background image

WILLIAM GOLDMAN

M

ARATOŃCZYK

background image

Dedykuję

Edwardowi

Neisserowi

background image

Przed początkiem

background image

1

Za każdym razem przejeżdżając samochodem przez Yorkville Rosenbaum wpadał w złość - 

po prostu dla zasady. Okolice Wschodniej Osiemdziesiątej Szóstej były ostatnią ostoją szwabów na 

Manhattanie   i   gdyby   miejsce   piwiarni   zajęły   tu   wreszcie   budynki   mieszkalne,   Rosenbaum 

odetchnąłby z ulgą. Nie dlatego, że odczuł na własnej skórze skutki wojny - cała jego rodzina 

mieszkała w Ameryce od lat dwudziestych - już sama jednak jazda ulicami, przy których mieszkali 

ludzie   o   germańskiej   mentalności,   była   wystarczającym   powodem,   aby   wywołać   u   każdego 

człowieka zgrzytanie zębów.

Szczególnie u Rosenbauma.

Zgrzytanie   zębów   wywoływało   u   niego   właściwie   wszystko.   Jeśli   w   jego   sąsiedztwie 

śmiały się pojawić jakiekolwiek nieprawości, starał się przeciwstawić tym niepozytywnym faktom 

z   całą   siłą   i   energią,   jakie   zachowały   się   jeszcze   w   zgorzkniałym,   siedemdziesięcioletnim 

mężczyźnie.   Zgrzytał   zębami   z   wściekłości,   gdy   do   Jersey   przybywali   nadziani   faceci,   nie 

tolerował również czarnuchów, zwłaszcza ostatnio, gdy wydawało im się, że są równie dobrzy jak 

wszyscy   inni   sąsiedzi;   podobne   uczucie   gniewu   wywoływały   w   nim:   rodzina   Kennedych, 

komuchy, filmy i magazyny porno, galopujące ceny wędzonej wołowiny i tysiące innych rzeczy, 

które doprowadzały go do białej gorączki.

Tego wrześniowego dnia Rosenbaum czuł się szczególnie zdenerwowany. Było gorąco, a 

on w dodatku był już spóźniony - jechał do Newark, gdzie w domu starców jego jedyni żyjący 

kompani zasiadali właśnie do stołu, by jak co tydzień o tej porze zagrać w karty. Tych trzech 

uparciuchów kiepskich jako gracze i jako ludzie ciągle potrafiło wdychać i wydychać powietrze, 

kiedykolwiek mieli na to ochotę, a czyż w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat z takiej sprawności 

fizycznej nie należy się cieszyć?

Koledzy ci zresztą nie pałali również zbyt wielką sympatią do Rosenbauma gra w karty 

kończyła   się   niezmiennie   krzykami   i   wzajemnymi   groźbami;   Rosenbaum   jednak   nigdy   nie 

rezygnował   z   tych   spotkań,   gdyż   były   one   mimo   wszystko   najlepszym   sposobem   spędzenia 

czwartku, który - jeśli potraktować go jako okres dwudziestoczterogodzinny - był dniem, który z 

zasady   doprowadzał   Rosenbauma   do   wściekłości.   W   pewnej   piosence   były   takie   oto   słowa: 

"Sobotni   wieczór   to   najbardziej   samotne   chwile   w   ciągu   tygodnia",   inna   piosenka   miała   taki 

fragment: "Poniedziałku, poniedziałku - jak mogłeś mi to zrobić?"; jednak dla Rosenbauma dniem, 

w którym  należało  się mieć  na baczności, był  czwartek.  Wszystkie  nieszczęścia  w jego życiu 

background image

zdarzały się właśnie w czwartek. Ożenił się w czwartek, w tym dniu zmarło też obydwoje jego 

dzieci - było to wiele lat temu, ale zdarzyło się właśnie w tym, a nie w innym dniu. A któż chciałby 

przeżyć własne dzieci? Okropność! Do pięćdziesiątego piątego roku życia Rosenbaum wypalał trzy 

paczki papierosów dziennie, podczas gdy jego syn ani razu w życiu nie zaciągnął się dymem - 

nietrudno jednak zgadnąć, który z nich zachorował na raka. Rosenbaum zmienił pozycję na fotelu; 

również w czwartek założono mu pierwszy pas przepuklinowy.

Ulica Osiemdziesiąta Szósta była obrazem nędzy i rozpaczy.

Gimbels East. W miejscu, w którym cholerna ulica Gimbels East przecinała Osiemdziesiątą 

Szóstą,   należało   mieć   się   cały   czas   na   baczności.   Ulica   Osiemdziesiąta   Szósta,   niegdyś   jego 

ulubiona trasa, była o wiele lepsza od ulicy Siedemdziesiątej Dziewiątej; być może ustępowała 

Siedemdziesiątej Drugiej, ale ta przeznaczona była właściwie jedynie dla turystów. Jeśli chciało się 

jednak iść naprzód, wybierało się Osiemdziesiątą Szóstą i wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie 

Gimbels East. Nikt nie robił zakupów na Gimbels East z wyjątkiem czarnuchów - czyż Żyd mógł 

robić zakupy na Gimbels? To nie była Gimbels - prawdziwa Gimbels to była ulica Trzydziesta 

Czwarta, naprzeciwko Macy'ego, a to miejsce, obraz nędzy i rozpaczy, jedynie uzurpowało sobie 

prawo do nazwy Gimbels; w mniemaniu Rosenbauma nie była to East Gimbels, lecz po prostu 

Zaśmiecona Gimbels.

Rosenbaum   nie   skręcił   w   Osiemdziesiątą   Szóstą,   lecz   pojechał   Pierwszą   i   dopiero   gdy 

dojechał   do   Osiemdziesiątej   Siódmej,   skręcił   w   lewo.   Już   sama   liczba   określająca   ulicę 

Osiemdziesiątą Siódmą wyprowadzała  Rosenbauma  z równowagi. Wstępne badanie piersi jego 

żony kosztowało go właśnie osiemdziesiąt siedem zielonych. Zapłacił tę sumę jedynie za wizytę u 

jakiegoś drogiego "rzeźnika", za zrobienie zdjęcia i postawienie diagnozy.

- Na lewej piersi pańskiej żony znajduje się bez wątpienia guz - zaczął swój wywód lekarz, 

podczas gdy Rosenbaum, który dostał niemal apopleksji z powodu głupoty specjalisty, zwrócił się 

do pobladłej małżonki i powiedział:

- Widzisz, jakie mieliśmy szczęście przychodząc do takiego geniusza? Mówimy mu, że 

masz guz na lewej piersi, a on, mając jedynie ten strzęp informacji, zapewnia nas ponad wszelką 

wątpliwość, że jest to faktycznie guz. - Zwrócił się teraz do lekarza, młodego kogucika, ożenionego 

prawdopodobnie z jakąś jasnowłosą siksą. - Mój Boże, oczywiście, że ma guz na piersi, jest pan 

przecież facetem od cycków, nie przyszedłem tu w sprawie guza na jej twarzyczce; a propos ta 

rzecz to nos, nie wiem, czy w szkołach medycznych uczą jeszcze takich rzeczy.

-   Pani   mąż   to   bardzo   śmieszny   facet   -   powiedział   wtedy   lekarz   do   jego   żony,   a   ona 

odpowiedziała znużonym głosem:

- Mnie nie wydaje się taki śmieszny.

background image

Ulica Osiemdziesiąta Siódma była nie najgorsza. Rosenbaum dojechał do Drugiej i ani razu 

nie   utknął   w   korku;   trafił   następnie   na   zielone   światło   i   po   chwili   był   już   przy   Trzeciej. 

Niecierpliwie   oczekując   zmiany   świateł,   zatrąbił   na   kierowcę,   który   -   niech   go   szlag   trafi!   - 

zareagował   dopiero   po   drugim   klaksonie;   wtedy   Rosenbaum   przycisnął   pedał   gazu   i   ruszył 

raptownie w kierunku Lex. Wszyscy twierdzili, że jest okropnym kierowcą. Wypominała mu to 

cała rodzina, chociaż było to właściwie bezpodstawne. W ciągu trzydziestu pięciu lat ani jednego 

mandatu. Owszem, zdarzyło się kilka niebezpiecznych sytuacji na drodze, parę drobnych stłuczek, 

trzy   lub   cztery   razy   doszło   niemal   do   walki   na   pięści   z   innym   kierowcą,   ale   nigdy   nie   było 

mandatu, a więc do diabła z tymi, którzy go krytykowali - tylko to zresztą potrafili dobrze robić, co 

napełniało go smutkiem.

Rosenbaum zaczął nagle pogrążać się w smutku, znalazłszy się na rogu Osiemdziesiątej 

Siódmej i Lexington. Stanął na czerwonym świetle, co samo w sobie nie było niczym strasznym - 

każdy kierowca miał przecież tyle cierpliwości, by poczekać na zmianę świateł. Ale samochód 

przed   nim,   który   zatrzymał   się   tuż   przy   światłach,   był   cholernym,   głupim   faszystowskim 

volkswagenem, a co gorsze - stanął na samym środku Osiemdziesiątej Siódmej, a więc on sam nie 

mógł zająć pozycji tuż przy, światłach i szybko opuścić skrzyżowania, gdy wreszcie zapali się 

zielone.  Rosenbaum nacisnął  kilka razy klakson, mrucząc  coś gniewnie  pod nosem,  ale czego 

można   było   się   spodziewać   po   jakimś   tumanie   jeżdżącym   volkswagenem?   On   sam   był 

zwolennikiem chevroletów od przedwojny. Człowiek, który naprawdę znał się na samochodach i 

chciał, aby wydane centy przyniosły mu jakąś wymierną wartość, jeździł chevroletem. Ten, kto 

tego nie zrobił, był zwykłym gamoniem.

Zapaliło się zielone światło, lecz volkswagen nie ruszył z miejsca.

Rosenbaum zatrąbił ponownie, tym razem o wiele głośniej, jednak samochód stojący przed 

nim   ciągle   blokował   przejazd.   Rosenbaum   słyszał   krztuszące   odgłosy   wydawane   przez   silnik 

tamtego samochodu, którego kierowca usiłował uruchomić pojazd.

- Zjedź na bok! - krzyknął Rosenbaum. Przestań się krztusić!

W   końcu   volkswagen   ruszył   z   miejsca,   po   czym   ślimaczym   tempem   przejechał 

skrzyżowanie z Lexington i zaczął powoli mijać Gimbels East. Rosenbaum siedział facetowi "na 

ogonie", próbując go wyprzedzić, lecz kierowca tamtego samochodu ciągle trzymał się środka ulicy 

Osiemdziesiątej  Siódmej. Nagle  silnik volkswagena  ponownie zgasł i samochód  zatrzymał  się, 

tarasując drogę Rosenbaumowi. Ten wychylił się przez okno i raz za razem wciskając klakson 

wrzasnął, nie oszczędzając tym razem gardła:

- Ruszaj, ruszaj, ruszaj, do diabła, co się z tobą dzieje? Zjedź z drogi, jesteś cholernie 

niebezpiecznym kierowcą, rusz natychmiast to swoje auto, albo ja zrobię to za ciebie!

background image

Kierowca volkswagena odpowiedział tylko jednym słowem:

- Langsamer.

Langsamer.   Wolniej.   Spokojnie.   To   niemieckie   słowo   można   przetłumaczyć   na   różne 

sposoby.   Rosenbauma  oblał  pot   -  była  to   reakcja  nie  tylko  na  upał,   ale   również  objaw   coraz 

większego zdenerwowania.

- Nie mów do mnie langsamer, ty szwabski durniu, mach snell!

Wapniak z volkswagena spojrzał przez okno, obejrzał się za siebie i zdołał jeszcze pogrozić 

Rosenbaumowi swą starożytną pięścią.

- Langsamer - powtórzył raz jeszcze.

Na widok faceta Rosenbaum zgrzytnął z wściekłości zębami. Taki stary, właściwie gotowy 

do tego, by znaleźć się już w "parku sztywnych", z niebieskimi oczami, jak wszyscy naziści, Hun 

na wolności, i to w centrum Manhattanu! Zwiędły, zgrzybiały facet - czy można narazić się na 

większą zniewagę siedząc za kierownicą samochodu!

Usłyszawszy po raz drugi słowo langsamer, Rosenbaum przez chwilę nie reagował - po 

prostu  siedział   i  pocił  się.  Następnie   podjechał   do przodu  i  lekko  trącił  volkswagena.  W  tym 

momencie poczuł się wyśmienicie; wycofał samochód na odległość kilku stóp, po czym ruszył do 

przodu  i ponownie trącił  tamtego,  tym  razem  mocniej. Już od wielu  lat  nie czuł  w  sobie tak 

nieprzepartej chęci stoczenia walki z jakimś nieznajomym facetem. Dlaczego? Otóż powodów było 

kilka: a) znajdował się w tej chwili w Yorkville; b) na ulicy Osiemdziesiątej Siódmej; c) minął już 

Gimbels East; d) był zablokowany;  e) przez volkswagena; f) prowadzonego przez zramolałego 

miłośnika   sera   limburskiego;   g)   przez   którego   Rosenbaum   jeszcze   bardziej   spóźni   się   na 

czwartkową grę w karty; h) co było szczególnie irytujące ze względu na to, że jego chevrolet nie 

miał   klimatyzacji   i   chociaż   była   już   połowa   września   i   minęła   najgorętsza   pora   popołudnia, 

termometr nadal wskazywał 92 stopnie; i) według skali Fahrenheita; j) temperatura wzrastała.

Rosenbaum   po   raz   trzeci   walnął   w   drugi   samochód,   który   pod   wpływem   uderzenia 

przesunął   się kilka   stóp do  przodu i  zatrzymał   się;  kierowca  uruchomił   jednak  silnik  i  ruszył 

raptownie do przodu w kierunku Park Avenue. Rosenbaum poczuł się zaskoczony, jednak już po 

chwili   ruszył   swoim   chevroletem   niczym   myśliwy   tropiący   zwierzynę.   Dogonił   szybko 

uciekającego i przygotował się do wyprzedzenia go z prawej strony; wiedział, co było w tej chwili 

jego   życiową   misją:   wyprzedzić   cholernego   volkswagena,   zajechać   mu   drogę,   a   potem 

zwo...oo...lnić.

Jednak sprawa okazała się nie taka prosta - gdy Rosenbaum zjechał na prawą stronę, to 

samo   zrobił   kierowca   volkswagena;   gdy   Rosenbaum   zjechał   na   prawy   pas   -   i   tym   razem 

volkswagen   zajechał   mu   drogę.   I   oto   na   ulicy   Osiemdziesiątej   Siódmej   została   nagle 

background image

wypowiedziana wojna; Rosenbaum nie miał nic przeciwko temu - dzień, w którym chevrolet nie 

poradzi sobie z jakimś produktem z importu o wielkości chrabąszcza, będzie prawdziwym końcem 

świata.

We Francji mówi się wiele o wietrze zwanym Mistralem, który przyprawia ludzi o utratę 

zmysłów; w Kalifornii wieje wiatr o nazwie Santa Ana, który powoduje, że ludzie czują się tak, 

jakby byli na gorącej patelni i poruszają się jak muchy w mazi. Otóż na Manhattanie również wieje 

taki  wiatr. Nikt go do tej pory nie nazwał, ale wszyscy odczuwają jego skutki.  Gorący dzień 

zamienia się w prawdziwe piekło i z zachodu zaczyna  wiać wiatr, który przenosi przez rzekę 

Hudson wszystkie komary z bagien Jersey - i być może właśnie to zdarzyło  się w tej chwili: 

zdenerwowanie   zostało   wywołane   zmianą   pogody,   ale   Bóg   jeden   wie,   że   nie   była   to   zwykła 

irytacja. Światła na Park Avenue zmieniły się właśnie na zielone; chevrolet ruszył z impetem, lecz 

mężczyzna w volkswagenie objął prowadzenie, wcisnął gaz "do dechy" i sprawiał wrażenie, że 

wszystko  inne przestało  mieć w tej chwili znaczenie  - chodziło mu  jedynie o to, aby szalony 

kierowca   szarżujący   z   tyłu   nigdy,   przenigdy   nie   zdołał   go   wyprzedzić.   Jaki   będzie   koszt 

zwycięstwa - to nie miało znaczenia. Tak więc oba samochody przemknęły przez skrzyżowanie 

Osiemdziesiątej   Siódmej   i   Park   Avenue.   Na   widok   tego,   co   się   dzieje,   opiekunki   do   dzieci 

chwytały   swoje   pociechy,   a   kilkunastu   przechodniów   bezskutecznie   wypatrywało   w   tłumie 

jakiegoś policjanta. Samochody jechały teraz w kierunku Madison; kierowca volkswagena tracił 

kontrolę nad swym pojazdem, który zaczynał niemal wibrować jadąc na maksymalnych obrotach. 

Tymczasem   chevrolet   ustawiał   się   w   odpowiedniej   pozycji   i   raz   po   raz   najeżdżał   na   drugi 

samochód - tak więc dwóch facetów liczących razem 150 lat z okładem, staczało w tej chwili walkę 

na śmierć i życie z tego tylko powodu, że w wypożyczonym volkswagenie w okolicach Lexington 

Avenue kilka minut wcześniej zgasł silnik. Takie rzeczy zdarzają się w miastach na porządku 

dziennym, jednak po jakimś czasie przechodzą w zapomnienie; po ostrych sprzeczkach następuje 

okres spokoju, później znów dochodzi do wybuchów, i tak jest bezustannie. O tym incydencie 

również wszyscy szybko by zapomnieli - wszyscy, ale nie Hunsicker.

Hunsicker   realizował   swą   stałą   dostawę;   nienawidził   wykonywać   zleceń   na   ulicy 

Osiemdziesiątej   Siódmej,   gdyż   była   zbyt   wąska;   lubił   jednocześnie   tę   ulicę,   ponieważ   tuż   za 

rogiem, na skrzyżowaniu z Osiemdziesiątą Ósmą, znajdowały się delikatesy Lenox Hill, a za ladą 

w   tym   sklepie   pracowała   Ilene.   Co   tydzień   od   ponad   roku   Hunsicker   wpadał   tam   na   kawę   i 

drożdżówkę.   Pociągały   go   okrągłe   kształty,   jak   również   ładna   buzia;   Ilene   była   rozwódką   i 

smakowitym   kąskiem   dla   mężczyzn,   nigdy   jednak   nie   przystawała   na   propozycje   Hunsickera. 

Owszem, żartowała z nim, czasem nawet wyciągała do niego rękę i rozburzała mu włosy, nigdy 

jednak nie chciała umówić się z nim po pracy. Jej pierwszy mąż był kierowcą ciężarówki i, jak 

background image

mawiała,   przepraszając   przy   tym   za   szczerość,   jedno   małżeństwo   było   dla   niej   wystarczająco 

przykrym doświadczeniem.

- Ale ja jestem inny - argumentował Hunsicker. - Nie jestem jakimś wariatem, dla którego 

jedyną   przyjemnością   życiową   są   ligowe   rozgrywki   w   kręgle;   czytam   bestsellery,   wszystkie 

najpopularniejsze książki, Love story - czytałem, Ojca cbrzestnego, a jakże, wymień tylko jakiś 

znany tytuł - na pewno mam kieszonkowe wydanie tej książki.

Ilene nie dawała się jednak przekonać. Hunsicker mówił jej właśnie, że ostatnia powieść 

Jackie Susann pt. Jeden raz nie wystarczy mogła być przełomem w jej życiu, mogła odmienić to 

życie zarówno pod względem treści, jak i stylu - i wtedy zdarzyła się kraksa.

Hunsicker zorientował się natychmiast, że w wypadku uczestniczył jego pojazd. Skoczył 

więc do drzwi i pobiegł w kierunku Osiemdziesiątej Siódmej jak oszalały i zanim jeszcze dobiegł 

do rogu, poczuł nagle powiew gorącego powietrza, niesamowicie gorącego. Przejeżdżała bowiem 

obok cysterna z ropą, a gdy przejeżdża taki pojazd, kamienie w jego pobliżu rozgrzewają się do 

czerwoności; w tym momencie usłyszał dolatujące zewsząd piski kobiet i dzieci, i kiedy dotarł do 

Osiemdziesiątej   Siódmej,   płomienie   zdążyły   już   opanować   jedną   stronę   budynku,   do   którego 

dostarczał   towar.  Hunsicker  zbliżył   się  do  piekielnego   ognia  tak   blisko,  jak  to  było  możliwe, 

próbując   zorientować   się,   co   się   stało   -   to,   co   zobaczył,   było   już   tylko   obrazem   zgliszczy. 

Wyglądało na to, że wpadły na siebie dwa samochody, które następnie przewróciły się i runęły na 

jego ciężarówkę, i tylko Bóg jeden wiedział, ilu ludzi mogło stracić życie.

Poparzony   Hunsicker   powlókł   się   z   powrotem   do   delikatesów   i   odbył   dwie   rozmowy 

telefoniczne: ze strażą pożarną i z policją. Półprzytomny usiadł przy ladzie, podczas gdy Ilene nie 

pytając, czy ma na to ochotę, nalała mu kawy. Zaczął ją popijać małymi łykami. Było w nim teraz 

coś, co ją wzruszyło - wyszła zza lady, usiadła obok i czystą chusteczką wytarła mu usmoloną 

twarz. Tego wieczoru poszła z nim pierwszy raz do kina, a po trzech następnych randkach spędziła 

z nim noc. Tak więc wszystko ułożyło się po myśli Hunsickera.

Tak samo stało się w przypadku Bibby'ego. Był to ciemnoskóry chłopiec, jeszcze przed 

dwudziestką, który chciał zostać fotografem i w momencie, gdy zdarzył się wypadek, szedł akurat 

w kierunku parku. Był jedynym człowiekiem, który robił wtedy zdjęcia, i kilka z nich okazało się 

całkiem udanych. Gazeta Daily News zakupiła kilkanaście i zamieściła je na czołowych miejscach; 

koniec końców zaproponowała Bibby'emu pracę w pełnym wymiarze godzin, a więc chłopak nie 

miał chyba powodów do narzekań.

I właściwie z niewiadomych przyczyn - czy zdecydowało o tym zwykłe szczęście, zbieg 

okoliczności czy też interwencja Sił Boskich - dość, że ucierpieli tylko dwaj kierowcy, ale i w tym 

przypadku  strata nie była  aż tak wielka. Rosenbaum był  bardzo gderliwym  człowiekiem, miał 

background image

siedemdziesiąt osiem lat, jego zachowanie odznaczało się nieprzyjemną dla otoczenia nagłą zmianą 

nastrojów; z latami stawał się dla wszystkich coraz bardziej nieznośny. Kierowca volkswagena był 

jeszcze starszym, bo osiemdziesięciodwuletnim mężczyzną; był wdowcem i posiadał tylko jednego 

żyjącego  krewnego, syna,  którego nie widział  przez okres równy prawie połowie przeciętnego 

życia ludzkiego i chociaż ich związek krwi był równie mocny jak w innych rodzinach, to jednak 

związek   emocjonalny   pomiędzy   ojcem   i   synem   już   od   dawien   dawna   praktycznie   nie   istniał; 

stosunki ograniczały się jedynie do spraw czysto finansowych. Był wdowcem i uciekinierem, który 

przeżył wszystkich swych przyjaciół, co się zaś tyczy wrogów, w czasie swego życia nie zabiegał o 

to,   by   mieć   ich   zbyt   wielu.   Wszyscy   znali   go   jako   Kurta   Hesse'a;   nie   było   to   jednak   jego 

prawdziwe   nazwisko.   Nazwisko   Kurt   Hesse   widniało   w   jego   prawie   jazdy,   jak   również   w 

paszporcie; lekarze i listonosze zwracali się do niego: "panie Hesse", natomiast jego fryzjer mówił 

do niego: "panie H."; dzieci wołały do niego "dziękuję", gdy na placach zabaw rozrzucał dla nich 

słodycze,  co zresztą  bardzo lubił robić. Jego siostra,  gdy jeszcze  żyła  i gdy wreszcie  do tego 

przywykła, zwracała się do niego: "Kurt". Istotnie, był znany jako Kurt Hesse już od tak dawna, że 

gdyby ktoś niespodziewanie spytał go o nazwisku, gdyby ktoś krzyknął za jego plecami: "Jak się 

pan nazywa?", jest bardziej niż prawdopodobne, że wyjąkałby: "Hesse, Kurt Hesse" i nie miałby 

przy tym świadomości, że mówi nieprawdę.

Jego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Kaspar Szell, jednak już od dwudziestu ośmiu lat 

nikt go tak nie nazywał, i czasami, przed zaśnięciem, zastanawiał się, czy w ogóle istniał ktoś o 

nazwisku Kaspar Szell, a jeśli tak, to jakim byłby człowiekiem, gdyby dano mu szansę przeżycia.

Zginął   na   miejscu   wskutek   wypadku.   Wypadku   -   nie   pożaru.   Pożar   opóźnił   jedynie 

identyfikację zwłok.

Cały incydent, który zaczął się przy Gimbels, trwał mniej niż trzy minuty, a w przypadku 

Rosenbauma okres dotkliwego bólu w najgorszym razie trwał nie więcej niż pięć sekund. Biorąc 

pod   uwagę   wszystkie   te   fakty,   trudno   sobie   wyobrazić,   aby  mogła   wydarzyć   się   szczęśliwsza 

tragedia.

background image

Część I: 

Babe

1

O, idzie laluś - powiedział jeden z chłopców na tarasie.

Levy   robił,   co   mógł,   by   sprawić   wrażenie,   że   ignoruje   chłopców;   w   tym   momencie 

szykował się do zejścia po schodach z brązowego kamienia i sprawdzał, czy sznurówki w jego 

trampkach są wystarczająco mocno zawiązane. Były to jego najlepsze buty, chluba firmy Adidas, 

pasowały do jego nóg tak, jakby najlepszy fachowiec robił je dla niego na miarę i nigdy, nawet w 

dniu, kiedy je po raz pierwszy włożył, nie zrobił mu się na stopach najmniejszy odcisk. Levy nie 

dbał o różne szczegóły ubrania, lecz ze swych butów sportowych był prawdziwie dumny.

- Hej! Idzie laluś, laluś, laluś! - krzyknął inny chłopak z tarasu, przywódca grupy - mały, 

szybki, ubrany zwykle w rzeczy najbardziej jaskrawe. Jego głos brzmiał w tej chwili zaczepnie.

- Jestem pełen uwielbienia dla twojego chapeau. - Mówiąc to wskazał na czapkę Levy'ego.

Levy nie miał zamiaru tego zrobić, ale jakby bezwiednie poprawił na głowie czapkę do 

golfa, a gdy to zrobił i znajdował się już trzy stopnie niżej, jak grom z jasnego nieba wybuchł 

triumfujący śmiech chłopców. Levy był szczególnie uczulony na wszystko to, co dotyczyło jego 

czapki. Już od lat nosił czapkę z daszkiem i nikt nie zwracał na nią uwagi; zmieniło się to jednak po 

Olimpiadzie   w   1972   roku,   kiedy   Wottle,   broniący   barw   USA,   wygrał   bieg   na   800   metrów; 

zawodnik ten nosił czapkę do golfa, a więc wszyscy uznali, że czapka Levy'ego była niczym innym 

jak zwykłym naśladownictwem.

Levy miał zaufanie do niewielu rzeczy na tym świecie, ale jedną z nich - czy to świadczyło 

o zarozumialstwie? chyba tak - był jego własny rozum. Jak na kogoś, kto nie skończył jeszcze 

dwudziestu   pięciu   lat,   posiadał   dość   dużą   inteligencję   i   nigdy   nie   naśladowałby   nikogo   -   a 

zwłaszcza biegacza, a więc kolegi po fachu. W tym momencie Levy wstrzymał oddech, próbując 

się zawczasu przygotować na drwiny chłopców z tarasu, i niczym bocian rozpoczął swój jogging 

po   stopniach   z   brązowego   kamienia.   Chłopcy   z   tarasu   uwielbiali   wprost   obserwować   jego 

niezgrabne ruchy. Zaczęli wymachiwać ramionami, wydając przy tym kaczopodobne dźwięki.

Levy nie cierpiał, gdy go w ten sposób przedrzeźniali. Nie dlatego, że w ogóle to robili i że 

nie odpowiadało to rzeczywistości, lecz właśnie dlatego, że naśladowali jego ruchy tak trafnie, iż 

doprowadzało   go   to   do   wściekłości.   Otóż   on,   T.   B.   Levy,   faktycznie   wyglądał   jak   kaczka,   a 

background image

przynajmniej czasami ją przypominał. Fakt ten nie uszczęśliwiał go, ale tak już niestety było.

Chłopcy   z   tarasu   -   było   ich   zwykle   sześciu   i   byli   z   pochodzenia   Latynosami   -   robili 

wrażenie, jakby całe swe życie spędzali na schodach z brązowego kamienia, które prowadziły do 

budynku znajdującego się o trzy domy dalej od mieszkania Levy'ego, w kierunku Central Parku. A 

przynajmniej byli tam od czerwca, gdy przyjechał tu Levy i zobaczył, jak niczym ptactwo obsiedli 

taras; w tej chwili był już wrzesień i wcale nie szykowali się do odlotu na południe. Być może 

mieli   po   piętnaście   lub   szesnaście   lat,   byli   mali,   szczupli   i   gdyby   się   ich   sprowokowało,   z 

pewnością mogli  się okazać  niebezpieczni;  jadali na tarasie,  odbijali  piłkę ręczną  od schodów 

prowadzących na taras lub grali na chodniku przed domem i często, gdy było już późno i panowała 

ciemność, Levy przechodząc obok widział, jak obejmowali się - i nie tylko z osobnikami, jak 

sądził, płci przeciwnej z najbliższego sąsiedztwa. Chłopcy przesiadywali na tarasie od rana do nocy 

- siedzieli tam, stali, grali w coś, palili papierosy i nie zwracali uwagi na cały świat, gdyż tym 

światem byli oni sami - światem dobrze zorganizowanym i niezmiennym. I czasem, z tego właśnie 

powodu, Levy zastanawiał  się, czy aby im nie zazdrości.  Nie o to chodzi, że chciał,  aby mu 

zaproponowali, by się do nich przyłączył. Z pewnością odrzuciłby taką ofertę. Ale nie wiadomo, 

jak by się zachował. Były to rozważania czysto akademickie - nigdy przecież nie wyszli do niego z 

podobną propozycją.

Levy skręcił i rozpoczął bieg w kierunku Central Parku; gdy przebiegał obok chłopców, ten 

z nich, który był pełen uwielbienia dla jego chapeau, spytał:

- Dlaczego nie jesteś w szkole? - I nagle zaśmiał się sam Levy, gdyż pewnego razu w 

czerwcu, gdy chłopcy w szczególnie dotkliwy sposób okazywali swą złośliwość, Levy zadał im 

właśnie takie pytanie: Dlaczego nie jesteście w szkole? Nie odniosło to wtedy żadnego skutku, co 

więcej - przez następny miesiąc chłopcy dali się Levy'emu nieźle we znaki. W tej właśnie chwili, 

po raz pierwszy od wielu dni, dzieciaki zadały to samo pytanie, które kiedyś adresowane było do 

nich samych - i stąd śmiech Levy'ego. Humor i brak zrozumienia - cóż za osobliwe zestawienie, 

pojęć! Kto był autorem tego stwierdzenia? Levy szperał przez chwilę w pamięci, zanim doszedł do 

wniosku, że był nim Hazlitt. Nie. A może Meredith? G.B. Shaw? Pomyśl - nakazał sam sobie, lecz 

nie mógł nadal przypomnieć sobie właściwego nazwiska. Levy był w tej chwili wściekły na siebie, 

ponieważ takie rzeczy musiało się wiedzieć, jeśli chciało się należeć do tych najlepszych. Jego 

ojciec wiedziałby na ten temat dokładnie wszystko: nazwisko autora, ale nie tylko - wiedziałby, 

skąd   pochodzi   cytat,   potrafiłby   określić   stan   umysłu   autora   w   momencie   tworzenia,   umiałby 

również powiedzieć,  czy był  to pomyślny okres w jego życiu. Znałby na ten temat wszystkie 

szczegóły. Zawstydzony Levy zwiększył tempo biegu.

Levy mieszkał przy Zachodniej Dziewięćdziesiątej Piątej, między Amsterdam i Columbus. 

background image

Nie była to z pewnością zbyt prestiżowa dzielnica, ale student, który pobierał stypendium, musiał 

zdecydować  się na mieszkanie,  które było  jeszcze do wzięcia,  a w czerwcu jedynym  wolnym 

miejscem okazał się pokój z łazienką na najwyższym piętrze budynku z brązowego kamienia pod 

numerem 148 przy Zachodniej Dziewięćdziesiątej Piątej. Właściwie nie było to takie złe miejsce - 

odcinek między tym domem a Columbią był świetną trasą do uprawiania joggingu; trzeba było 

dobiec do Riverside Park, potem do Sto Szesnastej, a następnie prosto jak strzała wzdłuż brzegu 

rzeki; czyż biegacz mógł marzyć o czymś więcej?

Levy przebiegł przez Columbus, przyspieszył jeszcze bardziej, gdy zbliżył się do Central 

Parku, skręcił w lewo przy Dziewięćdziesiątej Piątej, dobiegł do następnej przecznicy i znalazł się 

wśród   zieleni.   Następnie   w   kierunku   kortów   tenisowych,   potem   już   tylko   nieznaczna   zmiana 

kierunku - i był na miejscu.

Przy zbiorniku wodnym.

Levy doszedł do wniosku już przed wieloma miesiącami, że ktoś, kto wpadł na pomysł 

zbiornika   wodnego,   myślał   wyłącznie   o   nim.   Co   do   zbiornika   nie   można   było   mieć   żadnych 

zastrzeżeń; było to wspaniałe jeziorko umiejscowione w najbardziej nieoczekiwanym miejscu - 

graniczyło z posiadłościami milionerów z Piątej i z ich dalekimi krewnymi z Central Park South, 

jak również z dalekimi krewnymi  tych ostatnich, którzy zamieszkiwali obszary wzdłuż Central 

Park West.

Levy z łatwością wyprzedził innych biegaczy,  rozpoczynając bieg wokół jeziorka. Było 

wpół do szóstej - zawsze biegał o tej samej godzinie - ta właśnie pora była dla niego wymarzona. 

Niektóry ludzie woleli ranne przebieżki, lecz Levy nie należał do nich, jego umysł funkcjonował 

najlepiej   rano,   więc   wtedy   właśnie,   przed   południem,   poświęcał   czas   trudnej   lekturze; 

popołudniami   robił   notatki   lub   czytał   łatwiejsze   rzeczy.   Przed   piątą   czuł   się   wyczerpany 

psychicznie, lecz jego ciało rwało się niemal do ruchu.

Tak więc o wpół do szóstej Levy biegał. Był niewątpliwie szybszy od innych biegaczy, 

których spotykał, a więc jakiś przypadkowy obserwator, kierując się przesłankami logiki, miał 

wszelkie prawo dojść do wniosku, że ten dość wysoki, szczupły facet, którego sposób biegania 

mógł kojarzyć się z chodem kaczki, biega naprawdę dobrze.

Ale któż znał jego sny na jawie?

Zamierzał wziąć udział w maratonie. Podobnie jak Nurmi, który stał się już mitem. Kibice 

sportowi kłócili się zaciekle na temat tego, kto jest największym biegaczem - potężny Finn czy też 

sławny T. B. Levy. "Levy - twierdzili jedni - nikt nie potrafi przebiec ostatnich pięciu mil w taki 

sposób jak on." Inni ripostowali, że zanim zawodnicy dobiegliby do miejsca, skąd zostałoby tylko 

pięć mil do finiszu, Nurmi byłby już tak daleko w przodzie, że szybkość Levy'ego nie miałaby 

background image

żadnego znaczenia; takie gorące dyskusje ekspertów ciągnęły się przez całe dziesięciolecia.

Levy nie zamierzał zostać jednym z wielu maratończyków; każdy mógł to osiągnąć, jeśli 

tylko zdecydował się poświęcić temu całe swoje życie. Nie - on zamierzał zostać największym z 

maratończyków.   Do   tych   ambicji   dochodził   intelekt,   który   nakazywał   mu   osiąganie 

oszałamiających  sukcesów;  z  intelektem   szła  w   parze  ogromna  wiedza.   Cała   ta  mozaika   cech 

charakteru tłumiona była w pewnym stopniu poczuciem skromności, które było równie głębokie, 

co szczere.

W   tej   chwili   posiadał   jedynie   tytuł   magistra   w   dziedzinie   literatury,   który   uzyskał   w 

Oksfordzie, a co się tyczy biegania, potrafił się ścigać bez zmęczenia jedynie na dystansie piętnastu 

mil. Ale potrzeba mu kilku lat, by zdobyć zarówno tytuł doktora, jak i mistrza. A tłumy będą 

wiwatować: "Le-vy, Le-vy" i współuczestniczyć w jego triumfach, o których wcześniej nie mógł 

nawet marzyć. Kibice sportowi, którzy obecnie dopingują swych bohaterów krzycząc: "Dee-fense, 

będą w przyszłości skandować "Le-vy".

"Levy, Levy..."

I nikt nie zwróci uwagi na jego niezgrabny sposób biegania. Nikt nie zauważy, że ma ponad 

sześć stóp wzrostu, a jego waga nie osiąga stu pięćdziesięciu funtów, mimo niezliczonych koktajli 

mlecznych   wypijanych   codziennie,   by   z   chudzielca   przekształcić   się   choćby   w   szczupłego 

mężczyznę.

- Le-vy, Le-vy!...

Nikomu   nie   będzie   również   przeszkadzał   śmiesznie   sterczący   kosmyk   włosów   i   twarz 

farmera z Indiany ani też fakt, że po trzyletnim pobycie w Anglii ciągle sprawiał wrażenie kogoś, o 

kim można powiedzieć, że kupiłby Most Brookliński, gdyby tylko dostał taką propozycję. Był 

obiektem uwielbienia niewielu osób, był nie znany nikomu z wyjątkiem Doca - chwała za to Panu. 

Ale to się zmieni. Och tak, zmieni się. "Le-vy... LEEEEE-VY".

A więc biegł teraz, w pełni przeświadczony, że nikt nie potrafi go nigdy pokonać, być może 

z   wyjątkiem   Merkurego.   Niezmordowanego,   osławionego,   aroganckiego,   niezwyciężonego, 

samego Latającego Fina - Nurmiego.

Levy zwiększył tempo.

Do mety zostało jeszcze wiele mil, lecz w tej właśnie chwili przyszedł moment największej 

próby, próby serca.

Levy zwiększył tempo jeszcze bardziej.

Levy zaczął zyskiwać przewagę nad innymi.

Półmilionowy   tłum   stojący   wzdłuż   trasy   biegu   nie   wierzył   własnym   oczom.   Ludzie 

wrzeszczeli wniebogłosy, tracąc niemal kontrolę nad swoimi uczuciami. To, co działo się w tej 

background image

chwili, było czymś niemożliwym, a jednak była to prawda: Levy zbliżał się do Nurmiego!

Levy, przystojny Amerykanin, doganiał rywala. Była to prawda. Levy, tak pewny swego, że 

zdobył się nawet na uśmiech w momencie osiągnięcia największej szybkości w historii biegów 

maratońskich, odbierał w tej chwili Nurmiemu palmę pierwszeństwa. Nurmi był tego świadom - za 

jego plecami działo się coś strasznego. Obejrzał się przez ramię i dla wszystkich widzów stało się 

jasne, że traci wiarę w zwycięstwo. Próbował przyspieszyć, lecz w tym momencie osiągnął już 

szczyt swoich możliwości - jego nogi odmówiły posłuszeństwa, stracił właściwy rytm. Levy był 

coraz   bliżej.   Szykował   się   do   wykonania   decydującego   ruchu.   Był   gotowy   do   wyprzedzenia 

przeciwnika. Levy...

Thomas Babington Levy przystanął na chwilę i oparł się o ogrodzenie jeziorka. Tego dnia 

nie potrafił się odpowiednio skoncentrować, by rozmyślać o Nurmim.

Bolał go bowiem ząb. Kiedy biegnąc uderzał prawą nogą o ziemię, podrażniał jamę ustną 

po   prawej   stronie   górnej   szczęki.   Levy   pomasował   obolałe   miejsce   i   zastanowił   się,   czy   nie 

powinien złożyć wizyty dentyście...

background image

2

Gdy Scylla wszedł do baru na lotnisku, natychmiast zauważył mężczyznę w peruce. Przez 

chwilę nie był zdecydowany, jak się zachować. Powodem tego był fakt, że w czasie ostatniego 

spotkania obaj mężczyźni stoczyli ze sobą walkę - wprawdzie krótką, ale taką, która mogła się 

skończyć śmiercią jednego z nich.

To prawda, że pierwsze ich zetknięcie miało zupełnie inny charakter. Obaj podróżowali 

służbowo i znajdowali się w Brukseli. Obecnie spotkanie nastąpiło w międzynarodowej części 

lotniska w Los Angeles i jeżeli można zaryzykować stwierdzenie, że latanie jest formą rekreacji, 

Scylla podróżował w tej chwili dla przyjemności. Nie oznaczało to jednak, że sytuacja nie była 

kłopotliwa. Jak bowiem przekonać faceta, którego tak niedawno chciał zabić, że nie jest teraz na 

służbie i nie chce nikogo zabijać, a ma zamiar jedynie pogawędzić? Nie mógł tak po prostu podejść 

i   zapytać:   "Cześć,   jak   leci?"   Zanim   wypowiedziałby   słowo   "leci",   miałby   prawdopodobnie 

niepożądaną dziurę w skroni - tak szybki był bowiem Ape w posługiwaniu się pistoletem.

Ape pracował teraz dla Arabów - w Libii albo też Iraku. Scylla nigdy nie był pewny, w 

którym z tych krajów, gdyż zawsze je mylił. Informacja na temat pracy Ape'a była przynajmniej 

aktualna w czasie pierwszego spotkania w Brukseli. Zaraz po powrocie do Dywizji Scylla poprosił 

o kartotekę Ape'a. Wiedział, że takowa istnieje i do tego z pewnością musi być gruba. Dywizja 

szczyciła się tym, że zbierała i przechowywała wszelkie informacje o swoich przeciwnikach.

To nieprawda jednak, by Ape zawsze uchodził za wroga. Często zmieniał pracodawców, a 

wraz z nimi poglądy, ale faktem jest również to, że przez sześć lat pracował dla Brytyjczyków, a 

przez   dwa   następne   lata   dla   Francuzów.   Później   próbował   być   wolnym   strzelcem,   lecz   bez 

większych sukcesów. Zresztą wolni strzelcy właściwie nigdy nie odnoszą większych sukcesów. 

Wyjątkiem był tu tajemniczy i przy tym zjadliwy S. L. Chen, który większość życia pracował w ten 

właśnie sposób.

  o   próbie   założenia   własnego   interesu   Ape   zaczął   podróżować   o   wiele   więcej   niż 

kiedykolwiek przedtem: przez pewien czas przebywał w Brazylii, potem na krótko zatrzymał się w 

Albanii, a obecnie zaangażował się w interesy z Arabami.

Scylla   przyglądał   się   małemu   mężczyźnie   w   peruce,   który   siedział   na   najbardziej 

oddalonym od niego krześle. Niezwykłość sytuacji polegała na tym, że Scylla miał rozwiązać taki 

oto   problem:   jak   przedstawić   się   temu   drugiemu,   nie   narażając   się   na   niebezpieczeństwo. 

Rzadkością bowiem było, aby tacy mężczyźni jak on i Ape stanęli przeciwko sobie i obaj uniknęli 

śmierci.   Ape  był   niższy  od   Mickey   Roneya   i   miał   od   niego   mniej   groźny  wygląd;   od   ponad 

dziesięciu   lat   należał   jednak   do   ścisłej   światowej   czołówki   w   dziedzinie   posługiwania   się 

background image

wszystkimi rodzajami broni krótkiej; Scylla natomiast uchodził za najszybszego obok Chena w 

zabijaniu obiema rękami - dłonią odwróconą do góry, dłonią odwróconą w dół, lewą, prawą - każde 

uderzenie mogło być śmiertelne.

Scylla doszedł do wniosku, że kierując się zasadami logiki powinien znaleźć jakiś inny bar. 

Nie bał się ryzyka, lecz zawsze próbował unikać nieoczekiwanych sytuacji. Odszedł kilka kroków 

od swojego miejsca, lecz przystanął - pomimo wszystko miał jednak ochotę porozmawiać z Apem. 

Taka okazja nie trafiała się zbyt często. Gdy Scylla stawiał w tej profesji pierwsze kroki, Ape 

należał już do nielicznej grupy ludzi z różnych krajów, którzy mogli sobie rościć prawo do tego, 

aby uchodzić za prawdziwą legendę. Scylla był wtedy jeszcze w tyle za innymi i dopiero piął się do 

góry wraz  z   takimi  facetami  jak  Brighton,   Trench  i   Fidelio.   Każdy  z  nich   -  cóż  za   szkoda  - 

przeszedł już w stan spoczynku. A w każdym przypadku owo przejście w stan spoczynku odbyło 

się w dość niecodziennych okolicznościach.

Scylla  nagle  przyspieszył.  Jak na mężczyznę  o tych  rozmiarach  był  niezwykle  zwinny, 

szczególnie na początku jakiegoś działania. Nie był zbyt szybki, lecz sama szybkość to jeszcze za 

mało - liczyła się przede wszystkim zwinność. Słyszał, jak pewnego razu trener koszykówki pytał 

kolegę po fachu o jakiegoś młodego zawodnika: - Czy jest zwinny? - To pytanie utkwiło Scylli 

głęboko w pamięci. Przedtem nie wiedział, że zwinność może iść w parze z powolnością. Scylla 

przeszedł obok krzeseł przy barze i gdy był już na tyle blisko celu, by wkroczyć do akcji, przybrał 

właściwy dla takich sytuacji wyraz twarzy, zrobił raptowny zwrot w kierunku małego mężczyzny i 

mocnymi ramionami przytwierdził go do krzesła. Wyglądało to tak, jakby od dawna poszukujące 

się łosie odnalazły się nagle i zaczęły swój tajemniczy rytuał powitania. Scylla wyszeptał:

- Spokojnie, Ape - po czym usłyszał słowa, które dodały mu otuchy:

- Nie mam przy sobie broni.

Scylla usiadł na krześle obok Ape'a. Szybkość reakcji tego faceta zrobiła na nim niemałe 

wrażenie.  Co sprawiało, że Ape był  niedościgniony w posługiwaniu się pistoletem?  Nie sama 

celność, którą - rzecz jasna - posiadał, lecz fakt, że kula z jego pistoletu znajdowała się już w 

powietrzu, podczas gdy jego przeciwnik ciągle celował.

- Czujesz się nieswojo? - zapytał Scylla.

- Dlaczego? Dlatego, że nie mam broni? Nie, dlaczego miałbym się tak czuć? A czy ty się 

tak czujesz?

Scylla nie odpowiedział, splótł tylko luźno duże ręce, opierając palce na barze.

Ape zmierzył go spojrzeniem.

- Ale ty nigdy nie chodzisz bez broni, prawda?

Scylla wzruszył ramionami.

background image

- Ręce są lepsze - powiedział Ape. - Nie ma porównania. Gdybym miał twoje rozmiary, 

wyspecjalizowałbym się w walce rękami.

Scylli natychmiast przyszedł na myśl Chen, który był dużo mniejszy nawet od Ape'a; przy 

tym   filigranowy   i   ważył   nie   więcej   niż   sto   funtów.   Scylla   nie   miał   najmniejszego   zamiaru 

powoływać   się   na   przykład   Chena,   wyręczył   go   jednak   w   tym   Ape.   Scylla   nie   mógł   się   nie 

uśmiechnąć. Nie miał pojęcia, gdzie i w jakim kraju Ape przeszedł wstępne przeszkolenie, ale było 

bardziej niż prawdopodobne, że w podobnym miejscu i okolicznościach jak on sam. Właściwie 

wszystko, co obaj mężczyźni wiedzieli o sobie, było ukryte w kartotekach biur, z którymi byli 

służbowo związani. Z jednej strony to prawie nic, z drugiej jednak - bardzo wiele. Mogły się 

zdarzyć takie sytuacje, że ci dwaj potrafiliby niemal czytać w swoich myślach - i taka właśnie 

sytuacja miała miejsce w tej chwili.

- Powodem, dla którego pan S. L. Chen potrafi tak zręcznie zabijać obydwoma rękami, jest 

fakt, że to cholerny żółty dzikus, a taka umiejętność, to jakby druga natura żółtków, podobnie jak 

drugą naturą wszystkich Murzynów jest umiejętność tańca. - Ape spojrzał na resztkę whisky, jaka 

została w jego szklance. - To miało być śmieszne - powiedział. - Ale chyba nie było, prawda? - 

Scylla nie zdążył odpowiedzieć, gdyż mały mężczyzna ciągnął dalej: - Pewnie wpadniesz teraz w 

posępny   nastrój   i   pomyślisz,   że   jestem   pełen   uprzedzeń.   Ape?   Spotkałem   go   kiedyś.   Mały 

zgryźliwy   wypierdek   noszący   źle   dopasowaną   perukę.   Jeszcze   jedną.   -   Te   ostatnie   słowa 

adresowane były do barmana, który skinął głową, sięgnął po butelkę szkockiej i nalał następną 

kolejkę. - Tym razem potrójną - powiedział Ape. Barman potaknął i dopełnił szklankę.

Scylla zamówił to, co zawsze.

- Proszę szkocką, dużo wody sodowej i dużo lodu - powiedział i jednocześnie pomyślał, że 

Ape   był   zbyt   sprytny,   aby   zamawiać   potrójne   drinki.   Potrójne   były   niebezpieczne   -   mowa   i 

myślenie stawały się wolniejsze; wolniej sięgało się również po broń; wszystko to było prawdą, 

więc Scylla nie mógł, rzecz jasna, o tym mówić. Rozmowę skierował zatem na inne tory.

- Peruka nie jest wcale zła - powiedział.

- Nie jest zła? Jezu, dziś na wietrze jej przednia część nieomal sfrunęła mi z głowy. Tył 

peruki został na swoim miejscu, ale przód trzepotał jak flaga. Musiało to wyglądać, jakby moje 

włosy   dawały   komuś   znaki.   -   Spojrzał   na   swoją   szklankę.   -   To   też   nie   wypadło   śmiesznie. 

Potrafiłem być kiedyś taki zabawny. Naprawdę, Scylla. Byłem prawdziwym komikiem.

- Wierzę ci.

- Nie wierzysz w ani jedno moje słowo.

- Czy to ma jakieś znaczenie?

- Nie - odpowiedział Ape, po czym dodał: - Ależ tak, ma, i to duże.

background image

Scylla pomyślał, że będzie najlepiej, jeśli skwituje to milczeniem.

- Sam wybrałem dla siebie imię - kontynuował mały mężczyzna. - Sam wybrałem dla siebie 

pseudonim. Powiedzieli: Chcesz być znany jako kto? A ja, od czasu, gdy skończyłem dwadzieścia 

dwa lata, jestem łysy jak kolano, więc odpowiedziałem natychmiast: Ape - w nawiązaniu do sztuki 

tego   Amerykanina,   O'Neilla,   pod   tytułem   "Hairy   Ape".   ("Włochata   małpa").   Czy   rozumiesz 

śmieszność tej sytuacji? Przez całe życie taki byłem, zawsze wywoływałem salwy śmiechu.

Scylla uśmiechnął się, ponieważ tak nakazywała przyzwoitość; innym powodem uśmiechu 

było to, że jedną z namiętności Ape'a było utrzymywanie w sekrecie swego pochodzenia. Żadnym 

językiem Ape nie władał na tyle dobrze, aby można go przypisać do jakiegoś kraju, a mówiąc o 

O'Neillu jako o Amerykaninie, dawał niejako do zrozumienia, że Ameryka nie jest jego ojczyzną.

- Miałem na myśli perukę - powiedział Scylla. - Jest zupełnie znośna, nie tak dobra, jak tego 

Amerykanina Sinatry, ale śpiewasz pewnie gorzej niż on.

Ape uśmiechnął się.

- Był kiedyś facet, chyba było to jeszcze zanim zacząłeś karierę w tym zawodzie, nazywał 

się Fidelio; okropnie zależało mu na tym, by dowiedzieć się, skąd pochodzę. Miał obsesję na tym 

punkcie;   każdą   wolną   chwilę   wykorzystywał   na   sprawdzenie   choćby   najmniejszego   śladu 

prowadzącego do rozwiązania zagadki. Mówiąc coś, używałem takich sformułowań, by dać mu 

jakąś wskazówkę.

Ze   wszystkich   legendarnych   postaci   Scylla   był   najbardziej   zafascynowany   Fideliem; 

człowiek   ten   kochał   muzykę,   będąc   dzieckiem   grał   cudownie   na   skrzypcach.   Jego   talent   nie 

rozwinął   się   w   wieku   dorastania,   lecz   pasja   do   muzyki   nie   opuściła   go   nigdy.   Był   również, 

przynajmniej według kartotek Dywizji, najbardziej błyskotliwym ze wszystkich pracowników, nie 

wyłączając ludzi z zagranicy.

- Czy dobrze go znałeś? Mam na myśli Fidelia.

- Czy go znałem? Na Boga, pytasz, czy go znałem - to ja przecież zająłem jego miejsce...

- Naprawdę? Nie wiedziałem o tym, nasze kartoteki nie wspominają o tym ani słowem. Jak 

się to stało? To musiało być trudne. Boże, to musiało być prawie niemożliwe. - Scylla mógłby 

ciągnąć w tym tonie jeszcze dłużej, ale w porę zorientował się, że wyszedłby na głupca. W tym 

momencie poczuł się dokładnie tak, jak młody Joe Di Maggio mówiący do Babe'a: "Czy naprawdę 

ustawiłeś tak kij i zdobyłeś punkt, czy był to tylko przypadek? Czy wiedziałeś, że możesz zdobyć 

ten punkt? Jak się czułeś zdobywając kolejne punkty, słysząc wiwaty tłumu? No proszę, mów, tak 

bardzo chciałbym wiedzieć".

Ape wziął do ręki szklankę i spojrzał na jej zawartość.

Scylla czekał cierpliwie. Gdy Babe Ruth mówił o uderzaniu kijem i zdobywaniu punktów, 

background image

to on dyktował tempo rozmowy - nie jego słuchacze.

- Cieszę się, Scylla, że się do mnie przysiadłeś - powiedział Ape, wpatrując się ciągle w 

swoją whisky. - Miałem nadzieję, że tak się stanie. Widziałem, jak stałeś w drzwiach. - Wskazał 

ręką w kierunku malowidła za barem; szyba była lekko pochylona w stronę głównego wejścia. - 

Odbicie jest trochę zamazane, lecz na tyle wyraźne, by rozpoznać wchodzącego. Gdy zobaczyłem, 

że się wycofujesz, miałem ochotę skinąć na ciebie ręką.

- Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Ape popijał swojego potrójnego drinka, a właściwie muskał tylko ustami szklankę, z której 

nic nie ubywało.

- To dopiero mój drugi - i zamierzam go tylko skosztować. Jestem zupełnie trzeźwy.

Scylla zrozumiał sens wywodu Ape'a dopiero wtedy, gdy ten powiedział:

- Nie kiwnąłem do ciebie ręką, gdyż nie lubię narzucać się ludziom. Chyba jestem już taki 

od dzieciństwa.

Nie powinieneś mówić tego wszystkiego - pomyślał Scylla, ale ponieważ była to prawda, 

nie powiedział tego głośno. Z Apem działo się coś niedobrego. Coś od środka trawiło straszliwie 

cały jego organizm.

- Miałeś mi opowiedzieć o Fideliu - powiedział Scylla.

- Opowiem; pamiętam, że miałem to zrobić. Nie gorączkuj się, Scylla, nie jestem pijany i 

nie zacznę bełkotać.

Powód, dla którego Ape czuł się taki udręczony, miał niedługo zostać odkryty; Scylla czuł, 

że  tak się  właśnie stanie.  Sam nie  miał  na to  dużego wpływu  - mógł  jedynie  czekać.  Jednak 

czekanie nie było niczym przyjemnym, więc podjął temat interesujący dla nich obu i przypomniał 

wydarzenia, które razem przeżyli w Brukseli - walkę, z której obaj wyszli bez szwanku. Właściwie 

spotkanie było przypadkowe. Z niewiadomego powodu zostali obaj poddani dokładnej kontroli 

celnej, po czym nagle znaleźli się w tym samym pomieszczeniu wraz z jakimś martwym ciałem, 

Ape oddał wtedy strzał, a Scylla zamachnął się na niego prawą ręką, lecz chybił celu, którym było 

miejsce, gdzie szyja łączyła się z ramieniem. Ramię przeciwnika było zaskakująco umięśnione. 

Ape wystrzelił wtedy ponownie, lecz potknął się. Wyglądało to bardziej na ostrzeżenie niż próbę 

zabicia przeciwnika. W tym momencie było już po wszystkim i każdy z mężczyzn poszedł w swoją 

stronę.

- Dlaczego chybiłeś, strzelając pierwszy raz? - zapytał Scylla. - Oczywiście nie jest mi 

przykro z tego powodu, to chyba zrozumiałe.

- Nie piłem wtedy, byłem abstynentem; zdarzyło się to ponad rok temu.

- Wydaje mi się, że piętnaście miesięcy temu.

background image

Ape pokiwał głową.

- Cienie - powiedział. - Cienie bardzo źle wpływają na celność strzału. Chyba celowałem 

zbyt wysoko. Celowałem w twój mózg, a trafiłem w ścianę. Gdybym celował w serce, mógłbyś 

przez jakiś czas czuć się nieswojo.

Scylla podniósł szklankę.

- Za cienie.

Ape umoczył tylko usta w swojej whisky.

W tym momencie ogłoszono dalsze opóźnienie lotu do Londynu. Ape zaklął i pociągnął 

długi łyk szkockiej.

- Ja też lecę do Londynu - powiedział Scylla i dotknął koperty w   wewnętrznej kieszeni 

marynarki; w kopercie znajdował się bilet pierwszej klasy. - Świetnie. Nigdy wcześniej w czasie 

tego cholernego lotu nie miałem  żadnego towarzystwa; przez jedenaście godzin dzieje się zawsze 

to   samo,   czyli   dokładnie   nic.   Gdy   latam,   nie   potrafię   czytać   niczego   poważniejszego   niż 

czasopisma. Autobiografia Hedy Lamarra to doskonała lektura w czasie takiego lotu.

- Ja lecę klasą turystyczną - powiedział Ape i w tym momencie Scylla już wiedział, co 

gryzie małego mężczyznę.

- Dla niepoznaki?

Ape potrząsnął głową.

- Prawdopodobnie popełniono błąd.

Ape powtórnie potrząsnął głową.

Scylla wiedział, że najlepiej zachowa się, jeśli nie powie nic. Bo cóż mógł w takiej sytuacji 

powiedzieć?   Gdy   wykonywało   się   taką   pracę,   latało   się   pierwszą   klasą.   Wszędzie. 

Przedstawicielom   tego   zawodu   nie,   płaciło   się   na   starość   zasiłków   ani   emerytur;   nikt   nie 

gwarantował też bezpiecznych warunków pracy. Jeśli ktoś leciał klasą turystyczną, wynikało to z 

woli przełożonych  i było  dostosowane do konkretnego zadania, jakie miało być  wykonane. W 

przeciwnym razie powód mógł być tylko jeden: przełożeni chcieli komuś dać do zrozumienia, że 

jego akcje spadają i odejście z pracy jest jedynie sprawą czasu. Z takiej pracy, rzecz jasna, nie 

odchodziło   się   na   własną   prośbę.   Zerwanie   z   Dywizją   było   więc   niezmiennie   związane   z 

kłopotami.

Scylli wydawało się jednak, że wysłanie w podróż legendarnej postaci klasą turystyczną jest 

mimo  wszystko   aktem  łajdactwa.   Chryste,   czyż   nie  można  mu  było   dać  takiego  zadania,   aby 

zginął; czyż nie można było stworzyć takich warunków, aby mógł przynajmniej odejść w chwale? 

Przecież zasłużył sobie na to.

Ale z drugiej strony pamiętajmy o tym, że nawet takich jak Jankees i Babe Ruth również 

background image

spisano na straty.

- Miałem dobrą passę - powiedział Ape. - Lepszą niż większość innych.

- I zająłeś miejsce Fidelia.

- Trencha również. O tym też nie wiedziałeś, prawda? Załatwiłem ich obu. W tym samym 

roku. Wtedy cienie nie przeszkadzały mi. - Pociągnął następny łyk szkockiej. - Czy wiesz, o czym 

myślałem, zanim przyszedłeś?

Scylla potrząsnął głową.

- Czy chcesz wiedzieć? - Scylla pomyślał, że nie ma na to najmniejszej ochoty; to żadna 

przyjemność usłyszeć od Johnny'ego Unitasa, że nie potrafi już podłożyć bomby lub też skłonić 

Elgina Baylora do wyznania, że jego strzał z wyskoku to już zamierzchła przeszłość.

- Jeśli chcesz mówić, to mów.

- A więc myślałem o tym, że nigdy nie miałem kobiety, której nie zapłaciłem, nigdy nie 

było   dziecka,   które   znało   moje   imię,   nigdy   nie   miałem   też   peruki,   która   podniosłaby   moją 

atrakcyjność.

- Sentymentalne bzdury - powiedział Scylla z nadzieją, że ta uwaga spełni swoje zadanie...

Panie Loman, niech pan jakoś zareaguje, niech pan zareaguje...

Mały mężczyzna przez chwilę milczał. Następnie wybuchnął głośnym śmiechem.

- Do diabła, Scylla, cóż za trafna uwaga. - Po chwili, ku zdumieniu Scylii, uśmiechnął się.

Scylla skinął głową i powiedział:

- A teraz opowiedz mi tę cholerną historię o Fideliu, w przeciwnym razie będę musiał pójść 

do księgarni i poszukać "Wyznań Lany Turner".

- Zacznijmy od małych  ablucji - powiedział  mały mężczyzna  i zeskoczył  z wysokiego 

krzesła. - Wiesz o tym, ta informacja jest na pewno w mojej kartotece w Dywizji. - Powiedziawszy 

to, wybiegł pędem z baru; wyglądał na kogoś, kto jest niewątpliwie w dobrym nastroju.

W kartotece Ape'a znajdowała się informacja na temat kłopotów z nerkami i zbyt nisko 

umieszczonym jelitem; była tam również wzmianka o operacji, którą przeszedł kilka lat temu. Tak 

więc Scylla mógł się domyślać, że Ape pobiegł do toalety oraz że do tego właśnie miejsca odnosiła 

się prawdopodobnie uwaga na temat "ablucji".

Gdy tylko Ape zniknął z pola widzenia, Scylla podniósł szklankę i tak po prostu postanowił 

zmienić swój bilet na bilet klasy turystycznej. Nie była to w końcu aż tak bolesna decyzja, jeśli 

podejmowało się ją samemu. Scylla natychmiast wyszedł z baru i poszedł w kierunku okienka linii 

Pan Am. Przy okienku czekał niespodziewanie krótko. Wytłumaczył, o co chodzi, dostał to, czego 

chciał - tak, po prostu - po czym ruszył z powrotem do baru. Gest ten był prawdopodobnie tym 

samym, co wybuch emocji Ape'a, czyli sentymentalną bzdurą, ale jeśli historia na temat Fidelia 

background image

miała okazać się barwna i godna uwagi, to czyż nie była to świetna sposobność, aby jej wysłuchać; 

to samo dotyczyło zresztą opowieści o Trenchu, Scylla postanowił, że to właśnie powie Ape'owi, 

gdy ten się dowie, że lecą razem. Zrobi wtedy wrażenie ambitnego pracownika zainteresowanego 

losem kolegów po fachu - a nie kogoś, kto przedwcześnie opłakuje czyjeś odejście.

Scylla zajął miejsce przy barze i czekał na powrót Ape'a. Powoli dopił whisky z wodą 

sodową.

Krzesło obok pozostawało wolne.

Scylla zamówił następną kolejkę.

I pociągnął mały łyk.

To oczywiste, że musiało dziać się coś bardzo złego.

Następny łyk.

Scylla  pomyślał,  że to nie jego sprawa. Przez chwilę siedział samotnie  przy barze, nie 

odzywając się do nikogo. W pewnym momencie pociągnął długi łyk szkockiej. Prawdopodobnie 

ilość wypitego jednym haustem alkoholu była właśnie tym, co wpłynęło na jego dalsze działania. 

Nie   pił   bowiem   nigdy   dużo,   gdy   nie   siedział   za   zamkniętymi   na   klucz   drzwiami   -   a   takiej 

prywatności z pewnością nie można było oczekiwać w barze na lotnisku. Oznaczało to, że Scylla 

poddaje się nastrojowi zniecierpliwienia, a to z kolei było oznaką tego, że musi bardzo chcieć 

usłyszeć historię Fidelia - a to wreszcie oznaczało, że nie może tak po prostu siedzieć, lecz musi 

zacząć działać - wstał więc i podążył w kierunku toalety.

Informacja umieszczona na drzwiach toalety nie pozwoliła jednak Scylii na natychmiastowe 

podjęcie działania. "Przepraszamy za uszkodzenie w rurach. Prosimy o skorzystanie z urządzeń 

przy wejściu na schody ruchome. Dziękujemy". Wywieszka była przyklejona do drzwi taśmą, a 

słowa   starannie   napisane   atramentem.   Scylla   pokiwał   głową,   pamiętając,   że   schody   ruchome 

znajdowały się w dość odległym miejscu, co tłumaczyło tak długą nieobecność małego mężczyzny 

w peruce.

Scylla  był  w połowie drogi do baru, gdy nagle  doszedł  do wniosku, że wywieszka  na 

drzwiach   nie   mówiła   prawdy.   Zawrócił   i   ruszył   z   powrotem   do   toalety,   zastanawiając   się 

jednocześnie   nad   tym,   dlaczego   nie   miał   co   do   tego   wątpliwości.   Takiej   pewności   nabrał 

prawdopodobnie   dzięki   słowu:   "urządzenia"   -   nikt   przecież   nie   używał   słowa   "urządzenia". 

Dopiero po jakimś czasie można się było zorientować, co się za tym słowem kryje. Wiedział, że 

wywieszka była fałszywa, wiedział również to, że drzwi były zamknięte na klucz. Gdy znalazł się 

jednak na miejscu, lekko je pchnął.

Były   istotnie   zamknięte   na   klucz;   zamki   nie   stanowiły   jednak   dla   Scylli   problemu   - 

wiedział, jak się z nimi obchodzić. Sięgnął ręką do kieszeni spodni. Wytrychy - to był wielki temat, 

background image

wszyscy mówili o wytrychach, pisano o nich w książkach. Scylla wiedział jednak, że są zupełnie 

bezużyteczne - chyba że ma się do dyspozycji sto wytrychów o różnych rozmiarach i kształtach. 

Właściwym narzędziem był pilnik, a Scylla zawsze miał go przy sobie. Jeśli miało się do czynienia 

z   zamkiem,   wystarczył   jeden   odpowiedni   pilnik   i,   rzecz   jasna,   należało   się   nim   odpowiednio 

posłużyć. Scylla wyciągnął z kieszeni mały scyzoryk o dwóch ostrzach; byłby to zupełnie zwykły 

scyzoryk, gdyby nie fakt, że mniejsze ostrze było zmienione - nieznacznie cieńsze i posiadało na 

końcu prawie niezauważalny haczyk; nie był to więc prawdziwy pilnik przez duże "p" i żaden 

szanujący   się   ślusarz   nie   użyłby   go   do   wykonania   jakiejś   ważnej   pracy;   niezależnie   od   tego 

scyzoryk  spełniał  swoją  funkcję. Scylla  włożył  go bezszelestnie  do dziurki  od klucza,  wyczuł 

miejsce, gdzie znajdowały się zapadki, poruszył ostrzem w dół i w górę - i było po wszystkim.

Słaniając się na nogach, Scylla wpadł do toalety i niepewnym krokiem skierował się w 

stronę umywalek. Wewnątrz znajdowały się dwie inne osoby: młody instalator, który pochodził 

prawdopodobnie gdzieś z Kaukazu: ubrany w roboczy kombinezon, naprawiał zewnętrzne rury; 

drugą osobą był czarny mężczyzna, który zamiatał pomieszczenie i w tym akurat momencie pchał 

olbrzymi brezentowy worek wypełniony śmieciami.

- Martini potrafi zwalić człowieka z nóg - wybełkotał Scylla do czarnego mężczyzny, po 

czym  odkręcił kurek z zimną  wodą i sprawdził,  jaki woda ma  smak. - Martini potrafi  zwalić 

człowieka z nóg - wybełkotał tym razem do instalatora.

- Hej! Wyjdź stąd - powiedział instalator, zbliżając się do Scylli. - Popieprzyło się coś w 

rurach.

Scylla zamrugał, robiąc przy tym głupią minę, po czym zakręcił kurek.

- Nie widziałeś wywieszki? - spytał Murzyn.

-   Wywieszki?   -   powtórzył   zmieszany   Scylla.   -   Było   tam   napisane,   że   to   toaleta   dla 

mężczyzn.   Oczywiście,   że   widziałem   napis,   naturalnie,   że   widziałem,   nie   chciałem   przecież 

narażać się na awanturę z kobietami w damskiej toalecie. - Potrząsnął głową. - Martini potrafi 

człowieka zwalić z nóg - powiedział do lustra, po czym ponownie odkręcił kurek z zimną wodą i 

obmył twarz.

Instalator zakręcił kurek, podczas gdy czarny podszedł do drzwi, otworzył je i sprawdził, 

czy wywieszka nie zniknęła.

- Nie może pan korzystać z wody, mówię serio. Przykro mi, ale jest to niemożliwe. - Był 

bardzo uprzejmy i szczery; Scylla zastanowił się, kto zajął miejsce Ape'a, on czy ten czarny, i czy 

ci dwaj byli Arabami, czy też wrogami Arabów. Dla Ape'a nie miało to już znaczenia. Scylla 

wiedział, że Ape spoczywa w tym momencie na dnie brezentowego worka.

- Przykro mi - powiedział Scylla. Mówiąc to nie kłamał. Nie usłyszy już historii o Fideliu 

background image

ani o Trenchu, którym również był zainteresowany. Ale musiało się to stać. Ape wiedział o tym 

równie dobrze jak wszyscy inni. Scylla odczuwał żal. Był to szczery żal, jednak wydarzenie to nie 

poruszyło go na tyle, by spędzić mu sen z powiek.

W tym momencie wrócił pospiesznie czarny.

- Wywieszka jest na swoim miejscu.

Instalator podniósł wzrok na drugiego mężczyznę.

- Aha, chodzi o ten papierek - powiedział Scylla. - To przecież nie wywieszka. Co tam było 

napisane?

- Że urządzenia są uszkodzone - odpowiedział instalator. - I żeby korzystać z tych, które są 

na dole.

Scylla niemal zaśmiał się, myśląc o własnym geniuszu - "nikt nie używa słowa urządzenia, 

dopiero po jakimś czasie można się zorientować, co się za tym słowem kryje". Och! Czyż nie był 

inteligentnym facetem? Dwaj mężczyźni ciągle patrzyli na siebie i Scylla wiedział, że zastanawiają 

się nad tym, czy mają mu pozwolić odejść. "Tu pochowany jest Scylla, skończył się w momencie, 

gdy   zaczął   używać   przyzwoitych   słów."   Scylla   stał   zupełnie   nieruchomo   w   pozie   pijanego 

mężczyzny, opierając się o umywalkę, i ani przez myśl mu nie przeszło, żeby się ruszyć, dopóki ci 

dwaj nie powiedzą mu, aby to zrobił. Był pewny, że tak się właśnie stanie, gdyż jego osoba nie była 

objęta   ich   planem   działania;   mieli   zadanie,   które   wykonali,   a   on   nie   był   dla   nich   obiektem 

zainteresowania. Z pewnością też nigdy się z nimi nie spotka, gdyż ma własne sprawy, którymi 

musi się zająć. Nie było możliwości, aby powtórnie pojawiła się w jakiejkolwiek formie przemoc; 

przemoc nie istniała w tej chwili i Scylla o tym wiedział, a więc gdy znów się pojawiła, czuł się 

zaskoczony. Był tym bardziej zaskoczony, gdyż to on sam był tego sprawcą.

W pewnym momencie zobaczył bowiem patetyczną perukę Ape'a, która leżała na podłodze 

w rogu toalety.

Sukinsyny   zaatakowały   malutkiego   mężczyznę,   cierpiącego   wskutek   zbyt   nisko 

umieszczonego jelita, w najmniej godnych okolicznościach - zhańbili legendarną postać, gdy ta 

miała opuszczone spodnie.

"Jezu  Chryste,   powinieneś  był   poczekać!"   Gdy  mężczyźni  odwrócili  od  siebie  wzrok  i 

spojrzeli na Scyllę, ten ruszył nagle na instalatora - nie dlatego, że był bliżej, lecz z tego powodu, 

że miał w ręce ciężki klucz, którego prawdopodobnie użył wcześniej jako broni.

Scylla złączył końce palców i zwalił instalatora z nóg, zadając mu cios poniżej brody. Z 

drugim poszło łatwo, gdyż nie był jeszcze świadomy, z kim ma do czynienia; czarny mężczyzna 

zajął szybko pozycję obronną, przygotowując się do zadania ciosu z prawej. Scylla nie miał w 

takiej sytuacji kłopotów z wyprowadzeniem celnego ciosu z lewej - twarda krawędź jego ręki 

background image

uderzyła przeciwnika w ramię w okolicy szyi; w tym momencie dał się słyszeć trzask łamanej 

kości i czarny mężczyzna rozciągnął się jak długi obok instalatora.

- Dlaczego nie poczekałeś?

Instalator próbował w tej chwili złapać oddech; po tym uderzeniu stracił już chyba głos na 

dobre; w tym samym czasie czarny podniósł wzrok i zamrugał oczami. Był oszołomiony takim 

obrotem sprawy. Trzymał się za ramię, jakby próbując utrzymać je na właściwym miejscu, i szukał 

sposobu na to, by zmusić swój intelekt do wyartykułowania jakichś sensownych słów.

Scylla zaczął mówić łagodnym głosem:

- Myślę, że ściągnę ci portki. Czy podoba ci się ten pomysł? Potem posadzę cię na sedesie, 

co ty na to? I zabiję cię. I zabiję cię! Czy podoba ci się ten pomysł?!

- Rozkazy - zdołał wykrztusić czarny mężczyzna. - O tobie nie było mowy. Nie zabijaj nas.

- Wiesz, kim jestem?

- Ależ wiem - powiedział czarny. - Scylla.

Scylla spojrzał na mężczyzn i naprawdę nie mógł się zdecydować, czy z nimi skończyć. 

Ciągle czuł wściekłość, więc zrobienie tego przyszłoby mu z łatwością. I mógłby zaryzykować 

ucieczkę.

- Nie rób tego - powtórzył czarny.

Instalator miał nadal trudności ze złapaniem oddechu.

I wtedy czarny uratował swoje życie i tego drugiego.

- Nie mówili mi, że jest twoim przyjacielem.

- Owszem - powiedział Scylla. - Tak. - W tym momencie nie był już taki wściekły. - Przez 

wiele lat - ciągnął Scylla, próbując nadać słowom poważniejszy ton. Nie było to jednak możliwe. 

Ape nie był bowiem jego przyjacielem. Nie był ani przyjacielem, ani znajomym; nie był kolegą ani 

nikim w tym rodzaju. Łączył ich jedynie zawód. A czy to ma jakieś znaczenie?

Scylla ukląkł nagle i pochylił się nad mężczyznami, składając ręce tak, jakby chciał ich 

zabić. Chciał wywołać w nich strach - i osiągnął to. Śmierć była zarówno w ich oczach, jak w ich 

umysłach.

- Zapamiętajcie to dobrze - powiedział i choć był już spokojny, jego głos ciągle drżał. - 

Zawsze zostawiajcie człowiekowi choćby coś małego. Czy rozumiecie mnie? Jakąś małą rzecz, 

zostawiajcie mu choć tyle. Niech to będzie jakiś strzęp czegoś, ale niech ten strzęp zostanie przy 

człowieku. Czy rozumiesz mnie?

- Tak - powiedział czarny.

Scylla zbliżył ręce do leżących mężczyzn.

- Rozumiem - wykrzyknął czarny, lecz wiedział w tym momencie, że to koniec. O tym 

background image

samym przekonany był również instalator.

Gdy Scylla widział już, że ci dwaj przekonani są o swej zagładzie, powstał w milczeniu i 

wyszedł, po czym powrócił do baru, dokończył szkocką i zamówił następną.

Cóż za głupota z jego strony! Wszystko wyjdzie na jaw. Tych dwóch poinformuje swój 

sztab,   a   ten   z   kolei   z   wielkim   hukiem   powiadomi   Dywizję   o   tym,   że   Scylla   okazał   się 

niegrzecznym chłopcem. Co gorsze - Scylla ingerował w plany Dywizji. A Dywizja, rzecz jasna, 

zrobi, co w jej mocy, by zaprzeczyć tym pomówieniom.

Ale ludzie z Dywizji nie będą już mieli do Scylli pełnego zaufania. Och, to pewne, że będą 

nadal korzystać z jego usług; był ciągle zbyt cennym nabytkiem, aby wyrzucić go na śmietnik. Ale 

będą   go   mieli   na   oku.   Będą   obserwować   jego   poczynania   dużo   baczniej   niż   w   przeszłości, 

zastanawiając się przy tym, dlaczego tak nieodpowiednio zachował się, jaka mogła być przyczyna, 

dla której dopuścił się takiego czynu, czy można mu nadal ufać, czy też nie zasługuje już na to. A 

gdy coś podobnego powtórzy się...

Scylla postanowił, że nic podobnego nie może się powtórzyć w przyszłości.

A Arabowie, którzy wynajęli czarnego i instalatora - jeśli rzeczywiście byli to Arabowie - 

oni również będą go mieli na oku. Trzeba ochraniać własnych ludzi, a czyż nie można się było 

spodziewać, że wrogowie spróbują skończyć z nim, gdy znajdą u niego jakiś słaby punkt - być 

może   zmiażdżą   mu   ramię   lub   też   pozbawią   go   zdolności   mówienia?   Lub   też   -   jeśli   zostaną 

doprowadzeni do prawdziwej wściekłości - być może skręcą mu kark i pozwolą żyć w kalectwie 

przez dziesięć lub więcej lat.

Scylla uznał, że nie wolno mu mieć żadnych słabych punktów.

Do takich wniosków łatwo dojść, lecz dlaczego w toalecie opanowała go taka wściekłość? 

Dlaczego widok źle dopasowanej peruki w rogu kabiny doprowadził go do istnej furii?

Ponieważ... Scylla nagle zrozumiał...

...ponieważ... Sama myśl o tym wydawała się czymś niewiarygodnym...

...ponieważ chcę umrzeć z kimś, kto mnie kocha.

Właśnie to. Myśl ta jakby uzewnętrzniła się, została zaakceptowana i zrealizowana. A czyż 

to życzenie było takie straszne? Czy prośba o przyzwoitą śmierć była wobec życia prośbą zbyt 

wygórowaną?

Prawdopodobnie tak.

- Rachunek - powiedział  Scylla  i zapłacił  za drinki swoje, jak również Ape'a. Idąc do 

samolotu, zboczył na chwilę z drogi i zajrzał do toalety, kartka papieru leżała na ziemi. Scylla 

otworzył drzwi, wszedł na chwilę do środka i rozejrzał się. Peruki już nie było.

Pokiwał głową z uczuciem satysfakcji. Ci dwaj nie zwiali, gdy ich zostawił. Zostali na 

background image

miejscu,   posprzątali   wszystko,   jak   trzeba,   nieczego   nie   zaniedbując.   Prawdopodobnie   byli 

porządnymi facetami.

Porządnymi facetami?

Scylla pospiesznie wyszedł z toalety, zły na siebie o to, że taka myśl mogła mu w ogóle 

przyjść do głowy. Co się z tobą dzieje? Pięć minut temu byłeś bliski ataku szału, a teraz nazywasz 

ich porządnymi facetami. Scylla dotarł do terminalu linii Pan Am i zajął miejsce w kolejce, by 

potwierdzić swój bilet. Chcę umrzeć z kimś, kto mnie kocha.

- Co pan powiedział? - zapytała starsza dama stojąca przed nim.

- O mój Boże! Mówię do siebie!

Scylla uśmiechnął się do niej. Miał wspaniały uśmiech - naturalny i uspokajający. Kobieta 

potraktowała   ten   gest   jako   szczery   i   zamierzony,   gdyż   odwzajemniła   uśmiech,   a   następnie 

odwróciła głowę. Scylla pomyślał, że jeśli nie zmieni postępowania, wkrótce będzie latać klasą 

turystyczną.

Na samą myśl o tym aż zadrżał.

background image

3

W pokoju seminaryjnym znajdowały się cztery osoby czekające na Biesenthala. Trzy z nich 

znały się nawzajem i rozmawiały cicho w przedniej części pomieszczenia. Levy znajdował się z 

tyłu   i   obserwował   resztę.   Słyszał   o   nich   wcześniej;   jeszcze   gdy   studiował   w   Oksfordzie, 

wiadomości   o   tych   trzech   były   niczym   intelektualna   winorośl   splatająca   kraje   leżące   po 

przeciwnych stronach Atlantyku. Największy z nich był Chambers, czarny mężczyzna, który miał 

podobno ambicję zostać czołowym  murzyńskim historykiem. Dwoje pozostałych to bliźniaki o 

nazwisku   Riordan,   chłopak   i   dziewczyna;   w   Yale   mówiło   się,   że   to   najtęższe   umysły   wśród 

katolików od czasów Billy Buckleya.

