background image

 

 

Kathryn Harrison 

 

Pocałunek 

 

Przełożył Mariusz Ferek 

 

 

background image

Ukochanej 

1942-1985 

 

Jesteśmy,  my  wszyscy,  kształtowani  i na  nowo  urabiani  przez  tych, 

którzy  nas  pokochali,  i chociaż  miłość  ta  może  przeminąć,  pozostajemy 

ich dziełem – dziełem, którego pewnie wcale nie rozpoznają i które nigdy 

nie odpowiada w pełni ich intencjom. 

 

– François Mauriac, Le Deseert de l'amour (1925) 

 

background image

Spotykamy się na lotniskach, Spotykamy się w miastach, w których 

nigdy dotąd nie byliśmy. Tam, gdzie nikt nas nie rozpoznaje. 

Jedno  z nas  przylatuje  samolotem,  drugie  przyjeżdża  samochodem 

i wyruszamy  w tym  czy  innym  kierunku.  Okolice,  do  których  się 

udajemy,  są  coraz  mniej  realne.  –  Skamieniały  Las,  Monument  Valley, 

Wielki  Kanion  – tak  surowe, tak  piękne i martwe niczym  powierzchnie 

odległych  planet  ukazane  na  zdjęciach  satelitarnych.  Pozbawione 

powietrza, rozpalone, nieludzkie. 

W  takich  właśnie  miejscach  ojciec  ujmuje  w dłonie  moją  twarz. 

Odchyla  ją,  całuje  przymknięte  powieki,  szyję.  Jego  palce  błądzą  we 

włosach na karku. Na powiekach czuję gorący oddech. 

Bywa,  że  się  kłócimy,  bywa,  że  płaczemy.  Szosa  przed  i za  nami 

ciągnie się zawsze bez końca, dlatego może się wydawać, że znaleźliśmy 

się  poza  czasem  i miejscem.  Jedziemy  do  Muir  Woods  w północnej 

Kalifornii.  Spowita  w błękitną  mgłę  droga  ginie  nam  z oczu.  Jedziemy 

Natchez  Trace  w głębinę  zielonego  lata  Missisipi.  Drzewa  dźwigają 

liście  wielkości  mojej  głowy;  płatki  koloru  kości  słoniowej  płyną  ku 

ziemi i zakrywają nasze ślady. 

Z dala od rodziny i głównego nurtu czasu, z dala od pracy i szkoły; 

stoimy oparci o stromą, czerwoną skałę tysiąc stóp nad ziemią; klęczymy 

w pieczarze,  w której  przed  dwoma  tysiącami  lat  mieszkali  ludzie; 

przyglądamy  się,  jak  jaskinie  Karolsbadu  wypluwają  w purpurowy 

zmierzch strumienie tysięcy nietoperzy – wszystkie te nigdzie i nigdy są 

background image

naszym jedynym domem. 

 

Wychowują  mnie  rodzice  matki.  Mieszkam  w ich  domu  do 

ukończenia  siedemnastego  roku  życia.  Tutaj  nigdy  nie  wypowiada  się 

imienia mojego ojca, nie uznaje jego istnienia.  

– Gdzie twój tata? – pytają dzieci. 

– Nie wiem – odpowiadam. 

–  Czemu?  –  dociekają.  Na  to  pytanie  również  nie  potrafię 

odpowiedzieć. 

Rodzice  rozwodzą  się,  kiedy  mam  sześć  miesięcy.  Zostaję  z matką 

i jej rodzicami; ojciec odchodzi. 

Jest  brakiem  obecności,  czymś  w rodzaju  dziury  wyciętej  przez 

babkę  w rodzinnej  fotografii.  Ona  nie  pozbywa  się  całego  zdjęcia 

z wizerunkiem  osoby,  której  nie  cierpi,  lecz  wycina  niegodziwca 

niedbale i w pośpiechu, używając nożyczek do paznokci. 

Siedzę  w nogach  jej  łóżka  i przyglądam  się,  jak  redaguje  rodzinne 

albumy.  Bierze  się  do  tego  z ponurą  determinacją,  której  nie  można 

wytłumaczyć  niczym  innym,  tylko  walką,  jaką  prowadzi  z moją  matką. 

Często  zdarza  się,  że  wycina  tylko  głowy,  pozostawiając  anonimowe 

korpusy  jako  świadectwo  jej  niezadowolenia  i braku  litości.  Gdy 

dokonuje  cenzury,  nikt  nie  jest  bezpieczny  –  z albumów  usuwa  też 

niezbyt udane wizerunki samej siebie. 

Kilka  zdjęć  mojego  ojca  matka  trzyma  w ukryciu.  Czasem,  gdy  ją 

background image

o to  poproszę,  pozwala  mi  popatrzeć  na  jedno  z nich.  Na  każdej 

fotografii  ojciec  jest  maleńką  figurką  w garniturze  i okularach;  nawet 

jeśli  w kadrze  nie  znalazł  się  nikt  poza  nim,  i tak  nigdy  nie  jest 

w centrum  ani  na  pierwszym  planie;  sprawia  wrażenie  przypadkowego 

widza. Nie mogę dostrzec wyraźnie jego rysów. 

 

Zamknięte  drzwi  sypialni  moich  dziadków  są  widoczne  już  od 

wejścia  do  domu.  Kiedy  zjawia  się  jakiś  młody  człowiek,  aby  zabrać 

matkę na randkę, kiedy babka słyszy, że matka wita się z nim i idzie po 

płaszcz,  zaczyna  krzyczeć  z pokoju.  Babka  ma  prawdziwy  talent  do 

krzyczenia. Jej wrzaski nie są ludzkie. Przedzierają się niczym niszcząca 

siła  przez  materię  codziennego  życia  –  życia,  które  jeszcze  kilka  chwil 

wcześniej  otaczało  w hallu  niczego  nie  podejrzewającego  młodzieńca, 

i naraz  zjawia  się  tu  wszystko,  co  mroczne,  ponure  i barbarzyńskie: 

zwierzęta  z łapami  w potrzasku,  operacje  z czasów  pozbawionych 

dobrodziejstwa 

narkozy, 

wrzask 

oparzonego  dziecka, 

wołanie 

dziewczyny  gwałconej  w lesie,  zawodzenie  wilkołaka,  który  czując  jej 

zapach, znajduje ją i syci się tym, co dla niego zostało. 

Mam  cztery  lata  i gdy  słyszę  krzyk  babki,  osuwam  się  na  kolana 

i pełznę w bezpieczne miejsce. Pod stół albo, jeśli daję radę zabrnąć tak 

daleko, do płóciennej szafy lub drewnianej skrzyni. 

 

Matka  bez  przerwy  śpi.  Póki  mieszka  z nami  w domu  swoich 

background image

rodziców, śpi, kiedy tylko może. Sypia codziennie bardzo długo. Wstaje 

na  śniadanie,  ona  zaś  budzi  się  sześć,  siedem  godzin  później.  Gdy  śpi, 

staję przy jej łóżku. 

Obudź  się.  Obudź.  Ta  myśl  rozbrzmiewa  mi  w głowie  nadzwyczaj 

głośno.  Wydaje  mi  się,  że  matka  musi  wstać,  że  nie  może  pozostać 

nieczuła na moje prośby. Błagam ją tak żarliwie, tak żarliwie jej pragnę. 

Nie  pojmuję,  dlaczego  ucieka  w sen,  w nim  szuka  ukojenia,  w nim 

znajduje schronienie. Wiem jedno: nie mogę jej na to pozwolić. 

Oczy  ma  zamknięte,  ukryte  pod  atłasową  maseczką.  Jej  twarz  jest 

płaska  i biała,  maska  płaska  i czarna:  to  mnie  przeraża.  Sen  zmienia  tę 

twarz  w maskę,  w maskę  pod  maską.  Matka  oddycha  płytko,  jakby 

umierała, jakby już nigdy nie miała się obudzić. 

Idę  do  łazienki,  odkręcam  kran.  Spuszczam  wodę  w toalecie, 

chwytam  za  szczotkę  i energicznie  odkładam  ją  na  półkę,  upuszczam 

but,  zamykam  z trzaskiem  drzwi. Staram  się,  jak  mogę, obudzić  matkę, 

ale  na  wszelki  wypadek  uciekam  się  do  środków,  których  nie  można 

uznać za celowy atak na fortecę jej snu. Bo jak długo nie chce wrócić do 

przytomności, tak długo nie może dostrzec, że jestem, tak długo więc nie 

istnieję. Kiedy tak stoję i przyglądam się, jak śpi, czuję, że za mną świat 

się  rozstępuje,  jakby  otwierała  się  przepaść.  Wiem,  że  nie  mogę  się 

cofnąć od łóżka nawet o cal, w przeciwnym razie runę w dół. 

Jeśli  starcza  mi  odwagi,  wyciągam  dłoń  i delikatnie  dotykam 

gładkiej, połyskliwej powierzchni czarnej maski. Wygląda niestosownie, 

background image

niemal perwersyjnie, otoczona czarną koronkową falbanką, jak bielizna, 

którą matka wkładała na randkę. Od kilku godzin, odkąd nie śpię, słyszę 

ptaki; ich krzyki brzmią przenikliwie, bezlitośnie. 

Jeśli uda mi się ją zbudzić, nie odzywa się. Chodzi sztywno tam i z 

powrotem po pokoju, jakby była wściekła, patrzy dziko, a na jej twarzy 

maluje  się  wyraz  zdziwienia.  Robię  się  jeszcze  mniejsza,  wycofuję  do 

kąta  przy  drzwiach,  często  jednak  zdaje  się  wcale  mnie  tam  nie 

dostrzegać.  Z paczki  pozostawionej  na  sekretarzyku  wyciąga  papierosa 

i staje  przed  francuskimi  drzwiami,  które  wychodzą  na  ogród.  Paląc, 

patrzy gdzieś w dal, odwrócona do mnie plecami. Światło przenika przez 

szkło  i sprawia,  że  jej  sylwetka  rysuje  się  wyraźnie  pod  cienką,  białą 

koszulą.  Dym  unosi się  z jej  ust,  dłoni. Unosi się  powoli,  wije,  kołysze 

niczym melodia grana na flecie przez zaklinacza węży. 

Kiedy  wreszcie  na  mnie  patrzy,  jej  oczy  przypominają  dwa  puste 

zwierciadła. Nie mogę odnaleźć w nich siebie. 

 

Chociaż  spotyka  się  z innymi  mężczyznami,  a nawet  przyjmuje  od 

nich  pierścionki  zaręczynowe,  nadal  kocha  się  romantycznie  w moim 

ojcu,  acz  na  odległość.  Tak  intensywnie  koncentruje  wzrok  na  tym 

nieobecnym,  niewidzialnym  mężczyźnie,  że  mnie,  dziecku,  wydaje  się, 

że  rzeczywiście  widuję  go  w domu  dziadków.  Przyjrzawszy  się 

dokładnie  maleńkim  figurkom  w ciemnym  garniturze, zwykle  o zmroku 

dostrzegam widmo  podobnego  mężczyzny, które stoi  w cieniach  salonu 

background image

albo sunie korytarzem w stronę sypialni. 

– Jak on wygląda? – pyta przyjaciółka rodziny, kobieta, która miewa 

przebłyski  jasnowidzenia  i której  okulary  kołyszą  się  na  łańcuszku 

z błękitnymi  szklanymi  paciorkami,  gdy  się  nade  mną  pochyla.  – 

Powiedz  mi  –  mówi,  zachęcona  do  działania  doniesieniem  babki,  że 

widziałam ducha. 

– Nie ma twarzy – szepczę. 

– Anioł stróż! – woła na to. 

– W garniturze? – dziwi się babka. – Anioły z pewnością nie noszą 

garniturów! 

Przeraża  mnie  ten  duch.  Nie  mówi,  nie  gestykuluje.  Nigdy  za  mną 

nie  podąża,  kiedy  wybiegam  z ciemnych  pokoi,  w których  go  niby 

widuję. Ale prowokuje mnie milczeniem, sposobem, w jaki zdaje się na 

mnie patrzeć. Dorastam w obawie przed mrokiem. W nocy potrzebne mi 

światło,  filiżanka  ovaltine,  śpiew  dziadka,  ustawicznie  powtarzane 

magiczne  „K-K-K-Katie”  i talizman  składający  się  z jedenastu 

pluszowych  miśków  rozwieszonych  na ścianie  przy  moim  łóżku. Mimo 

wszystko budzę się z krzykiem. 

Może rzeczywiście ojciec przebywa tu duchem: przebywa w naszym 

domu,  czeka,  spaceruje  sobie  w salonie  między  stołami  i krzesłami, 

których  nigdy  nie  używamy.  Czuję  jego  obecność.  Jego  druga  żona 

powie mi po latach, że wzięła za męża człowieka, który ciągle ogląda się 

przez ramię na moją matkę i na mnie. 

background image

–  Kiedy  wyszłam  za  twojego  ojca  –  oświadczy  –  od  razu 

wiedziałam, że on zawsze będzie w niej zakochany. Że twoja matka jest 

nieodłączną cząstką osoby, w której się zakochałam. 

 

„Człowiek  w służbie  Boga”.  Tak  ktoś  określa  mojego  ojca.  Nie 

pamiętam kto. Na pewno nie moja matka. Jestem dzieckiem, dla którego 

słowa  te  znaczą  tyle,  że  ojciec  ma  pewne  nadzwyczajne,  magiczne 

właściwości i że jest dobry, lepszy od innych ludzi. 

Śle  długie  listy  do  matki.  Czasem,  złożone  wewnątrz,  są  liściki  do 

mnie.  Ojciec  opisuje  w nich  swoją  pracę  duchownego.  Zabiera  grupę 

młodych chrześcijan do slumsów, gdzie pomagają urządzać mieszkania. 

Malują  ściany  na  biało,  przynoszą  koce,  jedzenie  i zabawki  dzieciom, 

które  ich  nie  mają.  Ojciec  twierdzi,  że  ja  prawdopodobnie  mam 

wszystko,  czego  dziecko  może pragnąć. Wyraża nadzieję, że zdarzy się 

okazja,  abym  mogła  poznać  biednych  ludzi,  bo  jakże  w przeciwnym 

razie miałabym się nauczyć wdzięczności? 

List,  napisany  dwa  dni  po  moich  piątych  urodzinach,  zawiera 

pytanie,  czy  dobrze  się  bawiłam.  Czy  było  przyjęcie?  Tamtego  dnia 

ojciec  przebywał  w domu  ludzi,  którzy  nie  mają  dość  pieniędzy,  aby 

świętować  urodziny.  Spotkał  tam  chłopca  o wyglądzie  aniołka,  bardzo 

inteligentnego, który jednak miał zeza. Ojciec próbuje się dowiedzieć, co 

można zrobić, aby skorygować tę wadę. 

Zawstydzona, że nie cierpię mężnie w slumsach i że widzę wszystko 

background image

zupełnie normalnie, eksperymentalnie zaczynam zezować. 

– To ci już tak zostanie, jeśli nie przestaniesz – ostrzega mnie babka. 

Dodaje, że  jeżeli gwałtownie  zmieni  się kierunek wiatru,  kiedy będę to  

robiła,  zez  zostanie  mi  na  zawsze,  a wtedy  równie  dobrze  mogłabym 

oślepnąć. 

Święto Dziękczynienia przychodzi nam spędzić w budujący sposób. 

W biurze  pomocy  społecznej  matka  dowiaduje  się  o pewnej  rodzinie, 

która  chętnie  zgodzi  się  nas  przyjąć  w charakterze  gości  i pozwoli 

przygotować  dla  siebie  posiłek.  Odwiedzamy  dom,  w którym  kilkoro 

dzieci dzieli pokój wielkości połowy mojego. Kiedy zbyt szybko dodaję 

mąkę  do  sosu  i rozsypuję  na  podłogę  mieloną  gałkę  muszkatułową, 

matka  nie  złości  się  na  mnie  tak  bardzo,  jak  by  to  uczyniła  w naszym 

domu. Nie krzyczy i nie wyrywa mi niczego z rąk. 

Potrawy, które przyrządzamy,  znikają w ciszy. Dzieci jedzą szybko 

i łapczywie. Coś  mnie ściska za gardło.  Wiem, odczuwam to całą  sobą, 

że motywem tej wizyty nie jest wielkoduszność, tylko pragnienie mojego 

ojca, abym potrafiła docenić to, za co powinnam być wdzięczna. 

 

Nie pamiętam, abym pisała do ojca, ale na pewno pisałam, bo kiedy 

umrze moja matka, między różnymi papierami znajdę listy od niego, a w 

nich  spostrzeżenie,  że  bardzo  ładnie  uczę  się  kaligrafować  i składać 

litery.  Jeden  wyblakły  ołówkowy  autograf  z 20  lutego,    w którym 

kończyłam 

trzy 

lata, 

zawiera 

podziękowanie 

za 

wysłanie 

background image

walentynkowego  serduszka  z dedykacją  „Tacie”.  Nigdy  nie  miałam 

pewności, że nasza córka cokolwiek o mnie wie. Ale wie, prawda? Czy 

jest możliwe, abym spotkał się z nią choć na kilka godzin? 

 

Mam sześć lat, kiedy matka się wyprowadza. Ja zostaję. Nie ma jej, 

ale  pokój  po  niej  pozostaje  taki,  jaki  był.  Podnoszę  narzutę  i widzę 

świeże  prześcieradła  na  jej  łóżku.  W szafie  wiszą  sukienki,  których  nie 

lubiła  dość,  by  je  ze  sobą  zabrać.  Sukienki  we  wszystkich  kolorach: 

czerwone,  niebieskie,  różowe,  zielone.  Staję  pośród  nich.  Schylam  się 

pod  jedną  i pozwalam,  by  otoczyła  mnie  niczym  żółty  namiot,  namiot 

w kolorze  słońca,  pachnący  kwiatami.  Przysuwam  twarz  do  gładkiego 

materiału,  sto  razy  ładniejszego  niż  jakikolwiek  inny  przedmiot  w tym 

domu. Jeśli taka sukienka nie była warta, by ją zabrać, to czyż ja mogłam 

mieć nadzieję, że mnie zabierze? 

Zaglądam do szuflad i widzę, gdzie trzyma koszule nocne. Ostrożnie 

układam  się  na  jej  łóżku  z głową  na  poduszce.  Kiedy  się  podnoszę, 

wygładzam  prześcieradła  i narzutę.  Muszę  mieć  pewność,  że  kiedy 

wróci, nie dowie się, że tutaj byłam. 

Przeprowadza  się  do  mieszkania  gdzieś  w sąsiedztwie.  Chce  uciec 

przed drapieżnością mojej babki, dlatego nie mówi nam, na której ulicy 

mieszka, ani nie podaje numeru telefonu. Widuje się ze mną często, ale 

przychodzi  i odchodzi  według  własnego  widzimisię.  Nie  chce,  aby  ją 

niepokoić 

dziecięcymi 

dolegliwościami: 

gorączką, 

koszmarami, 

background image

wypadaniem  zębów.  To  pierwsza  od  rozwodu  próba  rozpoczęcia 

samodzielnego życia, które wydaje się jej zupełnie niemożliwe, póki nie 

uwolni się od macierzyństwa. 

 

Korespondencja  między  mną  a ojcem  ustaje,  póki  nie  zaczynam 

nauki  w pierwszej  klasie  college'u.  Po  raz  pierwszy  w życiu  mam  inny 

adres  niż  reszta  mojej  rodziny.  Kiedy  jestem  w szkole,  tylko  naczelnik 

poczty może wiedzieć, kto nadsyła listy i jak często. 

Listy  od  ojca  są  beznamiętne,  suche,  bez  wyobraźni.  Niewiele 

mówią  o nim  samym.  Przeważa  w nich  nużąca  teoria  wychowania 

i estetyki.  Podobnie  jak  listy,  które  nadsyłał,  kiedy  byłam  jeszcze 

dzieckiem,  zawierają  głównie  pouczenia.  Gdy  je  czytam,  stojąc  na 

zewnątrz małego pomieszczenia poczty w przewiewnym korytarzu, trawi 

mnie zniechęcenie. Czy to możliwe, aby ktoś rzeczywiście myślał w taki 

sposób?  Jest  erudytą  czy  może,  jak  powiedziałaby  moja  babka, 

„potwornym nudziarzem”? 

Biorąc  przykład  z ojca,  piszę  ostrożne,  oszczędne  odpowiedzi, 

najpierw  w zarysie,  potem  dokonuję  poprawek,  w końcu  ostateczną 

wersję składam na trzy i zaklejam w nieskazitelnie białej kopercie. 

 

Matka  i ojciec  poznali  się  w foyer  teatru.  Przedstawił  ich  sobie 

wspólny  przyjaciel.  Oboje  mieli  po  siedemnaście  lat  i byli  zupełnie 

niewinni.  Wiedza  o rodzicach  działa  na  mnie  tak  przemożnie,  tak  że  ja 

background image

również  tracę  dziewictwo  jako  siedemnastolatka.  Pozbywam  się  go, 

jakby  już  w dniu  moich  narodzin  sprawa  była  całkowicie  przesądzona; 

partnerem jest chłopiec, którego doświadczenie dorównuje mojemu. 

To,  co  nastąpiło  po  wieczornym  przedstawieniu,  podczas  którego 

doszło  do  spotkania  moich  rodziców,  nie  było  niczym  niezwykłym: 

zadurzenie,  czułe  spotkania,  ciąża,  pospieszne  małżeństwo,  narodziny 

dziecka, a potem rozwód – a wszystko rozgrywało się w domu rodziców 

mojej  matki.  Rodzina  ojca  mieszkała  z dala  od  szkoły  z internatem, 

w której  się  uczył.  Kiedy  moi  rodzice  zostali  rodzicami,  sami  byli 

jeszcze dziećmi bez pieniędzy i wykształcenia. 

„Lubi  czytać  i chodzić  na  koncerty.  Ma nadzieję,  że  pewnego  dnia 

zostanie  aktorką  dramatyczną”  –  widnieje  napis  pod  zdjęciem  matki 

w jej kronice szkolnej. 

Wiele  lat  po  jej  śmierci  wycinam  odpowiednią  stronę,  która, 

oprawiona,  wisi  teraz  w mojej  pracowni.  Czasami  zdejmuję  ramkę 

i trzymam ją w dłoniach.  Przyglądam się  dokładnie fotografii i słowom, 

które znam na pamięć. 

Jak  na  osiemnastoletnią  dziewczynę  wydaje  się  niepokojąco 

spokojna  i poważna.  Jakże  wiele  uwagi  musiała  poświęcić  sukience 

i włosom,  perfekcyjnie  wyregulowanym  brwiom  nad  piwnymi  oczami. 

Są  niebezpieczne,  te  oczy  ze  zdjęcia,  dwie  otchłanie  smutku,  w które 

mogę  wpaść  i utonąć.  Wyraz  twarzy  matki  zdradza  ten  sam  rodzaj 

obawy  i bezradności,  który  kojarzy  mi  się  z sierotami  i uciekinierami, 

background image

ludźmi  pozbawionymi  wszystkiego.  Jej  usta  są  małe,  wyraziste, 

dziewicze,  wargi  zaciśnięte,  by  nie  budzić  pożądania.  Górna  warga 

układa  się  w łuk  Kupida  z taką  wyrazistością,  że  od  samego  patrzenia 

mój wzrok staje się zamazany, nieostry. 

Czy  znam  matkę  lepiej  niż  jej  dawna  przyjaciółka  szkolna  J.  M., 

która  przepowiadała  jej  przyszłość?  „Będzie  studiować  literaturę,  język 

francuski oraz dramat” – napisała J.  M.  To wszystko  w pewnym sensie 

się  sprawdziło,  chociaż  matka  realizowała  cele  na  własną  rękę  i nawet 

nie poszła do college'u. 

W obliczu niewyobrażalnych obowiązków, ojciec – mówiono mi, że 

dziadek wołał: „Z  czego  będziesz je utrzymywał?!  Myślisz, że  to  może 

się udać?!” – podjął pracę jako sprzedawca encyklopedii. 

W  bibliotece  dziadków  na  najwyższej  półce  stoi  rząd  czerwono-

zielonych tomów encyklopedii Brytannica. Na okładce pierwszego tomu 

suplementu widnieje rok 1962, następny po moich urodzinach. 

Ile  to  razy,  będąc  jeszcze  dzieckiem,  zdejmowałam  jedną  z tych 

ciężkich  ksiąg,  aby  przygotować  wypracowanie  szkolne  albo  po  prostu 

zaspokoić  ciekawość?  Ile  to  razy  trzymałam  w rękach  którąś,  nie 

wiedząc, kto sprzedał je moim dziadkom? Bawełniany dżin. G. Mendel. 

Główne produkty eksportowe Chin. Taniec pyłkowy pszczół. 

 

Matka  i babka  mówią  płynnie  po  francusku.  Moja  matka  z tak 

nienagannym  akcentem,  że  dziwią  się  temu  nawet  paryżanie. 

background image

„Niemożliwe”  –  mówią.  –  „Na  pewno  mieszkałaś  we  Francji  jako 

dziecko”. Ja, chociaż rozpoczynam naukę w wieku dwóch lat, długo nie 

czynię  żadnych  postępów.  Oprócz  przyswojenia  sobie  kilka  słów,  la 

table, le croyon, tych, które brzmią podobnie jak w angielskim. Testy na 

inteligencję  potwierdzają  podejrzenie  matki,  że  brak  postępów  należy 

przypisać  bardziej  mojemu  uporowi  niż  brakowi  talentu.  Postanawia 

mnie złamać. Chcę  czy  nie,  muszę poznać  ów  język konfliktów. Matka 

i babka używają go do wzajemnych potyczek bądź posługują się nim, by 

sekretnie niszczyć wspólnych wrogów. 

W każdy weekend matka ćwiczy ze mną, korzystając z tekturowych 

kart  jako  pomocy.  Stara  się  mnie  przekupić,  grozi  mi,  pochlebia. 

Bezskutecznie.  Już  przy  najkrótszej  galijskiej  sylabie  wyłączam  się, 

wcale  nie  celowo,  lecz  najzupełniej  bezwiednie.  Zamykam  się  głęboko 

w sobie,  dokąd  głosy  dobiegają  jakby  z oddali,  jakby  matka  wołała 

w głąb  studni,  lecz  nie  jestem  w stanie  odpowiedzieć.  Gniew, 

a zwłaszcza  gniew  matki,  czyni 

mnie  niemową; 

milczeniem 

doprowadzam ją do wściekłości. Pewnego razu rzuca karty i uderza mnie 

w twarz. 

W  drugiej  klasie,  po  pięciu  latach  niepowodzeń,  przygotowuję  się 

do testu z francuskiego w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej mi się nie 

zdarzyło. Mamy nauczyć się kolorów. Czerwony = rouge. Żółty = jaune. 

Zielony  =  vert.  Spisuję  wszystkie  odpowiedzi  na  kawałku  papieru, 

a następnie  chowam  je  go  w rękawie.  Podczas  testu  dostajemy  rysunek 

background image

klauna  trzymającego  kiść  balonów.  W każdym  z nich  jest  słowo 

oznaczające jakiś kolor. Balony musimy właściwie pokolorować. 

Kiedy  okazuje  się,  że  osiągnęłam  doskonały  wynik,  matkę  ogarnia 

szaleńcza  radość.  Ściska  mnie  i całuje,  kupuje  prezenty;  i chociaż  mam 

dopiero  siedem  lat,  bardzo  dobrze  pojmuję,  jak  obciążający  jest  mój 

sukces – że  miłość  matki (jak  miłość jej  matki do niej) zależy  od  tego, 

czy się poddam. Zaakceptuje mnie, dojrzy, zwróci uwagę, jeśli stanę się 

dzieckiem, które potrafi ją zadowolić. 

–  Wiedziałam,  że  potrafisz!  Wiedziałam,  że  dasz  sobie  radę.  Jeśli 

tylko spróbujesz! – mówi. 

Wyrywam się z jej ramion, szlochając. 

– Nie potrafię!  – krzyczę.  – Zrobiłam  to  dzięki  temu! –  Wyciągam 

w jej stronę papier z nieporadnym tłumaczeniem. 

– Ty... Ty... – wypluwa, tak wściekła, że nie jest w stanie wysłowić 

się w żadnym języku. 

Następnego dnia zabiera mnie do nauczycielki. Kiedy się przyznaję, 

matka  zaciska  dłoń  na  moim  karku.  Potem  odwozi  mnie  do  domu,  do 

dziadków. Na podjeździe otwiera od wewnątrz drzwi pasażera. 

–  Wysiadaj  –  rzuca.  Posłusznie  wychodzę  z samochodu,  ona  zaś 

natychmiast odjeżdża. 

Tamtego  dnia  wpadam  w chorobę,  której  nikt  nie  potrafi 

zdiagnozować  ani  wyleczyć.  Wszystko  zaczyna  się  od  kłopotów 

z żołądkiem. Trwa tygodniami, póki nie podsłucham, jak pediatra mówi 

background image

babce,  że  będę  musiała  iść  do  szpitala,  bo  jestem  bardzo  odwodniona. 

Wówczas dolegliwości przechodzą mi tak nagle, jak się rozpoczęły. 

Wracam  do  szkoły  nie  tylko  szczuplejsza,  ale  nawet  pozornie 

mniejsza,  blada,  z krótko  przystrzyżonymi  włosami,  aby  łatwiej  je  było 

pielęgnować podczas choroby. 

–  Ojej,  przecież  to  nie  to  samo  dziecko!  –  woła  nauczycielka, 

dyrektor i wszyscy, którzy mnie widzą. 

–  Jest  innym  dzieckiem!  Co  to  za  dziecko?!  –  słyszę  dziesięć  albo 

więcej razy. 

Jestem  inna.  Uczę  się  francuskiego.  Zawsze  bez  przyjemności, 

z jaką zajmuję się pozostałymi przedmiotami, ale uczę się na tyle dobrze, 

że  potrafię  przeczytać  francuską  powieść.  Zdarza  się,  choć  bardzo 

rzadko, że śnię po francusku. Wtedy budzę się rano chora, wymiotuję. 

 

Czy  sukcesy  ojca  kosztują  go  tak  samo  wiele  jak  moje  kosztują 

mnie?  Jest  jednym  z tych  ludzi,  którzy  oderwali  się  od  swoich  korzeni 

wystarczająco  daleko,  aby  starzy  znajomi  albo  stawiali  go  za  przykład, 

albo  odnosili  się  do  niego  z pogardą.  Ilu  jego  starych  przyjaciół 

i krewnych – członków społeczności, z której pochodzi – pojmuje to, co 

ja odkryję: że siłą napędową jego działania był gniew? 

 

To  w ogrodzie,  między  rabatą  z różami  a rzędem  owocowych 

drzewek,  dziadek  powiedział  ojcu,  że  pomiędzy  nim  a matką  wszystko 

background image

skończone,  że  ojciec  może  zapomnieć  o nazywaniu  jej  swoją  żoną. 

Sprawa  była  prosta.  Jeśli  odejdzie  bez  przyczyniania  naszej  rodzinie 

dalszych  kłopotów,  będzie  mógł  się  uważać  za  człowieka  wolnego: 

ugoda  rozwodowa  nie  będzie  zawierała  pod  jego  adresem  żadnych 

dodatkowych roszczeń. 

Dziadek  jasno  dał  do  zrozumienia,  że  niczego  się  od  niego  nie 

oczekuje. Ani łożenia na dziecko, ani odwiedzin. 

Dziadkowie sądzili, że są w stanie położyć temu kres, usunąć skutki 

niefortunnego  błędu  mojej  matki.  Rzecz  jasna  było  dziecko,  efekt  jej 

młodzieńczego  buntu,  próby  sprzeciwienia  się  rodzicom,  zwłaszcza 

pragnieniu jej matki, aby nią kierować. Wprawdzie należało wziąć mnie 

pod  uwagę,  lecz  byłam  tylko  kosztem,  który  godzili  się  ponieść. 

W każdym razie ojciec musiał odejść. 

Wyczerpana  kampanią  swej  matki,  zmierzającą  do  usunięcia  męża 

z jej 

życia, 

kampanią 

sprytnie 

skoncentrowaną 

na 

jedynej 

ekstrawagancji,  jaką  dopuszczały  zasady  jej  wychowania,  matka  uległa 

obawie, że z moim ojcem będzie zawsze uboga. Ubóstwo było czymś, co 

babka,  sama  wychowana  przez  ojca  posiadającego  fortunę,  mogła 

uważać za położenie rozpaczliwe, niemal fatalne. 

Żona kaznodziei! Słyszę pogardę, z jaką babka wypowiada te słowa. 

Najpierwotniejsza  dyrektywa,  którą  mnie  i matce  wpajali  jej 

żydowscy rodzice, głosiła, że mamy się kształtować w opozycji do dzieci 

z naszego  otoczenia.  Urodzeni  w Londynie  dziadek  i babka  mieszkali 

background image

wszędzie.  Zawsze  uważali  Amerykę  za  kraj  wygody,  higieny 

i bezpieczeństwa, 

gdzie 

dzieci 

„ciągnięto 

za 

uszy”, 

a nie 

„wychowywano”.  Co  natchnęło  matkę,  by  w przypływie  buntu  wybrać 

mojego ojca, a z nim jego niemieckich przodków, część indiańskiej krwi 

babki;  nie  jednego,  lecz  dwóch  dziadków  misjonarzy;  rozbite 

małżeństwo  rodziców,  by  nie  wspominać  o bardzo  skromnych 

warunkach, w których przyszło im żyć. Dla mojej matki musiał być kimś 

wyjątkowym, nie do odrzucenia, tak samo jak dla jej rodziców – nie do 

przyjęcia. 

Ojciec,  człowiek  o nieszczególnym  pochodzeniu,  musiał  mieć  dla 

nich  respekt  za  ich  uprawnioną  europejską  łaskawość,  dobrobyt 

i namacalną historię,  ucieleśnioną w antykach, których  nie nabyli,  tylko 

otrzymali  w spadku.  Chociaż  sama  powinnam  wrosnąć  w tę  powłokę 

uprawomocnienia,  nadal  boję  się  dziadków.  O ileż  bardziej  musieli 

przerażać  mojego  ojca,  wówczas  dziewiętnastoletniego  młodzieńca, 

który  przebywał  z dala  od  domu,  a pieniądze  na  ostatni  rok  nauki 

w doskonałej  szkole  przygotowującej  do  college'u  nie  bez  trudu  zebrał 

jego ojciec jako rodzaj rekompensaty. 

Ojciec  mojego  ojca  był  uwodzicielem.  Często  opuszczał  żonę 

i dziecko,  goniąc  za  innymi  kobietami.  Zwieńczenie  kariery  syna 

w szkole  średniej  –  dyplom  ze  znakomitej  szkoły  przygotowawczej, 

dający szansę na lepszy college – miało być formą zadośćuczynienia za 

wcześniejsze  zaniedbania.  Jednocześnie  mój  ojciec  zyskał  szansę 

background image

spotkania  matki  i odmiany  swojego  życia.  Ale  z pewnością  w sposób 

niezgodny z nadziejami jego ojca. 

 

Mam dwadzieścia lat. Wiodę życie wygnańca. Ciągle przebywam na 

jakimś  lotnisku,  wlokę  się  za  ojcem  przez  pomieszczenia  wyłożone 

poplamionymi  dywanami  albo  wyblakłym  linoleum.  Ściany  wokół  nas 

ostrzegają  przed  nielegalnym  przewozem.  Strzałki  wskazują  punkty 

odbioru  bagażu  i postoje  taksówek.  Wszędzie  są  małe,  niebieskie 

tabliczki  z międzynarodowymi  symbolami  oznaczającymi  bufet,  pomoc 

medyczną, toalety. 

Zmęczeni,  znudzeni  podróżni,  którzy  nas  otaczają,  zgięci 

w tłocznych plastikowych krzesłach, trawią nasze długie pożegnania tak 

samo jak treść czasopism i podłe jedzenie. 

Czy  jesteśmy  do  siebie  tak  podobni,  by  rozpoznawali  w nas  ojca 

i córkę? Czy siedzimy  zbyt  blisko  siebie? Czy  trzymając dłoń na moim 

ramieniu, ojciec zdradza swoje intencje? A my? Dlaczego tulimy się do 

siebie tak, jakby nasze rozstanie było nieodwołalne niczym śmierć? 

Ludzie  wpatrują  się  w nas  bez  żenady,  bezpośrednio,  obserwują 

nasze  gesty  i słowa  niczym  program  na  ekranie  telewizora,  który  stoi 

w poczekalni. 

Czasem  w sklepiku  na  lotnisku  ojciec  kupuje  pocztówki,  duże, 

z różami i koronkami oraz do kompletu różowe koperty. Przyglądam się, 

jak  na  nich  pisze,  nakleja  znaczki  i wreszcie  je  wysyła,  zatem  nasze 

background image

spotkania nie przerywają ich nieustannego napływu na mój adres. 

 

Dorastając niewiele wiem o życiu ojca. Ma nową żonę i inną córkę. 

Tam,  gdzie  mieszka,  pada  śnieg.  Dokucza  mu  katar  sienny.  Ma 

ogromnego psa,  malemuta, który  kiedyś pożarł  kota. Jest doktorem, ale 

nie  lekarzem  –  ma  tytuł  doktora  filozofii.  Źródłem  tego  rodzaju 

szczegółowych informacji jest matka. Sporadycznie pisane listy przestają 

nadchodzić, więc pozostają  jeszcze  tylko  dwie  wizyty,  podczas których 

mam okazję przyjrzeć mu się osobiście. 

Przyjeżdża latem, kiedy mam pięć lat. On, matka i ja idziemy razem 

na  plażę.  Ojciec  w koszuli  z długim  rękawem  i płóciennych  butach 

wychodzi naprzeciw morskiej pianie. Idzie w głąb, a odwraca się dopiero 

wówczas, gdy fala przelewa się już nad jego ramionami. Przyglądam się, 

jak  zmierza  po  piasku  do  naszego  parasola.  W butach  mu  chlupocze, 

koszula  przykleja  się  do  ciała,  z rękawów  kapie.  Siada  na  jednym 

z naszych  rozkładanych  krzesełek,  a woda  spływa  strumyczkami  po 

aluminiowych  nóżkach.  Rozkłada  ręcznik  na  swych  białych  kolanach. 

Najbardziej niepokoi  mnie jedno: sposób, w jaki fascynuje  moją  matkę. 

Kiedy  składają  sprzęt  plażowy  i idą  w stronę  samochodu,  jestem 

przekonana, że gdybym za nimi nie poszła, nawet nie zauważyliby mojej 

nieobecności. 

Bierze  ze  sobą  duży  aparat  fotograficzny  i pewnego  popołudnia 

ustawia mnie przed obiektywem. Na zdjęciach, które robi, mam sukienkę 

background image

ze  ściągaczami  w pasie  i przy  rękawach.  Pamiętam  tę  sukienkę  także 

dlatego,  że  nieprzyjemnie  cisnęła  mnie  w ramiona.  We  wspomnieniach 

nie  dostrzegam  różnicy  między  tą  niewygodą  a uściskiem  jego  dłoni 

o dużych  palcach,  kiedy  ustawiał  mnie  w pozie  według  niego 

najodpowiedniejszej. 

Gdy wraca, mam lat dziesięć. Teraz idziemy we trójkę do muzeum 

sztuki  i na  targ  warzywny.  W muzeum  matka  i ojciec  trzymają  się  za 

ręce,  ja  podążam  dobre  kilka  metrów  za  nimi.  Wszyscy  pocimy  się, 

przesuwamy  leniwie  bezwietrznymi  galeriami.  W pewnym  momencie 

kładę  swoje  rozgrzane  dłonie  na  chłodnej  stopie  dużego  marmurowego 

posągu Wenus, a mój ojciec obraca się na pięcie i gani mnie. 

–  Czy  nikt  cię  nie  nauczył,  że  w muzeum  nie  należy  dotykać 

żadnych  przedmiotów?  –  pyta  i patrzy  z dezaprobatą  najpierw  na  moją 

matkę, potem na mnie. 

Przy  lunchu  na  targu  warzywnym  moje  krzesełko  stoi  zbyt  blisko 

krawędzi  stołu.  Czuję,  że  nie  mogę  oddychać.  Podniesienie  z ziemi 

srebrnych  sztućców,  które  w zdenerwowaniu  upuszczam,  zajmuje  mi 

sporo  czasu.  Wyczuwam,  że  ojciec  spogląda  na  mnie  nieco 

zaintrygowany  –  oto  jego  dziecko  –  jednocześnie  z odrobiną 

zadowolenia. Znowu jestem, jak zawsze od dnia narodzin, nieruchomym 

kompromisem prywatności moich rodziców. 

 

Dziesięć lat później – dziesięć lat od dnia, kiedy ze swojego punktu 

background image

obserwacyjnego pod  stołem spojrzałam na  jego czarne  buty  – wszystko 

się  zmieniło.  Ojciec  przysyła  mi  kasety  magnetofonowe  z nagraniami 

swojego  głosu,  ja  odtwarzam  je  w samochodzie.  Jadę  do  centrum 

handlowego  położonego  kilka  mil  od  uniwersyteckiej  poczty,  blokuję 

drzwi  i paznokciem  rozcinam  taśmę,  którą  jest  sklejone  małe,  białe 

pudełko. 

Męski  głos  wypełnia  wnętrze  samochodu.  Wznosi  się,  opada, 

przybiera ton prośby, łamie się. „Dziewczynko” – woła do mnie. – „Och, 

dziewczynko.  Moja  dziewczynko”.  Jestem  w samochodzie  sama. 

Chowam  twarz  w dłonie  i słucham.  Stałam  się  jego  niewolnicą  w nie 

mniejszym stopniu niż byłam nią wobec swojej matki. 

Odtwarzam taśmę ciągle  od początku,  cofam  ją  bez  ustanku. Mogę 

słuchać ojca, ile razy przyjdzie mi ochota, słuchać, że mnie pragnie. 

Ten głos jest czymś, co chcę zachować na zawsze, i zarazem czymś, 

czego,  kiedy  już  będzie  po  wszystkim,  nie  pozwolę  sobie  słuchać.  Jak 

listy  od  niego  i jak  fotografie,  kasety  będą  zamknięte  w kufrze,  co 

przywróci mu – wszelkim oznakom jego istnienia – pierwotny charakter 

związków ze mną: utraconego ojca. 

 

Mówię  matce,  że  chcę  wysłać  ojcu  podarunek,  coś  wykonanego 

własnoręcznie.  Z pewnością  zależy  mi  na  tym,  by  mam  nadzieję 

wymazać  albo  chociaż  złagodzić  fatalne  wrażenie,  jakie  na  nim 

wywarłam podczas ostatniego spotkania, kiedy upomniał mnie w galerii 

background image

rzeźb. 

– Co powiesz o jednym ze swoich obrazów? – sugeruje. W środy po 

szkole chodzę na dodatkowe zajęcia plastyczne. 

– W porządku – zgadzam się. 

Na  zdjęciach  uczę  się  tradycyjnej  techniki  malowania  farbami 

olejnymi. 

