background image

 

 

background image

 

 

 

Agnieszka Graczyk 

Dzieci grobu 

background image

   

Nagła śmierć   

Można  zaryzykować  stwierdzenie,  że  w  XVIII  wieku  w  społeczeństwie  francuskim 

wyróżniano  przede  wszystkim  trzy  stany:  duchowieństwo,  szlachtę  i  najliczniejszą, 

nieposiadającą  żadnych  praw  i  przywilejów,  tak  zwaną  resztę,  czyli  burżuazję, 

drobnomieszczaństwo,  proletariat  (tanią  siłę  roboczą)  i  chłopstwo.  Wśród  szlachciców 

najwyżej  w  hierarchii  znajdowała  się  arystokracja.  Należeli  do  niej  wybitni  myśliciele, 

naukowcy oraz osoby bliskie ówczesnemu władcy, Ludwikowi XVI. Wiele rodzin z dziećmi 

żyło dostatnio, opływając w luksusy, prowadząc szczęśliwe, niemalże bezproblemowe życie 

na  wyżynach.  Majętni  rodzice  mogli  zagwarantować  swoim  pociechom  wszystko  co 

najlepsze. Dzieciom kupowano najdroższe zabawki i zapewniano gruntowne wykształcenie u 

boku najlepszych profesorów Jednakże zdarzały  się także rodziny  wyjątkowe, wyróżniające 

się na tle innych, skrywające swoje tajemnice. Jedną z nich było młode małżeństwo: wybitna 

pianistka Eleonora i flecista Henryk. Należeli oni do wyjątkowo wysoko usytuowanego rodu 

Augustów  i  od  lat  pragnęli  mieć  dziecko.  Marzył  im  się  syn,  którego  by  wychowali  na 

świetnego  muzyka  i  być  może  na  przyszłego  kompozytora.  Tak...  Mały,  wesoło  brykający, 

utalentowany chłopiec idealnie dopełniłby ich rodzinę. 

Eleonora  i  Henryk  August  starali  się  zrealizować  swoje  plany  przez  kilka  lat,  aż 

wreszcie, z nieznanych powodów, ciężko zachorowali i zmarli. Stało się to w lipcu 1788 roku, 

w ich domu w Paryżu. Śmierć muzyków odbiła się szerokim echem wśród całej arystokracji. 

Możnowładcy zastanawiali się, jak mogło do tego dojść. Jednak w końcu uznali, że na dość 

młode małżeństwo po prostu przyszła już pora i pogodzili się z tragiczną decyzją losu. Jako 

że  Augustowie  byli  najbardziej  znanym  i  bogatym  rodem  w  mieście,  służby  monarsze  i 

arcybiskup Paryża zaprosili na pogrzeb samego Ludwika XVI. Cała ceremonia odbyła się w 

ciszy,  celem  zatuszowania  tajemniczego  faktu,  iż  najlepszym  muzykom  nie  dane  było 

doczekać  się  potomka,  faktu,  który  mimo  wszystko  nadal  wzbudzał  kontrowersje  wśród 

miejscowej  szlachty.  Takim  to  sposobem  Augustowie  tajemnicę  swojej  śmierci  zabrali  ze 

sobą do grobu... 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Los Angeles, 29 czerwca 2005 roku   

W  Centrum  Badań  Archeologicznych  zwołano  nadzwyczajne  zebranie  najlepszej 

grupy: dyrektor wpadł na nowy pomysł w sprawie wyjazdu na badania! Archeolodzy spotkali 

się  w  gabinecie  szefa.  Mniej  więcej  po  kwadransie  zażartej  dyskusji  na  temat,  gdzie  tym 

razem rozpocząć wykopaliska, jakiś jasnowłosy mężczyzna odezwał się nieśmiało: 

-  Ale  szefie,  przeszukujesz  groby  już  od  wielu  lat  i  do  tej  pory  nic  nie  znalazłeś! 

Wszelkie zwłoki po tak długim czasie już na amen się rozłożyły... 

-  Cisza!  -  krzyknął  człowiek  nazwany  szefem.  Był  wysoki,  miał  łysiejącą  czarną 

czuprynę i bródkę w takim samym kolorze, chociaż pojawiły się już pierwsze oznaki siwizny. 

Często groźny wyraz twarzy upodabniał go do złego czarnoksiężnika. 

-  Nie  znoszę,  gdy  archeolodzy  używają  określenia  „na  amen”!  Zapamiętaj  to  sobie 

doskonale, Sydney, albo inaczej rozpatrzę możliwość zwolnienia ciebie! A teraz posłuchajcie 

uważnie! Moim zdaniem nie natrafiliśmy na nic godnego uwagi, ponieważ skupialiśmy się na 

jednym i tym samym miejscu, Egipcie nad Nilem... 

-  I  co?  Chcesz  pewnie  rozszerzyć  poszukiwania  aż  do  Morza  Śródziemnego,  dopóki 

nie  znajdziesz  doskonale  zachowanych  ludzkich  zwłok?  -  zadrwił  Sydney.  Szef  spojrzał  na 

niego spode łba. 

- Szukam czegoś więcej, niż doskonale zachowanych zwłok. Mam nadzieję natrafić na 

jakąś głęboko skrywaną przed światem tajemnicę. 

Sydney wzniósł oczy ku niebu, złożył ręce w modlitewnym geście, porozmawiał przez 

chwilę w ciszy ze Zbawicielem, po czym powiedział z sarkazmem: 

- No to mamy przesrane, szefie! 

Wszyscy zebrani w gabinecie wstali, zaczęli naraz krzyczeć i bić brawo Sydney owi, a 

ten nie poprzestał na klasycznych ukłonach, o nie! Odwiązał  sobie krawat  i  rzucił w stronę 

stojących  pod  oknem  kobiet,  co  zakończyło  się  kolejną  falą  gorącego  aplauzu.  Szef 

poczerwieniał na twarzy. 

-  CISZA!  -  ryknął  mocno  już  rozdrażniony.  Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  czasem 

zachowuje  się  nieco  despotycznie  i  wiedział  doskonale,  że  podlegający  mu  zespół  tego  nie 

znosi, ale, sam to przyznał, on po prostu nie był w stanie inaczej działać. Mężczyzna uważał, 

że cały opracowany przez niego system runąłby, gdyby on nagle złagodniał i zrezygnował z 

bycia  „tym  srogim”.  Mimo  to  szanował  swoich  współpracowników  i  starał  się  nie  podnosić 

na nich głosu bez powodu, ale Sydney go szczególnie denerwował. Odzywał się bezczelnie, 

background image

krytykował  każdą  podjętą  decyzję,  zawsze  musiał  mieć  własne  zdanie...  No  ale  cóż,  był 

jednym z najlepszych archeologów. 

-  Kontynuując,  gdybyśmy  zmienili  miejsce  wykopalisk,  to  na  pewno  znaleźlibyśmy 

coś. Tyle jest jeszcze niezbadanych miejsc na ziemi. Myślałem ostatnio dużo o wyjeździe do 

Francji. Chciałbym przebadać paryski cmentarz. Mam wrażenie, że to pomoże nam wykonać 

ogromny  krok  do  przodu  w  dziedzinie  archeologii  oraz  że  wyniki  naszej  pracy  zostaną 

zapisane na kartach historii na długie, długie lata. Kiedy... 

-  Mówił  tak  za  każdym  razem  przed  kolejnymi  bezsensownymi  ekspedycjami  do 

Afryki  -  powiedziała  siedząca  na  składanym  krzesełku  pod  oknem  kobieta.  Miała  na  imię 

Alison, wcale nie chciała ukrywać faktu, iż to właśnie ona jest autorką sarkastycznej uwagi 

pod  adresem  dyrektora.  Wręcz  przeciwnie,  uważała  swojego  pracodawcę  za  diabła 

wcielonego i ucieszyłoby ją, gdyby ów usłyszał jej przepełnioną ironią wypowiedź. 

Alison związała gęste, kasztanowo rude włosy w koński ogon i zapaliła papierosa. Po 

chwili  prowokacyjnie  rozpięła  górne  guziki  swojego  granatowego  mundurka,  założyła  nogę 

na nogę i przybrała najbardziej lekceważący wyraz twarzy, na jaki była w stanie się zdobyć. 

-  I  co  mi  teraz  zrobisz?  -  zadrwiła  cicho.  Zawsze  była  buntowniczką.  Za  młodu 

powtarzano  jej,  żeby  nigdy  nikomu  nie  dała  się  zastraszyć,  a  gdyby  jakiś  facet  jej 

podskakiwał,  to  ma  pełne  prawo  rozkwasić  mu  nos.  Tak  więc  niewiele  rzeczy  potrafiło 

przerazić Alison. Kobieta, jako dorosła już osoba, odważnie kroczyła przez życie do przodu. 

Rozmyślania przerwał jej głos obok. 

- Masz rację, kochanie, ja też go nie lubię. 

To był David Costner, urodzony flirciarz i podrywacz. Słynął z tego, że romansował 

niemal  z  każdą  kobietą  w  Centrum  Badań  Archeologicznych.  Od  lat  podkochiwał  się  w 

Alison,  stosując  po  drodze  wszystkie  znane  mu  sposoby  na  flirt.  Ale  chwyty,  na  które  się 

decydował,  nie  zawsze  były  trafne  i  na  miejscu.  Alison  gwałtownie  odsunęła  się  i  zgasiła 

papierosa. 

- Nigdy więcej nie nazywaj mnie kochaniem, Dave! - warknęła. Mężczyzna odskoczył 

od  niej  jak  oparzony.  Miał  wcześniej  ogromne  powodzenie  u  przedstawicielek  płci 

przeciwnej, więc kosz od Alison nieco go zdziwił. 

- Daj spokój, Al... - powiedział. Ton jego głosu wyraźnie stracił na słynnej pewności. 

-  Dosyć!  -  Alison  wstała  i  przesiadła  się  na  drugi  koniec  gabinetu,  obok  Sydneya, 

oddanego przyjaciela i  to  nie tylko po fachu. Chciała uciec stamtąd, zostawić hen daleko za 

sobą Davida i jego natarczywe spojrzenie. Nie, żeby miała coś do niego. Żadne uprzedzenia 

nie wchodziły w grę. Po prostu niedawno rozstała się z kimś, kto był jej sercu bardzo bliski. 

background image

Zdaniem kobiety było nieco za wcześnie na kolejny związek. 

Szef ponownie zabrał głos na sali: 

-  A  więc  postanowione.  Jutro  o  8.30  wyjeżdżamy  spod  budynku  Centrum  Badań 

Archeologicznych na lotnisko. Samolot do Paryża odlatuje o godzinie 10.30. Do zobaczenia, 

moi drodzy współpracownicy, nie spóźnijcie się! 

Zebranie dobiegło wreszcie końca. Buntowniczy nastrój Alison nieco opadł. Myśl, że 

następnego  dnia  wyrusza  w  prawdopodobnie  najważniejszą  podróż  w  swoim  życiu  oraz 

gotowość do działania podniosły kobietę na duchu. Niemalże zapomniała o swojej  niechęci 

do  Davida.  Wszyscy  wstali  z  krzeseł  i  wyszli  na  korytarz.  Alison  podążyła  za  nimi. 

Opuszczając  w  towarzystwie  Sydney  a  Centrum  Badań  Archeologicznych  zauważyła,  że 

David puścił do niej oko. Tym razem uśmiechnęła się do niego szeroko i odwzajemniła gest. 

Paryż, 1 lipca 2005 roku   

Po długim locie ekipa archeologów z Los Angeles bezpiecznie dotarła do Francji. Na 

Sydney  u  i  Davidzie  największe  wrażenie  zrobiła  mijana  po  drodze  do  hotelu  wieża  Eiffla. 

Zakupili  na  lotnisku  lemoniadę,  którą  teraz  pili,  obserwując  z  wynajętego  wcześniej, 

pędzącego  kabrioletu  różnego  rodzaju  obiekty  turystyczne.  Sydney  założył  sobie  za  ucho 

dołączoną  do  napoju  parasolkę,  zrobioną  z  wykałaczki  i  kawałka  bibuły,  i  śpiewał  lecącą  z 

radia piosenkę brytyjskiego zespołu Queen  „Crazy little thing called love”. Nie szło mu tak 

dobrze, jak Freddiemu Mercury emu. Po zameldowaniu się w hotelu Hipotel Paris Bordeaux 

szef zarządził natychmiastowe zebranie w holu: 

- Moi drodzy! - zaczął. - Myślą przewodnią tych wykopalisk są, jak doskonale wiecie, 

prace  na  paryskim  cmentarzu  Montmartre,  nazywanym  także  Cmentarzem  Północnym. 

Uzyskałem  zgodę  władz  miasta  na  przeprowadzenie  badań.  Osobiście  uważam,  że 

powinniśmy wyruszyć tam jak najszybciej. Co wy na to? 

Zespół dopowiedział chórem: 

- My na to: NIE! 

- Może nie wiesz, Wasza Wysokość, że potrzebujemy trochę odpoczynku po podróży 

trwającej niemal 20 godzin? - powiedziała z sarkazmem Alison, wyjmując z torebki papierosa 

i zapalniczkę. 

Szef spojrzał na nią ze złością. 

-  Nie  pal,  kobieto  -  warknął.  Alison  wzruszyła  ramionami  i  odeszła  w  kierunku 

pomieszczenia oznaczonego napisem: „PALARNIA”. Chciała iść na cmentarz, ale dopiero za 

jakiś czas... 

Archeolodzy  pracowali  już  półtorej  godziny,  przeszukując  groby,  zdejmując  kolejne 

background image

ciężkie,  kamienne  płyty,  kopiąc  w  ziemi  i  wynosząc  trumny  na  powierzchnię,  a  następnie 

oglądając  ich  „zawartość”.  W  końcu  szef  zarządził  przerwę.  Zmęczona  ekipa  usiadła  na 

cmentarnych ławkach. David  Costner, pomimo niedawnej  niechęci  Alison do swojej  osoby, 

znowu postanowił do niej zagadać. 

- Cześć, Al - zaczął nieśmiało rozmowę. 

- Cześć. 

-  Jak  myślisz,  czy  w  takim  miejscu  można  swobodnie  napić  się  piwa?  -  zapytał, 

wyjmując  z  plecaka  butelkę  nieznanej  marki,  opatrzoną  u  dołu  znacznikiem  6%.  Alison 

spojrzała na niego z wyraźną odrazą. 

-  Zwariowałeś?  Alkohol  na  CMENTARZU?!  Może  trupy  nie  obraziłyby  się,  gdybyś 

napił się czegoś, po czym byłbyś w stanie stać prosto! - krzyknęła. - Dave, odpuść sobie. 

David z żalem na twarzy schował butelkę i wyjął wodę mineralną. 

Minęły dwa tygodnie bezowocnego przekopywania grobowców. Szef, podobnie jak i 

jego  pracownicy,  był  już  wyczerpany  i  rozdrażniony,  jednak  jakiś  nieokiełznany  impuls 

podpowiadał  mu,  że  ten  wyjazd  zakończy  się  sukcesem.  Ostatniego  dnia  pracowali 

wyjątkowo długo, od rana do późnego wieczora, z jedną przerwą, w południe. Około godziny 

20.00  archeolodzy  postanowili  ponownie  odpocząć,  nieważne,  jak  wielki  był  upór  ich 

pracodawcy. 

-  Gdzie  szef  tak  w  ogóle  jest?  -  zapytała  Alison.  Jej  współpracownicy  rozejrzeli  się 

dookoła. 

- Nigdzie go nie widzę - odparł David. 

- Zniknął jakieś dwie godziny temu - wtrącił Sydney. 

Pewna  kobieta  imieniem  Linda  wytężyła  wzrok.  Jakaś  postać  zmierzała  w  ich 

kierunku, pchając przed sobą taczkę z czymś ciemnym. 

- Chyba znalazłam szefa! - zawołała. 

Faktycznie,  dyrektor  pięć  minut  później  dotarł  do  grupki  archeologów  wyraźnie 

uradowany. „Ciemne coś” leżące na taczce okazało się czarnym, foliowym workiem. 

- Znalazłem to, czego od wielu lat szukałem! - oświadczył. - To doskonale zachowane 

zwłoki pewnej młodej Francuzki. Biedaczka zmarła w 1788 roku. 

Niektórzy  archeolodzy,  nie  mogąc  pohamować  ciekawości,  zaglądali  do  worka  i 

mówili, kręcąc głowami: 

- Niesamowite, 217 lat. 

Jedynie Alison odważyła się zadać ciążące wszystkim na sercach pytanie: 

- A jak nazywała się ta kobieta? 

background image

- Nazywała się Eleonora August. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Eksperyment   

Los Angeles, 16 lipca 2005 roku 

Zwłoki Eleonory August przetransportowano bezpiecznie do USA. Wraz z ciałem do 

kraju przyleciał także szef ze swoim zespołem. Mężczyzna przez niemal całą drogę patrzył się 

z  takim  entuzjazmem  na  zawinięte  w  worek  i  specjalną  folię  ochronną  ciało,  że  niektórych 

wprawiał w obrzydzenie tego rodzaju zachowaniem. 

Od razu po wylądowaniu „znalezisko” zabrano do laboratorium, gdzie zajęła się nim 

doktor Joannie Stevens, wysoka, szczupła blondynka około czterdziestki, ubrana w sięgający 

kolan biały kitel. Wyniki planowanej przez siebie sekcji zwłok Eleonory August zamierzała 

przekazać archeologom telefonicznie. 

10 minut później Joannie weszła na salę operacyjną i zabrała się do pracy. Najpierw 

rozcięła  klatkę  piersiową  i  obejrzała  serce.  Zaskoczona  doskonałym  stanem  ciała  zajęła  się 

żołądkiem  i  macicą.  I  tu  doktor  Stevens  przerwała  swoją  pracę  nad  zwłokami  Francuzki... 

Kobieta  stanęła  ze  skalpelem  w  jednej  ręce  i  nożycami  w  drugiej,  patrząc  w  osłupieniu  na 

leżące przed nią ciało. Nie tego się spodziewała... W jednej chwili wybiegła na korytarz. 

- Panie dyrektorze! - zawołała drżącym głosem. - Poproszę pana na chwilę! 

Czas  leciał  szybko.  Nadszedł  sierpień.  Wraz  z  początkiem  nowego  miesiąca  kulę 

ziemską  obiegła  wstrząsająca  wiadomość  (niektórzy  odebrali  ją  jako  żart,  ale  to  już  ich 

problem):  archeolodzy  z  Kalifornii  na  zachodnim  wybrzeżu  USA,  podczas  badań 

prowadzonych  we  Francji,  skupili  swoją  uwagę  na  paryskim  cmentarzu.  W  wyniku 

poszukiwań oraz wykopalisk znaleźli doskonale zachowane zwłoki pewnej młodej Francuzki 

z XVIII wieku, która zmarła, będąc w 12. tygodniu ciąży! A co najbardziej zadziwiło ludzi to 

fakt, że znajdujący się w jej ciele płód jakimś cudem przeżył w brzuchu zmarłej matki 217 lat 

i  jest  w  tej  chwili,  w  stanie  nienaruszonym,  w  jednym  z  nowoczesnych  inkubatorów  w 

laboratorium w Los Angeles. 

-  Naukowcy  i  archeolodzy  zdecydowali  się  utrzymać  dziecko  przy  życiu  w  celu 

poddania eksperymentowi jego  szans na przeżycie we współczesnym  świecie  -  informowała 

doktor Joannie Stevens w porannych wiadomościach. Udało nam się ustalić płeć dziecka. To 

chłopiec.  Kiedy  podrośnie,  to  znaczy  osiągnie  wiek  około  dziewięciu  miesięcy,  w  jakim 

zazwyczaj  rodzą się niemowlęta, zostanie oddany  do  adopcji. Chcemy,  aby nauczył  się żyć 

jak normalny człowiek z XXI wieku. Mamy... 

Alison  wyłączyła  telewizor  i  weszła  do  połączonej  z  salonem  kuchni.  Oparła  ręce  o 

background image

blat stołu, pochyliła głowę i zamknęła oczy. O Boże... Szef miał rację! Ta cała wyprawa do 

Paryża w istocie okazała się niezwykle istotna, a jej rezultat może mieć wpływ na rozwój nie 

tylko dalszej archeologii, ale też i genetyki! Jakim cudem to dziecko przeżyło? Czemu się nie 

rozwinęło dalej? Co z nim będzie, gdy dorośnie? Pozna prawdę, czy nie? Kobieta miała tyle 

pytań, na które prawdopodobnie nikt nie znal odpowiedzi. Stała zamyślona przez kilka minut, 

aż zadźwięczał dzwonek do drzwi. Alison wolno opuściła kuchnię i przeszła do przedpokoju. 

-  Kto  tam?  -  krzyknęła,  wyglądając  przez  wizjer.  Odpowiedział  jej  głos,  który  w 

najmniejszym stopniu spodziewała się teraz usłyszeć. 

- To ja. 

David  Costner!  O  nie!  I  co  teraz  zrobić?  Wpuścić  go,  czy  nie?  Kobieta  z 

westchnieniem  jednak  otworzyła  drzwi,  wskazała  gościowi  drogę  do  salonu  i  udała  się  do 

kuchni, aby zrobić drinka. Tymczasem David Costner rozsiadł się, w dosyć swobodnej pozie, 

na sofie. 

-  Co  cię  zdenerwowało,  Al?  -  zapytał.  -  Nie  złość  się,  ale  to  widać.  Jesteś  jakaś 

niespokojna. 

Alison  ze  złością  wcisnęła  mu  do  ręki  szklankę  wódki  wymieszanej  z  sokiem 

pomarańczowym z dodatkiem lodu i usiadła obok. Nie miała najmniejszej chęci spowiadania 

się ze swoich przemyśleń i wątpliwości. 

- To chyba nie twoja sprawa - warknęła. 

David spojrzał na nią niczym labrador. 

- Al, proszę, powiedz... 

- Nie! 

David zamilkł i zaczął pić swojego drinka. 

Joannie  Stevens  wolnym  krokiem  przemierzała  ogromne,  pokryte  granatowymi 

płytkami  pomieszczenie.  Inkubator  -  wielki,  przypominający  słoik  wypełniony  wodą,  stał 

pośrodku, oświedony wątłym światłem jarzeniówki. W wodzie unosiła się malutka postać, po 

dokładniejszych  oględzinach  można  było  stwierdzić,  że  przypomina  ona  dziecko.  Joannie 

podeszła bliżej i ze skupioną miną zapisała coś w notatniku. 

- Dobrze ci idzie, mały - powiedziała z uśmiechem na twarzy, jeszcze zanim opuściła 

laboratorium i udała się do domu. 

Nowy dom   

Los Angeles, 18 lipca 2020 roku 

Czas leciał szybko. Od dnia, w którym amerykańscy archeolodzy odkryli na paryskim 

cmentarzu doskonale zachowane zwłoki Eleonory August z żywym płodem w środku, minęło 

background image

już piętnaście lat. Tajemniczy chłopiec otrzymał na imię Nicolas. Na początku utrzymywany 

przy  życiu  w  inkubatorze,  osiągnąwszy  wiek  niemowlęcia,  został  umieszczony  w  domu 

dziecka, by tuż po jego piętnastych urodzinach, zaopiekowała się nim archeolog Alison. 

W chwili, w której  kobieta otworzyła drzwi do  sierocińca, Nicolas z niezadowoloną 

miną pakował ubrania do leżącej na łóżku walizki. Pokój, w którym do tej pory mieszkał, był 

jasny i przestronny. W kącie stało pianino, a na szafie leżała piłka w biało-czarne łaty. Łóżko 

ktoś  przykrył  kocem  w  szkocką  kratę.  Kiedy  nastolatek  ujrzał  wchodzącą  panią  archeolog, 

odwrócił się do niej plecami. Nie cieszył się na myśl, że musi opuścić dom dziecka. Spędził tu 

całe  swoje  dzieciństwo,  w  zasadzie  jednak  nie  miał  wyboru.  To  ludzie  z  laboratorium  w 

porozumieniu z Alison i miejscowym sędzią zadecydowali za niego. 

Nicolas  nie  był  szczególnie  wysoki,  miał  oliwkową  cerę  i  czarne,  lekko  pofalowane 

włosy, do tego piękne, duże, brązowe oczy. Zwykle nosił bluzy, dżinsowe spodnie i adidasy. 

Potrafił też wspaniale grać na fortepianie. Alison, jako jeden z archeologów, którzy pracowali 

w  Paryżu  przed  piętnastoma  laty,  znała  doskonale  przeszłość  chłopca,  ale  szef  zabronił  jej 

udzielania  jakichkolwiek  informacji  na  ten  temat  adoptowanemu  synowi.  Daleko  było  do 

stwierdzenia, że Alison się cieszyła. Ba, obstawianie przy tym, że pragnęła adopcji i zgodziła 

się na nią dobrowolnie, mogłoby zostać uznane za spore naciągnięcie prawdziwych wydarzeń. 

Chłopak przypominał jej o tym, że szef miał rację w związku z badaniami we Francji, a ona 

się  pomyliła.  Jednak  pozostali  archeolodzy  uznali,  że  najlepiej  będzie  dla  Nicolasa,  gdy 

zajmie się nim ktoś z zespołu. 

Mimo  wszystko  Alison  postanowiła  być  miła  i  zapewnić  chłopakowi  jak  najlepsze 

warunki oraz zaoferować mu miłość, na jaką czekał przez piętnaście lat na ziemi i 217 lat w 

ciele zmarłej matki. Tak, on z pewnością zasłużył na ciepło i rodzinny dom. 

- Witaj, Nicolas... - zaczęła, ale chłopak jej przerwał. 

-  Nie  chcę  stąd  odchodzić.  Spędziłem  tu  najszczęśliwsze  chwile  swojego  życia  - 

powiedział cicho, ze smutkiem  w  głosie. Kobieta westchnęła i usiadła na krześle nieopodal 

fortepianu. 

-  Rozumiem  cię  doskonale.  Decydując  się  na  adopcję,  zdawałam  sobie  w  pełni 

sprawę, że rozstanie z miejscem, w którym dorastałeś, może być dla ciebie trudne. W końcu 

masz  stąd  wiele  wspomnień.  Jednak  nie  powinieneś  mieszkać  tu  cały  czas.  Musisz 

dowiedzieć  się,  jak  wygląda  prawdziwa  rodzina.  Inni  chłopcy  w  twoim  wieku  mają  domy, 

matki, ojców... Moim zadaniem jest zapewnienie ci tego. Będziesz moim synem, a ja twoją 

mamą. Zaopiekuję się tobą i pokocham tak, jak robiły to twoje wychowawczynie tutaj. Mam 

nadzieję, że kiedyś i ty pokochasz mnie tak samo. 

background image

Nicolas podniósł na nią swoje oczy. Alison, widząc wypełniający je smutek, dodała: 

- Słyszałam, że jesteś świetnym pianistą. Zagrałbyś coś dla mnie? 

