background image

 

Jadwiga Courths-Mahler 

 

Kłopotliwa scheda 

 

 

 

background image

— Arminie, chodźmy na bal dziennikarzy! 

— Po co? 

— Zabawimy się. 

— Stary, to nic mi nie pomoże! 

— Przynajmniej trochę się rozerwiesz! 

—  Mówisz  tak,  jakbyś  nie  wiedział,  gdzie  krążą  moje  myśli! 

Wolałbym pójść do domu! 

—  Chcesz  poddać  się  czarnej  rozpaczy?    Przecież  to  nie  ma 

sensu! 

—  Tak  samo  nie  ma  sensu  ten  cały  bal    dziennikarzy.  Tam 

musiałbym  na  dobitkę  być  dowcipny!  Nie,  Hansie,  nie    chcę  dzisiaj 

nikogo widzieć. 

— Sam dla siebie jesteś najgorszym  towarzystwem! Chodźże ze 

mną! Schliven i Werdern też tam będą! 

—  Jeszcze  jeden  powód,  żebym  nie  poszedł.    Dla  tych  dwóch 

wrogów kobiet byłbym znakomitym obiektem  złośliwych uwag. Oni 

też  wiedzą, że  Aleksandra Wendhoven wychodzi  dzisiaj za mąż i że 

zrobiła  ze  mnie  wariata.  Tylko  na  mnie  czekają!  Nie    znoszę  tych 

pesymistów!  Mimo  że  zdradziła  mnie  kobieta,  jednak  wierzę    w 

kobiety!  Za  bardzo  kochałem  i  czciłem  matkę,  by  wszystkie  kobiety  

bez wahania zmieszać z błotem. Zostaw mnie w spokoju! Idź sam na 

ten  bal, jeżeli masz ochotę! 

Hans von Rippach wzruszył ramionami. 

— Nie zależy mi na tym. Chciałem, żebyś  się trochę rozerwał. 

background image

—  Dziękuję  ci,  wiem,  że  mi  dobrze  życzysz.    W  tym  wypadku 

rozrywka  na  nic.  Takie  godziny  musi  człowiek    po  prostu przeboleć. 

Czy  sądzisz,  że  dzisiaj  mógłbym  myśleć  o  czymś  innym  niż  o  niej? 

Dzisiaj zostanie żoną innego i będzie się śmiała z durnia, który chciał, 

żeby z nim dzieliła biedę! Czyż dla Aleksandry nie było nic lepszego 

na  świecie  niż  czekanie,  aż  wielbiciel  wywalczy  dla  niej  i  dla  siebie 

skromną egzystencję? 

Armin von Leyden wypowiedział te słowa z ironią i widać było, 

że zadano mu ciężki cios. 

Przyjaciele  w  milczeniu  szli  obok  siebie.  Rippach  doszedł  do 

wniosku, że lepiej zostawić przyjaciela w spokoju. Po chwili zapytał: 

—  Czy  chcesz,  żebym  sobie  poszedł?  Powiedz  mi.  Nie  będę  się 

gniewał. 

—  Nie.  Jeżeli  mój  zły  humor  nie  zniechęca  cię,  chodźmy  do 

jakiegoś zacisznego lokalu. Napijemy się wina! 

— Dobra myśl! Dokąd pójdziemy? 

— Wszystko jedno! 

—  No  to  skręcimy  tam  w  prawo,  za  rogiem  jest  przyjemna 

knajpka. 

Niedługo  weszli  do  małej  winiarni,  w  której  w  niszach 

wyłożonych ciemną boazerią stały okrągłe stoliki i pluszowe kanapy. 

Usiedli i zamówili wino. Rippach wzniósł toast.   

—  Życzę,  żebyś  szybko  zapomniał  o  tym,  co  cię  spotkało! 

Aleksandra nie jest warta, żeby mężczyzna miał przez nią zmarnować 

swoje życie. 

background image

Leyden  skinął  głową,  nic  nie  mówił.  Rozmowa  nie  kleiła  się. 

Kippach nie mógł znaleźć odpowiednich słów, żeby poprawić nastrój 

przyjaciela. Na jego przystojnej twarzy odbiło się zmartwienie. 

O północy Leyden wstał: 

— Hans, nie gniewaj się, jestem zmęczony i chcę pójść do domu. 

— Dobrze, jak sobie życzysz! 

Zawołał  kelnera,  zapłacił  i  opuścili  winiarnię.  Rippach 

odprowadził Leydena. Przed domem pożegnali się uściskiem dłoni: 

— Do zobaczenia jutro! 

Armin  powoli  wspinał  się  po  schodach  do  mieszkania 

składającego się z sypialni i gabinetu. Po ciemku zdjął płaszcz, potem 

zapalił  lampę,  która  oświetliła  jego  męską  twarz  z  czarnymi  oczami. 

Opadł na krzesło i długo siedział bez ruchu. Kiedy poczuł chłód, wstał 

i  podszedł  do  okna. Była  zima,  na  ulicy  leżał  śnieg.  Latarnie  rzucały 

światło na przechodniów. Armin zgasił lampę i poszedł do sypialni. 

Tej nocy nie mógł zasnąć. 

Kiedy  następnego  dnia  wrócił  po  pracy  do  domu,  przyszedł  do 

niego Rippach. 

— Witaj, Arminie! Zniknąłeś mi w tłumie przy wyjściu z urzędu. 

Wiedziałem jednak, że zastanę cię w domu. Czy masz coś do picia? 

— Możesz dostać koniak. 

— Dawaj! 

Wyjął  z  biurka  butelkę  i  dwa  kieliszki,  napełnił  je,  po  czym 

położył na stole papierosy i zapalniczkę. 

— Weź sobie! 

background image

— Dziękuję! Nie zapalisz? 

— Zaraz. 

Siedzieli  tak,  palili  i  patrzyli  przed  siebie  w  milczeniu.  Nagle 

Leyden  wstał,  stanął  przy  krześle  przyjaciela  i  położył  mu  rękę  na 

ramieniu: 

—  Słuchaj,  stary,  nie  musisz  się  poświęcać.  Doceniam  twoją 

dobrą wolę i jestem ci wdzięczny. Naprawdę nie musisz się nudzić w 

moim towarzystwie. 

—  Nie  mów  bzdur.  Wcale  nie  czuję  się  źle  w  twoim 

towarzystwie!  Wiesz,  czasem  bardzo  lubię  w  spokoju  spędzić  parę 

chwil. 

— Hm, to coś nowego! Właściwie taką kontemplację mógłbyś o 

wiele przyjemniej spędzić w twoim eleganckim mieszkaniu. 

— A mnie bardzo podoba się właśnie tutaj! 

— Dobrze, zostań więc. Ale ja dzisiaj nie zamierzam wychodzić 

z domu. 

—  Doskonale!  Ja  również  nie  mam na to  ochoty.  Czy  naprawdę 

każdy  wieczór  trzeba  spędzać  w  teatrze,  na  koncercie  czy  w 

restauracji? 

Armin zaśmiał się głośno: 

— Jesteś hipokrytą! 

Hans promieniał. 

—  Bogu  dzięki.  Wreszcie  znowu  się  śmiejesz!  Powiedz  mi,  czy 

już jesteś po kolacji? 

background image

—  Nie.  Moja  gospodyni  podaje  zwykle  herbatę  i  kanapki.  Czy 

zjesz ze mną? 

—  Chętnie!  Jestem  głodny,  a  skoro  nie  masz  ochoty  wyjść  z 

domu, musisz mnie ugościć. 

— Postaram się, żebyś był zadowolony. Wierny z ciebie kompan. 

— Dlaczego? 

—  Dobrze  wiesz  dlaczego!  Każę  przynieść  piwo  albo  wino,  co 

wolisz? 

— Niech będzie piwo! 

Przy  kolacji  sporo  rozmawiali.  Rippach  opowiadał  dowcipy  i 

cieszył się jak dziecko, widząc, że Leyden się śmieje.  

Byli  zaprzyjaźnieni  od  wielu  lat.  Ojciec  Leydena,  lekarz,  zmarł, 

kiedy  Armin  był  na  trzecim  roku  studiów.  Nie  dorobił  się  dużego 

majątku,  ale  matka  otrzymywała  odsetki  wystarczające  na  skromne 

życie.  Pani  von  Leyden  była  jedną  z  kobiet  gotowych  na  wszystko, 

byle  zapewnić  byt  synowi.  Odmawiała  sobie  dosłownie  wszystkiego, 

umożliwiając  Arminowi  ukończenie  studiów  prawniczych.  Kiedy 

został  asesorem,  matka  zmarła.  Odsetki  od  małego  kapitału, 

dotychczas dzielone na dwie osoby, zapewniały mu spokojne życie. 

Rippach,  jak  przystało  na  przyjaciela,  dzielił  z  nim  wszystkie 

smutki  i  radości.  Miał  zamożnych  rodziców.  Zawsze  wesoły  i 

pogodny  wywierał  korzystny  wpływ  na  nieco  flegmatycznego 

przyjaciela  uznając  —  bez  zawiści  —  jego  intelektualną  wyższość  i 

przewagę  fizyczną.  W  zamian  Armin  hamował  Hansa,  kiedy  ten  za 

background image

bardzo szalał na balach i hulał z kolegami. Przyjaciele uzupełniali się 

pod każdym względem, a ich przyjaźń pogłębiała się z roku na rok. 

Kiedy  Hans  zorientował  się,  że  Armin  zakochał  się  na  zabój  w 

pięknej,  lecz  biednej  i  bardzo  rozpieszczonej  Aleksandrze 

Wendhoven,  poważnie  się  zmartwił.  Ostrzegał  go  przed  nią, 

ponieważ, jako realista zauważył, że Aleksandra jest próżną kokietką, 

zbyt rozpieszczoną, żeby chcieć zostać żoną biednego asesora. 

Niestety, jego ostrzeżenia zostały bez echa. Czy do zakochanego 

mężczyzny 

kiedykolwiek 

docierały 

rozsądne 

argumenty? 

Zawiadomienie o zaręczynach ukochanej Armin otrzymał dwa dni po 

balu,  na  którym  Aleksandra  obdarzała  go  szczególną  czułością.  Cios 

był  tym  bardziej  bolesny,  że  równocześnie  przekonał  się  o 

prawdziwym charakterze młodej damy. Mimo iż czuł do niej pogardę, 

nie  mógł  przestać  jej  kochać.  Wczoraj  Aleksandra  została  żoną 

mężczyzny, który nie miał żadnych zalet, tylko dużo pieniędzy. 

Hans  jak  zwykle  okazał  się  wiernym  przyjacielem.  Armin  był 

wdzięczny, chociaż żaden z nich o tym nie mówił. 

 

W  samym  środku  lasów  Turyngii  stoi  na  wzgórzu  zamek 

Burgwerben.  Z  dwu  stron  płyną  wąskie  odnogi  rzeki  czyniąc  zeń 

wyspę.  Szeroki  most  nad  rzeką  sięga  do  drogi  prowadzącej  ku 

zamkowi.  Burgwerben  jest  dużą,  szarą  budowlą  z  wyższym 

środkowym  budynkiem  i  dwoma  czworokątnymi  wieżami.  Mimo 

swojej  surowości  zamek  na  wyspie  wrósł  w  krajobraz  i  był  bardzo 

background image

malowniczy.  Za  rzeką  rozciągały  się  żyzne  pola,  a  wyżej  stare,  gęste 

lasy. 

U  podnóża  leżała  mała  wioska  o  tej  samej  nazwie.  Domy,  kryte 

czerwoną  dachówką,  rozsypały  się  wzdłuż  obu  wąskich  odnóg,  które 

za wzgórzem z zamkiem, łączyły się w szeroką rzekę. Na skraju lasu, 

nad  brzegiem  rzeki  pobudowali  wille  zamożni  ludzie  zachwyceni 

urokiem tego zakątka. 

Zamek  i  ogromny  obszar  ziemi  należały  do  Fryderyka  von 

Leydena. Żeniąc się z ostatnią hrabiną z rodu Burgwerben jego ojciec 

został  właścicielem  dużego  majątku.  Teraz  Fryderyk  ukończył 

sześćdziesiąt lat, nie miał rodzeństwa, nigdy się nie ożenił. Przed laty 

był  wesołym, kochającym życie młodzieńcem, dopóki pewnego dnia, 

przed dwudziestu pięciu laty, nie wrócił do zamku ponury i cichy. 

Zdradzony  przez  ukochaną  spowodował  wypadek,  w  którym 

zabił  przyjaciela.  Odtąd  zmienił  się.  Jednak  nikt  nie  poznał  nigdy 

szczegółów  tragedii.  Fryderyk  von  Leyden  stał  się  dziwakiem.  W 

swoim  otoczeniu  nie  znosił  kobiet.  Kucharka,  pokojówki  i  służące 

mieszkały  w  oddzielnej  przybudówce.  Miały  zakaz  pokazywania  się 

panu dziedzicowi na oczy. 

Nie  było  to  trudne,  ponieważ  Fryderyk  von  Leyden  przebywał 

stale  w  zamku,  żył  wśród  swoich  książek  i  stamtąd  zarządzał 

majątkiem. Jego najbliższym pomocnikiem był inspektor Scheveking, 

małomówny  i,  tak  jak  jego  pan,  ponury  stary  kawaler.  Mieszkał  w 

służbowym mieszkaniu sam i także nie znosił kobiet. 

background image

Żeńską  służbą  kierowała  panna  Wunderlich.  Rezolutna,  niska, 

tęgawa osóbka mściła się za pogardę okazywaną kobietom na zamku 

Burgwerben  w  ten  sposób,  że  nie  ukrywała  wrogości  wobec 

mężczyzn.  Stale  kłóciła  się  z  inspektorem,  codziennie  obrzucali  się 

wyzwiskami,  co  widocznie  było  niezbędne  dla  ich  dobrego 

samopoczucia. 

Fryderyk  von  Leyden  miał  wielu  krewnych.  Byli  jednak  biedni 

tak  jak  jego  ojciec,  zanim  ożenił  się  z  bogatą  hrabiną.  W  miarę 

upływu  lat,  gdy  Fryderyk  wciąż  nie  zakładał  rodziny,  krewni  zaczęli 

go  odwiedzać.  Było  to  bezwzględne  polowanie  na  schedę,  wszyscy 

prześcigali się w okazywaniu mu miłości i przywiązania. 

Ponury  dziedzic  bronił  się  ironicznym  uśmieszkiem  przed 

pochlebstwami. Kobiet w ogóle nie przyjmował. Uknuto więc spisek. 

Zorganizowano zjazd rodu w nadziei że może Fryderyk zdecyduje się 

pojąć za żonę jedną z dziewcząt z rodziny. Wynajęto hotel. Po długim 

molestowaniu  Fryderyk  uległ  i  obiecał,  że  zjawi  się  na  uroczystości. 

Jadąc  do  miasta  miał  kamienną  twarz.  Nie  inaczej  było  po  powrocie 

do zamku.  

Następnego  dnia  wezwał  notariusza  i  w  obecności  Schevekinga 

sporządził  testament,  który  zdeponował  w  sądzie.  Te  wydarzenia 

miały miejsce przed piętnastu laty. Potem życie znowu toczyło się jak 

dawniej.  Intrygi  krewnych,  którzy  nawzajem  oczerniali  się  przed 

Fryderykiem, obrzydły staremu kawalerowi.  

Żadna z pań, które poznał na rodzinnym  zjeździe, nie  zrobiła na 

nim  dobrego  wrażenia.  Wszyscy  się  zawiedli  w  swoich 

background image

oczekiwaniach. Panna Wunderlich i Scheveking zgadzali się tylko co 

do  jednego:  nienawidzili  „kochanych  krewnych".  Najchętniej 

przepędziliby z zamku lizusów i  hipokrytów,   którzy zatruwali  życie 

dziedzicowi. 

Schevening  miał  jednak  powody  do  satysfakcji,  ponieważ,  poza 

notariuszem,  tylko  on  wiedział,  kto  odziedziczy  majątek  po  śmierci 

pana. W duchu śmiał się ze starań krewnych wiedząc, że żaden z nich 

nie osiągnie celu. 

Późną  jesienią  Leyden  zapadł  na  zdrowiu.  Nie  wstawał  z  łóżka. 

Stał się jeszcze bardziej milczący, a jego oczy melancholijnie patrzyły 

przez okno. Nie przyjmował odwiedzin, nawet krewni, mimo usilnych 

próśb,  nie  zostali  dopuszczeni  do  pana  zamku.  Sądząc  po  wyrazie 

twarzy, Fryderyka von Leydena gnębiły ponure myśli.  

Od  notariusza  otrzymywał  długie  raporty,  które  bardzo  go 

interesowały.  Tylko  te  sprawozdania  wyrywały  go  z  zadumy. 

Pewnego razu zdecydował  wezwać notariusza i uaktualnić testament. 

Dodał  pewną  klauzulę,  o  której  nawet  Scheveking  nic  nie  wiedział. 

Gdyby wiedział, ze zdumienia kręciłby szpakowatą głową. 

Fryderyk von Leyden nie wracał do zdrowia, choć opuścił łóżko i 

chodził  po  pokoju.  W  noc  sylwestrową,  jak  co  roku,  nie  odmówił 

sobie  wyprawy  saniami  do  starego,  zaśnieżonego  lasu.  Niestety, 

przeziębił  się  i  dostał  zapalenia  płuc.  Nie  przyjmował  wciąż  wizyt 

krewnych.  Poza  doktorem  tylko  wierny  sługa,  Dillenberger,  i 

Scheveking  pielęgnowali  chorego  i  nikogo  nie  dopuszczali  do 

swojego pana.  

background image

Po  zapaleniu  płuc  wywiązały  się  komplikacje  z  nerkami.  Stan 

chorego budził poważne obawy. 

Minęła  zima,  zbliżała  się  wiosna.  Zniknęły  śnieg  i  lód.  Trzeba 

było  myśleć  o  pracach  na  polu.  Scheveking  często  musiał  zostawiać 

chorego pod opieką Dillenbergera. Pewnego słonecznego marcowego 

przedpołudnia  inspektor  wracał  konno  do  zamku.  Miał  zmartwioną 

minę.  Na  skraju  lasu,  gdzie  biegł  tor  kolejowy,  spotkał  młodą 

dziewczynę w żałobie. Na bladej twarzy widniały ślady płaczu. 

Scheveking zatrzymał wierzchowca. 

— Dzień dobry panno Delius! 

— Dzień dobry panu! Jak zdrowie pana von Leydena? 

— Ma za sobą ciężką noc. Obawiam się najgorszego! 

— Biedny stary pan! 

Ton  tej  wypowiedzi  zdradzał  szczere  współczucie.  Scheveking 

skinął głową: 

— Tak, zasługuje na współczucie. Bardzo cierpi. A pani? Znowu 

pani płakała! Czy wraca pani z cmentarza? 

Odwróciła głowę, żeby ukryć łzy: 

— Zaniosłam kwiaty na grób ojca. Tak bardzo kochał róże! 

Scheveking skinął głową.   

—  Z  pani  to  dobre  dziecko.  Wyjątek  wśród  kobiet.  Minęły  już 

trzy tygodnie od śmierci pana profesora. Jego też ma na sumieniu zła 

kobieta! A co porabia macocha, hę?  

W  jego  głosie  wyczuwało  się  niechęć.  Ewa  Maria  Delius 

zmarszczyła czoło. 

background image

— Stale narzeka na biedę! Drogi panie inspektorze, marzę, żeby 

pan von Leyden wyzdrowiał! Obiecał, że kupi nasz dom z ogrodem za 

trzydzieści  pięć  tysięcy  marek.  Odsetki  od  tego  kapitału  wystarczą 

mojej macosze. 

— No a pani? 

—  Skoro  tylko  trochę  wrócę  do  sił,  poszukam  sobie  posady. 

Jestem młoda, zdrowa i umiem wiele rzeczy. 

—  Pani  byłaby  w  stanie  popełnić  takie  głupstwo?  Bzdura!  Żeby 

wszystko  oddać  macosze?  Pani  jest  tak  łatwowierna,  jak  był  pani 

ojciec! — zirytował się inspektor. 

Dziewczyną westchnęła. 

—  Nie  mogę  dłużej  słuchać,  jak  źle  mówi  o  moim  ojcu!  Niech 

sobie wszystko zabierze, żeby się tylko uspokoiła. 

Scheveking zaśmiał się szyderczo. 

—  Oczywiście,  niech  jej  pani  wszystko  odda:  tę  resztę  majątku 

ojca,  której  jeszcze  nie  zdążyła  roztrwonić.  A  pani  będzie  na  łasce 

obcych  ludzi?  Do  jasnej  cholery!  Nie  mogę  tego  znieść!  —  krzyknął 

tak głośno, że koń skoczył na bok. 

—  Niech  pan  nie  klnie!  Wiem,  że  pan  nie  jest  aż  taki  srogi,  za 

jakiego pan chce uchodzić. 

Scheveking skinął głową. 

—  Żegnam!  Muszę  się  spieszyć  do  chorego!  —  odparł  i  szybko 

odjechał. 

Ewa Maria przez chwilę patrzyła za nim, potem poszła dalej. 

background image

W  pobliżu  stacji  kolejowej,  na  skraju  lasu,  stał  skromny  dom 

letniskowy otoczony ładnym ogrodem. Dawniej profesor Delius i jego 

rodzina  spędzali  tutaj  letnie  wakacje.  Od  kiedy  jego  druga  żona 

roztrwoniła  majątek,  a  na  dodatek  profesor  poważnie  zachorował  i 

musiał przejść na emeryturę, na stałe zamieszkali we wiosce.  

Żona  profesora,  niegdyś  znana  piękność,  była  teraz  tęgawą 

kobietą. Życie męża i jego córki zamieniła w prawdziwe piekło. Stale 

gderała i narzekała na „nędzę" — do czego zresztą sama doprowadziła 

swoją rozrzutnością. 

Ewa  Maria  starała  się  zapewnić  ojcu,  otrzymującemu  niską 

emeryturę,  znośne  życie.  Był  botanikiem  i  kochał  kwiaty.  Jego 

największą  radością  były  różne  rośliny,  które  hodował  w  ogrodzie, 

gdzie pracował od rana do wieczora. Rosły tam najpiękniejsze róże w 

całej okolicy. Córka dzielnie pomagała mu w pracy. 

Od trzech tygodni profesor Delius nie żył.  Z dniem jego śmierci 

wygasła  emerytura.  Obie  panie  nie  posiadały  nic  poza  domem  z 

ogrodem  i  bogatą  biblioteką.  Większość  zbiorów  pani  Delius 

sprzedała zaraz po śmierci męża za tysiąc marek. Teraz musiały z tego 

żyć. 

Po  powrocie  do  domu  Ewa  Maria  poszła  do  swojego  pokoju.  Z 

kuchni  dochodził  piskliwy  głos  macochy.  Krzyczała  na  młodą 

dziewczynę, która gotowała im i sprzątała. Woń przypalonego mleka 

docierała wszędzie i to było powodem awantury i narzekań. Ewa bała 

się  podobnych  wybuchów  złości  swojej  macochy.  Nie  mogła  pojąć, 

background image

jak jej ukochany, szlachetny ojciec mógł pokochać taką kobietę, której 

zachowanie stale wprawiało ją w zakłopotanie.  

Ewa  Maria  była  młoda  i  niedoświadczona.  Nie  znała  życia,  nic 

nie wiedziała o tajemniczych namiętnościach, które ciągną mężczyznę 

do  kobiety  bez  względu  na  jej  wady.  Nie  wiedziała,  że  zakochany 

mężczyzna  traci  poczucie  rzeczywistości  i  jest  zaślepiony  wyłącznie 

zewnętrznymi walorami ubóstwianej kobiety. 

Ewa Maria bardzo kochała ojca i była do niego przywiązana, ale 

do  macochy  nigdy  nie  zdołała  się  zbliżyć.  Od  pierwszego  dnia  była 

dla  niej  obcą  osobą  i  nie  istniało  między  nimi  porozumienie.  Po 

śmierci  ojca  postanowiła  opuścić  macochę.  Jeżeli  jej  zostawi 

wszystkie  pieniądze  ze  sprzedaży  domu  z  ogrodem,  nie  będzie  jej 

broniła  odejść.  Chciała  zostać  tutaj  jeszcze  kilka  miesięcy,  do  dnia 

sprzedaży domu, a potem wyruszy w świat, do obcych ludzi. 

 

Fryderyk  von  Leyden  zmarł  dwudziestego  marca  na  rękach 

wiernego Dillenbergera. Obecni przy tym byli tylko doktor i inspektor 

Scheveking. Do ostatniej chwili dzielnie bronili krewnym dostępu do 

umierającego. Pan na zamku umarł nie niepokojony. 

Zanim  został  pochowany,  krewni  żądali  od  Schevekinga 

ujawnienia  czy  został  spisany  testament  i  kto  jest  głównym 

spadkobiercą.  Scheveking,  oburzony  brakiem  delikatności  i 

należytego szacunku, ostro przywołał wszystkich do porządku. 

Krewni zgodnie ustalili, że inspektor „wyleci", kiedy sąd ujawni 

spadkobiercę.  Większość  krewnych  nie  wierzyła  zresztą  w  istnienie 

background image

testamentu.  A  skoro  sądzili,  że  nie  ma  testamentu,  więc  będą 

dziedziczyć  jednakowe  części  ogromnego  majątku:  każdy  otrzyma 

piętnastą część. Wyliczyli nawet, ile to wyniesie! 

Kiedy  nagle  gruchnęła  wieść,  że  Fryderyk  von  Leyden  jednak 

sporządził  testament,  powstało  zamieszanie!  Wszyscy  byli  bardzo 

zaniepokojeni, ponieważ nikt nie mógł się pochwalić, że Fryderyk von 

Leyden  właśnie  jemu  okazywał  życzliwość.  Było  wręcz  przeciwnie! 

Nikt  nie  przyznawał  się,  że  nienawidził  zmarłego,  ponieważ  był 

nieprzystępny i zamknięty w sobie. 

 

Armin  von  Leyden  po  pewnym  czasie  odzyskał  spokój 

wewnętrzny.  Kosztowało  go  to  jednak  sporo  wysiłku.  Hans  von 

Rippach  z  zadowoleniem  stwierdził,  że  przyjaciel  jest  znowu 

pogodny.  Były  to  jednak  pozory.  Nadal  kochał  Aleksandrę  i 

przyznawał  się  do  tego  wyłącznie  przed  samym  sobą.  Z  Hansem  nie 

rozmawiał na ten temat. 

Na szczęście młoda para spędzała miesiąc miodowy na Riwierze i 

Armin  nie  mógł  spotkać  Aleksandry  na  balach  i  przyjęciach.  Obu 

przyjaciołom  nie  brakowało  rozrywek.  Często  bywali  w  domu  stryja 

Hansa,  który  chętnie  otaczał  się  młodzieżą.  Ponieważ  sam  nie  miał 

dzieci,  zapraszał  często  bratanków  i  siostrzenice.  Jego  żona, 

wtajemniczona  przez  Hansa,  z  dużym  taktem  i  delikatnością  starała 

się  umniejszyć  ból  i  rozczarowanie,  jakie  przeżywał  Armin.  Tak  też 

minęła zima. 

background image

Pewnego  dnia  przyjaciele  siedzieli  w  kawiarni  i  przeglądali 

gazety. Nagle Armin wydał okrzyk zdziwienia. 

— Co się stało? 

— Właśnie przeczytałem, że zmarł Fryderyk von Leyden! 

— Czy to twój krewny? 

— Tak, dziesiąta woda po kisielu. Kuzyn mojego ojca. Poza tym 

siódmy cud świata! 

— W jakim sensie? 

—  Fryderyk  to  jedyny  z  rodu  Leyden,  który  ma  pieniądze,  a 

oprócz  tego  wspaniały  majątek  w  Turyngii.  Słyszałem  o  tym  od 

mojego ojca. 

— A więc bogaty wujek! Gratuluję! 

—  Nie  ma  powodu!  Był  wprawdzie  kawalerem  i  nie  miał 

naturalnego bezpośredniego spadkobiercy, lecz cały zastęp bliższych i 

dalszych  krewniaków  płaszczył  się  przed  nim,  żeby  wyłudzić  część 

schedy.  Mój  ojciec  zawsze  trzymał  się  na  uboczu,  unikał  Fryderyka, 

ponieważ  był  dumny  i  nie  chciał  wzbudzać  podejrzeń,  że  liczy  na 

spadek.  Fryderyk  chełpił  się  swoim  bogactwem  i  był  najbardziej 

niesympatycznym człowiekiem, jakiego można sobie wyobrazić. 

Hans odłożył gazetę i z zaciekawieniem patrzył na przyjaciela. 

— Czy ty go znałeś? 

—  Spotkałem  go  tylko  jeden  raz,  ale  było  to  dawno  temu. 

Chodziłem  wtedy  do  liceum.  Nie  wiem  już  z  jakiego  powodu 

członkowie mojego rodu zorganizowali zjazd rodzinny. Do przyjazdu 

na  uroczystość  namawiali  też  mojego  ojca.  Ponieważ  akurat  wtedy 

background image

ojciec spędzał ze mną wakacje w Turyngii, mógł bez trudu przybyć do 

miasta  położonego  niedaleko  majątku  Fryderyka.  Oczywiście  ojciec 

zabrał  mnie  ze  sobą.  Wyobrażałem  sobie  wtedy,  że  „zjazd  rodzinny" 

to coś wspaniałego, w każdym razie coś wyjątkowego.  

Zobaczyłem  jednak  tylko  dużo  nieciekawych  osób  bardzo 

zabiegających  o  względy  jednego  mężczyzny  —  tego  właśnie 

Fryderyka.  Ojciec  opowiadał  mi,  że  on  zastrzelił  w  pojedynku 

swojego  przyjaciela.  Było  to  bardzo  dawno  temu.  Możesz  sobie 

wyobrazić, że patrzyłem na niego z uczuciem podziwu, ale i grozy. 

— Mogę to sobie wyobrazić! Opowiadaj, co dalej? 

— Niewiele jest do opowiedzenia. Ojciec trzymał się na uboczu. 

Nie  mogłem  zrozumieć,  dlaczego  ci  wszyscy  ludzie  uniżenie  znosili 

pogardliwe  zachowanie  tego  człowieka.  Nie  wiem  z  jakiego  powodu 

nagle  podszedł  do  nas  i  badawczo  patrzył  na  mnie.  Byłem  nieco 

przestraszony, ale nie spuściłem oczu. Wytrzymałem jego świdrujący 

wzrok.  

Podał mojemu ojcu rękę i zapytał: 

— Czy ty jesteś Adolf von Leyden, a to jest twój syn, Armin? 

— Tak — odparł ojciec ściskając jego dłoń. 

—  Dlaczego  stoisz  na  uboczu i  nie  witasz  się  tak  wylewnie,  jak 

pozostali krewniacy? 

Ojciec wzruszył ramionami. 

—  Jestem  szczery.  Nie  chcę  udawać  więcej  przyjaźni,  niż  jej 

odczuwam. 

— A więc nie darzysz mnie przyjaźnią? 

background image

— Znam cię zbyt mało! 

—  Tak,  to  prawda.  Nigdy  mnie  nie  odwiedzasz.  Inni  bardzo 

często przychodzą, ty nigdy. 

— Jestem lekarzem, mam mało wolnego czasu. A poza tym nic tu 

po mnie! Co miałbym robić na zamku? 

Wtedy  Fryderyk  von  Leyden  uśmiechnął  się  ironicznie  i  rzekł  z 

goryczą: 

—  No,  powiedzmy:  starać  się,  żebym  ci  coś  zapisał  w 

testamencie! 

Ojciec poważnie na niego spojrzał i odpowiedział: 

— Gdybyś mnie znał, nie powiedziałbyś tego! Mam z czego żyć, 

nie  muszę  liczyć  na  spadek.  Nawet  gdybym  był  w  potrzebie,  nie 

zrobiłbym tego. 

— O, czyżbyś był aż tak bogaty? 

— Nie, ale jestem lekarzem i mogę utrzymać rodzinę! 

— Przecież masz syna! Nie zrobiłbyś tego dla niego? 

— Mój syn będzie uczciwie zarabiał na życie tak, jak jego ojciec. 

Nie martwię się o jego przyszłość. 

Fryderyk von Leyden długo patrzył na ojca, a potem na mnie. W 

końcu położył rękę na mojej głowie. 

— Tak sądzisz? 

Miałem  wtedy  chyba  trzynaście  lat,  z  przekorą  potrząsnąwszy 

głową krzyknąłem: 

— Zostaw mnie, nie kocham cię, zostaw mojego ojca w spokoju! 

background image

Fryderyk  von  Leyden  uśmiechnął  się  i  dziwnie  patrzył  na 

pozostałych  krewnych.  Słysząc  moje  słowa  tym  bardziej  przymilali 

się do bogacza. Odwrócił się od nas. 

Ojciec zabrał mnie i opuściliśmy hotel. Po drodze źle wyrażałem 

się o Fryderyku von Leydenie. 

— Arminie, nie wolno tak mówić. On jest bardzo nieszczęśliwym 

człowiekiem mimo swojego ogromnego bogactwa. 

Przez  chwilę  panowała  cisza,  przyjaciele  milczeli.  Potem  Armin 

powiedział: 

—  Wiesz,  nigdy  nie  zapomniałem  tych  słów.  Często  rodzice 

rozmawiali  o  nim  i  zawsze  słuchałem  z  dużym  zainteresowaniem, 

chociaż  nie  wszystko  rozumiałem.  Odkąd  opuściłem  dom,  żadna 

wiadomość o nim nie dotarła do mnie. 

—  Wiesz,  jestem  ciekawy,  kto  odziedziczy  jego  majątek?  Może 

jednak dostaniesz jakąś część! 

Armin zaśmiał się serdecznie. 

—  To  są  pobożne  życzenia.  Wierzysz  w  to,  ponieważ  jesteś 

moim  przyjacielem  i  dobrze  mi  życzysz.  Możesz  spokojnie  spać! 

Jestem pewien, że nie zapomniał i nie wybaczył mojego gburowatego 

zachowania. Zrób mi przyjemność i nie mówmy już o tym. 

— No dobrze! A więc, co zrobimy z dzisiejszym wieczorem? 

— Nie wiem, podaj mi gazetę! 

Armin zaczął czytać ogłoszenia:  

—  Opera  —  „Carmen"  —  przedstawienie  wyprzedane,  Teatr 

Dramatyczny  —  „Przysięga  wierności"  —  to  nie  dla  mnie,  Teatr 

background image

Narodowy,  to  samo,  Operetka  —  „Opowiadania  Hoffmanna"  —  to 

coś dla nas! Pójdziemy? 

— Zgoda. 

Zapłacili  i  opuścili  kawiarnię.  Na  ulicy  panował  duży  ruch. 

Spotykali  wielu  znajomych,  zatrzymywali  się  i  rozmawiali.  Nagle 

stanął  przed  nimi  młody  oficer,  Otto  von  Sanden.  Ponieważ  też  miał 

wolny wieczór, zaprosili go na spektakl. 

Kilka dni później, gdy Leyden siedział przy śniadaniu, gospodyni 

jak  co  dzień  przyniosła  pocztę:  listy,  druki  i  gazety,  które  przeglądał 

przed  wyjściem  do  urzędu.  Nie  znalazł  nic  ciekawego  z  wyjątkiem 

jednego listu: 

Szanowny Panie von Leyden! 

Muszę  z  Panem  porozmawiać  w  ważnej  sprawie.  Jeżeli  nie 

otrzymam  od  Pana  innej  wiadomości,  odwiedzę  Pana  dzisiaj  po 

południu w Pańskim mieszkaniu. 

Z poważaniem 

Heinrich Beckmann, notariusz 
 

Armin pokręcił głową i zdziwiony mruknął sam do siebie:  

—  Nie  znam  pana  Beckmanna.  Gdzie  on  mieszka?  Aha,  hotel 

„Keiserhof.  Hm!  A  więc  o  trzeciej.  Wrócę  wcześniej  do  domu. 

Prawdopodobnie chodzi o jakąś służbową sprawę ale  o  „prywatnym" 

znaczeniu. Dokończył śniadanie i wyszedł do urzędu. 

Wrócił przed trzecią. Punktualnie o wyznaczonej godzinie zjawił 

się notariusz. Kiedy usiedli, Armin zapytał: 

— Czym mogę panu służyć? 

background image

Notariusz wyjął z kieszeni pismo i rzekł: 

—  Proszę,  żeby  pan  to  przeczytał.  Jest  to  odpis  testamentu 

mojego zleceniodawcy, pana Fryderyka von Leydena. 

Armin z wahaniem wziął pismo. 

— Czy pan jest upoważniony, żeby mi wręczyć ten odpis? 

—  Tak,  mam  polecenie  od  zmarłego,  pana  von  Leyden.  Proszę 

przeczytać, zanim zaczniemy omawiać sprawę spadku. 

Armin  zaczął  czytać.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz 

zdumienia, potem niedowierzanie. 

— Proszę pana, to jest kiepski żart! 

Notariusz uśmiechał się. 

—  To  jest  prawda,  proszę  pana,  sprawa  jest  poważna  —  rzekł  z 

naciskiem. 

Armin  przetarł  ręką  czoło,  zrobił  kilka  kroków,  a  potem  stanął 

przed Beckmannem. 

—  Trudno  mi  w  to  uwierzyć.  Nie  mogę  pojąć,  że  Fryderyk  von 

Leyden  wyznaczył  mnie  na  spadkobiercę  swojego  majątku!  Ja  mam 

być  jedynym  spadkobiercą?  Dlaczego  właśnie  ja?  Przecież  nigdy  go 

nie odwiedzałem, byłem dla niego właściwie obcym człowiekiem! 

—  Wszystko  wyjaśni  to  pismo,  które  spadkodawca  polecił  mi 

przekazać. Zanim jednak oddam je panu, proszę, żeby pan przeczytał 

załącznik  do  testamentu,  którego  treść  musi  pan  przyjąć  do 

wiadomości  i  wyrazić  zgodę  na  spełnienie  warunku  zmarłego  pana 

Fryderyka von Leydena. 

background image

Z  tymi  słowami  notariusz  podał  Arminowi  kopertę.  Drżącymi 

rękoma chłopak otworzył kopertę i zaczął czytać. Z niedowierzaniem 

kręcił głową i wreszcie zapytał: 

— Czy pan często widywał pana Fryderyka von Leydena? 

— Tak, bardzo często z nim rozmawiałem. 

—  Czy  zdaniem  pana  był  człowiekiem  zdrowym  na  umyśle? 

Proszę  wybaczyć  to  pytanie,  ale  to,  co  jest  tutaj  napisane,  brzmi 

bardzo dziwnie i zaskoczyło mnie! 

