „pełna” lub „bogata)), 
„panorama” i „wachlarz” (oczywiście „szerokie)), „zagłębie” (np. „truskawkowe”, „turystyczne” 
itd.), „głęboki” (np.  „głębokie obniżenie”, „głębokie przemiany”, „głęboka przyczyna”, „głęboka 
znajomość)), „pełen” i „pełny” (np. „pełna godzina”, „pełna radość”, „pełne szczęście”, „pełne 
rozbrojenie)), „poważny” (np. „poważna ilość”, „poważna rola”, „poważny stopień”, „poważny 

background image

wzrost)), „szeroki” (oprócz „panoramy” i „wachlarza” szerokie bywają: „informacje”, 
„przedsięwzięcia”, „stosunki”, a nawet można w prasie spotkać „szerokiego czytelnika” i 
„szerokiego turystę)), „wysoki” („wysoki koszt”, „wysoka dyscyplina”, „wysoka mechanizacja”, 
„wysokie plony”, „wysokie wyniki”, a nawet „wysoki spadek zachorowań)). 
Nie trzeba wytrawnego stylisty, by zauważyć, że modne rzeczowniki „szereg”, „gama”, 
„panorama” i „wachlarz” rozpierają się we współczesnych tekstach kosztem takich tradycyjnych 
określeń, jak „wiele”, „kilka”, „kilkanaście”, „kilkadziesiąt”, „parę”, „dużo”, „niemało”, 
„mnóstwo”, „ilość”, „liczba”, „wybór”, „zbiór” itd. „Zagłębie” - to obszar, na którym występują 
złoża węgla lub innych kopalin, a nie jakikolwiek obszar, na którym czegoś jest ponadprzeciętnie 
dużo nazwiemy więc Nowosądecczyznę raczej krainą sadów śliwkowych niż „zagłębiem 
śliwkowym”. 
Przymiotnik „głęboki” ( a także formy jego stopnia wyższego i najwyższego oraz pochodny 
czasownik „pogłębiać)) szerzy się kosztem takich wyrazów, jak „gruntowny”, „dokładny”, 
„solidny”, „dogłębny”, „istotny”, „ważny”, „zasadniczy”; lepiej też brzmią zdania: „proces” lub 
„zjawisko nasila się”, „potęguje się”, „wzmaga się” niż „proces się pogłębia”; „więź” można 
„zacieśnić” (nie: „pogłębić)), „inflacja rośnie” (nie: „pogłębia się)), „stosunki się rozwijają” (nie: 
„pogłębiają się)). 
Przymiotnik „pełen” („pełny)) wciska się tam, gdzie znacznie stosowniejsze byłyby wyrazy: 
„cały”, „całkowity”, „kompletny”, „prawdziwy”, „zupełny”. 
Przymiotnik „poważny” wypiera z tekstów tak różne określenia, jak „doniosły”, „duży”, „główny”, 
„pokaźny”, „rozległy”, „silny”, „ważny”, „znaczny” i wiele innych. 
Przymiotnik „szeroki” bywa nadużywany m.in. kosztem wyrazów: „bogaty”, „dokładny”, „liczny”, 
„masowy”, „ogólny”, „powszechny”, „wszechstronny” itp. 
Zamiast przymiotnika „wysoki” często lepiej użyć wyrazów: „dobry”, „doskonały”, „duży”, 
„obfity”, „znaczny”. 
Wszystkie krytyczne uwagi o przymiotnikach „głęboki”, „poważny”, „szeroki” i „wysoki” odnoszą 
się odpowiednio do przysłówków „głęboko”, „poważnie”, „szeroko” i „wysoko”. 
Do modnych wyrazów należy też moim zdaniem czasownik „rozwiązać”. Kiedy czytam, że „tę 
sprawę przewiduje się rozwiązać przy okazji budowy nowego osiedla”, tłumaczę sobie, że autorowi 
tego zdania poślizgnęło się pióro: myślał o problemie, napisał o sprawie. Wyrazem „sprawa” 
niemal zawsze można zastąpić wyraz „problem”, ale przecież problem daje się rozwiązać, a sprawa 
- nie. Każdemu jednak takie potknięcie może się zdarzyć. Czytam ten sam artykuł dalej i 
napotykam zdanie: „Istnieje rejestr pilnych zadań budowlanych, których rozwiązanie nie następuje 
od lat z braku środków”.  Wprawdzie zwrot „rozwiązywać zadania” nie jest mi obcy, bo sam 
jeszcze jako uczeń rozwiązywałem zadania matematyczne, ale wtedy chodziło o zupełnie inne 
zadania niż te, o których czytam w gazecie. Co innego znaczy przecież rzeczownik „zadanie” w 
zdaniu: „Cała klasa rozwiązała wszystkie zadania przed dzwonkiem na przerwę”, a co innego w 
zdaniu: „Załoga wykonała z nadwyżką zadania trzeciego kwartału”. Zadań tego rodzaju nie 
rozwiązuje się, ale się je właśnie wykonuje. 
Cierpliwość czytelnika wyczerpuje się całkowicie w obliczu zdania: „Te pieniądze pozwoliłyby 
rozwiązać najpilniejsze potrzeby miasta”.  „Rozwiązywania potrzeb” dotychczas oko polskie nie 
widziało ani też o nim ucho polskie nie słyszało. Cóż bowiem robimy z „potrzebami)? Staramy się 
je „zaspokoić”. 
Słyszałem już o „rozwiązywaniu bolączek handlu”, „rozwiązywaniu braków w zaopatrzeniu w 
części zamienne”, a nawet o „rozwiązywaniu przeszkód”. Tak nam się języki rozwiązały, że 

background image

zaczynamy zapominać o tym, że „bolączki się usuwa”, „braki - uzupełnia”, a „przeszkody - 
pokonuje”. 
Kiedy mowa o negatywnych skutkach mody na różne formy językowe, nie sposób pominąć 
milczeniem rażącego nadużywania w mowie potocznej wyrazów „bynajmniej” i „niestety”. Oba są 
bardzo potrzebne i ani mi w głowie nie powstało, żeby zachęcać kogokolwiek do ich tępienia. Jeśli 
jednak sobie uświadomimy, że „bynajmniej” znaczy „zupełnie, wcale, ani trochę”, a „niestety” 
informuje, że „coś jest nie po myśli mówiącego”, musimy zazgrzytać zębami, usłyszawszy: 
„Trzeba bynajmniej uważać na ulicy” albo „Czy pan wie, że my niestety bardzo pana szanujemy?” 
Podobne wykolejenia zdarzają się z wyrazem „dzięki”, którego wolno użyć wyłącznie wtedy, kiedy 
skutki działania ocenia się pozytywnie (jeśli ten warunek nie jest spełniony, należy użyć przyimka 
„przez”; mówimy więc np.  „dzięki lekarzowi chłopiec wyzdrowiał”, ale „przez lekarza wiele się 
nacierpiałem)) oraz z wyrazem „kosztem” (kogo, czego), który wprowadza nazwę 
poszkodowanego, a nie tego, co zyskał (dlatego napisałem poprzednio, że przymiotnik „szeroki” 
bywa nadużywany kosztem przymiotnika „wszechstronny”, a nie że przymiotnik „wszechstronny” 
cofa się kosztem przymiotnika „szeroki)). 

Wyraz „przy” jest przyimkiem. W połączeniu z rzeczownikiem tworzy wyrażenia wskazujące na 
sąsiedztwo w czasie i przestrzeni, współwystępowanie z czymś lub towarzyszenie czemuś. We 
wszystkich trzech znaczeniach zdarzają się nadużycia tradycyjnych związków tego przyimka. 
Jeżeli dom kultury, klub lub świetlica jest częścią zakładu pracy, mówimy, że jest to „dom 
kultury”, „klub” czy „świetlica” „tego zakładu”, a nie „przy tym zakładzie”. Mówimy więc np. 
Klub Krakowskich Zakładów Odzieżowych (nie: Klub przy Krakowskich Zakładach 
Odzieżowych). 
Jeżeli ktoś jest pracownikiem jakiegoś zakładu, mówimy, że „pracuje w tym zakładzie” (nie: „przy 
zakładzie)); podobnie mówi się, że ktoś „służy w wojsku” (nie: „przy wojsku)). 
Jeżeli dwie czynności występują równocześnie, mówimy, że jedną wykonuje podczas (lub: w 
czasie) drugiej. Powiemy więc np.: „Podczas jazdy należy spoglądać w lusterko” (nie: „Przy 
jeździe należy spoglądać w lusterko)). 
Jeśli wskazujemy przyczynę jakiegoś stanu rzeczy, używamy wyrażeń: „z powodu czegoś”, „ze 
względu na coś”, „wobec czegoś”. Powiemy więc np.:  
„Trudno będzie wykonać plan wobec nierytmicznych dostaw surowca” (nie:  
„Trudno będzie wykonać plan przy nierytmicznych dostawach surowca)). 
Wskazując warunek, posługujemy się zdaniem podrzędnym typu „jeśli się coś stanie”. Np. 
„Wzrośnie wydajność, jeśli się zaostrzy dyscyplinę pracy” (nie: „Wzrośnie wydajność przy 
zaostrzeniu dyscypliny pracy)). 

Ponadto mówimy: „w temperaturze” tylu a tylu stopni (nie: „przy temperaturze)), „w rynku” lub 
„na rynku” (nie: „przy rynku”, choć urzędowo: „mieszkam przy ulicy)), „nad rzeką” (nie: „przy 
rzece)). 

Wpływ mody przejawia się też w doborze innych przyimków. Chyba nie ma poradnika 
językowego, który by nie przestrzegał przed nadużywaniem przyimka „dla” (zamiast „do”; 
mówimy „komisja do spraw kadrowych”, „zachęcać do czegoś”, a nie „komisja dla spraw 
kadrowych”, „zachęcać dla czegoś)), „na” (najczęściej kosztem przyimka „w”; mówimy bowiem: 
pracować „w fabryce”, „w punkcie skupu”, a nie: „na fabryce”, „na punkcie skupu)), „obok” 
(zamiast: „oprócz”, „prócz”, „poza”, „razem”; mówimy: „oprócz przemówienia była część 
artystyczna”, „razem z prasą sprzedaje się książki”, a nie: „obok przemówienia...” czy też „obok 

background image

prasy...)) i „poprzez” (zwykle kosztem prostego „przez”; mówimy: upowszechnianie wiedzy „przez 
prasę”, a nie: „...poprzez prasę)). 

Jako przejaw mody - może tak nie rażący jak poprzednie przykłady - uznałbym też skłonność do 
używania czasowników rozbudowanych przedrostkami zamiast ich prostszych synonimów; 
częściej się dziś używa - zwłaszcza w piśmie - czasowników „odgrywać”, „oczekiwać”, „uzyskać” 
niż „grać”, „czekać”, „zyskać”. 
Na karb mody można też złożyć zbyt częste łączenie zdań składowych w zdaniu złożonym za 
pomocą członów: „przy czym” i „z tym, że...”. I znów wypada powtórzyć, że nie są to formy 
błędne, ale tylko nadużywane. „Słownik języka polskiego” (PAN) nazywa je „członami 
nawiązującymi, przyłączającymi inne zdania z uwydatnieniem jednoznaczności, powiązania 
okolicznościowego” i ilustruje je przykładami z dobrych tekstów literackich. Nie sposób więc 
kwestionować ich poprawności. Można jednak i trzeba zwrócić uwagę na ich nadużywanie. W tym 
wypadku moda ma pewne racjonalne wyjaśnienie: użycie członów: „przy czym” i „z tym, że...” jest 
bardzo wygodne dla ludzi, którzy nie lubią się zmuszać do logicznego myślenia. W 
przeciwieństwie bowiem do większości wskaźników zespolenia zdań składowych tworzących 
zdania złożone, oba te człony nie precyzują związku między zdaniami. Wskutek swej 
ogólnikowości dają się od biedy zastosować niemal zawsze, tzn. można ich użyć zarówno do 
połączenia zdań współrzędnych (np. „Wstało słońce, z tym że zbierało się na deszcz)), jak i zdań 
niewspółrzędnych (np. „Poszedł do miasta, z tym że miał kupić chleba)). 
Z pretensjonalnością wysłowienia i uleganiem modzie na różne formy językowe łączy się często 
grzech czwarty naszej mowy: |nieuzasadnione |pożyczki |zagraniczne. Napisano i powiedziano o 
nich więcej niż o czymkolwiek innym z dziedziny kultury języka. Czasem wręcz dbałość o język 
nazywa się dbałością o czystość języka, która w gruncie rzeczy oznacza tylko przeciwstawianie się 
niepożądanym wpływom języków obcych. Taka postawa wobec języka każe uznać za „czyste” to, 
co rodzime; logicznie wynikałoby stąd, że wszelkie obce naleciałości są „nieczyste” i „brudzą” 
nasz język. Dziś oczywiście żaden językoznawca, nawet najbardziej niechętny zapożyczeniom, nie 
poparłby takiej postawy, bo każdy wie, że nigdy nie było, nie ma i nie będzie języków 
stuprocentowo czystych, tzn. pozbawionych wpływów obcych. Gdybyśmy się gorliwie wzięli do 
„czyszczenia” polszczyzny, musielibyśmy wygonić z niej jako „obce naleciałości” wiele swojsko 
brzmiących dziś wyrazów, jak „dach”, „pług” czy „żur”. 
Odżegnując się od przesadnego puryzmu, nie zgodzimy się przecież z Benedyktem Chmielowskim, 
autorem wydanych w roku 1745 „Nowych Aten”, który pisał: 
„Naród polski jako w wolności inne narody praecelit prerogatywą i klejnotem, tak nie tylko w 
rządach i w mowie, ale też w słów zażywaniu cudzoziemskich non adstringitur niewolą jak 
moskiewska nacyja; jedyną tylko ma regułę i hamulec Polak do Ducha Świętego tempus tacendi et 
tempus loquendi”. 
Ludziom, którzy myślą jak Chmielowski, należałoby dać odpór. Nie muszę jednak robić tego 
własnymi słowami. Uczynił to bowiem już przed dwustu trzydziestu laty Franciszek Bohomolec, 
późniejszy redaktor sławnego „Monitora”: 
„Ale ja mniemam, że makaronizmy nasze bynajmniej nie są gładsze ni milej do uszu wpływają 
jako właściwe słowa polskie. Na przykład czym lepsze jest słowo „awizy” niż „nowiny”, 
„wiadomości”; „despekt” niż „pogarda”;  
„awantaż” niż „pożytek”; „deleguję” niż „posyłam”, „wyprawuję”, „zlecam”;  
„facylituję” niż „ułatwiam.” 

background image

I dalej radzi Bohomolec tak nowocześnie, że gdyby nie z lekka archaiczna forma jego wypowiedzi, 
trudno by było uwierzyć, że są to słowa - podkreślam to jeszcze raz - napisane blisko ćwierć 
tysiąclecia temu: 
„Możesz zażywać słów cudzoziemskich w niektórych okolicznościach. Naprzód te słowa obce, 
których dawni Polacy w niedostatku słów ojczystych zażywali, jako już są spolszczone (...) jako to: 
„honor”, „polityk”, „interes”, „publiczny”, „prywatny” (...). 
Po wtóre, niektóre wyrazy filozoficzne, technologiczne, matematyczne, lekarskie, prawne (...). 
Po trzecie, możesz czasem i nowemu słowu obcemu dać miejsce w polszczyźnie, gdy jaka rzecz 
nowa, za granicą wynaleziona, zagranicznym będzie nazwana imieniem; tak nazywamy: „dywan”, 
„kireja”, „taborecik”, „kanapa” etc. 
Po czwarte, gdy będziesz co pisał tajemnego w liście do twego przyjaciela, możesz zażyć słowa nie 
wszystkim znajomego na ukrycie twej tajemnicy (...)”. 