Siedząc z tyłu, Levy wiedział, że od czasu do czasu był tematem dyskusji tych trojga. Gdy 

ktoś ma kompleks niższości pierwszej kategorii, wie, kiedy inni mówią na jego temat. Z ruchów 

głowy i ramion Levy wnosił, że tych troje z pewnością wie, kim są - tylko najlepsi mogli mieć do 

czynienia   z   Biesenthalem.   Natomiast   obecność   spoconego   faceta   z   tyłu   musiała   być   dla   nich 

niemałym zaskoczeniem. Odciągając od ciała białą wilgotną koszulę, Levy pomyślał, że tego dnia 

nie powinien był biec na uczelnię. Było to niemądre z jego strony, zwłaszcza w dniu inauguracji; w 

takim dniu należało zrobić dobre wrażenie - a nie bić rekordy. Biec można z powrotem do domu, 

kretynie - napomniał sam siebie. Sprintem można biec do domu, jeśli ktoś ma na to ochotę, lecz na 

wykłady nie przychodzi się ociekając potem. W murach szacownego uniwersytetu pot nie cieszy 

się zbyt wielkim uznaniem.

Nagle Biesenthal wpadł do środka niczym blask słońca. "Blask słońca" to odpowiednie w 

tym wypadku określenie. Jego oczy - nic nie mógł na to poradzić - robiły wrażenie, jakby były 

podświetlone   gdzieś   od   środka.   Wystarczyło   jedynie   spojrzeć   na   Biesenthala,   żeby   dojść   do 

wniosku,   że   to   geniusz.   Levy   widział   kiedyś   Oppenheimera,   który   był   dokładnie   taki   sam. 

Kołnierzyki  w  koszulach Oppenheimera  były  zawsze za duże, a jego spodnie zbyt  luźne; gdy 

jednak spotkało się go w okolicach Bowery, każdy wyczuwał, że znajduje się obok geniusza.

Biesenthal był dokładnie taki sam. Nie o to chodzi, że miał źle dopasowane koszule - był 

niesłychanie  wybredny.  Mógł sobie zresztą  na to pozwolić; zaczynając  pracę był  już bogatym 

człowiekiem, a jego kariera zawodowa - jak na historyka - była jednym pasmem sukcesów. Dwie 

nagrody Pulitzera,  trzy bestsellery,   niezliczone  programy  telewizyjne  i  wywiady  w  New   York 

Timesie. Biesenthal był niezmordowany, był niezwykle barwną postacią, którą można uznać za 

intelektualny   odpowiednik   Sammy'ego   Glicka.   Powodem,   dla   którego   udało   mu   się   uniknąć 

złośliwych   ataków   innych,   pomimo   zdobytego   bogactwa,   sukcesów   i   sławy,   a   zachować 

jednocześnie   niezwykle   mocną   pozycję   w   środowisku  intelektualistów,  było   to,  że  znał  chyba 

background image

każdy fakt z historii świata, jaki kiedykolwiek został ujawniony - i to dawało mu przewagę nad 

większością ludzi.

- Mam nadzieję, że wszyscy oblejecie - zaczął Biesenthal.

Usłyszawszy to, znajdujący się na sali zaczerpnęli głęboko powietrza.

Biesenthal był zachwycony taką właśnie reakcją. Usiadł na pulpicie z przodu sali i założył 

nogę na nogę; nogawki jego spodni były nienagannie wyprasowane.

-   Na   całym   świecie   brakuje   zasobów   naturalnych   -   kontynuował.   -   Brakuje   czystego 

powietrza.   Nawet,   niestety,   brakuje   dobrego   czerwonego   wina.   Ale   nie   brakuje   historyków. 

Wyciskamy z was siódme poty, abyście mieli trochę oleju w głowach. Cóż, ale ja mówię: dosyć 

tego! Słuchajcie: czemu nie poszukacie  jakiejś innej, nieszkodliwej pracy?  Wykorzystajcie  siłę 

mięśni.   Przejdźcie   przez   życie   z   łopatą   w   ręku.   Uniwersytety   kształciły   was   z   pobudek 

finansowych i dopóki byliście w stanie płacić czesne, ja mogłem otrzymywać pensję. Nazwano to 

postępem; produkowanie doktoratów było uważane za postęp. A ja mówię: "Uciszcie ten doniosły 

krzyk postępu" - to cytat - kto to powiedział? No proszę, kto to powiedział?

Levy   pomyślał,   że   to   słowa   Tennysona.   Locksley   Hall,   sześćdziesiąt   lat   później.   Tak. 

Jestem pewny, że to właściwa odpowiedź. A jeśli nie? W dniu inauguracji nie przychodzi się w 

przepoconej   koszuli   i   nie   popełnia   się   błędów.   To   chyba   w   ogóle   powiedział   ktoś   inny, 

prawdopodobnie Yeats. Jeśli powiem: Tennyson, a Biesenthal odpowie: "Zła odpowiedź, zła, to był 

William   Butler   Yeats,   1865-1939,   nie   znasz   irlandzkiej   poezji?   Jak   można   zostać   dobrym 

historykiem nie znając irlandzkiej poezji, a kim pan właściwie jest, drogi panie, i dlaczego poci się 

pan w mojej obecności? Nie wydaje mi się, żeby pot mógł zastąpić czerwone wino".

- Tennyson! - wrzasnął Biesenthal. - Mój Boże, Alfred Tennyson! Jak można ubiegać się o 

tytuł doktorski nie znając Locksley Hall, sześćdziesiąt lat później?

Dziewczyna o nazwisku Riordan zaczęła w tym momencie skrzętnie robić jakieś notatki. 

Levy obserwował ją i był zły na samą myśl o tym, jak niewątpliwie dokładnie musiała notować 

tytuły wraz z przypomnieniem, aby jak najszybciej zapoznać się z odpowiednim fragmentem.

Ja wiedziałem - chciał wykrzyknąć Levy. - Profesorze Biesenthal, naprawdę wiedziałem, 

mógłbym zacytować obszerne fragmenty tego utworu. Levy potrząsnął głową. Faktycznie jesteś 

wariatem; mogłeś przecież zrobić na facecie wrażenie.

Biesenthal zgrabnie zeskoczył z ławki i zaczął się przechadzać po sali. Przez jakiś czas 

zachowywał milczenie, jakby dając im szansę, aby mu się dobrze przyjrzeli i aby głęboko zapadł 

im   w   świadomość   fakt,   że   znajdują   się   w   obecności   Biesenthala.   Jego   seminarium   z   historii 

współczesnej   było   najbardziej   prestiżowym   wykładem   na   uniwersytecie   Columbia,   może   z 

wyjątkiem seminarium Barzun-Trillinga z literatury; Levy nie był pewny, czy to drugie seminarium 

background image

było kontynuowane.

-   Będziemy   się   spotykać   co   dwa   tygodnie.   Będę   przychodził   punktualnie   -   i   wy   też. 

Obiecuję,   że   moje   wykłady   będą   oszałamiające   przynajmniej   w   pięćdziesięciu   procentach.   Od 

czasu do czasu mogą być jeszcze lepsze, najczęściej jednak są jedynie  znakomite. Zwykle nie 

spotykam się zbyt często z moimi studentami, ale niewątpliwie będę przy waszych egzaminach 

ustnych  i dołożę wszelkich starań - co jest rzeczą  bardzo rozsądną - abyście  zbyt  szybko  nie 

otrzymali tytułów naukowych. Możecie mnie potraktować jak szczególnego rodzaju zawalidrogę. 

Lubię też, w pewnym sensie, wściubiać nos w nieswoje sprawy i mogę sprawić wam więcej bólu, 

jeśli poznam wasze mocne strony. Znając je bowiem, będę się mógł zająć tymi słabszymi. Proszę 

więc teraz o zwięzłe przedstawienie tematów waszych dysertacji. Chambers!

- Realia życia Murzynów na Południu w odniesieniu do nierealności prozy Faulknera.

Biesenthal zatrzymał się nagle.

- A jeśli nie istnieje tu żadne odniesienie?

- Taką właśnie mam nadzieję - powiedział Chambers.

Bardzo bym chciał, aby moja praca była krótka.

Usłyszawszy to, Biesenthal uśmiechnął się.

Och, jakiż ten Chambers inteligentny - pomyślał Levy. A przynajmniej odpowiada płynnie i 

szybko. Boże, jak chciałbym umieć tak odpowiadać.

- Panna Riordan? Pani Riordan, cóż za uchybienie z mojej strony!

- Dziewiętnastowieczne europejskie sojusze wojskowe - analiza krytyczna.

- A pan? - profesor zwrócił się do przedstawiciela płci męskiej rodziny Riordanów.

- Humanizm Carlylego - wykrztusił z siebie. - Kuh-kuh-Car - powiedział.

- To naprawdę okropny pomysł, Riordan. Nikt w pańskim wieku nie powinien interesować 

się tak nudnym tematem. Intelektualiści nie powinni stawać się nieznośni przed przekroczeniem 

dwudziestego piątego roku życia - tak mówi nasza karta praw.

Teraz zwrócił się do Levy'ego.

- Pan?...

- Tyrania, proszę pana - zdołał wykrztusić Levy; serce, przestań tak walić! - Przypadki 

tyranii w amerykańskim życiu politycznym, takie na przykład jak stłumienie strajku policjantów 

bostońskich   przez   Coolidge'a   i   zamykanie   przez   Roosevelta   Amerykanów   japońskiego 

pochodzenia w obozach koncentracyjnych na Zachodnim Wybrzeżu w latach czterdziestych.

Biesenthal spojrzał mu prosto w oczy.

- Mógłby pan również wziąć pod uwagę problemy związane z McCarthym.

- Słucham,  panie  profesorze?  - to jedyne  słowa, jakie Levy zdołał wykrztusić.  A więc 

background image

okazało się, że Biesenthal jednak wiedział wszystko.

- Joseph. Był senatorem z Wisconsin. Na początku lat pięćdziesiątych przeprowadził serię 

brutalnych czystek.

- Miałem zamiar poświęcić mu jeden rozdział, panie profesorze.

Biesenthal usiadł teraz za biurkiem.

- Niech wszyscy teraz powstaną - powiedział - i szybko odejdą. Na koniec tylko jedno 

ostrzeżenie. - Młodzi ludzie zatrzymali się. - Studenci często obawiają się, że kiedy kontaktują się 

ze swymi nauczycielami, w pewnym sensie zawracają im głowę. Chciałbym was zapewnić, że w 

moim przypadku ta obawa jest w stu procentach uzasadniona i gdy ktoś będzie szukał ze mną 

kontaktu, faktycznie potraktuję to jako próbę naprzykrzania mi się, a więc proszę to robić tak 

rzadko, jak to jest możliwe.  - Mówiąc to robił wrażenie,  jakby niemal  chciał  się uśmiechnąć. 

Niektórzy zaśmiali się. Nie był to jednak śmiech zbyt spontaniczny.

- Levy - powiedział Biesenthal, gdy Levy był już niemal na zewnątrz sali.

- Tak, panie profesorze?

Biesenthal wskazał drzwi.

- Zamknij je - powiedział. Skinął na młodzieńca palcem. - Podejdź bliżej - powiedział. 

Wskazał krzesło w pierwszym rzędzie. - Usiądź - powiedział.

Levy usiadł. W tym momencie było ich w sali tylko dwóch.

Zapanowała cisza.

Levy próbował zachować spokój.

Biesenthal spojrzał z góry na Levy'ego; w oczach profesora był charakterystyczny błysk.

- Znałem twojego ojca - powiedział wreszcie.

Levy pokiwał głową.

- Jeśli chodzi o ścisłość, znałem go bardzo dobrze. Był moim nauczycielem.

- Tak, panie profesorze.

- Byłem smarkaczem, kiedy mnie znalazł, całkiem nieźle się wtedy zabawiałem, a oleju w 

głowie miałem tylko tyle, by nie wpaść w jakieś większe tarapaty.

- O tym nie wiedziałem, panie profesorze.

Biesenthal nie przestawał przyglądać się badawczo młodemu mężczyźnie; z jego oczu nie 

znikał blask.

- T. B. Levy - powiedział w końcu Biesenthal.

Zakładam,   że   ponieważ   twój   ojciec   nosił   przydomek   Macaulay,   ty   jesteś   Thomas 

Babington.

- Tak, panie profesorze, staram się jednak nie eksponować nazwiska Babington.

background image

- Przypominam sobie, że było was dwóch; czyim imieniem ochrzczono tego drugiego?

- Thoreau. Nazywa się Henry David - to była prawda, lecz Levy nigdy tak się do niego nie 

zwracał. Gdy byli sami, nazywał go Doc. Był to ich wielki i jedyny sekret.

Na całym świecie nikt inny nie używał imienia Doc. Podobnie Doc był jedyną osobą na 

całym świecie, która nazywała brata Babe.

- Czy on również jest dobrze zapowiadającym się intelektualistą?

-   Nie,   panie   profesorze,   jest   świetnym   biznesmenem.   Zarabia   worki   pieniędzy   i   do 

niedawna  był  zupełnie  normalnym  facetem,  lecz  od jakiegoś  czasu nosi ubrania firmy Brooks 

Brothers,   a   w   jego   zachowaniu   zaczynają   się   pojawiać   oznaki   dyletantyzmu   na   prawdziwie 

światowym  poziomie.  Ma bzika  na punkcie  francuskich  restauracji i  pije  wyłącznie  burgunda. 

Można usnąć z nudów, słuchając jego opowiadań na temat makijażu jednej dziewczyny i nosa 

jakiejś innej. Myślę, że mój ojciec wydziedziczyłby go.

Biesenthal uśmiechnął się.

- Twój ojciec wielce cenił precyzję, świadczą o tym wasze imiona.

- Dlaczego, panie profesorze?

- Thoreau i Macaulay zmarli w tym samym roku.

Nie - pomyślał Levy,  mając zamiar poprawić profesora. Macaulay zmarł w roku 1859, 

natomiast Thoreau trzy lata później. Levy nerwowo pogładził się rękami po brzuchu. Cóż zrobić, 

cóż zrobić? Trzy lata to w końcu żadna różnica, jednak Tom Macaulay leżąc na łożu śmierci 

mógłby wyrazić odmienny pogląd w tej sprawie. Hej! Babington, trzy lata dłużej czy krócej, może 

dla ciebie nie ma to znaczenia, w takich kwestiach wypowiadaj się jednak wyłącznie w swoim 

imieniu!

- Nie jestem... - zaczął Levy.

Biesenthal nie przestawał świdrować młodzieńca swymi piekielnymi oczami.

- To znaczy nie jestem całkiem pewny... zawsze sądziłem, że jeden z nich zmarł w roku 

1858, a drugi w 1862. Jakże człowiek może się pomylić! Dziękuję za sprostowanie.

Biesenthal zawahał się przez chwilę.

- Nie... nie, oczywiście, masz zupełną rację, to ja się pomyliłem. Jeden z nich faktycznie 

zmarł trzy lata po drugim. Źle się wyraziłem, wybacz mi. Chciałem, rzecz jasna, powiedzieć, że 

urodzili się w tym samym roku; dokładnie rzecz biorąc, również w tym samym miesiącu.

Levy wciąż nerwowo masował brzuch. Datę urodzin tych dwóch mężczyzn dzielił okres 

siedemnastu   lat,   lecz   takiemu   człowiekowi   jak   Biesenthal   nie   można   było   przecież   wytknąć 

drugiego błędu. W każdym razie nie w tym samym dniu. W ciągu całego życia - czemu nie, ale raz 

za razem - mógł to zrobić jedynie ktoś, kto celowo narażał się na wzbudzenie gniewu profesora.

background image

- Tak, panie profesorze - powiedział Levy.

-  Nigdy więcej   - zaczął  Biesenthal  głosem  niskim,   lecz  wykazującym  objawy  rosnącej 

irytacji - już nigdy więcej nie próbuj potakiwać mi dla świętego spokoju!

- Nigdy bym sobie na to nie pozwolił, panie profesorze.

- Kiedy urodził się Macaulay?

- W roku 1800.

- A H. D. Thoreau?

- Około roku 1800.

- Kiedy?

- Siedemnaście lat później.

- Proszę mnie poprawiać, jeśli się mylę, drogi panie! Jakże inaczej mogę poznać twoje 

umiejętności?   Nie   lubię   ludzi,   którzy   mi   bez   przerwy   potakują.   Wszyscy   się   zawsze   ze   mną 

zgadzają, a to mnie nudzi, proszę pana, to mnie nudzi. Poszukuję wybitnych umysłów. Intelekt 

twojego ojca budził we mnie głęboki szacunek. Budził we mnie uwielbienie. Czy jesteś równie 

wybitny jak on?

- Och nie. Nie, panie profesorze.

- Osąd w tej sprawie pozostaw  mnie.  Nie mogę  jednak ocenić  cię właściwie,  jeśli nie 

zademonstrujesz swoich umiejętności. Gdy będziesz je nadal ukrywał, przyjmę założenie, że jesteś 

próżniakiem i zaliczę cię do tej samej kategorii, do której należał ten chłopak o nazwisku Riordan. 

"Młody Levy?! To bardzo smutne. Jego ojciec miał umysł, którego zazdrościł mu cały świat, lecz 

jego syn, niestety, nigdy nie potrafił nauczyć się czegoś więcej niż dziecinnych wierszyków." Czy 

taka ocena byłaby dla ciebie zadowalająca?

- Pan wie, że nie.

- Dlaczego znalazłeś się na uniwersytecie Columbia, Levy?

- To dobra uczelnia.

- Oczekuję jakiejś lepszej odpowiedzi.

- Ponieważ pan tu jest.

-   Cóż,   ta   odpowiedź   jest   z   pewnością   lepsza   i   na   pewno   bardziej   mi   schlebia,   ale 

podejrzewam,   że   również   jest   tylko   częścią   prawdy.   Oczywiście   przeglądałem   dzisiaj   twoje 

świadectwa szkolne. Sprawdzam każdą osobę, która uważa, że jest godna tego, by stać się moim 

podopiecznym. Levy, czy uważasz że jestem arogantem?

- Och nie, panie profesorze.

- Twój ojciec uważał, że jestem. Nieustannie pastwił się nade mną. Chodziłeś do szkoły w 

Denison; jeśli się nie mylę, do jednej z tych kiepskich koedukacyjnych szkółek w Ohio.

background image

- W informatorze szkolnym sformułowano to trochę inaczej.

- I uzyskałeś stypendium Rhodesa.

Levy przytaknął.

-   Stypendysta   Rhodesa.   Z   Denison.   Świadczy   to   o   twoich   niezwykłych   zdolnościach, 

wszyscy stypendyści Rhodesa, których znam, studiowali później w jednym z uniwersytetów Ivy 

League. Levy, w jaki sposób dokonałeś takiego wyczynu?

- Nie wiem, panie profesorze, po prostu złożyłem podanie. Najprawdopodobniej trafiłem na 

dość słaby rok.

-   Najprawdopodobniej.   To   wyjaśniałoby   wszystko.   Wyobrażam   sobie,   jakie   wrażenie 

musiało  to zrobić w  Denison. Nie wątpię,  że dostałeś  to stypendium  jako pierwszy w historii 

szkoły.

Levy siedział w milczeniu.

- Byłeś prawdopodobnie pierwszym, który w ogóle ubiegał się tu o miejsce.

Levy nic nie odpowiedział.

Biesenthal odczekał dłuższą chwilę, zanim zadał następne pytanie:

- Dlaczego jesteś na uniwersytecie Columbia, Levy?

- Tak się po prostu złożyło - wymamrotał Levy.

- To nieprawda, że tak się po prostu złożyło,  Levy.  Ponieważ twój ojciec był  również 

stypendystą  Rhodesa, chodził  do tej  samej  kiepskiej  koedukacyjnej  szkółki w Ohio, i również 

przyjechał tutaj, by napisać doktorat... Jest taki fragment w jednej z powieści o Jamesie Bondzie: 

"jeśli coś się zdarza pierwszy raz - jest to zbieg okoliczności, jeśli podobna rzecz zdarza się po raz 

drugi - można powiedzieć, że to czysty przypadek, za trzecim jednak razem to działanie ze strony 

wroga".

Levy'ego   oblewały   siódme   poty.   Jeśli   jeszcze   raz   pobiegnę   na   uczelnię,   powinni   mnie 

zamknąć w jakimś odosobnionym miejscu - pomyślał Levy. Nie w tym leżał jednak problem, gdyż 

Levy pocił się w tej chwili z zupełnie innego powodu.

- Rozdział dotyczący McCarthy'ego jest najważniejszą częścią twojej dysertacji, czy tak?

- Trudno mi powiedzieć, panie profesorze, biorąc pod uwagę fakt, że skłamałbym mówiąc, 

że cokolwiek do tej pory napisałem.

- Rozdział dotyczący McCarthy'ego jest najważniejszą częścią twojej dysertacji, czy tak?

- Tak.

- To mnie bardzo martwi, Levy.

- To tylko dysertacja, profesorze Biesenthal.

- Przykro mi to mówić, ale nie możesz wypełnić luk, które zostawił po sobie twój ojciec. 

background image

Być może, wszystko jest możliwe, wyciśniesz jeszcze większe piętno na nauce, ale to będzie twoja 

zasługa, nie twojego ojca.

- Proszę posłuchać; jestem tutaj... chce pan znać prawdę, powiem panu prawdę... jestem 

tutaj, gdyż była to najlepsza oferta stypendialna - i to jest cała prawda. Nie jestem tu w jakiejś 

misji, nic podobnego.

-   To   dobrze.   Ponieważ   minęło   zbyt   wiele   czasu,   nie   możesz   już   nic   zrobić,   żeby   go 

oczyścić.

- Wiem o tym, ponieważ nie trzeba go oczyszczać, był niewinny. - Levy podniósł szybko 

wzrok na Biesenthala.

Z przeklętych oczu wciąż nie znikał ten charakterystyczny błysk...

background image

4

Będąc   w   Londynie,   Scylla   nigdy   nie   wznosił   się   na   szczyty   swoich   możliwości.   Nie 

dlatego, że nie lubił tego miejsca. Wręcz przeciwnie. Już wiele lat temu, gdy po raz pierwszy 

odwiedził to miasto, doznał uczucia, że tu właśnie powinien był zamieszkać. Związki uczuciowe z 

miastem  pogłębiły  się  jeszcze   bardziej  w   ciągu  dziesięciu  lat,   licząc   od momentu,   gdy Scylla 

skończył lat dwadzieścia.

Gdy miał trzydzieści, poznał w Londynie Janey i bardzo się zakochał. I w tym właśnie tkwił 

problem.   Niezależnie   od   tego,   jak   ważne   wykonywał   zadanie,   nie   potrafił   się   zmusić   do 

odpowiedniej koncentracji. On i Janey byli już ze sobą od pięciu lat. Ze strony Scylli nie była to 

wielka namiętność, lecz jego uczucia okazały się wystarczająco głębokie, by związek ten przetrwał 

tak długo. Tego wieczoru przechadzał się po Mount Street, oglądając wystawy sklepowe i myśląc o 

Janey; nagle zaczął głośno śpiewać piosenkę "Mglisty dzień w Londynie". Jednak w samą porę 

przywrócił   kontrolę   nad   swoimi   uczuciami   i   nie   rozśpiewał   się   na   tyle   głośno,   aby   jakiś 

przechodzień mógł usłyszeć tę serenadę; tak czy owak jego zachowanie oznaczało, że nie osiągnął 

w tym momencie stopnia koncentracji, jaki w tego typu pracy potrzebny jest często do tego, by po 

prostu przeżyć.

Spojrzał na zegarek. Było przenikliwe zimno; był wrzesień i dochodziło wpół do czwartej 

rano. Pochuchał przez chwilę w dłonie, podniósł kołnierz płaszcza i owinął nim ciasno szyję. Kupił 

ten płaszcz wiele lat temu u Burberry'ego i wiedział, że jest już stary i niemodny, ale czy miało to 

jakieś znaczenie?

Usiadł i spokojnie czekał.  Do czekania można  się było jakoś przyzwyczaić. On jednak 

nienawidził czekać; z drugiej strony ileż to razy zmusza się do tego innych, wyprowadzając ich z 

równowagi. Zdobycie przewagi było warte każdej ceny. To dziwne, ale Scylla nie lubił zmuszać 

innych   do   czekania,   podobnie   jak   sam   nie   lubił,   gdy   ktoś   inny   kazał   mu   czekać   na   siebie. 

Postanowił   jednak   zachowywać   spokój.   "Oni"   próbowali   zdobyć   przewagę   i   gdy  się   wreszcie 

pojawią, będą przekonani, że on - Scylla - będzie zdenerwowany, niespokojny, nawet zirytowany, a 

więc pomyślą, że to oni są w korzystniejszej sytuacji. Gdy jednak świadomie doprowadza się do 

tego, by owi "oni" odnieśli takie wrażenie, wtedy - rzecz jasna - tracą swą przewagę. To właśnie 

sprawiało, że Scylla był najlepszy, potrafił zachowywać absolutny spokój i nie zdradzać niczego 

swoim zachowaniem.

Przynajmniej wtedy, gdy był u szczytu formy. Jednakże w Londynie nigdy się to właściwie 

nie zdarzało. W Londynie stawał się łatwiejszym celem dla wroga, choć do tej pory nikt nie potrafł 

tego wykorzystać.

background image

Trzecia trzydzieści pięć...

Scylla ponownie zmienił pozycję. Ławka nie była po prostu przystosowana do tego, by 

długo na niej siedzieć. Spojrzał w dal i wśród ciemnej zieleni Kensington Gardens dojrzał kontury 

Albert Memorial. Cóż za wspaniały pomnik ku czci złego gustu. Zwykle bardzo mu się podobał, 

lecz   nie   teraz,   w   środku   tej   przeklętej   nocy,   gdy   ze   zmarzniętym   tyłkiem   musiał   czekać   na 

wykonanie tego głupkowatego zadania.

Wcześniej   tego   samego   dnia   zaoferował   Rosjanom   rysunek   najważniejszej   części 

"inteligentnej bomby", której posiadaniem tak bardzo upajało się ostatnio wojsko; była to bomba, 

która nie spadała na ziemię jak inne - krążyła w powietrzu tak długo, aż znajdowała wcześniej 

ustalony cel i dopiero wtedy spadała. Powodem, dla którego misja Scylii była "głupkowata", było 

to, że Rosjanie posiadali już ten rysunek. Nie mieli jednak okazji nas o tym powiadomić, więc teraz 

musieli  się  zjawić  w   parku, oficjalnie   wyrazić  zgodę  na  zakup  rysunku  i  w  wyniku   pewnych 

wzajemnych ustępstw dobić targu. Cóż, taki był cały "Rok 1984"; aż robi się niedobrze.

Kroki.

Scylla   odwrócił   wzrok   od   Albert   Memorial;   spojrzał   na   pustą   ławkę   znajdującą   się 

naprzeciwko. W tym  właśnie momencie miał  wykonać  najgłupszą część zadania. Choć w tym 

fachu pracował już długo, gdy przychodził moment wypowiedzenia jakiegoś hasła, nie mógł się 

powstrzymać   od   śmiechu   i   chichotał   niczym   przedszkolak.   Wielki   Boże,   któż   inny   mógł   się 

spotykać na ławce w parku o godzinie 3.39 rano?

To pytanie nie wymagało odpowiedzi.

Naprzeciwko   Scylli   usiadła   w   ciemnościach   dziewczyna   o   delikatnej   urodzie.   Było   to 

dziwne z kilku powodów: a)płci; b)faktu, że powierzyli tak "ważną" misję tak delikatnej i słabej 

kobiecie. Niezależnie od tego sprawiała wrażenie spokojnej; ktoś, kto nie miał w tych sprawach 

doświadczenia, mógł odnieść wrażenie, że kobieta jest zupełnie opanowana. Scylla wyobraził sobie 

jednak, jak mocno wali jej serce.

Kobieta   wyciągnęła  paczkę   papierosów   i uczyniła  taki   gest,  jakby  chciała   poczęstować 

Scyllę.

Potrząsnął głową.

- Rakotwórcze. - Jezu, znów poczuł tę nieodpartą  chęć, aby wybuchnąć  śmiechem.  Co 

stałoby   się,   gdyby   nie   powiedział   "rakotwórcze"?   Mógł   przecież   powiedzieć:   "Przykro   mi, 

kochanie,   nie   palę".   Czy   odeszłaby   wtedy?   Oczywiście   że   nie.   Scylla   siedział   w   dokładnie 

ustalonym   miejscu   i   w   momencie,   który   był   ustalony   równie   dokładnie,   jak   miejsce.   Cóż   za 

dziecinada! Gdyby kiedykolwiek został szefem, pierwszą jego decyzją byłoby zrezygnowanie z 

używania haseł.

background image

Kobieta zapaliła papierosa.

- Trudno rzucić ten nałóg.

- Inaczej nie byłby nałogiem - powiedział Scylla.

Powiedziawszy to, głęboko odetchnął. Przynajmniej tę idiotyczną część zadania miał już za 

sobą.

Kobieta przez jakiś czas siedziała i paliła, zbyt głęboko zaciągając się dymem.

- Jesteś Scylla? - spytała w końcu.

Wielki Boże, czy pomyślała, że po tym wszystkim mógł okazać się kimś innym? Jej brak 

doświadczenia zaczynał go powoli irytować. Zbyt długo działał w tym fachu, by teraz mieć do 

czynienia z głupcami i kimś w rodzaju chłopców na posyłki. Nie odpowiedział nic, skinął jedynie 

głową.

- Myślałam, że jesteś kobietą.

Myślałem, że jesteś mężczyzną - pomyślał tylko Scylla. Była to oczywiście prawda, więc 

rzecz jasna, nie mógł tak odpowiedzieć.

Nie odpowiedział nic.

- Czy przypadkiem Scylla nie była kobietą-potworem?

- Scylla to nazwa skały. Skały znajdującej się obok niebezpiecznego wiru. Wir nosił nazwę 

Charibdis.

- I tym właśnie jesteś? Skałą?

Był   faktycznie   skałą.   Przynajmniej   wtedy,   gdy   miał   dobry   dzień.   Scylla   zachował 

milczenie. Zdążył się już zorientować, że kobieta stosuje taktykę wymijającą. Nie wiedział jednak, 

czy robi to dlatego, że jest w tej pracy mało doświadczona, czy też z jakiegoś innego powodu.

- Polecono mi, abym ci przekazała, że wasza cena jest zbyt wygórowana.

- Czy polecono ci również, aby wynegocjować nową? - Miała naprawdę bardzo ładną, a 

jednocześnie delikatną twarz. On natomiast był świadomy tego, że jego ciało jest duże i mocno 

umięśnione.

Skinęła głową.

- Oczywiście.

- Chryste, negocjujmy więc, przedstaw swoją ofertę, na tym przecież polegają negocjacje.

- Oczywiście. - Znów skinęła głową.

Siedziała na ławce i wyglądała tak, jakby wpadła w panikę; chciała to przed nim ukryć, lecz 

nie udawało się jej; sprawiała wrażenie, jakby za chwilę ktoś ją miał zabić - i w tym momencie 

mózg Scylli przesłał spóźnioną wiadomość: nie ją, nie ją, to ciebie ktoś próbuje zabić...

I   jeśli   szczęście   jest   wynikiem   przeznaczenia,   to   Scylla   je   miał,   gdyż   instynktownie 

background image

podniósł prawą rękę i dotknął nią gardła na ułamek sekundy wcześniej, niż znalazł się w tym 

samym miejscu drut, którym ktoś próbował go udusić; gdy drut zaciskał się na jego szyi coraz 

mocniej, wrzynając  się w dłoń, Scylla  pomyślał,  że to nie może stać się w tej chwili, tu - w 

Londynie   -   choć   logika   mogłaby   wskazywać   inaczej.   Z   drugiej   strony   logiczne   myślenie 

prowadziło   do   jednego   wniosku   -   nawet   w   chwilach,   gdy   Scylla   nie   był   maksymalnie 

skoncentrowany, nikt nie posiadał takich umiejętności, aby zajść go od tyłu bezszelestnie. I gdy 

drut coraz głębiej przecinał dłoń Scylli, a on sam poczuł się otumaniony, wtedy zdołał zrozumieć, 

że jest w błędzie - był taki człowiek i musiał nim być Chen - wątły, lecz zawsze przynoszący 

śmierć. Sam mistrz S. L. Chen - i właśnie on stał teraz za plecami Scylli i zabijał go...

Gdy Chen zorientował się, że ma do czynienia ze Scyllą, odczuł satysfakcję. To uczucie nie 

wynikało z przesadnej wiary we własne siły, lecz raczej z przeświadczenia, że takie spotkanie było 

nie do uniknięcia. Kiedyś musiało dojść do walki między Chenem a Scyllą i lepiej się stało, że 

doszło do niej właśnie teraz - teraz, gdy on, Chen, był  stroną atakującą. Zgodnie z kodeksem 

uczciwości, Chen najchętniej spotkałby się z przeciwnikiem w pustym pokoju; obaj byliby prawie 

nadzy  -   i   niech   jeden  zwycięży,   a   drugi  zginie.   W   tym   przypadku   miało   być   jednak   inaczej. 

Niezależnie od tego Chen odczuwał satysfakcję, gdy odkrył, że ma do czynienia właśnie ze Scyllą.

Nie był jednak zadowolony z okoliczności, w jakich mieli stoczyć  walkę. Nie miał nic 

przeciwko ciemnościom ani miejscu, którym był park, nie przeszkadzała mu również nocna pora. 

Tym, co mogło okazać się kłopotliwe, była pora roku. Chen wiedział o tym od samego początku. 

Gdyby było lato, Scylla pojawiłby się prawdopodobnie w spodniach i koszuli i jego szyja byłaby 

łatwym celem dla rąk Chena. Był jednak wrzesień i nie było wątpliwości co do tego, że Scylla 

będzie miał na sobie płaszcz i że z pewnością będzie chłodno - a to oznaczało, że kołnierz płaszcza 

będzie prawdopodobnie podniesiony, a jeśli nie widzi się wyraźnie najczulszych miejsc na szyi, 

tych miejsc, gdzie zadaje się śmiertelny cios, można wtedy jedynie sprawić ból - i wtedy Scylla 

może mieć szansę na kontratak. A może nawet na zwycięstwo.

Chen był bardzo przeciwny takiemu obrotowi sprawy, więc postanowił użyć nunchaku.

Była to doskonała broń, stara jak świat; dwie twarde drewniane pałki połączone ze sobą 

drutem lub - jeśli ktoś woli - skórzanym paskiem.

Chen był zwolennikiem stosowania drutu.

Był mistrzem w posługiwaniu się nunchaku. U mieszkańców Kaukazu broń ta - ze względu 

na   swój   dziwny   wygląd   -   budziła   strach.   Biali   nazywali   ją   nunczako.   Panowała   opinia,   że 

najgorsze, co się może zdarzyć, to mieć za przeciwnika Chena posługującego się nunczako.

Na ekranach kin pojawiły się szalone filmy o walkach kung-fu. Nunczako posługiwał się 

background image

również Bruce Lee; na oczach przerażonego Chena święty przedmiot stał się zabawką w rękach 

młodocianych przestępców na całej kuli ziemskiej. Dzieciaki używały nunczako w Los Angeles. 

Broń ta stawała się popularna w Liverpoolu. Popularna. I to było poniżające. Oglądając filmy z 

Brucem Lee, Chen dostawał spazmów.

Na spotkanie ze Scyllą Chen zjawił się o 2.30.

Wiedział,   że   dziewczyna   miała   przyjść   o   3.30,   ale   wiedział   również,   że   spóźni   się   o 

dziewięć minut, by rozdrażnić dużego mężczyznę. Chen zakładał, że Scylla zjawi się przed trzecią - 

Chen zawsze przychodził wcześniej, gdy miał się z kimś zmierzyć, i byłby zaskoczony, gdyby 

Scylla  nie   postąpił   podobnie.  O   2.30  Chen  dokonał   krótkiej,  lecz  dokładnej  analizy   otoczenia 

wokół   ławki,   na   której   miał   usiąść   Scylla.   Znalazł   najbardziej   odpowiednie   miejsce,   które 

znajdowało się nie opodal krzaków. Chen uznał, że nawet w przypadku mocnego powiewu wiatru 

niczym nie zdradzi swojej obecności.

Przemyślawszy to wszystko, Chen kucnął za krzakiem.

Mógł tak wytrwać... jak długo? Przez cały dzień? Z pewnością tak. Potrafił cały dzień 

pozostawać w nieruchomej pozycji. Prawdopodobnie mógłby to robić jeszcze dłużej. Być może, 

okaże się to kiedyś konieczne. W tej chwili zamarł w bezruchu i gdy Scylla przybył o trzeciej i 

rozejrzał się wokół, stanowił niejako część otaczającego to miejsce krajobrazu. Nie było nic, co 

mogłoby zdradzić jego obecność. Znajdował się już na miejscu przed przyjściem Scylii, po śmierci 

Scylli już go tam nie będzie.

Trzymał w rękach nunczako, każdą pałkę w innej ręce. Łączący drewniane pałki drut o 

chropowatej powierzchni zwisał luźno. O 3.41 wstał i poczuł, że jego mocne ręce są gotowe do 

działania. Ręce były jego chlubą; przez całe życie polegał wyłącznie na nich - inne części ciała miał 

bowiem wątłe i słabe. Waga jego ciała nigdy nie przekroczyła stu funtów.

Chen zaczął posuwać się do przodu.

- Czy przypadkiem Scylla nie była kobietą-potworem?

- Scylla to nazwa skały. Skały znajdującej się obok niebezpiecznego wiru. Wir nosił nazwę 

Charybdis.

- I tym właśnie jesteś? Skałą?

Scylla zachował milczenie.

Chen podchodził coraz bliżej.

- Polecono mi, abym ci przekazała, że wasza cena jest zbyt wygórowana.

Niech ją szlag trafi! - pomyślał Chen. Pospieszyła się zbytnio, a miała przecież podejść 

powolnym krokiem. Tyle lat w tym fachu, a teraz trafił na taką nowicjuszkę! Scylla będzie w tej 

chwili kontrolował bieg wypadków. Chen chciał przyspieszyć, lecz gdy trzeba zachować ciszę, 

background image

szybkość przestaje być  sprzymierzeńcem. Należy kroczyć  pewnie, lecz powoli. W przeciwnym 

razie istnieje ryzyko, że można zdradzić swą obecność ocierając materiałem o materiał, nadeptując 

patyk na ziemi lub też wydając jakieś inne dźwięki.

- Czy polecono ci również, aby wynegocjować nową?

Chen znajdował się w odległości sześciu stóp od dużego mężczyzny. Wolałby znajdować 

się w odległości czterech stóp od niego, lecz wszystko zepsuła ta cholerna dziewczyna.

- Oczywiście.

W tym momencie znajdował się w odległości trzech stóp od Scylli.

- Chryste, negocjujmy więc, przedstaw swoją ofertę, na tym przecież polegają negocjacje.

- Oczywiście - powiedziała i kiedy Chen zaciskał drut na gardle Scylli, wiedział już, że 

Scylla   uniósł   wcześniej   rękę.   Używając   prawej   ręki,   próbował   nie   dopuścić   do   tego,   by   drut 

zacisnął się na jego gardle.

Dziwka   -   pomyślał   Chen,   lecz   jednocześnie   wyrzucił   z   głowy   wszystkie   myśli, 

koncentrując się jedynie na tym, co robi. Już wcześniej przecinał ludzkie ciało podobnym drutem i 

wiedział, że kości ręki łamią się wtedy jak zapałki.

Przyjął odpowiedniejszą do tego celu pozycję i zachowując doskonałą równowagę ciała, 

rozpoczął swój akt zabijania...

Gdy   krew   niemal   trysnęła   ze   zranionej   prawej   dłoni,   Scylla   zauważył,   że   siedząca 

naprzeciwko niego dziewczyna trzyma w ręce pistolet. Była to z jej strony czysta głupota, gdyż 

użycie broni palnej w ciemnościach wywołałoby jedynie niepotrzebny zamęt, a celny strzał mógł 

być tylko wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności. Choć wzięcie pistoletu nie było rozsądnym 

posunięciem,   Scylla   mógł   się   jednak   stać   łatwym   celem,   gdyby   tylko   dziewczyna   okazała   się 

szybsza - w pewnym bowiem momencie Scylla odczuł paraliżujący ból, a taki ból potrafi odwrócić 

cały bieg wypadków. Ból przyćmiewa umysł i blokuje działanie zmysłów, uniemożliwia działanie 

zgodne z logiką, doświadczeniem i odbytym szkoleniem.

Tak więc przez chwilę, gdy drut coraz głębiej wrzynał się w ciało, Scylla poczuł, że słabnie, 

że ma przyćmiony umysł oraz że nadchodzi jego godzina śmierci.

Lecz dziewczyna była powolna, zbyt powolna - i krytyczna chwila przeminęła.

Mózg Scylli odzyskiwał utraconą władzę. Scylla był przecież skałą. Pamiętaj o tym! Scylla, 

jesteś skałą i musisz coś zrobić - i to natychmiast. Słowa te jakby głośnym echem odbiły się w jego 

umyśle, gdyż nagle zorientował się, że dziewczyna z pistoletem podnosi się z ławki. Jakie to mogło 

mieć jednak znaczenie, czy kula przeszyje głowę trzeźwo myślącą, czy też zamroczoną z powodu 

bólu? Na domiar złego za Scyllą znajdował się jeszcze Chen, równy w walce, a być może jedyny... 

ale ty, Scylla, jesteś skałą i musisz coś zrobić!

background image

Coś niezwykłego, nadzwyczajnego - coś, czego nikt nie dokonał - i masz na to pięć sekund. 

A więc zrób to.

Chen był na swój sposób wielki, ale równocześnie był mały. Dziewczyna podchodziła coraz 

bliżej. Chen był szybki, lecz w tym momencie stał nieruchomo - dziewczyna podniosła pistolet i 

była   gotowa   do   strzału   -   a   więc   gdyby   udało   się   ruszyć   Chena   z   miejsca,   gdyby   udało   się 

doprowadzić do tego, by choć na chwilę stracił równowagę, gdyby tylko udało się to zrobić...

Scylla wiedział już, jak działać.

Widział   człowieka,   który   tego   dokonał.   Widział   to   tylko   jeden   raz.   Na   boisku   do 

koszykówki.   Niezrównany   Monroe   zmierzył   się   z   geniuszem   piłki,   Frazierem.   Najwspanialszy 

napastnik  przeciwko   największemu  obrońcy.  W   pobliżu   tych  dwóch  nie   było  nikogo.  Monroe 

ruszył na kosz i zrobił zwód w prawo, a jeśli zrobi się zwód w prawo, są tylko dwie rzeczy, które 

można zrobić w następnej kolejności: zrobić zwód w prawo i ruszyć lewą stroną lub też zrobić 

zwód w prawo, następnie zwód w lewo i ruszyć stroną prawą.

Monroe nie zrobił ani jednego, ani drugiego.

Zrobił zwód w prawo i ruszył prawą stroną, omijając Fraziera, któremu jedynie pozostało 

obejrzenie celnego rzutu przeciwnika.

Scylla zrobił zwód w prawo i ruszył do przodu prawą stroną.

W tym kierunku przechylił ciało wzdłuż ławki, a potem, gdy wydawało się, że raptownie 

zatrzyma się, by zamarkować ruch z powrotem w lewą stronę, zebrał w sobie wszystkie siły, jakie 

mu jeszcze pozostały, by przesunąć się dalej na prawo. W tym momencie odczuł, że z chwilą, gdy 

Chen stracił równowagę, drut na jego szyi nagle rozluźnił się.

Całą siłą swego wielkiego ciała Scylla ruszył  teraz do przodu, ciągnąc za sobą małego 

mężczyznę, który nie sprawiał wrażenia, aby czuł się szczęśliwy z powodu takiego obrotu sprawy. 

Gdy Scylla znalazł się już poza ławką i poczuł, że jego ciało zachowuje odpowiednią równowagę, 

zebrał wszystkie siły i wykonał przerzut przez ramię. Bezradny Chen jak piłka poszybował w 

kierunku dziewczyny, która i tym razem okazała się zbyt powolna.

Oboje z łomotem upadli na ziemię. Dziewczyna była w szoku. Jej pistolet potoczył się po 

chodniku. Scylla zauważył  go, ale w tym samym  momencie dostrzegł go również Chen, który 

rzucił   się  po broń  i  desperackim  wysiłkiem   próbował   jej  dosięgnąć.  Na  betonowym   chodniku 

przypomniał uciekającego karalucha.

Scylla nie przeszkodził mu.

Jego prawa ręka obficie krwawiła i była w chwili prawie bezużyteczna. Scylla przypatrywał 

się Chenowi, który podchodził coraz bliżej. Nagle wymierzył mu cios nogą w głowę - albo raczej 

próbował to zrobić... Chen był bowiem gotowy do obrony i zdołał złapać Scyllę za stopę - wykręcił 

background image

ją i rzucił przeciwnika na ziemię. Scylla zaatakował uderzeniem z lewej, lecz cios jedynie musnął 

głowę Chena, który pomimo pozycji klęczącej i oszołomienia z powodu przerzutu przez ramię 

potrafił zrobić szybki unik. Scylla wymierzył następny cios z lewej, lecz i tym razem Chen zrobił 

unik. Scylla jeszcze raz spróbował, lecz znów chybił, gdyż Chen był szybki i swymi raptownymi 

ruchami przypominał karalucha lub owada wodnego, którego choć się widzi i chce się go złapać, 

nigdy się to nie udaje. W tym momencie obaj mężczyźni rzucili się w kierunku pistoletu, lecz 

żaden z nich go nie dosięgnął i gdy Scylla zrozumiał, że nie zdoła ubiec przeciwnika, kopnął go - 

pistolet   zniknął   gdzieś   w   ciemnościach.   Wtedy   Chen   wymierzył   Scylli   cios   w   szyję,   lecz   ten 

wykonał   nieznaczny   ruch,   który   go   ocalił.   Cios   był   jednak   bolesny   -   rozwścieczył   Scyllę   i 

spowodował, że pociemniało mu w oczach. Pomyślał  wtedy,  że nie wolno mu dopuszczać  do 

takich sytuacji. Jeśli straci zdolność trzeźwej oceny wypadków, będzie po nim. Znów spróbował 

uderzyć lewą ręką, lecz chybił; prawej nie mógł użyć, gdyż byłoby to zbyt bolesne. Wiedzieli o 

tym obaj, więc gdy Scylla zdecydował się w końcu na zadanie śmiertelnego ciosu z prawej, dał się 

słyszeć podwójny wrzask wywołany potwornym bólem - i trudno ocenić, czyje cierpienie było 

bardziej dotkliwe: Scylli czy Chena. Można było mieć pewność tylko co do jednego: cierpienie 

Chena trwało krócej. Zdyszany Scylla wstał, przeszedł obok martwego ciała mieszkańca Orientu i 

w milczeniu skończył z dziewczyną. Następnie pobiegł ścieżką w dół w kierunku Albert Memorial. 

Biegnąc owinął chusteczką prawą rękę.

Najbliższy automat telefoniczny znajdował się naprzeciwko Kensington Gore. Zbliżając się 

do niego, Scylla zwolnił i zaczął iść niemal spacerowym krokiem, bo choć była dopiero 3.45 rano, 

potencjalni przeciwnicy mogli już nie spać, a biegnący mężczyzna w nocy wyglądał podejrzanie. 

W kłopotliwych sytuacjach należało iść - nie biec.

Scylla  wrzucił  do automatu  odpowiednie  monety,  wykręcił  odpowiedni  numer  i już po 

pierwszym sygnale ktoś podniósł słuchawkę.

- Przeprowadzki.

- Scylla.

- Słucham cię, Scylla.

- Dwoje. Między Albert Memorial i Lancaster Walk.

- Jakieś rany?

- Ręka.

- Zawiadomię klinikę, Scylla.

Trzaśnięcie słuchawki.

Scylla wyszedł z budki i czekał. Nie musiał czekać, mógł już pójść w swoją stronę, jednak 

zawsze lubił zostać jeszcze chwilę w pobliżu miejsca podobnych wydarzeń, by upewnić się, że nie 

background image

będzie jakichś dodatkowych komplikacji.

Poza tym chciał przez chwilę pomyśleć. Dlaczego Chen chciał zająć jego miejsce? Ktoś 

musiał  go wynająć  - ale  kto i dlaczego?  A  wcześniejsze  zdarzenie  w  męskiej  toalecie  w  Los 

Angeles? Możliwe, że stali za tym Arabowie, ale czy aż tak bardzo zalazł im za skórę, aby chcieli 

go zabić? Bez trudności mogli się skontaktować z Rosjanami, lecz ci z pewnością przysłaliby 

jednego ze swoich ludzi, a nie człowieka z jakiegoś orientalnego kraju, którym pogardzają. Scylla 

czuł bardzo nieprzyjemne rwanie w zranionej ręce. Potrząsnął głową - cokolwiek się działo, miał 

jeszcze zbyt mało informacji; mózg dostał do przetworzenia zbyt mało danych.

Po siedmiu minutach zjawił się w Kensington Gardens pojazd wyglądający na prawdziwą 

karetkę. Pięć minut później karetka odjechała. Wszystko załatwiono bardzo sprawnie i, rzecz jasna, 

gazety nigdy o niczym się nie dowiedzą.

Scylla   złapał   taksówkę,   kazał   się   zawieźć   do   najbliższej   kliniki,   zapłacił   i   wysiadł. 

Odczekał chwilę, aż taksówka odjedzie;  poszedł następnie w kierunku miejsca, gdzie mieli na 

niego   czekać.   Ręka   była   w   coraz   gorszym   stanie   i   Scylla   miał   ochotę   biec,   lecz   biegnący 

mężczyzna wygląda podejrzanie, więc w kłopotliwych sytuacjach należało iść - nie biec.

Z obficie krwawiącą ręką Scylla powoli kroczył naprzód.

W klinice wszystko już było przygotowane. Oczyszczono ranę i zaproponowano środek 

znieczulający.

Powiedział lakonicznie, że nie życzy sobie tego typu środków.

Lekarze zapewnili go, że zabieg będzie bolesny.

On natomiast zapewnił ich, że nie jest w tym miejscu pierwszy raz.

Lekarz   niechętnie   przystąpił   do   zabiegu   bez   użycia   znieczulenia.   Scylla   wszystkiemu 

przypatrywał się, widział każdy zakładany szew. I nawet nie jęknął.

Scylla był skałą. Przynajmniej wtedy, gdy miał dobry dzień.

background image

5

Levy siedział samotnie w rogu biblioteki, studiując wydarzenia z historii Ameryki w roku 

1875. Mówiąc prawdę, zainteresowała go nie sama data; daty to tylko suche, nic nie znaczące 

liczby. Jego ojciec napisał kiedyś: "Dla pedanta daty to niemal bóstwa, którym powinno oddawać 

się cześć, lecz dla prawdziwego badacza, zajmującego się historią społeczeństw, to jedynie drobne 

szczegóły, to rodzaj streszczenia wydarzeń, przydatne w pracy drogowskazy - i nic więcej. Nie 

pytamy osoby, która przeżyła zatonięcie <<Titanica>>: Proszę powiedzieć, kiedy dokładnie się to 

stało? Pytamy o coś innego: Jak tam było? Co pan wtedy czuł? I na tym polega zadanie badacza 

zajmującego się historią społeczeństw: uczynić, aby przeszłość stała się w oczach współczesnych 

czymś żywym i znaczącym, sprawić, aby ludzie zaangażowali się emocjonalnie w wydarzenia, w 

których sami nie brali udziału. I pomóc im zrozumieć je". Ameryka około roku 1875 - zastanawiał 

się Levy. - Niech pomyślę, niech pomyślę. - (Poprzednią godzinę spędził studiując historię Anglii, 

a jeszcze wcześniej zajmował się zestawieniem wydarzeń, które miały w tym okresie miejsce we 

Włoszech i Grecji. O historii Niemiec wiedział stosunkowo niewiele, gdyż Niemcy jako naród byli 

tematem nudnym z powodu ich braku poczucia humoru. Być może kiedyś, na samym początku, 

Stwórca nakazał: "No dobrze, niech Ziemia zacznie się kręcić, wszyscy blondyni do Skandynawii, 

wszystkie głuptasy do Polski, a z Niemiec wyrzucić wszystkich żartownisiów.")

Hm - pomyślał Levy - rok 1875, 1875. W tym czasie został uwięziony w Nowym Jorku 

Boss   Tweed,   co   było   równoznaczne   z   pojawieniem   się   miejskich   wielkorządców,   ludzi 

reprezentujących wielką władzę, w każdym mieście pojawił się odpowiednik Dicka Daleya; w tym 

też   czasie   rozpoczęła   działalność   organizacja   Christian   Science   i   wtedy   również   wystąpiła   ze 

swymi szaleńczymi ideami Mary Eddy. A kiedy zaczęto organizować wyścigi konne w Kentucky? 

Wszystko to zdarzyło się w tym samym okresie, wtedy to również rozpoczęła działalność pierwsza 

centrala telefoniczna, a Custer dostał za swoje w Little Big Horn.

Dobrze - pomyślał Levy - cóż za zbieg okoliczności: rozpoczęcie działalności pierwszej 

centrali telefonicznej zbiegło się w czasie ze śmiercią Custera - cóż to musiał być za kraj, cóż to 

była za ojczyzna dla jej obywateli! Melville miał ponad pięćdziesiąt lat i był  ciągle nieznany, 

Twain około czterdziestki i odnosił już sukcesy, Joe Pulitzer był chyba dwudziestopięcioletnim 

dzieciakiem,   a   krowa   pani   O'Leary   właśnie   zniszczyła   Chicago;   a   pomyśleć   o   wszystkich 

wynalazkach, które tryskały z ludzkich umysłów niczym fontanna: Remington wprowadzał właśnie 

na rynki Wschodu maszyny do pisania, Glidden kończył projekt urządzenia do produkcji drutu 

kolczastego, które miało zawojować rynki Zachodu - a gramofon Thomasa Alva i urządzenie do 

czyszczenia   dywanów   Bissella?   Cóż   to   były   za   wspaniałe   czasy   -   byliśmy   wtedy   krajem 

background image

tworzącym zręby przyszłej potęgi; wśród innych narodów byliśmy niczym odważny i energiczny 

chłopak   wśród   ślamazarnych   rówieśników.   Nie   wiedzieliśmy   o   tym   jednak,   a   właściwie   nie 

chcieliśmy o tym wiedzieć, ponieważ być najlepszym, to znaczy wziąć na siebie odpowiedzialność 

i objąć przywództwo, a my byliśmy za bardzo uwikłani w cywilizacyjny wyścig: jeszcze szybciej, 

jeszcze sprawniej.

Levy odsunął się od biurka, aby przez chwilę odpocząć. O Ameryce wiedział już sporo. 

Wiedza ta była z pewnością powierzchowna, lecz nie był przecież ekspertem w dziedzinie historii 

dziewiętnastego wieku - skądże znowu, chciał jedynie przypomnieć sobie pewne wydarzenia, był 

przecież nikim innym jak zwykłym, typowym dla swych czasów facetem. Z drugiej strony należało 

posiąść wiedzę na temat różnych innych okresów historii. Najważniejsze było, aby znać świat, 

każde dwudziestopięciolecie na przestrzeni ostatnich kilku wieków. Jeśli posiadało się taką wiedzę 

i znało się pewne rzeczy "na wyrywki", wtedy luki w wiedzy rekompensowało logiczne myślenie. 

W   ten   właśnie   sposób   funkcjonował   umysł   ojca   Levy'ego.   Gruntowna   znajomość   wszystkich 

faktów nie była potrzebna. Należało znać większość z nich. Gdy nie znało się jakichś szczegółów, 

wtedy na pomoc przychodziła logika. Ojciec Levy'ego kochał logikę. Pod tym względem Levy był 

do niego podobny.

Przy innym stoliku, na lewo od miejsca, gdzie siedział Levy, powstało nagle zamieszanie. 

Jakiś przystojny chłopak i ładna dziewczyna poszturchiwali się nawzajem; patrząc jednak na nich, 

można było odnieść wrażenie, że oboje mieliby raczej ochotę na kontakt bardziej subtelny. Levy 

przyglądał im się przez chwilę. Był to prawdziwy powód, dla którego wolał uczyć się właśnie tutaj, 

a nie w zacisznym pomieszczeniu wśród półek na książki - lubił przyglądać się ludziom.

Kłamca.

Lubił przyglądać się dziewczynom.

W   sali   znajdowało   się   kilka   studentek   z   Barnard,   których   widok   mógł   faktycznie 

przyprawić o zawrót głowy. Jedna z nich będzie kiedyś moja - pomyślał Levy. W tej chwili jedynie 

przyglądał im się. Też coś!

Levy odwrócił się raptownie do tyłu świadomy tego, że przypatruje mu się Biesenthal. 

Profesor wskazał palcem stos książek na stoliku Levy'ego.

- Nikt się na to nie da nabrać - powiedział. - Widziałem, jak strzelasz oczami do dziewczyn.

- Och nie, panie profesorze, mógł pan odnieść takie wrażenie, ale ja naprawdę odwaliłem 

dziś kawał roboty.

- Gdybyś chciał się uczyć, znalazłbyś bardziej zaciszne miejsce.

- Niczego nie pragnąłbym bardziej, ale w tej chwili nie ma nigdzie wolnych miejsc, więc 

musiałem zostać tutaj - powiedział Levy.

background image

- Ja zawsze uczyłem się właśnie tu - powiedział Biesenthal. - Można tu było spotkać dużo 

ładnych dziewczyn.

Pana interesowały dziewczyny? - chciał niemal krzyknąć Levy, lecz ugryzł się w język.

- Wiem, co myślisz - powiedział Biesenthal. - Znam ten wyraz oczu. Jadąc po Broadwayu 

samochodem,   zauważyłem   jednego   z   moich   studentów   i   kiedy   zatrzymałem   się   na   światłach, 

student wlepił we mnie wzrok; był zupełnie osłupiały. Spytałem go, czy coś się stało, a on zdołał 

tylko wykrztusić: "Mój Boże, pan umie prowadzić samochód". Jesteśmy jednak istotami ludzkimi, 

przynajmniej niektórzy z nas, Levy. Przemyśl to sobie. Twierdzisz, że odwaliłeś kawał roboty, co 

to była za robota?

- Rok 1875 - powiedział Levy.

- Nie zlekceważ postaci Gliddena - rzekł Biesenthal.

- Absolutnie nie, panie profesorze.

- Nie masz najmniejszego pojęcia, kim był Glidden, przyznaj się.

- Niech pan ze mnie nie żartuje, chodzi o drut kolczasty, to bardzo ważny moment historii. - 

Hej! Sukinsynu, zrobiłeś na nim wrażenie! Zaznacz to w kalendarzu, gdy będziesz już w domu. - A 

co pan sądzi na temat Custera i telefonów?

Biesenthal spojrzał na chłopca.

- Masz na myśli Custarda, Levy? Twoje słowa zlewają się w jakiś niewyraźny bełkot.

- Nie, nie, mam na myśli człowieka o nazwisku George Armstrong Custer, tego bałwana, 

który zginął tak marnie akurat w momencie, gdy uruchomiono pierwszą centralę telefoniczną. Czyż 

to   nie   wspaniały   zbieg   okoliczności   w   historii   Ameryki!   Osobiście   uważam,   że   to   wspaniały 

symbol.

- Jak mawiał twój ojciec: "Symbole zostawcie poetom". - Spojrzał na zegarek. - Dochodzi 

siódma,   niedługo   muszę   być   w   domu   na   kolacji.   Odprowadź   mnie,   Levy.   -   Pokiwał   palcem 

wskazującym. - Nie musisz iść po swego grata. To całkiem blisko, na Riverside Drive.

Biesenthal  wyszedł  z dużej  czytelni,  Levy podążył  tuż  za nim.  Nie pozwolę  na to, by 

myślał, że jestem kompletnym głupcem - postanowił Levy. - Założę się, że bliźniaków Riordanów 

nie prosił, by odprowadzili go do domu.

-   Zaprosiłbym   cię   na   kolację,   Levy   -   zaczął   Biesenthal,   gdy   obaj   znaleźli   się   już   na 

zewnątrz. - Jest jednak pewien problem, Levy: moja żona, niegdyś prawdziwa piękność i wspaniała 

matka dla naszych dzieci, niestety bardzo źle gotuje; nie tylko, że jedzenie nie jest zbyt smaczne, 

ale w dodatku nigdy nie ma go w wystarczającej ilości. Nie muszę więc dodawać, że raczej rzadko 

zapraszamy   do   domu   gości.   -   Przeszli   przez   uniwersytecki   campus   i   udali   się   w   kierunku 

Broadwayu i Sto Szesnastej. Na rogu znajdował się sklep z plakatami i książkami, na wystawie 

background image

leżały obok siebie utwory Che'a Bette Midlera oraz książka o Kennedym.

- Gdzie byłeś, kiedy zmarł? - spytał Biesenthal.

Profesor przeszedł na drugą stronę ulicy, Levy podążył za nim.

- Kennedy? Byłem w szkolnej stołówce na lunchu i jakiś piłkarz, prawdopodobnie głupi jak 

but, powiedział: Zastrzelili Kennedy'ego. W tym momencie wykrzyknęliśmy jakby jednym głosem: 

A gdzie w tym dowcipie jest pointa? Zaraz potem zaczęliśmy się śmiać z samych siebie, lecz 

przestaliśmy nagle, widząc wyraz twarzy tego głupka. Zrozumieliśmy, że w tym dowcipie nie było 

żadnej pointy.

- Miałem na myśli twojego ojca - przerwał Biesenthal.

- Chyba byłem wtedy w domu - odpowiedział Levy.

Schodząc w dół stromą ulicą w kierunku Riverside mężczyźni zwolnili kroku.

- Chciałbym, abyś o czymś wiedział - zaczął Biesenthal. - Nie mam ku temu specjalnego 

powodu, po prostu chcę ci o czymś powiedzieć i robię to bardziej z myślą o sobie, rozumiesz?

- Tak, proszę pana.

- Wyjawię ci wielki sekret, Levy, gdyby ludzie dowiedzieli się o tym, zniszczyłoby to moją 

karierę - i to z dnia na dzień. Gdyby się okazało, że jestem homoseksualistą i Timer ogłosił to na 

pierwszej stronie, byłoby to niczym w porównaniu z tym, co zaraz ci wyjawię, a więc słuchaj 

uważnie: jestem wielkim kibicem baseballu. Nie mam na myśli takich drużyn, jak Mets i Dodgers 

lub takich graczy, jak Aaron czy Mays, choć uwielbiam ich wszystkich oglądać. Ale tak naprawdę 

rozkoszuję się czymś innym - czytaniem tabeli z wynikami rozgrywek. Zbliżając się do starości, 

nadal wślizguję się potajemnie do łazienki w niedzielne poranki, zabieram ze sobą wiadomości 

sportowe i udając, że biorę kąpiel, uczę się na pamięć wyników poszczególnych gier. No dobrze, 

Levy,   masz   teraz   szansę   wykorzystać   swój   wspaniale   funkcjonujący   mózg.   Co   może   być 

najważniejszym   wydarzeniem   roku   w   całym   wszechświecie   dla   człowieka,   który  posiada   taką 

namiętność jak ja - wydarzeniem bardziej nawet doniosłym niż wybory Miss Ameryki?

- Rozgrywki ogólnoświatowe?

- Słusznie. Właśnie te rozgrywki. I dla człowieka takiego jak ja najgorszą rzeczą, jaka może 

się przytrafić - i zdarza się to całkiem często - jest to, że w czasie rozgrywek muszę prowadzić 

wykłady. I wiesz, co wtedy robię?

- Nie, panie profesorze.

- Od ponad trzydziestu lat mam genialną wprost sekretarkę. Dałem jej kiedyś  najlepsze 

radio   tranzystorowe;   po   każdej   serii   rozgrywek   wchodzi   do   sali,   gdzie   akurat   wykładam. 

Nauczyłem ją, aby przybierała wtedy taki nieszczęśliwy wyraz twarzy, jakby właśnie miał miejsce 

najstraszniejszy kataklizm. Wchodzi więc do sali wykładowej i pyta: Czy mogę z panem chwilę 

background image

porozmawiać, profesorze Biesenthal? Ja odpowiadam wtedy rozdrażnionym głosem: O co chodzi, 

o co chodzi, czy nie widzi pani, że jestem zajęty? Ona odchodzi ze mną na stronę i gdy ja kiwam 

głową, zachowując przy tym niezwykle poważny wyraz twarzy, ona szepcze mi do ucha: W szóstej 

grze Oakland prowadzi dwa do jednego, Seaver ciągle zdobywa punkty dla Mets, lecz sprawia 

wrażenie zmęczonego, rozgrzewa się już Mc Graw. W takich sytuacjach waham się przez chwilę, 

jakbym nie był zdecydowany, jak powinienem się odpowiednio zachować, następnie wracam do 

studentów, którzy wszyscy czują się zaszczyceni faktem, że nawet wydarzenia najwyższej rangi 

mające miejsce poza uniwersytetem nie zakłóciły wykładu, który dla profesora jest świętością.

Obaj szli teraz ulicą Riverside Drive w kierunku ulicy Sto Osiemnastej.

- Twój ojciec umarł w marcu...

- Trzydziestego.

-...wtedy   również   byłem   w   sali   wykładowej   i   nagle   weszła   moja   sekretarka,   która   już 

piętnaście lat temu była niezrównana. Nie zapomnę katastroficznego wprost wyrazu jej twarzy. 

Przypominam sobie, co wtedy pomyślałem: To nie chodzi o rozgrywki, przecież nie zaczęli nawet 

sezonu. Zadałem więc sobie pytanie: o cóż innego może chodzić, jakaż to straszna wiadomość 

skłoniła ją do tego, by przerwać mi wykład i dlaczego ma taki wyraz twarzy? Podszedłem do niej i 

zastanowiłem się przez chwilę, że może faktycznie byłem już starcem, który nie zauważył, że jest 

pół roku później. A piętnaście lat temu Burdette i Aaron grali w Milwaukee przeciwko Mantle'owi i 

Fordowi z drużyny Jankesów. Próbowałem przypomnieć sobie wszystkie nazwiska, zastanawiając 

się jednocześnie nad tym,  cóż takiego mogło się stać. Ona nie wypowiedziała jednak żadnego 

nazwiska, powiedziała jedynie: On nie żyje - i wyszła z sali. Odczułem taką ulgę - nie byłem więc 

jeszcze starym  sklerotykiem.  Pamiętam, że nawet uśmiechnąłem się. Wróciłem do studentów i 

usiadłem, ale w chwilę później wiadomość przyniesiona przez sekretarkę musiała wywołać we 

mnie wstrząs, ponieważ zwróciłem się do studentów w te słowa: - Musicie opuścić salę. Musicie 

natychmiast opuścić salę. Studenci wyszli, a po upływie około godziny moja sekretarka przyniosła 

płaszcz i kapelusz. Spytałem ją, jak do tego doszło, a ona odpowiedziała, że powodem śmierci był 

wylew krwi do mózgu. To dobrze - powiedziałem - to dobrze, mam nadzieję, że umarł szybko i nie 

cierpiał. Wiedziałem jednak, że cierpiał straszliwie i również podejrzewałem, że nie był to żaden 

wylew. Próbowałem po prostu zachować spokój. Było to jednak niezwykle trudne. Następnego 

dnia gazety podały, że strzelił sobie w głowę. Gdzie wtedy byłeś?

- W domu. Stałem na końcu korytarza. Była godzina dziesiąta. Dostałem świetną ocenę za 

wypracowanie, przy którym mi pomagał - zdarzało się, że był na tyle trzeźwy, aby pomóc mi 

trochę w nauce. To było jakieś głupiutkie wypracowanie na temat wełny; on wiedział wszystko, nie 

muszę   tego   panu   mówić.   Pomyślałem,   że   powinienem   mu   powiedzieć,   jak   wysoko   została 

background image

oceniona nasza wspólna praca; po chwili doszedłem jednak do wniosku, że gdybym  to zrobił, 

trudno byłoby potem przetrwać czas kolacji bez żadnego tematu do rozmowy, postanowiłem więc 

zaczekać ze wszystkim - i wtedy rozległy się strzały. Pamiętam, jak stałem przy wejściu do jego 

pokoju. Nie widziałem go - leżał za łóżkiem. Zauważyłem jednak krew - strumień, rzekę krwi i 

przypominam sobie, co wtedy pomyślałem: Dzięki Bogu to nie ja rozlałem farbę. Później zdałem 

sobie sprawę z tego, jak ładnie ta farba wygląda, jak upiększa pokój, dodając mu barwności. Nie 

wiem, jak długo tam stałem; w końcu zebrałem się na odwagę i poszedłem zadzwonić po gliny. 

Gdy   przyjechali,   poprosiłem   ich   o   pistolet,   lecz   odmówili   tłumacząc,   że   tu   dowód   rzeczowy. 

Zrozumiałem   to,   ale   powiedziałem,   że   chcę   go   dostać,   gdy   będzie   już   po   wszystkim. 

Odpowiedzieli, że jestem nieletni, więc nie mogą mi dać pistoletu. Czasem jednak potrafię być 

bardzo   uparty   i   może   mi   pan   wierzyć,   że   mam   go   do   tej   pory.   Mój   brat,   który   miał   wtedy 

dwadzieścia   lat,   wydostał   go   od   policjantów,   gdy   nie   był   im   już   potrzebny.   Gdy   byłem   już 

pełnoletni, nauczyłem się nim posługiwać, robiłem to w nieskończoność. Znam każdą jego śrubkę. 

Naprawdę.

Mężczyźni   zatrzymali   się   przed   eleganckim   domem,   w   którego   drzwiach   stał   portier. 

Biesenthal dał mu znak ręką, aby odszedł. Znaleźli się teraz sami na chodniku.

- Dlaczego?

- Nie wiem... miałem nadzieję, że któregoś dnia odnajdę żywego McCarthy'ego. Widzi pan, 

myślałem   sobie   wtedy,   że   nie   jestem   silny   fizycznie,   nie   jestem   przecież   zawodnikiem   wagi 

ciężkiej czy kimś podobnym, a doszedłem jednocześnie do wniosku, jakby to było wspaniale dać w 

swoim życiu nauczkę przynajmniej kilku ciemnym typom. Nie wyrzuciłem pistoletu, ponieważ jest 

mój  - ponieważ należał  do taty;  właściwie nie wiem,  dlaczego  go nie wyrzuciłem.  Dobranoc, 

profesorze. - Levy odwrócił się i miał zamiar odejść.

- Tom?

Mój Boże, użył imienia Tom. Levy odwrócił się.

- Słucham, panie profesorze?

- Dlaczego nie przyznałeś się, że znasz cytat z Locksley Hall, sześćdziesiąt lat później? Z 

wyrazu twojej twarzy odczytałem, że chciałeś to zrobić.

- Bałem się.

Biesenthal pokiwał głową.

-   To   prawda,   że   wywołuję   w   ludziach   strach.   Pracowałem   nad   tym   całe   lata.   Moja 

najmłodsza córka nazywa mnie Ebenezer... - Nagle zamilkł.

Levy spojrzał na Biesenthala. Zorientował się, że profesor czuje się speszony z jakiegoś 

powodu i nie wie, co dalej powiedzieć.

background image

Nagle profesor wyrzucił z siebie:

- Gdy dowiedziałem się, że nie żyje - płakałem. Chciałem, żebyś o tym wiedział.

- Nie był to dobry dzień ani dla mnie, ani dla pana - odrzekł Levy.

background image

6

Scylla  stał  przy wejściu  na zamek  i spoglądał  w  dół na Princes  Street. Ściemniało  się 

szybko, lecz Princes Street nadal stanowiła najpiękniejszy widok, jaki można sobie było wyobrazić; 

była nieporównywalna z żadnym innym miejscem w Edynburgu, żadnym miejscem w Szkocji, w 

całej Wielkiej Brytanii, a nawet w Europie - i żadnym innym miejscem na kuli ziemskiej. Był to 

dar   od   Wszechmogącego;   ulica   wyglądała   tak,   jakby   ktoś   przeniósł   wszystkie   najwspanialsze 

sklepy z Piątej Alei i umieścił je wzdłuż Central Parku - tłem dla tego wszystkiego nie byłaby 

jednak ciemna zieleń drzew, lecz wysokie wzgórze, mierzące setkę stóp, na którego szczycie stałby 

majestatyczny zamek w ciemnomiodowym kolorze. Cóż więcej dodać - zobaczyć Princes Street i 

umrzeć!

Przestań myśleć o umieraniu.

Jednak nie mógł się od tego powstrzymać. Stał w chłodzie, wpatrując się w rozświetlone 

wystawy przepięknych sklepów Forsytha i Lilywhite'a i zastanawiał się nad kwestią śmiertelności, 

a właściwie nad tym, że zjawisko to nie istnieje. W prawej ręce odczuwał rwanie, a pod niedawno 

założonymi szwami piekący ból. Działo się tak jedynie z jego winy - zbyt często zaciskał pięści i 

pocierał jedną ręką o drugą.

A wszystko dlatego, że Robertson się spóźniał.

Gdyby chodziło o kogoś innego, nie byłoby powodu do zmartwienia. Robertson znany był 

jednak powszechnie z punktualności. Jeśli z Bejrutu zadzwonił do kogoś w Beverly Hills, mówiąc: 

"Spotkajmy się o drugiej trzydzieści na północnej  ścianie Mont Everestu, w połowie drogi na 

szczyt", to gdyby ten ktoś spóźnił się o dziesięć minut, musiał mieć piekielnie dobrą wymówkę.

A może nie stało się nic złego - mógł po prostu utknąć w korku lub złapać gumę. To 

logiczne wytłumaczenie, jednak Scylla obserwował samochody na Princes Street, które poruszały 

się bez żadnych przeszkód. Poza tym, gdyby Robertson złapał gumę, na pewno nie zmieniałby koła 

-  zjechałby  na  pobocze   i  złapał   taksówkę,  aby  jak  zawsze  przybyć   punktualnie  na  umówione 

spotkanie.

A więc nie można się było łudzić, że wszystko w porządku.

Roberston nie zjawił się na czas, ponieważ już nie żył. Niewiadome było jedynie to, czy 

sam wpadł w przepaść, czy też został zepchnięty.  Kto wie? Biorąc pod uwagę jego kłopoty z 

sercem, mogło się to stać w każdej chwili. Nie tylko miał nadwagę, ale dużo palił i pił, jadał 

natomiast tylko wysokokaloryczne potrawy - zawał mógł więc być logiczną konsekwencją takiego 

trybu życia.

Ostatnio działy się jednak dziwne rzeczy - choćby sprawa Chena - więc istniała możliwość, 

background image

że Robertson nie umarł śmiercią  naturalną.  Scylla  miał nadzieję, że tak się nie stało. Chociaż 

łączyły ich jedynie interesy - i to w pewnym stopniu o charakterze nielegalnym,  nie związane 

jednak   z  Dywizją   i   stałą   pracą   Scylli   -   Scylla   miał   nadzieję,   że   Roberston   zmarł   we   śnie   po 

zjedzeniu   ulubionego   posiłku   składającego   się   z   podwójnej   porcji   wędzonego   łososia, 

wysmażonego antrykota z dużą ilością jarzyn - wszystko to oblane przyprawą do sałatek. A na 

deser duża porcja profiteroli.

Scylla   zawahał   się.   Roberston   był   mu   winien   pieniądze   za   ostatnią   transakcję   -   około 

dwudziestu   tysięcy   dolarów.   Scylla   zdawał   sobie   jednak   sprawę   z   tego,   że   przebywa   już   w 

Edynburgu zbyt długo i że powinien jak najszybciej wyjechać do Paryża; jego prywatne eskapady z 

Londynu   nie   powinny   trwać   zbyt   długo   -   w   przeciwnym   razie   mogła   się   nimi   zainteresować 

Dywizja.

Do diabła z tym wszystkim - pomyślał Scylla i zaczął schodzić w kierunku ulicy - muszę 

sprawdzić, co się stało, chcę tylko upewnić się, że nie cierpiał. Robertson prowadził najbardziej 

ekskluzywny sklep z antykami w Szkocji i specjalizował się w starej biżuterii - być może z tego 

właśnie   powodu  zginął.   Chciwość.   Zwykły   napad   -  a   Robertson   zbyt   gwałtownie   zareagował, 

złodzieje wpadli w panikę i zabili go.

Scylla lubił Robertsona. Mieli niewiele wspólnych cech, a jednak Scylla czuł sympatię do 

starego, grubego pedała. Pewnego razu, gdy Scylla realizował dostawę, zjawili się niespodziewanie 

rodzice   Robertsona   i   wszycy   we   czwórkę   poszli   na   kolację.   Robertson   natychmiast   stał   się 

małomówny i dużo bardziej powściągliwy w gestykulacji. Kolację zjedli w restauracji o nazwie 

"Aperitif"   przy   Frederick   Street.   Kelnerzy   starali   się,   jak   mogli,   by   zadowolić   gości,   gdyż 

Robertson   był   stałym   klientem   tego   lokalu   i   zawsze   zostawiał   sute   napiwki.   A   główny  temat 

rozmowy?

Dziewczyny.

Atmosfera  była  wspaniała.  Rodzice nie mieli  pojęcia, że ich Jack jest jedną z bardziej 

znanych   "panienek"   w   całej   Europie   Zachodniej.   Robertson   ukrywał   to   świetnie,   sprawiając 

wrażenie, że jest prawdziwie załamany z powodu starokawalerstwa oraz faktu, że nie chce go 

żadna dziewczyna, ponieważ jest zbyt otyły i nieatrakcyjny dla kobiet.

Scylla poprosił taksówkarza, by minął sklep Robertsona i zatrzymał się na Grassmarket. 

Panowała zupełna ciemność. Żadnych oznak życia. Budynek sąsiadujący ze sklepem był pusty; 

Scylla poczuł wokół siebie atmosferę śmierci i unicestwienia. Dojechał do następnej przecznicy, 

wysiadł, zapłacił kierowcy i zawrócił w kierunku sklepu Robertsona. Stanął po przeciwnej stronie i 

ulicy i obserwował sklep. W środku panowała absolutna cisza.

Scylla   przeszedł   na   drugą   stronę   ulicy   i   z   łatwością   otworzył   zamek   we   frontowych 

background image

drzwiach - zakrzywione ostrze scyzoryka bez trudu sforsowało opór zapadek zamka. Robertson 

mieszkał  w tej części domu,  która znajdowała się nad sklepem. Scylla  bezszelestnie dotarł do 

schodów, a następnie zaczął po nich wchodzić na górę. Sypialnia Robertsona znajdowała się na 

trzecim piętrze i gdy Scylla dotarł na miejsce, zobaczył, że drzwi do pokoju są uchylone. Na łóżku 

leżał ogromny martwy mężczyzna.

Scylla wszedł do pokoju, przystanął - i zamarł w bezruchu.

Robertson chrapał. Gruby sukinsyn nie był martwy - po prostu spał. Scylla zapalił lampkę 

przy łóżku i powiedział:

- Jack... Jack? - Robertson zamrugał oczami. Był kompletnie zaskoczony. Wybałuszył oczy 

i przez chwilę wpatrywał się w Scyllę. Jezu! - pomyślał Scylla. Gdy ja myślałem, że to on nie żyje, 

on myślał, że ja już jestem martwy - i z tego powodu nie przyszedł na spotkanie.

Scylla usiadł sztywno na krześle obok nocnej lampki.

- Dlaczego nie przyszedłeś, Jack? - zapytał.

- Byliśmy umówieni na jutro - odpowiedział Robertson tonem, który zdradzał irytację.

- Myślałeś, że nie żyję, prawda?

- Nie mogę odpowiedzieć na takie głupie pytanie, chyba to rozumiesz?

- Dlaczego myślałeś, że nie żyję?

Robertson odsunął na bok kołdrę.

- Scylla, na miły Bóg, o czym ty mówisz?

-   Wiesz,   że   potrafię   cię   zmusić   do   mówienia.   Nie   prowokuj   mnie   do   tego.   Robertson 

westchnął i rzucił za siebie kołdrę.

  - Jeśli mamy się sprzeczać, zróbmy to w kuchni; jestem głodny. Włożę tylko szlafrok. - 

Mówiąc to podszedł do szafy.

Scylla siedział w milczeniu obok nocnej lampki, ręce trzymał na kolanach, stopy na sznurze 

do kontaktu.

Robertson   włożył   szlafrok   i   z   drugiego   końca   pokoju   powiedział   niezwykle   dobitnym 

tonem:

- Nigdy, nigdy więcej nie próbuj mnie zastraszyć, czy wyrażam się jasno? - W ręce trzymał 

malutki pistolet.

Scylla westchnął.

- Odpowiedz, do diabła.

- Jack, to twoje życie wisi teraz na włosku, nie znasz się na tych sprawach, więc zaklinam 

cię nie mów już nic więcej.

- Podnieś po prostu ręce do góry.

background image

- Jezu, to coś nowego.

- Zabiję cię.

Scylla podniósł ręce do góry.

- Posłuchaj uważnie - powiedział Robertson, który stał w drugim końcu pokoju i wyglądał 

jak   gigantyczny   cień.   -   Nigdy   więcej   nie   uda   ci   się   mnie   zastraszyć,   ponieważ   cała   nasza 

działalność, wszystkie nasze machinacje zostały zarejestrowane - każda transakcja jest dokładnie 

opisana, a wszystkie dokumenty znajdują się w zalakowanej kopercie w biurze mojego adwokata. 

Jeśli   umrę,   koperta   zostanie   otworzona;   wiadomo   również,   do   kogo   mają   trafić   te   wszystkie 

informacje. Myślę, że miałbyś sporo kłopotów, gdyby cała sprawa wyszła na jaw.

- Zanim się w to wplątałem, ty sam już od dawna prowadziłeś jakieś nieuczciwe interesy.

- Co masz na myśli?

- Zastanawiałem się po prostu nad tym, czy i o tym jest mowa w dokumentach, które są w 

posiadaniu twojego adwokata.

- Tak. W dokumentach jest wszystko.