—  Pan  von  Leyden  był  normalnym  człowiekiem  do  ostatniej 

chwili  swojego  życia.  Nie  spotkałem  wielu  tak  mądrych  ludzi.  Był 

dziwakiem,  samotnikiem  i  stronił  od  ludzi.  Spowodowały  to  chyba 

jego  ciężkie  przeżycia.  Zresztą  testament  został  sporządzony  przed 

piętnastu  laty,  teraz  tylko  dodał  ten  załącznik i to  w  ostatnich dniach 

swojego życia, kiedy już nie opuszczał łóżka. 

Armin nadal nie potrafił uwierzyć. 

—  Ja  miałbym  odziedziczyć  majątek  i  zamek  Burgwerben  oraz 

ogromny kapitał? 

— Z wyjątkiem kilku legatów. 

— Czy pozostali krewni nic nie dostaną? 

Notariusz uśmiechnął się. Armin złapał się za głowę. 

— Niezupełnie. Każdy członek rodu Leyden otrzyma dwa tysiące 

marek,  ale  pod  warunkiem,  że  zobowiąże  się,  iż  nigdy  nie  zbliży  się 

do zamku Burgwerben ani nie pokaże się  w tamtych okolicach. Poza 

tym  inspektor  Hermann  Scheveking  za  wierną  służbę  dostanie  pięć 

tysięcy  marek,  a  panna  Wunderlich  i  lokaj  Karl  Dillenberger  po  trzy 

background image

tysiące.  Ostatnie  trzy  osoby  mają  dożywotne  prawo  korzystania  z 

mieszkania i utrzymania na zamku.  

Cały pozostały majątek: nieruchomości i kapitał  w banku należą 

do  pana  pod  warunkiem,  że  spełni  pan  żądanie  pana  Fryderyka  von 

Leydena, to znaczy, ze ożeni się w ciągu roku od dnia objęcia schedy. 

Ostateczny  termin  zawarcia  ślubu  upłynie  trzydziestego    marca  w 

przyszłym roku. 

—  Proszę  pana,  przepraszam,  jestem  zaskoczony,  nie  wiem,  co 

począć. Nie mogę się zaraz zdecydować. 

—  Panie  von  Leyden,  to  wcale  nie  jest  konieczne. Ma pan  czas, 

żeby  spokojnie  wszystko  przemyśleć.  Zostawiam  odpis  testamentu  i 

list  zmarłego.  Jeżeli  będę  potrzebny,  proszę  o  zawiadomienie  lub 

wizytę. 

Armin westchnął i zapytał: 

— Czy zostaje pan w Berlinie? 

—  Nie,  wyjeżdżam  dzisiaj  wieczorem.  Są  pilne  sprawy  które 

czekają na załatwienie. 

— W takim razie dam panu odpowiedź listownie. 

Pożegnali  się,  a  kiedy  Armin  został  sam,  opadł  na krzesło.  Miał 

wrażenie,  że  śni.  Minęło  sporo  czasu,  zanim  mógł  sobie  zadać 

pytanie: Dlaczego właśnie mnie wyznaczył na spadkobiercę? 

Nagle  przypomniał  sobie  list,  który  mu  wręczył  notariusz 

Beckmann. Może  w  tym  liście  będzie  wyjaśnienie  albo  przynajmniej 

jakaś  wskazówka?  Koperta  była  gruba,  zawierała  kilka  arkuszy 

background image

zapisanych  zdecydowanym  charakterem  pisma.  Rozłożył  je  i  zaczął 

czytać: 

Kochany Arminie! 

Będziesz  zdziwiony,  że  właśnie  Ciebie  wyznaczyłem  na 

spadkobiercę  całego  mojego  majątku  i  kapitału  w  bankach.  Będziesz 

również zaskoczony moim warunkiem, który musisz spełnić, żeby móc 

objąć schedę. 

Ponieważ  byłem  kawalerem,  żądam  od  Ciebie,  żebyś  w  ciągu 

roku  założył  rodzinę.  Może  pomyślisz,  że  jest  to  dziwactwo  starego 

kawalera  lub  kaprys  samotnika  i  dziwaka,  za  jakiego  mnie 

powszechnie  uważano.  Jednak  to  nie  tak!  Wszystko  dokładnie 

obmyśliłem i doszedłem do wniosku, że tak należy postąpić. 

Czuję, że nie będę długo żył i opanowała mnie przemożna chęć by 

przed  kimś  odkryć  swoją  duszę.  Wolałbym  wszystko  wyznać  przed 

Twoim  ojcem,  ponieważ  był  starszy  i  bardziej  doświadczony  od 

Ciebie, ale zmarł wcześniej niż ja. Tak więc majątek, który pierwotnie 

chciałem  zostawić  jemu,  przejdzie na  Ciebie.  Proszę  więc,  wysłuchaj 

mojej  spowiedzi.  Wiem,  że  teraz  przeżywasz  bolesne  miłosne 

rozczarowanie, jednak właśnie to ułatwi Ci lepsze zrozumienie mnie. 

W  ciągu  mojego  życia  wiele  cierpiałem  z  powodu  fałszu,  obłudy 

chciwości, ale mam na sumieniu ciężką winę. Właśnie to zatruwało mi 

życie  i  zrobiło  ze  mnie  nieszczęśliwego  człowieka,  pozbawionego 

radości istnienia na tym świecie. 

Po  beztroskim,  pięknym  dzieciństwie  na  zamku  Burgwerben, 

spędzonym  z  moimi  ukochanymi  rodzicami,  zatęskniłem  za  szerokim 

background image

światem,  podróżowałem  i  używałem  życia,  dopóki  czysta  głęboka 

miłość  nie  spowodowała  zupełnej  zmiany  w  moim  życiu.  Nigdy  nie 

wypalałem  się  w  małych  miłostkach,  dlatego  moje  serce  z  całą 

namiętnością oddałem ukochanej kobiecie.  

Kiedy dowiedziałem się, że kocham z wzajemnością, sądziłem, że 

jestem  najszczęśliwszym  człowiekiem.  Los  obdarzył  mnie  trzema 

miesiącami  upojenia,  rozkoszy  i  zachwytu.  W  dodatku  miałem 

przyjaciela,  który  dzielił  ze  mną  to  szczęście.  Wtedy  zmarli  moi 

rodzice.  Zniosłem  to  bez  głębokiego  wstrząsu.  Pocieszała  mnie 

ukochana kobieta i wierny przyjaciel.  

Ponieważ byli wtedy dla mnie wszystkim, poczułem się żebrakiem 

w  chwili,  kiedy  straciłem  ich  oboje!  Kobieta,  którą  kochałem,  była 

ladacznicą.  Uwiodła  również  mojego  przyjaciela.  Pewnego  dnia 

zastałem  ją  w  jego  objęciach  i  strzeliłem  do  niego.  Umierając  prosił 

mnie o przebaczenie i żądał, żebym przysiągł, iż nie oddam się w ręce 

policji. 

Przyrzekłem,  że  postąpię  zgodnie  z  jego  życzeniem.  Przyjaciel 

przy  świadkach  oświadczył,  że  to  był  pojedynek  i  że  został  ranny. 

Przyjaciel zmarł, ta kobieta zniknęła i nigdy więcej jej nie widziałem. 

Po odbyciu  kary  w więzieniu — pojedynki  są, jak wiesz,  zakazane  — 

wróciłem do Burgwerben. Stałem się dziwakiem. 

Nasi  wspólni  krewni  nie  przyjęli  do  wiadomości,  że  nie  chcę  się 

żenić.  Nachodzili  mnie,  poniżali  się  przymilając,  żeby  zyskać  moje 

uznanie i zostać spadkobiercami. Było to odrażające widowisko. 

background image

A  teraz  opowiem  o  Tobie.  Czy  pamiętasz  rodzinny  zjazd,  kiedy 

widzieliśmy się po raz pierwszy i ostatni? Miałeś wtedy trzynaście lat. 

Twój ojciec i Ty różniliście się od pozostałych członków rodu Leyden. 

Gdy rozmawiałem z Wami, przekonałem się, że jesteście szlachetnymi 

i  uczciwymi  ludźmi.  W  tym  dniu  postanowiłem,  że  będziecie  moimi 

spadkobiercami. 

Pragnąłem  nawiązać  przyjaźń  z  Twoim  ojcem.  W  jego  oczach 

było  coś,  co  mnie  pociągało  do  niego.  Musiałem  sobie  jednak  tego 

odmówić,  nie  mogłem  zabiegać  o  przyjaźń,  ponieważ  zabiłem 

przyjaciela!  Tak  więc  pozostałem  samotny  w  moim  pięknym  zamku, 

jak w grobowcu! Często tęskniłem za Tobą, chciałem, żebyś się ożenił, 

żeby  dziecięcy  śmiech  rozbrzmiewał  w  murach  Burgwerben  i 

uspokajał moją duszę. Ja nie zrobiłem tego, moje życie było pokutą. 

Poleciłem  żeby  Cię  z  dala  obserwowano.  Wiem,  że  jesteś 

uczciwym  człowiekiem,  wiem,  że dzielnie walczysz  z przeciwnościami 

losu  i  Tobie  zawdzięczam  trochę  radości,  kiedy  docierają  do  mnie 

dobre wiadomości o Twoim życiu. Wiem, że niewierna kobieta zadała 

Ci bolesny cios.  

Jedno moje słowo a mogła zostać Twoją żoną! Ale dowiedziałem 

się,  że  jest  egoistyczną,  płytką  kokietką,  która  zrujnowałaby  Twoje 

życie. Została więc żoną innego, a Ty wyobrażasz sobie, że jej nigdy 

nie  zapomnisz.  Z  tego  powodu  żądam,  żebyś  w  ciągu  roku  założył 

rodzinę,  ponieważ  nie  chcę,  byś  został  sam,  tak  jak  ja,  i  był 

nieszczęśliwy.  

background image

Starość  bez  żony  i  dzieci  to  bezgraniczne  cierpienie,  uwierz  mi! 

Teraz,  kiedy  jeszcze  bolejesz  nad  niewiernością  ukochanej,  łatwiej 

znajdziesz  odpowiednią  żonę,  ponieważ  nie  będziesz  się  kierował 

namiętnością,  ale  zdrowym  rozsądkiem!  Poszukaj  kobiety,  która 

będzie  Twoim  przyjacielem,  Twoim  wiernym  druhem  i  dobrą  matką 

Twoich dzieci. 

Mam nadzieję, że teraz wszystko zrozumiałeś i nie odtrącisz mój 

ręki,  jak  wtedy,  kiedy  krzyknąłeś:  „Nie  kocham  cię!",  lecz  powiesz: 

„Opłakuję  cię,  Fryderyku  von  Leyden!"  Jeżeli  sprawiłem  Ci  radość 

oddając  schedę  w  Twoje  ręce,  proszę,  spełnij  moje  życzenie  i 

rozejrzyj  się  za  uczciwą,  zdrową  kobietą  i  zadbaj,  żeby  w  zamku 

Burgwerben rosło nowe, szlachetne pokolenie.  

Na  zakończenie  chcę  polecić  Twojej  opiece  mojego  starego 

inspektora,  Hermanna  Schevekinga.  Robi  wrażenie  szorstkiego 

człowieka,  lecz  jest  uczciwym  i  oddanym  pracownikiem,  który 

chętnie  będzie  służył  radą  do  dnia,  kiedy  sam  zostaniesz 

doświadczonym gospodarzem na zamku Burgwerben. Również panna 

Wunderlich  —  mimo  swoich  dziwactw  —  Jest  doskonalą 

ochmistrzynią. 

To, że złośliwie zakazałem krewniakom pokazywać się w zamku 

i  w  tej  okolicy,  uchroni  Cię  przed  natrętami,  którzy  mi  zatruwali 

życie. Poza tym z  oburzenia nie będę się przewracał  w grobie. Tobie 

życzę,  żebyś  w  starym  kochanym,  zamku  spędził  bardziej  radosne  i 

szczęśliwe dni, niż Twój nieszczęśliwy poprzednik 

Fryderyk von Leyden 

background image

Po  przeczytaniu  listu  Armin  długo  siedział  nieruchomo  i  patrzył 

przed  siebie. Był  do  głębi  wzruszony.  Przed  oczyma  stanęło  mu  całe 

życie  starego  człowieka.    Serce  bolało  go  i  napełniło  się 

współczuciem.  Własny  ból  i  cudze  cierpienie  złączyły  się.  Jakże 

biedny był ten bajecznie bogaty mężczyzna!  

Armin  pogrążył  się  w  rozmyślaniach.  Nie  był  zachwycony,  że 

musi  się  tak  szybko  ożenić,  jednak  ciepłe,  życzliwe  ostrzeżenia 

Fryderyka  von  Leydena  zapadły  mu  w  serce.  Życzył  mu  dobrze  i 

chciał  go  uchronić  przed  losem,  jaki  sam  musiał  znosić.  W  każdym 

razie  Armin  zrozumiał,  że  to  żądanie  podyktowane  było  dobrocią  i 

troską o jego przyszłość. 

Wyrządził  mu  krzywdę,  źle  oceniał  tego  człowieka.  W  myślach 

przepraszał  go  i  postanowił  spełnić  jego  życzenie.  Przecież  znajdzie 

kobietę,  którą  będzie  mógł  poślubić,  żeby  żyć  w  harmonii  i 

wzajemnym  szacunku.  Tak  jak  Aleksandry  nie  pokocha  już  żadnej 

innej,  jednak  wiedział,  że  istnieją  małżeństwa  zawarte  bez  namiętnej 

miłości, które nie należą do najgorszych! 

 

— Chłopie, ty szczęściarzu! To coś wspaniałego! Wielkie nieba! 

Chyba zwariuję z radości! A więc jesteś głównym spadkobiercą, no i 

co?  Nie  mówiłem,  że  i  ty  coś  dostaniesz!  Oczywiście  nie 

przewidywałem,  że  aż  tyle.  Arminie,  muszę  cię  uściskać!  Cieszę  się 

razem z tobą! 

Gdy Hans dowiedział się o szczegółach testamentu, krzyknął: 

background image

—  A  to  ci  heca!  Musisz  się  ożenić!  Stary  świetnie  wszystko 

obmyślił!  Słuchaj  no,  Aleksandra  się  wścieknie!  Mogła  zostać  panią 

na zamku, a tak jest żoną bankiera! Nie żałuję jej ani trochę. Nie rób 

takiej miny, już nic nie mówię! Musimy się zaraz zacząć rozglądać za 

odpowiednią  panną.  A  może  zainteresujesz  się  którąś  z  moich 

kuzynek?  No  dobrze,  wiem,  że  te  panny  nie  są  w  twoim  typie.  Są 

niskie  i  pulchne,  a  ty  wolisz  szczupłe,  wysokie,  no...  wiem,  jak 

powinna wyglądać, znajdę coś odpowiedniego. 

Armin położył rękę na ramieniu przyjaciela: 

— Posłuchaj stary, przecież to ja muszę się ożenić! 

—  Oczywiście  że  ty.  Ostatecznie  wcale  nie  muszę  się  martwić, 

ponieważ sam jestem bardzo zaangażowany. 

—  Wiem,  że  byłeś  zimą  zakochany,  ale  od  czasu,  kiedy 

skończyły się bale, wyraźnie ochłonąłeś. 

—  Pozory  mylą.  Nie  chcę  się  sparzyć.  W  tych  sprawach  trzeba 

postępować wyjątkowo ostrożnie. 

— Na co czekasz? Ktoś może cię wyprzedzić! 

— Po pierwsze, czekam na ciebie. Wiesz, taki podwójny ślub, to 

coś bardzo, bardzo romantycznego, a ja jestem w takim rozmarzonym 

nastroju. 

— Co ty mówisz! Od kiedy? 

— Od kiedy jestem zakochany, ośle! 

— Dziękuję! A po drugie? 

—  Po  drugie,  dama  mojego  serca  jest  bardzo  młoda.  Tej  zimy 

była  na  swoim  pierwszym  balu.  Oczywiście  w  oczach  młodej 

background image

dziewczyny ideałem jest tylko doskonały tancerz. A ja bynajmniej nie 

mogę się pochwalić, że jestem wspaniałym tancerzem. 

— Czy to znaczy, że źle tańczysz? — żartował Armin. 

— Tego nie powiedziałem! Ale nie przerywaj mi, chcę małej dać 

czas do namysłu. Jeżeli do przyszłej zimy nie wyleczy się z miłości do 

mnie... no, reszty nie muszę dodawać. 

— Dobrze! Zaczekam i ja do przyszłej zimy. Przecież nie muszę 

się  żenić  jutro.  Mam  jeszcze  przed  sobą  rok  wolności.  Jeżeli  w  tym 

czasie nie znajdę nic wyjątkowego, zaczekam na ciebie. 

— Zgoda! Jakie masz plany na przyszłość? Czy porzucisz pracę 

w sądownictwie i zostaniesz rolnikiem? 

—  Tak!  Zawsze  kochałem  przyrodę  i  interesowałem  się 

agronomią. Zrezygnuję z pracy w urzędzie. 

— Czy zamierzasz cały rok spędzać w Burgwerben? 

—  Zimą  zawsze  mogę  przyjechać  do  Berlina,  żeby  zobaczyć 

przyjaciół  i  starych  znajomych,  a  lato  ty  musisz  spędzać  u  mnie. 

Słyszałem,  że  zamek  Burgwerben  leży  w  pięknym  zakątku  w 

Turyngii. 

— Kiedy tam wyjeżdżasz? 

—  Natychmiast  po  załatwieniu  wszelkich  formalności. 

Zawiadomiłem już Beckmanna. 

—  Hm!  A  więc  nie  pozostało  nam  nic  innego,  niż  uczcić  to 

wydarzenie butelką szampana! 

— Zgoda! Mogą być nawet dwie! Wiesz, Hans, czego mi żal? 

— Czego? 

background image

— Że moja matka tego nie dożyła. Ojciec też cieszyłby się, choć 

on nie przywiązywał wagi do dóbr doczesnych. Moja matka całe życie 

żyła skromnie, mój Boże, jaka by to była radość! 

Armin  miał  łzy  w  oczach.  Hans  bez  słowa  uścisnął  mu  rękę. 

Wyszli z mieszkania i udali się do znanej winiarni na ulicy Unter den 

Linden. 

Zdrowa,  uczciwa  kobieta  o  łagodnym  charakterze  i  dobrym 

sercu... czy taka istota w ogóle istnieje? Nie musi być piękna, jednak 

powinna  być  sympatyczna  i  miła.  Koniecznie  musi  być  inteligentna. 

Nie  musi  tryskać  dowcipem,  nie  zależy  mu  na  tym.  Ale  musi  mieć 

ładne  ręce,  zdrowe  zęby  i  dobre  oczy.  Tak  Armin  wyobrażał  sobie 

swoją przyszłą żonę. Powinna tak wyglądać i mieć taki charakter. Był 

wielkim  estetą  i  nie  mógłby  znieść  obok  siebie  kobiety,  która 

drażniłaby go bądź zewnętrznym wyglądem, bądź sposobem bycia. 

 

Minęły  dwa  miesiące  od  śmierci  Fryderyka  von  Leyden.  Armin 

pozałatwiał  wszystkie  sprawy,  zlikwidował  mieszkanie,  spakował 

walizy  i  nazajutrz  rano  zamierzał  wyjechać  do  małego  miasta  w 

pobliżu  Burgwerben,  gdzie  oczekiwał  go  Beckmann.  Razem  mieli 

udać się do zamku. 

Ten  wieczór  poświęcił  na  pożegnanie  z  przyjacielem.  Zgodnie  z 

umową Hans przyszedł po niego. Wyszli razem. Był piękny, majowy 

wieczór,  wiał  lekki  wietrzyk  i  nawet  na  głównej  ulicy  berlińskiej 

można  było  odczuć  nadchodzące  lato.  Kobiety  zakładały  już 

eleganckie jasne kostiumy. W parku Tiergarten zieleniły się krzewy i 

background image

drzewa,  pojawiały  się  pierwsze  kwiaty  na  licznych  klombach  i 

rabatach. 

Armin patrzył na to wszystko, jakby chciał na długo zachować w 

pamięci stolicę. A jednak cieszył się na wyjazd do Burgwerben. Musi 

tam być pięknie, kiedy wszystko kwitnie i dojrzewa. Kochał przyrodę. 

Teraz olbrzymią połać ziemi może nazwać swoją, na niej będzie siał, 

a  potem  czekał  na  żniwa.  Stale  myślał  o  matce.  Przed  domem  w 

któryś  mieszkali,  miała  mały  ogródek.  Pozwalała  mu  pomagać  sobie 

kiedy  siała  i  sadziła  kwiaty  oraz  warzywa.  Gdyby  teraz  mogła  być  z 

nim! Niestety, na tym padole nie ma jednak pełnego szczęścia. 

Szli  obok  siebie.  Milczeli.  Hans  z  żalem  rozstawał  się  z 

przyjacielem. Wieczór spędzili w „swojej" winiarni, ale pożegnali się 

wcześnie ponieważ Armin następnego dnia musiał wyjechać o świcie. 

Nazajutrz  Hans  odprowadzał  druha  na  dworzec.  Kiedy  zajechali 

przed budynek kolejowy, minęli otwarty powóz.  Armin spojrzał w tę 

stronę  i  drgnął.  Rippach  również  skierował  wzrok  na  mijający  ich 

pojazd, w którym siedziała dama ze złoto-czerwonymi włosami. Takie 

włosy miała tylko Aleksandra Wendhoven. 

Hans  położył  rękę  na  ramieniu  przyjaciela  i  z  troską  spojrzał  na 

jego twarz. 

—  Że  też  właśnie  ona  musiała  teraz  zjawić  się  tutaj!  —  rzekł 

rozgniewany. 

— Uspokój się, Hansie! Przecież szybko jej nie zobaczę! 

—  Bogu  dzięki!  To  łagodzi  mój  ból  rozstania  z  tobą!  Wyraz 

twojej twarzy trochę mnie przeraził! Widzę, że nadal cierpisz. 

background image

—  Nie,  nie  cierpię. Rana  się  zagoiła,  choć jeszcze  nie  wolno  jej 

dotykać. 

Dziesięć  minut  później  nadjechał  pociąg.  Jeszcze  jeden  uścisk 

dłoni, uśmiech i przyjaciele rozstali się na dłuższy czas. 

 

Ewa  Maria  Delius  siedziała  w  swoim  pokoju  i  patrzyła  przez 

okno na przyrodę w pełnym rozkwicie. Było cicho, na drodze między 

ogrodem a torami nic się nie poruszało. Natomiast z domu dochodził 

ostry  głos  macochy,  która  z  trzaskiem  zamknęła  drzwi  wchodząc  do 

pokoju.  

Dziewczyna drgnęła i speszona patrzyła na starzejącą się kobietę, 

nieco  otyłą,  ale  jeszcze  zdradzającą  ślady  dawnej  urody. 

Pretensjonalne  uczesanie,  makijaż  i  pasująca  raczej  do  podlotka 

suknia żałobna świadczyły o tym, że kobieta ta nie może  zapomnieć, 

iż minęły lata, kiedy była młoda i ładna. Chcąc ukryć swój prawdziwy 

wiek,  cudaczną  fryzurą  i  nieodpowiednimi  sukniami  robiła  z  siebie 

karykaturę. 

— Siedzisz tutaj z założonymi rękami, a ja muszę się użerać z tą 

dziewuchą!  —  krzyknęła.  —  Moje  nerwy  tego  już  nie  wytrzymują! 

Mój Boże, jaka jestem nieszczęśliwa! 

Opadła na kanapę i stękała. Ewa Maria wstała, odgarnęła z czoła 

kasztanowe włosy i spokojnie powiedziała: 

— Mamo, nie powinnaś się denerwować każdą drobnostką! 

Macocha zaśmiała się szyderczo. 

background image

— Chciałabym mieć twój olimpijski spokój! „Drobnostką" jest u 

nas niestety wszystko. Która wróżka przepowiedziała mi przy kołysce 

taki los! 

Pani Delius kochała takie zwroty. Wychowała się w domu, który 

był  o  wiele  skromniejszy  od  domku letniskowego  profesora,  a  żadna 

wróżka niczego nie mogła jej przepowiedzieć, ponieważ nie było tam 

kołyski.  Rodzice  nie  zajmowali  się  dzieckiem.  Mimo  to  wdowa 

wierzyła, że urodziła się po to, by mieć wspaniałe życie.  

Kiedy  profesor  Delius  poznał  biedną,  ładną  ekspedientkę  i  pojął 

ją  za  żonę,  uderzyła  jej  do  głowy  przysłowiowa  woda  sodowa. 

Wydawała  pieniądze  na  lewo  i  na  prawo,  a  zakochany  małżonek 

niczego jej nie odmawiał. Toalety pochłaniały ogromne sumy, musiała 

też  mieć  powóz  do  dyspozycji,  żeby  jeździć  na  spacery  i  dać  się 

podziwiać. Chciała, żeby jej wszyscy zazdrościli.  

Doprowadziła  męża  do  ruiny  i  szybko  zestarzała  się  w  ciągu 

ostatnich lat. Uważała to za wielką krzywdę. To, że cierpieli jej mąż i 

jej  pasierbica  nie  liczyło  się  w  ogóle,  należało  współczuć  wyłącznie 

jej  ciężkiemu  losowi.  Tak,  gdyby  była  młodsza,  mogłaby  jeszcze  raz 

wyjść bogato za mąż. A tak? Co jej zostało z tego życia? 

Ewa  Maria  dobrze  znała  te  wieczne  narzekania  na  okrutny  los  i 

wcale się nie wzruszała. 

— Mamo, musisz okazać Minie więcej cierpliwości. Dziewczyna 

ma dobre chęci, ale jest młoda i niedoświadczona. 

— O to właśnie chodzi. Spójrz, jak zasznurowała moje półbuciki! 

Najpierw zbyt mocno, a teraz spadają mi z nóg. 

background image

—  Pozwól,  że  ci  pomogę!  Przecież  już  nie  raz,  nie  dwa 

proponowałam, że chętnie będę ci pomagała przy toalecie. 

Pani Delius potrząsnęła głową: 

— Nie. Nie chce, by mnie obgadywali, że pasierbica usługuje mi 

jak płatna pokojówka! 

W  rzeczywistości  chętnie  zgodziłaby  się  na  pomoc,  ale  nie 

chciała,  żeby  pasierbica  wiedziała  o  wszystkich  jej  tajemniczych 

zabiegach upiększających. 

Ewa Maria wstawała, gdy macocha zapytała: 

— Dokąd się wybierasz? 

— Pójdę do lasu, jest tam tak pięknie! 

—  Oczywiście!  Idziesz  sobie  na  spacer  i  zostawiasz  mnie  samą 

ze wszystkimi zmartwieniami! 

Dziewczyna odpowiedziała spokojnie: 

—  Musimy  zaczekać  do  przyjazdu  nowego  pana  na  zamku.  Ma 

przybyć dzisiaj albo jutro. Panowie Beckmann i Scheveking obiecali, 

że zaraz porozmawiają z nim o kupnie naszego domu. 

—  To  jeszcze  jedna  kropla  w  moim  kielichu  goryczy.  Muszę 

rozmawiać z tymi gburami! 

—  Prosiłam  cię,  żebyś  tego  nie  robiła.  Rozmawiałam  z 

inspektorem.  Wcale  nie  jest  taki  zły,  na  jakiego  wygląda.  Przecież 

okazał nam niejedną uprzejmość, a ojciec bardzo go cenił. 

— Twój ojciec, twój ojciec!  W każdym człowieku widział tylko 

zalety  i  dlatego  wszyscy  wykorzystywali  go,  aż  wszystko  stracił,  a 

background image

teraz  cierpimy  z  tego  powodu.  Co  ja  miałam  z  tym  upartym  i 

łatwowiernym człowiekiem! 

Ewa Maria zbladła i odpowiedziała zdecydowanym głosem: 

—  Nie  powinnaś  tak  mówić  o  moim  ojcu!  Nie  mogę  tego 

słuchać!  Był  prawym  człowiekiem,  dlatego  wierzył  wszystkim 

ludziom. Z tego powodu nie wolno go szkalować! 

—  Nie  możesz  jednak  zaprzeczyć,  że  zostawił  nas  w 

beznadziejnej  sytuacji.  Za  sprzedane  książki  dostałam  dwa  tysiące 

marek.  Musi  nam  to  wystarczyć  na  życie  do  dnia,  kiedy  sprzedamy 

dom.  A  potem  też  nie  będzie  lepiej.  Jeżeli  dostaniemy  za  dom 

trzydzieści  pięć  tysięcy,  to  odsetki  od  kapitału  nie  starczą  nawet  dla 

jednej osoby, nie mówiąc o dwóch! 

— Dla jednej osoby wystarczą! 

Pani Delius bacznie spojrzała na pasierbicę: 

— Co chcesz przez to powiedzieć? 

—  Odsetki  zostawię  tobie,  ponieważ  po  sprzedaży  domu 

zamierzam  poszukać  posady  wychowawczyni  lub  opiekunki  starszej 

osoby.  Coś  na  pewno  znajdę.  Chcę  pracować  i  zarabiać  na  własne 

utrzymanie. 

— Bardzo mądra myśl. Chciałam ci to zaproponować, ale wiem, 

że wzięłabyś taką radę za bezduszność z mojej strony. Oczywiście to 

jest jedyna możliwość zapewnienia nam godnego życia. Jesteś młoda i 

ładna,  kto  wie  może  spotka  cię  wielkie  szczęście?  Gdybym  była 

młoda, postąpiłabym tak samo. Ale co mogę począć ja: stara, złamana 

życiem kobieta? Kiedy przyszedł ci do głowy ten pomysł? 

background image

—  Już  dawno,  ale  zrealizuję  go,  kiedy  tutaj  wszystko  zostanie 

załatwione. 

—  Trzeba  było  tak  od  razu  mówić.  Zaoszczędziłabyś  mi  wielu 

niepotrzebnych zmartwień. 

— Czekałam, aż  wszystko się  wyjaśni. Będziesz mogła  wynająć 

małe mieszkanie w mieście i tam spokojnie żyć. 

— Tak, tak, będę jednak musiała oszczędzać na wypadek, gdybyś 

zachorowała  lub  straciła  posadę!  Będę  przecież  zmuszona  zająć  się 

tobą. 

—  Mam  nadzieję,  że  nic  podobnego  się  nie  stanie.  W  każdym 

razie  będę  bardzo  oszczędzać,  żeby  nawet  w  razie  potrzeby  nie  być 

dla ciebie ciężarem. 

— No, muszę przyznać, że jesteś roztropną dziewczyną. 

Były  to  jedyne  słowa  uznania,  jakie  Ewa  Maria  usłyszała  z  ust 

macochy  za  to,  co  zdecydowała  dla  niej  poświęcić.  Dziewczyna  nie 

oczekiwała podziękowań. Pragnęła sprzedać dom i na zawsze zerwać 

stosunki z macochą. Nigdy nie mogła się zdobyć na odrobinę uczucia 

dla  tej kobiety,  od  pierwszej  chwili,  gdy  ją  ujrzała  jeszcze  jako  mała 

dziewczynka.  

Kiedy  dorosła  i  zmądrzała,  czuła  do  macochy  odrazę.  Tylko  z 

miłości do ojca nie okazywała swoich uczuć. Ewa Maria była  wobec 

wszystkich  ludzi  serdeczna  i  miła,  ale  dla  macochy  nie  mogła  się 

zdobyć na zrozumienie, wybaczenie, nie mówiąc o przyjaźni. 

— Czy mogę wyjść na spacer do lasu? Wrócę za godzinę. 

background image

—  Oczywiście,  moje  dziecko!  Przecież  muszę  się  zacząć 

przyzwyczajać, że będę sama. 

— Do zobaczenia! 

— Żegnaj, Ewo Mario! 

Dziewczyna  szybko  poszła  na  pierwsze  piętro.  Na  parterze  był 

pokój bawialny, mały salon i gabinet, w którym profesor pracował. W 

tyle  domu  umieszczono  kuchnię  i  spiżarnię.  Na  pierwszym  piętrze 

znajdowały  się  sypialnie,  łazienka  i  mały  pokoik,  gdzie 

przechowywano niepotrzebne meble i inne przedmioty. 

Kiedy  Ewa  Maria  ubierała  się  do  wyjścia,  pani  Delius  wstała  z 

kanapy, poprawiła przed lustrem loczki na czole i poszła do bawialni. 

Tam  małym  kluczykiem,  który  zawsze  nosiła  przy  sobie,  otworzyła 

szafkę  i  wyjęła  z  niej  pudełko  czekoladek  z  rumem.  Przepadała  za 

słodyczami  i  stale  trzymała  w  domu  ich  zapas.  Usiadła  w  fotelu  i 

zaczęła jeść. 

 

Kiedy  Ewa  Maria  szła  przez  ogród,  usłyszała  turkot 

nadjeżdżającej  bryczki.  Podeszła  do  płotu...  nagle  z  przerażenia 

uniosła ręce i szeroko otwartymi oczami patrzyła na parę spłoszonych 

koni. Woźnica najwidoczniej stracił panowanie nad zwierzętami. 

Zobaczyła  nadjeżdżający  pociąg.  Wprawdzie  dróżnik  opuścił 

rogatki, ale i on widział pędzące konie. Ze zgrozą czekał na katastrofę. 

Rozpędzone  konie  nie  miały  już  czasu,  żeby  się  zatrzymać  i  groziło 

niechybne zderzenie z lokomotywą. 

background image

Nagle  Ewa  Maria  ujrzała,  że  z  tyłu  bryczki  wstał  wysoki 

mężczyzna.  Wyszarpnął  lejce  z  rąk  woźnicy  i  usiłował  zatrzymać 

pojazd. Jeden z koni upadł na kolana, bryczka nachyliła się i uderzyła 

o przydrożne drzewo. Ze środka jak z katapulty wyrzuciło człowieka. 

W  tym  momencie  obok  szlabanu  przejechał  pociąg.  Podróżni 

przez  okna  obserwowali  wypadek.  Z  przewróconej  bryczki  wydostał 

się  blady,  starszy  mężczyzna  —  Beckmann.  Woźnica  przerażony 

wygramolił  się  spod  bryczki.  Był  w  szoku.  Mamrocząc  coś 

niezrozumiale podbiegł do koni. 

Ewa  Maria  pognała  na  miejsce  wypadku  i  nachyliła  się  nad 

nieprzytomnym,  wyrzuconym  z  bryczki  mężczyzną.  Dopiero  po 

chwili zauważyła notariusza i zawołała zdziwiona: 

— To pan, panie Beckmann? A więc ten nieszczęśnik to pan von 

Leyden. 

— Tak, panno Delius! Mój Boże, chyba się nie zabił! 

Ewa Maria przyłożyła ucho do piersi nieprzytomnego i zawołała: 

— Bogu dzięki, oddycha! 

Z  domu  wybiegły  pani  Delius  i  służąca,  do  której  Ewa  Maria 

krzyknęła: 

— Szybko, miednicę z wodą i ręcznik! 

Dziewczyna  ostrożnie  badała  głowę  Armina.  Chyba  wszystko  w 

porządku.  Natomiast  lewa  noga  leżała  wygięta  pod  dziwnym  kątem. 

Kiedy Ewa Maria próbowała ją ruszyć, ranny jęknął i otworzył oczy. 

— Obawiam się, że noga jest złamana. Panie notariuszu, proszę, 

żeby  pan  i  woźnica  pomogli  mi  przenieść  pana  von  Leyden  do 

background image

naszego  domu.  Ukończyłam  kurs  pierwszej  pomocy  i  mam  nadzieję, 

że będę mogła jej udzielić, zanim noga spuchnie. W takim stanie pana 

von Leyden nie można przewieźć do zamku. 

Notariusz  zawołał  woźnicę.  Ewa  Maria  nachyliła  się  nad 

Arminem i zapytała współczującym głosem: 

— Czy pana coś boli? 

Próbował  się  wyprostować,  ale  syknął  tylko  z  bólu  i  zacisnął 

zęby. 

— Moja noga, co się stało z moją nogą? — jęknął. 

—  Wypadając  z  bryczki  skaleczył  pan  nogę.  Czy  poza  tym 

jeszcze gdzieś czuje pan ból? 

— Nie, tylko lewa noga bardzo mnie boli. Chyba jest złamana. 

Notariusz i  woźnica  zamierzali  podnieść  rannego  ale  Ewa  Maria 

zawołała: 

— Proszę zaczekać! 

Pobiegła  do  domu  i  po  chwili  wróciła  z  łubkami,  bandażem  i 

nożycami. 

—  Trzeba  usztywnić  nogę,  zanim  ruszymy  rannego.  Muszę 

założyć prowizoryczny opatrunek.  Jeżeli ruszymy rannego,  złamana 

kość może się przemieścić, a to spowoduje silniejsze bóle. 

Notariusz  posłuchał  i  skinął  głową  na  znak,  że  się  zgadza.  Ewa 

Maria  zręcznie  rozcięła  spodnie  i  zdjęła  but.  Zbadała  nogę  i  kiedy 

upewniła  się,  że  jest  złamana,  poprosiła  macochę,  by  na  kanapie  w 

bawialni przygotowała poduszki i koce. 

background image

—  Trzeba  zaraz  sprowadzić  lekarza  —  poleciła  do  woźnicy. 

Jeden koń uszedł z wypadku bez szwanku, może pan na nim pojechać 

do  miasta.  Ale  najpierw  pomoże  pan  zanieść  rannego  do  naszego 

domu. Za chwilę będzie można. 

Ostrożnie  położyła  złamaną  nogę  na  deseczce,  obandażowała,  a 

potem  we  trójkę  umieścili  Armina  na  kanapie.  Był  blady  i  jęczał. 

Dziewczyna  położyła  na  złamanej  nodze  zimny  okład.  Po  chwili 

podała pechowcowi szklankę. 

— Proszę wypić to lekarstwo. Złagodzi ból. 

Biorąc szklankę spojrzał na nią: 

— Pani jest bardzo dobra, serdecznie dziękuję! 

 

Zarumieniła się i odpowiedziała: 

— Panie von Leyden, nie musi pan dziękować! 

—  Czy  mógłbym  poznać  imię  i  nazwisko  mojej  miłosiernej 

wybawczyni? 

Notariusz  przedstawił  Ewę  Marię  i  jej  macochę,  która  z 

przesadną  uprzejmością  i  kokieterią  wyrażała  współczucie  nowemu 

panu na zamku. Chciała od razu wkupić się w jego  łaski. Ewa Maria 

speszona  zauważyła,  że  von  Leyden  ze  zdumieniem  patrzy  raz  na 

macochę, raz na nią. Najwidoczniej zadawał sobie pytanie, jak to jest 

możliwe, że taka kobieta może mieć taką córkę?  

