background image

J

AKUB 

Ć

WIEK

  

HEROLDOWIE JOE BLACKA 

 

 

„Nie ma żadnych omenów. Los nie wysyła heroldów. Zbyt jest na to mądry lub zbyt 

okrutny.” 

„Portret Doriana Graya” Oscar Wilde 

 

„Dawno, dawno temu…” 

cz.1 
Heroldowie 
1. 

Niech w waszych duszach zagości strach, 
Ankou prawdziwym jest władcą zjaw. 
Okryty płaszczem utkanym z nocy 

Kiedy go spotkasz, nie szukaj pomocy. 
Chudy dziadyga, stary wóz, szkapa 
Obwieszczą twój koniec… i koniec świata.
 

– Stewart. 
Głos  Matki  wyrwał  go  z  transu.  Chłopiec  niechętnie 

podniósł  oczy  znad  książeczki  i  posłał  rodzicielce  pełne 
wyrzutu  spojrzenie.  „Zawsze  wiesz,  kiedy  się  czepić,  by 
zepsuć  zabawę,  nie?”,  pomyślał.  „Oboje  z  tatą  jesteście  w 
tym  najlepsi.  Mistrzowie  świata  w  czepianiu  się  Stewarta 

Crane’a.”  

– Słucham? – wycedził. 
Matka zamachała mu przed nosem portfelem Ojca. 
– Tata zapomniał go zabrać. Podskocz tam szybciutko, żeby nie było scen przy kasie. 

Wiesz, że ojciec nie lubi takich nerwowych sytuacji. 

Wiedział o tym doskonale. Przez tę właśnie nerwowość, wszyscy, od Ojca począwszy, 

a  na  siedzącej  obok  Stewarta  dwuletniej  Suzie  kończąc,  mieli  na  sobie  identyczne, 
różniące  się  tylko  rozmiarem,  koszulki.  Widniała  na  nich  gęba  tego  durnego,  modnego 
ostatnio, literackiego bohatera – czarodzieja Oliego Cromwella i logo wydawnictwa Ojca, 

które „miało zaszczyt” wydawać tę żenadę. „Nie denerwuj taty”, usłyszał rano. „Wiesz jak 
nie lubi takich nerwowych sytuacji.” A teraz wszyscy wyglądali jak idioci. 

Wziął od Matki portfel i burcząc cicho pod nosem wysiadł z samochodu. 

• • • 

Stacja Shell, na której się zatrzymali, jak zresztą wszystkie stacje tej firmy na całych 

niemal wyspach, wyglądała teraz bardziej na skrawek świata wyciągnięty wprost z „Rob 
Roya” niż współczesną placówkę „muszelki”. Wejście do sklepu i wszystkie dystrybutory 
zabudowano makietami  udającymi  karczmę,  drzewa,  krzaki,  studnie,  a  nawet  wygódkę. 
Tu  i  ówdzie  porozstawiano  tajemnicze  drogowskazy  i  papierowe  menhiry,  a  całości 

dopełniał, pomalowany na zielono, podjazd. 

Pomimo  starań  dekoratorów żadna  z  ozdób  nie  zainteresowała  jednak  Stewarta  na 

tyle, by poświęcił jej choć przelotne spojrzenie. Jego uwagę przykuł dopiero wiszący przy 
wejściu  plakat.  Z  zapowiadającego  najnowszą  hollywoodzką  superprodukcję  afisza 
spoglądał  nań  staruszek  Connery  w  zielonym  wdzianku  leprechauna  i  z  wielkim 

 

Brak ilustracji w tej wersji pisma

 

background image

pistoletem  w  ręce.  Pod  spodem  umieszczono  tytuł  i  hasło  reklamowe,  które  brzmiało 
„Skradli  mu  złoto  –  wrócił  po  swoje”.  Chłopiec  skrzywił  się.  W  całym  swoim 
jedenastoletnim życiu nie słyszał ani nie czytał jeszcze niczego głupszego. 

Zbliżył się na tyle, by fotokomórka raczyła go zauważyć i rozsunąć drzwi. Wszedł do 

środka.  

Od  razu  dostrzegł  Ojca  (przydrożna  stacja  Shell  nie  byłaby  w  stanie  ukryć 

przyprószonych  siwizną  sześciu  stóp  i  dwóch  cali  w  kretyńskiej  koszulce)  i  podszedł  do 
niego zanim zaczepił go któryś z przebranych za „chochlika tęczy” pracowników.  

– Zostawiłeś w samochodzie – powiedział, podając mu portfel. 
Ojciec skinął głową i uśmiechnął się. 
– Dzięki mały czarodzieju – rzucił wesoło. – Kupić ci coś? 
– Nie tato – wycedził Stewart. – Jakoś nie mam na nic ochoty.  
Podniósł  z  półki  pierwszy  lepszy  komiks  i  udał,  że  pogrąża  się  w  lekturze.  Ojciec 

wzruszył ramionami, wrzucił do koszyka jeszcze kilka drobiazgów i ruszył w stronę kasy. 

• • • 

Do samochodu wrócili razem. Ojciec podszedł do bagażnika i położył torbę na ziemi. 

Wyjął z niej paczkę chipsów. 

– Daj to do mamie – polecił. – Schrupiemy po drodze.  
Chłopiec skinął głową. Otworzył drzwi samochodu, pochylił się, by wsiąść i zobaczył 

swą książkę w pulchnych dłoniach Suzie.  

– Zostaw to, ty mały złodzieju! – wrzasnął. 
Matka odwróciła się błyskawicznie. 
– Co się dzieje? – zapytała surowo. 
–  Ona  wzięła  moją  książkę  –  odparł  Stewart  wzburzonym  głosem.  Zdążył  już 

dostrzec świeżo zagięty dolny narożnik okładki. – Zaraz ją podrze. 

Matka pokręciła głową. 
– Nie wygłupiaj się, Stewarcie, i nie rób nerwowej atmosfery. Twoja siostra jest po 

prostu ciekawa, co ty tam czytasz. Poza tym zaraz ci ją odda, prawda Suzie? 

Dziewczynka  posłusznie  oddała  książkę  bratu.  Niemal  w  tym  samym  momencie 

usłyszeli trzask zamykanej klapy i po chwili wsiadł Ojciec. 

– Co to były za krzyki? O jaką książkę chodzi? – zapytał. 
Mama wzruszyła ramionami. 
– Twoje dziecko uparło się, by nam coś poczytać na głos.  
Postanowiliśmy poczekać z tym na ciebie. – Odwróciła się w stronę syna i posłała mu 

wymowne spojrzenie. – Myślę, kochanie, że możesz już zaczynać. 

Dusząc  w  sobie  przekleństwa  (nie  zamierzał  wszak  robić  nerwowej  atmosfery), 

Stewart  otworzył  książeczkę  na  pierwszym  lepszym  wierszyku.  Odczekał,  aż  zamruczy 
odpalony  silnik,  a  na  przednim  siedzeniu  zaszeleści  otwierana  torba  chipsów.  Potem 
zaczął czytać. 

• • • 

Boisz się kruków? I słusznie, mój panie 
Lecz bój się także, gdy nad rzeką staniesz 

background image

A odzież skrwawioną prać będzie starucha 
Bo bliski już dzionek, gdy wyzioniesz ducha.
 

–  Czy  naprawdę  nie  ma  w  tej  książce  niczego  innego,  niż  te  krwawe  wierszyki?  – 

zapytał Ojciec. Nosił się z tym pytaniem od pierwszej przeczytanej przez syna rymowanki, 
wtedy jednak postanowił dać książce szansę. Teraz, siedem rymowanek później, zmienił 
zdanie. 

