background image

LEMMENS AGNES 
 
 
 
MAREK 
 
tłumaczyła Irena Józefowicz 
 
 
 
 
ŁÓDŹ 1986 
 
 
 
 
 
 
Przedmowa............  3 
Wstęp   

Dzieciństwo   

Operacja 

 

16 

Szkoła podstawowa  22 
Gimnazjum 

 

29 

Choroba 

 

38 

Powrót do domu - rok łaski 59 
Śmierć  

70 

Żegnaj  

&8 

Opinie  

99 

Epilog  

104 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Zakład Graficzny Wydawnictw Naukowych Łódź, ul. Żwirki 2 Zam. 662/86. Nakład 8000. B 
10/1669 
   Pewnego ranka, uprzedzony przez jednego z jego kolegów klasowych, skomunikowałem się 
z mamusią Marka: „Jak on się ma?" — „Ojcze, to sprawa poważna, ale walczymy jeszcze!" 
   Po trzech dniach znalazłem Marka w szpitalu: był w dobrym humorze, chciwie chwytał 
wiadomości z klasy, uśmiechał się filuternie — jedna tylko mroczna sprawa: ,Mamusia nie 
ma zdrowia. Jak ona to zniesie!" 
   Oto początki tego niezwykłego spotkania, które nie przestało opromieniać życia mojego i 
tylu innych. 

background image

   Na dalszych stronicach tej książki możemy uczestniczyć w życiu Marka: życiu 
oczekiwanym i upragnionym, zagrożonym i uratowanym* życiu ofiarowanym i oddanym aż 
do końca... 
   Nie chodzi tylko o odczytanie, ale raczej o przeżycie tego życia dziecka, które bardzo 
wcześnie stało się mężczyzną, syna, który podźwignął swych bliskich, przyjaciela, który 
pociągnął w swoje ślady tyle braci i sióstr, głodnych Absolutu, który w niego się wcielił. 
   Wielu młodych codziennie zostaje wydartych z życia przez wypadki, choroby, 
niewysłowione cierpienia. Ileż serc rodziców ranią już na zawsze te straszne odejścia! Iluż 
grupom młodzieży te niespodziewane, niezrozumiałe odejścia stawiają trudne egzysten-
cjonalne problemy! 
   Książka o „Marku" wprowadza nas w samo serce tego cierpienia. Została napisana jako 
wyraz Nadziei, Wiary w życie, które trwa, a nie ustaje. Nie szuka się w niej Wiary, ani 
dyskutuje nad nią, ale się ją przeżywa, w niej uczestniczy. To jest Wiara w Życie, w Tego, 
który jest drogą. Prawdą i życiem. 
   Marek kochał życie. Dla niego było ono sprawą ważną: nawet życie owada, który tonie w 
kałuży i którego on chciał ratować a także i to życie, na które zwracał niezmordowaną uwagę 
na każdego, kto wchodził do niego i zdumiewał się jego sposobem przyjmowania go 
    
nawet wśród najstraszliwszych cierpień. Marek żył intensywnie. Wszystko go pasjonowało. 
Wszystko było doniosłe. 
   Marzył o tym, żeby poświęcić swe życie, odpowiedzieć na wezwanie, które odczuwał w 
sobie. Czy mu odebrano życie? Nie! On sam je ofiarował „otwartymi rękami", „sercem 
ofiarnym", tak ubogi jak ten Pasterz Dobry, który daje swe życie za owieczki swoje. 
   Oto całe dzieje Marka. Ukochany jeszcze przed swym narodzeniem, on kocha aż poza 
śmierć, żyjąc wiecznie, pociągając za sobą tych, co chcą wierzyć w życie. 
   Książka ta musiała być napisana przez jego matkę. Ona wytrysnęła od razu jako odpowiedź 
na wiarę Marka: „Nie, ty nie umarłeś, ty żyjesz i z twojego życia rodzi się więcej życia dla 
nas". 
   Ta, która mu dała życie nie może być z nim rozdzielona. Wiele można by jej nadać tytułów: 
„Marek przedstawiony przez swoją matkę" lub „Życie trwa w sercu matki". To proste słowo 
„Marek" przejawia taki ogrom miłości u jego bliskich, tyle przyjaźni dla niego, tyle nadziei za 
jego przykładem, że to wystarcza. 
   Dałeś go nam, Panie — niech Twe imię będzie błogosławione. Zabrałeś go nam, Panie, — 
niech będzie błogosławione Twoje imię. Za to wszystko, co nam obiecałeś przez niego, 
Alleluja! 
O. Andrzej Roberti de Winghe, S.J. 
 
 
 
 
 
 
 
WSTĘP 
    
   Przyjaciele—czytelnicy, te kartki nie są panegirykiem dla mego syna — jego pokora nie 
pozwoliłaby na to — ani opowiadaniem o cierpieniach matki - moja wstydliwość tego 
wzbrania. 
   Jak tyle matek nosiłam pod sercem mego syna, kochałam go, pomagałam mu żyć i cierpieć, 
a następnie straciłam go, co rozbiło moje marzenia i nadzieje. I przez kilka miesięcy 

background image

zachowywałam to wszystko w moim sercu i sam pomysł wyjścia z tego milczenia byłby mnie 
oburzył. Aż do dnia, w którym przeczytałam to zdanie Gilberta Cesbron: „Nasz wiek nie 
potrzebuje tak bardzo myślicieli; on przede wszystkim potrzebuje świętych". I pomyślałam 
sobie: w naszych czasach, kiedy przeżywa się i opisuje tyle spraw niepotrzebnych i 
szalonych, plugawych czy przygnębiających, czyż ja mam prawo milczeć? Czy nie mam ja, 
jego matka, jeszcze ostatniego obowiązku wobec mego syna: opisać w sposób bardzo prosty, 
dla jego przyjaciół, jego tak krótkiego i pięknego życia? Życia bez wielkich wydarzeń, ale 
którego cechy tworzą całą wartość, w którym wcześnie poznane i dobrowolnie podjęte 
cierpienie fizyczne łączy się z daną przez Boga radością wewnętrzną na wspaniałej drodze 
duchowej? 
   „Nie uczy człowiek tego, co wie, tego, czego chce, tylko tego, czym jest" - pisze Jean 
Jaur?s. Marek przeżył szesnaście lat cudownych marzeń, zrodzonych z miłości i oddania, ale 
także szesnaście lat cierpień przyjętych w duchu wiary. Zmarł w pełnej świadomości i 
całkowitej zgodzie na swój los, w dojrzałości duchowej rzadko tu na ziemi osiąganej w 
najdłuższym nawet życiu, ofiarując swą śmierć za żyjących, za których czuł się 
odpowiedzialny, ze wzrokiem wewnętrznym zwróconym ku Panu, który oczekiwał go u 
końca jego drogi. 
   Przyjaciele czytelnicy, bogactwo życia to bogactwo jego ideału. Marek marzył o kochaniu i 
wspieraniu innych, od wczesnego dzieciństwa odkrywał on w każdym człowieku jego zalety, 
w każdej rzeczy dopatrywał się piękna; umarł młodo, ale umierał w spokoju i radości. 
Posłanie zostawione nam przez niego, to posłannictwo światła. Dlatego też te kartki nie są 
smutne: są hymnem na cześć piękna i dobroci. Obyście czytali je w tym duchu i odczuli w 
waszych duszach powiew świeżości i szlachetności. Marek umarł w szesnastym roku... on jest 
młody w wieczności. 
 
 
 
 
 
 
DZIECIŃSTWO 
 
 
 
3 luty 1956 
   Na dworze mróz siarczysty: wszystko jest białe i puszyste, pada śnieg. W pokoju panowało 
miłe ciepło, a my byliśmy szczęśliwi: tego zimowego poranka urodził nam się syn! Ten mały 
człowieczek, mały Mowgli, dany nam przez Boga, nie był zresztą jedynakiem, o nie! Terenia 
i Hania, dwie siostrzyczki, z radością wpatrywały się w tak upragnione dzieciątko. Był już 
tutaj, pełen życia, ten syn, którego oczekiwaliśmy z taką radością. Mieliśmy więc trójkę 
dzieci, pełną rodzinę i byliśmy szczęśliwi: do nas należało życie! 
   Poprzez pręty łóżka-klatki w klinice wsunęłam rękę i ujęłam rączynę, która mocno ścisnęła 
mój palec: nawiązywał się prąd ciepła i miłości, który już nigdy nie miał ustać. Przeczuwałam 
już, jakie ciasne i cudowne więzy będą nas łączyć: nas, których Bóg wybrał, aby raz jeszcze 
zostać Ojcem*. 
   Dobrze mieć syna. A lepiej jeszcze — uczynić z niego człowieka. O, Panie! Twoje 
tworzenie nie jest ukończone, każdy dzień nowy jest dziełem zmierzającym do arcydzieła, a 
my jesteśmy tak ubodzy! Dopomóż nam uczynić z naszego syna człowieka, chrześcijanina, 
istotę, której bilans tu na ziemi otrzyma znak dodatni. Już od tej chwili powierzamy go Tobie. 
Uczyń z niego, co Ty chcesz, ale tak, aby to było coś pięknego. 

background image

   Dwoje czarnych ślepiąt, ledwie dojrzanych, potwierdziło nasze pierwsze wrażenie: jak jego 
siostry, jest podobny do taty. Cztery aksamitne spojrzenia będą się więc krzyżować nad 
naszym stołem rodzinnym! 
   „Mały, maluśki" - mówi Hania (piętnastomiesię-czna) gładząc różowy łepek na białej 
poduszce. Terenia, która ma być chrzestną matką, czuje się pełna dumy i poczucia 
odpowiedzialności. 
Tak, istotnie byliśmy szczęśliwi i wzruszeni. 
   Ta cudowna radość nie miała trwać długo. Nazajutrz wezwano pediatrę na konsultację. 
Badanie trwało długo, zbyt długo. Padło brutalne orzeczenie: poważna wada serca, w 
perspektywie operacja, ale strona techniczna nie jest jeszcze dopracowana do końca. 
Łagodność głosu lekarza i delikatność w wyrażaniu się nie ujmowały tragizmu temu faktowi: 
życie naszego synka było zagrożone; będzie może krótkie i na pewno trudne. 
   To śliczne dzieciątko, dopiero co urodzone, przynoszące tyle nadziei, obdarzone tylu 
bogactwami, przyniosło nam najgorsze dla rodziców udręczenie: obawę utracenia dziecka. 
Miał nam dać szesnaście lat szczęścia, ale również szesnaście lat niepokojów. Trzeba nam 
było czekać jeszcze dwa lata na pełne orzeczenie dokładnego rozwoju i powagi tego, co było 
prawdopodobnie stenozą płucną, gdyż wtedy dopiero był na tyle duży, aby mógł znieść 
niezbędne badania lekarskie. 
   Panie, trzeba, abyś zaraz zaczął nas wspomagać: wolimy diablątko tu, na ziemi, od aniołka 
w niebie. 
   Po pierwszym wstrząsie postanawiamy stawić czoło sytuacji. Poza moimi dwoma braćmi — 
księżmi nikt nie powinien wiedzieć o groźbie zawieszonej nad naszym dzieckiem. Marek 
będzie rósł jak wszystkie dzieci w beztrosce i szczęściu im właściwym. Będziemy go tylko 
bardziej kochać, bo będzie tego więcej potrzebował. Otoczymy go troskliwością, będziemy 
czujni, ale przyjmiemy ryzyko i on będzie szczęśliwy. Z pewnością trochę go rozpieścimy, 
jak można by inaczej? Ale nie trzeba, by robiła to cała rodzina, więc warto było dochować 
sekretu. 
   Chrzest miał miejsce w kaplicy szpitalnej w czasie iście syberyjskiego mrozu i pamiętnej 
gołoledzi. Wuj Leon, ojciec chrzestny, który miał przyjechać z Anvers, miał niemałe 
trudności w dostaniu się do kliniki. Marek leżał grzeczny i różowy w ramionach 
zachwyconej, młodziutkiej chrzestnej matki. Z biegiem łat wzrastała ich przyjaźń i często 
mawiała mi później Terenia: „Gdybym kiedyś miała syna, chciałabym, żeby był zupełnie taki 
jak Marek. 
   Urodzony o pięć tygodni za wcześnie — „aby wcześniej ujrzeć Twoją twarz, mamusiu" — 
jak powiedział później — był wątły. Trzeba go było okładać grzałkami, dawać mu dodatkowe 
flaszki nawet nocą, ale szybko odzyskał kilogram wagi utracony po urodzeniu. Lubił 
pieszczoty i mruczał jak kociak, kiedy go się pieściło. Bardzo szybko buzię jego zaczynał 
rozjaśniać miły uśmiech; można było podejść do kołyski jak najciszej, a szeroko otwarte 
aksamitne oczy już oczekiwały. Siły rosły. Pochłaniał flaszki pokarmu z rzadko spotykaną 
żarłocznością i mimo że często nadchodziło niespodziewane podniesienie temperatury i były 
niemałe kłopoty z oddychaniem, rósł dobrze. 
Pierwsze miesiące mijały szybko jak wiatr. Niezależnie od tego, że dwoje dzieciaków, 
różniących się wiekiem tylko o piętnaście miesięcy wymagały niemało pracy, Marek potrafił 
dodać sporo niespodzianek do normalnego toku dnia, na przykład wsadzić nóżkę do naczynia, 
w które jest zaopatrzone krzesełko dziecięce dla potrzeb ściśle określonych, pomimo 
czujności niejednokrotnie już rozbudzonej; albo pomylić z Pegazem owo krzesełko, które 
rozpadło się pod skokami jeźdźca, chociaż służyło wiernie moim braciom i siostrze, a także 
siostrzeńcom,   r 

background image

   Już nasz bohater ukończył rok: z radością zdmuchnął świecę w swoim torcie urodzinowym 
w ten piękny, świąteczny wieczór. To już było nasze pierwsze zwycięstwo; zdobyliśmy ten 
pierwszy rok życia, najkruehszy, bo najmocniej zagrożony. 
   Marek uczy się chodzić... na swych dwóch kolanach, wiecznie oczywiście czarnych; 
porządne mydło domowe nie wystarcza, trzeba eteru lub alkoholu do wieczornego mycia! I 
wreszcie któregoś dnia stało się! Marek wynalazł sposób bardzo prosty: staje się prosto, 
trochę chwiejnie, wysuwa się naprzód jedną nóżkę, potem drugą i znowu pierwszą. Eureka! 
Wynalazł sposób chodzenia i chodzi całymi godzinami. Bez chwili przerwy obchodzi salon 
Jadalnię, gabinet; oblewa się potem, ale promienieje jak słońce, dumny ze swego odkrycia, 
podczas gdy my asystujemy coraz bardziej ubawieni i porzuciwszy wszelkie zajęcia, 
podziwiamy naszego malca, który chodzi. Chodzi dopóki noszą go nóżki. Wreszcie pada na 
podłogę. Na dzisiaj dość! Mały żołnierzyk pozwala zmienić sobie bieliznę, gdyż jest cała 
mokra, i położyć się do łóżeczka. Jest zupełnie wyczerpany. 
   Jego umysł także się budzi i prawdziwą radością jest uczenie go mowy: jest taki żywy, 
pełen radości życia. Swój niepokój każdy zachowuje dla siebie: to prawda, że zauważamy 
siność usteczek po każdym wysiłku i nagłe zmęczenie po zabawie, kiedy znajdujemy Marka 
leżącego z własnej woli na kanapie, aby odzyskać oddech. Wszystko jedno, jest zbyt 
wcześnie na to, by coś więcej przedsiębrać. Wesołe oczka potrafią rozbroić nasz niepokój. 
   Cisną się zabawne wspomnienia: oto Marek pyta starszą siostrę: „Powiedz, Tereniu, ty 
dzisiaj „wakacju-jesz"? (chce zapytać, czy ona ma czas wolny). 
    Wielka, podwójna szafa stanowi ściankę pomiędzy jadalnią a kuchnią, każde dziecko może 
rozporządzać częścią półek, aby tam układać swoje zabawki. Pewnego dnia Marek odkłada 
jakąś zabawkę i nieco energicznie zamyka drzwiczki: masz ci los! wszystko wypada przez 
drzwiczki z drugiej strony. - „Och, pseprasam" — mówi. Następnie grzecznie zabiera się do 
robienia porządku. Potem delikatnie zamyka drzwiczki i słyszę, jak mówi półgłosem: — 
„Teraz juz nie pseprasam". 
   Przypominam sobie z przyjemnością to, jakeśmy odwiedzili pawilon amerykańskiej 
wystawy w 1958 roku i mam znów przed oczyma małego człowieczka, który kosztuje lodów 
z bitą śmietaną aż po same oczy przed szeregiem ubawionych tym widokiem turystów. 
   W tym roku spędziliśmy wakacje w Szwajcarii w Miirren, pośród tej cudownej przyrody, 
którą już kochał i która stawała się coraz bardziej jego radością. Leżał na brzuszku wśród 
kwiatów pastwiska, czując naturę nosem, ustami, oczami i całą swą istotą. Zachwyt swój 
pewnego wieczoru doprowadził do tego, że ujął w garść... olbrzymi kaktus, najeżony 
strasznymi kolcami, wiejski lekarz cały wieczór spędził na wyrywaniu z biednej rączki 
głęboko wbitych kolców. On znosił bez skargi wszystkie drobne cierpienia, jakie go 
spotykały. Miał odwagę mężczyzny i okazywał ją przy wielu sposobnościach. 
   Innego wieczoru tych samych wakacji zastaję go mocno zawstydzonego wśród ruin jego 
hotelowego łóżeczka: wobec wspaniałego widoku Eigera, Móncha i Jungfrau różowiejących 
w zachodzącym słońcu, ogarnęło go takie uniesienie i wykonał takie skoki koziorożca, że 
materiał tego nie wytrzymał. A jak tu opowiedzieć jego radość płynącą ze słuchania 
dzwoneczków trzód, które co rano i wieczór dzwonią w górach! 
   Jedną z codziennych radości tego szczęśliwego okresu był przyjazd dziadunia Alberta, 
mojego ojca. On kocha dzieci, a te mu się w pełni odwzajemniają. Co rano wyprowadza je na 
spacer, trzymając za rączkę obu moich malców, podobnie ubranych. Kiedy jest zła pogoda, 
wówczas spacer zastępują opowiadania; trzymając po jednym malcu na każdym kolanie, 
dziadunio czyta lub opowiada tysiące czarownych, historii, np. „Kozę pana Segain" Alfonsa 
Daudet, którą Marek wkrótce umie na pamięć. Nie ma mowy o opuszczaniu jakiegoś ustępu! 
Odwraca kartki, kiedy należy, chociaż jeszcze nie umie czytać. I rozczula się za każdym 
razem nad smutnym losem Blanchette, która z pokrwawioną sierścią kładzie się na ziemi, aby 
skonać. 

background image

   W tym czasie właśnie Marek bardzo boi się wiatru. Kiedy zrywa się gwałtowny wicher, mój 
synek biegnie, aby się od niego schronić, trzymając się obiema rączkami za czuprynkę; i 
dziwię się temu aż do chwili, kiedy Marek mi to wyjaśnia: - „Przecież wiesz, mamusiu, że 
dziadunio już nie ma włosów: kiedyś porwał je wiatr!" 
   Jeśli lubi piękne opowieści, to takie jak „Księga dżungli", „Królewna Śnieżka", „Siedmiu 
krasnoludków" czy „Piotruś Pan". Ma także pociąg do muzyki. Kiedy szydełkując słucham 
Beethovena, często znajduję małego poetę leżącego na dywanie u moich stóp, rozmarzonego i 
milczącego, uniesionego w cudowny świat sztuki, która przemawia do serca. Ileż razy 
słuchaliśmy razem Symfonii Pastoralnej czy czwartego lub piątego koncertu.... 
   I miesiące mijają, przynosząc swoje radości i zmartwienia. Kardiolog potwierdził stawiane 
przedtem diagnozy. Marek jest dotknięty stenozą płucną, to znaczy zwężeniem zastawki serca 
ku arterii płucnej, przeszkadzającym w ten sposób krwi w normalnym jej utlenianiu i 
pociągającym za sobą przedwczesne zużycie się mięśnia sercowego, podlegającego 
nadmiernemu wysiłkowi w celu przepchnięcia zużytej krwi przez zbyt mały otwór. Trzeba 
więc będzie operować, to znaczy poszerzyć przejście do płuc i im wcześniej, tym lepiej dla 
uniknięcia hipertrofii serca. 
   Marek często zapada na zdrowiu, ale znosi to po stoicku, bylebym tylko była blisko niego. 
Kiedy choruje, to zamiast skarżyć się, mnie żałuje. — Biedna mamusia, nie daję ci odpocząć 
w nocy, wybacz mi. 
   Przychodzi wtedy i wtula swój nosek w mój policzek i całuje mnie mówiąc: 
    — To nic, że się choruje, jeśli tylko ma się mamusię do opieki. Ja mam szczęście, mam ją. 
   I myśli o małych sierotkach, i serce jego cierpi za nie, zamiast litować się nad samym sobą. 
Jest to czas błogosławiony, kiedy moi malcy nie chodzą jeszcze do szkoły. Dom jest pełen 
życia, dywany usiane zabawkami i uporządkowanie tego wszystkiego co wieczór na tych 
podwójnych półkach jest nielada zadaniem. A łóżeczka giną po prostu pod pluszowymi 
misiami, wypchanymi kotami i puszystymi królikami. Jest to co wieczór przedmiotem bardzo 
trudnego wyboru: kiedy się źle lub mało sypia, tak jest przyjemnie mieć pod ręką kogoś do 
rozmowy. A przecież w tym wieku jest się gadatliwym.... 
   Co nie przeszkadza, że Marek uważa kazania księdza proboszcza za zbyt długie. Pewnej 
niedzieli, podczas Mszy św. nasz proboszcz, nieco rozwlekle mówiący, właśnie łapał 
oddech... i w ciszy skupionego kościoła dał się wyraźnie słyszeć głosik dziecięcy: — Teraz to 
już dosyć, proszę księdza. 
   To mówił Marek! Muszę powiedzieć na usprawiedr liwienie naszego proboszcza, że 
doskonale to zrozumiał i dość nagle zakończył kazanie! 
   Pierwszy przejaw wspólnotowego życia religinegp był jeszcze lepszy. Miał w prawej rączce 
grosik przeznaczony na tackę, chwila wahania ... to nie prawa rączka porusza się, ale lewa, 
która zanurza się jak żuraw i podnosi się pełna grubych banknotów. Oczywiście zabrzmiał 
ogólny serdeczny śmiech. Jeszcze po kilku miesiącach znajomi uśmiechali się patrząc, jak 
wchodzi do kościoła ten śmieszny człowieczek. 
   Kiedy przez dłuższy czas trzeba się było zachowywać bardzo spokojnie, Marek rozprężał 
się potem w sposób bardzo osobliwy: przechodził przez całe mieszkanie na trzech łapkach, 
podnosząc jak najwyżej czwartą. W tej grze jest wprost niemożliwy do pokonania; biedna 
Hania zaledwie zdąży przyjąć właściwą postawę do startu, a on już dochodzi do końca biegu. 
Zresztą bardzo kocha swą siostrzyczkę. Kiedy coś trzeba rozdzielić między nich dwoje, 
Marek wybiera od razu mniej piękny przedmiot, mniej ładny obrazek. 
    — „Czy nie wolałbyś tamtego"? — O tak, ale zostawiam go dla Hani! 
   Któregoś dnia dostał od chrzestnego ojca sumkę pieniędzy na kupienie sobie ładnej 
zabawki. Patrzył na wiele zwierząt pluszowych, coraz to piękniejszych. Ostatecznie wybrał 
owczarka, którego cena była niższa niż suma pieniędzy, jakie posiadał. 
— Marku, możesz sobie kupić dużo ładniejszą zabawkę, niż ten piesek. 

background image

— Ale za resztę chcę kupić pięknego zwierzaka dla mojej siostrzyczki. 
   Itak właśnie zrobił. I uroczy lisek, z serca kupiony, należy teraz do kolekcji cennych 
pamiątek, podczas gdy niemiecki owczarek trzyma wartę na łóżku już opustoszałym... 
   Co do Hani, to te ferie wielkanocne 1960 r. przyniosły jej nie tylko jajko tradycyjne, ale i 
bardzo złą nowinę: nadchodził czas pójścia do szkoły. Ileż łez pociekło, ile było płaczu, który 
rozlegał się aż na ulicy! A wtedy nasz poczciwy Marek oświadczył stanowczo: 
— 

Mamusiu, poślij mnie do szkoły z Hanią, aby jej nie było tak smutno. 