Nicolas  rozpromienił  się  i  od  razu  zasiadł  do  stojącego  w  kącie  instrumentu 

muzycznego.  Z  wyraźną  radością  dotknął  klawiszy  i  już  po  chwili  uszy  Alison  pieściła 

najsłodsza melodia, jaką w życiu słyszała. A była to kompozycja tak zawiła i skomplikowana, 

że kobieta była pełna podziwu, jak piętnastolatek radzi sobie z nią bezproblemowo. Grając, 

Nicolas  nie  popełnił  żadnego  błędu,  ani  razu  nie  wypadł  z  rytmu.  Znajdował  się  jakby  w 

odrębnym  świecie,  rządzonym  przez  muzykę.  Widać  było,  że  się  tym  pasjonuje.  Kiedy 

zabrzmiała ostatnia nuta, Alison otworzyła szeroko usta. 

- To było niesamowite... - wykrztusiła w końcu, oszołomiona. - Skąd to znasz? 

Chłopak wzruszył ramionami. 

-  Kiedyś  słyszałem  -  odpowiedział.  Zachowywał  się  teraz  zupełnie  inaczej,  niż 

kwadrans  wcześniej.  Uszła  z  niego  cała  niechęć  do  wyjazdu,  wraz  z  kolejnym  zagranym 

dźwiękiem  każda  cząstka  gniewu  i  nastoletniego  buntu  odlatywały  daleko.  Z  lepszym 

nastawieniem Nicolas wstał od instrumentu, wziął walizkę, uśmiechnął się szeroko do Alison 

i oświadczył: 

- Możemy jechać, mamo! 

Centrum Badań Archeologicznych   

Dyrektor  siedział  przy  biurku  w  swoim  gabinecie  i  bębnił  palcami  w  połyskujący, 

czarny blat. Przed nim stali jego trzej najbardziej pyskaci, ale i najlepsi pracownicy: Alison, 

Sydney i David. Prowadzili zażartą dyskusję, której tematem był Nicolas. 

-  Co  z  nim?  -  zapytał  w  pewnym  momencie  szef,  przerywając  swoje  nerwowe 

staccato. Odpowiedzi udzieliła Alison. 

-  Ma  pewną  intrygującą  umiejętność.  Ujawnił  ją  już  podczas  naszego  spotkania  w 

domu  dziecka.  Prawdopodobnie  wdał  się  w  swoją  zmarłą  matkę.  Zagrał  przy  mnie  na 

fortepianie, słyszałam wszystko dokładnie. Ciężko mi było uwierzyć, że piętnastolatek ułożył 

sam  coś  tak  skomplikowanego.  Jego  dłonie  poruszały  się  po  klawiaturze  z  zadziwiającą 

sprawnością.  Grał  przez  kilka  minut  i  nie  pomylił  się  przy  tym  ani  razu.  Wiem,  bo  sama 

kiedyś uczyłam się gry na tym właśnie instrumencie. Nie zdarzyło się też, by wypadł z rytmu. 

Od początku do końca zachowywał pewność siebie. Nie wiem, co mam o tym myśleć... 

Szef upił trochę kawy z kubka i zamyślił się. Możliwe było, że Nicolas odziedziczył 

talent  muzyczny po  rodzicach. Jego matka była  zawodową pianistką. Pewnie wrodził się  w 

nią. Rozmyślania przerwał mu Sydney: 

-  Ja,  Alison  i  David  próbowaliśmy  dowiedzieć  się  od  chłopaka  czegoś  o  jego 

background image

doświadczeniu  muzycznym,  ale  odpowiedzi,  jakie  uzyskaliśmy,  okazały  się  kompletnie 

pozbawione sensu. 

Szef uniósł brwi. 

- To znaczy? - zapytał. 

- Nicolas twierdzi, że gra ze słuchu, jednak nie jest w stanie dokładnie określić, kiedy i 

od  kogo  po  raz  pierwszy  usłyszał  te  kompozycje.  Mówi  też,  że  nigdy  nie  pomylił  się  przy 

żadnej  melodii,  jakkolwiek  by  ona  była  zaawansowana.  Z  rozmowy  z  dyrektorem  domu 

dziecka  dowiedziałam  się,  że  fortepian  sprowadzono  właśnie  na  życzenie  mojego 

adoptowanego syna. Wcześniej wymykał się i ukradkiem przedostawał do szkoły muzycznej, 

chociaż  nie  był  do  niej  zapisany  -  wyjaśniła  Alison.  Problemem,  z  którym  przyszła  do 

Centrum Badań Archeologicznych, wprawiła swojego pracodawcę w zakłopotanie. 

- To bardzo dziwna sprawa - stwierdził szef. - Rozważę ją, a jak tylko wpadnę na jakiś 

pomysł. Skontaktuję się z wami - oświadczył, wstając z krzesełka obrotowego. 

Z tonu jego głosu Alison, Sydney i David wywnioskowali, że życzy sobie w ciszy i 

samotności  porozmyślać  nad  przedstawionym  mu  problemem.  Wszyscy  po  kolei  opuścili 

Centrum Badań Archeologicznych. 

Po  popisowym  występie  w  domu  dziecka  Alison  postanowiła  zapisać  Nicolasa  do 

szkoły  muzycznej,  aby  rozwijał  swój  talent  pod  okiem  profesjonalnych  nauczycieli  i 

profesorów.  Nastolatek  dostał  się  do  klasy  fortepianu  i  fletu.  Bezproblemowo  przeszedł 

egzaminy wstępne, zdobywając po drodze najwyższe wyniki spośród wszystkich kandydatów. 

Kłopot  pojawił  się  dopiero  później,  na  zajęciach.  Zdolności  nieświadomego  swojej 

prawdziwej  tożsamości  Francuza  zadziwiały  jego  kolejnych,  coraz  bardziej  wymagających 

instruktorów. 

-  Co  mamy  z  nim  zrobić?  -  zastanawiali  się  nieraz  na  głos,  załamując  ręce.  Nicolas 

potrzebował  coraz  trudniejszych  i  w  większym  stopniu  skomplikowanych  kompozycji  do 

ćwiczeń (utwory przeznaczone dla studentów opanowywał  w przeciągu  kilku minut). Ludzi 

dziwił  też  fakt,  że  ciągle  zapamiętale  grywał  te  nieznane  melodie,  które  prezentował  na 

egzaminach wstępnych. Na każde dotyczące ich pytanie odpowiadał niezmiennie: 

- Mają dla mnie wartość sentymentalną. 

Nicolas  nie  umiał  dokładnie  powiedzieć,  skąd  zna  wyżej  wspomniane  kompozycje. 

Czuł  jednak,  że  w  jakiś  tajemniczy  sposób  pamięta  je  z  czasów,  kiedy  był  jeszcze  bardzo 

mały... 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Lekcja francuskiego   

Los Angeles 2 września 2020 roku 

Oprócz szkoły muzycznej Nicolas rozpoczął także edukację w liceum w Los Angeles. 

Już  pierwszego  dnia  szczególnie  spodobały  mu  się  zajęcia  z  języka  francuskiego  oraz 

panująca na nich atmosfera. 2 września 2020 roku nastolatek i jego nowi znajomi weszli do 

pracowni  językowej  nieco  zestresowani,  jako  że  pozostawali  dopiero  na  etapie  poznawania 

nowego  budynku  szkolnego  i  nauczycieli.  Nie  wiedzieli  za  bardzo,  czego  mogą  się 

spodziewać.  Zgadywali,  jak  będzie  wyglądać  ich  przyszła  nauczycielka  francuskiego. 

Zastanawiali się na głos, czy będzie młoda, w jakim wieku, czy lubi pracować z młodzieżą... 

Zdziwili  się,  gdy  w  drzwiach  zamiast  kobiety  ujrzeli  starszego,  łysiejącego  mężczyznę  w 

spranym  garniturze.  Profesor  minął  ławki,  zbliżył  się  do  biurka,  odłożył  dziennik  na  blat  i 

powiedział: 

-  Witajcie,  moi  drodzy!  Nazywam  się  profesor  Dawson  i  od  dzisiaj  jestem  waszym 

nauczycielem języka francuskiego. 

- Dzień dobry, panie Dawson! - zawołała zebrana w sali młodzież. 

- Świetnie - ucieszył się profesor. - Skoro widzimy się po raz pierwszy, to chciałbym 

się  czegoś  o  was  dowiedzieć.  Jeżeli  wasz  zakres  znajomości  języka  wam  na  to  pozwala, 

mówcie po francusku - sięgnął po dziennik, otworzył  go na alfabetycznym spisie uczniów i 

przeczytał: 

- Nicolas August. Może pan na początek? 

Chłopak  wstał  i  rozejrzał  się  dookoła.  Dwadzieścia  osiem  zaciekawionych  par  oczu 

wpatrujących się w niego intensywnie trochę go krępowało. A poza tym... Co on niby miał o 

sobie  powiedzieć?  Nigdy  wcześniej  nie  mówił  po  francusku,  jego  pierwszy  kontakt  z  tym 

językiem miał dopiero nastąpić. 

Nicolas  nerwowo  przełknął  ślinę  i  spojrzał  błagalnie  na  profesora.  W  tym  samym 

momencie  coś  się  w  nim  jednak  przełamało.  Jakaś  wewnętrzna  bariera  niepozwalająca  iść 

dalej, nagle pękła i chłopak wiedział już doskonale, co powiedzieć. 

Centrum Badań Archeologicznych   

- Co on teraz robi? - zapytał szef, wyglądając przez okno. 

- Lekcje? Jakieś zajęcia? 

- Tak jest w szkole, ma francuski. 

-1 jak sobie radzi? Powoli do przodu? 

background image

-  Wręcz  przeciwnie.  Powala  nauczycieli  swoją  bystrością  i  talentem.  W  szkole 

muzycznej  potrzebuje  coraz  bardziej  zaawansowanych  ćwiczeń,  w  kilka  minut  opanowuje 

utwory, które normalnie dla najlepszych studentów czasem stanowią problem. Mówię ci, to 

nastoletni geniusz. 

- Domyślam się. 

- Co w takim razie z nim zrobimy? 

Szef odwrócił się plecami do okna. 

-  Na  razie  niech  żyje  jak  normalny  człowiek,  nieświadomy  prawdy  o  swoim 

pochodzeniu, a potem się pomyśli. Pozwolimy mu podążać wybranymi przez niego ścieżkami 

życia. 

Alison założyła ręce na piersiach. 

- Niby jak mój syn ma poradzić sobie w świecie nieznanym jego rodzicom? 

Szef westchnął. 

-  Nicolas  jest  inteligentniejszy  od  wielu  z  nas.  Zrobimy  tak:  jeżeli  chłopak  dokona 

jeszcze  czegoś  nadzwyczajnego,  to  przedstawimy  go  prezydentowi  naszego  kraju  i 

strzegącym  jego  bezpieczeństwa  agentom.  Niech  oni  podejmą  ostateczną  decyzję  w  tej 

sprawie. 

- Niech tak będzie. 

Alison już chciała wyjść, gdy ręka szefa spoczęła na jej ramieniu. 

- Al, informuj mnie od razu, jakby coś się działo. Pilnuj, aby Nicolas nie domyślił się, 

że  tak  naprawdę  pochodzi  z  innej  epoki.  Piętnaście  lat  temu  wszystko  zręcznie 

zatuszowaliśmy, tyle tylko że nie wiem, na jak długo - szepnął mężczyzna. Kobieta usłyszała 

w jego głosie niepokój. 

- Oczywiście - obiecała. - Zadzwonię, jak tylko coś się stanie. 

Szkoła   

- No, Nicolas, powiesz nam coś o sobie? - zachęcał chłopaka nauczyciel, uśmiechając 

się przyjaźnie. Nastolatek wstał i zaczął mówić płynną francuszczyzną: 

- Witajcie wszyscy. Nazywam się Nicolas August. Tak jak wy, siedzę w tej pracowni 

po raz pierwszy... 

Przerwał,  skrępowany. Klasa patrzyła na niego  w osłupieniu, a siedząca ławkę dalej 

blondynka zastygła w bezruchu, nie wiedząc, że ma otwarte usta. Chłopak zaśmiał się cicho i 

kontynuował po francusku: 

- No co? Przecież doskonale wiecie, że się przeprowadziłem. Skąd więc to zdumienie? 

-  Wybacz,  że  się  wtrącam,  ale  nie  dziwi  nas  wcale  to,  gdzie  wcześniej  mieszkałeś. 

background image

Jesteś w tej chwili na zajęciach z języka francuskiego dla początkujących, ale, sądząc po tym, 

jak  się  wypowiadasz,  uważam,  iż  będzie  cię  trzeba  przenieść  na  wyższy  profil  dla 

zaawansowanych. To właśnie zaskoczyło twoich kolegów! A teraz mów dalej, chłopcze, tak 

przyjemnie się tego słucha. 

-  Moim  hobby  i  pasją  od  najmłodszych  lat  jest  muzyka.  Od  dawna  gram  na 

fortepianie. Jestem samoukiem. Poza tym lubię sport. 

- Jaka dziedzina najbardziej cię interesuje? - zapytał wykładowca. 

-  Piłka  nożna.  Zanim  przyszedłem  do  tego  liceum,  często  grywałem  z  dawnymi 

kolegami. 

Cała  ta  rozmowa  nie  odbywała  się  bynajmniej  po  angielsku...  Nauczyciel  z 

zakłopotaniem  podrapał  się  po  łysinie,  rozgarniając  na  boki  siwe  pozostałości,  które  kiedyś 

zapewne były włosami. 

-  No  dobrze.  Eee...  Siadaj,  Nicolas.  Zwykle  za  prezentacje  nie  stawiam  ocen,  ale... 

Tym razem czuję się zmuszony zrobić wyjątek. Dostałeś A. 

Nicolas usiadł zawstydzony i popatrzył na ławkę. Po upływie kilku minut nauczyciel 

odezwał się ponownie. 

- Czy twoja mama jest dzisiaj w domu? 

- Tak. 

Profesor  upił  kilka  łyków  kawy  ze  stojącej  na  parapecie  filiżanki,  spoglądając  ze 

zdziwieniem na swojego ucznia. 

- Chciałbym z nią porozmawiać. Ale zanim to uczynię, muszę być absolutnie pewien 

tego,  że  przez  ostatnie  dziesięć  minut  naprawdę  po  raz  pierwszy  w  życiu  mówiłeś  po 

francusku. 

Nicolas przytaknął skinieniem głowy.. 

- Pierwszy raz. Proszę mi uwierzyć. 

Nauczyciel westchnął. 

- Jesteś pewny? Ani jednego słowa wcześniej nie wypowiedziałeś w tym języku? 

- Ani jednego. 

Wykładowca,  wyraźnie  zszokowany,  odwrócił  się  plecami  do  klasy  i  zamknął 

dziennik. Nigdy wcześniej w swojej karierze nauczyciela nie zetknął się z podobną historią: 

tak dobrze znać francuski, pomimo tego że nie słyszało się go nigdy wcześniej. W tej chwili 

jedynym sensownym wyjściem z sytuacji wydawała się mu rozmowa z opiekunką chłopaka. 

Ach,  jaka  szkoda,  że  profesor  nic  nie  wiedział  ohistorii  bliskich  Nicolasa,  o  tym,  co 

wydarzyło się ponad dwa wieki temu z jego biologicznymi rodzicami... 

background image

- No trudno. Muszę zadzwonić do pani Alison i uprzedzić ją, że zjawię się wieczorem 

- powiedział nauczyciel  po cichu do siebie. W tym samym momencie zadźwięczał dzwonek 

na przerwę i trzeba było opuścić klasę. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Wizyta nauczyciela   

Los Angeles, 2 września 2020 roku 

Jeszcze  tego  samego  dnia  nauczyciel  języka  francuskiego  postanowił  odwiedzić 

Nicolasa w jego domu oraz poważnie porozmawiać z Alison na temat dziwnego zachowania 

chłopaka na lekcji. Ubrany w czarny garnitur (który zakładał jedynie na wyjątkowe okazje) o 

godzinie 20.00 zapukał do drzwi pani archeolog. Kobieta otworzyła i wpuściła go do środka 

kilka minut później. 

-  Witam  szanownego  pana  profesora  -  powiedziała.  -  Domyślam  się,  że  będziemy 

rozmawiać o Nicolasie? - dodała. 

-  Tak.  Stało  się  coś,  co  muszę  bezwarunkowo  z  panią  skonsultować.  Ta  sprawa  nie 

może czekać. 

- Przyznam, że zaniepokoiłam się pańskim telefonem. 

- Chłopak nie zrobił nic złego. W tym rzecz, że wprost przeciwnie. 

Alison  uniosła  brwi  ze  zdumieniem,  lecz  szybko  się  opanowała  i  zaprowadziła 

starszego mężczyznę do salonu. Usiedli obok siebie na sofie. 

- Nie chcę być nieuprzejma, ale nie mamy dzisiaj zbyt wiele czasu na przyjmowanie 

gości.  Nicolas  przygotowuje  się  do  bardzo  ważnego  sprawdzianu  w  szkole  muzycznej, 

potrzebuje spokoju i skupienia. 

-  Doskonale  panią  rozumiem.  Zapewniam,  że  nie  będę  przeszkadzał  i  uwinę  się  ze 

wszystkim  tak  szybko,  jak  to  tylko  możliwe.  Po  pierwsze,  chciałbym  dowiedzieć  się,  czy 

mówi pani po francusku? 

Alison popatrzyła na nauczyciela ze zdziwieniem. 

- Ja? Po francusku? Nie. Co to za niedorzeczny pomysł i co to ma wspólnego z moim 

synem? 

Starszy pan podrapał się w głowę. 

- Bardzo dużo. Czy Nicolas uczęszczał kiedykolwiek na lekcje języka francuskiego? 

- Też nie. Przynajmniej tak sądzę. Adoptowałam go w lipcu i sądzę, że jeszcze wielu 

rzeczy muszę się dowiedzieć. 

- To w takim razie ta historia na pewno panią zainteresuje. Otóż dzisiaj na zajęciach 

poprosiłem chłopaka, aby spróbował powiedzieć coś o sobie, w miarę możliwości posługując 

się  językiem  francuskim.  Nicolas  był  na  początku  trochę  zestresowany,  ale  w  końcu  zaczął 

mówić. Tak płynnej francuszczyzny jeszcze nigdy nie słyszałem, nawet u swoich najlepszych 

background image

uczniów.  Zapytany  o  znajomość  języka  stwierdził,  że  wcześniej  nie  miał  z  nim  żadnego 

kontaktu. Ja... Pani archeolog, czy wszystko w porządku?! - nauczyciel prawie krzyknął, gdyż 

Alison  nagle  gwałtownie  pobladła  na  twarzy  i  wpatrywała  się  w  niego  szeroko  otwartymi 

oczyma. 

-  Tak...  Wszystko  jest  w  jak  najlepszym  porządku  -  odpowiedziała  kobieta  słabym 

głosem.  Zwabiony  okrzykiem  profesora  Nicolas  przerwał  ćwiczenia  i  zbiegł  na  dół.  Jego 

adopcyjna mama w mgnieniu oka doszła do siebie. 

-  Co  się  stało?  -  zapytał,  patrząc  to  na  Alison,  to  na  wykładowcę.  Staruszek  poczuł 

lekkie  ukłucie  wstydu  na  myśl,  że  zaniepokoił  chłopaka  swoim  niepotrzebnym  wybuchem 

paniki. W końcu panującą w salonie ciszę przerwała kobieta. 

-  Nicolas,  może  zaprezentowałbyś  naszemu  gościowi  ulubioną  kompozycję  na 

fortepian? - zaproponowała. Nauczyciel francuskiego uśmiechnął się z entuzjazmem. 

- O tak! Z chęcią posłucham, jak grasz! 

Tak więc Nicolas zaprowadził swojego wykładowcę do pokoju na piętrze, gdzie stał 

czarny  fortepian  koncertowy.  Widząc,  że  staruszek  wpatruje  się  w  instrument  z  coraz 

większym  zaciekawieniem,  chłopak  od  razu  zaczął  grać,  zasłoniwszy  sobie  uprzednio  oczy 

opaską. Nauczyciel natomiast rozgościł się na stojącej nieopodal kanapie. Siedział wygodnie 

oparty i przysłuchiwał się płynącej z wnętrza instrumentu muzyce. 

Grający Nicolas wydawał się do tego stopnia oderwany od otaczającego go świata, że 

grzechem  byłaby  próba  odciągnięcia  go  od  fortepianu.  Podobnie,  jak  wcześniej  w  domu 

dziecka  w  obecności  Alison,  tak  i  teraz  kierowała  nim  niezachwiana  pewność  siebie.  Nie 

widział  klawiszy,  oczy  miał  zasłonięte,  głowę  wyprostowaną.  Wydawać  by  się  mogło,  że 

najzwyczajniej  w  świecie  zaufał  swoim  palcom  i  pozwolił  im  działać  swobodnie. 

Zszokowany  nauczyciel  francuskiego  stał  się  właśnie  świadkiem  niecodziennej,  niezwykłej 

sceny, kiedy to grający i instrument wzajemnie się dopełniają. Nierozerwalna symbioza, tyle 

że nie miała ona miejsca w lesie czy gdziekolwiek indziej, ale w ceglanym domu, a ponadto 

zachodziła między istotą żywą a przedmiotem pozbawionym uczuć. 

Profesor odważył się odezwać dopiero wtedy, gdy zabrzmiała ostatnia nuta. 

- Co to było? - zapytał,z trudem dobierając słowa. Wciąż znajdował się pod wpływem 

tajemniczej melodii. Nicolas powoli odwrócił się i zdjął opaskę z oczu. 

- To kompozycja muzyczna, którą kiedyś słyszałem. Nie pamiętam, kto ją przy mnie 

grał. Musiało być to bardzo dawno temu. Ważne, że cały czas noszę ją w głowie. 

Zaintrygowany nauczyciel kontynuował rozmowę. 

-  Zawsze  ją  pamiętałeś?  Nicolas,  nigdy  nie  zdarzyło  się,  że  na  przykład  pomyliłeś 

background image

nuty? 

- Nie. 

Profesor uśmiechnął się. 

-  Twoja  umiejętność  gry  na  fortepianie  ma  podobne  podłoże,  co  znajomość 

francuskiego? 

-  Chyba...  To  znaczy,  nie  mam  absolutnej  pewności.  Urodziłem  się  tutaj,  w  Los 

Angeles, a czuję się, jakbym pochodził z Francji, jakby część tego kraju żyła we mnie. 

W  tej  samej  chwili  na  piętro  weszła  Alison z  dwoma  szklankami  herbaty  na  tacy,  a 

Nicolas zamknął się w swoim pokoju. 

-  Rozmawiał  pan  z  nim?  -  zapytała  archeolog,  siadając  na  sofie  obok  starego 

profesora. Mężczyzna popatrzył niezdecydowanym wzrokiem na stojący przed nim fortepian, 

jakby  zastanawiał  się,  czy  warto  dalej  drążyć  ten  temat.  Jednak  chęć  poznania  tajemnicy 

geniuszu Nicolasa okazała się silniejsza. 

-  Tak.  Pani  syn  jest  ponadprzeciętnie  inteligentny  i  utalentowany.  Dzisiaj  na  lekcji 

francuskiego odniosłem wrażenie, że on jako jedyny z całej klasy ma pojęcie o tym języku. 

Nasza rozmowa przebiegała naprawdę swobodnie. 

Iteraz jeszcze jego piekielny talent muzyczny! 

Alison  zamknęła  oczy  i  na  chwilę  schowała  twarz  w  dłoniach.  Jeśli  wyjawi 

profesorowi  chociaż  rąbek  tajemnicy  Nicolasa,  raz  na  zawsze  zniweczy  plany  szefa, 

dotyczące chłopaka... A jeśli wszystko przemilczy, to ma szansę doprowadzić eksperyment do 

końca. 

-  Przykro  mi,  ale  nie  mam  pojęcia,  skąd  u  syna  pojawiły  się  te  wszystkie  zdolności. 

Jak już wspominałam, mieszka ze mną od niedawna i pewnie nie wiem o nim jeszcze wielu 

rzeczy - skłamała. 

Nauczyciel,  nie  domyślając  się  prawdy,  wskazał  na  album  fotograficzny  leżący  na 

fotelu  obokjasnożółta okładka została pomazana czarnym  markerem,  a na jej grzbiecie ktoś 

koślawymi  literami  nabazgrał:  „DOM  DZIECKA”.  Ten  właśnie  dziecięcy  charakter  pisma 

przyciągnął uwagę profesora. 

- Mogę? - zapytał, po czym wziął do ręki album, nie czekając na zgodę. Otworzył na 

pierwszej stronie i z zafascynowaniem zaczął przyglądać się fotografiom, na których dwuletni 

Nicolas radośnie bębni palcami w klawisze fortepianu, gra w piłkę nożną albo się uczy. Im 

bliżej było nauczycielowi do końca albumu, tym berbeć na zdjęciach stopniowo dorastał. W 

pewnym  momencie  profesor  jakby  ocknął  się  z  głębokiego  snu,  gwałtownie  oderwał  wzrok 

od fotografii przedstawiających dzieciństwo Nicolasa i spojrzał na zegarek. 

background image

-  Dobry  Boże,  ale  późno!  Muszę  już  wracać!  Przepraszam,  zasiedziałem  się!  - 

wykrzyknął. 

- Zdarza się, proszę pana - powiedziała nieco chłodnym tonem Alison. Wstała, zeszła 

na  dół  i  wypuściła  staruszka  na  zewnątrz.  Gdy  mężczyzna  mijał  ją,  rzucił  jeszcze  na 

odchodnym: 

-  Może  to  nie  być  dla  pani  szczególnie  ważne,  ale  Nicolas  powiedział  dziś  coś,  co 

mnie zdziwiło. Jak on to ujął... 

O, tak: „Urodziłem się tutaj, w Los Angeles, a czuję się, jakbym pochodził z Francji, 

jakby  część  tego  kraju  żyła  we  mnie”.  Nie  wiem,  co  to  może  oznaczać  w  ustach 

piętnastolatka. Może to pani jakoś wytłumaczyć? 

