background image

JOHN MEADE FALKNER

Diament Mohuna

 

background image

 Moniet Mohun wszystkim Mohunom  z Fleet i Moonfleet in agro  dorcestrensi 

żywym lub zmarłym   

 Rzekł Kapitan dzielny nasz: 
   zmyliliśmy Celną Straż, 
  po  zawietrznej już bieleje Dowru  brzeg! 
  Do “łabędzia” dajcie  znak 
  i kotwicę rzućcie w  piach, 
  i wytoczcie okowity  tuzin bek, 
  Rzekł Kapitan: 
  I  wytoczcie okowity tuzin bek! 
  
 Przemytników mówi herszt: 
   Spuszczaj łódź i wiosła bierz! 
   Z morza znak niebieskim światłem  dano mi! 
  Już kotwica w piachu  tkwi, 
  a Akcyźnik smacznie śpi, 
   niech się toczą beczki raz,  dwa, trzy! 
  Mówi herszt: 
  Niech  się toczą beczki raz, dwa,  trzy! 
  
 Strażnik Celny też nie  tchórz, 
  proch w panewki sypie  już, 
  woła do swych ludzi: Za  mną i czuj duch! 
  Chwyćmy  przemytników złych, 
  niech  zawiśnie każdy z nich 
   dyndu-dyndu z szubienicy, taki  zuch. 
  Mówi Strażnik: 
   dyndu-dyndu, niech im świeci  księżyc-druh!
 
    

background image

 1 - W naszej wiosce  

 
... Usnęła  chwała dawnych dni. 
 (moore)
  

 Wieś Moonfleet leży pół mili od  morza, na prawym, czyli  zachodnim brzegu 

rzeczki Fleet.  Jest to raczej strumień, który  tam, gdzie mija domy wioski, tak  się 
zwęża, że można go łatwo  bez tyczki nawet przeskoczyć, a  tuż za wsią rozlewa się 
w bagna  i w końcu ginie w jeziorze  słonej morskiej wody. Nikomu to  jezioro na nic 
się nie przydaje,  chyba tylko ptakom morskim,  czaplom i ostrygom, i tworzy  coś, co 
w Indiach zwą “laguną”;  od kanału La Manche oddziela je  rozległa mielizna, niby 
grobla z  drobnych kamyków, o której  nieraz jeszcze wspomnę. 

 Kiedy byłem dzieckiem,  myślałem, że wioska nazywa się  Moonfleet, bo 

księżyc - w naszym  angielskim języku “the moon” -  bardzo jasno błyszczy na 
lagunie  w pogodne letnie lub zimowe  noce; ale później powiedziano  mi, że nazwa 
ta pochodzi od  możnego rodu Mohunów, który  kiedyś tu rządził i panował. 

 Ja zaś nazywam się John  Trenchard i miałem piętnaście  lat wtedy, gdy to 

wszystko dziać  się zaczęło. Mój ojciec i matka  dawno już leżeli w grobie i  
opiekowała się mną ciotka, panna  Arnold, która na swój sposób  może i dobra dla 
mnie była, ale  zbyt oschła i surowa, abym mógł  ją kochać. 

 Zacznę od pewnego jesiennego  wieczora roku 1757. Musiał to  być koniec 

października, nie  pamiętam dokładnej daty,  zjedliśmy już kolację i  siedziałem 
zaczytany w bawialni  mojej ciotki. Miała ona trochę  książek: Biblię, modlitewnik i  
kilka tomów Kazań - to wszystko,  co sobie teraz mogę przypomnieć.  Ale wielebny 
pastor Glennie,  który uczył nas, wioskowe  dzieci, pożyczył mi książkę  pełną 
ciekawych i awanturniczych  historii, zatytułowaną  “opowieści z tysiąca i jednej  
nocy”. Zapadał zmierzch, lecz z  wielu względów nie żal mi było  przerwać czytania, 
choćby  dlatego, że pokój był chłodny i  nieprzytulny; stała w nim tylko  sofa i 
wyściełane końskim  włosiem krzesła, a w kominku,  tam gdzie powinien płonąć 
ogień,  ustawiono wyklejony kolorowym  papierem mały parawanik, bo  ciotka nie 
pozwalała palić aż do  pierwszego listopada. Poza tym  czuć było wszędzie 
rozchodzącą  się z kuchenki woń topionego  łoju, w który ciotka zanurzała  knoty, 
szykując świece na zimę.  A co najważniejsze, czytając  “opowieści z tysiąca i jednej  
nocy”, doszedłem do miejsca   zatykającego dech w piersi i  wolałem odłożyć 
książkę, aby  przedłużyć rozkoszny niepokój  oczekiwania na to, co dalej  nastąpi. 
Była to historia o  lampie Alladyna i przerwałem ją  w momencie, gdy ów fałszywy  
stryj opuszcza kamień, tarasując  wejście do podziemnej pieczary,  by uwięzić 
chłopca w jej  ciemnościach. Lecz on nie straci  swej lampy, póki cały i  bezpieczny 
nie znajdzie się  znowu na powierzchni ziemi.  Opowieść ta jest niby  koszmarnym 
snem, który często  nas męczy, gdy śnimy, że  jesteśmy zamknięci w ciasnej  celi i że 
ściany walą się na  nas. Wielkie wywarło to wówczas  na mnie wrażenie i scena ta  
posłużyła mi za przestrogę, gdy  mnie samego później podobna  spotkała przygoda. 

 Odłożyłem więc książkę i  wyszedłem na ulicę wioski.  Mizerna to była 

uliczka, a  przecież kiedyś bez wątpienia  inaczej się przedstawiała. W  całym 
Moonfleet nie mieszkało  teraz nawet i dwieście dusz,  domy jednak ciągnęły się na  
półmilowej przestrzeni,  rozsypane po obu stronach  smutnej wiejskiej drogi. Nigdy  
nic nowego tu nie zbudowano:  jeśli jakiś dom gwałtownie  domagał się naprawy, 

background image

burzono go  całkowicie i dlatego pełno było  wzdłuż ulicy dziur, jak po  wyrwanych 
zębach, ogrodów  wybujałych za resztkami murów i  budynków, które mimo że 
jeszcze  całe, wyglądały, jakby niedługo  miały się rozpaść w ruinę. 

 Słońce już zaszło; ciemniało i  schodzący ku morzu kraniec ulicy  był 

niewidoczny. W powietrzu  rozsnuła się mgła czy też dym,  niosąc woń palonego 
zielska i  pierwszy chłodny powiew jesieni,  który przywodzi myśl o płonącym  na 
kominku ogniu i przytulności  czekających nas zimowych  wieczorów. W tej ciszy i 
spokoju  doszedł mnie odgłos uderzeń  młotka, więc pobiegłem zobaczyć,  co to 
takiego, bo w Moonfleet  żaden rzemieślnik już nie  mieszka, tylko sami rybacy.  
Przekonałem się, że to mistrz  Ratsey, wioskowy grabarz, w  otwartej na ulicę szopie 
wykuwał  dłutem litery w kamieniu  nagrobnym. Był murarzem, zanim  stał się 
rybakiem, i potrafił  zręcznie władać narzędziami,  więc gdy ktoś chciał postawić  
nagrobek na wiejskim cmentarzu,  szedł do mistrza Ratseya.  Przechyliłem się przez  
półotwarte wrota szopy i  patrzyłem chwilę, jak w słabym  świetle latarni rył kamień. 
W  końcu podniósł oczy i  powiedział: 

 - Chodź tu, John. Jeśli nie  masz nic lepszego do roboty,  potrzymaj mi 

latarnię. Potrwa  najwyżej pół godziny, zanim  skończę. 

 Ratsey był zawsze dla mnie  dobry i wiele razy pożyczał mi  dłuto, gdy 

wycinałem stateczki z  drzewa. Wszedłem do szopy i  trzymałem latarnię, patrząc, jak 
odłupuje kawałeczki  portlandzkiego piaskowca, i  mrużąc oczy, gdy mi który zbyt  
blisko twarzy przeleciał. Napis  na kamieniu był gotowy; Ratsey  wykańczał rysunek 
szkunera  stojącego burta w burtę z  keczem. Bardzo mi się wtedy ten  obrazek 
podobał, choć dziś wiem,  że był raczej niezdarny; sami  zresztą możecie się jeszcze  
przekonać, jeśli którego dnia  zajdziecie na cmentarz w  Moonfleet. Moglibyście 
wówczas  przeczytać również napis,  chociaż już pożółkł od mchu i  nie jest tak 
wyraźny, jak był  tamtego wieczoru. Taki jest ten  napis:   

Poświęcone pamięci 
   Dawida Blocka 
 lat 15, który zginął  
  zabity strzałem  
  wypalonym ze szkunera “Elektor”  
  21 czerwca 1757 roku.  
 Twój podstęp życia mnie  pozbawił. 
  W proch obrócony, w  mrok i cień, 
  ufam, że Bóg mnie  wtedy zbawi, 
  gdy przyjdzie Jego  Sądu Dzień. 
  
 Ty też tam, człeku zły,  przybędziesz, 
  więc póki czas,  pokajaj się, 
  lub straszna twoja  kara będzie, 
  bo Bóg na pewno pomści mnie!
 

background image

   
 Wiersze te złożył wielebny  pastor Glennie i znałem je już  przedtem. W 

owym czasie cała  wioska rozbrzmiewała  opowieściami o śmierci Dawida i  wciąż 
jeszcze wiele o tym  rozprawiano. Był on jedynym  dzieckiem Elzewira Blocka, który 
dzierżawił gospodę zwaną “czemu  by nie”, stojącą na skraju  wioski. Dawid 
znajdował się na  keczu przemytników, gdy owej  czerwcowej nocy przybił do niego  
szkuner akcyzy. Ludzie  powiadali, że to sędzia Maskew  ze starego dworu w 
Moonfleet  naprowadził straż celną na trop;  w każdym razie był on na  pokładzie 
“Elektora”, gdy ten  dogonił kecz. Kiedy oba statki  płynęły burta w burtę, wybuchła  
walka: sędzia Maskew wyciągnął  pistolet i wypalił prosto w  twarz Dawida. Po 
południu,  akurat w dzień świętego Jana,  “Elektor” wprowadził kecz do  przystani, 
skąd oddział straży  celnej zabrał przemytników do  więzienia w Dorchester. Pojmani  
przechodzili przez wieś, skuci  po dwóch, a ludzie stali w  drzwiach domu lub szli za 
nimi;  mężczyźni rzucali im dobre słowo  na drogę, bo znali ich  wszystkich, jako że 
pochodzili  oni z Ringstave i Monkbury,  kobiety zaś lamentowały  współczując ich 
żonom. A na  pokładzie keczu zostało ciało  Dawida. Tak, chłopiec drogo  zapłacił za 
swe nocne igraszki. 

 - Ach, to okrutne, okrutne,  strzelić prosto w twarz młodemu  chłopcu - 

powiedział Ratsey i  odstąpił parę kroków, by  przyjrzeć się fladze, którą  właśnie 
wykuł na maszcie  szkunera akcyzy. - I bieda czeka  tych nieszczęśników, których  
pojmano. Adwokat Empson powiada,  że trzech z nich na pewno  zawiśnie, gdy tylko 
skończy się  następna sesja sądu. Przypomina  mi się - mówił dalej - że jak  
trzydzieści lat temu wynikła  mała utarczka między “Royal  Sophy” a “mannhullem”, 
to  powieszono później czterech  kontrabandzistów, a mój stary  ojciec zaziębił się na 
śmierć,  bo stał po kolana w rzece Frome,  żeby lepiej widzieć, jak  zadyndają; 
zbiegła się cała  okolica, ścisk był taki, że  zabrakło miejsca na suchej  ziemi... Będzie 
dobrze - rzekł  wskazując nagrobny kamień. - W  poniedziałek pociągnę burty  czarną 
farbą, a flagę czerwoną.  A teraz, synu, żeś mi tyle  pomógł trzymając latarnię,  
pójdziesz ze mną do “czemu by  nie”. Chcę pogwarzyć trochę z  Elzewirem i w 
smutku go  pocieszyć. Znajdzie się i dla  ciebie szklaneczka Holendra na  te jesienne 
chłody. 

 Wielki to zaszczyt dla młodego  chłopca, jakim wtedy byłem,  podobne 

zaproszenie, bo czyż nie  podnosiło mnie od razu do  godności prawdziwego 
mężczyzny?  (o słodki wieku chłopięcy, tak  chętnie z ciebie rezygnujemy, a  z jakim 
żalem cię wspominamy,  zanim jeszcze, jako dorośli  mężczyźni, przebiegniemy 
połowę  drogi naszego życia!) Moja  radość nie była jednak  niezmącona, bo bałem 
się nawet  pomyśleć, co by ciotka Jane  rzekła na to, że odwiedziłem  gospodę. A 
poza tym lękałem się  zawsze ponurego Elzewira Blocka,  który po śmierci syna 
tysiąc  razy bardziej jeszcze  sposępniał. 

 Nazwa “czemu by nie” nie była  oficjalna; w rzeczywistości  gospoda 

nazywała się “Pod Godłem  Mohunów”, bo kiedyś do nich  należała, jak wszystko 
zresztą  tutaj. Ale skończyła się  wielkość Mohunów, a wraz z nimi  podupadła i 
wioska Moonfleet.  Ich zrujnowany dwór szarzał na  zboczu wzgórza, ufundowany 
przez  nich przytułek stał przy  wioskowej uliczce pusty i  zarośnięty. Godło 
Mohunów  widniało na wszystkich  budynkach, od kościoła  począwszy, a na 
gospodzie  skończywszy; teraz upadek i  zniszczenie też zostawiły  wszędzie swój 
znak. Wydaje mi  się konieczne kilka słów  powiedzieć o ich herbie, bo  wyrył się on 
głęboko na całym  moim życiu i aż do grobu piętno  jego na sobie będę nosił. Tarcza  
herbowego znaku Mohunów jest  gładka, srebrna lub biała, i nic  na niej nie ma prócz 

background image

dużego  czarnego “Y”. Nazywam to tak,  chociaż pastor Glennie  wytłumaczył mi, że 
to wcale nie  ta litera, ale coś, co  heraldycy nazywają “całunem”.  Całun nie całun - 
dla wszystkich  na świecie było to po prostu  duże czarne “Y”, którego krótsze  
ramiona dochodziły do górnych  rogów tarczy, a jedno długie -  do samego jej dołu. 
Widniał ten  znak Mohunów na ścianach dworu,  na murze i drewnianych belkach  
kościoła, na wielu wioskowych  domach i na wywieszce ponad  wejściem do 
gospody. Każdy w  obrębie kilku mil dokoła znał  dobrze to “Y” Mohunów. Ale  
kiedyś dzierżawca gospody nazwał  ją żartem “czemu by nie” i tak  już od tego czasu 
zostało. 

 Wiele razy tkwiłem pod jej  drzwiami w zimowe wieczory i  słuchałem, jak 

mężczyźni pili i  śpiewali: Niech się toczą  beczki, raz, dwa, trzy” lub  “Drogie 
kamyczki”, albo inne  pieśni znane marynarzom na  zachodzie Anglii. Nie mają one  
ni początku, ni końca, a i  sensu niewiele. Zwykle ktoś  zaczynał sobie nucić pod 
nosem,  inni podchwytywali melodię i  wkrótce wszyscy śpiewali chórem.  Nie pito 
tam dużo, bo Elzewir  Block ani sam się nigdy nie  upijał, ani by pozwolił swoim  
gościom to robić. 

 W czasie tych rozśpiewanych  nocy w izbie panowało gorąco i  para tak 

grubo osiadała na  szybach, że nie mogłem dostrzec,  co się wewnątrz dzieje. Ale  
wiele razy, gdy w gospodzie nie  było gości, spozierałem poprzez  czerwone zasłony i 
patrzyłem,  jak Elzewir Block i Ratsey grają  w tryktraka przy stole na  krzyżowych 
nogach, stojącym  opodal kominka. Na tym właśnie  stole Block złożył martwe ciało  
Dawida i niektórzy opowiadali,  że zaglądając do środka widzieli  ojca, który zmywał 
zakrzepłą  krew z jasnych włosów syna, i  słyszeli, jak jęczał i  przemawiał do tej 
martwej bryły  gliny, jakby go mogła zrozumieć. 

 Od tego czasu mało i rzadko  pijano w gospodzie, bo Block  stawał się coraz 

bardziej  milczący i ponury. Nigdy zbytnio  swym gościom nie nadskakiwał,  ale teraz 
krzywił się na  każdego, kto przyszedł, więc  mężczyźni uważali “czemu by nie”  za 
jakieś przeklęte miejsce i  chodzili pić do Ringstave “Pod  trzy wrony”.  

 Serce mi w pięty uciekło z  wrażenia, kiedy Ratsey podniósł  zasuwę i 

wprowadził mnie do  gospody. Znalazłem się w  niskiej, piaskiem wysypanej  izbie, 
niczym nie oświetlonej  prócz ognia z morskiego zielska  na kominku, który płonął 
jasnym,  niebieskawym od soli płomieniem.  Stały tu twarde drewniane  krzesła pod 
ścianami, a przy  stole na krzyżaku siedział  Elzewir Block, palił długą faję  i patrzył 
w ogień. 

 Był to człowiek  pięćdziesięcioletni, ze strzechą  siwiejących włosów, miał 

mocną,  ale przyjemną twarz o  regularnych rysach, krzaczaste  brwi i najwspanialsze, 
jakie  znałem, czoło. Był krępy i wciąż  jeszcze bardzo silny; w całej  okolicy 
opowiadano o jego  niezwykłej wytrzymałości i  harcie. Rodzina Blocków od wielu  
lat dzierżawiła gospodę z ojca  na syna, ale matka Elzewira  pochodziła z 
Niderlandów,  dlatego też on sam znał język  holenderski i stamtąd się wzięło  jego 
obce imię. Mało kto coś  więcej o nim wiedział i ludzi  nieraz dziwiło, że mógł 
utrzymać  gospodę mając tak mało gości.  Mimo to nigdy mu nie brak było  
pieniędzy; opowiadając o jego  sile nieraz wspominano także o  wdowach i chorych, 
którzy nie  wiadomo skąd i od kogo dostawali  podarki, i domyślano się, że to  
Elzewir Block, choć tak milczący  i ponury, ukradkiem je posyłał. 

 Gdy weszliśmy do izby,  odwrócił się i podniósł, a mnie  strach zdjął, bo 

zdawało mi się,  że na mój widok bardziej jeszcze  spochmurniał. 

 - Czego tu chce ten chłopak? -  rzekł ostro do Ratseya. 

background image

 - Tego co i ja, znaczy  szklaneczki mleka Araratu na te  jesienne chłody - 

odparł grabarz  przysuwając sobie krzesło. 

 - Krowie mleko bardziej takim  dzieciuchom pasuje - rzekł  Elzewir, zdjął z 

obmurówki  kominka dwa błyszczące mosiężne  lichtarze, postawił na stole i  zapalił 
świece wziętym z  paleniska drewkiem. 

 - John nie jest dzieciuchem.  Ma tyle lat co Dawid i pomagał  mi wykończyć 

kamień na jego  grób. Już wszystko gotowe, tylko  pociągnąć farbą statki i, jak  Bóg 
da, w poniedziałek wieczór  będziemy mogli złożyć kamień na  cmentarzu, żeby 
biedny chłopiec  mógł w wiecznym spoczywać  pokoju, wiedząc, że ma nad sobą  
najlepszy nagrobek dłuta mistrza  Ratseya, a na nim wyryte wiersze  wielebnego 
pastora, głoszące  wszem wobec, jak podstępnie  przerwano jego młode życie. 

 Zdawało mi się, że Elzewir  zmiękł nieco, kiedy Ratsey mówił  o jego synu. 
 - Tak, Dawid będzie spoczywał  w spokoju - powiedział - ale nie  zaznają 

spokoju ci, co mu życie  zabrali, póki nie nadejdzie ich  koniec. A stanie się to  
wcześniej niż sądzą - dodał,  mówiąc bardziej do siebie niż do  nas. 

 Wiedziałem, że ma na myśli  sędziego Maskewa, i przypomniało  mi się, jak 

niektórzy ludzie  ostrzegali go, by lepiej unikał  Elzewira Blocka, bo nie wiadomo,  
do czego człowiek w rozpaczy  może być zdolny. Ale ci dwaj  spotkali się już od 
tamtego  czasu w wioskowej uliczce i nic  złego z tego nie wynikło, tyle,  że Elzewir 
obrzucił sędziego  bardzo groźnym spojrzeniem. 

 - Hańba! - rzekł grabarz. - To  był najpodlejszy czyn, jaki  człowiek może 

popełnić. Ale nie  pogrążaj się zbytnio w próżnych  rozpamiętywaniach ani o zemście 
nie rozmyślaj. Zostaw to  Opatrzności; Bóg, który w swej  mądrości dopuszcza, aby 
ludzie  podobne czyny popełniali, na  pewno dopilnuje, by spotkała ich  za nie 
należna kara. “Zemsta  moją jest rzeczą, ja jej  dopełnię” - mówi Pan. 

 Ratsey zdjął kapelusz i  powiesił na haku. Block nic nie  odpowiedział; 

ustawił szklanki  na stole, wyjął z szafy małą,  okrągłą flaszkę z długą szyjką i  nalał z 
niej sobie i Ratseyowi.  Trzecią, napełnioną do połowy  szklankę pchnął ku mnie. 

 - Napij się, jeśli masz  ochotę, chłopcze - powiedział. -  Nie zaszkodzi ci, ale i 

nie  pomoże. 

 Grabarz uniósł swoją szklankę  niemal zanim ją Elzewir  napełnił. Powąchał 

trunek i  oblizał wargi. 

 - O, cenne mleko Araratu! -  wykrzyknął. - słodkie i mocne, i  łagodzące 

serca! A teraz, John,  podaj nam deskę do tryktraka i  rozłóż na stole. 

 Obaj pogrążyli się w grze, a  ja nieśmiało pociągnąłem łyk i  omal się nie 

zakrztusiłem, bo  nie byłem przyzwyczajony do tak  mocnego napitku. Zakręciło mi  
się w głowie, paliło w gardle.  Nikt się już nie odzywał, w  ciszy słychać było jedynie 
stuk  rzucanych kości i szmer  przesuwanych pionków. Od czasu  do czasu któryś 
przerywał grę,  żeby zapalić fajkę. W końcu  zliczyli punkty, zapisane na  stole 
kawałkiem kredy. Całą  godzinę przyglądałem się tej  grze, doskonale mi znanej, ale  
najbardziej ciekawiła mnie deska  do tryktraka, bo słyszałem już  kiedyś, jak o niej 
mówiono. 

 Była ona w tej gospodzie od  lat, stanowiła część jej  urządzenia, jak stoły czy 

krzesła, i zapewne jeszcze za   czasów wojen domowych  rojaliści * przy niej zabijali  
czas. Sama deska, pudełko do  kości i pionki zrobione były z  lśniącego czarnego 
dębu; wokół  niej biegł napis łaciński,  inkrustowany jaśniejszym  drzewem, który 

background image

owego wieczoru  pierwszy raz mogłem odczytać.  Nie zrozumiałem jego znaczenia,  
ale pastor Glennie później mi je  wytłumaczył. A że z różnych  powodów na zawsze 
ten napis  miałem zapamiętać, przytoczę go  tu w jego łacińskim brzmieniu  dla tych, 
co język ten znają: 

 “ita in vita ut in lusu  aleae pessima jactura arte  corrigenda est”, czyli jak mi  

pastor Glennie powiedział: “W  życiu jak w hazardowej grze:  zręczność wiele 
uczynić może  nawet z najgorszego rzutu  kośćmi”. 

 Rojaliści - stronnicy króla  Karola I walczący przeciw  purytańskim 

zwolennikom  Parlamentu w czasach angielskiej  wojny domowej w XVII w.  
Rojalistów zwano też inaczej  “kawalerami”, a dowodzonych  przez Cromwella 
purytan -  “okrągłymi łbami”. 

 W końcu Elzewir spojrzał na  mnie i rzekł całkiem przyjaźnie: 
 - Już czas na ciebie,  chłopcze. Powiadają, że  Czarnobrody włóczy się po 

nocach  zwłaszcza teraz, gdy zima za  pasem. Niektórzy podobno  spotkali go twarzą 
w twarz na  drodze z gospody do twego domu. 

 Zrozumiałem, że chce, abym  zostawił ich samych, więc życząc  obu dobrej 

nocy, ruszyłem do  domu. Biegłem całą drogę, ale  nie ze strachu przed  
Czarnobrodym, bo Ratsey nieraz  mi mówił, że spotkać go można  tylko w nocy na 
naszym  cmentarzu. 

 Czarnobrody był z rodu  Mohunów, umarł sto lat temu,  pochowano go w 

krypcie pod  kościołem i leżał tam wraz z  innymi Mohunami, ale nie mógł  zaznać 
wiecznego spoczynku, czy,  jak powiadali jedni, dlatego, że  ciągle szukał swego 
zagubionego  skarbu, czy też, jak twierdzili  inni, z powodu wielkiej za życia  
niegodziwości. Musiał więc być  rzeczywiście bardzo złym  człowiekiem, bo wszyscy 
Mohunowie, którzy przed nim lub  po nim pomarli, odznaczali się  wystarczającą 
niegodziwością,  aby godnie mu dotrzymywać  towarzystwa w krypcie i  
gdziekolwiek indziej. Jak  twierdzili mieszkańcy wioski,  podczas ciemnych 
zimowych nocy  można było spotkać  Czarnobrodego, który przy  świetle latarni 
rozkopywał  cmentarną ziemię szukając  skarbu. Ci, co jak sami mówili,  wiedzieli 
najlepiej, zapewniali,  że jest on niezwykle wysoki, ma  długą czarną brodę, 
miedzianą  twarz i złe spojrzenie, które  niechybną śmierć w ciągu roku  sprowadza 
na każdego, na kim  oczy jego spoczną. I jakkolwiek  z tym było naprawdę, mało kto 
by  się w Moonfleet znalazł, co by  nie wolał raczej o dziesięć mil  ominąć cmentarz 
niż przejść w  pobliżu niego po zmroku; a raz,  kiedy pewnego letniego ranka  
odkryto martwe, wiotkie ciało  Pomylonego Jonesa, leżące na  cmentarnej ziemi, 
uważano, że  spotkał on w nocy Czarnobrodego. 

 Pastor Glennie, który o  podobnych sprawach więcej  wiedział niż inni, mówił 

mi, że  Czarnobrody to pułkownik John  Mohun, który zmarł około stu lat  temu. W 
czasie okrutnych wojen  przeciw Karolowi I zdradził  lojalność dla królewskiego 
domu  i sprzysiągł się z rebeliantami.  Buntownicza partia parlamentarna  uczyniła go 
namiestnikiem zamku  Carisbrooke, powierzając  pilnowanie uwięzionego tam  króla. 
Lecz z kolei  sprzeniewierzył się tym, co mu  teraz zaufali, zwiedział się  bowiem, że 
jego więzień ma  wielki diament, który otrzymał  kiedyś od króla Francji. Wówczas  
pułkownik Mohun obiecał  Karolowi, że jeśli da mu ów  diament, przez palce patrzeć  
będzie na jego ucieczkę. 

 Później zaś, ten nikczemnik,  gdy miał już w ręku królewski  okup, raz 

jeszcze stał się  zdrajcą; o umówionej na ucieczkę  Karola godzinie przybył z  
oddziałem żołnierzy, pochwycił  zbiega, który stał już w oknie  swej celi, i zamknął 

background image

go w  ciemnicy, a sam obwieścił  Parlamentowi, że dzięki jego  czujności ucieczka 
została  udaremniona... I jakże słuszne  jest, mówił pastor Glennie, że  nigdy nie 
powinniśmy zazdrościć  tym, co bezbożne popełniają  czyny i ulegają podszeptom  
szatana. Bo oto zaczęto  podejrzewać pułkownika Mohuna o  kłamstwo, pozbawiono 
go urzędu i  musiał wrócić do swej  posiadłości w Moonfleet. Żył tu  w odosobnieniu, 
pogardzany przez  oba stronnictwa, aż umarł w  dniu, kiedy Karol Ii szczęśliwie  na 
tronie zasiadał. Ale nawet po  śmierci nie mógł zaznać spokoju,  bo jak powiadano, 
schował gdzieś  diament, który otrzymał za  pozwolenie na ucieczkę króla;  nie śmiał 
go, póki żył, ruszyć i  tajemnicę jego kryjówki ze sobą  do grobu zabrał. Teraz z 
trumny  wstaje i usiłuje skarb swój  odzyskać.  

 Pastor Glennie nigdy nie  powiedział, czy wierzy w tę  opowieść, czy nie, 

wskazywał  tylko, że w Piśmie Świętym jest  wprawdzie mowa o pojawieniu się  
zarówno dobrych, jak i złych  duchów, ale nie wydaje się  możliwe, by pułkownik 
Mohun na  cmentarzu swego skarbu szukał;  bo gdyby tam go zakopał, to miał  
przecież za życia setki  sposobności zabrania go. Ja  jednak, choć za dnia byłem  
odważny jak lew i często  chodziłem na cmentarz, gdyż  rozciągał się stamtąd  
najdalszy widok na morze, niczym  nie dałbym się skusić, aby pójść  tam po zmroku. 
A i sam świadczyć  mogłem, że opowieść ta jest  prawdziwa, bo pewnej nocy, kiedy  
moja ciotka złamała nogę i  musiałem iść do Ringstave po  doktora Hawkinsa, 
wybrałem  ścieżkę przez łąki, odległą  zaledwie o milę od cmentarza; i  wtedy jak 
najwyraźniej widziałem  światło poruszające się to tu,  to tam, przy kościelnym 
murze, w  miejscu, gdzie żaden uczciwy  człowiek nie mógł przebywać o  godzinie 
drugiej nad ranem. 

 

background image

2 -  Powódź  

 A potem z hukiem runął brzeg, 
   a potem fal spienionych bieg, 
  a  potem wód potężnych ściek... 
    ...świat cały morzem stał się. 
  
 (Jean Ingelow)
  

 Trzeciego listopada, w parę  dni po mojej wizycie w  gospodzie, zaczął dąć  

południowo-zachodni wiatr, który  około czwartej przemienił się w  gwałtowny, 
porywisty wicher.  Całe rano gawrony fruwały nisko,  więc wiadomo było, że idzie 
zła  pogoda; i kiedy wyszliśmy po  lekcjach, których udzielał nam  pastor Glennie w 
starym  przytułku, w powietrzu latały  już wiązki słomy, a nawet  dachówki i dzieci 
śpiewały:  

 
idzie sztorm, wicher wyje, 
 da Bóg statek się rozbije 
   
 Jest to piosenka dosyć  okrutna, która zawsze przypomina  się w czasie takiej 

właśnie albo  i gorszej pogody; bo chociaż nie  przeczę, że każdy świeży wrak na  
wybrzeżu Moonfleet uważano  niemal za dar niebios, to jednak  chyba nikt z nas nie 
był aż tak  podły i nie życzył sobie, by  jakiś statek się rozbił i stał  naszym łupem. 
Przeciwnie, wielu  znałem w Moonfleet ludzi, co  setki razy narażali swe życie  
ratując rozbitków, jak na  przykład wtedy, gdy “Dariusz”,  który kursował do Indii  
Wschodnich, został na brzeg  wyrzucony; nawet biedne,  bezimienne ciała, 
przyniesione  przez morze, mogły być pewne  chrześcijańskiego pogrzebu, a  czasem 
i nagrobka Ratseyowego, z  wyrytą datą i napisem “kobieta”  lub “mężczyzna”, o 
czym można  się dziś jeszcze na naszym  cmentarzu przekonać. 

 Nasza wioska leży prawie w  samym środku zatoki Moonfleet,  wielkiego 

wgłębienia o średnicy  dwudziestu mil, śmiertelnej  pułapki dla żeglarzy  
wychodzących na Kanał przy  południowo-zachodnim wietrze.  Bo gdy wiatr ten dął 
silnie od  południa i statek nie zdołał  opłynąć przylądka Snout, to na  pewno 
wynosiło go na brzeg;  wiele statków, które nie mogły  tego dokonać, tłukło się cały  
dzień po zatoce, aż pod wieczór  fale wyrzucały je na mieliznę.  Wtedy morze nie zna 
litości;  wdziera się tam głęboko w ląd, a  naporu fal przelewających się po  
kamieniach żadne okrętowe drzewo  nie wytrzyma. Gdy zaś jakiś  nieszczęśnik 
próbuje życie  ratować, zabójczy prąd powrotny  ścina go z nóg, wsysa i niesie  pod 
wzburzonym morzem. Łoskot  zabieranych i toczonych przez  fale kamieni rozlega 
się wiele  mil w głąb lądu, a gdy noc jest  cicha, słyszą go nawet i w  Dorchester, 
mimo że wiatr, który  tak morze rozhuśtał, dawno już  umilkł. Ludzie przewracają się  
wtedy na drugi bok w swych  łóżkach i Bogu dziękują, że nie  muszą zmagać się z 
morzem u  wybrzeży Moonfleet.  

 Ale tego dnia żaden statek się  nie rozbił, tylko dął wicher,  jakiegom do tej 

background image

pory nie znał, a  z jakim raz jeszcze w życiu się  spotkałem. Całą długą noc sztorm  
przybierał na sile i chyba nikt  w Moonfleet nie położył się  spać, bo hałas 
spadających  dachówek, brzęk rozbijanych  szyb, łomot drzwi i stuk  okiennic nikomu 
by zasnąć nie  dały - a i baliśmy się też, że  kominy zaczną nam spadać na  głowy. 
Wiatr dął najsilniej  około piątej rano, później ktoś  biegł ulicą, ostrzegając przed  
nowym niebezpieczeństwem - oto  morze wdarło się w ląd i grozi  nam zalewem. 
Wiele kobiet  chciało od razu biec na położone  wyżej łąki, ale Ratsey, który  wraz z 
innymi chodził od domu do  domu pokrzepiając ludzi,  przekonał nas, że górna część  
wioski znajduje się na tej samej  wysokości co łąki i woda mogłaby  nas zalać równie 
dobrze tu, jak  i tam. Był to czas wielkiego  przypływu, morze przedarło się  przez 
kamienistą mieliznę,  co  się od pięćdziesięciu lat nie  zdarzyło - i w zalewie tyle się  
wody zebrało, że wystąpiła z  brzegów, zatapiając nadmorskie  pastwiska i nawet 
dolną część  wioskowej uliczki. O świcie  cmentarz stał już pod wodą, choć  położony 
był na wzniesieniu, i  tylko kościół sterczał jak mała,  stroma wysepka. Morze 
podeszło  również do samych drzwi gospody,  lecz Elzewir Block zbytnio się  tym nie 
przejął, mówiąc, że  wszystko mu jedno, czy go fale  zabiorą, czy nie. 

 I zdarzył się niespodziewany  cud, bo wiatr nagle ucichł, a  woda zaczęła 

wracać. Słońce znów  jasno świeciło i zanim nadeszło  południe, ludzie wychodzili 
już  z domów przyglądać się  ustępującej powodzi i rozprawiać  o minionym 
sztormie. Wielu  twierdziło, że nigdy jeszcze tak  straszliwego szkwału nie  widziano; 
ale niektórzy ze  starszych mówili, że zdarzył się  raz taki sam albo i mocniejszy w  
drugim roku panowania królowej  Anny. Niezależnie od tego, czy  wtedy, czy teraz 
dął silniejszy  wiatr, ten sztorm stał się dla  mnie wydarzeniem wielkiej wagi i  
wpłynął na zmianę całego biegu  mojego życia, o czym niebawem  usłyszycie.  

 Mówiłem już, że woda podeszła  wysoko i kościół sterczał z niej  jak mała 

wysepka; ale powódź  szybko ustąpiła i pastor Glennie  mógł w najbliższą niedzielę  
odprawić nabożeństwo. 

 Mało ludzi bywało w naszym  kościele, ale mniej jeszcze niż  zazwyczaj 

przyszło tego ranka,  bo łąki były nadal mokre i  błotniste. Wstęgi wodorostów  
oplatały nagrobki i całe zwały  wodnego zielska leżały pod  cmentarnym murem, 
wydzielając  zgniłą, słonawą woń podobną do  zapachu jajek nurzyka, bo  
południowo-zachodni sztorm  zwykle wyrzuca na brzeg  wszelkiego rodzaju morskie  
śmiecie. 

 Tutejszy kościół jest całkiem  duży, przedzielony w środku  kamiennym 

przepierzeniem.  Zapewne dawniej, gdy Moonfleet  było większe, starczyło ludzi,  by 
go wypełnić, ale odkąd  pamiętam, nikt się nigdy nie  modlił w jego zachodniej 
części,  zwanej główną nawą. Znajdowało  się tam tylko parę starych  grobowców i 
tarcza z herbem  królowej Anny, podłoga była  wilgotna i porosła mchem, a na  
białych ścianach widniały  zielone zacieki po deszczach.  Dla tej garstki ludzi, którzy  
przychodzili do kościoła,  zupełnie wystarczało  prezbiterium po drugiej stronie  
przepierzenia, gdzie podłoga w  stallach była drewniana, a ich  wysokie dębowe 
oparcia chroniły  od przeciągów. 

 Tej niedzieli przyszły do  kościoła może trzy lub cztery  osoby, nie licząc 

pastora  Glennie, Ratseya i nas kilku  chłopców, którzy przebyliśmy  bagniste łąki 
usiane potopionymi  kretami i sorkami. Nawet mojej  ciotki nie było w kościele, bo  
akurat cierpiała na migrenę, ale  tych, którzy przyszli, czekała  nie  lada 
niespodzianka, bo oto  w stallach zasiadł Elzewir Block  we własnej osobie. Ludzie  
wchodząc gapili się na niego,  gdyż nikt go w kościele jeszcze  nie widział; jedni 
twierdzili,  że jest katolikiem, inni - że w  ogóle w nic nie wierzy.  Jakkolwiek by z 

background image

tym było, tego  dnia, do kościoła przyszedł, bo  może chciał odwdzięczyć się  
pastorowi za ułożenie wierszy na  grób Dawida. Na nikogo uwagi nie  zwracał, nie 
kłaniał się  wchodzącym, jak to było w  zwyczaju, tylko utkwił wzrok w  
modlitewniku, który trzymał w  dłoni, choć wcale z niego nie  czytał, bo nawet kartki 
nie  odwrócił. 

 W kościele panowała taka  wilgoć po niedawnej powodzi, że  Ratsey rozpalił 

ogień w  miedzianym koszu za stallami,  czego nigdy nie robiono, póki  zima się 
naprawdę nie zaczęła.  My, chłopcy, usadowiliśmy się  jak najbliżej ognia, bo chłód  
szedł od kamiennych płyt  podłogi, a poza tym byliśmy tu  daleko od pastora, 
zasłonięci  wysokimi oparciami ławek, i  mogliśmy upiec sobie jabłko czy  kasztana 
bez obawy, że nas  przychwyci. Ale tego ranka coś  innego jeszcze zaprzątało nasze  
myśli; bo zanim nabożeństwo na  dobre się rozpoczęło,  usłyszeliśmy jakieś dziwne  
łoskoty dobywające się spod  kościoła. Pierwszy raz zdarzyło  się to, gdy pastor 
Glennie  kończył właśnie “Drodzy moi...”,  a znowu nas doszły, zanim  odczytał 
drugą lekcję. Nie był  to hałas głośny, coś jakby  stukot obijających się o siebie  łodzi 
na morzu, tylko że  bardziej pusty i głuchy.  Patrzyliśmy po sobie, bo wszyscy  
wiedzieli, co się pod kościołem  znajduje; łoskoty te mogły się  jedynie dobywać z 
krypty  Mohunów. Nikt w Moonfleet nigdy  wnętrza tej krypty nie oglądał,  ale ojciec 
Ratseya, który  również był grabarzem i  zakrystianem, mówił mu, że  krypta 
Mohunów znajduje się pod  prezbiterium i że złożono w niej  ponad dwadzieścia 
trumien. Nie  otwierano jej z górą  czterdzieści lat, to jest od  dnia, kiedy pochowano 
tam  Geralda Mohuna, którego krew  zalała, gdy pił w Weymouth  podczas 
wyścigów. Podobno też  pewnego niedzielnego popołudnia,  wiele lat temu, dobył się  
stamtąd krzyk tak straszny i  nieludzki, że wszyscy porwali  się i z kościoła uciekli, i 
nie  modlono się w nim później przez  całe tygodnie. 

 Przypomniały nam się owe  opowieści i skupiliśmy się  jeszcze bliżej ognia, 

przerażeni  tymi łoskotami i niepewni, czy  nie lepiej wybiec z kościoła i  uciec. Coś 
tam w tej krypcie  musiało się poruszać, ale  przecież jedynym do niej  wejściem była 
kamienna płyta w  podłodze prezbiterium, której nie  podnoszono od lat czterdziestu. 

 Choć strwożeni, zostaliśmy na  miejscu, ale gdy stanąłem i  wyjrzałem przez 

wysokie oparcie  ławki, zobaczyłem, że inni też  się nieswojo czują; babka Tucker  
tak się gwałtownie zatrzęsła  słysząc te łoskoty, że okulary  dwa razy spadły jej z nosa 
na  podołek; Ratsey zaś jakby  usiłował ten hałas zagłuszyć -  to szurał nogami, to z 
trzaskiem  zamykał swój modlitewnik. Lecz  najbardziej mnie zdumiało, że  Elzewir 
Block, który, jak  powiadano, nie bał się ani Boga,  ani diabła, rzucał na Ratseya  
szybkie, niespokojne spojrzenia,  ilekroć słychać było podziemny  łoskot. Tak więc 
zostaliśmy  wszyscy w kościele, a pastor  Glennie doszedł już do połowy  kazania. 
Jego wywody zaciekawiły  mnie, choć byłem tylko chłopcem,  bo przyrównywał 
życie człowieka  do litery “Y”, mówiąc, że każdy  z nas dojdzie kiedyś do miejsca,  w 
którym drogi się rozchodzą,  podobnie jak ramiona tej litery,  i że musi wtedy wybrać, 
czy  pójdzie dalej szeroką i  spadzistą drogą na lewo, czy  stromą i wąską ścieżyną na  
prawo. “Bo - mówił - jeśli  zajrzycie do waszych książek,  przekonacie się, że litera 
“Y”  nie jest taka jak w herbie  Mohunów, której oba ramiona są  jednakowe, lecz jej 
lewe ramię  jest szersze i mniej strome niż  prawe; dlatego też starożytni  mędrcy 
utrzymywali, że to lewe  ramię przedstawia spadzistą,  łatwą drogę upadku i 
zniszczenia,  a prawe - trudną i wąską, lecz  wznoszącą się do Boga drogę  życia”. 
Wysłuchawszy tych słów  zaczęliśmy wszyscy szukać w  naszych modlitewnikach 
dużej  litery “Y”, a babka Tucker,  która nie odróżniała “A” od “B”,  najżywiej 
grzebała w swojej  książce, chcąc ludziom pokazać,  że czytać umie. I w tej właśnie  
chwili dobył się spod kościoła  głuchy i straszniejszy jeszcze  niż przedtem odgłos, 

background image

niby jęk  głębokiego bólu. Babka Tucker aż  w górę podskoczyła, zawołała  głośno do 
pastora Glennie: -  Jakże mamy słuchać kazania, gdy  Mohunowie z grobów 
powstają! -  po czym w popłochu wybiegła z  kościoła. 

 Tego już i dla innych było za  wiele i uciekli wszyscy, a pani  Vinning 

biegnąc krzyczała: 

 - Na litość boską! Czarnobrody  chce nas zadusić jak Pomylonego  Jonesa! 
 W jednej chwili kościół  opustoszał i został w nim tylko  pastor Glennie, 

Ratsey, Elzewir  Block i ja. Bo nie uciekłem; po  pierwsze dlatego, że nie  chciałem 
stchórzyć w obecności  dorosłych mężczyzn; po drugie  miałem nadzieje, że gdyby  
Czarnobrody wtargnął do  kościoła, to rzuciłby się raczej  właśnie na nich, a nie na 
mnie,  małego chłopca; a po trzecie  wiedziałem, że Elzewir Block  jest silny i nawet 
Mohunowi  dałby radę. Pastor Glennie dalej  głosił słowo Boże, jak gdyby nie  słyszał 
owych łoskotów ani nie  widział ludzi opuszczających  kościół. Elzewir Block 
wyszedł  dopiero po skończonym kazaniu,  ale ja zostałem, żeby usłyszeć,  co pastor 
powie Ratseyowi o  hałasach dochodzących z krypty. 

 Grabarz pomagał mu zdjąć ornat  i widząc mnie powiedział: 
 - Bóg zesłał między nas złe  duchy i straszno się człowiekowi  robi, gdy 

słyszy, jak pod jego  nogami umarli ruszają się w  grobach. 

 - Gadanie! - rzekł pastor.  Tylko ludziom pospolitym, którzy  strach w sobie 

kryją, te odgłosy  wydają się tak okropne. A jeśli  o Czarnobrodego idzie, to nie  
przeczę, że czasem dusze złych  ludzi spoczynku znaleźć nie mogą  i żywym się 
ukazują. Te hałasy  zaś są z pewnością działaniem  sił Natury, jak ryk fal  
uderzających o brzeg. Powódź  zalała kryptę, trumny zaczęły  pływać i niesione przez 
jakieś  wiry uderzają o siebie, wydając  te puste odgłosy. I macie te  wasze złe duchy! 
Więc prawdą  jest, że umarli poruszają się  pod naszymi stopami, ale nic na  to 
poradzić nie mogą, bo woda  ich po całej krypcie nosi. A fe,  Ratsey, wstydziłbyś się,  
człowieku, tak straszyć biednego  chłopca głupim gadaniem o  duchach. To, co się 
tam  rzeczywiście dzieje, jest już i  tak dość okropne. 

 W słowach pastora brzmiała  prawda i nie wątpiłem, że ma  rację. Tak więc 

tajemnica  została wyjaśniona; a jednak  było to straszne i przechodził  mnie dreszcz 
na myśl o Mohunach  dryfujących w swych trumnach i  obijających się o siebie w  
ciemności. Wyobrażałem sobie,  jak to musi wyglądać: całe  pokolenia Mohunów, 
starcy i  dzieci, mężczyźni i młode  kobiety, teraz same kości, unoszą  się w swoich 
spróchniałych  skrzynkach, a sam Czarnobrody w  największej trumnie nadpływa,  
roztrzaskuje inne, jak statek na  wzburzonym morzu, który czasem  druzgoce wśród 
fal małą łódź  usiłującą do niego przybić. A  jeszcze pomyśleć o całkowitej  
ciemności panującej w krypcie, o  duchocie, o cuchnącej zgnilizną  wodzie, po której 
te żałosne  statki żeglują niemal pod  sklepieniem! 

 Słowa pastora zbiły nieco  Ratseya z tropu, ale robiąc  dobrą minę do złej gry, 

powiedział: 

 - Tak, ojcze, jestem tylko  prostym człowiekiem i nie znam  się na 

powodziach i tych różnych  wirach, i tajemnych siłach  Natury; ale, za 
przeproszeniem  Ojca, uważam, że należy brać  naukę z przestróg, jakie są nam  dane. 
Zawsze mówiono: “Mohun  ruszy się w grobie, to Moonfleet  w żałobie”, a ojciec 
mój  powiadał, że jak ostatni raz się  ruszyli, a działo się to w  drugim roku 
panowania królowej  Anny, to był taki sztorm, że  ludziom dachy znad głów  
zabierało. Jeśli zaś o  straszenie dzieci chodzi, to  lepiej by było, żeby niektórzy  

background image

niesforni chłopcy bardziej się w  ryzach trzymali, a nie wścibiali  nosa w nie swoje 
sprawy, bo  jeszcze coś złego może im się  przytrafić. Pojąłem, że te  ostatnie słowa 
do mnie jako  ostrzeżenie były skierowane,  choć wtedy jeszcze w pełni nie  
zrozumiałem, co Ratsey miał na  myśli. 

 Rzekł swoje i odszedł gniewny  z Elzewirem, który czekał na  niego przed 

kościołem. Ja zaś  odprowadziłem pastora do domu,  niosąc jego ornat. 

 Pastor Glennie był zawsze  bardzo przyjazny, lubił mnie i  rozmawiał ze mną 

jak z równym  sobie; pewnie dlatego, że nikt w  naszych stronach nie posiadał  takiej 
jak on wiedzy i wszystko  mu było jedno, czy mówi z  nieuczonym chłopcem, czy z  
nieuczonym dorosłym człowiekiem.  Gdy minąwszy furtkę cmentarza  wyszliśmy na 
zamulone łąki,  znowu zapytałem go o  Czarnobrodego i jego zagubiony  skarb. 

 - Mój synu - rzekł mi na to -  tyle tylko wiem, że ów pułkownik  Mohun (tak 

nierozsądnie zwany  Czarnobrodym) roztrwonił majątek  rodzinny i swoimi 
wybrykami  doprowadził do ruiny przytułek i  wygnał z niego ubogich. Jeśli  pogłoski 
o nim nie są kłamliwe,  był człowiekiem złym i poza  licznymi pomniejszymi  
niegodziwościami ręce swoje  splamił krwią wiernego sługi,  którego zgładził, gdyż 
do uszu  tego człowieka doszedł jakiś  grzeszny sekret jego pana.  Później zaś, gdy 
poczuł  zbliżający się koniec, pełen  strachu i wyrzutów sumienia (jak  to zwykle 
bywa z tymi, co złe  wiodą życie), mimo że był  protestantem, wezwał  katolickiego 
proboszcza  Kindersleya z Dorchester, by mu  się wyspowiadać; pragnąc zaś  
naprawić wyrządzone krzywdy,  przeznaczył skarb tak zdradliwie  wyłudzony od 
króla Karola (bo  nic już innego nie miał) na  odbudowę i utrzymanie przytułku  dla 
ubogich. Wszystko to spisał  w testamencie, który widziałem;  ów skarb określony 
jest w nim  jedynie jako diament, lecz gdzie  go odnaleźć można, słowem nie  
wspomniał. Zapewne sam go  pragnął odszukać, by sprzedać i  później przeznaczyć 
otrzymane  pieniądze na ów szlachetny cel,  lecz nim zdążył to uczynić,  śmierć go 
zaskoczyła. 

 Więc ludzie mówią, że nie może  zaznać spokoju, bo krzywd  wyrządzonych 

naprawić nie  zdążył, i wtedy dopiero w grobie  odpocznie, kiedy skarb zostanie  
odnaleziony i z korzyścią dla  ubogich użyty.  

 Wiele rozmyślałem o tym, co  pastor Glennie powiedział.  Zastanawiałem się 

też, gdzie  Czarnobrody mógł swój diament  ukryć i czy ja sam nie mógłbym  go 
kiedyś odnaleźć i stać się  bogatym człowiekiem. A gdy  przypomniałem sobie 
hałasy,  jakie się spod kościoła  dobywały, i jak je pastor  tłumaczył, różne 
pomieszane  myśli przychodziły mi do głowy,  bo, jak już mówiłem, był to  odgłos 
głęboki i głuchy, więc  jakże go mogły wydawać przegniłe  trumny? Widywałem 
nieraz, jak  Ratsey, kopiąc nowy grób,  wyciągał z ziemi kawałki  trumien, a czasem i 
tablicę z  zatartym nazwiskiem i datą  wskazującą, że trumna niezbyt  długo w ziemi 
leżała, już zaś  była przegniła i spróchniała.  Wprawdzie w ziemi łatwiej niż w  
krypcie niszczała, ale gdy  zdjęto płytę z murowanego grobu  starego Guya, żeby 
wdowę po nim  obok ułożyć, Ratsey pozwolił mi  zajrzeć do środka i zobaczyłem,  że 
trumna Guya jest cała  popękana i wypaczona i wygląda,  jakby ją można było 
jednym  mocnym uderzeniem rozbić na  kawałki. A w krypcie Mohunów  trumny od 
całych pokoleń  składano i na pewno teraz  spróchniałe są jak hubka, lecz  uderzając o 
siebie dudnią niby  bębny, jakby ze zdrowego były  jeszcze drzewa i całkiem  
szczelne. Pastor Glennie musi  jednak mieć rację, bo jeżeli  nie trumny, to co tak 
głośno  dudniło?  

 W poniedziałek, następnego  dnia po owej niedzieli, kiedy  słyszeliśmy w 

kościele te  hałasy, pobiegłem zaraz po  lekcjach na cmentarz, żeby  posłuchać  na 

background image

zewnątrz kościoła,  czy Mohunowie jeszcze się w  trumnach ruszają. Mówię “na  
zewnątrz kościoła”, bo  domyślałem się z tego, co   Ratsey powiedział o chłopcach  
wścibiających nosy w nie swoje  sprawy, że mi teraz klucza nie  pożyczy; a poza tym 
pewnie i  bałbym się znaleźć całkiem sam w  kościele. 

 Dobiegłem zdyszany na cmentarz  i przytknąłem ucho najpierw do  

północnego, to jest znajdującego  się od strony wioski muru  kościoła. Położyłem się 
na ziemi  w wysokiej, mokrej trawie,  żeby lepiej słyszeć, czy jaki  głos dobiegnie. 
Ale cicho było  zupełnie, więc doszedłem do  wniosku, że Mohunowie znów w  
spokoju odpoczywają. Pomyślałem  sobie jednak, że jeszcze obejdę  kościół i 
posłucham od strony  morza, czyli od południa, bo być  może ci jaśniepaństwo  
przesunęli się na tamtą stronę i  tam się teraz o siebie obijają.  Poszedłem więc 
dookoła muru i  nie bez przyjemności wydostałem  się z zimnego cienia na  słoneczną 
stronę. Lecz tu  czekała mnie niespodzianka, bo  gdym się wyłonił spoza  sterczącej 
przy murze przypory,  ujrzałem dwóch mężczyzn, którymi  byli nie kto inny jak 
mistrz  Ratsey i Elzewir Block. Nie  zauważyli mnie, bo Ratsey ni  mniej, ni więcej 
tylko tak samo  jak ja przed chwilą leżał na  ziemi z uchem przy murze,  podczas gdy 
Elzewir siedział  oparty o przyporę, z lunetą przy  oku, fajką w ustach i patrzył  na 
morze. 

 I chociaż miałem takie samo  jak oni prawo być na cmentarzu,  wstyd mnie 

nagły ogarnął, jakby  mnie na gorącym uczynku  przyłapano, i poczułem, że się  
czerwienię. Chciałem zrazu  odwrócić się i uciec, alem w  końcu postanowił zostać na 
miejscu, bo i tak pewno mnie  zauważyli, więc powiedziałem  “dzień dobry”. Mistrz 
Ratsey  skoczył na równe nogi zwinnie  jak kot i gdyby nie był dorosłym  mężczyzną, 
pomyślałbym, że też  się zaczerwienił. W każdym razie  krew mu nabiegła do twarzy, 
ale  to może od długiego leżenia na  ziemi. Spostrzegłem jednak, że  był nieco zbity z 
tropu, gdy  starał się powiedzieć “dzień  dobry, John” swobodnie, jakby  nie widział 
w tym nic  nadzwyczajnego, że leży sobie w  zimowy poranek na cmentarnej  ziemi, z 
uchem przytkniętym do  muru kościoła. 

 - Dzień dobry John -  powiedział więc. - Co tu robisz  na cmentarzu w tak 

piękny dzień? 

 Odparłem, że przyszedłem  posłuchać, czy Mohunowie jeszcze  się ruszają. 
 - Tego ci powiedzieć nie mogę  - rzekł Ratsey - bo nie mam  czasu zajmować 

się takimi  głupstwami. Muszę sprawdzić,  czy powódź nie podmyła muru  kościoła i 
czy nie trzeba go  będzie podstemplować. A jeśli nie  masz nic lepszego do roboty, 
jak  wałęsać się cały ranek, to  lepiej skocz do mego warsztatu i  przynieś mi młotek, 
bom go  zapomniał zabrać, a muszę  zobaczyć, jak tynk się trzyma. 

 Domyślałem się, że to tylko  takie wymówki, bo mur był mocny  jak skała, 

ale ucieszyło mnie,  że mogę skorzystać z okazji i  wycofać się z miejsca, gdzie nie  
byłem pożądany. I rzeczywiście  szybko miałem się przekonać, że  ze mnie zadrwił, 
bo gdy wracałem  z młotkiem, spotkałem ich obu na  łąkach, w drodze do wsi. Ratsey 
znowu sprytnie się wykręcił  mówiąc, że już go teraz nie  potrzebuje, bo wie, gdzie 
trochę  zaprawy dodać. 

 - Ale jak masz tyle wolnego  czasu - ciągnął - to pomożesz  mi jutro założyć 

nowe ławy do  “Petrela”, bo stare już do  niczego. 

 Wracaliśmy we trzech do  wioski, a gdy mistrz Ratsey  zmyślał swe wykręty, 

zerknąłem  na Elzewira i spostrzegłem, że  mruży oczy pod gęstymi brwiami,  jakby 
go bawiło zakłopotanie  grabarza. 

background image

 Następnej niedzieli w kościele  panował zwykły spokój, Elzewir  na 

nabożeństwo nie przyszedł i  nigdy więcej nie słyszałem, żeby  się kiedy Mohunowie 
w swej  krypcie ruszali.  

 

background image

3 -  Odkrycie  

 
Odważni ryzykanci gardzą 
   ograniczoną zmysłów władzą, 
  w  nieznane patrzą śmiało: 
   słuchają głosu wiatru, lecz 
   gdy naprzód pędzą, spojrzą  wstecz... 
  
 (Gray)
  

 Mówiłem już, że często  spędzałem za dnia wolny od  lekcji czas na 

cmentarzu;  położony był na niewielkim  wzniesieniu, skąd roztaczał się  najlepszy 
widok na morze i przy  dobrej pogodzie można było  dostrzec francuskich korsarzy  
zaczajonych pod skałami  przylądka Snout na statek  kursujący do Indii lub  
wychodzący na Kanał. W Moonfleet  niewielu było chłopców w moim  wieku i z 
żadnym się jakoś nie  przyjaźniłem; pozostawiony sam  sobie, często dumałem nad 
tym,  czy owym, a zawsze na świeżym  powietrzu - głównie dlatego, że  ciotka nie 
lubiła patrzeć na  chłopca, który bezczynnie wałęsa  się w zabłoconych butach po  
domu. 

 Przez kilka tygodni po owym  dniu, gdy niespodzianie  zaskoczyłem Elzewira 

i Ratseya,  trzymałem się z dala od  cmentarza, bojąc się ich  spotkać; lecz nieco 
później  znowu zacząłem tam chodzić i nie  natknąłem się na nich więcej.  
Najbardziej lubiłem siadywać na  płaskim szczycie nagrobka  znajdującego się po  
południowo-wschodniej stronie  kościoła. Słyszałem, jak pastor  Glennie nazywał go 
“ołtarzem”, i  pewnie kiedyś był to ładny  pomniczek z rzeźbionymi  festonami 
kwiatów i owoców, ale  tak zniszczał od niepogód, że  nawet nie dało się odczytać  
wyrytych na nim liter i  dowiedzieć, kogo pod nim  pochowano. Tu lubiłem 
przebywać  nie tylko dlatego, że wygodnie  było siedzieć na płaskiej płycie  
nagrobka, ale i dlatego, że  zasłaniała go od wiatru gęsta  kępa cisów. Kiedyś pewnie  
okalały go ze wszystkich stron,  lecz od południa albo wyginęły,  albo wycięto je 
umyślnie, by  każdy, kto na nagrobku siadał,  mógł patrzeć na morze, doskonale  
chroniony przed wiatrem. Drzewa  rosły gęsto i blisko nagrobka,  tworząc niby 
wysokie oparcie  fotela. Niejednokrotnie jesienią  płytę pokrywały karmazynowe  
jagody mirtu, które zbierałem i  zanosiłem ciotce, bo lubiła je  przegryzać do 
szklaneczki  tarniówki po niedzielnym  obiedzie. Bez wątpienia i inni  uważali, że 
miejsce to jest  wygodne i daje dobry widok na  morze, bo od strony południowej  
wydeptano ścieżynę, chociaż  nigdy, będąc tam, nikogo nie  spotkałem.  

 Zdarzyło się więc, że pewnego  popołudnia z początkiem lutego  roku 1758 

siedziałem na tym  nagrobku i patrzyłem w morze.  Zima jeszcze trwała, ale ciepło  
było jak w maju i tak spokojnie,  że wyraźnie dochodził mnie  dudniący stuk rzepy, 
którą  dziadek George wrzucał do swego  wózka o pół mili stąd, na stoku  wzgórza. 
Pogoda od czasu powodzi  była łagodna, tyle, że wiały  mocne wiatry, ale deszcz 
prawie  nie padał. I gdy podeschło,  zaczęła pękać ciężka, gliniasta  gleba, na której 
stoi całe  Moonfleet - co zwykle zdarza się  w samym środku lata. Pęknięcia  biegły 
wzdłuż ścieżki wiodącej  przez nadmorskie łąki ze wsi do  kościoła, pojawiły się też 
na  samym cmentarzu, a jedna z  takich szpar podchodziła pod ten  właśnie nagrobek, 

background image

na którym  siedziałem. 

 Musiało być chyba po czwartej  i chciałem już wracać, żeby  zdążyć do ciotki 

na kolację, gdy  posłyszałem jakieś szmery i  łoskoty dobywające się spod  nagrobka. 
Szybko zeskoczyłem z  mojego siedzenia i zobaczyłem,  że rozpadlina poszerzyła się 
tuż  przy grobie i utworzyła dziurę  co najmniej na jedną stopę  szeroką, sięgającą pod 
duży  kamień, który stanowił jeden z  boków pomniczka. Ukląkłem,  oparłem się 
rękami o ziemię i  stwierdziłem, że owa dziura  otwarła wejście do znajdującej  się 
pod nagrobkiem obszernej  jamy. 

 Nie ma chyba chłopca, który by  widząc dziurę w ziemi, jaskinię  na zboczu 

wzgórza lub, co  więcej, jakieś podziemne  przejście, zdołał się oprzeć  gwałtownej 
pokusie i natychmiast  tam nie wlazł, żeby zobaczyć, co  to takiego i dokąd prowadzi. 
Tak  właśnie było ze mną: gdym  ujrzał, że dziura podchodzi pod  nagrobny kamień, 
wsunąłem się w  nią stopami naprzód, opadłem na  miękkie usypisko na dnie i po  
chwili całkiem wyprostowany  stanąłem pod samym nagrobkiem. 

 Tego mniej więcej oczekiwałem,  bo już przedtem sądziłem, że pod  tym 

pomniczkiem musi być jakaś  krypta; teraz jej sklepienie  runęło i ziemia obsypała się 
do  środka. Lecz gdy moje oczy  przyzwyczaiły się do ciemności,  zobaczyłem, że to 
nie żadna  krypta, tylko początek  podziemnego korytarza, który  łagodnym spadkiem 
prowadził w  stronę kościoła. 

 Serce waliło mi mocno, tak  byłem tym zaskoczony i  podniecony, i 

wydawało mi się,  żem dokonał wspaniałego odkrycia  i to tajemne przejście na 
pewno  musi prowadzić do jakiegoś  niezwykłego miejsca i  wspaniałych rzeczy, być 
może  nawet do skarbu Czarnobrodego,  bo od czasu gdym usłyszał  opowieść pastora 
Glennie, często  widziałem przed oczyma diament  pułkownika Mohuna i bogactwa,  
jakie by mi przyniósł. Korytarz  miał dwa kroki szerokości, a  wysoki był na tyle, że 
rosły  mężczyzna mógł się w nim  zmieścić - przekopano go niczym  nie 
obmurowując ani nie  szalując. Najbardziej zdumiało  mnie, że nie sprawiał wrażenia  
opuszczonego, nie było w nim  pajęczyn ani pleśni, jak to  zwykle w podobnych 
miejscach,  wyglądał zaś raczej na przejście  często używane. W miękkiej  glinie 
widniało wiele odcisków  butów, rysował się też ciągły  ślad, jakby przepychano tędy  
bardzo ciężkie przedmioty. 

 Ruszyłem wzdłuż korytarza,  trzymając rękę przed sobą, żeby  na nic w 

ciemnościach nie wpaść,  i powoli przesuwałem stopy, by  omijać dziury. Ale gdy 
zrobiłem  kilka kroków, mrok zgęstniał,  zląkłem się ciemności i szybko  zawróciłem, 
zadowolony, że mam  teraz przed sobą wątły promyczek  światła wsączający się 
przez  rozpadlinę pod nagrobkiem.  Chwycił mnie strach i anim się  obejrzał, a już 
przeciskałem się  na zewnątrz, by jak najszybciej  wydostać się na miękką murawę i  
znów oddychać świeżym, łagodnym  powietrzem zapadającego  zmierzchu. 

 Pobiegłem co sił do domu, bo  już pora kolacji minęła. A poza  tym 

wiedziałem, że muszę zdobyć  świecę, jeśli mam zbadać  podziemny korytarz; 
postanowiłem  sobie bowiem to zrobić, mimo że  się porządnie strachu najadłem. 

 Kiedy wszedłem do kuchni,  ciotka ledwie mnie przywitała,  bom się spóźnił i 

byłem zgrzany.  Nigdy nie mówiła wiele, gdy  miała o coś do mnie pretensję,  lecz 
umiała nawet milczeć w taki  sposób, że już wolałbym jej  łajania; zbywała mnie 
tylko  krótkim “tak” lub “nie”, gdy o  coś pytałem. Kolacja przeszła w  ciszy, ciotka 
już ją kończyła,  nim przyszedłem, a mnie mało  obchodziło, co jem, bo głowę  
miałem nabitą swoim odkryciem.  Poza tym herbata była ledwo  ciepła, a i reszta 
niezbyt  smaczna. 

background image

 Możecie się domyślić, że nie  powiedziałem ciotce o tym, co  widziałem. 

Postanowiłem, gdy  tylko pójdzie spać, wziąć  świecę, hubkę i krzesiwo i  wrócić na 
cmentarz.  

  Słońce zaszło, ciotka Jane  odmówiła dziękczynną modlitwę za  posiłek i 

zwracając się do mnie  powiedziała równym, suchym  głosem: 

 - Zauważyłam Johnie, że często  włóczysz się po nocy, czasem  nawet aż do 

pół do ósmej czy  ósmej. To niestosowne dla  młodych ludzi, którzy powinni po  
zmroku siedzieć w domu, i nie  chcę, żeby mojego siostrzeńca  nazywano 
włóczykijem. “czym  skorupka za młodu nasiąknie,  tym na starość trąci” - powiada  
przysłowie, a pamiętaj, że takie  wałęsanie się po nocy  sprowadziło twego ojca na  
bezdroża, przez co moja biedna  siostra tak okrutnie cierpieć  musiała i ciężkie miała 
życie,  póki go miłosierny Bóg nie  powołał do siebie. 

 Ciotka zawsze tak o moim ojcu  mówiła i chociaż go nie  pamiętałem, 

wierzyłem głęboko,  że był człowiekiem uczciwym i  wiernym towarzyszem w 
potrzebie,  tyle, że lubił się włóczyć i  czasem rękę do kontrabandy  przyłożył. 

 - Więc zapamiętaj - mówiła  dalej ciotka - że nie pozwolę ci  wyjść dziś po 

zmroku, o nie, ani  dziś, ani żadnego innego dnia.  Gdy robi się noc, łóżko jest  
jedynym właściwym miejscem dla  chłopców w twoim wieku. A jeśli  wydaje ci się, 
że jest zbyt  wcześnie, to możesz posiedzieć  ze mną w bawialni, a ja poczytam  ci 
naukę doktora Sherlocka,  która wybije ci puste myśli z  głowy i przysposobi do  
spokojnego snu. 

 Poszła naprzód do bawialni,  zdjęła książkę z półki, położyła  ją na stole w 

małym kręgu  światła przysłoniętej świecy i  zaczęła czytać. Było to  strasznie nudne i 
choć dawniej  już przechodziłem podobne męki,  monotonny głos ciotki uśpiłby  mnie 
- bo mi się już nieraz  zdarzało zasnąć nawet w tym  niewygodnym krześle - gdyby 
nie  to, żem ciągle dumał nad swym  odkryciem i zżymałem się myśląc,  że moja 
wyprawa się odwleka.  Ciotka czytała o uduchowieniu i  łasce zbawienia, a ja miałem 
w  głowie diamenty i worki złota,  bo ani przez chwilę nie  wątpiłem, że tajemniczy 
korytarz  wiedzie wprost do skarbu  Czarnobrodego. Nauka się  wreszcie skończyła, 
ciotka  zamknęła książkę i rzucając mi  chłodne “dobranoc” wstała od  stołu. 
Chciałem ją jak zwykle  przed snem pocałować, ale udała,  że tego nie widzi, więc  
poszliśmy na górę, każde do  swego pokoju, i nigdy już w  życiu ciotki Jane nie  
pocałowałem. 

 Była trzecia kwadra i księżyc  jasno błyszczał na niebie. W  czasie takich 

nocy nie wolno mi  było kłaść się spać przy świecy.  Ale tego wieczora światło nie  
było mi potrzebne, bo w ogóle  się nie rozbierałem,  zamierzając, jak tylko ciotka  
zaśnie, wymknąć się na cmentarz  - wszystko jedno, duchy nie  duchy. Za nic nie 
odłożyłbym  wyprawy do rana, bo bałem się,  że ktoś mógłby przypadkiem  spostrzec 
dziurę przy grobie,  ubiec mnie i zagarnąć dla siebie  skarb Czarnobrodego. 