   I tak zrobiliśmy. Było to dobre rozwiązanie. Patrzyłam, jak wyruszali we dwoje, ręka w 
rękę, jednakowo ubrani i prawie równego wzrostu — i byłam z nich dumna. Pozostali 
nierozłączni aż do chwli, kiedy Marek uleciał do nieba, zostawiając swą siostrę samą i 
bezradną na drodze życia. Kiedy Hania przywykła do nowego trybu życia w szkole, Marek 
oświadczył, że jest za mały i woli zostać przy mnie. Jak dobrze było z tego skorzystać! 
Dzieciaki za prędko rosną. 
    
 
 
 
 
 
 
OPERACJA 
 
 
 
Za szybko płynął czas. 
   W roku następnym Marek ma pójść do szkoły, gdyż jest bardzo inteligentny i wszystkiego 
ciekaw. 
   Trzeba pomyśleć poważnie o zawieszonym na razie ciężkim problemie, o którym mało 
mówiliśmy ze sobą, ale o którym nie przestawaliśmy z mężem myśleć. W miarę, jak upływał 
czas, było mi coraz ciężej wchodzić co wieczór do pokoiku Marka, tak wesołego i 
beztroskiego, by widzieć mego syna śpiącym. Kiedy okrywałam go na noc, serce mi się 
ściskało na myśl o tym, co go czeka i co musieliśmy przeżyć. 
   Operacje sercowe bez otwierania serca są już podobno dopracowane w Leydzie, gdzie 
znany był profesor Brom, który kierował sekcją kardiologii dziecięcej. Zawieźliśmy więc 
Marka tam w lutym 1961 r. (miał wtedy dokładnie pięć lat), aby wyświetlić ostatecznie jego 
przypadek przez całą serię badań i trudnych analiz. Nigdy nie zapomnę tego pierwszego 
wieczoru w Leydzie, kiedy musieliśmy go zostawić samego na całą noc, wśród dzieci i 
personelu szpitalnego, spośród którego nikt nie mówił po francusku. Nie pozwalano rodzicom 
zostać przy dziecku! Wtulił nosek w moją szyję i płakał cichutko, pogążony w goryczy. Ale 
był taki grzeczny i taki rozsądny, tak pewny naszej obietnicy, że przyjdziemy nazajutrz rano, 
iż wkrótce mogliśmy go już zostawić w rękach młodego lekarza belgijskiego, odbywającego 
tam swój staż. Zniósł więc posłusznie wszystkie konieczne badania. Trzeba było dokładnie 
ustalić jego stan, żeby nie istniało ryzyko spotkania się z czymś nieznanym już w chwili 
operacji. Dzięki Bogu, chodziło o prostą stenozę płucną; było to wyraźne, jasne, możliwe do 
zoperowania z wielką szansą pomyślnego wyniku. Nasz malec zniósł odważnie sądo-wanie 
serca, wykonane w sali specjalnie do tego celu urządzonej i zaopatrzonej we wspaniałe 
akwarium, wypełnione cudownymi rybkami. Był tym zachwycony i tatuś przyrzekł mu taki 
prezent na Wielkanoc. Wraz z chirurgiem postanowiliśmy, że operacja odbędzie się w 
Brukseli, w obecności profesora Broma, który miał na nią specjalnie przyjechać 31 marca, w 
Wielki Czwartek. 

background image

   Jeśli sama operacja będzie miała dobry przebieg, to Marek będzie jeszcze zagrożony 
śmiercią przez 48 godzin; potem już wszystko będzie proste: dziesięć dni kliniki i już 
rozpocznie się rekonwalescencja. 
   Jak trudno jest z własnej woli, bez bezpośredniego przymusu, wybrać z kalendarza dzień, 
który może być ostatnim dniem życia swego dziecka. Ale tak nie mogliśmy rozumować. Jeśli 
Marek miał przeżyć, trzeba było możliwie wcześnie dać wszelkie szanse pomyślnego wyniku, 
zanim choroba nie wyrządzi zbyt wiele szkód organizmowi, a jeśli operacja ma skończyć się 
klęską, to lepiej było, aby to się stało, zanim dziecko zacznie się orientować. Niech więc jego 
serduszko będzie naprawione, odnowione, lepiej uzbrojone na życie; niech żyje z płucami w 
porządku, jeśli taka jest 
    
 
    
wola Boża. Trzeba raz skończyć z tym codziennym wpatrywaniem się w uśpionego już syna 
oczami pełnymi łez; z tym przyglądaniem się tej ukochanej istotce, tak pełnej życia, ze 
straszliwymi myślami gdzieś w głębi serca. O, chłopcze, tak niewinny i pełen ufności, gdybyś 
ty wiedział,,co cię czeka! 
   A Ty. Panie, dopomóż nam. Ty wiesz, że z góry przyjmiemy każdą Twoją wolę. Z jakiego 
tytułu zresztą mielibyśmy prosić Cię o uratowanie naszego dziecka raczej niż innego, którego 
rodzice są tak samo przejęci jak my, a może nie mają naszej wiary? Niech się stanie Twoja 
wola!... ale gdyby ta wola była zgodna z naszym pragnieniem, jakże byśmy szaleli z radości i 
pełni wdzięczności! 
   Sam Marek nie znał swego prawdziwego położenia. Wiedział, że ma wątłe zdrowie i 
kłopoty z oddychaniem, które trzeba leczyć. Nie mówiliśmy jeszcze przy nim o klinice czy 
operacji, żeby go najpóźniej zaniepokoić. Nie obawiał się zresztą zupełnie lekarzy. Od 
najwcześniejszego dzieciństwa wiedział, że lekarz to przyjaciel, który chce pomóc choremu, a 
nie dzieciojad. 
   Właśnie w tym momencie błogosławione roztargnienie z mojej strony załatwiło wszystko w 
sposób prawdziwie cudowny. W chwili niewybaczalnego wprost roztrzepania przelewałam i 
rozlewałam alkohol obok kuchenki z zapalonym gazem. Alkohol zapłonął w jednej chwili - i 
ja także. I gdyby nie to, że zachowałam zimną krew, myślę, że cały dom by stanął w 
płomieniach. Miałam paskudnie oparzoną prawą rękę, a jeszcze gorzej lewą nogę. Próbowano 
mnie leczyć w domu, ale to było niemożliwe. Musiano mnie umieścić w klinice. Odtąd 
wszystko stawało sie bardzo proste: szło o pokój o dwóch łóżkach! Marek, który za mamusią 
poszedłby na koniec świata, w sposób zupełnie naturalny poszedł z nią do kliniki, aby jej 
dotrzymać towarzystwa. 
   Ach, ten wyjazd z domu! Terenia od dawna wiedziała o wszystkim, więc znikała, aby nie 
zdradzić się łzami. Hania, przyzwyczajona od dzieciństwa do opieki nad braciszkiem i 
troszczenia się o niego, wyczuwała dokoła siebie niezwykłą powagę; a my — my zdawaliśmy 
sobie sprawę z wielkiego ryzyka, na jakie szliśmy. Nawet wiozący mnie sanitariusz, który w 
dziesięć lat później dzielił nasze straszliwe obawy, gdy wielokrotnie zawoził Marka do 
Lowanium w czasie jego ostatniej choroby, teraz miał serce ściśnięte. Tylko Marek z 
uśmiechem na ustach kłaniał się ślicznie swym siostrom i dziadkom, którzy przyszli się nimi 
zaopiekować. 
   I tam właśnie po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest łaska Boża i że ona przybywa, kiedy 
się jej wzywa z głębi duszy. W ciągu pięciu lat drżałam na myśl o tych godzinach męki, które 
nas czekały i mówiłam sobie, że nie będę miała siły, żeby wtedy być odważną. Teraz, gdy 
godzina nadeszła, byłam spokojna, pogodna. Wierzyłam w kompetencje lekarzy i ufałam 
dobroci Bożej. Wiedziałam, że jeśli Pan ześle nam krzyż, będziemy go nieść razem oboje i 
znajdziemy na to siłę. 

background image

   Biedny Marek jeszcze niczego nie podejrzewał. Przygotowano go. poprzedniego wieczora, 
ale się w tym nie zorientował. Rano 31-go marca przyszli po niego; zapewne na jakieś 
badania. 
   Sama operacja trwała cztery godziny: to były cztery wieki. Nad ratowaniem naszego syna 
pracowało osiemnastu lekarzy, pielęgniarek i techników. Od czasu do czasu przynoszono nam 
wiadomości: wszystko idzie 
    
 
    
18 
 
19 
 
dobrze. Nie ma co tutaj zdawać sprawozdania z medycznego aspektu tych straszliwych 
godzin, lepiej o nich nie myśleć. O pierwszej w południe, po pięciu godzinach strasznego 
niepokoju przywieziono do pokoju nasze dziecko, całe pozszywane, ale żywe i przytomne. 
Pod maską tlenową uśmiechał się do mnie i pytał: 
— „Operowano mnie, mamusiu?" 
— „Tak, mój Marku, żeby cię wyleczyć". Transfuzja krwi do prawego ramienia, maska 
tlenowa na twarzy, termometr elektryczny w odbycie, dren wychodzący z klatki piersiowej i 
przywiązany do pompy elektrycznej ssącej ubytki, ale jednak naprawdę żyje! 
   „Dzięki Ci, Boże!" — Nie mogłam wymówić ani słowa więcej, łzy radości płynęły mi z 
oczu. Tatuś zniknął bez słowa i wrócił wkrótce niosąc w ręku ... piękne akwarium, 
wypełnione ślicznymi rybkami. Były obiecane w Leydzie, a nie chcieliśmy ich wcześniej 
kupować.... 
   Jeszcze przez dwa dni będzie zagrożony. Co piętnaście minut badano jego puls, ciśnienie, 
temperaturę, która nie powinna wcale się podnosić, a jednak się podnosiła. Czuwano nad nim 
dzień i noc. Z jakąż intensywnością przeżywaliśmy ten święty tydzień! Ale jak wspaniała 
była radość wielkanocna! Marek czuł się dobrze, serce sprawne biło, wszystko rozwijało się 
w przewidywanym trybie. Po dziesięciu dniach następnych wracaliśmy do domu, szczęśliwi i 
triumfujący: syn uratowany, mama prawie „zagojona" i trzepoczące się rybki — wszystko to 
ucieszone z powrotem do naszych dziewczynek. 
   Marek zniósł swe cierpienia ze wspaniałym wprost męstwem, bez łez i skarg. Kiedy mu 
tego winszowano, powiedział z prostotą: „Jezus dużo więcej ucierpiał. On, który nie popełnił 
żadnego grzechu." 
   Lekarze i pielęgniarki, które się nim opiekowały, mogą zaświadczyć: ten pięcioletni 
chłopiec miał moc charakteru dojrzałego mężczyzny. Kiedy trzeba było zdjąć szwy z blizny, 
która sięgała od prawej piersi poprzez całą pierś aż do pleców pod lewą łopatkę — tylko zęby 
zacisnął; nie usłyszano ani jednego jęku, ja zaś odwracałam głowę od tego widoku. Po prostu 
tylko poprosił o zachowanie przy nim milczenia, żeby mógł lepiej skupić się nad swoim 
wysiłkiem. 
   Kończył się jeden etap życia Marka: szczęśliwe wczesne dzieciństwo, mimo wrodzonej 
wady serca. On rósł i zrozumiał od razu tę łaskę, którą mu B*óg wyświadczył przez 
zachowanie jego życia. W czasie wakacji mieliśmy pojechać całą rodziną do Lisieux, 
następnie do Lourdes, aby wyrazić naszą wdzięczność Najświętszej Panience. Jego głęboka 
pobożność przejawiała się z całą swobodą, tak jak jego naturalna figlarność. 
 
 
 
 

background image

 
 
SZKOŁA PODSTAWOWA 
    
    
    
   Wrzesień 1961 r. Marek miał pięć i pół lat. Bardzo inteligentny i wcześnie rozwinięty, 
ciekaw wszystkiego, umiał już mniej więcej czytać i pisać: czas było zapisać go do szkoły 
podstawowej. 
   Szkoły parafialne dla chłopców i dziewczynek (osobne) mieściły się na tej samej ulicy, 
prawie naprzeciwko: jeszcze jedna sposobność dla naszych malców, by się nie rozstawać. 
   Widzę go jeszcze, jak rankiem pierwszego dnia szkolnego robi mi miły znak pożegnania i 
znika w tłumie. Odchodził wesoło, trzymając swój mały tornister, który zachowa z czułością 
do końca swego życia. Ale w południe wrócił do domu wstrząśnięty wołając: 
    — Mamusiu, nie można przecież pozostać w tej szkole: tam trzeba milczeć! Kiedy 
nauczyciel mówi, a nawet gdy nic nie mówi, trzeba być cicho! 
   To prawda, że nasz syn był raczej gadułą. Mając serce na dłoni, zawsze miał do 
powiedzenia coś stosownego, figlarnego lub przymilnego. Na szczęście jego nauczyciel był 
zarazem ojcem, matką i wielkim przyjacielem swych uczniów. Po tygodniu Marek szalał za 
nim... i umiał milczeć. 
   Będąc najmłodszym w klasie i najmniejszym w całej szkole, został pieszczotliwie nazwany 
karzełkiem. Jego buzia zresztą odpowiadała temu: roześmiana, słodka i bystra. 
   Pracował bardzo dobrze. Wiele wysiłków robił, aby poskromić swój gadatliwy języczek i 
swe impulsywne usposobienie. Jego oceny były znakomite. Już na Gwiazdkę był prymusem 
w swojej klasie i pozostał nim przez wszystkie lata pobytu w tej szkole. 
   Niekiedy jego szelmowska natura brała górę. Kiedyś np. uzbrojony w nożyczki dla 
zrobienia jakiejś psoty, obciął sobie całe pasmo włosów pośrodku czoła, gdyż zaczesywano 
mu je do przodu. Wykpiwano go wówczas mówiąc, że mu mole wygryzły dziurę w futrze. Po 
chwili zmieszania wzruszył ramionami, roześmiał się i oświadczył: „Gwiżdżę na to!" 
   Wyrażenie rozkoszne, ale niezbyt literackie, stało się przysłowiem w rodzinie. 
   Z humorem brał własne głupstwa i beztroski, swobodny uśmiech nie był u nas rzadkością. 
   Ale pod dziecinnymi i figlarnymi pozorami Marek ukrywał już wtedy wielką dojrzałość. 
Miał zdumiewający zdrowy rozsądek, sądy bardzo trafne i wielką głębię duchową. 
Przygotowywał się do swej pierwszej Komunii św. z powagą znacznie przewyższającą jego 
wiek. Z wielką wiarą i prawdziwym skupieniem przyjął po raz pierwszy Jezusa do swego 
serca; było to uwieńczenie długiego oczekiwania i wielkiego pragnienia. Wszystko, co robił, 
przeżywał do głębi: modlitwę, pracę czy nawet zabawę. 
   Już zbliżał się koniec roku'szkolnego. Cała trójka dobrze pracowała w szkole: wakacje będą 
naprawdę piękne! Od bardzo wczesnego dzieciństwa Marek marzył o podróży do Wenecji, 
aby zobaczyć piękny kościół swego patrona. Pojedziemy więc zwiedzić miasto dożów, a 
następnie trzy tygodnie spędzimy w górach. Wenecja zachwyciła go po prostu; znał ją zresztą 
bardzo dobrze ze zdjęć, które zrobiliśmy z Józefem podczas wcześniejszej naszej podróży. Z 
szaloną radością rozpoznawał teraz wszystkie gmachy. To z mojej winy tak młodo nabrał 
gustu do starych kamieni! Tu wszystko odpowiadało jego oczekiwaniom: kanały, stare mosty, 
plac św. Marka, Kampanila, pałac dożów, Rialto. Jeździło się gondolą, naturalnie po 
zanurzeniu nogi w wodzie; sypało się ziarno gołębiom, dając podwójne porcje kulawym, 
chorym, brzydulom. Z dala od gwaru zwiedziliśmy wyspę Torcello w Lagunie. Sielankowa 
duszyczka Marka upodobała sobie szczególnie stary kościół romański, zanurzony w zieleni, 
piękny i prosty w ciszy letniego wieczoru, ponad wszystkie marmurowe pałace miasta. Po 
tygodniu zwiedzania Wenecja już nie miała dla niego tajemnic, chciał wszystko zobaczyć, 

background image

wszystko poznać i mawiał nieraz: „Bogu tylko wiadomo, czy jeszcze tu kiedy wrócę." 
Niestety, była to prawda. 
   Następnie skierowaliśmy się ku Austrii poprzez Dolomity, gdzie oczekiwały nas nowe 
uciechy: proste życie na łonie natury, cisza lasów, czar pastwisk alpejskich, zapach polnych 
kwiatów i majestat gór. Marek łowił pstrąga i wieczorem wypuszczał go na swobodę; 
przygarniał wypadłe z gniazda pisklę jaskółki, które wspinało się po jego ramieniu i umieściło 
się w jego włosach; wpadał do rzeki przy spuszczaniu swego stateczka i wracał chyłkiem do 
hotelu pod osłoną starego koca. Droczył się z siostrzyczkami — i było tak dobrze! 
   Właśnie w ciągu tych wakacji 1962 r. Józef wpadł na świetny pomysł, który miał zmienić 
nasze życie: gdybyśmy tak kupili w Ardenii działkę i wybudowali tam domek wiejski, mały i 
prosty, aby nie sprawiać mamusi zbyt wielkiego kłopotu? 
    — Ach, tak, tak, tak! Wszyscy się na to zgodzili i każdy podsuwał nowe pomysły i 
projekty: to byłoby świetnie! 
   Zaraz po powrocie do Belgii zrobiliśmy mały przegląd Ardenii i bardzo szybko znaleźliśmy 
wymarzone miejsce: na szczycie pagórka, wznoszącego się pośród wspaniałego krajobrazu, z 
dala od wsi, na skraju dużego lasu, w ciszy i spokoju. 
   W ciągu paru miesięcy domek ów stał się rzeczywistością: stał się dla nas rajem, miejscem 
błogosławionym, gdzie znajdowaliśmy się tylko w rodzinnym gronie, wolni i szczęśliwi. 
   To właśnie tam nasze dzieci spędziły swoje najpiękniejsze wakacje, a szczególnie Hania i 
Marek żyli tam, jak dwa chochliki, wolne jak wiatr na łonie przyrody, zharmonizowane z nią, 
w radości i spokoju. W miarę, jak rośli, wzrastali coraz to bardziej w ten rajski kącik, który 
stał się dla nich ziemią obiecaną, stroną rodzinną; pracowali w polu razem z gospodarzami i 
wracali późnym wieczorem czarni, jak małe dzikusy, rozpromienieni. 
   Marek nie był siłaczem, męczył się prędko. Często zostawał sam, milczący i rozmarzony, 
wpatrując się w każdy kwiat, owad, trawkę. Łapał motyle, oglądał je długo, potem zaś ruchem 
pełnym wdzięku wypuszczał je na swobodę. Nasłuchiwał szumu zboża i śpiewu ptaków; 
podziwiał przesuwanie się obłoków i zachody słońca. Jego poetyczna dusza subtelniała 
jeszcze w kontakcie z takim pięknem. Chodził zwolna po wiejskich drogach, z trawką w 
palcach i wiedzieliśmy, że on wtedy rozmyśla, że jego marzenie stało się kontemplacją, 
modlitwą, że te godziny samotności są dlań źródłem radości i ubogacenia. 
   Z roku na rok wzrastało jego przywiązanie do przyrody. Hania i Marek żyli przede 
wszystkim na wakacjach i końcach tygodni, znajdując w tym wiejskim życiu więcej uroku niż 
w dalekich podróżach. Spędzali razem cudowne godziny, kiedy wdrapawszy się na drzewo, 
obserwowali życie ptaków. Pod koniec dnia szli do fermy po świeże mleko, podczas gdy w 
pogodnym powietrzu wieczoru rozbrzmiewał Anioł Pański. Kiedy nadchodziła godzina 
wieczornego posiłku, brałam dzwonek podobny do tych, które noszą krowy w górach i 
zwoływałam do domu swoich pastuszków: dni były za krótkie dla nich. 
   Według pór roku rosły nasze dzieci. Każdy rok szkolny przynosił swoją porcję trudu, ale i 
sumę wiadomości. Radością było śledzenie rozwoju ich inteligencji i utwierdzanie ich 
osobowości. 
   Rok 1965 był dla Marka bardzo ciężki. Wychowany wśród przyjaźni i serdeczności, nie 
mógł znieść niesprawiedliwości, buntował się przeciw niej. Otóż w tym roku miał on 
nauczyciela twardego i lichego psychologa, który upatrzył sobie pewnego chłopca o tępej 
głowie, lecz złotym sercu, zrobił z niego kozła ofiarnego wszystkich wykroczeń w klasie. 
Marka to bardzo zraniło. Chociaż ten problem jego nie dotyczył wcale, to doszło do tego, że 
wywołał u niego realną depresję nerwową. Jednego dnia nie wytrzymując dłużej, wstał i 
uczniowie zdumieni usłyszeli naszego małego chłopca, zawsze tak grzecznego, jak mówił 
wychowawcy prawdy, których miłosierdzie nie pozwala mi tu powtórzyć. Z tego odważnego 
wystąpienia zrodziła się następnie przyjaźń. Ten kolega czuł do Marka wdzięczność i 
szacunek, którego odtąd nic nie mogło zgasić. Stał się on obrońcą naszego malca wobec 

background image

każdego, kto w złych zamiarach szukał z nim zaczepki. Później zmienił się naturalnie ich 
wzajemny stosunek, ale pozostała łącząca ich wierna przyjaźń. 
    — Wszystko, co jest we mnie dobre, zawdzięczam Markowi — powiedział mi z płaczem 
ten dwudziestoletni młody człowiek po śmierci mego syna. Przyszedł mnie odwiedzić w 
wigilię swego ślubu i powiedział ze wzruszeniem: 
    — Może pani być pewna, że jutro w kościele będę miał z lewej strony moją narzeczoną, a z 
prawej — Marka. 
I dodał jeszcze słowa: 
    —  Sądzę, że gdyby kiedyś kusiło mnie do robienia głupstw, to obroniłoby mnie od nich 
wspomnienie Marka. 
   I jako wspaniały hołd dla przyjaźni aż poza śmierć, wszystkie jego ślubne i weselne kwiaty 
zostały złożone na cmentarzu, na grobie przyjaciela. 
   Tego roku Marek niezbyt zdrów i potrzebujący wiele wypoczynku, spędził większość czasu 
w Ardenii. Pilnowałam jego nauki i na początku roku szkolnego we wrześniu spotkał znów 
swych dawnych kolegów z tej samej klasy. Jego wychowawcą był tym razem inteligentny i 
dobry człowiek. Marek rozkwitł ponownie w atmosferze ufności i zrozumienia. Robił 
doskonałe postępy, miał ukończyć rok jako prymus. 
   Przede wszystkim przeżył wtedy wspaniałą przygodę: kurs narciarski w Szwajcarii! Jego 
nauczyciel podzielał jego miłość do gór. Wszystkie lekcje prowadzone były z punktu 
widzenia tej przyszłej podróży: język francuski miał jako główny temat lekcyjny śnieg i łąki 
alpejskie; arytmetyka przeskakiwała od jodeł do stad owiec; geografia zamykała się w 
dolinach i szalała z wodospadami; uczono się wśród ciszy i doskonałego humoru. 
   Tam, w Melchtal, Marek obchodził swe jedenaste urodziny. Było to 3-go lutego 1967 r. 
Zaśnieżona przyroda była w harmonijnej zgodnie z jego radością. Co rano budził się przed 
swymi towarzyszami i Brat Eugeniusz znajdował go niezmiennie jeszcze w piżamie, a już z 
noskiem przyklejonym do szyby w oknie, wyśpiewującego w swym serduszku swój hymn 
radości. 
   Następnie już pod koniec roku szkolnego przyjął swoją pierwszą Komunię świętą. Niedługo 
trzeba będzie opuścić kolegów i tę szkołę, z którą wiązało się tyie wspomnień, i tego dobrego 
nauczyciela, który tyle ze swego dobra udzielił swym młodym przyjaciołom. 
   Ale tak płynie życie: nie da się zatrzymać upływającego czasu. 
 
