background image
background image

Anne Marie Duquette

Kobieta z gwiazdą

szeryfa

background image

Rozdział 1
Wczesna jesień...
Południową  Kalifornię  owiewał  suchy,  pustynny  wiatr,  nie 

będący  jednak  w  stanie  rozproszyć  grubej  pokrywy  smogu  nad  Los 
Angeles. Było piekielnie gorąco, lecz Virgil Earp Bodine w ogóle nie 
myślał  w  tej  chwili  o  upale.  W  głowie  miał  tylko  dwie  sprawy: 
bezpieczeństwo  ślicznej  młodziutkiej  gwiazdki,  Chrissie  Evans,  i 
obserwację jej prześladowcy, wielbiciela maniaka.

Tkwił teraz zaczajony pod rezydencją, którą jego kilkunastoletnia 

chlebodawczyni  kupiła  dzięki  honorarium  za  udział  w  telewizyjnym 
programie.  Virgil  oglądał  ten  show  tylko  raz  i  mimo  że  jako 
ochroniarz widział już w życiu prawie wszystko, rumienił się na samo 
wspomnienie  o  tym,  co  wyczyniała  na  ekranie  młodociana  gwiazda. 
Zwykle  nie  tracił  czasu  na  oglądanie  podobnych  pokazów i  nie  miał 
ochoty, żeby jego dziesięcioletni syn Travis oglądał coś takiego.

Ale  pewnie  to  robi,  pomyślał.  Nie  upilnuje  się  go,  podobnie  jak 

nikt  nie  upilnował  tej  nieszczęsnej  dziewczyny.  To  wszystko  wina 
tego koszmarnego miasta.

Zza  krzaków  dobiegł  go  jakiś  dźwięk  i  Virgil  uśmiechnął  się 

ironicznie. Ten jej prześladowca robi tyle hałasu, że obudziłby nawet 
umarłego.  Nie  jest  zbyt  przezorny,  pozostaje  tylko  mieć nadzieję,  że 
nie jest również zbyt groźny...

Virgil poszukał dłonią broni. Miał przy sobie lugera parabellum, 

ciemny,  duży  pistolet  doskonale  pasujący  do  faceta,  który  nosi 
garnitury od Armaniego.

Lubił  eleganckie  ubrania,  jego  klienci  również;  delikatnie 

sugerowali nieraz, że chcą ochroniarza nie odcinającego się stylem od 
ich wytwornych rezydencji i wypielęgnowanych ogrodów. Virgil bez 
oporu  sprostał  ich  wymaganiom,  dopasowując  do  nich  jednocześnie 
swą  ceną.  Był  drogi,  ale  nikt  się  z  nim  nie  targował;  mieszkańcy 
Hollywood  wysoko  cenili  swe  bezpieczeństwo  i  chcieli  mieć 
najlepszego ochroniarza.

Virgil Earp Bodine spełniał ich oczekiwania.
Człowiek,  którego  obserwował,  wreszcie  wyłonił  się  z  zarośli: 

miał bejsbolową czapkę zsuniętą na czoło i duże, ciemne okulary. Nie 
zachowując nadmiernej ostrożności, zaczął się zbliżać w stronę domu. 
Minął basen i podszedł pod okno sypialni.

background image

Virgil  nie  spuszczał  z  niego  oczu - niczym  drapieżnik  śledzący 

upatrzoną  zwierzynę.  Widział,  jak  osobnik  wdrapuje  się  na  parapet, 
popycha framugę i uśmiecha się do siebie, widząc, że okno ustępuje.

Naciesz  się,  naciesz,  synku,  pomyślał  złośliwie  Virgil,  niedługo 

nie  będzie  się  z  czego  śmiać.  Ułatwiłem  ci  sprawę,  jak  mogłem,  ale 
nie  zrobiłem  tego  dla  ciebie,  tylko  dla  siebie.  Nawet  nie  włączyłem 
systemu alarmowego, policja nam tu niepotrzebna. Załatwimy to sami, 
tylko ty i ja. Tylko ty i ja...

Sam na sam.
Facet nie tylko wszędzie za nią łaził. Prześladował ją telefonami, 

błagając  o  spotkanie  i,  jak  to  określał,  „sposobność  pokazania,  jak 
bardzo ją kocha". Kiedy mu odmówiła, zniszczył jej samochód, oblał 
farbą  przyczepę,  w której  przebierała  się  na  planie,  a potem otruł  jej 
ukochane papużki.

Właśnie wtedy aktoreczka zaangażowała Virgila.
I dlatego stał teraz nieruchomy jak woda w basenie ciemniejąca w 

zastygłym, zmierzchającym powietrzu.  Widział, jak  chłopak znika w 
oknie  i  wiedział,  że  za  chwilę  pojawi  się  w  nim  znowu.  Drzwi 
oddzielające  sypialnię  od  reszty  domu  były  zamknięte  na  klucz  oraz 
zaryglowane i musi wracać tą samą drogą.

Po  kilkunastu  minutach  w  oknie  ukazały  się  nogi  w  brudnych 

sportowych butach, a za nimi reszta ciała. Virgil spojrzał na kontrolny 
monitor. W całej rezydencji zainstalowano kamery i każdy jej zakątek 
można  było  zobaczyć  na  ekranie.  Nastawił  na  zbliżenie,  powiększył 
obraz. Facet wracał obładowany łupami; Virgil zobaczył, że trzyma w 
ręku  kilka  sztuk  damskiej  bielizny,  przezroczystą  koszulkę  i  czarne, 
koronkowe majteczki.

Myśl, że właścicielka tego wszystkiego ma szesnaście lat, zrobiła 

na  nim  wrażenie.  Gdzie  są  rodzice  tego  dzieciaka?  Pogoń  za 
pieniędzmi  całkowicie  oślepiła  ich  i  ogłuszyła?  On  nigdy  by  nie 
pozwolił,  by  jego  córka  włożyła  na  siebie  coś  podobnego,  nawet  w 
domu, a co dopiero w telewizji. Za żadne skarby świata.

Chłopak  zeskoczył  z  parapetu  i  czapka  spadła  mu  z  głowy; 

wydawał się teraz jeszcze młodszy niż przed chwilą. Musi być prawie 
w tym samym wieku co jego ofiara.

Jeszcze  jeden  zagubiony  dzieciak,  pomyślał  Virgil.  A  teraz 

uśmiechnij się do kamery, synku.

background image

Z  pistoletem  w  dłoni  zaszedł  chłopakowi  drogę.  Przez  chwilę 

ścigany i ścigający mierzyli się wzrokiem.

- Rączki do góry. Chłopak zawahał się.
- Rączki do góry, powiedziałem, ale już.

Chłopak  nie  posłuchał.  Nie  puszczając  łupów  z  ręki,  drugą  ręką 

sięgnął za pazuchę. Virgil wiedział, że jest uzbrojony.

- Nie rób tego, synku, nie masz szans. Zginiesz. Nie bądź głupi.

Chłopak rzucił bieliznę i szybkim ruchem wyciągnął broń. Virgil 

drgnął.  Gdzieś  z boku dobiegł  go  krzyk; to  Chrissie  wypadła  wprost 
na linię strzału.

- Nie zabijaj go! Nie zabijaj!

Chłopak na ułamek sekundy skierował wzrok w jej stronę. Virgil 

wykorzystał  to  natychmiast.  Odepchnął  dziewczynę  i  wystrzelił, 
celując  wprost  w  ramię  chłopaka.  Ten  upuścił  broni  upadł.  Virgil 
kopnął jego pistolet daleko w trawę, Chrissie przypadła do rannego.

- Miałaś  się  trzymać  daleko  od  domu! - powiedział  Virgil  i  ze 

złością spojrzał na dziewczynę.

- Tak,  ale  paparazzi  wszystkiego  się  dowiedzieli  i  chciałam  cię 

uprzedzić, że zaraz tu będą.

Jakby na potwierdzenie jej słów zza krzaków wysypali się faceci 

z  kamerami.  Obstąpili  bohaterów  dramatu,  zarzucając  Virgila 
pytaniami.  Chrissie  pochyliła  się  nad  leżącym  chłopakiem,  próbując 
unieść jego głowę.

- Zabiłeś go! Zabiłeś! On nie żyje!

Jej  przezroczysta  powiewna  szatka  natychmiast  skupiła  na  sobie 

obiektywy kamer.

Chłopak uniósł odrobinę powieki.

- Kocham cię - jęknął.
- Myślałam, że chcesz mnie skrzywdzić, bałam się...
- Ja? Nigdy... Dlaczego do mnie strzeliłaś?
- To nie ja! To on! Chciałam tylko, żeby cię złapał, nie chciałam, 

żeby cię zabił! - Rozpłakała się. - Jest mi tak strasznie przykro...

Chłopak zakrwawioną ręką dotknął jej policzka.

- Nie chciałaś mnie zranić?
- Nie!  Chciałam  tylko  cię  nastraszyć,  żebyś  już  za  mną  nie 

chodził. Zabiłeś moje ptaszki. Tak bardzo je kochałam...

background image

- Po  co  ci  ptaszki!  Masz  mnie!  Powinnaś  zająć  się  tylko  mną. 

Tak  bardzo  chciałem  cię  zobaczyć,  dotknąć  cię...  A  teraz  muszę 
umrzeć... Pocałuj mnie na pożegnanie...

Chrissie  spełniła  jego  prośbę,  a  potem  spojrzała  na  Virgila 

załzawionymi  oczami,  za  które  dostawała  pięć  milionów  dolarów 
rocznie.

- Jak  mogłeś  go  zabić!  Dlaczego? Przecież  kazałam  ci go  tylko 

złapać!

Virgil  Bodine  poczuł,  że  robi  mu  się  niedobrze,  tak  jakby  całe 

duszne  powietrze  znad  tego  skażonego  miasta  zgęstniało  nagle, 
uniemożliwiając mu oddychanie. Spojrzał na dwa dzieciaki skulone na 
trawie,  objął  wzrokiem  rozwrzeszczanych  reporterów  i  pomyślał  o 
swoim dawnym życiu w Arizonie.

Potem  przypomniał  sobie  o  synu,  który  został  sam  w  domu  pod 

czujnym okiem kamer i czujników, i o jego matce, aktorce imieniem 
Tawnee,  „po  prostu  Tawnee,  jak  Cher,  samo  imię  bez  nazwiska,  tak 
jest  najlepiej".  Jego  syn  uczył  się  w  domu,  miał  prywatnego 
nauczyciela,  nigdy  nie  chodził  do  szkoły.  Jego  matka  Tawnee -
dawniej  Mary  Harrison - stale  była  na  planie,  a  ojciec  nieustannie 
przebywał  w  pracy,  by  opłacić  służbę,  nauczyciela  i  rzesze... 
ochroniarzy,  bo  syna  słynnej  aktorki  też  trzeba  było  bez  przerwy 
pilnować.

Do tego o wiele za dużo podróżowali, bo Virgil nie chciał, by syn 

stracił  kontakt  z  matką.  Po  co  to  wszystko?  Żeby  mieszkać  w  takim 
mieście jak Los Angeles?

Chyba nie warto.
Pomyślał  o  swych  braciach,  którzy  zostali  w  Arizonie.  Wyatt  i 

Morgan, i ich żony... Oni wiedzą, co to jest prawdziwe życie, potrafią 
odróżnić prawdziwą miłość od jakiejś nędznej obsesji.

Przypomniał  sobie  świeże  powietrze  i  rozległe  przestrzenie 

rodzinnych  stron.  Oczami  duszy  zobaczył  ranczo  o  nazwie  Silver 
Dollar,  nigdy  nie  zamykane  samochody,  otwarte  domy,  bezpiecznie 
bawiące  się  dzieci.  Zobaczył  swą  małą  siostrzenicę  wychowywaną 
przez  matkę,  która  zawsze  była  w  domu,  i  chodzącą  do  publicznej 
szkoły w  miasteczku  razem  z  innymi,  zwyczajnie  szczęśliwymi 
dziećmi.

background image

A on rzucił to wszystko i jeździ z synem po świecie, żeby Travis 

chociaż  przez  chwilę  mógł  być  z  matką,  o  ile  oczywiście  paparazzi 
dopuszczą go do niej...

May  była  niezwykle  utalentowaną  aktorką  i  dobrym,  uczciwym 

człowiekiem.  Nie  chciała  mieć  dzieci,  bo  bała  się,  że  mogą  jej 
przeszkodzić w karierze. Nic przed nim nie ukrywała. Szczerze mu o 
tym  powiedziała.  Mimo  to  zaszła  w  ciążę,  bo  wiedziała,  że  Virgil 
bardzo  tego  pragnie.  Zrobiła  to,  chociaż  macierzyństwo  mogło 
zburzyć 

jej 

starannie 

wypracowany 

obraz 

samodzielnej, 

wyemancypowanej kobiety.

Virgil doceniał, co dla niego zrobiła i nigdy, nawet kiedy już byli 

po  ślubie,  nie  żądał,  aby  zajmowała  się  nim  czy  dzieckiem.  Zrobił 
nawet więcej: kiedy oboje doszli do wniosku, że ich małżeństwo jest 
pomyłką,  bez  słowa  zgodził  się  na  rozwód.  Kochali  się  teraz  i 
przyjaźnili  na  odległość,  utrzymując  fikcyjny  związek  dla  dobra 
Travisa.

Tylko czy to naprawdę służy Travisowi?
Otrząsnął  się  z  zamyślenia  i  zajął  tym,  co  do  niego  należało. 

Wezwał  policję,  udzielił  rannemu  pierwszej  pomocy,  zawiadomił 
rodziców dziewczyny, a właściwie ich adwokata, oddał broń chłopaka 
policjantom i przegnał dziennikarzy.

Potem  uspokoił  Chrissie  i  dał  jej  numer  telefonu  psychologa, 

który zajmował się Travisem po rozwodzie jego rodziców. Może i jej 
się przyda.

Czekając  na  karetkę,  zadzwonił  jeszcze  po  adwokata  dla 

Mitchella  Gibsona - lat  osiemnaście,  podejrzanego o  włamanie  do 
prywatnej rezydencji, połączone z grabieżą mienia - cały czas myśląc 
tylko o jednym.

Trzeba wracać do domu. Do prawdziwego domu.
Desiree Hartlan zabębniła niecierpliwie palcami o kierownicę. Od 

pewnego  już  czasu  krążyła  wokół  lotniska  w  Phoenix;  samolot  się 
spóźniał  i nie wiedziała, czy  ma zaparkować  i iść do hali przylotów, 
czy zrobić jeszcze jedno okrążenie.

Dziś  spędziła  w  swoim  mieszkaniu  ostatnią  noc;  opuszczała  na 

pewien  czas  miasto i przeprowadzała  się  na  ranczo  Silver Dollar, do 
swojej siostry Caro Hartlan i szwagra, Wyatta Earpa Bodine'a. Miała 
zamiar  pomieszkać  u  nich  kilka  miesięcy,  a  potem,  jeśli  wszystko 
dobrze pójdzie, znaleźć sobie coś w Tombstone - może na stałe...

background image

Na lotnisko sprowadził ją telefon siostry; Caro zadzwoniła do niej 

poprzedniego wieczoru.

- Wiem,  że  właśnie  się  pakujesz,  ale  mam  do  ciebie  wielką 

prośbę.

- Mów, słucham.
- Chciałam  cię  prosić,  żebyś  wyjechała  po  Virgila  i  Travisa. 

Przylatują jutro rano.

Caro  o  wszystkim  jej  mówiła  i  Desiree  zawsze  znała  szczegóły 

dotyczące  ich  życia  rodzinnego.  Pewnie  tym  razem  o  czymś 
zapomniała.  Virgil,  starszy  brat  Wyatta,  mieszkał  w  Kalifornii  i 
bardzo rzadko przyjeżdżał do rodzinnego domu w Arizonie.

- Co się stało?
- Chyba coś poważnego. Virgil zadzwonił  rano i powiedział,  że 

pakuje manatki i wraca na dobre.

- To ci nowina! A do tego mamy weekend.
- O to właśnie chodzi, Ray.

Caro nazwała ją zdrobnieniem, jakiego zawsze używał ich ojciec. 

Ray, promyczek słońca.

- Wszystkie  loty  miejscowe  są  zarezerwowane  z  powodu 

jakiegoś  turnieju  golfowego  i  nie  można  się  dostać  do  Tucson 
samolotem. Nie  można nawet wynająć  samochodu,  a  Virgil nie chce 
jechać autobusem, bo mały jest chory.

- Biedne dziecko.
- Mógłby  oczywiście  wziąć  taksówkę,  ale  to  bardzo  drogo, 

dlatego pomyślałam, że skoro ty i tak do nas jedziesz, możesz wstąpić 
po drodze na lotnisko i ich zabrać. Przepraszam, że zmieniam ci plany 
w ostatniej chwili, ale nie mam wyjścia. Dla nas stąd to kawał drogi.

Z  Tucson  do  Phoenix  trzeba  było  jechać  cztery  godziny,  co  w 

obie strony wynosiło osiem, nie licząc czekania na lotnisku.

- W  porządku,  siostrzyczko,  pojadę  po  nich.  Czy  Virgil  ma 

jeszcze do was dzwonić?

- Tak.
- Powiedz mu, że będę czekała na dworze.
- Nie  byłoby  lepiej,  żebyś  weszła  do  środka  i  odszukała  ich  w 

hali przylotów?

- Pewnie  byłoby  lepiej,  ale  jest  ze  mną  Oscar.  Oscar,  brązowy 

jamnik, był bardzo posłuszny, ale nie

background image

chciała go zostawiać samego w samochodzie. Panował potworny 

upał  i  nawet  gdyby  opuściła  szyby  w  oknach,  pies  bardzo  by  się 
zmęczył.  A  na  lotnisko  Oscar  miał  wstęp  jedynie  ze  specjalnym 
biletem dla czworonogów.

- Zresztą  wolę  nie  wychodzić  z  samochodu,  mogą  za  mną 

jeździć.

W głosie Caro zabrzmiał niepokój:

- Racja,  nie  pomyślałam  o  tym  maniaku!  Desiree,  bardzo  cię 

proszę, poproś policję o ochronę, niech ci dadzą eskortę. Przyrzeknij, 
że do nich zadzwonisz.

Jeśli  tak  można  powiedzieć,  prawo  i  praworządność  były  w 

rodzinie  Hartlanów  na  porządku  dziennym.  Ich  matka  była  sędziną, 
ojciec - wysokim  funkcjonariuszem policji. Desiree, zanim poszła na 
prawo,  skończyła  akademię  policyjną,  a  Caro  zrobiła  doktorat  z 
kryminologii.

A teraz drżała ze strachu o swą  młodszą siostrę. Desiree zwykle 

lekceważyła jej obawy, lecz tym razem było inaczej. Sprawa stała się 
poważniejsza.

Desiree  Hartlan,  adeptka  akademii  policyjnej,  prawniczka 

zatrudniona  w  biurze  prokuratora  okręgowego,  miała  ostatnio 
„kłopoty". Zaczęły się one w chwili, kiedy zgwałcono jej przyjaciółkę. 
Desiree  osobiście  prowadziła  śledztwo  i  spowodowała  aresztowanie 
Alberta  Jondella,  człowieka,  który  pobił  i  zgwałcił  jej  sąsiadkę.  To 
ona właśnie znalazła zmaltretowaną Lindę Elby w jej własnej sypialni.

Arizona  nadal  należała  do  grapy  tych  stanów,  gdzie  mężczyźni 

szanują  kobiety  i  dbają  o  ich  bezpieczeństwo - opinia  publiczna 
została więc zbulwersowana. Gwałty dotychczas zdarzały się przecież 
tylko  w  innych  stanach,  w  Nowym  Jorku,  na  przykład,  albo  w 
Kalifornii, ale nie w Arizonie...

Tu zawsze panował spokój.
Sprawa  przybrała  dla  podejrzanego  zły  obrót,  a  próbki jego 

włosów  znalezione  za  paznokciami  Lindy  stanowiły  zdaje  się 
wystarczający dowód, żeby go skazać na długie lata więzienia. Jednak 
dzięki  drogiemu  i  zręcznemu  adwokatowi  oraz  pewnym  drobnym 
niedopatrzeniom  podczas  śledztwa  Jondell  został  zwolniony  i  do 
rozprawy w ogóle nie doszło.

background image

Prasa  zaczęła  się  rozpisywać  na  temat  „fatalnego  stanu 

amerykańskiego  sądownictwa",  rodzina  Lindy  pogrążyła  się  w 
bezsilnej rozpaczy, a Desiree... stanęła do walki.

Za  wszelką  cenę  postanowiła  nie  dopuścić  do  tego,  aby  winny 

uszedł sprawiedliwości. Wbrew wszelkim regułom obowiązującym ją 
jako byłą policjantkę i adwokata zatrudnionego w biurze okręgowego 
prokuratora,  łamiąc  zasadę  tajności  śledztwa,  zrobiła  rzecz 
bezprecedensową:  zwołała  konferencję  prasową  i  wobec  zebranych 
dziennikarzy ujawniła  wyniki testów  DNA. Na domiar  złego rozdała 
obecnym kserokopie ekspertyz medycznych.

Wybuchł  skandal,  a  wokół  Lindy  i  Desiree  zaroiło  się  od 

reporterów brukowców.

Desiree  oświadczyła,  że  rozmowa  ze  „szmatławcami"  jej  nie 

interesuje i nie ma nic do powiedzenia.

Linda nie wytrzymała psychicznie ataku dziennikarzy oraz kamer 

i  załamała  się;  rodzice  postanowili  wywieźć  ją  z  miasta  na  długie 
wakacje, ale nie zdążyli. W dzień wyjazdu znaleźli córkę zamkniętą w 
szafie:  Linda  leżała  skulona  w  pozycji  embriona  i  ssała  palec. 
Odwieziono  ją  do  zamkniętego  szpitala  psychiatrycznego  na 
długotrwałą  kurację.  Zniknięcie  głównej  bohaterki  podsyciło  tylko 
zażartość brukowców.

Wtedy  do  akcji  włączyła  się  pani  Jondell,  żona  gwałciciela. 

Oświadczywszy,  że  cała  historia  skompromitowała  dobre  imię  jej 
rodziny,  złożyła  skargę  przeciwko  prokuraturze  okręgowej.  Ta 
natychmiast  odcięła  się  od  Desiree,  oskarżając  ją  o  „zachowanie 
niegodne  funkcjonariusza  państwowego".  Energiczna  pani  Jondell 
skorzystała z okazji i założyła przeciwko niej sprawę. Desiree została 
zmuszona do dymisji. Przewidywała to i już wcześniej opróżniła swe 
biurko z papierów; od początku wiedziała, że będzie musiała ponieść 
konsekwencje tego, co zrobiła, i była na to przygotowana.

Sprawa jednak na tym się nie skończyła. Pani Jondell zwróciła się 

do  Stowarzyszenia  Prawników  Stanu  Arizona  z  prośbą  o  wydanie 
zakazu wykonywania zawodu przez panią Hartlan.

W tym samym czasie gwałciciel, początkowo zwolniony z pracy, 

dzięki zabiegom swego adwokata powrócił na dawne stanowisko; jego 
współpracownicy zbuntowali się jednak i zmusili go do odejścia. Miał 
teraz więcej czasu, żeby u boku żony całkowicie poświęcić się walce z 
prokuraturą okręgową.

background image

Prasa  szalała,  sprawa  obrastała  w  nowe  fakty  i  wkrótce  zyskała 

miano „pojedynku prawnika z podejrzanym".

Desiree  Hartlan  w  wieku  trzydziestu  pięciu  lat  stała  się  kobietą 

bez  zawodu  i  głównym  celem  najbardziej  absurdalnych  ataków. 
Albert  Jondell  natomiast,  ewidentny  gwałciciel  i  maniak  seksualny, 
prowadził  otwartą  walkę  z  wymiarem  sprawiedliwości.  Wszystko  to 
zakrawało  na  farsę,  ale  pewne  jej  elementy  wskazywały  na  to,  że 
Desiree grozi zupełnie realne niebezpieczeństwo.

Caro  od  pewnego  czasu  była  tym  poważnie  zaniepokojona  i  raz 

po raz dawała temu wyraz.

Desiree próbowała natomiast sprawę bagatelizować.

- Nie przesadzaj, przecież sama jestem gliną, dam sobie radę. Nie 

muszę wzywać policji; te pismaki przecież mnie nie zabiją.

- Gdyby chodziło tylko o tych pismaków... Jest przecież jeszcze 

ten facet.

- Caro,  on  nigdy  się  nie  ośmieli.  Nie  jest  taki  głupi,  nie  będzie 

chciał sobie zaszkodzić, a z reporterami sobie poradzę.

- Mam nadzieję, że przynajmniej u nas na farmie zostawią cię w 

spokoju.

- Na pewno.  Nie potrzebujemy kamer. Virgil i Travis  też chyba 

nie,  dość  ich  mieli  u  siebie  w  Kalifornii.  Szkoda,  że  Travis  się 
rozchorował. Żeby tylko nie zaraził twojej małej.

- Cat jest na to zbyt ruchliwa, żaden zarazek jej nie dogoni. - W 

głosie Caro zadźwięczał śmiech. - O nas się nie martw, lepiej pomyśl 
o sobie.

- Dlatego właśnie nie zamierzam wysiadać z samochodu.
- Przyrzeknij, że będziesz ostrożna.
- Słowo.  Mam  przy  sobie  telefon.  Będę  sobie  jeździć  dokoła 

lotniska i złapię ich w locie. Caro?

- Tak?
- Koniecznie  schowaj  dla  mnie  deser.  Może  być  ciasto,  ale 

najlepiej coś z kremem, na przykład czekoladowym.

- Cześć, łakomczuchu, pa, pa.

Tak  sobie  rozmawiały  późnym  wieczorem,  a  następnego  dnia  o 

świcie  Desiree  wyprowadziła  się  z  dotychczasowego  mieszkania  na 
dobre,  z  walizą  i  psem  u  nogi.  Uprzednio  umieściła  już  meble  w 
przechowalni, żeby móc je zabrać, gdy wszystko się ułoży i wynajmie 
sobie coś w Tombstone.

background image

Na razie wszystko jakoś się układało.
Teraz pozostaje tylko znaleźć Virgila i jego syna. Oscar szczeknął 

i Desiree pogłaskała brązowy łebek psa.

- Przepraszam,  ale  teraz  nie  mogę  ci  dać  pić.  Wiem,  że  jest 

gorąco i nawet klimatyzacja niewiele pomaga.

Zwolniła  i  rozejrzała  się,  wzrokiem  szukając  Virgila  i 

wycelowanych  w  samochód  kamer.  Najgorsze  są  te  miniaturowe 
aparaty używane przez paparazzich..

- Nareszcie!

Wyłowiła z tłumu wysokiego mężczyznę i zahamowała. Virgil na 

szczęście  był  bardzo  podobny  do  Wyatta:  ten  sam  wzrost,  te  same 
ciemnoblond włosy, niebieskie oczy. W przeciwieństwie do brata był 
bardzo elegancko ubrany; na ramieniu miał torbę podróżną, na rękach 
trzymał śpiącego chłopca.

Desiree zatrąbiła, lecz Virgil nie spojrzał w jej stronę. Przebiła się 

z trudem przez tłoczące się przed portem lotniczym samochody.

- Virgil! Virgil! Tutaj!

Teraz  ją  zauważył  i  szybkim  krokiem  ruszył  w  jej  stronę. 

Otworzyła drzwiczki i wzięła od niego bagaż, obrzucając spojrzeniem 
uśpionego chłopca. Travis miał dopiero dziesięć lat, ale widać było, że 
jest  bardzo  wysoki,  a  jego  adidasy  są  prawie  tej  samej  wielkości  co 
włoskie buty jego ojca.

- Witaj, Virgil. Jak tam podróż? Pocałowali się na powitanie.
- Mieliśmy  lekkie  opóźnienie,  a  potem  nie  poznałem  twojego 

nowego samochodu.

- Taki  nowy  to  on  już  nie  jest.  Po  prostu  dawno  się  nie 

widzieliśmy.

Samochód  miał  już  trzy  lata  i  na  szczęście  zdążyła  go  spłacić. 

Otworzyła tylne drzwi i pomogła Virgilowi ułożyć Travisa.

- Spotykamy  się  tylko  na  rodzinnych  uroczystościach.  Śluby, 

święta, i tak dalej.

- I lotniska. Bardzo dziękuję, że po nas wyjechałaś. Nie miałem 

ochoty  na  niebotycznie  drogą,  ale  za  to  śmierdzącą  papierosami 
taksówkę.

- Nie dziękuj, jesteśmy przecież rodziną.

Caro  uwielbiała  szwagra,  a  Wyatt  i  Morgan  bardzo  lubili  jej 

siostrę,  Desiree;  ona  też  żywiła  do  Virgila  sympatię.  Mężczyźni  z 

background image

rodziny Bodine'ów dawali się lubić, a Virgil poza tym jest szwagrem 
jej siostry.

- Oscar, zrób miejsce! - poleciła psu.
- Cześć, Oscar. - Virgil pogłaskał jamnika. - Bardzo urosłeś.
- Nic nie mów, to miała być miniaturka, tak mi mówili w sklepie, 

a  potem...  Sam  widzisz,  co  z  niego  wyrosło. - Desiree  obrzuciła 
wzrokiem swego ulubieńca. - No tak, jest istotnie dość spory. Ale nie 
tylko on urósł. Travis jest ogromny. Nie poznałabym go; na fotografii 
wyglądał zupełnie inaczej.

- To dlatego, że teraz się nie uśmiecha.
- Caro  mi  powiedziała,  że  trochę  choruje.  Mam  nadzieję,  że  to 

nie grypa. Oscar, chodź do mnie, pozwól im się usadowić.

Pies wskoczył i ulokował się obok niej, a Virgil wygodniej ułożył 

syna.

- Po prostu koledzy od surfingu urządzili mu pożegnalny wieczór 

i trochę zabalował.

- Późno poszedł spać, tak? Virgil kiwnął głową.
- Chorował  w  samolocie,  strasznie  rzucało  nad  górami.  Zwykle 

dobrze  znosi  podróże,  ale  tym  razem  miał  w  sobie  za  dużo 
pożegnalnych  ciastek  i  hot  dogów.  Zresztą  większość  pasażerów  źle 
się czuła.

- Biedne dziecko.

Zobaczyła,  jak  Virgil  troskliwie  zapina  pasy  wokół  śpiącego 

chłopca i potrząsnęła głową.

- Mam  nadzieję,  że  podróż  samochodem  źle  mu  się  nie 

przysłuży. Zdejmij mu buty.

- Wszystko będzie dobrze. Świeże powietrze i domowe jedzenie 

postawią go na nogi.

Desiree przeniosła spojrzenie na jamnika.

- Oscar,  wracaj  na  swoje  miejsce.  Będziesz  jechał  z  tyłu,  zaraz 

masz się położyć na podłodze.

Pies wskoczył na siedzenie obok śpiącego chłopca i przytulił się 

do niego.

- Na podłogę, powiedziałam.
- Zostaw go. - Virgil machnął ręką. - Ostatnim razem świetnie się 

bawili, a twój pies ma dobrą pamięć.

W kilka  minut później włączyli się  do ruchu. Desiree raz po raz 

zerkała w lusterko.

background image

- Jakiś problem?

On  jest  zupełnie  jak  bracia,  pomyślała.  Nic  się  przed  nim  nie 

ukryje, wszystko zauważy.

- Nie - odpowiedziała. - Po prostu patrzę, czy nie węszy za nami 

jakiś dziennikarz.

- Odkąd  opuściłem  Hollywood,  nic  mi  nie  grozi.  Musi  im 

chodzić o ciebie.

Virgil oczywiście wie o wszystkim...

- Jak widzę, znasz mój... przypadek.
- Coś mi się obiło o uszy.

Usiadł wygodniej, próbując jakoś ułożyć swe długie nogi.

- Jak się czuje twoja przyjaciółka?
- Niedobrze.

Nie  była  w  stanie  pojąć,  jak  ktoś  mógł  wpaść  w  furię  tylko 

dlatego,  że  Linda  zajęła  mu  "jego"  miejsce  na  parkingu  przed 
sklepem,  pojechać  za  nią  do  domu,  włamać  się  do  mieszkania, 
skatować, a potem zgwałcić.

To  wszystko  jest  jakieś  chore,  cały  świat  jest  chory.  I  biedna 

Linda...

- To jeszcze potrwa, zanim wróci do siebie. Virgil zacisnął usta.
- To straszna sprawa.

Odetchnęła  z  ulgą.  On  przynajmniej  boleśnie  nie  wzdycha  i  nie 

wywraca oczami.

- A ty? Zamrugała oczami.
- Co ja?
- Straciłaś przecież pracę. Uśmiechnęła się.
- Że nie wspomnę o mojej twarzowej todze.

Po  raz  ostatni  zerknęła  w  lusterko  i  nie  zauważywszy  nic 

podejrzanego, energicznie wjechała na autostradę.

- Czytałem,  że  Jondell  żąda,  żeby  ci  odebrali  prawo 

wykonywania zawodu.

- Tak mówią.
- A co ty mówisz?
- Nie  zależy  mi  zbytnio  na  prawie  do  wykonywania  zawodu, 

skoro muszę łamać prawo, żeby dochodzić sprawiedliwości.

Skrzywił się lekko.

background image

- Nie zapominaj, że złamałaś zasadę tajności śledztwa, ujawniłaś 

dokumenty  i  wykorzystałaś  media  dla  swoich  własnych  celów,  w 
efekcie pozbawiając człowieka pracy i niszcząc jego opinię.

Tym razem ją zaskoczył.

- Według ciebie postąpiłam źle?
- Osobiście  jestem  w  stanie  zrozumieć  powody  takiego 

zachowania,  co  nie  znaczy,  że  go  nie  potępiam.  W  każdym  stanie 
panują  określone  prawa.  Lincz  przeszedł  do  historii,  nie  jesteśmy  na 
Dzikim Zachodzie. Powinnaś była postąpić inaczej.

- Wiesz co? - Jej głos był teraz schrypnięty i obcy. - Masz rację, 

powinnam  była  postąpić  zupełnie  inaczej.  Trzeba  było  po  prostu 
zastrzelić tego bydlaka zamiast się bawić w konferencje prasowe.

Uśpiony dotąd chłopiec drgnął i otworzył oczy.

- Tatusiu... - szepnął niespokojnie. Virgil leciutko go pogłaskał.
- Wszystko w porządku, Travis. Śpij, synku, śpij.

Dziecko znowu zasnęło; Virgil wrócił do przerwanej rozmowy.

- Myślę, że jednak nie wszyscy podzielają twój punkt widzenia.
- Podzieliliby, gdyby chodziło o ich dziecko albo matkę, siostrę 

czy przyjaciółkę.

Desiree odchrząknęła; najwyższy czas zmienić temat.  Próbowała 

nie dopuścić do siebie myśli o tym, czy Linda kiedykolwiek będzie w 
stanie normalnie żyć.

Czekająca  ich  wspólna  podróż  wydała  jej  się  nagle  o  wiele  za 

długa; szkoda, że nie można jej odbyć helikopterem...

Pomyślała o eleganckim ubraniu Virgila, o jego włoskich butach, 

jedwabnej koszuli, drogim krawacie. Virgil jest po prostu inny i trzeba 
się z tym pogodzić. Postanowiła załatwić sprawę polubownie.

- Twój  brat  jest  mężem  mojej  siostry - powiedziała  już 

łagodniejszym  tonem - bardzo  go  lubię  i  lubię  też  ciebie,  dlatego 
bardzo  cię proszę,  oszczędź  mi rozmowy w stylu  kalifornijskim. My 
tu  nie  chodzimy  do  psychoanalityków,  załatwiamy  nasze  sprawy 
inaczej.

- Jak wiesz, ja jestem właśnie stąd, nie z Kalifornii.
- Nie wyglądasz na to.

I  to  dosłownie,  dodała  w  duchu.  Nikt  tutaj  nie  włożyłby 

marynarki  i  jedwabnej  koszuli.  W  Arizonie  nosi  się  przewiewne 
płótno, łatwe do uprania i praktyczne.

- Ale jestem, w głębi ducha.

background image

Powiedział to z naciskiem i na chwilę zapadła cisza.

- W  każdym  razie  wolałabym,  żebyś  mi  nie  prawił  kazań -

odezwała  się  wreszcie  Desiree. - Przez  ostatnie dwa  tygodnie 
nasłuchałam się tyle, że starczy mi do końca życia.

Włączyła  magnetofon  i  zaraz  ściszyła  dźwięk,  żeby  nie  obudzić 

Travisa.

- Przepraszam,  miałem  ciężki  dzień.  Wiem,  że  nie  jestem 

cierpliwym pasażerem - rzekł z uśmiechem.

- Ja też nie grzeszę cierpliwością.

Miał  zupełnie  nieprawdopodobny  uśmiech.  Kiedy  tak  się 

uśmiecha,  pomyślała  Desiree,  można  dla  niego  zrobić  wszystko. 
Nawet przestać się kłócić.

- Niedługo  będziemy  w  domu - powiedziała  i  też  się 

uśmiechnęła.

- O, Boże, nie mogę się już doczekać. - Virgil rozpiął marynarkę 

i  rozluźnił  krawat.  Potem  zdjął  marynarkę  i  troskliwie  otulił  nią 
Travisa.

- Uważaj na psią sierść - ostrzegła go Desiree.
- Mam  dość  tego  eleganckiego  ubrania.  Jak  tylko  dojedziemy, 

natychmiast przebieram się w dżinsy. Ty też?

Desiree zgasiła magnetofon i włączyła radio.

- Chyba nie, czeka mnie raczej mundur.
- Jaki mundur? - W głosie Virgila zabrzmiało zdumienie.
- Przestałam co prawda być prawnikiem, ale stale jeszcze  mogę 

być gliną.

- Chyba jesteś troszeczkę za... stara, żeby zaczynać wszystko od 

początku.

Inna  kobieta  pewnie  poczułaby  się  urażona  jego  uwagą,  ale 

Desiree nie takie rzeczy już słyszała; była na nie uodporniona.

- Skończyłam trzydzieści pięć lat i nikt nie mówi, że mam zamiar 

wszystko  zaczynać  od  początku.  Chcę  jednym  susem  znaleźć  się  na 
szczycie.

- Na jakim szczycie?
- Masz  przed  sobą  przyszłego  szeryfa  miasta  Tombstone  we 

własnej osobie.

- Szeryfa? Ty masz zamiar być szeryfem?
- Owszem.

background image

Rzuciła  mu  w  lusterku  szybkie  spojrzenie.  Ciekawe,  co  go  tak 

zdumiało. Jego następne słowa trochę rzecz wyjaśniły.

- Ile lat temu skończyłaś szkołę policyjną?
- Dość dawno.
- A jeśli wolno wiedzieć, jak długo pracowałaś jako policjantka, 

zanim zaczęłaś studiować prawo?

- Prawie rok.
- Prawie... rok? - Virgil ze zdumienia ledwo wymawiał słowa. -

To o wiele za krótko. Brakuje ci doświadczenia, żeby być szeryfem.

Desiree podskoczyła.

- Mam  wystarczająco  duże  doświadczenie  w  obcowaniu  z 

przestępcami,  skończyłam  prawo,  wiele  lat  pracowałam  w  biurze 
prokuratora okręgowego. Sądzę, że to wystarczy.

- Wystarczyłoby,  żeby  prawem  manipulować,  ale  w  Tombstone 

ci na to nie pozwolą.

- Pozwól  sobie  przypomnieć,  że  w  Tombstone  szeryfa  się 

wybiera.  Decydują  wyborcy,  mieszkańcy  miasta.  Złożyłam 
odpowiednie papiery, a twój  brat  pozwolił, żebym  jako  adres  podała 
wasze  ranczo.  Teraz  oficjalnie  Silver  Dollar  jest  moim  miejscem 
zamieszkania.  Spełniłam wszystkie  warunki  i  zgłosiłam  swoją 
kandydaturę w najbliższych wyborach.

Virgil nieco się uspokoił.

- W  Tombstone  szeryfami  byli  zawsze  Bodine'owie.  Tak  było, 

odkąd ja jako pierwszy wygrałem wybory dwadzieścia lat temu.

- Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  kobieta  nie  może  wygrać 

tych wyborów? - zapytała go Desiree, cedząc słowa.

- Tego  nie  powiedziałem,  uważam  tylko,  że  nie  wygrasz  z 

żadnym z Bodine'ów. Tym razem chodzi konkretnie o Wyatta.

- A kto ci powiedział, że Wyatt staje do wyborów?
- A nie?
- Nie.
- Nie wierzę.
- Będziesz  musiał  uwierzyć.  Wyatt  nie  ubiega  się  o  drugą 

kadencję.

- Dlaczego? Desiree zawahała się.
- Z powodów... osobistych. Virgil pochylił się do przodu.
- Dlaczego nic mi nie powiedział? Przecież bym mu pomógł!

background image

- Powiedział,  że  sam  masz  wystarczająco  dużo  problemów,  z 

Travisem i w ogóle.

- Nie mówił nic więcej?
- Wspomniał tylko, że twój syn ma jakieś kłopoty adaptacyjne, to 

wszystko.

- Tak... Owszem, miał.

Widać  było  wyraźnie,  że  Virgil  nie  zamierza  rozwijać  tego 

tematu.

- Wyatt po prostu nie chciał zawracać ci głowy.
- Tak, to do niego podobne. Gdybym wiedział, natychmiast bym 

przyleciał. Co on przede mną ukrywa?

Desiree  nie  od  razu  odpowiedziała.  Ona  i  Caro,  podobnie  jak 

bracia Bodine'owie,  miały swoje sekrety. Tym razem  jednak poczuła 
się  zwolniona  z  obowiązku  zachowania  tajemnicy.  Virgil  i  tak  zaraz 
po przyjeździe natychmiast zapyta, dlaczego jego brat nie chce dłużej 
być szeryfem.

- Caro znowu jest w ciąży.
- Co takiego? Przecież niedawno z nim rozmawiałem i nie pisnął 

słowa!

- To  jeszcze  nie  wszystko.  Znowu  są  problemy  z  utrzymaniem 

ciąży.

Nie  musiała  dodawać  nic  więcej.  Pięć  lat  temu  nagły  krwotok 

omal  co  nie  pozbawił  życia  Caro  i  jej  małej  córeczki,  Catherine. 
Dziecko  urodziło  się  miesiąc  przed  terminem  i  Wyatt  musiał  na  rok 
przerwać  pracę,  żeby  zająć  się  żoną  i  małą.  Morgan,  najmłodszy  z 
braci, przejął wtedy jego służbowe obowiązki. Wszystko wskazywało 
na to, że sytuacja się powtórzy.

- Wyatt  mówił  mi,  że  Caro  nie  powinna  więcej  mieć  dzieci. 

Myślałem, że postanowili posłuchać lekarzy.

Milczenie Desiree było bardzo wymowne.

- To znaczy, że ona...
- Caro  nie  chciała  o  niczym  słyszeć,  Wyatt  nie  mógł  jej 

przekonać.  Postanowiła,  że  donosi  to  dziecko,  mimo  że  lekarz 
uprzedzał ją o możliwości poronienia.

Nie  powiedziała,  że  lekarz  stanowczo  ostrzegł  Caro  przed 

kolejnym  zajściem  w  ciążę.  Ryzyko  było  zbyt  duże;  mogła  chęć 
posiadania drugiego dziecka przypłacić życiem.

- Bardzo mi przykro, nie wiedziałem, że to tak jest.

background image

- Prędzej czy później dowiedziałbyś się o wszystkim od Wyatta. 

Powiedziałam  ci  to,  bo  pytałeś,  dlaczego  zrezygnował  z 
kandydowania.  W  takiej  sytuacji  postanowiłam  zająć  jego  miejsce. 
Jeszcze zanim straciłam pracę,  chciałam opuścić  Phoenix i przenieść 
się  na  jakiś  czas  na  ranczo,  żeby  pomóc  siostrze.  Potem  straciłam 
pracę, a Wyatt powiedział, że rezygnuje.

- Może to ja powinienem go zastąpić...
- Ty? Przecież ja jestem na miejscu.
- A kto pomoże twojej siostrze?
- Mama  zamierzała  przyjechać  na  jakiś  czas,  ale  zatrzymują  ją 

sądowe  obowiązki.  Zresztą  i  tak  nie  zostałaby  tutaj  na  dłużej. 
Wymyślę coś, przecież nie zostawię Caro bez pomocy.

- Najlepiej  byłoby,  gdybyś  nie  wygrała  tych  wyborów.  Jest 

jeszcze Morgan, on byłby najlepszym następcą Wyatta.

Desiree  wyprzedziła  ciężarówkę  wyładowaną  bawełną  i  dopiero 

po chwili odpowiedziała:

- Morgan  się  nie  zgodzi.  Mają  z  Jasenthą  zbyt  dużo  pracy  w 

rezerwacie dla nietoperzy.

Stara  kopalnia  srebra  należąca  do  posiadłości  Silver  Dollar  była 

ślubnym  prezentem  Morgana  dla  Jasenthy  Cliffwalker.  Jasentha, 
zapalona  ekolożka,  urządziła  w  jaskiniach  Silver  Dollar  rezerwat,  w 
którym  żyły  nietoperze i  rzadkie  gatunki  nocnego  ptactwa.  Obecnie 
park  był  częściowo  otwarty  dla  publiczności;  Morgan  z  kilkoma 
strażnikami czuwał nad jego bezpieczeństwem.

- Można by kogoś zaangażować do rezerwatu...
- Kogo? To bardzo odpowiedzialna praca, na tym trzeba się znać, 

nie można zatrudnić byle kogo. A w okolicy nie ma tak znowu wielu 
specjalistów  od  nietoperzy.  Morgan  długo  się  tego  uczył.  Zresztą 
Jasentha również spodziewa się dziecka.

- Wiem, ale u niej wszystko, jak słyszałem, jest w porządku.
- Czuje się doskonale, ale to już ósmy miesiąc.
- Co takiego? Ósmy miesiąc? Naprawdę nie był na bieżąco.
- Morgan  przez  pewien  czas  będzie  się  musiał  sam  zająć 

rezerwatem, ze swoimi ludźmi, oczywiście.

- Chyba rzeczywiście nie będzie miał głowy do niczego innego -

mruknął Virgil. - Że też Wyatt nic mi nie powiedział! A co z Jamiem?

- Z kim?

background image

- Z  Jamiem.  Był  zastępcą  szeryfa,  kiedy  Morgan  odszedł,  żeby 

pracować z Jasentha w rezerwacie.

- Nic  o  nim  nie  wiem.  Caro  wzięła  moje  papiery  i  złożyła  je 

gdzie  trzeba.  Powiedziała,  że  wszystko  jest  w  porządku  i  zostały 
przyjęte.  Jestem  oficjalnie  kandydatem. - Desiree  uśmiechnęła  się 
lekko. - Jednym  słowem,  rozpoczęłam  kampanię  przedwyborczą. 
Sprzedałam  mieszkanie  w  Phoenix,  umieściłam  meble  w 
przechowalni, jestem gotowa do nowej pracy. Mogę w każdej chwili 
zostać szeryfem Tombstone.

- Nie tak szybko, panno Hartlan, ja też zamierzam nim zostać.
- Bardzo mi przykro, ale termin składania podań już minął.
- Jakoś dam sobie radę. Jestem stałym mieszkańcem Tombstone, 

wyjechałem  stąd  jedynie  tymczasowo,  tutaj  mam  dom  i  tu  płacę 
podatki. Chyba przyjmą moje papiery trochę po terminie? Tombstone 
potrzebuje doświadczonego szeryfa.

Spoważniał, jego wzrok stał się ostry i przenikliwy.

- A zatem masz teraz poważnego konkurenta, Desiree - dodał. -

Mnie.

background image

Rozdział 2
Na  ranczu  Silver  Dollar,  którego  nazwa  była  pozostałością  po 

dawnych  kopalniach  srebra,  panowała  cisza  i  spokój.  Nakarmione 
klacze  i  ogiery  stały  w  zamkniętych  boksach  stajni;  ucichła  wszelka 
krzątanina  i  pracownicy  farmy  rozjechali  się  na  noc  do  domów. 
Nietoperze opuściły jaskinie i nieczynne korytarze kopalni, udając się 
na nocne łowy.

Wszystkie  żywe  istoty  zażywały  odpoczynku,  rozkoszując  się 

chłodem wieczoru po upalnym dniu.

Wszystkie z wyjątkiem Desiree  Hartlan.  Po krótkiej  rozmowie  z 

siostrą  i  braćmi  Bodine'ami,  udała  się  do  przygotowanego  dla  niej 
pokoju. Caro poszła razem z nią.

- To  nie  do  wiary - powtórzyła  Desiree,  zaczynając  się 

rozpakowywać. - Virgil  też  chce  kandydować.  Myślałam,  że  jako 
jedyny kandydat mam tę posadę w kieszeni.

- Wygląda na to, że czekają nas prawdziwe wybory.
- Caro przygryzła wargi. - Nie myślałam, że Virgil kiedykolwiek 

tu wróci, nic na to nie wskazywało. Wyatt też był zaskoczony.

- A  co  dopiero  ja!  Jedziemy  sobie,  ja  mu  opowiadam  o  moich 

planach,  a  on  nagle  wyjeżdża  z  tym,  że  on  też  by  chętnie  został 
tutejszym szeryfem. Zupełnie jakby postanowił tak tylko dlatego, żeby 
mi pokazać, że jest lepszy.

Caro  siedziała  na  łóżku  z  podwiniętymi  nogami.  Teraz  w 

zamyśleniu skinęła głową.

- Tak,  nie  spodziewałam  się  tego.  Podjął  tę  decyzję  zupełnie 

niespodziewanie.

- Łagodnie  powiedziane...  Szkoda,  że  nie  trzymałam  języka  za 

zębami.

- I  tak  by  się  dowiedział.  Virgil  pewnie  postanowił  naprawdę 

zostać tu na zawsze i po prostu szuka pracy. Nie powinnaś brać tego 
do siebie, jego decyzja nie jest skierowana przeciwko tobie.

- Myślisz,  że  mówił  serio  i  rzeczywiście  weźmie  udział  w 

wyborach?

Caro pokręciła głową.

- Oni  wszyscy  trzej  są  nieprzewidywalni,  ale  niesłychanie 

konsekwentni.  Jak  raz  coś  postanowią,  nie  zrezygnują,  choćby  się 
paliło.

- Ale przecież termin składania wniosków już minął!

background image

- Chyba tak, ale Virgil może zgłosić swoją kandydaturę w trakcie 

trwania kampanii.

- Tak  czy  owak,  przestaję  być  jedynym  kandydatem  i  moja 

sytuacja znacznie się pogarsza.

- Obawiam  się,  że  tak,  chyba  że  Virgil  postanowi wrócić  do 

Kalifornii.  Jeśli  stanie  do  wyborów,  a  pewnie  tak  zrobi,  wszystko 
znacznie  się  skomplikuje.  Ich  rodzina  jest  tutaj  bardzo  popularna.  A 
do tego... Desiree jęknęła.

- Mów, jestem przygotowana na najgorsze.
- Chodzi  o  to,  że  Wyatt  oczywiście  na  niego  zagłosuje,  już  tak 

powiedział. Jasentha zresztą też.

- Tak  szybko  się  zdecydowała?  W  ciągu  jednego  wieczoru 

wszystko się odwróciło do góry nogami? A co na to Morgan?

- Morgan  w  nocy  pracuje,  a  w  dzień  śpi,  więc  jeszcze  go  nie 

widziałam. Trudno przewidzieć, co postanowi.

- Domyślam się. Zrobi to, co wszyscy Bodine'owie. Zagłosuje na 

najstarszego brata.

Caro  ześliznęła  się  z  łóżka  i  zaczęła  pomagać  siostrze  w 

układaniu rzeczy w szafach.

- Dzięki...  O,  nie!  Nie  zgadzam  się! - Desiree  odsunęła  ją  tak 

energicznie,  że  Oscar  podskoczył  i  niespokojnie  zaczął  węszyć 
dokoła. - Masz  natychmiast  usiąść  i  nie  ruszać  się.  Nie  wolno  ci  się 
męczyć. Jak mnie nie posłuchasz, zawołam Wyatta.

- Nie znoszę być bezużyteczna.
- Twoim  jedynym  obowiązkiem  jest  oszczędzać  się.  Wyglądasz 

bardzo niedobrze.

Caro dopiero od dwóch miesięcy była w ciąży, ale już wyglądała 

bardzo  mizernie.  Jej  bladość  podkreślały  dodatkowo  ciemne  włosy 
okalające twarz i duże, podkrążone, czarne oczy. Mimo że nie jeździła 
do pracy i cały czas przebywała w domu, wyglądała na wyczerpaną.

- Dziękuję za komplement, spójrz lepiej na siebie.
- Ja całą noc się pakowałam i sprzątałam mieszkanie, więc jestem 

usprawiedliwiona.

Desiree  przejrzała  się  w  lusterku  i  krytycznym  spojrzeniem 

obrzuciła fryzurę; kosmyki jasnych włosów opadały jej na czoło, jasne 
loczki sterczały po bokach. Warto by wyrównać włosy i nadać sobie 
nieco poważniejszy wygląd.

- Rzeczywiście, mogłabym się podstrzyc.

background image

- Nie chodzi mi o włosy. Masz podkrążone oczy. Desiree znowu 

zerknęła na siebie. Siostra miała rację.

- Bardzo  późno  położyłam  się  spać,  to  dlatego.  Caro  nie 

spuszczała z niej podejrzliwego spojrzenia.

- Co tak patrzysz? Powiedziałam, że pół nocy się pakowałam, nie 

martw się o mnie. Myśl tylko o sobie i o dziecku.

- Nie  mogę  zapomnieć  o  tym  strasznym  facecie,  tym 

gwałcicielu...

- Siedzi sobie spokojnie w domu u boku swojej żonki, niech Bóg 

ją  ma  w  swojej  opiece.  Powiedz  lepiej,  jak  ty  się  czujesz?  Co 
powiedział lekarz?

- Nic  specjalnego.  Na  pewno  nie  urodzę  tego  dziecka  przed 

czasem, jak biednej Cat.

- To ty jesteś biedna, nie Cat. - Desiree szybko pocałowała blady 

policzek siostry. - Ale ja ci pomogę, nic się nie martw.

A jak Virgil wygra wybory, to tym bardziej będę miała mnóstwo 

wolnego czasu.

- Możemy  sobie  kiedyś  pojechać  do  miasta  i  kupić  coś  dla 

dziecka, chcesz? To by cię rozerwało.

- Poczekajmy  na  wynik  kampanii.  Nie  zapominaj,  że kiedy 

siedzę w domu, też mogę się na coś przydać. Mogę odbierać telefony 
albo  przygotowywać  karty  do  głosowania,  jeśli  lekarz  mi  pozwoli. 
Przestałam pracować pięć tygodni temu i po prostu konam z nudów.

- Doskonale.

Desiree podała siostrze kolorową koszulkę.

- To dla ciebie, a jak się dobrze sprawisz, dostaniesz drugą.

Drzwi  się  uchyliły  i  do  pokoju  weszła  Jasentha;  była  w  bardzo 

widocznej ciąży.

- Czy można? Przyniosłam ci ręczniki.

Desiree chciała je wziąć, ale Jasentha przecząco pokręciła głową.

- Sama je powieszę w gościnnej łazience. Morgan prosił, żeby ci 

powiedzieć, że za piętnaście minut jest kolacja.

- Dziękuję, zaraz schodzę.

Jasentha  mimo  wielkiego  brzucha  wycofała  się  z  gracją,  jaka 

zwykle cechowała jej ruchy. Caro śledziła ją wzrokiem.

- Tak bardzo  jej zazdroszczę. Wygląda o wiele lepiej w ósmym 

miesiącu  niż  ja  w  drugim.  Do  tego  stale  pracuje,  a  ja  nie  jestem  w 
stanie nawet posprzątać własnego pokoju.

background image

Desiree objęła ją i przytuliła.

- To straszne! Masz cudownego męża, udaną córkę, spodziewasz 

się  drugiego  dziecka,  a lekarz  nie  pozwala  ci sprzątać!  To  naprawdę 
straszne.  Masz  bardzo  ciężkie  życie,  moja  droga,  i  nie  pojmuję,  jak 
możesz to wszystko wytrzymać.

Parsknęła  śmiechem  i  zaraz  spoważniała,  widząc  wyraz  twarzy 

siostry.

- Trochę mi słabo, chyba się położę - powiedziała cichym głosem 

Caro.

- Połóż  się  na  kilka  minut,  a  ja  szybko  wezmę  prysznic  i 

spotkamy się w jadalni.

- Tylko zejdź szybko.
- Błyskawicznie.
- Tak się cieszę, że tu jesteś...
- A ja dziękuję, że mnie zaprosiłaś. Mam nadzieję, że ci się nie 

znudzę.

- Nigdy.

Caro uśmiechnęła się i wyszła. Desiree głęboko westchnęła. Ona 

też ma swoje problemy, ale nie zamierza obciążać nimi siostry. Nawet 
jeśli  jeden  z  nich  mieszka  z  nimi  pod  jednym  dachem  i  nazywa  się 
Virgil Bodine.

Desiree szybko zbiegła na dół do jadalni. Była trochę spóźniona, 

bo  zatrzymał  ją  telefon  od  matki,  która  chciała  się  dowiedzieć,  czy 
szczęśliwie  dojechała  i  co  się  nowego  wydarzyło.  Potem  musiała 
uspokoić  Oscara,  który  za  nic  nie  chciał  zostać  sam  w  nie  znanym 
pokoju.

- Siedź tu i nigdzie się nie ruszaj.

Pod  oknem  ujrzała  alzackiego  owczarka  Jasenthy  i  dwa  inne 

wielkie psy.

- Trezor jest spuszczony,  nie  możesz  tam pójść - powiedziała. -

Nie pamiętasz już, jak cię pogonił ostatnim razem?

Oscar  bardzo  się  bał  psów  na  farmie;  nawet  kiedy  szły  z 

Morganem  na  obchód  rezerwatu,  obwąchiwał  starannie wszystkie 
kąty, żeby  się  przekonać,  że ich  nie  ma i  nie  ryzykować  spotkania  z 
Trezorem.

- Zostań, tu jesteś bezpieczny. Oscar szczeknął niespokojnie.
- Musisz  się  przyzwyczaić,  nie  mogę  cię  wszędzie  ze  sobą 

zabierać. Dziś robię wyjątek.

background image

Złapała  go  pod  pachy  i  z  wilgotnymi  włosami  wyskoczyła  z 

pokoju, modląc się w duchu, by zaczęli jeść kolację bez niej.

Oni jednak na nią czekali. Kiedy weszła, wszystkie oczy zwróciły 

się  w  jej  stronę.  Cały  klan  Bodine'ów  siedział  wokół  wielkiego, 
masywnego stołu; przywitali ją serdecznie i Desiree podziękowała  w 
duchu Bogu, że w świetle świec nie widać, jak się zaczerwieniła.

Na honorowym miejscu siedział Wyatt Earp Bodine. Mimo że nie 

był  najstarszy,  jako  posiadacz  wielkiej  stadniny  koni  był  tu 
najważniejszy.  Po  prawej  stronie  stołu  siedział  Morgan  z  żoną  i 
Rogelio,  rozwiedziony  ojciec  Jasenthy,  dawny  pracownik  farmy. 
Miejsce  obok  Rogelia  zajmował  szesnastoletni  Apacz  Ben  Kodaseet 
Cliffwalker, adoptowany przez Rogelia po śmierci syna.

Po  lewej  stronie  siedziała  Caro  i  pięcioletnia  Cat  Vir - gila 

posadzono  naprzeciwko  Wyatta;  Travisa  przy  Cat.  On  właśnie 
odezwał się pierwszy:

- Masz włosy jak Shirley Tempie!
- Widać, że urodziłeś się w Hollywood - osadził go Wyatt.

Virgil  nie  patrzył  na  syna;  nie  spuszczał  oczu  z  Desiree. 

Pomyślała,  że  wolałaby  być  taka  jak  Caro,  która  nigdy  się  nie 
czerwieni.

- Bardzo  was  przepraszam. - Postawiła  Oscara  na  podłodze. -

Zadzwoniła  właśnie  mama  i  dlatego  się  spóźniłam.  Musiałam  z  nią 
porozmawiać.

- Nic nie szkodzi - powiedział Wyatt i mężczyźni, którzy wstali, 

kiedy Desiree weszła, z powrotem zajęli swoje miejsca.

Kolacja się rozpoczęła i Desiree natychmiast poczuła się dobrze i 

swobodnie.  Było  cudownie  siedzieć  tak  wśród  życzliwych, 
serdecznych ludzi i powoli rozkoszować się posiłkiem, zamiast użerać 
się z klientami i adwokatami.

Po  raz  kolejny  zdumiało  ją  podobieństwo  łączące  braci 

Bodine'ów. Najstarszy Virgil, średni Wyatt i najmłodszy Morgan byli 
do  siebie  podobni  jak  trzy  krople  wody.  Wszyscy  byli  wysocy, 
szczupli, mieli niebieskie oczy i ciemnoblond włosy.

Są tak do siebie podobni, pomyślała, że patrząc na nich, można by 

pomyśleć,  że  są  bliźniakami.  Mają  również  bardzo  podobne  głosy  i 
zwłaszcza przez telefon można ich pomylić.

Istniały  jednak  pewne  różnice - bardzo  subtelne,  lecz  istotne. 

Wyatt,  opanowany  i  zrównoważony,  idealnie  pasował  do  wesołej  i 

background image

pogodnej Caro. Morgan, najbardziej bezpośredni i towarzyski z braci, 
był  idealnym  partnerem  dla  powściągliwej,  zamyślonej  Jasenthy. 
Łączyła ich wspólna pasja i widać było, że są dla siebie stworzeni.

Virgil nie wysuwał się na pierwszy plan, chował się gdzieś w tle, 

lecz gdy decydował się ujawnić, działał szybko i skutecznie. Desiree 
wiedziała,  że  ktoś  taki  może  być  doskonałym  sojusznikiem  albo 
bardzo  groźnym  przeciwnikiem.  I  to  ma  być  człowiek,  z  którym 
przyjdzie jej walczyć...

Na  szczęście,  wszyscy  taktownie  omijali  temat  przyszłych 

wyborów.

Nie, jednak nie wszyscy, i tylko do czasu.

- Czy to  prawda,  że pani  też chce  kandydować  na  szeryfa?  Tak 

jak tata?

Spojrzała na Travisa i uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- Możesz  do  mnie  mówić  po  imieniu - powiedziała. - Mam  na 

imię  Desiree  albo  Ray,  jak  wolisz.  Tak,  zamierzam  kandydować  na 
szeryfa.

- Na pewno przegrasz - oświadczył stanowczo chłopiec.
- Nie wiadomo, synku - powiedział Virgil i sięgnął po refritos.

Travis skrzywił się.

- Nie  wiedziałem,  że  lubisz  meksykańskie  jedzenie.  Morgan 

poszedł w ślady starszego brata.

- Cat, możesz mi podać tortillę?

Dziewczynka  spełniła  jego  prośbę,  a  potem  nachyliła  się  do 

Travisa.

- Powiem  ci  sekret - szepnęła,  ale  i  tak  wszyscy  ją  usłyszeli. -

Ciocia Ray nie cierpi swojego imienia.

- Dlaczego?
- Desiree  znaczy  po  francusku  utęskniona  albo  pożądana -

wyjaśniła Desiree. - Nie wiem, co moi rodzice sobie myśleli, nadając 
mi to imię. W każdym razie nie ułatwili mi życia. W pracy miałam z 
tym tyle kłopotów...

- Ale cię wyrzucili, więc już ich nie masz - wypaliła dziewczynka 

i zabrała się do jedzenia.

- Catherine! - jęknęli chórem Caro i Wyatt.

Szybko zmieniono temat rozmowy, a gdy kolacja dobiegła końca, 

większość  jej  uczestników  rozeszła  się  do  siebie.  Virgil  spojrzał  na 
Desiree.

background image

- Chyba powinnaś poważnie poszukać jakiejś pracy.
- Jakiej? Przecież jestem zawieszona, nie mogę być prawnikiem. 

Przynajmniej na razie.

- Wiem, ale chyba nie myślisz serio o posadzie szeryfa. Szeryfem 

będę ja, jak przed laty.

- Nie  wiedziałam,  że  wszyscy  tu  jesteście  tacy  bezpośredni, 

najpierw Cat, teraz ty. Szkoda, że siostra mnie nie uprzedziła.

Desiree  próbowała  się  uśmiechnąć,  ale  nie  bardzo  jej  to  wyszło. 

Była coraz bardziej zdenerwowana.

- Zawsze  możesz  być  zastępcą  szeryfa - odezwał  się  Morgan.

Widać było, że chce ratować sytuację. - Virgil na pewno ci pomoże.

Doceniała jego dobrą wolę, ale nie zamierzała niczego  owijać w 

bawełnę.

- Dziękuję  ci,  Morgan,  ale nie  wykluczam,  że to  ja  będę  mogła 

pomóc Virgilowi, proponując mu zastępstwo.

Wyatt wstał i zaczął zbierać serwetki.

- To  chyba  niemożliwe.  Brak  ci  doświadczenia.  Możesz 

oczywiście kandydować, prawo ci tego nie zabrania, ale nie rób sobie 
większych nadziei. Tak będzie lepiej.

Virgil pokiwał głową.

- Tutaj nazwisko Bodine bardzo się liczy, kojarzy się z prawem, 

ze sprawiedliwością. Zawsze tak było i tak już pozostanie.

- Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  rezerwujecie  dla siebie 

funkcję szeryfa? Trochę to dziwnie zabrzmiało, skoro już mówimy o 
prawie  i  sprawiedliwości... - Mówiła  niewinnym  głosem,  lecz  w  jej 
wzroku była powaga i oskarżenie.

- Nie  miałem  na  myśli  korupcji  ani  żadnych  innych  nadużyć -

żachnął  się  Virgil. - Zawsze  byliśmy  szeryfami,  bo  mieszkańcy 
Tombstone  szanowali  nas  i  głosowali  na  nas.  Nasze  nazwisko  jest 
synonimem zaufania. Ludzie wierzą naszej rodzinie. Zawsze byliśmy 
szeryfami, bo taki był głos ludu.

Desiree uniosła brwi, zacisnęła dłonie na serwetce i odezwała się 

opanowanym głosem:

- Caro w dalszym ciągu uważa mnie za rodzinę i nawet jeśli wy 

tak nie myślicie, to...

Zapanowała krępująca cisza. Bracia wymienili spojrzenia.
Desiree  popatrzyła  na  Virgila.  Była  teraz  chłodna  i  opanowana, 

jakby się znajdowała na sali sądowej.

background image

- Jeśli  chodzi  o  moje  kwalifikacje  do  tego  stanowiska, 

zadecydują  wyborcy.  Spotkamy  się  w  czasie  kampanii.  I  mam 
nadzieję, że wygra najlepsza... osoba.

Starannie złożyła serwetkę i przeniosła wzrok na obecnych.

- A teraz dobranoc, panowie. I... dziękuję.

Wstała i skierowała się w stronę schodów. Szła powoli i dlatego 

usłyszała jeszcze głos Wyatta:

- Zapomniałem, że to siostra Caro. Hartlanówny takie właśnie są. 

Będziesz chyba musiał uważać, Virgil.

- Wyatt wie, co mówi - dodał Morgan. - Sam ożenił się z panną 

Hartlan.

A  ona  wyszła  za  Bodine'a,  pomyślała  Desiree,  a  ja  nigdy  nie 

popełniłabym  takiego  błędu.  Nawet  gdybym  za  to  miała  zostać 
szeryfem.

Słońce  wzeszło  jasne  i  upalne  i  widać  było,  że szybko  zamierza 

się  rozprawić  z  nocnym  chłodem.  Desiree  wstała  niemal  o  świcie. 
Wybory mają się odbyć za dwa tygodnie i trzeba rozpocząć kampanię.

Był poniedziałek rano, dzieci wróciły do szkoły, Travis miał tam 

pójść  dopiero  za  kilka  dni.  Pochwalała  ten  pomysł,  chociaż 
przewidywała, że poziom mógł być dla niego nieco za niski.

Turyści prawie już opuścili miasto i mogła liczyć tylko na stałych 

mieszkańców.  Plan  miała  przygotowany:  najpierw  zajrzy  do  kilku 
głównych sklepów, przejdzie się po restauracjach, a potem zajdzie pod 
szkołę  i  pogada  z  czekającymi  na  dzieci  rodzicami.  To  będzie  taki 
krótki rekonesans. Pokaże się, przedstawi, da się ludziom poznać.

Wszyscy w Tombstone znają rodzinę Bodine'ów: najwyższy czas, 

żeby poznali kogoś z Hartlanów.

Odwróciła się w stronę lustra i jeszcze raz obrzuciła spojrzeniem 

przycięte  krótko  włosy,  po  czym  poprawiła  lekki  makijaż.  Miała  na 
sobie  tradycyjny  tutejszy  strój:  czarne  spodnie,  marynarkę,  białą 
koszulę i krawat, długie czarne buty.

Nie  miała  jednak  kolta  u  pasa  ani  charakterystycznego 

kapelusza...  Wolałaby  uzupełnić  filmową  wersję  szeryfa  bejsbolową 
czapką,  ale  wiedziała,  że  na  razie  nie  może  sobie  na  to  pozwolić. 
Mieszkańcy Tombstone są tradycjonalistami.

Może być, pomyślała. Potem kupię sobie stetsona, na razie muszę 

się obejść bez kapelusza...

background image

- Chodź,  Oscar,  nasi  wyborcy  czekają!  Idziemy!  Chwyciła 

jamnika i wcisnęła mu na długie ciało białą

koszulkę,  specjalnie  w  tym  celu  zamówioną  w  Phoenix.  Na 

koszulce  wielkimi  literami  z  jednej  strony  było  napisane:  „Głosujcie 
na D. Hartlan", a z drugiej: „D. Hartlan waszym szeryfem".

- Wyglądasz prześlicznie. Szkoda, że zawsze tego nie nosisz.

Oscar  daremnie  usiłował  zrzucić  z  siebie  ubranko,  raz  po  raz  z 

wyrzutem spoglądając na swoją panią.