 Leżałem więc w ubraniu,  patrząc, jak w miarę przesuwania  się księżyca na 

niebie przesuwa  się po bielonej ścianie cień  kijka podtrzymującego baldachim  nad 
moim łóżkiem. W końcu, gdy  cień dotknął obrazu “Dobrego  Pasterza”,  który wisiał 
nad  kominkiem, usłyszałem chrapanie  ciotki, co znaczyło, że droga  jest wolna. 
Chwilę jeszcze  poczekałem, by mocniej  pierwszym snem zasnęła, zdjąłem  buty, 
przekradłem się w  pończochach koło jej pokoju i  zbiegłem schodami na dół. Jakże  
ich stopnie i poręcz trzeszczały  tej nocy, z jakim hałasem  wpadałem na sprzęty w 
zbytnim  staraniu, aby je ominąć! Ale  nieprzerwane chrapanie brzmiało  ciągłą nutą 
bezpieczeństwa,  ciotka ani na moment się nie  przebudziła; a gdyby to się  wtedy 

background image

stało, całe moje  późniejsze życie inaczej by  popłynęło. Doszedłem szczęśliwie  do 
kuchni, wsadziłem w kieszeń  najgrubszą zimową świecę,  zabrałem hubkę i krzesiwo 
i  wykradając się z pokoju  usłyszałem głośne tykanie  starego zegara. Jego 
błyszcząca  miedziana wskazówka pokazywała  na tarczy godzinę pół do  jedenastej.  

 Choć na ulicy było cicho jak w  grobie, trzymałem się możliwie  najbliżej 

cienia domów. Zawsze  mi się wydaje, że gdy księżyc  błyszczy na niebie, wielki  
spokój ogarnia całą naturę,  jakby zamierała w podziwie nad  własną pięknością. 
Wszyscy w  Moonfleet spali, w żadnym z  okien się nie paliło, jedynie  gdy mijałem 
gospodę, dostrzegłem  czerwony odblask na  zapuszczonych zasłonach, co  znaczyło, 
że izba na dole jest  oświetlona. Więc Elzewir Block  jeszcze się nie położył. Było to  
dziwne, bo w ciągu ostatnich  nocy gospodę wcześnie zamykano;  ostrożnie 
podszedłem do okna,  chcąc się przekonać, co dzieje  się w środku, ale nic nie  
dostrzegłem, bo szyby były od  wewnątrz zamglone. Zdumiałem się  jeszcze bardziej, 
gdyż znaczyło  to, że u Elzewira przebywa  liczna kompania. Co więcej,  stojąc tam i 
nasłuchując,  rozróżniłem szmer zmieszanych  głosów. Nie były to głosy  hulaków, 
lecz trzeźwych, cicho  rozmawiających mężczyzn. 

 Ale żem się śpieszył, więc  długo nie czekałem, ruszyłem  przez łąki w stronę 

kościoła i  nie powiem, abym się nie bał,  gdy zostawiłem za sobą ostatni  dom 
wioski. A kiedy doszedłem do  cmentarnego muru, odwaga prawie  całkiem mnie 
opuściła. Wydało mi  się czynem zuchwałym przychodzić  tu właśnie w wybrane 
przez  Czarnobrodego miejsce, o jego  ulubionej porze, by zrabować mu  skarb. Przed 
furtką cmentarza  niemal oczekiwałem, że z cienia  kościoła wyłoni się rosła postać  i 
ujrzę jego długą brodę i  złowrogie oczy. Ale nic  się  nawet nie poruszyło, tylko  
zesztywniała od mrozu trawa  trzeszczała pod moimi stopami,  gdy szedłem, 
przestępując przez  groby, ku czarnej kępie cisów, i  trzymając się teraz z dala od  
cienia. 

 Pomniczek odcinał się białą  plamą od ciemnego tła  okalających go drzew. U 

jego  stóp widniała czarna rozpadlina,  jak położony na ziemi kawałek  aksamitu. 
Chwilę wahałem się, bo  a nuż Czarnobrody zaczaił się na  dnie dziury, mam więc 
wleźć w  nią czy się cofnąć? Słyszałem  stąd szum morza, nie mocne  uderzenia fali, 
lecz jedynie  lekkie jej szelesty, bo zatoka  była gładka jak lustro i tylko  przy brzegu 
pomarszczona. I  chociaż zdecydowałem się już, że  zejdę do podziemnego korytarza, 
to jednak, aby odwlec tę chwilę,  postanowiłem liczyć poszczególne  szmery fali i za 
dwudziestym -  wsunąć się w rozpadlinę. 

 Ale doliczyłem tylko do  siedmiu i liczyć przestałem, bo  oto tam, na morzu, 

w samym  środku smugi księżyca stał  lugier, zakotwiczony i zwrócony  burtą do 
brzegu. Nie mogłem się  mylić, był tam, pół mili w  morzu, żagle miał opuszczone,  
ale jego maszty i kadłub  wyraźnie odcinały się od  księżycowego tła. 

 Oto nowy powód do zwłoki, bo  należało się zastanowić, co to  za lugier i po 

co tu przybył. Za  mały na statek kaperski, za duży  na rybacki kuter, nie mógł też  
należeć do straży celnej, bo  miał zbyt niską wolną burtę;  dziwne też było, że w 
ogóle  jakiś statek rzucił kotwicę w  samym środku zatoki Moonfleet,  nawet w noc 
tak spokojną jak  dzisiejsza. Gdym go obserwował,  ujrzałem nagle błysk  
niebieskiego światła na dziobie,  jakby rzucono z pokładu zapaloną  racę - i po tym 
właśnie  poznałem, że to lugier  kontrabandy i że daje sygnał na  brzeg lub swemu 
towarzyszowi  gdzieś dalej na morzu. To mi  wróciło odwagę i postanowiłem  przyjąć 
ten znak za mnie dany,  abym ruszył na poszukiwania.  Dodałem sobie ducha myślą, 
że  jeśli Czarnobrody rzeczywiście  zaczaił się na dole, to i tak  mnie dogoni, jak 
zacznę uciekać.  Raz jeszcze spojrzałem dokoła i  wsunąłem się w dziurę, podobnie  

background image

jak za dnia. 

 Tak więc owej lutowej nocy  John Trenchard stanął na  dnie jamy pod 

grobem, na kupie  obsuniętej ziemi pełen odwagi, a  zarazem i bojaźni w sercu, lecz  
ponad wszystko opanowany żądzą  zdobycia diamentu Czarnobrodego.  

 Wyciągnąłem krzesiwo, hubkę i  świecę i gdy jasno zapłonęła,  uspokoiłem 

się trochę, że na  pewno nikogo tu prócz mnie nie  ma, w każdym razie nikogo w  
bliskości. Ale co kryć się może  tam dalej, w głębi korytarza?  Nie wahałem się już 
jednak i  ruszyłem na tę awanturniczą  wyprawę; posuwałem się naprzód  bardzo 
wolno - ale dlatego  tylko, że bałem się wpaść w  jakiś dół - i ciągle dodawałem  sobie 
odwagi myślą o wielkim  diamencie, jaki niechybnie  odnajdę na końcu podziemnego  
przejścia. Czego to ja nie  dokonam mając takie bogactwa!  Pastorowi Glennie kupię 
konia,  Ratseyowi - nową łódź, ciotce  Jane - jedwabną suknię, mimo że  jest dla mnie 
tak surowa, jak  chociażby tego wieczoru. A sam  stanę się najważniejszą w  
Moonfleet osobą, będę nawet  bogatszy niż sędzia Maskew i  postawię sobie na 
łąkach  murowany dom z pięknym widokiem  na morze; i ożenię się z Grace  
Maskew,  i będę żył w szczęściu  i łowił ryby. Szedłem dalej  korytarzem, wyciągając 
przed  siebie rękę ze świecą jak daleko  mogłem, pogwizdywałem dla kurażu  i ani 
Czarnobrodego, ani w  ogóle nikogo nie spotkałem. Cały  czas widziałem ślady butów
na  dnie korytarza, a jego  sklepienie czarne było od dymu  pochodni, co zaczynało 
mnie  niepokoić, bo może ktoś był tu  już przede mną i zabrał diament.  I choć 
opowiadam o tej mojej  podziemnej drodze, jakby była co  najmniej milowej 
długości, co mi  się zresztą owej nocy wydawało,  to naprawdę cały korytarz miał  nie 
więcej niż dwadzieścia  jardów, o czym się później  przekonałem. W końcu 
doszedłem  do kamiennej ściany, przy której  kiedyś pewnie przejście się  kończyło, 
ale teraz była w niej  wyrwa, a za nią mroczna piwnica.  Stanąłem w tej jakby 
poszarpanej  bramie i wstrzymując oddech  wyciągnąłem świecę na długość  ramienia 
w panujące tam mroki,  aby zobaczyć, co to za miejsce,  a później dopiero wejść do  
środka. Ale zanim świeca znów  dobrze zapłonęła, wiedziałem  już, że znajduję się 
pod  kościołem i że piwnica ta jest  nie czym innym, lecz grobową  kryptą Mohunów. 

 Było to pomieszczenie  obszerne, większe od izby, w  której nas pastor 

Glennie uczył,  ale też i niższe; mogło mieć  najwyżej dziesięć stóp od  podłogi do 
sklepienia.  Powiedziałem “od podłogi”, ale w  istocie był nią miękki i mokry  piasek. 
Serce waliło mi mocno,  gdy wchodziłemn do tej krypty,  bo pamiętam, że stąd 
właśnie  dobywały się te okropne  dudnienia, jakie słyszeliśmy w  niedzielę, tak 
niedawno temu.  Upewniłem się, że w ciemnych  zakamarkach nie kryje się nic  
złego, w każdym razie nic, co by  można było dostrzec, i zacząłem  przyglądać się 
wszystkiemu  dokładniej. Ściany i sklepienia  były murowane, a w jednym końcu  
znajdowały się stopnie zamknięte  od góry płaską kamienną płytą -  tą samą, której 
drugą stronę, z  żelaznym pierścieniem, tak  często widywałem w podłodze  kościoła. 
Dokoła krypty biegły  pod ścianami kamienne półki,  niby ogromne biblioteczne  
regały, tylko że zamiast książek  spoczywały na nich trumny  Mohunów. Lecz w 
środku  znajdowało się coś całkiem  odmiennego, mianowicie, całe  dziesiątki 
rozmaitych beczek,  antałków i beczułek - od  ogromnej trzydziestogalonowej  beki, 
aż po małą jednogalonową  baryłkę. Wszystkie oznaczone  były białą farbą, którą 
wypisano  znaki określające gatunek trunku  i zrozumiałe tylko dla tych, co  się na 
tym znają.  

 Takie było to moje odkrycie:  miast szkatuły ze srebra lub  mosiądzu, którą 

starczyłoby  jedynie otworzyć, by błysnął z  niej diament Czarnobrodego,  natrafiłem 
na kryptę Mohunów i  przekonałem się, że nie jest  niczym innym, jak tylko piwnicą  

background image

dżentelmenów z kontrabandy; bo z  pewnością nikt nie trzymałby w  takim miejscu 
tych szlachetnych  trunków, gdyby zapłacił za nie  cło. 

 Chodząc pośród beczek i  beczułek, uderzyłem butem w  jedną z nich, 

zapewne prawie  pustą, i odezwało się to samo  dudnienie (tyle że słabsze),  które nas 
owej niedzieli tak w  kościele przeraziło. A więc to  beczki, nie trumny uderzały  
wtedy o siebie; byłem  zadowolony, bo słusznie  rozumowałem, że trumny nigdy by  
takiego dudniącego odgłosu nie  wydały. 

 Łatwo mogłem poznać, że  niedawno całe to miejsce  znajdowało się pod 

wodą; piasek  był zamulony, z pozieleniałych  ścian sączyła się wilgoć i w  odległości 
dwóch stóp od  sklepienia odcinała się na nich  granica, do której sięgały wody  
powodzi. Dostało się tu, nie  wiadomo jak, trochę wodorostów,  a nawet mały morski 
krab, wciąż  jeszcze żywy, poruszał się w  kącie. Trumny niewiele się  przesunęły: 
leżały rzędami na  kamiennych półkach, dwadzieścia  trzy wszystkich razem. W  
większości zrobione były z  ołowiu, więc pływać nie mogły,  ale inne, zbite z drzewa, 
przekrzywiły się nieco na ukos, a  jedna nawet musiała wypłynąć ze  swej niszy i 
leżała teraz do  góry dnem na piasku, tam gdzie  ją ustępujące wody zostawiły. 

 Zacząłem się zastanawiać, w  jaki sposób tyle beczek trunku  udało się tu 

skrycie złożyć i  jak to się stało, że nigdy nie  natknąłem się na żadnego z  
przemytników, choć, rzecz  prosta, otoczony cisami grób  służył za wejście do ich 
składu.  I przypomniało mi się, jak to  Ratsey próbował mnie straszyć  opowiastkami 
o Czarnobrodym; i  to, że Elzewir, którego nigdy w  kościele nie widywano, zjawił  
się tam owej niedzieli i bardzo  czuł się nieswojo, gdy dudnienia  spod ziemi 
dochodziły, choć był  odważny niby lew; i jak ich obu  zaskoczyłem na cmentarzu  
wówczas, kiedy Ratsey leżał na  ziemi z uchem przy murze  kościoła. Dodając jedno 
do  drugiego i składając wszystko  razem, pojąłem, że Elzewir i  Ratsey doskonale 
znali tę  kryjówkę. Te rozważania  pokrzepiły mnie na duchu, bo nie  wątpiłem już, że 
opowieści o  Czarnobrodym, który szuka wśród  grobów swego skarbu,  
rozpuszczano specjalnie, by  ludzi niepożądanych trzymać z  dala od cmentarza. 
Domyśliłem  się też, że światełko, którem  tam widział owej nocy, gdy mnie  po 
doktora Hawkinsa posłano, nie  było gromnicą Czarnobrodego,  lecz latarnią 
przemytników  znoszących beczki! 

 Ułożywszy sobie to wszystko  raz na zawsze w głowie, zacząłem  się 

zastanawiać, jak mam szukać  skarbu. Nigdzie tu żadnej  szkatułki, a tym bardziej  
diamentu widać nie było - nic  tylko trumny i dubeltowy dżin  holenderski. Nie mając 
lepszego  planu, zabrałem się do oglądania  trumien, sądząc, że być może one  mi 
jakąś wskazówkę dadzą, ale  niewiele z tego przyszło, bo  przy trumnach z ołowiu 
brakło  tabliczek z nazwiskami i  znalazłem je tylko przy  niektórych drewnianych -  
napisy były jednak łacińskie i  tak przeżarte rdzą, że nic  odczytać nie mogłem. 

 Wkrótce już żałowałem, żem się  tu w ogóle znalazł. Diament na  pewno 

gdzieś się ulotnił, a ja  siedzę zamknięty w ciasnocie  razem z tyloma 
nieboszczykami,  co nie należy do przyjemności.  Wokół walało się pełno różnych  
pogrzebowych pozostałości:  brudne i poszarpane proporce,  kawałki połamanych 
tarcz i  strzępy wieńców, które złożono  na tych trumnach sto lat temu.  Teraz 
wszystko to było  zniszczone i zbutwiałe, mokre  wstęgi wieńców i szmaty  oblepiały 
trumny, mnóstwo  śmiecia walało się w piasku na  ziemi. 

 Jeszcze jakiś czas oddawałem  się bezowocnym poszukiwaniom i  już 

postanowiłem dać wszystkiemu  spokój i wracać do domu, gdy  nagle zegar na 
kościelnej wieży  zaczął wybijać północ. Pewno  nikomu dotąd ta godzina upiorów  
bardziej upiornie niż mnie wtedy  nie zabrzmiała. Bicie dzwonów  kościoła w 

background image

Moonfleet rozchodziło  się na połowę hrabstwa, a  najmocniej z nich uderzał zawsze  
dzwon wieżowego zegara.  Powiadano, że w dawnych czasach  (kiedy podobno bito 
w dzwony  częściej niż teraz) głos tego  dzwonu prowadził bezpiecznie do  brzegu 
zagubione we mgle statki  i łodzie rybackie; tej nocy   jego łagodny i głęboki dźwięk  
dotarł do tej krypty. “Bim-bom  - huczało - bim-bom”. Dwanaście  ciężkich uderzeń 
dzwonu  wstrząsnęło murami, powtórzyło  je dwanaście brzmiących ech, a  później 
długo jeszcze ciągnął  się głuchy pomruk i wibrowało  powietrze, aż ucho nie było w  
stanie poznać, kiedy wreszcie  wszystko to zamilkło.  

 Być może groza tej godziny i  tego miejsca oddziaływała mi na  nerwy i słuch 

miałem szczególnie  wyostrzony, lecz zanim jeszcze  umilkł pogłos dzwonu, zdałem  
sobie sprawę, że dochodzą mnie  inne jakieś dźwięki i że  przerażająca cisza krypty  
została zakłócona. Początkowo  nie mogłem poznać, skąd one  dochodzą, czasem 
wydawały się  ciche a bliskie, to znów dalekie  a głośne, aż stały się  wyraźniejsze i 
bardziej  określone i po chwili zdałem  sobie sprawę, że są to głosy  ludzkie. Brzmiały 
gdzieś w  oddali i po minucie, która mnie  wiekiem się zdała, wcale się nie  
przybliżyły. Ach, co to była za  minuta! Dziś jeszcze, w tyle lat  później, odczuwam 
udrękę tamtej  chwili, gdy wytężywszy słuch,  wytrzeszczonymi w ciemność  oczami, 
z lepką od potu twarzą  czekałem na tych, których głosy  mnie doszły. Przeżywałem 
podobne  męki, jak przyczajony w  najdalszym kącie swej nory  królik, który widzi 
błyszczące w  mroku oczy łasicy i wie, że u  wylotu czeka go myśliwski pies i  lufa 
strzelby. Tak, znalazłem  się w potrzasku, a dobrzem  wiedział, jak przemytnicy  
pieczętują wścibskie oczy i  unieruchamiają paplające języki  i pamiętałem, że gdy 
znaleziono  na cmentarzu ciało Pomylonego  Jonesa, niektórzy rozpowiadali,  iż na 
pewno spotkał w nocy  Czarnobrodego! 

 Wszystkie te myśli w jednej  sekundzie przeleciały mi przez  głowę, 

tymczasem zaś głosy  zbliżyły się, doszło mnie z  końca korytarza głuche  stuknięcie i 
odgadłem, że ktoś  skoczył do jamy pod nagrobkiem.  Raz jeszcze spojrzałem  
rozpaczliwie dokoła, szukając  jakiejś drogi ucieczki, lecz  kamienne mury i 
sklepienia były  twarde i nieustępliwe, beczki  zaś stały zbyt ciasno i najwyżej  szczur 
mógłby się między nie  wcisnąć. Słyszałem teraz, jak  człowiek, który zszedł już na  
dno dołu, mówi coś do innych,  znajdujących się jeszcze na  cmentarzu, i nagle moje 
oczy,  jakby przyciągnięte magnesem,  padły na wielką drewnianą  trumnę, ustawioną 
osobno, pod  samym sklepieniem, na najwyższej  kamiennej półce, w odległości  
pełnych sześciu stóp od ziemi. I  wiedziałem już, że tam znajdę  może choć chwilowy 
rachunek, bo  na pewno między tą trumną a  ścianą będzie dosyć miejsca dla  mnie 
małego. Szybko zgasiłem  świecę, wdrapałem się na górę i  półprzytomny, bom się 
przy tym  głową o sklepienie uderzył,  wsunąłem się za trumnę. Ległem  na boku, 
oddzielony od  nieboszczyka tylko cienką  warstwą przegniłego drzewa. W  głowie 
mi huczało od uderzenia,  oddychałem ciężko - a po  sklepieniu i murach przesuwał  
się czerwony odblask pochodni,  gdy przemytnicy, jeden po drugim  zaczęli wchodzić 
do krypty.  

 

background image

4 -  W krypcie Mohunów  

 
Pokumajmy się ze śmiercią. 
 (Tennyson)
  

 Z mojej kryjówki widziałem  tylko sklepienie krypty nad  sobą. Żadnego z 

przybyszów  zobaczyć nie mogłem, lecz  słyszałem, dokładnie ich rozmowę  i 
niebawem rozpoznałem głos  mistrza Ratseya. To odkrycie  zbyt mnie nie zdziwiło, a  
jedynie wielką przyniosło  pociechę, bo pomyślałem sobie,  że gdyby doszło do 
najgorszego,  miałbym przynajmniej jedną  przyjazną duszę i byłoby kogo  błagać o 
darowanie życia. 

 - Dobrze, że ziemia obsunęła  się tej właśnie nocy, kiedy tu  jesteśmy - mówił 

grabarz. - Sam  sprawdzałem jeszcze dziś po  południu i wszystko było w  najlepszym 
porządku. Gdyby ta  dziura była na widoku cały  dzień, ktoś mógłby ją zauważyć i  
mielibyśmy kłopot. Weszło ich  już do krypty z czterech czy  pięciu, a nowi ciągle  
przybywali; po ich stąpaniu  poznałem, że dźwigają ciężary,   i wkrótce usłyszałem 
dudnienie  zwalanych na ziemię beczek,  chlupot trunku i skrzypienie  przesuwanych 
antałków. 

 - Przypuszczałem, że się  niedługo zapadnie przy tej  suszy, co tak wyprażyła 

grunt -  ciągnął Ratsey - i przez to  częste odsuwanie bocznego  kamienia. Ale to 
nieduża szkoda  i łatwo da się naprawić. Parę  kamieni, kilka łopat gliny i  wszystko 
będzie po dawnemu. Mnie  to już zostawcie. 

 - Miej się na baczności, jak  będziesz to robił - odezwał się  głos, którego nie 

znałem. -  Jeszcze kto zauważy i wpadnie na  nasz trop. 

 - Nie ma strachu - rzekł  Ratsey. - ciągle kopię na tym  cmentarzu i nikt się 

nie zdziwi,  gdy mnie z łopatą zobaczy. 

 Na tym rozmowa się urwała i  już rzadko kto co powiedział,  słychać było 

tylko kroki  wchodzących i wychodzących  ludzi, którzy znosili beczki, i  bulgotanie 
trunku przelewanego z  dużych bek w małe antałki.  Stopniowo powietrze w krypcie  
wypełnił zapach dżinu,  docierając aż do miejsca, gdzie  leżałem, i zabijając woń  
zbutwiałego drzewa i wilgoci  idącej od pozieleniałych murów.  Być może te odory 
do głowy mi  uderzyły, dodając odwagi, której  sam w sobie znaleźć nie mogłem,  w 
każdym razie ustąpił nieco  obezwładniający strach i  spokojniej już nasłuchiwałem, 
co  dalej dziać się będzie. 

 Przestali na chwilę wnosić i  przetaczać beczki i znowu  zaczęli rozmawiać. 
 - Trzy dni temu byłem w  Dorchester - opowiadał któryś z  nich - i mówiono 

tam, że bieda  czeka tych nieszczęśników, co to  się ostatniego lata starli na  morzu z 
“Elektorem”. Sędzia  Barentyne przyjeżdża na sesję w  przyszłym tygodniu, a ten  
szczwany lis Maskew już był w  Taunton, żeby go spotkać i  donieść o wszystkim 
zawczasu;  mówił mu podobno, że Prawo  marnie w naszych stronach  działa, 
zwłaszcza jeśli o  kontrabandę chodzi, i że  wszystkich przemytników należy  
powiesić, jak się chce, by  lepiej działało. 

 - O, to dobrana para  okrutników - wtrącił ktoś inny.  - Postawią nowe 

szubienice na  Ridge Down, żeby nas wiodły, gdy  będziemy na morzu. Z kim jak z  
kim, ale z Maskewem to jeszcze  się kiedyś porachuję, choćbym  sam miał wisieć! 

background image

 - Żebym go tak kiedy samego  ciemną nocą spotkał, wpakowałbym  mu lufę 

w gębę i tak oszpecił,  że sam diabeł by go nie poznał -  dodał któryś z przemytników. 

 - Nie, tego ci robić nie wolno  - zabrzmiał głęboki głos, po  którym poznałem 

Elzewira. - Nikt  go w swoje ręce nie dostanie,  tylko ja jeden. Zapamiętaj to  sobie 
dobrze, mój chłopcze, że  jak dzień porachunków  nadejdzie, ja się z nim policzę! 

 Przestałem zwracać na nich  baczniejszą uwagę, bom zdrętwiał  cały od 

długiego leżenia bez  ruchu w ciasnocie i kurcz mnie  chwycił. Gęsty dym pochodni  
unosił się kłębami pod samo  sklepienie, aż mdłości mnie  wzięły od tego okropnego 
zapachu  i smaku i ręce miałem całe  czarne od oleistej sadzy. Udało  mi się w końcu 
jakoś przekręcić  na drugi bok bez hałasu, co mi  wielką sprawiło ulgę, lecz nagle  
szarpnąłem się gwałtownie, aż  trumna obok mnie zatrzeszczała,  bom usłyszał, że 
ktoś wymawia  moje nazwisko. 

 - Ten chłopak Trenchardów -  mówił ktoś, zdaje się, że  Parmiter, który 

mieszkał na  końcu wioski - ten chłopak  Trenchardów bardzo mi się nie  podoba. 
Wciąż łazi po cmentarzu  i nie raz go widziałem, jak  siedzi na tym nagrobku i gapi  
się w morze. Nawet dziś wieczór  gdy staliśmy podczas ciszy pół  mili w morzu, 
czekając z  obwisłymi żaglami na zmrok i  przypływ, patrzyłem na brzeg  przez 
lunetę i oto widzę -  siedzi tam sobie wielmożny pan  Trenchard! Nie dojrzałem jego  
twarzy, alem postać jego dobrze  poznał. Pewnie ten chłopak  zabawia się w szpiega, 
a potem  do Maskewa chodzi i wszystko mu  donosi. 

 - Racja - rzekł Greening z  Ringstave (poznałem jego powolne  przeciąganie). 

- Często, jakem w  lesie czatował, aż Maskew do  domu wróci, zanim zaczniemy  
wyładunek, widywałem tego  chłopaka, co się tam niby  węszący pies kręcił. 

 Tak, to była zupełna prawda;  niejednego letniego wieczoru  chodziłem aż za 

dwór ścieżką  wiodącą na wzgórze  Weatherbeech. Był to spacer  bardzo przyjemny, 
dla mnie zaś  specjalny miał urok, bo mogło  się zdarzyć, że zobaczę Grace  Maskew. 
Siadałem na płotku  oddzielającym drogę od łąk i  patrzyłem na stary, częściowo  
zrujnowany dwór, który stał  poniżej, i czasem ujrzałem  Grace, jak w białej sukience  
wychodziła na taras zalany  wieczornym słońcem, czasem zaś,  gdym w drodze do 
domu mijał jej  okno, udawało mi się przesłać  jej pozdrowienie. A kiedy leżała  w 
gorączce i doktor Hawkins dwa  razy dziennie ją odwiedzał, w  ogóle przestałem 
chodzić do  szkoły. Nie w głowie mi to było  - nic, tylko cały długi dzień  siedziałem 
na tym płotku i  spoglądałem na spadzisty dach,  pod którym ona leżała w  chorobie. 
Pastor Glennie nie  uważał tego za wagarowanie i nic  ciotce Jane nie mówił, choć, 
jak  się później dowiedziałem, zgadł,  czemu do szkoły nie chodzę, ale  sam też 
kiedyś był młody; niby  chłopięce tylko uczucie, lecz  dla mnie wtedy - sprawa 
poważna;  i tego dnia, kiedy Grace bliska  była śmierci, zdobyłem się na  wielką 
zuchwałość, bom zatrzymał  doktora Hawkinsa, który od niej  wracał, i zapytałem o 
jej  zdrowie. On zaś, widząc mój  niepokój, nachylił się w siodle  i powiedział z 
uśmiechem, że  moja towarzyszka wkrótce już  będzie mogła znowu bawić się ze  
mną. 

 Więc to zupełna prawda, żem  nieraz ten dom obserwował, ale  nie jako 

szpieg i nigdy bym  niczego za skarby świata  Maskewowi nie powtórzył. Po  chwili 
odezwał się Ratsey,  występujący w mojej obronie. 

 - Na złym jesteście tropie -  powiedział. - To porządny,  prostoduszny 

chłopak; sam nieraz  mi mówił, że chodzi na cmentarz,  bo stamtąd najlepszy widok  
roztacza się na morze, a niczego  tak jak morza nie kocha. Miesiąc  temu, kiedy 
powódź doszła tu  wysoko i zalała kryptę,  przyszliśmy z Elzewirem  sprawdzić, czy 

background image

woda opadła i co  to za wiry tak rzucały beczkami  o siebie. Właśnie jak leżałem na  
ziemi, z uchem przyklejonym do  muru kościoła, kto się zjawia?  Wielmożny pan 
John Trenchard we  własnej osobie. Ale wcale się  nie krył, ani nie skradał niczym  
król Agag, * ani nie szpiegował,  tylko po prostu sam się wypuścił  w tę odkrywczą 
podróż. Bo  kiedyśmy wtedy w niedzielę  usłyszeli dudnienie, ten młody  dżentelmen 
porządnie się  wystraszył, ale mu później  pastor Glennie - a kto od niego  wie lepiej - 
wytłumaczył, że te  hałasy to sprawa nie duchów,  tylko Mohunów, co w swoich  
trumnach pływają. Wtedy raźniej  mu się na sercu zrobiło i zaraz  w poniedziałek 
przyszedł  zobaczyć, czy wciąż sobie  jeszcze po wodzie żeglują. No i  przychwycił 
mnie, jak leżałem  niby głupiec na ziemi. Łatwo  odgadniecie, żem się zaraz na  
baczność poderwał i powiedziałem  mu, że badam, czy nie trzeba  będzie 
fundamentów po powodzi  podmurować. Wnet się uspokoił i  posłałem go po młotek, 
bo to  naiwny, łatwowierny chłopak.  Więc nie będzie tu już często na  cmentarz 
przychodził i naszego  szlachetnego Parmitera straszył;  naszpikowałem go 
historyjkami o  Czarnobrodym i boi się go  spotkać. A ręczę wam, że po  zmroku ani 
on, ani nikt inny  nawet koło cmentarnego muru nie  przejdzie. Nie znajdzie się  taki, 
choćby mu i tysiąc funtów  płacono. 

 Król Agag - biblijny król  Amalekitów, zabity przez  Samuela. 
 Zachichotał, a przedtem, kiedy  opowiadał, jak to mnie nabrał,  inni głośno się 

śmiali; ale ten  się śmieje najgłośniej, kto się  śmieje ostatni - pomyślałem  sobie i 
także poczułem do  śmiechu ochotę, alem się  powstrzymał, bo trumna mogła  przy 
tym zatrzeszczeć. 

 Po chwili odezwał się Elzewir,  który ku memu zdumieniu tak oto  

powiedział: 

 - Ten chłopiec jest dzielny i  chciałbym takiego jak on mieć  syna. Jest teraz 

w wieku Dawida,  a na pewno wyrośnie z niego  dobry żeglarz. 

 Proste to były słowa, lecz  wielką sprawiły mi radość, tym  bardziej, że 

Elzewir z głębokim  wygłosił je przekonaniem.  Lubiłem go, choć tak był ponury,  i 
współczułem mu w jego żalu po  stracie syna. Wzruszyło mnie to,  com usłyszał i 
omal nie  zawołałem, że jestem tu i że  bardzo go lubię, ale wstrzymałem  się i dalej 
siedziałem cicho.  

 Przestali znosić beczki i  wyobraziłem sobie, że niektórzy  na nich przysiedli, 

a inni stoją  oparłszy się o nie. Dym z  pochodni ciągle mi dokuczał,  teraz zaś od 
czasu do czasu  przebijała przezeń woń tytoniu,  co oznaczało, że zakurzyli  fajki. 

 I nagle Greening, który, choć  przeciągał, ładny miał głos,  zaczął śpiewać:  
 Rzekł Kapitan dzielny nasz, 
   zmyliliśmy Celną Straż... 
   
 Ale Ratsey przerwał mu ostro: 
 - Zamilcz! Ta pieśń nam nie do  smaku tej nocy! Brzmi  fałszywie, zupełnie 

jakby pastor  Glennie zaintonował “stu  straceńców” i jakbym ja mu “Veni  Creator” 
zawtórował. 

 Domyśliłem się, że chodzi mu o  ostatnią zwrotkę, w której mowa  jest o 

wieszaniu, ale Greening  śpiewał dalej, póki mu inni nie  przerwali. 

 - Po robocie należy się  zapłata - odezwał się znowu  mistrz Ratsey - więc 

background image

może byśmy  tak odszpuntowali baryłeczkę  Schiedama i puścili w ruch  kielich, żeby 
odegnać te nocne  chłody. 

 Ratsey lubił szklaneczkę  dobrego napitku i zawsze ten sam  miał powód, aby 

ją wychylić, a  mianowicie, “żeby odegnać  chłody”. Tylko że stosownie do  pory 
roku te “chłody” się  zmieniały i raz bywały  jesienne, to znów zimowe,  wiosenne 
lub nawet letnie. 

 Musieli wyciągnąć skądś  szklaneczki, choć nie pamiętam,  żebym je tam 

widział, bo w  chwilę później Ratsey, który rej  wodził całej kompanii znowu  zabrał 
głos. 

 - No, chłopcy, szklanki pełne,  więc wznieśmy toast! Za  Czarnobrodego! Za 

Ojca  Czarnobrodego, który lepiej nad  naszym skarbem czuwa niż nad  swoim 
własnym! Bo gdyby nie to,  że strach przed nim trzyma z  dala wścibskie oczy i stopy,
dawno by już tu akcyźniki  trafiły i splądrowały nasze  zapasy. 

 Po jego słowach nastąpiła  krótka przerwa, jak gdyby nie  chcieli wymawiać 

imienia  Czarnobrodego w jego siedzibie  ani szyderstwami przywoływać  diabła. Ale 
już bardziej  zuchwali zaczęli krzyczeć:  “czarnobrody”, i wnet ze  dwudziestu 
chórem wołało:  “czarnobrody! Czarnobrody!”, aż  cała krypta rozbrzmiewała ich  
głosami. 

 W końcu Elzewir krzyknął z  gniewem: 
 - Cisza! Czyście powariowali?  A  może trunek uderzył wam do  głów? Czy 

należycie do straży  celnej, że ośmielacie się tak  hałasować, czy też jesteście  
przemytnikami, których lugier  czeka na morzu i których życie  na włosku wisi? 
Wasze wrzaski  obudzą jeszcze ludzi z  Moonfleet! 

 - Co tam! - odciął się Ratsey.  - Nawet jak się pobudzą, to  tylko głowy pod 

poduszki wsadzą  ze strachu, bo pomyślą że  Czarnobrody zwołuje zmarłych  
Mohunów, by mu skarbu szukać  pomogli! 

 Jasne jednak było, że to  Elzewir tu rządzi, bo zapadła  cisza, wśród której 

ktoś  powiedział: 

 - Tak, mistrz Block ma rację.  Chodźmy stąd, noc mija, a trzeba  nam jeszcze 

wziąć wiosła w garść  i przed świtem odprowadzić  lugier z widoku. 

 Zebranie się skończyło,  czerwony odblask pochodni coraz  słabiej migotał na 

sklepieniu,  aż znikł zupełnie i słychać było  tylko oddalające się korytarzem  kroki. 
W krypcie pozostali  nieboszczycy i ja. Jeszcze przez  długi czas słyszałem szmer  
odległych głosów i domyślałem  się, że paru przemytników  przystanęło u wejścia i 
pewnie  naradza się, jak zasypać  szczelinę. Dopóki słyszałem ich  rozmowy, nie 
ośmieliłem się  zejść z mej grzędy, bo jeszcze  który mógłby przypadkiem wrócić  do 
krypty, ale wyciągnąłem się  trochę i rozprostowałem zbolałe  kości. W straszliwych 
mrokach,  jakie teraz zapanowały, nawet to  dalekie echo ludzkich głosów  było 
krzepiące i błogosławione,  a gdy rozmowa ich umilkła i  znowu zapadła głęboka 
cisza,  ogarnęła mnie dławiąca  samotność. Postanowiłem, że  zaraz stąd ucieknę do 
mego  stojącego w blasku księżyca  łóżka, które tak dawno  opuściłem; nie miałem 
już  najmniejszej ochoty na szukanie  skarbu i cieszyłem się, żem  zachował skarb 
największy -  własne życie. 

 Siadłem, zapaliłem świecę raz  jeszcze i nie mogąc się inaczej  z mego 

ukrycia wydostać, wlazłem  na trumnę, która od przeszło  dwóch godzin chroniła 
mnie jak  szaniec.  

background image

 Ale wydostać się z tej niszy  było znacznie trudniej niż do  niej wpełznąć. 

Zauważyłem w  blasku świecy, że trumna, choć  na pozór sprawiała wrażenie  całej i 
mocnej, była stoczona  przez robactwo i przegniła. Z  trudem przepchnąłem się ponad 
nią, tak, żeby na niej nie  klęknąć ani nie oprzeć się o nią  rękami, bo mogła się pod 
lada  naciskiem rozpaść. Jakoś udało  mi się jednak tego dokonać i  przysiadłem na 
chwilę na wąskiej  krawędzi półki tuż za trumną,  aby przygotować się do skoku w  
dół. Nie wiem, jak to się stało,  ale straciłem równowagę i świeca  wypadła mi z 
dłoni. Ratując się  przed upadkiem, złapałem trumnę  i moja ręka przebiła zmurszałe  
deski, ja sam zaś zwaliłem się  na ziemię w chmurze pyłu i  drzazg, ściskając mocno 
w garści  coś, co wydało mi się garścią  wodorostów czy poszarpanych  wstęg 
pogrzebowych, których  pełno tu było wszędzie. 

 Ziemia była piaszczysta, więc  choć ciężko upadłem, nic mi się  prawie nie 

stało, tylko doznałem  porządnego wstrząsu. Wkrótce  też zebrałem się w kupę,  
zapaliłem krzesiwem jakieś  drewko i rozglądałem się za  zagubioną świecą, wciąż  
ściskając w dłoni to, czego  chwyciłem się przy upadku. A gdy  świeca znów 
zapłonęła,  przekonałem się, że to wcale nie  wodorosty, ale coś czarnego,  
poskręcanego. Chwilę trwało,  zanim pojąłem, co to takiego, i  nagle wzdrygnąłem się 
cały i  omal mi świeca z ręki nie  wypadła; krzyknąłem głośno i  odrzuciłem 
gwałtownie, jak  kawałek rozpalonego żelaza, to,  com trzymał, bo zobaczyłem, że  to 
strzęp ludzkiej brody. 

 Strach chwycił mnie za gardło,  serce znieruchomiało, jakby ktoś  ścisnął je w 

dłoni; skłębione,  straszliwe myśli zawirowały mi w  głowie, krew uderzyła do skroni. 
Jeszcze raz tylko w życiu, gdy  walczyłem z falami i omal nie  zatonąłem, 
doświadczyłem  podobnego uczucia. Z pewnością  trzymać w ręku brodę  
nieboszczyka jest i tak czymś  okropnym, ale to było po  tysiąckroć gorsze, bo w 
takim  miejscu się działo i wiedziałem,  z czyjej ona niegdyś wyrastała  twarzy. Bo 
zanim dobrze  przyjrzałem się temu, co w ręku  trzymam, zdałem sobie sprawę, że  to 
czarna broda, której  pułkownik Mohun zawdzięczał swe  przezwisko, i że to jego  
szczątki spoczywały w trumnie,  za którą się ukryłem. 

 A więc cały ten czas leżałem  przytulony niemal do  Czarnobrodego, 

oddzielony od  niego jedynie cieniutką warstwą  przegniłej deski, a później  
wepchnąłem rękę do jego trumny i  wyrwałem mu brodę. Jeśli przeto  ludzie za życia 
niegodziwi mają  moc ukazywania się po śmierci,  to kiedy, jak nie teraz, pojawi  się 
duch Czarnobrodego i rzuci  się na mnie? Zesztywniałem ze  strachu i gdybym był 
dziewczyną,  na pewno bym zemdlał, ale że  byłem tylko chłopcem i nie  wiedziałem, 
jak się to robi,  odskoczyłem możliwie najdalej i  rzuciłem się do ucieczki. 

 Ale ledwo jedną nogę  postawiłem na korytarzu, ogarnął  mnie wstyd i 

zatrzymałem się na  wspomnienie, że już raz dziś  stchórzyłem i uciekłem do domu,  
choć nie było czego się bać.  Przecież przybyłem tu po skarb,  a mogłem odejść z 
niczym, nie  wiedząc nawet, gdzie Czarnobrody  spoczywa, gdyby przypadek nie  
sprawił, że schroniłem się za  jego trumną i potem spadając  chwyciłem go za brodę. 
A pewno  nie był to tylko przypadek, ale  być może palec Opatrzności  wskazał mi to, 
co znaleźć  pragnąłem. Te rozważania  przywróciły mi trochę odwagi:  zacząłem się 
wahać, to zawracać,  to robić kilka kroków ku  wyjściu - aż w końcu, nie wiem  jak, 
znowu znalazłem się w  krypcie i klucząc wśród beczek  drżałem na myśl, że blask 
świecy  padnie na tę brodę tam na  piasku. Przybliżyłem ku niej  świecę ostrożnie, 
jakby mogła  skoczyć i mnie ugryźć. Widziałem  ją teraz wyraźnie, tę brodę  długą 
być może na stopę,  posiwiałą u końca; przyczepiona  do cienkiej, wyschłej skóry  
przypominała trochę peruczkę z  rozdziałkiem, którą ciotka Jane  wsuwała pod 

background image

czepek w niedzielę.  Leżała tam przede mną, alem jej  nie tknął, nie ruszył, tylko  
wpatrywałem się w nią,  przesuwając wokół niej świecę,  zaprzątnięty całkowicie 
myślami  o człowieku, którego część  kiedyś stanowiła. 

 Gdy wracałem do krypty, nie  byłem całkiem pewny, czemu to  robię: wiodła 

mnie tam jedynie  mglista myśl, że znalezienie  trumny Czarnobrodego przyczyni  się 
jakoś do odkrycia skarbu.  Kiedy w zadumie spoglądałem na  brodę, pojmowałem 
coraz  wyraźniej, że nic innego nie  pozostaje mi do zrobienia, jak  przeszukać całą 
trumnę, a im  jaśniejsze to dla mnie było, tym  większy odczuwałem wstręt.  
Zwlekałem oszukując się, że  przedtem muszę dokładnie całą  brodę obejrzeć, i w ten 
sposób  zmarnowałem dziesięć minut  cennego czasu. W końcu widząc,  że świeca się 
wypala i starczy  mi najwyżej na pół godziny,  domyślając się też, że niedługo  
nadejdzie świt, przystąpiłem  energicznie do tego odrażającego  dzieła i zacząłem 
penetrować  wnętrze trumny. Nie musiałem w  tym celu wdrapywać się na samą  
górę, wystarczyło mi bowiem  stanąć na półce, by sięgnąć do  niej rękami. Nie było to 
tak  trudne, jak myślałem, bo, jak  się okazało, upadając oderwałem  część wieka 
trumny, które wraz  ze mną spadło na ziemię. Zapewne  każdy mój rówieśnik, a 
chyba i  niejeden dorosły mężczyzna  wzdrygnąłby się na samą myśl, że  ma 
przeszukać trumnę; i gdyby mi  ktoś parę godzin wcześniej  powiedział, że odważę 
się na coś  podobnego nocą, i to w krypcie  Mohunów, nigdy bym nie uwierzył.  A 
jednak znalazłem się tu i to  właśnie robiłem: doszedłem do  tego punktu posuwając 
się  stopniowo, krok za krokiem, po  ścieżce grozy przez całą tę  okropną noc. I teraz, 
kiedy ten  ostatni krok uczyniłem, mniej  się już nawet bałem niż wówczas,  kiedym 
szedł w ciemnościach do  krypty. Nie pierwszy to raz  widziałem nieboszczyka; 
często  oglądałem wyrzucone przez morze  trupy, jak na przykład tych z  “Dariusza” 
czy innych statków,  czasem też pomagałem Ratseyowi  grzebać ciała ludzi, co  
spokojnie w swych łóżkach  pomarli. 

 Trumna była, jak już  wspomniałem, bardzo długa, a że  część wieka od niej 

odpadła,  mogłem wyraźnie widzieć zarys  szkieletu. Powiedziałem “zarys”,  bo ciało 
Czarnobrodego owinięto  kiedyś całunem i samych kości  widać nie było. Człowiek, 
który  w niej leżał, musiał być  ogromnego wzrostu. Kształt jego  klatki piersiowej, ud 
i kolan  wyraźnie rysował się na całunie.  Głowa była podpasana bandażami,  spod 
których sterczała przedtem  broda. Poza tym ciało nie było  uszkodzone i oto leżał 
przede  mną pułkownik Mohun, tak jak go  sto lat temu w trumnie  zamknięto. 
Uniosłem jeszcze  pozostałą część wieka i  wspiąłem się na palce, by  zobaczyć, czy i 
tam nic się nie  kryje, lecz zaledwie światło  padło do wnętrza trumny, serce  nagle mi 
załomotało i opuścił  mnie cały strach, przeradzając  się w triumfalną radość, bo oto  
ujrzałem to, czegom szukał. 

 Na piersi nieruchomej,  spowitej całunem postaci leżał  srebrny, poczerniały 

ze starości  medalion, przyczepiony do  zwisającego z szyi cienkiego  łańcuszka. Był 
okrągły,  wielkości jednokoronowej monety,  tylko trzykrotnie grubszy. Gdy  moje 
oczy na nim spoczęły, nie  miałem najmniejszej wątpliwości,  że kryje w sobie 
diament. 

 I wtedy poczułem litość dla  tych nędznych resztek człowieka.  Pomyślałem 

sobie, że przecież  pułkownik Mohun był kiedyś  postawnym, wytwornym  
dżentelmenem i niewątpliwie  dobrym żołnierzem, a później  roztrwonił ogromne 
dobra i  zdradził króla. I przypomniało  mi się, że to dla małego  błyszczącego 
kamyka ukrytego w  tym medalionie sprzedał swój  honor; oby mnie ten klejnot  
lepsze niż jemu przyniósł  szczęście, oby mnie nie zawiódł  na tak błotniste ścieżki 
hańby.  Ale myśli te nie opóźniły mnie w  drodze do celu; znalazłem  zapięcie 

background image

łańcuszka, które łatwo  się otworzyło, i wkrótce już  trzymałem medalion w ręku.  
Spodziewałem się, że usłyszę  grzechotanie diamentu, ale  spotkał mnie zawód, więc  
pomyślałem, że może przylgnął do  wilgotnego wnętrza medalionu  albo owinięty 
został kawałkiem  wełny. Szybko namacałem palcem i  nacisnąłem zameczek. 
Zardzewiałe  wieczko prawie bez oporu  podniosło się do góry.  Oddychałem szybko 
i tak drżałem  z podniecenia, że medalion omal  nie wypadł mi z ręki, lecz  ledwom 
go otworzył, moje  wzniosłe nadzieje ustąpiły  miejsca bolesnemu rozczarowaniu. 

 Wszystkie tajemnice medalionu  leżały przede mną jak na dłoni;  nie, nie było 

w nim diamentu  ani żadnego innego klejnotu, w  ogóle niczego prócz małego  zwitka 
papieru. Poczułem się jak  człowiek, który przegrał cały  majątek i z ciężkim sercem  
stawia na jedną kartę ostatni  grosz, rozpaczliwie czepiając  się nadziei, że szczęście 
się  odwróci i odzyska wszystko, co  stracił. Tak samo było ze mną: i  ja uczepiłem 
się nadziei, że  może na tej kartce wypisano  wskazówki, jak znaleźć diament,  i że, 
być może, wstanę jeszcze  od stołu wygrany. Nikła to była  nadzieja i szybko się 
rozwiała,  bo gdy rozprostowałem i  wygładziłem karteczkę,  przekonałem się, że 
wypisano na  niej zaledwie kilka wersetów z  Psalmów Dawida. Papier był  pożółkły i 
gęsto pomarszczony,  bo go wielokrotnie zgięto przed  wciśnięciem do medalionu, ale 
czyste i wyraźne, chociaż drobne  pismo dawało się odczytać, co  też natychmiast 
uczyniłem:  

 
Wiek ludzki jest lat  siedemdziesiąt 
  duży, kto trwa  do osiemdziesiąt. 
  Tę trochę  troski mierzają, 
  a lata się  uciekają. 
  
 (Psalm Xc. 10.)  

 Szczęśliwy, który nie był w  radzie 
  ani stóp swoich torem  grzesznych kładzie. 
  
 (Psalm I. 10.)  

 Którzy w przeważnym drewnie  po morzu żeglują 
  a swe potrzeby  pławem sprawują, 
  ci umieją  powiedzieć o pańskiej możności 
   i cudach jego na głębokości. 
  
 (Psalm CVII. 23.)
  

 Rano będę i wieczór, i w  południe prosił, 
  będę swój głos  płaczliwy do nieba podnosił. 

background image

  
 (Psalm LVII. 7.)  
 Suchym padołem idąc będę  mieć zdrojowe 
  w studni wody  dostatek i wody dżdżowej. 
  
 (Psalm LXXXIV. 8.)
  

 Oto kres ostateczny moich  wielkich nadziei i, mimo  wszystko, wyjdę z tej 

krypty nie  bogatszy, niż do niej wszedłem.  Bo jakkolwiek by na to patrzeć,  wiersze 
nie mogły mi wskazać  drogi do żadnego diamentu.  Próżno by było przypuszczać, że  
ukryto w nich jakiś szyfr  tajemny. Przypomniało mi się,  jak pastor Glennie mówił, 
że  Czarnobrody, chcąc szlachetnie  zakończyć pełne hańby życie,  posłał po księdza, 
aby się  wyspowiadać, na pewno więc te  pobożne psalmy zawieszono mu na  szyi, by 
odganiały złe duchy od  trumny. Byłem bardzo zgnębiony i  gorzko rozczarowany, ale
nim  opuściłem kryptę, podniosłem z  ziemi brodę, i choć zimny  dreszcz mnie 
przeszedł,  umieściłem ją z powrotem na  piersi nieboszczyka. Zebrałem  też resztki 
potrzaskanego wieka  i jak się dało przykryłem  trumnę. Zostawiłem wszystko w  
jakim takim porządku, ufając, że  ci, co tu po mnie przyjdą,  przypiszą wygląd trumny 
po  prostu starości. Zatrzymałem  jednak medalion i powiesiłem go  sobie pod koszulą
na szyi, jako  że był przedmiotem ciekawym, a  poza tym, jeśli wypisane na  kartce 
słowa miały wystarczającą  moc, aby utrzymać złe duchy z  dala od Czarnobrodego, 
to na  pewno równie dobrze mogły i mnie  przed nim samym uchronić. 

 Gdy to robiłem, świeca  wypaliła się już tak bardzo, że  nie mogłem utrzymać 

jej w  palcach, więc nadziałem ogarek  na patyk i tak ją przed sobą  niosłem. Ale nie 
było mi dane  tak łatwo wyzwolić się ze  szponów Czarnobrodego, kiedy  bowiem 
doszedłem do końca  korytarza i chciałem wydostać  się na cmentarz, stwierdziłem,  
że dziurę pod grobem zatkano i  że nie ma stąd wyjścia. 

 Zrozumiałem teraz, czemu tak  długo po opuszczeniu przez  przemytników 

krypty słyszałem  ich głosy; Ratsey dotrzymał  słowa i naprawiono szkodę, zanim  
jego towarzysze do domów się  rozeszli. Zrazu nie zmartwiło  mnie to zbytnio, bo 
sądziłem, że  łatwo uda mi się wydostać na  zewnątrz. Ale gdym bliżej się  temu 
przyjrzał, straciłem pewność  siebie. Ratsey i jego pomocnicy  dobrze się do roboty 
przyłożyli,  wsadzili do wyrwy ciężki  kamienny blok, przysypali go  ziemią i 
przywalili drugim.  Wiedziałem, skąd te bloki  wzięli: po północnej stronie  kościoła 
leżało kilkanaście  starych i zniszczonych kamieni  nagrobnych, a każdy z nich był  
tak ciężki, że czterech ludzi z  trudem mogło go dźwignąć. Miałem  nadzieję, że uda 
mi się  rozgrzebać świeżą glinę i kamień  poruszyć, ale właśnie gdy  zastanawiałem 
się, jak  najlepiej to zrobić, świeca  nagle zamigotała, knot pochylił  się gwałtownie w 
dół i ogarnęły  mnie zupełne ciemności. 

 Moje położenie było  rzeczywiście bardzo trudne, nie  miałem teraz światła, a 

jak tu  brać się do roboty, kiedy nic  nie widać. Panowała absolutna,  czarna 
ciemność, jakiej nigdy  pod otwartym niebem nie ma,  nawet podczas najczarniejszej  
nocy, gęsta i pokrywająca  wszystko, aż oczy bolały, gdy  próbowałem ją przeniknąć. 
Ale  nie załamałem się i postanowiłem  cierpliwie doczekać świtu, który  musi 
niebawem nadejść. Myślałem,  że choć trochę dziennego światła  przedrze się przez 
szczeliny  nagrobka i że wówczas będę mógł  coś poradzić. Nie bardzo nawet  byłem 
przestraszony, bo już  przecież miałem za sobą noc,  kiedy życiu mojemu zagrażali  

background image

zarówno przemytnicy, którzy  mogli mnie wziąć za szpiega, jak  i złe duchy, mogące 
zemścić się  na mnie za naruszenie trumny  Czarnobrodego. W porównaniu z  tym 
przepędzenie jednej godziny  w ciemnościach wydawało się   drobiazgiem. 
Rozsiadłem się więc  na ziemi, wilgotnej, lecz  przynajmniej miękkiej, i  zmęczony 
dotychczasowymi  przejściami usnąłem szybko, tym  bardziej że nie przywykłem  
tracić nocnego spoczynku. 

 Nie wiem jak długo spałem, bo  nic tu nie wskazywało czasu, ale  gdym się 

wreszcie obudził, wciąż  panowała ciemność. Podniosłem  się, rozprostowałem, lecz 
nie  byłem wcale wypoczęty i  pokrzepiony snem, tylko zmęczony  i chory. Bolały 
mnie plecy,  ramiona i nogi, jakbym potłukł  się i podrapał. Powiedziałem, że  wciąż 
jeszcze panowała ciemność,  ale nie był to ten zupełny mrok  ostatniej nocy i gdym 
spojrzał w  górę pod spód nagrobka,  dojrzałem cieniutką linię  światła w jednym jego 
rogu, co  znaczyło, że słońce już wstało.  Bo ta nikła linia jasności była  promieniem, 
który przesączał się  poprzez szczelinę między  kamieniami; ale boczne płyty  
nagrobka przylegały do siebie  znacznie ściślej, niż się  spodziewałem, i wiedziałem 
już,  że nigdy nie będzie tu na tyle  jasno, bym mógł moje zadanie  wykonać. 
Rozmyślałem nad tym  wszystkim odpoczywając na ziemi,  bo znów siadłem, tak 
byłem  osłabiony. Ale gdym wpatrywał  się w tę cieniutką smużkę  jasności, coraz 
większe  ogarniało mnie zdumienie i  wreszcie pojąłem, że patrzę na  południowo-
zachodni róg grobu,  a zarazem - w kierunku słońca.  Poznałem to po nasileniu 
światła  i chociaż nie było tam  bezpośredniego wylotu na  zewnątrz, a tylko, jak 
mówiłem,  smużka jasności dostawała się  tutaj, nie wątpiłem już, że  słońce zaszło 
nisko i że to  odblask zachodu pada na nagrobny  kamień. 

 Była to niespodzianka, i nie  bardzo dla mnie wesoła, bo  znaczyła, żem 

przespał cały  dzień i słońce zachodzi na  następną noc. Ale właściwie nie  miało to 
znaczenia, bo za dnia  czy w nocy brakło tu światła w  tym okropnym miejscu; i choć  
moje oczy przywykły już do  mroku, to jednak zbyt mało  mogłem widzieć, żeby 
zabrać się  do roboty. Wyciągnąłem więc  pudełeczko z hubką i krzesiwem,  chcąc 
zapalić drzazgę i w jej  świetle przynajmniej przez  chwilę 

 wszystko obejrzeć, a  potem wziąć się do wygrzebywania  gliny rękami. Ale 

gdy spałem,  pudełko rozłupało się pod  naciskiem mojego ciała, hubka  zamokła 
leżąc luźno w kieszeni i  krzesane iskry gasły jedna po  drugiej. 

 I wtedy dopiero pojąłem po  raz pierwszy, w jakim znalazłem  się 

niebezpieczeństwie; nie  mogłem mieć żadnej nadziei, że  uda mi się rozniecić ogień, 
lecz  nawet w jego świetle nie  zdołałbym obruszyć tego  ciężkiego bloku kamienia. 
Coraz  bardziej dokuczał mi głód, bo  przez całą dobę nic w ustach nie  miałem. Co 
gorsza, w gardle  zupełnie mi wyschło, czułem  palące pragnienie a nie było go  czym 
ugasić. Ale jeśli chcę stąd  wyjść żywy, to nie wolno mi  tracić czasu. Namacałem 
rękami  dolną krawędź kamienia i  zacząłem wygrzebywać ziemię.  Glina jednak, 
która dzień  przedtem wydawała mi się miękka,  stwardniała i zeschła się, gdy  
przyszło mi ją drapać gołymi  palcami. Po godzinie tylem tylko  dokonał, że 
pokrwawiłem sobie  ręce i jeszcze bardziej z sił  opadłem. 

 Musiałem wypocząć; siedząc na  ziemi spostrzegłem, że smużka  jasności 

pobladła i znowu wkrada  się straszliwy mrok poprzedniej  nocy, lecz teraz nie 
znalazłem w  sobie dość ducha, by się mu  przeciwstawić. Znużenie,  pragnienie i 
głód zmogły mnie  ostatecznie. Padłem na twarz, by  nie widzieć tej ciemności, i  
jęczałem tylko pognębiony.  Długo tak leżałem, wreszcie  zerwałem się i zacząłem 
krzyczeć  i wołać, bo może akurat ktoś  mnie posłyszy. Wzywałem głośno  pastora 
Glennie i Ratseya, a  nawet Elzewira Blocka, aby mnie  ratowali. Ale jedyną na moje  

background image

wołanie odpowiedzią było głuche  echo mego własnego głosu  odzywające się gdzieś 
aż z głębi  krypty. Więc w rozpaczy  znowu zacząłem drapać palcami  stwardniałą 
glinę nad sobą, aż  połamałem paznokcie i krew mi  pociekła. Cały czas dławiła  
mnie, niby sznur zaciskający się  na gardle, świadomość, że nigdy  nie uda mi się tego 
kamienia  poruszyć. Tak mijały godziny i  nie będę już o tym mówił dalej,  bo samo 
wspomnienie wciąż jest  dla mnie straszne, a i żadne  słowa nie zdołają wyrazić mojej 
udręki. Jedynie sen mnie  pokrzepiał, bo gdym grzebał  palcami ziemię, ogarniało 
mnie  od czasu do czasu takie  znużenie, że zwalałem się z nóg  i zasypiałem. 

 Mijały godziny i w końcu po  smużce światła poznałem, że  słońce znowu 

wstało. Owładnęło  mną straszliwe pragnienie i  nagle przypomniały mi się stosy  
beczek złożonych w krypcie i  trunki w nich zawarte. Nie  powstrzymała mnie myśl, 
że to  alkohol, bo nie zawahałbym się  nawet ugasić pragnienia  roztopionym 
ołowiem. Wróciłem po  omacku do krypty, nie zważając  na ciemność ani na 
Czarnobrodego  z całą jego kompanią, aby tylko  jak najszybciej zwilżyć usta  
trunkiem. Zacząłem obmacywać  beczki, aż w końcu natrafiłem na  szpunt, 
wyciągnąłem go i  przytknąłem usta do otworu. 

 Nie wiem, co to był za trunek,  ale nie wydał mi się bardzo  mocny. Mogłem 

go łykać pełnymi  haustami, a w każdym razie  mniej palił niż moje spieczone  
gardło. Kiedy jednak chciałem  wrócić na korytarz, nie mogłem  znaleźć wyjścia, 
błądziłem i  błądziłem wokół krypty, aż w  głowie mi się zakręciło i bez  zmysłów 
padłem na ziemię.  

 

background image

5 - Ratunek  

 Cienie umarłych, czym to wasze  słyszał głosy 
  w oddechu wichru,  który nocą wiał? 
  
 (Byron)
  
 
Kiedy wróciłem do  przytomności, leżałem nie wśród  mroków krypty 

Mohunów, nie na  piaszczystej ziemi, ale w łóżku  wysłanym pachnącą pościelą, w  
niewielkiej bielonej izbie, do  której wlewało się przez okno  wiosenne słońce. O 
błogosławione  słoneczne światło, jakże za nie  Bogu dziękowałem! Myślałem  zrazu, 
że leżę we własnym łóżku  u ciotki i że wszystko to razem  - krypta Mohunów, 
przemytnicy i  uwięzienie w straszliwych  ciemnościach - było tylko  koszmarnym 
snem. Zerwałem się z  posłania, ale opadłem na  poduszki z takiej słabości,  jakiej 
jeszcze nigdy w życiu nie  zaznałem. I poczułem wtedy, że  coś wisi na mojej szyi.  
Przycisnąłem przedmiot ten ręką  i przekonałem się, że to  sczerniały ze starości 
medalion  pułkownika Mohuna. A więc nie  wszystkie moje przygody były  jedynie 
snem. 

 Po chwili drzwi się otworzyły  i wydało się mojej spłoszonej  głowie, że 

znowu jestem w  krypcie, bom oto ujrzał przed  sobą Elzewira Blocka. Wzniosłem  w 
górą ręce i zawołałem: 

 - Elzewirze, ratuj mnie,  ratuj! Nie przyszedłem tu, by  was szpiegować! 
 Lecz on przyjaźnie na mnie  spojrzał, położył mi dłoń na  ramieniu i 

delikatnie pchnął z  powrotem na poduszki. 

 - Leż spokojnie, chłopcze -  powiedział. - Nikt ci tu krzywdy  nie zrobi. Napij 

się trochę. 

 Podał mi miskę gorącego  rosołu, którego woń wypełniająca  całą izbę, 

wydała mi się  dziesięć tysięcy razy słodsza  niż zapach wszystkich róż i  lilii całego 
świata. Elzewir nie  pozwolił mi pić duszkiem i sam  mnie karmił jak małe dziecko.  
Powiedział, że jestem u niego w  gospodzie, w pokoju na poddaszu,  i chciał, bym 
znowu zasnął,  lecz obiecał, że później  wszystkiego się dowiem. Upłynęło  jeszcze 
dziesięć dni, zanim moja  młodość i zdrowie zwyciężyły i  siły odzyskałem. A cały 
ten czas  Elzewir siedział przy moim łóżku  i doglądał mnie cierpliwie i  czule, jak to 
tylko kobiety  potrafią. I po trochu  dowiedziałem się wreszcie, kto i  kiedy mnie 
znalazł. 

 Pierwszy zaczął mnie szukać  pastor Glennie, bo gdy drugi już  dzień nie było 

mnie w szkole,  pomyślał, że pewnie jestem  chory, i poszedł do ciotki  zapytać o 
moje zdrowie, jak to  zwykle robił, gdy ktoś  zaniemógł. Ale ciotka Jane  powiedziała 
mu szorstko, że nie  wie, co się ze mną dzieje. 

 -  Bo - mówiła - uciekł  gdzieś, nie wiedzieć gdzie. A  jak sobie kto pościele, 

tak się  wyśpi - więc jeśli jest mu  lepiej tam, gdzie uciekł, to  może nie wracać. Już 
dość długo  cierpiałam go u siebie, a  znosiłam go jedynie przez pamięć  mojej siostry 
Marty. Ale ten  niewdzięczny chłopak wdał się w  ojca i tak oto mnie wynagradza. 

 Powiedziała swoje i  zatrzasnęła pastorowi drzwi  przed nosem, a on z kolei  

background image

wstąpił do Ratseya, lecz nic się  nie mógł od niego dowiedzieć,  więc pomyślał, że 
pewnie  uciekłem na morze i zaciągnąłem  się na jakiś statek w Poole lub  w 
Weymouth. 

 Tego samego dnia zjawił się  pod wieczór w gospodzie Sam  Tewkesbury 

błagając o  szklaneczkę rumu, bo, jak mówił,  “jeszcze się cały trzęsie ze  strachu”. 
Wracając z pracy  przechodził bowiem o zmierzchu  koło cmentarnego muru i  
posłyszał jakieś jęki i  zawodzenia, co niechybnie  znaczyło, że Czarnobrody zwołuje  
Mohunów, by mu szukać skarbu  pomogli. Więc choć niczego nie  dojrzał, rzucił się 
do ucieczki  i nie zatrzymał, aż u drzwi  gospody. Wtedy Elzewir zostawił  Sama w 
gospodzie i szybko ruszył  po Ratseya, a potem obaj co sił  pognali wśród nocy na 
cmentarz. 

 - Bo jakem posłyszał, że Sam  Tewkesbury mówi o tych jękach i  

zawodzeniach - opowiadał Elzewir  - zaraz sobie pomyślałem, że  pewnie jakiś 
nieszczęśnik został  w krypcie zamurowany, a teraz  wzywa ratunku. Na tę myśl nie  
naprowadził mnie wyssany z  piersi matki rozsądek, ale coś  znacznie pewniejszego i 
smutnego  zarazem. Słyszałeś pewnie, jak  trzynaście lat temu znaleziono  pewnego 
ranka martwe ciało  człowieka, którego kiedyś  zwaliśmy Pomylonym Jonesem? Na  
jaki tydzień przedtem gdzieś  zniknął, a w ciągu tego tygodnia  ja sam dwa razy całą 
noc  czuwałem na wzgórzu za  kościołem, czekając na nasz  lugier, by dać mu sygnał, 
że  morze przy brzegu burzliwe i  przybijać niebezpiecznie. 

 W owe noce spokój panował w  powietrzu, choć fala była  wysoka, i trzykroć 

albo i więcej  słyszałem, jak zduszony krzyk  przedarł się z cmentarza i drżał  nad 
łąkami. Ale prócz tego, że  krew mi na mgnienie w żyłach  zastygła, zbytniom się nie  
przejmował. I chociaż nie  wierzyłam starym bajdom, jak to  Czarnobrody swą 
kompanię  zwołuje, to jednak pomyślałem  sobie, że dziwne rzeczy muszą  dziać się 
nocą wśród grobów. I  anim się ruszył, ani ręki ni  nogi nie podniósł, by bliźniego  w 
męce ocalić. 

 Gdy fala opadła i łodzie mogły  już do brzegu przybijać,  odwaliliśmy kamień 

grobowy i  Greening uniósł latarnię, żebym  do korytarza mógł wskoczyć, gdy  nagle 
światło jej padło na  trupiobladą twarz zwróconą ku  niebu. Nigdym tego, chłopcze,  
nie zapomniał: leżał tam  Pomylony Jones z wykrzywioną  twarzą, z której znikło 
całe  pomylenie. Próbowaliśmy wlać mu  w usta trochę dżinu, ale był już  sztywny i 
martwy i leżał tam  skurczony we dwoje z kolanami  podgiętymi pod brodę; a tak  
zesztywniał, że nie dało się go  rozprostować, więc ułożyliśmy go  pod cmentarnym 
murem, aby  nazajutrz nasi mogli go, niby  przypadkiem znaleźć. Nigdy nie  
odkryliśmy, jak się do korytarza  dostał, ale pewnie którejś nocy  włóczył się za nami 
w cichości,  kiedy wyładowywaliśmy przemyt, a  gdy człowiek, co wachtę trzymał,  
odwrócił się na chwilę, wśliznął  się do korytarza. Więc kiedy Sam  Tewkesbury 
powiedział mi o tych  jękach i zawodzeniach,  domyśliłem się, co to znaczy,  ale 
nigdy bym nie zgadł, kto  jest uwięziony, bom nie  wiedział, żeś ty, chłopcze,  
zaginął. Więc pobiegłem po  Ratseya, żeby mi pomógł kamień  odwalić, bo sam teraz 
nie dałbym  rady, choć kiedy byłem młodszy i  sił miałem dosyć, i tego  
dokonywałem. Od Ratseya  dowiedziałem się, żeś przepadł,  więc nim na cmentarz  
przybiegliśmy, wiedziałem już,  kogo znajdziemy. 

 Z drżeniem słuchałem słów  Elzewira, bo wyobraziłem sobie,  że Pomylony 

Jones ukrył się, być  może, za tą samą co i ja trumną;  i pomyślałem, że o mało nie  
spotkał mnie jego los.  Przypomniała mi się też stara  opowieść, jak to wiele lat temu  
usłyszano podczas nabożeństwa  tak straszliwy krzyk dobywający  się z krypty, że 
pastor i ludzie  uciekli z kościoła. Na pewno  jakiś inny nieszczęśnik  uwięziony w 

background image

tym straszliwym  miejscu wzywał wtedy na ratunek  tych, którym strach uszy zatkał. 

 - I znaleźliśmy tam ciebie -  podjął Elzewir - wyciągniętego  na ziemi, bez 

zmysłów i prawie  nieżywego. A jakem się twojej  twarzy przyjrzał, zobaczyłem w  
niej coś, co mi mojego Dawida  przypomniało, jak leżał tak samo  wyciągnięty w 
ostatnim swym  śnie. Więc wziąłem cię w ramiona  i tu przyniosłem, i oto jesteś w  
izbie Dawida, a zawsze będziesz  miał co jeść i gdzie spać; i  możesz tak długo tu 
zostać, jak  zechcesz. 

 Wiele ze sobą rozmawialiśmy  przez te dni, gdy do zdrowia  wracałem; coraz 

bardziej lubiłem  Elzewira i przekonałem się, że  tylko na zewnątrz był ponury, a  w 
gruncie - nie znalazłbyś  lepszego człowieka. Chyba i jemu  też dobrze ze mną było, 
bo czuł,  że znowu ma blisko kogoś, kto go  kocha, więc serce jego garnęło  się do 
mnie, jak kiedyś do  Dawida. Nigdy mi nie powiedział,  żebym przy sobie trzymał, 
com  wtedy w krypcie słyszał, a potem  i widział, bo czuł, że nie ma  potrzeby, że 
raczej bym umarł,  niż zdradził tajemnicę. 