 
 
Gdyby Bohomolec dożył naszych czasów i czytał naszą prasę lub słuchał radia czy telewizji, 
zżymałby się zapewne razem z wielu czytelnikami, radiosłuchaczami i telewidzami na 
nadużywanie między innymi następujących wyrazów zapożyczonych: 
„absolutny”, „absolutnie” zamiast: „całkowity”, „całkowicie” 
„akceptować” zamiast: „zatwierdzić”, „przyjąć” 
„akces” zamiast: „udział” 
„aktualny”, „aktualnie” zamiast: „obecny”, „teraźniejszy”, „obecnie”,  
„teraz” 
„analogować” zamiast: „wykazywać analogię” lub „podobieństwo” 
„anulować” zamiast: „unieważniać”, „odwołać”, „znieść” 
„aplikować” zamiast: „stosować” 
„artykułować” zamiast: „wyrażać”, „wypowiadać” 
„aspekt” zamiast: „strona”, „wzgląd” 
„autentyczny”, „autentycznie” zamiast: „prawdziwy”, „rzeczywisty”,  
„rzeczywiście”, „naprawdę” 
„awizować” zamiast: „zawiadamiać”, „zgłaszać” 
„bazować” zamiast: „opierać się” (na czym) 
„bilateralny” zamiast: „dwustronny” 
„delimitować” zamiast: „określać”, „ograniczać” 
„delożować” zamiast: „usuwać” 
„demonizować” zamiast: „wyolbrzymiać” 
„diametralny”, „diametralnie” zamiast: „odwrotny”, „przeciwstawny”;  
„odwrotnie” 
„dynamiczny” („dynamicznie)) zamiast: „gwałtowny”, „prędki”, „prężny”, „silny”, „szybki” 
(„gwałtownie” itd.) 

background image

„dynamika” zamiast: „prężność”, „rozmach”, „szybkość”, „tempo” 
„dyrektywa” zamiast: „zalecenie”, „zarządzenie” 
„dysponować” zamiast: „mieć” (coś); „rozporządzać” (czymś), „kazać” (coś komuś) 
„dywersyfikacja” zamiast: „zróżnicowanie” 
„efekt” zamiast: „plon”, „skutek”, „wynik” 
„ekspulsować” zamiast: „wydalać”, „wyganiać” (kogoś) 
„erozja” zamiast: „niszczenie”, „rozkład”, „rozpad” 
„eskalacja” zamiast: „natężenie”, „rozszerzenie”, „wzrost”, „zwiększenie” 
„ewidentny” zamiast: „oczywisty” 
„faktor” zamiast: „czynnik”, „powód”, „przyczyna” 
„generalny”, „generalnie” zamiast: „ogólny”, „powszechny”, „ogólnie” 
„globalny”, „globalnie” zamiast: „całkowity”, „ogólny”; „łącznie”,  
„ogólnie” 
„immunizować” zamiast: „uodparniać’ 
„intensyfikować” zamiast: „pomnażać”, „potęgować”, „wzmagać”, „zwiększać” 
„koincydencja” zamiast: „zbieżność” 
„kooperować” zamiast: „współpracować” 
„korespondować” („z czymś)) zamiast: „odpowiadać” (czemuś) 
„kurort” zamiast: „uzdrowisko” 
„liderować” zamiast: „prowadzić”, „być” lub „znajdować się na czele” 
„lokalizować” zamiast: „umiejscawiać”; „ograniczać” 
„moduł” zamiast: „wzór” 
„modyfikować” zamiast: „przekształcać”, „zmieniać’ 
„obligować” zamiast: „zobowiązywać” 
„odium” zamiast: „niechęć”, „odraza” 
„okupować” zamiast: „zajmować”, „panoszyć się” 
„opcja” zamiast: „możliwość” 
„optyka” zamiast: „punkt widzenia”; „wygląd” 
„perspektywiczny” zamiast: „przyszły”, „przyszłościowy” 
„preferować” zamiast: „woleć” (coś); „dawać pierwszeństwo” (komuś, czemuś) 
„prezentować” zamiast: „przedstawiać”, „wystawiać” 
„progresować” zamiast: „rozwijać się”, „wzrastać” 
„proweniencja” zamiast: „pochodzenie”, „rodowód” 
„realizować” zamiast: „spełniać”, „wcielać w życie”, „urzeczywistniać”,  
„wykonywać”, „wypełniać”, „wywiązywać się” (z czegoś), „ziszczać” 

background image

„realny” zamiast: „rzeczywisty”, „trzeźwy” 
„rekrutować się” zamiast: „pochodzić” 
„renowować” zamiast: „odnawiać”, „odświeżać” 
„serwować” zamiast: „dawać”, „podawać”, „pokazywać”, „przedstawiać”;  
„opowiadać” 
„specyfika” zamiast: „swoistość”, „charakterystyczne swoiste cechy”;  
„osobliwość”; „specyficzność” 
„spektakularny” zamiast: „okazały”, „widowiskowy”; (zrobiony) „na pokaz”,  
„pokazowy” 
„surplus” zamiast: „nadwyżka” 
„sygnalizować” zamiast: „zawiadamiać”, „wykazywać się” 
„unikalny” zamiast: „jedyny”; (bardzo) „rzadki”; „wyjątkowy” 
Jak na ironię w czasie - zapowiedzianej z najwyższych trybun - walki o czystość polszczyzny 
rozpleniło się zapożyczone słownictwo kryzysu społeczno-ekonomicznego: „ekstremista”, 
„dysydent”, „prominent”, „reglamentacja” (towarów), „rekompensata” (wzrostu cen), „restrykcje”, 
„restytucja” (gospodarki), „rewaloryzacja” (wkładów w PKO), „teoretyczny reflektyzm” i wiele 
innych. 

Większości wymienionych wyrazów nie sposób wykreślić całkowicie z polskiego słownika. Bez 
nich nasz język byłby wprawdzie „czyściejszy”, ale uboższy, a co za tym idzie, uboższe by było 
także nasze myślenie o rzeczywistości i mniej precyzyjne stałyby się wytwarzane przez nas teksty.  
Czasem zapożyczenie pozwala się uchronić przed rażącym powtarzaniem tego samego wyrazu. 
Niekwestionowaną jednak przepustkę do polskiego słownika daje wyrazowi obcego pochodzenia 
swoisty odcień znaczeniowy lub choćby swoiste nacechowanie stylistyczne. 
Niepotrzebny byłby nam przymiotnik „absolutny”, gdyby jego znaczenie pokrywało się ze 
znaczeniem przymiotnika „całkowity”. Nie możemy się jednak bez niego obyć w takich 
wyrażeniach, jak: „absolutna większość”, „prawda absolutna”, „geometria absolutna”, „słuch 
absolutny” itp. Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie przymiotnika „aktualny”: za niestosowne 
uważa się jego użycie w znaczeniu „obecny”, ale się nie podważa jego prawa do występowania w 
polskich tekstach w znaczeniu „ważny w danym czasie”. Lepiej użyć czasownika „zatwierdzić” niż 
„akceptować”, kiedy jednak chodzi nie o formalne zatwierdzenie, ale o „przyjęcie czegoś do 
wiadomości z wewnętrzną zgodą na to”, czasownik „akceptować” okazuje się bardziej poręczny.  
Cytowane poprzednio wyrażenie „akces do udziału” jest oczywistym nonsensem, z czego jednak 
nie można wyciągać wniosku, że rodzimy rzeczownik „udział” zawsze zdoła zastąpić obcy 
„akces”. 
Zwróćmy uwagę na nieuzasadnioną karierę dwóch zapożyczonych czasowników:  
„awizować” i „sygnalizować”. Obu potrzebujemy w języku polskim, ale to nie znaczy, by miały się 
panoszyć we wszystkich tekstach kosztem wyrazów rodzimych. Zapożyczamy wyraz po to, by 
wzbogacić nasze słownictwo, a nie po to, aby je zubożyć czy też udziwnić. „Awizować” znaczy 
„wypisywać lub wysyłać awizo”. „Awizo” zaś - to nie jakiekolwiek zawiadomienie, ale tylko 
„pismo zawiadamiające odbiorcę o wysłaniu weksla, wysłaniu lub nadejściu towarów albo 
przekazaniu pieniędzy”. Za pomocą „awiza” poczta zawiadamia nas o nadejściu paczki, pieniędzy 
lub listu poleconego. Rzeczownik „awizo” i czasownik „awizować” pozwalają nam wyrażać się 

background image

oszczędniej i bardziej precyzyjnie. Na tym polega sens obecności obu tych wyrazów w naszym 
słownictwie. 
Uwagi o czasowniku „awizować” odnoszą się również do wyrazu „sygnalizować”. Według 
słownikowej definicji „sygnalizować” znaczy „informować o czym, podawać co do wiadomości za 
pomocą sygnałów, dawać sygnały”. Zgodnie z tą definicją podaje „Słownik języka polskiego” 
przykłady użycia czasownika „sygnalizować”: oto marynarz sygnalizuje semaforem z pomostu 
nawigacyjnego, oto czerwone lampki sygnalizują zakłócenia w pracy maszyny, oto sonda 
ostrzegawcza, płynąc za statkiem, sygnalizuje mielizny. 
Na tle słownikowej definicji znaczenia i przykładów użycia wyrazów „awizować” i 
„sygnalizować” wyraźnie widać niezdrowe skłonności dziennikarzy do ich nadużywania. Mówi 
jeden, że „fabryka awizuje przedterminowe wykonanie planu”; inny, że „kalendarz awizuje 
zbliżającą się wiosnę”; jeszcze inny, że „dyrekcja Mpk już dawno awizowała brak kierowców i 
części zamiennych do autobusów”. Podobnie można usłyszeć w radiu lub przeczytać w gazecie, że 
„nasi zawodnicy sygnalizują zwyżkę formy”; że ktoś „sygnalizuje zdrowie, zmęczenie, młody 
wiek”, a nawet „znajomość statystyki”. 
Żadnego z tych przykładów użycia czasowników „awizować” i „sygnalizować” nie da się 
usprawiedliwić wykrętnym wyjaśnieniem, że występują wszędzie w znaczeniu przenośnym. I w 
przenośniach bowiem należy zachować umiar. 
Podobny komentarz należałoby dopisać niemal do każdego z nadużywanych wyrazów 
zapożyczonych. Poprzestańmy na uwadze ogólnej: Jeżeli w jakimś tekście wyraz obcy można 
zastąpić - bez szkody dla sensu wypowiedzi - wyrazem rodzimym, należy to bezwzględnie uczynić. 
Przeciw wyrazom zapożyczonym przemawia przede wszystkim to, że zwykle są one mniej 
zrozumiałe niż odpowiadające im wyrazy rodzime. Nie ma się co zresztą dziwić, że słuchaczowi i 
czytelnikowi trudniej zrozumieć tekst nasycony zapożyczeniami, skoro czasem sam mówiący lub 
piszący zdradza się z nieznajomością użytych przez siebie wyrazów. Rzecz bowiem 
charakterystyczna, że błędne użycie (tzn. użycie w niewłaściwym znaczeniu) wyrazów 
zapożyczonych zdarza się nieporównanie częściej niż błędne użycie wyrazów rodzimych. Ze 
względu na powtarzające się błędy w tekstach różnych autorów, nie od rzeczy będzie przypomnieć, 
że: 
* „adaptować” - znaczy „przystosować, dostosować coś do nowych potrzeb; przerobić coś tak, by 

mogło służyć nowemu przeznaczeniu”: adaptujemy lokal mieszkalny na siedzibę urzędu i 
odwrotnie, adaptujemy samochód osobowy do przewozu towarów, powieść na sztukę teatralną 
itd. Czasownikowi „adaptować” odpowiada rzeczownik „adaptacja”: mówimy o adaptacji lokalu 
mieszkalnego na siedzibę urzędu, o adaptacji samochodu osobowego do przewozu towarów, o 
adaptacji powieści na sztukę teatralną lub do wystawienia na scenie.  Podobnie brzmiących 
wyrazów „adoptować” i „adoptacja” lub „adopcja” używa się w znaczeniu „uznać prawnie 
cudze dziecko za swoje, prawne uznanie cudzego dziecka za swoje”. Wobec tak znacznej 
różnicy znaczenia wyrazów „adaptować” i „adoptować” humorystycznie brzmi wiadomość, że 
ktoś „zaadoptował strych do potrzeb mieszkalnych”; 

* „alternatywa” - to nie jedna z dwóch wyłączających się możliwości, ale sytuacja, w której 

musimy wybierać między dwiema możliwościami. Kiedy się mówi o kimś, że stanął przed 
alternatywą lub wobec alternatywy, oznacza to, że się znalazł w sytuacji wymagającej wyboru. 
Nie można więc powiedzieć po polsku, że ktoś ma przed sobą dwie alternatywy: zlekceważyć 
przepisy bhp albo przerwać pracę. W takiej sytuacji mówimy, że ów człowiek stanął przed 
alternatywą, czyli koniecznością wyboru jednej z dwóch dróg; 

* „analogiczny” - to „podobny, będący odpowiednikiem innego”, a nie „taki sam lub ten sam”. Z 

tego względu mówimy, że w drugim kwartale tego roku osiągnęliśmy wyniki lepsze niż w takim 
samym okresie ubiegłego roku, a nie:  

background image

„w analogicznym okresie ubiegłego roku”, jeżeli oczywiście porównujemy ze sobą dokładnie te 
same okresy; 

* „bajoński” - przymiotnik od nazwy miasta Bajonna, występujący w polskich tekstach niemal 

wyłącznie w wyrażeniu „bajońskie sumy” (czyli bardzo dużo pieniędzy), nie ma nic wspólnego 
z bajecznością czy bajkowością; nie można więc powiedzieć: „bajońsko kolorowy”; 

* „dublować” - znaczy „podwajać”; używa się tego czasownika również na oznaczenie tej samej 

czynności wykonywanej przez różne osoby, np. jeden aktor dubluje innego aktora w tej samej 
roli; jeżeli jednak tę samą czynność wykonuje powtórnie ta sama osoba, powiemy, że tę 
czynność powtarza, ponawia lub (potocznie) repetuje; nie można powiedzieć: uczeń dubluje 
klasę; 

* „konduita” - to „zachowanie się, postępowanie”; w polskich tekstach niemal wyłącznie w 

wyrażeniu „osoba podejrzanej konduity”; „konduita” nie ma nic wspólnego z pochodzeniem, 
rodowodem, proweniencją; nie można powiedzieć o kimś, że jego majątek lub tytuł rodowy czy 
naukowy są podejrzanej konduity; 

* „koneser” - to „człowiek dobrze się na czymś znający, umiejący właściwie ocenić coś (zwłaszcza 

dzieła sztuki), znawca”; znając się na czymś, nie musimy tego jednocześnie lubić; koneser 
sztuki nie zawsze jest jej miłośnikiem, zapalonego turysty nie można nazwać „koneserem 
wędrówek”; 

* „masywny” - znaczy „mocno, solidnie zbudowany, potężny, ciężki”; wyraźnie różni się 

znaczeniem od przymiotnika „masowy”; demonstracji, w której wzięło udział wiele tysięcy 
osób, nie można nazwać „masywną demonstracją”; 

* „moduł” - to „określony mnożnik, stały czynnik, powtarzalny wymiar czegoś”; mimo 

podobieństwa brzmienia i pochodzenia nie jest synonimem wyrazu „model”; nie można 
powiedzieć: „socjalistyczny moduł gospodarki”; 

* „negliżować” - znaczy „lekceważyć, zaniedbywać, ignorować”, a nie demaskować, obnażać; nie 

można więc powiedzieć o kimś, kto odsłania prawdziwe oblicze fałszywych przyjaciół, że ich 
negliżuje; 

* „oportunista” - tak nazywamy człowieka przystosowującego się do okoliczności dla osobistych 

korzyści; nie ma oportunista nic wspólnego (oprócz brzmienia) z oporem, przeciwstawianiem 
się władzy; „opozycjonista” jest przeciwieństwem „oportunisty”; 

* „pasjonat” - to „człowiek, który łatwo wpada w pasję” (tzn. w furię), a nie „ten, co ma jakąś 

pasję” (tzn. zamiłowanie do czegoś) albo „lubi coś pasjami”. Entuzjasty, zapaleńca, miłośnika 
sztuki ludowej nie można nazwać „jej pasjonatem”; 

* „pryncypialny i pryncypalny” - to dwa przymiotniki o podobnym brzmieniu, ale różnym 

znaczeniu. „Pryncypialny” znaczy „trzymający się zasad (pryncypiów), kierujący się zasadami, 
bezkompromisowy. Pryncypialnych ludzi poznajemy po tym, że w ważnych sprawach 
zajmujący pryncypialne stanowisko. „Pryncypalny” natomiast - to tyle, co „główny”. Dziś tym 
przymiotnikiem określamy chyba tylko najważniejszą ulicę w mieście.  Wyrażenia 
„pryncypialna ulica” i „pryncypalne postępowanie” nadają się do „Przekrojowej” rubryki 
„Humor zeszytów szkolnych”. 

 
Wszystkie omówione dotychczas przykłady zapożyczeń odnosiły się do wyrazów, których obcość 
przejawia się w brzmieniu. Trudniej ją rozpoznać w wyrazach, wyrażeniach i zwrotach, wprawdzie 
zbudowanych z rodzimych elementów, ale albo naśladujących obce wzory, albo używanych w 
znaczeniu właściwym obcemu językowi. 
Za niepożądane germanizmy uważane są między innymi zwroty: 
* „rozumieć coś pod czym” (po polsku: „rozumieć coś przez coś)) 
* „w pierwszym rzędzie” (po polsku: „przede wszystkim)) 
* „wyjść komuś naprzeciw” (w znaczeniu: „iść komuś na rękę”, „popierać kogoś lub coś)) 

background image

 
Jako niepożądane rusycyzmy traktuje się między innymi następujące wyrazy i wyrażenia: 
„czym” (np. „więcej)), „tym” (np. „lepiej)) - po polsku: „im więcej,  
tym lepiej” 
„pod rząd” - po polsku: „kolejno”, „po kolei” 
„póki co” - po polsku: „na razie”, „tymczasem” 
„tym niemniej” - po polsku: „jednak”, „jednakże” 
„wiodący” - po polsku: „przewodni”, „naczelny”, „główny” 
Niewątpliwym rusycyzmem jest użycie czasownika „zabezpieczyć” w znaczeniu „zapewnić (coś), 
dostarczyć, przygotować” itd., a także rzeczownika „budownictwo” w znaczeniu „rozwój, wzrost; 
(przenośnie) rozbudowa”.  Niewłaściwe użycie wyrazu „zabezpieczyć” i jego pochodnych jest już 
tak rozpowszechnione, że chyba większość Polaków zgodnie z intencją mówiącego zrozumie 
zdanie „Organizatorzy zabezpieczają zwrot kosztów przejazdu”; zrozumieją je nawet ci, którzy 
dostrzegą w nim błąd. Inaczej z „budownictwem”. Zapewne większość odbiorców radia i telewizji 
nie zdaje sobie sprawy z tego, że kiedy słyszą z głośnika wyrażenie „budownictwo socjalistyczne”, 
nie powinni myśleć o budowie mieszkań, ale o rozwijaniu i umacnianiu ustroju socjalistycznego. 
Kiedy po pewnej międzypartyjnej naradzie prasa zamieściła komunikat, że „wiele uwagi 
poświęcono problemom budownictwa partyjnego”, większość czytelników sądziła, że przedmiotem 
rozmów były budynki, wznoszone przez partię dla partii; tymczasem w rzeczywistości chodziło o 
wymianę doświadczeń w dziedzinie organizacyjnej rozbudowy partii (po rosyjsku: „partijnoje 
stroitielstwo)). 