Stewart wzruszył ramionami. 
–  Ma  jeszcze  rysunki  –  powiedział.  Zaraz  jednak  dorzucił:  –  Ale  nie  wiem,  czy 

chciałbyś je obejrzeć. Są trochę… upiorne.  

Matka kolejny raz zaszeleściła trzymaną na kolanach torebką chipsów. Wyjęła jeden 

niepołamany i włożyła do ust mężowi.  

–  Zastanawiam  się,  kto  wydaje  takie  głupoty  –  stwierdził  Ojciec  mlaskając.  –  Jaki 

jest tytuł tego koszmaru? 

–  „Heroldowie  Joe  Blacka”,  Tato  –  odparł  chłopiec.  Niepewnie  zerknął  na  profil 

Matki i dodał: – A wydało ją twoje wydawnictwo. W zeszłym roku. 

W samochodzie zapanowała niezręczna cisza. Ojciec przestał mlaskać, a ręka Matki 

zamarła  we  wnętrzu  torebki.  Nawet  Suzie,  wyczuwając  wiszącą  w  powietrzu  burzę, 
przestała mówić do siebie i włożywszy kciuk do buzi czekała na rozwój wypadków. 

Stewart  poczuł  się  nagle  w  obowiązku  znaleźć  choć  jeden  wierszyk,  który  mógłby 

naprawić  sytuację.  Choć  jeden,  z  którego  Ojciec  mógłby  być  dumny.  Szybko 
przekartkował książeczkę i znalazłszy zaczął czytać. 
Krzykiem zwiastuje smutną nowinę  
Banshee, co z głosu mocnego słynie. 
Gdy arią raczy ten widmowy śpiewak 
Przyjdzie słuchaczom pójść prosto do nieba.
 

–  To  już  nie  jest  takie  złe  –  skomentowała  Matka,  uśmiechając  się  nerwowo.  – 

Właściwie to myślę, że… 

Gdzieś z oddali dobiegł ich nagle potworny, świdrujący uszy wrzask.  Przestraszony 

Ojciec skręcił gwałtownie i samochód z impetem uderzył w słabą barierkę. Za nią była już 
tylko przepaść…  
 

2. 
Kobieta  z  całej  siły  pchnęła  drzwi  i  wybiegła  z  chaty.  Podtrzymywana  ręką, 

niedopięta  spódnica  i  stary  katalog  z  kosmetykami  w  zaciśniętej  pięści  wyraźnie 
sugerowały miejsce, które musiała w pośpiechu opuścić. 

– Co się stało? – zawołała, usiłując przekrzyczeć wrzask. Nie usłyszała odpowiedzi, 

ale  tak  naprawdę  wcale  jej  nie  potrzebowała.  Wszystko  rysowało  się  przed  jej  oczami 
nadzwyczaj wyraźnie. 

Pierwszym, co dostrzegła wybiegając z chaty, był przewrócony pieniek i rozrzucone 

drewno. Ułamek sekundy później jej wzrok zarejestrował wystającą zza pieńka ruszającą 
się  nogę  i  rękę  uzbrojoną  w  zakrwawioną  siekierę.  Niedostrzegalna  z  punktu  widzenia 
kobiety  reszta  ciała  właściciela  obu  kończyn  dawała  o  sobie  znać  jedynie  werbalnie. 
Potwornym wrzaskiem. 

Kobieta  odwróciła  się  na  pięcie  i  wbiegła  z  powrotem  do  chaty.  Gdy  wróciła, 

spódnica  była  już  zapięta,  a  w  dłoni  zamiast  katalogu  trzymała  apteczkę.  Podbiegła  do 

wrzeszczącego  i  pochyliwszy  się,  uderzyła  go  z  otwartej  dłoni  w  twarz.  Mężczyzna, 

background image

olbrzym  o  porośniętej bujną rudą brodą twarzy  i wyglądzie pogromcy barów na Alasce, 
zamilkł błyskawicznie. 

Kobieta uśmiechnęła się do niego i z rozbawieniem pogroziła mu palcem. 
–  Ładnie  tak  straszyć  matkę,  ancymonie?  –  spytała.  Nie  czekając  na  odpowiedź, 

zajęła się skaleczoną nogą. 

–  Tyle  lat  rąbiesz  drewno  –  komentowała  przy  tym  –  i  dalej  nie  wiesz  jak  się 

obchodzić z siekierą? Co by na to powiedział twój Ojciec? 

Mężczyzna uniósł się na łokciach. 
– Pewnie wybełkotałby coś po pi… auu! 
Kobieta odstawiła na bok buteleczkę ze spirytusem. 
– Nie waż mi się jęczeć, ancymonie – ostrzegła – ani obrażać swojego Ojca. Tyle dla 

ciebie zrobił. Zdejmuj te gacie. Całe są w krwi. 

Odsunęła  się  kawałek,  robiąc  synowi  miejsce.  Mężczyzna  sycząc  i  kwękając  rozpiął 

pas i powoli zsunął dżinsy.  

Gdy opatrunek był już gotowy, pomogła synowi wstać i usłużyła mu jako wsparcie w 

drodze do chaty. W środku pomogła mu usiąść na krześle obok radia. 

– Połącz się z Konowałem – poleciła, przerzucając przez ramię skrwawione spodnie. 

– I powiedz mu, żeby ruszył tu swój chudy, stary zad, jeśli chce mnie jeszcze kiedykolwiek 

oglądać. Idę nad rzekę. Może nie jest jeszcze za późno, by uratować coś z tej szmaty. 

Wzięła z półki szare mydło, pod pachę stojącą przy ścianie tarkę i wyszła.  
Mężczyzna odczekał, aż zamkną się za nią drzwi, po czym chwycił za mikrofon.  

 

3. 
Żadne z rodziny Crane’ów nie obejrzało krótkiego filmu o swoim życiu, choć każde z 

nich  (no  może  z  wyjątkiem  Suzie)  załapało  się  już  na  początkowe  napisy.  Okazało  się 
jednak,  że  barierka,  mimo  iż  poległa  w  starciu  z  samochodem,  zadanie  swe  wypełniła. 
Pojazd przednimi kołami zawisł nad przepaścią, zachwiał się… i znieruchomiał. 

Ojciec zmusił się, by puścić kierownicę i ostrożnie odwrócił głowę. 
– Nikomu nic się nie stało? – zapytał drżącym głosem.  
Matka  i  Stewart  zaprzeczyli.  Po  krótkiej  chwili  chłopak  dorzucił,  że  i  z  jego  siostrą 

jest wszystko w porządku. Ojciec odetchnął z ulgą. 

–  Dobrze  więc  –  powiedział  już  nieco  spokojniej  i  bardziej  stanowczo.  –  Musimy 

opuścić samochód, ale zrobimy to tak, jak powiem. 

Uśmiechnął się do żony. 
–  Ty  wysiądziesz  pierwsza.  Musimy  odciążyć  przód.  Poza  tym  wyjmiesz  Suzie. 

Stewart… 

– Już odpięta, tato – zakomunikował chłopak. – Gotowa do zabrania. 
– Dobrze – Ojciec westchnął. – Damy przodem. 
Matka  uchyliła  drzwi  najszerzej  jak  się  tylko  dało  i  ostrożnie  przecisnęła  się  na 

zewnątrz.  Zapanowała  nad  odruchem  oparcia  się  o  samochód  i  na  drżących  nogach 
podeszła  do  tylnych  drzwi.  Otworzyła  je,  pochyliła  się  i  wyjęła  córkę  z  fotelika.  Kilka 

background image

drobnych kamyczków pognało w przepaść, ale nawet tego nie usłyszała. Jej tłukące się w 
piersi serce skutecznie wszystko zagłuszało. 