 Jedynie mistrz Ratsey, który  mnie często odwiedzał, tak  któregoś dnia rzekł: 
 - Słuchaj Johnie, tylko ja i  Elzewir wiemy, żeś widział naszą  piwniczkę. I 

dobrze się stało,  bo gdyby inni z kontrabandy się  o tym dowiedzieli, w brzydki  
sposób mogliby z góry udaremnić  wszelkie paplanie. Więc trzymaj  swój język za 
zębami, a ja i  Elzewir będziemy trzymać nasze,  a pamiętaj, że “ten, który usta  swe 
powstrzymuje, najmędrszy  jest”. 

 Zastanowiło mnie, że Ratsey z  tą samą biegłością cytuje Pismo  Święte, co 

oszukuje akcyzę,  chociaż, po prawdzie,  kontrabandę uważano w Moonfleet  za 
grzech bardzo błahy. Być może  Ratsey odgadł moje myśli, bo  zaraz dorzucił: 

 - Dobremu chrześcijaninowi  żadnej nie przynosi ujmy, jak  baryłeczkę 

szlachetnego trunku  przeszmugluje, bo w Piśmie  Świętym czytamy, że kiedy Żydzi  
z Egiptu wychodzili, to ten  naród wybrany miał okpić swych  prześladowców i 
zabrać ze sobą  złoto, srebro i klejnoty; a  między ich srogimi opresorami na  pewno 
najgorsi byli akcyźnicy. 

  
 *  *  *

 Kiedy odzyskałem tyle sił, że  mogłem już chodzić, na pierwszą  przechadzkę 

udałem się do ciotki  Jane, chociaż przez cały ten  czas nawet o mnie nie zapytała.  A 
dobrze wiedziała, gdzie mnie  szukać, bo Ratsey mówił jej, że  leżę chory w 
gospodzie i że  Elzewir znalazł mnie pewnej nocy  głodnego i półmartwego, ale  
przemilczał gdzie. Ciotka jednak  powitała mnie surowymi słowy,  których nie będę 
tu powtarzał,  bo może i nie chciała być sroga,  a tylko starała się nawrócić  mnie na 
drogę cnoty. Nie dała mi  nawet przestąpić progu swego domu  i ręką trzymała drzwi,  
zasłaniając wejście. Powiedziała  tylko, że nie chce mieć u siebie  próżniaków, co się 
po tawernach  obijają, a jeśli mi się tak w  gospodzie podoba, to proszę  bardzo, mogę 
tam wracać, jej to  nic nie obchodzi. Chciałem  błagać, by mi wybaczyła, żem tak  
długo w domu nie był, ale gdy  usłyszałem te pełne żółci słowa,  diabła poczułem w 
sercu i w  twarz jej się roześmiałem, choć  gorzkie łzy w oczach mi stanęły. 

 Więc odwróciłem się plecami do  jedynego domu, jaki w życiu swym  

miałem, i odszedłem czując się  bardzo samotny. I nie mam  pewności, czym trochę 
nie  płakał, zanim znów przed  gospodą stanąłem. 

background image

 Elzewir spostrzegł mój smutek  i zapytał, czy mi ktoś krzywdy  nie wyrządził, 

więc  powiedziałem, że ciotka mnie od  siebie wyrzuciła i że nie mam  już domu. 
Wydawał się bardziej  tym ucieszony niż zmartwiony i  powiedział, żebym z nim 
został,  bo wszystkiego ma w bród i na  dwóch starczy; a ponieważ los  tak 
pokierował, że to on właśnie  życie mi ocalił, więc niech mu  będę synem w miejsce 
Dawida. I  zamieszkałem razem z nim w  gospodzie. Ciotka przysłała tam  moje 
rzeczy, chciała też dać  Elzewirowi skromną sumkę, którą  ojciec na moje utrzymanie  
zostawił, ale on powiedział, że  nie trzeba i nawet słyszeć o tym  nie chciał.  

background image

 6 -  Napaść  

  ...i pewne jest to jedno, 
  że  kiedy burda, spokój nasz 
   odpowiedź da szlachetną. 
  
 (Tennyson)
  

 Niejednokrotnie już  wspominałem pana Maskewa, a że  wiele jeszcze będę o 

nim mówił,  więc najlepiej zaraz go tu  opiszę. 

 Wzrostu był najwyżej  średniego, aby zaś wydać się  wyższym, głowę 

odrzucał daleko  do tyłu i chodząc unosił się na  palcach. Miał chudą twarz, nos  ostry 
niby dziób ptasi i szare  oczy, którymi mógłby przebić  nawet przydrożny kamień, 
gdyby  po drugiej stronie umieszczono  gwineę. Nie nosił peruki, włosy  miał rude, 
teraz przyprószone  siwizną. Ich kolor sprawił, że  uchodził w Moonfleet za Szkota,  
bo myśleliśmy, że wszyscy Szkoci  są rudzi. 

 Z profesji był prawnikiem i  dorobiwszy się w Edynburgu  pieniędzy, wyniósł 

się stamtąd  daleko na południe, bo aż do  Moonfleet, żeby, jak mówiono,  poszły w 
zapomnienie różne jego  hultajskie sztuczki. Mniej  więcej przed czterema laty kupił  
część majątku Mohunów, który po  kawałku od pokoleń sprzedawano.  Na nabytej 
przez Maskewa ziemi  stał dwór, a raczej to, co z  niego pozostało. Już przedtem  
wspominałem o tej rezydencji.  Był to długi, piętrowy budynek,  z wystającym 
gankiem, wejściem  pośrodku i z dwoma prostopadłymi  do siebie skrzydłami. 
Rodzina  Maskewa zajmowała jedno z tych  skrzydeł, bo cały dom nie  nadawał się 
już do zamieszkania.  W pozostałej jego części okna  były bez szyb i dach zapadł w  
niektórych miejscach. Ale pan  Maskew nie starał się domu  odnowić ani 
uporządkować  otoczenia i gałąź wielkiego  cedru, która załamała się w roku  1749 
pod ciężarem śniegu,  dotychczas wjazd zagradzała. Do  domu wchodziło się przez  
środkową sień i wiele trzeba  było przebyć krętych przejść i  korytarzy, zanim doszło 
się do  części zamieszkałej. Drób,  prosięta i wiewiórki całkowicie  opanowały 
frontowe trawniki. 

 Nie z braku pieniędzy Maskew  do tego wszystkiego dopuścił, bo  bardzo był 

bogaty - ale ze  skąpstwa. A może to nieobecność  w domu dojrzałej kobiety  
sprawiła, że nie troszczył się o  czystość i porządek. Bo żona  jego umarła, a córka 
była zbyt  młoda, by zmusić ojca do zmiany  przyzwyczajeń. 

 Przed Maskewem nikt od wielu  lat w domu tym nie mieszkał,  wiejskie 

dzieci urządziły sobie  na trawnikach plac zabaw i  zbierały w przyległym lesie  
pierwiosnki, a mężczyźni  uważali, że mają tu prawo  schwytać w sidła królika czy  
upolować bażanta. Lecz nowy  właściciel zmienił to wszystko,  wykopał w lesie 
wilcze doły i  ukryte pułapki, a na drzewach  rozwiesił tablice głoszące, że  prawem 
ścigać będzie każdego,  kto przekroczy granice jego  posiadłości. W taki postępując  
sposób narobił sobie wrogów i  niebawem każdy w Moonfleet był  przeciw niemu. 
Wolał widocznie  mieć nieprzyjaznych niż  przychylnych sobie sąsiadów, a  jeszcze 
bardziej ich do siebie  zraził, gdy wystarał się o urząd  sędziego pokoju i zaczął  
rozgłaszać, że kontrabandę  ukróci. A nie było w Moonfleet  takiego, co by stał za 
akcyzą,  bo rolnicy lubili szklaneczkę  szmuglowanego sznapsa, ich żony  zaś - sztukę 

background image

francuskiej  koronki. Aż w końcu doszło do  owego starcia między “Elektorem”  
Akcyzy i keczem przemytników,  zakończonego śmiercią Dawida. I  mówiono potem, 
że niech lepiej  Maskew uważa, bo pewnego dnia  znajdzie go ktoś martwego na  
łąkach, lecz on nie baczył na to  i dalej tak postępował, jakby  był płatnym celnikiem, 
a nie  samym sędzią. 

 Kiedy byłem małym chłopcem,  dworskie lasy dużo mi dawały  radości i 

niejedno słoneczne  popołudnie spędziłem na krawędzi  tarasu, spoglądając na  
rozciągniętą w dole wioskę i  żując czerwone jabłka z  zapuszczonego sadu. I choć  
wszystko to zostało zabronione,  to jednak dwór czymś znacznie  słodszym niż jabłka 
teraz mnie  przyciągał, bo zamieszkała w  nim Grace. Była jedynym  dzieckiem 
sędziego Maskewa i  moją rówieśnicą. Znałem ją  dobrze, gdyż oboje nas pastor  
Glennie w starym przytułku  uczył. Wysoka na swój wiek,  miała szczupłą 
twarzyczkę i  niesforne kasztanowate włosy,  które rozwiewały się na wietrze  lub 
kiedy biegła. Sukienki  nosiła wyblakłe, sprane i  połatane, bardziej kuse, niż je  
kiedyś krawcowa uszyła, bo Grace  z nich wyrosła, a teraz nikt już  o jej sukienki nie 
dbał. Była  doskonałą towarzyszką zabaw i  zawsze ją pierwszą wybierano do  gry w 
“więźnia”, bo szybciej  biegała niż wielu chłopców. Więc  choć nie cierpieliśmy 
wszyscy  jej ojca i nadawaliśmy mu różne  szydercze przezwiska, to nigdy  przy niej 
złego słowa byśmy o  nim nie powiedzieli, bo bardzo  ją lubiliśmy. 

 Sześciu chłopców i tyleż  dziewczynek uczył pastor  Glennie, ażeby wam 

pokazać,  jakim to człowiekiem był pan  Maskew, opowiem, co pewnego dnia  zaszło 
między nim a pastorem.  Nasze lekcje odbywały się, jak  już wspominałem, w starym  
przytułku. Ubodzy z niego teraz  nie korzystali, bo był  zniszczony i zaniedbany i 
tylko  jedna większa izba, ongiś  jadalnia, służyła nam za klasę.  Była to długa, 
wysoka sala o  ścianach wykładanych boazerią, z  rzeźbionym dekoldowym  
przepierzeniem przy drzwiach w  jednym końcu i szerokim oknem w  drugim. Bardzo 
ciężki stół,  wypolerowany przez zużycie i  poplamiony atramentem znajdował  się na 
środku, po obu jego  stronach stały nasze ławki, a  pod oknem - wysokie biurko  
pastora Glennie. Pewnego ranka,  gdy siedzieliśmy już na naszych  miejscach z 
tabliczkami do  rachunków i gramatyką na  pulpitach, drzwi się nagle  otworzyły i 
wszedł sędzia  Maskew. 

 Mówiłem już o wierszach, które  pastor Glennie ułożył na śmierć  Dawida. 

Kiedy wody powodzi  spłynęły, Ratsey umieścił na  jego grobie kamień z wyrytymi  
wierszami. Ale Maskew nigdy do  kościoła nie wstępował i długo  nagrobka nie 
widział, aż  któregoś dnia, przechodząc przez  cmentarz, natknął się nań i od  razu 
poznał, że to wiersze  pastora Glennie. Więc tego dnia  przyszedł do szkoły z 
pastorem  się rozprawić; nic jeszcze  wtedy o tym nie wiedzieliśmy,  ale czuliśmy, że 
coś niedobrego  w powietrzu wisi, bo łatwo można  było z miny Maskewa złość  
wyczytać. I choć nikt z nas go  nie lubił, byliśmy zadowoleni,  gdyż zanosiło się, że 
coś  niezwykłego przerwie monotonię  godzin nauki i wietrzyliśmy  jakąś awanturę. 
Jedynie Grace  czuła się nieswojo - bo strach  ją brał, że ojciec może jakieś  
niestosowne słowo powiedzieć;  opuściła nisko głową i włosy jej  opadły na książkę, 
zasłaniając  twarz, ale poprzez nie  dojrzałem, że cała się  zaczerwieniła. Tymczasem 
pan  Maskew, dysząc ze złości i  rzucając dokoła wściekłe  spojrzenia, zbliżał się do  
biurka naszego nauczyciela. 

 Pastor Glennie miał krótki  wzrok i nie od razu rozpoznał  przybysza, ale gdy 

ten podszedł  bliżej, wstał uprzejmie, aby go  powitać. 

 - Dzień dobry, panie Maskew -  rzekł wyciągając dłoń. 

background image

 Ale Maskew schował rękę za  plecy i wybuchnął: 
 - Niech pastor do mnie ręki  nie wyciąga, bo na nią splunę!  Ty wstrętny 

obłudniku, co  wypisujesz słodkie psalmy ku  czci szmuglujących hultajów, a  
porządnych ludzi chcesz straszyć  swoimi sądami! 

 Z początku pastor Glennie nie  mógł pojąć, o co chodzi, a gdy  zrozumiał, 

zrobił się bardzo  blady i powiedział, że jako  duchowny nigdy się nie cofnie  przed 
napominaniem tych, co źle  czynią, i zawsze będzie ich  pouczał, czy to z kazalnicy, 
czy  choćby z nagrobka. 

 Wówczas Maskew wpadł w pasję i  zalał pastora Glennie potokiem  

zuchwałych i obelżywych słów, że  sprzymierzył się ze szmuglerami  i czerpie zyski z 
ich występków;  i że prawem będzie pastora  ścigał, bo ułożył wiersze, które  
stanowią kalumnię. 

 Powiedziawszy to wziął Grace  za ramię, kazał jej włożyć  kapelusz i 

pelerynkę i pójść  razem z nim. 

 - Bo - oświadczył - nie  pozwolę, aby cię więcej uczył  ten wyśpiewujący 

psalmy  obłudnik, co nazywa twego ojca  mordercą! 

 I znowu zbliżył się do pastora  Glennie, i stanął tuż przed nim. 
 Wielka była między nimi  różnica: jeden niski i  rozwścieczony, z czerwoną 

ze  złości twarzą, drugi wysoki,  nieco przygarbiony, ubrany  biednie, niedożywiony i 
blady.  Maskew trzymał w lewym ręku  koszyk, z którym wybrał się na  rynek; sam 
zawsze robił poranne  zakupy i przedkładał ryby nad  mięso, bo były tańsze. 
Targował  się tego dnia zawzięcie z żonami  rybaków i przyszedł do szkoły  niosąc 
zakupione prowianty. 

 - A teraz, szanowny pastorze -  mówił dalej - zapamiętaj sobie,  że Prawo 

oddało w twoje obłudne  ręce pieczę nad cmentarzem i  twoim obowiązkiem jest nie  
dopuścić, aby w jego obrębie  umieszczano gorszące napisy.  Jeśli jaki tam się 
znajdzie,  natychmiast musisz go usunąć.  Więc daję ci tydzień czasu, a  jeśli za 
siedem dni od jutra  licząc ten kamień nagrobny z  cmentarza nie zniknie, ja sam go  
wyrzucę i roztrzaskam na drobne  kawałki! 

 Pastor Glennie odpowiedział mu  głosem spokojnym i cichym, ale  tak 

wyraźnie i dobitnie, że  wszyscy słyszeliśmy jego słowa: 

 - Ani sam tego kamienia nie  usunę, ani będę ci, człowieku  przeszkadzał to 

zrobić. Ale  czyniąc to zbezcześcisz  cmentarz, a pamiętaj, że jest  ktoś mocniejszy i 
od ciebie, i  ode mnie, z kim liczyć się  należy! 

 Później dopiero zrozumiałem,  że pastor miał na myśli  Wszechmogącego, ale 

wtedy  zdawało mi się, że mówi o  Elzewirze i tak samo zapewne  myślał pan 
Maskew, bo wpadł w  jeszcze większą wściekłość,  wsadził rękę do koszyka,  
wyciągnął wielką solę i cisnął  ją pastorowi w twarz, krzycząc: 

 - A masz, ty nieokrzesany  pastorze! Twój umączony policzek  zawalałby mi 

dłoń! 

 Krew we mnie zawrzała, gdym to  ujrzał, bo pastor Glennie był  słaby niczym 

z wosku, a gdyby  nawet miał siły Goliata, to i  tak by nawet ręki nie uniósł,  żeby 
powstrzymać cios. Już się  zbierałem do skoku na Maskewa,  bo byłem krzepki na 
moje lata i  mógłbym go zwalić na ziemię jak  małe dziecko; uniosłem się w  ławce, 
lecz on trzymał Grace za  rękę, i nim zdążyłem myśli  zebrać, już zobaczyłem tylko  

background image

znikający w drzwiach koniec jej  pelerynki. 

 Nie jest to miłe uczucie, gdy  oślizła sola dotknie twarzy, a  ta była większa 

niż inne, bo  Maskew zawsze starał się dostać  za swoje pieniądze coś  najlepszego. 
Uderzyła z głośnym  plaśnięciem policzek pastora  Glennie i raz jeszcze plasnęła  
padając na podłogę. Na ten  odgłos roześmieliśmy się  wszyscy, jak to dzieci - pastor  
Glennie nie powściągnął nas  jednak, tylko siadł spokojnie za  biurkiem i zaraz 
zrobiło mi się  przykro, żem się roześmiał, bo  wyglądał żałośnie z czerwoną  pręgą 
na bladej twarzy, a  jeszcze do tego płetwa ryby  musiała go zadrasnąć, gdyż  kropelki 
krwi ściekały mu po  policzku. W kilka minut później  cienki głos dzwonka obwieścił 
godzinę dwunastą i pastor  Glennie wyszedł bez zwykłego “do  widzenia, dzieci”. I 
została  tylko sola leżąca przed jego  biurkiem na zakurzonej podłodze. 

 Pomyślałem, że szkoda  zmarnować tak piękną rybę, więc  podniosłem ją, 

wsunąłem do  pulpitu i posłałem Freda Burta,  żeby przyniósł od swojej matki  ruszt, 
na którym moglibyśmy ją w  szkole upiec. Czekając na niego  wybiegłem na szkolny 
dziedziniec  pobawić się z innymi. Nie  upłynęło i pięć minut, gdy znowu  zjawił się 
pan Maskew, ale już  bez Grace. Minął nas i wszedł  prosto do klasy. W  
przepierzeniu przy wejściu była  szczelina, do której często w  pogodne dni 
przykładaliśmy  dłonie, aby słońce nam je  prześwietlało czerwonym kolorem  krwi, 
wsunąłem się więc za  Maskewem i przytknąłem oczy do  tej szczeliny ciekaw, co się 
teraz stanie. Pan Maskew miał ze  sobą koszyk i wszędzie szukał  soli, żal mu było 
tak piękną  rybę utracić, ale nigdzie jej  znaleźć nie mógł, bo mojej ławki  nie 
przeszukał, i wyszedł z  kwaśną miną. A później  upiekliśmy ją z Fredem i bardzo  
nam smakowała, choć tyle  pastorowi Glennie bólu sprawiła. 

 Grace nigdy już więcej nie  przyszła do szkoły, bo ojciec  jej zakazał, a i jej 

samej  byłoby wstyd po tym, jak wobec  pastora Glennie się zachował. I  dlatego 
zacząłem tak się włóczyć  po dworskim lesie, nie bacząc na  wilcze doły, bo od razu, 
jak je  Maskew wykopał, wiedziałem,  gdzie są. Często też udawało mi  się Grace z 
daleka zobaczyć,  czasem nawet i kilka słów z nią  zamienić.  

 Mijały dni, ja zaś wciąż  mieszkałem w gospodzie. Rano  chodziłem do 

szkoły, po południu  łowiliśmy ryby lub pomagałem  Elzewirowi w ogrodzie czy przy 
oporządzaniu łodzi. Gdy bliżej  jeszcze się z nim zżyłem,  prosiłem go, żeby zabierał 
mnie  na szmuglerskie wyprawy, ale nie  chciał się zgodzić i mówił, że  jestem zbyt 
młody i że mogłaby  mnie jaka krzywda spotkać. Z  czasem jednak ustąpił mym  
naleganiom i wiele spędziłem  nocy na łodziach, którymi  dopływaliśmy z brzegu do 
lugiera  przemytników, by go wyładować.  Lecz nigdy nie mogłem się  zmusić, by 
wraz z innymi pójść  do krypty Mohunów, więc  zostawiano mnie na wachcie u  
wejścia. I zawsze miałem na szyi  medalion pułkownika Mohuna;  nosiłem go zrazu 
na gołym ciele,  ale widząc, że czerni mi skórę,  umieściłem go na koszuli pod  
kurtką. Po jakimś czasie  wyjaśniał nieco, więc zacząłem  go w wolnych chwilach 
czyścić,  aż stał się całkiem jasny i  błyszczący, jak czyste srebro, z  którego zresztą 
był zrobiony. 

 Elzewir po raz pierwszy  zobaczył ten medalion owej nocy,  gdy przyniósł 

mnie do gospody i  w łóżku ułożył. Opowiedziałem mu  później, jak i skąd go 
wziąłem,  a choć wiele razy oglądaliśmy go  dokładnie, nie udało nam się  odgadnąć 
znaczenia ukrytego w  wypisanych na kartce psalmach.  Ale nawet tak bardzo się nie  
wysilaliśmy, by je odczytać,  sądząc, że na pewno są to święte  zaklęcia, które miały 
odganiać  złe duchy od ciała  Czarnobrodego.  

background image

 7 -  Aukcja  

 
Jeśliby dom mój niepokoił  szczur, 
  czy bym dukatów  dziesięciu tysięcy 
  żałował, by  pozbyć się szczura? 
  
 (szekspir)
  

 Pewnego marcowego wieczoru,  gdy dnia już szybko przybywało,  zjechał do 

Moonfleet goniec,  przywożąc z Dorchester drukowane  obwieszczenia, aby wywiesić 
je  na okiennicach gospody i  drzwiach kościoła. Zapowiadały  one, że za tydzień 
odwiedzi  Moonfleet komornik księstwa  Kornwalii, osobistość bardzo  ważna, której 
przyjazdy zawsze  były dla naszej wioski  wydarzeniem historycznym. Raz na  pięć 
lat udawał się on na swe  peregrynacje po całym księstwie,  wizytując dobra 
królewskie i  ustanawiając nowe dzierżawy. W  Moonfleet zwykle na krótko się  
zatrzymywał, bo cała tutejsza  ziemia należała do Mohunów.  

 Jedyną własnością księstwa była  gospoda “czemu by nie”, a  jedynym 

obowiązkiem komornika -  odnowienie pięcioletniej umowy,  na podstawie której 
rodzina  Blocków od lat, z ojca na syna,  gospodę dzierżawiła. Niemniej  nie mogło to 
się obyć bez  specjalnego ceremoniału i  uroczyście ogłoszono, że  dzierżawa zostanie 
oddana temu,  kto największy czynsz  zaoferuje, chociaż wiadomo było z  góry, że 
nikt prócz Elzewira nie  będzie się o nią ubiegał. 

 Rankiem, w tydzień później,  wybrałem się na kraniec wioski,  by czekać na 

podróżną karetę  komornika, i około jedenastej  zobaczyłem, jak zjeżdża ze  wzgórza, 
zaprzężona w cztery  konie, z dwoma forysiami na  koźle. Gdy mnie mijała, ujrzałem  
w niej dwóch ludzi, pisarza,  który siedział plecami do koni,  i naprzeciw niego 
małego  człowieczka w peruce, najpewniej  samego komornika. Prosto  stamtąd 
pobiegłem do ciotki, bo  Elzewir polecił mi wyprosić od  niej najlepszą z zimowych  
świec, niebawem zaś wyjaśnię, do  czego mu była potrzebna. Od  czasu jak mnie 
odprawiła,  widywałem teraz ciotkę Jane  tylko w kościele. Była tego  dnia szorstka 
jak zwykle, lecz  chętnie dała mi świecę. 

 - Masz, weź ją - powiedziała.  - Dobrze by było, gdyby w  świetle jej 

przejrzała twoja  ciemna dusza i pojęła, jak  niegodziwą jest rzeczą porzucać  swych 
bliskich i mieszkać w  tawernie. 

 Chciałem jej odpowiedzieć, że  to nie ja porzuciłem swych  bliskich, lecz oni 

mnie, i że  lepiej żyć w tawernie niż  nigdzie; a pewno wtedy, gdy mnie  wyrzucała, 
wolałaby, żebym w  ogóle nie miał się gdzie  podziać. Ale nic nie  powiedziałem, 
tylkom jej za  świecę podziękował i poszedłem  sobie. 

 Przed wejściem do gospody  stała kareta; konie już  odprowadzono, żeby się 

pasły na  łączce, a wokół zebrała się  gromadka ludzi, bo chociaż sama  aukcja była 
sprawą drobną,  zwłaszcza że jej wynik każdy  znał z góry, to jednak przybycie  
komornika zawsze pobudzało  ogólną ciekawość. Kilkoro dzieci  nosy rozpłaszczało 
o szyby  gospody, a wewnątrz pan komornik  i pan pisarz zabrali się do  ciężkiej 
pracy spożywania  obiadu. Komornik, którym był,  jak się słusznie domyśliłem,  mały 
człowieczek w peruce,  zasiadł na miejscu naczelnym, a  naprzeciw niego usadowił 

background image

się  pisarz. Złożyli na krzesłach swe  kapelusze, płaszcze podróżne i  zwoje papierów 
przewiązane  zieloną wstążką. Możecie być  pewni, że Elzewir smaczny dla  nich 
przygotował posiłek,  składający się z królika w  cieście na gorąco, zimnej  
wieprzowiny i węgorza w occie,  którego pan komornik z apetytem  zajadał, ale pan 
pisarz nawet  nie tknął, mówiąc, że raczej by  kawałek mydła wziął do ust.  Znalazła 
się też butelka mleka  Araratu i flaszka piwa, bo  baliśmy się podać francuskie  wino, 
żeby nie zaczęli  dochodzić, skąd je mamy. 

 Elzewir wziął świecę,  strofując mnie trochę, żem się  spóźnił, oprawił ją w 

mosiężny  lichtarz i ustawił pośrodku  stołu. Pan pisarz wyjął małą miarkę z kieszeni, 
odmierzył  jeden cal od knota w dół, w  miejscu tym wbił szpilkę z  onyksową 
główką, którą pożyczył  mu Elzewir i zapalił knot.  Wszystko to zgodnie z panującym 
w Moonfleet zwyczajem, według  którego przy aukcji ziemi lub  dzierżawy wbija się 
szpilkę w  świecę o jeden cal poniżej knota  i póki szpilka ta nie wypadnie,  każdy 
może się zgłosić i  ofiarować wyższą sumę. Gdy  świeca wypali się na tyle, że  
szpilka z niej wyleci, ziemia  lub dzierżawa przypada temu, kto  ostatni się zgłosił i 
najwięcej  proponował. Kiedy już zjedzono  obiad i ze stołu sprzątnięto,  pan pisarz 
rozwinął rulon  papierów i odczytał prawny opis  naszej gospody, w którym  
nazywano ją “Gospodą pod godłem  Mohunów, stanowiącą znakomitą  posesję z 
budynkiem mieszkalnym,  wykorzystanym obecnie w  charakterze tawerny”. Dalej  
czytał o wygodnym obejściu i  przylegającej do niego parceli  gruntu pod pastwisko, 
około  szesnastu akrów wszystkiego  razem, co nazwano “Dzierżawą  Moonfleet”. 
Odczytawszy ten  dokument, pan pisarz wezwał  obecnych, aby zgłaszali swe  oferty 
na pięcioletnią arendę  tak godnej pożądania posesji, a  ponieważ jedynymi obecnymi  
byliśmy Elzewir i ja, licytacja  szybko się zakończyła. Elzewir  zaofiarował czynsz 
dzierżawny w  wysokości dwunastu funtów  rocznie, to jest tyle, ile  zawsze płacono. 
Pan pisarz  zanotował jego ofertę,  ale na  tym sprawa się nie skończyła.  Musieliśmy 
czekać, póki szpilka  ze świecy nie wypadnie, wtedy  bowiem dopiero aukcję 
uważano za  zamkniętą. Mężczyźni rozsiedli  się wygodniej i zapalili fajki;  świeca 
się stopi do oznaczonego  miejsca najwyżej w dziesięć  minut. Pan komornik uniósł  
właśnie szklaneczkę mleka  Araratu mówiąc: “Trzyma pan  doskonały dżin, panie 
Block”,  gdy drzwi się rozwarły i do  gospody wkroczył sędzia Maskew.  Nagłe 
uderzenie pioruna nie  przeraziłoby mnie bardziej niż  to jego niespodziewane  
nadejście. Elzewirowi twarz jak  noc pociemniała, pan komornik  zaś i pan pisarz 
żadnego  zdziwienia nie okazali, bo  uważali za rzecz całkiem  naturalną, że ktoś 
zaszedł do  gospody zobaczyć, jak zgodnie ze  starym obyczajem aukcja się  
zakończy, gdy szpilka ze świecy  wypadnie. Maskew znał komornika  i widział się z 
nim w ciągu  dnia; nie zwracając na Elzewira  najmniejszej uwagi, już chciał  siąść 
przy stole, gdy ten  wykrzyknął: 

 - Nie jesteś pan pożądanym  gościem w moim domu i chętnie  bym plecy 

twoje niźli twarz  oglądał, ale przy tym stole nie  zasiądziesz! 

 Wiedziałem, o co mu chodzi, bo  na tym właśnie stole złożono  ciało Dawida. 

Elzewir poparł swe  słowa tak mocnym grzmotnięciem w  blat, że szpilka omal ze 
świecy  nie wyleciała, a pan komornik  aż podskoczył. 

 - Ejże, panowie! - wykrzyknął.  - Tylko bez żadnych burd, tym  bardziej że 

ten dżentelmen jest  sędzią i po trosze moim  przyjacielem! 

 Maskew pohamował się i nie  usiadł przy stole, lecz stanął  za krzesłem 

komornika, blady  teraz, a nie czerwony jak wtedy,  gdy rozprawiał się z pastorem  
Glennie. Mamrotał tylko pod  nosem, że może robić, co mu się  podoba, albo stać, 
albo  siedzieć, i że niedługo już na  Elzewira przyjdzie kolej prosić,  by przy jego 

background image

stole mógł zasiąść. 

 Zastanawiałem się, co Maskewa  do gospody sprowadza, gdy  komornik, 

który wciąż czuł się  nieswojo, powiedział: 

 - Panie pisarzu, już najdalej  za minutę szpilka ze świecy  wypadnie, proszę 

więc odczytać,  co pan tam dotąd zapisał. Umowa  musi być jak najspieszniej  
sporządzona i doręczona  dzierżawcy, bo ruszamy do  Bridport, gdzie mnóstwo spraw 
mnie czeka. 

 Wówczas pisarz zawodzącym  głosem odczytał, że gospoda,  czyli tawerna 

zwana “Pod godłem  Mohunów”, a będąca własnością  księstwa Kornwalii, wraz z  
przyległym do niej gruntem,  zabudowaniami i  przynależnościami, położona w  
parafii świętego Sebastiana w  Moonfleet, puszczona w dzierżawę  na lat pięć, 
zostanie oddana  Elzewirowi Blockowi za czynsz w  wysokości dwunastu funtów  
rocznie, o ile nikt inny wyższej  nie ofiaruje sumy, zanim szpilka  ze świecy 
wypadnie. 

 A że nie było nikogo, kto by  wyższy czynsz chciał ofiarować,  więc 

komornik rzekł do Elzewira: 

 - Niech już zaprzęgają, za  minutę będzie po wszystkim i  szkoda tracić czas. 
 Elzewir zarządził, co trzeba,  i dalej czekaliśmy, aż szpilka  wypadnie. Łój 

stopił się już  prawie poza wyznaczone  miejsce, ale właśnie tam, gdzie  tkwiła 
szpilka, była mała,  twardsza bryłka, która jakoś nie  chciała ustąpić. Pan komornik  
tupnął niecierpliwie nogą pod  stołem, jakby spodziewał się, że  szpilka od samego 
wstrząsu  wyleci - i nagle dał się słyszeć  czyjś cichy, suchy głos: 

 - Daję trzynaście funtów  rocznie za dzierżawę tej  gospody. 
 Takie nas ogarnęło zdumienie,  że spojrzeliśmy dokoła, szukając  tego, kto to 

wyrzekł, i nawet  nie myśląc, że był nim Maskew.  Elzewir pierwszy to pojął i nie  
zwracając się ani do komornika,  ani do nikogo, oparł łokcie na  stole, twarz w dłonie 
ujął,  popatrzył na morze za oknem i  rzekł pewnym głosem: 

 - Daję dwadzieścia funtów. 
 Jeszcze nie przebrzmiały jego  słowa, gdy Maskew powiedział: 
 - Daję dwadzieścia cztery  funty. 
 I tak w ciągu niecałej minuty  czynsz dzierżawny za gospodę  został 

podwojony. Komornik  spoglądał to na Elzewira, to na  Maskewa, niczego nie 
pojmując,  nie wiedząc nawet, czy to  komedia, czy prawda najszczersza. 

 - Drodzy panowie - powiedział  w końcu - ostrzegam was, że to  nie zabawa. 

Nie mam czasu na  primaaprilisowe dowcipy, a ten,  kto tu sobie żarty stroi, będzie  
musiał zapłacić tyle, ile  zaofiaruje! 

 Ale przynajmniej jednemu z  nich daleko było do żartów:  Elzewir równie 

poważnym i pełnym  głosem powiedział: “Trzydzieści  funtów”. Maskew z kolei 
rzekł:  “Trzydzieści jeden”, Elzewir  “czterdzieści”, Maskew -  “czterdzieści jeden”, i 
Elzewir  - “pięćdziesiąt”. 

 Spojrzałem na szpilkę; jej  główka przechyliła się już  trochę ku dołowi. 

Pisarz  otrząsnął się ze swej  obojętności i skrzypiącym gęsim  piórem notował 
kolejne sumy.  Wciąż zdumiony komornik  marszczył się gniewnie, jakby  uważał, że 
nikt nie ma prawa go  zdumiewać. Ja zaś nie mogłem już  dłużej spokojnie usiedzieć i 
podniosłem się, by w pozycji  stojącej łatwiej znieść napięcie  tej chwili. Bo 

background image

zrozumiałem, że  Maskew postanowił wygnać  Elzewira z gospody, nie bacząc  na 
cenę, jaką za to zapłaci, i  że Elzewir walczy tak o swój  dom, który i moim stał się  
domem. Czy obaj mamy zostać  wygnańcami dlatego tylko, że  ten podły i zły 
człowiek tego  pragnie? 

 Licytacja szła dalej. Maskew  wykrzyknął właśnie:  “Dziewięćdziesiąt jeden 

funtów”  - i szpilka bardziej jeszcze  pochyliła się w dół; widocznie  twardsza bryłka 
w świecy ciotki  Jane zaczynała topnieć. 

 - Czyście, panowie oszaleli? -  wtrącił się znowu komornik. -  Pan, panie 

Block, mógłby sobie  oszczędzić gardła i pieniędzy,  bo jeśli ten czcigodny  
dżentelmen pragnie zostać  szynkarzem za wszelką cenę, to  niechże mu pan, u diabła,
pozwoli, a ja oddam panu  dzierżawę gospody “Pod syreną”  w Bridport. Znacznie 
tam  przytulniejsza izba gościnna i  ruch dziesięć razy większy niż  tutaj. 

 Elzewir, jakby tego nie  słyszał, wykrzyknął: “sto  funtów”, z tym samym 

uporem w  głosie, wciąż patrząc na morze.  Wówczas Maskew, chcąc go pewnie  
zaskoczyć, podbił od razu cenę  dzierżawy do stu dwudziestu  funtów, Elzewir 
podwyższył do  stu trzydziestu, potem do stu  czterdziestu i stu  pięćdziesięciu. Sto  
sześćdziesiąt i sto  siedemdziesiąt funtów padło  szybko po sobie. Traciłem  oddech, 
oszołomiony i  półprzytomny zaciskałem palce,  aby otrząsnąć się z tego  
koszmarnego snu. Obaj mężczyźni  ciężko teraz dyszeli. Elzewir  opuścił dłonie, a 
oczy  wszystkich zawisły na świecy.  Bryłka twardszego łoju już  stopniała, ale nie 
wiedzieć  czemu, szpilka wciąż tkwiła na  dawnym miejscu. Maskew wyrzucił  z 
siebie: “sto osiemdziesiąt  funtów”, Elzewir szybko zawołał:  “sto dziewięćdziesiąt”, i 
już  byłem pewny, że gospoda została  dla nas ocalona, choćby za tak  rujnującą cenę. 
Ale nie! Szpilka  nie wypadła, jeszcze się ledwo,  ledwo trzymała, jeszcze sekunda,  
najwyżej jedna sekunda. Elzewir  już wstrzymał oddech, gotując  się do 
podwyższenia każdej sumy,  jaką Maskew zdąży zaofiarować.  Sędzia wykrzyknął: 
“Dwieście  funtów!”, i w tejże samej chwili  szpilka upadła na podstawkę  lichtarza. 

 Pisarz, zapominając o  obecności komornika, zamknął z  trzaskiem swój 

notatnik i sucho  rzekł do Maskewa: 

 - Gratuluję panu! Został pan  dzierżawcą najnędzniejszego  szynku w całym 

księstwie za  czynsz dwustu funtów rocznie.  Komornik nie zwrócił uwagi na  
śmiałość swego pomocnika. Zdjął  perukę i wytarł głowę chustką. 

 - Niech mnie diabli -  powiedział tylko. 
 I tak straciliśmy gospodę. 
 Elzewir uniósł się z krzesła i  myślałem, że rzuci się na  Maskewa niby dziki 

zwierz. Ale  on słowem się nawet nie odezwał  i znowu usiadł z tą  samą  nieruchomą 
twarzą. Być może  słusznie zrobił, bo gdy się  podniósł, Maskew szybko sięgnął  do 
zanadrza swej kamizeli - i  choć rękę cofnął, gdy Elzewir  siadał, na tle białej  koszuli 
dostrzegłem srebrem  okutą rękojeść pistoletu. 

 Komornik, widać zły na siebie,  że dał się z równowagi  wyprowadzić i 

mocnych słów użył,  starał się teraz obojętną  przybrać minę. 

 - Zdaje się, panowie -  powiedział sucho, że jakieś  osobiste sprawy weszły tu 

w grę,  ale nie mam zamiaru ich  dociekać. Dwieście funtów więcej  czy mniej jest dla 
księstwa  Kornwalii jak ugryzienie pchły.  Więc jeśliby pan, panie Maskew,  życzył 
sobie zmienić swój zamiar  i wycofać się z dzierżawy, to  nie będę panu w tym  
przeszkadzał. W każdym razie  dość jeszcze na to czasu, zanim  umowa opatrzona 

background image

zostanie  pieczęcią i przesłana z powrotem  z Londynu. 

 Wiedziałem, że powiedział to,  by wskazać na możliwość  opóźnienia całej 

sprawy z  korzyścią dla Elzewira, bo w  istocie pisarz miał już umowę  naszykowaną, 
starczyło jedynie  wpisać do niej nazwisko nowego  dzierżawcy, wysokość czynszu,  
podpisać ją i opieczętować. 

 Ale Maskew powiedział: 
 - Nie! Interes jest  interesem, a i poczta ze stolicy  do miejsc tak odległych jak 

Moonfleet niepewna. Zatem  dziękuję panu za powierzenie mi  tej dzierżawy i od 
pierwszego  maja ta gospoda w moje ręce  przechodzi. 

 - Niech więc będzie - rzekł  cierpko komornik. - Nie moja to  wina, że płaci 

pan czynsz tak  wysoki, bo księstwo Kornwalii -  tu uchylił kapelusza - nie jest  
pijawką wysysającą krew. Niech  pan wpisze do umowy odpowiednie  cyfry, panie 
Scrutton i  jedziemy. 

 Pan Scrutton, bo tak się widać  pisarz nazywał, poskrzypiał  trochę gęsim 

piórem po  pergaminie, wstawiając  odpowiednie cyfry, po czym pan  Maskew 
skreślił na nim swoje  nazwisko, pan komornik swoje i  pan pisarz swoje, jako 
świadek  podpisu pana komornika; i pan  komornik wyjął z torby małe  szagrynowe 
pudełeczko, a z niego  - wosk i podróżną pieczęć  księstwa Kornwalii. 

 Najlepsza z zimowych świec  ciotki Jane wciąż jeszcze  płonęła w jasności 

dnia, bo  nikomu nie przyszło do głowy ją  zgasić. Pan komornik topił w jej  
płomieniu wosk, póki nie zaczął  skapywać na pergamin, który  zaskwierczał od 
gorąca; i w  końcu pieczęć została  przyłożona. 

 - Podpisane, opieczętowane,  doręczone - rzekł pisarz  zwijając pergamin i 

wręczając  go sędziemu. Ten zaś wsadził  zwój za swą kamizelę - tuż przy  srebrem 
okutym pistolecie,  którym przed chwilą widział. 

 Kareta pocztowa czekała przed  wejściem, konie już grzebały  kopytami o 

kamienie podjazdu i  uprząż brzęczała. Pan pisarz  wyniósł torby podróżne, lecz  pan 
komornik zatrzymał się  chwilę i narzucając płaszcz na  ramiona rzekł do Elzewira: 

 - Co tam, człowieku, niech się  pan tym zbytnio nie przejmuje.  Mogę panu 

oddać gospodę “Pod  syreną” za dwadzieścia funtów  rocznej dzierżawy, a przyniesie  
ona dziesięć razy więcej niż ta  zabita dziura. I syna będzie pan  mógł posłać do 
szkoły w Bryson,  gdzie uczonego z niego zrobią, a  warto, bo to dzielny chłopak. 

 Mówiąc to dotknął mego  ramienia i przyjaźnie na mnie  spojrzał. 
 - Dziękuję waszej wysokości za  dobroć - rzekł Elzewir - ale gdy  raz miejsce 

to opuszczę, nigdy  już swego znaku na drzwiach  żadnej gospody nie wywieszę. 

 Pan komornik wydawał się  urażony, że jego ofertę przyjęto  z takim 

lekceważeniem i wyszedł  z izby rzucając sztywno: 

 - Zatem żegnam pana.  
  Maskew wcześniej się wymknął  i dziecinne nosy odlepiły się  już od szyb 

gospody. Zaraz też  stopniała niewielka grupka ludzi  przyglądających się odjazdowi  
komornika, a nim jeszcze ucichł  stuk końskich kopyt, po całej  wiosce rozeszła się 
wieść,  że  Maskew wygnał Elzewira Blocka z  gospody.  

 Długo siedział Elzewir przy  stole, z głową na dłoniach  wspartą, a i ja się ani  

poruszyłem, bo i mnie smutno  było, że nas stąd wygnano i nie  wiadomo gdzie 
podziać się mamy.  Chciałem też, żeby Elzewir  wiedział, jak bardzo mu  współczuję. 

background image

Lecz młodzi nie  umieją w pełni dzielić smutków z  dorosłymi, choćby nawet bardzo  
się starali - i po jakimś czasie  nie mogłem już wytrzymać tej  dręczącej ciszy. 
Ciemniało i  świeca, która tak dzielnie  przetrwała całą aukcję oraz  ceremonię 
przykładania pieczęci,  dopalała się w lichtarzu. Po  chwili zamigotała, przybladła i  
płomień zgasł, pogrążając nas w  chłodnej marcowej szarości,  przyczajonej dotąd w 
kątach  izby. nie mogłem ścierpieć  dłużej tego ponurego nastroju,  roznieciłem więc 
ogień w  kominku i niebawem jego światło  zatańczyło czerwonym blaskiem w  
cynowych i fajansowych  naczyniach w kredensie. 

 - Co tam, mistrzu Block -  powiedziałem - jeszcze dość nam  czasu do 

pierwszego maja  zostało, zdążymy pomyśleć, co  nam robić należy. Napijmy się  
więc lepiej herbaty i zagrajmy  partyjkę tryktraka. 

 Lecz on nadal siedział  zgnębiony i milczący, a choć  bardzo pragnąłem, żeby 

ze mną  wygrał, i choć co mogłem  robiłem - nie udało mi się tej  właśnie nocy ani 
razu przegrać. 

 I w miarę jak mi szczęście  coraz bardziej sprzyjało,  Elzewir coraz bardziej  

posępniał, aż w końcu zamknął z  trzaskiem tablicę i  przypominając wypisane na niej 
motto rzekł: 

 - Życie jest niby hazardowa  gra, a z pewnością nikt w niej  gorzej nie rzucił 

kośćmi i nie  przegrał więcej niż ja.. 

 

background image

8 -  Wyładunek  

  
...lub niech mą lampę wśród  nocy głębokiej 
  dostrzegną z  wieży samotnej, wysokiej. 
  
 (milton)
  

 Krzywo patrzano tego  popołudnia na sędziego Maskew,  gdy przechodził 

przez wioskę;  mężczyźni rzucali za nim  nienawistne spojrzenia, a  kobiety, cierpkie 
słowa, bo już  wszyscy wiedzieli o jego  postępku i przez wiele dni po  aukcji nie 
ośmielił się nosa z  domu wytknąć. Damen z Ringstave  i inni przemytnicy, których  
zadaniem było mieć go na oku,  mówili, że dwukrotnie jeździł do  Weymouth i 
naradzał się tam z  panem Luckhamem z akcyzy i z  kapitanem Henningiem, który  
dowodził strażą celną  kwaterującą w Nothe. I po trochu  dowiedziano się jakimś 
sposobem,  że Maskew nakłonił urząd celny  do rozprawienia się z  przemytnikami i 
że silny oddział  straży w stałym ma czuwać  pogotowiu, by ich zaskoczyć, gdy  będą 
kontrabandę wyładowywali na  ląd. 

 Trudno mi rzec, czemu to  Maskew tak usiłował przyjść z  pomocą urzędowi 

celnemu, ale  nikt tego nie dociekał.  Niektórzy uważali,  że robił to  z czystej 
złośliwości i chęci  dokuczenia sąsiadom, inni zaś  twierdzili, że znając zalety  
naszego wybrzeża, chciał  najpierw wykazać się wobec  akcyzy wielką gorliwością, a  
później zamierzał całą  kontrabandę w swoje przejąć  ręce. Jakkolwiek by tam było,  
jedno jest pewne: że  sprzymierzył się z ludźmi z  akcyzy; a częściej niż raz  
widziałem go, jak stał na  tarasie swego domu i przez  lunetę patrzył w morze,  
wypatrując lugiera przemytników.  Zwykle dawano skrycie znać  szyprowi, której 
nocy  najbezpieczniej będzie przemyt  na ląd zabrać, i rankiem lub po  południu 
wyznaczonego dnia  statek podchodził do brzegu na  tyle, by go można było przez  
lunetę rozpoznać, później zaś  usuwał się dalej w morze i tam  czekał zapadnięcia 
zmroku. Na  wyładunek wybierano noc  bezksiężycową i możliwie  spokojną, aby 
wiatru wystarczało  akurat na wydęcie żagli. Często  jednak można było i gołym 
okiem  lugier z brzegu dostrzec, a  zdarzało się też, że musiano mu  dać sygnał 
pochodnią, lecz  robiono to możliwie najrzadziej.  Ostatnio panował jednak długi  
okres złej pogody, morze było  wciąż  wzburzone, więc musiano  wyładowywać 
przemyt bez względu  na ryzyko i dobrzem wiedział, że  statki z kontrabandą 
podchodzą  teraz do brzegu nawet w jasne  noce, narażając się na nie lada  
niebezpieczeństwa, chociaż  mówiono, że w naszych stronach  straż celna śpi mocniej 
niż  gdziekolwiek u wybrzeży Kanału. 

 Wieści o poczynaniach Maskewa  doszły i do Elzewira. Uważał on,  że na 

razie trzeba się wstrzymać  od wszelkich działań, choć po  drugiej stronie Kanału 
czekał  przemyt, który trzeba było jak  najszybciej odebrać. Aż pewnego  wieczoru, 
gdy wygrał ze mną w  tryktraka, co go w nieco lepszy  humor wprawiło, odsunął 
pudełko  z kośćmi i zwierzył mi w  zaufaniu: 

 - Szyprowie dali mi znać, że  musimy przyjąć kontrabandę, bo  nie mogą już 

dłużej trzymać  beczek w St. Malo. Teraz, kiedy  ten diabeł z dworu kręci się tu  i 
węszy, nie mogę ryzykować  wyładunku na wybrzeżu Moonfleet  ani przenoszenia 
beczek do  krypty. Więc poleciłem  “Bonawenturze”, żeby jutro po  południu 
wetknęli nos do zatoki,  by Maskew mógł sobie lugier  dobrze obejrzeć, a potem się  

background image

cofnęli, jak to robili już setki  razy. Ale zamiast czekać na  pełnym morzu na 
zapadnięcie  nocy, popłyną prosto pod Hoar  Head, gdzie jest kawałek małej,  
kamienistej mielizny przy  brzegu. 

 Skinąłem głową na znak, że  wiem, gdzie to jest, Elzewir zaś  ciągnął dalej: 
 - W dawnych dobrych czasach,  zanim przekopaliśmy korytarz do  krypty, 

tam zwykle wyładowywano  kontrabandę; jest też tam  niedaleko opuszczony 
kamieniołom  zwany Pyegrove's Hole cały  zarosły i zasłonięty krzewami  tarniny. 
Można w nim ukryć i ze  sto beczek. Więc jutro o piątej  rano będziemy pod Hoar 
Head z  końmi pociągowymi. Wolałbym,  żeby można było nocą, bo do tego  czasu 
słońce już wzejdzie, ale  wcześniej się nie da ze względu  na przypływ. 

 W tym momencie poczułem zimny  podmuch na plecach, jakby z  zewnątrz 

wtargnęło powietrze,  przynosząc woń morza. Obejrzałem  się, by sprawdzić, czy 
drzwi lub  okno czasem się nie otwarło; ale  okno szczelnie zasłaniała  okiennica, 
drzwi zaś zobaczyć  nie mogłem, bo były za  przepierzeniem. Widziałem  jedynie 
górny ich róg i zdawało  mi się, że nie są domknięte.  Więc wstałem, by je zatrzasnąć, 
gdyż chłód panował tej nocy - i  choć uchylone nie były,  przysiągłbym, żem dojrzał, 
jak  zasuwa opada na swoje miejsce.  Rzuciłem się naprzód i w  mgnieniu oka 
wypadłem na ulicę.  Noc była czarna, bez księżyca i  anim nikogo nie ujrzał, ani  
niczego nie usłyszał, prócz  łagodnego szumu fal wylewających  się na brzeg za 
łąkami. 

 Gdy wróciłem do izby, Elzewir  popatrzył na mnie z niepokojem. 
 - Co z tobą, chłopcze? -  zapytał. 
 - Zdawało mi się, że ktoś stał  za drzwiami - odparłem. - Nie  czułeś, 

Elzewirze, zimnego  powiewu, jakby je otwarto? 

 - To tylko ostre nocne  powietrze, bo wiosna tego roku  chłodna - rzekł 

Elzewir i rzucił  polano w ogień, aż sypnęły iskry  - lepiej zamknij drzwi na zasuwę  i 
siadaj. 

 - elzewirze - powiedziałem -  wydaje mi się, że ktoś słuchał  za drzwiami, a 

może inni jeszcze  ukryli się gdzieś w domu. Wezmę  świecę i przeszukam wszystkie  
pokoje, by sprawdzić, czy ktoś  nas nie szpieguje. - Roześmiał  się i powiedział: 

 - To tylko podmuch wiatru  drzwi uchylił, ale rób, jak  chcesz. Kiedy jednak 

zapaliłem  drugą świecę i ruszyłem już na  poszukiwania, wstrzymał mnie  wołając: 

 - Nie, nie puszczę cię samego! 
 Więc we dwóch obeszliśmy cały  dom, ale niczego, nawet myszy,  nie 

znaleźliśmy. 

 Tym bardziej śmiał się z  moich obaw, gdy wróciliśmy do  gościnnej izby. 
 - Czy to nocny chłód sprawił,  że cały drżysz, czy może  boisz się tego 

węszącego łajdaka  ze dworu? Nalej mnie i sobie  mleka Araratu i pójdziemy spać. 

 Już się nauczyłem nie gardzić  dobrym trunkiem i gdy  siedzieliśmy 

pociągając ze  szklanek, Elzewir mówił dalej: 

 - Jeszcze dwa tygodnie i  wygnają nas z tej spokojnej  przystani, i będziemy 

dryfować  po szerokim świecie. Ciężki to  los, bo zamkną się dla mnie na  zawsze 
drzwi tej gospody, gdziem  całe spędził życie, a którą  rodzina moja od stu lat albo i  
dłużej jeszcze trzymała. Ale nie  poddawajmy się czczym smutkom i  nawet z tego 

background image

najgorszego rzutu  kośćmi wyciągnijmy, co się da. 

 Ucieszyły mnie te bardziej  stanowcze słowa, bo w ciągu  ostatnich dni często 

w zadumę  popadał i gnębiła go myśl, że  niebawem już gospodę na zawsze  opuści. 

 - Nie będziemy więcej  szynkarzami - powiedział. - Już  od dawna dosyć tego 

miałem i nie  chcę dłużej patrzeć, jak ludzie  dobry trunek marnują i zmącają  swoje 
głupie łby po to, żeby  moją sakiewkę napełnić. Ale mam  ja, chłopcze, w mieście  
Dorchester conieco, com odłożył,  i starczy nam tego na chleb i  piwo, nawet jeśli i 
dalej  szczęście nie będzie nam w  rzutach kośćmi sprzyjało. Musimy  jednak znaleźć 
jakiś dach nad  głową, gdy drzwi tej gospody  zamkną się dla nas. Najlepiej  będzie 
opuścić to nasze  Moonfleet na czas jakiś, póki  nie znajdzie się sznur na  stryczek dla 
Maskewa. Więc jutro  wieczór, po skończonym  wyładunku, pójdziemy sobie  wzdłuż 
skał aż do Worth i  obejrzymy domek, o którym  powiedział mi Damen. Jest przy  
nim podobno sad i fuksje rosną  pod żywopłotem, niedaleko  stamtąd do gospody 
“Pod  Krabem”, a i widok na morze  dobry. A jak tam zamieszkamy,  nie będziemy 
już składać beczek  w krypcie pod kościołem, ale w  Pyegrove's Hole, póki nie  
zelżeje czujność celnej straży. 

 Milczałem, bom daleko myślami  odbiegł; po chwili odstawił  butelkę i rzekł: 
 - Widzę, żeś zmęczony, więc  lepiej chodźmy spać.  Jutrzejszej nocy może nie

starczyć na to czasu. 

 Prawda, że byłem zmęczony, ale  zasnąć nie mogłem; przewracałem  się w 

łóżku i o wielu sprawach  rozmyślałem, dręcząc się, że  mamy opuścić wioskę. Lecz  
samolubny był to smutek, bo ani  jednej myśli Elzewirowi nie  poświęciłem, 
zapominając, jak  boleśnie odczuwa utratę gospody.  I nawet samego Moonflet nie 
było  mi żal, choć żadnego innego  miejsca na świecie dotąd nie  znałem i chociaż 
wydawało mi się  wówczas - jak i teraz - że tam  tylko warto jest żyć. Gnębiła  mnie i 
dręczyła myśl, że znajdę  asię daleko od Grace Maskew, bo  odkąd do szkoły nie 
chodziła,  jeszcze mi się stała bliższa, a  że trudniej mi teraz było ją  widywać, tym 
większych  dokonywałem wysiłków chcąc to  osiągnąć; spotykaliśmy się w  
przydworskich lasach, a czasem  nawet, kiedy Maskew wyjeżdżał,  przechadzałem się 
z nią po  wzgórzu Weatherbeech. Zrodziło  się między nami dziecinne  uczucie, 
przyrzekaliśmy sobie  wzajemną wierność, nie  rozumiejąc nawet znaczenia tych  
nierozważnych obietnic.  Zwierzyłem Grace wszystkie swe  tajemnice, 
opowiedziałem jej  nawet o kontrabandzie, krypcie  Mohunów i medalionie  
Czarnobrodego, bom był pewny, że  mnie nie zdradzi i niczego ojcu  nie powie. Okno 
jej sypialni  znajdowało się pod samym  szczytem domu i wychodziło  wprost na 
morze; kiedyś, gdy  łódź nasza wracała późną nocą z  połowu, zobaczyłem płonącą w  
nim lampę i nazajutrz  powiedziałem Grace o tym.  Obiecała wówczas, że zawsze w  
zimowe noce płonąć będzie za  szybą jej okna lampa, aby  wskazywać drogę łodziom 
na  morzu. I odtąd światełko to  stało się znane nie tylko mnie,  ale i innym, którzy 
nazywali je  “lampą Maskewa” i mówili, że to  on tam całą noc spędza nad  księgami 
kasowymi i pieniądze  liczy. 

 Dlatego to owej nocy zasnąć  nie mogłem, umęczony myślami o  Grace, aż w 

końcu postanowiłem  pójść rankiem do dworskiego  lasu, spotkać się z nią i  
powiedzieć o tym, co się szykuje  i że wraz z Elzewirem przenosimy  się do Worth.  

 Nazajutrz, a było to  szesnastego kwietnia - dzień,  który zapamiętałem na 

całe życie  - wymknąłem się z lekcji pastora  Glennie i już o dziesiątej rano  
znalazłem się w lesie. 

 Na stoku wzgórza, powyżej domu  Maskewa, był mały dołek w ziemi,  latem 

background image

zarosły zielonym łopianem,  w zimie wypełniony suchymi  liśćmi; mogłem się w nim  
wygodnie ułożyć i z ukrycia dom  obserwować. Tam też owego dnia  poszedłem i 
leżąc na suchych  liściach czekałem na Grace. 

 Ranek był pogodny. Chłód  poprzedniej nocy ustąpił przed  ciepłem słońca, 

które choć  grzało jak latem, miało w sobie  ową miękką, wiosenną świeżość. W  lesie 
prawie że nie czuło się  wiatru, ale z mojego ukrycia  widziałem tumany białego pyłu  
unoszące się na drodze. Drzewa  zieleniły się już świeżymi  pąkami, lecz - 
pozbawione liści  - nie przeszkadzały promieniom  słońca dotrzeć do samej leśnej  
ziemi i rozświetlać żółte  jaskry. Leżałem tam bardzo,  bardzo długo i dla zabicia 
czasu  wyciągnąłem z zanadrza srebrny  medalion, otwarłem go i raz  jeszcze 
przypatrzyłem się słowom  wypisanym na skrawku pergaminu,  choć tyle już razy to 
robiłem,  że znałem je na pamięć. 

 - Wiek ludzki jest lat  siedemdziesiąt... - zacząłem  czytać. Ilekroć brałem ten  

medalion do ręki, myśli moje  wracały do skarbu Mohuna. Nie  mogło być inaczej, bo 
medalion  przypominał mi o moich  przygodach w krypcie, i kpiłem  sam z siebie, że 
tak wtedy byłem  naiwny i spodziewałem się zastać  to miejsce usiane diamentami i  
sztabami złota. I po raz chyba  setny zacząłem wytężać mózg,  chcąc odgadnąć, gdzie 
diament  się kryje, aż w końcu znów  doszedłem do wniosku, że pewnie  gdzieś na 
cmentarzu, bo jak  wieść głosiła, widywano tam  podczas burzliwych nocy  
Czarnobrodego kopiącego wśród  grobów w poszukiwaniu skarbu.  Ale przecież 
mogli to być równie  dobrze przemytnicy, których  widywano tam z łopatami, jak  
przekopywali podziemne przejście  do krypty, i brano ich za duchy,  bo robili to po 
nocach. Głęboko  nad tym wszystkim rozmyślałem,  gdy drzwi domu się otwarły i  
ujrzałem Grace w kapturku na  głowie i z koszyczkiem na leśne  kwiaty w ręku. 

 Czekałem jeszcze chwilę,  patrząc, jaką wybierze drogę, a  gdy poszła ścieżką 

wiodącą na  wzgórze Weatherbeech, puściłem  się jej naprzeciw przez suche  krzewy 
i zarośla. Umówiliśmy się  bowiem, że tylko wtedy, kiedy  jej ojca w domu nie ma, 
będzie  tamtędy chodziła. Zaraz też  spotkałem ją i całą godzinę  spędziliśmy razem 
na wzgórzu,  ale nie powtórzę wszystkiego,  cośmy sobie powiedzieli, bo były  to 
przeważnie rzeczy głupie i  naiwne. Później dopiero Grace  zaczęła mówić o aukcji i 
o tym,  że Elzewir utracił gospodę, i  choć ani słowa przeciw ojcu nie  wyrzekła, 
mogłem się domyślić,  ile jej bólu jego postępki  sprawiały. Tak bardzo żałowała,  że 
Elzewir i ja opuszczamy  Moonfleet, i smutek swój w tak  miły okazywała sposób, 
żem  bardzo był z jej żalu  zadowolony. Dowiedziałem się, że  Maskewa rzeczywiście 
w domu nie  ma, bo go gdzieś nagle wczoraj  w nocy wezwano. Wieczorem  
oświadczył, że pogoda jest  piękna i pójdzie się przejść po  swojej posiadłości, co 
mnie  zdumiało, gdym sobie  przypomniał, jakie panowały  mroki i zimno. Wrócił 
około  dziewiątej i powiedział, że  nagle wezwano go w interesach i  musi zaraz 
jechać do Weymouth.  Siadł na konia i ruszył w drogę,  mówiąc Grace, by go nie  
oczekiwała wcześniej niż za dwa  dni. 

 Nie wiedziałem dlaczego, ale  gdym to usłyszał, stałem się  milczący i 

zamyślony, a że i ona  musiała już wracać, bo stara  gospodyni zarządzająca domem  
mogłaby się niepokoić, więc się  rozstaliśmy. Poszedłem przez las  do wioski i 
kiedym mijał swój  dawny dom, zobaczyłem stojącą w  drzwiach ciotkę Jane.  
Powiedziałem jej “dzień dobry” i  już chciałem biec dalej do  gospody, bo zrobiło się 
późno,  gdy ciotka, która wydawała się w  nieco lepszym niż zwykle  humorze, 
przywołała mnie do  siebie mówiąc, że ma coś dla  mnie. Znikła na chwilę w głębi  
domu, po czym wróciła i  wcisnąwszy mi do ręki mały  modlitewnik powiedziała: 

 - Chciałam ci przesłać ten  modlitewnik razem z ubraniem.  Należał do twej 

background image

biednej matki i  może kiedyś stanie się dla  ciebie takim samym cennym i  kojącym 
balsamem, jakim był dla  tej bogobojnej kobiety. 

 Pożegnała mnie, a ja wsunąłem  do kieszeni małą książeczkę w  czerwonej 

skórze, która  rzeczywiście stała się dla mnie  później niezwykle cenna, ale nie  w ten 
sposób, jaki ciotka miała  na myśli...  

 Tegoż popołudnia opuściliśmy z  Elzewirem gospodę, minąwszy  wioskę 

weszliśmy na wzgórze i  już o zachodzie znaleźliśmy się  na jego grzbiecie. 
Ruszyliśmy  wcześniej niż było poprzednio  ustalone, bo Elzewir dostał  wiadomość, 
że przypływ zwany  Gulderem, na którego fali  “Bonawentura” może podejść do  
brzegu wypadnie o trzeciej, nie  o piątej rano. Dziwny jest ten  Gulder i nawet 
doświadczeni  żeglarze nie mogą jego pory  dokładnie wyliczyć. U wybrzeży  Dorset 
przypływ morza  przychodzi cztery razy dziennie;  dwa razy w czasie przewidzianym  
i dwa - o rozmaitej porze; ten  właśnie niepewny co do czasu  przypływ zwany jest 
Gulderem i  myli wszelkie żeglarskie  rachuby. 

 Około siódmej stanęliśmy na  szczycie wzgórza i mieliśmy  przed sobą 

jeszcze dobrych  piętnaście mil do Hoar Head. Po  półgodzinie zapadł zmierzch, ale  
wieczór nie był taki czarny jak  ostatni, tylko ciemnoniebieski,  i ciepło dnia nie 
ustąpiło wraz  z zachodem słońca - powietrze  pozostało nagrzane i  balsamiczne. 
Zmęczyła nas długa  droga, maszerowaliśmy w  milczeniu i zadowoleni byliśmy  
widząc to tu, to tam białe  kamienie przy ścieżce, bo  wskazywały, że zbliżamy się już 
do nadmorskich skał. Straż celna  znaczyła wapnem kamienie przy  wszystkich 
skalnych drogach,  żeby nie trzeba było błądzić w  ciemne noce. Jeszcze kilka minut  
i doszliśmy do otwartego,  pokrytego murawą miejsca, które,  jak wiedziałem, 
znajdowało się  na szczycie skały Hoar Chead. 

 Jest to najwyższa ze skał  ciągnących się na przestrzeni  dwudziestu mil 

wzdłuż wybrzeża,  między Weymouth a St. Alban's  Head, i sterczy z morza na  
osiemdziesiąt, albo i więcej  sążni w górę, tworząc  prostopadłą kredową ścianę,  
przerwaną na jednej trzeciej  wysokości tarasowatym występem. 

 Ten skalny ganek stanowił  ostateczny cel naszej wędrówki i  choć znajdował 

się wprost pod  nami, wiedziałem, że czeka nas  jeszcze z mila drogi do niego.  
Ruszyliśmy więc ścieżyną  schodzącą ukośnie poprzez linię  skał i znaleźliśmy się 
wreszcie  u celu; spojrzałem w niebo i po  gwiazdach poznałem, że północ  już 
minęła. Znałem to miejsce,  bo kiedyś przyszedłem tu na  jeżyny, których krzewy,  
odsłonięte tylko od południa,  najlepsze w okolicy dawały  owoce. 

 Nie byliśmy sami; zeszło się  już ze dwudziestu mężczyzn,  niektórzy stali w 

grupkach, inni  rozłożyli się na ziemi. Czarne  sylwetki koni pociągowych  wydawały 
się powiększone przez  mrok. Gdy przybyliśmy, głębokie,  basowe głosy 
wymamrotały kilka  słów powitania i znów zaległa  cisza, słychać było tylko  
chrobotanie koni usiłujących  wyrwać jakiś kęs z darni. Nie  pierwszy to raz 
pomagałem  wyładowywać przemyt i znałem tu  prawie wszystkich, ale z nikim  w 
rozmowę się nie wdałem, chcąc  wypocząć do czasu, aż będę  potrzebny. Nie leżałem 
długo,  gdy ktoś zbliżył się do mnie. 

 - No cóż, Johnie? - usłyszałem  głos Ratseya. - Podobno  opuszczacie z 

Elzewirem wioskę?  Sam bym stamtąd chętnie  wyfrunął, ale kto by wówczas  
odprowadzał staruszków na  ostatni spoczynek? Bo takie  czasy nastały, że umarli już 
nie  chcą grzebać umarłych! 

 Bardzo śpiący, małom zwracał  uwagi na jego słowa i zbyłem go  byle czym. 

background image

 - Nikt cię tam, mistrzu nie  będzie trzymał - powiedziałem. -  Inni na twoje 

miejsce się  znajdą. 

 Ale Ratsey nie dawał mi  spokoju i gadał dalej dla samej  przyjemności 

słuchania własnego  głosu: 

 - Nie, moje dziecko, nie  wiesz, co mówisz. Może i  znaleźliby takich, co 

wykopią  grób i nawet go wypełnią; ale  kto tę garść piachu rzuci, gdy  pastor Glennie 
mówi: “niech  idzie ziemia do ziemi”? Wielkiej  trzeba na to umiejętności, żeby  
piasek zaszeleścił po trumnie,  jak należy. 

 Byłem tak senny, że oczy mi  się kleiły i już chciałem go  prosić, by mnie w 

spokoju  zostawił, gdy nagle rozległ się  z dołu cichy gwizd i wszyscy się  poderwali. 
Koniowody stanęli  przy końskich łbach i cała  milcząca, zwarta grupa ludzi i  
zwierząt zaczęła schodzić w dół.  Zanim jeszcze dotarliśmy do  brzegu morza, dał się 
słyszeć  zgrzyt wrzynającego się w żwir  dzioba pierwszej łodzi i zaraz  potem 
trzeszczący po kamykach  krok marynarzy. Wszyscy zabrali  się do wyładunku. 
Dziwny to był  widok: bezładna mieszanina  ludzi, kołyszące się latarnie i  spienione 
fale uderzające o  brzeg, które niejednemu nogi  powyżej butów zalały. I przez  cały 
czas jazgot francuskiej i  holenderskiej mowy, bo załoga  “Bonawentury” w 
większości z  tych krajów pochodziła. Lecz nie  będę się nad tym dłużej  rozwodził, 
bo każdy wyładunek  podobnie wygląda i beczki zawsze  przenosi się na brzeg w ten 
sam  sposób, czy  się za nie płaci  cło, czy nie płaci. 

 Była już chyba trzecia nad  ranem, gdy łodzie z powrotem na  morze 

odpłynęły, a beczki  załadowano na konie i ludzie też  po jednej czy dwie wzięli.  
Wówczas Elzewir, który wszystkim  dowodził, dał znak i ruszyliśmy  gęsiego pod 
górę. Ładunek był  ciężki i odbicie się od wybrzeża  trwało dłużej niż zwykle, a choć  
nic jeszcze nie zapowiadało  bliskości świtu, noc już  poszarzała. 

 Doszliśmy do skalnego występu  i zmierzaliśmy ku ścieżce, która  pięła się 

zakosami dalej w górę,  gdy nagle spostrzegłem, że coś  jakby się poruszyło za kępą  
krzewów. Trwało to jedno  mgnienie i nie zdążyłem  rozpoznać, czy to drgnął jakiś  
człowiek, czy zwierzę lub ptak  przestraszony. Ale inni też to  zauważyli, zaczęto się  
nawoływać, kilku mężczyzn  rzuciło niesione beczki na  ziemię i ruszyło na  
poszukiwania. 

 Oczy wszystkich spoczęły teraz  na ścieżce i w jednej chwili  ujrzano na niej 

pogoń i  zwierzynę. Psami myśliwskimi  byli Damen, Garret i kilku  innych, a 
ściganym zającem -  jakiś starszy człowiek, który  pędził naprzód susami, szybciej  
niż młodzik, bo dobrze wiedział,  kto za nim biegnie, i wiedział  też, że w tym 
wyścigu stawką  jest jego życie. Po sekundzie  znikli w ciemnościach nocy, ale  
zdążyłem w ściganym człowieku  rozpoznać nie kogo innego jak  sędziego Maskewa 
i pomyślałem,  że nie pozostało mu więcej niż  dziesięć minut życia. 