Scylla potrząsnął głową.

-   Na   ten   temat   nie   ma   tam   ani   jednej   wzmianki.   Jesteś   skrytym   facetem,   Jack.   Twoi 

wspaniali rodzice nie wiedzą nawet o twoich skłonnościach. Myślę, że ta otoczka tajemniczości 

sprawia ci przyjemność i wątpię, abyś komukolwiek zdradzał sekrety, nie mówiąc już o tym, aby 

robić to w formie pisemnej.

- Chcesz, abym cię zabił?

Scylla potrząsnął głową.

- Zupełnie mylnie oceniasz sytuację, Jack; to ty musisz umrzeć.

- Trzymaj ręce do góry...

- Oczywiście, ale posłuchaj, Jack, przed chwilą powiedziałem: "Nie mów już nic więcej" i 

nie   żartowałem.   Gdybyś   zastosował   się   do   mojej   rady,   gdybyś   to   zrobił,   wszystko   byłoby   w 

porządku,   lecz   teraz   sam  widzisz,   że  nie   mam   wyboru.  Jeśli   bowiem  nie   zabiję  cię,  będziesz 

wiedział, że Scyllę można zastraszyć, a jeśli będziesz o tym wiedział, zyskasz nade mną przewagę, 

prawda? Będziesz mógł wtedy zrobić ze mną, co zechcesz - a nie pozwolę na to, by ktokolwiek 

miał nade mną taką władzę.

- W jaki sposób możesz mi teraz zagrozić? Mam przecież broń...

-   Mogę,   ponieważ   jestem   niewidzialny   -   odpowiedział   Scylla,   kopiąc   w   przewód 

elektryczny. W pokoju zrobiło się ciemno.

Robertson wycelował w kierunku krzesła. Rozległ się niezbyt głośny dźwięk wystrzału.

Nastąpiła cisza.

background image

- Scylla?

Cisza.

- Wiem, że żyjesz - nie upadłeś na podłogę.

- Trudno cię oszukać, Jack - padły słowa z innej części pokoju.

Robertson strzelił jeszcze raz. Znów rozległ się taki sam jak poprzednio odgłos.

- Nie masz żadnych szans - stwierdził Robertson.

Znów cisza.

- Ależ ten facet mnie prześladuje - padły słowa z przeciwległej części pokoju.

- Powiem, że złapałem cię, gdy okradałeś mój sklep.

- Czy słyszysz panikę w swoim głosie, Jack?

- Nie ruszaj się!

- Już to zrobiłem.

- Zatrzymaj się!

- Już to zrobiłem. - Scylla przykucnął i zwinnie przesunął się wzdłuż ściany.

- Czy tego nie rozumiesz... nie możesz wygrać... mam pistolet...

- A ja mam ręce - powiedział szeptem drugi mężczyzna.

- Scylla, posłuchaj...

Drugi mężczyzna znów mówił szeptem:

-   Przestań   strzelać...   rzuć   pistolet   na   podłogę,   kiedy   powiem   ci,   abyś   to   zrobił...   jeśli 

strzelisz jeszcze raz, nie spudłuj... bo jeśli mnie nie trafisz, obiecuję, że czeka cię powolna śmierć...

- Nie ma żadnych dokumentów... miałeś rację... oddam ci pieniądze...

- Na to jest już za późno... jeśli pozwolę ci żyć, opiszesz wszystkie nasze transakcje... nie 

mamy już do siebie zaufania, a więc w tej chwili istnieje tylko jeden problem: jak chcesz umrzeć?

- Nie chcę umierać, Scylla.

- Ale musisz umrzeć. Twoja śmierć może być jednak bezbolesna.

- Było mi przykro, gdy dowiedziałem się, że nie żyjesz... Naprawdę, Scylla, lubię cię i moi 

rodzice też żywią do ciebie sympatię, zawsze pytają o ciebie.

- Wspaniali ludzie. Powiedz mi wszystko, co wiesz, Jack.

-   Nie   mam   żadnych   informacji.   Dzwonili   tylko   z   Paragwaju   i   powiedzieli,   że   dostanę 

nowego kuriera. Doszedłem więc do wniosku, że nie żyjesz.

- Oczywiście. Idę do ciebie, Jack. Rzuć broń natychmiast!

Pistolet upadł na podłogę.

- Grzeczny z ciebie chłopiec, Jack; teraz idź do łóżka.

- To nie będzie bolało. Tak mówiłeś.

background image

- Kładź się.

Dźwięk uginających się sprężyn.

-   Czy   chcesz,   aby   wyglądało   to   na   samobójstwo?   Mógłbyś   zostawić   list,   w   którym 

napisałbyś, że martwiłeś  się o swoje serce; że nie chciałeś  być  dla nikogo ciężarem. Mógłbyś 

również dodać, że bardzo kochałeś rodziców.

- Chciałbym to zrobić, Scylla.

Scylla włączył lampkę do kontaktu, wyciągnął chusteczkę i podniósł z podłogi pistolet.

- Czy w biurku jest jakiś papier?

Robertson skinął głową.

Scylla podał mu notes i pióro.

- To powinno być bardzo osobiste, Jack. Myślę, że miałoby to dla nich duże znaczenie.

Scylla czekał cierpliwie, aż Robertson skończy. Gdy list był już napisany, Scylla rzucił na 

niego okiem.

- Jesteś porządnym facetem, Jack; zachowają o tobie dobre wspomnienia. Zamknij oczy.

Robertson zamknął oczy.

Scylla był zaskoczony tym, że nie potrafi nacisnąć spustu tak po prostu - bez namysłu. Nie 

dlatego, że wystrzelone na oślep kule, które utkwiły w ścianie, wzbudzą co najmniej podejrzenia co 

do samobójczych motywów ofiary. Chodziło po prostu o to, że w ostatnich czasach Scylla zabijał 

w  samoobronie   lub  pod wpływem   silnych   emocji.   To  natomiast,   co  miał  zrobić   w  tej  chwili, 

powinno być zwykłą, rutynową częścią jego pracy - i gdyby stało się trudne do wykonania...

Scylla   przytknął   pistolet   do   skroni   drugiego   mężczyzny,   lecz   nadal   nie   mógł   nacisnąć 

spustu.

- Opowiedz mi o dzisiejszym lunchu, Jack. - Nie potrafił nacisnąć spustu.

- Dlaczego?

- Ponieważ... Chcę, abyś myślał teraz o dobrym jedzeniu, o deserze, o wyśmienitym porto, 

ponieważ...   w   przeciwnym   razie   ostatnie   lata   wydałyby   ci   się   nędzne...   jakiś   inny   zabijaka, 

zaczajony za rogiem, albo już tylko seler do jedzenia - i nic więcej, no więc chcę, abyś wiedział... 

wyświadczam ci przysługę, prawda, Jack?...

- Na Boga, Scylla, obiecałeś, że to nie będzie bolesne!

Scylla   przytknął   pistolet   do   najbardziej   czułego   miejsca   skroni   i   wystrzelił.   Ostrożnie 

włożył Robertsonowi pistolet do ręki i pozwolił, by ręka swobodnie osunęła się na podłogę.

- Chcę, abyś szybko się tam znalazł - powiedział Scylla.

Tak, to była prawda. Scylla siedział i wpatrywał się w ciało.

Jestem taki jak ty, Jack, jedyną różnicą jest to, że leżysz głową zwróconą w dół.

background image

Jestem również martwy, lecz nie położę się obok ciebie.

background image

7

Babe siedział w swoim rogu biblioteki - naprawdę myślał o tym miejscu jak o "swoim 

własnym" rogu, swoim własnym biurku, i zawsze czuł się jakby urażony, gdy ktoś inny usadowił 

się na najbardziej oddalonym od drzwi krześle w lewym rogu sali. Siedział przygarbiony i czuł się 

zdenerwowany - a wszystko z powodu Włochów. Ci cholerni Włosi dawali mu się nieźle we znaki. 

Ich nazwiska doprowadzały go do szaleństwa.

Zmorą dla większości ludzi były nazwiska rosyjskie - i nie bez powodu. Zapamiętanie 

pisowni   nazwiska   Fiodora   Michajłowicza   Dostojewskiego   i  poprawne   jej   używanie   przez   całe 

życie nie było niczym miłym. Dostojewski był jednak na szczęście tylko jeden. Gdy mówiło się 

"Dostojewski", wiadomo było, że chodzi o faceta, który napisał wszystkie te wielkie dzieła.

Lecz gdy wypowiadało się nazwisko: "Medici", mogło chodzić o Lorenzo albo też Cosimo 

(1) lub Cosimo (2). A Bellini? Za tym nazwiskiem mógł się kryć Gentile, Giovanni lub Jacopo. Nie 

wspominając już o chłopcach nazwiskiem Pollaiuolo, z których jeden miał na imię Antonio, a drugi 

Piero. A któż, do diabła, mógł wiedzieć o istnieniu dwóch ludzi, z których jeden nazywał się Fra 

Filippo Lippi, a drugi Filipinno Lippi? A w dodatku wszyscy z nich, oprócz rodziny Medici, byli 

malarzami, rzeźbiarzami bądź architektami.

Babe oparł się na krześle czując, że opuszcza go wszelka nadzieja. Nigdy się tego nie 

nauczę - pomyślał. - Nigdy nie będę najlepszy - dlatego na moim nagrobku umieszczą taki napis: 

"Tu leży T. B. Levy, nie opanował nawet historii Włoch". Być może nie był predystynowany do 

tego,   by   zostać   dobrym   specjalistą   w   dziedzinie   historii   społecznej.   Wiedzieć   wszystko   -   to 

diabelna sztuka; udało się to jednak jego ojcu, udało się to również Biesenthalowi, a więc nie było 

to niemożliwe - kosztowało po prostu bardzo wiele trudu.

Jeśli będziesz tak rozumował, nie uda ci się również pokonać Nurmiego; wzięcie udziału w 

maratonie było przecież niczym więcej niż wykonaniem określonego zadania, podobnie zresztą z 

nauką historii - w sporcie należało czasem zmusić do wysiłku ciało, natomiast w nauce - swój 

mózg. Levy sięgnął po jedną z wielu książek o sztuce, jakie rozłożył po całym stole i otworzył ją w 

miejscu, gdzie znajdował się jakiś tekst Pollaiuolosów. No dobrze, pomyślał Levy, o czym jest 

mowa w tej pracy? O tym, że Antonio działał według innych zasad niż Piero. Byli przecież ludźmi 

i mieli swoje kaprysy - podobnie jak ty i ja. Patrząc więc na obraz, spróbuj w nim dostrzec osobę 

autora. Masz przecież łeb na karku, więc skorzystaj z niego. Pomyśl. Odwołaj się do praw logiki.

I wtedy weszła do biblioteki ona - prawa logiki przestały istnieć, zniknęły gdzieś za oknem, 

pękły jak bańka mydlana.

Siedząc na swoim miejscu w rogu, Levy oddał się bez reszty innej niż dotychczas czynności 

background image

- wpatrywaniu się w dziewczynę. Krótkie blond włosy, zniewalające niebieskie oczy, reszta ciała 

jakby   zapakowana   w   czarny   lśniący   płaszcz   przeciwdeszczowy.   Na   sam   widok   można   było 

umrzeć. Mój Boże, pomyślał Levy, ciągle przyglądając się dziewczynie, jakież piękne muszą być te 

oczy, gdy spojrzy się w nie z bliska! Nie - jakie piękne muszą być wtedy, gdy patrzy się w nie z 

bliska i odnajduje w nich miłość.

Dość tych tortur - czas, by wrócić do Pollaiuolosów. Levy zamknął oczy, próbując skupić 

myśli najpierw na Antoniu, następnie na Piero; starał się uchwycić jakieś drobne różnice między 

tymi dwoma postaciami, niewielkie, lecz nie bez znaczenia różnice, które mogłyby mu pomóc w 

jego... w jego...

Mniejsza o to - postanowił w końcu Levy i otworzył oczy, by jeszcze raz przyjrzeć się 

dziewczynie.

Ona rozglądała się wkoło. W rękach trzymała  stos książek i było sprawą oczywistą, że 

szuka wolnego miejsca. Tutaj - chciał krzyknąć Levy; obok mnie. Z jej punktu widzenia byłby to 

logiczny wybór. Levy siedział sam, przy stole było sześć krzeseł, a więc miejsca aż nadto; wiedząc 

jednak o zaletach miejsca w rogu, Levy przeczuwał, że dziewczyna usiądzie gdzie indziej.

Zawsze tak było - piękne dziewczyny chodziły własnymi ścieżkami, innymi niż on. Jeśli 

chodzi o ładne dziewczyny, klasa Levy'ego w Denison była uważana za najgorszą w całej historii 

szkoły. A czyż łatwo znaleźć ładną dziewczynę wśród stypendystów Rhodesa? Levy wiedział, że 

jego losy zostały przesądzone - będzie kochał się w kobietach o urodzie Wenus, lecz ożeni się w 

końcu z jakimś brzydactwem o twarzy czarownicy.

Co prawda dziewczyny w życiu Levy'ego zawsze łączyły się z jakimiś problemami. Nie 

dlatego, że nie podziwiał ich tak, jak większość mężczyzn. Istota problemu była taka: nigdy nie 

udało mu się zdobyć przychylności tych dziewczyn, na których mu zależało, natomiast te, które go 

chciały,   nie   potrafiły   w   nim   wywołać   uczuć   wzajemności.   Wszystkie   dziewczyny,   którym   się 

podobał, były pod jednym względem podobne - intelektualistki. Nie było ani jednej prymuski, 

którą   choć   raz   nie   rzuciła   mu   zalotnego   spojrzenia   w   okresie   nauki   w   koledżu.   Levy   często 

umawiał się na randki, z kilkoma dziewczynami łączyły go dość zażyłe stosunki, lecz dziewczyny 

tego typu nudziły go. Chodziło o to, że były zdolne i inteligentne - podobnie jak on sam - i zawsze 

chciały nawiązać z nim intelektualną konwersację. A on tego nie cierpiał. Gdyby spotkał jakąś 

milutką kelnerkę o ładnych kształtach, na pewno by się z nią związał - i zrobiłby to z radością. Ale 

coś podobnego nigdy nie zdarzyło się i nigdy nie zdarzy. O mój Boże - pomyślał Levy - ona idzie 

w moją stronę!

Szybko sięgnął po jakąś książkę i otworzył ją. A jeśli usiądzie przy tym samym stole - co 

wtedy   zrobić?!   Po   prostu   udawać   obojętność   -   to   najlepsze   rozwiązanie.   Śliczne   dziewczyny 

background image

przyzwyczajone  są do tego, że chłopcy próbują się do nich zalecać  - niech więc ona wykaże 

inicjatywę.   Uzbroić   się   w   cierpliwość   i   czekać.   A   gdy   będzie   chciała   pożyczyć   gumkę   do 

wycierania? Wtedy, być może, najlepiej będzie podać ją niedbałym ruchem, nie pozwalając, by 

dziewczyna zorientowała się, że zrobiła na nim wrażenie. Śliczne dziewczyny przyzwyczajone są 

bowiem do tego, że u wszystkich wywołują zachwyt, a kiedy już wiedzą, że stały się obiektem 

westchnień jakiegoś chłopca, wtedy odprawiają go z kwitkiem, traktują jak skórkę pomarańczy, 

którą wyrzuca się do kosza. Jezu! Levy, nie masz przecież gumki!

Cóż miał więc zrobić? Musiał zdobyć jakąś gumkę - w przeciwnym bowiem razie wszystko 

zakończy się fiaskiem. Wstał więc i rozejrzał się wokół. Po przeciwległej stronie sali siedziała 

siostra   Riordana.   Levy   wiedział,   że   ktoś   taki   jak   ona   z   pewnością   ma   gumki,   więc   nie 

zastanawiając się długo, ruszył w jej stronę. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że dziewczyna 

pomyśli,   iż   gumki   to   jedynie   pretekst   do   nawiązania   bliższej   znajomości.   Takie   właśnie 

doświadczenia miewał zawsze z mało atrakcyjnymi dziewczynami. Gdy mówił: "Przepraszam, czy 

mogłabyś mi pożyczyć kartkę z brulionu?" - dziewczyna zawsze myślała, że prosi o jej rękę. Levy 

doszedł jednak do wniosku, że tym razem sprawa jest warta zachodu, gdyż na pewien czas odejdzie 

od swojego stolika, więc nie będzie się czuł nieszczęśliwy,  jeśli owa Piękność usiądzie gdzieś 

indziej.

- Cześć, przepraszam, że przeszkadzam - powiedział do siostry Riordana. - Siedziałem za 

tobą na seminarium prowadzonym przez Biesenthala. Czy mógłbym pożyczyć od ciebie gumkę do 

wycierania?

Uśmiechnęła się do niego. W jej oczach tańczyły jakby ślubne obrączki; Levy widział, jak 

błyszczą.

- Jaką gumkę? - zapytała. - Do atramentu? Ołówka? Gumkę chlebową?

- Zwykłą gumkę, taką, jakiej używasz na co dzień.

- Gumkę Faber Stik lubię najbardziej - powiedziała, podając mu ją. - Możesz ją zatrzymać. 

Mam mnóstwo innych.

To dziwne, aby mieć ulubioną gumkę. Levy zastanowił się nad tym przez chwilę. Uderzyła 

go szczerość tego wyznania - któregoś dnia stworzenie to zostanie przecież dziekanem wydziału, 

prawdopodobnie   w   Bryn   Mawr,   i   obniży   jakiemuś   studentowi   ocenę   jedynie   dlatego,   że   do 

wycierania używał gumki Dixon Ticonderoga, a nie Faber Stik.

- Dziękuję, to bardzo miło z twojej strony - odrzekł Levy, po czym odwrócił się i ruszył w 

kierunku swojego miejsca.

I oto zobaczył ją. Siedziała. Czytała. Sama. Nie gdzie indziej, jak przy jego stoliku w rogu 

sali. Niebieskooka piękność.

background image

Ściskając w ręce gumkę Faber i zachowując bardzo oficjalny wygląd, Levy wrócił na swoje 

miejsce, usiadł starannie, sięgnął po książkę, otworzył ją i nie spojrzawszy ani razu na dziewczynę, 

zaczął czytać. Jego krzesło było jednym z trzech w rzędzie; ona siedziała po przeciwnej stronie na 

najbardziej   odległym   miejscu   w   podobnym   rzędzie.   Levy   nie   odrywał   wzroku   od   książki; 

dziewczyna wykonała jednak jakiś ruch i wtedy Levy zerknął w jej stronę. Ale ze mnie osioł! - 

pomyślał widząc, że dziewczyna robi notatki używając żółtego ołówka - ma własną gumkę. Wrócił 

do swojej lektury i czekał stosownej chwili, aby spojrzeć na jej twarz tak, aby tego nie zauważyła. 

Gdy więc była pochłonięta czytaniem i odwróciła już sześć czy też osiem kartek, spojrzał w jej 

oczy.

Nie ma co ukrywać - nie była kimś przeciętnym. Nie można jednak powiedzieć, że była 

piękna. Piękna była Garbo; możliwe, że piękna będzie kiedyś Candice Bergen. Ta była ładna. Tak 

ładna jak Jeanne Crain lub Katherine Ross - ale nie piękna. Po prostu była ładna. Jak...

Była   podobna   do   Ingrid   Bergman   z   filmu   Komu   bije   dzwon!   Tę   właśnie   aktorkę   mu 

przypominała - krótkie blond włosy, oczy i...

..oczy były naprawdę zniewalające...

Takie niebieskie, ciemne i takie głębokie... przestań się na nią gapić, nie rób tego tak długo, 

przestań na chwilę. Babe upominał sam siebie jeszcze kilka razy, zanim zdał sobie sprawę z tego, 

że - do cholery! - było już za późno; zbyt długo się w nią wpatrywał i musiała to zauważyć.

W tej chwili ona spojrzała na niego:

-   Słucham?   -   zapytała.   To   pewne,   że   chciała   jednak   powiedzieć   coś   innego   -   spadaj 

dzieciaku; chłoptasiu, przeszkadzasz mi.

- Proszę? - zapytał Levy, próbując przyjąć jak najbardziej obojętny ton. - Mówiłaś coś? Nie 

dosłyszałem.

Spojrzała   na   niego,   po   czym   ponownie   zagłębiła   się   w   lekturze.   Możliwe,   że 

wyprowadziłem ją z równowagi - pomyślał Levy - ale przynajmniej zachowałem zimną krew.

Dwadzieścia minut później dziewczyna wzięła swój przeciwdeszczowy płaszcz i wyszła z 

sali.

Levy zaczął zbierać książki, chcąc wyjść za nią, lecz instynkt Holmesa podpowiedział mu, 

że wyszła tylko na chwilę, gdyż na blacie jej stołu zostały rozłożone książki. Levy zostawił własne 

książki w podobnym stanie i po odczekaniu stosownej chwili ruszył za dziewczyną, zachowując 

odpowiednią odległość, lecz nie tracąc jej z pola widzenia. Dziewczyna przeszła przez bibliotekę i 

wyszła   na   zimny   korytarz.   Zarzuciła   na   ramiona   lśniący   płaszcz,   otworzyła   torebkę   i   zapaliła 

papierosa. Następnie odwróciła się i zobaczyła idącego za nią Levy'ego.

Sytuacja była niezręczna - nie mógł się nagle zatrzymać, gdyż wtedy wszystko stałoby się 

background image

jasne; nie mógł się również schować, gdyż został już zauważony. Jedynym  rozwiązaniem było 

wyjście na korytarz i zapalenie papierosa. Fakt, że był niepalący, nie stanowił aż tak wielkiego 

problemu w sytuacji, gdy znalazł się w korytarzu sam na sam z dziewczyną. Poza tym cóż innego 

mógł  zrobić  - stać tam jak dureń?  Nie  było  już odwrotu, więc  patrząc  w  te  oczy,  w  których 

dostrzegł jakby błysk dezaprobaty, zapytał bez namysłu:

- Masz zapałki?

Dziewczyna zawahała się, po czym podała mu pudełko.

Biorąc   zapałki,   Levy   zorientował   się,   że   popełnił   błąd   -   durniu,   najpierw   prosi   się   o 

papierosa, później o zapałki. W tym momencie zmuszony był robić dziwne miny, przetrząsając 

wszystkie   kieszenie.   W   końcu   na   jego   twarzy   pojawił   się   uśmiech   w   stylu   Cary   Granta   - 

przynajmniej miał taką nadzieję - i wypowiedział przy tym słowa:

- Obawiam się, że papierosów też nie mam.

Dziewczyna ponownie zawahała się, po czym podała mu papierosa.

Levy przypalił go.

- Pewnie myślisz, że teraz poproszę, abyś go za mnie wypaliła - powiedział i zachichotał w 

taki sposób, aby pomyślała, że jego zachowanie jest naturalne i swobodne.

Dziewczyna odsunęła się nieznacznie i stanęła bokiem.

Jej profil wydał się Levy'emu bardziej niż zadowalający. Rzeczywiście ładna. Nie była to, 

co prawda, najlepsza figura, jaka zeszła z taśmy montażowej, lecz lepsza niż figura Grace Kelly. 

Nie tak dobra jednak jak Sofii Loren. Dziewczyna była bardziej hoża niż smukła, lecz z pewnością 

nie korpulentna.

Przez chwilę palili w milczeniu.

- Nawet się nie zaciągasz - powiedziała, zaskakując go tym stwierdzeniem.

-   Nie   wtedy,   gdy   trenuję   -   odpowiedział.   Był   zachwycony   tym,   że   cokolwiek   zdołał 

wykrztusić. Ponieważ dziewczyna nie raczyła spytać, co trenuje, postanowił powiedzieć jej o tym 

sam; nie cierpiał nie dokończonych myśli, odziedziczył  to po ojcu. - Jestem maratończykiem - 

powiedział.

Wydawało się, że dziewczyna przyjęła to jeszcze bardziej obojętnie niż to, co usłyszała 

dotychczas.

Tracisz ją - jakiś wewnętrzny głos odbił się echem w całym ciele Levy'ego. Nie oznacza to, 

że kiedykolwiek ją miałeś, ale spróbuj ją czymś zaskoczyć, udowodnij, że nie jesteś głupcem.

- Papierosy - zaczął Levy, desperacko wzruszając ramionami. - Palę, ale w każdej chwili 

mogę je rzucić w kąt. To śmieszne, ale kobietom jest trudniej walczyć z nałogiem; ostatnio w 

Timerie był duży artykuł na ten temat. Ciekaw jestem, dlaczego tak jest. - Głupcze, obrażasz ją 

background image

jako kobietę; a jeśli ona jest aktywną zwolenniczką równouprawnienia płci? Jak można mówić 

takie głupstwa? Jesteś chyba mistrzem w tej dziedzinie!

Stali w korytarzu; Piękność stanęła w końcu przodem do Levy'ego i spojrzała na niego 

piorunującym wzrokiem.

- Dlaczego za mną chodzisz?

Levy rzucił papierosa na ziemię i przydeptał go. Zrobił to w samą porę, unikając ataku 

kaszlu.

- Chodzę za tobą? Chodzę za tobą?! Muszę stwierdzić, że brak ci piątej klepki. Wydaje ci 

się, że jesteś Jackie Onassis? Dlaczego, do diabła, ktokolwiek miałby za tobą chodzić? Nie chcę 

ranić twojego ja, ale szanowna damo, to ty usiadłaś przy moim stole; szło mi świetnie, dopóki się 

nie   napatoczyłaś;   siedziałem   sobie   spokojnie   i   dokonywałem   fantastycznych   odkryć   -   i   nagle 

pojawiasz się ty. A więc jeśli ktoś za kimś chodzi, to ty za mną. Ale co mnie to może obchodzić? 

Ludzie chodzą czasem za mną, dziewczyny również, ale nigdy nie rzucam im w twarz oskarżeń; 

gdy   ludzie   zachowują   się   głupio,   należy   dać   im   szansę,   by   zmienili   sposób   postępowania,   w 

podobnych sytuacjach można przecież zastosować metody dyplomacji. Ja przynajmniej zachowuję 

się w ten sposób, gdy ktoś za mną chodzi, próbuję być uprzejmy, wyrozumiały i... - Ciągnąłby dalej 

swój   wywód,   lecz   nie   było   już   po   co:   dziewczyna   zgasiła   papierosa   i   pospiesznie   wyszła   z 

biblioteki, znikając w mroku nocy.

 Kłamałem - chciał krzyknąć za nią Levy. - Szedłem za tobą, ponieważ jesteś taka śliczna, 

ja jestem nikim, zwykłą łamagą, która nie potrafi jeszcze przebiec całego maratonu, ale proszę, daj 

mi jeszcze jedną szansę, a zobaczysz, że cię rozbawię.

Dziewczyny już nie było.

Następny przykład, w jak olśniewający sposób potrafi zaprezentować swe przymioty znany 

Casanova, legendarny T. Babington Levy. Stał przez chwilę na korytarzu, podsumowując wyniki 

swego   ostatniego   podboju.   Zaprezentowana   przez   niego   indolencja   była   wyjątkowej   miary. 

Wystarczy powiedzieć, że dziewczyna, która stała się celem jego umizgów, tak bardzo zirytowała 

się,   że   uciekła,   zapominając   o   swoich   książkach,   a   gdy   potrafi   się   rozzłościć   kogoś   do   tego 

stopnia...

...właśnie - zapomniała o książkach.

Levy pobiegł do biblioteki, pozbierał swoje książki, następnie książki dziewczyny, po czym 

ruszył pędem do działu czasopism, który znajdował się w mało widocznym miejscu za biurkiem 

bibliotekarza.

Pięć minut później przy wejściu do biblioteki pojawiła się Piękność, która szybkim krokiem 

podeszła do stolika w rogu, gdzie zostawiła książki. Przystanęła na chwilę, rozejrzała się wokół, 

background image

przeszła kilka kroków, spojrzała za siebie i wyszła.

Pięćdziesiąt minut później Levy zadzwonił do wynajmowanego przez nią pokoju w pobliżu 

uniwersyteckiego campusu.

Przez domofon rozległ się jej głos.

- Kto tam?

Jakość połączenia pozostawiała wiele do życzenia.

- Panna Opel? - Nazywała się Elsa Opel; cóż, nikt nie jest bez wad.

- Kto tam? - Dziwny akcent; być może pochodziła ze Szwajcarii? A może z jakiegoś kraju 

słowiańskiego? Levy nie był zbyt dobry w rozpoznawaniu obcych akcentów, przynajmniej jak na 

wielkiego historyka. W każdym razie dziewczyna musiała teraz mówić głośniej niż przedtem na 

korytarzu i jej obcy akcent stał się bardziej zauważalny.

- Tom Levy, maratończyk.

- Pewnie przyszedłeś po papierosa?

Levy zaśmiał się.

- Nie, nie po papierosa. Zapomniałaś o książkach. Pomyślałem, że mogą ci być potrzebne, 

więc kiedy skończyłem się uczyć, pozbierałem je i wziąłem ze sobą; mieszkam niedaleko stąd, nie 

sprawiło mi to żadnego kłopotu.

- To bardzo ładnie z twojej strony - powiedziała i przyciśnięciem guzika otworzyła drzwi.

Levy zobaczył ją na końcu korytarza znajdującego się na parterze budynku.

- Trzymaj - powiedział i podał jej książki.

Kiwnęła głową.

- Dziękuję. Dobranoc.

- Dobranoc - odpowiedział Levy. Po chwili dodał: - Panno Opel, może to dziwne, że znałem 

nazwisko i adres. Znalazłem te informacje w notesie.

- Ależ nie, nie zastanawiałam się nawet nad tym. W każdym razie jeszcze raz dziękuję. 

Dobranoc.

- Dobranoc - powtórzył Levy.

- Mówisz "dobranoc", ale nie odchodzisz.

- Idąc tu skręciłem kostkę - wytłumaczył Levy. - I chciałbym chwilę odpocząć.

- Gdy szedłeś przed chwilą korytarzem, nie kulałeś.

Wymyślanie kłamstw było chyba jego najsłabszą stroną.

- Maratończycy nie lubią okazywać cierpienia.

- Gdzie się schowałeś? - spytała wtedy dziewczyna.

- Schowałeś? - powtórzył  Levy,  zastanawiając się jednocześnie nad tym,  czy powinien 

background image

wybuchnąć gniewem - tak jak wtedy, gdy na korytarzu przy bibliotece oskarżyła go o to, że za nią 

chodzi.

- Gdy zorientowałam się, że zapomniałam o książkach, wróciłam natychmiast. Książek już 

nie było. Twoich również.

- Przecież to niemożliwe - odparł Levy. - Siedziałem przy stoliku i cały czas uczyłem się.

- Musiałam się w takim razie pomylić. Dziękuję, panie Levy. Dobranoc. - Zamknęła drzwi.

-   Za   biurkiem   bibliotekarza.   Tam   się   schowałem   -   odpowiedział   Levy,   będąc   już   na 

korytarzu.

Dziewczyna otworzyła drzwi i uważnie przyjrzała mu się.

- Dlaczego?

- Wydawało mi się, że to najlepsze miejsce.

- Nie pytam, dlaczego tam właśnie się schowałeś, chcę wiedzieć, dlaczego w ogóle się 

schowałeś.

- Po prostu nie chciałem, abyś mnie złapała na tym, jak dokonuję rabunku twoich książek. 

Gdybyś mnie zobaczyła, poczułbym się okropnie speszony.

- A czy teraz jesteś speszony?

- Och, tak! Czuję się upokorzony.

- Czy dlatego jesteś taki spocony?

- To jeden z powodów. Biegłem do twojego domu. Zawsze biegam.

- Dlaczego robiłeś sobie z mojego powodu tyle kłopotów?

- To naprawdę żaden kłopot. Mieszkasz niedaleko mnie. Prawdę mówiąc, nie mieszkasz aż 

tak bardzo daleko.

- Czy zawsze chodzisz za ludźmi, którzy siadają obok ciebie w bibliotece? A może to jakaś 

mania?

Levy   potrząsnął   głową,   skinął   potakująco,   wzruszył   ramionami,   po   czym   jeszcze   raz 

potaknął.

- Poszedłem za tobą, ponieważ jesteś taka ładna. - Nie powinienem był tego powiedzieć. 

Zrozumiał swój błąd natychmiast.

- Tak już po prostu jest, nie ma w tym mojej zasługi.

Levy podjął jeszcze jedną próbę uratowania sytuacji.

- Mógłbym zachwycać się twoją inteligencją, lecz nie zrobię tego, właściwie w ogóle cię 

nie znam. Możesz być głupia jak but z lewej nogi. Zresztą mam już dość wymyślania następnych 

kłamstw.

- Ale chciałbyś mnie poznać?

background image

- Tak, proszę pani.

- Dlatego, że jestem ładna?

- Nie mogę zaprzeczyć.

- Ile masz lat?

- Dwadzieścia pięć.

- Czy zawsze zachowujesz się tak głupio w towarzystwie kobiet?

- Tak, zawsze; pod tym względem wykraczam poza przeciętność.

- Ja też mam dwadzieścia pięć lat. Jesteś prawdopodobnie bardzo miłym chłopcem i za 

dziesięć lat, być może, osiągniesz mój wiek. Jestem pielęgniarką i w tej chwili nie mam dla ciebie 

czasu.

Mógłbym cię uszczęśliwić - chciał powiedzieć Levy. Potem zastanowił się przez chwilę. 

Słuchaj, idioto, nie ukrywaj takich rzeczy, powiedz jej, nie masz nic do stracenia, ona chce cię 

spławić tak czy inaczej.

- Mógłbym cię uszczęśliwić.

Była zupełnie oszołomiona.

- Nie żartuję, naprawdę - kontynuował pospiesznie Levy. - Dowiedziałbym się wszystkiego 

na   temat   pielęgniarstwa,   naprawdę   uczę   się   szybko.   Moglibyśmy   wspaniale   spędzać   czas, 

prowadząc długie rozmowy na temat opasek zaciskających...

Wybuchnęła śmiechem.

- Spotkamy się jeszcze. Na pewno. Powiedz, że tak.

- Nie powinno się o nic błagać...

- Chryste, o nic nie błagam, dlaczego miałbym to robić! Jestem członkiem stowarzyszenia 

studentów Fi Beta Kappa, byłem jednym z najlepszych stypendystów Rhodesa, byłem prymusem. 

Posłuchaj: ludzie tego pokroju nie płaszczą się przed głupimi pielęgniarkami, które na domiar złego 

palą papierosy. Cóż to za pielęgniarka, która pali? Chyba nie masz o niczym pojęcia. Jeśli nie 

widzisz   różnicy   między   błaganiem   a   usilną   prośbą,   nie   masz   szans   na   zdobycie   mojej 

przychylności.

- Kto wie, może się z tobą zobaczę, ale musisz się najpierw zamknąć.

Jestem górą - pomyślał Levy. Tego się nie spodziewałem. W końcu skinął głową.

- No dobrze - powiedziała po chwili. - Dobrze. Zobaczę się z tobą - powiedziawszy to 

zrobiła coś zaskakującego: wyciągnęła rękę, przyjęła smutny wyraz twarzy i dotknęła policzka 

Levy'ego. - Ale nic z tego nie będzie.

- Tego nie możesz przewidzieć - odparł Babe, wpatrując się w jej oczy. Była tak bardzo 

przepojona smutkiem. To dziwne, ale wyglądała jeszcze piękniej.

background image

Elsa pogładziła go palcami po twarzy.

- Mogę to przewidzieć - odpowiedziała cicho. - W najlepszym razie możemy liczyć na to, 

że będziemy tego żałować...

Gdy była już sama, zapaliła papierosa. Wypaliła go do końca, zgasiła, po czym zapaliła 

następnego. Podeszła do telefonu i zadzwoniła do Erharda.

- Jest naprawdę wspaniały - powiedziała. - Bardzo naiwny, bardzo grzeczny.

Przez chwilę słuchała głosu w słuchawce.

-   Możesz   sądzić,   że   jestem   w   okropnym   nastroju,   ale   tak   nie   jest.   Po   prostu   jestem 

zmęczona.

Znów milczenie.

- Tak, wydaje mi się, że spodobałam mu się jako dziewczyna.

Milczenie.

- Ile mam czasu?

Długa chwila milczenia.

- Zrobię, co będę mogła. - Zamknęła oczy. - Jeśli dopisze mi szczęście, za tydzień będzie 

mnie kochał...

background image

8

Babe wyciągnął starego Remingtona i zaczął walić w klawisze.

Doc? To ja - i lepiej  usiądź. Mówię to zupełnie  poważnie; sprawa jest tak ważna, tak 

niewiarygodna - aż zapiera mi dech w piersiach. (O mój Boże, myślisz, że on znów jest zakochany 

- mały braciszek szaleje z miłości.)

Istotnie, nie mylisz się.

Doc, Doc, nie wiem, od czego zacząć...

(Pewnie   myślisz,   że   powinienem   zacząć   od   jej   zębów,   zacząć   od   tego,   jak   jej   rzadko 

owłosiona czaszka połyskuje w promieniach księżyca.)

Nie, nie zacznę od tego.

(Włosy i zęby bez zarzutu? To dziwne. Ostatnio miała przecież mniej włosów niż zębów. 

Hm... Cycuszków nie miała, ale jaka była inteligentna! A może ta ma trzy cycuszki i w dodatku jest 

inteligentna?)

Znów się mylisz. A zresztą idź do diabła!

(Widocznie w czasach szkolnych musiała grać w mistrzowskiej drużynie hokeja na trawie. 

Łydki jak Bronco Nagurski, ramiona jak Larry Csonka, ale za to ładna cera dzięki dużej ilości 

ćwiczeń fizycznych na świeżym powietrzu.)

Zamknij się i posłuchaj mnie teraz - znam ją od ponad tygodnia i codziennie, gdy po nią 

przychodzę, wydaje mi się, że zupełnie oszalałem na jej punkcie, żadna dziewczyna nie jest taka 

cudowna. Codziennie  staje  się jeszcze  cudowniejsza, delikatniejsza,  bardziej  boska, doskonała, 

nieskazitelna, czysta, bez zarzutu, idealna. Musisz wiedzieć, że umniejszam jej zalety.

(Prawdopodobnie będę ci mógł szybko załatwić wizytę u Mennigera).

Pozwól, że zacznę od jej wad: cóż, nie będę ukrywał, że nazywa się Elsa Opel.

(Nie widzę w tym nic złego, miałem kiedyś samochód, który nazywał się Opel.)

Jest w moim wieku, jest Szwajcarką i pracuje jako pielęgniarka...

(Spójrz na dobre strony, mogła przecież zostać stewardesą.)

...poza tym nie ma wad. Przyprawia o zawrót głowy. Przez całe życie śliniłem się, patrząc 

na dziewczyny innych facetów. Nie wiesz, jak czuję się teraz, gdy widzę, jak jakieś sukinsyny 

ślinią się na widok mojej:

(A więc twoja dziewczyna  ślini się?  Czy to właśnie starasz się mi  powiedzieć?  A  cóż 

lepszego można zrobić ze śliną? Wydalać ją na zewnątrz. Czy ma jakieś inne wady? Powiedz mi 

lepiej od razu. A może ma ptasi móżdżek? Czy nie kochałeś się kiedyś w dziewczynie z Denison, 

której inteligencja rozwijała się w takim właśnie kierunku?)

background image

Wszyscy   popełniamy   błędy.   Ale   nie   tym   razem.   Doc,   na   rany   Chrystusa,   czuję   się 

fantastycznie! Podnieś z krzesła swój ociężały tyłek i przyjedź. Sam się przekonasz. Nowy Jork nie 

jest przecież na końcu świata - przyjeżdżaj więc! Chcę, aby tobie zakręciło się w głowie, naprawdę 

chciałbym to widzieć. Jest coś, o czym ci jeszcze nie powiedziałem.

(No dobrze, wal śmiało, trzymam się mocno na krześle.)

Ona   odwzajemniła   moją   miłość.   Naprawdę.   Piękna   dziewczyna,   piękna,   poza   wszelką 

konkurencją, kochana, rozsądna dziewczyna. I zależy jej na mnie. Po tych wszystkich chudych 

latach wreszcie jestem górą.

Sumbitch

Babe

background image

9

Scylla leżał w łóżku z zamkniętymi oczami.

Śniło mu się, że wykonując jakieś zadanie był zbyt powolny; nie wróżyło to nic dobrego - 

nawet jeśli takich snów nie miewał wcześniej. A został pokonany nie przez kogo innego, jak przez 

samego Mengele.

Mengele, komendant obozu eksperymentalnego w Oświęcimiu, lekarz ochrzczony mianem 

Anioła Śmierci, człowiek, który za wszelką cenę starał się wyhodować istoty ludzkie o niebieskich 

oczach, podobnie jak hodowca zwierząt próbuje hodować psy o sterczących uszach.

Obaj znajdowali się w laboratorium Mengelego w Oświęcimiu, lecz Scylla zachowywał 

spokój. O pół głowy przerastał lekarza śmierci, który mierzył pięć stóp i sześć cali. Co więcej, 

drzwi były otwarte - drzwi, które prowadziły do wolności. Scylla nigdy nie był w Oświęcimiu i 

nigdy nie spotkał Mengelego. Takie rzeczy zdarzają się jednak w snach - i właśnie w tej chwili 

miało to miejsce.

- Jestem w rozpaczy - stwierdził Mengele.

- Dlaczego?

- W oczach dzieci nie udaje mi się uzyskać odpowiedniego odcienia niebieskiego. Wczoraj 

byłem taki sfrustrowany, że wrzuciłem dziecko do ognia. Jak mogłem pozwolić na to, aby stracić 

samokontrolę i dać się ponieść uczuciom!

- Samokontrola jest dla nas obu ważną sprawą - zgodził się Scylla.

- Dziękuję Bogu, że jesteś tu w tej chwili i możesz mi pomóc.

- W jaki sposób mogę ci pomóc?

- Potrzebna mi jest ludzka skóra. Chcę przeszczepiać skórę, a twoja ma dokładnie taką 

karnację, jakiej szukałem.

Scylla wzruszył ramionami.

- Kawałek skóry to nic wielkiego. Mogę ci pomóc.

- Nie, nie - zaczął tłumaczyć Mengele. - Kawałek skóry nie rozwiąże moich problemów. 

Potrzebna mi jest cała twoja skóra, każdy centymetr twojego ciała. Musisz pozwolić mi na to, abym 

zdarł z ciebie całą skórę.

-   Nie   sądzę,   aby   było   to   dla   mnie   zbyt   miłe   doświadczenie   -   odpowiedział   Scylla   i 

powolnym krokiem ruszył w kierunku otwartych drzwi prowadzących do wolności.

Mengele nie ruszył się z miejsca.

- Posłuchaj, moja oferta jest dla ciebie błogosławieństwem.

Scylla potrząsnął głową.

background image

- Bez skóry stałbym się przezroczysty.

-   Na   tym   właśnie   polega   to   błogosławieństwo,   czy   tego   nie   rozumiesz?   Stałbyś   się 

przezroczysty i nie musiałbyś już nikogo okłamywać. Pomyśl, jaką przyniosłoby to wszystkim ulgę 

- koniec z kłamstwami. Nie mógłbyś kłamać, gdyż brak skóry obnażałby całą prawdę. W swoim 

życiu naopowiadałeś ludziom tyle kłamstw, przyznaj się, że tak było.

- Tak.

- I chcesz z tym skończyć, przyznaj się, że tego pragniesz. Wymyślasz takie niestworzone 

historie, czy nie masz czasem ochoty wykrzyczeć całej prawdy?

- Tak.

- A więc daję ci szansę. Wieczna prawda. Spokój. Pokój ducha, którego mogą zaznać tylko 

ludzie uczciwi.

- Nie.

- Nie pozwól na to, by zawładnęły tobą uczucia. - Wyciągnął w kierunku Scylli swoje małe, 

typowe dla chirurga dłonie.

Scylla ruszył pędem w kierunku otwartych drzwi.

Nie był jednak dostatecznie szybki.

Mengele przycisnął go do drzwi; drzwi zamknęły się na zatrzask. Mengele ruszył w jego 

kierunku.

On - Scylla, zwany skałą, człowiek, który potrafił zabijać uderzeniem każdej ręki, cofał się 

teraz przed malutkim szaleńcem. On, wielki Scylla, uciekał przed takim zerem, lekarzem o wątłej 

budowie, który nawet nie potrafił uzyskać odpowiedniego odcienia niebieskiego.

- Dlaczego się mnie boisz? - zdziwił się Mengele.

- Nie boję się. Nie znam uczucia strachu.

Mengele wyciągnął ręce.

- Użyję siły - powiedział stanowczym głosem Scylla.

- Och, proszę, proszę, tylko nie to - odpowiedział Mengele. Malutkimi rękami chwycił go 

za ramię, poprowadził w kierunku stołu i położył na nim. - Obiecuję, że to nie będzie bolesne. 

Zrobię tylko małe nacięcie od czoła do szyi i bez trudu zdejmę z ciebie całą skórę. Będziesz miał 

takie   uczucie,   jakbym  po  prostu  ściągał   z  ciebie  piżamę.  -  Zaczął  nacinać   skórę. -  Widzisz  - 

powiedział tnąc skórę Scylli - nie ma ani kropli krwi. - Odłożył nóż i ściągnął skórę. - Przyniosę ci 

lustro. Masz piękne żyły. - zauważył Mengele.

- Nie!

- Trzymaj - powiedział Mengele, podając Scylli lustro.

Przed przebudzeniem się Scylla zdążył zobaczyć swoje odbicie.

background image

Cudowne!

Leżał nieruchomo wpatrując się w sufit. Ciężko oddychał i odczuwał wokół siebie pustkę. 

Nie miał pojęcia, na ile sen odzwierciedlał jego obecny stan umysłu, ale był pewny co do jednego: 

w miejscu, gdzie się znajdował, zapadała ciemność.

Obrócił na łóżku swoje mocno umięśnione ciało, usiadł i zaczął pocierać zziębnięte dłonie. 

Scylla - rzucona w kąt szmata. Scylla - mięczak. Takie miał w tym momencie odczucia.

Weź się w garść!

Wstał, wziął butelkę szkockiej (czy naprawdę była pełna, gdy poprzedniej nocy kładł się do 

łóżka?)   i   podszedł   do   okna.   Popijał   whisky,   przyglądając   się   Łukowi   Triumfalnemu.   Która 

godzina? Spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do szóstej. Po północy, w swoim mieszkaniu w 

Ameryce, Janey śpi już pewnie jak kamień. Gdy sen będzie konkurencją olimpijską, Janey ma 

szanse na spore sukcesy. Takiego snu można pozazdrościć!

Scylla  ubrał się, zszedł  po schodach, zbudził  recepcjonistę i wziął od niego całą  garść 

żetonów do automatu telefonicznego. Takie postępowanie było wyrazem przesadnej ostrożności. 

Jeśli bowiem podsłuchiwano jego rozmowy z telefonu domowego, jaki mógł mieć znaczenie fakt, 

że w jego hotelowym pokoju również znajdował się podsłuch? Być może jednak powodem wyjścia 

z hotelu był po prostu nawyk. Scylla czuł się lepiej, gdy był w ciągłym ruchu.

Chciał poza tym zaczerpnąć świeżego powietrza.

Było już ciemno, gdy wyszedł na ulicę w poszukiwaniu budki telefonicznej. Ciemna noc 

nigdy nie napawała go strachem; był dużym, szerokim w ramionach mężczyzną i potrafił zabijać 

zarówno prawą, jak i lewą ręką, o czym - rzecz jasna - nie mógł wiedzieć żaden przypadkowy 

uliczny   złodziejaszek.   Sam   chód   i   atletyczne   rozmiary   Scylli   odstraszały   potencjalnych 

napastników.

Znalazł telefon w okolicach Łuku i po kilku minutach, w czasie których mówił coś łamaną 

francuszczyzną, kilkakrotnie wykręcał numer, słyszał jakieś trzaski i sygnały, czekał bezskutecznie 

- usłyszał wreszcie zaspany głos Janey.

- Jak? Co?... Kto? Która godzina... och, nie szkodzi - i w końcu słowo: - Cześć.

- Dzwonię z poczty - powiedział Scylla. - Czy zamawiano tu budzenie?

- Czy to żart? - głos brzmiał jękliwie. - Jesteś trzy tysiące mil stąd, jest środek nocy, a tobie 

żarty w głowie! Ludzi wysyłano na stryczek za dużo mniejsze przewinienia.

Scylla   zaczął   się   w   tym   momencie   posługiwać   umówionym   kodem.   Kiedyś   używanie 

zakodowanych   słów   wyprowadzało   go   z   równowagi   było   to   dodatkowe   utrudnienie   przy 

wykonywaniu   określonego   zadania.   Obecnie   traktował   to   jako   swoistego   rodzaju   żart,   którym 

rozbawia się gospodarza w czasie towarzyskiego spotkania.

background image

- Czy możesz ze mną rozmawiać w miarę przytomnie?

- Obawiam się, że jeszcze nie.

"Jeszcze   nie"   -   te   słowa   miały   podstawowe   znaczenie.   "Mogę   rozmawiać   przytomnie" 

oznaczałoby,   że   nie   dzieje   się   nic   szczególnego.   "Jeszcze   nie"   -   taka   odpowiedź   oznaczała 

natomiast, że jest kilka spraw, o których Scylla powinien wiedzieć.

-   W   takim   razie   kończę.   Dzwonię   tylko   po   to,   by  cię   zawiadomić,   że   wrócę   trzy   dni 

wcześniej, niż planowałem, ale skoro nie możesz jeszcze mówić zupełnie przytomnie, nie chcę ci 

teraz zawracać głowy. Mam nadzieję, że nie złościsz się na mnie z tego powodu, że cię zbudziłem.

- Ależ nie - brzmiała odpowiedź. - I tak trzeba było wstać, gdyż dzwonił telefon.

Tym żartem zakończyli  rozmowę. Odłożyli słuchawki, po czym Scylla musiał odczekać 

dziesięć minut. Powtórnie wypowiedział słowa: "nie możesz jeszcze mówić zupełnie przytomnie, 

co miało oznaczać, że zadzwoni ponownie, tym razem na numer automatu znajdującego się w 

podziemnym   garażu   budynku,   w   którym   razem   mieszkali.   Janey   ma   dziesięć   minut,   aby   się 

doprowadzić do porządku, ubrać, wyjść z mieszkania i zejść.

Nie   było   jeszcze   szóstej   i   panował   chłód.   Scylla   trząsł   się   z   zimna   i   zastanawiał   się, 

dlaczego zostawił butelkę whisky obok łóżka w swoim pokoju, a więc w miejscu, gdzie była w tej 

chwili zupełnie bezużyteczna. Idąc ciemną, opustoszałą ulicą, starał się wymyślić choćby jeden 

racjonalny powód, dla którego nie rzucił tej pracy, a Janey i on nie wyjechali razem do Londynu, 

gdzie mogliby wynająć lub może kupić mały domek. Siedzieliby przed telewizorem, robili wspólne 

zakupy w najbliższym sklepie warzywnym i żyli tak, jak żyją inni - szczęśliwie, itd. itd.

Do diabła z Dywizją, która nie pozwalała nikomu rezygnować z pracy,  chyba  że sama 

chciała się kogoś pozbyć. Gdyby był bogaty, gdyby był kimś takim jak Krezus, mógłby kupić sobie 

wolność,  a przynajmniej  spróbowałby to  zrobić.   A  gdyby  ta  metoda  zawiodła,   kupiłby  wyspę 

gdzieś na Pacyfiku, zbudowałby na niej obronne fortyfikacje - a wtedy ludzie z Dywizji mogliby 

tylko bić głową w mur.

Wyspa na Pacyfiku, Jezu! Scylla potrząsnął głową. Być może, dobrze się stało, że zostawił 

butelkę whisky w hotelu. Gdyby kilka łyków miało mieć taki wpływ na jego sposób myślenia... Ale 

skojarzenie z Krezusem spodobało mu się. Krezus to w końcu nie byle kto - bohater starych mitów.

Zadzwonił   jeszcze   raz.   I   tym   razem   uzyskanie   połączenia   trwało   całe   wieki.   Wreszcie 

usłyszał głos. To Janey.

- Gdzie jesteś? - w pytaniu brzmiało zdenerwowanie.

- Jestem w Paryżu i świetnie się bawię. A może to Londyn? Jedźmy do Londynu. Bardzo 

tego pragnę, co ty na to?

- Powiedz dokładnie, gdzie jesteś. Na ulicy, w hotelu? Dlaczego nie śpisz? Nie ma jeszcze 

background image

szóstej.

- Miałem sen i przebudziłem się. Wyszedłem po prostu na spacer.

- A więc jesteś sam?

- Zupełnie sam.

- To dobrze, ty draniu. Nie znoszę twoich wyjazdów. Był taki okropny?

- Pytasz o sen? - Scylla wzruszył swoimi dużymi ramionami. Nie ma sensu kłamać. Janey 

zawsze   wyczuwa,   gdy   nie   mówi   prawdy.   W   jaki   sposób,   tego   nie   wiedział.   Prawdopodobnie 

zdradzał go ton głosu. - Okropny. Właściwie przerażający.

- Mój lekarz zaleca w takich przypadkach whisky.

- Tym razem lekarstwo nie pomogło.

-   Wracaj   do   domu;   to   jest   lekarstwo,   które   ja   zawsze   zalecam.   Poza   tym   ja   jestem 

najlepszym lekarstwem dla ciebie.

- Należy je zażywać co cztery godziny.

- Marzycielu, nie jesteś już taki młody.

- Zapłacisz mi za te słowa, wstrętna kreaturo!

- Nazywaj mnie Janey, tak zwracają się do mnie przyjaciele.

Scylla czekał na moment, gdy z głosu w słuchawce znikną wszelkie oznaki zdenerwowania. 

Gdy był już pewny, że tak się stało, przystąpił do sprawy.

- Dlaczego twierdzisz, że "nie możesz mówić zupełnie przytomnie"?

- Kaspar Szell nie żyje.

- Coś takiego!

- Tylko tyle powiesz?

- Kiedy to się stało? - zapytał Scylla.

- Prawie dwa tygodnie temu na Manhattanie. W rejonie Yorkville. Prowadził samochód. 

Jakiś facet starał się go nieprawidłowo wyprzedzić i obaj wjechali w cysternę z ropą naftową. 

Wszystko spaliło się na popiół. Chyba dlatego wiadomość o wypadku nie rozeszła się od razu. 

Identyfikacja zwłok nie była łatwa. Używał nazwiska Hesse, a poza tym znało go bardzo niewielu 

ludzi. Wiadomo jednak, że to on. Słuchasz mnie jeszcze? Nie odzywasz się.

Scylla odchrząknął.

- Jesteś zirytowany?

- Chyba tak... a właściwie nie wiem. Usłyszałem o tylu rzeczach jednocześnie.

- Czy nastąpią w związku z tym jakieś zmiany?

Już   nastąpiły.   Scylla   nie   był   pewny,   lecz   wypadek   mógł   mieć   związek   ze   śmiercią   w 

Nowym Jorku oraz sprawą Chena, który był wprawdzie tylko płatnym mordercą, ale w końcu ktoś 

background image

go   musiał   wynajmować.   A   biedaczek   Robertson,   który   wspomniał   o   telefonie   z   Ameryki 

Południowej w sprawie nowego kuriera? Scylla pomyślał przez chwilę. Musiał znaleźć odpowiedź 

na te pytania, lecz nie było w tej chwili sensu zanudzać Janey niepotrzebnymi szczegółami. Już 

teraz można było postawić jedno zasadnicze pytanie i odpowiedzieć na nie.

- Czy nastąpią jakieś zmiany? Zmieni się wszystko.

- Coś takiego! - powiedział tym razem głos Janey.

- Mówiąc językiem konserwatystów - dodał Scylla.

background image

10

- Zmarzłaś? - spytał Levy.

Elsa potrząsnęła głową i odpowiedziała przecząco.

Siedzieli na skale obok jeziorka w Central Parku. Powiewy wieczornego wiatru muskały 

taflę wody, wprawiając w ruch znajdującą się nie opodal ich łódkę z wiosłami. Levy wiedział, że 

dziewczyna nie powiedziała prawdy, ponieważ po pierwsze, on miał na sobie sweter - ona nie. Co 

więcej, on odczuwał chłód, więc niemożliwe, aby i jej nie było choć trochę zimno. W dodatku 

robiło się coraz chłodniej, ponieważ jego ból zęba stawał się bardziej dokuczliwy - a zawsze tak 

bywało, gdy obniżała się temperatura powietrza. Bolący ząb znajdował się w górnej, a co gorsza, 

przedniej   części   jamy   ustnej   i   Levy   robił,   co   mógł,   by   zakrywać   językiem   widoczną   dziurę. 

Wiedział, że powinni już wracać. Od chwili jednak, gdy słońce zaczęło znikać za horyzontem, 

siedzieli już razem około godziny i było im tak dobrze ze sobą, że nie chciał być tym, kto miałby 

przerwać sielankę.

Elsa objęła go ramieniem.

- Teraz już nie jest tak zimno - powiedziała.

Levy pocałował ją delikatnie. Na początku znajomości starał się być wobec niej szorstki; 

myślał,   że   tego   właśnie   oczekiwała:   męskości,   nawet   pewnej   brutalności.   Tak   wspaniała 

dziewczyna musiała otaczać się wieloma mężczyznami, więc nie chciał okazać się gorszy. Takie 

zachowanie  nie przypadło  jej jednak do gustu, a po jednym  czy dwóch wieczorach,  w czasie 

których uprawiali pieszczoty, Levy zdał sobie sprawę, że dziewczyna  pragnie tego właśnie, co 

leżało w jego charakterze: czułości. Jego wygląd nie zdradzał jednak tej cechy - skóra i kości, 

chude ramiona, niezręczne ruchy, które trudno byłoby kojarzyć z delikatnością. W rzeczywistości 

był jednak inny. Lubił pieszczenie się, zadowolony był nawet wtedy, gdy trzymał ją tylko za rękę. 

Nawet jeśli było to niezgodne z obecnym kodeksem miłosnym obowiązującym osobników poniżej 

trzydziestki. Nie znaczy to, że stosunek cielesny uważał za coś strasznego. Owszem, spał z kilkoma 

dziewczynami, lecz nie robił tego jeszcze z Elsą - przynajmniej na razie. Kochanie się, owszem, 

było czymś niezwykle przyjemnym, osiąganie orgazmu czymś wspaniałym, lecz jak dotąd jego 

doświadczenia w tej dziedzinie były dość skromne i wszystko odbywało się szybko i mechanicznie. 

Wiedział, że zbyt szybko i zbyt mechanicznie. Uważał przy tym, że w sprawach seksu nie należy 

działać   pospiesznie.   W   skrytości   ducha   wierzył,   że   jest   bardzo   dobrym   kochankiem   i   myślał 

czasem, że gdyby był przystojny, cieszyłby się u kobiet niezwykłym powodzeniem. Nie był jednak 

przystojny, co w gruncie rzeczy nie stanowiło wielkiego problemu.

Elsa dotknęła jego policzka.

background image

- Taka piękna twarz - wyszeptała.

- Wszyscy mi to mówią -= odpowiedział Levy. - Nawet nieznajomi podchodzą do mnie na 

ulicy i mówią mi o tym.

W ciemnościach dziewczyna  uśmiechnęła się do niego i przeciągnęła językiem po jego 

ustach.

- Cóż za inwencja - stwierdził Levy. - Zrób to jeszcze raz, zrób to, chcę wiedzieć na pewno, 

że masz to w sobie.

Jeszcze raz przeciągnęła językiem po jego wargach.

- Mam współczucie dla sierot i ludzi upośledzonych, tobie wszystko ułożyło się wspaniale.

Zarzuciła mu ręce na szyję. Czuł, jak drży jej ciało.

- Słuchaj, przemarzłaś na kość. Poza tym powinniśmy już oddać łódź.

- Zimno - i co z tego? Tak mi z tobą dobrze, lubię cię słuchać. Mów dalej.

Levy pocałował ją delikatnie w szyję, po czym muskał wargami jej skórę.

- Homer Virgil - powiedziała Elsa. - Zanim spytałeś, czy nie jest mi zimno, mówiłeś o nim. 

Czy był znany? Mam na myśli twojego ojca.

- Mówisz o starym H.V.? Cóż, nie był tak znany jak Ann-Margret czy też Donny Osmond, 

ale biorąc pod uwagę, że był historykiem, można powiedzieć, że odniósł duży sukces.

- Jak można dziecku dać takie imię?

- To sprawka mojego dziadka, zawsze dawał dzieciom okropne imiona... widzisz, w swojej 

szkole   na   Środkowym   Zachodzie   był   dyrektorem,   głównym   nauczycielem,   kucharzem, 

pomywaczem. Twierdził przy tym, że to wszystko nie ma dla niego znaczenia - nikt nigdy nie 

słyszał,   aby   mówił   o   czymkolwiek   innym   niż   o   sprawach   Levy'ego.   W   tamtych   czasach   w 

środkowym Ohio nie mieszkało zbyt wielu Żydów, naprawdę tak było. Dziadek był zakochany w 

Grekach i innych postaciach z odległej przeszłości. Jeden z moich wujków miał na drugie imię 

Herodotus. Teraz już nie żyje, oczywiście mam na myśli wujka. Nie sugeruję, że zabiło go imię, ale 

i nie było również czymś, co mu w życiu pomogło.

- Twój ojciec również nie żyje?

- Tak, to prawda. Wylew krwi do mózgu. Jak grom z jasnego nieba, stało się to zupełnie 

nieoczekiwanie.

Zaczęła się przypatrywać jego twarzy okrytej ciemnością.

- O co chodzi? - zapytał.

- O nic.

Przez   chwilę   zawahał   się.   Zastanawiał   się,   czy   powinien   mówić   dalej   -   czy   powinien 

wyjaśnić wszystko do końca. To wątpliwe jednak, aby mogła wiedzieć. W tym czasie żyła  za 

background image

granicą, a nawet gdyby nie wyjeżdżała, była wtedy przecież dzieckiem. Poza tym H.V. nie był aż 

tak bardzo znany.

Pocałowała   go   namiętnie,   po   czym   szybko   wstała   i   szeroko   rozłożyła   ramiona.   Babe 

uważnie jej się przypatrywał. Każda inna dziewczyna wyglądałaby w tej pozie niezbyt korzystnie. 

Cokolwiek jednak robiła Elsa, wyglądało to zawsze ślicznie.

Całe jednak piękno rozpierzchło się nagle jak bańka mydlana, ponieważ w momencie gdy 

Elsa uśmiechnęła się i szeptem powiedziała: "chodź", kierując swe kroki ku łódce, za ich plecami, 

gdzieś w krzakach, rozległ się nagle hałas i pojawił się kulejący mężczyzna, który zamachowym 

ciosem ugodził Elsę w twarz. Dziewczyna straciła równowagę i upadła na ziemię.

Levy   patrzył   na   to,   czując   się,   jakby   nagle   stał   się   widzem   jakiegoś   ulicznego   teatru. 

Wypadki potoczyły  się tak szybko, że nie miał  szans interweniować, mógł być  tylko  biernym 

widzem. A przecież jego jedyna prawdziwa kobieta była w tym momencie bita przez jakiegoś 

kulawego dzikusa!

-  Hej!  -  krzyknął  Levy  i  rzucił  się   w  kierunku   napastnika.  Było  już  jednak  za  późno, 

ponieważ za jego plecami rozległ się w krzakach następny hałas, po czym pojawił się mężczyzna o 

szerokich ramionach, który obrócił Levy'ego i huknął go pięścią w twarz.

Levy zatoczył się, a z jego twarzy trysnęła krew. Trzymał się jednak na nogach. Czuł, że ma 

złamany nos. Tymczasem kulawy facet ciągnął Elsę po ziemi w kierunku krzaków, starając się 

wyrwać jej torebkę. Levy chciał krzyknąć: "Oddaj mu ją", lecz nie zdążył, gdyż mężczyzna o 

szerokich ramionach kopnął go mocno w żołądek. Levy stracił oddech i padł na kolana na twarde 

skalne podłoże. Następny cios - i Levy znalazł się na czworakach. Mocne kopnięcie w policzek 

dopełniło   reszty  -  Levy  padł  bezwładnie   na  ziemię.   Mężczyzna   o  szerokich  ramionach   zaczął 

ciągnąć   go   w   kierunku   krzaków,   starając   się   jednocześnie   znaleźć   portfel   swej   ofiary.   Levy 

instynktownie   zaczął   się   bronić,   co   jednak   okazało   się   głupim   posunięciem,   gdyż   został 

natychmiast ukarany - napastnik wymierzył mu cios kolanem w plecy. W tym momencie widoczne 

już były skutki pierwszego zainkasowanego ciosu - całe ciało Levy'ego było  zbroczone krwią. 

Język bolał go niemiłosiernie. A winę za wszystko ponosił on sam - nie powinien był zostawać w 

parku do tak późnej pory, takie błędy popełniają przecież tylko głupi turyści. Levy leżał bez ruchu, 

podczas gdy napastnik próbował dobrać mu się do portfela, co nie było jednak zadaniem łatwym. 

Tylna kieszeń w spodniach Levy'ego zapięta była na guzik i mężczyzna nie mógł się do niej dostać 

tak szybko, jak tego oczekiwał. Zadał więc następny cios kolanem w plecy, a potem jeszcze jeden, 

który tym  razem dosięgnął  złamanego  wcześniej  nosa. Zakrztusił  się  krwią.  Usłyszał  jak Elsa 

niemal wybuchnęła płaczem. Jeśli ten kulawy sukinsyn dotknie jej jeszcze raz, to wtedy on, Levy, 

on...

background image

...co zrobi?

...nic... dokładnie nic... gdyby chcieli ją zgwałcić, nie byłby w stanie jej pomóc; gdyby po 

prostu zechcieli stłuc ją na kwaśne jabłko, również nie przyszedłby jej z pomocą. Miał złamany 

nos, czuł, że ma zmiażdżone żebra - napastnicy byli bezkarni - on był bezradny...

Bezradny! Mimo że zbroczony krwią i obolały, uświadomił sobie nagle, że jest bezradny. 

Poczuł się tak upokorzony, że zebrał w sobie tyle siły, by zadać cios nogą mężczyźnie o szerokich 

ramionach. Uderzenie było celne i przeciwnik zawył z bólu. Levy triumfował - i miał do tego 

prawo! Niestety, następne wypadki kazały mu szybko zapomnieć o chwili triumfu. Gdy próbował 

wstać i ruszyć w kierunku Elsy, na jego drodze stanął ponownie mężczyzna o szerokich ramionach. 

Wyglądał na zdeterminowanego - wielkimi rękami zaczął walić w twarz Levy'ego jak w worek. W 

wyniku zadawanych ciosów twarz zaatakowanego puchła. W końcu półprzytomny Levy przestał 

cokolwiek czuć i zwalił się na ziemię.

Obaj napastnicy stanęli nad nim. Kulawy facet trzymał torebkę Elsy, natomiast mężczyzna 

o szerokich ramionach - jego portfel.

- Mamy wasze portfele, znamy wasze nazwiska i adresy. - Kulawy facet poklepał torebkę 

Elsy. - Jeśli zawiadomicie policję, odnajdziemy was.

Elsa rozpłakała się.

- A następne spotkanie źle by się dla was skończyło - powiedział mężczyzna o szerokich 

ramionach. - Wiecie, co to znaczy źle?

Levy leżał bez ruchu.

Chuligani poszli w swoją stronę.

Levy powoli podczołgał się do Elsy.

- Czy oni... - tyle zdołał z siebie wykrztusić. Czy oni cię dotykali, czy cię napastowali - o to 

chciał ją zapytać.

Potrząsnęła   głową  i odpowiedziała   przecząco.   Zrozumiała,  o  co chciał  spytać.  To  było 

naprawdę wspaniałe: rozumieli się bez słów. W każdej sytuacji.

- Nie, wzięli tylko torebkę. - W tym momencie zaczęła tracić panowanie nad nerwami. 

Dopiero teraz nastąpiła reakcja na wszystko, co działo się kilka minut wcześniej. - Wzięli tylko 

torebkę - powtórzyła. - Nic mi nie jest.

Levy mocno przytulił ją do siebie.

- Mnie też nie - zdołał wykrztusić. Nie chciał jej wypuścić z ramion, lecz cóż innego mógł 

zrobić, gdy zauważył, że swą krwią plami jej ubranie...

background image

11

Doc!

Chyba   nie   wyślę   tego   listu   -   i   dlatego   mogę   zupełnie   bez   skrępowania   napisać   ci   o 

wszystkim. Ale jeśli go dostaniesz, pamiętaj, że nie jestem w tej chwili sobą. Nie mogę sobie 

znaleźć miejsca i jest mi źle. Ale nie zwariowałem - nic podobnego.

Doc,   właśnie   zostałem   napadnięty   i   obrabowany,   dostałem   porządne   lanie.   Nie   jestem 

wściekły z tego powodu... nie, do diabła, właściwie jestem - i to bardzo. Stało się to z mojej winy; 

w Central Parku, po zachodzie słońca. Wiem, że tylko kretyn może kręcić się w tym miejscu po 

zmierzchu.

W dodatku nie byłem sam. Elsa i ja siedzieliśmy na skale. Przedtem pływaliśmy łódką; 

nigdy tego nie robiła, a bardzo chciała spróbować. Do diabła! Dlaczego nie? Był piękny dzień, 

więc   powiedziałem,   że   to   wspaniały   pomysł.   Popływaliśmy   więc   i   było   tak   cudownie,   że 

zasiedzieliśmy się na skale obok jeziora. I nagle zjawia się kulawy. Ja siedzę spokojnie, a ten 

sukinsyn zaczyna ją bić; potem ciągnie ją w kierunku krzaków. Pomyślałem sobie: dopadnę drania, 

nie pozwolę, aby ktokolwiek tknął moją ukochaną...

...i nie potrafiłem temu przeszkodzić... nic nie mogłem na to poradzić... ten duży facet miał 

nieprawdopodobnie szerokie ramiona; przysięgam, że nie zmyślam. Był zawodowcem. Kopał mnie 

jak   worek.   Nigdy   nie   dostałem   takiego   lania.   Facet   dobrze   wiedział,   gdzie   uderzyć   kolanem, 

wiedział, gdzie są najczulsze miejsca. W tym samym czasie Elsa dostała porządny wycisk, może 

oberwała jeszcze gorzej niż ja. A ja pragnę tylko jednego - choć raz w życiu, właśnie teraz, stać się 

bohaterem.   Facet   dobiera   się   do   mojego   portfela   i   znów   wali   we   mnie   z   całej   siły,   a   ja   nie 

odczuwam już nawet bólu, nie przeraża mnie widok samej krwi, jest coś innego...

...bezradność...

...cholerna bezradność...

...Doc, chciałem go w tym momencie zabić.

Przysięgam - gdybym  miał nóż, użyłbym  go; gdybym  miał bombę, rozerwałbym go na 

kawałki, a później dopadłbym kulawego i próbowałbym go wykończyć własnymi rękami...

I to ja - liberał, historyk! Nigdy nie myślałem, żeby zadać komuś ból, współczułem nawet 

Nixonowi - a teraz pragnę kogoś zabić. Przeraża mnie to.

Po   tym   wszystkim   przemyłem   tylko   twarz   zimną   wodą.   Jestem   cały   spuchnięty, 

pokiereszowany i obolały, ale myślę tylko o jednym - o zemście. Chcę się zemścić na tych facetach 

za   to,   że   przez   nich   czułem   się   taki   bezradny;   nikogo   nie   wolno   stawiać   w   takiej   sytuacji   - 

zwłaszcza jeśli tuż obok znajduje się dziewczyna, która cię kocha. I wiem, co wtedy myślała: 

background image

dlaczego czegoś nie zrobi? Jest tu przecież, dlaczego nie może mi pomóc? Do diabła! Zapiszę się 

na najlepszy kurs samoobrony, a potem wykończę tych dwóch facetów.

Doc,   w   moim   sąsiedztwie   mieszka   grupa   młodocianych   przestępców;   większość   czasu 

spędzają na tarasie przed domem (to nie zwykłe opryszki podobne do tych przyjemniaczków z 

filmu West Side Story - ci faceci byliby zdolni do tego, aby pokrajać cię żywcem na kawałki). 

Kiedy wróciłem dzisiaj do domu - zwykle próbują ze mnie szydzić, myślą, że jestem lalusiem, ale 

zbytnio   się   tym   nie   przejmuję   -   a   więc   kiedy   przechodziłem   obok   nich   dziś   wieczorem, 

pomyślałem, że moja zakrwawiona twarz, być może, wzbudzi w nich jakiś respekt - i wiesz co? 

Jeden z nich zapytał: - Kto ci to zrobił? Karzełek czy jakaś dziewczyna? - I wszyscy roześmiali się. 

Widzisz, oni umieją dbać o swoje interesy; moich wrogów mogliby rozerwać na strzępy. Uważam, 

że mój iloraz inteligencji jest wyższy niż łączny iloraz całej grupy tych młodzików, lecz jaką mam 

z tego korzyść?

Chyba   jednak   wyślę   do   ciebie   ten   list,   ponieważ   chciałbym   cię   o   coś   zapytać:   jak 

zareagowałby na to ojciec? Myślę, że powiedziałby, że każde doświadczenie może w życiu okazać 

się pożyteczne, ze wszystkich wydarzeń - nawet tych bolesnych - można odnieść jakąś korzyść. 

Prawdziwy   historyk   powinien   być   zawsze   otwarty   na   nowe   doświadczenia.   Jego   życie   jest 

nieustannym poszukiwaniem. Doc, a jak można wykorzystać własną nieudolność i niemoc, no jak?

To pytanie adresuję do ciebie.

Babe

background image

12

Levy wysłał list w niedzielę wieczorem. Nie był już tak bardzo spuchnięty, a rany na twarzy 

goiły   się   dość   szybko.   Czuł   się   jednak   dalej   nieswojo,   więc   swą   czapkę   z   daszkiem   nasunął 

głęboko na czoło, pobiegł sprintem do skrzynki pocztowej na rogu Columbus, po czym wrócił do 

swego pokoju, by znów pozostać w ukryciu.

W   poniedziałek   miał   iść   na   seminarium   Biesenthala,   lecz   nie   mógł   tego   zrobić;   rano 

zobaczył swe odbicie w lustrze - twarz była nie ogolona i wyglądała mało apetycznie. Nigdy nie 

przywiązywał  wagi do wyglądu zewnętrznego i siły fizycznej. Z tym  większym  zaskoczeniem 

stwierdził, że poraniona i spuchnięta twarz odebrała mu poczucie pewności siebie. Nigdy przedtem 

nie zdawał sobie sprawy, że jest w nim tyle próżności, ale z pewnością tak właśnie było.

Dzwonił kilka razy do Elsy. Ona też dzwoniła i chciała go odwiedzić. Tłumaczyła mu bez 

przerwy, że jej zawód związany jest przecież z medycyną. Jej odwiedziny nie mogły mu przecież 

zaszkodzić. On nie chciał jednak, aby go zobaczyła - przez jakiś czas pragnął być sam. Nieustannie 

wyobrażał sobie, że walczy z jakimiś bandytami - czasem przegrywał, innym razem wychodził z 

tych   potyczek   zwycięsko.   Próbował   trochę   poczytać,   lecz   większość   czasu   w   poniedziałek 

poświęcił studiowaniu swego odbicia w lustrze. Miał przy tym nadzieję, że jego twarz stanie się w 

końcu podobna do tej, do której zdążył się już przyzwyczaić.

I   tak   się   rzeczywiście   stało.   W   poniedziałek   wieczorem   twarz   nie   była   już   czymś,   co 

powoduje, że ludzie instynktownie odwracają wzrok. To prawda, że rany powstałe wskutek ciosów 

mężczyzny   o   szerokich   ramionach   były   jeszcze   widoczne.   Jednak   dzięki   zimnym   kompresom 

opuchlizna znikła wcześniej, niż można się było tego spodziewać. W plecach odczuwał jeszcze ból; 

była to pozostałość po ciosach, które jeden z napastników zadał kolanem. Ból ten nie był jednak aż 

tak bardzo dokuczliwy.

Większym problemem okazała się histeria Elsy:

- Powiedziałeś im... ja im nie powiedziałam...

- Komu?. . . Uspokój się. . . - Był wtorkowy poranek; Elsa tak długo waliła w drzwi, aż w 

końcu go zbudziła. Zanim jeszcze otworzył, z tonu jej głosu wyczuł, że jest na najlepszej drodze, 

by wpaść w panikę.

-...powiedzieli, że odnajdą nas... mówili, że znają nasze nazwiska i adresy, więc dlaczego 

tam poszedłeś? Mówiłeś przecież, że tego nie zrobisz...

- Kulawy ciągnęła Elsa.

- Co z kulawym? Powiedz mi.

Jej głos był teraz cichy.

background image

- Gdy wyszłam z domu... gdy dzisiaj wyszłam z domu... teraz, dziś rano... on tam był... 

poszedł za mną...

- Jesteś pewna? Czy widziałaś jego twarz z bliska?

Znów zaczęła mówić głośniej.

- Obiecałeś, że nie zawiadomisz policji, ale zrobiłeś to, musiałeś to zrobić, w przeciwnym 

razie nie szedłby za mną...

Objął dziewczynę, próbując ją uspokoić. Nie zdało się to jednak na nic.

- Przysięgam, że tego nie zrobiłem. To musiało być jakieś nieporozumienie. Czy jesteś 

pewna, że widziałaś tego faceta?

- Widziałam... przed domem stał mężczyzna... był  tam... poszłam w przeciwną stronę... 

poszedł   za   mną...   kuśtykał...   skręciłam   za   rogiem...   on   zrobił   to   samo...   tego   było   już   nadto, 

zaczęłam biec.

- Słuchaj, Elsa, w Nowym Jorku liczba ludzi kulawych nie przekracza prawdopodobnie 

dziewięciu milionów - zaczął Babe. - To miasto jest mekką dla kulasów i krajowe Stowarzyszenie 

Ludzi Chromych  nigdy nie wzięłoby pod uwagę na przykład Colosseum i jego otoczenia jako 

miejsca na odbycie zjazdu. Myślałem, że to powszechnie znany fakt. - Mówił dalej w tym stylu, raz 

po raz próbując ją rozweselić;  potem nastawił wodę na kawę i po krótkiej chwili dziewczyna 

poczuła się dużo spokojniejsza. Wiedział, jak z nią postępować. To właśnie sprawiało, że byli tak 

świetnie   dobraną   parą.   Nie   minął   jeszcze   poranek,   gdy   przyznała,   że   wszystko   to   mogło   być 

wytworem jej wyobraźni.

Gdy dochodziło południe, stwierdziła, że czuje się już zupełnie dobrze.

Po południu zaserwowali sobie podwójną porcję Bergmana: Siódmą pieczęć i Tam gdzie 

rosną poziomki. Babe był wielkim miłośnikiem tego reżysera, Elsa natomiast oglądała jego filmy 

po raz pierwszy. Zaprosił ją następnie na tani posiłek do pobliskiego "Szechuanu". Bardzo lubił 

bywać w takich miejscach. Później poszli do jej mieszkania. Po kilku minutach pieszczot Babe 

ruszył w drogę powrotną do domu. Był wyczerpany, więc natychmiast usnął. Nie miał pojęcia, 

która   mogła   być  godzina,   gdy  nagle   zdał   sobie   sprawę   z  tego,  że   opowiadanie  Elsy nie   było 

czystym wytworem jej wyobraźni, bo oto zorientował się - choć był dopiero na wpół rozbudzony - 

że nie jest w pokoju sam.

Zanim zdążył przestraszyć się na dobre, postanowił zrobić to, co zapewne zrobiłby Cagney. 

Starając się naśladować jego sposób mówienia  z filmu  Biały żar, odezwał  się przyciszonym  i 

spokojnym głosem:

- Mam pistolet i wiem, jak się nim posługiwać; jeśli zrobisz jakiś ruch, zrobię z twojego 

tyłka sito.

background image

W tym momencie Babe usłyszał w ciemności głos - żaden inny głos na świecie nie mógł mu 

sprawić większej radości.

- Nie zabijaj mnie, Babe.

Babe wyskoczył z łóżka na równe nogi.

- Hej, Doc, och, cóż... wspaniale!...

- Muszę przyznać, że masz wyrafinowany sposób wyrażania uczuć - powiedział Doc.

Babe wydał z siebie dziki okrzyk. Zwykle nie reagował tak żywiołowo, lecz czy mógł się 

teraz zachować inaczej? Ale do diabła z etykietą! W tych rzadkich chwilach, gdy w mieście zjawiał 

się własny brat, starszy, najlepszy brat - wszystko było dozwolone...

background image

Część II: 

Doc

background image

13

- Pozwól, że zapalę światło - powiedział Babe i gdy w pokoju było już jasno, Doc zapytał:

- Co się stało?

- Co masz na myśli?

Doc wskazał na rany.

- Twoja twarz.

Babe wzruszył ramionami.

- To nic. Nie chcę się na ten temat rozwodzić; zwykły napad, który wnosi do życia trochę 

urozmaicenia. Naprawdę, nie ma o czym mówić. Stało się to w niedzielę. Jaki mamy dziś dzień, 

wtorek? Wysłałem do ciebie list. Kiedy wrócisz do domu, dowiesz się z niego o wszystkim.

- Ale czujesz się już dobrze?

Babe   przytaknął.   Gdy   Doc   zaczynał   się   o   kogoś   martwić,   zachowywał   się   jak   kura 

opiekująca się pisklętami.

- Właściwie chciałbym, abyś wyświadczył mi przysługę. Gdy wrócisz do domu, nie czytaj 

listu, wyrzuć go po prostu do kosza, dobrze?

Doc   pokręcił   łańcuszkiem   z   kluczami.   Jeden   z   nich   był   od   mieszkania   Babe'a.   Po 

wykonaniu kilku obrotów Doc rzucił łańcuszek wysoko do góry, po czym złapał go za swoimi 

plecami. Zrobił to błyskawicznie i ani przez ułamek sekundy nie spojrzał na lecący przedmiot. 