Ojciec odczekał, aż żona odsunie się od samochodu, po czym złapał za klamkę. 
– Otwieramy na trzy, Stewarcie – polecił. – Otwieramy i wyskakujemy. 
Chłopiec również położył dłoń na klamce. Na sygnał szarpnął za nią, pchnął drzwi i 

wyskoczył.  

Znalazł się na przydrożnym żwirze. Obok, dysząc ciężko, leżał Ojciec. Obaj popatrzyli 

po sobie, po czym niemal równocześnie przenieśli wzrok na samochód. Ten ani drgnął. 

Ojciec podniósł się z ziemi i podszedł do syna. 
–  Wszystko  przez  te  twoje  głupoty  –  powiedział  surowo,  podając  mu  rękę.  – 

Zachciało ci się kretyńskich wierszyków o jakimś Banshee czy innych zmorach. Widzisz, 
do czego doprowadziłeś? 

Chłopiec nie odpowiedział. Jakoś wcale, a wcale nie czuł się winny, że jego Ojciec nie 

lubi  nerwowych  sytuacji  i  do  tego  panikuje  prowadząc  auto.  A  co  do  krzyku,  wiedział 
doskonale,  że  zadziałałby  na  nich  tak  samo,  nawet  gdyby  wcześniej  nie  słyszeli 
rymowanek. Był przerażający.  

Snując te i im podobne myśli, ostrożnie zbliżył się do maski samochodu, aby zerknąć 

w  przepaść.  Za  jego  plecami  Suzie  dostała  nagłego  ataku  histerii  i  najpierw  Matka,  a 

potem oboje z  Ojcem, próbowali  ją  uspokoić. Stewart  przykucnął  i  zacisnąwszy  rękę  na 
wygiętym słupku począł przyglądać się rozhulanej w swym korycie górskiej rzece. Powoli 
przeniósł  wzrok  na  przeciwległy  brzeg  i…  miał  szczęście,  że  się  trzymał.  Po  drugiej 
stronie, przy rozłożystym konarze dębu, klęczała stara kobieta i posługując się tarką prała 
jakieś łachy. Woda w maleńkiej zatoczce, przy której znajdowała się niewiasta, mieniła się 
czerwienią…  
 

4. 
Stary  Konował  westchnął  i  odłożył  mikrofon.  Wyjazd  w  tej  właśnie  chwili  był  mu 

zupełnie  nie  na  rękę,  ale  i  tak  wiedział,  że  pojedzie.  Pojechałby,  choćby  w  miasteczku 
trwała właśnie epidemia dżumy.  

Wszystko dlatego, że stary Konował się zakochał, a, jak sam twierdził, w jego wieku 

istniała tylko jedna rzecz gorsza niż ten rodzaj odurzenia. Nieraz powtarzał to kumplom, z 
którymi  co  piątek  siadał  do  brydża  w  knajpie  „U  Robina”  (jakby  któryś  z  owych 
zapomnianych  przez  śmierć  dziadków  potrzebował  takich  przestróg).  Siadał  wtedy 
wyprostowany, podnosił w górę kufel Guinnessa i mówił:  

– Jest tylko jedna rzecz gorsza od zakochania się na starość, panowie. Jeśli traficie 

na złą babę i to na tyle sprytną, by wyczuła, o co wam chodzi. Wtedy wpadliście w łajno 

po uszy.  

Choć powtarzał to niezliczoną ilość razy, co tydzień otrzymywał owacje jakby odkrył 

lekarstwo  na  raka.  Potem  oczywiście  wszyscy,  łącznie  z  nim  samym,  zapominali  o  owej 
mądrości,  aż  do  następnego  spotkania.  Tyle,  że  pewnego  dnia,  bodajże  w  jakiś 
pochmurny czwartek, stary Konował spotkał „tę jedyną” i przy następnej partyjce mówił 
już niestety z własnego doświadczenia. Od tej pory zrodziła mu się też w głowie kolejna 
mądrość. Gorszym od głupca, mówiła, jest mędrzec, który głupio wpadł… 

Przechodząc koło lustra w przedpokoju zatrzymał się i poprawił surdut. Przez chwilę 

przyglądał  się  sobie  krytycznie,  po  czym  zrezygnowany  machnął  ręką.  Nałożył  płaszcz  i 

sięgnął po kapelusz. Podniósł z ziemi swą lekarską torbę i wyszedł przed dom. 

background image

– Dzień dobry panu – ryknął barczysty chłopak, stojący obok zdezelowanego powozu 

Konowała. Zza jego szerokich pleców wyglądała zaprzężona do pojazdu wychudła szkapa. 
– Ładny mamy dziś dzionek, nieprawdaż? 

Konował burknął coś w odpowiedzi, wsiadł na kozioł i ruszył w stronę lasu.  
5. 
Stewart nie krzyczał. Przez jakiś czas wydawało mu się, że to robi, po chwili jednak 

do jego przerażonego umysłu dotarło, że wrzeszczy jego siedząca nieopodal siostra, a on 
wydaje z siebie tylko ciche rzężenie.  

Matka pogładziła go po włosach. 
– Już dobrze synku – uspokajała go, zerkając w stronę Ojca. 
Ten  stał  przy  przepaści  i  przeczesywał  wzrokiem  drugi  brzeg.  Z  ręką  przy  czole 

wyglądał  jak  okrętowy  majtek  wypatrujący  lądu.  Nic  nie  zauważywszy,  odwrócił  się  do 
żony i wzruszył ramionami. Ta delikatnie skinęła głową.  

–  Musisz  się  wziąć  w  garść,  Stewarcie  –  mówiła,  nadal  głaszcząc  go  po  włosach.  – 

Tam nie ma żadnej praczki. Musiało ci się wydawać. 

Ojciec podszedł do Suzie i wziął ją na ręce. Z niewiadomych przyczyn dziewczynka, 

niedająca  się  dotąd  przekupić  nawet  koszem  słodkości,  nagle  umilkła.  Rodzice  przyjęli 
ten mały cud z nieukrywaną ulgą. 

We  względnej  ciszy,  po  niespełna  kwadransie  chłopiec  wrócił  do  siebie  na  tyle,  by 

pomóc Ojcu wypchnąć samochód z powrotem na drogę i nawet oburzyć  się, gdy Matka 
nazwała  go  dzielnym  małym  czarodziejem.  Suzie  znowu  zaczęła  płakać,  ale  tym  razem 
dość szybko uległa wdziękom wyjętego z bagażnika milky way’a. 

Wszystko  zmierzało  ku  dobremu  i  tylko  samochód  (głupi  zagraniczny  grat,  jak 

nazwał  go  Ojciec)  nie  dawał  się  przekonać,  aby  przejść  nad  sprawą  do  porządku 
dziennego. Nie wiedzieć czemu, za żadne skarby nie chciał odpalić. 

– Przydałby się jakiś mechanik – stwierdził w końcu Ojciec, zamykając klapę. Wytarł 

ręce  w  otrzymany  od  żony  papierowy  ręcznik.  – Ja  się  na  tym  kompletnie  nie  wyznaję. 

Mechanik albo chociaż transport, bo do  Shella mamy już  ładny kawałek. A tędy jeszcze 
nikt nie przejechał, zauważyłaś? 

–  Ktoś  w  końcu  musi  –  pocieszyła  go  Matka.  –  Droga  jest  bardzo  zadbana. 

Niemożliwe, żeby nikt tędy nie jeździł. 

Jak  na  zawołanie,  gdzieś  z  oddali  dobiegło  ich  rytmiczne  KLAP  KLAP  i  ciche 

skrzypienie. Po dłuższej chwili zza zakrętu wyłonił się ciągnięty przez koszmarnie chudą 
szkapę  wózek.  Na  koźle  siedział  podobny  do  stracha  na  wróble  mężczyzna  w  czarnym 
płaszczu i ze spiczastym kapeluszem na głowie. 