Alison pokręciła przecząco głową. Za wszelką cenę starała się ukryć drżenie ramion. 

-  Życie  mojego  syna  zawsze  było,  jest  i  będzie  „zapisane  na  pięciolinii”  w  postaci 

tylko jemu znanej kompozycji. Nicolas... Odkąd mieszkam z nim, odnoszę wrażenie, że cały 

czas jest panem swojego życia - szepnęła. 

Profesor westchnął. 

- Ma pani absolutną pewność, że nie wie, skąd chłopak ma te wspaniałe talenty? 

Alison  pomyślała,  że  za  nic  nie  może  zdradzić  tajemnicy  laboratorium,  tajemnicy 

strzeżonej głównie przed samym Nicolasem. 

- Naprawdę nic nie wiem. Dziękuję za wizytę. 

- Do widzenia. 

- Wzajemnie. 

Kiedy  za  nauczycielem  zatrzasnęły  się  drzwi,  Alison  odetchnęła.  Och...  Tak  mało 

brakowało...  Szef  na  sto  procent  nie  wybaczyłby  jej,  gdyby  zataiła  przed  nim  tego  typu 

incydent,  jaki miał  miejsce dzisiejszego dnia...  Była 22.10,  o  tej porze archeolog wolała nie 

dzwonić do swojego pracodawcy. Mogła go niechcący obudzić. 

Wtem  Alison  usłyszała  dźwięk  wibracji  komórki.  Nie  zwlekając  ani  chwili,  kobieta 

spojrzała na wyświetlacz. Dzwonił Sydney! 

- Może chociaż on doradzi mi, co mam teraz zrobić?  - powiedziała Alison do siebie, 

po czym odebrała połączenie i wyżaliła się przyjacielowi z pracy z dręczącego ją problemu. 

- Nie ma rady, musisz do szefa zatelefonować - stwierdził Sydney po blisko dziesięciu 

minutach  słuchania  zwierzeń  współpracownicy.  -  Nasz  drogi  dyrektor  kazał  informować 

siebie  o  każdym  dziwactwie  Nicolasa.  Pewnie  wścieknie  się,  że  chcesz  coś  od  niego  o  tak 

późnej porze, ale trudno, to nie twoja wina. Przecież tylko wykonujesz jego rozkazy. 

- Jasne... 

background image

- Alison... - w głosie Sydneya słychać było rozbawienie. 

-  Szef  nie  będzie  miał  prawa  wściekać  się  o  to,  że  działając  na  jego  zlecenie, 

niechcący go obudziłaś - mężczyznę ta sytuacja nie tylko bawiła, wręcz trząsł się ze śmiechu. 

- Ach, moja droga... Musisz się jeszcze sporo nauczyć o buncie - dodał na koniec. - Dobranoc. 

- Dobranoc. 

Dyrektor smacznie spał, kiedy telefon na szafce nocnej zadzwonił. Mężczyzna powoli 

usiadł na brzegu łóżka i odebrał. 

- Czego?!  - warknął,  przecierając oczy.  - Alison, czemu  budzisz mnie w nocy? Co?! 

Mówi po francusku?! - wściekły i nieco ironiczny ton mężczyzny nieco złagodniał. - Popis w 

szkole?  No  ale...Tak,  jego  rodzice  byli  Francuzami,  na  dodatek  niezwykle  utalentowanymi 

muzykami. I co z tego?! Do jasnej cholery, spójrz na zegarek! Nieważne, nie obchodzi mnie, 

że  kazałem!  Na  Boga,  to,  że  jakiś  piętnastolatek  zna  francuski,  nie  jest  wystarczającym 

powodem, aby dzwonić do mnie o TAKIEJ porze! Do widzenia! 

- warknął, po czym rzucił słuchawkę. 

Szef miał ochotę paść z powrotem na łóżko i dalej spać, ale nie był w stanie. Cały czas 

myślał o tym, co przed chwilą usłyszał, o tym, że Nicolas wykazuje umiejętności i zdolności 

o wiele bardziej rozwinięte, niż u jego rówieśników: 

- gra na fortepianie zawiłe, nieznane kompozycje, przy czym nigdy się nie myli, 

-  zna  francuski,  choć  nigdy  go  wcześniej  nie  słyszał.  Szef  bez  słowa  podszedł  do 

biurka, wyjął z szuflady skoroszyt z hasłem: „OPERACJA NICOLAS”, otworzył go i napisał 

na pierwszej kartce od góry: 

Eksperyment nr 1 Osoba: Nicolas August Kraj pochodzenia: Francja Data urodzenia: 

18.07.2005 Daty urodzenia matki i ojca: 

Eleonora Jean August (12.08.1764) 

Henryk August (23.10.1763) 

Opinia ekspertów: Naradzić się z prezydentem kraju. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Mecz   

Los Angeles, 30 września 2020 roku 

Nicolas  poznał  w  liceum  bardzo  wielu  przyjaciół,  z  którymi  uwielbiał  spędzać  czas. 

Najczęściej  chłopcy  przesiadywali  u  któregoś  z  nich  w  domu  i  surfowali  po  Internecie, 

jednakże  często  także  grali  w  piłkę  nożną.  Sportowa  pasja  połączyła  nastolatków,  stała  się 

niemal głównym tematem ich rozmów. Pewnej niedzieli Nicolas i jego koledzy umówili się 

na  towarzyski  mecz  z  drużyną  z  San  Francisco.  Grę  zaplanowano  na  godzinę  17.00.  Gdy 

oczekiwana pora wreszcie nadeszła, Nicolas wkroczył na zielone, świeżo skoszone boisko w 

Los  Angeles  razem  ze  swoją  drużyną  oraz  w  asyście  dwóch  najlepszych  kumpli,  Josha  i 

Kevina.  Po  drodze  obserwowali  kibicujące  zarówno  LA,  jak  i  San  Francisco  cheerleaderki. 

Wśród  tych  drugich  uwagę  młodego  Francuza  przykuła  jedna  dziewczyna  -  podobnie  jak 

Nicolas  nie  należała  do  najwyższych  osób,  była  za  to  bardzo  ładna  i  uchodziła  za 

niedoścignione marzenie wszystkich chłopców w swojej szkole. Spod burzy czarnych loków 

sięgających  niemal  do  pasa  spoglądały  błyszczące,  błękitno-szare,  duże  oczy.  Dziewczyna 

uśmiechała się łagodnie, pijąc wodę mineralną z plastikowej butelki. 

Nicolas zapewne przyglądałby się jej dalej, gdyby sędzia nie nakazał rozpoczęcia gry. 

Na początku prowadziła drużyna z San Francisco, jednak Los Angeles szybko odrobiło stratę. 

Po  upływie  trzydziestu  minut  drużyna  Nicolasa  wygrywała.  Drugi  gol,  trzeci,  czwarty... 

Młody,  nieświadomy  swojej  prawdziwej  tożsamości  Francuz  dawał  z  siebie  wszystko, 

zupełnie jakby chciał popisać się przed czarnowłosą cheerleaderką. Chłopaki z LA, spragnieni 

zwycięstwa,  nawet  nie  zauważyli,  kiedy  mecz  dobiegł  końca.  Ze  zdziwieniem  patrzyli  na 

zmierzającego  ku  nich  uśmiechniętego  sędziego  z  ogromnym,  złotym  pucharem  w  ręce. 

Kevin oniemiały zdołał jedynie powiedzieć: 

- Aha. Wygraliśmy - po czym zemdlał. 

Alison gotowała właśnie wodę na herbatę, kiedy zawibrowała jej komórka. Kobieta na 

początku pomyślała, że Nicolas chce ją poinformować o wyniku meczu, ale mina jej zrzedła, 

kiedy spojrzała na wyświetlacz. Laboratorium... 

- Czego?! - warknęła wściekła do słuchawki. Pytania z serii: „Co Nicolas teraz robi?” 

albo  „Skąd  on  to  wszystko  umie?”  zaczynały  ją  już  powoli  drażnić  i  miała  powyżej  uszu 

odpowiadania na nie. 

-  Na  twoim  miejscu  byłbym  milszy,  albo  chłopak  straci  szansę  na  wielką  muzyczną 

karierę - powiedział po drugiej stronie dyrektor. Alison bardzo się nie spodobał władczy ton, 

background image

jakim się do niej zwracał. 

- Nicolas jest na meczu - wyznała ze złością. Szefa to nie ruszyło. 

- Wiem o tym doskonale - odrzekł spokojnie. - Chodzi oto, że niedaleko laboratorium 

jest organizowany koncert charytatywny. Twój syn mógłby tam wystąpić. Co ty na to? 

- W sumie czemu nie? Nicolas się ucieszy. Ale kiedy dokładnie i o której godzinie jest 

ten koncert? 

Szef zamyślił się. 

- Za miesiąc, chyba o 17.00 

-  Ok.  Szefie,  mam  jedno  zastrzeżenie,  co  do  twojego  cudownego  eksperymentu  na 

moim synu. 

- Tak? A mianowicie? 

-  Jesteś  trochę  niekonsekwentny  w  tym,  co  robisz.  Kiedy  Nicolas  „przyszedł  na 

świat”, nagłośniłeś całą sprawę w mediach. Teraz każesz mi zataić przed nim jego prawdziwą 

tożsamość! Wiedz, że on i tak się kiedyś zorientuje, a wtedy straci zaufanie do mnie! 

Szef wybuchnął śmiechem. 

- Al, to było piętnaście lat temu. 

- Ale żyją ludzie, którzy pamiętają „sensację laboratoryjną” z 2005 roku. 

- Trudno. To jak w końcu z tym koncertem? 

- Porozmawiam z Nicolasem. Do zobaczenia jutro w pracy. 

Ostatecznie mecz wygrała drużyna z Los Angeles. Chłopcy z San Francisco siedzieli 

smutni  na  trybunach,  daremnie  szukając  pocieszenia  w  swoim  towarzystwie,  a  tajemnicza 

dziewczyna  z  czarnymi  lokami  kłóciła  się  zawzięcie  z  jednym  z  pokonanych  piłkarzy. 

Obydwoje  z  oddaniem  gestykulowali  i  krzyczeli.  W  pewnym  momencie  dryblas,  wyraźnie 

zdenerwowany, uderzył swoją rozmówczynię z całej siły w twarz, aż ta upadła na trawę. 

- No, Dylan, teraz to już przesadziłeś. Zrywam z tobą! 

-  krzyknęła.  Całe  zajście  widział  Nicolas.  Natychmiast  rzucił  piłkę  na  ziemię  i 

podszedł do wściekłego chłopaka nerwowo pocierającego sobie prawą rękę. 

-  Co  ty  najlepszego  wyprawiasz?  -  zapytał  tak  spokojnie,  że  zabrzmiało  to  niemal 

złowrogo. - Bić dziewczynę? Niżej upaść już nie mogłeś - stwierdził, po czym, upewniwszy 

się, że dryblas odszedł, przykucnął i szeptem zapytał: 

- W porządku? 

Dziewczyna  podniosła  głowę,  spojrzała  na  niego  z  przestrachem  i  odrzekła  słabym 

głosem. 

- Tak... Tak sądzę. 

background image

Zawstydzony  wzrok  wbiła  w  zieloną  murawę,  jedną  ręką  nerwowo  skubała  źdźbło 

trawy,  a  dolna  warga  drgała  jej  niepokojąco.  Mogła  być  zwiastunem  wszystkiego:  od 

załamania  nerwowego  po  atak  histerii.  Nicolas,  widząc,  że  nieznajoma  nie  umie  dojść  do 

siebie po niedawnej awanturze, delikatnie chwycił ją pod ramię i pomógł wstać. 

- Zaprowadzę cię na trybuny - zadecydował stanowczym tonem. Cheerleaderka wcale 

nie sprzeciwiała się, wsparta na ramieniu młodego Francuza krok za krokiem dotarła w końcu 

do pierwszego rzędu kolorowych ławek. Kiedy oboje usiedli, Nicolas powiedział: 

- Nie chcę się wtrącać, ale na moje oko twój związek przechodzi właśnie kryzys. 

Dziewczyna otarła łzy rękawem biało-niebieskiej bluzki. 

- Wtrącasz się - stwierdziła, uśmiechając się lekko. - Mam na imię Julia. A ty? 

- Nicolas. 

Milczeli  tak  przez  chwilę,  aż  w  końcu  uspokoiła  się  i  doszła  do  siebie.  Kiedy 

ponownie uniosła głowę, a jej błękitno-szare spojrzenie napotkało wzrok Nicolasa, ten nagle 

poczuł, że traci wątek. Tak wiele miał do niej pytań, a teraz... Nie wiedział, od czego zacząć. 

To,  co  się  z  nim  w  tej  chwili  działo,  było  dla  niego  obce,  dziwne,  zarazem  tajemnicze  i 

pociągające. Z trudem dobierając słowa, zapytał: 

- Ten chłopak... Który cię uderzył... On... Chodziłaś z nim? 

Julia wyrusza ramionami. 

-  To,  co  kiedyś  nas  łączyło,  dzisiaj  jest  nieaktualne.  Zerwałam  z  nim.  Na  imię  ma 

Dylan  i  uważa  się  za  niewiadomo  kogo.  Drażnił  mnie  już  od  jakiegoś  czasu,  a  po  meczu 

przegiął zdecydowanie. 

Nicolas popatrzył na nią uważnie. Zainteresowanie wzbudziła w nim jej nienaturalnie 

ciemna  karnacja  i  wyjątkowo  czarne  włosy,  ciemniejsze  nawet  od  jego  własnych.  Ponadto 

rysy twarzy miała jakieś takie... egzotyczne. 

- Nie wyglądasz mi na Amerykankę - wypalił. - Obserwuję wiele dziewczyn w moim 

liceum i żadna nie ma tak brązowej skóry. 

Julia uśmiechnęła się. 

- Mam na nazwisko Al-Keda, tak jak mój ojciec. 

- Jesteś Arabką? - zapytał Nicolas. 

- W połowie. Mama pochodziła z Sudanu. Tata po jej śmierci,  z szacunku i  wielkiej 

miłości do zmarłej, przyjął jej nazwisko. Chciał ją w ten sposób upamiętnić - wyjaśniła. 

Nastolatek poczuł nagłą potrzebę poznania historii rodziny Julii. 

- Opowiedz mi coś więcej! - poprosił niemalże błagalnie. Dziewczyna roześmiała się. 

-  No,  nie  wiem,  czy  mogę  ci  zaufać  -  powiedziała.  -  Losy  mojej  mamy  były  dość 

background image

tragiczne - tu gwałtownie spoważniała. 

-  Możesz  mi  wierzyć,  że  wszystko,  co  tu  za  chwilę  usłyszę,  zostanie  między  nami  - 

szepnął  Nicolas,  szczególnie  akcentując  ostatnie  słowa  „między  nami”.  W  geście  przysięgi 

położył  sobie prawą dłoń po lewej  stronie klatki piersiowej,  w miejscu,  w którym  powinno 

być serce. Coś w jego głosie wzbudziło zaufanie u Julii. Zaczęła opowiadać. 

- Tata urodził się w San Francisco. W wieku siedemnastu lat opuścił rodzinne miasto i 

wyjechał  do  Sudanu.  Osiedlił  się  w  stolicy,  Chartumie.  Przez  rok  poszukiwał  pracy,  aż  w 

końcu postanowił otworzyć własny biznes. Wraz z jednym ze swoich sudańskich przyjaciół 

założył  sieć  sklepów  obuwniczych  „Keda-Abdul”  w  całym  kraju.  Okazało  się  to  trafionym 

pomysłem. Obaj doskonale zarabiali i nie mieli problemów z utrzymaniem się. W dniu jego 

dziewiętnastych urodzin poznał mamę. 

Tata  był  wtedy  młody  i  niedoświadczony  w  sprawach  sercowych.  Nie  wyjechał  do 

Sudanu  w  celu  znalezienia  miłości,  wolał  skupić  się  na  pracy  i  zarobkowaniu.  Z  okazji 

urodzin  wziął  dzień  wolny  i  wybrał  się  do  restauracji.  Gdy  siedział  przy  stole,  podeszła  do 

niego  pewna  dziewczyna.  Chociaż  założyła  strój  kelnerki  i  buty  na  szpilkach,  aby  udawać 

wyższą, nie mogła mieć więcej niż czternaście lat. Odznaczała się niezwykłą urodą, a przede 

wszystkim oliwkową karnacją, trochę ciemniejszą, niż moja. Wtedy jeszcze tata nazywał się 

John Flannery. 

Tą  czternastoletnią  dziewczyną  była  przyszła  żona  pana  Flannery  ego,  moja  mama. 

Wywodziła  się  z  biednej,  składającej  się  z  fanatyków  religijnych  rodziny.  Z  racji  braku 

środków na utrzymanie musiała dorabiać jako kelnerka w pobliskiej restauracji. Jej rodzice, a 

moi  dziadkowie,  to  ludzie  o  dość  zacofanych  poglądach.  Nie  pozwalali  córce  robić  nic  bez 

uprzedniego  zapytania  ich  o  zgodę,  pilnowali  od  rana  do  wieczora  (z  wyłączeniem  godzin 

spędzanych  w  pracy)  i  zmuszali  do  długich  modlitw  do  Allaha  (nie  biorąc  pod  uwagę 

odmiennych  przekonań  religijnych  nastolatki).  Podsumowując  to  wszystko,  dorzucając 

absolutny  zakaz  posiadania  chłopaka  oraz  wymagane  posłuszeństwo,  można  by  rzec,  że 

mama miała zrujnowaną młodość. Nic dziwnego, że w końcu iskierka buntu w niej zamieniła 

się  w  pożar.  Wtedy  wbrew  woli  rodziców  zatrudniła  się  jako  kelnerka.  Jej  ojciec,  a  mój 

dziadek, na to jeszcze przymknął oko. Rodzina potrzebowała dodatkowych funduszy. 

Pewnego  dnia  mama  jak  zwykle  wybrała  się  do  pracy.  Nie  spodziewała  się,  że  już 

niedługo  w  jej  życiu  zajdą  ogromne  zmiany,  a  ona  sama  będzie  musiała  zmierzyć  się  z 

zadaniem  zbyt  trudnym  dla  nastolatek  w  jej  wieku.  Będąc  w  restauracji  zobaczyła  przy 

jednym  ze  stolików  chłopaka.  Nie  przypominał  Sudańczyka,  miał  bielszą  karnację  i  jasne 

włosy.  Mógł  być  starszy  od  niej  o  jakieś  cztery,  pięć  lat.  Podeszła  do  niego,  aby  przyjąć 

background image

zamówienie, kompletnie zapomniawszy o kobiecym obowiązku noszenia okrycia głowy. 

„W  czym  mogę  pomóc?”  -  zapytała,  uchwyciwszy  jego  spojrzenie,  paraliżujące  i 

przenikające jej duszę na wskroś. Poczuła się jak prześwietlona promieniami rentgenowskimi, 

o których tyle wiedziała z telewizyjnych programów medycznych. Chociaż nie wymieniła z 

tym chłopakiem jeszcze ani jednego zdania, już odnosiła wrażenie, że wie o nim wszystko. 

- Tym chłopakiem był twój tata? - zapytał Nicolas. 

-  Tak.  Wtedy  w  restauracji  zakochał  się  w  mamie  od  pierwszego  wejrzenia.  Z 

wzajemnością. Tego dnia zamówił jedynie kawę i ciasto, ale towarzyszył mamie do końca jej 

zmiany, rozmawiał z nią niemal cały czas, wyręczał w trudniejszych zadaniach. Kompletnie 

nie  zwracał  uwagi  na  to,  że  pozostali  klienci,  rodowici  Sudańczycy,  spoglądali  na  niego 

krzywo. 

Przez następne dwa tygodnie spotykali się w ukryciu. Mama mówiła w domu, że idzie 

się uczyć do biblioteki, a w rzeczywistości szła na spotkanie z tatą. Skończyło się na tym, że 

obydwoje  uciekli  razem  z  Sudanu  i  potajemnie  wzięli  ślub.  Mama  miała  dosyć  życia  pod 

dyktaturą rodziców, chciała się usamodzielnić, a ponadto zakochała się i nie zamierzała za nic 

zrezygnować ze swojej pierwszej miłości. Złożyło się, że tata zapragnął w jakiś sposób uczcić 

tę „nierodzinną” uroczystość i przypieczętować związek. 

Jak się już pewnie domyślasz, owocem pomysłu taty jestem ja. Tego samego dnia, w 

którym się urodziłam, po mamę przyjechał jej ojciec. Ani tata, ani ja nie mamy pojęcia, jak ją 

znalazł.  Stwierdził,  że  śledził  ją  przez  całe  ostatnie  dziewięć  miesięcy.  Był  potwornie 

wściekły.  Krzyczał,  że  jego  rodzona  córka  zhańbiła  go  w  oczach  całego  rodu  Al-Keda,  że 

przez  nią  stracił  honor,  że  musi  odpowiedzieć  za  to,  co  zrobiła,  przed  Allahem.  Dziadek 

zabrał  mamę  do  domu  i  z  tego,  co  wiem,  pobił  do  tego  stopnia,  że  posiniaczona  i 

zakrwawiona trafiła do szpitala. Zmarła tam w przeciągu kilku zaledwie godzin. 

Tata się załamał. Po ukochanej pozostało mu jedynie dziecko, którego nie planował. 

Postanowił  jednak  dać  z  siebie  wszystko  i  sprawdzić  się  jak  najlepiej  w  nowej  roli  ojca. 

Wiedział,  że  tego  chciałaby  moja  mama.  Zaopiekował  się  mną  najlepiej,  jak  tylko  potrafił. 

Porzucił życie w Chartumie i wrócił do rodzinnego San Francisco. Aby uczcić pamięć zmarłej 

żony,  zmienił  nazwisko  z  Flannery  na  Al-Keda.  Od  tej  pory  znienawidził  Arabów  za  ich 

kulturę, stosunek do świata i do kobiet. Poprzysiągł sobie, że nigdy już nie wybierze się do 

Sudanu, ani nie pozwoli mi tam wyjechać. Po dziś dzień miotają nim sprzeczne uczucia. Chce 

o wszystkim zapomnieć, ale jednocześnie pragnie pamiętać. To pierwsze symbolizuje wyjazd 

z  Sudanu  oraz  fakt,  iż  nie  mogę  przed  osiągnięciem  pełnoletniości  odwiedzić  Afryki. 

Natomiast mój związek z Dylanem został przez tatę zaaranżowany. Byliśmy nawet zaręczeni, 

background image

ale  sam  wiesz,  jak  się  to  skończyło.  Tego  typu  rzeczy,  jak  wczesne  planowanie  ślubów 

swoich dzieci, są na stałe zakorzenione w kulturze arabskiej. Także zmiana nazwiska taty to 

akt honoru dla mamy. 

Nicolas jednym zgrabnym ruchem otarł łzę i szepnął: 

-  Jezu...  Jeżeli  te  wszystkie  „próby  uczczenia  pamięci”  przeprowadzone  przez  Johna 

Al-Kedę powiodły się, to twoja mama już jest w niebie! 

Julia uśmiechnęła się blado. 

-  Ona  zawsze  była  dla  mnie  świętą,  chociaż  jej  nawet  nie  znałam.  Dzięki,  że  mnie 

wysłuchałeś. Do tej pory niewiele osób chciało to zrobić. 

- Drobnostka. Mam do ciebie pytanie... 

- Tak? 

- Bo wiesz... Wydaje mi się, że... niezbyt przepadasz za Dylanem i... zastanawiam się, 

czy... jakiś inny chłopak nie „przypadłby” twojemu tacie do gustu... 

Ta jedna, krótka wypowiedź wystarczyła, aby rozweselić Julię. 

-„Inny  chłopak”,  czyli  słynny  Nicolas  August,  spec  od  piłki  nożnej  i  fortepianu?  - 

zapytała ze śmiechem. 

Nicolas uniósł brwi do góry. 

- To tak o mnie mówią? Spec od piłki nożnej i fortepianu? 

- No tak. Jesteś sławny nie tylko w Mieście Aniołów. 

- Aha. Szkoda, że o tym nie wiedziałem. To jak? Możemy się... zaprzyjaźnić? 

-  Jasne  -  odpowiedziała  Julia  z  entuzjazmem,  opierając  głowę  na  ramieniu  Nicolasa. 

Chłopak objął ją w pasie, delikatnie i ostrożnie, jakby obchodził się z ptakiem, którego łatwo 

spłoszyć. Ptak jednak nie uciekł. Siedzieli tak w milczeniu przez dłuższy czas. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Pierwszy pocałunek   

Los Angeles, 15 października 2020 roku 

Czas leciał szybko. Między nastolatkami zrodziło się coś więcej, niż zwykła przyjaźń. 

Nicolas  zorientował  się, że  to  dziwne  uczucie,  jakiego  doznał  na  boisku po  meczu  podczas 

pierwszego  spotkania  z  Julią,  to  było  to,  o  czym  tak  zażarcie  rozprawiali  jego  szkolni 

koledzy: pierwsza miłość. Pewnego dnia wybrał się ze swoją dziewczyną do San Francisco, 

by  poznać  pana  Johna  Al-Kedę.  Spotkanie  przebiegło  spokojnie,  w  przyjaznej  atmosferze. 

Tata  Julii  polubił  nowego  chłopaka  swojej  córki  i  zaakceptował  związek.  Od  tego  czasu 

młodzi zakochani spotykali się codziennie albo w Los Angeles, albo w San Francisco. Razem 

chodzili  do  kina,  do  restauracji,  albo  do  późna  przemierzali  długie  plaże  na  wybrzeżu  stanu 

Kalifornia. Pewnego wieczoru wybrali się nad ocean. Szli na granicy piasku i wody, od czasu 

do czasu uciekając przed rozpędzonymi falami. 

- Podobno świetnie mówisz po francusku - powiedziała Julia, patrząc z rozmarzeniem 

na  czerwone  w  świetle  zachodzącego  słońca  wody  Pacyfiku.  Samotna  mewa  przeleciała  jej 

nad głową i usiadła na falochronie. 

-  Nicolas...  -  powtórzyła  Julia  nieco  głośniej.  Chłopak  podszedł  do  niej  i  objął  ją  w 

pasie od tyłu. 

-  Tak...  Znam  francuski.  Ale  czy  świetnie?  Tego  nie  jestem  w  stanie  stwierdzić  - 

zamruczał dziewczynie do ucha. Ta odwróciła się i, patrząc mu głęboko w oczy, zapytała: 

- Powiadają, że to język miłości. Czemu w takim razie rozmawiamy po angielsku? 