 Głęboko go nienawidziłem, sam  z jego ręki niejednej  doświadczyłem 

krzywdy i znałem  innych, którzy przez niego  cierpieli, ale wtedy życzyłem mu  z 
całego serca, żeby zdołał  zbiec. Ogarnęło mnie przerażenie  i zgroza na samą myśl, 
co go  czeka. Bo jasne było, że na  próżno stara się uciec, że to  ucieczka rozpaczliwa 
i  beznadziejna; kamienista  ścieżyna wspinała się stromo w  górę i miał za sobą 
najszybszych  na wybrzeżu biegaczy. Wszyscy  zatrzymali się i staliśmy  nieruchomo, 
czekając na wynik  pogoni. Spojrzałem na Elzewira.  Jego twarz nie zdradzała ani  
gniewu, ni okrucieństwa -  jedynie spokój i zdecydowanie,  jakby od dawna 
spodziewał się  tego, co za chwilę nieuchronnie  miało nastąpić. 

 Nie czekaliśmy długo; dał się  słyszeć łoskot spadających  kamieni i z 

background image

ciemności wyłoniła  się grupa ludzi prowadzących  Maskewa. Spychali go w dół,  
dwóch mężczyzn trzymało go pod  ramiona, trzeci chwycił z tyłu  kołnierz koszuli. 

 Ten widok o mdłości mnie  przyprawił, jakbym łyknął za  duży niuch dymu z 

fajki, bom  pierwszy raz widział człowieka  obezwładnionego i  sponiewieranego 
przez innych.  Zgubił kapelusz, rzadkie włosy  opadły mu na czoło, zdarto zeń  kurtę i 
w samej był kamizeli;  dyszał straszliwie i zbladł,  może dlatego, że biegł tak  szybko, 
a może - bo takiego się  na nim gwałtu dopuszczono albo  ze strachu, lub ze 
wszystkich  tych powodów razem wziętych. 

 Podniósł się zgiełk głosów  tych zdecydowanych na wszystko  ludzi, którzy 

najzaciętszego  wroga chwycili w swe szpony.  Jedni wołali. - Zatłuc go!  Zastrzelić 
jak psa! powiesić! -  inni zaś żądali, aby go zaraz  ze skały w przepaść rzucić.  
Spostrzeżono pistolet tkwiący w  zanadrzu jego kamizeli - ten sam  srebrem okuty, 
który tak  niedawno obok umowy dzierżawnej  na naszą gospodę spoczywał;  czyjaś 
ręka wyciągnęła go i  cisnęła pod stopy Elzewira  Blocka. 

 Jego głęboki głos opanował  zamieszanie: 
 - Pamiętacie, chłopcy,  jakem  mówił, że nadejdzie dzień  porachunków z tym 

człowiekiem?  Obiecaliście mi wówczas, że nikt  inny, tylko ja się z nim  rozliczę. 
Więc niech niczyja nie  dotknie go ręka, tylko moja, bo  czyż jego los nie jest krwią  
mego syna przypieczętowany?  Zwiążcie mu ręce i nogi i  zostawcie go tu ze mną, a 
sami w  dalszą ruszajcie drogę. Nie ma  czasu do stracenia, bo już jasno  zaczyna się 
robić. 

 Ozwały się stłumione szepty i  pomruki protestu, ale Elzewir,  podobnie jak 

wówczas w krypcie  Mohunów, narzucił im swoją wolę;  łatwo mu ustąpili, bo każdy  
dobrze wiedział, że nie zobaczy  już Maskewa żywego. I wkrótce  cały pochód ludzi i 
koni sunął  dalej stromą drożyną wśród skał.  Trzech nas tylko pozostało na  porosłym 
krzewami skalnym  występie: Maskew, Elzewir i ja. A  u stóp Elzewira leżał pistolet.  

background image

 9 - Sąd o świcie  

 Daj walczyć im, przyjacielu. 
   Zostaw ich, odejdź stąd. 
  Zbyt  sprawy daleko zaszły. 
  Boży  rozsądzi ich sąd. 
  
 (Browning)
  

 Chciałem pójść wraz z innymi,  by nie patrzeć na to, na co bym  patrzeć 

musiał, wiedziałem  bowiem, że nie uda mi się  nakłonić Elzewira, by porzucił  swój 
zamiar. Ale on przywołał  mnie mówiąc, że mogę mu być  potrzebny. Więc zostałem, 
choć  mogłem się domyślić, do jakiego  potrzebuje mnie celu, i choć  spodziewałem 
się czegoś  najgorszego. 

 Maskew siedział na ziemi, ze  związanymi do tyłu rękami, a  skrępowane 

nogi wyciągnął przed  siebie. Zostawiono go tak,  opartego o sterczącą z darni,  
poszczerbioną słotami skałę.  Oczy wbił w ziemię, nie dyszał  już tak ciężko, ale 
wciąż bardzo  był blady. Elzewir stał z  latarnią w ręku i patrzył mu w  twarz; 
dochodził tu jeszcze  odgłos kopyt obładowanych koni,  stąpających stromą drożyną, 
lecz  wkrótce i to umilkło, gdy cały  korowód minął zakręt, zapadła  zupełna cisza. 

 Przerwał ją Maskew. 
 - Rozwiąż mnie, ty łajdaku, i  puść wolno - mówił. - Jestem  sędzią w tym 

hrabstwie i jeśli  zaraz tego nie zrobisz, każę  cię powiesić na szczycie tej  skały. 

 Butne to były słowa, lecz  zabrzmiały, jakby je zły aktor  wypowiedział. I 

przypomniało mi  się, jak raz, kiedy byłem  jeszcze mały, pastor Glennie  kazał mi 
recytować wobec moich  przełożonych wiersze pana  Drydena  opiewające bitwę. 
Taka  mnie wtedy nieśmiałość ogarnęła,  że na płacz mi się zebrało i  ledwie mogłem 
wyjąkać zawarte w  nich krwawe groźby. Podobnie  było z Maskewem: 
wypowiedzenie  tych słów wiele go kosztowało  wysiłku, a jego cienki głos  załamał 
się i wcale nie brzmiał  groźnie. 

 Po chwili odezwał się Elzewir  i mówił stanowczo, lecz bez  srogości, a raczej 

ze smutkiem,  jak sędzia wydający wyrok: 

 - Nie groź mi szubienicą, bo  ani sam na niej nie zawiśniesz,  ani już nikogo 

na nią nie  poślesz. Miesiąc temu przybyłeś  pod mój dach, by śledzić płomień  
topniejącej świecy i czekać, aż  szpilka z niej wypadnie, co da  ci prawo wygnania 
mnie z mojego  domu. Teraz też patrzeć będziesz  na płonącą świecę, do której tak  
samo, o jeden cal od knota  wetknę szpilkę, a kiedy ze  świecy wypadnie, przyłożę ci 
do  głowy twój własny pistolet i  zabiję cię bez chwili namysłu,  jak ropuchę lub 
robaka. 

 Mówiąc to otworzył latarnię,  wyjął z krawata szpilkę z  onyksową główką, 

która już raz  do podobnego służyła celu, wbił  ją w świecę, o jeden cal poniżej  
płomienia, i postawił latarnię  na ziemi. 

 Przeraziło mnie to wszystko  bardziej, niż zdołam wyrazić, i  sprzeczne 

owładnęły mną uczucia,  aż w głowie mi się zakręciło: bo  jeszcze kilka minut temu 

background image

zdawało  mi się, że nie ma dość  straszliwej kary dla Maskewa, a  teraz wszystko się 
we mnie  odwróciło. Pragnąłem, żeby  uszedł z życiem, i ze zgrozą w  sercu na 
Elzewira patrzyłem. 

 Zrobiło już się znacznie  widniej, ale na niebie nie  widniał jeszcze ów 

różowy blask  zapowiadający wschód słońca;  tylko gwiazdy przybladły i  ciemny 
granat nocy stał się  mglisto szary. Zarysowały się  poszczególne kształty, ale jak  
dotąd nic swej właściwej barwy  nie odzyskało. Mogłem już  widzieć skały i ziemię,  
kamienie, krzewy i morze, ale  wszystko to było perłowoszare  albo raczej 
pozbawione koloru; a  najbardziej szara i bezbarwna  była twarz Maskewa. Włosy mu 
się  zmierzwiły, odsłaniając łysinę,  której zwykle widać nie było;  twarz pożłobiły 
głębokie bruzdy,  oczy miał podkrążone. Musiał  przewrócić się w czasie  ucieczki, 
bo jeden policzek  uwalany miał błotem, spod  którego ściekała strużka krwi.  
Opłakany przedstawiał widok i  patrząc na niego przypomniałem  sobie, że to ten sam 
człowiek  wtargnął niedawno do naszej  szkolnej izby i pastora uderzył;  i 
pomyślałem, jak pastor Glennie  spokojnie i cierpliwie zniósł tę  obelgę i siadł za 
swym biurkiem,  podczas gdy z jego policzka  spływała taka sama cienka  strużka 
krwi. 

 Długą chwilę nie odrywał  Maskew oczu od ziemi, w końcu  podniósł je i 

popatrzył na mnie  pustym, a zarazem szukającym  litości wzrokiem. Nigdy dotąd  nie 
zauważyłem w jego rysach  podobieństwa do Grace ani w  rysach Grace 
podobieństwa do  niego; ale teraz, gdy na mnie  spojrzał, było coś z niej w  jego 
twarzy, choć tak  zmienionej, aż wydało mi się, że  to ona spoza oczu ojca na mnie  
patrzy. I jeszcze bardziej żal  mi się go zrobiło, i czułem, że  nie wytrzymam, że nie 
będę mógł  bezczynnie patrzeć na jego  śmierć. 

 Elzewir wbił szpilkę w świecę,  lecz latarni nie zamknął, a choć  wiatru nie 

było, lekki powiew  idący od morza przechylił  płomień i łój skapywał z jednej  tylko 
strony, z której wbita  była szpilka, tak, że wkrótce  niewiele już nad nią świecy  
zostało. Płomień bladł coraz  bardziej w gęstniejącym porannym  świetle, lecz 
błyszczał  nieprzerwanie i wiedziałem już,  że najdalej za kwadrans szpilka  ze świecy 
wypadnie. Maskew to  samo musiał sobie myśleć, bo  oczu ze świecy nie spuszczał. 

 W końcu znów się odezwał, ale  nie było już w jego słowach  śmiałości, a 

cienki głos jeszcze  stał się cieńszy. Poniechał  gróźb i żebrał teraz żałośnie o  
darowanie mu życia. 

 - Oszczędź mnie - mówił -  oszczędź mnie - panie Block. Mam  jedyną córkę, 

małą dziewczynkę,  a ona nikogo prócz mnie nie ma  kto by jej strzegł i bronił.  
Chcesz ją jedynego opiekuna  pozbawić i w świat wygnać?  Chcesz, by jej moje 
skrwawione  ciało przyniesiono? 

 - A czy ja nie miałem jedynego  syna i czy mnie nie przyniesiono  jego 

skrwawionego ciała? - rzekł  Elzewir. - Czyj to pistolet w  twarz mu wypalił i życia 
go  pozbawił? Nie wiesz tego może?  Ten sam, który ciebie na tamten  świat wyśle! 
Więc z Bogiem się  pojednaj, jeżeli umiesz, bo  mało ci już czasu na to zostało. 

 Poniósł z ziemi pistolet,  odwrócił się tyłem do Maskewa i  zaczął powoli 

krążyć wśród  zarośli. 

 To, co Maskew o swej córce  mówił, podsyciło jeszcze gniew  Elzewira, bo 

przypomniało mu o  Dawidzie, ale mnie głęboko do  serca zapadło. I jeśli przedtem  
ze zgrozą myślałem, że będę  musiał bezsilnie patrzeć na  morderstwo, które na moim 
bliźnim zostanie dokonane, to  teraz tysiąckroć okrutniejsze mi  się to wydało. A 
gdym wspomniał  o Grace i o tym, jakie ów czyn  dla niej będzie miał następstwa,  

background image

krew zatętniła mi w skroniach,  zerwałem się i pobiegłem za  Elzewirem, 
przedkładając mu, by  zamiaru swego poniechał. 

 Wciąż jeszcze krążył po  zaroślach i gdy go dopadłem,  pozwolił mi mówić, 

uważnie  słuchając moich szybko i  bezładnie wyrzucanych słów. 

 - Czułe masz, chłopcze, serce  - powiedział w końcu - i dlatego  tak cię 

miłuję. A jeśli ja w  nim pierwsze zajmuję miejsce,  nie czuję żalu, gdy i innych w  
nim mieścisz, choćby to nawet  mieli być nasi wrogowie.  Chciałbym dla spokoju 
twej duszy  uczynić, o co prosisz. W  pierwszym porywie gniewu, gdy  schwytano 
tego człowieka, jak  knuł zdradę, myślałem, że łatwo  mi przyjdzie przerwać jego 
podłe  życie. Lecz teraz ostudziło mnie  to poranne powietrze i przeciw  swej woli 
uczynię, jeśli  zastrzelę tego przelękłego,  skrępowanego psa, choćby mi  nawet 
dwudziestu synów  zamordował. Zastanawiałem się,  czy mógłbym go oszczędzić, 
aby  ta męka czekania śmierci raz na  zawsze była mu nauką. Bo każdy  nędzny 
tchórz śmierci się boi i  czekając jej, sto razy umiera.  Ale nie ma wyjścia. Jego życie  
na jednej szali leży, a na  drugiej - życie wszystkich  naszych ludzi. Oni go w moich  
zostawili rękach, dobrze  wiedząc, jak się z nim policzę.  Mam ich szukać i puścić go  
wolno, aby mógł wszystkich  kiedyś powywieszać? Nie, tak się  stać nie może. 

 Ale wciąż błagałem Elzewira,  żeby darował Maskewowi życie;  uwiesiłem 

się jego ramienia,  starałem się, jak mogłem  przekonać go, byle tylko zmiękł  i 
zemsty zaniechał. Lecz on  odsunął mnie od siebie i choć  wiedziałem, że wzdraga się 
przed  tym, co ma uczynić, pojąłem, że  nie odstąpi od tego, co raz  postanowił. 

 Wróciliśmy do miejsca, gdzie  Maskew siedział na darni, tak  jak go 

zostawiliśmy. Udało mu  się tylko wyciągnąć jakoś  zegarek, który leżał teraz przy  
nim na ziemi, przyczepiony do  kamizelki czarną jedwabną  wstążką. Tarcza zegarka 
zwrócona  była do góry i zerknąwszy na nią  przekonałem się, że jest już  piąta. 

 Zbliżał się świt i choć wschód  zasłonięty był skałami, na  zachodzie, nad 

całym Portlandem,  niebo płonęło rdzawo miedzianym,  złotym odblaskiem. Świeca  
dopalała się już i główka  szpilki leciutko opadła ku  dołowi, podobnie jak miesiąc  
temu. Wiedziałem, że zbliża się  ostatni akt. 

 Maskew też to wiedział, i raz  jeszcze słowami tak gwałtownymi,  że trudno 

je powtórzyć, wezwał  Elzewira, by mu życie darował.  Wił się cały, jakby chciał swe 
związane ręce zza pleców wydobyć  i błagalnie wznieść w górę.  Ofiarowywał 
Elzewirowi  pieniądze, tysiąc funtów i pięć  tysięcy, i dziesięć - byle go  oszczędził i 
wolność mu darował.  Zaklinał, że odda nam gospodę,  że Moonfleet na zawsze 
opuści;  pot ściekał po jego pooranej  twarzy, aż wreszcie słowa  zagłuszył szloch, 
łkać począł  zdjęty nikczemnym strachem,  żebrząc o darowanie życia. 

 Ale jakby do głuchego mówił,  niczym sędziego swego nie  poruszył, Elzewir 

odciągnął  kurek pistoletu i podsypał proch  za całą odpowiedź. 

 Zamknąłem oczy, uszy zatkałem  palcami, by nie widzieć i nie  słyszeć tego, 

co nastąpi. I  prawie natychmiast znów ręce  opuściłem, bo wytrzymać nie  mogłem, 
chcąc za wszelką cenę  nie dopuścić do tego, co się  stać miało. 

 Maskew jęczał teraz  straszliwie i czasem okrzyk z  siebie wydał, jakby 

myśląc, że  prócz Elzewira i mnie jeszcze  ktoś znajduje się w pobliżu, kto  go 
usłyszy, i jakby na pomoc go  przyzywając. Pierwsze promienie  słońca odbiły się w 
jakimś  oknie, gdzieś na odległej wyspie  Portland; zamigotało światełko  latarni i 
szpilka ze świecy  wypadła. 

 Elzewir spojrzał prosto w  twarz Maskewa i podniósł  pistolet, ale zanim 

background image

zdążył  wycelować, skoczyłem na niego  jak dziki kot z krzykiem i  uczepiłem się 
jego ramienia.  Nierówna to była walka, bo choć  nad wiek rosły i krzepki, miałem  
przeciw sobie jednego z  najsilniejszych ludzi; ale moim  ramionom przydało sił 
głębokie  wzburzenie, jego zaś osłabione  były zwątpieniem w słuszność  tego co 
czyni. Z wysiłkiem  uwolnił się ode mnie i podczas  naszego zmagania pistolet  
wypalił w powietrze. 

 Odsunąłem się od Elzewira,  drżący z wysiłku, ale  zadowolony, bom 

spostrzegł, z  jaką ulgą przyjął Maskew tę  krótką chwilę odraczającą  wykonanie 
wyroku. Jakby wraz z  wystrzałem spadła mu z twarzy  maska przerażenia i odzyskał  
dawną pewność. Podniósł oczy ku  szczytom skał i pomyślałem, że  pewnie w niebo 
tak z  wdzięcznością spogląda. 

 W tejże chwili zaszło coś  nieoczekiwanego: nim echo  wystrzału 

przebrzmiało w ostrym  porannym powietrzu, wydało mi  się, żem posłyszał odległe  
nawoływania, i rozejrzałem się  chcąc zbadać, skąd dochodzą.  Elzewir też patrzał 
dokoła,  zapomniawszy wyłajać mnie za to,  że z mojej przyczyny chybił,  Maskew 
dalej spoglądał w górę na  skały; tymczasem zaś przybliżały  się zmieszane, 
rozlegające się z  różnych stron nawoływania.  Dochodziły teraz wyraźnie ze  szczytu 
skały i tam też  zwróciliśmy oczy. W jednej  chwili ze dwadzieścia postaci  ukazało 
się na grzbiecie skały,  wysoko nad naszymi głowami.  Niebo za nimi było różowe,  
rozświetlone ostrym blaskiem  wczesnego ranka; stali odcinając  się od tego tła, 
czarni, jak  sylwetka mojej matki zawieszona  nad kominkiem w bawialni ciotki  
Jane. Poznałem wysokie czapy  żołnierzy trzynastego batalionu.  Promienie słońca 
okalały ich  kształty i odbijały się d lufach  rusznic. 

 Teraz pojąłem wszystko:  oddział ten czekał na nas w  zasadzce. Elzewir też 

się tego  domyślił. 

 - Poddajcie się rozkazem  króla! Schwytaliśmy was! -  krzyknął któryś z nich. 
 - Jesteśmy zgubieni - zawołał  do mnie Elzewir. - To zasadzka  na nas! Ale 

jeśli zginąć mamy,  niech ten zdrajca ginie  pierwszy! 

 I wycelował w Maskewa, by mu w  głowę wypalić. 
 - Strzelajcie szybciej, do  diabła! - wrzeszczał sędzia. -  On mnie zaraz zabije! 
 Wzdłuż linii czarnych sylwetek  przebiegł błysk ognia, rozległ  się suchy 

trzask salw, niby  grzmot nadciągającej burzy, i -  plask, plask - kule potoczyły  się po 
darni. Zanim Elzewir  zdążył wystrzelić, Maskew z  jękiem runął na ziemię; pośrodku 
jego czoła widniała mała  czerwona dziura. 

 - Biegnij za skałę - krzyknął  do mnie Elzewir. - Schroń się za  nią, tam cię 

nie dosięgną! 

 I sam ruszył ku kredowej  ścianie. Lecz ja upadłem na  kolana, jak podcięte 

siekierą  drzewko, bo poczułem ostry ból w  lewej nodze. Elzewir obejrzał  się. 

 - Ciebie także trafili? -  zawołał, podbiegł do mnie i  wziął na ręce jak 

dziecko. Znowu  błysnęło i znów pociski plaskały  po darni. Ale tym razem żaden  
swego celu nie dosięgnął;  leżeliśmy przyciśnięci do skały,  dysząc ciężko - ale 
bezpieczni.  

 

background image

10 -  Ucieczka  

 ...Jak straszno! 
  Jak  zawrotnie, gdy okiem rzucić tam  w dół! 
  ...nie spojrzę już, 
  bo  mózg mi się przekręci. 
  
 (szekspir)
  

 Kredowe skały jak szaniec  osłaniały nas przed  nieprzyjacielem; i choć paru  

żołnierzy ściągnęło z ramion  rusznice i starało się trafić  nas z boku, nie mogli 
dostrzec  swej zwierzyny i strzelali na  oślep. Byliśmy więc bezpieczni.  Ale na jakże 
krótko! Bezpieczni  - póki nie zechce im się zejść  tu i nas pojmać; bezpieczni - a  u 
naszych stóp leży zabity  człowiek i pistolet, z którego  padł strzał. 

 Elzewir pierwszy się odezwał. 
 - Czy możesz stanąć, Johnie? -  zapytał. - Czy kość jest  złamana? 
 - Nie, nie mogę stanąć -  odparłem. - Jakby czegoś w nodze  brakło i krew 

spływa do buta. 

 Ukląkł i odwinął mi  pończochę; a choć lekko nogi  dotknął, poczułem ostry 

ból, bo  wracało w niej czucie po  pierwszym odrętwieniu  spowodowanym przez 
postrzał. 

 - Strzaskaną masz nogę, ale  słabo krwawi - rzekł Elzewir. -  Za mało czasu, 

by ją teraz wziąć  w łupki, więc tylko obwiążę ci  ranę chustką. A gdy to będę  robił, 
słuchaj uważnie, co  powiem, i sam zdecyduj, jak  postąpić mamy. 

 Skinąłem głową i wargi  zagryzłem, by ukryć ból, on zaś  mówił dalej: 
 - Mamy kwadrans czasu, zanim  żołnierze tu zejdą. Ale zejdą na  pewno i jak 

myślisz, czy uda nam  się zachować życie i wolność,  gdy ujrzą tego truposza, co przy 
nas leży? - wskazał palcem ciało  Maskewa. - Dobrze, iż to nie  moja ręka na sąd 
ostateczny go  posłała, więc choć przez ciebie  ładunek zmarnowałem, w powietrze  
strzelając, nie winię cię za to.  Jedno, co zrobić możemy, to  czekać tu, aż po nas 
przyjdą;  potrafię sprzątnąć paru z nich,  zanim mnie zabiją. Ale ty, z  przestrzeloną 
nogą, walczyć nie  możesz, żywcem cię wezmą i  zatańczysz w powietrzu na  
szubienicy w dorchesterskim  więzieniu. 

 Doskwierał mi ból i gorycz w  sercu poczułem na myśl, jaki to  marny czeka 

mnie koniec. Alem  tylko westchnął, życząc sobie  gorąco, żeby Maskew do życia  
wrócił, żeby moja noga znów  była cała i zdrowa i żebym mógł  znaleźć się teraz w 
gospodzie  lub chociażby w ciotczynej  bawialni i słuchać kazań doktora  Sherlocka. 

 Elzewir posłyszał to  westchnienie, spojrzał na mnie i  widząc mój smutek, 

starał się  robić dobrą minę do złej gry. 

 - Daruj mi, chłopcze -  powiedział - jeśli moje słowa są  zbyt szorstkie. Jest 

jeszcze  inne wyjście i moglibyśmy zeń  skorzystać. Gdybyś miał obie  nogi całe, nie 
wahałbym się ani  chwili, ale teraz wydaje mi się  to niemal szaleństwem. Jeśli się  

background image

jednak nie ulękniesz -  popróbuję. 

 Tam, gdzie się ten występ  skalny kończy, poza miejscem, z  którego droga 

dla koni schodzi  w dół, o niespełna sto jardów  stąd, zaczyna się stroma, idąca  
ostrymi zakosami ścieżyna, która  prowadzi na skałę. Pasterze zwą  ją Zygzakiem i 
nawet owce z niej  spadają. Jednemu tylko  człowiekowi, jak słyszałem,  udało się 
przejść tamtędy.  Działo się to pół wieku temu,  nazywał się Jordan, był  
przemytnikiem i straż celna  deptała mu po piętach. Ten, co  tę ścieżkę wybiera, 
ryzykuje  wszystko, musi mieć silne nogi i  mocną głowę, a raniony ptaszek  jak ty 
może się na taki lot nie  odważy. Jeśli jednak życie swe  zechcesz na tym cienkim 
powiesić  włosku, zaniosę cię na rękach,  lecz w miejscach zbyt wąskich  będziesz 
musiał czołgać się i  wlec za sobą zranioną nogę. 

 Było to wyjście rozpaczliwe,  ale wydało mi się, jakbym  poprzez gęste 

chmury dojrzał  skrawek błękitu. 

 - Tak - powiedziałem -  chodźmy tam szybko - drogi  mistrzu Elzewirze! A 

jeśli nawet  spadniemy, to i tak lepiej o  skały się roztrzaskać niż czekać  tu, aż nas do 
więzienia zawloką. 

 Spróbowałem stanąć, bom  pomyślał, że będę mógł iść  choćby kulejąc. Ale 

nic z tego,  upadłem z jękiem bólu na ziemię.  Elzewir podniósł mnie, wziął na  ręce, 
tak że twarz miałem nad  jego ramieniem, i ruszył w  kierunku owczej ścieżki. Gdy  
przemykaliśmy tuż pod skałą,  zobaczyłem Maskewa leżącego  wśród zarośli z twarzą 
zwróconą  ku porannemu słońcu. Pośrodku  jego czoła widniała czerwona  dziura, z 
której wąska strużka  krwi ściekała na murawę. 

 Taki widok każdym by  wstrząsnął i może bym nawet i  zemdlał, ale czasu na 

takie  rzeczy nie stało, bo już  doszliśmy do krańca skalnego  występu. Elzewir złożył 
mnie na  chwilę, by zebrać się w sobie  przed czekającym go trudem;  niejeden z 
najodważniejszych  ludzi mógłby się zawahać przed  podobnym zadaniem i gdy  
spojrzałem na pnący się w górę  Zygzak, pomyślałem, że należało  raczej zostać i dać 
się pojmać  żołnierzom, a nie puszczać w tę  przerażającą drogę, bo  niechybnie na 
skały spaść  musimy. Była to początkowo dość  nawet szeroka skalna ścieżyna,  ale 
po kilku krokach zwężała się  tak bardzo, że stanowiła  zaledwie jaśniejszy nieco ślad 
na szarobiałej kredowej  powierzchni; niebawem ostro  skręcała w górę i raz jeszcze  
przecinała skalną ścianę o sto  stóp wyżej, wprost nad naszymi  głowami. Doszedł 
mnie zapach  zgnilizny, rozejrzałem się i  zobaczyłem w pobliżu  rozkładające się 
ciało owcy. 

 - Pfuj! - rzekł Elzewir. -  Biedne zwierzę, pewnie  pośliznęło się i spadło. 
 Zły to był omen i głośnom tak  powiedział, błagając Elzewira,  żeby mnie tu 

zostawił, a sam  szedł dalej, bo może chłopcu jak  ja więcej okażą litości. 

 - Nie gadaj głupstw! -  wykrzyknął. - Nie trać ducha!  Już za późno się cofać. 

Mamy  piętnaście minut, które wygrać  możemy lub przegrać; jeśli uda  nam się w 
tym czasie wdrapać na  szczyt skały, zyskamy całą  godzinę, a może i więcej, bo  tyle 
im zabierze szukanie nas na  dole. Maskew też ich chwilę  zatrzyma, gdyż na pewno 
będą  próbowali wrócić do życia tak  poczciwego człowieka. Jeśli zaś  spadniemy - to 
spadniemy razem,  a nawet wtedy na dudków byśmy  ich wystrychnęli, bo nie wezmą  
nas żywcem. Więc zamknij oczy i  nie otwieraj, póki ci nie  powiem. 

 Wziął mnie znów na ręce, a ja  mocno zacisnąłem powieki.  Wyrzucałem 

sobie słabość serca i  ani słowem nie zdradziłem, jak  bardzo noga mnie boli. 

 Poznałem wkrótce z odgłosu  kroków Elzewira, że zeszedł już  z darni i stąpa 

background image

po kredowej  skale. Wątpię, czy w całej  Anglii znalazłbyś pół tuzina  śmiałków 
gotowych puścić się tą  ścieżyną, nawet gdyby mogli iść  niczym nie obciążeni, a na 
pewno  nikt inny nie poważyłby się na  to, gdyby miał jeszcze dźwigać  rosłego 
chłopca na ramionach.  Ale Elzewir zdecydował się bez  wahania, bez jednego 
próżnego  słowa; szedł powoli i czułem,  jak szuka stopą pewnego oparcia,  zanim ją 
mocno oprze na skale. 

 Milczałem, by nie przeszkadzać  mu w jego straszliwie ciężkim  zadaniu; 

wstrzymywałem nawet  oddech, unikając najlżejszego  choćby ruchu. Posuwał się tak 
czas jakiś, który mnie wydawał  się nieskończenie długi, gdy  naprawdę upłynęła 
tylko minuta  lub dwie. Owiewał nas coraz  chłodniejszy wiatr, przed którym  tam w 
dole skały nas poprzednio  chroniły. Ścieżka wspinała się  wciąż bardziej i bardziej  
stromo, Elzewir zaś szedł coraz  to wolniej. 

 - Zatrzymam się teraz, Hohnie  - rzekł w końcu - ale nie  otwieraj oczu, póki 

nie złożę  cię na ziemi i nie powiem, że  już możesz to zrobić. 

 Opuścił mnie delikatnie, tak  że od razu znalazłem się na  czworakach, a on 

mówił dalej: 

 - Ścieżka jest tu zbyt wąska,  żebym cię mógł nieść; będziesz  musiał 

przeczołgać się przez  zakręt, który mamy przed sobą.  Ale pamiętaj opierać dłonie  
jedna przy drugiej i przylegać  całym ciałem do skały, bo nie ma  tu miejsca na tańce 
z hołubcami.  Nie spuszczaj też oczu ze  skalnej ściany, nie spoglądaj w  dół ani na 
morze. 

 Dobrze, że mi powiedział, co  czynić i dobrze, żem go  usłuchał; bo gdy oczy 

otwarłem,  przekonałem się, nawet nie  odrywając ich od skały, że  występ ma tu nie 
więcej jak  stopę szerokości i lada  przechylenie grozi mi upadkiem w  przepaść. 
Czołgałem się naprzód  i wiele cennych minut zabrało mi  przebycie tych dziesięciu 
jardów  pierwszego zakosu ścieżki;  strzaskana noga bardzo mi  ciążyła i wlokąc ją za 
sobą  odczuwałem dotkliwy ból, który  starałem się ukryć. Lecz  Elzewir, 
zapominając, jak bardzo  cierpię, nawoływał: 

 - Spiesz się, chłopcze,  spiesz, jak możesz, bo czas  upływa! - słaby ma 

człowiek  charakter, bo choć dobrzem  wiedział, że Elzewir więcej  czyni dla 
uratowania mi życia,  niż ktokolwiek mógłby się na to  zdobyć, i jest jedynym w 
świecie  człowiekiem, na którym mogę  polegać, jednak to, że zapomniał  o moim 
bólu, rozdrażniło mnie i  omal mu w gniewnych słowach nie  odpowiedziałem, alem 
zdusił je w  sobie i czołgałem się dalej w  milczeniu. 

 Po chwili kazał mi się  zatrzymać, bo ścieżka  rozszerzała się nieco i znowu  

mógł mnie wziąć na ręce. Ale oto  nowa powstała trudność, gdyż  ściana skalna tak 
blisko ścieżki  podchodziła, że nie starczało  miejsca, by mógł mnie przez  ramię 
przerzucić. Położyłem się  więc płasko twarzą do ziemi,  Elzewir zaś przeszedł nade 
mną,  opierając stopę na moich  plecach, i gdy znalazł się na  przedzie, przyklęknął, a 
ja  wdrapałem się na jego plecy i  zarzuciłem mu ręce na szyję.  Niósł mnie teraz na 
barana.  Znowu zamknąłem oczy i  posuwaliśmy się coraz to wyżej,  coraz 
chłodniejszy też owiewał  nas wiatr. 

 Doszliśmy do ostatniego zakosu  ścieżki i Elzewir powiedział, że  raz jeszcze 

musi mnie na ziemi  położyć. Opuścił się na kolana i  ręce, a ja zsunąłem się z jego  
pleców na ścieżkę. Obaj szliśmy  teraz na czworakach, Elzewir  pierwszy, ja za nim. 
Przestałem  na moment uważać, oderwałem  wzrok od skalnej ściany i  spojrzałem w 
dół. Daleko przede  mną widniało niebieskie morze  rozmigotane blaskiem jak  
oślepiające zwierciadło;  zobaczyłem mewy tuż przy  kredowej skale i przypomniało 

background image

mi  się wzdęte ciało owcy, która  może z tego właśnie miejsca  spadła; i nagle zdjęły 
mnie  mdłości, pociemniało mi w  oczach, zakręciło się w głowie  i pewny byłem, że 
muszę zlecieć  w dół. 

 Zawołałem na Elzewira, a on,  odgadując, co się ze mną dzieje,  kazał mi 

przekręcić się na bok i  przycisnąć brzuchem do ściany.  Trudno pojąć, jak mógł tego  
dokonać w tak wąskim przesmyku,  dość, że się obrócił i leżąc na  ziemi, mocno 
przycisnął mnie  dłonią do skały. Gdyby tego  szybko nie zrobił, gdyby mnie z  
całych sił nie chwycił,  rzuciłbym się niechybnie w  przepaść z samej rozpaczliwej  
chęci uwolnienia się od tego  okropnego, mdlącego uczucia. 

 - Miej oczy zamknięte, Johnie  - rzekł - i rachuj głośno, żebym  wiedział, czy 

ci się znów słabo  nie zrobiło. 

 Więc zacząłem liczyć: “raz,  dwa, trzy”, a gdym to robił,  posłyszałem, jak 

sam do siebie  szepcze: 

 - Dziesięć minut zabrało nam,  żeby się dostać do tego miejsca;  oni za pięć 

minut będą już na  skalnym ganku. A jeśli nawet  wdrapiemy się na szczyt, kto  wie, 
czy nie zostawili tam  strażnika?... Ale nie, nikogo  nie zostawili, bo nikt nie wie o  tej 
owczej ścieżce; a nawet  jeśli wiedzą, nie będą  przypuszczać, że odważyliśmy się  iść 
tędy. Jeszcze pięćdziesiąt  jardów i wygralibyśmy, tylko że  ta przeklęta słabość 
naszła  chłopca i na pewno spadnie i  mnie za sobą pociągnie. A mogą  też z dołu nas 
spostrzec i  ustrzelić jak nurzyki, co na  skale przysiadły. 

 Tak do siebie mówił, ja zaś  dałbym wszystko, byle tylko móc  zebrać w sobie 

odwagę i czołgać  się dalej; ale na nic, obleciał  mnie śmiertelny strach i  trzymał, aż 
pot ze mnie ciekł.  Dalej leżałem twarzą przy skale,  a Elzewir mocno przyciskał mnie 
do niej. Przerażało mnie  najbardziej, że nie ma tu  niczego, za co mógłbym chwycić;  
żeby choć znalazł się jakiś  kawałek sznurka, bodaj niteczka,  coś, co by dawało 
złudzenie, że  można za to złapać - to myślę,  że zdołałbym posuwać się dalej.  Ale 
była tam tylko skalna  ściana, naga i biała, i ta  najwęższa w świecie drożyna,  żadnej 
szczeliny, o którą choć  palec zahaczyć. Wiatr dął  porywistymi podmuchami i nawet  
nie otwierając oczu wiedziałem,  że przegina kępy traw; gniewne  krzyki mew 
wydawały się  nakłaniać, bym uwolnił się  wreszcie od strachu i bólu - i  skoczył w 
skalistą przepaść.  

 Wtedy odezwał się Elzewir. 
 - Johnie - powiedział - nie ma  czasu na babskie słabości.  Jeszcze minuta 

tego dobrego i  jesteśmy zgubieni. Weź się w  kupę, nie spuszczaj oczu ze  skały i 
ruszamy naprzód. 

 Lecz nie byłem w stanie się na  to zdobyć. 
 - Nie, nie mogę, nie mogę -  odparłem. - Jeśli otworzę oczy,  jeśli choć ręką 

lub nogą ruszę,  od razu w dół spadnę. 

 Milczał sekundę i rzekł: 
 - Musisz się stąd ruszyć, a  lepiej teraz zaryzykować, niż  później zlecieć na 

pewno z  jeszcze jedną kulą w ciele. 

 To rzekłszy zdjął ręką z moich  pleców, chwycił mnie za kołnierz  i zaczął 

posuwać się tyłem,  wlokąc mnie za sobą. 

 Byłem otumaniony przez strach,  sam bym się o jeden cal nawet  nie poruszył 

i bałem się, że  jeśli tylko oczy otworzę, zaraz  spadnę. Elzewir zaś, mimo swej  

background image

niezwykłej siły, nie zdołał   wlec mnie za sobą, czołgając się  tyłem, tym bardziej, że 
ciążyłem  mu jak bezwładna bryła. Puścił  mnie więc z jękiem rezygnacji i  w tym 
właśnie momencie rozległy  się pod nami okrzyki i  nawoływania. 

 - Przebóg, już są na dole! -  krzyknął - już znaleźli ciało  Maskewa! Teraz 

albo nigdy!  Jeszcze chwila i nas dostrzegą. 

 Dziwne moce ukrywa w sobie  duch ludzki i ciało, a siła  większego strachu 

zwalczającego  mniejszy jest tak wielka, że  gdym usłyszał te głosy,  natychmiast 
opuściła mnie obawa  upadku; przestało mi się kręcić  w głowie, otworzyłem oczy i  
zacząłem, jak mogłem  najszybciej, czołgać się na  łokciach i kolanach. Elzewir  
myślał przez chwilę, żem oszalał  i chcę rzucić się na skały, lecz  gdy zobaczył, że już 
czuję się  lepiej, sam zaczął się tyłem  czołgać, szepcząc do mnie cicho: 

 - Dzielny chłopak! Jeszcze  tylko do tego zakrętu i znów  wezmę cię na ręce. 

Jeszcze  tylko pięćdziesiąt jardów i  wymkniemy się tym diabłom! 

 Znowu usłyszeliśmy okrzyki,  lecz już znacznie dalej i nie  tak głośne; nasi 

prześladowcy  schodzili zapewne z ganku  skalnego na wybrzeże, myśląc, że  
ukryliśmy się gdzieś nad morzem. 

 I w pięć minut później  Elzewir, niosąc mnie na plecach  wszedł na 

wierzchołek skały. 

 - Wygraliśmy ten rzut kośćmi -  powiedział - i przez godzinę  będziemy 

bezpieczni. A już  myślałem, że przepadniemy przez  tę twoją słabą głowę! 

 Położył mnie delikatnie na  sprężystej trawie, sam się obok  wyciągnął, 

rozprostował ramiona  i dyszał ciężko, wypoczywając po  ogromnym wysiłku.  

 Wciąż jeszcze był ranek;  daleko pod nami widniała  ruchliwa płaszczyzna 

morza, nad  którym unosiły się srebrnoszare  mgły pozostałe po nocy.  Poszarpana, 
falista linia skał,  pełna występów, uskoków i  zapaedlin, ciągnęła się w stronę  
południa i kończyła o dziesięć  mil od nas wysoką, prostopadłą  ścianą zwaną St. 
Alban's Head.  Kredowe skały lśniły białością,  morze było przy brzegu brunatne,  
lecz dalej miało najczystszą  niebieską barwę, a na  rozbłyskujące jak świecidełka  
fale, podobne do ogromnych  rybich łusek, kładła się smuga  słońca. 

 Gdym znów oparł stopy na  pewnym gruncie, tak wielką  poczułem ulgę i 

radość z udanej  ucieczki, żem zapomniał o bólu i  nieszczęsnej nodze. Leżałem  
chwilę grzejąc się w słońcu, a  wiatr, który jeszcze tak  niedawno mógł mnie 
zdmuchnąć ze  skały, wydał mi się teraz  łagodnym powiewem, rześkim  oddechem 
przyjaznego morza. Ale  trwało to tylko krótką chwilę;  wróciła i wzmogła się udręka  
niepewności i z troską myślałem,  co się z nami stanie. Jakże  wszystko przeciw nam 
się  obracało w ciągu ostatnich dni!  Po pierwsze straciliśmy gospodę,  a już to samo 
było straszne; po  drugie - straż celna wie, że  jesteśmy przemytnikami, a być  może i 
mordercami; po trzecie -  mam strzaskaną nogę, co tak  utrudnia nam ucieczkę. Lecz  
najgorsze ze wszystkiego to ta  szara twarz zwrócona ku  porannemu słońcu, która 
wciąż  powracała mi przed oczy.  Myślałem o Grace i o tym, czym  to dla niej będzie, 
i gotów  byłbym własne oddać życie, byle  tylko jego, tego najgorszego z  naszych 
wrogów do życia  przywrócić. 

 Elzewir usiadł i przeciągając  się, jak obudzony z głębokiego  snu, 

powiedział: 

 - Musimy ruszać. Oni tak  szybko tu nie wrócą, a i wówczas  nie wpadnie im 

pewnie do głowy,  żeby nas szukać gdzieś w  pobliżu. Ale nie wolno ryzykować  i 

background image

trzeba nam się stąd wynosić.  Ta twoja noga unieruchomi nas na  całe tygodnie, 
będziemy więc  musieli ukryć się gdzieś, by ją  leczyć. Znam jedno dobre  
schronienie w Purbeck, o siedem  mil stąd. Nazywają to miejsce  “Jaskinią Józefa” i 
tam musimy  dojść. Mamy więc przed sobą cały  dzień drogi, bo ja stary już  jestem, a 
ty - ciężkie do  dźwigania niemowlę. 

 Nie znałem tej jaskini, o  której mówił, ale ucieszyłem się  słysząc, że jest 

jakieś miejsce,  choćby nawet odległe, gdzie będę  mógł spokojnie leżeć i ból  ukoić. 
Elzewir znów mnie wziął  na ręce i ruszyliśmy przez pola. 

 Nie będę opisywał trudów tej  wędrówki, a nawet gdybym chciał,  niewiele 

mógłbym powiedzieć, bo  cierpienia tak mnie oszołomiły,  że zapadłem w dręczący 
sen i  małom wiedział, co się wokół  dzieje. Czasem tylko  gwałtowniejszy ruch 
Elzewira  sprawiał mi szarpiący ból i  wtedy budziłem się z jękiem. On  zaś szedł z 
początku raźno, ale  w miarę jak dzień upływał,  zwalniał kroku i coraz częściej  
składał mnie na ziemi, by samemu  wypocząć, aż w końcu musiał to  robić mniej 
więcej co sto  jardów. 

 Nadeszło popołudnie, słońce  minęło już zenit, ale jak na tę  porę roku wciąż 

jeszcze było  bardzo gorąco. Krajobraz dokoła  nas zmienił się; dotychczas  szliśmy 
wśród usianej białymi  muszelkami darni, teraz ukazały  się uprawne poletka, 
grodzone  płaskimi kamieniami, których  wszędzie tu było pełno.  Układano z nich 
luźno sklecone  murki, nie łączone żadną  zaprawą. Elzewir złożył mnie pod  jednym 
z takich murków, który  tylko obrastające głogi i  bluszcze razem trzymały. Wokół  
nas było osmagane wiatrami  jałowe pustkowie. 

 - Jestem zmęczony i nie mam  już sił dźwigać cię dalej, choć  mało nam drogi 

zostało - rzekł  Elzewir. - Ten murek zasłoni nas  przed wścibskimi oczami, jeśliby  
ktoś się przypadkiem nawinął.  Żołnierze chyba tu nie przyjdą -  a gdyby przyszli, to 
nie ma  rady. Wyczerpało mnie gorąco,  nogi mam jak z ołowiu;  dwadzieścia lat 
temu fraszką  byłby dla mnie taki wysiłek, ale  co innego teraz. Muszę wypocząć  i 
przespać się trochę, póki  chłodniej nie będzie. A ty  oprzyj się o ten murek, żebyś  
mógł na obie jego strony patrzeć  w to pustkowie. Jak zobaczysz,  że coś gdzieś się 
rusza, obudź  mnie zaraz. Przydałby mi się  choć naparstek prochu, aby ta  pukawka 
mogła pukać! - mówiąc to  wyciągnął z zanadrza pistolet  Maskewa i pogładził go 
miłośnie.  - Takie to już moje przeklęte  szczęście. Od trzydziestu lat  zawsze noszę 
broń przy sobie, a  właśnie teraz, kiedy jestem w  potrzasku, w domu ją zostawiłem! 

 Ułożył się w wąskim skrawku  cienia tuż przy murku i w  chwilę później jego 

równy i  ciężki oddech powiedział mi, że  głęboko zasnął. 

 Wiatr wzmógł się i dął teraz  silnie od zachodu; czułem, że i  mnie ogarnia 

senność, jak to  zwykle bywa, gdy człowieka przez  kilka godzin smaga wicher, aż  
wreszcie znajdzie przed nim  osłonę. Choć nie byłem tak  utrudzony jak Elzewir, nie  
zmrużyłem przecież oka  poprzedniej nocy, a teraz  zmorzony przez ból zaczynałem  
podrzemywać. Cały kwadrans  walczyłem ze snem, wiedząc, że  muszę czuwać. Żeby 
zająć czymś  uwagę, zacząłem liczyć  kretowiska, których pełno było  po tej stronie 
murku. A gdy już  naliczyłem trzydzieści  pagóreczków sypkiej brązowej  ziemi, 
rozsianych po zielonej  murawie, spojrzałem na uprawne  pola i zobaczyłem 
kiełkujące  między kamieniami, długie na cal  źdźbła zboża. 

 Rachowałem je, zadowolony, że  dużo więcej ich będzie niż  trzydzieści, na 

pewno całe  miliony i miliony; lecz zanim  doszedłem do dziesięciu w  bohaterskim 
zamiarze  przeliczenia ich wszystkich,  zapadłem w głęboki sen. 

 Zbudził mnie głośny huk;  poderwałem się gwałtownie; aż mą  zranioną nogę 

background image

ból przeszył, i  choć niczegom nie zobaczył,  wiedziałem, że gdzieś niedaleko  padł 
strzał. Chciałem obudzić  Elzewira, ale on już nie spał i  tylko palec do ust przyłożył,  
dając mi znak, bym milczał. 

 Podczołgał się do miejsca,  gdzie krzak bluszczu wyrastał  ponad murek i 

skąd mógł patrzeć  poprzez jego liście, sam  pozostając ukryty. 

 - To tylko jakiś chłopak  straszy wrony z rusznicy - rzekł  z ulgą, zniżając 

głowę. - Nie  ruszajmy się, może tu nie  przyjdzie. 

 Niebawem dodał: 
 - Idzie prosto w naszym  kierunku. Trzeba będzie mu się  pokazać. 
 Doszedł nas stuk kamieni,  które chłopiec strącał  przechodząc przez murek, i  

Elzewir podniósł się na całą  swą wysokość. Chłopiec przeląkł  się i już chciał 
uciekać, ale   Elzewir pozdrowił go przyjaźnie,  więc stanął i też go pozdrowił. 

 - Co tu robisz, synu? -  zapytał Block. 
 - Odganiam wrony z pola  gospodarza Toppa - padła  odpowiedź. 
 - A może byś mi tak z garstkę  prochu odstąpił? Chciałbym  królika ustrzelić 

na kolację, a  ja zgubiłem mój rożek. Nie  znalazłeś go czasem gdzie w  bruździe? - 
rzekł Elzewir i  pochylając się do mnie szepnął,  bym leżał spokojnie i ukrył  
skrwawioną nogę. 

 - Nie - odparł chłopiec - nie  znalazłem żadnego rożka, pewnie  dlatego, żem 

nie szedł tą samą  drogą co wy, panie, bo idę z  Lowermoigne; sam prochu mam  
niewiele, a musi mi go starczyć  na te wrony, bo inaczej lanie od  gospodarza dostanę. 

 - Dalej, odstąp mi ładunek czy  dwa i weź to sobie, - rzekł  Elzewir pokazując 

mu  półkoronówkę. 

 Chłopcu oczy zabłysły na widok  tak wartościowej sztuki srebra i  wyciągnął 

z kieszeni pognieciony  skórzany rożek. 

 - Daj mi to wszystko razem, a  dostaniesz całą koronę - rzekł  Elzewir 

pokazując większą  monetę. 

 Nie tracono czasu na zbytnie  słowa; do kieszeni elzewira  powędrował rożek 

z prochem, a  chłopiec gryzł w zębach monetę. 

 - Jaki masz śrut? - pytał  dalej Elzewir. 
  - Co? To i woreczek ze śrutem  zgubiliście, panie? - rzekł  chłopiec, a w 

głosie jego  zabrzmiało zdziwienie. 

 - Nie, tylko mój za drobny;  jeśli masz parę ładunków, bardzo  by mi się 

przydały. 

 - Mam tuzin ładunków numer  dwa, na dzikie gęsi - rzekł  chłopiec - ale 

muszę dostać za  nie całego szylinga. Mój pan nie  kazał mi ich używać, chyba że  
zobaczę gdzie łabędzia lub  jastrzębia, czy coś, co można  upiec. Trudno, spuszczą mi 
lanie, lecz baty warte szylinga. 

 - Jak masz być bity, to już od  razu za coś więcej - powiedział  kusiciel. - Daj 

mi tę twoją  rusznicę, a zarobisz całą  gwineę. 

 - Bo ja wiem? - wahał się  chłopiec. - Dziwne rzeczy gadają  u nas w 

Lowermoigne. Podobno  dziś rano straż natknęła się na  przemytników i była 
strzelanina,  i jednemu akcyźnikowi  wstrzyknięto za dużo ołowiu;  może to był 

background image

akurat śrut numer  dwa? Przemytnikom udało się  wymknąć, ale już ruszyła cała  
obława i mają wyznaczyć  dwadzieścia funtów nagrody za  głowę każdego z nich. 
Więc jak  wam, panie, sprzedam tę flintę,  to może źle zrobię i wszystko na  mnie i na 
moim gospodarzu się  skrupi. 

 Stał się nieufny, bo gdy to  mówił, oczy jego padły na moją  nogę, którą w 

cieniu starałem  się ukryć; zobaczył, że  przewiązana jest chustką, a but  okrwawiony. 

 - Ano właśnie dlatego  potrzebna mi rusznica - mówił  dalej Elzewir. - Kręcą 

się tu  przemytnicy, a pistolet to mało,  jak którego z tych hultajów  gdzie spotkać na 
tym pustkowiu.  Tobie strzelba niepotrzebna.  Takiemu chłopcu jak ty krzywdy  nie 
wyrządzą. 

 Obracał w palcach gwineę i  chłopiec nie mógł się oprzeć  blaskowi złota. 

Tak zdobyliśmy  nędzną pukawkę, ładunki i rożek  prochu - chłopiec zaś  
pomaszerował przez pole gwiżdżąc  i ściskając w garści złotą  gwineę i srebrną 
koronę. 

 Choć jego gwizd brzmiał  niewinnie, zląkłem się, bom  pochwycił jego 

wzrok, gdy moją  skrwawioną nogę zobaczył.  Powiedziałem to Elzewirowi, ale  on 
roześmiał się tylko, mówiąc,  że chłopak jest głupi i że nie  mamy się czego obawiać. 
Ale  zerknąwszy przez szparę,  przekonałem się, że nasz młody  dżentelmen szedł 
sobie beztrosko  pogwizdując tak długo, póki  głowa Elzewira ponad murek  
wystawała; lecz gdy siadł na  ziemi i już go widać nie było,  chłopiec bacznie 
rozejrzał się  dokoła i pewny, że nikt go nie  śledzi, przestał świstać,  ruszając pędem, 
co sił w nogach.  Najwidoczniej domyślał się, kim  naprawdę jesteśmy, i biegł  
ściągnąć na nas obławę. Zanim  Elzewir zdążył wstać, chłopiec  zniknął za grzbietem 
wzgórza. 

 - Idziemy stąd - rzekł  Elzewir. - Teraz już niewiele  nam drogi zostało i nie 

jest  tak gorąco. Spaliśmy pewnie ze  trzy godziny albo i więcej, a  muszę powiedzieć, 
że kiepski z  ciebie wartownik. Pamiętaj, że  gdy posterunki śpią,  nieprzyjaciel się 
cieszy; mogli  nas tu przychwycić jak dwie  uśpione za dnia sowy. 

 Znów dźwignął mnie na plecy i  ruszył żwawo naprzód, wielkimi  krokami, 

trzymając się poniżej  grzbietu wzgórza i blisko murku.  Musieliśmy spać długo, bo 
słońce  kłoniło się już ku zachodowi.  Sen odświeżył mnie, ale noga mi  zesztywniała 
i kiedy zwisła  bezwładnie, większy w niej teraz  czułem ból. Elzewir wciąż szedł  
szybko mimo ciężaru, jaki na  plecach dźwigał, i w niecałe pół  godziny znaleźliśmy 
się koło  Anvil Point, wśród opuszczonych  kamieniołomów, gdzie kiedyś  
wydobywano marmur. 

 Niewiele jeszcze wtedy o tych  kamieniołomach wiedziałem i z  pewnością w 

naszym opłakanym  położeniu nie była to chwila  stosowna, żeby coś więcej się o  
nich dowiadywać, później dopiero  znacznie bliżej je poznałem.  Stąd właśnie 
pochodził ów czarny  marmur purbecki, którego tyle  jest po starych kościołach w  
naszej okolicy, a podobno i w  całej Anglii. Każdy taki  kamieniołom powstawał w 
ten  sposób, że drążono w ziemi  stromo opuszczający się szyb,   niby ukośną studnię, 
na  głębokość pięćdziesięciu,  siedemdziesięciu czy nawet stu  stóp. Później z dna 
szybu  prowadzono wąskie poziome  korytarze czy tunele podziemne,  czasem 
wysokie na sześć stóp, a  czasem - na trzy lub cztery, i w  takich to korytarzach 
wyrąbywano  marmur. Kamieniołomy te powstały  przed wiekami i są ludzie, co  
mówią, że zakładali je  Rzymianie; choć niektóre z nich,  w innych stronach Purbeck, 
wciąż  jeszcze są czynne, te koło  Anvil Point od niepamiętnych  czasów opuszczono. 

 Wyszliśmy spośród kamieniami  grodzonych poletek i znów  znaleźliśmy się 

background image

wśród łąk, które  przybrały już wiosenną zieleń.  Były one pofalowane, bo pod ich  
powierzchnią leżały porzucone  kamienie i zwały marmuru  wydobytego setki lat 
temu. Teraz  wszystko pokrywała zielona darń,  ale gdzieniegdzie wystawał na  
sfalowaniu kamienny gruz. 

 Dokoła widniało wiele  zrujnowanych chat górniczych, z  których pozostały 

tylko resztki  ścian i podmurówki, trawą  zarosłe płoty znaczyły miejsca,  gdzie ongiś 
były ogródki, tu i  ówdzie rósł samotny krzak   agrestu, skarłowaciała jabłoń  czy 
śliwa z gałęźmi zwróconymi  na wschód przez wiejące od morza  wichury. 

 Otwory szybów wychodziły  wprost na zieloną darń, w głąb  ich wiodły 

wąskie i strome  stopnie, a tuż przy nich biegł  ślizg, zrobiony z gładkiego  kamienia, 
zwanego słonińcem, po  którym wciągano bloki marmuru  drewnianymi kołowrotami. 
Teraz  już nikt nigdy stopniami tymi  nie schodził - nie tylko  dlatego, że podobno 
duszące gazy  osadzały się na dnie szybów, ale  również i z tego powodu, że jak  
mówiono, w wąskich podziemnych  korytarzach czaiły się złe duchy  i demony. Ktoś, 
kto znał się na  rzeczy, opowiadał mi, że gdy  święty Aldhelm po raz pierwszy  do 
Purbeck przybył, wpędził  stare pogańskie bóstwa w te  podziemia i tam je więził,  
zakazując wyjść; a najgorszy z  nich wszystkich był pewien demon  zwany 
Mandrywem, który strzegł  najlepszego czarnego marmuru. I  dlatego czarnym 
marmurem wykłada  się jedynie kościoły lub pokrywa  groby; gdyby nie używano go 
w  tak nabożnym celu, Mandryw  dusiłby ludzi, którzy ten marmur  wydobywali. 

 Właśnie u wylotu jednego z  takich opuszczonych szybów  Elzewir złożył 

mnie na trawie.  Słońce już stało nisko, cień  wydłużył się, podkreślając  wszystkie 
nierówności łąk.  Murawa dochodziła do samych  krawędzi otworu, z każdej  
szczeliny lub pęknięcia w  stopniach i ślizgu wyrastały  zielone paprocie, pokrywały 
też  ściany szybu; czerwonobrązowe  poszycie zarastało stopnie,  które wiodły w 
ponury mrok  zionący z dna. 

 Elzewir wciągnął głęboko w  płuca chłodne wieczorne  powietrze, jak 

człowiek, który  ciężką przebył próbę. 

 - Tu - powiedział - jest  Jaskinia Józefa i w niej się  ukryjemy, póki noga ci 

nie  wydobrzeje. Gdy raz będziemy na  dole, możemy kpić sobie ze  strażników 
celnych, z całej tej  obławy i samej królewskiej  korony. Nie mogliby przeszukać  
wszystkich kamieniołomów i  najpewniej do żadnego szybu nie  zejdą, bo to tchórze i 
w bajdy o  Mandrywie wierzą. Ale są to  bajdy po części prawdziwe, bo na  dnie 
wielu szybów czyhają  diabelskie gazy mogące zadusić  każdego, co tam zejdzie. 
Jeśliby  zaś wleźli do szybu Józefa i nie  pobłądzili w podziemiach, mamy w  końcu 
pistolet i tę zardzewiałą  rusznicę i zanim do naszej  kryjówki by doszli, łatwo  
moglibyśmy ich trzymać w szachu;  i drogo by ich nasze życia  kosztowały, tak 
drogo, że nie  warto by im było kupować. 

 Minęło jeszcze kilka minut,  zanim wziął mnie na ręce i  zaczął schodzić 

tyłem, tak jak  po trapie na statku. Słońce  właśnie skryło się za zwałami  chmur i 
pomyślałem, że zaledwie  dwadzieścia cztery godziny temu  widziałem w Moonfleet 
jego  pogodny zachód. Jakże dalekie  jest teraz to wszystko! Kiedy  znowu ujrzę tę 
drogą mi wioskę,  kiedy znowu zobaczę Grace? 

 Stopnie były ostro wycięte w  skale i nie bardzo zniszczone,  lecz Elzewir 

uważnie po nich  zstępował, żeby nie pośliznąć  się na pokrywającym je mchu i  
liściach paproci. Ciernie głogów  darły mu kurtkę, gdy je  roztrącał, osłaniając 
szerokimi  ramionami moją bezwładną nogę.  

 Na dole było całkiem ciemno;  Elzewir wszedł w wąskie  przejście i posuwał 

background image

się dalej  pewnie, jakby doskonale znał  drogę. Nic widzieć nie mogłem,  domyślałem 
się tylko, że idziemy  przez nie kończące się skalne  korytarze. Były one na tyle  
wysokie, że Elzewir prawie  zawsze mógł iść wyprostowany,  lecz niekiedy musiał 
schylać się  i wówczas niósł mnie z wielkim  trudem. Ale tylko dwa razy  opuścił 
mnie na ziemię, żeby  skrzesać ogień i dalszą drogę  zbadać. W końcu ciemność nieco 
poszarzała i weszliśmy do  obszernej pieczary czy jaskini,  do której światło 
napływało  przez otwór u przeciwnego jej  końca. Poczułem chłodny powiew  wiatru 
i rześki słony zapach i od  razu wiedziałem, że jesteśmy  bardzo blisko morza.  

background image

 11 -  Nadmorska jaskinia  

 Czarny cień i pustka szara 
   zioną w strasznych tych  pieczarach; 
  a do wnętrza ich  przenika 
  dziwna morskich fal  muzyka. 
  
 (Wither)
  
 
Złożył mnie w kącie jaskini,  gdzie było trochę suchego,  drobnego piasku, w 

miejscu,  które być może już kiedyś  służyło innym za legowisko. 

 - Będziesz tu - chłopcze,  odpoczywał sobie miesiąc, dwa -  powiedział. - 

Marne to łoże, ale  i gorsze nieraz widywałem. A  jutro, jak się uda, zdobędę  trochę 
słomy, by je poprawić. 

 Cały dzień nic nie jadłem, ale  nie byłem głodny, tylko  półprzytomny ze 

zmęczenia i  spragniony, jak wtedy, gdym w  krypcie Mohunów siedział. Toteż  
zabrzmiał mi niby najsłodsza  muzyka szmer ściekających  kropel, które tworzyły na 
ziemi  małą sadzawkę. Elzewir zanurzył  w niej mój kapelusz i napoił  mnie lodowatą 
wodą, smaczniejszą  niż najcenniejsze wino  szmuglowane z Francji.  

 Przez dziesięć następnych dni  mało wiedziałem, co się wokół  mnie dzieje, 

bo zmogła mnie  gorączka i jak mi później  Elzewir mówił, bredziłem i  miotałem się 
w mym legowisku, aż  nieraz musiał mnie siłą  przytrzymywać, bom zrywał się z  
posłania i chciałem ściągać  łupki, które mi na nogę założył.  Pielęgnował mnie cały 
ten czas  troskliwie jak najlepsza matka i  tylko gdy musiał iść na  poszukiwanie 
żywności, samego  zostawił. Kiedy wreszcie  gorączka przeszła, byłem  wychudzony 
i słaby jak niemowlę;  całymi  dniami leżałem, nie  myśląc prawie o niczym i o nic  
się nie troszcząc. Zajadałem  wszystko, co mi Elzewir dawał,  i cieszyłem się, że 
stopniowo  siły mi wracają. 

 Elzewir znalazł rozbitą  skrzynię okrętową, którą morze  wyrzuciło koło 

Peveril Point;  oderwanymi z niej deseczkami  usztywnił mi nogę, a własną  koszulę 
poszarpał na bandaże.  Moje piaskowe łoże było teraz  miększe i wygodniejsze, bo  
wyścielił je wiązkami słomy; w  jednym z kątów jaskini złożył  drzewo zebrane na 
wybrzeżu i tam  też umieścił żelazny garnek do  gotowania. Wszystko to zdobywał  w 
czasie swych nocnych wypraw;  musiał pilnie wtedy uważać, żeby  go ktoś nie 
dostrzegł, i  zabierał tylko to, co nikomu  bardzo potrzebne być nie mogło.  Wkrótce 
też zdołał w jakiś  sposób zawiadomić Ratseya, gdzie  jesteśmy, i później on nas  
wspomagał. Nikt więcej, nawet  spośród przemytników, nie  wiedział, gdzie 
przepadliśmy;  Ratsey zaś nigdy nie schodził do  naszej jaskini, tylko zostawiał  to, co 
dla nas zdobywał, w  jednej ze zrujnowanych chatek  górniczych, pół mili od Jaskini  
Józefa. 

 Strażnicy celni szukali nas  bez przerwy i konno  przetrząsali całą okolicę; bo  

choć początkowo żołnierze z  oddziału, który zabrał ciało  Maskewa, mówili, że na 
pewno  spadliśmy ze skały, gdyż śladu  po nas nie było, to jednak  później spotkany 
przez nas  chłopak rozpowiadał, jak to  nagle natknął się na dwóch  mężczyzn 
zaczajonych pod  murkiem, z których jeden był  ranny w nogę, a drugi rzucił się  na 

background image

niego i po gwałtownej walce  wyrwał mu rusznicę, wyciągnął z  kieszeni rożek z 
prochem, a  potem uciekł, niby zając, w  stronę Corfe. Jedni żołnierze  twierdzili, że 
to Elzewir zabił  sędziego Maskewa, inni zaś - że  zginął od zabłąkanej kuli  
wystrzelonej przez któregoś z  nich; ale ponieważ wyznaczono  pięćdziesiąt funtów 
nagrody za  głowę Elzewira, a dwadzieścia za  moją, więc dosyć mieliśmy  powodów, 
by się ukrywać. 

 Jasne też się stało, że to  Maskew musiał podsłuchiwać pod  drzwiami 

gospody, gdy Elzewir  mówił mi, gdzie i kiedy wyładują  przemyt, bo oddział 
strażników  otrzymał rozkaz, aby o czwartej  rano być na Hoar Head. I  wszystkich by 
wyłapali, gdyby  nie to, że Gulder nas  przyspieszył, a żołnierzy  opóźnił trunek, 
którym raczyli  się w gospodzie “Pod krabem”. 

 Elzewir dowiedział się tego  wszystkiego od Ratseya, a potem  powtórzył, 

żeby mnie trochę  rozerwać, choć prawdę mówiąc,  wolałbym tego nie słyszeć, bo  
nie jest zbyt przyjemnie, jak  się człowiek dowiaduje, że jego  głowę oceniono na 
dwadzieścia  zaledwie funtów. Najbardziej  byłem spragniony nowin o Grace i  o 
tym, jak przyjęła straszną  wiadomość o śmierci ojca, ale  Elzewir nic mi nie mówił, a 
ja  nie śmiałem zapytać.  

 Gdy już całkiem do siebie  przyszedłem, zbadałem całą  jaskinię i 

przekonałem się, że  ma ona około ośmiu kwadratowych  jardów powierzchni, a 
wysoka  jest na trzy jardy; jej gładko  wyrąbane ściany wskazywały, że  kiedyś 
wydobywano tu marmur. U  jednego końca znajdował się  korytarz, którym do niej  
doszliśmy, a naprzeciw - coś w  rodzaju zejścia wiodącego na  kamienny ganek 
zawieszony osiem  sążni nad poziomem morza przy  wysokiej wodzie. Jaskinię ową  
wykuto w jednej z prostopadłych  skalnych ścian, które znajdują się między  St. 
Alban's Head a Swanage. Ale  tutejsze skały różnią się od  tych po drugiej stronie St.  
Alban's Head, bo nie są kredowe  i tak wysokie, jak na przykład  Hoar Head. 
Wznoszą się na sto  czy sto pięćdziesiąt stóp i  ukazują morzu swoje groźne  
kamienne oblicza. Lecz choć nie  wyrosły zbyt wysoko ponad wodę,  głęboko się w 
nią zanurzyły i  nieraz w odległości nawet  pięćdziesięciu sążni od  skalistego brzegu 
zagubiony we  mgle lub mrokach nocy statek  wpadał na wrogie rafy, znikał  wraz z 
całą załogą i nikt nawet  wołania o pomoc nie słyszał. 

 Ale choć są to skały twarde i  nieustępliwe, to jednak  odwieczny napór 

morza podmył je  i wydrążył i nawet przy małej  fali słychać głuchy, odległy  pomruk 
wody w czeluściach  podwodnych pieczar; a gdy wiatr  jest mocny, każde uderzenie 
fali  rozbrzmiewa niby grzmot i  wszystko aż drży dokoła. 

 Czasem, gdy dzień był pogodny,  Elzewir wynosił mnie na skalny  ganek, 

abym mógł pogrzać się w  słońcu i patrzeć na wszystko, co  dzieje się na morzu, 
samemu nie  będąc widzianym. Ganek ten  wykuto kiedyś specjalnie, aby  spuszczać 
zeń na blokach  wyrąbane kamienie do łodzi  zakotwiczonych wprost pod nim, a  
może również, by przy okazji  wciągnąć w górę baryłkę czy  dwie, jako balast; 
służące  kiedyś do tego żelazne drągi  wciąż jeszcze rdzewiały wbite w  skałę. 

 Sama jaskinia tworzyła duże  pomieszczenie o białej podłodze  z twardo 

ubitego skalnego pyłu.  Było tu sucho, nigdzie żadnych  zacieków wilgoci, jak to 
często  w podobnych miejscach się  zdarza, tylko w jednym kącie  źródlana woda 
ściekała z powały  po kamiennych soplach do  zagłębienia w podłodze. Ten mały  
basen został celowo wydrążony i  odchodził od niego kanalik,  którym nadmiar wody 
spływał na  zewnątrz do morza,. wokół zaś i  nad nim wyrastał ze szczelin  cały ogród 
paproci i pnączów.  

background image

 Mijały tygodnie, nadeszła  połowa maja, wieczory stały się  cieplejsze, gdyż 

słońce  nabierało mocy. I mnie też  szybciej wracały siły w czasie  tych pogodnych 
dni. Chociaż nie  odważyłem się jeszcze stanąć,  noga mi dobrzała, tylko niekiedy  
odzywał się w niej ostry ból,  który, jak twierdził Elzewir,  zawsze towarzyszy 
zrastaniu się  kości; przykładał do bolącego  miejsca kataplazmy z trawy i raz  nawet 
zapuścił się aż pod  Chaldron, by narwać szczawiu na  łagodzącą ból papkę. 