 
 
 
 
GIMNAZJUM 
    
    
    
   Wybór kierunku nauki nie przedstawiał problemu: od dziecka nastawiony humanistycznie, 
Marek miał iść do klasycznego gimnazjum. Zapisano go do kolegium św. Michała, dokąd go, 
bardzo onieśmielonego, zaprowadził ojciec w dniu otwarcia szkoły. 
   Z początku było trochę przykro. Wielka liczba uczniów trochę go zaskoczyła. Panowała tu 
też ściślejsza dyscyplina, jemu zupełnie niepotrzebna, ale jednak uciążliwa. A więc 
wytłumaczyłam mu, że trzeba wziąć pod uwagę pozytywne strony takiej dyscypliny, będącej 
jednym z niezbędnych warunków prawdziwie męskiego wychowania, gdyż ona wykuwa 
charakter. Zrozumiał to doskonale, była to zresztą typowa cecha charakteru Marka: nigdy nie 
musieliśmy czegoś mu narzucać, wystarczyło mu wytłumaczyć powody, które przyjmował 

background image

bez zastrzeżeń, skoro tylko je zrozumiał. Bardzo szybko sam doszedł do wniosku, że 
wystarczy zgodzić się dobrowolnie na tę dyscyplinę, aby decydowała ona o rozwoju. 
   Bardzo mu się podobała łacina: tę miłość odziedziczył po matce wraz z miłością do języka 
francuskiego i historii. Bardzo rzadko nasze rozmowy dotyczyły tych dziedzin wiedzy, w 
których niewiele mogłam mu dać. Natomiast mogliśmy godzinami gawędzić o tematach nas 
pasjonujących. Pieśń o Rolandzie, Tristan i Izolda, wyprawy krzyżowe lub życie w 
średniowieczu zastąpiły Tomcia Palucha i Królewnę Śnieżkę. Często domagał się antologii 
poezji francuskiej Tereni; znajdowaliśmy go zaczytanego, ze łzami w oczach, zachwyconego 
wierszami Rimbaud'a i innych poetów. Monolog Hamleta pogrążał go w rozmyślaniach 
filozoficznych. Interesowała go także sztuka: miał wielką ochotę zobaczyć Krzywą Wieżę w 
Pizie... zanim runie! 
   To właśnie pociągnęło nas do Włoch na wakacje 1968 r. Zwiedziliśmy oczywiście Pizę, 
Sienne, San Giminiano i Florencję. Upodobał sobie nade wszystko Bargello, gdzie się 
odnajduje cały surowy wykwint średniowiecza i klasztor św. Marka, w którym pędzel Fra 
Angelico dla naszej radości namalował freski o niezrównanej prostocie i mistycyzmie. Och, 
pomarzyć w starym klasztorze, w cieniu wielkiego cedru; pozw o-lić zatrzeć się gorzkiemu 
wspomnieniu o Savonaroli wobec czystej i świeżej duszy Angelico! Odwiedzić te skromne 
cele, gdzie tylu ludzi poświęciło życie modlitwie! Usłyszeć krystaliczny dźwięk dzwonów i 
marzyć dalej... Potem zwiedzić muzeum i pałac Pitti, gdzie mógł podziwiać oryginały tylu 
obrazów, które mu pokazywałam i wyjaśniałam; Podziwiać Dawida, Michała Anioła, 
chciałoby się powiedzieć „z ciała i kości", tak wygląda żywy i drżący z powstrzymywanego 
gniewu. Odwiedzać te stare florenckie kościoły, pełne cudownych skarbów. Dla tego celu 
warto było poświęcić dwa tygodnie pobytu w Ardenii, tym bardziej, że w obie strony 
przejeżdżało się przez Szwajcarię, tak piękną w tej porze roku, z ośnieżonymi szczytami i 
dolinami pełnymi anemonów. 
Jeszcze inny kraj pasjonował Hanię i Marka: Egipt, którego sztuka, tak dobrze zachowana aż 
do naszych czasów, zachwycała ich. Niestety, odległość nie pozwalała, aby można było 
widzieć to w rzeczywistości, trzeba się było zadowolić książkami. Marek dostał od babci 
piękną historię sztuki, która dała mu wiele szczęśliwych i ubogacających chwil. Jego gust 
artystyczny, już bardzo wyrobiony, zdecydowanie kierował się instynktownie ku rzeczom 
pięknym, prawdziwym i głębokim. Lubił sztukę romańską, a bardziej jeszcze gotycką, jego 
zdaniem, bardziej mistyczną. Miał wspaniałą pamięć, która mu pozwalała rozpoznawać od 
razu pałace, katedry, posągi czy obrazy. 
   Ale w miarę jak rósł, historia stawała się jego hobby. 
   Mało czytał powieści, często uważał je za niesmaczne. Natomiast pochłaniał wprost książki 
historyczne, niewyczerpane źródło informacji i refleksji: w najgorszych chwilach swojej 
choroby, podczas półrocznego pobytu w Lowanium znajdował jednak nieraz siły, aby czytać 
pamiętniki księcia de Joinville czy Commines lub biografię Richelieu. 
   Rzecz oczywista, przy takiej ciekawości intelektualnej wyniki w szkole są świetne, mimo że 
jego zdrowie wcale nie jest dobre. Miewa częste przeziębienia i trzeba mu oszczędzać 
wysiłków fizycznych: męczy się szybko i bardzo źle powraca do sił. Nie wolno mu uprawiać 
sportów, zaleca się życie spokojne tym bardziej zwracać się ku radościom duchowym. 
   To nas skłoniło, aby ferie wielkanocne spędzić w Prowansji, gdzie tyle pięknych rzeczy 
oczekuje ciekawych turystów: Arles, Nimes, Avignon z pałacem papieży. Tarascon i zamek 
króla René d'Anjou, gdzie Marek, zasiadłszy na królewskim tronie, udrapowany wspaniale 
swym płaszczykiem, kazał Hani wygłaszać wiernopoddańczą przemowę! Camargue ze swymi 
końmi i różowymi flamingami, z młynem Alfonsa Daudet, gdzie się pamięta o kozie pana 
seguin i o zmarłym dziaduniu; wspaniałe ruiny opactwa Mont-majour, prowansalskie 
dzierżawy i rzymskie ruiny Glanum. To wszystko na tle pięknej zieleni, dwa kroki od Pont du 
Gard i Alp, na skraju łąk, gdzie pasą się owce. 

background image

   Kiedy tylko kończy się jedna podróż, już w czasie powrotu rozmowy zmierzają do 
następnej, ale wielkie wakacje są nietykalne: czeka na nas Ardenia. 
   W czasie pobytu tam odnajdujemy to samo szczęście, złożone ze świeżego powietrza i 
prostego życia, wśród piękna krajobrazu, zawsze zmieniającego się w zależności od pór roku. 
Ferie Bożego Narodzenia, białe i mroźne, jazdy na saneczkach i intymne wieczory przy 
kominku; ogołocenie zimy, które w swej pozornej martwocie przygotowuje nowe 
kiełkowanie, nowe narodziny: pierwsze pąki, przedwiośnie, rozkoszne zapachy maja, wzrost 
zielonych zbóż, bogactwo lata, w którym pokosy złocą się w słońcu; wspaniałość jesieni o 
barwach łagodnych i tak urozmaiconych — wszystko jest poezją i źródłem radości. 
   Marek uważa, że przyroda jest najpiękniejszą z katedr: tak do dobrze się rozmyśla na jej 
łonie. On dużo myśli i bardzo poważne problemy absorbują jego umysł. Z pewnością jest on 
wesoły, ale nie beztroski. Prawdziwa rozpacz go przenika, kiedy rozważa bez-rząd naszego 
społeczeństwa i osłabienie Kościoła. W jakiż sposób świat będzie mógł się wydobyć z takiego 
zamętu? 
— Widzisz, Marku, to od takich chłopców, jak ty, sumiennych i szlachetnych, będzie zależało 
jutro budowanie lepszego świata, to wy staniecie się filarem nowego społeczeństwa, bardziej 
ludzkiego i chrześcijańskiego. 
   Stopniowo uświadamia on sobie wielką rolę, którą mają odegrać młodzi. Staje się poważny, 
często skupiony i rozumiemy, że nasz syn stoi w obliczu wielkich wyborów. Pieniądze nie 
obchodzą go: 
    — Skoro mam łóżko, stół i krzesło, to mi wystarcza — tak mówi. 
   Dostrzega tyle rzeczy do zrobienia,' tak wielkie pola do żniwa, tak mało robotników. I 
stopniowo następuje wielkie pogłębienie się jego istoty. 
   Od wczesnego dzieciństwa ma on już swoje życie wewnętrzne. Jeszcze jako maluch żyje 
pod Bożym wejrzeniem. Wierzy z całą prostotą w miłość Boga; wie, że Pan Bóg pierwszy go 
ukochał i że jego osobiste wysiłki są jedyną odpowiedzią naturalną, spontaniczną na tę 
miłość. Posiada szczęście życia w duchowej jasności. W miarę jak rośnie, odkrywa zło dokoła 
siebie; cierpi nad nim, ale bez ubłocenia się w nim, mając w sercu pragnienie, aby żyć zawsze 
w przyjaźni w Jezusem. Całe to działanie łaski odbywa się w nim od samego początku, 
jesteśmy tego świadkami świadomymi i pełnymi wdzięczności. Jakąkolwiek będzie jego 
droga, będzie ona prowadzić w górę. 
   ... I jeśli czasem diablik podstępny wciąga go w szyderstwo, odruch gniewu czy 
przekomarzanie się, bardzo szybko stawia mu tamę i wraca na prostą drogę. 
   Kocha swoje duże siostry. Terenia jest wymarzonym partnerem do rozmów o sztuce i 
literaturze; Hania jest nieodłączną przyjaciółką, towarzysz wszystkich jego zabaw... a także 
ofiarą wszystkich jego psot! Biedna Ania, zawsze przedmiot uwag i przekomarzań się! Często 
zabawy kończą się kłótnią. Codziennie jednak niezgoda topnieje w harmonijnej znów 
przyjaźni. I jak to dobrze być w tej samej klasie, móc sobie wzajemnie pomagać, móc 
wspólnie ponarzekać na nauczycieli, tych katów dziecka, by potem wspólnie przeżyć ten sam 
poryw ku pracy dobrze wykonanej! 
   Wielkanoc 1970 r. Tym razem zwiedza się Paryż całą rodziną. Wszystkie te nazwy tak 
sugestywnie stają się rzeczywistością w naszych oczach: paryska Notre Dame, którą Marek 
woli od Bourges, Chartres czy Amiens, ohydna wieża Eiffel, skąd taki piękny widok na 
miasto, Monmartre i jego poeci. Niestety, Louvre jest zamknięty, jego stróże właśnie 
strajkują. Marek aż płacze z zawodu. Terenia, która kończy swe studia na uniwersytecie w 
Lowanium, obiecuje młodszemu rodzeństwu, że na swój koszt zabierze ich do Paryża w 
przyszłym roku na Zielone Świątki. Zmartwienie ustaje, dzieci się pocieszają: jak to będzie 
wesoło tak pojechać we troje tylko! Sypią się coraz to nowe projekty. Ale człowiek tylko 
niepewnie planuje. W przyszłym roku Marek będzie w Lowanium, ale w szpitalu. 

background image

   Zwiedza się również Wersal i wraca grzecznie do Brukseli, aby dzielnie pracować, gdyż rok 
szkolny dobiega końca. Ale Marek nie kończy swego czwartego roku: jest zmęczony, chory. 
   Wakacje w Ardenii nie dają mu należytego odpoczynku. Musi poskramiać swoją 
ruchliwość. Musi wyrzec się pracy w polu. Będąc już starszym chłopcem, odsuwa się bardziej 
od domu i spaceruje po lasach i wsiach, z trawką w ręku, spokojny i marzący, w doskonałej 
zgodzie ze swym otoczeniem. 
   Jego nadmierna wrażliwość mnie niepokoi. Wiem, że będzie cierpiał w życiu, ale on mi 
odpowiada: 
   — Wiem, że będę cierpiał więcej niż inni, mamuśko. Ale dla rekompensaty mam tyle 
radości, których inni nawet nie podejrzewają. Kropla rosy, wiatr w zbożu, obłoki na niebie, 
zachód słońca przynoszą mi tyle bogactwa i tyle radości, że gotów jestem cierpieć, byleby 
poznać wartość tych radości. 
   Czasem spostrzegam, jak pochylony nad jakąś kałużą podsuwa patyk tonącej w niej muszce 
albo prostuje kwiat zgięty przez deszcz, albo przygląda się krowom, tym zwierzętom 
pożytecznym a skromnym. 
   Przypominam sobie wypracowanie klasowe, w którym każdy uczeń miał opisać jakieś 
wybrane przez siebie zwierzę: lwa dostojnego, orła królewskiego, zgrabną sarenkę? Nie, 
Marek wybrał krowę, która z pokorą daje co dzień nam swoje mleko i obraz swojego spokoju. 
   A ja niepokoję się tym, że mijają nieznacznie wakacje nie przynosząc synowi tych sił, 
których mu brakuje. Już wieczory bywają chłodne, słońce zachodzi coraz to wcześniej i w 
powietrzu wieczornym czuje się już nadejście jesieni. 
   I oto wrzesień i powrót do Brukseli. Zacznie się szkoła. Maki, złote zboża, czar zmierzchów 
ustąpiły miejsca książkom, zeszytom i pracy codziennej. Co nam przyniesie ten nowy rok 
szkolny? Marek rozpoczął nową klasę z bardzo szczupłym kapitałem zdrowia; Trzeba będzie 
żyć oszczędnie. Ukończył czternaście lat. Może trochę anemii, okres dojrzewania? 
   Aż do Gwiazdki wydaje się, że wszystko idzie dobrze: Marek jest prymusem klasy; jest 
zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, z codziennej wierności swej pracy. Jego ojciec 
chrzestny ofiarował mu kilka dni ferii w Paryżu, tylko we dwóch. Tym razem Louvre jest 
otwarty; koncerty organowe w Notre Dame są boskie. Sekwana toczy swoje fale na wzór 
naszego życia. 
   1971 rok! Ten rok miai być wręcz sensacyjny: 25-lecie naszego małżeństwa, 50-lecie 
tatusia, 15 lat Marka! Ileż radości rodzinnych nam się szykuje! Postanowiliśmy naszym 
malcom zafundować podróż, od dawna przez nich wymarzoną: do Włoch środkowych. 
Wielkanoc w tym roku będzie wspaniała. Już od pierwszego ranka ferii jesteśmy w drodze, 
robiąc dziewięćset kilometrów dziennie, zatrzymujemy się w Domosossola, już we Włoszech. 
Jutro wieczorem będziemy w Rzymie. Wieczne miasto jest wspaniałe wiosną, sycąc zarówno 
marzenia estetyczne, jak i dumę chrześcijańską; tutaj przeszłość i teraźniejszość stanowią 
jedno: przemijają cywilizacje, najeżdżają hordy barbarzyńskie, ale krzyż stoi w miejscu, gdyż 
jeśli Via Appi? prowadzi zawsze na Kapitol, to Via Aurelia przychodzi umrzeć u stóp 
Watykanu. A cóż mówić o więzieniu Mamertyńskim, gdzie dwadzieścia wieków dziejów 
wyrzeźbiło tyle imion krwawymi zgłoskami; o Marku Aureliuszu, którego dwa tysiące lat nie 
potrafiły zrzucić z jego konia z brązu; o kopule św. Piotra, przez którą Michał Anioł tak 
doskonale wyraził modlitwę człowieka? 
   Trzeba nam było już porzucić te wspaniałości, aby jechać dalej na południe. Naszym 
głównym celem było zwiedzenie pozostałości archeologicznych w okolicach Neapolu. 
Osiedlamy się w Pompei, skąd możemy z łatwością zwiedzić także Herkulaneum, Pestum, 
Wezuwiusz, Capri itd. Wszystko jest brzemienne historią. Krótki pobyt tutaj sprawi lepiej od 
teoretycznych kursów, że zrozumiemy przeszłość kraju, którego jesteśmy dziedzicami z 
różnych tytułów. Co za szansa dla naszych dzieci, które są już w wyższych klasach szkoły 
humanistycznej! Dwadzieścia razy dziennie rzucają nam się na szyję, by za to dziękować. 

background image

   Ania z zachwytem odkrywa skarby starożytności. Prawie nam się gubi w wykopaliskach 
Ostii! Marek rozmyśla nad upływem czasu i zmiennością ludzi. 
   Powrót przynosi nam nowe radości. Zwiedzamy Orvietto, jego piękną katedrę i groby 
etruskie. Potem wzdłuż Trazymeńskiego jeziora, gdzie zginęło tylu żołnierzy rzymskich, 
przyciśniętych przez wojska Hannibala; Marek przypomina sobie swoją naukę łaciny; doznaje 
bardzo żywej radości intelektualnej przy oglądaniu tych miejsc opisanych przez Liwiusza. I 
oto jesteśmy w Asyżu, mieście św. Franciszka, który również tak kochał ptaki. Wreszcie oto 
Rawenna... i powrót do kraju. 
   To powrót wśród radości, z głowami napełnionymi cudownymi rzeczami, z sercami 
pełnymi wdzięczności za te wspaniałe dni, przeżyte w rodzinie. To miało być 
niewyczerpanym źródłem wspomnień imponujących erudycją, ale i nieraz zabawnych. 
   Ostatnie jasne godziny naszego życia. A tego nie wiedzieliśmy wtedy. Już układaliśmy 
dalsze plany; wkrótce pojedziemy do Grecji, potem obejrzymy Sycylię, będziemy tacy 
szczęśliwi! 
   „Przyszłość nie należy do nikogo, najjaśniejszy panie; przyszłość należy do Boga" — 
powiedział Wiktor Hugo. 
   Jutro, zamiast spokojnych radości i godzin upojenia, miało nam podać czarą goryczy, którą 
musieliśmy wypić aż do końca. 
 
 
 
 
 
 
CHOROBA 
    
    
    
   Na początku maja 1971 r. Marek odważnie podjął swoje brzemię: z dużym wysiłkiem 
ukończył klasę trzecią, czuł się znużony. Czyż nie byliśmy szaleni, aby zwiedzać Włochy, 
gdy jego kruche zdrowie lepiej by się miało w naszych lasach ardeńskich? Miał już piętnaście 
lat i bardzo wyrósł fizycznie. 
   W poniedziałek 17-go maja wrócił ze szkoły mówiąc: 
    — Mamusiu, ja już nie mogę dłużej, nie wrócę do szkoły po południu, idę do łóżka. 
   Przyszedł lekarz internista oraz kardiolog, ale na pierwszy rzut oka nie znaleźli nic 
szczególnego, przyznali mu tylko kilka dni wypoczynku. 
   We czwartek 20-go maja w dzień Wniebowstąpienia nagłe zasłabnięcie zmusza go do 
wyjścia z kościoła w czasie Mszy Św. W ciągu godziny napuchły mu gruczoły szyi i członki 
pokryły się drobniutkimi plamkami krwi. Zaprowadzono go do kliniki i tam jego kardiolog, 
szczęśliwie obecny mimo świątecznego dnia, domaga się natychmiastowego pobrania krwi. 
Zaleca odpoczynek w łóżku i zapowiada przyjście domowego lekarza następnego ranka. 
W piątek rano lekarz ten przychodzi i wyznacza nam spotkanie w klinice na godzinę drugą po 
południu dla sprawdzenia krwi i pobrania szpiku. Bardzo poważnie mówi: 
— 

Oby nie była tylko mononukleoza. 

   — 

A jeśliby to nie było to? - pytam patrząc prosto mu w oczy. On nie odpowiada. 

   Rozdzierająca błyskawica przelatuje mi przez głowę. Słyszę, jak głuchy głos, mój własny, 
wymawia straszliwe słowo: 
— 

Białaczka?! 

Skinął głową potwierdzająco. 

background image

   Widzę przed sobą, jak twarz mego męża blednie śmiertelnie i broda drży. Jesteśmy 
spiorunowani, osłupiali. Burza jedną błyskawicą rozdarła nasze błękitne niebo, wszystko 
ginie w tym straszliwym ryku — białaczka! W uszach szum w oczach mgła. O, Boże! Czy to 
możliwe? Tyle wysiłków, tyle starań, tyle miłości i tyle triumfów — po to, aby na tym 
skończyć: oto straszliwa pewność klęski, nagłej i okropnej, tuż przed nami. 
   Z sercem w popłochu i dygocącymi nogami zabieramy Marka do kliniki na początku 
popołudnia. Podczas gdy mu pobierają krew i przekłuwają mostek, by pobrać szpik, główny 
lekarz od analiz siada koło mnie i przemawia do mnie po cichu. Odgaduję przyczynę 
współczucia i dobroci w jego zachowaniu. Już jestem pewna orzeczenia. 
   Wracamy z Markiem i kładziemy go do łóżka oczekując na przyjście domowego lekarza, 
gdy tylko będą wiadome wyniki analiz: około piątej — jak-nam mówiono. Tłumaczę 
Markowi, że ma wirusa we krwi. Była to wersja oficjalna, wstydliwa, jak również mglista, 
która została utrzymana do końca. 
   Lekarz przychodzi około piątej, siada na fotelu w 
salonie i milczy. Słowa są zbyteczne, wiemy już wszyst- 
ko. 