Przerwała potok słów macochy: 

—  Proszę,  przestań  rozmawiać  z  panem  von  Leyden!  Cierpi  i 

musi mieć spokój. 

Obrażona pani Delius wycofała się w głąb pokoju. 

background image

Notariusz  stał  przy  oknie.  Patrzył  na  połamany  dyszel  bryczki  i 

na  konia,  który  już  podniósł  się  i  spokojnie  stał  przywiązany  do 

drzewa. 

Ewa  Maria  patrzyła  na  szlachetną,  męską  twarz  rannego.  Leżał 

blady, z zamkniętymi oczami. Bardzo jej się podobał. Kiedy notariusz 

odwrócił się od okna i podszedł do kanapy, Armin rzekł: 

—  Drogi  panie  notariuszu!  To  niedobry  początek.  Gdybym  był 

zabobonny,  myślałbym,  że  to  zły  omen.  Ale  moja  matka  mawiała: 

„Niezbadane są wyroki boskie, który zawsze życzy nam jak najlepiej” 

—  Powinien  pan  w  to  wierzyć,  panie  von  Leyden!  „Opatrzność 

prowadzi nas często krętymi drogami!”  

Armin  z  wdzięcznością  patrzył  na  Ewę  Marię,  która  zmieniała 

zimny okład na złamanej nodze. 

—  Zapomniał  pan  o  najważniejszym  szczęśliwym  szczególe: 

gdyby  nie  udało  się  zatrzymać  koni,  doszłoby  do  tragedii. 

Zginęlibyśmy  wszyscy.  Na  szczęście  jestem  jedyną  ofiarą  tego 

wypadku,  będę  z  godnością  znosił  skutki.  Mam  jednak  wyrzuty 

sumienia, że spowodowałem zamieszanie w pani domu. 

Ewa Maria z powagą spojrzała na rannego: 

— 

Okazanie 

pomocy 

człowiekowi 

potrzebie 

jest 

chrześcijańskim obowiązkiem. Nie sprawia nam pan żadnego kłopotu. 

Ale  teraz  proszę  już  nic  nie  mówić  i  spokojnie  leżeć.  Wkrótce 

przybędzie  lekarz.  Dopóki  nie  wiemy,  czy  nie  ma  wewnętrznych 

obrażeń, należy zachować ostrożność. 

background image

Dziewczyna  niecierpliwie  czekała  na  lekarza.  Po  godzinie 

zobaczyła  jego  powóz.  Doktor  Schmalfeld  od  lat  leczył  profesora  i 

jego  rodzinę.  Woźnica  zdążył  opowiedzieć,  co  się  wydarzyło,  więc 

zabrał ze sobą potrzebne lekarstwa i instrumenty. 

Po dokładnym zbadaniu rannego uśmiechnął się mówiąc: 

— Świetnie się pani spisała, drogie dziecko! Właściwie niewiele 

zostało  do  zrobienia,  ale  może  mi  pani  jeszcze  pomóc  nastawić 

złamaną kość! 

— Chętnie, panie doktorze! 

—  Panie  von  Leyden,  musi  pan  podziękować  pannie  Delius  za 

szybką i fachową pomoc. Zaoszczędziła panu wielu cierpień. 

— Jestem bardzo zobowiązany. Zawsze będę pani dłużnikiem. 

Ewa Maria pomagając lekarzowi potrząsnęła głową: 

—  Cieszę  się,  że  nie  ma  większych  komplikacji.  Noga  powinna 

szybko odzyskać sprawność. Całe szczęście, że nie spotkało pana coś 

gorszego. 

— A więc mogę wracać do zamku, panie doktorze? 

—  To  za  daleko,  nie  jestem  pewien,  czy  nie  doznał  pan 

przypadkiem  wstrząsu  mózgu,  upadek  był  silny.  Musimy  więc  być 

ostrożni, powinien pan spokojnie poleżeć tutaj kilka dni. Panie z całą 

pewnością odstąpią pokój do dnia, kiedy będzie można przenieść pana 

do  zamku.  Jeszcze  dzisiaj  przyślę  pielęgniarkę,  żeby  nie  obarczać 

gospodyń  opieką  nad  chorym.  Na  razie  zajmie  się  panem  nasza 

samarytanka, panna Delius, czyż nie? 

— Chętnie! — odpowiedziała Ewa Maria. 

background image

—  Wiedziałem,  że  pani  tak  powie.  A  więc,  drogi  panie  von 

Leyden, proszę spokojnie leżeć i myśleć o niebieskich migdałkach! 

Notariusz  udał  się  do  zamku,  żeby  zawiadomić  Schevekinga 

dziedzic na razie nie może tam przybyć.  

 

Armin  von  Leyden  leżał  ze  złamaną  nogą  w  domu  letniskowym 

profesora  Deliusa.  Minęło  osiem  dni  od  wypadku.  Bóle  ustały  i  czuł 

dobrze.  Męczyła  go  nuda.  Pielęgniarka,  którą  doktor  przysłał  tego 

samego  wieczoru,  była  starszą,  cichą,  wyglądającą  zawsze  na 

zmęczoną,  kobietą.  Wypełniała  swoje  obowiązki  bardzo  sumiennie, 

lecz nie nadawała się do rozmów. 

Pani  Delius  codziennie  kilka  razy  przychodziła  do  pokoju  i 

starała  się  rozweselać  Armina  skrzeczącym  głosem  i  piskliwym 

śmiechem. Ta dama i jej sposób bycia irytowały młodzieńca i zawsze 

starał się możliwie szybko jej pozbyć. 

Ewy  Marii  nie  widział  od  wieczoru,  kiedy  swoje  obowiązki 

przekazała pielęgniarce. Jednak stale o niej myślał. Podobała mu się ta 

cicha, miła dziewczyna, tak energiczna, kiedy wydarzył się wypadek. 

Imponowała mu! Była inna niż kobiety, które znał. Nie była klasyczną 

pięknością, niemniej miała dużo wdzięku. 

Był  słoneczny,  letni  dzień.  Na  życzenie  chorego  pielęgniarka 

przysunęła kanapę do szeroko otwartego okna. Armin wdychał świeże 

powietrze  i  patrzył  na  porośnięte  gęstym  lasem  góry.  Jego  uwagę 

przykuł szmer w ogrodzie. Wyjrzał przez okno i zobaczył Ewę Marię 

oglądającą krzewy róż. Na głowie miała szeroki, słomkowy kapelusz. 

background image

Obcinała  nożycami  suche  gałązki  i  przekwitłe  kwiaty.  Z 

przyjemnością 

obserwował 

jej 

zgrabną 

sylwetkę. 

Siedział 

nieruchomo, nie chciał, żeby go zauważyła. 

Niestety, do ogrodu przyszła pani Delius, wydała jakieś polecenie 

i  obie  wróciły  do  domu.  Wdowa  zawsze  wzbudzała  w  Arminie 

nieprzyjemne  uczucie.  Czy  to  jest  możliwe,  żeby  matka  i  córka 

różniły się od siebie aż tak bardzo? 

Mając  pod  dostatkiem  czasu  Armin  często  zastanawiał  się  nad 

warunkiem,  który  zobowiązał  się  wypełnić,  obejmując  schedę. 

Codziennie  myślał  o  Ewie  Marii  —  odpowiadała  wszystkim 

wymaganiom,  jakie  postawił  swojej  przyszłej  żonie.  Ale  jej  matka? 

Nie, nie mógłby z nią mieszkać i wysłuchiwać tych wszystkich bzdur. 

Lepiej  zrezygnować  z  dziewczyny!  Ale  szkoda,  naprawdę  szkoda. 

Gdyby tylko nie było tej mamy Delius! 

Po południu przyszedł notariusz, żeby zapytać o zdrowie pacjenta 

i  mówić  bieżące  sprawy.  Powiadomił  Armina,  że  następnego  dnia 

odwiedzi  go  inspektor  Scheveking.  Czekał  z  wizytą,  dopóki  jego 

nowy  pracodawca  nie  poczuje  się  lepiej.  Nie  chciał  wcześniej 

przeszkadzać. 

— Niech przyjdzie, cieszę się, kiedy mogę z kimś porozmawiać. 

Inspektor nie będzie mi przeszkadzał! 

—  Dobrze,  przekażę  mu  pańskie  życzenie!  —  Mówiąc  to 

notariusz  przecierał  nerwowo  okulary.  Widać  było,  że  chce  jeszcze 

coś powiedzieć. 

Po chwili dodał:  

background image

—  Jest  jeszcze  jedna  sprawa,  panie  von  Leyden,  chodzi  o  panie 

Delius, które pana goszczą. 

Armin z zaciekawieniem spojrzał na notariusza. 

— Proszę mówić. 

Beckmann  opowiedział  o  trudnych  warunkach,  w  których  obie 

kobiety żyły i o zamiarze nieżyjącego profesora — sprzedaży domu z 

ogrodem.  Choroba  i  śmierć  przeszkodziły  w  wykonaniu  tego  planu. 

Czy  pan  von  Leyden  zechciałby  nabyć  tę  małą  posiadłość  za  cenę 

trzydziestu pięciu tysięcy marek? Zwłaszcza pannie Ewie Marii zależy 

na  sprzedaży  domu,  ponieważ  chce  pieniądze  oddać  macosze  i 

poszukać  sobie  odpowiedniej  posady.  W  dodatku  pan  Fryderyk  von 

Leyden obiecał, że kupi tę małą posiadłość. 

Armin  słuchał  z  uwagą.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz 

zadowolenia:  

— A więc pani Delius jest więc tylko macochą Ewy Marii? 

— Wiem od inspektora, że nie łączy pań żadne głębsze uczucie. 

Pan Scheveking twierdzi, że pani Delius nie tylko roztrwoniła majątek 

męża,  przyczyniła  się  do  jego  choroby  i  śmierci.  Ewa  Maria  chce 

opuścić  macochę.  Nie  wiem,  czy  to  wszystko  odpowiada  prawdzie, 

Scheveking  nie  znosi  kobiet,  a  pani  Delius  wręcz  nienawidzi.  Sądzę 

jednak, że jest tak, jak mówi. Nietrudno to zresztą stwierdzić, patrząc 

na te dwie kobiety! 

Armin rzekł po chwili namysłu: 

—  Oczywiście,  kupię  dom  i  ogród  tak,  jak  obiecał  mój 

poprzednik.  Przecież  mam  pewne  zobowiązanie,  chcę  się 

background image

odwdzięczyć. Proszę niech pan powie, czy nie można podnieść ceny? 

Panie  mają dodatkowe  wydatki  z  powodu  mojej  obecności.  Nie  chcę 

być ich dłużnikiem! 

—  Oczywiście.    Można  zaoferować  większą  sumę.    Powiedzmy 

czterdzieści  tysięcy  marek.  One  będą  zachwycone  a  pan  zrewanżuje 

się za gościnę. 

—  Dobrze,  zgadzam  się  i  proszę  z  nimi  porozmawiać  o  mojej 

decyzji. 

— Zaraz to zrobię i sporządzę akt kupna. 

—  W  porządku!  Proszę  przy  okazji  powiedzieć,  że  panie  mogą 

mieszkać  w  tym  domu  tak  długo,  aż  znajdą  nowe  mieszkanie, 

zostawiam im dom do dyspozycji. 

Beckmann  ukłonił  się  i  wyszedł  obiecując,  że  wróci  zaraz  po 

zakończonej    rozmowie.    Armin  został  sam    i    zastanawiał  się  nad 

nowiną.  A  więc  Ewa  Maria  była  tylko  pasierbicą  pani  Delius!  To 

zmienia całą  sytuację!  Notariusz powiedział,  że  ta  młoda dama nie 

chce  nadal  mieszkać  z  macochą  i  chce  szukać  pracy!  Wygląda  to 

jeszcze  lepiej.  Nie  musiałby  mieszkać  z  tą  okropną  kobietą,  gdyby 

podjął  decyzję  poślubienia  Ewy  Marii!  Oczywiście  nie  wolno  się 

zbytnio  śpieszyć.  Musi  Ewę  Marię  bliżej  poznać  i  upewnić  się,  czy 

wybór jest trafny. Ma czas.  

Nie  brał  pod  uwagę  tego,  że  Ewa  Maria  mogłaby  odrzucić  jego 

oświadczyny.  Wręcz  przeciwnie,  był  przekonany,  że  chętnie  zostanie 

jego  żoną,  ponieważ  uwolni  ją  to  od  materialnych  trosk.  Przecież 

mogłaby  zostać  panią  na  zamku  Burgwerben!  Nie  przyszło  mu  na 

background image

myśl, że są kobiety, które wychodzą za mąż wyłącznie z miłości! Poza 

tym  wiedział,  że  jest  przystojny,  że  ma  ogromny  majątek... 

wykluczone. Nie będzie mogła się oprzeć pokusie! 

 

Panie przyjęły notariusza w salonie. 

— Przynoszę paniom dobrą wiadomość! 

— Czy pan rozmawiał z panem von Leyden w naszej sprawie? — 

zapytała Ewa Maria. 

—  Panie  notariuszu,  czy  on  kupi  nasz  dom?  —  krzyknęła 

podniecona pani Delius. 

Beckmann zwrócił się do Ewy Marii: 

—  Umowa  może  być  zaraz  sporządzona  i  to  na  bardzo 

korzystnych  warunkach.  Pan  von  Leyden  oferuje  cenę  wyższą  o  pięć 

tysięcy.  

Ewa Maria zbladła i zdecydowanym głosem odparła: 

— Nie przyjmiemy dodatkowych pięciu tysięcy marek. 

— Ależ, dziewczyno, czy ty zwariowałaś? Dlaczego nie możemy 

przyjąć wyższej sumy? 

—  Pan  von  Leyden  chce  nam  zapłacić  za  gościnność.  Nie 

jesteśmy  aż  tak  biedne,  żebyśmy  musiały  przystawać  na  coś 

podobnego. 

Notariusz próbował załagodzić spór. 

— Panno Ewo Mario! Pani źle zrozumiała dobre chęci pana von 

Leyden! 

background image

—  Proszę  pana!  Nie  przyjmę  wyższej  sumy  od  tej,  jaką 

wyznaczył  pan  i  inspektor  Scheveking.  Oceniliście  panowie  dom  i 

ogród uczciwie, a przecież z dnia na dzień wartość domu i ogrodu nie 

wzrosła  z  trzydziestu  pięciu  tysięcy  do  czterdziestu  tysięcy.  Z  tego 

wynika, że pan von Leyden chce nam podarować pięć tysięcy marek. 

Nie możemy ich przyjąć! 

—  Nie  zgadzam  się  z  tobą  Ewo  Mario!  W  tej  sprawie  mam  też 

coś  do  powiedzenia!  W  naszej  sytuacji  fałszywa  duma  jest  nie  na 

miejscu.  Nie  bądź  taką  wariatką!  Co  ja  mam  z  tą  dziewczyną!  Jest 

niepraktyczna jak jej ojciec. Panie notariuszu, proszę nie słuchać tych 

głupich  słów.  Ona  nie  wie,  co  mówi!  Pan  von  Leyden  wie,  co  robi! 

Jeżeli chce dać więcej, widocznie nie robi mu to żadnej różnicy! 

Beckmann  speszony  przecierał  okulary.  Milczał.  Ewa  Maria 

wstała, oparła się o stół i zdecydowanie oświadczyła: 

— W takim razie nie wyrażam zgody na sprzedaż domu. 

Pani Delius zaczęła lamentować. 

—  Mój  Boże!  Krzyż  pański  z  takimi  zwariowanymi  ludźmi! 

Człowiek  jest  w  kłopotach,  a  ta  dziewczyna  swoim  uporem  sprawia 

same  zmartwienia!  Panie  notariuszu,  proszę  jej  przemówić  do 

rozumu! Błagam pana! 

Ewa Maria rozgniewana zmarszczyła czoło. 

—  Proszę  cię,  nie  poniżaj  się  takimi  słowami!  Czy  ty  nie 

rozumiesz, że ta propozycja nas upokarza? 

—  Nie!  Zrozumiałam  tylko  to,  że  chcesz  mnie  pozbawić  pięciu 

tysięcy marek. Tobie na tym nie zależy, bo to dotyczy tylko mnie. A 

background image

ja nie dam się skrzywdzić. Dom musi zostać sprzedany. Nie mamy  z 

czego żyć. 

Dziewczyna rzekła lodowatym tonem: 

— Dobrze! Możesz postąpić jak chcesz. Jeżeli jednak przyjmiesz 

dodatkowe  pięć  tysięcy,  wtedy  żądam  połowy  sumy  za  sprzedany 

dom, ale jeżeli zrezygnujesz, to cała kwota będzie należała do ciebie! 

Podała rękę notariuszowi i skierowała się ku drzwiom. 

— Stój! Ewo Mario, zgadzam się na twoją propozycję. Och, mój 

Boże,  co  ja  mam  z  tą  upartą  dziewczyną!  Panie  notariuszu!  Słyszał 

pan? Rezygnujemy z pięciu tysięcy marek! 

Beckmann ukłonił się i rzekł: 

— Panno Delius, pan von Leyden będzie niepocieszony słysząc, 

że pani czuje się dotknięta jego ofertą. Miał jak najlepsze zamiary!  Z 

całą pewnością nie chciał pani sprawić przykrości. 

Ewa Maria uspokoiła się i odpowiedziała uprzejmie: 

—  Wierzę  panu!  Jesteśmy  wdzięczne  za  ofertę  i  wcale  nie 

czujemy  się  obrażone.  Proszę  mu  podziękować,  że  chce  kupić  nasz 

dom. A jeżeli czuje dług wdzięczności wobec nas, prosimy, żeby nam 

pozwolił zostać tutaj tak długo, aż macocha znajdzie mieszkanie, a ja 

pracę. 

—  Rozmawiałem  już  o  tym  z  panem  von  Leyden.  Dom  stoi  do 

dyspozycji pań tak długo, jak panie sobie życzą. 

—  Mam  nadzieję,  że  nie  będziemy  zbyt  długo  wykorzystywać 

uprzejmości pana von Leyden. 

— Pieniądze mogą być wypłacone już jutro. 

background image

— Czy zechciałby pan doradzić mojej macosze, jak ulokować ten 

mały kapitał? 

—  Ach  tak,  panie  notariuszu,  liczę  na  pana  pomoc  —  zawołała 

egzaltowanym tonem pani Delius. 

Ewa Maria poszła do swojego pokoju. Napisała kilka ogłoszeń ze 

swoją  ofertą  pracy  do  popularnych  gazet  i  zaniosła  listy  na  pocztę. 

Kiedy  wracała,  zobaczył  ją  przez  okno  Armin.  Zauważył,  że  była 

poważna i smuta. 

Beckmann  relacjonował  Arminowi  przebieg  rozmowy,  młody 

Leyden  mocno  zaczerwienił  się.  Zadawał  sobie  pytanie,  czy  postąpił 

słusznie.  Tak.  Po  zastanowieniu  się  doszedł  do  wniosku,  że  było  to 

bardzo  nietaktownie.  Jego  szacunek  do  Ewy  Marii  wzrósł.  Gorąco 

pragnął ją przeprosić i czekał na okazję, 

Po  południu  odwiedziła  go  pani  Delicius  i  wylewnie  zaczęła 

dziękować  za  jego  dobroć.  Zniecierpliwiony  przerwał  potok  jej  słów 

prosząc,  żeby  w  jego  imieniu  przeprosiła  córkę  za  przykrość,  którą 

niechcąco wyrządził. 

Pani  Delius  me  odważyła  się  robić  Ewie  Marii  wymówek. 

Zauważyła, że von Leyden interesuje się młodą dziewczyną. Słyszała 

też o „kłopotliwej schedzie" i wiedziała, że jeszcze nie jest zaręczony. 

Nagle  pomyślała,  że  Ewa  Maria  mogłaby  zostać  panią  na  zamku 

Burgwerben.  Ale  jak?  Była  uparta  i  wyniosła,  nie  słuchała  dobrych 

rad. A może los sprawi, że to się uda? Trzeba spróbować. 

Wieczorem,  kiedy  siedziały  w  salonie,  zaczęła  wychwalać  von 

Leydena.  Wspomniała,  że  niedługo  chyba  znajdzie  sobie  żonę.  Ewa 

background image

Maria  nie  zwracała  uwagi  na  słowa  macochy.  Były  to  jednak  tylko 

pozory.  W  rzeczywistości  stale  o  nim  myślała,  ponieważ  bardzo  go 

polubiła.  Tym  bardziej czuła  się urażona,  że  chciał  jej dać  jałmużnę! 

Starała się go zrozumieć i usprawiedliwić. 

Następnego  dnia  zjawił  się  inspektor  Scheveking.  Uprzejmie 

przywitał  się  z  Ewą  Marią,  ale  kiedy  zobaczył  zbliżającą  się  panią 

Delius,  zrobił  srogą  minę,  mruknął  „dzień dobry"  i  zapukał do  drzwi 

pokoju, w którym leżał Armin. 

Ten  z  zaciekawieniem  oczekiwał  wizyty  inspektora.  Badawczo 

spojrzał  na  starego  pana.  Scheveking  był  mężczyzną  wysokim, 

tęgawym,  z  wyrazistą,  srogą  twarzą  pooraną  zmarszczkami.  Gęste, 

szpakowate  włosy  były  krótko  ostrzyżone,  a  spod  wysokiego  czoła 

głęboko  osadzone,  jasne  oczy  łagodnie  patrzyły  na  świat.  Ten  na 

pozór  szorstki  człowiek  miał  gołębie  serce.  Od  razu  poczuł  sympatię 

do nowego dziedzica. 

—  Inspektorze,  proszę  siadać,  a  pani,  siostro  Anno  może 

skorzystać z tego, że mam opiekę, i pójść na spacer. 

Podczas  gdy  siostra  ubierała  się  do  wyjścia,  inspektor  rozglądał 

się po pokoju. Kiedy zostali sami, rzekł: 

—  Proszę  pana,  wiem,  że  powinienem  wygłosić  piękną  mowę. 

Bardzo  żałuję,  iż  doszło  do  wypadku,  ale  ja  nie  umiem  tego  zrobić. 

Oczywiście,  bardzo  mi  przykro,  że  leży  pan  tutaj  ze  złamaną  nogą  i 

chcę  tylko  wyrazić  radość,  iż  nie  stało  się  nic  gorszego.  A  teraz 

słucham, co pan rozkaże! 

Armin uśmiechnął się życzliwie. 

background image

—  Nie,  rozkazów  nie  mam.  Panie  inspektorze,  zna  pan  majątek, 

lepiej niż ja. Daję panu wolną rękę pod każdym względem. 

—  Hm,  no  tak,  to  są  przyjemne  słowa.  Ale  nie  wygląda  pan  na 

przezornego i ostrożnego dziedzica! 

— Z czego pan to wnioskuje? 

— Ze sposobu, w jaki pan lekkomyślnie obdarza mnie zaufaniem. 

Słowa inspektora brzmiały poważnie. Armina bawił sposób bycia 

starego pana. 

— Drogi panie inspektorze, nie jestem taki lekkomyślny, jak pan 

sądzi. Po pierwsze, czy w mojej sytuacji mogę zrobić coś innego, niż 

dać panu wolną rękę? A po drugie, znam pański charakter. 

Scheveking badawczo spojrzał na swojego pana. 

— Tak? Od kogo pan słyszał o moim charakterze? 

— Znam się na ludziach. Pańskie oczy wiele zdradzają. Wiem, że 

jest pan uczciwym człowiekiem. 

— Hm! No tak! Czasem pozory mylą. 

—  Ale  mam  też  poręczyciela!  Zmarły  dziedzic  zostawił  list,  w 

którym  napisał  o  panu  wiele  dobrych  słów,  podkreślając  pańską 

uczciwość i oddanie. 

—  O,  to  co  innego!  Słowom  pana  Fryderyka  von  Leyden  może 

pan  spokojnie  wierzyć.  Mój  stary  pan  znał  się  na  ludziach.  Jeżeli 

wystawił mi dobrą opinię, sądzę, że na nią zasłużyłem. 

— Czy pan jest w Burgwerben od wielu lat? 

— Tak, przeszło dwadzieścia! 

background image

—  Czy  zechce  pan być  moim  nauczycielem?  Panie inspektorze? 

Pan  przecież  wie,  że  znam  się  na  rolnictwie  bardzo  mało.  Muszę  się 

wiele nauczyć. 

—  Wiem,  wiem,  nie  będę  szczędził  sił,  żeby  z  pana  zrobić 

wzorowego rolnika. Praktyka jest ważniejsza od teorii. Powiem panu; 

dopiero  kiedy  pozna  pan  majątek,  pokocha  pan  Burgwerben.  Jest  to 

wspaniała  posiadłość.  Zamek  i  lasy  były  jedyną  radością  mojego 

zmarłego pana. Niech pan Bóg broni, żeby pan roztrwonił schedę! 

— Nie mam takiego zamiaru. Cieszę się, że będę mógł pracować, 

by majątek dalej rozkwitał. 

—  To  dobrze,  bardzo  dobrze,  chęć  do  pracy  to  już  połowa 

sukcesu.  Cieszę  się,  że  młody  pan  dziedzic  zamieszka  na  zamku. 

Zaczynam  odczuwać  ciężar  moich  lat,  ale  starczy  mi  jeszcze  sił  do 

czasu, aż pan będzie sobie mógł radzić beze mnie. 

— Mam nadzieję, że będziemy jeszcze długo razem pracować. 

— Daj Boże! Ale muszę pana uprzedzić: nigdy nic nie owijam w 

bawełnę i mówię prawdę prosto z mostu, zawsze to, co myślę, nigdy 

nie kłamię, chociaż w życiu różnie bywa. 

—  Tak  należy  postępować,  panie  inspektorze,  bardzo  mi  to 

odpowiada. Jeżeli będę popełniał głupstwa, proszę mnie przywołać do 

porządku. I to bardzo stanowczo i ostro! 

— A więc wszystko układa się tak, jak należy. Kiedy przyjedzie 

pan do zamku? 

background image

— Nie wiem! Kiedy lekarz pozwoli mi wstać. Muszę go słuchać, 

bo od komplikacji, boli mnie głowa. Bardzo mi przykro, że sprawiam 

kłopot paniom Delius. 

Scheveking spojrzał na drzwi i przyciszył głos: 

— Proszę się trzymać z daleka od tej starej. To istny diabeł! 

Armin zaśmiał się i zapytał: 

— Pan jest wrogiem kobiet? 

Inspektor zrobił pogardliwą minę. 

— Nie dbam o kobiety, nie mam o nich dobrej opinii. Mój pan i 

ja żyliśmy dobrze bez niewiast. 

— Czy pan nie był nigdy żonaty? 

Scheveking wyglądał wręcz na obrażonego. 

— Uchowaj Boże! A ta stara tutaj, w domu, to strach na wróble. 

Wszystko  jest  sztuczne:  włosy,  zęby,  rumieńce  na  policzkach,  a 

wszystko fałszywe. Na twarzy ma chyba funt pudru. Unikam spotkań 

z  tą  wiedźmą  i  obchodzę  ją  z  daleka!  To  ona  wpędziła  profesora  do 

grobu.  A  Ewa  Maria  musi  wszystko  to  znosić.  Biedne  dziecko!  Całe 

szczęście, że pan kupił ten dom i ogród. Mówił mi o tym Beckmann. 

Teraz  to  biedactwo  pozbędzie  się  macochy.  Zamierza  wyjechać  i 

szukać pracy. Złość mnie bierze na myśl, że dziewczyna postanowiła 

wszystkie pieniądze oddać macosze! 

Armin spojrzał na inspektora i zdziwiony rzekł 

—  Jak  widzę,  panna  Ewa  Maria  nie  jest  u  pana  w  niełasce,  jak 

wszystkie pozostałe kobiety. 

background image

Scheveking  przygładził  szpakowate  włosy  i  wzburzony 

odpowiedział: 

—  Powiem  panu,  panie  von  Leyden.  Moim  zdaniem  są  tylko 

dwie  kobiety  godne  nazwy  „człowieka".  Jedna  to  nasza  panna 

Wunderlich w zamku, rozsądna, energiczna osóbka, a druga to panna 

Delius.  Mimo  swoich  młodych  lat,  ma  chyba  dwadzieścia  jeden  lat, 

zasługuje na głęboki szacunek. Reszta kobiet dla mnie nie istnieje! 

— A co się stanie, kiedy do Burgwerben przybędzie młoda pani? 

Przecież pan zna warunek, który muszę spełnić w ciągu roku. 

— Hm, No tak! Słyszałem coś o tym! Wie pan, co ja myślę? 

— Słucham? 

—  Wydaje  mi  się,  że  stary  pan  nie  wiedział,  co  robi.  Chyba 

choroba uderzyła mu na mózg! Przecież to nie zgadza się z całym jego 

sposobem  bycia  i  życia.  Nie  znosił  kobiet  w  swoim  otoczeniu  od 

pierwszego dnia, kiedy go poznałem. A teraz zażądał od pana coś tak 

dziwacznego,  coś  się  tutaj  nie  zgadza!  Mimo  wszystko  warunek  to 

warunek. 

Scheveking podrapał się po głowie i rzekł ze zmartwioną miną: 

— Trudno! Nie ma na to rady! Musi pan wypić piwo, które pan 

sobie nawarzył. 

Obaj milczeli. Pierwszy odezwał się Armin: 

— Żebym tylko tak od ręki znalazł kobietę, która pasowałaby do 

starego, pięknego zamku! 

Scheveking westchnął. 

background image

—  Za  rok  zobaczy  pan  młodą  panienkę,  którą  pojmie  pan  za 

żonę. Będziemy ją musieli ścierpieć na zamku. 

Leyden uśmiechnął się i stwierdził: 

—  Hm!  Powiedział  pan,  że  są  jednak  dwa  wyjątki!  Panna 

Wunderlich,  która  jest  chyba  za  stara  dla  mnie,  i  tutaj,  w  domu,  ta 

młoda  dama.  Trudno  będzie  znaleźć  coś  odpowiedniego.  Kobiet  jest 

cała masa, ale nawet wszystkie razem nie są nic warte. 

Scheveking zaskoczony podniósł się z krzesła: 

— Rzeczywiście! Ewa Maria! To jest odpowiednia panna! Że też 

o niej nie pomyślałem! Ale nie, niestety, to niemożliwe! 

Rozpromieniona twarz inspektora spochmurniała. 

— Dlaczego nie? — zaśmiał się Armin. 

—  Panie  von  Leyden,  proszę  się  zastanowić.  Ta  stara,  ta  stara, 

panie!  Jeżeli  ona  zamieszka  w  zamku,  wyprowadzę  się.  I  to 

natychmiast!  Nie,  nie,  tego  nie  zdzierżę  ani  jednego  dnia!  A  mój 

zmarły pan? Przewróci się w grobie. 

— A  więc nic z tego nie będzie! —  Armin dalej uśmiechał się i 

rozbawiony patrzył na inspektora. 

Scheveking  chodził  w  zamyśleniu  po  pokoju.  Nagle  stanął  przy 

stole, wyprostował się i odezwał stanowczym głosem: 

— Jednak jest wyjście! Stara po prostu nie śmie zamieszkać tutaj. 

Ale  jeżeli  pan  jej jeszcze  dorzuci kilka  tysięcy,  z  chęcią  wyjedzie  do 

Berlina.. Tam spacerują po ulicach takie damulki. Oczywiście, proszę 

pana, to jest możliwe. Wywalimy stąd starą! 

background image

—  Czy  ona  się  zgodzi  i  czy  panna  Delius  wyrazi  zgodę,  kiedy 

każemy jej matce wyjechać? 

—  Jakiej  matce?  Panna  Ewa  Maria  będzie  szczęśliwa,  gdy 

pozbędzie  się  macochy.  Nie  może  jej  darować,  że  zamęczyła  pana 

profesora.  Będzie  musiała  chcieć;  pan  powinien  to  wszystko 

powiedzieć przy świadkach. 

Armin słuchał i zamyślony patrzył przez okno. Przez właśnie szła 

Ewa  Maria  z  poważną  twarzą  i  spuszczoną  głową.  Obaj  mężczyźni 

patrzyli na nią a potem spojrzeli na siebie. 

— Młoda, zdrowa i ładna, nie przewróci jej wicher, kiedy czasem 

dmuchnie! — rzekł inspektor sam do siebie. 

— Bardzo się tutaj nudzę, proszę mnie jeszcze odwiedzić. 

— Teraz jest wiele pracy w polu, ale na pewno przyjdę! Żegnam 

pana dziedzica! 

 

Następnego    dnia  poprosił    rano  pielęgniarkę    żeby    przysunęła 

fotel  do  okna.  Zobaczył  Ewę  Marię  podlewającą  krzaki  różane. 

Podobała mu się smukła postać dziewczyny.  Zwolnił pielęgniarkę do 

miasta  i  miała  wrócić  dopiero  w  porze  obiadowej.  Kiedy  wyszła  do 

ogrodu, Ewa Maria zapytała o zdrowie pacjenta.  

Siostra wskazała na okno i rzekła: 

—  Pan  von  Leyden  czuje  się  dobrze.  Pozwolił  mi  wyjść  do 

miasta. 

Po chwili dziewczyna ujrzała w oknie twarz Armina. 

— Pani już od samego rana pilnie pracuje! 

background image

—  Kwiaty  wymagają  pielęgnacji,  a  nasza  służąca  nie  ma  czasu. 

Jest bardzo zajęta. 

— To moja wina. Sprawiam paniom kłopot chorując tutaj. 

—  Och,  nie!  Pana  pobyt  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego!  Zresztą 

panem zajmuje się siostra Anna! 

—  Zakłóciłem  jednak  spokój  w  tym  miłym  domu.  Poza  tym 

zajmuję jeden pokój. 

— Ależ nie!  Latem przebywamy przeważnie w ogrodzie. Proszę 

się tym nie przejmować. 

— Odnoszę wrażenie, że jednak przeszkadzam i że pani bierze mi 

to za złe! 

Spojrzała poważnie i rzekła: 

— Jak mogłabym tak postąpić? Przecież pan nie ponosi winy za 

wypadek. 

—  Oczywiście  że  nie!  Jednak  nadaremnie  szukam  powodu,  dla 

którego od chwili udzielenia mi pierwszej pomocy — stale mnie pani 

unika —   często widzę panią w ogrodzie. Nigdy nie rozmawia pani ze 

mną, nawet nie powie „dzień dobry"! 

Ewa Maria zaśmiała się głośno. 

—  Nie  miałam  pojęcia,  że  pan  jest  tak  blisko  okna!  Nie 

widziałam pana. 

—  Chciałem  z  panią  porozmawiać.  Pani  nie  może  sobie 

wyobrazić, jak bardzo męczy mnie nuda! 

— Czy siostra Anna nie dotrzymuje panu towarzystwa? 

Ewa Maria uśmiechnęła się. 

background image

—  Nie  wolno  przeoczyć  żadnej  okazji,  by  zrobić  miłosierny 

uczynek! Kiedy pan będzie chciał porozmawiać, proszę mnie zawołać. 

Jestem przeważnie w ogrodzie. 

—  Stokrotne  dzięki!  Obawiam  się,  że  pani  wkrótce  pożałuje,  że 

wyraziła zgodę! 

— Mam nadzieję, że będzie pan skromny i nie będzie nadużywał 

mojego czasu! — żartowała wciąż Ewa Maria. 

— Tego nie mogę obiecać! 

— Czy często odwiedzała pani Burgwerben?  

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

— Nie! Myślę że tak długo, jak żył pana poprzednik, w ogóle nie 

bywały tam kobiety. 

— Czy pani znała Fryderyka von Leyden? 

—  Tak.  To  znaczy  spotykałam  go  czasami  na  spacerach.  Często 

mówił  mi  „dzień  dobry".  Jednak  nie  raz,  nie  dwa  przechodził  obok, 

jakby  mnie  zupełnie  nie  widział.  Wyglądał  wtedy  na  bardzo 

przygnębionego. 

— Czy pani się go bała? 

Spojrzała na Armina. 

— Bać się pana von Leyden? Nie! Było mi go bardzo żal. Wiem, 

że był nieszczęśliwy pomimo swojego bogactwa. 

— Skąd pani wie o tym? 

— Wyczułam to. Często wyglądał ponuro. Tylko nieszczęście lub 

przeżycia  czynią  człowieka  tak  zgorzkniałym.  Obgadywano  go, 

ponieważ nie znosił kobiet. Ludzie bywają tacy bezmyślni. Sądzę, że 

background image

jakaś  kobieta  musiała  go  bardzo  skrzywdzić.  Przecież  są  kobiety, 

które potrafią mężczyźnie zatruć całe życie. 

Wypowiedziała  pani  mądre  zdanie.  Skąd  takie  doświadczenie  w 

młodym wieku? 

Spojrzała  na  niego.  Chciała  odpowiedzieć,  ale  zarumieniła  się. 

Zmienił pośpiesznie temat. 

—  Wielkie  nieba!  Ta  dobra  pani  siedzi  przy  moim  łóżku, nawet 

jeżeli akurat nie potrzebuję jej pomocy. Nie przeszkadzam biedaczce, 

wiem, że to trudny zawód. Zrobi pani dobry uczynek, jeżeli zechce ze 

mną porozmawiać! 

Speszona dziewczyna zajęta się znów krzewami różanymi. 

— Róże są wspaniałe! 

— Tak, sadził je mój ojciec. Bardzo kochał kwiaty. Są dla mnie 

jakby jego legatem. 

— A jednak chce pani opuścić dom i ogród! 

Przestała obcinać krzewy i smutno spojrzała na Armina. 

— Chcę? O nie, nie chcę, ale muszę! 

—  Czy  pani  myśli,  że  praca  u  obcych  ludzi  jest  łatwa  i 

przyjemna? 

Westchnęła i potrząsając głową odpowiedziała: 

—  Z  pewnością  nie  jest  ani  łatwa,  ani  przyjemna.  Ale  skoro  los 

tak  zrządził,  przyjmę  wezwanie.  Czasami  nawet  jestem  zadowolona, 

że będę miała okazję wypróbować, co potrafię. 

— Jednak wcale pani nie jest zachwycona tą myślą? 

background image

— Nie! Proszę, zmieńmy temat. Z pewnością te sprawy pana nie 

interesują. 

— A może jednak? 

— Czy pan lubi kwiaty? — zapytała chcąc odwrócić jego uwagę. 

— Bardzo, zwłaszcza róże! — odpowiedział i zamilkł widząc, jak 

peszy ją ta rozmowa. Nie chciał jej męczyć. 

Ewa Maria ścięła kilka dorodnych róż. 