- Oscar, dla dobra  sprawy wytrzymaj, proszę... Desiree założyła 

psu obrożę i przypięła smycz.

- A  teraz  ruszamy  na  podbój  świata.  Pamiętaj,  prawdziwy 

kandydat ściska dłonie i całuje niemowlęta. W razie czego możesz mi 
pomagać i w tym, i w tym.

Złapała torbę i kluczyki od samochodu siostry.

- Idziemy.

Pies, pogodzony z losem, zamachał ogonem.
Mimo  wczesnej  pory  restauracje  w  mieście  były  otwarte  i  pełne 

ludzi. Mieszkańcy Tombstone spożywali śniadanie w drodze do pracy; 
trzeba  było  wykorzystać  chłód  poranka.  Potem  upał  zmusi  ich  do 
sjesty, a na ulicach zostaną tylko turyści. Późnym popołudniem miasto 
znowu ożyje.

Strategia Desiree  polegała na tym, by maksymalnie wykorzystać 

ranne  godziny,  a  następnie,  kiedy  nastanie  upał,  schronić  się  w 
klimatyzowanych pomieszczeniach redakcyjnych głównego dziennika 
Tombstone i udzielić kilku wywiadów. Na szczęście, zdecydowała się 
zgłosić  swą  kandydaturę  na  szeryfa,  jeszcze  zanim  straciła  pracę. 
Teraz  była  dobrze  przygotowana  i  nawet  tak  nieoczekiwane 
wydarzenie  jak  przybycie  nowego,  groźnego  konkurenta,  nie  mogło 
zbić  jej  z  tropu.  Nieco  tylko  utrudniło  kampanię  wyborczą,  ale 
uczyniło ją też bardziej ekscytującą...

Tombstone  stało  się  jej  domem,  zamieszkała  tu  i  tutaj  chce 

pracować.  Zresztą  życie  jest  tu  znacznie  tańsze  niż  w  Phoenix,  a 
pieniądze  się  kończyły  i  nie  miała  w  perspektywie  żadnych  nowych 
dochodów. Bardzo lubiła ranczo, a jej obecność w domu siostry miała 
i tę dobrą stronę, że mogła nad nią czuwać.

Ma wszelkie powody, żeby stawać do wyborów i robić wszystko, 

żeby je wygrać.

A czasu nie pozostało wiele.

background image

- Najważniejszy jest osobisty kontakt z wyborcami - powiedziała, 

siadając za kierownicą pojazdu siostry. - Terenowy samochód, pies u 
boku, uśmiech i ściskanie rączek; I... my to wszystko zrobimy.

Pogłaskała psa po jedwabistym łebku.

- Kiedy Hartlanowie wkraczają do walki, Bodine'owie  mogą się 

schować.

Virgil  nie  musiał  nastawiać  budzika.  W  Silver  Dollar  jego 

organizm  reagował  nieomylnie,  tak  jakby  przed  ponad  czterdziestu 
laty  nastawiony  na  życie  w  Arizonie  zachował  tę  zdolność  mimo 
upływu  czasu,  spędzanego  na  podróżach  po  świecie.  Kalifornia, 
Zurych, Monte Carlo, Rio de Janeiro - nic nie potrafiło zepsuć idealnie 
funkcjonującego mechanizmu.

Jak  dobrze  znowu  być  w  domu!  Spojrzał  w  stronę  przyległego 

pokoju,  gdzie  spał  Travis.  Przypomniał  sobie  słowa  matki,  które 
wypowiedziała wiele lat temu:

- Zasada pierwsza: dziecka nigdy nie kocha się za bardzo. Zasada 

druga:  śpiącego  dziecka  nigdy  się  nie  budzi,  chyba  że  musi  iść  do 
szkoły albo do kościoła...

Trzeba go zapisać do miejscowej szkoły. Trzeba go zaprowadzić 

do 

tutejszego 

kościoła. 

Zbudowany 

tysiąc 

osiemset 

osiemdziesiątym  drugim  roku  protestancki  kościół  pod  wezwaniem 
świętego  Pawła  był  najstarszym  kościołem  w  Arizonie.  W  nim 
wszyscy  Bodine'owie  brali  śluby,  chrzcili  się  i  zamawiali  msze 
żałobne.

Virgil przypomniał sobie szok, jakiego doznał na widok kościółka 

w  Los  Angeles,  przypominającego  butik  z  ciuchami,  wciśniętego 
pomiędzy  sklepy  i  parkingi.  Przed  kościołem  stał  automat  z  coca -
colą...

To  już  nie  dla  nas,  synku,  skończyliśmy  ż  tym.  Czas  na 

prawdziwy kościół i prawdziwe życie.

Chłopiec spał spokojnie, tak jakby wszystkie jego problemy nagle 

gdzieś  zniknęły,  jakby  praca  matki,  cierpienie  z  powodu  jej 
nieobecności, bójki z kolegami, brak chęci do nauki, wybryki i kłótnie 
nagle  się  skończyły.  Tak  jakby  nigdy  nie  dopuścił  się  kradzieży  w 
sklepie, czego zresztą zawsze się wypierał.

Virgil pokrótce streścił braciom przez telefon kłopoty, jakie miał 

z  synem,  i  dodał  co  nieco  po  przyjeździe.  Bardzo  się  o  niego  bał. 
Travis przechodził  trudny okres. Ojciec zamierzał być przy nim  cały 

background image

czas,  ale  sprawy  przybrały  nieoczekiwany  obrót:  ta  szalona  siostra 
Caro postanowiła zostać szeryfem i on nie mógł na to pozwolić.

Wstał, poszedł do pokoju chłopca, delikatnie dotknął jego czoła i 

posłuchał, jak oddycha. Tak zawsze robiła jego matka i on zawsze też 
tak robił. Pewnego dnia nie poszedł do szkoły i leżał w łóżku, bo był 
chory; zdrzemnął się, a kiedy się obudził, matka stała przy nim.

- Co się stało, mamo? - zapytał.
- Nic - odparła. - Słucham,  jak  oddychasz.  Rodzice  zawsze  tak 

robią. A teraz śpij dalej.

Virgil co wieczór i każdego ranka wsłuchiwał się w oddech syna; 

był dla niego raczej matką niż ojcem. Wszyscy trzej bracia byli bardzo 
podobni do matki i jej rodziny, zwłaszcza do jej ojca. Sara Jo Bodine 
nazwała  synów  imionami  swego  ojca  i  braci,  legendarnych  Earpów, 
sędziów  i  szeryfów,  z  których  żaden  nie  pozostawił  męskiego 
potomka.  Zwłaszcza  Wyatt  Bodine  był  wierną  kopią  Wyatta  Earpa. 
Earpowie i Bodine'owie byli ludźmi silnymi i prawymi; kochali swoją 
ziemię, swoje żony i swoje dzieci.

Travis  bardzo  przypomina  matkę,  ale  jest  Bodine'em  z  krwi  i 

kości,  pomyślał  Virgil.  Jest  moim  synem,  w  jego  żyłach  płynie  też 
krew Earpów.

Jeszcze raz musnął dłonią głowę syna i poszedł do łazienki.
Trzeba  przyznać,  że  Desiree  pasuje  bardziej  do  rodziny 

Bodine'ów  niż  do  Hartlanów.  Te  jasne  włosy,  niebieskie  oczy...  Co 
oczywiście nic jej nie pomoże.

Virgil wszedł pod prysznic.
Swoją  drogą,  co  za  imię...  I  rzeczywiście,  Travis  ma  rację,  jest 

podobna  do  Shirley  Tempie  z  tymi  jasnymi  loczkami  i  pieskiem  w 
ramionach.

Nie  ma  nic  przeciwko  kobietom,  zwłaszcza  jeśli  są  ładne,  ale 

„Ray" Hartlan jako szeryf to jednak przesada. Mimo że skończyła to 
swoje prawo, i tak dalej.

Szeryfem Tombstone nie zostaje się tak łatwo.
Pół  godziny  później  schodził  do  kuchni  na  śniadanie.  Caro 

jeszcze  spała,  Wyatt  był  w  mieście  w  swoim  biurze,  reszta  rodziny 
siedziała przy stole.

- Cześć,  Morgan,  witaj,  Jasentho  i  ty,  maleńka.  Virgil  podniósł 

siostrzenicę z krzesełka i pocałował ją w policzek.

- Dasz całusa wujkowi?

background image

Cat  zachichotała  i  wysunęła  język.  Posadził  ją  z  powrotem  i 

przysunął sobie ciężkie, dębowe krzesło.

- Gdzie Travis? - zapytał Morgan.
- Jeszcze śpi.
- Musi odespać podróż...
- Tak. Chciałem was o coś zapytać. Czy możecie się nim dzisiaj 

zająć?  Myślę,  że  Cat  będzie  dla  niego  bardzo  odpowiednim 
towarzystwem.

Morgan skinął głową.

- Nie  mam  nic  przeciwko  temu.  A  co  ty  na  to,  Jaz?  Jasentha 

odpowiedziała  coś  w  języku  Apaczów,  a  potem  przepraszająco 
spojrzała na Virgila.

- Powiedziałam, że oczywiście tak.

Bracia  trochę  znali  język  Apaczów,  tak  jak  znali  hiszpański,  ale 

tylko  jeden  Morgan  mówił  nim  biegle  od  dzieciństwa.  Poznał 
Jasenthę, kiedy był małym chłopcem, i tak już razem zostali.

- Zabieramy  Cat  do  miasta  zaraz  po  śniadaniu,  a  potem  Ben 

odwozi  ją  z  powrotem  na  lunch.  Po  południu mała  idzie  do 
przedszkola.  Caro  źle  się  czuje  i  powinna  mieć  spokój.  Travis  może 
jechać z nami, miejsce w samochodzie się znajdzie.

- Mamie rano jest trochę niedobrze - poważnie oświadczyła Cat.

- W  południe  nieraz  też,  ale  Travis  chyba  nie  zwymiotuje  w  jaskini, 
choć nietoperze bardzo brzydko pachną. - Dziewczynka skrzywiła się 
wymownie.

- Travis wąchał już niejedno - uspokoił ją Virgil. - Smog w Los 

Angeles też niezbyt ładnie pachnie.

- Tak czy inaczej, nie możemy zostawić Caro samej z dwojgiem 

dzieci, chociaż trzeba przyznać, że Cat jest bardzo grzeczna i wie, jak 
się zachować na farmie i że nie wolno podchodzić do koni.

- A  co  zrobisz  z  Travisem? - Morgan  zwrócił  się  do  brata. -

Chcesz  go  posłać  do  tutejszej  szkoły  czy  masz  zamiar  uczyć  go 
prywatnie, w domu?

- Jak  tylko  skończą  się  wybory,  zaraz  poślę  go  do  normalnej 

szkoły. W Kalifornii dzieci chodzą do szkoły przez okrągły rok, całe 
lato miał lekcje.

W  południowej  Kalifornii,  z  powodu  olbrzymiej  liczby 

mieszkańców,  panował  dość  osobliwy  system:  szkoły  były  czynne 

background image

przez  cały  rok,  a  po  dwóch  miesiącach  nauki  dzieci  miały  miesiąc 
wolnego.

- Bardzo  chętnie  go  z  sobą  weźmiemy - powiedziała  Jasentha -

tylko nie wiem, jak on to wytrzyma. Musimy iść do jaskini, zajrzeć do 
stajni, i tak dalej. Nie jest chyba przyzwyczajony do takich rzeczy.

Morgan zawahał się.

- Wspominałeś, że ma jakieś kłopoty... adaptacyjne.

Nie  znam  się  na  dzieciach,  wszystko  dopiero  przede  mną,  to  ty 

jesteś jego ojcem, ale...

- Masz moje pozwolenie. Rób, co uważasz za stosowne, wiem, że 

z tobą będzie w dobrych rękach.

- W takim razie dobrze.

Jasentha skinęła głową, przytakując mężowi.

- Bardzo wam obojgu dziękuję. Ściągnijcie go z łóżka jakieś pół 

godziny  przed  wyjazdem.  Travis  ubiera  się  bardzo  szybko,  na 
śniadanie zje kukurydziane płatki z zimnym mlekiem i może iść.

Cat zerwała się z krzesełka.

- To ja do niego lecę! Obudzę go! Przy okazji pocałuję mamusię 

na dzień dobry!

Morgan natychmiast ją uspokoił.

- Catherine Earp Hartlan - Bodine - powiedział surowo - nie waż 

się iść na górę.

Cat zerknęła na Jasenthę.

- Ciociu...
- Chodź  ze  mną, maleńka.  Ty  tu  zostaniesz,  Morgan,  spokojnie 

kończcie kawę. Do zobaczenia, Virgil.

Bracia zostali sami. Virgil wrócił do przerwanego śniadania.

- Jesteście  idealnie  dobrani,  Morgan - powiedział  po  chwili 

namysłu. - Jasentha  bardzo  do  ciebie  pasuje.  Widać,  że  jest  wam  z 
sobą dobrze.

- A propos, co słychać u twojej byłej żony?
- May,  czyli  Tawnee,  w  dalszym  ciągu  robi  filmy.  Nigdy  nie 

zrezygnuje z pracy, zupełnie jak siostra Caro.

Morgan zastygł z kubkiem kawy w dłoni.

- Desiree?
- Przecież  ona  nie  ma  kompletnie  pojęcia,  co  to  znaczy  być 

szeryfem!

- Chyba nie doceniasz Desiree Hartlan, Virgil.

background image

- Tak  czy  inaczej,  mam  wrażenie,  że  nie  należy  do  rannych 

ptaszków.

Morgan upił łyk kawy i spojrzał uważnie na brata.

- Mylisz  się.  Zerwała  się  o  świcie,  pożyczyła  samochód  od 

siostry  i  pojechała  do  miasta.  Powiedziała  coś  w  rodzaju:  „Kto  rano 
wstaje", i... już jej nie było.

- Szlag  by  to  trafił! - Virgil  zerwał  się  od  stołu,  energicznym 

ruchem odsuwając krzesło.

- Dokąd tak pędzisz?
- Do moich wyborców!
- W tym stroju?
- Co masz przeciwko mojemu strojowi?

Virgil popatrzył na swoje włoskie buty, eleganckie białe spodnie i 

wytworną koszulkę polo.

- Jestem bardzo dobrze ubrany.
- Może  gdybyś  się  wybierał  na  kawę  do  jakiegoś  lokalu  w  Los 

Angeles,  ale  w  Tombstone...  Desiree  zrobiła  lepiej:  zostawiła  swój 
samochód  w  domu,  wzięła  terenowy  wóz  siostry  i  ubrała  się  jak 
trzeba.

- Ludzie  nie  będą  głosować  na  moją  koszulę,  tylko  na  mnie. 

Zresztą  nie  mam  czasu  się  przebierać.  Powiedz  Travisowi,  że 
pojechałem do miasta i wrócę wieczorem.

- Weź jakiś samochód, wiesz, gdzie stoją. I życzę ci szczęścia. .
- Dzięki, ale chyba nie musisz.

Virgil wybiegł z kuchni, pozostawiając brata w niemej zadumie.

- Poszedł już? - zapytała Jasentha, wchodząc kilka minut później 

do jadalni.

Towarzyszyła  jej  Cat  i  wielki  czarny  pies.  Powiedziała  to  w 

języku Apaczów. Cat i psy znały ten język.

- Virgil? Tak, już poleciał.

Morgan powiedział to takim tonem, że żona zrozumiała, iż coś go 

dręczy.

- O co chodzi? Dokąd tak się śpieszył?
- Do miasta. Dowiedział się, że Ray już tam działa, i wyskoczył 

jak oparzony.

Jasentha lekko się skrzywiła.

- Chyba nie był z tego zadowolony.

background image

- Najwyraźniej. - Morgan  przez  chwilę  milczał. - Tak  sobie 

myślę, że oni świetnie do siebie pasują - powiedział wreszcie. - Są jak 
sól i pieprz, jak oliwa i ocet, jak broń i nabój...

- Nie mam ochoty układać z tobą tej listy, rozumiem, co chciałeś 

powiedzieć,  mój  drogi. - Jasentha  zmrużyła  oczy. - I  wiesz  co? 
Pozwól  Virgilowi  i  Desiree  spokojnie  poprowadzić  tę  kampanię. 
Niech  sobie  radzą,  jak  potrafią,  to  ich  sprawy.  Niech  z  sobą  walczą 
albo i nie, ale bez twojego udziału.

- Chyba masz rację. Chociaż... nie miałbym nic przeciwko temu, 

żeby... mój braciszek dostał po nosie!

- Morgan, wstydź się! - Pogroziła mu palcem, ale jej śmiejące się 

oczy powiedziały  mu, że ona też nie  miałaby nic przeciwko  takiemu 
obrotowi sprawy.

Virgil  opuścił  szyby  w  samochodzie  i  jechał,  rozkoszując  się 

świeżym  powietrzem; po  raz  pierwszy  od  wielu miesięcy  nie  musiał 
włączać klimatyzacji. Od dawna nie czuł na twarzy powiewu pustyni -
czystego,  chłodnego  o  tej  porze  roku  powiewu,  niosącego  z  sobą 
zapach krzewów i drzew rosnących tylko tu, w Arizonie.

Kalifornia  jest  krainą  oceanu  i  nieprzerwanych  pasm  domostw. 

Kojarzyła mu się z monotonią wody i obszarem ciasno zabudowanym 
luksusowymi  willami  i  budynkami  mieszkalnymi,  gdzie  dusił  się  z 
braku powietrza i przestrzeni.

Tutaj miał mnóstwo miejsca. Mógł swobodnie jechać przed siebie 

całymi  godzinami,  nie  słysząc  klaksonów  i  nie  widząc 
zniecierpliwionych,  złych  twarzy  innych  kierowców.  Tu  wreszcie 
mógł  żyć  z  dala  od  natrętnego  dźwięku  telefonów  komórkowych  i 
wycia głośników.

Jak  dobrze  być  u  siebie,  pomyślał.  Jak  dobrze,  że  tu  wróciłem. 

Travis nareszcie będzie miał prawdziwy dom.

Prowadził, trzymając kierownicę jedną ręką, wygodnie rozparty w 

fotelu,  od  czasu  do  czasu  obrzucając  spojrzeniem  pasma  górskie 
piętrzące się po obu stronach doliny.

Urodził się wśród nich i wychował; przypomniał sobie opowieści 

o  Indianach  i  złocie  ukrytym  w  górach.  Chodzili  szukać  go  z 
chłopakami,  ale  nigdy  niczego  nie  znaleźli.  Faktem  było,  że  miasto 
Tombstone  zbudowano  na  srebrze;  stare  kopalnie,  dzisiaj  już 
zamknięte, legły u podstaw dawnego bogactwa i obecnej zamożności 
mieszkańców regionu.

background image

Przyjemnie jest być w domu. Przeciął granice miasta i przejechał 

wolno ulicą Fremont, minął ratusz i skierował się teraz na południe ku 
historycznej ulicy Allen. Rozpoznawał sklepy, poszczególne budynki, 
miejsca spotkań i zakupów.

Przede  wszystkim  postanowił  odwiedzić  stary  Koral -

symboliczne miejsce, gdzie trzech braci Bodine'ów, synów sędziego z 
St.  Louis,  oraz  Doc  Holliday,  były  dentysta,  zmierzyli  się  z 
kowbojami,  awanturnikami,  przestępcami  i  włóczęgami,  którzy  od 
pewnego  czasu  terroryzowali  okolicę,  wykorzystując  strach 
mieszkańców  i  korupcję  przedstawicieli  władzy.  Tutaj  właśnie,  na 
terenie  starej  zagrody  dla  bydła,  doszło  do  decydującego  starcia 
pomiędzy  czterema  na  wszystko  gotowymi  Sprawiedliwymi  i  siłami 
zła.

To miejsce było symbolem prawdy, sprawiedliwości i prawa. Po 

rodzinnym ranczu stanowiło dla Virgila drugi najważniejszy punkt na 
mapie świata. Pamiętał, jak matka opowiedziała mu o tym miejscu po 
raz pierwszy.

To właśnie tutaj Sarah Jo Bodine, żona Wyatta seniora, pewnego 

dnia  wyjawiła,  jakie  naprawdę  więzy  łączą  rodzinę  Earpów  z  rodem 
Bodine'ów;  dotąd  historia  zachowywała  milczenie  na  ten  temat,  a 
„pieśń gminna" wspominała o tym tylko bardzo nieśmiało. To właśnie 
tutaj  on,  jako  najstarszy,  przekazał  sekret  swym  braciom,  kiedy 
dorośli i stali się zdolni do zachowania tajemnicy.

Właśnie  w  tym  miejscu  wszyscy  trzej  postanowili  przez  całe 

życie służyć prawu.

Podjechał  bliżej  i  zwolnił  zdumiony:  przypuszczał,  że  w 

poniedziałkowy  ranek  Koral  będzie  pusty,  zwłaszcza  o  tak  wczesnej 
porze.  Tymczasem  widok,  jaki  ujrzał,  przeszedł  jego  najśmielsze 
oczekiwania.

Co tu się, u licha, dzieje? Ujrzał tłum ludzi i gęsto zaparkowane 

pojazdy.  Wysiadł  z  samochodu,  zatrzasnął  za  sobą  drzwiczki  i  nie 
zamykając  ich  na  klucz,  podszedł  bliżej.  Jego  lekkie  włoskie  buty 
grzęzły  w pyle,  wzbijając  tumany  kurzu.  Przeciskał  się  przez  zwarty 
tłum, w którym od czasu od czasu rozróżniał znane sobie twarze. Nikt 
nie zwracał na niego uwagi.

Dopiero gdy przebił się przez ostatni szereg, zrozumiał, skąd się 

wzięło to całe zgromadzenie.

background image

Ujrzał  samochód  Caro  i  stojącą  na  jego  tle  smukłą  sylwetkę 

kobiety  ubranej  w  obcisłe  czarne  spodnie,  rozpięty  żakiet,  białą 
koszulę  i  powiewający  na  wietrze  krawat.  Na  głowie  miała  czarny 
kowbojski  kapelusz...  Nawet  pas  miała  autentyczny;  nie  jakąś 
podróbkę z taniego sklepiku, tylko prawdziwy skórzany pas ze srebrną 
klamrą.  Opadał  lekko  na  jej  szczupłe  biodra,  widoczne  pod  rozpiętą 
marynarką.

To przecież nie może być ona! To z całą pewnością nie jest mała 

siostrzyczka Caro! Nasza... Shirley Temple!

Podszedł  jeszcze  bliżej.  Przy  nodze  Desiree  zobaczył  tego  jej 

głupiego  kundla,  ubranego  w  koszulkę  z  wyborczym  napisem.  Pies 
bierze udział w wyborach! Jamnik jako symbol kampanii mającej dać 
miastu Tombstone nowego szeryfa!

Koniec świata.
Ludzie  jednak  nie  zwracali  uwagi  na  jamnika,  natomiast  nie 

spuszczali wzroku ze smukłej kobiety, która stała z nogą opartą o koło 
terenowego samochodu. Jej głos był czysty i silny.

- Jestem  zdania - usłyszał - że  nasz  system  prawny  jest 

niezadowalający.  Przestępca  otrzymuje  łagodny  wyrok  i  w  krótkim 
czasie  wychodzi  na  wolność,  jeśli  w  ogóle  stanie  przed  sądem. 
Niestety,  zbyt  często  zdarza  się,  że  wystarczy  sprytny,  dobrze 
opłacony adwokat, żeby sprawiedliwości nie stało się zadość. Równie 
często,  w  przypadku  osób  ubogich  i  niezaradnych,  zapadają  wyroki 
zbyt  pochopne  i  niesprawiedliwe.  Dotyczy  to  również  kobiet,  które 
często padają ofiarą niesprawnego wymiaru sprawiedliwości.

Z tłumu rozległy się przytakujące głosy.

- Prawo  w  naszym  kraju - mówiła  dalej  Desiree - mimo że jest 

oparte na konstytucji, z której jesteśmy tak dumni, w poszczególnych 
stanach bywa jawnie omijane. Kobiety za taką samą pracę otrzymują o 
połowę  mniej  niż  mężczyźni,  są  poniżane,  a  ich  wysiłek  nie 
doceniany.  Co  więcej,  przestępca,  który  jest  mężczyzną,  często  ma 
więcej praw niż kobieta, która padła jego ofiarą! Zbrodnie popełniane 
na  kobietach  traktowane  są  często  z  lekceważeniem,  które  jest 
zaprzeczeniem jakiejkolwiek sprawiedliwości.

Virgil nie wytrzymał.

- Byłoby  zupełnie  inaczej - rzekł  podniesionym  tonem - gdyby 

kobiety  bardziej  zaufały  oficjalnemu  wymiarowi  sprawiedliwości. 

background image

Prawo  w  naszym  kraju  jest  równe  dla  wszystkich  obywateli  bez 
względu na ich płeć i sytuację majątkową.

Ludzie  spojrzeli  na  niego  i  poznali  go.  Virgil  ruszył  wolno  w 

stronę Desiree, nie przestając mówić:

- Nie wolno samemu wymierzać sprawiedliwości, bo to oznacza 

powrót do czasów linczu i samosądu. - Spojrzał znacząco na jej strój i 
dodał: - Te czasu bezpowrotnie minęły, tak jak minął czas...

- Bawołów...
- Nie,  kowbojskich  kapeluszy  i  teatralnych  strojów.  Desiree 

przesunęła  palcem  kapelusz  na  tył  głowy, spojrzała  na  swego 
przeciwnika i przedstawiła go słuchaczom.

- Proszę  państwa,  oto  pan  Virgil  Bodine,  kontrkandydat  na 

stanowisko szeryfa waszego miasta.

- Znamy  go,  znamy.  Witaj,  Virg.  Trudno  cię  poznać  w  tym 

stroju,  wyglądasz  zupełnie  jak  turysta  z  Kalifornii - skomentował 
starszy mężczyzna z siwym wąsem i roześmiał się głośno.

- Dzięki,  panie  Chilton - odrzekł  uprzejmie  Virgil - ale  nie 

przyjechałem  tu  prezentować  swoich  strojów,  tylko  poglądy. 
Chciałem z wami porozmawiać o tym, jaki powinien być wasz szeryf. 
Byłem  w  tym  mieście  stróżem  prawa  i  chciałbym  nim  być  znowu. 
Szeryfem  powinien  być  człowiek,  który  zna  prawo  i  szanuje  je. 
Człowiek,  który  nie  manipuluje  prawem  w  zależności  od  emocji  i 
sytuacji - dodał i zwrócił się w stronę Desiree.

- Wiele  kobiet - powiedziała,  nie  patrząc  na  niego,  tylko  na 

słuchających  ją  ludzi - ma  powody,  żeby  nie  ufać  prawu.  Dlatego 
noszą przy sobie noże i chodzą z psami.

- Pochyliła się i pogłaskała Oscara. - Wiele kobiet kupuje sobie 

broń, żeby móc bronić siebie i dzieci.

Nie,  tak  łatwo  mnie  nie  złapiesz.  Na  to  akurat  jest  dość  łatwo 

odpowiedzieć.

- Tak  rozumując,  nietrudno  jest  dojść  do  wniosku,  że  każdy 

człowiek  może  ustanawiać  własne  prawa,  a  to  już  prosta  droga  do 
łamania prawa i anarchii.

- Istnieje  jeszcze  coś  takiego  jak  sumienie  i  poczucie

sprawiedliwości. Każdy człowiek wie najlepiej, co jest dobre, a co złe.

Teraz trzeba ją przyprzeć do muru.

background image

- Czy  to  znaczy,  że  według  ciebie  każdy  człowiek  może  być 

sędzią i wykonawcą wyroku, jeśli jego sumienie podpowie mu, co jest 
słuszne, a co nie?

Tłum zafalował. Rozległy się niewyraźne głosy. Wszyscy czekali 

na słowa Desiree.

- Słuchamy, panno Hartlan.

Słońce było już wysoko i w Koralu zaczynał panować upał. Pełna 

wyczekiwania  cisza  pogłębiała  jeszcze  wrażenie  duchoty  i  napięcia. 
Rozległ się nieco schrypnięty głos Desiree:

- Ubiegam  się  o  posadę  szeryfa  po  to  właśnie,  żeby  chronić 

obywateli tego miasta, wszystkich bez wyjątku. Ale ponieważ jestem 
kobietą, zwrócę też baczną uwagę na sytuację tutejszych kobiet. Kiedy 
zostanę  szeryfem,  żaden  telefon  od  kobiety,  żadna  skarga  ani 
zgłoszenie nie pozostanie bez reakcji. Tak samo będzie w przypadku 
mężczyzn. Zwrócę specjalną uwagę na przemoc w rodzinie, bo sądzę, 
że  kobiety  i  dzieci  powinny  być  pod  tym  względem  specjalnie 
chronione.  Nie  może  być  tak,  że  prawo  zaczyna  działać  dopiero  po 
fakcie, kiedy jest już za późno.

Przerwała, ale nie dla zwiększenia efektu, tylko z przejęcia.

- Nie  dopuszczę,  żeby  winny  przestępstwa,  bez  względu  na  to, 

czy będzie kobietą, czy mężczyzną, wyszedł na wolność tylko dlatego, 
że  miał  sprytnego  adwokata.  Nigdy  więcej  nie  chcę  widzieć  czegoś 
podobnego.  Tombstone  jest  małym  miastem,  ale  niedługo  stanie  się
dużym  ośrodkiem  turystycznym.  Nie  można  dopuścić,  żeby  rządziło 
się  prawami  małej  górniczej  osady,  jaką  było  przed  stu  laty;  trzeba 
zmienić  mentalność  jego  mieszkańców  i  zmodernizować  wymiar 
sprawiedliwości.  Dlatego  właśnie  stanęłam  do  wyborów,  panie 
Bodine.  Zrobiłam to, bo wiem, że potrafię  sprostać  takiemu zadaniu. 
Tombstone to nie jest siedemnastowieczne Salem. Tutaj nie będzie się 
polowało na czarownice!

- Tombstone to nie jest również Phoenix - odparł twardo.

Ręka Desiree zadrżała, ale jej głos brzmiał pewnie i spokojnie:

- Niektórzy  z  państwa  wiedzą,  co  miał  na  myśli  pan  Virgil 

Bodine,  robiąc  tę  aluzję.  Chodziło  mu  o  to,  że  postanowiłam  nieco 
utrudnić  życie  człowiekowi,  który  zgwałcił  moją  przyjaciółkę.  Jak 
rozumiem,  pan  Bodine  chciałby  wiedzieć,  czy  w  przyszłości  jestem 
gotowa postąpić podobnie.

Tłum milczał.

background image

Virgil również nie zabierał głosu.
Desiree wreszcie uznała, że pora się odezwać:

- Kiedy  państwo  pójdziecie  do  urn - powiedziała  spokojnym, 

powolnym,  nieco  już  znużonym  głosem - zastanówcie  się  nad  tym, 
kogo wolicie mieć jako szeryfa. Czy kogoś, kto przyglądał się z bliska 
funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości i pragnie go naprawić, czy 
kogoś,  kto  przez  ostatnie  dziesięć  lat  sprzedawał  swoje  umiejętności 
temu, kto dał więcej.

Pochyliła  się,  podniosła  swojego  pieska  i  wsadziła  go  przez 

otwarte okno do samochodu.

- Zastanówcie się nad tym - powtórzyła, znowu zwracając się ku 

milczącym ludziom.

Potem  otworzyła  drzwiczki  i  uchyliwszy  kapelusza,  skłoniła  się 

mieszkańcom  Tombstone.  Jej  gest  nie  miał  w  sobie  nic  sztucznego; 
był  wyrazem  szacunku  wobec  ludzi,  których  pragnęła  chronić  i 
którym pragnęła służyć jako szeryf.

Wszyscy właśnie tak to zrozumieli.
Nawet Virgil Earp Bodine.

background image

Rozdział 3
Skończono  już  liczyć głosy  i  mieszkańcy  miasta zgromadzili  się 

w  Schieffelin  Hall,  czekając  na  ogłoszenie  ostatecznego  wyniku 
wyborów. Wszędzie kręcili się dziennikarze - z Tombstone, z Tucson, 
nawet  z  odległej  stolicy  stanu,  Phoenix.  Sala  wypełniona  była  do 
ostatniego miejsca, podobnie jak wielki parking przed budynkiem.

W  Tombstone  szeryfami  od  niepamiętnych  czasów  stale  byli 

Bodine'owie. Szeryfem przede wszystkim zawsze był mężczyzna; nikt 
nie  pamiętał,  żeby  kiedyś  słyszał,  aby  o  to  stanowisko  ubiegała  się 
kobieta.

Miasto  podzieliło  się  na  dwie  części:  jedni  byli  za  utrzymaniem 

tradycji, drudzy za eksperymentem, jedni chcieli mężczyznę, inni zaś -
kobietę.  Jedni  popierali  Bodine'ów,  drudzy  to,  co  nazywali  nową 
krwią.  Konserwatyści  przeciwstawiali  się  liberałom.  Nawet  w  łonie 
rodziny Bodine'ów doszło do rozłamu.

Nikogo  nie  zdziwiło,  że  Caro  zamierza  głosować  na  siostrę; 

wszystkich natomiast zdumiało, że Morgan również popiera Desiree.

- Jeszcze się ostatecznie nie zdecydowałem - mówił, ale Desiree 

sama słyszała, jak oświadczył Virgilowi, że „mała zmiana bardzo się 
przyda".

Powiedział  mu  też,  że  przyjechał  na  ranczo,  żeby  zająć  się 

Travisem,  a  gdyby  został  szeryfem,  nie  mógłby  tego  zrobić.  To 
wszystko powiedział  mu tylko  raz,  w zaciszu  domowym;  na ogól  na 
ranczo unikano rozmów na ten temat i Desiree wyczuwała raczej, niż 
wiedziała, że Wyatt i Jasentha głosują na Virgila.

Nawet  „Tombstone  Epitaph",  gazeta,  która  od  ponad  stu  lat 

opisywała  wszystkie  miejscowe  wydarzenia,  tym  razem  zachowała 
daleko  idącą  powściągliwość.  Całe  miasto  zastygło  w  oczekiwaniu, 
licząc się z możliwością niespodzianki.

Wreszcie nadeszła chwila prawdy.
Po  lewej  stronie  sali  zasiedli  zwolennicy  Desiree;  po  prawej  ci 

wyborcy,  którzy  oddali  swe  głosy  na  Virgila.  Kandydaci  siedzieli  za 
stołem ustawionym na podium.

Wszystkich nieco zdziwił fakt, że są sami, tak jakby ich rodziny 

wycofały  się,  nie  chcąc  uczestniczyć  w  finale  wyborczej  kampanii. 
Caro nie zjawiła się z powodów zdrowotnych, Jasentha prawie nigdy 
nie pojawiała się w miejscach publicznych. Obie kobiety zostały więc 

background image

w domu, a Wyatt z Morganem usiedli cicho z tylu, nie chcąc narzucać 
nikomu swej obecności.

Obok Virgila siedziała tylko Desiree.
Trzeba jakoś złagodzić cios, który ją czeka, pomyślał. Dla kogoś 

tak ambitnego jak ona to nie będzie łatwe.

- Kiedy  ogłoszą  wynik,  zaproponuję  ci  stanowisko  mojego 

zastępcy - powiedział, pochylając się do jej ucha. - Mam nadzieję, że 
się zgodzisz.

Desiree,  ubrana  w  swój  tradycyjny,  czarny  strój,  spojrzała  na 

siedzącego  obok  mężczyznę  w  jasnym  garniturze  od  Armaniego  i 
spytała:

- Dlaczego jesteś pewien, że wygrasz?
- Bądź  realistką!  Nawet  twoja  siostra  głosowałaby  na  mnie, 

gdyby  nie  sądziła,  że  jej  obowiązkiem  jest  poprzeć  ciebie.  Zresztą, 
skąd można wiedzieć, kogo naprawdę poparła?

- Tego nikt nie wie.

Caro nie zdradziła, na kogo ostatecznie głosowała, i nikt jej o to 

nie pytał.

- Wiem, że nie była zachwycona  sposobem, w jaki  zakończyłaś 

sprawę Jondella.

Miał  rację:  Caro  nie  pochwalała  postępowania  siostry,  mimo  że 

aż  nadto  dobrze  rozumiała  powód,  który  ją  do  tego  skłonił.  Caro, 
podobnie  jak  Virgil  i  Wyatt,  ślepo  wierzyła  w  obowiązek 
przestrzegania prawa.

- Byłoby ci łatwiej żyć i pracować, gdybyś nie naginała prawa do 

własnych wyobrażeń o sprawiedliwości - powiedziała kiedyś siostrze, 
gdy rozmawiały o sprawie Jondella.

- Caro  nie  miała  nic  przeciwko  temu,  żebym  zgłosiła  swoją 

kandydaturę i to mi wystarczy. Nie chodzi mi o jej głos; liczę na nieco 
większe poparcie niż głos rodzonej siostry. Radzę ci zrobić to samo.

Virgil skrzywił się.

- Rodzinę zostaw w spokoju.
- Sam zacząłeś o niej mówić.
- Ja po prostu chcę coś zrobić dla tego miasta, a teraz pytam, czy 

zgodzisz się zostać moim zastępcą, jeśli ci to zaproponuję.

Desiree ujrzała wycelowany w swoją stronę aparat fotograficzny i 

uśmiechnęła się szeroko.

background image

- Owszem,  a  ty?  Zrobisz  to  samo  dla  mnie? - zapytała,  nie 

przestając się uśmiechać.

- Ty  nie  wygrasz  tych  wyborów - powiedział  cicho,  ale 

stanowczo i zaraz się uśmiechnął, bo tym razem reporter zajął się nim.

- Ale gdybym wygrała, zgodzisz się?
- Co ty sobie wyobrażasz? Ja z moim doświadczeniem miałbym 

słuchać  twoich  rozkazów?  Zapominasz,  że  byłem  już  szeryfem  tego 
miasta.

Desiree znowu przybrała swobodny wyraz twarzy, zupełnie jakby 

rozmawiali o pogodzie.

- Ja  również  mam  na  myśli  jedynie  dobro  mieszkańców  tego 

miasta.  Oni  potrzebują  kogoś  tak  doświadczonego  jak  ty,  Virgil.  Ja 
również. Dlatego pytam.

- Gdyby  tak  było,  nie  startowałabyś  w  wyborach  przeciwko 

mnie.  Gdybyś  jednak  przypadkiem  wygrała,  nie  licz  na  mnie. 
Będziesz miała tę swoją posadę, ale beze mnie. Ale to niemożliwe, ty 
nie wygrasz.

Nie byłoby źle mieć go przy sobie, pomyślała, ale trudno. Skoro 

nie  chce...  Zresztą,  sądząc  po  jego  wzroku,  on  chyba  nie  jest  tak  do 
końca dobrym człowiekiem.

Rozpogodziła się  i ponownie  szeroko  uśmiechnęła;  dziennikarzy 

było  coraz  więcej,  padły  pierwsze  pytania.  Chętnie  na  wszystkie 
odpowiadała; Virgil również. Musiała przyznać, że robił to sprawnie; 
emanowała z niego siła i opanowanie.

Virgil Bodine nie był człowiekiem nie nadającym się na urząd, o 

który się ubiegał.

Ale  chce  być  szeryfem,  żeby  połechtać  swą  dumę,  a  ja  chcę 

zostać szeryfem dla dobra tego miasta. Ja chcę zrobić tu naprawdę coś 
nowego, myślała.

Virgilowi  praca  nie  jest  potrzebna,  i  bez  tego  ma  z  czego  żyć. 

Nawet  prasa  donosiła,  że  jako  ochroniarz  hollywoodzkich  gwiazd 
zarobił  krocie  i  może  żyć  z  kapitału.  Virgilowi  nie  zależy  na  tej 
posadzie,  ma  dość  pieniędzy  w  banku,  jest  zabezpieczony,  jego 
rodzina  jest  bogata.  Posada  szeryfa  to  dla  niego  po  prostu 
zaspokojenie ambicji.

A  dla  mnie  to  sprawa  życia  i  śmierci.  Nie  wiem,  co  będzie,  ale 

jeśli wygra były szeryf, Virgil Earp Bodine, zrobi to moim kosztem.

background image

- Nie miej takiej ponurej miny - szepnął. - Fatalnie wyjdziesz na 

zdjęciu.

Nie zdążyła się odciąć, bo do sali wkroczył burmistrz Tombstone. 

Dziennikarze  oszaleli,  flesze  błyskały  jak  opętane.  Nadszedł  czas 
ogłoszenia wyników.

Desiree  i  Virgil  jednocześnie  wstali.  Na  sali  nagle  zapanowała 

cisza  jak  makiem  zasiał,  słychać  było  jedynie  cichy  szmer  kamer. 
Burmistrz  dostojnym  krokiem  wszedł  na  podium,  powolnością 
ruchów podkreślając uroczysty charakter chwili.

- Szanowni  państwo,  to  dla  mnie  prawdziwy  zaszczyt  stanąć 

przed państwem i móc wyborcom miasta Tombstone zakomunikować 
wynik  wyborów.  Prawo  wyborcze  jest  jednym  z  największych 
przywilejów  obywateli  demokratycznego  państwa.  Mam nadzieję,  że 
wszyscy państwo z tego przywileju skorzystali.

Desiree  jęknęła  w  duchu.  Mógłby  mi  oszczędzić  tego 

politycznego ple - ple...

Burmistrz  mówił  i  mówił;  na  sali  wyczuwało  się  rosnące 

zniecierpliwienie.  Desiree niemal  zaczęła  kręcić  się  na  krześle,  tylko 
Virgil  siedział  nieruchomo,  zastygły  niczym  kamień,  jakby  w 
oczekiwaniu na zasłużony i oczywisty triumf.

Jest  pewien,  że  wygra,  pomyślała.  Jeśli  to  naprawdę  jest  u  nich 

dziedziczne,  to  jestem  skończona.  Jeśli  oni  po  prostu  rozdają  sobie 
funkcje  i  posady,  nie  mam co  tu  robić.  Niech  ten  burmistrz  skończy 
ględzić i powie wreszcie, co i jak...

Kto wygrał?
Audytorium zaczęło szemrać i w końcu ktoś nie wytrzymał:

- Koniec  tego  gadania!  Jutro  trzeba  iść  do  pracy!  Kilka  osób 

zaklaskało, ktoś gwizdnął; burmistrz zrozumiał, że pora kończyć.

- W domu - oznajmił  z namaszczeniem - czeka  na  mnie żona  z 

butelką  szampana.  Czas  ogłosić  wyniki.  Jak  wszyscy  wiecie,  walka 
była  zażarta,  ale  mieszkańcy  naszego  miasta  sprawdzili  się  jako 
wyborcy.  Wybrali  właściwego  człowieka.  Proszę  państwa,  szeryfem 
miasta Tombstone jest...

Desiree wstrzymała oddech. Sala zamarła w oczekiwaniu.

- Chciałbym tylko jeszcze dodać, że... - powiedział burmistrz, nie 

kończąc  poprzedniego  zdania.  Sala  jęknęła i  szybko  dokończył: -
...zwycięzca otrzymał miażdżącą przewagę głosów.

background image

Desiree  rozpaczliwie  próbowała  zinterpretować  to  na  swoją 

korzyść. To może przecież znaczyć, że...

Ale  lepiej  być  przygotowaną  na  wszystko  i  przyjąć  porażkę  z 

godnością, a nawet pogodnie. Może Virgil naprawdę zaproponuje jej 
posadę  zastępcy,  w  przeciwnym  razie  będzie  chyba  musiała  się 
zatrudnić na farmie jego brata. Zacisnęła dłonie, przygotowując się do 
składania gratulacji Virgilowi.

- Panie burmistrzu! Kolacja stygnie! - krzyknął ktoś z głębi sali.

Burmistrz chrząknął.

- Pozwólcie,  drodzy  państwo,  że  przedstawię  wam  naszego 

nowego szeryfa... pannę Desiree Hartlan!

Rozległy  się  wiwaty  i  poczuła,  że  ktoś  ściska  jej  rękę.  Nie 

widziała  wycelowanych  w  siebie  kamer  ani  błysków  fleszy. 
Automatycznie odpowiadając na pytania dziennikarzy, widziała tylko 
twarz Virgila. Był tak zdumiony, że przez chwilę sama zaczęła wątpić 
w to, że wygrała.

- Ja naprawdę... wygrałam?

Zewsząd rozległy się głosy domagające się przemówienia.

- Tylko  krócej  niż  burmistrz! - zawołał  ktoś.  Stanęła  na  brzegu 

podium i ujęła podany jej mikrofon.

Poczekała, aż zapanuje cisza, i odetchnęła głęboko.

- Wszystkim  bardzo  dziękuję  za  to,  że  oddali  na  mnie  swoje 

głosy.  Przyrzekam,  że  tego  nie  pożałujecie,  dobrą  pracą  dowiodę 
wam, że postąpiliście słusznie. Jeszcze raz dziękuję.

Burza oklasków, okrzyki i gwizdy. Poczekała, aż znowu zrobi się 

cicho.

- Mój  przeciwnik,  pan  Virgil  Earp  Bodnie,  ma  ogromne 

doświadczenie jako strażnik prawa. Tak długo, jak będę pełnić funkcję 
szeryfa, w moim biurze zawsze znajdzie się dla niego miejsce.

Baloniki, confetti i wiwaty poszybowały w górę.

- Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję.

Cofnęła  się  na  swoje  miejsce,  czekając,  aż  jej  przeciwnik  coś 

powie.  Jego  twarz  była  chłodna  i  bardzo  poważna.  Może  zechce 
poddać w wątpliwość wyniki głosowania i zażąda rewizji...

Virgil powoli zrobił krok do przodu.

- Wszystkich  moich  wyborców  bardzo  proszę  o  poparcie  dla 

nowego szeryfa. To była gra fair i decyzję podjęli mieszkańcy naszego 
miasta. Wszyscy powinni poprzeć teraz ich wybór.

background image

Desiree  odprężyła  się;  nie  jest  tak  źle...  Jeszcze  tylko  uścisną 

sobie  ręce  i  najgorsze  ma  za  sobą.  Naprawdę  zaskoczyły  ją  dopiero 
dalsze słowa Virgila:

- Rodzina  Bodine'ów  w  dalszym  ciągu  będzie  służyła  jednak 

miastu  Tombstone.  Nasz  nowy  szeryf  zaproponował  mi  stanowisko 
swojego zastępcy i przyjąłem je.

Nie  wierzyła  własnym  uszom.  Co  takiego?  Przecież  sam 

przedtem się zarzekał...

Entuzjazm  obecnych  sięgnął  szczytu.  Kamery  filmowały  teraz, 

jak niedawni przeciwnicy podają sobie dłonie.

- Powiedziałeś chyba, że nigdy nie będziesz dla mnie pracował -

szepnęła Desiree, odwracając głowę od mikrofonu.

- Zmieniłem zdanie. To jest mój dom, a mój dom zasługuje na to, 

co  najlepsze. - Uśmiechnął  się  do  kamery,  ale  jego  oczy  pozostały 
posępne. - Zasługuje  na coś lepszego  niż ty. Będę  uważał,  żebyś  nie 
popełniła  błędu,  bo  będziesz  popełniała  błędy.  Mój  syn  powinien 
mieszkać w całkowicie  bezpiecznym  mieście, a ty sama mu tego  nie 
zapewnisz. Będę cię pilnował na każdym kroku, pamiętaj.

Desiree uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- Po moim trupie... Przerwało im wołanie z sali:
- Stańcie  tu  razem,  chcemy  zrobić  naszym  nowym  obrońcom 

prawa wspólne zdjęcie!

Zrobili,  o  co  ich  proszono,  ale  mimo  że  stali  obok  siebie,  w 

rzeczywistości byli od siebie bardzo daleko.

Wszyscy  trzej  bracia  Bodine'owie  siedzieli  rzędem  w  barze  z 

puszkami  piwa  w  dłoniach.  Bal  się  skończył,  sala  opustoszała, 
pozostały  tylko  strzępy  plakatów  wyborczych  i  góry  kolorowego 
confetti.  Publiczność  i  dziennikarze  odjechali.  Desiree  odjechała 
również.  Kobiety  Bodine'ów  kładły  w  domu  dzieci  Bodine'ów  do 
łóżek, a mężczyźni poszli się napić.

- Może  wzniesiemy  toast  za  naszego  nowego  szeryfa? -

zaproponował  barman  i  trzy  pary  błękitnych  oczu  zwróciły  się  ku 
niemu.

Zrozumiał to spojrzenie.

- A  może  nie... - wycofał  się  szybko,  napełnił  talerzyki 

orzeszkami,  niepotrzebnie  przetarł  jakąś  szklankę,  pokręcił  się  i 
zniknął na zapleczu.

background image

- Byłem pewien, że wygram - oświadczył Virgil ponuro. - Dalej 

nie rozumiem, jak to się mogło stać. Cóż ona takiego zrobiła? Jeździła 
starym  gratem,  z  psem  w  białym  kaftanie...  i  opowiadała  komunały. 
Teraz  sprawiedliwość  w  naszym  mieście  zależy  od  prawnika  ze 
stolicy. Niech Bóg ma nas w swojej opiece!

- Przykro  mi,  że  to  nie  ty  wygrałeś. - Wyatt  klepnął  brata  po 

ramieniu.

Morgan milczał; milczał tak cały wieczór.

- Może i ty mi coś powiesz, Morgan.
- Zjesz coś? Może precelka?
- Spróbuj powiedzieć coś na inny temat.
- W porządku. Współczuję ci, że przegrałeś.
- Spróbuj mi wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Może ty coś wiesz.
- Dajcie obaj spokój - powiedział Wyatt - nie ma o czym mówić. 

Lepiej zbierajmy się i jedźmy do domu.

- Nie  mów  mi,  co  mam  robić. - Virgil  spojrzał  na  niego  ze 

złością. - Muszę  się  dowiedzieć,  dlaczego  przegrałem.  Potrzebna  mi 
jest  prawda,  nawet  nieprzyjemna,  a  nie  wykręty.  Słucham  cię, 
Morgan.

Brat oparł nogę w długim bucie o barowy stolik.

- Długo cię tu nie było, Virg - zaczął z namysłem - i w tym czasie 

wiele rzeczy się zmieniło. Ludzie się pozmieniali, ty zresztą też. I to 
nie na lepsze.

- O czym ty, do diabła, mówisz? Morgan pociągnął łyk piwa.
- Po co mnie pytasz, skoro nie chcesz usłyszeć odpowiedzi?
- Nie przerywaj mu, Virg - poparł Morgana Wyatt. - On wie, co 

mówi.

- Ty też...

Nagle poczuł się samotny i odrzucony. Jego bracia zawsze byli z 

sobą bardzo zżyci; on po śmierci rodziców opiekował się nimi raczej 
jak ojciec, niż z nimi bratał.

- Ty też tak uważasz?

Wzrok Wyatta potwierdził jego wątpliwości.

- No  to  walcie - powiedział  Virgil  przez  zaciśnięte  zęby -

słucham. Możecie mnie nie oszczędzać.

- Długo  cię  tu  nie  było  i  wiele  rzeczy  się  zmieniło.  Tombstone 

jest już innym miastem. Nie wszystko kręci się wokół naszego Koralu 
i  związanych  z  nim  wspomnień.  Odwiedza  nas  masa  turystów, 

background image

powstały duże sklepy, nasze wyroby artystyczne i srebrna biżuteria są 
znane w całym kraju.

- Wiem, wiem... - przerwał mu niecierpliwie Virgil.
- Ale  może  nie  wiesz,  że  te  wyroby,  te  wszystkie  tkaniny  i 

naczynia  związane  z  folklorem  są  źródłem,  z  którego  płyną  do 
naszego miasta miliony dolarów.

- Miliony... dolarów?
- Właśnie. Takie transakcje wymagają obsługi prawnej, a kto jak 

nie prawnik potrafi zadbać, żeby wszystko pod tym względem było w 
porządku?  To  skomplikowane  sprawy,  wykraczające  daleko  poza 
granice  naszego  stanu.  Kto  zna  się  na  przemycie  dzieł  sztuki,  na 
fałszerstwach  i  kradzieżach?  Ray  Hartlan  pracowała  w  Phoenix  w 
biurze prokuratora okręgowego.  Ludzie uważają, że jest znakomitym 
prawnikiem i zna się na swojej robocie. W pewnym sensie, zna się na 
niej lepiej niż ty.

Morgan sięgnął po następną puszkę piwa i dodał:

- Potrzebny  jest  nam  ktoś  taki.  To  już  nie  jest  miasteczko  z 

jednym  koniem  i  jednym  kowbojem,  który  przywiązuje  go  pod 
jedynym saloonem w mieście. Dlatego przegrałeś, Virgil.

Virgil przywołał na pomoc całą swoją zdolność do nieujawniania 

uczuć.  Gdyby  to  wszystko  powiedział  ktoś  inny,  nie  jego  rodzony, 
najmłodszy brat, od dawna już leżałby na ziemi z przetrąconą szczęką.

Po krótkiej walce z sobą zdołał się wreszcie opanować.
Morgan zawsze mówi prawdę, Morgan od dzieciństwa przejawia 

osobliwą  zdolność  do  właściwego  oceniania  ludzi  i  faktów.  Ma  w 
sobie jakąś wewnętrzną busolę.

- Nawet  jeśli  to  wszystko,  co  powiedziałeś,  jest  prawdą,  to 

przegrałem z jakiegoś innego powodu.

- Racja.  Po  pierwsze,  zjawiłeś  się  tu  w  stroju  kalifornijskiego 

bogacza  i  dałeś  ludziom  do  zrozumienia,  że  nie  potrzebujesz 
pieniędzy.  Innymi  słowy,  miasto  Tombstone  nie  ma  ci  nic  do 
zaoferowania, jesteś od niego niezależny. Z nami, ze mną, z Desiree -
jest inaczej. My musimy tutaj pracować, żeby żyć. Po drugie, myślisz, 
że jesteś najlepszy...

- Ja jestem najlepszy!

Morgan  nie  zareagował  na  okrzyk  brata,  lecz  spokojnie  ciągnął 

swój wywód:

background image

- Zachowywałeś  się  tak,  jakbyś  miał  wygraną  w  kieszeni.  Nie 

przykładałeś się do walki, a to miasto lubi walki, zmagania, lubi samo 
decydować  o  tym,  kto  jest  najlepszy.  Zawsze  tak  było.  Ty  o  nic  nie 
walczyłeś, a Desiree - tak.

Tym razem Virgil musiał przyznać mu rację.

- A  teraz,  kiedy  przegrałeś,  siedzisz  tu  i  litujesz  się nad  sobą, 

zamiast  przyjąć  porażkę  jak  mężczyzna.  Wydaje  się  nawet,  że 
zapomniałeś, że masz syna, który czeka na ciebie w domu. Chłopak i 
tak  już  prawie  nie  ma  matki,  a  teraz  również  ojciec  gdzieś  się 
zawieruszył. I dokąd poszedł? Do knajpy. Siedzi i użala się nad sobą 
jak  stara  baba,  bo  nie  dostał  gwiazdy  szeryfa.  Virgil  wstał;  żarty  się 
skończyły.

- Dość, Morgan.

Młodszy brat tkwił na swym miejscu nieporuszony.

- Dość?  To  dlaczego  siedzisz  tu  zamiast  lecieć  do  domu,  do 

Travisa?  Desiree jest już na farmie i pomaga Caro przy dzieciach. A 
ty? Dlaczego jeszcze nie wróciłeś do syna?

Virgil  wolno  skierował  się  ku  bratu.  Poczuł  na  ramieniu  dłoń 

Wyatta; była silna i powstrzymywała go przed zrobieniem głupstwa.

- Już wiem, na kogo głosowałeś, Morgan, o nic nie muszę pytać -

wycedził przez zęby.

Morgan  spokojnie  dokończył  piwo,  sięgnął  po  kapelusz  i 

skierował się do wyjścia.

- Nic nie wiesz - rzucił na odchodnym.
- Morgan! Poczekaj!

Wyatt cisnął kilka monet na ladę i pobiegł za bratem. Po drodze 

podał Virgilowi kluczyki od samochodu i powiedział:

- Weź  mój  samochód.  Ja  jadę  z  Morganem,  na  mnie  też  czeka 

rodzina...  Chciałem  ci  tylko  jeszcze  wyjaśnić,  że  według  mnie  i 
Morgana Desiree należy do naszej rodziny, jest przecież siostrą mojej 
żony. Dlatego wolałbym, żebyś i ty tak myślał - ze względu na Caro, 
na mnie, na co chcesz. Mnie głównie zależy na tym, żeby Caro miała 
spokój,  zwłaszcza  teraz,  więc  gdybyś  zaczął  rozrabiać,  sam  cię 
wyrzucę z tego miasta.

Virgil  zrobił  krok  do  tyłu  jakby  z  obawy  przed  uderzeniem.  W 

jego  wzroku  nie  było  jednak  cienia  strachu,  tylko  bezbrzeżne 
zdumienie.

background image

Oczy  Wyatta  były  ciemne  i  puste;  Wyatt  tak  właśnie  patrzył  na 

przestępców,  z  którymi  walczył;  nigdy  tak  nie  patrzył  na  nikogo  z 
rodziny.

- Wyatt...
- Nic nie mów, Virg, śpieszę się do domu. - Ruszył ku drzwiom, 

po czym nagle się zatrzymał. - I jeszcze jedno. Morgan głosował na... 
ciebie. Warto, żebyś to wiedział.

Virgil Earp Bodine został sam.
Kiedy w jakąś godzinę później dojeżdżał do domu i parkował w 

wydzielonej  w  tym  celu  części  rancza,  większość  świateł  była  już 
zgaszona.  Spędził  samotnie  w  barze  jakiś  czas,  myśląc  o  Travisie,  o 
Desiree i o swych braciach.

Dobrze mu to zrobiło; przemyślawszy dokładnie to, co powiedział 

mu Morgan i co milcząco poparł Wyatt, doszedł do wniosku, że bracia 
mają  rację.  W  ich  rodzinnym  mieście  zaszły  wielkie  zmiany.  Virgil 
tego  nie  przewidział,  nie  dostosował  się  do  nowych  warunków  i 
dlatego został pokonany.

Jednak  jedna  przegrana  walka  nie  oznacza  jeszcze  przegranej 

bitwy.

Co  z  tego,  że  przegrał  wybory?  Na  wyborach  świat  się  nie 

kończy. Zostanie zastępcą szeryfa i  będzie miał oko na wszystko, co 
dzieje  się  w  mieście.  Dopilnuje,  żeby  nowy  szeryf  właściwie 
wypełniał swe obowiązki. Ponadto będzie miał więcej czasu dla syna. 
Przecież  przywiózł  Travisa  do  Arizony po  to, żeby go wychować  na 
prawdziwego  Bodine'a.  A  jak  mógłby  go  wychowywać,  pracując 
jednocześnie jako szeryf Tombstone?

Pełnił już tę funkcję i wiedział, że w biurze szeryfa pracuje się na 

dwie  zmiany.  Pracownicy  się  wymieniają,  ale  szeryf  musi  być  bez 
przerwy  na  posterunku.  Może  lepiej,  że  tak  się  stało;  trzeba  się 
pogodzić z losem i zrozumieć nową sytuację.

Spojrzał  w  ciemne  okna  rodzinnego  domu.  Zrobiło  się  późno, 

wszyscy  pewnie  już  się  położyli.  Przeproszę  ich  jutro  rano, 
postanowił, a teraz pójdę i pocałuję Travisa na dobranoc.

Ten cholerny Morgan, jak zwykle, miał rację. Przecież powiedział 

mu  po  prostu  to,  co  on,  Virgil,  sam  już  od  jakiegoś  czasu  wiedział. 
Czuł,  że  dzieje  się  z  nim  coś  niedobrego,  dlatego  wrócił  do  domu. 
Głośno  wypowiedziane  słowa  prawdy  tylko  mu  pomogły;  przecież 

background image

sam uczył braci, że zawsze trzeba sprawy stawiać  jasno, niczego  nie 
owijać w bawełnę.

Przypomniał  sobie  książki,  które  czytał  „chłopcom"  po  śmierci 

rodziców.  Dzisiejszego  wieczoru  dostał  dowód,  że  jego  metody 
wychowawcze  sprawdziły  się  doskonale.  Może  tylko  powinien 
nauczyć ich, by wypowiadali swe słuszne sądy nieco mniej obcesowo. 
Morgan jest szczery aż do bólu, zawsze taki był.

Wszedł do domu, starym zwyczajem odłożył klucze na kamienny 

gzyms kominka i szybkim krokiem ruszył na górę do sypialni.

Po  raz  pierwszy  tego  dnia  uśmiechnął  się  do  siebie;  zrobił 

słusznie,  wracając  do  Arizony,  i  to nie  tylko  ze  względu  na  Travisa, 
ale  na  samego  siebie.  W  Los  Angeles  człowiek  jest  anonimową 
postacią,  bezimiennym  cieniem,  na  który  nikt  nie  zwraca  uwagi. 
Rodzina  nic  tam  nie  znaczy;  w  Tombstone  liczy  się  wszystko,  a 
najbardziej - więzy krwi.

Zajrzał  do  pokoju  Travisa,  ale  chłopca  w  nim  nie  było.  W 

łazience  nie  było  go  także.  Zauważył  smugę  światła  wydobywającą 
się spod drzwi w końcu korytarza i zapukał.

Dobrze naoliwione zawiasy sprawiły, że drzwi otworzyły się pod 

jego  dotknięciem.  W  łóżku  smacznie  spał  Travis,  u  jego  boku  leżał 
Oscar.  Pies  z  niepokojem  spojrzał  na  wchodzącego,  obejmująca  go 
mała rączka chłopca drgnęła.

- Nie umiesz zapukać?

Desiree  wyłoniła  się  z  cienia  i  spojrzała  na  niego  z  naganą  w 

oczach. Dała mu jasno do zrozumienia, że nocna wizyta nie sprawiła 
jej przyjemności.

- Pukałem, ale drzwi same się otworzyły. Co się stało? Dlaczego 

mój syn śpi u ciebie?

- Obudził się, bo miał koszmarny sen, i nie wiedział, gdzie jest. A 

ja  nie  miałam  pojęcia,  gdzie  ty  jesteś. - W  jej  głosie  brzmiała 
dezaprobata  i  przygana. - Morgan  i  Wyatt  już  się  położyli  i  nie 
chciałam ich budzić, a nie mogłam zostawić przestraszonego dziecka 
samego w pustym pokoju. Dlatego zabrałam go do siebie.

Virgil lekko dotknął ramienia syna.

- Dziękuję, Desiree.
- Ray.
- Przepraszam,  że  tak  na  ciebie  naskoczyłem,  ale...  Przerwał  i 

rozejrzał się po pokoju. Zobaczył otwartą szafę i rzeczy w walizce.

background image

- Co ty robisz? - zapytał z niepokojem.
- Waśnie  się  pakuję.  Przez  jakiś  czas  pomieszkam  w  hotelu,  a 

potem coś sobie znajdę. Wyprowadzam się stąd.

background image

Rozdział 4

- Nie  możesz  stąd  odejść!  Powiedział  to  tak  gwałtownie,  że 

spojrzała na niego zdziwiona. Odezwała się dopiero po chwili:

- Nie  mogę  odejść,  nie  mogę  wygrać  wyborów,  nie  jestem  w 

stanie podołać funkcji szeryfa, i tak dalej. Ja po prostu nic nie mogę, 
nic  nie  potrafię.  Na  szczęście,  twoje  przepowiednie  nigdy  dotąd  się 
nie  sprawdzały.  Są  równie  bez  sensu  jak  twoje  zachowanie.  Moja 
siostra  ma  poważne  problemy  ze  zdrowiem  i  nie  wolno  jej 
denerwować.  W  tym  domu  nie  powinno  być  konfliktów.  Zresztą,  ja 
również potrzebuję spokoju.

Odwróciła się do niego tyłem i zaczęła wyjmować resztę rzeczy z 

szafy.

Virgil  dalej  stał  bez  ruchu.  Nie  wiedział,  że  Desiree  aż  tak 

stanowczo zareaguje na jego zachowanie.

- Nigdy nie chciałem robić ci przykrości...
- Naprawdę?  Takie  bajki  możesz  opowiadać  panienkom  z 

Kalifornii, bo na mnie to nie robi wrażenia. A teraz weź stąd swojego 
syna  i  pozwól  mi  się  pakować.  Jest  bardzo  późno  i  jestem  już 
zmęczona.

Nie dodała „tobą", ale tak to właśnie zrozumiał.

- Po pierwsze, chciałem cię przeprosić, że tak tu wtargnąłem...

Skinęła głową, nie patrząc na niego.

- Przeprosiny  zostały  przyjęte,  a  teraz  chciałabym,  żebyś  już 

poszedł.

W  jej  głosie  zauważył  ten  sam  ton,  co  przedtem  w  głosie 

Morgana: coś jakby znużenie i niesmak. Nigdy dotąd nikt nie zwracał 
się do niego takim tonem.

- Posłuchaj,  zachowałem  się  jak  ostatni  cham,  bardzo  cię 

przepraszam. Nie potrafię przegrywać, to wszystko.

- A kto potrafi?
- Hotele są przepełnione, nigdzie nie znajdziesz miejsca, a bracia 

mnie zamordują, jeśli spędzisz tę noc w samochodzie. Zostań, bardzo 
cię proszę.

Desiree wyjęła z szafy stertę ubrań.

- Mogę pojechać do Tucson.
- To  dwie  godziny  jazdy  stąd,  a  szeryf  nie  może  mieszkać  tak 

daleko  od  miejsca  pracy.  Wedle  regulaminu  nie  wolno  ci  mieszkać 

background image

poza  Tombstone.  Chyba  nie  chcesz  zaraz  pierwszego  dnia  łamać 
prawa.

- Ty draniu!

Ze złością cisnęła trzymane w ręku rzeczy z powrotem do szafy.
Virgil skrzywił się.

- Nie  wydzieraj  się  tak,  Desiree,  bo  obudzisz  mi  syna -

powiedział, naśladując nieco jej ton. - A teraz, skoro już ustąpiłaś...

- Ja ustąpiłam?
- Skoro  jest  jak  jest,  proponuję,  żebyś  się  rozpakowała,  a  ja 

zabiorę  stąd  Travisa  i  wszyscy  pójdziemy  spać.  Jutro  z  samego  rana 
czeka  nas  mnóstwo  pracy.  Ale  przedtem - wyciągnął  do  niej  rękę -
chciałbym  ci  pogratulować.  Walczyłaś  fair  i  słusznie  zwyciężyłaś. 
Szczerze ci winszuję.

Desiree  z  wahaniem  podała  mu  rękę.  W  jej  oczach  dostrzegł 

podejrzliwość.

- Dziękuję - powiedziała krótko.
- To znaczy, że zostajesz?
- Dopóki sobie czegoś nie znajdę, zostaję.
- Nie musisz niczego sobie szukać.
- Tego nie jestem pewna.

Podeszła do łóżka, wzięła Oscara i usunęła się, żeby Virgil mógł 

podejść do syna.

- Nie będziesz miała teraz zbyt wiele czasu dla Caro
- powiedział,  pochylając  się  na  śpiącym  chłopcem. - Jak  ona 

sobie poradzi?

- To sprawa jej i Wyatta.
- Po prostu się martwię.
- Nie  musisz.  Sama  dobrze  wiem,  jak  postępować  z  moją 

rodziną; nieważne, czy to są Hartlanowie czy Bodine'owie.

- A ja nie wiem?
- Przede  wszystkim powinieneś wiedzieć,  że nie jestem  tu kimś 

obcym. I przestań się szarogęsić.

Virgil wyprostował się.

- Co  prawda  przegrałem  wybory,  ale  jedna  trzecia  tego  rancza 

należy do mnie. Mogę robić, co zechcę, jestem tu u siebie. Ty zajmuj 
się tym, co należy do ciebie, a mnie zostaw moje sprawy.

- Bardzo  proszę,  zajmuj  się  swoimi  sprawami,  ale  z  dala  od 

mojego pokoju.

background image

Posadziła  psa  na  łóżku,  podeszła  do  drzwi  i  otworzyła  je  na 

oścież.

- Dobranoc, panie Bodine.
- Dobranoc, panno Hartlan.
- Szeryfie Hartlan.
- Czy to nie za bardzo...

Chciał  powiedzieć  „oficjalnie",  ale  nie  zdążył:  Desiree  już 

zatrzasnęła  za  nim  drzwi.  Usłyszał  jedynie  dźwięk  przekręcanego  w 
zamku klucza.

Desiree,  mimo  że  poszła  spać  późno,  obudziła  się  bardzo 

wcześnie.  Chłód  idący  od  pustyni  zawsze  działał  na  nią  lepiej  niż 
budzik.  Usiadła  na  łóżku  i  poczuła  na  twarzy  powiew  świeżego 
powietrza  wpadającego  przez  otwarte  okno.  Pomyślała,  że  po  raz 
pierwszy,  odkąd  tu  przyjechała,  nie  musi  się  zrywać  i  jechać  do 
miasta, żeby prowadzić kampanię przedwyborczą.

Rozejrzała  się  wokół  i  skonstatowała,  że  tak  naprawdę  nie 

zdążyła  jeszcze  przyjrzeć  się  swojej  sypialni.  Dotąd  rano  bardzo 
szybko wstawała i jechała do miasta rozmawiać z ludźmi. W mieście 
wygłaszała przemówienia, odpowiadała na pytania, jadła coś i wracała 
do domu zbyt zmęczona, żeby zauważyć swoje otoczenie. Tego dnia 
wreszcie  było  inaczej.  Przyjrzała  się  szczegółom  umeblowania  i 
sprzętom. Widać było, że pokój urządzała kobieta: koronkowe firanki 
musiały  być  pomysłem  Caro,  żaden  mężczyzna  nie  wpadłby  na  ten 
pomysł.

W  rogu  pokoju  stało  rzeźbione  biurko,  a  na  nim  porcelanowy 

wazonik.  Drewniane  łóżko  pomalowane  zostało  w delikatne  kwiatki, 
podobnie  toaletka  z  lustrem;  dodatkowo  zdobiły  ją  saszetki  z 
suszonymi  kwiatami  i  liśćmi.  Wszystko  to  niezbyt  pasowało  do 
Desiree;  pokój  był  raczej  przeznaczony  dla  Cat.  Pewnie  się  tu 
wprowadzi, kiedy urodzi się drugie dziecko, a Desiree znajdzie sobie 
coś w mieście.