Kopiuję 

istniejące 

obrazy, 

często 

zamieszczone 

w kalendarzach  albo  wydarte  z kart  okolicznościowych.  Dla  ojca 

wybieram  reprodukcję  przedstawiającą  czerwoną  stodołę,  żółte  pole 

i stogi  siana.  Kiedy  siedzieliśmy  po  przeciwnych  stronach  stolika  na 

targu  warzywnym,  ojciec  opowiadał,  że  jeżdżąc  między  dwoma 

kościołami, w których służy, mija zagrody farmerów. 

Drzwi  do  stodoły  są  otwarte,  ale  nie  widać,  co  jest  wewnątrz, 

jedynie  czarne  cienie.  Ołówkiem  szkicuję  na  płótnie  zarysy  obrazu 

i przez kolejne kilka tygodni  maluję żółte siano, czerwony dach stodoły 

i ściany.  Rozwiana  na  wietrze  grzywa  kłusującego  konia,  która 

z początku wydaje mi się trudna do namalowania, udaje się znakomicie, 

a właśnie pozornie łatwa część zadania sprawia mi największą trudność. 

Nie  potrafię  namalować  czarnego,  prostokątnego  cienia  w obrębie 

otwartych drzwi. Wygląda na równy, tymczasem jest rozchwiany po obu 

stronach. 

Muszę  dokonać  poprawek.  Miesiącami  pracuję  nad  drzwiami, 

starając  się  osiągnąć  doskonałość.  W pewnym  momencie  nauczycielka 

próbuje  odebrać  mi  płótno,  ale  jej  nie  pozwalam.  Z każdym  tygodniem 

background image

cień  jest  coraz  większy  i większy,  a jego  zarysy  wcale  nie  stają  się 

bardziej  równe.  Nic  nie  pomaga  taśma  maskująca  ani  równa  krawędź. 

Kiedy  się  wreszcie  poddaję,  dostrzegam,  że  usiłując  nadać  cieniowi 

doskonały kształt, powiększyłam go do tego stopnia, że otwór drzwiowy 

wypełnia niemal całą stodołę. Siadając przed sztalugą, od razu wpadałam 

w mroczny  kwadrat  niepewności,  którego  granice  usiłowałam  określić 

ciągle od nowa, nigdy nie ustanowiwszy ich właściwie. 

– Nie, tego nie możesz mu wysłać! – powiada moja matka na widok 

dzieła. – Do licha, co się z tym stało? 

– Nie wiem – mówię. – Nie wiem. 

Nie  jest  w stanie  powstrzymać  się  od  śmiechu,  bo  obraz  wygląda 

bardzo zabawnie. Ja nie potrafię powstrzymać się od płaczu. 

 

Przynosi  ze swojego  mieszkania  magnetofon  i ustawia  go na  moim 

łóżku.  Jestem  już  dość  dorosła,  aby  sama  pisać.  Skończyłam  może 

dwanaście  lat,  lecz  aby  przesłać  wiadomość  mojemu  ojcu,  zamiast 

z papieru  i ołówka  mam  skorzystać  z taśmy  magnetofonowej.  Obiecała 

mu,  że  to  zrobię.  Poucza  mnie,  że  jeśli  będę  gotowa,  mogę  nadusić 

kwadratowy przycisk. 

W  końcu  nudzi  ją  mój  brak  zdecydowania.  Wychodzi  z pokoju. 

Ruszam  za  nią.  Nie  chcę  zostać  zupełnie  sama  przy  ciężkim,  czarnym 

pudle  ze  srebrnymi  gałkami.  Patrząc  na  nie,  widzę  czarny  kufer 

z błyszczącymi stalowymi okuciami w rodzaju tych, w których cyrkowy 

background image

magik zamyka dziewczynę, nim przepiłuje ją na pół. 

Chwytam  matkę  za  rękaw,  czym  wzbudzam  jej  gniew.  Obie  bez 

końca  próbujemy  skłonić  mnie  do  powiedzenia  czegoś  w stronę 

mikrofonu  na  końcu  czarnego  przewodu.  Nic  nie  pomaga.  Ani  groźby, 

ani obietnice. 

Moje  usta  jakże  są  niechętne  do  współpracy.  Podczas  nauki 

pływania same otwierają się pod powierzchnią wody i wtedy się dławię. 

Przy  magnetofonie  zamykają  się,  unieruchamiają  mi  język,  nie 

dopuszczają, by wydobyło się z nich choćby jedno słowo. 

Pewnego  dnia  usłyszę  zdanie,  zdanie  magiczne,  które  sprawi,  że 

zginą  przeszkody  i wszystko  stanie  się  łatwe.  Ale  nim  do  tego  dojdzie, 

nie powiem nic. 

 

Mam dwadzieścia lat, kiedy to się zaczyna, a zaczyna się od wizyty. 

Potem  matka  i ja  spieramy  się,  która  z nas  wpadła  na  pomysł,  aby  go 

zaprosić. Ona mówi, że ja. Ja myślę jednak, że ona. 

Minęło dziesięć lat, odkąd go widziałam. Jeśli matka ma rację – jeśli 

pomysł  zaproszenia  ojca  do  nas  był  mój  –  można  to  wytłumaczyć 

ogromną  ciekawością  poznania  niemal  obcego  rodzica,  mojej  drugiej 

części,  pragnieniem  wystarczająco  silnym,  aby  przełamać  niechęć 

wywołaną jego listami. Może podejrzewam albo mam nadzieję, że za tą 

ideologiczną  górnolotnością  kryje  się  namiętność.  Że  owa  zasłona  jest 

czasem  wręcz  niezbędna;  niektóre  fascynujące  stwory  należy 

background image

przechowywać w tej klatce wewnątrz klatki ze słów. 

Rodzice  spotykali  się  potajemnie  przez  lata.  W odległych  miastach 

rozmawiali  o tym,  że nowa  żona, inne  dzieci  nie przeszkodzą  im uciec, 

pobrać  się,  spróbować  od  początku.  Lecz  ich  plany  zawsze  pozostały 

tylko  planami.  Matka  i ojciec  byli  ze  sobą  nie  dłużej  niż  dwa  lata, 

w małżeństwie zaś niespełna rok. Rozwiedli się przed pierwszą rocznicą 

moich  urodzin.  Jeśli  podejrzewam,  że  zbliżająca  się  wizyta  jest  jednak 

pomysłem  matki,  to  dlatego,  że  po  pierwsze  nie  pamiętam,  bym  ją 

sugerowała,  a po  drugie,  ona  już  nazbyt  długo  go  nie  widziała  –  zbyt 

wiele  czasu  upłynęło  od  chwili,  gdy  ostatni  raz  samotnie  wyruszyła  na 

tajemnicze wakacje. 

Może  prawdziwa  jest  moja  późniejsza  konkluzja:  matka 

wykorzystuje jego zainteresowania mną i moje nim, aby usprawiedliwić 

własne  plany  nawiązania  ponownego  kontaktu.  Jeśli  rzeczywiście  o to 

chodzi, jakże gorzko przyjdzie jej pożałować tego podstępu. 

 

Spotkanie ma się odbyć podczas wiosennej przerwy w zajęciach na 

pierwszym roku college'u, akurat dwa tygodnie po  moich dwudziestych 

urodzinach, przypadających w czasie sesji egzaminacyjnej. 

–  Nie  ma  co  –  powiada  mój  chłopak,  żegnając  się  ze  mną  na 

parkingu przed domem akademickim. – Nie będzie łatwo. 

– Tak sądzisz?  – pytam.  Do  tej pory  świadomie nie  zastanawiałam 

się  nad  tym.  Nad  perspektywą  spotkania  ojca  po  raz  pierwszy  od 

background image

dziesięciu  lat,  zaledwie  po  raz  trzeci  w całym  moim  życiu.  Jak  zawsze 

miałam  dużo  materiału  do  opanowania  i w  ciągu  ostatnich  tygodni  do 

późna przesiadywałam w bibliotece. 

–  Żartujesz  sobie?  –  mówi,  na  co  wzruszam  ramionami  i uciekam 

wzrokiem  w bok,  czyli  wykonuję  jeden  z wielu  moich  wymijających 

gestów. 

Akurat ten chłopak jest ode mnie starszy, kończy w tym roku studia. 

Uważam,  że  jest  bardzo  miły,  a cecha  ta  pozwala  mu  zająć  wyjątkową 

pozycję  w krótkiej  historii  moich  chłopców.  Był  jeszcze  dzieckiem, 

kiedy  zmarł  mu ojciec;  nie  ma ojczyma. Pozbawiony  ojcowskiej  opieki 

przez  całe  swoje  życie,  wie  coś,  do  czego  ja  nie  jestem  w stanie  się 

przyznać:  że  pewna  tęsknota  w moim  życiu  musi  się  koncentrować  na 

owym  braku  w kolekcji  rodzinnych  portretów.  Przecież  nie  mogę 

poświęcić wszystkiego mojej matce. 

Jazda  do  domu  trwa  siedem  godzin.  Po  drodze  ciągle  od  nowa 

słucham  tego  samego  albumu  Rolling  Stonesów.  Mechanizm 

odtwarzacza  automatycznie  przewija  taśmę,  tworząc  dźwiękową  pętlę. 

Uporczywe  rytmy  wypełniają  milę  za  milą  szarej  autostrady  i nie 

pozwalają  na  dłużej  zatopić  się  w myślach,  które  przemykają  się, 

ślizgają,  ulatują  niczym  wyrzucone  plastikowe  kubeczki  i papierki  po 

cukierkach na wietrznych nabrzeżach. 

 

Sypialnia mojej babki: siedzimy we dwie w nogach wielkiego łóżka 

background image

dziadków.  Mam  sześć,  może  siedem  lat.  Babka  przed  chwilą  wzięła 

kąpiel.  Ma  na  sobie  halkę  i właśnie  wciąga  jedną  ze  swych 

staromodnych pończoch powyżej kolana i przypina ją do podwiązki. Jak 

na  kobietę  po  sześćdziesiątce  ma  nadal  wcale  zgrabne  nogi,  świeżą 

oliwkową skórę – gładką i błyszczącą, rzepki małe i ponętne jak włoskie 

orzechy, aż chce się ich dotknąć. Na co dzień używa perfum Chanel No 

5  i wkłada  sznur  pereł,  który  dostała  w prezencie  od  swojego  ojca  na 

siedemnaste urodziny. 

– Połaskocz mnie po karku – mówi, a ja posłusznie muskam ją lekko 

palcami w miejscu, gdzie kończą się jej ufarbowane na czarno włosy. 

– Wiesz – mówię – kocham cię najbardziej na świecie. Kocham cię 

bardziej niż mamę. 

Babka zdejmuje moją dłoń ze swego karku. 

– Nieprawda – odpowiada. – Mylisz się. 

Milczę,  bo  zawstydziła  mnie  odmową  przyjęcia  tego,  co  jej 

ofiarowałam. 

– Najbardziej kochasz swoją  mamę. Tak to już jest ułożone na tym 

świecie, a ty nie powinnaś być wyjątkiem. 

Stwierdzenie babki nie odpowiada prawdzie, wynika raczej z nakazu 

rozsądku.  Z pewnością  szczerze  pragnie,  abym  ją  kochała  najbardziej  – 

pragnie być pierwszą miłością każdego – ale akurat w tym okresie wiele 

jej sprzeczek z moją matką dotyczy kwestii, czy jedna albo druga swym 

zachowaniem nie uraża moich uczuć. Ponieważ matka wyprowadziła się 

background image

niedawno,  być  może  inspirując  ów  przypływ  uwielbienia,  babka 

wystrzega  się  wypowiedzenia  jakiejkolwiek  wywrotowej  uwagi,  którą 

mogłabym powtórzyć. 

Przyglądam  się,  jak  wciąga  i zapina  drugą  pończochę.  Tego 

popołudnia  zaczynam  się  uczyć  mądrości  zachowywania  uczuć  dla 

siebie,  dostaję  lekcję,  którą  w okresie  mojego  dzieciństwa  wielokrotnie 

wzmacniają  wrogie,  skomplikowane  i zmienne  kobiece  alianse,  tak 

częste,  że  w końcu  mój  talent  stosowania  uników  dorównuje 

umiejętnościom  mojej  matki.  Ona  może  śpi  w masce,  ale  ja,  kiedy  już 

jestem nastolatką, mam wewnątrz własną maskę, skrywam w niej swoje 

serce. 

Upomniana  przez  babkę,  siedząc  w milczeniu  przy  jej  boku, 

zaczynam  naukę  definiowania  tego,  co  naprawdę  czuję  wobec  matki  – 

złość  pełną  rozpaczy  i obaw  za  to,  że  mnie  opuściła,  złość,  która 

dotknęła mnie astmą i wysypką – jako miłość. 

A  co  z matką,  jakże  skłonną  do  posługiwania  się  tym  słowem 

w jakimś liściku do mnie, nie zawierającym nic poza całusami i pustymi 

„ochami”? Jej wściekłość na mnie jest dzika i niepohamowana, wybucha 

z siłą, która dziwi ją tak samo jak mnie. Pewnego razu, jeszcze zanim się 

wyprowadzi,  wchodzę  jej  w drogę.  Akurat  wybiera  się  na  randkę.  Już 

jest spóźniona, a ja ją drażnię. Stojąc razem z nią przed lustrem, sięgam 

po  jedną z jej  szminek,  wówczas  ona odwraca  się do  mnie  ze szczotką. 

Ciosy  spadają  na  mnie  wszędzie.  Ściąga  mnie  na  dół  po  schodach, 

background image

uderza,  gdzie  tylko  zdoła  sięgnąć...  w plecy,  nogi,  głowę.  U podnóża 

schodów wybucham płaczem, z początku dlatego, że jestem wstrząśnięta 

i przestraszona,  ale  potem,  kiedy  zaalarmowani  moim  krzykiem 

nadbiegają  dziadkowie,  płaczę,  aby  wpędzić  moją  matkę  w kłopoty, 

płaczę głośniej i dłużej, uczę się potęgi zemsty. 

 

Naszyjniki.  Pierścionki.  Ubrania.  Książki.  Przenośne  radio 

stereofoniczne  i obiektywy  do  aparatu  fotograficznego.  Wieczne  pióro, 

w którym  pisał  w college'u.  Brzytwa  jego  dziadka  i rzemień  do  jej 

ostrzenia  w oryginalnym  cynowym  pojemniku  z ornamentami  na 

brzegach.  Diament,  który  do  kogoś  należał,  ale  nie  mogę  sobie 

przypomnieć do kogo. 

Niektóre spośród tych prezentów po prostu porozdaję, inne zastawię 

w lombardzie  i zaraz  po  wyjściu  na  zewnątrz  podrę  wszystkie 

pokwitowania.  Pamiątki  rodowe  zwrócę,  zapakowane  starannie 

w pudełka.  Wyślę  je  pocztą  jako  paczki  wartościowe,  nie  dodając  do 

adresu  ani  jednej  litery.  Należą  do  jego  dzieci.  Nie  do  mnie,  tylko  do 

dzieci,  które  wychował. Do córek, które nadal  będą  jego,  kiedy  my  już 

nie będziemy ze sobą rozmawiać. 

 

Prezenty  bożonarodzeniowe.  Prezenty  urodzinowe.  Prezenty  na 

Wielkanoc,  na  walentynki,  na  Halloween.  Wszystkie  zapakowane 

w bardzo  ładny  papier.  Uważam,  aby  go  nie  porozdzierać.  Wstążek  nie 

background image

przecinam, rozwiązuje je. Ledwie celebrujący tę czy inną okazję, to czy 

inne  święto  pójdą  spać,  z pojemników  na  śmieci  wyciągam  kolorowe 

papiery  i kokardy.  Wygładzam  je  i z  powrotem  owijam  w nie  pudełka. 

W taki sposób zachowuję świadectwa miłości mojej matki albo, trafniej, 

tego, co  ona nazywa  miłością. Podarunki od niej zwykle dostarczają  mi 

wskazówek,  w jaki  sposób  mogłabym  wkraść  się  w jej  łaski.  Jeżeli  na 

przykład  daje  mi  sukienkę  w rozmiarze  sześć,  wiem,  że  powinnam  się 

dostosować, zmienić figurę i pożegnać się z rozmiarem dziesięć. Potrafię 

uczynić  z siebie  istotę,  którą,  jak  sobie  wyobraża,  mogłaby  pokochać, 

przynajmniej kiedy stoi w sklepie i kupuje sukienkę. 

Miną  lata,  nim  sobie  uświadomię,  że  zachowując  tego  rodzaju 

świadectwa,  jednocześnie  dokumentuję  inny  uczuciowy  proces,  nie 

miłość, tylko wściekłość, bo zawsze otrzymuję wskazówki pod postacią 

prezentów  i ostatecznie  je  odrzucam.  Pod  bożonarodzeniowym 

drzewkiem wydaję stosowne odgłosy radości, ale później w samotności, 

gdy  w domu  panuje  już  mrok,  odwracam  swoją  reakcję,  odrzucam 

podarunki, pakując je z powrotem, jakbym ich nigdy nie otwierała. 

Można tę dwoistą wizję dostrzec w innych obszarach mojego życia. 

Niechętny  stosunek  do  jedzenia  jest  typowym  przykładem  w sferze 

moich  związków  z matką.  Czy  mając  piętnaście  lat,  przestaję  jeść 

dlatego, że chodzi mi o zapewnienie sobie jej szczerego, acz niechętnego 

podziwu? Czy może po prostu chcę stawać się coraz mniejsza i mniejsza, 

póki nie zniknę, stając się prawdziwą córką mojej matki – tą, której nie 

background image

widzi?  Albo  czy  jestem  na  nią  tak  wściekła  za  ciągłe  uwagi  pod  moim 

adresem  na  temat  wagi,  że  postanawiam  nie  dać  jej  w przyszłości 

żadnego  pretekstu  do  wypowiedzenia  choćby  jednego  słowa  na  temat 

mojej  wagi  i rozmiaru  ubrań.  „Chcesz  mieć  szczupłą  córkę?”  – 

pamiętam,  że  tak  myślałam.  „To  będziesz  ją  miała.  Ja  zdecyduję,  co  to 

znaczy, nie ty”. Nie interesuje mnie sugerowane sto dwadzieścia funtów, 

ale dziewięćdziesiąt pięć. I nie rozmiar sześć, tylko dwa. 

Szkoda,  że  nie  rozumiałam,  na  czym  polega  triumf  niejedzenia; 

gdybym  była  w stanie  rozpoznać  swoją  ekscytację  jako  wynikającą 

z zemsty,  próby  odcięcia  się  od  matki,  ze  sposobu,  w jaki  się  mnie 

wypiera, kiedy godzinami stoję przy jej łóżku, a ona leży z zamkniętymi 

oczami i twarzą przysłoniętą maską. 

Być  może  początek  anoreksji  jest  odpowiedzią  na  dążenie  do 

spełnienia  matczynego  ideału;  choroba  trwa,  bo  chcę  wymazać  siebie 

samą.  Kieruje  mną  też  głębsza,  bardziej  zdradziecka  i trwała  pokusa 

pozbycia  się  matki.  Wymaganiom  anoreksji  da  się  sprostać, 

wymaganiom  matki  –  nie;  zatem  zamieniam  matkę  na  chorobę  wraz 

z całym  systemem  pokuty  i wyrzeczeń,  w którym  jest  przewidziana 

osobna nagroda. I matki są w nim całkowicie zbyteczne. 

 

Przyjęcie  nad  basenem  w domu  z dziedzińcem  i czerwonymi 

dachówkami.  Dom  należy  do  architekta,  z którym  matka  się  spotyka. 

Jest  w nim  siedem  sypialni,  z czego  sześć  nie  używanych.  Przebieramy 

background image

się 

w tej, 

która 

została 

nazwana 

„pokojem 

błękitnym”. 

W bladoniebieskiej, 

kobiecej 

przestrzeni 

stoi 

wielkie 

łoże 

z baldachimem. 

Niczym  bokserzy  matka  i ja  wycofujemy  się  w przeciwległe  kąty 

sypialni.  Matka  jak  zwykle  nie  znosi  pokazywać  się  nago.  Jeśli  może, 

przebiera  się  w ciemności.  Przyglądam  się,  jak  wciąga  pod  sukienkę 

kostium kąpielowy. Pragnę, by spojrzała na mnie, na moje ciało. Nic nie 

sprawia  mi  większej  przyjemności  niż  rozbieranie  się,  właśnie  teraz, 

kiedy  jestem  chuda.  Codziennie  wiele  razy  zdejmuję  ubranie  i staję  na 

wadze.  W publicznych  toaletach  czekam,  póki  nie  zostanę  sama. 

Podciągam  bluzkę i podziwiam w lustrze sterczące żebra. Wystarcza  mi 

widok  samej  siebie,  bym  się  zachwyciła,  by  z podniecenia  zadrżały  mi 

ręce.  Zdumiewa  mnie  ciało,  które  stworzyłam.  Choć  nikt  inny  go  nie 

podziwia,  nie  uważam  tego  za  nadmiar  krytycyzmu,  tylko  za  wyraz 

prostego faktu, że moje kryteria oceny są zbyt osobliwe, aby brali je pod 

uwagę zwykli  ludzie. Ponieważ  nie mam  chłopca, nie ma  kto  narzekać, 

że  nie  pozostawiłam  nic  miękkiego,  czym  mógłby  ucieszyć  wzrok 

i dłonie. Sama jestem swoim kochankiem. Wieczorami kładę się naga do 

łóżka  i dotykam  się  w ciemności,  aż  w końcu  znam  na  pamięć  mapę 

swego niedosytu. 

Poznaję  oszałamiający  zachwyt  morzenia  się  głodem.  Moc 

rezygnacji  ze  wszystkiego.  Siłą  woli  staję  się  elfem,  który  żyje 

powietrzem, wodą, niewinnością. 

background image

 

Właściwie  to  nie  tylko  jedzenia  się  wyrzekam,  nie  tylko  wszelkich 

chęci,  wszelkich  żądz.  Przede  wszystkim  płci.  Głodzę  się,  aby  matce 

odebrać moją seksualność – nie ot tak po prostu sprawiając, aby zniknęły 

mi piersi i biodra, lecz żeby wyschła krew. Jednego na pewno nie może 

ścierpieć  w związku  z tym,  że  jestem  chuda:  nie  krwawię.  Nie  mogę 

zajść  w ciążę,  nie  mogę  zatem  znaleźć  się  w niebezpieczeństwie, 

w jakim znalazła się kiedyś moja matka, tracąc nagle cześć. 

W  dodatku  jest  wściekła  musiała  przecież  choć  raz  usłyszeć 

przesłanie  mojego  dzieciństwa  i okresu  dorastania,  słowa,  które 

powtarzała  mi babka: „Nie popełnij  błędu matki”. Jakże ona  musi mnie 

nienawidzić.  W szkole  mam  dobre  oceny  i ostentacyjnie  unikam 

chłopców.  Na  pewno  sama  siebie  przekonuje,  że  to,  iż  wejdę  na  drogę 

występku  i ona  przyłapie  mnie  na  gorącym  uczynku,  jest  przynajmniej 

możliwe.  Kiedy  odkrywa,  że  straciłam  okres,  zaczyna  mnie  ciągać  po 

lekarzach.  Jest  przy  mnie  w pokoju  porad,  a nawet  w sali  badań. 

Ginekolog  przepisuje  hormony,  specjalista  od  akupunktury  wkręca  mi 

w uda igły. 

 

Przed  rozpoczęciem  nauki  w college'u  raz  jeszcze  razem 

odwiedzamy  gabinet  ginekologa.  Matka  chce  mnie  wyposażyć 

w kapturek,  ów  ciągle  zawodny  środek  antykoncepcyjny.  Tylko  że 

żadnego nie można dla mnie dobrać. 

background image

–  To  niemożliwe  bez  przerwania  hymenu  –  powiada  lekarz  po 

wstępnym badaniu. – Przecież pani nie chce tego robić, prawda? 

Matka stoi pod oknem. Waha się. Ja podpieram się na łokciach. 

– Chcę – mówi. 

Mężczyzna posługuje się wieloma zielonymi plastikowymi penisami 

o coraz  większych  rozmiarach.  Kiedy  wyjmuje  cały  ich  komplet  spod 

pokrywy chirurgicznej tacy z nierdzewnej stali, nie dowierzam własnym 

oczom.  Ta  zieleń  nie  przypomina  żadnej  barwy,  która  występowałaby 

w naturze.  W takim  kolorze  są  pojemniki  na  odpady  chirurgiczne, 

wymiociny i rozmaite groźne instrumenty, które kojarzą mi się z chorobą 

i śmiercią.  Wsuwa  je  kolejno,  zacząwszy  od  najmniejszego,  który  nie 

jest  większy  od  jego  małego  palca.  Wszystkie  od  drugiego  po  ostatni 

wyjmuje  ubrudzone  krwią.  Dokonuje  defloracji  na  oczach  mojej  matki. 

Jest  położnikiem,  człowiekiem,  który  był  przy  moim  porodzie.  Czy 

właśnie dlatego sądzi, że nie ma sprawy, że wszystko jest w porządku? 

Leżę na stole, na kolanach mam papierowe prześcieradło, dłonie na 

oczach. 

 

Naprawa  autostrady  i objazdy  sprawiają,  że  podróż  z college'u  do 

domu  trwa  jeszcze  dłużej  niż  zwykle.  U matki  jestem  akurat  w porze 

obiadowej.  Zasiadamy  do  czegoś  francuskiego  i bardzo  ambitnego, 

czemu  musiała  poświęcić  całe  popołudnie  pracy.  Ale  i tak  podczas 

posiłku  zostawiamy  telewizor  włączony,  raczej  próbujemy  niż  jemy  to, 

background image

co przygotowała. 

–  Odbierz  –  mówi  matka  za  każdym  razem,  kiedy  dzwoni  telefon. 

Trochę mnie to dziwi – zwykle zachowuje dyskrecję, gdy w grę wchodzi 

jej  prywatne  życie –  kiedy  jednak  o wpół do dziewiątej telefon odzywa 

się  znowu,  nareszcie  pojmuję.  To  on,  ojciec,  chce  nam  podać  numer 

swojego lotu. Jego głos, którego nie słyszałam od dziesięciu lat, wydaje 

się dziwnie wysoki. Później, z czasem, uświadomię sobie, że nie zawsze 

brzmi  w taki  sposób,  ale  wznosi  się  i opada  w harmonii  z emocjami. 

Jednakże  tej  nocy  rozmawiamy  tylko  tyle,  ile  potrzeba,  żeby  uzgodnić 

niezbędne szczegóły. 

– Będę miał na sobie brązowy garnitur – mówi. 

– Okay – odpowiadam. 

– Do zobaczenia – dodaje, posługując się słowami, które wydają się 

zwyczajne,  lecz  zarazem  niezwykłe  z tego  względu,  że  nigdy  nie 

słyszałam  ich  z jego  ust,  z ust  człowieka,  którego  w innych 

okolicznościach  widywałabym  codziennie  przez  wszystkie  lata  mojego 

życia. 

–  Okay  –  rzucam  na  koniec.  –  Dobrze.  –  Ma  przylecieć  nazajutrz 

o drugiej po południu. 

Ta  wizyta  burzy  cały  dotychczasowy  porządek.  Znika  gdzieś 

wieloletni  towarzysz  mojej  matki;  nie  wiem,  dokąd  wybywa.  Może 

wraca  do  żony,  z którą  był  w separacji,  a z  którą  nie  potrafił  się 

rozwieść. Dziadkowie tylko raz przyjmą nas na obiedzie i raz przyjdą do 

background image

matki  na  herbatę.  W planach  na  resztę  weekendu  w ogóle  nie  są 

uwzględnieni.  Nie  bardzo  wiem,  czy  uważać  to  za  afront,  wyraz  litości 

czy tylko wynik praktycznej oceny, na co stać wspólnie nas wszystkich. 

Matka i ja idziemy do łóżek, w których spędzamy osobno bezsenną 

noc. Ponieważ nasze sypialnie dzieli zaledwie wąski korytarz, słyszymy, 

ja  każda  z nas  wzdycha  i porusza  się  pod  prześcieradłami.  W pewnym 

momencie matka wstaje. Słyszę, jak otwiera i zamyka szufladę w swojej 

łazience. 

 

Moja  sypialnia  u matki  jest  pierwszą,  jaką  urządziła  specjalnie  dla 

mnie.  Umeblowała  ją  latem  tego  roku,  w którym  skończyłam  szkołę 

średnią.  Ponieważ  przeprowadzałam  się  z domu  dziadków do  college'u, 

nie była mi już potrzebna. Pokój jest nowoczesny. Jasne barwy pokrycia 

japońskiego materaca wydają się ostrym dźwiękiem na tle stonowanych 

wariacji  beżu  w pozostałych  pokojach.  Kołdrę  zdobi  kwiecisty  wzór 

w niespokojne,  jaskrawe  goździki,  które  odbijają  się  niczym  echo 

w żaluzjach  okiennych.  Do  środka  wpadają  pasma  porannego  światła 

i układają  się  w ciepłe  plamy  na  kremowym  dywanie.  Róż  i krem 

stapiają  się  w kolor,  który  kojarzy  mi  się  z podrażnionymi  powiekami, 

z morzem wylanych łez. 

Na  ścianie  wisi  reprodukcja  akwareli  Jeana-Michela  Folona, 

malowidła  przedstawiającego  pojedyncze  krzesło,  które  stoi  na 

wzniesieniu  w zagajniku  bezlistnych  drzew.  Krzesło  dorównuje 

background image

wielkością  drzewom  i ulega  przemianie;  z drewnianego  oparcia 

wyrastają konary i gałęzie. Albo staje się w pełni krzesłem, albo powraca 

do  kształtu  drzewa.  Sama  wybrałam  tę  reprodukcję.  Z pewnością 

dlatego,  że  w tym  obrazie  znajduję  odbicie  istoty  mojego  pragnienia 

przemiany  w coś,  czym  nie  jestem,  i że  owo  dążenie,  ucieleśnione 

w krześle  –  niemym  i nieruchomym  –  jakże  jest  przy  tym  znajome. 

Mimo jego piękna, patrzę na nie bez przyjemności. Różowa poświata za 

wzgórzem jest  zbyt nikła,  by sugerować nadzieję: nie sposób  oglądnąć, 

czy to wschód słońca, zachód czy odblask zbliżającego się pożaru. 

Reprodukcja  dwakroć  odbija  się  w dużych  lustrach  wiszących  na 

drzwiach  garderoby,  a cały  pokój  lśni  optymizmem,  który  ma  się  nijak 

do  uczuć,  jakie  żywimy  z matką  względem  siebie.  Ponieważ  większą 

część wakacji szkolnych spędzam u dziadków, tutaj przebywam jedynie 

w trakcie krótkich wizyt. 

 

Zgadzamy  się,  że  na  lotnisko  musimy  wyjechać  o pierwszej,  ale  ja 

jestem  gotowa  do  drogi  na  długo  przed  południem.  Nie  ma  w tym 

absolutnie  nic  niezwykłego,  że  przygotowałam  się  tak  wcześnie. 

Z zasady jestem zbyt wcześnie. Na obiad do restauracji docieram zwykle 

dobrą  godzinę  przed  umówionym  terminem  i muszę  spacerować  po 

sąsiednich  ulicach  albo  czekać  w sąsiednich  sklepach,  póki  nie  pokażę 

się  punktualna  niemal  do  bólu.  Nic  na  to  nie  mogę  poradzić.  Jest  to 

zapewne  reakcja  na  ustawiczne  spóźnialstwo  mojej  matki,  na  to,  że 

background image

byłam  ostatnim  dzieckiem,  które  odbierano  ze  szkoły,  obozu,  kościoła, 

przyjęć urodzinowych, wizyt u dentysty, lekcji tańca. 

Zawsze  zapłakana,  zawsze  przekonana,  że  tym  razem  w ogóle  nie 

przyjdzie,  zostawi  mnie  na  wieki  z dentystą  albo  rosyjską  nauczycielką 

baletu,  która  metrowym  kijkiem  biła  mnie  pod  kolanami.  Kiedy  matka 

wyprowadziła  się  od  dziadków,  zobowiązała  się,  że  przynajmniej 

w połowie  koniecznych  przypadków  będzie  mnie  zawozić  i przywozić; 

tak  oto  zdarzało  się,  że  w holach  i foyer,  na  wilgotnych  kamiennych 

ławach  albo  winylowych  kanapach  poczekalni  powtarzałam  w myślach 

numer  telefonu  dziadków  i adres,  pod  jaki  policja  powinna  mnie 

odstawić. 

Spóźnialstwo  jest  u mojej  matki  skłonnością  tak  mocno 

zaawansowaną, że wykracza poza granice wszelkiej przyzwoitości. Staje 

się 

przyczyną 

utraty 

pracy, 

miłości, 

niepotrzebnych 

sesji 

u psychoterapeuty, poza tym sugeruje, że matka żyje we własnym domu, 

osobliwym wymiarze czasu. Spóźniając się – nieważne, jak to tam zwał 

–  matka  jest  niezawodna,  dlatego  na  rodzinne  spotkania  babka 

z przyzwyczajenia  każe  jej  przychodzić  przynajmniej  dwie  godziny 

wcześniej,  a mimo  to  matka  wpada  na  ostatnią  chwilę.  Niemal  się 

spóźnia.  Nie  jestem  tak  praktyczna  jak  babka;  nigdy  nie  mogę  się  do 

tego przyzwyczaić. 

 

O  12.45  pukam  do  drzwi  sypialni.  Matka  wyszła  już  z wanny, 

background image

układa włosy, ale jeszcze nie zrobiła sobie makijażu. Nie ma na sobie nic 

prócz  biustonosza  i majteczek.  Porozrzucane  bluzki  i spódnice 

zakrywają  wszystkie  powierzchnie  zwykle  idealnie  wysprzątanego 

pokoju. 

Buty wypadają z szafy, jakby je zatrzymano podczas próby ucieczki. 

Siedzę w fotelu na biegunach i obserwuję rozwój wypadków. 

–  Dobrze  ci  w tym  –  uspokajam  matkę  po  każdej  zmianie  kreacji, 

ale ona przegląda się w lustrze i kolejny raz wszystko z siebie zdziera. – 

Proszę  –  mówię.  –  Jest  pierwsza.  –  Potem,  po  kilku  następnych 

przymiarkach rzucam: – Pierwsza piętnaście. 

– Jedź – odpowiada. – Ja nie mogę. Nie jestem gotowa. – Siada na 

łóżku, nadal rozebrana. Chowa twarz w dłonie. 

– Sama? – pytam. – Nie chcę. 

– Będziesz musiała. Albo też się spóźnisz. 

–  Po  prostu  wrzuć  coś  na  siebie  –  błagam.  –  Proszę.  Poprowadzę, 

a ty możesz dokończyć makijaż w samochodzie. 

– Nie. – Jedź już. 

Wyruszam  o pierwszej  trzydzieści.  Drętwieję  ze  strachu,  ale  nie 

wiem, czy z powodu spotkania sam  na sam z ojcem, czy dlatego, że się 

spóźnię.  Mknę  autostradą.  W moich  żyłach  płynie  szeroki  strumień 

adrenaliny. Denerwuję się tak bardzo, aż bolą mnie plecy. 

Zatrzymuję  samochód  i biegnę  przez  terminal  od  parkingu  do 

wyjścia.  Ciężko  dyszę.  Mężczyzna  w jasnobrązowym  garniturze  –  nie 

background image

w brązowym – prostuje się powoli przy fontannie, odwraca i zatrzymuje 

na 

mnie 

wzrok. 

Rozpoznajemy 

się 

natychmiast. 

Niedawno 

wymieniliśmy  aktualne  fotografie,  ale  chodzi  jeszcze  o coś  innego: 

jesteśmy do siebie podobni. 

Zbliżając  się  do  mnie,  ojciec  ociera  mokre  usta  wierzchem  wolnej 

dłoni.  W drugiej  trzyma  czarny,  z wyglądu  ciężki  futerał  –  aparat 

fotograficzny, wyjaśnia. 

–  Spóźniłaś  się  –  powiada.  Chociaż  samolot  również  przyleciał  po 

czasie, na ziemi jest już od kilku minut. 

– Wiem – mówię. – Przepraszam. Ale na drodze... 

Kłamię,  aby  usprawiedliwić  matkę,  jeszcze  nagą  w biustonoszu 

i wałkach  na głowie.  Mogłabym  ją zdradzić, wyjaśnić,  ile  ta wizyta dla 

niej  znaczy.  Choćby  tyle,  że  miała  szaleńczy  ranek  przed  lustrem.  Nie 

czynię tego. Chronię ją. Nauczyła mnie tego na własnym przykładzie, na 

przykładzie  maski,  zastrzeżonego  numeru  telefonu.  Nie  mogę  sobie 

przypomnieć  chwili,  kiedy  nie  byłam  świadoma  kruchości  matki.  To 

przecież  część  mojego  przekonania  o jej  nadzwyczajnej  wartości.  Tak 

samo wiem, że tylko najlepsze filiżanki łatwo pękają. 

W  terminalu  wyprowadza  mnie  z tłumu  pasażerów  witających 

członków  swoich  rodzin  i przyjaciół.  Znajduje  wolne  miejsce  przy 

jednym z ogromnych okien, które wychodzą na płytę lotniska. 

– Nie ruszaj się – prosi. – Pozwól mi na siebie popatrzeć. 

Ojciec  przygląda  mi  się  tak,  jak do  tej pory jeszcze  nikt  mi  się nie 

background image

przyglądał.  Pożera  mnie  oczami  –  oczami,  które,  jak  się  w przyszłości 

zorientuję, zwykle są podbiegnięte krwią w taki właśnie sposób. Prawie 

czuję  ich  dotyk.  Ojciec  chwyta  mnie  za  ręce.  Ujmuje  każdą  z osobna, 

odwraca,  wpatruje  się  w dłonie.  W rzeczywistości  wcale  ich  nie  całuje, 

tylko to jego spojrzenie urzeka. 

–  Ojej!  –  mówi.  –  Obróć  się!  –  Czuję  jego  wzrok,  czuję,  jak 

przesuwa  się  po  moim  karku,  plecach  aż  do  stóp.  –  Boże  –  wzdycha, 

kiedy  znowu  jestem  zwrócona  do  niego  twarzą.  –  O Boże.  –  Oczy, 

szkliste  od  łez,  utkwił  w moich  oczach.  –  Twoje  włosy...  –  odzywa  się 

znowu.  –  Są...  są  dłuższe  niż  sobie  wyobrażałem.  Niż  mógłbym  sobie 

wyobrazić. Na zdjęciu, które przysłałaś, sięgają ramion. 

Kiwam głową. Nie odzywam się. Jego oczy pozbawiają  mnie słów, 

zdają się wysysać powietrze z moich ust, tak że z trudem oddycham. 

Mój  ojciec  widzi  dziewczynę  o włosach  blond,  które  sięgają  nie 

tylko  do  pasa,  nie  tylko  do  bioder;  sięgają  do  miejsca,  w którym 

opuszkami  palców dotykałaby  swoich ud, gdyby nie krzyżowała rąk  na 

piersi. Nie jestem już bardzo chuda – w szkole nauczyłam się jeść – ale – 

jak gdyby peszyło mnie to, że dałam się przyłapać na posiadaniu ciała – 

ukrywam tyle, ile się tylko da. 

W milczeniu idziemy odebrać bagaż i czekamy tam, gdzie metalowe 

płyty taśmociągu kolejno znikają jedna pod drugą, a tymczasem strumień 

walizek  mija  zakręt.  Ojciec  sięga  po  swoje  rzeczy  i w  milczeniu 

opuszczamy terminal. 

background image

Na zewnątrz chwyta mnie za rękę. Czuję, że drżą mu palce. 

– Masz coś przeciwko temu? – pyta. 

– Ależ skąd – odpowiadam. Nie cofam dłoni. 

–  Nie  jest  brązowy  –  stwierdzam,  gdy  wsiadamy  do  samochodu. 

Mam na myśli jego garnitur. 

– Ależ jest – mówi. 

– A nie ma żółtawego odcienia albo khaki? 

– Jest brązowy. 

Podróż  z lotniska  do  domu  przebiega  przeważnie  w ciszy.  Nie 

potrafię  zaproponować  tematu  do  rozmowy  i jednocześnie  nie  mam 

odwagi  zrobić  tego,  na  co  mam  największą  ochotę,  to  znaczy  uciec 

w muzykę.  Ojciec  obserwuje  mnie,  odwrócony  bokiem  na  siedzeniu. 

Jego  spojrzenie  powstrzymuje  mnie  przed  sięgnięciem  do  pokrętła 

odtwarzacza  stereo. W czasie jazdy  popełniam  błędy,  jakie  nie  zdarzają 

mi  się  w normalnych  okolicznościach.  Moje  dłonie,  zwilgotniałe  ze 

zdenerwowania,  ślizgają  się  na  kole  kierownicy.  Przecinamy 

skrzyżowanie,  kiedy  sprzęgło  ucieka  mi  spod  stopy,  silnik  gaśnie 

i wstrzymuje ruch w rzędzie samochodów. 

Matka jest w ubraniu, które przygotowała sobie ostatniego wieczoru, 

w czarnych 

spodniach 

i swetrze 

z kremowego 

kaszmiru, 

uwydatniającego  ciemne,  błyszczące  włosy.  Jest  rozradowana,  może  aż 

za bardzo – jak na mój gust śmieje się nieco zbyt przenikliwie. Na piersi 

ma  mały,  cudowny  medal  – promienie światła  wychodzące z otwartych 

background image

dłoni Świętej Dziewicy. Rodzice obejmują się na krótką chwilę, niemal 

wstydliwie.  Całują  się  w zamknięte  usta.  Ich  nienaturalnie  wysunięte 

wargi układają się w małpi grymas. 

 

Bardzo się staramy, aby nam się to udało, to, czyli nas troje razem. 

Siedzimy w salonie i pijemy mrożoną herbatę. 

–  Nareszcie  –  stwierdza  ktoś  –  rodzina.  –  W odniesieniu  do  nas 

odniesienie  to  –  kto  je  wypowiada?  moja  matka?  ojciec?  ja?  – 

z zamierzenia ma ironiczny wydźwięk, ale ból, jaki sprawia, bo oznacza 

przyznanie  się  do  niepowodzenia,  jest  tak  intensywny,  że  potem  długo 

nikt  się  nie  odzywa.  Matka  ucieka  do  kuchni.  Wraca  z półmiskiem 

pełnym  serów,  warzyw  i małych  sandwiczy.  Słowa  układa  równie 

uważnie jak jedzenie. 

Gapimy  się  na  siebie  zafascynowani.  W ciągu  paru  chwil  lata 

obserwacji  rozpadają  się  na  minuty.  Katalogujemy  podobieństwa, 

różnice. Kim jestem? Od szyi w dół repliką matki, ale głowa przypomina 

głowę  ojca.  Kształt  szczęki  jest  echem  zarysu  jego  szczęki,  podobnie 

kości  policzkowe,  uszy,  brwi.  Niebywałe,  ojciec  i ja,  kiedy  mówimy, 

robimy  dokładnie  to  samo  z rękoma.  A przecież  nigdy  nie 

obserwowałam jego gestów ani nie miałam okazji się ich nauczyć. 