— Proszę, niech pan je weźmie. Będą pachniały w pokoju. Zaraz 

przyniosę wazon z wodą. 

Nie zdążył podziękować, poszła do domu. Zamyślony patrzył  za 

nią.  Z  całą pewnością  mógłbym  z  nią  spokojnie  żyć!  Wtem  pojawiła 

mu  się  przed  oczami  piękna  kobieta  ze  złotoczerwonymi  włosami  i 

kusząco  uśmiechała  się  do  niego.  Z  tęsknoty  za  Aleksandrą  poczuł 

szybkie  bicie  serca.  Nie  mógł  jej  zapomnieć,  nie  był  w  stanie 

przeboleć  jej  straty,  mimo,  że  go  zdradziła.  I  z  takim  uczuciem  w 

sercu miałby się ożenić z inną kobietę? 

Gdy Ewa Maria przyniosła wazon, ocknął się z zadumy. Układała 

kwiaty  w  wazonie  bez  słowa.  Armin  obserwował  dziewczynę:  miała 

napięty  wyraz  twarzy.  Nie  wiedział,  że  myślała  o  swojej  macosze. 

Patrzył na dziewczynę i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, 

że jest to kobieta, która powinna zostać jego żoną. 

Ona  nie  zdawała  sobie  sprawy  ze  swoich  uczuć  do  Armina. 

Wiedziała tylko, że tęskni za jego obecnością, że czeka, kiedy znowu 

porozmawiają. Wszystko, co mówił, miało szczególne znaczenie. 

background image

Scheveking  myśli,  że  Armin  niedługo  wyzdrowieje,  pojedzie  do 

zamku, wyruszy w świat. Wtedy wszystko minie. Na razie cieszyła się 

jego obecnością. 

—  Zamek  jest  pięknie  położony.  Widok  stamtąd  musi  być 

cudowny chyba jest pan bardzo zadowolony, że ten wspaniały majątek 

należy pana. 

—  Tak,  zwłaszcza  że  nie  wychowywałem  się  w  najlepszych 

warunkach.  Ta  scheda  spadła  na  mnie  zupełnie  nieoczekiwanie. 

Właściwie  zawdzięczam  ją  jednemu wybrykowi,  którego  dopuściłem 

się będąc chłopcem. 

Ewa Maria z zaciekawieniem spojrzała na Armina. 

—  Byłem  bardzo  nieuprzejmy  wobec  Fryderyka  von  Leyden, 

kiedy zobaczyłem po raz pierwszy i ostatni. 

— Ach   tak,   teraz  przypominam   sobie.   Scheveking pewnego 

razu  powiedział  do    mojego    ojca:    „Gdyby  ci    wszyscy  krewni 

wiedzieli,  że  nadaremnie  zabiegają  o  łaskę  mojego  pana,  szybko 

wycofaliby  się  i  nie  przyjeżdżali  do  zamku.  Mój  pan  już  wyznaczyć 

spadkobiercę,  który  jest  człowiekiem  honoru  i  dumy.  Powiedziałem 

mu, że bardzo mnie to cieszy, ponieważ z tymi lizusami nie chciałbym 

mieć nic wspólnego  i  natychmiast  opuściłbym zamek Burgwerben." 

Armin zaśmiał się, ponieważ znakomicie potrafił sobie wyobrazić 

inspektora mówiącego te słowa. 

— Czy pani jest zaprzyjaźniona z Schevekingiem? 

Ze śmiechem podniosła obie ręce. 

background image

—  Gdyby  inspektor  słyszał,  że  posądza  go  pan  o  przyjaźń  z 

kobietą!  Ale  on  wcale  nie  jest  taki  srogi,  jak  wygląda.  Nie  boję  się 

jego groźnej miny! 

— Nie ma powodu. Bardzo panią ceni. Mówił mi o tym! 

Ewa Maria zarumieniła się i odpowiedziała: 

— To jest powód do dumy. Pan inspektor chyba część sympatii, 

jaką darzył mojego ojca, przeniósł na mnie. 

—  Bardzo  możliwe.  W  każdym  razie  wyraża  się  o  pani  bardzo 

pochlebnie. 

Zanim  zdołała  odpowiedzieć,  zjawiła  się  macocha  wołając  Ewę 

Marię. 

— O, umilasz czas naszemu gościowi? Zostań, zostań, nie jesteś 

mi potrzebna. Skończyłaś podlewać kwiaty? Mina może ci pomoże? 

Leyden  zauważył,  że  twarz  Ewy  Marii  spoważniała,  kiedy 

zobaczyła macochę. 

—  To  jest  zbyteczne,  poradzę  sobie  sama!  —  odpowiedziała 

chłodno i poszła do ogrodu. 

Pani Delius została przy Arminie. 

—  Kochane  dziecko,  przyniosła  panu  kwiaty!    Może  pan  być 

zadowolony, panie von Leyden. Ewa Maria nikomu nie daje tych róż. 

Mimo, że ją proszę, nigdy nie przynosi kwiatów do mojego pokoju. 

Będąc  pod  oknem,  Ewa  Maria  usłyszała  słowa  macochy. 

Odezwała się głośno: 

—  Ty  jesteś  zdrowa  i  możesz  kwiaty  wąchać  w  ogrodzie,  a  pan 

von Leyden, jak widzisz, musi leżeć w łóżku. 

background image

— Moje dziecko, przecież to nie jest żaden zarzut! 

Pani  Delius  bez  przerwy  mówiła  do  Armina,  który  najchętniej 

wyprosiłby ją z pokoju. Oparł się o  poduszki i patrzył przez  okno na 

Ewę Marię krzątającą się wokół różanych krzaków. 

Od  tego  dnia  młodzi  często  rozmawiali.  Armin  codziennie 

wysyłał  pielęgniarkę  do  miasta.  Siedzieli  więc  naprzeciw  siebie  — 

Armin  na  łóżku,  Ewa  Maria  w  ogrodzie  na  krześle  i  dyskutowali  na 

różne tematy. Dziewczyna opowiadała o okolicy i o ludziach we wsi i 

w  miasteczku,  a  Armin  rewanżował  się  ciekawostkami  z  życia 

Berlina,  mówił  o  teatrze,  o  książkach.  Opowiadał  też  o  swoich 

rodzicach,  o  przyjacielu,  Hansie  von  Rippachu.  Ewa  Maria 

wspominała ojca, jego dobroć i przedwczesną śmierć. 

Codzienne pogawędki z nią stawały się częścią jego życia. Kiedy 

padał deszcz i Ewa Maria kręciła się gdzieś w mieszkaniu, stawał się 

niecierpliwy.  

Pani  Delius  starała  się  nie  przeszkadzać  młodym.  Bacznie 

obserwowała  Armina  i  zaczęła  budować  zamki  na  lodzie.  Jeżeli 

Leyden  ożeni  się  z  Ewą  Marią,  ona,  jako  jej  macocha,  też  będzie 

miała  korzyść.  Von  Leyden  był  bogaczem.  Musi  więc  zręcznie 

postępować, żeby jej wypłacał wysoką rentę.  

Wcale  nie  zamierzała  zamieszkać  w  zamku,  nie  darzyła  Ewy 

sympatią i nie łudziła się, co do uczuć pasierbicy. Będzie zadowolona, 

gdy  pozbędzie  się  macochy!  A  więc  czekają  ją  lata  luksusowego 

życia!  Przebiegła  kobieta  wiedziała,  że  jej  plany  w  pełni  pokrywają 

się z zamiarami Armina von Leydena. 

background image

Pewnego  popołudnia  Ewa  Maria  siedziała  w  ogrodzie  i 

rozmawiała z Arminem. Akurat zapanowała cisza. Armin obserwował 

młodą 

dziewczynę. 

Była 

ładna, 

sympatyczna, 

pogodna 

zrównoważona. W jej towarzystwie czuł się dobrze. Zapomniał nawet 

o  Aleksandrze.  Charakter  Ewy  Marii  gwarantował,  że  małżeństwo  z 

nią będzie harmonijne i spokojne.  

Czuł,  że  nie  jest  jej  obojętny.  Postanowił  nigdy  nie  zdradzać 

tajemnicy,  że  jego  serce  nie  należy  do  niej.  Będzie  ją  szanował  i 

okazywał  jej  czułość  należną  żonie  kochanej  przez  męża. 

Zdecydował, że przy pierwszej okazji poprosi, żeby została jego żoną. 

Było  mu  przykro,  gdy  widział,  jak  z  obawą  wypatruje  listonosza. 

Oczekiwała odpowiedzi na wysłane oferty. Szukała pracy. 

Rysowała  litery  w  piasku.  Armin  wychylił  przez  okno  głowę  i 

zapytał: 

— Co to za tajemnicze znaki? 

— To żadna tajemnica, to moje imię! 

— Ach tak! Teraz widzę wyraźnie „Ewa Maria". I pani mówi, że 

nie jest nic tajemniczego? 

— Oczywiście że nie! 

—  To  względne  pojęcie.  „Ewa  Maria"  jest  niezwykłym 

zestawieniem.  „Ewa",  pierwsza  kobieta  świata,  matka  ludzkości, 

matka  naszego  Zbawiciela.  Kobieta  Starego  i  Nowego  Testamentu  a 

„Maria” to imię bardzo tajemnicze, każda kobieta jest tajemnicą, a w 

pani zawarto całą tajemnicę kobiecości! 

background image

—  Niech  mnie  pan  nie  straszy  moim  własnym  imieniem! 

Dotychczas  nie  zastanawiałam  się  nad  jego  znaczeniem.  Myślę,  że  o 

wiele  bardziej  ciekawe  jest  pańskie  imię,  zwłaszcza,  że  wcale  nie 

pasuje do pana. 

— Przepraszam! Dlaczegóż to? 

—  Imię  „Armin"  jest  jak  najbardziej  niemieckie.  Jednak  pan,  z 

włosami,  czarnymi  oczyma  i  opaloną  twarzą,  wygląda  raczej  na 

południowca. 

— A jednak jestem rdzennym Niemcem, ze wszystkimi wadami i 

zaletami mojego narodu. Proszę spojrzeć na moje szerokie barki i mój 

wzrost. Ludzie z południa są niscy i szczupli. 

—  Niestety,  dotychczas  nie  miałam  okazji  podziwiać  wzrostu 

pana, wiec nie mogę się wypowiedzieć na ten temat. 

—  Nie  zastanowiłem  się  nad  tym.  W  każdym  razie  jestem  o 

głowę  wyższy  od  pani.  Proszę  mnie  więc  traktować  jak  dobrego 

Niemca! 

— Dobrze. Zrobię to, kiedy przekonam się o pańskim wzroście. 

—  Mam  nadzieję,  że  to  nie  potrwa  zbyt  długo.  To  straszne 

uczucie,  leżeć  bezczynnie,  kiedy  człowiek  właściwie  nie  czuje  się 

chory. Przecież nic mi nie dolega. 

— Jeszcze trochę cierpliwości i to minie! 

—  Co  za  szczęście,  że  mam  panią!  W  przeciwnym  razie 

uciekłbym na tej zdrowej nodze! 

Ewa Maria wstała: 

background image

—  Muszę  pana  opuścić.  Widzę  na  drodze  listonosza.  Mam 

nadzieję, że wreszcie otrzymam jakąś odpowiedź na moje oferty. Poza 

tym muszę iść do pracy. 

— Czy pani dzisiaj jeszcze przyjdzie do mnie? 

— Może pod wieczór! Do zobaczenia! 

Skinęła  głową  i  odeszła.  Patrzył  za  nią.  Widział,  że  listonosz 

wręczył jej list, który schowała do kieszeni i szybko weszła do domu. 

Armin został sam ze swoimi myślami. 

Ewa Maria poszła do swojego pokoju, żeby spokojnie przeczytać 

odpowiedź  na  jej  ofertę:  pani  von  Soltenau  pytała,  czy  jest  skłonna 

zająć  się  wychowaniem  dwójki  dzieci:  lat  dziewięć  i  pięć.  Prosiła  o 

podanie  jej  wieku,  kwalifikacji  i  wysokości  honorarium.  Ponieważ 

pani von Soltenau miała kilka ofert, oczekiwała szybkiej odpowiedzi. 

Ewa  Maria  odpisała  natychmiast  na  podany  adres:  Berlin 

Tiergarten.  Tego  samego  dnia  wrzuciła  list  do  skrzynki.  Zamyślona 

wracała do domu. Bała się, że będzie zmuszona rozstać się z domem i 

ogrodem.  Serce  pękało  jej  z  żalu  na  myśl  o  wyjeździe.  Idąc  przez 

ogród, usłyszała głos Armina: 

— Proszę pani, wraca pani ze spaceru? 

Zatrzymała się poważnie spojrzała na okno. 

—  Nie,  poszłam  wrzucić  list  do  skrzynki  pocztowej!  — 

odpowiedziała i chciała iść dalej. Nie miała ochoty do rozmowy. 

— Proszę się zlitować nade mną i przynieść mi szklankę zimnej 

wody. Ta stoi tutaj od rana i z powodu upału jest letnia. 

— Zaraz panu przyniosę świeżej wody! 

background image

Armin  postawił  na  parapecie  dzbanek.    Wzięła  go  i  napełniła 

wodą  przy  studni.  Potem  postawiła  znowu  dzbanek  i  szklankę  na 

oknie. Widząc, jak duszkiem wypił wodę, zapytała: 

— Czy siostra Anna jeszcze nie wróciła? 

— Bogu dzięki nie! Czuję się lepiej, kiedy jej nie ma. 

— Przecież pan potrzebuje pomocy. Na przykład teraz. 

—  No  tak,  ale  jest  mi  raźniej,  kiedy  nie  widzę  pielęgniarki  w 

niebieskim mundurze i białym czepku. Czy pani otrzymała pomyślne 

wiadomości? 

—  Tak!  Przyszła  odpowiedź  na  moją  ofertę.  Musiałam  podać 

dane i kwalifikacje. Mam nadzieję, że otrzymam tę posadę. 

— Czy aż tak bardzo spieszy się pani do wyjazdu? 

Odgarnęła włosy z czoła i westchnęła: 

—  Kiedyś  to  musi  nastąpić.  Im  prędzej,  tym  lepiej.  Nie  mam 

prawa  dłużej  tutaj  mieszkać,  a  nie  chciałabym  nadużywać  pańskiej 

dobroci. 

— Proszę pani, proszę mi wyświadczyć przyjemność i zostać jak 

najdłużej! Tak długo, jak pani sobie życzy! 

Uśmiechnęła się smutno: 

— Gdyby decydowały moje życzenia, trwałoby to bardzo długo. 

Bez  względu  na  wszystko  musimy  tutaj  zostać  kilka  tygodni.  W 

najlepszym  wypadku  zostanę  zaangażowana  pierwszego  sierpnia. 

Moja  macocha  też  nie  ma  jeszcze  mieszkania  w  Berlinie.  Muszę  się 

tym zająć. Gdybym wcześniej wyjechała, będę zmuszona pana prosić, 

żeby macocha mogła jeszcze zostać. 

background image

—  To  zbyteczne.  Przecież  powiedziałem,  że  mogą  panie  zostać 

tak  długo,  jak  sobie  tego  życzą.  Wiem,  że  z  przykrością  będzie  pani 

żegnać Burgwerben. Widzę, że pani posmutniała. 

Zmusiła  się  do  uśmiechu  i  potrząsnęła  głową.  Czuł  przemożną 

chęć,  żeby  jej  pomóc.  Patrzył  na  nią  tak  badawczo,  że  Ewa  Maria 

spuściła oczy. 

— Pan wie, że zostawiam tutaj grób ojca. Poza tym Burgwerben 

jest piękną miejscowością i człowiekowi żal wyjeżdżać, jednak kiedyś 

to musi nastąpić. 

Armin ujął ją za rękę. Czuł, jak szczupła dłoń drżała. 

—  Nie,  Ewo  Mario,  to  wcale  nie  musi  nastąpić.  Proszę  tutaj 

zostać...  jako  moja  żona.  Kochana  Ewo  Mario,  widzę,  że  panią 

przestraszyłem.  Proszę  nie  cofać  ręki!  Proszę  nie  uciekać,  bo  ja  nie 

mogę biec za panią. Jestem przykuty do łoża. 

Ewa  Maria  najpierw  zbladła,  potem  spąsowiała.  Opierała  się  o 

okno,  miała  wrażenie,  że  nogi  uginają  się  pod  nią  i  przerażona 

patrzyła na niego. 

—  Dziecino,  wiem,  że  powinienem  był  jeszcze  zaczekać. 

Chciałem  z  panią porozmawiać, kiedy  wrócę  do  pełni  sił.  Jednak nie 

chcę,  żeby  panią  zadręczały  myśli  o  rozstaniu  z  Burgwerben  i  o 

niepewnej przyszłości. Proszę powiedzieć, czy pani chce zostać moją 

żoną i panią na zamku Burgwerben? 

Wzruszała go jej bezradność. W jej oczach zobaczył że go kocha, 

ona  w  tej  chwili  uświadomiła  sobie,  jakie  uczucie  żywi  do  niego. 

background image

Przyrzekł  sobie,  że  uczyni  wszystko,  co  w  jego  mocy,  żeby 

uszczęśliwić Ewę Marię. 

— A więc? Czy nie otrzymam odpowiedzi? 

Dziewczyna  zaszlochała  i  położyła  głowę  na  jego  dłoni.  Gładził 

ją po włosach szepcząc: 

— Nie płacz, Ewo Mario! 

— Och mój Boże, to takie nieoczekiwane. Takie nagłe. 

—  Jednak  odpowiesz  mi:  „tak",  czyż  nie?  Zostaniesz  moim 

drogim  przyjacielem,  moim  dobrym  druhem?  Będzie  ci  ze  mną 

dobrze. Znikną wszystkie troski i zmartwienia. 

Ewa  Maria  nagle  podniosła  głowę.  Oblał  ją  silny  rumieniec. 

Armin pocałował ją w usta. Jaki byłby szczęśliwy, gdyby nie kobieta, 

która go zdradziła. Szybko odrzucił tę myśl w swoim szczęściu! 

Nagle Ewa Maria cofnęła się od okna i rzekła: 

— Idzie siostra Anna! 

Armin zaśmiał się i zapytał: 

— Czy nie chcesz, żebym jej powiedział? 

— Nie, chcę utrzymać to w tajemnicy.  

— Czy chcesz zostać moją żoną? 

— Chcę, och tak, bardzo chcę. Przecież cię kocham, ale nie chcę 

się  do  tego  przyznać.  Dziękuję  ci,  Arminie,  z  całego  serca,  że  mnie 

kochasz i że chcesz mnie poślubić. Porozmawiamy później.  

Pożegnała się i poszła do domu. 

Przechodząc obok Ewy Marii pielęgniarka zapytała: 

— Dotrzymywała pani towarzystwa panu von Levden? 

background image

— Tak, był spragniony, więc przyniosłam mu świeżej wody. 

Rozmawiały  przez  chwilę,  a  potem  obie  weszły  do  domu. 

Pielęgniarka poszła do pacjenta, a Ewa Maria do małego salonu. Pani 

Delius  siedziała  na  kanapie  i  narzekała  na  upał.  Oczy  macochy 

dziwnie  błyszczały,  zdradzały,  że  często  piła  alkohol.  Mimo  stałego 

braku pieniędzy, pani Delius nie odmawiała sobie mocnych trunków, 

kolejnego nałogu. 

Ewa  Maria  odwróciła  się  i  opuściła  pokój.  W  swoim  czystym 

szczęściu  nie  mogła  znieść  widoku  pijanej  macochy.  Postanowiła 

jeszcze  raz,  że  rozstanie  się  z  tą  kobietą.  Armin  nie  może  być 

narażony na wspólne życie z taką osobą. 

Poszła do swojej sypialni. Myślała, jak bardzo zmienił się jej los. 

Poczuła wdzięczność do Boga. Teraz nie musi niecierpliwie czekać na 

zawiadomienie,  czy  została  zaangażowana.  Właściwie  szkoda,  że  już 

wysłała  list.  Podziękuje  za  posadę,  jeśli  otrzyma  odpowiedź  od  pani 

von Soltenau. 

Myśląc o tym, co ją spotkało, nagle uklękła przy  łóżku i zaczęła 

się modlić. 

—  Mój  Boże,  twoja  dobroć  jest  nieograniczona.  Pomóż  mi, 

żebym go uszczęśliwiła! 

Potem  wstała  i  wyjęła  z  biureczka  fotografię  ojca.  „Kochany 

tatusiu, twoje dziecko spotkało  wielkie szczęście!" Myślała o radości 

ojca,  gdyby  tego  dożył.  Tak  bardzo  martwił  się  o  jej  przyszłość.  A 

teraz otwiera się nią beztroskie życie! 

 

background image

Następnego  dnia  Scheveking  przyszedł  w  chwili,  kiedy  pacjent 

kończył  śniadanie.  Inspektor  codziennie  przychodził  pogawędzić  ze 

swym  pracodawcą,  chociaż  czasu  miał  mało.  Roboty  w  polu  były  w 

pełnym toku. 

— Dzień dobry, panie von Leyden! Kiedy pozwolą panu wstać? 

— Za osiem dni, drogi inspektorze. Tak więc panna Wunderlich 

może powoli zacząć piec i smażyć. Mówił pan, że zna się na kuchni. 

— Oczywiście, oczywiście, proszę pana! Zna się na prowadzeniu 

domu,  chociaż  jest  tylko  kobietą.  Ale  to  nie  jej  wina.  To  skaza 

urodzenia! 

Armin śmiał się na cały głos. 

— Jak tam żniwa? Żałuję, że nie mogę pomagać! 

—  Urodzaj  jest  wyjątkowy.  Żeby  tylko  w  ostatniej  chwili  nie 

było gradobicia! 

Omawiali  różne  sprawy.  Potem  Scheveking,  unosząc  brwi, 

zapytał: 

—  Za  pozwoleniem,  a  jak  wygląda  sprawa  z  panną Ewą  Marią? 

Czy pan dziedzic podjął decyzję? 

Armin skinął głową. 

— Wszystko w porządku. Zaręczyliśmy się wczoraj, ale mówię o 

tym tylko panu. Na razie nikt nie powinien wiedzieć. 

Scheveking uderzył dłonią o kolana i zawołał: 

—  Do  stu  piorunów!  Ależ  to  szybko  poszło!  No,  muszę  teraz 

panu  pogratulować.  A  więc  najserdeczniejsze  życzenia!  Jeżeli 

koniecznie  musi  być  jakaś  kobieta  na  zamku  Burgwerben,  to  panna 

background image

Ewa  Maria  jest  najlepsza.  Może  mi  pan  dziedzic  wierzyć!  Nie  będę 

plotkował.  Może  pan  liczyć  na  moje  milczenie.  Hm,  no  tak!  A  ta 

stara? Mam nadzieję, że poszła w odstawkę? 

—  Jeszcze  nie,  ale  proszę  się  nie  martwić.  Nie  zamieszka  w 

zamku. 

— Bogu dzięki, z tego nie wyszłoby nic dobrego. A  więc panna 

Ewa  Maria!  Gdyby  tego  dożył  mój  stary  przyjaciel,  profesor  Delius! 

Boże  drogi,  jak  on  się  martwił  o  córkę.  Ta  diablica,  ta  stara, 

roztrwoniła cały jego majątek. No tak, teraz córka jest zabezpieczona, 

a on może spokojnie leżeć w ziemi. 

—  Zrobię  wszystko,  żeby  jego  dziecko  było  szczęśliwe. 

Inspektorze,  niech  mi  pan  powie,  czy  pokoje  w  zamku  są  w  takim 

stanie, że może tam zamieszkać kobieta? 

Scheveking zakłopotany gładził szpakowatą czuprynę. 

— Hm! Jakby te  powiedzieć? W zamku jest mnóstwo komnat, w 

których nigdy nie byłem. Panna Wunderlich raz do roku robi wielkie 

sprzątanie i lamentuje, że wszystkie te ładne rzeczy marnieją. Ale od 

kiedy  mój  zmarły  pan  wpadł  na  ten  głupi,  przepraszam,  chcę 

powiedzieć  dziwny  pomysł,  panna  Wunderlich  szaleje;  z  całym 

pułkiem  pomocnic  od  rana  do  nocy  myją,  trzepią,  wietrzą  i  woskują 

posadzki. Poszedłem obejrzeć komnaty. Muszę przyznać, że wygląda 

to całkiem dobrze. Wszystko jak nowe. Ale, proszę pana dziedzica, ja 

w butach z cholewami nie mam po co wchodzić do tych pokoi. Będę 

nadal  zjawiał  się  w  zamku  na  parterze,  gdzie  mieszkał  mój  dawny 

pan.  Wkrótce  pan  sam  obejrzy  pokoje  na  pierwszym  piętrze  i 

background image

przekona  się,  czy  nadają  się  dla  kobiety.  Zresztą,  panna  Ewa  Maria 

jest skromna i niewybredna. 

—  Dobrze,  dobrze!  Na  to  mamy  czas.  Jeżeli  będą  konieczne 

zmiany, to w ciągu miesiąca można wiele zrobić. 

— Czy wesele będzie tak szybko? 

—  Nie  będę  długo  zwlekał.  Dlaczego  miałbym  w  dużym  zamku 

mieszkać samotnie? Poza tym nie chcę, żeby moja narzeczona dłużej 

była ze swoją macochą. 

—  Zrozumiałem.  Pan  ma  rację,  nie  należy  czekać.  No,  a  teraz 

muszę  iść.  Jest  mnóstwo  pracy.  Rządca  jest  młody  i  trzeba  go 

pilnować. Żegnam pana dziedzica i proszę szybko wyzdrowieć! 

Uścisnął Arminowi rękę i wyszedł. Armin poprosił siostrę Annę, 

żeby mu podała papier do pisania. Kiedy stwierdził, że w ogrodzie nie 

ma Ewy Marii, wziął do ręki pióro i zaczął pisać: 

Drogi Hansie! 

Serdeczne  dzięki  za  Twój  list!  Mogę  Cię  uspokoić:  poza 

złamaniem  goleni  nic  mi  się  nie  stało  i  za  osiem  dni  mogę  się 

przeprowadzić  do  zamku  Hurgwerben.  Mam  nadzieję,  że  wkrótce 

przyjedziesz do mnie na dłuższy pobyt. 

A  teraz,  mój  drogi,  nowina.  Pisałem  Ci  o  młodej  damie,  która 

udzieliła  mi  pierwszej  pomocy.  Od  wczoraj  jest  moją  narzeczoną. 

Muszę  powiedzieć,  że  jest  bardzo  wartościowym  człowiekiem.  Nie 

przeszkadza  mi,  że  jest  uboga.  Jest  zdrowa,  miła,  inteligentna  i  mam 

nadzieję, że znalazłem odpowiednią towarzyszkę życia.  

background image

Czuję  do  niej  szczerą  przyjaźń,  choć  nic  poza  tym.  Na 

przeszkodzie  stoi  pamięć  o  Aleksandrze.  Takiej  namiętności  można 

chyba  doznać  w  życiu  tylko  raz.  Nie  pragnę  takiego  drugiego  razu, 

ponieważ nie chcę ponownego rozczarowania! 

Ewa  Maria  kocha  mnie.  Czuję  to  i  jestem  wzruszony.  Nigdy  nie 

mogę jej powiedzieć, że tylko zapis w testamencie zmusił mnie do tego, 

aby  ją  pojąć  za  żonę.    W  każdym  razie  jest  bardzo  sympatyczna  i 

spokojnie  mogę  patrzyć  na  moje  przyszłe  życie  razem  z  nią  w  moim 

położeniu. 

Piszesz,  że  chcesz  wytrwać  do  następnego  sezonu  balowego  i 

dopiero  zamierzasz  rozmawiać  z  damą  twojego  serca?  Chyba  nie 

wiesz,  co  robisz!  Na  Twoim  miejscu nie  czekałbym tak  długo.  Ale  Ty 

jesteś uparty i nie słuchasz niczyich rad. Nie pozostaje mi nic innego, 

niż życzyć ci, żebyś wytrwał! 

Na  dzisiaj  to  wszystko!  Proszę  Cię,  nie  rozpowiadaj  o  moich 

zaręczynach. Chcę zaczekać, aż minie rok żałoby po ojcu Ewy Marii. 

Twój wierny przyjaciel 

Armin 

W  zachowaniu  narzeczonych  właściwie  nic  się  nie  zmieniło. 

Czasem  ukradkiem  pocałowali  się  raz  lub  dwa  albo  nieco  dłużej 

trzymali  się  za  ręce  przy  powitaniu  i  pożegnaniu.  Ewa  Maria  jak 

dawniej  przychodziła  pod  okno  pokoju,  w  którym  leżał  Armin. 

Rozkwitała  ze  szczęścia,  wyładniała,  a  z  oczu  widać  było,  że  jest 

szczęśliwa. Armin był rycerski, czuły i szczerze żałował, że nie może 

odwzajemnić jej miłości. 

background image

Ewie Marii w ogóle nie przyszło na myśl, żeby wątpić w uczucie 

narzeczonego.  Dlaczego  miałby  ją  poślubić,  jeżeli  nie  z  głębokiej, 

prawdziwej  miłości?  Mężczyzna  taki,  jak  Armin, przystojny,  bogaty, 

mógł  wybierać  wśród  kobiet.  Prosił  o  jej  rękę,  ponieważ  ją  kochał! 

Nie zastanawiała się nad tym, że nie powiedział „Ewo Mario, kocham 

cię". Nigdy nie tęskniła, żeby usłyszeć takie słowa. Jego zachowanie, 

spełnianie  każdego  jej  życzenia  i  czułość  przyjmowała  jako  dowody 

miłości. 

Była  zakochana  i  bez  zastrzeżeń  otworzyła  przed  nim  serce. 

Kilka  dni  po  zaręczynach  szczerze  mówiła  o  swoim  stosunku  do 

macochy. Armin wykazał pełne zrozumienie i prosił, żeby załatwienie 

sprawy  zostawiła  jemu.  Powiedział,  że  postąpi  tak,  żeby  w  interesie 

Ewy  Marii  i  jego  własnym  wspólne  zamieszkanie  było  wykluczone. 

Postanowili,  że  macocha  dowie  się  o  zaręczynach  przed 

wprowadzeniem  się  Armina  do  zamku.  Do  ślubu  Ewa  Maria  miała 

zostać  w  domu  zmarłego  ojca.  Oficjalne  zaręczyny  postanowiono 

ogłosić tuż potem. 

Młoda  dziewczyna  godziła  się  na  wszystko.  Była  szczęśliwa, 

czuła się otoczona troską. Do jej głębokiej miłości do Armina doszła 

wdzięczność. 

Pielęgniarka,  siostra  Anna,  często  w  wolne  popołudnia  chodziła 

do  miasta,  tak  że  narzeczeni  nieskrępowanie  mogli  rozmawiać  i 

ostatnie dni konwalescencji Armina mogli spędzać razem. Ewa Maria 

nie  zwróciła  uwagi  na  dość  powściągliwe  zachowanie  narzeczonego. 

Sama była  osobą  raczej  zamkniętą  w  sobie,  rzadko  mówiła  o  swoich 

background image

uczuciach  i  sądziła,  że  Armin  też  ma  podobny  charakter.    Gdyby  

wiedziała, jak  namiętnie  kochał  inną  kobietę, może  zastanowiłaby 

się nad jego spokojnym sposobem bycia. Tak więc nic nie mąciło jej 

szczęścia i stale powtarzała: „On cię kocha, a ty kochasz jego". 

Minęło  osiem  dni,  zdjęto  gips  i  pozwolono  Arminowi  z  dużą 

ostrożnością  zrobić  kilka kroków.  Lekarz  obiecał,  że  będzie  pacjenta 

odwiedzał  co  drugi  dzień.  Scheveking  cieszył  się,  że  jego  nowy 

chlebodawca wreszcie będzie mógł przybyć do zamku. 

Pierwsze  kroki  Armin  skierował  do  małego  salonu.  Poprosił 

panią  Delius  o  rozmowę.  W  drzwiach  stała  Ewa  Maria,  czekała  na 

niego. Kiedy po raz pierwszy objął jej smukłą kibić, czuł, że zadrżała. 

Ale  i  on,  ku  swojemu  zdumieniu,  stwierdził  u  siebie  szybsze  bicie 

serca  i  wrażenie,  jakie  wywarło  na  nim  jej  młode  ciało.  Pocałował 

Ewę Marię w usta a potem poszedł do salonu. 

Pani  Delius  czekała  na  niego  z  niepokojem.  Zauważyła,  że 

między  młodymi  coś  się  dzieje,  podsłuchiwała  i  podglądała,  kiedy 

rozmawiali. Postanowiła jednak czekać w obawie, że przedwczesnym 

wtrącaniem się mogłaby tylko zaszkodzić. 

Uprzejmość  von  Leydena  mogła  być  wyłącznie  uprzejmością  i 

pustą formuła, ale mogła też znaczyć coś więcej. Kto wie, czy młodzi 

już  się  nie  zakochali  w  sobie,  czy  nie  ukrywają  zaręczyn?  Może 

wreszcie szczęście uśmiechnie się i do niej? 

Gdy ujrzała na progu Armina, wstała i przymilając się rzekła: 

— Panie von Leyden! Jak ja się cieszę, że widzę pana na nogach. 

Proszę siadać, myślę, że nie powinien pan się forsować. 

background image

Armin  czuł  odrazę  patrząc  na  umalowaną,  mizdrzącą  się 

podstarzałą  kobietę.  Był  jednak  człowiekiem  uprzejmym  i  nie  dał  po 

sobie poznać jakie wrażenie robiła swoim wyglądem. Spokojnie rzekł: 

—  Przyszedłem  podziękować  za  serdeczną  gościnę,  jakiej 

doznałem w pani domu. 

— Ależ panie von Leyden, to był nasz chrześcijański obowiązek. 

Zrobiłyśmy to bardzo chętnie, Ewa Maria i ja. 

— Powiększa to mój dług wdzięczności! Nie mogę wyjechać nie 

wyrażając tego i nie składając jeszcze raz wyrazów podziękowania. 

— Pan już dzisiaj udaje się do zamku? Siostra Anna wspomniała 

o tym wczoraj wieczorem. 

— Tak, za godzinę przyjedzie po mnie powóz. 

— Bardzo nam przykro, że pan nas opuszcza. Będzie tutaj cicho i 

smutno.  Czy  pan  pozwoli,  że  będziemy  korzystały  z  domu  jeszcze 

kilka tygodni, zanim nie wyjaśni się nasza sytuacja? 

Armin trochę się wahał, ale spokojnie odpowiedział: 

—  Właśnie  chciałem  o  tym  porozmawiać  z  panią.  Może  panią 

nieco zaskoczy wiadomość, ale zaręczyłem się z Ewą Marią i pragnę, 

żeby do dnia ślubu jako moja narzeczona mieszkała tutaj z panią. Nie 

wątpię,  że  pani  wyrazi  zgodę  na  nasze  zaręczyny.  Za  kilka  miesięcy 

wszystko  zostanie  przygotowane  do  ślubu.  Będę  pani  zobowiązany, 

jeżeli do tego czasu zaopiekuje się pani Ewą. Potem, oczywiście, nie 

będziemy pani zmuszali do przebywania na tym pustkowiu. Wiem od 

Ewy  Marii,  że  pani  lubi  wielkomiejskie  życie.  Oczywiście  gotów 

jestem  wyznaczyć  pani  odpowiednią rentę,  zapewniającą  beztroskie i 

background image

wygodne  życie  w  jednym  z  dużych  miast:  Berlinie,  Monachium  czy 

Dreźnie. Naturalnie zajmę się pani przeprowadzką. 

Skończył i czekał. 

Już  przy  jego  pierwszych  słowach  o  zaręczynach  zerwała  się  na 

równe  nogi  i  wszystko  wskazywało  na  to,  że  ma  ochotę  rzucić  się 

młodzieńcowi  na  szyję.  Jednak  po  chwili,  widząc  jego  chłód,  opadła 

na  kanapę  i  w  największym  napięciu  dosłownie  połykała  każde  jego 

słowo. Nie była ograniczona i natychmiast zorientowała się, że nie ma 

widoków  na  rezydowanie  w  zamku!  Ponieważ  obiecano  jej  wysoką 

rentę, była zadowolona. Jednak sprytnie udawała wielkie zdziwienie i 

odpowiedziała: 

— Jestem bardzo zaskoczona ale i uradowana, panie von Leyden. 

Maria  zasługuje  na  to  szczęście,  żeby  zostać  pańską  żoną.  Ta  biedna 

dziewczyna już wiele przeżyła, ostatnio śmierć ukochanego ojca. Och, 

gdyby  on  dożył  szczęścia  córki!  Jego  dobre  serce  za  wcześnie 

przestało  bić.  Wie  pan,  Ewa  Maria  jest  raczej  moją  przyjaciółką,  niż 

córką!  Tak,  tak!  Kochane  dziecko!  Oczywiście  przyjmuję  pańską 

łaskawą  ofertę.  Tutaj,  na  wsi,  nie  mam  okazji  do  intelektualnych 

rozrywek.  Byłam  przyzwyczajona  do  wielkomiejskiego  życia.  Och 

tak, kiedy ludzie są młodzi i zakochani, nie tęsknią za towarzystwem. 

Ale  w  moim  wieku?  Nie  czuję  się  stara,  moje  serce  jest  młode,  ale 

zabrakło mi męża. Nie mogłabym znosić samotności tutaj, zwłaszcza 

kiedy odejdzie Ewa Maria. 

Armin  cierpliwie  słuchał  wynurzeń  pani  Delius,  a  kiedy  na 

chwilę przerwała, rzekł: 

background image

— A  więc  wszystko zostało uzgodnione. Jestem zadowolony, że 

bez  trudności  mogliśmy  się  porozumieć.  Pozwoli  pani,  że  się 

pożegnam. Czeka na mnie Ewa Maria. 

Pani  Delius  wstała i pożegnała  się  tak kwiecistymi  zwrotami,  że 

Armin  już nie doszedł  do  słowa.  Kiedy  zamknął  za  sobą  drzwi,  otarł 

chusteczką  spocone  czoło  i  poszedł  do  ogrodu,  gdzie  przy  jednym  z 

drzew  stała  Ewa  Maria.  Była  poważna  i  blada.  Wyobrażała  sobie 

krępującą rozmowę, jaką musiał odbyć z jej macochą.  

Widząc go w bramie, szybko podbiegła, żeby mu pomóc przejść 

przez  próg.  Prowadząc  go  pod  rękę  do  ławki  przy  krzakach  bzu, 

zapytała: 

— Czy było bardzo przykro? 

— Wcale nie. Rozmowa potoczyła się gładko i nie masz powodu, 

żeby robić taką smutną minę. 

Odetchnęła z ulgą. 