Tak czy inaczej, pokój był miły i przytulny, i Desiree dobrze się 

w  nim  czuła.  Przeciągnęła  się  i  nagle  zmarszczyła  czoło, 
przypominając  sobie  wczorajszą  wieczorną  rozmowę  z  Virgilem. 
Trudno  to  uznać  za  dobry  początek.  Podkurczyła  nogi,  podciągnęła 
kołdrę i niechcący obudziła Oscara.

Jamnik  ziewnął  szeroko  i  przysunął  się  do  niej.  Gdy  pogładziła 

jego jedwabiste uszy, zamknął oczy i przewrócił się na grzbiet.

background image

- Ty leniuchu, co ja mam z tobą dzisiaj zrobić? Nie mogę przyjść 

pierwszego dnia do pracy z jamnikiem...

W  Phoenix  miała  małe  zamknięte  podwórko,  gdzie  mogła  go 

wypuszczać. Oscar nie był przyzwyczajony do życia na wsi.

- Napędzą ci strachu te wszystkie konie i psy...
- Możesz  go  zostawić  ze  mną - dobiegł  ją  z  korytarza  głos 

siostry. - Mogę wejść, Ray?

Desiree  zerwała  się  z  łóżka  i  podbiegła  do  drzwi,  żeby  je 

otworzyć z klucza. Oscar niezadowolony schował się pod kołdrę.

- Wiem,  że  jesteś  rannym  ptaszkiem  i  dlatego  przyszłam  tak 

wcześnie, żeby ci dać prezent.

Caro  wysunęła  zza  pleców  rękę;  miała  w  niej  dużą  torbę 

przepasaną  czerwoną  wstążką  i  ozdobioną  kokardą  tego  samego 
koloru.

- To dla ciebie. Desiree zamrugała oczami.
- Co to jest?
- Niespodzianka. Otwórz.

Caro z uśmiechem patrzyła, jak siostra niecierpliwie rozpakowuje 

prezent.

- Co to... O Boże!

Jednym  ruchem  wydobyła  z  paczki  mundur  szeryfa:  beżowy 

komplet  z  insygniami  i  odznaką.  Na  jednej  z  przednich  kieszeni 
wyhaftowana była żółta gwiazda, stylizowana na tradycyjną gwiazdę, 
jaką  noszono  w  czasach  Dzikiego  Zachodu.  Na  ramieniu  widniała 
miniaturowa flaga Arizony: zachodzące słońce na błękitnym tle.

- Prawdziwy strój szeryfa!
- Nie chciałam, żebyś pierwszego dnia szła do pracy w dżinsach i 

sportowej koszulce.

- Wydałaś mnóstwo pieniędzy! Nie trzeba było! Przecież dostanę 

służbowe ubranie.

- Wiem,  że  głupio  zrobiłam,  ale  nie  mogłam  się  powstrzymać, 

tak bardzo chciałam cię pierwsza zobaczyć w tym stroju. Mama i tata 
byliby  tacy  dumni!  Przykro  mi,  że  Virgil  przegrał,  ale  bardzo  się 
cieszę, że wygrałaś ty.

Desiree pogłaskała beżowy materiał.

- Prześliczny! Zwrócę ci połowę pieniędzy.
- Nie ma mowy. To jest prezent ode mnie i tak ma zostać.

background image

Desiree poczuła, że nareszcie opada z niej napięcie ostatnich dni. 

Teraz,  w  obecności  siostry,  mogła  się  otwarcie  nacieszyć 
zwycięstwem.

- Strasznie się cieszę. Pomyśl, co by było, gdybym nie wygrała. 

Głupio byłoby mieć coś takiego w szafie!

- Byłam pewna, że wygrasz. Gratuluję, siostrzyczko. Jesteś dumą 

rodziny Hartlanów.

Desiree  ostrożnie  położyła  strój  na  łóżku  i  pocałowała  siostrę  w 

policzek.

- Wyatt  ma  dla  ciebie  kolta.  Da  ci  go,  zanim  ci  wydadzą 

służbową broń.

Desiree  przypomniała  sobie  broń,  jakiej  używał  Wyatt:  duży 

rewolwer,  kaliber  jedenaście  milimetrów.  Zmodernizowana  wersja 
tego, czym posługiwali się szeryfowie na Dzikim Zachodzie.

- Da ci go osobiście. Trzyma go w zamkniętej szafie na dole, bo 

kiedy w domu są dzieci, trzeba bardzo uważać.

- Ma  rację.  Nawet  kiedy  nie  ma dzieci,  broń  nie  może leżeć  na 

wierzchu. Będę robiła tak samo, przyrzekam.

- To  dobrze,  bo  Cat  jest  strasznie  ciekawska  i  wszędzie  musi 

zajrzeć. Jeszcze jedno: Wyatt zamówił dla ciebie kapelusz. Dostarczą 
ci go dziś albo jutro rano do biura.

- Do mojego biura, do mojego własnego biura... Nie mogę w to 

uwierzyć.

- Połowa mieszkańców tego miasta też z trudnością w to wierzy. 

Ale teraz nie stój tak, tylko się przebieraj. Umieram z ciekawości, jak 
w tym będziesz wyglądać.

Desiree  zrzuciła  przez  głowę  koszulę  nocną  i  zaczęła  grzebać  w 

walizce w poszukiwaniu stanika.

- Podoba ci się ten pokój? Wiem, że nie jest w twoim stylu, ale...

- zaczęła z wahaniem Caro. - Sama go urządzałam.

- Jestem nim zachwycona. Jest cudowny.
- Bardzo się cieszę. Chyba musisz coś z tym zrobić, to nie może 

tak stać na środku pokoju...

Caro niepewnie spojrzała na walizkę.

- Zaraz  to  sprzątnę.  Przecież  jestem  w  domu,  muszę  się 

rozpakować.

Twarz Caro nieco się rozpogodziła, ale w jej oczach pozostał cień 

niepokoju.

background image

- To dobrze. Bałam się, że będziesz chciała się wyprowadzić.
- Co? Dlaczego?

Caro w milczeniu głaskała Oscara po grzbiecie.

- Ray, w tych starych domach głos daleko niesie - wyjaśniła  po 

chwili.

Desiree zaczęła wkładać strój szeryfa; kiedy się odezwała, jej głos 

zabrzmiał swobodnie i nonszalancko.

- To, że byłam potwornie zmęczona, a Virgil nie umiał pogodzić 

się z przegraną, nie znaczy, że zaraz mam się wyprowadzać. Chociaż 
ze  względu  na  was  i  wasze  powiększające  się  rodziny  pewnie 
powinnam sobie coś znaleźć. Będziecie potrzebowali miejsca.

- Mamy  czas.  Na  wiosnę  Wyatt  chce  rozbudować  dom,  więc 

musisz sobie znaleźć inny pretekst. To znaczy, jeśli naprawdę tu ci się 
nie podoba i zamierzasz się wyprowadzić.

- Bardzo  mi  się  tu  podoba  i  nie  mam  zamiaru  nigdzie  się 

wyprowadzać.

Desiree zapięła spódnicę.

- Zostanę, nic  się  nie  martw.  Znasz  mnie, lubię  mieszkać sama, 

ale  teraz  mam  ochotę  dla  odmiany  pomieszkać  trochę  z  rodziną. 
Przecież po to tu przyjechałam.

- Bardzo się cieszę, że tu jesteś, Ray.
- Ja też, siostrzyczko.

Zapięła ciężki skórzany pas i z miną modelki stanęła przed Caro.

- Może być?
- Wykapany John Wayne. Brakuje ci tylko spluwy i kapelusza.

Desiree roześmiała się radośnie.

- John Wayne nie używał pudru ani szminki, o ile wiem.
- Dzięki Bogu.

Oscar niespokojnie podrapał w drzwi.

- Mam go wyprowadzić? - zapytała Caro.
- Niczym się nie zajmuj, damy sobie radę.
- Powiedziałam już,  że  możesz go zostawić  ze  mną. Cały dzień 

siedzę  tutaj  sama  i  tęsknię  za  Cat  i  Wyattem.  Jestem  za  słaba,  żeby 
zajmować się Cat i jeździć z Wyattem do miasta.

- W takim razie Oscar dotrzyma ci towarzystwa. W razie czego 

dzwoń do mnie, a teraz muszę już lecieć.

Ucałowały się.

background image

- A teraz wyprowadź Oscara, jeśli chcesz oszczędzić swój nowy 

dywan.

- Idę. Szeryfie...
- Tak?
- Powodzenia.

Po wyjściu siostry Desiree zrobiła makijaż, uczesała się starannie, 

zeszła  do  kuchni,  wypiła  filiżankę  kawy  i  poszła  do  samochodu. 
Postanowiła zaraz rano pojechać do biura, a śniadanie zjeść później.

Ktoś  wstał  jeszcze  wcześniej  niż  ona  i  czekał  teraz  na  nią  przy 

samochodzie.

- Travis? Co ty tu robisz?
- Czekałem na ciebie. Mogę z tobą pojechać?
- Kochanie, ja jadę do pracy.
- Wiem. Chciałbym być zastępcą szeryfa, tak jak tata. Umiem już 

jeździć  konno,  wiem,  jak  się  strzela.  Możesz  mi  pokazać  swoją 
spluwę?

Nie  podobał  jej  się  sposób,  w  jaki  to  powiedział.  Otworzyła 

drzwiczki samochodu i powiedziała:

- Byłoby lepiej, żebyś o tym porozmawiał ze swoim ojcem.
- Już go prosiłem, ale odmówił. - Travis spuścił oczy. - Nie chcę 

dziś znowu jechać do tych śmierdzących nietoperzy!

- Nie  dziwię  ci  się,  ja  też  za  nimi  nie  przepadam.  Co  zwykle 

robiłeś o tej porze w domu?

- Rano  miałem  lekcje  z  nauczycielem,  a  potem  szliśmy  z 

kolegami  na  plażę.  Braliśmy  deski  i  jeździliśmy  na  falach.  Tutaj  nie 
ma ani plaży, ani oceanu - powiedział z żalem w głosie.

- Bardzo ci współczuję. Sama wiem, jak trudno się przyzwyczaić 

do nowego.

- Tęsknię za domem, a ty?
- Ja  też.  Zwłaszcza  za  rodziną  i  przyjaciółmi.  Moi  rodzice  i 

krewni mieszkają w Phoenix.

- Twój chłopak też?
- Mój były chłopak - poprawiła go. Travis robił na niej wrażenie 

zbyt dojrzałego jak na swój wiek.

Zostawił mnie, pomyślała, rzucił i sobie poszedł, tak to było.

- Ja  bardzo  tęsknię  za  moją  dziewczyną.  Jeździliśmy  razem  z 

naszymi  ochroniarzami do  Disneylandu.  Jej  mama jest  producentem, 

background image

robi  filmy  razem  z  moją  mamą.  Boję  się,  że  Heather  znajdzie  sobie 
teraz nowego chłopaka. Tak jak ty.

Ile ten smarkacz właściwie ma lat?

- Na razie nie mam takich planów.
- Ja też nie.

Travis kopnął kamień.

- Heather  płakała,  kiedy  się  żegnaliśmy,  ale  ja  nie.  Dała  mi  tę 

koszulkę.

- Dobrze jest popłakać sobie, kiedy się jest smutnym. Ja zawsze 

płaczę. Pokaż mi się w tej koszulce.

Travis wyprostował się i spojrzał na nią oczami swojego ojca.

- Wyglądasz w niej bardzo... interesująco.
- Naprawdę?
- Tak. Heather ma bardzo dobry gust.
- To mogę jechać w niej z tobą do twojego biura?
- Bardzo chętnie bym cię wzięła, ale naprawdę nie mogę.

Twarz chłopca sposępniała, Desiree zrobiło się go żal.

- Zapytaj moją siostrę, czy pozwoli ci zostać z nią w domu.
- Ciocię Caro?
- Tak. Pomożesz jej, ona niezbyt dobrze się czuje.
- Tak, wiem.
- Pomożesz  jej  zająć  się  Oscarem.  Chłopiec  nieco  się 

rozchmurzył.

- Naprawdę? Mógłbym?
- Oczywiście. Oscar, zupełnie tak samo jak my, bardzo tęskni za 

domem. Nie mogę go zabrać z sobą, a będzie mu smutno samemu w 
obcym domu. Zaopiekuj się nim i Caro.

- Oscar jest strasznie fajny. Prosiłem ojca, żeby mi kupił psa, ale 

powiedział,  że  nie  mogę  mieć  psa,  bo  wtedy  jeszcze  bardziej 
rzucałbym  się  w  oczy  i  dziennikarze  nie  daliby  nam  spokoju.  To  by 
bardzo  utrudniło  pracę  ochroniarzom.  Paparazzi  nie  daliby  nam  żyć, 
mnie  i  mamie. - Chłopiec  powiedział  to  tak,  jakby  mówił  o  czymś 
zupełnie normalnym.

Desiree uśmiechnęła się do niego.

- Będziesz  mógł  się  bawić  z  Oscarem  zawsze,  kiedy  tylko 

zechcesz, oczywiście, jeśli twój ojciec się na to zgodzi. Powiedz Caro, 
że to ja cię poprosiłam, żebyś pomógł jej opiekować się Oscarem.

- Dziękuję. Dziękuję, ciociu.

background image

- Bardzo proszę, i możesz mnie nazywać Ray. Pocałowała go w 

policzek. Wyczuła jego skrępowanie.

Chłopiec musi się tu czuć bardzo obco, pomyślała, trzeba będzie 

się  nim  zainteresować  i  jakoś  mu  pomóc.  Gdy  tylko  znajdzie  wolną 
chwilę, porozmawia z nim dłużej. Na razie niech zajmie się Oscarem, 
a  potem  może  uda  się  zdobyć  dla  niego  jakiegoś  psa  na  własność. 
Virgil powinien się zgodzić.

- Zaopiekuj się ciotką i psem, teraz ty dla odmiany będziesz ich 

ochroniarzem.  Wiem,  że  z  tobą  nic  im  nie  grozi.  Mogę  spokojnie 
jechać do pracy.

Gdy Travis uśmiechnął się, jego twarz zrobiła się bardzo podobna 

do  twarzy  jego  sławnej  matki.  Desiree  pomyślała,  że  z  takim 
wyglądem  i  sylwetką  za  kilka  lat  będzie  prawdziwym  pożeraczem 
serc...

Otworzył  przed  nią  drzwi  samochodu  i  lekko  się ukłonił.  Widać 

było, że odziedziczył po Bodine'ach ich nieco staroświeckie maniery. 
Desiree  usiadła  za  kierownicą  i  spojrzała  na  stojącego  przy 
samochodzie chłopca.

- Bardzo ci dziękuję, porozmawiamy, jak wrócę.
- Bardzo proszę. Do widzenia.

Zatrzasnął  drzwiczki,  Desiree  zapaliła  silnik  i  na  pożegnanie 

pomachała Travisowi ręką.

Biedne dziecko. Nie dość, że jego rodzice się rozwiedli, to jeszcze 

musi  przyzwyczajać  się  do  zupełnie  nowego  życia - i  to  tu,  na  tej 
nieprzyjaznej  pustyni.  Musi  strasznie  tęsknić  za  matką,  za 
przyjaciółmi, za domem...

Trzeba będzie się bliżej zainteresować chłopcem. Na razie jednak 

trzeba  się  zainteresować  nową  pracą.  Opuściła  posiadłość  Silver 
Dollar i skierowała się w stronę Tombstone. W stronę swojego miasta.

Biuro  szeryfa  znajdowało  się  na  Fremont  Street  w  budynku 

przylegającym do ratusza. Z tyłu za nim rozciągał się Koral.

Cała  nadzieja  w  tym,  przemknęło  Desiree  przez  myśl,  że  w 

środku  to  wszystko  jest  bardziej  nowoczesne  niż  te  przedpotopowe 
budynki.  Chyba  mają  tam  jakieś  komputery.  Nie  wyobrażam  sobie 
pracy  z  piórem  w  ręku,  a  co  gorsza  przy  jakiejś  rozklekotanej 
maszynie do pisania! W Phoenix było jednak zupełnie inaczej...

Podobnie  jak  siostra,  Desiree  lubiła  pracować  na  nowoczesnym 

sprzęcie.  Zawsze  uważała,  że  im  mniej  czasu  zajmuje  robota 

background image

papierkowa,  tym  staranniej  i  skuteczniej  można  się  zająć  prawdziwą 
pracą.  Bodine'owie  wyglądają  na  tradycjonalistów,  a  biuro  szeryfa 
pewnie urządzili według własnego gustu. Postanowiła nie przejmować 
się  na  zapas;  w  razie  czego  będzie  chyba  można  zakupić  jakiś 
komputer.

Nie  trzeba  tracić  nadziei  i  nie  trzeba  z  góry  się  uprzedzać. 

Wszystko  może  jest  inaczej.  Energicznie  zaparkowała  na  miejscu 
przeznaczonym  dla  służbowych  pojazdów,  rzuciła  okiem  na  swoje 
odbicie w lusterku i wysiadła z samochodu. Potem pewnym krokiem 
ruszyła w stronę swego nowego miejsca pracy.

Virgil już tam był i widział, jak wchodziła. Zdumiała go pewność 

i zdecydowanie jej ruchów. Zupełnie jakby bywała już tu wiele razy...

Wkroczyła  do  biura  z  głową  wysoko  podniesioną  i  spokojną, 

lekko uśmiechniętą twarzą. Wyglądała nadzwyczajnie.

A do tego miała na sobie strój szeryfa! To pewnie sprawka Caro. 

Virgil przesunął bacznym wzrokiem po beżowym komplecie Desiree; 
niczego  nie  brakowało.  Od  patek  na  ramionach  po  broń  przy  pasku, 
wszystko było jak należy. Włożyła nawet długie buty!

Nie miała tylko kapelusza, a to oznacza, że wedle regulaminu jej 

mundur nie jest kompletny. Sam Virgil ubrany był w dżinsy, koszulę 
pożyczoną od Wyatta i za duże, niewygodne buty, które pożyczył mu 
Morgan.  Wiedział,  że  nie  ma  prawa  włożyć  munduru,  zanim  nie 
zostanie zaprzysiężony na stanowisko zastępcy szeryfa.

Czekał, aż Desiree, czyli szeryf Hartlan, to załatwi.

- Dzień dobry, panno Chilton - powiedziała swobodnym głosem i 

spojrzała na sekretarkę. - Czy dostarczono już mój kapelusz?

- Położyłam go  na  krześle  przy pani  biurku.  I proszę mówić do 

mnie po imieniu, mam na imię Marta.

- Dziękuję, Marto.

Desiree  sięgnęła  po  kapelusz,  przymierzyła  go,  a  potem  jednym 

zgrabnym  ruchem  rzuciła  wprost  na  stojący  obok  ekspresu  do  kawy 
wieszak. Kapelusz malowniczo zawirował i znieruchomiał.

Virgil  o  mało  nie  wzruszył  ramionami.  Boże,  co  za  żałosne, 

cyrkowe sztuczki. I to ma być szeryf naszego miasta...

- Widziałam to na jakimś filmie, John Wayne tak robił - rzuciła 

Desiree i usiadła za biurkiem. - Ćwiczyłam to przez całe dzieciństwo. 
Ręce do góry, kto nie lubi Johna Wayne'a?

Nikt nie podniósł ręki.

background image

- To  się  dobrze  składa.  Nie  muszę  nikogo  zastrzelić.  Obecni  w 

pokoju  roześmiali  się.  Nawet  Virgil  musiał w  duchu  przyznać,  że 
potrafiła  przełamać  lody.  Wejście  jej  się  udało,  zobaczymy,  co  zrobi 
dalej...

- Jamie,  mógłbyś  mi  złożyć  poranny  raport?  Jamie, 

dotychczasowy zastępca szeryfa, podniósł się zza biurka.

- Nie musisz wstawać. Kiedy tu jestem, możesz mnie traktować 

tak, jak traktowałeś Wyatta.

Virgil  obrzucił  wzrokiem  jej  kształtną,  kobiecą  sylwetkę. 

Powodzenia,  Jamie,  nasz  nowy  szeryf  rzeczywiście  jest  bardzo 
podobny  do  Wyatta,  zwłaszcza  z  tym  biustem  i  całą  resztą.  Swoją 
drogą ciekawe, czy bez tego opakowania jest równie ponętna? Nigdy 
dotąd nie patrzył na nią w ten sposób; przypuszczał nawet, że ten typ 
kobiety nigdy go nie zainteresuje.

Z zamyślenia wyrwał go głos Jamiego:

- Od  wczorajszego  wieczoru  zgłoszono  nam  jedną  zaginioną 

krowę,  dwa  przypadki  niewłaściwego  parkowania  i  jedną  stłuczkę 
ciężarówki.

- To wszystko?
- Po  południu  mamy  mieć  spotkanie  z  młodzieżą  szkolną  na 

temat narkotyków. Dzień zapowiada się całkiem spokojnie.

- W takim razie możemy teraz załatwić kilka formalnych spraw. 

Marto, czy możesz mi dać papiery wszystkich osób zatrudnionych w 
biurze?

- Już  wszystko  przygotowałam.  Pomyślałam  sobie,  że  pewnie 

zechce je pani przejrzeć.

Marta,  jak  zwykle  gorliwa  i  zorganizowana,  wstała  i  położyła 

żądane teczki na biurku szeryfa. Desiree przejrzała szybko papiery.

- W takim razie nie ma na co czekać. Teraz się poznamy, a zaraz 

potem  zaprzysięgniemy  mojego  nowego  zastępcę  i  bierzemy  się  do 
pracy.

Widać, że zna się na rzeczy. W porządku, zostanę jej zastępcą...
Prezentacje nie  trwały długo.  Oprócz Jamiego  i  Marty, w biurze 

szeryfa zatrudnionych było jeszcze dwóch mężczyzn, z których jeden 
znał  biegle  hiszpański,  i  jedna  kobieta,  Mary  Ann  Brown,  która  tej 
nocy miała dyżur i została tylko po to, żeby poznać nowego szefa.

background image

- Jak rozumiem, teraz pierwszym zastępcą będzie Vir - gil - rzekł 

Jamie  zrezygnowanym  głosem. - Bodine'owie  zawsze  spadają  na 
cztery łapy.

Desiree powiodła wzrokiem po obecnych.

- Nazywam  się  Hartlan,  nie  Bodine,  i  dobieram  sobie 

współpracowników,  nie  kierując  się  kryterium  nazwiska,  tylko 
umiejętności profesjonalnych. Uważam, że Jamie jest ze wszystkich tu 
obecnych  osobą  najbardziej  doświadczoną  i  odpowiednią,  żeby  być 
moim pierwszym zastępcą.

Virgil nie wytrzymał:

- Jestem równie doświadczony jak on.
- Jeśli chodzi o sprawowanie funkcji zastępcy szeryfa, Jamie ma 

więcej  doświadczenia  niż  ty.  Nigdy  nie  byłeś  zastępcą,  byłeś 
szeryfem, a to nie to samo. Ale a propos, Jamie, dlaczego ty właściwie 
nie ubiegałeś się o urząd szeryfa?

- Nie interesuje mnie to. Mam dość dużą rodzinę i nie mogę stale 

siedzieć w pracy. Lubię sobie pogadać z dzieciakami i spokojnie zjeść 
z żoną kolację. Wolę być zastępcą szeryfa niż szeryfem.

Desiree skinęła głową.

- Rozumiem.

Virgil  próbował  nie  okazać  wzburzenia.  Cholera  jasna,  przecież 

to ja miałem być pierwszym zastępcą! Skoro już nie jestem szeryfem, 
to powinienem być chociaż pierwszym zastępcą, co ona sobie myśli...

- Jamie, chcesz coś jeszcze powiedzieć? - zapytała Desiree.

Tym razem, zgodnie z jej poleceniem, Jamie nie wstał z miejsca.

- Tak...  Chciałbym  jeszcze  dodać,  że  tutaj  jest  mnóstwo 

odpowiednich  ludzi  i  niejeden  byłby  na  pewno  dobrym  zastępcą 
szeryfa.  Ale  ja...  jeśli  nim  dalej  zostanę,  będę  wypełniał  swoje 
obowiązki  lojalnie  i  uczciwie.  Będę  słuchał  tylko  pani  rozkazów  i 
robił  wszystko  tak,  jak  pani  każe.  Nie  tak,  jak  powie  Wyatt  albo 
Morgan,  albo  Virgil.  Nie  będę  dyskutował  ani  mówił,  co  ma  pani 
robić,  będę  słuchał  i  wykonywał  polecenia.  To  wszystko.  Tak  sobie 
wyobrażam swoją pracę.

Virgil  dostrzegł  wzruszenie  na  jego  twarzy  i  zauważył,  jakie 

wrażenie  przemowa  Jamiego  zrobiła  na  Desiree.  Wiedział  już,  kto 
zostanie pierwszym zastępcą szeryfa; szeryf nie musiał nic mówić.

- Marto,  zostaw  swoją  robotę,  teraz  będziemy  zaprzysięgać 

Jamiego na mojego zastępcę.

background image

- Ale  przecież... - Sekretarka  przeniosła  zdumiony  wzrok  na 

Virgila.

- Nic nie mów, Marto - odezwał się Virgil. - Desiree  ma prawo 

decydować.

Czuł się podle; był rozczarowany, a co gorsza, obudziło się w nim 

poczucie  winy.  Wszystko  było  jasne:  ci  dwoje,  Desiree  i  Jamie,  są 
entuzjastycznie  nastawieni  do  swojej  pracy,  lubią  ją  i  chcą  ją 
wykonywać, a on, Virgil, jest pusty i wypalony w środku.

Wypaliły  go  lata  pracy  w  Hollywood.  Zdał  sobie  z  tego  sprawę 

wtedy,  w  Kalifornii,  kiedy  stał  w  ogrodzie  nad  tym  nieszczęsnym 
Mitchellem Gibsonem i tą nieletnią  gwiazdką. Był stary i zmęczony; 
był  pusty  w  środku.  Zawsze  myślał,  że  jest  silny,  stanowczy  i 
skuteczny,  że  jest  człowiekiem,  któremu  można  powierzyć  życie.  A 
teraz  Desiree  Hartlan  publicznie  stwierdza,  że  bardziej  ufa  jakiemuś 
obcemu facetowi.

To boli, to bardzo boli. On nazywa się Bodine, a Bodine to ktoś, 

komu wszyscy ufają. Wszyscy oprócz tej kobiety.

Poczuł  nagle,  że  musi  ją  przekonać,  że  musi  przekonać  jedyną 

osobę  na  świecie,  która  w  niego  wątpi,  że  potrafi  być  tym,  za  kogo 
zawsze siebie uważał.

- W  takim  razie...  mogę  pełnić  w  biurze  jakąś  inną  funkcję -

powiedział opanowanym głosem. - Każdą, którą szeryf mi wyznaczy.

Desiree zajrzała do dokumentów.

- Mógłbyś chyba być tylko drugim zastępcą.
- W porządku.
- Zgadzasz się?
- Oczywiście.

I nie rób takiej zdumionej miny, Ray. Mówię zupełnie poważnie, 

od  lat  tak  poważnie  nie  mówiłem.  Zaraziłaś  mnie  swoim 
entuzjazmem,  zgoda,  ale  entuzjazm  to  jedno,  a  czujność  to  drugie.
Będę cię czujnie obserwował i będę... nad tobą czuwał.

- W takim razie przejdźmy do rzeczy. Desiree wstała i skinęła na 

Martę.

- Bądź  tak  dobra,  przynieś  mi  Biblię  i  zaprowadź mnie  do 

najbliższej flagi. Jamie pójdzie na pierwszy ogień.

Jamie  podniósł  rękę  i  uroczyście  złożył  przysięgę,  że  będzie 

służył  miastu  Tombstone  i  stanowi  Arizona,  przestrzegając  wiernie 
amerykańskiego prawa. Potem nadeszła kolej Virgila.

background image

Położył  dłoń  na  starej  wysłużonej  Biblii,  na  którą  przysięgały 

pokolenia  Earpów  i  Bodine'ów.  Poczuł  ciężar  tradycji,  prawdy  i 
sprawiedliwości.  Słowa  wypowiadanej  przysięgi  głębokim  echem 
rozległy się w jego sercu.

- W obliczu Boga i ojczyzny przyrzekam, że będę strzegł prawa 

wszystkich obywateli do życia w spokoju i bezpieczeństwie.

Czuł,  że  znowu  staje  się  strażnikiem  prawa;  nie  będzie  już 

ochroniarzem,  któremu  płacą  za  to,  żeby  sprawnie  posługiwał  się 
swoimi muskułami. Będzie strażnikiem prawa.

Nieważne,  że  nie  jest  szeryfem.  Jest  na  swoim  miejscu  i  nosi 

odznakę, którą zawsze kochał.

Virgil Bodine naprawdę wrócił do domu.

background image

Rozdział 5
Poczuła, że kurczy jej się żołądek i spojrzała na stary zegarek po 

dziadku, który zawsze nosiła. Boże, już prawie trzecia! Nic dziwnego, 
że jest tak strasznie głodna.

Siedziała od rana nad papierami, próbując  zorientować się, co ją 

czeka.  Zwolniła  Mary  Ann  do  domu,  wysłała  Jamiego  do  szkoły  na 
pogadankę  o  narkotykach  i  posadziła  Virgila  nad  dokumentacją 
ostatnich  spraw,  jakie  napłynęły  do  biura  szeryfa.  Dzień  pracy 
dobiegał  końca  i  prawie  nie  zauważyła,  kiedy  to  się  stało.  Wkrótce 
miała nadejść druga zmiana.

Właściwie  mogę  tu  zostać  i  siedzieć  tak  aż  do  wieczora, 

pomyślała  i  sięgnęła  do  ostatniej  teczki.  Pobieżnie  przejrzała  skargę 
jednego  z  mieszkańców  miasta,  który  się  domagał,  aby  coś  zrobić  z 
turystycznymi  autobusami  regularnie  zagradzającymi  mu  wjazd  do 
garażu.

Powiadomiła tych pracowników,  którzy urzędowali  po południu, 

że  Virgil  znowu  pracuje  w  biurze,  i  sięgnęła  po  kluczyki  do 
samochodu.

Jutro  przyjdę  wcześniej,  zjem  śniadanie  z  Jamiem  i  sobie 

pogadamy.  Potem  porozmawiam  z  Mary  Ann,  dzisiaj  ledwo  mi 
mignęła.  Około  dziesiątej  przejrzymy  z  Martą  nasz  budżet  i 
zastanowimy się, co z tymi nowymi komputerami; na razie wezmę z 
domu  mojego  laptopa.  Nie  zamierzam  pracować  na  tym 
przedpotopowym sprzęcie, który tutaj mają. Stary komputer to gorsze 
niż  gęsie  pióro.  Marta  też  musi  mieć  nowy  sprzęt,  musi  sporządzić 
kompletną bazę danych.

Co jeszcze? Aha, miałam kupić suchą karmę dla psa. Chyba mają 

tu coś takiego. Jestem wykończona. Wracam do domu i kładę się spać.

- Wyglądasz  na  kogoś,  komu  przydałaby  się  drzemka.  Virgil 

czekał na nią przy samochodzie.

- Już taka jestem, lubię sobie popracować, a potem pospać. Masz 

do mnie jakąś sprawę?

- Chciałem  prosić,  żebyś  mnie  podwiozła.  Przyjechałem  rano  z 

jednym z naszych pracowników, a teraz nie mam jak wrócić do domu. 
Wszystkie  samochody  są  potrzebne  na  farmie,  a  mój  jeszcze  nie 
przyjechał z Los Angeles.

- Mogłeś się rano zabrać ze mną.
- Nie wiedziałem, jak na mnie zareagujesz.

background image

Jego zachowanie zdziwiło ją, tak jak poprzednio zdziwiła ją jego 

gotowość  zostania  drugim  zastępcą.  Spodziewała  się  raczej  urażonej 
dumy,  a  nawet  wybuchu  gniewu.  Tymczasem  Virgil  potulnie,  bez 
słowa  skargi,  przyjął  zaproponowane  mu stanowisko,  mimo  że  dragi 
zastępca szeryfa jest po prostu zwykłym pracownikiem biura.

Może  go  nie  doceniła,  może  Virgil  Bodine  to  coś  więcej  niż 

pewne siebie zachowanie i eleganckie garnitury.

- Wsiadaj, już i tak siedzieliśmy w pracy zbyt długo.
- Dziękuję. Otworzył przed nią drzwi.
- Może  ty  będziesz  prowadził - powiedziała,  podając  mu 

kluczyki. - Ja jestem wykończona, od dawna tak nie pracowałam. Ale 
będziemy  musieli  przystanąć  po  drodze,  bo  muszę  załatwić  kilka 
rzeczy. Jeśli się bardzo nie śpieszysz, to może mnie podwieziesz.

- Nie ma sprawy.

Wziął od niej kluczyki i zajęli w samochodzie miejsca.

- Gdzie pojedziemy najpierw? - Virgil spojrzał na nią pytająco.
- Pojedziemy  do  sklepu,  bo  muszę  kupić  jedzenie  dla  psa,  ale 

najpierw chciałabym zajrzeć do szpitala.

- Coś się stało?
- Chcę  wynająć  dla  Caro  prywatną  pielęgniarkę  albo  jakąś 

pomoc, żeby Cat mogła zostawać w domu.

Virgil pokręcił z powątpiewaniem głową.

- Nie  warto  tam  jechać,  w  Tombstone  nie  znajdziesz  takiej 

pielęgniarki. Wyatt już próbował, trzeba jechać do Tucson.

- Caro nie zgodzi się, żeby jakaś zupełnie obca osoba opiekowała 

się jej córką.

A  ja  przyrzekłam,  że  coś  jej  załatwię...  Teraz,  kiedy  zostałam 

szeryfem, sama nie będę mogła w niczym jej pomóc.

Virgil zwolnił; dojeżdżali do sklepu spożywczego.

- A co myślisz o matce Jasenthy? Może Lozen mogłaby zająć się 

małą? - zapytała.

- Lozen?
- Tak.  Jest  lekarzem  pediatrą,  pracuje  w  szpitalu  w  Tucson, 

prawda?

- Tak,  słyszałem,  że  jeszcze  tam  pracuje  i  że  nie  wyszła 

ponownie za mąż.

- Może przyjedzie tutaj, jeśli ją o to poproszę.

background image

- Trudno  powiedzieć,  a  ją  samą  trudno  zastać  w  domu.  Rzadko 

bywa u siebie, większość czasu spędza w rezerwatach, gdzie za darmo 
leczy ludzi. Lepiej pogadaj z Jasenthą.

Zaparkował  na  małym  parkingu  przed  sklepem  i  spojrzał  na 

Desiree wyczekująco.

- Mam ci zrobić zakupy?
- Nie,  dam  sobie  radę - odparła,  żałując,  że  jej  odpowiedź 

wypadła znacznie bardziej szorstko, niż to planowała.

Virgil  uśmiechnął  się  i  poczuła,  że  się  czerwieni.  Uważaj, 

pomyślała,  uważaj,  Desiree.  Nie  wolno  mieszać  przyjemności  z 
obowiązkiem, to się zwykle źle kończy.

Zwłaszcza jeśli obie strony mieszkają pod jednym dachem i jedna 

z nich jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną!

- Ten upał jest bardzo męczący - mruknął pojednawczo Virgil.
- Nie zapominaj, że ja też jestem z Arizony!
- Ale  tu,  u  nas,  jest  cieplej  niż  w  Phoenix.  Większość 

pomieszczeń  nie  jest  klimatyzowana  i  mam wrażenie,  że nasz  szeryf 
słabo  to  znosi.  Zastań  w  samochodzie,  powiedz  mi  tylko,  czego 
potrzebujesz. Dla mnie to żaden kłopot, sam też mam kilka rzeczy do 
kupienia. Za jednym zamachem zrobię i twoje sprawunki.

- W takim razie w porządku. Kup Oscarowi torbę karmy mięsnej 

i taką kostkę do gryzienia. - Otworzyła torebkę i podała mu pieniądze.
- I może jeszcze witaminy, bardzo dawno nie dostawał witamin.

- Dobrze. Zaraz wracam.

Przez  chwilę  patrzyła,  jak  Virgil  znika  we  wnętrzu  sklepu,  a 

potem  oparła  się  i  przymknęła  oczy.  Czuła  na  twarzy  lekki  powiew 
wiatru. Odpięła pasy i na chwilę pogrążyła się w rozmyślaniach. Może 
niesłusznie  była  wobec  niego  tak  surowa,  może  oceniła  go  zbyt 
pochopnie?

Odkąd  przestał  być  jej  konkurentem,  stał  się  naprawdę  zupełnie 

inny. Współpraca z kimś takim może być nawet bardzo przyjemna. Z 
zamyślenia wyrwało ją dopiero stukanie w szybę.

Zamrugała  oczami.  Czyżby  Virgil  już  uporał  się  z  zakupami? 

Wyprostowała się i spojrzała na dwór.

Za szybą stał... Albert Jondell.
Zesztywniała  i  wyprostowała  się  jeszcze  bardziej;  senność 

natychmiast gdzieś się ulotniła. Opuściła szybę i powiedziała:

- Odejdź od samochodu. Ręce trzymaj tak, żebym je widziała.

background image

Pomacała  rękojeść  rewolweru,  potem  szybko  wysiadła  i  stanęła 

naprzeciwko mężczyzny, który sądził, że zniszczyła mu życie.

Nie  przypominał  dzikiej  bestii  ani  zwyrodniałego  potwora. 

Wyglądał  zupełnie  normalnie,  i  właśnie  to  wprawiło  ją  w  popłoch. 
Potem,  gdy  uprzytomniła  sobie,  że  jest  zdolny  do  wszystkiego, 
przebiegł ją zimny dreszcz.

- Co tu robisz i czego chcesz, Jondell?
- Tak to się mówi do uczciwego obywatela?
- Ty jesteś uczciwym obywatelem? Pierwsze słyszę.
- Ja. We własnej osobie, droga pani.
- Jestem szeryfem - poprawiła go chłodno - i masz odnosić się z 

szacunkiem do odznaki, którą noszę. Nawet jeśli nie szanujesz  mnie, 
masz szanować mój urząd.

Twarz Jondella poczerwieniała.

- W porządku, szeryfie.
- A teraz może mi powiesz, czego chcesz.
- Nie  mam  gdzie  przenocować!  Byłem  właśnie  na  polu 

kempingowym,  tym  dla  samochodów  osobowych  z  przyczepami  i 
ciężarówek. Mają wolne miejsca, ale...

- Pozwól mi zgadnąć... Nie chcą cię wpuścić.
- Mówią, że wszystko zajęte.
- A tak nie jest?
- Nie, do cholery, nie! Tak nie jest, szeryfie.
- Dlaczego cię to dziwi? - Oczy Desiree zwęziły się, głos stał się 

zły i syczący. - A zresztą, co ty robisz na tutejszym kempingu?

- Szukałem  pracy.  Dzięki  tobie  nikt  w  Phoenix  nie  chce  mnie 

zatrudnić. Nie mam z czego żyć.

- A to już nie jest mój problem.
- Właśnie,  że  jest.  Znalazłem  sobie  pracę  w  połowie  drogi  do 

Tucson. Zapytałem na stacji benzynowej i coś mi dali.

Desiree poczuła gęsią skórkę. To znaczy, że będzie go miała tuż 

pod bokiem; nigdy się od niej nie odczepi!

- Znalazłeś sobie pracę niedaleko Tombstone?
- Tak, przy autostradzie. Będę malował słupki. Desiree spojrzała 

na niego wrogo.

- Nareszcie zawsze będę wiedziała, gdzie cię znaleźć. Wizja, że 

Jondell  będzie  tuż  obok,  a  do  tego  dobrze widoczny  z  powodu 

background image

charakterystycznego, jaskrawego stroju, jaki noszą robotnicy drogowi, 
miała w sobie coś złowrogiego i absurdalnego zarazem.

- To  podła  robota,  nie  taka,  jaką  miałem przedtem.  Zmierzył  ją 

wzrokiem i uśmiechnął się zjadliwie.

- Widzę, że nie tylko ja zmieniłem robotę na gorszą. Już się nie 

jest prawnikiem w eleganckiej todze, co?

- Nie  interesują  mnie  pańskie  komentarze,  panie  Jondell. 

Gratuluję, że znalazł pan sobie pracę, i życzę miłego dnia.

Odwróciła się, próbując odejść, lecz ją zatrzymał.

- Nie tak  szybko.  Nie dadzą  mi roboty,  jak  nie  będę miał gdzie 

mieszkać.  Teraz,  po  tych  wszystkich  wydatkach  na  adwokata,  mogę 
sobie  pozwolić  tylko  na  namiot na  kempingu. Oboje  musimy  z żoną 
pracować, żeby nie stracić domu, który mamy w Phoenix. Za nic nie 
możemy stracić naszego domu!

Nie  myśl,  że  mnie  wzruszysz,  pomyślała  Desiree.  Przez  ciebie 

Linda straciła coś więcej niż dom. Ona nigdy już nie wróci do siebie, 
będzie  innym  człowiekiem,  będzie  okaleczona  na  całe  życie.  Nie 
myśl,  że  mnie wzruszysz  swoimi  łzawymi  historyjkami o  utraconym 
bezpowrotnie domu.

- Nic mnie to nie obchodzi - powiedziała.
- A powinno! Mam pieniądze na opłacenie miejsca i muszą mnie 

wpuścić. Nie jestem zbrodniarzem! Nie mogą mnie odpędzić jak psa!

- Myślę...

Już chciała powiedzieć, że powinien o tym wszystkim pomyśleć, 

zanim skrzywdził Lindę, ale ktoś jej przerwał.

- On ma rację.

Odwróciła głowę i ujrzała Virgila.

- Sama się tym zajmę - rzekła ostrzegawczym tonem.
- Chciałbym tylko trochę pomóc. Ma pan prawo zatrzymać się na 

kempingu, panie... Nazywa się pan Jondell, prawda?

- Tak.  Czy  to  znaczy,  że  mi  pomożecie?  Desiree  spojrzała  na 

Virgila.

- Powiedziałam, że sama się tym zajmę.

Virgil  zaczął  umieszczać  torby  z  zakupami  na  tylnym  siedzeniu 

samochodu.

- Sądzę,  że  pan  Jondell  rozumuje  w  ten  sposób:  nie  zostałem 

skazany,  nie  jestem  zbrodniarzem,  mam  te  same  prawa  co  każdy 
obywatel. Ma rację i prawo jest po jego stronie.

background image

Desiree nie wierzyła własnym uszom. Prawo jest po jego stronie! 

I szeryf, jako przedstawiciel prawa, też powinien być po jego stronie, 
tak?

- Zamierzasz wpuścić kogoś takiego do miasta?
- Oczywiście.  To  proste,  według  prawa  nikt  nie  może  być 

dyskryminowany. Zakazać wstępu do miasta można tylko komuś, kto 
jest  pozbawiony  praw  obywatelskich  albo  stanowi  poważne 
zagrożenie dla życia i zdrowia obywateli.

- Nie jestem trędowaty - krzywo uśmiechnął się Jondell - a ludzie 

traktują  mnie,  jakbym  roznosił  zarazę.  Lepiej  niech  pani  posłucha 
swojego chłopaka. On dobrze mówi.

- To nie jest mój chłopak, tylko mój zastępca.
- Co  mnie  to  obchodzi! - ryknął  Jondell. - Macie  postępować 

zgodnie z prawem! Macie mi pomóc, i to zaraz! To wasz obowiązek! 
A jak nie, to oskarżę was o łamanie prawa! Raz już przeze mnie ktoś 
tu stracił robotę...

Desiree  uśmiechnęła  się;  zrobiła  krok  do  przodu  i  stanęła  z  nim 

twarzą w twarz.

- Grozisz  mi?  I  to  przy  świadku?  Grozisz  szeryfowi  w  czasie 

sprawowania służbowych obowiązków? Wiesz, co to znaczy?

Jondell cofnął się.

- Ja nie... Nikomu nie groziłem... Ja tylko... Spojrzał na Virgila, 

jakby oczekiwał od niego pomocy.

Nie doczekał się jednak; Virgil milczał.
W  końcu  się  opamiętał,  pomyślała  Desiree.  Jest  mimo  wszystko 

jako tako lojalny.

- Zadzwonię na kemping - powiedziała - i pogadam z nimi. Jutro 

rano zgłoś się do mojego biura. Poinformuję cię, co załatwiłam.

- Ale...  gdzie  ja  mam  spać?  Motele  są  pełne  ludzi,  nigdzie  nie 

znajdę miejsca.

- W  obrębie  miasta  nie  wolno  się  włóczyć.  Możesz  sobie 

pojechać na pustynię i przespać się w samochodzie. Coś jeszcze?

- Nie, nic. Dziękuję bardzo, potrafię się odwdzięczyć. Jego słowa 

zabrzmiały niewinnie, ale w oczach była wściekłość i groźba.

- Możemy  ci  jeszcze  zaproponować  nocleg  w  naszym  areszcie. 

Mamy  bardzo  wygodną  celę.  Interesuje  cię  to? - Głos  Virgila 
zabrzmiał  jeszcze  bardziej  złowrogo. - Zawsze  możemy  to  załatwić. 
Wystarczy poprosić.

background image

Jondell  wykonał  w  tył  zwrot,  szybko  podszedł  do  swojego 

pokrytego  pyłem  i  błotem  auta,  i  zniknął  w  środku.  Desiree  wyjęła 
notes i zanotowała numer samochodu.

- Wszystko w porządku? - zapytał Virgil.
- Tak,  po  prostu  troszkę  się  zdenerwowałam.  To  było  takie 

nieoczekiwane zakończenie dzisiejszego dnia.

W duchu musiała przyznać, że cieszy się, iż Virgil z nią jest. Nie 

dlatego, że bez niego bardziej by się przestraszyła albo nie wiedziała, 
jak  się  zachować.  Po  prostu  co  dwie  odznaki,  to  nie  jedna.  Zawsze 
lepiej jest mieć kogoś obok siebie, na wszelki wypadek.

- Mógłbym się obejść bez takiego zakończenia. Dzisiejszy dzień i 

tak był dość wyczerpujący.

Wsiedli  do  samochodu.  Podczas  gdy  Virgil  poprawiał  sklepowe 

torby, Desiree raz jeszcze przyjrzała się zakurzonemu pojazdowi, żeby 
sprawdzić  czy  dobrze  zapisała  numer.  Przechyliła  się  przy  tym, 
potrącając jedną z toreb; wysypały się cukierki, batoniki i komiksy.

Poczuła  wyrzuty  sumienia,  że  sama  nie  pomyślała  o  samotnym 

chłopcu pozostawionym na cały dzień w obcym domu. Biedny Travis, 
siedzi tam i zadręcza się, a ja co kupuję? Jedzenie dla psa. Cokolwiek 
by się powiedziało, Virgil Bodine nie jest złym ojcem.

A  teraz  te  dzieciaki,  moja  siostrzenica  i  jego  syn,  mieszkają  w 

tym samym mieście co ten potwór. I co ja mam robić?

Odczekała,  aż  samochód  Jonella  zniknie  za  zakrętem,  i  dopiero 

wtedy zwróciła się do Virgila.

- Następnym  razem,  bardzo  cię  proszę,  pozwól  mi  samej 

dokończyć sprawę, którą prowadzę.

Czuła, że musi jakoś podreperować swój autorytet, nadszarpnięty 

przez  niedawną  scenę.  Przecież  nawet  sama  przed  sobą  musiała 
przyznać, że obecność Virgila bardzo się jej przydała.

- W  takim  razie  nie  dawaj  mi  pretekstu  do  wtrącania  się  w 

prowadzoną przez siebie sprawę. Znowu byłaś na najlepszej drodze do 
złamania prawa. Swoją drogą, to dość ciekawa skłonność u prawnika.

Zacisnęła usta.

- Daj mi kluczyki, poprowadzę.

Zrobił,  o  co  prosiła,  i  bez  słowa  usiadł  na  miejscu  pasażera.  Po 

chwili  jednak  odezwał  się  znowu.  Widać  było,  że  spotkanie  z 
Jondellem dało mu do myślenia.

- Jak długo z nim rozmawiałaś, zanim przyszedłem? Groził ci?

background image

- Pojawił  się  na  krótko  przed  twoim  powrotem  i  wcale  mi  nie 

groził. Opowiadał natomiast, jaki to ma ciężki los, a wszystko przeze 
mnie.  Ja  po  prostu  nie  wierzę  w  te  jego  łzawe  bajdy  o  tym,  jak  to 
biedaczek nigdzie nie może dostać pracy, i dopiero tutaj coś znalazł. 
Jest pełno miejsc, gdzie mógłby pojechać. Ciekawe, dlaczego wybrał 
właśnie nasze miasto.

- Chcesz usłyszeć moje zdanie?
- Tak.
- Uprzedzam, że ci się nie spodoba.
- Mimo to słucham.
- Dziwne, że sama na to jeszcze nie wpadłaś. Jondell przyjechał 

tutaj, bo chce ci zrobić to samo, co ty mu zrobiłaś. Sprawujesz teraz 
publiczną  funkcję  i  dzięki  temu  jesteś  bardzo  łakomym  kąskiem. 
Łatwo  cię  skompromitować,  a  on  nie  może  doczekać  się  zemsty. 
Chyba właśnie ty dobrze to rozumiesz.

Desiree zamrugała powiekami. Cios był silny i niesprawiedliwy.

- To tak mnie osądzasz? Myślisz, że ja też szukam zemsty, a nie 

sprawiedliwości?

- Nazywaj to, jak chcesz, szeryfie. Załatwiłaś go swoją kampanią 

przeciwko niemu.

- I bardzo się cieszę. Chociaż tyle mogłam zrobić dla Lindy i jej 

rodziny.

- Gratuluję. - W jego głosie zabrzmiała ironia. - Tak czy inaczej, 

zrobiłaś sobie wroga.

- Trudno,  jakoś  to  przeżyję.  Nie  myślałam  tylko,  że  będzie  się 

wszędzie za mną włóczył.

- Dobrze  mówisz,  nie  myślałaś.  To  twoja  stała  cecha.  Desiree 

zjechała na pobocze i zahamowała.

- Posłuchaj,  długo  byłam  cierpliwa.  To  był  ciężki  dzień  i  byłeś 

mi  potrzebny,  dlatego  znosiłam  twoją  obecność.  Nie  zamierzam 
jednak słuchać twoich impertynencji. O co ci właściwie chodzi?

- O ciebie. Jesteś tu szeryfem, a szeryf musi wiedzieć, że prawo 

jest  takie  samo  dla  wszystkich.  Do  każdego  trzeba  przykładać 
jednakową  miarkę,  bo  ludzie  wobec  prawa  są  równi.  To  taki 
prawniczy elementarz.

- To  znaczy,  że  gdybyś  nawet  aresztował  samego  diabła, 

oskarżonego  o  najgorsze  zbrodnie,  to  traktowałbyś  go  jak  każdego 
innego człowieka?

background image

- Wobec  prawa  byłby  takim  samym  obywatelem  jak  ja  czy  ty. 

Albo Albert Jondell. Nie musisz szanować takich ludzi, ale musisz ich 
traktować tak samo jak innych.

- Mylisz się, strasznie się mylisz.
- Naprawdę?
- Uczciwi  obywatele  tego  kraju  powinni  móc  ode  mnie 

oczekiwać  więcej  niż  gwałciciele,  złodzieje  i  mordercy.  Jondell  jest 
koszmarnym  wspomnieniem  z  mojego  dawnego  życia  i  na  szczęście 
jest wyjątkiem.

Virgil odpiął pasy i zwrócił się ku niej całym ciałem.

- Może to, co zrobiłaś z Jondellem, to wyjątek. Nie wiem. Ale to 

spowodowało,  że  masz  wroga,  a  ten  wróg  właśnie  zamieszkał  w 
naszym  mieście.  Dwa  tysiące  ludzi  będzie  odtąd  musiało  z  nim  żyć. 
Moja  i  twoja  rodzina  również.  Naraziłaś  ich  wszystkich.  Jesteś 
zadowolona?

- Ja... - Głos uwiązł jej w gardle. - Ja...
- Myślę,  że  nie - powiedział  głosem  lodowatym  jak  nocny 

powiew  pustyni. - A  do  tego  dziś  wieczorem  będziemy  musieli 
pojechać  na  kemping  i  załatwić  temu  bydlakowi  miejsce,  bo  ma  do 
tego prawo. Ma do tego prawo! - powtórzył z naciskiem. - A jeśli nie 
masz  zamiaru  dotrzymać  przysięgi,  którą  złożyłaś  jako  szeryf,  to 
lepiej od razu zrezygnuj ze stanowiska. Dobrze ci radzę.

Desiree przez chwilę milczała.

- Chociaż się z tobą nie zgadzam - odrzekła w końcu powolnym 

głosem,  jakby  z  trudem  łapała  oddech - muszę  ci  odpowiedzieć. 
Rozumiem twój punkt widzenia.

- Masz  odpowiedzieć  nie  mnie,  tylko  temu  miastu,  które  ci 

zaufało,  bo uwierzyło,  że będziesz  respektować  prawo.  Ciekawe,  jak 
twoi  wyborcy  zareagują  na  wiadomość,  jakiego  to  mają  nowego 
współobywatela.  Chyba  nie  będą  zachwyceni  obecnością  pana 
Jondella w naszym mieście.

Desiree włączyła silnik i wyprowadziła samochód na drogę.

- Jeszcze  nie  wiadomo,  czy  on  zamierza  tu  zostać  na  stałe. 

Zadzwoń  do  biura  i  powiedz,  żeby  sprawdzili,  jak  to  jest  z  tą  jego 
pracą. Może blefował.  Wyatt pozwolił  mi korzystać  z waszych koni. 
Jeszcze przed kolacją pojadę  na' ten kemping i dowiem się, co i jak. 
Gdzie to jest?

background image

- Niestety,  niedaleko  od  domu,  jakieś  dwadzieścia  minut  jazdy. 

Może...

- Dziękuję - nie pozwoliła mu dokończyć. - Pojadę tam, jak tylko 

wrócimy na farmę.

- Wystarczy  jechać  po  kolacji.  Chciałbym  się  przedtem  jeszcze 

zobaczyć  z  Travisem.  Zresztą  musimy  powiedzieć  Wyattowi  i 
Morganowi,  że  Jondell  jest  w  mieście.  Z  Travisem  porozmawiam  ja 
sam.

- Dobrze, ale nie musisz z tego powodu tracić kolacji.
- Myślisz, że...
- Tak. Pojadę tam sama.

background image

Rozdział 6
Wyatt  Bodine  stał  w  stajni  i  patrzył,  jak  Desiree  siodła  Perłową 

Kroplę, jedną z jego ulubionych klaczy. Perłowa Kropla była czystej 
krwi arabem i słynęła z dużej szybkości. Była smukła i lekka, i rwała 
się do galopu. Wyatt miał dobre konie i bardzo o nie dbał.

- Uważaj na nią, jest bardzo  nerwowa - powiedział. - Musisz ją 

dobrze wyczuć. I żeby się nie przegrzała.

Desiree zarzuciła siodło na grzbiet klaczy.

- Nie martw się, damy sobie radę. Na pewno się zaprzyjaźnimy. 

No już, maleńka, zaraz lecimy. Widzisz, jak bardzo się śpieszę?

- Czy wiesz, jak dojechać na ten kemping? - zapytał Wyatt.

Powiedziała mu już, dokąd się wybiera, nie precyzując, dlaczego 

to robi.

Desiree docisnęła popręgi i uniosła głowę.

- Wiem.  Virgil  powiedział  mi,  że  muszę  jechać  na  północny 

zachód.  Znam  te  strony.  Poprzednim  razem,  kiedy  tu  byłam, 
objechałyśmy  z  Caro  całą  okolicę.  Jak  ona  się  dzisiaj  czuje?  Nie 
miałam czasu, żeby po powrocie do niej zajrzeć.

Wyatt westchnął.

- Nawet nieźle. Myślę tylko, że nie powinna wiedzieć, że Jondell 

jest w mieście. Wolałbym to przed nią ukryć.

- Ale ty już wiesz.

Klacz rzuciła głową, Desiree przytrzymała wodze.

- Swoją drogą, jak myślisz, czy Virgil nie mógłby trzymać języka 

za zębami?

Wyatt nie odpowiedział.

- Rozmawiał już z Travisem?
- Tak.  Powiedział  mu,  żeby  uważał  i  nie  odchodził  daleko  od 

domu.

Desiree pogłaskała aksamitne chrapy klaczy.

- Ma chyba na tyle rozsądku, żeby chłopca zbytnio nie straszyć...

Perłowa Kropla musnęła wargami jej ramię.

- Zaraz, zaraz, nie śpiesz się tak, maleńka. Wyatt spojrzał na nią 

spod oka.

- Widzę, że śpieszysz się nie mniej niż ona. Tym razem Desiree 

nie odpowiedziała.

- Możesz przecież poprosić o eskortę - dodał Wyatt. - W takich 

wypadkach przydziela się szeryfowi ludzi.

background image

- Wiem.
- Mogę pojechać z tobą ja albo Morgan, a jak wolisz, Jamie może 

tam podjechać jeepem.

- Pojadę sama. To ma być tylko taka rutynowa wizyta, a nie jakaś 

obława.

- Wiem, ale nawet w takim przypadku warto jest mieć kogoś przy 

sobie.

- Wszystko  będzie  w porządku.  Zresztą,  o  ile znam Virgila,  już 

jest w drodze na pole kempingowe.

Ujęła wodze i poprowadziła klacz do wyjścia ze stajni.

- A jeśli  jeszcze nie wyjechał, to powiedz  mu, że kieruję  się na 

północ.  Może  to  potraktować  jako  polecenie  służbowe  albo  jako 
zaproszenie na wycieczkę. Jak chce.

Uśmiechnęła  się  i  wskoczyła  na  siodło.  Lekko  cmoknęła  i 

odjechała.

Pięć  minut  później  Virgil  w  drugim  końcu  stajni  oporządzał 

swego czarnego ogiera imieniem Onyks.

Wyatt też przy tym był.

- Ona jest strasznie na ciebie cięta, braciszku.
- Mówiła może coś? - Virgil uniósł głowę i spojrzał na Wyatta.
- Nic takiego, to znaczy nic specjalnie pochlebnego.
- Nasz szeryf nie jest zbyt subtelny, co?
- Nie  na  darmo  pochodzi  z  rodziny  Hartlanów.  Znam  ten 

temperament. Desiree jest prawie tak ładna jak moja Caro, prawda? -
zapytał niespodziewanie.

O  wiele  ładniejsza,  pomyślał  Virgil,  ale  ugryzł  się  w  język.  Nie 

zamierzał dyskutować z bratem o urodzie Hartlanówien.

- Nie  interesuje  mnie  jej  uroda,  tylko  to,  co  ma  w  głowie -

powiedział zamiast tego.

- W głowie? Coś takiego, opowiadaj! - Wyatt znacząco zmrużył 

oko. - To coś zupełnie nowego.

- Daj  spokój,  Wyatt.  Ostatnim  razem,  jak  się  zainteresowałem 

kobietą, to wszystko skończyło się rozwodem.

- Tym  lepiej,  że  masz  to  za  sobą.  Teraz  możesz  spróbować  na 

serio.  Nie  zawsze  ma  się  takie  szczęście  jak  ja,  żeby  trafić  za 
pierwszym razem. Jak wiesz, Morgan najpierw długo chodził z Kim, a 
dopiero potem ożenił się z Jasenthą.

background image

- Nie  mam  zamiaru  ryzykować  po  raz  drugi,  koniec,  kropka. 

Zresztą  Caro  i  Jasenthą  mają  rozum  w  głowie,  a  Desiree  jest  trochę 
postrzelona.

- Przejdzie jej, a ty się pośpiesz.

Virgil wsiadł na ogiera, ale nie wyprowadził go jeszcze ze stajni.

- Już jadę.
- Braciszku?
- Słucham.
- Powiedziała, żebyś się kierował na północ, ona na ciebie czeka.
- Dzięki.

Spiął nogami boki konia.

- W drogę.

Travis  stał  w kącie  i  z ukrycia  śledził  poczynania  ojca.  Widział, 

jak  Virgil  wyjeżdża  ze  stajni  i  kieruje  się  w  stronę,  gdzie  przedtem 
pojechała  Desiree  na  Perłowej  Kropli.  Umiał  jeździć  konno;  w  Los 
Angeles brał lekcje konnej jazdy, ale nigdy nie miał własnego konia. 
Nie umiałby nawet sam go osiodłać. Podczas lekcji jeździł w kółko na 
lonży  i  brał  przeszkody  pod  okiem  instruktora.  Było  to  strasznie 
nudne, ale w Tombstone było jeszcze nudniej. Nic tylko konie i psy.

Znowu  został  sam.  Cały  dzień  był  sam,  a  teraz  znowu wszyscy 

gdzieś pojechali. Do kolacji jeszcze ze dwie godziny. Ci, co zostali w 
domu,  są  bardzo  zajęci,  tylko  on  nie  ma  nic  do  roboty.  Nie  może 
nawet zadzwonić do kolegi ze szkoły, bo nikogo tu nie zna. Przeczytał 
już  wszystkie  komiksy  i  ilustrowane  pisma,  które  przywiózł  z  Los 
Angeles. Telewizji nie warto oglądać, bo wszystkie tutejsze programy 
są  strasznie  głupie,  a  kablówki  nie  ma.  Nawet  Oscar  skrył  się  przed 
upałem w chłodnym pokoju Caro.

Travis  strasznie  tęsknił  za  towarzystwem.  Myślał,  że  tutaj,  w 

Arizonie,  będzie  dużo  czasu  spędzał  z  ojcem.  Ojciec  sam  mu  to 
przyrzekał, a teraz prawie się nie widują.

Kiedy był  w domu,  w Kalifornii,  każdą  wolną chwilę  spędzał  w 

ruchu. Pływał, jeździł na desce albo biegał po plaży; uwielbiał biegać. 
W Kalifornii też było gorąco, ale tam mu to nie przeszkadzało. Był do 
tego przyzwyczajony; zresztą, zawsze miał w tylnej kieszeni dżinsów 
butelkę  wody,  wszyscy  jego  koledzy  tak  robili.  A  na  głowach  nosili 
czapki bejsbolówki, a nie te idiotyczne kowbojskie kapelusze.

W Kalifornii wszystko było inaczej.

background image

Znał  swoje  ciało  i  wiedział,  czego  może  od  niego  oczekiwać. 

Nigdy dotąd go nie zawiodło ani na wodzie, ani na lądzie. Jest silny i 
wytrzymały;  nieraz  wyprowadził  w  pole  paparazzich,  a  kilka  razy 
udało mu się nawet wykiwać własnych ochroniarzy.

A  tutaj  nie  ma  ochroniarzy.  Tutaj  ludzie  sami  dbają  o  swoje 

bezpieczeństwo. On też tak potrafi, będzie taki jak ojciec.

Ojciec  opowiedział  mu  o  tym  facecie,  co  pobił  i  zgwałcił 

przyjaciółkę Ray. Warto by faceta przyskrzynić.

Gdyby  tak  poszedł  w  ślady  Desiree  i  ojca,  może  by  się  na  coś 

przydał. Ukryje się, nie zobaczą go.

Poczuł  na  twarzy  powiew  wiatru  i  przypomniał  sobie  ocean. 

Otwarte przestrzenie oceanu i pustyni są takie podobne.. . I tak samo 
przyzywają człowieka. Travis był już zmęczony stałym siedzeniem w 
domu, był zmęczony ludźmi; pragnął powiewu wiatru i wolności. Na 
pustyni będzie wolny.

Uśmiechnął  się  na  wspomnienie  rozległych  plaż  Malibu.  Ojciec 

się nie pogniewa. On też zawsze robi to, na co ma ochotę. Travis też 
taki będzie.

Lepiej jednak, żeby go nikt nie zauważył i nie skrzyczał. Nie boi 

się;  ale to  nieprzyjemne, kiedy  na  człowieka  krzyczą.  Znowu  poczuł 
na  twarzy  powiew  wiatru;  musi  pobiec  za  Ray  i  ojcem,  zobaczyć, 
dokąd pojechali.

Jak postanowił, tak zrobił.
Desiree  spodziewała  się,  że  Virgil  dogoni  ją  w  połowie  drogi,  i 

tak się stało.

- Widzę, że Wyatt przekazał ci moją prośbę. Co cię zatrzymało? -

zapytała, kiedy tylko się z nią zrównał.

- Musiałem się przebrać.

Miał na sobie beżowy uniform, swój dawny strój z czasów, kiedy 

był  szeryfem.  Leżał  na  nim  doskonale.  Jak  to  się  mówi?  Za 
mundurem... i tak dalej. Nieważne, pomyślała Desiree,  tak czy owak 
Virgil  wygląda  wspaniale.  I  jest  taki  atrakcyjny,  taki  władczy...  i 
podniecający.

Spuściła wzrok i spojrzała na broń, którą miał u pasa.

- To chyba nie jest kolt jedenastka.
- Nie, to parabellum dziewiątka.

Desiree  skinęła  głową;  obydwa  typy  broni  należały  do 

regulaminowego wyposażenia szeryfa i jego ludzi.

background image

- O co chodzi?

Nie od razu odpowiedziała.

- Nic  takiego...  Po  prostu  pomyślałam,  że  to  dziwne,  ale  ty, 

najstarszy  z  braci,  jesteś  chyba  najmniej  przywiązany  do  tradycji. 
Nosisz  modne  garnitury,  nowoczesną  broń,  prowadzisz  światowe 
życie...

- Miałeś  nawet  żonę  aktorkę... - dodał  takim  samym  tonem. -

Masz rację, nie wyglądam na prawdziwego Bodine'a.

- Tego  nie  powiedziałam.  W  każdym  razie,  teraz  czuję  się 

bezpieczna.

Zerknął na Desiree podejrzliwie, jakby węszył jakąś pułapkę.

- Miałam na myśli twoją broń - wyjaśniła. - Nie wiem, dlaczego 

byłam przekonana, że nosisz zwykłego kolta, jak wszyscy.

- Nie  mógłbym  go  nosić.  Ty  go  masz.  Zamrugała  oczami  i 

machinalnie dotknęła broni.

- Ten? Dał mi go Wyatt. Myślałam, że to jego broń.
- Powiedziałem mu, żeby ci go dał. Dawniej należał do mnie.

Była  naprawdę  poruszona.  Wiedziała,  że  w  Arizonie  mężczyźni 

rzadko pożyczają komuś swoją broń.

- Nie wiedziałam. Kupię sobie inny i oddam ci ten.
- Nie musisz się śpieszyć, nie zależy mi na nim.
- Jak to? Nie chcesz go mieć z powrotem?
- Możesz go sobie zatrzymać. Należał do innego człowieka.

Ściągnęła wodze, zwolniła i zwróciła się ku niemu zdziwiona.

- Bardzo ci dziękuję, Virgil.

Znowu trochę przyśpieszyła i przez chwilę jechali w milczeniu.
Virgil  też  był  zdziwiony  swoim  zachowaniem.  Nie  wiedzieć 

czemu wypowiedział te słowa jakoś tajemniczo i znacząco. Tak jakoś 
wyszło.  Jechali  lekkim  galopem  obok  siebie,  niespiesznie,  jakby 
donikąd nie zmierzali.

Czuł, że wytworzyła się między nimi jakaś intymność, nie mająca 

nic  wspólnego  z  seksem...  Tak  przynajmniej  uważał.  Po  prostu 
bliskość,  jaką  się  odczuwa,  kiedy  ma  się  obok  kogoś,  komu  można 
zaufać.  Wiedział,  że  Desiree  nie  jest  nim  zainteresowana  jako 
mężczyzną.  Pragnie  mieć  przy  sobie  sprawnego  pomocnika,  to 
wszystko. Musiał przyznać, że czuje się tym trochę zawiedziony.

Ale właściwie dlaczego? Przecież jemu też na niej nie zależy. Ile 

ona  może  mieć  lat?  Trzydzieści  pięć?  A  on  ma  o  dziesięć  więcej,  i 

background image

nieudane  małżeństwo  za  sobą.  Ma  też  syna,  który  przeżywa  różne 
problemy i któremu musi poświęcić życie. Nie jest wymarzoną partią 
dla  kogoś  takiego  jak  Desiree  Hartlan,  pełna  życia,  entuzjazmu  i 
temperamentu.

Nagle doszedł do wniosku, że podziwia ją na swój sposób. Może 

była  trochę  egzaltowana,  może  nieraz  działała  zbyt  pochopnie,  ale 
była  bezkompromisowa  i  odważna.  Zniszczyła  nie  tylko  Jondella, 
zniszczyła również swoją karierę prawniczki. Było jednak w niej coś 
imponującego:  była  uczciwa,  miała  wiarę  w  siebie  i  w  słuszność 
swoich poczynań, a to robiło na nim wrażenie.

Ona  jest  po  prostu  taka,  jaki  ja  byłem  wtedy,  przed  laty,  zanim 

wyjazd,  małżeństwo,  Hollywood  i  Los  Angeles  nie  zrobiły  ze  mnie 
tego,  czym  jestem  teraz.  Zanim  nie  wyssały  ze  mnie  całej  siły  i 
nadziei.

Byłem właśnie taki jak ona, odważny i bezkompromisowy.
Tak  to  już  widocznie  musi  być,  taka  jest  kolej  rzeczy,  pomyślał 

melancholijnie.  Teraz  mogę  najwyżej  jej  pomagać.  Ray  potrzebuje 
kogoś,  kto  ją  sprowadzi  na  ziemię  i  nie  pozwoli  bujać  w  chmurach, 
przynajmniej nie zawsze.

Wiedział, że ta rola musi przypaść jemu, ale wcale się z tego nie 

cieszył.  Odpowiedzialność  zaczynała  mu  ciążyć.  Zawsze  był 
najstarszy i zawsze musiał się wszystkimi opiekować.