Jeszcze ćwierć wieku temu narzekania na zapożyczenia niepotrzebne lub na nadużywanie 
słownictwa zapożyczonego skupiały się na niepożądanych wpływach grecko-łacińskich, 
francuskich, niemieckich i rosyjskich. Dziś - nie tylko w Polsce - szczególną ekspansywnością 
odznaczają się wpływy języka angielskiego. Od kilkunastu lat kupujemy „krakersy”, jemy „hot-
dogi”w „snack-barach”, piszemy „flamastrem”, nosimy „dżinsy” i „owerole”, słuchamy muzyki 
„rockowej”, „protest-songów”, „soul-rocka”, „country” itd., skompletowawszy sobie „deck”, 
„tuner” i inne „gadżety”; w „cocktail-barach” lub na „kempingu” „plejboj” podrywa „hostessę”, w 
„kontenerach” przywożą nam czasem „grejpfruty” itd., itd. 
Jeżeli te pożyczki angielskie można uznać za usprawiedliwione, bo oznaczają przedmioty lub 
pojęcia przybyłe do nas z krajów anglosaskich, to na taką pobłażliwość nie zasługują następujące 
wyrazy, z którymi się spotykamy w polskiej prasie: 

„bag” - po polsku: „torba”, „worek” 
„briefing” - po polsku: „odprawa”, „konferencja prasowa” 
„chief” (plemienny) - po polsku: „wódz” 
„coach” - po polsku: „trener” 
„consulting” - po polsku: „poradnictwo”, „konsultacja” 
„corn-fleksy” - po polsku: „płatki kukurydziane” 
„desinger” - po polsku: „projektant”, „dekorator” 
„emergency” - po polsku: „niebezpieczeństwo”, „stan alarmowy”, „stan  
wyjątkowy” 
„engineering” - po polsku: „mechanika”, „inżynieria” 

background image

„fan” - po polsku: „wielbiciel”, „miłośnik” 
„fighter” (fajter) - po polsku: „zawodnik”, „bokser” 
„feedback” - po polsku: „sprzężenie zwrotne” 
„full” - po polsku: „piwo pełne” 
„grill” - po polsku: „rożen” 
„healer” - po polsku: „uzdrowiciel” 
„hit” - po polsku: „przebój” 
„living-room” - po polsku: „salon” 
„long-play” - po polsku: „płyta długogrająca” 
„motorest” - po polsku: „zajazd” 
„number one” - po polsku: „najlepszy” lub „najważniejszy” 
„pocket book” - po polsku: „kieszeniówka” 
„popcorn” - po polsku: „prażona kukurydza” 
„preacher” - po polsku: „kaznodzieja” 
„publicity” - po polsku: „reklama”, „rozgłos”, „popularność” 
„pusher” - po polsku: „karierowicz” 
„rewriter” - po polsku: „adiustator” 
„runner” - po polsku: „biegacz” 
„self reliance” - po polsku: „poleganie na sobie” 
„shooping” - po polsku: „zakupy” 
„slajd” - po polsku: „przezrocze” 
„story” - po polsku: „opowieść”, „opowiadanie”, „fabuła” 
„szoking” („shocking)) - po polsku: „wstrząs” 
„thriller” - po polsku: „dreszczowiec”, „kryminalny lub sensacyjny film  
albo powieść” 
„trankwilizer” - po polsku: „środek uspokajający” 
„underground” - po polsku: „podziemie”, „podziemny” 
„welfare state” - po polsku: „państwo opiekuńcze” 
Większości tych wyrazów otwiera drogę do polszczyzny najzwyklejszy snobizm, który przejawia 
się czasem w humorystycznych, czasem w żałosnych formach. Kiedy znajomi zapraszają nas na 
„party” (a nawet na „garden-party)) - możemy się z tego pośmiać, ale kiedy państwowa fabryka 
wypuszcza na rynek papierosy obskurnie opakowane w makulaturę i drukuje na nich 
pretensjonalny napis „king-size”, trudno nie zapłakać. 

Tyle o zapożyczeniach. Zajmijmy się teraz tymi grzechami naszej mowy, które językoznawcy 
nazywają |błędami |składni. Polegają one na niewłaściwym, tzn. sprzecznym z normą językową, 
składaniu (stąd składnia) wyrazów w wyrażenia, zwroty i zdania. 

background image

Zaczniemy od przypomnienia czterech głównych zasad, które się łamie dość często w mowie i 
piśmie. Być może zdarza się to raczej z bezmyślności lub nieuwagi niż z niewiedzy, bo nie chce się 
wierzyć, by aż tylu Polaków nie raziły wynikające stąd błędy. 
Kiedy przestrzegam przed niepoprawnym użyciem |imiesłowów |przysłówkowych w zdaniach 
„Wracając do domu, lał deszcz” i „Przeczytawszy książkę, zgasła lampa”, słuchacze czują się 
dotknięci, że traktuję ich jak dzieci lub cudzoziemców. Jeśli się jednak obrażają na mnie słusznie, 
to kto w takim razie jest autorem reklamowego hasła wydrukowanego w gazecie: „Twój dom 
odwiedzi Fortuna, kupując szczęśliwy los Krajowej Loterii Pieniężnej” (zamiast: „Twój dom 
odwiedzi Fortuna, jeśli kupisz los...)). A co sądzić o autorach następujących zdań: 
„Na tle stosowania niektórych przepisów wynikały nieporozumienia, traktując rolników niczym 
plastykowych milionerów z Chmielnej.” 
„Czytając wstęp, śnił mi się zając szpikowany słoniną.” 
„Przeglądając wota, przestępców zainteresował platynowy krzyż.” 
„Zbudziwszy się rano, zabolał mnie żołądek.” 
Przypomnijmy znaną ze szkoły zasadę tożsamości podmiotu w zdaniu nadrzędnym i w zależnym 
od niego imiesłowowym równoważniku. Kiedy mówimy:  
„Janek szedł przez miasto, oglądając się za dziewczętami”, myślimy o Janku, który jednocześnie 
szedł i oglądał się. Podobnie, kiedy mówimy:  
„Przeszedłszy całe miasto, Janek poczuł się zmęczony”, myślimy o Janku, który najpierw przeszedł 
całe miasto, a potem poczuł się zmęczony. 

Mówi się, że |szyk, czyli |kolejność |wyrazów w polskim zdaniu jest swobodny. Można się z tym 
sądem zgodzić, jeżeli się swobody nie utożsami z całkowitą dowolnością. Rzeczywiście bowiem 
szyk wyrazów w polskim zdaniu jest swobodniejszy niż w zdaniu angielskim, ale jego swoboda ma 
pewne granice. 

Zostawmy na boku starą anegdotę, cytowaną jako żartobliwy dowód ograniczeń dowolności szyku 
w języku polskim (zdanie „On mnie kocha, ale jestem mężatką” znaczy co innego niż „Jestem 
mężatką, ale on mnie kocha)) oraz przykłady dwuznaczności zdań, w których podmiotem i 
dopełnieniem (w szkole się je nazywało bliższym) są rzeczowniki męskorzeczowe lub nijakie (też 
żeńskie spółgłoskowe) w liczbie pojedynczej albo niemęskoosobowe w liczbie mnogiej, a więc 
zdań typu: „Owoc rodzi drzewo” czy też „Kaczki zjadły gęsi”. W gruncie rzeczy zasada „Byt 
określa świadomość” też brzmi po polsku dwuznacznie; całkowitą jednoznaczność zapewniłaby 
dopiero strona bierna: „Świadomość jest określana przez byt”. 
Swobodę szyku w polskim zdaniu złożonym ogranicza zasada, że zaimki względne „który” i „jaki” 
(ewentualnie poprzedzone przyimkami) powinny się znajdować na początku zdania podrzędnego. 
Nie należy więc mówić i pisać: 
„Był to Jan Kowalski, w mieszkaniu którego zaczął się pożar”, ale:  

...Kowalski, w którego mieszkaniu... 

„Spostrzegł sąsiadkę, z synem której widziano Pawła wczoraj wieczorem”, ale: ...sąsiadkę, z której 
synem... 

Zaimek względny „który” i „jaki”, rozpoczynający zdania podrzędne, odnosi się do najbliższego 
rzeczownika tego samego rodzaju i tej samej liczby w zdaniu nadrzędnym. Nie należy więc mówić 
i pisać: 
„Wybiegły sztafety z pochodniami, które się udały pod Pomnik Wolności”. 

background image

„Miał już kilka spotkań z psami, które się bardzo nieprzyjemnie skończyły”. 
„Fakt pobicia młodego człowieka przez kelnera, którego wkrótce potem znaleziono martwego, 
zbulwersował opinię publiczną” (zmarł bowiem ów młody człowiek, a nie kelner). 
Wbrew ogólnej zasadzie, że wyraz zespalający zdanie podrzędne z nadrzędnym powinien się 
znajdować na początku zdanie podrzędnego, niektóre takie wyrazy wymagają dla siebie miejsca 
drugiego lub trzeciego; dotyczy to najczęściej wyrazów: „bowiem”, „jednak”, „zaś”. Nie należy 
więc mówić i pisać: 
„Nazajutrz został w domu, bowiem padał deszcz”, ale raczej: „...został w domu, padał bowiem 
deszcz”. 
„Opadł z sił, jednak szedł dalej”, ale raczej: „Opadł z sił, szedł jednak dalej”. 
„W dzień spał, zaś nocami pracował”, ale raczej: „W dzień spał, nocami zaś pracował”. 
Czasowniki niedokonane mają - jak wiadomo - formy czasu przeszłego złożone ze słowa 
posiłkowego „będę”, „będziesz”... oraz bezokolicznika lub imiesłowu przeszłego. Zgodnie z tą 
zasadą czas przyszły czasowników „czytać” i „chodzić” przybiera formy „będę czytać’ i „będę 
czytał” oraz „będę chodzić” lub „będę chodził”. Kolejność członów form bezokolicznikowych jest 
dowolna (tzn. możemy powiedzieć: „Będę czytać do rana” albo „Czytać będę do rana)). Jeśli 
jednak używamy form imiesłowowych, słowo posiłkowe bezwzględnie musi poprzedzać imiesłów. 
Nie należy więc mówić i pisać: 
„Czytał będę do rana”, ale tylko: „Będę czytał do rana”. 
„W przyszłym roku chodziła już będzie do szkoły”, ale tylko: „W przyszłym roku będzie już 
chodziła do szkoły”. 
Skoro o szyku mowa, zwróćmy uwagę jeszcze na jeden błąd, dość częsty w oficjalnych 
komunikatach z życia dyplomatycznego. Podaje się w nich, że „przybyła delegacja na czele z 
Iksińskim”. Brzmi to niemal tak samo niepoważnie, jak zdanie „Do sali wszedł Iksiński na głowie 
w kapeluszu”. 
Oszczędność słowa uważa się za jedną z podstawowych zalet każdego tekstu, a zwłaszcza tekstu 
bez ambicji artystycznych. Z całą pewnością jednak nie jest zaletą oszczędność za wszelką cenę. 
Mając do wyboru dwa poprawne zdania: „Codziennie kupuję i czytam gazetę” i „Codziennie 
kupuję gazetę i czytam ją”, możemy uznać za lepsze zdanie pierwsze, bo jest krótsze.  Czasowniki 
„kupować” i „czytać” wymagają dopełnienia w tym samym przypadku, więc jedna forma „gazetę” 
czyni ich wymaganiom zadość. Od biedy pogodzimy się ze skrótem „Codziennie jeździł do i z 
Warszawy”, bo przyimki „do” i „z” łączą się z tym samym przypadkiem, dopełniaczem. Podobne 
skróty są wszakże niemożliwe, jeśli warunek tożsamości przypadka nie jest spełniony. Nie należy 
więc mówić i pisać: 
„Podziwiał i zachwycał się Dorotą coraz bardziej”, ale: „Podziwiał Dorotę i zachwycał się nią 
coraz bardziej”. 
„Pracowaliśmy wczoraj przed i po kolacji”, ale: „Pracowaliśmy wczoraj przed kolacją i po niej”. 
„Decyzję podjęto bez względu i związku z jubileuszem”, ale: „Decyzję podjęto bez względu na 
jubileusz i bez związku z nim”. 
Swoboda szyku wyrazów w tekście pisanym jest bardziej ograniczona niż w mowie. Przejawia się 
to najwyraźniej w użyciu takich wyrazów, jak „tylko”, „jeszcze”, „już”, „prawie”. W języku 
mówionym mogą one stać albo przed wyrazem, do którego się odnoszą, albo po nim. Odpowiednią 
intonacją bowiem możemy wskazać słuchaczowi, do którego z sąsiadujących wyrazów odnosi się 
wyraz „tylko” w zdaniu „Wczoraj tylko ciebie widziałem”. Powiemy albo „|Wczoraj tylko ciebie 

background image

widziałem”, albo: „Wczoraj tylko |ciebie widziałem”.  To samo zdanie napisane, a więc 
pozbawione intonacji, narzuca czytelnikowi tylko drugą możliwość. Jeżeli więc autor tego zdania 
chciał podkreślić, że „tylko wczoraj widział”, powinien był wyraz „tylko” umieścić przed wyrazem 
„wczoraj”. Wyrazy uwydatniające bowiem powinny w tekstach pisanych stać zawsze przed 
wyrazami, do których się odnoszą. 
Zgodnie z tradycją utrwaloną zarówno w języku polskim, jak i w innych językach słowiańskich, a 
także germańskich i romańskich, imię stoi przed nazwiskiem; mówimy i piszemy: Jan Kowalski, 
Anna Nowak. Kolejność odwrotna (Kowalski Jan, Nowak Anna) dopuszczana jest tylko w 
alfabetycznych spisach urzędowych. Pisząc na kopercie „Ob. Kowalski Jan”, popełniamy zresztą 
nie tylko błąd językowy, ale i nietakt towarzyski. 

Naturalność układu wyrazów w zdaniu, potoczystość całego zdania zależy w dużym stopniu od 
umiejscowienia tzw. form enklitycznych, czyli nie akcentowanych składników takich jak: „by” i 
„się”. W języku polskim są one ruchome i nie powinny się trzymać kurczowo czasownika. 
Najwłaściwsze jest dla nich miejsce po pierwszym wyrazie zdania. Mówimy bowiem „Ten się 
śmieje, kto się śmieje ostatni”, a nie: „Ten śmieje się, kto śmieje się ostatni”. 
Nie należy więc mówić i pisać: 

„Kto podjąłby się tego?”, ale raczej: „Kto by się tego podjął?” 