Przyglądam się i przysłuchuję, jak rodzice rozpoczynają kłótnię. Nie 

są  w stanie  zrekonstruować  roku,  pory  roku  ani  nawet  tygodnia,  nie 

wdając  się  przy  tym  w spór.  Nieważne,  o czym  rozmawiają  –  o dniu 

background image

ślubu,  moich  narodzinach  –  zawsze  sprawiają  wrażenie,  jakby  żyli 

w dwóch  różnych,  odizolowanych,  nie  powiązanych  rzeczywistościach, 

nie  dopuszczając  żadnych  kompromisów,  bez  próby  znalezienia 

płaszczyzny  porozumienia.  Kiedy  usiłuję  stworzyć  w wyobraźni  obraz 

ich zalotów, muszę składać go po kawałku; choć bardzo się staram, aby 

poszczególne fragmenty do siebie pasowały, i tak zawsze otrzymuję coś 

w rodzaju niekompletnego kolażu – niektóre elementy są zbyt duże, inne 

zbyt małe, a wielu w ogóle brakuje. 

 

Ojciec  fotografuje  matkę  i mnie.  Jako  znakomity  fotograf  amator, 

posiada kilka wielkoobrazkowych aparatów  i osobiście  wywołuje swoje 

prace w ciemni, którą urządził u siebie na terenie parafii. Przyglądam się, 

jak analizuje poszczególne ujęcia i robi zdjęcia matce, ona zaś przygląda 

się identycznemu procesowi z moim udziałem. Chociaż nikt na głos nie 

liczy,  mam  wrażenie,  że  bardzo  się  stara  wykonać  każdej  z nas 

jednakową liczbę fotografii. 

–  A może  teraz  obie  razem?  –  pyta  nagle,  więc  matka  i ja  siadamy 

obok siebie przed kominkiem. 

To  nasze  ostatnie  wspólne  fotografie.  Później  okaże  się,  że  zostały 

prześwietlone; ojciec nigdy  nie zrobi  właściwych  odbitek, dlatego  mam 

jedynie  próbne  egzemplarze.  Mamy  na  nich  pochylone  głowy  i nie 

dotykamy  się.  Z tyłu,  nad  sztucznymi  polanami,  między  naszymi 

ramionami  widać  gazowe  płomienie.  Na  jednym  z ujęć  wydaje  się,  że 

background image

płoną  nasze  ubrania,  a wyraz  cierpienia  na  twarzach  wcale  nie  jest 

uśmiechem,  jak  byśmy  pragnęły,  tylko  pierwszym  grymasem  bólu.  Jak 

gdyby  ojciec  uchwycił  moment,  kiedy  nagle  uświadomiłyśmy  sobie,  że 

zaczął nas trawić ogień. 

 

Przez większą część tygodnia zwiedzamy muzea, ogrody botaniczne 

i inne  turystyczne  atrakcje.  Ciągnie  nas  do  tych  miejsc  cichego 

wypatrywania  i wyczerpujących,  bezładnych  wędrówek,  ponieważ 

gapiąc  się  na  siebie  w niemym  zdumieniu,  w mniejszym  stopniu 

wydajemy  się  i czujemy  dziwolągami.  Jak  się  okazuje,  czas  spędzony 

z dziadkami  zamiast  wzmagać  napięcie,  jest  momentem  wytchnienia, 

rozproszeniem  uwagi.  Kilka  godzin  trwa  miła,  ostrożna  rozmowa 

o polityce, 

uprawianiu 

ogrodu 

i książkach, 

które 

wszyscy 

przeczytaliśmy. 

 

W  domu  matki  opóźniamy  udanie  się  na  spoczynek  możliwie 

najdłużej.  Próbujemy  czerpać  wrażenia  z każdej  chwili.  Ojca  fascynuje 

wszystko,  co  robię  –  obieram  pomarańczę,  sznuruję  buty,  wylewam 

wodę  z konewki  na  suchą  ziemię  w domowych  roślinach.  Rano  wstaję, 

aby  wyszorować  zęby,  on  podąża  za  mną  do  łazienki.  Opiera  się 

o framugę  drzwi  i przygląda  się,  jak  z tuby  wyciskam  pastę.  Jego 

badanie  ekscytuje  mnie  i zarazem  wyczerpuje.  Jak  wytłumaczyć,  że 

wszyscy uważają mnie za osobę tak interesującą? 

background image

– Zawsze używasz tej marki? – pyta. – Cresta? 

Potakuję. Zauważamy głośno, że moje zęby w kształcie i kolorze są 

takie same. 

– Zawsze nosisz bransoletki? – pyta. 

– Nie – odpowiadam. 

Teraz on potakuje. 

Też mnie urzeka. Właściwie nie wiedziałam wcześniej, jaki jest mój 

ojciec,  a objawienie  okazuje  się  z natury  kuszące.  Zjawia  się  także 

fascynacja  podobieństwem,  tym,  że  przypominamy  siebie  w sposób, 

który wykracza poza fizyczne analogie. 

– Chodzisz jak  twój  ojciec – mawiała do mnie matka, kiedy byłam 

młodsza.  –  Spostrzegłam  to,  jak  tylko  stanęłaś  i postawiłaś  jedną  nogę 

przed drugą. 

– Nie rozumiem – odpowiadałam. – W jaki sposób? 

– Nie potrafię tego wyjaśnić – mawiała. 

I  nawet nie próbowała.  Czasem  mówiła tęsknie, ale  zwykle nie był 

to  komplement.  Wiele  z cech  tego  rodzaju  babka  i matka  zdają  się 

traktować jako obcy element – na przykład zamiłowanie do książek albo 

beznadziejny  brak  zainteresowania  modą  i tym,  co  one  uważają  za 

przyjemności:  robienie  manikiuru,  pielęgnowanie  twarzy,  wychodzenie 

na  podwieczorek  do  herbaciarni.  Czyniły  za  to  odpowiedzialną  drugą, 

rogatą  połowę  moich  genów.  Zdumiewa  mnie  odkrycie,  że  osąd,  który 

poprzednio  wydawał  mi  się  powierzchowny,  okazuje  się  bardzo  trafny. 

background image

Ojciec nie tylko jest ze mną spokrewniony, on wydaje się znajomy jak ja 

sama sobie. Teraz skłonność do uporu, marszowy chód i sposób, w jaki 

marszczę brwi – wszystkie tego rodzaju szczegóły – nie są świadectwem 

oddalenia, lecz przynależności. 

 

„Piękny  jest  ten,  kto  czyni  pięknie”.  Dziadek  powtarzał  te  słowa 

przez  całe  moje  życie,  kiedy  więc  robiłam  coś  złego,  od  razu 

wiedziałam, że jestem paskudna. 

W  dniu  moich  urodzin  dziadek  miał  siedemdziesiąt  jeden  lat.  Jako 

małe  dziecko  często  znajdowałam  się  pod  jego  opieką.  Wysoki, 

niezwykle energiczny mężczyzna, uprawiał ogród, pływał, odwoził mnie 

do szkoły i pomagał w odrabianiu lekcji. 

To  właśnie  dziadek  nauczył  mnie  jeździć  na  rowerze.  W kieszeni 

koszuli  trzymał  karteczki  i na  niby  wypisywał  mandaty,  kiedy  zbyt 

szybko  jechałam  na  podjazd  albo  wpadłam  na  rabatę.  Aby  z powrotem 

wkraść  się  w jego  łaski,  za  karę  musiałam  wykonać  jakieś  zadanie.  Tej 

gry w niby-przestępstwa i niby-kary nigdy nie miałam dosyć. 

Byłam chłopczycą; dziadka nie odstępowałam, plątałam mu się pod 

nogami  tak  często,  że  moje  pierwsze  przezwisko  brzmiało  „Cień”  jak 

w tytule  Ja  i mój... Gwizdał fragmenty  z wodewilów, ilekroć słyszał,  że 

nadchodzę.  Ponieważ  w domu  nikt  nie  miał  więcej  cierpliwości  niż  on, 

w porze  zasypiania  matka  i babka  oddawały  mnie  pod  jego  opiekę 

i czasem musiał śpiewać nawet kilka godzin, póki nie zasnęłam. 

background image

Przyjaźń ta trwała ku naszej obopólnej radości... 

–  Och,  dzięki  tobie  zachowuje  młodość!  Zachowuje  młodość!  – 

powiadali  jego  pomarszczeni  przyjaciele,  szczypiąc  mnie  lekko  w ucho 

albo policzek. Ale nagle wszystko się zmieniło, kiedy weszłam w okres 

dojrzewania. 

–  Teraz  jesteś  na  to  zbyt  duża  –  mawiał  dziadek  i spychał  mnie 

z kolan.  Gdy  mnie  obejmował,  nie  dopuszczał,  aby  nasze  ciała  się 

dotykały.  Dotyczyło  to  zwłaszcza  moich  piersi  i bioder.  Domyślam  się, 

że  coś  podobnego  musiało  się  przydarzyć  mojej  matce,  gdy  skończyła 

dwanaście  albo  trzynaście  lat;  jej  ciało  zaczęło  wysyłać  sygnały 

świadczące  o nabywaniu  seksualności  i dlatego  stało  się  niedotykalne. 

I że  to  odrzucenie na granicy dzielącej dzieciństwo  i kobiecość  musiało 

jej sprawiać przykrość tak samo jak mnie. 

Urodzony  w 1890  roku  dziadek  wyznawał  iście  wiktoriańskie 

zasady.  Dorastał  w domach, w których nawet  zaokrąglone stołowe nogi 

nie wyglądały nigdy spod obrusu. Z pewnością był przewrażliwiony, gdy 

w grę wchodziło to, co nazwałby naszą zwierzęcą naturą. Babka potrafi 

drwić z jego pruderii, bo wiktoriański mores jest dla niej niczym język, 

którym  umie  się  posługiwać,  lecz  woli  tego  nie  robić.  Wypowiada 

lekceważące  aluzje  odnoszące  się  do  konsekwentnych  objawów 

niewinności  dziadka,  a kiedy  on  wyłącza  telewizor,  ponieważ  reklama 

środków  higieny  intymnej  dla  kobiet  przerwała  mu  oglądanie 

wiadomości,  ze  wstrętem  odrzuca  czasopismo,  które  do  tej  pory 

background image

przeglądała. 

–  Dobry  Boże!  –  woła.  –  Zamierzasz  odejść  z tego  świata 

w przekonaniu, że sprowadził cię nań bocian! 

Cokolwiek  pociąga  mnie  w ojcu,  musi  choć  częściowo  znajdować 

wyjaśnienie  w ogromnej  różnicy,  z jaką  on  i dziadek  odnoszą  się  do 

mojej  kobiecości.  Jako  pięcioletnie  albo  dziesięcioletnie  dziecko, 

najszczęśliwsze przy  boku dziadka,  który na przykład szczepił drzewko 

owocowe  albo  przybijał  poprzeczkę  do  karmnika,  nie  byłam  w stanie 

ściągnąć  na  siebie  uwagi  ojca.  W czasie  dwóch  poprzednich  krótkich 

wizyt spoglądał na mnie tylko przelotnie, gdy podążał wzrokiem za moją 

matką.  Za  to  teraz,  kiedy  jestem  dorosła,  moje  paznokcie  nie  są  już 

nierówne  i czarne  od  ogrodowej  ziemi,  włosy  nie  są  krótko 

przystrzyżone,  tylko  długie,  i zaokrągliły  się  dawniej  płaskie  piersi  – 

oczy  ojca  nieruchomieją  na  mnie.  Kiedy  odrywa  wzrok,  robi  to 

najwyraźniej  niechętnie.  Taki  rodzaj  zaślepienia  musi  otumaniać, 

zwłaszcza  dziewczynę  wyćwiczoną  w skromności,  nauczoną,  że  cnota 

skłania bardziej do przypisywania sobie brzydoty niż urody. 

 

Pewnego  popołudnia  po  powrocie  z galerii  głęboko  zasypiam, 

siedząc obok ojca na kanapie. Mija godzina, dwie, sama nie wiem, moja 

głowa  niczym  główka  niemowlęcia  spoczywa  w krzywiźnie  jego  stawu 

łokciowego. Podrywam się przestraszona. 

– Przepraszam! – rzucam. – Byłam bardzo zmęczona. 

background image

– Och, nie! –  powiada ojciec.  – Proszę, nie  usprawiedliwiaj  się! Ja 

wcale tego nie żałuję. – Patrzy na mnie swoimi wygłodniałymi oczyma. 

–  Ramię  mi  zdrętwiało  –  ciągnie.  –  Musiałem  iść  do  toalety,  ale  nie 

śmiałem  się  poruszyć.  Gdyby  to  zależało  ode  mnie,  siedziałbym 

i trzymał cię bez przerwy, nigdy bym cię nie obudził. Nie wolno mi było 

ciebie trzymać – dodaje. – Wcale. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek było 

inaczej.  Postępowali  ściśle  według  planu,  który  był  święty  i absolutny. 

Nie  tolerowali  żadnych  wyjątków.  Karmili  cię,  zmieniali  pieluchy, 

odkładali do łóżeczka. Jeśli płakałaś, nikt nie miał prawa cię podnieść. – 

Chodziło  mu  o niańkę,  matkę  i babkę.  –  Nie  pozwolili  mi  nawet  się 

z tobą pożegnać. – Ujmuje mnie pod brodę i odwraca twarzą do siebie. 

Matka  go  obserwuje.  W pewnym  momencie  otwiera  usta,  jakby 

chciała  coś  powiedzieć,  ale  zaraz  je  zamyka.  Kiedy  ojciec  mówi,  łzy 

wypełniają  żłobienia  kurzych  łapek  w kącikach  jego  oczu.  Nie  tyle 

spływają, ile wpadają w błyszczącą sieć linii pokrywających jego twarz, 

wyżłobionych przez słońce, śmiech  i smutek.  Dotychczas  jeszcze nigdy 

nie widziałam, aby mężczyzna płakał. 

 

Oczy  mojego  ojca:  jakie są?  Doskonale  znam ich barwę – jest taka 

sama  jak  u mnie  albo  u matki.  Tylko  płoną  inaczej  niż  wszystkie  inne 

oczy,  które  widziałam  i wcześniej,  i później.  Płoną  jak  oczy  proroka, 

szaleńca,  kochanka.  Zawsze  błyszczące,  nabiegłe  krwią,  zawsze 

w absolutnym skupieniu zwrócone w moją stronę. Inteligentne, radosne, 

background image

połyskujące, nawiedzone, roziskrzone, urzekające. 

Tego  jeszcze  nie  wiem,  nie  dopuszczam  tej  myśli,  ale  czuję  to: 

ojciec,  jakże  spokojny,  jakże  intensywnie  we  mnie  wpatrzony,  zaczyna 

powoływać mnie do istnienia. Ofiarowuje mi mnie samą. W jego oczach 

odbija  się  życie,  którego  nie  mogłam  dojrzeć  w uparcie  zamkniętych 

oczach matki. Patrzę na niego, podczas gdy on patrzy na mnie, i w jednej 

chwili zakochuję się rozpaczliwie i bez pamięci. Tej miłości nie sposób 

oddzielić od przejmującego poczucia straty. Gdziekolwiek jestem sama – 

w sypialni,  w łazience  –  płaczę,  czasem  osuwam  się  nawet  na  kolana. 

Jak  sobie  poradzić  z tą  nową  rozpaczą?  Jakże  tak  może  być,  że  mam 

dwadzieścia  lat, dorosłam  bez  ojca,  a teraz nagle spotykam  go,  gdy  jest 

za późno, gdy dzieciństwo bezpowrotnie przeminęło? 

 

Ostatniej  nocy,  którą  spędza  z nami  ojciec,  budzę  się  po  dwóch 

godzinach snu. Siadam na łóżku i sięgam po zegarek leżący na nocnym 

stoliku.  Za  dziesięć  trzecia.  W gardle  coś  mnie  drapie,  jakby  zaczynało 

się  przeziębienie.  Schodzę  po  szklankę  soku  pomarańczowego. 

Poruszam się ostrożnie, aby nie zakłócić ojcu snu w jego pokoju. Gruby 

dywan  na  schodach  tłumi  odgłos  moich  kroków.  Kiedy  mijam  otwarte 

drzwi gabinetu, widzę, że rozkładana sofa jest pusta, ojca na niej nie ma. 

Zapalam światło w salonie, aby się upewnić, czy nie śpi na kanapie, ale 

teraz już wiem, gdzie jest: w łóżku mojej matki. 

Wracam  do  schodów  i siadam  na  stopniu,  aby  wszystko  spokojnie 

background image

rozważyć  – ich niewierność wobec jego obecnej żony i ufnego  partnera 

matki.  Czy  rodzice  uważają  łączące  ich  więzi  za  absolutnie  pierwotne, 

nie  podlegające  dyktatowi  zasad,  którymi  kieruje  się  większość 

przeciętnych ludzi? Może są przekonani, że dopóki sypiają tylko z sobą, 

to zachowują wierność, a dopiero inne romanse oznaczają zdradę. Sama 

i samotna  po  drugiej  stronie  drzwi  do  sypialni  mojej  matki  odczuwam 

zazdrość.  Odkrywam,  że  na  myśl  o rodzicach  odbywających  stosunek 

seksualny  reaguję  z nadmierną  wrażliwością.  Fascynuje  mnie  to 

i zarazem odpycha. 

Kiedy  zapalam  światło  w kuchni,  na  blacie  dostrzegam  karalucha. 

Nie  zabijam  go.  Delikatnie,  nie  zbliżając  się  zanadto,  umieszczam  nad 

nim odwróconą szklankę i pozostawiam  problem do rozwiązania matce. 

Nie cierpię insektów, a karaluchów zawsze bałam się szczególnie. 

Kiedy  piję  sok,  widzę,  że  owad  krąży  pod  szkłem,  unosząc  się  od 

czasu  do  czasu  na  tylnych  odnóżach,  aby  dotknąć  czystej  i gładkiej 

powierzchni zapory przednimi nóżkami i długimi czółkami. Przyglądam 

się, jak niespokojnie szuka przerwy, maleńkiej rysy, zagłębienia w szkle, 

słowem  nadziei  na  wspinaczkę,  wydostanie  się,  ucieczkę.  Ale  w szkle 

nie ma niczego, co mogłoby spełnić tę rolę. 

Następnego  dnia,  kiedy  matka  bierze  prysznic,  ojciec  opowiada 

o wydarzeniach ostatniej nocy. 

–  Słyszałem  cię  –  powiada.  –  Słyszałem,  jak  schodziłaś  po 

schodach.  –  Pochyla  się  dyskretnie nad  kuchennym  stołem.  –  Zrobiłem 

background image

to, bo musiałem – mówi. – Poprosiła mnie. 

Nic nie odpowiadam, ale oboje wiemy, o czym mowa. 

Nie  opisuje  ich  aktu  miłosnego  jako  czegoś  świętego,  co  byłoby 

zgodne  z moimi  wyobrażeniami,  lecz  jako  niosący  pociechę  uczynek. 

Odpowiada na pytanie, którego w ogóle nie wypowiadam. 

– Nie zrobiłem tego dlatego, że chciałem – dodaje. 

Upokorzona  ze  względu  na  matkę  i wstrząśnięta,  że  zdradził  ją 

właśnie w taki sposób, nie patrzę na niego, tylko na talerz. 

 

Kiedy  nadchodzi  czas  odwiezienia  ojca  na  lotnisko,  matka  znowu 

nie może się ruszyć. Boli ją głowa. 

Jest  przybita  i zniechęcona.  Ta  wizyta,  jak  wszystkie  poprzednie, 

przekonała  ją,  że  straciła  lata  na  nieodpowiednich  mężczyzn,  na 

nieodpowiednie życie. 

–  Odwieź  go  –  mówi.  Zdaje  się,  że  i tak  bardziej  zależy  mu  na 

twoim towarzystwie. 

Jak  podczas  poprzedniej  rozmowy  o wyjeździe  na  lotnisko 

w odpowiednim  czasie,  kołyszę  się  w tym  samym  fotelu  na  biegunach, 

ona  zaś  siedzi  na  łóżku  z twarzą  ukrytą  w dłoniach.  Patrzę  na  nią  i nie 

jestem  w stanie  wymyślić  słów,  które  mogłabym  przerzucić  nad 

przepaścią pomiędzy nami. 

–  W porządku  –  rzucam  w końcu  i całuję  ją  w policzek  pod 

przymkniętymi powiekami. – Pojadę sama. Możesz zostać. 

background image

Kiedy oświadczam ojcu, że matka nie jedzie, uśmiecha się. 

– Och znakomicie – mówi. – Cieszę się, że będę cię miał dla siebie 

odrobinę dłużej. – Podnosi bagaże. 

–  Może  powinieneś  pójść  na  górę  i pożegnać  się  –  odpowiadam, 

zdumiona  jego  bezdusznością,  sposobem, w jaki  zdaje się traktować  jej 

uczucia,  skoro  wystarczyło  tak  niewiele  jak  jedno  jego  spojrzenie,  aby 

śmiertelnie ją urazić. 

 

Na  lotnisku  odkłada  aparat  fotograficzny,  bo  chce  mnie  objąć 

oburącz. 

– Kocham cię – oświadcza. – Boże, kocham. Raz cię straciłem, lecz 

teraz  mam  cię  z powrotem  i już  nigdy  nie  pozwolę  ci  odejść.  – 

Wypowiada te słowa i mocno mnie trzyma, bardzo mocno. 

Jakże  on  jest  prawdziwy  i rzeczywisty.  Ojciec.  Mój  ojciec.  Słowo 

stało się ciałem. 

–  Nie  wiesz,  jak  bardzo  cierpiałem,  kiedy  kazali  mi  odejść.  Nie 

jesteś w stanie sobie wyobrazić, co czułem, tracąc ciebie. – Ujmuje moją 

twarz w dłonie i całuje mnie w czoło, w oczy. – Jak to się stało, że moja 

córka jest tak piękna? – mruczy. – Kiedy na ciebie patrzę, zastanawiam 

się, czy ja przypadkiem również nie jestem przystojny. 

Ojciec  wie,  że  dobrze  wygląda.  Ma  nadwagę,  muszę  się  wysilać, 

żeby go otoczyć ramionami, ale jego rysy – mocno zarysowana szczęka, 

wysoko  położone  kości  policzkowe  i długi  nos  –  wyglądają 

background image

wystarczająco  dobrze,  aby  zrekompensować  ów  naddatek.  Uśmiecham 

się,  ale  nie  odwzajemniam  komplementu,  do  czego  próbuje  mnie 

sprowokować. Patrzymy na siebie. Każde z nas w twarzy drugiego szuka 

siebie. 

– Co się teraz zdarzy? – pytam i wymieniamy obietnice, że wkrótce 

znowu będziemy razem. – Może latem – sugeruję. – Nie – odpowiada. – 

Wcześniej. Znacznie wcześniej. 

Trzymając mnie pod brodę, przyciąga moją twarz do swojej. Dotyka 

ustami moich ust. Sztywnieję. 

Widziałam  to  już  wcześniej:  ojców  całujących  swoje  córki  w usta. 

Przyjaciel  mojego  ojca  przez  lata  całował  córkę  w ten  sposób,  a ja  się 

temu przyglądałam, nie mogąc oderwać oczu, poruszona tym widokiem. 

W mojej rodzinie takie pocałunki uważane są za tak samo wulgarne jak 

publiczne spluwanie albo nieumycie rąk po skorzystaniu z toalety. Takie 

zachowanie  moja  babka  uznałaby  za  świadectwo  braku  odpowiedniego 

wychowania.  Potrafiłaby  usprawiedliwić  tego  rodzaju  pocałunki,  gdyby 

chodziło  o osobę  wychowaną  w jakiejś  egzotycznej,  zacofanej  kulturze, 

nigdy zaś o przyzwoitego Amerykanina. 

Przez  system  nagłaśniający  obsługa  lotniska  po  raz  ostatni  wzywa 

pasażerów  do  zajęcia  miejsc  w samolocie.  Kiedy  próbuję  się  odsunąć, 

czując opór dłoni z tyłu mojej głowy – jakże mocno ojciec trzyma mnie 

przy sobie – pocałunek się zmienia. Już nie jest niewinny, już nie stykają 

się zamknięte wargi. 

background image

Ojciec  wsuwa  język  głęboko  w moje  usta:  wilgotny,  natrętny, 

badawczy,  następnie  wstrzemięźliwy.  Podnosi  futerał  z aparatem 

i uśmiechając się pogodnie, dołącza do ostatnich pasażerów znikających 

w samolocie. 

Ja  długo  stoję  z dłonią  przy  ustach,  gdy  tymczasem  ocierają  się 

o mnie  obcy  ludzie?  Samolot  zaczyna  kołować,  zanim  się  poruszam. 

Przez  grubą  taflę  szkła  przyglądam  się,  jak  startuje,  potężną  siłą  ciągu 

unosi prosto w chmury swój ciężki, lśniący brzuch. 

Przeraża mnie ten pocałunek. Jest czymś złym, a jego niestosowność 

przesądza o tym, że musi pozostać tajemnicą. 

 

W  przyszłości  będę  myślała  o tym  pocałunku  jako  o czymś 

w rodzaju  przeobrażającego  mnie  ukłucia,  na  przykład  skorpiona,  po 

którym  jad  zaczyna  się  przemieszczać  z ust  do  mózgu.  Pocałunek 

stanowi  moment,  w którym  zaczynam,  powoli,  lecz  nieuchronnie, 

zapadać  w sen,  stopniowo  tracić  wolę,  drętwieć.  Ojciec  zaaplikował  mi 

narkotyk, aby mógł się mną sycić. Abym może sama tego pragnęła. 

 

Trasa  z domu  mojej  matki  do  szkoły  bynajmniej  nie  obfituje 

w wizualne  atrakcje.  Wygląda  jak  prosta  ścieżka  przecinająca  płaską, 

jałową  krainę.  Autostrada  jest  tak  stara,  że  asfalt  przybrał  odcień 

wyblakłej  szarości.  Pęknięcia  giną  pod  czarnymi  nitkami  smoły.  To 

droga, na  której nie widzę „znikającego punktu”  – nawet  kiedy nie jest 

background image

gorąco. Miraż wody mieni się na jej końcu. 

W  samochodzie  rozbrzmiewa  muzyka  z albumu  Rolling  Stonesów, 

ciągle od początku i tak samo głośno jak poprzednio. Poza tym wszystko 

jest  teraz  inne  za  sprawą  pocałunku.  Moje  myśli  obsesyjnie  do  niego 

wracają, lecz nigdy się na nim nie zatrzymują. 

Jeden  pocałunek.  Krótki,  pozornie  dyskretny,  izolowany  w czasie 

moment. A mimo to, paradoksalnie, pocałunek stał się olbrzymi. Jest jak 

potężna,  błyszcząca  ściana  pomiędzy  mną  i wszystkim  wokoło, 

powierzchnia bez żadnej rysy,  bez  żadnej wskazówki, która by ułatwiła 

zrozumienie. Na wskroś i za nią widzę życie, które dawniej wiodłam, ale 

w jakiś niepojęty sposób pocałunek mnie od niego odseparował. 

Nie  potrafię  się  pozbyć  wizji  karalucha,  którego  uwięziłam  pod 

szklanką.  Widzę,  jak  krąży  dookoła  najpierw  powoli,  potem  coraz 

szybciej i szybciej. 

 

W  szkole  o oznaczonej  godzinie  studenci,  których  nazwisko 

rozpoczyna się na tę samą literę co moje, mają się zapisywać na zajęcia. 

Nie robię tego. Potem przypada dodatkowy termin, na koniec zaś termin 

ostateczny, z którym jest już związana konieczność wniesienia specjalnej 

opłaty karnej. Opuszczam oba. 

Trzy  młode  kobiety,  z którymi  mieszkam,  nieustannie  wchodzą 

i wychodzą,  kręcą  się  w kółko,  zapisują  na  wykłady,  kupują  książki, 

nawiązują  kontakty  z dawnymi  przyjaciółmi,  poprawiają  oceny 

background image

z egzaminów i prac semestralnych. 

Siedzę  w saloniku  na  krześle  z żelaznym  winylowym  obiciem  i nie 

robię nic, czym powinnam się zajmować jako studentka. 

– Co się z tobą dzieje? – pytają mnie koleżanki z akademika. – Stało 

się  coś  złego?  –  Bywało,  że  już  wcześniej  zachowywałam  się  dość 

osobliwie, z całą pewnością, ale nie zdarzyło się, bym po prostu siedziała 

bezczynnie.  Moje  ekscesy,  historycznie  rzecz  ujmując,  można  określić 

jako różnorodne formy wydatkowania energii. 

– Nic mi nie jest – zapewniam je. – Wszystko jest w jak najlepszym 

porządku. 

W  końcu  przestają  zadawać  pytania.  Zielone  krzesło  przy  ścianie 

jest miejscem, gdzie spędzam większą część dwóch tygodni, noce i dnie. 

Śpię wyprostowana, trzymając się za podkurczone kolana. W ciągu dnia 

na  udach  mam  rozłożoną  książkę.  Jeśli  ktoś  tędy  przechodzi  –  teraz, 

kiedy  urządziłam  sobie  bliżej  nieokreślone,  nieruchome  czuwanie,  nikt 

nie  jest  skłonny  zawitać  tu  na  dłużej  –  udaję,  choć  nie  zawsze,  że 

czytam. 

Kiedy  mija  tydzień  od  terminu  ostatniej  rejestracji,  otrzymuję  list 

z biura  nadzoru  studiów.  Mam  się  stawić  na  spotkanie.  Zostanie 

omówiona moja sytuacja. 

–  Co  się  dzieje?  –  ciągle  pyta  mój  chłopak,  wyrażający  swój 

niepokój  bardziej  stanowczo  niż  koleżanki,  z którymi  mieszkam.  –  Co 

się wydarzyło podczas wakacji? 

background image

Opowiadam  o zewnętrznej  stronie  wizyty.  Rekonstruuję  ją  aż  do 

pamiętnego  pocałunku.  Mówię  o tym,  jak  się  czuję  skrzywdzona,  bo 

utraciłam  coś,  czego  nie  sposób  odzyskać:  dwadzieścia  lat  bez  ojca, 

którego,  jak  się  okazało,  kocham  i który  zdaje  się  tę  miłość 

odwzajemniać. 

Mój  chłopak  stracił  ojca,  dlatego  zdaje  się  być  nie  tylko 

współczującym  słuchaczem;  nie  tylko  rozumie,  ale  cierpi  wspólnie  ze 

mną, a to mnie zachęca, aby powiedzieć mu to, czego nie powiedziałam 

nikomu innemu. 

–  Coś  dziwnego  wydarzyło  się  na  lotnisku  –  mówię.  Siedzimy 

w jego samochodzie, zaparkowanym na podjeździe małego domku, który 

wynajmuje poza kampusem. – Przynajmniej tak sobie myślę. A może to 

wcale nie było dziwne – kończę z nadzieją. 

– Co? – pyta. 

– Hm, to było tak: ojciec żegnał się ze mną. Oboje się żegnaliśmy na 

lotnisku.  I wtedy...  wiesz...  Kiedy  mnie  całował,  coś  jakby,  no,  wsunął 

mi język do ust. Uważasz, że to dziwne? 

– Do  jasnej cholery,  chyba  żartujesz!  –  krzyczy. –  Nie, nie wierzę! 

Tak, oczywiście: to jest dziwne! Jest! Jest złe! Powiedziałaś matce? 

Potrząsam głową. Chowam twarz w dłonie. 

Oburzenie mojego chłopaka zachęca mnie do zachowywania jeszcze 

większej  tajemnicy.  Uświadamiam  sobie,  że  prawdą  jest  to,  co  czułam 

w samochodzie,  wracając  do  szkoły  –  że  ten  pocałunek  odseparował 

background image

mnie od wszystkiego. To nie zarozumiałość ani żadna tam dramatyczna 

nadinterpretacja. Jeśli zaś chodzi o matkę, akurat ona jest ostatnią osobą, 

której 

powiedziałabym 

o pocałunku. 

Najprawdopodobniej 

zareagowałaby  histerycznie  albo  wręcz  gwałtownie.  Pewnie  zadbałaby 

o to, abym go już nigdy więcej nie zobaczyła. A ja przecież nie mogę się 

z nim  nie  spotykać.  Gdy  wtedy  odwrócił  się  i odszedł,  moje  obawy 

związane  z pocałunkiem  rozwiały  się,  w momencie,  w którym  przyszła 

mi  do  głowy  pierwsza  myśl:  kiedy?  Kiedy  go  znowu  zobaczę?  Kiedy 

będziemy  razem?  Dzwoni  codziennie  –  dzwonek  telefonu  natychmiast 

podrywa mnie z zielonego krzesła, choć nie są w stanie tego uczynić ani 

zapisy,  ani  wykłady,  ani  też  moje  przyjaciółki  –  i ciągle  od  nowa 

stawiamy sobie identyczne pytanie: kiedy? 

Odsłaniam twarz. 

–  Pomyliłam  się  –  mówię  mojemu  chłopcu.  –  Za  bardzo  wszystko 

wyolbrzymiłam. Źle opisałam. Właściwie to tak nie było. Może zrobił to 

przez  przypadek.  –  Po  troszeczku,  odrobinka  po  odrobince  pracuję  nad 

zatarciem prawdy. 

Zaniepokojony  bardzo  mi  w tym  pomaga.  Razem  zapominamy 

o moim  zwierzeniu,  chociaż  ściśle  rzecz  ujmując,  ja  pracuję  nad 

zapomnieniem tego, co ojciec zrobił. To tak samo łatwe, jak łatwe może 

być wyparcie się. Nie myśl o tym, mówię sobie, i nie myślę, ale to zdaje 

się wymagać ogromnej siły woli. 

 

background image

Brakuje  mi  zapału  do  wszystkiego.  Jestem  w jakimś  szoku; 

świadczy  o tym  zimne,  nieprzyjemne  odrętwienie  –  odczucie,  które 

poznałam  przed  kilku  laty,  gdy  jechałam  na  rowerze  i potrącił  mnie 

samochód. Ułożenie  ciała na  zielonym krześle, kolana  przyciągnięte  do 

piersi;  odpowiadanie  na  pytania  innych  tylko  w myślach,  bo  nie  jestem 

w stanie  nadać  brzmienia  słowom,  które  słyszę  w głowie  –  takie 

symptomy  miałam  także  wtedy,  gdy  leżałam  na  ulicy  i nawet  do 

sanitariusza nie mogłam się odezwać. Tylko że teraz przyczyna wstrząsu 

jest  inna;  zaczynam  się  jej  dopatrywać  w jednoczesnym  odnalezieniu 

i utracie  ojca;  jestem  rozżalona,  ponieważ  zaprzepaściliśmy  wszystkie 

tamte  lata, ponieważ  to  niesprawiedliwe,  że  wraca do mnie,  gdy  jest za 

późno,  bo  już  całkowicie  dojrzałam.  Nie  pozwalam  sobie  sądzić,  że 

choćby  część  moich  uczuć  jest  reakcją  na  pocałunek.  W ciągu  tych 

dwóch  tygodni,  skulona  na  zielonym  krześle  i przykryta  starym, 

niebieskim  pledem,  sama  staję  się  jedną  z osób,  której  za  nic  nie 

opowiedziałabym o ojcu, który wsuwa mi język do ust. 

 

Istnieje  pewne  rozwiązanie  proponowane  studentom,  którzy  nagle 

odkrywają,  że  nie  chcą  być  studentami.  Nie  mówi  się  o porzuceniu 

studiów,  lecz  o ich  przerwaniu.  Jeśli  zdążę  się  zapisać  na  zajęcia  przed 

upływem  pełnego  roku  akademickiego,  mogę  dokonać  immatrykulacji 

bez potrzeby ponownego starania się o przyjęcie. 

– Dlaczego chcesz  to  zrobić? – pyta  mnie  prawnik z biura  nadzoru 

background image

studiów.  Rozmawialiśmy  już  wcześniej,  kiedy  pod  koniec  pierwszego 

semestru  na  pierwszym  roku  w wyniku  błędu  komputera  zaginęły 

wszystkie moje oceny. Jako studentka z zewnątrz, nie miałam pojęcia, że 

razem  ze  zwykłą  korespondencją  nie  otrzymuję  różowej  kartki  ze 

stopniami  –  nie  mogło  mi  brakować  czegoś,  o czym  w ogóle  nie 

wiedziałam  –  i byłam  wstrząśnięta,  kiedy  mój  przypadek  został 

określony jako „bardzo niepokojący”. Przecież nie dlatego, że opuściłam 

zaledwie  jeden  albo  dwa  wykłady.  Chodziło  o to,  że  podczas  całego 

pierwszego  semestru  w ogóle  nie  odnotowano  ani  jednej  mojej  oceny. 

Jako  prymuska  w szkole  średniej,  dziecko,  które  regularnie  dostawało 

torsji  ze  zdenerwowania  przed  egzaminem  z łaciny,  ambitna  studentka, 

która  w pierwszym  tygodniu  po  przybyciu  do  college'u  specjalnie 

zwróciła się do dziekana, aby zgodził się na niezwykle duże obciążenie 

zajęciami,  musiałam  się  rozpłakać.  Spędziłam  godzinę  w tym  samym 

biurze,  nim  błąd  komputerowy  został  wychwycony  i poproszono 

wykładowców o podanie moich ocen. 

–  Mam  pewne  problemy  rodzinne  – powiadam.  –  Muszę  wszystko 

przemyśleć. Potrzebuję trochę czasu. – Zapewne sobie przypomniał, jak 

trudno  było  zatamować  tamte  pierwsze  łzy,  bo  szybko  zakończył 

wywiad. 

– Tak, tak, naturalnie – rzuca pospiesznie. – Wypełnię tylko papiery. 

Uniwersytet  zwraca  mi  czesne  oraz  opłaty  za  utrzymanie  po 

potrąceniu  sumy  należnej  za  dwa  stracone  tygodnie.  Już  nie  jestem 

background image

w szeregach  studentów  i nie  mogę  zostać  w akademiku.  I choć  jestem 

bliska paraliżu, muszę się wyprowadzić. 

 

Odzyskane pieniądze przeznaczam na wynajęcie pokoju w suterenie, 

izby  z małym  oknem,  umieszczonym  jakby  na  siłę  pod  niskim  sufitem, 

i rurami  kanalizacyjnymi,  splątanymi  niczym  wnętrzności  nad  moją 

głową.  Rury  pocą  się  i ociekają,  wypełniając  ciemną  przestrzeń 

macicznym  ciepłem.  Suterena,  labirynt  zawilgoconych,  wyłożonych 

linoleum pomieszczeń, jest częścią starego majątku, zajętego obecnie na 

kampus.  Znajduje  się  w pobliżu  budynków,  w których  mieszczą  się 

instytucje  służące  wszystkim  studentom:  księgarń,  banku,  poczty.  Za 

oknami stopy poruszają się to żywo, to wolno. 

Z  mojego  pokoju  w ogóle  nie  widać  nieba.  Niczego  nie  mogę 

dostrzec przez drzewa rosnące na tylnym dziedzińcu. Właśnie na wiosnę 

insekty atakują dęby w kampusie; a jajeczka ciem wypełniają srebrzyste, 

połyskujące mieszki, które zwisają z gałęzi za moimi oknami. Zabłąkane 

pasma  jedwabiu  skręcają  się  na  wietrze.  Przyglądam  się  im,  siedząc  na 

brzegu łóżka. 

Ojciec  w dalszym  ciągu  dzwoni  do  mnie  każdego  dnia.  Dzwoni 

z biura,  odczekawszy,  aż  reszta  personelu  rozejdzie  się  do  domów.  Za 

każdym  razem  rozmawiamy  po  kilka  godzin:  tym  zalotom  sprzyja 

paradoksalna intymność telefonicznego kontaktu, zachęta, by powiedzieć 

cokolwiek, by zdobyć się na odwagę, na większą namiętność, beztroskę. 

background image

Chyba nie byłoby nas na to stać, gdybyśmy się spotykali twarzą w twarz. 

Rozmawiamy  o miłości,  posługując  się  słowami,  jakimi  zazwyczaj 

posługuje  się  większość  ludzi;  ale  ojciec  i ja  mamy  coś  bardziej 

absorbującego niż samą miłość: Ją. Przedmiot miłości. Moją matkę. Jego 

żonę. 

Zamykamy  się  w granicach  wzajemnego  współczucia,  które  mogą 

odczuwać  jedynie  dwie  osoby  odtrącone  przez  tę  samą  kobietę. 

Trzymamy  się  razem  dzięki  niej,  przez  nasze  niewolnicze  oddanie 

i przez złośliwość – dzięki osobie, której nie zdołaliśmy ani poznać, ani 

posiąść.  Jest  bardziej  fascynująca  niż  my  oboje,  bo  zawsze  się  nam 

wymyka. Jest  tajemnicza, podczas gdy my – jedynie zbyt chętni, by się 

obnażyć. 

 

Za pomocą słów ojciec i ja otwieramy organy miłości. Orientujemy 

się,  skąd  płynie  nasza  krew,  jak  szybko,  jak  bardzo  gęsta  i czerwona. 

Fascynuje nas umiejętność przyjmowania bólu. To także kochamy: nasze 

cierpienie,  udrękę  ludzi  o nie  odwzajemnionych  uczuciach.  Gdybyśmy 

nie  lubili  cierpieć,  nie  wiedzielibyśmy,  kim  albo  czym  jesteśmy.  On 

przez całe swoje życie i ja przez połowę mojego myśleliśmy o sobie jako 

o tych, którzy kochają kobietę niezdolną do odpłacenia miłością za naszą 

miłość. 

 

Ojciec  szkaluje  matkę  i jej  rodziców.  Bronię  ich,  choć  mnie  także 

background image

przysporzyli  cierpień.  Czuję  ulgę,  gdy  słyszę,  że  moja  młoda,  piękna 

matka,  którą  z zazdrością  podziwia  grupa  moich  przyjaciół,  jest 

narcyzem.  Że  jest  samolubna  i okrutna,  jak  okrutni  i samolubni  mogą 

być  tylko  ludzie  słabi,  bo  okrucieństwo  to  wszystko,  co  posiada,  by 

zachować poczucie bezpieczeństwa. 

Ojciec  demaskuje  zgubny  trójkąt  składający  się  z babki,  matki 

i mnie.  Powiada,  że  bronię  matki  przed  babką;  że  z kolei  ona  biernie 

mnie chroni, oferując dystans w wymiarze jednego pokolenia; i że babka 

manipuluje  nami  dwiema,  rozgrywając  niepewność  córki  przeciwko 

niepewności wnuczki. 

Rozbraja mnie, identyfikując ów trójkąt, chociaż sam weń wkracza, 

niszczy go  i tworzy nowy, złożony z matki, ojca i mnie. Ojciec zajmuje 

miejsce babki – jeden despota wkracza na miejsce drugiego. 

Zdumiona  jego  szczerością,  wnikliwością  ocen,  nie  dostrzegam 

tego, czego nie chce widzieć – że ojciec sam jest egoistą i narcyzem, że 

jest niebezpieczny. 

Kiedy mówi, siedzi w swoim nieoświetlonym biurze i trzyma stopy 

na  biurku.  Opisuje  mi  tę  sytuację.  Ja  leżę  skulona  na  łóżku,  także 

w ciemnościach.  W trakcie  tych  wielogodzinnych  rozmów  w mroku 

odtwarzamy  dwudziestoletnią  historię,  nawzajem  wpadamy  sobie 

w słowo, aby potwierdzać ciągłe jedno i to samo: nasze rozstanie jest nie 

do  zniesienia.  Przyznajemy,  że  moc  naszych  uczuć  zdumiewa  nas, 

a nawet przeraża – jakże  mimo wszystko  możemy wytrzymać z dala  od 

background image

siebie przez tak długi okres? 