Nicolas  przesunął  czubkiem  nosa  po  wardze  Julii,  jakby  badał  ich  zewnętrzną 

strukturę.  Zadanie  to  pochłonęło  całkowicie  jego  uwagę.  Nastolatka  nie  uczyła  się 

francuskiego, oglądała za to kilka francuskojęzycznych filmów. Skupiła się, aby przypomnieć 

sobie  ten  jeden  jedyny  zwrot  w  tym  języku,  jaki  mógł  się  jej  teraz  przydać.  Stanęła  na 

palcach, przysunęła usta do ucha Nicolasa i szepnęła: 

- Je t’aime, Nicolas. 

To powiedziawszy, objęła go za szyję i pocałowała. Nicolas poczuł, jakby cały świat 

dookoła  niego  zawirował,  a  chwilę  potem  zniknął.  Byli  tylko  oni,  tylko  Julia...  Parę  minut 

później  „oderwali  się”  od  siebie.  Powrót  do  rzeczywistości  okazał  się  dla  niektórych  nieco 

brutalny. Julia nieprzytomnie spytała: 

- Gdzie my jesteśmy? 

Nicolas zaśmiał się. 

background image

-  Sądzę,  że  trafiłem  do  raju.  Otrzymałem  przed  chwilą  wszystko,  o  czym  marzyłem 

przez ostatni miesiąc. Dałaś mi siebie. Nigdy nikogo tak nie kochałem. Tylko ty i ja i ocean. 

- Tak... Jak romantycznie. Kto by pomyślał, że zakocham się w muzyku. 

Zbliżyli  się  do  linii  wody.  Julia  ostrożnie  weszła  na  pierwszy  falochron,  zmuszając 

stojącą na nim mewę do odlotu. Nie wiedząc, że jest „śledzona”, dziewczyna podążała dalej z 

szeroko  rozstawionymi  rękami  w  celu  utrzymania  równowagi,  aż  poczuła  czyjeś  ręce  na 

swoich łopatkach i z głośnym pluskiem wylądowała w wodzie. 

-  Nicolas!  Czyś  ty  oszalał?!  -  krzyknęła  wynurzywszy  się.  Dostrzegła  chłopaka  na 

falochronie nieopodal miejsca, z którego spadła. Zauważyła, że ten pokłada się ze śmiechu. 

Przyszedł  jej  do  głowy  nikczemny  pomysł.  Podpłynęła  cicho  do  Nicolasa  i  kiedy  ten  nie 

patrzył, złapała go za nogawkę od spodni i ściągnęła do wody. 

- Ej! Tak nie można! -  wrzasnął nastolatek, wpadając w chłodną, orzeźwiającą toń.  - 

To był cios poniżej pasa! 

-  W  miłości  i  na  wojnie  wszystkie  chwyty  są  dozwolone  -  stwierdziła  Julia. 

Pocałowali się raz jeszcze, po czym Nicolas powiedział: 

- Płyńmy lepiej do brzegu, bo jeszcze się przeziębisz. 

Gdy oboje znaleźli się na plaży, Julia nieco buntowniczo zapytała: 

- Coś ty taki troskliwy? 

- Po prostu nie chcę, abyś się rozchorowała. Martwię się o ciebie. 

- Też bym nie chciała, aby stało ci się coś złego - szepnęła Julia. 

Szef postanowił spędzić wieczór w swoim domku na plaży. Słońce już chowało się za 

horyzontem, roztaczając wszędzie czerwonawą poświatę. Mężczyzna zaparzył sobie herbatę i 

z parującym kubkiem w ręce wyjrzał przez okno. Dostrzegł jakąś nastoletnią parę spacerującą 

po  piasku.  Dziewczyna  trzymała  za  rękę  ciemnowłosego  chłopaka  i  goniła  fale.  To  mógł 

być... Szef wypuścił kubek z rąk, który upadł na podłogę i potłukł się z głośnym hukiem, a 

gorący płyn rozlał się dookoła. 

- Co?! -  krzyknął  dyrektor, uderzając pięścią w szybę. W tamtym  chłopaku na plaży 

rozpoznał  Nicolasa.  -  Nie  wolno  ci!  Przynajmniej  nie  teraz!  -  wrzeszczał  jak  oszalały.  Nie 

zdawał sobie sprawy z tego, że jeżeli nastolatek jakimś cudem go usłyszy, to i tak nie będzie 

wiedział, kim on jest. 

Koncert dobroczynny   

Los Angeles, 30października 2020 roku 

Pod  koniec  października  w  pobliżu  laboratorium  zorganizowano  koncert 

charytatywny. Zbudowano w tym celu prowizoryczną scenę i sprowadzono niezbędny sprzęt 

background image

oraz instrumenty muzyczne. Impreza zapowiadała się wspaniale i pomimo iż zaplanowano ją 

na godzinę siedemnastą, niektórzy goście przybyli już o szesnastej. 

W  końcu  na  scenie  pojawił  się  mężczyzna  ubrany  w  czarny  garnitur,  z  kartką  i 

mikrofonem w ręce. 

-  Witam  wszystkich  zebranych  na  dorocznym  koncercie  dobroczynnym!  -  ogłosił.  - 

Dziś  wystąpią  przed  państwem  młodzi  debiutanci  z  Los  Angeles.  Młodzież  zaprezentuje 

swoje  talenty  w  dziedzinach:  śpiew  solo  i  w  zespołach,  gra  na  gitarze,  skrzypcach  i 

fortepianie  oraz  taniec  hip-hop,  jazz  i  taniec  towarzyski.  Wszystkie  zgromadzone  datki 

zostaną przekazane na cele charytatywne. Zapraszam na scenę naszego pierwszego artystę, z 

kategorii... 

Nicolas był potwornie blady. Stresował się. Już niedługo miał po raz pierwszy w życiu 

wystąpić przed tak ogromną publicznością. Bał się, że coś pójdzie nie tak. Julia ze wszystkich 

sił starała się go uspokoić. Delikatnym ruchem zaczęła głaskać go po twarzy. 

-  Kochanie,  nie  martw  się  -  szepnęła.  -  Zawsze  szło  ci  świetnie,  czemu  więc  teraz 

miałoby być inaczej? 

- Nie wiem... Mam złe przeczucia - chłopakowi głos drżał tak, że ledwo mówił. 

-  Nicolas,  nigdy  jeszcze  nie  popełniłeś  żadnego  błędu,  grając  na  fortepianie.  Taki 

występ to  dla ciebie pikuś. Jesteś najlepszy, jesteś gwiazdą tej sceny i  zabraniam ci  myśleć 

inaczej. 

Chłopak  spróbował  przejąć  tok  rozumowania  swojej  dziewczyny.  Wyobraził  sobie 

siebie, jak z dumą zasiada do fortepianu, jak z pewnością siebie dotyka klawiszy i po prostu 

robi to, w czym jest dobry. Tak... On jest najlepszy. Tak... Nic złego się nie stanie, przecież to 

tylko występ. Nieważne, że będzie na niego patrzeć niemal całe Los Angeles. Ujął twarz Julii 

w dłonie i pocałował. W tym samym momencie rozległ się głos prezentera: 

-  Nasz  koncert  trwa!  Zapraszamy  teraz  na  scenę  Nicolasa  Augusta,  kategoria: 

fortepian! 

Chłopak zbladł jeszcze bardziej. 

-  Ja  chyba  nie  dam  rady  -  jęknął.  Poczuł  jakiś  ciężar  w  okolicach  żołądka.  Julia 

pokręciła głową. 

- Nie kłam. Idź tam i daj czadu! - rozkazała. 

- No dobrze. Spróbuję. 

Chwilę potem Nicolas wyszedł na scenę z dumnie uniesioną głową i, witany głośnymi 

brawami,  zasiadł  do  fortepianu.  Stało  się  dokładnie  tak,  jak  to  sobie  wyobraził.  Widok 

instrumentu  dodał  mu  odwagi.  Skupił  całą  swoją  energię  na  melodii,  którą  od  miesiąca,  od 

background image

chwili poznania Julii, nosił w swoim sercu. Wróciła mu pewność siebie. Zaczął grać. 

Kompozycja, którą teraz prezentował,  w ogóle nie przypominała niczego, co grywał 

wcześniej. Była ujmująca, pełna magii. Za pomocą dźwięków opowiadała historię zapisaną w 

niej  nieodczarowywanym  zaklęciem:  historię  pierwszej  miłości  nastolatka  zdolnego  kochać 

drugą  osobę  całym  sercem  i  całym  umysłem.  Utwór  poruszał  dusze  wszystkich  zebranych 

ludzi.  W drugim rzędzie pewna starsza pani  trzymała się za serce, obok  jakaś dziewczynka 

płakała cichutko, na tyłach budziły się ze snu niemowlęta. Tymczasem młody czarodziej dalej 

grał.  Po  skończonym  występie  rozległy  się  długie  owacje.  Oficjalnie  zaproszeni  przez 

organizatorów  koncertu  przedstawiciele  władz  Los  Angeles  także  bili  gorące  brawa  na 

stojąco.  Również  klasa  z  liceum  Nicolasa  wstała  z  krzeseł  i  zaczęła  skandować  jego  imię. 

Kevin i Josh, przyjaciele nastoletniego Francuza, podsumowali występ swojego kolegi takim 

słowem,  że  siedząca  nieopodal  kobieta  spojrzała  się  na  nich  krzywo.  Okrzyki  zachwytu 

trwały  jeszcze  długo.  Każdy  wiwatował  na  cześć  Nicolasa,  tego  geniusza  muzyki, 

znajdującego  się  na  scenie,  obok  czarnego  fortepianu  koncertowego.  Chłopak  ukłonił  się 

nisko,  po  czym  wrócił  za  kulisy.  Od  razu  podeszła  do  niego  Julia.  Objęła  go  za  szyję  i 

szepnęła: 

- No i widzisz? Mówiłam, że dasz radę. 

- Jak mógłbym nie dać? Zależało  mi, aby ten  występ  wyszedł  mi najlepiej.  Muzyka, 

którą grałem, była szczególna. 

Złożył na ustach Julii delikatny pocałunek. Ta zapytała: 

- Tak? Czemu? 

Pocałował ją ponownie. 

-  Ponieważ  skomponowałem  ją  dla  ciebie.  Jesteś  moją  inspiracją  od  dnia,  w  którym 

cię  poznałem.  Musiałem  jakoś  dać  upust  temu,  co  do  ciebie  czuję,  bo  w  chwilach,  gdy  nie 

byłaś blisko mnie, zaczynałem wariować. 

Julia zaśmiała się cicho. 

- Wiesz... Czasami mam tak samo - powiedziała. Tymczasem prezenter zapowiedział 

kolejnego artystę. 

Widzowie byli zbyt zajęci albo występami, albo własnymi sprawami, nie mogli więc 

zauważyć dosyć dziwnego zachowania pewnej niskiej, blondwłosej okularnicy. Dziewczyna 

starała się niepostrzeżenie uciec spod sceny. Panika izdenerwowanie sprawiły, że przewróciła 

się kilka razy, zdzierając skórę z łokci i kolan. 

Po oddaleniu się, uciekinierka odetchnęła z ulgą i  wyjęła z kieszeni  jeansów telefon 

komórkowy.  Na  ekranie  widać  było  okno  dyktafonu  z  migającym  w  prawym  górnym  rogu 

background image

czerwonym  kółeczkiem.  Okularnica  westchnęła.  Wiedziała  doskonale,  co  ten  symbol 

oznacza.  Ze  nagrywanie  zostało  zakończone,  a  ona  właśnie  popełniła  przestępstwo.  Ale 

przecież  nie  miała  złych  intencji!  Po  prostu  musiała  upewnić  się,  że  ten  utalentowany 

chłopak, który chwilę temu występował, jest taki sam, jak ona, że też jest Dzieckiem Grobu, 

jak to ujęto w laboratorium... Przecież musi być. Takiego talentu muzycznego nigdzie się nie 

spotka!  Żaden  współczesny  kompozytor  nie  umiałby  w  tak  rewelacyjny  sposób  zagrać  na 

fortepianie! Tak... idealnie, biegle, z wirtuozowską sprawnością, z wyjątkową łatwością, bez 

żadnej pomyłki! 

Okularnica  schowała  telefon  do  kieszeni  i  z  westchnieniem  udała  się  na  skraj  Los 

Angeles, do porzuconego na polu namiotu, który pełnił funkcję jej lokum, odkąd dziewczyna 

uciekła  z  sierocińca.  Na  miejscu  wyjęła  z  plecaka  laptopa,  podłączyła  za  pomocą  USB 

komórkę i zgrała kompozycję Nicolasa. Następnie, dziękując Stwórcy za wi-fi, opublikowała 

ją w serwisie internetowym YouTube.  Liczyła na to,  że znajdą się ludzie zaciekawieni  tym 

fenomenem, gotowi zagłębić się w tajemnicę nieznanego jej artysty... 

background image

ROZDZIAŁ 9 

Szum oceanu   

Los Angeles, 15 listopada 2020 roku 

Nicolas  z  łatwością  dostosował  się  do  społeczeństwa  XXI  wieku,  pomimo  iż 

pochodził  z  innej,  starszej  epoki.  Rozwijał  się  prawidłowo  zarówno  pod  względem 

fizycznym,  jak  i  psychicznym,  nie  chorował.  To  wszystko  spowodowane  było  zapewne 

nieświadomością  co  do  prawdziwej  tożsamości,  którą  to  Alison  trzymała  w  tajemnicy. 

Chłopak  miał  w  Los  Angeles  swoje  ulubione  miejsce,  w  którym  mógł  się  wyciszyć, 

zrelaksować,  odpocząć  od  zgiełku  typowego  dla  tętniącego  życiem  miasta  i  od  marudzenia 

nauczycieli w szkole. Kiedy po prostu czasem chciał pobyć sam, szedł na molo, siadał na jego 

brzegu,  bose  stopy  maczał  w  wodzie  i  cieszy!  się  trwającą  chwilą.  W  takich  momentach 

docierało  do niego, ile tak naprawdę zyskał dzięki wyprowadzce z domu  dziecka. A zyskał 

wiele:  kochającą  matkę,  wierną  i  oddaną  dziewczynę,  przyjaciół,  możliwość  rozwijania 

pasji... Dużo by tu wymieniać. 

Pewnego  dnia  postanowił  przyprowadzić  tam  Julię.  Zamierzał  pokazać  jej  pewną 

łódkę.  W  rzeczy  samej  była  to  raczej  rozpadająca  się  łupinka,  ledwie  trzymająca  się  na 

wodzie. 

-  Może  wygląda  niepozornie,  ale  należała  do  naprawdę  wyjątkowej  osoby  -  rzekł 

chłopak.  -  Do  mojego  przyjaciela,  pana  Jurka  Hamiltona.  Był  on  starym  schorowanym 

rybakiem, potrzebował  pomocy przy połowach. Wielu ludzi  radziło mu, aby zrezygnował  z 

tego i zajął się własnym zdrowiem, ale on zawsze odpowiadał, że za bardzo kocha to, co robi 

i nigdy nie porzuci rybołówstwa. 

- Jak go poznałeś? - zapytała Julia. 

- Po raz pierwszy spotkałem go podczas jednej z wielu wycieczek na plażę. Często tu 

jeździliśmy,  gdy  jeszcze  mieszkałem  w  domu  dziecka  -  wyjaśnił.  Julia  była  jedyną  osobą, 

której zdradził, że został adoptowany. Inni znajomi ze szkoły myśleli, że mieszkał z Alison od 

zawsze. 

- Jak to się stało, że narodziła się między wami przyjaźń? 

-  Cóż...  Z  początku  dużo  rozmawialiśmy  i  okazał  się  naprawdę  miłym,  aczkolwiek 

cierpiącym człowiekiem. Co najważniejsze, cierpiał tylko fizycznie. Nie powiedział mi tego 

wprost, zauważyłem po prostu, jak się poruszał. Z każdym naszym kolejnym spotkaniem miał 

coraz  więcej  problemów  zdrowotnych,  jednak  nigdy  się  nie  uskarżał.  Chorobę  miał  gdzieś. 

Starał się ze wszystkich sił, jakie mu pozostały, żyć dalej i wypełniać swoją pasję. W końcu 

background image

jednak zapytałem się, co mu jest - Nicolasowi głos zadrżał. Julia wzięła go za rękę. 

- Powiedz - poprosiła cicho. 

-  Okazało  się,  że  od  lat  walczył  z  rakiem.  Nieraz  potrzebował  pomocy  przy 

najprostszych czynnościach, nie tylko przy łowieniu ryb. Starał się jednak ignorować swoją 

dolegliwość, nie zgadzał się na żadną wizytę w szpitalu. W końcu jednak zdecydował się na 

operację, ale niestety było już za późno, nastąpiły przerzuty i... 

Julia przytuliła się do Nicolasa, jakby całą sobą chciała mu okazać, że jest przy nim. 

- Nick, tak mi przykro. Strata przyjaciela bardzo boli - szepnęła. Chłopak pogłaskał ją 

po głowie. 

- Wiem. Przed operacją pan Jurek poprosił mnie, abym w przypadku jego ewentualnej 

śmierci zaopiekował się „Szumem oceanu” - wskazał na łódeczkę przycumowaną do mola za 

pomocą liny. - Musimy to zrobić, musimy ją odnowić i ukryć bezpiecznie. 

- Dlaczego? 

-  Państwo  chce  przejąć  posiadłość  pana  Hamiltona,  jego  domek  i  wszystkie  rzeczy. 

Moim  obowiązkiem  jest  wypełnić  pozostawione  przez  pana  Jurka  zadanie.  Jestem  mu  to 

winien. Gdy chorował, postanowiłem mu pomóc. Przychodziłem na molo niemal codziennie. 

Pan Jurek zawsze na mnie czekał! Planowaliśmy naprawić wspólnie łódkę ipopłynąć na niej 

do  tamtej  wyspy  (wskazał  ręką  niewielki  zalesiony  ląd  dokładnie  naprzeciwko  nich).  On 

wspierał  mnie  przez  cały  czas,  zanim  Alison  wzięła  mnie  do  siebie!  Zastępował  mi  tatę, 

którego nigdy nie miałem, o wiele lepiej, niż wszystkie panie z sierocińca! To z nim mogłem 

porozmawiać  na  każdy  temat!  On  mnie  doskonale  rozumiał...  -  zabrzmiało  to  tak,  jakby 

nastolatek tłumił emocje w sobie przez dłuższy czas. Julia, nie puszczając Nicolasa, podniosła 

głowę i spojrzała mu głęboko w oczy. 

-  Kochanie,  obiecuję  ci,  że  razem  doprowadzimy  „Szum  oceanu”  do  stanu 

używalności.  Obiecuję  ci  także,  że  popłynę  z  tobą  na  tamtą  wyspę!  -  po  czym  pocałowała 

Nicolasa w usta. Ten, nie zastanawiając się ani chwili, odpowiedział jej tym samym. 

Następnego dnia po południu Nicolas i Julia poszli do sklepu z narzędziami i nabyli 

odpowiedni  sprzęt  do  naprawy  łódki  oraz  poradnik,  z  którego  mieli  dowiedzieć  się,  jak 

zmodernizować  „Szum  oceanu”,  a  następnie  skierowali  się  w  stronę  molo.  Podczas  gdy 

Nicolas starał się zreperować rozlatującą się łupinkę, Julia zabrała się za przeglądanie rzeczy 

w domku pana Hamiltona. Miała nadzieję znaleźć tam coś, co pomoże jej zgadnąć, kim pan 

Jurek  był  w  przeszłości  i  czemu  tak  bardzo  przywiązał  się  do  swojego  zawodu  rybaka. 

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to sterta starych gazet i ta w kącie. Pisma na samym dole 

pożółkły i  rozpadały się pod wpływem  najdelikatniejszego dotyku; Julia bała się cokolwiek 

background image

uszkodzić, działała więc ze szczególną ostrożnością. Zanurzyła rękę w stercie i wyczuła pod 

palcami coś twardego, przypominającego okładkę jakiejś książki. 

- Co robi książka w górze śmieci? - zapytała na głos samą siebie, po czym wyciągnęła 

tajemniczy przedmiot, rozsypując na boki gazety. Okazało się, że znalazła stary, z podartą i 

posklejaną  taśmą  brązową  okładką  zeszyt  z  napisem:  „PAMIĘTNIK”.  Zaciekawiona, 

otworzyła  go  na  pierwszej  stronie,  zapominając  o  tym,  że  właśnie  wkracza  w  prywatność 

człowieka, którego nawet nie znała. 

24.12.1942 roku   

Dziś. Wigilia. Mama, babcia i ciocia gotują od rana potrawy tak pyszne i wspaniałe, 

że David z sąsiedztwa oddałby mi swój rower w zamian za zjedzenie z nami Wieczerzy. Mam 

nadzieję, że Mikołaj przyniesie mi tę wymarzoną łódkę, o którą go poprosiłem. 

Jurek 

Obok  znajdowała  się  pożółkła,  gruba  koperta  wypełniona  zdjęciami,  na  których 

siedmioletni,  szczerbaty  dzieciak  z  radością  rozpakowuje  prezenty.  Jednym  z  nich  była 

zabawkowa  łódka  z  plastikowym  masztem  i  żaglem  z  wykrochmalonej  bawełny.  Julia 

zamknęła kopertę i odłożyła ją na miejsce, po czym otworzyła pamiętnik kilkanaście kartek 

dalej. 

Tym razem na fotografiach młody Jurek odbierał dyplom na uczelni, obejmował czule 

w pasie jakąś dziewczynę, a w końcu pracował nad czymś w szopie. W pewnym momencie 

pojawiła się też nabazgrana w pośpiechu notatka bez daty: 

Udało się! Wreszcie ją skończyłem! Moja pierwsza prawdziwa łódka! Mam wrażenie, 

że razem dokonamy wielu rzeczy! 

Julia  otworzyła  zeszyt  przy  końcu  i  wypadł  jej  na  kolana  wycinek  z  gazety  z  roku 

1962.  Dziewczyna  przebiegła  szybko  wzrokiem  po  tekście  i  zawołała  Nicolasa.  Gdy  ten 

zdyszany przybiegł, przeczytała mu na głos: 

NIEZWYKŁA PODRÓŻ AMERYKAŃSKIEGO RYBAKA! 

Pan  Jurek  Hamilton  (27),  z  zawodu  rybak,  zbudował  małą  łódkę  o  nazwie  „Szum 

oceanu”,  na  której  wkrótce  potem  opłynął  kulę  ziemską.  Wyprawa  zajęła  mu  prawie  rok. 

Niestety, ten zdumiewający młody człowiek odmówił udzielenia wywiadu. 

- Wow! - powiedzieli jednocześnie Julia i Nicolas. Chłopak przyglądał się wycinkowi 

dziwnym wzrokiem. Nie wiedział czemu, ale poczuł się właśnie, jakby w rzeczywistości był 

kilkakrotnie starszy od pana Hamiltona. 

-  Ciekawa  jestem,  ile  tajemnic  jeszcze  pozostało do  odkrycia...  -  zastanawiała  się  na 

głos Julia. Piętnastolatek przytaknął jej. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

Rozstanie w Białym Domu   

Waszyngton, Biały Dom, 1 grudnia 2020 roku 

Julia  i  Nicolas  naprawili  „Szum  oceanu”  i  ukryli  łódkę  wśród  drzew  na  Wyspie 

Hamiltona (jak nazwali niewielki ląd naprzeciwko plaży). Podczas gdy cieszyli się z dobrze 

wypełnionego zadania, wieść o fenomenalnym występie młodego Francuza w zatrważającym 

tempie  rozchodziła  się  po  Internecie.  Ktoś  nielegalnie  nagrał  fragment  koncertu 

charytatywnego  i  opublikował  go  w  sieci,  w  serwisie  YouTube.  Tak  się  złożyło,  że  na 

perfekcyjną  kompozycję  piętnastolatka  natrafił  sam  prezydent  Stanów  Zjednoczonych. 

Zaciekawiony mężczyzna, po kilkakrotnym odsłuchaniu ujmującej nostalgią melodii, poprosił 

swoich  dwóch  najlepszych  agentów  bezpieczeństwa,  Alberta  i  Edwarda,  oodnalezienie 

chłopaka  i  sprowadzenie  go  do  Białego  Domu.  Zadziwił  go  talent  młodego  Amerykanina  i 

pragnął osobiście z nim porozmawiać na ten temat. 

Los Angeles, Wyspa Hamiltona   

Julia  parkowała  wypożyczony  od  ojca  skuter  wodny  wśród  zarośli  na  Wyspie 

Hamiltona, a Nicolas pobiegł do zbudowanego przez siebie domku na drzewie, gdy rozległ się 

niespodziewany  szum  w  powietrzu,  nadleciał  helikopter,  wylądował  na  piasku  i  wysiedli  z 

niego dwaj ubrani w czarne garnitury mężczyźni. Od razu podeszli do dziewczyny. Jeden z 

nich (jeśli wierzyć wizytówce, miał na imię Albert) zapytał oficjalnym tonem: 

- Czy znasz przypadkiem Nicolasa Augusta? 

Julia  popatrzyła  uważnie  na  przybyszów  i  ogarnęła  ją  panika.  Wyglądali  na  ludzi 

pełniących ważne funkcje w państwie. Nastolatka pomyślała, że nie zdziwiłaby się, gdyby się 

okazało, że pracują dla samego prezydenta. Ale co w takim razie by robili agenci rządowi na 

maleńkiej, niewidocznej na mapach wysepce i po co by pytali o Nicolasa? Kurczę, a jeśli on 

się w coś wpakował? 

-  Znam  go  -  odparła.  Stojąc  przed  tymi  ludźmi,  patrząc  im  w  oczy,  nie  umiała 

skłamać.  -  Czy  mogą  panowie  powiedzieć  mi,  kim  są  i  z  jakiego  powodu  szukają  mojego 

chłopaka? 

-  Wysłał  nas  prezydent  Stanów  Zjednoczonych.  Nie  możemy  udzielić  ci  dalszych 

informacji. Mamy odnaleźć Nicolasa Augusta. Wiesz może, gdzie on jest? - zapytał Albert. 

 

- Jest tu ze mną. Zaraz go przyprowadzę - powiedziała Julia, po czym zniknęła między 

drzewami. 

background image

Drugi agent zaczął się niecierpliwić. Rozglądał się dookoła. Jego wzrok prześlizgnął 

się  po  panoramie  Los  Angeles,  aż  zatrzymał  się  na  napisie  wyrytym  jakimś  ostrym 

narzędziem w korze najbliższego drzewa. 