„Tego nie powiedziałby nikomu”, ale raczej: „Tego by nikomu nie powiedział”. 
„Nigdy nie spóźniał się do pracy”, ale raczej: „Nigdy się nie spóźniał do pracy”. 
Jedną z najbardziej swoistych cech polskiej składni jest zasada, że czasownik zaprzeczony wymaga 
dopełnienia (bliższego) nie w czwartym przypadku (tzn. nie w bierniku), ale w drugim (tzn. w 
dopełniaczu).  Cudzoziemiec uczący się polskiego robi wielkie oczy, kiedy się dowiaduje, że 
mówimy „piszę list”, ale „nie piszę listu”. A większość Polaków się zżyma, kiedy usłyszy lub 
przeczyta na przykład takie zdania:  
„To ją nie interesowało wcale”, zamiast: „To jej nie interesowało wcale”. 
„Nasi strzelcy nie wykorzystali te pozycje”, zamiast: „... nie wykorzystali tych pozycji”. 
„Dzieci z pierwszej klasy na ogół same nie kupują przybory szkolne”, zamiast: „...nie kupują 
przyborów szkolnych”. 
Dopełnienia w drugim przypadku wymagają nie tylko czasowniki zaprzeczone, ale także wiele 
innych, a wśród nich: „bronić”, „brakować”, „doglądać”, „dokonać”, „dowieść” (udowodnić), 
„nadużywać”, „nienawidzić”, „pilnować”, „poniechać”, „poszukiwać”, „potrzebować”, 
„przestrzegać” (w znaczeniu:  
„stosować się do czegoś)), „słuchać”, „strzec”, „unikać”, „używać”, „wymagać”, „wzbraniać”, 
„zaniechać”, „żądać”. Nie należy więc mówić i pisać: 
„bronił ojcowiznę”, ale: „bronił ojcowizny” 
„brakują dwie osoby”, ale: „brakuje dwóch osób” 
„doglądać obejście”, ale: „doglądać obejścia” 
„dokonać analizę”, ale: „dokonać analizy” 
„dowieść winę”, ale: „dowieść winy” 
„nadużywać stanowisko”, ale: „nadużywać stanowiska” 
„nienawidzić cwaniactwo”, ale: „nienawidzić cwaniactwa” 

background image

„pilnować ogród”, ale: „pilnować ogrodu” 
„poniechać tę tematykę”, ale: „poniechać tej tematyki” 
„poszukiwać zaginioną”, ale: „poszukiwać zaginionej” 
„potrzebować opiekę”, ale: „potrzebować opieki” 
„przestrzegać przepisy”, ale: „przestrzegać przepisów” 
„słuchać stare pieśni”, ale: „słuchać starych pieśni” 
„strzec mienie”, ale: „strzec mienia” 
„unikać karę”, ale: „unikać kary” 
„używać samochód”, ale: „używać samochodu” 
„wymagał posłuszeństwo”, ale: „wymagał posłuszeństwa” 
„wzbraniać palenie”, ale: „wzbraniać palenia” 
„zaniechać kontrolę”, ale: „zaniechać kontroli” 
„zaprzestać budowę”, ale: „zaprzestać budowy” 
„żądać zwrot pieniędzy”, ale: „żądać zwrotu pieniędzy”. 
Niektóre czasowniki wymagają raz przypadka czwartego (biernika), innym razem - drugiego 
(dopełniacza). Kryterium rozstrzygającym jest to, czy czynność obejmuje cały przedmiot, czy tylko 
jego część. Mówimy bowiem „daj mi chleba” w znaczeniu „kawałek chleba”, ale „daj nam chleb” 
w znaczeniu „bochenek chleba”. Wykolejenia w tej dziedzinie dotyczą najczęściej czasowników 
„dostać” i „dostarczyć”. Przypomnijmy więc, że nie należy mówić i pisać: 
„dostać cement, piasek”, ale: „dostać cementu, piasku”; choć: „dostać  
nagrodę” 
„dostarczać tłuszcz, wodę”, ale: „dostarczać tłuszczów, wody”; choć:  
„dostarczyć samochód”. 
Czasownik „dostać” użyty w znaczeniu „nabawić się czego” wymaga dopełniacza; nie należy więc 
mówić i pisać: „dostać gorączkę, katar”, ale:  
„dostać gorączki, kataru”. 
Do stosunkowo częstych błędów składniowych należą również następujące związki wyrazów: 
„brać się” lub „wziąć się za kogo, za co” zamiast: „brać się” lub „wziąć  
się do kogo, do czego”, np. do roboty 
„brzydzić się kłamstwa” zamiast: „brzydzić się kłamstwem” 
„dowodzić o słuszności” zamiast: „dowodzić słuszności” 
„dzielić coś między kim a kim” zamiast: „dzielić coś między kogo a kogo” 
„napotykać na opór” zamiast: „napotykać opór” 
„natrafiać obojętność” zamiast: „natrafiać na obojętność” 
„oczekiwać na urlop” zamiast: „oczekiwać urlopu” 
„okazać się być dobrym ojcem” zamiast: „okazać się dobrym ojcem” 
„okazać się być przestarzałym” zamiast: „okazać się przestarzałym” 

background image

„opierać się o uchwałę” zamiast: „opierać się na uchwale” 
„poszukiwać za łatwym chlebem” zamiast: „poszukiwać łatwego chleba” 
„regulować ruchem” zamiast: „regulować ruch” 
„ryzykować życiem” zamiast: „ryzykować życie” 
„służyć przykładem” zamiast: „służyć jako przykład” lub „za przykład” 
„śledzić za żoną” zamiast: „śledzić żonę” 
„uznać kogo jako silniejszego” zamiast: „uznać kogo za silniejszego” 
„uznać co jako konieczność” zamiast: „uznać co za konieczność” 
„wydawać się być jakim” (np. zmęczonym) zamiast: „wydawać się jakim” (np.  zmęczonym) 
„huta, stocznia, szkoła” itp. „imieniem kogo” (np. imieniem Lenina) zamiast: „huta, stocznia, 
szkoła” itp. „imienia kogo” (np. imienia Lenina)  
„kolejka za czym” (np. za masłem) zamiast: „kolejka po co” (np. po masło) 
„około co” (np. około pięć lat, około dwa tysiące złotych) zamiast:  
„około czego” (np. około pięciu lat, około dwóch tysięcy złotych) 
„podział czego między kim” lub „czym” (np. między przedsiębiorstwami, między pracownikami) 
zamiast: „podział czego między kogo” lub „co” (np.  między przedsiębiorstwa, między 
pracowników) 
„w oparciu o co” (np. o badania, o uchwały) zamiast: „opierając się na czym” (np. na badaniach, na 
uchwałach) lub „na podstawie czego” (np. badań, uchwał) 
„za wyjątkiem kogo” (np. prezesa) zamiast: „z wyjątkiem kogo” (np.  prezesa) 
„za wyjątkiem czego” (np. stołówek) zamiast: „z wyjątkiem czego” (np.  stołówek). 
Na szczególną uwagę zasługuje niewłaściwe użycie przyimka „na”, które się szerzy kosztem 
przyimków „w” i „do”. W mowie i piśmie można się spotkać z takimi rażącymi zwrotami, jak: 
„pracować na hucie, na kopalni” zamiast: „...w hucie, w kopalni” 
„coś się zdarzyło na zakładzie” zamiast: „...w zakładzie” 
„sprzedawać na sklepie” zamiast: „...w sklepie” 
„stać na bramie” zamiast: „...w bramie” 
„jechać na fabrykę” zamiast: „...do fabryki” itp. 
Walkę z ekspansją przyimka „na” utrudnia to, że zakres jego użycia opiera się raczej na tradycji niż 
na kryterium logicznym. Wskutek tego ogólna zasada, że przyimek ten wskazuje położenie 
przedmiotu na płaszczyźnie w przeciwieństwie do przyimka „w”, który wskazuje położenie 
przedmiotu we wnętrzu, ma wiele wyjątków. Z jednej strony mówimy: „być na uniwersytecie”, „na 
stacji”, „na poczcie”, „na dworcu”, z drugiej zaś - „być w szkole” (nie: „na szkole)), „w internacie”, 
„w banku”, „w biurze”. Ponadto z niektórymi rzeczownikami można użyć bądź przyimka „na”, 
bądź przyimka „w”.  Według „Słownika poprawnej polszczyzny” możemy nawet - nie popełniając 
błędu - powiedzieć albo: „W sali go nie ma”, albo: „Na sali go nie ma” (nawiasem mówiąc: mnie to 
razi). Na podstawie obserwacji współczesnej polszczyzny można - moim zdaniem - dać taką 
wskazówkę: Kto się waha, czy użyć przyimka „na” czy „w”, powinien wybrać przyimek „w”. 
Ryzyko popełnienia błędu jest - przynajmniej współcześnie - nieporównanie mniejsze. 

background image

Wpływem języka rosyjskiego tłumaczy się znaczne rozpowszechnienie we współczesnej 
polszczyźnie rażących zwrotów typu: 
„kto by nie był” zamiast: „ktokolwiek by był” 
„co by nie było” zamiast: „cokolwiek by było” 
„jak by nie było” zamiast: „jakkolwiek by było” 
„gdzie by nie było” zamiast: „gdziekolwiek by było” 
„kiedy by nie przyszedł” zamiast: „kiedykolwiek by przyszedł” 
Jako rusycyzm piętnują też polskie poradniki językowe użycie spójnika „a” zamiast „ale”, lecz do 
przeciwstawienia dwóch treści, z których pierwsza jest zaprzeczona. Chodzi o następujące 
połączenia wyrazów i zdań: 

„Nie jutro, a dziś (zamiast: ale dziś) powinniśmy o tym myśleć”. 
„Nie popełnił samobójstwa, a został (zamiast: ale został) zamordowany”. 
W porównaniu z innymi grzechami naszej mowy błędy w |odmianie wyrazów i tworzeniu 
pochodnych form wyrazów zdarzają się dość rzadko. Jeśli pominiemy wątpliwości związane z 
nazwami własnymi (zwłaszcza obcymi) i sporadyczne wykolejenia, w dziedzinie fleksji pozostanie 
garstka błędów powtarzających się w różnych tekstach różnych autorów. 
Są to błędne formy dopełniacza liczby pojedynczej rzeczowników „chrzest”, „medal”, „procent”, 
„punkt”: tego „chrzta”, tego „medala”, tego „procenta”, tego „punkta” (zamiast poprawnych: tego 
„chrztu”, tego „medalu”, tego „procentu”, tego „punktu)), błędne formy celownika rzeczowników 
„brak”, „dzień”, „stopień”, „imię”: temu „braku”, temu „dniu” (nawet temu „Dniu Dziecka)!), temu 
„stopniu”, temu „imieniowi” (zamiast poprawnych: temu „brakowi”, temu „dniowi”, temu 
„stopniowi” oraz temu „imieniu”, bo „imię” w przeciwieństwie do trzech poprzednich 
rzeczowników męskich jest rzeczownikiem nijakim) oraz błędna forma miejscownika wyrazu 
„syn”: „o moim synie” (zamiast poprawnego: „o moim synu)). 
Stosunkowo częściej zdarzają się błędne formy dopełniacza liczby mnogiej, np.: 
„te barki” (czyli ramiona), „tych bark” zamiast: „tych barków” 
„te bezy” (ciastka), „tych bezów” zamiast: „tych bez” 
„te ciągoty”, „tych ciągotów” zamiast: „tych ciągot” 
„te figi” (majtki), „tych figów” zamiast: „tych fig” 
„te kalesony”, „tych kaleson” zamiast: „tych kalesonów” 
„te kryteria”, „tych kryterii” zamiast: „tych kryteriów” 
„te kulisy”, „tych kulisów” zamiast: „tych kulis” 
„te łamy”, „tych łam” zamiast: „tych łamów” 
„te marynaty”, „tych marynatów” zamiast: „tych marynat” 
„te materace”, „tych materacy” zamiast: „tych materaców” 
„te mecze”, „tych meczy” zamiast: „tych meczów” 
„te myszy”, „tych mysz” zamiast: „tych myszy” 
„te rajstopy”, „tych rajstopów” zamiast: „tych rajstop” 
„te rajtuzy”, „tych rajtuz” zamiast: „tych rajtuzów” 

background image

„te ramy”, „tych ramów” zamiast: „tych ram”. 
Kilku rzeczownikom przypisuje się niekiedy rodzaj gramatyczny inny niż mają w kulturalnej 
polszczyźnie ogólnej. Przynajmniej teoretycznie w każdej polskiej szkole nauczyciel uzna za błąd 
traktowanie rzeczowników męskich „magiel”, „patrol”, „zawias” jako żeńskich. Nie należy 
bowiem mówić i pisać: 
„magiel elektryczna” ale: „magiel elektryczny” 
„oręż polska” ale: „oręż polski” 
„patrol milicyjna” ale: „patrol milicyjny”; więc też: „patrolu  
milicyjnego” 
„zerwana zawiasa” ale: „zerwany zawias”; więc też: „zerwanych zawiasów”. 
Przeciwnie, żeńskiego rzeczownika „goleń” używa się błędnie jako rzeczownika męskiego; nie 
należy mówić i pisać „złamany goleń”, ale „złamana goleń”. 
Czasem błędna zmiana rodzaju gramatycznego towarzyszy niewłaściwej formie wyrazu. Nie 
należy na przykład mówić i pisać: 
„to anomalium”, „to anomalia” ale: „ta anomalia”, „te anomalie” 
„to golonko”, „tego golonka” ale: „ta golonka”, „tej golonki” 
„ta pora” (warzywo), „tej pory” ale: „ten por”, „tego pora” 
„to rożno”, „te rożna” ale: „ten rożen”, „te rożny” 
„te wiórka”, „tych wiórek” ale: „te wiórki”, „tych wiórków”. 
Wiele osób przeżywa wątpliwości co do formy i rodzaju wyrazów: „kluska” i „rodzynka”. 
Słowniki dopuszczają tu obie formy, a więc zarówno „ta kluska”, „tych klusek”; „ta rodzynka”, 
„tych rodzynek”, jak i „ten klusek”, „tych klusków”; „ten rodzynek”, „tych rodzynków”. Sam 
używam form żeńskich, a więc mówię i piszę: „talerz klusek”, „garść rodzynek”. 
W ostatnich latach rozpleniła się żeńska forma rzeczownika „ekstrem”.  Słyszymy i czytamy o 
knowaniach antysocjalistycznej ekstremy. Choć jest to forma nieprawidłowa, walkę z nią 
prawdopodobnie można uznać za beznadziejną, bo została wielokrotnie użyta w przemówieniach i 
dokumentach najwyższej rangi. Pomimo to warto pamiętać, że dotychczas słowniki języka 
polskiego notowały rzeczownik rodzaju męskiego „ekstrem”, który pochodzi od łacińskiego 
„ekstremum”. Relacja między formami „ekstrem” i „ekstremum” odpowiada relacji polskiej formy 
„teatr” i łacińskiej „theatrum” (niegdyś i w Polsce używanej). Formy „ekstrema” używaliśmy 
dotychczas jako liczby mnogiej rzeczownika „ekstremum” (podobnie jak formy „theatra” czyli 
„teatry)). Jak z tego wynika, pierwotny mianownik liczby mnogiej (tzn.  „te ekstrema)) zaczęto 
traktować jako mianownik liczby pojedynczej („ta ekstrema)). Na pierwszy rzut oka wydaje się to 
nieprawdopodobne. Sprawa ma już jednak smutny precedens: taki jest też rodowód wyrazu (ta) 
„specyfika”, który zresztą do dziś nie dostał pełnych praw obywatelskich w polszczyźnie. Jestem 
przeciw „specyfice” i przeciw „ekstremie”. 
Nie należy też mówić i pisać „kontrol”, ale „kontrola”. 
Kilku rzeczownikom dziennikarze uparcie dorabiają liczbę mnogą, choć one je ze względu na 
znaczenie nie mają i nie potrzebują. Nie należy bowiem mówić i pisać: 
(różne) „działalności” ale: (różna) „działalność” 
„inicjatywy” ale: „inicjatywa” albo: „pomysły”, „wnioski”, „projekty” 
„orki wiosenne” ale: „orka wiosenna” 

background image

(najbliższe) „pogody” ale: „pogoda” (w najbliższych dniach) 
(zmiana) „polityk” ale: (zmiana kierunków) „polityki” 
(różne) „przemysły” ale: (różne) „gałęzie przemysłu” 
„temperatury ujemne” ale: „temperatura ujemna”. 
Z kobietami nigdy Polakom nie brakowało kłopotów, ale w języku zaczęły się na dobre dopiero 
pod koniec ubiegłego wieku. Przedtem nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, jak się nazywają 
żony i córki, jakie zawody wykonują i jakie stanowiska zajmują w hierarchii społecznej. Każdy 
wiedział, że żona pana Kowala nazywa się Kowalowa, a córka - Kowalówna, żony panów Zaręby i 
Pługa to Zarębina i Płużyna, a córki - Zarębianka i Płużanka. Pan Kowalski miał za żonę panią 
Kowalską, która mogła go uszczęśliwić córką - panną Kowalską. Wybierać spośród dwóch różnych 
form nazwisk dla swych żon i córek mogli nosiciele nazwisk typu Cichy i Chromy: czasem była to 
pani Cicha i panna Chroma, czasem pani Cichowa i panna Chromówna. 