   Nadeszła już próba w całej swej okropności. Przyjmujemy ją nie uginając się; musimy być 
silni ze względu na syna. On nas potrzebuje. Tym razem nie chodzi już o to, by go wyleczyć, 
ale by mu pomóc nieść krzyż, który jest też naszym krzyżem. Trzeba, abyśmy go nieśli, aby 
jego wątłe ramiona czuły się wtulone w nasze; żebyśmy razem przechodzili stopnie naszej 
kalwarii i aby w każdej chwili znajdował nas spokojnych i podtrzymujących go na duchu, 
spokojnych i pogodnych. 
   Pośpiesznie wrzucamy do walizki jego ubrania. Idę kupić dodatkowe piżamy — czerwone 
— aby nie było widać plamek krwi, i już jedziemy do Lowanium, gdzie będzie się próbowało 
ratować go, przynajmniej prowizorycznie, jeśli jeszcze jest czas na to. 
   Profesor, który kieruje sekcją hematologiczną klinik uniwersyteckich w Lowanium, 
przyjmuje nas natychmiast i długo z nami rozmawia. Nasze spotkanie jest pełne godności: 
stawiamy czoło nieszczęściu. Chaemy przeżyć z całą świadomością każdą godzinę, która 
pozwala być u boku naszego syna; chcemy mieć całkowitą świadomość wszystkiego, aby 
wszystko rozumieć i lepiej znosić. Podczas tych osiemnastu miesięcy będziemy sobie 
powtarzać słowa, które nam powiedział profesor: 
    — Musicie się nauczyć żyć z dnia na dzień, nie pozwalając sobie myśleć o jutrze. 
   Ale czy można myśleć o czymś innym, niż o tym właśnie? Czyż można żyć z zawieszonym 
nad sobą mieczem Demoklesa wiedząc, że nić musi pęknąć? Czy można dalej żyć wtedy, 
kiedy chciałoby się umrzeć, by o niczym nie myśleć? 
Doktor powiedział także: 
— Trzeba opancerzyć swoje serce. 
   Ale jak nie mieć rozdartego serca wobec tak okrutnej prawdy? To drogie dziecko, które od 
lat piętnastu otaczaliśmy opieką za cenę takich wysiłków, teraz mamy stracić? Chyba cud.... 
   O, Panie, który wszystko możesz, wystarczy Ci powiedzieć: „Chcę" i wszystko będzie 
ocalone. Zlituj się nad nami. Daj nam moc, abyśmy umieli być rodzicami w czasach 
najgorszych, jak byliśmy w dobrych! Pomóż nam, gdyż sami nie potrafimy tego udźwignąć, 
to jest nieludzkie! Milczeć wobec całego świata zewnętrznego po to, aby sam Marek nie mógł 
się dowiedzieć okropnej nazwy swojej choroby, i uśmiechać się przy nim, aby wierzył, że 
jesteśmy ufni i pełni otuchy. Uśmiechać się? Wtedy, kiedy kurczą się nasze twarze i oczy 
zwilżają się w każdej chwili. Uśmiechać się. A nawet nauczyć się kłamać! Nie znoszę 
kłamstwa. Nauczyłam moje dzieci nigdy nie kłamać. Nigdy ich nie karałam wówczas, gdy 
przychodziły przyznać się, że zrobiły jakieś głupstwo. Ja, która czuję, że się rumienię, jeśli 
trzeba coś skłamać, będę musiała żyć w obecności Marka i kłamać, patrząc mu w oczy. Czy 
potrafię? 

background image

   Wieczór nadszedł, musimy wracać do Brukseli, pozostawiając w Lowanium naszego 
biednego „malca", bardzo dzielnego zresztą i przekonanego w swej naiwności, że zostaje 
tylko na parę dni. Nigdy nie zapomnę tego powrotu do domu. Wreszcie mogliśmy pozwolić 
sobie na łzy, podczas gdy auto toczyło się ku domowi, gdzie nas oczekiwały córki zboWe, ale 
również mocne. O, ten pierwszy wieczór bez niego! 
   Tymczasem choroba postępowała w sposób piorunujący. Kiedy otrzymał pierwszą kurację, 
było już prawie za późno. Wielka transfuzja krwi przywróciła go nieco do życia. 
   Biedny chłopiec! Przedwczesne urodzenie sie, wrodzona wada serca, kruche dzieciństwo, 
operacja steno-zy płucnej — to wszystko było niczym. Trzeba było teraz dopiero spotkać się 
z najgorszym i jeszcze ukrywać to przed nim. Drogi nasz Marek skazany na śmierć, a 
niepokojący się o nas, o naszą troskę o niego. Dziękował serdecznie za najmniejszą nawet 
usługę. Zawsze będę pamiętać, jaki był łagodny i miły, jak się troszczył o nas, a także o swoje 
studia. Bał się, że nie zda egzaminu, już tak bliskiego. Szkoła i praca szkolna miały być 
nieustannym problemem dla jego sumienia pracowitego ucznia, który kochał szkołę. 
   W dwa dni po jego wyjeździe do Lewanium miałam telefon od Ojca Roberti, jego 
nauczyciela religii w gimnazjum św. Michała. Bez wielu słów on przeczuł, odgadł prawdę. 
Podczas całej choroby Marka był stale przy nim, przy nas, podzielając nasze nadzieje i 
niepokoje, podtrzymując Marka, ofiarowując mu jednocześnie podporę duchową, gorącą 
przyjaźń oraz kontakt ze szkolnymi kolegami. 
   Po dwóch tygodniach pobytu Marka w Lowanium mógł on wrócić do domu: co za radość! 
Pomimo, że przyznaje się w myśli nieodwracalność sytuacji, w sercu niepodobna jej przyjąć. 
Człowiek czepia się każdej nadziei. Może będzie można jednak go utrzymać, zachować w 
oczekiwaniu na odkrycie lekarstwa — cudu, którego oczekuje przecież cały świat. 5-go 
czerwca wraca do domu rodzinnego słaby bardzo, ale kontent z tego, że jest u siebie. 
   W poniedziałek 7-go czerwca nagle rozsrożyły się straszne bóle w brzuchu. Wezwany 
lekarz był bezsilny, nie działały żadne lekarstwa. We wtorek 8-go z konieczności odwiozłam 
ambulansem naszego biedaka do Lowanium. 
   Trzeba przeżyć to samemu, aby całkowicie zrozumieć dramat, którym jest dla naszych 
bliźnich syrena pogotowia na ulicach miasta. 
   W pokoju 715 Marek miał przeżyć najokropniejsze godziny swego życia. Nastąpił paraliż 
kawałka jelita pod nieprzewidzianym wpływem kuracji nowotworowej i cierpienie było takie, 
że biedak wzywał śmierci jako wyzwolenia. W owych dniach nastąpiły dwa silne ataki 
epilepsji, wywołane przez natężenie bólu. W ciągu kilku godzin stracił zdolność mówienia i 
władzę w prawym ramieniu. Wykonano encefalogramy, elektrocardiogramy i przeróżne 
badania. Ale ból wzmagał się nadal z dnia na dzień, w tempie zawrotnym. Chwilami już na 
ulicy słychać było wycie mego dziecka. Tylko zastrzyki fortalu (rodzaju morfiny) mogły mu 
przynieść nieco ulgi. Widzę jeszcze Ojca Roberti, który przybył w sam czas ataku, 
wstrząśniętego, z twarzą zalaną łzami, patrzącego na Marka z jakąż litością! Marek cierpi 
albo śpi pod działaniem zastrzyków, ale nie można ich nadużywać. Odważnie więc 
ofiarowuje swe cierpienia za grzeszników. Prosi mnie o swój różaniec i porównuje się do 
swej ciotki zmarłej na raka. 
   Po odblokowaniu jelit okrutne bóle pozostają. Myśli się już o wszelkich możliwościach, 
nawet o nowotworze jelit: radiografie, rektoskopie. Cierpienia trwają, a zmniejsza się 
odporność. 
   Podczas tych straszliwych tygodni, najcięższych w ciągu całej jego choroby, Marek w 
chwilach przytomności nie ustawał w wyrażaniu swej wdzięczności personelowi, który go 
pielęgnował, odwiedzającym go przyjaciołom, szczególnie Ojcu Roberti, który codziennie 
przynosił mu pociechę swojej dobroci, uśmiechu i sympatii w najgłębszym tego słowa 
znaczeniu. Dla mnie, która byłam przy nim w dzień i w nocy, bez snu i w ciągłym niepokoju, 

background image

był pełen subtelnej czułości i łagodności, ale jednocześnie składał dowody wielkiej 
trzeźwości i jasności myśli. Mówił mi czasem te straszne słowa: 
    —  Ci lekarze są uczniami czarowników, manewrują ogniem, nie mogąc zagasić pożaru. 
   A ja nie mogłam wyjaśnić, że tu nie chodzi o lekarzy i lekarstwa, ale o nieuleczalną 
chorobę, która nim zawładnęła. 
   W czasie narady kilku profesorów, którzy przyszli rozważyć jego przypadek, powiedział: 
    —  Widocznie jestem dla was interesującym przypadkiem. 
   Ta konsultacja z 17-go czerwca, wywołana przez telefoniczną rozmowę z profesorem 
Janem Bernard z Paryża, doprowadziła lekarzy do wniosku, że uporczywe bóle są natury 
nerwowej. Cały jego organizm bardzo źle zareagował na początkową kurację. 
   Ale fortal grozi niewolą, którą należy przełamać. W ciągu piętnastu dni Marek był wyraźnie 
znarkotyzo-wany. Trzeba go było uwolnić od zatrucia, za wszelką cenę odrzucić tę truciznę, 
która wprawdzie łagodziła bóle, ale tworzyła krąg piekielny. Lepsze były bóle niż to, co je 
znieczulało. 
   Poproszono mnie więc, abym wróciła do domu, aby zapewnić Markowi całkowity spokój. 
W istocie po to, abym go nie widziała, jak będzie wył z bólu, kiedy go się pozbawi zastrzyku: 
w ostatnich dniach w chwilach nieprzytomności wyskakiwał z łóżka i pełzał po podłodze ku 
narkotykowi. W piątek 18-go czerwca został więc sam, bezsilny, złamany. Był naprawdę 
godny litości. Od kilku dni w paroksyzmie ataków wyrywał sobie garściami włosy, które 
zniszczyły leki. Był wyłysiały, jakiś dziki, złamany fizycznie i moralnie (sprawiono mu 
perukę, by ukryć jego łysinę). 
   W sobotę 19-go czerwca, widząc jego głębokie rozprzężenie, pozwolono nam odwiedzić go 
przez godzinę. Drogi, biedny malec wtulił się we mnie łkając i uczepił się mnie, jak człowiek 
tonący boi. Zapomniano mu powiedzieć, że otrzymaliśmy zakaz odwiedzania go i on myślał, 
żeśmy go opuścili! Przypominał ptaszka, który wypadł z gniazda — z długimi, chudymi 
ramionami, podziurawionymi igłą, jak rozpostartymi skrzydłami, z trzema włosami 
rozrzuconymi po łysej czaszce, z oczyma wpadłymi, zrozpaczonymi, bez życia. 
   Ale mieliśmy jeszcze zobaczyć, co może wola w tym ukrzyżowanym, drobnym ciele: 
wyjaśniłam mu powód, dla którego zabroniono mi pozostawać przy nim, i to, że trzeba za 
wszelką cenę zlikwidować te leki, które rujnują ludzką godność chorego. Musi jeszcze 
tydzień pozostać w Lowanium, aby odbyć kurację odtruwającą i powinien czynnie 
współpracować z usiłowaniami przywrócenia mu równowagi. Przyjął to bardzo dzielnie, gdyż 
zrozumiał, że lepiej jest cierpieć, niż ulec narkotykowi. To był doprawdy cud woli i siły 
moralnej u piętnastoletniego dziecka z organizmem zbolałym, zrujnowanym. 
   Jak tylko mógł wstać, poszedł odwiedzie cnorych w sąsiednich salach, przepraszając ich za 
mącenie ich spokoju przez te krzyki, gdy cierpiał ponad miarę. 
   To właśnie w ciągu tego strasznego okresu swojej choroby zwierzył mi się ze swoich 
projektów na przyszłość: chciał zostać księdzem. Troska o Kościół, którą nosił w swym sercu 
od tylu już lat, musiała kiedyś wywołać potrzebę osobistego zaangażowania się. Od dawna 
już zauważyłam rodzenie się tego powołania. Marek był stworzony do służby Bożej, to się 
stawało coraz jaśniejsze. Dzięki Ci, Panie. Ofiarowałam Ci go przecież od chwili urodzenia. 
Spojrzałeś nań, zawołałeś go po imieniu, pierwszy go umiłowałeś;"nie należy już do mnie, 
lecz do Ciebie. Możesz przyjść, wziąć go, kiedy zechcesz, on już należy do Ciebie; ale daj 
nam tę siłę otwarcia rąk, aby pozwolić mu odejść do Ciebie, kiedy nadejdzie godzina! 
   W sobotę 3-go lipca, o radości niepodziewana, Marek może wrócić do domu i spędzić w 
nim szczęśliwie koniec tygodnia. Nadzieja stabilizacji ... błękitne marzenie.... 
   W poniedziałek 5-go trzeba wracać do Lowanium, na konsultację tylko, na kontrolę krwi. 
Po jej pobraniu trzeba czekać cierpliwie dwie lub trzy godziny na wyniki. Idziemy usiąść 
sobie na ławce, w słońcu.... Nie wierzę swoim oczom, że go widzę znowu tu, zupełnie 
ubranego, rzeczywistego i zdawałoby się, wesołego. Serce moje wzbiera nadzieją; patrzę na 

background image

mego syna naprawdę żywego, przy mnie: je sobie wiśnie. Jego oczy stały się znów jasne, 
uśmiechnięte. Całe piękno świata mieści się dla mnie w tych dwóch aksamitnych źrenicach i 
wpatruję się z zachwytem w śliczny uśmiech na tej twarzy napiętnowanej cierpieniem. Przy 
pięknej peruce na głowie nikt by się nie domyślił, czego dokonała ta mała, obnażona czaszka 
przed paru dniami zaledwie. 
   Patrzy na mnie czule, wsuwa swoją rękę w moją. Nic nie zostało powiedziane, ale dobrze 
się rozumiemy. Będziemy znowu mogli żyć! Ach, co to za wspaniałe rzeczy: ławka w słońcu 
i żywy syn zajadający czereśnie! 
   Ale nie może żyć bez leków. Dają mu je więc,'ale przez ostrożność tylko pół dawki, gdyż 
paraliż jelit dowiódł, że źle je znosi. 
   Nagle po południu pojawiły się straszne bóle twarzy. Widzę, że jego twarz nagle się 
deformuje: to objawia się paraliż. Znów prowadzimy go do kliniki skurczonego i zbolałego. 
Nazajutrz twarz jest zablokowana, jest całkowity paraliż twarzy, który będzie trwał przeszło 
cztery miesiące. Tylko oczy zachowały całą swą ruchliwość w tej marmurowej twarzy. 
   Marek jest znów pognębiony. Ginie również nasza nadzieja. Trwa droga krzyżowa. Marek 
coraz lepiej zdaje sobie sprawę z tego, że jego życie jest stracone. Nadszedł czas wakacji, ale 
on je spędzi w czterech ścianach klinicznego pokoju. Myśli z tęsknotą o lasach Ardenii i 
mówi do wuja: 
    — Nie robię sobie złudzeń, już nigdy nie pojadę do C... 
   Na dobitkę to jest recydywa białaczki. Tym razem otrzymuje pokój 717; pozostanie w nim 
aż do 27-go listopada! Zamiast 52 kg waży zaledwie 40 i nie przestaje chudnąć dalej. Trzeba 
zastosować inną kurację; otrzymuje mnóstwo leków, które mu źle robią; znowu zaczyna bez 
przerwy wymiotować. Biedak wyniszcza się i dobrze to czuje, nie może już niczego strawić. 
Otrzymuje sakrament chorych w całkowitej przytomności i sam prosi o silę z nieba: tak 
bardzo będzie jej potrzebował! 
   Jego ciało staje się coraz bardziej przeźroczyste, a jego dusza coraz bardziej pociągająca. 
On przyjmuje cierpienie bez skargi, pozostaje, a nawet staje się coraz więcej otwarty na 
innych; interesuje się wszystkim i każdym. Zaskarbia sobie przyjaciół, którzy go nigdy nie 
zapomną, jak ta zacna pani H., która lekceważy własne cierpienie, aby myśleć jedynie o 
cierpieniu Marka... i moim. Kapelan kliniki często przychodzi pogawędzić z him i 
przywiązuje się do niego. Co rano przynosi mu Komunię świętą, której Marek niekiedy nie 
może przyjąć, tak gwałtowne bywają mdłości. Zawiązuje się przyjaźń z dwoma sąsiadami z 
jego pokoju. Wszyscy trzej umrą po kolei w ciągu trzech miesięcy. Szczególnie kocha z 
całego serca zacną siostrę H., która zarządza siódmym piętrem i którą nazywa pieszczotliwie 
swoim wampirkiem, bo prawie codziennie pobiera mu krew. Ona także lubi tego 
młodziutkiego chorego, dzielniejszego i pogodniejszego niż dorośli ludzie, najbardziej 
chorego i najcierpliw-szego z pacjentów. 
   27-go lipca punkcja lędźwiowa i kostna, robiona systematycznie, wykazywała, że jeszcze 
raz rozwój białaczki został przytłumiony. Jednakże trzeba było podjąć inną jeszcze kurację, 
która, wprawdzie nie wywołuje paraliżu, ale zuboża krew: jest w niej o wiele za mało płytek i 
prawie nie ma białych ciałek: Marek jest więc bezbronny wobec mikrobów i grożą mu 
wszelkie infekcje. Zabrania się więc wszelkich wizyt. Dopuszcza się tylko mamę i tatę. Jego 
siostry pojadą na kilka dni do Ardenii. Zgadza się na wszystko, bylebym tylko ja była. 
   Prosił, żeby mu przylepić do ściany w jego pokoju widokówki otrzymane od sióstr i 
przyjaciół; przygląda im się trochę smutnie i mówi: 
— To są moje wakacje. 
   Tu zaczęła się nowa komplikacja, trzeba by powiedzieć: nowa tortura. Skarży się na silne 
bóle głowy, złapał katar. W istocie objawia się zapalenie płuc i oskrzeli, wyradza się plewryt, 
któremu towarzyszy zapalenie opon mózgowych - to wszystko poza białaczką i paraliżem 
twarzy. Nie licząc bólów jelit, które nie zanikły całkowicie. 

background image

   Marek żyje cztery miesiące z temperaturą od 39 do 41 stopni. Ileż radiografii, ile 
antybiotyków! Musi poddać się kuracji promieniami kobaltowymi na głowę. To powoduje 
konieczność codziennego przewożenia go w ambulansie z kliniki św. Michała do kliniki św. 
Rafała, gdzie się znajduje bomba kobaltowa. Każdy kamyk na drodze powoduje 
niewysłowione bóle w jego nieszczęsnej głowie. Już nie je, nie pije nic i żyje przez kilka 
miesięcy karmiony jedynie przez kroplówki. Obnażono mu żyłę po to, aby tam wprowadzać 
igłę na stałe, gdyż jego żyły ulegają zwapnieniu i nie znoszą już kontaktu z igłami. 
   Biedny Marek znowu schudł. Waży teraz zaledwie trzydzieści kilo. Jego ciało pokrywają 
odleżyny, które trzeba opatrywać dwa razy dziennie za cenę wielkich cierpień. Leży na 
specjalnym materacu, bo na jego plecach jest rana szeroka jak dłoń. Jego biodra są poranione, 
także łokcie, pięty i tył głowy. 
   On, którego ciało jest jednym bólem, znajduje jeszcze siłę, aby witać gości, rozmawiać z 
nimi. Z jego twarzy zamarłej w paraliżu, dwoje wspaniałych oczu patrzą na gościa i potrafi 
wszystko wypowiedzieć jednym spojrzeniem. Oczekuje niecierpliwie odwiedzin tatusia, który 
przychodzi do niego co wieczór, a czasem i rano przed pójściem do biura... Lubi nadejście 
Tereni i Hani, którym już pozwolono przychodzić. Przyjmuje ciepło i radośnie rodzinę i 
przyjaciół. Często jest już wyczerpany cierpieniem i ukrywa swą słabość przez nadludzki 
wysiłek, ale jest zawsze do dyspozycji tych, którzy mu przynoszą dowody swej przyjaźni. 
Czasem jego cierpienie jest za gwałtowne i trzeba zastrzyku fortalu, by go uspokoić: on tylko 
przynosi mu chwilę całkowitej ulgi, ale Marek zdając sobie sprawę z jego niebezpieczeństwa 
prosi o niego tylko wtedy, kiedy już naprawdę nie może więcej cierpieć. Profesor, 
odpowiedzialny za jego pielęgnację, ma do niego pełne zaufanie. Jest dla nas nie tylko 
lekarzem kompetentnym, któremu ufamy w pełni: jest to człowiek o wielkim sercu i nasz 
przyjaciel. Miło mi tutaj podkreślić całą jego dobroć. Jego światłe starania utrzymywały nasze 
dziecko przy życiu jeszcze przez osiemnaście miesięcy od chwili objawienia się jego 
choroby; jego niezwykła dobroć pozwoliła Markowi przyjąć w pełni tę straszliwą próbę i z 
godnością stawić jej czoło. 
   Naprawdę wypada tu użyć słowa „godność". Marek zdobywa nad wszystkimi, co go 
odwiedzają, władzę, której on sobie nie uświadamia, ale którą ja dobrze widzę. Siostra H. mi 
wyznała, że nigdy jeszcze nie spotkała podobnego wypadku, aby dramat był do tego stopnia 
opanowany, ani chorego, którego wola w taki sposób by przekraczała nędzę fizyczną. A 
przecież Bóg tylko wie, dokąd sięgało w tym czasie zwątlenie jego ciała. Marek tak osłabł, że 
sam nie potrafi poruszyć się w łóżku, jest tylko szkieletem o oczach otwartych. 
Zanieczyszcza swoje łóżko. „Cóż to za upadek!" — mówi często. Ale przyjmuje moje słowa 
o zgodzie na wszystko i pogodzie; pozostaje przytomny i trzeźwy; jest gotów umrzeć; 
przyjmuje swój los. Więcej jeszcze, ofiaruje swoje życie. 
   Czasem, gdy już nie może wytrzymać bólu, dostarczam mu trochę muzyki, często 
„Alleluja" Handla i ze złączonymi rękami, rozumiejąc do głębi wzajemne swe cierpienia, 
spuszczamy się oboje na wolę Bożą we wspólnym poddaniu się. 
   Przeżyłam tam godziny najbardziej rozdzierające, ale i najbogatsze mojego 
macierzyńskiego życia. Nasze milczenie było pełnią, cudownym zjednoczeniem, doskonałą 
miłością, całkowitym zrozumieniem. Słowa były zbyteczne. Kochałam Marka całkowicie dla 
niego, pomagałam mu nieść swój krzyż, przyjmować go i obejmować. Przypominałam mu 
niekiedy tę pieśń, którą lubił śpiewać, gdy był mały: 
   „Panie, chciałbym z Tobą przywiązać się do krzyża." 
— 

Widzisz, Marku, Jezus wziął cię za słowo. Rozwierał wówczas obie swoje niemal 

bezcielesne 
ręce na znak zgody i jego czarne oczy uśmiechały się w sztywnej twarzy. Trzeba było 
jednocześnie przygotowywać go do śmierci w radości oddania się i jeszcze wiązać go z 
życiem. 

background image

Czasem zmęczony cierpieniem, mówił do mnie: 
— 

Mamusiu, chciałbym już umrzeć. Mówiłam mu wtedy, że nie trzeba mówić o śmierci, 

w piętnastym roku życia, że to byłoby najłatwiejsze rozwiązanie, że czekało go jeszcze życie 
z mnóstwem zadań do wykonania na ziemi. 
Próbował uśmiechnąć się i odpowiadał: 
    —  Czegóż jeszcze mogę dokonać ze zrujnowanym ciałem i zamroczonym umysłem? 
   Odpowiadałam mu, że wielcy święci wykonywali swoje posłannictwo na ziemi wlokąc za 
sobą obolałe ciało. I dodawałam, że jeśli nie każdy może być gwiazdą na niebie, to każdy 
może być przynajmniej skromną lampą w swoim domu. 
    — Jestem gotów wszystko przyjąć, wszystko znieść, ale wiesz, mamuśko, jeśli Pan mnie 
zawoła do siebie, to odpowiem! „Obecny". 
    — Zgoda, mój Marku. Ale tymczasem trzeba walczyć o życie. Powinieneś pragnąć życia, 
choćby ze względu na mnie; cóż bym poczęła bez ciebie? 
    — Nie przejmuj się, kochana. Jeśli umrę, to cię nie opuszczę, przyrzekam ci to. Wiesz, że 
nasze serca są złączone na zawsze: aż do śmierci, a także poza śmierć. Jeśli umrę, to zostanę 
przy tobie. Będę ci bliższy niż teraz: będę w tobie i nigdy już się nie rozdzielimy. 
   Tymczasem to ja go już nie opuszczam. Od początku sierpnia jestem przy nim w dzień i w 
nocy; jest wtedy spokojniejszy, pogodniejszy. Jego tatuś odwiedza go każdego wieczora. Co 
wieczór Marek przeżywa wielką radość z powodu obecności przy nim tatusia, który zadawala 
się kawałkiem tortu i szklanką wody, przełkniętymi pośpiesznie na brzegu łóżka! Bardzo 
często też przychodzą Terenia i Ania. Nasze domowe ognisko jest teraz tam, w pokoiku 717 
szpitala św. Piotra, gdzie otaczamy naszego „malca" swą serdecznością. 
   Jego powołanie na księdza utwierdza się w ciągu tych miesięcy rozmyślań, cierpień i 
modlitwy. 15-go czerwca zwierzył mi się z tych swoich marzeń, które odgadywałam już od 
dawna i byłam z nich dumna i szczęśliwa. We wrześniu, kiedy już tatuś nabrał zwyczaju 
spędzania przy Marku w Lowanium swych week-endów, żeby pozwolić mi wracać do domu 
na czas od soboty po południu do niedzieli, Marek zwierzył się mu i uradował się bardzo z 
tego, że czuł się zrozumiany i Zaaprobowany przez ojca. Dzięki temu czuł się naprawdę 
szczęśliwy, mimo swych ciężkich doświadczeń, ponieważ czuł się podtrzymywany i 
popierany w swych istotnych aspiracjach. 
   W tej długiej i strasznej chorobie wykazuje mądrość odkrywania bogactw, które otrzymuje. 
Podziwia serdeczne oddanie opiekujących się nim pielęgniarek; czuje się obsypany 
dowodami wiernej przyjaźni swych wujów i ciotek, naszych przyjaciół; docenia przede 
wszystkim możność swobodnego porozmawiania z tatusiem w końcu każdego tygodnia i tak 
wielką bliskość swojej mamy. Otaczamy to taką miłością, że topnieje z wdzięczności. 
Porównuje swój los z losem wielu chorych przytłoczonych samotnością i dziękuje niebu za tę 
całą ludzką serdeczność, okazywaną mu tak spontanicznie. O, te godziny cudownej 
poufności! Nigdy ich nie zapomnę; one stanowią najpiękniejsze wspomnienia mego życia. 
Przeżyłam tam, tak blisko jego otwartej duszy najbogatsze doświadczenie duchowe, jakie 
miałam kiedykolwiek. 
   Jednak czasami bardzo po ludzku przytłaczało go moralne cierpienie i mnie także ono 
łamało. Żałował swego zmarnowanego zdrowia, straconej młodości, swojej dawnej beztroski; 
czuł się przedwcześnie stary, od razu dojrzały. Myślał o swych kolegach, którzy żyli w 
radości swych chłopięcych dni. Żałował Ardenii, gdzie jego siostrzyczki były teraz bez niego. 
Wobec tego rodzaju cierpienia byłam bezradna i nie mogłam ukryć swoich łez. Ale wtedy on 
mnie pocieszał: 
    — Nie można płakać, mamusiu, gdyż moje cierpienia mają sens. 
   Pod koniec września jego stan fizyczny jest wprost rozpaczliwy. Jeśli promienie kobaltu 
mogły zahamować ustalanie się białaczki w głowie, jeśli dwa miesiące spędzone w półmroku, 
za zasłoniętymi zasłonami, trochę osłabiły gwałtowne bóle głowy, to za to wzmogło się 