Wszystkim  wydawało  się  to  normalne,  zwłaszcza  rodzinie  i 

przyjaciołom.  On  sam  musiał  dawać  sobie  radę.  Zawsze  był  bardzo 
obowiązkowy  i  niezależny;  to  on  nad  wszystkim  czuwał.  A  teraz? 
Teraz  musi  się  podporządkować  tej  drobnej  blondynce  na 
pożyczonym koniu, z pożyczonym koltem u boku, w nowiutkim stroju 
szeryfa i... z wrogiem, który ją śledzi.

Boże, pomyślał, zmiłuj się nad nami.
Słońce wisiało już nisko nad horyzontem, kiedy konie zbliżyły się 

do  miejsca  przeznaczenia.  Pole  kempingowe  było  miejscem  dość 
ponurym.  Stara  i  odrapana  przyczepa,  pamiętająca  lepsze  czasy, 
pełniła  funkcję  recepcji  i  „biura",  a  stojący  obok  rozklekotany  barak 
udawał  sklepik  z  artykułami  pierwszej  potrzeby.  Dokoła  wydzielone 
były miejsca dla samochodów i przyczep; na wyleniałej trawie, wśród 
resztek  i  strzępów  papierów,  stało  kilka  spłowiałych  namiotów  i 
drewnianych domków. Wokół unosił się kurz.

background image

Całość  robiła  dość  przygnębiające  wrażenie;  zgodnie  z 

regulaminem,  dzieci  i  domowe  zwierzęta  nie  mogły  przebywać  na 
terenie  kempingu;  zresztą  dobrowolnie  nie  przebywał  tu  nikt,  kogo 
było stać na coś lepszego.

Kiedy  Virgil  i  Desiree  wjechali  na  teren  kempingu,  nikt  nie 

wybiegł im na powitanie.  Dopiero po chwili z przyczepy wyłonił się 
Catfish.

- Dzień  dobry. - Desiree  skinęła  do  niego  ręką. - Chcielibyśmy 

porozmawiać.

Catfish,  były  górnik,  miał  już  swoje  lata.  W  oczy  rzucały  się 

przede  wszystkim  jego  nastroszone,  siwe  wąsy  i  brwi.  Spojrzał  na 
nich spode łba.

- Cześć, Catfish - powiedział Virgil. - Co ty tu porabiasz?
- Śpiewam  kołysanki  turystom - burknął  starzec. - A  co  mam 

robić? Stary Mac Nielson mi płaci, to siedzę w tej budzie. On się sam 
przecież nie pofatyguje na to zadupie, żeby się użerać z takimi jak ten 
tam!

Catfish  pogardliwym  ruchem  ręki  wskazał  stojący  z  boku, 

zakurzony samochód Jondella.

- Witam  panią - zwrócił  się  do  Desiree. - Mam  nadzieję,  że 

wywali  pani  stąd  tego  faceta  na  zbity  pysk.  Niech  sobie  wraca  do 
Phoenix. A może lepiej niech go wykopie Virgil, bo ma większe buty. 
Może wtedy wreszcie człowiek będzie mógł iść spokojnie do domu i 
zjeść kolację!

Desiree wyprostowała się w siodle.

- Chętnie  bym  to  zrobiła,  ale  obawiam  się,  że  będziesz  musiał 

wpuścić tu pana Jondella.

Catfish  w  odpowiedzi  puścił  wiązankę;  Virgil  od  dawna  nie 

słyszał  tak  soczystych  i  malowniczych  określeń.  Zerknął  na  Desiree, 
ciekaw, jak szeryf na to zareaguje.

Ale szeryf ani drgnął.

- Jestem  tego  samego  zdania - oznajmiła  spokojnie  Desiree, 

kiedy  Catfish  zdyszany  skończył - ale  ponieważ  pan  Jondell  według 
prawa  nie  jest  zbrodniarzem,  nie  możemy  zakazać  mu  wstępu  na 
kemping. Może tutaj mieszkać jak każdy.

- Nie jest zbrodniarzem? To kim on jest, ten sukinsyn? Zamiast 

go  tu  wpuszczać,  lepiej  by go  było od  razu  powiesić  na  najbliższym 
drzewie!

background image

Desiree  szybko  przypomniała  sobie  prawdziwe  nazwisko 

Catfisha.

- Panie  Chilton - powiedziała  oficjalnym  tonem - jeśli  pan 

Jondell będzie przestrzegał regulaminu kempingu, może tu zostać, jak 
długo  chce.  Proszę  przygotować  formularz  i  wszystko,  co  trzeba. 
Zaraz go tu przyprowadzę.

Catfish  patrzył  osłupiały,  jak  Desiree  podjeżdża  do  zakurzonego 

samochodu.

- Virgil - jęknął - ty to słyszałeś? Ona chyba zwariowała!  Musi 

być kopnięta w móżdżek! Przecież gnoja trzeba traktować jak gnoja! 
No nie?

- Ona  ma  rację,  Catfish.  Musi  postępować  zgodnie  z  prawem. 

Sam bym tak zrobił na jej miejscu.

Catfish splunął z niesmakiem.

- Niech  to  szlag!  Doczekał  człowiek  czasów,  kiedy  Bodine 

patyczkuje się z takim gównem! Pora umierać.

Virgil uśmiechnął się posępnie.

- Prawo  jest  prawem.  Może  mi  się  to  nie  podobać,  ale muszę 

robić to, co trzeba. Tak czy inaczej, jak tylko pan Jondell złamie jakiś 
przepis, na przykład będzie się trochę głośno zachowywał albo...

- Jeszcze  czego!  Mam  tu  siedzieć  i  słuchać,  jak  on  chrapie? 

Niedoczekanie.

- Chciałbym,  żebyś  tu  trochę  został  i  rzucił  na  niego  okiem. 

Widzę, że w namiotach są kobiety. Trzeba będzie uważać.

Catfish  znowu  zaklął.  Virgil  nie  zwrócił  na  to  uwagi,  bacznie 

obserwując spotkanie Desiree z Jondellem, który właśnie wyłonił się z 
samochodu.

- Rychło w czas! Już myślałem, że nie raczycie się tu zjawić. A 

jutro  ja nie  będę miał czasu.  Mam  co  innego  do roboty, niż  łazić po 
biurach. - Jondell zapalił papierosa i zaciągnął się chciwie. - No, gdzie 
to moje miejsce? Chciałbym się wreszcie rozlokować.

- Na  polu  kempingowym  nie  wolno  palić - powiedziała  surowo 

Desiree. - Tu obowiązuje regulamin i trzeba go przestrzegać.

Jondell wyjął papierosa z ust i cisnął go na ziemię.

- Nie  wolno  też  śmiecić.  Każdy,  kto  nie  przestrzega  przepisów, 

musi  natychmiast  opuścić  kemping.  Catfish - zwróciła  się  do  dwóch 
obserwujących  ją  mężczyzn - daj  mi  znać,  jeśli  pan  Jondell  złamie 
regulamin.

background image

Jondell ze złym uśmiechem podniósł niedopałek.

- Teraz niech pan pójdzie z panem Chiltonem do biura wypełnić 

odpowiedni formularz.

- Od nieznajomych czeków nie przyjmujemy - burknął Catfish. -

Opłata ma być gotówką.

- Będzie gotówka, a teraz gdzie to moje miejsce?

Desiree  skinęła  głową  i  Catfish  zaprowadził  Jondella  do 

przyczepy.

- Dzieci tutaj nie ma, prawda? - zapytała po chwili Virgila.
- Nie,  dzieciom  tu  nie  wolno  przebywać.  Jest  natomiast  kilka 

kobiet.

- Powiedz  Jamiemu,  żeby  przysłał  tu  w  nocy  kogoś,  niech  się 

kilka  razy  pokaże.  Catfishowi  i  Jondellowi  powiemy,  że  zjawi  się 
patrol. Jondell nie jest głupi. Nic nie zrobi, kiedy będzie wiedział, że 
go  się  ma  na  oku.  Zapytamy  Catfisha,  czy  może  tu  zostać  do 
przybycia patrolu.

- W porządku.

Sam tutaj przyjadę, pomyślał.

- Sprawdź,  czy  Catfish  daje  mu  miejsce  z  dala  od  namiotów 

kobiet, a ja pójdę i pogadam z nimi.

Virgil pytająco uniósł brwi.

- I co im powiesz?
- Nic,  co  by  zaszkodziło  opinii  twojego  miasta.  Powiem  tylko, 

żeby  uważały.  Ja  na  ich  miejscu  też  chciałabym  wiedzieć,  że  mam 
takiego sąsiada.

Odeszła w stronę najbliższego namiotu. Virgil poczekał, aż tamci 

dwaj wyjdą z przyczepy. Catfish wskazał Jondellowi brudne poletko, 
pełne kaktusów i odpadków.

- To twoje. Możesz zajeżdżać.
- Przecież to śmietnik! Chcę coś lepszego!
- Jak się nie podoba, zabieraj się stąd!
-

Złożę  zażalenie,  ty...  ty  stary...  Virgil  postanowił 

interweniować.

Podszedł  bliżej  i  dał  znak  Catfishowi,  żeby  się  odsunął.  Catfish 

natychmiast gorliwie posłuchał.

- Nie  życzę  sobie,  żeby  ktoś  obrażał  moich  przyjaciół -

powiedział  cicho  Virgil - i  nie  podoba  mi  się  sposób,  w  jaki  się 
zwracasz  do  naszego  szeryfa.  Ty  mi  się  też  nie  podobasz. - Virgil 

background image

prawą  dłoń  położył na  rękojeści  parabellum. - Nie podoba  mi się  to, 
co  zrobiłeś,  nie  podoba  mi  się  twoje  zachowanie  i  nie  jestem 
zadowolony, że będziesz mieszkał w moim mieście.

- Mam do tego prawo!
- Tylko tak długo, jak postępujesz zgodnie z prawem.
- Nie zrobię nic złego.
- Miło  to  słyszeć.  Gdybyś  miał  jakieś  problemy,  zwróć  się  do 

naszego  człowieka.  Zawsze  tu  będzie  zaglądał  ktoś  od  nas,  żeby 
zobaczyć, co się dzieje. To małe miasto, panie Jondell. Małe, spokojne 
miasto i wszystkim bardzo zależy na tym, żeby takie pozostało.

Nie dałby złamanego grosza za tego faceta. Jondell budził w nim 

odrazę; wiele by dał, żeby się go pozbyć.

Zostawił  go  teraz  i  podszedł  do  wychodzącej  z  przyczepy 

Desiree.

- Catfish zgodził się tu zostać do przyjazdu patrolu - powiedziała.

- Możemy jechać.

W chwilę później podążali już w stronę domu.
Słońce  powoli  zachodziło  za  horyzont.  Sowy  i  nietoperze 

szykowały  się  do  nocnego  życia,  zwierzęta  szukały  sobie  legowisk. 
Gdzieś  daleko  zawył  kojot,  po  chwili  odpowiedział  mu  drugi.  Cisza 
pustyni  pełna  była  kontrastów;  czasem  niosła  ukojenie,  a  czasem 
niepokoiła.

Cała pustynia pełna była kontrastów: upalne dni i bardzo chłodne 

noce, kaktusy i liściaste drzewa.

Co  to  wszystko  znaczy?  Czy  to,  że  życie  składa  się z  mnogości 

różnych  elementów,  które,  pozornie  przeciwstawne,  łączą  się  kiedyś 
gdzieś w jedną harmonijną całość?

W naturze panowała harmonia. W duszy Virgila nie.

- Masz  ochotę  na  kolację? - zapytała  Desiree,  żeby  przerwać 

ciszę. Byli w połowie drogi do domu.

Mam ochotę na zmianę, pomyślał,  Wyatt ma rację, zauważył to. 

Jestem gotów wszystko zmienić, tym razem na dobre. Ale z kim? Z tą 
postrzeloną,  impulsywną  i...  śliczną  Desiree  Hartlan?  Przecież  ona 
mnie nie zechce!

Dlaczego wszystko tak się poplątało?

- Virgil, obudź się.

Spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem.

- Co?

background image

- Może porozmawiamy?
- Później.

Zacisnął  usta,  zmrużył  oczy  i  skupił  się,  jakby  czegoś  czujnie 

nadsłuchiwał.

- Ktoś nas śledzi.
- Wiem.

Desiree ręką wskazała wystającą skałę.

- Chyba jest tam.
- Nie, tam. Poczekaj, tutaj.
- Ale...

Spiął boki swojego konia.

- Virgil, dokąd...

Koń  i  jeździec  zniknęli  w  mroku. To  był  jego  kraj, jego  miasto, 

jego  pustynia  i  jego  dom.  Chyba  Jondell  nie  jest  tak  głupi,  żeby  za 
nimi iść? A może ma wspólnika, o którym nie wiedzą? Zatrzymał się 
wśród drzew. Tak czy owak, trzeba być ostrożnym.

Nagle  usłyszał  tętent  konia.  Wychylił  się  i  osłupiał.  Desiree  w 

pełnym  galopie  przemknęła  obok  i  dopadła  miejsca,  gdzie  mógł  się 
ukrywać śledzący ich człowiek.

- Kazałem ci zostać! - krzyknął przerażony. Nie bał się o siebie, 

bał się tylko o nią.

- Desiree, wracaj!

Nie słyszała go. Czuł emanujące z niej podniecenie, czuł napięcie 

pościgu; wszystko, co kiedyś odczuwał w podobnej sytuacji, wracało 
teraz  do  niego,  połączone  ze  strachem  o  bezpieczeństwo  Desiree. 
Wiedział,  że  szeryf  nie  zawróci;  spiął  konia  i  popędził  w  jej  stronę. 
Widział,  jak  Desiree  się  pochyla;  w  mroku  nie  mógł  dokładnie 
zobaczyć, co podnosi z ziemi.

- Co się stało?

Nie  czekał  na  odpowiedź.  Wiedział,  że  sam  musi  zobaczyć,  co 

czai  się  w  gęstniejącym  mroku  szybko  zapadającego  zmierzchu.  Nie 
lubił  niepewności  i  zagrożenia,  nie  znosił  tego,  co  czai  się  w 
ciemnościach.

Usłyszał jakiś dziwny głos; ni to jęk, ni to okrzyk wściekłości.

- Co tam się dzieje? Odpowiedz! Nareszcie dobiegł go jej głos:
- Wszystko w porządku. Złapałam na lasso młodego Bodine'a!

background image

Rozdział 7
Virgil  zrównał  się  z  Desiree  i  ze  zdumieniem  spojrzał  na  jeńca, 

którego schwytała na lasso. Stal przed nim Travis - rozczochrany, bez 
czapki;  obok  niego,  odrzucona  na  bok,  leżała  butelka  wody. 
Przypominał dzikie zwierzątko wypłoszone z nory.

- Co ty tu robisz? - Virgil szybko zeskoczył z siodła i podbiegł do 

chłopca.

Był pewien, że syn został w domu; nie przypuszczał, że odważy 

się na samotną wyprawę po nieznanym, nieprzyjaznym terenie.

- Nudziłem się w domu. Chciałem trochę pobiegać, zawsze o tej 

porze biegam.

Travis nie patrzył mu w oczy; jego wzrok błądził gdzieś po linii 

horyzontu.

- Po pustyni  się nie biega! To nie jest plaża. Mogło  cię spotkać 

coś złego! Przecież mówiłem ci o Jondellu. To bardzo niebezpieczny 
człowiek! Mogłeś się na niego natknąć.

Spojrzał  na  lasso,  którym  spętany  był  chłopiec,  i  przeniósł 

rozgniewany  wzrok  na  Desiree.  Nie  dość,  że  on  nie  może  sobie  dać 
rady z synem, to jeszcze ona bawi się w kowboja!

- Coś ty mu zrobiła? Po co rzucałaś lassem? To nie jest dziki koń 

ani żaden bandyta!

Desiree zaczęła zwijać lasso. Szło jej to wyjątkowo sprawnie.

- Przepraszam.  Skąd  mogłam  wiedzieć,  że  to  Travis? - Nie 

wyglądała bynajmniej na skruszoną.

- Gdyby  to  nie  był  Travis,  byłoby  jeszcze  gorzej.  Przecież 

przestępca może mieć przy sobie broń! Strzeli, zanim się spostrzeżesz. 
Czy ty myślisz, że jesteś bohaterką jakiegoś westernu? A swoją drogą, 
skąd ty potrafisz rzucać lassem?

- Potrafię też...
- Nauczysz mnie? - wtrącił Travis z prośbą w głosie.
- Może nauczę. To wcale nie jest takie trudne. A umiesz rzucać 

takim kolorowym plastikowym talerzem, takim jakim bawią się małe 
dzieci?

Oboje  zachowywali  się  tak,  jakby  byli  sami;  obecność  Virgila 

zupełnie ich nie krępowała.

- Pewnie. Rzucaliśmy czymś takim na plaży.

background image

- Moja mama zawsze mówiła, że jak się umie rzucać talerzem, to 

się  będzie  też  umiało  rzucać  lassem.  Wystarczy  lekko  się  pochylić, 
zmrużyć oczy i...

- O  czym  ty  mówisz? - przerwał  jej  ze  złością  Virgil.  Desiree 

spojrzała na niego ze stoickim spokojem.

- Uczę  twojego  syna  rzucać  lassem;  zaczynam  od  teorii.  My  z 

Caro uczyłyśmy się tego od dziecka. To bardzo łatwe. Najważniejsze 
jest  zrobić  płynny  zamach,  a  potem  już  samo  leci.  To  wcale  nie  jest 
takie.

Chyba  przesadziła;  Virgil,  doprowadzony  do  ostateczności,  nie 

zdołał się już opanować i zawołał:

- Nie ucz mnie rzucać lassem! Wiem, jak to się robi! Ja tylko nie 

wiem,  które  z  was  jest  bardziej  stuknięte,  ty  czy  Travis?  Wiecie,  że 
gdzieś tu może się ukrywać niebezpieczny przestępca i bawicie się w 
Dziki Zachód! Chyba oboje zwariowaliście!

Zapadła  cisza.  Mimo  zapadającego  zmroku  Virgil  zauważył,  że 

jego  syn  walczy  ze  łzami.  Desiree  bez  słowa  kończyła  zwijać  lasso. 
Czuł  się  okropnie.  Za  górami  łagodnie  zachodziło  słońce,  drzewa 
mieniły się ciepłymi kolorami, a on cały trząsł się ze strachu, że coś 
złego mogło się stać Travisowi i... Desiree.

Nie  bardzo  to  rozumiał.  Krzyknął,  ponieważ  musiał  jakoś 

rozładować przeżyty strach o bliską mu osobę. Nie rozumiał tylko, jak 
to się stało, że osobą  tą jest Desiree. Kiedy zdążył tak  bardzo  się do 
niej przywiązać? Od kiedy mu na niej tak zależy?

Nie  znał  odpowiedzi  na  te  pytania  i  wiedział,  że  Desiree  nie 

potrzebuje  jego  opieki.  Jest  samodzielna  i  samowystarczalna, 
wszędzie da sobie radę. W przeciwieństwie do Travisa.

Desiree pierwsza przerwała milczenie.

- Przepraszam, jeśli cię przestraszyłam. - Łagodnie położyła dłoń 

na  ramieniu  chłopca. - Myślałam,  że  to  ktoś  inny.  Nie  chciałam  cię 
przerazić.

- A teraz do domu, ale już! - polecił Virgil.

Nie  podniósł  głosu,  zwracając  się  do  syna,  ale  jego  rozkaz  był 

wystarczająco  stanowczy.  Ruchem  ręki  powstrzymał  chłopca,  który 
już ruszał.

- Nie  pieszo!  Konno!  Wskakuj  za  mnie.  Chłopiec  bez  słowa 

wykonał polecenie.

background image

Desiree  pozbierała  rozrzucone  przedmioty;  czapkę  i  butelkę 

razem z lassem włożyła do torby, którą miała przy siodle.

- Nie  mogę  uwierzyć,  jak  można  być  tak  głupim... - usłyszała 

głos Virgila. - Tak beznadziejnie głupim i bezmyślnym.

- Virgil,  proszę  cię - przerwała  mu  łagodnie,  ale  stanowczo. -

Porozmawiamy  o  tym  wszystkim  później,  a  teraz  jedźmy  już  do 
domu. Zaraz zajdzie słońce i zrobi się kompletnie ciemno.

Virgil  z  Travisem  ruszyli  przodem  i  przez  chwilę  na  nich

patrzyła;  potem  skierowała  Perłową  Kroplę  za  Onyksem.  Konie  szły 
równo  i  szybko,  ponaglane  zapadającym  zmrokiem,  wizją  ciepłej, 
suchej stajni i wieczornego posiłku.

Nikt nic nie mówił. Nie odzywali się do siebie również w domu 

przy  stole  i  reszta  wieczoru  upłynęła  w  milczeniu.  Zaraz  po  kolacji 
Virgil  kazał  Travisowi  iść  do  swojego  pokoju  bez  deseru,  a  Desiree 
zabrała  się  do  zmywania.  Potem  gwizdnęła  na  Oscara  i  ruszyła  na 
górę. Virgil poszedł za nią.

- Musimy porozmawiać - powiedział, kiedy zatrzymała się przed 

drzwiami swojej sypialni.

Spojrzała na niego nieprzyjaźnie.

- Widzę, że przyzwyczaiłeś się do wchodzenia do mojego pokoju 

bez zaproszenia. Ciekawy zwyczaj.

Otworzył przed nią drzwi i poczekał, aż przestąpi próg.

- To  nie  jest  twój najważniejszy  problem... szeryfie.  Masz inne, 

znacznie poważniejsze.

Desiree weszła do środka i przysiadła na łóżku; pies przycupnął u 

jej nogi i pytająco spojrzał na intruza.

- Problemy  to  raczej  twoja  specjalność,  Virgil - rzekła  powoli, 

jakby  się  nad  czymś  zastanawiała. - Od  czego  wolisz  zacząć?  Od 
kłopotów z Travisem czy od trudności, jaką ci sprawia to, że pracujesz 
dla mnie? Przecież widzę, że cię to dręczy.

W jej głosie nie było złości ani zniecierpliwienia. Powiedziała to 

tak  jak  ktoś,  kto  sam  pragnie  zrozumieć  złożony  problem,  o  którym 
mówi.

Virgil nie docenił jej dobrej woli.

- Z  Travisem  sobie  poradzę.  Nie  musisz  mnie  uczyć,  jak  mam 

postępować z własnym synem. Mam już pewną praktykę, robię to od 
dziesięciu lat.

- Nie zamierzam niczego cię uczyć - powiedziała łagodnie.

background image

Tym  razem  naprawdę  go  zaskoczyła,  zwłaszcza  że 

niespodziewanie ujęła go za rękę i posadziła obok siebie na łóżku.

- Odpręż się i posłuchaj. Wiem, że bardzo się boisz o Travisa. Ja 

też się przestraszyłam tym, co zaszło na pustyni. Ale byłam pewna, że 
tam czai się Jondell, a nie twój syn. Dlatego tak zareagowałam.

- Powinnaś  była  mnie  posłuchać,  poczekać,  aż  sprawdzę,  i 

dopiero podjechać bliżej.

- Raczej  ty  powinieneś  słuchać  mnie,  bo  to  ja  jestem  twoim 

przełożonym.  Ale  tę  rozmowę  odłóżmy  na  kiedy  indziej,  nie  jest 
chwilowo  najważniejsza.  Teraz  chciałabym  z  tobą  porozmawiać  o 
Travisie. Nie chcę cię pouczać, chcę tylko zwyczajnie porozmawiać.

Delikatnie pogłaskała Oscara.

- Próbuję  spojrzeć  na  to  wszystko  oczami  twojego  syna.  Przez 

całe życie był chroniony i pilnowany, chodzono za nim krok w krok, 
wszyscy  się  trzęśli  nad  jego  bezpieczeństwem.  Żaden  dziesięcioletni 
chłopiec nie jest zachwycony, kiedy go się traktuje jak małe dziecko, 
które  trzeba  nieustannie pilnować.  Przypomnij  sobie,  jaki  ty byłeś w 
jego  wieku...  Teraz  znalazł  się  w  zupełnie  nowym  miejscu  i 
postanowił coś zmienić. Na przykład, usamodzielnić się.

- Taki chłopiec jak Travis potrzebuje kogoś dorosłego, żeby nim 

kierował.

- Racja. Potrzebuje ciebie.

Oscar przewrócił się na plecy i spojrzał na Desiree prosząco.

- Zaraz cię pogłaszczę, ty pieszczochu...

Z  uśmiechem  pochyliła  się  nad  psem.  Wyglądała  ślicznie  z  tym 

łagodnym uśmiechem, w koronie złocistych włosów. Virgil z trudem 
oderwał od niej wzrok, żeby się nie rozpraszać.

- Oscar  i  Travis  są  trochę  w  podobnej  sytuacji - mówiła  dalej 

Desiree, głaszcząc psa. - Pozbawiliśmy ich domu i tego wszystkiego, 
co  znali  i  lubili...  Ludzi,  przedmiotów,  przyjaznych  miejsc.  Są  jak 
rozbitkowie  wyrzuceni  na  bezludną  wyspę,  którą  dopiero  poznają. 
Wiem,  że Oscar  oczekuje  teraz  ode  mnie  więcej  czułości  i 
zainteresowania, i staram się mu je okazać. To wszystko, co mogę dla 
niego zrobić.

Virgil  zesztywniał.  Czy  ona  zarzuca  mu  brak  czułości  i 

zrozumienia dla Travisa?

- Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  zaniedbuję  swojego  syna,  że 

jestem złym ojcem?

background image

- Nie, skądże znowu! Chcę tylko powiedzieć, że Tombstone jest 

twoim  domem,  co  nie  znaczy,  że  jest  również  domem  Travisa.  On 
jeszcze  stale  zmaga  się  z  uczuciem,  że  wszystko,  co  kochał,  zostało 
mu  odebrane.  Dom,  przyjaciele,  prywatny  nauczyciel,  z  którym 
spędzał  dużo  czasu.  Teraz  będzie  przecież  jeszcze  rzadziej  widywał 
matkę  niż  dotychczas,  i  wie  o  tym.  Będzie  mu  bardzo  ciężko  i  sam 
musi  się  z  tym  uporać.  To  ty  zadecydowałeś,  że  tu  zamieszkacie, 
prawda?  Nie  pytałeś  go  o  zdanie.  Zrobiłeś  to  dla  jego  dobra,  ale 
postawiłeś  go  przed  faktem  dokonanym.  Czy  rozmawiałeś  z 
Travisem? Zapytałeś, co o tym myśli?

Oscar  zwrócił  ku  niemu  głowę  i  Virgil  poczuł  na  sobie  baczne 

spojrzenie dwóch par oczu. Nie były nieprzyjazne, ale wydało mu się, 
że dostrzega w nich cień... oskarżenia.

- Chyba  nie?  Nie  pytałeś  go  o  zdanie,  prawda? - powtórzyła 

Desiree.

- Travis jest jeszcze dzieckiem, a ja jestem dorosły. Wiem lepiej, 

co  jest  dla  niego  dobre,  a  co  nie - powiedział  oschłym  tonem, jakby 
zamierzał skończyć dyskusję.

Desiree właściwie zrozumiała jego intencje.

- Z tym nie będę polemizować.
- O co ci w takim razie chodzi?
- Posłuchaj.  Travis  sam  wybrał  się  na  to  pustkowie,  a  potem 

zapytał  mnie, jak  się  rzuca  lassem.  Zwróciłeś  na  to  uwagę? Tym się 
zazwyczaj nie bawią dzieci w Kalifornii. Pomagał Caro, zajmował się 
Oscarem...  On  próbuje  znaleźć  tu  dla  siebie  miejsce,  szuka,  stara się 
zrozumieć. A dzisiaj ty...

Urwała,  a  on  zrozumiał,  że  chciała  dodać:  „A  ty  mu 

przeszkodziłeś, upokorzyłeś go..."

Tak istotnie było. Wiedział, że Desiree ma rację.

- Wiem,  że  przejąłeś  się  sprawą  Jondella - ciągnęła  po  chwili 

namysłu. - Doceniam  to  i  jestem  bardzo  wdzięczna,  ale  to  moja 
sprawa  i  sama  się  nią  zajmę.  Ty  skup  się  na  Travisie,  a  Jondella 
zostaw mnie.

Virgil  wstał  tak  nagle,  że  Oscar  spojrzał  na  niego  spłoszonym 

wzrokiem.

- Nie mów mi, co mam robić - powiedział. - Wiem doskonale, co 

mam robić w pracy i co mam robić w domu. Jestem dobrym ojcem.

background image

- Nie  mówię,  że  nie  jesteś  dobrym  ojcem.  Powiedziałam  tylko, 

jak to może wyglądać ze strony kogoś innego, zwykłego obserwatora. 
Chciałam ci tylko pomóc.

Virgil  spojrzał  na  nią  z  góry,  obco  i  nieprzyjaźnie.  Jego  słowa 

zabrzmiały jak uderzenia biczem:

- Jeśli chodzi o Travisa, nie jesteś dla mnie żadnym autorytetem. 

Twój komputer nie nauczył cię, co to znaczy mieć dzieci, a na prawie 
nie  nauczyli  cię  być  szeryfem.  Dlatego,  wybacz,  ale  nie  mogę 
traktować poważnie tego, co mówisz.

Natychmiast  pożałował  swych  słów.  Ból,  jaki  dostrzegł  w  jej 

oczach,  był  dla  niego  dotkliwą  karą.  Desiree patrzyła  na  niego  bez 
słowa, jakby zaskoczona jego okrucieństwem. Potem powoli opuściła 
głowę.

- Nie  chciałem... - zaczął  niezręcznie. - To  tak  samo  wyszło. 

Myślę, że... - Nie miał pojęcia, co powiedzieć.

Desiree nie podnosiła głowy, pochylona nad psem.

- Myślę, że powinnam pilnować własnego nosa i nie wtrącać się 

w sprawy twojego syna. Masz rację - dokończyła za niego.

Czuł się podle i nie wiedział, jak wybrnąć z sytuacji.

- Ja...
- Tatusiu! Nie mogę znaleźć pasty do zębów!

Głos  Travisa  doszedł  ich  z  drugiego  końca  korytarza.  Virgil 

spojrzał w kierunku drzwi i zawahał się.

- Lepiej już idź.

Wyszedł,  cicho  zamykając  za  sobą  drzwi.  Dopiero  na  korytarzu 

głęboko odetchnął. Przechodzący właśnie Wyatt przystanął zdumiony 
jego wyglądem.

- Virgil,  co  ci  jest?  Wyglądasz,  jakbyś  właśnie  wziął  zimny 

prysznic.

- Nic, nic, po prostu miałem małe starcie z Desiree Hartlan.

Virgil niepewnie przeczesał ręką włosy.

- Nie  chciałem  jej  zranić...  Tak  tylko...  Do  diabła!  Nigdy  dotąd 

nie miałem problemów z kobietami, to znaczy zwykle umiałem z nimi 
rozmawiać, a ta... Zawsze wszystko jakoś tak wykręci, że człowiek nie 
wie, co powiedzieć, i jest mu głupio.

Wyatt uśmiechnął się ze zrozumieniem.

- Panny Hartlan potrafią człowieka wykołować, wiem coś o tym.

background image

Wetknął bratu w rękę tubkę pasty i torbę, którą Virgil zostawił w 

samochodzie.

- Zostawiłeś swoje rzeczy na dole.

Virgil rozpoznał torbę ze słodyczami i komiksami, które kupił dla 

syna.

- Dzięki, Wyatt.

Wyatt klepnął brata w ramię i zbiegł na dół.

- Dobranoc, do jutra.

Virgil  wolnym  krokiem  skierował  się  do  połączonych  pokojów, 

które dzielił z Travisem.

Chłopiec  siedział  zamyślony  na  łóżku,  ubrany  w  szorty  do 

surfingu.  Nogi  miał  podkurczone,  głowę  wspartą  na  rękach.  Głęboki 
smutek  w  jego  oczach  przypominał  zranionego  ptaka.  Wyglądał  jak 
obraz nędzy i rozpaczy.

Virgil  rozejrzał  się  po  pokoju.  Pokój  chłopca  w  niczym  nie 

przypominał  jego  pokoju  w  kalifornijskim  domu:  nie  było  tu  ani 
plakatów,  ani  desek  surfingowych,  ani  komputera,  ani  telewizora -
niczego, co przypominałoby chłopcu, że jest naprawdę u siebie.

Desiree  ma  rację.  Travis  musi  się  czuć  potwornie  samotny.  Był 

jak ryba wyrzucona na brzeg, a ojciec tego nie rozumiał. Virgil lekko 
zapukał we framugę. Czuł, że serce pęka mu z bólu; nie tak przecież 
wyobrażał sobie swoje życie z synem.

- Cześć. Co u ciebie, synku?

Travis  spojrzał  na  niego  z  niezwykłą  jak  na  dziecko  powagą  w 

oczach.  Virgil  próbował  nie  zauważyć  zaczerwienionych  oczu 
chłopca.

- Pomalutku, co?

Usiadł  obok  Travisa.  Chłopiec  spojrzał  na  niego  spłoszonym 

wzrokiem.

- Gniewasz się na mnie? - zapytał niespokojnie.
- Nic  podobnego.  Wcale  się  nie  gniewam,  mogę  się  najwyżej 

gniewać na samego siebie. Ostatnio jakoś  się nie spisałem. Najpierw 
wyrwałem cię z domu, potem zostawiłem samego i zająłem się pracą, 
a potem krzyczałem, że sam się wybrałeś zobaczyć świat. Jak myślisz, 
na  ile  dni  powinienem  mieć  szlaban  z  wychodzeniem? - dokończył 
żartobliwie.

Chłopiec nawet się nie uśmiechnął.

- Tu i tak nie ma dokąd iść. Nie ma nawet plaży, nie ma nic.

background image

- No to mogę za karę czyścić konie. Mój ojciec zawsze tak mnie 

karał.

Travis westchnął.

- Ty  to  i  tak  lubisz,  to  żadna  kara.  Nie  lubisz  tylko  siedzieć  w 

domu.

Virgil spojrzał na syna zdziwiony. Travis miał rację, tak właśnie 

było: lubił pracować przy koniach i nie cierpiał bezczynnie siedzieć w 
domu. Zupełnie jak jego syn.

- Wiesz co? - Objął chłopca ramieniem i przyciągnął do siebie. -

Nie  sprzedamy  chyba  tego  naszego  mieszkania  w  Los  Angeles,  co? 
Przemyślałem  sprawę  i  doszedłem  do  wniosku,  że  to  byłoby 
niemądrze.

Travis zamrugał oczami.

- Naprawdę?
- Potrzebne  nam  będzie  jakieś  mieszkanie,  kiedy  przyjedziemy 

odwiedzić mamę. I twoich kolegów.

Travis podskoczył z radości i wbił wzrok w ojca.

- Kiedy? Kiedy tam pojedziemy?
- Myślę, że będziemy mogli pojechać  do Kalifornii  na wakacje. 

Zostaniemy  tam  dłużej,  jeśli  mama  akurat  będzie  wolna.  Będziesz 
mógł  z  nią  na  jakiś  czas  zostać,  jeśli  ja  będę  musiał  tu  wrócić. 
Zobaczymy.

Trzeba będzie zostawić na jakiś czas tamten dom. Dopóki Travis 

nie oswoi się z nowym miejscem, tak będzie mu łatwiej. Prędzej czy 
później przyzwyczai się do życia w Arizonie.

Travis spuścił wzrok.

- Mama na pewno będzie zajęta - powiedział ponurym głosem. -

Zawsze  jesteście  zajęci,  a  ona  najbardziej.  Nigdy  nie  macie  czasu, 
musicie pracować. I nigdy nie wrócimy do domu, do Kalifornii; nigdy 
nie zobaczę już mojego pokoju ani...

- Zobaczysz. Przyrzekam ci.

Travis  niespodziewanie  przytulił  się  do  ojca  i  pocałował  go  w 

policzek.

- Dziękuję, tato.
- Nie dziękuj, synku. To twój dom, a ja ci przyrzekam, że znowu 

go zobaczysz. A Bodine'owie...

- ...zawsze  dotrzymują  słowa - dokończył  Travis. - Czy  to 

znaczy, że już się na mnie nie gniewasz?

background image

- Ani mi to w głowie. Musisz tylko zrozumieć, że tu są zupełnie 

inne  warunki  niż  w  Los  Angeles.  Trzeba  się  do  nich  dostosować. 
Należy się zachowywać w odpowiedni sposób, przestrzegać reguł gry, 
tak  jak  na wodzie,  kiedy  się  pływa na  desce.  Po  pierwsze, nigdy  nie 
oddalać się od domu w niewiadomym kierunku. To chyba jasne.

Travis ochoczo skinął głową.

- Tak jest.
- Po  drugie,  zawsze  trzeba  mieć  czapkę  i  butelkę  wody  przy 

sobie.

- To wiem. W Kalifornii też tak robiłem.
- Po trzecie, ustalasz ze mną albo z którymś wujkiem, gdzie jest 

bezpiecznie,  a  gdzie  nie.  Tu  są  bardzo  niebezpieczne  miejsca,  a 
czasem można trafić na bardzo różnych ludzi. Od jutra zacznę cię tego 
wszystkiego uczyć i poproszę, żeby Rogelio dał ci na własność konia.

- A  czy  mógłbym  również  dostać  własny  pokój,  taki  zupełnie 

oddzielny, nie taki jak tutaj? To znaczy, w naszym własnym domu?

- Za  ciasno  ci  ze  mną,  co? - Virgil  roześmiał  się,  ale  pomysł 

chłopca zrobił na nim wrażenie.

Właściwie  dlaczego  by  nie  wybudować  domu  na  terenie 

posiadłości?  Silver  Dollar  jest  ogromne,  a  stary  dom  niedługo  nie 
pomieści wszystkich mieszkańców.

- Nie jest mi z tobą ciasno, tatusiu, ale ty strasznie chrapiesz.
- Ja? Nigdy w życiu nie chrapałem!
- Chrapiesz jak wielkie prosię, a twoje nogi brzydko pachną!

Travis  wybuchnął  śmiechem,  a  Virgil  zmusił  się,  by  mu 

zawtórować,  nie  bacząc  na  zranioną  dumę.  Patrzył  na  syna
zanoszącego  się  śmiechem  i  myślał  o  matce,  która  go  opuściła.  Jak 
Mary mogła odejść od tego cudownego, wspaniałego chłopaka?

Travis kuł żelazo póki gorące.

- Chcę mieć własny, osobny pokój, dobrze, tato? I kilka rzeczy z 

naszego domu! I nowy komputer!

- Poddaję  się.  Jak  tylko  przyjadą  nasze  rzeczy  z  Kalifornii, 

przeniesiemy się do któregoś z domków na farmie, a potem wybuduję 
dom specjalnie dla nas.

- Najlepiej byłoby, gdybyśmy ściągnęli tu nasz dawny dom.
- Możesz  mi  pomóc  zrobić  rysunek  i  zbudujemy  coś  bardzo 

podobnego. Trochę tylko mniejszy, dom dla nas dwóch.

background image

Morgan  i  Jaz  na  pewno  umieszczą  swoje  dziecko  w  tym  tu 

pokoju, a Wyatt będzie musiał rozbudować swoją część.

- I będziemy mieszkać bez ochroniarzy?
- Bez.
- I zbudujesz dla mnie basen w ogrodzie?
- Tylko nie przesadzaj! Co za dużo, to niezdrowo! Pomysł wcale 

nie był taki zły. Travis, podobnie jak

jego  matka,  uwielbiał  pływać  i  pokonywał  basen  tam  i  z 

powrotem, zanim jeszcze zaczął chodzie. Oboje pływali jak delfiny.

- Wielki basen z falami i zjeżdżalnią!
- Pod warunkiem, że umyjesz zęby.
- Wielki, ogromny basen z falami!
- Zęby! 
- A  mogę  trochę  poczytać  przed  snem? - Tak.  Nawet  ci  coś 

przyniosłem.

Virgil otworzył torbę pełną komiksów i słodyczy.

- Wolno ci zjeść jeden batonik, a potem koniecznie umyj zęby.

Pocałował chłopca i otulił go kołdrą.

- I zmów pacierz, zanim zgasisz światło. Potem jeszcze do ciebie 

zajrzę.

- Dziękuję, tatusiu, i zamknij drzwi. Tutaj jest pełno dziewczyn.

Virgil wyszedł z pokoju, spokojny i uśmiechnięty. Teraz mógł już 

pójść do Desiree i wszystko załagodzić. Głośno zapukał do jej drzwi, 
lecz  nikt  nie  odpowiedział.  Zapukał  mocniej.  Nic  się  nie  poruszyło, 
nawet Oscar. Uchylił drzwi i włożył głowę do środka.

- Desiree? Mogę wejść?

Pokój  był  pusty.  Podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  dwór  przez 

otwarte  okno.  Samochód  Desiree  stał  pod  domem.  W  oddali  dojrzał 
drobną sylwetkę na koniu. Poznał Perłową Kroplę.

Znowu się gdzieś wybrała, nie mówiąc nikomu dokąd ani po co!
Desiree  z  niesmakiem  spojrzała  na  brudną  bieliznę  pościelową 

leżącą  na  łóżku  w  „biurze"  kempingu  w  Tombstone.  W  powietrzu 
unosił  się  ciężki  zaduch  śmieci  i  kurzu.  Miejscowy  kemping  był 
najbrudniejszym  i  najbardziej  zaniedbanym  miejscem,  jakie  w  życiu 
widziała.

- Nie jesteś zadowolony z łóżeczka, co, Oscar? - powiedziała do 

psa. - Szkoda, że nie wzięliśmy samochodu, mógłbyś się tam położyć.

background image

Przemawiała  do  niego  głośno,  żeby  dodać  sobie  odwagi.  Nie 

czuła się zbyt pewnie na tym odludziu.

- Musieliśmy tu przyjechać - dodała. - Ktoś musi pilnować tego 

faceta,  a  tym  kimś  jestem  ja.  Każdy  też  musi mieć  jakieś 
zabezpieczenie, a moim zabezpieczeniem jesteś ty. Przecież wiesz, co 
piszą w książkach: pies jest najwierniejszym przyjacielem człowieka. 
A jamniki na dokładkę są jeszcze bardzo odważne...

Oscar cichutko szczeknął i położył uszy po sobie. Widać było, że 

„odważny jamnik" umiera ze strachu.

Potem nagle pies się ożywił i czujnie nadstawił uszu.

- Tylko mi nie mów, że tu są pchły! - jęknęła Desiree. - Tego nie 

zniosę.

Oscar nie słuchał jej; jednym susem wskoczył pod brudne wyrko i 

wypłoszył  wielkiego,  pustynnego  szczura.  Szczur  pomknął  w  stronę 
drzwi, pies ruszył za nim. Już go prawie chwytał, kiedy nagle ścigany 
skrył się w jakiejś dziurze.

- Nie  martw  się.  Jesteś  dobry,  on  po  prostu  lepiej  zna  teren -

pocieszyła jamnika Desiree. - Jest tutaj u siebie w domu.

Potem potrząsnęła trzymanym w ręku śpiworem.

- Trudno, prześpimy się na dworze.

Po zaduchu panującym w zatęchłym pomieszczeniu nocny zapach 

pustyni podziałał na nią jak balsam. Na niebie jasno świeciły gwiazdy,
srebrny  blask  księżyca  nadawał  krajobrazowi  baśniowy,  nierealny 
wygląd. Perłowa Kropla stała smukła i zgrabna na tle nieba i skubała 
rzadko  rosnącą  trawę.  Zlany  księżycową  poświatą  kemping  nie 
przypominał już obskurnego, łysego poletka, którym był za dnia.

Desiree  rozejrzała  się,  szukając  dogodnego  miejsca  na  nocleg. 

Najlepiej  będzie  ulokować  się  obok  zagrody  dla  koni.  Rzuciła  na 
ziemię siodło, rozłożyła śpiwór, po czym odpięła broń i położyła ją na 
śpiworze.

- Chodź,  Oscar,  czas  już  spać.  Rozpoczyna  się  nasza  pierwsza 

noc w szczerym polu.

Oscar  nie  od  razu  posłuchał  swej  pani.  Widać  było,  że 

perspektywa spędzenia nocy pod gołym niebem nie bardzo przypadła 
mu do gustu.

- No, chodź, nie bój się. Przecież szeryf jest przy tobie.

Pies  przez  chwilę  się  wahał,  a  potem  podszedł  i  przysiadł  obok 

niej.

background image

- Wiem, że trochę jest tu niewygodnie, ale lepsze to niż nic.

Oscar w końcu jakoś się ułożył i sennie zmrużył oczy. Desiree nie 

chciało  się  spać,  nie  była  przyzwyczajona  do  czegoś  podobnego; 
sytuacja  była  zbyt  absurdalna,  żeby  udawać,  że  nic  się  nie  stało  i 
wszystko jest normalnie.

Jeszcze dwa miesiące temu mieszkała w Phoenix, miała wygodne 

mieszkanie,  w  każdej  chwili  mogła  iść  na  basen  albo  spotkać  się  z 
przyjaciółmi.  Mogła zadzwonić  do rodziców  i przegadać z nimi cały 
wieczór,  mogła  iść  na  kolację  z  jakąś  przyjaciółką  albo  z  byłym 
chłopakiem.

Dziwne, ale odkąd tu jest, ani razu o nim nie pomyślała. Ale nie, 

właściwie to nic dziwnego. Ma dużo pracy, musi przyzwyczaić się do 
nowych  warunków,  poznała  tylu  nowych  ludzi...  Zwłaszcza  Virgila 
Bodine'a. .

Virgil  tak  samo  w  niczym  nie  przypominał  jej  byłego  chłopaka, 

jak  praca  szeryfa  w  niczym  nie  przypominała  urzędowania  w  biurze 
okręgowego  prokuratora. Virgil  nawet  nie  jest  taki  zły,  tylko  to  jego 
gadanie jest nieznośne... Stale ją poucza!

Trzeba jednak przyznać, że zna się na swojej pracy, umie dawać 

sobie radę z problemami, jakich nastręcza życie w Tombstone. Nie tak 
jak  jej  były  chłopak,  mieszkaniec  wielkiego  miasta,  przywiązany  do 
gwaru, pośpiechu i... dużych zarobków.

Ona  nie  będzie  tu  dużo  zarabiała.  A  nawet  gdyby  tak  się 

przypadkiem zdarzyło... W Tombstone luksus nie jest potrzebny. Już i 
tak nie wie, co zrobić z drogim samochodem, którym tu przyjechała. 
Na te pełne kurzu, wyboiste drogi się nie nadaje.

Jedyne,  co  jej  pozostało  z  dawnego  życia,  to...  ten  wyrzutek 

Jondell.  Nie  mogło  ją  spotkać  nic  gorszego  i  nie  ma  co  udawać,  że 
sytuacja jest prosta, a wyjście łatwo znaleźć.

Straciłam  wszystko,  została  mi  tylko  ta  jedna  nie  załatwiona, 

nieszczęsna  sprawa,  i  nie  mam  pojęcia,  jak  się  do  niej  zabrać.  Nie 
mam najmniejszego pojęcia.

Znowu  wróciło  wspomnienie.  Linda.  Czy  gdyby  nie  była  moją 

przyjaciółką,  zwołałabym  tę  konferencję  prasową,  żeby  przedstawić 
wyniki  badań  DNA?  A  gdyby  to  była  mama  albo  Caro?  W  każdym 
przypadku  zrobiłabym  tak  samo.  Musiałam  poinformować  o 
wszystkim prasę, w przeciwnym razie całej sprawie ukręcono by łeb.

background image

Przebiegł ją dreszcz. Nie z zimna, bo noc nie była chłodna, lecz 

ze strachu i niedobrych przeczuć. Wiedziała, że najtrudniej jest złamać 
prawo  po  raz  pierwszy,  potem  to  już  samo  idzie.  Ta  zasada 
obowiązuje  zarówno  w  przypadku  przestępców,  jak  też  prawników. 
Tak  ją  uczono  w akademii,  a  ostatnio  sama  się  o  tym  przekonała  na 
własnej skórze.

Zbrodniarz, który raz zabił, łatwiej zabije po raz drugi.
Prawnik, kiedy raz złamie prawo, bez trudu zrobi to po raz drugi, 

trzeci i następny...

Przypomniała sobie słowa wykładowcy: Jedynie ludzie obdarzeni 

wyjątkowo wysokim poczuciem moralności i całkowicie przekonani o 
słuszności  swego  postępowania  mogą  sobie  pozwolić  na 
podejmowanie  decyzji  niezupełnie  zgodnych  z  obowiązującym 
prawem. Dzieje się to niezwykle rzadko i może dotyczyć tylko spraw 
wyjątkowych. Tacy ludzie zdarzają się raz na kilka milionów. Mamy 
wtedy do czynienia z pojęciem słuszności, nadrzędnym w stosunku do 
ujętej w kodeks sprawiedliwości.

Pamięta,  że  wtedy  przez  salę  wykładową  przebiegł  pomruk 

zdziwienia i niezadowolenia. Studenci nie podzielali zdania profesora.

- Cała  reszta  powinna - ciągnął  profesor - zadowolić  się 

istniejącymi  prawami  ujętymi  w  kodeks.  Po  to  właśnie  stanowi  się 
prawa,  żeby  ludzie,  którzy  nie  są  obdarzeni  takimi  wyjątkowymi 
umiejętnościami sądzenia, co jest dobre, a co złe, mogli żyć godnie i 
właściwie, i być dobrymi obywatelami. Zastanówmy się, na przykład, 
czy  gdyby  nie  było  kary  za  parkowanie  w  niewłaściwym  miejscu, 
wiele osób i tak by tam nie parkowało? Kto jest pewien, że tak by nie 
robił, niech podniesie rękę.

Desiree podniosła rękę.

- A gdyby lał deszcz, padał śnieg, czulibyście się fatalnie i trzeba 

było się zatrzymać kilka domów dalej i brnąć po tym deszczu i śniegu, 
trzęsąc się z zimna, gdzie byście zaparkowali, gdybyście nie wiedzieli, 
że  za  niewłaściwe  parkowanie  grozi  mandat?  Zastanówcie  się 
wszyscy i kto jest w dalszym ciągu pewien, niech podniesie rękę.

Tym razem Desiree ręki nie podniosła.
Nikt nie podniósł ręki.

- Dlatego,  gdy  się  raz  przekroczy  tę  niewidzialną  linię  i  złamie 

się prawo, jest się podatnym na złamanie go powtórnie. Kiedy raz to 
zrobicie,  nawet  w  pozornie  błahej  sprawie,  utrudnicie  życie  sobie  i 

background image

innym  ludziom,  tym,  których  macie  chronić  i  nad  którymi  macie 
czuwać. Dlatego radzę, nie róbcie tego. Nigdy.

Nie posłuchałam jego rady, pomyślała; ten pierwszy raz mam już 

za sobą. Bardzo tego żałuję, ale nie mogłam pozwolić, żeby Jondella 
tak  po  prostu  wypuszczono,  jakby  nigdy  nic.  Nie  mogłam  na  to 
pozwolić  po  tym,  co  zrobił  Lindzie  i  co  może  zrobić  jeszcze  raz 
jakiejś innej kobiecie.

Czy fakt, że raz przekroczyła  tę  magiczną  linię i znalazła  się po 

stronie  bezprawia,  zadecyduje  o  jej  dalszym  życiu?  Czy  teraz,  kiedy 
ma nową pracę, nie będzie mogła jej wykonywać tak, jakby mogła to 
robić  bez  tamtego  niedobrego  doświadczenia?  A  kiedy  znowu  wróci 
do sądownictwa, czy będzie dobrym, uczciwym prawnikiem czy kimś, 
kto nagina prawo do swoich potrzeb przy każdej okazji?

A Virgil?
Virgil nazwał to, co zrobiła zemstą, a nie sprawiedliwością. Może 

miał rację. Była w stanie dopuścić do siebie myśl, że Virgil może się 
nie mylić. On natomiast nie mógł się pogodzić z tym, że ona daje mu 
rady,  a  przecież  wspomniała  tylko  o  jego  synu  i  o  tym,  że  chłopiec 
może się czuć samotny. Chciała mu pomóc, a on ją odepchnął.

Myśli  wirowały  jej  w  głowie.  To  wszystko  pewnie  dlatego,  że 

nagle  znalazła  się  w  domu  pełnym  ludzi.  Nie może  się  tak  od  razu 
przestawić. Jest przyzwyczajona do samotności i dlatego ostatnie dni 
wytrąciły  ją  z  równowagi.  Teraz,  pod  niebem  pełnym  gwiazd,  w 
chłodnym  powiewie  pustyni,  trochę  sobie  odpocznie  od  tego 
wszystkiego. Zwłaszcza od swojego drugiego zastępcy, Virgila Earpa 
Bodine'a.

Obudził ją wybuch. Był na tyle głośny, że natychmiast wyrwał ją 

z płytkiego snu na niewygodnym posłaniu.

Usiadła  i  spojrzała  na  zegarek:  trzecia  rano.  Oscar  podniósł 

głowę,  ale  nie  wstał.  Perłowa  Kropla  dalej  skubała  trawę;  po  jej 
bokach  przebiegały  lekkie  drżenia.  Stłumiony  wybuch  powtórzył  się 
znowu.  Nie  przypominał  wystrzału;  nie  mogła  skojarzyć,  co 
przypomina ani skąd dochodzi.

Sięgnęła  po  pistolet  i  w  sekundę  była  na  nogach.  Właśnie 

wystukiwała numer  dyżurnego  oficera, kiedy dziwny dźwięk dobiegł 
ją znowu.

- Nie  wiem,  skąd  dochodzi,  jak  wybadam,  zadzwonię -

powiedziała do nadajnika.

background image

Rozłączyła się i rozejrzała. Najpierw trzeba sprawdzić na poletku 

Jondella.

Szła,  z  trudem  przedzierając  się  przez  krzewy  i  rozrzucone 

wszędzie śmieci. Jutro trzeba im tu będzie podesłać kontrolę sanitarną. 
Swoją  drogą,  dlaczego  nikt  się  nie  rusza,  nie  wychodzi  z  namiotu, 
żeby  sprawdzić,  co  się  dzieje?  Pewnie  wszyscy  się  boją,  muszą  być 
przyzwyczajeni do wszelkiego rodzaju niespodzianek. Niezłe męty tu 
muszą mieszkać...

Dobrnęła do namiotu Jondella i pochyliła się nad zasznurowanym 

otworem.

- Panie  Jondell!  Może  pan  wyjść?  Odpowiedziała  jej  cisza. 

Rozpięła namiot.

W środku nie było żywej duszy. W sąsiednich namiotach nic się 

nie poruszyło. W świetle latarki zobaczyła lepiący się wszędzie brud i 
nieczystości.

Kontrola sanitarna, pomyślała znowu. Trzeba ich będzie odkazić, 

śmierdzi tu jak na śmietnisku.

Domki  obok  były  puste.  Nieopodal  stały  szalety,  jeden  miał 

wyrwane drzwi, drugi wybite szyby, dalej...

- Cholera jasna!

Dalej to nie był wschód słońca, to była... łuna!
Wiatr przyniósł stamtąd zapach benzyny. W oddali coś się paliło.
Błyskawicznie wróciła po konia, złapała Oscara i wrzuciła go do 

„biura".  Zatrzasnęła  za  nim  drzwi.  Trudno;  lepiej  żeby  sobie 
posiedział  ze  szczurami,  najwyżej  dostanie  pcheł.  Nie  może  jej  się 
pętać  pod  nogami,  teraz,  kiedy  ona  musi  się  skoncentrować  i  jak 
najszybciej zacząć działać.

- Siedź tu i czekaj na mnie.

Wskoczyła  na  siodło  i  pomknęła  w  kierunku  bijącego  w  niebo 

ognia.

Telefon obudził Virgila z ciężkiego snu. Podniósł słuchawkę.

- To ty, Desiree?
- Nie.  Tu  Marta.  Na  parkingu  wybuchł  pożar.  Mieliśmy 

wiadomość od szeryfa. Mary Ann zawiadomiła już Jamiego.

- Gdzie dokładnie wybuchł ten pożar?

Virgil wyskoczył z łóżka i zaczął się ubierać.

- Nie będziesz zadowolony. Pali się na terenie waszego rancza, w 

Silver Dollar, obok wejścia do jaskini, w rezerwacie nietoperzy.

background image

Desiree  widziała,  jak  płomienie  ogarniają  samochód  za 

samochodem.  Parking  na  terenie  rezerwatu  nietoperzy  płonął  jak 
pochodnia.  Było  oczywiste,  że  powodem  pożaru  nie  były  przyczyny 
naturalne.  Ktoś  systematycznie  podłożył  ogień  pod  wszystkie 
samochody.  Eksplodowały  teraz  z  głośnym  hukiem;  to  właśnie  ten 
dźwięk słyszała na kempingu.

W nocy zawsze było tu dużo samochodów. Nietoperze żyły nocną 

porą i naukowcy, ekolodzy i hobbyści właśnie o tej porze podglądali 
ich zwyczaje. Zwykle rozbijali namioty na okolicznych wzgórzach, a 
samochody zostawiali na parkingu.

Nic  nie  mogła  zrobić.  Mogła  tylko  trzymać  drżącą  Perłową 

Kroplę z dala od płomieni i czekać na przyjazd straży pożarnej.

Virgil  zaskrobał  w  drzwi  Morgana  w  umówiony  sposób.  Potem 

tak  samo  zrobił  z  Wyattem.  W  nagłych  wypadkach  bracia  zawsze 
porozumiewali  się  w  ten  sposób.  Po  kilku  sekundach  wszyscy  trzej 
stali już na korytarzu.

- Wypadek na terenie rezerwatu, coś się pali - powiedział Virgil.

- Właśnie dzwoniła Desiree.

- Zaraz tam jadę. Jasentha tam jest - odparł Morgan spokojnie.
- Myślałem, że już nie pracuje w nocy w rezerwacie.
- Na  ogół  nie,  ale  wczoraj  przyjechał  pewien  biolog  z  Teksasu. 

Miała się z nim spotkać i oprowadzić go po jaskiniach. Mam nadzieję, 
że nic się im nie stało.

- Zostawię wiadomość dla Caro. - Wyatt cofnął się z powrotem 

do swojego pokoju. - Możesz mi osiodłać konia, Virg?

- Przepraszam,  ale  nie  mam  czasu.  Pojedziesz  z  Morganem. 

Muszę pędzić, Desiree jest tam sama.

Samochody  nie  przestawały  płonąć.  Za  każdym  razem,  kiedy 

rozlegał  się  wybuch,  Desiree  i  Perłowa  Kropla  lekko  podskakiwały. 
Trzeba  było  czekać.  Ranczo  Silver  Dollar  leżało  daleko  od  miasta  i 
straż  pożarna  miała  kawał  drogi.  Na  skróty,  konno,  było  znacznie 
bliżej,  ale  strażackie  samochody  miały  do  dyspozycji  tylko  jedną, 
krętą i wyboistą drogę.

Na  szczęście,  nic  nikomu  nie  grozi,  pomyślała  z  ulgą.  Wtedy 

właśnie zobaczyła duży samochód, nieudolnie próbujący wyrwać się z 
okrążenia.

- Co to...

background image

Samochód krążył beznadziejnie wśród płonących pojazdów; jego 

kierowca najwyraźniej stracił głowę. -

- Ty tam! - krzyknęła Desiree najgłośniej jak umiała. - Wysiadaj! 

Wychodź z samochodu! Uciekaj!

Kierowca  jej  nie  słyszał.  Sądząc  po  sposobie,  w  jaki  prowadził, 

musiał  być  spanikowany  albo  nawet  zatruty  oparami  płonącego 
paliwa.

Wiedziała, co ma zrobić. Musi tam iść, to jej obowiązek. Sięgnęła 

do  pasa  po  broń.  Na  ułamek  sekundy  zawahała  się.  Wiedziała,  że 
kiedy  idzie  się  w  ogień, należy  pozbyć  się  broni;  tak  ją  uczono  w 
akademii policyjnej.

Ale tam może czekać na nią wróg. Jondella nie było na kempingu, 

mógł  ukraść  samochód  i  przyjechać  tutaj.  Co  z  tą  bronią?  Brać  ją  z 
sobą czy rzucić?

Wszystko  jedno,  z  bronią  czy  bez.  Jej  obowiązkiem  jest  iść  w 

ogień; jest przecież szeryfem.

background image

Rozdział 8
Zostawiła  zapasowe  naboje  przy  siodle,  a  rewolwer  wsunęła  do 

kieszeni. Zawsze to jakieś wyjście. Ruszyła przed siebie, próbując nie 
spuszczać z oczu samochodu, którego kierowca usiłował się wydostać 
z  płonącego  labiryntu.  Poczuła  na  twarzy  uderzenie  gorącego, 
cuchnącego dymem powietrza.

- Jestem  szeryfem!  Rozkazuję  natychmiast  opuścić  pojazd! -

krzyknęła, próbując przekrzyczeć huk płomieni i wybuchów.

Żadnej  reakcji.  Samochód  tłukł  się  między  płonącymi  wrakami 

niczym gigantyczny, oszalały ze strachu owad.

- Nie wydostaniesz się stąd! Musisz wysiąść i uciekać od ognia!

Była  już  całkiem  blisko,  kiedy  drzwi  samochodu  nagle  się 

otworzyły i ukazała się drobna, skurczona postać.

- Tutaj! Chodź tutaj! Do mnie!

Przerażony  kierowca  nerwowo  zwrócił  się  w  stronę  jej  głosu,  a 

potem zrobił krok w stronę przeciwną.

- Do mnie! Chodź do mnie! Tutaj jest wyjście! Teraz dostrzegła, 

że kierowcą jest kobieta. Zrobiła

przestraszony krok  w stronę ognia,  a potem znowu zawróciła do 

samochodu.

Co  ona  do  cholery  robi?  Zwariowała  ze  strachu?  A  może  chce 

zabrać coś cennego?

- Odsuń się od samochodu! To rozkaz!

Kobieta pochyliła się i zaczęła wyciągać z wnętrza pojazdu jakieś 

paczki. Desiree wyjęła nadajnik.

- Możemy  mieć  rannego  z  oparzeniami.  Jak  najszybciej 

przyślijcie karetkę...

Dźwięk  kolejnego  potężnego  wybuchu  zagłuszył  jej  słowa  i 

rozszedł się złowrogim echem po górach.

Virgil go słyszał. Słyszał w swoim aparacie głos Desiree, a potem 

wybuch.

- Słyszysz mnie? Desiree? Odbiór!

Stale miał w uszach potężny huk, który zagłuszył jej głos.

- Odezwij się!

Ścisnął boki Onyksa i runął w ciemność nocy.
Caro  też  wszystko  słyszała.  Radio  w  Silver  Dollar  nastawione 

było  na  odbiór  policyjnych  komunikatów.  Dobrze  znała  dźwięk 

background image

ostrożnie  zamykanych  drzwi.  Bracia  Bodine  wszyscy  razem 
opuszczali ranczo tylko w przypadku wyjątkowo ważnej potrzeby.

Zeszła na dół, żeby przeczytać wiadomość od Wyatta.
Wiedziała,  że  do  niej  napisał;  zawsze  tak  robił,  kiedy  musiał 

wyjść  w  nocy.  Natychmiast  włączyła  radioodbiornik.  Miała  to  we 
krwi; jest przecież córką policjanta i żoną szeryfa.

Była spokojna i opanowana, ale wiedziała, że tym razem chodzi o 

Desiree.

Mimo że oddała  glos  na  siostrę,  wiedziała,  że Desiree  ma  mniej 

doświadczenia  niż  każdy  z  Bodine'ów.  Pocieszała  ją  tylko  myśl,  że 
wszyscy trzej za chwilę będą przy niej. Ona musi zająć się Travisem, 
Cat, i spokojnie czekać. Musi być cierpliwa.

Dopiero  kiedy  usłyszała  głos  siostry  proszącej  o  karetkę  i  nagły 

wybuch, zerwała się na równe nogi i sięgnęła po telefon.

- Rogelio? To ja, Caro. Przyślij tu kogoś, żeby się zajął dziećmi, i 

niech mi osiodła konia. Coś się stało z moją siostrą... Jadę do niej.

Desiree  instynktownie  zamknęła  oczy,  oślepiona  nagłym 

blaskiem.  Posypało  się  szkło;  kobieta  obok  samochodu  rozpaczliwie 
krzyknęła  i  upadła  na  ziemię.  Desiree  zamrugała  oczami  i  podbiegła 
do  niej.  Dokoła  nich  paliły  się  wraki.  Kobieta  nie  ruszała  się;  może 
była ranna, a może sparaliżowana strachem.

Nie  było  czasu  na  popisywanie  się  znajomością  zasad  pierwszej 

pomocy. Powietrze drgało od żaru. W upale wirowały skrawki metalu. 
Desiree pochyliła się i dotknęła ramienia kobiety.

- Może pani wstać? Lozen! To ty?

Lozen Cliffwalker, matka Jasenthy, otworzyła oczy.

- Desiree? To ty?
- Co ty tu robisz? - zapytały obie równocześnie. Gdyby nie to, że 

zaraz się usmażymy, to byłoby nawet

zabawne, przemknęło przez myśl Desiree.

- Próbuję  ratować  twoją  skórę - powiedziała.  Lozen  rzuciła 

wokół przerażonym wzrokiem, jakby

kogoś szukała.

- Gdzie jest... Jasentha?

Pewnie mówi od rzeczy, bo jest w szoku.

- Jaz tu była?

background image

- Widziałam  jej  samochód.  Chciałam  ją  odwiedzić,  ale  miałam 

dużo  pracy  w  szpitalu  i  wyjechałam  bardzo  późno.  Zobaczyłam  jej 
samochód na parkingu i postanowiłam zobaczyć, czy jest...

- Zobaczysz  córkę  później - przerwała  jej  Desiree. - Teraz 

musimy uciekać, bo się spalimy. Możesz wstać?

Nie  zamierzała  czekać  na  odpowiedź.  Czuła  niemal,  jak 

płomienie liżą jej spódnicę i opalają włosy. Lozen usiadła i odgarnęła 
z twarzy czarne włosy.

- Gdzie mój samochód?

Desiree niemal siłą podniosła ją z ziemi.

- Zostaw samochód! Uciekamy!
- Moja torebka... Tam mam torebkę...

Ona  chyba  zwariowała  albo  naprawdę  jest  w  szoku!  Czy  nie 

widzi, co się dzieje?

- Zostaw torebkę. Jesteś ranna?
- Nie, ale...  Boże,  zostawiłam ubranka.  Wyrwała się  i  rzuciła  w 

stronę samochodu.

- Kupisz nowe! - Desiree chwyciła ją za ramię. - Samochód zaraz 

wybuchnie! Uciekajmy!

- Miałam  tam  ubranka  dla  dziecka  Jasenthy!  Nie  zdążę  kupić 

nowych!

- A  my  nie  zdążymy  się  stąd  wydostać!  Musimy  natychmiast 

uciekać!

- Wyjmę tylko walizkę z bagażnika! Tylko jedną i zaraz idę!
- Nie!

Samochód  nieopodal  wyleciał  w  powietrze  i  Desiree  kątem  oka 

oceniła, że dzielą je od niego tylko trzy auta.

Szarpnęła  Lozen,  chcąc  ją  odciągnąć  od  samochodu,  lecz  Lozen 

kurczowo  złapała  za  klamkę.  Desiree  szarpnęła  raz  i  drugi  i  Lozen 
puściła. Wybuch pojazdu obok powalił je na ziemię. Desiree przykryła 
swoim ciałem krzyczącą kobietę i zapadła się w czarną studnię, której 
mrok przenikały świetliste strzały jaskrawego światła.

Virgil dopadł płonącego parkingu.

- O Boże...

Zeskoczył  z  Onyksa  i  zostawił  zgonionego  konia  obok  Perłowej 

Kropli. Biegiem ruszył w stronę pożaru.

- Jamie, jesteś tam? - zawołał po drodze do swego nadajnika.

Głos zastępcy szeryfa dotarł do niego wśród trzasków i zgrzytów:

background image

- Wyjechałem  dwadzieścia  minut  temu.  Jestem  już  niedaleko, 

zaraz będę na miejscu. Wiesz, jakie tu są drogi.

- Wyatt i Morgan jadą za mną.
- W porządku. Są jacyś ranni?
- Jeszcze nie wiem.
- Miałeś już kontakt z szeryfem?
- Nie. Rozłączam się. Virgil znowu nacisnął guzik.
- Desiree? Szeryfie? Odezwij się!

Pośrodku gigantycznego  ogniska dostrzegł jakąś sylwetkę. Co ta 

kobieta tam robi?

Poczuł  ostry  zapach  palących  się  chemikaliów,  czarny  dym 

zaszczypał go w oczy.

- Chodź! Pomóż mi! - usłyszał. - Ona jest ranna!
- Jak się tam do was dostać?

Ruszył przed siebie szpalerem płonących wraków. Czuł na piersi 

upalny oddech pożaru. Był tylko w dżinsach, na gołych stopach miał 
lekkie włoskie buty. Cisnął za siebie broń i nadajnik.

- Jestem kilka metrów w lewo od głównego wejścia! To musi być 

ktoś, kto dobrze zna teren rezerwatu.

- Lozen, to ty?
- Tak! Desiree nie może się ruszyć, a ja mam złamaną rękę! Nie 

mogę jej stąd wynieść!

Desiree jest ranna?
Nagle  przestał  czuć  żar,  opary  gazów,  szczypiący  dym. 

Niebezpieczeństwo  gdzieś  zniknęło.  Zaczął  rozumować  sprawnie,  na 
zimno.  Błyskawicznie skierował  się  we wskazanym  kierunku. Pędził 
nie  dlatego,  że  wzywała  go  Lozen;  pędził,  bo  Desiree  jest  w 
niebezpieczeństwie...

Biegł  zygzakiem  między  płonącymi  samochodami,  nie  czując 

bólu i oparzeń. Widział tylko Lozen i jakiś kształt leżący obok niej na 
ziemi.

- Desiree!

Ukląkł  przy  niej  i  zobaczył  krew  na  jej  czole.  Wziął  na  ręce 

bezwładne ciało i przytulił do piersi.