Kobiety bywały hrabinami, gaździnami, księżniczkami i wójtównami, królowymi i 
burmistrzankami, a także znachorkami, szynkarkami, szwaczkami, zakonnicami, handlarkami, 
guwernantkami, pensjonarkami albo komediantkami, czyli aktorkami. Wprawdzie zdarzało się i 
dawniej, że niektóre postępowały w sposób odległy od wyobrażeń o życiu niewieścim, jak słynna 
Katarzyna Skrzyńska, która w XV wieku „drapieżyła” (tzn. była rozbójnikiem) ze swoją bandą w 
okolicach Barwałdu, ale to były wyjątki. Wyjątkową postacią była także w 1830 roku hrabianka 
Platerówna, czyli - jak pisał Mickiewicz - „Litwinka, dziewica-bohater, Wódz powstańców, Emilija 
Plater”. 
Stanowiska hetmana, marszałka, ministra, wojewody, starosty, wójta i sołtysa zajmowali wyłącznie 
mężczyźni. Oni także wykonywali zawód kowala, szewca, bankiera, kołodzieja, bednarza, 
stelmacha, stolarza, garbarza, garncarza, płatnerza i pasamonika. Od końca XIX wieku podział na 
stanowiska i zawody męskie i kobiece zaczyna się coraz wyraźniej zacierać. Stosunkowo 
najwcześniej kobiety podjęły pracę w szkołach. Były tam nie tylko nauczycielkami, ale także 
profesorkami i dyrektorkami. Ponieważ jednak działo się to w czasach, w których status społeczny 
mężczyzny był w oczywisty sposób wyższy niż status kobiety, nazwy zawodowe „profesorka” i 
„dyrektorka” nabrały szczególnego odcienia znaczeniowego, wskutek czego nie można ich dziś 
traktować jako neutralnych żeńskich odpowiedników nazw „profesor” i „dyrektor”. „Pani 
profesorka” uczy w szkole, „pani profesor” wykłada na uniwersytecie. „Pani dyrektorka” kieruje 
liceum, „pani dyrektor” urzęduje w ministerstwie. 
Jeszcze wyraźniejsza różnica występuje między pozornie ścisłymi odpowiednikami męskimi i 
żeńskimi w parach nazw takich, jak „maszynista” i „maszynistka” albo „sekretarz” i „sekretarka”. 
Maszynista prowadzi lokomotywy, maszynista przepisuje teksty na maszynie. Stowarzyszenie 
maszynistów zrzeszałoby więc zupełnie innych ludzi niż stowarzyszenie maszynistek. 
Analogicznie, często się zdarza, że „sekretarka” przyjmuje telefon towarzyszki „sekretarz”. Jeżeli 
zaś osobą, która chce rozmawiać z towarzyszką sekretarz Kowal, jest kobieta o nazwisku Ptak, a 
sekretarka nosi nazwisko Bieniek, mógłby ktoś powiedzieć, że „Bieniek łączy Ptak z Kowal”, albo 
że „rozmowa Ptak z Kowal dzięki Bieniek dochodzi do skutku”.  Na szczęście jeszcze trudno się 
nam z tym pogodzić. 
Pogodziliśmy się już jednak z tym, że nazwiska kobiet mogą występować albo w postaci męskiej, 
albo w żeńskiej, którą się tworzy od nazwiska mężczyzny za pomocą przyrostków „-owa”, -ówna” 
i „-ina”, „-anka”. 
Wszystkie kobiety przy każdej okazji namawiam do używania nazwisk w formach żeńskich, tak 
głęboko zakorzenionych w naszej tradycji i dobrze świadczących o kulturze językowej ich 

background image

nosicielek. Nie wszystkie jednak dają się przekonać. Trzeba im ustąpić, bo jakże odmawiać 
człowiekowi prawa do decyzji, jak się ma nazywać. 
Użycie w męskiej formie nazwiska kobiety bezwzględnie wymaga jednak zaznaczenia, że chodzi 
właśnie o kobietę. Płeć może wskazywać imię (np.  Maria Ptak) lub jakieś określenie typu 
„towarzyszka”, „koleżanka”, „pani” lub „turystka” czy „ekspedientka”. Wizytówka albo tabliczka 
w biurze, na której oprócz adresu wypisane zostało tylko na przykład „mgr M. Ptak, st.  referent” 
nic nam nie mówi, czy mamy do czynienia z kobietą czy mężczyzną.  W tym miejscu współczesne 
emancypantki mogą się żachnąć i powiedzieć: „Ależ to właśnie bardzo dobrze, że informacja o płci 
została pominięta. To, czy ów ktoś nazywający się M. Ptak jest kobietą, powinno być dla 
interesanta absolutnie obojętne”. 
Brzmi to niby logicznie. Nie dajmy się jednak zwieść takiej argumentacji.  Przecież nie znając płci 
danej osoby, nie potrafimy powiedzieć ani do niej, ani o niej niemal niczego po polsku. 
Potrzeba rozróżniania rodzaju męskiego i żeńskiego jest tak silna, że godząc się na męskie formy 
nazwisk kobiecych, nie aprobujemy traktowania ich jako wyrazów rodzaju męskiego. Nikt jeszcze 
nie ośmieli się powiedzieć ani napisać: „Dałem to pani Bieńkowi!” Mówimy: „Dałem to pani 
Bieniek”. A więc pozornie męskie nazwiska kobiet nie odmieniają się jak nazwiska mężczyzn. 
Wyłamują się z tej zasady tylko nazwiska zakończone na „-a” jak Kulesza, Maruta, Zaręba itp. 
Mówimy więc: „przyglądałem się pani Kuleszy, koleżance Marucie, towarzyszce Zarębie”, ale - 
„towarzyszce Ptak” i „koleżance Kowal”. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym tu nie 
przypomniał, że wolę panią Kuleszynę i pannę Kuleszankę, Marutową lub Marucinę i Maruciankę, 
Zarębinę i Zarębiankę, Ptakową i Ptakównę, Kowalową i Kowalównę. 
Naporowi mody na formy męskie bronią się jak dotąd skutecznie nazwiska żon i córek urobione od 
męskich nazwisk zakończonych na „-ski” i „-cki”. O pani Ewie Kowalski lub Annie Rybicki 
można usłyszeć lub przeczytać tylko za granicą. Nazwiska „Kowalski” i „Rybicki” są z 
pochodzenia przymiotnikami i odmieniają się jak przymiotniki. Wydawałoby się, że to ta 
przymiotnikowość sprzyja utrzymaniu osobnych form tych nazwisk dla mężczyzn i kobiet.  
Przyczyny należy szukać jednak gdzie indziej, bo równie przymiotnikowe nazwiska typu „Cichy”, 
„Małolepszy” czy „Ciepły” coraz częściej używane bywają w tej samej formie przez mężczyzn i 
przez kobiety. Być może większość czytelników przyjmuje jako rzecz normalną to, że autorką 
wielu doskonałych reportaży jest pani Ewa Owsiany. 
Współczesna norma utrwalona przed kilku laty w „Słowniku poprawnej polszczyzny” pozwala 
żonom i córkom panów o nazwisku typu „Cichy” wybierać dowolną spośród trzech form. Po 
pierwsze - mogą się nazywać panią lub panną Cichy, po drugie - panią lub panną Cichą, po trzecie - 
panią Cichową lub panną Cichówną. Pytany o radę, zawsze w takich wypadkach namawiam do 
wyboru formy drugiej, moim zdaniem najbardziej naturalnej. 

Przy okazji nie od rzeczy będzie tu przypomnieć, że nazwiska zakończone na „-ina” i „-ówna” 
odmieniają się jak rzeczowniki. Mówimy: nie ma tu ani mądrej pani „Kuleszyny” (nie: 
„Kuleszynej)), ani ślicznej panny „Ptakówny” (nie: „Ptakównej)). 
Szerzeniu się zwyczaju używania męskich form nazwisk przez kobiety niewątpliwie pomagają 
urzędy. Nie można jednak zrzucać wszystkiego na biurokrację. Wiele kobiet chce dla 
zadokumentowania własnej niezależności nosić nazwisko w formie męskiej. 
Nazwiska używamy zarówno w życiu publicznym, jak i prywatnym. Niejedna kobieta znana w 
pracy - dajmy na to - jako „magister Włodek” lub „inżynier Ptak” (także mając w dowodzie 
osobistym wpisane nazwisko w męskiej postaci) dla sąsiadów i znajomych jest jeszcze na szczęście 
po prostu panią Włodkową lub Ptakową. 

background image

W przeciwieństwie do nazwisk tytuły i nazwy zawodów służą nam przede wszystkim w życiu 
publicznym, z natury rzeczy silniej ulegającym wpływowi z jednej strony kancelaryjnego 
zamiłowania do porządku, z drugiej zaś osobistych ambicji zawodowych. Urzędnik wychodzi z 
założenia, że nazwy stanowisk i zawodów określa odpowiedni taryfikator; skoro nie odróżnia od 
„kierownika” działu od „kierowniczki”, nie należy w oficjalnych dokumentach odróżnień takich 
wprowadzać. Kobieta kierownik znów uważa, że nazywanie jej kierowniczką sugeruje, jakoby była 
kimś innym niż kierownik; innym - a więc może gorszym? 
Bezwzględne przeciwstawianie się tej tendencji nie miałoby dziś sensu i zapewne z góry skazane 
by było na niepowodzenie. Nazwy takie, jak „doktor”, „inżynier”, „rektor”, „magister”, „minister”, 
„premier”, „geolog”, „psycholog”, „socjolog”, „radca prawny”, „mecenas”, „redaktor” i wiele 
innych odnoszą się dziś do osób obu płci. O zróżnicowaniu znaczeniowym nazw „profesor” i 
„profesorka”, „dyrektor” i „dyrektorka”, „sekretarz” i „sekretarka” wspominaliśmy wcześniej. 
Starą tradycję podtrzymują obecnie tylko nazwy zawodów od dawna wykonywanych przez 
kobiety: żeńską formę zachowała m.in. „nauczycielka”, „aktorka”, „pisarka”, „kasjerka”, 
„prządka”, „tkaczka”, „kucharka”, „kelnerka” itp. Ale i te panie, kiedy poproszą o opinię z miejsca 
pracy, otrzymują zapewne dokument zaczynający się od słów: „Ob. NN, zatrudniona w takim to a 
takim przedsiębiorstwie od dnia tego i tego do dnia tego i tego, dała się poznać jako pracownik 
zdyscyplinowany...”. W dokumencie oficjalnym kobieta występuje już jako „pracownik”, a nie 
„pracownica” (zwłaszcza jeśli chodzi o pracownika umysłowego). 
Nie wszystko jest jednak już stracone. Wprawdzie w języku urzędowym zakres użycia form 
męskich będzie się zapewne nadal szerzył, ale w mowie potocznej pozycja przynajmniej niektórych 
form żeńskich jest jeszcze dość mocna. I właśnie one - moim zdaniem - zasługują na społeczne 
poparcie.  Byłoby oczywiście błędem, gdybyśmy wbrew powszechnemu zwyczajowi zaczęli 
używać już martwe formy, ale tym, które żyją w mowie potocznej, należy się także w prasie, radiu 
i telewizji pierwszeństwo przed formami oficjalnymi. 
Zgodnie z tą generalną zasadą powiem o pewnej pani, że jest „główną księgową”, choć zdaniem 
działu kadr „jest ona zatrudniona na stanowisku głównego księgowego”. 
Pewne wątpliwości może budzić użycie - odnoszących się do kobiet - męskich form nazw 
zawodowych i tytułów w zdaniu. Zachowują się one podobnie jak męskie formy kobiecych 
stanowisk: pozostają nieodmienne i w ten sposób sygnalizują swoją żeńskość. Mówimy: „nasza 
dyrektor pojechała do Warszawy, gdzie się spotkała z redaktor Kowalską”; „chciałbym się widzieć 
z inżynier Zagórską”; „proszę to oddać kochanej magister Kowal”. 
Znacznie rzadziej występują w zdaniach te nazwy w postaci odmiennej, tzn.  w formie 
odpowiednich przypadków, a więc np. „rozmawiałem z profesorem Włodkową”, „wysłałem to 
mecenasowi Bielickiej”. Nie brzmi to pięknie, ale nie jest traktowane jako błąd. 
Konstytucja PRL stanowi: „Wszyscy obywatele mają równe prawa niezakeżnie od płci...”. Ta 
równość teoretycznie może się odbijać w języku w dwojaki sposób: albo zadamy językowi gwałt i 
zlikwidujemy rozróżnienie między rodzajem męskim i żeńskim przez wprowadzenie jednego 
„rodzaju osobowego” (to byłoby oczywiście niemożliwe), albo uznamy tradycyjne formy męskie i 
żeńskie za równouprawnione. W praktyce stosuje się trzecią drogę: gramatyczną męskość rozciąga 
się na kobiety, co sugeruje podciągnięcie ich do (w domyśle) wyższego statusu mężczyzny. 
Wygląda to tak, jakbyśmy przyjęli najpierw, że wszystkie języki narodowe są sobie równe, a 
następnie uznali, że w takim razie zamiast po polsku będziemy mówić po angielsku czy rosyjsku. 
Skoro bowiem wszystkie języki są równe, to lepiej używać tego, którym się posługuje większa 
liczba ludzi. Takie rozwiązanie jednak nie świadczyłoby o równouprawnieniu języków, ale by 
utrwalało dominację największych. 

background image

Moim zdaniem - podobne niezrozumienie występuje w używaniu gramatycznych form męskich w 
odniesieniu do kobiet. Równouprawnienie płci realizuje się - rzecz paradoksalna - przez 
podkreślenie dominacji męskości. 
Język okazuje się jednak silniejszy i sprawiedliwszy. Skoro wyrugowano z niego nazwy kobiet 
zajmujących stanowiska dyrektora (dyrektorka), profesora (profesorka) czy ministra („ministerka)), 
wykształcił sobie szybko zastępczy środek oznaczania żeńskości: jest nim - oprócz używania 
dodatkowych określeń jak „pani” (np. „pani premier)), „kobieta” (np.  „kobieta-rektor)) czy po 
prostu imię (np. Anna Kowal) - |nieodmienność.  
Kobiecość rugowana z życia publicznego w jednej postaci - powraca w innej. 
Z nazwiskami mężczyzn - jeśliby pominąć nazwiska obcego pochodzenia - mają Polacy 
nieporównanie mniej kłopotów niż z nazwiskami kobiet. Ale i w tym zakresie zdarzają się wahania. 
Świadczą o nich między innymi przykłady użycia form przypadkowych, które poradniki językowe 
traktują jako błędne. 
Najczęściej spotyka się przykłady łamania zasady, że nazwiska Polaków zakończone na 
samogłoskę „-o” po spółgłosce twardej odmienia się tak, jakby się one kończyły samogłoską „—a”. 
Zgodnie z tą zasadą należy mówić i pisać: 

pan Bojko, pana Bojki, panu Bojce 

pan Brzesko, pana Brzeski, panu Brzesce 

pan Bućko, pana Bućki, panu Bućce 
pan Budzidło, pana Budzidły, panu Budzidle 
pan Cisło, pana Cisły, panu Ciśle 

pan Durko, pana Durki, panu Durce 

pan Klimaszko, pana Klimaszki, panu Klimaszce 

pan Kreczko, pana Kreczki, panu Kreczce 

pan Lato, pana Laty, panu Lacie 

pan Mleczko, pana Mleczki, panu Mleczce 

pan Owieczko, pana Owieczki, panu Owieczce 

pan Pastuszko, pana Pastuszki, panu Pastuszce 

pan Roszko, pana Roszki, panu Roszce 

pan Sidło, pana Sidły, panu Sidle 

pan Sito, pana Sity, panu Sicie 

pan Uziembło, pana Uziembły, panu Uziemble 
pan Waśko, pana Waśki, panu Waśce 

pan Wrzeciono, pana Wrzeciony, panu Wrzecionie 

pan Ziarno, pana Ziarny, panu Ziarnie 

pan Żądło, pana Żądły, panu Żądle. 
W tej liście przykładów na szczególną uwagę zasługują nazwiska, które w pierwszym przypadku 
mają formę wyrazów pospolitych, jak np. Lato, Sidło, Sito, Wrzeciono, Ziarno, Żądło. Można się 
bowiem spotkać nie tylko z niepoprawnym ich nieodmienianiem (tzn. np. pana Lato, panu Lato; 

background image

pana Sidło z panem Sidło), ale także - choć rzadziej - z niewłaściwym odmienianiem ich jak 
wyrazów pospolitych (tzn. np. pana Lata, panu Latu; pana Sidły, z panem Sidłem). 
W przeciwieństwie do nazwisk zakończonych na „-o” po spółgłosce twardej stosunkowo rzadkie 
nazwiska zakończone na „-o” po spółgłosce miękkiej odmieniają się według deklinacji męskiej. 
Należy więc mówić i pisać: 

pan Nizio, pana Nizia, panu Niziowi 

pan Pacio, pana Pacia, panu Paciowi 

pan Puzio, pana Puzia, panu Puziowi. 

Nazwiska zakończone na „-ec”, „-eć”, „-ek”, „-el”, i „-eń” w zasadzie gubią w odmianie głoskę „-
e-„ końcowej sylaby tak samo jak podobnie zbudowane rzeczowniki pospolite; mówi się więc i 
pisze: 

pan Krawiec, pana Krawca (nie Krawieca) 

pan Kopeć, pana Kopcia (nie Kopecia) 

pan Marzec, pana Marca (nie Marzeca) 

pan Burek, pana Burka (nie: Bureka) 

pan Witek, pana Witka (nie Witeka) 

pan Bugiel, pana Bugla (nie: Bugiela) 

pan Krężel, pana Krężla (nie: Krężela) 
pan Kwiecień, pana Kwietnia (nie: Kwiecienia) 
pan Stępień, pana Stępnia (nie Stępienia). 
Nazwiska zbudowane jak rzeczowniki pospolite odmieniają się w zasadzie tak jak one. Można 
jednak zgodnie z tradycją dwojako odmieniać kilka nazwisk, a w szczególności: 
pan Dąb, pana Dęba lub pana Dąba 
pan Gołąb, pana Gołębia lub pana Gołąba 
pan Kocioł, pana Kotła lub pana Kocioła 
pan Kozioł, pana Kozła lub pana Kozioła. 
Nazwiska polskie zakończone na „-ów” wymieniają w przypadkach zależnych „-ó-„ ostatniej 
sylaby na „-o-„; mówi się więc i pisze: 
pan Kaziów, pana Kaziowa (nie: Kaziówa) 
pan Łesiów, pana Łesiowa (nie Łesiówa) 
pan Staszków, pana Staszkowa (nie: pana Staszkówa). 

Nazwiska - niemal wyłącznie pochodzenia obcego - zakończone samogłoską „-e” odmieniają się 
jak przymiotniki. Pozostawienie ich w postaci nieodmiennej jest niepoprawne. Mówimy więc i 
piszemy: 

pan Blikle, pana Bliklego, panu Bliklemu 

pan Eile, pana Eilego, panu Eilemu 

pan Frycie, pana Fryciego, panu Fryciemu 

pan Krauze, pana Krauzego, panu Krauzemu 

background image

pan Lange, pana Langego, panu Langemu 

pan Stande, pana Standego, panu Standemu. 