–  Co  tam  jest?  –  zaciekawił  się  Stewart.  Ku  uciesze  Suzie  odłożył  na  bok  torbę 

chipsów i wstał z ziemi. – Co to za dziwne dźwięki? 

Przez  chwilę  wydawało  mu  się,  że  umysł  po  raz  kolejny  płata  mu  figla,  ale  pełne 

rozbawienia zdumienie na twarzach rodziców odebrało mu tę nadzieję. Co ich tak cieszy? 
Przecież  on  przyjechał  tu,  żeby  zwiastować…  nagle  dotarło  do  niego,  że  przecież  tego 
wierszyka rodzice nie słyszeli. Nie przeczytał go im. Są zupełnie nieświadomi tego, co się 
zbliża. 

– Mamo – zaczął. – Nie patrzcie na niego. To… 
Poczuł  jak  jego  język  drętwieje,  a  oczy  zasnuwają  się  mgłą.  Zadrżały  mu  kolana,  a 

włoski na karku stanęły na baczność. Potem zemdlał. 

background image

 

cz.2 
Joe Black 
6. 
– Nic mu nie będzie – rzekł Konował, zbadawszy Stewarta. Mówił nieco skrzekliwym 

głosem, który brzmiał jedynie odrobinę bardziej miłosiernie od skrzypienie kół jego wozu. 
– Ale dobrze by mu zrobił kawałek materaca i świeża herbata. Znajomi, do których jadę, 
mieszkają nieopodal. Na pewno bliżej niż ktokolwiek inny. 

– Naprawdę dziękujemy, że się pan zatrzymał – wyraziła swą wdzięczność Matka. – 

Właśnie rozmawialiśmy z mężem o tym, jak bardzo opustoszała jest ta droga. Baliśmy się, 
że już nikt nie przyjdzie nam z pomocą. 

Stojący nieopodal Ojciec, bezskutecznie siłujący się z komórkowym brakiem zasięgu, 

potwierdził słowa żony skinieniem głowy. Konował wzruszył ramionami. 

–  Lekarz  ma  obowiązek  pomóc  ludziom  w  potrzebie  –  powiedział.  –  To  z  mojej 

strony  nic  nadzwyczajnego.  A  teraz,  jeśli  nie  mają  państwo  nic  przeciwko, 
proponowałbym zabezpieczyć samochód i zabrać stąd chłopca. Nie powinien tak leżeć na 
ziemi.  –  Uśmiechnął  się  krzywo.  –  Jak  mawiał  mój  Ojciec,  staruszka  Gaja  strasznie 
szybko się przyzwyczaja.  

Położyli  Stewarta  na  wózku,  po  czym  Matka  z  Suzie  usadowiły  się  koło  chłopca,  a 

Ojciec obok Konowała na koźle. Wozem zatrzęsło, zaskrzypiały koła, a szkapa ponownie 
zaczęła wystukiwać swe staccato. Ruszyli. 

• • • 

– A czym pan się zajmuje panie Crane? – zapytał Konował, gdy wszelkie konwenanse 

i rozmowy o pogodzie mieli już za sobą. Chwilę temu zjechali właśnie z głównej drogi w 
ukrytą między drzewami porośniętą soczystozieloną trawą dróżkę.  

–  Jestem  właścicielem  wydawnictwa  dla  dzieci  –  odparł  Ojciec,  rozglądając  się  z 

zachwytem. – Rany! Nie wiedziałem, że okoliczne lasy są tak piękne. 

– Nie są. – Konował uśmiechnął się smutno. 
Ojciec uniósł brwi. 
– Nie rozumiem. 
Woźnica wzruszył ramionami. 
– To proste panie Crane – wyjaśnił. – Ma pan szczęście jechać jedną z tych niewielu 

dróg nie odkrytych jeszcze przez turystów. Pozostałe nie wyglądają tak pięknie. 

Niemal równocześnie westchnęli i przez chwilę jechali w milczeniu.  
Mroczny, zielony baldachim drzew z każdą chwilą przepuszczał coraz więcej światła, 

aż w końcu wóz stanął nad rzeką. Oba jej brzegi spinał w tym miejscu dość szeroki mostek 

z jedną poręczą, po której wolno, majestatycznie przechadzał się czarny kruk. 

Ptak przez chwilę zdawał się nie dostrzegać wozu, a gdy już zwrócił na niego uwagę, 

swe  przenikliwe  spojrzenie  skierował  na  siedzących  na  koźle  mężczyzn.  Jego  dziób 
otworzył się powoli. 

–  Nigdy  już  –  dobiegło  do  uszu  Ojca,  który  wzdrygnął  się  mimowolnie.  Dopiero 

śmiech Konowała uzmysłowił mu, kto tak naprawdę powiedział te słowa. 

background image

– Niech mi pan wybaczy ten drobny psikus – poprosił woźnica – ale tak dawno nie 

miałem  okazji  poćwiczyć  swych  brzuchomówczych  zdolności.  A  teraz  nadarzyła  się  po 
prostu wspaniała okazja. 

–  Żadna  sprawa.  A  swoją  drogą,  ciekaw  jestem  czy  Poe  też  padł  ofiarą  takiego 

dowcipu. 

Konował zaniósł się jeszcze większym śmiechem. 
– Padł ofiarą – wydusił. – A to dobre. 
Przeprawa przez mostek przebiegła spokojnie, choć widok szalejącej pod nim rzeki, 

tej  samej,  w  której  niemal  nie  wylądowali,  przyprawił  Ojca  o  szybsze  bicie  serca.  Całe 

szczęście, pomyślał, że wszystkich na tyle wozu zmorzył sen. Dość mieli wrażeń.  

Po drugiej stronie ścieżka sprawiała wrażenie nieco węższej, ale wóz nadal mieścił się 

na  niej  bez  problemów.  Właściwie  to  nawet  jechało  się  przyjemniej,  bo  trawa  była 
zdecydowanie bardziej puszysta, nigdzie nie czaiły się złośliwe  kamienie czy korzenie, a 
ptasie trele wyraźnie przybrały tak na sile jak i jakości.  

W końcu po którymś z kolei zakręcie, zza drzew zamajaczył im kształt, kojarzący się 

nieodparcie z bajkami braci Grimm – stara drewniana chata. 

– Oto i cel naszej podróży – oznajmił Konował, uśmiechając się. – Niech się pan nie 

przeraża. W środku jest nieco nowocześniej. 

Ojciec odpowiedział uśmiechem. 
– Od nowoczesności to właśnie próbuję uciec. 
Odwrócił się i dotknięciem w ramię obudził żonę. Ta przeciągnęła się, a otworzywszy 

oczy westchnęła z wrażenia. 

– Boże, jak tu pięknie – wyszeptała. 
Siedzący  na  koźle  wymienili  znaczące  spojrzenia,  niczym  starzy  wyjadacze,  którzy 

właśnie dopuścili żółtodzioba do tajemnicy. 

–  Ciesz  się,  że  nie  widziałaś  rzeki  –  powiedział  Ojciec,  a  Konował  potwierdził 

skinieniem głowy. – Możesz obudzić dzieci? 

– Jasne – zgodziła się. 
Wóz minął niewielką, ozdobioną polnymi kwiatami tabliczkę i wjechał na podwórze. 

• • • 

Obudzony Stewart potrzebował chwili leżenia w bezruchu, by zorientować się gdzie 

są.  Ostatnią  rzeczą  jaką  pamiętał  był  stukot  kopyt  po  asfalcie,  skrzypienie  kół  starego 
wozu i przerażająca postać w kapeluszu, jak ten czarownicy z krainy Oz. Potem pojawił się 
sen, w którym tajemniczy przybysz wcale nie okazał się potworem, a tylko dobrodusznym 
staruszkiem, oferującym im swą pomoc.  