- Co jej się stało? - Jego głos był chrapliwy i obcy.
- Przyjechałam  i  zobaczyłam  samochód  Jasenthy.  Chciałam  iść 

do jaskini zobaczyć się z nią. A potem - Lozen zadrżała - stało się to 
wszystko i chciałam wyjąć... ubranka z samochodu...

background image

- Co chciałaś zrobić?
- Przywiozłam rzeczy dla dziecka Jasenthy.  Desiree zobaczyła  i 

przyszła  tu  po  mnie...  Nie  chciałam  z  nią  iść...  Wybuchł  jakiś 
samochód  i  ona  mnie  odciągnęła  i...  przykryła  sobą...  a  potem... -
Lozen wybuchła płaczem. - Nie patrz na mnie tak, Virgil! Myślałam, 
że zdążę! Naprawdę myślałam, że zdążę! Ja nie chciałam...

- Wystarczy! - warknął. - Teraz  idziemy.  Weź  się  w  garść,  ale 

już.

Spojrzał na jej rękę; była nienaturalnie wykręcona.

- Musisz jakoś sobie dać radę, złap mnie za pasek. Wyprowadzę 

nas stąd.

Lozen zachwiała się.

- Musisz iść o własnych siłach. Nie mogę nieść was obu. Musisz 

mi pomóc, słyszysz?

Skinęła  głową;  widać  było,  że  próbuje  się  opanować.  Virgil 

zarzucił na twarz  Desiree kawałek  jakiegoś  materiału, który zwisał  z 
otwartej walizki.

- Idziemy.

Ruszył  biegiem  przed  siebie  z  Desiree  w  ramionach,  słysząc  za 

sobą kroki Lozen i jej zdyszany oddech.

Samochody  nie  przestawały  wybuchać.  Płomienie  strzelały  w 

niebo.  Muszę  wierzyć,  że  stąd  wyjdziemy.  W  głowie  wirowały  mu 
strzępy modlitwy: kto się w opiekę odda Panu swemu... Biegł, czując, 
jak  palą  mu  się włosy  na  przedramionach;  Lozen  biegła  uczepiona 
jego paska.

Rozgrzany asfalt zapadał się pod nogami jak błoto, włoskie buty 

grzęzły w nim, utrudniając ucieczkę. Zrzucił je i biegł boso, nie czując 
żaru.  Gdzie  ta  straż  pożarna?  Gdzie  karetka  pogotowia?  Desiree, 
wytrzymaj jeszcze chwilę! Błagam, to już niedaleko...

Pot i dym zakrywał mu oczy, resztką sił przebiegł ostatni odcinek 

dzielący go  od  wyjścia  z parkingu.  Rzucił  się  ku  niemu  jak  biegacz, 
który piersią przebija linię mety. Zachłysnął się świeżym powietrzem. 
Lozen puściła jego pasek i opadła na ziemię. Zsunął z twarzy Desiree 
przesiąkniętą krwią szmatę.

- Virgil! - Caro zeskoczyła z konia tuż obok niego. - Virgil! Kto 

to jest?

Spojrzała  na  kobietę,  którą  trzymał  w  ramionach,  i  zobaczyła 

zakrwawioną twarz siostry.

background image

- Boże! Ray!
- Co jej się stało?

Lozen podniosła się i chwiejnym krokiem podeszła do nich.

- Trzymaj jej głowę wysoko - powiedziała do Virgila. - Nie może 

zachłysnąć się krwią.

Potem powiodła wzrokiem po płonącym pobojowisku.

- Wszystkie moje ubranka szlag trafił... - oznajmiła smętnie.

Z  jaskiń  zaczęli  wyłaniać  się  ludzie.  Wśród  badaczy  życia 

nietoperzy była też Jasentha. Virgil na nikogo nie zwracał uwagi. Nie 
spuszczał wzroku z twarzy kobiety, którą trzymał w ramionach.

- Caro,  zaopiekuj  się Lozen.  Zaprowadź  ją do  karetki.  Ja  zajmę 

się Desiree.

Caro  nie  odpowiedziała.  Drżącą  dłonią  dotknęła  zwieszonej 

bezwładnie ręki siostry.

- Siostrzyczko, odezwij się, Ray... Uniosła zalaną łzami twarz w 

stronę Virgila.

- Czy ona z tego wyjdzie? Jak to się stało? O Boże, co ja powiem 

mamie i tacie...

- A  co  powiesz  Jaz?  Zaopiekuj  się  tymczasem  jej  matką. 

Odejdźcie stąd.

- A jeśli ten szaleniec stale tu krąży?
- Ktokolwiek to zrobił, na pewno już uciekł.
- Skąd możesz wiedzieć? Zostanę z Ray.

W końcu sam musiał je wyprowadzić dalej od ognia. Poszli tam, 

gdzie  stały  konie,  żeby  zaczekać,  aż  nadejdzie  pomoc.  Lozen  nie 
przestawała łkać.

- Tak  strasznie  mi  przykro,  Caro.  Nie  chciałam,  żeby  tak  się 

stało. Ja chciałam tylko wziąć moją walizkę.

- Nie  mów  tyle - przerwał  jej  Virgil. - Staraj  się  opanować  i 

spokojnie  oddychać.  Tak  będzie  najlepiej  dla  nas  wszystkich. 
Przypomnij sobie, czy widziałaś tam kogoś oprócz Desiree?

- Nie. - Łzy  popłynęły  po  policzkach  Lozen. - Dlaczego  jej  nie 

posłuchałam?  Trzeba  było  jej  słuchać. - Zaniosła  się  płaczem. -
Trzeba było jej słuchać.

Caro  pomogła  Virgilowi  usiąść  na  ziemi.  Nie  chciał  wypuścić 

Desiree  z  ramion.  Czuł,  jak  powoli  ogarnia  go  panika;  Caro  też  się 
bała, niemal namacalnie odczuwał jej niepokój.

background image

Drobne  ciało  w  jego  ramionach  było  ciężkie  i  bezwładne. 

Delikatnie dotknął palcem policzka Desiree.

- Nic  jej  nie  będzie,  prawda?  Oddycha,  prawda? - Caro 

próbowała  powstrzymać  łzy. - Dużo  się  nałykała  dymu?  Lozen, 
powiedz coś! Przecież jesteś lekarzem! Co możemy zrobić?

- Uspokój  się.  Słyszę  sygnał  karetki.  Zaraz  się  nią  zajmą, 

wszystko będzie dobrze.

Virgil  niezgrabnie  uniósł  się  z  ciężarem  w  ramionach.  Błagam, 

Ray, wytrzymaj jeszcze sekundę...

Desiree  lekko  się  poruszyła.  W  tym  samym  czasie  Caro  nagle 

jęknęła i chwyciła się za brzuch.

- Nie, tylko nie to...

Rozległ  się  bliski  dźwięk  sygnału  i  po  chwili  karetka  hamowała 

tuż przy nich. W tym samym czasie zjawili się Morgan i Wyatt, który 
natychmiast podbiegł do żony. Vir - gil zwrócił się do Morgana:

- Powiedz  Jamiemu,  że  ma  zaraz  odszukać  Alberta  Jondella. 

Powinien  być  na  kempingu.  I  niech  ktoś  z  rancza  przyjedzie  tu  po 
nasze konie.

- Co tu się stało?
- Opowiem ci po drodze. Lozen, pojedziesz do szpitala razem z 

Morganem  i  Jasenthą.  Morgan,  ona  ma  złamaną  rękę.  Caro  dostała 
bóli,  może  zaraz  poronić.  Desiree...  pojedzie  do  szpitala  razem  z 
siostrą.

- Jadę  z  Caro - powiedział  stanowczo  Wyatt. - Co  się  stało  z 

twoją nogą?

Virgil spojrzał na swą bosą stopę.

- Co się stało z twoimi butami?
- Nie wiem.
- Pozwól, żeby Virgil pojechał z nami - proszącym głosem rzekła 

Caro. - Będzie na nas uważał.

Virgil skinął głową. Nawet gdyby nie miał poparzonej stopy, i tak 

nikomu by nie pozwolił jechać z Desiree. Nawet Wyatt nie zmusi go, 
żeby ją teraz opuścił.

- Dobrze, spotkamy się w szpitalu - zgodził się w końcu Wyatt.
- W porządku.

Desiree  została  umieszczona  w  karetce,  zaraz  za  nią  weszła  do 

środka  Caro.  Virgil  usiadł  z  tyłu.  Jamie  ze  strażakami  zaczął  gasić 

background image

ogień. Płomienie z trudnością dawały się ujarzmić; to było pustkowie, 
a nie wielkie miasto, gdzie na każdym rogu czekają hydranty...

Virgil  siedział  w  karetce,  jedną  ręką  trzymając  bezwładną  dłoń 

Desiree, drugą opiekuńczo obejmując jej siostrę. Patrzył, jak płonący 
parking oddala się, a płomienie powoli zlewają w niewyraźną plamę.

Desiree, coś ty narobiła!
Otworzyła  oczy,  nie  bardzo  wiedząc,  gdzie  się  znajduje. 

Zobaczyła nad sobą twarz lekarza; znajdowała się w małym szpitalu w 
Tombstone. Spróbowała usiąść, ale przenikliwy ból głowy uświadomił 
jej, że miała fatalny pomysł.

- Witamy. Wie pani, gdzie pani jest? - usłyszała głos lekarza.
- Tak.
- To proszę powiedzieć.
- Czy  to  znaczy,  że  teraz  będę  musiała  odpowiadać  na  te 

wszystkie głupie pytania, jak się nazywam i tak dalej?

- Obawiam się, że tak.
- Pod  warunkiem,  że pan odpowie na  moje. - Desiree zamknęła 

oczy. - Jak się czuje Lozen Cliffwalker? Macie tu lód na głowę? Gdzie 
jest mój zastępca? Lekarz uśmiechnął się.

- Lozen miewa się dobrze. Mamy lód na głowę, a pani zastępca 

jest tu, obok.

- Virgil tu jest? Gdzie?

Otworzyła oczy. Lekarz natychmiast zaświecił w nie małą lampką 

w kształcie ołówka.

- Niech pan to natychmiast zabierze! Słyszy pan?
- Źrenice  reagują  prawidłowo.  Miała  pani  szczęście,  udało  się 

pani  wyjść  z  tego  tylko  ze  wstrząsem  mózgu  i  skręconą  ręką. 
Zatrzymamy panią na kilka dni, żeby się przekonać, czy wszystko w 
porządku.

- Świetny  pomysł.  O  Boże,  mój  pies!  Zostawiłam  go  na 

kempingu!

- Nie martw się. Oscar już jest na ranczu - usłyszała głos Virgila i 

odetchnęła z ulgą.

- Złapaliście Jondella? - zapytała.
- Porozmawiacie  państwo  później - przerwał  im  lekarz. - Panią 

teraz  przewieziemy  do  pokoju,  a  pana  proszę  na  opatrunek.  Musimy 
coś zrobić z tą nogą.

- Virgil, co ci jest?

background image

- Nic takiego. Teraz leż spokojnie, przyjdę do ciebie do pokoju, 

jak tylko będę mógł.

Pielęgniarka  już  wywoziła  ją  z  gabinetu  i  Desiree  nie  mogła 

protestować. Po chwili leżała w łóżku z torbą pełną lodu na czole, lecz 
ostry ból głowy nie mijał.

To miało być takie spokojne, senne, małe miasteczko, a tu proszę: 

od dwudziestu czterech godzin mam ręce pełne roboty! I to jakiej!

Podeszła do niej laborantka i pobrała krew do analizy.

- To tylko formalność, musimy panią przebadać.

Po  chwili  do  pokoju  Desiree  zapukał  Virgil.  Wyglądał  bardzo 

niedobrze; był blady i stąpał z wyraźną trudnością.

- Jak się czujesz? - zapytała, przekręcając głowę w jego stronę.

Virgil usiadł na jedynym tu krześle i uśmiechnął się z wysiłkiem.

- To ja powinienem cię o to zapytać.
- Jak widzisz, żyję. Opowiedz mi, co się tam działo.
- Straciłaś  przytomność,  Lozen  była  w  szoku,  poszedłem  tam  i 

cię wyniosłem.

- Wyniosłeś mnie?
- Tak.

Nie miała o tym pojęcia.

- Poparzyłeś się?
- Nie, wszystko w porządku.

Dopiero wtedy zauważyła, że ma na nogach opatrunki.

- Co ci się stało?
- Nic takiego, noga mnie trochę boli.
- Od tych twoich butów?
- Tak.

Pielęgniarka, która właśnie weszła, spojrzała na nią spod oka.

- Niech  mu  pani  nie  wierzy.  Poleciał  po  panią  w  ogień  bez 

koszuli,  w samych spodniach  i na bosaka. A potem wracał przez  ten 
ogień z panią i panią Cliffwalker.

Virgil spojrzał na pielęgniarkę, jakby ją chciał zamordować.

- O Boże, Virgil, przecież mogłeś zginąć!
- Ale nie zginąłem.
- Ale mogłeś... - W oczach Desiree pojawiły się łzy.
- Tacy  już  są  ludzie  w  Tombstone,  prawda? - Pielęgniarka 

uśmiechnęła się do nich i wyszła z pokoju.

Na twarzy Virgila pojawił się blady uśmiech.

background image

- Bardzo jesteś poparzony? To nic poważnego?
- Wszystko w porządku. Tylko trochę boli mnie noga. Wcale nie 

byłem  na  bosaka.  Siostra  przesadziła,  zgubiłem  buty  w  ostatniej 
chwili.

Łzy znowu zalśniły w jej oczach.

- Jak mam ci dziękować.
- Nie masz za co. Straciłem tylko parę butów. Próbowała unieść 

głowę, ale natychmiast z jękiem znowu opadła na poduszki.

- Tak strasznie ci dziękuję, naprawdę, strasznie ci dziękuję. Nikt 

jeszcze nigdy nie uratował mi życia - oświadczyła nagle, jakby sama 
zdumiona tym odkryciem.

- Dobrze,  dobrze,  tylko  nie  powtarzaj  już  podobnych 

eksperymentów.

Ujął ją za rękę i przytrzymał.

- Teraz ty mi powiedz, jak się czujesz i co się wydarzyło, zanim 

przyjechałem. Jeśli czujesz się na siłach o tym wszystkim mówić.

- Mogę mówić.

Poprawiła zimny okład na głowie i zdała mu relację z przebiegu 

swej wizyty na kempingu.

- Wtedy sprawdziłam, czy Jondell jest w namiocie - dokończyła -

i  pojechałam  w  kierunku  pożaru.  Tam  spotkałam  Lozen,  a  resztę 
znasz.

- I  nigdzie  nie  widziałaś  Jondella?  Ani  na  kempingu,  ani  na 

parkingu?

- Nie. Na szczęście nikt nie zginął. Prawda?
- Nikomu  nic  się  nie  stało.  Nie  zginął  nawet  jeden  nietoperz, 

sama Jasentha mi powiedziała.

- To ona też tam była?
- Tak,  była  w  jaskini  z  jakimś  ekologiem  z  Teksasu.  W  środku 

nawet nie poczuli dymu.

- Dzięki Bogu.
- Wydałem  nakaz  aresztowania  Jondella.  Pewnie  niedługo  go 

złapią.

- Bardzo  dobrze.  Tylko  nie  wiem,  czy  to  na  pewno  on.  Jondell 

nie  lubi  takich  akcji,  to  do  niego  niepodobne.  On  działa  jak  wąż,  z 
ukrycia. Podpalić parking to nie w jego stylu. To może znaczyć, że w 
Tombstone jest jeszcze jakiś inny przestępca.

background image

- Pomówimy  o  tym  później.  Na  razie  musimy  porozmawiać  o 

sprawach rodzinnych.

- Co z matką Jasenthy?
- Ma  złamaną  prawą  rękę,  na  razie  nie  będzie  mogła  pracować 

jako chirurg.

- Biedna Lozen!
- Nie ma kogo  żałować - powiedział  ostro. - Będzie miała czas, 

żeby  się  zastanowić  nad  swoją  głupotą.  Przez  nią  mogłaś  przecież 
zginąć! Obie mogłyście zginąć!

- Ale nie zginęłyśmy - rzekła pojednawczo Desiree. - Virgil, ona 

była w szoku, a do tego podtruta tymi oparami. Wiem, bo widziałam, 
jak się zachowywała; kręciła się w kółko.

- Wpadła w panikę i popełniła błąd.
- Nie tylko ona popełnia błędy.
- Ale ten popełniła ona.
- Gdzie ona teraz jest?
- Na naszym ranczu. Jej były mąż, Rogelio, i córka są przy niej. 

Przykro mi, ale chyba będzie musiała spać w twoim pokoju.

Desiree uśmiechnęła się.

- Bardzo się z tego cieszę, to nawet dobrze ze względu na Caro. 

Ktoś jej pomoże przy dzieciach, a Jasentha będzie miała matkę blisko 
siebie.

Na twarzy Virgila zauważyła coś, co ją zaniepokoiło.

- Co się stało? Co ty...
- Chodzi o Caro.

Ton jego głosu zdenerwował ją jeszcze bardziej.

- Co z Caro?

Przysunął się bliżej i ujął jej drugą rękę.

- Ona też pojechała na ten parking, zaraz po mnie.
- Kto? Moja siostra?
- Tak.  Potem  razem  przyjechaliśmy  tutaj  karetką.  Desiree 

zacisnęła zęby i z trudem uniosła głowę.

- Dlaczego? Caro też była poparzona?
- Nie... Dostała boleści, tam na parkingu...
- Nie!
- Teraz leży tutaj, została w szpitalu.

background image

- Jak  się  czuje?  Nie  dostała  krwotoku,  prawda?  Nie  poroniła? -

Jego oczy powiedziały jej wszystko. - Rozumiem, moja siostra straciła 
dziecko, tak?

- Tak.
- Niech  to  szlag. - Desiree  zamknęła  oczy. - Jak  ona  się  teraz 

czuje?

- Fizycznie dobrze, psychicznie nieco gorzej. Wyatt cały czas jest 

przy niej.

- Boże, jak ona chciała  mieć to dziecko... Tak bardzo  chciała je 

utrzymać, stale mówiła, że lekarz się myli i że ona wie lepiej.

Oczy  Desiree  ponownie  napełniły  się  łzami.  Poszukała  ręką 

telefonu, chcąc natychmiast porozmawiać z siostrą.

- W jej pokoju też jest telefon, prawda? Jak tam się dzwoni?
- Teraz  go  wyłączyli,  żeby  mogła  odpocząć.  Jutro  do  niej 

pójdziesz.

Łzy spłynęły jej po policzkach.

- Powiedz jej, że jest mi strasznie przykro. I że się modlę za nią i 

za jej dziecko.

Virgil  nie  odpowiedział.  Przez  chwilę  siedzieli  w  milczeniu. 

Desiree płakała, potem niezręcznie spróbowała otrzeć ręką łzy. Virgil 
pośpieszył z chusteczką.

- Dziękuję.  Teraz  już  wracaj  do  domu,  musisz  odpocząć.  Jutro 

Jamie będzie potrzebował twojej pomocy.

- Tak jest, szefie.

Wstał, ale nie śpieszył się do wyjścia.

- Potrzebujesz czegoś z domu?
- Jakieś ubranie, żeby się przebrać.
- Nic więcej?
- Nie wiem, gdzie się podziała moja broń.
- Wyatt ją znalazł. Nie widział tylko twojego pasa i zapasowych 

naboi.

- Są w torbie przy siodle.
- W  takim  razie  wszystko  już  wróciło  na  ranczo.  Rogelio 

wszystkim  się  zajął,  sprowadził  konie  z  powrotem.  Jak  wrócę,  to 
jeszcze sprawdzę.

- Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś.
- Spełniłem  tylko  swój  obowiązek.  I  nie  martw  się  o  Oscara. 

Jamie  zabrał  go  z  tego  obskurnego  „biura"  na  kempingu.  Był  dosyć 

background image

znudzony, ale w dobrej formie. Travis się nim zaopiekuje do twojego 
powrotu. Będzie zachwycony.

- Dzięki.
- Może byś już przestała mi dziękować? Uśmiechnęła się smutno, 

cały czas myśląc o siostrze.

- W  takim  razie  idę.  Wyatt  mnie  zawiezie  do  domu,  jak  Caro 

zaśnie. Ty też powinnaś się przespać.

- Zaraz zasnę. Poczekaj, Virgil...

Stał przy niej, nadal trzymając jej rękę. Delikatnie pociągnęła go 

ku  sobie,  a  kiedy  się  pochylił,  pocałowała  go  w  policzek.  Jego 
obecność  sprawiała,  że  czuła  się  lepiej  mimo  nieszczęścia,  jakie 
spotkało Caro.

Nigdy, przenigdy nie pomyślałaby, że może go tak potrzebować. 

Kim on jest, ten facet? I co z nią zrobił?

- Trzymaj się - powiedziała - i wykuruj jak najszybciej tę nogę.
- Będę się trzymał. Dobranoc, Desiree.

Wyszedł, powłócząc ciężko nogami obutymi w papierowe kapcie.

background image

Rozdział 9
Następne  dwie  godziny  były  bardzo  męczące.  Nie  dawali  jej 

spokoju.  Co  chwila  pojawiał  się  lekarz  albo  pielęgniarka,  żeby 
sprawdzić, jak się czuje. Zadawali jakieś absurdalne pytania, po czym 
wychodzili, najwyraźniej zadowoleni z odpowiedzi.

Wpadli  też  Morgan,  Wyatt  i  Jasentha.  Zgodnie  z  zaleceniem 

lekarza,  nikt  słowem  nie  wspominał  o  wydarzeniach  poprzedniej 
nocy. Obawiano się, że uraz głowy może okazać się groźny.

Desiree nie protestowała. Czekała tylko, aż wszyscy sobie pójdą, 

żeby móc jak najszybciej odwiedzić siostrę. Wiedziała, że pokój Caro 
znajduje się piętro niżej; wystarczy zejść po schodach. W tej sytuacji 
rozmowa telefoniczna jej nie wystarczyła.

Wreszcie  nadszedł  właściwy  moment.  Zostawili  ją  w  spokoju  i 

mogła  wprowadzić  swe  plany  w  życie.  Zsunęła  się  z  łóżka,  otuliła 
szlafrokiem i chwiejnie stanęła na nogach. Przez chwilę stała tak, nie 
wiedząc, czy zdoła utrzymać się na nogach.

Trudno, jakoś muszę tam dotrzeć, pomyślała, przymykając oczy i 

czekając, aż ból głowy nieco zelżeje; swoją drogą, mogli nas położyć 
w tym samym pokoju. To by wiele ułatwiło.

Nie  znalazła  szpitalnych  pantofli  i  ruszyła  w  drogę  boso. 

Ostrożnie  pokonała  korytarz  na  dole  i  znalazła  się  pod  drzwiami 
pokoju  siostry.  Były  otwarte.  Desiree  wśliznęła  się  do  środka,  mając
nadzieję,  że  Caro  śpi.  Siostra  nie  spała  jednak:  leżała  nieruchomo, 
szeroko otwartymi zaczerwienionymi oczami wpatrując się w sufit.

- Proszę  wyjść!  Mówiłam,  że  nie  będę  rozmawiać  z  żadnym 

psychologiem! - powiedziała, nie odwracając głowy.

- Caro? To ja.
- Ray?
- Mogę wejść?
- Tak. Dlaczego wstałaś? Powinnaś leżeć.
- Musiałam cię zobaczyć.

Desiree zamknęła drzwi i wolno zbliżyła się do łóżka.

- Virgil powiedział, że masz wyłączony telefon, więc przyszłam. 

Mój pokój jest niedaleko.

Caro nie oderwała wzroku od sufitu.

- Głupie pokoje, głupi szpital, głupie pielęgniarki, które trzymają 

człowieka  za  rękę  i  mówią,  że  trzeba  porozmawiać  z  psychologiem. 
Zupełnie  jakby  to  coś  mogło  zmienić!  Co  taki  psycholog,  zwłaszcza 

background image

facet,  może  wiedzieć  o  poronieniu!  Co  on  może  wiedzieć,  jak  czuje 
się ktoś, kto właśnie stracił dziecko!

Desiree  przysunęła  krzesło  do  łóżka  siostry  i  ostrożnie  usiadła. 

Każda zmiana pozycji wywoływała ostre łupanie w czaszce.

- Mam go od ciebie kopnąć w tyłek? - zaproponowała uprzejmie.
- Sama  go  kopnę!  Mam  ochotę  kopnąć  cały  świat  i  wyć  jak 

zwierzę. Tak bardzo pragnęłam mieć to dziecko! Tak bardzo.

- No  to  krzycz  sobie  i  wyj  do  woli,  nie  ma  co  tego  tłumić  w 

sobie.  Dobrze  ci  to  zrobi.  A  już  na  pewno  powinnaś  się  solidnie 
wypłakać.

- Nie mogłam płakać, Wyatt był taki zmartwiony. On też bardzo 

pragnął  tego  dziecka,  a  do  tego  bał  się  o  mnie.  Był  niespokojny  o 
ciebie, o Virgila, o Lozen... Nie chciałam mu dokładać zmartwień.

- Wyatt poszedł, jesteśmy same, a przede mną nie musisz udawać 

dzielnej dziewczynki. Płacz śmiało.

- Dobra.

Po policzkach Caro zaczęły płynąć łzy. Desiree położyła rękę na 

ramieniu siostry.

- Ja też tak płakałam, kiedy znalazłam Lindę.
- Pomogło?
- Tak sobie.
- Mam ochotę wrzeszczeć, ale w szpitalu nie mogę. Pomyślą, że 

zwariowałam - poskarżyła się Caro.

- Ja  wtedy  byłam  u  rodziców,  więc  też  nie  mogłam  krzyczeć. 

Położyłam  poduszkę  na  twarzy  i  głośno  przepłakałam  całą  noc. 
Spróbuj, to dobry pomysł, nie krępuj się.

Caro  skinęła  głową  i  sięgnęła  po  dodatkową  poduszkę  leżącą  w 

nogach łóżka.

- Weź  głęboki  oddech  i  krzycz  w  poduchę.  Raz...  Caro 

zaczerpnęła powietrza.

- Dwa...

Położyła poduszkę na twarzy.

- Trzy.

Rozległo  się  zduszone  łkanie.  Trwało  bardzo  długo.  Przez  cały 

ten  czas  Desiree  siedziała  obok  siostry,  obejmując  ją  ramieniem. 
Potem stopniowo płacz ucichł. Desiree ułożyła siostrę na poduszkach i 
chusteczką wytarła jej oczy.

- I jeszcze ci wytrę nos.

background image

- Sama sobie wytrę. Życie jest do dupy.
- Wyjątkowo dzisiaj muszę się z tobą zgodzić, moja droga.
- Zawsze  chciałam  mieć  dużo  dzieci,  ale  moje  ciało  mnie 

zdradziło. Jest do kitu, piszę zażalenie i proszę o inne, lepsze.

- Doskonały  pomysł.  Mogę  ci  przepisać  to  podanie.  Przez 

dłuższą chwilę siedziały w milczeniu. Caro pierwsza przerwała ciszę:

- Dlaczego  ze  mną  tak  jest,  powiedz,  Ray?  Dlaczego  jestem 

taka... wybrakowana?

- Nie  jest  tak  źle.  Masz,  na  przykład,  bardzo  ładne  włosy. -

Desiree z uśmiechem  pogładziła  siostrę  po  głowie. - To też coś.  Nie 
tak  jak  ta  moja  szczotka.  Będę  ją  musiała  znowu  przystrzyc. 
Wyglądam okropnie.

Caro sięgnęła po nową chusteczkę.

- Dlaczego nigdy nie chcesz zapuścić włosów?
- Nienawidzę  swoich  włosów.  Jak  tylko  stąd  wyjdę,  złapię  za 

nożyczki i ciach.

Caro skrzywiła się i usiadła na łóżku.

- Błagam, nie rób tego sama. Choć raz w życiu idź do fryzjera.
- Mój ulubiony fryzjer został w Phoenix.
- Mogę sama ci trochę obciąć, albo jeszcze lepiej, zawiozę cię do 

mojego  fryzjera  w  Tombstone.  Wyglądasz  jak  nieszczęście.  Obie 
zresztą tak wyglądamy.

Jej  oczy  znowu  nabiegły  łzami.  Desiree  postanowiła 

interweniować.

- Zawsze można powiedzieć, że ty jesteś w lepszej sytuacji niż ja

- zaczęła  żartobliwie,  z  szelmowskim  uśmieszkiem. - Masz  męża, 
który cię kocha, a ja nie mam nikogo.

- Szybko  byś  znalazła  kochającego  męża,  gdybyś...  spróbowała 

wyglądać trochę bardziej... kobieco. Mogłabyś od czasu do czasu się 
uczesać,  ubrać  jakoś  bardziej  kolorowo,  zrobić  coś  z  tą  swoją 
niewyparzoną buzią... Tak to nikogo nie znajdziesz.

- Zupełnie jakbym słyszała mamę.
- Wiem,  wiem,  sama  nie  mogę  uwierzyć,  że  powiedziałam  coś 

takiego. Zupełnie jak mama.

- Mało brakowało, a nazwałabyś mnie starą panną. Cóż, zawsze 

byłaś starszą siostrą i to ci zostało. Dobra, na razie wracam do łóżka.

Caro pocałowała ją w policzek.

- W ogóle nie powinnaś była wstawać i przychodzić do mnie.

background image

- Przecież potrzebne ci było towarzystwo do płaczu.
- Wiem. - Caro  opadła  z  powrotem  na  poduszki. - Nie  cierpię 

płakać.

- Już zapomniałaś, co nam mówiono w szkole na lekcji chemii? 

Płacz  pozwala  oczyścić  organizm  z  bardzo  szkodliwych  związków
chemicznych,  których  nadmiar  niszczy  organizm.  To  ma chyba  jakiś 
związek  z  magnesem  albo  nadmanganianem,  już  nie  pamiętam.  W 
każdym razie, płacz jest bardzo dobry, bo rozładowuje emocje. Trzeba 
płakać, kiedy się tylko ma okazję.

- Wiem o tym. - Caro wzruszyła ramionami. - Powstrzymywałam 

się tylko ze względu na Wyatta.

- Głupol - czule  powiedziała  Desiree. - A  on  pewnie  udawał 

dzielnego ze względu na ciebie. A mogliście sobie razem popłakać... 
Trzeba  było  się  wyryczeć  na  jego  ramieniu.  Obojgu  zrobiłoby  się 
lepiej.

- Wiem. Bardzo się cieszę, że przyszłaś, Ray.
- Zaśniesz teraz?
- Chyba tak, a ty wracaj do swojego pokoju. Desiree uśmiechnęła 

się łobuzersko.

- Jak mi się zechce.
- Bądź rozsądna, Ray, masz poważny uraz głowy.
- Maleńkie wstrząśnienie mózgu.
- Boli  cię?  Wyatt  powiedział,  że  lekarz  mówił,  że  mało 

brakowało...

- Mam twardą czaszkę, wszystko wytrzyma. To tylko tak groźnie 

wyglądało,  bo  leciała  krew.  Założyli  mi  kilka  szwów.  A  Wyatt  nie 
potrafi trzymać języka za zębami, oni wszyscy tacy są. Gorsi niż stare 
plotkary.

Desiree  westchnęła;  Caro  ma  dość  zmartwień,  niepotrzebne  jej 

opowieści o tym, jak to siostrzyczka cudem uniknęła śmierci. A swoją 
drogą,  ten  pan  doktor  też  nie  musiał  wszystkiego  zaraz  opowiadać 
Wyattowi.

- Bodine'owie zawsze muszą wtykać nos w nie swoje sprawy.
- Zwłaszcza jeśli chodzi o rodzinę. Gdyby tak cię tutaj zobaczyli, 

nieźle by się nam dostało.

Desiree uśmiechnęła się i spojrzała na siostrę spod oka.

- Boisz się własnego męża?

background image

- Wcale  nie!  Po  prostu  nie  chcę  go  martwić.  Desiree  znacząco 

mrugnęła.

- Boisz się, boisz. Dobrze wiem.
- Zamknij się.
- To przecież ty się wpakowałaś w tę zwariowaną rodzinę, nie ja.
- Mylisz się, ty też należysz do tej rodziny.
- Boże broń, nie wytrzymałabym tego całego zawracania głowy.
- Pozwól sobie powiedzieć, że Virgil poszedł za tobą w ogień, bo 

należysz do rodziny.

- Poszedł, bo jest dobrym zastępcą szeryfa.
- Nie.  Zrobił  coś,  co  mężczyzna  robi  dla  kobiety,  na  której  mu 

zależy.

Nagle  role  się  odwróciły.  Teraz  Caro  była  stanowcza  i  silna,  a 

Desiree - mała i zagubiona.

- Kiedy  do  niego  zadzwonili,  nawet  nie  zdążył  się  ubrać.  Nie 

czekał na braci, wskoczył  na konia  i pognał do ciebie. Nawet go nie 
osiodłał.  Był  w  samych  spodniach,  bez  koszuli,  w  tych  swoich 
włoskich butach.

Desiree zamrugała oczami.

- Jechał bez siodła?
- Bez  siodła,  bez  butów  i  bez  koszuli.  Wskoczył  w  spodnie, 

wsunął te swoje pantofle i poleciał. Poparzył sobie stopy, kazał Lozen 
trzymać się za pasek i iść za sobą, bo mógł nieść tylko jedną z was, i 
wybrał ciebie.

- Lozen... mogła iść, ja nie. To logiczne.
- Lozen była w szoku, nie wiedziała, gdzie jest. Prowadził ją, ale 

niósł  ciebie.  Potem,  kiedy  czekał  na  pogotowie,  trzymał  cię  w 
ramionach,  ani  na  chwilę  cię  nie  puścił.  Tulił  cię  tak,  jak  Wyatt  tuli 
mnie. Widziałam to, widziałam wyraz jego twarzy.

- Ale... nic mi nie powiedział. Wspomniał tylko, że zgubił buty.
- Zostawił  je,  bo  się  przylepiły  do  asfaltu!  Po  co  miał  ci  to 

mówić? Przecież nie będzie tak po prostu ogłaszał całemu światu tego, 
co czuje.

Ona  może  mieć  rację.  Tak  na  mnie  dziwnie  patrzył  w  tym 

pokoju...

- Ray, ty dla niego bardzo dużo znaczysz.
- Ja... - Głos uwiązł jej w gardle. - To niemożliwe. Zawsze się ze 

mną sprzecza, krytykuje wszystko, co robię, prawi impertynencje.

background image

- A  ty  bez  przerwy  się  stawiasz!  Czy  ty  naprawdę  nic  nie 

rozumiesz?  Ten  facet  biegł  dla  ciebie  po  rozżarzonych  węglach,  i  to 
dosłownie!

- Co mam rozumieć?
- O  Boże!  Mam  ci  to  powiedzieć  wprost?  On  się  w  tobie 

zakochał, nie pojmujesz?

Desiree poczuła, że kręci jej się w głowie.

- Tak  myślisz?  Nie  będziemy  mogli  razem  pracować  ani... 

mieszkać. To wszystko bardzo utrudni. Ja nic takiego nie robiłam, nie 
zachęcałam go...

- Wiem,  że  nie,  ale  musisz  wiedzieć,  co  on  do  ciebie czuje. 

Zresztą,  Ray,  dobrze  jest  mieć  przy  sobie  mężczyznę  z  tej  rodziny. 
Zawodowo  i  osobiście,  wiem  coś  o  tym.  Desiree  zamyśliła  się. 
Odezwała się dopiero po dłuższej chwili:

- Caro, nie jesteśmy w kinie. Ludzie nie zakochują się w sobie ot 

tak,  od  razu.  A  ja...  nie  jestem  jeszcze  gotowa.  Nie  zamierzam  mieć 
męża i dzieci, nie bardzo lubię siedzieć w domu.

- Wcale nie powiedziałam, że masz zaraz wychodzić za mąż, ale 

to  wcale  nie  znaczy,  że  nie  potrzebujesz  kogoś,  kto  zawsze  będzie 
przy  tobie.  Potrzebny  ci  partner;  sama  mówiłaś,  że  zamierzasz 
zaprowadzić  porządek  w  tym  miasteczku.  Musisz  mieć  przy  sobie 
kogoś  oddanego.  Nie  chcę,  żeby  się  powtórzyło  to,  co  zeszłej  nocy. 
Kiedy  cię  zobaczyłam  nieprzytomną,  zakrwawioną,  poparzoną...  Ja 
myślałam,  że... - Caro  przerwała,  nie  chcąc  wymówić  strasznego 
słowa.

Umarłaś.

- To  dlatego  poroniłaś?  Dlatego,  że  tak  się  potwornie  przejęłaś 

moim stanem? - Desiree była teraz naprawdę przerażona.

- Nie - zaprzeczyła  Caro. - I  tak  bym  poroniła,  wiem.  Lekarz  i 

Virgil  też  tak  sądzą.  Nie  musisz  czuć  się  winna.  Nie  winię  ciebie, 
winię to moje okropne ciało. Nie udało mi się. Ale może tobie się uda, 
tobie i Virgilowi.

- Sama  nie  wiem.  Od  czasu  tego  wypadku  z  Lindą  moje  życie 

bardzo się skomplikowało, muszę wszystko przemyśleć. Próbuję sobie 
jakoś wszystko poukładać. Potrzebuję czasu.

Caro skinęła głową.

- Virgil  jest  w  podobnej  sytuacji.  Pozwól,  żeby  ci  pomógł. 

Pozwól,  żeby  nad  tobą  czuwał.  A  ty  czuwaj  nad  nim.  Nie  lekceważ 

background image

jego doświadczenia, uszanuj jego uczucia i uważaj. Bardzo cię proszę, 
Ray, uważaj na siebie.

Zapadła cisza. Po kilku minutach Caro nacisnęła dzwonek.

- Po co to robisz?
- Wzywam  pielęgniarkę,  żeby  pomogła  ci  wrócić  do  twojego 

pokoju.

- Cwaniara! Zupełnie tak samo, jak kiedy byłyśmy małe.

Desiree poprawiła siostrze poduszki i podciągnęła kołdrę.

- Bardzo mi przykro, że to się stało z twoim dzieckiem.
- Wiem.

Pocałowały się na pożegnanie.

- Może  jutro  wpuścisz  tu  tego  psychologa,  może  to  będzie 

kobieta? Porozmawiacie sobie trochę, a potem będzie ci lżej.

- Kto teraz bawi się w starszą siostrę, co?
- Zrób to dla Wyatta. Ja też będę spokojniejsza. Moglibyście też 

zamówić mszę za duszę dziecka, niech Wyatt porozmawia z pastorem. 
Pójdziemy wszyscy do kościoła pomodlić się.

- O  wszystkim  pomyślałaś,  jak  to  czyni  sprawny  urzędnik 

państwowy - jęknęła  Caro. - Ale  dobrze,  poproszę  Wyatta,  żeby 
zadzwonił do pastora.

Pielęgniarka, która w tym samym momencie stanęła w drzwiach, 

skrzywiła się na widok Desiree.

- Co pani tu robi?

Siostry  wymieniły  zawstydzone  spojrzenia  niczym  dwie  małe 

dziewczynki przyłapane na psocie.

- Zaraz idę po wózek, proszę się nie ruszać. - Pielęgniarka  była 

bardzo stanowcza.

- Nie  zamierzam  się  ruszać - oznajmiła  Desiree,  a  w  duszy 

postanowiła,  że  jak  tylko  stąd  wyjdzie,  zrekompensuje  sobie  całą  tę 
stratę czasu.

Już  ja  wiem,  co  zrobię,  żeby  temu  miastu  i  ludziom,  których 

kocham, zapewnić spokój.

- Ray, co z tobą? Wszystko w porządku?
- Tak.
- Miałaś taką minę...

Desiree spróbowała beztrosko się uśmiechnąć.

- Jaką?

background image

- Taką, jaką  masz zwykle, kiedy  chcesz  się  wpakować  w jakieś 

kłopoty. Trzymaj się z dala od kłopotów, Ray. Pomyśl o mnie, o Cat, 
o wszystkich...

- Powiedziałam,  że  będę  uważać  i  dotrzymam  słowa.  Na  razie, 

pa. I dziękuję.

Zasiadła  w  wózku,  który  przyprowadziła  pielęgniarka,  i 

wyjechała z pokoju z dumnie podniesioną głową.

Następnego  dnia  po  południu  obie  siostry  zostały  wypisane  ze 

szpitala.  Virgil  i  Wyatt  przyjechali  zabrać  je  do  domu.  Wszyscy 
czworo szli właśnie do samochodu zaparkowanego pod szpitalem.

- Może  byśmy  po  drodze  wpadli  do  biura? - zaproponowała 

Desiree.

Miała  na  sobie  czyste  dżinsy  i  koszulę,  którą  przesłała  jej 

Jasentha. Pozostali wymienili znaczące spojrzenia.

- Ray, dopiero co wyszłaś ze szpitala - odezwała się Caro. - Masz 

szwy na głowie i skręconą rękę. To chyba nie jest pora, żeby jechać do 
pracy. Dadzą sobie radę bez ciebie, zajrzysz tam za kilka dni.

Wyatt poparł żonę.

- Powinnaś  się  położyć,  Caro  zresztą  też,  a  Virgil  ledwo 

powłóczy nogami.

Desiree  zrobiło  się  przykro,  że  zapomniała  o  jego  poparzonych 

stopach.

- Macie rację, jedźcie do domu, ja tylko wpadnę tam na chwilę.
- Ale...

Wrzuciła torbę do samochodu; nawet nie pomyślała, że ma w niej 

recepty, które powinna wykupić.

- Weźcie to, a ja pójdę pieszo, to tylko kilka kroków. Wrócę do 

domu trochę później.

Caro spojrzała na nią z irytacją.

- Przestań się wygłupiać!
- Nie musisz tam teraz iść - powiedział Virgil.
- Muszę.  Przyrzekłam,  że  będę  czuwać  nad  bezpieczeństwem 

tego miasta i zamierzam to robić.

Pomachała im ręką i poszła w kierunku centrum. Tombstone było 

bardzo małe, a ona przecież nogi miała zdrowe. Po pobycie w szpitalu 
czuła  się  dobrze,  głowa  prawie  przestała  boleć,  zostało  tylko  kilka 
szwów i lekki niedowład ręki.

- Wyatt, zrób coś! - krzyknęła za nią Caro.

background image

- Twoja siostra jest Hartlanówną, nic na to nie poradzę. Jedziemy 

do domu, Virgil.

- Ja nie jadę, idę za nią. Przyślij potem kogoś po nas do miasta, 

dobrze?

- Jesteś tak samo uparty jak ona. — Wyatt wzruszył ramionami i 

wsiadł do samochodu.

Desiree  nie  słuchała,  co  mówią.  Miała  w  głowie  tylko  jedno: 

pracę.  Wiedziała,  że  powinna  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  biurze  i 
przesłuchać Jondella.

Virgil po chwili był już przy niej. Jego nogi spisywały się całkiem 

nieźle.

- Powinnaś  wracać  do  domu.  Możesz  sobie  zaszkodzić.  Lekarz 

mówił...

- Ty też powinieneś wracać do domu.
- Oboje powinniśmy wracać.
- Ale ponieważ nie wracamy, to bardzo cię proszę, oszczędź  mi 

kazań.  Wystarczy  mi  to,  co  wysłuchałam  od  Caro.  Nieraz  myślę,  że 
nawet kiedy będziemy już staruszkami dobrze po osiemdziesiątce, ona 
stale  jeszcze  będzie  grać  rolę  starszej  siostry  i  mówić  mi,  co  mam 
robić.

Gdy milczał, spojrzała na niego pytająco.

- I co? Znalazłeś Jondella?
- Tak. Zaraz ze szpitala pojechaliśmy z Morganem na kemping. 

Siedział w tej swojej norze, ale nie chciał z nami gadać. Wzięliśmy go 
do aresztu; siedzi w celi i gryzie paznokcie.

Desiree obrzuciła wzrokiem jego nogi w przepisowych czarnych, 

długich butach.

- Jak widzę, nie tylko ja wybierałam się dzisiaj do pracy...

Twarz Virgila była doskonale obojętna.

- Miałem  zamiar  zająć  się  tą  sprawą.  Nigdy  nie  pozwolę,  żeby 

ktoś  podpalał  samochody  i  narażał  życie  i  zdrowie  kobiet  w  moim 
mieście.

- Rozumiem, a jak twoje nogi?
- Nie zmieniaj tematu.
- Zmieniłam temat, bo naprawdę się o ciebie martwię.
- Ze  mną  wszystko  dobrze,  a  ty  jak  się  czujesz  po  tym,  co 

zrobiłaś?

background image

- Przecież  zrobiłbyś  to  samo  co  ja.  Gdybyś  usłyszał  wybuchy, 

pojechałbyś sprawdzić, co się dzieje.

Ku jej zdumieniu Virgil skinął głową.

- Oczywiście.  Tylko  że  ja  zawiadomiłbym  mojego  partnera,  że 

jadę na kemping i zadzwoniłbym do niego, że jadę do pożaru.

- Zadzwoniłam  do  biura  i  zostawiłam  informację.  Gdybym 

czekała,  Lozen  upiekłaby  się  jak  kurczak,  razem  z  tymi  swoimi 
ubrankami dla dziecka Jasenthy.

- A tak to ty o mało co się nie upiekłaś, a teraz prosto ze szpitala 

wybierasz się do pracy. Ze szwami na głowie i złamaną ręką.

- Właśnie tak, zresztą ręka jest tylko stłuczona. Czy spodziewałeś 

się po mnie czegoś innego?

Przepuścili samochody i przeszli przez ulicę. Ludzie odwracali się 

za nimi i  ze zdziwieniem patrzyli  na  młodą kobietę  z obandażowaną 
głową.

- Spodziewałem  się,  że  w  sprawie  Jondella  będziesz  kierowała 

się rozsądkiem. Myliłem się.

- Ty  znowu  swoje!  Uważasz,  że  brak  mi  doświadczenia,  a  sam 

poleciałeś na ten parking bez siodła i koszuli jak wariat.

Ledwo wypowiedziała ostatnie zdanie, pożałowała swych słów.

- Bałem  się  o  ciebie,  to  wszystko.  Ale  ja  chociaż  nie  lazłem 

prosto w płomienie.

Spojrzała  na  jego  nogi  w  długich  czarnych  butach.  Przecież  on 

musi  strasznie  cierpieć  w  czymś  takim,  mając  poparzone  stopy. 
Zrobiło jej się go żal i jednocześnie ogarnął ją podziw i wdzięczność 
za  to,  co  dla  niej  zrobił.  Jego  odwaga  wzruszyła  ją,  a  jego  oddanie 
sprawiło,  że  łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  A  teraz  idzie  z  nią  do  biura, 
zamiast pojechać do domu i położyć się...

- Wiem - powiedziała łagodnie. - Jesteś bardzo odważny i bardzo 

wrażliwy, Virgil. Ja to wiem i rozumiem, i nigdy tego nie zapomnę.

Byli  sami  w  pustej  o  tej  porze  alei.  Wiedziała,  co  ma  zrobić. 

Objęła zdrową ręką mężczyznę, który uratował jej życie, a który teraz 
stał obok niej, i pamiętając słowa siostry, pocałowała go. Pocałowała 
go nie w policzek, tylko w usta.

Całowała  go  długo.  W  jej  pocałunku  była  wdzięczność,  podziw 

i...  kobieca  ciekawość,  co  on  teraz  zrobi.  Nie  musiała  czekać  długo. 
Virgil  odpowiedział  jej  tak,  jak  nigdy  dotąd  żaden  mężczyzna  nie 

background image

odpowiedział  na  jej  pocałunek.  I  trzeba  było  postarać  się,  żeby 
wszystko jak najszybciej wróciło do poprzedniego stanu.

Nie było to łatwe. Stała przytulona do niego, całując go i czując, 

jak rośnie w nich obojgu coś, co nie jest tylko pożądaniem. Z Virgila 
emanowała radość, że ona żyje, z niej - pewność, że może mu zaufać.

W jego ramionach jestem jakaś inna, pomyślała. Czuję, że żyję i 

że niczego się nie boję. Kto to powiedział, że to, co dzieje się między 
kobietą  a  mężczyzną,  to  czysta chemia?  Nie  jestem  nastolatką,  mam 
już trzydzieści pięć lat. Dlaczego nie rozumiem, co się ze mną dzieje? 
To ona pierwsza przestała całować.

- Jak się czujesz? - zapytał z uśmiechem Virgil.
- Dobrze.
- Nie  bardzo.  Masz  szwy  na  głowie,  zranioną  rękę,  opalone 

włosy.

Delikatnie pogładził ją po głowie.

- Na szczęście nie ma już krwi, ale i tak nie zaglądaj zbyt szybko 

do lusterka. Wyglądasz jak narzeczona Frankensteina.

Desiree skrzywiła się.

- Dziękuję za komplement. Jak wiesz, nie przejmuję się zbytnio 

swoim wyglądem.

Virgil nie podtrzymał tematu.

- Powinnaś  była  jechać  z  nimi  do  domu.  Po  tym,  co  cię 

spotkało...

Wcale nie chcę o tym myśleć. Wiem, że mogłam zginąć, ale nie 

mogę o tym  myśleć, bo takie myśli mnie paraliżują i uniemożliwiają 
działanie.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jedziesz w nocy na kemping?

- zapytał znowu.

- Dzwoniłam do biura. Zawiadomiłam naszych ludzi.
- Trzeba  było  powiedzieć  mnie!  Przecież  jestem  twoim 

partnerem, powinniśmy wszędzie jeździć razem.

Ton jego głosu sprawił, że spoważniała.

- Nie  możesz  być  moim  partnerem.  Jestem  szeryfem,  jestem 

twoim szefem. Czy ty tego nie rozumiesz?

- Rozumiem, ale chcę... - Urwał i była mu za to wdzięczna.

Jeśli  Caro  ma  rację,  a  on  powiedziałby  teraz,  czego  chce,  nie 

wiedziałaby, co zrobić.

background image

- Chodźmy  już,  lepiej  zajrzyjmy  do  Jondella.  Uczucie,  które  ją 

ogarnęło w trakcie pocałunku, gdzieś się ulotniło. Mimo że nie miała 
munduru, była na służbie i wzywały ją obowiązki.

Kiedy weszli do biura, wszyscy zrobili miny, jakby ujrzeli upiora. 

Desiree nie zwróciła na to uwagi.

- Nie  wiedziałem,  że  dziś  się  tu  zobaczymy - powiedział 

znacząco Jamie, podsuwając jej krzesło. - Lepiej się pani czuje?

Marta spojrzała na nią z powątpiewaniem.

- Myślę, że powinna pani raczej zostać w łóżku.  Vir - gil  może 

panią odwieźć. Mamy Jondella na oku.

Desiree wyprostowała się.

- Najpierw muszę z nim pogadać, potem pojadę do domu.
- Mówiłem  ci - wtrącił  Virgil - że  on  nie  chce  z  nikim 

rozmawiać.  Czeka  na  swojego  adwokata.  Oświadczył,  że  bez  niego 
nie odpowie na żadne pytanie.

Desiree nie zwróciła na to uwagi.

- Nie szkodzi. Jamie, idziemy. Zobaczymy, co się da zrobić.

Jamie  wziął  klucz  od  celi.  Stare  cele  w  dawnym  budynku  sądu 

zostały  zamienione  na  muzeum.  Areszt  mieścił  się  teraz  na  terenie 
ratusza. Virgil bez słowa podążył za Desiree i Jamiem.

- Gdzie  mam  go  doprowadzić? - zapytał  Jamie,  kiedy  podążali 

korytarzem. - Do rozmównicy, czy pogada pani z nim na miejscu?

- Lepiej  będzie  w  rozmównicy - odpowiedział  za  nią  Virgil. -

Tam jest bezpieczniej, można go przykuć.

- Mam  zostać? - spytał  Jamie.  Pytanie  skierowane  było  do 

Virgila.

- Nie, ja zostanę, możesz iść.

Desiree  nie  odzywała  się;  oni  chyba  zwariowali.  Virgil  przecież 

powinien słuchać Jamiego, a nie odwrotnie; obaj powinni przyjmować 
rozkazy od niej, a nie ustalać pewne sprawy między sobą. Była jednak 
tak  rozkojarzona  tym,  co  zaszło  między  nią  a  Virgilem  w  alei,  że 
wolała milczeć.

- Nikt  mi  nie  jest  potrzebny,  porozmawiam  z  nim  sama -

powiedziała jednak w końcu.

Położyła rękę na klamce.

- Przeczytaj mu jego prawa, Jamie, przyprowadź go tutaj i zostaw 

nas samych.

Obaj mężczyźni odezwali się niemal jednocześnie:

background image

- Na pewno tak będzie dobrze?
- Pójdę z tobą.
- Jamie,  wracaj  do  biura,  a  ty,  Virgil,  nie  bój  się  o  mnie.  Dam 

sobie radę.

Weszła  do  rozmównicy  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  W 

pomieszczeniu  panowała  cisza,  przerywana  tylko  szumem 
klimatyzatora.  Na  środku  stał  przymocowany  do  podłogi  stół  z 
uchwytami  do  kajdanków,  dwa  krzesła  i  lustro,  przez  które  z 
sąsiedniego  pomieszczenia  można  było  obserwować  rozmównicę.  W 
powietrzu  czuło  się  zapach  środków  dezynfekcyjnych,  tłumiących 
zapach ludzkiego strachu.

Zupełnie  jak  w  Phoenix.  W  każdym  areszcie  pachnie tak  samo, 

bez  względu  na  to,  czy  jest  duży,  czy  mały,  czy  znajduje  się  w 
metropolii,  czy  w  jakiejś  mieścinie  na  końcu  świata,  pomyślała.  To 
zapach strachu i niepewności. Tylko że w Phoenix byłam prawnikiem, 
a  tu  zostałam  szeryfem.  Dlatego  jestem  taka  spięta.  Muszę  się 
opanować.

Dotknęła ręką szwów na głowie. Jestem spięta przede wszystkim 

dlatego, że nigdy dotąd nie zostałam z Jondellem sam na sam.

Głęboko zaczerpnęła powietrza. Nie wolno  mi się bać, jestem tu 

na swoim miejscu, jestem silna, jestem szeryfem tego miasta, możemy 
zaczynać.

Usłyszała  dźwięk  odryglowywanych  drzwi  i  zobaczyła  Jondella. 

Prowadził go Jamie, za nimi szedł Virgil.

Virgil  odpiął  aresztantowi  kajdanki  i  umocował  je  przy 

uchwytach stołu. Jamie usadził go na krześle.

- Przeczytałeś mu jego prawa?
- Tak. Virgil jest świadkiem. Jondell nie chce adwokata z urzędu, 

mówi, że będzie czekał na swojego. Odmawia składania zeznań.

Desiree skinęła głową.

- Zostaw nas, możesz wrócić za pół godziny.

Virgil  pod  stołem  ujął  jej  rękę  i  naprowadził  ją  na  przycisk 

alarmowy. Potem puścił jej dłoń i obaj z Jamiem wyszli na korytarz.

- Pół  godziny - odezwał  się  Jondell. - Dość  czasu,  żeby  mnie 

zlikwidować, a potem powiedzieć, że się działało w obronie własnej. 
Znam te wasze sztuczki.

- Ty jesteś w kajdankach, a ja nie mam broni. Myślisz, że mogę 

cię udusić gołymi rękami?

background image

- Nie, ale dawniej też nie myślałem, że może mi pani zniszczyć 

życie. A jednak udało się...

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. On się mnie boi, pomyślała. 

Boi się tak jak ja jego, tylko że ja tego nie okazuję.

- Nikt  nawet  nie  zajrzy,  jeśli  zacznę  wzywać  pomocy -

powiedział ochrypłym głosem. - Nie mam żadnych szans.

- Zajrzy, na pewno zajrzy - powiedziała Desiree.
- Tak,  ale  tylko  wtedy,  kiedy  to  pani  zacznie  krzyczeć.  Nie  ma 

głupich, nie zamierzam wam ułatwiać sprawy i cokolwiek robić.

- Masz  wszelkie  prawa,  jak  każdy.  Nie  spotka  cię  tu  nic  złego, 

możesz w każdej chwili dostać adwokata.

- Bardzo się pani zrobiła akuratna, od kiedy to?
- Szanuję prawo.
- Od  jak  dawna?  Skąd  taka  zmiana...  szeryfie?  Zapadła  cisza. 

Jondell w milczeniu przyglądał się jej opatrunkom.

- Co się stało? Narzeczony rzucił w panią krzesłem?
- Nie  wygłupiaj  się,  dobrze  wiesz,  co  się  stało.  Ktoś  podpalił 

samochody  na  parkingu  w  rezerwacie  nietoperzy.  Byłam  tam  i 
poparzyłam się. Słucham, co masz do powiedzenia na ten temat.

- Było się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym momencie, 

to wszystko. I co, widziała mnie tam pani?

- Nikogo nie mogłam widzieć. Straciłam przytomność.

Dotknęła  machinalnie  ręką  głowy.  Jondell  lekko  uniósł  się  na 

krześle.

- To  nie  ja!  Wiem,  że  wszyscy  myślicie,  że  to  ja,  ale  to 

nieprawda.

Desiree patrzyła na niego w milczeniu. Jondell szarpnął się.

- Ktoś chce mnie wrobić w to gówno! Przepraszam za wyrażenie, 

niech pani tego nie nagrywa.

- Niczego  nie  nagrywam  i  bardziej  interesują  mnie  fakty  niż 

twoje słownictwo. Do tego jestem już przyzwyczajona.

Jondell szarpnął się mocniej, ale stół nie puszczał.

- Siedzę tu jak zwierzę w klatce i wcale nie chce mi się żartować, 

zwłaszcza jak pani jest szeryfem! Nie zrobiłem nic złego.

- Dlaczego  przyjechałeś  właśnie  do  Tombstone?  Przecież 

musiałeś wiedzieć, że zawsze będziesz tu pierwszym podejrzanym.

Jondell jęknął.

background image

- Mówiłem  już,  że  szukałem  pracy.  Jestem  skończony,  nikt  nie 

chciał mnie zatrudnić. Nawet żona mnie opuściła, zażądała rozwodu. -
W  jego  głosie  zabrzmiała  złość  i  gorycz. - Powiedziała  wszystko 
naszym córkom. Krzyczała, że takiemu zboczeńcowi jak ja nie wolno 
się  pokazywać  w  domu,  zupełnie  jakbym  mógł  skrzywdzić  nasze 
dzieci! Ja je kocham! Nigdy w życiu nie podniosłem na nie ręki!

Mimo  że  obiecywała  sobie,  iż  zachowa  spokój,  poczuła,  jak 

ogarnia ją złość.

- Dlaczego  w  takim  razie  pobiłeś  Lindę  Elby?  Dlaczego  ją 

zgwałciłeś?

Jondell pogardliwie wzruszył ramionami.

- To  ona  tak  to  przedstawiła.  Ja  jej  tylko  trochę  poszarpałem 

ubranie,  żeby  ją  nastraszyć. - Parsknął  złym  śmiechem. - Sama  się 
prosiła. Dostała to, czego chciała.

- Dlaczego to wszystko zrobiłeś?
- Zdenerwowałem się! Lepiej wyładować nerwy na kimś obcym 

niż na ludziach, których się kocha. Mój ojciec zawsze mnie lał, matka 
mówiła, że mnie leje, żeby nie lać jej, bo ją kocha. A ja nigdy nawet 
nie dotknąłem moich dzieci. - Wyprostował się z dumą. - Ani dzieci, 
ani żony. Tamta cała Linda była obca. Zresztą, przyłożyłem jej tylko 
raz.  Mój  stary  to  miał  rękę...  Ona  zajęła  moje  miejsce  na  parkingu, 
władowała się bezczelnie tuż przed moim nosem. Dostała za swoje.

Desiree poczuła, że robi jej się niedobrze. Wiedziała, że ma przed 

sobą człowieka niezupełnie normalnego. Jondell cierpi na zaburzenia 
umysłowe,  stąd  ta  jego  pokrętna  logika.  Tacy  ludzie  jak  on  zawsze 
próbują  wytłumaczyć  jakoś  swoje  czyny,  a  co  gorsza  wierzą,  że 
powód ich działania jest wystarczający.

Profesor w akademii policyjnej zwracał uwagę słuchaczy na fakt, 

że  prawie  każdy  kierowca  zatrzymany  pod  zarzutem  przekroczenia 
szybkości nie mówi, że jest niewinny, tylko oburza się, że to właśnie 
jego  zatrzymano.  Tamci  jechali  jeszcze  szybciej!  Dlaczego  ich  nie 
łapiecie, tylko mnie?

Jondell na swój sposób jest przypadkiem typowym. Bite dziecko, 

które  jako  dorosły  rozładowuje  agresję  na  „obcych",  oszczędzając 
własną  rodzinę.  Zresztą  zrobił  to  tylko  raz,  więc  o  co  tyle  krzyku. 
Ojciec  bił  go  stale  i  jakoś  nic  się  nie  działo,  nikt  nie  zwracał  na  to 
uwagi.

background image

- Niech mi pani odda moje życie - powiedział z goryczą w głosie 

i poczuła się winna.

Musi powiedzieć mu prawdę,

- Wszystko,  co  pan  stracił,  stracił  pan  z  własnej  winy.  Ja  tylko 

postawiłam kropkę nad i.

Jondell zacisnął pięści. Desiree nie zareagowała.

- Nie mam dokąd iść po wyjściu z tej klatki - powiedział - chyba 

że do piekła. A może już jestem w piekle, co, szeryfie?

- Ja tu jestem od zadawania pytań. Może pan nie odpowiadać, i 

tak będę pytała. Dlaczego pan to zrobił?

Miała  na  myśli  podpalenie,  ale  umysł  Jondella  pracował  na 

innych falach. Myślał tylko o tamtej sprawie z Phoenix.

- Nie miałem innego wyjścia. Musiałem dołożyć tej dziwce, żeby 

ratować rodzinę. Inaczej bym nie wytrzymał, nie chciałem krzywdzić 
własnych dzieci.

- Co  mi  pan  tu  za  głupoty  opowiada. - Desiree  wzruszyła 

ramionami.  Znowu  była  prawnikiem  z  Phoenix,  a  nie  jakimś  tam 
prowincjonalnym szeryfem. - Jest pan wykształconym  człowiekiem i 
doskonale pan wie, że emocje można rozładować na tysiąc sposobów, 
nie  tylko  poprzez  wyładowanie  agresji  na  przypadkiem  spotkanej 
osobie.

Jondell parsknął śmiechem i zmrużył oko.

- Dobrze  powiedziane,  szeryfie!  Szczera  prawda!  Ale  pani  w 

swoim  czasie  zrobiła  tak  samo,  zupełnie  jak  ja.  Wzięła  pani 
sprawiedliwość  w  swoje  ręce,  żeby  się  zemścić  za  koleżankę. 
Wszyscy  prawnicy  to  fałszywe  lisy,  wszyscy  łamią  prawo,  tak  samo 
jak ja. Tylko was za to nikt nie karze.

- Nieprawda!
- Prawda, prawda. Nie mogła pani się opanować i złamała prawo, 

zupełnie  jak  ja,  Zwołała  pani  tych  dziennikarzy,  bo  nie  mogła  się 
powstrzymać,  zupełnie  jak  ja.  Widzi  pani?  To  bardzo  proste.  Ja  też 
musiałem zrobić to, co zrobiłem. Powinniście to zrozumieć.

Desiree zacisnęła pięści.

- A teraz - w głosie Jondella zabrzmiała jakby skrucha - ma pani 

ochotę mnie udusić. Bardzo proszę, nie ma przeszkód, i tak nie mam 
żadnych szans. Nie wyjdę stąd żywy.

Desiree siłą zapanowała nad sobą.

background image

- To  nie  jest  zabawa  ani  gra,  to  są  bardzo  poważne  sprawy. 

Jestem tu po to, żeby bronić prawa. Jeśli nie chce pan spędzić długich 
lat w więzieniu Tent City, proszę postarać się o adwokata albo podać 
mi swoje alibi.

Jondell  spochmurniał.  Tent  City  jest  najostrzejszym  więzieniem 

w  Arizonie.  Więźniowie  mieszkają  tam  w  namiotach  na  pustyni,  nie 
ma straży ani drutów; nie są potrzebne. Nikt stamtąd nie uciekał: bez 
wody,  pożywienia  i  mapy  nie  ujdzie  daleko.  Tent  City  opinią 
dorównuje Alcatraz; stamtąd nie wychodziło się żywym.

- Tent  City... - powtórzył  Jondell  cicho. - Znowu  pogróżki, 

znowu przemoc i nieludzkie traktowanie. Zawsze to samo...

- To już nie moja wina. Takie jest prawo.
- To ludzie stwarzają prawo, tacy ludzie jak pani. Pani nie ma nic 

przeciwko  przemocy.  Co  by  pani  powiedziała,  gdyby  kogoś  z  pani 
rodziny potraktowano tak, jak pani potraktowała mnie? Jak by się pani 
czuła, gdyby kogoś pani bliskiego tak skrzywdzono, jak skrzywdzono 
mnie, bo ktoś popełnił błąd?

- Dokładnie wiem, jak bym się czuła. Moja siostra była tam przy 

pożarze. Poroniła  z tego powodu.  Pan jest winien, ale dziecko,  które 
straciła  moja  siostra,  nic  nie  zawiniło.  To  nie  wszystko.  Pewien 
chirurg  ma  złamaną  rękę  i  nie  może  operować.  Mój  zastępca  ma 
poparzone stopy, ja o mało nie straciłam życia. Dlatego chcę wsadzić 
podpalacza za kratki. I wsadzę go - zakończyła ze złością w głosie.

- Ale to nie ja! Nie widziałem żadnego ognia! W ogóle tam nie 

byłem!

- Muszę  mieć  dowód.  Albo  usłyszę  pańskie  alibi,  albo  odsyłam 

pana  do  więzienia  okręgowego.  My  tu  nie  mamy  warunków,  żeby 
przetrzymywać aresztantów.

- Co  ze  mną  zrobicie?  Wsadzicie  mnie  do  tych  namiotów  na 

pustyni?

- Na razie jest pan w Tombstone, gdzie cele są bardzo wygodne. 

Co będzie dalej, zależy tylko od pana. Może Tent City...

Jondell zbladł jak kreda.

- Ty dziwko. Wstała.
- Myślę, że to wszystko.
- Czekaj! Mam alibi. Pojechałem w nocy do sklepu, ale i tak mi 

nie uwierzysz.

- Do sklepu? Po co?

background image

- Chciałem  kupić  coś  do  mocowania  drzwi.  Na  tym  śmietnisku 

wszystkie drzwi są powyrywane, a czasem trzeba się zamknąć.

Przypomniała  sobie  kemping  i  rozwalone  szalety  pozbawione 

drzwi.

- I co sobie kupiłeś? Gwoździe?
- Nic nie mieli, ale mówię prawdę. Nie chcę trafić do Tent City. I 

tak już żyję jak  zwierzę,  ale przynajmniej jestem  wolny.  Sprawdźcie 
w  tym  sklepie,  zaraz  dam  adres.  Muszą  mnie  pamiętać,  kazałem  im 
sprowadzić zawiasy.

- Dlaczego tego przedtem nie powiedziałeś?
- Chciałem czekać na mojego adwokata. Chciałem, żeby tu był i 

żeby nikt mi nie wyciął żadnego numeru. Myślałem, że znowu będzie 
pani chciała wyprawiać jakieś sztuczki.

- Powiedziałam już, że gram fair.
- I co z tego? Dzisiaj gra pani fair, a jutro się pani znudzi. Może 

pani ze mną zrobić, co zechce. Ludzie zdychają na pustyni w jakichś 
przeklętych  namiotach,  w  Arizonie  jest  kara  śmierci,  lepiej  od  razu 
mnie powieście, zamiast się znęcać.

- To, że w Arizonie istnieje kara śmierci, nie znaczy, że jestem za 

nią.

- Nie, bo woli się pani nad człowiekiem znęcać. Dalsza dyskusja 

nie  miała  sensu.  Desiree  nacisnęła guzik.  Drzwi  otworzyły  się 
natychmiast; zobaczyła Virgila i Jamiego.

- Odważna  to  pani  nie  jest - syknął  Jondell - nawet  jak  mam 

kajdanki i jestem skuty jak pies.

Nawet nie spojrzała w jego stronę.

- Jamie, odprowadź więźnia do celi. Virgil, chodź ze mną.

Ruszyli korytarzem w stronę biura.

- Nie  mam zegarka - powiedziała. - Ile to trwało?  Pół godziny? 

Staliście tam tak przez cały czas?

- Tak.

Zmarszczyła brwi. Przecież kazała im wrócić do swoich zajęć.

- Nie słyszałeś o wykonywaniu rozkazów?
- Zawsze  trzeba  wszystkim  zapewniać  bezpieczeństwo - odparł 

spokojnie Virgil. - Nie zamierzałem zostawić cię samej.

- To bardzo miło z twojej strony.

Spojrzała  na  niego,  znowu  przypominając  sobie  to,  co  mówiła 

Caro.

background image

- Mam nadzieję, że usiadłeś na chwilę ze względu na nogi...
- Nic mi nie jest. Chcę ci pomóc. Wierzyła, że tak jest.
- W takim razie chciałabym, żebyś  sprawdził jego alibi. Jondell 

utrzymuje, że pojechał do nocnego sklepu kupić zawiasy do drzwi. Tu 
masz adres. Widziałam te domki, one naprawdę są w strasznym stanie, 
tylko jeden szalet można zamknąć. Jeśli Jondell mówi prawdę, trzeba 
go będzie wypuścić. Nic mu nie udowodnimy.

- To wszystko?

Desiree sięgnęła do kieszeni i wyjęła temblak.

- Dlaczego  ten  kemping  jest  w  takim  stanie?  Wygląda  jak 

śmietnik.

- Inspektorzy sanitarni też tak mówią.
- To dlaczego nikt nic z tym nie zrobi?
- Każde  miasto  ma  swoje  problemy  i  każde  ma  swój  margines. 

Kemping  to  właśnie  taki  margines  miasta Tombstone.  Nie  ma  tam 
groźnych  przestępców,  po  prostu  kilku  alkoholików,  którzy  nie  chcą 
się  leczyć,  paru  bezdomnych,  jacyś  byli  więźniowie.  Dopóki 
zostawiamy  ich  w  spokoju,  nic  złego  nie  robią.  Jak  się  włoży  kij  w 
mrowisko, zaraz się zrobi afera. Najlepiej mieć ich na oku, w jednym 
miejscu, nawet jeśli to miejsce nie jest zbyt czyste.