Babe był jeszcze maleńkim dzieckiem, gdy Doc robił tego typu sztuczki. Wtedy używał jednak 

piłek lub kulek do gry. Obecnie - przynajmniej gdy byli razem - Doc popisywał się zręcznością 

tylko w momentach, gdy podejmował właśnie jakąś decyzję. Babe wiedział o tym, choć sam Doc 

prawdopodobnie nie zdawał sobie z tego sprawy - robił to bezwiednie.

- Spalę twój list - obiecał Doc. Rozluźniając krawat, dodał: - Pracowałem jakiś czas poza 

domem  i kiedy wróciłem,  oto, co czekało  na mnie:  próbka obscenicznej, kwiecistej  prozy,  po 

przeczytaniu której zarumieniłaby się nawet Rossetti. Dokładnie rzecz biorąc, był  tam opis Jej 

Wysokości. Pomyślałem, że powinienem przyjechać tu natychmiast i zobaczyć ją na własne oczy, 

zanim wstąpi do niebios.

- Pieprzysz - wtrącił Babe. - Nigdy czegoś podobnego nie napisałem i dobrze o tym wiesz.

Doc podniósł z podłogi swoją torbę firmy Gucci i rzucił ją na biurko Babe'a.

-   Nie   napisałeś?   Jesteś   tego   pewny?   Masz   szczęście,   że   wiem,   iż   jesteś   umysłowo 

upośledzony i nie odpowiadasz za swoje czyny, w przeciwnym razie mógłbym spędzić resztę życia 

szantażując   cię.   O   ile   dobrze   pamiętam,   w   jednym   miejscu   nazwałeś   ją   "nieskazitelną.   "Bez 

zarzutu, nieskazitelna, doskonała." Do diabła! Nawet Anette Funicello nie była taka wspaniała.

background image

- Pieprzysz - powtórzył Babe, tym razem krztusząc się głośno. Przypomniał sobie bowiem, 

że  kiedyś,  w  chwili  słabości, powiedział  Docowi, że  biorąc  pod uwagę  różne aspekty sprawy 

można powiedzieć, że Anette Funicello jest "dość ładniutka". A Doc nigdy niczego nie zapominał - 

zwłaszcza takiej informacji, która była przecież wodą na jego młyn.

Doc rozejrzał się po pokoju Babe'a. Bogactwo aż biło w oczy - na podłodze gołe deski, a 

wszystko pokryte warstwą kurzu. Wszędzie leżały sterty książek, z kanapy wystawały sprężyny, a 

łazienka nie była chyba sprzątana od stuleci.

- Dokonałeś tu cudów - stwierdził Doc, który był w tym mieszkaniu tylko jeden raz, tydzień 

lub dwa po tym, jak wprowadził się tam Babe.

-   Jeszcze   nie   wszystko   jest   gotowe   -   przyznał   Babe.   -   Mój   dekorator   jest   cholernie 

niesłowny. Powinienem go zwolnić. Z drugiej jednak strony jest niewielu dobrych fachowców, 

którzy poradziliby sobie z taką robotą.

Doc pokiwał głową i otworzył torbę; wyciągnął z niej trzy butelki czerwonego wina, które 

kolejno przybliżył do żarówki na biurku Babe'a, przyglądając się ich zawartości.

-   Sprawdzam   po   prostu,   czy   nie   jest   zbyt   mętne   -   powiedział.   Spojrzał   na   Babe'a.   - 

Korkociąg?

Babe wskazał ręką w kierunku kuchni, przygotowując się na wysłuchanie wykładu na temat 

zalet Burgunda.

- Otworzę butelkę Moulin-a-vent - rzekł Doc. - To jest Beaujolais, ale zaskoczy cię jego 

moc. - W tym momencie skoncentrował się na czynności otwierania butelki.

-   Świetny   wybór   -   stwierdził   Babe.   Kilka   razy   chrząknął   dla   wyrażenia   aprobaty, 

przymykając oczy. - Mów dalej, nie przerywaj sobie.

Doc miał kłopoty z wyciągnięciem korka.

- To wino nazywają królem Beaujolais, królową jest wino o nazwie Fleurie...

- Mój Boże, to fascynujące - zauważył Babe, zmuszając się do uprzejmości i chrząkając 

przy tym jeszcze głośniej niż za pierwszym razem.

Doc zignorował reakcję brata.

- To świetny rocznik; chciałbym, abyś zwrócił uwagę na bukiet.

Babe przekrzywił głowę, na przemian chrząkając i gwiżdżąc z zachwytu.

- Jesteś gburem i prostakiem - stwierdził Doc, lecz po chwili zaśmiał się. - No dobrze, 

dobrze, koniec wykładu na temat wina. - Na chwilę przerwał. - Do cholery, miałem wziąć kieliszki.

W tym momencie wybuchnął śmiechem Babe.

- Draniu, wiesz, że mam kieliszki. - Mówiąc to, ruszył w kierunku kredensu.

- Mam na myśli prawdziwe, nie plastykowe kubki.

background image

Babe wziął kieliszek i podał go bratu.

- Trzymaj, do cholery.

Doc zaczął nalewać, lecz nagle przerwał.

- To jest okropnie brudne.

- Nie mówiłem przecież, że mam czyste kieliszki, ty dupku - odpowiedział Babe, po czym 

obaj powiedzieli chórem:

- Nie w ramiona, załóżmy się o samą głowę.

I ponownie - jakby chórem - wybuchnęli śmiechem. Przypomnieli sobie bowiem ulubioną 

historię rodzinną. H.V. był w tej historii niemal zakochany. Opowiadała ona o zawodniku drużyny 

Brooklyn Dodger, Babe Hermanie, niezbyt wprawnym graczu, który pewnego dnia przeczytał w 

sportowej gazecie kilka krytycznych uwag na temat swojej gry. Otóż dziennikarz sugerował, że 

Herman tak niezgrabnie porusza się po boisku, że podczas następnej gry odbije piłkę głową zamiast 

kijem. Herman był wściekły na dziennikarza i gdy przy jakiejś okazji spotkał się z nim osobiście, 

obrzucił go soczystymi epitetami. Na koniec dodał: - Założę się o pięćdziesiąt zielonych, że jest 

pan w błędzie. - Dziennikarz odpowiedział: - W porządku, przyjmuję zakład. Jeśli piłka uderzy 

pana w głowę lub ramiona, dostanę pięćdziesiąt dolców. - Herman zastanowił się przez chwilę, po 

czym odpowiedział: - Nie... nie... nie w ramiona, załóżmy się o samą głowę.

Nie przestając się śmiać, Doc podszedł do zlewozmywaka i odkręcił kurek.

- Jak długo należy czekać, aby znikła z wody rdza? - zapytał po chwili.

- Rozpakuj się, a do tego czasu woda się oczyści.

-   Dla   ciebie   też   mogę   umyć   -   powiedział   Doc,   wyciągając   ze   zlewozmywaka   brudny 

kieliszek.

- Ja tylko skosztuję - odparł Babe. - Próbuję teraz pokonywać odcinki dwudziestomilowe, a 

alkohol nie pomaga, gdy biegnie się pod wiatr.

- Burgund to nie alkohol - stwierdził Doc, przygotowując kieliszki. - Przepraszam za żarty 

na temat twojego mieszkania - dodał, zwrócony ciągle plecami do brata. - Jesteś naukowcem, nie 

musisz przecież mieszkać w pałacu. Żyj tak, jak uważasz za stosowne, przynajmniej dopóki jest to 

możliwe. Nie gniewasz się?

- Nie sądzę, abym w ogóle poczuł się urażony.

- To dobrze - stwierdził Doc, nie przerywając płukania kieliszków. - Słuchaj, ten cały świat 

jest zupełnie zwariowany, trudno przewidzieć, co może się zdarzyć za minutę lub dwie. Czytałem 

dziś w porannym wydaniu Wall Street Journal na temat jakiejś firmy w Kalifornii. Trudno w to 

uwierzyć,   lecz   w   Kalifornii   wszyscy   są   chyba   niespełna   rozumu.   Myślę,   że   na   tej   podstawie 

przybysze ubiegają się o obywatelstwo. Ale pozwól, że wrócę do tematu. Otóż kilku facetów z 

background image

Zachodniego Wybrzeża opatentowało coś, co nazywają - nie chcę przekręcić tego słowa - a więc 

nazywają   to   coś   "mioooo..tłą".   Jest   to   kij,   do   którego   końca   przywiązana   jest   wiązka   słomy. 

Według doniesień Journal ci faceci chcą na tym zbić fortunę. Uważają przy tym, że za pomocą ich 

mioootły można czyścić różne rzeczy, na przykład zamiatać podłogi.

- Trudno się połapać w tych wszystkich wynalazkach.

Doc zakręcił kurek z brunatną wodą.

- Jezu, Babe, jak możesz mieszkać w takiej ruderze?

- Kieliszki są już czyste - odpowiedział Babe. - Napełnij je teraz ognistą wodą.

Doc rozlał wino do obu kieliszków, okręcając butelkę, aby nie rozlać trunku na biurko.

Babe pociągnął łyk  wina, to samo zrobił Doc. Babe nie przypominał  sobie, aby 

widział kiedyś brata odurzonego narkotykami, a z pewnością nie widział go pijanego. Zresztą to 

samo mógł powiedzieć o sobie. Z drugiej jednak strony H.V. bardzo przyczynił się do podniesienia 

średniej   pożycia   alkoholu   w   rodzinie.   Przynajmniej   w   ciągu   ostatnich   kilku   dni.   A   właściwie 

ostatnich lat. Ostatnich złych lat.

- Czy to jest drogie?

- Dość drogie. Dlaczego pytasz?

- Bez powodu. To się wyczuwa. Jest łagodne. Kiedy piję coś takiego i nie dostaję ataku 

kaszlu, to wydaje mi się, że musiało być drogie. Przemysł naftowy musi być w dobrej kondycji.

Doc podniósł kieliszek tak, jakby chciał wznieść toast.

--   Przemysł   naftowy   jest   zawsze   w   dobrej   kondycji.   -   Mówiąc   to   złożył   lekki,   jakby 

dziękczynny ukłon.

- Nie zrobiłeś tego w kierunku wschodu - powiedział Babe.

- Kretynie, złożyłem ukłon w kierunku Detroit. General Motors jest czymś ważniejszym dla 

tego kraju niż Jezus.

-   Cholerni   truciciele   środowiska   i   złodzieje   -   stwierdził   Babe,   który   był   prawdziwie 

nieszczęśliwy z powodu charakteru pracy Doca. Sprzedaż sprzętu wiertniczego na całym świecie, 

zatruwanie tego cholernego ziemskiego padołu.

- Jeśli wygłosisz w tej chwili wykład na temat ekologii, przysięgam, że przy najbliższej 

okazji opowiem Irmgaard, jak nakryłem cię, gdy waliłeś konia, kiedy miałeś dwanaście lat.

Babe zaśmiał się.

- To był dla mnie wielki dzień. Sądziłem przedtem, że jestem jedynym  człowiekiem na 

świecie, który robi takie straszne rzeczy. Myślałem, że wyrzucisz mnie z domu lub zakujesz w 

dyby i każesz wieśniakom obrzucać mnie kamieniami. Kiedy powiedziałeś mi, że takie rzeczy 

robią wszyscy, pamiętam, że pomyślałem wtedy: Ci cholerni dorośli! Dlaczego tyle lat ukrywali to 

background image

przede mną?

Doc uśmiechnął się i wskazał na łóżko.

- Zrób coś z tym bałaganem.

Babe zaczął przygotowywać posłanie dla brata. Między nimi był układ: gdy przyjeżdżał 

Doc,   zawsze   spał   na   łóżku.   Młodszy   brat   skazany   był   natomiast   na   kanapę   z   wystającymi 

sprężynami.

Gdy Babe zajęty był rozściełaniem łóżka, Doc powiedział cicho:

- Hej! Wynieś się z tej nory i przyjedź do Waszyngtonu. Zapewnię ci jakieś przyzwoite 

lokum, będziemy blisko siebie. Dlaczego nie miałbyś tego zrobić? Wiesz, że mam forsę, więc o te 

sprawy nie musisz się martwić.

Babe potrząsnął głową.

- Nie ma tam porządnych uczelni.

- Cóż może dorównać chwale Columbii! Czy to masz na myśli?

-   Nie   twierdzę,   że   Columbia   jest   taka   wspaniała,   ale   z   pewnością   ma   niższy   procent 

prostaczków niż, powiedzmy, Georgetown.

Doc zaczął nagle mówić podniesionym głosem:

- Jezu, Babe, na rany Chrystusa! Nie musisz tego wszystkiego robić z tego tylko powodu, że 

robił to tata!

- Mam dość takiego gadania! - odpowiedział równie zdenerwowany Babe.

Zdezorientowany Doc zamilkł na chwilę.

- Czego masz dość? Nigdy nie mówiłem tego przedtem.

- Profesorowi Biesenthalowi z Columbii udało się to w pewnym stopniu osiągnąć.

- Czy on nie był jednym z tych genialnych studentów H.V.?

Babe skinął twierdząco głową. Potem dodał:

- Posłuchaj, dobrze się czuję w tej norze. Dziękuję za ofertę, ale mam zamiar tu zostać. Ta 

decyzja nie ma nic wspólnego z H.V.

- Akurat!

Babe wzruszył ramionami, po czym zabrał się do zmiany poszewek na poduszkach. W tym 

czasie Doc powiesił w szafie swoje ubrania.

- A więc zaproszę ciebie i Ettę na kolację, co ty na to? Ona chyba coś jada, prawda? A 

może utrzymuje przy życiu swą boską postać żywiąc się samym powietrzem?

- Poczekaj tylko, aż ją zobaczysz. Poślinisz się z wrażenia, gwarantuję ci to.

Doc zaśmiał się.

- Synku, rozmawiasz z facetem, który przed ukończeniem dwudziestu pięciu lat był raz 

background image

żonaty i trzy razy zaręczony. Nie ślinię się z byle powodu.

- A cóż to za przechwałki! Cztery razy aresztowany i tylko raz skazany?

- Człowiek pracujący w przemyśle naftowym nie zna dnia ani godziny, jest cały gąszcz 

przepisów, które utrudniają nam życie. - Zamknął swoją torbę Gucci i cisnął ją w kąt szafki Babe'a. 

Następnie spytał jakby od niechcenia: - Chyba już tego nie trzymasz w domu, prawda?

Wiedząc, co brat ma na myśli, Babe zapytał jednak:

- Czego?

- Pozwoliłem sobie wejść do twojego pokoju. Gdy chciałeś z mojego tyłka zrobić sito, 

ostrzeżenie brzmiało całkiem autentycznie, zupełnie jakby mówił to sam George Raft.

- Chryste! A któż naśladuje George'a Rafta? To miał być głos Cagneya.

- A więc trzymasz to jeszcze?

- Jest naładowany. - Podszedł do biurka i z dolnej szuflady wyciągnął pistolet oraz pudełko 

z nabojami. - Trzymaj.

- Wyjmij najpierw naboje. Dopiero jak to zrobisz, możesz mi go podać.

Babe szybko rozładował pistolet. Zrobił to bardzo wprawnie - ale czyż można się temu 

dziwić,   biorąc   pod   uwagę   fakt,   że   ćwiczył   to   całymi   latami?   Doc   był   pod   tym   względem 

przeciwieństwem brata - zawsze nienawidził broni palnej.

- Masz - powtórzył Babe.

Doc wziął pistolet. Trzymał go tak, jakby chciał ukryć uczucie strachu.

- Po co trzymasz coś takiego w domu?

- Po co? Przecież nie chciałeś go!

- Chciałeś go?... A któż chciałby mieć coś takiego?

- Ja chciałem, to oczywiste.

- Dlaczego?

- Bez specjalnego powodu. Zatrzymałem go na pamiątkę. Cholera, dobrze wiesz dlaczego, 

żeby go pomścić.

- Babe, tata zabił się rok po śmierci Joe McCarthy'ego.

- Może tak, może nie. W Waszyngtonie wymyślono na ten temat wiele kłamliwych historii.

- Czy Helga ma równie sadystyczne upodobania? Czy jest to jedna z tych rzeczy, która was, 

przyjemniaczki, łączy? Jak się zabawiacie, gdy w kinach nie grają żadnego filmu o wampirach? - 

Doc podał pistolet bratu.

Ładując ponownie broń, Babe powiedział:

- Znam cię, draniu, próbujesz mnie sprowokować. Najpierw nazwałeś ją Irmgaard - nie 

zareagowałem;   później   nazwałeś   ją   Etta   -   i   wtedy   nie   powiedziałem   nic.   Teraz   ochrzciłeś   ją 

background image

imieniem Helga - i tym razem nie udało ci się wyprowadzić mnie z równowagi. Zapamiętaj jednak, 

że ma na imię Elsa, Elsa - słyszysz? Nie Ilse, Ella czy też Ewa, nie Hilda, Leila, Lida, nie Lily ani 

też Lola.

- Przepraszam - odparł Doc. - Muszę być zmęczony podróżą. Przysięgam, nigdy więcej nie 

przekręcę imienia twojej Olgi.

- Olga brzmi znacznie lepiej, ale to ciągle nie to - powiedział Babe, nie tracąc cierpliwości. 

- Jestem naprawdę z ciebie dumny, prawie bezbłędnie wypowiedziałeś jej imię. Ktoś, kto niedawno 

opanował   sztukę   czytania,   mógłby   przecież   mieć   kłopoty   z   dwusylabowymi   słowami,   ale 

popracujemy nad tym słowem tak długo, aż wreszcie wypowiesz je poprawnie. Ona nie ma na imię 

Portia, Pamela czy Paula ani też żadna Rhoda, jej imię nie brzmi również Sara, Stella, Sophia ani 

Sheila.

- A więc Ursula - wtrącił Doc.

- Skończmy z tym - odpowiedział Babe. - Nie wyśmiewaj się z kogoś, kogo jeszcze nie 

poznałeś. Pamiętaj, że ma na imię  Elsa - nie Vida, Vera, Vanessa, Venetia lub Willa  czy też 

Ysolda. ELSA!!!

- Elsa - powiedział wreszcie Doc.

Napił się wina i spojrzał na braciszka.

Już wiem, kim jest ona, ale, do diabła, kim jesteś ty?

background image

14

Obok posiadłości przebiegała tylko jedna droga. "Posiadłość" - to brzmi zbyt górnolotnie. 

W Palm Springs byłby to jeden z wielu domów, po prostu taki, "który nie przynosi wstydu". Jednak 

tu, w miejscu, które z trzech stron otaczała paragwajska dżungla, ten niebieski dom, znajdujący się 

o pół godziny drogi od La Cordillera, jeśli nie był zupełnym unikatem, to z pewnością czymś 

niepospolitym.

Chłopi z La Cordillera, a przynajmniej większość z nich, słyszeli o niebieskim domu, lecz 

tylko nieliczni widzieli go na własne oczy. Po pierwsze dlatego, że był oddalony o pół godziny 

drogi od miasta, a w dodatku trzeba było znać kogoś, kto posiada samochód; po drugie jedyna 

droga dojazdowa miała tak złą nawierzchnię, że miejscami była po prostu niebezpieczna.

Po trzecie dom był strzeżony. W pobliżu znajdowało się zawsze dwóch strażników; każdy z 

nich miał stanowisko w odległości około ćwierć mili od niebieskiego domu. W tym miejscu nie 

było zbyt dużego ruchu, lecz gdy pojawiał się jakiś pojazd, był zawsze sprawdzany.  Strażnicy 

nigdy nie wyjaśniali kierowcom, czy mają do tego prawo i czy jest to usankcjonowane jakimiś 

określonymi   przepisami;   gdy   pojawiał   się   pojazd,   wychodzili   z   karabinami   na   środek   drogi   i 

zatrzymywali go. Nie byli uprzejmi. Zachowywali się tak, aby zatrzymani kierowcy odczuwali 

atmosferę zagrożenia. Aby wiedzieli, że nie powinni wracać tą samą drogą - strażnicy nie lubili 

oglądać tych samych twarzy po raz drugi.

Jedynymi pojazdami, które nie musiały się zatrzymywać, były samochody dostawcze. Co 

tydzień przyjeżdżał tu stary, zdezelowany pick-up z ładunkiem żywności z La Cordillera. Pocztę 

dostarczano co drugi dzień. Każdego popołudnia dodatkowy strażnik jechał do najbliższej wioski, 

aby przywieźć stamtąd praczkę.

Była to kobieta średniego wzrostu; miała potężne ramiona, zawsze otulone czarną chustą. 

Przychodziła do domu i kilka godzin później wychodziła, a następnie ten sam strażnik odwoził ją z 

powrotem   do   wioski.   Zwykle   nie   miała   przy   sobie   żadnych   przedmiotów,   lecz   pewnego 

wrześniowego popołudnia wyszła z domu - ubrana jak zwykle na czarno - niosąc czarną torbę, 

której   powierzchnia   mogła   wynosić   około   jednej   stopy   kwadratowej.   Wsiadła   do   samochodu, 

którym codziennie jeździła, i ten sam co zwykle strażnik odjechał w kierunku wioski. Samochód 

wyglądał tak samo jak zwykle; jedyną różnicą było to, że na tylnym siedzeniu, przykryta kocem, 

leżała płócienna torba na ubrania. Samochód oddalił się od niebieskiego domu i ruszył w kierunku 

wioski. Stojący na drodze strażnik miał właśnie podnieść prawe ramię, aby zasalutować, gdy nagle 

kierowca machnął do niego ręką, wyrażając tym gestem niemal dziką wściekłość. Strażnik opuścił 

rękę i stanął nieruchomo z lekko spuszczoną głową - czuł się zawstydzony i miał jednocześnie 

background image

nadzieję, że właściciel niebieskiego domu nie potraktuje go zbyt okrutnie.

Samochód   jechał  dalej  w  kierunku   wioski.   Praczka  siedziała  w   milczeniu.   Jej  szerokie 

ramiona wyglądały równie okazale jak zwykle. Na kolanach trzymała kurczowo czarne pudełko, 

które wyglądało jak jakiś dziwny przedmiot z czarnej skóry używany w celach ochrony osobistej. 

Jej   chusta   była   naciągnięta   na   twarz   bardziej   niż   zwykle,   lecz   ogólnie   rzecz   biorąc,   kobieta 

wyglądała na zwykłą praczkę, którą właśnie odwożono do domu.

Ważne było to, aby wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zwykle. Właściciel niebieskiego 

domu wiedział bowiem, że choć większość ludzi, których spotykało się w tej okolicy, stanowili 

chłopi - zwykli paragwajscy chłopi, otyli i mało interesujący osobnicy - to jednak niektórzy z nich 

byli Żydami. Była to nieliczna grupa, lecz nie tak mała, by można lekceważyć fakt jej istnienia.

Samochód dojechał do wioski, w której mieszkała praczka, po czym  przejechał między 

zabudowaniami nie zatrzymując się. Kierowca przez cały czas zachowywał  milczenie. Praczka 

siedziała w kucki, nie zmieniając pozycji. Oboje byli spoceni. Upał był nie do zniesienia i tylko 

ludzie o dużej wytrzymałości mogli w takiej temperaturze sprawnie funkcjonować. Kierowca był 

bardzo silny, choć pod względem wytrzymałości ustępował swej pasażerce.

Podróż na lotnisko w Asunción trwała dwie godziny. Kierowca wysiadł, po czym sięgnął po 

płócienną torbę.

- Siedź na swoim miejscu - powiedziała praczka. Mówiła po hiszpańsku.

Kierowca wrócił do samochodu, usiadł za kierownicą i nie ruszał się. Tymczasem praczka 

wzięła w jedną rękę ubrania, w drugą zaś czarną skórzaną torebkę.

Kierowca zwrócił się do niej po hiszpańsku:

- Czy mogę o coś zapytać?

Postać owinięta chustą potaknęła głową.

- Co zrobimy, jeśli praczka zacznie sprawiać jakieś kłopoty? Jak mamy się z nią obchodzić?

- Z wielką troską i czułością - odpowiedziała postać zawinięta w chustę. - Wyjaśnij, że 

wrócę najpóźniej za trzy dni. Powiedz jej, że jest moim gościem i nie musi robić nic, na co nie ma 

ochoty. Zbyt ciężko ostatnio pracowała i teraz chcę, aby trochę odpoczęła.

- Ona jest bardzo tępa - zauważył kierowca. - Myślę, że nic z tego nie rozumie.

- A więc to ty musisz okazać cierpliwość. Gdy wrócę, chcę ją widzieć zadowoloną i w 

dobrym zdrowiu; jeśli te warunki nie zostaną spełnione, spowoduje to wiele cierpień. Czy wyrażam 

się jasno? A konsekwencje takiej sytuacji poniósłbyś przede wszystkim ty.

Kierowca skinął głową.

-   Ma   niezwykły   talent   do   prasowania.   Gdybym   zarządzał   tym   piekielnym   miejscem, 

obwołałbym   ją   mistrzynią   kraju   w   tej   dziedzinie.   Od   czterdziestego   piątego   nie   miałem   tak 

background image

starannie wyprasowanych koszul.

Praczka poleciała lotem z Asunción do Buenos Aires. Wszyscy paragwajscy celnicy okazali 

się   zwykłymi   tępakami.   Nie   oczekiwano   tu   zresztą   żadnych   kłopotów   i   wszystko   odbyło   się 

zgodnie z planem. W Argentynie, rzecz jasna, było zupełnie inaczej. W związku z tym "praczka" 

nie ruszała się już nigdzie dalej, a do kasy linii Pan Am wysłano człowieka o wyglądzie poważnego 

biznesmena   -   łysego   mężczyznę   w   średnim   wieku.   Brak   włosów   był   oczywiście   czymś,   co 

nieustannie   wywoływało   w   nim   irytację.   Posiwiał   przedwcześnie,   bo   zanim   osiągnął   wiek 

dwudziestu pięciu lat. Jego siwe, kręcone i gęste włosy stały się jego najbardziej dominującą i 

zarazem atrakcyjną cechą. Był z nich niezwykle dumny; stanowiły coś, co odróżniało go od innych 

- i to na korzyść. Nazwano go wtedy Białym Aniołem.

A więc gdy w przeddzień ogolił głowę w niebieskim domu, przeżył to bardzo boleśnie. 

Jednak nawet bez włosów pozostał atrakcyjnym mężczyzną. Z jego twarzy nie zniknął wyraz siły 

charakteru.   Po   powrocie   do   Paragwaju   będzie   przecież   znów   szczycił   się   swą   śnieżnobiałą 

czupryną.

Zdążył  na samolot  linii Pan Am, który po dziesięciu  godzinach  wylądował  na lotnisku 

Kennedy'ego w Nowym Jorku, rankiem następnego dnia kwadrans po szóstej. Następnego dnia - 

czyli we wtorek. Łysy mężczyzna planował, że wróci do Buenos Aires w środę nocnym lotem. 

Najpóźniej w czwartek. Lepiej byłoby to jednak zrobić w środę.

Zawsze należało działać szybko.

Przez całą noc nie spał, trzymając na kolanach czarne pudełko. Inni pasażerowie spali. On 

myślał o tym, w jak różny sposób mogą potoczyć się wypadki. Mogło się przecież wydarzyć tyle 

nieoczekiwanych rzeczy - on natomiast musiał być przygotowany na każdą ewentualność. Jego 

umysł działał jak dotąd sprawnie i nic nie wskazywało na to, aby cokolwiek miało się pod tym 

względem   zmienić.   Poza   tym   miał   przecież   skórzane   pudełko.   Świadomość   posiadania   tego 

przedmiotu była dla niego istną udręką. Wywoływała poczucie zagrożenia, które przeszywało całe 

ciało, wywołując dotkliwy ból.

Samolot wylądował dokładnie w wyznaczonym czasie. Na twarzach większości pasażerów 

przechodzących przez odprawę celną można było dostrzec oznaki zmęczenia. On jednak był - a 

właściwie musiał być - niezwykle czujny. Moment przylotu był bowiem dla niego tym samym, 

czym   dla   odrzutowca   start   -   chwilą   największego   zagrożenia.   Nie   dlatego,   że   martwił   się   o 

paszport. To prawda, na podrobienie paszportu nie było zbyt wiele czasu, lecz w Asunción działali 

prawdziwi artyści, którzy potrafili wykonać każde zadanie w iście ekspresowym tempie. Odprawa 

celna   przeszła   szybko   i   gładko.   Gdyby   jednak   miało   wydarzyć   się   jakieś   nieszczęście,   gdyby 

pojawił się na przykład nieznany informator i gdyby wszystkie plany spaliły na panewce, a on miał 

background image

zostać zdemaskowany - to wszystko mogło się zdarzyć właśnie teraz.

Odebrał torbę, dał ją do sprawdzenia celnikom,  przeszedł  do poczekalni  i rozejrzał się 

dokoła. Nigdy przedtem nie był na tym lotnisku - jego wielkość przytłaczała go. Nigdy przedtem 

nie był również w tym kraju, którego wielkość zapewne przytłoczyłaby go w równym stopniu. Nie 

zamierzał go jednak zwiedzać, a jedynym celem jego podróży był Manhattan. Stał nieruchomo w 

poczekalni. Tam właśnie miał go oczekiwać Erhard. Takie miał instrukcje. Ale jeśli ktoś dyskretnie 

zakłócił połączenie lub założył na telefonie podsłuch? Przez chwilę - wolałby jednak umrzeć niż 

komukolwiek przyznać się do tego - pomyślał o ucieczce. Aby po prostu ruszyć pędem w kierunku 

najbliższego wyjścia. Ale co potem? Czy istniało jakieś miejsce, gdzie mógłby się udać?

I w tym momencie ujrzał małego Erharda, który utykając przedzierał się przez tłum i szedł 

w jego kierunku. Za Erhardem podążał barczysty Karl. Oczekujący mężczyzna pomyślał, że jeśli 

słowo "bezpiecznie" można było w ogóle odnieść do kogoś z jego przeszłością, nie wspominając 

już o teraźniejszości, to właśnie w tej chwili tak się czuł. Po chwilach zagrożenia nadszedł moment 

wytchnienia. Być może ten stan potrwa dłużej. A więc znów się poczuł - bezpiecznie...

background image

15

Na miejsce kolacji Doc wybrał restaurację "Lutece", o której Babe oczywiście słyszał, lecz 

w pobliżu której nigdy nawet nie przechodził. Elsa o niej nie słyszała i gdy przyszedł po nią Babe i 

zakomunikował, że to najdroższa restauracja w mieście, jej uczucie zdenerwowania jedynie uległo 

nasileniu.  Pojechali oboje taksówką. Zwykle  jeździli  wszędzie  metrem,  lecz "Lutece"  nie było 

miejscem, do którego jeździło się środkami komunikacji publicznej. Chyba że zmywało się tam 

naczynia.   Babe   starał   się,   jak   mógł,   uspokoić   dziewczynę,   lecz   wszystko   na   nic.   Wyglądała 

okropnie: nie miała na sobie odpowiedniej na taką okazję sukienki. Nie cierpiała tego typu miejsc. 

Obawiała się poza tym, że inni będą się na nią gapić, gdyż zorientują się szybko, że jej osoba nie 

pasuje do otoczenia.

Jedyną rzeczą, co do której Babe był przekonany, było to, że ludzie będą faktycznie wlepiać 

w nią oczy. Miała na sobie niebieską sukienkę o prostym kroju, a jej piękną szyję przyozdabiał 

pojedynczy sznur pereł. Kolor sukienki doskonale współgrał z kolorem jej oczu.

- Wyglądasz nieprzyzwoicie ładnie - powiedział Babe, gdy oboje wchodzili do restauracji. 

Była to prawda jednak słowa te nie poprawiły w jakiś widoczny sposób jej samopoczucia.

Doc czekał na nich w małej zacisznej sali na pierwszym piętrze. Oprócz ich stolika były 

jeszcze tylko dwa inne. Ludzie, którzy chcieli być w "Lutece" zauważeni przez innych, jadali na 

dole. Ci jednak, którzy chcieli spokojnie porozmawiać, wybierali tę właśnie salę, a w dodatku 

siadali przy stoliku w rogu.

Gdy Babe i dziewczyna weszli do środka, Doc powstał z miejsca. Obrzucił Elzę szybkim 

spojrzeniem, po czym pokręcił głową.

Pamiętam,   jak   mówiłeś,   że   jest   ładna   -   powiedział   do   Babe'a.   -   Tom,   musimy   kiedyś 

poważnie porozmawiać o urodzie kobiet.

- To jest Hank - powiedział Babe. Takich imion używali poza domem: Hank i Tom. Nie 

było ku temu jakiegoś określonego powodu. Wszystko zaczęło się po śmierci H.V. Potrzebne było 

im wtedy coś, co by ich bardziej łączyło. Wpadli na pomysł, że taką rzeczą mogą być wspólne 

tajemnice, które miały i tę zaletę, że nic nie kosztowały. Były niczym most łączący obu chłopców. 

Po odejściu H.V. posiadanie sekretów stało się niemal koniecznością. Jeśli nie miało się kogoś, na 

kim można się było wesprzeć, wiry wydarzeń okazywały się zbyt niebezpieczne, a kręte ścieżki 

życia prowadziły w śmiertelną otchłań.

- Jesteś śliczna - powiedział Doc do dziewczyny. - Choć nie ładniejsza niż Grace Kelly.

Wszyscy troje usiedli. Gdy zjawił się kierownik sali, Doc spytał współtowarzyszy, czy będą 

mieli coś przeciwko temu, jeśli sam dokona wyboru potraw. Babe i Elsa odpowiedzieli prawie 

background image

chórem: - Ależ nie! - Doc mówił do mężczyzny po francusku, ten odpowiedział coś, po czym 

zniknął. Elsa wyraziła się z uznaniem o francuszczyźnie Doca.

- Dziękuję. Nie mówię jednak tak dobrze, jak sądzisz. Nie wiem dokładnie, jak zostało to 

zrozumiane,   ale   próbowałem   zamówić   Chablis.   Czy   wiecie,   co   to   takiego?   To   rodzaj 

burgundzkiego wina. - Uśmiechnął się szeroko do Babe'a. - Kolor najlepszych gatunków przywodzi 

na myśl piękne zielone oczy; te wina są jak brylanty. - Wypowiadając ostatnie słowo, spojrzał na 

Elsę i końcami palców pogładził ją delikatnie po policzku.

Jezu, pomyślał Babe. Ona mu się podoba - wspaniale!

Nie   -   pomyślał   Babe,   gdy   skończyło   jeść   zapiekane   trufle   i   zabierali   się   do   szaszłyka 

baraniego - nie ma w tym nic wspaniałego. Spotkanie, które na początku wydawało mu się takie 

udane, zaczynało go w tej chwili doprowadzać do białej gorączki.

Dlatego, że Doc bez przerwy ją dotykał.

Przestań! Chciał wrzasnąć na Doca.

Nie pozwalaj mu na to! Chciał wrzasnąć na Elsę.

W "Lutece" wrzaski nie były jednak w dobrym tonie. W tym miejscu mówiło się szeptem. 

Można było jedynie zachichotać, z dystynkcją wycierając chusteczką usta. Gdy kelner zjawił się 

nagle, by napełnić winem kieliszki, należało lekko skinąć głową. Poza tym trzeba było prowadzić 

miłą   pogawędkę   -   i   to   niezależnie   od   tego,   czy   miało   się   na   to   ochotę,   czy   też   nie.   Takie 

zachowanie obowiązywało nawet wtedy, gdy przebywało się w towarzystwie własnego brata, który 

właśnie uwodził twoją dziewczynę.  Cóż robić - siedział i przysłuchiwał  się tym  błazeństwom, 

udając przy tym, że nie widzi, iż dziewczyna wcale nie czuje się urażona.

Babe położył ręce na kolanach i splótł palce.

- Pani = powiedział Doc. Pili w tej chwili Burgunda Bonnes Mares, rocznik sześćdziesiąty 

drugi i Doc opróżniał właśnie swój kieliszek.

Gdy kelner go napełnił, Babe skinął głową.

Doc uśmiechnął się do Elsy.

- Tęsknisz za domem? Za Szwajcarią?

Myślę, że wszyscy czasem odczuwają tęsknotę za domem. Ty nie?

- Sądzę, że tak - odpowiedział Doc. - A gdzie właściwie znajduje się twój dom? Nie znam 

zbyt dobrze Szwajcarii. Zurych i Genewa - na tym kończy się cała moja wiedza.

- Nie pochodzę stamtąd.

- Skądś przecież musisz pochodzić.

- Z malutkiego miasteczka. Większość ludzi nigdy o nim nie słyszała.

Dlaczego jest taka cholernie skromna? - zastanawiał się Babe. Pochodziła z okolic jeziora 

background image

Konstanca, mówiła mu o tym. Dlaczego miałaby ukrywać przed Dokiem?

- Na pewno jesteś dobrą narciarką - powiedział Doc, zmieniając temat.

- Jestem Szwajcarką, więc to oczywiste.

- Nie rozumiem, dlaczego - odparł Doc.

- Och, znam taką historyjkę, lecz nie potrafię zbyt ciekawie opowiadać tego typu rzeczy. 

Był taki walijski aktor. Grał w kilku filmach, nie przypominam sobie również ich tytułów...

- Masz rację, nie umiesz zbyt dobrze opowiadać tego typu rzeczy.

Oboje zaśmiali się.

Babe siedział w milczeniu.

- Czy to ma znaczenie, jak się nazywał? Może tym aktorem był Richard Burton. Załóżmy, 

że   tak   było.   A   więc   zapytano   tego   walijskiego   aktora,   czy   zagra   w   pewnym   filmie.   A   może 

chodziło o sztukę teatralną? Nie pamiętam w tej chwili. W każdym razie miał zagrać albo w filmie, 

albo w sztuce...

- Nie masz pojęcia, jak opowiadać takie historyjki - skomentował tym razem Doc.

W tej chwili oboje zaczęli chichotać.

Babe spojrzał w jej niebieskie oczy. Nigdy nie były takie śliczne jak teraz. Obawiał się, że 

zaraz zrobi coś strasznego, naprawdę strasznego, więc nadal trzymał ręce na kolanach, splatając je 

z całej siły.

-...to   nie   ma   znaczenia,   czy   to   miał   być   film,   czy   też   sztuka.   Ważne   jest   to,   że   miał 

zaśpiewać piosenkę. Reżyser i producent - nie pamiętam, który z nich, a może i jeden, i drugi - w 

każdym razie zapytano go, czy umie w ogóle śpiewać, a on odpowiadał: Jestem Walijczykiem, 

więc muszę umieć śpiewać.

- Nie rozumiem - powiedział Doc.

- Walijczycy szczycą się tym, że są muzykalni wytłumaczyła Elsa.

- A Szwajcarzy tym, że dobrze jeżdżą na nartach, teraz wszystko rozumiem - odrzekł Doc. 

Opróżnił kieliszek i zamówił następną butelkę.

- Gdzie się uczyłaś jeździć?

W   okolicach   jeziora   Konstanca.   Jest   tam   małe   miasteczko,   w   którym   mieszkałam   od 

urodzenia.

- Mój Boże - powiedział podniecony Doc. - Już wiem, gdzie się nauczyłaś jeździć. W naszej 

firmie pracuje facet, który ma bzika na punkcie nart i cały czas truje dupę - przepraszam - zanudza 

nas   opowiadaniem   o   tym,   że   w   Kitzbuhel   śnieg   był   sypki,   w   Squaw   Valley   jego   głębokość 

wynosiła tyle a tyle stóp, rozwodzi się na temat tego, jak leciał helikopterem nad kanadyjskimi 

szczytami,   a   potem   zjeżdżał   na   nartach   po   nie   udeptanym   śniegu.   Jeśli   sądzisz   że   tematyka 

background image

związana ze sprzętem wiertniczym jest niezbyt ciekawa, powinnaś posłuchać tego faceta...

- Gorzej opowiadasz historie niż ja - wtrąciła Elsa.

Doc   ryknął   śmiechem.   Ludzie   siedzący   przy   dwóch   sąsiednich   stolikach   spojrzeli 

ukradkiem w jego kierunku. On szybko zamilkł, po czym odezwał się:

- Och, przepraszam najmocniej, ale nie zdążyłem jeszcze powiedzieć o najważniejszym. 

Otóż ten zwariowany na punkcie nart facet ma swoje ulubione, wybrane spośród wszystkich innych 

miejsce - są nim okolice jeziora Konstanca. A to dlatego, że nie opodal znajduje się Monte Rosa i 

nie wiem, czy mam rację, ale podejrzewam, że właśnie tam nauczyłaś się jeździć; przyznaj, że 

trafiłem w dziesiątkę.

- Wprawiłeś mnie w zupełne zdumienie.

- A obok Monte Rosa znajduje się Mont Charre, wielka góra, jednak o włos niższa od 

Monte Rosa. No co? Czy nie mam racji?

- Masz ją w stu procentach - odpowiedziała Elsa.

- Wszystko to zmyśliłem - odrzekł Doc.

- Co takiego?

- Nie istnieje żaden zbzikowany facet, w okolicach jeziora Konstanca nie ma żadnej góry o 

nazwie Monte Rosa, podobnie jak nie ma góry Mont Charre. Czy nie mam racji?

Elsa nie odpowiedziała.

Babe przyglądał się im w milczeniu. Nic z tego nie rozumiał, lecz z dwojga złego wolał już, 

aby Doc ją dotykał.

- Zbyt wiele interesów prowadziłem w Szwajcarii, by nie wiedzieć, jak mówią Szwajcarzy. 

Nie pochodzisz stamtąd.

- Nie.

- A więc skąd?

- Nie rozpoznajesz mojego akcentu?

- Wydaje mi się, że jesteś Niemką. Tak, Niemką. I nie masz dwudziestu pięciu lat. Może 

trzydzieści?

- Trzydzieści dwa. Co jeszcze chcesz wiedzieć?

- Kiedy twoja wiza pobytowa traci ważność?

Elsa odczekała chwilę, po czym zapytała spokojnie:

- Dlaczego starasz się mnie upokorzyć?

- Bez określonego powodu. Chodzi mi tylko o to, że mnóstwo obcokrajowców zakłada 

rodziny w Ameryce. Przestają mieć wtedy problemy z tutejszymi prawami; ich małżeństwa nie 

zawsze jednak bywają udane.

background image

- I myślisz, że tego właśnie chcę? Złapać twojego brata na męża? Dlaczego nie spytasz 

mnie o to wprost?

- Po co? - spytał Doc spokojnym głosem. - W twoich słowach jest tyle kłamstw. Dlaczego 

teraz miałabyś odpowiedzieć zgodnie z prawdą?

- Faktycznie, nie byłoby ku temu żadnego powodu. - Powiedziawszy to, wstała i wybiegła z 

malutkiej sali. Babe patrzył na nią, jak wychodzi, i gdy chciał za nią ruszyć, Doc złapał go za 

nadgarstek i mocno przytrzymał.

- Niech sobie idzie - powiedział.

Babe rzucił się niemal na brata.

- Dlaczego? Ponieważ ty tego chcesz?

- Zrobiłem to dla twojego dobra...

- Pieprzysz...

- Dla twojego dobra... - Doc nadal trzymał brata, który nie mógł się uwolnić z uścisku. Doc 

był zbyt silny. - Jeździłem po całym świecie, znam się na ludziach. W różnych krajach żyją miliony 

dziwek, które chciałyby tu zamieszkać. Gdy im się to nie udaje, są gotowe na wszystko...

- Nie prosiłem, byś wyraził swoją aprobatę...

-   Będziesz   mi   za   to   wdzięczny.   Poznałem   się   na   niej,   gdy   tylko   tu   weszła.   Cholera, 

wiedziałem już o wszystkim, czytając ten pieprzony list; ludzie nie tracą tak dla siebie głowy, 

chyba że chcą wykorzystać tę drugą osobę...

- Tego nie możesz wiedzieć...

- Wiem, wiem dobrze, niech to szlag trafi, uwierz mi...

Dlaczego miałbym ci wierzyć?... Dlaczego... byłem taki czuły i namiętny, a teraz miałbym 

ją traktować jak kogoś obcego?...

- To taktyka stosowana w interesach. Najpierw starasz się być bardzo miły, druga strona 

traci wtedy czujność; to zwykły sposób postępowania...

- Kłamstwo nazywasz zwykłym sposobem postępowania...

Doc ścisnął brata jeszcze mocniej. Babe zaczął odczuwać ból. Mimo to rozmawiali dalej 

szeptem w tym cichym, pełnym uroku pomieszczeniu.

-   Nigdy   nie   mówi   się   całej   prawdy.   Pewne   sprawy   należy   przemilczeć.   Widzisz,   gdy 

prosiłem,   byś   przyjechał   do   Waszyngtonu,   naprawdę   chciałem   cię   zobaczyć.   Gdybym   ci 

powiedział, że otrzymałem już twój list, w którym piszesz o napadzie, pomyślałbyś, że chcę się z 

tobą widzieć tylko z tego powodu, że odniosłeś rany. A więc przemilczałem sprawę napadu, choć 

w   niczym   cię   nie   okłamałem.   Podobnie   teraz:   mówię   zupełnie   szczerze,   abyś   zostawił   tę 

dziewczynę w spokoju. Ona cię nie kocha, zapomnij o niej...

background image

- Tego nie wiesz na pewno...

- Ależ wiem; pomyśl tylko: ona jest wspaniała, dlaczego miałaby pokochać właśnie ciebie?

Ponieważ ja kocham ją - wykrzyknął Babe, po czym uwolnił się z uścisku brata i pędem 

ruszył w kierunku wyjścia. Biegnąc przez restaurację, wpadł na kelnera niosącego filiżankę z kawą. 

Zatoczył   się,   jednak   nie   stracił   równowagi.   Nie   przystanął   nawet   w   momencie,   gdy   nastąpiło 

zderzenie dwóch ciał - zbiegł w dół, skacząc po dwa, trzy schody. Potykając się, przebiegł obok 

baru i wybiegł na zewnątrz, gdzie przeniknął go chłód październikowego wieczoru. Zatrzymał się 

dopiero na chodniku. Zawrócił, ruszył do przodu, znów stanął i ponownie ruszył w przeciwnym 

kierunku.   W   końcu   złapał   taksówkę   i   pojechał   do   mieszkania   Elsy.   Przycisnął   mocno   guzik 

domofonu; zrobił to jeszcze kilka razy, lecz nie było jej w domu - po prostu nie było. Poczekał pięć 

sekund i zadzwonił ponownie - nie było odpowiedzi. Odczekał jeszcze kilka sekund - na próżno. I 

tym razem nikt nie odpowiedział; nie było jej w domu. Być może była jeszcze w drodze, może 

zjawił się zbyt  szybko. Nie - powód był  inny.  To oczywiste,  że był  inny.  W ogóle nie miała 

zamiaru   wracać   do   domu,   gdzie   musiałaby   zająć   się   nim   tak   troskliwie,   jak   kura   pisklętami. 

Wiedziała bowiem, że to właśnie on doprowadził do wszystkiego i pozwolił na to, by potraktowano 

ją w tak nikczemny sposób. Wiedziała, że jest w równym stopniu winny jak Doc. W tej chwili 

prawdopodobnie spacerowała - po prostu szła przed siebie. A może siedziała w jakimś kinie, lecz 

nie po to, by oglądać film - miała tyle do przemyślenia. Na pewno miała.

Kochał ją. Mogła być Koreanką - to nie zmieniłoby jego uczuć. Nie mogła jednak o tym 

wiedzieć   -   nie   mogła   wiedzieć,   czym   było   dla   niego   to,   że   po   dwudziestu   pięciu   latach 

niepowodzeń miłosnych oto nagle czuł się tak dobrze i swobodnie, gdy znajdował się przy niej.

Powinien wrócić teraz do domu i czekać na jej telefon. Modlić się o to, by zadzwoniła. 

Mógł czekać pod jej drzwiami, lecz takie zachowanie można by uznać za narzucanie się, a tego nie 

cierpiał u Żydów. Możliwe, że w jego mieszkaniu będzie już Doc, lecz nie pozostanie zbyt długo. 

Spakowanie rzeczy zajmie mu najwyżej minutę. Nie mieli sobie nic do powiedzenia. Przynajmniej 

on nie miał nic do powiedzenia Docowi. Nie w tej chwili. Nie teraz. Babe zaczął biec. Biegł 

szybko, szybciej niż zwykle. Tak szybko, jak mógł. Tempo utrzymał na odcinku trzech mil - taka 

odległość dzieliła go od domu. Przemierzał ciemność nocy. Ząb bolał go niemiłosiernie...

background image

16

Było tuż przed jedenastą, gdy weszli do Riverside Park i podążyli w kierunku przystani 

żaglówek. Łysy mężczyzna o byczym karku puścił przodem swojego kompana, ubranego w czarny 

przeciwdeszczowy płaszcz. Mężczyzna w płaszczu powiedział:

- Ostrożnie. - Natychmiast przerwał mu ten drugi:

- Po angielsku. Zawsze. To nie wzbudza podejrzeń.

- Jak sobie życzysz. Patrz pod nogi. Jest bardzo ciemno.

- Nie lubię spotykać się w takich miejscach. Nawet w naszych gazetach piszą na temat 

przestępczości w amerykańskich parkach.

- Scylla ustalił szczegóły. Miejsce i hasła. Lubi parki.

- To był głupi pomysł.

- Ty jesteś przestraszony?

- Uważasz to za śmieszne?

- Tak.

- Wszyscy zaakceptowaliśmy istnienie strachu. Nawet kiedy jesteśmy stroną zwycięską. Ci 

z nas, którzy mają głowę na karku, zawsze mają się na baczności. Gdy zapomni się o strachu, 

można nie wziąć pod uwagę różnych możliwości rozwoju wypadków, a stąd tylko krok do grobu.

Punktualnie  o  jedenastej   znaleźli  się  na  przystani  i  ruszyli   w  kierunku  przeciwnym   do 

centrum   miasta.   Przeszli   obok   ustalonej   wcześniej   liczby   ławek.   Wreszcie,   około   pięć   po 

jedenastej, usiedli na pustej ławce i zaczęli przyglądać się rzece Hudson. Mężczyzna o byczym 

karku od czasu do czasu oglądał się za siebie. Nawyk. Wokół znajdowały się drzewa i zarośla. 

Panowała ciemność. Cały krajobraz zamarł jakby w bezruchu.

- Która godzina? spytał mężczyzna o byczym karku, gdy była już jedenasta piętnaście.

Mężczyzna w płaszczu przeciwdeszczowym odpowiedział:

- Kwadrans po jedenastej. Dlaczego nie wziąłeś zegarka?

- Wziąłem zegarek i mam go na ręce. Chciałem się tylko upewnić, czy dokładnie wskazuje 

czas.

Tuż obok przechodziła chwiejnym krokiem bardzo stara kobieta. Szła szybko wzdłuż rzeki i 

najpewniej wracała do domu.

- Nie powinna chodzić tędy samotnie - zauważył mężczyzna o byczym karku.

-   Nie   sądzę,   aby   to   była   kobieta   -   odpowiedział   mężczyzna   w   płaszczu 

przeciwdeszczowym. - To chyba policjant. Obecnie stosują takie metody.

- Ameryka. - Łysy mężczyzna potrząsnął głową.

background image

Siedzieli w milczeniu, dopóki stara kobieta nie zniknęła z pola widzenia.

- Już czas - powiedział łysy mężczyzna o byczym karku.

- Dwadzieścia pięć po jedenastej.

- Scylla się spóźnia. Próbuje mnie sprowokować.

- Scylla nigdy się nie spóźnia - rozległ się głos za ich plecami.

Mężczyźni raptownie odwrócili głowy.

Głos Scylli dobiegał do nich gdzieś z mroku nocy.

- Obserwowałem was od momentu, gdy tylko zjawiliście się. Widziałem, jak nie możecie 

usiedzieć na miejscu i, muszę się wam przyznać, ten widok bardzo mnie rozbawił.

- Wyjdź stamtąd i pokaż się! - krzyknął mężczyzna o byczym karku. Był to rozkaz.

Rozkaz nie został wykonany.

- Zanim wypowiemy hasła? - Głos Scylli wyrażał zaskoczenie. - Zerwanie z etykietą? A 

gdzie szacunek dla tradycji?

Mężczyzna o byczym karku odpowiedział gniewnym głosem:

- Kiedyś ludzie pływali w niej. - Mówiąc to, wskazał na rzekę Hudson. - Teraz grozi to 

śmiercią.

W tym momencie dało się słyszeć pstryknięcie palcami.

- To nie do wiary - powiedział Scylla. - Nie mogę sobie absolutnie przypomnieć, co mam na 

to odpowiedzieć.

- Umrzeć można w bardzo różny sposób... powiedz to... umrzeć można w bardzo różny 

sposób... no dobrze, powiedzmy, że mamy to już za sobą. Teraz podejdź bliżej.

- W porządku -- odpowiedział Scylla. - A jeśli okaże się, że jestem kimś innym,  wina 

spadnie na was.

Mężczyzna o byczym karku zobaczył, jak nagle zza drzew wyłonił się cień, który zbliżył się 

do nich, schodząc w dół po porośniętym trawą, niezbyt stromym pagórku.

- Twoje zachowanie jest bardzo irytujące. Chciałbym, abyś o tym wiedział - powiedział 

łysy mężczyzna i prawdopodobnie ciągnąłby swój wywód dalej, lecz nagle przerwał mu Scylla:

- I ty, po tych wszystkich draństwach, śmiesz krytykować moje zachowanie?

Dobrze wiesz, jaki był tego powód.

- Łączą nas interesy;  tak było dawniej i tak powinno pozostać. Ale to, co wyprawiałeś 

ostatnio, nie ma nic wspólnego z tym, co określa się mianem wspólnych interesów.

- Ale ma coś wspólnego z zaufaniem. - Mężczyzna  o byczym  karku podniósł gniewny 

wzrok na Scyllę. - Chodzi mianowicie o to: czy mogę ci ufać?

- Nigdy nie mogłeś, ale musiałeś. Teraz mi nie ufasz. Przecież to ty wynająłeś Chena! 

background image

Próbowałeś już przedtem mnie zabić, więc daruj mi te naiwne pytania w stylu: czy mogę ci ufać?

Łysy mężczyzna o byczym karku spuścił z tonu:

- A więc co teraz z nami będzie? To oczywiste, że nie mogę się z tobą zmierzyć. Jeśli 

Chenowi  się  nie  powiodło,  ja  tym   bardziej   nie  będę  próbował;  jestem  ciut  za  stary  na  walkę 

wręcz...   -   w   tym   momencie   przestał   mówić,   ponieważ   w   chwili,   gdy   wypowiedział   słowo 

"próbował",  w  jego ręce   pojawiło  się  ostrze,   co oznaczało,   że  nie  ma   potrzeby prowadzić  tej 

bzdurnej wymiany słów.

Wcale   nie   jest   tak   trudno   pokrzyżować   plany   nawet   prawdziwemu   mistrzowi,   który  w 

dodatku znajduje się u szczytu formy. Może to brzmieć paradoksalnie, ale jest to prawda. Aby 

przeszkodzić Abdul-Jabbarowi w zadaniu sierpowego, wcale nie trzeba go nokautować. Nawet nie 

trzeba dotykać jego ręki. Wystarczy zwykłe uderzenie w łokieć - a pocisk nie trafia w tarczę. 

Podobnie stało się w tej chwili: mężczyzna w płaszczu przeciwdeszczowym w dość prosty sposób 

pokrzyżował plany Scylli - po prostu mocno chwycił go na moment za rękę. Tylko na krótką 

chwilę - jednak to wystarczyło.

Scylla   oczywiście   zauważył   -   jeśli   nie   nóż,   to   przynajmniej   jakiś   przedmiot   w   dłoni 

przeciwnika. Zdał sobie również sprawę z tego, że mężczyzna o byczym karku chce mu w tym 

momencie zadać śmiertelny cios - tym się jednak nie przejął. Scylla wiedział również, że do tej 

pory nie zwracał zbytniej uwagi na mężczyznę w płaszczu przeciwdeszczowym. Było to jednak 

świadome   -   człowiek   ten   nie   mógł   mu   bowiem   dorównać   pod   względem   siły   ani   sprawności 

fizycznej.

Miał rację - a jednocześnie mylił się.

Mężczyzna w płaszczu nie miał zamiaru z nikim walczyć. Chciał jedynie wykonać prosty 

ruch - złapać Scyllę  za ręce, utrudniając mu przez krótką chwilę obronę. Ten ruch okazał się 

skuteczny. Scylla, oczywiście, uwolnił się z uścisku i wielkimi ramionami zdołał zasłonić brzuch.

Zrobił to jednak zbyt późno. Zbyt późno. Nóż dosięgnął celu.

Czy to był w ogóle nóż? Scylla już dawniej odnosił podobne rany, lecz nigdy nie został 

ugodzony bronią, która wbiła się w jego ciało tak głęboko i tak szybko. Weszła jak nóż w masło. 

Ostrze - a może to był skalpel - przebiło ciało poniżej pępka z tak wielką szybkością i siłą, że 

Scylla jedynie jęknął i oszołomiony tym, co się stało, opuścił ramiona.

Wtedy ostrze rozpoczęło wędrówkę w kierunku górnych partii ciała.

Scylli nigdy nie przyszłoby na myśl, że mężczyzna o byczym karku może mieć tyle siły. 

Niezależnie bowiem od tego, że użył bardzo ostrego narzędzia, musiał być niezwykle silny, by z 

taką łatwością rozpruć mięśnie i chrząstki w ciele przeciwnika. Łysy mężczyzna zbliżył się do 

Scylli, by nie stracić równowagi, dalej rozpruwając jego ciało.

background image

Trysnęła krew.

Łysy mężczyzna o byczym karku kontynuował rzeź w milczeniu.

Scylla powoli osuwał się na ziemię.

Łysy mężczyzna zrobił krok do tyłu. Widok umierającego człowieka był dla niego czymś 

codziennym. Wyciągnął nóż z ciała swej ofiary i zanim Scylla padł na ziemię, on zdążył się już 

odwrócić, by ruszyć w kierunku wyjścia z parku. Wiedział, że Scylla jest martwy. Jeśli jeszcze żył, 

to śmierć była kwestią sekund. Mężczyzna w płaszczu przeciwdeszczowym podążył tuż za swym 

kompanem.

- To było okropne - stwierdził mężczyzna o byczym karku.

- Zrobiłeś to, co musiałeś zrobić.

- Wiem o tym. Ale czuję się paskudnie.

Mężczyzna w płaszczu dobrze zrozumiał te słowa.

W   parku   obok   ławki   leżał   Scylla.   Anatomię   ludzkiego   ciała   znał   na   tyle   dobrze   by 

zrozumieć   że   umiera.   Był   pewny,   że   tak   jest;   pozostał   mu   w   życiu   tylko   jeden   wybór:   czy 

zakończyć życie na brzegu rzeki Hudson, czy też w jakimś innym miejscu.

   Miejsce, gdzie leżał, było  zwykłym  śmietniskiem,  które latem cuchnęło i stawało się 

siedliskiem szczurów. I ta myśl - myśl, że mogą się do niego dobrać szczury - spowodowało, że 

ocknął się jakby na chwilę i mrugnął okiem. Gniew da ci siłę - pomyślał. Niech zawładnie tobą 

gniew, niech ci pomoże odzyskać na tyle siły, by przynajmniej zachować przytomność. Dzięki 

resztkom świadomości pomyślał o własnej głupocie - jak mógł pozwolić na to, by zaatakowano go 

od tyłu? Niech no tylko wiadomość o jego śmierci dotrze do Dywizji - wielki Scylla załatwiony 

przez starego pierdołę i amatora!

- Jezu! - wrzasnął Scylla i gdy ten okrzyk wściekłości odbił się echem, on zaczął powoli 

wstawać. Opasał ciało mocno ramionami, starając się za wszelką cenę utrzymać równowagę. Teraz 

należało znaleźć drogę do wyjścia. Wiedział, że nie będzie to łatwe. Prawdopodobnie okaże się 

niemożliwe. Nie. Nie ma rzeczy niemożliwych.

Scylla był przecież skałą. Poza tym złożył pewne obietnice, z których zamierzał się jeszcze 

wywiązać.

background image

17

Babe chodził tam i z powrotem po pokoju.

Pokój   był   mały,   natomiast   jego   nogi   długie,   więc   ledwo   nabrał   tempa,   musiał   nagle 

przystawać i zawracać. Pragnął teraz tylko jednego - pobiec sprintem do jeziorka. Chciał dać z 

siebie   wszystko   i   sprawdzić,   ile   zdoła   wykonać   okrążeń,   zanim   padnie   z   wycieńczenia   na 

październikową trawę.

Zatrzymał   się   i   spojrzał   na   zegarek.   Nie   było   jeszcze   północy,   zbliżała   się   jednak 

nieubłaganie. Jeśli Elsa w ogóle miała zamiar zadzwonić, powinna to zrobić teraz. O tej właśnie 

porze kończyły się seanse filmowe. Z restauracji musiała wyjść najpóźniej o wpół do dziewiątej - 

rezerwacja była na siódmą; a to, co nastąpiło później, czyli nieszczęsna kolacja, nie mogło trwać 

dłużej niż godzinę.

Babe wyciągnął z szafy torbę Doca, firmy Gucci, i zapakował ją. Był to głupi gest, za 

którym mogły się kryć takie na przykład słowa: już nigdy nie zbliżaj się nawet do moich drzwi. 

Czuł  się fatalnie  z tego  powodu, lecz  gdy wrócił  do mieszkania  i ujrzał  w  łazience  przybory 

toaletowe   Doca,   widok  ten   wywołał   w   nim   niesmak.   Pozbierał   więc   wszystkie   rzeczy   brata   i 

wcisnął je do cholernej torby firmy Gucci.

Uznał, że, być może, będzie lepiej, jeśli rozpakuje torbę. Czynność ta sprawiłaby mu więcej 

przyjemności niż spacerowanie po pokoju. Otworzył torbę i dokładnie przyjrzał się jej zawartości. 

Rozpakuję jego rzeczy i położę je tam, gdzie leżały przedtem. Nie zrobię tego jednak starannie.

Będzie wtedy wiedział, że choć mu nie wybaczyłem, to jednak nie czuję do niego urazy.

Babe wiedział, co powie Doc - powie, że po prostu troszczy się o młodszego brata. Tak 

będzie na pewno. I była to w zasadzie prawda, ponieważ od czasu, gdy zmarł H.V., Doc zawsze 

opiekował się braciszkiem. Babe miał wtedy dziesięć lat, podczas gdy jego brat dwadzieścia, i w 

ciągu następnych dziesięciu lat to właśnie Doc pomagał młodszemu wylizać się z ran nabytych 

wskutek przeżyć  dzieciństwa.  Babe wyciągnął  koszule Doca, położył  je z powrotem na swoje 

miejsce, to samo zrobił z kompletem przyborów toaletowych. W momencie gdy ustawiał butelki 

cholernego Burgunda, zadzwonił telefon.

Niemal rzucił się na niego.

- Elsa? - zapytał.

- Nie spytał, czy cię kocham. Czekałam, lecz nie zrobił tego.

- Elsa... posłuchaj mnie... nic się nie stało, rozumiesz?

Jej głos brzmiał sucho.

- Co zrobimy, Tom? - zapytała i po chwili dodała: - W takiej sytuacji.

background image

- Trzeba zapomnieć o wszystkim, już ci mówiłem... Musimy całą cholerną sprawę puścić w 

niepamięć.

- Byłam w kinie. Przesiedziałam prawie dwa seanse i cały czas myślałam. Nie możemy o 

tym zapomnieć. To się jednak stało, nic na to nie poradzimy. Byliśmy tam obydwoje i wszystko, co 

zostało powiedziane, było prawdą. Nie spytał mnie jednak o jedną rzecz - o moje uczucia.

- Pobiegnę teraz do ciebie, co ty na to? Albo pojadę taksówką, będzie szybciej.

- Nie. Będziesz mnie  obejmował  i ja cię będę obejmować. I nie będziemy nic mówić. 

Okłamałam cię mówiąc, ile mam lat, ponieważ jesteś taki młody, nawet nie wyglądasz na swój 

wiek. Nie chciałam, aby mój wiek cię zniechęcił. Nie powiedziałam ci, że jestem Niemką. Levy to 

przecież żydowskie nazwisko, a wielu Żydów ciągle żywi do nas nienawiść. Kiedy umarł Hitler, 

miałam cztery lata, ale wielu Żydów twierdzi, że wszyscy Niemcy są odpowiedzialni za blitzkrieg.

Ja tak nie uważam. Spotkajmy się. Przysięgam, że tylko porozmawiamy, po prostu tak jak 

teraz.

- Są jeszcze inne rzeczy,  o których ci nie mówiłam. Byłam  mężatką i rozwiodłam się. 

Zanim wybiegłam, niemal wykrzyczałam mu to w twarz. Jedynym błędem, jaki popełnił, było to, 

że nie zapytał, czy cię kocham. Pozwalałam mu się dotykać i udawałam, że mnie to bawi, ponieważ 

jest twoim bratem. Wygląda tak samo jak wasi typowi biznesmeni ci, którzy odnoszą sukcesy. Są 

aroganccy. Zachowują się tak, jakby chcieli powiedzieć: to jest moje, to też jest moje, zarabiam 

mnóstwo pieniędzy, więc wydaje mi się, że wszystko, co widzę, należy do mnie, łącznie z tobą. 

Poza tym piliśmy wino, a ja nie chciałam robić sceny. Chciałam mu się podobać, pragnęłam, by 

mnie zaakceptował. Jest przecież twoim bratem i kochasz go. Chciałabym zapomnieć na zawsze o 

dzisiejszym dniu, wykreślić go z kalendarza.

To wszystko się nie wydarzyło - wtrącił Babe. - Mówiłem ci już milion razy, że powinnaś o 

tym zapomnieć.

- Nie rozwiążemy problemu nie mówiąc o nim. Czy nie chcesz, abym opowiedziała ci o 

mężu?

- Mówiąc prawdę, nie chcę - skłamał Babe. - Dlaczego miałabyś mi o nim mówić? Gdybym 

to   ja   był   wcześniej   żonaty   i   nie   opisał   ci   w   tej   chwili   mojej   żony   -   czy   wybuchłabyś   nagle 

wściekłością? Nie byłem żonaty, ale, do diabła, jeśli opowiesz mi o nim trochę i w związku z tym 

poczujesz się lepiej, nie będę cię powstrzymywał. Pewnie byłaś wtedy jeszcze dzieckiem. Byłaś 

młoda, a on był wspaniałym facetem z dyskoteki. Był głupi jak but, lecz ty, będąc niemowlęciem, 

nie zdawałaś sobie sprawy, za jakiego wyszłaś kretyna. Kiedy to wreszcie zrozumiałaś skończyłaś 

ten związek, prawda?

Wiedział,   że   dziewczyna   usiłuje   zachować   niemiecką   powagę   i   nie   wybuchnąć 

background image

histerycznym śmiechem.

- Był pewnie miotaczem - kontunuował. - Szwaby są niezłe w dyscyplinach sportu. Pewnie 

odbijało mu się w momencie wyrzutu kuli. Czy Niemcom odbija się po niemiecku? Powinnaś to 

wiedzieć. Amerykanie na przykład wydają wtedy okrzyk: Uuuu... Czy wasi chłopcy krzyczą: ach? 

A może wydają inne dźwięki?

- Jesteś niemożliwy - zdołała powiedzieć, zanim wybuchnęła śmiechem.

Niech to szlag trafi! Udało mi się.

- Babe.

W drzwiach stał Doc. Ramionami obejmował swój tułów.

Babe odłożył słuchawkę.

- Babe!!! - Wykrzykując imię brata, Doc jednocześnie wyciągnął do niego ręce.

Jego wnętrzności były niemal na wierzchu.

Zaczął osuwać się z nóg.

Babe nie pozwolił mu upaść, łapiąc go w ramiona. Przytulił go mocno i kołysał jak dziecko. 

Po chwili obaj ociekali krwią, Doc próbował coś powiedzieć; Babe starał się zrozumieć jego słowa.

Zanim Doc skonał, minęło około pięćdziesięciu sekund.

Bardzo długich sekund.

background image

18

Gliny zachowywały się dziwnie.

Nie od samego początku. Po pewnym czasie zaczęły się jednak dziać jakieś dziwne rzeczy. 

Babe siedział w rogu. Milczał. Możliwe, że już po przyjściu zachowywali się dziwnie, lecz on po 

prostu tego nie zauważył. W tym momencie nie zauważał wielu rzeczy. Zadzwonił po policję. Dość 

szybko zjawiło się dwóch policjantów, a zaraz potem dołączyło do nich trzech następnych. Cała 

piątka rozmawiała ze sobą przytłumionymi głosami - przynajmniej Babe odnosił takie wrażenie. 

Niewiele również z tych rozmów usłyszał. Siedział w milczeniu. Na krześle w rogu pokoju. Jego 

ramiona zwisały luźno.

Rozmyślał.

Tylko   on   pozostał   przy   życiu.   I   o   tym   właśnie   rozmyślał.   Analizował   wydarzenia   z 

przeszłości z różnych punktów widzenia. Kiedyś było ich w rodzinie czworo: matka, ojciec, Doc i 

Babe. Matka zginęła w wypadku samochodowym, gdy miał sześć lat. Nie pamiętał jej. Widział 

jedynie kilka zdjęć, które H.V. umieścił na pianinie i zatknął za szybą w biblioteczce.

Nie zginęła jednak na skutek ran odniesionych w wypadku. Trzeba było określić przyczynę 

śmierci, więc podano do wiadomości, że prowadziła samochód i wjechała na drzewo. Przyczyną 

śmierci było jednak coś innego - zabił ją skandal wywołany zniesławieniem H.V. To właśnie - a nie 

co innego - doprowadziło do jej śmierci. Czasem Babe myślał, że ona ciągle żyje, tyle  że na 

Florydzie,   gdzie   przebywa   w   towarzystwie   McCarthy'ego,   Kennedy'ego   i   starego   Roosevelta. 

Kiedykolwiek ktoś umierał w dziwnych okolicznościach, zaraz rozprzestrzeniały się plotki, że ten 

ktoś   żyje   i   mieszka   na   Florydzie.   Dlaczego   akurat   na   Florydzie?   -   zastanawiał   się   Babe.   Na 

Florydzie   wegetował   podobno   Jack   Kennedy,   również   tam,   zażywając   promieni   słonecznych, 

przebywał Roosevelt, który uszedł z życiem przed bombami Stalina i innych komuchów. Babe 

uważał,   że   wszystkie   podobne   historie   mogłyby   być   ciekawym   tematem   pracy   naukowej. 

Zwłaszcza   gdyby   jej   autor   cierpiał   na   lekkie   schorzenie   umysłowe   i   rozkoszował   się 

analizowaniem  nie  potwierdzonych   faktów. Podobnie  było  z  trójkątem  bermudzkim,  który był 

również bardzo wdzięcznym tematem.

Ojca pamiętał dokładnie tak, jak opisał to Biesenthalowi. Przez następne piętnaście lat, 

kiedykolwiek odczuwał wewnętrzną potrzebę samoudręczenia się, krzyczał do siebie: To twoja 

wina, twoja wina, gdybyś pokazał mu to pieprzone wypracowanie na temat wełny, nigdy by tego 

nie zrobił. Znalazłbyś się na miejscu w odpowiedniej chwili, ratując mu życie.

Gdy mówił Biesenthalowi prawdę na temat tego zdarzenia, nie mówił o wszystkim - nie 

mówił całej prawdy. Prawdą było bowiem również to, że miał wtedy dziesięć lat i słyszał, jak H.V. 

background image

stąpał   ciężko   po   sypialni,   klął   pod   nosem,   a   czasem   przewracał   się   na   podłogę.   Babe   był 

przestraszony; obawiał się, że gdy wejdzie do środka, ojciec uderzy go, ukarze za to, że śmiał mu 

przeszkodzić. Sprawi mu tym dodatkowy ból - a ból był doświadczeniem, które mieszkańcy tego 

domu przeżywali w owych czasach nazbyt często. Całe rozumowanie Babe'a sprowadzało się więc 

do   prostego   stwierdzenia:   gdyby   on,   Babe,   nie   okazał   się   wtedy   takim   tchórzem,   ojciec   nie 

zginąłby.

Gdy rozległy się strzały, Doc był na uczelni. Większość czasu spędzał w domu. Jeśli w 

ogóle wychodził, szedł na zajęcia. Był prymusem i nie cierpiał tylko jednego przedmiotu - chemii. 

Gdy wrócił do domu i zobaczył martwego H.V. i histerycznie płaczącego Babe'a, jego pierwszą 

reakcją były słowa, które później powtórzył jeszcze kilkakrotnie:

- Wszystko przez tę chemię. Miałem zamiar nie iść na ten cholerny przedmiot. Gdybym tak 

zrobił, mógłbym go uratować.

To śmieszne, że Doc obwiniał siebie za śmierć ojca, podczas gdy Babe dobrze wiedział, że 

to   tylko   czcza   gadanina,   bo   tak   naprawdę   winę   ponosił   on   sam.   Miał   przecież   dowód: 

wypracowanie na temat wełny. Gdy Babe był na tyle dorosły, by wyrazić swoje uczucia, między 

braćmi doszło do okropnej awantury. Cóż to była za kłótnia! Skakali sobie do gardła, próbując 

wzajemnie obalić swoje argumenty. Istna bitwa - jeden starał się zetrzeć drugiego w pył. Boże, to 

były wspaniałe chwile, gdy obrzucali się wyzwiskami, chociaż Babe coraz gorzej radził sobie z 

problemami wieku dojrzewania.

W tej chwili ostre spory należały już do przeszłości.

Babe spojrzał przelotnie na prześcieradło, którym policjanci przykrywali właśnie ciało jego 

brata. To pewne, że pod prześcieradłem ktoś leżał, lecz to niemożliwe, aby tym człowiekiem był 

Doc. Babe nie myślał zbyt często o swojej śmierci, ale kiedy już to robił, zawsze wyobrażał sobie, 

że osobą, która go pochowa, będzie Doc. Starszy brat był przecież taki duży i silny, poza tym nigdy 

nie chorował. W przypadku Babe'a było dokładnie na odwrót: jeśli w Cincinnati rozprzestrzeniał 

się wirus grypy, któż jak nie Babe mógł paść jego ofiarą? Nawet jeśli w tym czasie przebywał w 

Cleveland. A więc co do tego nie było żadnych wątpliwości; po śmierci Babe'a Doc zajmie się 

wszystkimi   formalnościami.   Dopilnuje,   aby   wszystko   odbyło   się,   jak   należy   -   bez   wpadek, 

sprawnie i szybko.

Policjanci   znów   coś   między   sobą   szemrali.   Porucznik   stwierdził,   że   to   nie   mógł   być 

rabunek,  gdyż  portfel  ofiary został  nietknięty.  Jaki był  motyw?  - zastanowił  się  Babe. O  tym 

właśnie   z   pewnością   szemrali   policjanci.   Sprawdziwszy   zawartość   portfela   Doca,   porucznik 

natychmiast schwycił za słuchawkę.

I od tego momentu - w mniemaniu Babe'a - zaczęły się dziać różne rzeczy.

background image

Po   pierwsze,   Babe   nie   został   przesłuchany.   Zadano   mu   jedynie   kilka   prostych   pytań. 

Próbował   odpowiadać   pełnymi   zdaniami,   lecz   nie   było   to   łatwe.   Najczęściej   odpowiadał 

potaknięciem głowy lub wzruszeniem ramion. Nie dlatego, żeby utrudniać śledztwo. Chciał być 

pomocny, lecz jego stan nie pozwalał na formułowanie składnych zdań. Poza tym policjanci nie 

oczekiwali wyczerpujących odpowiedzi. Sprawiali wrażenie ludzi wyrozumiałych i liczbę pytań 

ograniczyli do niezbędnego minimum.

Porucznik mamrotał coś do słuchawki. Babe nie potrafił jednak uchwycić sensu jego słów. 

Postaraj się coś z tego zrozumieć - nakazał samemu sobie. Mówią przecież na temat twojego brata, 

skup się.

Nie potrafił się jednak skoncentrować. Zmiana nastąpiła w momencie, gdy w korytarzu 

rozległ  się głos Elsy.  Jeden z policjantów  zablokował  wtedy wejście.  Babe wstał i mówiąc:  - 

Przepraszam - minął stróża prządku i podszedł do czekającej na korytarzu Elsy.

-   Tak   nagle   odłożyłeś   słuchawkę.   Nie   wiedziałam,   co   robić.   Czekałam,   lecz   nie 

oddzwoniłeś. Przyszłam, bo chciałam się upewnić, czy wszystko jest w porządku.

- Doc nie żyje - powiedział Babe. A więc właśnie tu, po tylu latach, wyjawił imię brata, nie 

zdając sobie nawet z tego sprawy.  Ale nie było  w  tym  nic złego. Sekret jest czymś,  o czym 

powinny wiedzieć przynajmniej dwie osoby.

Mój brat nie żyje, został zamordowany.

Sprawiała   wrażenie,   jakby   wzięła   to   za   żart.   Tak   przynajmniej   można   było   sądzić   po 

sposobie, w jaki potrząsnęła głową, a następnie przechyliła ją do tyłu.

- To prawda. Uwierz mi, to się naprawdę stało, Elsa, jestem zupełnie wykończony.

- Czy jesteś najzupełniej pewny?

Babe zaczął w tym momencie tracić panowanie nad głosem.

- Pewny czego? Że to mój brat, czy też że nie żyje? Otóż tak, Elsa, jestem pewny jednego i 

drugiego.

- Przepraszam - powiedziała i zrobiła krok do tyłu. - Martwiłam się po prostu o ciebie. 

Muszę już iść.

Babe potaknął głową.

Jak coś takiego mogło się wydarzyć? I to tutaj! Cóż za okropne miasto! Czy to był rabunek? 

Wypadek samochodowy?

- Nie, to z powodu mojej matki - odpowiedział Babe i w chwili, gdy wypowiedział te słowa, 

zauważył, jak, prześliczna twarz Elsy przybrała wyraz niesamowitego zdumienia. Natomiast on 

sam - w tym oto miejscu, pół godziny po śmierci brata - wybuchnął nagle śmiechem. Słyszał kiedyś 

o kobiecie, która jednocześnie straciła ojca i dziecko. Jej najbliżsi zginęli niemalże o tej samej 

background image

porze   w   dwóch   zupełnie   nie   związanych   ze   sobą   wypadkach,   które   miały   miejsce   w   dwóch 

różnych,   odległych   od   siebie   stanach.   Dowiedziawszy   się   o   śmierci   ojca,   przeszła   psychiczny 

wstrząs. Gdy dotarła do niej wiadomość o śmierci dziecka, zareagowała podobnie jak teraz Babe - 

zaczęła się śmiać. Nie dlatego, że nie kochała własnego dziecka. Są bowiem sytuacje w życiu, w 

których śmiech nie pozwala na to, by człowiek postradał zmysły.

Gdy Babe zaczął się śmiać, na twarzy Elsy pojawiły się oznaki zupełnej konsternacji, co 

jedynie rozbawiło go jeszcze bardziej. Elsa wyglądała tak, jakby chciała powiedzieć: a więc stało 

się - zwariował. Babe zamilkł.

- Czuję się dobrze - powiedział.

Elsa potaknęła.

- I kocham cię. Nie, nie kocham cię... Kochałem się przed chwilą i za kilka minut będę cię 

nadal kochać, lecz teraz odczuwam tylko pustkę.

Podeszła do niego i palcem wskazującym dotknęła najpierw swoich warg, a potem jego. 

Zrobiwszy to odwróciła się i zbiegła po schodach. On tymczasem wrócił do swojego pokoju.

Minęło niespełna pięć minut, gdy pojawił się mężczyzna ostrzyżony na jeża. Facetów o 

takim wyglądzie miało się pojawić jeszcze kilku.

Porucznik podszedł do niego. Wyglądało na to, że jest pełen respektu dla nowo przybyłego.

Babe przyglądał się wszystkiemu z rogu pokoju.

Krótko przystrzyżony mężczyzna podszedł do Doca, ściągnął prześcieradło z jego twarzy i 

przyjrzał jej się przez chwilę. Pokiwał głową. Podszedł następnie do telefonu, wykręcił numer i 

zaczął coś niewyraźnie mówić do słuchawki.

Skup się - pomyślał Babe. Słuchaj uważnie. Starał się, jak mógł, ale tylko takie słowa zdołał 

rozszyfrować:   "Tak,   proszę   pana",   i   kilka   razy   powtórzone   zdanie:   "Tak,   panie   generale". 

Rozmowa   telefoniczna   urwała   się.   Babe   przyjrzał   się   uważnie   krótko   przystrzyżonemu 

mężczyźnie. Miał około trzydziestu lat i był w dobrej kondycji fizycznej. Dobrze umięśniony, ale 

nie   aż   tak   bardzo,   by   robiło   to   szczególne   wrażenie   na   postronnym   obserwatorze.   Po   prostu 

zadbany facet - nic więcej.

Drugi   krótko   przystrzyżony   facet,   który   niedługo   potem   dołączył   do   pozostałych,   był 

zupełnie inny. Starszy, około czterdziestki, niewysoki. Nie był jednak filigranowy, a fakt, że nie 

odznaczał   się   potężną   budową   ciała,   wcale   nie   sugerował   fizycznej   słabości.   Miał   przy   tym 

niebieskie, bystre oczy i jasne włosy - zbyt jasne przy tego typu fryzurze. Gdy na jego głowę padał 

snop   światła,   wyglądał,   jakby   był   łysy.   Przypominał   facetów,   którzy   dorobili   się   fortuny, 

reklamując produkty zbożowe.