-  Wyspa  Hamiltona?  -  przeczytał  niepewnie,  drapiąc  się  w  głowę,  co  nadało  mu 

niezbyt inteligentny wygląd. Nikt nie zwrócił jednak na niego najmniejszej uwagi. 

Po  upływie  kwadransa  Julia  wróciła  w  towarzystwie  czarnowłosego,  opalonego 

chłopaka ubranego w sportowy, zielony t-shirt i jeansy obcięte na wysokości kolan. Wyglądał 

na  nieco  zaskoczonego  obecnością  dwójki  mężczyzn  w  garniturach,  którzy  wyglądali  na 

plaży  tak  absurdalnie,  że  nastolatek  z  trudem  powstrzymywał  śmiech.  Zbliżył  się  jednak  i 

uprzejmie przedstawił. 

-  Podobno  chcieli  się  panowie  ze  mną  widzieć.  W  jakiej  sprawie?  -  zapytał.  Albert 

odchrząknął i wyjaśnił formalnym tonem: 

-  Nicolas,  o  twoim  talencie  muzycznym  jest  już  głośno  nawet  w  Waszyngtonie. 

Prezydent  Stanów  Zjednoczonych  przypadkowo  natrafił  na  jedną  z  twoich  kompozycji  w 

Internecie.  Odsłuchana  melodia  tak  go  oczarowała,  że  zapragnął  odnaleźć  cię,  zaprosić  do 

Białego Domu i osobiście poznać. Mamy sprowadzić cię tam jak najszybciej. 

Nicolas  poczuł,  że  cała  sytuacja  go  przerasta.  Oddalił  się,  usiadł  na  piasku  i  ukrył 

twarz  w  dłoniach.  To,  co  właśnie  działo  się  w  jego  życiu,  było  do  tego  stopnia  dziwne  i 

sur-realne, że wydawało się aż niemożliwe. Nie marzył o światowej sławie. Nie potrzebował 

popularności. Sprawdzony przepis na szczęśliwą egzystencję stanowiła dla niego możliwość 

rozwijania sportowych i muzycznych pasji oraz obecność Julii. Miał kochającą matkę, znalazł 

miłość,  posiadał  ogromne  talenty...  Niczego  więcej  nie  chciał.  Ponadto,  obecność  tak 

ważnych,  współpracujących  z  głową  państwa  osób  przerażała  go.  Albert  i  jego  kolega  po 

fachu byli swego rodzaju odzwierciedleniem władzy spoczywającej w rękach prezydenta. W 

oczach piętnastolatka niemal emanowali potęgą. Kim on był w stosunku do nich? Prochem? 

Okruchem? Czuł się przytłoczony tym, co spoczęło na jego barkach. Wiedział, że nie da rady 

podjąć słusznej  decyzji  bez zasięgnięcia porady  kogoś dojrzalszego i  posiadającego o wiele 

większe  doświadczenie  życiowe  od  niego.  Problem  jednak  sam  się  rozwiązał.  Albert 

oświadczył: 

- Udamy się teraz do twojego miejsca zamieszkania, Nicolas. Muszę porozmawiać z 

twoją matką. 

Nastolatek  odetchnął  z  ulgą.  Cieszył  się,  że  nie  został  ze  wszystkim  sam.  Czym 

prędzej wsiadł z Julią na skuter wodny jej ojca i wrócił na stały ląd. Dziewczyna poszła do 

siebie do domu, aby porozmawiać z tatą na temat wyjazdu do Waszyngtonu; ani przez chwilę 

background image

nie  dopuszczała  do  siebie  myśli,  że  mogłaby  opuścić  swojego  ukochanego  w  tak  trudnej, 

aczkolwiek  ważnej  dla  niego  sytuacji.  Nicolas  natomiast  poczekał,  aż  helikopter  wyląduje. 

Gdy wysiedli z niego agenci, wsiadł z nimi do taksówki i pojechał do Alison. Kiedy Albert i 

jego  współpracownik  prowadzili  dyskusję  z  jego  matką,  on  w  pośpiechu  wrzucał 

najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka, absolutnie pewien, że kobieta pozwoli mu jechać. Ona 

była w stanie poświęcić wszystko, zrobić każdą rzecz, aby jej syn rozwijał swoją muzyczną 

pasję.  Zastanawiał  się,  czy  także  i  Julia  będzie  mogła  mu  towarzyszyć.  Bardzo  mu  na  tym 

zależało.  Znał  już  trochę  jej  tatę,  pana  Al-Kedę,  i  wiedział,  że  w  tak  bliskiej  mu  kulturze 

arabskiej,  której  nieudolnie  próbował  się  wyprzeć,  jakoby  miała  nie  mieć  z  nim  żadnego 

związku,  wyjazd  piętnastolatki  z  chłopakiem  na  drugi  koniec  kraju  nie  jest  rzeczą  dobrze 

odbieraną. Chłopak żywił nadzieję, że cywilizacja amerykańska wywarła jednak jakiś wpływ 

na ojca jego ukochanej i „zliberalizowała” poglądy mężczyzny na wychowanie współczesnej 

młodzieży,  zwłaszcza  na  kwestię  pierwszych  związków.  Wkładając  do  bagażu  sweter, 

spojrzał na oprawioną w kolorową ramkę fotografię przedstawiającą jego i Julię. Zdjęcie stało 

oparte o wazon. Znajdowali się na nim na plaży. Słońce zachodziło, pozostawiając po sobie 

czerwonawą poświatę. On obejmował  ją od tyłu  w pasie, jej włosy rozwiewał  wiatr. Razem 

patrzyli  się  na  barwny  Pacyfik.  Palce  ich  dłoni  były  splecione.  Wyglądali  na  takich 

szczęśliwych... Nagle rozległo się pukanie do drzwi. 

- Proszę! - zawołał, odwracając wzrok od fotografii. Weszła Alison. 

- Nicolas, kochanie, panowie Albert i Edward wszystko mi wyjaśnili. Możesz jechać, 

jeśli  chcesz  - oświadczyła.  - Wiem, że zaopiekują się tobą i  pomogą w razie jakichkolwiek 

kłopotów. 

- Dobrze, dziękuję. - odparł. - Mamo... - zaczął niepewnie. 

- Co się stało? 

- No bo ja... Trochę mnie to przytłacza. Ten wyjazd, spotkanie z prezydentem... Mam 

wrażenie, że od tej pory moje życie zupełnie się zmieni, z tym, że nie wiem, czy na dobre. 

Alison uśmiechnęła się. 

- Będzie dobrze, nie musisz się niepokoić. Prawdopodobnie zyskasz sławę, o jakiej nie 

śniło się twoim kolegom ikoleżankom ze szkoły - powiedziała. 

Nicolas pokręcił głową. 

- Nie pragnę sławy. Wystarczy mi to, co mam - zaoponował zgodnie z prawdą. 

-  Jesteś  o  wiele  bardziej  dojrzały  i  wrażliwszy,  niż  twoi  rówieśnicy.  Mam  absolutną 

pewność,  że  sobie  poradzisz  -  odrzekła  kobieta.  Ucałowała  nastolatka  w  czoło,  po  czym 

zapytała: 

background image

- A co z Julią? Jedzie z tobą? 

- Mam taką nadzieję. Teraz pewnie rozmawia na ten temat ze swoim ojcem. 

- Jeżeli jednak okaże się, że ona będzie ci towarzyszyć, pamiętaj, nie rób nic głupiego 

i nie zmuszaj jej do czegoś, czego nie chce! - przestrzegła syna Alison. Choć był już prawie 

dorosły i wiedziała, iż da sobie radę, nadal martwiła się o niego. To miała  być dla Nicolasa 

pierwsza dłuższa podróż poza granice stanu Kalifornia (przynajmniej pierwszy tego rodzaju 

wyjazd od czasu jego narodzin). Chłopak chwycił plecak i zszedł po schodach na parter. 

- Może chciałbyś poczekać jeszcze z godzinę lub dwie? Mógłbyś  wtedy poćwiczyć  - 

zaproponował Albert. Piętnastolatek zaprotestował. 

-  Nie,  skądże.  Nie  potrzebuję  dodatkowego  czasu.  Mogę  wyjechać  choćby  zaraz. 

Gotową  kompozycję  noszę  cały  czas  w  głowie  -  oświadczył.  -  Mam  tylko  jedną  prośbę. 

Chciałbym  podjechać  pod  dom  Julii,  tej  dziewczyny,  która  towarzyszyła  mi  na  Wyspie 

Hamiltona. Obiecała, że spyta się swojego taty, czy może jechać ze mną, a zależy mi na jej 

wsparciu i obecności obok. 

- Nie ma problemu - stwierdził Albert. Razem z Edwardem udali się do czekającej na 

nich  taksówki.  Nicolas  uścisnął  na  pożegnanie  Alison  i  dołączył  do  nich.  Zajmując  tylne 

siedzenie  w  samochodzie,  zadzwonił  do  swojej  ukochanej.  Ta,  rozradowana,  nie  dała  mu 

dojść do słowa. 

-  Mogę  jechać!  -  krzyknęła.  -  Tata  stwierdził,  że  jestem  wystarczająco 

odpowiedzialna, a poza tym zapewniłam go, że będę miała opiekę. 

- To cudownie! - ucieszył się chłopak. W duchu gorąco podziękował panu Al-Kedzie 

za jego decyzję. 

Waszyngton, Biały Dom   

W  tej  samej  chwili,  kiedy  Julia  i  Nicolas  lądowali  na  lotnisku  w  Waszyngtonie,  w 

Białym Domu odbywało się ważne dla głowy kraju spotkanie. 

W jednym z najbardziej reprezentacyjnych gabinetów siedział prezydent i wpatrywał 

się  w  stojącą  przed  nim  mniej  więcej  czternastoletnią  dziewczynę,  blondynkę  w  okularach. 

Spojrzenie mężczyzny aż emanowało fascynacją. Nastolatka nie wydawała się być tak samo 

pozytywnie nastawiona do spotkania. Chociaż do Białego Domu zgłosiła się sama, zaczynała 

pomału żałować tej decyzji. Czuła się onieśmielona obecnością tak ważnej osoby. Prezydent 

to zauważył: 

- Drogie dziecko, nie musisz się mnie bać. Nic złego ci się tu nie stanie. Wszelki stres 

jest zupełnie zbędny - obiecał kojącym tonem terapeuty. - Chcę tylko porozmawiać z tobą o 

czymś ważnym. Gdy wyczuł, że dziewczyna nieco się rozluźniła, zadał pierwsze pytanie. 

background image

- Jak masz na imię? - cały czas używał łagodnego, pełnego ciepła tonu głosu. 

- Isabelle. 

- Skąd pochodzisz? 

-  Mam  włoskie  korzenie.  Mama,  będąc  ze  mną  w  ciąży,  wyjechała  do  Francji. 

Osiedliła  się  w  Paryżu.  Potem  wybuchła  tam  jakaś  epidemia  i  ona  zmarła,  zanim  jeszcze 

przyszłam na świat. Był rok 1822. 

Gdyby  Isabelle  nie  wpatrywała  się  uparcie  w  swoje  znoszone  trampki, zauważyłaby 

pewnie, jak gwałtownie zmienia się wyraz twarzy prezydenta. Teraz widniało na niej szczere 

zdumienie, pomieszane z szokiem. Mężczyzna szybko się opanował i kontynuował dyskusję: 

- Jesteś absolutnie pewna? - spytał. 

Isabelle  uśmiechnęła  się  blado.  Podniosła  wzrok  i  wbiła  go  w  oczy  przywódcy 

Ameryki, zupełnie jakby chciała upewnić go, że nie zmyśla. 

-  Zdaję  sobie  doskonale  sprawę,  że  to,  co  powiedziałam,  zabrzmiało  wyjątkowo 

absurdalnie, jednak taka jest prawda - rzekła. - Mogę to panu udowodnić. 

- Mów! Mów wszystko, co wiesz! - niemal błagalnie krzyknął prezydent. Widać było, 

że cała ta historia coraz bardziej go intryguje. 

Isabelle kiwnęła głową, nie odwracając wzroku. 

-  Jak  już  wcześniej  wspomniałam,  nie  miałam  szansy  poznać  swojej  mamy,  gdyż 

zmarła  ona  na  jakąś  epidemię  tuż  przed  moimi  narodzinami.  Stało  się  to  niemalże  tuż  po 

zachorowaniu, po wyjeździe do kliniki do Francji. Moje pierwsze wspomnienie jest dziwne, j 

ednak  pamiętam  dokładnie,  że  „obudziłam  się”  w  wielkim  pomieszczeniu  wyłożonym 

granatowymi płytkami. Dookoła stały wielkie słoje wypełnione wodą. Niektóre były otwarte, 

a jeden z nich ktoś najwyraźniej usiłował zniszczyć, bo leżał roztrzaskany na podłodze. Potem 

przyszedł  mężczyzna  ubrany  w  kitel  z  twarzą  zasłoniętą  białą  maską.  Towarzyszyła  mu 

podobnie  wyglądająca  kobieta.  Człowiek  ten  w  pewnym  momencie  odsłonił  swoją  twarz. 

Zobaczyłam, że miał krótką czarną bródkę z pojedynczymi pasmami siwizny. Oświadczył mi, 

że jakimś cudem przeżyłam w brzuchu zmarłej mamy 183 lata, po czym wskazał na kalendarz 

ścienny z motywem  pór roku. Chociaż byłam wcześniakiem, umiałam odczytać datę. Był  2 

września 2005 roku. Mężczyzna z czarną bródką ponownie wskazał na kalendarz. Tym razem 

jego  palec  skierowany  był  na  lipiec.  Powiedział,  że  jakiś  czas  przede  mną  narodził  się 

podobny do mnie chłopiec, że przyszedł na świat w taki sam sposób, że pochodził z Francji... 

W tym momencie Isabelle nie wytrzymała i wybuchła płaczem. 

- Dowiedziałam się później, że to granatowe miejsce to laboratorium w Los Angeles. 

Ten facet, który rozmawiał ze mną, stwierdził, że „dzięki swojej matce” wyrosnę na geniusza, 

background image

tak  jak  tamten  chłopiec.  Powiedział  także,  że  skoro  mama  i  tata  byli  najwybitniejszymi  w 

całych  ówczesnych  Włoszech  matematykami,  to  ja  powinnam  odziedziczyć  po  nich 

ponadprzeciętną  pamięć,  wybitnie  rozwiniętą  od  dnia  narodzin.  Rodzice  tego  drugiego 

dziecka to najlepsi muzycy osiemnastowiecznej Francji: ona grała znakomicie na fortepianie, 

on na flecie. Niestety zmarli gwałtownie. Zgodnie z założeniami człowieka z czarną bródką 

ich  syn  będzie  niezwykle  utalentowanym  pianistą,  jak  tylko  trochę  podrośnie.  Panie 

prezydencie, czy mogę coś pokazać? 

- Oczywiście, moja droga - oświadczył drżącym głosem mężczyzna. 

Opowieść,  którą  właśnie  usłyszał,  mocno  nim  wstrząsnęła.  Zastanawiał  się,  jak  coś 

takiego  jest  możliwe.  Nie  wątpił  w  to,  że  ta  tajemnicza  blondwłosa  okularnica  mówi  mu 

prawdę. Okazywane przez nią emocje zdradzały, że nie kłamie. I tu Isabelle przedstawiła całą 

historię swojego życia w języku włoskim, po czym jęknęła. 

-  Sam  pan  widzi...  Nigdy  nie  rozmawiałam  z  nikim  po  włosku,  jedyny  obcy  język, 

jakiego  się  uczyłam,  to  hiszpański.  Nie  zdziwiłabym  się,  gdyby  tamten  chłopiec  znał 

perfekcyjnie  francuski.  Jesteśmy  jakby...  Nie  wiem  zbytnio,  jak  to  określić...  Jesteśmy 

Dziećmi Grobu... Potrafimy odtwarzać bezbłędnie to, co robiły nasze mamy, gdy były z nami 

w ciąży. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że umiem mówić po włosku i pamiętam dzień, kiedy 

przyszłam  na  w  świat?  Normalnie  urodzone  dzieci  nie  mają  żadnych  wspomnień  z  tak 

wczesnego etapu w swoim życiu. 

Prezydentowi w tym momencie przychodziło do głowy już tylko jedno jedyne pytanie. 

-  Wiesz  może,  jak  nazywa  się  ten  chłopiec,  który  „urodził  się”  przed  tobą?  Ten  z 

francuskimi korzeniami? 

Isabelle kiwnęła głową. 

- Nazywa się Nicolas August - szepnęła. 

Mężczyźnie szybciej zabiło serce. 

W tej samej chwili do Białego Domu dotarła Julia z Nicolasem. Nastoletnia para, na 

swoje  nieszczęście,  przechodząc  obok  drzwi  do  salonu,  usłyszała  fragment  rozmowy 

przywódcy  kraju  z  Isabelle,  ten  fragment,  w  którym  opowiada  ona  o  swoim  pochodzeniu. 

Zaciekawieni  zatrzymali  się,  chcąc  wysłuchać  do  końca  dyskusji.  Podczas  gdy  Julia 

odczuwała  coraz  większą  gulę  w  żołądku,  Nicolas  odnosił  wrażenie,  że  jakaś  zimna 

substancja  wypełnia  mu  żyły.  Nie  mógł  uwierzyć  w  to,  co  docierało  do  niego  zza 

zamkniętych drzwi salonu. Coraz więcej  szczegółów układało  się w logiczną całość. Nigdy 

nie uczęszczał na lekcje francuskiego, a mimo to znał doskonale ten język i umiał posługiwać 

się nim płynnie. Potrafił znakomicie grać na fortepianie, chociaż w ogóle nie chodził na żadne 

background image

zajęcia  muzyczne.  Odtwarzał  na  tym  instrumencie  nieznane  kompozycje,  które  zadziwiały 

wszystkich.  Nie  był  w  stanie  określić,  skąd  je  znał.  Gdy  dotykał  klawiszy,  palce  same 

odnajdywały rytm, a melodia płynęła prosto z jego serca. Zawsze czuł jednak, że ktoś kiedyś 

mu  grywał  do  snu  te  same  utwory.  Nie  wiedział  jednak,  kto  to  był.  Zrozumiał  teraz  także, 

skąd wzięło się u niego wrażenie, że tak naprawdę nie pochodzi z Los Angeles, a z Paryża. 

Jeśli  to  wszystko,  o  czym  opowiadała  ta  nieznajoma  dziewczyna,  to  prawda,  to...  Kim  on 

właściwie  jest? Jak  to  się  stało,  że  przeżył  ponad  dwa  wieki  w  ciele  martwej  kobiety?  Tak 

wiele  pytań  cisnęło  mu  się  na  usta.  Zapominając  o  Julii,  nie  myśląc  o  zasadach  dobrego 

wychowania,  pchnął  z  całej  siły  drzwi,  które  z  hukiem  uderzyły  o  ścianę.  Znalazł  się  w 

przepięknym  gabinecie  z  kominkiem,  ogromnym  biurkiem  i  wysokimi  oknami.  Na  sofie 

pośrodku siedział prezydent i patrzył się na niego z zaskoczeniem, zupełnie jakby także nie 

mógł uwierzyć w te rewelacje. Przed nim stała blondynka w okularach. Płakała. 

Nicolas zbliżył się do nich, oddychając głęboko i usiłując się uspokoić. Chciał podejść 

do całej sprawy z dystansem. Lecz kiedy chwilę później otworzył usta, wydobyło się z nich 

jedynie ciche zapytanie: 

- To prawda? 

W Isabelle jakby wstąpiła energia. Pełna optymizmu rozpromieniła się i oświadczyła: 

-  Oczywiście.  Jesteś  taki  sam,  jak  ja  -  oświadczyła.  -  Obydwoje  umiemy  robić 

niezwykłe  rzeczy,  pochodzimy  z  odmiennych  epok,  mamy  talenty,  o  jakich  nie  śniło  się 

współczesnym  geniuszom  -  powiedziała,  kładąc  chłopakowi  rękę  na  ramieniu.  Emanowała 

pewnością siebie, której tak bardzo jej brakowało w trakcie rozmowy z najważniejszą osobą 

w państwie. 

Julia słuchała krótkiego dialogu Nicolasa z nieznaną dziewczyną z niedowierzaniem. 

Starała  się  podejść  do  tego  racjonalnie,  jednak  nie  umiała.  Patrząc  na  tę  blondwłosą 

okularnicę,  ogarnął  ją  ogromny  gniew.  Nie  zastanawiając  się  długo,  wbiegła  do  pokoju, 

zepchnęła dłoń tej małolaty z ramienia Nicolasa i zapytała: 

- Isabelle, tak? 

Blondynka kiwnęła głową. 

- Miło mi. Ja jestem Julia Al-Keda, jego dziewczyna - z tonu, z jakim wypowiedziała 

słowo  „dziewczyna”,  wcale  nie  wynikało,  iż  jest  jej  miło.  Nastolatka  była  wściekła  i 

jednocześnie  przerażona,  że  być  może  Isabelle  odbierze  jej  Nicolasa,  że  jej  rewelacje 

zafascynują go do tego stopnia, że zapomni, kto powinien być dla niego najważniejszy. Z tego 

strachu straciła nad sobą panowanie. Chciała zranić swoją rywalkę, skrzywdzić ją tak, żeby 

background image

już nigdy nie mogła nikomu opowiadać o Dzieciach Grobu... - Opanuj się, blondyno! 

Możesz mu mówić, co tylko chcesz, ale zachowaj dystans, z łaski swojej! Nawet nie 

wiesz, co mój chłopak przeszedł na korytarzu, słuchając twojego idiotycznego wykładu! 

Isabelle zarumieniła się. 

- Spokojnie, tylko spokojnie... Ja tylko wyjaśniałam mu, że... 

- Ze jest taki sam, jak ty?! - Julia wcale nie zamierzała się uspokoić. - Wygadujesz o 

nim bzdury, myślisz, że w nie uwierzy... 

-  Wierzę  jej  -  oświadczył  cicho  Nicolas.  Nigdy  wcześniej  nie  widział  swojej 

ukochanej aż tak wściekłej i nie wiedział, co ma w takiej sytuacji zrobić. Julia spojrzała na 

niego, zszokowana. 

- Wierzysz? - zapytała. 

- Tak. 

- Świetnie! - warknęła. 

Okularnica uznała za stosowne się wtrącić. 

- Wy jesteście tutaj z mojego powodu. To wszystko przeze mnie - powiedziała. 

Julia zmarszczyła brwi. 

- Co to ma znaczyć? 

- Pamiętasz koncert charytatywny, w którym Nicolas brał udział? 

- Jasne, że pamiętam. Skąd ty o nim w ogóle wiesz? 

-  No  więc,  byłam  tego  dnia  w  Los  Angeles  i  ukradkiem  nagrałam  występ  twojego 

chłopaka, a następnie opublikowałam go w Internecie. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z 

tego, iż działam nielegalnie, ale... Po prostu musiałam się upewnić, że się nie myliłam co do 

jego  tożsamości  -  to  powiedziawszy,  Isabelle  wyjaśniła  wszystkim  pokrótce,  jak  działa 

aplikacja Google Musie, poprzez którą umieściła nagranie z koncertu w sieci. 

-  A  ja  zupełnie  przypadkowo  natrafiłem  na  rewelacyjną  kompozycję  Nicolasa,  gdy 

pewnego dnia przeglądałem swoje ulubione strony internetowe. Melodia oczarowała mnie, w 

związku  z  czym  postanowiłem  odnaleźć  was  i  zaprosić  do  Waszyngtonu  -  dokończy! 

prezydent z uśmiechem. 

Po chwili zwrócił się bezpośrednio do młodego Francuza: 

- Miałem nadzieję, że osobiście zagrasz dla mnie na fortepianie - mężczyzna sądził, że 

jego  wyjaśnienia  przemówią  do  rozumu  roztrzęsionej  Julii  oraz  sprawią,  że  wreszcie  się 

uspokoi. 

Nastolatka usiadła na sofie i ukryła twarz w dłoniach. Nadal nie mogła uwierzyć, że to 

wszystko,  co  usłyszała  o  przeszłości  swojego  chłopaka,  to  prawda.  Przecież  tak  doskonale 

background image

odnajdywał  się  w  społeczeństwie  dwudziestego  pierwszego  wieku!  Nie  miał  żadnych 

problemów zdrowotnych! Jedyne, co go wyróżniało, to niesłychane zdolności muzyczne oraz 

perfekcyjna  znajomość  francuskiego!  Poza  tym  fakt,  iż  płód  żyje  w  brzuchu  zmarłej  matki 

217 lat, wydawał się jej zupełnie niemożliwy z punktu widzenia biologicznego. Takie rzeczy 

po prostu nie zachodziły w środowisku naturalnym. Była jeszcze jedna okoliczność. Nicolas, 

jako  nienarodzone  dziecko,  musiał  przetrwać  w  ciele  pani  August  w  niezmienionym  stanie 

rozwoju,  zupełnie  jakby  czas  się  dla  niego  zatrzymał.  Julia  nie  należała  do  grona  osób 

wierzących,  nie  brała  więc  pod  uwagę  interwencji  sił  wyższych.  Jednego  była  zupełnie 

pewna:  właśnie  odkryta  tajemnica  nie  zmieniła  jej  uczuć  do  ukochanego.  W  dalszym  ciągu 

darzyła  go taką samą miłością. Uspokoiwszy się, uznała swoje wcześniejsze zachowanie za 

żenujące. Podniosła głowę i spojrzała na Isabelle z fascynacją pomieszaną ze wstydem. 

- Przepraszam cię - szepnęła. 

-  Nie  ma  sprawy.  Doskonale  cię  rozumiem.  Na  twoim  miejscu  zareagowałabym  tak 

samo.  W  końcu  nieczęsto  człowiek  dowiaduje  się,  że  jego  druga  połówka,  żyjąca  w 

dwudziestym pierwszym wieku, została spłodzona w innej epoce. 

- Więc nie zmyślałaś? Cały czas mówiłaś prawdę? Wiesz może, w którym roku zmarli 

rodzice Nicolasa? 

- W 1788 roku. Czy teraz mogłabym porozmawiać z twoim chłopakiem na osobności? 

Panie prezydencie, jeśli nie ma pan również nic przeciwko temu, wyszłabym z Nicolasem na 

chwilę na korytarz. 