Zapamiętane  ze  snu  oblicze  woźnicy,  choć  wyglądające  jak  twarz  Pinokia 

wyrzeźbionego z pustynnego drzewa, było tak pełne ciepła, że po przebudzeniu jedynym 
życzeniem chłopca było móc zobaczyć je raz jeszcze. Tym razem na jawie. 

Nie bał się już ani odrobinę. Wręcz przeciwnie, nawet jeżeli przybysz rzeczywiście był 

straszliwym Ankou, to on, Stewart Crane właśnie obudził się na jego wozie cały i zdrowy. 
A  Ojciec  nawet  śmiał  się  z  dowcipów  zjawy.  To  wszystko  całkiem  nieźle  wróżyło  na 
przyszłość.  

background image

Chłopiec  usiadł,  przeciągnął  się.  Posłał  szeroki  uśmiech  wpatrującej  się  w  niego  z 

niepokojem Matce (ona na ten widok wyraźnie odetchnęła z ulgą) i z zachwytem rozejrzał 
się wkoło.  

Wóz,  skrzypiąc  niemiłosiernie,  usiłował  właśnie  sprostać  wymaganiom  swego 

właściciela  i  wykonać  zgrabny  zwrot  tuż  przed  chatką.  Udało  się  średnio,  przede 
wszystkim ze względu na kobietę, która pojawiła się w progu i tak zaaferowała woźnicę, że 
ten  nie  dostrzegł  wystającego  z  ziemi  kamienia.  Pojazd  z  niemal  ludzkim  jękiem 
podskoczył  na  wyboju,  charknął,  strzyknął  i  wygiął  się  gwałtownie  w  parodii  ukłonu,  a 
siedzący na nim pasażerowie cudem uniknęli bliskiego spotkania z ziemią. 

Kobieta pokręciła głową z wyrazem pogardy na twarzy. 
–  Brawo,  Konowale  –  zadrwiła.  –  Ostatnia  rzecz  jakiej  mi  dzisiaj  trzeba,  to  twoje 

rozklekotane szkaradzieństwo na moim podwórzu.  

Woźnica wzruszył ramionami, uśmiechnął się przepraszająco do Ojca i zsunął się z 

kozła.  Dystyngowanym  krokiem  podszedł  do  stojącej  w  progu  kobiety,  pochylił  się  i 
usiłował pocałować ją w rękę. Omal nie oberwał ścierką. 

– Nie czas na umizgi, stary capie – ofuknęła go, po czym dużo ciszej dodała: – Poza 

tym, co pomyślą sobie twoi goście. 

– Właśnie miałem zamiar ci ich przedstawić  – odparł Konował pogodnie. – Oto są 

państwo Crane i ich urocze pociechy. Spotkałem ich… 

Gospodyni machnęła ręką. 
–  Jakoś  sobie  poradzimy  z  tą  prezentacją  bez  ciebie.  Idź,  zobacz  co  z  moim 

chłopcem. 

Konował posłusznie wszedł do chaty. Kobieta poczekała, aż cała rodzina zgramoli się 

z wozu, po czym podeszła do nich z każdym witając się tak serdecznie, jakby znali się od 
lat. Kazała mówić na siebie Drwalowa (te współczesne nazwiska, stwierdziła, zupełnie nic 
nie znaczą) i zaprosiła ich na potrawkę z królika, jak tylko ten gamoń Konował upora się z 
raną jej syna.  

Stewart zostawił słuchanie kobiety rodzicom, a sam, pod pozorem spaceru z siostrą, 

ruszył  po  skrzętnie  zamiecionym  podwórku.  Rozglądał  się  uważnie,  ale  nie  wypatrzył 
zupełnie nic ciekawego. Wbita w pieniek, wypolerowana i lśniąca w słońcu siekiera za nic 
nie  chciała  przypominać  walecznego  topora  baśniowych  krasnoludów,  a  w  równo 
ułożonych  szczapach  drewna  coś  interesującego  mógłby  znaleźć  jedynie  jakiś  maniak,  z 
rodzaju tych, co gapią się w chmury i widzą w nich króliki i żaby. 

– Stewart – usłyszał za plecami głos Ojca. 
Odwrócił  się  i  zauważył,  że  rodzice  stoją  tuż  przed  progiem.  Kobieta  musiała  już 

wejść do środka. Podniósł siostrę na ręce. 

– Już idziemy tato – zawołał, ruszając w ich stronę. 

• • • 

Wnętrze  chaty  rzeczywiście  wyglądało  nieco  nowocześniej.  Całą  ścianę  po  lewej 

zajmował  zalążek  kuchni  i  nieco  podstarzałe  CB-radio,  stojące  na  udziwnionym 
metalowo-szklanym  biurku,  a  po  przeciwnej  stronie  izby  znajdował  się  mały  salonik 
składający się z dwóch topornych foteli (zielonych), starej ławy (wiśniowej) i wiklinowej 
kanapy.  

Na  prawo  od  wejścia,  w  rogu,  wisiał  sporych  rozmiarów  telewizor,  który, 

zamocowany pod kątem trzydziestu stopni tuż pod sufitem, wyglądał jak pozostałość po 

jakimś pubie. Podobnie zresztą jak metalowe drzwi z kwadratowym wizjerem prowadzące 

background image

do  wnętrza  chatki.  Zza  nich  wyłonił  się  właśnie  Konował,  asekurując  wielkiego  jak  dąb 
młodego drwala.  

–  Nic  mu  nie  będzie  –  powiedział,  zauważywszy,  że  gospodyni  bacznie  się  im 

przygląda. – To tylko… 

–  Wiemy,  co  się  stało,  stary  capie  –  odburknęła  niewiasta.  –  Poza  tym  ten  gamoń 

powiedział ci wszystko przez radio.  

Odwróciła  się  w  stronę  stojących  w  progu,  nieco  onieśmielonych  wnętrzem, 

Crane’ów 

– Proszę, niech się państwo rozgoszczą. – Uśmiechnęła się ciepło do Matki, bądź też 

siedzącej na jej rękach Suzie. – Potrawka zaraz powinna być gotowa. 

– Nie chcielibyśmy sprawiać kło… – zaczął Ojciec, ale kobieta machnęła ręką. 
– Jaki to tam kłopot – odparła. – Goście to sama słodycz. 
Poczekała, aż wszyscy, łącznie z Konowałem i jego pacjentem, rozsiądą się wygodnie 

w  „saloniku”,  (upewniła  się  też,  czy  lekarz  nie  popełnił  żadnej  gafy  przy  prezentacji 
drwala), po czym skrzętnie zabrała się do pracy.  

Po  chwili  posiłek  nęcąc  przepięknym  zapachem  znalazł  się  na  ławie  w  glinianym 

półmisku. Woń potrawki była tak niezwykła, że cała rodzina Crane’ów z niecierpliwością 
czekała, aż gospodyni rozłoży talerze i usiądzie wreszcie na zwolnionym przez Konowała 

fotelu.  

Staruszek podsunął sobie krzesło i mogli zabrać się do jedzenia. 

• • • 

– A znacie to? – zapytał młody drwal. Właściwie, ze względu na pełne usta, zdanie 

brzmiało raczej jak: „A żnaczie tfo?”, ale nikt nie miał problemów ze zrozumieniem, tym 
bardziej,  że  w  trakcie  trwania  posiłku  brodacz  zdążył  zadać  je  już  kilkanaście  razy.  Z 
resztą dowcipu odczekał, aż do przełknięcia ostatniego kęsa. 