 Choć zawsze bezpiecznie wracał  ze swych wypraw, bardzo byłem  

niespokojny pod jego nieobecność  i bałem się, że może wpaść w  jakąś zasadzkę i 
nigdy już nie  wrócić; nie chodziło mi o to, co  się ze mną stanie, jak go  złapią, ale o 
niego samego się  troszczyłem. Przywykłem we  wszystkim polegać na tym  
ponurym, posiwiałym olbrzymie,  którego kochałem jak ojca. Gdy  wychodził, 
zabierałem się do  czytania, żeby omamić  niespokojne myśli; ale niewielki  miałem 
wybór - jedynie oprawny w  czerwoną skórę modlitewnik  ciotki, który wsadziłem za  
pazuchę owego popołudnia, gdy  opuszczaliśmy Moonfleet, i  karteczkę zamkniętą w 
medalionie  Czarnobrodego; bo zawsze nosiłem  go na szyi i często patrzyłem na  
wypisane na pergaminie słowa.  Znałem je dobrze na pamięć, ale  kiedym się im 
przyglądał,  pojawiała się przede mną Grace,  tak jak wtedy, gdy je czytałem  
czekając na nią w lesie koło  dworu. 

 Często rozważaliśmy z  Elzewirem, co poczniemy, gdy  moja noga się 

zrośnie, i  uradziliśmy, że popłyniemy  “Bonawenturą” do francuskiego  portu St. 
Malo i tam ukryci  przeczekamy, aż przestaną nas  poszukiwać. W owych czasach  
Anglia i Francja wojowały ze  sobą, ale Francuzi i Anglicy z  kontrabandy żyli jak 
bracia i  szyprowie francuskich statków na  pewno karmiliby nas i poili  tak długo, jak 
by było trzeba.  Lecz nie wspomnę o tym więcej,  bo dalsze wydarzenia zniweczyły  
nasz plan. 

 Ale wtedy, w dniu, o którym  zaraz będę mówił Elzewir wybrał  się, by 

ustalić z ludźmi z  “Bonawentury”, kiedy nasza  przeprawa przez Kanał ma  nastąpić. 
Musiał dotrzeć do  samego Poole i ruszył w drogę  zaraz po południu, chcąc za dnia  
jeszcze przemknąć się pod  nadmorskimi skałami, a dopiero o  zmroku zapuścić w 
głąb lądu. 

 Cały ranek dął silny  południowo-zachodni wiatr, który  po wyjściu Elzewira 

przeszedł w  wichurę. Moja noga już na tyle  była zdrowa, że mogłem poruszać  się 
po jaskini z pomocą tęgiego  kija, który Elzewir wyciął z  gałęzi tarniny. 
Pokuśtykałem  więc na ganek, żeby patrzeć na  wzburzone morze, i siadłem tam  
oparty o skałę, w miejscu  zasłoniętym od wiatru, skąd  miałem pełny widok na 
Kanał.  Ciężkie chmury pokryły niebo,  długa ściana skał zrobiła się  szara, 
gdzieniegdzie tylko  widniały na niej  pomarańczowo-brązowe smugi, a u  jej 
podnóża ciemniała linia  morskich wodorostów, niby pas  poszycia na kadłubie 
statku, bo  przypływ dopiero nadchodził.  Powietrze zamgliło się od  wilgoci i 
morskiej kurzawy,  wiatr pędził przed sobą porwane  szmaty oparów, poprzez które  
dojrzałem daleko za Peveril  Point potężne, zbałwanione fale;  ptaki morskie 
przysiadły na  skalnych występach  śnieżnobiałymi liniami, skulone  i stłoczone, bo 
dobrze znały  zło, jakie szykują żywioły. 

 Był to widok smutny i smutek  mi wlał do serca; około zachodu  wiatr 

przesunął się na południe,  o jeden czy dwa rumby, kierując  fale jeszcze bardziej 
ostro na  skały, tak, że ich odpryski  wzbijały się nawet na mój ganek  i musiałem 
uciec do jaskini.  Noc zapadła wcześniej niż zwykle  o tej porze roku i niebawem  
leżałem na mym słomianym  posłaniu pogrążony w zupełnej  ciemności. Wiatr 
przesunął się  jeszcze bardziej na południe i  wiał wprost do środka. Podwodne  

background image

pieczary dudniły i głucho  łomotały pode mną; od czasu do  czasu ogromna fala z taką 
siłą  uderzała w skałę, że cała  jaskinia dygotała pod tym  ciosem i w sekundę później  
spadał na nasz ganek potężny  rozprysk wzbity siłą tego  uderzenia. 

 Mówiłem już, że czułem smutek;  teraz zdjął mnie strach, bałem  się tej 

burzliwej nocy,  samotności i mroku.  Przypomniałem sobie wszystkie  zasłyszane 
opowieści, myślałem o  złych pogańskich bóstwach, które  święty Aldhelm uwięził w 
tych  pieczarach, o Mandrywie, który  niespodzianie wyłania się z  mroku podziemi, 
napada i dusi  ludzi. Później wyobraźnia  zaczęła mnie zwodzić, zdawało mi  się, że 
widzę leżącego na ziemi  człowieka ze ściągniętą twarzą i  czerwoną dziurą pośrodku 
czoła.  Nie mogłem już wytrzymać w  ciemności, wstałem i potykając  się na kulawej 
nodze błądziłem  po omacku szukając świec,  których kilka mieliśmy w  zapasie. 

 Znalazłem wreszcie świecę, z  wielkim zapaliłem trudem i  siadłem w kącie, 

zasłaniając  płomień połą kurtki. Ale nie na  wiele to się zdało; wiatr hulał  po jaskini, 
przechylając knot  tak, że stopiony łój spływał  tylko z jednej strony, jak  wtedy, gdy 
inna świeca płonęła  owego czarnego dnia w naszej  gospodzie. Myśl moja długo 
wokół  tego wspomnienia błądziła, aż  ujrzałem twarz Maskewa z tym  samym 
uśmiechem triumfu co  wtedy, w czasie aukcji, kiedy  szpilka ze świecy wypadła; po  
chwili twarz jego stała się  trupioblada, a na czole ukazał  się znak od kuli. 

 Na pewno złe duchy zwiodły  moje myśli na manowce! I  przypomniał mi się 

medalion,  który nosiłem na szyi, a który  kiedyś powieszono na szyi  Czarnobrodego, 
aby odstraszał  złe duchy od jego grobu. Jeśli  więc jego przed nimi ochronił,  to czy i 
teraz ich stąd nie  wykurzy? Z tą myślą wyjąłem z  niego kartkę, rozprostowałem w  
migotliwym świetle i choć dobrze  znałem wszystko, słowo po  słowie, głośno raz 
jeszcze  odczytałem. Przyniosło mi ulgę,  gdym usłyszał ludzki głos,  chociażby mój 
własny, i zacząłem  wykrzykiwać te wiersze, aby  zagłuszyć wycie szalejącej  burzy:  

 Wiek ludzki jest lat  siedemdziesiąt, 
  duży, kto trwa  do osiemdziesiąt. 
  Tę trochę  troski mierzają, 
  a lata się  uciekają. 
  Szczęśliwy, który nie  był w radzie 
  ani stóp swoich  torem grzesznych kładzie
 
   
 Na tym słowie zatrzymałem się,  a krew gwałtownie w żyłach mi  zatętniła, 

bom usłyszał jakiś  rumor w korytarzu wiodącym do  jaskini, jakby ktoś się potknął  o 
kamień w ciemnościach. Jeszcze  wtedy nie zdawałem sobie sprawy,  ale wiem już 
teraz, że gdy  panuje jakiś hałas - na przykład  szum wodospadu, łoskot młyna,  czy, 
jak wtedy, wściekły huk  burzy - to jeśli wedrze się weń  niespodzianie inny odgłos,  
choćby słaby niczym kwilenie  ptaka, zabrzmi on w uchu  głośniej ponad panujący 
rozgwar.  Tak było owej nocy; uchwyciłem  odgłos potykających się kroków,  
chociaż wicher wył właśnie  najsilniej. Siedziałem  nieruchomo, wstrzymując oddech 
i  nasłuchując pełen niepokoju.  Wiatr przycichł na chwilę i  doszedł mnie powolny 
stuk  kroków, jakby ktoś szedł po  omacku mrocznym korytarzem,  wiedziałem, że to 
nie Elzewir,  bo jeszcze wiele godzin musiało  upłynąć, zanim z Poole powróci,  a 
poza tym zawsze gwizdał w  pewien sposób, by dać mi znak,  że to on, a nie kto inny  
nadchodzi, i z daleka już  podawał umówione hasło. Więc  jeśli nie Elzewir, to kto to 

background image

być  może? 

 Zdmuchnąłem świecę, żeby nie  oświetlać celu nieznanemu  strzelcowi, który 

z ciemności do  mnie się złoży; i przypomniał mi  się znowu ponury dusiciel, który  
rzucał się w mroku na górników  wyrąbujących marmur. Lecz nie  mógł to być 
Mandryw, bo znałby  dobrze drogę i nie potykał się  w ciemnościach. Więc 
najpewniej  to ktoś z obławy, kto wpadł na  nasz trop i spodziewa się, że  łatwiej uda 
mu się wyśledzić nas  pod osłoną tak burzliwej nocy.  Elzewir, chodząc na wyprawy 
w  poszukiwaniu żywności, zabierał  ze sobą pistolet, który kiedyś  należał do 
Maskewa, a mnie  zostawiał starą rusznicę.  Mieliśmy dużo prochu i naboi  
przyniesionych przez Ratseya i  Elzewir nakazał mi, żebym zawsze  w czasie jego 
nieobecności miał  broń nabitą, by, wedle własnego  uznania, strzelać z niej lub  nie, 
jeśli ktoś do naszej  jaskini wejdzie, lecz zawsze mi  powtarzał, że lepiej zginąć  
walcząc, niż wisieć w Dorchester  na szubienicy, co nieuchronnie  by się stało, gdyby 
nas wzięto  żywcem. Umówiliśmy się, że  hasłem naszym będzie: “Pomyślne  wiatry 
“Bonawenturze””, abym  wiedział, gdyby ktoś nadchodził,  a wezwany tego hasła nie 
podał,  że to nie jest Elzewir. 

 Więc sięgnąłem po rusznicę,  która leżała przy mnie na ziemi,  i podniosłem 

się z wysiłkiem;  odwiodłem kurek i sprawdziłem  palcami w ciemnościach, czy  
dosyć jest prochu na panewce. 

 Burza przycichła i słyszałem  teraz wyraźnie niepewne,  zbliżające się kroki; 

ktoś  zaklął potykając się o kamień. 

 - Kto idzie? - krzyknąłem w  ciemność. 
 Głos mój rozbrzmiał echem.  Kroki ustały, ale nie było  odpowiedzi. 
 - Kto idzie? - powtórzyłem. -  Odpowiadaj, bo strzelam! 
 - “Pomyślne wiatry  “Bonawenturze”” - przyszła z  ciemności odpowiedź i 

już  wiedziałem, że nic mi nie  grozi. - Niech cię diabli wezmą,  ty kogucie w gorącej 
wodzie  kąpany! Chciałeś poczęstować  kulką swego najlepszego  przyjaciela! - 
poznałem głos  Ratseya, który znów mówił: -  Wcześniej bym się do ciebie  odezwał, 
gdybym wiedział, że  tak już blisko jestem tej twojej  nory! Ach, cóż to za życie  
wiedziemy! Człowiek musi pełzać  w ciemnościach jak kret pod  ziemią, i w dodatku 
w taką noc  jak ta! A dlategom wcześniej nie  wydusił z siebie tych bajd o  
“Bonawenturze”, bom właśnie  kolanem skałę rozbijał,  potknąłem się i razem z  
równowagą straciłem oddech. Gdy  znowu oddech mi wrócił, zacząłem  kląć, co nie 
przystoi  grabarzowi, a przeto, wedle  prawa, i służce anglikańskiego  Kościoła! 

 Słysząc jego słowa odłożyłem  broń i zapaliłem świecę, Ratsey  zaś wszedł 

tymczasem do  jaskini. Miał na sobie  nieprzemakalny płaszcz rybacki i  cały ociekał 
wodą. Ucieszył się  na mój widok i rękę mi  serdecznie potrząsał; i ja go  radośnie 
powitałem, bo uwolnił  mnie od przerażającej  samotności. Przybycie jego było  
trochę jakby powrotem do  dawnych, lepszych dni, które  stały się tak odległe; 
wydawało  mi się, że raz jeszcze jestem  blisko najdroższych w świecie  osób.  

background image

 12 -  Pogrzeb  

  ...i tak wśród ludzkich swych  uprawnień leży! 
  Śmierć  wykonała, co do niej należy. 
  
 (Browning)
  

 Staliśmy chwilę ściskając  sobie dłonie, po czym Ratsey  przemówił: 
 - Johnie, te dwa miesiące  przemieniły cię z chłopca w  mężczyznę. 

Dzieckiem jeszcze  byłeś wtedy pod Hoar Head, gdy  my wszyscy odchodziliśmy z 
końmi  i ładunkiem; obejrzałem się  wówczas i zobaczyłem ciebie,  Elzewira i 
leżącego na ziemi  Maskewa. Źle się stało i  najlepsza, jaka kiedy była  kompania 
kontrabandzistów przez  to się rozpadła, a ty i Elzewir  siedzieć teraz musicie w tych  
podziemnych norach. Trzeba ci  było zabrać się z nami, a nie  zostawać, bo to za 
twarda dla  takich chłopców szkoła. Nasz  szyper powinien był wtedy  przywołać 
wprawniejszą załogę. 

 Mówił prawdę, a przynajmniej  wówczas tak myślałem, bo bardzom  się czuł 

zgnębiony. Ale  powiedziałem tylko: 

 - Nie, mistrzu Ratseyu. Gdzie  mistrz Block zostaje, tam i ja  zostaję, a gdy 

odchodzi, to i ja  z nim razem. 

 Siadłem na moim legowisku, bo  znów noga mnie zabolała. Sztorm,  który na 

chwilę przycichł,  jeszcze gwałtowniej się  rozszalał i porywy wiatru  wpędzały do 
jaskini deszcz i  wodną kurzawę z morza. Wściekły  podmuch dotarł nawet do 
naszego  kącika i zgasił wątły płomień  świecy. 

 - Niech Bóg ma nas w swojej  opiece! - wykrzyknął Ratsey. 
 - I wspomaga tych co na morzu  - dodałem. 
 - Amen - rzekł grabarz - i oby  zawsze każde “Amen” tak  szczerze mi z serca 

płynęło! Tej  nocy będzie w Moonfleet taka  fala, że mogłaby szkuner unieść  i na łąki 
za brzegiem rzucić. A  jeśli opowieści o upiorach,  które tu można spotkać, są choć  
na poły prawdziwe, to mówię ci,  że już wolałbym siedzieć teraz w  krypcie 
Mohunów niż w tej  okropnej pieczarze. Na litość  boską, rozpalmy ogień;  
spostrzegłem tu zapas drewna,  zanim ta nędzna świeczka  zgasła. 

 Sporo nam czasu zajęło  rozniecanie ognia, a gdy  wreszcie zapłonął, wiatr  

napędzał dym do oczu i rozrzucał  po całej jaskini deszcz  tańczących iskier. 
Stopniowo  jednak polana rozpaliły się do  białości i poczuliśmy przyjemne  ciepło, 
które zawsze niesie  człowiekowi pociechę i ulgę w  udręce. 

 - Ach! - rzekł Ratsey. -  Zdrętwiałem z zimna i wilgoci, a  ten zwodniczy 

wiatr omal mnie  nie zabił! Ogień to  błogosławieństwo - ciągnął dalej,  rozpinając 
swą żeglarską kurtę  - i bardzo nam go teraz  potrzeba. Upadłem na duchu,  chłopcze, 
bo z tym miejscem  dziwne mi się łączą wspomnienia.  Pamiętam, czterdzieści lat 
temu,  kiedy byłem taki jak ty teraz,  siedzieliśmy tu w tej samej  jaskini, banda 
przemytników  starego Jordana i ja z nimi, a  sztorm owej nocy szalał jak  dzisiejszej. 
Byłem jeszcze  żółtodziobem w naszym fachu,  takim jak ty, i nie mogłem  zasnąć, bo 
wył wiatr i huczało  morze. Ale zanim wstał jesienny  ranek, gdym leżał tu, w tym  

background image

samym miejscu, posłyszałem  zawodzenia i jęki głośniejsze od  burzy, i krzyki kobiet 
- aż krew  mi w żyłach zastygła... Nie,  nigdy tego nie zapomnę!  Pobudziłem 
wszystkich, bo w  głęboki zapadli sen, jaki się  utrudzonym przemytnikom należy;  i 
choć wszyscy wiedzieliśmy, że  tam pod nami nasi bracia walczą  z rozszalałym 
morzem, ni ręką  ni nogą nikt z nas ruszyć nie  mógł, żeby ich ratować, bo nic  widać 
nie było wśród deszczu i  fal. Rankiem dopiero  dowiedzieliśmy się, że tu, pod  nami, 
zatonęła “Floryda” i żywa  dusza z niej nie ocalała... Tak,  tak - osobliwe jest to nasze 
życie, a ty i Block w jeszcze  osobliwsze wpadliście tarapaty i  właśnie przyszedłem, 
by wam o  tym powiedzieć. Obejrzyj to  sobie, chłopcze. 

 Wyciągnął z kieszeni podłużny  zwój drukowanego papieru.  Rozwinąłem go 

i czytałem:  

 Za panowania króla Jerzego 
 Whitehall 15 maja 1758 r. 
 Podaje się do publicznej  wiadomości, co zostało już  pokornie królowi 

przedłożone, że  w piątek w nocy 16 kwietnia  Thomas Maskew, sędzia pokoju,  
został w sposób nieludzki  zamordowany w miejscu oddalonym,  zwanym Hoar Head, 
położonym w  parafii Haldron, w hrabstwie  Dorset, przez niejakiego  Elzewira 
Blocka i niejakiego  Johna Trenharda, obu z parafii  Moonfleet w tym samym 
hrabstwie;  Jego Majestat, aby przyspieszyć  odnalezienie i oddanie w ręce  
Sprawiedliwości powyższych  osób, cieszy się, iż może  łaskawie obiecać darowanie 
kary  wszystkim innym osobom  zamieszanym z wyjątkiem tych,  które w rzeczy 
samej wymienione  morderstwo popełniły; a jako  dalszą zachętę wyznacza się  
nagrodę w wysokości 50 funtów  dla każdego, kto udzieli  wiadomości 
przyczyniającej się  do ujęcia rzeczonego Elzewira  Blocka, oraz nagrodę w 
wysokości  20 funtów dla każdego, kto  udzieli wiadomości  przyczyniającej się do 
ujęcia  rzeczonego Johna Trenharda.  Wiadomości owe winny być dane  mnie lub 
Zarządcy Więzienia Jego  Królewskiej Mości w Dorchester. 

 Holdernesse.  
 - Oto - powiedział Ratsey - jest  ten afisz, piękny, jakby teatr  przyjechał - ale 

wolałbym innych  aktorów w sztuce oglądać. W  Moonfleet nikt nie wie, gdzie  się 
kryjecie, a i nie znalazłby  się tam nikt, kobieta, czy  mężczyzna, kto by wasze  
schronienie zdradził, gdyby  nawet je znał. Lecz pięćdziesiąt  funtów za głowę 
Elzewira, a  dwadzieścia za twoją pustą  dynię, to razem niczego sobie,  okrągła 
sumka. Po okolicy zaś  kręcą się rozmaici włóczykije,  dość podli, aby spróbować ją  
zarobić. Niektórzy z nich już  skierowali na mój trop  akcyźników, donosząc, że znam 
waszą kryjówkę i żywność wam  znoszę. I teraz gdziekolwiek bym  się ruszył, choćby 
w niedzielę  do kościoła, zawsze jakiś  chłystek po piętach mi depcze, i  uważa, dokąd 
idę. Dlatego to  właśnie noc taką wybrałem, żeby  tu przyjść, bo ci rycerze nie  lubią 
swej skóry moczyć, alem  nigdy się takiego sztormu nie  spodziewał. Więc jestem tu, 
by  powiedzieć Blockowi, że nie mogę  się za dużo w Purbeck pokazywać  i gdy dalej 
będę wam znosił  żywność i co tam jeszcze, te  podłe psy gończe zwietrzą was  tutaj. 
Twoja noga już  wydobrzała i najlepiej będzie  wyfrunąć stąd, póki można, tym  
bardziej, że po drugiej stronie  Kanału w Eperon d'or stary  Chauvelais was czeka i  
przyjaźnie powita. 

 Powiedziałem mu, że Elzewir  poszedł właśnie tej nocy omówić  z ludźmi 

“Bonawentury”, kiedy  nas mają zabrać do Francji. Ta  nowina pocieszyła Ratseya. 
Wielu  innych rzeczy chciałem się od  niego dowiedzieć, a najbardziej,  co Grace 
porabia, ale  nieśmiałość nie dała mi zapytać,  on zaś milczał zatroskany i  skulony. 

background image

 Siedzieliśmy tak tuż przy  sobie w kącie jaskini przy  płonącym ognisku, 

czerwony  odblask migotał na sklepieniu,  podkreślając głębokie bruzdy w  twarzy 
Ratseya, parowało jego  schnące odzienie. Wiatr nie  ustawał, lecz fala przypływu  
cofała się i już mniej wody  tryskało do jaskini. Ratsey znów  się odezwał: 

 - Ciężko mi na sercu tej nocy,  chłopcze, jak pomyślę, że  skończyły się 

dawne dobre czasy  i mistrz Block nigdy do  Moonfleet nie wróci. Zgrana była  ta 
nasza kompania, jaką rzadko  nawet w kontrabandzie się  spotyka, nie gorsza niż 
załoga  kapitana Jordana, a teraz rozbić  się musi. Bo przez cały ten  gwałt o 
Maskewa za gorąco się tu  dla nas zrobiło i dużo czasu  upłynie, zanim przemyt znów  
będzie można w Moonfleet  wyładować. A jak się da  wyciągnąć beczki z krypty  
Mohunów, tego nie wiem. To mi  przypomina, że przyniosłem coś w  kieszeniach dla 
Elzewira i dla  ciebie. 

 Wydobył z zanadrza dwie spore,  w łozę owinięte butelki.  Przytknął jedną do 

ust i pił z  niej długo i głęboko, po czym  westchnął z zadowoleniem i podał  ją mnie. 

 - Ach, to smak ma właściwy!  Napij się, dziecino, pokrzep  ducha. Prawdziwe 

mleko Araratu,  ostatnie, jakie pijesz po naszej  stronie Kanału. 

 Porządnie łyknąłem z flaszki;  dobry trunek nie był mi obcy,  choć ledwie 

parę miesięcy minęło  od dnia, gdym go pierwszy raz  kosztował. W chwilę później  
czułem już w koniuszkach palców  jego miłe łechtanie. Owładnęło  mną 
błogosławione, ciepłe i  krzepiące uczucie; nasze  położenie nie wydawało mi się  tak 
rozpaczliwe i noc nie taka  straszna. Ratsey też poweselał,  bruzdy na jego twarzy 
wygładziły  się; cudowne, pobudzające  działanie butelki rozwiązało mu  język i 
mówił teraz o tym, co  najbardziej chciałem usłyszeć. 

 - Tak, tak, smutne to, żeśmy  się rozbili, a co będzie ze  starą gospodą, Bóg 

raczy  wiedzieć. Nikt jeszcze nie  przestąpił jej progu, odkąd was  tam nie ma, tyle że 
urzędnicy  książęcy przyszli i drzwi  opieczętowali, ogłaszając, że  kto je siłą 
otworzy,  przestępstwo popełni. Ale nawet  prawnicy nie wiedzą, gdzie leży  
słuszność, bo Maskew za  dzierżawę nie zapłacił i życie  postradał, zanim gospodę 
objął w  posiadanie; a dzierżawa mistrza  Blocka dawno wygasła, on zaś sam  ukrywa 
się i spod prawa wyjęty  został. 

 Ale najbardziej to mi żal tej  dziewczyny Maskewa, bo blada  jest i chuda jak 

lilia. Kiedy  żołnierze ciało jej ojca przez  wieś nieśli, mężczyźni stali w  drzwiach 
domów i klęli tę garść  gliny, ich żony zaś spluwały na  nią; a stara matka Veitch, co 
mu  gospodarstwo prowadziła,  przysięgała się, że nigdy pensa  jej nie zapłacił, i 
mówiła, że  za nic nie zostanie pod jednym  dachem z ciałem tak złego  człowieka. I 
poszła sobie,  zostawiając to biedne dziecko  samo z umarłym ojcem; a nie  brakło 
takich, co mówili, że  jest w tym palec boży, i  przypominali, jak to Elzewir  został 
sam w gospodzie z ciałem  swego syna. Nikt w całej wiosce  nie wątpił, że to Block 
posłał  Maskewa na Sąd Ostateczny, nawet  ja sam tak myślałem, póki nie  rozeszła 
się wieść, że zabiła go  zbłąkana kula, wystrzelona przez  któregoś z żołnierzy. A 
kiedy  papiery zarządzające obławę  przyniesiono do dworu, do jego  córki, żeby je 
jako najbliższa  krewna podpisała, nie chciała  tego zrobić, mówiąc, że Block  nigdy 
nie podniósł ręki na jej  ojca, jak go w Moonfleet czy  gdzieś na drodze spotkał, i że  
ona w jego winę nie wierzy.  Elzewir Block, powiedziała, nie  jest człowiekiem, co 
długo w  sobie gniew kryje, a potem na  zimno wroga swego napada. A o  tobie 
mówiła, że ufa ci i wie,  że ani sam byś takiego czynu nie  popełnił, ani nie stał 
bezradnie  i patrzył, jak inni go  popełniają. 

 Słowa Ratseya dźwięczały mi w  uszach piękniej niż najsłodsza  muzyka, 

background image

lepszym się poczułem  człowiekiem, jak pewnie każdy, o  kim ukochana kobieta 
dobre ma  mniemanie, i postanowiłem, że  zawsze muszę szlachetnie w życiu  
postępować, aby na takie  pochwały zasłużyć. Obiecałem też  sobie, że niech się co 
chce  dzieje, ale zanim z Anglii  uciekniemy, raz jeszcze przemknę  się do Moonfleet, 
by zobaczyć  Grace i powiedzieć jej wszystko,  jak to ze śmiercią jej ojca  było, 
przemilczając jedynie, że  Elzewir chciał sam go zabić. Nie  było po co jej o tym 
mówić,  skoro uważała, że nigdy by tego  nie zrobił, a zresztą sam dobrze  wiem, że 
nie zamierzał go  zastrzelić, a tylko nastraszyć.  Tak sobie przemyśliwałem, nic z  
tego Ratseyowi nie mówiąc,  tylkom kiwał głową, on zaś  ciągnął dalej: 

 - Nie widząc nikogo prócz tej  nieszczęśliwej dziewczyny, kto  by mógł się 

zatroszczyć o  pogrzeb Maskewa, pomyślałem, że  w swoje wezmę to ręce. Zbiłem z  
desek trumnę i grób wykopałem,  jak należy, nie gorszy, niżbym  dla jakiego lorda 
przygotował,  tyle że lordowie zwykle w  kryptach snem wiecznym sypiają.  Od 
matki Nutting pożyczyłem  wózek, którym ryby na targ wozi,  chcąc nim 
nieboszczyka na  cmentarz powieźć, bo nie  znalazłbym w całym Moonfleet  nikogo, 
kto by zgodził się  nieść trumnę Maskewa. I tak  ruszyliśmy przez wioskę: ja  
prowadziłem ślepego kucyka, a  trumna na wózku matki Nutting  jechała. Nikt za tym 
pogrzebem  nie szedł, tylko córka  nieboszczyka, a i ona nawet  kawałka krepy ni 
czegoś  czarnego nie miała, bo czasu na  szycie nie starczyło. Ale nie  potrzebowała 
żałoby, taki smutek  na twarzy, niby welon, niosła. 

 A kiedy doszliśmy do  cmentarza, cały tłum już tam  czekał - mężczyźni, 

kobiety i  dzieci, nie tylko z Moonfleet,  ale i z Ringstave i z Monkbury.  Nie przyszli 
nieboszczyka  opłakiwać, a jeno drwić z niego  chcieli i nienawiść mu swą  okazać; 
niektóre dzieci zaś  garnki i patelnie przyniosły, by  kocią muzyką go żegnać. Pastor  
Glennie czekał w kościele i  długo tak mógł czekać, bo wózek  nie chciał się w 
cmentarnej  furtce zmieścić, a nie było  nikogo, kto by trumnę z niego  zdjął i do 
kościoła poniósł.  Więc zacząłem rozglądać się za  kimś do pomocy, bo sam bym nie  
poradził, ale com na którego z  mężczyzn spojrzał, to oczy  odwracał i nic tylkom 
widział  złe i zacięte twarze kobiet.  Cały ten czas biedna dziewczyna  przy trumnie 
stała, ze wzrokiem  na ziemię spuszczonym. Głowę  przewiązała chusteczką, ale  
włosy wysunęły się spod niej i  na ramiona opadły; twarz miała  bladą, oczy czerwone 
i napuchłe  od płaczu. I kiedy pojęła, że  cały ten tłum zebrał się, by  szydzić z jej 
ojca, i że nie  znalazł się nikt, kto by jego  ciało chciał ponieść, głowę na  trumnie 
złożyła, twarz ukryła w  dłoniach i gorzko zaszlochała. 

 Ratsey przerwał na chwilę i  pociągnął z butelki, ja zaś  milczałem, bo żal 

gardło mi  ścisnął. Rozmyślałem nad tym,  jak łatwo nienawiść i zaciętość  ludzi w 
zwierzęta przemienia. 

 - Szorstki ze mnie człowiek -  mówił dalej Ratsey - ale zarazem  i miękki w 

środku; więc jak  zobaczyłem, że ona płacze,  pobiegłem do kościoła, o  wszystkim 
pastorowi powiedzieć i  błagać, żeby wraz ze mną trumną  poniósł; on zaś, jak stał, z  
kościoła wyszedł, w komży i z  modlitewnikiem w ręku. I kiedy  mężczyźni 
zobaczyli, co uczynić  zamierza, i spojrzeli na tę  jasną, smukłą dziewczynę,  
pochyloną nad trumną ojca, serca  ich zmiękły i pierwszy ruszył  się Sam 
Tewkesbury; z głupią  miną do trumny podszedł, a za  nim Garret i jeszcze czterech.  
Mieliśmy więc już sześciu  żałobników i tylko kobiety dalej  hardo i groźnie patrzyły, 
ale  słowem się nie odezwały i żaden  chłopak w patelnię czy garnek  nie uderzył. 

 Pastor Glennie widząc, że  żałobnikiem nie będzie, znów się  w osobę 

duchowną obrócił i “Jam  jest Zmartwychwstanie i Żywot”  zaintonował. Piękne to 
słowa,  mój chłopcze, i choć dziesiątki  razy je słyszałem, nigdy  piękniej niż tego 

background image

dnia nie  brzmiały. A popołudnie było  pogodne i bezwietrzne, słońce  jasno świeciło, 
morze  odpoczywało milczące i  niebieskie, panowała cisza i  zdawało się, że słychać 
szept:  “spoczywaj w pokoju, spoczywaj w  pokoju”. Bo czyż nie mieliśmy  wiosny, 
czy cała ziemia nie  modliła się o zmartwychwstanie,  nie śpiewały ptaki, drzewa i  
kwiaty nie budziły się ze snu  zimowego? Źle jest nienawidzić  aż poza grób, a kto 
wie, może  nawet i ten człowiek nie był tak  podły, za jakiego go mieliśmy,  może 
sam się oszukał, gdy  myślał, że dobrze czyni  zwalczając kontrabandę. Sam nie  
wiem, jak z tym jest, ale coś  takiego do głowy mi przyszło, a  być może także i 
innym, bośmy go  zakopali i nikt słowa złego nie  powiedział i nic nie uczynił.  Cisza 
panowała w kościele i na  cmentarzu, słychać było tylko  głos pastora Glennie 
czytającego  modlitwy i moje “Amen”, którym  je kończyłem; a od czasu do  czasu i 
szloch biednej  dziewczyny. Gdy trumnę do grobu  spuszczono i było już po  
wszystkim, podeszła do Sama  Tewkesbury mówiąc przez łzy:  “Dziękuję panu za 
pańską  dobroć”, i rękę do niego  wyciągnęła. A on dłoń jej  uścisnął, w oczy nie 
patrząc,  potem zaś pięciu innych, co  trumnę nieśli, to samo zrobiło.  I odeszła 
samotnie, ludzie zaś  rozstępowali się przed nią, gdy  szła do furtki cmentarza niby  
jaka królowa. 

 - Bo jest jak królowa -  przerwałem niezdolny dłużej się  powstrzymać, gdyż 

dumny z niej  byłem słysząc, jak dzielnie  wszystko to zniosła, i  wspominając, jaką 
mi zawsze  przychylność okazywała. -  Znacznie też od królowej  piękniejsza! - 
dodałem. 

 Ratsey spojrzał na mnie  pytająco i zobaczyłem w blasku  ognia, że się 

uśmiecha. 

 - Tak, ładna z niej dziewczyna  - powiedział jakby do siebie -  tyle że blada i 

chuda. Ale  nadałaby się tobie, gdybyście  byli mężczyzną i kobietą, a nie  chłopcem i 
dziewczyną; i gdyby  nie była bogata, a ty biedny i  wygnaniec; no i gdyby cię  
chciała. 

 Dokuczyła mi ta drwina i  pomyślałem, jak łatwo zdradziłem  swoją 

najgłębszą tajemnicę;  więc nic na to nie odparłem i  siedzieliśmy dalej w milczeniu  
przy wygasających polanach, a  wiatr wciąż hulał po jaskini jak  w kominie. 

 Ratsey znowu się odezwał: 
 - Podaj mi flaszkę, chłopcze,  bo zdaje mi się, że słyszę głosy  tych 

nieszczęśników z “Florydy”. 

 Łyknął potężnie i rzucił  polano na ogień, aż iskry poszły  niby z kuźni i 

pełgający płomień  znowu buchnął - biały, niebieski  i zielony od przesyconego  
morską solą drzewa. Kiedy  migotliwy blask rozświetlił  jaskinię, spostrzegłem leżącą 
na  ziemi kartkę, z której psalmy  głośno odczytywałem, a którą  słysząc zbliżające 
się kroki w  strachu przed nieznanym  przybyszem upuściłem. Ratsey też  zauważył 
moją zgubę i sięgnął,  by ją podnieść. Ukryłbym ją  gdzieś szybko, gdybym zdążył,  
bo ani mu nigdy nie mówiłem, żem  Czarnobrodego ograbił, ani nie  chciałem, by 
wypytywał, skąd się  u mnie wzięła. Ale gdybym  przeszkodził mu, kiedy brał ją  do 
ręki, pobudziłbym tylko jego  ciekawość, więc siedziałem  spokojnie i w milczeniu. 

 - Co to takiego, synu? -  zapytał. 
 - Wersety z Pisma Świętego -  odparłem. - Podobno jest w nich  ukryta moc 

przeciw złym duchom.  Właśnie odczytywałem je głośno,  żeby samotność odegnać, i 
na  ziemię upuściłem, gdyś nadszedł. 

 Bałem się, że zapyta, skąd tę  kartkę wziąłem, ale myślał  pewnie, żem ją od 

background image

ciotki dostał.  Od żaru płomieni zwinął się  pergamin, Ratsey rozprostował go  więc 
na kolanie i zaczął powoli  odczytywać. 

 - Dobrze to napisane -  powiedział - i dobre są to  wiersze, ale ten, kto złożył 

je  razem myśląc, że mają jakąś moc  przeciw złym duchom, niewiele  wiedział, jak je 
odstraszać  należy, bo te słowa nie  odegnałyby nawet pchły od  sierści czarnego kota. 
Ja sam  dziesięć razy lepsze wersety bym  dobrał, bo znam się trochę na  tym - prawił 
dalej, poważnie  kiwając głową, i choć nigdy  jeszcze nikogom z tamtego świata  nie 
napotkał, jestem na wszelki  wypadek przygotowany, gdyby mnie  jaki zły duch 
zaczepił. Bo  połowę mego życia przepędziłem  na cmentarzu lub w kościele i  byłoby 
bardzo lekkomyślnie w  takich przebywać miejscach, a  nie znać słów, którymi  
nieproszonych gości z zaświatów  powitać należy; zupełnie, jakby  człowiek szedł 
sam pustą drogą z  workiem pieniędzy na plecach i  nie miał przy sobie pistoletu.  
Pastor Glennie czytał kiedyś w  kościele z Habakuka o tym, że  “zjawa ta ukaże się w 
oznaczonym  czasie i w końcu przemówi, a  kłamać nie będzie”, więc zaraz  jak to 
usłyszałem, poszedłem do  niego pomówić o tych sprawach i  dał mi kilka 
podnoszących na  duchu wersetów, których zjawy  boją się bardziej niż oparzone  
dziecko ognia. Nauczę cię kiedy  ich wszystkich, a na razie  posłuchaj jednego, który 
znam na  pamięć, chociaż to po łacinie: 

 “Abite a me in ignem eternum  qui paratus est diabolo et  angelis ejus”. A 

znaczy to:  “idź precz ode mnie w ogień  wieczny przeznaczony dla diabłów  i 
aniołów”, ale powiedziane po  łacinie ma co najmniej podwójną  siłę. Naucz się tego 
na pamięć i  głośno powtarzaj, gdy poczujesz,  że złe duchy cię otoczyły, albo  
znajdziesz się w takich jak ta  jaskinia miejscach. 

 Powtarzałem za nim to  łacińskie zdanie, żeby zrobić mu  przyjemność, a 

także by odwrócić  jego uwagę od arkusika  pergaminu; ale gdy już nauczyłem  się na 
pamięć całego zaklęcia,  znowu wrócił do poprzedniego  tematu: 

 - Kiepskim był teologiem ten,  co te wersety wypisał, bo i  niestosowne 

wybrał, i nie umiał  ich należycie ponumerować.  Choćby ten tylko:  

 
Wiek ludzki jest lat  siedemdziesiąt, 
  duży, kto trwa  do osiemdziesiąt. 
  Tę trochę  troski mierzają, 
  a lata się  uciekają.
 
  
 Pod tym pisze on: “Psalm Xc.  10”. Otóż ten właśnie psalm  powtarzałem za 

pastorem, wiersz  po wierszu, przez całe  trzydzieści lat, ilekroć jakiego  
nieboszczyka w cmentarnej  glinie grzebaliśmy - i to  miejsce nie zaczyna się wcale 
od  wiersza dziesiątego, jak tu  pisze, ale od trzydziestego  trzeciego, co wiem, bo 
wtedy  pastorowi odpowiadam i wiersze  liczę, żeby dobrze trafić.  Gdybym miał tu 
mój modlitewnik,  tobym ci zaraz to wszystko jasno  pokazał! 

 Przerwał i rzucił mi z pogardą  arkusik pergaminu. Chwyciłem go  i 

wsunąłem w kieszeń, bowiem  osobliwą myśl mi jego słowa  nasunęły. Nic mu też nie 
powiedziałem, że mam modlitewnik  od ciotki, chcąc, jak tylko  odejdzie, sam 
dokładnie  sprawdzić, czy miał rację. 

 - Trzeba mi iść - rzekł w  końcu - choć żal opuszczać ten  dobrotliwy ogień i 

background image

krzepiący  trunek. Chętnie bym zaczekał, aż  Elzewir przyjdzie, a jeszcze  chętniej - 
aż sztorm ucichnie.  Lecz noce są krótkie i przed  świtem muszę Purbeck opuścić,  
żeby nikt mnie tu blisko nie  zobaczył. Więc powtórz Blockowi,  com mówił, i podaj 
mi flaszkę,  bo mam przed sobą piętnaście mil  drogi pod wiatr, więc niech się  napiję 
na te nocne chłody. 

 Łyknął z butelki, otrząsając  się jak pies, wstał i przeszedł  się kilka razy po 

jaskini, by  sprawdzić, czy mleko Araratu nie  myli mu kroków. Wreszcie gorąco  
uścisnął mi rękę i znikł w  głębokim cieniu korytarza. 

 Wiatr dął teraz kapryśnymi  podmuchami, lecz zdawało się, że  słabnie. 

Chwilę wsłuchiwałem się  w zamierające echo kroków i  wróciłem do mojego kąta;  
musiałem podsycić gasnący ogień,  zapaliłem świecę i zabrałem się  do wertowania 
skrawka pergaminu  i modlitewnika. Znalazłszy  psalm dziewięćdziesiąty  
przekonałem się, że w istocie  ustęp mówiący o wieku ludzkim  zaczyna się od 
wiersza  trzydziestego trzeciego, tak jak  Ratsey powiedział, a nie od  dziesiątego, jak 
napisano na  kartce pergaminu. Po tym  sprawdziłem drugi werset i  wszystkie inne i 
okazało się, że  zawsze numeracja psalmu jest  właściwa, a wiersza błędna. Pismo  na 
pergaminie było wyraźne i  czyste, bez żadnych kleksów czy  poprawek, a jednak w 
każdym  wypadku złą cyfrą oznaczano  kolejność wierszy. Mogło to  zatem jednego 
tylko dowodzić: że  cyfry te z numeracją wierszy nic  wspólnego nie mają. A więc co  
oznaczają? I ledwo sobie to  pytanie zadałem, już odpowiedź  sama mi się nasunęła: 
cyfry  oznaczały kolejność słów  wybranych w każdym wersecie, a  słowa te złożone 
razem muszą  mieć jakieś tajemnicze  znaczenie. Byłem teraz tak samo  
rozgorączkowany i podniecony jak  wtedy, gdy znalazłem medalion w  krypcie 
Mohunów, i w pośpiechu  ledwo mogłem odliczyć drżącym  palcem dziesięć słów w 
pierwszym  wersecie. Dziesiątym słowem  było “osiemdziesiąt”. W drugim  wersecie 
słowem oznaczonym było  “stóp”; w trzecim -  “głębokości”, w czwartym -  
“południe” i w piątym “studni”. 

 Osiemdziesiąt... stóp...  głębokości... południe...  studni... Tak oto wyglądał 

ów  tajemniczy szyfr! Jakże łatwo  dał się wykryć! A jednak nigdy  bym sam na to nie 
wpadł, w  głowie by mi nawet nie  zaświtało, jak go odczytać,  gdyby nie grabarz 
Ratsey i jego  pogrzebowa praktyka! Przebiegle  to sobie Czarnobrody ułożył, ale  
inni okazali się równie  przebiegli i oto już mamy jego  skarb w ręku. Roześmiałem 
się do  siebie, zacierając z  zadowoleniem dłonie, i raz  jeszcze odczytałem. 

 Osiemdziesiąt... stóp...  głębokości... południe...  studni... 
 Będzie się czym pochwalić  przed Elzewirem, gdy wróci!  Powiem mu, że 

szyfr został  rozwiązany i tajemnica przestała  być tajemnicą. Nie wyjawię mu  
wszystkiego od razu, podroczę  się z nim trochę, nakłaniając,  żeby sam próbował 
zgadnąć; w  końcu wszystko mu objaśnię i  przystąpimy do dzieła,  znajdziemy skarb 
i staniemy się  bogaci. I znów przypomniałem  sobie o Grace, myśląc, jak będę  
pokpiwał z mistrza Ratseya,  który mówił, że ona jest  bogata, a ja biedny i dlatego  
wszystko na darmo!  Osiemdziesiąt... stóp...  głębokości... południe...  studni... 

 Znowu odczytałem te słowa i  tym razem nie wydały mi się tak  zrozumiałe 

jak poprzednio.  Zacząłem zastanawiać się, co  właściwie powiem Elzewirowi, bo  w 
jaki sposób i gdzie mamy  skarbu szukać? Czarnobrody ukrył  go w jakiejś studni - to 
jasne;  ale co to mogła być za studnia?  I co oznacza słowo “południe”?  Stronę 
świata, czy porę dnia? A  jeśli stronę świata, czy ma to  być “południowa studnia”, 
czy  “na południe od studni”? A może  szyfr oznacza, że skarb ukryty  jest w 
odległości  osiemdziesięciu stóp na południe  od głębokiej studni? Wpatrywałem  się 
w te wiersze, jakby  atrament, którym je napisano,  mógł zmienić kolor objawiając  

background image

jakieś inne ich znaczenie; sens  tych słów zaczął mi się  wymykać, stał się oddalony i  
nieuchwytny. 

 Osiemdziesiąt... stóp...  głębokości... południe...  studni... 
 Stopniowo moja triumfalna  radość ustąpiła miejsca  niepewności i 

zwątpieniu; i  wydawało mi się, że wśród  podmuchów wichru słyszę śmiech  
Czarnobrodego, który drwi ze  mnie, bo taki już byłem pewny,  żem odkrył jego 
tajemnicę. Wciąż  jednak odczytywałem na nowo te  pięć słów, żonglując nimi i  
ustawiając je w rozmaitym  porządku, aby tylko wycisnąć z  nich jakieś nowe i jasne  
znaczenie. 

 “na głębokości osiemdziesięciu  stóp w południowej studni”. 
 “osiemdziesiąt stóp na  południe od głębokiej studni”.  “na południe od 

głębokiej na  osiemdziesiąt stóp studni” -  wszystkie te kombinacje  przelatywały mi 
przez głowę, aż  umęczony i półprzytomny  niepostrzeżenie zasnąłem. 

 Był już dzień, gdy się  obudziłem; wiatr zelżał, ale  wciąż jeszcze dochodził 

huk  wzburzonego morza uderzającego o  skały. W kącie jaskini płonął  ogień, przy 
nim siedział Elzewir  warząc coś w garnku. Wydawał się  świeży i wypoczęty, jakby 
się  porządnie wyspał, a nie spędził  długich godzin nocy na walce z  wichrem i burzą, 
i jakby nie  musiał jeszcze po powrocie  czuwać, bo zasnął ten, kogo na  straży 
zostawił. 

 Gdy tylko spostrzegł, że się  obudziłem, roześmiał się i  rzekł: 
 - Jak ci przeszła noc, czujny  wartowniku? Już drugi raz  przyłapałem cię 

śpiącego na  wachcie! Zasnąłeś tak mocno, że  nie obudziłbyś się nawet, gdyby  ci kto 
zimną lufę pistoletu do  czoła przyłożył! 

 Głowę miałem tak wypełnioną  moim odkryciem, że nie prosiłem  go o 

wybaczenie, lecz od razu  opowiedziałem, jak to idąc za  nieświadomą wskazówką 
Ratseya,  wykryłem zawarte w wersetach  znaczenie. Elzewir słuchał  cierpliwie, a 
ciekawość jego  wzrastała, w miarę jak opowieść  dobiegała końca; wziął do ręki  
arkusik pergaminu, przeczytał  raz jeszcze wszystko z wielką  uwagą, sprawdzając 
niezgodność  numeracji wierszy z moim  modlitewnikiem. 

 - Wydaje się, że masz rację -  powiedział w końcu - bo  dlaczego wszystkie te 

cyfry  miałyby być błędne, jeśli nie  kryje się w tym taka właśnie  sztuczka? Gdyby to 
zdarzyło się  raz czy dwa, można by  powiedzieć, że jakiś klecha źle  wersety 
przepisał; bo oni tacy  już są, że każdą rzecz mogą  zrobić zarówno dobrze, jak i  źle. 
Ale wszystkie cyfry są tu  błędne, więc nie ma wątpliwości.  Lecz jeśli ten, co je 
wypisał,  zrobił to rozmyślnie, należy się  zastanowić o co mu chodziło. Po  pierwsze 
powiada, że skarb jest  w studni. Ale w jakiej studni? I  to na głębokości 
osiemdziesięciu  stóp! Tak głębokiej studni nie  znajdziesz nigdzie w pobliżu  
Moonfleet. 

 Już chciałem powiedzieć, że  pewnie jest to studnia przy  dworze, ledwom 

jednak usta  otworzył, przypomniało mi się,  że żadnej studni tam nie ma, a  całą 
wodę czerpie się z potoku,  który wypływa z położonego wyżej  lasu i skacząc po 
kamieniach  biegnie przez dworki ogród aż do  rzeczki Fleet. 

 - Im dłużej się nad tym  zastanawiam - mówił dalej  Elzewir - tym jaśniej 

widzę, że  owa studnia wcale się w tych  stronach nie znajduje. Bo pomyśl  tylko: 
przecież Czarnobrody był  rozrzutnikiem, który stracił  wszystko, co posiadał, i na  
pewno roztrwoniłby także swój  skarb, gdyby tylko mógł na nim  rękę położyć. A 

background image

jednak tego nie  zrobił, więc myślę, że ukrył go  w miejscu bezpiecznym, a zarazem  
takim, do którego nie mógł  później wrócić. Gdyby to było  gdzieś blisko Moonfleet, 
setki  razy miał okazję to zrobić.  Często mówiłeś z pastorem  Glennie o 
Czarnobrodym i o jego  śmierci, więc opowiedz,  chłopcze, wszystko, coś słyszał  i co 
o tym wiesz. Może to nam  się przydać. 

 Powtórzyłem mu więc, co pastor  Glennie mówił: jak to pułkownik  John 

Mohun, zwany Czarnobrodym,  który od młodości był nicponiem  i marnotrawcą, 
roztrwonił w  hulaszczym życiu wszystkie swe  dobra, a w końcu, nie mając już  nic 
do stracenia, z rojalisty w  rebelianta się przemienił i  straż pełnił nad królem  
uwięzionym w zamku Carisbrooke. A  potem do podłego przekupstwa się  zniżył i 
otrzymał od swego  królewskiego więźnia wspaniały  diament w zamian za obiecaną  
pomoc w ucieczce; i gdy już ów  klejnot miał w rękach, raz  jeszcze zdradę popełnił i 
posłał  oddział strażników, by ujęli  króla, który właśnie wymykał się  przez kraty. 
Lecz później nikt  już Czarnobrodemu nie ufał,  stracił swe stanowisko i  pozbawiony 
wszystkiego wrócił na  starość do Moonfleet, gdzie w  zapomnieniu nędzne wiódł 
życie;  a gdy poczuł, że zbliża się jego  koniec, zdjęty strachem po  księdza posłał, by 
mu duchowej  udzielił pociechy. I ten  nakłonił go, by mocą testamentu,  diament, 
który jedyny z całego  majątku mu został, zapisał na  domy dla ubogich w Moonfleet. 
Bo  biedaków też Czarnobrody  okradał, doprowadzając do ruiny  ufundowane dla 
nich przytułki;  lecz oni żadnej z tego pociechy  nie mieli, bowiem gdy testament  
otwarto, owszem, zapis widniał w  nim, jak należy, tylko że brakło  wskazówki, gdzie 
klejnotu  szukać. Więc niektórzy  powiadali, że Czarnobrody  zadrwił sobie ze 
wszystkich i  nigdy diamentu nie posiadał;  inni zaś twierdzili, że miał go,  gdy 
umierał, lecz ktoś, obecny  przy jego śmierci, potem go  zabrał; ale najwięcej było 
tych,  co powiadali, że Czarnobrody  nagle zaniemógł i umarł, zanim  zdążył 
zdradzić, gdzie klejnot  ukrył; w ostatnich zaś swoich  chwilach starał się 
rozpaczliwie  coś wyznać, jakby jaki sekret. 

 Tylem Elzewirowi powtórzył, a  on słuchał uważnie, bo nie o  wszystkim 

wiedział. Kiedy  mówiłem, że Czarnobrody był w  Carisbrooke, poruszył się, jakby  
chcąc mi przerwać, ale  cierpliwie zaczekał, aż skończę.  Wtedy dopiero rzekł: 

 - Johnie, ten diament wciąż  jeszcze jest w Carisbrooke!  Dziwne, żem od 

razu na to nie  wpadł! Bo tam tylko mógł  Czarnobrody łatwo znaleźć  studnię 
głęboką na osiemdziesiąt  stóp, a nawet dwa i trzy razy  głębszą, gdyby mu była  
potrzebna. Jest taka studnia w  Carisbrooke, od dzieciństwa o  niej słyszałem, a raz 
nawet,  kiedy byłem małym chłopcem,  widziałem ją na własne oczy.  Wykopano ją 
na zamkowym podwórcu  i idzie w głąb kredowej skały na  pięćdziesiąt albo i więcej  
sążni. Tak jest głęboka, że  człowiek nie może nawet kubła  wody w niej zaczerpnąć, 
więc  postawiono tam kierat z ogromnym  kołem, wewnątrz którego osioł po  
stopniach depcze i wodę wyciąga.  Ale czemu ów pułkownik Mohun,  zwany 
Czarnobrodym, studnię  wybrał, aby w niej ukryć swój  klejnot, tego odgadnąć nie  
umiem. Lecz jeśli w studni go  ukrył, wszystko wskazuje, że  musiał na zamku 
Carisbrooke to  zrobić. Znane to miejsce, ludzie  nawet z Londynu tam zjeżdżają,  by 
oglądać zamek i tę niezwykłą  studnię podziwiać. 

 Mówił szybko i z zapałem,  jakiegom w nim dotąd nie znał, i  pewny byłem, 

że ma rację. Bo  wydawało się całkiem naturalne,  że jeśli Czarnobrody w ogóle  
ukrył diament w studni, musiała  to być studnia przy tym samym  zamku, w którym 
go tak niegodnie  posiadł. 

 - Jeśli powiada on “południe  studni” - ciągnął dalej Elzewir  - to jasno 

znaczy, żeby według  busoli odnaleźć punkt południowy  na obmurowaniu, a potem  

background image

odmierzyć osiemdziesiąt stóp od  tego punktu w głąb i tam diament  powinien się 
znajdować. Umówiłem  się wczoraj z ludźmi z  “Bonawentury”, że jeśli morze  
będzie spokojne, od jutra za  tydzień staną pod naszą jaskinią  i zabiorą nas o 
północy, w  czasie przypływu; tymczasem zaś,  przez te osiem dni, co nam  zostało, 
twoja noga do reszty  wydobrzeje. Chciałem płynąć do  St. Malo i zostawić cię w  
Eperon d'or u starego  Chauvelais, gdzie mógłbyś  nauczyć się po francusku  klepać, 
póki te gorące dla nas  czasy nieco ostygną. Ale teraz,  jeśli postanowiłeś szukać tego  
skarbu i po uszy chcesz się w to  wpakować, to ja nie jestem znów  taki stary i też 
mogę z siebie  zrobić wariata. Więc zostawmy w  spokoju St. Malo i płyńmy na  
wyspę Wight, do Carisbrooke.  Znam dobrze ten zamek, stoi o  niecałe dwie mile od 
Newport, a  w samym Newport możemy schronić  się w gospodzie “Pod trąbką”,  
która też kontrabandzie służy.  Na wyspach w Kanale królewskie  rozkazy nierychło 
spełniają, a  jeśli do tego w przebraniu się  tam zjawimy, będziemy w Newport  
równie bezpieczni jak w St.  Malo. 

 Tego właśnie, co mówił,  najgoręcej pragnąłem;  postanowiliśmy więc, że  

“Bonawentura” wysadzi nas na  wyspie Wight zamiast we Francji. 

 Odkąd tylko człowiek pojawił  się na powierzchni ziemi, zawsze  wieść o 

zakopanym skarbie  mocniej poruszała krew w jego  żyłach, więc i we mnie aż  
kipiało z ochoty i zapału. Nawet  Elzewir, choć nie okazywał tego  na zewnątrz, był 
podniecony  odkryciem. Obaj ledwo mogliśmy  już wytrzymać w naszym  
podziemnym więzieniu i tych  osiem dni długo się nam  ciągnęło. Ale nie był to czas  
stracony, bo z każdym dniem  moja noga stawała się  silniejsza; niby wilk, którego  
kiedyś oglądałem w klatce na  dorchesterskim jarmarku,  krążyłem całymi godzinami 
po  jaskini, żeby zabić czas, a  zarazem nabrać większej pewności  w stawianiu 
kroków. Ratsey już  nas więcej nie odwiedził, ale  wbrew temu, co zapowiadał,  
widział się parę razy z  Elzewirem i zdobył dla niego  trochę pieniędzy i potrzebnych  
nam rzeczy. Z jednego z tych  spotkań Elzewir przyniósł do  jaskini długi bicz i 
tłumoczek z  ubraniem, które mieliśmy włożyć,  by wystąpić w następnym akcie.  
Była w nim biała pikowana kurta,  jaką noszą woźnice, i druga  podobna, tylko 
mniejsza, dla  mnie; znalazły się też dwa  kapelusze i skórzane spodnie, i  buty - 
wszystko jak należy.  Włożyliśmy to na siebie; Elzewir  wyglądał zupełnie jak 
woźnica, a  ja jak chłopiec od koni.  Zaśmiewałem się patrząc na  niego, gdy stanął 
pośrodku  jaskini i ćwiczył się w  strzelaniu z bata, pokrzykując  “Wiooo”, jak 
prawdziwy furman.  Mimo całej swej powagi też się  przy tym uśmiechał i pokazał 
mi,  jak okręcić wiechciami słomy  nogi. Obciął brodę, ale twarz  jego nie straciła nic 
z dawnego  wyrazu; wysunięta szczęka  i podbródek jak przedtem  wskazywały na 
jego siłę i  zdecydowanie. Ja zaś, aby  bladość swoją ukryć, natarłem  twarz i ręce 
wywarem z liści  młodego orzecha i wyglądałem na  zupełnie innego chłopca.  

 

background image

13 -  Rozmowa  

 Żadnej ludzkiej istoty, co  wyjść ma lub przyjść, 
  żadnej  twarzy w otwartym lub zamkniętym  oknie 
  ani dymu z konina,  niczego, co myśl 
  o domu  przywodzi spokojnym. 
  
 (Hood)
  

 Tak nam upływał czas i  jeszcze tylko dwie noce mieliśmy  spędzić w jaskini. 

Mówiłem już,  że to czekanie niecierpliwiło  nas, bo spieszno nam było skarb  
odnaleźć. Lecz mnie coś jeszcze  z każdym dniem bardziej  dręczyło: postanowiłem 
sobie  mocno, że nim te strony  opuszczę, muszę Grace zobaczyć,  a nie wiedziałem, 
jak o tym  Elzewirowi powiedzieć. Mało już  czasu zostało, zrozumiałem więc,  że 
albo zaraz to zrobię, albo  będę musiał wyrzec się tego. 

 Siedzieliśmy właśnie jak dwa  morskie ptaki na skalnym ganku  przed 

jaskinią, patrząc w stronę  St. Alban's Head na ostatni  blask zachodzącego słońca.  
Wieczorne opary zaczynały już  zbierać się nad Kanałem i  Elzewir cały się 
wstrząsnął. 

 - Noc robi się chłodna -  powiedział wstając. Pomyślałem,  że dłużej już 

zwlekać nie mogę,  i mówić zacząłem: 

 - Drogi mistrzu Elzewirze,  opiekowałeś się mną cały ten  czas i 

pielęgnowałeś troskliwiej  niż najlepszy ojciec; tobie  życie zawdzięczam, a także i  
to, że moja noga znów jest cała  i zdrowa. Ale dziś spokoju  znaleźć nie mogę i 
błagam cię,  pozwól mi wyjść stąd i  pochodzić trochę po powierzchni  ziemi. Już z 
górą dwa miesiące  siedzę w tej jaskini, patrząc na  jej kamienne ściany, a bardzo  
chciałbym trochę po łąkach  pospacerować. 

 - Nie mów, żem ci życie ocalił  - przerwał mi Elzewir -  bo to  ja przecież na 

szwank je  naraziłem. Gdyby nie ja, mógłbyś  teraz spokojnie leżeć w swym  łóżku w 
Moonfleet, zamiast kryć  się w skalnych pieczarach. Nie  wspominaj więc nawet o 
tym;  jeśli jednak chcesz się trochę  przewietrzyć, nic złego w tym  nie widzę. 
Rozmaite fantazje  nachodzą ludzi, gdy do zdrowia  wracają. Właśnie dzisiejszej  
nocy muszę pójść do tej  zrujnowanej chaty, o której  nieraz ci mówiłem, żeby zabrać  
stamtąd busolę - co ją dla mnie  Ratsey zostawił. Więc zabierz  się ze mną i odetchnij 
trochę  świeżym, nocnym powietrzem. 

 Zgodził się łatwiej, niż  sądziłem, więc znów zacząłem  nalegać: 
 - Nie, mistrzu Block, pozwól  mi dalej nieco powędrować. Wiesz  dobrze, że 

urodziłem się i całe  życie w Moonfleet przepędziłem.  Kocham każdy tamtejszy 
kamień,  każde drzewo czy potok i  postanowiłem sobie jeszcze raz  wszystko to 
zobaczyć, nim na  zawsze te strony opuścimy. Daj  mi więc pójść tam i choć  spojrzeć 
na moją wioskę. Nikt  mnie w nowym przebraniu nie  pozna i jutrzejszej nocy  
bezpiecznie do ciebie wrócę. 

 Spoglądał na mnie w milczeniu  i czułem, że mnie na wskroś  wzrokiem 

przenika, ale nie  rozgniewały go moje słowa; ja za  to zrobiłem się czerwony i  

background image

spuściłem oczy. 

 - Słuchaj, chłopcze - rzekł po  chwili - znałem ja ludzi, którzy  dla różnych 

przyczyn życie swe  narażali: dla złota lub  miłości, lub nienawiści, lecz  nigdym nie 
słyszał, by ktoś  igrał ze śmiercią, bo chce jakiś  tam kamień, potok czy drzewo  
zobaczyć. A gdy ludzie mówią, że  kochają jakąś wieś czy miasto,  to można być 
pewnym, że kochają  tylko kogoś, kto tam mieszka;  albo że kiedyś kochali, a teraz  
chcą znów to miejsce zobaczyć i  wspomnienie odświeżyć. Więc  kiedy mi o 
Moonfleet mówisz,  domyślam się, że masz tam kogoś,  kogo chcesz spotkać lub 
ujrzeć  masz nadzieję. Wiem, że nie o  ciotkę ci chodzi, bo nie ma  między wami 
miłości; a poza tym  nikt nigdy życiem nie ryzykuje,  żeby ciotce “do widzenia”  
powiedzieć. Nie ukrywaj więc  niczego przede mną, ale powiedz  mi wszystko 
otwarcie, a ja  osądzę, czy ten drugi skarb,  którego chcesz szukać, zawiera w  sobie 
dość szczerego złota i czy  warto ci życie na szalę rzucać,  aby go pozyskać. 

 Wyznałem mu więc wszystko,  niczego nie ukrywając, i  starałem się go 

przekonać, że  nic mi w Moonfleet nie grozi, bo  nikt mnie w przebraniu nie  pozna, 
ja zaś dobrze wiem, gdzie  tam znaleźć jaki murek, lasek  czy żywopłot, za którym 
mógłbym  się ukryć; a w końcu gdyby nawet  mnie ktoś poznał, nogę już mam  
zdrową i mało znajdzie się  takich, co by mnie dogonić  mogli. Mówiłem i mówiłem, 
nie  tyle w nadziei, że go  przekonam, lecz byle co, aby  mówić, bom nie śmiał w 
oczy mu  spojrzeć i bałem się, że jak  tylko przerwę, on gniewnie mi  odpowie. 
Wreszcie słów mi  zabrakło i umilkłem. Lecz  Elzewir gniewem nie wybuchnął  
wbrew temu, czegom się  spodziewał. Zapanowała cisza i  gdy po chwili podniosłem 
głowę,  poznałem z jego twarzy, że  daleko gdzieś myślami  zawędrował. A gdy się 
odezwał,  nie było w jego głosie złości,  tylko trochę smutku. 

 - Jesteś szalony, mój chłopcze  - powiedział. - Ale ja sam byłem  kiedyś 

młody; moje ścieżki są  zbyt mroczne i nie chcę cienia  na ścieżki innych rzucać; nie  
zamierzam też studzić twej  młodej krwi. Na twoje życie padł  już cień za moją 
rzucony pomocą,  więc póki możesz, korzystaj z  tego, co w nim jasne zostało, i  idź, 
dokąd chcesz. Powabna jest  ta dziewczyna i dobre ma serce,  aż nieraz dziw mnie 
brał, że  takiego miała ojca. Zadowolony  jestem teraz, że nie mam go na  sumieniu, 
nigdy bym nie chciał  rąk jego krwią splamić, mimo  całego zła, jakie na mnie  
ściągnął, ale życie każdego z  naszej kompanii zależało od  tego, czy on przy życiu  
zostanie. Więc bądź spokojny,  pójdź i zobacz te drzewa,  kamienie i potoki, o 
których mi  mówiłeś. A jeśli cię gdzie na  łąkach ustrzelą lub chwycą i do  więzienia 
wtrącą, nie wiń mnie,  ale swoje własne szaleństwo.  Odprowadzę cię do Purbeck 
Gate,  wrócę tu i będę czekał. A jeśli  jutro do północy nie zobaczę tu  ciebie, będzie 
to dla mnie  znakiem, żeś wpadł w pułapkę, i  pójdę cię szukać. 

 Ująłem jego dłoń, dziękując,  jakem umiał, że iść mi pozwolił;  przebrałem 

się w strój woźnicy  i napchałem kieszenie chlebem i  mięsem, bo pewnie mało co 
znajdę  do jedzenia w czasie mej  wędrówki. Było już ciemno, gdy  opuszczaliśmy 
jaskinię, gdyż w  naszych stronach zmierzch jest  krótki, a podział między dniem i  
nocą ostrzejszy niż w położonych  bardziej na północ częściach  kraju. Elzewir wziął 
mnie za  rękę i prowadził przez mroki  kamieniołomu, ostrzegając, gdzie  mam się 
pochylić, a gdzie uważać  na nierówności drogi. Doszliśmy  tak do dna szybu i 
patrząc w  górę, poprzez gąszcz paproci i  zielska, ujrzałem granatowe  niebo wielką 
gwiazdę wprost nad  nami. Wdrapaliśmy się po  stopniach, mając z jednej strony  
kamienny ślizg, po czym  przeszliśmy szybko po sprężystej  darni do opustoszałych 
ruin  górniczych chat. 

 Zanim uszliśmy pół mili,  przemiękły mi buty od namokłej  rosą trawy. Noc 

background image

była  bezksiężycowa, lecz tak jasna,  żem widzieć mógł srebrnobiałe  welony 
pajęczyn rozpięte na  trawie. Nie odzywaliśmy się po  części dlatego, że bezpieczniej  
było milczeć, bo głos daleko  niesie po łąkach, w tak spokojne  noce, a po części 
dlatego, jak  myślę, że ujęło nas piękno  rozgwieżdżonego nieba,  wypełniając serca 
uczuciem zbyt  trudnym do wyrażenia. Wkrótce  dotarliśmy do zrujnowanej chaty,  o 
której wspomniał Elzewir, i  tam w dawnym piecu znaleźliśmy  busolę, tak jak Ratsey 
obiecał.  Znów szliśmy dalej w milczeniu  przez samotne wzgórza; w żadnym  oknie 
nie zamigotało światełko  ani pies się żaden nie poruszył.  Doszliśmy w końcu do 
tego  dziwnego wąwozu, który ludzie  zwą Purbeck Gate. Jest to przez  naturę 
stworzone przejście,  wycięte w szczycie wzgórza, o  ścianach tak gładkich, jakby je  
ludzka wykuła ręka; tędy to  zawsze przechodzili nieliczni w  tych samotnych 
okolicach  wędrowcy - pasterze i żeglarze,  żołnierze i straż celna. I choć  pewnie od 
wieków nie przetoczył  się tędy żaden pojazd, w kredowej  podłodze wąwozu 
widnieją  szerokie, głębokie koleiny,  jakby je wozy olbrzymów w  zamierzchłych 
czasach  wyżłobiły. 

 Tu właśnie Elzewir zatrzymał  się i wyciągając z zanadrza  srebrem okuty 

pistolet Maskewa,  włożył mi go w dłoń. 

 - Weź go, dziecko - powiedział  - ale nie strzelaj, chyba, że  będziesz musiał, 

a wtedy celuj  nisko, bo góruje. 

 Schowałem pistolet do  kieszeni, uścisnąłem Elzewirowi  rękę i tak się 

rozstaliśmy. On  wracał do Purbeck, ja zaś  szedłem dalej wzdłuż grzbietu  wzgórza 
Hoar Head. Musiało już  być koło trzeciej, gdy znalazłem  się na porosłym trawą 
kurhanie,  zwanym Culliford Tree, który  jest miejscem wiecznego  spoczynku 
nieznanego rycerza  starożytności. Stoi tu kępa  drzew przecinających linie  
horyzontu i pod nimi usiadłem,  by nieco wytchnąć. Ale nie na  długo, bo gdym się 
obejrzał w  stronę Purbeck, dostrzegłem  nisko nad samym morzem poza St.  Alban's 
Head, bladą smugę  brzasku; więc ruszyłem naprzód,  wiedząc, że mam jeszcze przed  
sobą całe dziesięć mil drogi.  

 Wkrótce napotkałem pierwszy  ślad ludzkiej obecności, a  mianowicie stadko 

owiec  karmiących się rzepą na  zostawionym pod wypas ugorze.  Słońce już stało 
wysoko i  zalewało wszystko różowym  blaskiem, w którym owce odcinały  się bielą 
od brunatnego tła  ziemi. Nie spostrzegłem ani  pasterza, ani psa nawet i  szedłem 
dalej, aż koło siódmej  znalazłem się cały i bezpieczny  na wzgórzu Weat˙˙rb˙˙ch, 
sk˙˙˙˙d  r˙˙ci˙˙b9˙˙ga się widok na Moonfleet. ˙˙  Pode mną ˙˙˙˙b3 dworski las i  
st˙˙˙˙dom, niżej, biała droga  wioskowa i rozproszone domki,  jeszcze niżej - nasza 
gospoda i  szklista rzeczka Fleet, a na  samym końcu - otwarte morze. Nie  umiem 
powiedzieć, jak smutny i  słodki zarazem był to obraz;  wydał mi się mirażem na 
pustyni  - pięknym, a nigdy dla mnie  nieosiągalnym. Spokój panował w  powietrzu, 
niebieskawe dymy  porannych ognisk szły prosto w  górę, ale nie było dymu ani nad  
naszą gospodą, ani nad dworem.  Słońce porządnie już grzało i  zacząłem schodzić ze 
wzgórza,  zagłębiając obcasy w wypalonej  na brąz darni. Wkrótce wszedłem  do lasu,
znalazłem moją kotlinkę  i położyłem się wśród dzikiego  rabarbaru i łopianu, patrząc 
na  wejście do domu. 