—  Bogu  dzięki!  Cieszę  się,  że  masz  to  już  za  sobą.  Bardzo  się 

uspokoiłam. 

— Teraz, na pożegnanie, musisz mieć wesołą minę! 

Czule patrząc na narzeczonego szeptała: 

—  Arminie,  mój  kochany,  najukochańszy,  co  poczęłabym  bez 

ciebie? 

Cmoknął ją w rękę, rozejrzał się i widząc, że są sami, pocałował 

ją  w  usta.  Przez  chwilę  siedzieli  bez  słowa.  Trzymali  się  za  ręce. 

Czekali na powóz, który miał zawieźć Armina do zamku. 

— Czy będziesz mnie często odwiedzał? 

background image

—  Oczywiście,  najmilsza, codziennie.  Na  razie  muszę  korzystać 

z powozu. Kiedy noga wydobrzeje, będziemy się spotykali w lesie, a 

najpóźniej za trzy miesiące weźmiemy ślub. 

Pożegnanie  przy  świadkach  było  krótkie  i  bez  czułości.  Ewa 

Maria stała i patrzyła  za odjeżdżającym narzeczonym. Nagle poczuła 

pustkę  i  dreszcz  mimo  upalnego  popołudnia.  Powoli  poszła  do 

swojego pokoju. 

Jak spod ziemi wyrosła macocha. 

— Ewo Mario, dziecinko, wreszcie cię znalazłam. Ty moja mała 

narzeczona!  Gratuluję  ci,  gratuluję,  kochane  dziecko!  Mój  Boże, 

wygrałaś główny los na loterii życia! Kto by pomyślał, że w tej zabitej 

dziurze zrobisz taką karierę! Tak, tak! To się nazywa mieć szczęście. 

Tak, szczęście, to jest to! 

Potrząsnęła ręką Ewy Marii i lustrując ją od stóp do głów mówiła 

dalej: 

—  Ty  szelmutko!  I  wszystko  tak  po  cichu!  Zaskoczyłaś  mnie  i 

byłam  osłupiała  słysząc,  co  się  stało!  Jeszcze  raz  serdecznie  ci 

gratuluję! 

—  Dziękuję!  —  obojętnie  odpowiedziała  Ewa  Maria,  odwróciła 

się i zaczęła układać książki na półce, chcąc uniknąć dalszej rozmowy 

z macochą. 

 

Od  rana  Scheveking  był  na  nogach.  Nadzorował  przygotowania 

do  powitania  nowego  dziedzica.  Od  dziesiątej  rano  wszyscy 

pracownicy ubrani w odświętne ubrania czekali na dużym dziedzińcu, 

background image

który  z  jednej  strony  graniczył  z  tylną  stroną  zamku,  z  drugiej 

otaczały go budynki gospodarskie z kuchnią, magazynami i izbami dla 

służby. Na pierwszym piętrze tej budowli było mieszkanie inspektora, 

a drugie zajmowała panna Wunderlich z pokojówkami i lokajami. 

Naprzeciwko  wznosiły  się  stajnie.  Dziedziniec  zamykał  wysoki 

mur z potężną bramą. Kiedy wysłano już powóz, inspektor spojrzał na 

zegarek i mruknął: 

— Hm! Jedenasta. Pora na śniadanie! 

Zanim usiadł do stołu, kazał wypatrywać przyjazdu gościa. 

—  Słuchaj,  Antoni,  stój  tutaj  i  patrz  tam  na  drogę.  Kiedy  na 

zakręcie zobaczysz nasz powóz, zawołaj mnie, zrozumiałeś? 

— Tak jest, proszę pana inspektora! 

—  Powtarzam,  patrz  uważnie,  bo  jeżeli  przegapisz,  zbiję  cię  na 

kwaśne jabłko! 

Stawiając  zamaszyste  kroki  brnął  przez  dziedziniec  ku  kuchni 

głośno wołając: 

— Panno Wunderlich! Panno Wunderlich! 

W  drzwiach  kuchni  ukazała  się  pulchna,  zaróżowiona  twarz 

starszej kobiety w białym fartuchu i czepeczku. 

—  Co  się  dzieje?  Gdzie  się  pali?  Czego  pan  tak  wrzeszczy, 

inspektorze? 

— Jestem głodny, chce mi się jeść! 

—  No,  to  jeszcze  nie  powód,  żeby  się  tak  wniebogłosy  drzeć! 

Sądząc  po  pańskim  głosie,  jeszcze  pan  nie  umiera  z  głodu! 

background image

Przestraszył  mnie  pan.    Byłam    pewna,    że    to  już    pan    dziedzic 

przyjechał. 

— Bzdury! A teraz szybko coś treściwego, bez zbędnej gadaniny. 

No tak. Bez tego kobiety nie mogą się obejść! 

Poszedł  na  piętro  do  swojego  mieszkania,  a  ochmistrzyni 

zatrzasnęła  drzwi  do  kuchni.  Jednak  niedługo  w  gabinecie  pojawiło 

się obfite śniadanie. 

Panna  Wunderlich  była  bardzo  rozsądną  i  energiczną  kobietą, 

niedużego wzrostu, tęgawa, z zarumienioną twarzą i siwymi włosami 

wyglądała bardzo sympatycznie. Tego dnia włożyła pod biały fartuch 

brązową, jedwabną suknię, nieco przyciasną. 

Scheveking  krytycznie  spojrzał  na  ochmistrzynię  i  z  przekąsem 

stwierdził: 

— Do stu piorunów! Ale się pani wyfraczyła! Czy pani zamierza 

uwieść  naszego  nowego  pana?  Mogła  pani  sobie  zaoszczędzić 

wysiłków! On nie zwraca uwagi na takie leciwe damy! 

—  Proszę  się  nie  wtrącać  do  moich  spraw!  Jeżeli  pan  jest 

zbzikowany  i  nie  interesuje  się  kobietami,  wcale  to  nie  znaczy,  że 

nasz  nowy  pan  dziedzic  jest  dziwakiem.  Teraz  wszystko  musi  się 

zmienić  w  Burgwerben.  A  nasz  świętej  pamięci  pan  swoim 

testamentem  dowiódł,  że  o  kobietach  wcale  źle  nie  myślał!  Kiedy 

zamieszka  na  zamku  młoda  pani,  wreszcie  skończy  się  to 

poniewieranie niewiastami! 

—  No,  no,  jeśli  idzie  o  panią,  to  okazuje  pani  niezwykłą 

odporność na wszystkie ataki. Pani język jest ostry jak brzytwa! 

background image

—  Tego  by  jeszcze  brakowało,  żebym  na  to  pozwoliła!  Panie 

inspektorze,  my,  kobiety,  wiemy,  po  co  żyjemy  i  po  co  jesteśmy  na 

tym bożym świecie! 

— Oczywiście. Zatruwacie nam mężczyznom życie! 

Anna wzruszyła ramionami. 

— Wielki Boże, czy to się opłaca? Coś panu powiem: gdyby pan 

miał  przyzwoitą  żonę,  która  przywołałaby  pana  do  porządku,  wtedy 

byłby  z  pana  miły  chłop,  a  nie  taki  ponury  gbur,  którego  boją  się 

dzieci. 

Scheveking zaśmiał się głośno. 

— Niech mnie Pan Bóg broni! Wolę kamień na szyję i do wody, 

ale tam, gdzie jest bardzo głęboka! 

— Pan jest starym osłem! 

— A pani jest większym gburem, niż ja! Jednak to mi wcale nie 

psuje  apetytu.  Kobieta  nie  jest  w  stanie  wyprowadzić  mnie  z 

równowagi!  Niech  pani  sobie  to  dobrze  zapamięta!  Ale,  ale,  muszę 

przyznać, że tę sałatkę znowu pani świetnie przyrządziła! 

—  No  więc  jednak  kobiety  do  czegoś  mogą  się  przydać! 

Doszliśmy do wniosku, że jesteśmy tego samego zdania, czyż nie? 

— Ależ tak, panno Wunderlich! Przecież między nami nigdy nie 

dochodzi do waśni! 

Tacy  byli:  stara  ochmistrzyni  i  inspektor.  Byliby  bardzo 

zdziwieni, gdyby im ktoś powiedział, że właśnie przed chwilą doszło 

między nimi do wymiany ostrych słów. 

background image

—  Tak  inspektorze!  Rozumiemy  się  doskonale  bez  względu  na 

to,  że  pan  jest  mężczyzną,  a  ja  kobietą.  Ale  teraz  muszę  wracać  do 

kuchni,  inaczej  przypali  się  pieczeń.  Na  dziewczynach  nigdy  nie 

można polegać, stale myślą o chłopcach! Proszę mnie zawołać, kiedy 

przyjedzie pan von Leyden. 

— Oczywiście, oczywiście, panno Wunderlich. 

Mała  osóbka  podreptała  do  kuchni.  Gdy  Scheveking  wstał  od 

stołu, ruszył za nią. Uchylił drzwi i zapytał: 

—  Panno  Wunderlich,  coś  mnie  gniecie  w  żołądku.  Dałaby  mi 

pani kieliszek wódki? 

Odwróciła się od paleniska. 

— Znowu pan za dużo zjadł. Mężczyźni są skłonni do obżarstwa! 

Jednak  podeszła  do  kredensu,  wyjęła  butelkę  i  nalała  kieliszek. 

Inspektor wypił i westchnął. 

—  Największą  pani  zaletą  jest  to,  że  umie  pani  robić  taką 

wspaniałą  nalewkę!  Oczywiście  nie  mówiąc  o  gotowaniu,  w  którym 

nikt pani nie może dorównać! 

— Tak samo jest z panem: pan umie tylko rozkazywać  w polu i 

łajać parobków. Nikt tego tak nie potrafi! 

— No to do zobaczenia! 

— Do zobaczenia. I niech pan włoży czystą koszulę! 

—  Bzdura,  ta  jeszcze  nie  jest  brudna!  —  Trzasnął  drzwiami  i 

wyszedł. 

Jednak  chyłkiem  poszedł  do  swojej  sypialni  i  zmienił  koszulę 

mrucząc: „Ma rację, jest brudna!"  

background image

Kiedy  potem  kroczył  przez  dziedziniec,  panna  Wunderlich 

zauważyła, że inspektor ma na sobie świeżą koszulę. Wiedziała, jak z 

nim postępować. Od lat mieszkali pod jednym dachem i wiecznie się 

kłócili.  Jednak  przed  obcymi  nie  pozwalali  na  siebie  nawzajem 

powiedzieć  złego  słowa.  Biada  temu,  kto  odważyłby  się  zrobić  coś 

takiego. Szanowali się i mieli do siebie pełne zaufanie. 

Na  dziedzińcu  zeszli  się  już  wszyscy  pracownicy.  Kiedy  zbliżył 

się  do  nich  Scheveking  dając  im  ostatnie  wskazówki,  podszedł  stary 

kamerdyner,  Dillenbergen,  i  dwaj  lokaje.  Stanęli  przy  schodach 

prowadzących do wejścia do zamku. Nad portalem umieszczono herb 

z  piaskowca,  na  którym  widać  było  podobiznę  niedźwiedzia. 

Wyglądał  tak,  jakby  panował  na  zamku.  Płaskorzeźba  była  jedyną 

ozdobą  tylnej  części  zamku,  fasada  zamku,  również  prosta  bez 

wymyślnych architektonicznych ozdób, była zwrócona ku rzece.  

W grubych murach wykuto wysokie okna bez upiększeń. Jednak 

trzy  wieże:  środkowa  i  dwie  boczne,  i  cztery  narożne,  nadawały 

staremu  zamkowi,  mimo  jego  prostoty,  niejaką  malowniczość. 

Przyczyniał  się  do  tego  również  park  z  pięknymi,  starymi  drzewami, 

fontannami, klombami i rabatami kwiatów. Tarasami sięgał w dół, aż 

po brzeg rzeki. Wszędzie panował wzorowy porządek. Widać było, że 

Fryderyk  von  Leyden  całe  życie  poświęcił  na  utrzymanie  majątku  w 

jak najlepszym stanie. 

Scheveking  podszedł  do  starego  kamerdynera.  Rozmawiali 

czekając  na  przyjazd  von  Leydena.  Dillenberger  czuwał  nad 

porządkiem  w  zamku.  Nikt  nie  odważył  się  sprzeciwiać  jego 

background image

poleceniom.  Nawet  panna  Wunderlich  czuła  przed  nim  respekt. 

Przecież usługiwał długie lata Fryderykowi von Leyden. 

Armin  polecił  Schevekingowi,  żeby  przygotować  pokoje,  w 

których  mieszkał  jego  poprzednik.  Nie  chciał,  żeby  wprowadzano 

zmiany. 

Garderoba, 

przybory 

toaletowe 

książki 

Armina 

rozpakowano i wszystko czekało na jego przybycie. 

Zbliżył  się  powóz 

z  nowym  dziedzicem.  Scheveking 

wypowiedział  kilka  powitalnych  zdań,  a  Armin,  stojąc  na  schodach, 

podziękował za ciepłe słowa i obiecał, że będzie dobry i sprawiedliwy 

dla  swoich  pracowników.  Polecił  inspektorowi,  żeby  wszystkich 

poczęstowano  piwem  i  kiełbaskami.  Wieczorem  miał  się  odbyć 

festyn.  Potem  Armin  podał  rękę  inspektorowi,  ochmistrzyni  i 

kamerdynerowi,  prosząc,  żeby  i  jemu  służyli  tak  wiernie,  jak 

Fryderykowi von Leyden. 

Wszyscy  zauważyli,  że  jest  wzruszony.  Jego  bezpośredniość  i 

uprzejmość  ujęły  wszystkich  obecnych.  Poczuli  do  niego  respekt, 

mimo młodego wieku. 

Kiedy  Armin  znalazł  się  sam  w  swoim  gabinecie  wyłożonym 

ciemną  boazerią,  podszedł  do  okna  i  otworzył  je.  Patrzył,  wdychał 

świeże,  górskie  powietrze.  Wszystko,  co  widział:  park,  łąki  i  lasy, 

należało  do  niego.  Biedny  asesor  nagle  został  bogaczem.  Dopiero 

teraz w pełni zdał sobie sprawę, że odziedziczył zamek i majątek. 

Wszystko  to  zostawił  mu  Fryderyk  von  Leyden  wierząc,  że 

Armin jest człowiekiem prawym i szlachetnym. Równocześnie poczuł 

głębokie  współczucie  dla  tego  samotnego  człowieka,  przytłoczonego 

background image

poczuciem  winy  i  nieszczęściem  człowieka,  który  tutaj  spędzał  życie 

bez miłości i radości. 

Później  poprosił  inspektora,  ochmistrzynię  i  kamerdynera,  żeby 

towarzyszyli  przy  zwiedzaniu  pozostałych  pomieszczeń.  We 

wszystkich  komnatach  stały  bardzo  kosztowne  meble,  rzeźbione  i 

ozdobione  intarsjami.  Ułożono  na  nich  piękne  porcelanowe  figury, 

gobeliny  i  kryształowe  żyrandole.  Meble  obito  grubymi  jedwabnymi 

materiałami  harmonizującymi  z  zasłonami.  Na  ścianach  wisiały 

obrazy  starych  mistrzów.  Wszystko  świadczyło  o  bogactwie  i 

wyszukanym guście dawnego właściciela. 

W  małej  jadalni,  gdzie  Fryderyk  von  Leyden  spożywał  posiłki, 

nakryto  do  stołu.  Armin  zaprosił  Schevekinga  i  podczas  obiadu 

omawiali  bieżące  sprawy.  Usługiwał  sam  Dillenberger,  więc  w 

obecności wiernego sługi nie czuli się skrępowani. Scheveking musiał 

opowiadać  o  Fryderyku  von  Leyden  i  cieszył  się  zainteresowaniem, 

jakie zmarłemu panu okazywał nowy dziedzic. 

Pod  wieczór  Armin  jeszcze  raz  sam  obejrzał  zamek.  Chciał 

zobaczyć,  czy  trzeba  dokonać  jakichś  zmian  w  pokojach,  w  których 

miała  zamieszkać  Ewa  Maria.  Pragnął  spełnić  każde  jej  życzenie. 

Oczami wyobraźni widział skromną, młodą dziewczynę krzątającą się 

po  tych  komnatach.  Ale  nagle  pomyślał  o  Aleksandrze:  jakże  ta 

klasyczna piękność ze złoto-czerwonymi włosami pasowałaby do tego 

otoczenia! 

Gdyby tylko trzy miesiące wcześniej odziedziczył zamek, byłaby 

jego żoną! Nigdy nie dowiedziałby się o jej fałszywym charakterze, o 

background image

jej  kokieterii.  Na  chwilę  zapomniał  o  Ewie  Marii.  Szedł  jak  we  śnie. 

Zatrzymał  się  przed  obrazem  przedstawiającym  Samsona  i  Dalilę. 

Zaskoczony zauważył, że Dalila miała rysy  Aleksandry. Ocknął się z 

marzeń.  Te  myśli  to  zbrodnia  wobec  Ewy  Marii!  Musi  zapomnieć  o 

kobiecie, która go zdradziła. 

Ponieważ  Armin  jeszcze  nie  mógł  jeździć  konno,  korzystał  z 

bryczki.  Inspektor  towarzyszył  mu  na  wierzchowcu.  Tak  zwiedzali 

cały majątek i folwark, który dzierżawiła młoda para małżeńska. Byli 

to sympatyczni ludzie. Czuli się zaszczyceni wizytą dziedzica. Zrobił 

na nich nader korzystne wrażenie. 

 

Armin  odwiedzał  narzeczoną  codziennie.  Wszystko  omawiali 

razem,  a  Ewa  Maria  godziła  się  na  proponowane  zmiany.  Z  dnia  na 

dzień  ich  kontakty  stawały  się  serdeczniejsze,  ale  Armin  nie 

zachowywał się tak wylewnie i czule, jak Ewa Maria. 

Na razie nie składał wizyt w sąsiednich majątkach. Postanowił, że 

zrobi  to  po  ślubie,  razem  z  Ewą  Marią.  Ceremonię  zaplanowali  w 

małym kościółku we wsi, a świadkami mieli być Hans von Rippach i 

Scheveking.  Zrezygnowano  z  wesela  z  powodu  żałoby  zarówno  po 

ojcu  Ewy  Marii,  jak  i  po  Fryderyku  von  Leyden.  Datę  ustalono  na 

pierwszego października. 

Oprócz  Schevekinga  nikt  nie  wiedział  o  zaręczynach  Armina. 

Panna  Wunderlich  zachodziła  w  głowę,  jaka  będzie  pani  na  zamku 

Burgwerben.  To,  że  skromna  panna  Delius  zostanie  żoną  dziedzica, 

background image

nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Armin zaproponował, żeby ogłosić 

zaręczyny z początkiem sierpnia. 

W  lipcu  przyjechał  Hans,  żeby  zobaczyć  majątek  przyjaciela  i 

poznać  jego  przyszłą  żonę.  Obaj  cieszyli  się  ze  spotkania.  Zwiedzili 

każdy  zakątek  pięknego  zamku  i  Hans  szczerze  podzielał  radość 

przyjaciela.  Z  inspektorem  i  ochmistrzynią  zaprzyjaźnił  się  od 

pierwszego dnia. 

—  Słuchaj,  człowieku!  Ta  para  staruszków  to  istne  oryginały  z 

minionej  epoki.  Takich  ludzi  można  znaleźć  jeszcze  tylko  w  starych 

zamczyskach! 

Przy  obiedzie  rozmawiali  o  znajomych  w  Berlinie  i  o 

Aleksandrze Wendhoven. 

— Wiesz, słyszałem, że nie może odżałować zerwania zaręczyn z 

tobą. Oczywiście, pani na zamku Burgwerben to coś innego, niż żona 

dorobkiewicza  —  bankiera.  Nie  żałuję  jej  ani  trochę!  Zresztą  krążą 

plotki,  że  to  małżeństwo  jest  bardzo  nieudane.  Ale  zostawmy  stare 

dzieje!  Wiesz,  dlaczego  już  przyjechałem?  Z  ciekawości!  Tak,  z 

czystej  ciekawości!  Pragnę  poznać  twoją  narzeczoną.  Czy  pójdziemy 

dzisiaj do niej? 

—  Dobrze,  odwiedzimy  Ewę  Marię  po  południu,  jeżeli  masz 

ochotę na spacer. 

—  Oczywiście.  Niecierpliwie  czekam,  żeby  ją  zobaczyć.  Jesteś 

moim  najlepszym  przyjacielem  i  chce  wiedzieć,  jak  wygląda  twoja 

przyszła żona. 

background image

Zaraz  po  obiedzie  Armin  polecił  zaprzęgać  konie  i  pojechali  do 

domu  profesora.  Pani  Delius  jak  zawsze  wylewnie  witała 

nieoczekiwanych  gości.  Żałowała,  że  Ewy  Marii  nie  ma  w  domu.  O 

tej godzinie nigdy nie oczekiwała narzeczonego. Poszła na cmentarz, 

na grób ojca. 

Oczy  pani  Delius  miały  podejrzany  blask,  a  słowa  wymawiała 

nieco  niewyraźnie.  Armin  zauważył,  że  Rippach  z  przerażeniem 

patrzył  na  tę  dziwną  kobietę,  więc  zaproponował,  że  wyjdą 

naprzeciwko  Ewy  Marii.  Bez  słowa  szli  w  kierunku  lasu,  za  którym 

był  cmentarz.  Armin  wiedział,  co  myśli  Rippach  o  macosze  jego 

narzeczonej.  Celowo  nic  nie  mówił,  żeby  dać  przyjacielowi  czas  na 

przyjście do siebie. 

Armin  nadal  musiał  podpierać  się  laską  i  szybko  się  męczył. 

Kiedy więc ujrzał przy ścieżce ławkę, rzekł: 

— Zaczekamy tutaj na Ewę Marię. Musi tędy przejść wracając do 

domu. 

Armin  nie  miał  pojęcia,  że  kilka  kroków  za  ławką,  za  gęstymi 

krzakami  leszczyny,  leżała  na  trawie  Ewa  Maria.  Czytała  książkę. 

Słysząc głos Armina chciała wstać i odejść, gdy odezwał się Rippach: 

—  Człowieku,  jak  możesz  obarczać  się  taką  teściową?  Przecież 

to zbrodnia! 

Ewa  Maria  znieruchomiała.  Cicho  siedziała  na  trawie,  zamknęła 

oczy, jakby nie chciała być świadkiem rozmowy przyjaciół. 

Armin spokojnie odpowiedział: 

background image

—  Przecież  pisałem  w  ostatnim  liście,  że  ta  kobieta,  która 

przypadkowo jest macochą mojej narzeczonej, nie będzie mieszkać z 

nami  w  zamku.  Zaraz  po  naszym  ślubie  opuści  Burgwerben  na 

zawsze. 

Ewa Maria spąsowiała. Nigdy jeszcze nie wstydziła się macochy 

tak  bardzo,  jak  teraz,  słysząc  że  ta  kobieta  sprawia  przykrość  jej 

narzeczonemu. 

—  No,  Bogu  dzięki!  Słuchaj,  chłopie,  teraz  to  już  zupełnie  nie 

mogę pojąć tak nagłych zaręczyn. Chyba, że jesteś po uszy zakochany 

w tej dziewczynie. 

— Nie, to nie tak. Wiesz, że nadal kocham Aleksandrę. Niestety 

nie  kocham  Ewy  Marii,  chociaż  bardzo  bym  tego  pragnął.  Darzę  ją 

prawdziwą  przyjaźnią  i  mam  szczery  zamiar  zrobić  wszystko,  żeby 

była szczęśliwa. Bez  zaślepienia przekonałem się o jej  zaletach, a jej 

charakter  ręczy  za  to,  że  małżeństwo  będzie  harmonijne.  Ona  mnie 

kocha, to jest bardzo ważne. Jej ubóstwo nie jest przeszkodą, a za to, 

że ma taką macochę, nie ponosi winy.  

Wiem, że postanowiła przyjąć posadę wychowawczyni, żeby nie 

być  zmuszoną  do  mieszkania  razem  z  macochą.  Wszystko 

przemyślałem,  zanim  poprosiłem  ją,  żeby  została  moją  żoną.  Gdyby 

nie warunek w testamencie, nie spieszyłbym się z żeniaczką. A skoro 

muszę  szybko  znaleźć  żonę,  wydaje  mi  się,  że  Ewa  Maria  jest 

najlepszą  kandydatką  na  przyszłą  panią  na  zamku.  Jest  inteligentna 

rozsądna i pogodna. Jest dumna i inna niż nowoczesne panny. Będzie 

„wygodną" żoną.  

background image

Nigdy  nie  dowie  się,  że  jej  nie  kocham,  ponieważ  przy  jej 

charakterze  czułaby  się  upokorzona.  Darzę  ją  głębokim  szacunkiem, 

ale  tak  jak  ci  pisałem,  to,  co  czuję  do  Aleksandry,  uniemożliwia  mi 

pokochać  Ewę  Marię.  Wyjaśniłem  ci  wszystko,  czy  jesteś 

zadowolony? 

—  Tak,  przyznaję  jednak,  że  teraz  jestem  podwójnie  ciekawy 

twojej narzeczonej. 

— Wiesz, dziwię się, że Ewy Marii jeszcze nie ma. Może wróciła 

do  domu  inną  drogą?  Zresztą  zawsze  długo  siedzi  przy  grobie  ojca. 

Bardzo go kochała. Zobaczymy, czy jej nie ma na cmentarzu. 

— No to chodźmy! Czy chcesz jeszcze pospacerować? 

—  Z  moją  nogą  to  nie  takie  proste.  Chcieć  to  chcę,  ale  jeszcze 

mnie  boli.  Pojedziemy  powozem.  Jeżeli  Ewy  Marii  tam  nie 

zastaniemy, wrócimy do domu profesora. 

Wstali z ławki i powoli odeszli. 

Ewa  Maria  siedziała  nieruchomo,  kurczowo  zaciskała  zimne 

dłonie.  Cierpiała.  Bez  przerwy  w  duchu  powtarzała  „On  mnie  nie 

kocha,  on  mnie  nie  kocha!"  Miała  ochotę  krzyczeć  z  rozpaczy,  lecz 

nie  wydobyła  z  siebie  głosu.  W  szeroko  otwartych  oczach  lśniło 

przerażenie.  Wszystko  skończone,  to  był  sen.  Pozostał  wstyd,  że 

okazywała  mu  czułość  i  miłość  —  uczucia,  które  go  z  pewnością 

drażniły, a może potęgowały tęsknotę za tamtą kobietą. 

Wreszcie  wstała.  Usłyszała  turkot  powozu,  a  więc  pojechali  na 

cmentarz  sądząc,  że  ją  tam  zastaną.  Co  począć,  żeby  nie  spotkać 

Armina?  Nie  była  w  stanie  spojrzeć  mu  w  oczy.  Przecież  wiedział  i 

background image

on, i jego przyjaciel, że kocha narzeczonego. Co począć, żeby uniknąć 

tego spotkania? 

Myśli kłębiły się w głowie, drżała ze zdenerwowania i nadal stała 

oparta  o drzewo.  Po  kilku  minutach zdecydowała,  co  zrobi.  Pobiegła 

do domu, weszła tylnym wejściem. Natknęła się na Minę, która myła 

okna. Widząc Ewę Marię zawołała: 

— Panienko, panienko, dziedzic z zamku pytał o panią! 

Podeszła do niej i drżącym głosem powiedziała: 

—  Mino,  jeżeli  pan  dziedzic  znowu  przyjedzie,  proszę 

powiedzieć, że jestem chora. 

Widząc  pannę  Delius  bladą  i  drżącą,  służąca  pokręciła  głową. 

Zrobiło  jej  się  przykro,  ponieważ  panienka  zawsze  była  miła  i 

pogodna. 

Ewa  Maria  weszła  do  swojej  sypialni  i  opadła  na  łóżko. 

Usłyszała,  jak  służąca  rozmawiała  z  macochą,  a  potem  pukanie  do 

drzwi i wołanie pani Delius: 

— Ewo Mario! Mój Boże, co się dzieje? Otwórz! 

— Położyłam się, ponieważ czuję się źle. Daj mi spokój! 

—  Ależ  dziecko!  Leyden  był  tutaj  ze  swoim  przyjacielem. 

Pojechali na cmentarz, zaraz wrócą! Musisz wstać i zejść! 

— Nie mogę! Musisz mnie usprawiedliwić! 

— Wielki Boże! Zastanów się, dziewczyno! Przecież nie możesz 

być aż tak chora, żeby ich nie powitać! Co mam powiedzieć? 

— Powiedz, co chcesz. Daj mi spokój! 

background image

Pani Delius usłyszała głębokie westchnienie, a może to był płacz? 

Nie wiedziała, co o tym sądzić. Coś musiało się wydarzyć! Zeszła do 

salonu,  usiadła  i  głowiła  się,  co  powiedzieć,  kiedy  tamci  wrócą. 

Niedługo  służąca  wprowadziła  Armina  i  Rippacha.  Pani  Delius 

powitała ich. Była trochę speszona mówiąc: 

—  Przepraszam,  że  panowie  nadaremnie  wrócili.  Dopiero  po 

odjeździe  panów  służąca  powiedziała  mi,  że  Ewa  Maria  ma  silną 

migrenę  i  leży  w  łóżku.  Śpi  i  nie  mogę  jej  budzić.  To  mogłoby 

powiększyć ból głowy. 

Armin  zaskoczony  patrzył  na  macochę  swojej  narzeczonej. 

Zdziwiła  go  wiadomość,  że  Ewa  Maria  cierpi  na  migrenę.  Nigdy  o 

tym nie wspominała. Spojrzał na Rippacha, który rzekł: 

— Trudno, przyjedziemy jutro. 

— Tak, przyjedziemy jutro. Mam nadzieję, że Ewa Maria będzie 

już zdrowa. 

—  Oczywiście,  oczywiście!  Bardzo  mi  przykro,  ale  jak 

powiedziałam, 

córka 

musi 

mieć 

zupełny 

spokój. 

Będzie 

niepocieszona,  kiedy  jej  powiem,  że  panowie  byli  tutaj  dwa  razy.  A 

więc do jutra! 

Kiedy  wsiedli  do  powozu,  Arminowi  wydawało  się,  że  w  oknie 

sypialni  Ewy  Marii  poruszyła  się  firanka.  Musiało  to  być  złudzenie. 

Zdziwił się, gdy nagle stwierdził, że odczuwa brak towarzystwa Ewy 

Marii. Cieszył się, że będzie mógł przyjacielowi pokazać narzeczoną i 

rozwiać jego wątpliwości.  

background image

Było mu przykro, że Ewa Maria cierpi na migrenę. Nigdy o tym 

nie wspominała. Wydawała się taka zdrowa wesoła i zawsze pogodna. 

Chyba  nie  jest  to  zapowiedź  poważnej  choroby?  Nie  zdołał  ukryć 

niepokoju. 

— Słuchaj, stary, twoja troska o zdrowie narzeczonej jest jednak 

podejrzana.  Wydaje  mi  się,  że  jesteś  w  ten  związek  bardziej 

zaangażowany sercem, niż sobie z tego zdajesz sprawę. Nie rób takiej 

żałosnej miny, jutro ją zobaczymy! 

Wieczorem 

Armin 

posłał 

służącego 

zapytaniem 

samopoczucie  panny  Delius.  Otrzymał  od  macochy  Ewy  Marii 

odpowiedź,  że  jest  lepiej,  ale  jutro  córka  chce  jeszcze  leżeć  i  nie 

opuszczać pokoju. Armina zmartwiła ta wiadomość. Hans starał się z 

całej siły, żeby rozweselić przyjaciela. 

Pod wieczór pani Delius zapukała do sypialni Ewy Marii: 

— Listonosz przyniósł list do ciebie, otwórz! 

Młoda dziewczyna podeszła do drzwi. Pani Delius przeraziła się, 

widząc jej blade, zapadłe policzki: 

—  Dziewczyno,  jak  ty  wyglądasz!  Teraz  rozumiem,  że  nie 

chciałaś się tak pokazywać. Jeszcze nigdy nie widziałam cię w takim 

stanie. Co ci dolega? 

Ewa Maria przyłożyła palce do skroni: 

—  Mam  potworny  ból  głowy.  Nie  mogłam  wyjść.  Jeżeli 

ponownie  jutro  przyjdą,  powiedz,  że  muszę  jeszcze  dzień,  dwa 

poleżeć w łóżku. A teraz zostaw mnie. Potrzebuję spokoju! 

background image

—  Dobrze,  dobrze,  już  idę!  Tu  masz  list.  Doręczono  go  już 

wczoraj, ale zapomniałam ci go dać. 

Ewa Maria wzięła list i obojętnie położyła na stole. 

—  Może  coś  zjesz?  Czy  nie  jesteś  głodna?  —  zapytała  pani 

Delius. 

— Nie, nie, pragnę tylko spokoju! — odparła zamykając drzwi za 

zdziwioną macochą. 

Kiedy przybył posłaniec z zamku, pani Delius powiedziała, żeby 

panowie jutro jeszcze nie przyjeżdżali z wizytą. 

 

Ewa  Maria  całą  noc  leżała  z  otwartymi  oczami  i  patrzyła  w 

ciemność. Kiedy nastał świt, wstała, ubrała się i zaczęła niespokojnie 

chodzić  po  pokoju.  Zastanawiała  się,  co  począć.  Jedno  wiedziała  z 

całą  pewnością.  Nie  może  zostać  żoną  Armina!  Wykluczyła  również 

spotkanie  z  mężczyzną,  którego  kocha.  A  więc  pozostaje  tylko 

ucieczka! Nie mogłaby patrzeć na ukochaną twarz wiedząc, że jest mu 

całkowicie  obojętna.  Nie  mogłaby  tego  znieść,  ponieważ  kochała 

Armina, kochała bardziej niż przedtem.  

Ale dokąd uciec? Nie ma pieniędzy i nie ma posady! Jej majątek 

to pięćdziesiąt marek! Na razie nie otrzymała odpowiedzi na wysłaną 

ofertę.  Jednak  nie!  Macocha  dała  jej  list,  który  przyszedł  wczoraj. 

Leży  tam  na  stole.  Drżącymi  rękami  rozerwała  kopertę,  a  kiedy 

przeczytała  treść,  opadła  na  krzesło.  Głęboko  westchnęła,  po 

policzkach  spływały  jej  łzy.  Była  uratowana!  Jeszcze  raz  wzięła  do 

ręki list. 

background image

Szanowna Pani 

Dopiero dzisiaj mogę odpowiedzieć na Pani list. Szczerze mówiąc 

wahałam się ze względu na Pani młody wiek i zaangażowałam starszą 

osobę. Ponieważ ta dama nagle poważnie zachorowała, pragnę Panią 

przyjąć  jako  wychowawczynię  i  to  zaraz.  Gdyby  pani  już  to  nie 

interesowało,  proszę  o  telefoniczną  wiadomość.  Jeżeli  nie  otrzymam 

odmownej  odpowiedzi,  będę  Pani  oczekiwać  w  moim  domu.  Zwrócę 

koszty podróży. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła Panią powitać. 

Łączę wyrazy szacunku 

Magdalena von Soltenau 

 

Ewa  Maria  westchnęła  i  otarła  łzy.  W  ostatniej  chwili  nadszedł 

ratunek.  Uspokoiła  się.  Byt  miała  zapewniony,  ale  czuła  kompletną 

pustkę! 

Po  kilku  wspaniałych  tygodniach  ten  cios  był  jak  grom.  Przez 

chwilę  kusiła  ją  myśl:  „A  może  udawać,  że  nic  nie  słyszałam  —

jeszcze  jestem  panią  własnego  losu.  Jeżeli  nawet  nie  zaznam  jego 

miłości, będę miała jego przyjaźń!"  

Nagle  ujrzała  oczami  wyobraźni  twarz  Armina.  Czy  wytrzyma 

życie  pełne  fałszu  i  udawania?  Czy  ma  nadal  cierpieć  poniżenie  i 

wstyd?  Nie,  lepiej  umrzeć,  lepiej  zginąć  z  głodu  gdzieś  w  świecie... 

wszystko będzie lepsze niż takie życie! 

Znowu  zaczęła  niespokojnie  chodzić  po  sypialni.  Powoli 

opanowała  się,  przyniosła  z  komórki  dwie  walizki  i  zaczęła 

pakowanie. 

background image

Kiedy  około  południa  zapukała  macocha,  Ewa  Maria 

odpowiedziała, że czuje się lepiej i że zejdzie na obiad.  

Siedząc przy stole pani Delius narzekała: 

— Wyglądasz okropnie. Całe szczęście, że narzeczony dzisiaj cię 

nie zobaczy. Mówię ci, nie powinnaś codziennie chodzić na cmentarz. 

Wykończysz się bardzo szybko płaczem i lamentami! 

— Nie to jest powodem, to tylko nerwy! 

—  Co  ty  wygadujesz!  Taka  młoda  dziewczyna  nie  powinna 

wiedzieć,  co  to  są  nerwy.  A  co  mam  ja  powiedzieć?  Co  ja  musiałam 

przeżyć!  Pomyśl  o  dniu,  kiedy  twój  ojciec  oświadczył,  że  jest 

zrujnowany!  Mój  Boże,  myślałam,  że  dostanę  udaru  serca.  A  potem 

choroba  ojca i ta nędzna pensja!  Coś  okropnego.  Trzeba  mieć nerwy 

ze stali, żeby to wytrzymać. Bogu dzięki, że mam to już za sobą! 

Ewa  Maria  milczała  myśląc,  że  i  ją  wszystko  to  dotknęło,  może 

jeszcze bardziej. Ból, jaki odczuwała w tej chwili, zagłuszał wszystkie 

inne  uczucia.  Zaraz  po  skończonym  obiedzie  poszła  do  swojego 

pokoju,  żeby  dokończyć  pakowania  i  napisać  list  do  Armina 

wyjaśniający  wyjazd.  O  jedenastej  wieczorem  odjeżdżał  ostatni 

pociąg.  Chciała  nim  udać  się  do  pierwszej  stacji,  gdzie  mogła 

przesiąść się na ekspres do Berlina. 

Podczas  popołudniowej  drzemki  macochy  razem  ze  służącą 

zaniosły  walizki  i  nadały  na  bagaż. Chciała  zatrzeć  za  sobą  wszelkie 

ślady.  Służącej  nakazała  milczenie,  a  macosze  postanowiła  wszystko 

powiedzieć  w  ostatniej  chwili.  Wiedziała,  że  będzie  straszna 

awantura. 

background image

Po powrocie ze stacji zamknęła się w sypialni. Przez służącą dała 

znać,  że  czuje  się  lepiej  i  jutro  będzie  w  pełni  sił.  Słyszała,  jak 

posłaniec  z  zamku  przyniósł  dla  niej  list  od  Armina.  Kiedy  Mina 

doręczyła jej kopertę, rozerwała ją i zaczęła czytać. 