Mężczyzna,   który  właśnie  się  zjawił,  pochylił   się  nad Dokiem  i w   przeciwieństwie   do 

background image

pierwszego krótko przystrzyżonego faceta, bardzo dokładnie przyglądał się twarzy zmarłego. Babe 

odwrócił wzrok i spojrzał w przeciwległy róg pokoju. Znajdowały się tam szczeliny w tynku, przez 

które mogłoby się prześliznąć niemal każde zwierzę. Przez jakiś czas Babe nie widział, co się 

dzieje, lecz jedynie przysłuchiwał się rozmowom policjantów.

- Musiał wpaść w zasadzkę, panie generale - powiedział pierwszy krótko przystrzyżony 

mężczyzna. Babe rozpoznał głos faceta, który przedtem telefonował.

A   może   ich   znał?   wtrącił   mężczyzna   o   jasnych,   krótkich   włosach.   chyba   te   słowa 

wypowiedział   właśnie   on.   Babe   nie   miał   jednak   co   do   tego   pewności.   W   głosie   mężczyzny 

pobrzmiewał natomiast ten cholerny, autorytatywny ton, który sugerował, że mówiący ma zawsze 

rację - nawet wtedy, gdy się mylił.

A co z moimi ludźmi? - Babe rozpoznał głos porucznika.

- Możecie już iść odpowiedział  mężczyzna  o jasnych,  krótko przystrzyżonych  włosach, 

którego ton głosu nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że był w tym pokoju najważniejszą 

osobą.

- W takim razie wracamy do swoich zajęć - powiedział porucznik.

Babe zastanowił się, kim jest człowiek, który rozkazuje policjantom. Jego uwagę zwrócił 

jednak w tym momencie hipopotam przeciskający się przez jedną ze szczelin w rogu pokoju.

- Karetka? - spytał mężczyzna o krótkich, jasnych włosach.

- Dopilnowałem wszystkiego już przedtem - odpowiedział mężczyzna o krótkich ciemnych 

włosach. - Z pewnością czeka przed domem. Czy mam ich zawołać?

- Tak, natychmiast!

Babe zwrócił głowę w stronę policjantów i zobaczył, jak pierwszy mężczyzna o krótko 

przystrzyżonych włosach wychodzi pośpiesznie z pokoju. Ten drugi, o jasnych włosach, spojrzał 

przelotnie na Babe'a, a następnie znów zaczął przyglądać się uważnie zwłokom Doca. Babe zajął 

się ponownie, "hipopotamem".

Trzech facetów wynosiło ciało Doca. Pierwszy z krótkimi włosami i dwóch innych. Babe 

przyjrzał   się   ich   białym   kitlom.   Różniły   się   od   tych,   które   nosili   sanitariusze   w   znanych   mu 

szpitalach. Czy miało to jednak jakiekolwiek znaczenie? Wziąwszy pod uwagę to, co się stało?

Doc odchodził.

Położyli jego ciało na noszach. Nosze podnieśli. Mężczyźni w białych kitlach wykonywali 

bardziej uciążliwą część zadania, podczas gdy facet z krótko przystrzyżoną fryzurą wskazywał im 

drogę.

Babe czuł, że traci panowanie na sobą. Nie. Zróbcie to później, nie teraz - w obecności tych 

nieznajomych sukinsynów.

background image

Wyszli.

- Czy mam zaczekać? - zapytał mężczyzna o krótkich ciemnych włosach.

Facet o jasnych włosach pokręcił przecząco głową.

Babe obserwował, jak wychodzi ten pierwszy i zamyka za sobą drzwi. Został sam na sam z 

tym drugim. Ponownie zajął się swoim "zwierzyńcem". Dostrzegł gdzieś sowę i niemalże słyszał 

wydawane przez nią odgłosy: uuuuuuu...

- Może porozmawiamy chwilę. Nie masz nic przeciwko temu?

Babe spojrzał na mężczyznę o krótkich blond włosach, który przyniósł tymczasem krzesło i 

postawił je tuż obok.

Babe wzruszył ramionami. Nie chciał przedtem rozmiawiać z Elsą, więc dlaczego miałby 

teraz gadać z jakimś aroganckim sukinsynem?

- Wiem, że to nie jest stosowna chwila...

Brawo - miał ochotę przerwać mu Babe. - Bingo. Dajcie geniuszowi pudełko pieprzonych 

czekoladek "Mars". Babe doszedł jednak do wniosku, że nie warto się odzywać, więc wzruszył 

tylko ramionami.

- Wiem, jak bardzo kochałeś brata...

- Wie pan, naprawdę pan wie... wie pan o tym, co?... Na rany Chrystusa, skąd pan o tym 

wie?... Co pan może w ogóle o czymkolwiek wiedzieć?...

- Nie wiem, przepraszam. Chciałem tylko od czegoś zacząć, aby potem przejść do sedna 

sprawy...

- Jakiej sprawy?... Do cholery, co tu się dzieje?... Kim pan właściwie jest?.. Dowódcą?... 

Dowódcą czego?..

Krótko przystrzyżony mężczyzna zaczął przechodzić na pozycje defensywne.

Skąd wiesz, że jestem dowódcą? - próbował załagodzić sytuację.

Ten służalczy pachołek oraz ten drugi z krótkimi włosami tak właśnie zwracali się do pana. 

Słyszałem to na własne uszy.

- Och, to nic nie znaczy.  To tylko żargon oficerów marynarki wojennej. Byłem kiedyś 

dowódcą, miałem najwyższą rangę. Podobnie jest w przypadku senatorów i wiceprezydentów. Gdy 

kończy się ich kadencja, ludzie nadal zwracają się do nich: "panie senatorze" lub "dzień dobry, 

panie prezydencie". Prawdopodobnie robią tak, by wyrazić szacunek.

- Gówno prawda.

Nastąpiła dłuższa chwila milczenia. Przerwał ją w końcu nieznajomy:

- No dobrze, masz rację, to wszystko gówno prawda. Posłuchaj jednak: nie możemy się 

dogadać,  a  to   bardzo  ważne,   abyśmy   znaleźli   wspólny język.  Zapomnijmy  o  tym,   czy  jestem 

background image

dowódcą,   czy   też   nie.   Wszystko   postaram   się   wytłumaczyć.   Nazywam   się   Peter   Janeway.   - 

Wyciągnął rękę, a na jego twarzy pojawił się zniewalający uśmiech. - Ale mów mi Janey. Tak 

zwracają się do mnie przyjaciele.

background image

Część III: 

Miazga

background image

19

- Nie jestem pańskim przyjacielem - odpowiedział Babe, jakby w ogóle nie zauważając 

wyciągniętej ręki Janewaya. Mężczyzna nadal trzymał rękę w tej niezgrabnej pozycji.

- Wiem o tym, możesz mi wierzyć. W tej chwili nie ma to jednak znaczenia. Teraz ważne 

jest tylko jedno: ty i ja musimy porozmawiać. - Opuścił rękę, najwyraźniej zmieszany.

Powinienem był podać mu rękę - pomyślał Babe. Nie umarłbym przecież od tego. Szybki 

uścisk dłoni - to przecież nic nie znaczy, do diabła. Myśli Babe'a szły jednak w innym kierunku niż 

słowa.

- Wszystko jest dla pana ważne, co? "Ważne, abyśmy znaleźli wspólny język, "ważne", 

abyśmy   zaczęli   rozmawiać.   Jeśli   ma   pan   listę   innych   rzeczy,   które   mają   okazać   się   "ważne", 

chciałbym, aby mi pan powiedział o tym natychmiast.

- A ja chciałbym, abyś przestał utrudniać mi pracę - odpowiedział Janeway.

- Jeszcze nie zacząłem utrudniać - odparł Babe, zadowolony z udzielonej odpowiedzi. Takie 

słowa mógłby wypowiedzieć sam Bogart. Nie w jednym z wielkich filmów - takich jak Afrykańska 

Królowa lub Casablanca. Takie słowa mogły paść w wielu innych kiepskich filmach, w których 

grywał ten aktor zatrudniany przez wytwórnię Warners.

Janeway westchnął. Miał ochotę na drinka i wyraził to mimiką.

- Czy masz coś do picia?

Babe wzruszył ramionami, ruchem głowy wskazując okolice zlewozmywaka.

Janeway wstał, odnalazł butelkę Burgunda i szybko ją otworzył.

- Chcesz trochę? - spytał, nalewając wino do kieliszka, który w porównaniu z innymi mógł 

uchodzić za czysty.

Babe potrząsnął głową, zastanawiając się jednocześnie nad tym, dlaczego w stosunku do 

Janewaya   zachowuje   się   w   tak   pogardliwy   sposób.   Facet   sprawiał   przecież   wrażenie   dość 

porządnego,   a   przy   tym   rozmownego   i   taktownego.   Przypominał   kogoś...   Babe   szperał   przez 

chwilę w pamięci, aż wreszcie uświadomił sobie: tak, przypominał mu Gatsby'ego. Gdyby Janeway 

był o kilka lat młodszy i miał dłuższe włosy, mógłby uchodzić za sobowtóra Gatsby'ego, którego 

przecież   wszyscy   kochali   -   a   więc   dlaczego   wyładowywał   teraz   złość   na   Janewayu?   W   tym 

momencie zdał sobie sprawę z tego, że wyprowadza go z równowagi nie sam Janeway, lecz jego 

obecność.

Chcę być teraz sam - pomyślał Babe. Chcę w samotności opłakiwać brata.

Był zbyt młody, by pamiętać matkę, a kiedy przyszła kolej na H.V., on i Doc uklękli obok 

siebie.

background image

- Powinienem był wejść wcześniej, Doc. Dlaczego mu nie pokazałem wypracowania na 

temat wełny?

- Zamknij się, nic nie wiesz. To wszystko przeze mnie, to moja wina, wyłącznie moja. 

Wszystko przez te cholerne zajęcia z chemii. - Potem zamilkli, bo przecież sprzeczki nie mogły ich 

staremu już w niczym pomóc.

A teraz osobą, której nic już nie mogło pomóc, był Doc i Babe chciał, aby jego śmierć nie 

przeszła nie zauważona. To jednak, czy będzie ronił łzy, nie miało większego znaczenia. Ważne 

było to, aby zachować w pamięci szczęśliwe, wspólnie spędzone chwile.

Janeway   wypił   kieliszek   wina   jednym   haustem.   Napełnił   go   powtórnie,   tym   razem 

nalewając jednak mniej trunku niż poprzednio. Podszedł następnie do krzesła i usiadł obok Babe'a.

- Czy spróbujesz mi pomóc?

Babe nie odpowiedział.

Posłuchaj: nie mam zamiaru rywalizować z genialnym historykiem o to, który z nas ma 

wyższy iloraz inteligencji. Jeśli chcesz udowodnić, że jesteś mądrzejszy, już to zrobiłeś. Skończmy 

więc tę zabawę; ja się poddaję, wygrałeś.

- Kto panu o mnie opowiadał? Skąd pan wie, co studiuję?

- Później, później  wytłumaczę  ci wszystko.  Chciałbym,  abyś  najpierw  odpowiedział  na 

kilka pytań. Czy przystajesz na taką propozycję?

- Nie, nie przystaję, ponieważ kiedy pan mówi: "powinniśmy zacząć rozmawiać", ma pan 

coś   innego   na   myśli.   Pan   nie   chce   rozmawiać,   pana   jedynie   interesuje   to,   co   ja   mam   do 

powiedzenia. To prawda, że nie jestem, być  może, zbyt  uprzejmy,  ale mój brat został właśnie 

zamordowany i chyba pan rozumie, że nie mam ochoty na pogawędki.

Janeway przechylił kieliszek z winem, a następnie powąchał jego zawartość.

- Przebierz się - powiedział łagodnie. - Weź prysznic, jeśli masz na to ochotę. Później 

możemy spróbować jeszcze raz.

- Przebrać się? - spytał zaskoczony Babe, po czym szybko dodał: - Aha! Miał na sobie 

ciągle to samo ubranie - niebieską koszulę i szare spodnie, na których była wysychająca już krew 

Doca. Koniuszkami  palców  dotknął krwi. Nie mogę  wyrzucić  tej  koszuli - napomniał  samego 

siebie. Zawinę w nią pistolet H.V. Pistolet i dodatkowe naboje - wszystko owinę koszulą. To 

fatalne, że nie odziedziczył niczego po matce, nawet kawałka kory z drzewa. Babe zaczął mrugać 

oczami. Kory z drzewa? Byłem gdzieś daleko stąd. Ach tak, nie mogę wyrzucać tych cholernych 

ubrań.

- Dobrze się czujesz? - zapytał Janeway.

Babe nadal mrugał oczami i sprawiał wrażenie, jakby nie był zupełnie przytomny.

background image

- Świetnie -- odpowiedział wreszcie. Powiedział to głośniej, niż zamierzał.

-   Chcę   znaleźć   jakiś   motyw   -  zaczął   Janeway.   -  Uwierz   mi,   zależy   mi   na   znalezieniu 

sprawcy tak samo, jak tobie.

- Niech pan nie przesadza! Był moim bratem, a właściwie ojcem. Wychował mnie. O panu 

nigdy wcześniej nie słyszałem, więc komu z nas może bardziej zależeć na znalezieniu mordercy?

Janeway przez dłuższą chwilę wahał się z odpowiedzią.

- Tak, oczywiście - powiedział wreszcie.

Ton jego głosu był jednak dziwny. Babe spojrzał na niego wyczekująco.

- Widzisz, byliśmy z tej samej branży. Znaliśmy się od dłuższego czasu.

- Nie wierzę, że pracuje pan w przemyśle naftowym.

-   Nie   obchodzi   mnie,   w   co   wierzysz,   ale   chcę,   abyś   wiedział,   że   tego,   kto   to   zrobił, 

naprawdę chcę dostać w swoje ręce.

- To musiał zrobić jakiś szaleniec. Mieszkamy przecież w Nowym Jorku - każdej nocy giną 

ludzie ćwiartowani przez zboczeńców. Pewnie jakiś narkoman chciał wydrzeć od niego pieniądze. 

On nie oddał ich od razu, a koniec historii już pan zna.

Sądzę, że twoja hipoteza jest bardzo odległa od prawdy - powiedział Janeway. - Ja uważam, 

że motyw  miał podłoże polityczne. Przynajmniej takie jest moje wstępne założenie i na te tory 

skieruję śledztwo, chyba że pojawią się nowe dowody sugerujące inne rozwiązanie. I chciałbym, 

abyś postarał mi się w tym pomóc.

- Motyw polityczny? - Babe przecząco kręcił głową.

- Na Boga, dlaczego?

-   Istnieje   logiczne   uzasadnienie.   Biorąc   pod   uwagę   działalność   twojego   brata   -   no   i, 

oczywiście, twojego ojca...

Co ma z tym wszystkim wspólnego mój ojciec?

Janeway popijał wino.

Dlaczego z taką determinacją utrudniasz naszą rozmowę? To zupełnie niepotrzebne.

- Co ma z tym wszystkim wspólnego mój ojciec?

- Chryste, przecież twoim ojcem był H. V. Levy.

- Był niewinny.

- Nigdy nie mówiłem, że było inaczej.

- Powiedział pan... powiedział. Do cholery! przynajmniej pan to zasugerował.

- Cóż, został uznany za winnego, czyż nie? To o wiele więcej niż sugerowanie czegoś - to 

fakt.

- Ależ nie... nie został uznany za winnego... Babe tracił w tej chwili panowanie nad głosem. 

background image

- Czy pan wie, że w ciągu  czterech  lat MeCarthy w żadnym  procesie sądowym  nie oferował 

nikomu pomocy prawnej? W każdym przypadku sąd wyrażał wolę opinii publicznej. Czy pan wie, 

że był nazistą, cholernym nazistą, który stworzył w kraju taką atmosferę, że ludzie sikali ze strachu 

w spodnie? Mój ojciec był historykiem, wielkim historykiem. Acheson poprosił go, aby przyjechał 

do   Waszyngtonu.   Ojciec   zrobił   to,   Schlesinger   i   Galbraith   dołączyli   później.   Gdy   McCarthy 

rozpoczął swą wojnę, ojciec przebywał w Waszyngtonie. Najbardziej ucierpiało na tym dwóch 

facetów:   Hiss,   który   został   uwięziony,   ale   przynajmniej   jeszcze   żyje,   sprzedając   artykuły 

papiernicze,   no  i   mój   ojciec.   Próbował   się  bronić,   ale   nie   miał   szans   wygrać   z  nazistowskim 

sukinsynem.  Był przesłuchiwany w Senacie, gdzie po prostu zdruzgotano go w pył. MeCarthy 

wyśmiewał  każde jego stwierdzenie.  Ojciec formułował  myśli  budując długie, niejasne zdania. 

MeCarthy bezustannie z tego szydził. Brak konkretnych dowodów nie miał żadnego znaczenia - 

MeCarthy zabił go. Zabił w tym człowieku jego własne ego. Gdy jest się takim człowiekiem jak H. 

V. Levy i zostaje się pośmiewiskiem w oczach dzieciaków - to oznacza prawdziwy koniec. W 

pięćdziesiątym   trzecim   miałem   pięć   lat.   Wtedy   właśnie   zaczęły   się   przesłuchania.   Tata 

zrezygnował z pracy na uniwersytecie Columbia i zaczął pisać książkę na temat wszystkich tych 

wydarzeń. Chciał się oczyścić z zarzutów. Próbował wziąć się w garść. Nie udało mu się to jednak 

w następnym roku zmarła matka i zostało nas tylko troje. Ojciec bardzo się wtedy rozpił. Dożył 

pięćdziesięciu ośmiu lat. Przez ostatnie pięć lat życia  pił i właściwie nigdy nie trzeźwiał. Ten 

właśnie okres pamiętam dobrze. To wielka szkoda, bo wtedy był nikim, po prostu śmieciem. Ale 

oddałbym   wiele,   aby   znać   go   wcześniej.   Czytałem   wszystkie   książki,   które   napisał   -   były 

wspaniałe.   Czytałem   wszystkie   jego   przemówienia   i   były   równie   wspaniałe.   Ale   nigdy   nie 

poznałem tego wielkiego faceta. Pamiętam tylko człowieka staczającego się na dno. I może pan dla 

siebie   zostawić   te   wszystkie   głupie   sugestie   na   jego   temat.   Niech   pan   poczeka   -   poczeka,   aż 

skończę, wszystko będzie czarno na białym, dokładnie opiszę to w moim doktoracie i... i...

I przestań już wreszcie - pomyślał Babe. Natychmiast. Jego to przecież nie obchodzi.

- I co dalej? - wtrącił Janeway. Siedział i przyglądał się chłopcu beznamiętnym wzrokiem. 

Dlaczego ostatnio wszyscy się tak na mnie gapią? Wydaje mi się, że wszyscy mają takie wielkie 

oczy i świdrują mnie wzrokiem. Biesenthal, Elsa - a teraz ten facet. Babe pomyślał przez chwilę o 

pierwszych symptomach paranoi. Zrób na ten temat notatkę - pomyślał. Zdobądź więcej informacji.

- I co dalej? - powtórzył Janeway.

- Proszę nie patrzeć na mnie w ten sposób.

- Przepraszam. To wszystko bardzo mnie zainteresowało.

- Niech pan mnie nie rozśmiesza.

- A więc dokończ swoją historię.

background image

- Co proszę?

- Wyrzuć to z siebie. Kiedy wspomniałem o ojcu, trafiłem w twoje czułe miejsce i nagle 

wybuchnąłeś. Opowiedziałeś mi o tym wszystkim, by przynieść sobie ulgę. Dopowiedz resztę, w 

przeciwnym razie nie będziemy mogli przejść do rzeczy. A więc dokończ historię ojca.

- Już nie mam nic do powiedzenia.

Dobrze powiedział Janeway. Jeśli taka jest twoja wola, zostawmy teraz na boku kwestię 

jego winy i przejdźmy do innych spraw.

Babe nie wierzył własnym uszom.

Nie usłyszał pan ani jednego mojego słowa - zaczął. I tym razem nie potrafił kontrolować 

siły i tonu swojego głosu. - Nie było żadnej winy. To stwierdzenie jest istotą mojego doktoratu. 

Mam   zamiar   wszystko   opublikować   ułożyłem   już   cały   plan,   przestudiowałem   te   problemy   na 

wylot,  mam tony notatek,  znam fakty - nie plotki z gazet czy też opinie różnych  ludzi. Chcę 

przywrócić ojcu dobre imię za pomocą prawdy, właśnie tak, nie inaczej, i zobaczy pan, uda mi się 

tego dokonać, zobaczy pan... - Babe niemal dyszał z podniecenia. Hej! powiedział po chwili.

Janeway spojrzał na niego.

Wszystko to z pana winy, pan mnie sprowokował do tego, bym przyznał się, że chcę to 

wszystko opublikować. Mogłem już nic więcej nie mówić, pan nakłonił mnie, bym kontynuował. 

Gdy pan powiedział, że powinienem coś z siebie wyrzucić, czy właśnie to miał pan na myśli?

Janeway wzruszył ramionami.

- Przypuszczam, że tak.

Babe spojrzał ponownie w bystre niebieskie oczy.

- Być może nie jest pan takim głupkiem, za jakiego wziąłem pana na początku.

Prawdopodobnie jestem - zapewnił go Janeway. Na jego twarzy zajaśniał przelotny uśmiech 

i błysnęła biel zębów.

Nawet   jego   cholerne   zęby   są   bez   zarzutu   -   pomyślał   Babe.   Prawdopodobnie   w   wieku 

dorastania nie miał nawet pryszczy na twarzy. I wtedy przypomniał sobie, jak pytał kiedyś Doca o 

związek między krostami a samogwałtem, ponieważ jakiś kretyn o nazwisku Weaver powiedział 

mu   kiedyś,   że   jedno   pociąga   za   sobą   drugie.   Babe   stwierdził,   że   to   bzdura,   na   co   Weaver 

odpowiedział: - Nie miałem krost, dopóki nie zacząłem walić. Czy teraz powiesz, że nie mam racji? 

-   W   takiej   sytuacji   Babe   nie   mógł   się   już   dalej   sprzeczać.   Nie   dorównywał   Weaverowi   w 

umiejętności   prowadzenia   tego   typu   intelektualnych   dyskusji.   Tamtego   wieczora   próbował 

nieśmiało   podjąć   temat   związku   między   onanizmem   i   trądzikiem.   Doc   potraktował   to   bardzo 

poważnie i przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią:

- Badania na ten temat opublikował ostatnio Newsweek nie mogę sobie jednak dokładnie 

background image

przypomnieć, jakie były ich wyniki. - Mówiąc to, przymknął oczy.

- No mów, nie interesują mnie szczegóły, chcę tylko wiedzieć, czy istnieje tu jakiś związek.

Doc odpowiedział wreszcie:

- Krosty nie mają absolutnie nic wspólnego z waleniem, praktyka ta nie prowadzi również 

do zaburzeń w rozwoju intelektualnym.

Babe odrzekł na to:  Wiedziałem, że Weaver kłamie jak z nut.

Na koniec Doc stwierdził:

- W wyniku badań ustalono natomiast coś innego, co wydaje mi się dość osobliwe. Otóż 

stwierdzono, że zbyt długie leżenie powoduje wydłużanie się nosa.

Babe miał już skinąć głową, by wyrazić tym gestem aprobatę dla końcowych wniosków 

brata, gdy nagle zorientował się, że Doc znów z niego zadrwił, jeszcze raz zrobił z niego głupca, 

wykorzystując nieograniczone pokłady łatwowierności chłopca. Gdy Doc to robił, nie można się 

było jednak na niego wściekać. Nawet gdy doprowadzało to czasem do białej gorączki, pierwszą 

reakcją był zawsze śmiech.

Babe poczuł, że ponownie traci panowanie nad sobą. Mam nadzieję, że ten facet wreszcie 

sobie pójdzie - pomyślał. Potem wstał i nalał sobie Burgunda.

Stojąc na przeciwległym końcu pokoju, Janeway powiedział:

-  Ciągle  zastanawiam  się  nad   motywem.  Staram  się   odkryć   choćby  szczegół  -  coś,  co 

odróżniałoby ten wieczór od innych.

Babe wrócił na swoje miejsce i usiadł. Robiąc to pomyślał, że Janeway wcale nie jest takim 

głupkiem. Babe już przedtem wypowiedział takie zdanie, co nie było przypadkowe. Słowa te były 

bowiem parafrazą fragmentu żydowskiego nabożeństwa paschalnego.

- Może wreszcie opowiesz mi, co wydarzyło się dzisiejszego wieczoru?

- Byłem w domu. Przyszedł Doc. Umarł. Przyjechali policjanci. Zjawił się pan. - Obrócił w 

ręce kieliszek i powąchał jego zawartość. Pomyślał, w jaki sposób Doc opisałby zapach trunku i 

jakie wydałby przy tym odgłosy zachwytu.

Janeway nachylił się w kierunku chłopca.

-   Czy   to  wszystko?   Czy  mogłeś   pominąć   jakieś   szczegóły,   jakieś   pozornie   nie   mające 

znaczenia fakty?

- Mam bzika na punkcie szczegółów.

- Mam ci wyjaśnić pewne sprawy? Czy tego ode mnie oczekujesz?

- Myślę, że mogłoby to bardzo pomóc.

Janeway westchnął.

- Nie masz pojęcia, jak bardzo się tego obawiałem - odparł. - Masz prawo wiedzieć o 

background image

wszystkim,   co   nie   zmienia   faktu,   że   wyjaśnienie   tej   sprawy   jest   dla   mnie   dość   kłopotliwym 

zadaniem. Nie cierpię o tym mówić; są to problemy, które jakby pochodziły z innego świata. - 

Wziął   głęboki   oddech   i   wreszcie   wykrztusił:   -   Nie   sądzisz   chyba,   że   twój   brat   pracował   w 

przemyśle naftowym?

- Oczywiście, że tak było, i to całe lata. A jak zarabiał na życie?

- Tak się składa, że wiem to bardzo dobrze, i uwierz mi, że w jego przypadku jedyną formą 

kontaktu z przemysłem naftowym było korzystanie z usług jednej z tak miło nastawionych do 

klienta   stacji   benzynowych   firmy   Standard.   -   Janeway   potrząsnął   głową.   -   Jesteś   doprawdy 

niepowtarzalny. Zawsze mówił, że jesteś łatwowierny, ale nie sądziłem, że aż do tego stopnia.

Janeway kłamał jak z nut.

- Nigdy mnie nie okłamywał. Ja również mówiłem mu zawsze prawdę. Być może, były 

jakieś niewinne kłamstewka, ale małe cygaństwo - cóż w tym złego?

- No dobrze; gdzie mieszkał?

- W Waszyngtonie.

A czym jest Waszyngton?

- Miejscem, gdzie jest wszystko; na przykład rząd.

Właśnie. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak różne organizacje rządowe nienawidzą się 

nawzajem? Przykładem może być wojsko: siły lądowe nienawidzą marynarki wojennej, a ta z kolei 

nie cierpi lotnictwa. Dlaczego? Kiedyś najważniejsze były siły lądowe. Potem na świecie nastąpiły 

zmiany i największy prestiż zyskała marynarka wojenna. Potem znów nastąpiła zmiana i w tej 

chwili admirałowie i generałowie zaciskają zęby, podczas gdy lotnictwo stało się najważniejsze i 

dostaje dokładnie wszystko, czego zażąda. Pomyśl o obecnej sytuacji, mówią o tym bez przerwy w 

telewizji. Są to żenujące sprawy, ale tak już jest. FBI nie cierpi CIA. Obydwie organizacje są z 

kolei wrogiem Służb Specjalnych. Członkowie wszystkich tych formacji uwikłani są w bezustanne 

spory i sprzeczki; rywalizują ze sobą na śmierć i życie. Owe spory stają się najgłośniejsze w tym 

momencie, gdy osoby biorące w nich udział wyczerpują cały arsenał metod, na jakie pozwala im 

zakres posiadanej władzy. Gdy przekroczy się pewne granice, można wpaść w przepaść.

- Żyjemy cały czas jakby stojąc nad przepaścią - dodał Janeway, zrobiwszy krótką przerwę, 

by przełknąć ślinę i zrobić jednocześnie większe wrażenie na swym słuchaczu.

I że po mistrzowsku - pomyślał Babe.

- Nasza organizacja powstała w momencie, gdy owo stanie nad przepaścią zaczynało grozić 

katastrofą. Być może miało to związek z Zatoką Świń - kto wie? Tak więc jeśli obecnie występują 

zbyt   duże   różnice   zdań   między   FBI   i   Służbami   Specjalnymi,   co   zakłóca   wykonywanie   przez 

jednych,   jak   i   przez   drugich   określonych   zadań,   wtedy   -   jest   to   najbardziej   prawdopodobny 

background image

scenariusz wypadków - jesteśmy proszeni o interwencję.

- A kim pan jest w całej tej machinie?

- Jesteś inteligentny i zrozumiesz, że odpowiedź na to właśnie pytanie jest dla mnie nieco 

kłopotliwa. Jestem absolwentem Dartmouth. Uczelnię skończyłem  z wyróżnieniem.  Opis mojej 

kariery zawodowej mógłby cię przyprawić o zawrót głowy. Jesteśmy Dywizją. Oto, czym jesteśmy. 

Przez duże "D". To zabrzmi ironicznie, ale działamy tylko dlatego, że między poszczególnymi 

organizacjami istnieją poważne podziały.

- Co robicie?

- Wykonujemy dostawy. Tak właśnie określa się naszą działalność. Swego czasu byłem 

dostawcą.   Potem,   można   by   to   tak   określić,   dostałem   awans   i   znalazłem   się   na   szczeblu 

zarządzania. Jeśli popracuję jeszcze kilka lat, nie popełniając zbyt  wielkich błędów, być  może 

dożyję chwili, gdy zostanę szefem. Mam na to większe szanse niż ktokolwiek inny. Znalezienie 

zabójcy twego brata na pewno by mi w tym nie przeszkodziło. Do chwili, gdy zmarł, był właśnie 

dostawcą.

- Jakie to były dostawy?

- Dostawy tych rzeczy, które w danym momencie były potrzebne.

- To brzmi dość ogólnikowo.

- Tak, to prawda.

- Powiedział pan: "dostawy tych rzeczy, które były potrzebne". Czy to oznacza, że robił 

dokładnie wszystko?

Brak odpowiedzi.

- To znaczy... nie chce pan przez to powiedzieć, że trudnił się jakąś brudną robotą?

- Czy z punktu widzenia historyka nie jest to zbyt uproszczony pogląd na sprawę walki o 

władzę we współczesnym świecie? "Brudna robota, czysta robota", moralne oceny?

- Nikogo by nie skrzywdził. Jestem tego pewny. Nie obchodzi mnie, co pan na ten temat 

powie.

- Czy wiesz, kim był Scylla?

-   Oczywiście   że   tak.   Scylla   nie   był   jednak   "kimś",   tylko   "czymś":   olbrzymią   skałą   w 

pobliżu włoskiego wybrzeża.

- Taki właśnie pseudonim miał twój brat.

Babe potrząsnął głową. Chciał zaczerpnąć świeżego powietrza - a może potrzebował czegoś 

innego. To pewne jednak, że czegoś mu brakowało. Chyba towarzystwa Doca - pomyślał. Chcę 

odzyskać Doca.

- Możesz zaprzeczać, ale to wszystko prawda.

background image

- Twierdzi pan, że mój brat był szpiegiem - przepraszam - dostawcą. Jak to możliwe, że nie 

miałem o tym pojęcia?

- Twierdzę, że twój brat był głównym dostawcą - dlatego właśnie nie miałeś o tym pojęcia. 

Zawsze   pił   whisky.   Wino   pijał   tylko   w   twoim   towarzystwie.   Nie   było   takiej   broni,   którą   nie 

umiałby się po mistrzowsku posługiwać - tylko przy tobie udawał, że pistolet BB wzbudza w nim 

panikę. Myślę, że jedyną rzeczą, jakiej się obawiał, było to, że któregoś dnia o wszystkim się 

dowiesz.

- Dlaczego?

- Bał się, że go potępisz.

- Dlaczego? To ja naśladowałem go we wszystkim. Powtarzałem jego powiedzonka, na 

przykład: "ja się tym zajmę". Sposób jego chodzenia, wyraz twarzy. Uwielbiałem nosić po nim 

ubrania, lubiłem... - w tym miejscu zabrakło mu energii, by ciągnąć dalej. Był zmęczony i brudny. 

To, co się stało, wywołało w nim szok. Zresztą już przedtem czuł się wyczerpany. Wybuch emocji 

związany ze wspomnieniem o ojcu wiele go kosztował. Obrona była zawsze czymś trudnym. Jakie 

wspaniałe byłoby życie, gdyby można było tylko atakować. Jakże cudownie byłoby zbudzić się 

pewnego ranka jako Attyla, wódz Hunów!

- Przepraszam - powiedział Janeway łagodnie.

- Czy skończył pan? Czy wiem już wszystko?

- Wiesz bardzo niewiele, w najlepszym razie poznałeś małą cząstkę prawdy. Obiecuję ci, że 

wiadomość   o   śmierci   Dave'a   nie   dostanie   się   do   Daily   News.   O   wszystko   już   odpowiednio 

zadbano.

Następna szokująca wiadomość, która niczym cios zwaliła Babe'a z nóg.

- Dave?.. - Babe zamrugał oczami. Dave?...

- Wszyscy go tak nazywaliśmy.  Chciał  tego. Wiesz oczywiście,  dlaczego. Nazywał  się 

Henry David Levy.

Babe usiadł wygodnie i zamknął oczy.

- Byliśmy razem całe życie i nigdy go tak nie nazywałem. Przy ludziach mówiłem do niego 

Hank, a gdy byliśmy sami - Doc. Imię to pochodziło z książki "Kocham tajemnice". To była jego 

ulubiona książka. Bez przerwy opowiadał o Jacku, Docu i Reggie. Przez pewien czas nazywałem 

go Reggie, ale kiedyś powiedział: wolę być Doc i tak już zostało. Kiedy miałem osiem lat, wziął 

mnie na mecz ligi młodzików, porzucałem sobie trochę piłką. Miałem iść z H.V., był jednak zbyt 

zalany, więc poszedłem z Dokiem. Udało mi się wykonać świetny rzut. Pierwszy taki rzut w moim 

życiu. Piłka poszybowała nad głową zawodnika stojącego po przeciwległej stronie boiska. Inni 

gracze nie ułatwiali mi jednak zadania. Zorientowali się szybko, że jestem lepszy w rzucaniu niż w 

background image

posługiwaniu   się   kijem.   Byłem   jednak   taki   podniecony,   że   gdy   wracaliśmy   do   domu, 

powiedziałem: Doc, nie będę już więcej rzucał, nie zostanę graczem ligi seniorów, to dziecinada. 

Będę ćwiczył odbicie kijem. Słuchaj Doc, myślę, że mam szansę pobić rekord Babe Rutha. I od tej 

pory brat nazwał mnie Babe, chyba że byliśmy w towarzystwie nieznajomych. - Babe miał ciągle 

zamknięte oczy. Nagle krzyknął: - Nie znam nikogo. - Po chwili powiedział: - Przepraszam, już 

wszystko w porządku.

Janeway wstał i zaczął chodzić po pokoju. Babe otworzył oczy.

- Od kolacji - powiedział Janeway. - Zacznij od kolacji.

- Kolacja była udana, było wspaniale. Nie, chwileczkę. Wcale tak nie było. Było okropnie. 

Wydaje mi się, że wszystko wydarzyło się tak dawno temu. Która godzina?

- Dochodzi pierwsza.

- Dopiero pierwsza.

-  A  więc  było   okropnie  - powtórzył  Janeway,  który  z  gracją  przechadzał   się nadal   po 

pokoju. - Czy możesz powiedzieć coś więcej na ten temat?

Byliśmy   w   "Lutece",   ja   i   Doc   to   znaczy   ja   i   Dave.   Była   też   moja   dziewczyna   Elsa. 

Interesuje pana jej nazwisko?

Potaknięcie głową.

- Elsa Opel. Mieszka niedaleko Columbii.  Jej adres: 411 West One, numer  domu 113. 

Numer   telefonu:   4274001...   Babe   nagle   urwał.   -   Dlaczego   nie   notuje   pan   tego   wszystkiego? 

Podobno to ważne?

-   Takie   mamy   zasady.   Nie   robimy   notatek.   Tak   jest   lepiej   -   odpowiedział,   po   czym 

powtórzył słowa Babe'a: - Elsa Opel. Adres 411 West One, numer domu 113. Telefon: 4274001. - 

Popijał wino małymi łykami. - Zapewniam cię, że słucham uważnie. Mów dalej.

- A więc... w ciągu pierwszej godziny Doc ciągle ją dotykał. Jest prześliczna. Kładł na niej 

te swoje łapy, zupełnie oszalał.

Janeway pociągnął długi łyk.

- Potem okazało się, że robił to, by uśpić jej czujność. Gdy przestała kontrolować własne 

słowa, zmusił ją, by przyznała, że okłamała mnie mówiąc, ile ma lat i skąd pochodzi. Wyszło na 

jaw jeszcze wiele innych rzeczy. Była upokorzona i wybiegła z restauracji. Ja rozmawiałem przez 

chwilę z Dokiem i potem wybiegłem za nią. Szukałem jej lecz nigdzie jej nie było. Wróciłem więc 

tutaj, mając nadzieję, że zadzwoni. I faktycznie zadzwoniła. Potem zjawił się Doc. Co wydarzyło 

się później - tego nie muszę opowiadać.

- Dobrze, skup się teraz. Postaraj się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły. Spróbujemy 

zrekonstruować   przebieg   niektórych   wypadków.   Wszędzie   na   schodach   są   ślady   krwi.   To 

background image

oczywiste, że chciał tu dojść za wszelką cenę. Czy tylko po to, żeby się z tobą zobaczyć? Czy mógł 

być jakiś inny powód? Zastanów się dobrze.

- Co na przykład?

- Sam nie wiem. Czy coś tu zostawił? A może trzymał coś u ciebie albo przysyłano mu to 

pocztą? Czy było coś takiego?

- Nigdy. Nie, proszę pana. - Babe potrząsnął głową, starając się jednocześnie przypomnieć 

sobie choćby jeden szczegół. - Cóż, może pan sprawdzić zawartość jego torby, ale sądzę, że są tam 

jedynie przybory toaletowe. Może pan wszystko dokładnie obejrzeć.

- Jeśli nie masz żadnych obiekcji, wezmę te rzeczy ze sobą. Przeprowadzimy kilka analiz, 

ale obawiam się, że ich wyniki nie wniosą do sprawy nic nowego.

- W drzwiach pojawił się zupełnie nieoczekiwanie. Opierał się o nie. Wypowiedział moje 

imię, potem jeszcze raz, dużo głośniej: BABE. W tym momencie zaczął padać z nóg. Złapałem go i 

trzymałem do momentu, gdy umarł. O ile pamiętam, przytuliłem go do siebie i kołysałem.

Janeway przetarł oczy.

- Myślę, że to niezły początek.

- Początek? Nie rozumiem. A co ma być dalej?

-   Sytuacja   jest   tego   rodzaju,   że   nie   można   mieć   żadnej   pewności,   można   jedynie 

przewidywać, jaki będzie dalszy ciąg wypadków. Spróbuję to jednak zrobić. Wydaje mi się, że 

człowiek, który zabił Scyllę, nie podejmowałby tak ryzykownego kroku, gdyby nie zmusiły go do 

tego określone okoliczności.  Można też śmiało założyć,  że Scylla musiał  o czymś  wiedzieć. I 

ponieważ   tu   mieszkał,   gdy   przyjeżdżał   do   miasta,   i   tu   również   umarł,   na   miejscu   zabójcy 

podejrzewałbym - i byłoby to w pełni uzasadnione - że i ty o czymś wiesz. Przynajmniej istnieje 

taka możliwość. Wszyscy wiedzą, że umierający człowiek mówi często dziwne rzeczy. Konkluzja 

jest więc taka: gdybym był jego zabójcą, z pewnością chciałbym i tobie zadać kilka pytań.

- Ale ja nic nie wiem... z niczym nie miałem nic wspólnego.

- Ja o tym wiem i ty o tym wiesz, ale nie wiedzą ci "oni".

Babe nie wiedział, co odpowiedzieć.

- Tom?

- Tak, proszę pana.

-   Powiem   ci   w   tej   chwili   coś   okropnego.   Zrobię   to   z   dwóch   powodów.   Po   pierwsze 

uważam, że to, o czym ci powiem, może się wydarzyć; po drugie, chcę cię tak nastraszyć, abyś 

zrobił dokładnie to, o co cię poproszę.

- Proszę posłuchać, panie Janeway. Obiecuję, że posłucham pańskiej rady. To, co się już 

stało, jest wystarczającym doświadczeniem, by doprowadzić człowieka do ostateczności.

background image

Janeway pokiwał głową i zaczął pakować rzeczy Doca.

- Świetnie. Chciałem tylko powiedzieć, co ci się może przytrafić.

- Nie jestem pewny, czy chcę tego słuchać - odparł Babe, a po chwili dodał: - A więc jak 

pan myśli, co mi się może przytrafić?

Janeway, zajęty pakowaniem, odwrócił wzrok w kierunku Babe'a.

- Myślę, że spróbują cię złapać. Potem będą cię torturować. A na koniec - zabiją cię...

background image

20

Janeway skończył pakować rzeczy Doca w milczeniu.

- Jesteś tam jeszcze? - zapytał po chwili.

Babe skinął głową.

- To jedynie przypuszczenie, ale po jakimś czasie w tego rodzaju pracy wyrabiamy w sobie 

pewną intuicję, potrafimy wniknąć w myśli innych. Jeśli ktoś z nas traci bliską osobę z rodziny, 

zadajemy sobie natychmiast pytanie, czy ta śmierć była czystym przypadkiem. Dave opowiedział 

mi o tym, jak cię napadnięto, i zdradził mi, dlaczego wybierał się do ciebie - chciał cię na jakiś czas 

ściągnąć do Waszyngtonu. - Zaczął zamykać. - Chyba zostawił tu jakieś dodatkowe rzeczy - tak na 

wszelki wypadek.

- Niech pan skończy z tymi podchodami. Pytał pan już o to i powiedziałem już, że niczego 

nie zostawił.

Janeway odwzajemnił uśmiech.

- Chyba brat mógł na tobie polegać.

Babe ruszył z Janewayem w kierunku drzwi.

- Zatrzymałem się w "Carlyle". Wiesz, że faceci z branży naftowej żyją całkiem dostatnio. 

To   niedaleko   stąd,   wystarczy   przejść   przez   park.   Możesz   zadzwonić   o   każdej   porze.   Numer: 

7441600,   pokój   2101.   -   Sięgnął   ręką   w   kierunku   gałki.   -   Teraz   posłuchaj   mnie   uważnie: 

zapewnimy ci ochronę dopiero jutro rano. Do tego czasu zajmuje się tym policja. Musisz wiedzieć, 

że nie mam zbyt wielkiego zaufania nawet do największych orłów wśród nowojorskich stróżów 

porządku. A więc posłuchaj: zostaniesz tu na noc i zamkniesz drzwi na klucz, dobrze?

- Chryste! Jaka ochrona?

Janeway odwrócił się raptownie w kierunku Babe'a.

- Nie mówię przecież, że masz żyć jak pustelnik. Chcę tylko, abyś pozostał w domu do 

momentu, gdy zjawią się ludzie, których obdarzam zaufaniem.

- A co potem? Mam resztę życia spędzić w towarzystwie jakiegoś ostrzyżonego na jeża 

głupka, który będzie chodził za mną krok w krok?

-   Ciebie   potraktujemy   specjalnie   i   wyznaczymy   do   twojej   ochrony   długowłosego 

intelektualistę.   Teraz   posłuchaj:   pracowałem   z   Davem   dłuższy   czas   i   uwierz   mi,   że   byliśmy 

przyjaciółmi. Spotkamy się pewnie w piekle. Mam wiele na sumieniu, ale nie chcę, aby zadręczał 

mnie i z tego powodu, że nie zadbałem o twoje bezpieczeństwo. A więc zrób to, co ci mówię, i 

zamknij się.

- Jeśli tak bardzo leży panu na sercu moje bezpieczeństwo, dlaczego zostawia mnie pan 

background image

teraz samego?

Janeway położył torbę na podłodze.

- Myślałem, że to oczywiste. Jeśli nie przyjdą po ciebie, jak dowiemy się, kto był zabójcą? 

Czy sądzisz, że mamy do czynienia z kretynami? Czy myślisz, że włamią się do ciebie i powiedzą: 

"cholera, wyprowadził się", a my wyskoczymy z szafy z okrzykiem: - Ręce do góry, cwaniaczki! - 

Jeśli będziesz gdzie indziej, dowiedzą się o tym i nie zjawią się tutaj. Jeśli zostaniesz, być może i 

tak nie przyjdą. To byłoby ryzykowne; znają nas dobrze i będą podejrzewać zasadzkę. Ale jeśli są 

zdesperowani - a myślę, że tak właśnie jest - zjawią się na pewno.

-   Innymi   słowy,   zapewnia   mi   pan   ochronę,   ale   jednocześnie   wykorzystuje   mnie   jako 

przynętę.

Na twarzy Janewaya można było po raz pierwszy zauważyć oznaki zmęczenia.

- Chcę złapać zabójcę. Nie mam lepszego pomysłu, jak to zrobić. Może ty masz? Jeśli 

chcesz ze mną jechać do "Carlyle", na Boga powiedz, że tego chcesz. Zarezerwuję ci pokój. Potem 

ściągniemy cię do Waszyngtonu i będziesz w ukryciu tak długo, jak to konieczne. Spełnię każde 

twoje życzenie; przysięgam, że to zrobię. Powiedz mi tylko, czego chcesz.

Babe nie zawahał się z odpowiedzią. Bogart też zresztą postąpiłby tak samo.

- Nie uraził mnie pan niczym,  panie Janeway, przysięgam. Pytałem tylko z ciekawości. 

Teraz już wiem, co pan planuje, i myślę, że to wspaniały pomysł. Widzi pan, historycy nie mają 

zbyt   wielu   okazji,   by   miewać   takie   przygody.   Prowadzę   mało   ruchliwy   tryb   życia,   chyba   to 

zrozumiałe? Cały dzień ślęczę przy biurku, bez końca wertując książki. Poza tym zamierzałem 

wyjść z domu dopiero po południu, więc moje plany są przez przypadek zgodne z pańskimi. Nie 

brałem jedynie pod uwagę faktu, że będę pilnowany przez policję. - Babe zorientował się, że 

Janeway sonduje go wzrokiem, zadając sobie pytanie, czy chłopak mówi prawdę. Babe nie przejął 

się tym zbytnio, gdyż faktycznie nie kłamał. Zastanowił się, czy czułby się tak pewny siebie, gdyby 

nie   fakt,   że   w   dolnej   szufladzie   biurka   trzymał   pistolet.   Były   to   jednak   czysto   akademickie 

rozważania. Miał pistolet, więc mógł go przecież użyć, gdyby zaistniała taka potrzeba.

Jakież to byłoby wspaniałe, gdyby hipotezy Janewaya okazały się słuszne i śmierć Doca 

można było pomścić tak szybko! Gdyby zabójcy Doca zjawili się w jego mieszkaniu, starłby ich w 

pył - a potem obserwował, jak powoli konają: Dotknął plam krwi na koszuli.

- W porządku - powiedział w końcu Janeway. - Ja idę, ty zostajesz. Czy pamiętasz mój 

numer telefonu?

- "Carlyle"., 7441600. Pokój 2101.

Janeway był wyraźnie zaskoczony.

- Brat mógł na mnie naprawdę polegać - stwierdził Babe.

background image

- Gdy wyjdę, zamknij drzwi na klucz - powiedział rozkazującym tonem Janeway. Wziął 

torbę i wyszedł.

Babe zamknął drzwi na klucz.

Nie było już nikogo.

Została pustka.

Najbardziej brakowało Doca.

Nastał czas żałoby.

Babe podszedł do krzesła w rogu pokoju i usiadł. Nie było już nikogo, kto przerwałby mu 

wpół słowa, nie było już powodu, by tłumić w sobie emocje. Siedział bez ruchu - samotny. Był w 

tej chwili jedynym  owocem związku H.V. i Rebeki Levy. Został naprawdę sam jak palec. Jak 

inaczej można było określić jego sytuację? Nie było już domowego ogniska, do którego mógłby 

teraz   powrócić.   Domem   był   dla   niego   w   tej   chwili   ten   koszmarny   pokój,   który   sam  w   sobie 

stanowił wystarczający powód, by pogrążyć się w smutku. Stara rudera w kształcie prostokąta; a w 

niej   pojedyncza,   zniszczona   szafa.   Pojedynczy   zniszczony   zlewozmywak;   woda   w   brunatnym 

kolorze, maleńka łazienka bez okna, z malutką wanną, a w całym mieszkaniu tylko jedno, jakby 

schowane   gdzieś   w   rogu   okno   -   o   framugach   pokrytych   pleśnią,   a   ono   samo   nigdy   nie   było 

otwierane, by wpuścić do środka trochę świeżego powietrza, poza tym...

...Chryste!... Okno... Cholerne okno... Czy było zamknięte? Czy zamknął je? Obok okna 

znajdowało   się   przecież   wyjście   bezpieczeństwa,   Gdyby   nie   zamknął   okna,   właśnie   tamtędy 

mogliby się dostać do mieszkania - ukryliby się w ciemnościach, wyciągnęli karabiny z tłumikami, 

a następnie wdarli do środka. Potem torturowaliby go, zabili i uciekli.

Babe podbiegł do okna.

Oczywiście było zamknięte.

Kretyn - pomyślał o sobie samym. Zużywasz energię na takie głupstwa, podczas gdy stoją 

przed tobą ważniejsze zadania - trzeba opłakiwać brata, a któż inny zrobi to za ciebie - przecież 

zostałeś sam.

Babe usiadł ponownie na krześle w rogu pokoju. Starał się myśleć w tej chwili tylko o 

jednym - o stracie brata.

W tej sytuacji nie było to jednak możliwe.

- Doc - powiedział  głośno. - Pozwól, że odłożę to na później. - Być  może  zabrzmi to 

okrutnie, ale prawda była taka, że Babe jako dorosły mężczyzna nigdy nie przeżył żadnych przygód 

i był w tej chwili tak podniecony, że nie potrafił myśleć o sprawach wzniosłych. Bogart i Cagney 

mieli niesamowite przeżycia niemal codziennie. A teraz przyszła kolej na niego.

T.   Babington   Levy   znajdował   się   --   a   przynajmniej   miał   taką   nadzieję   -   w 

background image

niebezpieczeństwie.

Fantastyczne uczucie.

Niech szczeniaki z tarasu nazwą go teraz lalusiem! Niech ktokolwiek to zrobi - pożałuje 

tego. Wiem, co zrobię - postanowił Levy - włożę pistolet do kieszeni, ale tak, aby był widoczny. 

Pospaceruję potem w okolicach tarasu; zobaczą spluwę i posikają się ze strachu w spodnie. Być 

może szef gangu zbierze się na odwagę i powie szeptem:...proszę pana, czy to jest to... no wie pan, 

co? Levy odwróci się wtedy w ich stronę, starając się przy tym przyjąć wyraz twarzy Alana Ladda, 

i odpowie: Nie wiem, a może chciałbyś tu podejść i sam sprawdzić?

To nie jest najlepsza odpowiedź - pomyślał Levy. Trzeba powiedzieć coś, co pójdzie im w 

pięty. Muszę to jeszcze raz przemyśleć...

Nie zawracaj sobie tym głowy - pomyślał Levy. Janeway powiedział, że do południa nie 

wolno ci wystawiać głowy poza dom.

Pieprzyć to, co powiedział Janeway. Levy nie był przecież dzieckiem.

- Nie jestem dzieckiem - powiedział do siebie. Był historykiem - a historycy to ludzie, 

którzy mają wolny wybór. Chyba że są marksistami. Levy nie był jednak ich zwolennikiem. Był 

wolnym człowiekiem i mógł robić to, na co miał ochotę - i tak było od czasu, gdy wynajmował swą 

ruderę.

Czy nie przeżył całego lata na Zachodniej Dziewięćdziesiątej Piątej w Nowym Jorku, nie 

mając żadnych nieprzyjemnych doświadczeń? To prawda, że został napadnięty, lecz incydent ten 

miał przecież miejsce w parku. A komuś, kto przeżył lato na Zachodniej Dziewięćdziesiątej Piątej, 

przetrzymał sierpień bez klimatyzacji, nie był potrzebny jakiś ostrzyżony na jeża dostawca, który 

miałby decydować o tym, co jest, a co nie jest bezpieczne.

Levy siedział na swoim krześle i był zupełnie spokojny do momentu, gdy nagle usłyszał, 

jak ktoś przez okno próbuje dostać się do mieszkania.

Gdy było już po wszystkim, Babe pomyślał, że biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności, 

zachował się bardzo dobrze. Nie wpadł w panikę, nie krzyczał, nie zamierzał uciekać. Podszedł 

ostrożnie do biurka, otworzył dolną szufladę - i pistolet znalazł się w jego ręce. Odbezpieczył go i 

wycelował w kierunku okna.

Oczywiście nikogo tam nie zobaczył.

To był z pewnością jeden z dźwięków, jakie wydają stare budynki - w tym akurat było to 

rzeczą zupełnie normalną. A cała reszta - to tylko wyobraźnia Babe'a. Stał nieruchomo, trzymając 

w ręce broń. Nie czuł się niezręcznie, ale i nie był z siebie dumny.

Był przestraszony.

Przypomniał sobie ten właśnie moment, gdy zaczął się bać. Stało się to w chwili, gdy wziął 

background image

do ręki pistolet. Wtedy bowiem zdał sobie sprawę z pewnych faktów: zamordowano brata, a jego 

samego mógł spotkać podobny los.

Babe zaczął się pocić.

Jezu! Choć trochę świeżego powietrza! Ruszył w kierunku okna, lecz zatrzymał się. Za 

oknem nie było przecież świeżego powietrza, tylko zapach stęchlizny. Poza tym w pobliżu wyjścia 

bezpieczeństwa było bardzo ciemno i mógł się tam ktoś ukryć.

Babe   ociekał   potem.   Wyschło   mu   w   ustach   i   pomyślał   w   tej   chwili   o   czekoladowym 

koktajlu - zimnym i orzeźwiającym - i do tego zdrowym na żołądek. Prawdopodobnie budka z 

koktajlami na rogu ulicy była  już zamknięta.  Być  może  jednak jej stary właściciel  nie zwinął 

interesu w tak gorący wieczór jak ten. Kto wie - może miał o tej porze klientów. Nawet gdyby 

okazało się inaczej, lepiej było się teraz znaleźć na ulicy, niż siedzieć samotnie w mieszkaniu, 

wpadać w panikę z powodu jakichś dźwięków i celować pistoletem w niewiadomym kierunku. 

Babe schował więc ostrożnie pistolet do kieszeni sportowej kurtki, wyciągnął portfel i klucz - i 

wyszedł z pokoju.

Serce waliło mu jak młotem...

Cagney w podobnej sytuacji nie zawahałby się ani przez chwilę, a Bogart z pewnością 

wyszedłby po koktajl bez broni. Ale on - Babe - odczuwał paniczny strach, schodząc po dość jasno 

oświetlonych schodach. Wiedział przy tym, że wyprawa po koktajl, który był mieszanką czekolady, 

zimnego mleka i wody sodowej, będzie i tak bezowocna.

Babe zbliżał  się do parteru powolnym  krokiem.  Co kilkanaście  stopni zatrzymywał  się 

nagle i raptownie odwracał. Rozglądał się i nasłuchiwał - chciał mieć absolutną pewność, że za 

jego plecami nikt się nie zaczaił.

Schodził dalej kontynuując ten dziwaczny marsz, przerywany nagłymi obrotami do tyłu. 

Prawą rękę trzymał głęboko w kieszeni kurtki, ściskając w niej pistolet.

Boże, strach paraliżuje mi ruchy - pomyślał.

Jeszcze kilka minut przedtem odczuwał radość z powodu możliwości przeżycia przygody.

Teraz wszystko się zmieniło.

Znalazł się wreszcie na podeście z brązowego kamienia i przez drzwi spojrzał w kierunku 

ulicy, starając się wypatrzeć policjanta.

Nie dojrzał jednak nikogo.

Ostrożnie, gotowy do strzału, wyszedł w ciemność nocy. Serce waliło mu nadal jak młotem. 

Ciężkie duszne powietrze - żeby choć jeden powiew wiatru!

- Hej, Melendez - odezwał się jeden z chłopców z tarasu. - To nasz laluś.

- Hej, lalusiu, powinieneś być już w łóżku - usłyszał Babe i odwrócił się; kusiło go, aby 

background image

wyciągnąć pistolet, ale wiedział, że to tylko dzieciaki z tarasu. Było ich czterech. Siedzieli na 

stopniach, popijając piwo i paląc. Byli w towarzystwie kilku dziewczyn, spośród których jedna 

wyglądała na całkiem ładną. Babe podejrzewał, że palili marihuanę.

Ten   z   chłopców,   który   zażartował   wcześniej   z   Babe'a,   ich   przywódca,   najwidoczniej 

noszący nazwisko Melendez, siedział w ten upalny wieczór ubrany tylko w dżinsy.

- Hej, lalusiu, możesz się przeziębić w tej cienkiej kurtce - zawołał do Babe'a. - Może 

pożyczyć ci coś cieplejszego. - Inni zaśmiali się.

Ten Melendez jest mądrzejszy ode mnie - pomyślał Babe. Zastanowił się nad tym przez 

chwilę.  Zrobił to celowo, by zapomnieć  o tym,  w jak bardzo niezręcznej  znalazł  się sytuacji. 

Minęła już pierwsza w nocy, a on szedł w poszukiwaniu czekoladowego koktajlu, trzymając w 

kieszeni gotowy do strzału pistolet. Nie powinienem pozwolić na to, by szesnastoletni chuligan 

zapędzał mnie w kozi róg - postanowił Babe. Starając się zapanować nad głosem, spytał jakby od 

niechcenia:

- Nie wiecie, gdzie jest najbliższy kiosk z koktajlami?

-   Masz   na   myśli   najbliższy   otwarty   kiosk?   -   odparł   Melendez.   -   Jeśli   jesteś   taki 

zdesperowany,  możesz się włamać  do tego za rogiem.  Tak przynajmniej radzą sobie w takich 

sytuacjach inni, którzy uzależnili się od tego napoju. - Tarasowy gang znów wybuchnął śmiechem.

Upokorzony Babe wszedł z powrotem do domu. Cóż za wstyd - dać się rozłożyć na łopatki 

jakiemuś latynoskiemu wesołkowi! Babe ruszył pędem po schodach, dobiegł do drzwi, otworzył je 

i ostrożnie wszedł do środka. Dla bezpieczeństwa przekręcił klucz w zamku dwa razy. Wyciągnął z 

kieszeni pistolet i poszedł sprawdzić, czy okno jest nadal zamknięte. Wszedł następnie do łazienki, 

aby upewnić się, że nikt się w niej nie ukrył. Otworzył drzwi szafy, w której na szczęście wisiały 

tylko   jego   sportowe   ubrania.   Na   tym   jednak   nie   skończyły   się   szaleńcze   poszukiwania. 

Przyklęknął, aby zajrzeć pod łóżko - tam również nikogo nie znalazł. Przeszedł następnie przez 

pokój i chwycił słuchawkę. Wykręcił numer "Carlyle", poprosił o połączenie z pokojem 2101 i już 

po pierwszym sygnale usłyszał energiczny, zniecierpliwiony głos Janewaya:

- O co chodzi?

Babe poczuł się zmieszany.

- To tylko ja.

- Tak, co się dzieje? No mów, Tom.

- Właściwie nic. Nic ważnego.

- Tom, zadzwoniłeś. Musiałeś mieć jakiś powód. 

- Chciałem tylko... miałem się wykąpać i iść spać. Chciałem pana zawiadomić, że wszystko 

w porządku.

background image

- Kłamiesz.

Babe wyobraził sobie, jak Janeway świdruje go teraz bystrymi, niebieskimi oczami.

- Kiedy pan wyszedł, czułem się tym wszystkim niesłychanie podniecony, ale to uczucie 

minęło szybko. Potem zacząłem się bać i pomyślałem, że mógłbym z panem porozmawiać. To 

wszystko. Chciałem z kimkolwiek porozmawiać. A pan jest odpowiednim Babe urwał, lecz jego 

rozmówca milczał. - To miał być tylko żart - dodał po chwili.

- Czy nadal jesteś przestraszony?

-   Nie,   nie   zadzwoniłbym,   gdybym   wcześniej   nie   odzyskał   panowania   nad   sobą.   W 

przeciwnym razie zrobiłbym z siebie kretyna.

- Kłamiesz.

- Czuję się już znacznie lepiej. Proszę nie sądzić, że skaczę po pokoju i pękam ze śmiechu, 

ale z pewnością dochodzę już do siebie. Naprawdę.

- Czy chcesz, abym do ciebie przyjechał?

- Nie, proszę pana.

- A może chcesz przyjechać do mnie?

- Nie. Naprawdę nie.

- Nie oferuję ci jałmużny. Chyba to rozumiesz?

- Tak, rozumiem, proszę pana. Ale gdyby pan tu przyszedł, wiedzieliby, że nie jestem sam. 

Gdybym z kolei pojechał do pana, to jasne, że mieszkanie zostałoby puste.

Myślę, że będzie najlepiej, jeśli niczego nie będziemy teraz zmieniać.

- Sądzę, że dziś w nocy i tak nie zaatakują. Nie wiedzą jeszcze o tym, że Scylla nie zginął 

od razu. Gdyby po niego wrócili, okazałoby się, że gdzieś zniknął. Zaczęliby go szukać, a to 

przecież   musiałoby   trochę   potrwać.   Gdybyś   więc   do   mnie   przyjechał,   w   niczym   nie 

pokrzyżowałoby to naszych wspólnych planów. Poza tym powiem bez ogródek: boję się o ciebie. 

Sprawia to ton twojego głosu.

- To prawda, że czuję się trochę nieswojo. Prawdziwym powodem, dla którego do pana 

zadzwoniłem, jest to, że wokół domu nie ma żadnej obstawy. Nie widziałem ani jednego policjanta.

Janeway nie odpowiedział.

- Sprawdziłem dokładnie całą okolicę. Na pewno się nie mylę.

- Wychodziłeś z domu - odparł Janeway.

Babe wyczuł w jego głosie gniew.

- Prosiłem cię tylko o jedno: nie rób tego. Ty jednak nie posłuchałeś.

- Wyszedłem tylko na chwilę.

- Levy?

background image

- Tak, proszę pana?

- Ludzie z obstawy powinni pozostawać w ukryciu. Jutro rano wyślę do ciebie pierwszą 

czteroosobową grupę ludzi z Dywizji. Czy myślisz, że chłopcy w podkoszulkach będą podchodzić 

do przechodniów: proszę nie przeszkadzać, pilnujemy tego domu?

- Proszę nie żartować. Pomyślałem po prostu, że powinien pan o tym wiedzieć.

-  Nie  żartuję. Gdybyś  był  teraz   w  "Carlyle",   dostałbyś  porządnego   kopa w  tyłek.   Gdy 

wychodziłem od ciebie wieczorem, natknąłem się na policjanta. Nie miał na sobie munduru, ale 

wierz mi, że tam był. Miał długie jasne włosy i udawał, że jest pijany jak bela. - Przerwał na 

chwilę. - Nie podoba mi się to, co mówisz, i to, co robisz. Daj mi kilka godzin czasu. Zjawię się u 

ciebie przed szóstą. Nastaw budzik na wcześniejszą godzinę, bo jeśli przyjdę i nie znajdę na stole 

gorącej kawy, możesz naprawdę mieć kłopoty.

- Dziękuję, panie Janeway.

- "Nie nada". Byłem przecież przyjacielem twojego brata.

Na tym skończyli rozmowę i Babe mógł się wreszcie rozebrać - ściągnąć ze swego chudego 

ciała pokrwawione ubranie. Wszedł do łazienki i odkręcił oba kurki. Odczekał, aż woda straci 

brunatne   zabarwienie,   i   zakręcił   kurki.   Gdy  brudna  woda   ściekała   już   do  kratki,   ponownie   je 

odkręcił.   Ściągnął   z   siebie   resztę   ubrania   i   zastanowił   się,   czy   nie   powinien   mieć   przy   sobie 

pistoletu. Był tak roztrzęsiony, że sięgając po mydło, mógł sobie to "coś" odstrzelić. Daily News 

zamieściłby taki oto nagłówek: "Stypendysta Fundacji Rhodesa pozbawił się męskości w czasie 

kąpieli. Myślał, że został napadnięty przez opryszków".

Babe   odłożył   broń  na  swoje  miejsce,  czyli  schował   ją  z  powrotem  do  dolnej   szuflady 

biurka. Wszedł do łazienki, zakręcił kurki i jeszcze raz wrócił do pokoju, by wziąć coś do czytania. 

Leżąc w wannie potrafił się wznieść na szczyty swoich intelektualnych możliwości. Czyż ciepła 

woda nie stwarzała najlepszych warunków do głębokich przemyśleń, przeglądania notatek bądź 

powtórnego czytania historycznych książek? Ale jaką lekturę wybrać w tej chwili? Rozejrzał się po 

pokoju, który w tym momencie oświetlały wszystkie znajdujące się tam lampy - proste, tanie, bez 

abażurów.   Umieszczone   były   w   strategicznych   punktach   pokoju:   jedna   przy   łóżku,   dwie   na 

przeciwległych końcach biurka i jedna koło krzesła w rogu, a więc w miejscu, gdzie znajdowała 

się, "czytelnia".

Babe zdecydował się w końcu na książkę pani Cowles "Rok 1913". Autorka nie była zbyt 

znanym   historykiem   lecz   wybrała   w   swej   pracy   ważny   dla   całego   świata   okres   dziejów. 

Wydarzenia tego roku, nawet te mniej ważne, pozwalały bowiem zrozumieć nie tylko charakter 

mającej   wkrótce   wybuchnąć   wojny,   lecz   również   historii   dwudziestolecia   powojennego.   Babe 

wyciągnął z szafy czystą pidżamę i wszedł do łazienki.

background image

Czy powinien zamknąć drzwi na klucz?

Powiesił   pidżamę   na   wieszaku   na   ręczniki   i   zaczął   się   zastanawiać.   Znów   zabiło   mu 

mocniej serce. Dlaczego miałby zamykać drzwi na klucz? Do tej pory nigdy tego nie robił i nie 

miał zamiaru wpadać teraz w panikę. Zamknąć drzwi - czemu nie? Nie było w tym nic złego, choć 

dawniej nie miał takiego zwyczaju. Samo jednak zamknięcie drzwi nie oznaczało przecież, że jest 

tchórzem.

Zaczął wchodzić do wanny, sprawdzając jednocześnie temperaturę wody dużym palcem u 

nogi. Woda była za gorąca. Odkręcił kurek z zimną, lecz nagle pomyślał, że narobi zbyt dużo 

hałasu. Wtedy właśnie, gdy woda pełnym strumieniem będzie wlewała się do wanny, ktoś mógłby 

się wśliznąć do mieszkania. Pełnym strumieniem? Z kranu ciekła wąska strużka a on nazywa to 

"pełnym strumieniem!" W niezgrabnej pozycji odczekał więc chwilę, aż woda osiągnie bardziej 

znośną temperaturę, i wszedł wreszcie do wanny. Wprawnym ruchem - używając ponownie dużego 

palca u nogi - zakręcił kurek z zimną wodą i zaczął przerzucać kartki w książce. Po jakimś czasie 

zamknął książkę i trzymając ją obiema rękami, przymrużył oczy.

Robił   to   często   w   przeświadczeniu,   że   pomaga   mu   to   w   zapamiętywaniu   faktów. 

Rozkazywał niejako książce, by okazała posłuszeństwo wobec swego czytelnika. Gdy przeczytał 

uważnie książkę, ponownie wracał do ważniejszych fragmentów, a następnie ściskał ją mocno w 

rękach i siłą woli nakazywał mózgowi, by zarejestrował opisane fakty.  Lato w Londynie  było 

wtedy gorące. Na skutek upałów zmarło kilka osób. Carpentier znokautował Bombardiera Wellsa 

w ciągu zaledwie kilku sekund. Francuz starł więc w pył Anglika. Sufrażystki zdobywały coraz 

większe poparcie, a jedna z nich rzuciła się w czasie derby pod konia samego króla i ten gest 

przypłaciła własnym życiem. Sensacją w dziedzinie tańca okazało się tango. Babe przerwał na 

moment - choć sam nie tańczył, był przekonany, że taniec może mieć pewne znaczenie z punktu 

widzenia historii. Natknął się kiedyś na artykuł - nie była to wybitna praca, lecz godna przeczytania 

- w którym autor odnosił tańce danej epoki do panujących wtedy zasad moralnych; nie polityki 

danego okresu, lecz spraw związanych z seksem, żądzą krwi i...

...w tym momencie rozległ się trzask.

Jezu  Chryste!   Co  to  było?   Babe  leżał   jak  sparaliżowany.  Poruszał  tylko  oczami,  które 

zaczęły mrugać zupełnie bezwiednie. Usłyszał to, usłyszał wyraźnie!... Co usłyszał?... cholera, co 

to było - ten trzask...? Hałas rozległ się gdzieś na zewnątrz, w pustym pokoju, a więc co to mogło 

być?

Nic - odpowiedział sam sobie. Podobnie jak wszystkie inne odgłosy, które usłyszał tego 

wieczoru. To był odgłos wydany przez stary, butwiejący budynek - i nic więcej.

Odgłos ten różnił się jednak od typowych  trzasków i zgrzytów. Był  inny,  przypominał 

background image

odgłos gaszonej lampy. Nie, nie tylko przypominał - to był odgłos gaszonej przez kogoś lampy.

Babe   wynurzył   się   z   wody,   starając   się   zerknąć   przez   szparę   pod   drzwiami.   Chciał 

sprawdzić, czy w pokoju nie zrobiło się ciemniej. Nie doszedł jednak do żadnych wniosków. To z 

pewnością nic ważnego. Nawet gdyby pojawił się jakiś problem, był na tyle dorosły, by sobie z 

nim poradzić. Poza tym nie pojawił się żaden problem. Żaden.

W pokoju znajdowały się cztery lampy. A więc gdyby usłyszał cztery podobne odgłosy, 

cztery   trzaski,   wtedy   sprawa   byłaby   jasna.   Ale   tak   się   nie   stało,   więc   nie   było   powodu   do 

zmartwień.

Wracajmy więc do roku 1913.

Niemcy starali się, jak mogli, by ich zeppeliny funkcjonowały prawidłowo. Benz był już 

dobrze prosperującą fabryką samochodów, a Krupp pobił już wszystkich na głowę pod względem 

nagromadzonego bogactwa. A prawdziwie gorący okres miał dopiero nadejść - okres, w którym 

zbrojenia miały stać się absolutnie najważniejszą sprawą...

...trzask.

Babe wynurzył się do połowy z wanny, by zamknąć na klucz drzwi łazienki. Robiąc to 

wytworzył falę, która z pluskiem rozbiła się o jedną ze ścian wanny. Przez moment nie słyszał 

więc, co się dzieje w pokoju, lecz kiedy rozłożył się wygodnie w wannie, znów nastała cisza. 

Zamknął oczy, starając się usłyszeć choćby najmniejszy szelest.

Panowała absolutna cisza.

Ktoś mógł zgasić dwie spośród jego czterech lamp - a może źródłem odgłosów były ściany 

budynku? Leżał bez ruchu i chociaż był bardzo przejęty, odczuwał jednocześnie satysfakcję z tego 

powodu, że do tej pory udało mu się nie popaść w jeszcze większą panikę. Co więcej - jego umysł 

działał sprawnie i logicznie, a prawa logiki mówiły, że jeśli poza łazienką znajdowali się ludzie, 

którzy gasili kolejne lampy, to nie poprzestaliby na jednej czy dwóch - zgasiliby wszystkie. A więc 

dopóki nie zgasły wszystkie cztery, nie było sensu martwić się na zapas. Jeśli zgasną wszystkie - 

cóż...

...następny trzask.

Myśl o roku 1913 - rozkazał sobie samemu Babe, ściskając książkę z całej siły. Rosja. 

Mocno zacisnął powieki. Rosja. Śpiący Olbrzym. Mikołaj sprawował jeszcze władzę, lecz okres 

rządów Rasputina zbliżał się nieuchronnie. Jego wpływ na Aleksandrę stawał się z miesiąca na 

miesiąc   większy.   Kolejnego   jej   syna   wyleczył   z   hemofilii,   podczas   gdy   lekarze   bezradnie 

rozkładali   ręce.   Lenin   siał   niepokój,   gdzie   tylko   mógł,   torując   sobie   drogę   do   władzy.   A   w 

Ameryce?   Pieniądze.   Pieniądze   i   nic   więcej.   Vanderbiltowie   zorganizowali   mały   wieczorek 

muzyczny i aż dziw bierze, że nie zadowolili się samym Franzem Leharem jako dyrygentem oraz 

background image

Kreislerem   -   nie   samym   jednak,   lecz   w   towarzystwie   Elmana,   którzy   razem   rzępolili   na 

skrzypeczkach.   Do   tego   wszystkiego   zaprosili   jeszcze   Carusa,   który   swym   tenorem   zabawiał 

zaproszonych gości. I co wy na to? Podczas gdy cały świat staczał się w dół po równi pochyłej, tu, 

w Ameryce, człowiek nie liczył się w towarzystwie, jeśli nie potrafił ściągnąć na przyjęcie starego 

Enrica, który wypluwał płuca, by sprawić przyjemność gospodarzowi i jego czterystu krewnym. 

Nie do wiary! Jak to możliwe, że tak bardzo odizolowaliśmy się od reszty świata? Nic dziwnego, 

że musiało to w końcu eksplodować...

...w końcu czwarty trzask.

Babe był na to przygotowany. Spokojnie odłożył książkę i powiedział do siebie: Będzie 

jeszcze piąty trzask. A jeśli moje przewidywania okażą się słuszne, będzie to oznaczać, że nie były 

to żadne trzaski, lecz jakieś inne odgłosy wydawane przez mury budynku. I wszystkie moje lampy 

będą nadal zapalone. A więc szafa gra!

Będzie jeszcze piąty trzask - powtórzył.

Jestem najzupełniej przekonany o tym, że rozlegnie się piąty trzask. Nakazują to bowiem 

prawa logiki, a jeśli własne życie powierzyło się tym prawom, nie wolno o nich zapominać nawet 

w chwilach pewnego zwątpienia.

Jego plan działania był więc zupełnie prosty: powinien teraz zaczekać na piąty trzask, a gdy 

już go usłyszy, powróci do swej lektury.

A jeśli trzask nie rozlegnie się wcale?

W niczym nie skomplikuje to jego sytuacji. Poczeka spokojnie na rozwój wydarzeń; drzwi 

są zamknięte na klucz, więc nie ma powodu do obaw. W czasach gdy powstawała jego nora, 

budowano bardzo solidne domy. Niech więc ktoś spróbuje wyważyć drzwi! Co najwyżej zmiażdży 

sobie ramię. Do diabła, dostanie nauczkę!

Chyba   że   napastnicy   okazali   się   olbrzymami.   Rozstrzaskaliby   wtedy   drzwi   na   drobne 

kawałki. Być może wynajęli specjalistę od wyważania drzwi, który musiałby wylać niemało potu, 

by dostać się do środka.

- Na pomoc - powiedział Babe, sprawdzając, jak słowa te brzmią w jego ustach. Nie używał 

ich bowiem nigdy przedtem. Przynajmniej nie w okolicznościach, które naprawdę zmuszałyby go 

do tego. Jako dziecko często wzywał pomocy. Jednak wtedy oznaczało to zupełnie coś innego: 

"niech ta pszczoła przestanie za mną latać". Teraz znaczenie tych słów było takie: Ratujcie mnie. 

ratujcie moje życie...

...trzask.

Babe rozłożył się wygodnie w wannie, dziękując Bogu za to, że ściany w budynku były 

odpowiednio grube. W przeciwnym razie musiałby wyjść na korytarz i ociekając wodą, tłumaczyć 

background image

zawstydzony jakiemuś sąsiadowi, że to pomyłka, że to nie on wzywał pomocy, a w ogóle dlaczego 

miałby to robić? Nie - zdecydował Babe. Takie zachowanie nie byłoby uprzejme - sąsiad spełnił 

przecież dobry uczynek. Babe wymyślił więc inne wytłumaczenie: Och, czy pan również usłyszał 

nawoływanie o pomoc? Ktoś krzyczał na ulicy. Być może dzieciaki z tarasu napadły na jakiegoś 

przechodnia. Proszę chwilę zaczekać; ubiorę się tylko i razem sprawdzimy,  co się stało. Takie 

słowa   wypowiedziane   do   sąsiada   w   środku   nocy   zabrzmiałyby   z   pewnością   wiarygodnie.   Od 

momentu jednak, gdy rozległ się piąty trzask, nie miało to większego znaczenia...

...a teraz rozległ się odgłos zgrzytania.

Babe wstrzymał  oddech. Piąty trzask był  przecież  identyczny,  a więc nie był  to żaden 

trzask, tylko zgrzytanie...

...i znów zgrzytanie.

Zgrzyt.

Ktoś zdejmował z zawiasów drzwi od łazienki.

- Na pomoc! - wrzasnął Babe. Nie zrobił tego wystarczająco głośno, więc krzyknął jeszcze 

raz. - Na pomoc! - W tej chwili rozluźnił się i przygotował struny głosowe do tego, aby ryknąć tak 

głośno,   żeby   zadrżały   ściany.   Jednak   nie   zdążył   tego   zrobić,   gdyż   nagle   usłyszał   coś,   co 

przestraszyło go bardziej niż wszystkie odgłosy, jakie do tej pory rozległy się poza łazienką.

Z jego pokoju dochodziły w tej chwili dźwięki muzyki rockowej; radio było nastawione na 

pełny regulator zagłuszając wszystko inne.

Zgrzyt.

Zgrzyt.

Zgrzyt.

Zgrzyt.

Babe wyskoczył z wanny i stanął na równe nogi. Rozejrzał się nerwowo po łazience w 

poszukiwaniu czegoś, czym mógłby zaatakować napastników. Szli teraz po niego, a on - cóż za 

kretyn! - używał elektrycznej maszynki do golenia. Jego ojciec golił się zwykłą brzytwą. Babe 

uwielbiał patrzeć na niego, gdy podgalał sobie bokobrody. Jaka szkoda, że nie naśladował w tym 

względzie   H.V   ściskałby   teraz   w   ręce   brzytwę,   gotowy   do   odparcia   ataku.   Gdyby   weszli 

napastnicy, pokroiłby ich w plasterki, a następnie wezwał policję. Pokazałby im, co potrafi...

Nie, nie pokazałby... przestań o tym myśleć... nie masz przecież brzytwy.

Miał jednak pistolet.

Ale jak się do niego dostać? Babe stał nagi w rogu łazienki, starając się za wszelką cenę 

wymyśleć jakiś rozsądny sposób postępowania. Jedynym jednak pomysłem, jaki przyszedł mu do 

głowy,  było   to,  że  powinien  się  ubrać.   Gdyby  nagle  wpadli   do  środka,  a  on  był  ciągle   nagi, 

background image

poczułby   się   upokorzony.   Bez   ubrania   nie   walczy   się   najlepiej,   gdyż   wystawia   się   na   cel 

najbardziej czułe miejsca. Tak więc szybko się ubrał; spodnie od pidżamy mocno zacisnął paskiem, 

górę zapiął dokładnie na wszystkie guziki.

Tak jest dużo lepiej - pomyślał Babe.

Lepiej? Lepiej, ty dupku? Przyszli cię załatwić, a ty masz świetne samopoczucie, ponieważ 

włożyłeś pidżamę? Wymyśl coś!

I wymyślił.

- Ratunku!  - krzyknął Babe. - Ratunku, na pomoc, na pooomoc! - Dobiegające z pokoju 

dźwięki muzyki  rockowej stały się jeszcze głośniejsze, co go nie zaskoczyło  i bynajmniej  nie 

zmartwiło.  Chciał  bowiem,  aby pomyśleli,  że  jest zupełnie  bezbronny i trzęsie  się  ze strachu, 

skulony gdzieś w rogu łazienki. Aby ich utwierdzić w tych przypuszczeniach, krzyknął jeszcze 

głośniej: - Na rany Chrystusa, niech mi ktoś pomoże! - Nie przyjdzie im wtedy do głowy, że to on 

ich zaatakuje - przekręci w zamku klucz, otworzy szeroko drzwi i wpadnie do ciemnego pokoju jak 

grom z jasnego nieba, kierując się w stronę biurka. Kiedy chwyci już pistolet, strzeli - na oślep, bez 

celowania. Dowiedzą się wtedy, że razem z nimi, w tym samym pokoju, znajduje się uzbrojony 

mężczyzna gotowy na wszystko, zdolny do tego, by zabić. I dzięki temu zyska nad nimi przewagę.

- Ratunku! - wrzasnął Babe, przybliżając się do drzwi. - Jezu, pomóż mi! - Jego palce były 

tuż przy zamku.  - Mój Boże, czy nikt  mi  nie może  pomóc?  - Obie ręce miał  już gotowe do 

działania: jedną trzymał na gałce od drzwi, drugą na zamku. Wydał jeszcze jeden błagalny okrzyk: 

- Proooszę! - po czym przekręcił w zamku klucz, otworzył szeroko drzwi, w pełnej gotowości, aby 

ruszyć w kierunku biurka.

Babe był zbyt powolny.

Na jego drodze stanął Kulawy, a po chwili doskoczył facet o potężnych ramionach i zaczął 

walić w niego jak w bęben, zmuszając go do powrotu do łazienki. Uciekając przed napastnikami, 

Babe pomyślał,  że stłuką go na miazgę.  Próbował stawiać  opór, lecz  zupełnie  nieskutecznie  - 

mężczyzna o potężnych ramionach zaczął wpychać go do wanny. Po chwili zrobiło się ciemno, a 

jedyne,   co   słyszał   Babe,   to   dźwięki   muzyki   rockowej,   które   nadal   rozlegały   się   w   pokoju. 