background image

zapalenie phjc, a jego odporność dobiega końca. Gorączka, wycieńczenie, bóle zrobiły 
żałosny łachman z jego ciała. Miewa chwile nieprzytomności do tego stopnia, że 22-go 
września jego siostrzyczki przywiozły do Lowanium płytę, którą miały nam ofiarować na 
nasze srebrne wesele 24-go września, obawiając się, aby dusza ich braciszka nie uleciała 
przedtem z tej ziemi. Co za smutny dzień ten 24-y września: Marek już jest jedną nogą w 
grobie. Dostaje uremii. Profesor walczy, jak tylko może, z nadchodzącą już śmiercią: 
transfuzje krwi, płytek, ciałek białych; czujność nieprzerwana. 
   Wszyscy są smutni, gdyż wszyscy lubią tego dzielnego chłopca, który tak długo, z taką 
odwagą walczy ze śmiercią. Ludziom, którzy przychodzą go odwiedzić, ma jeszcze siłę 
odpowiadać: „Wszystko w porządku" i pytać ich z kolei o zdrowie. Kiedy nas budzi w nocy, 
zbiera swe siły, aby przeprosić nas za kłopot. Taki jest delikatny w ukrywaniu swoich bied. 
   3-go października Marek jest w omdleniu, już mnie nie poznał; 4-go jest najgorzej. 
   8-go października pojawia się lekka poprawa. Od kilku dni dostaje nowe kroplówki... 
Gorączka, na próżno zwalczana przez tyle tygodni, nareszcie spada! Czyż ta wola ze stali w 
tym ciele glinianym byłaby w stanie przywołać uciekające życie? 
   10-go Cień uśmiechu zdaje się przebijać z tej twarzyczki sztywnej od trzech miesięcy. Nie 
śmiem jeszcze wierzyć. Ale Ojciec Roberti ogłasza swoją radość zaraz po przybyciu, a więc 
to prawda! 
   Odtąd postępy są powolne, ale widoczne. Stopniowo powraca życie. Marek może już sam 
podnieść głowę na poduszce, poruszyć się w łóżku. Odleżyny goją się pomalutku. Uśmiech 
już jest wyraźny na tych ustach, na wychudłych policzkach. Waga wzrasta, a z nią i nadzieja. 
Mały skrawek nieba znów staje się błękitny. O, Boże, czyż to byłby powrót do życia? 
   Marek zdaje sobie ze wszystkiego sprawę z nadzwyczajną trzeźwością. Zawsze z tą samą 
radością oczekuje odwiedzin Ojca Roberta, który przyprowadza paru kolegów z klasy albo 
Helenkę czy Denisa, dwoje wielkich przyjaciół zranionych na ciele, ale tak bogatych 
duchowo. Jest szczególnie szczęśliwy, jeśli towarzyszy im Ojciec Toussaint. Będąc 
wychowawcą klasy, w której są teraz koledzy Marka, często przychodzi do niego, przynosząc 
mu razem z nowinkami z kolegium swoją przyjaźń, którą czas nieustannie pogłębia. Nie 
jestem w stanie stwierdzić, do jakiego stopnia te błogosławione odwiedziny pomogły 
Markowi zachować umysł żywy i serce ogrzane tą całą przyjaźnią. Jest wciąż otwarty na 
problemy stojące poza nim. Jest jeszcze zbyt słaby, aby wiele mówić, ale jego oczy tak żywo 
mówią same za siebie! 
   Jednakże cierpienia nie ustają jeszcze. Pozostają rany, które trzeba opatrywać. Pojawiają się 
wszelkiego rodzaju zaburzenia. Ponieważ okazały się niepokojące ubytki wapna, więc 
kliniczna laborantka, Anna Maria, przychodzi przez trzy dni pobierać mu krew dla 
specjalnych jakichś analiz. Uważa go za tak dzielnego, dobrego i miłego (podziękował jej 
ładnie za jej stara 
    
nia), że ona odtąd staje przy nim, codziennie go odwiedza, ofiarując mu przyjaźń starszej 
siostry. 
   Stopniowo jednak odzyskuje się grunt pod nogami. Kroplówki, antybiotyki, badania i 
kuracje wszelkiego rodzaju podtrzymują życie. 
Sam Marek pojmuje, że to jeszcze nie koniec: 
    —  Widzisz, mamusiu, nie mówiłem nic, ale dobrze czułem, że już umrę. Pan Bóg już 
wziął mnie w Swą rękę, jak to robi rybak, następnie dobrze mi się przyjrzał i powiedział: 
„Mała rybko, nie jesteś dosyć duża, nie masz mi jeszcze nic do ofiarowania, wracaj trochę do 
wody, aby urosnąć". I Bóg zostawił mnie na świecie, abym mógł zdobyć jakieś zasługi. I tak 
jest, prawda, mamusiu? Nie mam jeszcze nic do dania Jemu, dotąd tylko korzystam ze 
wszystkiego, a niczego jeszcze nie dałem sam. 

background image

   Co to za pokora, mój dobry Marku! Mało ludzi dorosłych u kresu dobrze wypełnionego 
życia może przedstawić Bogu takie żniwo czułości, miłości, odpowiedzi na wezwanie. 
A pokorny i dobry Marek dodał jeszcze: 
    —  Wiesz, że nie lubiłem tego, kiedyś ode mnie odchodziła. To nie przez egoizm 
chciałem cię zatrzymać przy sobie. Nie bałem się śmierci, ale bałem się umrzeć z daleka od 
ciebie. 
   Drogie dziecko! Czternaście miesięcy później, gdy nadeszła ostatnia godzina, jego ostatnie 
słowa będą miłym słówkiem dla tatusia, wołaniem mnie i wyrażeniem pokory: „Jestem 
biedakiem". 
Powiedział mi jeszcze: 
    —  Nie chciałbym umierać nie wiedząc o tym. Nie chcę zaprzepaścić swojej śmierci. To 
akt najważniejszy w całym życiu człowieka. Wiesz, że nie boję się śmierci. 
Dla mnie śmierć nie jest końcem, ale początkiem. Nadejście tej zorzy chciałbym widzieć 
otwartymi oczyma. Przyrzeknij mi, przysięgnij, że mnie uprzedzisz, gdy ta chwila nadejdzie, 
abym wiedział, że Jezus przychodzi po mnie. I dodał znowu: 
— Jeśli Bóg mnie zawoła, odpowiem: „Obecny". 
Ręce rozłożone, serce ofiarowane, dusza oddana... 
   Te ostatnie sześć tygodni spędzone w Lowanium są pełne nadziei. Mnożą się kuracje i 
badania: radiografie, tomografie, prześwietlenia płuc pozwalają skuteczniej leczyć prawe 
płuco, bardziej zajęte. Serce trzyma się wciąż. Następnie próbuje się znów karmić go przez 
usta. Na próżno: zrzuca wszystko, nawet wodę. Tyle razy musiałam zanosić mój obiad do 
pokoju służbowego, bo nie znosił nawet zapachu tego talerza. 
   Trzeba rzeczywiście nauczyć go jeść normalnie. Dają mu sztuczne enzymy, aby zastąpić i 
pobudzić wydzielanie się kwasów w żołądku, które już nie zachodzi. W początku listopada 
zaczyna jeść po trochu. Całe piętro się cieszy: nareszcie Marek zjadł filet z ryby za cenę 
jakich wysiłków! Cóż to za wola! 
   Jak to cudownie widzieć uśmiech na tej wychudłej twarzy, usztywnionej miesiącami przez 
paraliż! Jak dobrze, gdy raz jeszcze wzrasta w nas nadzieja! 
   Podczas tych dni spędzonych razem, Marek dużo mówił mi o swojej przyszłości. Był 
przedtem gotów umrzeć, teraz miał być gotów żyć. Jego wielkim cierpieniem teraz było 
poczucie intelektualnego obniżenia się. Uważał, że nie jest zdolny do podjęcia kiedyś 
wyższych studiów. „Zbyt głupi na jezuitę" - mówił. 
   Odpowiadałam mu, że wszystkie drogi są piękne, na których służy się Panu: skromnego 
wiejskiego proboszcza, oddanego swym owieczkom, kapelana kliniki bogatego w osobiste 
doświadczenie cierpienia, księdza oddanego kontemplacji w ciszy klasztoru. Jego dusza była 
oddana Bogu, ale martwił się tym, że będzie Mu mógł ofiarować tylko zrujnowane ciało. 
Jakże Bóg musiał kochać w tych dniach nieszczęsnych pokorne oddanie się tego 
wspaniałomyślnego dziecka, które myślało jedynie o służeniu Mu! 
   Z całej duszy Marek wierzył w miłość Ojca. Jego dusza była otwarta na ufność i wiarę, na 
miłość Bożą. Przyjmował przyszłość jakąkolwiek, spuszczając się całkowicie na Boga, który 
stał się centrum jego życia. W duszy jego nie było żadnego chodzenia po omacku. W 
rozmyślaniu i cierpieniu znalazł właściwy sens swego życia: słuchać głosu Jezusa i służyć 
Mu. Gotów był żyć lub umrzeć w całkowitym oddaniu, w ofierze pogodnej i radosnej. Znosił 
z pokorą i po cichu bolesne godziny, które mu los wyznaczył. Dusza jego modliła się 
modlitwą bez słów, złożoną z kontemplacji, obecności, wsłuchiwania się. 
Tak, to było rozdarcie, ale i pełnia'... 
 
 
 
 

background image

 
 
POWRÓT DO DOMU -ROK ŁASKI 
    
    
    
   Czując, że pomału przychodzi do siebie, nie śmiał prawie z początku wspominać o 
powrocie do domu; ale po trochu ta myśl pochłonęła go całkowicie. Zwierzył mi się z 
pragnienia otrzymania małego pieska. 
    — Rozumiesz, mamusiu, chciałbym mieć małego psiaka „do kochania". 
   Czyż można odmówić zmartwychwstającemu synowi radości otrzymania pieska? Myśl ta 
została przyjęta: będzie miał swojego pieska, którego nazwie się Pitou. 
   26-go listopada wieczorem tatuś, tak jak codziennie od przeszło sześciu miesięcy, 
przyjechał do Lowa-nium. Terenia i Ania były tam również. Czemu to, kiedy już jest 
obiecane, że Marek jutro wraca do domu? Ale patrzcie, co tam się kryje pod płaszczem 
tatusia? To się rusza... Ależ tak! To Pitou, malutki, bojaźliwy, mający zaledwie trzy miesiące; 
wniesiony potajemnie do kliniki dla sprawienia niesłychanej radości Markowi! Tatuś kładzie 
brązowy kłębuszek na łóżku syna oszalałego z radości. Jak to będzie wspaniale jutro w domu! 
   27-go radość ponad wszelkie radości! Marek jest znowu w domu! 
— 

Dzięki Ci, Boże! 

    —  Jakimże szczęściem byłoby wrócić do domu, pomieszkać w nim choćby osiem dni i 
umrzeć tu, u siebie! 
   Dziękuję Ci, Boże, za ten powrót do domu rodzinnego, za te cudowne miesiące, w których 
Marek powracał do życia, zaczął jeść, chodzić, mieć nadzieję! 
Dzięki za te godziny nadziei, rozkosznej, szalonej! 
   Można by uwierzyć w cud, tak szybka była poprawa: prawdziwe zmartwychwstanie. 
Uzbrojony w kij od szczotki wobec braku laski, poruszał się odważnie, ucząc się chodzić. 
Jego biedne, wychudzone ciało zdawało się być wyłonione z tych tańców żałobnych, tak 
cenionych w średniowiecznych freskach, ale jego filuterne oczy promieniały życiem, 
przesłaniając całą resztę. Lekki, czarny puszek wyrastał wreszcie na jego łysej głowie, 
czyniąc go podobnym do pisklęcia ledwie wyklutego. Ale ta energia, którą rozwijał, aby 
utrzymać się na nogach, była tak bardzo męska. 
   Kto by pomyślał, że nasze marzenia tak niespodziewanie się ziszczą! Marek spędził 
Gwiazdkę w domu! Mieliśmy bardzo piękne ferie w naszych odzyskanych Ardenach. Nasze 
ognisko rodzinne, wreszcie odbudowane po sześciu miesiącach niemożliwego życia, 
promieniało szczęściem: „Żyjcie dniem dzisiejszym, nie myślcie o jutrze!" 
   Był tu, między nami, cały rozgrzany życiem, promieniejący spokojem. Ogarniała nas radość 
zmieszana z obawą, gdyśmy patrzyli, jak podziwia przyrodę, zwróconą mu po sześciu 
miesiącach szpitala. Już mógł trochę wychodzić, gdy pogoda była łagodna. Oddychał pełną 
piersią; oczy jego obiegały swe odzyskane królestwo. Bawił się ze swoim pieskiem, słuchał 
muzyki. 
Och, jak było dobrze! Pomiędzy nami znajdował się też Dziadek Lemmens. Milczał paląc 
swą fajkę, ale patrząc na swego wnuka żywego, mówił w duszy: „Panie, weź mnie zamiast 
niego, to byłaby dla mnie taka radość oddać życie dla uratowania jego". 
   Dwie rzeczy pomogły Markowi wrócić do życia: życzliwość przyjaciół i podtrzymywanie 
przez organizację „TOIT". 
   Największym niepokojem Marka w czasie tych ciężkich miesięcy była perspektywa 
powtarzania roku szkolnego, znalezienie się w klasie nieznanej sobie. Jakież było jego 
zdumienie, kiedy udawszy się po raz pierwszy na Mszę Św., odprawianą przez Ojca Roberti 
wieczorem w sobotę, spostrzegł, że go otoczyli chłopcy i dziewczęta z trzeciej klasy 

background image

łacińskiej, którzy podeszli do niego spontanicznie i bardzo po bratersku. Za ich 
pośrednictwem co tydzień nawiązywał coraz to bliższe kontakty z młodymi: czuł się 
serdecznie witany. Ci cenni przyjaciele: Hugo, Filip, Régis, Robert, Guy, Thierry i inni 
przyczynili się niemało do powiązania Marka z życiem, szkołą, przyszłością. 
   Ale był też „TOIT". Tego się nie da opowiedzieć, to się odkrywa pięknego dnia i to się 
przeżywa. Ojciec 
     
       1 Organizacja ta, stworzona w 1971 r. w Brukseli, jako miejsce spotkania, otwarcia się. 
przyjaźni, dzielenia się ze wszystkimi, szybko objawiła się jako wspólnota życia, gdzie 
inwalidzi i ludzie zdrowi opiekują się sobą nawzajem. Przez to życie wspólne, w którym 
ludzie starsi, cudzoziemcy, pracownicy i studiujący mają swe miejsce, rodzą się w tym 
niespokojnym czasie znaki nadziei. 
    W 1973 r. w związku z Międzynarodową Federacją Arki utworzyła się „Arka" w Belgii — 
De Ark in Belgie - która ma na celu popieranie pełnej integracji ze społeczeństwem każdego 
inwalidy czy człowieka odrzuconego. „TOIT" był pierwszym takim ogniskiem (obecnie jest 
ich osiem). 
Roberti założył grupę przyjaźni, w której młodzi i niemłodzi, zdrowi i inwalidzi przeżywają 
wspólnie miłość chrześcijańską, jakiej uczyli pierwsi apostołowie. Już w Lowanium dzięki 
Ojcu przyjmował odwiedziny Marii Janiny, Denisa, Heleny i bardzo ciepłe więzy złączyły 
naszego syna z tymi wybranymi przyjaciółmi. Teraz odkryliśmy tę całą wspólnotę. Od 
sześciu miesięcy, od samego początku przeżywała ona nasz dramat i modliła się za każdego z 
nas. Nie wiedzieliśmy wtedy, jak dalece ci wszyscy przyjaciele pomagali nam dźwigać nasze 
brzemię. I odtąd już nie przestali podtrzymywać nas swoją przyjaźnią i stali się naszymi 
umiłowanymi braćmi. 
   Marek czuł się szczęśliwy pomimo cierpień, które musiał znosić: pobieranie krwi ze 
sklerotycznych żył, antyleukemicznej, które wywoływały torsje, pokarmy bez soli, 
ostrożności, ciągłe odpoczywanie.... „A ty, kiedy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, 
by nie pokazać ludziom, że pościsz, ale twojemu Ojcu w skrytości; a Ojciec twój, który jest w 
skrytości, odda tobie (Mt. 6, 17-18). 
   3-go lutego obchodzimy uroczyście jego szesnaste urodziny. 
   Po miesiącach zupełnego ogołocenia jak dobrze było widzieć go szczęśliwym, otoczonym 
swoimi, w towarzystwie Ojców Roberti i Toussaint! 
    — Nie wiem, czy mam ich nazywać ojcami czy mamusiami, tak są dla mnie dobrzy — 
mówił mi często ze swoim dobrym uśmiechem. 
   Rekonwalescencja postępowała znakomicie, mijały tygodnie, a siły wracały. Szalona 
nadzieja wzbierała w naszych sercach, można było uwierzyć w cud. Wreszcie profesor Y 
zmuszony był powiedzieć mi pewnego dnia: 
    —  Niech się pani nie pozwoli otumanić, choroba trwa, nasze badania tego dowodzą. 
   Istotnie, w marcu nowe ognisko leukemii na poziomie jąder przywołało nas z powrotem do 
twardej rzeczywistości; choroba tkwiła dalej, mimo wszelkich wysiłków. Czatowała na swą 
ofiarę, czekała na swoją godzinę. Ponowna hospitalizacja w Lowanium: biopsja, 
napromieniowywanie kobaltem. Wielkie było rozczarowanie Marka, gdyż mieliśmy w czasie 
ferii wielkanocnych razem w Hanią zwiedzać zamki nad Loarą, którą Marek sobie bardzo 
upodobał. Tyle razy w ciągu tych week-endów, które tatuś spędzał przy nim w Lowanium, 
opowiadał on synowi o tych wspaniałych zamkach; przynosił swój rzutnik i pokazywał mu 
diapozytywy, wykonane przez niego w czasie poprzedniej podróży, próbując w ten sposób 
oderwać nieco Marka od jego cierpień, rozbudzić jego zainteresowania i obiecywał też 
Markowi zorganizować taką podróż, jak tylko pozwoli na to stan jego zdrowia. 
   Lekarze doskonale rozumieli wielką chęć Marka do odbycia tej podróży. 

background image

    —  To była moja oaza na pustyni mych cierpień — powie później, wspominając 
wszystkie radości tam przeżyte. 
   Dlatego też, jak tylko stanął na nogi, czy raczej prawie stanął, zapalili nam zielone światło. 
Puściliśmy się w drogę, trochę jednak niespokojni, gdyż miał nieco gorączki, może więc 
powinniśmy byli zawrócić. Niestety, Ania nie mogła nam towarzyszyć, bo czynna już była 
szkoła, minęły już bowiem ferie wielkanocne. Wielkie szczęście odbycia tej ostatniej podróży 
z ukochanym bratem zostało jej odjęte... 
   Jakież cudowne chwile spędziliśmy z Józefem patrząc, jak dreptał po tych zamkach, które 
tak lubił, w tym pięknym kraju nad Loarą, gdzie wszystko jest harmonią, pogodą, pokojem, 
pięknem. Przecież on kochał piękno w każdej postaci; jego młoda dusza źle się czuła wśród 
brzydoty. Nad Loarą odkrywał wyt-worność budowli na pięknym tle, w łagodnym powietrzu. 
Ten kraj, tak drogi panu du Bellay, przemawiał mu do serca. 
   Co za szczęśliwe wieczory przeżywał on w hotelu Prieure koło Saumur, gdzie wszystko 
odpowiadało jego smakowi: autentyczność zabytków, majestat krajobrazu, umiarkowanie w 
zbytku, muzyka klasyczna jako tło do wybornych obiadów. Nie mówiąc już o dekoracji 
historycznej, z której unoszą się wspomnienia ostatnich Walezjuszy. 
   Jego umysł zakochany w przeszłości, radował się ogromnie podczas zwiedzania opactwa 
Fountevrault, gdzie pod złożem kamieni śpią Ryszard Lwie Serce i jego rodzice: Henryk II 
Plantagenet i jego okropna małżonka, Eleonora z Akwitanii; kościół św. Benedykta, 
kilkusetletni, nad Loarą; Chenon-ceaux, Langeais, Chambord i tyle innych... Było wielką 
radością dla nas, że mogliśmy mu ofiarować tę podróż. Był szczęśliwy, mimo znużenia. 
Czasem przychodziło nań wielkie zmęczenie, ciało jego było przecież wyczerpane, wtedy 
mówił sam do siebie: 
    — Naprzód, mój osiołku, ja chcę jeszcze dalej oglądać. 
   I wola jego uruchamiała nogi. Serce nam się ściskało, gdyśmy widzieli jego twarz 
zmienioną, ale spojrzenie miał takie wesołe... 
   Po tej podróży nad Loarę chodził jeszcze czasem do szkoły. Oczywiście musiał stracić rok, 
ale został przyjęty przez klasę otwarcie i po bratersku. Czuł się w niej szczęśliwy, młody i 
wesoły. Serce jego wzbierało wdzięcznością do kolegium św. Michała, tak dla dyrekcji i 
nauczycieli, jak i dla uczniów. Czuł,, że go rozumieją, że mu pomagają. Całkowite zaufanie, 
jakim się cieszył, i swoboda, jaką mu pozostawiano, wzruszały go ogromnie, tak samo zresztą 
jak nas: od pierwszej godziny jego choroby całe kolegium stanęło przy naszym boku, by nas 
podtrzymywać i wspierać. Cenił sobie zawsze długie rozmowy z Ojcem Toussaint, którego 
kochał z całego serca. Wracał do domu jeszcze wzbogacony tą całą przyjaźnią, jaką mu 
okazywano i jaką odwzajemniał szczerze. 
   Od czasu wyjścia z kliniki podlegał co miesiąc przykrej kuracji antyleukemicznej, dzielnie 
przez niego znoszonej. Natomiast częściowo tracił słuch, co było dla niego trudnym do 
przyjęcia cierpieniem moralnym. Antybiotyki bowiem zniszczyły częściowo jego narząd 
słuchowy w sposób nieodwracalny, o czym wiedział. Czasem się tym martwił: 
    — Zdajesz sobie sprawę, mamusiu, być głuchym w szesnastu latach życia! 
   Na wsi już nie słyszy śpiewu świerszczy, a nawet ptaki stały się dla niego nieme. Kiedy jest 
sam w swoim pokoju i słucha ulubionej przez siebie muzyki Handla lub Bacha, widzę często 
w jego oczach łzy. Nie mam odwagi, by go pocieszać; wiemy oboje, że to rzecz 
zdecydowana, nieodwracalna. 
Przyjąć, ofiarować... 
   W czerwcu nowy gorący alarm i pośpieszny powrót do Lowanium: Marek skaleczył się — 
och, troszeczkę — w palec; gorączka podnosi się do 40 stopni i grozi mu ogólne zakażenie, 
ciągle z powodu braku białych ciałek we krwi. Robi mu się intensywne transfuzje tych 
globulek i pełnej krwi, aby zapobiec złu. Bierze to filozoficznie: czyta książki, słucha muzyki, 
przekomarza się z pielęgniarkami, gawędzi ze mną. Mamy zawsze tyle sobie do 