Kochana Ewo Mario! 

Mam nadzieję, że czujesz się lepiej. Bardzo się martwię o Twoje 

zdrowie.  Mój  przyjaciel,  Rippach,  wyjeżdża  za  dwa  dni  i  spodziewa 

się, że cię zobaczy zdrową! Ponieważ przyjechał specjalnie po to, żeby 

cię poznać, byłoby mu szczególnie przykro, gdybyście się nie spotkali. 

Mam  nadzieję,  że  ujrzymy  się  jutro.  Bardzo  mi  Ciebie  brakuje, 

kochana Ewo Mario. 

Serdecznie Cię pozdrawiam i całuję 

Twój Armin 

 

Dziewczyna  spokojnie  patrzyła  na  pierwszy  i  ostatni  list  od 

swojego  narzeczonego.  Taki  chłodny  i  wyważony!  Bez  wzruszenia 

zdjęła  z  palca  pierścionek  zaręczynowy.  Czuła  się  na  siłach,  by 

zawiadomić  Armina  o  swojej  decyzji.  Usiadła  przy  stoliku  i  zaczęła 

pisać. 

Kochany Arminie! 

Przypadek  zrządził,  że  byłam  mimowolnym  świadkiem  Twojej 

rozmowy  z  panem  von  Rippach.  Leżałam  na  trawie  za  krzakiem 

leszczyny kilka kroków od ławki, na której siedzieliście. Nie miałam 

zamiaru  podsłuchiwać  i  właśnie  chciałam  podejść  do  ławki,  gdy 

usłyszałam,  co  powiedział  pan  von  Rippach  o  mojej  macosze. 

background image

Poczułam  straszny  wstyd  nie  chciałam  się  wam  pokazywać  i  tak 

wszystko słyszałam! 

Teraz  wiem,  że  mnie  nie  kochasz,  wiem,  że  Twoje  serce  należy 

do innej kobiety. Wiem, że chcesz mnie poślubić, bo taki jest warunek 

objęcia  schedy.  Sądzisz,  że  będę  „wygodną  żoną".  Gdybym  nie 

słyszała Waszej rozmowy, byłabym nadal ślepa, ponieważ wierzyłam, 

że mnie kochasz, chociaż tego nigdy nie powiedziałeś. 

Skoro znam prawdę, nie mogę zostać Twoją żoną, ponieważ Cię 

kocham.  Poniżyłbyś  mnie,  gdybyś  mnie  poślubił  nie  kochając,  a  ja 

przecież szczerze wyznałam, że Cię kocham! Nie mogę Cię zobaczyć, 

ponieważ  wstydzę  się  czułości  i  wylewnych  uczuć,  jakie  Ci 

okazywałam. Z tego powodu jeszcze dzisiaj wyjeżdżam. Szczęśliwym 

trafem otrzymałam pozytywną odpowiedź na jedną z moich ofert. Nie 

musisz  się  martwić  o  mój  los.  Zwracam  pierścionek,  który  załączam 

do listu.  

W  sprawie  mojej  macochy  nie  mam nic  do powiedzenia.  Wiem, 

że  nie  każesz  jej  opuścić  domu  do  dnia,  aż  znajdzie  mieszkanie  w 

Berlinie  czy  w  innym  dużym  mieście.  Nic  mnie  z  nią  nie  łączy  i  od 

dzisiaj zrywam z nią wszelki kontakt. Wybacz mi, jeżeli sprawiłam Ci 

kłopot, tak jak ja wybaczam Tobie! 

Ewa Maria 

 

Włożyła  kartkę  do  koperty  i  dołączyła  pierścionek.  Wyczerpana 

położyła się na łóżku i leżała do wieczora. Około dziewiątej ubrała się 

background image

do podróży i zeszła do salonu. Na kanapie leżała pani Delius, trzymała 

w rękach książkę, ale drzemała. 

—  Obudź  się  i  usiądź  koło  mnie.  Muszę  ci  coś  ważnego 

powiedzieć. 

Macocha powoli otworzyła oczy i jąkając się pytała: 

— Co się stało? Dlaczego mnie wołasz? Ewo Mario, dlaczego tak 

dziwnie wyglądasz? 

Podniosła się i usiadła naprzeciwko pasierbicy. 

—  Muszę  ci  powiedzieć,  że  wczoraj  pojawiły  się  okoliczności, 

które mnie zmusiły do zerwania zaręczyn z panem von Leyden. 

— Czy ty zwariowałaś? 

— Nie, wiem co robię. Powtarzam: zerwałam zaręczyny i proszę, 

żebyś jutro doręczyła ten list panu von Leydenowi. 

— Nie zrobię tego! Nie zmusisz mnie! Co ci  wpadło do głowy? 

Jesteś  idiotką!  Tak,  idiotką!  Idź  do  swojego  pokoju  i  wyśpij  się 

porządnie. Uważaj, bo od twojej gadaniny dostanę udaru serca! 

Ewa Maria zacisnęła usta. Po chwili rzekła: 

—  Uspokój  się  i  słuchaj,  co  mówię:  musisz  się  pogodzić  z  tym 

faktem. Zerwałam zaręczyny! 

Pani  Delius  dostała  napadu  złości:   krzyczała,   obrażała Ewę 

Marię,   wypomniała jej   niewdzięczność  i   zaklinała   na   wszystkie 

świętości.  Dziewczyna  spokojnie  słuchała,  a  kiedy  macocha 

wyczerpana na chwilę przestała mówić, odezwała się: 

background image

—  Wszystko  to,  co  powiedziałaś,  nie  wpłynie  na  moje 

postanowienie.  Gdybyś  spokojnie  pomyślała,  doszłabyś  do  wniosku, 

że muszę mieć poważny powód, który zmusił mnie do tego kroku. 

—  No  to  powiedz  mi  wreszcie,  o  co  chodzi?  —  wrzeszczała 

macocha. 

Ewa  Maria  zaciskała  ręce.  Tylko  to  zdradzało,  że  jest 

zdenerwowana. 

— Od wczoraj wiem, że pan von Leyden mnie nie kocha, a chce 

się ożenić, bo to jest warunkiem objęcia schedy! 

Pani Delius zaśmiała się ironicznie. 

—  Nie  gadaj  głupstw!  Jesteś  wariatką!  Z  takiego  powodu  nie 

wolno  odrzucić  wspaniałej  partii!  Nigdy  więcej  nie  zdarzy  się  taka 

okazja!  To,  że  chce  wziąć  za  żonę  biedną  dziewczynę,  świadczy  o 

miłości. Przecież mógłby znaleźć inną kobietę! A kim ty jesteś? Córką 

biednego  profesora,  która  będzie  musiała  pracować  u  obcych  ludzi, 

żeby  zarobić  na  życie,  jeżeli  ten  mężczyzna  odwróci  się  od  ciebie. 

Opamiętaj się, dziewczyno! Czy ty naprawdę zwariowałaś? 

Ewa Maria odparła spokojnie: 

— Wiem, co robię. Wiem, że jestem biedna i muszę zarabiać na 

chleb.  Wiem,  że  odrzucam  bogactwo  i  wygodę  wybierając  trudne 

życie.  Wszystko  to  powinno  cię  przekonać,  że  nie  mogę  inaczej 

postąpić. 

— Wielki Boże, co za głupie poglądy! Jesteś taka sama jak twój 

ojciec. Niepraktyczna, rozhisteryzowana i przeczulona! 

background image

— Milcz! Ani słowa o moim ojcu! Nigdy go nie rozumiałaś. Był 

dumny, skromny i mądry i wiem, że  pochwaliłby moją decyzję.  Tak, 

jestem  taka,  jak  mój  ojciec!  Nie  utrudniaj  mi  życia,  nie  mam  sił  na 

awantury — krzyknęła groźnie patrząc na macochę. 

— Ale co się teraz stanie? Co się stanie? — lamentowała. 

—  Otrzymałam  posadę  wychowawczyni  i  wyjeżdżam  jeszcze 

dzisiaj wieczorem. 

—  Nie  pozwalam  ci  wyjeżdżać!  Zabraniam  ci  opuszczać  dom! 

Leyden przywoła cię do porządku! 

Ale córka profesora dumnie podniosła głowę i obojętnie patrzyła 

na zniekształconą ze złości twarz macochy: 

—  Nie  masz  prawa  mnie  zatrzymywać.  Wolę  śmierć  niż 

spotkanie z panem von Leyden. 

Pani  Delius  zmieniła  taktykę.  Zaczęła  prosić  chcąc  wzbudzić  w 

pasierbicy litość. 

—  Ewo  Mario!  Czy  ty  nie  pomyślałaś  o  mnie?  Chcesz  mnie 

pozbawić  wygodnego  życia  bez  trosk  i  zmartwień?  Zlituj  się  nade 

mną!  Czy  myślisz,  że  Leyden  będzie  mi  wypłacał  rentę,  jeżeli  nie 

wyjdziesz za niego za mąż? 

Ewa Maria spąsowiała. Wstydziła się za tę kobietę. 

— Przecież nie mogłabyś tej renty przyjąć! 

— A więc widzisz! Co się ze mną stanie? 

— Przecież masz pieniądze za sprzedany dom! 

—  To  drobnostka!  Czy  z  tego  można  przyzwoicie  żyć?  Będę 

zmuszona  do  oszczędzania!  Jesteś  niewdzięczna.  Tyle  lat 

background image

zastępowałam ci matkę, a ostatnie lata znosiłam biedę z twoim ojcem. 

A teraz, kiedy pojawiła się szansa na lepsze życie, chcesz mnie znów 

strącić  w  nędzę!  Nie  wolno  ci  tak  postępować!  Jeżeli  nie  zmienisz 

zdania, zgrzeszysz przeciw mnie! 

—  Nie  mogę  ci  pomóc!  Nie  mogę  ci  ofiarować  swojego  życia. 

Jesteś  zabezpieczona,  nie  będziesz  cierpiała  niedostatku.  Tutaj  leży 

list  do  pana  Leyden.  Pozwoli,  żebyś  została  tutaj  do  chwili,  aż 

znajdziesz nowe mieszkanie. Żegnaj! 

Podała  macosze  rękę,  ale  pani  Delius  zakryła  twarz  i  zaczęła 

głośno  płakać.  Dziewczyna  wyszła  z  salonu.  Na  korytarzu  stała 

służąca. Położyła jej rękę na ramieniu: 

—  Mino,  jesteś  dobrym  dzieckiem!  Proszę,  zrób  pani  Delius 

zimne  okłady  na  czoło,  znowu  ma  atak  płaczu!  Muszę  dzisiaj 

wyjechać. Zajmiesz się nią? 

—  Tak,  proszę  panienki!  A  może  jednak  byłoby  lepiej,  gdyby 

panienka została? 

— Muszę wyjechać! Żegnaj. Idź do salonu! 

Włożyła kapelusz i płaszcz. Wyszła z domu, jeszcze raz spojrzała 

na ogród i szybko poszła w kierunku małej stacji. Kiedy tam dobiegła, 

pociąg właśnie wjechał na peron. Weszła do przedziału drugiej klasy. 

Na szczęście był pusty. Z płaczem opadła na siedzenie. 

Kiedy  pociąg  przejeżdżał  obok  domu  ojca,  zobaczyła,  że  w 

salonie  nadal  pali  się  światło.  A  więc  Mina  zajęła  się  macochą. 

Uspokojona  oparła  się  o  ławkę  i  starała  się  o  niczym  nie  myśleć. 

Jechała w nieznane, pełne wyrzeczeń życie. 

background image

Kiedy  pani  Delius  przestała  spazmować,  Ewa  Maria  była  już 

daleko  od  miejsca,  gdzie  spędziła  ostatnie  lata  z  ojcem.  Siedziała  i 

tępo  patrzyła  przed  siebie.  „Ewa  Maria  wyjechała,  zaręczyny  z 

bogatym dziedzicem zerwane, rentę diabli wzięli i znowu czeka mnie 

oszczędzanie i liczenie każdego grosza!" 

Ani przez chwilę nie pomyślała o pasierbicy, o tym, co ją czeka, 

o tym, jak cierpi. Dla tej kobiety istniało tylko jej własne „ja" i własne 

korzyści.  Zaczęła  myśleć,  czy  z  tego,  co  się  stało,  jednak  nie 

wyciągnie  jakichś  korzyści?  Liczyła  na  wspaniałomyślność  Leydena. 

Nie  wierzyła,  że  każe  jej  opuścić  dom,  chociaż  już  dawno  otrzymała 

pieniądze i podpisała umowę o sprzedaży posiadłości. Postanowiła, że 

dobrowolnie  nie  wyprowadzi  się  nigdzie.  Będzie  zwlekała. 

Zaoszczędzi w ten sposób na czynszu. 

A  może  Leyden  nie  zgodzi  się  na  zerwanie  zaręczyn?  Może 

pojedzie za nią i zmusi ją do powrotu? Nagle drgnęła. Ewa Maria nie 

powiedziała,  dokąd  wyjeżdża!  Szybko  wstała  i  poszła  do  sypialni 

pasierbicy.  Nic  nie  znalazła.  Zabrała  wszystkie  swoje  rzeczy.  Kiedy 

ona zdążyła spakować walizy i zanieść na stację?  

Napadła ją złość i zaczęła krzyczeć na służącą, która schowała się 

do kuchni. Znała napady furii  swojej chlebodawczyni i wolała się nie 

pokazywać. Słyszała, jak pani Delius powtarzała: „Co za wariatka!" 

Po  chwili  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  może  w  liście  znajdzie 

adres.  Nie  odważyła  się  jednak  otworzyć  koperty  zamkniętej 

pieczęcią.  Postanowiła  wcześnie  rano  pójść  do  zamku.  Czy  pan 

Leyden  wiedział  o  wyjeździe  narzeczonej?  Jak  Ewa  Maria 

background image

dowiedziała  się,  że  narzeczony  jej  nie  kocha?  Musiało  więc  między 

nimi  coś  zajść.  Wściekła  na  pasierbicę,  zaniepokojona  swoją 

niepewną  przyszłością  położyła  się  wreszcie  do  łóżka,  ale  nie  mogła 

zasnąć.  

Wcześnie  rano  wstała  i  poszła  do  zamku.  Droga  zajęła  jej  pół 

godziny.  Kiedy  zbliżała  się  do  żelaznej  bramy  parku,  właśnie  konno 

wyjechał  Scheveking.  Mruknął  sam  do  siebie:  „A  czegóż  to  ta  stara 

tutaj szuka?" Podjechał do niej i zapytał ostro: 

— Co się stało? Czyżby panna Ewa Maria była nadal chora? 

—  Muszę  natychmiast  rozmawiać  z  panem  von  Leyden!  — 

odpowiedziała ciężko dysząc. 

— O co chodzi, do stu diabłów? 

Pani Delius zrobiła ważną minę: 

— To nie pański interes! Muszę się widzieć z dziedzicem! 

Scheveking zeskoczył z wierzchowca, rzucił wodze stajennemu i 

zaprowadził  ją  do  zamku.  Kazał  jej  czekać  w  przedpokoju,  a  sam 

poszedł  do  Armina.  Zastał  go  przy  śniadaniu  z  Hansem  w  małej 

jadalni.  Poprosił,  żeby  przeszli  do  gabinetu.  Armin  zaraz  tam  się 

zjawił. 

—  Panie  inspektorze,  pan  tak  wcześnie  do  mnie?  Myślałem,  że 

pan już na polach. 

— Byłem w drodze, ale spotkałem tę starą i zawróciłem. Chce z 

panem rozmawiać. Diabli wiedzą, czego chce, nie podoba mi się. Nie 

wróży to nic dobrego. 

Armin spoważniał. 

background image

— Pan mówi o pani Delius? 

—  Tak,  o  niej!  Proszę  uważać,  ona  jest  gotowa  podstępem 

wprowadzić się do zamku! 

Armin zaniepokoił się i rzekł: 

— Ależ nie, pewno przynosi wiadomość od Ewy Marii! Może jej 

stan pogorszył się w ciągu nocy? Proszę ją przyprowadzić tutaj. 

— Hm! No dobrze! Radzę panu uważać, ta wiedźma zdolna jest 

do wszystkiego!  

Po chwili wprowadził macochę. 

—  Co  się  stało?  Czy  pani  przynosi  złe  wiadomości?  —  rzekł 

ponurym głosem. 

Wskazał krzesło, na które opadła i zakryła twarz chusteczką. 

— Panie von Leyden, mój Boże, Ewa Maria wyjechała! 

Armin  zrobił  zniecierpliwiony  ruch  ręką.  Scheveking  wyszedł. 

Armin w pierwszej chwili nie zrozumiał. 

—  Wyjechała?  Co  to  ma  znaczyć?  Proszę  powiedzieć,  co  się 

stało! 

Wyjęła z torebki list i podała jęcząc. 

— Drogi panie von Leyden, proszę to przeczytać. Nie mam słów, 

jestem zrozpaczona! 

Wziął  list.  Wyczuł  w  nim  pierścionek.  Zacisnął  zęby,  rozerwał 

kopertę,  wyjął  pierścionek  i  zaczął  czytać  list.  Kolor  jego  twarzy 

zmieniał się kilka razy, a kiedy skończył czytanie, zakrył  oczy ręką i 

poczuł silny ból serca. Właściwie nie zdawał sobie sprawy, co czuje: 

głębokie  współczucie  czy  palącą  tęsknotę,  żeby  wziąć  Ewę  Marię  w 

background image

ramiona,  pocieszyć  i  wyrazić  skruchę!  Biedne  dziecko!  Jak  bardzo 

musi cierpieć, skoro ucieka przed nim.  

Zdał  sobie  sprawę,  że  skrzywdził  tę  kobietę  proponując  jej 

małżeństwo  bez  miłości.  Czy  naprawdę  bez  miłości?  Dlaczego  tak 

przeżywa jej ucieczkę i zerwanie zaręczyn? Czy to, co czuł do niej to 

była  tylko  przyjaźń?  Nie,  to  stanowczo  było  uczucie  głębsze, 

serdeczniejsze, czulsze! Czyżby Rippach miał rację? 

Wyprostował  się  i  jeszcze  raz  przeczytał  list.  Szczere  słowa 

młodej  dziewczyny  wstrząsnęły  nim  do  głębi.  Wyznała,  że  nadal  go 

kocha,  a  jednak  wyjechała.  Była  zbyt  dumna,  żeby  ofiarować  miłość 

mężczyźnie, który jej nie kocha! Ewa Maria wstydziła się tego, co on 

zrobił. 

Armin  nagle  uświadomił  sobie,  że  uczucie,  jakie  żywił  do  Ewy 

Marii,  było  zupełnie  inne  od  namiętnego  zauroczenia  Aleksandrą. 

Było  to  uczucie  czyste,  szlachetne  i  gotowe  do  największego 

poświęcenia.  Tak,  teraz  zrozumiał,  co  oznaczają  słowa  „prawdziwa 

miłość".  Kochał  Ewę  Marię.  Kochał  tę  wspaniałą  dziewczynę  i  musi 

ją  odnaleźć.  Musi  jej  wyznać  miłość  i  przekonać,  że  ją  pokochał  z 

całego serca! Musi odzyskać jej zaufanie! 

— Dokąd pojechała Ewa Maria? 

— Och, mój Boże, pan też nie wie, dokąd uciekła? Myślałam, że 

napisała  do  pana,  gdzie  będzie  mieszkać.  Nic  nie  wiem.  Nic  mi  nie 

powiedziała. Nie zostawiła żadnego śladu. Wszystko przeszukałam w 

jej pokoju. 

Zmarszczył czoło i zapytał krótko: 

background image

— Kiedy wyjechała?  

— Wczoraj wieczorem, ostatnim pociągiem. 

— Czy zabrała bagaż? 

—  Tak  spakowała  wszystkie  swoje  rzeczy.  Po  obiedzie,  kiedy 

spałam, razem ze służącą zaniosła dwie walizy i nadała bagaż. 

— A więc trzeba zapytać zawiadowcę, dokąd wykupiła bilet. 

—  Byłam  tam  już  dzisiaj  rano.  Powiedział,  że  Ewa  Maria 

wykupiła bilet tylko do następnej stacji i tam kazała wysłać walizy. 

Armin  zastanawiał  się,  co  począć.  Następną  stacją  było  małe 

miasto.  Tam  chyba  nie  będzie  łatwo  zdobyć  informacje,  ale  trzeba 

spróbować. Sprawę ułatwiało to, że Ewa Maria była w żałobie. Może 

kasjer na stacji zapamiętał młodą damę w czarnej sukni i welonie? A 

może nie pojechała zaraz dalej i zatrzymała się w hotelu? 

— Czy Ewa Maria wzięła małą walizeczkę? 

—  Nie,  służąca  powiedziała,  że  opuszczając  dom  nie  miała  nic 

poza torebką. 

— Czy ma pieniądze? 

— Najwyżej pięćdziesiąt marek. 

Armin  gorączkowo  myślał,  co  robić.  Nagle  sobie  coś 

przypomniał i powiedział: 

—  Ewa  Maria  mówiła  mi,  że  przed  kilkoma  tygodniami 

otrzymała pozytywną odpowiedź na swoją ofertę. O ile wiem, dwa dni 

temu też ktoś do niej napisał. 

— Tak, sama doręczyłam jej ten list. 

— Czy pani nie zwróciła uwagi na stempel? 

background image

— Nie, niestety nie! 

—  A  poprzedni  list?  Czy  pani  coś  wie  o  jego  treści  i  o 

nadawczyni? 

—  Nic  nie  wiem!  Ewa  Maria  nigdy  nic  mi  nie  mówiła.  Była 

zawsze taka zamknięta w sobie. Mój Boże, co tej dziewczynie wpadło 

do głowy? Co ona sobie wyobraża? Co teraz będzie? Ze zmartwienia 

całą noc płakałam. Boję się o los tego dziecka... ja... 

Armin zniecierpliwiony przerwał potok jej słów. 

—  Proszę  mi  opowiedzieć,  co  się  działo  w  pani  domu  od  mojej 

ostatniej wizyty. Może to naprowadzi mnie na jakiś ślad. 

Pani  Delius  stękając  i  szlochając  opowiedziała  o  dziwnym 

zachowaniu  Ewy  i  o  rozmowie  przed  jej  wyjazdem.  Oczywiście 

najwięcej  mówiła  o  swoich  „ciężkich"  przeżyciach.  Jednak  Armin  z 

całej  tej  gadaniny  jeszcze  bardziej  przekonał  się,  że  Ewa  Maria 

niewymownie  cierpi  i  że  jest  nieszczęśliwa.  Uświadomił  sobie,  jak 

bardzo  ją  pokochał.  Jej  rozpacz  wywołała  w  nim  głębokie 

współczucie i żal, że nie jest przy niej. 

Kiedy  pani  Delius  skończyła  mówić,  powiedział,  że  każe  ją 

odwieźć powozem do domu. Uniżenie podziękowała i robiąc speszoną 

minę rzekła: 

— Panie von Leyden, czy pan łaskawie pozwoli, żebym na razie 

mieszkała  w  domu,  który  pan  kupił?  Nie  mam  teraz  głowy  do 

szukania nowego lokum w obcym mieście! 

— Proszę bardzo, może pani zostać. Wyświadczy mi pani wręcz 

przysługę. Nie tracę nadziei, że Ewa Maria zostanie moją żoną. Muszę 

background image

ją odnaleźć. Może napisze do pani i poda swój adres? W każdym razie 

proszę  się  nie  wyprowadzać.  Gdyby  Ewa  Maria  dała  o  sobie  znać, 

proszę  mnie  zawiadomić.  A  teraz  muszę  panią  pożegnać.  Chcę 

porozmawiać z moim przyjacielem, może mi coś doradzi? 

Armin odprowadził macochę do powozu, pomógł wsiąść i wrócił 

do jadalni. 

Hans pił kawę. Widząc wchodzącego Armina zapytał: 

—  Czy  stało  się  coś  ważnego?  —  Gdy  zauważył  bladą  twarz 

przyjaciela, dodał: — Otrzymałeś złą wiadomość od Schevekinga? 

— Nie od niego, ale od pani Delius. 

—  Coś  podobnego!  Twoja  urocza  teściowa  była  tutaj?  Czyżby 

stan zdrowia Ewy Marii pogorszył się w ciągu nocy? 

Armin usiadł i podając mu list powiedział: 

— Proszę, przeczytaj to! 

Hans  zauważył,  że  Armin  jest  bardzo  wzburzony.  Kiedy  czytał, 

Armin niespokojnie chodził po jadalni. Wreszcie usiadł i nieruchomo 

patrzył przed siebie. 

Czytając  list  bardzo  spoważniał.  Kiedy  skończył,  zwrócił  kartkę 

Arminowi.  Patrząc  na  jego  zmartwioną  twarz  położył  rękę  na  dłoni 

przyjaciela. 

— Armin ty kochasz tę dziewczynę. Przyznaj się wreszcie! 

Przecierając oczy Armin odpowiedział: 

— Tak. W chwili, kiedy usłyszałem, że ją tracę, doszło do mojej 

wiadomości, że ją kocham. Wcześniej naprawdę nie zdawałem sobie z 

tego sprawy! Wiesz, to nowe, zupełnie odmienne uczucie niż to, które 

background image

żywiłem  do  Aleksandry.  Myślę,  że  jest  głębokie,  silniejsze  i  lepsze! 

Hans  jej  ucieczka  świadczy  o  cierpieniu.  Niechcący  zraniłem  ją  do 

głębi duszy! 

— Niestety, nie mogę zaprzeczyć. Przykro mi, że to właśnie mój 

przyjazd  wywołał  to  nieszczęście.  Kto  wie?  Może  dobrze,  że  tak  się 

stało?  Przekonałeś  się,  że  ją  kochasz.  Odnajdziesz  Ewę  Marię  i 

udowodnisz  swą  miłość.  Życzę  ci  powodzenia!  Armin,  twoja 

narzeczona  to  wspaniała,  dumna  dziewczyna.  Udowodniła  to  swoim 

zachowaniem.  Inna  kobieta,  bez  charakteru  milczałaby  i  nie 

zrezygnowałaby  ze  wspaniałej  partii.  Muszę  ci  wyznać,  ze  trochę 

obawiałem  się  o  twój  los  i  dziwiłem  się  twojej  pochopnej  decyzji. 

Teraz  mam  do  tej  młodej  damy  głęboki  szacunek.  Trudno  byłoby 

znaleźć drugą która wybrałaby taką drogę. 

— Hans, poradź, co mam robić? 

—  Sprawa  jest  prosta.  Pojedź  za  nią  i  przywieź  ją  do  domu. 

Przecież chyba zdołasz ją przekonać, że ją kochasz! 

—  Gdyby  to  było  takie  proste!  Nie  mam  pojęcia,  dokąd 

pojechała. 

Opowiedział, co usłyszał od pani Delius. 

— Głowa do góry, stary druhu! Nikt nie może zniknąć tak, żeby 

go nie można było odnaleźć! W ostateczności zwrócimy się o pomoc 

do  policji.  A  teraz  ruszamy  do  następnej  stacji.  Tam  dowiemy  się, 

dokąd  pojechała.  Ponoszę  winę,  że  doszło  do  tego  przykrego 

wydarzenia,  dlatego  pomogę  ci  ją  odnaleźć.  Chodź,  nie  wolno 

zwlekać, ruszymy, zanim czas zatrze wszelkie ślady. 

background image

Ewa  Maria  przyjechała  do  Berlina  rano.  Była  bardzo  zmęczona. 

Poszła do restauracji napić się kawy. Wszędzie było pełno podróżnych 

spieszących  do  pociągów  odjeżdżających  z  różnych  peronów.  Miała   

sporo  czasu.  Zjadła  śniadanie,  potem  poszła  do  toalety,  gdzie  mogła 

umyć  ręce  i  przeczesać  włosy.  Przeraziła  się  widząc  swoją  twarz  w 

dużym lustrze. Czarna suknia niekorzystnie wpływała na jej wygląd. 

Obawiała   się że zrobi złe wrażenie na pani von Soltenau. Potem 

poszła  do  miasta.  Znała  Berlin,  często  zatrzymywała  się  z  ojcem  w 

stolicy na dwa lub trzy dni w drodze na wakacje nad Morze Północne. 

Zwiedzali muzea i galerie obrazów, robili zakupy. 

Przeszła przez miasto główną ulicą, wspominając szczęśliwe dni, 

kiedy  jeszcze  żył  ojciec.  Obojętnie  patrzyła  na  wystawy  eleganckich 

sklepów. Wtem pomyślała, że mogłaby ozdobić czarną suknię białym 

koronkowym  kołnierzykiem.  Złagodzi  to  nieco  strój.  Sklepy  były 

jeszcze  pozamykane  ale  ulice  wypełniali  ludzie  spieszący  do  pracy: 

młodzi,  weseli  i  żartujący,  ale  też  starsi,  poważni,  o  zmęczonych 

twarzach.  

Ewa Maria czuła, że jest jedną z nich i tak jak oni będzie musiała 

pracować,  żeby  zarobić  na  codzienny  chleb.  Co  ją  czeka  w 

przyszłości? Czuła się osamotniona i nieszczęśliwa, dręczyły ją myśli 

o Arminie.  

Czy  jej  życie  ma  sens?  Czy  musi  cierpieć?  Czy  nie  istnieje 

sposób,  żeby  pozbyć  się  tych  męczarni?  Ma  prawo  decydować  o 

swoim  życiu.  Nikt  nie  zmusi  jej,  żeby  dalej  żyła!  Ale  Armin?  Co 

powiedziałby,  gdyby  się  dowiedział,  że  popełniła  samobójstwo?  Czy 

background image

nie  rzuciłoby  to  cienia  na  jego  życie?  Nie,  tego  nie  wolno  zrobić!  Z 

powodu Armina musi dalej żyć i znosić swój los! 

Nachodziły  ją  i  inne  kuszące  myśli:  „Dziewczyno,  wróć  do 

domu! Staraj się zdobyć jego miłość, walcz z rywalką, walcz o własne 

szczęście!  Albo  spróbuj  zadowolić  się  jego  przyjaźnią,  możesz 

korzystać z jego bogactwa i używać dobrobytu! Armin przyjmie cię z 

chęcią.  Potrzebuje  żony,  inaczej  będzie  zmuszony  zrezygnować  ze 

schedy. A kobieta, którą kocha, jest dla niego nieosiągalna." 

Zaczęła sobie wyobrażać, co stałoby się, gdyby wróciła do domu 

i powiedziała Arminowi: „Zrobiłam nierozważny krok, działałam zbyt 

pochopnie,  przyjmij  mnie  z  powrotem.  Zadowolę  się  tym,  co  mi 

możesz dać. 

Tak,  wiedziała,  że  nie  robiłby  jej  wymówek,  rozmawiałby  z  nią 

spokojnie  i  przyjaźnie,  jak  dawniej.  Jednak  nie.  Byłoby  już  zupełnie 

inaczej,  strasznie  i  nieznośnie!  Cierpiałaby  z  powodu  jego  chłodnej, 

beznamiętnej  przyjaźni,  czułaby  poniżenie  i  wstyd.  Nie,  po  stokroć 

nie! Nie może wrócić, za żadną cenę! 

Chodziła  po  ulicach  aż  do  otwarcia  domów  mody.  Wybrała 

elegancki  kołnierzyk  z  białej  koronki  brukselskiej  i  zaraz  kazała  go 

przypiąć  do  sukni.  Minęła  godzina  dziesiąta.  Było  jeszcze  zbyt 

wcześnie  na  wizytę.  Poszła  do  pobliskiego  parku,  usiadła  na  ławce  i 

odpoczywała zastanawiając się nad swoją przyszłością.  

Po  godzinie  postanowiła  pójść  do  pani  von  Soltenau.  Straciła 

orientację, nie wiedziała, w której dzielnicy Berlina się znajduje, więc 

zatrzymała taksówkę i podała adres. 

background image

Jechała  przeszło  pół  godziny.  Taksówka  zatrzymała  się  przed 

ładną kamienicą. Portier powiedział, że pani von Soltenau mieszka na 

pierwszym  piętrze.  Powoli  wspięła  się  po  schodach  i  przez  chwilę 

nieruchomo stała przed drzwiami. Potem nacisnęła dzwonek. 

W  drzwiach  ukazała  się  pokojówka  w  granatowej  sukience  i 

białym fartuszku. Patrzyła pytająco. 

— Czy mogę rozmawiać z panią von Soltenau? — zapytała Ewa 

Maria. 

— Łaskawa pani przyjmuje dopiero od dwunastej! 

Ewa Maria podała swoją wizytówkę mówiąc: 

— Proszę to wręczyć łaskawej pani, jestem oczekiwana. 

— Ach, pani jest nową wychowawczynią? 

— Tak! 

— To co innego. Proszę wejść, łaskawa pani kazała zaraz prosić, 

kiedy pani przyjdzie. 

Ewa  Maria  poszła  za  pokojówką.  Wprowadziła  ją  do  dużego 

salonu z jasnymi meblami w stylu empire. Zanim dokładnie rozejrzała 

się wokół, zjawiła się wysoka, ładna kobieta i przyjaźnie uśmiechając 

się  patrzyła  na  Ewę  Marię.  Była  jeszcze  młoda,  miała  jasne  włosy, 

niebieskie oczy, a jej ruchy zdradzały energię i żywotność. 

— Panno Delius, nie oczekiwałam, że przyjedzie pani tak szybko. 

Miło  mi,  że  pani  nie  obraziła  się,  iż  zaangażowałam  inną 

wychowawczynię  i  dopiero  znalazłszy  się  w  trudnej  sytuacji 

napisałam do pani. Bardzo cenię okazaną mi pomoc. Tak jak pisałam, 

od wyboru pani powstrzymał mnie młody wiek. 

background image

— Mam nadzieję, że zdobędę zaufanie łaskawej pani. W każdym 

razie  zrobię  wszystko,  żeby  zasłużyć  na  przychylność.  Proszę  o 

wyrozumiałość, ponieważ jest to moja pierwsza posada. 

—  Dobrze,  dobrze!  Jeżeli  są  dobre  chęci,  nie  powinno  być 

trudności.  Będziemy  sobie  nawzajem  okazywać  dużo  cierpliwości. 

Moje  dwie  młodsze  córki,  które  będzie  pani  wychowywać,  to 

niespokojne duchy. Wymagają wyjątkowej cierpliwości. Dziewczynki 

są  jednak  dobrymi  dziećmi,  mają  czułe  serduszka,  chociaż  często  za 

bardzo  psocą.  Mam  nadzieję,  że  pani  zaprzyjaźni  się  z  nimi  właśnie 

dzięki temu, że jest młoda. Proszę, przejdźmy do bawialni. Pozna pani 

całą rodzinę. 

Pani  von  Soltenau  zaprowadziła  Ewę  Marię  do  obszernego, 

jasnego  pokoju  urządzonego  przytulnie,  niemniej  bardzo  elegancko. 

Przy  oknie  siedział  wysoki,  szpakowaty  mężczyzna.  Czytał  gazetę. 

Widząc wchodzące panie wstał i powitał Ewę Marię. To był pan von 

Soltenau.  

Później  Ewa  Maria  dowiedziała  się,  że  zajmuje  wysokie 

stanowisko  w  rządzie,  państwo  von  Soltenau  byli  średnio  zamożni  i 

żyli  skromnie.  Musieli  oszczędzać  na  co  dzień,  żeby  móc  wydawać 

wytworne przyjęcia, czego wymagała pozycja pana domu. Oboje byli 

bardzo zajęci i nie mieli wiele czasu dla dzieci. 

Najstarsza  córka,  Dora,  była  piękną,  smukłą  blondynką.  Żywy 

obraz matki. Natychmiast podeszła do nowej wychowawczyni witając 

ją  życzliwymi  słowami.  Dwie  mniejsze  dziewczynki  siedziały 

ściśnięte  w  dużym  fotelu  i  chichotały.  Miały  ciemne  oczy  ojca  i 

background image

krucze  loki  opadające  na  ramiona.  Były  śliczne.  Ubrano  je  w 

granatowe  marynarskie  sukienki,  ciemne  pończochy  i  płaskie 

półbuciki. 

—  Margit,  Frida,  chodźcie,  przywitajcie  się  z  panną  Delius  — 

zawołała pani von Soltenau. 

Dzieci  wahając  się  wstały  i  podeszły  do  Ewy  Marii,  która  z 

uśmiechem  spojrzała  na  dzieci  wyciągając  do  nich  rękę.  Nie 

powiedziała  ani  jednego  słowa,  ale  wyraz  jej  twarzy  i  oczu  ośmielił 

dziewczynki. 

Frida, najmłodsza, zaśmiała się. 

— Mamo, panna Delius bardzo mi się podoba! 

A  Margit  przytakując  głową  wyrażała  zgodę  z  tą  opinią.  Po 

chwili dodała: 

— Ta pani nie ma tak spiczastego nosa, jak panna Hellbrand. 

Pani von Soltenau uśmiechnęła się nieco zakłopotana. 

— Dzieci są jeszcze bardzo naturalne. Mówią wszystko, co myślą 

i  czują  bez  względu  na  to,  czy  słuchaczowi  to  miłe,  czy  przykre. 

Niestety  nie  mam  dosyć  czasu,  żeby  się  nimi  stale  zajmować,  ale 

proszę jednak pozwolić, żeby były szczere!  Nie chcemy  wprowadzać 

żelaznej dyscypliny. Ani mój mąż, ani ja. 

Von Soltenau dodał: 

— Pozwólmy im jak najdłużej cieszyć się dzieciństwem i mówić 

to  co  dyktuje  im  serce.  Niestety,  życie  nieraz  zmusi  je  do  kłamstw! 

Mam nadzieję, że pani mnie rozumie. 

— Oczywiście! Będę się starała spełniać życzenia państwa. 

background image

Pani von Soltenau znowu zwróciła się do Ewy Marii: 

—  Sądzę,  że  pani  jest  zmęczona  po  podróży.  Czy  chce  pani 

odpocząć? 

—  Jechałam  całą  noc.  Byłabym  wdzięczna,  gdybym  została 

zwolniona z obowiązków na kilka godzin. 

— Ależ naturalnie! Margit, Frido, zaprowadźcie pannę Delius do 

jej  pokoju.  Proszę  zadzwonić  po  pokojówkę,  poda  pani  drugie 

śniadanie.  Obiad  jemy  o  trzeciej.  Jadalnia  jest  naprzeciwko  pani 

pokoju. Będziemy czekali na panią! Proszę wypocząć! 