Ostatnie lata przyniosły nową falę mody na nazwiska dwuczłonowe. Jak dowodzi obserwacja ich 
użycia, sprawiają one czasem kłopot, jeżeli nie samym nosicielom, to ich znajomym. Nie od rzeczy 
będzie więc przypomnieć, że w nazwiskach dwuczłonowych odmieniają się oba człony, chyba że 
pierwszy z nich jest nazwą herbu lub rodowodowym przydomkiem. Wówczas tego pierwszego 
członu można nie odmieniać (np. Pobóg-Malinowski, Pobóg-Malinowskiego...), zwłaszcza jeśli się 
go używa wyłącznie w połączeniu z członem drugim. Wyjątki te dotyczą tylko jednak 
dwuczłonowych nazwisk o starej tradycji. Współcześnie panuje zasada odmienności obu członów 
nazwiska. Należy więc mówić i pisać: 

pan Boy-Żeleński, pana Boya-Żeleńskiego (nie: Boy-Żeleńskiego) 

pan Lehr-Spławiński, pana Lehra-Spławińskiego (nie: Lehr-Spławińskiego) 

pan Goban-Klas, pana Gobana-Klasa (nie: Goban-Klasa) 

pan Górka-Niwiński, pana Górki-Niwińskiego (nie: Górka-Niwińskiego) 
pan Krzemień-Ojak, pana Krzemienia-Ojaka (nie: Krzemień-Ojaka) 

pan Rydz-Śmigły, pana Rydza-Śmigłego (nie: Rydz-Śmigłego) 

pan Schmidt-Kowalski, pana Schmidta-Kowalskiego (nie:  

Schmidt-Kowalskiego). 

Możliwe kłopoty i wahania związane z użyciem nazwisk obcych są tak liczne i tak różnorodne, że 
zasługują na osobną książkę. Jej większą część powinien stanowić słownik, bo każda ogólna zasada 
dotycząca pisowni (transliteracji), wymowy i odmiany nazwisk obcych w polskich tekstach 
dopuszcza wiele wyjątków, motywowanych historycznie. W dziedzinie pisowni panuje ogólna 
zasada, że nazwiska pisane przez ich nosicieli alfabetem łacińskim zachowują w polskich tekstach 
oryginalną postać; wbrew tej zasadzie dopuszcza się spolszczoną pisownię takich nazwisk, jak 
Shakespeara (Szekspir), Rousseau (Russo), Molire (Molier), Washington(Waszyngton);  

Karl Marx występuje w polskich tekstach wyłącznie jako Karol Marks. 
Ogólna zasada wymowy obcych nazwisk zachowujących oryginalną pisownię głosi, że powinny 
one zachować również oryginalną wymowę. Dopuszcza się jednak ich spolszczoną wymowę, jeżeli 
występują w spolszczonej pisowni lub zawierają jakąś głoskę nie należącą do polskiego systemu 
fonetycznego.  Można więc nazwisko pierwszego amerykańskiego prezydenta wymawiać zarówno 
„waszyngton”, jak i „uoszintan”. 
Jeśli chodzi o odmianę zgodnie z ogólną zasadą odmieniamy wszystkie nazwiska obce, które się 
dają przyporządkować któremuś z polskich wzorów deklinacyjnych. Odmienia się - jeśli tylko jest 
to możliwe - zarówno nazwisko, jak i imię; mówimy więc: „filozofia Jeana Paula Sartre’a” (nie:  

Jean Paul Sartre’a). 

Nazwiska obce odmieniamy według polskich wzorów deklinacyjnych. Wypada tę zasadę 
przypomnieć z myślą o nazwiskach słowiańskich występujących w polskich tekstach. Mówimy 
więc: „powieść Tołstoja” (nie: Tołstego), „rodzina Uljanowów” (nie: Uljanowych). 
W odmianie |czasownika nie wytępiła szkoła błędnych męskich form czasu przyszłego „szłem”, 
„poszłem”, „zaszłem”, używanych - częściej w mowie niż piśmie - zamiast poprawnych „szedłem”, 
„poszedłem”, „zaszedłem”. Rzecz charakterystyczna, że do formy „szłem” mają skłonność zwykle 
chłopcy i mężczyźni, którzy wychowywali się w rodzinach bez ojców. Brak mężczyzn w 
najbliższej rodzinie wpływa też na używanie przez chłopców na poły żeńskich form typu 

background image

„ciągnęłem”, „wzięłem”, „zaczęłem” zamiast poprawnych męskich „ciągnąłem”, „wziąłem”, 
„zacząłem”. 
Do pospolitych, ale bardzo rażących błędów zaliczają się również następujące formy osobowe 
czasownika: 

(oni) „lubieją”; „lubiał”, „lubieli” zamiast: (oni) „lubią”; „lubił”,  
„lubili” 
(one) „chowią się dobrze” zamiast: (one) „chowają się dobrze” 
(ja) „rozumię”, (oni) „rozumią” zamiast: (ja) „rozumiem”, (oni)  
„rozumieją” 
(oni) „umią to robić” zamiast: (oni) „umieją to robić” 
(oni) „przerwią milczenie” zamiast: (oni) „przerwą milczenie”. 
Nie ma w języku polskim czasownika „wartać”. Nie można więc mówić i pisać: 
„wartało pracować” ale: „warto było pracować” 
„wartałoby kupić” ale: „warto by kupić” 
Dużo krwi adiustatorom i korektorom napsuła już błędna forma imiesłowu czasownika 
„przekonywać” - „przekonywujący” - która jest wynikiem skrzyżowania dwóch form poprawnych: 
„przekonujący” i „przekonywający”.  Czasownik „przekonywać” bowiem w czasie teraźniejszym 
można odmieniać dwojako: „przekonuję, przekonujesz” albo „przekonywam, przekonywasz” (ale 
nie: „przekonywuję, przekonywujesz)). Odmiana typu „przekonuję” daje oparcie formie 
„przekonujący”, a na odmianie typu „przekonywam” opiera się forma „przekonywający”. Podobne 
wątpliwości może budzić odmiana innych czasowników zakończonych na „-ywać”, np. 
„dokonywać”, „porównywać” itp.  Można czasem usłyszeć błędne formy ich imiesłowów 
„dokonywujący” i „porównywujący”, użyte zamiast poprawnych „dokonujący” (albo:  
„dokonywający)) i „porównujący” (albo: „porównywający)). 
Co najmniej kilkanaście czasowników pada ofiarą naszego niedokształcenia językowego i 
występuje w niepoprawnych formach bezokolicznika. Nie należy bowiem mówić i pisać: 
„domyśleć się” ale: „domyślić się” (choć: „myśleć)) 
„lubieć” ale: „lubić” 
„namyśleć się” ale: „namyślić się” (choć: „myśleć)) 
„mielić” ale: „mleć” 
„nienawidzieć” ale: „nienawidzić” (choć: „widzieć)) 
„obmyśleć” ale: „obmyślić” (choć: „myśleć)) 
„opatrzeć” ale: „opatrzyć” 
„podpatrzeć” ale: „podpatrzyć” (choć: „patrzeć” lub „patrzyć)) 
„poleżyć” ale: „poleżeć” 
„wymyśleć” ale: „wymyślić” (choć: „myśleć)) 
„wziąść” ale: „wziąć” 
„zaopatrzeć się” ale: „zaopatrzyć się”. 
Nie mówimy też: „drelować” (wiśnie), ale: „drylować” oraz nie:  

background image

„nadwyrężyć”, ale „nadwerężyć”. 
Wśród polskich czasowników znajdują się takie, które oznaczają czynności lub stany jednorazowe, 
oraz takie, które oznaczają czynności lub stany powtarzające się. Pierwsze nazywamy 
czasownikami jednokrotnymi, drugie - wielokrotnymi lub częstotliwymi. W podręczniku gramatyki 
znajdziemy przykłady ilustrujące różnice między obu tymi czasownikami: „nieść” i „nosić”, 
„wieźć” i „wozić”, „chodzić” i „chadzać”, „mówić” i „mawiać”, „przesiedzieć” i „przesiadywać”, 
„przenocować” i „przenocowywać”, „popłakać” i „popłakiwać”. Przeczytamy tam również, że „jak 
widać z przytoczonych przykładów, (...) czynność wielokrotna albo może się powtarzać w 
większych odstępach czasu, np. „mawiać” (tzn. mówić od czasu do czasu), albo tworzy szereg 
aktów następujących po sobie bezpośrednio lub w bardzo krótkich odstępach czasu, np. 
pogwizdywać”. 
Czasowniki wielokrotne tworzy się od jednokrotnych za pomocą odpowiednich przedrostków (np. 
„po-„ jak „popłakiwać)) i przyrostków (np. „-wa-„ jak „siadywać)), a także przez wymianę 
rdzennej (tzn. zawartej w rdzeniu wyrazu) samogłoski „e” na „o” (np. „nieść” na „nosić)), „o” na 
„a” (np.  „chodzić” na „chadzać)) itd. 
Wątpliwości nasuwają się wtedy, kiedy samogłoska „o” należy nie do rdzenia, ale do przedrostka. 
Taka sytuacja zachodzi np. w czasowniku „wypogodzić”. Rdzeniem jest tu nie cząstka „-pogodz-„, 
ale tylko cząstka „-godz-„ i tylko w niej zawarte „-o-„ podlega wymianie na „-a-„. Forma 
wielokrotna tego czasownika brzmi więc „wypogadzać”, a nie „wypagadzać”.  Mówimy: „zaczyna 
się wypogadzać” (nie: „wypagadzać)). 
Podobne niebezpieczeństwo - jak dowodzi obserwacja mowy potocznej wielu Polaków - łączy się z 
użyciem czasowników wielokrotnych, tworzonych od słów „udowodnić”, „uspokoić”, „usposobić”, 
„zadowolić” itp. We wszystkich tych czasownikach tylko drugie „-o-„ jest samogłoską rdzenną; 
pierwsze należy do przedrostków. Zgodnie więc z przypomnianą regułą należy mówić i pisać: 
„przysposabiać, przysposabiał, przysposabiany, przysposabiający” 
„rozpogadzać, rozpogadzał, rozpogadzający” 
„udowadniać, udowadniał, udowadniany, udowadniający” 
„uosabiać, uosabiał, uosabiany, uosabiający” 
„upodabniać, upodabniał, upodabniany, upodabniający” 
„upokarzać, upokarzał, upokarzany, upokarzający” 
„uspokajać, uspokajał, uspokajany, uspokajający” 
„usposabiać, usposabiał, usposabiany, usposabiający” 
„zadowalać, zadowalał, zadowalany, zadowalający” 
„zaspokajać, zaspokajał, zaspokajany, zaspokajający” 
Jako niepoprawne natomiast rażą formy: „przyspasabiać”, „rozpagadzać”, „udawadniać”, 
„uasabiać”, „upadabniać”, „upakarzać”, „uspakajać” (też:  
„środek uspakajający)!), „uspasabiać”, „zadawalać” (też: „ocena zadawalająca)!) i „zaspakajać”. 
Kilka czasowników jednokrotnych mających w rdzeniu samogłoskę „o” może ją zachować po 
przekształceniu ich na wielokrotne, co budzi często rozterki, która z dwóch form jest poprawna. 
Odnosi się to głównie do czasowników „wykończyć”, „dokończyć” i „ogołocić”. 
Pytają mnie ludzie, jak się powinno mówić: „wykończać” czy „wykańczać”, „dokończać” czy 
„dokańczać, „ogołacać” czy „ogałacać)? Kiedy odpowiadam, że wszystkie te formy są poprawne, 

background image

pytający nie dają za wygraną i dopominają się przynajmniej oceny, które są lepsze. Przyciśnięty do 
muru, mówię, że częściej niż „dokończać” i „wykończać” używa się form „dokańczać” i 
„wykańczać”, a więc one zasługują na poparcie. O formach „ogołacać” i „ogałacać” nawet tego nie 
można powiedzieć; moim zdaniem, obie używane są mniej więcej równie często. Ludzie, którzy 
chcą rozstrzygnąć własne wątpliwości językowe, bardzo nie lubią takich odpowiedzi. Żądają 
jednoznacznych, zdecydowanych wyroków; to błędne - to poprawne. W ostateczności mogą się 
zadowolić orzeczeniem: to lepsze - to gorsze. Kiedy nie dostaną nawet tego, zadają pytanie, przed 
którym nie ma już ucieczki:  
„A jak pan mówi?” Poddaję się i odpowiadam: „ogałacać”. 
Poczucie konieczności wymiany rdzennej samogłoski „o” na „a” w czasownikach wielokrotnych 
jest tak silnie zakorzenione w naszej świadomości (a może raczej podświadomości) językowej, że 
czasem wyprowadza Polaków na manowce, powodując rażące błędy. Ofiarą padają najczęściej 
formy wielokrotne czasowników „dołączyć”, „wyłączyć” itp. W tych czasownikach rdzeniem jest 
cząstka „-łącz-„, w której historycznie występuje samogłoska „ą”, a nie „o”, więc nie ma tam 
warunków usprawiedliwiających wymianę samogłoski rdzennej na „a”. 
Bezpośrednią przyczyną bardzo rozpowszechnionych błędnych form „dołanczać”, „przyłanczać”, 
„wyłanczać” i „załanczać” jest to, że obecnie wymawiamy cząstki „-łącz-„ zawarte w 
czasownikach jednokrotnych jako „-łoncz-„ (a więc mówimy nie „dołączyć”, „wyłączyć”, ale 
„dołonczyć”, „wyłonczyć)). Mechanizm błędu polega na nie uzasadnionej analogii: skoro 
„wykończyć” - „wykańczać”, to „wyłonczyć” - „wyłanczać”. Tymczasem jako właściwy wzór 
urabiania formy wielokrotnej od jednokrotnej dla czasowników typu „dołączyć” może służyć 
czasownik „okrążyć” albo „podążyć”. Ich wielokrotne formy „okrążać” i „podążać” zapraszają do 
towarzystwa formy „dołączać”, „przyłączać”, „włączać”, „wyłączać” i „załączać”. 
Niedawno ktoś użył w mojej obecności szkaradnej formy „okranżać”. Skąd się wziął ten potwór? 
Wyjaśnienie jest tylko jedno: czasownik „okrążać”, który miał służyć jako wzór dla czasowników 
„włączać” i „wyłączać”, sam uległ ich niezdrowej skłonności do naśladowania czasownika 
„wykańczać”. Ze zgrozą myślę, że jak tak dalej pójdzie, spotkamy się jeszcze z dziwolągiem 
„podanżać”. Apage, satanas! 
Wspólną cechą czasowników „wybrnąć”, „zjednać”, „potrafić”, „sprostać” jest to, że oznaczają 
czynności dokonane i jednorazowe. Zgodnie z zasadami polskiej gramatyki za pomocą takich 
czasowników nie można określić czynności powtarzających się lub trwających obecnie, bo ich czas 
teraźniejszy ma znaczenie czasu przyszłego. Mówimy, że „ktoś wybrnął” lub „wybrnie z trudnej 
sytuacji”, „że zjednał” lub „zjedna sobie całą załogę”, że „potrafił” lub „potrafi coś zrobić”, że 
„sprostał” lub „sprosta postawionym przed nim zadaniom”. Chcąc użyć właśnie tych czasowników 
w odniesieniu do czynności teraźniejszej, trwającej lub powtarzającej się, korzystamy zwykle z 
pomocy innych dodatkowych słów. Mówimy i piszemy: „ktoś zawsze umie wybrnąć” lub „udaje 
się komuś wybrnąć z sytuacji” albo „zjednać sobie ludzi”, „ktoś umie coś zrobić”, „komuś udaje 
się sprostać zadaniom”.  Formy „wybrnywa”, „zjednuje”, „zjednywa” i „sprostuje” są całkowicie 
niestrawne. Rażą i śmieszą słuchaczy swą nieporadnością; tak mówią po polsku cudzoziemcy nie 
znający dostatecznie zasadzek naszego języka. 
Jako czasowniki dokonane te cztery wyrazy („wybrnąć”, „zjednać”, „potrafić” i „sprostać)) nie 
mają też imiesłowów czasu teraźniejszego (tych na „-ący)) i imiesłowów współczesnych (tych na 
„-ąc)); mają natomiast imiesłów uprzedni (ten na „-wszy)). Nie można więc powiedzieć ani 
„wybrnywając”, ani „wybrnywający”, ani „zjednując”, ani „zjednujący”, ani „potrafiąc”, ani 
„potrafiący”, ani „sprostując”, ani „sprostujący”.  Mówimy (a raczej piszemy) za to: „wybrnąwszy 
z kłopotów”, „zjednawszy sobie czyjąś przychylność”, „potrafiwszy coś”, „sprostawszy czemuś”. 