- Niewesołe, ale logiczne. Swoją drogą, można by tam zaglądać 

od czasu do czasu, żeby wiedzieli, że ktoś czuwa nad porządkiem.

- Będziemy tak robić.

Desiree założyła temblak i wsunęła w niego rękę.

- Masz jeszcze jakieś polecenia?
- I tak ani ty, ani Jamie nie pozwolicie mi dziś popracować.

Zatrzymała się przed drzwiami damskiej toalety.

- Przepraszam na chwilę.
- Zadzwonię do tego nocnego sklepu.

Skinęła  głową  i  weszła  do  środka.  Lustro  wiszące  naprzeciw 

wejścia  odbiło  jej  twarz.  Ujrzała  ślady  oparzeń,  opatrunek  na  czole, 
opalone  kosmyki  włosów.  Widziała  już  lepiej  wyglądających 
włóczęgów.  Sięgnęła  do  kieszeni  po  szminkę,  zapominając,  że 
wszystkie kosmetyki zostawiła w torbie, którą wrzuciła Wyattowi do 
samochodu. Recepty też.

Poczuła  ból  głowy,  przymknęła  oczy.  W  szpitalu  prawie  nie 

spała. Znowu przejrzała się w lustrze, zaskoczona swoją bladością. To 
pewnie dlatego, że nie zdążyła się umalować, a może to wina światła 

background image

w  łazience...  Przygładziła  zdrową  ręką  sterczące  kosmyki  włosów; 
trzeba będzie je obciąć.

Jak tylko Virgil sprawdzi alibi Jondella, pojadą do domu i położy 

się.

Odwróciła się od lustra i wyszła z toalety. W biurze wszyscy już 

na nią czekali; Virgil właśnie skończył rozmawiać przez telefon.

- No i co powiedzieli? - zapytała. Skinął głową.
- Powiedzieli,  że  był  u  nich  w  czasie,  kiedy  wybuchł  pożar. 

Potwierdzili to dwaj sprzedawcy. Jondell ma alibi.

Słowem  nie  ma  wyjścia.  Jeśli  chce  postępować  zgodnie  z 

prawem, musi go zaraz zwolnić.

- Jamie, wypuść aresztanta.

background image

Rozdział 10
Virgil został w biurze, a po Desiree przyjechał Morgan. W drodze 

do domu niemal przez cały czas drzemała; obudziła się dopiero, kiedy 
wjeżdżali w obręb posiadłości Silver Dollar. Nawet nie wiedziała, ile 
czasu  byli  w  drodze.  Zaraz  po  przyjeździe  zajrzała  do  pokoju  Caro, 
zamieniła  kilka  słów  z  pozostałymi  mieszkańcami  domu,  a  potem  z 
Oscarem  poszła  do  siebie.  Jej  pokój  był  już  wolny,  ponieważ  matka 
Jasenthy przeprowadziła się do Rogelia.

Do  pracy  Lozen  i  tak  nie  mogła  jeszcze  wrócić,  a  jej  stan 

wymagał opieki, której w Tucson nikt nie mógł jej zapewnić. Desiree 
była  wdzięczna  Lozen  za  to,  że  opuściła  jej  pokój;  nade  wszystko 
potrzebowała snu i spokoju.

Obudziła się dopiero późnym wieczorem, kiedy Virgil zapukał do 

jej  drzwi.  Nie  miał  żadnych  nowych  wieści prócz  tego,  że  Jondell, 
zgodnie z jej poleceniem, został zwolniony.

- Wrócił na kemping?
- Tak. A przechodząc do spraw domowych: Caro zeszła na dół na 

kolację. Prosiła, żeby ciebie nie budzić.

- W jakiej jest formie?
- W lepszej niż wczoraj. A ty jak się czujesz? Desiree ziewnęła.
- Całkiem nieźle. Muszę się wykąpać.

Wzięła  prysznic,  zanim  się  położyła  spać,  ale  nadal  czuła  na 

skórze zapach szpitala i spalenizny.

- W takim razie zostawiam cię samą. Caro prosiła, żebyś do niej 

zajrzała. Co mam jej powiedzieć?

- Że zaraz przyjdę. Dzięki, Virgil.

Wykąpała się, zjadła coś i prawie natychmiast poczuła się lepiej. 

Ręka mniej ją bolała, minął ostry ból głowy. Poszła do pokoju siostry 
i z jej pomocą doprowadziła włosy do jakiego takiego ładu. Przebrała 
się w czyste dżinsy i luźną bluzkę, i właśnie zamierzała położyć się na 
kanapie z książką w ręku, kiedy przez okno ujrzała Travisa.

Co on tam robi? Przecież jest już po dziewiątej, powinien być w 

łóżku!

Wyskoczyła z pokoju i wpadła wprost na Virgila.

- Dobrze, że jesteś! Gdzie Travis?
- Właśnie położyłem go spać.

Desiree  gwałtownym  ruchem  otworzyła  drzwi  do  sypialni 

chłopca.

background image

- Nie ma go tu! Zobacz w łazience.

Wróciła do swojego pokoju i podbiegła do okna. Chłopca nigdzie 

nie było, a przecież przed chwilą go widziała!

Szybko  zaczęła  wkładać  buty.  W  kilka  minut  później  wszedł 

Virgil.

- Nie ma go w domu.
- Wiem, gdzie poszedł. Siodłaj konie.
- Nie powinnaś jechać, sam pojadę. Desiree złapała go za ramię.
- Siodłaj  konie,  on  poszedł  na  kemping.  Zawahała  się  przez 

chwilę, jakby nie wiedziała, czy ma mówić dalej.

- Myślę, że chyba nie po raz pierwszy...

Virgil rzucił jej gniewne spojrzenie, ale nic nie powiedział. Wziął 

słuchawkę, zadzwonił do Rogelia i kazał przygotować konie do jazdy.

- Co  się  stało? - zapytał  Morgan,  widząc,  jak  zbiegają  ze 

schodów i kierują się do kuchennego wyjścia.

- Nic, nic - rzucił Virgil i chwycił w biegu broń.

Noc  była  gorąca  i  parna,  a  konie  nie  robiły  wrażenia 

zadowolonych,  że  się  je  odrywa  od  pełnego  żłobu.  Virgil  jechał  w 
milczeniu; był zły na Desiree, bo uważał, że powinna leżeć w łóżku, 
zamiast  trząść  się  w  siodle.  Od  czasu  do  czasu  spoglądał  na  nią  z 
niepokojem.

Gdyby tak był o dziesięć lat młodszy... Poczuł ból w stopach i z 

żalem  pomyślał  o  wygodnych  włoskich  butach,  które  zostały  w 
asfaltowej  mazi.  Myślał  jednak  nie  tylko  o  tym;  słowa  Desiree 
zastanowiły go i napełniły niepokojem. Dotyczyły przecież jego syna.

Ona ma niesamowite wyczucie, tak jak Morgan. Już po raz drugi 

mówi  mi  o  Travisie  coś,  czego  sam  nie  dostrzegam.  Z  taką 
znajomością  ludzi  i  kierujących  nimi  motywów  może  być  na 
stanowisku szeryfa naprawdę dobra. Przecież nawet Jondella potrafiła 
zmusić  do  rozmowy  i  wyciągnęła  z  niego  informacje,  których 
udzielenia wszystkim odmawiał.

I  nie  bała  się  sama  jechać  w  nocy  na  kemping.  I  bez  wahania 

pognała do pożaru...

Uratowała Lozen, a teraz pomaga mu odnaleźć syna.
Gdzie jest Travis? Gdzie on się, do cholery, szwenda?

- Nie jest daleko, nie zna okolicy. Zwrócił ku niej twarz.
- To niesamowite.
- Co?

background image

- To,  że  potrafisz  przejrzeć  człowieka  na  wylot.  Właśnie  o  tym 

samym myślałem.

Może i mnie przejrzała...

- Chyba  nie  czytasz  ludziom  w  myślach?  Desiree  parsknęła 

śmiechem.

- Zostaw  w  spokoju  te  postmodernistyczne  bzdury.  Robię  po 

prostu  to, co robi każdy dobry prawnik.  Znam język ciała, odczytuję 
znaczenie  ze  spojrzeń  i  gestów.  To  wszystko;  mam  trochę  intuicji  i 
wyczucia.

- Takie umiejętności przydają się przy grach hazardowych.
- Wolę je wykorzystywać w odniesieniu do ludzi.
- Szkoda,  że  musiałaś  odejść  z  sądu.  Mogłaś  tam  zrobić 

prawdziwą karierę. Tak jak twoja matka.

- Możliwe.  Ale  wiesz  co?  Tamto  to  była  taka  spokojna,  nudna 

droga w górę, a to jest prawdziwe wyzwanie.

- Wystarczająco ciekawe, żeby zostać na dłużej w takiej dziurze 

jak Tombstone?

Pomyślał nagle, że nie wyobraża sobie już Tombstone bez niej.

- To zależy.
- Od czego?
- Od tego, czy odbiorą mi prawo wykonywania zawodu. Od tego, 

czy  ludzie  znowu  za  trzy  lata  na  mnie  zagłosują.  I  czy  nie  zlinczują 
mnie za to, że wypuściłam Jondella z aresztu.

- Tego nie zrobią.
- Ale ty jesteś... naiwny.

Wyczuł, że uśmiecha się w ciemnościach.

- W  każdej  chwili  wszyscy  mogą  się  zwrócić  przeciwko  mnie. 

Najniebezpieczniejsi ludzie na świecie to ci, którzy nie wiedzą, czego 
naprawdę chcą.

- I  wtedy  potrzebny  jest  człowiek,  który  im  wskaże  słuszną 

drogę.

- Na przykład ktoś, kto zna prawo.

Virgil skrzywił się. Zgadła, o czym pomyślał.

- Myślisz,  że  tylko  Bodine'owie  jako  jedyni  na  świecie  wiedzą, 

co jest dobre, a co złe? Muszę cię rozczarować, inni też trochę na ten 
temat  wiedzą.  Jestem  z  wykształcenia  prawnikiem,  naszą  bronią  jest 
prawda. Służymy jej w sądzie i wszędzie, gdzie się znajdziemy. Inna 
sprawa, że ludzie nie zawsze chcą tej prawdy słuchać.

background image

Było w jej głosie coś takiego, że poczuł się zmuszony pytać dalej:

- Mówisz  tak sobie  ogólnie,  czy  masz na  myśli jakąś  konkretną 

sytuację?

- Powiedzmy, że nad czymś się bardzo głęboko zastanawiam.

Jechali  dalej  w  milczeniu,  obserwując  zapadający  mrok.  Virgil 

prowadził; w tropieniu był najlepszy; zawsze - na pustyni, w lesie czy 
na  rojnej  ulicy  wielkiego  miasta - potrafił  wytropić  zwierzynę.  Ale 
ona też miała to niesamowite wyczucie. Zupełnie jak matka Travisa.

Pierwszy  dostrzegł  w  ciemności  wątłe  światełko,  migotliwy 

płomyk kołyszący się w sporej odległości od nich.

Desiree pociągnęła nosem.

- Ktoś rozpalił ognisko.
- Tak, to zapach palonego drewna. Po co Travisowi ognisko?
- Jeśli to on...
- To on.

Przyśpieszyli  i  po  chwili  znaleźli  się  obok  niewielkiego  stosiku 

gałązek, przy którym siedział skulony chłopiec.

- Cześć, tato - powiedział niepewnym głosem. Virgil zeskoczył z 

konia i rzucił wodze Desiree.

- Travis!

Nie wiedział, czy ma okazać radość, czy go zganić.

- Miałeś być w łóżku.
- Nie mogłem zasnąć, nie byłem zmęczony.
- A musiałeś chyłkiem wymykać się z domu?

Ton głosu ojca sprawił, że Travis natychmiast się nastroszył.

- Nie wymykałem się chyłkiem!
- Oczywiście,  że  nie - poparła  go  Desiree,  myśląc  zupełnie  o 

czym innym. - Czy Jondell wrócił do namiotu? Jak myślisz, Travis?

- Tak - wymknęło  mu  się  i  przestraszony  przygryzł wargi. -

Postanowiłem  go  śledzić - dokończył,  jakby  zrozumiał,  że  pora 
wyłożyć kawę na ławę.

- Nie boisz się, że ogień cię zdradzi? - pytała dalej Desiree.
- Nie. On się już położył spać.
- Oddaj zapałki - polecił sucho Virgil. - Nie powinieneś rozpalać 

ognia.

- Nie  zrobiłem  nic  złego!  Wiem,  jak  się  robi  ognisko,  często 

rozpalaliśmy je na plaży!

- To nie jest plaża.

background image

- Szkoda!  Chcę  być  na  plaży!  Chcę  wrócić  do  domu!  Desiree 

wtrąciła się znowu:

- Travis,  postanowiłeś  mi  pomóc  w  rozwiązaniu  tej  sprawy, 

prawda?

Spojrzał na nią niepewnie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Postanowiłeś  dzisiejszej  nocy  obserwować  kemping.  A  co 

robiłeś podczas poprzednich nocy?

Travis wyraźnie się stropił.
Skąd  ten  pomysł? - spytał  w  duchu  Virgil.  Dlaczego  ona 

przypuszcza, że mój syn włóczy się nocami po okolicy jak złodziej?

- Może zauważyłeś coś, czego ja nie dostrzegłam?
- Ja... nie widziałem, kto podpalił ten parking. Virgil zesztywniał.
- To znaczy, że tej nocy też wyszedłeś z domu?
- Tak, ale nie widziałem Jondella przy samochodach.
- Rozumiem. - Desiree oddała Virgilowi wodze. - A co się działo, 

zanim wybuchł pożar? Widziałeś coś?

- Nie, tylko dwa węże, jak sobie biegałem.
- Biegałeś? Jakie węże?
- Takie  małe.  Tu  nie  ma  takich  węży  jak  w  Kalifornii; 

przepłoszyłem je latarką.

- Travis, przyrzekam, że dopilnuję, żeby już nigdy... - Virgil nie 

mógł znaleźć słów oburzenia.

Desiree znowu go uprzedziła:

- Jednym słowem, pomagałeś ojcu i mnie w pracy. Zupełnie jak 

nasz pomocnik, prawda?

- Znam się na tym, często obserwowałem naszych ochroniarzy i 

tatę. Wiem, że powinienem zapytać, ale...

- Ale  tego  nie  zrobiłeś,  bo  wiedziałeś,  że  się  nie  zgodzę -

dokończył chłodno Virgil.

- Tata  ma  rację.  Następnym  razem  wszystko  mu  najpierw 

powiedz, a jak taty nie będzie, to powiedz mnie. Nie chcę, żebyś sam 
śledził Jondella. To zbyt ryzykowne.

- Tak jest.
- A  teraz  pokaż,  jak  potrafisz  biegać.  Ruszaj  pierwszy,  a  my 

pojedziemy za tobą.

Travisowi  nie  trzeba  było  tego  dwa  razy  powtarzać.  Ruszył 

biegiem przed siebie, chcąc jak najszybciej wydostać się poza zasięg 
wzroku ojca.

background image

Desiree i Virgil zgasili ognisko i starannie zasypali je piaskiem.

- Nie  sądzisz,  że  niepotrzebnie  mnie  wyręczasz? - zwrócił  się 

Virgil do Desiree,  kiedy ruszyli za  chłopcem. - W końcu  to jest  mój 
syn.

- Moje  zainteresowanie  było  bardziej  zawodowe  niż  prywatne -

odparła zagadkowo.

- Co?

Desiree odetchnęła głęboko.

- Virgil, strasznie  mi przykro,  ale muszę cię o coś zapytać. Czy 

uważasz, że to możliwe, żeby twój syn podpalił te samochody?

- Tak... przez nieostrożność?
- Rozżalenie  rodzi  złość,  a  złość  agresję.  Zastanawiam  się,  czy 

Travis mógł to zrobić... specjalnie.

Virgil był wściekły, po prostu wściekły. Był wściekły przez całą 

noc i cały następny dzień. Ponieważ nie mógł nic na to poradzić, wstał 
wcześnie, włożył mundur, długie buty i poszedł do pracy.

Między nim a Desiree panowało napięcie, które można było kroić 

nożem. Jamie i pozostali funkcjonariusze sądzili, że chodzi o nieudaną 
akcję; nic dziwnego, że szeryf jest nie w sosie...

Skoro  podpalacz  chodzi  sobie  na  wolności,  może  wydarzyć  się 

wszystko.  Marta  dodatkowo  przypuszczała,  że  martwią  się  o  Lozen, 
której ręka nie chciała się zrosnąć.

- Musi wam być ciężko z Lozen na ranczu - powiedziała któregoś 

dnia do Virgila, kiedy Desiree nie było w pobliżu.

W  ogóle  nie  jest  nam  lekko,  pomyślał,  ale  nie  powiedział  tego 

głośno.

- Najpierw ta historia z dzieckiem Caro - ciągnęła Marta - a teraz 

Lozen. Przecież ona jest chirurgiem; to musi być dla niej tragedia.

- Rogelio bardzo jej pomaga.

Nie  tylko  Rogelio  pomagał  swej  byłej  żonie.  Pomagali  jej 

wszyscy,  ale  Rogelio  był  tu  najważniejszy.  Jednak  ponieważ 
Bodine'owie  nie  mieli  zwyczaju  opowiadać  obcym  o  sprawach 
rodzinnych, Virgil nie rozwijał tematu.

- Zastanawiam  się,  dlaczego  ty  i  szeryf  jesteście  tacy  jacyś... -

Marta zaplątała się i umilkła.

- Próbujemy  złapać  tamtego  faceta - powiedział,  a  w  duchu 

dodał: a ja próbuję dodatkowo dowieść, że mój syn jest niewinny. - A 
teraz przepraszam, mam coś pilnego do zrobienia.

background image

Załatwił najpilniejsze  sprawy, ale w jego sercu nie było  radości; 

trawił go dręczący niepokój.

To wszystko przez Desiree!
A może ona ma rację? Travis mógł podłożyć ogień, a ja nie mam 

pojęcia, co jej powiedzieć i co z tym fantem zrobić. Czy to możliwe, 
żeby Travis specjalnie zrobił coś takiego? Ze złości albo żeby zwrócić 
na siebie uwagę?

Może to było jego wołanie o pomoc?
Virgil  wiedział,  co  to  strach.  Kiedy  jego  rodzice  umarli  i  nagle 

musiał zająć się ranczem i dwoma  młodszymi braćmi, wystarczająco 
dobrze  poznał  to  uczucie.  Bał  się,  ale  robił  co  trzeba.  Nie  lubił  tych 
wspomnień, nie chciał nawet w myślach wracać do czasów, kiedy nie 
wiedział,  co  począć,  nie  wiedział  nawet,  co  myśleć,  kiedy  każdego 
dnia  musiał  się  zmagać  z  bezradnością.  Wtedy  po  prostu  nie  miał 
wyjścia.

Teraz też nie ma wyjścia. Do kogo mógłby się zwrócić? Do matki 

Travisa? Jest zbyt zaabsorbowana pracą. Do któregoś z braci? Morgan 
nie  ma  dzieci.  Nagle  pozazdrościł  Wyattowi:  jego  córka  Cat  jest 
bardzo  mała  i  bardzo  szczęśliwa;  na  pewno  nigdy  nie  będzie 
potrzebowała psychoanalityka.

Travis  tymczasem  chyba  potrzebuje  pomocy  terapeuty.  Jego 

życie,  życie  jedynego  syna  hollywoodzkiej  gwiazdy,  było  pełne 
zamieszania, ochroniarzy, dziennikarzy, wszędobylskich kamer. Virgil 
nieraz  go  zaniedbywał,  Travis  zawsze  za  wszelką  cenę  pragnął 
zwrócić  na  siebie  uwagę  matki:  uciekał  z  lekcji,  oszukiwał 
ochroniarzy,  wymykał  się  w  nocy  z  domu  i  pływał  na  desce. 
Wszystko, byle tylko May zadzwoniła.

Virgil wiedział, że kilku kolegów Travisa zabawiało się, kradnąc 

różne  drobiazgi  w  sklepach.  Robili  to  dla  sportu.  Ochroniarze 
powiedzieli  mu,  że  Travis  też  kiedyś  dokonał  podobnego  wyczynu. 
Tylko jeden raz; przestraszył się, ale kto wie, może następnym razem 
będzie bardziej odporny...

Virgil nigdy nikomu nie powiedział, że tu właśnie należy szukać 

prawdziwego powodu jego powrotu do Tombstone. Jak widać, zmiana 
scenerii nic nie pomogła.

Czy  Travis  podpalił  parking,  żeby  zwrócić  na  siebie  uwagę 

matki?

background image

Jak mogę spojrzeć Desiree w oczy, skoro mój syn o mały włos nie 

został mimowolnym sprawcą jej śmierci?

I uczynił z Lozen kalekę, która nigdy nie będzie mogła wrócić do 

zawodu?

Nie  był  wściekły  na  Desiree,  był  wściekły  na  siebie.  Jest  złym 

ojcem.  Jego  synowi  potrzebny  był  prawdziwy  ojciec,  a  nie 
psychoanalityk z ośrodka dla trudnej młodzieży.

Zachowuję  się  wbrew  wszelkim  obowiązującym  zasadom.  Jak 

mogłem zarzucać Desiree łamanie prawa! Przecież sam robię to samo. 
Gdyby chodziło o jakieś inne dziecko, zabrałbym je do biura szeryfa i 
przesłuchał.  Zachowuję  się  w  stosunku  do  Travisa  tak  samo  jak 
Desiree  w  stosunku  do  Lindy.  Staram  się  go  chronić.  Wygłaszam 
kazania, a sam nie jestem lepszy od niej. Popełniam dokładnie te same 
błędy.

Czuł, że znalazł się w pułapce, którą zastawiła na niego miłość do 

syna,  honor  człowieka  prawa,  opinia  rodu  Bodine'ów  i  jakieś  inne 
jeszcze  nieznane  uczucie.  Miotał  się  wśród  sprzecznych  emocji  i 
wymagań.  Problemy  Travisa  nie  wzięły  się  znikąd;  chłopiec  miał 
kłopoty, bo miał takiego, a nie innego ojca.

Może  sobie  teraz  wmawiać,  co  chce,  ale  Jondell  ma 

niepodważalne  alibi  i  nie  ma  innego  podejrzanego.  Najwyższy  czas 
odstawić dumę i ambicję do kąta i opowiedzieć Desiree wszystko.

Począwszy od tego, co działo się z Travisem przed ich wyjazdem 

z Kalifornii.

Desiree  rozmawiała  właśnie  przez  telefon,  więc  odczekał,  aż 

skończy.

- Idziesz na lunch?
- Tak, mam wolną chwilę.
- Mogę  ci  towarzyszyć?  Jeszcze  nie  jadłem  i  chciałem  z  tobą 

trochę porozmawiać. Prywatnie.

- W takim razie chodźmy.

Wyszli przed budynek prosto w upalne słońce Arizony.

- Jakie jedzenie lubisz? Meksykańskie? - zapytał.
- A może chińszczyznę?
- Musimy  w  takim  razie  pojechać  za  miasto.  Desiree 

automatycznie wyjęła kluczyki z kieszeni.

- Nie myślałam, że będziemy jechać tak daleko... - powiedziała i 

zaraz przerwała, utkwiwszy wzrok w swoim samochodzie.

background image

Virgil spojrzał w tym samym kierunku. Stojący na parkingu przed 

ratuszem  elegancki  samochód  Desiree  był  zamalowany  ordynarnymi 
wyzwiskami.  Ktoś  spryskał  sprayem  drzwi,  okna,  bagażnik,  nie 
oszczędził nawet przedniej szyby. Wymyślne sprośności splatały się z 
obscenicznymi rysunkami.

- Na  naszym  własnym  parkingu!  To  dla  nas  policzek -

powiedziała  zupełnie  zwyczajnym  tonem. - Nigdy  nie  ma  gliny,  jak 
jest potrzebny - dokończyła żartobliwie.

Virgil  wbił  wzrok  w  ogromny  napis  „Ostrzegam!"  i  sprośny 

rysunek znajdujący się pod nim. Była to naga kobieta z rozrzuconymi 
nogami i dobrze widoczną gwiazdą szeryfa na piersi...

Opiekuńczym ruchem ujął rękę Desiree. Wyglądało jednak na to, 

że szeryf nie potrzebuje opieki ani pocieszenia. Desiree pochyliła się 
nad rysunkiem, uważnie badając jego szczegóły.

- To  musiał  chyba  zrobić  ktoś  dorosły,  sądząc  po  charakterze 

pisma...

Virgil odetchnął z ulgą: to nie było pismo Travisa. Desiree powoli 

się wyprostowała.

- Jest lepiej, niż myślałam.
- O czym ty mówisz?!
- To wcale nie jest spray, tylko kolorowa kreda.
- Nic specjalnie pocieszającego.
- Dla mnie tak. W Phoenix na pewno zrobiliby to sprayem. Zaraz 

to  sfotografujemy  i  poszukamy  odcisków palców,  a  potem  wszystko 
zmyje się wodą. Virgil, mógłbyś pójść po Jamiego?

Spojrzał na nią uważnie. Zupełnie się nie przejęła, jakby jej to nie 

dotyczyło.

- Wszystko w porządku?
- Zważywszy  na  okoliczności,  w  normie.  Chyba  będziemy 

musieli iść do tej restauracji na piechotę. Nie chcę, żeby dzieciaki na 
ulicy widziały te malunki na moim samochodzie.

Jej obojętność i zimna krew miały w sobie coś zdumiewającego. 

Okrążyła  powoli  pojazd,  jeszcze  raz  wszystko  dokładnie  oglądając; 
nie przestawała przy tym z zadumą kręcić głową.

- Strasznie  to  dziwaczne.  Przecież  z  anatomicznego  punktu 

widzenia to jest zupełnie niemożliwe.

Virgil  nie  zareagował.  Odwrócił  się  i  skierował  z  powrotem  w 

stronę biura.

background image

- Idę po Jamiego.

Lunch  nie  należał  do  najprzyjemniejszych,  bo  gdy  tylko  zaczęli 

jeść,  zadzwonił  Jamie.  Virgil  chwilę  z  nim  rozmawiał,  a  potem 
spojrzał na Desiree.

- Nie znaleźli żadnych odcisków, prawda? - spytała domyślnie.

Starannie ułożyła refritos i polała je sosem. Virgil pokręcił głową.

- Nic nie znaleźli. Taką kredę można kupić w każdym sklepie w 

tym mieście. Mamy co prawda próbkę pisma Jondella, ale jeśli to on 
zdewastował twój samochód,  to na pewno postarał się, żeby zmienić 
charakter pisma.

- To  nie  Jondell.  On  nigdy  by  nie  napisał:  „Ty  kurwo  od 

gwałcicieli".

Virgil skrzywił się, słysząc wulgarne słownictwo.

- To by znaczyło, że kieruje podejrzenie na samego siebie, a jest 

na to zbyt chytry. Myślę raczej, że to któryś z obywateli tego miasta 
odreagowuje fakt, że na mnie zagłosował.

- Nie,  to  niemożliwe;  przecież  nikt  nie  wie  o  tamtej  sprawie  z 

Phoenix.

- Nie  bądź  naiwny,  Virgil.  Wiadomości  szybko  się  rozchodzą. 

Lepiej zamów coś do picia.

- Sam powiedziałem o tym kilku osobom - przyznał po chwili. -

Jamie  i  inni  też  pewnie  opowiedzieli  swoim  rodzinom.  Mogło 
rzeczywiście się rozejść.

- No,  to  sam  widzisz.  Szybko  się  rozeszło,  zresztą  nigdy  nie 

robiliśmy z tego sekretu. Każdy mógł pomalować mój samochód.

Virgil  w  zadumie  popatrzył  w  okno.  Za  szybą  mijali,  się 

przechodnie.  Znał  tych  ludzi;  znał  wszystkich,  wśród  których  się 
urodził,  wśród  których  dorastał,  wśród  których  żyli  jego  rodzice. 
Nigdy  by  ich  nie  podejrzewał  o  coś  takiego,  Tombstone  i  ranczo 
Silver Dollar to był jego raj. Śnił o nim i marzył.

Ale wszystko się zmieniło, rzeczywistość nie ma nic wspólnego z 

marzeniami.  Poczuł  dojmujący  smutek  przemijania.  Nie  takie 
Tombstone zapamiętał...

- Jeśli  to  ktoś  stąd,  niełatwo  go  znajdziemy - powiedział  po 

chwili.

- Wcale  nie  zamierzam  go  szukać.  Skoro  ten  ktoś  najpierw 

podpala  parking,  a  potem  niszczy  samochód  szeryfa,  to  znaczy,  że 

background image

prędzej  czy  później  sam się  zdradzi.  Nie  potrafi  się  kryć.  Wystarczy 
poczekać i sam wpadnie nam w ręce.

- Czy ciebie to naprawdę nie ruszyło?

Virgil powiedział to podniesionym głosem i kilka głów odwróciło 

się  w  ich  stronę.  Szybko  położył  pieniądze  na  stole  i  bez  słowa 
opuścili lokal.

Odpowiedziała mu, kiedy już byli na dworze:

- Mniej niż podejrzenie, że możemy go nie złapać. Myślę jednak, 

że  nam  się  uda.  Ktokolwiek  to  jest,  ma  potrzebę  manifestacyjnego 
zachowania. Złapiemy go kiedyś na gorącym uczynku, zobaczysz.

- Nie podzielam twojego optymizmu.
- Zobaczysz, złapiemy go, chodzi tylko o to, żeby...

Przerwał jej dźwięk nadajnika. Dzwonił Jamie z wiadomością, że 

samochód  został  już  sfotografowany  i  że  zaraz  odprowadzą  go  do 
garażu, żeby nocna zmiana mogła mu się dokładniej przyjrzeć.

- Wygląda na to, że do domu będziemy musieli wrócić konno.

Virgil  potakująco  skinął  głową.  Rozmowa  o  Travisie  się 

odwlokła. Porozmawiam z nią o tym w domu, ale najpierw pogadam z 
nim.

Dalszy  ciąg  dnia  upłynął  równie  niespokojnie.  Miasto  zostało 

zaalarmowane  niezwykłym  wydarzeniem:  ktoś  obrzucił  kamieniami 
największe  sklepy,  wybijając  szyby.  W  biurze  szeryfa  urywały  się 
telefony  ze  skargami,  żądaniami  i  wymysłami.  Główna  ulica  w 
mieście  pokryta  była  odłamkami  szkła,  wyły  alarmy  w  sklepach, 
turyści pierzchali w popłochu.

Najgorsze,  że  nikt  nic  nie  widział.  Wandal  był  szybki  jak 

błyskawica i chytry jak wąż. Robił swoje i rozpływał się gdzieś wśród 
krętych uliczek miasteczka.

Desiree  i  Virgil  uwijali  się  jak  w  ukropie,  wspomagani  przez 

resztę pracowników.

Późnym  popołudniem  nadeszła  wiadomość,  że  napastnik 

zaatakował sklep z wyrobami ludowymi.

- Mam  nadzieję,  że  to  już  ostatni  jego  wyczyn  i  na  dzisiaj  ma 

dość - sapnął Virgil.

- Oby  tak  było - zawtórowała  mu  Desiree.  Właściciel  sklepu  z 

pamiątkami nie potrafił zachować stoickiego spokoju.

background image

- Trzeba było zostawić te swoje śmieci na miejscu, w Phoenix, a 

nie  przywlekać  to  tutaj! - wybuchnął,  patrząc  z  wściekłością  na 
Desiree. - Nie potrzebujemy tutaj przestępców.

- Taki  Jondell,  to  są  nasze  własne  śmieci - odparował 

natychmiast  Virgil. - Wszystko,  co  dzieje  się  w  naszym  mieście, 
należy do nas.

- Ale  nie  mielibyśmy  go  tutaj,  gdyby  nie  ona!  Żałuję,  że  nie 

głosowałem na ciebie, Virgil!

- To  nie  jest  sprawka  Jondella - wyjaśniła  Desiree. - Już  to 

sprawdziliśmy.

- Zawracanie  głowy! - wzruszył  ramionami  właściciel  sklepu. -

Ja tam w każdym  razie nie  zamierzam  codziennie  wprawiać nowych 
szyb i starać się o odszkodowanie.

Desiree  nie  odpowiedziała;  przez  cały  czas  była  spokojna  i 

opanowana.  Pod  koniec  pracowitego  dnia  stanęła  i  zapatrzyła  się  w 
okno. Virgil podszedł do niej.

- Jak się czujesz? Chyba nie przejęłaś się gadaniną tego faceta od 

ludowych haftów?

- Wcale  mu  się  nie  dziwię.  Każdy  by  tak  zareagował  na  jego 

miejscu. Ciekawe, co jeszcze się wydarzy...

- Cokolwiek  by  to  było,  będziemy  przygotowani.  Do  pokoju 

wszedł Jamie.

- Przekazałem  wszystko  następnej  zmianie,  szeryfie.  Może  pani 

jechać do domu, zostanę tu jeszcze chwilę.

- Chyba tak zrobię. Dziękuję, Jamie.
- Rogelio przysłał po was dwa konie i powiedział... Przerwała mu 

gwałtownie:

- Skąd wie, co się stało z moim samochodem?
- Ode  mnie.  Nie  było  Morgana  ani  Wyatta,  więc  powiedziałem 

jemu.

- Mam nadzieję, że Caro o niczym nie wie i że dzieciaki, Travis i 

Cat, zbytnio się nie przestraszyły.

- Trudno  utrzymać  takie  rzeczy  w  tajemnicy  przed  rodziną -

odezwał się Virgil. - Grunt, że Travis nie ma z tym nic wspólnego.

Nie odpowiedziała. Gdy Jamie pożegnał  się  z nimi, spojrzała  na 

Virgila.

- Idź pierwszy, zaraz cię dogonię.

background image

Po  kilku  minutach  zrównała  się  z  nim.  Zauważył,  że  ma  z  sobą 

jakąś paczkę.

- Dziwi  mnie,  że  potrafiłaś  zrobić  zakupy.  Mamy  na  głowie 

podpalenie,  graffiti,  zamach  na  prywatną  własność,  a  do  tego 
gwałciciela w pobliżu, a ty sobie kupujesz jakieś głupstwa.

Desiree spojrzała na niego zdziwiona, ale odpowiedziała zupełnie 

spokojnie:

- Masz rację. Zaraz przyprowadzę konie.

Poczuł,  że  zachował  się  wyjątkowo  głupio.  Wybuchnął  zupełnie 

bez powodu i jeszcze dodatkowo wszystko skomplikował; sytuacja go 
przerosła: jego syn jest podejrzany o podpalenie, nogi bolą go w tych 
wielkich, ciężkich butach, a do tego zachował się nieuprzejmie wobec 
kobiety. Gdyby jego ojciec to zobaczył, musiałby chyba czyścić konie 
przez cały tydzień.

Nie  wiedział,  jak  rozwiązać  naglące  sprawy,  wszystko  się  na 

niego waliło. Mógł mieć tylko nadzieję, że Desiree... mu pomoże.

Podeszła do koni, starając się nie patrzeć na swój wysmarowany 

samochód.  Czuła  się  bezbronna  i  słaba,  nie  z  powodu  tych  kilku 
obelżywych  słów  czy  rysunków,  ale  dlatego,  że  nagle  tyle  zła 
nagromadziło się wokół.

Te potłuczone szyby i zniszczone sklepy!
Były  tak  samo  systematycznie  tłuczone,  jedna  po  drugiej,  jak 

podpalane samochody. Widać było tę samą rękę. Świadomość, że ktoś 
kryje się i czyha, gotów w każdej chwili popełnić nowe przestępstwo, 
ciążyła Desiree ponad miarę.

Z wielkim trudem i samozaparciem udawała spokój w obecności 

Virgila i Jamiego,  zupełnie  jakby atak  na jej samochód  nie zrobił na 
niej  wrażenia.  Cichy  wewnętrzny  głos  ostrzegał  ją  i  napełniał 
niepokojem.

Ktoś  tu  gra  nie  fair,  a  wiesz,  jak  bardzo  to  może  być 

niebezpieczne...

Wszyscy oczekiwali od niej rozwiązania tych ponurych zagadek. 

Nawet  Virgil  ostatnio  przestał  wymawiać  jej brak  doświadczenia. 
Miało  to  swoje  dobre  strony,  ale  miało  też  i  złą:  musiała  sprostać 
oczekiwaniom,  a  nie  była  pewna,  czy  podoła  tak  trudnemu  zadaniu. 
Odpowiedzialność nagle zaczęła jej ciążyć.

background image

Podprowadziła  konie  do  miejsca,  gdzie  zostawiła  Vir - gila.  W 

milczeniu  wskoczyli  na  siodła  i  wyjechali  z  miasta  na  zakurzoną 
drogę wiodącą do Silver Dollar.

Na  bezchmurnym  niebie  nic  jeszcze  nie  zapowiadało  zachodu 

słońca.  Desiree  spojrzała  na  milczącego  Virgila.  Wyglądał  na 
wyczerpanego.

- Jak się czujesz? - zapytała.
- Jestem trochę zmęczony - odparł Virgil znużonym głosem.
- Zatrzymajmy  się  gdzieś  i  poczekajmy  na  zachód  słońca -

zaproponowała. - Gdzie by tu można przystanąć?

Virgil zamyślił się; pomysł mu się podobał.

- Jest tu takie miejsce, gdzie zabierała mnie matka. To niedaleko 

stąd.

Konie  szły  teraz  równym  kłusem,  łeb  w  łeb.  Nagle  Desiree 

uniosła  się  w  siodle  i  z  głośnym  krzykiem,  przypominającym  stare 
kowbojskie zawołanie, przeszła w galop. Perłowa Kropla wyrwała się 
do  przodu  jak  wypuszczona  z  łuku  strzała.  Onyks  gwałtownie 
przyśpieszył.  Zapach  klaczy  sprawił,  że  jego  masywne  ciało  ruszyło 
przed siebie jak sprawna, niezawodna maszyna.

Virgil  uśmiechnął  się.  Perłowa  Kropla  była  od  Onyksa  o  wiele 

mniejsza. Mimo znacznie lżejszego jeźdźca nie miała w tym wyścigu 
wielkich szans.

Wygrałaś  co  prawda  wybory,  pomyślał,  ale  to  nie  znaczy, 

Desiree, że lepiej ode mnie jeździsz konno!

- Przegrasz, Bodine, przegrasz z kretesem! - usłyszał jej krzyk i 

te słowa podziałały na niego jak smagnięcie pejczem.

Tak właśnie krzyczała jej siostra, kiedy ścigała się i... wygrywała 

z jego bratem.

Wyattowi  nigdy  nie  zależało  na  tym,  żeby  wygrać  z  Caro;  był 

zbyt  pewny  siebie.  Virgil  zawsze  chciał  wygrywać  i  zwykle 
wygrywał.

- Nie wygrasz ze mną! - krzyknęła Desiree.

Ta kobieta czyta w moich myślach, ona wie, co myślę! May nigdy 

tego nie wiedziała, bracia nie wiedzieli, nawet mój syn nie ma o tym 
pojęcia. Jak ona to robi?

Zobaczył,  że  drobna  klaczka  wysuwa  się  o  włos  do  przodu. 

Ścisnął  nogami  boki  ogiera.  Desiree  jechała  jak  zawodowy  dżokej! 
Uniosła się w strzemionach, a jej zgrabna, lekko pochylona sylwetka 

background image

zarysowała się wyraźnie na tle różowawego nieba. Nawet gdyby był w 
pełnej formie, nigdy by jej nie dorównał! Była bardzo lekka i Perłowa 
Kropla mogła rozwinąć skrzydła. Mknęła niczym wiatr.

Rozpaczliwie  przynaglił  ogiera  do  biegu.  Czuł,  że  Onyks  daje  z 

siebie wszystko i że z całej siły pragnie  wyprzedzić Perłową Kroplę. 
Virgil również...

Ale Perłowa Kropla i jej jeździec radośnie biegli przed siebie po 

zwycięstwo, upojeni pędem.

Po pewnym czasie Onyks zrezygnowany zwolnił, zwątpiwszy we 

własne  siły.  Klaczka  jeszcze  przez  chwilę  pędziła  jak  strzała, 
rozkoszując się smakiem zwycięstwa.

Dopiero  kiedy  Desiree  opadła  na  siodło,  przeszła  w  lekki, 

taneczny kłus.

Wiatr przyniósł mu słowa Desiree:

- Virgil, zobacz, jak ona cudownie tańczy z radości, że wygrała!

Patrzył na nie obie, rozświetlone światłem zachodzącego słońca i 

jakimś  wewnętrznym  blaskiem.  Emanowała  z  nich  radość  życia  i 
nieokiełznana  energia.  Czy  on  też  kiedyś  taki  był?  Poczuł  nagle,  że 
jego czterdzieści pięć lat ciąży mu niczym ołów. Widział przy sobie tę 
cudowną,  zgrabną  kobietę  i  złość,  że  z  nią  przegrał,  gdzieś  się 
rozpływała.

Teraz  był  jej tylko  wdzięczny.  Był  wdzięczny  za to,  że dała  mu 

pokaz  sposobu  życia,  o  jakim  z  czasem  zapomniał.  Poczuł  się 
szczęśliwy i spokojny.

Perłowa Kropla szła teraz stępa w różowym blasku padającym z 

nieba. Desiree lekko głaskała dłonią jej kark. Pomyślał o May żyjącej 
w swoim plastikowym świecie i ta myśl sprawiła mu ból. Jak bardzo 
nieporównywalne są te dwie istoty!

Zbliżył się do Desiree.

- Mamy  jeszcze  czas,  żeby  pojechać  na  tamto  miejsce? -

zapytała. - Nie chciałabym Perłowej Kropli już teraz męczyć.

- To bardzo niedaleko, kilka kroków.

Dłonią  wskazał  niewielką,  skalistą  platformę  obrzeżoną 

kaktusami.

- Chodź ze mną.

Zostawili  konie  i  zaczęli  się  wspinać  po  skałach.  Virgil  szedł 

pierwszy,  lecz  mimo  to  zauważył,  że  Desiree  wyjęła  z  torby  przy 
siodle paczkę i niesie ją teraz z sobą.

background image

Na skalistej półce ujrzeli stary, wyblakły koc. Usiedli na nim.

- Byłeś tu niedawno, jak widzę.
- Cztery pokolenia Bodine'ów tu przychodzą.
- Domyślam się dlaczego. Co za cudowny zachód słońca!

Niebo  powlekło  się  różem  i  czerwienią,  góry  zalśniły  granatem. 

Odnieśli wrażenie, że znajdują się sami na końcu wspaniałego świata.

- Tu  właśnie  moja  matka  opowiadała  mi  rodzinne  historie  o 

Earpach.

Desiree nie odrywała wzroku od cudów dziejących się na niebie.

- I  o  waszych  rodzinnych  związkach,  tak?  O  tym  wszystkim,  o 

czym  Bodine'owie  pod  przysięgą  opowiadają  tylko  swoim  żonom  i 
dzieciom?

- Wiesz o tym?
- Tylko tyle. Caro mi o tym ledwo napomknęła, a ja nie chciałam 

się dopytywać. To  tutaj opowiadacie o tym waszym  żonom, podczas 
gdy słońce tak cudownie, romantycznie zachodzi?

- Nie, zwykle mówi się to w czasie miodowego miesiąca.

Roześmiała się.

- A to dopiero! Kobieta czeka, aż jej ktoś będzie szeptał do uszka 

miłosne  zaklęcia,  a  słyszy  wykład  z  historii.  Ciekawe,  jak  Caro  to 
wytrzymała.  Pewnie  zachowała  spokój,  ona  to  potrafi,  a  Jasentha 
pewnie już wcześniej o wszystkim wiedziała, przecież wychowała się 
na waszym ranczu, ale May...

- Nigdy nie opowiadałem mojej byłej żonie o naszych przodkach.

Desiree spoważniała.

- Nigdy?
- Travisowi  też  nic  nie  mówiłem.  Nie  mogłem,  skoro  nie 

powiedziałem nic jego matce.

- Bałeś się, że to może dotrzeć do dziennikarzy?
- Po prostu nigdy nie mieliśmy czasu. Desiree westchnęła.
- Biedna  May...  Musiało  jej  być  przykro,  że  nie  dorosła  do 

tajemnicy Bodine'ów.

- Nie było jej przykro, bo nigdy o tym nie myślała. Nie zależało 

jej na tym. Wtedy tego nie wiedziałem. Kiedy się poznaliśmy, byłem 
bardzo  młody.  Była  moją  pierwszą  klientką,  a  ja  jej  pierwszym 
ochroniarzem. Nie czuła się związana z moją rodziną, nawet z naszym 
synem.  Chciała  tylko  mieć  kogoś,  kto  się  nim  zajmie,  kiedy  ona 
będzie robić karierę.

background image

- Biedny Virgil. I biedny Travis.
- To była właściwie moja wina. May nigdy nie ukrywała przede 

mną,  na  czym  jej  najbardziej  zależy.  Nie  pasowaliśmy  do  siebie,  to 
wszystko.

- Następnym razem, jak będziesz sobie wybierał żonę w sklepiku 

z żonami, to każ sobie podać taką, która lubi pustynię i potrafi się tobą 
zająć.

Drgnął. Coś podobnego słyszał po raz pierwszy.

- Po co ma się mną zajmować? Nie potrzebuję przecież niańki!
- Wcale  tego  nie  powiedziałam,  ale  trochę  znam  twoje  życie. 

Bardzo wcześnie przestałeś być dzieckiem i wziąłeś na siebie ciężkie 
obowiązki.  Musiałeś  być  odpowiedzialny  za  ranczo,  za  braci,  za 
karierę  żony  i  bezpieczeństwo  syna.  Przez  całe  lata  byłeś  szeryfem 
tego miasta i czuwałeś nad spokojem jego obywateli. Nie potrzebujesz 
niani,  potrzebujesz  kogoś  silnego,  kto  poda  ci  rękę.  Kogoś,  kto  ci 
pomoże  opiekować  się  Travisem.  Kogoś,  kto  przy  tobie  będzie. 
Zasłużyłeś na kogoś takiego, Virgil.

Ona  ma rację,  chyba  tak,  zasłużyłem  na  to.  Dlaczego nikt  nigdy 

dotąd tego nie zauważył?

Nawet ja sam?

- Masz  prawo  czuć  się  zmęczony - ciągnęła  Desiree. - Nie 

zdradziłeś  tajemnic  rodzinnych  swojej  żonie,  bo  nigdy  naprawdę  nie 
należała  do  rodziny  i  nigdy  by  do  niej  nie  należała,  nawet  za 
pośrednictwem Travisa.

- Ona go kocha, zawsze go kochała, ale wolała, żeby był ze mną. 

Dziwiłem  się,  że  tak  łatwo  oddała  mi  prawo  wyłącznej  opieki  nad 
synem. Nie byłem w stanie zrozumieć, jak mogła tak szybko odsunąć 
się  od  niego.  A  ja  dla  niego  nie  zrobiłem  nic.  Absolutnie  nic.  Moje 
dziecko jest samotne, a ja nie potrafię temu zapobiec.

Tylko tego jeszcze brakowało... Spadł tak nisko, że siedzi teraz na 

kocyku i wypłakuje się na ramieniu swego... szefa.

Desiree miała bardzo poważną minę, gdy znowu się odezwała:

- Twoja  była  żona  ma  inne  potrzeby,  nie  ma  rozwiniętego 

zbytnio  instynktu  macierzyństwa,  ale  na  pewno  stara  się,  jak  może. 
Jest bardzo piękna i na pewno jest również mądra.

- Tak. Zupełnie jak ty.
- Jesteś bardzo, bardzo miły. A tu mam dla ciebie nagrodę.

background image

Podała  mu  tajemniczą  paczkę.  Virgil  otworzył  ją  i  ujrzał  parę 

cudownie miękkich mokasynów.

- A teraz je włóż - poleciła Desiree.

Zdjął  narzędzie  tortur  z  nóg  i  wsunął  obolałe  stopy  w  miękkie 

buty. Wreszcie mógł odetchnąć z ulgą.

- Boże, jak dobrze. Dziękuję.
- To  ja  ci  dziękuję.  Za  to  wszystko. - Powiodła  ręką  po  niebie, 

wskazując  horyzont. - Nie  ma  to  jak  matka  natura,  ona  najlepiej 
zmywa z człowieka brud dnia powszedniego.

- Skoro już o tym mowa... Bardzo mi przykro, że tak się stało z 

twoim samochodem.

- Nie  przejmuję  się  samochodem,  martwi  mnie  człowiek,  który 

mógł  zrobić  podobną  rzecz  i  to,  że  tyle  jest  zła  na  świecie.  Potem 
zaraz zaczynam myśleć o Caro i o jej dziecku i wszystko się robi takie 
okropne.

Objął ją i lekko przytulił.

- Popatrzmy sobie na słońce.

Niebo  przybrało  teraz  barwy  flagi  Arizony:  czerwień,  żółć  i 

miedź  przenikały  się  wzajemnie;  ostatnie  promienie  zachodzącego 
słońca  oświetlały  drogę  wiodącą  do  domu.  Z  oddali  dobiegały  piski 
nietoperzy zamieszkujących jaskinie w parku Silver Dollar.

Desiree zwróciła twarz ku Virgilowi.

- Zachód słońca mi pomógł, już mi lepiej. A tobie?

Zamiast  odpowiedzi,  pocałował  ją  w  usta.  Natychmiast  mu 

odpowiedziała, bez wahania, bez namysłu. Ujęła jego twarz w dłonie i 
całowała go długo i delikatnie.

Zupełnie jak te mokasyny, pomyślał i uśmiechnął się w duchu.
Mokasyny  były  miękkie  i  wygodne,  ale  można  było  w  nich  dać 

potężnego kopa.

Kiedy skończyli się całować, nie wiedział, co powiedzieć.
Szeryf miasta Tombstone jednak wiedział.

- Virgil, słuchaj, myślę, że nadszedł czas, żebyś  mi opowiedział 

wszystko o Travisie. I o tych jego zabawach z ogniem.

background image

Rozdział 11
Virgil  nie  wierzył  własnym  uszom;  nie  spodziewał  się  czegoś 

podobnego.

- Ja cię całuję, a ty myślisz o Travisie?
- Ja  też  ciebie  całowałam,  nie  tylko  ty  mnie.  To  tak  na 

marginesie, a teraz porozmawiajmy sobie o tych podpaleniach.

- To nie jest najlepsza pora na takie rozmowy! Virgil włożył stare 

buty do torby i zaczął schodzić po

skalistym zboczu.

- Nie masz wyczucia - rzucił po drodze. Desiree podążyła za nim.
- Chyba jednak mam. Czekałam bardzo długo, aż sam zaczniesz 

o tym mówić. Najpierw myślałam, że powiesz mi od razu, po pożarze, 
ale  minął  tydzień,  a  ty  nic.  Potem  myślałam,  że  chcesz  o  tym 
porozmawiać w czasie lunchu. I znowu nic.

Chciałem, ale... jak mogłem o tym mówić?

- Teraz ktoś zaczął rzucać tymi kamieniami - mówiła dalej, kiedy 

podeszli do koni. - To nie był Jondell i to nie on podłożył ogień pod 
samochody. Tyle wiemy.

Virgil  przytroczył  torbę  do  siodła  i  wskoczył  na  konia.  Desiree 

poszła  w  jego  ślady  i  wyjechali  na  ścieżkę,  która  miała  ich 
zaprowadzić na ranczo.

- Nie  jestem  jasnowidzem,  po  prostu  wiem,  wedle  jakich 

kryteriów  ustala  się  predyspozycje  do  piromanii.  Twój  syn  spełnia 
wszystkie warunki. Mam ci je wyliczyć po kolei?

- Travis jest małym dzieckiem! On ma dopiero dziesięć lat! Nie 

jest piromanem!

- Przejechał  cały  świat  i  całe  życie  spędził  z  dorosłymi.  Jest 

dojrzały,  niezwykle  inteligentny  i  przenikliwy.  Mam  ci  podać  te 
kryteria?

Nie czekając na odpowiedź, zaczęła wyliczać:

- Po pierwsze, rozpalanie ognia przy każdej okazji.

Rzeczywiście,  Travis  zawsze  rozpalał  ognisko  na  plaży,  nawet 

kiedy  było  zupełnie  jasno,  nawet  kiedy  nie  było  chłodno,  pomyślał 
Virgil.

- Po  drugie,  ogólny  niepokój  poprzedzający  ten  czyn.  Jakie 

dziecko  nie  byłoby  niespokojne,  mając  May  za matkę  i  kamery  na 
każdym kroku od samego urodzenia?

background image

- Po trzecie, fascynacja zapalającymi się rzeczami. Travis zawsze 

nosił przy sobie zapalniczkę, a ja nawet o tym nie wiedziałem!

- Po czwarte, wyraźne odprężenie zaraz po rozpaleniu ognia.

Sam to widziałem często na plaży.

- Po  piąte,  konkretny  problem,  który  można  w  ten  sposób 

rozładować.

Nie chciał opuszczać Kalifornii, zostawiać przyjaciół, plaży... Był 

wyraźnie wściekły, kiedy mu powiedziałem o wyjeździe.

- Po  szóste,  tego  rodzaju  skłonność  nie  musi  koniecznie 

występować z innego rodzaju niezrównoważeniem psychicznym.

Tego było za wiele. Virgil wybuchnął złością.

- W  porządku!  Chcesz  ode  mnie  usłyszeć,  że  mój  syn  mógł 

podpalić parking, tak?

- Nie,  wcale  nie.  Ja  muszę  grać  rolę  adwokata  diabła,  to  mój 

obowiązek. Czy sądzisz, że on mógłby rzucać kamieniami w sklepowe 
witryny?

- Ja...

Przerwał, nie wiedząc, co powiedzieć.

- Nie  wiem.  Wolałbym,  żeby  nie...  ale  on  miał  już  pewne 

przygody  w sklepach  w Los  Angeles,  takie  drobne.  ..  kradzieże.  Nie 
wiem, nic nie wiem na pewno.

Spojrzał  na  nią;  w  oczach  Desiree  dostrzegł  głębokie 

współczucie.

- Bardzo mi przykro, Virgil, ale zmiana miejsca nie oznacza, że 

dziecko zostawiło wszystkie swoje kłopoty na starym miejscu.

Virgil nerwowo przeczesał palcami włosy.

- Wiem,  ale  nie  miałem  pojęcia,  co  robić.  Myślałem,  że  może 

moja  rodzina  pomoże  Travisowi  odzyskać  równowagę.  Ale  on  nie 
uznał ich za rodzinę. Uważa, że jego rodzina to ja, May i przyjaciele z 
Kalifornii.

- Im później byś go zabrał, tym trudniejsze byłoby to wszystko. 

Przynajmniej  tak  mi  się  wydaje.  Teraz  mamy  podpalenia,  potajemne 
wymykanie się z domu w nocy...

- Chyba nie przypuszczasz, że to on zniszczył twój samochód?

Desiree podskoczyła na samą myśl o tym.

- Nie! Skądże!
- To  dobrze,  bo  ja  wiem,  że  to  nie  on.  Znam  jego  charakter 

pisma, a to był inny.

background image

- Ani  przez  chwilę  nie  przypuszczałam,  że  to  Travis.  A  jeśli 

chodzi  o  podpalenia...  Odpowiedz  mi  szczerze,  czy  uważasz,  że 
mógłby to zrobić?

Tak, do licha, oczywiście, że tak. - Tak.
Konie  przeszły  ze  stępa  w  kłus,  czując  bliskość  stajni.  Rozległo 

się rżenie jakiegoś  konia  i Onyks  mu odpowiedział.  Virgil  skierował 
go bliżej Perłowej Kropli.

- Co  teraz  zrobisz? - zapytał  cichym  głosem. - Aresztujesz 

mojego syna?

- Nie zamierzam aresztować dzieci i nie mam żadnego dowodu. 

Zamierzam jednak cię prosić, żebyś go posłał do szkoły.

- Do szkoły specjalnej?

Jak  ja  mogę  go  wysłać  samego  daleko  od  domu...  Spojrzała  na 

niego oburzona.

- Skądże! Do normalnej szkoły w Tombstone!
- Już  go  zapisałem.  Chodził  do  szkoły  przez  dwa  ostatnie 

tygodnie. Nie zauważyłaś tego?

- Zapisałeś  go,  ale  on  stale  wagaruje.  Rozmawiałam  z  jego 

nauczycielką.  Myślisz,  że  wiesz,  gdzie  on  się  podziewa  przez  cały 
dzień, ale to nieprawda. A teraz Travis nie ma alibi.

- Już ja z nim pogadam...
- Nie myśl o tym, jak go ukarać, tylko  jak najszybciej dopilnuj, 

żeby chodził do szkoły. On musi tam przebywać z wielu powodów.

- Na przykład dlatego,  żeby miał alibi, jeśli znowu ktoś popełni 

jakieś przestępstwo?

Desiree skinęła głową.

- Teraz  bardzo  by  mu  się  przydało.  To  nie  on  pomazał  mój 

samochód, ale pożar na parkingu to inna sprawa. Przyznał się, że tam 
był. Mógł również rozbijać te szyby, chociaż w to akurat wątpię.

- Travis  nie  prowadzi  samochodu,  a  gdyby  wziął  konia,  całe 

ranczo by o tym wiedziało.

- Widziałam, jak biega. Może mógłby pobiec do miasta, a potem 

wrócić...

- Nie. Kiedy dzwoniłem do domu, jadł lunch razem z Caro. On w 

ogóle nie zna Tombstone.

Specjalnie nie pokazałem mu miasta, żeby go sklepy nie kusiły.
Desiree przez chwilę się zastanawiała.

background image

- Jondell mógł od biedy zniszczyć mój samochód, ale nie sklepy. 

Zresztą samochodu też by chyba nie zniszczył.

- Czyli  musimy  założyć,  że  mamy  do  czynienia  z  kilkoma 

sprawcami?

- Chyba  tak.  Ani  Jondell,  ani  Travis  nie  mogliby  dokonać 

wszystkich  trzech  rzeczy.  Musimy  się  zastanowić,  które  z  nas  ma 
więcej wrogów: ty czy ja?

- Musisz  mieć  wrogów  z  czasów,  kiedy  pracowałaś  w  biurze 

prokuratora okręgowego.

- Nie  zapominaj,  że  ty  przedtem  byłeś  szeryfem,  a  potem 

ochroniarzem.

- To  małe  piwo  w  porównaniu  z  tobą.  Ja  po  prostu  łapałem 

zbrodniarzy, a ty ich skazywałaś.

- Tak  czy  inaczej,  są  powody  do  zemsty - przyznała  Desiree. -

Nie  zapominaj  też  o  tych  wszystkich  zawiedzionych  wyborcach, 
którzy teraz żałują, że oddali na mnie swój głos. Wkrótce całe miasto 
będzie trąbić o Jondellu.

- Wątpię,  żeby  poważni  obywatele  naszego  miasta  przejęli  się 

czymś takim.

- Tak  czy  owak,  musimy  uprzedzić  ich  reakcje.  A  teraz 

podsumujmy:  wspólnie  doszliśmy do  wniosku,  że to nie jedna osoba 
jest  odpowiedzialna  za  podpalenie,  dewastację  samochodu  i  atak  na 
sklepy.  Travisa  podejrzewam  tylko  o  jeden  z  tych  wyczynów:  o 
podpalenie. Musimy brać pod uwagę tę ewentualność.

Gdyby  nie  siedzieli  na  koniach,  pocałowałby  ją.  Pocałowałby  ją 

znowu.  Podziwiał  sposób,  w  jaki  postawiła  sprawę  jego  syna:  jasno, 
szczerze, bez ogródek. Miał ochotę pocałować ją z wdzięczności, i nie 
tylko.  A  co  byłoby  potem?  Zaczęliby  snuć  plany  matrymonialne?  „I 
żyli długo i szczęśliwie...?" Czy raczej kolejny rozwód z powodu syna 
z  pierwszego  małżeństwa,  który  nie  jest  w  stanie  zaakceptować 
drugiej żony ojca? A może z powodu wykonywanej przez nią pracy?

Podjeżdżali już pod zabudowania rancza.

- Jest tylko jeden sposób - powiedziała zamyślona.
- Jaki?
- Musisz  z  nim  otwarcie  porozmawiać.  Zapytaj  go  o  to 

podpalenie wprost.

Reszta  rodziny  skończyła  już  kolację,  kiedy  Desiree  i  Virgil 

weszli do domu.

background image

- Coś  niecoś  dla  was  zostało,  nie  zjedliśmy  wszystkiego -

powiedział żartobliwie Wyatt.

- Później.  Teraz  muszę  koniecznie  porozmawiać  z  Travisem. 

Widziałeś go może?

- Jest na dworze, poszedł na pastwisko do źrebaków. A ty, Ray, 

mam ci coś podać?

- Wezmę najpierw prysznic. Gdzie Caro?
- Na górze, kładzie Cat spać.

Desiree  odłożyła  broń  na  miejsce,  zamknęła  szafkę  i  poszła  na 

piętro. Virgil wyszedł z domu.

W  zagrodzie  dla  źrebaków  panował  przedwieczorny  ruch. 

Maleństwa szykowały się do snu, przebierając kopytkami w miękkim, 
specjalnie  wymoszczonym  sianem  podłożu.  Travis  stał  oparty  o 
ogrodzenie,  zapatrzony  w  dal  i  nieobecny  duchem.  Jego  spokój 
kontrastował z ożywieniem zwierząt.

Jego  poza  przypomniała  Virgilowi  May;  May  też  tak  stawała, 

zapatrzona  przed  siebie,  kiedy  coś  nie  wychodziło.  Pamiętał  to 
doskonale; często ją tak widywał w czasie, kiedy ich małżeństwo już 
się  rozpadało.  Pomyślał,  że  unieszczęśliwił  ją  i  Travisa,  nie  potrafił 
dać im radości, ani jemu, ani jej.

A teraz będzie jeszcze gorzej...
Jak  doszło  do  tego,  że  musi  przesłuchać  własne  dziecko?  Gdzie 

się podziały czasy, kiedy wystarczał pocałunek w policzek, by Travis 
się uśmiechnął? Podszedł do syna.

- Przepraszam, że spóźniłem się na kolację.

Travis nie spojrzał na niego. Pusty wzrok utkwiony miał w konie.

- Możesz sobie jednego wybrać, to taka tradycja naszej rodziny.
- Nie chcę konia.
- Nie chcesz?
- Nie.

Przez chwilę obaj spoglądali na konie w milczeniu.

- A co chcesz, synku?
- Wiesz.
- Powiedz mi.
- Chcę wrócić do domu.
- Travis, my jesteśmy w domu.
- Ty  tak,  a  ja  nie! - krzyknął  ze  złością  chłopiec. - Nienawidzę 

tego miejsca!

background image

Virgil wziął głęboki oddech.

- Tak bardzo, że mógłbyś je podpalić?
- Tak!

Virgil spojrzał na dziecko, które stało przed nim. Był jego ojcem, 

ale nie potrafił go zrozumieć. Przez chwilę milczał, po czym zebrał się 
na odwagę i powiedział:

- Podpalenie miejsca, które się nienawidzi, niczego nie załatwia.
- Ja niczego nie podpaliłem!
- Tak? Na pewno?
- Paliłem tylko drewno, nic więcej.
- Tylko drewno? Nic więcej? - powtórzył z ulgą Vir - gil, chcąc, 

by chłopiec jeszcze raz to powtórzył.

- Czasem piekę sobie kiełbaski albo chleb; bawię się, że jestem z 

chłopakami na plaży.

- Travis, siedzenie na plaży to nie wszystko.
- Są jeszcze kaktusy i śmieci, prawda? Virgil z trudem zachował 

spokój.

- Wiem, że tęsknisz za kolegami. Ja też.
- Nie!  Ty  nie!  Tobie  jest  przecież  wszystko  jedno,  gdzie 

mieszkasz!

Słowa syna zabolały go, bo była w nich prawda.

- Travis, posłuchaj, rodzina to najlepsi przyjaciele.
- Nie obchodzi  mnie to. Ty możesz sobie mieszkać, gdzie ci się 

podoba. Dlaczego ja nie mogę?

Travis odwrócił się i odszedł szybkim krokiem. Virgil podążył za 

nim.

- Nie  uciekaj!  Przywiozłem  cię  tutaj,  żebyś  mógł  się 

wychowywać  w  spokoju,  z  dala  od  dziennikarzy,  kamer  i  ochrony. 
Chciałem, żebyś miał normalne życie.

- Tam  miałem  normalne  życie!  Nie  zamierzam  nosić  tych 

idiotycznych kapeluszy, wkładać tych głupich butów i jeździć na tych 
kretyńskich koniach! Chcę wrócić do domu! Chcę być z mamą! Tam 
chociaż czasem ją widywałem, a tu nie widuję jej nigdy!

- Los Angeles to nie jest dobre miejsce dla dzieci.
- Zawracanie  głowy!  W  tym  twoim  Tombstone  też  dzieją  się 

różne dziwne rzeczy. Podpala się samochody i... i w ogóle! Jest tu ten 
gwałciciel Jondell!

background image

Virgil opanował się; wiedział, że musi synowi odpowiedzieć, bo 

od tej rozmowy zależy bardzo dużo.

- Ale  tutaj  takie  wypadki  zdarzają  się  niezwykłe  rzadko. 

Wyjaśnimy  te  sprawy  i  wszystko  wróci  do  normy.  Ty  natomiast 
musisz  wrócić  do  szkoły.  Dowiedziałem  się,  że  stale  wagarujesz. 
Musisz z tym skończyć.

- Nie mam zamiaru. Oni tu nawet nie mają informatyki, a te ich 

komputery!

- Skąd to wszystko wiesz?
- Byłem kilka razy w szkole, tato. - W głosie chłopca zabrzmiała 

ironia.

- Teraz będziesz tam chodził codziennie. Nie pozwolę, żebyś się 

włóczył i robił nie wiadomo co.

- Mówiłem ci, że nie zrobiłem nic złego.
- I nie zrobisz. Nie chcę, żeby cię podejrzewano o coś złego.

Chłopiec spojrzał na niego zdumiony.

- Na przykład o co?
- O to, że podpalasz samochody.
- Powiedziałem ci, że paliłem tylko drewno.
- Nie  wiem,  czy  powiedziałeś  prawdę.  Chłopiec  spuścił  głowę, 

jego usta zadrżały.

- Ja  ci  wierzę,  ale  inni  mogą  nie  wierzyć.  Dopóki  nie  znajdę 

winnego,  nie  mogę  pozwolić,  żebyś  się  nocą  wymykał  z  domu  i 
włóczył po pustkowiu.

- Dobrze. W takim razie odeślij mnie do domu.
- Travis...
- Chcę być z mamą!
- Mama bardzo cię kocha, ale nie ma czasu, żeby się tobą zająć.

Próbował objąć syna, ale Travis się wyrwał.

- Rozmawiałem  z  nią.  Powiedziała,  że  może  mnie  do  siebie 

zabrać, jeśli chcę.

- Myślałem, że kręci film w Wenezueli.
- Bo kręci.
- W takim razie podaj mi jej numer, to do niej zadzwonię.
- Nie  mogę.  Dzwoniła  do  mnie  z  automatu.  Kłamiesz,  synku, 

kłamiesz, i bardzo mnie tym ranisz...

background image

- Porozmawiam  z  nią  o  tym,  jak  znowu  zadzwoni.  Tymczasem 

masz  się  nie  oddalać  od  domu  i  koniec  z  ogniem,  rozumiesz?  Nie 
rozpalaj więcej ognisk.

Ponieważ Travis nie odzywał się, Virgil dodał:

- A teraz chodźmy do domu.

Wyciągnął  do  syna  rękę,  ale  Travis  jej  nie  przyjął.  Virgil 

przypomniał  sobie,  kiedy  ostatni  raz  widział  go  w  takim  stanie.  To 
było  wtedy,  kiedy  Travis  zasnął  w  samolocie  i  Virgil  zaniósł  go  do 
samochodu Desiree.

- Co  chcesz  na  deser? - zapytał,  żeby  rozładować  sytuację  i 

przerwać milczenie.

- Wszystko mi jedno.

Zważywszy  na  okoliczności,  odpowiedź  nie  była  jeszcze  taka 

najgorsza.

Caro leżała w swoim pokoju w ubraniu; obok niej drzemał Oscar.

- Cześć,  siostrzyczko. - Desiree  wsunęła  głowę  do  środka. -

Mogę wejść? Chyba że wolisz odpocząć, to zaraz sobie pójdę...

Caro zwróciła ku niej smutne, czarne oczy.

- Nie,  zostań,  tak  tylko  sobie  leżę.  Cat  trochę  mnie  zmęczyła. 

Zawsze przed pójściem do łóżka musi trochę powalczyć.

Desiree  podeszła  do  małżeńskiego  łoża,  na  którym  leżała  jej 

siostra.

- Będę musiała wyprowadzić psa, ale niech trochę poczeka. Masz 

ochotę porozmawiać?

- Jasne. Jak minął dzień? Desiree przysiadła na brzegu łóżka.
- Pomalutku, bez rewelacji.
- Jak twoja ręka? I co w pracy? Wydarzyło się coś ciekawego?
- Ręka w porządku, w pracy nie bardzo. Nie wiem, czy Virgil z 

tobą o tym rozmawiał, ale niepokoję się o Travisa. Nie podoba mi się 
jego zachowanie.

Caro nie wydawała się zaskoczona.

- Mnie  też.  Widzę,  że  jest  tu  nieszczęśliwy  i  nie  może  sobie 

znaleźć miejsca. Wymyka się w nocy z domu i... gdzieś chodzi.

Desiree ze zdziwieniem uniosła brwi.

- Wiedziałaś o tym? Caro skinęła głową.
- Tutaj nic się nie ukryje. Wyatt, Morgan i ja widzimy wszystko, 

co się dzieje. Nie myślisz chyba, że to on podpalił te samochody?