Skinęła  głową.  Ewa  Maria  poszła  za  dziewczynkami,  które 

wzięły ją za ręce i poprowadziły wzdłuż korytarza. 

— Pomóżmy pani rozpakować walczy! — zawołała Frida. 

— Oczywiście jeżeli pani chce! — dodała Margit. 

— Dziewczynki, jeżeli  wam to sprawi przyjemność, możecie mi 

pomóc! — odparła Ewa. 

—  Pani  ma  ładną  sukienkę  i  wygląda  pani  elegancko.  Ta  pani 

Hellbrand  nosiła  takie  strasznie  pstrokate  kokardy  i  szaliki!  Wcale 

nam się nie podobała, była śmieszna! — powiedziała Margit. 

—  Pani  ręce  są  delikatne  i  miękkie,  a  panna  Hellbrand  miała 

kościste  palce.  Była  dla  nas  miła  tylko  wtedy,  kiedy  była  z  nami 

mama albo tatuś. 

— Będę dla was zawsze miła, jeżeli będziecie grzeczne! 

— Hm... grzeczne? No tak, nie wiem, co pani ma na myśli. Czy 

to  znaczy,  że  nie  wolno  się  śmiać  i  hałasować,  kiedy  będzie  pani 

czytała romanse? 

background image

—  Ależ  nie,  możecie  hałasować  i  figlować,  ale  dopiero  po 

odrobieniu  zadań.  A  romansów  nie  będę  nigdy  czytała,  kiedy  będę  z 

wami. 

— Cudownie. Tutaj jest pani pokój. Frida i ja mamy sypialnię po 

prawej  stronie,  a  po  lewej  jest  nasz  pokój  do  nauki  i  do  zabaw.  Czy 

możemy w nocy zostawić otwarte drzwi do pani pokoju? 

— Naturalnie. O ile mamusia pozwoli. 

—  Tak,  tak,  mamusia  pozwala.  Czy  pani  wieczorem  kładzie  na 

nocnej szafce zęby i włosy? Chyba nie, bo wtedy nie pozwoliłaby pani 

otwierać  drzwi  na  noc.  Panna  Hellbrand  kazała  zamykać  drzwi,  ale  i 

tak  podglądałyśmy  ją  wcześnie  rano,  kiedy  jeszcze  spała.  No,  chodź, 

Margit, pani musi odpocząć. 

Kiedy  dziewczynki  zamknęły  za  sobą  drzwi,  Ewa  Maria  ciężko 

westchnęła. Czy i ona będzie po latach miała spiczasty nos i kościste 

palce, sztuczną szczękę i perukę? Dziewczynki były sympatyczne, ale 

w ich dziecięcej szczerości było jednak trochę okrucieństwa. 

Rozejrzała  się  po  pokoju.  A  więc  to  jest  jej  nowy  dom! 

Wprawdzie  niezbyt  duży,  ale  przytulnie  urządzony  pokój  zapewniał, 

że  będzie  się  czuła  dobrze.  Za  oknem  rozpościerał  się  duży  ogród. 

Ewa Maria czuła, że musi się położyć. Po chwili zasnęła wyczerpana 

podróżą i nowymi wrażeniami. 

W bawialni pani von Soltenau czekała na dzieci. 

— Jak wam się podoba nowa wychowawczyni? 

—  Bardzo,  mamusiu,  bardzo!  Jest  o  wiele  lepsza  od  panny 

Hellbrand! 

background image

— To dobrze! Musicie więc być bardzo grzeczne! 

—  Hm!  No  tak,  ale  powiedziała,  że  wcale  nie  musimy  cicho 

siedzieć.  Możemy  figlować,  ale  dopiero  po  skończonych  lekcjach. 

Ona w ogóle nie będzie czytała romansów, kiedy będzie z nami! 

—  Widzę,  że  wiecie  o  niej  już  wszystko,  wy  moje  kochane 

psotnice!  —  zaśmiał  się  pan  von  Soltenau  i  rzekł  do  żony:  —  Panna 

Delius robi dobre wrażenie. Sądzę, że miałaś szczęście, Magdaleno. 

— 

Zaczekajmy, 

kochany 

Herbercie. 

Przeżyłam 

wychowawczyniami  niejedno  rozczarowanie.  Pochodzi  z  dobrej 

rodziny,  jest  skromna  i  wygląda  na  osobę  o  niewygórowanych 

wymaganiach.  Dobrze,  że  tak  szybko  przyjechała.  Frida  i  Margit 

denerwują  mnie, kiedy  są bez  wychowawczyni,  a nasza  Dora nie  ma 

jeszcze autorytetu u młodszych sióstr. 

Von  Soltenau  podszedł  do  Dory  i  gładząc  ją  po  włosach  czule 

powiedział: 

— Dora sama jest jeszcze dzieckiem! 

Młoda dziewczyna zalotnie spojrzała na ojca: 

— Tatusiu, mam prawie dziewiętnaście lat! 

— Masz rację. Twój wiek imponuje mi, ale nie twoim siostrom! 

Margit wzruszyła ramionami. 

— Dora jest taka dumna, ponieważ była na pierwszym balu. Hm! 

Za pięć lat ja też pójdę na bal. Frida jest oczywiście jeszcze dzieckiem 

i właściwie powinna słuchać Dory! Ale ona jest dzikuską! 

—  Za  to  ty  jesteś  tak  potulnym  barankiem,  że  wzruszysz  pannę 

Delius! — zażartowała Dora. 

background image

Pan von Soltenau pożegnał żonę i dzieci. Sposób, w jaki to zrobił, 

świadczył o harmonijnym szczęściu tej rodziny. 

 

Poszukiwania  rozpoczęte  przez  Armina  i  Rippacha  w  sąsiednim 

miasteczku nie dały żadnych wyników. Ani na stacji kolejowej, ani w 

dwu  hotelach  nikt  nie  pamiętał  młodej  dziewczyny  w  żałobie.  W 

miasteczku  krzyżowały  się  trzy  linie  kolejowe.  Nie  było  wiadomo 

dokąd Ewa Maria pojechała. 

Wracając  do  zamku  Armin  przejeżdżał  koło  domu  pani  Delius. 

Wstąpił  i  zapytał,  czy  nie  nadeszła  jakaś  wiadomość.  Słysząc,  że  nie 

ma  żadnej  wieści, nie  pozostało  mu  nic  innego,  niż  czekać.  Odrzucił 

sugestię  Hansa,  żeby  zawiadomić  policję.  Wiedział,  że  sprawiłby 

Ewie Marii nową przykrość. 

Następnego  dnia  Hans  musiał  wracać  do  Berlina.  Przyrzekł 

przyjacielowi,  że  podczas  przerwy  w  obradach  sądowych  przyjedzie, 

żeby  mu  dotrzymać  towarzystwa.  Armin  był  przygnębiony. 

Nieustannie myślał o Ewie Marii. Czuł niepokój i tęsknił za nią, za jej 

czułym  spojrzeniem  i  miłymi  słowami.  Gdyby  wiedziała,  co  do  niej 

czuje, z całą pewnością wróciłaby do niego. Dokąd uciekła ze swoim 

cierpieniem? 

Żeby móc o niej rozmawiać, zaprosił inspektora. Opowiedział, co 

zaszło, że Ewa wyjechała i że nie chce zostać jego żoną.  

Scheveking potrząsał siwą głową: 

—  Do  stu  piorunów,  no  to  mamy  nowe  zmartwienie!  Kiedy 

człowiek ma do czynienia z kobietami, wszystko się komplikuje! One 

background image

są  wszystkie  jednakowo  zwariowane!  Ale  że  Ewa  Maria  zrobi  coś 

podobnego,  tego  nie  oczekiwałem!  Zawsze  myślałem,  że  to  wyjątek, 

że  jest  mądrą  dziewczyną.  Co  za  cholerny  kram!  No  tak,  nasz  stary 

pan  powinien  był  przewidzieć,  że  z  tego  nic  dobrego  nie  wyjdzie. 

Proszę  pana  dziedzica,  nie  będziemy  za  nią  latać,  nie  będziemy  jej 

szukać! Jeżeli nie chce, to nie!  Koniec z tą sprawą! Pan musi szukać 

innej  kobiety.  Hm!  Hm!  Cholerny  kram!  Ucieka  z  domu,  tak  jakby 

Burgwerben nie był wart miłości! Taki wspaniały majątek i ten zamek 

z  tymi  wszystkimi  kosztownymi  rzeczami!  Do  diabła,  czego  ona 

jeszcze chce! 

— Męża, który ją kocha! — gorzko zauważył Armin. 

Scheveking uderzył dłonią o kolano i krzyknął: 

— Mogła przecież poczekać, do stu piorunów! Miłość przychodzi 

po ślubie. Ale one są wszystkie takie. Trzeba się do nich umizgiwać i 

mówić piękne słówka. Ale proszę się nie smucić, damy sobie radę! — 

Po czym pożegnał się i wyszedł. 

Panna  Wunderlich  miała  wielkie  zmartwienie.  W  księdze,  w 

której zapisywała wszystkie wydatki, suma wydatków nie zgadzała się 

z  pozostałą  resztą.  Poprosiła  o  pomoc  pana  inspektora.  Zaczął  się 

tłumaczyć,  że  chwilowo  nie  ma  czasu,  że  może  jutro.  Ochmistrzyni 

nie poddała się i zdecydowanie oświadczyła: 

— Nie zaprosiłam pana, żeby wysłuchiwać, co pan dzisiaj jeszcze 

ma zrobić. Chcę żeby pan znalazł błąd w moich rachunkach! Oto moja 

książka wydatków. 

background image

Scheveking  niezadowolony  coś  mruczał,  niemniej  zaczął  liczyć. 

Liczył i liczył stale od nowa, aż nagle krzyknął: 

—  Oczywiście.  Tutaj  jest  błąd!  Bazgrze  pani,  że  aż  strach!  Nic 

dziwnego,  że  nie  umie pani  odczytać  własnoręcznie  napisanych cyfr. 

Przecież  to  tutaj  jest  piątka,  a  nie  ósemka!  Tak,  teraz  wszystko  się 

zgadza! A pani niech nauczy się porządnie pisać, panno Wunderlich! 

Spokojnie  wręczył  księgę  oburzonej  ochmistrzyni,  która 

krzyknęła: 

— Piszę tak, jak umiem, a jeżeli się komuś nie podoba, nie musi 

czytać! 

Scheveking zaśmiał się. 

—  Czy  pani  wie,  co  pani  powiedziała?  No  nie!  Przecież  od 

kobiety  nie  można  wymagać  rozumu!  Niech  pani  lepiej  pilnuje 

dziewcząt, za dużo gadają przy robocie. Czy muszą stale plotkować? 

— Proszę pana! Czy to grzech, że sobie trochę pożartują? 

—  Oczywiście,  pani  staje  po  ich  stronie,  bo  pani  sama  lubi 

plotkować. Jak wszystkie kobiety! 

Podparłszy się pod boki ironicznie odpowiedziała: 

— Niech pan stale nie udaje, że pan zna się na kobietach! Pan jest 

dzieckiem  w  powijakach!  Kobiety,  które  pan  ma  na  myśli,  to nic nie 

warte  straszydła,  a  nie  szanujące  się  niewiasty!  Wypraszam  sobie, 

żeby pan mnie do nich zaliczał. Pan jest taki wściekły, ponieważ pan 

nie może się dogadać z żadną kobietą!  

—  Czyja  się  z  panią  nie  zgadzam  pod  każdym  względem?  — 

warknął rozzłoszczony Scheveking. 

background image

— Tak, ze mną tak! Ale która kobieta jest tak cierpliwa i łagodna, 

jak ja? 

Scheveking parsknął śmiechem. 

— Pani jest łagodna? Coś podobnego! Od kiedy? 

— Inspektorze, pan się nadaremnie stara, żeby mnie obrazić. Nic 

z  tego!  Proszę  się  kłócić  z  parobkami.  Ja  jestem  człowiekiem 

miłującym  pokój!  A  poza  tym  nie  mam  czasu  na  dalszą  rozmowę  z 

panem.  Żegnam  pana!  —  Mówiąc  to  odwróciła  się  i  zaczęła  czegoś 

szukać w kredensie. 

Scheveking  powiedział:  „Z  Bogiem"  i  wyszedł  z  kuchni,  jakby 

wszystko  było  w  najlepszym  porządku.  Dał  upust  złości  i  był 

zadowolony. 

 

Minęły  trzy  miesiące  od  wyjazdu  Ewy  Marii.  Armin  nadal  nie 

miał żadnych wiadomości. Pani Delius, która nie opuściła domu i nie 

miała  zamiaru  tego  zrobić,  również  nie  wiedziała,  gdzie  jest  jej 

pasierbica.  Armin  zaczął  wątpić,  czy  kiedykolwiek  odnajdzie  Ewę 

Marię. 

Przy ofiarnej pomocy Schevekinga uczył się zarządzać majątkiem 

i  pokochał  tę  pracę.  Gdyby  nie  odczuwał  braku  Ewy  Marii,  byłby 

szczęśliwy.  Jego  miłość  pogłębiła  się  i  dojrzała.  Wiedział,  co  miał 

zrobić:  nie  wystarczy,  że  odnajdzie  Ewę  Marię,  musi  ją  przekonać  o 

swojej  miłości.  A  bez  dowodów  tego  nie  osiągnie  i  nie  odzyska  jej 

zaufania. 

background image

Niepokoił  go  warunek  wymieniony  w  testamencie  przez 

Fryderyka von Leyden. Minęło pół roku. Do trzydziestego marca musi 

wziąć  ślub,  w  przeciwnym  razie  straci  schedę!  A  do  majątku 

Burgwerben bardzo się przywiązał i z bólem serca myślał, że mógłby 

go utracić! 

Nadeszła  jesień.  Kończono  prace  na  polach.  Armin  doszedł  do 

wniosku, że nie może dłużej siedzieć w zamku i czekać, aż Ewa Maria 

sama da znać gdzie jest. Dał ogłoszenie do najpoczytniejszych gazet. 

Ukazywało  się  przez  wiele  tygodni:  Ewa  Maria  proszona  jest  o 

podanie  adresu  celem  wyjaśnienia  nieporozumień.  Nie  było 

odpowiedzi:  albo  nie  czytała  tych  gazet,  albo  nie  chciała 

odpowiedzieć.  

Rippach, który  letni urlop spędził u Armina, zaprosił przyjaciela 

na zimę do Berlina. Pisał: 

Nie  możesz  dłużej  sam  siedzieć  w  zamku.  Martwię  się  o  Ciebie. 

Byłeś smutny i rozdrażniony podczas mojego pobytu w Burgwerben, a 

czas  nagli  i  musisz  coś  postanowić:  albo  wynajmiesz  prywatnego 

detektywa  (o  ile  chcesz,  żeby  Ewa  Maria  została  Twoją  żoną),  albo 

zaczniesz szukać innej kandydatki na panią von Leyden. Nie zostało Ci 

wiele czasu i uważaj, żebyś nie stracił majątku.  

W  każdym  razie  musisz  przyjechać  do  stolicy.  Mam  już  adres 

dobrego detektywa, może go zaangażujesz. Muszę Ci powiedzieć, że w 

stolicy  już  mówią  o  tym,  iż  musisz  się  ożenić.  Piękne  panny  czekają, 

nie mówiąc o ich matkach.  

background image

Nawet  moja  sympatia,  którą  wczoraj  spotkałem  na  koncercie, 

wypytywała o Ciebie. Tylko nie bądź zarozumiały. Interesuje się Tobą, 

bo  jesteś  moim  przyjacielem.  Była  trochę  obrażona,  że  całe  lato 

spędziłem poza Berlinem i nie wiedziała, gdzie jestem, ale właśnie te 

dąsy  zdradziły,  że  nie  jestem  jej  obojętny.  Mój  los  jest  więc 

przypieczętowany  i  jeżeli  chcesz  zdążyć  na  moje  zaręczyny, 

przyjeżdżaj! Nie zapomnij zabrać fraka!  

Co to ja jeszcze chciałem napisać? Aha — ta diablica Aleksandra 

bardzo sprytnie wypytywała o Twoje plany matrymonialne. Myślę, że z 

zimną krwią zostawiłaby męża, gdyby miała szansę!!! Wygląda na to, 

iż  wierzy,  że  nadal  ją  kochasz.  Czyżby  ta  czarownica  była  naprawdę 

zdolna  doprowadzić  do  tego,  że  zapomniałbyś  o  Ewie  Marii?  Wiesz, 

sądzę,  że  musisz  się  poddać  tej  próbie,  żeby  mieć  pewność  co  do 

Twojej ostatecznej decyzji. 

 

Armin  przeczytał  list  z  dużą  uwagą. Zamyślił  się  i  patrzył  przez 

okno.  Ostatnie  liście  opadały  ze  starych  drzew,  wiatr  roznosił  je  po 

całym  parku.  Duże  krople  deszczu  uderzały  w  szyby.  Było  szaro, 

pusto  i  smutno. Rippach  ma  rację.  Pojedzie  do  Berlina  i  będzie dalej 

szukał  Ewy  Marii.  Musi  ją  znaleźć!  Musi!  Hans  pisze  o  innej 

kobiecie? Co za okropna myśl! 

Zadzwonił  po  kamerdynera  i  wydał  polecenie,  żeby  spakowano 

walizy.  Prosił  też  o  wezwanie  Schevekinga.  Kiedy  inspektor 

przyszedł, omówił z nim wszystkie konieczne sprawy i powiedział, że 

następnego dnia wyjeżdża do Berlina na kilka tygodni. 

background image

Pani  von  Soltenau  i  jej  najstarsza  córka,  Dora,  siedziały  w 

bawialni.  Przeglądały  żurnale.  Zbliżał  się  sezon  zimowy  i  wybierały 

toalety.  Dora  potrzebowała  kostiumu  zimowego  i  sukni  balowej,  a  i 

pani  Magdalena  miała  braki  w  garderobie.  Środki,  jakimi 

dysponowały,  były  skromne,  należało  więc  wszystko  dobrze 

przemyśleć. 

—  Doro,  co  sądzisz  o  tej  sukni  balowej?  Można  by  ją  uszyć  z 

białego  jedwabiu  i  przybrać  kwiatami  dzikiej  róży.  Myślę,  że  będzie 

wyglądać wytwornie. Co najważniejsze, nie będzie zbyt droga. 

Dora objęła matkę. 

— Mamo, to będzie piękna toaleta. Masz doskonały gust! 

Pani von Soltenau uśmiechnęła się i odpowiedziała: 

— Pomysł z kwiatami pochodzi od panny Dalius. Rozmawiałam 

z nią na ten temat. Ma wytworny  gust. Wiesz, moje dziecko, miałam 

szczęście  że  ją  zaangażowałam.  Jest  bardzo  taktowna  i  godna 

zaufania. Bardzo  mi pomaga, nawet  w  sprawach, które  nie należą  do 

jej obowiązków. Pamiętasz te miny panny Hellbrand? 

Dora zaśmiała się. 

— Widzę, że jesteś oczarowana nową ochmistrzynią, a następny 

będzie  tatuś.  Wczoraj,  kiedy  nagle  zachorowała  kucharka,  panna 

Delius  świetnie  przygotowała  drugie  śniadanie  panom,  których  tatuś 

zaprosił do nas. Tatuś nie ma dla niej słów uznania. 

— Zasługuje na to, jestem z niej bardzo zadowolona. 

—  I  ja  podziwiam  tę  młodą  kobietę!  Co  ona  zrobiła  z  naszych 

dzikusek!  To  zaskakujące.  Słuchają  jej  poleceń,  choć  ona  wcale  nie 

background image

jest  sroga.  Wszystko  odbywa  się  tak  spokojnie  i  pogodnie. 

Dziewczynki  bardzo  ją  pokochały.  Wczoraj  Margit  była  przerażona. 

Niespodziewanie  weszła  do  pokoju  panny  Delius  i  zobaczyła,  że 

płacze. 

— Płakała? Mój Boże, chyba nie zamierza nas opuścić? 

— Nie sądzę. Mówiła mi, że czuje się tutaj dobrze. Myślę, że ma 

za sobą ciężkie przeżycia. 

—  Tak.  Widać,  że  bardzo  kochała  zmarłego  ojca.  Znała  lepsze 

życie i nie myślała, że będzie musiała tak zarabiać na chleb. 

Pani von Soltenau głęboko westchnęła. Mój Boże gdyby okrutny 

los zabrał jej męża, zostałaby skazana na biedę. Ona i jej dzieci. Żeby 

tylko  Dora  dobrze  wyszła  za  mąż!  Trudno  będzie  dla  wszystkich 

trzech  córek  znaleźć  bogatych  mężów.  Nieraz  rozglądała  się  wśród 

znajomych kawalerów. Czy któryś z nich ożeni się z Dorą? 

Niedługo  dzieci  wróciły  ze  spaceru.  Weszły  do  pokoju  i 

przywitały  się  z  matką.  Ewa  Maria  była  spokojna,  choć  blada  i 

poważna. Była wdzięczna za okazywaną jej życzliwość. 

Pierwsze  dni  były  bardzo  trudne.  Wielu  rzeczy  musiała  się 

nauczyć, przede wszystkim punktualności i posłuszeństwa. Cierpiała z 

powodu  rozłąki  z  Arminem.  Niejedną  noc  przepłakała.  Bała  się 

samotnej  starości,  jednak  dzielnie  walczyła  ze  smutnymi  nastrojami. 

Dziękowała  Bogu,  że  miała  dobrą  posadę,  dużo  zajęć  i  miłych 

pracodawców. 

Państwo  von  Soltenau  musieli  oszczędzać  na  służbie,  więc 

cieszyli  się,  że  Ewa  Maria  zawsze  chętnie  pomagała,  kiedy 

background image

zachorowała  pokojówka  albo  kucharka.  Dziewczynki  ubóstwiały 

nową wychowawczynię. Była pogodna, miła, opowiadała piękne bajki 

i zawsze miała dla nich czas. A miłość, jaką darzyły Ewę Marię obie 

dziewczynki, przynosiła jej ukojenie i spokój wewnętrzny. 

Nic nie wiedziała o Arminie, ale stale o nim myślała. Czy już ma 

narzeczoną? A może już jest żonaty? Chyba uśmiechał się i czuł litość 

dla  niemądrej  dziewczyny,  która  oprócz  zamku  i  jego  nazwiska 

chciała posiąść również jego serce! 

A  co  stało  się  z  macochą?  Gdzie  teraz  mieszka?  Jest  z  całą 

pewnością  zła  na  pasierbicę,  która  pozbawiła  ją  wygodnego  życia  i 

wysokiej renty. Co stało się z domem ojca? Czy stoi pusty? Czy ktoś 

pomyślał  o  różach?  Czy  nie  ucierpiały  z  powodu  mrozu?  A 

Scheveking? Musi być bardzo zły, że wyjechała. Słyszała od Armina, 

że inspektor widział w niej przyszłą panią na zamku. Były dni, kiedy 

bardzo  tęskniła  za  wszystkim,  co  opuściła.  Jednak  dumnie  podnosiła 

głowę, zaciskała zęby i cierpiała. 

Pewnego  dnia  pani  von  Soltenau  zobaczyła,  że  Ewa  Maria 

pomaga pokojówce sortować świeżo upraną bieliznę. 

—  Panno  Delius,  nie  musi  pani  tego  robić,  proszę  nie 

rozpieszczać  służby.  Berta  sama  powinna  to  zrobić,  ma  dosyć  czasu. 

Dziewczynki czekają na panią. Wróciły ze mną z miasta. 

Frida i Margit okrzykami powitały Ewę Marię. 

—  Niech  nam  pani  opowie  bajkę  o  rycerzu  i  królewnie,  która 

mieszkała w pięknym, starym zamku! 

background image

—  Oczywiście,  to  wam  się  podoba.  Ale,  ale,  panno  Delius,  czy 

pani nie pochodzi z okolicy Burgwerben? Podobno tam jest zamek o 

tej samej nazwie? 

Ewa Maria czuła, że czerwienieje, ale spokojnie odpowiedziała: 

— Tak, proszę pani! 

— Czy pani zna ten zamek? 

— Nigdy tam nie byłam. Widziałam go tylko z daleka. 

— Czy należy do pana von Leyden? 

— Myślę że tak. Słyszałam, że tak mówiono. 

—  Czy  pani  zna  szczegóły  tego  dziwnego  testamentu,  który 

zostawił poprzedni właściciel? 

— Opowiadano różne rzeczy. W małych miejscowościach ludzie 

wszystko wiedzą. 

—  Oczywiście.  Mnie  interesuje  ta  sprawa,  ponieważ  ubiegłej 

zimy  spotkaliśmy  na  pewnym  przyjęciu pana  von  Leyden.  Dochodzą 

mnie  słuchy,  że  może  objąć  schedę  pod  warunkiem,  iż  ożeni  się  w 

ciągu  roku  od  dnia  śmierci  poprzedniego  właściciela  zamku.  Czy  to 

odpowiada prawdzie? 

Ewa Maria z trudem panowała nad sobą. 

— Tak, opowiadano, że taki jest warunek objęcia schedy. 

—  To  bardzo  ciekawe!  W  każdym  razie  dziękuję,  że  pani  tak 

chętnie pomaga tam, gdzie trzeba. 

Kiedy pani von Soltenau została sama z Dorą, rzekła: 

background image

—  Jestem  ciekawa,  czy  pan  von  Leyden  tej  zimy  przyjedzie  do 

stolicy,  żeby  wybrać  pannę  na  żonę?  Powiedz  mi,  Doro,  czy  dużo  z 

nim tańczyłaś? 

Dora odpowiedziała obojętnym głosem: 

— Z nim mniej, ale za to dużo tańczyłam z Hansem von Rippach. 

—  Miałam  wrażenie,  że  ten  młody  człowiek  interesuje  się  tobą, 

ale potem nie pokazywał się na naszych przyjęciach. 

Dora oblała się rumieńcem: 

—  To  tylko  pozory,  mamo!  Całe  lato  spędził  u  swojego 

przyjaciela. 

—  Ach  tak!  Czy  pan  von  Rippach  nie  mówił  ci  na  przyjęciu  u 

państwa Werderns o przyjeździe von Leydena do Berlina? 

—  Bardzo  tego  pragnie,  lecz  nie  wie,  czy  do  tego  dojdzie.  Von 

Leyden zasmakował w życiu samotnika na zamku. Przecież wiesz, że 

szalał za Aleksandrą Wendhoven, kiedy była panną. 

—  Słyszałam,  wszyscy  o  tym  mówili.  W  każdym  razie  jest 

wspaniałą  partią.  Ciekawa  jestem,  która  młoda  dama  zostanie  jego 

żoną? — pani von Soltenau głęboko westchnęła. 

— Dlaczego wzdychasz, mamo? 

— Och, moje dziecko, marzę, żebyś ty zrobiła taką partię. 

Dora całując matkę roześmiała się i powiedziała: 

—  Czy  to  musi  być  akurat  pan  na  zamku?  Powiedz,  czy  nie 

wystarczyłby — na przykład — pan von Rippach jako zięć? 

Pani von Soltenau zdziwiona spojrzała na córkę. 

background image

— Moje kochane dziecko, zadajesz bardzo zdecydowane pytanie, 

więc również stanowczo odpowiadam: tak, ten młody człowiek byłby 

mile widzianym zięciem. Jest synem bogatych rodziców i nie wątpię, 

że zrobi karierę jako świetny prawnik. A co najważniejsze: jest dobrze 

wychowany i to człowiek honoru. Ale proszę cię, nie ukrywaj niczego 

przed  matką!  Przecież  jestem  twoją  najlepszą  przyjaciółką. 

Widziałam,  że  ten  młody  kawaler  wyróżniał  cię  i  bardzo  starał  się  o 

twoje względy. A więc co masz mi do powiedzenia? 

Dora przytuliła się do matki: 

— Kochana mamusiu, myślę, że on mnie bardzo lubi. U państwa 

Werderns powiedział, że celowo nie przychodził do nas, żeby mi dać 

czas  do  namysłu.  Chce,  bym  się  przekonała,  czy  go  lubię  wyłącznie 

jako  dobrego  tancerza.  Był  bardzo  wzruszony.  Jutro  wieczorem,  na 

przyjęciu  u  państwa  Schliebens,  spotkamy  się.  Spodziewam  się,  że... 

że zada mi pewne pytanie. 

Obejmując córkę pani von Soltenau odpowiedziała: 

— Moja mała Doro! A więc jesteś zakochana! 

—  Tak,  kocham  Hansa.  Jest  naturalny,  dobry  i  taki  szczery. 

Nikogo  tak  nie  cenię.  Byłam  bardzo  nieszczęśliwa,  że  tak  długo  nie 

pojawiał się u nas. 

— I ja nic o tym nie wiedziałam? 

— Nie chciałam cię martwić, mamusiu, nie gniewaj się na mnie! 

—  Ależ  nie,  dziecko  moje!  Uwaga!  Słyszę  że  ojciec  wrócił.  Na 

razie  nic  mu  nie  powiemy.  Jeżeli  pan  von  Rippach  oświadczy  się  i 

poprosi, żebyś została jego żoną, będzie to odpowiednia chwila, by się 

background image

o  tym  dowiedział.  Zaoszczędzimy  mu  trosk  i  niepewności,  a  radość 

będzie tym większa! 

Matka i córka pocałowały się i poszły powitać pana domu. 

 

Pewnego  zimnego,  deszczowego  listopadowego  wieczora  Armin 

przyjechał  do  Berlina.  Na  dworcu  oczekiwał  go  Hans.  Powitał 

przyjaciela z wielką radością. 

— No, wreszcie jesteś, stary! Razem postaramy się, żebyś wrócił 

do równowagi psychicznej! Dzisiaj wieczorem pójdziemy do państwa 

Schliebens.  Wydają  przyjęcie,  jest  to  pierwszy  bal  w  tym  sezonie. 

Musiałem  obiecać  gospodyni,  że  przyjdziesz  ze  mną.  Jest  dumna,  że 

zrobi  swoim  gościom  niespodziankę  przedstawiając  bogatego 

dziedzica z Burgwerben. 

Wiadomość ta wcale nie ucieszyła Armina. 

— Nie zależy mi na tym przyjęciu. Wolałbym spędzić wieczór z 

tobą, przy butelce dobrego wina w cichym lokalu. 

—  Stary,  wszystko  we  właściwym  czasie!  Wieczory  we  dwoje 

będziesz spędzał z przyszłą panią w Burgwerben. Teraz musisz bywać 

na przyjęciach i spotykać interesujących ludzi, zwłaszcza panny! 

— Wiesz, że nie po to przyjechałem do Berlina! 

—  Owszem,  wiem.  Dlatego  na  jutro  zamówiłeś  płatnego 

detektywa.  Przyjdzie  do  hotelu  i  będziesz  mógł  z  nim  wszystko 

omówić.  A  dzisiaj  wieczorem  musisz  udowodnić,  że  twoja  dawna 

ukochana jest ci już zupełnie obojętna. Ostrzegam cię, na przyjęciu u 

państwa Schliebens będzie obecna piękna Aleksandra. 

background image

—  Możesz  mi  wierzyć  i  bez  takich  dowodów!  Hans,  ja  myślę 

teraz wyłącznie o Ewie Marii. 

— Dobrze, dobrze, stary! Wierzę w twoje uczucie do Ewy Marii! 

Zresztą  potrzebuję  dzisiaj  twojej  obecności,  twojego  totalnego 

wsparcia.  Wiesz,  za  kilka  godzin  rozstrzygnie  się  mój  los.  Czuję  się 

jakoś  tak...  no  powiedzmy...  uroczyście!  Nie  oczekuję  kosza.  Bardzo 

gruntownie  wysondowałem  sytuację,  ale  jednak  człowiek  czuje  się 

dziwnie oddając swój los w ręce młodej dziewczyny. 

Armin uśmiechnął się. 

— Przecież nie mogę ci pomóc! 

—  Kto  wie?  Może  będzie  trzeba  odwracać  uwag?  natrętów, 

żebym  spokojnie  mógł  porozmawiać  z  wybranką  mojego  serca  i 

zapytać, czy chce zostać moją żoną. Nikt nie może mi przeszkadzać w 

tak ważnej chwili, a jeżeli ktoś ośmieli się przerwać naszą rozmowę, 

nie  ręczę  za  siebie.  Mam  nadzieję,  że  cię  przekonałem!  Jak  widzisz, 

moja obecność jest niezbędna. 

—  Tak.  Zrozumiałem  i  spełnię  twoje  oczekiwania.  Przecież  dla 

najlepszego przyjaciela trzeba czasem ponieść ofiarę. 

— Doskonale! Pojedziemy teraz do twojego domu. Włożysz frak 

i  lakierki,  następnie  skoczymy  do  mojego  mieszkania,  gdzie  i  ja 

muszę  się  przebrać.  A  potem...  niech  się  potoczą  nasze  losy  tak,  jak 

nam jest sądzone! 

Kiedy wsiadali do taksówki, Hans zaczął się rozglądać. 

— Czy przyjechałeś sam? Nie wziąłeś z sobą kamerdynera? 

— Jak widzisz, jestem sam! 

background image

— Hm! Jako dziedzic mogłeś zabrać lokaja! 

— Mogłem, ale nie chciałem. Po co mi służący? Bogu dzięki, nie 

jestem jeszcze ułomnym starcem i sam sobie daję radę. 

—  A  jednak  to  robi  wrażenie.  Taki  kamerdyner  potrafi  bardzo 

wyniośle  patrzyć  na  zwykłych  śmiertelników.  A  jak  się  ma  mój 

przyjaciel, inspektor? 

— Sądzę że dobrze, nie narzeka. 

— Czy jest zadowolony z ciebie jako ucznia — hodowcy bydła i 

rolnika? 

—  Bywało  różnie.  Często  beształ  mnie  i  klął  niczym  woźnica, 

jeżeli mi coś nie wychodziło tak, jak sobie życzył. 

Hans zaśmiał się na cały głos. 

—  Mogę  sobie  to  wyobrazić!  On  nikogo  nie  traktuje  w 

rękawiczkach.  A  co  porabia  dzielna  panna  Wunderlich,  wróg  numer 

jeden  pana  Schevekinga?  Myślę,  że  zbyt  dobrze  gotuje,  sądząc  po 

twoim wyglądzie! Mimo wszystkich zmartwień wyglądasz doskonale! 

—  To  są  skutki  spokojnego  życia  na  prowincji.  Panna 

Wunderlich  ubolewa,  że  nie  doceniam  jej  umiejętności  kulinarnych. 

Pod  tym  względem  zaskarbiłeś  sobie  jej  dozgonną  sympatię  i 

wdzięczność! 

— Przy moim wyglądzie to żadna sztuka! 

Armin pogroził mu palcem. 

—  Nie  wyzywaj  losu.  Jeszcze  nie  znasz  odpowiedzi  twojej 

uroczej Dory! 

background image

— To przecież czysta formalność. Właściwie dogadaliśmy się już 

przed tygodniem. 

— Na wszelki wypadek życzę ci szczęścia! 

—  Dziękuję,  Arminie!  Mam  nadzieję,  że  będziemy  wyprawiali 

podwójne wesele, zanim minie obowiązujący cię termin! 

— Czy ty też chcesz tak szybko brać ślub? 

—  Oczywiście.  Jestem  zwolennikiem  zasady:  szybko  i 

bezboleśnie.  Nie  nadaję  się  do  długiego  narzeczeństwa  i  znoszenia 

obecności przyzwoitki! 

— A więc do podwójnego wesela brak tylko mojej Ewy Marii. 

— Ewy Marii lub innej damy! 

— Nie, inna nie wchodzi w rachubę! 

— Przypuśćmy że jej nie odnajdziesz. Co wtedy? 

—  Muszę  ją  odnaleźć.  W  przeciwnym  razie  scheda  wcale  mnie 

nie będzie cieszyć. 

— Czy sprawa jest aż tak poważna? 

— Tak. Bardziej, niż sobie to wyobrażasz! 

— W takim razie musimy odnaleźć dziewczynę i to szybko! Cena 

nie  gra  roli.  Człowieku,  dlaczego  mnie  nie  posłuchałeś?  Już  dawno 

należało zaangażować detektywa! 

— Krępuje mnie myśl, że ktoś obcy będzie się wtrącał do moich 

spraw sercowych. 

— Przecież detektywa obowiązuje ścisła dyskrecja. 

background image

—  Wiem  o  tym.  Jednak  z  dnia  na  dzień  żyłem  nadzieją,  że 

macocha  Ewy  Marii  otrzyma  od  niej  wiadomość,  że  Ewa  Maria 

odezwie się przeczytawszy ogłoszenie. 

—  A  ja nie  łudziłem  się,  że  Ewa  Maria poda  swój  adres.  Sądzę, 

że  potraktowała  sprawę  wyjątkowo  poważnie.  Przyznaję,  że  ta 

dziewczyna  zaimponowała  mi,  chociaż  jej  jeszcze  nie  znam.  Czas 

nagli, musisz coś przedsięwziąć! Ona może wyjechać za granicę! 

—  Bez  paszportu  nie  może  wyjechać.  Taki  fakt  można  by 

sprawdzić przy pomocy policji. 

— W każdym razie potrzebny jest detektyw. Wierzę, że szybko ją 

odnajdzie. Ale oto i mój dom. Chodźmy, nie zostało nam wiele czasu, 

a muszę być punktualny, żeby moja Dora nie musiała czekać. 

— Chłopie, jeszcze się nie zaręczyłeś, a już jesteś pantoflarzem! 

—  Nic nie  szkodzi!  Myślę,  że  bycie  pantoflarzem  wcale  nie  jest 

takie  przykre,  jak  się  mówi.  Uważam,  że  miło  usłyszeć  z  ust 

ukochanej kobiety wymówkę podyktowaną przecież miłością! 

Armin zaśmiał się i rzekł: 

— Jesteś bezpowrotnie stracony! 

— Wiem o tym już od dawna! 

Dwie godziny później przyjaciele zostali powitani przez państwa 

von  Soltenau  a  potem  otoczyli  ich  znajomi.  Armin  miał  okazję 

przekonać się o ludzkiej przewrotności: ci sami, którzy dawniej ledwo 

raczyli  dostrzec  ubogiego  asesora  na  przyjęciach,  dzisiaj  witali  go 

wylewnie zwracając się do niego: „drogi przyjacielu"! 

background image

Młode  damy  obdarzały  Armina  czarującymi  uśmiechami, 

interesowały  się  zamkiem  i  pytały,  czy  jest  tam  duch,  który  straszy. 

Wszystkie  bez  wyjątku  sądziły,  że  taki  stary  zamek  musi być  bardzo 

piękny  i  warty  zwiedzenia!  Rippach,  słuchając  podobnych 

wypowiedzi, robił ważną minę i podsycał ciekawość opowiadaniem o 

cudach  w  Burgwerben.  Scheveking  został  opisany  jako  „zły  duch", a 

panna Wunderlich „nieszczęśliwa biała dama". 