- Oczywiście. 

Po  upływie  pół  godziny  Julia  zaczęła  się  poważnie  denerwować.  W  końcu  nie 

wytrzymała  i  zniecierpliwiona  zapytała  przywódcę  kraju,  w  dalszym  ciągu  przejętego 

opowieścią Isabelle: 

- Tak długo rozmawiają... Może zajrzę do nich? 

Mężczyzna, zamyślony,  kiwnął  głową, odsyłając tym  samym  nastolatkę na korytarz. 

Dziewczyna zbliżyła się do drzwi i zamarła. 

-...O Jezu...  Isabelle... W takim razie naprawdę jesteśmy podobni... Gdzie mieszkałaś 

przez te wszystkie lata, gdy ja żyłem w domu dziecka? 

- Także byłam w sierocińcu, ale w innym. Uciekłam stamtąd tuż po ostatnich świętach 

Bożego Narodzenia. Od tej pory mieszkałam to tu, to tam... Zbudowałam sobie nawet szałas, 

jednak  nie  przetrwał  on  zbyt  długo.  Po  kilku  dniach  rozleciał  się.  A  jak  wyglądała  twoja 

przeszłość? 

-  Wychowywałem  się  w  domu  dziecka  i  z  tym  miejscem  wiążą  się  moje 

background image

najwspanialsze  wspomnienia,  zanim  zostałem  adoptowany.  Na  fortepianie  umiałem  grać  od 

zawsze, chociaż nie chodziłem na żadne lekcje. Nikt nigdy nie uczył mnie także francuskiego. 

Pierwszy kontakt z tym językiem miałem w liceum. Potem moje życie stało się piękniejsze, 

ponieważ poznałem Julię. Zakochałem się. Nie tłumaczono mi, na czym polega młodzieńcza 

miłość, sam musiałem wszystkiego się dowiedzieć. 

- Jakie masz plany na najbliższą przyszłość, biorąc pod uwagę fakty, które poznałeś? 

-  Zamierzam  wrócić  do  Los  Angeles  jak  najszybciej  i  opowiedzieć  o  wszystkim 

Alison, mojej przyszywanej mamie. Chciałbym skończyć za parę lat liceum z jak najlepszymi 

wynikami, a potem dostać się na studia muzyczne. 

- Jak zapatrujesz się na związek z Julią? 

-  Cóż...  Świadomość,  kim  naprawdę  jestem,  nie  zmieniła  mojej  miłości  do  niej. 

Oddałbym  za  nią  życie,  jeśli  byłaby  taka  konieczność.  Chciałbym,  aby  nasz  związek  trwał 

całą wieczność. Na razie jednak zamierzam odsunąć na bok sprawy sercowe i skupić się na 

dokładnym zbadaniu historii swojej rodziny. Julia od dzieciństwa znała swoją przeszłość oraz 

wydarzenia  z  życia  rodziców,  mnie  to  nie  było  dane.  Odnośnie  jej,  zastanawia  mnie  tylko 

jedna rzecz. Czemu zareagowała tak agresywnie, słysząc twoją wypowiedź? 

- Nie wiem, Nick... Może ma jakieś problemy nerwowe? 

- Nie przeginaj! To, że ci w końcu uwierzyłem, nie oznacza, że wolno ci obrażać moją 

ukochaną! 

- No dobrze. Przepraszam. Zgoda? 

- Zgoda. 

Rozległ się głośny pisk i tupot stóp. Oszalała z radości Isabelle rzuciła się Nicolasowi 

na szyję. W tym samym momencie Julia otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. 

- Co wy robicie? - zapytała. 

Chłopak, wyraźnie zniesmaczony, zdjął ręce dziewczyny ze swojego karku i odsunął 

się od niej. 

- Rzuciła się na mnie - oświadczył. - Nic nie mogłem poradzić. Przykro mi, że weszłaś 

akurat teraz. 

- Podejrzewałaś nas o coś? - spytała Isabelle. 

Julii bardzo nie spodobał się ton, z jakim wypowiedziała słowo „nas”. 

-  Zdziwiło mnie to,  że tak długo rozmawialiście  - wyjaśniła.  - Poza tym, ty  w ogóle 

nie  znasz  Nicolasa.  Trochę  dziwnie  wyglądało,  gdy  tak  na  dzień  dobry  przytuliłaś  się  do 

niego. 

Okularnica uśmiechnęła się ironicznie. 

background image

- Nick, mówiłam ci, że ona ma jakieś problemy ze sobą. Bo w końcu podejrzewa cię o 

zdradę, chociaż nie ma ku temu powodów. Ostrzegałam cię! - oświadczyła. 

W Julii aż się zagotowało. „Ostrzegałam cię”?! Co to ma znaczyć?! Na co ta blondyna 

sobie pozwala?! Ponadto użyła wobec Nicolasa zdrobnienia, którym Julia określała swojego 

chłopaka w romantycznych sytuacjach! Tego już było za wiele. 

- Isabelle! A już miałam zamiar cię polubić. Jak mogłaś posądzić mnie o coś takiego, 

jak  zarzucanie  mojemu  ukochanemu  zdrady?  -  dziewczynę  zaniepokoiła  nutka  paniki  w 

głosie. 

Isabelle postanowiła ukazać złośliwą stronę swojej osobowości i zakpić sobie z Julii. 

Jednym zdecydowanym ruchem pocałowała Nicolasa w usta. 

-  Proszę  cię  bardzo.  Teraz  już  masz  pretekst  do  tych  swoich  chorych  podejrzeń!  - 

zawołała. 

W  tej  chwili  Julii  puściły  nerwy.  Oszalała  z  gniewu,  gotowa  walczyć  w  obronie 

swojego uczucia, rzuciła się na swoją rywalkę i już po minucie obydwie dziewczyny biły się 

w najlepsze. Zaangażowały się w walkę do tego stopnia, że prezydentowi z trudem udało się 

je rozdzielić. 

-  Uspokójcie  się  natychmiast!  -  powiedział  stanowczo,  odciągając  potarganą  Isabelle 

w stronę sofy. Julia, ocierając dolną wargę z krwi, stanęła nieopodal drzwi. Nicolas usiłował 

ją uspokoić, jednak sam stracił nad sobą panowanie. 

-  Co  się  z  tobą  dzieje,  dziewczyno?!  -  krzyknął.  -  Jednego  dnia  twierdzisz,  że  mnie 

kochasz, jesteś spokojna i wrażliwa, a drugiego... 

-  Och,  daj  spokój!  Widziałam,  jak  Isabelle  się  na  ciebie  patrzyła!  Wściekłam  się, 

ponieważ pomyślałam, że chce mi ciebie odebrać! I ten pocałunek... Niby wiem, że zrobiła to, 

aby mnie sprowokować. Udało jej się. Poza tym słyszałeś, co o mnie wygadywała. Każdemu 

normalnemu człowiekowi puściłyby nerwy. 

- Normalnemu... - prychnęła Isabelle. 

Nicolas  skarcił  ją  spojrzeniem.  Ujął  twarz  swojej  ukochanej  w  dłonie,  spojrzał  jej 

głęboko w oczy i wolno szepnął: 

-  Nigdy,  przenigdy  nie  dopuszczaj  do  siebie  myśli,  że  mógłbym  pokochać 

kogokolwiek  innego,  tak  jak  kocham  ciebie.  Wybacz  mi,  jeśli  zrobiłem  coś,  co  cię 

zdenerwowało. 

- Ty nie zrobiłeś nic. To ja cię przepraszam. Przepraszam też pana, panie prezydencie. 

Zachowałam się bardzo dziecinnie. 

Mężczyzna kiwnął głową, jakby chciał tym samym oznajmić, że puszcza wszystko w 

background image

niepamięć. Isabelle spojrzała wymownie w sufit. 

- Żałosne - stwierdziła. 

Teraz  Julia  popatrzyła  na  nią  wilkiem.  Isabelle  zdecydowanym  krokiem  zbliżyła  się 

do Nicolasa: 

-  Wybieraj:  życie  w  dwudziestym  pierwszym  wieku  z  Julią  u  boku,  czy  możliwość 

dokładniejszego zbadania historii swojej rodziny ze mną? - zapytała. 

Julia uznała za stosowne się wtrącić: 

- Nick, chcę, byś wiedział dwie rzeczy. Pierwsza: cokolwiek wybierzesz, zawsze będę 

cię  kochać.  Druga:  osoba,  na  której  naprawdę  ci  zależy,  która  jest  tą  jedyną,  nigdy  nie 

postawiłaby cię przed podobnym wyborem - oznajmiła. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  jeśli  Nicolas  zdecyduje  się  pójść  z  Isabelle,  będzie  to 

znaczyło koniec dla nich jako pary. Prezydent uniósł w górę ręce w geście poddania. 

- Zostawiam was samych. Dajcie mi znać przez Alberta, gdy już rozwiążecie konflikt - 

to powiedziawszy, opuścił gabinet i wyszedł na korytarz. 

-  Wróćmy  do  tematu.  Chcę  wiedzieć,  co  wybierze  Nicolas  -  uparcie  kontynuowała 

Isabelle. 

Chłopak  przez  kilka  minut  patrzył  się  niezdecydowany  na  swoje  buty.  Ważyły  się 

dwie niezwykle ważne dla niego kwestie i każda z nich miała ogromny wpływ na jego dalsze 

życie.  Nie  chciał  stracić  Julii,  kochał  ją  całym  sobą,  jednak  z  drugiej  strony  nigdy  nie  znał 

swojej przeszłości, a teraz nadarzała się idealna okazja, aby dowiedzieć się czegoś więcej na 

temat  osiemnastowiecznej  Francji, społeczeństwa, w którym żyli jego rodzice, na temat  ich 

śmierci oraz zdarzeń, jakie zaszły na paryskim cmentarzu, w konsekwencji czego jego matka, 

Eleonora  August,  stała  się  doskonałym  przykładem  anomalii  genetycznej.  W  końcu  podjął 

decyzję. Z trudem powstrzymując łzy, oświadczył drżącym głosem: 

- Julia... Zdaję sobie sprawę, że postępuję teraz jak ostatni drań, ale... Zrozum, nigdy 

nie znałem swoich bliskich, nie wiedziałem do tej pory, kim jestem. Ty dorastałaś pod opieką 

ojca,  mnie  to  szczęście  nie  było  dane.  Chętnie  poprosiłbym  cię  o  towarzyszenie  mi  w 

poszukiwaniu wiadomości, dotyczących mojej  rodziny, jednak wiem, że nigdy się na to nie 

zgodzisz. Kocham cię całym sobą, całą duszą, całym umysłem. Tak mi przykro - spróbował ją 

objąć, jednak Julia odepchnęła jego rękę. Płakała. 

- A więc taki jest nasz koniec? - zapytała przez łzy. - Zawsze wierzyłam, że razem się 

zestarzejemy,  wspólnie  przejdziemy  przez  życie.  Tyle  dla  mnie  znaczyłeś...  -  to 

powiedziawszy, Julia pochwyciła swój porzucony na podłodze plecak i wybiegła z gabinetu. 

Minęła  zdziwionego  prezydenta.  Ignorując  przepełnione  bólem  nawoływania 

background image

Nicolasa,  opuściła  Biały  Dom.  Nie  zatrzymała  się  nawet  po  to,  by  złapać  oddech.  Jej  były 

chłopak błagalnie poprosił przywódcę kraju o załatwienie transportu na lotnisko... 

background image

ROZDZIAŁ 11 

Osamotnienie 

3 grudnia 2020 roku   

Po ucieczce z rezydencji prezydenta USA Julia nie wróciła od razu do rodzinnego San 

Francisco. Noc spędziła ukryta w ogrodach Białego Domu, a następnego dnia, ze względu na 

ryzyko  złapania  przez  Alberta  lub  Edwarda,  wyruszyła  do  Kalifornii.  Zdecydowała  się  na 

podróż autostopem. Gdy stała na ulicy z wyciągniętą ręką i wyprostowanym kciukiem, czuła 

na  sobie  karcące  spojrzenia  widzących  ją  ludzi.  „Pewnie  mają  mnie  za  prostytutkę..  - 

pomyślała sobie. 

Mijające  ją  osoby  obserwowały  coraz  bardziej  wychudzoną  i  zaniedbaną 

piętnastolatkę.  Nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  w  jak  zatrważającym  stopniu  się 

zmieniła. Z każdym dniem coraz bardziej przypominała zombie: uwidoczniły się u niej kości 

policzkowe,  skóra  straciła  dawny,  zdrowy  odcień,  oczy  jakby  się  powiększyły.  Prezydent 

wysłał za nią pościg, ale póki co nastolatka pozostawała nieuchwytna. 

Również Nicolas nie radził sobie dobrze z rozstaniem z ukochaną. Całe życie straciło 

dla niego sens. Po powrocie do Los Angeles wszystko przypominało mu Julię, słyszał jej głos 

w  każdym  podmuchu  wiatru,  we  wszystkich  kroplach  deszczu  dostrzegał  jej  przepełnioną 

bólem  twarz.  Zachowanie  chłopaka  budziło  coraz  większy  niepokój  Alison.  Nastolatek 

miewał  huśtawki  nastrojów,  unikał  fortepianu  jak  ognia.  Przesiadywał  też  całe  dnie  w 

wybudowanym  przez siebie domku  na drzewie i  patrzył  się bez celu  na ukrytą  w zaroślach 

Wyspy Hamiltona łódkę „Szum oceanu”. 

Dodatkowo  nastroju  Nicolasowi  nie  poprawiał  fakt,  że  Isabelle  przyjechała  do  Los 

Angeles  razem  z  nim.  Teraz  nie  opuszczała  go  ani  na  krok,  próbując  stale  pouczać  go,  jak 

powinien żyć we współczesnym świecie ze świadomością tego, kim jest naprawdę. W kilka 

tygodni  po  zerwaniu  z  Julią  chłopak  poczuł,  że  dłużej  już  nie  zniesie  Isabelle  ciągle 

powtarzającej  mu,  że  każde  Dziecko  Grobu  rodzi  się  geniuszem  i  posiada  nadnaturalnie 

rozwinięte talenty. W końcu nie wytrzymał. 

-  Posłuchaj  mnie  uważnie,  dziewczyno!  Doskonale  radziłem  sobie  w  dwudziestym 

pierwszym  wieku  bez  ciebie.  Twoja  obecność  jest  zbędna!  Sprowokowałaś  Julię.  To  przez 

ciebie  ją  straciłem!  Matko...  Gdybym  wcześniej  wiedział,  że  tak  to  się  skończy,  nie 

zdecydowałbym  się  na  poznanie  sekretów  mojej  rodziny...  Co  ja  mówię!  W  ogóle  bym  nie 

jechał do Waszyngtonu! 

Również bardzo martwił się o Julię jej tata. Dla niego samotne dni w pustym domu w 

background image

San  Francisco,  bez  żadnych  wieści  od  córki,  trwały  niemiłosiernie  długo  i  oznaczały 

niekończące się pasmo zmartwień. Po upływie miesiąca ten udręczony psychicznie człowiek 

zaczynał  pomału  tracić  nadzieję,  że  nawet  pomimo  zawiadomienia  policji  dziewczyna 

kiedykolwiek się znajdzie. Mimo to jednak na każdy dźwięk telefonu, na każde pukanie do 

drzwi,  gwałtownie  zrywał  się  na  nogi.  Zawsze,  niestety,  spotykało  go  rozczarowanie.  Z 

czasem  zrezygnował  z  wyrobionego  przez  siebie  w  ciągu  ostatnich  tygodni  rytuału, 

polegającego na codziennym wydzwanianiu do kolejnych posterunków policji w całym stanie 

Kalifornia. Rezultatem tego zwykle była rozmowa: 

-  Tu  posterunek  policji  w  Los  Angeles  (...),  mówi  posterunkowy  (...),  w  czym  mogę 

pomóc? 

- Dzień dobry, moje nazwisko  Al-Keda. Chciałbym zgłosić zaginięcie córki Julii, lat 

piętnaście. Niewysoka, czarne loki, ciemna karnacja... 

- W porządku, już zapisuję. Kie... 

-  Jak  pan  może  mówić  „w  porządku”?!  Nic  nie  jest  takie,  jakie  powinno  być!  Moje 

dziecko, moje jedyne dziecko... - szlochał pan Al-Keda do słuchawki. 

- Proszę się uspokoić. Otrzymujemy dziennie wiele zgłoszeń, w których zaniepokojeni 

rodzice informują nas o tym, że ich syna lub córki nie ma w domu. 

-  Julia  nie  uciekła!  Wyjechała  ze  swoim  chłopakiem  do  Waszyngtonu.  Miała  wrócić 

dwa dni później, a minęło ich już siedem (dwa tygodnie, trzy, miesiąc...)! 

- Doskonale rozumiem pański niepokój, sam jestem ojcem. Proszę udzielić mi więcej 

szczegółów, może okoliczności zaginięcia? 

- Chłopak córki został zaproszony przez prezydenta państwa do Białego Domu. Julia 

przekonała mnie, abym pozwolił jej mu towarzyszyć. Zgodziłem się. Nie sądziłem, że może 

stać się coś takiego... Niestety, nie znam okoliczności, w jakich doszło do zaginięcia. 

- Rozumiem, że nie ma pan żadnego kontaktu z córką? 

- Wyłączyła telefon. 

- W takim razie dziękujemy panu za złożenie zeznań. Zrobimy wszystko, co w naszej 

mocy, aby ją odnaleźć. 

Codziennie  pan  Al-Keda  odbierał  kilka  telefonów  z  kolejnych  posterunków  i  słyszał 

po drugiej stronie: 

- Bardzo nam przykro, ale dalsze prowadzenie śledztwa zostaje zawieszone. Zgodnie z 

przepisami prawnymi po upływie czterdziestu ośmiu godzin od chwili zaginięcia wpisuje się 

nazwisko poszukiwanej osoby na listę zaginionych. Tak postąpiliśmy w przypadku pańskiej 

córki.  Będziemy  z  panem  w  kontakcie,  w  przypadku  uzyskania  jakichkolwiek  informacji 

background image

dotyczących pańskiej córki. 

Mężczyzna  do  tego  stopnia  przejął  się  sprawą  Julii,  że  przestał  chodzić  do  pracy, 

rozchorował się i zrezygnował z opuszczania swojego domu. Z utęsknieniem wyczekiwał na 

chociażby  jeden  telefon  z  któregokolwiek  z  posterunków  z  informacją,  że  śledztwo  zostaje 

wznowione. Czekał bardzo długo. W końcu, 24 grudnia 2020 roku, w wigilię, pan Al-Keda 

zdecydował  się  skontaktować  z  policją  po  raz  ostatni.  Drżącą  ręką  wykręcił  numer  na 

komisariat  w  Waszyngtonie,  miejscu,  gdzie  cały  jego  koszmar  się  rozpoczął.  Po  trzech 

sygnałach ktoś odebrał. W słuchawce rozległ się poirytowany, męski głos: 

- To znowu pan? Zdaje mi się, że wspominałem wcześniej, iż nazwisko Julii widnieje 

na Uście osób zaginionych! Nic więcej nie możemy zrobić! 

- Proszę się nie rozłączać! Dziś wigilia, a mojej córki nie ma. Nie wiem, czy jeszcze 

żyje. Tak święta nie powinny wyglądać. Te dni należy spędzać w rodzinnym gronie! - jęknął 

roztrzęsiony ojciec. - Proszę dać mi jakąś nadzieję! Nie pozwólcie mi się poddać! 

-  Panie  Al-Keda,  chciałbym  panu  jakoś  pomóc,  ale  nie  jestem  w  stanie.  Życzę 

wesołych świąt! 

Po  tej  rozmowie  telefonicznej  tata  Julii  załamał  się  i  zagłębił  w  smutku.  Rozpacz  i 

niepokój pokonały niegdyś silnego emocjonalnie człowieka. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

Szokujące informacje   

San Francisco, 6 stycznia 2021 roku 

Minęły kolejne dwa tygodnie. Julia w dalszym ciągu nie pogodziła się z odejściem od 

Nicolasa.  Chłopak  znaczył  dla  niej  wszystko.  Nie  widziała  sensu  w  powrocie  do  domu, 

zapomniała o tacie czekającym na nią z niecierpliwością. Mimo to autostopem dotarła do San 

Francisco. Nie wiedziała, czemu to robi, co nią kieruje. Chyba po prostu chciała prześledzić 

stare szlaki, którymi podążała jako mała dziewczynka. Widok znajomych ulic wywołał u niej 

poczucie nostalgii. Z wrażeniem, że coś ciężkiego przygniata jej klatkę piersiową, ostrożnie, 

nie  chcąc  zostać  zauważona,  minęła  dom  rodzinny  i  udała  się  do  centrum  miasta.  Przed 

oczami stanęły jej pierwsze randki z ex-chłopakiem, Dylanem, z którym spotykała się, zanim 

poznała Nicolasa. 

Pod  wieczór  Julia  była  bardzo  zmęczona.  Szybko  odnalazła  jakiś  brudny  i  pełen 

drewna, aczkolwiek cichy kącik pomiędzy barem a delikatesami, wyjęła scyzoryk, chwyciła 

kawałek  drewnianej  belki  i  zaczęła  rzeźbić.  Nigdy  wcześniej  tego  nie  robiła,  a  mimo  to 

wiedziała doskonale, jak wykonać następny ruch. Gdy już się ściemniło, na dłoni dziewczyny 

spoczywało małe, drewniane serduszko. Nastolatka z westchnieniem schowała nożyk i serce 

do plecaka, po  czym  usiłowała ułożyć się w miarę wygodnie na  chłodnej ziemi.  Starała się 

usnąć,  jednak  coś  jej  w  tym  przeszkadzało.  Nie  umiała  stwierdzić,  co  to  było.  Być  może 

wrażenie, że za chwilę stanie się coś złego? Nigdy wcześniej nie miała podobnego przeczucia, 

a teraz najzwyczajniej w świecie ogarnął ją niepokój o samą siebie. Jedną ręką przetarła oczy, 

drugą zarzuciła sobie na ramię plecak i już zamierzała stamtąd uciec, gdy poczuła na swoich 

barkach czyjeś silne ręce. Wydawały się one podejrzanie męskie.  Zaskoczona popatrzyła w 

górę i z trudem, ze względu na ciemność, rozpoznała twarz Dylana, swojego byłego chłopaka. 

- Witaj, maleńka... - powiedział chłopak obleśnym tonem, przesuwając swoim nosem 

po  twarzy  Julii,  od  skroni  aż  po  linię  żuchwy.  Wzdrygnęła  się.  Już  znała  powód 

nawiedzającego  ją  niepokoju.  Tymczasem  napastnik  kontynuował  złowieszczą  litanię  o 

wyraźnym podtekście erotycznym: 

-  Tęskniłem  za  tobą.  Wybaczyłem  ci  odejście...  Mam  nadzieję,  że  także  za  mną 

tęskniłaś.  Masz  może  ochotę  na  małe  co-nieco?  -  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  Dylan 

popchnął przerażoną, pozbawioną szans na jakikolwiek akt samoobrony, dziewczynę na stos 

drewna, po czym sekundę później sam upadł od ciosu cegłą w głowę. Tajemniczy wybawca 

Julii podał jej rękę i pomógł wstać. 

background image

- Trzymasz się jakoś? - zapytała Isabelle. 

Julia  wytrzeszczyła  oczy.  Nie  spodziewała  się  spotkać  jej  w  San  Francisco,  ani  w 

żadnym innym miejscu. 

- Nie pytaj, co tutaj robię, ani skąd wiedziałam, gdzie cię szukać. Nie ma na to czasu. 

Musimy natychmiast jechać do Los Angeles. Nicolas ma poważne kłopoty. 

- Ja... - Julia zaczęła zszokowana, ale koleżanka uciszyła ją jednym machnięciem ręki. 

- Nic nie mów, po prostu mi zaufaj - powiedziała. 

Los Angeles, Centrum Badań Archeologicznych   

W  Centrum  Badań  Archeologicznych  zwołano  nadzwyczajne  zebranie  dotyczące 

eksperymentu  numer  jeden.  Podczas  gdy  archeolodzy  schodzili  się  do  gabinetu  szefa  i 

zajmowali  wyznaczone  miejsca  przy  stole,  on  stał  przy  oknie,  jedną  ręką  przytrzymywał 

podniesioną  zasłonę  i  z  fałszywym  skupieniem  obserwował  świat  po  drugiej  stronie  szyby. 

Tak naprawdę starał się pohamować zdenerwowanie. Bał się, co nie zdarzało mu się często. 

Po pięciu minutach dotarli wszyscy zaproszeni uczestnicy spotkania. Mężczyzna odwróci! się 

do nich: 

-  Moi  drodzy  współpracownicy...  -  zaczął  z  typową  dla  swojej  osoby  pewnością 

siebie, jednak głos dość szybko mu się załamał. - Stała się rzecz straszna. 

-  Co  się  stało?  Znowu  masz  jakieś  zwidy?  -  zawołał  drwiąco  z  ostatniego  rzędu 

Sydney. Zdziwił go ton głosu pracodawcy, jednak nie przywiązał do tego zbytniej uwagi. 

- Co tym razem chcesz odnaleźć? Dziecko z przyszłości? Kosmitę? 

-  Nie...  -  odpowiedział  cicho  szef.  Nie  miał  siły,  aby  zganić  Sydney’a  za  arogancki 

komentarz  -  co  najdziwniejsze,  zamiast  dawnej  żądzy  władzy,  w  jego  głosie  pobrzmiewał 

najprawdziwszy niepokój. - Chodzi o Nicolasa. Skontaktowałem się z prezydentem USA za 

pośrednictwem jego agentów bezpieczeństwa i dowiedziałem się, że chłopak poznał prawdę, 

a przy tym swoją prawdziwą tożsamość. Nasz eksperyment jest już więc skończony - wyjaśnił 

tonem człowieka, któremu jest wszystko jedno.   

background image

ROZDZIAŁ 13 

Eksperyment numer dwa   

Los Angeles, Centrum Badań Archeologicznych, 6 stycznia 2021 roku   

-  Stało  się  coś  strasznego  -  rzekł  szef,  wydmuchując  hałaśliwie  nos  w  chusteczkę.  - 

Nicolas zna prawdę. 

Niektórzy  z  siedzących  najbliżej  członków  zespołu  zakryli  sobie  rękami  usta,  inni 

siedzieli z otwartymi. Nawet Alison nie dała rady utrzymać emocji na wodzy. 