background image

opowiadania... lub wspólnego przemilczenia. To siódme piętro w Lowanium stało się po 
trosze jego drugą rezydencją: wszystkich tam zna i ma uprzejme słowo dla każdego. Spotyka 
tam od miesięcy takich samych chorych, ale nie mających jego żelaznego charakteru: dodaje 
im odwagi, ofiarowuje słowa nadziei. 
   Po tygodniu szpitala znów jest na nogach. Po powrocie do domu znajduje nowy pokój, 
nowe umeblowanie, wybrane przez niego według własnego gustu, gdzie ma przeżyć ostatnie 
miesiące swego życia w ciszy i spokoju, spędzając tam godziny pracowite czy pełne 
skupienia. A przecież nasz dobry Marek chciał koniecznie odstąpić ten pokój swemu wujowi 
René, ciężko choremu także, który mieszkał u nas od Wielkanocy. 
   I oto już wakacje, które spędzamy w Ardenii. Obecność bardzo cierpiącego wuja zmusza 
nas do wyrzeczenia się wielu przyjemności. Lipiec jest raczej przykry, Marek nie ma już 
wprawdzie swojej ciężkiej, comiesięcznej kuracji, ale za to co tydzień otrzymuje leki jeszcze 
bardziej przykre: przez cały dzień ma bez przerwy torsje. Nazajutrz jest wskutek tego 
zupełnie rozbity, a w wilię następnej dawki jest pełen niepokoju, bo wie, co go czeka. A więc 
tylko cztery jako tako normalne dni! Spędza znów cztery dni w Lowanium, gdzie mu robią 
dwie punkcje lędźwiowe i dwie kostne po kolei, gdyż wyniki nie są zbytnio zadawalające. 
   W sierpniu robi z tatusiem krótką wycieczkę do Londynu. Ma do dyspozycji cztery dni; 
czas na wskoczenie do samolotu, pośpieszne zwiedzenie miasta i powrót na następne trudne 
trzy dni. We dwóch zrobili także wypad na cztery dni nad brzegi Renu, podczas gdy ja 
zostałam w domu z moim bratem. Marek, tak jak i my, cierpi z powodu tego położenia: 
pragniemy przeżyć te dni nieskończenie cenne, a tak bardzo już wyliczone. 
   Ogarnia nas smutek, który każdy z nas usiłuje ukryć. A podczas gdy Ania opiekuje się 
wujem, my robimy z Markiem jedyną jednodniową wycieczkę do opactwa Orval. Ta cisza 
klasztorna rozmarza Marka, jest także źródłem dodatkowego cierpienia. Seans audiowizualny 
bowiem opisuje życie mnichów, złożone z pracy i modlitwy. Widzę, że Marek jest smutny, 
zamyślony. Co tobie, braciszku? 
    —  Widzisz, mamusiu, to życie bardzo mnie pociąga, wiem, wzywa mnie też działalność 
w świecie, ale milczenie klasztoru wydaje mi się rzeczą cudowną. Niestety, zdaję sobie 
sprawę, że mam zbyt słabe zdrowie, aby podołać pracy, której się oczekuje-od zakonnika! O 
tym więc także nie mogę myśleć. Wszystkie drogi są dla mnie zamknięte. 
   Bolesne wyznanie, a ja nie mogłam mu pomóc! Powiedziałam mu jednak, że gdy się 
wróciło z tak daleka, jak on, to trzeba mieć niemało cierpliwości, nim się odzyska zdrowie. 
    —  Jeśli się kiedykolwiek odzyska — powiedział ze smutnym uśmiechem, — a Bóg tylko 
wie, co on myśli w istocie i chowa dla siebie. 
   20-go sierpnia musimy opuścić nasz wiejski dom, bo Marek musi powrócić do Lowanium 
na dwie nowe punkcje kontrolne, gdyż profesor Y się niepokoi. I rzeczywiście wyniki są 
bardzo złe. Pomimo wszelkich starań tak intensywnych, bolesnych i systematycznie 
    
powtarzanych, odkryto nowe ognisko białaczki w szpiku kostnym i trzeba natychmiast znów 
zastosować promienie kobaltu; oto brutalne zakończenie wakacji. 
   Straszny zawód: wszyscy musimy powstrzymywać łzy. My z Józefem czujemy, że nam 
odjęto coś niemożliwego do zastąpienia. Włosy wypadają mu znów, jak pierwsze liście 
jesienne... 
   Nadszedł wrzesień. Marek wydaje się dosyć silny na to, by chodzić do szkoły. A pragnie 
rozpocząć naukę, wie, że to warunek jego przyszłości... jeżeli ona jeszcze istnieje. 
   I tu zaczyna się ostatni etap jego życia, najbogatszy, pełen radości z pracy codziennej i 
wspaniałomyślnego przyjmowania ciągłych bied. Podjął kurs poezji, szczęśliwy i pełen 
odwagi. Przeszedł jeszcze jedną kurację antynowotworową, która z medycznego punktu 
widzenia jest ogromnym niepowodzeniem, ale tego się nie dostrzega. Jest on pełen życia i 
radości. Nie mówiąc nic o swoim zmęczeniu i złym samopoczuciu, rozśmiesza swych 

background image

przyjaciół komicznymi uwagami, a także kawałami: zmuszony do noszenia peruki dla ukrycia 
swojej łysiny, wsuwa pod nią patyk, co wygląda, jakby on wychodził prosto z jego mózgu! 
Wkrótce obala go grypa: musi pozostać w domu. Ale jego przyjaciele, a zwłaszcza Hugo 
pomagają mu przerabiać kurs nauk w domu. Cudowna to solidarność, z której Marek zdaje 
sobie sprawę i jest nią głęboko wzruszony. 
   — Żebyś wiedziała, mamusiu, jacy oni są dla mnie dobrzy! Włożyliby mnie w watę jak 
kurczątko, rozpieszczają mnie jak babcię. Oni są cudowni! — mówi mi z rozczuleniem. 
   Jego nauczyciele również dają się wciągnąć w tę akcję, zgadzają się na dawanie osobnych 
lekcji, aby podtrzymać jego samopoczucie i pomóc mu do utrzymania się na poziomie klasy. 
Wszyscy rozumieją, że taka dzielność zasługuje na poparcie. 
   Przyjmuje on istotnie wszystko, co go spotyka, nawet upokorzenia noszenia sparatu 
słuchowego, ma bowiem świadomość, czym jest to kalectwo dla jego przyszłości. A bardzo 
troszczy się o tę przyszłość. Czuje się powołany do wielkiej sprawy: służenia Bogu przez 
miłość do ludzi. Podczas najcięższej fazy swojej choroby, kiedy już nie mógł wytrzymać 
cierpień, poczucie przyszłej odpowiedzialności pomogło mu wielokrotnie przezwyciężyć 
wszelkie zniechęcenie. Wystarczyło mi odwołać się do jego wspaniałomyślności, do 
wielkiego zapotrzebowania świata na ludzi ofiarnych, by odzyskał odwagę i wolę. Ojciec 
Toussaint wyjaśnił mu, że życie jest darem Bożym, najpiękniejszym darem dla ludzkości i że 
trzeba kochać życie nawet wtedy, gdy ogarnia znużenie. Ale jego postawa uginała się pod 
straszliwym doświadczeniem cotygodniowej kuracji, naprawdę nieludzkiej, która go 
unicestwiała na trzy dni. Częto mi mówił: 
    — Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że żyję w sposób sztuczny. Gdyby lekarze nie 
utrzymywali mnie przy życiu za pomocą leków, już bym dawno nie żył. 
Ale ta kuracja stała się ciężarem ponad jego siły. 
   Postanowiono więc złagodzić ją. Marek doznał wspaniałej ulgi, ale czuł się niemal winnym 
małoduszności. 
    
 
 
 
 
 
 
ŚMIERĆ 
    
    
    
   20-go października raz jeszcze przywieźliśmy Marka do Lowanium na bardzo przykre, ale 
systematycznie stosowane punkcje. Siedzę sama w korytarzu kliniki i ogarnia mnie straszliwa 
trwoga: wyniki, częściowo już znane, są złe. 
   21-go profesor Y wciąga mnie delikatnie do pokoju, gdzie jesteśmy sami, z jednym tylko z 
jego asystentów. Oznajmia mi to, co przeczuwałam już poprzedniego dnia. Nasz syn wpadł w 
zupełną recydywę: pomimo kobaltu, mimo wszelkich wysiłków, choroba zagarnęła wszystko; 
nie zostało już nic, co by można zrobić dla uratowania naszego tak ukochanego Marka. 
Choroba rozwijała się podstępnie, teraz już panuje w pełni. Nadeszła już godzina, w której 
trzeba zaprzestać dalszej walki i pochylić głowę. 
   O śmierci! Masz ofiarę! Oto odchodzi piękny szesnastoletni młodzieniec, pełen życia i 
radości, pełen marzeń, wewnętrznego bogactwa, szlachetności. Ten straszliwy wyrok, który 
od prawie półtora roku starano się uchylić, o którym chciano zapomnieć, już nadszedł, bliski i 
nieuknikniony. 

background image

   O panie! Żyć z tym przeświadczeniem jak sztyletem w sercu i być zmuszonym uśmiechać 
się stale i wciąż! 
Czy to będzie możliwe teraz, gdy już wszystko stracone? Muszę wrócić do pokoju, gdzie 
mnie oczekuje on, leżąc płasko i nieruchomo, jak zawsze po punkcji. 
— Co powiedział doktor, mamusiu? 
I znów trzeba kłamać; nie płakać, uśmiechać się... 
   Trzeba uprzedzić Józefa, Terenię, Anię. Napełnić nasze oczy i serca tymi ostatnimi 
obrazami, tymi ostatnimi wspomnieniami, które zachowamy w pamięci aż do ostatniego tchu, 
zrobić zapasy serdeczności na długie dni głodu... 
   27«go października wyruszamy do Ardenii na tydzień wypoczynku. Jego ostatnie dni w C, 
ostatnie dni pośród nas! W przepychu cudownej jesieni przeżywamy godziny rozdzierające i 
słodkie zarazem, o niezwykłej intensywności. Słońce świeci, niebo jest błękitne, pogoda 
ciepła. Marek jest pogrążony w kontemplacji majestatu przyrody; pozwala sobie pogrążyć się 
w szczęście fizyczne, a jednocześnie nadprzyrodzone. Napełnia nim oczy i serce, uważa, że 
nigdy natura nie była taka piękna. Uwielbia Boga w Jego dziełach. A my, wiedząc, że ogląda 
po raz ostatni to, co najbardziej w świecie ceni, ukrywamy się przed nim, aby się wypłakać. 
Chcielibyśmy zatrzymać czas. Marzymy o jakiejś górze Tabor, gdzie moglibyśmy pozostać 
we troje, oderwani od świata, poza tymi minutami, które nieuchronnie, w każdej chwili ranią 
coraz bardziej nasze ukochane dziecko! 
   On sam nie domyśla się niczego; odczuwa jedynie wielkie zmęczenie. W poniedziałek 
wraca do szkoły i zdaje swe egzaminy wraz z kolegami. Udaje mu się doskonale, jest 
szczęśliwy. Bawi się ze swoim pieskiem... naciera sobie twarz białym serkiem, aby Pitou go 
lizał! 
   W poniedziałek 3-go października, wieczorem, Marek woła mnie naglę w czasie rozbierania 
się: ma pełno plamek krwi, jak na początku choroby. Jego krew nie krzepnie. Muszę go 
uspakajać, mówić mu, że uprzedził mnie o tym profesor Y. Zbyt niski poziom płytek krwi 
wyjaśnia w pełni to zjawisko; to nic, to minie. Znowu kłamać! Ale bardzo zaniepokojona 
telefonuję do Lowanium. Profesor zapisuje środki na krzepnięcie krwi. Jeśli nie będzie 
widocznej poprawy, trzeba będzie pośpiesznie wracać do Brukseli: wszystko może się 
posunąć bardzo szybko. Te koagulanty, bardzo skuteczne, jeszcze przez miesiąc przez 
miesiąc zachowują nam naszego syna. 
   Wszystkich Świętych: dzień zmarłych... co za rozpacz! 
   Cóż powiedzieć o sobocie 4-go listopada, kiedy musieliśmy zamknąć drzwi naszego 
wakacyjnego domku pod ostatnim spojrzeniem nań Marka? Kiedy nasze zamglone łzami oczy 
po raz ostatni wraz z jego oczami objęły ten boski krajobraz, to miejsce tak ukochane! Cóż 
mówić o tym milczącym powrocie ze ściśniętym gardłem, załamującym się głosem, sercem 
ciężkim jak trumna! Teraz to już koniec, to ostatni etap drogi... 
   Ale nie! To jeszcze nie był koniec! Pozostało nam jeszcze przeżycie najpiękniejsze, skąd 
będziemy później czerpać odwagę uśmiechania się, pomimo łez. 
   Najpierw mieliśmy jeszcze radość usłyszenia, że Marek nieśmiało robi projekty studiów 
uniwersyteckich. Jego oceny na egzaminach były doskonałe, dowiodły mu więc, że nie stracił 
jeszcze swych zdolności umysłowych. Znów myślał o doktoracie z historii i razem z tym o 
perspektywie wstąpienia kiedyś do 
Towarzystwa Jezusowego, do którego wszystko go pchało: jego inteligencja, jego opinie i 
serce. Umarł pogodzony z tym planem, stwierdziwszy, że nie stał się „za głupi", jak mówił 
przedtem o sobie. A przede wszystkim dzięki Ojcu Roberti, który w czasie choroby i śmierci 
Marka był jego i naszym aniołem stróżem, syn nasz mógł być członkiem „Katimayik",1 
odbyć rekolekcje. Trzy wyjątkowe dni, które mieliśmy szczęśliwie przeżyć z Markiem i 
Hugonem. Cudowne trzy dni, w czasie których Marek zdawał się sięgać nieba. Rekolekcje 
wyjątkowe, prowadzone przez Jana Vannier,2 na których przez słowo i milczenie, przez 

background image

modlitwę i oddanie dla swego przyjaciela Patryka, Marek przygotowywał swoje spotkanie z 
Jezusem w zadziwiającym wznoszeniu się duchowym, w miłości do Boga i ludzi. Wzruszeni i 
zakłopotani, kryjąc się, jak tylko to było możliwe, powstrzymując nasze łzy, byliśmy 
świadkami jakiegoś wniebowstąpienia, rozkwitu, apoteozy: był to jego łabędzi śpiew, jak się 
wyraził o. Roberti, mówiąc potem o Marku. Uczynił tam sobie przyjaciół, którzy go nigdy nie 
zapomną. Dał z siebie wszystko, co najlepsze i wzbudził to, co najlepsze, w innych. Bóg 
 
wyciągał do niego rękę i widoczny był dla wszystkich lot Marka ku tej wyciągniętej ręce. 
Dziecko to na trzy tygodnie przed śmiercią było najżywsze z nas wszystkich. Patrzyliśmy ze 
wzruszeniem na jego aksamitne oczy, utkwione w Janie Vanier, który mówił o Jezusie, który 
sprawił, że Jezus przechodził pomiędzy nami. Było tyle piękna w jego spojrzeniu, taki spokój 
w jego postaci, taka czułość dla jego kalekiego przyjaciela, że byliśmy tym wstrząśnięci, 
głęboko poruszeni. On nie wiedział o tym. Żył z całą prostotą. Dyskretnie i wstydliwie dawał 
wobec wszystkich świadectwo swojego osobistego przeżywania ludzkiego cierpienia. Kiedy 
niepokoiłam się o niego, o jego zmęczenie, przekomarzał się ze mną serdecznie i traktował 
czule jak kwoczkę. Przez te trzy dni żywił się przepisanym pokarmem bez soli, zimnym i 
mdłym. Był nieostrożny, narażał się na zaziębienie; męczył się opieką nad Patrykiem i mało 
spał. Ale myśleliśmy sobie: „Niech tam! Byleby był szczęśliwy!" 
   Panie, nigdy nie zdołamy Ci podziękować za to, co mu dał Katimavik. 
   To wołanie „Jezu, przyjdź", powtarzane przez Jana Vanier, było kilkakrotnie mówione 
specjalnie w intencji Marka. My, którzyśmy znali prawdę, rozumieliśmy bardzo dobrze, że w 
tym tłumie te słowa były skierowane tylko do Marka. A on przyjmował te słowa życia wprost 
do wezbranego serca. Jego piękny uśmiech odpowiadał na wezwanie, jego twarz promieniała. 
Był upostaciowaniem szczęścia. Była w nim prosta radość dziecka, które śmieje się, bo jest 
kochane i lubi być dobrym, a także cudowna dojrzałość duszy, dochodzącej już od mety. 
Wrócił z tych rekolekcji szczęśliwy, rozpromieniony. W kilka dni później napisał do matki 
Jana Vanier ten list pełen entuzjazmu, który ona uprzejmie pozwoliła nam tu przedrukować: 
Droga Mamo Vanier! 
    Jeśli nie od razu dałem znak życia moim przyjaciołom z Arche, to dlatego, że musiałem 
poczekać na to, aby kipiący mi w głowie entuzjazm uspokoił się nieco. Teraz on bynajmniej 
nie zniknął, ale przekształcił się w spokój i codzienny wysiłek. 
    Chciałem do Pani napisać, żeby podziękować zä to całe dobro, które Pani nam 
wyświadczyła. Wiem, że Syn Pani pojechał na mały objazd Indii, aby sprawdzić, czy 
potomek Arche dobrze się miewa. Wydaje mi się, że On i jego wspólnota w Indiach, Arche w 
Trosly i „Toit" w Brukseli stanowią jedną dobrą rodzinę, mocno zjednoczoną. Ma Pani Syna, 
który jest człowiekiem Bożym, który roztacza wokoło siebie to „coś", co zmienia całe życie: 
spojrzenie miłości, głębokie i słodkie pasterza czuwającego nad swymi owieczkami, słowo 
tak łagodne i kojące, ale które zawiera prawdy najgłębsze i poruszające każdą duszę. 
   A poza nim jest Pani, Pani Vanier, drobna i dyskretna, macierzyńska, łagodna i miła dla 
każdego, nieświadomie roztaczająca wokół siebie szczęście. Dziękuję Pani, Mamo Vanier, za 
to, czym Pani była dla mnie przez te trzy dni. 
    Chciałabym prosić Panią o małą przysługę: niech Pani zechce być moim posłem do 
wszystkich przyjaciół Arche. Są oni pełni idealizmu i radości i obdarzają wszystkich, którzy 
ich otaczają, rosą świeżości i braterstwa. Jestem im bardzo wdzięczny i co dzień o nich myślę: 
o Josianie, Bożym ptaszku, który wyśpiewuje swoją radość i wdzięczność dla Jezusa, ale 
który jest tak 
     
 
     
74 

background image

 
75 
 
głęboki i kochający; o Marii Helenie także, tym słońcu pełnym uśmiechu, który wokół nie 
promienieje radością i pobudza dobrą wolę w każdym; o Janku i wielu innych, których 
zachowuję w sercu i pamięci, a których Pani jest matką... 
    A teraz już Panią pożegnam, Mamo Yanier, ale pozostajemy tak bliscy sobie, że zbyteczne 
jest mówienie sobie: do widzenia! 
    Niech Jezus błogosławi nas wszystkich i zachowa zjednoczonych w tej wielkiej przyjaźni Z 
Katimatik. 
   Marek Lemnens z całą rodziną, Hugonem i wszystkimi z Brukseli... 
   W tym samym czasie pisał ten list do przyjaciółki spotkanej na „Katimavik": 
Moja dobra V! 
    Twój list doszedł do mnie dzisiaj rano: co za promień radości i słońca! Nie przestałem 
zabierać Cię ze sobą, myśleć o Tobie. To rzecz wspaniała! Trzy dni Katimatik i nie przestaje 
się myśleć jedni o drugich. 
    Wobec głębi Twego listu i Twojej duszy czuję się płytki i powierzchowny. Moja V, jeśli 
nazywałaś mnie swym małym braciszkiem, mogę z kolei nazywać Cię dużą siostrą i podać Ci 
rękę, abyś mnie prowadziła i uczyła mnie pogłębiać się duchowo. Jesteś wspaniałą 
dziewczyną. Pewien jestem, że nie żałujesz tej próby, która Cię spotkała, gdyż jest ona drogą 
Bożą, którą Chrystus wybrał dla Ciebie i uznał Cię za godną jej, choćby była najcięższa. 
   Ja także miewam chwile znużenia, zniechęcenia, wrażenie ciężaru zbyt wielkiego na moje 
ramiona i czuję się przytomny. Ale oto przychodzi Twój list, Twoja wyciągnięta ręka i ten 
uśmiech, który odgaduję z odległości setek kilometrów. Nie możesz nawet się domyślić, ile 
dobrego mi przynosisz. Ja także dziś rano śpiewam i wyśpiewuję moją radość Panu: alleluja, 
bo ubzynił dla mnie cud. Panie, zachowaj nas w pokoju i radości i abyśmy nigdy już nie 
poczuli się samotni. V, jesteś cząstką wspólnoty „Troit". Często mówimy o Tobie z Hugonem 
i Patrykiem. Już zaczynałem się niepokoić tym, co było jedynie powolnością poczty. Zresztą 
Ty wiesz, że milczenie nie oznacza obojętności i że nawet bez listów jesteśmy zjednoczeni. 
(Ale jednak to sprawia taką przyjemność, gdy się otrzyma list!). 
    Jestem zbyt ubogi, żeby dać Ci coś innego niż przyjaźń bez granic i moje modlitwy. Nie 
pragnę być branym poważnie. Jestem tylko chłopcem, który Cię kocha i kocha Jezusa jeszcze 
dużo gorzej, niż Ty go kochasz. 
    Teraz Cię pożegnam, ściskając mocno i przesyłając Ci radość, którą sprawił Twój list. 
Mówiłaś mi, że odnalazłaś tylko jedną siostrę, a przecież teraz znalazłaś małego brata, który 
zachowuje Cię w swoim sercu. Kładę moją rękę w Twoją i modłę się do Jezusa o 
zjednoczenie z Tobą. 
    Do zobaczenia i oby Wielki Pasterz zachował nas w jednej owczarni. 
Marek 
   List ten, z datą 22 listopada, jest ostatnim listem, który napisał. 
   W niedzielę 19 listopada poszedł w towarzystwie moim i Yannicka posłuchać, jak Hugo gra 
na organach w kolegium św. Michała. 
   Spędził tam pełne i bogate trzy godziny, uniesiony aż w obłoki przez ulubioną swoją 
muzykę. W istocie Hugo grał to wszystko, o co go prosił Marek: „Raduj się, duszo 
moja".Bacha, tegoż kompozytora „W Tobie jest radość" i wiele jeszcze innych kompozycji 
Bacha i Handla. Ale wrócił do domu cały zmarznięty i uległ przeziębieniu, które miało go 
zabić. 
   We czwartek 23 listopada w ciągu przedpołudnia zatelefonował do mnie ze szkoły, gdzie 
był w swojej klasie, abym przyszła po niego: już zupełnie nie ma siły, a dużą gorączkę. 
Walczył do ostatnich granic, ale teraz wiadomo, że to naprawdę kres jego drogi. 

background image

   Dwa niebezpieczeństwa czyhają na niego: ogólne, gdyż nie ma już białych ciałek krwi, 
broniących organizm przed infekcjami, albo krwotok, ponieważ nie ma już płytek we krwi. 
   Przyjmował te nowe kłopoty ze spokojem i pogodą: „Przecież to tylko grypa" mówił z 
uśmiechem. W ciągu tych ostatnich dni podtrzymują go wspaniale jego najdrożsi przyjaciele: 
ojcowie Roberti i Toussaint, Hugo, koledzy. Pierwsi przynosili mu pomoc duchową, której 
potrzebował, a młodzi swoją wesołość. Codzienny telefon Anny Marii dawał mu dowody 
braterskiej przyjaźni dużej siostry, a my czuwaliśmy u jego boku. 
   W ostatnim tygodniu trochę*mało widywałam go samego. Był bardzo zmęczony, wszyscy 
otaczali go gorącą przyjaźnią, a ja wiedząc, że koniec już bliski, czułam, że dobrze 
pozostawiać mu chwile tak drogiego mu milczenia, które było zawsze najbogatszym czasem 
jego życia. Wieczorami wychodził ze swego pokoju i przychodził do naszego łóżka, wtulając 
się pomiędzy nas, przytulał jak dawniej nos do naszych szyi i mówił: 
— 

Moi drodzy, dobrzy rodzice, kocham was. 

   — 

Nasze serca są złączone na całe życie i po śmierci także — powiedział kiedyś. 