Ponownie  znalazł   się  w   wannie.  Zaczął  kopać   nogami  w  wodę,  rozbryzgując  ją  na  wszystkie 

strony. Jego głowa zanurzała się coraz głębiej - wiedział już, że nie będzie to zwykłe pobicie; tym 

razem napastnicy zamierzali go utopić.

Brak powietrza. Ucichła nawet muzyka.  Jedyne, co rejestrowały jego zmysły,  to uścisk 

wielkich  rąk,  które nie  pozwalały mu  się  wynurzyć  ponad powierzchnię  wody.  Nie pomagało 

kopanie nogami ani inne desperackie próby uwolnienia się z uścisku. Kopał coraz słabiej i coraz 

rzadziej. Zamierzał jednak stawiać opór tak długo, jak to było możliwe. Okazało się, że Janeway 

background image

nie mylił się w niczym. Faceci, którzy w tej chwili usiłowali utopić Babe'a, byli tymi samymi, 

którzy zabili wcześniej Doca. Wspomnienie o Docu dodało Babe'owi trochę energii - niezbyt dużo, 

lecz na tyle, że zdołał wynurzyć głowę ponad powierzchnię wody. Przez ułamek sekundy usłyszał 

ryczącą muzykę.

Tylko przez ułamek sekundy. Wielkie ręce okazały się teraz naprawdę mocne. Babe nie 

mógł się już wyzwolić z ich potężnego uścisku - nie mógł zrobić nic. A więc tak się umiera - 

pomyślał. Głowę miał pod wodą; jego oczy były zamknięte. Doszedł do wniosku, że umieranie nie 

jest takim strasznym doświadczeniem, jak sądzi większość ludzi.

Po chwili musiał jednak zakaszleć. Woda wdarła mu się do płuc przez otwarte usta. Uścisk 

dużych rąk nie pozwalał na to, by zaczerpnąć powietrza. Nie - pomyślał wtedy Babe. Mylił się co 

do umierania. Mylił się całkowicie. Umieranie było czymś gorszym, niż sądzi większość ludzi.

background image

21

Babe przebudził się w jakimś nie znanym mu pokoju. Siedział przywiązany do krzesła. Był 

sam. Miał na sobie mokrą pidżamę i czuł się zupełnie wyczerpany - ale żył.

Mrugnął oczami, starając się uporządkować myśli. Pomieszczenie, w którym się znajdował, 

było zwykłym, małym pokojem o jasnych ścianach. Niezwykłe mogło się wydawać jedynie to, że 

pokój był  wyjątkowo  jasno oświetlony.  Podobnie krzesło, na którym  siedział  - nie różniło się 

niczym szczególnym od innych krzeseł. Kiedy jednak przechylił się lekko do tyłu, zorientował się, 

że siedzi na czymś, co przypomina fotel bujany. Oparcie było ruchome i mógł je ustawić pod 

dowolnym kątem. Nie mogło być jednak mowy o czymś, co można by nazwać wygodną pozycją, 

gdyż  jego ręce i nogi były mocno skrępowane. Od momentu napadu musiało już minąć sporo 

czasu. Z drugiej jednak strony nie mogło to wydarzyć się aż tak dawno, ponieważ pidżama Babe'a 

była jeszcze mokra. W pokoju nie było okien, lecz Babe był przekonany, że jest jeszcze noc - 

prawdopodobnie   około   trzeciej.   Sytuacja   wyglądała   więc   następująco:   Babe   w   niewygodnej 

pozycji,   całkowicie   skrępowany   -   stał   się   bez   wątpienia   bezbronną   ofiarą   bezlitosnych   i 

sadystycznych oprawców.

Ale co z tego? Mógł przecież oddychać.

Mój   Boże   -   pomyślał   Babe   -   jak   można   nie   doceniać   tak   ważnej   funkcji   organizmu! 

Powinno się ogłosić Ogólnokrajowy Tydzień Oddychania. Należałoby wybrać jakąś stosowną porę 

roku, na przykład  późną jesień wtedy powietrze  jest stosunkowo czyste  - i zachęcić  ludzi, by 

spacerowali i biegali wdychając ozon. Babe dostał zawrotu głowy, przypadłość niezbyt właściwa 

dla historyka - w jakim punkcie znalazłby się dzisiejszy świat, gdyby coś podobnego spotkało 

Carlyle'a, gdy wprowadzał akurat poprawki do swych prac? Nie mógł jednak nic na to poradzić: 

był tu, obecny; ziemia kręciła się, a on wirował wraz z nią. Nie miał powodu się uskarżać.

Za plecami usłyszał nagle głos:

Przebudził się.

W polu widzenia pojawił się Kulawy, który spojrzał z góry na Babe'a.

Rozległ  się  odgłos  kroków  i  po drugiej  stronie krzesła  wyrósł  mężczyzna  o potężnych 

ramionach, który również zaczął wpatrywać się w Babe'a. Mężczyzna trzymał pod pachą całą stertę 

białych, czystych, starannie poskładanych ręczników.

- Daj - odezwał się Kulawy.

Ręczniki przeszły z rąk do rąk.

- Musisz unieruchomić mu głowę, to najważniejsze - powiedział Kulawy cichym głosem, 

który nagle zamienił się niemal w szept.

background image

Usłyszał bowiem za sobą szybkie kroki.

Babe zauważył u obu mężczyzn objawy lekkiego zdenerwowania. Przypomniał sobie, że w 

podobny sposób zachowywali się w jego pokoju policjanci i ostrzyżony na jeża facet, gdy pojawił 

się na scenie Janeway.

Tym razem nie był to jednak Janeway. Mężczyzna, który właśnie wszedł, był zupełnie łysy, 

potężnie zbudowany, o byczym karku. Jego oczy - jasnobłękitne - miały barwę bardziej intensywną 

niż oczy Biesenthala. Jego siła fizyczna nie była  jednak jedyną  rzeczą, na którą Babe zwrócił 

uwagę;   przebywał   na   uniwersytecie   wystarczająco   długu,   aby   stwierdzić,   że   niebieskooki 

mężczyzna robi wrażenie geniusza. Nieznajomy trzymał w jednej ręce zwinięty ręcznik, natomiast 

w drugiej - czarną skórzaną torbę. Ruchem głowy dał znać swym dwóm kompanom, aby umieścili 

lampę bliżej krzesła. Kulawy pospiesznie wykonał jego polecenie. Wtedy mężczyzna o byczym 

karku zapytał cichym głosem:

- Czy istnieje zagrożenie?

Babe nie był przygotowany na to pytanie.

- Co proszę?

- Czy istnieje zagrożenie?

Co?

- Czy istnieje zagrożenie?

- Na czym ma polegać to zagrożenie?

-   Czy   istnieje   zagrożenie?   -   zapytał   ponownie   mężczyzna.   Jego   głos   nie   zdradzał 

zniecierpliwienia.

Babe odpowiedział podniesionym głosem:

- Nie mogę panu powiedzieć, czy istnieje zagrożenie, bo nie wiem, o co pan pyta. Proszę 

powiedzieć, o co panu chodzi. Być może wtedy odpowiem.

- Czy istnieje jakieś zagrożenie? - powtórzył mężczyzna o byczym karku. Robił wrażenie 

człowieka niewzruszonego jak posąg.

- Nie potrafię odpowiedzieć.

- Czy istnieje zagrożenie?

Nie wiem... słyszy pan, co mówię?... nie wiem... proszę mi powiedzieć, o co pan pyta?

- Czy istnieje zagrożenie? - powtórzył mężczyzna jak automat.

Zanosiło się na to, że Babe zostanie poddany chińskim torturom wodnym.

-   Nie   -   odpowiedział   Babe.   -   Nie   ma   żadnego   zagrożenia,   Możemy   się   czuć   zupełnie 

bezpiecznie. Teraz już pan wie.

- Czy istnieje zagrożenie?

background image

- Widzę, że nie lubi pan odpowiedzi przeczących. W takim razie dam panu odpowiedź 

twierdzącą: tak, istnieje zagrożenie - i to wielkie. Niech pan zachowa ostrożność.

Mężczyzna   z   nieskończoną   cierpliwością   zadał   ponownie   pytanie:   -   Czy   istnieje 

zagrożenie? - Jednak tym razem Babe wyczuł w tonie jego głosu coś ostatecznego. Odpowiedział 

więc znowu, że nie wie, o co chodzi, i nie czuł się zaskoczony, gdy mężczyzna o byczym karku 

ruszył się wreszcie z miejsca, co sugerowało, że ten etap przesłuchania był już zakończony. Skinął 

na dużego mężczyznę, który natychmiast zbliżył się do Babe'a i unieruchomił mu głowę mocnym 

uściskiem swych olbrzymich rąk. Kulawy przysunął lampę jeszcze bliżej krzesła.

Mężczyzna o byczym karku odłożył na bok czarną skórzaną torbę, podczas gdy Kulawy 

rozwinął ręcznik. Babe zobaczył kilkanaście cienkich, lśniących narzędzi. W pokoju było gorąco i 

kiedy łysy mężczyzna wybierał jedno z nich, na jego twarzy pojawiły się kropelki potu. Kulawy 

podszedł do niego natychmiast i bez słowa przetarł mu czoło małym czystym ręcznikiem. Duży 

mężczyzna, który unieruchomił głowę Babe'a, zmusił go w tej chwili do otwarcia ust. Mężczyzna o 

byczym karku wziął do jednej ręki czyste lusterko dentystyczne, a następnie drugie narzędzie z 

zaokrąglonym  końcem.  Był  maksymalnie  skoncentrowany,  a jego niebieskie  oczy pozostawały 

zupełnie nieruchome. Zabierał się do pracy.

Mój Boże - pomyślał Babe - on ma zamiar czyścić moje zęby.

Szaleństwo.  Używając  swoich  narzędzi,   mężczyzna  sprawdzał  uzębienie  Babe'a  - jedne 

zęby ostukiwał, inne delikatnie naciskał. Jego ruchy były bardzo wprawne. Może powinienem go 

poprosić, by sprawdził stan mojego dziurawego zęba - pomyślał Babe. Ciekawe, jak wysokie są 

jego honoraria. Do diabła, to przecież świetna okazja, aby za jedyne kilka dolców kazać sobie 

zrobić prowizoryczną plombę. Przez ułamek sekundy Babe miał ochotę się zaśmiać.

Oczywiście nie zrobił tego, gdyż jego sytuacja nie była bynajmniej wesoła. Okoliczności, w 

jakich się znalazł, mogły wywoływać jedynie strach. Takie uczucie wywoływali dentyści - i to 

pomimo   uspokajającej   muzyki   w   ich   gabinetach   oraz   stosowania   środków   znieczulających   w 

rodzaju   nowokainy.   Te   sposoby   były   prymitywne.   Ból   był   tylko   jednym   z   wielu   czynników 

wywołujących strach.

Z   dentystą   łączyło   się   nierozerwalnie   pojęcie   strachu.   Podobnie   jak   ze   sceną   z   filmu 

Psychoza, kiedy bohater bierze prysznic. Prysznic w zamkniętej kabinie wywołuje podświadome 

uczucie  zagrożenia.  I tak samo  dzieje się wtedy,  gdy ma  się do czynienia  z dentystą.  Trudno 

przewidzieć, co się może wydarzyć.

Chryste, boję się - pomyślał Babe. Muszę to jednak przed nim ukryć. Spojrzał ponownie w 

niebieskie oczy mężczyzny i doszedł do wniosku, że nie powinien się bać. Nie zadaje mi bólu, a 

przecież mógłby to zrobić. Z pewnością zauważył dziurę w zębie. W tej właśnie chwili mężczyzna 

background image

zajął się chorym zębem. Użył do tego celu jakiegoś narzędzia. Robił to jednak bardzo delikatnie, 

nie zadając żadnego bólu. Babe był zresztą znakomitym  pacjentem, jeśli w ogóle można użyć 

słowa "znakomity" w odniesieniu do pacjenta który ma do czynienia z dentystą. Zawsze poddawał 

się tego typu zabiegom bez stosowania nowokainy. Wolał kilka minut pocierpieć, niż pozwalać 

sobie robić zastrzyki, które przez całe godziny wywoływały zdrętwienie mięśni twarzy. Łysy facet 

usuwał teraz z dziurawego zęba próchnicę. Robił to szybko, lecz delikatnie. Dziura znajdowała się 

w górnym siekaczu. Podczas tej niezwykłej "wizyty" u dentysty Babe zadawał sobie wiele pytań, 

na które nie potrafił odpowiedzieć. Był pewny jednak co do jednego: łysy facet był prawdziwym 

artystą w dziedzinie stomatologii.

Jego palce były mocne i zwinne; ruchy szybkie jak błyskawica. Usuwał resztki próchnicy z 

zęba   w   niewiarygodnym   wprost   tempie.   Przywiązany   do   krzesła   Babe   wpatrywał   się   w 

jasnoniebieskie oczy i dostrzegał w nich niesamowitą koncentrację. Ani jednego mrugnięcia! Nie 

drgnęła mu nawet powieka. Usuwanie spróchniałych resztek zęba ciągnęło się w nieskończoność. 

Po   kilku   minutach   mężczyzna   o   byczym   karku   przerwał   pracę,   wziął   następne   narzędzie   i 

przyglądał się przez dłuższą chwilę oczyszczonej jamie w zębie Babe'a.

-   Czy   istnieje   jakieś   zagrożenie?   -   ton   głosu   był   taki   sam   jak   poprzednio.   Wyrażał 

cierpliwość i opanowanie. Zdawał się świadczyć o tym, że łysy mężczyzna jest gotów czekać tak 

długo, aż wreszcie usłyszy upragnioną odpowiedź. Babe i tym razem nie spełnił jego oczekiwań:

- Mówiłem już i powtarzam jeszcze raz: przysięgam, że nie wiem. - Nie mógł przecież 

udzielić innej odpowiedzi. Zanim jednak skończył mówić, mężczyzna o byczym karku wziął do 

ręki następne narzędzie - dźwignię i jej ostry jak nóż koniec wsunął do jamy zęba, podrażniając 

nerw.

Babe poczuł się tak, jakby odpadła mu górna część głowy.

Nigdy przedtem nie odczuł tak dotkliwego bólu. Wrzasnął niemal w tym samym momencie, 

w którym "dentysta" podrażnił jego nerw. Łysy facet wyciągnął narzędzie z ust Babe'a, a duży 

mężczyzna natychmiast zakrył mu ręką usta. Tak więc Babe nie wydał z siebie wrzasku, lecz jakiś 

przytłumiony odgłos przypominający kwilenie dziecka.

- Czy istnieje zagrożenie? - powtórzył mężczyzna. Nadal okazywał cierpliwość, a jego głos 

brzmiał niemal łagodnie.

W oczach Babe'a pojawiły się łzy. Nie mógł ich powstrzymać, była to normalna reakcja na 

ból.

- Nie wie... - zaczął, lecz nie mógł dokończyć. Tym razem przerwał mu duży mężczyzna, 

który nie pozwolił mu zamknąć ust. Facet o byczym  karku ponownie użył  ostrego narzędzia i 

jeszcze mocniej niż poprzednio nacisnął na nerw.

background image

Babe'owi pociemniało w oczach, lecz nie zdążył zemdleć gdyż dentysta przerwał w tym 

momencie "leczenie" chorego zęba. Przez chwilę przyglądał się swemu pacjentowi; jego niebieskie 

oczy wyrażały troskę. Wiedział, czym jest ból, zwłaszcza ból tego rodzaju. Wiedział, jak daleko 

można   się   posunąć   przy   podobnych   zabiegach,   jak   również   to,   kiedy   należy   przerwać.   Znów 

sięgnął w kierunku ręcznika, a po chwili wziął małą butelkę.

-   Olejek   goździkowy.   -   Po   raz   pierwszy   wypowiedział   inne   słowa   niż   wielokrotnie 

powtarzane pytanie. Duży mężczyzna zmusił Babe'a do otwarcia ust, podczas gdy łysy nalał kilka 

kropli olejku na palec i posmarował obolały ząb.

Jezu - pomyślał Babe. Ten sukinsyn chce mnie zabić. Mylił się jednak. Łysy mężczyzna 

delikatnie pomasował miejsce, gdzie znajdował się ubytek. Ból ustąpił jak ręką odjął - w jakiś 

magiczny sposób.

- Czy to nie nadzwyczajne? - zauważył łysy. - Zwykły olejek goździkowy, a jaki skuteczny!

Babe zdążył jeszcze polizać palec mężczyzny, a następnie przytknął język do obolałego 

miejsca. Dentysta uśmiechnął się i jeszcze raz potarł olejkiem dziurawy ząb. Trzeba przyznać, że 

znał się na rzeczy. Babe odczuł ulgę - ból zniknął zupełnie.

Znów mógł normalnie oddychać.

- Życie mogłoby być takie proste. Wszystko zależy jednak od nas samych - zaczął dentysta, 

lecz przerwał, gdyż Kulawy sięgnął akurat w jego stronę, by wytrzeć mu z czoła pot. Robił to 

zresztą   natychmiast,   gdy   tylko   na   czole   łysego   pojawiła   się   choćby   jedna   kropelka.   Dentysta 

podniósł do góry olejek goździkowy. - Ulga. - To samo zrobił z ostrym narzędziem. - Cierpienie. - 

Wziął od Kulawego ręcznik i przetarł nim twarz Babe'a.

- Wyglądasz na inteligentnego młodego człowieka. Potrafisz chyba  odróżnić światło od 

ciemności,   upał   od   trzaskającego   mrozu.   Chyba   gotów   jesteś   na   wszystko,   aby   uniknąć   tego 

rodzaju   męczarni.   A   więc   pytam;   ale   proszę,   zastanów   się,   zanim   odpowiesz.   Czy   istnieje 

zagrożenie?

- Jezu, prz...

- Nie zastanowiłeś się nad odpowiedzią, pospieszyłeś się. Nie będę już o nic pytał. Zdążyłeś 

się zorientować, czego od ciebie chcę, i wiesz, jakie są konsekwencje twojego uporu. Odpowiedz 

więc na moje pytanie, gdy uznasz to za stosowne.

Po chwili Babe odpowiedział:

- Ja...

Wyczekujące spojrzenie niebieskookiego mężczyzny.

Babe potrząsnął głową.

-...nie potrafię... nie mogę spełnić pańskich oczekiwań... ponieważ... nic nie... - Po chwili 

background image

zaczął błagać:

...proszę, bardzo proszę, o Jezu, proszę, nie... nie... - bo oto duży facet zaczynał mu znów 

otwierać usta, podczas gdy łysy dentysta włożył mu do ust ostre narzędzie. Ostrze znalazło się w 

dziurawym zębie. Dentysta przyciskał coraz mocniej, ostrze wbijało się głębiej, coraz głębiej...

Chryste!   -   pomyślał   Babe.   Przebije   mi   mózg.   W   tym   momencie   przestał   cokolwiek 

odczuwać   i   półprzytomny   osunął   się   bezwładnie   na   krzesło.   Kiedy   z   rąk   i   nóg   ściągano   mu 

rzemienie, usłyszał rozkazujący głos dentysty:

- Karl, zanieś go do drugiego pokoju. Weź ze sobą olejek i sole trzeźwiące. Ma być za 

chwilę sprawny.

- Pan myśli, że on coś wie? - zapytał Kulawy.

- Oczywiście, że wie - odparł dentysta. - Jest tylko bardzo uparty. - Potem nastąpiła dłuższa 

chwila   milczenia,   po   której   Babe   usłyszał   najgorszą   rzecz   w   swym   dotychczasowym   życiu:   - 

Obawiam się, że tym razem będę zmuszony zadać mu prawdziwy ból.

Mężczyzna o szerokich ramionach, Karl, wziął Babe'a na ręce. Babe mrugał oczami, gdy 

facet   wynosił   go   z   jasno   oświetlonego   pokoju   i   szedł   przez   długi   korytarz.   Mieszkanie 

przypominało  wagon sypialny.  Gdy byli  już na samym  końcu korytarza,  Karl otworzył  drzwi, 

rzucił Babe'a na łóżko w rogu pokoju i sypnął mu sole trzeźwiące prosto w twarz. Babe zamrugał 

oczami i zakaszlał; zakaszlał jeszcze raz - nie mógł się powstrzymać od kaszlu, więc instynktownie 

chciał obrócić się na bok. Karl nie pozwolił mu jednak na to, zmuszając go do wąchania soli. Gdy 

Babe   otworzył   wreszcie   oczy,   Karl   powiedział:   -   Weź   to.   -   Wyciągnął   butelkę   z   olejkiem 

goździkowym  i nalał kilka kropli płynu  na palec Babe'a. Babe był  roztrzęsiony,  jednak zdołał 

przytknąć palec do chorego zęba, próbując przynieść sobie ulgę. Polizał również palec - ciepło 

języka mogło złagodzić ból. Wyciągnął rękę, prosząc tym gestem o jeszcze trochę olejku. Gdy Karl 

spełnił prośbę, Babe oprzytomniał trochę i w jego przyćmionym umyśle zrodziła się nawet pewna 

refleksja. Refleksja na temat nieoczekiwanych zmian, jakie mogą nastąpić w życiu człowieka. Idąc 

przez   życie   należało   pokonywać   niedostępne   szczyty   i   strome   urwiska.   Po   niebezpiecznych 

chwilach następowały jednak okresy wytchnienia i nadziei. Nie dalej niż kilka minut temu Babe 

usłyszał na własne uszy najgorszą wiadomość w swym życiu - dentysta o byczym  karku miał 

zamiar zadać mu prawdziwy ból, a więc dotychczasowa udręka była tylko wstępną rozgrzewką, 

zwykłą   dziecinadą.   Teraz   natomiast,   kilka   minut   później,   przed   oczami   Babe'a   roztaczał   się 

cudowny widok. Czegoś takiego nie dane mu było oglądać w ciągu całego, pełnego trosk życia. 

Oto za plecami Karla, stąpając powoli i bezszelestnie, wchodził do pokoju Janeway. Co więcej - w 

ręku trzymał nóż - najpiękniejszy, jaki Babe widział w całym swoim życiu...

background image

22

Babe natychmiast  zrozumiał, że powinien odwrócić wzrok nie tylko  od Janewaya,  lecz 

również od Karla. Gdyby bowiem duży mężczyzna spojrzał teraz w oczy Babe'a, zorientowałby się 

szybko,  że  dziesięć  stóp za  jego plecami  musi  się coś  dziać.  Gdyby  odwrócił  się w  porę - z 

Janewayem byłby koniec. Nie pomógłby nawet nóż. Karl był monopolistą w dziedzinie stosowania 

brutalnej siły.

...proszę... jeszcze trochę wykrztusił Babe, wlepiając oczy w materac, na którym rozłożone 

było jego ciało. -...jeszcze trochę... - powiedział wyciągając drżącą rękę w błagalnym geście.

Karl sypnął jednak resztkę soli prosto w twarz Babe, który zaskoczony tym rozłożył się jak 

długi na materacu, tłumiąc kaszel. Z pewnością nie było  to miłe doświadczenie, lecz dało mu 

przynajmniej szansę na to, by ukradkiem spojrzeć na Janewaya i dowiedzieć się, jak sobie radzi, 

wypełniając tak szlachetne posłannictwo.

Jeszcze osiem stóp. Może tylko siedem.

Janeway zbliżał się bezszelestnie.

Odwróć   wzrok!   Babe   nakazał   samemu   sobie   i   wypełnił   natychmiast   własny   rozkaz, 

opierając ciężar całego ciała na jednym łokciu.

-...to drugie lekarstwo... proszę... to drugie... przeciw bólowi... - tym razem Karl spełnił 

prośbę Babe'a i nalał mu na palec kilka kropli olejku. Babe pospiesznie włożył  palec do ust i 

starannie   natarł   obolałe   miejsce.   Cóż   to   był   za   środek   i   jakie   miał   składniki?   To   nie   miało 

znaczenia.

Ważne było to, że działanie było niewiarygodnie szybkie. Ból ustąpił w ciągu kilku sekund. 

Babe nie mógł jednak dać tego po sobie poznać, gdyż duży mężczyzna zaciągnąłby go z powrotem 

na fotel dentystyczny. Ale gdzie, do diabła, jest Janeway, co go zatrzymuje?

Nie   znajdując   odpowiedzi,   Babe   zaryzykował   i   rzucił   w   kierunku   Janewaya   krótkie 

spojrzenie. Janeway był już blisko, ale nie na tyle blisko, by zadać celny cios. Przemierzył, już 

jednak większość dystansu, jaki dzielił go od celu, a co więcej - zrobił to bezszelestnie. Babe 

doszedł do wniosku, że facet musi mieć w żyłach trochę indiańskiej krwi. W przeciwnym razie nie 

potrafiłby przejść przez cały pokój nie wydając żadnego dźwięku. Babe spuścił wzrok i zaczął 

nacierać   olejkiem   obolały  ząb,  a  następnie  masować   go  językiem.   Mruczał  przy  tym  coś  pod 

nosem, co było wyrazem tego, że lekarstwo przynosiło mu ulgę.

Jeszcze trzy stopy.

Janeway zbliżał się powoli do celu. Trwało to całe wieki.

-...poproszę jeszcze trochę... - powiedział  Babe. Słowa te  wypowiedział  jednak albo za 

background image

szybko, albo za głośno. Powodem tego, co miało się stać za chwilę, mogło być i jedno, i drugie, nie 

mówiąc już o spojrzeniu Babe'a w kierunku Janewaya kilka sekund wcześniej.

To jednak, jaki błąd popełnił Babe, nie miało już w tej chwili znaczenia. Karl odwrócił się, 

zobaczył za sobą Janewaya i wydając okrzyk, który miał ostrzec kompanów, w błyskawicznym 

tempie   zajął   pozycję   do   ataku.   Jego   wielkie,   mordercze   ramiona   przygotowane   były   do   aktu 

masakry.

Karl okazał się zbyt powolny.

Babe nigdy wcześniej nie widział tak szybkiego ataku, jak ten, który wykonał w tej chwili 

Janeway. Mężczyzna z krótkimi włosami zrobił jeden tylko ruch i dosłownie w ułamku sekundy 

znalazł się między ramionami większego od siebie faceta. Zwinnym ruchem obrócił go tak, że 

znalazł się za jego plecami. Lewą ręką chwycił go za gardło i podtrzymując jego ciało na lewym 

biodrze, uniósł je kilka centymetrów nad ziemię.

W tym momencie ruszyła do akcji prawa ręka Janewaya.

Babe   widział   wszystko   jak   na   dłoni.   Przypatrywał   się   chłopskiej   twarzy   Karla   w   tym 

właśnie momencie, gdy prawa ręka Janewaya dosięgnęła celu. Rozległ się głuchy dźwięk. Karl 

wrzasnął jak niemowlę i zwalił się na łóżko. Z jego ciała wystawał nóż Janewaya. Gdyby w tej 

chwili wykonano mu prześwietlenie pleców na tej wysokości, gdzie znajduje się serce, na zdjęciu 

widoczna byłaby rękojeść noża.

Janeway   chwycił   Babe'a,   podniósł   go   i   wyniósł   z   pokoju.   Przeszedł   przez   korytarz 

przypominający wagon kolejowy i energicznym ruchem otworzył drzwi, za którymi znajdowały się 

schody prowadzące do wyjścia z budynku.

- Uciekaj! - krzyknął do Babe'a w tym akurat momencie, gdy po drugiej stronie korytarza 

pojawił się Kulawy z pistoletem. Tym razem Janeway był już w lepszej sytuacji, gdyż sam trzymał 

w ręku pistolet. Strzelił. Po chwili strzelił jeszcze raz. Tymczasem Babe, z trudem trzymając się 

obiema rękami poręczy, próbował zejść po schodach. Za plecami słyszał jęki Kulawego, które 

nagle ustały, gdy rozległ się trzeci wystrzał. Janeway zbiegł w dół i pomógł Babe'owi pokonać 

resztę schodów. Obaj znaleźli się na ulicy. Było ciemno i wokół ani żywej duszy. Babe za diabła 

nie mógł się zorientować, gdzie się znajduje. Dom, z którego wyszli, miał okna zabite deskami i 

wyglądał jak typowy budynek w dzielnicy slumsów. Obok znajdował się jakiś magazyn. Babe nie 

mógł zauważyć nic więcej, gdyż Janeway ciągnął go za sobą, nie zważając na trudności, jakie 

sprawiało chłopcu poruszanie się. Energicznym ruchem otworzył drzwi samochodu i krzyknął:

- Wskakuj do środka... nie tu, do cholery, do tyłu... Wsiadaj i kładź się na siedzeniu. - Babe 

próbował spełnić prośbę Janewaya, lecz robił to zbyt powoli. Ten wepchnął go siłą do środka i 

powiedział rozkazującym głosem: - Kładź się... kładź się na podłodze i nie ruszaj się! - Kiedy Babe 

background image

znalazł się wreszcie we wskazanym miejscu, Janeway zatrzasnął za nim drzwi, a następnie usiadł 

za kierownicą i przekręcił kluczyk w stacyjce. Ryknął silnik, samochód z piskiem opon ruszył do 

przodu, znikając w mroku nocy.

- No dobrze, wszystko zaczyna się powoli wyjaśniać. Słuchaj teraz uważnie i nie przerywaj 

- zaczął Janeway lecz.Babe nie posłuchał go i spytał:

- Czy mogę wstać?... Czy jesteśmy bezpieczni?... Która godzina?... Gdzie jesteśmy?... Co 

się dzieje? Uratował pan życie, chciałbym panu podziękować.

- Przerwałeś mi, a prosiłem cię tylko o jedno, o to właśnie, abyś mi nie przerywał...

- Nie chciałem być niegrzeczny, ale nikt dotąd nie uratował mi życia, więc chciałbym, aby 

pan wiedział, jestem za to wdzięczny...

- I znów mi przerwałeś - odparł Janeway. - Jeśli odpowiem na twoje pytania, czy obiecasz, 

że zamkniesz się dopóki nie skończę?

- Zrobię, co będę mógł. Tak, obiecuję.

- No dobrze. Czy możesz wstać? Odpowiedź brzmi: nie. Nie wiem, co oni knują, i im mniej 

będzie widoczna twoja głowa, tym większe prawdopodobieństwo, że zostanie na swoim miejscu. 

Gdzie jesteśmy? Na Pięćdziesiątej którejś Zachodniej, daleko na zachód od centrum, w pobliżu 

rzeki Hudson. Wokół same magazyny. Ruch panuje tu tylko w ciągu dnia - przyjeżdżają wtedy 

ciężarówki z mięsem. Jest około czwartej lub trochę wcześniej. Wiem, że uratowałem ci życie. 

Znalazłem się po prostu na miejscu w porę i jeśli chcesz mi okazać wdzięczność, nie dziękuj, lecz 

po  prostu  milcz,  nie  odzywaj  się,  Levy,  czy to  jest  jasne?  Proszę  cię  jedynie   o to,  żebyś   się 

zamknął. Czy to aż takie trudne?

- Nie, proszę pana - odparł szybko Babe, który leżał skulony na podłodze samochodu. Gdy 

Janewaya pozna się trochę bliżej, okazuje się, że wcale nie jest takim złym facetem. To prawda, że 

ma trochę przewrócone w głowie z tego powodu, że wszystko musiało być zawsze po jego myśli, 

lecz komuś, kto ratuje ludzi z takiej opresji, można to w końcu wybaczyć.

Janeway   skręcił   w   przecznicę.   Zapiszczały   opony   i   przez   chwilę   można   było   odnieść 

wrażenie, że samochód jedzie na dwóch kołach.

- A więc słuchaj. Ten duży facet nazywał się Franz Karl i był jak wrzód na zdrowym ciele 

społeczeństwa. To chyba największy komplement, jaki można powiedzieć pod jego adresem. Miał 

bzika   na   punkcie   damskich   tyłków   i   uwielbiał   zadawać   ludziom   ból   -   zwłaszcza   kobietom. 

Powinien był pracować w jakimś więzieniu na Południu - nie cierpiał czarnych. Czułby się tam jak 

w raju, siedząc i popijając całymi dniami piwo. Dla rozrywki brałby kij i waliłby nim czarnuchów 

po   plecach.   Jeden   Bóg   wie,   jak   różni   ludzie   chodzą   po   świecie.   Facet,   którego   zastrzeliłem, 

nazywał się Peter Erhard. Był kuzynem Karla i jednocześnie jego szefem. Można o nim powiedzieć 

background image

jedynie, że również był  jak wrzód na ciele, tyle  że wyższej kategorii. Mieszkali razem w tym 

właśnie   domu,   z   którego   niedawno   wyszliśmy.   Nie   byli   jego   właścicielami.   Kazano   im   tam 

zamieszkać, więc zrobili to. Jeśli powierzano im jakieś niezbyt skomplikowane zadanie, można 

było   mieć   pewność,   że   zostanie   ono   wykonane.   To   właśnie   było   ich   największą   zaletą   - 

wykonywali proste rozkazy. Szybko i sprawnie. Miało to jednak swój cel.

- Jaki cel?

- Zamknij się... słyszałeś o Józefie Mengele i Christianie Szellu?

Brak odpowiedzi.

- Do diabła, odpowiedz, Levy!

-   Przepraszam,   panie   Janeway,   ale   jestem   zupełnie   zdezorientowany.   Przed   chwilą   pan 

powiedział, żebym się zamknął.

- To prawda, lecz zadałem ci pytanie. - Janeway skręcił w następną przecznicę i znów 

rozległ się pisk opon.

- O Mengele i Szellu? Nie.

-   Jezu!   -   wybuchnął   Janeway.   -   Odniosłem   wrażenie,   że   uważasz   się   za   genialnego 

historyka. Czy nie słyszałeś o innych Niemcach oprócz Hitlera?

- Ma pan na myśli Martina Bormanna? - próbował ratować sytuację Babe.

- Bormann najprawdopodobniej nie żyje... och, wiem dobrze, że gazety ciągle rozpisują się 

na temat tego, że żyje na wolności w Bogocie lub też prowadzi jakieś eksperymentalne badania w 

Grossinger. Większość jednak tych, którzy zajmują się poszukiwaniem byłych nazistów, twierdzi, 

że   Bormann   nie   żyje.   Ci   ludzie   posiadają   zazwyczaj   sprawdzone   informacje,   więc   nie   mam 

podstaw im nie wierzyć. Natomiast wszyscy są zgodni co do tego, że Szell i Mengele ciągle się 

ukrywają.   Dowodzili   eksperymentalnym   blokiem   w   Oświęcimiu.   Są   najbardziej   znanymi 

postaciami wśród niemieckich nazistów, którzy pozostali przy życiu.

Babe próbował zająć wygodniejszą pozycję, lecz nie było  to możliwe, gdyż podłoga w 

samochodzie była twarda, a odstęp między przednimi i tylnymi siedzeniami zbyt mały. Zaczęła mu 

dygotać szczęka. Za każdym razem, gdy samochód wjeżdżał w jakąś dziurę, Babe miał wrażenie, 

jakby dostawał pięścią w twarz.

- Powód, dla którego przeżyli, jest bardzo prosty: byli mądrzejsi od innych. Nazywano ich 

zawsze "bliźniaczą  parą aniołów". Mengele był  "Aniołem Śmierci",  natomiast  Szell - "Białym 

Aniołem",   a   to   dlatego,   że   miał   gęste,   kręcone,   przedwcześnie   posiwiałe   włosy.   Mengele   był 

lekarzem i posiadał tytuł doktorski, jednak nie dorastał do pięt swemu koledze. - Jadąc na pełnym 

gazie samochód wjechał nagle w głęboką dziurę i Janeway ostro przyhamował.

Babe wydał bezwiednie okrzyk.

background image

- O co chodzi?

- Nic, nic. Proszę mówić dalej. Czy ci, których pan teraz zabił, pracowali dla "aniołów"?

- Nie. Tylko dla Szella. I uwierz mi, że nie byli jedynymi osobami na jego liście płac. Czy 

nie wiesz, jak bardzo bogaci byli czołowi naziści?

- Nie wiedziałem o tym. Byli miliarderami?

- Myślę,  że śmiało  można  tak powiedzieć.  Dam ci przykład:  w  sierpniu czterdziestego 

czwartego,   gdy   Niemcy   zorientowali   się,   że   sytuacja   staje   się   zła,   kilku   czołowych   nazistów 

zapłaciło Argentynie pięćset milionów w zamian za wyrobienie nowych dokumentów. Ci faceci 

dokonali   spustoszenia   całego   kontynentu.   Gdy   w   czterdziestym   piątym   popełnił   samobójstwo 

Goring   -   wiesz,   że   kradł   obrazy   będące   własnością   Żydów   -   wartość   jego   kolekcji   została 

oszacowana na dwieście milionów dolarów. W tamtych czasach. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, co 

dzieje   się   na   rynku   dzieł   sztuki   oraz   spadek   wartości   dolara,   suma   ta   urosła   do   co   najmniej 

miliarda.

Samochód znów wjechał w dziurę.

- Jezu - powiedział Babe.

- To naprawdę niesłychane - ciągnął dalej Janeway. - Mengele urodził się już z pieniędzmi. 

Szell natomiast musiał na nie zapracować. Był protegowanym Mengele z powodu zalet umysłu, jak 

również ze względu na wygląd zewnętrzny.  Widzisz - Mengele nie cierpiał swojego wyglądu. 

Sądził, że przypomina Żyda lub Cygana. I była to prawda. Połowę jego absurdalnej działalności 

można   przypisać   nieodpartej   chęci   zmiany   własnego   wyglądu;   ale   dlaczego   przeszczepiał 

mężczyznom   damskie   piersi   lub   prowadził   eksperymenty,   w   wyniku   których   ludziom   miały   z 

pleców wyrastać ramiona - tego nie wie nikt.

- Nie zrobił tego - wtrącił Babe.

- Masz rację, próby zakończyły się niepowodzeniem, ale uwierz mi, że starał się, jak mógł. 

No dobrze, zapomnijmy teraz o Mengele i przejdźmy do Szella, gdyż on tu jest najważniejszą 

postacią. Mówiłem już, że gdy zaczynał swą działalność, nie miał pieniędzy.  To oczywiste, że 

zainteresowało go złoto. Po Oświęcimiu rozeszły się pogłoski, że Christian Szell jest człowiekiem 

przekupnym i jeśli zapłaci mu się odpowiednią sumę, można znaleźć się na wolności. Na początku 

Szell faktycznie pomógł w ucieczce kilku osobom, lecz zrobił to jedynie dlatego, by potwierdzić 

wiarygodność krążących na jego temat pogłosek. Nieszczęśni Żydzi, podobnie jak inni więźniowie, 

trzymali   przy   sobie   wszystkie   kosztowności   -   najczęściej   wkładali   je   po   prostu   do   tyłka. 

Przychodzili do Szella lub przynajmniej zabiegali o to, by z nim porozmawiać. On przyjmował 

tylko najbogatszych i dobijał z nimi targu. Gdy oddawali mu wszystko, co mieli - brylanty i inne 

cenne przedmioty, wtedy ich zabijał. Zarówno on, jak i Mengele byli panami życia i śmierci w 

background image

swym bloku eksperymentalnym. Biorąc pod uwagę to, co wyczyniał z ludźmi Mengele, trudno się 

dziwić, że to Szell potrafił zdobywać zaufanie niektórych więźniów. Podejmując ryzyko, nie mogli 

się przecież zwrócić o pomoc do szaleńca Mengele, który był pochłonięty myślą o tym, że w końcu 

uda mu się wyhodować nową rasę ludzi o niebieskich oczach. - Janeway wziął w tym momencie 

głęboki wdech. - No cóż, opisałem ci prawie całe tło wydarzeń. Czy nie masz jakichś pytań?

- Na razie nie. Tylko jedno: co ja mam z tym wszystkim wspólnego?

- Ojciec Szella zginął w wypadku zaledwie kilka tygodni temu.

- I co z tego wynika?

-   Pamiętasz,   jak   mówiłem,   że   Szella   na   początku   zainteresowało   złoto.   Bardzo   szybko 

przerzucił   się  jednak  na  brylanty.  Aby  je  zdobyć,   sprzedawał   dosłownie   wszystko.  Nie   chciał 

obrazów ani gotówki - pragnął tylko brylantów. Nikt nie wiedział, ile ich w sumie zdobył. Na 

początku   czterdziestego   piątego   udało   mu   się   przerzucić   za   granicę   ojca.   Gdzie   przyjechał? 

Właśnie tu.

- Do Ameryki?

-   Do   Nowego   Jorku.   Miał   siostrę   w   Kalifornii   i   zamieszkał   z   nią   pod   przybranym 

nazwiskiem. Siostra umarła, lecz on żył nadal. Pozostał więc sam, lecz niezupełnie sam.

- Co to znaczy?

- Zostały brylanty. Szell powierzył je ojcu - prawie wszystkie. Przy sobie zatrzymał jedynie 

taką ilość, która pozwoliła mu się urządzić w Ameryce Południowej. Do czasu, gdy zapuszkowali 

Perona, mieszkał w Argentynie. Później przeniósł się do Paragwaju. Brylanty zostały tutaj. Szell 

chciał, aby były w bezpiecznym miejscu i gdyby kiedykolwiek został złapany, mógłby dzięki nim 

wykupić   się   na   wolność.   Jego   ojciec   trzymał   kosztowności   w   depozycie.   Kiedykolwiek   Szell 

potrzebował   pieniędzy,   kontaktował   się   z   ojcem.   Korzystał   z   pomocy   kurierów.   Brylanty 

wędrowały   tam,   gdzie   osiągały   najwyższe   ceny   -   do   Szwajcarii   lub   Niemiec   Zachodnich. 

Wszystkie pieniądze Szell zamieniał następnie po korzystnym kursie na walutę Paragwaju i znów 

żył jakiś czas nie cierpiąc na brak gotówki. I tak było do czasu, gdy ojciec zginął w wypadku 

samochodowym. Widzisz, nie wszyscy mają dostęp do depozytu bankowego - tylko jego właściciel 

oraz osoba przez niego upoważniona. Taką osobę wyznacza się tylko na wypadek nagłej śmierci - i 

był nią właśnie Szell. W tej chwili jego ludzie starają się zbadać, czy bardzo niebezpieczne byłoby 

sprowadzenie   go   na   dzień   lub   dwa   do   Ameryki.   Chcą   wiedzieć,   czy   nie   byłoby   w   tym   zbyt 

wielkiego   ryzyka.   Taki   właśnie   mają   problem   do   rozwiązania.   Osobiście   uważam,   że   musi 

przyjechać, po prostu nie ma wyboru. W przeciwnym razie straci swą fortunę.

Wielkie ryzyko - pomyślał Babe, a następnie zapytał:

- Powiedział pan, że to oczywiste, iż Szella zainteresowało złoto. Dlaczego jest to takie 

background image

"oczywiste"?

- Oczywiste były ku temu powody, zyskał przecież sławę wyrywając Żydom złote zęby. W 

piecach Oświęcimia odnaleziono bardzo niewiele złota. Szell był dentystą.

W tym momencie Babe podniósł głowę zza tylnego siedzenia.

- Panie Janeway, on nie wybiera się do Ameryki, on już tu jest.

Janeway   odwrócił   głowę   i   spojrzał   przelotnie   na   Babe'a.   Potem   znów   skupił   się   na 

prowadzeniu samochodu.

- Nie - powiedział po chwili. - Musielibyśmy coś wiedzieć. - Po czym dodał: - Schowaj 

głowę. - Milczał przez chwilę, po czym znów zapytał: - Dlaczego tak sądzisz?

- To nie Karl i Erhard próbowali mnie zabić. Człowiek, który chciał to zrobić, był dentystą.

- Mów dalej - Babe wyczuł rosnące podniecenie w głosie Janewaya.

- W kółko powtarzał to samo pytanie: Czy istnieje zagrożenie? Czy istnieje zagrożenie?

- Jak wyglądał? Miał niebieskie oczy? Siwe włosy?

- Och, tak. Miał niebieskie oczy o niezwykle intensywnej barwie, lecz był łysy, zupełnie 

łysy, ale...

- Ale to absolutnie nic nie znaczy, gdyż mógł zgolić włosy! No, mów dalej.

- Był  niezwykle  sprawny.  Gdy zadawał mi  ból, robił to z wielkim znawstwem rzeczy; 

dokładnie wiedział, kiedy stracę przytomność, potrafł przewidzieć każdą moją reakcję.

- A więc pytanie: "czy istnieje zagrożenie?" można zinterpretować  następująco: czy ja, 

Christian Szell, będąc w Ameryce,  mogę iść do banku po moje brylanty,  nie narażając się na 

niebezpieczeństwo? Gdy weźmie z sejfu brylanty, może zostać obrabowany. Złodziej wzbogaciłby 

się o pięćdziesiąt milionów, a może pięć razy więcej - i nie musiałby zapłacić podatku. - W głosie 

Janewaya   pobrzmiewała   teraz   nuta   triumfu:   -   Sukinsyn   nie   wie,   co   robić,   trzęsie   ze   strachu 

portkami! - Janeway niemal krzyknął: - Ja również trząsłbym się ze strachu. Kiedy wyjdzie z banku 

ze swoją pieprzoną fortuną, będzie zdany wyłącznie na siebie. Nie powie przecież glinom, że został 

okradziony!

- Ciągle jednak nie rozumiem, jaką rolę w tym wszystkim odgrywam ja.

- Sukinsyn na pewno myśli, że brat powiedział ci o czymś przed śmiercią.

- Chce pan przez to powiedzieć, że Doc miał jakieś powiązania z Szellem?

- Cała nasza praca przypomina działanie broni obosiecznej. Zdarza się, że sprzedajemy 

tajemnice innym krajom. Nie prowadzi to do żadnych konsekwencji, gdyż inni znają nasze sekrety 

- i my o tym wiemy. Szell pozostał przy życiu dzięki temu, że wydawał władzom innych nazistów. 

Gdy zastawiano na niego pułapki, wiedział o nich wcześniej i zawsze udawało mu się w porę 

zniknąć.   Do tej  pory  przed  sądem  stanęło  ponad  tysiąc  nazistów.  Sądzę,  że  w   tej   liczbie  jest 

background image

szacunkowo od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu osób, które zawdzięczają to właśnie Szellowi. 

Twój brat był łącznikiem Szella. Erhard odbierał brylanty od ojca Szella i przekazywał je twojemu 

bratu, a ten z kolei wywoził je do Edynburga. Mieszkał tam facet, który zajmował się handlem 

antykami.   To   on   właśnie   sprzedawał   brylanty.   Przez   całe   lata   krążyły   pogłoski,   że   facet   ten 

oszukuje Szella - to znaczy sprzedaje towar za pół miliona i twierdzi później, że wynegocjował 

cenę czterysta pięćdziesiąt tysięcy. Tak dobrze znał się jednak na tym fachu, że nadal korzystano z 

jego usług. Poza tym, jak już mówiłem, były to jedynie pogłoski. Gotówkę otrzymywał następnie 

kurier, który wyjeżdżał do Paragwaju i kontaktował się z Szellem. Tak w zarysie wyglądała cała ta 

operacja. - Janeway skręcił w następną przecznicę i przyspieszył. - Tom, zadam ci teraz pytanie i 

proszę cię, powiedz mi prawdę - nawet jeśli jest to najgorsza prawda.

- Odpowiem na każde pytanie.

- Przestań wreszcie ochraniać brata. Jestem przekonany, że to robisz. Gdy rozpruli jego 

ciało, powinien był zginąć na miejscu. Pamiętaj, że znam się na tym. Pamiętaj również o tym, że 

dokładnie oglądałem ciało. Musiał bardzo chcieć ci o czymś powiedzieć - z tego właśnie powodu 

nie umarł od razu. Chciał ci przekazać jakąś niezwykle ważną informację. Nie doczołgałby się aż 

do twojego mieszkania po to jedynie, by krzyknąć kilka razy "Babe" i w końcu skonać. Nadszedł 

już czas, abyś mi wreszcie wyjawił prawdę. To niesłychanie ważne. A więc co powiedział?

Babe leżał spokojnie na podłodze z tyłu samochodu.

-   Powiedziałem   panu   wszystko.   Przysięgam,   że   nie   pominąłem   żadnych   ważnych 

szczegółów.

- A może jakieś szczegóły, których nie uważasz za istotne. On nie żyje. W niczym mu nie 

możesz   pomóc.   Poza   tym   trudno   jest   mnie   czymkolwiek   zaskoczyć;   w   mojej   branży   ludzie 

opowiadają niesłychane historie. Słyszałem już o tym, że twój brat był niezwykle niebezpieczny, że 

był podwójnym agentem, złodziejem i perwersyjnym homoseksualistą. Cokolwiek powiesz - nie 

będzie to nic nowego. Założę się, że on słyszał jeszcze gorsze rzeczy na mój temat. Pamiętaj 

jednak, że mamy tu do czynienia z cholernym nazistą, którego ręce ociekają krwią tysięcy ludzi. A 

więc zaklinam cię, wyjaw mi, co ci powiedział?

- Nic...

-   Cholera!   -   zaklął   Janeway   i   nacisnął   mocno   pedał   hamulca.   Samochód   natychmiast 

zatrzymał się.

Babe podniósł głowę.

Znajdowali się w tym samym miejscu, z którego wcześniej ruszyli - przed domem, którego 

okna były zabite deskami. W pobliżu czekali Karl i Erhard.

- Nie potrafiłem zmusić go do mówienia - powiedział Janeway. - Teraz należy do Szella.

background image

- Nie! - wrzasnął Babe. - Pan ich zabił!

- Jesteś zbyt łatwowierny - odparł Janeway. - I któregoś dnia możesz tego pożałować. - Na 

jego twarzy znów pojawił się uśmiech. - Witajcie u starych przyjaciół.

Karl wyciągnął Babe'a z samochodu. Babe był w tej chwili bezbronny. Trzy minuty później 

siedział przywiązany do dentystycznego fotela.

background image

Część IV: 

Śmierć maratończyka

background image

23

- Pospieszcie się - powiedział Janeway, gdy Karl i Erhard unieruchomili ręce i nogi Babe'a. 

- Niech któryś z was zawoła Szella.

Karl spojrzał na Janewaya.

- Pan nie ma prawa nam rozkazywać.

- Mniejsza o to, chodźmy - wtrącił Erhard, kuśtykając w kierunku drzwi. - Mamy niewiele 

czasu. - Karl podążył za nim.

Babe podniósł wzrok i przyglądnął się Janewayowi.

- Mówił pan, że Doc był pana kumplem. Kłamał pan, prawda?

Janeway przez chwilę milczał. Babe przyglądał mu się i nie dostrzegał już w tej chwili zbyt 

wielu cech, jakie mogły go łączyć z Gatsbym. Janeway przypominał raczej adwokata Nixona o 

nazwisku Dean, człowieka zwanego rybą-pilotem. To ryba, która żeruje na tym, co upoluje duży 

rekin.

- Scylla był romantycznym głupcem i przez to w końcu zginął. Zawsze przytłaczał obiekty 

swoich uczuć wybujałą namiętnością. Dlatego stale odpowiadano mu niewiernością. Nie był do 

mnie tak przyjaźnie nastawiony, jak mu się wydawało. Najpierw interesy, później przyjemność - 

czy ktoś kiedyś nie powiedział już tego? - Janeway uśmiechnął się promiennie. Znów przypominał 

Gatsby'ego. - Jak ci się wydaje, kto skontaktował go z Szellem?

W korytarzu ponownie rozległy się kroki. Janeway zesztywniał, podobnie jak poprzednio 

Karl i Erhard. Zniknął gdzieś Gatsby; powróciła ryba-pilot.

- Zostawię was samych - powiedział Janeway. Babe został w pokoju z Szellem. Jeśli chodzi 

o inne szczegóły scenerii, wszystko było tak, jak za pierwszym razem: zapalone lampy, czyste 

ręczniki i znajdująca się tuż przy Szellu czarna skórzana torba. Szell podszedł do umywalki i umył 

ręce.   Otrzepał   je   z   resztek   wody   i   wytarł   ręcznikiem.   Następnie   przybliżył   je   do   najjaśniej 

świecącej  lampy i uważnie im się przyjrzał.  Najwidoczniej  był  z czegoś  niezadowolony,  gdyż 

wrócił do umywalki i ponownie umył ręce, robiąc to jeszcze staranniej niż za pierwszym razem. 

Zrobiwszy to, znowu przybliżył dłonie do lampy, lecz tym razem przerwał milczenie.

- Musisz mi wybaczyć, ale jestem przeczulony na punkcie higieny, która jest, można by 

rzec, moją obsesją. Tam gdzie mieszkam, zatrudniam praczkę, która przychodzi codziennie. W 

tym, co robi, jest wyśmienita. - Wziął drugi ręcznik, wytarł ręce i zwrócił się do Babe'a: - A więc 

jesteś bratem Scylli.

Babe milczał.

- Ależ proszę cię, chciałbym teraz porozmawiać; odczuwanie bólu ma więcej wspólnego ze 

background image

sferą życia psychicznego niż fizycznego i zapewniam cię, że bólu doświadczysz aż nadto. Teraz 

byłoby jednak miło trochę pogawędzić. Czy wiesz, w jaki sposób zostałeś oszukany? Naboje były 

ślepe, a nóż miał chowane ostrze. Ktoś, kto nie ma czasu, by dokładniej przyjrzeć się takiemu 

nożowi, może się łatwo nabrać. Zgodzisz się ze mną?

Babe nie odpowiedział. Szell podszedł bliżej.

- "Thomas Babington" - tak mnie poinformował Janeway. Oczywiście, ku czci wielkiego 

brytyjskiego historyka. Jak zwracają się do ciebie znajomi? Pewnie Tom.

Babe zamknął oczy.

- Posłuchaj: rozumiem, że możesz czuć do mnie pewną awersję, ale to ja chcę pogawędzić i 

w tej chwili osobą, która ma przewagę, jestem właśnie ja. Staram się jednak nigdy nikomu nie 

narzucać. A więc jeśli nie chcesz ze mną rozmawiać - w porządku, twoje widzimisię. Ale jeśli ja 

będę miał ochotę popracować nad twoim zębem, zrobię to, bo takie będzie moje widzimisię.

Babe szybko otworzył oczy i zapytał:

- Jak to się dzieje, że prawie w ogóle nie ma pan obcego akcentu? Znam się trochę na 

językoznawstwie i wiem, jak trudno jest ukryć niemieckie pochodzenie.

Szell niemal uśmiechnął się.

- Janeway ostrzegał  mnie,  że jesteś  inteligentny,  ale nawet ja nie  oczekiwałem takiego 

frontalnego ataku. Mógłbym raczej spodziewać się pytania: "co pan ze mną zrobi?" Albo pytań 

związanych z twoim bratem. Ty natomiast starasz się mi najpierw przypochlebić. Ukłon w twoją 

stronę.

-   Interesują   mnie   po   prostu   języki,   to   wszystko.   Są   jednym   z   elementów   historii 

społeczeństw - odparł Babe i zaraz potem zapytał: - A właściwie co pan ma zamiar ze mną zrobić?

- Nic przyjemnego - powiedział Szell takim tonem, że zabrzmiało to jak obietnica, po czym 

szybko dodał: - W dzieciństwie cierpiałem na dysleksję. To choroba...

- Wiem, co to jest dysleksja. Brak zdolności rozumienia tekstu pisanego.

- Zdumiewająca erudycja - zauważył Szell.

- Nie, po prostu lubię coś wiedzieć na różne tematy; oprócz mojego głównego przedmiotu 

zajmowałem   się   angielskim   i   psychologią,   te   dziedziny   również   związane   są   z   historią.   Jakie 

nieprzyjemne   rzeczy   ma   pan   na   myśli?   Czy   nie   mógłby   mi   pan   powiedzieć   od   razu?   Lubię 

niespodzianki, lecz nie aż tak bardzo.

- Mówiliśmy na temat dyslekcji oraz problemów związanych z moim dzieciństwem. Nie 

zmieniłbym  takiego tematu rozmowy z tego przede wszystkim powodu, że sam zapytałeś  o te 

sprawy, a po drugie - i to jest dla mnie najważniejsze - w trakcie naszej pogawędki zaczynasz 

odczuwać coraz większy strach. Przygotowujesz się na to, że zostanie ci zadany ból, i wydaje mi 

background image

się,   że   twój   ból   zęba   jest   w   tej   chwili   bardziej   dotkliwy   niż   dwie   minuty   temu.   Nie   musisz 

odpowiadać.

- To prawda - odrzekł Babe.

- To było dla mnie bardzo trudne. Nie oczekuję współczucia ze strony Żyda, lecz rozumiesz 

chyba,  że dzieciństwo nie było  dla mnie  okresem zbyt  szczęśliwym.  Byłem  bowiem genialnie 

uzdolniony i wiedziałem, że tak jest - nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Wszyscy jednak 

uważali, że jestem cofnięty w rozwoju, jeśli w ogóle nie upośledzony. Faktem jest, że przez całe 

życie nienawidziłem pisać i jeśli chodzi o charakter pisma, można powiedzieć, że znajduję się 

ciągle   na   etapie   raczkowania.   Nie   cierpię   etymologii   i   filologii.   Fascynuje   mnie   natomiast 

morfologia. Przypuszczam, że i to słowo nie jest ci obce.

Babe potaknął.

- Tak więc fascynuje mnie fleksja. Uwielbiam żargon. I jeszcze coś.

- Co takiego?

- Spędziłem ponad dwadzieścia pięć lat życia w Ameryce Południowej. Nie jest to zbyt 

ciekawe miejsce. Jeśli nie jest się rewolucjonistą, można się tam zanudzić na śmierć. W wolnych 

chwilach   mówię   więc   po   niemiecku,   co   jest   oczywiste,   oraz   po   hiszpańsku   -   co   jest   równie 

oczywiste.   Mówię   też   innymi   językami:   po   francusku,   po   angielsku,   i   to   zarówno   dialektem 

brytyjskim, jak i amerykańskim. W tej chwili uczę się włoskiego, lecz na tym, niestety, skończy się 

moja lingwistyczna edukacja. Jestem już za stary na naukę chińskiego.

- A rosyjski? - spytał Babe.

- Tym pytaniem zdradziłeś się: jako człowiek jesteś zbyt młody, aby wiedzieć o pewnych 

rzeczach - odparł Szell. - Natomiast jako historyk posiadasz luki w edukacji. A więc spróbuję ci 

wyjaśnić  pewne sprawy.  Po tym,  co zrobiliśmy Rosjanom,  mógłbym  z równym  powodzeniem 

uczyć się hebrajskiego. - Szell potrząsnął głową. - Wokół mnie byli sami szaleńcy. - Spojrzał na 

Babe'a i zaczął się śmiać. - Wiem, że zabrzmiało to humorystycznie, gdyż jestem pewny, że to ja w 

twoich oczach uchodzę za szaleńca.

-   Ależ   nie,   to   nieprawda   -   zaprzeczył   Babe.   -   Widzi   pan,   wszyscy   mamy   jakieś   małe 

dziwactwa. Pan twierdzi, że jest niewinny - przyjmuję to za dobrą monetę. - Mówiąc to, skinął 

głową. Starał się przy tym sprawiać wrażenie, że wierzy we własne słowa. Przynajmniej na tyle, na 

ile pozwalały okoliczności.

- Straciłem niewinność z pokojówką w wieku zaledwie dwunastu lat. Nigdy nie mówiłem, 

że jestem niewinny. Twierdzę jedynie, że nigdy nie angażowałem się w działania, które mogłyby 

świadczyć o tym, że jestem szaleńcem. Gdy zajmowałem się jakąś O.D., zawsze miało to naukowo 

uzasadnione przesłanki.

background image

- O.D.?

- Osoba doświadczalna. Tak nazywaliśmy obiekty naszej pracy w bloku eksperymentalnym. 

Czy bardzo dokucza ci ból zęba?

Babe skinął głową.

- Czy masz nadzieję, że ktoś cię wybawi z opresji?

Babe powtórnie skinął głową.

- Jest to możliwe, lecz mało prawdopodobne. Jednak nigdy nie trać nadziei. Właścicielem 

tego   budynku   jest   mój   ojciec.   W   tej   chwili   jego   jedynymi   mieszkańcami   są   Erhard   i   Karl. 

Znajdujący   się   obok   magazyn   nie   jest   używany.   Proszę   cię,   nie   trać   nadziei.   To   dodatkowo 

wzmaga ból. Człowiek, który poddaje się losowi, staje się ludzkim wrakiem. Bardzo trudno jest 

wtedy wydobyć z niego prawdę.

-   Już   powiedziałem   panu   prawdę.   -   odrzekł   Babe.   -   Panu   i   Janewayowi.   Sto   razy. 

Powiedziałem wszystko, co wiem.

- Płaciłem twojemu bratu dużo pieniędzy. Za przewiezienie brylantów do Szkocji dostawał 

bardzo wysoką premię. Miałem do niego zaufanie; Żydów można obdarzać zaufaniem tylko wtedy, 

gdy w grę wchodzą pieniądze. Masz prawo nie zgadzać się ze mną w tej sprawie. Nie będziemy 

jednak w tej chwili polemizować. Żydom można więc ufać, lecz jedynie  do pewnego stopnia. 

Scylla pracował dla mnie przez długie lata, lecz kiedy zmarł mój ojciec, sytuacja zmieniła się. 

Myślę, że Scylla zamierzał mnie zabić i ograbić z brylantów, gdy tylko wyjdę z banku. Co o tym 

sądzisz?

- Nic o niczym nie wiem - odpowiedział Babe.

- Nie wierzę ci. Twój brat był godny zaufania, ponieważ kochał pieniądze. Był w końcu 

Amerykaninem, a miłość do pieniędzy jest czymś w rodzaju waszej cechy narodowej. Być może 

przesadzam, lecz stwierdzenie to nie jest zupełnie bezpodstawne. Scylla był moim kurierem, i to 

świetnym kurierem - silnym,  uzbrojonym,  czujnym.  Był kimś, kogo nie można obrabować. Za 

swoje usługi otrzymywał dużo pieniędzy. Nie płaciłem mu jednak całej sumy od razu - otrzymywał 

wynagrodzenie w ratach - raz w mniejszych, innym razem w większych. Były one rozłożone na 

całe lata. Minął jednak okres, gdy w grę wchodziły tysiące. Stawki poszły w górę. W tej chwili 

mamy do czynienia z milionowymi sumami, które przekraczają wszelkie wyobrażenie. Mamy też 

do czynienia z innym Scyllą. O ile wiem, brat kochał cię i umarł, jak mi doniesiono, w twoich 

ramionach. Tak więc trzeba zakładać, że możesz coś wiedzieć - być może niewiele, a może bardzo 

dużo, a może wiesz wszystko. Czy coś planował, a jeśli tak, czy planował to zrobić sam czy ze 

wspólnikami? A ponieważ nie ma go już wśród nas - czy owi wspólnicy odstąpili  od swoich 

zamiarów, czy też ich plany są nadal aktualne? Czy po wyjściu z banku zostanę okradziony? Czy 

background image

potrafisz wyjaśnić którąś z tych kwestii?

W tej chwili ból zęba stał się dla Babe'a bardzo dokuczliwy. Babe wiedział, że rozmowa nie 

potrwa już długo.

- Nic nie wiem.

- Ostatni raz pytam cię, obiecuję, że zadam to pytanie po raz ostatni: czy pójście do banku 

po brylanty łączy się z jakimś niebezpieczeństwem?

Babe nie potrafił udzielić żadnej odpowiedzi.

Szell otworzył czarną skórzaną torbę. I wyciągnął z niej przenośną wiertarkę.

- Pewnie pomyślałeś - zaczął Szell, przygotowując swoje narzędzia - że to pech, iż ząb 

zaczął cię boleć, zanim jeszcze przystąpiłem do pracy. Jeśli taka myśl przyszła ci do głowy, jest to 

zupełnie zrozumiałe. Jeśli faktycznie tak się stało, śpieszę cię powiadomić, że prawda jest inna: 

otóż los uśmiechnął się do ciebie.

Serce Babe'a zabiło mocniej. Przypomniał sobie, że w dzieciństwie trzymał w domu ptaszka 

w klatce. Gdy pewnego razu do klatki zbliżył się kot, ptaszek przestraszył się tak bardzo, że po 

chwili trzepotania skrzydłami i wydawania przeraźliwych skrzeczących dźwięków padł martwy. 

Jego biedne serduszko nie wytrzymało tak wielkiego zagrożenia.

Babe   pomyślał   o   własnym   sercu,   gdyż   zagrożenie   rosło   z   sekundy   na   sekundę.   Szell 

włączył sznur do kontaktu i uruchomił wiertarkę. Gdy tylko się zorientował, że działa bez zarzutu, 

natychmiast przycisnął wyłącznik. Ponownie sięgnął do skórzanej torby i wyciągnął z niej coś, co 

przypominało duży gwóźdź. Ostry koniec tego przedmiotu włożył do wiertarki, umocował go, a 

następnie zawołał Karla.

- Jego głowa - powiedział cicho Szell, gdy Karl wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. 

- Musi być nieruchoma, Karl. Tym razem nie może ani drgnąć, rozumiesz?

Karl chwycił głowę Babe'a swymi dużymi rękami i ścisnął z całej siły. Babe był bezradny. 

Właściwie   przez   cały   czas   odczuwał   bezradność,   jednak   dopiero   teraz   uczucie   to   stało   się 

dominujące. Ale czy to możliwe? Starał się zmusić do tego, by wszystkie myśli skoncentrować na 

tym właśnie pytaniu.

Trudna sprawa.

Nie potrafił w tej chwili kontrolować myśli. Wpatrywał się jedynie w wiertarkę i wystający 

z niej przedmiot przypominający gwóźdź.

Szell zauważył zainteresowanie w oczach Babe'a.

- Diament - powiedział wskazując główkę gwoździa. - Przenośna wiertarka, którą według 

mojego rozeznania można nabyć w każdym dobrze zaopatrzonym sklepie żelaznym. A to - zwykły 

diament, najbardziej pospolite narzędzie dentystyczne. Wielką zaletą tych przedmiotów jest ich 

background image

dostępność.   Próbowałem   na   ten   aspekt   zwrócić   uwagę   będąc   w   obozie,   lecz   Mengele   miał 

szaleńczą obsesję na punkcie hodowania nowej rasy ludzkiej o niebieskich oczach i zignorował to, 

co starałem mu się wytłumaczyć. Ale jak mówiłem już przedtem, człowiek ten był szaleńcem. 

Czyż mogłem więc liczyć na zrozumienie z jego strony? Wiesz, że w ciągu wieków prowadzono 

rozliczne wojny, w czasie których złapany szpieg przedstawiał jakąkolwiek wartość tylko wtedy, 

gdy mówił prawdę. Słyszałeś  zapewne o "żelaznej  damie", średniowiecznej formie tortur, oraz 

bardziej współczesnych torturach polegających na powodowaniu bólu jąder. Żadna z tych tortur nie 

jest jednak skuteczna - nie daje pozytywnych wyników. Czujesz się świetnie - a już po chwili 

znajdujesz się w agonii. Jeśli tortury trwają nadal, umierasz. Jeśli się je natomiast przerywa, ból. 

ustępuje. Gdyby Mengele słuchał innych, wszystkie problemy można było rozwiązać w tak łatwy 

sposób! To, co teraz z tobą zrobię, mógłby zrobić każdy inny człowiek zaledwie po kilku dniach 

nauki. Gdyby Mengele słuchał moich rad, żaden więzień nie byłby w stanie nam się oprzeć. Otóż 

nerw w zdrowym zębie jest o wiele czulszy na ból niż ten, który znajduje się w jamie zepsutego 

zęba.   W   momencie   gdy   zaczynałem   pracować   nad   twoim   zębem,   jego   nerw   był   już   prawie 

obumarły.

- Chce mi pan przeciąć nerw w zębie?

- Tak, zdrowy i żywy nerw. Po prostu wyboruję dziurę w zupełnie zdrowym zębie i po 

chwili wiertło dosięgnie miazgi.

Miazga. Babe zapamiętał to słowo.

- Chodzi o masę wewnętrzną zęba - wyjaśnił Szell. - Jeśli ma się do czynienia z osobą 

młodą, dotarcie do miazgi zęba nie stanowi żadnego problemu. Czynność ta nie powinna mi zająć 

więcej niż minutę. Borowanie dziury w zdrowym zębie nie jest samo w sobie niczym strasznym. 

Jedynym problemem jest to, że wiertło może się dość mocno rozgrzać, co z pewnością nie będzie 

miłe.   Zanim   jednak   wiertło   dotrze   do   miazgi,   ból   nie   będzie   zbyt   dotkliwy.   Miazga   jest   tym 

miejscem, gdzie znajdują się nerwy. Jest substancją składającą się z naczyń krwionośnych, włókien 

nerwowych, żył i tętnic oraz tkanki limfatycznej. Wszystkie te elementy są ze sobą posplatane. Nie 

martw się jednak o to, że ząb będzie krwawił. Nie twierdzę, że krew nie pojawi się w ogóle - być 

może jedna lub dwie krople. - Powiedziawszy to, zaczął wiercić dziurę w środku największego 

zęba Babe'a - górnego lewego siekacza na samym przodzie.

Babe zachował spokój.

Szell wiercił coraz głębiej.

Wiertło stawało się gorące.

Coraz gorętsze.

Szell przysunął się bliżej.

background image

Babe chciał wrzasnąć, lecz postanowił nie dawać Szellowi satysfakcji.

Szell nie przestawał wiercić.

Babe wrzasnął.

- Mówiłem, że gorące wiertło może sprawić ból - wyjaśnił Szell. - Jeszcze kilka sekund i 

dotrę do miazgi.

- Nie wiem, czego pan chce. Chryste, gdybym cokolwiek wiedział, powiedziałbym panu 

wszystko!

- Twój brat był bardzo wytrzymały. To cecha dziedziczna. Nie. Przykro mi, lecz obawiam 

się, że nie wydobędę z ciebie wszystkich informacji, dopóki wiertło nie zagłębi się w miazgę. 

Wtedy powiesz mi dokładnie wszystko.

- Powiedziałem już wszystko.

- Rzeczywiście? - Znów przystąpił do borowania.

Babe miał wrzasnąć ponownie, lecz tym razem ból nie był aż tak dotkliwy - wiertło nie 

nagrzało się do tego stopnia, by wywołać ból nie do zniesienia. I w tym momencie, ku zaskoczeniu 

Babe'a, zaledwie kilka sekund po rozpoczęciu borowania Szell wyłączył wiertarkę.

-   Jeszcze   chwila   i   dotrę   do   miazgi   -   powiedział   Szell.   -   Mówiłeś,   że   nie   lubisz 

niespodzianek, a więc w moim działaniu wziąłem to pod uwagę. Za chwilę zrozumiesz, że nie 

myliłem się mówiąc, że nerw w istniejącym już ubytku jest o wiele mniej czuły na ból niż nerw w 

zdrowym zębie. Chyba nie ma bardziej czułego miejsca niż miazga zdrowego zęba - szczególnie u 

tak młodego człowieka jak ty. Powiesz mi, czy miałem rację.

Wiertło zagłębiło się w miazgę.

Babe zaczął płakać. Nie potrafił w żaden sposób powstrzymać łez - łez bólu, które ciurkiem 

spływały mu po policzkach. Szell nie był tym bynajmniej zaskoczony i przycisnął jeszcze mocniej.

Gdy nagle przestał borować, Babe był na wpół przytomny.

- Czy chcesz  zobaczyć, jak wygląda nerw? - zapytał Karla. - Poczekajmy chwilę, musi 

przyjść do siebie. Możesz przez moment nie trzymać mu głowy.

Karl zwolnił uścisk, pozwalając głowie Babe'a opaść bezwładnie na piersi. Szell otworzył 

delikatnie   usta   Babe'a.   -   Widzisz   to   czerwone   miejsce?   To   właśnie   nerw   -   powiedział   Szell 

łagodnym głosem. - Nie wiedziałeś, że to tak wygląda, prawda?

Karl wydał jakiś dźwięk, który miał oznaczać odpowiedź przeczącą.

Gdy ząb nie był borowany, nie bolał aż tak bardzo dotkliwie. Babe siedział bez ruchu ze 

zwisającą   bezwładnie   głową.   To   ważne,   aby   ukryć   przed   Szellem   fakt,   że   krótka   przerwa 

przyniosła tyle ulgi.

Szell wiedział jednak o tym, ponieważ w tym właśnie momencie powiedział:

background image

- No dobrze, wracajmy do pracy.  - Karl ponownie unieruchomił głowę Babe'a, a Szell 

zabrał się do borowania. Babe znów zaczął płakać. Gdy Szell przerwał, nie pozwolił tym razem 

Karlowi zwolnić uścisku. Chwila wytchnienia była więc krótsza.

Babe przerwał ciszę i zdołał wykrztusić:

 -...Jak... jak pan... może... to robić?...

- Jak? Czy mogę odpowiedzieć słowami pewnego starego Żyda? Mądrego człowieka. Otóż 

Żyd ten wypowiedział takie zdanie: "Nie byliśmy w ich oczach tacy, jak inni". W moich oczach nie 

jesteś tak do końca istotą ludzką.

Po trzeciej rundzie tortur Babe błagał:

-...Niech mnie pan zabije...

-  Żyd   nie  może  umierać   wtedy,   gdy on  tego  chce,  lecz   wtedy,  gdy  my  uznamy  to  za 

stosowne - odpowiedział krótko Szell i znów zajął się zębem Babe'a.

Po siódmej sesji Szell zawołał Erharda i Janewaya.

-   Nie   wiedział;   nic   mi   nie   powiedział.   -   Gdyby   coś   wiedział,   nie   ukryłby   tego. 

Zmarnowaliśmy tylko czas. Pozbądźcie się go.

Babe siedział na krześle na wpół przytomny.

- Czy mamy go zabić? - zapytał Karl, aby upewnić się, co miał na myśli Szell.

- A jak inaczej możemy to zrobić? - wtrącił Erhard.

-   Choć   raz   zróbcie   coś   samodzielnie!   -   ryknął   Szell,   który   po   raz   pierwszy   stracił 

cierpliwość.

background image

24

Zanim jeszcze Szell zdążył zatrzasnąć za sobą drzwi, pozostali w pokoju mężczyźni zaczęli 

się sprzeczać.

- Rozwiążcie go! - rozkazał Janeway.

Erhard pokuśtykał w kierunku fotela i zaczął rozwiązywać rzemienie. Karl, który nie ruszył 

się z miejsca, zwrócił się do Janewaya:

- Mówiłem to już i nie będę powtarzał po raz trzeci: nie będziemy słuchać twoich rozkazów.

Janeway spojrzał przenikliwie na większego mężczyznę.

- Podnieś go i przestań mi się, do cholery, sprzeciwiać.

- No chodź, pomóż mi - powiedział Erhard, rozwiązując ostatni rzemień.

- Karl, jesteś najsilniejszy z nas, więc zajmij się chłopakiem. Nie sprawi ci to żadnego 

problemu, jesteś przecież taki mocny. - Karl lubił, gdy przypominano mu o jego sile. Erhard robił 

to tak często, jak to było konieczne.

Karl chwycił ramię Babe'a, przełożył je wokół swej grubej szyi i ściągnął go z krzesła. Babe 

był bezwładny.

- Idź sam! - rozkazał Karl. Babe próbował postawić krok. Karl musiał praktycznie nieść 

Babe'a, który usiłował jednak utrzymać się na własnych nogach, raz po raz stawiając pół kroku do 

przodu.

Janeway   otworzył   drzwi,   podczas   gdy   Erhard   pokuśtykał   pospiesznie   przez   korytarz   i 

przytrzymał drzwi, które prowadziły na klatkę schodową. Gdy wszyscy znaleźli się obok wyjścia, 

Babe zaczynał już poruszać się samodzielnie, lecz schody okazały się przeszkodą zbyt trudną - 

potknął się i gdyby nie przytrzymał go Karl, z pewnością przewróciłby się.

- Poręcz! - krzyknął Karl. Babe wyciągnął wolną rękę i wsparł się na niej. Gdy byli prawie 

na samym dole, Babe potrafił z trudnością utrzymywać równowagę. Pierwszy na ulicy znalazł się 

Erhard, za nim wyszedł Janeway, a na końcu Karl i Babe.

-  Pojedziemy moim samochodem - powiedział Erhard i wskazał w kierunku rogu ulicy. - 

No chodźmy, chodźmy. - Pokuśtykał przodem. Janeway zauważył, że Erhard lubi iść przodem. 

Zawsze, gdy znał drogę, kroczył jako pierwszy. Lubił też mówić: "no chodźmy, chodźmy", na co 

Janeway nie zwracał uwagi, pozwalając mu odnosić małe triumfy, które nie wyrządzały przecież 

nikomu szkody.

Z Karlem natomiast była inna sprawa. Przedtem, na górze, gdy Erhard powiedział, że Karl 

jest z nich wszystkich najsilniejszy, Janeway poczuł się dotknięty do żywego. Nie o to chodziło, że 

Karl nie odniósłby zwycięstwa, gdyby trzeba było podnieść jakiś ciężar. Janeway wiedział jednak, 

background image

że gdyby obaj stanęli przeciwko sobie w jakimś ciemnym zaułku, Karl nie przetrzymałby dłużej niż 

pół minuty walki. Prawdopodobnie odezwała się tu jego ambicja - już od kilku lat nie działał jako 

aktywny dostawca, a praca za biurkiem nie pomagała w utrzymywaniu tężyzny fizycznej. Karl 

mógłby w tej chwili przetrzymać trzydzieści sekund walki - Janeway nie był już taki szybki jak 

kiedyś. Dlaczego aż tak bardzo nie znosił Karla? Powodem tego była przypuszczalnie wzgarda, 

jaką czuje się do przedstawicieli niższego gatunku, spowodowana świadomością wszystkich różnic 

upodobań, gustów i rozrywek.

Skręcili za rogiem i znaleźli się na bocznej, ciemnej ulicy.

- No chodźmy, chodźmy - ponaglał idący przodem Erhard.

-   Chryste,   czy   zaparkowałeś   w   Jersey?   -   zapytał   Janeway   poirytowany   nawet   z   tego 

powodu,   że   musi   podążać   za   kuśtykającym   mężczyzną.   Te   dwie   porażki   mogły   z   pewnością 

wykończyć  chłopaka. Szell musiał  być  wściekły,  że jego metody okazały się nieskuteczne.  W 

przeciwnym razie nie poniżyłby Janewaya, skazując go na coś tak trywialnego jak wędrówka w 

poszukiwaniu samochodu.

- To już niedaleko. No chodźmy, chodźmy.

- Teraz kolej na ciebie. Ponieś go - powiedział Karl.

Janeway zignorował te słowa.

Karl mruknął coś pod nosem, co było prawdopodobnie niemieckim odpowiednikiem słowa 

"pedał".

I to słowo Janeway postanowił zignorować.

Karl czuł się coraz bardziej poirytowany. Odepchnął od siebie Babe'a.

- Możesz iść o własnych siłach.

Babe   robił,   co   mógł,   by   utrzymać   się   na   nogach.   Pośliznął   się,   lecz   po   chwili   zdołał 

utrzymać równowagę. Udało mu się nawet zrobić kilka małych kroków. Tym razem, inaczej niż 

wtedy, gdy schodził po schodach, nie upadł.

-   Jesteśmy   na   miejscu   -   powiedział   Erhard.   -   Za   chwilę   będziemy   gotowi   do   drogi.   - 

Samochód   okazał   się   starym   modelem   forda.   Erhard   wyciągnął   z   kieszeni   pęk   kluczy   i   w 

ciemnościach starał się znaleźć ten właściwy.

- Zamykałeś tego grata na klucz? - zapytał z niedowierzaniem w głosie Janeway.

- To okropna okolica - próbował wyjaśnić Erhard. - Ciągle zdarzają się tu kradzieże, a to 

jest świetny samochód. W ciągu dwunastu lat nie zawiódł mnie ani razu.

- Jeśli jest taki cholernie dobry, dlaczego, na rany Chrystusa, nie możesz otworzyć drzwi? - 

To pytanie nie spełniło swego celu. Nic nie mogło obrazić takiego kretyna, jakim był Erhard. Jeśli 

chciało się dopiec jakiemuś kretynowi, należało wybrać Karla, który stał z przodu samochodu i z 

background image

głupkowatym wyrazem twarzy obserwował rozwój wypadków. Na przedniej masce, zachowując 

milczenie, leżał rozwalony Babe.

- Już, już znalazłem, wszystko w porządku - powiedział Erhard. Włożył kluczyk do zamka i 

zaczął nim kręcić.

- Nie rób tego na siłę - wtrącił Karl. - Ostatnio próbowałeś otworzyć drzwi kluczykiem od 

bagażnika... nie zrób tego i tym razem...

- Niczego nie robię na siłę - odparł Erhard. Dosłownie sekundę później powiedział: - Niech 

to szlag!

W tym momencie zbliżył się zirytowany Janeway ze słowami:

- Daj mi ten kluczyk, ja otworzę to cholerne auto.

Wtedy wtrącił się Karl:

- Nie znasz tego samochodu, jeździłem nim jako pasażer, prowadziłem go, wiem, jak go 

otworzyć.   -   Mówiąc   to,   wyrwał   Erhardowi   kluczyk.   Tymczasem   Babe   zsunął   się   po   masce 

samochodu   i   stał   teraz   niepewnie   na   nogach,   starając   się   utrzymać   równowagę.   Zauważył   to 

natychmiast Janeway i zwrócił się do Karla:

- Miałeś zostać z chłopakiem. Idź i zajmij się nim.

Karl nie przystał jednak na tę propozycję:

- Ja się zajmę autem, a ty przestań mi rozkazywać.

Tu wtrącił się Erhard:

- No dobrze, ja to zrobię, a wy otwórzcie drzwi. - Powiedziawszy to, pokuśtykał w kierunku 

Babe'a.