Jego  głos  rozbrzmiewa  w ciemności.  Pierwszy  raz  doświadcza 

czegoś  takiego,  wyznaje  mi.  Kościołowi,  żonie,  dzieciom  nie  poświęca 

więcej  uwagi  niż  ja  pozostałej  części  mojego  życia.  Odpycha  to 

wszystko  od  siebie  dokładnie  w tym  samym  momencie,  w którym  ja 

odsuwam się od rodziny, przyjaciół, chłopaka; nie chodzę na randki, nie 

odpowiadam  na  telefony  ani  na  pukanie  do  drzwi.  Rozumie,  dlaczego 

przerwałam  studia.  A nawet  odnosi  się  do  tego  z aprobatą.  Obawia  się 

tylko, że dlatego dziadkowie będą przeciwko niemu, przeciwko nam; że 

będą się starali, aby nie zeszły się nasze drogi. 

–  Ale  stawiamy  temu  czoło  –  mówi.  –  Wszyscy  będą  musieli 

wreszcie  zrozumieć,  że  teraz  ja  jestem  twoją  szkołą.  Mnie  musisz  się 

nauczyć. 

Pragnienie  mojego  ojca,  abym  dowiedziała  się  o nim  wszystkiego, 

bardzo  mnie  ekscytuje.  Nie  może  być  inaczej,  skoro  jestem  dzieckiem 

ojca, który zniknął, i matki tak zimnej, tak skrytej, że opuszczając mnie, 

nie dała mi żadnej szansy nawiązania ze sobą kontaktu. 

–  Muszę  się  z tobą  zobaczyć  –  mówi  co  wieczór  przez  telefon.  – 

Muszę wymyślić jakiś sposób. Nie mogę dłużej czekać. 

Potem,  pewnej  nocy,  dzwoni  i informuje  mnie,  że  ma  już  bilet  na 

samolot.  Wspólnota  kościelna  pokryje  koszt  jego  wyprawy  na 

uniwersytet. Ojciec spotka się tam z jakimś profesorem religii. Pieniądze 

na  podróż  pochodzą  z funduszu  na  ustawiczne  kształcenie  pastora. 

background image

Będzie ze mną już za dwa tygodnie. 

 

Przed  jego  przyjazdem  jadę  do  domu,  aby  wytłumaczyć  się, 

dlaczego  zrezygnowałam  ze  szkoły.  Dziadkowie  domyślają  się:  od 

chwili,  gdy  na  horyzoncie  pojawił  się  ojciec,  zaczynam  niewłaściwie 

kierować swoim życiem. 

– Porzuciłaś szkołę! – protestują. – Jak mogłaś?! Dlaczego? 

– Nie porzuciłam szkoły, tylko przerwałam naukę – poprawiam ich, 

ale oni nie dostrzegają różnicy. 

Czyżby dziadkowie nie akceptowali powtórnych odwiedzin ojca, bo 

podejrzewają, że okaże się mściwy? Boją się, że w końcu stał się na tyle 

silny,  by  osiągnąć cel? Odzyskać albo  zniszczyć wszystko,  co do  niego 

należało? 

–  Nawet  go  nie  znasz!  –  wrzeszczy  babka,  rozwścieczona 

wiadomością,  że  znowu  chcę  się  z nim  spotkać.  –  Właściwie  nigdy  nie 

był dla ciebie ojcem! – rzuca. 

– Właśnie dlatego  przeżyłam  wstrząs.  Dlatego  muszę  z nim  pobyć. 

Dlatego  potrzebuję  przerwy.  Powinnam  go  lepiej  poznać,  dowiedzieć 

się, kim jest. 

Nie  mogę  odpowiedzieć  na  pytania  dziadków  dotyczące  nagłych 

oznak mojego przywiązania do ojca, gotowości pokochania osoby, której 

nawet nie znam. Na to pytanie sobie samej nie potrafię odpowiedzieć. 

– Przysięgam, wrócę do  szkoły  we  wrześniu  – mówię i zapewniam 

background image

babkę, że jeśli wrócę na uniwersytet z doskonałymi ocenami i zapiszę się 

na  maksymalną  liczbę  zajęć,  mimo  wszystko  mam  szansę  skończyć 

studia  w pierwotnie  planowanym  terminie.  –  Czy  ja  kiedykolwiek  nie 

dotrzymałam obietnicy? 

Dziadek  kręci  głową  z takim  samym  brakiem  przekonania,  jaki 

rezerwuje  dla  finansowych  operacji  mojej  matki.  Przygląda  się 

papierowi,  na  którym  spisałam  rozkład  obowiązkowych  zajęć,  jakby 

oglądał jeden z jej bezwartościowych weksli. 

– Zdaje się – powiada – że już to zrobiłaś, prawda? Wcale mnie nie 

pytasz o zdanie, a już na pewno nie o pozwolenie. 

–  Przykro  mi  –  odpowiadam.  –  Bardzo  mi  przykro.  Ale  wrócę. 

Obiecuję. 

Zaciska  usta  w wyrazie  dezaprobaty,  kiwa  głową,  nic  więcej  nie 

mówi. Powiększa się dystans, który dzieli jego ciało od mojego. 

 

–  Dlaczego  nie  wyrzucisz  tej  okropnej  rzeczy?  –  pyta  mnie  matka, 

mając na myśli  mój ulubiony czarny sweter. Haft strzępi się i gagatowe 

paciorki spadają na kuchenny blat. Gawędzimy sobie, parząc herbatę na 

kuchence.  Kiwa  głową,  kiedy  jej  oświadczam,  że  kocham  ojca 

z niepojętą  siłą,  której  nie  jestem  w stanie  się  oprzeć.  Przybita  po  jego 

wizycie  naprawdę  lepiej  od  dziadków  rozumie  moje  pragnienie 

ponownego spotkania się z nim; przynajmniej na razie. 

– Ależ tak! Tak! – powiada, kiedy ją informuję o jego przyjeździe. 

background image

Dochodzimy  do  porozumienia,  że  ona  jeszcze  raz  weźmie  we 

wszystkim udział, że ojciec i ja przyjedziemy ze szkoły do jej domu. 

Matka patrzy na mnie. 

–  Twój  ojciec  jest  jedynym  mężczyzną,  na  którym  mi  naprawdę 

zależało – mówi. 

Oczywiście  już  to  słyszałam,  ale  następne  wyznanie  jest  dla  mnie 

nowością. 

–  Wiesz,  tak  naprawdę  nigdy  nie  sprawiało  mi  przyjemności 

przebywanie  z żadnym  innym  mężczyzną  –  oświadcza.  –  To  znaczy 

w łóżku.  –  Kładzie  mi  dłoń  na ramieniu;  tak  ją  zaciska,  że  czuję  napór 

każdego  palca  z osobna.  –  Mam  na  myśli  uprawianie  seksu  –  dodaje, 

potem zabiera dłoń i krzyżuje ręce na piersiach. 

Nie odzywam się. Jestem zażenowana, odwracam wzrok. 

Stoję  tak  blisko,  że  czuję  ciepło  bijące  od  jej  ciała,  oddech,  który 

porusza  lekko  meszek  na  moim  ramieniu.  Jeszcze  nie  wiem,  co 

oznaczają  dla  mnie  te  rewelacje.  Przebiega  po  mnie  zimny  dreszcz,  co 

przypisuję zdumieniu.  Nigdy  równie chętnie nie dzieliła  się  ze  mną tak 

osobistymi przeżyciami. 

Dlaczego  mi  o tym  mówisz?  –  myślę,  dziwiąc  się  w milczeniu. 

Dlaczego? 

Jeszcze nie wiem, że my, ja i ojciec, zaczniemy to wykorzystywać. 

 

Przygotowując  się  do  odwiedzin  ojca,  sprzątam  pokój  w suterenie 

background image

i pożyczam  od  przyjaciółki  śpiwór.  Jeżeli  się  obawiam,  że  nie  spodoba 

mu  się  miejsce,  w którym  mieszkam,  to  niepotrzebnie.  Kiedy  tutaj 

dociera, nie widzi niczego. Nie widzi niczego prócz mnie. 

–  Jesteś  moja  –  powiada,  trzymając  mnie  drżącymi,  gorącymi 

dłońmi. – Należysz do mnie. 

Nie może się pohamować, by mnie nie dotykać, by się we mnie nie 

wpatrywać,  nie  sięgać  po  moją  dłoń,  rękaw,  włosy.  W restauracjach 

stygnie  mu  jedzenie,  kiedy  patrzy  na  mnie  natarczywie,  a jego  dłoń 

mocno  ściska  moją.  Łzy  zbierają  się  za  soczewkami  jego  okularów 

i spływają cicho po policzkach. Przekonują mnie, że prawdą jest to, w co 

chcę wierzyć: jego miłość jest szczera. 

Wieczorem  oddaję  mu  swoje  łóżko.  Sama  układam  się  w śpiworze 

rozłożonym obok na podłodze. 

–  Nie  może  ci  być  wygodnie  –  mówi,  ale  nie  sugeruje,  byśmy  się 

zamienili miejscami. – Chodź tu – proponuje w zamian, uderzając lekko 

w powierzchnię  koca.  –  Starczy  miejsca  dla  nas  obojga.  –  Pamiętam 

o pocałunku,  dlatego  się  waham.  Nie  jestem  jeszcze  gotowa,  by  znowu 

walczyć o usunięcie czegoś z pamięci. 

Czyżby  nie  wspominał  o naszym  rozstaniu  na  lotnisku,  bo  zdaje 

sobie  sprawę  z mojego  zakłopotania  tym,  co  się  zdarzyło?  Nie  myślę 

o pocałunku  jako  o czymś,  co  on  zrobił,  lecz  jako  o czymś,  co  „się 

zdarzyło”.  Udało  mi  się  odseparować  go  od  czynu;  sprowadziłam 

pocałunek  do  fizycznej  przypadłości,  może  odruchu,  czegoś  w rodzaju 

background image

napadu kaszlu. Jeśli pocałunek był nie poddającym się  ludzkiej kontroli 

przypadkiem, to miłość, którą ma dla mnie ojciec, nie jest skażona. I nie 

musze odwracać się od tego, czego pragnę. 

Mimo  wszystko  nie  jestem  spokojna.  O pocałunku  myślę  bez 

ustanku.  Ilekroć  mam  ochotę  porozmawiać  o nim  z ojcem,  okazuje  się, 

że  nie  jestem  w stanie  otworzyć  ust.  Nie  obawiam  się,  że  powie  coś, 

czego nie chcę usłyszeć. Rzecz w tym, że zwodzę samą siebie i czasem 

już  nie  wiem,  czy  w ogóle  do  czegoś  doszło.  Zadaję  sobie  pytanie,  czy 

wszystkiego  nie  wymyśliłam,  tworząc  nasyconą  emocjami  fantazję, 

inspirowaną nazbyt wielkim pragnieniem bycia podziwianą i kochaną. 

– Chodź tu – powtarza. 

Zostaję  na  poprzednim  miejscu,  na  podłodze  przy  jego  stopach, 

zamknięta  na  suwak  w śpiworze,  złapana  w potrzask  strachu  i zarazem 

tęsknoty. 

–  Proszę  –  mówi.  –  Pragnę  cię  objąć.  Nie  chcesz,  abym  to  zrobił? 

Pomyśl,  ile już  lat straciliśmy, pozbawieni swojego towarzystwa. Po co 

tracić więcej? 

Chcę,  by  mnie  obejmował.  Chcę  zbyt  mocno,  by  trzymać  się  na 

dystans.  Ale  kiedy  wreszcie  znajduję  się  obok  niego,  zasypiam,  nim 

otaczają  mnie  jego  ramiona.  Śpię  na  pościeli  i w  śpiworze,  a rano,  nim 

się budzi, wstaję i biorę kąpiel. 

 

Ojciec  zaczyna  robić  zdjęcia.  Powiada,  że  musi  sobie 

background image

zrekompensować  to,  co  nazywa  brakiem  wyobraźni.  Zawsze  podróżuje 

z aparatem  fotograficznym,  ponieważ  bez  jego  pomocy  nie  umiałby 

potem  odtworzyć  widoku  miejsc,  w których  przebywał.  Utrzymuje,  że 

nie potrafi zrekompensować w głowie obrazów, że myśli tylko słowami, 

tekstem nie ożywionym żadnym zmysłowym doznaniem, to znaczy jego 

wspomnieniem.  Próbując  zrozumieć,  o co  mu  chodzi,  przypominam 

sobie,  że  kiedyś  chciałam  sprawdzić  coś  w encyklopedii  Britannica. 

Pamiętam spostrzeżenie,  że  jej strony są bardzo  klaustrofobiczne,  wiele 

z nich  nie  zawiera  żadnych  ilustracji,  od  krawędzi  do  krawędzi 

wypełniają  ją  czarne  litery,  a wąskość  marginesów  nie  zachęca 

czytelnika do przeniesienia się w świat wyobraźni. Czy to możliwe, aby 

coś podobnego  działo  się w głowie  mojego ojca?  Aby odbywał się  tam 

nieustanny  pochód  artykulacji?  I nie  było  choćby  twarzy,  kwiatu,  izby, 

w której  niegdyś  spał,  nie  było  zapachu  potu  ani  deszczu,  smaku 

pomarańczy, wina i krwi, jedynie słowa, słowa, słowa? 

 

Droga 

między 

uniwersytetem 

a domem 

matki 

obfituje 

w malownicze  widoki:  punkty  obserwacyjne,  rozpadliny,  formacje 

skalne,  wyżłobione  rzecznymi  prądami  parowy,  sękate,  wiekowe 

korzenie,  które  trzymają  się  mocno  wielkich  skał,  i klify  nad  odległą, 

niespokojną  wodą.  Nie  spieszymy  się,  poznajemy  każdy  zakątek, 

tworząc  wzorzec,  który  będziemy  powtarzać  w ciągu  następnych  lat: 

ojciec  i ja  przy  skraju  drogi  niby  podziwiamy  jakiś  widok  wart  trudów 

background image

podróży,  lecz  w rzeczywistości  jesteśmy  całkowicie  zaabsorbowani 

sobą. 

– Siadaj tutaj – powiada, ustawiając mnie do obiektywu. 

– Chcesz, abym się uśmiechnęła? – pytam. 

Patrzy znad aparatu. 

– Po prostu bądź sobą – powiada. 

Nic nie mówię, wtedy wyciąga dłoń, dotyka mojego policzka. 

–  Czy  wiesz,  jaka  naprawdę  jesteś?  –  pyta.  –  Skądże  znowu, 

przecież  masz  dopiero  dwadzieścia  lat.  –  Cofa  się  i podnosi  aparat.  – 

Będę  musiał  pokazać  ci,  jaka  jesteś  –  oświadcza  –  za  pomocą  tego.  – 

Migawka trzaska bez ustanku. 

Ojciec  robi setki zdjęć.  Powiada, że  są  mu potrzebne, bo  kiedy nie 

ma  mnie  przed  oczami,  to  wówczas  dzieje  się  tak,  jakbym  w ogóle  nie 

istniała. Nie może wyobrazić sobie mojej twarzy. 

Od  matki,  która  nie  chce  mnie  widzieć,  do  ojca,  który  twierdzi,  że 

istnieję tylko wtedy, gdy mnie widzi. Zdaje się, że uważam to za rodzaj 

awansu  egzystencjalnego.  Z pewnością,  skoro  już  teraz  mam  wrażenie, 

że moje życie zależy od tego, czy ojciec mnie widzi. 

 

Miałam  jedenaście  lat,  kiedy  perska  kotka  babki  wydała  na  świat 

kocięta. Było ich pięć. Wszystkie płci żeńskiej, białe, doskonałe. Babka 

obiecała podarować mi jedno, to, które sobie wybiorę. 

–  Tylko  ich  nie  dotykaj  –  przestrzegła  mnie.  –  Poczekaj,  niech  no 

background image

trochę podrosną. Niech przejrzą na oczy. 

Codziennie  klękałam  przy  skrzynce,  gdzie  leżały  ze  swoją  matką. 

Podnosiłam je kolejno, ujmowałam w dłonie każde ciałko niczym mleko 

i trzymałam  tak  blisko,  że  pod  swoimi  ustami  czułam  ciepły  oddech 

maleństwa,  bicie  serca.  Kocia  główka  ze  sklejonymi  powiekami  kiwała 

się bezradnie, uderzała w mój policzek, w brodę. 

Zrobiłam  to  pewnego  dnia  po  szkole.  Nie  wiem  dlaczego.  Wiem 

tylko,  że  nie  potrafiłam  się  powstrzymać.  Nie  mogłam  znieść  widoku 

wiecznie zaspanych pyszczków, maleńkich oczu, które nigdy się na mnie 

nie  otwierały.  Przez  tydzień,  może  nawet  dłużej,  miałam  w rękach 

pulsujące, ślepe życie. Czułam, że coś mnie chwyta za serce. Czułam się 

tak, jakbym umierała. 

Wzięłam  jednego  kotka  na  kolana  i kciukami  ostrożnie  odsunęłam 

powieki, rozdzielając jedną delikatną membranę od drugiej. Serce tłukło 

mi  w piersi,  pociłam  się  ze  strachu,  ale spokojnie dokończyłam  gwałtu. 

Kociak  nie  wydał  z siebie  żadnego  dźwięku,  nie  walczył;.  Można  by 

pomyśleć, że w ogóle mu nie zadałam bólu. 

Uniosłam  go,  aby  przyjrzeć  się  jego  oczom,  które  okazały  się 

zaczerwienione,  wodniste,  znowu  zamknięte  przed  światem.  Główka 

kiwała mu się bezradnie tak samo jak poprzednio. 

Choć raz mi się nie powiodło, to i tak nie oszczędziłam pozostałych 

czterech  kociąt.  Nie  potrafiłam  się  powstrzymać.  Skończyłam  zajęcie, 

szlochając, a futerko wokół oczu wszystkich kociąt także było wilgotne. 

background image

Maleństwa wyglądały na wyczerpane i zbolałe, podobnie jak ja. Wtuliły 

się w ciepły brzuch matki i zasnęły. 

Nie  minął  dzień,  a opuchły  im  zamknięte  oczy,  na  nowo  zaklejone 

powiekami,  których  brzegi  były  czerwone  przy  białym  futerku. 

Podniosłam  jedno  i próbowałam  usunąć  żółtą  skorupę,  która  utworzyła 

się  w kąciku  jednego  oka.  Nagle  wystrzelił  w górę  robak  ropy,  a ja, 

zaskoczona, wypuściłam maleństwo z rąk. 

Zdawałam  sobie  sprawę  z tego,  że  postąpiłam  źle,  najgorzej 

w całym swoim życiu, zbyt okropnie, by się do tego przyznać. I chociaż 

powiedziałam babce, że chyba coś niedobrego dzieje się z oczami kociąt, 

nie  zdradziłam  jej  co.  Wspomniałam  tylko,  że  wydają  się  dziwne.  Ale 

przy tym wyraźnie zadrżał mi głos. 

– Co się z tobą dzieje? – zapytała. 

– Nic – odparłam. – Boli mnie gardło – skłamałam. 

Weterynarz  przez  tydzień  trzymał  u siebie  kotkę  i kocięta.  Po 

powrocie  ich  oczy  były  otwarte  i czyste,  jasnobłękitne  –  wyrażały 

wyniosłą  pogardę  albo  obojętność.  Pociągnęłam  za  sznurek  rozwinięty 

na podłodze, a one za nim pobiegły. 

–  Wydawało  mi  się,  że  chcesz  jedno  –  powiedziała  babka,  kiedy 

kocięta podrosły na tyle, aby je sprzedać. 

– Nie chcę – odparłam. 

– Dlaczego? 

– Po prostu nie chcę. Zmieniłam zdanie. 

background image

Kiedy  jedziemy  do  domu  mojej  matki,  na  tylnym  siedzeniu 

samochodu pełno sprzętu fotograficznego – ojciec i ja kłócimy się po raz 

pierwszy.  Nasza  sprzeczka,  jak  to  bywa  w wypadku  większości 

zakochanych,  rozpoczyna  się  od  nieporozumienia  równie  absurdalnego 

jak  zaskakującego.  Na  rogu  pewnej  uliczki,  przy  małym  bistro,  gdzie 

zjedliśmy  obiad,  spieramy  się  o cenę  szamponu.  Ojciec  utrzymuje,  że 

podczas  jego pierwszej  wizyty  wydałam  trzydzieści dolarów na butelkę 

szamponu. 

–  Niemożliwe!  –  oburzam  się.  –  Chyba  żartujesz!  Też  coś, 

trzydzieści dolarów? 

– Obserwowałem cię dokładnie. 

– Pewnie chodziło o trzy dolary. Kiedy to było? Gdzie? 

– Widziałem, jak podawałaś pieniądze kasjerce. 

– Posłuchaj – mówię, dostrzegając zmianę w charakterze rozmowy: 

od trywialnej do śmiertelnie poważnej. – Przez całe moje życie nigdy nie 

wydałam na szampon więcej niż cztery dolary, pod warunkiem, że była 

to bardzo duża butelka. 

– Ależ wydałaś – powiada. Ma zarumienioną twarz. – Widziałem. 

–  Przestań.  Nawet  matka  nie  wydałaby  tyle  pieniędzy  na  szampon. 

Nie przypuszczam, żeby to było w ogóle możliwe. 

Ciągniemy  temat,  zasadniczy  i zarazem  absurdalny,  aż  w końcu 

jesteśmy  zbyt  zmęczeni,  by  kontynuować.  Żaden  argument  go  nie 

przekonuje,  że  mówię  prawdę.  A przecież  jako  dwudziestolatka 

background image

w dalszym  ciągu  buntuję  się  przeciwko  ekstrawagancjom  matki.  Noszę 

swetry ze sklepów z używaną odzieżą, spodnie z wojskowych nadwyżek, 

a kiedy  kupuję  szampon,  ostentacyjnie  wydaję  dolara  pięćdziesiąt  na 

tubę prellu, podczas gdy moja matka płaci dziesięć za fiolkę klorany albo 

po  pięć  za  pół  uncji  rzadkiego  kosmetyku  wygładzającego  skórę.  Po 

dwudziestu  latach  od  chwili,  gdy  został  poniżony  przez  moją  rodzinę, 

latach  spędzonych  na  gorączkowym  doskonaleniu  się  –  dwa  tytuły 

magistra  i jeden  doktora  na  doskonałych  uniwersytetach,  a do  tego 

szybkie wspinanie się po stopniach hierarchii własnego Kościoła – ojciec 

nadal  jest  uszczypliwy.  Karze  mnie  za  skłonność  do  marnowania 

pieniędzy,  którą  zamiast  matce  przypisuje  mnie.  Kiedy  się  w końcu 

poddaję, to nie  tylko dlatego, że nasza kłótnia nie ma sensu i nie da się 

rozstrzygnąć. 

– W porządku – ustępuję. – Masz rację. 

Wydaje  mi  się,  że  ostatecznie  mogę  w ten  sposób  odpokutować  za 

to,  że  zawstydzają  go  ludzie,  którzy  mnie  wychowali.  Bo  mimo 

wszystko  doskonale  wiem,  że  babka  i matka  potrafią  sprawić,  że 

człowiek czuje się słaby i bezbronny. 

 

Ojciec  opowiada,  że  jego  święcenia zostały  przełożone  ze  względu 

na  obowiązkowe  badania  psychoanalityczne.  Nie  jestem  wystarczająco 

zainteresowana  tymi  zwierzeniami,  powinnam  być  bardziej.  Chcę,  aby 

mój  ojciec  był  doskonały.  Podaje  mi  kilka  szczegółów.  W jednym 

background image

z małych  miasteczek,  gdzie  służył  jako  wędrowny  pastor  –  w czasach, 

które  mi  opisuje,  miałam  dziesięć  lat  i właśnie  wtedy  postanowiłam 

namalować dla niego stodołę – przebił pięścią ścianę kościoła. 

Nawet  jego  własna  inteligencja  jest  wrogiem,  z którym  musi  się 

borykać  –  w takim  samym  stopniu  rujnują  go  liczne  talenty,  jak 

i niepowodzenia. 

Umysłem, 

który 

finansuje 

swoją 

bystrością 

i elastycznością,  mógł  bez  trudu  przechytrzyć  większość  psychiatrów. 

Z pewnością  nie  potrzebował  wiele  czasu,  by  zauważyć,  jakie 

zachowania  i które  opinie  powinien  prezentować  duchowny,  które  zaś 

lepiej  zachować  dla  siebie.  Jeśli  w jego  przypadku  terapia  okazała  się 

skuteczna, to dlatego, że w jej trakcie nauczył się, jak kreować pożądany 

wizerunek pastora, nawet jeśli – jak mi wyznaje – ma z Kościołem wiele 

nie rozwiązanych problemów. 

Mimo  konfliktów  mój  ojciec  tak  bardzo  potrzebował  jakiegoś 

sukcesu  mierzonego  zwykłą  miarą  –  by  udowodnić  dziadkom,  że  źle 

postąpili, surowo go odprawiając – że ogromnym wysiłkiem woli i z nie 

słabnącym gniewem dokonał wszystkiego, co sobie zamierzył. Jego rana 

jest  równie  głęboka  jak  moja,  nasz  gniew  –  skierowany  przeciwko  tej 

samej osobie. 

Oboje  nie  dostrzegamy  jednego.  Żadne  z nas  nie  wie,  jak  bardzo 

jesteśmy rozgniewani. Może  dlatego,  że nie  mogę się przyznać do tego 

gniewu,  skoro  nie  dostrzegam,  co  ojciec  skrywa  przed  sobą.  A on, 

znakomicie  wyćwiczony  w oszukiwaniu  siebie,  odwzajemnia  się  tym 

background image

samym. 

Wszystkie emocje, które nas dotyczą, nazywamy miłością. 

 

Do  domu  matki  przyjeżdżamy  późno.  Od  razu  odkrywamy,  że 

z trudem  osiągnięta,  niepewna  równowaga  naszej  trójki,  naszej  „małej 

rodzinki”, już nie istnieje. 

Ojciec nie robi już jednakowej liczby zdjęć mnie i matce. Już go na 

to  nie  stać.  W dodatku  nie  tylko  obiektyw  aparatu  kieruje  się  w jedną 

stronę.  W domu  matki  ojciec  i ja,  dwoje  gości,  porzucamy  ją,  jeszcze 

niedawno  przedmiot  naszego  poświęcenia,  i zwracamy  się  ku  sobie. 

Wszystko,  co  podczas  poprzedniej  wizyty  sprawiało  nam  mniejszą  lub 

większą  przyjemność  –  wycieczki  do  galerii,  aby  popatrzeć  na  sztukę; 

wycieczki  do  ogrodów,  aby  popatrzeć  na  rośliny;  do  restauracji,  aby 

popatrzeć na siebie  – stało się krępujące, i to dosłownie. Potrącamy się, 

depczemy sobie po palcach, potykamy się o donice. 

Obecność  ojca  zaburza  harmonijny  spokój  w salonie  matki,  gdzie 

przedmioty  są  starannie  dobrane,  tak  samo  poustawiane,  powierzchnie 

zaś  nieskazitelnie  równe  i czyste,  gdzie  obowiązuje  protokół,  na  mocy 

którego  emocje  pozostają  zawoalowane,  a pozycje  przybiera  się 

skromne. Nawet kiedy się nie odzywa, zachowując powagę, jego ciężkie, 

białe  ciało  przekazuje  jakiś  zmysłowy  smutek.  Jakby  ciężar  był 

zjawiskiem bardziej duchowej niż fizycznej natury. Ojciec ma grube jak 

u chłopca  ramiona,  ale  tusza  nie  pozbawia  go  seksapilu,  tylko  czyni  go 

background image

typem  bardziej  androginicznym,  przydając  męskości  elementu 

kobiecego.  Jego  kończyny  są  duże  i mocne,  ale  mięśnie  obrośnięte 

tłuszczem,  który  ukrywa  ich  siłę.  Nie  cierpi  na  znaczną  nadwagę  – 

w garniturze  wydaje  się  raczej  duży  niż  otyły  –  masywną,  męską  pierś 

widać  pod  cienkim  materiałem  koszuli;  ten  widok  niepokoi.  Ma  duże, 

piękne dłonie, jakich nie spotyka się często u mężczyzn, wszystkie palce 

proste,  silne,  wypielęgnowane.  Mięsiste  stopy  także  są  wypieszczone, 

kształtnie uformowane paznokcie gładko opiłowane. Żartujemy, że jego 

stopy są znacznie ładniejsze niż moje czy matki. 

Dla  kobiet  pokroju  matki  albo  mnie,  wrażliwych  na  społeczne 

normy określające wzory piękna i płci, jego ciało i całkowicie beztroski 

sposób,  w jaki  je  traktuje,  są  tak  samo  obrazoburcze  i niepokojące  jak 

jego  skłonność  do  płaczu.  Wszystko  w jego  wyglądzie  wskazuje  na 

zaspokojone  pragnienia,  zagojone  rany.  W przeciwieństwie  do  mojego 

ciała, zawsze wyciszonego, którego pragnienia i bóle nie miały żadnego 

znaczenia,  jego  –  jakże  białe,  jakże  leniwe  –  jednocześnie  fascynuje 

mnie  i odstręcza.  Ciągle  powracam  spojrzeniem  do  ciemnych  punktów 

jego  brodawek.  Bardzo  się  różnią  od  wysuszonych  monet  moich 

kolegów, ich twardych torsów, chudych brzuchów. 

Podczas  posiłków,  kiedy  wgryza  się  w posmarowaną  masłem 

kromkę chleba, je banana albo nawet coś tak  mało  opornego jak jogurt, 

słyszę odgłos stykających się zębów. Spotykają się z cichym szczękiem, 

a ja  drżę  na  ten  dźwięk,  który  zdradza  siłę  jego  łaknienia  i przypomina 

background image

o moich pragnieniach. O życiu z ukrytą, tłumioną żądzą. 

 

Kiedy  tym  razem  wracam  do  domu  matki  po  odwiezieniu  go  na 

lotnisko – żadnych pocałunków, tylko gorączkowy, niezgrabny uścisk – 

zastaję ją spacerującą w salonie dookoła białej sofy. 

– Coś niedobrego dzieje się z nami  wszystkimi – powiada. – Czuję 

to. 

Siadam na sofie, wyczerpana, ze śladami łez na policzkach. 

– Niby co takiego? – pytam, zdradzając niecierpliwość, niechęć, by 

mnie zmuszono do obrony siebie albo jego. 

–  Wiesz  –  mówi  –  on  nie  jest  normalny.  Twój  ojciec  nie  jest 

normalnym człowiekiem. 

– Nie jest? – dziwię się. – Nie rozumiem. 

Nie  mam  ochoty  na  tę  rozmowę.  Nie  mam  ochoty  na  rozmowę 

z nikim  oprócz  ojca,  a matka  jest  wściekła,  trudno  nie  zauważyć. 

Wygląda tak, jakby szykowała się do skoku, panowała nad każdą cząstką 

siebie poza ciemnymi, rozbieganymi oczami. 

– A tak w ogóle – dodaję – to kto jest normalny? – Znacznie później 

tą ripostą posłuży się wobec mnie ojciec. 

–  Nie  wiem.  Po  prostu  jestem  zaniepokojona.  Jesteście...  jesteście 

sobą  zafascynowani...  to  coś  w rodzaju  fiksacji.  Rozumiem  to  w twoim 

wypadku,  wychowywałaś  się  bez  ojca.  Nie  dziwi  mnie,  że  on  ciebie 

hipnotyzuje. Zresztą, nikogo by nie dziwiło. Ale on... – Matka przerywa 

background image

i odwraca  się.  –  Wiesz  –  mówi  z naciskiem  –  to  wcale  nie  dotyczy 

ciebie. To dotyczy mnie. 

„To”, wiem od razu – nie istnieje nic bardziej zrozumiałego niż owo 

zwykłe  niejasne  słówko  –  oznacza  miłość,  którą  wyraża  zachowanie 

ojca,  drżące  dłonie  i gorące  spojrzenia.  Wszystko,  co  dostrzegła  i co  ją 

zaniepokoiło. Jakże niestosowne i pozbawione umiaru. 

Nie  może  być  normalne  to,  że  kocha  mnie  tak  bez  reszty,  oto  co 

słyszę z jej ust. Dowiaduję się, że matka nie tylko mnie nie kocha ani nie 

podziwia, ale na dodatek tak zinterpretuje miłość mojego ojca, że uczyni 

ją swoją własną. 

Krzyżuje ramiona i spogląda na mnie. Uciekam spojrzeniem w bok. 

Nie  chcę  jej  podpowiadać,  jakiego  rodzaju  sprytnymi  pociągnięciami 

można  mnie  pozbawić  twardego  gruntu  pod  nogami.  Pragnąc  zagarnąć 

dla siebie całe oddanie ojca, popycha mnie ku niemu, chce tego czy nie. 

Bo jeśli ona  mnie nie kocha, to aby  nie runąć w otchłań nie kochanych, 

muszę trwać przy nim. 

– Nie dostrzegasz tego? – nalega. – Nie rozumiesz, że mam rację? 

Nie odpowiadam. Nie, nie rozumiem. I nie zrozumiem. 

 

Upłyną  lata  od  śmierci  matki,  nim  się  przekonam,  że  miała  racje. 

Przeczytam listy, które ojciec do niej wysyłał, kiedy miała osiemnaście, 

dziewiętnaście, 

dwadzieścia 

lat 

– 

siedemdziesiąt 

sześć, 

przechowywanych  w pudełku  po  butach  Charlesa  Jourdana.  Ostatni 

background image

z nich,  napisany  22  października  1970,  zawiera  słowo  „kochanie” 

w każdym zdaniu prócz jednego. 

Przeczytałam  je  raz,  potem  jeszcze  raz  od  początku.  Jak  wszystkie 

dzieci  zawsze  będę  zainteresowana  zalotami  swoich  rodziców. 

W korespondencji,  którą  ojciec  prowadził  z matką,  najbardziej 

zafascynuje  mnie  nie  staromodna  „inność”,  nie  fakt,  że  należeli  do 

świata, który różni się od mojego, lecz absolutna poufałość. Przeczytam 

te  listy  tak,  jak  oni  czytali:  jakby  zostały  skierowane  do  mnie.  Listy  są 

pisane  tym  samym  językiem,  językiem  pożądania  i posiadania. 

Zawierają identyczne fragmenty poematów i piosenek. 

Będę  płakała,  czytając  listy,  które  ojciec  pisał  do  matki,  bo 

znalazłam w nich wszystko. Jest w nich wszystko, co – bardzo chciałam 

w to  wierzyć  –  miało  należeć  do  mnie  i tylko  do  mnie,  a w 

rzeczywistości, jak stwierdziła, było jej. 

W suterenie wiodę życie niemrawe i wyczerpujące. Projekty  badań, 

które opisuję w zarysach dziadkom, są czystym wymysłem. Chodzi o to, 

abym  mogła  mieszkać  w kampusie  i wydawać  ich  pieniądze  na  czynsz. 

Czas  bez  zajęć  szkolnych  wypełnia  mi  ojciec.  Myślę  tylko  o nim, 

o nikim, o niczym więcej. 

Jest  kwiecień. Jest  maj.  Dni upływają, jeden podobny do  drugiego. 

Są ważne tylko wówczas, gdy liczę, kiedy ostatnio byliśmy ze sobą albo 

ile  czasu  pozostało  do  ponownego  spotkania.  I jego,  i mnie 

satysfakcjonuje  wyłącznie  jedno:  całkowite  posiadanie  tego  drugiego. 

background image

Ojciec zupełnie nie dba o to, czy nie przyczynił się do przerwania przeze 

mnie  nauki,  czy  nie  pozbawił  mnie  przyjaciół;  cieszy  go  każda  oznaka 

niewolniczego  przywiązania  z mojej  strony,  z kolei  ja  nigdy  nie 

przejmuję  się  jego  pracą,  rodziną  czy  pieniędzmi,  które  wydaje  na 

rachunki  telefoniczne  i bilety  lotnicze  zamiast  na  ubrania  dla  swoich 

dzieci. 

Rozpoczęłam  osobliwy  rozdział  mojego  życia.  Czas  nie  jest  w nim 

rzeczywisty, nie pasuje ani do życia, które wiodłam jako dziecko, ani do 

tego, które kieruję jako kobieta, albo który niczym droga prowadzi mnie 

od jednego do drugiego. 

 

Nosisz  imię  świętych  i królowych  –  powiedziała  pewnego  razu 

matka,  kiedy  byłam  jeszcze  taka  mała,  że  nie  odróżniałam  aureoli  od 

korony. Jeszcze nie byłyśmy  katoliczkami. Należałyśmy  do Pierwszego 

Kościoła  Chrystusowego,  wspólnoty  scjentystów.  Nad  moim  łóżkiem 

wisiała  tabliczka  ze  słowami  Mary  Baker  Eddy:  „Matko  Ojcze  Boże, 

z oddaniem  szukam  Cię.  Po  drodze  świetlistej,  która  ku  Tobie  wiedzie, 

biegnę albo idę – wedle woli Twej”. 

Krótka  modlitwa,  którą  odmawiałam  przed  zaśnięciem,  przerażała 

mnie.  Nie  chciałam  szybko  umierać.  Za  każdym  razem,  kiedy  mi  się 

zdawało,  że  atak  astmy  może  mnie  zabić,  jeśli  akurat  nie  myślałam 

o matce,  to  myślałam  o śmierci  i Bogu.  Tak  powstała  moja  pierwsza 

trójca: Matka, Śmierć, Bóg. 

background image

Do  dnia  moich  narodzin  wszystko,  co  ocalało  z żydostwa  moich 

dziadków,  sprowadzało  się  do  rozróżnienia,  co  jest  „czyste”,  co 

„nieczyste”,  co  „wybrane”,  a co  „nie  wybrane”.  Matka  nigdy  nie 

chodziła do świątyni. Wydaje mi się, że uznała wiarę swoich przodków 

za  staroświecką  i nudną,  pozbawioną  zwłaszcza  blasku  ukrzyżowania. 

Spuścizna  judaizmu  była  stara  i zwietrzała  jak  zakrzepła  krew,  podczas 

gdy krew Chrystusa płynęła żywo każdej niedzieli. 

Może  pozostała  bym  odporna  na  chwytliwe  doktryny  pani  Eddy, 

gdybym  jako  sześciolatka  nie  uległa  wypadkowi,  który  sprawił,  że 

znalazłam  się  u biegłej  terapeutki  scjentystycznej  albo  uzdrowicielki. 

Ponieważ  matka  już  się  wtedy  od  nas  wyprowadziła,  rano  dziadek 

zawoził  mnie  do  szkoły.  Pewnego  dnia  podróż  do  szkoły  została 

dramatycznie przerwana, gdy zawiodły hamulce starego lincolna. 

Przyciskając  bezużyteczny  pedał,  dziadek  skręcił  z drogi,  pragnąc 

uniknąć zderzenia z tyłem samochodu jadącego przed nami. Zjechaliśmy 

z niskiego  nasypu,  nabraliśmy  prędkości,  przecięliśmy  rów  i trafiliśmy 

w drzewo.  Przy  uderzeniu  otworzyły  się  drzwiczki  od  schowka  na 

rękawiczki.  Nie  byłam  przypięta  pasem,  więc  wyleciałam  do  przodu, 

skaleczyłam brodę o mechanizm zamka, a w dodatku pękła mi szczęka. 

Dziadkowi  nic  się  nie  stało.  Wyciągnął  mnie  ze  zniszczonego, 

dymiącego samochodu i przycisnął złożoną chusteczkę do mojej twarzy. 

Krew płynęła  mi z ust i brody. Zaczęłam płakać, ale bardziej ze strachu 

niż  z bólu.  Borykałam  się  z prowizorycznym  opatrunkiem,  kiedy 

background image

całkowicie  przypadkowo  dostrzegła  nas  moja  matka.  Akurat  jechała  do 

kancelarii  adwokackiej,  gdzie  pracowała  jako  sekretarka,  i zjechała  na 

pobocze. Zmaterializowała się tak nagle, wręcz magicznie, i tak zwinnie 

wyskoczyła  z niebieskiego  samochodu,  jakby  była  aniołem.  Wrażenie 

pogłębiała  sukienka,  którą  nosiła  tego  ranka,  z obcisłą  górą  i szerokim, 

purpurowym  dołem  z wyszytymi  nutami.  Ilekroć  miała  ją  na  sobie,  nie 

mogłam  się  powstrzymać  przed  dotknięciem  materiału  spódnicy.  Nuty 

pobudzały moją wyobraźnię, wydawały się tajemnicze, a jeśli  matka  mi 

pozwoliła,  wodziłam  palcem  po  wypukłych,  jak  gdyby  stanowiły  kod 

całkowicie  inny  od  muzycznego,  na  przykład  alfabet  Braille'a  albo 

Morse'a,  i oznaczały  wiadomość,  której  nie  potrafiłam  na  czas 

rozszyfrować. 

Matka  okazała  się  niezwykle  cierpliwa  i delikatna,  kiedy  pomagała 

mi  wsiąść  do  swojego  samochodu.  Zostawiłyśmy  dziadka,  który  miał 

poczekać  na  pomoc  drogową,  i pojechałyśmy  do  najbliższego  centrum 

pomocy  medycznej,  gdzie  prześwietlono  mnie  i przygotowano  do 

założenia  szwów.  Jasne  światło  niemal  mnie  zmuszało  do  zamknięcia 

oczu, tymczasem kawałek jednorazowego niebieskiego płótna z otworem 

wyciętym  na  brodę  otulał  mnie  niczym  całun,  zasłaniając  widok  matki. 

Trzymałam  ją  mocno  za  rękę,  może  nazbyt  mocno,  bo  po  chwili 

uwolniła  się  i odłożyła  moją  dłoń  na  poręcz.  Powiedziała,  że  musi 

zadzwonić i wyjaśnić, dlaczego nie pokazała się w pracy. 

Starałam  się  być  odważna,  lecz  kiedy  usłyszałam,  że  odchodzi, 

background image

stukając  obcasami,  opanował  mnie  zwierzęcy  strach.  Wierzgając 

i pomagając sobie paznokciami, próbowałam za nią pobiec. Rozumiałam 

tylko  jedno:  znowu  mnie  zostawiła,  tylko  tym  razem  z obcymi  ludźmi. 

Aby  mnie  powstrzymać,  musieli  się  mną  zająć  równocześnie  oboje  – 

lekarz  i pielęgniarka.  W końcu  im  się  udało.  Dostałam  środek  na 

uspokojenie,  rana  została  zaszyta,  a ja,  pogrążona  we  śnie,  zabrana 

wreszcie  do  domu.  Tego  samego  dnia  po  południu  obudziłam  się 

z krzykiem,  ogarnięta  tą  samą  paniką,  którą  lek  przerwał,  ale  od  której 

mnie  nie  uwolnił.  Matka,  szybko  wyczerpana  moim  nieustannym 

płaczem  i obejmowaniem  ją  za  szyję,  czepianiem  się  nóg,  rąk  –  czego 

tylko  pozwoliła  dotknąć  –  zabrała  mnie  do  terapeutki,  której  nazwisko 

wybrała  na  chybił  trafił  z listy  zamieszczonej  na  ostatniej  stronie 

czasopisma scjentystów „The Christian Science Journal”. 