- Mój syn przechodził ostatnio bardzo trudny okres. W związku z ogromnym ciosem, 

jakim było dla niego odejście Julii, miał wiele problemów. Do tego jeszcze odkrył, że przez te 

sześć miesięcy wspólnego mieszkania stale go okłamywałam. Obawiam się, że więcej mi już 

nie zaufa! - niemal wykrzyczała szefowi w twarz. Ten spojrzał się na nią ponuro, marszcząc 

czoło. 

- A czy on wie, że na jego dziewczynę, Julię, napadł ostatnio jej były? - zapytał. 

Alison pokręciła przecząco głową. 

- Jeszcze nic nie wie. Wprawdzie piszą o tym w dzisiejszej prasie... Nicolas został sam 

w  domu.  Odkąd  poszukują  go  agenci  prezydenta,  w  ogóle  nie  wychodzi  na  dwór.  Mam 

nadzieję, że nie dorwał się do najnowszej gazety! 

Szef gwałtownie znieruchomiał. 

- Co to znaczy, że poszukują go służby bezpieczeństwa?! 

Archeolog westchnęła, zanim wyjaśniła: 

-  Ludzie,  których  przypadkowo  mijam  na  ulicy  lub  w  sklepach,  twierdzą,  że  nasza 

szanowna głowa kraju boi się o swoją władzę. Podobno wieść o tym, że rodzą się geniusze, 

porządnie nim wstrząsnęła. Prezydent wystraszył się, że takie dziecko mogłoby w przyszłości 

odebrać mu stanowisko. Zwabił mojego syna do Białego Domu nie po to, aby podziwiać jego 

talent muzyczny. On chciał go uwięzić, odseparować od społeczeństwa, aby już nie stanowił 

dla  nikogo  zagrożenia.  Gdy  Nicolas  udał  się  z  powrotem  do  Los  Angeles,  prezydent 

zdecydował  się  wysłać  za  nim  pościg.  Z  zasłyszanych  plotek  wnioskuję,  że  jego  najlepsi 

agenci, Albert i Edward, krążą gdzieś po Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Oni 

nie  mogą  go  znaleźć,  po  prostu  nie  mogą!  Po  jakimś  czasie  do  Los  Angeles  dotarła  jakaś 

dziewczyna, chuda blondynka średniego wzrostu, w okularach. Ponoć miała na imię Isabelle. 

Twierdziła, że przyjaźni się z moim synem. 

Szef wzdrygnął się. 

- Dziwne, że zainteresowali się Nicolasem, a na Isabelle nie zwrócili uwagi. Ona jest 

background image

przecież taka sama - wyrwało mu się. 

Przez  salę  przeszedł  pomruk.  Tu  i  ówdzie  rozległy  się  podniecone  szepty.  W  końcu 

wstał Sydney i drwiąco zapytał: 

- Czyżbyś miał przed nami jakąś tajemnicę? 

Widać  było,  że  wprawił  tą  sugestią  swojego  pracodawcę  w  nie  lada  zakłopotanie. 

Mężczyzna wodził oczami bez celu po sali, nadaremno szukając wybawienia i wyraźnie nie 

wiedząc, co odpowiedzieć, aż w końcu David Costner wstał i krzyknął: 

- No, dalej, człowieku! Mów, co ukrywasz! 

Szef westchnął ze zrezygnowaniem, po czym zaczął swoją opowieść: 

-  Isabelle  to  drugi  eksperyment  -  szepnął.  -  Wiedziałem,  że  nie  zgodzicie  się  na 

ponowny  wyjazd  do  Francji,  więc  udałem  się  tam  sam,  miesiąc  po  naszych  badaniach.  Nie 

wiem,  czemu,  ale  ziemia,  na  której  stoi  paryski  cmentarz,  ma  chyba  jakieś  paranormalne 

właściwości, gdyż znalazłem kolejne doskonale zachowane zwłoki kobiety z żywym płodem 

w macicy, właściwości, których nikt nigdy nie zbadał, nie bada i najprawdopodobniej nie da 

rady  zbadać.  Szczerze  mówiąc,  nie  mam  pojęcia,  co  tam  się  dzieje.  To  ponad  moje 

możliwości.  Tym  razem  to  była  matka  Isabelle,  z  pochodzenia  Włoszka.  Zmarła  w 

dziewiętnastym wieku tuż po przyjeździe na leczenie do paryskiej kliniki. 

Jej  córkę  postanowiłem  włączyć  do  eksperymentu.  Dla  lepszego  efektu 

zdecydowałem,  że  po  „porodzie”  powiadomię  dziewczynkę,  kim  jest  i  jakie  ma  korzenie, 

testując tym samym jej inteligencję na etapie rozwoju noworodkowego. No wiecie... Sensem 

doświadczenia było to, że Nicolas nie miał zielonego pojęcia o całym eksperymencie i akcji w 

Paryżu, a Isabelle dorastała z pełną świadomością swojego pochodzenia. Ona... 

W tym momencie Sydney uznał za stosowne się wtrącić. 

-  Skoro  jedno  z  nich  miało  znać  prawdę,  a  drugie  nie,  to  umieszczanie  tych 

piętnastolatków  w  tym  samym  mieście,  nawet  tak  dużym,  jak  Los  Angeles,  było  czystym 

idiotyzmem!  Nie  myślałeś,  szefie,  że  kiedyś  prawdopodobnie  dojdzie  między  nimi  do 

spotkania?!  Sam  zniszczyłeś  sobie  eksperyment,  panie  Wszystko-Robię-Najlepiej-Szefie!  - 

warknął, po czym opuścił gabinet, trzaskając z całej siły drzwiami. Tak samo postąpił David i 

cała reszta zespołu. Została jedynie Alison. 

- Coś się stało? - zapytał szef. - Ostatnio milczysz. 

Kobieta westchnęła ciężko. Ręce założyła na wysokości klatki piersiowej. 

- Martwię się o Nicolasa. Został sam w domu, a nie wie nic o próbie gwałtu Julii. Jest 

taki wrażliwy. Kochał ją całym sobą. Dodatkowo może w każdej chwili przeczytać w gazecie 

artykuł o tym napadzie. Boję się, że coś głupiego strzeli mu do głowy. Szefie, ja muszę jechać 

background image

do domu! 

- Tak, tak, jedź... 

Stojąc  w  drzwiach,  Alison  odwróciła  się  jeszcze  po  raz  ostatni  i  posłała  swojemu 

pracodawcy pełne żalu spojrzenie. 

-  Jeśli  mojemu  synowi  albo  Julii  stało  się  coś  złego,  to  będzie  to  tylko  i  wyłącznie 

twoja wina! 

Potem  Alison  opuściła  Centrum  Badań  Archeologicznych.  To  był  ostatni  raz  w  jej 

życiu, gdy widziała szefa. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

Powrót Julii   

Los Angeles, 6 stycznia 2021 roku 

Nicolas był sam w domu. Ostatnimi czasy w ogóle nie wychodził na dwór, nie tylko 

ze względu na ryzyko schwytania przez agentów prezydenta. Świeże powietrze przypominało 

mu o Julii, o ich wspólnych spotkaniach, naprawie łódki i wyprawach na Wyspę Hamiltona. 

Teraz  już  chłopak  wszystko  rozumiał.  Umiejętność  mówienia  po  francusku 

odziedziczył  po  rodzicach,  a  melodie,  które  tak  zapamiętale  odtwarzał  na  fortepianie, 

skomponowała za życia jego matka. 

„Nie jestem jakiś inny... A sądziłem, że umiem więcej od swoich kolegów...” - myślał 

załamany.  Tajemnica,  jaką  owiana  była  historia  jego  rodziny,  nie  miała  dla  niego  żadnego 

znaczenia.  Nie  przejmował  się  też  faktem,  iż  Alison  go  okłamywała.  Rozstanie  z  Julią 

okazało  się  najdotkliwszym  ciosem,  wywołało  ogromne  cierpienie  jego  duszy  oraz  ciała, 

doprowadziło  m.in.  do  zaburzeń  pracy  serca.  Po  miesiącu  od  zerwania  z  dziewczyną  chory 

organ zaczął wolniej bić. Pewnego dnia Nicolas doszedł do wniosku, że Julia chodziła z nim 

tylko  ze  względu  na  popularność  oraz  jego  nadnaturalne  zdolności,  a  uciekła,  ponieważ 

dowiedziała  się  prawdy,  o  której  on  sam  nie  miał  zielonego  pojęcia.  Była  19.00  i  Alison 

powinna  niedługo  wrócić  z  pracy.  Nastolatek  spróbował  się  zdrzemnąć,  ale  bezskutecznie. 

Nagle zadzwonił stojący na szafce nocnej budzik i trzeba było wziąć lekarstwa. 

Chłopak miał od pewnego czasu problemy z sercem, w związku z czym musiał łykać 

specjalne  tabletki  regulujące  jego  pracę.  Gdy  był  już  w  kuchni,  zauważył  leżącą  na  stole 

gazetę. Tak dawno nie miał kontaktu ze światem zewnętrznym! Zaciekawiony otworzył ją na 

pierwszej stronie i przeczytał: 

NIESAMOWITY ATAK NA PIĘTNASTOLATKĘ! 

Tuż po ucieczce nastoletniej Julii z Białego Domu zaniepokojony prezydent poprosił 

swoich najlepszych agentów o skontaktowanie się z jej byłym chłopakiem. Panowie Albert i 

Edward  znakomicie  wywiązali  się  z  powierzonego  im  zadania.  Po  odnalezieniu 

siedemnastoletniego Dylana Mitchela, poinformowali go o zajściu w Białym Domu i dodali, 

że  Julia  w  90%  dotrze  wkrótce  do  rodzinnego  San  Francisco.  Chłopak  natrafił  na  Julię 

niedługo po spotkaniu  z agentami.  Znalazł  ją zaszytą w kącie między barem  a delikatesami. 

Po  krótkiej  wymianie  zdań  doszło  do  próby  gwałtu.  Atak  został  jednak  przerwany  przez 

blondynkę w okularach o nieznanej tożsamości. Dziewczyna uderzyła Dyłana cegłą w głowę, 

a następnie wraz z oszołomioną Julią uciekła. Obecne miejsce ich pobytu nie jest znane. Nasz 

background image

informator  wolał  zachować  anonimowość,  w  związku  z  czym  nie  umieszczamy  w  gazecie 

jego nazwiska. 

Nicolasowi po przeczytaniu artykułu zatrzęsły się ręce. Odżyły w nim wspomnienia z 

niedalekiej  przeszłości.  Dylan...  Ten  bydlak  z  boiska...  Dzięki  Bogu  Isabelle  była  wtedy  w 

pobliżu!  Chłopak  podarł  gazetę  na  kawałki  i  już  miał  wypić  stojącą  na  stole  herbatę  z 

lekarstwem, gdy nagle poczuł ostry ból w sercu, stracił przytomność i osunął się bezwiednie 

na ziemię. 

Alison wróciła z Centrum Badań Archeologicznych do domu. Była 19.37. 

- Nicolas, jesteś? - zawołała, wieszając płaszcz w szafie. Nikt nie odpowiedział, więc 

kobieta powtórzyła zapytanie, wchodząc do kuchni. W pewnym momencie coś chrupnęło jej 

pod  butem.  Okazało  się,  że  nadepnęła  na  kawałki  potłuczonego  porcelanowego  kubka 

leżącego w herbacianej kałuży. 

-  Nicolas,  to  wcale  nie  jest  zabawne!  Coś  ty  tu  narobił?  -  krzyknęła  Alison.  W  jej 

głosie pobrzmiewała nutka irytacji. 

Wtem zobaczyła swojego syna leżącego bez żadnych oznak życia na podłodze. Obok 

była sterta białych karteczek o nierównych brzegach, które kiedyś zapewne tworzyły gazetę. 

W całości zachowało się jedynie zdjęcie czarnowłosej dziewczyny o arabskich rysach twarzy. 

Alison od razu domyśliła się prawdy. 

-  On  to  przeczytał...  Ten  artykuł...  Tylko  nie  to!  -  jęknęła,  po  czym  zadzwoniła  po 

karetkę. 

7 stycznia 2021 roku   

W końcu Julii i Isabelle udało się zatrzymać jakiś samochód. Początkowo dziewczyny 

nie zauważyły umiejscowionej na dachu tabliczki z napisem: „TAKI”. 

-  Dzień  dobry,  do  Los  Angeles  proszę!  -  zakomunikowała  Isabelle,  wyciągając  w 

stronę kierowcy plik banknotów. Julia rzuciła jej pytające spojrzenie. 

- Nie ma sprawy, panienki - odparł taksówkarz. 

Okazał  się  być  niezwykle  sympatycznym,  a  co  najważniejsze,  niezadającym  wielu 

pytań człowiekiem. Chociaż na siedzeniu obok leżała najnowsza gazeta, nie skojarzył twarzy 

jednej z siedzących z tyłu dziewczyn ze zdjęciem na okładce. 

Po pewnym czasie dziewczyny dotarły do Los Angeles. Miasto tonęło w słońcu, a na 

przybrzeżnych falach oceanicznych szaleli surferzy. Było dość ciepło, nawet jak na styczeń. 

Jakimś cudem wycieńczona Julia, wspierana przez Isabelle, dotarła do domu Nicolasa, domu, 

który  kiedyś  odwiedzała  niemal  codziennie.  Zdziwiła  się,  że  drzwi  są  otwarte.  Weszła  do 

środka bez pukania i ujrzała siedzącą na schodach Alison. Kobieta miała zaczerwienione oczy 

background image

i drżały jej ramiona. Gdy na dźwięk czyichś kroków uniosła głowę, wzdrygnęła się. 

- O, Julia! zawołała zaskoczona. - Co tu robisz? Wszyscy się o ciebie martwiliśmy! Ja, 

mój syn... Co się z tobą działo? 

Dziewczyna spuściła wzrok. 

-  Nie  mogłam  wrócić  wcześniej.  Nie  byłam  w  stanie...  Można  powiedzieć,  że 

bezskutecznie  szukałam  sensu  swojego  życia  -  wyjaśniła  nieco  chaotycznie,  jednak  Alison 

wszystko  zrozumiała.  Wyłapała  też  sens  niewypowiedzianych  przez  Julię  słów.  Ta 

kontynuowała: 

- Do powrotu namówiła mnie Isabelle. Przekazała mi, że Nicolas ma jakieś kłopoty. 

Alison splotła ręce na piersiach. 

- Poszukują go agenci prezydenta - pokrótce wyjaśniła nowo przybyłej sytuację. Oczy 

piętnastolatki nagle zwilgotniały. 

-  Gdzie  jest  Nicolas?  Muszę  go  przeprosić  za  moje  zachowanie  w  Białym  Domu!  - 

niemalże krzyknęła. Pani archeolog pokręciła głową. 

-  Tutaj  go  nie  znajdziesz  -  odparła.  -  Jest  w  szpitalu.  Tyle  ostatnio  przeszedł...  Jeśli 

chcesz, zawiozę cię do niego. 

- Bardzo chętnie skorzystam z pani propozycji! - oświadczyła Julia. 

- Tylko najpierw zadbaj  nieco o siebie. Wyglądasz okropnie  - zasugerowała Isabelle, 

po czym zapytała Alison: 

- Czy pozwoliłaby pani skorzystać Julii z prysznica? 

Kobieta  kiwnęła  głową,  po  czym  objęła  młodą  Arabkę  i  zaprowadziła  na  górę.  Po 

drodze szepnęła: 

- Pożyczę ci coś z moich ubrań. Te twoje nie nadają się już raczej do użytku. 

Dwie  godziny  później  cała  trójka  siedziała  już  w  kabriolecie  Alison  i  jechała  do 

szpitala. Kobieta zwróciła się do Julii po raz ostatni: 

- Skoro nasz kochany prezydent zwariował i ściga Nicolasa po całej Ameryce, to nie 

pozostaje wam nic innego, jak dobrze się ukryć. 

- Znam idealne miejsce, pani archeolog - powiedziała Isabelle. - Sama ukrywałam się 

przez  dłuższy  czas,  mam  więc  w  tym  doświadczenie.  Zaopiekuję  się  Nicolasem  i  Julią, 

obiecuję. 

- Będę ci za to dozgonnie wdzięczna, kochana - odpowiedziała archeolog. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

Ucieczka   

Los Angeles, 7 stycznia 2021 roku 

Julia siedząc w kabriolecie Alison, odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. Tak się 

cieszyła,  że  wreszcie  zobaczy  swojego  ukochanego  i  wszystko  mu  wyjaśni.  Może  nawet 

wrócą do siebie... Po odświeżającym prysznicu w domu pani archeolog, czuła się wspaniale, a 

jej długie, dopiero co umyte czarne loki powiewały na wietrze. Zastanawiała się, jak będzie 

przebiegało spotkanie, czy Nicolas jej wybaczy, czy dalej ją kocha pomimo ich kłótni... 

Sala,  w  której  leżał  Nicolas,  miała  ściany  pokryte  kremowo-żółtymi  płytkami.  Ze 

środka sufitu zwisała żarówka i kilka kabli; główne oświetlenie dawały lampy stojące. 

Nicolas  był  w  pomieszczeniu  sam.  Przeszedł  kilka  zabiegów,  w  wyniku  których  do 

serca wszczepiono mu rozrusznik. Dzięki temu chłopak czuł się nieco lepiej. Leżał na łóżku, 

gdy przyszedł do niego lekarz i ze zdziwioną miną zapytał: 

- Nicolas, czy byłeś na dzisiaj umówiony z jakąś czarnowłosą dziewczyną? 

Chłopak usiadł i popatrzył na lekarza uważnie. 

- Czarnowłosą? - powtórzył takim tonem, jakby z całego zdania wyłapał tylko to jedno 

słowo. 

-  Tak.  Nastolatka,  taka  jak  ją  opisałem,  mniej  więcej  piętnastoletnia,  o  arabskich 

rysach  twarzy,  stoi  na  korytarzu  i  wypytuje  o  ciebie.  Towarzyszą  jej  rudowłosa  kobieta  i 

blondynka w okularach. 

Nicolas nie potrzebował już więcej dowodów na to, że to właśnie Julia, jego ukochana 

Julia, wróciła. W jednej chwili zerwał się z łóżka i wybiegł na korytarz. Nie miał szans ujrzeć 

czegokolwiek,  bo  wszelką  widoczność  przesłoniła  mu  burza  czarnych  loków.  Minęło  pięć 

minut. Nicolas jedną ręką delikatnie, jakby dotykał motyla, odgarnął ciemne włosy na bok i 

dokładnie  zlustrował  wzrokiem  scenerię  szpitalnego  korytarza.  Obok  składanych  krzesełek 

stała jego przyszywana matka, Alison i triumfująca Isabelle... 

- Nick, wybacz mi, że zachowałam się wtedy jak idiotka. Teraz przeze mnie tu jesteś. 

Byłam żałosną egoistką! - usłyszał w okolicach swojego prawego ucha. Wplótł palce w gęste, 

czarne loki i szepnął: 

- Julia, kochanie, daj spokój. Sam też nie zachowywałem się tak, jak powinienem. Nic 

dziwnego,  że  się  wściekłaś.  Ogarnęła  mnie  chorobliwa  obsesja  poznania  sekretów  mojej 

rodziny.  To  mnie  zaślepiło!  Nigdy  nie  chciałem  się  z  tobą  rozstawać.  Ta  próba  czasowa 

okazała się ponad moje siły. 

background image

- Ponad moje też. 

-  Skoro  się  już  pogodziliście,  może  wtajemniczymy  Nicolasa  w  plan  ucieczki,  co?  - 

wtrąciła Isabelle, gdy tylko zauważyła, że usta Julii i jej chłopaka podejrzanie zbliżają się do 

siebie. Nie, na takie rzeczy zdecydowanie teraz nie mieli czasu. 

- Ok. 

Alison  opowiedziała  wszystko  pokrótce  i  zabrała  nastolatków  do  kabrioletu  (Nicolas 

wcześniej przebrał się z piżamy w przywiezione przez matkę jeansy i t-shirt). Sama zasiadła 

za kierownicą. Gdy wyruszyli, piętnastolatek poprosił błagalnym tonem: 

- Mamo, podjedź na chwilę na plażę. Widać z niej Wyspę Hamiltona. Razem z Julią 

zostawiliśmy na niej kilka drobiazgów, które mogą nam teraz pomóc w ucieczce. 

Alison spojrzała na syna, unosząc brwi. 

-  Jak  ważne  były  te  rzeczy?  -  zapytała,  dociskając  pedał  gazu  i  skręcając  w  stronę 

piaszczystego  brzegu.  Po  upływie  pięciu  minut  archeolog  dostrzegła  małą,  porośniętą 

drzewami wysepkę. 

- Dostanę odpowiedź? - spytała zniecierpliwiona, hamując na piasku. 

Julia,  Nicolas  i  Isabelle  wybiegli  niemal  od  razu  z  samochodu,  wsiedli  na  coś  w 

rodzaju motoru wodnego i odpłynęli w kierunku Wyspy Hamiltona. 

Do domku na drzewie. 

Los Angeles, Wyspa Hamiltona, 7 stycznia 2021 

W  chwili,  w  której  biało-czarny  skuter  wodny  ojca  Julii  dotarł  do  plaży  na  Wyspie 

Hamiltona,  Alison  miała  jakieś  złe  przeczucia,  że  już  nigdy  nie  zobaczy  swojego  syna. 

Wrażenie  to  było  tak  silne,  że  kobieta  wysiadła  z  auta  z  zamiarem  zawołania  Nicolasa  i 

nakłonienia go do powrotu na stały ląd. Kiedy już przygotowała się do krzyku, rozpętało się 

piekło. 

Dantejskie  sceny  na  wybrzeżu  Los  Angeles  rozpoczął  huk  skrzydeł  helikoptera. 

Maszyna  przyleciała  nad  las  na  Wyspie  Hamiltona.  Otworzyły  się  drzwi  i  jakaś  postać, 

prawdopodobnie mężczyzna, zaczęła zrzucać podejrzane pakunki na bujny gaj. Gdzieś wśród 

drzew  znajdował  się  piętnastoletni  adoptowany  syn  pani  archeolog,  jego  dziewczyna  oraz 

koleżanka. 

Po upływie sekundy Alison zrozumiała, czym były owe tajemnicze paczki. Dotarło to 

do niej w momencie, kiedy rozległ się odgłos wybuchu, a horyzont przesłoniła pomarańczowa 

ognista chmura. Ci ludzie z helikoptera zamierzali wysadzić wysepkę! Gdy wyspa płonęła w 

najlepsze,  helikopter  zawrócił  i  zatrzymał  się  na  plaży.  Kobieta  była  do  tego  stopnia 

przerażona, że nawet tego nie zauważyła. Nie zdawała też sobie sprawy, że wysiadły z niego 

background image

dwie ubrane na czarno postacie i cicho zmierzały w jej kierunku. 

-  Dzieci!  -  zdołała  jedynie  krzyknąć,  wyciągając  ręce  w  kierunku  palącego  się  lądu, 

gdy  poczuła  na  szyi  ukłucie  i  padła  nieprzytomna  na  piasek  ze  strzykawką  sterczącą  w 

karku... 

Julia  i  Nicolas  wdrapali  się  do  domku  na  drzewie  i  otworzyli  schowek  w  pniu. 

Następnie  chłopak  wyjął  stamtąd  kartkę  zwiniętą  w  rulon  i  przewiązaną  jakimś  starym 

sznurkiem. 

- Złazimy - oświadczył i zaczął schodzić. Gdy także i Julia znalazła się z powrotem na 

ziemi, obydwoje usłyszeli ogłuszający huk i poczuli zapach spalenizny. 

- Tu jest tak gęsto, że nawet nie widać, w którym miejscu podłożono ogień... - jęknęła 

dziewczyna. 

- To nie podpalenie. Ktoś rzucił bombę! - wrzasnął Nicolas. 

- Zakryjcie sobie usta! - zasugerowała Isabelle. 

Wykonawszy  polecenie,  trójka  nastolatków  rzuciła  się  biegiem  na  oślep  między 

drzewa i krzewy, licząc w duchu na to, iż za niedługo znajdą się z powrotem na plaży. Ostre 

gałązki  chlastały  ich  ramiona,  wystające  korzenie  utrudniały  szaleńczy  bieg,  ale  za  to  w 

zupełności ułatwiały potykanie się. 

-  Nie  martwcie  się,  jeśli  wybuchy  zniszczyły  skuter  wodny.  Nadal  możemy  się  stąd 

wydostać.  Użyjemy  do  tego  celu  „Szumu  oceanu”.  Kiedy  leżałem  w  szpitalu,  Alison  nieco 

podrasowała tę łódeczkę. Dobudowała kajutę z łóżkiem... 

-  Dobry  pomysł!  -  zawołała  Julia.  Jej  głos  był  nieco  zniekształcony,  jako  że  usta 

zakryła fragmentem koszulki. Isabelle roześmiała się. 

-  Chodźcie,  przetransportujmy  łódkę  na  brzeg  -  zaproponowała.  Wspólnymi  siłami 

wydobyli  „Szum  oceanu”  z  kryjówki  i  nie  bez  trudu  przepchnęli  go  na  plażę.  Zgodnie  z 

obawami Nicolasa skuter wodny ojca Julii tonął właśnie kilka metrów od brzegu. Dziewczyna 

spojrzała na niebo. Helikopter wydał jej się podejrzanie znajomy... Przypominał ten, którym 

przylecieli na wyspę Albert i Edward. Nie... To nie mogli być oni... 

- Osz kur**! - zaklęła. 

- Nie martw się, tylko wsiadaj!  - ponaglił ją jej ukochany, spychając łódkę na wodę. 

Następnie pomógł Isabelle i swojej ukochanej wejść na pokład. Modląc się, by pasażerowie 

helikoptera  nie  zdecydowali  się  nagle  popatrzeć  na  wodę,  nastolatka  zaszyła  się  w  kabinie. 

Sekundę później dołączył do niej Nicolas. Isabelle wolała zostać na zewnątrz... 

Nicolas przekręcił od środka klucz w zamku od kajuty i usiadł obok Julii na wąskim 

łóżku, przykrytym czerwonym kocem w zieloną kratę. 

background image

- Czemu tak się zaniepokoiłaś na widok tego helikoptera? Nie zrozum mnie źle, zdaję 

sobie sprawę z tego, iż jego pasażerowie zrzucali bomby, co samo w sobie było przerażające. 

Po prostu... Wsiadając do łódki miałaś minę, jakbyś coś przede mną zataiła - powiedział. 