Pokonany przez kalekę - pomyślał Babe, słaniając się na nogach jak pijaczek w ciemnej 

uliczce w dzielnicy Bowery. Cóż za wspaniały finisz maratonu, jaki napis można by umieścić na 

płycie grobowca! "Tu leży Thomas Babington Levy, 1948-1973, złapany przez Kulawego."

No cóż, trzeba jednak wziąć pod uwagę okoliczności. To oczywiste, że Erhard byłby bez 

szans, gdyby Babe był w innej sytuacji. Od dłuższego już czasu nie zmrużył jednak oka, a to, co 

wyczyniał z nim Szell, bynajmniej nie przyczyniło się do poprawy jego formy. Teraz, gdy stawiał 

niepewne kroki, odczuwał ból. Za każdym bowiem razem, gdy próbował wziąć głęboki oddech, 

chłodne nocne powietrze podrażniało odsłonięte nerwy jego zębów. Co więcej - nawierzchnia ulicy 

była, rzecz jasna, twarda i pokryta małymi, ostrymi kamyczkami, których nie można było dostrzec 

w ciemności. A on nie miał przecież butów i ubrany był jedynie w pidżamę. Był teraz dokładnie 

tym, czym był zawsze w oczach tarasowego gangu: bezradnym lalusiem, który słaniając się na 

nogach, posuwał się teraz powoli do przodu. Tuż za nim podążał Kulawy. Babe poczuł nagle, że w 

stopę wbił mu się jakiś przedmiot. Ból był tak dotkliwy, że przeniknął do samego mózgu i poruszył 

background image

go bardziej  niż powietrze  podrażniające  nerwy jego zębów. Babe miał  nadzieję, że nie był  to 

kawałek szkła, lecz po prostu kamyczek, który choć mógł wywołać przeraźliwy ból, to jednak nie 

naraziłby stopy na poważniejsze skaleczenie. Powinien się zatrzymać; wiedział, że powinien to 

zrobić. Wtedy mógłby się przynajmniej przed samym sobą usprawiedliwić. Do diabła, nigdy by 

mnie nie dogonił, ale musiałem się zatrzymać. Kulawy nie potrafił przecież dogonić maratończyka. 

W tym momencie Babe nie był jednak maratończykiem - cóż to za maratończyk, który biega boso?

Bikila!

Abebe   Bikila   -   wielki   etiopski   sportowiec,   z   zawodu   gliniarz,   który   brał   udział   w 

Igrzyskach   Olimpijskich   w   Japonii.   Oglądając   film   dokumentalny   o   tej   Olimpiadzie,   Babe 

dosłownie rozpłakał się. Faworytami  byli  Rosjanie - odznaczali się wielką siłą fizyczną, mieli 

świetnych lekarzy i stosowali specjalną dietę. Obok Rosjan największymi faworytami byli Niemcy. 

Występ   czarnego   Etiopczyka   został   powszechnie   zignorowany   lub   też   w   najlepszym   razie   - 

wyśmiany. Występował bowiem sam - bez żadnego wsparcia kolegów - a do tego nie posiadał 

nawet butów. Cały ten cholerny dystans 26 mil i 385 jardów zamierzał przebiec boso. Nie do 

wiary,   w   dwudziestym   wieku   biec   boso!   Na   początku   biegu   Rosjanie   okazali   się   bardzo 

nieustępliwi; tuż za nimi znaleźli się Niemcy. Gdy zawodnicy mieli już za sobą około dziesięciu 

mil, do ataku przystąpili Niemcy. O Rosjanach nie można było powiedzieć, że byli tylko twardzi - 

byli niezwykle twardzi i nieustępliwi. Odparli atak Niemców bez trudu i zaczęli kontrolować bieg 

wypadków. Wystarczyło jedynie zachować pełną uwagę i ostrożność, by właściwy biegacz dotarł 

do   mety   jako   pierwszy   oraz   by   stosownie   do   zasług   drugą   pozycję   zajął   ktoś   inny.   Rosjanie 

praktykowali   to   we   wszystkich   konkurencjach   i   byli   w   tym   bardzo   konsekwentni   -   dawano 

wygrywać   starszym,   bardziej   zasłużonym   sportowcom;   młodsi,   nierzadko   lepsi,   mogli   jeszcze 

poczekać na swe wielkie sukcesy. I nagle gdzieś z daleka z tyłu, za plecami Rosjan, rozległ się ten 

charakterystyczny, niezbyt głośny szum. Wzdłuż trasy biegów maratońskich nigdy nie zbierały się 

tłumy. Owszem, kibice gromadzili się na starcie i na mecie, czyli na stadionie - tam bowiem bieg 

się rozpoczynał  i kończył.  Wzdłuż  trasy biegu stało jednak niewielu  widzów, przypatrując  się 

ociekającym potem wariatom. Jak bowiem inaczej nazwać ludzi, którzy zmuszali swe ciało do tak 

wielkiego   wysiłku?   Po   przebiegnięciu   około   piętnastu   mil   znajdujący   się   na   trzeciej   pozycji 

Rosjanin zdał sobie nagle sprawę, że dzieje się coś dziwnego. Obejrzał się za siebie - zobaczył 

chudego,  czarnego  faceta  bez  butów, który poruszał się  coraz szybciej.  Rosjanin przyspieszył. 

Zmniejszył dystans dzielący go od dwóch kolegów i wszyscy trzej Rosjanie odbyli swego rodzaju 

konferencję, przekazując jeden drugiemu wiadomość z ostatniej chwili. A wiadomość była taka: za 

ich plecami biegło to coś, z tyłu zaczynało się dziać coś niesamowitego - bosy facet doganiał ich. 

Rosjanie   zwiększyli   tempo   biegu   i   było   mało   prawdopodobne,  aby  ktokolwiek   mógł   im   teraz 

background image

dotrzymać kroku. Potrafili osiągnąć takie tempo - przeszli odpowiedni trening, biegali odpowiednio 

dużo   i   stosowali   odpowiednią   dietę,   a   odpowiednio   dobrani   lekarze   czuwali   nad   właściwym 

przebiegiem treningu. A więc gdy trzeba było kogoś zetrzeć w pył - nie stanowiło to problemu. Po 

przebiegnięciu   dwudziestu   mil   bosy   facet   wyprzedził   znajdującego   się   na   trzeciej   pozycji 

Rosjanina i w tej chwili miał już przed sobą tylko dwóch innych biegaczy. Rosjanie musieli coś 

zrobić. Mając jeszcze sześć mil do mety, postanowili już w tej chwili dać z siebie wszystko. Ci, 

którzy byli za nimi, zostawali daleko w tyle; tym, którzy chcieli dotrzymać tempa, po jakimś czasie 

brakowało sił, by kontynuować bieg. Taki los spotkał wszystkich biegaczy - lecz nie czarnoskórego 

faceta,  który nawet nie posiadał butów. Gdy Rosjanie narzucili innym  maksymalne  tempo,  on 

zrobił coś, czego nie zrobił przed nim nikt inny - zaczął biec jeszcze szybciej od nich. Rosjanie 

jakby zamarli w bezruchu; ich tempo wydawało się ślimacze, podczas gdy bosy biegacz, który 

jeszcze dwie godziny wcześniej był obiektem szyderstw, teraz ich wyprzedzał, przepływał obok 

nich niczym żaglowiec, robiąc to jednak w tempie startującego odrzutowca - teraz on triumfował. 

Gdy   wpadł   na   stadion,   rozległ   się   ryk   tłumów   -   takich   wiwatów   na   cześć   maratończyka   nie 

słyszano od czasów Nurmiego. W panteonie znalazło się teraz ich dwóch, dwie legendy: Nurmi i 

bosy geniusz z Etiopii, wielki Bikila i... i niech mnie piekło pochłonie, jeśli dam się wyprzedzić 

jakiemuś Kulawemu - pomyślał Babe. Co z tego, że zranił stopę, a ząb nie przestawał go boleć ani 

na chwilę? Był przecież prawdziwym maratończykiem - a ktoś taki nie cofa się przed niczym w 

żadnych okolicznościach.

Kosztem wielkiego wysiłku Babe zdołał nieznacznie zwiększyć tempo biegu.

Za plecami usłyszał krzyk Erharda:

- Nie mogę go dogonić!

Janeway   patrzył   cały   czas   na   samochód;   teraz   podniósł   wzrok   i   zauważył   biegnącego 

chłopca, który znajdował się w odległości równej połowie drogi do następnej przecznicy. Kierował 

się w stronę rzeki i zachodniej autostrady.

- Ty! - Janeway zwrócił się do Karla. - Daj mi te cholerne kluczyki i złap go!

Słowa Janewaya odbiły się echem w ciemnej ulicy i Babe wiedział, że w tej chwili będzie 

miał za plecami dużego, brutalnego Karla. To prawda, że Karl był silny - tak silny jak Rosjanie. 

Bikila pobił jednak Rosjan. Babe wiedział, że gdyby tylko przestał mu dokuczać ból zębów, Karl 

byłby bez szans. Był to bowiem mężczyzna o silnych ramionach i potężnych barkach - nie było co 

do tego wątpliwości - lecz jego nogi nie wydawały się zbyt mocne i wytrzymałe. Babe przyłożył 

prawą dłoń do ust, by ochronić nerwy zębów przed powiewami chłodnego nocnego powietrza i tym 

samym uśmierzyć nieco ból...

...nie był to jednak zbyt dobry pomysł...

background image

...ponieważ stracił właściwą równowagę, a więc to, czego uczył się biegając całymi latami. 

Istota biegu polegała właśnie na tym - na zachowaniu równowagi. Odpowiednie ruchy pozwalały 

uniknąć zmęczenia, a kluczową rolę odgrywały tu właśnie ramiona. Zakrywając prawą ręką usta, 

Babe zachwiał właściwe proporcje - jego prawe ramię przestało stanowić przeciwwagę dla lewej 

ręki, co zakłóciło rytm biegu. Za plecami usłyszał zbliżające się ciężkie kroki Karla. Próbował 

uśmierzyć ból zębów, tracąc jednocześnie właściwą równowagę ciała.

Karl był coraz bliżej.

Nie   myśl   o   bólu   -   pomyślał   Babe   i   językiem   zakrył   przednią   część   uzębienia.   Dotyk 

ciepłego języka przyniósł mu pewną ulgę. Używając teraz obu ramion, biegł w tym samym tempie 

co goniący go Karl.

Po chwili zdołał lekko przyspieszyć i oddalić się od Karla.

- Na pomoc! - zawołał zdyszany Karl.

- Cholera! - zaklął Janeway, zostawił samochód i zaczął biec.

Potrafił to robić.

Babe ocenił to, wsłuchując się w rytm jego biegu. To prawda, że miał przewagę, lecz jak 

długo zdoła ją utrzymać?

Babe zbliżał się teraz do rzeki Hudson. Skręcił w najbliższą przecznicę i przez chwilę 

zawahał się - czy powinien pobiec w kierunku centrum, czy też w stronę przeciwną? Gdzie czekało 

go ocalenie? Oczywiście nigdzie. Wybrał jednak kierunek przeciwny do centrum, ponieważ kilka 

przecznic dalej - otoczony mrokiem nocy - znajdował się wjazd na autostradę zachodnią. Wjazd 

był stromy, a Babe jako biegacz czuł się doskonale na nierównym terenie. Gdyby zdołał dobiec do 

wzgórza autostrady jako pierwszy, dalej poradziłby sobie bez większych trudności. Biorąc udział w 

studenckich biegach przełajowych, spisywał się najlepiej w terenie pagórkowatym. Na płaskim nie 

szło mu już tak dobrze, gdyż  nie potrafił biec szybko  na krótkich dystansach.  Natomiast  jego 

rywale wpadali w panikę, widząc przed sobą wzniesienie.

Ale nie Babe.

Janeway znacznie zmniejszył dystans dzielący go od Babe'a. Chłopiec spojrzał na siebie - 

Karl wyprzedził Erharda, lecz tego pierwszego wyprzedził już Janeway. Tak więc za Babem biegło 

trzech   mężczyzn,   którzy   mieli   zdecydować   o   jego   losie.   Babe   pochylił   raptownie   głowę   i 

poruszając gwałtownie ramionami, zwiększył tempo do granic swych możliwości. Musiał bowiem 

utrzymać   bezpieczną   odległość   od   Janewaya,   który   biegł   teraz   jak   oszalały.   Janeway   był 

niewątpliwie szybszy,  ale czy potrafi utrzymać  tak wielkie tempo na dłuższym dystansie? Czy 

będzie w stanie biec dalej, gdy zabraknie mu tchu? Prawdopodobnie nie - pomyślał Babe. Według 

mojej oceny nie wygląda na maratończyka, lecz raczej na sprintera. Jest facetem, który w ułamku 

background image

sekundy potrafi zabić, lecz jeśli utrzyma się go w bezpiecznej odległości do momentu, gdy zacznie 

opadać   z   sił,   wtedy   można   z   nim   wygrać.   Babe   miał   jeszcze   do   pokonania   odcinek   równy 

odległości między dwiema przecznicami. Odległość dzieląca Janewaya od wjazdu na autostradę 

była,   być   może,   dwa   razy   większa,   lecz   ciągle   zmniejszała   się.   Babe   zobaczył   przed   sobą 

Nurmiego, który kiwał głową z politowaniem. Nie miał do tego prawa. Nie powinien go krytycznie 

oceniać za ten nocny bieg. Gdy Babe był w formie, mógł się zmierzyć z każdym. Na czele biegł 

boso Bikila. Odwracał się do tyłu i z politowaniem kiwał głową, widząc Nurmiego. Zaczynał się 

nawet śmiać. Takie zachowanie doprawdy nie było na miejscu. Bikila nie miał prawa upokarzać 

innego   maratończyka.   Przecież   on   sam   był   obiektem   szyderstw   w   Tokio,   a   jednak   pokazał 

wszystkim, co potrafi. Ale dobrze, śmiej się, sukinsynu - pomyślał Babe - pokażę ci, co potrafię. W 

tym momencie zebrał wszystkie siły i zwiększył tempo do granic wytrzymałości.

Janeway biegł jednak jeszcze szybciej.

Jaka dzieliła ich odległość? Osiemdziesiąt stóp? Może teraz już tylko sześćdziesiąt? Jest 

zbyt szybki, nie jestem w stanie go pokonać. Bikila zwolnił w tym momencie i znalazłszy się obok 

Babe'a, powiedział: - Ależ jesteś w stanie to zrobić. - Babe odparł: - Nie powinieneś był się ze mnie 

śmiać - na co Bikila odpowiedział: - Nigdy nie śmiałbym się z maratończyka, śmiałem się z tych, 

którzy myśleli, że pobiją jednego z nas biegnąc sprintem. - Usłyszawszy to, Babe poczuł się lepiej. 

Janeway   był   jednak   coraz   bliżej.   Nadchodził   czas   próby   wytrzymałości   serca.   Babe   zwykle 

poddawał   się   takiej   próbie   z   przyjemnością,   lecz   nie   teraz,   gdy   odczuwał   tak   dotkliwy   ból. 

Kosztem   wielkiego   wysiłku   zdołał   jednak   utrzymać   dystans   dzielący   go   od   Janewaya   aż   do 

momentu,   gdy   znalazł   się   między   Nurmim   i   Bikilą.   Nurmi   powiedział   wtedy:   -   W   Finlandii 

złamałem sobie kość w stopie, ale nie dałem tego po sobie poznać; raczej wolałbym umrzeć, niż 

nagle zacząć kuśtykać. Nikt nie zna twoich uczuć - tylko ty je znasz, tylko ty wiesz, co dzieje się w 

twoim sercu i umyśle. Dzięki temu właśnie potrafimy staczać zwycięskie bitwy z czasem. - Babe 

odparł: - Nie potrafię myśleć, powiewy wiatru zadają mi okropny ból; nie wiem, jak zachować się i 

co robić. - Nurmi udzielił mu wtedy rady: - Zwolnij, zakłóć rytm biegu, zrób to natychmiast. - Babe 

zwolnił na chwilę i wtedy Nurmi rozkazał mu: - A teraz mknij jak błyskawica. - Babe ruszył do 

przodu jak samolot odrzutowy. W tym momencie wtrącił się Bikila: - On nie wie, co się dzieje, 

sprinterzy   nie   mają   zbyt   dużo   oleju   w   głowie.   Bóg   dał   im   szybkość,   lecz   nie   obdarzył   ich 

zdolnością myślenia. Gdy zmusi się ich do ruszenia głową, są skończeni. - Być  może była to 

prawda, gdyż po raz pierwszy Babe słyszał biegnącego Janewaya mniej wyraźnie. - Pobiłem go, 

dokonałem tego - powiedział Babe. - Jeszcze nie, zaatakuje jeszcze raz, da z siebie wszystko - 

odparł Nurmi. - Jeśli utrzymasz dzielący was dystans, będzie bez szans. Musisz to zrobić sam, my 

tego za ciebie nie zrobimy - dodał Bikila. - Czy przynajmniej zostaniecie przy mnie? - zapytał 

background image

Babe.   -  Oczywiście,  że   tak.   Wszyscy   jesteśmy  maratończykami  i  tylko  my  wiemy,   czym   jest 

prawdziwy ból - odpowiedział Bikila. - Jest tuż za nami - ostrzegł Nurmi.

I tak było w rzeczywistości.

Odległość dzieląca Janewaya i Babe'a zmniejszała się z sekundy na sekundę. - Przykro mi, 

nie mogę biec szybciej, ale proszę, nie opuszczajcie mnie, już po mnie - błagał Babe. - Słuchaj: 

traci rytm biegu, nie poddawaj się, nie poddawaj się! - krzyknął Bikila. - Tak bardzo boli, pali mnie 

w środku - tłumaczył Babe, na co Nurmi odpowiedział gniewnym tonem: - Oczywiście, że pali cię 

w środku, musi tak być, ale biegnij dalej, musisz przezwyciężyć ból. Potrafiłem to robić i dzięki 

temu właśnie byłem największym biegaczem. - Babe próbował się bronić: - Mógłbym cię pokonać. 

Gdybym tylko miał szansę pożyć jeszcze kilka lat, rozłożyłbym cię na łopatki...

...w tym właśnie momencie Janeway rozłożył Babe'a na łopatki.

Znajdując się tuż przy wzniesieniu, podejmując ostatni desperacki wysiłek, rzucił się w 

ciemność nocy i koniuszkami palców dotknął kostki Babe'a. Obaj mężczyźni runęli na ziemię.

Wstawaj, człowieku! - krzyknął Bikila. - Wstawaj szybko. On jest sprinterem, nie stać go 

już na nic więcej. Jeśli teraz ruszysz do przodu, nigdy cię nie dogoni. - Babe był na czworakach i 

kręciło mu się w głowie, gdy nagle zwrócił się do niego Nurmi: - Sądziłem, że jesteś wspaniały w 

pokonywaniu wzniesień. Masz przed sobą wzgórze, więc spróbuj je pokonać. A może wolisz tu 

zostać i słuchać, jak ten facet dyszy?...

...było tak naprawdę - Janeway dostał zadyszki; próbując się podnieść, głęboko nabierał do 

płuc powietrza.

Babe z trudnością podniósł się z ziemi. Odczuwał okropny ból w kostce, a jego twarz była 

podrapana   wskutek   upadku   na   chodnik.   Gdy   usłyszał   jednak   sapanie   Janewaya   zrozumiał,   że 

wygrał ten bieg - jego konkurent został pobity. Fakt, że wzgórze było strome, nie miał w tej chwili 

znaczenia.   Babe   biegał   po   dużo   bardziej   stromych   wzniesieniach.   Za   sobą   usłyszał   w   tym 

momencie nawoływanie Janewaya: - Sprowadźcie samochód, sprowadźcie samochód! - Babe był 

już jednak w połowie wzniesienia i biegł coraz szybciej. Zauważyli to Bikila i Nurmi, którzy z 

pewnością  jakimś  gestem starali  się dodać mu  otuchy.  Jestem  prawdziwym  maratończykiem  - 

pomyślał Babe - i będzie lepiej, jeśli przestaniesz plątać nam się pod nogami. Jeśli nie posłuchasz 

mojej rady, możesz tego bardzo pożałować.

Jezu! - pomyślał Babe - będą mnie gonić samochodem.

Będą  pędzić   po wzgórzu  z  prędkością  dziewięćdziesięciu   mil  na  godzinę  -  i co  wtedy 

zrobię? Biegł wzdłuż prawej strony autostrady zachodniej w kierunku przeciwnym do centrum 

miasta, próbując wymyślić jakiś sposób skutecznej ucieczki. Jeśli jego przeciwnicy znajdą się w 

samochodzie, złapią go w ciągu kilku sekund. A więc zrób coś, wymyśl coś - ale co?

background image

W końcu wpadł na pomysł, który okazał się genialnym rozwiązaniem.

Być może nie tak genialnym jak prace Einsteina, Newtona, Orville'a czy Wilbura. Jednak 

biorąc pod uwagę fakt, że Babe nie miał całego roku na przemyślenie planu działania, jego pomysł 

mógł wprawić go jedynie w dumę.

A   więc   cóż   zrobił?   Po   prostu   przedostał   się   na   drugą   stronę   biegnącej   ponad   ziemią 

autostrady, przeskoczył przez barierkę o wysokości jednego jarda i zaczął biec w stronę przeciwną, 

a więc w kierunku centrum miasta.

Uprzednio wbiegł na autostradę, korzystając z wjazdu w kierunku przeciwnym do centrum 

przy Pięćdziesiątej Siódmej ulicy. Najbliższy następny zjazd w kierunku centrum znajdował się w 

bardzo dogodnym miejscu przy ulicy Pięćdziesiątej Szóstej. Było to wprost wymarzone miejsce.

Trzy   minuty   później   Janeway   wraz   z   kompanami   wjeżdżali   dopiero   samochodem   na 

wzniesienie będące wjazdem na autostradę w kierunku peryferii miasta. Babe obserwował ich z 

ukrycia, stojąc w miejscu, z którego mógł już ruszyć w kierunku centrum.

Nie był tego pewny, lecz przypuszczał, że goniący go mężczyźni - gdy zrozumieją swój 

błąd - będą mogli zawrócić dopiero przy ulicy   Siedemdziesiątej  Drugiej lub Siedemdziesiątej 

Dziewiątej.

Wyjazd z autostrady znajdował się przy ulicy Siedemdziesiątej Drugiej. Zanim samochód 

znalazł się przy Sześćdziesiątej Szóstej, Janeway odgadł, co się stało. W tym momencie nie mógł 

jednak uratować sytuacji. Mruknął tylko pod nosem: "cholera", powtarzając to słowo tyle razy, iż 

brzmiało to jak zaklęcie druidów. Wściekły do granic możliwości czekał, aż wreszcie pojawi się 

zjazd przy ulicy Siedemdziesiątej Drugiej. Wówczas zjechał z autostrady, wykonał kilka ostrych 

zakrętów i znalazł się w miejscu, z którego mógł ruszyć w kierunku centrum. Pomknął do przodu i 

w   niedługim   czasie   dotarł   do   wyjazdu   przy   ulicy   Pięćdziesiątej   Szóstej,   a   więc   do   początku 

domniemanej trasy ucieczki Babe'a. Janeway faktycznie nie mylił się w swych przypuszczeniach.

W tym jednak momencie Babe czuł się już bezpiecznie - i miało tak być przynajmniej przez 

kilka   chwil.   Był   zlany   potem,   bolały   go   zęby,   a   w   dodatku   rwało   go   w   kostce.   Miał   jednak 

poczucie odniesionego zwycięstwa - i  to w walce, której przebieg dyktowali jego przeciwnicy. Nie 

ustępował przecież w niczym swemu bratu.

background image

25

Po siódmym sygnale wreszcie rozległ się jej głos:

- Tak?

- Elsa...

- Kto mówi?

- Słuchaj...

- Tom?...

- Tak, posłuchaj, nie ma chwili do stracenia...

- Czy wszystko w porządku? Powiedz przynajmniej tyle...

- Tak, nic mi nie jest. Wiem, że jest przed piątą i że cię obudziłem, ale musisz coś dla mnie 

zrobić, jesteś mi potrzebna, Elsa. Tylko ty możesz mi pomóc.

- Oczywiście.

- Weź samochód.

- Samochód? Mam gdzieś pojechać?

- Elsa, obudź się! Tak, musisz pojechać gdzieś samochodem. Nie wiem dokładnie gdzie, 

muszę się chwilę zastanowić. Mam kłopoty i chcę się znaleźć w bezpiecznym miejscu.

- Postaram się jakoś zdobyć samochód. Gdzie się spotkamy?

Babe spojrzał na drugą stronę dużego salonu, do którego wchodził właśnie Biesenthal w 

stylowym szlafroku, niosąc tacę z dwiema filiżankami gorącej kawy rozpuszczalnej.

-   Na   rogu   Czterdziestej   Dziewiątej   i   Lex   -   chyba   gdzieś   w   tej   okolicy   -   jest   apteka 

Kaufmana czynna całą noc. Będzie jeszcze ciemno,  więc zamknij  drzwi wozu od środka. Nie 

chciałbym, aby przytrafiło ci się coś złego. O szóstej. Za godzinę. Czy zrozumiałaś wszystko?

- Apteka Kaufmana. Róg Czterdziestej Dziewiątej i Lex. Szósta godzina. Czy zależy ci na 

mnie?

- Co? - Biesenthal przyglądał się uważnie chłopcu.

- Gdy byłam u ciebie, powiedziałeś, że nie, ale że to się zmieni. Czy znów zależy ci na 

mnie? Jeśli tak, powiedz to. Jeśli tego nie zrobisz, nie zdobędę samochodu.

- Zależy mi na tobie, zależy mi, cześć. - Odłożył słuchawkę.

- Proszę mi wybaczyć, że pod koniec zabrzmiało to trochę sentymentalnie - powiedział 

Babe, kierując się w stronę Biesenthala, trzymającego tacę z kawą.

Biesenthal usiadł na kanapie. Na kolanach trzymał filiżankę.

- Człowiek mojego pokroju nie ma zbyt często okazji po temu, by słuchać sentymentalnych 

zwierzeń. Sentymentalizm w niewielkich dawkach nie jest dla mnie czymś niestosownym. Musisz 

background image

jednak pamiętać o tym, że...

- Ojcze?

Babe   odwrócił   się.   W   drzwiach   stała   ubrana   w   szlafrok   oszałamiająca   Żydowska 

Księżniczka. Miała duże oczy, oliwkową cerę, długie ciemne włosy - była prześliczna.

- Czy wszystko w porządku?

Biesenthal spojrzał na nią.

- Chcessz wiedzieć, czy mojej osobie nie zagraża jakieś niebezpieczeństwo? Nie sądzę, aby 

Tom miał względem mnie jakieś złe zamiary. - Wstał i dokonał szybkiej prezentacji. - Moja córka 

Melissa, Tom Levy.

- Ojciec mówił mi o panu - powiedziała. Następnie odwróciła się, przeprosiła i wyszła.

- Zdolne dziecko, jest na ostatnim roku w Barnard. Pewnie zostanie członkiem Fi Beta 

Kappa, jeśli tylko przejdzie przez gęste sito eliminacji. Chce zostać archeologiem. Przedtem chciała 

jechać do Bryn Mawr. Sprzeciwiłem się temu pierwszemu. Sprzeciwię się i drugiemu. Zajmowanie 

się moją zdziecinniałą osobą powinno dawać jej aż nadto satysfakcji. Nie sądzisz, że tak właśnie 

powinno być? Posłuchaj, poeci zawsze perorują na temat potęgi miłości, która - powiedzmy to 

sobie szczerze - jest niczym innym jak uzewnętrznianiem się uczuć kazirodczych.

Levy nie słuchał. Wszystko zmieniało się zbyt szybko. Kiedyś - widząc. tę dziewczynę - 

zdołałby wymamrotać jakieś słowa na powitanie. Teraz nawet nie skinął głową. Kiedyś szczyciłby 

się tym,  że Biesenthal wspomniał  o nim w obecności kogoś ze swojej rodziny - teraz sięgnął 

obojętnie po filiżankę i napił się kawy. Gorący napój podrażnił nerwy w jego dziurawych zębach. 

Jęknął z bólu. Zdołał jednak odstawić filiżankę na tacę, rozlewając jedynie niewielką ilość napoju. 

Do obolałych miejsc przytknął język, by złagodzić ból.

- Przepraszam - wykrztusił w końcu.

- I nadal nie chcesz, żebym ci pomógł? Nie chcesz mi opowiedzieć o swoich kłopotach?

- Nie wspominałem przecież o żadnych kłopotach. Nie mówiłem panu nic na ten temat.

Biesenthal odstawił filiżankę i zaczął przechadzać się po dużym pokoju.

- Niech mnie pan uważnie wysłucha: żaden z nas nie jest naiwniakiem, a wśród obecnych tu 

osób nie widzę również głupców. Spodziewam się więc, że będziesz łaskawy wyjaśnić mi ten 

przykry powód, dla którego ściągnąłeś mnie z łóżka przed piątą rano. Rozważ tylko następujące 

fakty: obudziła mnie żona, którą obudził dozorca, a jego z kolei - jestem pewny - obudziło twoje 

walenie do zamkniętych na klucz drzwi. Wiadomość? Jakieś młode stworzenie, odziane w samą 

pidżamę, nie ma pieniędzy, by zapłacić za taksówkę, i prosi, bym się tym zajął. Pytam o nazwisko 

wariata w pidżamie i okazuje się, że to mój student i syn drogiego memu sercu przyjaciela. Czy w 

takiej sytuacji można myśleć o kilku godzinach snu lub paru dolarach? Schodzę na dół, płacę 

background image

kierowcy, wchodzimy na górę, pytam: O co tu chodzi, co się stało? Ty natomiast odpowiadasz: 

Nic, nic, proszę mi pozwolić skorzystać z telefonu. Zauważ, Levy, że jeśli jest coś, co powinienem 

docenić, zawsze to robię. Muszę przyznać, że powiedziałeś: proszę.

- Przepraszam pana. To prawda, że miałem powód, aby tu przyjść. Powodem tego nie była 

jednak chęć opisania panu sytuacji, w jakiej się znalazłem. Nie chodziło mi również o pieniądze. 

Musiałem jednak gdzieś pojechać, by pożyczyć kilka dolarów i zapłacić facetowi. Jechał chyba w 

półśnie Dwunastą Aleją koło doków. Gdybym nie wyszedł na środek ulicy i nie biegł jakiś czas 

przed jego samochodem, nigdy by się nie zatrzymał. Wątpię, czy znał słowo: zjawa, lecz z czymś 

takim musiałem  mu się na pewno skojarzyć.  Kiedy podałem mu  pański adres i spytałem,  czy 

szybko znajdziemy się na miejscu, powiedział: Tak, proszę pana, tak. Właściwie przyjechałem tu z 

innych powodów. Doprawdy wspaniale mnie pan potraktował i jestem za to bardzo wdzięczny.

- Czy nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić?

- Bardzo przydałoby mi się trochę pieniędzy; dziesięć dolarów na taksówkę. Może kilka 

dolarów na inne rzeczy. Czy ma pan dwadzieścia?

- Mój portfel jest ciągle tam, gdzie był: w kieszeni szlafroka. - Wyciągnął portfel i podał 

dwudziestkę. Levy podziękował skinieniem głowy. - Czy to wszystko?

- Nie, panie profesorze. Byłbym bardzo wdzięczny za płaszcz przeciwdeszczowy czy coś w 

tym rodzaju. Czuję się jak wariat, paradując po ulicy ubrany w pidżamę.

-   Znajdziesz   płaszcz   przeciwdeszczowy   w   szafie   w   przedpokoju.   Weź   go,   jeśli   jest   ci 

potrzebny. Czy to już wszystko?

- Tak, panie profesorze.

- No dobrze, teraz powiedz mi, dlaczego naprawdę tu przyszedłeś?

- Dlaczego tu przyszedłem? - powtórzył Levy cichym głosem. Następnie potrząsnął głową i 

zamilkł na dłuższą chwilę.

- Załóżmy, że zdajesz egzamin końcowy - odezwał się Biesenthal po chwili milczenia. - 

Musisz odpowiedzieć na pytanie.

- Tak, panie profesorze - odparł Levy, po czym wstał, podszedł do okna i spojrzał przez nie 

w kierunku Riverside Park. - Jestem pewny, że rozciąga się stąd wspaniały widok.

- Szczególnie wtedy, gdy słońce jest wysoko na niebie - odparł Biesenthal.

Levy niemal rzucił się na profesora:

- Jestem naprawdę zdolny, panie profesorze; może pan nigdy nie mieć okazji, aby się o tym 

przekonać, i wiem, że to, co mówię, brzmi idiotycznie, ale proszę mi wierzyć, że wśród wszystkich 

swoich studentów nigdy nie spotkał pan takiego mola książkowego jak ja. To, co mówię, brzmi 

głupio, ale jeśli ktoś czuje, że ma głowę nie od parady, przeżywa prawdziwe męki nie mogąc 

background image

uporządkować pewnych faktów. A jednym z faktów jest to, że przed śmiercią taty odgrywałem rolę 

rodzinnego   głupka.   Miałem   dopiero   dziesięć   lat,   ale   wiedziałem,   że   wszyscy   moi   nauczyciele 

uważają, iż nie dorastam do pięt Docowi...

- Docowi?

-   Mojemu   bratu   Henry'emu   Davidowi.   Przez   pierwsze   trzy   lata   studiów   w   Yale   był 

najlepszym   studentem   w   grupie;   od   lat   nikt   nie   uzyskiwał   tak   dobrych   wyników   jak   on.   Był 

naprawdę zdolny i uczył się coraz lepiej. Miał zostać genialnym prawnikiem, obrońcą uciśnionych, 

człowiekiem, który będzie ścierał w pył tyranów, mających na tyle odwagi, by stawić mu czoło. 

Gdy umarł tata, Doc miał dwadzieścia lat i był na ostatnim roku studiów. Cóż, to oczywiste, że 

zaczął mieć poważne problemy. To cuchnąca sprawa, gdy własny ojciec popełnia samobójstwo. I 

dziwnym trafem to właśnie ja zostałem obrońcą wiary, podczas gdy on zaczął tyrać jak wół, by 

zarobić   pieniądze.   I   niech   to   szlag,   jeśli   się   mylę   -   wiem   na   pewno,   że   w   taki   sposób 

zareagowaliśmy obaj na to, co się stało - na samobójstwo ojca. Facet, który znał Doca, powiedział 

mi dziś wieczorem: Twój ojciec był winny, prawda? Proszę mi wierzyć, że pożałował tych słów, 

nieźle przytarłem mu nosa. Teraz jednak wiem, że musiał to usłyszeć od Doca i Doc najwidoczniej 

myślał dokładnie tak samo. I z tego powodu wybrał taką a nie inną drogę życia. Ja natomiast 

postąpiłem inaczej. Chciałbym się teraz od pana czegoś dowiedzieć: czy mój stary był winny?

Biesenthal zamknął oczy.

- Opinia, że był winny, ciągle jeszcze pokutuje. - Potrząsnął głową. - Wiesz, że ekolodzy 

ostrzegają nas, iż rozkład plastiku trwa przez całe stulecia. Ale to nic w porównaniu z tym, czym 

jest wina, która przenika życie pokoleń niczym jakiś nieznany gen. - Otworzył oczy i spojrzał na 

Babe'a. - Ale nie odpowiedziałem na pańskie pytanie, prawda? Chcesz wiedzieć, czy twój ojciec, 

powszechnie znany H. V. Levy, był zaprzedanym bolszewizmowi czerwońcem i komuchem, który 

w   swym   radykalizmie   zaszedł   tak   daleko,   że   zaczął   uprawiać   terroryzm?   -   Biesenthal   niemal 

uśmiechnął   się,   lecz   był   to   uśmiech   pełen   smutku.   -   Był   doskonałym   przykładem   człowieka, 

którego można obwiniać niemal o wszystko. Taki właśnie był. Zdolniejszy niż ktokolwiek inny, a 

przy tym na pozór arogancki. Był  niecierpliwy i nigdy nie nauczył  się tolerować głupców. W 

sposób   protekcjonalny   zachowywał   się   wobec   ludzi,   którzy   nie   rozumieli,   że   próbuje   tym 

sposobem   ukryć   poczucie   niepewności.   Był   szefem   Wydziału   Historii   Uniwersytetu.   Był 

zapraszany do Waszyngtonu przez Partię Opozycyjną. Miał śmieszne nazwisko i był Żydem. Mój 

Boże, pół tuzina ludzi pokroju H. V. Levy'ego oraz Joe McCarthy mogło zostać prezydentem. - 

Znów zamknął swe jasne oczy. - Jak wyraził to Keats? Widok Pacyfiku skojarzył się Keatsowi z 

Cortezem. Twój ojciec był winien przypisywanych mu czynów tak samo, jak Cortez był winny 

istnienia Pacyfiku w momencie, gdy odkrył, że Pacyfik w ogóle istnieje. - Otworzył oczy i znów 

background image

przyglądał się chłopcu. - Czy to wystarczy?

Babe skinął głową i ruszył do przedpokoju po płaszcz. Płaszcz okazał się zbyt ciasny, lecz 

nie aż tak bardzo, by zwracać uwagę przechodniów.

Biesenthal podążył za Babem. - Pozwól, że ci pomogę.

- Już mi pan pomógł i chcę, aby pan o tym wiedział.

- Może przynajmniej zadzownisz na policję? Albo ja to zrobię za ciebie.

- Policję? - Babe zamrugał oczami. - Policję? Dlaczego miałbym to robić? Jaki byłby z tego 

pożytek?   -   Zapiął   płaszcz   na   guziki.   -   Nie   chcę   sprawiedliwości,   pan   chyba   żartuje.   Pieprzę 

sprawiedliwość, czas sprawiedliwości dawno minął, teraz nastał czas krwi...

Po wyjściu z domu, w którym mieszkał Biesenthal, Babe wsiadł do taksówki, dojechał do 

skrzyżowania ulic Dziewięćdziesiątej Szóstej i Amsterdam, wysiadł, zapłacił, po czym pospiesznie 

ukrył się w najmniej oświetlonym miejscu i starając się nie rzucać nikomu w oczy, doszedł do 

Dziewięćdziesiątej   Piątej.   Ulica   ta   na   całej   swej   długości,   a   zwłaszcza   między   Amsterdam   a 

Columbus, była nie oświetlona. Biorąc pod uwagę fakt, że okolicę tę zamieszkiwali młodociani 

przestępcy, czy choć jedna żarówka miała tu szansę przetrwania? Babe trzymał się jednak blisko 

ścian budynków, kierując się w stronę własnego domu z brązowego kamienia. Za każdym razem, 

gdy zapominał  o ochranianiu zębów, nocne powietrze  podrażniało  nerwy i miał  wtedy ochotę 

zawyć z bólu. Udawało mu się jednak zachowywać samokontrolę dzięki temu, że do obolałych 

miejsc przytykał język lub też zakrywał usta ręką. Robiąc to, posuwał się bezszelestnie naprzód. 

Musiał wrócić do swego mieszkania - choćby tylko na chwilę. Było to konieczne, od tego mogło 

zależeć wszystko. Z drugiej strony był to najbardziej wariacki pomysł, jaki w tej sytuacji mógł mu 

przyjść do głowy. Nowy Jork bowiem to miejsce, gdzie łatwo się ukryć, a jedynym miejscem, o 

którym Janeway wiedział, było właśnie mieszkanie Babe'a. Gdyby Janeway zamierzał dopaść i 

załatwić chłopca, zrobiłby to tam - w jego mieszkaniu, pod warunkiem oczywiście, że Babe byłby 

na tyle głupi, aby tam wracać. Ale musiał zaryzykować - niezależnie od tego, czy było to mądre, 

czy nie. A zresztą, niech to wszystko szlag trafi... bo oto w pobliżu domu Babe'a stał samochód, 

który zaparkował równolegle do stojącego już wcześniej koło krawężnika drugiego pojazdu. Babe 

znajdował się zbyt daleko, by stwierdzić, czy w samochodzie ktoś siedzi. A może kierowcą był 

jakiś  pijany Latynos,  któremu  udało  się nie  wjechać  w uliczny  hydrant  i który zaparkował  w 

przypadkowym miejscu, usnąwszy wcześniej przy kierownicy?

Proszę cię, okaż się pijanym Latynosem - pomyślał Babe, robiąc kilka bezszelestnych, lecz 

szybkich kroków. Nigdy przedtem nie sądził, że w tak trudnych okolicznościach potrafi poruszać 

się nie wydając żadnych dźwięków. Ta myśl mogła wprawić go w dumę - tak bardzo potrzebne mu 

background image

w tej chwili uczucie, pozwalające na pokonanie strachu i odzyskanie wiary we własne siły. Zanim 

jednak   poddał   się   temu   uczuciu,   zrozumiał,   że   nie   mógł   przecież   wydawać   zbyt   głośnych 

dźwięków biegnąc boso. A prawda była taka, że był nadal niczym innym jak dziwną zjawą, na 

bosaka biegnącą w nocy po Dziewięćdziesiątej Piątej ulicy w kierunku...

...no właśnie - w jakim kierunku? Babe stanął w pobliżu jakiegoś budynku i wytężył wzrok, 

starając   się   dostrzec   jakiś   znaczący   szczegół   niewłaściwie   zaparkowanego   samochodu.   Pojazd 

znajdował się jednak zbyt daleko, a ciemności nie pozwalały na właściwą ocenę sytuacji. Jedno 

było jednak pewne: w środku znajdował się mężczyzna. Wyglądał na zupełnie przytomnego - po 

prostu siedział. Prawdopodobnie był mężczyzną o potężnych ramionach. Kto wie - może takich jak 

Karl.

A jeśli to Karl, to znaczy, że nie był sam. Janeway nigdy nie powierzyłby ważnego zadania 

samemu Karlowi. A więc w pobliżu mógł się również znajdować Erhard. Babe przypomniał sobie 

niedawne cierpienia i w swej wyobraźni usłyszał nagle dochodzący gdzieś z dala głos wściekłego 

Szella:   Choć   raz   zróbcie   coś   samodzielnie!   A   więc   w   pobliżu   musiał   się   również   przyczaić 

Janeway. Każdy z nich znalazł jakąś kryjówkę i wyczekiwał.

Babe z trudem posuwał się naprzód. Jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden.

Zatrzymał się w momencie, gdy zaczynało mu już brakować odwagi. Odczekał chwilę, aby 

przyzwyczaić wzrok do nowego otoczenia. W Nowym Jorku mieszkały miliony dużych facetów, 

potworów podobnych do Karla, którzy poruszali się ociężale po ulicach miasta i każdego ranka 

ochrypłym  głosem wymieniali  słowa powitania,  przeciskając  się przez  tłum zwykłych  ludzi w 

drodze do metra.

A więc to nie był Karl. Zbyt wiele na to wskazywało.

Babe wytężył  wzrok. Stanął w bezruchu i skoncentrował całą uwagę na zaparkowanym 

pojeździe.

To jednak był Karl.

Czekał.

Babe bez namysłu ruszył w kierunku następnego domu z brązowego kamienia; wśliznął się 

bezszelestnie na schody i znalazłszy się przy drzwiach, z całej siły nacisnął guzik, przy którym 

widniało nazwisko: Melendez. Przez jakiś czas nie było odpowiedzi, więc dzwonił dalej; przyciskał 

guzik kciukiem, powtarzając tę czynność wielokrotnie - przyciskał szybkimi ruchami, następnie 

przez dłuższą chwilę trzymał guzik wciśnięty, to zwalniał przycisk i znów naciskał...

...i nagle usłyszał przez domofon wrzaskliwy głos kobiety latynoskiego pochodzenia.

-   Proszę   mnie   wysłuchać...   -   wyszeptał   Babe   -...nie   mogę   mówić   głośno;   jeśli   to   pani 

Melendez, chciałbym przeprosić, że przeszkadzam, ale...

background image

Jej wrzaskliwy głos stał się jeszcze bardziej donośny.

-...chcę się widzieć z pani chłopakiem, z pani synem... - Jego znajomość hiszpańskiego była 

właściwie żadna i ograniczała się w zasadzie do słowa: sangria. Do tej pory nie zdawał sobie 

jednak sprawy z tego, jak bardzo jego ignorancja w tej dziedzinie może okazać się kłopotliwa. 

-...Dziecko - powiedział Babe. - Młody człowiek... ten... - Czy miał użyć słów: bairn, urchin, scion?

I tak nie miało to znaczenia. Wyrzuciwszy z siebie ostatnią serię jakichś niezrozumiałych 

inwektyw, kobieta odłożyła słuchawkę.

Babe ponownie przycisnął guzik. Postanowił używać swego kciuka aż do skutku.

Tym razem gdy kobieta ponownie podniosła słuchawkę domofonu, ryknęła na całe gardło. 

Babe próbował uspokoić ją mówiąc:

- Musi pani zrozumieć; bardzo mi przykro, ale to bardzo ważna sprawa. - Słowa te nie 

odniosły jednak pożądanego skutku, więc zanim kobieta odłożyła słuchawkę, Babe nacisnął guzik z 

całej   siły.   Nagle   usłyszał   jakiś   inny  głos   -   ktoś,  kto   również   mówił   po   hiszpańsku,   próbował 

przekrzyczeć głos matki. Po chwili odezwał się w słuchawce głos szczeniaka z tarasu: - Jeśli chcesz 

stracić palec, dzwoń dalej.

- To ja - powiedział szeptem Babe i natychmiast odstawił palec. - No, wiesz kto...

-...wciśniesz jeszcze raz i po palcu...

- Melendez - powiedział Babe głosem bardziej donośnym, niż zamierzał - nie poznajesz 

mnie? Na rany Chrystusa, to ja. To ja. - Czując do siebie wstręt, Babe wreszcie wykrztusił: - Laluś.

Nastąpiła chwila milczenia. Potem zapytał:

- Laluś? Ty?

- Jasne, że ja.

- Czego chcesz?

- Porozmawiać.

- Dobrze.

- W cztery oczy - powiedział Babe. Melendez wcisnął guzik domofonu i drzwi wejściowe 

otworzyły się. Po chwili obaj spotkali się na półpiętrze obok mieszkania Melendeza.

- O co chodzi? - spytał Melendez.

Babe zaczerpnął głęboko powietrza do płuc.

- Chcę, abyś okradł moje mieszkanie - odparł Babe.

Melendez spojrzał na Babe'a ze zdziwieniem.

- Natychmiast; musisz to zrobić. Jeśli nie zrobisz tego teraz, zapomnij o całej rozmowie. 

Nie możesz tego zrobić sam. Przyprowadź tylu chłopaków z tarasu, ilu tylko uda ci się znaleźć. 

Jeśli mają jakąś broń, niech przyniosą ją ze sobą.

background image

- Żartujesz? Kto nie ma broni! - Po chwili zadał jeszcze jedno pytanie: - Po co?

- Trudno to wszystko wytłumaczyć nie wdając się w szczegóły, ale sytuacja jest taka, że są 

pewni   ludzie,   którzy   -   można   tak   określić   -   depczą   mi   po   piętach   i   kiedy   zjawię   się   sam   w 

mieszkaniu, wtedy dostaną mnie, a wolałbym tego uniknąć. Nie sądzę, żeby chcieli zmierzyć się z 

wami wszystkimi.

Melendez nie mógł powstrzymać się od śmiechu.

- Laluś, masz wspaniały płaszcz przeciwdeszczowy. Nie wydaje ci się jednak, że jest trochę 

za duży? - Po chwili dodał: - Hej, a to przecież pidżama - i wybuchnął śmiechem.

- Powiedz mi tylko, czy się zgadzasz, czy nie. W tej chwili nie chcę słuchać tych bzdur - 

odparł Babe.

Ta uwaga powstrzymała na chwilę śmiech Melendeza.

- Co mi z tego przyjdzie?

- Mam radio, czarno-biały telewizor w całkiem dobrym stanie, tony książek, które możesz 

sprzedać - najlepiej w księgarniach w pobliżu Columbii. Na używanych książkach robią tam niezłe 

interesy. Możecie oczywiście wziąć jakieś ubrania. Zresztą, do diabła, weźcie wszystko cokolwiek 

nadaje się do wyniesienia; jeśli was złapią, powiesz gliniarzom, że to ja was o to prosiłem, więc nie 

oskarżą was o nic.

- Kamień spadł mi z serca - powiedział Melendez. - Tak się cieszę, że o nic nas nie oskarżą. 

- Potem jeszcze zapytał: - Czy wziąć coś dla ciebie?

- Przynieście moje adidasy, są pewnie gdzieś na środku pokoju.

Melendez znów zaczął się śmiać.

Babe wspomniał jeszcze o jednej rzeczy, która mu była potrzebna.

Melendez nagle przestał się śmiać.

-   Drzwi   są   chyba   zamknięte   na   klucz   -   powiedział   Babe.   -   Miałem   zamiar   poszukać 

zapasowego klucza, ale...

- Drzwi to żaden problem - powiedział Melendez, po czym spytał: - Ale jest jakiś inny 

problem?

- To będzie niebezpieczne.

- To nie problem - odpowiedział Melendez. - Na tym polega cała przyjemność. - Mówiąc to, 

uśmiechnął się.

Karl nie uśmiechał się zbyt często. Wielu ludzi sądziło, że powodem tego jest jego brak 

poczucia humoru. On jednak uważał inaczej. Prawda była taka, że niewiele rzeczy potrafiło go 

rozśmieszyć.  Najczęściej doznawanym przez niego uczuciem było  zniecierpliwienie. Ze swymi 

background image

wielkimi i umięśnionymi ramionami wyglądał ociężale - jednak tym właśnie, co pozwalało mu 

utrzymać jaki taki nastrój, była ruchliwość i aktywność. Lubił mieć dużo zadań do wykonania - 

niewielkich zadań, lecz takich, które wymagały nieustannej uwagi.

Z tego czerpał przyjemność.

Siedzenie nie dawało mu zadowolenia.

Karl   siedział   w   samochodzie.   Ręce   trzymał   na   kierownicy;   głowa   była   nieruchoma. 

Spoglądał przed siebie przez przednią szybę, to znów zerkał na wsteczne lusterko. Takie właśnie 

otrzymał instrukcje od Janewaya i ze swego zadania zamierzał wywiązać się bez zarzutu. Wiedział 

bowiem o tym, że z Janewayem nie ma żartów. Kiedykolwiek Karl popełniał jakiś błąd, Janeway 

zawsze się o tym  dowiadywał.  Zadanie, jakie miał  wykonać  w tej chwili,  wydawało  się dość 

absurdalne - było tak ciemno, że niezależnie od tego, gdzie kierował wzrok, nie widział dokładnie 

nic, nie wspominając już o jakimś Żydzie. Był tak pewny, że nie potrafi nic dostrzec, że gdy za 

samochodem pojawiło się nagle kilku czarnuchów, przestraszył się bardziej niż w ciągu całego 

swego życia.

Nie. Nagle zorientował się, że to nie czarnuchy, lecz "brązowi". Było ich sześciu lub może 

siedmiu; byli dziwacznie ubrani, a właściwie nie mieli na sobie prawie nic. Żaden z nich nie miał 

skarpetek. Szli całą grupą, podążając za swym przywódcą.

Mam   nadzieję,   że   chodzi   im   o   mnie   -   pomyślał   Karl.   Mam   nadzieję,   że   zobaczyli 

samotnego mężczyznę i chcą mi ukraść samochód. Spojrzał szybko na drzwi, aby upewnić się, czy 

nie są przypadkiem zamknięte od środka. Miał przy sobie jedynie nóż, ale i tak nie sądził, aby 

okazał się konieczny do tego, by rozprawić się z "brązowymi". Wystarczy złapać pierwszego z 

brzegu za ramię, podnieść go i rzucić w pozostałych - trzask łamanych kości spowoduje, że uciekną 

w popłochu.

Grupa zatrzymała się naprzeciwko domu Żyda. Karl pomyślał przez chwilę, że powinien 

wysiąść z samochodu i skłonić ich, by ruszyli dalej. Po prostu nieźle ich nastraszyć; gdy zobaczą w 

ciemnościach olbrzymią postać, przestraszą się i uciekną.

Instrukcje   Janewaya   były,   oczywiście,   inne.   Janeway   powiedział   wyraźnie:   czekać   na 

Levy'ego; kiedy wróci, dopaść go. Jeśli się pojawi, postąpię dokładnie w ten sposób - postanowił 

Karl. Tymczasem niech Erhard zajmie się "brązowymi"...

Erhard   czekał   na   parterze   i   gdy   zobaczył,   jak   młodociany   gang   zatrzymuje   się   przed 

domem, natychmiast wpadł w panikę. Gdyby był bardziej sprawny fizycznie, tego typu zadanie 

widziałby z pewnością chętniej. Nie potrafił jednak utrzymać równowagi ciała, gdy był zmuszony 

stoczyć z kimś walkę, i jego przeciwnik miał zawsze znaczną przewagę. Być może gdyby bardziej 

background image

pracował nad sobą w dzieciństwie, gdyby zmuszał swoje nieszczęsne ciało do większego wysiłku, 

kto wie - może wyrósłby na kogoś, kto byłby postrachem otoczenia.

Ale był na to zbyt mądry. I to była jego wada. Był zbyt mądry na to, by przywiązywać wagę 

do siły fizycznej, i zbyt głupi, by próbować zmienić swój wygląd. Przypominał operatora windy 

towarowej lub człowieka  pracującego  na nocną zmianę,  który wykonuje swą pracę,  otrzymuje 

wynagrodzenie i przed świtem ukrywa się przed wzrokiem normalnych ludzi.

Gang był w tym momencie u drzwi na klatkę schodową budynku. Erhard podszedł tak 

blisko do rogu korytarza, na ile pozwalała mu odwaga. Być może powinien skontaktować się z 

Janewayem i opowiedzieć mu o wszystkim. Podobnej sytuacji nie przewidziano jednak w planach i 

nie opracowano odpowiedniego systemu sygnałów. Któż mógł zresztą przewidzieć  taki rozwój 

wypadków? Poza tym nie zdarzyło się jeszcze nic takiego, o czym warto było mówić Janewayowi. 

Ot, po prostu kilku latynoskich nastolatków. Być może właśnie tutaj mieszkali - Portorykańczycy 

mieli przecież dużo dzieci; kto wie, może te szczeniaki były potomstwem jednej baby, ciemnej, 

kołyszącej biodrami i...

Jeden z członków gangu zaczął majstrować przy drzwiach.

Powinienem   zawiadomić   Janewaya   -   pomyślał   Erhard.   Ale   jak?   Aby   dostać   się   do 

Janewaya, musiałby podejść do schodów, a te znajdowały się obok drzwi. A jeśli znajdzie się przy 

drzwiach w momencie, gdy któryś z nastolatków zdoła je otworzyć - wtedy będzie zupełnie sam, 

zdany na łaskę tych zdradzieckich Latynosów.

- To nie moja sprawa - powiedział półgłosem Erhard. Jego zadanie polegało na tym, by 

zachować ciszę i obserwować wyjście bezpieczeństwa na tyłach budynku. Gdyby Levy próbował 

tamtędy dostać się do swojego mieszkania, Erhard miał przystąpić do działania - zatrzymać go, a w 

razie potrzeby zabić. Erhard miał przy sobie broń. Nie był jednak dobrym strzelcem; broń palna 

wywoływała tyle hałasu, a on tego nie cierpiał. Znajdując się jednak blisko Levy'ego, potrafiłby 

bez   trudu   go   zabić.   Gdyby   musiał   zabić   Żyda,   zrobiłby   to   -   szczególnie,   że   sprawiłoby   to 

przyjemność Szellowi. Gdy Szell był zadowolony, potrafił wynagradzać podwładnych. Gdy nie był 

zadowolony   -   mogło   skończyć   się   ukrzyżowaniem.   Ale   to   było   jego   prawo   -   był   przecież 

Christianem Szellem, żywym, działającym, i to tu, w latach siedemdziesiątych - to przecież cud! 

Tacy ludzie podlegają innym regułom niż kaleki.

Drzwi na klatkę schodową zostały otwarte.

Mój   Boże,   a   jeśli   dobiorą   się   do   mnie?   -   pomyślał   Erhard.   Mógłby   ich   zastrzelić. 

Przynajmniej   niektórych.   Ale   nie   wszystkich.   I   co   wtedy   zrobiliby   z   nim   pozostali?   Bał   się 

Portorykańczyków   nawet   wtedy,   gdy   sam   podróżował   metrem.   Wyobraził   sobie   czterech   czy 

pięciu ludzi, którzy chcąc pomścić śmierć swoich braci, kopią jego kalekie ciało, rozrywając je na 

background image

kawałki. Nie mógł znieść myśli o tym, co mogłoby się stać. Janeway. Janeway. Erhard myślał teraz 

wyłącznie o nim. Janeway zarządzał całą akcją; Janeway wiedziałby, co należy zrobić.

Członkowie   gangu   -   zachowując   maksymalną   ciszę   -   zaczęli   wchodzić   na   górę   po 

schodach.

Na twarzy Erharda pojawiły się kropelki potu. Przetarł czoło, nasłuchując kroków, które 

stawały się coraz głośniejsze. Dzięki Bogu, podjęcie ostatecznej decyzji nie należało już do niego. 

W tym momencie był już to problem Janewaya...

Janeway stał w ciemnościach, w najbardziej odległym od mieszkania Levy'ego miejscu na 

korytarzu, i sądził, że to kroki policjantów. Myśl ta wcale nie napawała go niepokojem. Być może 

to Levy przyprowadził policjantów - i ta myśl nie wyprowadzała go z równowagi. Po pierwsze 

dlatego, że był z Dywizji i potrafiłby to w każdej chwili udowodnić. Po drugie, tej nocy, w tym 

właśnie miejscu, został wydalony jeden z ludzi Dywizji. A więc nikogo nie zdziwiłoby, gdyby 

człowiek   ten   pozostał   na   miejscu   i   czekał   na   odpowiednią   chwilę,   aby   zemścić   się   na   swym 

koledze - były  to częste przypadki również w pracy policji. A gdyby Levy wystąpił z jakimś 

melodramatycznym oskarżeniem - cóż, miał do tego prawo. Przeszedł przez istne piekło, rodzony 

brat umarł niedawno w jego ramionach. Czy ktokolwiek mógłby się normalnie zachowywać po 

przeżyciu takiej nocy?

Kroki stawały się coraz lepiej słyszalne.

Sześciu - pomyślał Janeway, natężając słuch. Później usłyszał coś, co jakby zakłóciło rytm 

stawianych kroków i opierając się na doświadczeniu, doszedł do słusznego wniosku, że było ich 

siedmiu. I z pewnością nie byli to policjanci. Siedmiu policjantów nie potrafiłoby zachować takiej 

ciszy, wykonując zadanie, z którego mogli czerpać jakieś uboczne dochody.

A więc siedmiu - ale kim byli?

Janeway poczuł się lekko zaniepokojony. Był człowiekiem bardzo bystrym; potrafił działać 

w   sytuacjach   krytycznych   sprawniej   niż   ktokolwiek   inny.   W   Dywizji   nie   miał   konkurenta   w 

dziedzinie szybkiego reagowania na niespodziewane okoliczności.

A więc kim było tych siedmiu?

W tej chwili znajdowali się piętro niżej.

Z każdą sekundą zbliżali się do miejsca, gdzie wyczekiwał Janeway.

Kim byli? Brak odpowiedzi na to pytanie zaczynał doprowadzać Janewaya do wściekłości. 

Frustracja i złość były silniejsze niż poczucie zagrożenia. Ale cóż miał robić - sytuacja, w jakiej się 

obecnie znalazł, była zaskakująca i nie miał czasu, by się do niej odpowiednio przygotować. Poza 

tym tylko w tym miejscu mógł szukać Levy'ego. To logiczne, że Levy wróci do mieszkania po 

background image

jakieś swoje rupiecie. Być  może  będzie to z jego strony niezbyt  mądre, lecz jednocześnie nie 

pozbawione pewnej logiki. Chłopiec był  w kiepskim stanie, zmaltretowany i okaleczony,  i nie 

można było oczekiwać, że będzie postępował racjonalnie.

Kim było tych siedmiu, do jasnej cholery?

Gdy wreszcie pojawili się, Janeway rozdziawił usta.

Siedmioro dzieci?

Jeszcze   raz   spojrzał   w   ich   stronę.   Nie,   to   nie   dzieciaki,   wcale   nie,   po   prostu   chłopcy 

niskiego wzrostu, prawdopodobnie w wieku od czternastu do osiemnastu lat. Portorykańczycy, 

gang Portorykańczyków. Ale co tu robią, do diabła?

Ich przywódca, jakby czytając w myślach Janewaya, przystąpił natychmiast do wyważania 

drzwi do mieszkania Levy'ego.

Janeway przypatrywał się temu wszystkiemu, dochodząc jednocześnie do wniosku, że nie 

ma pojęcia, co tu się właściwie dzieje. Nawet odpowiednio zaprogramowany komputer miałby 

trudności z rozwiązaniem tej zagadki, Janeway natomiast nie posiadał prawie żadnych danych. 

Postanowił więc podejść bliżej. Zrobił to bezszelestnie, by wykorzystać moment zaskoczenia - był 

przecież   sam.   Jedyny   pomysł,   jaki   przyszedł   mu   w   tej   chwili   do   głowy,   to   odesłać   ich   do 

wszystkich diabłów.

- Słuchajcie, chłopcy - powiedział, wyjmując pistolet w taki sposób, aby mu się mogli 

dobrze przyjrzeć. - Spływajcie stąd, i to natychmiast.

Wszyscy odwrócili się w jego stronę - lecz nie przywódca grupy. Jemu właśnie przyglądał 

się cały czas Janeway, gdyż z nim mogło mu przyjść zmierzyć się w walce. Gdy unieszkodliwi się 

przywódcę, szaraczki uciekną w popłochu.

Przywódca   grupy,   który   majstrował   przy   drzwiach,   odwrócił   się   powoli   do   Janewaya. 

Spojrzał na mężczyznę, później na jego pistolet. Potem jeszcze raz spojrzał Janewayowi prosto w 

oczy.

- Włóż go sobie do dupy, skurwielu - powiedział.

No cóż, Janeway musiał przyznać, że nie takiego zachowania oczekiwał od przywódcy 

grupy, który wrócił w tej chwili do swego poprzedniego zajęcia, zupełnie ignorując mężczyznę z 

pistoletem i uznając cały incydent za zupełnie trywialny.

Dwóch chłopaków z gangu wyciągnęło pistolety - co prawda nie takie jak broń Janewaya, 

którą   widuje   się   tylko   na   sobotnich   seansach   filmowych   -   lecz   w   tej   sytuacji   nie   było   sensu 

ryzykować. Gang miał nad Janewayem przewagę liczebną i żaden z jego członków nie sprawiał 

wrażenia, aby w choć najmniejszym stopniu doznał uczucia strachu. Przywódca grupy otworzył 

wreszcie drzwi i wszyscy weszli do mieszkania Levy'ego.

background image

Janeway   przeszedł   obok   drzwi   i   pędem   zbiegł   po   schodach.   Pozostając   na   miejscu, 

marnowałby jedynie czas. Z Levym będą się musieli rozprawić nad jeziorem. Nie było to najlepsze 

rozwiązanie, gdyż do tego czasu zrobi się już jasno, a najodpowiedniejszą scenerią dla śmierci 

była,  ciemność.  Janeway zrobił,  co mógł,  wykorzystał  wszystkie  możliwości.  A więc  sytuacja 

znajdzie swe rozwiązanie nad jeziorem. Teraz wszystko zależało od Elsy - to ona ściągnie tam 

Levy'ego.

background image

26

Przed wejściem do apteki Kaufmana Babe zawahał się. Prawdopodobnie dochodziła szósta i 

zaczynało się już powoli rozjaśniać. Wszystko wokół stawało się coraz lepiej widoczne - Babe 

również. Spojrzał w stronę ulicy Czterdziestej Dziewiątej, a potem w kierunku Lex, by upewnić 

się, czy nie grozi mu jakieś niebezpieczeństwo.

Paranoja!

Zachowywał się dokładnie tak, jakby na nią cierpiał, przemykając się o świcie po ulicach 

miasta, ubrany w przyciasny przeciwdeszczowy płaszcz i sportowe buty. Nie miał się jednak czego 

obawiać   -   apteka   Kaufmana,   tak   powszechnie   znana,   nie   była   miejscem,   gdzie   dokonywano 

napadów lub porywano ludzi. Pracownicy apteki byli poza tym przyzwyczajeni do obsługiwania 

klientów w przeróżnych porach. Babe nabrał głęboko powietrza do płuc, starając się trzymać głowę 

prosto. Powiew wiatru podrażnił jednak jego zęby, wywołując okropny ból. Babe nie zachowywał 

się jak paranoik - był po prostu zupełnie wyczerpany. Od czasu gdy zjawił się u niego Doc, nie 

zmrużył oka. A kiedy to było? Czy to było?...

Mój Boże, czy to możliwe, że minęły dopiero dwadzieścia cztery godziny od momentu, gdy 

z ciemności wyłoniła się postać brata ze słowami: Nie zabijaj mnie, Babe? Czy to możliwe, że od 

jego śmierci minęło tak niewiele czasu?

W oknie wystawowym apteki znajdował się zegar, który wskazywał godzinę 5.51. Babe 

miał więc wystarczająco dużo czasu, by wejść do środka, kupić olejek goździkowy - po to właśnie 

tu przyszedł - i zdążyć na spotkanie z Elsą, która miała czekać na zewnątrz. Babe wszedł do apteki 

i znajdował się już w połowie drogi do stoiska z lekami, gdy nagle stanął jak wryty.

A jeśli okaże się, że jest potrzebna recepta?

Babe zawahał się chwilę, stanąwszy przy stoisku z żywnością, którego lada przylegała do 

jednej ze ścian sklepu. Czy to symptomy paranoi? Nie - ponieważ niezależnie od tego, jakie były 

składniki   olejku   goździkowego,   środek   ten   wywoływał   uczucie   odrętwienia;   jeśli   tak   było,   to 

znaczy, że był to narkotyk, a kupowanie tych ostatnich bez recepty było verboten, przynajmniej 

tych   o   silnym   działaniu.   A   tak   działał   olejek   goździkowy,   który   niedawno   prawie   całkowicie 

uśmierzył ból zęba. Nie był więc to środek w rodzaju aspiryny.

Muszę   wymyśleć   jakąś   wiarygodną   historyjkę,   którą   opowiem   aptekarzowi   -   pomyślał 

Babe. Już wiem: mam receptę, ale zostawiłem ją w portfelu, który zapomniałem wziąć ze sobą.

To  nie  najlepszy  pomysł.   Aptekarz   mógłby  wtedy  powiedzieć:  Proszę  iść  do  domu   po 

receptę.

W takim razie zostałem okradziony. Tak, to wspaniały pomysł. Miałem receptę, lecz po 

background image

drodze   zaatakowało   mnie   kilku   narkomanów   -   wzięli   receptę   wraz   z   maszyną   do   pisania   i 

kolorowym telewizorem.

Ten pomysł jest naprawdę dobry. Nie należy jednak upiększać faktów - może lepiej nie 

wspominać   o   maszynie   do   pisania   i   telewizorze.   Zostałem   okradziony   -   i   na   tym   koniec. 

Wymyśliłem to na poczekaniu, ale niech mnie piekło pochłonie, gdybym sam w to nie uwierzył.

Pewny siebie Babe podążył w kierunku stoiska z lekami i gdy był już prawie na miejscu, 

nagle zrozumiał, że nie pomoże mu żadna wymyślona historyjka. Aptekarz nie uwierzy w ani jedno 

słowo. Gdy bowiem Babe zbliżył się do stoiska, spostrzegł, że mężczyzna za ladą uśmiecha się w 

dość osobliwy sposób. Aptekarz ruszył nagle z miejsca i Babe odkrył - lecz za późno! - że on 

kuśtyka.

A więc na Babe'a czekał Erhard.

Babe dokonał raptownego zwrotu, chcąc wybiec z powrotem na ulicę. Tymczasem  zza 

sklepowych półek wyszedł Karl, który zagrodził mu odwrót.

A więc to już koniec. To koniec. Babe oparł się zrezygnowany o ladę.

-... źle się pan czuje? - spytał Erhard.

Babe spojrzał na mężczyznę, który wyszedł zza lady i utykając szedł w jego stronę. Nie był 

to   głos   Erharda   i   nie   mógł   być,   gdyż   mężczyzna   ten   nie   był   Erhardem,   lecz   innym 

przedstawicielem kulejących tego świata, malutkim, nieszczęsnym człowieczkiem zatrudnionym na 

nocną zmianę, który kulał tak jak Erhard. Babe odwrócił się w stronę półek z książkami, gdzie 

przed chwilą zagrodził mu drogę Karl. Stał tam otyły stary facet, który przeglądał różne tytuły. Był 

niewątpliwie duży, lecz Karla przypominał w tym samym stopniu co John Wayne Antony Quinna. 

To pewne, że grozi mi paranoja - pomyślał Babe. Nie. Nie grozi mi - już jestem paranoikiem.

Gwałtownie   nabrał   powietrza   do   płuc,   celowo   podrażniając   przednie   zęby.   Nagły   ból 

przywrócił   zmysłom   normalną   władzę.   Ból   nie   ustąpił   jednak   szybko   i   Babe   próbował   go 

uśmierzyć siłą woli, mrugając jednocześnie oczami. Cierpienie było jednak jedyną rzeczą, dzięki 

której był w stanie uporządkować myśli.

- Czy mógłbym dostać trochę olejku goździkowego?

- Olejku goździkowego, olejku goździkowego - powtórzył mężczyzna. - Do czego jest panu 

potrzebne to kiepskie lekarstwo?

- Chodzi o ząb - wyjaśnił Babe.

-   Domyślam   się,   że   nie   po   to,   by   wymalować   bidet,   mój   chłopcze.   Chcę   przez   to 

powiedzieć, że w sprzedaży są lepsze środki.

- Proszę mi jednak dać olejek goździkowy - powiedział Babe. Była godzina 5.56.

Aptekarz pokuśtykał z powrotem za ladę.

background image

- Pozwolę sobie zaprezentować krople od bólu zębów stosowane przez Czerwony Krzyż. - 

Mówiąc to, położył na ladzie pojemnik z lekarstwem. - Moim skromnym zdaniem to dużo lepszy 

środek.

- Wezmę jednak olejek goździkowy - nalegał Babe.

- Proszę posłuchać: otóż ten pojemniczek zawiera olejek goździkowy, plus inne magiczne 

składniki, plus - szczególnie na to proszę zwrócić uwagę - wykałaczki i waciki. A więc wystarczy 

nałożyć wacik na wykałaczkę, wacik zanurzyć w eliksirze i wszystko to przytknąć do ubytku w 

zębie, i voila - ból znika jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej.

- Proszę mi dać sam olejek goździkowy - nalegał Babe, zastanawiając się jednocześnie nad 

tym, jak długo jeszcze będzie musiał powtarzać swą prośbę małemu kulawemu mężczyźnie.

- A więc wziął pan pod uwagę tylko olejek goździkowy? - odparł aptekarz. - Niektórzy 

ludzie bardzo cenią ten środek i zachowują mu absolutną wierność. - Mówiąc to, położył na ladzie 

buteleczkę.

Babe wziął lekarstwo, zapłacił za nie, po czym ruszył w kierunku wyjścia. Wyjrzał przez 

drzwi na ulicę.

Elsa zaparkowała na przystanku autobusowym, po przeciwnej stronie ulicy, silnik był na 

chodzie. Dziewczyna miała na sobie ten sam czarny lśniący płaszcz przeciwdeszczowy co wtedy, 

gdy spotkali się po raz pierwszy.

Babe otworzył buteleczkę z lekarstwem, nalał kilka kropli na palec wskazujący, natarł sobie 

obolałe miejsca, powtórzył tę czynność jeszcze raz i gdy w nacieranych miejscach zaczął powoli 

tracić jakiekolwiek czucie, zamknął buteleczkę, włożył ją do kieszeni i wybiegł ze sklepu. Elsa 

zobaczyła go z daleka i przez okno samochodu wystawiła ramiona w powitalnym geście. Po chwili 

oboje stali na środku ulicy, obejmując się. Babe przerwał tę czułą scenę, okrążył szybko samochód 

i  wskoczył   do środka.  Tym   razem  trwali   w  uścisku do  chwili,  gdy  usłyszeli  za  sobą  klakson 

autobusu. Elsa z żalem wyzwoliła się z objęć Babe'a, położyła ręce na kierownicy i ruszyła.

- Usiądź bliżej - powiedziała łagodnie. - Odpocznij.

Babe przysunął się bliżej i położył głowę na ramieniu dziewczyny, a właściwie na czarnym 

materiale jej płaszcza.

- Jestem zmęczony - powiedział.

- Za chwilę wszystko będzie już dobrze. Będziemy tacy szczęśliwi - wiem to na pewno.

- Jesteś dla mnie najbardziej kojącym lekarstwem.

- Czy podoba ci się samochód? W zamian za ten wóz musiałam niemal oddać własne ciało. 

Mam nadzieję, że ci się podoba.

- Jest bardzo ładny - odparł Babe mrużąc oczy.

background image

- Nade mną mieszka mężczyzna, któremu się bardzo podobam - przynajmniej było tak do 

niedawna. Nie wiem, czy tak jest nadal, ale kiedy zadzwoniłeś, natychmiast przyszedł mi do głowy 

pomysł, aby go zbudzić. Powiedziałam, że jest mi potrzebny samochód. Spytałam, czy mógłby mi 

wyświadczyć przysługę i pożyczyć wóz.

- Co chciał w zamian?

-   To   oczywiste.   Wydaje   mi   się,   że   tego   właśnie   chciał,   choć   nie   jestem   pewna. 

Rozmawialiśmy bardzo taktownie i oboje byliśmy zaspani. Wytłumaczę ci, dlaczego pomyślałam 

akurat o tym mężczyźnie. Powiedziałeś mi przez telefon, że chcesz pojechać w jakieś zaciszne 

miejsce, w którym mógłbyś spokojnie pomyśleć. Otóż facet, do którego należy samochód, posiada 

również dom nad jeziorem i pomyślałam, że właśnie tam moglibyśmy pojechać.

- Nad jeziorem?

- Tak, mały dom nad jeziorem, oddalony o około godzinę jazdy stąd. Jest tam kilka innych 

domów oraz przystań. To naprawdę piękne miejsce. Facet zaprosił mnie tam kiedyś na weekend. 

Czułam się jak w wagonie metra.  Wokół mnie  pływały motorówki;  ludzie jeździli  na nartach 

wodnych. Taki zgiełk panuje tam jednak tylko w lecie. Gdy zaczyna się wrzesień, okolica ta niemal 

z dnia na dzień zupełnie pustoszeje. W czasie weekendów przyjeżdża co prawda trochę ludzi, lecz 

w taki dzień jak dziś jest tam cicho i spokojnie. Proponuję, abyśmy tam pojechali.

- Dobrze - wymamrotał Babe, mrugając oczami.

- Odpoczywaj - powiedziała szeptem Elsa.

Babe nadal trzymał  głowę na ramieniu dziewczyny;  w tej chwili zamknął oczy i przez 

moment przekonany był o tym, że będzie w stanie wypełnić jakże miły rozkaz Elsy i przynajmniej 

przez kilka sekund zrelaksuje się. Nagle jednak dały o sobie znać kłopoty żołądkowe, a jego stan 

ducha był teraz połączeniem napięcia i smutku. Babe już wcześniej czuł potrzebę okazania żalu po 

śmierci   brata.   Miejsce   i   czas   nie   były   najbardziej   fortunne   -   czy   miał   jednak   wybór?   Zaczął 

szlochać, a z jego zmęczonych oczu trysnęły łzy, mocząc dwa przeciwdeszczowe płaszcze - jego 

własny i Elsy. Przez chwilę nie widział dokładnie nic.

Po chwili odzyskał kontrolę nad swymi uczuciami równie szybko, jak ją stracił. Na koniec 

zaczerpnął   tylko   gwałtownie   powietrza   do   płuc,   jakby   dla   podkreślenia,   że   spełnił   obowiązek 

wobec brata. Rzeczywiście to zrobił.

Okazał przecież żal, choć nie w taki sposób, aby zadowolić tym Boga. Nagle zdał sobie 

sprawe z tego, że Elsa przygląda mu się wzrokiem, który wyraża strach.

- Czy dobrze się czujesz?

Skinął głową.

- Na pewno?

background image

Ponownie skinął głową.

- A więc wszystko w porządku?

- To tylko zmęczenie.

- Tak.

Objęła go ramieniem i przytuliła.

- Niedługo będziemy nad jeziorem. I będzie cudownie...

Krajobraz okazał się rzeczywiście cudowny. Gdy znaleźli się na miejscu, było kilka minut 

po siódmej i słońce padało ukośnie na taflę wody. Przez jakiś czas jeździli po okolicy i Babe miał 

okazję przekonać się, że wokół panowała absolutna cisza. Przyroda jakby zamarła w bezruchu. 

Spod kół samochodu unosiły się jedynie tumany kurzu. Babe otworzył okno. Do środka wdarły się 

odgłosy   przyrody.   Takich   dźwięków   Babe   nie   słyszał   od   momentu,   gdy   kilka   miesięcy   temu 

zamieszkał na Manhattanie.

Elsa   zjechała   drogą   dojazdową   prowadzącą   do   miejsca   przeznaczenia   i   zatrzymała 

samochód.

- To chyba ten dom - powiedziała wysiadając z auta. - Przynajmniej taką mam nadzieję. 

Wiem, gdzie facet chowa klucze. - Weszła po schodach na ganek, podeszła do rynny i pochyliła 

się.   -   Myślę,   że   połowa   okolicznych   mieszkańców   trzyma   klucze   w   rynnie   -   powiedziała 

rozbawiona. Babe odwzajemnił uśmiech. Z pewnymi kłopotami Elsa otworzyła frontowe drzwi, 

weszła do środka, po czym wyskoczyła szybko na zewnątrz. - Zapach stęchlizny - stwierdziła.

Babe wysiadł z samochodu.

- Zostaw otwarte drzwi, wpuścimy trochę świeżego powietrza. - powiedział. - Przejdźmy 

się nad jezioro.

Skinęła głową, zeszła po schodach, wyciągnęła do niego rękę i razem ruszyli w kierunku 

jeziora. Słońce świeciło teraz jaśniej. Ustał wiatr i odgłosy natury stały się lepiej słyszalne. Elsa 

uśmiechnęła się i spojrzała w stronę, skąd przyjechali. Babe wskazał dom.

- Czy to dom Szella? - zapytał.

- Zella? - powtórzyła dziewczyna. Pochyliła głowę, jakby nie całkiem pewna, czy dobrze 

usłyszała nazwisko.

- Nie udawaj - powiedział Babe. - Jesteś w to wszystko wplątana. Nie wiem, na czym 

polega twoja rola i jakie im świadczysz usługi, ale wiem, że pracujesz dla nich.

Elsa potrząsnęła głową i uśmiechnęła się.

-   Nie   mam   żadnych   podstaw,   aby   tak   twierdzić,   ale   po   prostu   wiem,   że   jesteś   w   to 

zamieszana. Chyba rozumiesz, co chcę powiedzieć? Nie zrobiłaś fałszywego kroku, nie popełniłaś 

żadnego błędu - nic z tych rzeczy. Skąd wiem? Janeway tłumaczył to kiedyś w następujący sposób: 

background image

po jakimś czasie zaczynasz intuicyjnie wyczuwać, jak postąpi ta druga osoba, zaczynasz przenikać 

na wskroś jej umysł.

- Janeway? - przerwała Elsa. To nazwisko również było jej obce.

- Mówię - krzyknął Babe - o dwojgu bardzo znanych ludziach. George'u Szellu i Elizabeth 

Janeway. Nikt, kto ma nadzieję zjednać sobie moje serce, nie może być analfabetą - a ty się tak 

właśnie zachowujesz.

- Przepraszam - odpowiedziała i mocno ścisnęła go za rękę. Następnie spojrzała na niego 

wzrokiem pełnym czułości.

- Jesteś bardzo zmęczony i bardzo zabawny, i zależy mi na tobie.

- Mój brat mnie kochał - odrzekł Babe.

- Wiem. Przeżyłeś okropne chwile.

- Naprawdę mnie kochał. Kochał mnie bardzo, ale nie więcej niż ja jego. Kochaliśmy się 

jak cholera i wiesz, co powiedział, kiedy wybiegłaś z "Lutece"? Powiedział, że powinienem o tobie 

zapomnieć, ponieważ mnie nie kochasz i chcesz mnie wykorzystać. Ja zaprzeczyłem mówiąc, że to 

gówno prawda. Nia miał przecież podstaw, żeby tak sądzić. I wiesz, co odpowiedział? Wiesz, co 

powiedział? Pamiętaj o tym, że byliśmy gotowi umrzeć za siebie... a więc powiedział, że jesteś 

wspaniała, a więc musiałaś mnie wykorzystywać, bo z jakiego innego powodu mogłabyś  mnie 

kochać...   Czy   możesz   sobie   wyobrazić,   jak   bardzo   mnie   to   zraniło?   Wiem,   że   nie   jestem 

bożyszczem kobiet, członkiem ligi Tyrone'a Powera, ale czy potrafisz zrozumieć, jak można się 

poczuć, słysząc takie słowa od kogoś, kto cię kocha? To była istna tortura! W końcu uznałem, że 

się myliłem: brat mnie nie kochał, w przeciwnym razie nie zraniłby mnie tak bardzo, nie byłby tak 

okrutny... Kiedy umarł, kiedy wykrwawił się w moich ramionach, wtedy zrozumiałem, że jednak 

nie myliłem się przedtem, zrozumiałem, że mnie kochał. A więc gdy spytał, czy mogłabyś mnie 

kochać naprawdę, wiedział, że mnie wykorzystujesz, jakimś dziwnym sposobem to wiedział. Nie 

dodał nic więcej, to była jakby zakodowana wiadomość. I wtedy zebrałem w myślach wszystkie 

fakty: ukryłaś swe niemieckie pochodzenie. Szell również jest Niemcem; przypomniałem sobie, jak 

nagle wstałaś w parku w tym akurat momencie, gdy zostaliśmy zaatakowani. Teraz udaje ci się 

błyskawicznie znaleźć faceta z samochodem i opuszczony dom. To wszystko nic nie znaczy i żaden 

sąd nie potraktowałby tych dowodów poważnie, ale wiem, że jesteś w to wszystko zamieszana - i 

Doc też o tym wiedział. A więc jeszcze raz cię pytam: czy ten dom należy do Szella?