I tak maluch, wtulony pomiędzy dwa bieguny swojej czułości, byłby został przez całą noc, 
powierzając się nam z całą prostotą, dając i otrzymując to najlepsze ze wszystkiego, co można 
otrzymać i ofiarować: swoje serce. 
   W poniedziałek 27-go, mimo wzrastającego osłabienia, podniósł się jeszcze i napisał 
rozprawkę i pracę zadaną z języka greckiego. Był tak zmęczony, że pozwolił mi 
uporządkować książki. 
   Przepisuję tę rozprawkę, gdyż ona dobrze obrazuje zdrowy rozsądek i nastawienie Marka. 
Temat zadany: „Polityka to brud, którym się nie zajmuję". 
   „Jakieś pięćdziesiąt lat temu słowa te mogły się wydawać pełnią cnoty, ponieważ, uważano, 
że aby żyć uczciwie i nie brudzić duszy ani opinii o sobie, należało nie mieszać się do żadnej 
działalności politycznej. Obecnie już nie jest tak. Aby żyć jak człowiek, a nade wszystko jak 
chrześcijanin, trzeba być zaangażowanym i uczestniczyć wraz z innymi w pochodzie 
ludzkości. Jezus Chrystus także nie odgrodził swoich apostołów od świata, trudności, pokus, 
ale posłał ich do środowisk najbardziej pogańskich, najtrudniejszych i najbardziej 
„brudnych". Właśnie zanurzając się głęboko w rzeczywistoścf życia mogli dopiero spełnić 
swoją misję. Wydaje mi się zresztą, że usuwanie się od polityki, dlatego że to „brudna" 
sprawa, jest rozwiązaniem łatwiejszym, małodusznym, jest uchylaniem się od trudności. 
Przede wszystkim jeśli jest ona „brudna", czemu się nie da zaprzeczyć, to najlepszym 
środkiem jej oczyszczenia jest zaprzęgnięcie się do niej, aby ją uczynić czystszą. Łatwo 
mówić temu, kto nic nie robi. Narzekać na politykę, wyłączając się z gry, to rzecz dostępna 
dla wszystkich. Trzeba angażować się w politykę w miarę swych środków i możliwości, zająć 
jasne stanowisko i bronić go za wszelką cenę. Naszym zadaniem tu, na ziemi, nie jest 
zamykanie się w wieży z kości słoniowej w oczekiwaniu na polepszenie się sytuacji. Ona 
właśnie wymaga zanurzenia się w błocie wraz z wilkami. 
   To jest prawdą nie tylko w polityce, ale w całym naszym życiu. Jest zbyt łatwo pozwolić na 
wszystko, abdykować, a potem krytykować. 
   Nie chcę kończyć groszowym frazesem, ale chciałbym zakończyć te kilka słów słowem 
Ewangelii: „To nie ci, co mówią:'Panie, Panie, wejdą do Królestwa, ale ci, którzy pełnią wolę 
mego Ojca, który jest w niebie". 
   Odważny aż do końca, był również spokojny i szczęśliwy. 
   Wtorek 28-go pozostawił nam wzruszające wspomnienie jego ostatniego posiłku w gronie 
rodzinnym. Byli z nami Thierry, Hugo i Anna Maria. Marek był tego wieczoru wierny sobie: 
wesoły, szczęśliwy, pełen życia, rozmowny, pełen humoru i cudownie obecny przy nas. 
Przegawędził aż prawie do północy, zapoznając się z tym, który miał być kiedyś jego 
szwagrem. 

background image

   W środę 29-go wyraźnie ubywało mu sił. Próbował wstać, ale musiał się położyć z 
powrotem, tak był wyczerpany. Był spokojny, uprzejmy, ale czyżby coś przeczuwał? Mówił 
każdemu coś bezpośredniego, wstrząsającego. Poprzedniego dnia ofiarował Annie Marii 
krzyżyk, który-mu dała Maria Helena na Katimaviku, mówiąc jej: 
    — To dla ciebie, Anno Mario. Z dumą nosiłem go na szyi. Teraz ci go daję aby on był 
więzią między tobą a Arche Jana Vanier. 
   Dziś powiedział do lekarza żegnającego go po swej wizycie: 
   — 

Proszę przyjść w tych dniach dać pozwolenie na pogrzeb. 

Wszystko to mówił spokojnie, z pogodą. 
   W czwartek 30-go spowiadał się ojcu Roberti i miał z nim długą rozmowę, jak również z 
ojcem Toussaint i Hugonem, którzy przyszli go odwiedzić po zajęciach szkolnych. We 
wtorek i środę chciał jeszcze się uczyć. Znalazłam go w łóżku zajętego czytaniem „Eugenii 
Grandet". Miał teraz ciągłe pragnienie i dużo spał. Wieczorami jednak wstawał i przychodził 
do salonu, aby spędzić chwilę z rodziną. Kładł się obok pieska mówiąc: 
— 

Pitou, żebyś wiedział, jak cię lubię. 

   Przez pół roku odpowiadał niezmiennie tym, co pytali o zdrowie: „mam się dobrze, 
dziękuję", nawet gdy miał 40° gorączki i silne bóle. Ale teraz odpowiadał: „Teraz już nie 
mam się dobrze". I robił to najspokojniej w świecie. 
   W piątek 1-go grudnia ojciec Roberti przyniósł mi Komunię świętą: pół hostii dla Marka, a 
pół dla mnie. Jakiż to był symbol! Potem była wizyta ojca Toussaint. Następnie miał tę radość 
wielką, że odwiedził go profesor, który go pielęgnował z takim oddaniem przez osiemnaście 
miesięcy i przyjechał specjalnie z Lowa-nium, by okazać przyjaźń Markowi, a nas 
podtrzymać swoją sympatią. Ten krok wzruszył nas głęboko i zrobił Markowi wielką 
przyjemność jako dowód szacunku i przyjaźni. Długo rozmawiał z naszym synem nie jak 
lekarz, ale jak przyjaciel. Znalazł go jeszcze pięknym i pełnym życia. Ponieważ 
powiedzieliśmy mu, że musimy pochylić głowę przed tym, co nieuniknione i możemy 
domagać się cudu, powiedział nam: 
    — Mieli państwo ten cud w zeszłym roku, kiedy mieliście szczęście możliwości zabrania 
syna do domu. 
   Bóg spełnił naszą gorącą prośbę, zanoszoną przez nas od miesięcy o to, aby, gdy nadejdzie 
ostatnia godzina, Marek mógł umrzeć u nas w domu, otoczony przez swych bliskich, w 
pogodzie i spokoju. 
   Nagle zaczęły się gwałtowne boleści i był to początek krwotoku, który miał go wykończyć, 
ale szybko nadszedł wierny przyjaciel Hugo i spędził z nim wstrząsającą wprost godzinę, w 
której ręka w rękę przeprowadzili długą i wspaniałą rozmowę. Była to ostatnia wymiana ich 
myśli, nazajutrz już byłoby na to za późno. 
   Następnie nadeszła Anna Maria, aby spędzić z nami koniec tygodnia. Przeżyła też bardzo 
intensywnie te ostatnie godziny. Następnie przyszła Terenia i Thierry. Marek spędził z nimi 
uroczą godzinę. Był wesół, rozmowny i pełen życia, ale siły go opuszczały. Lekarz domowy 
uprzedził nas, że to był upadek w przepaść, początek końca, mimo pozorów życia. 
   Ogarnął mnie mój dawny niepokój: czy należało powiedzieć Markowi, że umiera? 
Przyrzekłam mu to przecież, przysięgłam nawet. Józef uważał za niepotrzebne dodawanie 
jeszcze tego wzruszenia do atmosfery tak pogodnej, tak opanowanej z obu stron. Ojciec 
Roberti wyjechał do Paryża z sercem ściśniętym, przeczuwając, że Marek nas opuści w czasie 
jego nieobecności. Nie wiedzieliśmy, co zrobić. Wtedy ojciec Toussaint sam przeprowadził 
długą rozmowę z Markiem o wielkich i poważnych sprawach. Uważał, że Marek jest 
wspaniale przygotowany do śmierci, oczekuje Jezusa, ale odradził nam dalsze mówienie o 
tym: czyż tak nie było dobrze? 
   Pozostał z nami przez całą noc na modlitwie przy tym dziecku mającym umrzeć. 
   Przez całą noc Marek oddawał krew. Wlókł się do toalety mówiąc: 

background image

Biedni moi rodzice, jakąż noc wam urządzam. 
   Nogi już go nie mogły unieść, pozycja siedząca nawet wywoływała omdlenie. 
    —  Tatuśku, ja jestem za ciężki dla ciebie — i próbował sam sobie dać radę, ale na 
próżno. Spędził tę noc wyciągnięty w naszym łóżku, blisko mnie, tak jak chorował, gdy był 
mały. 
   W sobotę 2-go grudnia około dziewiątej z rana przybiegł dobry Hugo zdyszany, aby złożyć 
ostatnią wizytę temu, którego istotnie czule dźwigał w swych ramionach w ciągu tych 
miesięcy. Przyniósł mu dwa wspaniałe tomy historii Francji: ostatni podarek. Była to ostatnia 
radość naszego synka; ostatni uśmiech dla przyjaciela! Ale znowu zaatakował go ból bardzo 
gwałtowny. 
— 

Mamusiu, chciałbym już umrzeć. 

   Ileż razy słyszałam te słowa tak straszne dla serca matki, tak okrutne w ustach 
szesnastoletniego dziecka, ale które zdradzały tak ogromne znużenie cierpieniem. W 
Lowanium ja pobudzałam jego wolę życia; teraz milczałam. 
   Około pół do jedenastej lekarz przyszedł zrobić mu zastrzyk dożylny, aby uspokoić zbyt 
silny ból. Stopniowo Marek miał zsunąć się łagodnie w spokój, odpoczynek, oszołomienie, 
śmierć... 
   W tym czasie nadeszło trzech przyjaciół i wychowawca jego klasy odwiedzić go po raz 
ostatni. Marek, zawsze przytomny, przyjął ich mile, powitał po imieniu, wskazał krzesła i 
prosił, aby usiedli. Podziękował im za odwiedziny mówiąc, że to tak miło z ich strony. I 
wytłumaczył się: 
— Nie jestem dziś bardzo rozmowny. 
   Nie wiedząc o tym, żegnał się z nimi w taki sposób jak żył: pogodnie, uprzejmie, okazując 
zajęcie innymi, dyskretnie... 
   Następnie zawołał mnie kilkakrotnie, uspakajając się zaraz, jak tylko usłyszał mój głos. 
Powiedział jeszcze pieszczotliwe słówko swemu tatusiowi. Wreszcie z zamkniętymi już 
oczyma wypowiedział to słowo jak skargę wewnętrzną, jak przeproszenie Boga: — Jestem 
ubogi... 
Potem wielkie milczenie objęło go spokojem. 
   Umarł spokojnie, z ręką w dłoni Anny Marii. Ja nie ośmieliłam się zrobić tego gestu. 
Czułam, że w tej ostatniej godzinie moja obecność musi być ukryta, dyskretna, aby czasem 
nie uczynić oderwania się zbyt trudnym: mój czas dobiega końca. Miejsce przy nim było już 
tylko dla Jezusa. 
    To był koniec... Zostaliśmy sami... tak osieroceni jak dzieci, bezradni. „Zabrakło tylko 
jednej istoty, a świat stał się bezludny". 
   Dał nam szesnaście lat szczęścia, najczystszych radości, jakich mogą doznać rodzice, 
najcudowniejszą przyjaźń, jaką może przeżyć matka w zjednoczeniu z synem. Terenia nie 
miała już braciszka, a Ania straciła połowę samej siebie. 
   Musieliśmy się nauczyć żyć bez niego. Wydawało nam się, że słońce zgasło. Odtąd trzeba 
próbować ożywić w sobie te drogie wspomnienia wspaniałej, ale zbyt rychło zakończonej 
rzeczywistości: życie istoty wyjątkowej, tak ukochanej przez każdego z nas. 
Dziewiętnaście miesięcy trwała nasza walka ze śmiercią, ze łzami, z czarnymi myślami, 
buntem, okrutnym niepokojem o przyszłość bez wyjścia; zmaganie się ze sobą, aby zachować 
pozorny spokój, gdy we wnętrzu wrzała burza — aby uspakajać i dodawać otuchy wtedy, 
kiedy już nie było nadziei. 
   Ale jednocześnie było to dziewiętnaście miesięcy wznoszenia się duchowego, stopniowego 
godzenia się z losem, pogodnego ofiarowywania swojego cierpienia, promieniowania przez to 
cierpienie właśnie. 
   Wszystko to się skończyło teraz. On trzymał się prosto, aż do ostatniego dnia. Co za nauka 
uśmiechniętego męstwa, wierności obowiązkom, radości wyrzeczenia! 

background image

   Teraz już leżał zimny, bez życia, w spokoju, w pokoju ciała nareszcie wyzwolonego! 
   Pokój wreszcie duszy zerwanej przez Jezusa z ostatnim tchnieniem tych dziecinnych ust. 
   Wielka pogoda królowała na pięknej twarzy naszego syna, która stała się od razu obliczem 
nowego świętego. Na końcu bolesnej drogi doszedł do kontemplacji Boga. Pragnął tego 
spotkania. Dla niego cierpienie fizyczne było jedynie drogą do życia wiecznego; jego 
prawdziwe życie przygotowywało się w oczekiwaniu, pokorze i nadziei. 
   Pogodne światło opromieniło tę dziecinną twarz; był to odblask cudownej wizji, której 
blask pozostał. Zaledwie jego oczy zamknęły się na bolesny świat ziemski, a już uśmiechał 
się do piękna niewidzialnego. 
   Taki obraz kojący i słodki pozostał nam z tego „łoża śmierci". Wizja pokoju, mimo 
chwilowego smutku i rozdzierającego pożegnania; twarz dziecka uwieńczona światłem w 
pięknie przedwczesnej dojrzałości. 
   Śmierć bez zmarszczek i starości — prawdziwa młodość na całą wieczność! 
   A więc, Mareczku, tak zostaniesz na zawsze w pamięci tych, co cię znali, w sercu tych, co 
cię kochali i opłakują wraz z nami. Pozostajesz dla nas wspaniale młodzieńczym nosicielem 
wszelkich obietnic, wszelkich zórz, wszelkich nadziei. Umarłeś, ale twarz twoja jest życiem i 
obietnicą życia. 
   Na ciemnym tle choroby, cierpienia i śmierci chciałeś zapisać złotem i światłem krótką, lecz 
piękną historię swego życia. 
   Kim byłeś ty, drogi Mareczku, w którym Bóg upodobał sobie od twego wczesnego 
dzieciństwa? Ty promieniałeś radością, dobrocią; twoja obecność budziła sympatię, twoja 
młodość — szacunek. Ukazywałeś wszystkim nieświadomie swoją ludzką godność. 
   Wspomnienie, które zostawiłeś na zawsze, nie jest wspomnieniem biednego dziecka 
napiętnowanego cierpieniem i przedwczesnym zgonem, ale wspomnieniem istoty wybranej, 
jasnej i świeżej, złożonej z uśmiechu i dobroci, głębi i bogactwa. 
   Wszyscy nasi przyjaciele, którzy przyszli ofiarować nam pomoc, okazać przyjaźń i pomóc 
znosić zmartwienie, odeszli unosząc twój uśmiech, twój pokój, twoją radość: cóż to były za 
kondolencje! Zamiast żeby odeszli przytłoczeni naszymi łzami, złamani własnym 
wzruszeniem, wrócili do swych zajęć codziennych unosząc w sobie twój pokój i twoją siłę. 
Przyszli, aby przynieść swoje biedne ludzkie serca, zbolałe tak jak nasze — a odeszli z duszą 
wezbraną wspaniałą nadzieją: ty nie umarłeś, ty żyjesz w blasku Ojca. Wszyscy wyszli z tego 
pokoju pokrzepieni, pogodni, wzbogaceni swoją dobrocią i twoją radością, pełni cudownej 
pewności, która nagle stała się namacalna; świętych obcowanie urzeczywistniało się we 
właściwym sensie tego słowa. Oni przyszli coś ofiarować, a tymczasem to ty im już 
pomagasz. 
   A ty, mały pastuszku, który biegasz po polu gwiazd i po zielonych pastwiskach Ojca 
Przedwiecznego, pamiętaj o nas wszystkich, twoich przyjaciołach pielgrzymujących na ziemi; 
zostań z nami, zachowaj nas w swojej światłości, uczyń nas silnymi jak ty. Nie opuszczaj nas. 
Pozostań wzorem naszej wiary, symbolem naszej nadziei i kanałem naszej miłości, gdyż 
długa jeszcze droga przed nami. 
   A co do mnie, twojej mamusi, to opłakuję cię bardzo po ludzku, ale cała woda moich łez nie 
potrafi zmyć ciepła, którym przepoiłeś moje serce: bo wierzę, ufam. wiem, że gdy tutaj moja 
mała lampka zagaśnie z kolei, to widząc twarzą w twarz Oblicze Pana, zobaczę znów także 
promienną i piękną twarz mego syna. 
 
 
 
 
 
 

background image

 
ŻEGNAJ! 
    
    
    
   ...Zasnął w pokoju Pana 2-go grudnia 1972 r., otoczony głęboką i prawdziwą przyjaźnią 
tych, którzy go znali i kochali. Po chorobie, którą przyjął, ale do końca stawiał jej czoła, 
odszedł zostawiając swych bliskich w pokoju i radości Jezusa. 
   W ten sposób podzieliliśmy się naszą nadzieją na wejście do nieba naszego drogiego Marka. 
   Ojciec Roberti przesłał wszystkim uczestnikom Katimavik list, tymi słowy zwiastujący 
śmierć Marka: 
„Alleluja, witam wszystkich w Chrystusie. 
   Przeżyliśmy tam godziny pokoju i ognia. Słowo wstąpiło w nas jako życie, które uwalnia, 
wyzwala, rozszerza serca. Jezus był tam płomienny, udzielający się i zarazem kojący w tym 
tajemniczym spotkaniu. Dobrze było zgromadzić się młodym i starszym w cudownej 
Komunii duchowej, która każdego z nas i wszystkich prowadzi do odnowy wewnętrznej. 
   Podczas tych dni przeżytych bardzo blisko z Jezusem, Marek, Patryk, Hugo przez swą 
młodzieńczą świeżość objawiali nam wieczyście młode serce Boga. Dobrze było widzieć ich 
uważnych, skupionych, radosnych, przepełnionych przyjaźnią i odnowioną radością. 
   I oto tej soboty, 2-go grudnia o 12-tej 45 Marek powrócił do domu Ojca, otoczony 
przyjaciółmi. Osiem dni przedtem był jeszcze w klasie, do końca stawiając czoła chorobie, 
która go toczyła od dziewiętnastu miesięcy. 
   Jakże cudowna jest dusza dziecięca, która stała się dojrzała i pełna mądrości, zrozumienia, 
dobroci. Jak cudowne jest to wznoszenie się, które w ciągu lat, przedwcześnie naznaczonych 
chorobą i wysiłkiem, przygotowało go do otwarcia nam drogi, dziś objawiającej się jako 
szeroka, pociągająca i wymagająca. Cudowny jest ten rozkwit duchowy Katimavik, gdzie 
wykazał miarę swoich darów ku olśnieniu innych. 
   Ta serdeczność Marka była łabędzią pieśnią, objawiająca czułość Ojca. W jego cieniu, jego 
mamusia i tatuś, zbolali i zachwyceni zarazem, jego siostra i przyjaciele patrzyli, byli pełni 
wdzięczności, płakali z radości. O tak, dobry jest Pan. Odtąd „ktoś modli się, Panie; zachowaj 
nas, Panie; osusz nasze łzy, Panie..." 
   Piętnaście dni temu Marek pisał list do pani Vanier, żeby jej podziękować za Katimavik. 
List ten jest jakby testamentem radości, której trzeba coraz więcej rozdawać, testamentem 
wierności w całym naszym życiu, wezwania do życia na jego miarę. 
   Dobry Mareczku, który stajesz się z kolei naszym dobrym pastuszkiem! W imieniu „Toit", 
który ty opromieniłeś, Arki, którą tak kochałeś i tych wszystkich, którym pomagałeś, i którzy 
Ci pozwolili dojść do tego dnia spotkania — dziękujemy Jezusowi, dziękujemy za Twoją 
miłość! 
   We środę, 6-go grudnia, święto świętego Mikołaja, o 11-ej pójdziemy do kościoła kolegium 
św. Michała, aby powierzyć Bogu to dziecko wybrane w nadziei, którą budzi w nas jego 
młode życie. 
    
   Jesteśmy wszyscy zaproszeni, aby tam być w zjednoczeniu myśli i modlitwy. I tam jeszcze 
Marek nas poprowadzi. 
   W imieniu Katimavik, Arche, „Toit", jego rodziców dziękuję za zrozumienie go". 
 

    

background image

   W pociągu, którym wracał z Paryża ojciec Roberti, kiedy tylko dowiedział się o śmierci 
Marka, zanotował tych kilka uwag na jakimś skrawku papieru, pozwalając wypowiedzieć się 
swemu sercu: 
   „Marek, — naznaczony przez Światło — jego oczy filuterne — jego umysł przenikliwy — 
to oświecenie wewnętrzne, które go otaczało blaskiem, czyniąc z niego ognisko ciepła i 
światła — przejrzystość Ducha Bożego. 
   Naznaczony cierpieniem — zawsze walczyć — żyć nawet u kresu sił — zawsze 
maksymalnie wytężony, aby być na miejscu dla każdego, nie sprawiać kłopotu, ale być tam, 
aby przyjmować — ten, który wiele otrzymał starań, uwagi, usłużności, jest także tym, który 
najwięcej dał (Katimavik). 
   Naznaczony przez przyjaźń — odkrył ją w wieku, w którym inni może uważają, że już ją 
odkryli. Przeżywał ją jak dorosły mężczyzna, z wyczuciem prawdy, oddania i dzielenia się 
wszystkim, co ją czyni nieśmiertelną. 
Naznaczony przez Jezusa Chrystusa. 
   Marek myślał, marzył o tym, że będzie nauczał. Miał coś do powiedzenia. Przekazał to 
przez życie tak krótkie, że trudno pojąć, jak dalece było pełne. W niewielu latach osiągnął 
dojrzałość tych, których czas przekroczył zwykły wiek człowieka. Marzył o zostaniu 
księdzem, osobą oświeconą. Był nią przez swe cierpienie. Tak dobry dla innych, uświęcił 
ciało, i duszę. 
   W nim celebrowała się Eucharystia. Był zarazem jej kapłanem i ofiarą przez to uśmiercenie 
samego siebie, którego żądało od niego życie, przez to życie dla innych, które konsekrowała 
jego śmierć. 
   Marek odszedł od nas 2-go grudnia w południe. Jeszcze przed ośmiu dniami był w klasie i 
marzył o przygotowaniu się z Hugonem do egzaminów gwiazdkowych. Mareczku, o 
zbolałym ciele, ale o woli tak stanowczej, o sercu przywiązanym do swojej pracy, do tego 
życia w szkole, które tak lubił i które go podtrzymywało aż do końca! Twoje życie na ziemi 
przeobraziło się w życie, które trwa wiecznie. Czyż nie mówiłeś, że nie boisz się śmierci? Dla 
ciebie była ona przebóstwie-niem, przejściem do Tego, który tak cię kochał, skoro .tyle 
zażądał od ciebie. 
   Jako dziecko szesnastoletnie, a już człowiek; który dojrzał w życiu i cierpieniu, odszedłeś, 
zabierają ze sobą twoje odkrycia świata o tyle piękniejszego od tego, który wydaje się znany 
od pierwszego rzutu oka. „W chorobie zbyt często widzi się to, co się traci, a zapomina o tym, 
co się zyskuje: zawiązywanie się głębokich przyjaźni, wyrażanie serdeczności, dostrzeganie 
ideału i dzielenie się nim, cały świat nowy, złożony z odkryć zachwycających. 
   Marek nie stracił Życia, on je zdobył, wszedł w wielką tajemnicę rzeczywistości 
nadprzyrodzonej, którą przeniknął z nieskończonym taktem i dyskrecją, pozwalając się 
ogarnąć Obecności, która w nim promieniowała. 
   Tak, Marku, napełniłeś swe życie tak wielką miłością, że nie możesz już żyć nie kochając. 
Oto twoje powołanie, które rozpocząłeś już między nami, ale będziesz zawsze prowadził 
dalej. 
   Ty jesteś z tych, którzy odtąd będę oświecać nasze życie. 
   Lubiłeś obraz Dobrego Pasterza, którym pragnąłeś zostać, który przedziera się przez krzewy 
i ciernie do swoich owiec, wszystkich owiec. Do tej małej, zbłąkanej i wątłej i do dużej, tej 
silniejszej, ale która też potrzebuje miłości. 
   Twój sposób mówienia o Jezusie, Pasterzu zakochanym w swych owieczkach, przejawiał 
twoje aspiracje i twoje powołanie. Mały pastuszku Boży, jesteś odtąd czujnym pasterzem, 
który nie straci żadnej z tych sobie powierzonych. Tak, myśmy uważali, że opiekujemy się 
tobą, otaczamy cię i bronimy, a tymczasem to ty nas prowadziłeś, wymierzając nam naszą 
cząstkę cierpienia i nadziei w tej serdeczności, którą miałeś dla wszystkich i dla każdego. Ty 

background image

nas kochałeś zarazem jak ojciec i syn, rodząc nas do życia, któreśmy ci dali. Ty byłeś z tych, 
którzy zawsze umieją dawać, gdy otrzymują. 
   Nie możemy ofiarować ci żadnego tytułu. Ty jesteś Marek, naznaczony na wieczność przez 
czułość i światło twojego życia, kochany przez Boga, kochany przez wszystkich, stworzony 
do miłości". 
 