 Zastanawiałem się, co robić,  by zobaczyć Grace - czy czekać  tu godzinę, 

dwie, a jeśli z domu  nie wyjdzie, pójść i śmiało do  jej drzwi zapukać? Nie kryło się  
w tym chyba żadne  niebezpieczeństwo, bo pewnie,  tak jak mówił Ratsey, nikt  prócz 
niej tu nie mieszka,  najwyżej jakaś stara kobieta,  której wydałbym się w przebraniu  
obcym przybyszem szukającym  drogi. Leżałem spokojnie, żując  kawałek chleba, 
doszedł mnie  dzwon zegara na kościelnej  wieży, który wybił godzinę ósmą,  później 

background image

dziewiątą, ale cały czas  nikt z domu nie wyszedł, ani nie  wszedł. Las rozbrzmiewał 
śpiewem  ptaków, nawoływaniami kukułki i  dzikiego gołębia, głęboki,  zielony cień 
przecinały żółte  słoneczne smugi, wśród których  irysy błyszczały lśniącą bielą i  
jaśniało niebieskie morze  bluszczu. Wybiła dziesiąta,  robiło się coraz cieplej,  
cichnął chór ptaków, a wzmagało  się brzęczenie pszczół - w końcu  wstałem, 
otrząsnąłem się,  wygładziłem kurtkę i wyszedłem  na drogę wiodącą do dworu. 

 Choć dobre miałem przebranie,  czułem, że nie wyglądam jakoś na  chłopca 

od koni; nie wiedziałem,  co zrobić z rękoma i jak je  powinienem trzymać. 

 Obszedłem dom dokoła i  zakołatałem do drzwi frontowych,  a krew uderzyła 

mi w żyłach z  taką mocą jak kołatka, tyle że  ciszej. Odgłos mojego stukania  
przeszedł echem przez korytarze,  zaplątał się i zginął i  wszystko było znów ciche jak
przedtem. Czekałem chwilę i już  chciałem powtórnie zakołatać,  gdym posłyszał 
zbliżające się  korytarzem leciutkie kroki. 

 Zgrzytnęły zasuwy i dziewczęcy  głos zapytał: 
 - Kto tam? 
 Cofnąłem się o krok; dobrzem  znał ten głos i już miałem  głośno swoje imię 

wykrzyknąć,  ale wstrzymałem się, bo ktoś  jeszcze mógł być w pobliżu.  Śmiech i 
płacz, figle i smutki  często  się na świecie mieszają,  i wzięła mnie ochota, żeby  
sobie z Grace zażartować i  przekonać się, czy zgadnie, kim  jestem. Więc 
odpowiedziałem na  jej pytanie krągłą dorsetską  mową: - Biedny chłopczyna, co  
zgubił drogę i trafić nie może. 

 Uchyliła drzwi i spytała,  dokąd zmierzam, spoglądając przy  tym na mnie jak 

na obcego. 

 Powiedziałem, że idę z Purbeck  i szukam gospody “czemu by nie”,  którą 

trzyma niejaki mistrz  Block. Słysząc to zadrżała  lekko, dokładniej mi się  przyjrzała, 
ale niczego nie  spostrzegając odparła: 

 - Wejdź, mój dobry chłopcze,  na ten taras, a pokażę ci, gdzie  się znajduje 

gospoda. Lecz od  dwóch miesięcy jest zamknięta, a  mistrz Block wyjechał. 

 Mówiąc to obróciła się w  stronę tarasu, lecz gdy tylko  znaleźliśmy się z dala 

od drzwi,  tak że nikt nie mógłby nas  posłyszeć, powiedziałem moim  zwykłym 
głosem, tyle że szybko i  cicho. 

 Grace, to ja, John  Trenchard,  przyszedłem pożegnać się z tobą,  bo 

opuszczam te strony i wiele  mam ci do powiedzenia. Czy jest  ktoś w domu prócz 
ciebie? 

 Każda inna dziewczyna, tak  zaskoczona, zaczęłaby krzyczeć  lub popadłaby 

w omdlenie, ale  ona nic takiego nie zrobiła;  zarumieniła się tylko leciutko i  
powiedziała równie jak ja szybko  i cicho: 

 - Wróćmy do domu, jestem sama. 
 Weszliśmy do środka i  zamknąwszy zasuwy chwyciliśmy  się za ręce; 

staliśmy chwilę  twarzą przy twarzy, patrząc  sobie w oczy. Zmęczony byłem  długą 
wędrówką i nieprzespaną  nocą, a widok Grace taką  wypełnił mnie radością, że w  
głowie mi się zakręciło i jakbym  w słodki sen zapadł. Ścisnęła   lekko moje dłonie i 
wiedziałem  teraz, że wszystko to dzieje się  naprawdę, i z samej prostej  miłości 
zapragnąłem ją  pocałować; ale odgadła mój  zamiar i odsunęła się trochę,  jakby 
chciała baczniej mi się  przyjrzeć. 

background image

 - W ciągu tych dwóch miesięcy  wyrosłeś na mężczyznę -  powiedziała. 
 I nie pocałowałem jej. 
 Tak, to prawda, że stałem się  mężczyzną, a prawda jeszcze  większa, że ona 

w kobietę się  przemieniła i była teraz mojego  wzrostu. Niedawne przejścia  zabrały 
jej nieco dziewczęcej  figlarności, czyniąc ją bardziej  stateczną i dorosłą. Była 
ubrana  na czarno, dłuższe nosiła  spódnice, włosy upięła z tyłu  głowy; pewnie ten 
żałobny struj  sprawił, że wyglądała szczuplej  i bladziej, jak Ratsey to  zauważył. 
Patrzyłem na nią, a  ona na mnie, i widząc moją  odzież woźnicy nie mogła  
wstrzymać uśmiechu; myślała, że  twarz i ręce pobrązowiały mi od  słońca, bo pewnie 
ukrywałem się  gdzieś w ciepłych krajach, więc  jej powiedziałem, że to wywar z  
orzechowych liści sprawił. 

 Wolała rozmawiać ze mną w  ogrodzie, bo mogła nadejść  kobieta, która jej w 

gospodarstwie pomagała, a w  razie czego łatwiej by mi było  stamtąd się wymknąć. 
Przeszliśmy  więc korytarzem przez  zamieszkaną część domu, mijając  rozmaite 
pokoje, a wśród nich -  jeden otoczony półkami pełnymi  zakurzonych książek. 
Zasłony  były w nim opuszczone, ale dosyć  wpadało światła, i zobaczyłem  wysokie, 
końskim włosiem  wyściełane krzesło, stojące przy  stole, na którym leżała gruba  
otwarta księga, a obok niej -  okulary w rogowej oprawie, które  często widywałem na 
nosie  Maskewa; bo jego to był pokój i  niczego tu nie ruszono od czasu,  gdy ostatni 
raz w nim przebywał.  Zadrżałem na myśl, w czyim  jestem domu, i strach mnie  
zdjął, że zaraz pojawi się sam  stary sędzia, by wtrącić mnie do  więzienia. 
Przypomniałem sobie  jednak przyczynę wszystkich  moich kłopotów i ujrzałem w  
wyobraźni jego nieruchomą twarz  zwróconą ku porannemu słońcu. 

 Poszliśmy do ogrodu, w którym  nigdy przedtem nie byłem. Miał  on kształt 

kwadratu, otaczał go  wysoki mur i równałby się  niejednemu pałacowemu ogrodowi,  
gdyby nie był tak zaniedbany i  zarośnięty. Mógłbym długo  opisywać jego zdziczałe 
drzewa  owocowe, kwiaty, zioła i  rośliny. Czerwony ceglany mur  chwytał i 
zatrzymywał każdy  promień słońca i przyczaił się  tu duszny upał, zaprawiony  
ciepłą wonią dojrzewających  truskawek. Ku memu zadowoleniu  zeszliśmy ze słońca 
w cień  alejki wysadzanej pigwami,  których gałęzie splatały się nad  naszymi 
głowami, wiodącej do  zacisznej altany. Rosły tu dwa  stare figowce, których korony  
widoczne były z zewnątrz.  Słynęły z tego, że największy i  najwcześniejszy dawały 
owoc, i  Grace wskazała na nie mówiąc, że  w razie potrzeby mógłbym łatwo  
wdrapać się na któryś i mur  przeskoczyć.  

 Siedliśmy w cieniu altany i  opowiadałem o wszystkim, co się  zdarzyło, gdy 

jej ojca śmierć  spotkała, pominąwszy jedynie, że  Elzewir chciał go zastrzelić;  nie 
było po co o tym wspominać,  a i sam dobrze nie wiedziałem,  czy naprawdę miał ten 
zamiar,  czy chciał go jedynie  nastraszyć. 

 Płakała słuchając mnie, ale  później wstrzymała łzy i  obejrzała bliznę na 

mojej  nodze, by zbadać, czy już dobrze  się zagoiła. 

 Wtajemniczyłem ją też w ukryte  znaczenie słów wypisanych na  arkusiku 

pergaminu. Znała mój  medalion i jego dzieje, teraz  zaś znowu otworzyłem go i  
odczytała kilka razy wersety z  psalmów, a ja wskazywałem  zawarte w nich słowa 
szyfru; i  powiedziałem, że odnajdę skarb  Mohuna i wrócę do Moonfleet jako  
najbogatszy w okolicy człowiek. 

 - Ach, Johnie - zawołała - nie  przykładaj zbyt wielkiej wagi do  tego 

klejnotu! Jeśli jest prawdą  to, co mówią, ze zła się wziął i  zło ze sobą niesie. I nawet 
ów  podły człowiek nie odważył się  użyć go dla swoich celów, lecz  biednym go 

background image

przeznaczył. Więc  jeśli ten diament naprawdę  odnajdziesz, nie zatrzymuj go,  ale dla 
spokoju duszy  Czarnobrodego uczyń to, co on  zamierzał uczynić, gdyż inaczej  
klątwę na siebie ściągniesz. 

 Uśmiechnąłem się tylko,  biorąc to za dziewczęce wymysły,  i nie wyjawiłem 

jej, czemu tak  bardzo chcę być bogaty - a  mianowicie, żeby ją kiedyś pojąć  za żonę. 
Później, gdy już długo  opowiadałem o wszystkim, co mnie  samego dotyczyło, tak 
jak to  zwykle mężczyźni czynią,  zapytałem o jej sprawy i co  robić zamierza. 
Odparła, że  przed miesiącem odwiedzili ją  prawnicy, nakłaniając, by dom  swój 
opuściła i przeniosła się  do Londynu, gdzie zamieszka z  pewną starszą damą. Bo jak 
mówili, jej ojciec umarł nie  zostawiając testamentu, przez co  opieka nad nią przeszła 
w ręce  Urzędu Kanclerskiego. Lecz ona  prosiła, by dali jej w Moonfleet  pozostać, 
bo nigdzie indziej żyć  nie może, a tutejsze powietrze i  wygody, jakie ma w domu,  
doskonale jej odpowiadają.  Odeszli więc z niczym, mówiąc,  że muszą czekać na 
decyzję sądu,  który orzeknie, czy może dalej  we dworze mieszkać - ale jak  dotąd 
wciąż tu pozostaje.  Zmartwiłem się słysząc to  wszystko, bo jakem dobrze  wiedział, 
zawsze to, na czym  Urząd Kanclerski rękę położył,  rozpadało się w ruinę, jak na  
przykład kanclerskie młyny w  Cerne, czy kanclerska przystań w  Wareham; a na 
pewno mało by  trzeba, żeby ten dom do ruiny  doprowadzić, bo i tak już w  trzech 
czwartych się rozpadał. 

 W końcu, chodź było samo  południe i słońce mocno paliło,  włożyła 

perkalowy czepek i  narwała truskawek dla mnie,  wybierając co piękniejsze i  
przyniosła mi z domu chleba i  mięsa. Potem zwinęła swój szal,  robiąc z niego 
poduszkę, i  nakłoniła mnie, żebym ułożył się  w altanie na ławce i przespał,  bo 
mówiłem jej, jak to całą noc  wędrowałem, a i wiedziała też,  że muszę przed północą 
wrócić do  jaskini. Zostawiła mnie samego i  do domu odeszła, a przyznać  muszę, że 
nigdym w życiu tak  słodko i spokojnie nie spał; bo  bardzo byłem zmęczony i  
ukołysała mnie myśl o niej - żem  ją ujrzał i że taka była dla  mnie dobra.  

 Gdy się obudziłem, siedziała  przy mnie, szydełkując jakąś  robótkę. Upał 

zelżał nieco i  Grace powiedziała, że na zegarze  słonecznym minęła już piąta.  
Musiałem więc ruszać. Wetknęła  mi do ręki węzełek z wiktuałami  na drogę, a gdy 
wsuwała mi w  kieszeń butelkę mleka, uderzyła  nią o rękojeść pistoletu, który  tam 
schowałem. - Co to jest? -  zapytała, ale jej nie  powiedziałem, żeby gorzkich  
wspomnień nie przywoływać. 

 Znów staliśmy blisko siebie,  trzymając się za ręce. 
 - Johnie - powiedziała -  będziesz wędrował po morzach i  kiedyś pewnie do 

Moonfleet zawiniesz.  A choć nie bywałeś tu ostatnio,  zawsze tak jak dawniej stoi w  
moim oknie zapalona lampa. I  jeśli którejś nocy znajdziesz  się blisko naszego 
wybrzeża,  zobaczysz jej światło i będziesz  wiedział, że Grace o tobie  pamięta. A 
gdy go nie będzie,  wiedz, żem umarła lub Moonfleet   opuściła, bo każdej nocy, póki  
nie wrócisz, myślą z tobą będę. 

 Nie umiałem powiedzieć ni  słowa, bo serce moje  przepełniała słodycz i 

smutek  rozstania, tylko przyciągnąłem  ją do siebie i pocałowałem; tym  razem nie 
cofnęła się, lecz  pocałunkiem mi odpowiedziała.  

 Wdrapałem się na drzewo  figowe, bo bezpieczniej było  zniknąć przez mur 

niż bramą  wychodzić i gotów już do skoku  na drugą stronę, zwróciłem się  raz 
jeszcze do niej, by ją  pożegnać. 

 - Bywaj! - zawołała - i  pamiętaj, strzeż się, gdy tego  diamentu dotkniesz; ze 

background image

zła on  się wziął i zło ze sobą niesie. 

 - Bywaj Grace, bywaj! -  odparłem i skoczyłem na miękką,  wysłaną liśćmi 

leśną ziemię.  

 

background image

14 -  Dom ze studnią  

  ...Bo ci, których nie  dojrzysz, otoczyli w krąg 
   gęstym murem - kamienną i  zionącą głąb. 
  
 (scott)
  

 Brakło jeszcze pół godziny do  północy, gdy znalazłem się u  wylotu szybu, a 

zanim zdążyłem  postawić nogę na pierwszym  stopniu usłyszałem dobywający  się z 
ciemności głos Elzewira,  który mnie wzywał do podania  hasła: “Pomyślne wiatry  
“Bonawenturze”” - odkrzyknąłem i  powróciłem do naszej jaskini,  żeby się przespać 
w niej po raz  ostatni. 

 Następna noc dobrze nadawała  się do ucieczki. Nadeszła pora  wielkiego 

przypływu, księżyc  stał w pełni, od lądu wiała  lekka bryza i woda pod skałą  była 
gładka. Jeszcze przed  zachodem ujrzeliśmy płynącego  przez Kanał “Bonawenturę”, 
który  po zmroku podsunął się bliżej i  wysłał po nas szalupę. Na  pokładzie wielu 
spotkaliśmy  przyjaciół, serdecznie nas  witano i troskliwie się nami  zajęto. 
Zadowolony byłem, bom  się znowu wśród swoich znalazł,  ale sercem mym szarpał 
ból, że  muszę opuścić drogie wybrzeże  Dorset, a nawet i tę jaskinię,  która była mi 
tak długo domem i  szpitalem. 

 Wiatr wyniósł statek na wody  Kanału i o świcie wysadzono nas  w Cowes na 

wyspie Wight, skąd  udaliśmy się pieszo do Newport.  Był wczesny ranek i prawie  
wszyscy w mieście jeszcze spali,  a ci, których spotykaliśmy na  ulicach, nie zwracali 
na nas  zbytniej uwagi, biorąc Elzewira  za woźnicę, a mnie za chłopca od  koni, i 
sądząc pewnie, że  przywieźliśmy zboże na towarowiec  kursujący do Southampton. 

 Newport nie jest dużym miastem  i szybko znaleźliśmy gospodę “Pod  

Trąbką”; Elzewir tak dobrze  udawał woźnicę, że gospodarz go  nie poznał, choć 
nieraz się  widywali. Zaczęli rozmowę od  małej słownej potyczki. 

 - Może tu u was przenocować i  pożywić się prosty człowiek ze  wsi i jego 

parobek? - zapytał  Elzewir? 

 - Nie, nie ma u nas miejsca -  rzekł gospodarz, mierząc  Elzewira wzrokiem, 

niechętny  przyjmować obcego, który, gdy  znajdzie się wewnątrz, mógłby za  wiele 
zobaczyć i być może trafić  na ślad kontrabandy. - Zbliża  się Letni Jarmark i u mnie 
już  pełno. Nie mogę przecież  wyrzucić dżentelmenów, którzy tu  mieszkają, żeby 
dla was zrobić  miejsce; ale popróbujcie w  zajeździe “Pod Snopem”. Dobra to  
gospoda i nie tak pełna jak  moja. 

 - Tak, ruchliwa to pora, ale  te jarmarki są dla was pomyślne  - rzekł Elzewir z 

lekkim  naciskiem na ostatnie słowo. 

 - Co pomyślne? - zapytał  szynkarz, jakby nie dosłyszał. 
 - Pomyślne wiatry  “Bonawenturze”” - padła  odpowiedź. 
 Szynkarz chwycił Elzewira za  rękę i zaczął nią gwałtownie  potrząsać. 
 - Toż to mistrz Block! -  powiedział. - Czekam was tego  ranka, a poznać nie 

mogłem! 

background image

 Śmiał się oglądając go i  Elzewir też się uśmiechnął. 
 Zanim weszliśmy do gospody,  szynkarz spojrzał na mnie i  zapytał: 
 - A to niby kto taki? 
 - Młodzian, co się z ran  wylizał - odparł Elzewir. - Dwa  miesiące temu 

złapał kulkę w tej  potyczce pod Hoar Head; a wart  jest więcej, niż na to wygląda,  
bo dają całe dwadzieścia złotych  gwinei za jego głowę, więc  dobrze się opiekuj tak 
cennym  czubem! 

 Szczęśliwie nam się żyło “Pod  trąbką”, dostaliśmy  najwygodniejsze pokoje, 

dawano  nam najlepsze jedzenie i trunki,  a przez cały czas gospodarz  traktował 
Elzewira jak jakiego  księcia. I rzeczywiście był on  księciem przemytników, bo  
uważano go, jak znacznie później  się dowiedziałem, za kapitana  całej kontrabandy, 
od Start aż  po Solent. Początkowo gospodarz  nie chciał brać od nas żadnej  zapłaty, 
mówiąc, że jest naszym  dłużnikiem, bo nieraz dobrze  dzięki mistrzowi Blockowi  
zarobił; lecz Elzewir miał  przy sobie złoto, które dostał z  Dorchester, zanim jeszcze  
opuściliśmy jaskinię, i zmusił  go, by pieniądze przyjął.  Cieszyło mnie, że znów 
sypiam w  świeżej, pachnącej pościeli, a  nie na kupie piachu, i że mogę  wygodnie 
siedzieć przy suto  zastawionym stole i posługiwać  się nożem i widelcem. Elzewir  
radził mi za wiele się nie  pokazywać i z zadowoleniem  przebywałem w wygodnej 
izbie na  tyłach domu, podczas gdy on  myszkował po mieście, starając  się znaleźć 
jakiś sposób  dostania się na zamek  Carisbrooke. Wolny czas zbytnio  mi nie ciążył, 
gdyż odkryłem w  gospodzie kilka starych ksiąg,  które mnie zaciekawiły, a wśród  
nich “Historię zamku Corfe”,  gdzie opisane było tajne  przejście z jego ruin do 
starego  kamieniołomu, skąd wydobywano  marmur; bardzo możliwe, że  chodziło 
właśnie o miejsce, w  którym tak niedawno się  ukrywaliśmy. 

 Elzewir znikał na cały prawie  dzień i widywałem go tylko przy  śniadaniu i 

kolacji. Był już  kilkakrotnie w Carisbrooke i  dowiedział się, że urządzono w  zamku 
więzienie dla jeńców  francuskich, których pełno jest  tam teraz. Poznał kilku  
strażników więziennych i  kluczników, popijał z nimi nawet  w gospodach, 
tłumacząc, że jest  woźnicą, który czeka w Newport  na zatrzymany przez 
niepomyślne  wiatry kliper idący z Lyme Regis  z ładunkiem kamieni  szlifierskich. 
W końcu udało mu  się dostać na zamek i oglądał  dom ze studnią i samą studnię.  
Wiele czasu spędził nad  ułożeniem planu, który by  pozwolił nam dobrać się do  
studni bez wtajemniczenia w  nasze zamiary pilnującego jej  klucznika, ale niestety, 
to się  nie powiodło. 

 Za gospodą był ogród schodzący  do strumyka i pewnego wieczoru,  gdy 

przebywałem tam po zmroku,  zjawił się Elzewir mówiąc, że  nadeszła pora 
sprawdzenia szyfru  Czarnobrodego. 

 - Na rozmaite usiłowałem  sposoby - powiedział - wymyślić  taki plan 

opuszczenia się do  studni, aby ten, który jej  strzeże, nic o tym nie wiedział,  ale 
nawet z jego pomocą nie  będzie to łatwe. Nie ufam temu  człowiekowi, lecz niestety  
musiałem mu powiedzieć, że jest  w niej ukryty skarb. Nie  wspomniałem jednak, 
gdzie on się  znajduje ani jak go można  wydostać. Obiecał, że pozwoli  nam 
przeszukać studnię, o ile  damy mu jedną trzecią wartości  tego, co w niej znajdziemy. 
Nie  mówiłem, że ty i ja stanowimy  jedno, a tyle tylko, że znam  chłopca, który 
posiada klucz do  tajemnicy i żąda jednej trzeciej  skarbu dla siebie. Jutro  wstaniemy 
wczesnym rankiem, aby  na szóstą być już przy zamkowej  bramie, przez którą on nas 
przepuści. I nie będziesz już  chłopcem od koni, ale  czeladnikiem murarskim, ja zaś - 
murarzem. W gospodzie czekają na  nas fartuchy, a także kubły,  szczotki i kielnie, i 

background image

pamiętaj,  że idziemy do Carisbrooke  naprawiać pęknięcia w  ocembrowaniu studni. 

 Elzewir bardzo starannie  wszystko przemyślał i gdy  opuszczaliśmy gospodę 

“Pod  trąbką”, znacznie bardziej  przypominaliśmy murarzy niż  dawniej woźniców. 
Mieliśmy na  sobie uwalane wapnem fartuchy,  ja niosłem kubeł i szczotki,  Elzewir 
zaś kielnię i zwój  grubego sznura przewieszony  przez ramię. Ranek był wilgotny  po 
całonocnym deszczu.  Nieruchome niebo pokryły chmury  i ciężkie krople skapywały 
z  zasnuwającego wszystko welonu  mgły. Powietrze uderzyło nas  zrazu chłodem, ale
później, gdy  wchodziliśmy pod zamkową górę,  przypomniało nam, że to już  lipiec, i 
stanęliśmy u bramy  przemoczeni i zgrzani. Dwie  baszty strzegły wejścia, między  
nimi zaś mieściła się  wartownia, do której wiódł  kamienny most przerzucony nad  
fosą. Gdy zbliżałem się do tego  zamku, przypomniałem sobie, że  tu właśnie 
pułkownik Mohun  otrzymał zapłatę za swój  nikczemny czyn, i pomyślałem,  wiele 
to razy musiał tędy  przechodzić. Elzewir zakołatał  niby ktoś, kto zawsze ma tu  
prawo wejścia, i widocznie  czekano na ten znak, bo od razu  odemknęła się furtka w 
ciężkiej  bramie i wpuszczono nas do  środka. Człowiek, który nas  wpuścił, był 
wysoki i barczysty,  ale miał pełną, nalaną twarz i  za dużo tłuszczu na sobie, tak,  że 
choć mógł mieć ze trzydzieści  lat, na mocnego nie wyglądał.  Uśmiechnął się do 
Elzewira,  bardzo grzecznie go powitał, mnie  nawet skinął głową, ale nie  podobały 
mi się jego lśniące  czarne włosy i latające oczy,  które niespokojnie odwracał,  gdy 
ktoś w nie spojrzał. 

 - Witaj, mistrzu studniarzu -  rzekł do Elzewira. - Marną ze  sobą przynosisz 

pogodę i cały  ociekasz deszczem. Może napiłbyś  się grzanego piwa, zanim  
zabierzesz się do roboty. 

 Elzewir uprzejmie mu  podziękował, mówiąc, że niczego  pił nie będzie, więc 

klucznik  poprowadził nas do studni.  Minęliśmy zewnętrzny  dziedziniec, teraz 
błotnisty od  deszczu, i doszliśmy do drzwi,  za którymi znajdowała się sala,  ongiś 
biesiadna. Nad wejściem  widniał napis złożony z dużych  ołowianych liter: 
“Zaprowadził  mnie do swej sali biesiadnej i  zawiesił nade mną proporzec miłości”. 

 Klucznik wybrał jeden z  kluczy, których ogromny pęk nosił  przytroczony do 

pasa i otworzył  nim drzwi. Lecz gdy je  minęliśmy, cóż za rozczarowanie!  Nie 
odbywała tu się żadna  biesiada, nie było proporców ni  miłości, ogołocono tę salę ze  
wszystkiego i obrócono w  pomieszczenia dla francuskich  jeńców. Panowała 
duchota, jak  zwykle w zamkniętych miejscach,  gdzie ludzie całą noc spali,  okna 
były zamglone, wielu jeńców  jeszcze się nie przebudziło i  leżało na słomianych 
siennikach  pod ścianami; inni zajęci byli  robieniem krzyży z rybich ości  lub małych 
statków w butelkach,  co jest zwykłą rozrywką  marynarzy, gdy wolny czas mają.  
Nie zwracali na nas uwagi i  tylko senni strażnicy, wygodnie  wsparci na swych 
rusznicach,  kiwnęli głowami na powitanie  naszemu przewodnikowi, gdy  szliśmy 
przez tę bieloną, duszną  salę. Znowu byliśmy na świeżym  powietrzu i minąwszy 
jeszcze  jeden dziedziniec doszliśmy do  niewielkiego kamiennego budynku  o 
wysokim dachu,  przypominającego duży gołębnik,  jakie się czasem jeszcze po  
wsiach widuje. 

 Nasz przewodnik wyszukał klucz  i gdy otwierał drzwi, Elzewir  szepnął do 

mnie: 

 - To jest właśnie dom ze  studnią. 
 Serce mocniej mi zabiło na  myśl, że jesteśmy tak blisko  celu. 
 Pierwszą rzeczą, jaka rzucała  się w oczy wewnątrz tego  wysokiego budynku 

było ogromne  kieratowe koło, o którym mówił  mi Elzewir. Zrobione z drzewa,  

background image

musiało mieć dziesięć lub  dwanaście stóp średnicy i  bardzo przypominało koło  
młyńskie, tyle że wewnątrz jego  obręczy umieszczono w równych  odstępach płaskie 
stopnie, po  których dreptał osiołek, w ten  sposób koło obracając. Cierpliwe  to 
stworzenie leżało sobie w  kącie na słomie, lecz gdy tylko  weszliśmy, podniosło się i  
przeciągnęło, wiedząc, że  niebawem rozpocznie codzienną  pracę. 

 - Ten osioł jest tu dawniej  niż ja - rzekł klucznik - a tak  dobrze wie, co 

trzeba robić, że  zawsze sam wchodzi do środka  koła i zabiera się do pracy. 

 Z boku, tuż przy kole, widniał  otwór studni, czarny i okrągły,  otoczony 

niską, wznoszącą się na  dwie stopy obmurówką. 

 Więc tak blisko byliśmy celu!  Ale czy naprawdę? Bo skąd  mogliśmy 

wiedzieć, czy pułkownik  Mohun rzeczywiście zawarł w  psalmach szyfr wskazujący  
kryjówkę diamentu? Ich słowa  mogły mieć przecież jeszcze  dziesiątki innych 
znaczeń. I  jeśli mówiły nawet o diamencie,  czyż ma to być akurat ta  studnia, a nie 
setki innych? 

 Takie mi przyszły do głowy  myśli, osłabiając wiarę w  spełnienie naszych 

nadziei. A  może to ten mglisty, ponury  ranek, deszcz lub skąpe  śniadanie ducha mi 
odebrały - bo  nic tak na usposobienie  człowieka nie wpływa jak pogoda  i jedzenie. 
Dość, że teraz, gdy  blisko już byliśmy celu, coraz  mniej i mniej pociągało mnie  całe 
to przedsięwzięcie. 

 Klucznik zaryglował drzwi od  środka i gdy tylko klucz, którym  je zamknął, 

zadźwięczał wśród  pęku innych, odniosłem  wrażenie, że staliśmy się jego  
więźniami i że ma nas w pułapce.  Próbowałem uchwycić jego wzrok,  by przekonać 
się, czy mu teraz  źle, czy dobrze z oczu patrzy,  ale zawsze wtedy odwracał swą  
ruchliwą twarz. I pomyślałem, że  jeśli skarb naprawdę zło  przynosi, to za sprawą 
tego  ciemnowłosego, szorstkiego  człowieka, który prosto w oczy  spojrzeć nie umie, 
spadnie na  nas przekleństwo. 

 O ile jednak ja na duchu  upadłem i wiarę straciłem, o  tyle Elzewira żadne 

wątpliwości  nie trapiły. Zdjął z ramienia  zwój sznura i zaczął go  rozwijać. 

 - Spuszczę ten sznur do studni  na głębokość osiemdziesięciu  stóp, które 

oznaczyłem węzłem -  rzekł do klucznika. - Ten  chłopiec twierdzi - mówił dalej,  
wskazując na mnie - że skarb  ukryty jest w ścianie  osiemdziesiąt stóp pod nami,  
więc gdy węzeł znajdzie się na  krawędzi obmurówki, będziemy  wiedzieli, że jego 
koniec  osiągnął właściwą głębokość. 

 Znowu starałem się zajrzeć  klucznikowi w oczy, by  sprawdzić, jakie 

wrażenie  wywarła na nim wiadomość, gdzie  skarb się znajduje, ale wzrok  odwrócił, 
zacząłem więc  dokładnie przyglądać się studni. 

 Na przedłużonej ponad nią osi  koła umieszczono bęben, na  który nawijała 

się lina; przy  końcu tej liny wisiało wielkie  wiadro. Była tam też  przekładnia, 
pozwalająca obracać  bęben wraz z kołem kieratowym  lub puścić go wolno, oraz 
pedał,  którym można było przyspieszyć  lub zwolnić opuszczanie się  wiadra, albo 
też całkiem je  zatrzymać. 

 - Wejdę do tego wiadra - rzekł  Elzewir - a pan klucznik będzie  mnie wolno 

opuszczał, aż wiadro  zrówna się z końcem sznura.  Wtedy krzyknę do was, wy  
zatrzymacie koło, a ja zacznę  szukać miejsca, gdzie skarb jest  ukryty. 

 Nie przewidziałem takiego  obrotu rzeczy, czując, że to ja  raczej powinienem 

się w głąb  studni opuścić, i choć nie  bardzo miałem na to ochotę,  pomyślałem, że 

background image

już to nawet  będzie lepsze niż zostać tu na  górze w zamknięciu, sam na sam z  tym 
podejrzanym osobnikiem. 

 - Nie, mistrzu, tak być nie  może - powiedziałem. - Ja  powinienem to zrobić, 

bom i  mniejszy, i lżejszy od ciebie.  Pozostań więc na górze i razem z  tym 
dżentelmenem opuśćcie mnie w  dół. 

 Elzewir starał się odwieść  mnie od tego, ale wkrótce  ustąpił, wiedząc, że to 

plan  lepszy; a tylko dlatego chciał  sam w głąb studni zjechać, że nie  był pewny, czy 
starczy mi na to  odwagi. Lecz klucznik nie był z  tej zmiany zadowolony i starał  się 
nakłonić nas, by po staremu  zostało. 

 - Co raz się postanawia,  trzeba wykonać - twierdził. On  nie lubi zmian, a 

ponadto jest  to zadanie zbyt trudne dla  takiego dzieciaka. Chłopcy są  zwykle 
nieuważni, a na pewno nie  najłatwiej będzie znaleźć  skrytkę. Spojrzałem na 
Elzewira,  chcąc mu wzrokiem pokazać, co  myślę o wywodach klucznika; ale  jego 
słowa nie wywarły na  Elzewirze żadnego wrażenia, zaś  ów osobnik o fałszywym  
spojrzeniu próbował teraz mnie  nastraszyć, mówiąc, że studnia  jest głęboka, a 
wiadro małe, że  w głowie mi się zakręci i z  niego wypadnę. Nie powiem, aby  te złe 
wróżby nic mnie nie  obeszły, ale zdecydowałem się  już, niech co chce będzie; a w  
każdym razie lepsze to, niż  gdyby Elzewir gdzie w studni  utknął i mnie samego na 
górze  zostawił. Klucznik pojął  wreszcie, że traci czas na  próżno, i przystąpił do  
przygotowań. 

 Jednej tylko obawy nie mogłem  się pozbyć, bo przypomniałem  sobie 

wszystko, com słyszał w  Purbeck o głębokich szybach; jak  ludzie, którzy opuszczali 
się na  dno, tracili nagle przytomność i  ginęli i nigdy się nie  dowiedziano, co tam 
zobaczyli. 

 - Czy aby na pewno ta studnia  jest czysta i nie czają się w  niej jakieś 

śmiertelne gazy? -  zapytałem jeszcze Elzewira. 

 - Możesz być spokojny, bo  przedtem już sprawdziłem, czy  wszystko jest w 

porządku -  odparł. Wczoraj opuściliśmy  świecę prawie do samej wody i  cały czas 
płonęła równym i  jasnym płomieniem. A gdzie  płomień przetrwa, tam i człowiek  
przetrwa. Ale chyba masz rację,  bo jednego dnia może tych gazów  nie być, a innego 
mogą się  pojawić. Więc, mistrzu  więzienniku, daj nam świecę, to  zaraz się 
przekonamy. 

 Klucznik wziął świecę oprawną  w trójkątną drewnianą podstawkę,  której 

zwykle używał pokazując  obcym przybyszom studnię - i  opuścił ją na sznurku. Do 
tej  chwili nie zdawałem sobie w  pełni sprawy, jakiego zadania  się podjąłem. 
Spojrzałem teraz w  studnię, poprzez jej niską  obmurówkę, starając się nie  stracić 
równowagi, bo ziemia  była dokoła śliska i zielona od  wilgoci; świeca znikała w  
mrocznej głębi, jej płomień stał  się małą, migotliwą gwiazdką,  później - ledwo 
widocznym  punkcikiem, aż w końcu dotknęła  lustra wody. Przyglądaliśmy się  
chwilę falującym na powierzchni  zmarszczkom, po czym klucznik  wciągnął świecę 
z powrotem i  rzucił w studnię niewielki  kamień. W połowie drogi uderzył  on w 
ścianę studni, kilkakrotnie  odbił się z łomotem i wpadł do  wody. Usłyszeliśmy 
głuchy,  głęboki plusk i z dna głębiny  powstały jękliwe i żałosne  zawodzenia, 
podobne do tych,  które słyszałem wśród samotnych  nocy w podmorskich pieczarach 
pod naszą kryjówką w Purbeck.  Klucznik pierwszy raz spojrzał  prosto na mnie, a 
oczy jego  miały złowrogi wyraz, jakby  mówiły: “słyszysz? Takie oto  rozlegną się 
dźwięki, gdy  spadniesz ze swej grzędy”. Ale  próżno mnie straszył, bo nic już  nie 
mogło zmienić mojego  postanowienia. 

background image

 Wziąłem do ręki świecę,  wrzuciłem w wiadro młotek, i sam  do niego 

wszedłem. Klucznik  stanął przy przekładni koła,  Elzewir zaś przechylił się przez  
obmurówkę, by unieruchomić  łańcuch, na którym wiadro  wisiało. 

 - Pewny jesteś, chłopcze, że  dasz radę? - zapytał cicho,  kładąc mi delikatnie 

rękę na  ramieniu. - Duch i głowa mocne,  co? Tyś jest moim diamentem i  wolałbym 
raczej utracić  wszystkie diamenty świata niż  ciebie. Więc jeśli ogarnął cię  niepokój, 
ja się w tę studnię  opuszczę albo niech nikt z nas  tego nie czyni. 

 - Wszystko w porządku, mistrzu  - odparłem wzruszony jego  czułością i 

ścisnąłem mu dłoń. -  Mocną mam głowę, a moja noga  jest już zdrowa, i jej nie  
otumani - dodałem, bo pewnie  przypomniał sobie, jak  wdrapywaliśmy się owczą 
ścieżką  na Hoar Head i co mi się tam  przytrafiło. 

 

background image

15 -  Studnia  

 
Grób się rozwiera 
  i nadchodzi  nam pisana śmierć. 
  
 (szekspir)
  

 Wiadro było duże wbrew temu,  co mówił klucznik chcąc mnie  przestraszyć, 

i mogłem w nim  przycupnąć dla bezpieczeństwa.  Co więcej, nie było to dla mnie  
całkiem nowe doświadczenie, bo  kiedyś opuszczono mnie ze skały  Gad w koszu, 
abym wybrał z  gniazda dwa sokole jaja.  Niemniej jednak obleciał mnie  strach, gdy 
zacząłem spadać w tę  straszliwą otchłań, czując coraz  większy chłód. 

 Wiadro opuszczało się powoli,  mogłem przeto dokładnie obejrzeć  ściany 

studni i przekonać się,  że wykuto ją w pokładzie kredy,  ale tu i ówdzie, gdzie kredy 
nie  było, wyłożono cegłą. Te ceglane  łaty pojawiały się to z jednej,  to z drugiej 
strony, a czasem  obiegały studnię dokoła.  Stopniowo gasło światło dnia,  przy 
dzisiejszej deszczowej  pogodzie szare nawet tam w  górze. Wkrótce zapanował mrok 
jak w nocy i jedynie moja świeca  rozpraszała ciemności. Wysoko  nade mną widniał 
wylot studni,  biały i okrągły, niby matowy  księżyc w pełni. 

 Nie spuszczałem ani na chwilę  oka ze sznura, który zwisał na  ścianie, i gdy 

spostrzegłem, że  zbliżam się do jego końca,  krzyknąłem do Elzewir i  klucznika, by 
wiadro zatrzymali,  bo wiedziałem już, że znajduję  się na głębokości  
osiemdziesięciu stóp. Podniosłem  się ostrożnie, stanąłem w  wiadrze i chwytając się 
ręką  łańcucha, na którym wisiało,  zacząłem rozglądać się dokoła,  nie zdając sobie 
nawet sprawy,  czego właściwie szukam, lecz  spodziewając się, że może  dostrzegę 
jakąś dziurę w ścianie  lub ujrzę błysk diamentu  dobywający się ze szczeliny.  
Zadanie miałem trudne, bo  studnię wyłożono w tym miejscu  małymi, jednakowymi 
cegiełkami i  kolejno im się przyglądałem z  tak bliska, jak mogłem. Wciąż  musiałem 
się przy tym obracać,  stojąc w wiadrze, aż poczułem  strach, by mi się w głowie nie  
zakręciło. Próżne jednak były  moje wysiłki. Obaj mężczyźni  widzieli z góry 
poruszające się  wciąż dokoła światełko i na  pewno wiedzieli, co robię, ale  pan 
klucznik widocznie bardzo  się niecierpliwił, bo zaczął do  mnie krzyczeć: 

 - Co tam robisz? Nic jeszcze  nie znalazłeś? Nie ma tam skarbu? 
 - Nie - odkrzyknąłem - niczego  nie znalazłem. - A po chwili  zawołałem 

jeszcze: - Mistrzu,  czy na pewno dobrze zmierzyłeś  sznur? 

 Słyszałem, że coś obaj  jednocześnie mówią, lecz nic z  tego nie mogłem 

zrozumieć, bo  cała studnia rozbrzmiewała tylko  dudniącym echem ich głosów. W  
końcu sam Elzewir krzyknął do  mnie: 

 - Podobno podwyższono kiedyś  podmurówkę wokół studni; musisz  szukać 

niżej. 

 Znowu skuliłem się w wiadrze,  które zaczęło powoli opadać,  gdyż nie 

chciałem widzieć  zionącej pode mną czeluści. A  cały czas z dna studni  dochodziły 
głuche jęki i  wyrzekania, jakby duchy  strzegące diamentu lamentowały,  że ktoś tak 
blisko niego się  znalazł. I wyraźnie słyszałem  wśród tych zawodzeń, głos Grace,  
poważny i słodki zarazem:  “strzeż się, strzeż, gdy tego  skarbu dotkniesz; ze zła się  

background image

wziął i zło ze sobą niesie”. 

 Ale już zbyt daleko po mej  drodze zaszedłem, abym się mógł  cofnąć. 

Wiadro opuściło się o  jakieś sześć stóp i znowu  zacząłem uważnie oglądać ściany  
studni. Tutaj też obmurowana ona  była takimi samymi cegiełkami;  jak przedtem 
kolejno je badałem  i znowu niczego dostrzec nie  mogłem, ale gdy opuściłem nieco  
wzrok, uwagę moją przykuł jakiś  znak na jednej z cegiełek, tuż  przy zwisającym 
sznurze. 

 Choćby człowiek nie wiem jak  pobieżnie przeglądał książkę,  gdy napotka 

wydrukowane w niej  własne, czy podobne nazwisko,  zaraz je spostrzeże. To samo  
było i z owym znakiem na cegle,  bo choć tak mało widoczny, że  jeden człowiek na 
tysiąc by go  zauważył, to jednak zatrzymał  mój wzrok i myśl, gdyż  instynktownie 
odczułem, że ma on  coś wspólnego ze mną samym i z  tym, czego szukam. 

 Ocembrowanie było suche i  czyste, a nie pozieleniałe i  śliskie od wilgoci, 

jak w innych  studniach, z których dobywają  się rozmaite niezdrowe wyziewy;  bo 
gdzieś blisko dna znajdowały  się ponoć ujścia i wpusty i woda  stale się w niej 
zmieniała.  Dlatego cegły też były suche i  czyste, a widniejący na jednej  z nich znak 
- tak wyraźny, jakby  nakreślono go wczoraj, nie zaś  dawno temu. Nie był on ani  
głęboko ani starannie wyryty,  ale zrobiony niedbale, jakby  przez któregoś z 
chłopców, co  wyskrobują swe imiona, inicjały  lub daty na alabastrowych  figurach 
w kościele w Moonfleet.  Na tej cegle widniała też litera  alfabetu, zwykłe “Y” - i być 
może ktoś, kto nie urodził się w  Moonfleet, nigdy by jej nie  zauważył. Dla mnie 
jednak było  to herbowe godło Mohunów, w  którego cieniu wszyscyśmy tam  
wzrastali. Więc gdy tylko ten  znak spostrzegłem, wiedziałem  już, że to pułkownik 
Mohun  własną go dłonią sto lat temu  wyrył lub kazał któremuś ze  swych 
podwładnych to zrobić i że  gdzieś blisko jest to, czego  szukam; przypomniało mi 
się, co  pastor Glennie mówił o wiecznym  wyrzucie gnębiącym sumienie  
pułkownika, który wiernego sługę  na tamten świat wyprawił, i  teraz dokładniej 
opowieść  pastora pojąłem. 

 Serce waliło mi mocno, jak  chyba każdemu, kto bliski jest  ziszczenia 

największych swych  pragnień - wszystko jedno,  sprawiedliwych czy nikczemnych -  
i spróbowałem sięgnąć do  opatrzonej znakiem “Y” cegły.  Trzymając lewą ręką za 
łańcuch,  mogłem się wychylić tylko na  tyle, by jej dotknąć prawą;  krzyknąłem więc 
w górę studni,  żeby mnie przyciągnęli bliżej  ściany. Zrozumieli, o co mi  chodzi, 
zarzucili pętlę na linę,  przesunęli ją i unieruchomili,  czekając, aż dam znak, by ją  
znów popuścić. W ten sposób  znalazłem się przy samej ścianie  i gdy stanąłem w 
wiadrze, mój  wzrok był na wysokości  oznaczonej cegły. Nie  spostrzegłem niczego, 
co by  wskazywało, że ktoś ją już  poruszył, nie usłyszałem też  głuchego dźwięku, 
gdym w nią  stuknął, ale kiedy z bliska się  tej cegle przyjrzałem,  zauważyłem, że 
więcej wokół niej  jest murarskiej zaprawy niż  wokół innych cegieł. Ani przez  
chwilę nie wątpiłem, że kryje  to, czego szukamy, i od razu  zabrałem się do roboty;  
umieściłem świecę w ogniwie  łańcucha i zacząłem wyłupywać  zaprawę. 

 Na górze musieli się domyślić,  jak rzeczy stoją, bo najpierw o  

przyciągnięcie do ściany  prosiłem, a potem usłyszeli stuk  młotka, ledwo więc 
zabrałem się  do roboty, doszedł mnie ostry i  pożądliwy głos klucznika: 

 - Co tam robisz? Nic nie  znalazłeś? 
 Zgniewało mnie, że to ten  chciwiec zawsze coś ma do  powiedzenia, podczas 

gdy Elzewir  milczenie i spokój zachowuje,  więc odkrzyknąłem, że niczego  nie 
znalazłem i że jak przyjdzie  czas, wszystkiego się dowie. 

background image

 Wkrótce wydłubałem tyle  zaprawy, że mogłem cegłę  podważyć. Wyszła 

gładko i  włożyłem ją do wiadra, by w  razie czego później sprawdzić,  czy coś się 
wewnątrz nie kryje.  Ale nigdy nie zaszła tego  potrzeba, bo w ścianie widniał  otwór, 
a w nim ujrzałem to,  czegom szukał. Szybciej, niż  mogę to wyrazić, wsadziłem w 
ten  otwór palce i wyciągnąłem mały  pergaminowy woreczek, w środku  którego 
grzechotało coś niby  kamyk. Z góry jednak wiedziałem,  że to nie żaden kamyk, i  
gorączkowo próbowałem to wyjąć.  Woreczek był suchy i sztywny,  ale nie dał się 
rozerwać, więc  musiałem rozciąć jego róg ostrym  kantem młotka. Wytrząsnąłem go  
bardzo ostrożnie i wypadła mi na  dłoń bryłka czystego kryształu  wielkości 
włoskiego orzecha. 

 Nigdym jeszcze w życiu nie  oglądał diamentu, ani dużego,  ani małego - ale 

gdybym nawet  nie wiedział, że Czarnobrody  ukrył w tym miejscu swój  klejnot, 
gdybym tu nie był po  to, by go odnaleźć, nie miałbym  cienia wątpliwości, że 
trzymam w  ręku diament, i to niezwykle  duży i wspaniały. Miał bardzo  drobny szlif 
i choć w studni  było prawie zupełnie ciemno,  wydawało się, że kamyk ten  mieści w 
sobie światło tysiąca  ogni, tak silnie błyszczał  migocząc czerwienią, błękitem i  
zielenią, gdym go obracał w  palcach przy słabym płomieniu  świecy. 

 Zrazu o niczym innym myśleć  nie mogłem - zapomniałem, jak  trafił tu ten 

diament i jak ja  go znalazłem - tylko on istniał  dla mnie, ten kamień, za którego  
cenę Elzewir i ja zawsze już żyć  będziemy spokojnie i  szczęśliwie, który przyniesie 
mi  bogactwa i do Moonfleet wrócić  pozwoli. Znów przycupnąłem na  dnie wiadra i 
całkowicie w tych  marzeniach pogrążony obracałem i  obracałem diament w palcach, 
z  coraz większym zachwytem  podziwiając jego blask.  Oszołomiła mnie 
wspaniałość,  bogactwo, jakie niósł, a może i  zapragnąłem jak najdłużej  zatrzymać 
go przy sobie;  zapomniałem zupełnie o tamtych  dwóch, którzy czekali na mnie u  
wylotu studni - aż przywrócił  mnie do przytomności szorstki  głos wołający 
podobnie jak  przedtem: 

 - Co tam robisz? Znalazłeś  coś? 
 - Tak - krzyknąłem -  znalazłem! Znalazłem skarb!  Możecie mnie wyciągnąć. 

Ledwie  zdążyłem wypowiedzieć te słowa,  a już wiadro zaczęło się  wznosić, 
znacznie szybciej, niż  przedtem opadało. Lecz w czasie  tej krótkiej podróży inne 
naszły  mnie myśli i znowu posłyszałem  słowa Grace: “strzeż się,  strzeż, gdy skarbu 
tego  dotkniesz. Ze zła się wziął i  zło ze sobą niesie”. I  przypomniałem sobie 
wszystko, co  mnie do tego diamentu przywiodło  - opowieści pastora Glennie,  
znalezienie medalionu i wreszcie  Ratsey, który o niczym nie  wiedząc, pomógł mi 
szyfr  odczytać - aż bez żadnego  potknięcia ni zboczenia z drogi  jego kryjówkę 
znalazłem; i chyba  nigdy nie przyszłoby mi tak łatwo  po skarb ten sięgnąć, gdyby 
cały  czas nie wiodła mnie czyjaś ręka  - kto wie, przyjazna, czy też  wroga? 

 W miarę jak zbliżałem się do  otworu studni, coraz wyraźniej  słyszałem głos 

klucznika, który  popędzał osła w kieracie; lecz  nim jeszcze moja głowa zrównała  
się z poziomem ziemi, nacisnął  pedał i wiadro wraz ze mną  zatrzymał. Zadowolony 
byłem, żem  znów się znalazł w dziennym  świetle i widzę przyjazną twarz  Elzewira, 
więc podrażniła mnie  ta niespodziana zwłoka w chwili,  gdy się gotowałem do 
postawienia  stopy na pewnej, twardej ziemi.  Klucznik zrobił to, bo w swej  
chciwości chciał wcześniej niż  Elzewir klejnot pochwycić;  przegiął się teraz przez  
obmurowanie studni i wyciągnął  po niego ręką. 

 - Gdzie diament? Gdzie  diament? - wołał. - Daj mi go  zaraz! 
 Trzymałem klejnot między  kciukiem a palcem wskazującym i  pokazywałem 

background image

go z daleka  Elzewirowi. Wystarczyło mi tylko  wyprostować ramię, by umieścić  go 
w dłoni klucznika, i właśnie  miałem to zrobić, ale w tym  momencie, po raz drugi 
tego  dnia, uchwyciłem jego wzrok i  coś mnie powstrzymało. 

 Na jego twarzy malował się  wyraz, który przywołał mi  wspomnienie owego 

jakże  odległego wieczoru, gdym  siedział w saloniku ciotki  czytając “opowieści z 
tysiąca i  jednej nocy”; przypomniała mi  się scena z “lampy Alladyna”,  kiedy 
Alladyn wychodzi z  podziemnej groty, a zły stryj  stoi na szczycie schodów i nie  
chce go wypuścić, póki nie odda  mu skarbu. Lecz Alladyn lampy z  ręki nie 
wypuszcza, póki znów  nie stanie na powierzchni ziemi,  bo wie, że gdyby ją oddał, 
stryj  zamknąłby go w jaskini i tam  umrzeć pozwolił. 

 To, com w oczach klucznika  wyczytał, ostrzegło mnie, by mu  klejnotu nie 

dawać, póki  bezpiecznie ze studni nie wyjdę,  i strach okrutny mnie zdjął, że  gdy 
tylko diament w ręce swoje  dostanie, strąci mnie w otchłań  studni. A on już dłonią 
sięgał i  mówił: - Daj mi skarb - lecz ja  powiedziałem: 

 - Najpierw wyciągnij mnie na  wierzch, panie. Nie mogę go  przecież oddać 

siedząc w tym  wiadrze. 

 - Słuchaj, chłopcze - rzekł  podstępnie - będzie o wiele  bezpieczniej, jak mi 

go oddasz  teraz, bo mając ręce wolne  łatwiej się z wiadra  wydostaniesz. Kamienie 
tu są  mokre i śliskie, łatwo więc  możesz się potknąć i wpaść do  studni. 

 Ale nie dałem się podejść. 
 - Nie, najpierw musicie  wyciągnąć mnie na wierzch -  powtórzyłem z 

uporem. 

 Zaczął więc grozić i krzyczeć  z gniewem: 
 - Daj mi go zaraz, bo inaczej  się z tobą rozprawię! 
 Lecz Elzewir przerwał mu  ostro: 
 - Najpierw trzeba chłopca  wyciągnąć - powiedział. - Mocno  stoi na nogach i 

się nie  pośliźnie. Ten klejnot do niego  należy i może zrobić z nim, co  mu się 
podoba. Tyle, że pan  dostaniesz jedną trzecią, gdy go  sprzedamy. 

 - To nie jego diament -  krzyknął klucznik, ani nie twój!  Jest mój, bo to moja 

studnia i  dzięki mnie go zdobyliście! Ale  nie bój się, otrzymasz swoją  połowę! Lecz 
ten chłopak nie ma  nic do tego! Dostanie złotą  gwineę, to aż nadto za jego  trudy! 

 - Dosyć tych krętactw! -  zawołał Elzewir. - Chłopiec  otrzyma swoją część. 

Ja wiem  najlepiej, co mu się należy. 

 - O tak, wiesz na pewno! -  odparł klucznik. - A wiesz  dlatego, że nazywasz 

się Block i  dają pięćdziesiąt funtów za  twoją głowę, a dwadzieścia za  głowę tego 
chłopca! Zdawało ci  się, że mnie zwiedziesz, a sam  się zwieść dałeś i wpadłeś w  
moją pułapkę. Nie wydostaniecie  się stąd, póki was nie spętają i  nie zaprowadzą 
wprost pod  szubienicę! Chyba że przedtem  klejnot znajdzie się w mojej  sakiewce! 

 Słysząc to, szybko wsadziłem  diament z powrotem do woreczka,  a woreczek 

- głęboko w kieszeń  spodni, gotów walczyć o mój  skarb do ostatka. Znowu  
spojrzałem w górę i zobaczyłem  rękę klucznika na rękojeści  pistoletu. 

 - Uważaj, uważaj, Elzewirze! -  krzyknąłem. - Wyciąga pistolet! 
 Ale nim wyszły mi z ust te  słowa, klucznik już w Elzewira  wymierzył. 

background image

 - Poddaj się - krzyczał - albo  zabiję cię i dostanę  pięćdziesiąt funtów! 
 Elzewir stał po drugiej  stronie studni i wydawało się  nieprawdopodobne, by 

klucznik  mógł chybić; ale w momencie gdym  od blasku wystrzału przymrużył  oczy, 
poczułem, że kula trafiła  w łańcuch przy wiadrze, który  trzymałem ręką, i 
wiedziałem, że  Elzewir jest zdrów i cały.  Klucznik odrzucił pistolet,  jednym 
skokiem znalazł się przy  Elzewirze i przypadł mu do  gardła, nie wiedząc, sam 
jeszcze  dobrze, czy go zranił, czy nie. 

 Wspomniałem już, że klucznik  był wysoki i barczysty, a miał  przy tym o 

dwadzieścia lat mniej  od Elzewira; i na pewno  porywając się na niego myślał,  że 
łatwo go pokona i zakuje w  kajdany, później zaś weźmie się  do mnie. Lecz 
przeliczył się, bo  Elzewir, choć niższy i starszy  od niego, był niezwykle silny,  
zaprawiony w walkach i twardy  jak rzemień. Chwycili się za  bary i rozpoczęli 
śmiertelne  zapasy; Elzewir wiedział, że  walczy o życie, a z pewnością i  klucznik 
pomyślał to samo. 

 Jak tylko zrozumiałem, na co  się zanosi, wdrapałem się po  łańcuchu w górę, 

rozhuśtałem go  i skoczyłem na wierzch  obmurówki, chcąc wesprzeć  Elzewira, 
byśmy razem mogli  obezwładnić i związać klucznika,  a potem uciec. Lecz moja 
pomoc  nie była potrzebna, bo klucznik  już osłabł, a twarz jego  wyrażała rozpacz i 
zdumienie, że  człowiek, którego łatwo chciał  pokonać, siły miał olbrzyma.  Wciąż 
się jeszcze zmagali, ale  uścisk klucznika zelżał, mięśnie  jego wiotczały; Elzewir zaś, 
który trzymał go mocno jak w  imadle, naprężył muskuły i  wiedziałem, że 
przygotowuje  ostateczny cios. 

 Domyśliłem się, że chce  zastosować chwyt zwany  “przerzutem Comptona”, 

bo  chociaż sam nigdy jeszcze nie  widziałem, aby go Elzewir w  walce wręcz 
używał, mówiono, że  znany był za młodu jako  doskonały zapaśnik i przerzut  
Comptona uważał za najpewniejszy  chwyt końcowy. Nie będę  tłumaczył, na czym 
chwyt ten  polega, ale ci, co na rzeczy  się znają, wiedzą, że ten, kto  pozwoli 
przeciwnikowi go  zastosować, tego dnia już nie  będzie mógł stanąć do walki.  Jest 
on trudny i możliwe, że by  się Elzewirowi nie udał, gdyby  klucznik nie uniósł ręki 
chcąc  go złapać za gardło; a jedyną  obroną przed przerzutem Comptona  jest 
utrzymać ręce na plecach  przeciwnika, między łopatką a  udem. Gdy Elzewir poczuł, 
że  klucznik zdjął rękę z jego  pleców, błyskawicznie zwalił go  z nóg i zastosował ten
chwyt. 

 Nie wiem, czy Elzewir tak się  jednak zmęczył w tej straszliwej  walce, czy 

też może jego  przeciwnik był zbyt ciężki i  silny, dość, że klucznik miast  upaść 
tyłem głowy na ziemię (bo  taki jest cel tego chwytu),  zatoczył się tylko i cofnął,  
chcąc złapać równowagę, a  później dopiero upadł. 

 Właśnie tych kilka chwiejnych  kroków przyniosło mu zgubę, bo  ostatni z 

nich wypadł na mokrych  kamieniach przy studni.  Pośliznął się na obcasach i  runął 
na plecy całym swym  ciężarem. 

 Krzyknął tylko i rzuciłem się,  by go ratować od upadku w głąb  studni, lecz 

Elzewir był szybszy  ode mnie. Skoczył do przodu i  chwycił klucznika za pas w  
ostatnim momencie: nogi  klucznika zostały podcięte pod  kolanami przez niską 
obmurówkę,  on sam zaś zawisł nad otworem.  Krzyknął rozpaczliwie, twarz  
wykrzywił mu śmiertelny strach,  kiedy zobaczył, co go czeka;  Elzewir zaś oparł 
stopy o brzeg  studni i starał się go  wyciągnąć. Już myślałem, że go  ocali, ale pas się 
odpiął i  Elzewir runął jak długi na  ziemię, klucznik zaś wpadł w  studnię. 

 Podbiegłem do niej w chwili,  gdy klucznik spadał głową w dół  w czarną 

background image

otchłań. Przez sekundę  było zupełnie cicho, aż nagle  rozległ się straszny trzask,  
jakby orzech kokosowy  rozłupywano o kamienie -  mieliśmy kiedyś w Moonfleet 
moc  orzechów kokosowych, gdy  “Batavia” rozbiła się na naszym  wybrzeżu. 
Później, gdy uderzył  raz jeszcze o ścianę studni,  zabrzmiało z jej głębi głuche  echo, 
w końcu rozległ się  głośny plusk. Wstrzymałem z  przerażenia oddech i  
nasłuchiwałem, czy nie dojdzie  mnie krzyk, choć wiedziałem, że  klucznik nigdy już 
nie  krzyknie; nic też słychać nie  było prócz głuchego bulgotu  wody. 

 Elzewir szybko wskoczył do  wiadra. 
 Spuść mnie w dół - krzyknął. 
 Podniosłem dźwignię  przekładni, opuszczając go tak  szybko, jak mogłem, 

póki nie  usłyszałem, że wiadro dotknęło  wody. Nasłuchiwałem, czy jakiś  odgłos 
mnie nie dojdzie. Było  zupełnie cicho, aż nagle  wzdrygnąłem się i mimo woli  
obejrzałem przez ramię, bo  zdało mi się, że nie jestem  sam; i choć nikogo nie 
ujrzałem,  zamajaczyła mi wysoka postać z  czarną brodą, goniąca kogoś  wokół 
otworu studni. Widziadło  znikło, gdy goniący chwytał  uciekającego; i znów  
przypomniało mi się to, co mówił  pastor Glennie, że pułkownik  Mohun nigdy 
spokoju sumienia nie  zaznał, bo zabił swego sługę;  pomyślałem, że klucznik nie jest  
pierwszym, którego ściany te  widzą, jak spada głową w dół w  studnię. 

 Elzewir długo nie dawał  żadnego znaku i zląkłem się, czy  coś złego mu się 

nie  przytrafiło, gdy nagle krzyknął,  żebym go wyciągał. Przesunąłem  przekładnię i 
pogoniłem osiołka,  który znowu zaczął stąpać w  kieratowym kole. Cierpliwy ten  
pracownik wykonywał swą czynność  nie troszcząc się o to, czy  wyciąga wiadro 
wody, czy żywego  lub martwego człowieka, ja zaś  czekałem w napięciu, nie  
wiedząc, czy ujrzę Elzewira  samego, czy wraz z nim coś  jeszcze się wyłoni. Lecz 
gdy  wiadro się ukazało, zobaczyłem w  nim tylko Elzewira i wiedziałem  już, że 
klucznik nie wypłynął  więcej na powierzchnię wody - a  i mało by to było 
prawdopodobne  po tym, jak spadając uderzył  głową o ścianę. Elzewir milczał,  póki 
ja się nie odezwałem. 

 - Rzućmy ten klejnot za nim,  mistrzu Block - powiedziałem. -  Ze zła on się 

wziął i zło ze  sobą niesie. 

 Wahał się przez chwilę, a ja i  chciałem tego, i bałem się, że to  zrobi. 
 - Nie, nie - rzekł. - Ale tyś  nie powinien mieć go przy sobie.  Daj go mnie. 

Twój to skarb i  nigdy ni pensa z niego nie  uronię. Lecz nie pozwolę ci  rzucić go w 
studnię. Ten  człowiek utracił dla niego  życie, a my ryzykowaliśmy nasze  - i jeszcze 
możemy je stracić. 

 Więc dałem mu diament.  

background image

 16 -  Klejnot  

 Nie wszystko złoto, co się  świeci 
  
 (szekspir)
  

 Na ziemi leżał pas z  przytroczonym doń pękiem kluczy  i kajdankami, tak jak 

upadł w  owym fatalnym momencie. Elzewir  podniósł go, by dobrać właściwy  klucz 
do zamku i odryglował drzwi  domu ze studnią. 

 - Jeszcze inne bramy będziemy  musieli otwierać, zanim stąd  wyjdziemy - 

powiedziałem. 

 - Tak, ale przypłacimy życiem,  jeśli zobaczy nas kto z tymi  kluczami, więc 

lepiej niech idą  za swym panem - odparł. 

 Cisnąłem pas, pęk kluczy i  kajdanki w czarną czeluść i  ukrytą na jej dnie 

wodę, do  której wszystko to wpadło,  obijając się ze szczękiem o  ściany studni. 

 Chwyciwszy kubeł i szczotkę,  sznur i kielnię, szybko  wybiegliśmy z tego 

okropnego  miejsca. Niewielki dziedziniec  dzielił nas od sali biesiadnej.  Drzwi jej 
były zamknięte, więc  kołataliśmy w nie, póki strażnik  nam nie otworzył. Wiedział, 
że  jesteśmy murarzami, którzy  przechodzili tędy godzinę temu,  więc zapytał tylko: - 
Gdzie  Efraim? - mając na myśli  klucznika. 

 - Został przy studni - rzekł  Elzewir i znów przeszliśmy przez  salę, w której 

jeńcy wśród  zapachów gotowania i jazgotu  francuszczyzny przyrządzali  sobie teraz 
śniadanie z jakichś  resztek jedzenia. 

 Strażnicy przy głównej bramie  wypuścili nas bez żadnych  zapytań, klnąc 

tylko pod nosem  klucznika, że nie chce mu się  nawet odprowadzić ludzi, którzy  do 
niego przychodzą. 

 Drzwiczki w ogromnych wrotach  zatrzasnęły się za nami i znów  byliśmy na 

wolności, a gdy już  nikt nas z zamku nie mógł  zobaczyć, przyspieszyliśmy  kroku; 
tymczasem pogoda znacznie  się poprawiła, wiał przyjemny  wietrzyk i około 
dziesiątej  przed południem znaleźliśmy się  znowu w gospodzie. 

 Milczeliśmy obaj w czasie tej  powrotnej drogi i choć Elzewir  nie widział 

jeszcze diamentu,  który spoczywał teraz w jego  kieszeni, nie wyjął go nawet, by  
nań spojrzeć. Rozmaite myśli  przychodziły mi do głowy, myśli  pełne smutku i 
goryczy. Oto już  po raz drugi uciekamy, by życie  nasze ratować, i po raz drugi,  
choć nie ponosiliśmy za to winy,  z naszego powodu ginął człowiek.  Śmierć, której 
świadkiem byłem  tego ranka, jeszcze bardziej  oddalała mnie od dawnych  
szczęśliwych dni i stanowiła  jeszcze jedną okrutną przeszkodę  dzielącą mnie od 
Grace. W  saloniku ciotki leżała na stole  Biblia, a w niej był obrazek,  któremu często 
się przyglądałem  w deszczowe niedzielne  popołudnia. Przedstawiał on  Kaina 
idącego wśród bezkresnego  pustkowia wraz z postępującymi  za nim synami i ich 
żonami,  które niosą swe dzieci. Wszyscy  oni wyobrażeni byli w ruchu,  znać było, 
że muszą tak iść  bezustannie, że nigdy nie  zaznają spoczynku; twarze mieli  
wychudłe i zmęczone ciągłą  wędrówką i wiecznym niepokojem.  Lecz najchudszą i 
najbardziej  wynędzniałą twarz miał Kain, a  pośrodku jego czoła widniał  ciemny 
znak, którym Bóg go  napiętnował, by nikt go nawet  nie dotknął, gdyż był 

background image

pierwszym  mordercą na ziemi i przeklęty  został na wieki. Wielkie na mnie  wrażenie 
robił ten obrazek,  lecz zawsze coś mnie zmuszało,  by mu się przyglądać.  
Współczułem Kainowi mimo jego  niegodziwości, bo okrutne mi  się wydawało, że 
musi tak błąkać  się po świecie aż do śmierci i  nigdzie nie znajdzie  wytchnienia. A 
teraz zupełnie to  samo mnie spotyka, bo oto my  obaj idziemy mając ręce  splamione 
krwią, dwaj wędrowcy,  którzy nigdy nie odważą się  wrócić do domu; a choć na 
moim  czole nie było jeszcze Kainowego  piętna, czułem, że może lada  chwila się na 
nim pojawić. 

 Zaraz po przyjściu do gospody  “Pod trąbką” rzuciłem się na  łóżko, by trochę 

wypocząć i  myśli zebrać, Elzewir zaś  zamknął się z gospodarzem i z  pokoju na dole 
dochodziła mnie  ich poważna rozmowa. Po jakimś  czasie Elzewir wrócił i  
powiedział, że naradzali się nad  planem naszej dalszej ucieczki;  oznajmił 
gospodarzowi, że  natychmiast musimy stąd ruszać,  bo ludzie z akcyzy wpadli na  
nasz trop, lecz ani słowem nie  wspomniał o kluczniku, nie  chcąc, by za dużo osób o 
całej  tej sprawie wiedziało. Elzewir  uważał, że musimy jak  najszybciej wyspę 
Wight opuścić,  bo gdy tylko zauważą zniknięcie  klucznika, przede wszystkim  
zaczną szukać murarzy, z którymi  ostatni raz go widziano. 

 Szczęście uśmiechało się do  nas, bo z Cowes miał tejże nocy  odejść 

holenderski statek  towarowy, który woził też  przemycany dżin i wracał do  
Scheveningen z ładunkiem wełny.  Nasz gospodarz znał dobrze  kapitana, bo często 
prowadził z  nim interesy, więc dał nam list  polecający, który zapewnił nam  
przejazd do Niderlandów. Tego  samego popołudnia znaleźliśmy  się na drodze 
wiodącej z Newport  do Cowes, mając na sobie tym  razem niebieskie bluzy żeglarzy. 

 Chmury znów pojawiły się na  niebie i padało teraz jeszcze  gorzej niż 

rankiem, więc nie  będę opowiadał o tym długim,  smutnym i milczącym marszu.  
Przybyliśmy na portowe wybrzeże  o ósmej wieczór; statek już był  gotów do drogi i 
tylko czekał na  przypływ. Nazywał się “Gouden  Droom” i choć trochę większy od  
“Bonawentury”, mniej miał załogi  i nie był tak kształtny. Elzewir  zamienił kilka 
słów z kapitanem,  dał mu list polecający i  pozwolono nam wejść na statek,  ale 
więcej się nami nie  zajmowano. Sądząc więc, że  najlepiej będzie usunąć się z  drogi 
i widoku, zeszliśmy pod  pokład. Cały dół wyładowany był  belami wełny, na które 
od razu  rzuciliśmy się spragnieni  wypoczynku. Byłem tak znużony,  żem od razu 
oczy zamknął i nie  otwarłem ich, aż następnego  dnia późnym rankiem. 