–  Co  to  jest:  czterdziestu  ludzi  w  mini  morrisie?  –  Dał  obowiązkowe  trzydzieści 

sekund na odpowiedź, a potem wyjaśnił: – Autokar wycieczkowy z Glasgow. 

Wszyscy zebrani  (za wyjątkiem Suzie) wybuchnęli śmiechem, choć Stewart każdy z 

opowiadanych  przez  drwala  dowcipów  słyszał  już  przynajmniej  po  pięćdziesiąt  razy. 
Zwykle opowiadał je Ojciec podczas rodzinnych kolacji.  

Mimo to nikt jakoś nie miał sumienia przerywać brodaczowi, więc każdy cierpliwie 

szczerzył zęby w uśmiechach i czekał, aż wyczerpie mu się repertuar. Zbiegło się to mniej 
więcej z chwilą podania na stół szarlotki, na której widok ślinianki drwala ostro zabrały 
się do pracy. Moment ten błyskawicznie wykorzystał Konował.  

– A co się tam właściwie wydarzyło na drodze?  – zapytał. – Co spowodowało wasz 

wypadek?  Nie  dostrzegłem  tam  żadnych  kałuż,  ani  leżących  na  drodze  konarów. 

Wiewiórka wybiegła? A może coś większego? 

Ojciec pokręcił głową. 
– Właściwie – stwierdził – to nawet zabawna historia, prawda kochanie? 
Ostatnie  słowa  skierował  do  siedzącej  obok  żony,  która  skinęła  głową  i  dalej 

usiłowała  wcisnąć  kawałek  mięsa  pomiędzy  zaciśnięte  zęby  córki.  Ojciec  nalał  sobie 
herbaty. 

–Wszystko zaczęło się od książki Stewarta… – zaczął. 

background image

Gdzieś tak w połowie opowiadanej historii zorientował się, że to, co jemu wydało się 

zabawne,  wcale  nowych  znajomych  nie  śmieszy.  Wręcz  przeciwnie,  siedzieli  oni  teraz  z 
pełnymi  skupienia  minami,  wszyscy  wyprostowani,  jak  dzieci  na  ogniskach,  gdzie 
opowiadane  są  historie  o  duchach.  Gdy  wspomniał  o  praczce,  gospodyni  przeprosiła 
wszystkich  na  moment  i  wyszła  do  drugiego  pomieszczenia.  Jej  twarz  wydała  się  Ojcu 
blada, jakby trupia.  

– I wtedy właśnie zobaczyliśmy pana – zakończył swą historię. – Resztę już pan zna. 
Stewart  przez  chwilę  miał  taką  minę,  jakby  koniecznie chciał  uzupełnić  wypowiedź 

Ojca, ale po głębszym zastanowieniu, postanowił milczeć. Konował i drwal popatrzyli po 

sobie. Młodszy mężczyzna wzruszył ramionami. Lekarz westchnął. 

– Myślę, że będziecie państwo potrzebować pomocy hm… mechanika. – powiedział, 

drapiąc  się  po  głowie.  –  Znam  nawet  jednego  takiego.  Zaraz  spróbuję  się  z  nim 
skontaktować. 

Wstał  i  podszedł  do  radia.  Przez  chwilę  wywoływał  kogoś,  aż  w  końcu  z  pomiędzy 

szumów  rozległ  się  cichy  głos  w  dziwnym,  kojarzącym  się  Ojcu  z  bułgarskim,  języku. 
Rozmawiali przez chwilę, a potem Konował odwiesił mikrofon. 

– Powinien tu być za nie więcej niż trzy godziny – rzucił bardziej do drwala niż do 

Crane’ów. – Mówił, że zdąży ze wszystkim zanim się ściemni.  

Brodacz uśmiechnął się smutno. 
– Panie Crane chciałbym, żeby pan wiedział, że strasznie mi przykro. 
– Niepotrzebnie – zapewnił go Ojciec. Trochę dziwne wydały mu się przeprosiny w 

tym właśnie momencie. – Nam przecież nic nie jest, a samochód był ubezpieczony. 

Konował pokręcił głową, ale nic nie odpowiedział. 
Drwal,  podobnie  jak  wcześniej  jego  Matka,  przeprosił  zebranych  i  udał  się  do 

drugiego  pomieszczenia.  Po  dłuższej  chwili  (podczas  której  jedynym  dźwiękiem  w 
saloniku  było  ciche  podśpiewywanie  Suzie)  wrócili  razem.  Kobieta  niosła  pod  pachą 
szachownicę. 

–  Pomyślałam  sobie  –  wyjaśniła,  rozkładając  ją  na  stole  –  że  skoro  i  tak  musicie 

państwo tu zaczekać, to może poćwiczycie sobie odrobinkę. 

Państwo Crane popatrzyli po sobie z rozbawieniem. 
– Ale my nigdy nie graliśmy w szachy – powiedział Ojciec. – Poza tym nie za bardzo 

rozumiem, po cóż mielibyśmy właśnie w tej chwili ćwiczyć grę… 

–  Bo  to  czasem  bardzo  przydatna  umiejętność  –  wyjaśniła  Drwalowa.  –  Nie  wiem 

czy słyszał pan o tym, jak to szachy uratowały setki ludzkich istnień? 

–  Pamiętam  tylko,  że  w  jakimś  filmie  człowiek  grał  w  szachy  ze  Śmiercią  – 

przypomniała sobie Matka. 

Konował skinął głową. 
– „Siódma pieczęć”, mój ulubiony. A pamięta pani scenę, gdy Śmierć ścina drzewo, 

na  którym…  –  Przerwał  pod  naporem  przeszywającego  spojrzenia  gospodyni.  – 
Przepraszam, odbiegam od tematu. 

– Ja umiem grać w szachy – wtrącił się Stewart. – Wygrałem nawet międzyszkolne 

zawody. 

Konował wyszczerzył zęby. 
– Doskonale. Więc może na rozgrzewkę zagrasz z Drwalem. Ostatnio sporo ćwiczył. 

background image

– Jasne – zgodził się chłopak. 
Ojciec jednak nie dawał za wygraną. 
–  Ja  jednak  dalej  nie  rozumiem,  dlaczego  akurat  teraz  mamy  grać  w  szachy.  Mój 

samochód stoi… 

–  Samochód  jest  bezpieczny  kochanie  –  uspokoiła  go  Matka.  Dostrzegła  płomień 

radosnego podniecenia w oku syna i z całych sił chciała, by mienił się tam jak najdłużej. – 
I tak nikt tam nie jeździł. A Stewartowi przyda się lekcja główkowania, nie uważasz? 

Ojciec, gdy się namyślił, rzeczywiście tak uważał, więc nie oponował już ani słowem, 

ograniczając się do wzruszenia ramionami. 

Gracze zajęli miejsca po przeciwnych stronach stołu i rozpoczęła się rozgrywka. Nie 

trwała nawet pięciu minut. Podobnie jak rewanż. Drwal pomimo swych ćwiczeń nabierał 
się na najprostsze triki pokroju „mata w pięciu ruchach”, zdarzało mu się mylić gońca z 
wieżą  i  poświęcał  figury,  ratując  pionka.  Nic  dziwnego,  że  dość  szybko  ustąpił  miejsca 
Konowałowi. 

Lekarz  radził  sobie  znacznie  lepiej.  Pierwszej  partii  omal  nie  wygrał  (w  ostatniej 

chwili  Stewart  doprowadził  do  pata),  druga  trwała  prawie  godzinę  i  zakończyła  się 
pyrrusowym zwycięstwem chłopca.  

– Mają państwo cudownego  dzieciaka  – pochwaliła gospodyni.  – Jest znakomitym 

zawodnikiem. 