    
   Jak wyjaśnić, jak opowiedzieć tę wstrząsającą Mszę św. w pelniutkim kościele, gdzie ci 
wszyscy, którzy znali mego syna, chcieli go pożegnać? Rodzina, przyjaciele, towarzysze, 
koledzy, sąsiedzi: nawet delegacja z Arche z Trosly przyjechała aż z Francji, żeby być tutaj, 
przy naszym boku, tak jak chłopcy z innej Arki Jana Vanier w Ambleteuse. Miła Josiana 
czuwała przez całą noc przy trumnie tego, którego nazywała „małym braciszkiem". Na 
trumnie położyła małą różową kartkę, na której jej ręka nakreśliła te słowa z psalmu Dawida 
(ps. 45): 
   „Jesteś piękny tą pięknością, której nie mają synowie ludzcy". 
   Dwie klasy, w których przebywał Marek: retoryka była jego normalną klasą i poetyka, do 
której wstąpił w czasie swej choroby, z własnej inicjatywy zorganizowały to całe 
nabożeństwo. Przy ołtarzu siedmiu księży koncelebrowało Mszę św. Ojciec Roberti 
przewodniczył, asystowało mu dwóch Jezuitów, najbliższych Markowi i jego wujowi. 
Wzruszające to było zespolenie tych wszystkich, którzy się doń zbliżyli. Jego wychowawca 
czytał teksty liturgiczne, jego przyjaciele grali na gitarze, jego najdroższy Hugo grał na 
organach z oczami pełnymi łez. Co za krzepiąca serdeczność ofiarowana nam przez 
wszystkich, których on kochał! Wybrany przez nich werset Ewangelii przyniósł nam 
przypowieść o pannach mądrych i o talentach. 
   Następowały hołdy przyjaciół. Franciszek w imieniu klasy retoryki wyrzekł te piękne 
słowa: Marku, w imieniu moich przyjaciół przychodzę wyrazić ci naszą wdzięczność i 
szacunek. Jesteś dla nas wzorem, przykładem wytrwałości i odwagi, ponieważ znosiłeś swoje 
cierpienia cierpliwie i z nadzieją. Wiemy, że cierpiałeś dla nas; jest to przykład oddania, gdyż 
poświęciłeś życie innym. Nie żyłeś dła siebie, ale dla innych i przez innych; byłeś przykładem 
dobrego humoru, ponieważ promieniałeś radością; wzorem wiary, gdyż Bóg cię 
    
doświadczył: dał ci ciężką próbę, a ty nie zwątpiłeś w Jego dobroć. Zrozumiałeś, kim jest 
Bóg, a On zrozumiał, kim ty jesteś. On spełnił twoje pragnienie, ponieważ dzisiaj jesteś z 
Tym, którego tak kochałeś. 
   Tak, Marku, jesteś wzorem dla mnie i dla nas wszystkich tu zgromadzonych, którzy cię 
znali. Pozwól mi powiedzieć: nie jesteś umarły, Marku, nigdy jeszcze nie byłeś tak żywy. 
Dziękuję ci za wszystko, co dla nas uczyniłeś w ciągu swego ziemskiego życia. Dziękuję ci za 
wszystko, co jeszcze uczynisz, ponieważ odtąd będziesz działał w naszych sercach. Jeśli cię 
wezwiemy, odpowiedz na nasze wołanie, bo jesteśmy słabi. Ty osiągnąłeś swoje niebo, 
dopomóż nam osiągnąć nasze zbawienie". 
   Następnie Régis odczytał wzruszające pismo Patryka, kalekiego przyjaciela: 
   Drogi Marku, dziękuję ci za twoją pomoc, zarówno duchową, jak materialną. Dla ciebie nie 
istniała pierwsza osoba w liczbie pojedynczej; w czasie Katimavik ty prawie nie jadałeś, aby 
się móc pełniej zająć mną. W ostatni poniedziałek, pomimo twej choroby, chciałeś koniecznie 
przyjść do szkoły, ponieważ tam byłem. To, co mnie uderzyło w tobie, to twoja wrażliwość 
na potrzeby innych: oddawałeś mi przysługi, zanim cię o nie prosiłem. I co więcej, 
zachowywałeś uśmiech we wszelkich okolicznościach. Kiedy ojciec Andrzej (Roberti) 
powiedział mi, że jesteś już bardzo zmęczony, nie mogłem w to uwierzyć. 

background image

   Dziękuję ci, Marku, byłeś mi wiernym towarzyszem. Za każdym razem, gdy będę miał 
jakieś trudne chwile, pomyślę o twoim uśmiechu, twojej wspaniałomyślności, o twojej 
radości w cierpieniu. Marku, módl się za nas wszystkich. 
Wreszcie hołd Hugona: 
   „Mój drogi Marku! W ciągu tych wszystkich dni, których Pan ci udzielił, w ciągu tych dni 
opromienionych moją głęboką przyjaźnią z tobą, mogłem dotykać, szanować i kochać twoje 
życie, ten cudowny haft, jaki wyszyłeś swoim uśmiechem na kanwie cierpienia. Niezrównane 
dziedzictwo... W subtelności twojego dzieła kryje się twoja delikatność i wrażliwość, rodząca 
kontakty, uszanowanie... miłość. 
   Miłość do Chrystusa, do twojej rodziny, przyjaciół, dzieci, nieszczęśliwych... do Człowieka. 
To oddanie się twoim braciom, ludziom. 
   W pięknie twojego dzieła tkwi piękno twojego serca, twojej duszy, twojego spojrzenia, 
rodzącego szczerość, lojalność, skupulatną uczciwość, sprawiedliwość. 
   W spokoju twojego dzieła mieszka twój spokój, twoja pogoda. 
W prostocie twego dzieła tkwi twoja pokora. 
W jego bieli — twoja czystość. 
   Twoja doskonałość — w doskonałości twego dzieła. 
   Jakość twego dzieła przejawia jakość twórcy, znającego doskonale trud życia. Był to 
pracownik dzielny aż do heroizmu. 
   Sztuka, którą objawia twoje dzieło, jest dziełem artysty, którym jesteś: kochałeś wszystkie 
formy sztuki aż do kwiatów, których serca poznałeś przez swoje serce i swą głębię. 
   Radość! Radość śmiania się aż do łez, szczęście uśmiechu. Jakiż piękny jest twój uśmiech! 
   Za to dzieło, które wyhaftowałeś swym uśmiechem na tle cierpienia... 
Niezrównane dziedzictwo — dziękuję, Marku!" 
   Nasza miła Josiana ofiarowała swemu młodemu przyjacielowi cudowne „Magnificat" 
głosem tak czystym, tak przejmującym, że zdawało się prawie, iż jesteśmy już w niebie z 
Markiem. 
   A oto homilia ojca Roberti: „Drodzy rodzice, przyjaciele i ci wszyscy, którzy znaliście 
Marka! 
   Zgromadziliśmy się dziś rano, aby zgłosić w spokoju drogę życia, które przedwcześnie 
przerwane objawia nam nagle intensywność, głębię tego, który je przeżył. Tak, ta Msza 
Święta, która powinna by być mszą rozpaczy, ponieważ rozważamy odejście 
szesnastoletniego dziecka, staje się mszą dziękczynną, ponieważ stykamy się już z dziełem 
tego chłopca, promiennym, kojącym. 
   Tak, Marek przez dziewiętnaście miesięcy przeszedł ciężką drogę cierpienia. W ciągu 
dziewiętnastu miesięcy walczył wspierany i podtrzymywany przez tych wszystkich, którzy 
mu pomagali; a dzisiaj, bracia, nie obchodzimy końca tego cierpienia, ale wejścia do chwały 
tego, kto przez swoje cierpienie osiągnął te wymiary, które Ojciec Niebieski nam obiecał. 
   Chcemy podziękować Panu podczas tej Eucharystii za to, że umieścił na naszej drodze 
młodzieńca o mocy duchowej Marka, który otworzył nam horyzonty może już znane, ale 
które dzięki niemu zostały nam przybliżone, pogłębione tak, jak byśmy sobie tego nigdy nie 
wyobrazili. 
   Chcielibyśmy uczynić z tej Eucharystii Eucharystię nadziei, ponieważ tam, w górze, Marek 
pierwszy ją otrzymał, ofiarował z kolei Ojcu wraz z Jezusem, który był w całym jego życiu 
jego ideałem, jego Bratem, jego wzorem i przykładem. Marek marzył o uczynieniu ze swego 
życia czegoś, co by służyło innym; marzył o tym, aby stać się profesorem, księdzem, 
całkowicie oddanym Bogu. 
   I oto dzisiaj to nauczanie jego przychodzi nie przez słowa, ale przez serca i duszę, wstrząsa 
naszymi sercami i duszami. To kapłaństwo nie będzie oficjalną czy zewnętrzną konsekracją 
długiego przygotowania i życia całkowicie oddanego. Swoje kapłaństwo on przeżył na 

background image

krzyżu, przeżył w promieniowaniu i przejrzystości swej duszy. Odtąd żyć będzie ofiarowując 
nas wszystkich Ojcu. 
   Pomiędzy błogosławieństwami, które Jezus stawia nam na wzór, jest może jedno, w którym 
możemy szczególnie odnaleźć zestawione nam przesłanie Marka: „Błogosławieni pokój 
czyniący"... Marek był czy-nicielem pokoju. Zawsze, wszędzie tam, gdzie żył, lubił łączyć, 
gromadzić, chronić, ratować, bronić. Czyż nie był tym dzieckiem, które jako malec widząc, że 
mucha tonie w kałuży, pochylało się i podsuwało jej źdźbło trawy, aby ją ocalić! Czyż nie był 
wszędzie, gdzie żył, znakiem tego zrozumienia i zaufania, które tak lubił wokół siebie? I 
chociaż jego życie ułożyło się w kształt krzyża, to czyż on na swym szpitalnym łożu nie był 
źródłem promiennych radości, nadziei, które rozjaśniały jego piętro w szpitalu? 
   I gdy na chwilę zwrócono mu zdrowie, to wracając do klasy, między swych kolegów i 
jeżdżąc do Ardenii, uradowany naturą, którą tak kochał, czyż nie był i tu czynicielem pokoju, 
tym, który widzi rzeczy od wnętrza i nadaje im sens i piękno? Wreszcie w ostatnich 
tygodniach swego życia, wtedy gdy ze strony jego bliskich wszystko już było ofiarowane i 
jakby z góry poświęcone, czyż nie doznał tej łaski, że przeżywał wraz ze swymi przyjaciółmi 
i bliskimi, tymi wszystkimi, których zachowywał w głębi serca, to cudowne doświadczenie na 
takich rekolekcjach, gdzie Jezus mógł mu powiedzieć: „Marku, czekam cię, przyjdź do Mnie, 
Marku, tyś w krótkim czasie dokonał wielkich rzeczy. Wejdź do wesela Pana twego?" 
   Bracia moi, wobec posłania takiego życia możemy tylko dziękować. Rzecz prosta, nasze 
serca są złamane. Naturalnie, muszą płynąć łzy, ale spośród naszych łez wznosi się hymn 
nadziei. Tak, Bóg jest dobry. Tak, uczynił cuda, gdyż sercu tego szesnastoletniego chłopca 
dał światło i siłę pięćdziesięcioletniego mężczyzny. Chcemy Mu za to podziękować, za 
wszystko, czym nas obdarzyło dojrzałe życie Marka, za wszystko, co jego ludzkie życie 
chciało uświęcić! 
   Dzisiejsza ranna Eucharystia będzie śpiewem Nadziei dla tych, którzy przez Marka 
otrzymali od Jezusa znak Jego przyjaźni, którzy wiedzą, że ta rozłąka ziemska pozwala 
wierzyć w wieczną łączność, w wieczną wspólnotę. Niech nasza dzisiejsza modlitwa, 
ofiarująca Bogu jego bliskich, powierzająca Mu nasze zmartwienie i nasze łzy, uczyni z tej 
Eucharystii żywy znak pokoju, który zostawia nam Marek". 
   Wśród ogólnego wzruszenia nabożeństwo toczy się dalej, ze wszystkich serc płynie ta sama 
modlitwa: Ojcze nasz... 
„Ojcze nasz, niech się stanie wola Twoja..." 
...„Minął już czas jego wiary i nadziei, 
On widzi, żyje, kocha" 

(Święty Augustyn) 

   I podczas gdy organy przekazują nam to „Alleluja" Handla, tylekroć słyszane w trudnych 
chwilach, cichutko Marek od nas odchodzi: 
   „Małe ziarnko zboża, jeśli ty nie obumrzesz..." Do widzenia, braciszku, zachowaj nas w 
swym świetle. 
 
 
 
 
 
 
 
OPINIE 
    
    
    

background image

   Z Bengalore w Indiach, gdzie Jan Vanier dowiedział się o śmierci Marka, przyszła ta 
cudowna depesza: „Niebo z nim jest jeszcze piękniejsze". 
   Od zaprzyjaźnionego lekarza, który leczył naszego syna, otrzymaliśmy ten list: 
    „...Wraz z wami jestem głęboko zasmucony. Ci, którzy znali Marka, nie mogli nie doceniać 
tej duszy wybranej, promieniowania jego młodego umysłu,jego tak jasnych sądów o rzeczach 
i osobach z jego otoczenia. Jesteśmy pełni podziwu wobec tego życia, które wprawdzie było 
krótkie, ale tak bogate — i jesteśmy wdzięczni za przedziwną naukę przez niego 
pozostawioną: dzielność, której dowiódł w ostatnim roku. 
    A więc, jeśli przejście z tego życia do innego, prawdziwego, pozostawia pustkę tym, co 
zostają, nie płaczcie, bo jest teraz bliżej was niż kiedykolwiek. Jest tam, w niebie „waszym 
aniołem", który czuwa nad każdym z was, a także nad tymi, którzy mieli szczęście, tak jak ja, 
poznać go i docenić". 
Jego kardiolog napisał nam te słowa: 
    „To odejście było rozdzierające i zawrotna jest pustka pozostawiona przezeń, a jednak 
mało ludzi, których znam, potrafiło tak rozjaśnić cierpienie i dostrzec w nim tyle nadziei, co 
Marek. Jeśli odszedł od was, pozwólcie mi powiedzieć wam, że ta nieobecność fizyczna 
wydaje mi się zastąpiona przez obecność moralną tak intensywną, że zdaje mi się 
prawdziwszą. Marek zostawia wam posianie człowieka, który cierpiał z tak wielką nadzieją, 
że nie mógł ukryć głębokiej radości, która go ożywiała. Jego świadectwo pozostanie dla 
mnie'zawsze żywe i pomoże mi. jestem pewny, przeżyć trudne chwile mego życia". 
   Młoda przyjaciółka, która przeżyła blisko Marka dni Katimavik, zwróciła do Marka gdzieś 
poza śmierć te wstrząsające słowa: 
    „Tyle otrzymałam! Wiem, Marku, że mogę dalej liczyć na ciebie; na twoją obecność przy 
mojej modlitwie. I gdybym kiedyś miała doznać twojej męki, przyjdź i pomóż mi, bo nie 
jestem pewna tego, czy bym miała twoją odwagę i twoją wiarę..." 
   W chwili odejścia serce twoje dojrzało całą miłość Pana, którego tak ukochałeś i to było 
czymś tak pięknym, że zostawiłeś nam swój cudowny uśmiech, i słodką nadzieję, która mnie 
nie opuszcza". 
 

    
   Do tych świadectw powinniśmy jeszcze dołączyć nasze własne. 
   Dla nas, rodziców Marka, wyłania się istotna nauka z tego krótkiego i pięknego życia i tych 
dwóch ostatnich lat, tak bolesnych, ale tak bogatych: że nigdy łaska Boża nie zawodzi tych, 
którzy w Nim złożyli swoją nadzieję i wzywają Jego pomocy. 
   „Dobrze jest mieć syna, ale lepiej jeszcze jest uczynić 7 niego człowieka" — napisałam 
zaczynając te kilka kartek. Powierzyliśmy nasze dziecko Bogu, prosząc Go o światło i siłę dla 
tej drogiej istoty, którą On sam nam dał. On nas nie zawiódł. Uczynił z naszego syna nie tylko 
człowieka i chrześcijanina, ale nadto wybrańca Swej miłości, przedmiot Swej czułości, dając 
Markowi jego powołanie i odwagę odpowiedzenia nań; mierząc Swą łaskę potrzebami, 
odpowiadając na osobiste posunięcie Marka przez bardziej poufne zbliżenie, zagarniając całą 
jego istotę, dając mu nieoceniony dar życia wiecznego w kwiecie młodości, oszczędzając mu 
rozpaczy naszych błędów i wstydu naszych upadków. Alleluja! 
   Na pewno jest puste miejsce w naszym domu i puste są także nasze ręce, ale nasze serca są 
pełne, a nasze dusze w spokoju, który Jezus obiecał ludziom dobrej woli i udziela go tym, 
którzy o to proszą. Nasze słowa nie są biernym poddaniem się lub bolesnym zgodzeniem się z 
losem: one są podzięką i wdzięcznością. Bóg uczynił nam wielkie rzeczy: „nasza ostatnia 
gałązka wyrosła aż do nieba" — mówił ojciec Roberti. Tam, gdzie jest skarb twój,, tam jest 
też twoje serce. Dla nas śmierć nie jest końcem zużytego ciała i zblazowanego ducha. Jest ona 

background image

narodzeniem się do życia wiecznego, wejściem do królestwa radości i pokoju. Już nas tam 
czeka nasz młody i piękny Marek, jak latarnia morska w nocy! 
   I drugie jeszcze świadectwo, które chcemy głosić i podzielić się nim, to ogromna 
wdzięczność, którą mamy w sercu dla tych wszystkich, którzy okazali nam pomoc i przyjaźń. 
To w doświadczeniu poznaje się prawdziwych przyjaciół. Często, gdy śmierć puka do drzwi, 
człowiek pozostaje sam ze swym zmartwieniem. Ale my jesteśmy bogaci w przyjaźń, 
obsypani sympatią w sercu cudnego świata dobroci i wspólnoty. Tak. Marek odszedł. Ale nie 
zostawił nas samych. Całą czułość ludzką, na jaką zasłużyła jego dzielność i radość 
wewnętrzna, zostawił nam wraz ze swoją wiarą, swoją siłą i pokojem. Dziękujemy tym 
wszystkim, którzy otaczają nas przyjaźnią przez pamięć o Marku. 
   Dziękujemy za to, że umieli odgadnąć Marka, pokochać go i pomów mu. Dzięki za 
zachowanie w sercu wspomnienia o dziecku umiłowanym przez Boga, a w duszy obrazu 
życia, w którym wszystko było wspólnotą i radością. 
   Na zakończenie tych słów, zapisanych ku pamięci naszego syna i przeznaczonych dla tych, 
którzy go znali, nie mogę zrobić nic lepszego, jak przepisać tę modlitwę, ułożoną przez 
Marka i znalezioną nie skończoną jeszcze w jego osobistych notatkach: 
   „Panie, chcę Ci ofiarować ten dzień wesoły czy smutny, dobry czy zły. Proszę, abyś przyjął 
wszystkie moje radości i cierpienia, które ofiaruję za zbawienie ludzkości i własne. 
   Panie, pomodlę się najpierw za zmarłych, za babcię Lemmens, dziadków D'ao?t, księdza 
Chariot, proboszcza z C, a także, Panie, za tych wszystkich, za których nikt się nie modli, za 
zmarłych minionych wieków, za wszystkich zmarłych zapomnianych. W wielkim Swym 
miłosierdziu przebacz im grzechy i przyjmij ich do Swego Królestwa. 
   Modlę się także, Jezu Krzyża, szpitali, więzień, Jezu cierpienia, za wszystkich, którzy 
cierpią ciałem czy duszą. Oświeć ich, Jezu, i daj im odwagę konieczną do przetrzymania 
próby bez buntu i załamania. Przyjmij te cierpienia jako skromne zadośćuczynienie za 
wszystkie nasze grzechy. 
   Nie zapomnij, Panie, zwrócić spojrzenia na mamusię. Zachowaj zawsze fę odwagę, tę 
wiarę, tę dobroć macierzyńską, którymi ją obdarzyłeś. Zachowaj ją jak najdłużej i oszczędź 
jej zbyt ciężkich prób. Podtrzymaj również tatusia w jego trudnym zawodzie. Pomóż..." 
   I tu modlitwa Marka pozostała w zawieszeniu. Może ja sama przerwałam ją wchodząc do 
jego pokoju, gdy pisał? Niech więc Jezus pozwoli mi podjąć pióro wypadłe z jego ręki i w 
jego imieniu zakończyć tę modlitwę: 
   „Panie, pobłogosław mego drogiego dziadka. Daj szczęście Tereni i weź za rękę moją 
siostrzyczkę Hanię. Opiekuj się moją rodziną, a przede wszystkim wujkiem Jerzym, który 
pracuje przy Twoim żniwie. Bądź blisko przy ojcach Roberti i Toussaint, w których poznałem 
Twoje oblicze i blisko tych wszystkich, którzy pomogli mi żyć i umrzeć. Bądź 
przewodnikiem i przyjacielem tych wszystkich, którzy byli mymi przyjaciółmi: Heleny, 
Denisa, Patryka, Hugona, Guy, Régis, Roberta, Thierry, Filipa, Wincentego, Anny Marii, 
Ksawerego, Weroniki, Kołaty, Jana Piotra, Marii Chantai... i tych, których imiona Ty znasz, 
Gdyż wybrałeś ich, Panie, Aby Ci służyli w Twej obecności! 
Amen". 
 
EPILOG 
    
    „Marek" — to utwór nietypowy. Jego autorka nie miała najmniejszego zamiaru tworzyć 
dzieła literackiego i nie wartości literackie utworu są tu najistotniejsze. Jest to wzruszające 
zwierzenie matki, która utraciła syna. Jest to pomnik wystawiony nie samemu synowi, ale 
niepojętnej Miłości Boga, która objawia się w cierpieniu, która cierpienie czyni szczęściem. 
     — Czy to możliwe? - zapyta niejeden po przeczytaniu tych wspomnień. Uderza nas i 
oszałamia zawarta tam prawda i świadectwo wiary w Boga, bo przecież nie chodzi tutaj o 

background image

żadnego świętego, któremu na ołtarzu zapalamy świeczkę i który jest nam tak daleki, że już 
nie stawiamy go w szeregu normalnych ludzi. Uznajemy go i czcimy, ale zawsze jest to ktoś 
spoza naszej „sfery", nieosiągalny wzór i często nawet nie próbujemy się do niego zbliżyć. 
Rzeczywiście kochamy tych naszych świętych, ale jednocześnie ustawiamy się daleko od 
nich, tak jakby święci rodzili się już świętymi. 
    Marek to przede wszystkim zwyczajny człowiek, to ktoś spośród nas, ktoś z tych czasów. 
Wypada więc podziękować matce Marka, że zechciała napisać tę opowieść o swoim synu, o 
miłości i cierpieniu. Dla nas te wspomnienia są cenne z jeszcze innego powodu. Ciągle zajęci 
jesteśmy sobą i ciągle nam się wydaje, że inni także tylko myślą o sobie. Nie wierzymy 
ludziom, nie wierzymy w istnienie życzliwych, bezinteresownych ludzi. Narzekamy na 
znieczulicę. Czynimy źle posługując się uogólnionymi sądami. Te karty przywracają wiarę w 
przyjaźń, bezinteresowność, serdeczność Marek mial tak wiele przyjaciół, bo sam byt 
przyjacielem. Tacy ludzie są wśród nas. Wyciągnijmy do nich ręce, a utworzymy wielki krąg. 
Marek będzie wśród nas. 
'Katimavik — w języku eskimoskim znaczy „spotkanie" — jest to zgromadzenie braci i sióstr 
z Jezusem, przez cztery dni pod natchnieniem Ducha Świętego, a kierownictwem Jana Vanier 
młodzi i ci, co się przyłączają do nich, przeżywają objawienie się Jezusa. Jego oddanie 
ludziom, dzielenie się z nimi sobą. 
2Jan Vanier, syn generała Vanier, gubernatora Kanady, podjął się dzielić życie 
upośledzonych umysłowo i od 1965 r. żyje w Arche, w Trosly-Brenil (Oise). Będąc doktorem 
filozofii, profesorrem w Toronto, spotyka się ze wszystkimi ośrodkami ludzi z marginesu 
społecznego, przebiega cały świat, odpowiada na wezwania ludzi młodych.