- George'a Szella? Nie sądzę. Ktoś musiałby o tym wiedzieć, nie uważasz?

- Co zrobiłaś dla Szella?

Elsa westchnęła.

- To przestaje być zabawne, Tom. Skończ już z tym wreszcie.

background image

- Gdzie jest Janeway?

Potrząsnęła tylko głową.

- Czy ten dom należał do Szella?

- Tom, nie mogę ci powiedzieć czegoś, czego nie wiem. Uwierz mi, proszę.

- Kiedy tu przyjadą?

Elsa potrząsnęła głową.

- Co zrobiłaś dla Szella?

- Nic.

- Kiedy mają się zjawić?

Elsa zrozumiała wreszcie, że Babe nie da za wygraną i powiedziała cicho:

- Niedługo.

- Och - westchnął Babe. - To dobrze. W porządku. - Stali razem blisko siebie na malutkim 

pomoście w ciepłych promieniach słońca. Prawda wyszła wreszcie na jaw - nie cała, z pewnością 

nie, lecz Babe dowiedział się najważniejszego. W tej chwili potrafił myśleć tylko o Gatsbym, który 

wreszcie znalazł się w domu Daisy. Całe towarzystwo przygotowywało się do wyjazdu za miasto, a 

później gdzieś dalej - wyjazdu, którego finał miał się okazać tragiczny. Daisy, która była wtedy w 

towarzystwie   swego   męża   Toma,   spojrzała   na   Gatsby'ego   i   powiedziała:   -   Jesteś   taki   zimny, 

zawsze jesteś taki zimny. - Tom i wszyscy inni zrozumieli wtedy, że Daisy kocha Gatsby'ego. 

Okropna podróż z Shafter's na niebieską łąkę nie była zupełnie bezowocna.

Babe i Elsa zawrócili w kierunku opuszczonego domu, który wyglądał niczym nawiedzany 

przez duchy dom z obrazów Wyetha.

- Należał do jego siostry - powiedziała Elsa, wskazując dom. - Później, po jej śmierci, 

domem   zajmował   się   ojciec   Szella.   Spędzał   tu   weekendy.   Ta   okolica,   pobliskie   jezioro 

przypominały mu własny dom. - Elsa znów spojrzała gdzieś w dal.

- Jak myślisz, co ich mogło zatrzymać?

Elsa wzruszyła ramionami.

- Chcą się po prostu upewnić, czy nie jechała za tobą policja.

Babe musiał się w tym momencie uśmiechnąć. Nikt nie zrozumiałby, że zależy mu teraz 

tylko na jednym: pragnął odbyć tę ostatnią próbę. Chciał być zdany wyłącznie na samego siebie. 

Ostateczne rozstrzygnięcie - sukces czy porażka nie miały już wielkiego znaczenia.

- Nie będzie policji - stwierdził Babe. Szli dalej, zbliżając się do domu.

- Co dla niego robiłaś?

- Przede wszystkim byłam kurierem. Brylanty wędrowały z banku do stolicy, a następnie do 

Szkocji, gdzie gruby antykwariusz przeprowadzał transakcję. Ja zawoziłam pieniądze do Paragwaju 

background image

i   jeśli   to   było   konieczne,   zamieniałam   na   inną   walutę.   Potem   przekazywałam   gotówkę 

Christianowi.

- Świetna praca: niezbyt uciążliwa, wiele podróży.

- Tak właśnie musiało się to odbywać.

- Czy Szell zabił mojego brata?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Chcesz przez to powiedzieć, że tak?

Milczała.

Weszli do domu, przeszli do salonu i wyjrzeli przez okno. Daleko na horyzoncie pojawił się 

samochód.

- To oni? - spytał Babe.

- Sądzę, że tak.

Babe skinął głową.

Odległość dzieląca samochód od domu zmniejszała się z sekundy na sekundę.

Babe odczuł w tym momencie nagły i dotkliwy ból zębów. Sięgnął ręką do obu kieszeni 

płaszcza, by odzyskać pewność siebie. W lewej znajdowało się pudełko z nabojami, w prawej - 

pistolet  ojca, naładowany i gotowy do oddania strzału. Babe był  dobrym  strzelcem. Nie - był 

świetnym   strzelcem.   Uzbrojony  w  pistolet   ojca   czuł  się   jak  Daniel  Boone.  Ale   miał   wszelkie 

prawo, by tak się właśnie czuć - odkąd przestał być małym chłopcem, spędził przecież tysiące 

godzin ćwicząc strzelanie w jakiejś opętańczej nadziei pomszczenia śmierci ojca.

W tym momencie obiekt zemsty zbliżał się nieuchronnie; miały się oto spełnić wszystkie 

dawne życzenia Babe'a. Christian Szell był tuż tuż. Za chwilę człowiek ten zginie - pod warunkiem, 

że Babe wykaże wystarczająco dużo odwagi. Nie zależało mu jednak na tym, aby zabić Szella 

własnymi   rękami,   nie   myślał   nawet   o   tym   zbyt   dużo.   Ważne   było   to,   aby  Szell   przestał   być 

niebezpieczny   -   dostatecznie   dużo   wyrządził   już   zła.   Choć   może   zabrzmieć   to   dziwnie,   był 

odpowiedzialny za śmierć zarówno H.V., jak i Doca. Zabił H.V. - to bez znaczenia, że morderca i 

ofiara żyli w innych okresach i na różnych kontynentach. Szell był przecież nazistą, a jeśli szuka 

się   czarnego   charakteru,   człowieka   winnego,   to   czy   można   dokonać   lepszego   wyboru?   To   on 

musiał zabić Doca. Babe pragnął, aby tak właśnie było. Któż inny mógł to zrobić? Przecież nie 

dupki w rodzaju Karla i Erharda - z takimi Doc rozprawiłby się nie wyjmując nawet ręki z kieszeni. 

Babe stał teraz nieruchomo, wpatrzony się w przybliżający się samochód. Zdawał sobie sprawę, że 

w  tym   błogosławionym  dniu  mają   wreszcie   spełnić  się  wszystkie  jego  życzenia.   I w  tym  oto 

wspaniałym dniu nagle poczuł, że opuszcza go odwaga.

Nie mógł na to nic poradzić - jego niedawna determinacja przerodziła się w niepewność i 

background image

strach.

Babe   niemal   słyszał   bicie   własnego   serca.   Był   świetnym   strzelcem,   potrafił   trafić   do 

najmniejszego nawet celu - nigdy jednak nie strzelał do żywego ciała. Nagle zrozumiał, że gdy 

zostanie otoczony przez wszystkich: Szella, Janewaya, Erharda, Karla i Elsę, zachowa się tak samo, 

jak zwykł to robić w sytuacjach gdy czuł się przyparty do muru - zrobi z siebie głupka, postąpi jak 

tchórz... gdyby nie okazał się tchórzem i wszedł do pokoju ojca z wypracowaniem na temat wełny, 

H.V. żyłby do dziś i...

...Kochany Boże, choć jeden raz nie pozwól na to, bym zbyt wiele myślał. Idę polować na 

zwierzęta, pozwól, abym sam był zwierzęciem. Nigdy o to nie prosiłem i nie będzie powodu, abym 

o to prosił w przyszłości - a więc tym razem, choć jeden raz, proszę.

Ból zęba stał się nie do wytrzymania. Babe sięgnął ręką do kieszeni, wyciągnął z niej 

buteleczkę z olejkiem goździkowym i z całej siły cisnął nią o najbliższą ścianę.

Elsa aż podskoczyła z przerażenia. Była zupełnie zdezorientowana na widok stłuczonego 

szkła i rozlanej zawartości butelki.

- Środek przeciwbólowy - wyjaśnił Babe. Po chwili pomyślał jednak: Oszczędzaj gardło, 

niech myśli, że jestem wariatem. Po chwili przyszła mu do głowy inna jeszcze myśl: - Zapomnij o 

niej, teraz staraj się oddychać, po prostu oddychać. - Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc, 

celowo   podrażniając   odsłonięte   nerwy   zębów.   Gdyby   nie   ciężki   oddech   Babe'a,   w   pokoju 

panowałaby   absolutna   cisza.   Babe   nadal   nabierał   głęboko   powietrze   do   płuc.   Było   to   bardzo 

bolesne, jeden Bóg wie, jak bardzo - ale konieczne. Jeśli zamierzał zrealizować swój plan, musiał 

mieć sprzymierzeńca - tym sprzymierzeńcem mógł być jedynie nieznośny ból.

background image

27

Samochód   poruszał   się   dość   powoli.   Mogło   się   wydawać,   że   jedzie   na   wycieczkę 

krajoznawczą. Elsa milczała, przyglądając się przestraszonej twarzy Babe'a.

Samochód znalazł się wreszcie na prowadzącej w dół drodze dojazdowej i zaparkował tuż 

za autem Elsy.  Przez chwilę nikt nie wysiadał. W środku samochodu nie było żadnych oznak 

ruchu. Po pewnym czasie otworzyły się drzwi i wysiadł Karl, a za nim Erhard i Janeway. Babe 

odwrócił się raptownie do Elsy, chwycił ją mocno za ramiona i spytał:

- Gdzie Szell? Jest tylko trzech. Gdzie on?

Elsa wzruszyła ramionami.

Babe wlepił oczy w samochód i wyczekiwał, modląc się o to, by w promieniach słońca 

pojawił się nagle Szell. Wszystko na próżno - samochód był już pusty; Szell nie przyjechał. Ale 

gdzie mógł być? Nie mógł przecież pójść po brylanty, ponieważ żaden bank nie był o tej porze 

otwarty.   Poza  tym   i  tak   nie  dobierze  się   do  brylantów,  ponieważ   w   wypadku   czyjejś   śmierci 

plombuje się sejfy bankowe do czasu wyjaśnienia przez władze wszystkich okoliczności. Tak było 

również wtedy, gdy zmarł H.V. - rodzina nie miała dostępu do jego konta i przez dłuższy czas 

nikomu nie wolno było niczego ruszać. Nie znaczy to wcale, że w banku znajdowało się w ogóle 

cokolwiek cennego.

- Czy Szell czeka w banku? W którym banku?

- Nic nie wiem - powiedziała Elsa. Chciała jeszcze coś dodać, lecz powstrzymał ją widok 

pistoletu Babe'a - Nie boję się - powiedziała.

- Zaczniesz się bać - odparł Babe i gestem ręki wskazał na ganek. Dziewczyna ruszyła 

szybkim krokiem. Tuż za nią podążył Babe. Ręka, w której trzymał pistolet, była mokra od potu.

- Dzień dobry! - zawołał Janeway. Stał między Karlem i Erhardem i uśmiechał się tak 

szeroko, jak chyba nigdy przedtem.

Babe przyglądał się im w milczeniu.

- Moglibyśmy przyłączyć się do was i pogawędzić - powiedział Janeway. Babe'owi znów 

przyszedł   na   myśl   Gatsby   i   jego   domowe   przyjęcie   z   przeróżnymi   rozrywkami,   zabawami, 

kanapkami.

- Jest uzbrojony - powiedziała Elsa. - Ma pistolet.

- W dzisiejszych czasach człowiek nie może się czuć zbyt bezpiecznie - stwierdził Janeway, 

z którego twarzy nie znikał uśmiech.

- Czemu nie nazwiesz mnie "starym druhem"? - spytał Babe.

Janeway ruszył z miejsca. Szedł powoli, lecz nie było wątpliwości, że kieruje się w stronę 

background image

ganku.

- To moja ulubiona powieść. Czy twoja również? - spytał. Za Janewayem ruszyli Karl i 

Erhard.   Babe nie reagował. Gdy mężczyźni podeszli bliżej, Babe rozkazał im, by się zatrzymali.

Janeway posłuchał natychmiast. Jego towarzysze postąpili tak samo.

Babe zawahał się.

- Czekamy na dalsze instrukcje - powiedział Janeway. - Chcesz, abyśmy zrobili trzy wielkie 

kroki do przodu? - Na twarzy Janewaya znów pojawił się ten charakterystyczny uśmiech.

Babe nie wiedział, co dalej robić. Nie znał reguł gry, w której przyszło mu uczestniczyć. 

Mógł użyć  broni i być  może  wyeliminowałby z walki jednego z przeciwników,  ale zostałoby 

jeszcze dwóch, a on - w nie znanym sobie miejscu - mógł liczyć jedynie na siebie. Być może 

jednak tak właśnie należało postąpić - po prostu zacząć strzelać na oślep. Miał zakładniczkę i to 

było prawdopodobnie korzystne. Ale czy powinien posłużyć się dziewczyną? Gdyby to zrobił, czy 

przyniosłoby to jakiś efekt?

- Z pewnością są lepsze sposoby spędzania czasu - wtrącił Janeway.

- Lubię czekać - odparł Babe. Skłamał, gdyż w rzeczywistości nie cierpiał tego. Zauważył 

jednak, że Janewayowi  taka sytuacja najwyraźniej  nie odpowiadała, a więc z punktu widzenia 

Babe'a była korzystna.

Karl   okazywał   zdenerwowanie,   mrucząc   coś   pod   nosem;   Janeway   rzucił   mu   gniewne 

spojrzenie.

- Powiedz Karlowi, żeby się uspokoił. Będą tu za pięć minut - stwierdził Babe. Zanim padło 

pytanie: "kto ma przyjechać za pięć minut?", Babe sam na nie odpowiedział: - Policjanci. - Był z 

siebie   prawdziwie   dumny.   Jego   przeciwnicy   brali   przecież   pod   uwagę   taką   ewentualność   - 

dlaczego   więc   nie   wzmóc   ich   podejrzeń?   Każda   próba   zmącenia   spokoju   w   szeregach   wroga 

stawiała Babe'a w lepszej sytuacji. Była to jednak prawda - Babe nie ustępował w niczym swemu 

bratu.

- On mówił, że nie będzie policji - wtrąciła Elsa.

- I mówiłem prawdę - powiedział Babe. - A może mi nie wierzysz?

Erhard zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę, wpatrując się w drogę dojazdową do 

domu. Karl znów zaczął coś mruczeć pod nosem, zwracając się do Janewaya, lecz ponownie został 

przez niego ofuknięty.

- Nie mam zegarka. Czy ktoś zna dokładny czas? - zapytał Babe.

- Nie wierzę, żeby przyjechała tu policja - stwierdził Janeway.

Babe skinął głową.

- W tym jednym zgadzam się z tobą: ja też w to nie wierzę. - Uśmiechnął się do Janewaya. 

background image

Miał nadzieję, że jego uśmiech był promienny.

Nastąpiła chwila ciszy, po której miało dojść do decydującej rozmowy. Janeway zapytał:

- No dobrze, ile chcesz? Czy możemy wejść do środka i omówić warunki? - Mówiąc to 

rozłożył ramiona. Gdyby chciał w tym momencie chwycić za broń, znalazłby się w niekorzystnej 

sytuacji. Podobny gest uczynili dwaj pozostali mężczyźni.

- Czy to ma znaczyć, że mogę wam ufać?

- Właśnie tak.

Babe wskazał drogę pistoletem i wraz z Elsą zaczął wycofywać się w kierunku salonu. 

Robił tak do momentu, gdy znalazł się w rogu pokoju, najbardziej oddalonym od okien. Pierwszy 

do środka wszedł Janeway,  ciągle trzymając rozłożone ramiona. Tuż za nim Karl, a na końcu 

Erhard, który zamknął drzwi.

- Rozumiesz, oczywiście - zaczął Janeway - że moje prawo podejmowania decyzji jest 

ograniczone; gdybym nawet sam chciał przystać na wyższą cenę, nie mogę tego zrobić, ponieważ 

tylko Szell...

- Skończ z tym wreszcie, o jakich warunkach chcesz rozmawiać? - przerwał Janewayowi 

Babe. - Chciałeś wejść do środka tylko po to, by wykończyć mnie szybciej.

- Dlaczego nas wpuściłeś? - spytał Janeway.

- Ponieważ znajdujecie się teraz wszyscy w zasięgu broni - odparł Babe, odpychając od 

siebie Elsę. Pistolet jego ojca był w tej chwili gotowy do strzału.

Janeway uważnie przyjrzał się chłopcu.

- Przykro mi - powiedział wreszcie. - Mam poważne wątpliwości, czy nadajesz się do roli, 

którą odgrywasz.

- Świetnie strzelam - odpowiedział Babe. Zorientował się jednak, że jego słowa nie trafiają 

nikomu   do   przekonania.   Jednocześnie   poczuł,   że   ręka,   w   której   trzyma   pistolet,   jest   zupełnie 

spocona, jego serce znów wali jak młot, twarz pobladła, a w dodatku zaczyna mu się kręcić w 

głowie.

- Ależ to prawda! - powiedział z naciskiem. Słowa te zostały wypowiedziane zbyt głośno, 

aby mogły być uznane za wiarygodne. Babe szybko to zrozumiał, ale cóż miał zrobić - słów tych 

nie mógł już przecież odwołać.

- Nie będzie żadnej policji - stwierdził Janeway. - W przeciwnym razie nie wpadałby w 

panikę.

- Przekonasz się, że przyjadą - odparł Babe. - Wyobrażam sobie twoją minę, sukinsynu, gdy 

cię aresztują, potem przyjdzie kolej na Szella i całą resztę. - Babe dyszał ze zdenerwowania.

Janeway zrobił pół kroku do tyłu.

background image

-   Nie   będziemy   nic   robić,   poczekamy   cierpliwie   -   powiedział   bardzo   cicho.   -   Prawda, 

Erhard? Nie musimy nic robić, czy mam rację, Karl? Będziemy spokojnie czekać, mając oczy i 

uszy szeroko otwarte. A ty, Elsa, odsuń się trochę na bok, widzisz, że chłopak ma problemy z 

oddychaniem.

Wysoka i szczupła postać Babe'a znalazła się teraz w samym rogu. Prawda była brutalna: 

tracił kontrolę nad biegiem wypadków. Choć miał pistolet - swą cenną broń - wszystko zaczynało 

się wymykać. Wiedział o tym zarówno on, jak i jego przeciwnicy. Dla osób znajdujących się w 

salonie nie było już tajemnic.

-   Określę   swoje   warunki   -   powiedział   stanowczo,   lecz   jednocześnie   niezbyt   głośno, 

pamiętając o niedawno popełnionym błędzie.

- Ależ proszę, słuchamy - ponaglał go Janeway. Ich spojrzenia skrzyżowały się.

On   wie,   pomyślał   Babe.   On   wie,   jaka   jest   różnica   między   strzelaniem   do   tarczy   a 

strzelaniem do żywych  ludzi; wie, czym  jest miazga zęba, wie, czym  jest przeraźliwy krzyk  i 

umieranie. Ja tego nie wiem.

-   Moje   warunki   są   następujące:   chcę   mieć   Szella.   Chcę   tylko   wiedzieć,   skąd   odbierze 

brylanty i kiedy. I jeszcze jedno: po moim odjeździe nie ruszycie się stąd przez godzinę.

- Przyjmujemy te warunki - powiedział bez namysłu Janeway. - Są to warunki do przyjęcia. 

Mam   jednak  wątpliwości   co  do   jednego:   czy   możesz   być   pewny,   że   będziesz   miał   nad   nami 

godzinę   przewagi?   Mam   jednak   propozycję:   wypuścisz   powietrze   z   kół   naszego   samochodu   i 

pojedziesz drugim - to będzie najlepsza gwarancja. Naprawa kół zajmie co najmniej godzinę. Takie 

rozwiązanie powinno zadowolić wszystkich. Co o tym myślisz?

- Myślę, że... - zaczął Babe, lecz nagle Janeway wrzasnął: - Nie! - Do działania bowiem 

przystąpił Karl. Sam chciał się rozprawić z Babem; to na niego spadnie cały splendor zwycięstwa - 

nie na gadułę Janewaya ani też skomlącego Erharda. Karl ruszył jak burza w kierunku stojącej w 

rogu szczupłej postaci Babe'a, który widząc, co się dzieje, próbował jeszcze bardziej cofnąć się w 

kierunku ściany. Karl rozcapierzył palce swych potężnych rąk, którymi zamierzał dosięgnąć szyi 

Babe'a. Od triumfu dzieliły go już niemal milimetry, gdy nagle kula z pistoletu Babe'a ugodziła go 

prosto w oko. Karl zawył z bólu, straciwszy równowagę wpadł na ścianę i osunął się po niej na 

podłogę. Babe wykonał w tym czasie serię raptownych uników wiedząc, że atak przypuści teraz 

Janeway.   Poczuł  jednocześnie,  że  jego ruchy,   niegdyś   takie  niezgrabne,  stały się  w  tej   chwili 

swobodne i pełne gracji; nie był już lalusiem, nabrał pewności siebie, zrozumiał, że śmiercionośna 

broń w jego ręku stanowi ogromne zagrożenie dla otaczających go wrogów. W tym momencie 

spostrzegł Erharda, który kierował się w stronę drzwi. Babe nacisnął spust - Erhard wydał okrzyk 

podobny   do   tego,   jaki   przedtem   zademonstrował   Karl,   i   padł   na   podłogę.   Został   więc   tylko 

background image

Janeway, co nie oznaczało, że rozprawienie się z nim będzie łatwym zadaniem. Janeway znajdował 

się bowiem w ruchu, trzymając pistolet, który choć jeszcze nie wycelowany w Babe'a, był w każdej 

sekundzie   gotowy   do   strzału.   Czy   mierzyć   w   nadgarstek,   czy   w   serce?   Celować   w   broń 

przeciwnika, jak robił to Lone Ranger, czy też próbować zupełnie sparaliżować jego ruchy? Babe 

nie był zdecydowany, jednak strzelił, trafiając przeciwnika w brzuch. Nie powstrzymało to jednak 

Janewaya, więc Babe oddał następny strzał - tym razem Janeway padł na podłogę, wypuszczając z 

ręki pistolet. Ciągle się jednak ruszał i Babe zaczął się zastanawiać, czy wyeliminowanie go z walki 

jest w ogóle możliwe. Strzelił więc raz jeszcze i wtedy spostrzegł, że Erhard doszedł do siebie. 

Strzelił w jego stronę mając nadzieję, że zrobił to celnie, bo oto Elsa rzuciła się nagle w stronę 

pistoletu Janewaya. Babe musiał ją jakoś powstrzymać, gdyż odkrył, że ma już pusty magazynek. 

Nie było jednak czasu na załadowanie broni i Elsa miała przez chwilę przewagę. Była jednak 

dziewczyną, a on - maratończykiem. Dobiegł więc do miejsca, gdzie leżał pistolet, i zanim Elsa 

zdołała go dosięgnąć, kopnął go i natychmiast pobiegł za toczącą się po podłodze bronią. Chwycił 

pistolet i celując prosto w twarz Elsy zaczął powoli naciskać spust.

- Nie... nie... Jezu!... - wrzasnęła.

- Bank... Bank Szella powiedział Babe.

- Nie wiem...

W   drugiej  części  pokoju  leżał  jęczący  Erhard,  którego   kulawa  noga   wykrzywiła  się  w 

nienaturalny sposób. Nie opodal Erharda leżał krwawiący Janeway. Babe zwrócił się do Elsy:

- Ty kłamliwa suko, wiesz, dobrze wiesz i wszystko  mi  powiesz; powiesz mi  albo cię 

zabiję.

Dziewczyna odpowiedziała wrzaskliwie:

- I tak mnie zabijesz! - na co Babe odparł podobnym tonem:

- Niech mnie szlag trafi, jeśli nie masz racji, ale i tak mi wszystko powiesz.

Jej twarz nie była w tym momencie śliczna; Elsa była przerażona, ale wreszcie wykrztusiła:

- Madison... róg Madison i Dziewięćdziesiątej Pierwszej.

Dla Babe'a byłaby to wspaniała wiadomość - teraz mógłby naprawdę triumfować - gdyby 

nie fakt, że Janeway jeszcze żył i w tej chwili chwycił go za kostki nóg. Babe poczuł, że traci 

równowagę, i gdy zaczął strzelać do Janewaya, spostrzegł czołgającego się po podłodze Erharda. 

Nie przestawał strzelać, ale brutalna prawda była taka: skończyła się cudowna passa, teraz miał 

nastąpić koniec - jakby wszyscy martwi sprzysięgli się przeciwko niemu. Babe zastanowił się, 

gdzie są pozostali, gdzie Doc i stary H.V. - jeden ze skronią ociekającą krwią, drugi z rozprutymi 

wnętrznościami... Dlaczego i oni nie przyszli teraz po niego? Zrobili to przecież wszyscy inni. Cały 

wszechświat   krwawił,   cały   wszechświat   krwawił   i   wszystko   sprzysięgło   się   nagle   przeciwko 

background image

niemu, doprowadzając go do upadku...

background image

28

Szell wędrował wśród Żydów z uczuciem fascynacji i zadowolenia.

Nigdy przedtem nie przypuszczał, że istnieje coś, co można nazwać brylantowym bazarem. 

Było jednak takie miejsce. Istniało w całej swej etnicznej glorii, rozciągając się od Piątej do Szóstej 

Alei, wzdłuż ulicy Czterdziestej Siódmej. Szell stał na chodniku, trzymając swobodnie walizkę. 

Nagle odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku.

Nawet bank na rogu Czterdziestej Siódmej i Piątej to Bank Izraela. Zupełnie logiczne - 

pomyślał   Szell.   Bank   miał   swą   siedzibę   właśnie   tam   dlatego,   aby   przedstawiciele   Narodu 

Wybranego, wyczerpani całodziennym targowaniem się z klientami, nie musieli wędrować zbyt 

daleko.

A nazwy - Boże, cóż. za nazwy: Giełda Brylantów, Giełda Biżuterii, Giełda Jubilerów, 

Centrum   Handlu   Brylantami,   Brylantowa   Wieża,   Galeria   Brylantów,   Brylantowa   Podkowa.   A 

każde z tych miejsc przypominało swym wyglądem dużą stajnię; w każdym było całe mnóstwo 

malutkich straganów, a każdy stragan roił się od Żydów - popychających się nawzajem, głośno 

zachwalających swój towar, polujących na klienta. Między dużymi magazynami znajdowały się 

mniejsze sklepy - mniejsze, ale lepsze sklepy jubilerskie. Szell miał zamiar zajrzeć później do kilku 

z nich, by zasięgnąć języka i zdobyć pewne informacje. Zauważył, że niektóre były zamknięte na 

klucz i aby dostać się do środka, należało zadzwonić. Dźwięk towarzyszący otwieraniu drzwi był 

charakterystycznym  akcentem  ulicy Czterdziestej  Siódmej,  na której  koloryt  składały się także 

delikatesy   z   salami   w   oknach   wystawowych,   jak   również   młodzi   mężczyźni   w   okrągłych 

czapeczkach i starzy mężczyźni z długimi brodami.

Planując rychły powrót w to samo miejsce, Szell wolnym krokiem doszedł do Szóstej Alei, 

wsiadł do taksówki i pojechał w kierunku przeciwnym do centrum miasta, gdzie znajdował się jego 

bank. Wiedział, że bank będzie otwarty, jednak nie zamierzał jeszcze wchodzić do środka. Głównie 

z   dwóch   powodów.   Po   pierwsze   jego   samolot   do   Ameryki   Południowej   odlatywał   dopiero   o 

siódmej, więc chodzenie przez dłuższy czas po ulicach miasta z walizką pełną brylantów byłoby 

wielce ryzykowne.

Oraz ze względu na Scyllę.

I to był powód drugi. Czy Scylla zamierzał go okraść, a jeśli tak - czy jego plan był nadal 

aktualny?   Gdyby   Szell   był   na   miejscu   Scylli,   zrobiłby   to   na   pewno.   Czy   jest   ktoś,   kogo   nie 

skusiłaby jedna z największych nielegalnie powstałych fortun - szczególnie biorąc pod uwagę fakt, 

że potencjalna ofiara kradzieży nie mogłaby liczyć na pomoc policji?

Czy istniało jakieś niebezpieczeństwo?

background image

Taksówka wyjechała z Central Parku przy Dziewięćdziesiątej i skierowała się w stronę 

stawu. Szell poprosił kierowcę, by wjechał w Madison. Tam właśnie, na rogu Dziewięćdziesiątej 

Pierwszej, znajdował się piękny, zbudowany z czerwonej cegły budynek banku.

Szell starał się teraz skupić.

Miał fenomenalną pamięć - zapamiętywał ułożenie figur na szachownicy równie dobrze, jak 

układ   siekaczy   w   jamie   ustnej;   zapamiętywał   ludzkie   nosy,   ręce,   specyficzne   kolory.   Kazał 

kierowcy   obwieźć   się   po   dzielnicy   banków.   Wyglądając   przez   okno   samochodu,   próbował 

zapamiętać   wszystkie   charakterystyczne   szczegóły   górnego   odcinka   ulicy   East   Side.   Podobną 

przejażdżkę odbył w tej okolicy dwie godziny wcześniej, kilka minut po ósmej, i w tej chwili 

porównywał ze sobą różne sytuacje i sceny z życia ulicy, jakie podczas obu tych tur zarejestrował 

jego umysł. Czy pod sklepieniem budynku - zażywając promieni słonecznych siedziała ta sama 

stara kobieta w towarzystwie tej samej pielęgniarki? Czy ubrania robotników drogowych przy ulicy 

Dziewięćdziesiątej   Drugiej   nie   wyglądały   na   zbyt   mało   zużyte?   Czy   wśród   przechodniów   na 

ulicach   nie   było   tych   samych   twarzy   co   za   pierwszym   razem?   Czy   odźwierni   stojący   przed 

wejściem do budynków zachowywali się naturalnie? Czy przechodzący listonosze nie zdradzali 

oznak zdenerwowania? Dosłownie nic nie mogło ujść uwagi Szella. Było tak zawsze - dlaczego 

teraz miałoby być inaczej?

Szell skończył objazd dzielnicy banków i był zadowolony w takim stopniu, w jakim było to 

możliwe. W miejscach przez które przejeżdżał, nie działo się nic szczególnego - przynajmniej tak 

mu się wydawało.

Nigdy jednak nie opierał swych sądów na powierzchownych wrażeniach. Zapłacił kierowcy 

na rogu Dziewięćdziesiątej Trzeciej  i Lexington, wysiadł z samochodu, poczekał, aż taksówka 

zniknie z pola widzenia - i wsiadł do następnej, by pojechać z powrotem na "brylantowy bazar".

Chciał się bowiem dowiedzieć, czy nazywanie zawartości bankowego depozytu  jedną z 

największych nielegalnie powstałych fortun na świecie było uzasadnione, czy też było to jedynie 

pobożne życzenie.

Nie miał pojęcia, jaką wartość przedstawiały obecnie brylanty.

Kiedyś to wiedział. Wiedział to bardzo dobrze, lecz było to jakby w innym życiu i innym 

kraju. Teraz, gdy miał wreszcie zobaczyć  swoją fortunę, bardzo pragnął znać przynajmniej  jej 

przybliżoną wartość. Od tej wiedzy zależało całe jego przyszłe życie - oraz poziom tego życia. Z 

tego   właśnie   powodu   wracał   na   ulicę   Czterdziestą   Siódmą.   Było   wiele   pytań,   na   które   chciał 

uzyskać konkretną odpowiedź. Dlatego, gdy znalazł się z powrotem na brylantowym bazarze i 

płacił taksówkarzowi, odczuwał o wiele większe podniecenie niż wtedy, gdy jechał tam po raz 

pierwszy.

background image

Oddalił   się   od   Piątej   Alei,   niosąc   swobodnie   swą   walizkę.   Po   chwili   dotarł   do   dwóch 

sklepów,   które   uprzednio   wybrał   spośród   wielu   innych.   Pierwszym   z   nich   był   sklep   Katza. 

Postanowił,   że   zacznie   od   pytań   dotyczących   niewielkich   okazów,   a   więc   najpierw   zapyta   o 

wartość brylantów  jednokaratowych. Gdyby bowiem zaczął od razu dowiadywać  się o wielkie 

okazy,  wzbudziłby podejrzenia. Nacisnął klamkę w drzwiach sklepu Katza. Były zamknięte na 

klucz. Nad guzikiem dzwonka znajdował się napis: nacisnąć. Szell nacisnął guzik. Rozległ się 

brzęczyk i drzwi otworzyły się.

I pomyśleć, że wszyscy ci ludzie uważali Niemcy za okropny kraj.

- Chciałbym obejrzeć jednokaratowy brylant - Szell zwrócił się do malutkiego mężczyzny, 

który niemal w podskokach podbiegł do lady.

Człowieczek zaskoczył go pytaniem:

- Dlaczego?

- Ponieważ... - zaczął Szell, lecz zorientował się, że mówi z niemieckim akcentem.

- Po-nieważ - powtórzył typowo po amerykańsku, lecz w tej dzielnicy taki sposób mówienia 

również nie był zbyt mile widziany. Szell zastanawiał się, czy malutki mężczyzna zauważył jego 

obcy akcent.

- Bo jeśli pan tylko ogląda, niech pan pójdzie popatrzeć na wystawy. Ale jeśli jest pan 

naprawdę zainteresowany, jeśli chce pan nabyć okaz najwyższej jakości, jaki można znaleźć w tej 

części miasta, to zwrócił się pan do właściwego człowieka.

- Ile taki brylant mógłby kosztować? - zapytał Szell, potakując głową. Wiedział bowiem, że 

wszystkie jego brylanty były okazami najwyższej jakości.

- Zanim panu odpowiem, musimy iść do obiektywnego rzeczoznawcy, którego znam. I jeśli 

on panu nie powie, oddam brylant prawie za darmo. Poszukam sobie nowego szwagra. - Mówiąc to 

zaśmiał się.

-   Proszę   o   jedno   -   odparł   Szell   -   chciałbym   tylko   wiedzieć,   jaka   jest   wartość 

jednokaratowego brylantu.

- Chwileczkę... chwileczkę... przywlókł się pan tu do mnie, żeby tylko zobaczyć, teraz chce 

pan wiedzieć, ile kosztuje. Pieniądze to śmieci, ja sprzedaję prawdziwą wartość. Kiedy porozmawia 

pan z rzeczoznawcą - pracuje piętro wyżej - przekona się pan, że jestem tym człowiekiem, którego 

pan szukał, a nie jakimś naciągaczem. No więc?

Zachowanie   samokontroli   kosztowało   Szella   wiele   wysiłku.   Od   ponad   trzydziestu   lat 

przyzwyczaił się do tego, że jego rozkazy są wykonywane natychmiast. Bezczelność tego Żydka 

przechodziła wszelkie wyobrażenie. Zadano mu proste pytanie, a on nie udziela natychmiastowej 

odpowiedzi.

background image

Szell odwrócił się i wyszedł. Znalazłszy się na ulicy, ruszł w kierunku Szóstej Alei.

Przyciśnięcie guzika.

Brzęczący dźwięk.

Otwarte.

Większość ścian wewnątrz była pomalowana na niebiesko. W środku znajdowało się tylko 

dwóch mężczyzn - jeden stał odwrócony tyłem, był otyły i spocony; drugi natomiast - ten który 

podszedł od razu do Szella, miał wygląd prawdziwego dżentelmena - mały wąsik, ubiór dobrany do 

koloru wnętrza sklepu.

- Słucham pana.

Szell postanowił mówić z akcentem brytyjskim.

- Interesuje mnie wartość jednokaratowego brylantu.

Mężczyzna z wąsikiem uśmiechnął się.

- To tak, jakby spytał pan o cenę obrazu. To zależy od wielu rzeczy.

- Obchodzimy z żoną dwudziestopięciolecie ślubu. Wiem, że to srebrne gody, ale widzi 

pan,   ona   uwielbia   brylanty.   Byłbym   skłonny   jeszcze   trochę   poczekać,   ale   brylantowe   gody 

obchodzi się dopiero po sześćdziesięciu latach i szans na to, by doczekać tej chwili, nie oceniam 

zbyt   wysoko.  Pomyślałem  więc,   że  mógłbym  zrobić  żonie  niespodziankę.  Rozumie   pan,  o  co 

chodzi?

- Powiem panu, jaka może być rozpiętość cen. Prawdopodobnie uda się panu znaleźć w tej 

okolicy   jednokaratowy   brylant   o   wartości   jedynie   trzystu   pięćdziesięciu   dolarów.   Ja   mam   do 

sprzedania okaz za cztery tysiące. Jaką więc cenę byłby pan skłonny zapłacić?

- Cztery tysiące  - odpowiedział  Szell. Był  trochę poruszony,  gdyż  nigdy wcześniej  nie 

zaprzątał sobie głowy tak niewielkimi sumami.

Sprzedawca pochylił się nad ladą.

- To bardzo mądra decyzja, proszę pana. Należy zawsze kupować towar najwyższej jakości. 

Brylanty  to  najlepsza  inwestycja,   ich  cena  zawsze  idzie   w  górę,  zwłaszcza  tych  cenniejszych. 

Takich nigdy nie ma w nadmiarze i popyt na nie nigdy nie maleje. Dam panu przykład: piękny 

okaz trzykaratowy osiąga dziś cenę co najmniej osiemnastu tysięcy. Przed końcem tego roku jego 

wartość wzrośnie do dwudziestu pięciu tysięcy.

Szell pokiwał głową, starając się uporządkować w myślach wszystkie te liczby, co nie było 

łatwe, gdyż gruby mężczyzna rozmawiał akurat przez telefon i mówił coraz bardziej podniesionym 

głosem.

- Rozumiem, Arnie - mówił mężczyzna do słuchawki. - Arnie, na Boga, znamy się przecież 

od   dwudziestu   lat.   Chryste,   wiem,   że   jest   Żydówką.   Oczywiście,   że   chce   mieć   duży   kamień. 

background image

Powiedz mi tylko, ile byłbyś skłonny dać? Dwanaście? Czy dałbyś dwanaście? Jeśli zgodzisz się na 

dwanaście, mogę wybrać coś, co przyprawi ją o zawrót głowy. Daj mi znać jeszcze dzisiaj, Arnie. - 

Gdy tęgi mężczyzna odłożył słuchawkę i odwrócił się, Szell pomyślał: - Mój Boże, mój Boże! 

Znam tego Żyda, był moim pacjentem w obozie!

Gruby mężczyzna stanął wyprostowany i przyjrzał się Szellowi.

Wtedy nie był taki otyły. Musiał być silny. W przeciwnym razie nie przeżyłby. Z pewnością 

pracował u Kruppa lub w I.G. Farben. Chryste, ilu moich byłych pacjentów chodzi po tych ulicach?

Gruby mężczyzna przypatrywał się teraz uważnie Szellowi.

Szell wiedział, że powinien natychmiast uciekać. Nie mógł jednak tego zrobić, po prostu nie 

mógł. Tego właśnie obawiał się bardziej niż czegokolwiek innego - spotkania w biały dzień ofiary 

swojej obozowej działalności.

- Wydaje mi się, że pana znam - powiedział gruby mężczyzna. - Pańska twarz wydaje mi się 

znajoma.

- Mam nadzieję, że poznaliśmy się już wcześniej. Uwielbiam takie nieoczekiwane spotkania 

- odparł Szell czysto brytyjskim akcentem. Wyciągnął prawą rękę. - Hesse, bardzo mi miło. - 

Gruby mężczyzna podał mu rękę. Szell uścisnął również rękę mężczyzny z małym wąsikiem. - 

Hesse, miło mi pana poznać. Christopher Hesse, być może był pan w naszym sklepie w Londynie - 

w sklepie mojej żony i moim.

- To nie było w Londynie - odparł otyły mężczyzna.

- No cóż, jesteśmy tam od połowy lat trzydziestych. Wiadomo - Hitler; jesteśmy Żydami i 

postanowiliśmy wyjechać w momencie, gdy było to jeszcze możliwe. Nasi przyjaciele ochrzcili nas 

mianem   histeryków,   ale   mimo   wszystko   wyjechaliśmy.   Przez   wszystkie   te   lata   prowadziliśmy 

sklep, w którym sprzedajemy niemal wszystko. Nasz sklep znajduje się niedaleko Islington. To w 

tej chwili modne miejsce - inaczej niż wtedy, gdy tam osiedliśmy na stałe. Wówczas jednak nie 

było nas stać na nic więcej. Nie chcę się przechwalać, ale interesy idą nam całkiem nieźle. - Szell 

wypowiedział to wszystko bardzo brytyjskim akcentem - bardziej chyba brytyjskim, niż gdyby 

mówiła to sama królowa. Skutek był jednak widoczny i Szell poczuł się dumny: z twarzy grubego 

mężczyzny znikły wszelkie oznaki podejrzliwości.

- Zawsze chciałem wybrać się do Londynu - wtrącił mężczyzna z małym wąsikiem.

- Ależ proszę to zrobić - odpowiedział Szell. - I kiedy pan przyjedzie, proszę się z nami 

koniecznie  skontaktować.  Sklep  nazywa  się Hesse of Islington.  Proszę obiecać,  że będzie  pan 

pamiętał.

- Oczywiście - odpowiedział mężczyzna z wąsikiem. - Chciałby pan coś obejrzeć?

- Chyba tak. Muszę tylko dyskretnie wysondować opinię mojej pani. Cztery tysiące to dość 

background image

znaczna suma.

- Czy mam to dla pana zatrzymać?

- To dobry pomysł - odpowiedział Szell, po czym uśmiechnął się, wziął swoje pakunki i 

wyszedł   ze   sklepu.   Idąc   chodnikiem,   mijał   mężczyzn   w   kapeluszach,   starców   o   wyglądzie 

uczonych, właścicieli straganów. Na ulicy utworzył się korek. Robiło się gorąco. Szell spojrzał na 

zegarek:   już   dawno   minęła   jedenasta.   Ponieważ   postanowił   pójść   do   banku   możliwie   jak 

najpóźniej,   miał   jeszcze   kilka   godzin   na   to,   by   pospacerować   po   ulicach   i   jak   najdokładniej 

zarejestrować w umyśle szczegóły życia Manhattanu. Musiał przyznać Amerykanom, że było to 

niezwykłe   miejsce:   drapacze   chmur,   małe,   wąskie   uliczki,   budynki   ze   strzelistymi   dachami. 

Przechadzając się w pobliżu Szóstej Alei, Szell usłyszał nagle słowo: Engel. Na początku nie był 

pewny,  czy dźwięk ten  dochodził  z jakiegoś  sklepu muzycznego,  czy też  był  produktem jego 

wyobraźni. Gdy jednak usłyszał to słowo ponownie, zdał sobie sprawę, że nie było to słowo: Engel, 

lecz der Engel. Mocniej zabiło mu serce i poczuł się nieswojo, gdyż głos - był to głos kobiety - 

przerodził się w tej chwili w głośny wrzask: - Der weisser Engel, der weisser Engel! Od czasów 

Oświęcimia nikt nie nazwał Szella Białym Aniołem. Odwrócił głowę i zobaczył ją: znajdowała się 

po przeciwnej stronie ulicy Czterdziestej Siódmej; była pochylona, o wyglądzie starej wiedźmy. 

Wskazując   jedną   ręką   na   Szella,   a   drugą   przyciskając   kurczowo   do   piersi,   kobieta   krzyczała 

wniebogłosy: - Der weisser Engel... Szell... Szell... - choć nie potrafiła utrzymać nieruchomo swej 

diabelskiej ręki, nie było wątpliwości, że wskazuje nią właśnie na Szella. Przez chwilę Szell zamarł 

w bezruchu, ponieważ przechodnie reagowali na krzyk kobiety. Jednak nie Latynosi, którzy szli w 

swoją stronę, jakby nic szczególnego się nie działo; nie reagowali również czarni - cóż ich to 

mogło   obchodzić,   że   stara   obłąkana   kobieta   wykrzykuje   słowo,   które   mogło   się   kojarzyć   ze 

słowem   rell,   czyli   sprzedawanie.   Na   starą   kobietę   nie   zwracali   również   uwagi   młodzi   Żydzi, 

najwidoczniej pochłonięci własnymi sprawami...

...Na krzyk kobiety zwrócił jednak uwagę stary brodaty mężczyzna:

- Szell?... Szell jest tutaj?...

...Potem rozległ się głos innego starego mężczyzny:

- Gdzie jest Szell?...

...Wtedy odezwała się niezwykle niskim głosem ogromna kobieta:

- On nie żyje... Szell nie żyje... żaden z nich nie żyje...

- Nein, nein - krzyczała nadal kobieta o wyglądzie wiedźmy,  wskazując palcem: - Der 

weisser Engel ist Hier!

Ulica Czterdziesta Siódma była w tym momencie bliska eksplozji.

Szell ruszył ponownie w kierunku Szóstej Alei, pamiętając, aby iść bardzo powoli. Gdyby 

background image

zaczął biec, natychmiast by się tym zdradził. Gdyby biegł, oznaczałoby to, że musi mieć ku temu 

jakiś powód - a tym powodem, rzecz jasna, byłoby to, że został rozpoznany przez starą kobietę jako 

wielki Christian Szell. Nie było jednak powodu do paniki; musiał po prostu przechytrzyć Żydów, 

którzy nie znali przecież jego wyglądu. Niektórzy znali - jego twarz pamiętał gruby mężczyzna w 

sklepie; rozpoznała go również wiedźma po przeciwnej stronie ulicy. W oczach wszystkich innych 

Szell był jednak kimś obcym. Większości z nich znane było z pewnością jego nazwisko. Niektórzy 

mogli   widzieć   kiedyś   jego   twarz.   Jednak   tylko   nieliczni   potrafiliby   rozpoznać   w   tym   łysym 

mężczyźnie Christiana Szella.

Chyba żeby zaczął nagle biec.

Spokojnie, spokojnie - rozkazał Szell samemu sobie.

Do Szóstej Alei było już blisko. Zupełnie blisko. Za sobą słyszał jednak odgłosy, które 

napawały go coraz większym strachem. Jego nazwisko wykrzykiwano w tym momencie na całym 

brylantowym bazarze. Wszyscy Żydzi zostali nagle ogarnięci strachem - pociechą mogło być dla 

nich to, że mieli teraz tak wielką przewagę liczebną. Wszyscy zastanawiali się, czy to prawda, czy 

to możliwe, że Szell żyje, że jest tu - w Ameryce? Każdy z nich zadawał sobie teraz pytanie: a 

może to ja będę tym, który go złapie?

Jeszcze   wolniej   -   Szell   wydał   rozkaz   samemu   sobie.   Jesteś   turystą,   możesz   czuć   się 

bezpiecznie, nie ma powodu do pośpiechu.

- Ucieka! - krzyknęła stara czarownica. - Widzicie? Widzicie?

Szell obserwował w tej chwili właścicieli sklepów, którzy wyglądali przez okna i drzwi, 

zaalarmowani nagłą wrzawą.

Uśmiechnął   się   przyjaźnie   do   otyłej   damy,   która   stała   w   drzwiach   swego   sklepu 

jubilerskiego.

- Cóż za dzień! Tres belle, czyż nie? - powiedział Szell najlepszą francuszczyzną, na jaką 

było go stać. Starał się przy tym zachowywać tak, jakby za jego plecami nic się nie działo.

- Co to za hałasy? - spytała duża kobieta.

Szell w typowo francuski sposób wzruszył ramionami.

- To jacyś szaleńcy - odparł.

Kobieta uśmiechnęła się.

W porządku - pomyślał Szell. Nie przegrasz, jeśli tylko nie wpadniesz w panikę. A więc 

powoli. Tylko powoli.

- Ja go zatrzymam! - wrzasnęła stara wiedźma. Szell bezwiednie odwrócił swą łysą głowę. 

Gdyby zaczęto go ścigać, sytuacja zmieniłaby się radykalnie. Wiedźma wybiegła na ulicę krzycząc:

- Przejście, zróbcie przejście! - Kobieta była stara i powolna w ruchach, więc można było 

background image

oczekiwać, że kierowcy przejeżdżających samochodów zdążą zahamować swe pojazdy - i tak się 

faktycznie stało. Jednakże jeden z samochodów, choć zahamował tak ostro, że pisk opon wywołał 

u przechodniów dreszcze, wpadł w poślizg i lekko potrącił starowinę. Kobieta utrzymała się przez 

moment na nogach, po czym upadła. Nie została ranna, gdyż leżąc już na jezdni wydała z siebie 

okrzyk bardziej donośny niż wszystkie dotychczasowe:

- Głupcze... głupcze... kto teraz go zatrzyma? - Słowa te skierowane były do kierowcy, 

który wyskoczył z samochodu i podbiegł do leżącej kobiety, by pomóc jej wstać. Tymczasem Szell 

kontynuował   przechadzkę,   dochodząc   wreszcie   do   Szóstej   Alei,   gdzie   poczuł   się   już   zupełnie 

bezpiecznie. Zadowolony z takiego obrotu sytuacji, skręcił w kierunku przeciwnym do centrum i 

szedł   spokojnie   dalej,   zostawiając   gdzieś   daleko   za   sobą   histerię   i   zgiełk   ulicy   Czterdziestej 

Siódmej, a więc sprawy - taką miał nadzieję - które należały już do przeszłości. A może nie? Być 

może zjawi się policja i przesłucha starowinę - i uwierzy w jej opowieść lub nie. Ale na to Szell nie 

miał już wpływu.

Może mieć wpływ tylko na jedno: samego siebie. I jest tylko jedna rzecz, którą można 

zrobić: coś, czego nikt nie oczekuje.

Policjanci sądziliby zapewne, że Szell ma przy sobie pistolet. Nie było tak jednak teraz ani 

nigdy przedtem. Po pierwsze dlatego, że nigdy nie chciał posiadać umiejętności posługiwania się 

bronią palną - miał zostać dentystą, a w tym zawodzie pistolety są bezużyteczne. To prawda, uczył 

się   kiedyś   strzelać,   lecz   szybko   odkrył,   że   w   tej   dziedzinie   wykazuje   zupełny   brak   talentu. 

Nienawidził hałasu, jaki towarzyszy strzelaniu. Poza tym odrzut broni palnej po oddaniu strzału 

powodował, że Szell nigdy nie trafiał do celu. Fakt, że nie nosił przy sobie pistoletu, wcale nie 

oznaczał jednak, że nie był uzbrojony.

Miał przecież Przecinacz.

Po prostu Przecinacz. Jeśli potraktować ten przedmiot jako zwykły nóż, Szell nie dokonał w 

tej   dziedzinie   żadnego   odkrycia   -   noże   istnieją   przecież   od   czasów,   gdy   przestaliśmy   być 

ziemnowodnymi zwierzętami. Przecinacz nie był jednak zwykłym nożem, lecz narzędziem, które 

było   tworem   wyrafinowanej   inteligencji   Szella.   Zawsze   nosił   tę   broń   przywiązaną   do 

przedramienia.   Wystarczył   jeden   błyskawiczny   ruch   i   w   prawej   ręce   pojawiało   się   nagle 

niebezpieczne ostrze gotowe do zadania ciosu. Narzędzie miało masywną rękojeść, a jego ostrze 

było   osadzone   głęboko   w   drewnianej   obudowie   i   miało   spiczasty   koniec,   tak   ostry   jak   igła 

strzykawki.  Tylko  jedna krawędź ostrza  przeznaczona  była  do zadawania ciosów - druga była 

gruba i masywna. Wystarczyło więc zadać cios z rozmachu, by - zależnie od okoliczności - rozciąć 

na   pół   brzuch   przeciwnika   lub   poderżnąć   mu   gardło.   Szell   uwielbiał   w   swej   broni   jedno:   w 

porównaniu   z   okropnym   hałasem   towarzyszącym   oddawaniu   strzału   Przecinacz   działał 

background image

bezszelestnie.

A więc można było oczekiwać, że Szell będzie miał przy sobie broń palną. Można się było 

również spodziewać, że będzie uciekał.

On tymczasem, zachowując niewiarygodny wprost spokój i kontrolę zarówno nad swym 

ciałem,   jak   i   umysłem,   postanowił,   że   zostanie   tam   właśnie,   gdzie   się   w   tej   chwili   znajduje. 

Wiedział bowiem, że jego potencjalni tropiciele będą pewni jednego: przy pierwszej nadarzającej 

się okazji Szell spróbuje uciec na drugi kraniec miasta - wskoczy do taksówki, pojedzie metrem, 

zrobi, co będzie w jego mocy, by zniknąć z pola widzenia.

Szósta   Aleja   okazała   się   miejscem   dość   ponurym,   a   w   dodatku   wysokie   budynki   nie 

przepuszczały słońca. Szell zawrócił więc i ruszył z powrotem w kierunku Piątej Alei. Był już w 

połowie drogi, gdy zobaczył niewielki plac skąpany w promieniach słońca. Podszedł bliżej i aż 

westchnął ze zdumienia, bo oto przed jego oczami roztaczał się wspaniały widok: w ten wyjątkowo 

ciepły dzień po znajdującym się poniżej poziomu ulicy lodowisku jeździł tłum łyżwiarzy. Szell 

stanął przy balustradzie i obserwował wirujące figury.

Niewiarygodne.

A jednocześnie najlepsze, co było w życiu Ameryki. W samym sercu miasta-dżungli, w 

środku upalnego dnia ludzie zachowywali się tak, jakby była mroźna zima. Dzieci śmiały się i 

upadały,  starsze panie jeździły po lodzie, trzymając się za ręce ze starszymi  mężczyznami.  W 

środku znajdowali się najlepsi łyżwiarze - być może profesjonaliści, w każdym razie radzili sobie 

świetnie, wykonując zgrabne obroty i skoki. Szell zauważył, że ci najlepsi mają podobne sylwetki - 

nogi podobne do nóg tancerzy, jednak trochę grubsze, oraz szczupłe torsy, zwłaszcza w górnej 

części,  co   było   prawdopodobnie  wynikiem  wysiłku,  jaki  wkładali  w  to,  by uczynić  swe  ciała 

zwinnymi i zgrabnymi. Nie byli tacy grubi, jak mężczyzna ze sklepu jubilerskiego - ten właśnie, 

który nagle położył ręce na ramionach Szella, chcąc go odwrócić, i dysząc powiedział:

- Wiedziałem, że nie jesteś Anglikiem, ty morderczy sukinsynu. Szell, gdy poczuł, że ktoś 

próbuje odwrócić go, wysunął swój Przecinacz i jeszcze zanim zdążył stanąć twarzą w twarz z 

napastnikiem, puścił w ruch swą broń - jeden szybki, prawie niewidoczny ruch prawej ręki i gardło 

grubego   mężczyzny   zostało   nagle   rozcięte   na   pół.Gdy   mężczyzna   trzymając   się   kurczowo   za 

gardło, zaczął się osuwać na ziemię, Szell krzyknął: - Tu jest chory, potrzebny lekarz, zawołajcie 

lekarza! Gruby mężczyzna, w którym tliły jeszcze resztki życia, zawisnął na balustradzie. Wokół 

niego zebrał się tłum ludzi. Po chwili mężczyzna nie był już w stanie trzymać się za gardło - jego 

ręce opadły bezwładnie, a z rany trysnęła krew. Ludzi gromadziło się coraz więcej. Większość 

zaczęła krzyczeć. Wśród nich nie było już jednak Szella, który w tej chwili szedł bardzo szybkim 

krokiem, a właściwie biegł w kierunku stojącej nie opodal taksówki. Do diabła z zasadami! Nad 

background image

głową Szella  gromadziły się czarne  chmury.  Nieszczęścia  chodziły trójkami  - pierwszym  była 

starowina, która rozpoznała go na ulicy, drugim gruby mężczyzna. Szell nie miał najmniejszego 

zamiaru czekać na przeżycie trzeciego nieszczęścia. Teraz myślał już tylko o banku - o banku i 

brylantach. Powiedział kierowcy, gdzie ma jechać, po czym otworzył walizkę i ukradkiem przetarł 

chusteczką ostrze Przecinacza. Następnie schował szybko swą broń, włożył chusteczkę do walizki i 

zamknął ją. Dochodziło wpół do dwunastej, gdy znalazł się wreszcie na rogu Dziewięćdziesiątej 

Pierwszej i Madison.

A więc do dzieła.

Bank znajdował się na rogu po prawej stronie. Wydawało się, że w pobliżu nie dzieje się 

nic szczególnego. Mogły to być jedynie pozory - a na nich Szell nigdy nie opierał swych osądów.

A jeśli ktoś czyhał na jego fortunę? Gdyby tak było naprawdę, czy Szell miał jakąś szansę? 

To prawda, że mógł nie wchodzić do banku. Przed nadejściem Bożego Narodzenia byłby jednak 

nikim   innym   jak   zubożałym   uciekinierem   -   a   więc   znalazłby   się   w   sytuacji   nie   do 

pozazdroszczenia.

Zapłacił kierowcy, wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku wejścia do banku.

Klucz do skrytki trzymał w kieszeni garnituru, natomiast numer zakodowany był w jego 

mózgu.   Zobaczył   napis:   "Skrytki   bankowe"   i   szyko   ruszył   w   kierunku   wskazywanym   przez 

strzałkę. Zszedł po schodach i ujrzał przed sobą dużą, zamkniętą bramę. Po drugiej stronie bramy 

czuwał strażnik. Szell podszedł do znajdującego się obok bramy biurka, przy którym  siedziała 

kobieta. Była w średnim wieku, otyła i, jak na czarną, o całkiem miłej fizjonomii.

- Do mojej skrytki - powiedział Szell, podając jej klucz.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

-   Myślałam,   że   znam   wszystkich   właścicieli   skrytek.   -   powiedziała.   -   Ale   widocznie 

codziennie zjawia się ktoś nowy. Pańskie nazwisko?

Szell odpowiedział po niemiecku - jeśli kobieta pracowała tu jakiś czas, musiała znać jego 

ojca,   który   nie   mając   zdolności   do   nauki   języków,   nie   wyzbył   się   z   pewnością   niemieckiego 

akcentu.

- Christopher Hesse. Nie jestem właścicielem  skrytki, lecz jedynie  osobą upoważnioną. 

Chodzi o mojego ojca, to jego skrytka - powiedział Szell łamaną angielszczyzną i uśmiechnął się 

do czarnej kobiety.

- Starszy pan Hessuh - odparła kobieta, przekręcając nazwisko. - A więc jest pan jego 

synem. Chyba nie widziałam pana nigdy dotąd. Ale to w końcu nic dziwnego, że po tylu latach 

właściciel skrytki przysyła do banku upoważnioną przez siebie osobę.

Dlaczego zabiło mu mocniej serce? Czy ta kobieta mogła cokolwiek wiedzieć?

background image

- Ojciec zmarł - wytłumaczył Szell.

- O mój Boże, tak mi przykro - westchnęła kobieta, przyciskając plecy do oparcia krzesła.

- Tak, to okropne.

- Miałam na myśli coś innego - powiedziała. - Jest mi oczywiście przykro z powodu jego 

śmierci, ale jest jeszcze inny problem: w przypadku śmierci dysponenta plombuje się skrytkę do 

czasu, aż prawnicy zbadają wszystkie zaistniałe okoliczności.

Szell zamrugał oczami.

- Mówiąc konkretnie, nie mogę pana wpuścić do środka.

To jednak prawda, że nieszczęścia chodzą trójkami.

- Może pan usiądzie, panie Hessuh.

- Proooszę - wykrztusił Szell i zaczął płakać. Łzy lały mu się po policzkach.

- Nic nie mogę na to poradzić, panie Hessuh, może mi pan wierzyć. To głupie prawo, ale 

takie są przepisy i muszę ich przestrzegać.

- Mówi pani za szybko. - Szell usiadł zrezygnowany na krześle zakrywając głowę dłońmi. - 

Jeszcze tylko trzy tygodnie - zaczął.

- Nie całkiem rozumiem, co pan ma na myśli.

Szell spojrzał na kobietę niebieskimi, załzawionymi oczami.

- Mojemu ojcu zostały trzy tygodnie życia. Tak twierdzą lekarze. Mówią, że to rak. Błagam 

panią.   Proszę   mi   pomóc,   bardzo   proszę.   Jest   jedyną   bliską   mi   osobą   w   rodzinie.   Chciałbym 

przedłużyć   mu   życie.   Trzy   tygodnie   to   okropnie   mało.   -   Wypowiedziawszy   to   wszystko   z 

wyraźnym obcym akcentem, potrząsnął głową i odwrócił wzrok w inną stronę.

- Och, to zmienia postać rzeczy - odparła Murzynka. Jeśli jest tylko chory, może pan wejść 

do środka - dodała i szybko przystąpiła do załatwiania formalności. - George - zwróciła się do 

strażnika. - George, zaprowadź młodego pana Hessuha do jego skrytki. - Zwracając się do Szella, 

powiedziała: - Panie Hessuh, proszę dać George'owi klucz.

Szell wykrztusił: dziękuję i podał przez kraty kluczyk. Strażnik tymczasem przekręcił klucz 

w zamku, wywołując metaliczne odgłosy, i wpuścił Szella do środka. Obaj mężczyźni ruszyli w 

kierunku skrytek.

- Czy chce pan wejść do osobnego pomieszczenia?

- Owszem, tak.

Strażnik wyjął dwa klucze i włożył je do dwóch różnych zamków. Przekręcił oba klucze i 

wyciągnął duże pudło. Następnie zaprowadził Szella do osobnego pomieszczenia i położył pudło 

na podłodze. Szell podziękował strażnikowi, który skinął głową i wyszedł.

Niczym dziecko, które właśnie dostało prezent pod choinkę, Szell wziął pudełko ostrożnie 

background image

do rąk. Spodziewał się, że będzie ciężkie.

Było lekkie jak piórko.

Otworzył je.

W środku znajdowała się tylko puszka po kawie. Jedna duża puszka po kawie marki Melitta 

- i to wszystko.

Rozwścieczony Szell ściągnął z cholernej puszki metalową pokrywkę.

Wysypały się brylanty.

Szell usiadł z wrażenia. Puszka była cała wypełniona brylantami. Jaką mogły mieć wartość? 

Szell   wysypał   zawartość   na   dno   dużego   pudła.   Wywołał   tym   niepotrzebny   hałas,   więc   czym 

prędzej zamknął szczelnie pudło w obawie przed strażnikiem. Gdy uznał, że zagrożenie minęło, 

ponownie   otworzył   pudło   i   zaczął   przyglądać   się   poszczególnym   okazom.   Najmniejsze   były 

wielkości gumki do wycierania przy ołówku. Szell zastanowił się, ile mogą mieć karatów. Trzy? 

Prawdopodobnie więcej. Były ich dosłownie tuziny. Były też tuziny innych, o wielkości paznokcia.

Były również okazy naprawdę duże. Wiele z nich miało wielkość orzechów laskowych, a 

niektóre orzechów włoskich. Spójrz na ten kamień - Szell kurczowo trzymał w ręce okaz wielkości 

zaciśniętej piąstki dziecka. Nagle przed jego oczami pojawiła się sparaliżowana strachem, pociągła 

twarz ładnej kobiety, młodej i delikatnej. Mówiła, że jest kuzynką Rotszyldów, i pytała, czy to 

wystarczy - to wszystko, co miała.

Tak, moja droga, oczywiście, że tak. W zupełności wystarczy.

Serce Szella zaczęło walić jak młot. Zrozumiał bowiem, że to, na co w tej chwili patrzy, 

przekracza jego najśmielsze oczekiwania. Gdybym chciał, mógłbym za to kupić cały Paragwaj. Nie 

zrobię tego, lecz mógłbym, i... i...

Szell zaczął zbierać brylanty, starając się odrzucić myśl o kupowaniu całego kraju. Był 

właścicielem jednej z największych fortun, ale jaki z tego pożytek, jeśli musiałby się ukrywać na 

jakimś   tropikalnym   pustkowiu?   Słyszał,   że   podobno  w   Turcji   są  lekarze,   wspaniali   chirurdzy, 

którzy potrafią zmienić ludzką twarz, a nawet - jeśli ktoś potrafi znieść ból podczas zabiegu - 

skrócić człowieka o kilka centymetrów. Kto wie - może właśnie to należało teraz zrobić - oddać się 

w ręce tych ludzi, nawet jeśli zażądają za swe usługi prawdziwej fortuny. Z nowym wyglądem 

mógłby spędzić resztę życia popijając szampana w jakimś europejskim kraju, czekając, aż kiedyś w 

wieku siedemdziesięciu pięciu lat padnie ofiarą podagry lub jakiejś innej choroby. Szellowi trzęsły 

się ręce, gdy wrzucał do puszki ostatnie brylanty i chował swą fortunę do walizki. Zrobiwszy to, 

zawołał strażnika i poprosił o zamknięcie pustego już schowka.

Szell poczekał, aż strażnik zakończy wykonywanie wszystkich przepisowych czynności, a 

następnie podążył  za nim ku głównej bramie. Gdy znalazł się na zewnątrz skarbca, poczuł się 

background image

bezpiecznie.

-   Pozdrowienia   dla   ojca,   proszę   nie   zapomnieć   powiedzieć   panu   Hessuh,   że   ma 

pozdrowienia od panny Barstow - powiedziała na pożegnanie czarna kobieta.

Szell uśmiechnął się, skinął głową i ruszył w górę po schodach. Wyszedł z budynku na 

rozświetloną promieniami słońca ulicę, gdzie zdał sobie nagle sprawę z tego, że nieszczęścia nie 

chodzą   trójkami,   lecz   czwórkami.   Po   chodniku   szedł   jakiś   wariat,   ubrany   w   płaszcz 

przeciwdeszczowy. Na nogach miał sportowe buty.

- A jednak istnieje pewne niebezpieczeństwo - powiedział Babe.

background image

29

Szell odczekał chwilę. Żadnych nagłych ruchów. Jeśli ten facet przeżył, to było bardziej niż 

prawdopodobne, że ludzie Szella są już martwi. Oznaczało to również, że ten szaleniec musi być 

uzbrojony,   i   to   prawdopodobnie   w   pistolet.   Szell   zauważył,   że   prawa   kieszeń   jego   płaszcza 

przeciwdeszczowego jest czymś wypchana.

On sam był oczywiście również uzbrojony w swój Przecinacz i nie miał zamiaru zostać 

pokonany.   Zwycięstwo   zależało   tylko   od   tego,   czy   uda   mu   się   zbliżyć   do   przeciwnika   na 

dostatecznie małą odległość - a wtedy:  szach i mat. Szell rozejrzał się wokół w poszukiwaniu 

odpowiedniego miejsca.

- A więc co dalej? - zapytał Szell.

- Powiedz mi, gdzie chcesz umrzeć - odparł Babe.

- O czym ty mówisz? - zaczął Szell, ale nagle zobaczył, że z kieszeni płaszcza napastnika 

wystaje   lufa   pistoletu,   więc   zrozumiał,   że   powinien   poważnie   potraktować   ostrzeżenie   tego 

chudego stworzenia, które jeszcze kilka godzin temu zalewało się łzami na fotelu dentystycznym. 

Wszystkich szaleńców  należało traktować poważnie. - Odłóż broń, nie miałem zamiaru kpić z 

ciebie. Są jednak sprawy, o których nie wiesz. Jestem w posiadaniu pewnych przedmiotów i sądzę, 

że możemy dojść do porozumienia.

- Gdzie chcesz umrzeć? - powtórzył Babe, bardzo cichym głosem. Głosem, który pochodził 

jakby z innego świata i nie należał do istoty ludzkiej.

Szell nie wierzył własnym uszom. On naprawdę chce mnie zabić. Mam w walizce całe 

bogactwo Indii, a przyjdzie mi zmierzyć się z jakimś skretyniałym szczeniakiem, który będzie się 

chełpił z powodu mojej śmierci.

- Park - wykrztusił Szell, wskazując na znajdującą się koło następnej przecznicy bramę 

wejściową. - W parku jest cicho, możemy tam spokojnie porozmawiać. - I zbliżyć się do siebie. 

Tego już jednak nie powiedział.

Skinieniem głowy Babe dał znać Szelowi, że się zgadza.

Szell ruszył z miejsca.

- Musisz mnie wysłuchać. Pozwól, że ci wszystko powiem - zaczął Szell. - Jesteś bardzo 

młody i chcę, abyś wiedział jedno: życie człowieka może być bardzo długie i lepiej je przeżyć w 

komforcie.

Babe milczał.

- Jesteś taki młody - powtórzył Szell. W głosie jego zabrzmiała w tej chwili nuta błagalnej 

prośby. - Jesteś bardzo bystry, ale nie posiadasz jeszcze mądrości życiowej.

background image

- Zabiłeś mojego brata - odparł Babe.

- Nie, to kłamstwo, nie byłem obecny przy jego śmierci. Przysięgam.

- Janeway powiedział mi wszystko. Elsa również.

- Musiało się tak stać - powiedział Szell. - Nie chciałem tego, przysięgam.

- Janeway nic mi nie mówił - odrzekł Babe. - Elsa też nie. A więc nie martw się o moją 

mądrość, mam jej cholernie dużo.

Obaj mężczyźni zbliżali się do parku.

- Zabicie mnie nie rozwiąże żadnych problemów - stwierdził Szell.

- Twoich nie.

- Żadnych.

Babe podążał za Szellem.

- Szybciej.

Przeszli na drugą stronę Piątej Alei i znaleźli się w parku.

- W stronę stawu - rozkazał Babe i obaj ruszyli w górę po schodach. Wokół panowała cisza. 

Był   gorący   dzień   i   w   parku   znajdowało   się   zaledwie   kilku   biegaczy.   Prawa   strona   trasy   dla 

sportowców była na całej swej długości porośnięta gęstymi krzakami.

- Tutaj - powiedział Babe.

- Muszę ci coś pokazać! Musisz to zobaczyć!

- Wejdź w krzaki - rozkazał Babe.

Szell ruszył w kierunku zarośli.

- Puszka po kawie; spójrz na nią, błagam cię tylko o jedno: popatrz na nią.

Babe wyciągnął z kieszeni pistolet, który należał kiedyś do H.V.

- Chryste! - krzyknął Szell. - Jedna prośba, każdy ma prawo do ostatniego życzenia.

- A czy ty dawałeś innym takie prawo?

- Oświęcim był obozem zagłady, a nie obozem koncentracyjnym. Nie był miejscem, gdzie 

więźniowie mieli odzyskiwać siły.

Babe odbezpieczył broń.

Szell   padł   na   kolana   i   otworzył   walizkę.   Chwytając   gwałtownym   ruchem   puszkę, 

powiedział błagalnym głosem:

- Popatrz... musisz popatrzeć... nie proszę o nic więcej... zrób to...

-   Nie   chcę   twoich   brylantów   -   odpowiedział   cicho   Babe.   -   Nawet   nie   chcę,   abyś   się 

płaszczył przede mną. Pragnę jedynie twojej śmierci. - Szell otworzył tymczasem puszkę.

- Jezu - powiedział Babe na widok brylantów.

- Widzisz? Miliony... tyle milionów dla ciebie i dla mnie... można to wszystko sprzedać...

background image

Babe zawahał się przez chwilę, lecz w końcu potrząsnął głową.

- Popatrz przynajmniej na to, co mam do zaoferowania... podejdź bliżej i przyjrzyj się temu, 

rozważ swą decyzję, błagam się, podejdź tu, zbliż się do mnie i podejmij decyzję, to moja ostatnia 

prośba, musisz ją spełnić!

Babe ponownie zawahał się, po czym podszedł do ocienionych zarośli, gdzie czekał na 

niego Szell. Gdy Babe znalazł się dostatecznie blisko, Szell wprawił w ruch swój Przecinacz.

Zrobił to zbyt powoli.

Babe nacisnął spust i z bliskiej odległości wystrzelił w pierś Szella, który - skręciwszy się 

lekko - upadł raptownie do tyłu. Leżał przez chwilę z twarzą zwróconą ku ziemi, próbując zebrać 

siły do wykonania następnego ruchu.

Babe usiadł wygodnie na ziemi i trzymając pistolet, zaczął mówić spokojnie:

-   Nie   wiem,   czy   to   zrozumiesz,  ale   kiedyś,   dawno   temu   byłem   człowiekiem   nauki   i 

maratończykiem.   Tego   człowieka   jednak   już   nie   ma.   Chyba   umarł.   Pamiętam   niektóre   jego 

przemyślenia, na przykład to, że kiedy człowiek nie uczy się na własnych błędach, skazany jest na 

to, by je popełniać w przyszłości. Popełnialiśmy błędy w sposobie, w jaki postępowaliśmy z ludźmi 

twojego pokroju. Publiczne procesy są gówno warte, a egzekucje to tylko igraszka dla tych, którzy 

odnieśli zwycięstwo. Czym więc powinniśmy odpłacać takim jak ty? Zadając im ból. To byłaby 

odpowiednia kara. Taki los powinien spotkać pokonanego - ból, po prostu ból. Ból i tortury. A 

tymczasem   ci   wszyscy   geniusze   prawa   dosłownie   wychodzą   z   siebie,   aby   tak   zwanej 

sprawiedliwości   stało   się   zadość.   Myślę,   że   ten   świat   mógłby   być   takim   miłym   i   spokojnym 

miejscem,   gdyby   tylko   podobni   do   ciebie   zbrodniarze   wojenni   wiedzieli   o   jednym:   jeśli   nie 

powiedzie im się realizacja ich niecnych  planów, zostaną skazani na męczarnie. Tego właśnie 

pragnę - chcę, abyś przeżył męczarnię. To, co teraz przeżywasz, nie jest jeszcze odpowiednią karą. 

Wymierzanie   kary  powinno   trwać   równie   długo,   jak   całe   życie   skazańca.   Wtedy   moglibyśmy 

uznać, że sprawiedliwości stało się zadość. Wiem, że humaniści nie zgodziliby się z takim punktem 

widzenia.   Ty   jednak   przyznasz   mi   rację.   Wiele   się   od   ciebie   nauczyłem,   jestem   w   tej   chwili 

podobny do ciebie, a nawet lepszy - ty za chwilę umrzesz, a mnie pozostało jeszcze wiele lat życia.

Szell przypuścił następny atak. Rzucił się do przodu, niczym piłka odbita od ściany, chcąc 

dosięgnąć   Babe'a.   Ten   jednak   nie   zadał   sobie   nawet   trudu,   by  zrobić   unik   -   oddał   po   prostu 

następny strzał, rozrywając na kawałki brzuch Szella, który ponownie osunął się bezwładnie na 

ziemię.

- Czy wiesz, że zabijanie staje się dla mnie coraz łatwiejsze? W ciągu dzisiejszego dnia 

jesteś   już   moją   piątą   ofiarą.   Pierwszą   był   Karl   -   przestrzeliłem   mu   oko.   Gdybym   miał   czas 

zastanowić się nad tym, co zrobiłem, pewnie zwymiotowałbym. Zabijając następnych, czułem się 

background image

już znacznie lepiej. Zaczyna mi to sprawiać przyjemność. Nie wydaje ci się, że nabieram wprawy? 

Powiedz mi, chciałbym znać twoje zdanie.

Szell był mężczyzną silnym jak byk i niczym byk przypuścił swój ostatni atak.

Babe   poczekał   tym   razem,   aż   jego   przeciwnik   zbliży   się   dosłownie   na   odległość 

milimetrów. Wtedy oddał trzy lub cztery strzały.

Szell wydał okrzyk i osunął się bezwładnie na ziemię. Cały ociekał krwią. 

- Zadośćuczynienie to śmieszne słowo - powiedział Babe cicho. - Nie znam niemieckiego 

odpowiednika tego słowa, ale jestem pewny, że ty je znasz. - Babe zaczął mówić w tym momencie 

szybciej, gdyż zauważył, że Szell umiera. - Nie wiem, czy czytałeś o tym w gazetach; teologowie 

dokonali ostatnio niezwykłego odkrycia. Czy wiesz jakiego? Otóż po śmierci ludzie nie idą od razu 

do nieba lub do piekła. Najpierw wędrują do miejsca, które można by nazwać stacją przejściową. I 

tam właśnie decydują się ich losy. Nie wiem, czy dasz temu wiarę, ale są ludzie na tej ziemi, o 

których wiadomo, że wyrządzili krzywdę innym, niewinnym istotom. Na owej stacji przejściowej 

pokrzywdzeni czekają na swych oprawców i mają okazję by odpłacić im za wyrządzone krzywdy. 

Bóg mówi, że zemsta jest zbawienna dla duszy. Czy pan wie, panie Szell, kto na pana czeka? 

Żydzi. Wszyscy na pana czekają i wiedzą, jak panu zadać ból - taki ból, jaki zadał pan mnie. 

Przypomnę   panu   jego   własne   słowa:   każdy   mógłby   się   szybko   nauczyć   posługiwania   się 

narzędziami dentystycznymi. Żydzi już się tego nauczyli i teraz czekają. Nie wiem, co pan o tym 

sądzi, ale wydaje mi się, że czekają pana niezapomniane chwile.

Szell umierał. Babe zdążył jeszcze dodać:

- Życzę panu wspaniałych wrażeń w pańskim życiu wiecznym...

background image

Po zakończeniu

background image

30

Wzdłuż  stawu biegł  policjant.  Był  mężczyzną  o potężnych  ramionach.  W ręku trzymał 

pistolet i wyglądał na kogoś, kto wykonuje swe zadanie jak prawdziwy profesjonalista.

Prawda była jednak taka, że odczuwał paniczny strach.

Nie miał jeszcze dwudziestu czterech lat i służył w policji niecały rok. Odbywał właśnie 

swój rutynowy obchód ulicy Dziewięćdziesiątej i Piątej Alei, gdy nagle usłyszał wystrzał z gaźnika 

samochodu   -   miał   przynajmniej   nadzieję,   że   stąd   właśnie   pochodziły   owe   odgłosy.   Po   prostu 

wystrzały z gaźnika,  a więc coś, co nie powinno przysporzyć  kłopotów  w  tak upalny dzień  - 

zwłaszcza gdy miało się na sobie ciężki policyjny mundur. Drugi wystrzał upewnił go, że nadzieje 

te okażą się prawdopodobnie płonne, a kiedy rozległ się trzeci wystrzał, nie miał już żadnych 

wątpliwości - były to strzały z broni palnej.

Ruszył więc w kierunku parku i stawu, skąd rozlegały się odgłosy strzałów.

- Hej! - zawołał do jakiegoś młodzieńca. - Słyszałeś strzały?

Młodzieniec potaknął głową, wskazując ręką pobliskie krzaki.

- Tam.

Młody policjant podszedł bliżej.

-   Hej!   -   powiedział   do   młodzieńca.   -   W   tych   krzakach   leży   jakiś   facet.   Nie   wygląda 

najlepiej.

- Chyba dlatego, że jest martwy.

- Ach tak - odpowiedział młody policjant i zdał sobie sprawę z kilku rzeczy: a) młodzieniec 

nie był wcale dzieckiem, miał dwadzieścia kilka lat, ubrany był w płaszcz przeciwdeszczowy, a na 

nogach miał sportowe buty; b) niedaleko niego leżał na ziemi pistolet; c) młodzieniec znajdował się 

po tej stronie ogrodzenia przy stawie, gdzie przebywanie było niezgodne z prawem - najwidoczniej 

musiał przeskoczyć przez ogrodzenie, a rozmieszczone wszędzie tablice mówiły wyraźnie, że to 

niedozwolone.

- Hej, nie wolno ci tu przebywać.

- Miałem zamiar już iść.

Młody policjant zbliżył się ostrożnie do ogrodzenia.

- Ładny pistolet - powiedział jakby od niechcenia. Chciał przynajmniej, aby tak właśnie 

zabrzmiał jego głos. - Twój ?

- Należał do mojego ojca - odpowiedział Babe.

Młody   policjant   był   coraz   bardziej   podniecony.   Nigdy   dotąd   nie   miał   do   czynienia   z 

morderstwem. Z prostytutkami i narkomanami - owszem, ale coś takiego zdarzyło mu się po raz 

background image

pierwszy. - Ale nie użyłeś chyba tej broni?

- Chce pan wiedzieć, czy zabiłem tego faceta?

- Tak, chyba tego właśnie chciałbym się dowiedzieć.

Babe skinął głową.

Policjant szybkim ruchem odbezpieczył swój pistolet.

- Tylko bez żadnych sztuczek - powiedział.

- Chciałbym tylko skończyć to, co zacząłem robić.

- A co właściwie robisz?

Młodzieniec trzymał w rękach coś, co przypominało puszkę po kawie, i wrzucał do wody 

jakieś kulki lub też kamyczki.

- Zostało mi już niewiele - powiedział Babe. - Przed chwilą miałem cztery pełne garście. - 

Rzucił jeszcze kilka w kierunku zbiornika, zastanawiając się, czy policjant pozwoli mu na krótki 

sprint, zanim kamyczki wpadną do wody. Taki bieg pozwoliłby mu na uporządkowanie myśli. 

Babe spojrzał na policjanta. Prawdopodobnie nie zgodzi się na to - zresztą bieg niewiele mógłby tu 

pomóc. Babe czuł się wyczerpany i jedyną rzeczą, jaka mogła mu przywrócić siły, był sen. Ale 

zanim to wszystko się skończy, zanim cała sprawa wyjdzie na jaw i nastąpi eksplozja, nikt nie 

pozwoli mu  przecież  zasnąć. Jaki los czekał  Babe'a? To wiedział  tylko  Bóg. Nie było  jednak 

wątpliwości co do jednego: Babe pójdzie na pięćset lat do więzienia - albo też zostanie obwołany 

bohaterem narodowym. Wrzucił do stawu jeszcze kilka kamyczków, obserwując, jak na tafli wody 

powstają coraz większe koła.

- Hej, jest gorąco, chodźmy już - powiedział policjant.

Babe skinął głową, odrzucił na bok pustą puszkę i wrzucił do wody resztę kamyczków.

...plusk...plusk...

...plusk...plusk...

...plusk...