 Nie będę się rozwodził nad  samą podróżą ani mówił o naszym  szczęśliwym 

przybyciu do  Scheveningen, ponieważ niewiele  ma to wspólnego z niniejszą  
opowieścią. Udaliśmy się do  Holandii, nie tylko dlatego, że  akurat trafił nam się ten  
statek, gdyż niewątpliwie  wkrótce znalazłyby się i inne,  mogące gdzie indziej nas 
zabrać;  przybyliśmy tu, bo jak  Elzewirowi w Newport  powiedziano, największy na  
świecie rynek diamentów  znajdował się w holenderskim  mieście Hadze. Powiedział 
mi o  tym, gdy już usadowiliśmy się  bezpiecznie w miejskiej  tawernie, gdzie nie 
bywali  zwykli żeglarze, lecz tylko  szyprowie i bosmani niewielkich  statków. 
Zatrzymaliśmy się tu na  kilka dni i Elzewir wywiadywał  się ostrożnie, nie chcąc 
budzić  podejrzeń, o najlepszych  handlarzy drogich kamieni,  którzy by mogli 
zapłacić wysoką  cenę za niezwykłej wartości  klejnot. Szczęśliwie się też  złożyło, że 
znał język  holenderski - wprawdzie niezbyt  biegle, ale wystarczająco, by  inni go 
rozumieli i by on sam  mógł ich rozumieć. Miał w sobie,  jak mi mówił, holenderską 
krew  po matce i stąd też się wzięło  jego dziwne imię. Kiedyś władał  tym językiem 
równie dobrze jak  angielskim, ale matka go  odumarła, gdy był jeszcze  chłopcem, i 
od tego czasu mało  go używał i z wprawy wyszedł.  

background image

 W miarę jak dni mijały,  przyćmiewało się wspomnienie  okropnego poranka 

w Carisbrooke,  stawałem się pogodniejszy i  bardziej spokojny. Elzewir oddał  mi 
diament; wielokrotnie za dnia  lub wśród nocy wyjmowałem go z  pergaminowego 
woreczka i za  każdym razem wydawał mi się  wspanialszy i piękniejszy.  Bardzo 
często nocą, gdy cały dom  spał, zamykałem na klucz drzwi  naszego pokoju, 
siadałem przy  zapalonej świecy i obracałem  diament w palcach. Był, jak już  
mówiłem, wielkości orzecha  włoskiego lub gołębiego jaja,  bez skazy czy plamki, i  
odznaczał się delikatnym,  drobnym szlifem; a mimo że tak  czysty, jarzył się cały  
zielenią, błękitem i czerwienią,  aż podziw brał, skąd tych barw  dobywa. Nieraz też, 
patrząc na  niego, opowiadałem i Elzewirowi  historie z “opowieści z tysiąca i  jednej 
nocy”, ale żaden z  opisywanych tam klejnotów -  nawet spośród tych, które orły  
wyniosły z Doliny Diamentów, lub  tych, co tkwiły w koronie  Kalifa - nie mógł 
równać się z  naszym. 

 Domyślacie się zapewne, że  przy takich okazjach mówiliśmy z  Elzewirem o 

wartości kamienia,  starając się odgadnąć, ile  możemy otrzymać zań pieniędzy,  nie 
znając się jednak na tych  sprawach, nie umieliśmy jego  ceny ustalić. Jednego tylko  
byłem całkiem pewny, że wart on  jest wiele tysięcy funtów, a  myśląc o tym 
zacierałem dłonie i  powtarzałem, że choć życie jest  niby hazardowa gra i jak dotąd  
rzuty nam nie sprzyjały, to  jednak ostatni z nich przyniósł  wygraną. I dziwna zaszła 
wtedy w  nas zmiana, role nasze jakby się  odwróciły. Jeszcze kilka dni  temu ja 
byłem tym, co upadł na  duchu i chciał diament w  studnię cisnąć; Elzewir zaś,  który 
wówczas wziął go ode mnie,  bojąc się, że go gdzieś stracę  czy porzucę, teraz jakby  
niewiele o niego dbał - a ja z  kolei napawałem się jego  pięknością i poza nim świata 
nie  widziałem. Elzewir rzadko  diament oglądał i pewnej nocy,  gdy się nim 
zachwycałem, tak mi  powiedział: 

 - Nie upajaj się zbytnio tym  kamieniem. Do ciebie on należy i  zrobisz z nim, 

co zechcesz. Ja  nie tknę nawet jednego pensa z  tego, co zań otrzymamy. Ale na  
twoim będąc miejscu, gdybym  dzięki niemu wielkie osiągnął  bogactwa i pewnego 
dnia do  Moonfleet wrócił, nie zużyłbym  wszystkiego na własne potrzeby i  
zachcianki, ale część bym  przeznaczył na nowe przytułki  dla ubogich, jak podobno  
Czarnobrody uczynić zamierzał. 

 Amim wiedział, co sprawiło, że  mówił w ten sposób, ani chciałem  nawet w 

myślach pójść za jego  radą; bo kiedym na ten klejnot  patrzył, jaśniejący i tym  
wspanialszy, że na zwykłym,  grubo ciosanym spoczywał stole,  marzyłem jedynie o 
bogactwie,  jakie on nam przyniesie, i o  tym, że na pewno wrócę kiedyś do  
Moonfleet i ożenię się z Grace.  Nie odpowiedziałem więc nic  Elzewirowi, tylko 
włożyłem  diament do srebrnego medalionu,  który wciąż nosiłem na szyi i  który, jak 
sądziliśmy,  najbezpieczniejszym był dla  niego schronieniem. 

 Krążąc po mieście i starając  się zbadać, gdzie i jacy są tu  kupcy diamentów, 

dowiedzieliśmy,  się, że większość ich mieszka blisko  siebie, przy pewnej 
niewielkiej  uliczce, której nazwy  zapomniałem, i że najbogatszym i  najbardziej 
znanym wśród nich  jest niejaki Krispijn Aldobrand.  Kupował on i sprzedawał  
najcenniejsze kamienie i mało, jak  mówiono, zadawał pytań, niewiele  się troszcząc, 
skąd owe klejnoty  pochodzą, jeśli tylko były  wysokiej próby. Tak więc po  wielu 
namysłach i wahaniach  wybraliśmy owego Aldobranda,  postanawiając, że z nim 
sprawę  załatwić spróbujemy.  

 Było już późne lato, gdy  pewnego dnia, na godzinę przed  zachodem słońca 

stanęliśmy przed  jego domem. Dobrze pamiętam to  miejsce, choć tak dawnom już 
go  nie widział i z pewnością drugi  raz nie zobaczę. Dom Aldobranda  był niski, 

background image

jednopiętrowy,  odsunięty nieco od ulicy,  ogrodzony i z trawnikiem, przez  który 
wiodła do drzwi wyłożona  płaskimi kamieniami alejka.  Front miał bielony, a w 
oknach  obramowanych gałęziami rosnącej  tuż przy murze magnolii widniały  
zielone żaluzje. Kupcy drogich  kamieni nie mieli sklepów, tylko  czasem w jednym z 
dolnych okien  swych domów wystawiali jakiś  naszyjnik czy bransoletę, a z  boku 
przy wejściu umieszczali  tablicę, by wiadomo było, czym  się zajmują. Taka właśnie  
tablica wyjaśniająca, że tu  mieszka Krispijn Aldobrand,  który kupuje lub sprzedaje  
klejnoty oraz pożycza pieniądze  pod ich zastaw, wisiała u  wejścia. 

 Drzwi otworzył nam rosły  służący i gdy usłyszał, że  przyszliśmy sprzedać 

drogi  kamień, zostawił nas w  przedsionku o kamiennej  podłodze, a sam wszedł po  
schodach dowiedzieć się, czy  jego pan nas przyjmie. Po paru  minutach zaskrzypiały 
stopnie i  ukazał się nam pan kupiec  Aldobrand we własnej osobie. Był  to niewielki, 
zasuszony  człowieczek, żółty, pomarszczony  i stary, co najmniej  
siedemdziesięcioletni;  zauważyłem, że nosi pantofle ze  lśniącej skóry, opatrzone  
srebrnymi klamrami i na wysokich  obcasach, aby mu nieco wzrostu  przydawały. 
Zaczął mówić do nas  stojąc na schodach, przechylony  przez balustradę, i nie bardzo  
się kwapił zejść na dół. 

 - Czego tam, moi drodzy, ode  mnie chcecie? - zapytał. -  Podobno macie 

jakiś klejnot do  sprzedania, ale wiedzcie, że ja  nie kupuję żadnych marynarskich  
świecidełek. Więc jeśli to  kamień księżycowy czy kocie  oczko z Cejlonu, albo jakiś 
tam  diament jak łebek od szpilki,  zatrzymajcie to na broszki dla  swych ukochanych, 
bo Aldobrand  nie chce takich zabawek. 

 Miał cienki, skrzekliwy głos i  mówił do nas w naszym języku,  domyślając 

się, żeśmy Anglikami.  Co prawda kiepsko mu to szło,  ale byłem zadowolony, bo 
mogłem  wszystko rozumieć. 

 - Nie, ja nie kupuję takich  zabawek - powtórzył swe ostatnie  słowa, lecz 

Elzewir odparł mu  szybko: 

 - Jesteśmy, czcigodny panie,  żeglarzami zza mórz, a ten  chłopiec przyniósł 

diament,  który chciałby sprzedać. 

 Trzymałem już mój klejnot w  zaciśniętej garści i gdy  staruszek zaskrzeczał:  

“Zobaczymy go więc, zobaczymy”,  wyciągnąłem rękę, by mu go  podać. Sięgnął 
przez balustradę  i wyciągając dłoń, jakby to miał  być jakiś maleńki, mizerny  
kamyczek, który mógłby zginąć  upadłszy na podłogę. Drażniło  mnie, że tak mało 
ceni nasz  klejnot, zanim go jeszcze  zobaczył, i podałem mu go z  takim gestem, 
jakby to nie był  maleńki kamyk, lecz co najmniej  dynia. 

 W przedsionku było ciemno,  światło dochodziło tu tylko  przez półkolistą 

szybę nad  drzwiami i nie mógł go dobrze  widzieć; lecz sięgając w dół  ręką 
przechylił się i przybliżył  swą głowę do mojej, a ja mógłbym  przysiąc, że gdy 
poczuł w dłoni  wielkość i ciężar klejnotu,  zniknęła z jego twarzy pogarda i  
lekceważenie, a odmalował się na  niej podziw i zachwyt. Ujął go w  dwa palce i gdy 
znowu mówić  zaczął, jego głos zmienił się  podobnie jak wyraz twarzy i nie  był już 
tak ostry i  zniecierpliwiony. 

 - Nie ma tu dosyć światła w  tym ciemnym przedsionku, więc  chodźcie za 

mną - powiedział,  odwrócił się i zaczął szybko  wchodzić po schodach, trzymając  
diament w zaciśniętej dłoni, a  my podążyliśmy tuż za nim, bojąc  się, że nam jeszcze 
gdzie  zniknie razem z naszym skarbem,  mimo że był tak bogaty i znany. 

 Otworzył drzwi pokoju, który w  pełni oświetlało zachodzące  słońce. Tak 

background image

gwałtowna była  zmiana mroku przedsionka na  płomieniste, czerwone światło  
zachodu, że na chwilę ze  szczętem mnie to oślepiło i  dopiero gdym się tyłem do 
okna  odwrócił, mogłem zobaczyć, gdzie  jestem; był to pokój o ścianach  
wyłożonych malowanym drzewem,  otoczony półkami, na których  stały różnej 
wielkości żelazne  skrzynki i kasetki. W niszy  znajdowało się łóżko, na środku  stół i 
krzesło. Jubiler zasiadł  za stołem, zwrócony twarzą do  słońca, wziął diament w 
palce i  trzymając go pod światło  wpatrywał się weń, ja zaś  bacznie śledziłem jego 
twarz,  która znów stała się zacięta i  przebiegła. Nagle odwrócił się  do mnie i ostro 
zapytał: 

 - Jak się nazywasz, chłopcze,  i skąd przybywasz? 
 Nie nawykłem do ukrywania się  pod obcym nazwiskiem, a i  zaskoczyło 

mnie jego pytanie. 

 - Nazywam się John Trenchard,  szanowny panie, a pochodzę z  Moonfleet w 

Dorset - odparłem  bez zastanowienia. 

 Zaraz chciałem sobie język  odgryźć, żem tyle powiedział, i  ujrzałem, jak 

Elzewir czoło  marszczy, dając mi znaki, bym  spokój zachował. Ale było zbyt  późno 
i kupiec zapisywał już  moją odpowiedź w pergaminowej  księdze. A choć może się 
wydać  nie tak bardzo ważne, że  znalazło się w niej moje  nazwisko i miejsce 
urodzenia, i  choć nas to wtedy bardzo  zmartwiło, bo woleliśmy ukrywać,  skąd 
przybywamy, to jednak  dziwnym zrządzeniem Opatrzności  ta właśnie notatka w 
księdze  kupca diamentów Aldobranda  zmieniła cały późniejszy bieg  mego życia. 

 - Z Moonfleet w Dorset -  powtórzył do siebie, kończąc  zapisywanie mojej 

odpowiedzi. -  A jakże to John Trenchard  doszedł do posiadania tego oto  klejnotu? - 
pytał stukając  palcem w diament leżący przed  nim na stole. 

 Elzewir w obawie, bym za dużo  nie powiedział, szybko się  wtrącił. 
 - Czcigodny panie - rzekł -  nie przyszliśmy tu zabawiać się  w pytania i 

odpowiedzi,  pragniemy jedynie wiedzieć, czy  pan kupi ten diament i za jaką  cenę. 
Nie mamy czasu na  opowiadanie długich historii i  możemy tylko zapewnić, że  
jesteśmy angielskimi żeglarzami  i kamień ten w uczciwy  posiedliśmy sposób. 

 Mówiąc to położył dłoń na  diamencie, jakby bał się, że  może go utracić. 
 - Spokojnie, spokojnie - rzekł  stary kupiec - ja wiem, że  wszyscy, co mają 

drogie  kamienie, zawsze je w uczciwy  posiedli sposób. Ale gdybyście  mi 
powiedzieli, jak ten w wasze  ręce trafił, mógłbym sobie  oszczędzić pewnych 
uciążliwych  prób, które wobec tego będą  konieczne, za co was najmocniej  
przepraszam. 

 Otworzył ukrytą w ścianie  szafkę, wyjął z niej małą wagę,  jakieś kryształki, 

czarny kamień  i buteleczkę zielonego płynu.  Znowu zasiadł za stołem, wziął  
delikatnie diament z palców  Elzewira, które niechętnie się z  nim rozstały - i zaczął 
go  ważyć, kładąc na drugiej szalce  to jeden z kryształków, to  maleńkie mosiężne 
odważniki.  Wciąż stałem przy oknie,  odwrócony tyłem do słońca,  przyglądając się 
czerwonemu  odblaskowi zachodu na twarzy  starego kupca. On tymczasem  zważył 
nasz diament, potarł go o  czarny kamień, w końcu zwilżył  go kroplą zielonego płynu 
- i  spostrzegłem, że podziw i  zachwyt ustąpiły miejsca  wyrazowi zaciętej 
przebiegłości,  jaki się teraz na jego twarzy  malował. 

 Przyglądałem się tym  manipulacjom i już dłużej  wytrzymać nie mogłem, 

oczekując  w podnieceniu i gorączce na to,  co powie; krew gwałtownie  pulsowała 

background image

mi w żyłach i nie  mogłem już zachować spokoju. Bo  zbliżała się chwila decydująca,  
gdy wreszcie dowiemy się z tych  zwiotczałych starczych ust, jaką  wartość posiada 
nasz skarb, czy  opłaciło się narażać dlań życie  i czy nadzieje nasze na mocnych  
spoczywają podstawach.  Odwróciłem się od starego kupca  i zacząłem spoglądać 
przez okno,  lecz bacznie wytężałem słuch, by  nie uronić ani słowa. 

 Przekonałem się wówczas, a  inne doświadczenia to  potwierdziły, że w 

podobnych  chwilach, gdy umysł człowieka  jedna myśl pochłania, oczy  
podświadomie notują wszystko, co  zobaczą - i łatwo nam przychodzi  przypomnieć 
sobie później twarz  lub widok, lub coś innego, na co  wówczas nie zwracaliśmy 
uwagi.  Podobnie było wtedy ze mną, bo  choć o niczym innym poza  diamentem nie 
myślałem,  dostrzegłem jednak wszystko, co  mogłem przez okno zobaczyć, i  
przypomnienie tego bardzo się  później okazało przydatne. Wciąż  jeszcze panowało 
gorąco i  otwarte było wysokie, sięgające  podłogi francuskie okno, które  niby 
dwustronne drzwi wiodło na  balkon. W razie potrzeby  zasłaniały je od wewnątrz  
żaluzje, a od zewnątrz  zabezpieczały ciężkie, okute  okiennice, zamykane na solidne  
zasuwy i rygle, do których  przytwierdzono jakieś drutty.  Tuż pod balkonem rosła 
przy  ścianie grusza, sięgająca doń  gałęźmi, a dalej rozciągał się  kwadratowy ogród, 
otoczony  kamiennym murem i bardzo  starannie utrzymany. Na jego  krańcach rósł 
ślaz i różnobarwne  maki, a wśród wielu roślin i  krzewów wpadł mi specjalnie w  
oczy wysoki jak trzcina,  czerwony kwiat, jakiego nigdy  jeszcze nie widziałem, a 
który  musiał być rzadki i osobliwy, bo  posadzono go z dala od innych, w  samym 
środku małego, tylko dla  niego przeznaczonego klombu. 

 Patrzyłem na ten kwiat, nie  myśląc o nim zupełnie, bo cały  czas 

zastanawiałem się, czy  Aldobrand powie, że nasz  diament jest wart dziesięć,  
pięćdziesiąt lub sto tysięcy  funtów, gdy nagle posłyszałem  jego skrzekliwy głos i 
szybko  się odwróciłem. 

 - Moi drodzy, a specjalnie ty,  chłopcze - powiedział. - Ten  kamień, który mi 

przynieśliście,  nie jest nawet kamieniem, lecz  kawałkiem szkła. Bardzo dobra to  w 
swoim rodzaju robota, może  najlepsza imitacja, na jaką się  kiedy natknąłem, i 
dlatego  chciałem się całkowicie upewnić.  Ale żaden fałsz nie ostanie się  próbie 
chemicznej: i oto okazało  się, że klejnot ten jest zbyt  lekki, a po drugie - że potarty  
czarnym kamieniem, zwanym  basanusem, nie zostawia na nim  kreski, jak każdy 
diament  prawdziwy. W końcu poddałem go  próbie hermeneutycznej i  zmoczyłem 
tym niezwykle  kosztownym alembikiem; lecz płyn  pozostał zielony i czysty, miast  
zmętnieć i zmienić kolor na  pomarańczowy, jak powinien po  zetknięciu z 
diamentem czystej  wody. 

 Słuchałem tych słów, a cały  pokój zawirował wokół mnie,  zrobiło mi się 

słabo i poczułem  ciężar w sercu, co zwykle  człowieka nachodzi, gdy  dowiaduje się 
o zniweczeniu  długo piastowanych nadziei. Więc  to dla kawałka szkła, dla marnej  
imitacji narażaliśmy życie!  Czarnobrody zakpił z nas w  godzinie swej śmierci i oto z 
bogaczy staliśmy się  najnędzniejszymi wygnańcami!  Nasze spodziewane szczęście,  
wszystko, co zależało od tego  bezwartościowego kamyka,  rozpadło się za jednym 
zamachem  jak domek z kart. Znikły  bogactwa, z którymi mieliśmy do  Moonfleet 
powrócić, nie możemy  okupić naszych dawnych grzechów,  nie będę mógł ożenić się 
z  Grace! Gdy o tym pomyślałem,  ciężkie westchnienie wydarło mi  się z piersi, nogi 
się pode mną  ugięły i byłbym upadł, gdyby  mnie Elzewir nie podtrzymał. 

 - No cóż, synku - zaskrzeczał  stary kupiec widząc co się ze  mną dzieje - nie 

bierz sobie  tego tak bardzo do serca, bo nie  mówię, że ten kamyczek żadnej  
wartości nie ma. Dobra to  robota, najlepsza, jaką w tym  rodzaju widziałem, i dam ci 

background image

za  niego całe dziesięć srebrnych  koron; całkiem niezła sumka dla  zwykłego chłopca 
pokładowego, a  i większa, niż jaki inny kupiec  w tym mieście by ofiarował. 

 - Nie, nie! - wykrzyknął  Elzewir, a w głosie jego  brzmiała gorycz i zawód, 

chociaż  starał się to ukryć. 

 - Nie przyszliśmy tu żebrać o  srebrne korony, zatrzymaj je pan  w swojej 

kiesie. I niech diabeł  porwie ten błyszczący fałsz!  Pozbądźmy się go, bo  
przekleństwo na nim ciąży! 

 Z tymi słowy chwycił kamień i  zamierzył się, by go cisnąć w  gniewie przez 

okno. 

 Stary kupiec widząc to zerwał  się na równe nogi. 
 - Co czynisz, przeklęty  głupcze? - zawołał. -  przyszedłeś tu, by mi urągać?  

Mówię ci, że ten kawałek szkła  jest wart dziesięć srebrnych  koron, a ty go na wiatr 
rzucasz? 

 Nie zdążyłem wstrzymać ręki  Elzewira: kamień wyleciał w  powietrze, 

pochwycił na moment  skośne promienie zachodzącego  słońca i upadł w ogród. Oczy 
moje pobiegły za łukiem jego  lotu, zamigotał mi jeszcze w  chwili, gdy dotykał ziemi 
tuż  przy łodydze owego czerwonego  kwiatu. Ujrzałem coś, jakby błysk  iskierki, 
która natychmiast  zgasła, i nic więcej. Odwróciłem  się szybko i spostrzegłem, że  
oczy staruszka też pobiegły za  diamentem i może tak samo jak  moje pochwyciły 
błysk tam, gdzie  upadł. 

 - Masz swoje dziesięć koron,  czcigodny panie! - rzekł  Elzewir. - Zabierajmy 

się stąd,  chłopcze! 

 Chwycił mnie za ramię i  wyprowadził z pokoju. 
 - Precz mi z oczu, zgińcie i  przepadnijcie - gonił za nami  skrzekliwy głos 

Aldobranda. 

 Na schodach minęliśmy dwóch  służących, którzy bez słowa na  nas 

spoglądali, i wyszliśmy na  ulicę. 

 W milczeniu wracaliśmy do  tawerny. 
 - Nie martw się, chłopcze, nie  martw - rzekł w końcu  Elzewir. Sam mówiłeś, 

że zło w  tym kamieniu siedzi i  przekleństwo on ze sobą niesie.  Więc teraz, kiedy go 
nie ma,  może i nasz los się odmieni. 

 Nie odezwałem się, gorzko  rozczarowany i przybity nagłym  zniweczeniem 

wszystkich naszych  nadziei. Łatwo przychodziło  mówić o klątwie ciążącej na tym  
kamieniu, łatwo było udawać, że  chętnie byśmy się go pozbyli,  póki miało się go w 
ręku; teraz,  kiedy przepadł, dobrze  wiedziałem, że nigdy w głębi  serca nie chciałem 
go utracić i  chętnie bym się naraził na każdą  klątwę, aby tylko móc go  odzyskać. W 
tawernie czekała nas  kolacja, ale nie miałem ochoty  na jedzenie, siedziałem  
zasępiony, a i Elzewir mało co  tknął. I gdy roztrząsałem w  smutku wydarzenie tego 
wieczoru,  uderzyło mnie coś, com sobie  nagle przypomniał, i aż  podskoczyłem z 
podniecenia. 

 - Elzewirze - wykrzyknąłem -  jacy z nas głupcy! Ten kamień  nie jest 

fałszywy! To  najprawdziwszy diament! 

 Odłożył nóż i widelec,  spojrzał na mnie bez słowa i  czekał, bym coś więcej  

powiedział, nie okazując przy  tym zbytniego zdumienia.  Przypomniałem mu więc, 
że stary  kupiec z podziwem i zachwytem  patrzył na diament, gdy go po  raz 

background image

pierwszy ujrzał, co  wskazuje, że uważał go za  prawdziwy; potem dopiero  opanował 
swój głos, by móc nas  uczonymi i wymyślnymi słowy  oszukać; a kiedy Elzewir 
cisnął  kamień przez okno, krzyknął  głośno i na równe nogi skoczył.  Mówiłem to 
wszystko szybko, sam  się jeszcze w mym przekonaniu  umacniając, i gdy 
przerwałem, bo  mi tchu zabrakło, miałem już  zupełną pewność, że Aldobrand  
haniebnie nas oszukał. 

 Ale Elzewir mało się tym  przejął i powiedział tylko: 
 - Być może, to prawda, ale cóż  mamy robić? Trudno, stało się.  Straciliśmy 

ten diament. 

 - Nie - odparłem - nie  straciliśmy go. Widziałem  dokładnie, gdzie padał. 

Chodźmy  tam zaraz i zabierzmy go. 

 - A może Aldobrand też to  widział? - rzekł Elzewir. 
 I przypomniało mi się, że gdy  patrzyłem na lecący kamień, a  potem 

odwróciłem się gwałtownie,  udało mi się przychwycić wzrok  starego kupca śledzący 
jego lot;  później zaś Aldobrand nie był  już tak wzburzony i głos jego  spokój 
odzyskał. 

 - Nie wiem - powiedziałem. -  Wróćmy tam i sami się  przekonajmy. Nasz 

diament upadł  tuż przy łodydze czerwonego  kwiatu, który dobrze  zapamiętałem... 
Co? - dodałem  widząc, że Elzewir waha się i  wycofuje. - Nie wierzysz mi,  wątpisz? 
Więc nie chcesz tam  pójść, by skarb nasz odzyskać? 

 Milczał dłuższą chwilę, a  potem zaczął mówić powoli, ważąc  każde słowo: 
 - Cóż ci rzec mogę? Myślę, że  to prawda, coś powiedział, i że  ten kamień 

jest prawdziwym  diamentem. Nawet w połowie tak  mi się zdawało, gdym go przez  
okno rzucał; a jednak nie wiem,  czy nie będzie nam lepiej bez  niego. Tyś pierwszy 
mówił, że  klątwa na tym klejnocie ciąży, a  ja śmiałem się, uważając to za  dziecinne 
wymysły. Lecz teraz  cóż ci mogę powiedzieć? Odkąd na  trop skarbu wpadliśmy, 
szczęście  przeciw nam się obróciło. I oto  czym jesteśmy? Bezdomnymi  
wygnańcami, wyjętymi spod prawa,  którzy ręce mają splamione  krwią. Krew mnie 
nie przeraża,  bom nieraz stawał twarzą w  twarz z przeciwnikiem w otwartej  walce, 
ale nigdy zadany przeze  mnie śmiertelny cios tak mi na  duszy nie zaciążył; a 
przecież  ci dwaj ludzie w niezwykły  zginęli sposób i nie z mojej to  się stało winy. 
Prawda, żem całe  życie kontrabandzie się oddawał,  ale nie znajdziesz takiego, co  by 
rzekł, żem się kiedy  haniebnego czynu dopuścił. A  teraz dręczy mnie, że ludzie  
nazywać mnie mogą mordercą, a  jeszcze bardziej, że i ciebie  spotkać to może. Kto 
wie, czy  ten kamień klątwy nie ściąga,  która każdego, kto go posiądzie,  do klęski 
doprowadza? Nie wiem,  nie jestem pastorem Glennie i  nie znam się na tych 
rzeczach.  Ale Czarnobrody mógł to w swej  złośliwości sprawić, aby skarb  ten 
przekleństwo niósł każdemu,  kto by dla siebie chciał go  użyć. Po co nam ten 
klejnot? Mam  dosyć na nasze potrzeby; możemy  spokojnie czekać po tej stronie  
Kanału, mógłbyś się tu jakiego  uczciwego fachu wyuczyć, a gdy  wszystko 
przycichnie, wrócimy do  Moonfleet. Więc poniechajmy tego  klejnotu. Niech lepiej 
zostanie,  gdzie jest, Johnie; i my go w  spokoju zostawmy. 

 Powiedział to wszystko bardzo  poważnie, a z największą powagą  przy 

samym końcu, i za rękę  mnie ujął, i prosto w oczy  patrzył. Lecz ja nie umiałem mu  
równie szczerym spojrzeniem  odpowiedzieć i w inną obróciłem  się stronę; zaciąłem 
się w sobie  i nie chciałem nawet myśleć o  tym, byśmy diament mieli  utracić. A 
jednak cały czas  czułem, że Elzewir szczerą mówi  prawdę, i przypomniało mi się  

background image

kazanie pastora Glennie, że  życie jest niby litera “Y” i  każdy z nas, prędzej czy  
później, dojdzie do miejsca, w  którym drogi się rozchodzą; i  będzie musiał wybrać 
albo  wygodną i szeroką drogę, albo  ścieżkę trudną i wąską.  Pomyślałem, żem 
wybrał tę  szeroką drogę i teraz idę nią  dalej, upierając się, by szukać  tego zło 
przynoszącego skarbu. A  mimo to nie potrafiłem zawrócić  i tłumaczyłem sobie, że  
naiwnością i prostym szaleństwem  byłoby wyrzec się tak  drogocennej zdobyczy. 

 Zamiast więc posłuchać dobrej  rady kogoś o tyle starszego i  bardziej ode 

mnie  doświadczonego, wiele włożyłem  starań, aby przekonać Elzewira,  i 
zapewniłem go, że jeśli  diament odzyskamy i uda nam się  go sprzedać, 
przeznaczymy  pieniądze na budowę przytułków w  Moonfleet; w głębi serca zaś  
dobrzem wiedział, że nigdy bym  tego nie uczynił. W końcu, mimo  że Elzewir był 
uparty i nigdy  nikomu nie ustępował, uległ  jednak swej wielkiej dla mnie  miłości i 
dał się przekonać.  

 O dziesiątej wieczór znów  wyruszyliśmy w kierunku domu  Aldobranda. 

Zamierzaliśmy dostać  się przez mur do ogrodu i tam  diament odszukać. Szedłem 
szybko  i cały czas nie przestawałem  mówić, byle tylko złe przeczucia  uspokoić. 
Elzewir zaś trzymał  się nieco z tyłu i milczał, bo  wbrew swej woli postąpił.  
Zaprzestałem czczej gadaniny,  gdy już bliski był cel naszej  wyprawy, i milczenie 
między  nami zapadło, bo każdy z nas we  własnych pogrążył się myślach. 

 Nie dochodząc do samego domu,  skręciliśmy w mały zaułek, do  którego, jak 

sądziliśmy,  powinien przylegać ogród. Nawet  na ważniejszych ulicach niewiele  
było przechodniów, tu zaś ani  żywej duszy; kryjąc się w cieniu  wysokich domów, 
wkrótce  znaleźliśmy się pod ogrodowym  murem. 

 Bałem się, że Elzewir w tej  ostatniej chwili będzie jeszcze  próbował mnie 

nakłonić do  odstąpienia od mego zamiaru,  więc nie dałem mu sposobności i  od razu 
zacząłem wspinać się na  mur; w tym właśnie miejscu kilka  cegieł wypadło i było o 
co  stopami się oprzeć. Elzewir  chcąc nie chcąc poszedł moim  śladem i po chwili 
zeskoczyliśmy  na miękką ogrodową ziemię. 

 Przedzieraliśmy się w stronę  czarnej sylwety domu przez  krzaki agrestu, 

później zaś  weszliśmy na trawnik, który trzy  godziny temu oglądałem z okna  
pokoju Aldobranda. Zapamiętałem  dobrze każdy zakręt alejki i  kształt każdego 
klombu. Rosnący  pod murem ślaz i maki zaprawiły  nocne powietrze słabym, 
ckliwym  zapachem, w ogrodzie panowała  zupełna cisza, noc była tak  jasna, że 
rozpoznawałem z bliska  kolory kwiatów, tylko liście, za  dnia zielone, wydawały się  
szare. 

 Trzymaliśmy się w cieniu muru,  z niepokojem spoglądając na dom.  Ale nic 

się w nim nie poruszyło,  żaden nie dochodził dźwięk, stał  w ciszy niby dom 
umarłych.  Ciemniał przed nami i tylko w  jednym oknie, tym balkonowym,  
błyszczało słabe światełko, z  tego też jedynego okna nie  spuszczaliśmy wzroku. Był 
tam  ktoś, kto dotąd nie udał się na  spoczynek, i nikłe pasemka  światła przedzierały 
się przez  zapuszczone żaluzje. 

 - On jeszcze czuwa i  zewnętrzne okiennice nie są  zamknięte - szepnąłem. 
 Elzewir skinął głową, ja zaś  poszedłem prosto do klombu,  gdzie rósł 

czerwony kwiat. Łatwo  dostrzegłem jego wysoką łodygę i  dzwonkowate pąki, które 
tak  różniły go od innych kwiatów.  Wskazałem nań Elzewirowi. 

 - Diament leży przy łodydze  tego kwiatu od strony domu -  powiedziałem 

dając mu znak, by  nie ruszał się z miejsca, bo sam  zamierzałem podnieść leżący na  

background image

ziemi klejnot. 

 Minąłem wysadzony makami brzeg  klombu, moje stopy zagłębiły się  w 

pulchnej ogrodowej glebie i  stanąłem tuż przy tym osobliwym  kwiecie, którego 
szkarłatne pąki  były teraz niemal czarne. Tak,  to na pewno ten sam kwiat, nie  
mogłem się mylić; więc  pochyliłem się, by zabrać  diament. 

 Czy to możliwe? Niczego w  zasięgu wyciągniętej ręki, prócz  garstki ziemi? 

nigdzie ani  błysku, który by wzrokiem moim  pokierował? Ukląkłem i uważnie  
obejrzałem glebę wokół łodygi  kwiatu, ale niczego nie  dostrzegłem, choć tak było  
jasno, że najdrobniejszy  kamyczek mogłem widzieć; tylko  nie ten, jeden, jedyny,  
błyszczący i większy od innych. 

 Nie było go nigdzie, a  przecież widziałem, że tu  właśnie upadł, w to miejsce 

-  żadnej nie miałem wątpliwości. 

 - Zniknął, Elzewirze, zniknął!  - krzyknąłem w rozpaczy i  posłyszałem w 

odpowiedzi jego  “ciiii”, którym starał się mnie  uspokoić. Klęcząc zacząłem  
przesiewać przez palce pulchną  ziemię w nadziei, że może  diament się w nią 
zagłębił.  

  Ale próżne były moje wysiłki,  podniosłem się więc i wróciłem  do Elzewira. 

Zacząłem go błagać,  by zapalił krzesiwem drewienko,  bo chciałem dokładnie 
przeszukać  cały klomb. Zapewniłem go, że  zasłonię światło ręką, aby  padało tylko 
w dół. Ukrył się  wśród ślazów i zrobił, o com  prosił, choć nie sądził, że to  się na coś 
przyda, byle mnie  tylko w mej rozpaczy pocieszyć.  Lecz kiedy wkładał mi w dłoń  
płonące drewienko, szeptał  cicho: 

 - Zostawmy w spokoju ten  kamień, chłopcze, zostawmy go.  Albo się 

pomyliłeś, albo inni  już tu przed nami byli. Nie nam  dane, by wrócił do naszych rąk, 
i tak jest lepiej; zostawmy go,  zostawmy i chodźmy stąd. 

 Położył mi łagodnie rękę na  ramieniu, a powiedział to tak  żarliwie i z taką 

prośbą w  głosie, jakby mówiła kobieta,  a nie wielki, szorstki  mężczyzna. Lecz nie 
słuchałem  jego nawoływań, odsunąłem się od  niego i zasłaniając płonące  drewienko 
ruszyłem z powrotem  tam, gdzie rósł czerwony kwiat.  Tym razem jednak, gdym 
wchodził  na miękką ziemię klombu,  spostrzegłem coś w świetle,  które na nią padło, 
co mnie do  miejsca przykuło. 

 A był to tylko ślad ludzkiej  stopy w pulchnej brązowej  glebie; i rozpoznałem 

głęboki  odcisk wysokiego obcasa, a tuż  przed nim zarys małej podeszwy. 

 Istnieje opowieść o tym, jak  Robinson Kruzoe, idąc brzegiem  swej 

bezludnej wyspy, przeraził  się na widok odciśniętego w  nadmorskim piasku śladu 
ludzkiej  stopy. Było to złowrogie  ostrzeżenie, że inni jeszcze  ludzie przybyli tam, 
gdzie  myślał, że jest zupełnie  samotny. Ale nawet ów  dostrzeżony przez Robinsona 
ślad  nie był dlań chyba większym  ciosem niż dla mnie ten  odciśnięty w ogrodowej 
ziemi;  dobrze zapamiętałem te małe  pantofle na wysokich obcasach,  zrobione ze 
lśniącej skóry i  srebrnymi klamrami ozdobione. 

 On tu był przed nami.  Znalazłem jeszcze jeden jego  ślad i drugi, wszystkie 

zaś  wiodły do środka klombu.  Cisnąłem płonące drewko,  przydeptałem je i 
odszedłem, bom  wiedział, że nie ma tam już  naszego diamentu. 

 - Aldobrand był tu przed nami  - wyszeptałem, gdy tylko  wróciłem do 

Elzewira; dzikim,  nieprzytomnym wzrokiem  spojrzałem w cichą, spokojną  noc, a 
oczy moje znów uchwyciły  pasemka światła sączącego się  poprzez drewniane 

background image

żaluzje  zaciągnięte za oknem balkonu. 

 - A zatem koniec! - rzekł  Elzewir. - Wszystko zostało  rozstrzygnięte. Nie ma 

diamentu  i dobrze, żeśmy się go pozbyli.  Teraz więc odejdźmy już stąd. 

 Z tymi słowy zawrócił. Jeszcze  jedną miałem sposobność, by  lepszą wybrać 

drogę, ale nie  potrafiłem wyrzec się tego  klejnotu, pchało mnie coś tam,  gdzie obu 
nas czekała zguba. Bo  gdy spojrzałem na światełko  przesączające się przez żaluzje,  
dostrzegłem jednocześnie, że  gałęzie rosnącej pod balkonem  gruszy są mocne i 
grube. 

 - Elzewirze - powiedziałem  przełykając gorycz, która  zalewała mi gardło. - 

Elzewirze,  ja stąd nie odejdę, póki nie  zobaczę, co dzieje się w tym  pokoju. 
Wdrapię się na balkon i  zajrzę przez szczeliny w  żaluzjach do środka. Może jego  
tam nie ma; może zostawił nasz  diament i go odzyskamy. 

 Nim zdążył powstrzymać mnie  choćby jednym słowem, ruszyłem  pod mur 

domu. Pchała mnie tam  jakaś ukryta siła i nikomu nie  dałbym się zawrócić. 

 Nie było obawy, żeby ktoś nas  mógł zobaczyć, bo na wszystkich  oknach, 

prócz tego jednego,  szczelnie zamknięto zewnętrzne  okiennice; odgłos kroków 
tłumiła  miękka trawa, ale wiedziałem, że  Elzewir idzie tuż za mną. 

 Wcale nie było łatwo wdrapać  się na gruszę, bo choć konary  miała mocne, 

przylegały ściśle  do muru, mało zostawiając  miejsca na oparcie dla rąk i  stóp. Parę 
razy oderwał się od  gałęzi niedojrzały jeszcze owoc  i opadał na ziemię wśród  
szelestu liści; nieruchomiałem  wówczas czekając i nasłuchując,  czy ktoś się w 
pokoju nade mną  nie poruszy. Ale panowała  śmiertelna cisza i w końcu  mogłem już 
ręką sięgnąć do  balustrady i wciągnąć się  bezpiecznie na balkon. Dyszałem  z 
wysiłku, ale nie czekając, aż  odzyskam oddech, przywarłem  twarzą do okna, by jak  
najszybciej zobaczyć, co się w  środku dzieje. Zewnętrzne  okiennice były otwarte jak 
za  dnia, łatwo więc znalazłem  szczelinę między deseczkami  żaluzji i zajrzałem do 
pokoju. 

 Był jasno oświetlony, niby na  weselne przyjęcie, płonęło w nim  chyba ze 

dwadzieścia albo i  więcej świec w lichtarzach  stojących na stole lub wiszących  przy 
ścianach. W głębi siedział  za stołem Aldobrand, tak jak  wtedy, kiedy mówił nam, że  
diament jest fałszywy. Twarz  miał zwróconą do okna i gdy  patrzyłem wprost na 
niego,  wydawało się niemożliwe, by nie  wiedział, że tu jestem. 

 Przed nim, na stole, leżał  diament - nasz diament, mój  diament; teraz na 

pewno  wiedziałem, że ten kamyk nie  jest fałszywy. Leżał nie sam,  lecz pośród 
kilkunastu podobnych  mu klejnotów, nie mogłem jednak  się mylić, bo przynajmniej  
trzykrotnie każdy z nich  przewyższał wielkością. 

 Trzykrotnie przewyższał je  wielkością, lecz ilekroć  mocniejszy bił od niego 

blask!  Światło wszystkich płonących tu  świec odbijało się w nim,  mieniło 
wspaniale każde tak  dobrze mi znane załamanie  szlifu, zdawał się wzywać mnie i  
wołać: “czyż nie jestem królową  wszystkich diamentów świata? I  czy nie należę do 
ciebie? Nie  chcesz mnie wybawić z rąk tego  podłego oszusta”?  

 Oczy moje przywarły do  diamentu, ale czułem, że Elzewir  jest przy mnie. 

Nigdy by nie  dopuścił, bym bez niego na  jakiekolwiek ważył się ryzyko,  zawsze 
stał u mego boku, by mnie  wesprzeć w potrzebie. A teraz ta  jego wierność drażnić 
mnie  zaczęła i sam siebie zapytałem  szyderczo. 

 “czy nigdy ni ręką, ni nogą  ruszyć nie mogę, żeby ten  człowiek przy mnie 

background image

nie warował?” 

 Stary kupiec siedział bez  ruchu, głęboko w myślach  pogrążony; po chwili 

wziął w dwa  palce jeden z leżących na stole  diamentów, później inny jeszcze  - i 
ułożył je obok mojego  wspaniałego kamienia, jakby je  ze sobą porównując. Ale 
który  mógł się z nim mierzyć? Bladły  przy nim, jak gwiazdy bledną  przy 
wschodzącym słońcu. 

 Aldobrand położył teraz nasz  diament na szalce wagi, a na  drugiej parę 

małych mosiężnych  odważników, kilkanaście chyba  razy zrównywał szalki i w 
końcu  zapisał coś gęsim piórem w  oprawnej w skórę księdze, a potem  na kawałku 
papieru, jakby  sumując cyfry. Wszystko bym dał,  aby je zobaczyć! Bo czyż nie  
obliczał wartości naszego  diamentu i zysków, jakie mu  przyniesie? Podniósł klejnot  
kciukiem i palcem wskazującym  obracał go przed oczyma, to w  tę, to w tamtą 
stronę, aby  światło jak najlepiej padać nań  mogło. Przekląłbym go za tę  pełną 
zachwytu miłość dla  pięknego klejnotu, za to  uwielbienie, które rozlało się  na jego 
twarzy. Przekląłbym go  dziesięć razy bardziej za chytry  uśmiech, który pojawił mu 
się na  ustach, bom zgadywał, że  wspomina, jak oszukał dwóch  prostych żeglarzy 
tego  popołudnia. 

 Tam, w jego rękach, był  diament - nasz diament, mój  diament - w jego 

rękach, a ja  tu, o dwa kroki od niego, od  mojego diamentu. Tylko słaba  przegroda 
ze szkła i drzewa  dzieli mnie od skarbu, który on  tak nikczemnie nam ukradł... 

 Poczułem na ramieniu dłoń  Elzewira. 
 - Odejdźmy stąd - szepnął -  jeszcze chwila, a przypomni  sobie, że okiennice 

są otwarte,  i znajdzie nas tutaj. Odejdźmy  stąd, diamenty nie są dla takich  jak my 
prostych ludzi. Ten  kamień niesie zło i klątwę  sprowadza. Odejdźmy stąd,  Johnie. 

 Ale brutalnie strząsnąłem z  siebie tę przyjazną dłoń,  zapominając, że to on 

mi życie  ocalił, że pielęgnował mnie  przez tyle ciężkich tygodni, że  zawsze, w 
złym, czy dobrym, był  przy mnie; bo oto siedzący za  stołem starzec podniósł się i  
wyjął z szafki małą żelazną  kasetkę. Wiedziałem, że zaraz  zamknie w niej mój skarb 
i  więcej go nie zobaczę. Wspaniały  klejnot, leżący teraz samotnie  na stole, błyszczał 
i migotał  blaskiem dwudziestu świec i  przyzywał mnie: “czyż nie jestem  królową 
wszystkich diamentów  świata? Czy nie należę do  ciebie? Ocal mnie z rąk tego  
podłego złodzieja!” 

 Runąłem na okno całym  ciężarem i wpadłem poprzez szyby  i drewniane 

żaluzje do środka. 

 Jednocześnie z brzękiem szkła  i trzaskiem drzewa cały dom  rozbrzmiał 

dźwiękiem dzwonków, a  druty, które zauważyłem po  południu zwisały teraz luźno  
przed moją twarzą. Ale nie  dbałem o dzwonki ani o nic, bo  tam przede mną 
błyszczał mój  wspaniały diament. Kupiec  odwrócił się gwałtownie i  rzucił nań z 
krzykiem: 

 - Złodzieje! Złodzieje!  Złodzieje! 
 Był bliżej diamentu niż ja i  gdy skoczyłem naprzód, ręce  nasze spotkały się 

ponad stołem,  ale zdążył już nakryć klejnot  dłonią. Ścisnąłem mocno przegub  jego 
ręki i choć się bronił, był  tylko słabym, starym  człowiekiem i w parę sekund  
wyciągnąłem diament z jego  zaciśniętej garści. 

 W parę sekund... Lecz nim one  minęły, nim diament w moim  znalazł się 

ręku, drzwi się  gwałtownie rozwarły i do pokoju  wtargnęło sześciu mocnych,  

background image

rosłych drabów z żelaznymi  drągami i pałkami. 

 Gdy Elzewir ujrzał, jak  rzuciłem się na okno, jęknął  tylko, ale pospieszył za 

mną do  pokoju i był teraz przy mnie. 

 - Złodzieje! Złodzieje!  Złodzieje! - krzyczał kupiec  padając wyczerpany na 

krzesło i  wskazując na nas, a jego  pachołkowie rzucili się ku nam  zbyt szybko, 
abyśmy mogli dobiec  do okna. Dwóch runęło na mnie,  czterech -  na Elzewira: a 
nikt,  nawet taki siłacz jak on, nie da  rady czterem napastnikom,  zwłaszcza 
uzbrojonym w pałki. 

 Nigdy nie widziałem mistrza  Blocka tak zmaltretowanego i  pognębionego; a 

fortuna w tym  przynajmniej była dla mnie  łaskawa, że nie dała mi oglądać,  co się z 
nim później stało, bo  na moją głowę spadło z taką siłą  uderzenie pałki, że diament z  
ręki mi wyleciał i zwaliłem się  nieprzytomny na ziemię.  

 

background image

17 -  W fortecy Ymeguen  

  
...Jak złodziej, co zmarłego  skażoną szatę skradł 
  i sam się  zaraziwszy, w jego chorobę  wpadł. 
  
 (Hood)
  

 Bardziej dla mnie gorzkie niż  piołun jest wspomnienie dalszych  wydarzeń, 

więc powiem o nich  możliwie krótko. Wtrącono nas do  więzienia i całe miesiące  
siedzieliśmy w ciemnej kamiennej  celi, mając za posłanie wiązkę  przegniłej słomy. 
Z krótkiej  walki w domu Aldobranda  wyszliśmy pokrwawieni i  potłuczeni pałkami, 
a długo  trwało, nim rany nasze się  zagoiły i wróciliśmy do zdrowia.  Karmiono nas 
jedynie  spleśniałym chlebem i wodą, a  dawano tyle tylko, by nas przy  życiu 
utrzymać. Od łańcuchów na  nogach nowe potworzyły nam się  rany i ledwo 
mogliśmy się z bólu  poruszać. Żelazo nękało moje  członki, lecz znacznie bardziej  
wśród tych wilgotnych i ponurych  murów cierpiała moja dusza; a  choć Elzewir 
nigdy słowem  wyrzutu o tym nie napomknął,  wiedziałem, że to mój upór i  
nierozwaga takie na nas  cierpienia ściągnęły. 

 Pewnego ranka wszedł do naszej  celi strażnik więzienny i  powiedział, że 

tego samego  jeszcze dnia stanąć mamy przed  sądem zwanym tu “Geregt”, który  
rozpatrzy naszą zbrodnię.  Zaprowadzono nas do sądowego  budynku i mimo ran i 
ciężkich  łańcuchów cieszyło nas, że znowu  widzimy światło dnia, i  upajaliśmy się 
świeżym  powietrzem, całkiem zapominając  o śmierci, która być może u  końca tej 
drogi czeka, bo  strażnik powiedział, że łatwo  powiesić nas mogą. Szybko  sprawę 
rozstrzygnięto, gdyż  wielu było tych, co przeciw nam  występowali, a nikogo, co by 
się  za nami ujął; nie znając  holenderskiego języka nic nie  rozumiałem prócz tego, 
co mi  Elzewir przetłumaczył. 

 Zjawił się w sądzie sam pan  Aldobrand w swym czarnym  płaszczu i 

pantoflach na  wysokich obcasach, który  zeznawał, jak to pewnego  sierpniowego 
popołudnia przyszło  do niego dwóch podejrzanie  wyglądających angielskich  
żeglarzy, pod pozorem, że chcą  sprzedać diament, który okazał  się zwykłym 
szkiełkiem; i jak  dobrze sobie obejrzawszy cały  jego dom, a zwłaszcza drzwi i  okno 
pokoju, gdzie klejnoty  przechowuje, żeglarze owi w  swoją odeszli drogę. Lecz tego  
samego dnia jeszcze, a raczej  tejże nocy, gdy zajęty był  dobieraniem diamentów do 
korony  zamówionej przez  Najświętobliwszego Cesarza  Rzymskiego, ci sami 
brutalni  żeglarze wtargnęli przez  zasłonięte żaluzjami okno do  jego pokoju, napadli 
nań,  wyrwali mu diament z ręki, i tak  go poturbowali, że ledwo z  życiem uszedł. 
Lecz Opatrzność  boska, a także i jego własna  przezorność sprawiły, że okno  było 
drutami połączone z  dzwonkami alarmowymi, które w  całym domu dzwonić 
zaczęły. W  ten sposób jego wierni ludzie  natychmiast zwołani zostali i  choć ci 
nikczemni brutale  rzucili się na nich i omal nie  zmogli, w końcu ulec musieli i  
oddano ich w ręce Prawa, od  którego pan Aldobrand domaga się  sprawiedliwości. 

 Tyle mi później Elzewir  powiedział; ale wtedy, gdy ów  oszust, który 

przywłaszczył  sobie nasz diament, twierdził,  że klejnot do niego należy,  Elzewir 
ostro zaprzeczył i  rzekł wobec całego sądu, że to  kłamstwo, bo ów drogocenny  
kamień myśmy tego popołudnia  przynieśli, by go sprzedać,  Aldobrand zaś zapewnił 
nas, że  jest fałszywy. Stary kupiec  zaśmiał się, gdy to usłyszał, i  wyjął z sakiewki 

background image

nasz wspaniały  diament, który zdawał się pół  sądowej sali oślepiającym  wypełniać 
blaskiem. Obracał go  na dłoni niby rozsiewającą  światło lampę i zapytał, czy  
podobna, aby dwaj zwykli  żeglarze mogli przynieść na  sprzedaż tak wspaniały 
klejnot.  Co więcej, chcąc przekonać  sędziów, jakimi to bezczelnymi  jesteśmy 
hultajami, wyciągnął z  kieszeni pokwitowanie przesłane  mu z Petersburga od 
niejakiego  Szalamowa, stwierdzając, że  dotyczy ono tego właśnie  diamentu. Nie 
wiedzieliśmy, czy  pokwitowanie było podrobione,  czy o innym mówiło diamencie,  
dość, że Elzewir znowu zapewnił,  iż klejnot ten do nas należy i w  Anglii go 
znaleźliśmy. 

 Aldobrand szyderczo się  zaśmiał i raz jeszcze uniósł  diament do góry. 
 - Czy podobny kamyk - pytał -  może znaleźć na brzegu morza  byle nędzny 

rybak? 

 A wspaniały diament, kiedy go  stary kupiec chował do swej  kiesy, zabłysnął 

wołając do  mnie: “czyż nie jestem królową  wszystkich diamentów świata? Czy  
mam pozostać przy tym podłym  szubrawcu?” 

 Lecz byłem bezsilny i nic  uczynić nie mogłem. 
 Później zeznawali ludzie ze  służby Aldobranda, opowiadając  jak nas na 

gorącym uczynku  przychwycili, i twierdząc, że  ten właśnie klejnot wiele razy w  
ciągu poprzednich sześciu  miesięcy w ręku swego pana  widywali. 

 Elzewir, oburzony wszystkimi  tymi oszustwami, nie mógł się  powstrzymać i 

znowu wybuchnął,  mówiąc, że wszyscy oni kłamią i  że klejnot należy do nas.  
Strażnik, który stał przy nim,  uderzył go w usta, by go  uciszyć, i rozciął mu wargę. 

 Sprawę szybko zakończono:  Sędzia w czerwonej todze powstał  z krzesła i 

skazał nas na  dożywotnie ciężkie roboty. Kazał  nam przy tym podziwiać  
miłosierdzie, jakie ich prawo  okazuje cudzoziemcom, bo  gdybyśmy byli 
Holendrami, toby  nas powieszono. 

 Wyprowadzono nas z sali  sądowej, skutych łańcuchami, a  Elzewirowi krew 

ciekła z ust.  Gdy mijaliśmy Aldobranda, ten  skłonił się i rzekł do mnie po  
angielsku: 

 - Pański sługa, szanowny panie  Trenchard z Moonfleet w  hrabstwie Dorset. 

Moje najlepsze  życzenia dla wielmożnego pana. 

 Strażnik słysząc, że stary  kupiec coś do nas w  niezrozumiałym mówi języku, 

zatrzymał się na chwilę i  starczyło mi czasu, by  odpowiedzieć: 

 - Pański sługa, czcigodny  panie Aldobrand, kłamco i  złodzieju! Niech ten 

diament  przyniesie ci zgubę w twym  obecnym życiu, a w przyszłym  wieczne 
potępienie! 

 Tak się z nim rozstaliśmy i  tak rozstaliśmy się z wolnością  oraz z wszelkimi 

radościami  życia.   

 Spętano nas wraz z innymi  więźniami i po sześciu razem  przykuto 

założonymi na przeguby  rąk kajdanami do długiego drąga,  lecz niestety zostaliśmy z 
Elzewirem rozdzieleni. Dziesięć  dni prowadzono nas skutych w ten  sposób, aż 
doszliśmy do miejsca  zwanego Ymeguen, gdzie budowano  królewską fortecę. 
Żmudna i  straszna była to dla mnie  wędrówka; po zimie drogi  rozmokły, a niewiele 
miałem na  sobie odzienia, by się przed  chłodem i deszczem uchronić. Z  obu stron 
jechali na koniach  strażnicy, z naładowanymi  strzelbami przytroczonymi do  siodeł, 

background image

trzymając w rękach  długie bicze, którymi smagali  każdego marudera, a ciężko było  
skazańcom brnąć w błocie, co  koniom po pęciny sięgało. 

 Nie mogłem porozumiewać się z  Elzewirem i cały czas szedłem w  

milczeniu, bo ci, z którymi mnie  skuto, byli raczej dzikimi  bestiami niż ludźmi, a na  
dobitek mówili tylko po  holendersku. 

 Gdy doszliśmy do Ymeguen,  okazało się, że budowę fortecy  ledwie 

rozpoczęto. Kazano nam  kopać fosę i usypywać wały  ochronne. Pracowało tam 
około  pięciuset mężczyzn, skazanych  jak my na ciężkie roboty.  Zostaliśmy 
podzieleni na grupy,  po dwudziestu pięciu w każdej,  lecz znowu Elzewira i mnie  
rozdzielono i pracowaliśmy w  różnych częściach fortecy.  Widywałem go rzadko i 
tylko gdy  przypadkiem nasze grupy się  spotkały, mogliśmy przechodząc  kilka 
krótkich słów wymienić. 

 Nie znajdując więc pociechy w  niczyim towarzystwie, oddawałem  się 

rozmyślaniom i wspomnieniom  przeszłości. Zrazu stale  powracały w snach moje 
chłopięce  lata, na zawsze już utracone i  często budziłem się sądząc, że  znów jestem 
w szkole pastora  Glennie lub rozmawiam w altanie  z Grace, albo wchodzę na 
wzgórza  Weatherbeech i słyszę  szeleszczący lasem śpiew słonego  morskiego 
wietrzyka. Lecz  niestety! Gdym tylko oczy  otwierał, niknęła ta złuda i oto  leżałem 
w smrodliwej szopie,  gdzie na cuchnącej słomie spało  pięćdziesięciu skutych  
skazańców. Z czasem obrazy  przeszłości zaćmiły się, mniej  były wyraźne i nawet te 
słodkie  a smutne nocne wizje rzadziej  mnie nawiedzały. Życie stało się  jednostajne, 
mijał miesiąc po  miesiącu i rok po roku, zawsze  przynosząc ten sam beznadziejny  i 
bezowocny trud. A jednak praca  była zbawieniem, bo zacierała i  stępiała 
wyrazistość wspomnień,  a niezmienna monotonia życia  przydawała skrzydeł 
czasowi.  

 W ciągu wszystkich tych lat,  które strawiłem w Ymeguen, jedna  się tylko 

zdarzyła rzecz warta  przypomnienia. Pewnego ranka w  tydzień po przybyciu na 
miejsce,  zdjęto ze mnie kajdany i  zaprowadzono do niewielkiej,  osobno stojącej 
szopy. Było tam  kilku strażników, a pośrodku  stało mocne drewniane krzesło  
opatrzone uchwytami i prętami.  Na ziemi płonął ogień, powietrze  wypełniał dym i 
zapach  przypalonego mięsa. Serce  załomotało mi w piersi, bo gdy  ujrzałem krzesło 
i ogień, gdy  poczułem woń spalenizny,  myślałem, że jest to miejsce  kaźni i zaraz 
zostanę wzięty na  męki. Siłą usadzono mnie w  krześle, przywiązano doń  sznurami i 
głowę wetknięto w  uchwyt. Jeden ze strażników  wyjął z ognia czerwone żelazo i  
zbliżył do niego rękę, by  zbadać, czy jest dość  rozżarzone. Już całą moc w sercu  
zbierałem, aby zwalczyć ból jak  najdzielniej, lecz gdy ujrzałem  to żelazo, 
odetchnąłem z ulgą,  bo domyśliłem się, że służy  tylko do wypalania piętna, a nie  
jest narzędziem tortur.  Napiętnowano mnie więc,  przykładając żelazo do twarzy  po 
lewej stronie, między nosem a  kością policzkową, aby znak  najlepiej mógł być 
widoczny.  Zniosłem spokojnie ból i prażący  blask, bo oczekiwałem czegoś  
znacznie gorszego, i nawet bym o  tym nie wspomniał, gdyby nie  chodziło o znak, 
który mi  wypalono. Było to “Y”, pierwsza  litera słowa Ymeguen”, i  napiętnowano 
nim wszystkich  pracujących tu skazańców. Dla  mnie owo “Y” znaczyło coś więcej  
jeszcze, było zarazem czarnym  godłem Mohunów. I jak owca  naznaczona stemplem 
swego pana,  który może żądać jej zwrotu,  gdziekolwiek się zabłąka, tak ja  
napiętnowany zostałem godłem  Mohunów, jakbym był ich na  śmierć i życie. W trzy 
miesiące  późnBiej, gdy znak się zabliźnił  i wrósł w mój policzek,  spotkałem 
Elzewira; i kiedy idąc  fortecznym wałem wymieniliśmy  pozdrowienia, 
spostrzegłem, że  on również ma wypalony na lewym  policzku znak Mohunów. 

background image

 Szły lata, z chłopca stałem  się mężczyzną, i to nie  ułomkiem. Bo choć 

nędznie nas  żywiono, powietrze było świeże i  zdrowe, gdyż prócz fortecy miał  tu 
stanąć zamek królewski, więc  stosowne wybrano miejsce. Z  czasem osuszono błota, 
usypano  wały i powoli kamień na kamieniu  kładąc, wzniesiono budowlę,  która już 
była niemal gotowa i  staliśmy się tu niepotrzebni.  Każdego dnia odchodziły stąd  
partie naszych towarzyszy, lecz  ja prawie do ostatka pozostałem,  gdyż moją grupę 
przeznaczono do  naprawy przepustu wodnego, który  deszcze zniszczyły.  

 Nadszedł dziesiąty rok  niewoli, a dwudziesty szósty  mojego życia, gdy 

pewnego ranka,  miast strażników, którzy co  dzień po pracy nas prowadzili,  zjawili 
się żołnierze na  koniach. Widząc ich muszkiety i  długie bicze, domyśliłem się,  że 
mamy Ymeguen opuścić.  Przyłączono do nas innych  jeszcze skazańców i jakże mi  
serce radośnie zabiło, gdy  ujrzałem wśród nich Elzewira!  Chyba ze dwa lata minęły, 
odkąd  ostatni raz się widzieliśmy na  tak krótką chwilę, że tylko  pozdrowienia 
zdążyliśmy  wymienić, bo ja na zewnątrz  fortecy pracowałem, on zaś -  przy budowie 
potężnej wieży  stojącej w jej murach.  Zauważyłem, że włosy mu bardziej  jeszcze 
pobielały i bardziej  jeszcze posmutniał. Nie raził  mnie znak wypalony na jego  
twarzy, bo każdy z nas go nosił  i tak do tego przywykliśmy, że  jeśliby ktoś nie miał 
go na  policzku, patrzylibyśmy nań ze  zdziwieniem, jak na człowieka,  który urodził 
się bez jednego  oka. Elzewir, mimo że smutny  miał wygląd, znalazł dla mnie  
uśmiech i gorące powitanie.  Mieliśmy nawet sposobność  wymienić kilka słów, gdy 
szliśmy  razem do miejsca, gdzie wydawano  posiłek. Ale czy radość nasza  mogła 
być wielka? Przyćmiła ją  troska, bo oto każdy widział  nędzę i upadek drugiego i 
obaj  dobrze zdawaliśmy sobie sprawę,  że jednego z nas nic już na  starość nie czeka 
prócz śmierci  w więzieniu, a młodość i siła  drugiego również w niewoli  zmarnieją. 

 Wkrótce rozeszła się wieść, że  mamy iść do Hagi, a stamtąd do  

Scheveningen i po załadowaniu na  statek popłynąć na wyspę Jawę,  gdzie skazańców 
zatrudnia się na  plantacjach trzciny cukrowej. 

 Taki więc ma być koniec marzeń  mojej młodości i taki mój cel  ostateczny - 

żyć i umrzeć jako  niewolnik na holenderskich  plantacjach? Nadzieja ujrzenia  Grace 
i powrotu do Moonfleet  dawno już we mnie umarła. Czyż  nigdy nie odzyskam 
wolności,  nigdy nie będę nawet oddychał  świeżym, zdrowym powietrzem,  póki 
jeszcze po tej stronie  grobu się znajduję? Czekają mnie  już tylko dymiące bagna,  
słoneczny żar i trzask bicza  dozorcy na plantacjach i nic  innego? Czy musi tak być? 

 Musi tak być? Gdzie mi szukać  pomocy, jak się stąd uwolnić?  Czyż przez te 

dziesięć lat nie  wypatrywałem na próżno jakiegoś  błysku nadziei, nie szukałem  
znikomej choćby możliwości  wyzwolenia? Gdyby zamknięto nas  w celach czy 
lochach wykutych w  najgrubszej skale, to nawet  wówczas moglibyśmy myśleć o  
ucieczce. Ale tu, na otwartej  przestrzeni wprawdzie, lecz  razem do drągów przykuci, 
cóż  mogliśmy począć? Gorzkie  zaprzątały mnie myśli, gdy  wlokłem się spętany 
łańcuchem po  wyboistych drogach, a widząc  przed sobą zgarbione plecy  Elzewira i 
jego bielusieńką  głowę, wspominałem czasy, kiedy  ramiona miał proste i mocne, jak 
masywne kolumny starego kościoła  w Moonfleet, a włosy ledwo  przyprószone 
siwizną. Co  przyczyniło się do naszego  upadku? 

 I przypomniał mi się pewien  lipcowy wieczór sprzed lat,  altana o zmierzchu 

i słodki a  poważny głos, który mówił:  “strzeż się, gdy tego skarbu  dotkniesz. Ze zła 
się wziął i  zło ze sobą niesie”. Tak, ten  diament to sprawił, on na mnie  nieszczęścia 
sprowadzał, życie  moje niszczył od owej nocy  spędzonej w krypcie Mohunów;  
przeklinałem go teraz i  przeklinałem Czarnobrodego i  wszystkich Mohunów, wlokąc 
się z  wyrytym na twarzy ich znakiem  herbowym. 

background image

 Doszliśmy do Hagi i prowadzono  nas przez ulicę, przy której  mieszkał 

Aldobrand; dom był  zamknięty i opuszczony, znikła  tablica z jego nazwiskiem. 
Może  wyniósł się stąd, a może umarł?  W końcu znaleźliśmy się w porcie  i choć 
wiedziałem, że  pozostawiam za sobą Europę i  wszelkie nadzieje, to jednak  
rozkoszowałem się zapachem morza  i głęboko wciągałem ostre, słone  powietrze.  

 

background image

18 - W zatoce  

 Niech morza najdalsze, 
  niech  go dzieli wszystko - 
  Boże!  Człowiek zawsze 
  domu swego  blisko. 
  
 (Hood)
  

 Statek, który miał nas zabrać,  kołysał się przy boi, ćwierć  mili od brzegu, i 

czekały już na  nas łodzie mające nas do niego  przewieźć. Był to bryg o  pojemności 
stu dwudziestu ton i  przepływając pod rufą mogliśmy  odczytać jego nazwę:  
“Aurungzebe”. 

 Z niewypowiedzianym żalem  spojrzałem po raz ostatni na  brzeg Europy. W 

oddali, na tle  ciemniejącego nieba, snuły się  miejskie dymy, lecz ani te  opary, ani 
zasnute niebo nawet w  części nie były tak posępne jak  to, co mnie w życiu czekało. 

 Wsadzono nas do orlopu, czyli  najniższego na statku  pomieszczenia, bez 

światła i  powietrza, i zatrzaśnięto nad  nami pokrywę luku. Było nas  razem 
trzydziestu, stłoczonych  jak bydło w tej ciemnicy, w  której mieliśmy przebywać 
sześć  albo i więcej miesięcy. Gdy  odemknięto luk, wpadło trochę  światła i 
mogliśmy wówczas  obejrzeć to miejsce, równie  ohydne jak panujący w nim smród,  
bez stołu czy ławy; znajdowały  się tu tylko szorstkie deski i  belki. Zmieniono nam 
kajdany,  zabrano drąg, do którego byliśmy  przykuci, i założono każdemu na  rękę 
żelazną obręcz,  przymocowaną kłódką do wspólnego  dla sześciu ludzi łańcucha.  
Byliśmy więc nadal spętani, ale  nieco swobodniej mogliśmy się  poruszać. Co 
więcej, człowiek,  który nas przykuwał, czy to  przez kaprys, czy dlatego, że  chciał 
nam trochę litości  okazać, przyczepił mnie i  Elzewira do jednego łańcucha,  
mówiąc, że jesteśmy angielskie  świnie, więc możemy razem płynąć  i razem utonąć. 
Zamknął za sobą  luk i pozostaliśmy w ciemności,  aby rozmyślać lub spać, lub czas  
przekleństwami zabijać. Trudy  Ymeguen były dość ciężkie, ale  wydawały się 
niebem w porównaniu  z tym piekłem wiecznej nocy; nie  pozostawało nam nic, jak 
tylko  oczekiwanie, aż luk dwa razy na  dzień się otworzy i będziemy  mogli choć 
przez pół godziny  patrzeć na wątłe światło  latarni, podczas gdy rozdzielano  między 
nas resztki zepsutej  strawy, której holenderska  załoga jeść nie chciała. 

 Nie będę więcej mówił o  ohydzie tego miejsca, bo było  zbyt plugawe, by to 

na papier  przelewać; odrażające od  pierwszej chwili, dziesięć razy  gorsze się stało, 
gdy  wypłynęliśmy na morze, bo  spośród wszystkich więźniów  tylko Elzewir i ja 
byliśmy  żeglarzami, reszta zaś nie mogła  znieść kołysania.  

 Nic nie widzieliśmy, ale po  tym ruchu statku łatwo można  było poznać, że 

pogoda jest zła  i od chwili wyjścia z portu  płyniemy po bardzo wzburzonym  morzu. 
Chociaż obaj z Elzewirem  tak długo nie mieliśmy  sposobności porozmawiać, to  
jednak rzadko ze sobą mówiliśmy;  nie dlatego, abyśmy nie cieszyli  się swym 
towarzystwem, ale  dlatego, że prócz wspomnień  przeszłości nic nas nie  zajmowało, 
a były one zbyt  gorzkie i zbyt chętnie same się  na myśl cisnęły. Wygnanie z  
Europy, oddalenie od  wszystkiego, co ukochaliśmy, i  straszne poczucie niewoli  

background image

przygniatało nas swym ołowianym  ciężarem. więc rzadkie były  nasze rozmowy.  

  Już z tydzień chyba  płynęliśmy - trudno mierzyć  czas, gdy nie ma się zegara 

ni  słońca, ani gwiazd - i pogoda,  przez parę dni nieco lepsza,  znowu się pogorszyła. 
Statek to  zapadał się głęboko, to wysoko  unosił, co znacznie nasze  niewygody 
powiększało. Bo nie  było tu niczego, za co można by  chwycić, i kto nie leżał płasko  
na brudnych deskach, narażony  był na to, że z całym rozmachem  rzucony zostanie 
na ścianę przy  każdym gwałtowniejszym  przechyleniu. 