Desiree zamyśliła się.

background image

- Sama  nie  wiem,  co  myśleć.  Wydaje  mi  się,  że  chłopak  jest 

wystarczająco  zagubiony,  żeby  zrobić  coś  więcej,  niż  po  prostu 
wymknąć się w nocy z domu. To właśnie najbardziej mnie martwi.

- Powinniśmy  mu  znaleźć  jakieś  zajęcie.  Może  Morgan  mógłby 

go  znowu  kiedyś  wziąć  do  jaskini  nietoperzy  albo  Wyatt 
zainteresować  jakoś  końmi.  W  rezerwacie  jest  sporo  rzeczy  do 
zrobienia.

Desiree pokręciła przecząco głową.

- Nie, to nic nie pomoże. Chłopiec czuje się tu bardzo obco i nic 

nie poradzisz, chodząc z nim od stajni do stajni i zwiedzając pieczary 
z nietoperzami.

- Chodzi  mi  o  jego  bezpieczeństwo.  Dopóki  Jondell  jest  w 

mieście...

- To nie są sprawki Jondella. Nie podejrzewam go o zniszczenie 

mojego samochodu  ani o tłuczenie sklepowych witryn.  Travisa też o 
to nie podejrzewam. Musi być ktoś jeszcze.

Caro zerwała się z łóżka i z niepokojem spojrzała na siostrę.

- Ktoś zniszczył twój samochód?! Marta nic mi nie powiedziała. 

Mówiła tylko o tych kamieniach.

Cholera jasna, musiałam się wygadać...

- To ty, siostrzyczko, wypytujesz o mnie ludzi?
- Przyjaźnię się z Martą. Gawędziłyśmy dzisiaj przez telefon.
- I  tak,  przypadkiem,  zapytałaś,  co  u  mnie  słychać?  Caro 

zaczerwieniła się i wzruszyła ramionami.

- Właśnie tak. Tylko nie przewidziałam, że Marta też przede mną 

coś ukrywa.

- W  takim  razie  już  wiesz.  Ktoś  pokrył  mój  samochód  graffiti. 

Ale nie o tym chciałam z tobą mówić. Chciałam cię prosić, i powtórz 
to ludziom na farmie, żebyście wszyscy cały czas uważali na Travisa i 
Cat. Nie tylko ja mam tutaj wrogów. Ty, ja, Wyatt, Morgan, Virgil -
wszyscy  kiedyś  mieliśmy  coś  wspólnego  z  organami  ścigania  i 
wszyscy  możemy  mieć  nieprzyjaciół.  Jeśli  ktoś  chce  się  zemścić, 
może się odegrać na dzieciach.

- Wyatt i ja już o tym  myśleliśmy. Dlatego Cat będzie chodziła 

ze  mną  do  jaskini,  jak  tylko  stanę  na  nogach.  Tam  jest  bezpiecznie. 
Ale Travis nie chce chodzić do rezerwatu, a ja nie mogę go zmuszać.

Desiree zapatrzyła się przed siebie.

background image

- Nikt go do niczego nie może zmusić. Nawet własny ojciec nie 

może upilnować, żeby spędzał noc w łóżku.

- On  ma  tylko  dziesięć  lat,  Virgil  powinien  być  bardziej 

stanowczy - oświadczyła Caro.

Desiree spojrzała jej głęboko w oczy.

- Zapomniałaś, jakie my byłyśmy uparte w jego wieku? Spójrz na 

Cat. Twoja córka ma dopiero pięć lat i robi tylko to, na co akurat ma 
ochotę.  A  Travis  jest  bardzo  rozwinięty  jak  na  swój  wiek  i  ktoś 
powinien  nad nim czuwać. Ja nie  mogę go pilnować,  bo  mam swoją 
pracę.

- Virgil też.
- Właśnie.  Nie  powinien  był  startować  w  wyborach  i  nie 

powinien  był  przyjmować  posady  zastępcy  szeryfa.  Jest  potrzebny 
synowi. Virgil powinien siedzieć w domu.

- Rozmawialiśmy o tym - oznajmiła spokojnie Caro.
- Mówił  o  tym  z  tobą,  a  nie  ze  mną?  Rozczarowanie  w  głosie 

Desiree  było  aż  nazbyt wyraźne.  Przecież  to  ona  jest  powiernicą 
Virgila, a nie Caro. Tak przynajmniej myślała...

- Co ci powiedział? - zapytała niecierpliwie.
- Dokładnie  to,  co  ty;  że  nie  powinien  był  brać  udziału  w 

wyborach.  Zrobił  to,  bo  zraniło  go,  że  żaden  Bodine  nie  będzie 
szeryfem.

Wiem.  Ale  to  nic  nie  zmienia.  Swoją  drogą,  gdyby  Virgil  teraz 

odszedł...  Nie  chciała,  żeby  odchodził  z  biura  i  nie  chciała,  żeby 
odchodził z jej życia.

- Dlaczego  w  takim  razie  nie  rezygnuje  z  pracy  dla  dobra 

dziecka? - pytała dalej.

- Bo  to  nie  w  jego  stylu,  to  nie  w  stylu  Bodine'ów.  Nie  może 

rzucić  jednej  sprawy  i  zająć  się  czymś  innym.  Zresztą  w  tym 
przypadku, jak wiesz, jedno ma z drugim związek. Jak może zająć się 
swoim  synem,  kiedy  miasto,  w  którym  ten  jego  syn  żyje,  jest  w 
niebezpieczeństwie?

Desiree nieco urażona uniosła dumnie głowę.

- Bezpieczeństwo tego miasta to mój obowiązek - nie Virgila ani 

nikogo innego. Dam sobie radę, muszę mieć tylko trochę czasu.

- Na  Boga,  Ray,  nie  jesteś  pępkiem  świata.  W  każdym  bądź 

razie, nie tego tutaj, w Tombstone. To jest terytorium Bodine'ów. Ale 
Virgil  ma  teraz  za  dużo  spraw  na  głowie.  Pomyśl  tylko,  obowiązki, 

background image

rodzina,  własne  potrzeby.  Nie  miał  łatwego  życia,  chyba  wiesz. 
Odczekaj, daj mu odetchnąć, on tak bardzo się stara. To bardzo dużo 
jak na mężczyznę... nawet Bodine'a.

Desiree  poczuła  do  siostry  żal  za  te  nazbyt  szczere  słowa,  nie 

przerwała jej jednak. Przeciwnie, wiedziała, że musi jej wysłuchać do 
końca.

- Dobrze, wal dalej - powiedziała, gdy Caro zamilkła.
- Co on zyska, jak odejdzie z pracy? Travis się nie zmieni, a do 

tego będzie miał jeden powód więcej, żeby ojca męczyć, żeby wrócili 
do Kalifornii.

- Nie bardzo rozumiem...
- Travis sobie wykombinuje, że skoro ojciec nie ma tutaj pracy, 

to  nic  ich  już  w  Arizonie  nie  trzyma  i  będzie  chciał  zmusić  go  do 
wyjazdu.

- Może to właśnie powinni zrobić. Wrócić razem do Kalifornii.

Poczuła  ból,  ale  postanowiła  go  zlekceważyć.  Ja  nie  miałabym 

tam  nic  do  roboty.  Nigdy  nie  znajdę  pracy  w  Los  Angeles;  zresztą 
moje miejsce jest tutaj.

Poczuła rękę siostry na dłoni.

- Też  tak  myślę,  i  powiedziałam  mu  to.  Chłopiec  bardzo  się  tu 

męczy, ale nie mogę za niego podejmować decyzji. Virgil jest ojcem 
Travisa, a ja nie jestem jego matką.

Ani ja. Chłopiec już ma matkę, ale ona go nie chce.

- W tym  cały  problem. Dla tego  dziecka  nikt  nie  ma  czasu,  ani 

matka, ani własny ojciec. - Łzy napłynęły Desiree do oczu. Nie bardzo 
wiedziała  jednak,  czy  lituje  się  nad  Travisem,  czy  nad  samą  sobą. -
Caro,  wiem,  że  właśnie  straciłaś  dziecko.  Wiem,  że  masz  jedno 
własne,  ale  Travis  kogoś  potrzebuje,  nie  może  być  sam.  Virgil  też 
musi mieć kogoś, z kim mógłby porozmawiać. Na razie nie pracujesz, 
poświęć temu dziecku trochę czasu.

Caro z uśmiechem odsunęła rękę.

- Już  o  tym  pomyślałam,  Ray.  Muszę  cię  jednak  i  ja  o  coś 

poprosić.

- Słucham.
- Porozmawiaj  z  Lozen.  Mieszka  w  domu  Rogelia.  Jest  w 

okropnym  stanie,  czuje  się  winna  i  tak  dalej.  Dręczą ją  wyrzuty 
sumienia, że zostawiła pacjentów, szpital i rezerwat.

Desiree przetarła ręką czoło; poczuła świeżą bliznę.

background image

- Jak to dobrze, że nikomu z nas nic się nie stało.
- Lozen przeprosiła już Virgila i myśli, że ty jej unikasz, bo masz 

żal za tamto.

- Wcale  jej  nie  unikam!  Po  prostu  nie  miałam  okazji  z  nią 

porozmawiać.

- Więc porozmawiaj, Ray, i to jak najszybciej. Bardzo proszę.

Desiree uderzyła się w piersi.

- Jutro, zaraz jutro to zrobię, teraz jestem skonana.
- Niech będzie jutro.
- A co z jej ręką?
- Niedobrze. Nie chce się zrastać, chyba trzeba będzie jechać do 

chirurga.  Tak  czy  inaczej,  Lozen  ma  teraz  dużo  czasu  i  może  mi 
pomóc zająć się Travisem.

Desiree  nie  była  zachwycona;  takie  rozwiązanie  niczego  nie 

załatwia.  Lozen  nie  należy  do  rodziny  i  nie  znosi  Silver  Dollar,  bo 
kiedyś, przed laty,  straciła tu dziecko.  Jak ktoś,  kto nie lubi  jakiegoś 
miejsca, może sprawić, że ktoś inny je polubi?

Podniosła  się  z  łóżka,  myśląc,  że  na  razie  nic  więcej  nie  można 

zdziałać.

- Teraz  muszę  się  umyć,  zjem  coś  i  dam  ci  odpocząć. 

Potrzebujesz czegoś, Caro?

Caro zawahała się.

- Zajmij się Virgilem, dobrze? On bardzo potrzebuje pomocy.

Desiree drgnęła.

- Virgilem? Dobrze.

Już  się  nim  zajęłam,  siostrzyczko,  nawet  nie  wiesz  jak 

intensywnie.

- Martwię się o niego. Wyatt i Morgan też się o niego martwią.

Ja też, pomyślała Desiree. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś 

mu się stało... Virgil zajął w jej życiu miejsce, którego nigdy nikomu 
dotąd nie przyznała.

- Bracia bardzo się o niego boją, Ray...
- Wszyscy mamy swoje problemy.
- Ale nie takie jak Virgil. Wszyscy wiemy, jak trudno jest dobrze 

pracować, kiedy ma się głowę zajętą czymś innym. Wyatt powiedział, 
że  jeszcze  nigdy  nie  widział  Virgila  w  takim  stanie.  Takiego... 
rozdartego.

- Tak. Stale myśli o Travisie.

background image

- Nie  tylko  o  Travisie,  Ray.  On  myśli  o  tobie.  To  ty  jesteś 

powodem jego rozdarcia.

Desiree poczuła nieśmiałą radość i jakieś zupełnie nowe uczucie.

- Może tak - powiedziała.
- Virgil to bardzo dobry człowiek...
- Posłuchaj,  Caro.  Mogą  mi  w  każdej  chwili  odebrać  prawo 

wykonywania  zawodu,  mam  w  mieście  groźnego  przestępcę  i  mogę 
stracić pracę, zanim go złapię. Virgil jest rozwiedzionym facetem, ma 
syna,  syn  ma  problemy  i  matkę,  która  jest  gwiazdą  filmową.  Jak 
widzisz,  nie  stanowimy  materiału  na  idealną  parę,  której  szczęście 
zależy tylko od dobrej woli obu stron.

- Ja nie mówię o trudnościach, mówię o ludziach.
- Tak się składa, że w tym przypadku nie da się tego rozdzielić. 

Muszę  po  prostu  robić  zbyt wiele  rzeczy naraz. - Uśmiechnęła  się. -
Na przykład teraz muszę wyprowadzić psa. Oscar, idziemy.

Wyszła, mimo że Caro zamierzała jeszcze coś jej powiedzieć.

- Ray...

Na korytarzu głęboko westchnęła. Rozmowa z siostrą zupełnie ją 

rozkojarzyła, a spacer z psem nic nie pomógł. Kiedy wróciła, zastała 
Virgila  w  jadalni.  Na  stole  stały  dwa  talerzyki  z  ciastem.  Deser  był 
nietknięty.

- Można? Czy to czyjeś?
- Travis  nie  chciał  jeść,  a  ja  straciłem  ochotę. - Przysunął  jej 

talerzyki. - Możesz zjeść obie porcje.

Desiree z zapałem zabrała się do jedzenia. Nie jadła kolacji, a nie 

miała ochoty nic sobie przygotowywać.

- Rozmawiałeś z Travisem?
- Trudno to nazwać rozmową...

Travis  Bodine  przysunął  ucho  do  wewnętrznej  ściany 

oddzielającej  kuchnię  od  jadalni.  Usłyszał  ojca  rozmawiającego  z 
Desiree.

Jak  mój  własny  ojciec  może  mnie  podejrzewać  o  takie  straszne 

rzeczy!  Myśli,  że  to  ja  podłożyłem  ogień  pod  te  samochody.  A  to 
nieprawda.

Ojciec  powinien  mu  wierzyć.  Wierzyłby  mu,  gdyby  nie  to,  że 

Desiree  wmieszała  się  w  nie  swoje  sprawy.  Ojciec  nie  wierzy  mu... 
Wypytywał go tak jak dziennikarze, którzy chcieli się dowiedzieć, czy 

background image

mama  sypia  ze  swym  filmowym  partnerem.  Travis  dobrze  znał  te 
pytania, był na nie wyczulony.

Czy  twój  ojciec  zdradza  mamę?  Czy  twoja  mama  zdradza  ojca? 

Czy on pije? Czy ona bierze narkotyki?

Podpaliłeś ten parking?
Nie  znosił  tych  obcesowych  pytań  i  potrafił  wyczuć  je  na 

odległość.  A  teraz  jego  ojciec  zadaje  mu  takie  same!  Traktuje  go 
niesprawiedliwie  i  paskudnie.  Niedługo  gotów  zapytać,  czy  to  on 
powybijał  szyby  w  sklepach  i  wysmarował  samochód  Desiree! 
Traktuje go jak przestępcę.

O wszystkim słyszał. Ludzie o niczym innym nie mówią. Gadają 

o tyra pracownicy na ranczu, natychmiast przechodząc na hiszpański, 
kiedy  tylko  się  do  nich  zbliża.  Zapomnieli,  że  Kalifornia  graniczy  z 
Meksykiem,  tak  samo  jak  Arizona.  W  Los  Angeles  mieli 
meksykańskiego  ogrodnika;  po  hiszpańsku  mówił kucharz,  prywatny 
nauczyciel, sprzątaczka i lekarz. Wszyscy ochroniarze znali ten język, 
podobnie jak jego ojciec, sąsiedzi i koledzy. Uczono go w szkole. W 
południowej  Kalifornii  było  kilka  hiszpańskojęzycznych  stacji 
radiowych.  Travis  mówił  po  hiszpańsku  z  meksykańskim  akcentem, 
tak samo jak pracownicy Silver Dollar.

Rozumiał  wszystko,  co  mówili.  Nie  dość,  że  siedzi  na  tym 

pustkowiu  wśród  koni  i  śmierdzących  nietoperzy,  to  jeszcze 
podejrzewają  go  o  wszystkie  zbrodnie  popełnione  w  tej  koszmarnej 
okolicy.  Tak  naprawdę  zrobił  tylko  jedną  rzecz:  uciekał  z  tej  nudnej 
szkoły.  Nienawidzi  ich,  nienawidzi  tych  podejrzliwych,  litościwych 
spojrzeń.  Nienawidzi  tej  fałszywej  serdeczności  i  nieustannego 
śledzenia.  Wie,  co  to  znaczy  być  śledzonym,  całe  życie  ktoś  go 
śledził, ale nigdy nie robił tego nikt z rodziny.

Nigdy własny ojciec.
Pożałują  tego.  Travis  ostrożnie,  bezszelestnie  wyszedł  z  kuchni. 

Miał pewien plan. Złapie tego bandytę, złapie go sam, wtedy zobaczą. 
On też potrafi śledzić innych; życie go nauczyło, jak obserwować, nie 
będąc widzianym, i jak mylić tropy; doszedł w tym do perfekcji.

Obserwował  już  Jondella.  Robił  to  ze  względu  na  Ray.  Jest 

jedyną  osobą  w  tym  domu,  która  nie  traktuje  go  jak  zabawki  albo 
przygłupa.  Rozmawiała  co  prawda  z  nim  rzadko,  ale  kiedy  już  to 
robiła,  czuł,  że  traktuje  go  poważnie.  Fascynowała  ją  praca  szeryfa; 
miała  coś,  co  jego  ojciec  określał  dawniej  jako  cechę  najlepszych 

background image

policjantów: nieustanną czujność, która prędzej czy później bardzo się 
opłaca.

Jego  ojciec  też  kiedyś  był  taki,  ale  stracił  tę  umiejętność  i  teraz 

mści się to na nim.

Travis poszedł do salonu i zasiadł przed telewizorem. Sięgnął po 

pilota.  Już  ja  im  pokażę,  ja  też  jestem  Bodine,  pokażę  im,  że  sam 
potrafię złapać tego bandytę, bez niczyjej pomocy. Potrzebuję tylko...

Jego wzrok ześliznął się z ekranu i omiótł pokój, zatrzymując się 

na  jednej  z  szafek,  gdzie  przechowywano  broń.  Były  dwie  takie 
szafki;  jedna  oszklona  i  inkrustowana  należała  do  pradziadka 
Bodine'a.  Stała  po  lewej  stronie  kominka  i  była  pusta.  Po  prawej 
stronie  znajdowała  się  nowa,  opancerzona  skrzynia  zamknięta  na 
stalowe bolce.

Tu, na  „dzikim" zachodzie,  na  pustyni,  mężczyźni zawsze  nosili 

broń. Travis umiał obchodzić się z bronią; w Los Angeles chodził na 
strzelnicę z ojcem i z ochroniarzami.

Przypomniał sobie zawartość pancernej szafy. Nieraz widział, jak 

otwiera  ją  ojciec,  któryś  z  wujów  albo  Desiree.  Były  tam  ciężkie, 
masywne  rewolwery,  bardzo  ciężkie  i  niewygodne.  Odrzut  po 
wystrzale  mógłby  mu  zmiażdżyć  ramię.  Był  też  inny  rodzaj  broni 
palnej,  wszystko  duże  i  ciężkie,  o  wiele  za  toporne  dla  jego  małej 
dłoni.

Jemu  przydałoby  się  coś  lekkiego,  łatwego  do  ładowania  i 

ukrycia. Przygryzł wargi i zamyślił się. Muszą tam być również kolty, 
należą  przecież  do  wyposażenia  szeryfa  i  jego  zastępców,  ale 
„pożyczyć"  kolta  nie  można.  Zaraz  zauważą.  Można  by  wziąć 
zabawkę Caro...

Ale to do niczego, takim damskim pistolecikiem można ustrzelić 

ratlerka  w  salonie,  a  nie  przestraszyć  dorosłego  faceta,  w  dodatku 
bandziora.

Nie  odrywając  oczu  od  ekranu  telewizora,  jeszcze  raz  w 

wyobraźni dokonał przeglądu wnętrza szafki. Co tam takiego jeszcze 
było, kiedy ją otwierano  ostatnim razem? Pas, na którym  mocuje się 
broń,  środki  do  czyszczenia  broni,  jakieś  szmatki,  oliwa,  zapasowe 
naboje, i...

Travis wstrzymał oddech, żeby obraz mu nie uciekł. Tak, właśnie 

to...  Cudowna  sześciocylindrowa  dziewiątka,  ze  srebrną  rękojeścią; 

background image

pewnie  należy  do  Morgana.  Jako  strażnik  rezerwatu  ma  broń 
służbową i jeden rewolwer wystarcza mu całkowicie.

Mógłbym wziąć właśnie to, tylko nie mam klucza.
Bodine'owie zawsze na noc chowali klucz od szafki z bronią pod 

poduszkę,  w  obawie  przed  dziećmi.  Jego  ojciec  i  wujowie  mieli 
czujny sen i słuch wyostrzony jak Oscar.

Trzeba  spróbować  z  ciotkami.  Caro  zawsze  trzyma  klucz  w 

torebce,  którą  chowa  przed  Cat  w  sypialni.  Nie miał  pojęcia,  co  z 
kluczem robi Desiree. Nie ma torebki, ale ma taką teczkę. Mogą być 
też  kłopoty  z  Oscarem;  ten  zawsze  węszy,  żeby  nikt  nie  dotknął 
rzeczy  jego  pani.  Na  szczęście,  Desiree  wyprowadza  go  wieczorem, 
kiedy Caro kąpie Cat. Wtedy można by się dobrać do ich toreb...

Myśl, że będzie musiał ukraść jednej z nich klucze, wprawiła go 

w nerwowe podniecenie. A potem jeszcze będzie musiał ukraść - nie, 
raczej  pożyczyć - broń.  Może  lepiej  o  wszystkim  zapomnieć  i  dać 
sobie spokój? Bezmyślnie zapatrzył się w srebrzysty ekran.

Na ekranie szła właśnie reklama jakiegoś napoju orzeźwiającego. 

Kilku  chłopców  bawiło  się  na  plaży;  śmiali  się,  pryskali  na  siebie 
wodą,  nurkowali,  pływali  na  desce.  Travis  poczuł,  że  ściska  mu  się 
serce.  Kiedy  był  bardzo  mały,  matka  bawiła  się  z  nim  na  plaży, 
pływali, a potem budowała mu zamki z piasku. To było, zanim jeszcze 
zrobiła się naprawdę sławna, kiedy nie musiała jeszcze uciekać przed 
dziennikarzami. Na widok zielonych fal oceanu łzy napłynęły  mu do 
oczu.

Kiedy  je  wytarł,  na  ekranie  nie  było  już  plaży.  Podawano  teraz 

lokalną prognozę pogody.

- Jutro  czeka  nas  nowa  fala  upałów.  Temperatura  w  Tucson 

przekroczy trzydzieści pięć stopni, a w całej okolicy...

Travis  nie  słuchał.  Ma  takie  samo  prawo  wziąć  tę  broń  z  szafy, 

jak  jego  ojciec.  On  też  należy  do  rodu  Bodine'ów.  Kiedy  złapie 
tamtego  typa  i  przyprowadzi  go  im,  wszyscy  zrozumieją,  że  jest 
dorosły i może o sobie decydować sam.

Wtedy może pozwolą mu wrócić do domu.
Do Kalifornii; do Los Angeles, do matki...

background image

Rozdział 12
Upłynęły dwa tygodnie.
Tego  dnia  deszcz  wisiał  w  powietrzu.  Zbliżał  się  zmierzch  i 

wszystkie żywe istoty szukały schronienia przed nadchodzącą ulewą.

W  Silver  Dollar  panował  dziwny  niepokój.  Ludzie  i  zwierzęta 

krążyły 

niespokojnie, 

czując 

powietrzu 

nadciągające 

niebezpieczeństwo.  Desiree  spostrzegła  to  od  razu,  widząc,  jak 
zachowują  się  konie  zamknięte  w  zagrodzie.  Nerwowe  araby 
niespokojnie strzygły uszami, źrebaki tuliły się do matek.

W  całym  Tombstone  ludzie  szykowali  się  do  odparcia  ataku 

wichru  i  ulewy.  Nawet  Morgan  i  Jasentha  wrócili  do  domu, 
zamknąwszy  bramy  rezerwatu  i  wejścia  do  większych  jaskiń.  O  tej 
porze i w taką pogodę nie było chętnych do zwiedzania parku.

Desiree wjechała na podjazd przed domem i zaparkowała. Nie od 

razu jednak wysiadła z samochodu. Przymknęła oczy i przez dłuższą 
chwilę  siedziała,  próbując  przeczekać  ogarniające  ją  znużenie.  Była 
wykończona  pod  każdym  względem:  fizycznie,  psychicznie  i 
uczuciowo.

Upłynęły już niemal trzy tygodnie od czasu, kiedy zniszczono jej 

samochód,  a  ona  nie  była  nawet  o  milimetr  bliżej  od  wykrycia 
sprawcy. Nie była też nawet o milimetr bliżej od zrozumienia Virgila, 
mimo  że  mieszkała  pod  jednym  dachem  z  całą  rodziną  Bodine'ów. 
Sytuacja  ciążyła  jej  i  sprawiała,  że  zaczynała  już  poddawać  w 
wątpliwość sens swoich działań.

Życie na ranczo było równie chaotyczne i nie uporządkowane jak 

jej.  Lozen  stale  miała  problemy  z  ręką,  ze  swoim  stosunkiem  do 
Rogelia, dręczyło ją też nieustanne poczucie winy. Caro usiłowała po 
stracie dziecka wrócić do normalnego życia, ale niezbyt dobrze jej się 
to  udawało.  Mężczyźni  niepokoili  się  o  swoje  kobiety,  kobiety  bały 
się o swoich mężczyzn, a wszyscy drżeli o los dzieci.

Wszystko to sprawiało, że atmosfera w domu była równie ciężka 

jak  chmury  kłębiące  się  na  pociemniałym  niebie.  Virgil  nie  zdołał 
przekonać  syna,  że  powinien  regularnie  chodzić  do  szkoły.  Chłopiec 
stale  uciekał  z  lekcji  i  nie  było  sposobu,  by  go  tego  oduczyć. 
Nauczycielka  wreszcie  poprosiła  Virgila,  żeby  przez  jakiś  czas 
potrzymał syna w domu, bo Travis daje zły przykład innym dzieciom.

Przesiadywał  teraz  przed  telewizorem  albo  krążył  po  ranczu  ze 

złym, zaciętym wyrazem twarzy, jakby coś knuł.

background image

Najgorsze  było  to,  że  wszyscy  na  siłę  udawali,  że  nie dzieje  się 

nic złego i życie toczy się normalnie. Bracia po kolacji rozmawiali o 
wykrytych  i  nie  wykrytych  przestępstwach,  jakich  widownią  było 
miasto Tombstone na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat. Jasentha i 
Lozen  rozmawiały  o  dzieciach  i  o  tym,  jak  to  będzie,  kiedy 
oczekiwane  maleństwo  przyjdzie  na  świat.  Wieczorem  Wyatt,  Ben  i 
Rogelio  rozprawiali  o  koniach  i  o  rozdzielaniu  lekarstw  na  terenie 
rezerwatu.

Wszystkie  te  pozory  normalnego  życia  w  połączeniu  ze  stale 

wiszącą  nad  wszystkimi  groźbą  wydawały  się  Desiree  czymś 
nienormalnym, wyczerpującym i wyprowadzającym z równowagi.

Virgil  również  zachowywał  się  dziwnie.  Na  ogół  był 

uprzedzająco grzeczny niczym sprzedawca w nowo otwartym sklepie. 
Widać  było,  że  wszystko,  co  go  dręczy,  spycha  w  najdalsze  rejony 
świadomości,  nie  zamierzając  z  nikim  się  dzielić  swoimi  kłopotami. 
Całą  uwagę  skierował  na  syna.  W  uprzejmy  sposób  unikał  w  domu 
rozmów i spotkań z Desiree.

Właściwie  tak  przecież  powinno  być.  Ale  strasznie  za  nim 

tęsknię.  To,  co  Caro  mówiła  o  jego  miłości,  było  jedynie 
współczuciem,  jakie  budziła  w  nim  zraniona,  chora  kobieta;  dlatego 
tak  na  mnie  patrzył  w  tym  szpitalu.  Oczywiście,  oddawał  jej 
pocałunki,  ale  każdy  mężczyzna  tak  by  zrobił  na  jego  miejscu. 
Zwłaszcza  kiedy  kobieta  tak  go  całuje,  jak  ona  go  całowała, 
zachłannie, namiętnie, chciwie...

Nie mogła mieć do niego żalu.
Jęknęła w duchu. Nie mogę wejść do tego domu, jeszcze chwilę 

tak posiedzę, nie mogę tam wejść...

Może  to  nic  wielkiego,  może  to  tylko  tęsknota  za  Phoenix 

sprawia, że czuje się tu tak źle. Może... Na chwilę zatęskniła za swoim 
małym  mieszkankiem,  gdzie  jedynym  dźwiękiem  była  muzyka 
płynąca  z  radia  i  poszczekiwanie  Oscara.  Gdyby  teraz  tam  była, 
usmażyłaby  sobie  rybę  na  kolację,  zrobiła  jakąś  sałatkę.  Zjadłaby  to 
wszystko w spokoju, patrząc w telewizor i nie musząc wysilać się na 
uprzejmość.

Ty chyba żartujesz, Ray, pomyślała. Przecież byłaś tam samotna 

jak pies. Tak, ale tam nie było Virgila, którego milczenie sprawia, że 
tu jestem jeszcze bardziej samotna, mimo całego tego tłumu krewnych 
i domowników.

background image

Może  powinna  zostać  w  samochodzie  i  przeczekać  kolację, 

słuchając radia?

Nastawiła  jakąś  stację:  muzyka  country,  rock,  rap,  melodie 

meksykańskie, jakieś gadanie...

Wreszcie  znalazła  coś  klasycznego  i  uśmiechnęła  się  do  siebie. 

Mozart... O to właśnie jej chodziło.

Przymknęła  oczy  i  pogrążyła  się  w  błogostanie.  Siedzieć  tak, 

siedzieć bez końca, i żeby nikt niczego od niej nie chciał.

Nie  dane  jej  było  odpoczywać  długo,  bo  nagle  ktoś  gwałtownie 

zapukał w okno samochodu.

- Travis? Co znowu?
- Ray, ktoś zranił Oscara!
- Co takiego?

Jednym susem wyskoczyła na dwór.

- Gdzie? Co? Prowadź mnie do niego!
- Leży tam w stajni.  Bawiłem się z kociakami i usłyszałem, jak 

skamle. Jest cały zakrwawiony, ale nie chce do mnie podejść. Leży za 
takimi deskami. Zatrzasnęła drzwiczki.

- Prowadź.

Wpadli do stajni, poczuła ciepły zapach koni i czystego siana.

- Oscar! Oscar! Gdzie jesteś, maleńki?
- Tutaj. - Travis palcem wskazał belkę, za którą leżał pies.

Desiree uklękła na ziemi.

- Chodź, Oscar.

Pies boleśnie zaskomlał.

- No chodź, maleńki.

Z trudem zaczął się  czołgać w jej stronę.  Po chwili był  już przy 

niej; pyszczek miał zakrwawiony, trząsł się na całym ciele.

- Ktoś  mu  obciął  ogon! - Krzyk  Travisa  rozszedł  się  echem  po 

stajni.

Desiree  spojrzała  uważnie  na  psa:  w  miejscu  ogona  widniał 

zakrwawiony kikut. Wzięła Oscara na ręce.

- Kości ma chyba nienaruszone.
- Ma ranę w boku!

Z poszarpanej sierści sączyła się krew.

- Daj  mi  sznurowadło,  Travis,  albo  lepiej  oba.  Muszę  mu 

zatamować  krwotok. - Pieszczotliwie  pogłaskała  psa  za  uszami. -

background image

Wszystko będzie dobrze, maleńki. Będziesz jak nowy, a nawet lepszy, 
muszę cię tylko opatrzyć. Travis, wiesz, jak to się stało?

Twarz chłopca była biała jak ściana, z trudem wymawiał słowa.

- Wszedłem do stajni, żeby się pobawić z kotkami i usłyszałem, 

jak on szczeka, więc...

- Oscar szczekał?

Desiree natychmiast poszukała ręką broni.

- Pomyślałem,  że  złapał  szczura  albo  coś  takiego.  Poczuła,  jak 

zimny dreszcz przebiega jej po plecach.

Dobiegł ją jakiś dźwięk z sąsiedniego boksu. Jeden z koni zarżał 

niespokojnie.  Oscar zwykle szczekał  tylko wtedy, gdy w pobliżu był 
ktoś  obcy.  Trudno,  lepiej  przesadzić  w  ostrożności,  niż  narazić 
dziecko  na  niebezpieczeństwo.  Chłopiec  natychmiast  musi  stąd 
odejść.

- Travis, weź Oscara i biegnij z nim do domu, ale szybko.
- A ty?
- Zostanę  tutaj.  Jeszcze  coś  sprawdzę.  Wstała  z  ziemi  i  podała 

chłopcu psa.

- Biegnij do domu i powiedz, żeby ojciec z braćmi tu przyszli, i 

niech wezmą broń. Pamiętaj, wszyscy muszą być uzbrojeni.

Travis  stał  z  szeroko  otwartymi  oczami,  nie  ruszając  się  z 

miejsca.

- Ale... ty... Co z tobą będzie?
- Powierzam  ci  Oscara,  wierzę,  że  go  uratujesz.  Jasentha  ci 

pomoże. Biegnij do domu i nie oglądaj się za siebie. Ruszaj!

Travis  wybiegł  z  psem  w  ramionach.  Przez  chwilę  widziała,  jak 

wiatr  rozwiewa  mu  włosy.  Spuściła  z  niego  wzrok  dopiero,  kiedy 
dotarł do drzwi domu i otworzył je.

Wtedy  właśnie  nagle  runął  deszcz,  jakby  się  oberwała  chmura. 

Krople głucho zabębniły o blaszany dach stajni.

Rozejrzała  się  po  obszernym,  podłużnym  pomieszczeniu.  Na 

przeciwległym  końcu  drzwi  były  zamknięte  na  żelazny  rygiel. 
Pozostawała  otwarta  tylko  ich  górna  część,  którą  zostawiano  tak  na 
noc,  żeby  wietrzyć  stajnię.  Może  napastnik  prześliznął  się  tędy  i 
uciekł?

Zraniłeś mojego psa i przysięgam, że słono mi za to zapłacisz.
Z  bronią  w  ręku  zaczęła  obchodzić  poszczególne  boksy.  To,  co 

zobaczyła  zaraz  w  następnym,  ścięło  jej  krew  w  żyłach.  Napastnik 

background image

zaatakował  również  konie.  Perłowa  Kropla  miała  krzywo  uciętą 
grzywę.  Ogier  Morgana  i  klaczka  należąca  do  Caro  miały  boki 
pomalowane  sprayem.  Arab  Wyatta  miał  krótko  obcięty  ogon. 
Błyskawica  należąca  do  Jasenthy  miała  pomalowane  na  czerwono 
chrapy i uzdę.

Całe szczęście, że nic się nie stało Travisowi!
Człowiek, który zrobił coś takiego, jest zdolny do wszystkiego.
Weszła  do  boksu  Onyksa  i  wydała  okrzyk  zgrozy.  Ogier  stał 

chwiejnie na trzech nogach, czwartą trzymając bezwładnie zwieszoną. 
Z  nienaturalnie  wykręconej  kostki  sączyła  się  krew.  Ukochany  koń 
Virgila był potwornie okaleczony.

Nic  się  nie  da  zrobić,  to  koniec.  Z  taką  raną  trzeba  będzie  go 

dobić... Boże, co to będzie, kiedy Virgil go zobaczy...

Rozległo  się  niespokojne  rżenie  koni.  Czy  to  znaczy,  że 

zbrodniarz  jest  gdzieś  w  pobliżu?  Może  jeszcze  czai  się  w  jakimś 
zakątku  stajni?  A może konie  po  prostu  czują  zapach  krwi  Onyksa  i 
dlatego są niespokojne?

Ktokolwiek to zrobił, może tu jeszcze być. Są dwie drogi wyjścia, 

a jedną mu odcięła. Drugą nadejdą posiłki.

Travis  wpadł  do  holu  zdyszany,  z  zakrwawionym  Oscarem  w 

ramionach. Jego krzyk rozszedł się po całym domu.

- Tato! Tatusiu! Na pomoc! Szybko!

Virgil wyskoczył z jadalni, gdzie siedział razem z Caro i Jasenthą, 

i przypadł do syna.

- Travis! Nic ci się nie stało?
- Nie, ale Oscar jest ranny! Ktoś go pokaleczył. Ray powiedziała, 

że  ten  ktoś  może  jeszcze  być  w  stajni.  Powiedziała,  że  masz  wziąć 
broń i tam iść, wujkowie też.

Virgil bez słowa otworzył pancerną szafę, wyjął kolta i umocował 

pas na biodrach. Klucz natychmiast wręczył Caro.

- Gdzie jest Cat?
- Na  górze.  Ben  jest  z  Rogeliem.  Zaraz  do  nich  zadzwonię. 

Morgan i Wyatt jak zwykle poszli na wieczorny , obchód rancza.

- Trudno.  Pójdę  sam,  może  Rogelio  pośle  nam  tam  któregoś  z 

robotników. Tylko niech wezmą broń.

- Zajmę się Oscarem - zaproponowała Jasenthą. - Travis, daj mi 

go i biegnij na górę po moją apteczkę. Spotkamy się w kuchni.

Virgil spojrzał na Caro.

background image

- Travis tu zostanie pod twoją opieką. Zamknij dobrze wszystkie 

drzwi i okna.

- Dobrze.

Caro  zamknęła  szafkę  z  bronią  i  odłożyła  klucz  na  gzyms 

kominka.

Virgil pocałował Travisa w czoło.

- Zaraz wrócę, synku; zrób tak, jak powiedziałem. Nie wychodź z 

domu.

- Tak jest, tato.

Virgil  wybiegł,  Jasentha  poszła  z  Oscarem  do  kuchni,  a  Caro 

pobiegła  zamykać  okna  w  całym  domu.  Travis  wszedł  na  schody, 
żeby iść na górę po apteczkę Jasenthy.

Na pierwszym  stopniu  zawahał  się  i  przystanął.  Taka  okazja  już 

się nie powtórzy... Trzeba ją wykorzystać.

Patrzył  na  klucz  od  szafy  z  bronią  leżący  na  gzymsie  kominka. 

Potem ujął go drżącą dłonią. Szybko otworzył szafkę, wziął rewolwer 
Morgana,  pudełko  zapasowych  naboi,  i  zamknął  szafkę  z  powrotem. 
Wsunął  broń  do  jednej  kieszeni,  naboje  do  drugiej,  odłożył  klucz  na 
miejsce i pobiegł na górę.

Schował wszystko pod materac i poszedł do sypialni Jasenthy po 

apteczkę.

Desiree  w  dalszym  ciągu  przeszukiwała  stajnię.  Duże  krople 

deszczu  bębniły  o  dach,  a  ona  stale  miała  w  uszach  ciężki  oddech 
Onyksa,  i  przed  oczami  jego  przerażony,  pełen  cierpienia  wzrok.  W 
końcu  dotarła  do  ostatniego,  pustego  boksu,  gdzie  zwykle  mieszkały 
kocięta.

Małe  kotki  leżały  bezwładnie  rozrzucone  wokół  matki.  Krew 

wsiąkała  w  siano.  Desiree  odwróciła  oczy;  całe  szczęście,  że  Travis 
nie widział tej masakry.

Usłyszała  dźwięk  otwieranych  drzwi,  ktoś  wszedł  do  stajni.  Nie 

musiała patrzeć w tamtą stronę; czuła, że to nie wróg, tylko przyjaciel. 
To musi być Virgil, tylko on jeden zawsze przybędzie jej na pomoc... 
Tylko na niego jednego zawsze może liczyć.

- Stajnia jest czysta, Virgil. Chodź tutaj.

Virgil ociekał deszczem. Zobaczyła, że zamyka drzwi i podchodzi 

ku niej.

- Nic ci się nie stało? - zapytał natychmiast.

background image

- Mnie  nie,  ale  zwierzętom  tak.  Spojrzał  na  martwe  kotki  i 

odwrócił wzrok.

- Nikogo nie widziałaś?
- Nie. Virgil, on musiał tu być jeszcze, kiedy Travis bawił się z 

kotami.  Zabił  je,  kiedy  Travis  pobiegł  po  mnie. - Wzdrygnęła  się. -
Był z nim sam na sam. Mógł...

Spojrzała na  Virgila.  Uderzenia  deszczu  o  dach  stały się  jeszcze 

cięższe i bardziej wyraźne.

- To  psychopata,  Virgil.  On  może  być  wszędzie,  w  stajni,  w 

samochodzie, wszędzie. Zabawa już się skończyła.

- Caro  zaalarmowała  Rogelia.  Przeczesze  z  chłopakami  całe 

ranczo, znajdziemy go.

- Co z Travisem?
- Nie martw się, nic mu nie będzie. Caro i Jasentha są z dziećmi 

w  domu.  Caro  ma  broń.  Wszyscy  są  uzbrojeni,  a  dom  dokładnie 
zamknięty.

Virgil przykląkł na ziemi i wziął do ręki martwego kociaka.

- Ma skręcony kark.

Kotka  podpełzła  i  zaczęła  rozpaczliwie  lizać  ciało  swojego 

dziecka,  jakby  chciała  przywrócić  mu  życie.  Potem  zaczęła  lizać 
następne kocię. Desiree odwróciła wzrok.

- Jasentha  zajęła  się  Oscarem;  ona  się  zna  na  opatrywaniu 

zwierząt.

Skinęła głową; przez chwilę nie mogła wydobyć głosu.

- Co z końmi? - zapytał Virgil. Bała się tego pytania.
- Pomalował  je  sprayem,  kilku  obciął  grzywy  i  ogony.  Nic 

takiego, oczyści się i wszystko będzie w porządku.

Gdy skierował się w stronę boksów, chwyciła go za ramię.

- Poczekaj, tylko jeden... Zatrzymał się.
- Virgil, to Onyks...
- Onyks? Co? - Cofnął się. - Co z nim? Bardzo źle?
- Bardzo.

Przypomniała sobie, co poczuła na widok Oscara. Jej pies będzie 

żył, a Onyks...

- Chciałam, żebyś był przygotowany...

Ale  Virgil  jej  nie  słuchał;  jak  szalony  wbiegł  do  boksu 

ukochanego  konia.  Ogier  stał,  drżąc  na  całym  ciele;  jego  oczy 

background image

rozpalone  gorączką  spoczęły  na  Virgilu.  Ten  delikatnie  pogłaskał 
chrapy swojego ogiera i utkwił wzrok w zranionej pęcinie.

- Jak  ktoś...  mógł  zrobić  coś  takiego...  Jak...  Głos  miał  obcy  i 

schrypnięty.

Najważniejsze, dlaczego to zrobił, pomyślała Desiree. Gdybyśmy 

to wiedzieli, mielibyśmy go w ręku. Teraz jednak trzeba zrobić to, co 
należy. Znowu wyjęła broń.

- Czy chcesz, żebym go zastrzeliła?

Znała się na  koniach  i wiedziała,  że  tego rodzaju  złamań się nie 

leczy. Koni się nie usypia jak inne zwierzęta, są na to za duże. Onyks 
cierpiałby  bardzo  długo,  zanim  wreszcie  odpowiedni  środek 
zatrzymałby  pracę  serca. Weterynarza  nie  było,  a zwierzę bardzo  się 
męczyło.

- Zastrzelić go? - powtórzył Virgil, jakby nie rozumiał znaczenia 

tych słów. - Zastrzelić Onyksa?

- Tak. Nie ma sensu, żebyś ty to robił. Desiree przełknęła ślinę.
- Więc, pozwól... pozwól mi...
- Nikt  nigdy  nie  dotknie  tego  konia! - krzyknął  tak  głośno,  że 

ranne zwierzę przerażone szarpnęło łbem. - Wszystko będzie dobrze, 
stary,  nic  się  nie  martw.  Zaraz  się  tobą  zaopiekuję,  już  jestem  przy 
tobie.

- Virgil, ja wiem, co czujesz, ale...
- Schowaj tę broń, Desiree, proszę.

W  jego  głosie  była  prośba  i  tak  wielki  żal,  że  natychmiast 

posłuchała.  W  tym  samym  momencie  do  stajni  weszli  Wyatt  i 
Morgan. Zostawiła Virgila i wyszła im naprzeciw.

- Nikogo nie znaleźli na ranczu?
- Nie tak szybko, jeszcze go szukają. Wątpię zresztą, czy w ogóle 

go znajdą. - Wyatt wskazał widoczną przez drzwi ulewę. - Nie w taką 
burzę, zupełnie nic nie widać.

- W każdym razie nie ma go w żadnym z zabudowań - oznajmił 

Morgan. - Obudziliśmy ludzi, wszystkiego pilnują. Jasentha kazała ci 
powiedzieć, że Oscarowi nic nie będzie.

- Na pewno?
- Tak.  Twój  pies  miał  szczęście.  Główna  arteria  jest 

nienaruszona.  Wystarczyło  tylko  zatamować  krwawienie,  nic  mu  nie 
grozi.

background image

Biedny  mały  piesek,  jak  bardzo  musiał  się  męczyć, a  mnie  przy 

nim nie było... Poczuła, że jeszcze chwila i się rozpłacze.

- W każdym  razie  będzie  żył, a kotki... - powiedziała,  z trudem 

nadając  głosowi  normalne  brzmienie. - Ktoś  zamordował  kocięta,  a 
koń Virgila jest w strasznym stanie. Chyba trzeba będzie go zastrzelić.

Zwróciła się do Wyatta:

- Pomóż  mu,  on  nie  chce  tego  zrobić.  Mnie  też  nie  pozwala, 

porozmawiaj z nim. Onyks strasznie cierpi.

Bracia  poszli  do  wskazanego  boksu,  skąd  wkrótce  dobiegły 

Desiree słowa, o których znajomość nie podejrzewała żadnego z braci 
Bodine'ów.  Mimo  to  zgadzała  się  całkowicie  z  ich  treścią. 
Zbrodniarza  trzeba  ukarać,  i  to  jak  najszybciej.  Przedtem  jednak 
trzeba go złapać.  Tylko jak ruszyć  w pościg  w taką pogodę? Deszcz 
monsunowy,  huragan  i  ciemność  nie  dawały  ścigającym  żadnych 
szans.

- Morgan,  podaj  mi  apteczkę,  wiesz,  gdzie  jest - polecił  bratu 

Virgil. - A  ty,  Wyatt,  zacznij  czyścić  tamte  konie.  Nie  ma  na  co 
czekać.

- A co z Onyksem? - zapytała Desiree.
- Morgan  pomoże  mi  zaszyć  tę  ranę.  Morgan  położył  rękę  na 

ramieniu brata.

- Virg, tu się nic nie da zrobić.
- Mam zamiar spróbować.
- Trzeba go dobić.
- Chcesz mi pomóc czy nie?
- Nie,  Virg,  zajmę  się  pozostałymi  końmi.  Im  przynajmniej 

można pomóc.

- Wyatt, może ty mi pomożesz przy Onyksie?
- To  bez  sensu,  Virg.  Nawet  jak  mu  to  zszyjesz,  szwy 

natychmiast  się  rozejdą,  jak  przeniesie  ciężar  na  tę  nogę.  Onyksa 
trzeba dobić.

- Nigdy! - Virgil nie przestawał gładzić konia. - Nigdy! Sam go 

zeszyję.

Wyatt zwrócił się do Desiree:

- Może byś wyniosła stąd te kocięta... - powiedział znacząco.
- Lepiej zostanę tutaj i pomogę Virgilowi.
- Lepiej, żebyś wróciła do domu - poparł brata Morgan. - Twoja 

obecność na nic się nie przyda.

background image

Przygryzła wargi, nie spuszczając oczu z konia i jego właściciela. 

Tylko  oni  potrzebują  jej  pomocy,  reszta  jest  w  dobrych  rękach. 
Oscarowi nic nie grozi, ludzie są bezpieczni. Sięgnęła po apteczkę.

- Jeśli  myślisz,  że  jest  jakaś  szansa,  pomogę  ci,  Virgil.  Wyatt 

spojrzał na nią gniewnie.

- Nie  zachęcaj  go,  to  głupota.  Onyksowi  nic  już  nie  pomoże. 

Trzeba go dobić, sama to wiesz.

- To koń Virgila, nie twój - odparła spokojnie. - Skoro on myśli, 

że można jeszcze coś zrobić, trzeba spróbować.

- Ray, daj spokój. To bez sensu. - Morgan wzruszył ramionami.
- Sama  wiem,  co  mam  robić.  Każ  któremuś  z  robotników 

uprzątnąć kocięta. Zostaję z Virgilem.

Ostentacyjnie powiesiła broń na kołku i podeszła do Onyksa, po 

czym podała Virgilowi apteczkę.

- Powiedz, co mam robić, Virg. Pomogę ci.

Po  raz  pierwszy  użyła  zdrobnienia  zarezerwowanego tylko  dla 

najbliższych, i wszyscy obecni zwrócili na to uwagę.

Wyatt  wymienił  znaczące  spojrzenie  z  Morganem,  ale  nic  ją  to 

nie  obeszło.  Obchodził  ją  tylko  wzrok  Virgila,  a  w  nim  dostrzegła 
wdzięczność i coś jeszcze.

Gdy  tylko  to  wszystko  się  skończy,  uporządkuję  swoje  życie 

prywatne,  pomyślała;  ale  najpierw  muszę  znaleźć  tego,  kto  to 
wszystko zrobił. Podpalił parking, okaleczył Lozen, potłukł witryny i 
skrzywdził nasze zwierzęta...

- Stań  przy  pysku  konia - polecił  jej  Virgil. - Ja  przywiążę 

zranioną nogę tak, żebym mógł ją opatrzeć. Przytrzymaj go za wodze, 
nie chciałbym, żeby rzucał łbem. Dasz sobie radę?

Wiedziała, że w takich przypadkach koniom wkłada się w chrapy 

żelazne  kółko,  jak  bykom,  które  chce  się  uspokoić,  ale  rozumiała, 
dlaczego Virgil nie ucieka się do takich środków.

- Dam. Przytrzymam go.

Co nie znaczy, że kiedykolwiek w życiu przytrzymywałam konia 

do operacji, pomyślała. I to do tak poważnej operacji.

Po chwili Onyks był już unieruchomiony. Virgil pochylił się nad 

zranioną nogą.

- Będzie  go  bolało.  Może  się  szarpać,  jak  zaczniesz  szyć -

powiedziała i mocniej ujęła konia za uzdę.

background image

- Onyks  ma  do  mnie  zaufanie,  wie,  że  nie  zrobię  mu  krzywdy. 

Dobrze mnie zna.

Virgil przemył ręce spirytusem. Patrzyła, jak fachowo zabiera się 

do  roboty.  Wiedziała,  że  farmerzy  na  ogół  sami  leczą  chore  konie, 
weterynarza wzywa  się  rzadko.  Ale  nawet  najbardziej  doświadczony 
weterynarz  nie  sprawiłby  się  lepiej  niż  Virgil  w  tej  chwili.  Mocno 
trzymała  wodze,  próbując  powstrzymać  drżenie  rąk.  Wiedziała,  że 
najgorsze  nastąpi  potem,  kiedy  Onyks  stanie  na  zranionej  nodze. 
Konie nie potrafią chodzić na trzech nogach jak psy czy koty.

- Ścięgna ma nienaruszone - odetchnął z ulgą Virgil.
- Widzę, że nie robisz tego po raz pierwszy - powiedziała cichym 

głosem, żeby nie spłoszyć zwierzęcia.

Obserwowała  spokojną,  dokładną  pracę  jego  dłoni  i  czuła,  jak 

rodzi się w niej pewność i nadzieja. Operacja nie może się nie udać...

- Rogelio  nauczył  mnie  wszystkiego  jeszcze  w  dzieciństwie. 

Nieraz opatrywałem konie razem z nim, potem robiłem to sam.

- Jesteś w tym bardzo dobry. Mógłbyś pracować jako weterynarz.
- Zawsze chciałem być lekarzem.

Była  naprawdę  zdumiona.  Caro  nigdy  nawet  słowem  o  tym  nie 

wspomniała... Może nic na ten temat nie wiedziała.

- Miałem  nawet  taki  swój  niedościgły  wzór.  Starego  doktora  z 

naszego miasteczka.

- Wiem,  coś  słyszałam,  nazywali  go  świętym.  Czy  to  był  ten 

dawny lekarz waszej rodziny i tutejszy sędzia?

- Tak, to on. Rozpoczął praktykę w Tombstone kilka miesięcy po 

przyjeździe braci Earpów.

Desiree  znała  tę  historię.  Doktor  George  Emery  Goodfellow 

przyjechał do Tombstone jako jeden z pierwszych i przez wiele lat był 
tu  jedynym  lekarzem.  Leczył  ludzi, a  jego  sława  wykroczyła  daleko 
poza granice miasta, w którym praktykował.

- Należał do arystokracji miasteczka, prawda?
- Tak  samo  jak  Earpowie.  Wszyscy  mieszkańcy  bardzo  go 

szanowali.

- Miał pewnie wielu pacjentów.
- Owszem,  był  doskonałym chirurgiem. Nigdy  nikogo  o  nic  nie

pytał, robił swoje i ratował człowieka.

- I stał się dla ciebie wzorem.

background image

- Nic dziwnego - ciągnął Virgil, nie podnosząc głowy. - Był nie 

tylko niezrównanym praktykiem, ale i zdolnym naukowcem. Zwalczał 
przesądy  i  uczył, jak  stosować  leki. To  on pierwszy przekonał  ludzi, 
że jad jaszczurki nie może zabijać. Wiesz jak? Pokazał im to na sobie.

- Nie sądzisz, że to przesada?
- Nie - zaprzeczył  stanowczo. - Zrobił,  co  należy.  Był 

przekonany,  że ma rację, i dowiódł  tego. Był też pionierem chirurgii 
plastycznej;  pierwszy  w  Arizonie  operował  wyrostki  robaczkowe, 
szczegółowo  opisywał  swoje  zabiegi.  Jego  operacje  jamy  brzusznej 
przeszły  do  historii  technik  operacyjnych.  Nade  wszystko  chciał 
ratować życie i ratował je.

- Nie pamiętam, na co umarł...
- Zmarł na chorobę nowotworową, bardzo cierpiał i nikt nie mógł 

mu  pomóc.  Straszne,  zważywszy,  ile  dobrego  zrobił  dla  ludzi  i 
medycyny. Był wspaniałym człowiekiem, mądrym i humanitarnym.

- Tak jak ty, Virgil.

Uniósł głowę szczerze zdumiony.

- Nie mogę się nawet porównywać z kimś takim jak Goodfellow.
- Owszem,  możesz.  Ty  też  zawsze  najpierw  myślisz  o  innych. 

Kiedy  twoi  rodzice  umarli,  zaopiekowałeś  się  braćmi.  Kiedy  twoja 
żona  odeszła,  zająłeś  się  synem.  Zawsze  się  poświęcasz  dla  dobra 
innych.

Virgil wrócił do przerwanej pracy.

- To się nie liczy. Rodzina to rodzina - oświadczył stanowczo.
- Liczy się, i to bardzo.

Przez chwilę nikt się nie odzywał.

- Mógłbyś iść na studia... - powiedziała wreszcie Desiree.

Pokręcił przecząco głową.

- Myślałem  o  tym,  ale  to  niemożliwe.  Jestem  potrzebny 

Travisowi.  Nie  będzie  doktora  Bodine'a - zakończył  z  rezygnacją  w 
głosie. - Widać  tak  musiało  być.  Ale  zawsze  umiem  jeszcze 
wystarczająco dużo, żeby przydać się Onyksowi. To mi wystarczy.

- Jak jego noga?
- Całkiem nieźle. Gdybym złapał tego bydlaka, co mu to zrobił...
- Masz rację - przerwała - ale najpierw musimy go złapać.

I  jak  tylko  przestanie  padać,  dokonam  tego,  pomyślała, 

przysięgam. Winny nie ujdzie kary.

background image

Travis Earp Bodine patrzył na padający za oknem deszcz. Niebo 

raz  po  raz  przeszywały  błyskawice,  zaraz  potem  następował  grzmot. 
Nigdy  nic  takiego  nie  widział, to  było  straszne.  Psy  na  farmie  wyły, 
Cat łkała w ramionach Jasenthy, Caro krążyła po domu z karabinem w 
ręku.

Na Travisa nikt nie zwracał uwagi.
Tym  razem  był  z  tego  zadowolony.  Nikt  nie  wie,  że  ma  broń. 

Wyczuwał ją pod materacem. Podszedł do okna i oparł głowę o szybę. 
W deszczu mignął jakiś cień - jakby ktoś oderwał się od ściany stajni i 
runął  w  szarą  otchłań  ulewy.  To  pewnie  ten  człowiek,  co  zranił 
Oscara!

Travis znał wszystkich robotników z rancza, a wzrok miał bardzo 

dobry.  Dlaczego  nikt  go  nie  ściga?  Może  ani  ojciec,  ani  żaden  z 
wujów  go  nie  zauważył.  Przypomniał  sobie  swoje  postanowienie,  że 
złapie tego bandytę. Dlaczego zatem nie rusza teraz za nim w pościg?

Ponieważ się boi. Tak, to prawda.
Przypomniał  sobie  żałosne  skomlenie  Oscara,  kiedy  Jasentha 

robiła mu opatrunek. O mało się nie rozpłakał. A myślał, że jest taki 
odważny...  Może  ojciec  ma  rację,  może  jest  małym  dzieckiem, 
któremu potrzebna jest niańka. Chłopcem, którego wywieziono z dala 
od matki do bezpiecznej Arizony.

Arizona wcale nie jest bezpieczna, przynajmniej dla niego.
Oderwał  się  od  okna  i  znowu  usiadł  na  łóżku.  Sięgnął  pod 

materac i wyjął rewolwer. Poczuł się pewniej; może trzeba go nabić, 
będzie jeszcze lepiej...

Zaczął ładować broń, trzy naboje, jeszcze raz trzy i jeszcze raz... 

Razem dziewięć, pełen magazynek.

Rzucił  puste  pudełko  pod  łóżko  i  sprawdził,  czy  broń  jest 

zabezpieczona.  Zawahał  się,  gdzie  ją  umieścić.  Nie  miał  pasa  ani 
olstra  jak  ojciec  i  wujowie,  nie  miał  torebki jak  Caro.  Jasentha  w 
ogóle nie nosiła broni, bo nie wierzyła w zabijanie.

A  tamten  człowiek,  który  zranił  Oscara,  w  zabijanie  wierzył. 

Dlatego, by się z nim zmierzyć, trzeba mieć broń. Schował rewolwer 
do  kieszeni;  kieszenie  miał  przepastne  i  broń  z  łatwością  dawała  się 
ukryć, może tylko trochę obciążała jedną stronę. Gdy włożył ręce do 
kieszeni, wyglądało całkiem nieźle.

Znowu  podszedł  do  okna.  W  smudze  deszczu  widać  było 

biegnący cień. Mężczyzna nie miał ani samochodu, ani konia.

background image

Uciekał pieszo.
Mogę  przecież  za  nim  pobiec;  potrafię  biec  bardzo  szybko  i 

jestem wytrzymały...

Często  trenował  biegi;  biegał  z  kolegami  po  plaży,  biegał  ze 

swoimi ochroniarzami. Często uciekał przed dziennikarzami i prawie 
nigdy  nie  udało  im  się  go  dogonić.  Matka  nauczyła  go  joggingu, 
pokazała,  jak  uginać  nogi  i  co  robić  z  rękami.  Nauczyła  go,  jak  się 
kryć  przed  reporterami.  Nigdy  już  jej  nie  zobaczy,  jeśli  teraz  nie 
pobiegnie za tym człowiekiem. Nigdy już nie zaśnie spokojnie.

Teraz albo nigdy.
Błyskawica przecięła niebo i Travis podskoczył na łóżku. Potem 

odetchnął głęboko, wstał i podszedł do drzwi. Uchylił je i wyjrzał na 
korytarz.  Nikogo  nie  było;  po  cichu  zszedł  na  dół  i  kuchennymi 
drzwiami wydostał się z domu wprost w szalejącą ulewę i burzę.

Lozen  Cliffwalker  siedziała  w  domku  swojego  byłego  męża  i 

patrzyła w okno. Czuła się bardzo źle; bolała ją złamana ręka i bolało 
ją serce. Właśnie takiego dnia jak ten jej młodszy syn Dustin uciekł od 
niej, by wrócić na ranczo do Rogelia. Nigdy więcej go nie zobaczyła. 
Zginął w deszczu na autostradzie.

Lozen i Rogelio przez całe lata wzajemnie obarczali się winą za 

jego  śmierć.  Jasentha  pojechała  do  ojca  do  Tombstone,  zostawiając 
matkę w  Tucson  sam na  sam  z wyrzutami  sumienia.  Lozen  dręczyła 
się  tym,  że  była  złą  matką,  że  zostawiła  męża,  opuściła  córkę; 
dręczyło  ją  nieustanne  poczucie  winy.  Próbowała  ciężką  pracą 
zagłuszyć bezsens życia.

A teraz miała jeszcze jeden powód. Naraziła Desiree i Virgila, a 

może  nawet  pośrednio  spowodowała  poronienie  u  Caro.  Czuła  się 
niezręcznie,  że  po  tym  wszystkim  zgodziła  się  skorzystać  z  ich 
gościnności i zostać na ranczu. Nie zasłużyła na to, tak samo jak nie 
zasłużyła na takiego męża jak Rogelio, a przecież bardzo go kochała.

Szkoda,  że  w  swoim  czasie  przyjęła  chrześcijaństwo.  Pan  Jezus 

nie  pozwalał  na  samobójstwo,  a  przecież  według  Apaczów  miała  do 
tego prawo. Powinna była skorzystać z tego prawa wiele lat temu.

Całe  jej  życie  było  nieustającym  pasmem  złych  decyzji, 

wyrzutów sumienia i wstydu. Starała się świadczyć dobro, żeby jakoś 
przebłagać  los.  Z  poświęceniem  pracowała  w  szpitalu,  chodziła  do 
rezerwatu i za darmo leczyła jego mieszkańców. Walczyła o lekarstwa 
i rozdawała je potrzebującym. Często zabierała ze sobą Virgila, kiedy 

background image

był  mały;  chłopiec  bardzo  się  interesował  medycyną.  Po  śmierci 
rodziców  musiał  zająć  się  ranczem  i  młodszymi  braćmi,  ale  i  tak 
czasem wymykał się z nią do rezerwatu.

Potem  Virgil  wyjechał  do  Hollywood  i  kontynuowała 

charytatywną działalność sama.

Brakowało  jej  Virgila.  Często  myślała,  że  byłby  z  niego  dobry 

lekarz,  gdyby  nie  miał  tylu  obowiązków  w  tak  młodym  wieku.  Nic 
dziwnego,  że  kiedy  bracia  stali  się  samodzielni,  zapragnął  wszystko 
zmienić,  wyjechał  do  dużego  miasta  i  zakochał  się  w  pierwszej 
pięknej kobiecie, którą spotkał. To nie był dobry wybór, May do niego 
nie pasowała.

Lozen  została  w  Arizonie  i  pracowała  w  szpitalu  jako  chirurg 

dziecięcy.  Każde  dziecko,  któremu  pomogła,  zmniejszało  nieco  jej 
poczucie winy i było jej trochę lżej. Teraz z tą złamaną ręką nie mogła 
pracować  i  czuła  się  nikomu  niepotrzebna.  Może  już  nigdy  nie 
powróci do szpitala...

Byłaby  to  logiczna  konsekwencja  jej  zmarnowanego  życia.  Nie 

mogła  przystać  na  propozycję  Rogelia,  żeby  znowu  byli  razem;  nie 
zasłużyła na takiego męża.

- Lozen,  ja  w  dalszym  ciągu  cię  kocham.  Zostań  ze  mną -

powiedział zaraz po tym, jak przywieziono ją ze szpitala po wypadku 
na parkingu.

Odmówiła mu wtedy. Rogelio przecież zasługuje na lepszą żonę. 

Nigdy sobie nie przebaczy, że przez nią zginął ich syn. Nawet go nie 
opłakała. Nie mogła płakać po śmierci Dustina.

Gdyby można było zacząć wszystko od nowa...
Jakiś  cień  za  oknem  nagle  zwrócił  jej  uwagę.  Ktoś  biegł  w 

deszczu. Kto to  może być?  To nie jest żaden z Bodine'ów,  znała ich 
dobrze;  znała  ich  jako  dzieci,  jej  córka  wyszła  za  jednego  z  nich. 
Poznałaby Bodine'a na końcu świata.

Zmrużyła  oczy.  Czy  to  mężczyzna,  czy  kobieta?  Dziecko  czy 

dorosły? Jest dość niski. To nie może być żaden z robotników. Ani nie 
Cat, na to jest za wysoki... Zresztą Caro nie pozwoliłaby małej wyjść z 
domu w taką ulewę.

To  chyba...  Tak,  Travis.  Tylko  on  jeden  nosi  tu  szorty.  Co  on 

robi? Dokąd biegnie? Czy jego ojciec o tym wie?

background image

Lozen  spojrzała  na  telefon  i  zawahała  się.  Zanim  kogoś 

zawiadomi,  chłopak  będzie  już  daleko.  Ten  deszcz...  wtedy  też  tak 
lało... tamtego dnia... kiedy Dustin...

Lozen Cliffwalker, Lozen z rodu Apaczów, wstała i podeszła  do 

wyjścia. Zdrową ręką otworzyła drzwi.

Nie, tym razem nie.

background image

Rozdział 13
Akcja w stajni dobiegła końca. Konie zostały oczyszczone, Virgil 

i Desiree skończyli operację Onyksa.

- Zachowywał się  bardzo  spokojnie - powiedziała.  Virgil  zaczął 

pakować apteczkę. Widać było, że jest

bardzo zmęczony.

- Teraz  przyda  nam  się  pomoc,  trzeba  go  będzie  odpowiednio 

zabezpieczyć. Gdzie poszli Wyatt i Morgan?

Obaj bracia weszli do boksu.

- Wołałeś nas, Virg? Już skończyłeś?
- Tak.  Teraz  musimy  dopilnować,  żeby  Onyks  przez  jakiś  czas 

nie  mógł  postawić  nogi  na  ziemi.  Trzeba  będzie  zrobić  małe 
rusztowanie z desek.

Wyatt i Morgan wymienili zdziwione spojrzenia.

- Zrobimy taką podpórkę, wstawimy w nią nogę i będzie wisiała 

w  powietrzu.  To  niezbyt  skomplikowane, trzeba  tylko  znaleźć 
odpowiednie deski, przyciąć je, a potem konia podtrzymać.

- To niegłupie... - Wyatt skinął głową. - Może nawet się udać, a 

nie myślałem, że coś mu można pomóc.

- Powinno się udać. Trzeba tylko uważać, żeby nie dotknął chorą 

nogą ziemi.

Virgil podał apteczkę Morganowi, który stał obok.

- Desiree, nie puszczaj wodzy, zanim ci nie powiem.
- Dobrze, Virg.

Morgan odszedł na bok i Wyatt podążył za nim.

- Coś  chyba  między  nimi  jest - szepnął  Wyatt  do  młodszego 

brata. - Zauważyłeś,  jak  ona  na  niego  patrzy?  I  nazywa  go  Virg.  To 
byłoby nawet nieźle...

- Tym  razem  wybrałby  lepiej.  Nie  wyobrażam  sobie  jego  byłej 

żony, jak mu pomaga przy koniach... Ani przy niczym innym - dodał 
Morgan.

Desiree  słyszała  strzępki  ich  rozmowy.  Usłyszała  też,  jak  Wyatt 

powiedział:

- Zajęłaby się nim i chłopakiem, to byłoby najlepsze wyjście dla 

wszystkich.

Virgil spojrzał w kierunku braci.

- Co oni tam wygadują?
- Ona przecież jest Hartlanówną... - usłyszała jeszcze Desiree.

background image

Owszem, jestem, pomyślała. Jestem Hartlanówną do szpiku kości. 

Co  nie  znaczy,  że  nie  mogę  zostać  żoną  Bodine'a...  Znam  już  jeden 
taki przypadek, wy zresztą też znacie.

Pomysł  coraz  bardziej  jej  się  podobał;  może  tak  jest  jej  pisane? 

Bodine'owie  są  silnymi  ludźmi,  a  Virgil  jest  najsilniejszy  z  nich 
wszystkich.  Jest  też  najbardziej  przystojny  i  atrakcyjny.  Przez  całe 
życie  zajmował  się  innymi,  zaniedbywał  swoje  potrzeby,  nikt  nigdy 
nie  zainteresował  się  nim  samym  jako  człowiekiem.  Ożenił  się  z 
nieodpowiednią  kobietą,  która  nie  umiała  być  dla  niego  żoną  i  nie 
umiała  być  matką  dla  jego  syna.  Wychował  dwóch  braci;  zawsze 
uważali go raczej za ojca niż starszego brata i nie przychodziło im do 
głowy, że niezłomny Virgil też może potrzebować wsparcia.

Teraz wszystko powinno się zmienić.
Desiree  rozumiała  go  doskonale.  Miała  przed  sobą  człowieka, 

który  zrezygnował  ze  swych  planów,  bo  miał  obowiązki  wobec 
innych. Musiała szanować kogoś takiego... I mogła go pokochać... Już 
go kochała i nie mogła tego zmienić. Mogła tylko pragnąć, żeby i on 
ją szanował. A on zacznie ją szanować dopiero wtedy, kiedy sprawdzi 
się jako szeryf. Kiedy mu pokaże, że nie potrzebuje mężczyzny, żeby 
rozwiązać  trudną  sprawę,  że  jest  samodzielna  i  całkowicie 
odpowiedzialna.

Chcę mężczyzny, który by mnie kochał. Nie potrzebuję, żeby się 

mną  opiekował  ani  wychowywał  moje  dzieci...  Niepotrzebny  mi 
ochroniarz  ani  nauczyciel.  Chcę  mężczyzny,  który  będzie  mnie 
kochał.

Tylko tyle i aż tyle.
Spojrzała na braci wpatrzonych w Virgila.
Taki  ktoś  jak  on  zawsze jest  przywódcą;  jest  najlepszy  i  zawsze 

daje,  nigdy  nie  bierze.  Potrzebuję  kogoś  obok  siebie,  Virgil  też 
potrzebuje oddania i miłości. Potrzebuje mnie.