Dziewczyna popatrzyła na wyłożoną linoleum podłogę. Zdecydowała się niczego nie 

ukrywać. 

- Ten helikopter... To był ten sam, którym agenci prezydenta przylecieli po ciebie na 

Wyspę  Hamiltona  z  zaproszeniem  do  Białego  Domu  -  szepnęła.  -  Pamiętasz,  co  mówiła 

Alison? Głowa kraju oszalała, boi się o swoją władzę. Poszukuje ciebie! 

Nicolas zbladł. 

- Sugerujesz, że znowu zostali wysłani, tym razem aby mnie unicestwić? 

- Być może. 

Julia przytuliła Nicolasa i delikatnie zaczęła głaskać go po głowie. 

- Niczym się nie martw. Uciekniemy. Isabelle wszystkim się zajmie, ona ma przecież 

o  wiele  lepsze  doświadczenie  w  terenie  -  mówiła  do  Nicolasa,  chociaż  wydawać  by  się 

mogło,  że  stara  się  tymi  słowami  uspokoić  siebie  samą.  Chłopak  wtulił  twarz  w  jej  włosy. 

Pachniały tak świeżo... 

- Kochanie, chciałbym wierzyć, że stanie się, tak jak mówisz, ale w obecnej sytuacji 

nie mogę mieć absolutnej pewności. Lada chwila możemy wszyscy zginąć, mogę cię stracić. 

A tak strasznie za tobą tęskniłem w ciągu ostatniego miesiąca! O nikim innym nie myślałem! 

Chciałbym jakoś ten okres odrobić. 

Julia całą sobą naparła na Nicolasa, jakby chciała mu zademonstrować, w jaki sposób 

mogą nadrobić stracony czas i pocałowała go prosto w usta. 

-  Życia  może  zabraknąć  w  każdej  chwili.  Lepiej  wykorzystać  jak  najszybciej  dany 

nam moment, gdyż „jutro” ani trochę nie jest pewne - szepnęła. 

Chłopak  nie  potrzebował  żadnych  dalszych  wyjaśnień,  aby  zrozumieć,  o  co  jej 

chodziło.  W  jego  głowie  zresztą  kłębiła  się  podobna  myśl,  tylko  zaproponowanie 

czegokolwiek w tym kierunku było dla niego czymś w wysokim stopniu krępującym. 

-  Jesteś  pewna,  że  tego  chcesz?  -  zapytał  cicho.  Jego  głos  stał  się  niższy  i 

zachrypnięty. 

- Jestem absolutnie pewna. Nic nie sprawi, że zmienię swoją decyzję i nastawienie - to 

rzekłszy, wpiła się w usta Nicolasa. 

Całowała go tak, jakby właśnie miała do tego ostatnią w swoim życiu okazję. Chciała 

dać  z  siebie  jak  najwięcej,  okazać  chłopakowi,  że  kocha  go  całą  sobą.  Nicolas  myślał 

podobnie.  Martwił  się,  że  albo  on,  albo  Julia,  niedługo  umrą.  W  pewnym  momencie 

background image

przemknęła mu przez głowę wizja, że jeśli na serio zostaną złapani, to może już nigdy więcej 

nie  spotkać  ukochanej.  Nie  zastanawiając  się  długo,  poddał  się  romantycznym  zapędom 

Julii... 

Stary kościół przy drodze   

Los Angeles, 7 stycznia 2021 roku 

Po  kwadransie  „Szum  oceanu”  dopłynął  do  plaży  w  Los  Angeles.  Julia  i  Nicolas 

udawali, że nic w kajucie nie zaszło i postanowili w końcu poszukać bezpiecznej kryjówki dla 

całej trójki. 

-  Znam  idealne  miejsce  -  powiedziała  Isabelle.  -  To  pewien  stary  kościółek  przy 

drodze wyjazdowej z Los Angeles. Od dawna nikt go nie odwiedza. 

- Skoro stoi blisko drogi, to agenci prezydenta pomyślą sobie, że... 

-  Ze  na  pewno  nas  tam  nie  ma.  No  bo  kto  o  zdrowych  zmysłach  ukrywałby  się  w 

miejscu tak bardzo wystawionym na widok publiczny? A nawet jeśli zdecydują się wejść do 

środka, to przecież zdążymy uciec tylnym wejściem, prawda? 

Julia, co prawda niechętnie, przyznała rację Isabelle. Nicolas objął ją ramieniem i tak 

podążali przed siebie. Po opuszczeniu plaży skierowali się na drogę wyjazdową z LA. 

W  tym  samym  czasie  prezydent  nakazał  wstrzymać  ogień  na  Wyspie  Hamiltona. 

Wściekły, trącił nogą nieprzytomną Alison i krzyknął: 

-  Cholera  jasna!  Ten  chłopak  znowu  mi  uciekł!  Musiał  być  na  tamtej  wyspie! 

Widziałem skuter wodny! Ja... 

- Panie prezydencie, czy mogę coś zasugerować? - zapytał jeden z agentów. - Pamięta 

pan Isabelle, tę blondynkę, która była ponad miesiąc temu w Białym Domu? 

- Pamiętam, tego dnia chyba nigdy nie zapomnę. A co? 

-  Ona  zaprzyjaźniła  się  z  Julią,  nawet  uratowała  jej  życie.  W  zasadzie  to  od  tego 

momentu  rozpoczęła się ich bliższa znajomość, a Julia spotykała się z Nicolasem.  Kiedy ta 

mała wysepka płonęła, zauważyłem Isabelle, jak steruje łódką z kajutą. Kierowali się w stronę 

plaży na stałym lądzie. Najprawdopodobniej uciekali. 

- Nie sądzę, by sama znajdowała się na pokładzie. Ktoś musiał z nią tam być... 

- No właśnie! Może w kajucie ukrywali się Julia i Nicolas? 

-  No  tak!  -  przywódca  kraju  klasnął  z  radości  w  dłonie,  zapominając,  że  jest  już 

dorosłym człowiekiem. - Albercie! 

-  wywołany  agent  wypiął  dumnie  pierś  i  wyprostował  się,  salutując.  -  Przygotuj  się, 

mam zadanie dla ciebie. Masz wyruszyć do Los Angeles, odnaleźć tę „świętą trójcę”, a potem 

zabić  Nicolasa!  Dokładnie  tak!  Wtedy  moje  stanowisko  i  moja  władza  nie  będą  już 

background image

zagrożone! Nie potrzebuję go w Białym Domu! Lepiej od razu zlikwidować problem, a nie 

się  z  nim  bawić  w  kotka  i  myszkę!  Albercie,  jeżeli  dobrze  wykonasz  zadanie,  mianuję  cię 

dowódcą Armii Narodowej! - oświadczył tonem szaleńca. 

Albert  wzdrygnął  się.  W  oczach  prezydenta  dostrzegł  groźne  błyski  zwiastujące 

katastrofę.  Jednak  wizja  bliskiego  awansu  niemalże  go  opętała.  Mężczyzna  był  do  tego 

stopnia  zaślepiony,  że  nie  docierało  do  niego  to,  że  kazano  mu  dokonać  zabójstwa  na 

niewinnej osobie... 

- O, popatrzcie! To on! - wrzasnęła Isabelle. Drżącą ręką wskazywała jakiś budynek w 

oddali.  Radość  w  jej  głosie  była  aż  zanadto  niestosowna  do  sytuacji.  -  Co  z  was  takie 

smutasy? - zapytała, patrząc jak Julia i Nicolas idą bez słowa przed siebie. Chłopak podniósł 

głowę i odparł ze smutkiem pomieszanym ze zmęczeniem: 

- No jak myślisz, czemu  jesteśmy w ponurych nastrojach?  - warknął  z sarkazmem.  - 

Ciekawe, jakbyś ty się czuła, gdyby to na ciebie najważniejsza osoba w kraju nasłała agentów 

bezpieczeństwa! Nieważne, że już za kilka minut się schowamy! Żadna kryjówka nie pokona 

ryzyka i strachu, w jakim muszę żyć! 

Kąciki ust Isabelle opadły. 

- Rozumiem, że jesteś wściekły. Ja tam się jednak cieszę, że pomału  zbliżamy się do 

celu. To ON! 

Tym razem to Julia podniosła głowę. 

-  Jaki  „ON”?  Co  ty  znowu  wygadujesz?  -  wypowiadała  słowa  niewyraźnie,  głosem 

pozbawionym  energii.  Szła  tak  bez  przystanku  przez  dłuższy  czas  i  marzyła  o  chociażby 

chwili odpoczynku. Isabelle uśmiechnęła się szeroko, cała rozpromieniona. 

- Mam na myśli kościół. 

Dziesięć minut później pchnęła ciężkie, dębowe drzwi do świątyni. Budynek w istocie 

byt stary i wyglądał na opuszczony od wielu lat. Pachniało stęchlizną, w powietrzu unosił się 

kurz.  Szarawy  pył  „przyozdabiał”  też  ławki  i  ołtarz.  Okna  pokryte  były  pajęczyną.  Jednak 

miejsce to miało w sobie swego rodzaju urok, było niemalże przesiąknięte tajemnicą. 

- Rozgośćcie się - powiedziała Isabelle. 

Julia uśmiechnęła się blado: 

- Nareszcie... - szepnęła.   

background image

ROZDZIAŁ 18 

Koniec 

7 stycznia 2021 roku   

Zbliżał się wieczór. Julia, Nicolas i Isabelle przemienili kościółek przy drodze w swój 

własny, prywatny hotel: ołtarz pełnił  rolę jadalni, a konfesjonały stały się prowizorycznymi 

łóżkami. Młody Francuz stworzył niewielką kuchnię i postanowił przygotować dziewczynom 

kolację.  Z  racji  niezbyt  urozmaiconego  wyboru  składników  do  potrawy,  zdecydował  się 

przyrządzić jabłka w opłatku. 

-  Podano  do  stołu  -  zażartował  w  końcu,  niosąc  parujący  talerz  gorących  owoców. 

Wszyscy  starali  się  wprowadzić  przyjazną  atmosferę  i  nie  zważać  na  nieustające  ryzyko 

pojmania przez agentów. Uczta się zaczęła. 

Albert wraz z Edwardem szli właśnie drogą wyjazdową z Los Angeles i zastanawiali 

się,  w  jakich  miejscach  mogła  ukryć  się  poszukiwana  przez  nich  grupa  nastolatków.  W 

pewnym momencie natknęli się na stary kościół. Edward popatrzył podejrzliwie na okiennice, 

ale  widocznie  nie  dostrzegł  w  nich  nic  niepokojącego,  gdyż  ruszył  dalej.  Nagle  poczuł  na 

ramieniu rękę Alberta. 

-  Co  jest?  -  zapytał,  odwróciwszy  się  na  pięcie.  -  Kolego,  nie  sądzisz  chyba,  że  te 

małolaty  zamieszkały  w  kościele?  -  zadrwił.  -  Światła  są  pogaszone,  nic  nie  wskazuje  na 

jakąkolwiek obecność. 

-  Ja,  w  przeciwieństwie  do  ciebie,  drogi  Edwardzie,  rozważam  każdą  możliwość. 

Popatrz  jeszcze  raz  na  ten  kościół.  Wygląda  na  opuszczony  od  dawna.  Na  miejscu  tych 

dzieciaków uznałbym to miejsce za dobrą kryjówkę. A co jeśli ktoś tam rzeczywiście jest i 

nie pali lamp dla zmyłki? 

Edward  zamyślił  się.  Jego  współpracownik  miał  rację.  Trzeba  wziąć  pod  uwagę 

wszystkie opcje. 

- No dobrze, sprawdźmy więc ten kościół - poddał się. 

Trójka  nastolatków  kończyła  właśnie  kolację,  kiedy  Isabelle  wpadła  na  pomysł 

zorganizowania warty. 

-  Uważam,  że  któreś  z  nas  powinno  stróżować  na  zewnątrz  i  w  razie  nadejścia 

niepożądanych  gości powiadomić nas za pośrednictwem  esemesa. Możemy się zmieniać  co 

godzinę - zaproponowała. 

Nicolas wstał i wziął do ręki pustą tacę po owocach. 

- Poczekajcie z wszelkimi postanowieniami na mnie, odniosę to do kuchni. Wrócę w 

background image

przeciągu minuty - to rzekłszy, zniknął. 

- Ja mogę iść pierwsza - oświadczyła Julia. - Nicolas powinien cały czas przebywać w 

środku, to on jest „na celowniku”. 

- No dobrze - powiedziała Isabelle, wręczając koleżance latarkę. - Za pół godziny się 

ściemni. Uważaj na siebie. Ukryj się dobrze. Obok parkingu przykościelnego rosną krzaki. A 

jak coś zobaczysz, napisz nam o tym. 

-  Ok  -  Julia  wymknęła  się  tylnym  wyjściem,  aby  wykonać  powierzone  jej  zadanie. 

Tymczasem wrócił Nicolas. 

- Gdzie Julia? - zapytał zaniepokojony. 

Isabelle wyjaśniła mu, co ustaliła z dziewczyną. 

Nastolatek już otwierał usta, aby powiedzieć na głos, co myśli o samotnym wysyłaniu 

jego ukochanej w obecnych okolicznościach na dwór, gdy zawibrowała mu komórka. To był 

sygnał esemesa. Chłopak wyjął urządzenie z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. 

„Wiejcie. ONI tu są!” - przeczytał. W tej samej chwili drzwi kościoła otworzyły się z 

taką  siłą,  że  drewno  uderzyło  o  ściany,  robiąc  w  nich  dziury.  Panowie  Albert  i  Edward 

wbiegli  do  świątyni  bardzo  szybko,  w  konsekwencji  czego  Nicolas  i  Isabelle  nie  mieli  ani 

sekundy  czasu  na  to,  aby  się  schować.  Chłopak  w  panice  wybrał  najgorszą  możliwą  drogę 

ucieczki  -  schody  prowadzące  na  kościelną  wieżę.  Jego  koleżanka  rzuciła  się  za  nim, 

krzycząc,  że  tylko  idiota  ucieka  do  góry.  Ale  nie  było  już  odwrotu,  gdyż  Albert  i  Edward 

ruszyli  w  pogoń  za  Isabelle.  Ich  ciężkie  kroki  odbijały  się  złowrogim  echem  po  całym 

kościele.  W  końcu  Nicolas  dotarł  do  końca  schodów.  Nie  namyślając  się  długo,  pchnął 

torujące mu drogę drzwi i znalazł się na kościelnej wieży, w miejscu przypominającym taras 

widokowy. 

Chociaż  zaczynało  się  już  ściemniać,  a  noc  jeszcze  nie  nadeszła,  Julia  zza  krzaków 

widziała wyraźnie wszystko,  co zaszło  na wieży: najpierw  wzrok dziewczyny zarejestrował 

jej ukochanego wbiegającego na taras, a następnie znajomych agentów prezydenta z groźnie 

wyglądającymi  pistoletami  w  dłoniach  oraz  jaskrawożółtymi  napisami:  „NATIONAL 

ARMY” na plecach, podążających w śmiercionośnym wyścigu za nim. W pewnym momencie 

jeden z nich, prawdopodobnie ten o imieniu Albert, wystąpił do przodu i zaczął bardzo głośno 

krzyczeć coś o Dzieciach Grobu, więzieniu, awansie i jakimś stanowisku. Isabelle nigdzie nie 

było  widać.  Serce  Julii  zabiło  szybciej.  W  końcu  mężczyzna  ów  wyciągnął  w  kierunku 

chłopaka pistolet... 

W tym samym momencie na parkingu pod kościółkiem zatrzymała się wielka czarna 

pancerna  limuzyna,  z  której  wysiadł  prezydent  we  własnej  osobie.  Zamierzał  powstrzymać 

background image

Alberta i Edwarda przed dokonaniem ostatecznego rozrachunku z Nicolasem, gdyż w trakcie 

wielogodzinnych rozmyślań zrozumiał, iż mordowanie nastolatka przez kogoś innego niż on 

sam,  mijało  się  z  celem.  Lepiej  byłoby  doprowadzić  go  żywego  do  Białego  Domu  i  tam 

dopiero wykończyć, bez udziału osób trzecich... Tak... Wtedy miałby absolutną pewność, że 

chłopak nie przeżyje! Prezydent zdecydowanym głosem powiedział do megafonu: 

- Wstrzymać ogień! 

Jednak było już za późno. Albert opętany wizją obiecanego sukcesu wrzasnął na całe 

gardło,  że  zarabia  właśnie  na  zasłużony  awans  i  nie  zamierza  marnować  żadnej  okazji  na 

drodze do rozwoju swojej kariery, po czym nacisnął spust. 

Julię  zdziwiło  nagłe  pojawienie  się  prezydenta.  Co  go  tu  ściągnęło  aż  z  odległego 

Waszyngtonu?  Czemu  wygląda  na  zaniepokojonego  i  zniecierpliwionego?  Może  chce 

sprawdzić,  czyjego  wysłannicy  wywiązali  się  z zadania?  Nie,  raczej  nie...  Gdyby  chciał  się 

upewnić, po prostu zadzwoniłby do nich... Albert i Edward to jego najbardziej zaufani agenci. 

Kolejnym  szokującym  zdarzeniem  okazało  się  polecenie  prezydenta  o  wstrzymaniu  ognia. 

Dlaczego wydał taki, a nie inny rozkaz? Czemu do diabła zmienił zdanie odnośnie Nicolasa? 

Czyżby nagle serce i mózg zaczęły mu właściwie pracować i zrozumiał, że władza nie jest w 

życiu najważniejsza? 

Z  rozmyślań  wyrwał  nastolatkę  ogłuszający  huk,  jakby  ktoś  wystrzelił  z  pistoletu. 

Wychyliła się ostrożnie zza krzaków, co w mgnieniu oka rozwiało jej wszelkie wątpliwości 

dotyczące  usłyszanego  sekundę  wcześniej  odgłosu.  Do  Julii  dotarło,  kto  strzelał  oraz  jaki 

obrał sobie cel. Utwierdził ją w tym widok spadającej z tarasu postaci. Całe ciało dziewczyny 

ogarnął paraliż. 

Słysząc  odgłos  wystrzału,  ludzie  jak  nigdy  wcześniej  zainteresowali  się  małym 

kościółkiem  przy  drodze.  Samochody  podążające  drogą  wyjazdową  z  Los  Angeles 

zatrzymywały  się na parkingu i  wysiadali z  nich ich pasażerowie, spragnieni sensacji. Julia 

starała się brać głębokie wdechy, ale jakoś nie potrafiła się uspokoić. Przeczuwała, że osoby, 

która spadła z kościelnej wieży, nie da się już uratować. Tak bardzo chciała opuścić kryjówkę 

i  pobiec  na  ten  pieprzony  parking,  chociażby  po  to,  aby  zobaczyć  ciało  na  własne  oczy! 

Wiedziała jednak, że ujawnienie się może ją drogo kosztować. Ostatkiem sił tłumiła więc w 

sobie emocje i zmuszała się do pozostania na miejscu. Nagle rozległ się histeryczny wrzask 

jakiegoś dzieciaka, a nieznajoma starsza kobieta zaczęła na głos odmawiać różaniec. 

-  Nastaną  straszne  dni  dla  Ameryki  -  oświadczyła  niespodziewanie  między  jedną 

dziesiątką „Zdrowaś Mario” a drugą. 

Julia  zadrżała.  Słysząc  słowa  modlitwy,  nie  wytrzymała.  Opuściła  bezpieczną 

background image

kryjówkę  i  przecisnęła  się  przez  zgromadzony  tłum  w  kierunku  kościoła.  Pierwsze,  co 

zobaczyła, to Nicolasa leżącego na betonie. Nie zważając na lamentujących gapiów, zrobiła 

krok do przodu i  dopiero wtedy uświadomiła sobie, że na czole chłopaka widnieje okrągła, 

czerwona, ociekająca krwią dziura po kuli. 

I  oto  Julia  Al-Keda  otrzymała  ostateczny  dowód  odnośnie  tego,  kto  spadł  z  wieży. 

Dziewczyna, widząc martwe ciało swojego ukochanego, straciła zdolność ruchu. Wpatrywała 

się tępym wzrokiem w zwłoki i oczyma wyobraźni odtwarzała sobie minione kilka miesięcy, 

kiedy to po raz pierwszy w życiu zakochała się, odwiedziła Waszyngton, a w końcu poznała 

tajemnice, o jakich nawet  nie śniła, tajemnice, które sprawiły, że znalazła się tu  i  teraz nad 

martwym  Nicolasem.  Nawet  prezydent  milczał.  Oto  nieopatrznie  spełniło  się  jego  okrutne 

życzenie,  aby  nastoletni  Francuz  zniknął  z  powierzchni  ziemi  i  przestał  wreszcie  zagrażać 

jego  karierze.  Po  upływie  kilku  minut  mężczyzna  i  Julia  jednocześnie  spojrzeli  w  górę  na 

kościelną  wierzę.  Ona  dostrzegła  na  niej  śmiejącego  się  diabolicznie  potwora,  on  widział 

tylko uśmiechniętego ponuro Alberta. Ona była gotowa przysiąc, że na niebie zaczęły zbierać 

się ciemne chmury, on nie zauważył żadnych zwiastunów nagłej zmiany pogody. 

- To niemożliwe! - wrzasnęła w pewnym momencie Julia. 

-  Nicolas,  ty  tylko  śpisz,  prawda?  Zaraz  się  obudzisz  i  powiesz,  że  to  wszystko  to 

jeden wielki żart? Potem skombinujemy razem wodę i zmyję ci tę okropną farbę z czoła?  - 

jednak  powoli  docierało  do  niej,  że  te  słowa  brzmią  bezsensownie,  gdyż  leżący  metr  dalej 

Nicolas był ewidentnie martwy. 

-  Przykro  mi,  dziecko.  On  ci  już  nie  odpowie...  -  usłyszała.  Poznała  po  głosie,  że 

autorką tych słów była staruszka, chwilę wcześniej odmawiająca różaniec. 

Nie miała siły, aby płakać. Nie miała siły, aby uciekać i ratować się przed Albertem i 

Edwardem.  Nie miała siły, aby poszukać  Isabelle. Miała siłę jedynie na to,  aby położyć się 

obok  Nicolasa  i  czekać,  aż  ktoś  strzeli  jej  w  głowę.  Kiedy  zmuszała  mięśnie  do 

przyklęknięcia, poczuła na ramieniu czyjąś rękę. 

- Julia? Musimy iść. Teraz na pewno będą nas szukać - mówiła Isabelle. - No chodź. 

On nie chciałby, aby agenci dopadli i ciebie. 

W  końcu  Julia  uległa.  Trzymając  Isabelle  za  rękę,  przepchnęła  się  przez  tłum  i 

unikając wzroku zdezorientowanego prezydenta, opuściła teren kościółka. 

Dziewczyny  odeszły  po  cichu  i  udały  się  w  siną  dal,  odprowadzane  blaskiem 

zachodzącego słońca. 

background image

EPILOG   

Julia   

Lipiec 2021 roku 

Życie  jest  takie  kruche...  Zupełnie  jak  szklanka,  którą  upuściło  się  niechcący  na 

ziemię. Nadal nie potrafię się otrząsnąć, chociaż od wydarzeń w kościele minęło już pół roku. 

Mniej więcej w trzecim miesiącu po Jego odejściu zaczął mi rosnąć brzuch. 

Kopie  mnie.  Dziecko  Nicolasa.  Wiem  doskonale,  co  stało  się  z  rodzicami  mojego 

Ukochanego, jak  „barwny”  miał  On życiorys, zanim się poznaliśmy tamtego dnia na meczu 

piłki nożnej. Obiecałam sobie oraz Maleństwu, które rośnie mi tuż pod sercem, że nie umrę 

przed jego narodzinami. Po prostu nie mogę mu zapewnić życia Dziecka Grobu... Nie chcę... 

Zwłaszcza w obecnej sytuacji. 

Prawdziwym  oparciem  jest  dla  mnie  Isabelle.  Pomaga  mi  i  wspiera  mnie, 

gdziekolwiek się znajduję i cokolwiek robię. To ona nie pozwala mi się załamać, gdy czasem 

podczas rzadkich i ryzykownych wędrówek po Los Angeles odwiedzamy miejsca, w których 

bywałam  kiedyś  regularnie  z  Nim.  Widziałyśmy  scenę,  na  której  odbył  się  koncert 

charytatywny.  Nicolas  tak  się  wtedy  stresował!  Chciałabym  móc  znowu  go  pocieszać  i 

mówić, że występ przed publicznością to nic strasznego. 

Teraz  prezydent  oraz  jego  agenci  mają  na  oku  nas:  mnie  i  Isabelle.  Podobno  w 

poszukiwania  zaangażowano  nawet  część  wojska!  Staramy  się  pozostać  nieuchwytne, 

mieszkamy to tu, to tam. Powróciłam do włamywania się do cudzych domów i korzystania z 

łazienek  obcych  ludzi.  Moja  przyjaciółka  kradnie  ze  sklepów  odzież  i  jedzenie.  Nie  mamy 

innego wyjścia, musimy tak postępować. Pójście do pracy nie wchodzi w grę. Ktoś mógłby 

nas rozpoznać i powiadomić odpowiednie służby. 

Isabelle  sugeruje,  żeby  rozpocząć  przygotowywania  do  walki  z  Armią  Narodową. 

Wyśmiała moje zapytanie, jak niby dwie dziewczyny, w tym jedno Dziecko Grobu, a druga z 

zaawansowaną  ciążą,  mają  pokonać  żołnierzy?  Twierdzi,  że  takich,  jak  Nicolas  może  być 

więcej,  trzeba  tylko  dobrze  przeszukać  cmentarz  w  Paryżu,  albo  poczekać,  aż  sami  się 

ujawnią. Jej zdaniem wojna jest nieunikniona. Optymizm Isabelle mnie irytuje. Ona chyba nie 

rozumie,  że  nie  chcę  być  teraz  wesoła.  W  ogrodzie  za  domem  pana  Jurka  Hamiltona 

przyrządziła coś w rodzaju sali gimnastycznej na świeżym powietrzu. Naiwna i głupia... 

A  najgorsze  jest  to,  że  Nicolasa  nie  ma  przy  mnie.  On  na  pewno  znalazłby  jakieś 

rozwiązanie! Był taki mądry... Ale niestety musiał umrzeć! Kur**, pieprzony Albert! Cholera 

jasna... Na zewnątrz leje deszcz. Co mnie to obchodzi?! Idę się przejść na molo... 


Document Outline