 Choć znajdowaliśmy się głęboko  pod pokładem, dochodził nas ryk  wichru i 

fal, a skrzypienie  naprężonych lin, trzeszczenie i  zawodzenie okrętowego drzewa  
brzmiały złowrogo i każdy szczur  lądowy mógłby pomyśleć, że nasz  bryg za chwilę 
rozpadnie się w  kawałki. Niektórzy więźniowie  płakali z wrażenia lub skuci  razem 
klękali na przechylonych  deskach, usiłując przypomnieć  sobie dawno zapomniane 
modlitwy. 

 Ja zaś dziwiłem się, czemu ci  nieszczęśnicy modlą się, by ich  Bóg od morza 

wybawił, podczas  gdy w życiu czeka ich jedynie  dozgonna niewola; ale pewnie  
spokojniejszy od nich byłem,  bom morze znał i wiedziałem, że  wszystkie te 
przerażające hałasy  wcale nie oznaczają zguby  statku. Sztorm jednak wzmagał  się i 
gdy przez szczeliny luku  woda zaczęła tryskać do naszego  pomieszczenia, jasne się 
stało,  że zalewa statek. 

 - Znałem lepsze statki, którym  mniej starczyło, by pójść na dno  - rzekł 

Elzewir - i jeśli nasz  bryg nie jest mocny, a szyper  nie ma dość krzepkiej załogi,  to 
wkrótce zabraknie im  trzydziestu skazańców do pracy  przy ścinaniu trzciny na 
Jawie.  Trudno mi poznać, gdzie teraz  jesteśmy - może na wysokości  Ushantu, a 
może i nie tak  daleko, bo fala krótka jak na  zatokę. Widać święci pańscy dość  
zostawili nam na morzu miejsca,  by statek od trzech godzin bez  szkody mógł się tak 
po nim  telepać. 

 Prawda to, żeśmy się błąkali  nie mogąc wejść na kurs, co  można było 

poznać po  mocniejszym kołysaniu przy  zwrotach, ale żadnej nie  mieliśmy 
wskazówki, by odgadnąć,  gdzie jesteśmy. Naszą jedyną  miarą czasu było to, że dwa 
razy  dziennie odmykano luk w porze  posiłków, ale nawet ten nędzny  zegar godzin 
nie pilnował i  często się spóźniał, aż nam z  głodu w brzuchach piszczało;  teraz zaś 
tak długo już na  jedzenie czekaliśmy, że  wzdychałem nawet do tych  ohydnych 
odpadków mięsa, którymi  nas karmiono. 

 Więc ucieszyliśmy się, gdy  zaskrzypiała pokrywa luku i  przez otwór w 

górze bluznęło  trochę słonej wody i przeniknęło  nieco wątłego światła; lecz  zamiast 
uzbrojonych w muszkiety  strażników, niosących latarnie i  cebry z zepsutą 
żywnością, jeden  tylko ukazał się człowiek, ten,  który skuł nas w szóstki na  
początku podróży. 

 Stał pochylony nad otworem,  usiłując nie stracić równowagi,  i cisnął między 

nas klucz. 

 - Bierzcie go - krzyknął - i  zróbcie z niego użytek. Bóg  wspomaga 

odważnych, więc ratuj  się, kto może! 

 Powiedział to, obrócił się i  zniknął. Przez moment nikt nie  mógł zrozumieć, 

co to znaczy:  luk był otwarty, na deskach  między nami leżał klucz. Elzewir  
pierwszy go chwycił. 

 - John - rzekł do mnie po  angielsku - statek tonie i dano  nam możność 

background image

uratowania życia.  Nie potopimy się jak szczury w  pułapce! 

 Mówiąc to wetknął klucz do  kłódki przy naszym łańcuchu;  pasował 

doskonale i w mgnieniu  oka cała szóstka była wolna.  Łańcuch z brzękiem upadł na  
deski i każdemu z nas została  tylko żelazna bransoleta na  lewym ręku. Możecie być 
pewni,  że inni więźniowie równie szybko  skorzystali z klucza, lecz  Elzewir i ja nie 
zwlekając  rzuciliśmy się do drabinki. 

 Obydwaj obyci z morzem,  pierwsi wydostaliśmy się z luku  i - Och, ten 

chłód i smak  słonego powietrza, miast  ciepławego cuchnącego odoru tam  w dole! 
Woda zalewała główny  pokład i choć nic nie  wskazywało, by statek miał  tonąć, nie 
spotkaliśmy nikogo z  załogi. Przebiegliśmy do  schodków, jak szybko było można,  
bo statek chwiał się  niebezpiecznie na wysokiej fali  - i weszliśmy na górny pokład.  

 Zapadał zimowy wieczór, a w  jego skąpym świetle ani żywej  duszy widać 

nie było. Miotany  wiatrem bryg walczył ze  wzburzonymi falami, które  przelewały 
się przezeń od dziobu  po rufę. Musieliśmy szukać  schronienia pod pokładówką i za  
jej osłoną mogliśmy rozejrzeć  się i nasze położenie  rozpatrzyć. 

 Od razu jasne się stało, czemu  załoga zeszła ze statku, a nas  uwolniono. 

Elzewir wskazał ręką  kierunek, w którym bryg  dryfował, i krzyknął mi prosto  do 
ucha, bym mógł go słyszeć  wśród szalejącego sztormu: 

 - Ląd po zawietrznej! 
 Statek skierowany był dziobem  na otwarte morze, bez kawałka  żagla prócz 

jednego sztormowego.  Po innych, zerwanych przez  wiatr, pozostały tylko  
trzepoczące na rejach strzępy, a  i ten mógł w każdej chwili pójść  ich śladem. Mimo 
że dziobem  zwróceni na morze, posuwaliśmy  się do tyłu i każda fala pchała  nas 
wśród bryzgów i wirów ku  brzegowi. 

 Elzewir wskazał ponad rufą  kierunek, w którym płynęliśmy. Z  deszczu i 

pędzonego wiatrem pyłu  wodnego powstała mgła i tylko na  niewielką odległość 
można było  coś zobaczyć. A jednak poprzez  tę mgłę dojrzałem, dokąd nas  morze 
niesie - hen, za rufą  statku widniało białe pasemko,  niby koronka obrzeżająca morze. 
Spojrzałem ponad prawą burtą i  ponad lewą; wszędzie to samo  białe pasmo. 

 Tylko ci, co morze znają, w  pełni pojąć mogą grozę słów  Elzewira 

wypowiedzianych w  takiej właśnie chwili i w takim  miejscu. Jeszcze przed sekundą  
podniesiony byłem na duchu,  podniecał mnie słony, ostry  wiatr, zabłysła nadzieja  
wolności, z którą tak dawno się  pożegnałem. Teraz wszystko  przepadło i śmierć, 
która młodym  zawsze wydaje się odległa,  przybliżyła się co najmniej o  pięćdziesiąt 
lat i z każdą  upływającą minutą bliższa była o  rok. 

 - Niesie nas na brzeg po  zawietrznej - krzyczał Elzewir;  wiedziałem, czym 

zagraża owa  biała linia, zrozumiałem, że za  pół godziny znajdziemy się na  
przybrzeżnych rafach. 

 Wir wiatru i morskich fal, wir  myśli i szaleńczych domysłów! Do  jakiego 

dryfujemy lądu? Czy  czeka nas głębia morza i twarda,  nieugięta jak żelazo ściana  
skał, o którą statek za jednym  zamachem się roztrzaska i  człowiek zginie jak 
piorunem  rażony? Czy jest tam może  piaskowa mielizna, w której  statek ugrzęźnie i 
fale będą weń  walić walić całymi godzinami, aż  rozpadnie się w kawałki i będzie  po 
wszystkim?  

 Znajdowaliśmy się w jakiejś  zatoce, bo zgięta niby  półksiężyc biała linia,  

wyznaczona pianą rozbijających  się fal, zachodziła z obu stron  i nikła gdzieś w 

background image

ciemnej dali; w  środku zaś tego półksiężyca był  nasz bezradny, miotany falami  
bryg. Elzewir spojrzał ponad  lewą burtą i chwycił mnie mocno  za ramię. Oczy moje 
poszły za  jego wzrokiem i tam, gdzie jeden  róg półksiężyca niknął we mgle,  
uchwyciły czarny, sterczący w  górę cień; rozpoznałem  wzniesienie lądu majaczące 
na  horyzoncie. Mgła i ulewa  rozwiały się na chwilę, jakby  specjalnie, żebym mógł 
lepiej  dojrzeć szary, prawie  prostopadły stok schodzący w  morze, niby długi łeb 
krokodyla  wynurzony z wody. Spojrzeliśmy  po sobie i razem wykrzyknęliśmy:  - 
Snout! 

 Zniknął niemal od razu, ale  nie mogło być pomyłki. To  przylądek Snout 

wyłonił się z  poszarpanych mgieł, a zatoka ta  była zatoką Moonfleet! 

 Bezładne owładnęły mną  uczucia, oszałamiając swą słodką  goryczą. 

Pomyśleć, że po tylu  latach niewoli i wygnania  wracamy do Moonfleet! Jesteśmy  
blisko wszystkiego, co nam  drogie - tylko o milę  wzburzonego morza - a jednak  
jakże daleko, bo śmierć nas  czeka po drodze i przybywamy do  Moonfleet, by 
umrzeć. 

 Gdy Elzewir ujrzał Snout,  twarz mu się zmieniła. Znikło z  niej 

przygnębienie, pojaśniała i  przybrała wyraz rozwagi.  Przytknął usta do mego ucha i  
rzekł: 

 - Kieruje nami jakaś nieznana  dłoń, która w końcu przywiodła  nas tak blisko 

domu, a wolę  umrzeć u wybrzeży Moonfleet, niż  gnić w więzieniu. Bo najdalej w  
ciągu godziny zginąć musimy. 

 Lecz po chwili jakby zbierając  się w sobie dodał: 
 - Ale walczmy o życie jak  mężczyźni! W różnych bywaliśmy  razem 

opresjach, a kto wie, może  i z tej wyjdziemy cało! 

 Tymczasem na pokładzie  pojawili się inni więźniowie  nieprzytomni ze 

strachu, bo jako  szczury lądowe nigdy wzburzonego  morza nie widzieli, a dziś 
mogło  ono przerazić nawet  doświadczonych żeglarzy.  Zataczali się przemoczeni  
bryzgami fal i ciasno skupili  wokół Elzewira, widząc w nim  swego przewodnika, bo 
on  najlepiej znał morze i był  jedynym, który zachował spokój w  tej straszliwej 
chwili.  

  Holenderska załoga widząc, że  bryg jest uwięziony w zatoce i  musi się 

rozbić o rafy,  odpłynęła w lekkiej szalupie  ijolce. Pozostawili tylko ciężką  łódź na 
śródokręciu; pewno nie  mogli dać sobie rady ze  spuszczeniem jej na tak  wzburzone 
fale i ku niej teraz  zwracały się oczy skazańców.  Niektórzy poczęli chwytać  Elzewir 
za ręce, inni padali na  pokład, czepiając się jego kolan  i błagając, by pokazał, jak ją  
na morze spuścić. 

 - Przyjaciele - krzyknął  głośno, aby go wszyscy  dosłyszeli - każdy, kto do 

tej  szalupy wejdzie, będzie  stracony. Znam tę zatokę,  urodziłem się tutaj i wiem, że  
nigdy żadna łódź przy takiej  fali na tym brzegu nie  wylądowała, chyba, że dnem do  
góry. Więc jeśli mojej szukacie  rady, pozostańcie na statku. Za  pół godziny 
znajdziemy się na  rafach. Stanę przy sterze i  będę próbował wprowadzić bryg  
dziobem na piaszczysty brzeg:  wtedy każdy z nas osobno będzie  o własne życie 
walczył i niech  Bóg zmiłuje się nad tymi, co  zatoną. 

 Wiedziałem, że prawdę mówi i  że nic innego zrobić nie możemy,  jak tylko 

na pokładzie pozostać,  choć mała była możliwość  ocalenia. Ale ci zdjęci strachem  
nieszczęśnicy nie słuchali rady  i koniecznie chcieli w łodzi się  ratować. Zaraz też 
nadeszli  inni, którzy odwiedzili skład  okrętowy i pełni byli trunku i  trunkiem 

background image

zaprawionej odwagi;  poczęli towarzyszy swych na  duchu pokrzepiać, mówiąc, że  
łódź spuszczą i wszyscy się  uratują. Sam los jakby ich do  tego popychał, bo oto 
wielka  fala przewaliła się przez  pokład, wyrywając kawał lewej  burty statku i 
otwierając drogę  dla spuszczenia łodzi. 

 Elzewir dalej ich przekonywał,  by na statku zostali, lecz  odwrócili się od 

niego i ruszyli  ku łodzi. Choć spoczywała na  samym śródokręciu i bardzo była  
ciężka, jednak wspólnymi siłami  dopchnęli ją do wyrwy w burcie.  Wówczas Elzewir 
widząc, że innej  rady nie ma, pokazał im, jak  wykorzystać falę przy  opuszczaniu 
łodzi; poruszył koło  sterowe i “Aurungzebe” wykonał  zwrot w lewo, tak, że wyrwa 
w  burcie znalazła się po  zawietrznej. W parę minut  szalupa była już na morzu,  
osłonięta kadłubem statku i  wyładowana trzydziestoma ludźmi,  którzy nawet 
wiosłować nie  umieli. Nim odbili, paru z nich  krzyknęło do Elzewir i do mnie,  
abyśmy póki czas za nimi do  łodzi skoczyli; po części  dlatego, że lubili Elzewira, a  
po części - że chcieli mieć ze  sobą doświadczonego żeglarza,  który by łodzią i nimi 
kierował.  Ale inni odpychali już szalupę,  klnąc nas, że jesteśmy uparci  Anglicy i 
najlepiej będzie, jak  się potopimy.  

 Zostaliśmy więc tylko we dwóch  na brygu, który wolno dryfował  do tyłu. 

Szalupa szybko nam z  oczu znikła; widzieliśmy, jak  ludzie przy wiosłach wściekle  
pracowali, gdy wyszła za osłonę  statku i starali się utrzymać ją  dziobem w kierunku 
otwartego  morza. 

 Elzewir podszedł do steru,  przywołał mnie i wspólnymi  siłami udało się nam 

go  naprostować. Zrozumiałem  wówczas, że nie liczy już na  zmianę wiatru i próbuje 
skierować bryg na wybrzeże.  Niesiony falami statek zwrócony  był dziobem na wiatr,
lecz  stopniowo, gdy żagiel zaczął się  wydymać, obrócił się i szliśmy  teraz wprost na 
brzeg. 

 Zapadła listopadowa noc,  zrobiło się ciemno i widoczna  była tylko linia 

białej piany,  tam gdzie fale rozbijały się na  rafach, ku którym wciąż  płynęliśmy. 
Wściekłość wichru  wzrosła jeszcze i fala, im  bliżej brzegu, tym była  
gwałtowniejsza. Gdy pociemniało,  woda straciła swój brudnożółty  kolor i toczyły 
się na nas  wielkie, czarne góry o  rozwianych białych grzywach,  które, jak się 
wydawało, w  każdej chwili przygnieść nas  mogły. Dwukrotnie już zwały wód  
zalały nas i staliśmy po pas w  lodowatej topieli, lecz wciąż  trwaliśmy uczepieni 
sterowego  koła, walcząc o życie. 

 Białe pasmo zbliżało się  nieuchronnie i ponad huk  rozszalałego wichru i 

morza  wdarł się okrutny ryk i zgrzyt  fali powrotnej, której podwodny  prąd wciągał 
kamienie z brzegu. 

 Ostatni raz słyszałem ten  charakterystyczny zgrzyt, gdym  jeszcze był 

chłopcem, kiedy  leżałem senny pewnej letniej  nocy w bielonym pokoiku u mojej  
ciotki. Pomyślałem teraz, że  pewnie ktoś tam na lądzie siedzi  sobie bezpiecznie przy 
kominku i  słysząc odległy huk, dorzuca  drew do ognia i Bogu dziękuje,  że nie musi 
zmagać się z morzem  w zatoce Moonfleet. Mogłem sobie  wyobrazić wszystko, co 
dzieje  się tej nocy na wybrzeżu:  Ratsey i inni przemytnicy, może  koło południa, 
może wcześniej  jeszcze, spostrzegli  “Aurungzebe” i wiedzieli, że nie  wydostanie 
się z zatoki i nic go  nie uratuje, chyba tylko  wschodni wiatr. Ale wiatr ciągle  dął od 
południa i widzieli, jak  zdzierał z rej żagiel po żaglu,  jak bryg szarpał się bezsilnie,  
jak niosło go coraz bliżej i  bliżej ku brzegowi. I rozeszła  się po wiosce nowina, że 
jakiś  statek nie może obejść przylądka  Snout i po zachodzie na pewno  roztrzaska się 
o skały. pół  wioski zbierze się na wybrzeżu i  znajdą się ludzie gotowi życie  swe 
narazić, by nasze ratować, i  nie będzie takiego, co by  pragnął, żeby statek się rozbił;  

background image

ale łupu stracić nie zechcą,  jeśli Opatrzność zrządzi, że  statek rozbić się musi.  
Wiedziałem, że będzie tam Ratsey  i Damen, Tewkesbury i Laver, i  pewnie pastor 
Glennie i może,  może... lecz nagle Elzewir  krzyknął: 

 - Spójrz, światło! 
 W oddali zamigotało coś, co  nie było nawet błyskiem, coś, co  mówiło nam, 

że gdzieś w mroku i  zawierusze błyszczy słabe  światełko. Pojaśniało, gdyśmy na  
nie patrzyli, i znów znikło. I  wtedy Elzewir powiedział: 

 - Lampa Maskewa! 
 Dawno zapomniana nazwa wróciła  oto do mnie z daleka, poprzez  długie 

korytarze pamięci; nazwa,  którą głęboko w sobie kryłem i  którą zachowałem, by 
wiedzieć  teraz, co oznacza. 

 I zdawało mi się, że znów  jestem chłopcem na rybackim  kutrze, płynącym 

do brzegu w  lekkiej bryzie sierpniowej nocy,  i patrzę na to przyjazne  światełko, 
które błyska w lesie  dworskim nad wioską. Czyż nie  obiecała, że póki nie wrócę,  
każdej nocy zapalać będzie w  oknie lampę, by prowadziła  wszystkich żeglarzy? Czy 
wciąż  na mnie czeka i czy nie do niej  teraz wracam? Ale jakiż to  powrót! Nie 
jestem już tamtym  chłopcem wracającym w sierpniową  noc, tylko nieszczęsnym  
skazańcem zabłąkanym na morzu w  listopadowym sztormie. Dobrze,  naprawdę 
dobrze, że dzieli nas  to białe pasmo śmierci, że nigdy  się nie dowie, jak nisko  
upadłem. 

 Podobne myśli nawiedziły  Elzewira, bo gdy znów się  odezwał, jakby 

zapomniał, że  nie jestem już małym chłopcem. 

 - Synku mój - powiedział -  zimno mi i ciężko na sercu. Za  dziesięć minut 

będziemy na  rafach. Zejdź do schowka z  trunkami, sam się napij i  przynieś mi 
flaszkę. Obu nam sił  młodości trzeba, a ja nie mam  ich już w sobie. 

 Zrobiłem, o co prosił,  znalazłem schowek, choć kajuta  cała była wodą 

zalana, i sam  pociągnąwszy z butelki, resztę  mu przyniosłem. Był to niezły  
holenderski dżin z zapasów  kapitana, ale ani się umywał do  mleka Araratu w naszej  
gospodzie. 

 Elzewir łyknął potężnie i  odrzucił flaszkę. 
 - Zdrowy trunek - zaśmiał  się - i dobry na te jesienne  chłody, jakby Ratsey 

powiedział. 

 Już byliśmy bardzo blisko  białego pasma piany, niosące  nas fale bałwaniły 

się i  potężniały. Blada niebieskawa  smuga zalśniła w mglistej  ciemności - widać na 
wybrzeżu  zapalili ogień sygnałowy.  Czekają nas tam wszyscy, nie  wiedząc, że dają 
ten znak dwóm  tylko ludziom, którzy na  pokładzie zostali, i że obaj oni  z Moonfleet 
pochodzą. 

 Taki niebieski ogień zapalają w  naszej wiosce tam, gdzie wąskie  pasmo 

ziemi wyłania się spod  kamienistego wybrzeża, i jeśli  statek trafi w to miejsce,  
miększe ma pod sobą podłoże.  Obróciliśmy więc kołem sterowym,  kierując dziób 
prosto na ten  sygnał.  

 Przy brzegu panował straszliwy  hałas; wiatr wył w olinowaniu  statku, 

ryczało zbałwanione  morze, a ponad to wszystko  wybijał się zgrzyt powrotnej  fali 
wchłaniającej żwir i  kamienie. 

 - Zaraz to się stanie - rzekł  Elzewir. 

background image

 Mogłem już rozpoznać ciemne  kontury postaci poruszających  się w 

mglistym odblasku  niebieskiego światła. I właśnie  gdy bryg szedł prosto do brzegu,  
potworna fala zalała rufę,  oderwała nas od koła sterowego i  cisnęła naprzód wśród 
wirów  zalewu. Chwytając się, czegośmy  mogli, wyłoniliśmy się w końcu  podrapani 
i półprzytomni,  uczepieni kotwicznego łańcucha.  Koło sterowe samo się teraz  
obracało, jeszcze jedna fala  uderzyła w bryg i zakręciła nim  dokoła. Przez sekundę 
wydawało  się, że woda jest nad nami i pod  nami, że niczego prócz wody nie  ma. I 
“Aurungzebe” runął burtą  na wybrzeże Moonfleet, ze  wstrząsem i hukiem, który nas 
całkowicie ogłuszył. 

 Nieraz przedtem i nieraz potem  widywałem statki wyrzucane na  mieliznę w 

tym właśnie miejscu,  widziałem, jak uderzały o  kamienie i cofały się, i znowu  
uderzały wraz z każdą następną  falą, aż tych ciosów wytrzymać  nie mogły i 
rozpadały się ich  mocne kadłuby. Inaczej jednak  było z naszym biednym brygiem,  
bo po tym pierwszym straszliwym  ciosie już więcej się nie  poruszył, rzucony tak 
mocno na  kamienie przez jedną potężną  falę, że żadna inna nie miała  siły z 
powrotem go wyrwać.  Chylił się tylko coraz bardziej  w kierunku brzegu i odwracał 
od  morza jak dziecko, które wtula  głowę w ramiona, by uniknąć  chłosty srogiego 
nauczyciela.  Potem runęły maszty - najpierw  przedni, potem główny - z  potwornym 
trzaskiem, który  wszystko zagłuszył.  

 Znajdowaliśmy się po  zawietrznej, pod osłoną  pokładówki, uczepieni want, 

to  po kolana w wodzie, gdy fala  zalewała pokład, to wysoko w  powietrzu, gdy się 
cofała.  Niebieski ogień wciąż płonął,  lecz bryg osiadł na mieliźnie  nieco z prawej 
strony i ciemna  grupka rybaków przesunęła się,  by być na wprost niego. Dzieliło  
nas od nich najwyżej sto stóp, a  odległość ta stanowiła granicę  życia i śmierci, bo 
między nami  a brzegiem szalał wyścig  kipiących wód, białych,  zbałwanionych fal, 
które  napierały zewsząd na potrzaskane  burty, a cofając się zabierały  wśród 
straszliwego zgrzytu  kamienie, pozostawiając za sobą  niemal suche, obnażone dno  
morza. 

 Minutę czekaliśmy, aż  odzyskamy przytomność umysłu, bo  ogłuszył nas 

wstrząs, gdy statek  fala na mieliznę rzuciła. Od  nawietrznej uderzało na nas  morze, 
przelewając się przez  bryg ze straszliwym hukiem, z  naporem niezliczonych ton. 
Fale  nieustanną powodzią zalewały  dach pokładówki, słychać było  trzask 
miażdżonego drzewa, jak  dyl po dylu, deska po desce  poddawało się temu 
potężnemu  atakowi. Oparci plecami o  pokładówkę, czuliśmy, jak się  chwieje i 
ugina pod tym  wściekłym naporem i  wiedzieliśmy, że za chwilę woda  zerwie ją i 
rzuci na nas. 

 Nadszedł oczekiwany moment. 
 - Ruszymy, gdy następna wielka  fala cofnie się od brzegu -  krzyknął 

Elzewir. - Na mój znak  skacz i biegnij, jak najdalej  możesz, póki następna fala nie  
przyjdzie; rzucą nam linę, chwyć  ją mocno. Żegnaj chłopcze, i  niech Bóg nas obu 
ocali! 

 Ścisnąłem mu dłoń, ściągnąłem  z siebie odzież skazańca,  zostając tylko w 

spodniach i  butach, by nie poranić nóg o  kamienie, a tak mi się zimno  zrobiło, że 
niemal marzyłem o  zbałwanionych falach. I staliśmy  obaj  tuż przy sobie, 
wyczekując  odpowiedniej chwili, aż przyszła  potężna fala i przestrzeń między  
brygiem a lądem zakipiała jak  woda w kotle. W minutę morze  wszystko wessało 
znów z rykiem -  i wówczas skoczyliśmy.  

 Padłem na czworaki tuż przy  statku, gdzie woda była na jard  głęboka, ale 

background image

szybko się  podniosłem i brodząc wspinałem  się po pochyłości brzegu;  walczyłem 
rozpaczliwie, by  wdrapać się jak najwyżej, zanim  przyjdzie następna fala.  
Zobaczyłem rząd powiązanych  razem ludzi, którzy wysunęli się  tak daleko, jak było 
możliwe,  chcąc ocalić każdego, kto wyłoni  się z morza. Szykowali już zwój  liny, by 
ją rzucić, słyszałem  ich okrzyki, którymi starali się  dodać nam odwagi. Elzewir był  
znów przy mnie i razem brnęliśmy  przez rozedrganą płyciznę. Ale  już rozległ się za 
nami grzmot i  łomot przetaczającego się przez  wrak morza i wiedzieliśmy, że  
dogania nas następna potężna  fala. Szła z szumem i hukiem,  gnając i unosząc 
rozszalałe  wody, które zniosły nas jak  korki ku brzegowi, aż  znaleźliśmy się tuż 
przy końcu  liny, którą rzucono, dając nam  znak krzykiem. 

 Elzewir chwycił linę lewą  ręką, a prawą wyciągnął ku mnie.  Palce nasze 

zetknęły się i w  tejże chwili fala opadła, a jej  straszliwe ssanie pociągnęło  mnie i 
rzuciło na kamienie. Ta  wracająca fala nie wyniosła mnie  jednak z powrotem w 
morze; wśród  pływających szczątków statku  unosił się potrzaskany grotmars,  
uchwyciłem się go i wraz z nim  opadłem na mieliznę, trzydzieści  kroków od 
ratowników i od  Elzewira. 

 On jednak wyrzekł się pewnego  już ratunku, puścił linę i runął  znów w samo 

zionące gardło  śmierci, by chwycić mnie za rękę  i na nogi postawić. Nic nie  
widziałem, traciłem oddech,  zdrętwiały z zimna, półmartwy  pod ciosami morza. 
Lecz potężna  siła Elzewira przyniosła mi  ocalenie, tak jak już raz  przedtem. I gdy 
znowu  usłyszeliśmy za sobą  ostrzegawczy łomot i huk  następnej fali, byliśmy już  
tylko o jeden sążeń od końca  liny. 

 - Odwagi, chłopcze - krzyknął.  - Teraz albo nigdy! 
 I kiedy woda zalała nas po  pierś, pchnął mnie z wściekłą  siłą naprzód. 
 Poprzez ryk napierającej fali  doszedł mnie okrzyk ludzi na  brzegu - i 

chwyciłem linę.  

 

background image

19 -  Na wybrzeżu  

 Bijcie w dzwon odważnym, 
   których nie ma już - 
  zginęli  pod falą 
  swych rodzinnych  mórz. 
  
 (cowper)
  

 Noc była zimna, a niczego na  sobie nie miałem, prócz  przemoczonych 

spodni i butów, i  po tak długim zmaganiu z morzem  niewiele we mnie życia  
pozostało. Jednak gdym raz za  linę złapał, mocno do niej  przywarłem, walcząc ze 
śmiercią,  i już po chwili znalazłem się  wśród zebranych na brzegu ludzi. 

 Znów posłyszałem okrzyki,  czułem czyjeś mocne chwytające  mnie ręce, ale 

żadnej twarzy  dojrzeć nie mogłem ani głosu z  siebie wydobyć, bo w oczach  miałem 
mgłę, a język i gardło  spękane od słonej wody. Tłum się  zebrał wokół mnie, jacyś  
mężczyźni i kobiety; rozwarłem  na ślepo ramiona, kolana się  pode mną ugięły i 
padłem na  ziemię. Pamiętam tylko, że zrazu  rzucono na mnie płaszcze,  później zaś, 
otulonego w  najcieplejsze koce, ułożono  przed ogniem, a z dala od  wiatru. 
Zdrętwiałem z zimna,  włosy miałem zmierzwione i  pokryte solą, ciało białe i  
drżące; wlano mi siłą w usta  trochę trunku i leżałem w  półprzytomnej szczęśliwości, 
póki do ostatka wyczerpany nie  zasnąłem. 

 Spałem głęboko i bez snów  wiele godzin, a łagodnie i  stopniowo do 

przytomności  wróciwszy, przekonałem się, że  leżę otulony w koce przed  
kominkiem, na którym płonie  ogień. Ach, jakiż wielki i  nieskończony spokój mną  
owładnął, gdym spoczywał tak  w półśnie, a jednak na tyle  przytomny, by zdawać 
sobie  sprawę, że wymknąłem się śmierci  i kajdanom, że jestem wolny i  znajduję się 
tutaj, w mej  rodzinnej wiosce! Poruszyłem się  trochę, bardziej już rozbudzony,  i 
otworzywszy oczy zobaczyłem,  że nie jestem sam. Dwóch  mężczyzn siedziało przy 
stole,  na którym stała butelka i  szklanki. 

 - Wraca do siebie - odezwał  się jeden z nich - i może żyć  będzie i powie 

nam, kim jest i  z jakiego portu jego bryg  żeglował. 

 - Dużo widziałem statków -  rzekł drugi - co do różnych szły  portów, a ten 

brzeg był im  ostatni; owszem, niejeden zacny  człowiek tu lądował, ale nikt  nigdy z 
tak wzburzonego morza  żyw nie wyszedł. I on by nie  żył, gdyby nie ten drugi, co  
serce miał mężne, nie opuścił go  i ocalił... Mężne miał serce,  mężne - powtórzył do 
siebie. -  Podaj mi flaszkę, bo wapory na  mnie biją. Trunek dobry na te  wczesne 
chłody, a nie byłem tu  chyba z dziesięć lat, od kiedy  nasz biedny Elzewir po świecie  
dryfuje. 

 Leżąc na podłodze nie mogłem  dojrzeć twarzy człowieka, który  to 

powiedział, ale zdawało mi  się, że znam jego głos; właśnie  wysilałem osłabiony 
umysł,  starając się do głosu tego  dobrać jakieś imię, lecz gdy  usłyszałem, że mówi o 
Elzewirze,  myśl moja w innym pobiegła  kierunku. 

 - Elzewir - powiedziałem. -  Gdzie jest Elzewir? 

background image

 Siadłem i rozejrzałem się  dokoła w nadziei, że go ujrzę  leżącego obok, i 

jaśniej mi się  przypomniało rozbicie statku, a  także to, jak mnie pchnął ku  
brzegowi, życie mi ratując. Alem  go nie zobaczył, więc  pomyślałem, że o tyle był  
mocniejszy; pewnie szybciej siły  odzyskał niż ja, choć młody, i  wrócił na wybrzeże. 

 - Cicho - rzekł jeden z  mężczyzn - leż spokojnie i śpij.  - Zaraz też dodał, 

zwracając się  do swego towarzysza: - Jego myśl  wciąż gdzieś błądzi. Widziałeś,  jak 
się porwał, gdy usłyszał, że  o Elzewirze mówię? 

 - Nie  - wtrąciłem. - Już  jasno myśleć mogę. Mówię o  Elzewirze Blocku i 

błagam was,  powiedzcie, gdzie on jest. Czy  zdrów i cały? 

 Gdy usłyszeli moje słowa, obaj  wstali i zaczęli spoglądać to na  siebie, to na 

mnie, i w tym,  który mówił, poznałem mistrza  Ratseya, chociaż postarzał się i  
osiwiał.  

 - Ktoś ty - wykrzyknął - co  pytasz o Elzewira Blocka? 
 - Nie poznajesz mnie, mistrzu  Ratsey? - zawołałem i spojrzałem  mu prosto 

w twarz. - Jestem John  Trenchard, z którym dawno temu  się rozstałeś. Błagam cię,  
powiedz, gdzie jest Elzewir. 

 Zrazu oniemiał, jakby ducha  zobaczył, lecz po chwili rzucił  się ku mnie i za 

rękę chwycił z  takim zapałem, że opadłem na  poduszkę, on zaś zalał mnie  całym 
potokiem pytań - co się ze  mną działo, gdziem był, co  robił i skąd przybywam? - aż  
musiałem go powstrzymać. 

 - Powoli, mój przyjacielu, o  wszystkim się dowiesz; tylko  powiedz mi, gdzie 

jest mistrz  Elzewir - rzekłem. 

 - Tego nie wiem - odparł - bo  żywa dusza go nie widziała od  owego letniego 

ranka, gdyśmy  ciebie i jego w Newport  wysadzili. 

 - Ach, nie zwódź mnie! -  wykrzyknąłem zaniepokojony. -  Już całkiem 

wróciła mi  przytomność. To Elzewir ocalił  mnie z morza ostatniej nocy. To  on wraz 
ze mną lądował. 

 Gdy Ratsey to posłyszał, twarz  jego przybrała wyraz zdumienia,  który 

rozbudził we mnie okrutny  domysł. 

 - Co? - zawołał Ratsey. - To  był Elzewir? To on z fal cię  wyciągnął? 
 - Tak, to on wyszedł ze mną na  brzeg, on wyszedł ze mną na  brzeg - 

powtarzałem, jakby  dzięki temu miało stać się  prawdą, co bałem się, że prawdą  nie 
jest. 

 Zapadło milczenie, po czym  Ratsey rzekł bardzo cicho: 
 - Nikt nie wyszedł z tobą na  ląd. Żywa dusza nie uratowała  się z tego statku 

prócz ciebie. 

 Jego słowa boleśnie raziły mi  uszy, jakby wlewano w nie,  kropla po kropli, 

roztopiony  ołów. 

 - To nieprawda! - krzyknąłem.  - On mnie na brzeg wyciągnął,  pchnął mnie 

ku linie! 

 - Tak, ciebie wyratował, lecz  powrotny prąd chwycił go i  zniósł pod fale. 

Nie widziałem  jego twarzy, ale powinienem się  był domyślić, że to on; bo nikt  
prócz Elzewira nie walczyłby tak  z morzem u brzegów zatoki  Moonfleet. Ale 
gdybyśmy go nawet  poznali, niczego więcej nie  moglibyśmy uczynić i pamiętaj,  że 

background image

wielu ostatniej nocy narażało  swe życie, chcąc obu was  ocalić. Nie, nic więcej 
zrobić  się nie dało. 

 Załkałem w ostatecznej  rozpaczy, gdym pomyślał, że on  wyrzekł się 

ocalenia, aby tylko  mnie ratować; że zginął u progu  swego domu, że nigdy nie ujrzę  
już jego przychylnego spojrzenia,  nie usłyszę przyjaznego głosu. 

 Nuży to innych, gdy o własnym  mówimy żalu, i żadne słowa,  najumiejętniej 

dobrane, nie są  go w stanie wyrazić, nawet gdy w  pamięci go zachowaliśmy. Więc  
nie chcę się rozwodzić nad tym,  jak straszny był to dla mnie  cios, powiem tylko, że 
rozpacz,  miast mnie powalić, sił mi  nowych przydała i powstałem z  posłania. 

 Próbowali mnie zatrzymać, ale  choć tak osłabiony, odepchnąłem  ich obu: 

zarzuciłem tylko koc na  ramiona i pobiegłem z powrotem  na brzeg.  

 Gdy opuściłem naszą starą  gospodę - bo nie gdzie indziej  mnie złożono - 

robił się już  ranek i wiatr, chociaż wciąż  gwałtowny, nieco złagodniał.  Lekkie 
chmurki szybko  przebiegały po niebie, między  nimi ukazywały się jasne smugi i  
gwiazdy bledły w oczekiwaniu na  brzask. Tak, gwiazdy bledły,  jedna tylko wciąż 
błyszczała z  dworskich lasów nad wioską,  mówiąc mi, że Grace całą  noc trzyma w 
oknie zapaloną  lampę. Lecz nawet to światełko  wydało mi się pozbawione blasku,  
bo w żalu pogrążony myślałem  jedynie o nim, który życie za  mnie oddał, o jego 
wielkim,  dobrym sercu, co umilkło na  zawsze. 

 Dobrze, żem z dawna znał drogę  na wybrzeże, bo żadnej nie  potrzebowałem 

trzymać się  ścieżki, lecz pędziłem na  przełaj wśród porannej szarości,  ślepy w mym 
smutku i udręce. Na  brzegu wciąż płonął ogień z  wyrzuconego przez morze drzewa,  
a wokół siedziała grupa  skulonych mężczyzn w sztormowych  kaftanach i kapturach, 
którzy  czekali ranka, by ocalić, co się  da, z rozbitego statku.  Okrążyłem ich w 
ciemności i  słowa nie mówiąc doszedłem nad  skraj wody. Zrobiło się na tyle  jasno, 
że widziałem, co się na  morzu dzieje. Fala wciąż była  bardzo wysoka, ale przy  
cichnącym wietrze leniwsza i nie  tak spieniona; waliła brunatnymi  bluzgami o 
kamienie i jej  regularne, grzmiące uderzenia  szły na całe mile brzegami  zatoki. 

 Z kadłuba “Aurungzebe” nic nie  zostało, lecz na wybrzeżu  rozsianych było 

mnóstwo  rozmaitych szczątków i aż dziw  brał, że tyle z tak małego  statku się 
bierze. Wszędzie  walały się beczki i antałki,  paki i pokrywy luków, bomy,  kawałki 
masztów i rej; prócz  tego woda wciąż wynosiła  potrzaskane drzewo, wyrzucała  
niezliczone ilości desek i  belek. Kilkunastu mężczyzn w  nieprzemakalnej odzieży 
krążyło  po kamieniach, wypatrując, co by  mogli zagarnąć. Od czasu do  czasu któryś 
z nich wbiegał w  morze, prawie po rafy, życie na  niebezpieczeństwo wystawiając,  
by ocalić jakąś beczułkę - jak  je pewno ostatniej nocy narażał  ratując nas, swych 
towarzyszy,  jak Elzewir swoje ryzykował i  utracił, by moje ocalić. 

 Siadłem na brzegu, łokcie  oparłem na kolanach, głowę  dłońmi objąłem, oczy 

zwróciłem  ku morzu, sam dobrze nie  wiedząc, po co tu przyszedłem i  czego chcę, 
zaprzątnięty jedną  tylko myślą, że Elzewir pływa  gdzieś wśród tego potrzaskanego  
drewna, że muszę tu być, by go  powitać, kiedy do brzegu  przybędzie. 

 Na pewno po jakimś czasie tu  dopłynie; widziałem już innych,  którzy też w 

końcu do lądu  dotarli. Gdy “Batavia” rozbiła  się o brzeg, byłem tak blisko,  jak ci, 
co nas wczoraj ratowali,  i widziałem ludzi skaczących z  pokładu, by walczyć ze  
spienionym morzem. Wyczytywałem  rozpaczliwą nadzieję w ich  twarzach, a potem 
powrotna fala  ich zabrała i nikt się wówczas  nie uratował. Wszyscy jednak w  końcu 
do brzegu dopłynęli i  poznałem martwe twarze tych,  którzy ostatniej chwytając się  
nadziei skoczyli między statek a  brzeg. Niektórzy nadzy,  niektórzy odziani, 

background image

poranieni  przez kamienie i morze lub cali  i nietknięci - ale wszyscy w  końcu do 
brzegu dotarli. 

 Więc czekałem na niego; nikt  nie odezwał się do mnie, bo ci z  Moonfleet 

myśleli pewnie, że  pochodzę z Ringstave, ci z  Langton - że jestem z Moonfleet,  a 
wszyscy sądzili, że upatrzyłem  sobie jakąś beczkę i czekam, aż  ją fala wyrzuci. 
Zjawił się  Ratsey, usiadł przy mnie i  nakłaniał, żebym zjadł trochę  chleba i mięsa, 
które  przyniósł. Nie miałem ochoty,  ale wziąłem, co dawał, by  uniknąć jego 
namawiań, i kiedy  pokosztowałem, natura wzięła  górę i zjadłem wszystko, bardzo  
się pokrzepiwszy. Ale nie byłem  w stanie z Ratsey'em rozmawiać  ani odpowiadać na
jego pytania,  choć innym razem sam bym mu  tysiące ich zadał. On zaś  widząc, że z 
rozmowy nic nie  będzie, siedział przy mnie w  milczeniu i tylko od czasu do  czasu 
na morze przez lunetę  spoglądał. 

 Robił się dzień. Ludzie  opuszczali ognisko i szli na sam  brzeg, gdzie fale 

wciąż coś  nowego wyrzucały. Pracowali  razem, jeden mając cel, nikt o  sobie tylko 
nie myślał, bo  zbierali wspólny łup, który  później rozdzielą. 

 Nieco dalej na morzu, poza  rafami, dostrzegłem wśród  pływających 

szczątków kilka  ciemnych kulistych kształtów,  niby boje unoszących się i  
zapadających wraz z falą;  poznałem, że to głowy topielców.  Przyłożyłem do oczu 
lunetę  Ratseya i zobaczyłem przewróconą  dnem do góry szalupę, a dalej  inną łódź 
zanurzoną po krawędzie  burt w wodzie. 

 Dopiero koło południa, gdy  chmury rozstąpiły się nieco i  wyjrzało blade 

słońce, fale  wyrzuciły pierwsze ciało, a  wkrótce trzy dalsze. Było to  kilku z tych, co 
chcieli ratować  się w szalupie, bo jak mówił  Ratsey, który poszedł te ciała  
zobaczyć, mieli żelazne  bransolety na lewym ręku;  przemilczał jednak, że  
napiętnowani byli znakiem “Y”.  Wyciągnięto ich, złożono na  brzegu i nakryto 
żaglami; tak  czekać będą, dopóki mogiła nie  będzie gotowa. 

 Czułem, że i on niedługo  przybędzie, a gdy ujrzałem  samotne, bezwładnie 

kołyszące  się ciało, wiedziałem, że na nie  właśnie czekam. Morze złożyło je  
najbliżej mnie, zbiegłem więc w  dół nie bacząc na spienione fale  ani na prąd 
powrotny i  pochwyciłem go, bo czyż to nie  on wczorajszej nocy odrzucił  linę i 
cofnął się w rozszalałe  morze, by ocalić moje nic  niewarte życie? Ratsey był u mego 
boku i we dwóch wyciągnęliśmy go  spośród nacierających fal;  wycisnąłem wodę z 
jego włosów,  wytarłem mu twarz, ukląkłem i  ucałowałem Elzewira. 

 Gdy inni zobaczyli, że to  martwe ciało wyłowiliśmy z  morza, podeszli bliżej 

i  patrzyli, zdumieni moim czułym  powitaniem. A gdy spostrzegli  żelazną bransoletę 
na mym ręku i  znak “Y” wypalony na policzku,  jeszcze bardziej to ich  zdumiało; 
rozeszło się, że  jestem tym, który wczorajszej  nocy wyszedł żywy z rozszalałego  
morza, i że to ciało mojego  przyjaciela, który życie za mnie  oddał. Ratsey 
powiedział coś do  kilku mężczyzn z dawna mi  znanych, którzy podeszli do mnie  i 
rękę mi ściskali, nie mówiąc  nic, bo wiedzieli, że zbyt wiele  smutku mam w sercu. 
Potem  pochylili się, spoglądali na  twarz Elzewira i rąk jego  dotykali, jakby chcąc 
go  pozdrowić. 

 Morze i kamienie łaskawie się  z nim obeszły, nie widać było  ran ni 

zadrapań, twarz jego  wyrażała wielki spokój, oczy i  usta miał zamknięte. Nawet ja,  
co dobrze wiedziałem, gdzie  szukać, z trudem rozpoznałem  znak “Y” na jego 
policzku, bo  bladość śmierci odebrała bliźnie  kolor i twarz miał gładką,  
matowobiałą, jak alabastrowe  figury w naszym kościele. Był  półnagi, bo ściągnął z 
siebie  koszulę przed skokiem z brygu, i  na jego szerokiej piersi  odcinały się 

background image

mięśnie, które z  tylu rozpaczliwych opresji go  wybawiły, zawodząc jedynie po  raz 
pierwszy i ostatni tak  niedawno temu. 

 Chwilę patrzyli w milczeniu na  starego kontrabandzistę, który  swój ostatni 

przemyt na wybrzeżu  Moonfleet złożył, ręce mu wzdłuż  ciała wyciągnęli, w żagiel  
zawinęli i ponieśli. Szedłem  przy nim, słońce znowu przedarło  się przez chmury i na 
nadmorskich łąkach spotkaliśmy  gromadkę dzieci. Szły na  wybrzeże obejrzeć 
rozbity  statek; rozstąpiły się, dając  nam przejście, chłopcy  zdejmowali czapki, 
dziewczęta  dygały, żegnając biedne ciało  topielca. Wśród nich siebie  ujrzałem i 
wydało mi się, że nie  jestem dorosłym mężczyzną, lecz  właśnie wyszedłem z sali 
starego  domu dla ubogich, gdy skończyła  się lekcja pastora Glennie. 

 Dotarliśmy do starej gospody i  tam go złożono. Jak się później  

dowiedziałem, po śmierci Maskewa  nikomu jej nie oddano w  dzierżawę; wczoraj po 
raz  pierwszy rozpalono w niej  ogień, wiedząc z góry, że nasz  bryg musi się rozbić, 
lecz w  nadziei, że kogoś może uda się  wyratować i opieki będzie  potrzebował. 
Drzwi gospody były  otwarte, wnieśliśmy go do  gościnnej izby, gdzie wciąż  płonął 
ogień, i złożyliśmy na  stole, zasłaniając żaglem twarz  i ciało. Potem wszyscy 
otoczyli  go w krąg i stali nieporadnie,  nie wiedząc, co począć, aż  zaczęli się 
chyłkiem jeden po  drugim wymykać, bo z żalem tylko  kobiety umieją sobie radzić; a 
prócz tego chcieli wracać na  wybrzeże, by zebrać, co jeszcze  z rozbitego statku 
zostało.  Ostatni wyszedł mistrz Ratsey,  mówiąc, że pewnie chcę być sam  i że wróci 
tu przed wieczorem. 

 Zostałem więc z mym zmarłym  przyjacielem. Izba była  zapuszczona, w 

kątach i na  belkach pod powałą pełno  pajęczyn, na szybach tyle kurzu,  że niewiele 
światła przesączało  się do wnętrza. Kurz pokrywał  też krzesła i stoły - prócz tego,  
na którym on spoczywał. Na tym  samym stole złożono kiedyś  Dawida; i ta sama 
była izba, w  której ten nieruchomy teraz  człowiek, co nie zazna już  smutku ni 
radości, płakał  pochylony nad ciałem swego syna.  Pozostała taką, jak ją  
opuściliśmy wiele lat temu,  pewnego kwietniowego wieczoru;  na komodzie leżała 
tablica do  tryktraka tak kurzem pokryta, że  nie można było odczytać  biegnącego 
wokół napisu: “W  życiu jak w hazardowej grze:  zręczność wiele uczynić może  
nawet z najgorszego rzutu  kośćmi”... Ale jakże niezręcznymi  byliśmy graczami, 
jakże kiepskie  były nasze rzuty, jak mało  umieliśmy je wyzyskać! 

 Takie myśli przez głowę mi  przechodziły, gdy mijało to  krótkie popołudnie - 

a tymczasem  w wiosce opowiadano sobie, jak  to Elzewir Block i John  Trenchard, 
którzy dawno temu  Moonfleet opuścili, do domu  wracali, i jak stary przemytnik  
zatonął, ratując życie swemu  młodemu towarzyszowi. Zmrok  wkradł się do izby, 
odchyliłem  żagiel i raz jeszcze spojrzałem  na twazr utraconego przyjaciela,  
jedynego, jakiego miałem. Kto  się teraz o mnie będzie  troszczył? Mógłbym równie 
dobrze  utopić się zaraz u wybrzeży  Moonfleet i nikt by mnie nie  żałował. Co 
zyskałem, żem  zerwał kajdany i znów jestem  wolny? Gdzie mi iść, co począć?  Nie 
mam już przyjaciela. 

 Objąłem dłońmi głowę i znowu  siadłem wpatrzony w ogień, gdy  nagle ktoś 

wszedł do izby. Nie  odwróciłem się, myśląc, że to  mistrz Ratsey tak na palcach  
stąpa, żeby mi nie przeszkadzać.  Poczułem lekkie dotkniecie na mym  ramieniu i 
stanęła przede mną  wysoka, postawna kobieta - już  nie dziewczyna, lecz kobieta w  
pełnym rozkwicie urody i  młodości. Od razu ją poznałem,  bo niewiele się zmieniła, 
tylko  jej twarz większej nabrała  powagi i brązowe włosy, które  zawsze niesfornie 
opadały na  plecy, były teraz spięte i  zaczesane. Patrzyła na mnie,  nie zdejmując  
ręki z mego ramienia. 

background image

 - Johnie - powiedziała - czyś  mnie zapomniał? Nie pomyślałeś,  żeby przyjść 

i powiedzieć mi o  swym powrocie? Czyś światła w  moim oknie nie widział?  
Zapomniałeś, że czeka cię  przyjaciel? 

 Milczałem, niezdolny słowa  wymówić, myśląc tylko, jaki to  cud sprawił, że 

zjawiła się w  tej właśnie chwili, by dowieść,  w jakim byłem błędzie; ona zaś  
ciągnęła dalej: 

 - Nie cieszy cię twój powrót?  Niech w bólu ulży ci myśl, że  nikt godniej od 

niego nie  zginął. Przez te lata, gdy  ciebie tu nie było, wiele o nim  myślałam i wiem, 
jak szlachetne  miał serce. A jeśli kiedy złego  się czynu dopuścił, to wówczas  tylko, 
gdy inni gorsze mu  krzywdy wyrządzali. 

 Kiedy to mówiła, przypomniałem  sobie, że przecież Elzewir ojca  jej chciał 

zastrzelić i o włos  chybił, a ona dobrze go  wspomina, jakby nigdy nie  zamierzał 
tego uczynić. Jakże  zmienne są koleje losu! Ja  wybawiłem Elzewira od tej plamy  na 
sumieniu, on później życie mi  ocalił, a teraz oto córka  Maskewa stoi przy nim, gdy  
martwy już jest i chwałę jego  głosi! 

 Ale wciąż nie byłem w stanie  nic powiedzieć. 
 - Johnie - odezwała się po  chwili - czemu milczysz? Czyś o  mnie 

zapomniał? Nie masz już dla  mnie miłości? Nie wolno mi  dzielić twego smutku? 
Ująłem jej  dłoń, do ust podniosłem i  rzekłem: 

 - Droga mi panno Grace,  niczegom nie zapomniał i ciebie  ponad wszystkich 

na świecie  wynoszę, ale ani ja tobie, ani  ty mnie o miłości mówić nie  możesz, bo 
nie jestem już małym  chłopcem ni ty małą dziewczynką;  po latach, które minęły, 
stałaś  się szlachetną damą - ja zaś  wyrzutkiem jestem i nędzarzem. 

 I powiedziałem jej, że  dziesięć lat spędziłem w  więzieniu, i pokazałem 

żelazną  bransoletę na mej ręce i piętno  na policzku. 

 Spojrzała na ten znak i  odrzekła: 
 - Nie mów mi o swej nędzy, bo  czymże jest bogactwo? A jeśliś  wrócił nie 

bogatszy niż  odszedłeś, toś i uboższy nie  wrócił, bo uszczerbku honor  twój, Johnie, 
nie poniósł. Lecz  ja jestem bogata i więcej  posiadam, niż sprawiedliwie użyć  mogę. 
Bądź też zadowolony, że  korzyści żadnej ten skarb ci  nie przyniósł. Piętno zaś twoje 
nie jest według mnie znakiem  niewoli, lecz godłem mohunów,  które ma ci wciąż 
przypominać,  że do nich należysz i musisz  dane przez nich obietnice  wypełnić. 
Czyż ci nie mówiłam:  strzeż się, gdy tego skarbu  dotkniesz, bo ze zła się wziął i  zło 
ze sobą niesie? Lecz teraz,  patrząc na ten znak wypalony na  twej twarzy, zaklinam 
cię, byś  nigdy ani pensa nie tknął z tego  skarbu, jeśli którego dnia do  ciebie wróci, 
ale tak go użył,  jak pułkownik Mohun zamierzał,  by duszę swoją z grzechu  
oczyścić. 

 Uwolniła swoją dłoń z mego  uścisku i odeszła zostawiając  mnie w ciemnej 

izbie, w której  blask ognia oświetlał zarys  okrytego żaglem ciała. Długo  
rozważałem jej słowa,  zastanawiając się, co by to  mogło znaczyć, że kiedyś skarb  
Mohunów do mnie powróci; i  zdziwiło mnie, jak stałą jest  miłość kobiety, a i to, że 
Grace  wciąż znajduje w swoim sercu  miejsce dla kogoś tak marnego  jak ja. 

 Tejże nocy miałem się  dowiedzieć pełnego znaczenia jej  słów. 
 Mistrz Ratsey przyszedł i znów  poszedł, nie zostając ze mną  długo, bo wiele 

miał na wybrzeżu  zajęć. Pocieszał mnie tylko i  mówił, żebym się nie lękał ręki  
prawa, bo dawno mnie już nie  ściga. To Grace, jak mi  powiedział, zaleciła swoim  

background image

prawnikom, by sprawy te w sądzie  przeprowadzili, odmawiając sama  podpisania 
aktu zwołującego  obławę na mnie i Elzewira i  stwierdzając, że ojciec jej  zginął z 
przypadku. Strach,  który znów zaczął budzić się we  mnie, na zawsze ustąpił. Po  
wyjściu Ratseya dorzuciłem drew  do ognia i ułożyłem się na  kocach, bo byłem do 
cna  wyczerpany. Drzemałem już, gdy  rozległo się pukanie i wszedł  pastor Glennie. 
Postarzał się,  pochylił trochę, ale od razu go  poznałem i powitałem gorąco. 

 Przyglądał się z ciekawością  brodatemu mężczyźnie, który  wyrósł z chłopca, 

jakiego  pamiętał, lecz serdecznie mnie  uścisnął i zasiadł na ławie.  Uniósł żagiel nad 
ciałem  Elzewira, popatrzył na jego  uśpioną twarz, potem wyjął  modlitewnik, 
odczytał wieczny  odpoczynek i mnie udzielił  duchowego pokrzepienia. W końcu  
zaczął mówić o przeszłości.  Dowiedziałem się od niego, co  zaszło w naszej wiosce, 
przez  wszystkie te lata, ale niewiele  tu się zdarzyć mogło prócz tego,  że ten i ów 
umarł, bo to jedyne  zmiany, jakich w Moonfleet  oczekiwać można. Zmarła także  
moja ciotka Jane, a więc jeszcze  jedna bliska mi dusza ubyła,  jeśli w ogóle mogłem 
ją do  bliskich mi dusz zaliczać; bo  choć może i dobre miała chęci,  jej trosce o mnie 
zbytnia  towarzyszyła surowość, abym mógł  ją prawdziwie kochać; i w moim  
wielkim smutku po stracie  Elzewira nie znalazłem w sercu  miejsca na żal po niej. 

 Nie wiem, czy pociechy duchowe  pastora Glennie to sprawiły, czy  też jego 

wskazania, że wiele mam  powodów, by Bogu dziękować, bom  z więzienia się 
wyzwolił i  pewnej uniknąłem śmierci - dość,  że ból mój nieco się ukoił i  przyjemnie 
mi było z nim  rozmawiać. 

 - ...i choć może niektórzy by  mnie zganili - ciągnął - że  pozwalam sobie 

pogańskich  przytaczać autorów, gdym dopiero  co Pismo Święte głosił, to  jednak 
oprzeć się nie mogę, by  nie powiedzieć, że wielki poeta  Homer doradza 
wstrzemięźliwość w  opłakiwaniu zmarłych, bo szybko,  jak powiada, następuje 
przesyt  chłodem smutku. 

 Sądziłem, że wygłosiwszy to  odejdzie, ale on w znaczący  chrząknął sposób i 

domyśliłem  się, że ma mi coś ważnego do  zakomunikowania. Wydobył z  kieszeni 
podłużny, złożony  arkusz papieru. 

 - Synu mój - rzekł  rozprostowując go z wolna i  wygładzając na kolanie -  

nigdyśmy nie powinni przeklinać  Fortuny, a mówiąc o Fortunie  używam tej nazwy 
w naszym  ubogim, ludzkim rozumieniu i nie  twierdzę, że rządzi nami  przypadek, 
ale powiadam, że  wszystko Opatrzności jest  podporządkowane. Nigdyśmy nie  
powinni przeklinać Fortuny, bo  właśnie w chwili gdy sądzimy, że  nas opuściła, być 
może oddaliła  się jedynie po to, by szukać  jakiegoś skarbu i ze sobą go  przynieść. A 
słowa moje  potwierdzi to, co zaraz ci  odczytam. Więc zapal świecę i  przysuń ją do 
mnie, gdyż oczy  moje źle widzą w migotliwym  blasku ognia. 

 Zdjąłem z kominka świecę i  zrobiłem, o co prosił, on zaś  mówił dalej: 
 - Odczytam ci ten list, który  dostałem przed ośmioma prawie  laty, a jego 

doniosłość i wagę  sam będziesz mógł ocenić.  

 Nie chcę tu przytaczać owego  listu w całości, choć wciąż mam  go przy 

sobie, bo pisany jest  przez prawnika, naszpikowany  więc długimi i zawiłymi  
zdaniami, pełnymi kruczków,  jakie zwykle oni wymyślają, by  większą otrzymać 
zapłatę.  Adresowany jest do Wielebnego  Horacego Glennie, dożywotniego  
wikarego parafii Moonfleet w  hrabstwie Dorset, a napisał go  po angielsku Heer 
Roosten,  prokurator i główny notariusz  miasta Hagi w Królestwie  Holenderskim. 
Powiada on w swym  liście, że niejaki Krispijn  Aldobrand, jubiler i handlarz  
drogimi kamieniami, wezwał go do  siebie, aby sporządził jego  testament. 

background image

Wymieniony Krispijn  Aldobrand, bliskim swego końca  będąc, oświadczył, że 
wszystko,  co posiada, zapisać pragnie  niejakiemu Johnowi Trenchardowi  z  
Moonfleet w hrabstwie Dorset.  Skłania go do tego po pierwsze  to, że on Aldobrand, 
nie posiada  dzieci, którym mógłby majątek  zostawić, a po wtóre, życzy  sobie Johna 
Trencharda w pełni  wynagrodzić, bo kiedyś uzyskał  od niego diament, za który  
właściwej ceny nie zapłacił.  Klejnot ów sprzedał, a gdy to  uczynił, przekonał się 
wkrótce,  że fortuna i zdrowie opuszczać  go zaczynają; i choć zanim  diament ów 
posiadł, wielkimi  rozporządzał bogactwami, od tego  czasu zaczęły one topnieć  
wskutek nieszczęśliwych  posunięć, aż oprócz pieniędzy,  które diament mu 
przyniósł,  niewiele Aldobrandowi zostało.  Zapisuje zatem Johnowi  Trenchardowi 
wszystko, co w  chwili obecnej posiada, a czując  zbliżający się kres, błaga o  
wybaczenie wyrządzonej krzywdy.  Takie wskazówki Heer Roosten  otrzymał był od 
Aldobranda,  którego zdrowie znacznemu uległo  pogorszeniu i który w trzy  miesiące 
później umarł. Heer  Roosten dodaje, że testament ten  w samą porę został 
sporządzony,  bo Aldobranda, im bliżej było mu  do śmierci, tym większe trapiły  
przywidzenia i twierdził, że  John Trenchard rzucił na diament  klątwę. Aldobrand 
gotów był  nawet przytaczać jej słowa, a  mianowicie, że kamień przyniesie  mu 
zgubę w obecnym życiu i  wieczne potępienie w przyszłym.  Aldobrand, jak Heer 
Roostenowi  się zwierzył, nigdy spokoju  zaznać nie mógł; ilekroć  zasypiał, zawsze 
sen koszmarny  go trapił, w którym widział  wysoką postać mężczyzny o  miedzianej 
twarzy, z długą  brodą, uchylającego zasłony  łóżka i szydzącego z niego. I w  końcu 
umarł, a Heer Roosten  starał się jego ostatnią wolę  wypełnić i napisał list do Johna  
Trencharda w Moonfleet, w  hrabstwie Dorset, zawiadamiając  go, że jest Aldobranda 
spadkobiercą. Ten adres był  jedyną wskazówką, jaką stary  kupiec zostawił, chociaż 
często  nadmieniał, że w swoim czasie  udzieli Heer Roostenowi  szczegółowych 
wiadomości, gdzie  John Trenchard przebywa. Lecz  nigdy tego nie zrobił, wciąż  
sprawę odwlekając, bo być może  ufał, że wyzdrowieje i pożałuje  swej skruchy. List 
do Johna  Trencharda został po pewnym  czasie Heer Roostenowi zwrócony  z 
adnotacją, że uciekł on z  Moonfleet, by uniknąć ręki  sprawiedliwości, i nigdzie  
odnaleźć go nie można. Później  zaś poradzono Heer Roostenowi,  by napisał w tej 
sprawie do  proboszcza parafii w Moonfleet,  i dlatego pismo niniejsze do  pastora 
Glennie kieruje. 

 Taka była treść listu, który  mi pastor Glennie odczytał, i  łatwo możecie się 

domyślić, że  bardzo mnie zawarte w nim  wiadomości poruszyły. Długo  jeszcze 
naradzaliśmy się z  pastorem, jakie najlepiej podjąć  kroki, bo obawialiśmy się, że po  
ośmioletniej przerwie prawnicy w  jakiś inny sposób mogli  majątkiem Aldobranda  
rozporządzić. Była już północ,  świeca dawno się wypaliła, lecz  ogień w kominku 
płonął jasno.  Pastor Glennie zbierał się do  wyjścia, ale przedtem klęknął  jeszcze na 
chwilę przed stołem  na krzyżowych nogach. 

 - Szlachetne życie swe  zakończył - powiedział podnosząc  się z kolan - i 

modlę się,  abyśmy i my nasze również  szlachetnie zakończyli, gdy pora  ku temu 
przyjdzie. Bo dla  najlepszych z nas godzina  śmierci jest straszna i módlmy  się co 
dzień, jak i każdej  niedzieli, abyśmy w owej  godzinie zbawienia dostąpili.  Lecz 
inne są jeszcze chwile w  życiu człowieka, niemniej  niebezpieczne, jak piszą ci, co  
tę litanię układali, nakazując  nam strzec się zbytnich dóbr  doczesnych. Więc modlę 
się, abyś  szlachetnie użył tego skarbu,  jeśli w twoje dostanie się ręce.  Bo choć nie 
daję wiary głupim  opowieściom ani nie myślę, by  bogactwa przekleństwo ze sobą  
niosły, to jednak skoro na dobre  przeznaczone są cele, nawet  przez człowieka 
równie jak  pułkownik Mohun niegodziwego,  bardzo źle byśmy postąpili,  
rozporządzając nimi inaczej.  Więc niechaj dobrze ci się  dzieje i pamiętaj, że inne  

background image

jeszcze skarby istnieją prócz  tego, a miłość szlachetnej  kobiety więcej jest warta niż  
całe złoto i wszystkie klejnoty  na świecie - o czym kiedyś sam  się przekonałem. 

 Z tymi słowy wyszedł z izby. 
 Domyśliłem się, że pewnie  dziś jeszcze rozmawiał z Grace.  Leżałem 

półuśpiony przed ogniem  na kominku, samotny w starej  gospodzie, tak mi bliskiej i  
znanej, samotny z mym milczącym  przyjacielem, który umarł, by  mnie ocalić, i choć 
nie mniejszy  po nim czułem żal, to jednak w  smutku zaczęła mi błyskać  nadzieja. 

 Czy mam jeszcze dalej ciągnąć  mą opowieść, gdy się już  domyślacie, że 

wszystko dobry  przybrało obrót? Któż by bowiem  zasiadł do spisania historii,  która 
jego własną kończyłaby się  porażką? Ogromne bogactwa  znalazły się w moim ręku, 
a nie  powiem dokładnie, jak duże, nie  chcąc niczyjej pobudzać  zazdrości, bo 
większe były, niż  kiedykolwiek mogłem  przypuszczać. Z tych pieniędzy,  po 
gorzkiej nauce, jaką mi  przeszłość dała, nigdym nawet  pensa dla siebie nie ruszył,  
lecz wszystko na pożyteczne cele  obróciłem, w czym mi pastor  Glennie i Grace 
pomagali.  Przede wszystkim odbudowaliśmy i  powiększyli przytułek,  
przeznaczając go na schronisko  dla starych żeglarzy z naszego  wybrzeża. Następnie, 
idąc za  radą Bractwa Trynitarzy,  postawiliśmy latarnię morską na  końcu przylądka 
Snout, by  prowadziła przez Kanał  wychodzące na morze statki, jak  kiedyś Lampa 
Maskewa wiodła  łodzie rybackie. W końcu  upiększyliśmy kościół, usunąwszy  z 
niego nieporęczne dębowe ławy,  a ustawiwszy na ich miejsce  stalle z jodłowego 
drzewa,  grubym suknem wymoszczone, na  których znacznie było wygodniej  
siedzieć w czasie niedzielnych  nabożeństw. Z wszystkich  kościelnych okien wyjęto 
stare  szyby, wprawiając nowe i  szczelne, by wiatru nie  puszczały; a gdy jeszcze  
ustawiono nową kazalnicę i nowe  tablice z dziesięciorgiem  przykazań, to z 
kościołem naszym  żaden inny w okolicy równać się  nie mógł. Także znajdującą się  
pod nim kryptę, z którą tyle  wiąże mi się wspomnień,  uporządkowano i zamurowano 
- i  nikt już nigdy więcej ani  Czarnobrodego, ani umarłych  Mohunów nie widział i 
nie  słyszał. 

 A jeśli o przemytników chodzi,  to nie wiem, gdzie się  przenieśli; jeżeli zaś 

w czasie  ciemnych nocy dalej na wybrzeżu  działa kontrabanda, to nic o tym  nie 
wiem, jako że jestem sędzią  pokoju i panem na dworze. 

 Wioska też odbudowała się,  podobnie jak kościół i  przytułek: stare domy 

odnowiono,  wiele nowych postawiono, a  wszystkie do mnie i do Grace  należą, 
prócz gospody, która  nadal własnością Księstwa  pozostaje. Znów ją  
wydzierżawiono i miejscowi  ludzie, którzy do Ringstave “Pod  trzy wrony” chadzali, 
wrócili do  dawnej swej siedziby. I zawsze  znużony żeglarz czy rozbitek  znajdzie za 
jej drzwiami nocleg  i przychylność. 

 Schronisko Mohunów - bo tak  nazwaliśmy przytułek -  powierzono pieczy 

pastora  Glennie; obszerne były w nim  izby, a biblioteka książek  pełna. Mistrz 
Ratsey pastorowi  pomagał, modlitwy z nim odmawiał  i obaj tam szczęśliwej dożyli  
starości; spoczywają teraz po  słonecznej stronie kościoła,  wśród szumu morskich fal, 
przy  skarpie, gdziem kiedyś zaskoczył  Ratseya, jak przyłożywszy ucho  do ziemi, 
dudnienia z krypty  Mohunów nasłuchiwał. Tuż przy  nich spoczywa Elzewir Block,  
któregom kochał najbardziej; na  jego grobie taki widnieje napis:  “nikt większej od 
niego miłości  w sercu nie miał, bo człowiek  ten życie swe za przyjaciela  oddał”. 
Pod napisem stosowne  wiersze pastora Glennie też  wyryte zostały.  

 O nas samych niech powiem na  ostatku. Dwór znów stał się  godnym i 

okazałym domem.  Trawniki zawsze są  przystrzyżone, my zaś siadujemy  na tarasie 

background image

podczas letnich  wieczorów, spoglądając na  niebieskawe dymy nad wioską. W  
dworskim lesie bawią się mała  Grace i mały John, i mały  Elzewir - nasz 
pierworodny;  teraz nasza córka jest dorosła,  kocha nas i z nami pozostała, a  
synowie poszli służyć królowi  Jerzemu na lądzie i morzu. 

 Lecz Grace i ja nigdy naszego  szczęśliwego Moonfleet nie  opuściliśmy i 

wystarcza nam, że  patrzeć możemy na świt, który  złotem ozdabia długą linię  
nadmorskich skał, na noc  nadchodzącą mokrymi od rosy  łąkami; że przyglądamy 
się, jak  wiosna przystraja zielenią  bukowe gałęzie lub jak  dojrzewają figi przy 
południowej  stronie ogrodowego muru. W dali  rozciąga się niby kurtyna  odwieczne 
morze, zawsze jednakie  i zawsze zmienne. Ale  najbardziej lubię na nie  patrzeć, gdy 
jest rozszalałe i  wzburzone podczas jesiennych  sztormów, gdy słyszę ryk fal i  
zgrzyt zabieranych przez nie  kamieni, kiedy huczy i gra całą  noc niby potężne 
organy.  Przewracam się wtedy w łóżku i  Bogu dziękuję, bardziej może z  serca niż 
ktokolwiek inny, że  nie walczę teraz o życie u  wybrzeży Moonfleet. A wiele  
zdarzyło się razy, żem stał z  liną w ręku w tym samym  strasznym miejscu, by 
ratować  zmagającego się z falami  rozbitka; ale nigdy nie  widziałem, by ktoś żywy 
wyszedł  z morza w czasie takiej nocy jak  tamta - kiedy on mnie ocalił.