Terapeutka  była  siwowłosą  kobietą  w wełnianym  supełkowym 

swetrze,  którego  dotykałam,  kiedy  się  nade  mną  modliła.  Położyłam 

głowę na jej udach, ona zaś trzymała jedną dłoń na moim czole, drugą – 

nad sercem. Pod nimi – pamiętam  je jako chłodne, opanowane, a nawet 

wstrzemięźliwe  w gestach  –  poczułam,  że  strach  mnie  opuszcza. 

A potem  poczułam  się,  jak  gdyby  nagle  w czaszkę  trafił  mnie  potężny 

cios  objawienia  i wypełnił  strumień  piekącego  światła.  Tamta  obca 

kobieta  tajemniczo  i nieoczekiwanie  pozwoliła  mi  zetknąć  się 

z doświadczeniem,  którego  nie  mogę  określić  inaczej  jak  zachwyt. 

Czułam  się  odseparowana  od  swego  ciała  i ziemskich  spraw. 

background image

Wydawałam  się  sobie  nie  bardziej  cielesna  niż  drżenie  powietrza  nad 

ogniskiem.  Nie  potrafiłam  znaleźć  słów  na  opisanie  tego,  co  się 

wydarzyło  –  nigdy  ich  nie  znajdę  –  i w  zdumieniu  przestałam  płakać. 

Matka  odetchnęła  z ulgą;  ja  natomiast,  sześcioletnia  dziewczynka, 

poznałam  pewną  niebezpieczną  prawdę,  niebezpieczną  zwłaszcza  dla 

kogoś  tak  młodego  i spragnionego  miłości.  Zauważyłam,  że 

transcendencja jest możliwa: że duch może pokonać materię i dlatego ja 

mogę  pokonać  wszelkie  przeszkody,  które  nie  pozwalają  matce  mnie 

kochać. Że potrafię pokonać siebie. 

 

Codziennie  za  Wielkim  Kanionem  słońce  wschodzi  i zachodzi,  za 

każdym  razem  wypełniając  przestrzeń  cieniami  w kolorze  krwi.  Na 

drodze  jesteśmy  wolni,  a mimo  wszystko  jest  to  wolność  zbyt 

wyczerpująca,  aby  ją  podtrzymywać.  Nigdzie  nie  ma  miejsca  na 

rozpalenie ognia ani odpoczynek i chociaż na razie tego nie zauważamy, 

usuwamy  ze  świadomości, zawsze będzie nam  towarzyszyła  wiedza,  że 

prawdą  jest  to,  co  czuliśmy  podczas  pierwszego  tygodnia  spędzonego 

razem:  straciliśmy  siebie.  Straciliśmy  moje  dzieciństwo,  jego  ojcostwo 

i dwadzieścia  lat  miłości,  a tych  strat  nie  da  się  już  odrobić.  Uciekamy 

przed tą prawdą, ale przecież nie możemy uciekać bez końca. 

Po  miesiącach wymiany  listów  i rozmów  przez telefon – dokładnie 

po trzy razy dziennie – z których wszystkie zawierały obietnice oddania 

i prośby  o wzajemność,  ojciec  przygotował  mnie na  to, czego  ode mnie 

background image

żąda. 

–  Nie  wiem,  czy  chcę  –  mówię.  –  Chyba  nie  mogę.  –  Zęby  mi 

dzwonią w nagrzanym samochodzie. 

Kiedy  wreszcie  wydobywa  to  z siebie,  zapada  zmierzch.  Kanion 

tonie w mroku. Kanion jest rzeką krwi, bo gdy ojciec wypowiada słowa, 

których się obawiałam – „Pragnę się z tobą kochać” – Bogu pęka serce, 

łamie się. Przeze mnie. 

– Kocham cię – powiada ojciec. – Pragnę. 

–  I ja  ciebie  pragnę  –  szepczę.  Błagam,  nie  każ  mi  tym  płacić  – 

proszę bez słów. 

– Czego się boisz? – pyta. 

Obawiam  się,  że  dam  mu  wszystko,  o co  tylko  mnie  poprosi. 

Wcześniej czy później. 

– Piekła – odpowiadam i wcale nie żartuję. 

Śmieje się, aby dać mi do zrozumienia, że jestem dziecinna, naiwna. 

W tym  śmiechu lata studiów  technologicznych  stanęły naprzeciw  mojej 

ignorancji w kwestii, czym jest Bóg i Jego gniew. 

–  Istnieją  zasady,  które  mają  zastosowania  do  większości  ludzi  – 

powiada ojciec – ale są ludzie, których owe zasady nie dotyczą. Ludzie... 

– Skąd możemy wiedzieć, że ty... że my jesteśmy wyjątkami? 

– Po prostu wiem – stwierdza. – Będziesz musiała mi zaufać. 

 

Ojciec  i ja  spieramy  się  o naturę  miłości  i formy,  w jakich  się  ona 

background image

wyraża.  Nasze  rozmowy  niczym  akademickie  referaty  rozpoczynają  się 

od  mdłych  teorii,  łacińskich  i greckich  słów  z technologicznych 

wykładów,  od  agape  i caritas,  nie  eros.  Lecz  nagle  stają  się  osobiste. 

Jakże  ma  się  dłużej  opierać  temu,  co  do  mnie  czuje?  Przecież  takim 

uczynił go Bóg. 

– Bóg mi ciebie dał – powiada. 

Kiedy dochodzi w nim do głosu kaznodzieja, tracę chęć do obrony. 

Słowa,  które  może  innych  poderwałyby  do  biegu,  mnie  zatrzymują  jak 

w potrzasku. 

„Bóg mi ciebie dał”. Czy on w to wierzy? Przekonuje mnie, że tak, 

że należę do niego zgodnie ze świętym prawem, jestem jego, by mógł ze 

mną  uczynić,  co  zechce.  Nie  przychodzi  mi  do  głowy,  że  to 

wprowadzenie 

o woli 

Bożej 

jest 

najłagodniejszym, 

najmniej 

niepokojącym  sposobem  uwolnienia  nas  obojga  od  poczucia  winy. 

Nigdy  nie  kwestionuję  jego  rozsądku,  chociaż  w pewnym  momencie 

przyszłości  łatwiej  przyjdzie  mi  uznać  go  za  szaleńca  niż  dojść  do 

wniosku, że okazał się przenikliwy w ocenie mojego charakteru i moich 

słabości,  wiedząc,  jakim  językiem  się  posługiwać,  jaką  pętlę  ze  słów 

zacisnąć mi wokół szyi. 

W  latach,  które  nastąpiły  po  wypadku  samochodowym,  a jeszcze 

bardziej  po  klęsce  na  teście  z francuskiego,  postanowiłam  powrócić  do 

tego,  z czym  zetknęłam  się  na  kolanach  uzdrowicielki.  Przyszło  mi  do 

głowy,  że  odnajdę  to  w szkółce  niedzielnej.  Byłam  jedynym  dzieckiem 

background image

przy  laminowanym  stole,  które  wykonało  zadanie  z poprzedniego 

tygodnia,  które  specjalną  niebieską  kredą  zaznaczyło  swoją  Biblię 

w białej winylowej okładce i przeczytało odpowiedni fragment z Klucza 

do  Pism  Mary  Baker  Eddy.  Pozostałe  dzieci,  wystrojone  w przypinane 

krawaty  i pastelowe  szarfy,  siadały  niedbale,  drzemały,  podczas  gdy  ja 

siedziałam  prosto.  Ledwie  nauczycielka  kończyła  zadawać  pytanie, 

a moja  dłoń  w białej  bawełnianej  rękawiczce,  ciasno  zapinanej 

w nadgarstku,  szybko  wędrowała  do  góry.  Czasem  dostrzegałam,  że 

nauczycielka patrzy na mnie  z czymś, co  nawet  wówczas  wydawało  mi 

się  konsternacją.  Ociężałość  innych  dzieci,  niewłaściwe  odpowiedzi 

płynące  beztrosko  z ust  ubrudzonych  jedzoną  w pośpiechu  zimną 

owsianką  były  najwidoczniej  tym,  czego  się  spodziewała.  Natomiast 

niepokoiła  ją  żarliwość,  z jaką  recytowałam  poszczególne  wersety, 

czujna  postawa  na  krawędzi  czerwonego  plastikowego  krzesełka  dla 

przedszkolaka. 

Płaszczyzna wiary była jedyna, na której miałam szansę przyciągnąć 

uwagi matki. Ponieważ matka nie przebywała ze mną w ciągu tygodnia, 

dzięki  czemu  nie  musiała  reagować  na  moje  co  bardziej  odrażające 

potrzeby,  i ponieważ  zawsze  wolała  lepsze  kąski,  dbałość  o mój 

duchowy rozwój  należała do  niej. W niedzielę  po kościele chodziłyśmy 

na  patio  pewnej  restauracji,  gdzie  siadałyśmy  na  giętych  metalowych 

krzesłach 

i jedząc 

sandwicze 

poprzebijane 

wykałaczkami, 

przeglądałyśmy  lekcję  ze  szkółki.  Kelnerzy  flirtowali  z matką, 

background image

mężczyźni  z sąsiednich  stolików  uśmiechali  się  do  niej.  Zerkali  na  jej 

lewą rękę i nie widzieli obrączki. Tak samo jak ja zdawali się tęsknić za 

moją matką – która dla mnie już wtedy ucieleśniała piękno młodości, jej 

lśniące  włosy  i gładkie  policzki  świadczyły  o witalności  obcej  moim 

dziadkom, potrafiła zrobić mostek i gwiazdę, miała piętnaście par butów 

na  wysokich  obcasach,  każdą  w innym  kolorze  –  która  wydawała  się 

jeszcze bardziej godna pożądania ze względu na swą niedostępność. 

Niecierpliwiłam się coraz bardziej. Klucz do Pism nie pomagał. Aby 

po  raz  drugi  doświadczyć  ekstatycznego  uniesienia,  które  na  chwilę 

uczyniło mnie atrakcyjnym dzieckiem i które stało się moim udziałem po 

przeżyciu  cierpienia,  zaczęłam  w sekrecie  umartwiać  swoje  ciało. 

W warsztacie dziadka ścisnęłam palce w szczękach imadła. Kiedy babcia 

przyniosła do domu deser lodowy firmy Baskin-Robbins i usunęła suchy 

lód,  którym  był  obłożony,  posłużyłam  się  szczypcami  do  sałaty,  aby 

wydobyć  z kosza  na  śmieci  małe,  dymiące  kawałki.  W zamkniętej 

łazience  na  piętrze  przyłożyłam  język  do  powierzchni  suchego  lodu 

i zostawiłam na nim trochę skóry. W lustrze ujrzałam krew płynącą z ust 

tą samą magiczną stróżką, która kiedyś sprawiła, że moja matka wyłoniła 

się  z ogromnego  świata  dorosłych  i ulicznego  ruchu,  by  się  przy  mnie 

znaleźć. Dzięki tego rodzaju transformacjom,  możliwym poprzez wiarę, 

stałabym  się  warta  jej  miłości.  Albo  inaczej:  leżąc  na  kolanach 

uzdrowicielki,  dzięki  wierze  nie  cierpiałabym  bardziej  z powodu 

opuszczenia mnie przez matkę niż z powodu bólu szczęki. 

background image

Zatem  spojrzałam  na  język  w lustrze,  poczułam  smak  krwi 

i poćwiczyłam trochę, żeby nie bolało. 

 

Matka przeszła na katolicyzm, gdy miałam dziesięć lat, a ja poszłam 

za  jej  przykładem.  Szukałam  jej  nawet  wówczas,  kiedy  ona  szukała 

czegoś,  czego  nie  odnalazła  u scjentystów.  Do  Pierwszej  Komunii 

przygotowywał  mnie  ksiądz  o nazwisku  Gołąb.  Choć  nosił  trafne 

nazwisko,  ojciec  Gołąb  bynajmniej  nie  był  ucieleśnieniem  Ducha 

Świętego:  palił  jak  smok,  a jego  twarz  nad  białą  koloratką  miała 

całkowicie  ziemski,  optymistyczny  wyraz.  Powtarzając  stare  błędy, 

zresztą  dość  podobne  do  tych,  które  popełniałam  przy  nauce 

francuskiego,  frustrowałam  księdza  i złościłam  matkę,  odpowiadając 

konsekwentnie źle na to samo pytanie. 

–  Co  takiego  staje  się  ciałem  i krwią  Chrystusa?  –  chciał  wiedzieć 

ojciec Gołąb. 

–  Chleb  i woda  –  odpowiadałam  za  każdym  razem,  zastępując 

święty  pokarm  dziękczynienia  więzienną  strawą.  W końcu  pozostaje  to 

jedno  pytanie  spośród  pięćdziesięciu,  z którymi  nie  mogłam  sobie 

poradzić. Wówczas daje mi spokój. Niemniej powiada: – Bardzo przykry 

błąd. –  Patrzy na  mnie i na  matkę  przez welon papierosowego dymu.  – 

Mam nadzieję, że to nic nie znaczy. 

Na  Boże  Narodzenie  dostałam  komplet  z Żywotów  świętych.  Dwa 

tomy  świętych  mężczyzn.  Przeczytałam  je  raz  i odłożyłam  do  szuflady. 

background image

Natomiast  historie  świętych  kobiet,  także  w dwóch  tomach,  starannie 

studiowałam  i nawet  z nimi  spałam.  W książkach  zamieszczono 

kolorowe  ryciny,  zaadaptowane  dzieła  mistrzów.  Oślepiona  Lucyna. 

Okaleczona  Agata.  Małgorzata  ściśnięta  na  śmierć  pod  drzwiami  ze 

stosem kamieni. Perpetua i Felicja poturbowane przez dzikie bestie. 

I  Dympna,  patronka  cierpiących  na  choroby  psychiczne.  Dympna 

była  córką  owdowiałego  króla  iryjskiego,  który  chciał  ją  poślubić. 

Uciekła, lecz ją ścigał. Nie chciała się zgodzić, więc obciął jej głowę. 

 

Ojciec  jest  błyskotliwym  teologiem.  Tylko  arogancja  mogła  go 

takim  uczynić.  Jego  wiara  składa  się  z odpowiedzi,  nie  z wątpliwości. 

Spotkanie  ze  mną  ojciec  charakteryzuje  jako  pierwszy  kryzys  swej 

wiary:  we  mnie  znalazł  stworzenie  bardziej  godne  wielbienia  niż 

Stwórca.  Przeraził  się,  gdy  poczuł,  że  mnie  kocha  bardziej  niż  Boga. 

Herezja ta nie utrzymała się zbyt długo, bo Bóg oświadczył ojcu, że mu 

się objawia za moim pośrednictwem. 

–  Bóg  to  uczynił?  –  pytam.  –  Skąd  wiesz?  –  Kiedy  mówię, 

zasłaniam  twarz,  nie  patrzę  na  niego,  nie  mogę.  Jestem  oszołomiona, 

bliska omdlenia. Gdyby powiedział coś o seksie, nie bałabym się do tego 

stopnia.  Jak  on  może  twierdzić,  że  ma  takiego  sprzymierzeńca?  A jeśli 

może, to jak mam się bronić? Jego Bóg musi być inny, bardziej potężny 

od mojego, który umarł w Kanionie. 

 

background image

Kiedy tym razem wracamy do domu, on do swojego i ja do swojego, 

jest  mi  lekko  na  duszy.  Dzięki  telefonom,  listom  i taśmom  stale  się 

upewniam, że ojciec jest tak samo mój na odległość, jak i wówczas, gdy 

zjawia  się  osobiście.  Jednocześnie  unikam  komplikacji.  Nie  muszę 

odpierać  jego  fizycznych  awansów  ani  zaprzeczeń,  że  na  nie  reaguję. 

W swoim  mieszkaniu  nie  przyjmuję  gości  i rzadko  je  opuszczam. 

Przerwawszy  naukę  w szkole,  straciłam  kontakt  z przyjaciółmi: 

odsunęłam  się  od  nich,  więc  oni  odsunęli  się  ode  mnie.  Chociaż  mój 

związek  z ojcem  nie  został  skonsumowany,  jest  przecież  zauważalnie 

nienaturalny. Kiedy przebywamy ze sobą, bledniemy, wystarczy chwila, 

a już  jesteśmy  oblani  rumieńcem,  drżą  nam  dłonie  i bez  widocznego 

powodu  płaczemy.  Odkąd  ojciec  stopniowo  opanowuje  moją  duszę 

i ciało, ukrywam się w moim podziemnym pokoju. Kiedy  zdarza się, że 

przez  okna  dostrzegam  nogi  albo  słyszę  kroki  w długim  korytarzu 

prowadzącym  do  mieszkania,  nie  odpowiadam  na  dzwonek.  Na 

czworakach  wchodzę  między  łóżko  a ścianę  i czekam,  póki  intruz  nie 

odejdzie. Czasem tam zasypiam, skulona, obejmując kolana rękoma. 

Jak  długo  będę  utrzymywała  kontakt  z ojcem,  nie  ważne,  gdzie 

zamieszkam,  zawsze  będę  w pokoju  podobnym  do  tego  –  ciasnym, 

niewygodnym.  Obojętnie,  na  którym  piętrze,  podłoga  będzie  zalana 

przygaszonym, mętnym światłem. 

Podejmuję  kilka  prób  ucieczki  z sutereny,  lecz  bez  powodzenia. 

Symbolicznie  spędzam  jedną,  czasem  dwie  noce  z moim  chłopcem, 

background image

potem wracam, a telefon dzwoni znowu. 

– Gdzie byłaś?! – rzuca ojciec niemal histerycznie, gniewnie prycha. 

– Poza domem – odpowiadam. 

– U niego? 

– Tak, u niego. 

Kłótnie o mojego chłopaka nie są szczere, bo rozmawiamy głównie 

o tym, czy  jest  mnie  wart, nie  o tym,  czy ojciec  jest  o niego  zazdrosny. 

I chociaż  nie  mówię  tego  ojcu  –  nie  dam  mu  tej  satysfakcji  ani  nie 

zrezygnuję  z pozorów  niezależności  –  związek  z moim  chłopcem  nie 

przetrwał  gwałtownego  wtargnięcia  ojca  w moje  życie.  Za  kilka 

miesięcy  mój  chłopak  odejdzie.  W zasadzie  nie  dojdzie  do  zerwania. 

Dopuścimy  jedynie  do  tego,  aby  podjął  pracę  w odległym  mieście, 

i zostaniemy  parą  na  odległość.  Oddalenie  w przestrzeni  stanie  się 

wygodnym  wytłumaczeniem  wyobcowania,  które  w dalszym  ciągu 

odczuwamy jako długotrwałą konsekwencje tamtego pocałunku. 

Poza  moim  chłopcem  spotykam  się  jedynie  z najbliższą 

przyjaciółką; nie rozmawiam z nią o ojcu. Zmiany, jakie we mnie zaszły 

w ciągu ostatnich miesięcy, są tak głębokie – chyba żadna z nas nie chce 

przyznać  jak  bardzo  –  tak  niepokojące,  że  zwykle  znajdujemy  temat 

odmienny od tego, co mi się przydarzyło. Zaczynam się dowiadywać, co 

znaczy słowo „niewypowiedziany”. 

 

Mimo wszystko póki żyjemy, póty wyrażamy siebie. Posługując się 

background image

słowami  bądź  obywając  się  bez  nich.  Istnieją  opowieści  o szaleńcach, 

o ludziach  nawiedzonych:  pismo  na  powierzchni  ich  ciał  zdaje  się 

wskazywać na cierpienie, jakie tkwi wewnątrz. W którymś z minionych 

stuleci przypadek półpaśca bywał przyczyną egzorcyzmów. 

Skóra  na  mojej  szyi  pokrywa  się  pęcherzykami  wielkości 

zapałczanych  główek.  Tworzą  skupiska  po  dwadzieścia  albo  więcej 

i otwierają  się,  tworząc  bolesne  owrzodzenia.  Nim  mija  tydzień, 

„wykwity”  –  jak  to  określa  lekarz  –  rozprzestrzeniają  się  na  ramiona, 

plecy,  dekolt  i prawą  rękę  aż  po  sam  koniec  kciuka.  Infekcja  postępuje 

wzdłuż  szlaków  nerwowych  biegnących  od  siódmego  kręgu  szyjnego, 

gdzie zagnieździł się i do tej pory czekał w uśpieniu herpes zoster, wirus 

ospy wietrznej, którym się zaraziłam w wieku pięciu lat. 

Ciało  ma  zdumiewającą  pamięć,  zdarzenia  są  zapisane  w naszych 

kościach,  nerwach,  krwi.  Na  ospę  zachorowałam  latem,  zaraz  po 

wyjeździe ojca, który właśnie wtedy złożył nam pierwszą wizytę. 

– Dlaczego to się uaktywniło akurat teraz? – pytam lekarza podczas 

drugiego spotkania. – Czemu teraz, po piętnastu latach? 

–  Stres  –  rzuca.  –  Fizyczny  i psychiczny  stres.  –  Unosi  znacząco 

brwi. – Co się wydarzyło w pani życiu? – pyta. 

– Och – odpowiadam – nic takiego. – Mówię, że wyprowadzam się 

z mieszkania,  latem  zamierzam  podróżować,  a jesienią  wracam  do 

college'u. 

–  Ma  pani  niedowagę  –  oświadcza  –  Czy  prawidłowo  się  pani 

background image

odżywia, przyjmuje witaminy? 

– O tak, naturalnie. 

– A co ze snem? Dobrze pani sypia? 

– Nie narzekam. 

Marszczy  czoło.  Wie  na  pewno,  że  kłamię.  Nie  mogę  zgiąć  szyi. 

Prawe  ramię  mam  tak  słabe,  że  nie  nadaje  się  do  użytku,  a palców 

prawej  dłoni,  tej,  którą  piszę  i jem  –  dłoni  woli  i celu  –  nie  jestem 

w stanie  zamknąć  wokół  ołówka,  łyżki  ani  zacisnąć  w pięść.  Ból 

półpaśca jest gorszy niż wszystko, czego  kiedykolwiek doświadczyłam. 

Tak okropny, że ubieranie się zajmuje mi godzinę, co pewien czas płaczę 

z bólu. 

Nie  istnieje  środek  na  półpasiec,  nie  w 1981  roku;  kuracji,  która 

powstrzymuje  rozwój  wirusa,  jeszcze  nie  opracowano.  Mój  przypadek 

z konieczności ma typowy przebieg. Lekarz aplikuje mi kolejny zastrzyk 

kortyzonu,  przepisuje  najnowsze  leki  i kompresy,  które  mają  pomóc 

wysuszyć  wypryski,  nim  popękają  i staną  się  potencjalnym  siedliskiem 

bakterii. 

–  Może  powinnaś  odłożyć  podróż  –  powiada  matka,  kiedy  się 

spotykamy.  Mam  rękę  na  temblaku,  wokół  szyi  specjalny  kołnierz. 

Ojciec  i ja  zaplanowaliśmy  spotkanie  w mieście,  w którym  on  się  

urodził. Bilet lotniczy kupiłam już dawno, zanim zachorowałam. 

– Nie – mówię. – Muszę wyjechać. – I wyjeżdżam. 

Bardzo  się  boję  być  z ojcem  i zarazem  nie  mogę  się  z nim  nie 

background image

zobaczyć.  Potrzeba  ujrzenia  go  jest  silniejsza  ode  mnie.  Mogę  się  jej 

opierać nie bardziej niż w sytuacji, gdy zstąpiwszy z dachu w powietrze, 

przypomniałabym sobie, oczywiście zbyt późno, o prawie ciążenia. 

Ojciec  obiecał,  że  podczas  tej  wizyty  pokaże  mi  dom  swoich 

dziadków, w którym  mieszkał jako chłopiec, misjonarski dom o murach 

grubych na trzy stopy. Zjemy obiad w miejscu, gdzie zamawiał whisky; 

będziemy  przejeżdżać  obok  jego  szkoły  elementarnej  i spacerować 

wokół  kampusu  przy  uniwersytecie,  na  który  uczęszczał  już  po 

rozwodzie  z matką.  Innymi  słowy,  odnajdziemy  okruchy  życia,  jakie 

wiódł w czasach, gdy był w moim wieku albo młodszy. Jego ojciec nadal 

mieszka w tym mieście, przy okazji poznam więc drugiego dziadka. 

– Potem – powiedział ojciec – pojedziemy do mojej matki. Poznasz 

dwoje dziadków. Zobaczysz, skąd pochodzisz... skąd się wywodzi druga 

połowa ciebie. 

Półpasiec  nie  przechodzi,  kiedy  wyjeżdżam,  ale  za  to  już  od 

tygodnia nie  pojawiają  się  żadne  nowe  pęcherzyki,  a większość  starych 

pozmieniało  się  w strupy.  Mogę  lekko  odwrócić  głowę.  Chociaż  prawą 

rękę mam zbyt słabą, aby dźwignąć plecak, to chwilami jestem w stanie 

posługiwać się palcami. 

–  Wystarczająco  długo,  aby  zapisać  widokówkę  –  zapewniam 

matkę, poruszając nimi. 

Na  lotnisku żegnamy się  zwykłym,  oficjalnym  pocałunkiem.  Czuję 

dotyk suchych ust na czole, nikły zapach perfum Guerlaina. 

background image

 

– Czemu nie mielibyśmy się przejechać z tatą? – pyta mnie ojciec. 

Zrobiliśmy wszystko, co do tej pory zapowiedział, a teraz, po pracy 

mieliśmy spotkać się z jego ojcem. Przypominam sobie,  że na parkingu 

przed biurem dziadka ojciec powiedział mi trzy rzeczy na jego temat. Po 

pierwsze,  w czasach  swojej  młodości  był  bardzo  przystojnym 

mężczyzną,  posiadał  taki  seksualny  urok,  że  nieznajome  kobiety 

podążały za nim ulicą. Chodząc za nim i obserwując, jak kobiety wodzą 

oczami,  mój  ojciec  wpadł  kiedyś  na  parkometr  i zwalił  się  z nóg.  Po 

drugie,  przed laty  na własnym  podwórzu dziadek  zastrzelił  człowieka  – 

jakiegoś  podglądacza,  który  gapił  się  na  jego  żonę.  I po  trzecie,  wolno 

umiera  na  raka  prostaty,  bo  nie  zgodził  się  na  naświetlania,  terapię 

hormonalną,  chemioterapię  i na  koniec  usunięcie  jąder.  W ten  właśnie 

sposób  ojciec  patrzy  na  swojego  ojca  i identycznie  pojmuje  własną 

męskość,  na  którą  składa  się  mityczny  urok,  gwałtowna  seksualna 

zazdrość,  śmiertelna  seksualna  próżność.  Ale  niestety  ja  tego  nie 

rozumiem  w taki  sposób;  owe  historyjki  wydają  mi  się  nieco 

staroświeckie, najwyżej tak  niebezpieczne jak wielki biały  łowca,  który 

już dawno temu ostatecznie pożegnał się ze swoją strzelbą. Nie odnoszę 

wrażenia, aby miały ze mną cokolwiek wspólnego. 

istocie 

dziadek 

wydaje 

się 

staruszkiem 

potulnym 

i dobrodusznym.  Nie  dostrzegam  w nim  tych  groźnych  cech,  o których 

mówił ojciec. Nie podnosi głosu, nie przechwala się, ale w końcu jest już 

background image

starszy,  ma całkiem siwe włosy i sztywno się porusza.  W samochodzie, 

kiedy ojciec nie może tego zauważyć, jego dłoń omija dźwignię zmiany 

biegów i zmierza do mojego uda. 

– Ho, ho, ho – powiada. – Przy tobie zaczynam bardzo żałować, że 

nie  jestem  jakieś  trzydzieści  lat  młodszy.  Gdyby  to  było  możliwe, 

znalazłabyś się w nie lada kłopotach. 

Nie  mam  odwagi  na  niego  spojrzeć  ani  wymownie  się  od  niego 

odwrócić,  więc  po  prostu  patrzę  na  wprost  przez  szybę  samochodu. 

Kiedy następnym razem musi zmienić biegi, zabiera dłoń z mojej nogi. 

Dom  dziadka  jest  niewielki.  Chodnik  przed  bramą  popękał. 

Korzenie  starych  drzew  wypchnęły  ku  górze  duże  kawałki  płyt. 

Wewnątrz jest jego była żona – czwarta albo trzecia, nie jestem w stanie 

rozstrzygnąć.  Wygląda  na  to,  że  dwa  z czterech  czy  pięciu  małżeństw 

zawarł  z matką  ojca.  Eksżona  dziadka  jest  dużą,  rumianą  kobietą  po 

sześćdziesiątce,  typu  „baranina  przebrana  za  owieczkę”,  jakby  ją 

określiła  moja  babka.  Nosi  wysoko  upięte  loki,  a jej  rozłożyste  biodra 

okrywa  opięta,  czarna  spódnica.  Nadal  mieszka  z dziadkiem  w jednym 

domu; wynosi na zewnątrz tacę z mrożoną herbatą. Dziadek zabiera nas 

do  szklarni,  gdzie  prowadzi  uprawę orchidei.  Mała  szklana  konstrukcja 

jest  wypełniona  kolorami,  jak  gdyby  wszystkie  barwy  tego  nudnego, 

szarego  miasta  zostały  zamknięte  w pulsującej  barwami  skrzyni. 

Dziadek  jest  czarodziejem,  mistrzem  w tej  dziedzinie,  a jego  uśmiech 

podpowiada  mi,  że  doskonale  o tym  wie.  Idę  za  nim  i przyglądam  się, 

background image

jak  jego  dłonie  delikatnie  odwracają  do  mnie  piękny  kwiat.  Czy 

wówczas  pamiętam  o lingwistycznym  związku  między  orchideami 

a męskimi 

genitaliami? 

Czy 

powtarzam 

w myślach 

słowo 

„orchidektomia”  i definiuję  je  jako  termin  chirurgiczny  oznaczający 

usunięcie jąder? Jestem przeświadczona, że tak. 

– Spodobał ci się? – pyta ojciec w samochodzie, kiedy wracamy do 

motelu. 

– Lubię kwiaty – odpowiadam. 

– Pytam o niego, o twojego dziadka. 

Odwracam się na siedzeniu i patrzę na ojca. 

– Przystawiał się do mnie – mówię i opisuję okoliczności. Ojciec nie 

zdradza  ani  zdziwienia,  ani  dezaprobaty.  –  Może  to  dziedziczne  – 

sugeruje.  –  Nie  sądzisz?  –  Wzdraga  się,  a ja  zaczynam  się  śmiać 

w przypływie czarnego humoru. 

Jemy  coś  w barze  kawowym.  W motelu  –  nieforemnej  zabudowie 

wokół  zakurzonego  podwórza  –  dzielimy  bliźniacze  łóżka,  zestawione 

razem i przykryte tą samą narzutą. W półśnie pozwalam ojcu całować się 

tak, jak on tego chce, i w odpowiedzi sama go całuje. 

Budzę się w spokojny  poranek, jakby nagle poderwały  mnie głośne 

dźwięki alarmu. Serce tłucze  mi w piersi, kiedy  przypominam sobie żar 

tych  pocałunków.  Nie  czuje  się  winna,  jestem  raczej  zagubiona. 

W zmieszaniu  rozglądam  się  po  ponurym  pokoju.  Przez  moment  nie 

bardzo  wiem,  gdzie  jestem.  W sąsiednim  łóżku  śpi  ojciec.  Kiedy 

background image

oddycha, powietrze lekko świszcze mu w nosie. 

Biorę prysznic. Siadam na podłodze w kabinie i przez godzinę albo 

dłużej pozwalam, by spływała na mnie gorąca woda. Serce nadal  bije mi 

szybciej.  Przyglądam  się  wodzie,  która  toczy  się  do  kratki  ściekowej 

otoczonej żółtą pianą. 

 

W  stanie  Nowy  Meksyk  jest  biała  pustynia.  Jej  piękno  podlega 

ustawicznym  zmianom.  To  ciągnące  się  bez  końca  koryta  czegoś 

białego,  co  wygląda  jak  śnieg,  ale  parzy  w palce.  Noc  w noc  wiatr 

przesuwa  tę  biel,  kształtuje  z niej  olbrzymie  wydmy  i zaspy,  tak  więc 

między  zmierzchem  a świtem  zmienia  się  całe  oblicze  ziemi.  Gdyby 

komuś  się  zdarzyło  tu  zasnąć,  obudziłby  się  w miejscu,  którego  nigdy 

wcześniej nie widział. 

Jedziemy  tam,  bo  ojciec  chce  mnie  sfotografować  na  tle  pustyni. 

Ustawia aparat, ja tymczasem klękam w piasku. Ciekawe, mimo silnego 

wiatru,  miejsce  wydaje  się bezwietrzne. Wzdycham i ziewam, jakby  mi 

brakowało tlenu. Powierzchnia wokół moich kolan ściele się jak płótno. 

Niczego bardziej nie pragnę, niż zamknąć oczy. 

Po  wywołaniu  filmu  zdjęcia  przedstawiają  tylko  dziewczynę 

w okolicy pozbawionej horyzontu, nie sposób odróżnić ziemię od nieba, 

brakuje  jakichkolwiek  punktów  orientacyjnych.  Na  jednym  ze  zdjęć 

widać  samochód  z opuszczonym  dachem,  długi,  czerwony  kabriolet 

mojego ojca. 

background image

– Okropny jak dla kaznodziei – przyznaję, oglądając odbitki. – Taki 

samochód musi budzić złe skojarzenia. 

Wyjmuje  mu  fotografie  z dłoni.  Uważnie  przyglądam  się 

dziewczynie. Ma odwrócony wzrok, długie blond włosy, które zasłaniają 

jej  usta.  W takim  miejscu  jak  to,  wolna  jest  czy  stracona?  Zdjęcia  nie 

sugerują odpowiedzi. 

 

Od  dziecka  uczy  się  nas  nazywać  Kościół  matką.  Ojciec, 

wychowany  przez  babkę  misjonarkę,  gdy  tymczasem  jego  matka 

pracowała  jako  sekretarka,  musiał  słyszeć  o tej  analogii,  będąc  jeszcze 

dzieckiem.  Jego  babka  (która  miała  ponad  sześć  stóp  wzrostu  i której 

imponująca postura wpływała łagodząco na wszelkie spory, w które bez 

opamiętania  wdawał  się  jej  drobny  i kłótliwy  mąż)  oddała  go  Bogu. 

Ponieważ  opiekowała  się  nim,  z pewnością  sądziła,  że  ma  prawo  nim 

rozporządzać,  i tak  oto  zanim  życie  ojca  zaczęło  należeć  do  niego, 

wróciła do Kościoła. 

Babka  ojca  powiedziała  mu,  że  kiedy  dorośnie,  zostanie 

kaznodzieją. Ta kobieta miała nad nim tak wielką władzę, że jej śmierć 

wcale  nie  uwolniła  go  od  tych  dążeń.  W końcu  babce  zawdzięczał 

wszystko.  Lecz  nie  może  znieść  braku  swobody,  poczucia  kastracji 

z powodu sutanny, którą zmuszony jest nosić (nazywa ją spódniczką); za 

to  buntuje  się  przeciwko  matkom:  mojej  matce  i matce  mojej  matki, 

która  odebrała  mu  żonę  i dziecko;  przeciwko  samemu  kościołowi, 

background image

którego  ścianę  niegdyś  przebił  pięścią;  i oczywiście  przeciwko  własnej 

matce,  z którą,  jak  się  zdaje,  bez  przerwy  walczy  o nawet  najbardziej 

trywialne drobiazgi. 

Ojciec  i ja  musimy  pokonać  wiele  mil,  poświęcić  parę  dni,  abym 

mogła poznać jego  matkę, czyli  moją drugą babkę. Obecnie ma ona już 

trzeciego  albo  czwartego  męża.  (Kolejny  raz  gmatwa  mi  rachunki  jej 

dwukrotne  małżeństwo  z ojcem  mojego  ojca.)  Mieszkają  poza  miastem 

w niewielkim  skupisku  domów  położonym  na  wzgórzu,  gdzie  wieje 

wiatr  tak  silny,  że  na  moich  oczach  porywa  wycieraczkę  spod 

frontowych  drzwi  i niesie  ją  na  podwórze.  Przez  rozsuwane  szklane 

drzwi widzę, jak upada, wzbijając tumany kurzu. 

Babka  nie  jest  osobą  o łagodnym  usposobieniu,  ale  przecież  ojciec 

wcale nie sugerował, że tego mam się spodziewać. 

– Jak się ma twoja rodzina? – pyta ostrożnie, oddzielając swoją krew 

od mojej. 

Podczas obiadu jesteśmy skrępowani. Najczęściej odzywa się ojciec. 

Kiedy  przeżuwa  i milknie,  jego  ojczym  opowiada  dowcipy,  z których 

każdy następny jest bardziej obraźliwy od poprzedniego. Pochyla się nad 

talerzem. 

– Dlaczego Żydzi wędrowali czterdzieści lat przez pustynię? – pyta, 

trzymając widelec w jednej pięści, nóż w drugiej. 

– Nie wiem – odpowiadam. – Dlaczego? 

–  Bo  któryś  zgubił  miedziaka!  –  Wybucha  śmiechem,  a ja 

background image

zastanawiam  się,  czy  nie  upatrzył  sobie  mnie  i mojej  rodziny  na 

przedmiot ataku. W końcu jednak zahacza o wszystkie wyznania i rasy. 

Po  deserze  siedzimy  sztywno  w salonie,  każde  z nas  na  osobnym 

krześle, kanapa pozostaje pusta. Oglądamy w telewizji jakieś kryminalne 

widowisko,  potem  idziemy  spać.  Wiatr  jęczy  i gwiżdże  w zakamarkach 

domu.  Powstaje  dziki,  przenikliwy  dźwięk.  Kiedy  ojciec  wchodzi  po 

cichu  do  pokoju  gościnnego,  nadal  czuwam.  Odchyla  nakrycie.  Robię 

mu miejsce, oczekując, że położy się i przytuli mnie, pragnąc przeprosić 

za  słowa  ojczyma,  które,  jak  wiem,  wcale  mu  się  nie  podobały.  Żal  mi 

go,  bo  wyobrażam  sobie,  że  jest  mu  wstyd.  Ale  ojciec  nie  kładzie  się 

przy mnie. 

Podnosi skraj mojej koszuli nocnej. Nie odzywa się i ja także się nie 

odzywam.  Nie  próbuję  powstrzymać  jego  dłoni.  Pod  koszulą  nie  mam 

bielizny,  on  zaś  rozchyla  moje  nogi  i pomiędzy  nie  wsuwa  rozedrgany 

język. 

W  domu  swojej  matki!  W domu  swojej  matki!  Wciąż  od  nowa 

powtarzam  w myślach  te  słowa,  pewna,  że  okoliczności  tego  zbliżenia 

nie mogą być bez znaczenia, choć ja ich nie ogarniam. 

To,  co  robi,  nie  wydaje  się  ani  dobre,  ani  złe;  powoduje  tak 

doskonały rozdział umysłu od ciała, że zupełnie nie wiem, co czuję. Po 

drugiej  stronie  głębokiej  przepaści  moje  ciało  reaguje  niezależnie  od 

umysłu. Serce, gdzieś pomiędzy jednym a drugim, bije jak szalone. 

Nie odzywamy się nawet jednym słowem.  Cała scena rozgrywa się 

background image

w milczeniu, jak  gdyby  była  elementem  mrocznych  majaków, skutkiem 

gorączki albo działania narkotyku. 

W domu swojej matki. 

Musiał  to  zrobić  w domu  swojej  matki.  Potrzebował  siły,  która 

dawała mu jej obecność, i musiał tę siłę przezwyciężyć. 

 

Z Algeciras w Hiszpanii do Kopenhagi – trzydzieści siedem godzin. 

Z Kopenhagi  do  Mediolanu  –  dwadzieścia  dziewięć.  Z Mediolanu  do 

Monako,  dalej  do  Paryża  i Monachium  –  pięćdziesiąt  trzy.  Mam  bilet, 

który  pozwala  na  jazdę  pociągiem  bez  żadnych  ograniczeń. 

Podróżowanie jest jak narkotyk, uciekanie nieodparcie wciąga. 

W  Europie wydaję  jeszcze więcej  pieniędzy  z sumy  wybłaganej  od 

dziadków, pragnących teraz pchnąć mnie jakąkolwiek drogą, byle tylko 

dalej  od  ojca,  który,  jak  wyczuwają,  coraz  wyraźniej  jawi  się  w moim 

życiu i staje się coraz bardziej niebezpieczny. 

Nieprawda,  że  tu  czy  tam,  siedząc  sobie  bezpiecznie  w przedziale 

pociągu,  specjalnie  analizuję  moje  życie  w domu.  Ono  się  zwyczajnie 

samo rozwija niczym kwiat na jednym ze wzgórz, które mijamy, niczym 

fabuła  na  kolejowych  stronach  książki  albo  na  ekranie.  Ojciec  znajduje 

się  dalej  niż  małe  krowy  i samochody,  które  szybko  mijam.  Pociąg 

jednostajnym dudnieniem kołysze mnie do snu lub grzechocze tak, że się 

budzę. 

Nie  korzystam  ze  schronisk  młodzieżowych,  jeśli  nie  muszę. 

background image

Wymieniam tylko tyle pieniędzy, ile potrzebuję, aby zapłacić za prysznic 

w dworcowej  łaźni  i jakiś  posiłek  w barze.  Ekonomiczność  takiego 

postępowania  wydaje  mi  się  bezpieczna  –  jakże  niewiele  potrzebuję  na 

utrzymanie  –  a jaka  ulga,  jeśli  znajduję  pretekst,  by  uniknąć  rutynowej 

szarpaniny po przybyciu na miejsce: wystawania w kolejce do informacji 

turystycznej, szukania  noclegu,  brnięcia  na miejsce z ciężkim  bagażem, 

męczących wypraw do miejsc wartych obejrzenia i do muzeów. 

W  pociągach  nigdy  nie  wydaję  pieniędzy  na  opłatę  dodatkową  za 

kuszetkę.  Zwyczajnie  umieszczam  bagaż  na  górnej  półce  i zwijam  się 

w kłębek  na  siedzeniu  przy  oknie.  W gorące  dni  podnoszę  szybę 

i pozwalam,  by  wiało  do  środka;  gwałtowny  pęd  suchego  powietrza 

wyciska  mi  z oczu  łzy.  Nocą,  kiedy  przejeżdżamy  przez  miasta,  za 

oknami  przesuwają  się  oświetlone  izby  należące  do  nieznajomych 

rodzin, prostokąty żółtego światła z ludźmi wokół stołów. 

Czasami  popełniam  błąd.  Albo  źle  odczytuję  drukowany  drobnym 

pismem rozkład jazdy Thomasa Cooka, sam w sobie często niedokładny, 

i pociąg  nagle  kończy  trasę  w jakimś  miasteczku,  albo  wsiadam  do 

niewłaściwego wagonu. Wówczas przednie wagony zmierzają do celu, ja 

z przykrością  odkrywam,  że  zostałam  w tylnym,  który  już  dalej  nie 

pojedzie. 