background image

Dla porządku wypada tu jeszcze dodać trzy uwagi. Po pierwsze, imiesłowów zakończonych na „-
wszy” używa się coraz rzadziej. Po drugie, z czwórki omawianych wyrazów wyłamuje się 
częściowo czasownik „zjednać”, który pozbawiony przedrostka „z-„ staje się niedoskonałym 
czasownikiem „jednać” (sobie ludzi). Po trzecie, czasownik „potrafić” znacznie częściej niż trzy 
pozostałe bywa niewłaściwie używany jako niedokonany (tzn. tym samym pozwalający na 
tworzenie imiesłowów zakończonych na „-ąc” i „-ący)).  Wiele osób zdążyło się przyzwyczaić do 
jego występowania w tej roli.  Wprawdzie „Słownik poprawnej polszczyzny” przestrzega jeszcze 
przed nieprawidłowymi formami „potrafiąc” i „potrafiący”, ale już niektórzy językoznawcy 
uważają je za dopuszczalne. 
Najsłabsi jesteśmy w liczeniu, ale to chyba nie tylko nasza wina. Liczyć po polsku jest 
rzeczywiście trudniej niż w wielu innych językach. Pokażcie mi inny język, w którym liczba „2” 
tak zmienia swą formę w zależności od tego, co jest liczone. Anglik, Francuz, Niemiec i wiele 
innych narodowości nie znają tych kłopotów i z trudem przychodzi im zrozumienie, jak sobie z 
naszymi radzimy. Anglicy mówią: „two students”, „two girls”, „two dogs”, „two chairs”, „two 
children”. I studenci, i dziewczyny, i psy, i krzesła, i dzieci - łączą się z tym samym i tak samo 
brzmiącym liczebnikiem „two”. 
A u nas? Jeżeli widzimy studentów, są to „dwaj studenci” albo „dwóch studentów”, albo „dwu 
studentów”. Jeżeli są to studentki, mówimy: „dwie”; jeżeli są to psy lub krzesła, mówimy: „dwa”. 
Nie koniec na tym. Jeżeli idzie student ze studentką, jest ich „dwoje”. Tak więc jednemu 
angielskiemu „two” odpowiada aż 6 form: „dwaj”, „dwóch”, „dwu”, „dwie”, „dwa”, „dwoje”.  Są 
to zresztą tylko formy podstawowe, które się jeszcze odmieniają przez przypadki. Jeśli się zaś 
uwzględni także wyłącznie różne formy poszczególnych przypadków, okaże się, że jednemu 
angielskiemu wyrazowi „two” odpowiada kilkanaście różnych polskich form liczebnika „dwa”. 
Jakby jeszcze tego było mało, dodatkowe komplikacje występują, kiedy w zdaniu podmiot o formie 
wyrażenia składającego się z liczebnika i rzeczownika łączymy z czasownikowym orzeczeniem. 
Niby dwaj studenci i dwóch studentów - to jedno i to samo, ale wyrażenie „dwaj studenci” wymaga 
orzeczenia w 3. osobie liczby mnogiej (tzn. „dwaj studenci przyszli)), a „dwóch studentów” 
potrzebuje orzeczenia w 3. osobie liczby pojedynczej w rodzaju nijakim (tzn. „dwóch studentów 
przyszło)). 
Na Anglikach cierpnie skóra, kiedy się im opowiada o tych osobliwościach polskiej składni. Polak 
uśmiecha się z wyższością. Wydaje mu się, że dla niego to kaszka z mleczkiem, że bądź co bądź do 
dwóch to liczyć potrafi każdy. Tymczasem obserwacja tego, jak sami Polacy niekiedy mówią i 
piszą, dowodzi, że nawet liczenie do dwóch może sprawiać kłopoty. Zaczynają się one wtedy, 
kiedy się opowiada o liczonych osobach, zwierzętach i przedmiotach. 
Pozornie zasada jest prosta: wyrażenia z liczebnikami „dwaj” (studenci), „dwie” (studentki). „dwa” 
(konie, stoły, krzesła) wymagają orzeczenia w liczbie mnogiej (mówimy: „dwaj studenci”, „dwie 
studentki”, „dwa konie”, „dwa stoły”, „dwa krzesła stoją)). W czasie przeszłym i trybie 
przypuszczającym z wyrażeniem „dwaj studenci” łączy się orzeczenie w rodzaju męskoosobowym 
(tzn. „dwaj studenci stali)), z wyrażeniami „dwie studentki”, „dwa konie, stoły, krzesła” łączy się 
orzeczenie w rodzaju żeńskorzeczowym (tzn. „dwie studentki”, „dwa konie”, „dwa stoły”, „dwa 
krzesła stały)). 
Męskoosobowe formy „dwóch”, „dwu” oraz zbiorowy liczebnik „dwoje” wymagają orzeczenia w 
liczbie pojedynczej (a w czasie przeszłym lub trybie warunkowym - w rodzaju nijakim). Mówimy: 
„dwóch” lub „dwu studentów”, „dwoje dzieci idzie” lub „przyszło”. 
Wbrew tym ogólnym zasadom przyzwyczailiśmy się do zdań typu: „Przybyło mu dwa kilogramy”, 
„Zostało jeszcze dwa kilometry”. Właściwie zgodnie z przypomnianymi regułami należałoby 
powiedzieć raczej: „Przybyły mu dwa kilogramy”, „Zostały jeszcze dwa kilometry”. Jakieś ćwierć 

background image

wieku temu zdania typu: „Ubyło dwa centymetry wody” piętnowane były w poradnikach 
językowych jako błędne. Dziś uważa się je za dopuszczalne pod warunkiem, że liczebnik „dwa” 
łączy się z rzeczownikami będącymi nazwami jednostek miar, wag, czasu itp. Toleruje się także 
połączenie typu „Kobiet dwie przeszło”, „Była ósma minut dwie” pod warunkiem, że liczebnik stoi 
po rzeczowniku nazywającym osoby lub przedmioty liczone. Lepiej jednak takich połączeń unikać, 
bo zbyt wiele osób rażą. 
Czy wobec tak liberalnych zasad można popełnić błąd w użyciu liczebnika „dwa)? Okazuje się, że 
można. Oto przykłady zdań bezwzględnie niepoprawnych: „Dwa wagony pozostało jeszcze nie 
rozładowane” (zamiast:  
„Dwa wagony pozostały jeszcze nie rozładowane)); „Dwóch robotników w ogóle nie pojawili się 
tego dnia w pracy” (zamiast: „Dwóch robotników...  nie pojawiło się...” albo: „Dwaj robotnicy... 
nie pojawili się)); „Ze skutkiem natychmiastowym zwolniono z pracy dwie kobiet” (zamiast:  
„...zwolniono... dwie kobiety)). 
Tak samo jak liczebnik „dwa” („dwóch”, „dwaj”, „dwie)) odmieniają się i łączą z rzeczownikami 
liczebniki „trzy” („trzej”, „trzech)) i „cztery” („czterej”, „czterech)). Są jednak trochę od liczebnika 
„dwa” uboższe, bo nie mają osobnych form dla rodzaju męskiego i żeńskiego. Mówimy: „dwie 
kobiety”, ale „dwa konie”, natomiast tylko „trzy (cztery) kobiety” i „trzy (cztery) konie”. 
Inne prawa rządzą użyciem liczebników od pięciu do dziewiętnastu oraz tych, które nazywają 
równe dziesiątki i setki od dwudziestu do dziewięciuset (tzn. „dwadzieścia”, „trzydzieści”, 
„czterdzieści”..., „sto”, „dwieście”, „trzysta”...). Błędy związane z ich użyciem są stosunkowo 
rzadkie. Na ogół trafnie stosuje się formy „pięciu”, „dziesięciu”, „stu”, „dwustu”, „pięciuset” w 
połączeniu z rzeczownikami męskoosobowymi oraz formy „pięć”, „dziesięć”, „sto”, „dwieście”, 
„pięćset” w połączeniach z wszystkimi pozostałymi. Podobnie na ogół bezbłędnie wszystkie te 
połączenia liczebnikowo-rzeczownikowe, występując w funkcji podmiotu, otrzymują orzeczenie w 
liczbie pojedynczej: np. „pięciu chłopców przyszło”, „pięć kobiet wyszło”.  
Dość często natomiast wahają się Polacy, w jakiej liczbie powinno być orzeczenie, jeśli się mówi o 
tysiącu (tysiącach) lub milionie (milionach) ludzi. Wahania te są zwykle nie uzasadnione. 
Wprawdzie zgodnie z generalną zasadą w tych wypadkach orzeczenie powinno mieć formę rodzaju 
nijakiego liczby pojedynczej (tzn. „tysiąc złotych zostało”, „milion robotników wróciło do pracy”; 
„tysiące, miliony, miliardy gwiazd świeciło)), ale za poprawne uważa się także orzeczenia w 
liczbie mnogiej, jeżeli wyrazy „tysiąc”, „milion”, „miliard” występują w liczbie mnogiej (tzn. 
„tysiące złotych przepadły”, „miliony robotników wróciły do pracy”, „miliardy gwiazd świeciły)). 
Można również użyć orzeczenia w rodzaju męskim liczby pojedynczej, jeżeli podmiotem jest 
wyrażenie typu „tysiąc ludzi” albo „milion złotych”, a orzeczenie poprzedza podmiot (tzn. np. 
„przyszedł tysiąc ludzi”, „przepadł milion złotych)). Bez względu na kolejność podmiotu i 
orzeczenia, dopuszczalne jest także orzeczenie rodzaju męskiego, jeżeli wyrazy „tysiąc”, „milion”, 
„miliard” odnoszą się do jednostek miary i wagi (tzn. np. „milion ton węgla został wydobyty)). 
Szczególnie często zdarzają się obecnie błędy w użyciu liczebnika „dwoje”. Kto ma dobrą pamięć, 
przechował w niej od czasów szkolnych zasadę, że liczebnik ten odnosi się do osób różnej płci, do 
rzeczowników zakończonych na „-ę”, a w liczbie mnogiej na „-ęta” (np. „dziewczęta”, „cielęta)) i 
do rzeczowników, których się używa tylko w liczbie mnogiej (np. „skrzypce”, „drzwi)). 
Językoznawcy twierdzą, że liczebnik „dwoje” (a tym bardziej liczebniki „troje”, „czworo”, 
„pięcioro”, „dwanaścioro” itp.) znajduje się w niebezpieczeństwie. Niektórzy przepowiadają, że 
być może już w następnym pokoleniu w ogóle zniknie z polszczyzny. Coraz częściej bowiem mówi 
się na przykład o „dwóch pracownikach”, choć wiadomo, że jest to mężczyzna i kobieta, a więc 
powinno się o nich mówić jako o „dwojgu pracownikach”.  Coraz częściej mówi się „trzy 
skrzypce”, „cztery drzwi” choć wciąż jeszcze w poradnikach językowych jako jedynie poprawne 

background image

traktowane są wyrażenia „troje skrzypiec”, „czworo drzwi” (w tych połączeniach liczebnik 
„dwoje” okazuje się bardziej oporny; wyrażenia „dwa skrzypce”, „dwa drzwi” zdarzają się 
nieporównanie rzadziej). Coraz częściej można usłyszeć liczebnik „dwoje” (też „troje”, „czworo” 
itp.) w odniesieniu - o zgrozo! - do dwóch mężczyzn: „We |dwoje z Markiem zrobimy to szybko” - 
oświadcza młodzieniec i patrzy zdziwiony, że słuchacz aż przysiadł z wrażenia. Coraz częściej 
także mówi się „trzy dziewczęta” i „cztery cielęta” zamiast „troje dziewcząt” i „czworo cieląt”. 
Wiele osób nie umie sobie poradzić z połączeniem rzeczowników „dziewczę”, „cielę”, „kurczę” 
itp. z liczebnikami i mniej lub bardziej świadomie, mówiąc o dziewczętach, cielętach i kurczętach, 
mówi się o dziewczynach, cielakach i kurczakach. Te rzeczowniki wybawiają ich z kłopotów, bo 
nie wymagają liczebnika „dwoje”, „troje” itd. Mówimy przecież „dwie dziewczyny”, „dwa cielaki, 
kurczaki, źrebaki” itp. 
Językoznawcy, stwierdzając, że liczebniki typu „dwoje”, „troje” wychodzą z użycia, na ogół nie 
rozpaczają z tego powodu. Niektórzy nawet widzą w tym zjawisku dobre strony. Zanik tych 
wyrazów - motywują - znacznie uprości nadmiernie skomplikowany polski system liczebnikowy; 
usunięcie zaś każdej zbędnej komplikacji trzeba uznać za tendencję zdrową. Nie można odmówić 
racji temu rozumowaniu, z drugiej strony jednak trudno bez żalu pogodzić się z rychłą śmiercią 
tych form, może istotnie zbędnych, ale za to jakże polskich! Moim zdaniem na to, czy za 30 lat 
będziemy jeszcze mówili o „dwojgu cielętach”, „trojgu studentach”, „czworgu pracownikach” i 
„dwanaściorgu dzieciach”, znaczny wpływ wywrze radio i telewizja. Jeżeli dziennikarze nie będą 
tych form używali, podzielą one los liczebników ułamkowych typu „półtora”, „półtrzecia”, 
„półczwarta”, „półpiąta” itp., które (z wyjątkiem „półtora)) zniknęły z polszczyzny mniej więcej 
pół wieku temu. Dzisiejsze dwudziestolatki na ogół już nie wiedzą, że jeszcze ich dziadkowie 
mówili „minęło półpiąty godziny”, co znaczyło: minęło cztery i pół godziny. Sam jeszcze w szkole 
podstawowej, która się wówczas nazywała powszechną, uczyłem się ich poprawnego użycia. A 
mój pradziad korzystał jeszcze ze specjalnego szeregu liczebników zbiorowych „samowtór”, 
„samotrzeć”, „samoczwart”, „samopięt”, „samoszóst”, „samosiódm”, które znaczyły tyle, co 
współczesne „we dwóch”, „we trzech”, „we czterech”, „w pięciu”, „w sześciu”, „w siedmiu”. 
Zapewne nie musiał zaglądać do słownika, by zrozumieć przysłowie: „Rycerskiego stanu człowiek 
może łupieżcę pokonać samotrzeć, mieszczanin samopięt, a prosty chłop samosiódm”. Zdziwiłby 
się też niezmiernie, gdyby usłyszał dziś niedouczonych dowcipnisiów używających wyrazu 
„samowtór” lub „samotrzeć” w znaczeniu „samotnie”. 
Straciliśmy bezpowrotnie liczebniki „półtrzecia”, „półczwarta” itd., a także „samowtór”, 
„samotrzeć” itp. Liczebników „troje”, „czworo”, „dwanaścioro” używamy coraz rzadziej i jakoś się 
to udaje. Nie można jednak unikać użycia liczebników zakończonych wyrazem „jeden” (tzn. np.  
„dwadzieścia jeden”, „sto trzydzieści jeden”, „tysiąc jeden)). Błędów popełniamy tu co niemiara i 
w odmianie, i w składni. Dzieje się tak chyba tylko dlatego, że przyzwyczajeni do komplikacji w 
użyciu liczebników, nie możemy uwierzyć w prostotę panującej zasady: człon „jeden” w 
liczebnikach wielowyrazowych nie odmienia się ani przez przypadki, ani przez rodzaje, a więc bez 
względu na wszystko, co się wokół niego dzieje, występuje zawsze w tej samej postaci. Cały ciężar 
dostosowania się do otoczenia przejmuje od członu „jeden” poprzedzający go człon 
wielowyrazowego liczebnika. Mówimy więc: „dwudziestu jeden robotników zachorowało”; „sto 
pięćdziesiąt jeden kobiet pojechało do Warszawy”; „przyglądał się tysiącu jeden gwiazdom”;  
„otwarto sklep z tysiącem jeden drobiazgów”; „oświadczył się trzydziestu jeden kobietom”; 
„posługiwał się pięćdziesięcioma jeden wykrętami”. Czy to nie proste? 
Wyjątkowo inaczej brzmi stary tytuł znanego utworu: „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”. 
Zbiór przestróg przed błędami językowymi byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim ostrzeżeń przed 
błędną |wymową. Pominiemy tu jej niedostatki wynikające z wrodzonych lub nabytych wad 
narządów mowy albo spowodowane zaburzeniami nerwowymi, jak niezdolność do poprawnej 

background image

artykulacji niektórych głosek (zwłaszcza głoski „r)), seplenienie czy jąkanie się. O niedostatki tego 
typu trudno mieć pretensję do mówiących, którzy zwykle aż nadto dobrze sobie je uświadamiają i 
nierzadko się ich wstydzą. Wiedzą, że mówią źle, ale z powodu swego rodzaju kalectwa nie mogą 
wymawiać przynajmniej niektórych wyrazów zgodnie z normą. 
Ograniczymy nasze żale do przykładów błędnej wymowy wynikającej z niewiedzy, 
nieświadomości lub naśladowania niewłaściwych wzorów. Ze względu na stopień 
rozpowszechnienia na szczególną uwagę zasługuje - moim zdaniem - umiejscowienie akcentu 
wyrazowego i wymowa samogłosek nosowych. 
Zacznijmy od |akcentu. Jak wiadomo, niektóre języki europejskie mają akcent ruchomy (np. język 
rosyjski, w którym ten sam wyraz ma w różnych przypadkach różne sylaby akcentowane; por. 
„wodA”, ale „wOdu)), inne - akcent stały. W języku czeskim, słowackim i węgierskim pada on na 
sylabę pierwszą, we francuskim - na ostatnią, w polskim - na przedostatnią. 
Tymczasem już od wielu lat szerzy się w Polsce rażąca maniera akcentowania początkowych sylab. 
Najpierw pojawiła się ona w przemówieniach, później ogarnęła inne wypowiedzi na zebraniach i 
konferencjach. Z czasem coraz więcej osób zaczęło mówić w ten sposób, skoro tylko zdarzyło im 
się zabierać głos oficjalnie lub publicznie. Stąd był już tylko krok, żeby maniera dobitnego 
akcentowania pierwszej sylaby przedostała się do radia i telewizji. Dziś nie pomagają ani 
narzekania językoznawców, ani skargi wielu słuchaczy, których poczucie językowe słusznie się 
przeciw niej buntuje. Wielu dziennikarzy i niedziennikarzy, skoro tylko stanie przed mikrofonem, 
zaczyna mówić: „odpowiednie stosunki międzyludzkie sprzyjają pogłębieniu i rozszerzeniu 
socjalistycznej demokracji”. 
„Prawie wszyscy w radiu i telewizji - czytam w jednym z wielu listów od słuchaczy - akcentują tak 
wszystko, nie wyłączając nazw miast, imion, nazwisk i nikt temu nie przeciwdziała. Słuchać tego 
dłużej nie możemy”. 
O tym, że akcent w większości polskich poprawnie wymawianych wyrazów pada na sylabę 
przedostatnią, wie - a przynajmniej powinien wiedzieć - każdy Polak, który ukończył szkołę 
podstawową. Prawdopodobnie więc błędne akcentowanie wynika nie z braku wiedzy, ale z 
podświadomego naśladowania takiego sposobu mówienia, który w pewnych sytuacjach wydaje się 
właściwszy niż naturalna, poprawna wymowa: „Odpowiednie stosunki międzyludzkie sprzyjają 
pogłębieniu i rozszerzeniu socjalistycznej demokracji”. 
Z ogólnej zasady, że polskie wyrazy mają akcent na sylabie przedostatniej, wyłamuje się wiele 
wyjątków. To, co słyszę w radiu, telewizji, w przemówieniach i na zebraniach, upoważnia do 
przypomnienia przede wszystkim czterech ogólnych reguł: 

1.  Formy 1. i 2. osoby liczby mnogiej czasu przeszłego mają akcent na sylabie |trzeciej od końca; 

nie należy więc mówić: 

 

byliśmy ale: byliśmy 
czytaliśmy ale: czytaliśmy 
wykonaLiśmy ale: wykoNaliśmy 
prosiLiście ale: proSiliście 
zrobiłyście ale: zroBiłyście 
zgłosiLiście ale: zgłoSiliście 
powinNiśmy ale: poWinniśmy itp. 

background image

2.  Formy 1. i 2. osoby liczby mnogiej trybu warunkowego mają akcent na sylabie |czwartej od 

końca; nie należy więc mówić: 

 

byliBYśmy ale: Bylibyśmy 
czytaliBYśmy ale: czyTAlibyśmy 
wykonaliBYśmy ale: wykoNAlibyśmy 
prosiliBYście ale: proSIlibyście 
zrobiłyBYście ale: zroBIłybyście 
zglosiliBYście ale: zgłoSIlibyście itp. 