– Sam jestem zaskoczony – przyznał Ojciec. – Grał tak, że z pewnością wygrałby ze 

Śmiercią. 

Drzwi na podwórze otworzyły się gwałtownie i do środka wkroczyła mroczna postać 

w płaszczu z kapturem. 

–  Czy  ktoś  mnie  wzywał?  –  zapytała  grobowym  głosem.  –  Czy  ktoś  ze 

śmiertelnych odważył się wymienić moje imię? 

Ojciec już chciał skomentować pojawienie się przybysza w jakiś błyskotliwie zabawny 

sposób,  gdy  poczuł,  że  słowa  więzną  mu  w  gardle.  Tajemnicza  postać  uniosła  ręce  i 

wypowiedziała  kilka  słów  w  owym  dziwnym,  podobnym  do  bułgarskiego  języku.  Nagle 
cała  izba  wypełniła  się  obrazami  gnających  przez  krwistoczerwoną  wieczność  zjaw  o 
groteskowo  wykrzywionych  twarzach.  W  ich  oczach  pojawiał  się  czasem  jakiś  ognik 
świadomości, zaraz jednak niknął w mętnej otchłani szaleństwa. Potem obraz zmienił się. 
Widzieli  płonące  pole  bitwy,  przez  które  szły  gnijące  zwłoki,  wymachując  przestarzałą 
bronią.  

I znowu zmiana. 
Tym razem pośrodku izby pojawiło się łóżko, na którym leżał stary człowiek. Starzec 

otworzył usta wypuszczając z nich maleńki, niebieskawy obłoczek… 

Przybysz  opuścił  ręce  i  sięgnął  do  kaptura.  Obraz  łóżka  z  każdą  chwilą  stawał  się 

coraz  mniej  wyraźny.  Gdy  zniknął  zupełnie,  kaptur  opadł  na  plecy  i  ramiona,  ukazując 
wszystkim przystojną twarz, do złudzenia przypominającą oblicze Brada Pitta. 

– Jam jest ten, którego zwą Śmiercią – oznajmił Przybysz. – I przyszedłem 

po Was, Crane’owie. 

Pierwszy otrząsnął się Stewart. 
– A nie mówiłem? – wrzasnął bardziej podniecony niż wystraszony. Świadomość, że 

jednak miał rację, jakoś zupełnie przyćmiła lęk. – Od razu wiedziałem, że to nie może być 

background image

przypadek. – Wskazał ręką gospodarzy i Konowała. – To zwiastuny Śmierci. Heroldowie 
Joe Blacka. 

Ojciec  powoli  odwrócił  głowę  i  zerknął  w  stronę  lekarza.  Z  całych  sił  pragnął,  aby 

tamten  wybuchnął  śmiechem,  okazał  się  aktorem  wynajętym  przez  kolegów  z 
wydawnictwa, albo nawet tym wrednym typem od ukrytej kamery, który zaraz każe mu 
się  szczerzyć  do  kuchenki  gazowej  i  pozdrowić  wszystkich  znajomych.  Konował  jednak 
stał ze spuszczoną głową. I to najbardziej przekonało Ojca, że to jednak może być prawda. 

–  Bez  urazy,  mały  –  powiedział  Drwal,  wyciągając  rękę  w  stronę  Stewarta.  –  Taka 

praca. 

Chłopiec również wyciągnął dłoń. Uścisk Drwala był pewny i mocny, ale również w 

jakiś sposób delikatny. 

– Rozumiem. Ale i tak wiedziałem. To ty krzyczałeś? 
Drwal skinął głową. 
– Możesz mi mówić Ban… To znaczy mógłbyć… Znaczy, no wiesz, gdyby nie… 
Śmierć chrząknął i wskazał rodzinie drzwi wyjściowe. 
– Jakby to powiedzieć, jestem troszkę zajęty. 
Ojciec  rozejrzał  się  niepewnie,  szukając  jakiegokolwiek  wyjścia  z  sytuacji;  jego 

racjonalny  umysł  poległ  jednak  w  konfrontacji  z  tak  niedorzecznym  pomysłem.  Jak 

można  uciec  przed  czymś,  w  czego  istnienie  nawet  nie  do  końca  wierzysz?  Matka 
przytuliła Suzie do piersi i z całą surowością, na jaką było ją stać spojrzała Śmierci w oczy. 

– A jaka jest, jeśli mogę wiedzieć – zapytała – przyczyna naszej śmierci? Tylko to, że 

widzieliśmy tę trójkę? 

Postać przy drzwiach wyszczerzyła się w uśmiechu. 
– Wypadek samochodowy, rzecz jasna. Chyba nie myśleliście, że uratuje 

was  zwykła  barierka?  Albo,  że  istnieją  jeszcze  tak  piękne  fragmenty  lasów? 
Pospieszcie się, nie macie już cza…
 

I wtedy właśnie gospodyni krzyknęła. 
– Zaproponuj mu szachy, Stewarcie. Zagraj z nim o wasze ży… 
Śmierć  błyskawicznie  odwrócił  głowę  i  kobieta  trafiona  jakąś  niewidzialną  siłą 

uderzyła  o  ścianę.  Pozostała  na  niej  w  bezruchu.  Było  już  jednak  za  późno.  Stewart 
podbiegł do szachownicy i odwróciwszy się wrzasnął. 

– Wyzywam cię na pojedynek! Pojedynek o nasze życia! 
Śmierć skrzywił się i podrapał po gładko wygolonym policzku. W końcu jednak zdjął 

płaszcz i podszedł do stołu. 

– Zgoda, młody człowieku – odparł. – Ale okaż się godnym przeciwnikiem. 
Usiadł i odwrócił szachownicę tak, by do niego należała biała armia. Przesunął o dwa 

pola pionka przy samej lewej krawędzi. 

– Twój ruch.  
Chłopiec  podniósł  rękę  i  nagle  zauważył,  że  król  wygląda  zupełnie  jak  miniaturka 

Ojca, królowa – Matki (z trzymaną na rękach Suzie), a wszystkie pozostałe figury i pionki 
otrzymały  jego  twarz.  Armia  Małych  Stewartów  Crane’ów  w  pojedynku  ze  Śmiercią. 
Wykonał ruch, odczekał swoje i ruszył się po raz kolejny. I znowu… 

background image

Z każdym kolejnym traconym pionkiem czy figurą czuł potworne ukłucie gdzieś we 

wnętrzu głowy, a gdy stracił królową, Matka wrzasnęła z bólu. Śmierć za każdym razem 
śmiał  się  jak  dziecko  i  wykrzykiwał  „touche”.  Stewart  zaczynał  już  tracić  nadzieję…  i 
wtedy  właśnie  wypatrzył  lukę.  Schowawszy  ręce  pod  stół,  zacisnął  pięści,  z  całych  sił 
starając się myśleć o czymkolwiek innym, tylko nie szachownicy. Nie wiedział, czy Śmierć 
nie czyta mu czasem w myślach i wolał nie ryzykować. Czekając więc na ruch przeciwnika, 
powtórzył sobie pierwszy z książkowych wierszyków. 
Czarne ma serce, tak jak i nazwisko 
Znają go wszędzie, może zrobić wszystko 

Na całym świecie ma sług swoich mrowie 
On zwie się Joe Black, oni – Heroldowie.
 

Ale  przecież,  myślał,  nadal  uciekając  wzrokiem  od  szachownicy, ci  tutaj  okazali  się 

dla nich mili. Przecież to tylko dzięki tej kobiecie (Krwawej Praczce, poprawił się) mógł 
teraz siedzieć tu i czekać, aż Joe Black wykona swój ruch. Oby tylko… 

Wieża Śmierci przedarła się ku pionkowi Stewarta zbijając go i wywołując u chłopca 

kolejną  falę  bólu.  Tym  razem  jednak  młody  Crane  nic  sobie  z  tego  nie  robił.  Zbyt  był 
szczęśliwy. Ręka drżała mu, gdy ustawiał swego gońca na właściwej pozycji, głos załamał 
się, gdy wyrzucił z siebie dwa obecnie najpiękniejsze dlań słowa na świecie. 