Kilka  razy  przyjeżdżam  na  miejsce  za  późno,  aby  znaleźć  nocleg, 

i muszę nocować w poczekalni.  Zdarza się, że kiedy  zamykają dworzec 

o drugiej  w nocy,  musze  spędzić  resztę  nocy  pod  gołym  niebem.  Na 

background image

zakurzonym  placu,  w chłodzie,  staję  się  przedmiotem  zainteresowania 

miejscowych włóczęgów. Jeśli narażam się na niebezpieczeństwo, to nic 

o tym nie wiem albo wcale mnie to nie obchodzi. 

Wyobrażam  sobie  warianty  życia  odmienne  od  tego,  które  czeka 

mnie po powrocie. Przyjmuję założenie, że nie wracam. Ciągle słyszy się 

opowieść  o młodych  kobietach,  które  po  prostu  nigdy  nie  wracają  do 

domu. 

Z  ojcem  rozmawiam  kilka  razy.  Dzwonię  ze  stacji  na  jego  koszt, 

znacznie  rzadziej  niż  obiecywałam.  Za  każdym  razem,  kiedy  podnosi 

słuchawkę, jest podekscytowany, potem wściekły, w końcu zaś staje się 

płaczliwy. 

–  Następnym  razem  zadzwoń  prędzej  –  powiada.  –  Nie  każ  mi 

czekać tak długo. 

–  W porządku  –  odpowiadam.  –  Nie  będę.  –  Ale  nie  dotrzymuję 

słowa. 

– Nie pozwól, abym czuł się samotny – mówi. – Nie zostawiaj mnie 

samego z moją miłością. 

Czy  dostrzegam,  że  tymi  słowami  wyraża  historię  mojego  życia 

z matką:  Nie  pozostawiaj  mnie  samej  z moją  miłością?  Czy  na  chwilę 

milknę? W każdym razie wiem, co czuje człowiek, którego się błaga. 

 

Wracam  do  szkoły  zgodnie  z obietnicą  złożoną  dziadkom.  Na 

ostatnim roku college'u mieszkam poza kampusem, w domu, który dzielę 

background image

z czterema  koleżankami.  Umowa  najmu  na  okres  od  września  do 

czerwca  przewiduje,  że  mieszkania  nie  będzie  zajmowało  więcej  niż 

cztery  osoby;  formalnie  rzecz  ujmując,  jedna  z nas  nie  istnieje. 

W umowie  najmu  nie  ma  mojego  nazwiska;  a dom,  otwarty  na 

niespodziewane  wizyty  pośrednika  w handlu  nieruchomościami,  ma 

tylko cztery sypialnie i cztery łóżka, z których żadne do mnie nie należy. 

Sypiam  albo  na  kanapie,  albo  na  podłodze.  Kilka  razy  w chłodny 

poranek  weekendu  zdarza  się,  że  w samej  tylko  koszuli  nocnej  muszę 

wymknąć  się  bocznymi  drzwiami  na  podwórze  i czekać  w zaroślach, 

póki  podejrzliwy  agent  nie  sprawdzi  domu  lub  nie  pokaże  go 

potencjalnym nabywcom. Mieszkamy w niezwykle miłej okolicy, wśród 

liściastych  drzew,  a sam  dom  może  być  symbolem  komfortu 

i normalności  charakterystycznej  dla  amerykańskiej  klasy  średniej. 

Pewnie dlatego nie mogę znaleźć w nim miejsca dla siebie. 

 

Wyjmuje  z wewnętrznej  kieszeni  marynarki  duże  wieczne  pióro 

marki  Mont  Blanc.  Ojciec  najbardziej  ceni  przedmioty  w kształcie 

fallusa. Odsuwa na  bok nietknięte  talerze z jedzeniem  i kładzie  na stole 

jedną  ze  swoich  wizytówek.  Wręcza  mi  pióro,  które  jest  jeszcze 

nagrzane od jego ciała. 

–  Narysuj  dwa  przecinające  się  kręgi  –  powiada.  –  Jeden  będzie 

reprezentował  ciebie,  drugi  mnie.  Obszar  wspólny  unaoczni  nam,  jak 

blisko  siebie  powinniśmy  twoim  zdaniem  żyć.  W jakim  stopniu  łączy 

background image

nas porozumienie. – Prostuje się i krzyżuje ręce na piersi. 

Sięgam po pióro. Powstaje ósemka podobna do tych, jakie kreśliłam, 

będąc dzieckiem, nim  nauczyłam się  je pisać  bez  odrywania  ołówka  od 

kartki:  dwa  zachodzące  na  siebie  koła  o niewielkiej  części  wspólnej. 

Ojciec  potakuje,  bierze  pióro.  W jego  wykonaniu  dwa  kręgi  wyglądają 

jak jeden, lecz narysowany dwa razy – linie niemal na siebie zachodzą. 

Patrzę  na  te  rysunki,  a moje  serce  zaczyna  nagle  bić  z jakąś 

szaleńczą  natarczywością.  Zatem  prawdą  jest  to,  co  powiedziałam. 

Sądziłam,  że  dramatyzuję,  ale  on  pragnie  wszystkiego,  całego  mojego 

życia.  Chce  mi  zostawić  zaledwie  cienką  jak  bańka  mydlana 

powierzchnię na granicy. Może skórę na karku, zgrubienie na pięcie. 

 

Obawiam  się,  że  zaniepokoi  cię  to  stwierdzenie  –  czytam 

w postscriptum  jednego  z listów  –  ale  zmarnowałem  całe  pudełko 

kopert, zastępując twój adres moim, a mój twoim. 

Nie  jestem  zaniepokojona  tym  tak, jak powinnam.  Nie  dostrzegam, 

że  destrukcja  jego  wewnętrznych  granic  z pewnością  zniszczy  moje 

własne.  Nie  wzdragam  się  też,  jak  będę  to  robić  po  latach,  gdy  czytam 

epistoły adresowane do Beatrice – takie pieszczotliwe imię wymyślił dla 

mnie ojciec – którą błaga, by pokierowała nim podczas wędrówki przez 

mroczne  kręgi  jego  duszy.  Podobnie  ukochana  Dantego  w Boskiej 

Komedii odkrywała przed poetą to, czego on sam długo nie był w stanie 

dostrzec.  Ojciec  –  wynika  z treści  listów  –  znajduje  w sobie  „pustkę”, 

background image

„duchową  pustynię”  i „czarne  dziury”,  które  jedynie  moja  miłość  może 

wypełnić. 

Blisko  czterdzieści  lat  –  napisał  –  pracowałem,  aby  stworzyć 

człowieka,  którym  się  stałem.  Lecz  nie  wiem,  kto  albo  co  kryje  się  za 

moimi  wszystkimi  osiągnięciami.  Jesteś  nadzieją,  że  wreszcie  odkryję 

siebie. Przebiegam wzrokiem po tych słowach, lecz ich nie pojmuję. Nie 

pozwalam  sobie  uświadomić,  że  ojciec  przyznaje  się  do  braku 

tożsamości. 

Dzwoni trzy razy dziennie. 

–  Jak  się  mam?  –  pyta,  kiedy  podniosę  słuchawkę.  Mówi  tak,  bo 

podobno  jego  samopoczucie  zależy  przede  wszystkim  od  tego,  jak 

bardzo  go  kocham.  Beze  mnie  jego  życie  pozbawione  jest  znaczenia, 

celu, przyjemności. 

Czy  jako  dziecko  przerażałam  matkę  w taki  sam  sposób,  w jaki 

przeraża mnie teraz ojciec? Kiedy stałam przy jej łóżku, czekając, aż się 

obudzi i pozwoli mi się odnaleźć, miała tyle lat, ile ja mam teraz. Kiedy 

więc odbieram jej ojca, dowiaduje się, co to znaczy być nią: być młodą 

i bezbronną, musieć chronić się przed drapieżną miłością, która mogłaby 

ją strawić, pozbawić siebie. 

 

W  samochodzie  ojciec  przemawia,  używając  próśb  i gróźb. 

Przyznałam  się,  że  nadal  wymieniam  korespondencję  z dawnym 

chłopcem,  którego  dzieli  teraz  ode  mnie  dwa  tysiące  mil.  Im  większa 

background image

ogarnia  złość,  im  głośniej  krzyczy,  tym  głębiej  zapadam  w milczenie. 

Nie  chodzi  o strategię  postępowania,  raczej  o impuls  zakodowany  już 

dawno  jako  reakcja  na  gniew  matki,  na  przykład  podczas  ćwiczeń 

z francuskiego.  Słyszę  ostry  ton  i zapadam  w odrętwienie.  Jakbym  się 

w środku  kurczyła,  a moja  istota  stawała  się  niedostępnym  rdzeniem, 

ukrytym  głęboko  pod  powierzchnią  ciała.  Układam  w głowie 

odpowiedzi na oskarżenia, ale nawet nie mogę poruszyć ustami. Migają 

milowe słupki;  poruszam się  po nużącej trajektorii  drogi i jego  gniewu, 

nie widać końca ani jednego, ani drugiego. 

– Czy to możliwe, że nie dostrzegasz, jak bardzo jestem ci oddany? 

Mówisz,  że  przeszkadzam  ci  w studiach,  ale  nie  widzisz,  jakiego 

strasznego spustoszenia dokonałaś w moim sercu! Tylko ty się dla mnie 

liczysz! 

Ciągle  wracamy  do  „przejawów  miłości”.  Ojciec  musi  posiadać 

mnie  fizycznie,  bo  tylko  to  zapewnia  go  o moim  poświęceniu.  Nic 

innego  nie  wystarczy.  Czy  bez  takiego  zapewnienia  przestanie  mnie 

kochać? Nie pytam. 

Całe to spotkanie  zdaje się  ociekać  łzami.  Płaczemy oboje. Trudno 

mi  znieść  wyczerpanie  nerwowe,  które  towarzyszy  opieraniu  się  jego 

pożądaniu. 

 

Kiedy  się  poddaję,  odczuwam  prawie  ulgę.  Podobnie  jak  ktoś,  kto 

trzyma się krawędzi przepaści resztkami sił i w końcu otwiera dłonie. Po 

background image

udręce  oporu,  kiedy  od  dawna  było  wiadomo,  że  upadek  jest 

nieuchronny, runięcie jest rodzajem spełnienia. Skaczę, nie wiedząc, jak 

szybko spadnę, jak głęboko, jak mocno uderzę o dno. 

Pięć,  dziesięć,  piętnaście  lat  później  będę  pamiętała  jedynie  to,  że 

ojciec  się  rozbierał,  i wstrząs,  jaki  przeżyłam,  odkrywając,  że  nie  jest 

obrzezany.  Wychowana  w żydowskim  otoczeniu,  nigdy  czegoś 

podobnego  nie  widziałam.  Chcę  czy  nie,  to  mi  się  wydaje  obce, 

nieczyste. 

Widzę  go  nagiego  i w  tej  samej  chwili  zapadam  w głęboki  sen. 

Osiągam  stan,  którego  zapowiedzią  był  narkotyczny  pocałunek  na 

lotnisku. W nadchodzących  latach  nie będę w stanie  przypomnieć  sobie 

ani  jednej  sytuacji,  gdy  byłam  z ojcem  w łóżku.  Zachowam  jakieś 

łączne,  uogólnione  wspomnienie.  Będę  wiedziała,  że  on  zawsze  był  na 

górze  i że  ja  zawsze  leżałam  spokojnie,  tak  spokojnie,  jakbym 

rzeczywiście spadła z dużej wysokości. Zapamiętam takie szczegóły, jak 

kolor  dywanu  w którymś  z pokoi  hotelowych  albo  gatunek  drzewa 

rosnącego za oknem. Że ojciec zawsze miał na nogach skarpetki, a ja – 

co  tylko  mogłam.  Zapamiętam  każdy  szczegół  z nim  związany. 

Wystarczy,  że  zamknę  oczy,  a zobaczę,  jak  układały  się  włosy  na 

grzbietach  jego  dłoni,  myszkę  na  policzku,  linie  zmarszczek  –  każdą 

z osobna – w kącikach oczu.  Lecz nie będę w stanie przypomnieć sobie 

żadnych  wrażeń.  Nie  ważne,  ile  włożę  wysiłku,  by  powrócić  do 

przeszłości, bo i tak przy każdej próbie odepchnę od siebie to, co zawsze 

background image

będzie mi się wydawało niemożliwe. 

 

Zasypiam. 

Uciekam 

w puszystą 

ospałość 

dni. 

Korzystam 

z selektywnego  samo  znieczulenia,  które  pozwala  mi  się  otwierać  na 

niektóre  sprawy,  zamykać  na inne. Pojawiają  się narkotyki, pojawia się 

alkohol,  jest  jedzenie,  zbyt  dużo  albo  zbyt  mało.  Chcę  tym  pokonać 

zmysły.  Wcześniej  czy  później  robię  użytek  z tego  wszystkiego  i może 

jeszcze z czegoś, o czym nadal nie wiem. 

Reakcją  na  nieznośne  pożądanie  jest  sen.  Nauczyłam  się  tego  od 

matki.  Trudno  określić,  kiedy  śpię  naprawdę.  Dzwoni  do  mnie  ojciec. 

Podnoszę  słuchawkę,  odpowiadam  i po  kilku  minutach  rozmowy 

mimowolnie  zasypiam.  Nie  panuje  nad  tym,  lecz  mimo  wszystko 

doprowadzam  go  do  wściekłości.  Czy  może  być  bardziej  radykalny 

unik?  Kiedy  wracam  do  przytomności,  często  nawet  po  godzinie  od 

chwili,  gdy  w złości  odłożył  słuchawkę,  telefon  nadal  buczy  mi  prosto 

do  ucha.  Żadna  strategia,  aby  to  kontrolować,  nie  przynosi  pożądanego 

skutku.  Mówię  sobie,  że  zdołam  wytrzymać  przez  czas  rozmowy.  Przy 

pierwszej  oznace  zmęczenia  przygryzam  końce  palców  albo  skórę  na 

grzbiecie  dłoni.  Czarna  kawa,  No-Doz,  amfetamina  –  nic  nie 

powstrzymuje snu. Jak zauroczona osuwam się na podłogę. Dziewczyny, 

z którymi mieszkam, obchodzą mnie dookoła albo przechodzą nad moim 

ciałem,  skulonym  wokół  aparatu.  Jeśli  muszą  zadzwonić,  wyjmują  mi 

słuchawkę z ręki. 

background image

Śpię  nie  dlatego,  że  przeżywam  szok  z powodu  żądzy,  jaką 

przejawia mój ojciec – w każdym razie nie szok w sensie czegoś nagłego 

i zaskakującego. Od samego początku wiedziałam, czego ode mnie chce. 

Mimo  wszystko  jestem  tak  samo  wstrząśnięta  jak  wtedy,  kiedy  go 

zobaczyłam  po  raz  pierwszy.  Odwrócił  się  wówczas  od  fontanny;  miał 

wilgotne  usta,  kapała  z nich  woda.  Zatem  tak,  śpię,  bo  jestem 

wstrząśnięta i boję się. Chcę uniknąć rozważań o niegodziwości tego, co 

robimy  –  czynu,  który  mnie  określa,  który  wyjaśnia,  kim  jestem, 

ponieważ zawiera się w nim cały mój ból, złość i pragnienie przeszłości; 

jest w nim także przyszłość. 

Najbardziej  przeraża  mnie  złość.  Śpię,  by  uciec  przed  złością.  Nie 

na  ojca  –  na  matkę.  By  uniknąć  furii  do  tego  stopnia  niszczącej,  że 

z ochotą odebrałabym matce krótkotrwałą miłość, której kiedyś zaznała, 

ponieważ tak niechętnie i tak długo nie chciała mnie kochać choć trochę. 

Jestem  wściekła  także  na  siebie.  Na  dobrą  dziewczynę,  która 

zawiodła,  na  szczupłą,  spokojną  prymuskę,  wolną  od  pragnień, 

dziewczynę,  która  będzie  poprawiała  wygląd  i dokonywała  na  sobie 

alchemicznych  eksperymentów,  byle  tylko  zyskać  miłość  matki. 

Zawiodła, więc muszę ją zniszczyć. Zastąpić ją córką tak złą, by czyniła 

rzeczy nie do opisania. 

Jednocześnie  mogę  rzecz  jasna  uczynić  z siebie  ofiarę  miłosnych 

żądań  ojca.  Jednym  czynem  zniszczyć  starego  mistrza  i zacząć  służyć 

nowemu. 

background image

Tylko nie chcę o tym rozmyślać. 

Wolę spać. 

 

Nigdy wcześniej nie byłyśmy ze sobą bliżej, ja i matka. 

Zbliża  mnie  do  niej  poczucie  winy.  Odwiedzam  ją,  kiedy  tylko 

mogę. Dowiaduję się wówczas, że między zdrajcą a zdradzanym istnieje 

niemal  intymna  więź.  Dzięki  ojcu  wreszcie  zaczęłam  przenikać  matkę, 

zdzierać  z niej  maski,  które  nas  dzielą.  Zbliżam  się  do  niej,  by 

oszacować  stopień  jej  podejrzliwości,  ona  podchodzi,  żeby  zbadać, 

czego się sama obawia. 

Kiedy u niej jestem, tłucze mi serce, drżą dłonie. Wystarczy zapach 

perfum, złociste pasemko włosów, otarcie się o siebie naszych ciał w jej 

maleńkiej kuchni, ciał oddzielonych zaledwie grubością nocnych koszul 

– którykolwiek z tych drobiazgów – by robiło mi się słabo. 

Matka i ja jesteśmy delikatne, uprzejme, obchodzimy się ze sobą tak 

ostrożnie,  jak  ostrożnie  powinni  się  traktować  wrogowie.  Nie 

rozmawiamy  o nim,  tylko  obserwujemy  się  ponad  stołem.  Dziobię 

jedzenie,  które  mi  przygotowała,  jakbym  się  obawiała,  że  może  mnie 

otruć. Cokolwiek przełknę, zaraz wymiotuję. 

 

W  trakcie  jednej  z wizyt  w domu  spotykam  się  wreszcie  z tym,  na 

co  czekałam:  oskarża  mnie.  Muszę  z nią  iść  do  gabinetu  psychiatry,  do 

małego,  brązowego  pokoju,  gdzie  zwykle  rozmawia  o swojej  matce. 

background image

Chociaż nie informuje mnie o programie sesji – „tylko porozmawiamy” 

– z pewnością podejrzewam, w jakim kierunku rozwinie się ta rozmowa, 

bo  ubrana  jestem  w coś  tak  nietypowego,  że  jeszcze  teraz  się  dziwię. 

Chodzi  o sukienkę,  którą  sobie  kupiłam,  a potem  ukryłam  w szafie 

u dziadków,  nie  wyciągając  jej  nawet  z torby.  Tak  krótką,  że  nie  mogę 

się pochylić, nie odsłaniając majteczek. Ciało opina mi bladopurpurowy 

materiał  z elastycznego  weluru.  Na  spotkanie  z psychiatrą  dodatkowo 

wkładam buty na wysokim obcasie. 

Kiedy  matka  odbiera  mnie  od  dziadków,  nie  mówi  nic,  tylko 

szeroko otwiera oczy; rumieni się, jakby ją ktoś uderzył. Po raz pierwszy 

widzi mnie w czymś, co nie jest długie, czarne i workowate. 

Wystarcza,  że  wchodzę  do  gabinetu,  siadam  na  kanapie  w kolorze 

kawy, a od razu wyczuwam, że  los matki jest przesądzony. Dostrzegam 

to  w przygaszonym  brązie  ścian,  w spoconych  dłoniach  psychiatry, 

nawet w jego niezwykle wąskim, pstrym krawacie. Nigdy ostatecznie nie 

uwolni  się  od  swojej  matki;  zawsze  już  będzie  słyszała  krzyki 

dobiegające zza drzwi sypialni. Babka trzyma ją w śmiertelnym uścisku. 

Czyżby dlatego, że moja matka nie jest tak bezlitosna jak ja? 

Przechodzi do rzeczy bez żadnych wstępów. 

– Moim zdaniem utrzymują stosunki seksualne – oświadcza. 

Lekarz odwraca się do mnie, unosi brwi. Zaczynam kłamać. Kłamię 

jak z nut, jak nigdy wcześniej tego nie robiłam i nigdy później robić nie 

będę. Tak w ogóle jestem kiepskim kłamczuchem, lecz tego popołudnia, 

background image

w stroju, który mam na sobie, wszystko udaje się znakomicie. 

– Cóż, pozornie to rzeczywiście nie wygląda najlepiej – powiadam. 

– Wiem, dlaczego się martwi. Rzecz w tym... bo... – jąkam się. – Do tej 

pory  nie  znałam  ojca.  A teraz  pewnie  przechodzę  etap  typowy  dla 

wszystkich  małych  dziewczynek,  tylko  że  znacznie  później  niż 

większość  z nich.  –  Robię  przerwy  w odpowiednich  momentach.  Daję 

tak  dobre  przedstawienie,  że  aż  się  boję  sama  siebie.  Czyżby  moja 

osobowość była taka bezkształtna, że wystarczy włożyć jakąś sukienkę, 

aby  nadać  jej  odpowiedni  charakter?  Czy  ta  dziewczyna,  bezwstydna, 

bez żenady podkreślająca płeć, odziana w czerwień – której nie potrafię 

sobie wyobrazić choćby jako przyjaciółki – jest częścią mnie? – Ona ma 

rację  –  mówię,  kiwając  głową.  –  Kocham  go,  ale  przecież...  ten...  ja 

nigdy... bym... bym tego nie zrobiła. 

Lekarz  patrzy  na  mnie  i choć  siedzę  przed  nim  w wulgarnej 

sukience, wierzy mi. Wiem, że mi wierzy. Wierzy mi matka. Ojciec jest 

mój,  nie  jej.  Zatem  osiągnęłam  to,  na  czym  mi  zależało,  na  czym 

myślałam,  że  mi  zależy.  Matka  została  sama.  Odebrałam  jej  męża, 

a teraz jej  jedynego sprzymierzeńca, jedyną  osobę,  z którą może  dzielić 

się zmartwieniami i tajemnicami. 

Co  do  mnie,  cóż,  zaczyna  mnie  przygniatać  ciężar  zadawania  ran 

osobie,  którą  kocham  najbardziej.  Gdy  widzę  jej  twarz,  jak  obserwuje 

moje  wystąpienie,  dostrzegam  agonię  nadziei,  której  resztki  skrywała, 

wówczas nie tylko moje serce, lecz całe ciało pulsuje współczuciem. 

background image

W  domu  szybko  ściągam  sukienkę.  Biegnę  podjazdem  do  posesji 

dziadków  i wyrzucam  strój  do  śmieci.  Potem  wychodzę  na  zewnątrz 

z nożyczkami.  Staję  w mroku  i tnę  materiał  na  drobne  kawałki.  Głowę 

mam pochyloną nad śmietnikiem. Wydaje mi się, że będę płakać, ale nie, 

pojękuję  tylko.  Gdybym  nie  wiedziała,  że  ten  odgłos  wydobywa  się 

z moich ust – gdybym na przykład przebywała w budynku, a on dobiegał 

do  mnie  z mroku  –  pomyślałabym,  że  to  jakieś  zwierzę  zdycha  na 

drodze. 

 

Studencka  poradnia  zdrowia  oferuje  dziesięć  godzin  darmowej 

terapii.  Psycholog,  do  którego  zostałam  przydzielona,  jest  młody 

i szczery.  Ma  krótko  przystrzyżone  włosy,  jakby  po  to,  by 

zaprezentować swoją łysą głowę możliwie najuczciwiej. Skóra przy jego 

oczach  marszczy  się  w linie,  które  jednakowo  kojarzą  się  z płaczem 

i śmiechem. 

–  Taa...  –  powiada  w pewnym  momencie  podczas  mojej  drugiej 

wizyty. Kładzie mi na kolanach opakowanie jednorazowych chusteczek. 

Rozumiem,  że coś nie jest w porządku. Ale  naprawdę nie będę mógł ci 

pomóc, jeśli nie zaczniesz mówić. 

Kiwam głową, łzy kapią mi z twarzy na szyję. 

– Cóż – dodaje – dobrze, że wróciłaś. Ale może chciałabyś odczekać 

jeszcze 

kilka 

tygodni? 

Może 

będzie 

lepiej, 

kiedy 

wrócisz 

w przeświadczeniu, że jednak możesz mówić. 

background image

Kiwam głową. Nie wracam więcej. 

Jakże  mam  powiedzieć  to,  co  powinnam,  temu  przyzwoitemu 

młodemu 

człowiekowi 

z przyzwoicie 

ostrzyżonymi 

włosami, 

z optymistyczną  muszką,  widzącemu  świat  w jasnych  barwach  przez 

rogowe okulary. 

 

Spędzamy 

noce 

w motelach 

nie 

tylko 

obskurnych, 

ile 

przygnębiających.  Obskurność  ma  swój  styl  i szyk,  których  tym 

miejscom  brak,  pokojom,  gdzie  wiszą  zasłony  skrojone  z tego  samego 

pomarańczowego  materiału  co narzuta  na łóżko; tynk sufitu  ma fakturę 

niczym wiejski ser. Farba na ścianach przy otworach wentylacyjnych jest 

szara, układa się  we  wzór, który zdradza, w jakim kierunku porusza się 

powietrze zanieczyszczone dymem dawno zgaszonych papierosów. 

Jedziemy do Lake Havasu blisko zachodniej granicy Arizony, dokąd 

przeniesiono  prawdziwy  londyński  most  i zrekonstruowano  go  nad 

sztucznym strumieniem płynącym przez pustynię. Od spodu widać, że na 

kamieniach  wypisano  liczby;  wskazują  porządek,  w jakim  budowlę 

zdemontowano,  a potem  na  nowo  złożono.  Po  obu  stronach 

historycznego przejścia, które prowadzi teraz znikąd donikąd, stoi kopia 

maleńkiej osoby z czasów Tudorów. Sprzedaje się tutaj przekąski i karty 

pocztowe flagą Wielkiej Brytanii. 

Spacerujemy  tam  i z  powrotem  po  wybrukowanym  moście. 

Pustynne słońce parzy nas w głowy. 

background image

– I nie ma mgły – powiada ojciec i wybucha śmiechem. To histeria, 

nie  radość.  Dla  mnie,  wychowanej  w tradycji  Anglii  wiktoriańskiej, 

gdzie  codziennie  o czwartej  zasiadano  do  herbaty,  rozebranie 

londyńskiego mostu, przeniesienie i odbudowanie go na pustyni Mojave 

jest logicznym końcem świata. 

Później,  przy  obiedzie,  kłócimy  się.  Znowu  chodzi  o to,  że  ojciec 

chce  mną  kierować.  Spieramy  się  o każdy  rodzaj  swobody,  jaki 

przejawiam  w wyglądzie,  w nastroju,  w myśleniu.  Spieramy  się  o moje 

ubrania:  czy  może wyglądać  spod nich skrawek nagiego ciała, który  on 

uważa  za  swoją  wyłączną  własność.  Czy  „Raj  utracony”  jest 

najwybitniejszym dziełem,  jaki kiedykolwiek  napisano  i czy  aby  mogło 

zostać  ukończone,  warto  było  pozbawić  wolności  córki  niewidomego 

poety.  Spieramy  się  o niechęć  do  sporu,  jaką  przejawiam,  czy  moje 

milczenie  oznacza  wrogą  strategię.  Czy  może  jest  objawem  zmęczenia 

i ciągłej konsternacji. 

Ojciec pochyla się nad stolikiem. Ma twarz takiego samego kształtu 

jak ja, tylko znacznie szerszą, na pierwszy rzut oka szerszą niż u innych 

mężczyzn. Z bliska wydaje się nieregularna. 

– Jesteś – powiada, o wiele za głośno jak na restaurację – dziwką jak 

twoja matka. 

Wszyscy,  którzy  to  słyszą,  podnoszą  wzrok  znad  talerzy,  aby 

przyjrzeć  się  mężczyźnie,  który  wyraża  się  z takim  przekonaniem. 

Ojciec  trzyma  w dłoni  nóż.  Odkłada  go  na  stół.  Czuje,  że  ze  wstydu 

background image

płoną  mi  policzki.  Przez  chwilę  zastanawiam  się,  czy  nie  wybiec  na 

zewnątrz.  Ale  taki gest  pozostałby  jedynie  gestem.  Nie  mam  pieniędzy. 

Ojciec  goniłby  mnie  po  mieście  aż  do  zielonych  brzegów  martwego 

jeziora. Oczywiście zacząłby płakać, wtedy i ja bym się rozpłakała. Tego 

rodzaju  sceny  wzajemnych  oskarżeń  i przeprosin  kosztują  nas  bardzo 

wiele energii i do niczego nie prowadzą. 

Chowam  twarz  w dłonie;  odgradzam  ją  od  spojrzeń  wszystkich 

ludzi, którzy sądzą, że patrzą na dziwkę. 

 

Łzy mojego ojca. Podobnie jak oczy, z których spływają, zmieniają 

wszystko.  Jego  płacz  przekonuje  mnie,  że  nie  panuje  nad  tym,  co  robi, 

i nad  tym,  czego  się  ode  mnie  domaga.  Zdaje  się  postępować 

mimowolnie,  tak  samo  jak  moja  matka,  czego  akurat  w jej  wypadku 

zupełnie  nie  dostrzegam.  Zawsze,  choć  prawdopodobnie  niesłusznie, 

wyposażałam  ją  w silną  wolę,  której  mnie  i ojcu  teraz  brakuje.  Czyżby 

dlatego,  że  jest  niezdolna  do  płaczu?  Matka  zawsze  potrafiła 

powstrzymać łzy, z suchymi oczami przeżyć wszelkie nieszczęścia. 

Nie umiem sobie radzić z cierpieniem, dlatego łzy ojca wystarczają, 

by  wszystko  usprawiedliwić.  Nie  mieć  mu  za  złe  rekwizytów  agresji  – 

pistoletów, 

śrutówek, 

aparatów 

fotograficznych, 

samochodów, 

wiecznych  piór  –  i szlochu,  gdy  mierzy  z nich  w życie,  we  mnie, 

i sposobu, w jaki łzy spływają po jego policzkach, kiedy jest nade mną. 

Tak, te łzy zdobywają mu przebaczenie. 

background image

 

Niewidoczna  uległość  wobec  ojca  niweczy  ostatnie  lato,  które 

matka,  dziadkowie  i ja  spędzamy  razem  nad  morzem.  Nie  istnieje 

prywatność  w naszym  zaniedbanym  domku,  który  wynajmowaliśmy  na 

okres  wakacji  przez  wszystkie  lata  mojego  życia.  Aby  zadzwonić  do 

ojca,  muszę  skorzystać  z automatu  telefonicznego  w pobliskim  parku. 

W zawilgoconej budce robię się mała, tak mała, że już mniejsza być nie 

potrafię.  Przydeptuję  papierową  chusteczkę,    piasek  na  słuchawce  trze 

o mój policzek, a połączenie jest kiepskie i ciągle słychać jakieś trzaski. 

Wszystko  zdaje  się  istnieć  tylko  po  to,  by  mnie  dręczyć,  kiedy 

spoglądam nerwowo przez porysowaną, zatłuszczoną szybę, wypatrując, 

czy dziadek nie  schodzi ze wzgórza albo czy matka nie wypatruje mnie 

przez okno domku. 

–  Nie  mogę  tego  znieść  –  powiada  ojciec.  –  Nie  dam  rady.  Muszę 

cię zobaczyć. 

Nic  go  nie  satysfakcjonuje,  ani  telefon  nocą,  ani  dwie  rozmowy 

telefoniczne  w dzień.  Coraz  trudniej  wymknąć  się  ukradkiem  przy 

każdej  okazji,  każdego  popołudnia.  Nikt  nic  nie  mówi,  ale  wszyscy 

dobrze  wiedzą,  dokąd  idę.  Wiedzą,  że  gdybym  dzwoniła  do  mojego 

chłopca, nie musiałabym się wymykać. 

Za  każdym  razem,  kiedy  samotnie  wracam  po  załatwieniu  swojej 

sprawy,  wszyscy  przyglądają  mi  się  w ciszy.  Stare  drewniane  drzwi 

zamykają  się  za  mną  z westchnieniem.  Dziadek  wyłącza  pilotem  fonię 

background image

telewizora,  przerywając  odbiór  wiadomości,  stwarzając  mi  okazję  do 

wypowiedzenia  kilku  słów  wyjaśnień.  Babka  odkłada  magazyn 

ilustrowany, a matka przestaje zajmować się paznokciami i wsuwa mały 

pędzelek do buteleczki z lakierem. 

Czasami rzucam jakąś uwagę, z reguły bardzo błahą. 

– Zbliża się przypływ – mówię. Albo, wróciwszy do domu dłuższą 

drogą, obok  targu  lub  piekarni,  przynoszę torbę  pieczywa na śniadanie. 

Przechodzę  przez  miniaturę  salonu,  starannie  odwracając  głowę,  by  nie 

nawiązać  z nikim  kontaktu  wzrokowego.  Dziadek  przywraca  telewizji 

dźwięk, babcia sięga po magazyn, matka znowu bierze się do paznokci. 

W kuchni  spokojnie  otwieram  pojemnik  na  chleb  i umieszczam  w nim 

zakupy. 

Miałam  piętnaście  lat,  kiedy  w tej  samej  żółtej  kuchni  wysadziłam 

stary piekarnik  gazowy.  Babcia  sprawdzając,  czy  pali się  stały  płomyk, 

odkręciła  kurek  i zajrzała  do  środka:  brak.  Jak  zwykle  ogień  należało 

zapalić ręcznie. Zakręciła kurek, lecz nie do końca. Gaz wydostawał się 

przez dysze do wnętrza piekarnika, ale myśmy tego nie czuli. 

–  Podpal,  dobrze?  –  powiedziała  kilka  minut  później,  kierując 

wezwanie do którejś z nas, bo obie z matką wróciłyśmy właśnie z plaży 

i szperałyśmy  w kredensie.  Wzięłam  pudełko  zapałek  z miejsca 

pomiędzy solniczką a pieprzniczką na półce nad piekarnikiem. 

Uwielbiałam  używać  dużych  kuchennych  zapałek.  Otworzyłam 

nieco  drzwiczki,  pochyliłam się i niedbałym gestem  nastolatki potarłam 

background image

zapałkę  o podeszwę  sandała.  Drzwiczki  otworzyły  się  nagle  na  całą 

szerokość,  uderzając  mnie  w golenie,  pokrywki  palników  solidarnie 

podskoczyły.  Powstał  potężny  pęd  powietrza.  Mogło  się  zdawać,  że 

jęknął cały dom. Pomieszczenie wypełniło się płomieniami. 

Nikt się nie odezwał. Babka, matka i ja odwróciłyśmy się do środka 

i zarazem  do  siebie,  jakbyśmy  brały  udział  w jakimś  egzotycznym 

obrzędzie. Chwytałyśmy oddech, odpowiadając domowi echem. Między 

nami rozwinęła się ognista sieć. Języki ognia polizały wszystko: zasłony, 

nasze  ubrania,  włosy.  W soczewkach  okularów  babci  zobaczyłam 

płomienie.  Potem  zniknęły  i już  było  po  wszystkim.  Padłyśmy  sobie 

w ramiona,  szlochając  ze  strachu,  śmiejąc  się  z radości.  Kiedy  się 

rozdzieliłyśmy i przyjrzałyśmy sobie, okazało się, że tylko ja – bo stałam 

najbliżej  piekarnika  –  straciłam  rzęsy,  brwi,  włosy  na  nogach  i rękach, 

część  włosów  na  głowie.  Miałam  na  sobie  cieniutką  warstwę  popiołu, 

która opadła ze mnie, kiedy się tylko poruszyłam. 

– O Boże – powtarzałyśmy. – O Boże. 

Do drzwi podszedł dziadek. 

– Co się stało? – zapytał. Na litość boską co się tutaj stało? 

Nie odpowiedziałyśmy. Śmiałyśmy się, płakały, dotykały nawzajem 

swoich twarzy. 

 

Matka  i ja  spacerujemy  wzdłuż  falochronu,  który  wychodzi 

w morze.  Kształtem  przypomina  linię  rzęs.  Stara  poręcz  jest  miejscami 

background image

tak zardzewiała, że kruszy się pod naszymi dłońmi i pozostawia na nich 

zabrudzenia  przypominające  plamy  krwi.  Wpatrujemy  się  w wodę 

i prawie  się  do  siebie  nie  odzywamy,  dokładnie  odosobnione  w naszej 

udręce,  zdrajczyni  i zdradzona.  Piasek  trzeszczy  i wzdycha  pod 

podeszwami  butów.  Wieje  silny  wiatr,  twarze  mamy  wilgotne  od 

wodnego  pyłu.  Wolno  poruszamy  się  wąską  ścieżką,  nie  podnosimy 

stóp,  tylko  przesuwamy  je  niczym  starsze  kobiety.  Wokoło  biała  piana 

przykrywa spękaną powierzchnię. 

–  Spójrz,  jaka  silna  jest  woda  –  mówi  w końcu  matka.  –  Któregoś 

dnia wymyje i strąci wszystkie te kamienie. 

Boję się stać z matką na falochronie. Wyobrażam sobie, że potykam 

się  i spadam,  ulegam  bezwładności  własnego  ciała,  pragnieniu  ucieczki 

w nieświadomość, uwolnienia się od uczuć. Bo zbyt wiele odczuwam – 

zawsze  odczuwałam  –  a przecież  nie  mogę  żyć  ciągle  ze  złamanym 

sercem,  tak  samo  jak  nie  mogę  bez  przerwy  żyć  w znieczuleniu. 

Gdybym  zginęła,  runąwszy  z falochronu,  jako  ostatni  poczułabym 

zapach  gnijących na  plaży  wodorostów. Jako  ostatnią ujrzałabym  twarz 

matki,  białą,  płaską,  gładką  niczym  tarcza  zegarka  ustawionego  na 

godzinę mojej śmierci. 

 

Przez całe lato nigdy nie jest mi dostatecznie ciepło; słońce nie ma 

do  mnie  w pełni  dostępu.  Wypływam  daleko  w morze,  chodzę  na 

niebezpieczne  plaże,  gdzie  nie  ma  ratowników.  Wypływam  przy  złej 

background image

pogodzie,  gdy  deszcz  skwierczy  i syczy  na  piasku,  wypływam 

o zmierzchu, gdy światło gaśnie i skrzy się na powierzchni morza. Płynę 

pod  wodą  z zamkniętymi  oczami,  wykonuję  tyle  uderzeń,  ile  zdołam. 

Podczas  odpływu  wodorosty  plączą  się  wokół  moich  nóg,  muszle 

i kamyki  poruszają  się  z napływem  i odpływem  wody.  Hałasują  tak, 

jakby schodziło się kilkaset zębów, żując coś i miażdżąc. 

Pewnego  wieczoru  płynę do  jednej  z boi, które wyznaczają granice 

rezerwatu należącego do  instytutu  oceanograficznego, trzy czwarte  mili 

od  brzegu.  Dotarłszy  do  celu,  próbuję  uchwycić  się  oblepionej  algami 

dużej,  rozkołysanej  metalowej  piłki,  lecz  zupełnie  nie  mam  się  czego 

przytrzymać.  Fale  są  wysokie,  przysłaniają  połyskujące  na  brzegu 

światła miasteczka. 

Największe  niebezpieczeństwo  pływania  w ciemności  polega  na 

tym,  że  przez  pewien  czas  możesz  sobie  spokojnie  płynąć,  a potem 

zostać  obróconym  przez  falę  i kierować  się  w stronę  otwartego  morza, 

wcale  o tym  nie  wiedząc.  Po  powrocie  na  brzeg  jestem  przemarznięta. 

Ranię  sobie  nogę  na  skałach  i rafie,  ale  w ogóle  nie  czuję  bólu.  Tak 

bardzo  mi  zimno,  że  nawet  po godzinach spędzonych w gorącej  kąpieli 

w dalszym ciągu szczękam zębami. 

Nocą  w moim  pokoju  odkręcam  rączkę  staromodnej  maszynki  do 

golenia  należącej  do  dziadka.  Spod  pokrywki  z nierdzewnej  stali 

wyjmuję nożyk. Przesuwam ostrzem  po ramieniu, gdzie  ślady  mogłyby 

pozostać  nie  zauważone.  Wcale  nie  pragnę  się  ukarać.  Chodzi  o ból, 

background image

który można opanować, krwawienie dające się zatamować. 

Nie  unikam  żadnej  okazji,  aby  mnie  znowu  oskarżyła  –  jesteśmy 

same, ja  i ona – lecz  matka  nie  wykorzystuje  żadnej z nich. Wzajemnie 

się obserwujemy. 

 

Nie  wyjeżdżam  na  studia  magisterskie.  Przenoszę  się  do  Nowego 

Jorku.  Naiwnie  sobie  wyobrażam,  że  każdy  pisarz  musi  odwiedzić  to 

miasto. 

Za  mieszkanie  płacę  miesięcznie  pięćset  dolarów  czynszu.  Tyle 

wynosi  moja  część.  Dzielę  je  z dwiema  kobietami.  Jest  położone  na 

Brooklińskich  wzgórzach  przy  Henry  Street  i byłoby  ciasne  nawet  dla 

jednej  z nas.  W pokoju  z tyłu  postanawiamy  dobudować  antresolę. 

Chcemy  tam  zmieścić  nasze  łóżka,  aby  w pokoju  od  frontu  uzyskać 

więcej  przestrzeni  użytkowej.  Nie  mam  szczęścia,  bo  przypada  mi 

miejsce na górze. Sufit jest tak nisko nad łóżkiem, że nie mogę usiąść, by 

poczytać, a inaczej nie potrafię zasnąć. 

Powiedziałam  rodzinie,  że  przenoszę  się  na  wschód,  aby  zostać 

pisarką. Tylko od  czego  mam  zacząć?  Moje oszczędności i dwa  tysiące 

dolarów,  które  dostałam  od  dziadków,  wydają  mi  się  sumą  śmiesznie 

małą  na  podbój  świata.  Chodzę  codziennie  do  biblioteki  publicznej 

i robię  notatki  albo  sporządzam  fiszki.  Pracuję  nad  postmodernistyczną 

powieścią.  Nie  bardzo  wiem,  do  czego  dąży  mój  bohater,  wyznawca 

egzystencjalizmu,  ani  czemu  się  przeciwstawia.  Centralny  problem 

background image

powieści  to  osamotnienie  i dezorientacja.  Towarzyszką  bohatera  jest 

małpa  –  niewątpliwie  dlatego,  że  spośród  wszystkich  stworzeń  małpy 

najbardziej przypominają człowieka, choć nie potrafią mówić. Ponieważ 

ojcu  skutecznie  udało  się  odgrodzić  mnie  od  reszty  świata  i już  nie 

potrafię sobie wyobrazić przyjaźni między ludźmi. 

Długość  poszczególnych  dni  wyznacza  moja  rozpacz.  Zaczynam 

odbywać  długie  i wyczerpujące  spacery  donikąd.  Po  prostu  mijam 

przecznicę  za  przecznicą  w Brooklynie  albo  przechodzę  mostem  na 

Manhattan.  Obok  obskurnego  salonu  piękności  w Chinatown  niski 

człowieczek z długimi, czarnymi wąsami chce mi dać trzysta dolarów za 

moje włosy. Ujmuję je w dłonie. 