3.  Spójniki połączone z formami „-byśmy” i „-byście” mają zwykle akcent na sylabie |trzeciej od 

końca (czasem też |czwartej, np. „jeŻElibyśmy)).  
Nie należy więc mówić: 
aBYśmy ale: Abyśmy 
choćBYśmy ale: CHOĆbyśmy 
gdyBYście ale: GDYbyście itp. 

4.  Człony liczebnikowe „-set”, „-sta” zachowują się pod względem akcentowania tak, jakby ich nie 

było, wskutek czego liczebniki z tymi członami mają akcent czasem na sylabie |drugiej od końca 
(np. „PIĘĆset)), czasem na |trzeciej (np. „PIĘciuset)). Nie należy więc mówić: 

 

dzieWIĘĆset ale: DZIEwięćset 

siedMIUset ale:SIEDmiuset 

kilKUset ale: KILkuset 

czteRYsta ale: CZTErysta itp. 

Na |trzeciej sylabie od końca mają akcent wyrazy obcego pochodzenia zakończone na „-ika”, „-
yka” (we wszystkich przypadkach, których formy mają tyle sylab co mianownik); na |trzecią 
sylabę od końca pada też akcent w formach drugiego przypadka (i innych przypadków równych 
mu pod względem liczby sylab) rzeczowników obcego pochodzenia zakończonych na „-ik” i „-
yk”. Nie należy więc mówić: 

aFRYka ale: AFryka 

ceraMIka ale: ceRAmika 

dynaMIka ale: dyNAmika 

elektrotechNIka ale: elektroTECHnika 

esteTYka ale: esTEtyka 

faBRYka ale: FAbryka 

gimnaSTYka ale: gimNAstyka 

informaTYka ale: inforMAtyka 

kliNIka ale: KLInika 

kolorySTYka ale: koloRYstyka 

kosmeTYki ale: kosMEtyki 

background image

kroNIka ale: KROnika 

liRYka ale: LIryka 

w meKSYku ale: w MEksyku 

muZYcy ale: MUzycy 

paNIka ale: PAnika 

poliTYka ale: poLItyka 

poleMIka ale: poLEmika 

repuBLIka ale: rePUblika 

temaTYka ale: teMAtyka 

turySTYka ale: tuRYstyka 

specyFIka ale: speCYfika 

statySTYka ale: staTYstyka itp. 

a także nie: 

techNIkum ale: TECHnikum 

maKSImum ale: MAksimum itp. 

Nie należy natomiast akcentować trzeciej sylaby w następujących wyrazach, mówiąc: 

atMOsfera ale: atmoSFEra 

Ekipa ale: eKIpa 

Epoka ale: ePOka 

MAnifest ale: maNIfest 

MUzeum ale: muZEum 

WIzyta ale: wiZYta 

TROfea ale: troFEa. 

Szczególnie wyraźnie wypada przestrzec przed błędną wymową wyrazu „nauka”. Otóż albo 
wskutek wspomnianej maniery akcentowania pierwszej sylaby, albo wskutek niewłaściwej 
analogii do wyrazów typu „fizyka”, wiele osób mówi „NAuka” zamiast „naUka”. Rzeczownik 
ten ma przecież rodowód czysto polski (należy do rodziny czasownika „uczyć)), a więc zgodnie 
z ogólną zasadą akcentowania polskich wyrazów należy go wymawiać z przyciskiem na sylabie 
przedostatniej, jaką w tym wyrazie tworzy głoska „u”. Mówimy: „naUka FIzyki”. 
Obce, nie spolszczone nazwy własne - w tym także obce nazwiska - staramy się akcentować tak, 
jak są one akcentowane w swoim kraju. Odnosi się to jednak tylko do ich formy mianownika, w 
pozostałych przypadkach dajemy akcent na sylabie przedostatniej, a więc tak, jak w wyrazach 
polskich. Nie należy więc wymawiać: 

GOgola ale: goGOla 

LEnina ale: leNIna itp. 

Większość nas, Polaków, wywodzi się ze wsi. Jeżeli już nie nasi ojcowie, to jeszcze dziadkowie 
lub pradziadkowie mówili jedną z gwar. Nic więc dziwnego, że im bardziej zróżnicowana była 
wymowa jakiejś głoski w gwarach, tym większą chwiejność wykazuje we współczesnej 

background image

polszczyźnie. Wyraźnie widać to na przykładzie samogłosek „-ę” i „-ą”. Wiadomo, że niektóre 
polskie gwary mają obie te samogłoski nosowe tak jak język literacki, inne zadowalają się tylko 
jedną, jeszcze inne obywają się w ogóle bez samogłosek nosowych. 
Ludzie pochodzący z okolic, w których samogłosek nosowych w ogóle nie wymawiano,lub 
wymawiano je inaczej niż w języku literackim, starali się i dziś się jeszcze starają wyzbyć tej cechy 
gwarowej. Chcąc zaś mówić poprawnie, usiłują mówić tak, jak się pisze. Skoro się zaś pisze „wziął 
tę książkę”, wymawiają rażąco wyraźnie „-ą”, „-ę”. To właśnie wskutek tego o kimś przesadnie i 
pretensjonalnie eleganckim mówimy, że to człowiek „ą-ę”. 
Wystrzegajmy się więc zbyt wyraźnego podkreślania nosowości głoski „-ę” na końcu wyrazu. 
Potocznie zamiast „-ę” mówimy po prostu „-e”(np. „już się robi)), w wymowie starannej jest to „-
e” z lekko zaznaczoną nosowością. 
Samogłoska „-ą” natomiast na końcu wyrazu powinna brzmieć rzeczywiście jak samogłoska 
nosowa; strzeżmy się rozszczepiania jej na „om” (mówimy:  
„cieszą się tą książką” a nie: „coszom się tom książkom)). 
Przed „l” i „ł” zarówno głoska „-ę”, jak i „-ą” albo traci nosowość całkowicie (zwłaszcza w mowie 
potocznej), albo zachowuje ją w niewielkim stopniu; strzeżmy się nienaturalnej, przesadnej 
wymowy „wziął”i „ściął”, „zaczęli” i „zgięli”. 
Wbrew pisowni wystrzegajmy się wymawiania głoski „-ę” w wyrazach „piętnaście”, „piętnasty”, 
„dziewiętnaście” i „dziewiętnasty”; w tych wyrazach głoska „-ę” brzmi jak zwykłe „-e” (mówimy: 
„pietnaście”, „pietnasty”, „dziewietnaście” i „dziewietnasty)). Liczebnik „pięć” natomiast 
wymawiamy jak „pieńć” (oczywiście nie: „pińć)). 
Głoskę, którą w piśmie oznacza się literą „ł”, większość Polaków wymawia dziś jak „krótkie” „u” 
(językoznawcy nazywają je „u niezgłoskowotwórczym)). Oryginalna, tradycyjna wymowa tej 
głoski wydaje się młodszemu pokoleniu nawet nienaturalną. Kto takiej wymowy nie wyssał z 
mlekiem matki, niech się na nią nie sili. Nie sposób jednak tolerować opuszczania tej głoski. O 
pomstę do nieba woła wymowa m.in. pewnej panienki z telefonicznej pogodynki: „...supa rtęci 
...wiatry punocne ... wożyć paszcze” (tzn. „...słupa rtęci ... wiatry północne ... włożyć płaszcze)). 
Na koniec stawiam pod pręgierzem rażącą wymowę kilkunastu wyrazów, którą nas straszy także 
radio i telewizja. Nie należy wymawiać: 

wyrazu „intensywny” jako: „intenzywny”, ale: „intensywny” 

wyrazu „defensywa” jako: „defenzywa”, ale: „defensywa” 
wyrazu „ofensywa” jako: „ofenzywa”, ale: „ofensywa” 
wyrazu „Celsjusz” jako: „celzjusz”, ale: „celsjusz” 
wyrazu „skansen” jako: „skanzen”, ale: „skansen” 
wyrazu „(po) trzeba” jako: „(po)czeba”, ale: „(po)tszeba” 
wyrazu „trzydziesty trzeci” jako: „czydziesty czeci”, ale: „tszydziesty  
tszeci” 
wyrazu „drzwi” jako: „dźwi”, ale: „dżwi” 
wyrazu „wreszcie” jako: „wreście”, ale: „wreszcie” 
wyrazu „bodaj” jako: „bodej”, ale: „bodaj” 
wyrazu „dzisiaj” jako: „dzisiej”, ale: „dzisiaj” 

background image

wyrazu „tutaj” jako: „tutej”, ale: „tutaj” 
wyrazu „oryginalny” jako: „orginalny”, ale: „oryginalny” 
wyrazu „komputer” jako: „kompiuter”, ale: „komputer”. 
W długim przeglądzie grzechów i grzeszków naszej mowy na kilkudziesięciu stronach tego 
rozdziału przewinęło się około 500 przykładów błędów i usterek językowych, które współcześnie 
|częściej niż inne występują w polskich tekstach mówionych, a zwłaszcza pisanych. Większość 
tych błędów i usterek piętnują od lat różne wydawnictwa służące kulturze języka. Są to więc przede 
wszystkim błędy i usterki językowe jakby z cenzusem, zarejestrowane, dyplomowane. To znaczy, 
że niemal wszystkie formy przedstawione w tym rozdziale jako niepoprawne nie tylko 
„obiektyuwnie” są - moim zdaniem - niepoprawne, ale zostały już wcześniej publicznie uznane za 
niepoprawne. 

Czy jednak rzeczywiście występują one współcześnie na tyle często, by warto było właśnie przed 
nimi ostrzegać? Tak - odpowiadam z przekonaniem, a jako dowody trzymam w zanadrzu wyniki 
analiz języka prasy wykonywanych przez Ośrodek Badań Prasoznawczych w latach 1958-1983, 
materiały Redakcji Językowej Polskiego Radia i Telewizji oraz własne zbiory okazów z 
przemówień, zebrań, rozmów i korespondencji. Omówione tu przykłady obejmują - moim zdaniem 
- około 80 procent wszystkich błędów i usterek w dziedzinie słownictwa, składni, odmiany i 
wymowy we współczesnych wypowiedziach publicznych. 

 
 

 

Bibliografia 

 
 
 
 
„Aktuelle Probleme der sprachlichen Kommunikation, Soziolinguistische  
Studien zur sprachlichen Situation in der DDR” Berlin 1974 
R. R. Allen, R. E. McKerrow: „The Pragmatics of Public Communication”  

Columbus 1977 

K. E. Andersen: „Persuasion; Theory and Practise” Boston 
1971 

M. K. Asante, J. K. Frye: „Contemporary Public Communication” New York  

1977 

I.  Bajerowa: „Aktualne problemy polityki językowej” - „Socjolingwistyka”  
1977, nr 1, s. 25-32 

Z. Bokszański: „Komunikowanie zniekształcone” - „Przegląd Humanistyczny”  

1983, nr 3, s. 15-27 

E. G. Bormann, N. C. Bormann: „Speech Communication, A Comprehensive  
Approach” New York 1977 

background image

J. Bralczyk: „Poza prawdą i fałszem” - „Teksty” 1981, nr 6, s. 
122-133 

D. Buttler, H. Kurkowska, H. Satkiewicz: „Kultura języka polskiego”  

Warszawa 1971 

W. Cienkowski: „Język dla wszystkich” część druga, Warszawa 1980 
M. Głowiński (red.): „Język i społeczeństwo” Warszawa 1980 
H. Hohmann: „Schreiben und berzeugen, Eine Stilkunde” Mnchen 1983 
H. Hohmann: „Sprechen und berzeugen, Ein Rhetorikkurs” Mnchen 1981” 
Jazykowaja norma i statistika” Moskwa 1977 
E. Kasperski: „Demony propagandy” - „Poezja” 1982, nr 3-4, s. 46-58 
T. Klementowicz: „Poradnik manipulatora: środki językowe” - „Edukacja  
Polityczna” 1982, nr 1, s. 247-260 
V. Klemperer: „LTI, Notatnik filologa” (przekład J. Zychowicz) Kraków  

1983 

J. Kopperschmidt: „Rhetorik” Stuttgart 1973” 

Kratkij słowar’ trudnostiej russkogo jazyka” Moskwa 1968 

L. Kurcz: „Psycholingwistyka. Przegląd problemów badawczych” Warszawa  

1976 

H. Kurkowska: „Polityka językowa a zróżnicowanie społeczne współczesnej  
polszczyzny” - „Socjolingwistyka” 1977, nr 1, s. 17-25 
H. Kurkowska (red.): „Współczesna polszczyzna. Wybór zagadnień” Warszawa  

1981 

Z. Kurzowa: „Wyrazy natrętne. Moda i bezmyślność” - „Język Polski” 1978,  

nr 3, s. 165-182 

W. Lubaś: „Współczesne uwarunkowania współczesnej polszczyzny. Szkice  
socjolingwistyczne” Kraków 1979 
M. Marody: „Język i wiedza potoczna w wyjaśnianiu zachowań” - „Studia  

Socjologiczne” 1982, nr 3-4, s. 95-110 

J. Mayen: „O komunikatywności dziennika radiowego” 
Wrocław 1981 

C. Mueller: „The Politics of Communication, A Study in the Political  
Socjology of Language, Socialization and Legitimation” New York 1973 
E. Newman: „Strictly Speaking” New York 1977” 
Normen in der sprachlichen Kommunikation” Berlin 1977 

background image

M. Pei: „Double Speak in America” New York 1973 
M. Pei: „Words in Sheep’s Clothing; How people manipulate opinion by  
distorting word meanings” New York 1969 

A. Piotrowski, M. Ziółkowski: „Zróżnicowanie językowe a struktura  

społeczna” Warszawa 1976 
K. Pisarkowa: „Pisemny akt mowy jako lekarstwo na konflikt” (w:) T.  
Dobrzyńska, E. Janus (red.): „Tekst i zdanie. Zbiór studiów” Wrocław 1983 
T. Pszczołowski: „Umiejętność przekonywania i dyskusji” wyd. drugie,  

Warszawa 1963 

D. E. Rozental: „Sprawocznik po prawopisaniju i litieraturnoj prawkie dla  
robotnikow pieczati” Moskwa 1971 

S. C. Rubinsztejn: „Podstawy psychologii ogólnej” Warszawa 
1962 

R. Sandell: „Linguistic Style and Persuasion” London 1977 

A. Schaff (red.): „Zagadnienia socjo- i psycholingwistyki” 
Warszawa 1980 

A. Schopenhauer: „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów” (przekład:  
B. i L. Konorscy) Kraków 1976 
 
T. Skubalanka: „O papierowych regułach gramatycznych” -  
„Socjolingwistyka” 1977, nr 1, s. 33-37” 

Słownik poprawnej polszczyzny” PWN, Warszawa 1973” 

Sprachkultur - warum, wozu? Aufgaben der Sprachkultur in der DDR” Leipzig  

1977 

M. Stajewski: „Rola radia i telewizji w dbałości o kulturę językową” -  
„Poradnik Językowy” 1981, nr 2-3, s. 110-116 
S. Toulmin: „The Uses of Argument” Cambridge 1958 
G. T. Vardaman: „Effective Communication of Ideas” New York 1970 
B. Wieczorkiewicz: „Sztuka mówienia” wyd. piąte, Warszawa 1982 
A. Wierzbicka: „Dociekania semantyczne” Warszawa 1969 
L. Wojtasik: „Zarys psychologii propagandy” Warszawa 1973 
A. Zagrodnikowa: „Nowe wyrazy i wyrażenia w prasie” Kraków 1982 
J. Życiński: „Język i metoda” Kraków 1982 

 
 

background image