– Szach i mat – wyskrzeczał, podrywając się na równe nogi. – Szach. Mat. Udało się! 
Śmierć  przyglądał  się  chwilę  z  niedowierzaniem  szachownicy,  potem  chłopcu,  a 

potem na powrót szachownicy. Wstał i wyrwał swój płaszcz z rąk Konowała.  

–  Ciesz  się  tym  stuleciem,  Stewarcie  Crane  –  wyszeptał,  stając  w  progu.  – 

Ciesz się i ćwicz. Przyjdzie czas na rewanż. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  wyszedł.  Drzwi  zatrzasnęły  się  za  nim  z  głuchym 

łoskotem.  

Matka  postawiła  na  ziemi  małą  Suzie  i  z  całych  sił  przytuliła  drżącego  Stewarta. 

Brodacz  pomógł  wstać  Drwalowej,  która  przebudziła  się  już  po  wstrząsie.  Służąc  jej 

ramieniem  (zupełnie  zapomniał  o  swej  zranionej  nodze)  opowiadał  ze  szczegółami  o 
zwycięstwie Stewarta. Konował podszedł do Ojca. 

–  Powinniście  zniknąć stąd  jak  najszybciej  –  oznajmił  –  gdy  już  znajdziecie  się  na 

drodze, nie będzie mógł się wycofać ze złożonej obietnicy, ale teraz… Podwiózłbym was, 
gdybym mógł. 

– Już i tak wiele zrobiliście – odparł Ojciec, podając lekarzowi dłoń.  – Jakoś sobie 

poradzimy. Pomoże nam perspektywa stu najbliższych lat. 

–  Pewnie  tak  –  zgodził  się  Konował.  Poklepał  Ojca  po  ramieniu  i  odszedł,  aby 

pogratulować Stewartowi. 

• • • 

Chłopiec przyjmował gratulacje pogrążony w jakimś dziwnym półśnie. Podobnie jak 

pożegnania. Stał przed drzwiami chaty, gdzie bez najmniejszego śladu buntu pozwolił się 
uścisnąć gospodyni, poklepać po ramieniu Drwalowi i pociągnąć za nos Konowałowi. W 
jego  głowie  kołatała  się  tylko  jedna  myśl.  Wygrał  ze  Śmiercią.  Rozgromił  ją.  Sto  lat, 
Stewarcie!!! Sto Lat! 

Wracając przez pogrążony w półmroku las, Crane’owie czuli się jak nowonarodzeni. 

Nagle  przypomniały  się  im  wszelkie  przyśpiewki  zasłyszane  to  w  przedszkolach,  to  na 
różnych imprezach czy ogniskach. Czasem nawet nucili slogany z reklam.  

Gdy wkraczali na mostek, Ojciec, wbrew rozchichotanym prośbom Matki, dzielił się z 

rodziną  swoją  wersją  „Kiss  My  Irish  Ass”.  Przerwał,  gdy  na  poręczy  dostrzegł  czarnego 

background image

kruka. Uśmiechnął się  złośliwie, sięgając po kamień. Trafiony ptak wzbił się pod niebo, 
skrzecząc swe ptasie przekleństwa. 

Ojciec patrzył za nim przez chwilę. 
– Noc już była, północ zgoła – zacytował, po czym dodał, grożąc palcem niebu: – A 

spróbuj mi teraz zachrobotać w okno, palancie. A może chciałbyś jeszcze coś powiedzieć? 

–  Nigdy  już?  –  padła  odpowiedź,  tym  razem  jednak  Ojciec  nie  dał  się  zaskoczyć. 

Rozpoznał głos syna. 

– Ładnie to tak straszyć tatę, łobuzie? – zapytał. 
Chłopiec wzruszył ramionami.  
– A co tam, zawał ci nie grozi. 
Wszyscy  roześmiali  się  pogodnie,  tak  głośno,  że  Suzie,  przysypiająca  na  rękach 

Matki,  (Ojciec  trzy  razy  proponował,  że  ją  od  niej  weźmie,  ale  za  nic  nie  chciała  się 
zgodzić)  poruszyła  się  gwałtownie.  Odczekali  chwilę,  aż  dziewczynka  pogrąży  się  na 
powrót w głębszym śnie, po czym ruszyli w dalszą drogę. 
 

Epilog 
Ankou,  Krwawa  Praczka  i  Banshee  stali  na  progu  chaty  i  wpatrywali  się  w  drogę. 

Rodzina Crane’ów zniknęła pomiędzy drzewami już ładną chwilę temu, tak, że właściwie 

mogliby już wrócić do środka. Wieczór był jednak piękny. Poza tym… 

– Możesz już wyjść – zawołała gospodyni. – Poszli. 
Zza chaty wyłonił się ubrany w zielony garnitur mężczyzna o twarzy Brada Pitta. 
– I jak? – zapytał. 
Ankou uśmiechnął się. 
–  Znakomicie  się  spisałeś  Robinie.  Zdecydowanie  lepiej  niż  ja  czy  Banshee. 

Wiedziałem, że można na ciebie liczyć stary dobry druhu. 

Pochwalony wyprężył się, pierś, wypełniona dumą jak powietrzem, napęczniała. 
– To cieszę się niezmiernie. – Wyszczerzył zęby. – Ale może powiecie mi teraz skąd 

ta heca. 

– To standardowa procedura w podobnych przypadkach – wyjaśniła Praczka – choć 

tym  razem  zrobiło  się  nieco  cieplej  i  stąd  ta  prośba  do  ciebie.  Ci  ludzie  całkiem 
przypadkiem otrzymali poselstwo od całej naszej trójki. Zaczęło się od mojego ancymona, 
a potem wszystko poszło lawinowo. 

–  Najgorsze  w  tym  wszystkim  było  to  –  Banshee,  który  nie  lubił  być  publicznie 

nazywany  ancymonem,  wszedł  jej  w  zdanie  –  że  oni  zdawali  sobie  sprawę,  że  to 
poselstwa. Przynajmniej ten  mały wiedział. W takich właśnie przypadkach stosujemy  tę 
procedurę. 

Dobry druh pokiwał głową. 
– Ale nadal nie rozumiem po co wam był Śmierć. I cała ta maskarada. 
–  Toż  to  przecież  oczywiste,  drogi  przyjacielu.  –  Ankou  wzruszył  ramionami.  – 

Nawet  nie  do  końca  wierząc  w  te  zwiastuny,  staliby  się  pewnie  ostrożniejsi.  Całkiem 
możliwe, że przynajmniej jedno z nich, najpewniej chłopiec, uniknęłoby skutków naszego 
zwiastowania. A wiesz czym to grozi. 

– Nawet gdy zwiastowanie jest przypadkowe? 

background image

– Nawet. A teraz są przekonani, że wygrali ze Śmiercią. Może postanowią popisać się 

przed  znajomymi?  I  tak,  nie  tylko  uratowałeś  sytuację,  ale  i  ułatwiłeś  robotę  samemu 
Szefowi. Już nie będzie musiał sam wszystkiego aranżować. Muchy same wpadną mu w 
łapki. 

Znad drzew wyłonił się wielki czarny kruk. Niczym sokół wykonał koło nad polanką i 

majestatycznie  opadł,  aby  wylądować  u  stóp  stojących  w  progu  postaci.  Banshee 
uśmiechnął się. 

– O wilku mowa – powiedział. – Witaj, szefie.