– Nie – mówię. 

– Okay – powiada – pięćset. 

Potrząsam głową. Nawet się nie zatrzymuje. Trzymam grube pasmo 

włosów tak mocno, że pocą mi się dłonie. 

Codziennie  spędzam  kilka  godzin,  siedząc  na  ławce  przy  alejce 

i patrząc na mosty  łączące brzegi East  River.  Czasem odwracam się  do 

domów  z tyłu,  zastanawiając  się,  w którym  z nich  mieszka  Norman 

Mailer,  jeśli  mieszka  w nim  nadal,  i czy  to  właśnie  tutaj  dźgnął  nożem 

swoją żonę, jeśli była jego żoną. Albo może tylko machnął nożem w jej 

stronę, kimkolwiek była. 

Tylko  jedno  wprowadza  ład  do  każdej  upływającej  doby:  telefony 

i listy  od  ojca.  Wszystkie  zawierają  niezmiennie  to  samo.  Kocha  mnie, 

background image

odosobnienie jest torturą. Czasem czekam na nadejście listu, a kiedy go 

dostaję,  uświadamiam  sobie,  że  nie  mogę  otworzyć  koperty,  aby 

odczytać treść. 

Oddałem Ci  ciało  i krew, oddałem duszę. Bije  w Tobie  moje serce. 

Mam  do  ciebie  takie  samo  prawo  jak  każdy  inny,  takie  samo  jakie  Ty 

masz... 

Wcześnie  rano,  późno  w nocy,  w domu,  w bibliotece:  słowa  mego 

ojca,  słowa  miłości  –  tego,  co  nazywa  miłością  –  podtrzymują  efekt 

narkotyczny  w każdym  układzie,  w każdych  okolicznościach.  Wiele  lat 

później  wrócę  do  tych  listów,  osiemset  trzydzieści  dziewięć  stron 

przechowywanych  w zamykanej  komodzie.  Zdecydowana  nareszcie  się 

z nimi  uporać  zapakuję  je  do  walizki  i samolotem  przewiozę  do 

odległego  miasta.  W pokoju  hotelowym  zamówię  spory  dzbanek  kawy, 

połknę  trzy  tabletki  No-Doz  i porozkładam  listy  na  łóżku,  biurku 

i toaletce.  Kiedy  już  je  uporządkuję  chronologicznie  miesiącami,  ze 

zdziwieniem  zauważę,  że  kiedyś  wiele  z nich  odłożyłam  podczas 

pierwszego  czytania,  wsunęłam  z powrotem  do  koperty,  dochodząc 

najdalej do drugiej z pięciu albo więcej stron. 

Wypije  całą  kawę,  otworzę  okno,  by  wpuścić  do  środka  chłodne, 

świeże  powietrze,  a potem  skulę  się  na  podłodze  i będę  spała  pięć 

godzin.  Kiedy  się  obudzę,  pokój  będzie  wyziębiony,  wiatr  zdąży 

porozrzucać kartki, których nie mogę czytać. Wrócę do domu, wioząc je 

z powrotem,  upchnięte  byle  jak  w walizce.  Po  raz  kolejny  nie  dotrą  do 

background image

mnie  słowa:  Jesteś  całym  moim  życiem,  ja  musze  być  dla  ciebie  tym 

samym...  Zarzucasz  mi,  że  jestem  strażnikiem  uwięzionym;  warto,  byś 

poznała definicję wolności... Prosisz mnie, abym był twoim ojcem. Cóż 

znaczy być ojcem? 

 

Tracę  apetyt.  Mam  kaszel.  Codziennie  towarzyszą  mi  obsesyjne 

myśli:  czy  zobaczyć  się  z ojcem,  kiedy  się  z nim  zobaczyć,  kiedy  nie. 

Jak  bardziej  prozaiczne  uzależnienia  –  od  alkoholu,  od  heroiny  –  moje 

uzależnienie  od  ojca  odebrało  mi  resztę  życia.  Nie  czerpię  żadnej 

przyjemności  z zaspokajania  tej  skłonności,  lecz  mimo  wszystko  nie 

potrafię dojrzeć niczego poza nią, poza nim, choćby nawet siebie. 

Spędzam  wiele  czasu  w okolicznych  butikach,  przymierzam 

ubrania, których nie zamierzam kupić. Przyglądam się swojemu odbiciu 

w lustrach.  Zawsze  mnie  ciągnęło  do  lustra,  nie  z próżności,  ale  dla 

nabrania otuchy. Chcę zobaczyć, czy tam jestem. Nie potrafię się oprzeć 

niczemu, co ma właściwości zwierciadła – kałużom, oknom sklepowym, 

powierzchniom czajnika. 

Ten  zwyczaj  pozostał  mi  z dzieciństwa.  Ma  związek  z maseczką, 

którą matka zakładała do snu. Aby uwierzyć w siebie, przechodziłam od 

jej  łóżka  do  lustra  w drzwiach  szafy.  Stałam  tam  długo  przed  swoim 

odbiciem,  aby  się  tylko  upewnić,  że  istnieję  naprawdę,  nie  jestem 

żadnym  złudzeniem  optycznym,  fantomem,  który  może  się  rozproszyć 

niczym  para  wychodząca  spod  zasłonki,  gdy  matka  nareszcie  wstała 

background image

i brała prysznic. 

Nawet  teraz  nie  patrzę  w sklepach  na  ubranie,  tylko  nad  nimi,  na 

swą bladą twarz. Teraz już sama nie wiem, kim albo czym jestem – jeśli 

w ogóle jestem – niezależnie od ojca. 

 

Zatrzymuje  się  w hotelu  położonym  w odległości  niedługiego 

spaceru od mojego  mieszkania.  Rezerwacji dokonuję przez telefon i nie 

wyciągam  żadnych  wniosków  z tego,  że  pokoje  są  wynajmowane  tylko 

na  okresy  tygodniowe.  Po  przybyciu  na  miejsce  ojciec  jest  zaskoczony 

warunkami. Ja również się dziwię, ale jest między nami różnica: uważam 

to za okropnie zabawne, że znalazł się w hotelu korzystającym z dotacji 

publicznych, że w tych warunkach mnie posiądzie. Odnoszę wrażenie, że 

we  własnej  opowieści  znalazłam  się  wreszcie  w nieprzyzwoitym 

miejscu,  tu,  gdzie  jest  moje  miejsce.  Kiedy  zastanawiam  się  nad 

wrażliwością  ojca,  uderza  mnie,  że  nie  stać  go  na  to,  w każdym  razie 

moralnie. 

Na  podłodze  hotelowej  recepcji  leży  czerwona  wykładzina,  jakby 

ktoś 

zawczasu 

pomyślał 

o możliwości 

zachowania 

w sekrecie 

ewentualnego  rozlewu  krwi.  Ściany  są  białe  (albo  takie  były), 

mężczyzna  za  kontuarem  jest  czarny  i ma  złote  zęby.  Na  górze  tętni 

życie  wszelkiego  autoramentu:  opojów,  robactwa,  ćpunów.  Siadam  na 

łóżku  ojca,  sprawdziwszy  wcześniej  prześcieradła,  które  są  w istocie 

czyste. Kiedy ściągam narzutę, unoszą się spod niej opary cloroxu. 

background image

Ojciec  chce  mi  zrobić  zdjęcia.  Mam  występować  nago.  Nie  są  to 

akty,  jak  je  określa  ojciec.  Określenie  „akt”  kojarzy  się  ze  sztuką, 

a zdjęcia,  które  on  mi  robi,  mają  tę  właściwość  co  fotografie 

dokumentujące anomalie medyczne. 

– Pokażę ci, kim jesteś – powiedział po zrobieniu pierwszych zdjęć. 

Na ostatnich fotografiach moja twarz wyraża brak chęci do życia, pustkę. 

Coś podobnego zobaczę po latach na wystawie zdjęć przedstawiających 

żołnierzy rannych  podczas wojny domowej.  Obnażeni,  stojący  o kulach 

albo wsparci plecami o ścianę, weterani odsłaniają owe miejsca, którędy 

pociski wtargnęły do ich ciała i, czasem, którędy je opuściły. 

Ojciec zawiesza drut między jedną ścianą a drugą, linkę do suszenia 

wilgotnych  polaroidowych  odbitek.  Siedzę  na  łóżku  i śmieję  się. 

W dalszym  ciągu  bawi  mnie  jego  reakcja  na  hotel.  Nie  potrafię  się 

opanować. Chyba histeryzuję, bo jednocześnie płaczę. 

–  Chodzi  o to,  że...  –  próbuję  z siebie  wykrztusić,  ale  nic  z tego. 

Może  ojciec  śmieje  się  tylko  wtedy,  gdy  chce  się  zaadaptować  do 

sytuacji,  którą  inni  ludzie  uważają  za  zabawną.  Kiedy  to  robi,  wydaje 

z siebie niezbyt adekwatne dźwięki. Nie brzmią właściwie, tak samo jak 

mowa osób głuchych nie brzmi nigdy jak mowa ludzi słyszących. 

 

Kapituluję  właśnie  w tym  pokoju,  kilka  dni  później.  W porządku, 

mówię  sobie, spróbuję.  Ojciec zaproponował,  że przez  rok  będzie  mnie 

utrzymywał,  abym  mogła  pisać.  Będę  mieszkała  w jego  domu 

background image

i korzystała  z biura  przy  jego  kościele.  Przecież  poza  nim  nie  mam 

nikogo,  do  kogo  mogłabym  się  udać.  Ojciec  staje  między  mną  a resztą 

mego życia, rodziną, przyjaciółmi, których kiedyś miałam. 

Podobnie jak cały nasz romans, wszystko w tych planach wydaje się 

złe  i nieuchronne.  Od  samego  początku  musieliśmy  się  spotykać 

w pokojach  takich  jak  ten,  w pokojach  dla  narkomanów  i prostytutek, 

ludzi  egzystujących  poza  marginesem  społeczeństwa.  Czy  ojciec 

rzeczywiście  wierzy,  że  może  zabrać  mnie  do  swojego  domu  i swoich 

dzieci,  które  widziałam  zaledwie  w paru dość niezręcznych sytuacjach? 

Że  we  dwoje  jesteśmy  w stanie  mieszkać  pośród  innych  ludzi?  Nie 

stawiam tych pytań. Nie mam życia i woli innej niż jego. 

 

Jadę na zachód. Po drodze nie zatrzymuje się na nocleg. Na pewno 

się  mylę,  ale  odnoszę  wrażenie,  że  droga  jest  nieustannie  wilgotna, 

słońce bez przerwy świeci mi w oczy, wiatr i inne siły natury sprzysięgły 

się przeciwko mnie. 

O  trzeciej  nad  ranem  w pobliżu  kompleksu  uniwersytetu  Oral 

Roberts w Tulsie wyrasta przede mną czterystustopowa figura z kartonu, 

Jezus  w purpurowym  płaszczu  i koronie,  błyszczący  nadprzyrodzonym 

światłem. Mijają mnie ciężarówki, rycząc w ciemną noc. 

Ile  czasu  upływa,  od  kiedy  jadłam  i spałam?  Chyba  mam 

przywidzenia.  Boję  się  bardziej,  niż  jestem  w stanie  się  przed  sobą 

przyznać. 

background image

Dziesięć mil za billboardem Jezusa pali się trawa i nikt nie próbuje 

jej  gasić.  Zjeżdżam  na  pobocze  i wysiadam.  Grunt  dookoła  mnie  jest 

czarny.  Pożar  rozprzestrzenia  się.  Trzydzieści  jardów  od  miejsca, 

w którym  stoję,  zaczyna  się  pas  ognia.  Opieram  się  na  masce,  aby 

obserwować postępy żywiołu. 

Trąbią  na  mnie  kierowcy  ciężarówek.  Wykrzykują  nieprzyzwoite 

uwagi. 

Kiedy  przestaję  widzieć  płomienie,  wracam  do  samochodu, 

doganiam  je,  zatrzymuję  się  i znowu  wysiadam.  Powtarzam  to 

kilkakrotnie  aż  do  świtu.  Do  chwili,  gdy  słońce  podnosi  się  znad 

horyzontu i sprawia, że wąski pas płomieni przestaje być widoczny. 

 

Nowy dywan na podłodze przykrytej linoleum i reprodukcja jednego 

z moich ulubionych obrazów nie mogą ukryć tego, że w domu ojca mam 

sypiać i ubierać się pozbawiona prywatności, w pokoju oddzielonym od 

kuchni  jedynie  ażurowymi  drzwiami.  Poza  tym  tylko  tędy  prowadzi 

droga na podwórze, gdzie bawią się dzieci. 

Jak się okazuje, zajmuję tutaj pozycję kogoś w rodzaju młodej ciotki 

albo starszego dziecka, kogoś przygarniętego na pewien czas, aby zdobył 

orientację  albo  pieniądze,  coś  niezbędnego  do  podjęcia  samodzielnego 

życia. W każdym razie ostatecznie ojciec w ten właśnie sposób wyjaśnia 

domownikom  przyjęcia  mnie pod swój dach. Dom duchownego wydaje 

się  doskonałym  archetypem  rodziny  z klasy  średniej,  od  samego 

background image

początku zdaje się zapowiadać sytuacje komediowe. Żona ojca ma twarz 

typowej  matki  z ekranu  telewizora,  kobiety  miłej,  zapracowanej  i nieco 

szalonej. A jednak jej uśmiech nie przysłania faktu, że boi się tak samo 

jak  ja.  Toleruje  mnie  i moją  obecność,  ponieważ  podobnie  jak  ja  ulega 

ojcu.  Chyba  uważa,  że  znalazłam  się  w sytuacji,  która  pomoże  mi 

zachować chrześcijańskie zasady i zapewni przyzwoite prowadzenie się. 

W pewnym  momencie  robi  aluzje  do  rozwiązłego  życia  w college'u, 

które rzekomo wiodłam. Uświadamiam sobie, że ojciec przedstawił mnie 

jako  dziewczynę,  która  zeszła  na  złą  drogę  z powodu  nadmiernej 

pobłażliwości dziadków i matki. 

W  tym  domu  mogę  się  z bliska  przyjrzeć  rodzinie,  za  jaką  zawsze 

tęskniłam:  rodzice  są  małżeństwem,  ojciec  ma  odpowiedzialną  i godną 

szacunku  pracę,  matka  wychowuje  dzieci,  robi  zakupy,  gotuje,  sprząta 

i uczy  w szkółce  niedzielnej.  W święta  wszyscy  chodzą  do  kościoła; 

dzieci biorą udział w rozgrywkach baseballowych Małej Ligi i należą do 

drużyn  skautowych,  ze  szkoły  wracają  do  domu,  odrabiają  lekcje, 

wypełniają  codzienne obowiązki i ćwiczą grę  na fortepianie. Doprawdy 

piękny  obrazek.  Ale  jak  mam  nie  kwestionować  tego,  co  w innym 

przypadku  uznałabym  za  szczęście,  siedząc  przy  stole  obok  ojca 

i wiedząc, co nas łączy? 

 

Z początku wszystko – także moja nieoczekiwana wizyta w kościele 

–  przebiega  niepokojąco  gładko.  Potwierdza  absolutne  panowanie  ojca 

background image

nad  swoją  rodziną  i personelem.  Nawet  młodsze  dzieci,  przecież 

zazwyczaj  gadatliwe,  nie  zdradzają  ani  jednym  słowem,  że  jestem  ich 

przyrodnią  siostrą  z rozwiązanego,  całkowicie  nieudanego  związku.  Po 

nabożeństwie  o jedenastej  w nielicznym  nieformalnym  zgromadzeniu 

przy  drzwiach  ludzie  powtarzają  opinię,  że  żona  ojca  bardzo  młodo 

wygląda.  Czy  to  możliwe,  że  ma  taką  dorosłą  córkę?  Pod  wpływem 

jednej  z tych  uwag  żona  ojca  zerka  na  mnie,  po  czym  obie  uciekamy 

wzrokiem w bok. 

–  Naprawdę  tak  myślą?  –  pytam  potem  z wahaniem.  Ojciec  i ja 

jesteśmy w biurze kościoła; siedzę w dużym skórzanym fotelu, z którego 

dawniej ojciec do mnie dzwonił, kiedy wszyscy pracownicy rozeszli się 

do domów. 

– Sądzą, że jesteś naszą najstarszą córką – odpowiada. 

– Myślisz o sobie i swojej żonie? Córką z tego samego małżeństwa, 

z którego pochodzą pozostałe twoje dzieci? 

– Tak. 

Kiwam głową i już nic nie mówię. Ale jestem zdziwiona i czuję się 

dotknięta.  Zbyt  łatwo  przeszłość  poszła  w zapomnienie.  Matka 

i dziadkowie, dwadzieścia minionych lat – całe moje życie do momentu, 

gdy  znowu  w nie  wkroczył.  Jakby  ktoś  wyciął  to  wszystko  ze  zdjęć, 

pozostawiając jeszcze mniej niż nożyczki do paznokci  mojej babki. 

– Biskup i rada znają prawdę – mówi; chyba potrafi czytać w moich 

myślach. – Ale nikt nie sądzi, że istnieje powód, by to obwieszczać całej 

background image

wspólnocie. 

–  Rozumiem.  –  Spoglądam  na  blat  biurka:  nieskazitelnie  czysta 

suszka;  uporządkowane  stosy  korespondencji,  buteleczka  z atramentem 

i wiązka  wiecznych  piór.  Przeraża  prostota  i ład  kłamstwa  –  jak  w jego 

protekcjonalnym  kazaniu,  będącym  wyrazem  niezachwianej  wiary, 

w żadnym razie wątpliwości czy cierpienia. 

 

Fizyczne  kontakty  z ojcem  sprawiają,  że  coraz  intensywniej 

odczuwam,  że  za  każdym  razem  odbiera  mi  cząstkę  życia;  za  każdym 

razem pozostaje mnie odrobinę mniej. 

Jedziemy do kościoła, do miejsca, gdzie tak długo czekał, by móc to 

wreszcie  zrobić.  Otwiera  małe  biuro,  w którym  pozwoli  mi  teraz 

pracować,  i bierze  mnie  w posiadanie  na  podłodze  przy  biurku.  Idąc  za 

jego przykładem, narzucam temu aktowi religijny kontekst i koncentruję 

się  na  umartwianiu  ciała.  Mówię  sobie,  że  mu  się  oddaję,  aby  się 

zbrukać,  potem  zaś,  dzięki  pokrętnej  i karkołomnej  chrześcijańskiej 

logice,  która  wynosi  poniżonych,  zostanę  oczyszczona.  Zostanę 

oczyszczona,  wystarczy,  że  uczynię  to  chętnie,  wierząc  w najwyższą 

dobroć  Boga,  który  czasem  realizuje  swoje  zamiary  w sposób 

zaskakujący  i nawet  odstręczający,  a to  posługując  się  żebrakami 

i trędowatymi,  a to  ojcem  świętej  Dympny.  Jakżeby  Dympna  mogła 

zostać  męczennicą,  gdyby  nie  było  jej  ojca?  Jakżeby  inaczej  mogła 

zasłużyć na uwielbienie? 

background image

Żar  naszych  pierwszych  pocałunków  wygasł  już  dawno  na 

autostradach;  ciężar  ojca  zdusił  namiętność,  którą  kiedyś  odczuwałam; 

udręka  codziennych kontaktów doprowadziła  mnie  do takiego stanu, że 

jestem  coraz  bardziej  bezwolna,  coraz  bardziej  milcząca,  pozbawiona 

życia. Kłócimy się. 

– Nie mogę ścierpieć, że mnie jedynie tolerujesz! – krzyczy ojciec, 

a ja  chowam  twarz  w dłoniach,  zasłaniam  oczy.  –  Masz  pojęcie,  co 

przeżywam?! Jak sądzisz, co ja czuję?! 

 

Jestem  chora,  coraz  bardziej  dokucza  mi  kaszel.  Któregoś  ranka 

okazuje  się,  że  dostałam  wysokiej  gorączki  i nie  mam  dość  siły,  żeby 

samodzielnie usiąść na łóżku. Żona ojca musi mi pomóc się ubrać. 

Zapalenie  płuc.  Wiadomość  o chorobie  przyjmuję  z ulgą  i pewną 

dozą  zainteresowania.  Proszę,  proszę,  niechże  to  będzie  choroba 

śmiertelna  –  modlę  się  w myślach.  Lub  przynajmniej  na  tyle  poważna, 

aby  mój  los  został  przekazany  w ręce  kompetentnych,  bezstronnych 

zawodowców. 

– Jestem pewny, że wszystko będzie dobrze – powiada lekarz. Prosi 

ojca,  aby  na  chwilę  opuścił  pokój.  Ojciec  wszedł  ze  mną  do  gabinetu, 

przyglądał  się,  jak  lekarz  opukuje  mi  plecy,  i stał  między  nami,  kiedy 

zostałam poproszona o zdjęcie biustonosza. – Za chwilę znowu będziecie 

razem – dodaje medyk. 

– Czy muszę iść do szpitala? – pytam. 

background image

–  Nie  –  odpowiada.  Patrzy  na  mnie.  Łzy  mi  kapią  na  papierowe 

kimono. 

Zdjęcia  rentgenowskie  płuc  wiszą  za  jego  głową.  Błyszczą  moje 

wąskie  kości,  otoczone  przejrzystą  cielesną  powłoką,  serce  jest 

trójkątnym cieniem między wypuszczającymi korzenie oskrzelami. 

– Czy istnieje coś, o czym chciałabyś mi powiedzieć? – pyta lekarz. 

Potrząsam głową. 

Mężczyzna wzdycha. 

– W porządku –  powiada. – W takim  razie  może  następnym  razem 

odwiedziłabyś  mnie  sama  –  sugeruje.  –  Może  czułabyś  się  znacznie 

lepiej, gdyby ojciec nie musiał cię przywozić. 

Na nic się zdają moje długie modlitwy o pogorszenie stanu zdrowia. 

Zdecydowanie  odmawiam  jedzenia  i zwracam  antybiotyki,  ale  mimo 

wszystko dochodzę do siebie. Dwa razy dziennie  musze położyć się  na 

brzuchu i trzymać głowę możliwie blisko podłogi. Żona ojca oklepuje mi 

plecy, a ja krztuszę się i wypluwam flegmę do miski. Ten zdawałoby się 

anachroniczny element procesu rekonwalescencji kojarzy mi się gruźlicą 

z Dickensowskimi  slumsami.  Jednocześnie  może  uchodzić  za  rodzaj 

kary, zwłaszcza że pochodzi z rąk żony ojca. Podczas zabiegu fantazjuje 

niczym  małe  dziecko.  Wyobrażam  sobie  własny  pogrzeb,  na  którym 

ojciec i matka rozdzierająco szlochają. 

 

Zachorowała  też  moja  matka.  Tylko  że  jej  kuracja  jest 

background image

najnowocześniejsza z możliwych, tak nowoczesna,  że  wydaje  się wręcz 

futurystyczna.  Pewnego  razu  czyta  gazetę,  bezwiednie  trzymając  dłoń 

poniżej  szyi.  Pochyla  się  nad  stołem  w kuchni,  przeglądając  stronę 

poświęconą  sztuce.  Wtedy  w lewej  piersi  odkrywa  guz,  niewielki, 

wyraźnie  wyczuwalny  i twardy.  Guz  zostaje  usunięty  i określony  jako 

złośliwy.  Jednocześnie  lekarze  pobierają  tkankę  z bezpośredniego 

sąsiedztwa, w sumie wycinek wielkości kurzego jaja. 

Nie mówi mi o tym, póki sprawa nie jest załatwiona. Póki nie polecę 

do niej w odwiedziny. Akurat znowu przebywa w szpitalu, przechodząc 

terapię  pooperacyjną. Odchyla koszulę, aby  mi pokazać  pierś. Ułożenie 

jej dłoni wokół zszytego cięcia kojarzy mi się ze znajomym wizerunkiem 

Chrystusa ukazującego swe krwawiące serce. 

Sina  blizna  ma  związek  z radioaktywnym  implantem,  którego 

zadanie polega  na unieszkodliwieniu  pojedynczych komórek rakowych. 

Implanty  nazywamy  „sputnikami”,  bo  wyglądają  jak  sondy  kosmiczne. 

Dwie długie i grube igły  z nierdzewnej stali giną pod białą skórą wokół 

sutka,  a ich  końce  wyposażone  są  w maleńkie,  bardzo  złożone 

urządzenia. 

Wszyscy boją się dotykać sputników. Nie tylko ja i matka, ale także 

personel  szpitalny. Specjalnie zamykany pojemnik  na  zewnątrz  łazienki 

przy  jej  pokoju  oznaczono  napisem:  NIEBEZPIECZNE  ODPADY. 

ODDZIAŁ MEDYCYNY JĄDROWEJ, a młodsze pielęgniarki nie będą 

chciały  wchodzić  do  środka,  obawiając  się,  że  radioaktywne 

background image

zanieczyszczenia  pozbawią  je  płodności.  Obchodzą  szerokim  łukiem 

drzwi do tego pokoju. 

– Czy to boli? – pytam. 

– Nie bardzo – odpowiada, przechylając zagadkowo głowę na jedną 

stronę.  Patrzy  mi  w oczy,  jakby  mnie  pytała,  jak  dalece  martwię  się  jej 

cierpieniem. 

 

Nie  potrafię  się  doliczyć  dni  ani  tygodni,  ani  nawet  miesięcy.  Nie 

różnią się od siebie, a wszystkie są stracone, więc wcale nie zapomniane, 

bo ich po prostu nie przeżywam. 

Czytam  dużo  książek,  mijam  wiele  przecznic,  piszę  kilka 

opowiadań, następnie je przerabiam. Codziennie tonę. Nie czuję nic poza 

krótkimi  spazmami  płaczu,  po  których  twarz  mam  wilgotną,  jakbym 

rzeczywiście  tylko  na  jedną  chwilę  wynurzyła  się  spod  powierzchni 

chłodnego i ciemnego jeziora. 

Samoznieczulenie  odbywa  się  może  bezwolnie,  ale  nie  jest  ani 

łatwe,  ani  nie  przebiega  leniwie.  Po  raz  pierwszy  w życiu  dostaję 

ciężkiej bulimii, przyjmuje i zwracam pokarm, którego jedzenie pomaga 

mi  zabić czas. Nie jestem  w stanie pojąć  natury  tego zjawiska,  bolesnej 

parodii  głodu  i jego zaspokajania czymś, co  wywołuje uczucie mdłości, 

tajemniczego rytuału apetytu i uzależnienia. Nigdy nie smakuję tego, co 

jem. Czasem nawet nie wiem, co przełykam, póki tego nie zwrócę. 

 

background image

Myślę o odwiedzeniu biskupa, ale  obawiam  się,  że  mogę  pozbawić 

ojca  pracy.  Czy  nie  dosyć  zła  wyrządziłam  jego  rodzinie?  O żonę  ojca 

się nie martwię. Ona mimo wszystko dobrze wie, co się dzieje. Pozwala 

mu  na  to.  Według  słów  ojca  prosi  jedynie  o to,  ażeby  wykazał  dość 

rozsądku,  oszczędzając  jej  wszelkich  świadectw  romansu  z własną 

córką.  Obie  jesteśmy  siebie  warte.  Obie  nie  mamy  dość  siły,  aby 

odmówić  jego  nieprawdopodobnym  żądaniom.  Lecz  co  z ich  dziećmi? 

Pokochałam  ich  najstarszą  córkę,  która  zdaje  się  kochać  mnie  zupełnie 

szczerze,  choć  moja  obecność  w jej  domu  kosztuje  ją  bardzo  wiele. 

Pozbawiona  pozycji najstarszego  dziecka  zaczyna spędzać coraz  więcej 

czasu w szkole. Waży więcej ode mnie i ma dość duże muskuły. 

–  Mogłabym  cię  zbić  –  powiada,  napinając  bicepsy  tuż  pod  moim 

nosem,  abym  mogła  im  się  dokładnie  przyjrzeć.  –  Wierz  mi,  bez 

problemu dałabym rade przerobić twój wygląd. 

–  Bezwzględnie  –  przyznaję.  Wolałabym,  żeby  podbiła  mi  oczy 

i rozbiła nos, ale w końcu po tym pokazie brawury słyszę salwę śmiechu 

i na policzku czuję pocałunek. Czy ona wie, dlaczego zaczynam płakać, 

gdy  mnie  obejmuje?  Jak  bardzo  pragnę  być  na  jej  miejscu,  żeby  to 

przeciwko  mnie  grzeszono,  abym  ja  nie  grzeszyła?  Jednocześnie 

zazdrosna  i zbulwersowana,  dostrzega  moje  ciężkie  położenie,  chociaż 

go  nie  identyfikuje.  Jest  kilka  lat  młodsza,  ale  to  ona  trzyma  mnie 

w ramionach. Może myśli, że oszczędziłam jej swojego losu. 

 

background image

Kiedy  moja  przyrodnia  siostra  i ja  spotykamy  się  ponownie, 

jesteśmy  w środku  innego  miasta,  wiele  mil  od  tamtego  miejsca,  wiele 

lat  od  tamtych  czasów.  Wysyła  list  za  listem  do  mojego  wydawcy,  aż 

w końcu  decyduję  się  odpowiedzieć.  Mam  wobec  niej  pewien  dług, 

którego  nie  jestem  w stanie  spłacić.  Wiem  jednak,  że  byłoby 

niegrzecznie i tchórzliwie unikać spotkania z nią. 

Umawiamy  się  przez  telefon,  co  niezbyt  gładko  nam  wychodzi. 

W końcu spotykamy się na stacji kolejowej w pewnym miasteczku, które 

leży  gdzieś  pomiędzy  naszymi  domami.  Idziemy  do  restauracji 

w pobliskim  centrum  handlowym.  Mamy  zaledwie  dwie  godziny,  aby 

nadrobić dziesięć lat. 

– Przykro  mi  –  mówię. – Istnieje coś,  czego ci nigdy osobiście nie 

powiedziałam. 

– W porządku – odpowiada. – Tak jak ja. 

Jest  w ciąży  z drugim  mężem.  Przyniosłam  jej  torbę  ubrań,  które 

przestały  mi  być  potrzebne,  a mogą  się  przydać  kobiecie  w okresie 

macierzyństwa.  Dowiaduję  się,  że  odeszła  z domu  rodziców,  gdy  miała 

osiemnaście lat, tak jak zapowiedziała. Jej pierwszy mąż był żołnierzem 

wyszkolonym do walki wręcz, niestety wykorzystywał swoje szczególne 

umiejętności  przeciwko  niej.  Uciekła  od niego  i z  konieczności  wróciła 

na  krótko  do  domu  rodziców.  Zabrała  ze  sobą  kota,  z którym  sypiała, 

jeśli zdołała zamknąć się przed mężem w sypialni. 

Tymczasem  ojciec  opuścił  Kościół;  część  czasu  poświęcał  na 

background image

hodowlę psów obronnych. Te psy zagryzły kota jego córki. 

–  Biedne  maleństwo  przedostało  się  do  klatki,  a wtedy  one  go  tam 

rozszarpały –  opowiada mi  przyrodnia  siostra.  Nie  roni łez, tylko  lekko 

drwiąco się uśmiecha. 

–  Och,  Boże  –  mówię.  Ale  tylko  tyle.  Ironia  przechodzi  nie 

zauważona, jeśli to jest właśnie ironia. 

Podobne restauracje można znaleźć w każdym centrum handlowym, 

w każdym  mieście.  Okna  wychodzą  do  wewnątrz,  nie  na  zewnątrz,  na 

podłodze  kafle,  pośrodku  misa  z roślinami  i fontanna  otoczona  ławami, 

pod  świetlikami  ludzie  w swobodnych  pozach.  Po  drugiej  stronie 

przejścia  na  Sunglass  Hut,  Foot  Locker,  sklep  z biżuterią  –  miejsca  tak 

typowe, że w ogóle nie kojarzą się ze specyficznym miejscem i czasem. 

Na ich widok można odnieść wrażenie, że nagle ulotnił się cały kontekst 

życia;  wydaje  mi  się,  że  mogłabym  znajdować  się  gdziekolwiek, 

w dowolnym  momencie  ostatnich  dwudziestu  lat,  że  mogłabym 

przebywać w miejscu, z którego uciekłam. Pocę się ze strachu. Czuję, że 

pot występuje mi pod koszulą i tuż przy cebulkach włosów. 

–  Musimy  iść  –  rzucam  niespodziewanie,  wstaję,  chwytam  za 

torebkę. – Spóźnimy się na pociąg. 

Podnosi się moja przyrodnia siostra. 

– Okay – mówi. Najwidoczniej uważa, że ta nagła decyzja o wyjściu 

jest wynikiem mojej nerwowej natury. 

Jadąc z powrotem, dochodzę do przekonania, że prośba o spotkanie 

background image

i wszystkie  jej  beznamiętne  pytania  są  częścią  pewnego  spisku.  Że 

bardzo  się  starała  być  miła  i wyrozumiała,  bo  weszła  w porozumienie 

z ojcem,  a kiedy  jadłam  sandwicza  z indykiem,  którego  zwróciłam 

w pociągu, on mordował mojego męża i porywał dzieci. 

Czyż  mogło  go  satysfakcjonować  coś  innego  poza  zniszczeniem 

całego  mojego  życia,  które  zbudowałam  niezależnie  od  niego,  poza 

pozbawieniem  mnie  potomstwa?  Czy  kiedykolwiek  godził  się  na  mniej 

niż wszystko? 

Z  pociągu  dzwonię  pod  swój  numer.  Nikt  nie  podnosi  słuchawki. 

Zaczynam płakać, skulona na siedzeniu przed telefonem, z twarzą opartą 

na kolanach. 

– O co chodzi? – pyta jakaś kobieta. – W czym mogłabym pomóc? 

Potrząsam  głową.  Nie  jestem  w stanie  na  nią  spojrzeć.  W jaki 

sposób  powiedzieć  komuś  obcemu,  że  dawno  temu  znalazłam  się 

w niełasce?  Że  zabrnęłam  w ciemny  las  i bardzo  się  boję,  że  już  nigdy 

nie będę bezpieczna? 

Kiedy wreszcie docieram do domu, okazuje się, że nic się nie stało. 

Ani  mężowi,  ani  dzieciom.  Oddycham  z ulgą.  Płaczę.  Muszę  ich 

wszystkich  dotknąć.  Nie  mogę  się  powstrzymać.  Choć  dzieci  nigdy  nie 

widziały  swojego  dziadka,  a on  też  ich  nie  widział,  one  także  czymś 

płacą,  ponieważ  ostatecznie  ich  matka  nosi  w sobie  skazę.  Nawet 

z daleka mój ojciec egzekwuje należność. 

– Co się dzieje? – pyta mąż. – Co się stało? 

background image

–  Nic  –  odpowiadam.  –  Próbowałam  się  dodzwonić.  Nikt  nie 

podnosił słuchawki. 

– Och – powiada. – Chyba wybraliśmy się na spacer. 

Patrzymy na siebie, mój mąż i ja, wymieniamy znaczące spojrzenia, 

ale  nie  wspominamy  słowem  o tym,  że  płakałam.  W naszym  związku 

stworzyliśmy miejsce dla mojego ojca i na to, co się wydarzyło między 

nim  i mną.  To  zamknięte  miejsce,  psychiczny  odpowiednik  wysokiej 

półki w kredensie, której prawie nie sposób sięgnąć. 

Dzieci dotykają mojej twarzy, włosów. Całują mnie. Dla nich jestem 

doskonała i piękna. 

Uczymy się oczekiwać od rodziców bezwarunkowej miłości, myślę 

jednak, że jest to raczej dar, który otrzymujemy od dzieci. One kochają 

nas bezwarunkowo, nie ważne, kim i jacy jesteśmy. 

 

Jakby  dom  mojego  ojca  był  czymś  w rodzaju  poprawczaka  –  na 

pewno  w jakimś  stopniu  nim  jest;  zapamiętam  okres  spędzony  z ojcem 

jako  wypełniony  bolesnymi  lekcjami  –  podczas  wakacji  spędzanych 

z matką  i jej  rodzicami  wszyscy  są  dla  mnie  uprzejmi  i bezprzykładnie 

delikatni.  Jakbyśmy  się  umówili,  nie  wspominamy  o ojcu  ani  słowem; 

udajemy,  że  nie  istnieje.  Lecz  użalamy  się  nade  mną,  nad  straconym 

dzieckiem,  dzieckiem  porwanym  przez  straconego  ojca.  Przy  każdej 

okazji  ekstrawagancko  szlochamy:  kiedy  na  ekranie  telewizyjnym  ktoś 

na  niby  umiera,  kiedy  czytamy  w gazecie  o jakimś  odległym  wypadku. 

background image

Płaczemy  nad  drobiazgami:  rozlanym  mlekiem,  przebitą  oponą, 

rozbitym radiem. 

 

Po  Bożym  Narodzeniu  matka  i ja  bez  żadnego  entuzjazmu  robimy 

zakupy. Idziemy na przyjęcie sylwestrowe, którego gospodarzem ma być 

jej  przyjaciel.  Na  tę  okazję  matka  kupuje  mi  sukienkę;  wybieram  ją 

w drogim  butiku  Laury  Ashley.  Stojąc  w sklepie  i czując  na  sobie  jej 

spojrzenie, jestem jak dziecko: rozkazuję swojemu ciału poddać się temu 

procesowi z możliwie największą godnością, tymczasem sama skrywam 

się  pod  powierzchnią,  kurczę  do  rozmiarów  odpornej  na  atak  drobiny, 

której  już  się  nie  da  ekshumować.  Tak  samo  toleruję  mojego  ojca.  Co 

tam  ciało,  wmawiam  sobie,  ciało  nic  nie  znaczy.  Ty  nie  jesteś  ciałem, 

tylko sercem, duszą. One są twoje i nikt nie może ci ich odebrać. 

Sukienka  kosztuje  majątek  i drugi  raz  jej  nie  włożę.  Powstała 

z pięknego  materiału,  połyskującej,  lekko  niebieskiej  kraty,  lecz  nie 

podoba  mi  się  płytki  dekolt,  dopasowany  stan,  długie  rękawy,  szeroka 

szarfa  i biała  bawełniana  haleczka,  która  powinna  wystawać  kilka  cali 

poniżej  brzegu.  W czarnych  lakierkach  i białych  koronkowych 

rajstopach, 

z włosami 

blond 

sięgającymi 

całą 

stopę 

poniżej 

przyczepionej z tyłu kokardy wyglądam tak, jak sobie tego życzy matka, 

niczym skromna, śliczna laleczka, niezdolna do grzechów, jakie mam na 

sumieniu. 

Dla  siebie  matka  kupuje  czarną  aksamitną  sukienkę  z głębokim 

background image

dekoltem, po czym ruchomymi schodami zjeżdżamy do garażu. 

– Pozwól, że poniosę także twoje rzeczy – mówię, wyciągając wolną 

rękę. 

Nikłe promienie zimowego słońca padają na jej bladą twarz. Matka 

nie wygląda najlepiej. 

– Nic ci nie jest? – pytam. 

– Czuję się zmęczona – powiada. – Po prostu zmęczona. – Tylko tak 

jakoś  kuli  ramiona  i pochyla  głowę,  że  mnie  to  niepokoi.  Nie  myślę 

o guzie  wyciętym  przed  rokiem.  Nie  myślę  o raku,  ale  wewnątrz  czuję 

skurcz.  Serce  trzepocze  mi  w piersi.  Kiedy  w przyszłości  będę 

wspominać  matkę,  ten  moment  na  ruchomych  schodach  zakwalifikuję 

jako chwilę, w której zaczęłam pojmować, że ją stracę. Bladość, upiorna 

przezroczystość  jej  twarzy  zapowiada,  że  dokona  się  to,  czego  się 

zawsze  bałam;  szepcze,  że  zniknie  kobieta,  którą  tropiłam  przez  całe 

swoje życie. 

 

Kiedy  się  przygotowujemy  na  przyjęcie,  matka  podpowiada,  jaki 

makijaż mam sobie zrobić, a ja jestem jej posłuszna. 

–  Użyj  trochę  różu  –  mówi.  –  Obiecaj,  że  kiedy  nie  będziesz 

opalona, zawsze sięgniesz po róż. 

– W porządku – zgadzam się. 

Na  przyjęciu  bawią  się  ludzie,  których  nigdy  wcześniej  nie 

widziałam.  Zebraliśmy  się  w pięknym  szklanym  domu  z widokiem  na 

background image

miasto.  Towarzysz  matki  jest  z nami.  Zbyt  dużo  pije,  natomiast  my 

wcale nie pijemy, jak zwykle zresztą, kiedy jesteśmy we troje. Siedzimy 

nad dziwnie spóźnionym posiłkiem złożonym z ziemniaków, wieprzowej 

kiełbasy  i rozmaitych  pâtés,  nad  plastrami  egzotycznego  mięsa 

krwawiącego  na  białą  porcelanę.  Nasza  gospodyni,  rodem  z Austrii, 

zwraca  na  siebie  uwagę,  stukając  łyżeczką  w kieliszek  do  szampana. 

Obwieszcza,  że  w jej  rodzinnym  miasteczku  uważa  się  za  złowróżbne 

zjedzenie  w sylwestra  czegoś co ma  skrzydła  bądź  płetwy.  Chodzi  o to, 

by w nadchodzącym roku szczęście nie uleciało ani nie odpłynęło. 

Matka  podnosi  na  widelcu  krążek  kiełbasy,  jakby  chciała  spełnić 

toast. 

– Zatem – powiada – chyba jesteśmy bezpieczne. 

Zegar wskazuje północ. Uroczyście się całujemy. 

 

Następnym  razem  widzę  matkę  w szpitalu;  są  tam  oboje:  ona 

i dziadek. 

–  Co  się  stało?  –  pytam  znad  herbaty,  siedząc  przy  kuchennym 

stoliku dziadków. 

–  Och  –  powiada  babka  –  twoja  matka  przechodzi  badania, 

a dziadek  złamał  nogę,  zaczepiwszy  o ten  przeklęty  wąż  ogrodowy.  – 

Pokazuje przez okno w stronę sadzawki. 

Na  zewnątrz,  na  podłodze  werandy  przy  zwiniętym  wężu 

dostrzegam  żółtawą  plamę.  Tam  dziadek  zwymiotował  w szoku 

background image

spowodowanym  wypadkiem.  Przyglądam  się  śladowi  blisko  minutę, 

może  dłużej,  potem  idę  po  szczotkę,  aby  usunąć  to,  czego  nie  spłukali 

sanitariusze. 

Dziadek 

dobrze 

znosi 

operację 

kości 

udowej. 

Jego 

dziewięćdziesięciotrzyletnią  kość  lekarze  łączą  za  pomocą  czterech 

długich, nierdzewnych gwoździ. Tylko że potem wdaje się gangrena od 

odleżyny  na  stopie  i w  rezultacie  starannie  złożoną  nogę  trzeba 

amputować.  Tę  operacje  również  znosi  względnie  dobrze.  Silne  serce 

skazuje  go  na  kilkumiesięczny  pobyt  w szpitalu  i domach  opieki,  gdzie 

najpierw  przestaje  dobrze  funkcjonować  jego  żołądek,  następnie 

woreczek żółciowy, a potem chyba już wszystko. 