Drzwi  stajni  rozwarły  się  z  hukiem.  Do  środka  wpadła  Caro,  w 

ręku trzymała karabin. Była przerażona.

- Travis gdzieś zniknął! I nie ma Lozen! Chyba za nim pobiegła.
- Dokąd on mógł pójść?

Na twarzy Caro odmalował się przestrach.

- Nie  wiem,  ale  wziął  rewolwer.  Strasznie  mi  przykro,  Virgil, 

musiał  wziąć  mój  klucz.  Znalazłam  pudełko  po  nabojach  w  jego 

background image

pokoju. Zostawiłam jednego z naszych ludzi w domu i przybiegłam do 
was.

- Travis  pobiegł  za  tym  bandytą - powiedziała  pewnym  głosem 

Desiree.

- Co?! - Wyatt spojrzał na nią zdumiony.
- Szpiegował  mnie,  Jondella,  wszystkich,  już  od  dawna.  Skoro 

opuścił dom w taką pogodę, musiał mieć bardzo ważny powód.

- Chyba zbyt pochopnie dochodzisz do pewnych wniosków...
- Ona ma rację - przerwał bratu Virgil.
- Wiem,  co  mówię.  Travis  musiał  zobaczyć  człowieka,  który 

skrzywdził zwierzęta i pobiegł za nim. Chce go złapać.

- Nie  możesz  tego  wiedzieć - wtrącił  Morgan. - To  tylko  twoje 

domysły.

- Wiem, czuję to, jestem pewna.

Wiem,  jacy  jesteście,  wy,  Bodine'owie,  a  Travis,  mimo  że  tak 

fizycznie podobny do matki, jest jednym z was. Jest tak samo uparty i 
tak  samo odważny.  A ostatnio  bardzo  się  kręcił  obok  broni...  Wiem, 
że pobiegł, żeby złapać tego bandytę.

Virgil, nie zastanawiając się długo, zostawił Onyksa.

- Musimy go dogonić, i to zaraz.

Desiree skinęła głową.

- Caro,  daj  mi  swój  karabin  i  przytrzymaj  konia  za  uzdę.  Ty, 

Morgan, dokończ to rusztowanie, Wyatt ci pomoże. Virgil pojedzie ze 
mną.

Wyatt lekko się obruszył, zdziwiony jej rozkazującym tonem, ale 

nic  nie  powiedział.  Nie  było  czasu  na  ustalanie,  kto  komu  powinien 
wydawać rozkazy.

- Nie  zdążymy  osiodłać  koni,  pojedziemy  bez  siodeł.  Ja  biorę 

Perłową Kroplę, a ty, Virgil?

- Weź mojego - ofiarował się Wyatt.
- Wszyscy  mają  suchą  broń? - zapytała  Desiree.  Zdjęła  swój 

rewolwer z kołka, Virgil był uzbrojony.

- Weź  moją  pelerynę - powiedział  Morgan. - Zawiń  w  nią 

karabin, żeby nie zamókł.

- A  sama  owiń  się  moją - dodała  Caro,  nie  puszczając  uzdy 

Onyksa.

Wyatt zdjął z żony płaszcz przeciwdeszczowy i podał go Desiree.

background image

Zarzuciła go na siebie, weszła na drewniany pniak i wskoczyła na 

Perłową  Kroplę.  Jednym  ruchem  zrzuciła  długie  buty.  Pojadę  w 
samych skarpetach, skoro jadę bez siodła. Tak będzie mi wygodniej.

Virgil  narzucił  na  siebie  pelerynę  Wyatta  i  wskoczył  na  jego 

konia. Na nogach miał przemoczone mokasyny.

- Prowadź,  Virg!  Słyszałam,  że  jesteś  dobrym  tropicielem 

śladów, czas tego dowieść. Ruszamy.

Virgil  już  dotarł  do  otwartych  drzwi  stajni;  ulewa  pochłonęła 

konia i jeźdźca w ułamku sekundy.

- Zostańcie tutaj! - rzuciła Desiree w przelocie. - Jak tylko deszcz 

ustanie, jeszcze raz dokładnie przeczeszemy ranczo.

Caro błagalnie spojrzała na siostrę.

- Weź ich z sobą albo chociaż poczekaj na Jamiego. Już do niego 

dzwoniłam; zaraz tu będzie ze swoimi ludźmi.

- Nie  ma  na  to  czasu - odrzekł  Morgan. - Travis  potrzebuje 

pomocy, jadę z tobą.

- Nie - powiedziała Desiree głosem  nie znoszącym sprzeciwu. -

To  ja  jestem  szeryfem!  Musicie  mnie  słuchać  i  robić,  co  każę. 
Zostaniecie  tu  przy  koniu  Virgila,  trzeba  zabezpieczyć  mu  nogę.  A 
teraz z drogi!

Czuła  ich  zdumienie,  żal  i  gorycz,  ale  nic  jej  to  nie  obchodziło. 

Miała  tylko  jeden  cel:  musi  spełnić  obowiązek,  musi  uratować  syna 
mężczyzny,  który  nigdy  jej  nie  zawiódł.  Musi  ratować  chłopca, 
któremu grozi wielkie niebezpieczeństwo.

Spięła  nogami  boki  klaczy  i  pomknęła  prosto  w  burzę  za 

Virgilem.

- Widzę  jakieś  ślady! - usłyszała,  kiedy  tylko  znalazła  się  na 

dworze. Virgil przekrzykiwał wichurę i szum deszczu. - Widzę ślady!

- I co jeszcze? Ja nic nie widzę w tej cholernej ulewie!

Przetarła  oczy  wolną  dłonią;  deszcz  zalewał  jej  twarz  i  oślepiał 

oczy.

- To  musi  być  Travis  i  Lozen!  Ślady  są  zupełnie  świeże.  Zaraz 

ich dogonimy. Nie jedź obok  mnie, trzymaj się z tyłu.  Oni  mogą się 
rozdzielić.

- Dobrze!

Desiree  zwolniła  nieco  i  jechała  kilka  metrów  za  nim.  Mogli 

utrzymywać tylko kontakt głosowy.

background image

- Są tylko dwa ślady? A gdzie trzeci? Lozen idzie za Travisem, 

ale on też kogoś goni, inaczej nie brałby broni! - krzyknęła.

- Wiem. Szukam trzeciego śladu.

I muszę szybko go znaleźć, zanim ulewa wszystko rozmyje...

- Jest! Miałaś rację! Jest trzeci!

Ślad prowadził od tyłu domu, od strony parkingu, tak jakby ktoś 

wyskoczył zza węgła. Bandyta musiał się przez pewien czas ukrywać 
między  samochodami;  zauważyć  go  mógł  tylko  ktoś,  czyje  okna 
wychodziły na parking.

- Tylko Travis mógł go spostrzec, bo okna jego pokoju wychodzą 

na podjazd.

Virgil przetarł twarz dłonią; woda zalewała mu oczy.

- Tak właśnie było. Skąd ty to wszystko wiesz?
- Tak mi po prostu przyszło do głowy. Tak samo, jak wiedziałam, 

że to ty wchodzisz do stajni, zanim cię jeszcze zobaczyłam. Wyczucie, 
intuicja, czy co tam chcesz...

- Poszli w tamtą stronę.

Virgil  wskazał  jakiś  kierunek,  ale  nie  dostrzegła  jego  dłoni. 

Ledwie  słyszała  jego  słowa;  wiatr  porywał  je,  a  deszcz  zalewał 
twarze.  Z  trudnością  utrzymywała  się  na  mokrym,  śliskim  grzbiecie 
konia.

- Dokąd?
- W  kierunku  tego  cholernego  kempingu.  Trzeci  ślad  wyraźnie 

idzie w tamtą stronę, za nim Travis, potem Lozen. Wszyscy kierują się 
w stronę kempingu Jondella.

- To nie może być Jondell.

Czyżbym się pomyliła? A może to on? Co będzie, jeśli tym razem 

udało mu się uśpić moją czujność i wyprowadzić mnie w pole?

- Widzisz jego samochód?
- Nie.  Nie  ma  też  żadnego  obcego  samochodu.  Ten  facet  jest 

pieszo. Przyjrzyj się jego śladom.

Ślady były teraz świeższe i wyraźniejsze.

- Patrzę i co?
- On też jest w adidasach.

Desiree  ze  zdziwieniem  pokręciła  głową.  Jondell  nie  nosi 

sportowych butów, nigdy go w nich nie widziała.

- Może to Lozen? Wygląda na jej numer.

background image

- Nie, ona  zawsze  nosi  długie buty,  kiedy  jest  na  ranczu. Tylko 

Travis nosi adidasy. I ktoś jeszcze...

Nagła  błyskawica  rozświetliła  niebo;  rozległ  się  głośny  grzmot. 

Ogier  Virgila  i  Perłowa  Kropla  stanęły  dęba  i  zarżały  ze  strachu. 
Chciały jak najszybciej znaleźć się w ciepłej, suchej stajni.

Przed  nimi,  w  ciemnościach,  czaił  się  wróg.  Kim  jest  ten 

człowiek?

Lozen  biegła  przed  siebie,  ślizgając  się  po  mokrym  mchu, 

przeskakując  kamienie  i  omijając  skały.  Travis  biegł  przed  nią;  nie 
oglądał  się  za  siebie  i  nie  mógł  zauważyć  jej  żółtej  peleryny, 
widocznej mimo deszczu i mroku.

Musi ją zrzucić. Chłopiec zauważy ją i wpadnie w panikę. Nic nie 

szkodzi, że w ten sposób zmoczy elastyczny bandaż i gips, chroniący 
złamaną  rękę.  Trudno,  nieważna  ręka,  nieważna  przyszłość,  teraz 
liczy się tylko bezpieczeństwo tego dziecka.

Było jej coraz trudniej biec. Nie widziała go już przed sobą, a nie 

była tak świetnym tropicielem śladów  jak Jasentha czy Virgil. Virgil 
był  w  tym  najlepszy.  Wiedziała  jednak,  dokąd  kieruje  się  Travis.  Są 
już blisko tego przeklętego kempingu.

Dawno trzeba było go zrównać z ziemią. Bodine'owie chcieli go 

wykupić  i  przyłączyć  do  swej  posiadłości,  ale  właściciel  nie  chciał 
sprzedać  kawałka  zapuszczonej  ziemi.  Kemping  tkwił  tu  jak 
złowieszcza wyspa brudu i mętów wśród zielonych pastwisk i pól.

Lozen  wiedziała,  że  Catfish  siedzi  w  domu,  a  nie  na  kempingu. 

Nikt by go nie zmusił do pozostania w taką pogodę na tym pustkowiu. 
Oświadczył, że ma w nosie Mac Nielsona i jego wakacje; niech sobie 
stary sam pilnuje  tego przeklętego  skrawka ziemi. W „biurze"  zatem 
nie ma nikogo.

Jest zamknięte; nigdzie  nie ma automatu telefonicznego. Nie ma 

nikogo, kto mógłby pomóc zdesperowanemu dziecku, które ma broń...

Boże,  osłoń  to  dziecko  przed  niebezpieczeństwem,  uratuj  je.  A 

jeśli  sam  tego  nie  chcesz  uczynić,  dodaj  mi  sił,  żeby  ja  mogła  je 
ocalić. Nie pozwól, żeby to dziecko też zginęło, Jezu Chryste.

Wiatr  był  tak  silny,  że  smugi  deszczu  układały  się  niemal 

równolegle  do  ziemi.  Przewiewał  człowieka  na  wylot  i  mroził 
lodowatym podmuchem.

- Zdejmij  płaszcz,  Virg - powiedziała  Desiree. - Jest  zbyt 

widoczny.

background image

Zrzuciła  swoją  pelerynę  i  Virgil  zrobił  to  samo.  Wiatr porwał 

żółte  płachty  i  uniósł  je  w  sobie  tylko  znanym  kierunku.  Spłoszone 
konie szarpnęły łbami.

Spłoszyło  je  coś,  co  dotarło  i  do  ludzi:  ktoś  strzelał!  Jedna  z 

peleryn wydęła się w powietrzu i opadła jak przekłuty balon.

- Z koni!

Desiree  zsunęła  się  na  rozmiękłą  ziemię.  Z  karabinem  siostry 

zawiniętym w żółtą pelerynę Morgana ruszyła przed siebie.

- Zdejmij  to  z  karabinu!  Desiree!  Jesteś  widoczna!  Boże,  chroń 

ją, Boże, nie pozwól.. .Boże...

W  szalejącej  burzy  rozległ  się  drugi  strzał.  Desiree  skuliła  się  i 

upadła. Virgil nie wiedział, czy się potknęła, czy została trafiona.

Chciał  skierować  konia  w  jej  stronę,  ale  ogier  zdenerwowany  i 

przerażony, a do tego pod obcym jeźdźcem, oszalał ze strachu. Ruszył 
w odwrotną stronę i wtedy właśnie rozległ się trzeci strzał.

Lozen  też je  słyszała.  Najpierw  dwa  strzały,  a potem  trzeci.  Nie 

znała  się  na  broni.  Podobnie  jak  jej  córka,  nigdy  nawet  nie  dotknęła 
pistoletu. Nie wierzyła w zabijanie. Była lekarzem i wierzyła tylko w 
ratowanie  ludzkiego  życia.  Nie  wiedziała,  skąd  dochodzi  ten  obcy, 
nienawistny  dźwięk,  ale  wiedziała,  że  Travis  może  być  w 
niebezpieczeństwie.  Pędem  ruszyła  w  stronę  kempingu.  Nie  było 
sekundy czasu do stracenia.

Travis szarpnął się raz i drugi. Napastnik nie puszczał.

- Zostaw mnie! Zostaw!

Trzymał  go  w  żelaznym  uchwycie,  jedną  ręką  wyrywając  broń. 

Travis zebrał się w sobie i kopnął na oślep. Nogi miał silne, mięśnie 
wyrobione  pływaniem na  desce.  Zmagania  z falami  Pacyfiku  zrobiły 
swoje, kopnięcie poskutkowało. Chwyt napastnika nieco zelżał. Travis 
zamierzył się jeszcze raz, ale tym  razem tamten  był szybszy.  Mocno 
złapał chłopca za ramię i zaczął go ciągnąć do najbliższego namiotu.

Nagle z mroku wyłonił się ktoś trzeci. Spadł na nich jak huragan, 

mignęła  biel  gipsu,  rozległ  się  łomot  i  Travis  poczuł,  że  jest  wolny. 
Lozen złapała go za rękę.

- Uciekajmy! Szybko!
- On ma mój rewolwer!
- Zostaw go! Uciekaj!

Travis  pochylił  się  nad  leżącym  mężczyzną,  chcąc  mu  odebrać 

broń.

background image

Napastnik drgnął i zaczął się podnosić z ziemi.

- Uciekajmy! Nie ma chwili do stracenia!

Lozen złapała chłopca za koszulę i pociągnęła za sobą.

- Uciekajmy! Szybko!

Desiree  podniosła  się  z  kolan.  Obok  siebie  ujrzała  Perłową 

Kroplę;  przy  niej  majaczyły  mokre  boki  ogiera  Morgana.  W  oczach 
Virgila dostrzegła przerażenie.

- Nic ci się nie stało? Boże, Desiree...

Caro  ma  rację,  on  mnie  naprawdę  kocha,  stwierdziła  z 

bezbrzeżnym zdumieniem. Ma to wypisane na twarzy.

- Nic mi nie jest. A co z tobą?
- W porządku.  Jak ja ci mogłem pozwolić  zawijać karabin  w tę 

żółtą płachtę...

- Uspokój się i lepiej zsiądź z konia. Dalej pójdziemy pieszo. Ty 

zajdziesz go od tyłu, ja pójdę przodem.

- Nie ma mowy! Nie zostawię cię!
- Mam sprawny karabin. Twoja broń zamokła.
- W czasie takiej burzy i tak nikt do nikogo nie będzie strzelał.
- Powiedz  to  temu,  co  przedziurawił  moją  pelerynę.  Virgil 

spojrzał na nią badawczo.

- Musimy  działać  bardzo  precyzyjnie.  Nie  mamy  nadajników  i 

mamy  tylko  jedną  sprawną  sztukę  broni.  Jeśli  pójdziemy  oddzielnie, 
ten facet łatwo może nas załatwić, a wtedy nikt już nie pomoże Lozen 
i Travisowi. Pomyślałaś o tym?

- Myślę o wszystkim.
- W takim razie pójdziemy razem.

Desiree przygryzła wargi. Urażona duma szeryfa nie powinna jej 

przeszkadzać  w  podejmowaniu  właściwych  decyzji.  Ona  jest 
szeryfem, ale Travis jest jego synem; Virgil ma prawo decydować, jak 
będzie wyglądała akcja ratowania mu życia.

- Zgoda - powiedziała. - Pójdziemy  razem  i  załatwimy  tego 

drania.

Pogłaskała Perłową Kroplę po karku.

- Zabawimy się, co, dziewczynko? Zrobimy komuś kawał?

Virgil spojrzał na jej mokrą, uśmiechniętą buzię.

- Uwielbiam, kiedy tak mówisz, kochanie...

background image

Lozen  i  Travis  biegli  na  oślep  wśród  brudnych,  zapadniętych 

namiotów,  zdezelowanych  samochodów  i  rozwalonych  przyczep. 
Mrok był tak gęsty, że nie widać było nawet deszczu.

- Zabrał mi broń! - krzyknął Travis. - On ma mój rewolwer!
- Biegnij! Nie zatrzymuj się!
- On chce nas zabić!
- Nie uda mu się! Biegnij!

Czuła,  jak  to  dziecko  porusza  w  niej  coś,  co  dawno  już  umarło 

razem  z  jej  własnym  synem.  Musi  uratować  Travisa.  Uratuje  go, 
Jasentha  ostatecznie  jej  przebaczy,  będzie  miała  wnuka.  Muszę 
zobaczyć  mojego  pierwszego  wnuka.  Ojciec  mojej  córki  stale  mnie 
kocha.  Wyjdę za  niego  po raz drugi.  Mam  jeszcze  życie  przed  sobą, 
nie wolno mi teraz umrzeć.

- Dogoni nas!
- Zawracanie głowy! Biegnij!

Dopadli  szaletu  bez  drzwi  i  wbiegli  do  środka.  Lozen  rozejrzała 

się. Zobaczyła wielki, rozwalający się klozet.

- Właź tam i schowaj się.
- Nie chcę! Tam jest strasznie brudno!
- To tylko błoto i deszczowa woda. Właź, mówię.
- Nie chcę! Tam jest brudno!
- Sam  też  jesteś  brudny,  tylko  się  nie  widzisz...  Travis  ze 

wstrętem wszedł na zmurszałą deskę, a potem wśliznął się do środka.

- Siedź tam i nie ruszaj się. Czekaj spokojnie, aż po ciebie wrócę.
- A jeśli...
- Schowam  się  w  sąsiednim  domku.  Siedź  cicho  i  czekaj  na 

pomoc. Jeśli ci życie miłe, siedź tu cicho!

Pobiegła  do  sąsiedniego  szaletu;  czuła  przeszywający  ból  w 

nodze. Nie potrzebowała prześwietlenia, by wiedzieć, że ma skręconą 
kostkę.

Boże,  osłoń  nas,  chroń  przed  naszymi  nieprzyjaciółmi.  Nie 

pozwól,  żeby  zły  człowiek  znalazł  to  dziecko.  Spraw,  żeby  Travis 
wytrzymał i nie dał znaku życia. Jezu Chryste. .. ulituj się.

Przygryzła wargi, żeby się nie rozpłakać.
Rogelio,  mężu  mój  ukochany,  gdzie  jesteś?  Jestem  tak  strasznie 

sama...

background image

Virgil i Desiree weszli na teren kempingu z bronią w ręku. Konie 

nerwowo  stąpały  obok  nich,  jakby  w  każdej  chwili  chciały  ruszyć  z 
powrotem do ciepłej, suchej stajni.

Podeszli  do  namiotu  Jondella.  Virgil  jednym  ruchem  otworzył 

wejście; Desiree osłaniała go z tyłu.

- Gdzie mój syn, bydlaku?
- Ja...
- Gdzie jest ta kobieta? Co z nimi zrobiłeś?
- O  czym...  Ja  nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz!  Virgil 

zamierzył się rękojeścią rewolweru.

- Virgil, nie rób tego!

Napastnik był przerażony, ale instynkt samozachowawczy mówił 

mu, co należy czynić. Trzeba uciekać. W takim deszczu i burzy, mając 
dwóch gliniarzy na karku, nie znajdzie tego gówniarza i tej baby. Nie 
ma potrzeby się narażać. Przyjdzie później i zrobi co trzeba.

Dzisiaj  trzeba  odpuścić.  Wróci  do  wypożyczonego  samochodu, 

który zostawił na szosie kilometr stąd. Pojedzie do Tucson do hotelu i 
trochę  odsapnie.  A  kiedy  ulewa  ustanie  i  błoto  wyschnie - uderzy 
znowu.  Powolna  tortura  jest  najlepsza.  Na  dzisiaj  wystarczy;  i  tak 
nieźle się spisał.

- Virgil, nie rób tego! To nie on!
- Owszem, on!
- Spójrz  na  niego!  Jest  suchy!  W  namiocie  nie  ma  żadnych 

mokrych ubrań!

Virgil powoli oprzytomniał, po czym rozejrzał się niechętnie.

- Zostaw  go!  To  rozkaz!  I  schowaj  broń!  Opanował  się,  puścił 

Jondella i schował rewolwer.

Jondell zachwiał się, ale utrzymał na nogach.

- O co chodzi? - wybełkotał przerażony. - Czego chcecie?
- Szukamy pewnej kobiety i chłopca. Nie widziałeś ich? Pobiegli 

w tym kierunku.

Położyła  dłoń  na  ramieniu  Virgila;  czuła,  że  drży  jak 

rozwścieczony drapieżnik.

- Nie. Nikogo nie widziałem. Nie jestem głupi, żeby wychodzić 

w taki deszcz.

Jondell z wolna się uspokajał.

- Pomogę  wam  przeszukać  kemping.  Nie  słyszałem  żadnego 

samochodu, ten człowiek stale musi tu być.

background image

- Chcesz mi pomóc? - W głosie Desiree zabrzmiało zdumienie. -

Ty chcesz mi pomóc?

- Tak. Sam mam dzieci.

Powiedział  to  tak  szczerze  i  z  takim  przekonaniem,  że  mu 

uwierzyła.  Zrozumiała  nagle,  że  ma  przed  sobą  człowieka,  nie 
potwora. Jondell jest występny, zły, popełnił straszny czyn, ale nie jest 
dziką bestią.

- Zostań  w  namiocie - powiedziała. - Tu  za  chwilę  może  być 

bardzo niebezpiecznie.

Jondell spuścił wzrok na brudną mokrą ziemię.

- Zupełnie jakby ci zależało na moim bezpieczeństwie...
- Gdyby mi nie zależało, nie powstrzymałabym mojego zastępcy.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

- Przykro  mi,  że  zrobiłam  wtedy  tamto - powiedziała  wreszcie 

cichym głosem. - Jest mi naprawdę przykro.

Jondell,  zdumiony  jej  słowami,  milczał.  Po  chwili  odwrócił 

głowę.

- Mnie też jest przykro za tamto, moje - powiedział wreszcie, nie 

patrząc jej w oczy. - Tak jakoś wyszło...

- Teraz  naszły  cię  wyrzuty  sumienia? - zasyczał  Vir - gil. -

Rychło w czas, po tym wszystkim, co zrobiłeś?

Jondell wzruszył ramionami i spojrzał mu prosto w oczy.

- A co? Chcę być taki jak wy, ludzie z Tombstone.
- O czym ty, do cholery, gadasz?

Jondell spojrzał na niego z powagą w oczach.

- Wszystkie  kościoły  i  szkoły  w  Tombstone  zbudowano  z 

pieniędzy  za  prostytucję.  Doc  Holliday  był  bandytą  poszukiwanym 
przez  ludzi  szeryfa,  mordował  z  zimną  krwią,  zanim  się  zadał  z 
Earpami.  To  znane  sprawy.  Dlaczego  ja  nie  miałbym  się  poprawić  i 
nawrócić na dobrą drogę? To taki tutejszy zwyczaj.

- Owszem,  Tombstone  zna  takie  przypadki,  ale  nikt  tutaj  nigdy 

nie był oskarżony o gwałt.

- Wiem,  wiem.  Bardzo  żałuję,  że  to  zrobiłem.  Chciałbym 

wszystko odpokutować i zacząć normalnie żyć. Chcę wrócić do mojej 
rodziny.

- A co z twoimi planami, żeby się zemścić na tutejszym szeryfie?
- To  był  głupi  pomysł,  beznadziejnie  głupi.  Nie  chcę  jej  zrobić 

nic złego, nie chcę nikogo skrzywdzić. Może to dlatego, że zacząłem 

background image

chodzić do kościoła, a może coś jest takiego w tym mieście... Sam nie 
wiem. Chcę być inny, chcę wrócić do swoich.

Tym razem nawet Virgil mu uwierzył.

- Dlatego chcę wam pomóc.
- Zostaniesz  tutaj - powiedziała  Desiree. - Twoje  dzieci  chcą, 

żebyś żył. Ja też. Twoja śmierć na nic się nie przyda.

- Już mnie nie...
- Nie,  już  nie.  To,  co  się  stało  z  Lindą,  nie  odstanie  się.  Nie 

zamierzam się mścić. Chodź, Virg, idziemy szukać Travisa.

Spojrzał na nią pytająco i oboje wyszli z namiotu.

- Zawsze mnie czymś zaskoczysz, szeryfie - powiedział cicho. 
- Sprawę Jondella przemyślimy później. Teraz musimy odszukać 

tych  dwoje.  To  ty  jesteś  tropicielem  śladów.  Co  robimy?  Dokąd 
idziemy?

Virgil  zatrzymał  się  pośrodku  kempingu.  Na  błocie  pełno  było 

rozmaitych 

śladów: 

plątanina 

końskich 

kopyt, 

butów, 

samochodowych bieżników. Z kilku namiotów wyłonili się ludzie, ale 
nikt nie podszedł do przedstawicieli władzy.

- Trzeba będzie przejść się po kempingu i przeszukać każdy kąt.
- Zajrzę  do  namiotów  i  przyczep.  W  „biurze"  chyba  nie  ma 

nikogo, ale warto sprawdzić.

- Uważaj na siebie.
- Ty też, Virg. Zaraz zapadnie noc.

Virgil ruszył w obchód. Pole kempingowe nie było duże i szybko 

znalazł się znowu przy Desiree, która właśnie zaglądała do ostatniego 
namiotu.

- Znalazłem  pojedynczy  ślad - powiedział  do  niej. - To  tamten 

facet opuścił kemping. Sam.

- Kto to może być? Domyślasz się czegoś?
- Coś mi chodzi po głowie. Lozen i Travis jeszcze tu gdzieś są.

Imię Travisa wymówił z takim bólem, że Desiree stanęła nagle w 

środku błota. Bose nogi miała lodowate z zimna.

- Może  to  szaleństwo - zaczęła - ale  wydaje  mi  się,  że  wiem, 

gdzie oni są. Gdybym ja miała się tu gdzieś schować, poszłabym... -
Nieoczekiwanie wybuchnęła śmiechem.

- Gdzie?
- Chodź za  mną. Wiem, gdzie  ich  znajdziemy.  Virgil  przecząco 

pokręcił głową.

background image

- Nie. Muszę iść za nim, bo stracę ślad.
- Szukaj Lozen i Travisa, ten facet jest mój.
- Nie. Ale co do Travisa, powierzam ci go bez zastrzeżeń.
- Co takiego?

Była  naprawdę  wzruszona;  słowa  Virgila  zabrzmiały  bardzo 

uroczyście, zupełnie jak... ślubowanie.

- Powiedziałem,  że  powierzam  ci  mojego  syna.  I  moje  życie,  i 

serce. Kocham cię, Desiree.

Szybko pocałował ją w usta. O mało nie wypuściła karabinu...

- Zajmij  się  nimi.  Ja  muszę  coś  załatwić - powiedział  szybko  i 

odwrócił się.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, odszedł i zniknął w deszczu.
Biegł  między  krzewami  i  kaktusami  pustyni,  w  oczach  mając 

pokryty  barwnymi  plamami  kwiatów  kalifornijski  ogród.  Dobrze 
zapamiętał  tamte  adidasy.  Pamiętał  chłopca  leżącego  na  ziemi,  z 
naręczem  bielizny  ukradzionej  z  pokoju  nastoletniej  gwiazdki. 
Przypomniał  sobie  zabite  papużki,  zamordowane  koty,  skaleczonego 
Oscara,  obciętą  grzywę  Onyksa.  Wszystkie  części  układanki 
zaczynały do siebie pasować.

Zrzucił  mokasyny i biegł na bosaka przez pola Silver Dollar. Po 

raz pierwszy od bardzo długiego czasu czuł się całkowicie zespolony 
z  otoczeniem,  tak  jakby  nagle  stał  się  nieodłączną  częścią  tej  ziemi, 
tego nieba, nawet burzy i ulewy. Jest u siebie, w domu, i wszystko mu 
sprzyja.

Widział przed sobą umykający cień mężczyzny z bronią w ręku. 

Tamten  nie  mógł  słyszeć  jego  kroków,  głuszonych  przez  padający 
deszcz.  Myśliwy  był  coraz  bliżej  umykającej  przed  nim  zwierzyny  i 
cała przyroda stanęła po jego stronie.

Nagle  ścigany  odwrócił  się  i  Virgil  zobaczył  twarz  Mitchella 

Gibsona.  Zobaczył  też  wycelowaną  w  siebie  broń,  ale  był  szybszy. 
Błyskawicznie wycelował w to samo ramię, co wtedy, w Kalifornii, i 
nacisnął spust.

Bezskutecznie.  Broń  zamokła  i  strzał  nie  padł.  Nie  było  czasu, 

żeby  przeklinać.  Uniósł  broń  i  wymierzył  jeszcze  raz,  tym  razem  w 
głowę przeciwnika; Gibson zrobił to samo.

Desiree  szybkim  krokiem  weszła  do  szaletu  z  wyłamanymi 

drzwiami.

background image

- Travis?  Jesteś  tu?  To  ja,  Desiree.  Możesz  wyjść, 

niebezpieczeństwo minęło.

Usłyszała  stłumiony  szloch  i  podeszła  bliżej.  Nie  było 

wątpliwości, skąd dochodził ten głos.

- Możesz już wyjść, nie ci nie grozi.

Podała chłopcu rękę. Po chwili trzymała Travisa w ramionach.

- Wszystko  w  porządku,  już  po  wszystkim.  Chłopiec  drżał  na 

całym ciele. Wytarła mu łzy i pogłaskała po głowie.

- Gdzie jest Lozen? W szalecie obok?
- Tak.
- Chodźmy po nią.

Na zewnątrz rozjaśniło się. Deszcz prawie ustał, burza zamierała. 

Lozen  wyłoniła  się  dopiero  po  chwili.  Najpierw  doszedł  ich  cichy 
szept:

- Tu jestem...
- Co ci się stało z nogą?
- Skręciłam kostkę.
- Zaraz  ci  pomożemy.  Travis,  zostań  tu  z  Lozen,  a  ja  pójdę  po 

pana Jondella. Pożyczy nam samochód.

Musi zaufać Jondellowi; nie ma wyjścia. Zdawała sobie sprawę z 

absurdu  sytuacji:  Jondell,  gwałciciel  i  jej  wróg  numer  jeden,  ma 
odegrać  teraz  rolę  wybawiciela.  Gdyby  ktoś  jej  to  powiedział  kilka 
tygodni temu, parsknęłaby złym śmiechem.

Wróciła z Jondellem  i wyprowadziła  Lozen na zewnątrz. Ledwo 

wyszły na powietrze, rozległ się strzał.

- Zaprowadź  ją  do  siebie,  Jondell.  Zawiadom  szpital  i  ludzi 

szeryfa. Możesz się włamać do tutejszego „biura", upoważniam cię do 
tego. Travis, ty pojedziesz ze mną.

- Dokąd?
- Do taty. Panie Jondell, poproszę o kluczyki od samochodu.

Widok wycelowanej w głowę broni zdezorientował przeciwnika. 

Kula świsnęła i przeszła Virgilowi obok ucha. Błyskawicznie runął na 
Gibsona. Zwarli się w nienawistnym uścisku i upadli na mokrą trawę. 
Zmagali się tak przez dłuższą chwilę, ale Virgil okazał się silniejszy.

Zamachnął się pięścią.

- To za moją rodzinę. Zamachnął się ponownie.
- To za mojego konia. Leżący pod nim człowiek jęknął.
- A to za to, że strzelałeś do mojej narzeczonej.

background image

Ostatni  miażdżący  cios  wylądował  na  szczęce  przeciwnika. 

Mitchell Gibson leżał w błocie jak zbity pies i cicho pojękiwał.

- Dosyć  tego - usłyszał  Virgil  nad  sobą  kobiecy  głos. - Nie 

chcemy  chyba,  żeby  ktoś  oskarżył  nasz  wymiar  sprawiedliwości  o 
brutalność...

Virgil  uniósł  głowę  i  zobaczył  Desiree  siedzącą  w  otwartych 

drzwiach samochodu Jondella, z karabinem w dłoni. Podeszła do nich 
i  podała  Virgilowi  kajdanki.  Założył  je  Gibsonowi  i  schował  broń. -
Wtedy drzwi samochodu znowu się otworzyły i wypadł z nich Travis. 
Virgil chwycił syna w ramiona.

- Już wszystko w porządku, synku. Co z Lozen? - spytał, patrząc 

na Desiree.

- Ma skręconą kostkę. Ona uratowała mu życie, Virg. Gdyby go 

nie schowała, mogłoby stać się najgorsze.

- Dzięki  Bogu  i...  tobie,  szeryfie.  Za  to,  że  złapaliśmy 

prawdziwego sprawcę i że wyrwałaś mi Jondella z rąk. Chciałem mu 
skręcić kark, a ty sprowadziłaś mnie na właściwą drogę.

Uśmiechnęła się do niego.

- Nic  bym  nie  zrobiła  bez  takiego  zastępcy.  Taki  ktoś  to 

prawdziwy skarb.

Virgil przytulił Travisa.

- A co z tym facetem? - zapytała Desiree. - Ma tak leżeć w tym

błocie?

- Jeśli  o  mnie  chodzi - odparł  Virgil,  nie  wypuszczając  syna  z 

ramion - może tak zostać.

background image

Rozdział 14
Następnego  dnia  słońce  wstało  jasne  i  przyjazne,  jakby  nie 

pamiętało wczorajszej burzy i ulewy. Desiree włożyła czysty mundur. 
Nie musiała się czesać. Noc była długa i wcale nie kładła się spać. Ani 
ona, ani Virgil.

Wieczorem  przewieźli  Mitchella  Gibsona  do  aresztu  jako 

podejrzanego o podpalenie, znęcanie się nad zwierzętami i usiłowanie 
zabójstwa. Czekał teraz na adwokata. Virgil zadzwonił do Kalifornii, 
by skontaktować się z Chrissie Evans, ową młodziutką hollywoodzką 
gwiazdką,  której  ochroną  niegdyś  się  zajmował.  Wszystko  mu 
opowiedziała.

Do  późna  w  nocy  rozmawiali  potem  w  biurze  na  temat 

niefortunnego  wielbiciela  Chrissie;  Virgil  opowiedział  Desiree  całą 
jego historię.

- Kiedy  go  wypuścili,  chciał  wrócić  do  Chrissie,  ale tak  się  go 

bała, że razem z rodzicami wyprowadziła się z Los Angeles i nie mógł 
jej  znaleźć.  Wtedy  postanowił  zemścić  się  na  mnie,  dlatego  chciał 
skrzywdzić  mojego  syna  i  okaleczył  mojego  konia.  Chciał  mnie 
załatwić psychicznie, niszcząc to, co kocham.

- A więc chodziło o zemstę...
- W  pewnym  sensie  miał  powody,  żeby  się  mścić.  W  jego 

mniemaniu to ja rozłączyłem go z ukochaną, to z mojej winy stracił jej 
ślad. Postanowił mnie ukarać. Szybko zorientował się, że najbardziej 
mnie  dotknie,  jeśli  zaatakuje  ciebie.  Wystąpię  w  twojej  obronie  i 
będzie  mógł  mnie  zabić.  Sądzę,  że  w  takim  stanie  psychicznym,  w 
jakim jest, mógłby spokojnie wymordować całą moją rodzinę. Gdyby 
nie Lozen, zabiłby Travisa.

Drgnął; Desiree przytuliła go do siebie.

- Dużo  było  strachu,  ale  już  po  wszystkim.  Pocałowała  go  w 

policzek.

- Jak on się tak od razu zorientował, że coś nas łączy? - spytała z 

zaciekawieniem. - Jak myślisz?

- Przyleciał  do  Phoenix  kilka  minut  przede  mną.  Obserwował 

mnie, zobaczył, że po mnie wyjechałaś i uznał, że jesteśmy parą.

Teraz ona drgnęła.

- On jest naprawdę stuknięty. Virgil uśmiechnął się.
- Wariatów na tym świecie nie brakuje. Spójrz na mnie.

background image

Po  powrocie  do  domu  Virgil  odbył  rozmowę  z  Travisem. 

Całkowicie rozgrzeszył go z ucieczki z domu i kradzieży pistoletu.

- Działałeś  w  dobrej  wierze,  synu.  Jeszcze  o  tym  wszystkim 

porozmawiamy i wszystko sobie wyjaśnimy.

Sam położył go do łóżka. Resztę nocy spędzili na dowiadywaniu 

się  o  stan  zdrowia  Lozen,  zawiezionej  już  do  szpitala,  i  wzywaniu 
weterynarza do zwierząt. Weterynarz orzekł, że Oscar ma się dobrze. 
Onyks  był  nadal  unieruchomiony  i  Morgan  dyżurował  przy  nim  na 
zmianę  z  jednym  z  pracowników  farmy;  potem  miał  ich  zmienić 
Wyatt.

A  teraz  nastąpił  dla  wszystkich  nowy  dzień.  Dla  wszystkich,  a 

więc i dla Desiree. Po raz pierwszy w życiu była naprawdę zakochana 
i szczęśliwa.

- Módlmy  się,  żeby  koń  Virgila  jak  najszybciej  był  w  takiej 

dobrej formie jak ty - powiedziała do Oscara następnego dnia rano.

Pies,  leżący  na  jej  łóżku,  nadstawił  uszu.  Uklękła  na  podłodze  i 

przysunęła twarz do jego pyszczka.

- Tak się cieszę, że nic ci się nie stało. Mógłbyś skończyć tak jak 

te biedne kocięta... Albo Lozen.

Lozen  jednak  była  w  zdumiewająco  dobrej  formie.  Po 

wydarzeniach minionej nocy odzyskała siły i wiarę w siebie. Z dumą 
opowiedziała mężowi o tym, jak uratowała Travisa. Była teraz dawną 
Lozen - Lozen z czasów, kiedy jej syn jeszcze żył.

Z  radością  przyjęła  propozycję  Rogelia,  by  do  niego  wróciła. 

Lekarze  orzekli,  że  kostka  szybko  przestanie  boleć,  a  ręka  jakimś 
cudownym  sposobem  nareszcie  zaczyna  się  zrastać.  Po  pewnym 
czasie  Lozen  będzie  mogła  wrócić  do  pracy.  Na  razie  jednak 
postanowiła  zostać  na  ranczu  do  czasu,  aż  Ben,  przybrany  syn 
Rogelia, skończy szkołę średnią.

- Przez  ostatnie  trzydzieści  lat  zajmowałem  się  tutaj  końmi -

powiedział Rogelio. - Chyba już nadszedł czas na emeryturę.

Oboje szykowali się do roli dziadków,  niecierpliwie  czekając  na 

narodziny  dziecka  Jasenthy  i  Morgana.  Rogelio  zaczął  przyuczać 
Bena  do  administrowania  farmą.  Ben  Cliffwalker,  przyrodni  brat 
Jasenthy,  miał  przejąć  po  ojcu  obowiązki  zarządcy  Silver  Dollar. 
Wszyscy byli bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy.

Najwyższy  czas  załatwić  jeszcze  prywatne  sprawy  szeryfa, 

pomyślała Desiree, energicznie wciągając buty.

background image

- Nawet  twój  biedny  ogonek  jakoś  się  zagoi. - Uśmiechnęła  się 

do  Oscara, - Ci  faceci  od  Bodine'ów  zawsze  wpędzą  człowieka  w 
jakieś kłopoty... I nie tylko człowieka, jak widać.

Oscar spróbował zamachać kikutem ogonka, ale zaraz zapiszczał 

z bólu.

- Leż  tu  sobie  i  śpij,  leniuszku.  Ja  muszę  najpierw  zajrzeć  do 

biura,  a  potem  coś  jeszcze  załatwić,  coś  prywatnego  i  bardzo 
osobistego. Trzymaj za mnie swoje małe łapki, dobrze?

Oscar przymknął oczy; Desiree podrapała go za uszami i wyszła.
Niebo było lazurowo błękitne; słońce śmiało się do niej z nieba, 

niepomne  minionej  ulewy.  Do  miasta  pojechała  konno.  Perłowa 
Kropla  była  w  świetnej  formie,  tak  jakby  wypadki  ostatniej  nocy 
zupełnie jej nie dotknęły.

- Przyzwyczaiłam się do ciebie, moja droga - powiedziała do niej 

Desiree, klepiąc klaczkę po karku. - Myślę, że niejedno jeszcze razem 
przeżyjemy...

Szybko przebyły drogę dzielącą ranczo od miasta i zatrzymały się 

na  podwórzu  przed  biurem  szeryfa.  Desiree  właśnie  kończyła 
przywiązywać  konia,  kiedy  z  budynku  wyszedł  Virgil.  Był 
zaaferowany, w ręku trzymał jakieś papiery.

Jego widok bardzo ją ucieszył, ale obecność o tej porze w mieście

- zmartwiła.

- Myślałam,  że  jesteś  w  domu  z  Travisem - powiedziała  lekko 

zawiedziona,  zwracając  ku  niemu  twarz. - Lepiej  by  było,  gdybyś 
dzisiaj z nim został. Potrzebuje cię.

- Musiałem coś załatwić.

Virgil zamachał papierami, ale nie wyjaśnił jej, o co chodzi.

- Chodź, przejdziemy się trochę.
- Dobrze.

Klepnęła na pożegnanie Perłową Kroplę i poszła za nim w stronę 

muzeum  na  otwartym  powietrzu,  znajdującego  się  na  terenie 
zabytkowego  Koralu.  Weszli  do  środka  i  ruszyli  prosto  do  części  z 
portretami. Bracia Earpowie, Doc Holliday i inni bohaterowie historii 
miasta  Tombstone  patrzyli  na  nich  z  prowizorycznie  ustawionych 
ścian.

Nie było na czym usiąść, przystanęli więc pod jednym z obrazów.

- Po  pierwsze,  chciałbym  na  twoje  ręce  złożyć  dymisję -

powiedział i podał jej kartkę.

background image

Zerknęła na jego zamaszysty podpis.

- Szkoda, będzie mi cię bardzo brak - powiedziała, ważąc każde 

słowo - ale rozumiem, że musisz odejść. Jesteś potrzebny Travisowi.

- Mnie też będzie brak pracy i tego wszystkiego.
- Powiódł  wzrokiem  po  portretach  i  dalej,  tam,  gdzie  stały 

zabytkowe  powozy,  którymi  jeżdżono  przed  stu  laty. - Nie  mogę 
pracować  i  jednocześnie  poważnie  zajmować  się  dzieckiem.  Travis 
potrzebuje ojca. Potrzebuje również matki.

Desiree starannie złożyła podanie Virgila, ale nie schowała go do 

kieszeni.

- Musisz ją zrozumieć, Virgil. Ludzie są różni. Nie każdy jest tak 

wyłącznie  oddany  dzieciom  jak  Caro  czy  ty.  Ja  też  jestem  bardzo 
związana ze swoją pracą.

- Jego matka też.
- Jej praca zmusza ją do takiego, a nie innego postępowania. Jest 

mi tylko  przykro,  że znowu  będziesz  musiał zrezygnować  ze swoich 
własnych planów.

- Nie  lituj  się  nade  mną,  Desiree.  Nikt  mnie  do  niczego  nie 

zmusza.

- Ale przecież chciałeś być lekarzem, chciałeś być szeryfem...
- Najważniejsza  jest  rodzina.  Najpierw  Wyatt  i  Morgan,  teraz -

mój  syn.  Popełniliśmy  z  May  błąd,  myśląc,  że  oboje  możemy 
pracować,  a  Travis  będzie  wychowywał  się  sam  i  nie  będzie  z  tego 
powodu cierpiał.

- Wiele dzieci nie cierpi w takiej sytuacji.
- Ale  on  jest  inny.  Kiedy  się  dowiedziałem,  że  ukradł  broń  i 

popędził w burzę za Gibsonem... Dziękowałem Bogu, że nie stało się 
nic  gorszego.  Mieliśmy  ogromne  szczęście.  Nie  mam  zamiaru 
ryzykować  po  raz  drugi  życia  mojego  syna.  Postanowiłem,  że  już 
nigdy nie będzie musiał posuwać się do tak desperackich działań.

Patrzyła na niego z podziwem. Nie każdy mężczyzna poświęciłby 

tak dalece życie dla dziecka. Czuła, jak bardzo go kocha i szanuje.

- Co zamierzasz zrobić?
- Zabiorę  Travisa  do  Kalifornii,  do  domu,  do  przyjaciół,  do 

normalnego życia. Zwrócimy się do poradni rodzinnej. Rozmawiałem 
już  z  May,  zrobi  przerwę  po  skończeniu  zdjęć  do  ostatniego  filmu. 
Rozumiem  ją.  To  ja  pragnąłem  mieć  dziecko,  nie  ona.  Zgodziła  się 
tylko ze względu na mnie.

background image

- Jesteście oboje bardzo dzielni.

Dzielniejsi  ode  mnie,  pomyślała.  Ja  nawet  teraz  nie  myślę  o 

dziecku. Może kiedyś... Jeśli znowu znajdę jakiegoś mężczyznę, który 
mnie pokocha, o ile w ogóle coś takiego nastąpi.

- Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - ciągnął Virgil. - Travis chce 

być z matką, a nie ze mną.

Jego  głos  zadrżał,  jakby  te  słowa  nie  chciały  przejść  mu  przez 

gardło.

A ja chcę być z tobą, pomyślała i ujęła jego dłonie.

- To  nie  znaczy,  że  on  cię  nie  kocha.  On  po  prostu  potrzebuje 

matki  i  będzie  cię  kochał  jeszcze  bardziej,  jeśli  ta  potrzeba  zostanie 
zaspokojona.

- To samo mówi May.
- Ma rację.
- Będzie teraz mogła bardziej się nim zająć. Przeprowadza się na 

stałe do Los Angeles. Travis pójdzie tam do szkoły.

- A ty... gdzie będziesz mieszkał?
- Tu,  w  Tombstone.  Travis  będzie  mnie  odwiedzał  w  czasie 

wakacji.  Wtedy  May  będzie  kręciła  filmy  za  granicą.  W  ciągu  roku 
szkolnego  będzie  pracowała  w  Hollywood.  W  ten  sposób  wszyscy 
będziemy zadowoleni. Już jesteśmy zadowoleni, a najbardziej Travis. 
Desiree głęboko odetchnęła.

- To znaczy, że przyszliśmy tutaj nie po to, żeby się pożegnać?
- Też coś! Najwyższy czas, żebym pomyślał o sobie. May też tak 

mówi.  Mam  zamiar  zostać  tutaj  i  kochać  ciebie.  Ożenić  się  z  tobą  i 
mieć nareszcie prawdziwe małżeństwo. I... pomagać ci w pracy, jeśli 
się na to zgodzisz.

- Zgodzę  się  na  wszystko,  już  się  zgadzam - powiedziała 

łagodnie.

Myślała, że Virgil ją obejmie i pocałuje, lecz nie zrobił tego.

- To jeszcze nie wszystko - powiedział.

O  co  mu  chodzi?  Dalej  nie  może  się  pogodzić  z  tym,  że  to  ja 

zostałam szeryfem?

- Jest  jeszcze  coś - dodał. - Zobacz,  co  dziś  rano  dostaliśmy  z 

Phoenix.

Podał jej kartkę papieru. Desiree rozpoznała faks.

- Czytałeś to? - W jej głosie zabrzmiało niedowierzanie.

background image

- Tak.  Serdecznie  gratuluję.  Można  powiedzieć,  że  kariera 

sądownicza stoi przed tobą otworem.

Stowarzyszenie  Prawników  odrzuciło  skargę  pani  Jondell  i 

wypowiedziało się w sprawie dalszych losów mecenas Hartlan. Mogła 
spokojnie wykonywać zawód na terenie całej Arizony.

Desiree  jeszcze  raz  przeczytała  trzymaną  w  ręku  wiadomość. 

Potem,  podobnie  zrobiła  z  rezygnacją  Virgila, starannie  ją  złożyła. 
Następnie schowała obie kartki do kieszeni.

- Dziękuję, Virgil. Udało mi się wyjść z tego cało.
- I  co  dalej?  Co  teraz  masz  zamiar  zrobić?  Spojrzał  na  nią  z 

niepokojem, nie wyjmując rąk z kieszeni.

- Travis  bardzo  lubi  mieszkać  w  dużym  mieście.  Może 

przyjeżdżać do Phoenix - powiedział niepewnie.

- Ale  ja  postanowiłam  zostać  tu  szeryfem.  Podoba  mi  się  ta 

praca. Obrona praw człowieka i obywatela to moja specjalność.

Twarz Virgila rozjaśniła się; odmłodniał o jakieś dwadzieścia lat.

- Mówisz poważnie? Zostaniesz w Tombstone?
- Oczywiście, tutaj trzeba zrobić bardzo dużo rzeczy. Sytuacja w 

Arizonie jest straszna, mnóstwo spraw wymaga uporządkowania. Już 
choćby  prawo  do  posiadania  broni.  Każdy  może  sobie  wymachiwać 
rewolwerem,  kiedy  tylko  zechce...  Trzeba  coś  z  tym  zrobić.  A  to 
więzienie?  Tent City? Przecież to zaprzeczenie człowieczeństwa. Jak 
w  cywilizowanym  świecie  może  istnieć  coś  takiego?  Więźniowie 
umierają tam z upału i wycieńczenia, mieszkają pod gołym niebem, są 
okrutnie traktowani. Earpowie nigdy by na coś takiego nie pozwolili. 
Najwyższy  czas, żeby stan Arizona  coś z tym zrobił.  I ja zamierzam 
mu w tym pomóc.

- Brawo, szeryfie.
- To wszystko, co mi powiesz?

Ich  usta  spotkały  się  i  muzealna  część  starego  Koralu  jakby 

nabrała nagle życia. Virgil odsunął się pierwszy.

- Tyle  na  razie - szepnął. - Jesteś  na  służbie,  a  to  jest  miejsce 

publiczne.

- Tchórz! - rzuciła z uśmiechem. Virgil spoważniał.
- Chciałem  jeszcze  o  coś  zapytać...  Jak  się  czuje  twoja 

przyjaciółka?

Desiree  uśmiechnęła  się.  Na  ten  temat  też  miała  dobre 

wiadomości.

background image

- Linda  wczoraj  dzwoniła  i  rozmawiała  z  Caro.  W  przyszłym 

miesiącu wraca do Arizony. Jej lekarz mówi, że będzie mogła znowu 
podjąć  pracę;  na  początek  weźmie  pół  etatu.  Mówiłam  ci,  że  jest 
dziennikarką?  Zamierza  pisać  o  takich  ludziach  jak  Jondell,  żeby 
wszystkim uświadomić, jaki to poważny problem.

- To nie do wiary, że on mógł to zrobić. Wiem, że to zrobił, ale 

kiedy  człowiek  na  niego  patrzy...  On  nie  wydaje  się  być  zdolny  do 
takiego okrucieństwa, nie wygląda na potwora.

- Jak zwykle masz rację, ale to nie zmienia faktu, że popełnił ten 

czyn. Teraz powiem ci coś więcej na ten temat: Jondell zaatakował ją 
z premedytacją.  Linda  w swojej  gazecie  prowadziła  stałą  rubrykę,  w 
której domagała się między innymi ujawniania schorzeń psychicznych 
u osób starających się o pracę. Chodziło jej o to, żeby dane dotyczące 
tego rodzaju chorób przestały być chronione tajemnicą lekarską.

- To bardzo delikatny temat.
- Zwłaszcza  dla  Jondella,  który  leczył  się  w  szpitalu 

psychiatrycznym  i  w  przeszłości  bywał  oskarżany  o  stosowanie 
przemocy w stosunku do kobiet.

- Skąd to wiesz?
- Od  Lozen.  Rozmawiała  z  Jondellem  ostatniej  nocy,  kiedy 

czekali  na  pogotowie.  On  chce  wyjechać  z  Tombstone  i  poddać  się 
terapii. Ma nadzieję, że pewnego dnia wróci do swojej rodziny. Może 
naprawdę mu się uda.

- A co będzie z Lindą?
- Jest wystarczająco silna, żeby z tego wyjść. Zamierza poświęcić 

się  obronie  ofiar  przemocy.  Obie  możemy  niejedno  w  tej  sprawie 
zdziałać.

- Ludzie  pokroju  Jondella  muszą  mieć  coś  więcej  niż  stary 

namiot  na  brudnym  parkingu,  żeby  móc  wrócić  do  społeczeństwa -
powiedział  Virgil  zamyślony. - Nie  można  tracić  nadziei,  że  i  to  się 
zmieni.  Kiedy  wspominał,  że  ma  zamiar  się  leczyć,  wyjaśnił,  że  to 
przykład twój i Lozen tak na niego podziałał.

- Chciałabym,  żeby  z  tego  wyszedł - powiedziała  z  nadzieją  w 

głosie.  Była  bardzo  ostrożna,  wiedziała,  że  w  takich  sprawach  nie 
można  być  zbyt  optymistycznym. - Lindzie  to  i  tak  nie  pomoże,  ale 
uchroni inne kobiety przed agresją z jego strony.

Virgil ujął jej dłonie.

background image

- Wiesz co? Sam bym na ciebie zagłosował, gdybym znowu miał 

okazję.

Dobra,  dobra,  dość  się  nagadaliśmy  o  zawodowych  sprawach. 

Teraz czas najwyższy zająć się życiem osobistym, pomyślała.

- Jeszcze jedno...

Serce zabiło jej mocno. Nareszcie.

- Tak?
- Chcę ci coś dać. To należy do mnie, ale wolę, żebyś ty to miała.

Desiree  zawiedziona  uniosła  brwi.  Myślała,  że  dostanie 

pierścionek  zaręczynowy  albo  chociaż  zaręczynowy  pocałunek. 
Mówi, że mnie kocha, i co? I nic.

- Zamknij oczy i wyciągnij rękę.

Zrobiła, o co prosił. Poczuła w dłoni gwiazdę szeryfa. Otworzyła 

oczy.  To  nie  była  zwykła  gwiazda.  Była  stara,  masywna,  złota,  z 
czerwonym napisem „Szeryf".

Przyjrzała się trzymanemu w ręce przedmiotowi.

- Jest bardzo stara, i taka piękna.
- Owszem. Należała do niego. Virgil wskazał jeden z portretów.
- Do Virgila Earpa?
- Tak,  do  tego  pierwszego.  Matka  mi  ją  dała,  kiedy  miałem 

trzynaście  lat.  Powiedziała  wtedy,  że  najważniejszą  rzeczą  dla 
każdego mężczyzny i każdej kobiety jest prawda i rodzina. Kazała mi 
to zapamiętać na całe życie.

- Jestem...  jestem wzruszona i... to dla mnie zaszczyt. - Poczuła 

napływające do oczu łzy. - Ja... nie mogę tego przyjąć. To należy do 
ciebie i do twojej rodziny.

- Chciałem  to  dać  Travisowi - przyznał - ale  zrozumiałem,  że 

czeka  go  inny  los.  On  nie  będzie  stróżem  prawa  jak  my,  ja  i  moi 
bracia. Będzie robił w życiu co innego. Będzie żył z dala od Arizony. 
Zrozumiałem to. On kocha ocean tak, jak ja kocham tę ziemię. Muszę 
się z tym pogodzić.

Pochylił się i wziął do ręki trochę wysuszonej ziemi pokrywającej 

Koral.

- Ja  wróciłem  do  domu.  Travis  należy  do  innego  świata  i  gdzie 

indziej jest jego miejsce.

Ujął ją za rękę.

- Nie  mogę  go  zmuszać  do  dziedziczenia  rzeczy,  których 

dziedziczyć  nie  chce.  Prawo  i  sprawiedliwość  są  domeną  twojej 

background image

rodziny,  tak  samo  jak  mojej.  Gdziekolwiek  będziesz,  noś  zawsze  tę 
gwiazdę. Zasłużyłaś na nią, jesteś jej godna.

Będę tutaj, bo tu jest mój dom. Desiree lekko powiodła palcem po 

konturach gwiazdy szeryfa.

- Opowiem  ci  teraz  pewną  historię - zaczął  Virgil  cicho. - Ta 

gwiazda należała do mojej matki. Jak wiesz, moja matka pochodziła z 
rodziny  Earpów.  Nazywała  się  Sarah - Jo  Bodine,  imię  nosiła  po 
Josephine  Sarah  Marcus  Earp,  która  była  ostatnią  żoną  Wyatta 
Bodine'a.

Desiree wiedziała, że tak się zaczyna historia, którą Bodine'owie 

opowiadają tylko swoim żonom i dzieciom. Poczuła, że przeszywa ją 
dreszcz  podniecenia.  Jak  zwykle,  oni  dwoje  wszystko  robią  inaczej; 
przecież zwykle mówi się o tym w czasie miodowego miesiąca.

- Jak może wiesz, nie doczekali się potomstwa. Była tylko córka 

z poprzedniego związku Wyatta z kobietą z Dodge City.

- Oni  razem  z  Batem  Mastersonem  byli  tam  kolejno  szeryfami, 

prawda?

- Tak. Rzecz w tym, że matka tego dziecka, Bridget, nie chciała 

wyjść  za  Wyatta,  mimo  że  kilka  razy  ją  o  to  prosił.  Bała  się.  Wielu 
ludzi  nastawało  na  jego  życie  i  bała  się,  że  zamordują  ją  i  dziecko. 
Nawet mu nie powiedziała, że jest w ciąży. Wyatt wyjechał z Dodge 
City  i  ożenił  się  w  Tombstone.  Był  przecież  wdowcem.  Jego  żona 
popełniła samobójstwo i wtedy matka Bridget przyjechała do niego. A 
kiedy  zamordowano  Morgana  i  Virgila  Earpów,  postanowiła  sama 
nosić gwiazdę szeryfa i sama wychować swoją córkę. Wyatt ożenił się 
po  raz  trzeci,  ale  nie  miał  już  więcej  dzieci.  Taki  jest  nasz  rodzinny 
sekret, teraz już wszystko wiesz.

Zamknął gwiazdę w dłoni Desiree.

- Moja  matka  byłaby  dumna,  widząc,  że  ty  ją  nosisz.  Desiree 

poczuła,  że  łzy  napływają  jej  do  oczu.  Teraz czekała  już  tylko  na 
jedno.

- Masz  mi coś jeszcze do powiedzenia? - zapytała z nadzieją w 

głosie.

Virgil nie patrzył jej w oczy.

- Wszystko  jakoś  na  szczęście  zaczęło  się  układać - powiedział 

wykrętnie. - Onyks ma szanse wyzdrowieć. Bądź tak dobra i rzuć na 
niego okiem, kiedy będę w Los Angeles, dobrze?

background image

To  teraz  będziemy  mówić  o  koniach?  Niedoczekanie.  Chyba 

powinnam wziąć sprawy w swoje ręce. Spojrzała mu prosto w oczy.

- Nigdzie się nie wybieraj.
- Muszę  jechać,  Travis  nie  może  sam  odbyć  takiej  dalekiej 

podróży. Wrócę, jak tylko wszystko z May urządzimy.

- Nie  gadaj  tyle,  tylko  słuchaj  swojego  szeryfa.  Nigdzie  nie 

pojedziesz,  zanim  wszystkiego  nie  omówimy.  Nie  wiem,  co  masz 
zamiar robić w Tombstone, ale musisz wiedzieć, że szeryfem będę ja. 
Do końca tej kadencji, a może dłużej.

- Tak, ale...
- Nie  ma  żadnego  ale.  Lubię  tę  pracę,  lubię  tutejszych  ludzi  i 

chcę być blisko swojej siostry. Nie muszę oczywiście mieszkać z nią 
w  tym  samym  domu.  Wolałabym  mieć  jakiś  własny  kąt,  dla  siebie  i 
mężczyzny, którego kocham.

W oczach Virgila ujrzała zaskoczenie i nadzieję.

- To  da  się  zrobić - powiedział  ostrożnie. - Znajdę  coś  dla  nas 

trojga albo... nawet czworga.

Desiree zmrużyła oko.

- Potrzebny mi też będzie dobry doradca, człowiek doświadczony 

i mądry. Może znasz kogoś takiego?

- Chyba ktoś się znajdzie...
- Po  trzecie,  zauważyłam,  że  zawsze  dbasz  tylko  o  innych,  a

całkowicie lekceważysz swoje własne potrzeby. Postanowiłam się tym 
zająć  i  raz  na  zawsze  to  zmienić.  Rozumiesz,  co  chcę  przez  to 
powiedzieć?

- Co?
- Że cię kocham! Potrzebna ci taka żona jak ja. Ktoś równy tobie, 

ktoś,  kto  podziela  twoje  zainteresowania,  ktoś,  kto  będzie  dobrą 
macochą dla Travisa. Taka kobieta jak ja.

Virgil uniósł brwi.

- Zgłaszasz się na ochotnika?
- Tak.  I  radzę  ci  przyjąć  moją  propozycję  bez  dyskusji.  Nie 

pozwolę  ci  wyjechać  do  Kalifornii,  zanim  mi  nie  przyrzekniesz,  że 
będziesz dzielił moje życie, łoże i stół, dopóki śmierć nas nie rozłączy. 
Amen.

- Oświadczasz mi się?
- Tak,  brawo,  nareszcie  zrozumiałeś!  Rzuciła  mu  się  na  szyję  i 

zaczęła go całować.

background image

- Ożeń  się  ze  mną!  Kochaj  mnie!  Pozwól,  żebym  ja mogła  cię 

kochać i pomagać ci wychowywać Travisa! Włóżmy obrączki i żyjmy 
długo i szczęśliwie! Będziesz ze mną bardzo szczęśliwy, przyrzekam. 
Niczego od ciebie nie chcę, chcę tylko twojej miłości!

Spojrzała  na  niego  i  zobaczyła  tę  miłość  w  jego  oczach.  Znowu 

zaczęła go całować, zachłannie i namiętnie.

- To co? - zapytała po chwili. - Ożenisz się ze mną czy nie?
- O rany, Bodine! - zza płotu Koralu rozległy się głosy Jamiego i 

Marty. - Powiedz  wreszcie  tak!  Ona  ma  kupę  roboty,  telefony  się 
urywają i musi wracać do biura!

Virgil uśmiechnął się radośnie.

- Będzie  tak,  jak  każesz,  szeryfie - szepnął  do  niej. - Ty  tu 

rozkazujesz.

background image

Rozdział 15
Nadeszła wiosna...
Prawie  wszyscy  członkowie  rodziny  Bodine'ów  stali  wokół 

terenowego  samochodu  Lozen  i  pomagali  się  jej  pakować.  Lozen 
znowu  wyruszała  w  drogę:  niedawno  rozpoczęła  medyczną  praktykę 
na  terenie  rezerwatu  Apaczów  i  dziś  znowu  wyruszała  w  podróż. 
Docierała  wszędzie,  rozdzielając  leki  i  służąc  pomocą  chorym  i 
potrzebującym.  Większość  czasu  spędzała  w  drodze;  na  ranczo 
wracała  zmęczona  i  bardzo  szczęśliwa.  Tym  razem  miał  jej 
towarzyszyć Rogelio.

- Mamo,  na  pewno  wszystko  zabrałaś? - zapytała  Jasentha, 

kołysząc  na  biodrze  swoją  maleńką  córeczkę. - Jesteś  pewna,  że  o 
niczym nie zapomniałaś?

- Chyba tak - odpowiedział za żonę Rogelio. - Przecież widzisz, 

że  samochód  pęka  w  szwach.  A  to  mi  się trafił  miodowy  miesiąc! 
Będę go spędzał w objazdowym szpitalu w środku lasu.

- Wcale nie musisz ze mną jechać - powiedziała Lozen, ale wyraz 

jej twarzy przeczył słowom.

Travis, nadąsany, spojrzał na ojca.

- Dlaczego  ja  nie  mogę  pojechać  z  nimi? - Ze  złością  kopnął 

kamień. - Rogelio nie chce, ale musi, a ja chcę, i nie mogę - dodał ze 
złością. - To niesprawiedliwe. Jest dość miejsca w samochodzie.

- Zostań lepiej ze mną i z tatą - powiedziała Desiree, kładąc rękę 

na jego ramieniu.

Drugą dłonią objęła Virgila w pasie.
Wszystko  cudownie  się  układało.  To  był  pomysł  Virgila,  żeby 

objąć regularną opieką medyczną cały teren rezerwatu. Virgil zajął się 
sprowadzaniem  sprzętu  i  organizacją  całego  przedsięwzięcia. 
Początkowo  Lozen  była  jedynym  lekarzem  wyprawiającym  się  do 
Indian,  z  czasem  rząd  przysłał  kilku  specjalistów;  niełatwo  było 
znaleźć lekarzy znających język Apaczów. Ochotnicza, charytatywna 
akcja  rozrastała  się,  krzepła  i  wkrótce  nabrała  cech  poważnego 
programu, którym zostały objęte również i inne rezerwaty Indian.

Całością  kierował  Virgil;  Lozen  wkrótce  miała  zostać 

koordynatorem wszystkich służb medycznych.

- Chcę jechać z Lozen! - protestował Travis niestrudzenie.

Bardzo się z nią zaprzyjaźnił od czasu tamtej burzliwej przygody 

na  kempingu.  Był  teraz  bardziej  pewny  siebie  i  spokojniejszy.  Jego 

background image

obecna  równowaga  psychiczna  była  wynikiem  długiego  pobytu  z 
matką,  powrotu do  ukochanej  Kalifornii  i  wpływu  dobrego 
psychoterapeuty.

- Dlaczego  Rogelio  może  jechać,  a  ja  nie?  Wiem,  jak  pomagać 

Lozen, znam hiszpański i...

- Ale nie znasz języka Apaczów, kochanie - łagodnie powiedziała 

Lozen.

- Wiesz, że się uczę! - jęknął.
- Oni wolą być sami, synku - odezwał się Virgil. - Niech jadą we 

dwoje. To ich miodowy miesiąc.

- Przecież  pobrali  się  po  raz  drugi,  mieli  już  kiedyś  miodowy 

miesiąc - mruknął  chłopiec  i  zrezygnowany  zaczął  pomagać  układać 
pakunki w samochodzie.

Virgil  uśmiechnął  się.  Travis  bardzo  się  interesował  pracą  na 

terenie rezerwatu. Lubił pomagać Lozen i robił to lepiej niż Rogelio, 
który zupełnie nie znał się na lekach. Travis nawet pomagał Jasencie 
leczyć zranione nietoperze. Kochał zwierzęta i czuł potrzebę niesienia 
pomocy. Virgil w cichości ducha marzył, że syn może kiedyś zostanie 
lekarzem...

- Umrę szczęśliwy - powiedział kiedyś do Desiree - jeśli znajdzie 

swoje miejsce w życiu.

May również to rozumiała. Zapisała w Los Angeles syna na kurs 

biologii;  Travis  był  pilnym  uczniem  i  zadowolona  matka  finansowo 
znacznie  zasiliła  fundusz  pomocy  mieszkańcom  rezerwatu.  Znała 
mnóstwo  zamożnych  ludzi,  którzy  z  przyjemnością  przekazali 
pieniądze  na  szczytny,  humanitarny  cel...  zapewniający  ponadto 
znaczny odpis podatkowy.

Desiree, mimo iż ubrana w mundur szeryfa, czule położyła głowę 

na  ramieniu  męża.  Wiedziała,  że  May  jako matka  Travisa  zawsze 
będzie  częścią ich  życia,  ale  wiedziała  również,  że nie  musi z nikim 
dzielić  miłości  Virgila.  Wszyscy,  łącznie  z  jego  braćmi,  zgodnie 
twierdzili, że nigdy nie widzieli, by kiedykolwiek był tak szczęśliwy. 
Ona też zaznawała pełni szczęścia.

- Nie  chciałbym  musieć  tego  mówić - zaczął  Virgil - ale  chyba 

czas do pracy... szeryfie.

Desiree spojrzała na zegarek.

- Obawiam się, że tak. Wzywają mnie obowiązki.
- Uwielbiasz je, przyznaj się. Pocałowała go w policzek.

background image

- Prawie  jak  ciebie  i  Travisa.  Na  razie,  pa!  Z  Lozen  już  się 

pożegnałam.

Wskoczyła na Perłową Kroplę, ślubny prezent od Vir - gila, który 

odkupił  klacz  od  brata,  i  uśmiechnęła  się  do  Travisa.  Jej  pasierb  nie 
podzielał  zainteresowań  ojca,  miał  inne,  swoje  własne,  i  tak  było 
dobrze.

Leciutko  dotknęła  brzucha.  Nie  musi  jechać  do  lekarza,  żeby 

wiedzieć to, co wie. Jej ukochany mąż znowu zostanie ojcem. Wiem, 
że  to  dziewczynka,  pomyślała.  Może  będzie  kontynuować  rodzinną 
tradycję  i  nosić  gwiazdę?  Umiłowanie  prawa  i  sprawiedliwości 
odziedziczyła po rodzicach, ma ją we krwi.

Skierowała  konia  na  drogę  wiodącą  do  miasta  i  machnęła 

Virgilowi ręką.

- Moja córeczka też będzie szeryfem - zanuciła. Może i tak.

W Tombstone wszystko może się zdarzyć.