Badanie  tomograficzne  tłumaczy,  dlaczego  moją  matkę  boli  krzyż. 

Jest  pęknięty.  Kręgi zaczynają się  kruszyć, zaatakowane przez komórki 

rakowe  po  przerzutach  z chorej  piersi.  Promienie  rentgenowskie 

ujawniły,  że  uporczywy  kaszel  nie  ustąpi,  bo  płuca  są  przerośnięte 

rakiem,  tak  samo  wątroba.  Badanie  gazometryczne  krwi  wyjaśnia, 

dlaczego  matka  bez  przerwy  czuła  się  zmęczona:  we  krwi  brakowało 

tlenu. 

 

Oboje  powoli  umierają,  a kiedy  do  tego  dochodzi,  wracam  do  nich 

i do babki. 

Spędzam  teraz  dwa  tygodnie  w domu  ojca,  następne  dwa  tygodnie 

w domu  matki,  na  przemian  –  tyle  czasu  jestem  w stanie  wytrzymać 

background image

w każdym  z tych  miejsc  i znieść  cierpienie,  które  się  z tym  wiąże. 

W domu  dziadków  babka  i ja  śpimy  w tym  samym  pokoju.  Zajmuję 

bliźniacze  łóżko  dziadka  przysunięte  do  jej  łóżka.  Między  poduszkami 

trzymamy telefon, na wypadek, gdyby w nocy ktoś zadzwonił z jednego 

albo  drugiego  szpitala;  leżąc  w mroku,  uświadamiam  sobie,  że  od  lat 

wobec nikogo nie czułam takiej bliskości. 

Codziennie w porze podwieczorku odwiedzamy  dziadka. Zanosimy 

mu herbatę w termosie i dwa ciastka w plastikowej torebce. Przez ponad 

czterdzieści lat o tej samej porze babka z dziadkiem zasiadali do herbaty. 

I oczywiście zamierza to robić do ostatniego dnia jego życia. 

Wieczorem spotykamy się z matką.  Oglądamy telewizję. Odbiornik 

stoi  na  przykręconej  do  ściany  półce  powyżej  naszych  głów.  Śledzimy 

losy  bohaterów  oper  mydlanych,  takich  jak  Dallas  albo  Dynastia, 

widowisk, w których ludzie często krzyczą  lub szlochają,  a moja  matka 

i ja  płaczemy  wraz  z nimi.  Babka  nie  płacze  na  jawie,  ale  pewnej  nocy 

słyszę, że płacze przez sen. To dziwny dźwięk, cichutkie „aaa-aaa-aaa”, 

jakie  wydają  z siebie  szczeniaki  albo  niemowlęta,  gdy  szukają  piersi 

matki.  W każdym  razie  to  jest  płacz.  Jej  twarz  jest  wilgotna,  łzy 

wypływają  spod  przymkniętych  powiek.  Czasem  nawet  przerywa,  aby 

coś powiedzieć. 

– Och, nie, nie, nie – przez sen wypowiada słowa, które interpretuję 

jako  modlitwę,  bo  przypominają  mi  refren,  który  ciągle  rozbrzmiewa 

w mych myślach. 

background image

 

– Jeśli fantazjuję na temat własnej śmierci, jeśli ją sobie wyobrażam, 

czy to oznacza, że mam skłonności samobójcze? 

– Jak często? 

– No cóż, na pewno kilka razy w ciągu godziny. 

Lekarz  krzywi  się,  przeciera  oczy.  Kiedy  mu  tłumaczę,  że  ojca 

i mnie łączy „ten, tego, mmm, związek nie bardzo, mmm, platoniczny”, 

nie zdradza obrzydzenia, wyłącznie znużenie. 

–  Mhm  –  powiada,  biorąc  głęboki  oddech.  –  Rozumiem  –  dodaje. 

Jego westchnienie sugeruje, że domyślał się tego już wcześniej. 

– Czy to nie okropne? – pytam po chwili milczenia. 

– Nie jest pan wstrząśnięty? – chcę wiedzieć przy innej okazji. 

Lecz  on  nie  odpowiada.  Nie  wypytuje  o moralność,  jedynie 

o odczucia i funkcje organizmu. 

Trafiłam do  niego,  ponieważ obawiam się  o swoje  życie.  Bo ojciec 

przechowuje w domu rewolwer i nauczył  mnie, jak się nim posługiwać. 

Na  razie  nie  odważyłam  się  na  nic  więcej,  tylko  go  załadowałam; 

powsuwałam  naboje  do  odpowiednich  komór  i zatrzasnęłam  bębenek. 

Zauważyłam  broń  w dłoni,  ale  potem  ostatecznie  odłożyłam  do 

osobnych szuflad i broń, i naboje. 

– Chcesz umrzeć? – pyta lekarz. 

Nie  potrafię  sobie  wyobrazić  dalszego  życia.  Nie  jestem  w stanie 

myśleć  o życiu  bez  matki.  Wiem,  że  śmierć  dziadka  wywoła  we  mnie 

background image

żal,  ale  odejście  matki  jest  czymś  nazbyt  ważkim,  nazbyt 

nieprawdopodobnym, bym w ogóle brała je pod uwagę. 

–  To  przez  was!  –  wyje  któregoś  razu;  język  jej  się  rozwiązał  po 

przyjęciu morfiny. – Odbieracie mi życie, ty i twój ojciec! 

Nie!  –  myślę.  Nie  tylko  tobie.  Nam!  Nam  wszystkim!  Nigdy 

wyłącznie tobie. 

 

Czasami jest przekonana, że umrze właśnie tej nocy. Wtedy zostaję 

w szpitalu. Siadam na krześle przy łóżku albo staję obok. Przyglądam się 

jej  i małej  butli,  z której  zieloną,  poskręcaną  rurką  płynie  do  nosa  tlen. 

Pewnego razu matka chwyta mnie za rękę. Ma zamknięte oczy, szuka jej 

po omacku, wypowiada moje imię. 

– Jesteś tu? – pyta. 

– Tak – odpowiadam. 

– Zawsze tu jesteś, prawda? 

Jej  głos  brzmi  ciszej  od  szeptu.  Powstał  z tchnienia  niczym  głos 

ducha. 

–  Tak  –  potwierdzam.  Nawet  kiedy  jestem  z nim,  stoję  tu  przy 

twoim łóżku. Zwłaszcza wtedy. 

– Wiesz co –  mówi. – Kiedy umrę,  będziesz na  mnie bardzo zła. – 

Potem nie mówi już nic więcej. 

Ściskam  jej  palce,  lekko  nimi  potrząsam.  W tych  słowach  jest 

prawda,  którą  dostrzegam,  lecz  nie  rozumiem  ich  istoty.  Chyba  masz 

background image

rację, myślę. Ale upłynie sporo czasu, zanim do nich wrócę. Wiele lat po 

jej śmierci mój gniew ostygnie na tyle, że będę w stanie go dotknąć. 

Lekarz  przepisuje  mi  lek  antydepresyjny,  który  mam  zażywać 

codziennie  przed  zaśnięciem.  Powiedziałam  mu,  że  jestem  przerażona 

własną lekkomyślnością, skłonnością do samodestrukcji. W domu babki, 

w biurku,  z którego  korzystałam,  gdy  chodziłam  do  szkoły,  jest 

dwanaście  kapsułek  seconalu.  Wszystkie  są  stare,  a ich  czerwone 

żelatynowe  osłonki  kleją  się  do  siebie.  Zaczęłam  je  zbierać,  kiedy 

miałam  czternaście  lat.  Podkradałam  je  z apteczki  po  jednej  albo  po 

dwie. Jednakże tuzin kapsułek nie na wiele się zda. Dawniej miałam ich 

czterdzieści,  potem  jedną  zgubiłam.  Pewnego  razu  o północy  podjęłam 

próbę,  przyjmując  w sumie  dwadzieścia  siedem  sztuk,  które  popiłam 

szklaneczką  whisky,  lecz  to  było  wszystko,  co  zdołałam  przełknąć, 

zanim zaczęłam wymiotować. Nawet nie zemdlałam. 

– Jesteś trochę zbyt blada – zauważyła babka następnego ranka. 

– Chyba coś mnie bierze – oświadczyłam. 

– Co się stało z twoim okiem? 

– Nie mam pojęcia. Musiałam na nim spać. – Moje prawe oko było 

czerwone w prawym  kąciku, bo kiedy miałam torsje, pękła w nim  jakaś 

żyłka. Obserwując babkę, jak mi się przygląda, doszłam do wniosku, że 

nie  podejrzewa,  co  się  wydarzyło  w mojej  łazience  przed  kilkoma 

godzinami. 

 

background image

Kiedy  lekarz  pyta,  czy  chcę  umrzeć,  odpowiadam,  że  martwię  się 

o siebie, ale nie wspominam o pigułkach nasennych, ponieważ za bardzo 

jest  mi  wstyd.  Nie  zrozumiem  tego  uczucia,  póki  nie  upłyną  lata,  póki 

nie uświadomię sobie, że bardziej przeklęta od samodestrukcji jest moja 

skłonność  do  dyskrecji,  doskonała  umiejętność  ukrywania  niemal 

wszystkiego, co mam w sercu – realna groźba, że ja też mogę skończyć 

jako  kobieta  zamknięta  we  własnym  potrzasku  jak  matka.  Połknęłam 

tabletki,  ponieważ  z każdej  strony  szczelnie  otaczała  mnie  mgła 

rozpaczy.  Nie  widziałam  niczego,  co  było  na  zewnątrz.  Chociaż 

wówczas  minął  rok  od  naszej  wizyty  u ginekologa,  który  założył  mi 

kapturek,  łącze  te  dwa  wydarzenia.  Wydaje  mi  się,  że  połknęłam 

seconal,  aby  moje  ciało  umarło  wraz  z całą  resztą,  którą  uśmiercono 

tamtego  dnia:  dziewczęcą  niewinnością,  nadzieją,  wreszcie  z wiarą,  że 

można być bezpiecznym wszędzie i z każdym. 

 

Lek, który lekarz mi przepisuje, Desyrel,  paradoksalnie czyni  życie 

możliwym,  ale  zarazem  –  w granicach  mojej  świadomości  –  nie  do 

zniesienia. 

–  Moje  życie  –  oświadczam  ojcu  –  jest  do  niczego.  Mówię 

poważnie, do niczego. 

– Posłuchaj – powiada. Siedzimy przy stoliku na parkingu niedaleko 

drogi,  w miejscu,  gdzie  kierowcy  ciężarówek  zatrzymują  się  na  kilka 

godzin snu. 

background image

Jeśli  chodzi  o seks,  to  cóż,  nie  musimy  tego  robić.  Dzięki  niemu 

możemy  wyrazić,  że  oboje  jesteśmy  sobie  oddani.  Skoro  tobie  to  nie 

odpowiada, pewnie znajdziemy inny sposób. 

Lecz  cóż  innego  może  tak  dobrze  odpowiadać  naszym  potrzebom 

jak  to  nałogowe,  pozbawione  radości  połączenie,  posługiwanie  się 

zmysłami  do  uzewnętrzniania  naszych  pragnień?  Pod  tym  względem 

wcale się nie różnimy od innych ludzi. Moje ciało pod nim, wygłodzone, 

bez życia, jakże wymownie wyraża to, czego ja nie mogę: jestem głodna, 

jestem  martwa.  Martwa,  bo  kolejna  wobec  matki,  i martwa  dla  niego. 

Martwa  w reakcji  na  to,  że  posługuje  się  swym  dużym  ciałem,  aby 

odgrodzić mnie od świata. 

Jedna  za  drugą  przejeżdżają  ciężarówki.  Podmuchy  powietrza 

porywają pasma moich włosów, unoszą je między nasze twarze. 

Nie chcę abstynencji, chcę wyzwolenia. 

– Posłuchaj – mówię.  – A jeśli pewnego  dnia zapragnę mieć  męża, 

dzieci, rodzinę jak inni ludzie? Być kochana jak inni. 

– Jacy ludzie? – pyta. 

– Inni. Ludzie, którzy różnią się od ciebie i ode mnie. – Spoglądam 

na niego. – Po prostu normalni. 

– Kto jest normalny? Normalność jest matematyczną abstrakcją. Nie 

przystaje ani do ludzkiej osobowości, ani do więzi, które ludzi łączą. 

–  Przecież  dobrze  wiesz,  o co  mi  chodzi!  I wiesz,  że  się  starałam. 

Dałam  ci  wszystko,  o co  poprosiłeś.  Czuję  się  taka  samotna  na  tym 

background image

świecie,  chociaż  nie  twierdzę,  że  takie  były  twoje  intencje.  Nie 

pozwolisz  mi  nikogo  mieć,  nikogo  oprócz  ciebie.  Ty  jednak  masz 

innych. Masz rodzinę. 

– Nie możesz się spodziewać, że opuszczę dzieci – powiada ojciec. 

– Nie,  pewnie,  że nie. Wcale tego nie  chcę. Ale co  ze  mną? Ja  też 

jestem twoim dzieckiem. 

Ojciec patrzy na mnie. 

– W twoim wypadku jest już za późno. 

– O czym mówisz? 

–  Mówię,  że  popełniłaś  błąd.  –  Pochyla  się.  –  Przecież 

rozmawialiśmy  o tym.  Że  nasze  błędy  są  trwałe.  Że  nie  możemy 

odwołać naszych postępków. 

– Tak – odpowiadam. – Wiem. 

–  Zatem  –  powiada,  składając  ręce.  –  Uczyniłaś,  co  uczyniłaś, 

a uczyniłaś to ze mną. Teraz już nie będziesz mogła mieć nikogo więcej, 

bo  nie  zdołasz  dochować  naszej  tajemnicy.  Komuś  o tym  powiesz, 

nieważne komu, a on ledwie się dowie, od razu cię zostawi. 

Widzę  ojca.  Słyszę  słowa,  które  wypowiada.  I jak  bardzo  w nie 

wierzę, tak bardzo go nienawidzę. 

 

– To niezgodne z zasadami – mówi siostra. 

– Wiem – przyznaję. 

– Po prostu tego nie robimy. – Idzie szybko, porusza się energicznie 

background image

w ruchomych  płaszczyznach  bieli:  białej  sukience,  białym  rozpinanym 

swetrze, białych nylonowych rajstopach, białych butach. 

– Z kim powinnam rozmawiać, aby otrzymać zezwolenie? 

–  Proszę  poczekać  –  rzuca  i zostawia  mnie  za  drzwiami 

przeszklonego biura. 

Po  kilku  beznamiętnych  próbach  przebłagania  szpitalnych 

administratorów, gdy odsyłano mnie od jednego parawanu do drugiego, 

w końcu udaje mi się dostać do kostnicy. Zgody udzielono, bo stosownie 

do treści dokumentów, ciało dziadka zostanie zabrane ze szpitala prosto 

do krematorium, nie będę więc już miała innej okazji, aby  je zobaczyć. 

„Ale  –  jak  zaznacza  mężczyzna,  który  zapisuje  moje  dane  –  robimy 

wyjątek, absolutny wyjątek”. 

Dziadek  leży  w lodówce,  w osobnej  szufladzie.  Dłonie  zaciśnięte 

w pięści  trzyma  pod  brodą,  jakby  tak się  ułożył  dopiero  wtedy, gdy  się 

znalazł w tym  bardzo chłodnym pomieszczeniu. Usta ma otwarte, jakby 

protestował przeciwko przejmującemu chłodowi. 

Spodziewam  się,  że  powinien  mnie  przerażać  widok  zwłok,  do 

których z taką determinacją  starałam się dotrzeć, ale gdzież tam. Twarz 

i dłonie  pod  prześcieradłem  są  także  znajome,  że  czuję  przypływ 

wzruszenia.  Siostra  zostawia  mnie  z dziadkiem,  stwierdzając,  że  wróci 

za  jakiś  czas.  Klękam  obok.  Składam  głowę  na  jego  piersi  jak  kiedyś, 

gdy byłam mała. Dotykam brwi, policzka, siwej szczeciny. 

Widzę te same co dawniej jasnoniebieskie oczy; źrenice wydają się 

background image

zamglone,  jak gdyby  znowu zaciągnięte kataraktą,  którą usunięto  przed 

laty.  Długo  wpatruję  się  w te  oczy.  Ich  widok  zdumiewa  mnie  i uczy, 

dlaczego zamyka je przedsiębiorca pogrzebowy. 

Chociaż  kokietowałam  śmierć,  kpiłam  z niej,  nieodpowiedzialnie 

igrałam  z życiem,  właściwie  nie  wierzyłam,  że  jestem  śmiertelna,  póki 

nie  usiadłam  obok  zimnego  ciała  dziadka,  nie  dotknęłam,  nie 

powąchałam  i nie  objęłam  go  przez  cały  czas  właśnie  brak  wiary 

sprawiał,  że  byłam  lekkomyślna.  Godzina  spędzona  z dziadkiem,  na 

klęczkach  przy  długiej  szufladzie,  zmienia  moje  życie.  Otrzeźwia  mnie 

pocałunek,  który  składam  na  jego  sztywnym  policzku,  pomaga  mi 

wrócić  do  przytomności,  inaczej  niż  tamten  usypiający  pocałunek  ojca 

na lotnisku. Przechodzę przemianę. Od człowieka, który sądzi, że  może 

sobie  pozwolić  na  trwonienie  czasu,  do  osoby,  która  wie,  że  choćby 

miała żyć wiele, wiele lat, będzie to zawsze za krótko. 

–  Nic  pani  nie  jest?  –  pyta  siostra.  Właśnie  wróciła  i wsuwa 

z powrotem szufladę. 

Nowa wiedza sprawia, że drżą mi ręce. Wytrzeszczam oczy. 

– Zapytałam, czy nic pani nie jest – powtarza. 

– Och – odpowiadam – nie, dziękuję. 

 

Na  nabożeństwie  poświęconym  pamięci  dziadka  rabin  wymienia 

kolejno  wszystkich  jego  przodków.  Każe  zgromadzonym  stać,  gdy 

wzywa nas, byśmy wiedli godne życie. Przypomina o zapaleniu lampek, 

background image

bo  nabożeństwo  odbywa  się  akurat  tuż  po  święcie  Chanuka.  Mamy 

pielęgnować  pamięć  o moim  dziadku,  który  zmarł  podczas  Święta 

Świateł, iść naprzód promienni i sprawiać, aby nasze życie toczyło się po 

jasnych drogach, nie mrocznych. 

Sentymentalnie brzmią  te słowa.  Wypowiada je  obcy  człowiek, ale 

i tak mnie wzruszają. Jeśli żałobnicy widzą, że jestem wstrząśnięta, gdy 

rozmyślam,  że  moja  obecność  na  pogrzebie  jest  hańbiąca,  jeśli 

dostrzegają  gorące  łzy  na  moich  policzkach,  gdy  pojmuję,  jak  mroczne 

stało  się  moje  życie  –  cóż,  pewnie  tłumaczą  te  łzy  jako  wyraz  smutku, 

uczucia znacznie prostszego niż to, które mnie ogarnia. 

–  Co  robisz?  –  pyta  babka,  kiedy  dzień  później  zastaje  mnie  przy 

kuchennym  stole.  Wszędzie  wokół  mnie  leżą  papiery.  Przeglądam 

teczki, których nie otwierałam od lat. 

– Przygotowuję podania na studia – powiadam. 

Patrzy na mnie. 

– Naprawdę? – mówi. Siada na krześle po przeciwnej stronie stołu. 

– Dokąd? – dodaje po chwili. 

Wymieniam miasta, gdzie szkoły są zlokalizowane, wszystkie z dala 

od domu ojca. Kiwa głową. 

– Zrobić ci herbaty? – proponuje. 

Napełnia czajnik wodą. Żadna z nas nie ubiera w słowa tego, co się 

dzieje. Że podnoszę te kawałeczki  mojego  życia, które upuściłam przed 

laty.  Nie  możemy  wyrazić  tego,  czego  na  razie  nie  wiemy:  że  śmierć 

background image

dziadka rozpoczęła proces  mojego wyzwolenia i że zakończy go śmierć 

matki. 

 

– Słuchaj – powiedział ojciec w samochodzie – kiedy odjechaliśmy 

z parkingu  dla  ciężarówek  –  istnieje  tylko  jedna  osoba,  która  mogłaby 

dać ci dość siły, byś mnie opuściła. 

I  chociaż  przejechaliśmy  zaledwie  około  mili,  znowu  zjechał 

i zatrzymał  samochód  na  poboczu.  Zdjął  okulary  i oparł  się  czołem 

o kierownicę. Spojrzałam na niego. 

– Ty? – zapytałam w końcu. 

– Tak – odrzekł. 

 

Kiedy  byłam  małym  dzieckiem,  matka  siadała  przy  toaletce 

i szczotkowała  mi  włosy.  Toaletka  przy  każdym  boku  miała  osobne 

lustro  i kiedy  odwracałam  głowę  w prawo  albo  w lewo,  widziałam  nas 

obie  zwielokrotnione  bez  końca.  W tej  przestrzeni  nieskończoności 

dostrzegałam 

przesłanie 

o nieskończoności 

w wymiarze 

czasu: 

nieważne,  czy  patrzyłam  w przeszłość  czy  w przyszłość,  zawsze 

widziałam  siebie  stojącą  tak  posłusznie  jak  to  tylko  możliwe  pod 

ruchliwymi dłońmi matki. Ja o ona, złączone więzami, które zawsze nas 

określały,  próbami  uczynienia  ze  mnie  dziecka  zasługującego  na  jej 

podziw i miłość.  

Wiele  koszmarów,  w których  występuje  matka,  dotyczy  włosów. 

background image

Ona  mi  je  obcina,  farbuje  na  rudo  albo  czarno,  zamyka  mnie  w wieży 

wybudowanej z łazienkowych kafli, gdzie ściany są zbyt śliskie, aby się 

po nich wspiąć. Jak w wypadku Roszpunki moje włosy są tak długie, że 

to  nie  może  być  bez  znaczenia.  Zawsze  bardzo  mi  zależało  na  tym,  by 

mieć  nadmiar  włosów,  dzięki  czemu  mogłam  wskazać  granicę, 

powiedzieć  matce,  że  dla  jej  satysfakcji  pozwolę  zmienić  tylko  tyle 

siebie i ani odrobinę więcej. 

Przez  lata  włosy  symbolizowały  mnie,  to,  jak  bardzo  różnię  się  od 

matki:  długie  kontra  krótkie,  blondynka  kontra  brunetka.  Pochłaniała 

mnie  troska  o nie,  odcinanie  nożyczkami  do  paznokci  rozdwojonych 

końców.  Im  dłuższe  rosły,  tym  więcej  szczotkowania  potrzebowały, 

zwłaszcza  od  czasu,  gdy  już  nie  chciałam  ich  splatać  w warkocz  ani 

spinać. 

–  Są  zbyt  długie  –  narzeka  matka,  a wtedy  muszę  zapuszczać  je 

dalej i nigdy nie są odpowiedniej długości, by mnie zadowolić. 

Ojciec  jest  tak  samo  oddany  moim  włosom  jak  ja.  Przez  kilka 

ostatnich  lat  on  mi  je  podcina.  Nie  ma  zaufania  do  innych.  Boi  się,  że 

ktoś  nie  poprzestanie  na  minimum,  więc  spędza  całe  godziny  na 

kolanach i posługuje się nożyczkami w absolutnym skupieniu. 

Lecz przez ostatnie miesiące życia matki jej pragnienia przedkładam 

ponad  ojca  i swoje.  Jeśli  życzy  sobie  różowych  chusteczek 

higienicznych,  nie  białych,  posłusznie  wychodzę  i kupuję  je.  Przynoszę 

jedzenie  z odległych  restauracji,  wazelinę  w tubce,  nie  w słoiczku, 

background image

francuskie  czasopisma,  szwajcarską  czekoladę.  Spełniam  każdą  jej 

zachciankę.  Wymyślamy  sprawy,,  których  załatwienie  pochłania  sporo 

czasu,  pozwala  mi  okazać  chęć  sprawienia  jej  przyjemności  i zarazem 

oszczędza nam swojego towarzystwa. 

Fryzjer  ściąga  mi  włosy  gumką  i obcina  je,  tak  jak  go  proszę,  tuż 

powyżej.  W szpitalu  kładę  na  łóżko  odcięty  koński  ogon,  długi  na 

dwadzieścia trzy cale. Matka dotyka go. 

– Tak – powiada – najwyższy czas. 

Ścięcie  włosów  i wręczenie  ich  matce  jest  czynem  dość  złożonym 

i ma  pokłady  znaczeń.  Są  sprawy,  o których  muszę  matce  powiedzieć, 

nim  umrze,  nim  mnie  opuści;  przemawiam  więc  ciałem,  które  mi  dała, 

które nosiła w sobie. 

Oczywiście  jest  w tym  miłość  i gniew:  wroga  kapitulacja.  Swoje 

włosy  poświęcam  matczynej  wizji  córki,  reliktowi  dziewczyny,  która 

żyła, aby  ją zadowolić,  i która  już  żyć  nie będzie, bo  bez  matki żyć nie 

może.  Jeśli  nie  czekam,  aż  matka  będzie  martwa,  aby  złożyć  włosy 

w trumnie,  to  dlatego,  że  nie  chcę  stracić  ostatniej  okazji  zyskania  jej 

aprobaty.  Zaznaczenia,  że  nadal  bardzo  mi  na  tym  zależy  – 

wystarczająco,  by  w końcu  oddać  jej  tę  cząstkę  siebie,  którą  zawsze 

starałam się zachować poza jej zasięgiem. 

– Odwróć się  – powiada, kiedy  staję  w nogach łóżka, a ona  wciska 

niewielki  guzik,  który  sprawia,  że  unosi  się  podgłówek.  –  No  tak  – 

mówi,  gdy  znowu  jestem  zwrócona  do  niej  twarzą.  –  Oto  się  zjawiłaś. 

background image

Od  lat  nikt,  kto  na  ciebie  patrzył,  nie  widział  nic  poza  włosami.  – 

Pokazuje na koński ogon. – Zamierzasz go zachować? – pyta. 

– Po co? – mówię, ona zaś wzrusza ramionami. 

Kończy  się  na  tym,  że  go  wyrzucam.  Połyskująca  masa  ginie 

w jednym ze szpitalnych pojemników na śmieci. 

Długie  włosy  są  niezaprzeczalnym  symbolem  seksualności.  Były 

ochroną  mojej  kobiecości,  kiedy  zrezygnowałam  z piersi  i okresu. 

Ścinając  włosy,  chciałam  zakomunikować  matce,  że  to  samo  zrobiłam 

z życiem  seksualnym.  Pozbywając  się  ich,  składam  obietnice,  że  kiedy 

umrze, związek łączący jej córkę i męża nie będzie już trwał. 

Jakże jestem zdziwiona, kiedy po latach odwiedzam belgijskie Geel 

i tam  w kościele  Świętej  Dympny  oglądam  fragment  ołtarza.  Rzeźba 

Jana  van  Wavre  z początku  szesnastego  wieku  przedstawia  ojca 

Dympny, który obcina córce włosy, długie pasmo w kolorze blond, takie 

same  jak  moje,  jeśli  tylko  rzeźba  choć  trochę  przystaje  do 

rzeczywistości.  Z tym,  że  ja  swojemu  ojcu  nie  pozwalałam  mieć  ani 

włosów, ani mojego życia. 

–  Och!  –  mówi  ojciec,  kiedy  mnie  widzi  po  postrzyżynach.  –  Mój 

Boże – dodaje. – Dobry Boże. – Bardziej ubolewa nad tymi włosami niż 

nad  wiadomością,  że  zostałam  przyjęta  na  studia,  że  za  kilka  miesięcy 

wyjeżdżam. 

– Jak mogłaś mi je odebrać! – krzyczy. 

 

background image

Rak  kości  należy  do  najbardziej  bolesnych  spośród  nowotworów, 

lecz  przynosi  także  osobliwe  ukojenie.  Kości  matki  w ciągu  ostatnich 

tygodni jej  życia ulegają  tak  daleko  posuniętej destrukcji,  że  miejscami 

niemal  się  rozpuszczają.  Wówczas  do  krwiobiegu  dostaje  się  wapń  – 

dosyć wapnia, aby uśmierzyć ból i sprawić, że podawanie morfiny staje 

się  zbędne.  Procesy  chemiczne  śmierci  uwalniają  ją  od  fizycznego 

cierpienia  i obaw.  Każdego  dnia  śpi  coraz  dłużej  i głębiej,  aż  w końcu 

zapada w śpiączkę. Ma zamknięte oczy i już nie reaguje na głosy wokół 

siebie. 

Patrzę na nią i od razu sobie przypominam, że kiedy miałam pięć lat 

i ona  spała,  zdjęłam  jej  maskę.  Delikatnie,  starając  się  jej  nie  obudzić, 

przesunęłam  maskę  na  czoło,  a potem,  ponieważ  nie  mogłam  znieść 

widoku  zamkniętych  oczu...  tego,  że  matka  ma  ciągle  zamknięte  oczy 

i wcale  na  mnie  nie  patrzy  –  próbowałam  zrobić  to  samo  z jej 

powiekami.  Bardzo  delikatnie  uniosłam  jedną  z nich.  Natychmiast  się 

obudziła, zła. 

– Ja... ja... – szepnęłam, cofając się. – Chciałam do ciebie. 

– Już nigdy więcej tego nie rób! – rzuca. – Nie dotykaj mnie! 

Po  tym  zdarzeniu  zamykała  drzwi,  ilekroć  zamierzała  się  położyć. 

Przez wiele miesięcy o tym pamiętała, ale zdarzyło się pewnego dnia, że 

zapomniała. Rano, kiedy poruszyłam gałką, drzwi się otworzyły. Wtedy 

wróciłam  na  swoje  dawne  miejsce  przy  łóżku.  Stałam  cichutko,  nie 

dotykałam jej, tylko czekałam. Czekałam, czekałam. 

background image

 

–  Proszę  tu  poczekać  –  powiada  przedsiębiorca  pogrzebowy.  –  Za 

momencik ją wystawimy. 

Kiedy  wraca,  ma  na  sobie  marynarkę,  jak  gdyby  moje  spotkanie 

z ciałem  matki  wymagało  pewnej  oprawy.  Idę  za  nim  do  głównego 

pomieszczenia,  które  przypomina  bibliotekę.  Stoi  tu  duży  fotel,  a na 

półkach,  nie  do  wiary,  encyklopedia  Britannica,  rząd  tomów 

oprawionych  w czerwoną  imitację  skóry,  takich  samych  jak  te,  które 

ojciec  sprzedał  kiedyś  moim  dziadkom.  Nad  trumną  wiszą  różowe 

żarówki. Takich zwykle używała matka, bo sądziła, że dodają jej urody. 

Czekam przy drzwiach, póki przedsiębiorca nie wyjdzie. By do niej 

podejść, czekam, aż będę sama. Jakże jest mała w trumnie, którą dla niej 

wybrałam.  Leży  głęboko  wewnątrz.  Aby  pogładzić  ją  po  włosach, 

szorstkich  i nagle  posiwiałych,  muszę  daleko  wyciągnąć  rękę.  Policzki 

ma  zimne,  suche,  pokryte  różem.  Zamknięte  oczy  i usta.  Kiedy  się 

pochylam, czuję zapach płynu używanego do balsamowania. 

Dotykam  piersi,  ramion,  szyi;  całuje  czoło,  koniuszki  palców; 

przykładam  ciepły  policzek  do  chłodnej  twarzy;  a kiedy  to  robię,  coś 

przede  mną  ustępuje:  tamta  ściana,  śliska,  niewidzialna,  nie  do 

sforsowania. Cokolwiek mnie dzieliło od życia, od życia, które wiodłam, 

zanim spotkałam ojca – szczątki tego, co powstało w jednej chwili przez 

tamten pocałunek – naraz obraca się w ruinę. Spazmatycznie wzdycham 

i ściskam palce matki. 

background image

–  Och,  Boże,  przepraszam,  przepraszam  –  mówię.  –  Mój  Boże, 

Boże, to koniec, po wszystkim. 

Sięgam pod dolną część wieka trumny, szukam zasuwki, ale jej nie 

znajduje. Wsuwam rękę możliwie najdalej, nad kolanami, nad brzegiem 

białej  sukienki.  Pragnę  dotykiem  poznać  całą  postać,  pragnę  wziąć 

w dłonie stopy. 

Nie  mogę  matki  objąć;  jest  zbyt  ciężka,  by  ją  podnieść,  materiał 

sukienki  zbyt  śliski.  Płacze.  Łzy  kapią  na  jej  twarz  i włosy,  dłonie 

rozplatają się, wypuszczają krucyfiks i prostują się wzdłuż boków. 

Zostaję  z ciałem  matki  przez  godzinę,  może  dłużej.  Stoję  przy 

trumnie, póki się nie zmęczę, potem przysuwam krzesło i siadam. Kiedy 

wychodzę  na  zewnątrz,  jadę  do  domu  babki  po  to  tylko,  by  za  chwilę 

z powrotem  wsiąść  do  samochodu  i wrócić  do  domu  pogrzebowego. 

Pytam  przedsiębiorcę,  czy  byłby  tak  uprzejmy  i zechciał  jeszcze  raz 

wystawić ciało mojej matki w głównej sali. 

– Znowu? – upewnia się, najwyraźniej zniecierpliwiony. 

Kiwam głową. 

–  Proszę  –  mówię.  Jeszcze  raz,  ostatni,  musze  stanąć  przy  niej, 

dotknąć jej włosów, policzka. Jeszcze tylko raz musze się upewnić, że to 

prawda: czar prysł, wyzwoliła mnie jej śmierć. 

 

Na  pogrzebie  ojciec  pomaga  dźwigać  trumnę.  On  także  wie,  że  to 

koniec.  Spogląda  na  mnie  i widzi,  że  już  do  niego  nie  należę.  Może 

background image

wyczytać w moich oczach, których spojrzenie beznamiętnie wytrzymuje 

jego  wzrok,  że  jego  oczy  już  nie  wydają  mi  się  namiętne  ani  nawet 

tajemnicze, jedynie nabiegłe krwią, zmęczone. Przysłaniają je zmrużone 

powieki, kiedy na mnie patrzy, a ja patrzę na niego, i pojmuję, że wie. 

O dziwo, ta świadomość nie prowokuje łez ani jego, ani moich. Czy 

bez matki w charakterze świadka nie jestem w stanie go oczarować? To 

jedno z wielu pytań, których nigdy ojcu nie stawiam, które się nasuwa po 

tym,  jak  ze  sobą  zrywamy,  nagle  i ostatecznie.  Podczas  rozmowy 

telefonicznej.  A wówczas  żadne  z nas  nie  płacze,  o nic  nie  prosi,  nie 

wypowiada słowa „kocham”. 

–  Czyżby  miałby  to  być  wybór  w rodzaju  „wszystko  albo  nic”?  – 

pytam.  Dlaczego  akurat  ja  miałabym  wyrazić  to,  co  jak  wiem,  jest 

prawdą:  nie  możemy  zacząć  od  początku,  musimy  się  pożegnać. 

Nieporadnie  staram  się  zmniejszyć  nasze  udręki,  uciekając  się  do 

sarkazmu. – Nie miałbyś ochoty dla odmiany spróbować czegoś bardziej 

konwencjonalnego?  Rozumiesz,  od  czasu  do  czasu  telefon,  kartka  na 

urodziny? 

–  Czyżbyś  mnie  jeszcze  nie  znała?  –  odpowiada  ojciec  głosem  tak 

spokojnym  i lodowatym,  jakiego  u niego  jeszcze  nie  słyszałam.  –  Nie 

znasz odpowiedzi? 

– Owszem – mówię – znam. 

Czego innego nauczyły mnie ostatnie lata, jak nie tego, że ojciec nie 

bierze nawet odrobiny mniej niż całą mnie? 

background image

– Co wybierasz? – odzywa się po długiej chwili milczenia. 

– Nic – brzmi moja odpowiedź. – Wiesz przecież, że muszę wybrać 

nic. 

Jego  żona  pakuje  rzeczy,  które  zostawiłam  w jego  domu,  a babka 

płaci, by do mnie wróciły. 

– Dzięki Bogu – mówi, kiedy proszę ją o pieniądze. 

Użycza  głosu  słowom,  które  nadal  dźwięczą  mi  w uszach:  „Dzięki 

Bogu, wreszcie jest po wszystkim”. 

 

Po  długim  okresie  modlitw  o uwolnienie  –  błagania  losu 

o wybawienie,  bo  bez  interwencji  losu  sama  nie  potrafiłabym  tego 

dokonać – nie spodziewam się,  że nasze rozstanie będzie bolesne. Lecz 

utrata  ojca  będzie  mnie  martwić;  będzie  mnie  ranić  i już  nigdy  nie 

przestanie.  Nie  ucieknę  od  tego,  jak  nie  ucieknę  od  miłości  do  matki 

i wyrzutów sumienia, że tak bardzo ją skrzywdziłam. 

Utrata  ojca  prześladuje  mnie  tak  samo  jak  w odległej  przeszłości, 

kiedy  widziałam  mężczyznę  bez  twarzy,  który  chodzi  po  korytarzach 

naszego  domu.  Gdzieś  w świecie  jest  ojciec,  którego  nie  mogę  poznać. 

Dawniej  był  obcy,  bo  nieobecny,  a teraz,  gdy  go  poznałam  i on  poznał 

mnie,  reszta  mojego  życia  zależy  od tego, czy  będziemy od siebie dość 

daleko. 

 

Po  modlitwie  nad  grobem  ojciec  i ja  stoimy  w milczeniu  przy 

background image

trumnie  wiszącej  nad  otwartym,  mrocznym  dołem  chwilę  przed 

opuszczeniem.  Kwatera  ma  podwójne  dno.  Babka  wykupiła  ją  z myślą, 

że pewnego dnia na górze spoczną jej szczątki. 

Ale po latach, gdy babka umiera, lekceważę jej życzenie, aby zostać 

pochowaną  w tym  samym  grobie.  Polecam  poddać  jej  ciało  kremacji 

i sama  rozsypuję  prochy.  Nie  pozwolę  jej  spocząć  na  wieki  nad  moją 

matką. Nie pozostawię matki na wieczność pod tym ciężarem. 

 

Na  płycie  nagrobnej  znajduje  się  tylko  imię  matki,  jej  nazwisko, 

data urodzenia oraz śmierci. Kiedy płyta jest gotowa, od razu robi mi się 

przykro, że nie dodałam słowa „Ukochana”. 

W dniu, kiedy zamówiłam tablicę, dzień po śmierci matki, usiadłam 

obok  babki  w biurze  przedsiębiorstwa  pogrzebowego  i przejrzałam 

ciężką  księgę  ze  zdjęciami  rozmaitych  wzorów.  Wybrałam  granit  na 

brązie  i starannie  dobrałam  typ  liternictwa.  Ale  pozostawiłam  puste 

miejsce  pod  datami,  bo  tamtego  popołudnia  wydało  mi  się,  że  nie 

zasłużyłam  na  użycie  jedynego  słowa,  które  mogło  być  tam  wyryte. 

Słowa prawdziwego. 

„Ukochana”. 

 

Nie prowadzę dziennika snów, ale 7 lutego 1995 roku przyśniło  mi 

się  coś  tak  niezwykłego,  że  tego  dnia  zaznaczam  datę  w kalendarzu, 

pisząc „Matka”. Nie musze zapisywać, co się w tym śnie dzieje. Wiem, 

background image

że zawsze będę pamiętała wszystko bardzo dokładnie. 

Matka  odnajduje mnie w kuchni. Jest jeden  z zimowych poranków. 

Właśnie  przygotowuję  śniadanie  dla  mojej  rodziny.  Na  górze  wszyscy 

jeszcze śpią. Wzdrygam się, kiedy podnoszę wzrok znad stolnicy i widzę 

ją. Boje się. Wszystkie sny, w których występuje matka, są koszmarami. 

Ale tym razem wydaje się przyjazna, niemal pełna entuzjazmu. Światło, 

które  przenika  przez  szklane  drzwi  i pada  na  nią,  jest  doskonale  czyste 

i białe – to odbite od śniegu promienie słońca. Ma na sobie dopasowany, 

granatowy  kostium,  starannie  skrojony  z materiału  tak  ładnego 

i lśniącego, że aż bije w oczy.  Dziwię się, że przychodzi do mnie  wiele 

lat  po  śmierci,  i jednocześnie  fascynuje  mnie  każdy  szczegół  jej 

obecności.  Klapy  kostiumu  –  jakże  są  doskonałe!  Chcę  ich  dotknąć, 

dotknąć jej, ale nie chcę, żeby zniknęła. Pragnę pokazać jej moje dzieci, 

ale  boję  się  ryzykować  wyjścia  z kuchni  albo  spłoszenia  jej  głośnym 

wołaniem. 

Mimo  wszystko  duch  nie  znika,  świeci  zupełnie  realnie.  Mam 

rozdwojoną świadomość, która czasem występuje w snach, i w tym śnie 

dokonuję  spostrzeżenia,  że  duch  matki  naprawdę  jest  ze  mną,  że  nie 

byłabym w stanie sfabrykować ludzkiej obecności wyłącznie z tęsknoty. 

– Och, mamo – mówię w końcu, ale nie ośmielam się jej dotknąć – 

jesteś  taka  piękna  i masz  na  sobie  najpiękniejsze  ubranie.  –  Wzrusza 

ramionami  na  ten  komplement,  jakby  nie  obchodził  jej  własny  wygląd 

i jakby  w ogóle  nie  dbała  o tego  rodzaju  sprawy.  A ja  wiem,  że  obie 

background image

myślimy  tylko  o jednym:  jak  to  było  na  końcu,  gdy  rak  wykradł  jej 

młodość, urodę, zakpił sobie z próżności. 

Nie dzieje się nic szczególnego, ale i tak wszystko wychodzi na jaw. 

Matka  i ja  przyglądamy  się  sobie  uważnie.  Zaglądamy  sobie  w oczy 

głębiej niż kiedykolwiek w życiu. Nie spieszymy się. Nasze twarze dzieli 

zaledwie  kilka  cali.  Nie  poruszamy  się,  nie  mrugamy.  Kiedy  patrzymy, 

wyraża się wszystko, co kiedykolwiek czułyśmy, lecz czego nigdy żadna 

z nas  nie  wypowiedziała.  Jej  młodość,  egoizm  i brak  szczęścia;  moja 

młodość,  mój  egoizm  i brak  szczęścia.  Nasza  samotność.  Wzajemne 

zdrady. 

W tym śnie czuję, że ona mnie wreszcie poznaje i ja odwzajemniam 

jej  się tym  samym.  Czuję,  że przestajemy  mieć  nadzieję na inną córkę, 

na inną matkę. 

 

background image

Podziękowania 

 

Mam  dług  wdzięczności  wobec  Amandy  Urban  i Kate  Mediny  za 

ich  niezłomną  wiarę  i wsparcie,  wobec  Janet  Gibbs  za  to,  że  zechciała 

słuchać, i Dawn Drzal, że zgodziła się czytać, wobec Jill Simonsen za jej 

przyjaźń i wobec Colina za wszystko.