Państwo  von  Soltenau  byli  dla  Armina  bardzo  serdeczni  Dora 

zarumieniła  się,  kiedy  pocałował  jej  dłoń.  Wiedziała,  że  to  najlepszy 

przyjaciel  Hansa.  Kiedy  jej  rodzice  rozmawiali  z  Arminem,  młoda 

dziewczyna  stała  na  uboczu.  Wtedy  Hans  wykorzystał  moment  i 

szepnął: 

— Proszę pani, dzisiejszy dzień trwał chyba sto godzin! Nigdy w 

życiu nie przeżyłem tak długiego dnia! 

Dora spąsowiała i patrząc w jego oczy zapytała: 

— Z jakiego powodu, panie von Rippach? 

— Czy pani nie wie? 

— Nie! — rzekła spuszczając głowę. 

—  O,  teraz  pani  nie  jest  szczera!  Przecież  tydzień  temu 

powiedziałem,  że  dzisiaj  zadam  pani  bardzo  ważne  pytanie.  Czyżby 

pani o tym zapomniała? 

Hans powiedział to z powagą i badawczo patrzył na Dorę. Czuła, 

jak się rumieni, i szepnęła również poważnie: 

— Nie, nie zapomniałam! 

background image

— Dziękuję! Czy sądzi pani, że otrzymam twierdzącą odpowiedź 

na moje pytanie? 

Speszona odpowiedziała drżącymi ustami: 

— Nie wiem! 

Widząc jej wzruszenie szybko zapytał: 

—  Czy  mogę  pani  pokazać  piękny  obraz  —  tam,  w  sąsiednim 

pokoju?  Podał  jej  ramię  i  powoli  przeszli  do  małego  saloniku,  gdzie 

stał fortepian.  

Dora zaczęła się rozglądać i spytała przekornie: 

— Gdzie jest ten obraz? 

—  Panno  Doro!  To  był  pretekst, droga  panno  Doro!  Chciałem  z 

panią  spokojnie  porozmawiać,  pani  o  tym  wie!  Proszę  mi  nie 

utrudniać sytuacji. Mój Boże, przecież pani wie, że ją kocham, że już 

od roku marzę o tym, by pani została moją żoną. Czy pani się zgadza, 

kochana Doro? 

Dziewczyna  drżała  na  całym  ciele.  Ze  wzruszenia  nie  mogła 

mówić, w oczach miała łzy i tylko przytakiwała głową. 

Hans wziął ją w ramiona. 

—  Moja  kochana!  —  zawołał  i  pocałował  w  usta.  Potem  cofnął 

się  o  krok  i  stając  na  baczność  dodał:  —  Chciałem  się  oficjalnie 

oświadczyć  i  miałem  przygotowane  piękne  przemówienie,  ale  kiedy 

człowiek  patrzy  na  tak  piękną  dziewczynę,  wszystkie  mądre  myśli 

wylatują  mu  z  głowy.  Obiecuję  jednak,  że  to  nadrobię,  z  całą 

pewnością. Czy ty mnie kochasz, moja Doro? 

Westchnęła. 

background image

—  Tak,  Hansie,  kochany  Hansie,  kocham  cię  i  byłam  bardzo 

smutna, że tak długo omijałeś nasz dom. 

—  Chciałem  ci  dać  czas  do  namysłu,  chciałem,  żebyś  się 

zastanowiła, czy mnie naprawdę kochasz! 

— O, jestem o tym przekonana już od dawna. 

— Jaka szkoda, że w tej chwili nie mogę cię wycałować tak, jak 

pragnę.  Ale  jutro  to  odrobimy.  Przyjdę  do  twoich  rodziców.  Czy 

myślisz, że przyjmą mnie na zięcia? 

—  Och  tak!  Mama  już  wie,  że  cię  kocham  i  nie  sprzeciwia  się 

naszemu związkowi. 

Wtem do salonu wszedł Armin w poszukiwaniu przyjaciela. 

—  Hej,  Armin!  Zjawiasz  się  w  samą  porę!  Proszę,  stań  w 

drzwiach,  patrz  na  salę  i  nikogo  tutaj  nie  wpuszczaj.  Stój  tak,  aż  cię 

zawołam. 

Armin  spełnił  życzenie  przyjaciela.  Hans  i  Dora  mogli  się 

całować  jak  narzeczeni,  czule  i  długo!  Po  kilku  minutach  Hans 

zawołał: 

— Armin! Teraz możesz się odwrócić i złożyć nam życzenia. Ale 

wyłącznie ty, stary druhu! Na razie nasze zaręczyny są tajemnicą! 

Przez chwilę rozmawiali i żartowali, potem Dora poszła do matki, 

która  widząc  jej  rozpromienioną  twarz,  wiedziała,  że  jedna  z  córek 

wyjdzie  za  mąż.  Postanowiła,  że  mąż  dopiero  w  drodze  do  domu 

dowie się, iż jego Dora jest zakochana i że ona nie ma nic przeciwko 

Rippachowi. Wręcz przeciwnie. 

background image

Kiedy  Dora  opuściła  Hansa  i  Armina,  przyjaciele  równocześnie 

spojrzeli na zegarki. 

— Czarownica Aleksandra jeszcze nie przyszła! 

— Nie, nie widzę jej. 

—  Jest  i  zawsze  będzie  kokietką.  Celowo  tak  postępuje,  chce 

żebyś  umierał  z  zniecierpliwienia  i  tęsknoty.  Ona  wie,  że  ty  tutaj 

jesteś. O, o wilku mowa... spójrz! 

Hans badawczo  obserwował  twarz  Armina.  Obojętnie  patrzył  na 

drzwi, przez które wchodziła Aleksandra Wendlhoven oparta o ramię 

łysego,  tęgiego  pana  średniego  wzrostu.  Była  piękna,  szczupła,  ze 

złotoczerwonymi  włosami  i  piwami  oczami.  Miała  na  sobie  obcisłą 

czarną  suknię  z  dużym  dekoltem,  ramiona  okrawało  boa  z  czarnych 

strusich  piór.  Kontrast  czerni  z  alabastrową  skórą  i  włosami  był 

fascynujący.  Wyraz  pięknych  oczu,  uwodzicielski  uśmiech  czyniły  z 

niej kobietę o niepospolitej urodzie. 

Kiedy  Aleksandra  jeszcze  była  panną,  mężczyźni  słali  się  u  jej 

stóp.  Miała  wielu  adoratorów,  którzy  zabiegali  o  jej  względy. 

Wszyscy wiedzieli, że jest kokietką bez serca. Mimo że w jej oczach 

błyszczały  iskry  namiętności,  nikt  nie  mógł  się  pochwalić,  że 

zaskarbił sobie jej łaskę.  

Tak  było  i  po  ślubie  z  podstarzałym  bankierem.  Wszyscy 

wiedzieli o tym, że to małżeństwo nie jest udane. Jedyny mężczyzna, 

który ją interesował, to Armin von Leyden. Kochała biednego asesora 

na  swój  sposób,  ale  kiedy  zjawił  się  bogaty  bankier,  spokojnie 

odwróciła  się  od  zakochanego  w  niej  młodzieńca.  Jej  czar  działał  na 

background image

Armina  jeszcze  długo,  aż  do  dnia,  kiedy  szczera,  czysta  miłość  do 

Ewy Marii zwyciężyła zimny, syreni wdzięk Aleksandry. 

Dzisiaj  Armin  był  już  nieczuły  na  uwodzicielskie  uśmiechy  i 

namiętny  blask  w  jej  pięknych  oczach.  Spokojnie  czekał,  aż 

Aleksandra podeszła i zajrzała mu głęboko w oczy: 

— O, pan von Leyden tutaj, w Berlinie? 

—  Czyżby  pani  tego  nie  wiedziała?  —  zapytał  obojętnie, 

kłaniając się uprzejmie. 

Szybko  rozejrzała  się,  czy  w  pobliżu  nie  ma  gości,  i  cicho 

powiedziała namiętnym głosem: 

—  Tak,  Arminie,  tak.  Wiedziałam  i  na  przekór  całemu  światu 

przyszłabym tutaj! 

Spojrzał na nią obojętnie. Ta kobieta już go nie interesowała, nie 

miała na niego żadnego wpływu. Był zadowolony, że mógł się o tym 

przekonać. 

— A któż to mógłby pani zabronić przyjść tutaj? — uśmiechał się 

ironicznie. 

— Na przykład mój mąż! Czy pan wie, że  zaraz po ślubie był  o 

pana zazdrosny? Pan nie wie, ile ja z tego powodu wycierpiałam. 

Armin chłodno spojrzał na jej piękną twarz: 

— Łaskawa pani, nie mogę tego zrozumieć. Przecież ani pani, ani 

ja nigdy nie daliśmy mu powodu do zazdrości! 

Zacisnęła usta, a białe ręce mocno trzymały czarne boa. Po chwili 

uzmysłowiła sobie, że straciła Armina na zawsze. Już nie wpadnie w 

jej sidła. Odrzuciła głowę do tyłu i uśmiechając się odparła: 

background image

—  To  samo  powiedziałam  mojemu  mężowi!  Jednak  musiałam 

tutaj przyjść, żeby panu pogratulować bajecznego spadku. Czy pan już 

wybrał  tę  szczęśliwą,  która  będzie  z  panem  rezydować  w  feudalnym 

zamku? 

Armin  spojrzał  na  nią  i  widział,  że  złość  i  zawód,  jakie  ją 

spotkały, zniekształciły jej twarz. Głośno i zdecydowanie odparł: 

— Tak, dokonałem wyboru. Proszę jednak o dyskrecję! 

Starała się uśmiechać. 

—  Więc  podwójne  gratulacje:  z  powodu  spadku  i  wyboru 

narzeczonej. Czy mogę zapytać o jej imię i nazwisko? 

— Żałuję, to jest jeszcze tajemnicą. 

—  Przed  najlepszym  przyjacielem  nie  powinno  się  mieć 

tajemnic! 

—  Łaskawa  pani, nie  roszczę  sobie  prawa  do pani przyjaźni!  — 

rzekł chłodno i lekko kłaniając się poszedł do Hansa. 

Aleksandra przyłączyła się do grona pań. Nikt nie zauważył, jak 

głęboko  poniżył  ją  mężczyzna,  którym  kiedyś  pogardziła,  a  dzisiaj 

oczekiwała,  że  go  na  nowo  ujarzmi  płomiennym  spojrzeniem  i 

namiętnymi słowami. 

— Słuchaj, stary, chodźmy do domu, mam dosyć tego przyjęcia! 

— zaproponował Armin. 

—  Za  dziesięć  minut  możemy  wyjść.  Państwo  Soltenau  właśnie 

żegnają  się  z  gospodarzami.  Muszę  zaczekać.  Czy  rozmawiałeś  z 

Aleksandrą? 

— Tak. 

background image

— Hm! To bardzo lakoniczna odpowiedź. Jak podziałał na ciebie 

jej urok? 

— Jak zimny natrysk! 

— No, to znaczy, że wszystko jest w najlepszym porządku! Jutro 

idę do moich przyszłych teściów, a ty porozmawiaj z detektywem. 

 

W domu państwa von Soltenau przyjęto Hansa bardzo serdecznie. 

Szybko  wszystko  omówiono.  Narzeczony  Dory  był  miłym  i 

szlachetnym człowiekiem. Jeszcze tego samego dnia Hans zawiadomił 

o  swoich  zaręczynach  rodziców  mieszkających  w  Dreźnie.  Wyrazili 

zgodę. Byli przygotowani na taką nowinę. 

Pani von Soltenau poprosiła Hansa, żeby został na obiedzie, co z 

radością  uczynił.  Nie  mógł  się  rozstać  ze  swoją  narzeczoną.  Przy  tej 

okazji  poznał  siostrzyczki  Dory.  Matka  zawołała  Margit  i  Fridę. 

Przybiegły do salonu bardzo ciekawe, jak wygląda przyszły szwagier. 

Bez  ceremonii  zaproponowały,  żeby  mówili  sobie  po  imieniu. 

Uważały, że jako małe damy to one powinny zaproponować przyjaźń 

mężczyźnie.  Wszystkich  rozbawiły  swoją  „dorosłością",  a  Hans 

polubił je od pierwszego wejrzenia. 

Pani von Soltenau przeprosiła i zostawiła panów samych. Zabrała 

córeczki  i  poszła  do  pokoju,  gdzie  dzieci  miały  odrabiać  lekcje. 

Zastała tam Ewę Marię. 

—  Mam  do  pani  szczególną  prośbę.  Moja  córka,  Dora,  właśnie 

zaręczyła  się  i  zaprosiłam  narzeczonego  na  obiad.  Chciałabym 

background image

udekorować  stół  kwiatami.  Czy  mogę  prosić,  żeby  pani  poszła  i 

wybrała coś odpowiedniego? 

— Oczywiście, chętnie to zrobię. Proszę przyjąć moje gratulacje! 

— Dziękuję, dziękuję, kochane dziecko! Zdaję się na pani dobry 

gust.  Kiedy  pani  wróci,  proszę  upiększyć  stół.  Służąca  tego  nie 

potrafi, a ja nie mam czasu. 

— Proszę się nie martwić. Postaram się, żeby łaskawa pani była 

zadowolona. Zaraz pójdę do kwiaciarni. 

—  Dobrze!  Oczywiście  proszę,  żeby  wzięła  pani  udział  w 

uroczystym obiedzie. Będzie obecny narzeczony naszej Dory. 

— Dziękuję łaskawej pani! — odpowiedziała Ewa Maria. 

Wtedy z krzykiem wbiegły dziewczynki. 

—  Ewo  Mario,  mamy  szwagra,  a  Dora  ma  narzeczonego. 

Wspaniale, czyż nie? 

—  Wiem,  wiem.  Właśnie  usłyszałam  tę  radosną  nowinę  od 

waszej mamy. 

—  A  dokąd  się  wybierasz?  —  zapytała  Margit  widząc,  że  Ewa 

Maria wkłada kapelusz. 

Dzieci uprosiły wychowawczynię, żeby im pozwoliła zwracać się 

do niej po imieniu i mówić „ty". Oczywiście wyraziła zgodę i cieszyła 

się, że dziewczynki darzyły ją zaufaniem. 

— Idę po kwiaty! 

—  Pójdziemy  z  tobą!  Zaczekaj  chwileczkę!  Frido,  czy  masz 

jeszcze kieszonkowe? — zapytała Margit. 

— Mam jeszcze jedną markę! Dlaczego pytasz? 

background image

— Ja też mam markę. Wiesz co? Kupimy dla Dory piękny bukiet. 

Ewo Mario, czy myślisz, że się ucieszy? 

—  Naturalnie!  To  bardzo  ładnie,  że  chcecie  zrobić  przyjemność 

siostrze. 

— Dobrze! Zgadzasz się, Frido? 

— Oczywiście! Czy za dwie marki dostaniemy ładne róże? 

— Z całą pewnością, wystarczy kilka róż! Nie musi to być duży 

bukiet. 

— Prosimy cię, zaczekaj. Zapytamy mamę! 

Margit  i  Frida  pobiegły  do  salonu,  gdzie  siedzieli  państwo  von 

Soltenau i para narzeczonych. 

— Mamusiu, czy możemy pójść z Ewą Marią? 

—  Możecie,  możecie!  Wiem,  że  bez  waszej  Ewy  Marii  nie 

umiecie —  śmiejąc się odpowiedziała pani domu. 

Dziewczynki  wybiegły  z  salonu,  a  Hans  zastanawiał  się  nad 

imionami  Ewa  Maria.  W  ostatnich  miesiącach  Armin  często  je 

wymawiał, a teraz usłyszał je w domu narzeczonej. 

— Czy mogę zapytać, kto to jest Ewa Maria? 

Pani von Soltenau uśmiechnęła się. 

—  To  nowa  wychowawczyni  naszych  córeczek.  Dziewczynki  ją 

ubóstwiają i muszę przyznać, że w pełni zasługuje na to uczucie. 

Rippach  wyprostował  się  i  z  dużym  zainteresowaniem  zapytał 

swoją przyszłą teściową: 

— Od kiedy ta panna jest u państwa? 

background image

—  Od  pierwszego  sierpnia  tego  roku!  —  odpowiedziała  pani 

domu nieco zaskoczona. 

— A jak brzmi jej nazwisko? — pytał dalej Hans. 

Pani  von  Soltenau,  jej  mąż  i  Dora  zdziwieni  patrzyli  na 

zdenerwowanego narzeczonego. 

—  Pana  bardzo  interesuje  ta  młoda  panna?  Nazywa  się  Delius, 

Ewa Maria Delius. 

Rippach zerwał się na równe nogi powtarzając: 

— To ona! To ona! Wielkie nieba! Muszę być ostrożny, żeby mi 

nie uciekła! 

Rippach  zapomniał,  że  nie  jest  sam.  Wszyscy  patrzyli  na  niego 

jakby postradał zmysły. 

—  Hans,  co  ci  jest?  Dlaczego  zachowujesz  się  tak  dziwnie?  — 

zapytała Dora drżącym głosem. 

Podekscytowany ujął narzeczoną za rękę, pocałował ją i rzekł: 

—  Wybaczcie,  ale  to  odkrycie...  muszę  się  zastanowić,  co  mam 

zrobić. 

— Hans, wyjaśnij nam, o co chodzi... 

Rippach  patrzył  na  przerażone  twarze  państwa  von  Soltenau  i 

swojej narzeczonej. Powoli, opanowanym głosem, odpowiedział: 

—  Rozumiem,  uważacie  mnie  za  wariata.  Ale  słuchajcie:  pannę 

Ewę Marię Delius ja i mój przyjaciel szukamy od trzech miesięcy! W 

tej  chwili  Armin  von  Leyden  rozmawia  z  prywatnym  detektywem  i 

zamierza zlecić poszukiwanie Ewy Marii Delius! 

background image

Pani von Soltenau śmiertelnie zbladła, a Dora szeroko otwartymi 

oczami patrzyła na narzeczonego i przestraszona wyjąkała: 

—  Mój  Boże,  właśnie  przypomniałam  sobie,  że  ta  panna 

pochodzi  z  Burgwerben.  Na  miłość  boską,  co  się  dzieje?  Czy 

popełniła przestępstwo? Jestem zdruzgotana! 

Nagle Hans zdał sobie sprawę, jakie zamieszanie wywołał swoim 

zachowaniem. Śmiejąc się serdecznie zawołał: 

—  Ależ  nie!  Nie!  Zaszło  nieporozumienie!  Muszę  wszystko 

opowiedzieć,  ale  na  razie  niech  wystarczy  krótkie  wyjaśnienie:  Ewa 

Maria Delius jest ukochaną mojego przyjaciela, Armina von Leydena. 

Przykre  nieporozumienie  rozdzieliło  tych  dwoje.  Mój  przyjaciel  z 

utęsknieniem  szuka  narzeczonej,  żeby  całą  sprawę  wyjaśnić. 

Szczegóły opowiem później. A teraz muszę się zastanowić, co należy 

zrobić. 

Zapanowało  milczenie.  Hans  trzymał  Dorę  za  rękę.  Po  kilku 

minutach westchnął i zwrócił się do pani von Soltenau: 

—  Czy  łaskawa  pani  pozwoli,  żebym  na  obiad  przyprowadził 

mojego przyjaciela? 

—  Oczywiście,  jeżeli  pan  sobie  życzy  i  jeżeli  mogę  się  tym 

samym przysłużyć jego sprawie. 

—  Muszę  do  niego  zatelefonować!  Czy  państwo  pozwolą,  że 

skorzystam z aparatu? 

—  Proszę  do  mojego  gabinetu!  —  odezwał  się  pan  domu 

ubawiony niecodzienną historią Ewy Marii. 

background image

—  Przepraszam  na  chwilę.  Zaraz  wrócę  i  wszystko  dokładnie 

opowiem. 

Kiedy został sam w gabinecie, zatelefonował do hotelu, w którym 

mieszkał Armin. 

— Halo! Kto mówi? 

— Hej, Armin, to ja! 

— Hans? Co słychać? 

—  Musisz  zaraz  przyjechać  do  państwa  von  Soltenau.  Jesteś 

zaproszony na uroczysty obiad, obchodzimy moje zaręczyny! 

— Dziękuję za pamięć, to bardzo miłe zaproszenie, ale wiesz, że 

jestem umówiony z detektywem i właśnie czekam na jego przybycie. 

Powinien tutaj być lada chwila. 

—  Zostaw  dla  niego  wiadomość,  żeby  przyszedł  innym  razem. 

Chodzi o to, że nie jest nam już potrzebny. 

— Dlaczego? Co to ma znaczyć? 

— To  znaczy,  że  wiem, gdzie jest Ewa Maria. Nic więcej ci nie 

powiem! Oczekuję cię za pół godziny. 

—  Zaraz  tam  będę!  —  krzyknął  Armin.  Po  jego  głosie  Hans 

poznał, że przyjaciel jest wzburzony. 

—  Wiedziałem,  że  przyjedziesz!  —  zaśmiał  się  Rippach 

odkładając słuchawkę. 

Wszyscy z największym zainteresowaniem i skupieniem słuchali 

opowiadania  o  historii  Ewy  Marii  i  Armina.  Kiedy  Hans  skończył, 

Dora zawołała: 

background image

—  Jak  w  prawdziwym  romansie!  Biedna  Ewa  Maria,  jak  ona 

musi cierpieć! 

Pani  von  Soltenau  zmartwiła  się  perspektywą  utraty  doskonałej 

wychowawczyni. 

— Teraz, kiedy wreszcie udało się znaleźć odpowiednią pannę do 

dziewczynek, będę musiała z niej zrezygnować. 

— Nie martw się, Magdaleno. Poznałaś wspaniałą młodą damę o 

szlachetnym 

charakterze. 

Twoje 

dzieci 

wprawdzie 

stracą 

wychowawczynię,  ale  za  to  zyskają  przyjaciółkę!  —  pocieszał  żonę 

pan von Soltenau. 

— Drodzy państwo, musicie mi pomóc. Mam plan, ale potrzebuję 

pomocy,  żeby  pogodzić  dwoje  kochających  się  ludzi  —  odezwał  się 

Rippach. 

—  Oczywiście,  możesz  liczyć  na  nas  wszystkich!  —  zawołała 

Dora. 

— Powiedz, co powinniśmy zrobić? 

— Kiedy wraca panna Delius z dziećmi? 

— Za godzinę! 

—  Doskonale!  Armin  zdąży  przyjechać  wcześniej,  ale  panna 

Delius  nie  śmie  wiedzieć  o  jego  tu  obecności,  w  przeciwnym  razie 

mogłaby znowu uciec! Opowiem wszystko Arminowi. Łaskawa pani, 

po  powrocie  panny  Delius  proszę  ją  posłać  do  saloniku,  pod  byle 

jakim  pretekstem.  Tam  mój  przyjaciel  będzie  czekał  na  swoją 

narzeczoną.  Musimy  ich  zostawić  samych  tak  długo,  aż  Armin 

wszystko wyjaśni. Co państwo sądzą o moim planie? 

background image

Pani von Soltenau odzyskała dobry humor. 

—  Wspaniale  zorganizowany  spisek!  Tak  więc  zamiast  jednych 

zaręczyn, będziemy obchodzić podwójną uroczystość. 

— Nie obiecujcie sobie zbyt dużo! Kobiety pokroju panny Delius 

tak  łatwo  nie  zapominają  rozczarowania  i  nie  są  skore  do 

przebaczenia.  Nie  jestem  przekonany,  czy  panna  Delius  bez 

zastrzeżeń uwierzy w miłość pana von Leydena. Nie będzie to łatwe! 

— Zostawmy to Arminowi. My nic więcej nie możemy zrobić! 

Kiedy  Armin  przybył  na  miejsce,  szybko  wbiegł  do  kamienicy. 

Hans  prosił,  żeby  mu  pozwolono  porozmawiać  z  przyjacielem  bez 

świadków. Przywitali się bardzo serdecznie. 

— Hans! Ty wiesz, gdzie jest Ewa Maria? Proszę, mów, nie męcz 

mnie. Gdzie ona jest? 

—  Arminie,  uspokój  się!  Ewa  Maria  jest  tutaj,  u  państwa  von 

Soltenau. 

— Tutaj? — zapytał zaskoczony Armin. 

—  Tak,  jest  wychowawczynią  dwu  małych  dziewczynek, 

siostrzyczek  mojej  narzeczonej  Dory.  Stary,  ale  nam  się  udało! 

Odnaleźliśmy ją wreszcie! 

Armin przetarł oczy. 

— Czy ją widziałeś? Czy wie, że jesteś moim przyjacielem? 

—  Ani  jedno,  ani  drugie!  Chodź,  siadaj,  opowiem  ci,  jak  to  się 

stało. Oczywiście musiałem wtajemniczyć Dorę i przyszłych teściów, 

potrzebujemy  ich  pomocy.  Pani  von  Soltenau  jest  zmartwiona,  że 

background image

straci  wychowawczynię.  Bardzo  ją  ceni  i  szanuje,  a  dziewczynki 

wprost szaleją za nią. 

Hans wtajemniczył przyjaciela w swój plan. Armin nagle poczuł 

obawę, czy zdoła przekonać Ewę Marię, że ją kocha. Bał się też, czy 

rozczarowanie,  jakiego  doznała  tak  młoda  dziewczyna,  nie 

pozostawiło trwałej pogardy i urazy do mężczyzn w ogóle! 

Armin był wdzięczny, że Hans przygotował mu spotkanie z Ewą 

w cztery oczy, bez świadków. 

—  Stokrotne  dzięki,  stary.  Postąpiłeś  bardzo  rozsądnie  i 

ostrożnie. 

— Nie dziękuj mi! Wiesz, cieszę się, że mogę naprawić zło, które 

u  ciebie  w  Burgwerben  niechcący  spowodowałem.  A  teraz  chodźmy 

do bawialni, czekają tam na ciebie. 

Wszyscy  serdecznie  powitali  gościa.  Pani  domu,  chcąc  pomóc, 

rzekła żartobliwie: 

—  Właściwie  nie  powinnam  panu  okazywać  pomocy,  ponieważ 

pan  naraża  mnie  na  ciężką  stratę!  Panna  Delius  od  pierwszego  dnia 

stała się dobrym duchem naszego domu. Wszyscy pokochaliśmy Ewę 

Marię i z żalem myślimy o rozstaniu. 

Armin wzruszony odpowiedział: 

—  Łaskawa  pani!  Nie  zdaje  pani  sobie  sprawy,  co  te  słowa  dla 

mnie znaczą! Od chwili  wyjazdu Ewy Marii dręczyły mnie myśli, że 

musi  żyć  wśród  ludzi  pozbawionych  serca  i  delikatności.  Z  wielką 

ulgą  słucham,  iż  w  domu  państwa  znalazła  miłość.  Wiem,  że  w 

pierwszych dniach musiała bardzo cierpieć. 

background image

—  Tak,  widzieliśmy,  że  była  smutna  i  często  płakała. 

Myśleliśmy,  że  to  z  powodu  śmierci  ojca.  Ale  uwaga!  Słyszę  dzieci. 

Wyjdę do nich i postąpię zgodnie z naszym planem. Proszę zostać w 

bawialni aż powiem, że wszystko jest przygotowane. 

Pani  von  Soltenau  wyszła.  Spotkała  Ewę  Marię  i  dzieci  w 

szerokim  korytarzu.  Margit  i  Frida  pokazały  róże,  które  kupiły  dla 

Dory, a Ewa Maria wyjmowała z koszyka kwiaty. 

—  Czy  dobrze  wybrałam  te  bukieciki?  Jest  też  trochę  innych 

kwiatów, mogą się przydać. 

— Kupiła pani piękne kwiaty. Proszę je położyć, tutaj na stoliku. 

Później zaniesiemy je do jadalni. 

Pani von Soltenau zwróciła się do dziewczynek: 

— Zanieście róże  Dorze, jest  w bawialni. Zostańcie tam, dopóki 

nie  przyjdę  po  was.  Będziemy  mieli  gościa.  Przyjaciel  narzeczonego 

Dory będzie u nas dzisiaj na obiedzie. 

Pani  von  Soltenau  była  uszczęśliwiona  zaręczynami  córki  i  tym 

bardziej  życzyła  Ewie  Marii,  żeby  została  żoną  dziedzica  z 

Burgwerben.  Coś  podobnego!  Od  trzech  miesięcy  w  jej  domu 

ukrywała  się  narzeczona  pana  von  Leyden!  Ta  cicha  dziewczyna 

miała zadziwiający charakter! Mogła żyć w luksusie, a wybrała ciężką 

pracę,  którą  jej  poprzedniczki  wykonywały  niechętnie  z  wiecznie 

niezadowolonymi minami. 

— Proszę, weźmy kwiaty i chodźmy do jadalni. 

Ewa Maria, niczego nie podejrzewając, wzięła koszyk z kwiatami 

i  poszła  za  panią  domu.  W  jadalni  służba  właśnie  skończyła 

background image

nakrywanie do stołu. Pani von Soltenau poleciła lokajowi i pokojówce 

opuścić  pokój  i  czekać  w  kuchni,  aż  zostaną  wezwani.  Potem 

uśmiechając się powiedziała: 

—  Jestem  pewna,  że  pani  sama  pięknie  udekoruje  stół. 

Zostawiam więc panią, mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. 

— Postaram się, żeby łaskawa pani była zadowolona. 

Po  wyjściu  pani  domu  Ewa  Maria  zaczęła  zastanawiać  się,  jak 

udekorować  stół.  Właśnie  zdecydowała,  że  przed  parą  narzeczonych 

trzeba  postawić  czerwone  róże  i  zaczęła  je  wkładać  do  wody  w 

kryształowym  wazonie,  gdy  usłyszała,  że  ktoś  wszedł.  Była 

przekonana, że to  wróciła pani von Soltenau, ale ponieważ panowała 

cisza, odwróciła się i zmartwiała. Róże wypadły jej z rąk.  

Blada  z  przerażenia,  szeroko  otwartymi  oczami  patrzyła  na 

Armina  von  Leydena.  Obiema  rękami  złapała  się  poręczy  krzesła  i 

zachwiała  ze  zdenerwowania.  Zbliżył  się  do  niej,  chcąc  jej  pomóc, 

lecz Ewa Maria cofnęła się i zakryła twarz dłońmi. 

—  Ewo  Mario,  wybacz,  przestraszyłem  cię,  nie  chciałem, 

wybacz!  —  Teraz  stojąc  przed  nią  Armin  zrozumiał,  jak  bardzo  ją 

kocha. 

W głowie Ewy Marii szalały myśli: co on tutaj robi? No tak, Dora 

zaręczyła się, więc jest jej narzeczonym! Armin oświadczył się pannie 

Dorze von Soltenau! Poczuła straszny ból w sercu, ale postanowiła, że 

nie  upokorzy  się  i  nie  zdradzi,  co  czuje.  Dumnie  wyprostowała  się  i 

powiedziała: 

background image

— Panie von Leyden, proszę  wyjść z tego pokoju. W tym domu 

nikt  nie  śmie  wiedzieć,  że  my  się  znamy.  Jestem  tutaj 

wychowawczynią dzieci, proszę odejść! 

—  Nie,  Ewo  Mario!  Nie  opuszczę  cię  teraz,  kiedy  cię  wreszcie 

znalazłem.  Dlaczego  uciekłaś?  Dlaczego  nie  pozwoliłaś,  żebym  się 

usprawiedliwił? 

— Nie oskarżam pana, więc nie jest potrzebne usprawiedliwienie, 

proszę jednak odejść. Nie chcę żeby nas widziano razem. 

Schyliła się by podnieść róże, które wypadły jej z rąk. Chciał jej 

pomóc. 

— Nie, proszę, proszę odejść! 

Armin wyprostował się i rzekł stanowczym głosem: 

—  Nie,  Ewo  Mario.  Nie  odejdę,  póki  się  wszystko  nie  wyjaśni. 

Nie  obawiaj  się,  nikt  tutaj  nie  wejdzie.  Pani  von  Soltenau  wie,  że 

muszę z tobą poważnie porozmawiać. 

—  Panie  von  Leyden,  nie  mamy  sobie  nic  więcej  do 

powiedzenia! 

— A jednak, Ewo Mario, ja mam wiele do powiedzenia! 

Zdenerwowana zaciskała ręce. 

—  Co  powie  pańska  narzeczona!  —  krzyknęła  ochrypłym 

głosem. 

— Moja narzeczona? 

—  Tak,  panna  Dora,  wiem,  że  dzisiaj  pan  zaręczył  się  z  nią  i 

będzie uroczysty obiad. 

Armin z ulgą odetchnął i uśmiechnął się. 

background image

— Ewo Mario, jesteś w błędzie. Nie ja, lecz mój przyjaciel, Hans 

von  Rippach,  jest  narzeczonym  panny  Dory.  Dzięki  Hansowi 

dowiedziałem  się,  że  jesteś  tutaj  wychowawczynią  dziewczynek.  Nie 

mam  innej  narzeczonej  prócz  ciebie,  moja  kochana,  i  nadal  uważam 

się za twojego narzeczonego. 

Kręciła głową. 

— Po co to wszystko? To nie ma sensu! To mnie męczy i poniża. 

Przecież napisałam, że nie mogę zostać pańską żoną! 

— Ewo Mario, czy twoja duma jest silniejsza od twojej miłości? 

A może przestałaś mnie kochać? 

Spąsowiała i z wyrzutem w oczach patrzyła na niego. 

— Nie godzi się jeszcze bardziej mnie poniżać! Jednak nie będę 

kłamała: tak, kocham pana i może nigdy nie przestanę kochać. Jestem 

bardzo  nieszczęśliwa,  że  nie  mogę  wyrwać  z  serca  tej  miłości.  Jeżeli 

pan sądzi, że dumą jest to, iż nie chcę  zostać żoną mężczyzny, który 

mnie  nie  kocha,  to  znaczy,  że  jestem  dumna.  Może  pan,  jako 

mężczyzna,  nie  rozumie,  jak  pan  chce  mnie  poniżyć.  Ale  ja  panu 

przebaczyłam! Proszę, skończmy tę rozmowę. Jest dla mnie krępująca 

i przykra. 

Armin stanął tuż przy niej i zaczął mówić: 

—  Ewo  Mario,  pozwól,  że  powiem  jeszcze  kilka  słów.  To,  co 

wtedy  przypadkowo  słyszałaś,  upoważnia  cię  do  wątpienia  w  moją 

miłość.  Ale  wtedy  jeszcze  nie  wiedziałem,  że  cię  kocham. 

Wyciągnąłem  ku  tobie  ręce,  bo  działałaś  kojąco  na  moje  zranione 

background image

serce.  Kobieta,  którą  kochałem,  zdradziła  mnie.  Wtedy  bardzo 

cierpiałem z tego powodu. 

Kiedy  jednak  poznałem  ciebie,  natychmiast  poczułem  głęboką 

sympatię  do  twojego  spokojnego,  bardzo  kobiecego,  delikatnego 

sposobu bycia. W twojej obecności bladł wizerunek tamtej niewiernej 

kobiety, ale myślałem, że nie będę zdolny pokochać żadnej innej. Ten 

nieszczęsny  warunek  w  testamencie  zmusza  mnie  do  szybkiego 

ożenku.  Ty  wydałaś  mi  się  jedyną  kobietą,  z  którą  chciałem  spędzić 

resztę życia. Dlatego prosiłem, żebyś została moją żoną. Przecież cię 

nie  okłamałem,  nigdy  nie  powiedziałem  do  ciebie  „kocham  cię", 

chociaż przypuszczałem, że wierzysz w moją miłość.  

Potem  nadszedł  ten  okropny  dzień,  w  którym  został  zburzony 

twój  spokój  wewnętrzny.  Ewo  Mario,  wiem,  że  nigdy  nie  naprawię 

zła,  które  ci  wyrządziłem.  Wiem,  że  twój  charakter  nie  dopuszczał 

myśli, iż mam inny powód do oświadczyn! Ale proszę cię, wysłuchaj, 

co  się  ze  mną  działo.  Kiedy  się  dowiedziałem,  że  nagle  wyjechałaś, 

kiedy  przeczytałem  twój  list,  kiedy  trzymałem  w  ręku  zaręczynowy 

pierścionek, uświadomiłem sobie, że kocham cię.  

Tak, kocham  od  dawna. Moja  tęsknota  za tobą  potęgowała  się  z 

dnia  na  dzień.  Szukałem  cię,  dałem  ogłoszenie  do  gazet,  cierpiałem 

martwiąc  się  o  twój  los.  Przyjechałem  do  Berlina,  żeby  wynająć 

prywatnego  detektywa.  Chciałem  go  zaangażować  do  poszukiwań. 

Bogu  dzięki,  nieoczekiwanie  odnalazłem  cię,  moja  kochana  Ewo 

Mario!  Stoję  przed  tobą  jak  skruszony  grzesznik  i  błagam,  żebyś  mi 

zaufała. Kocham cię, Ewo Mario. Czy chcesz zostać moją żoną? 

background image

Kiedy  Armin  mówił,  dziewczyna  bezsilnie  opadła  na  krzesło. 

Miotały nią sprzeczne uczucia. Opanowało ją wzruszenie i najchętniej 

krzyknęłaby:  „Wierzę  ci  i  chcę  być  twoją  żoną!"  Jednak  nie  mogła 

wypowiedzieć  tych  słów.  Wierzyła,  że  nie  miał  zamiaru  celowo 

wprowadzić  ją  w  błąd,  ale  sądziła,  że  to,  co  on  uważał  za  miłość  do 

niej,  to  tylko  litość!  Jeżeli  zostanie  jego  żoną,  z  czasem  i  to  uczucie 

zniknie,  a  Armin  przekona  się,  że  nie  kochał  prawdziwie.  Czuła,  że 

nie  miałaby  sił  jeszcze  raz  przeżyć  takiego  cierpienia,  wstydu  i 

poniżenia. 

Stał  przed  nią.  Czekał  na  odpowiedź.  Spojrzała  nań,  przyłożyła 

ręce do skroni i zaczęła mówić: 

—  Nie,  nie,  nie  mogę,  nie  jestem  w  stanie  uwierzyć  w  pańskie 

słowa. Wszystko to takie straszne. Jestem wstrząśnięta, że pan cierpi z 

mojego powodu. Jednak nie mogę uwierzyć w pańską miłość. A jeżeli 

pan  oszukuje  samego  siebie  i  pewnego  dnia  odżyje  uczucie  do  tej 

kobiety? Nie mogłabym tego znieść, nie wytrzymałabym bólu.  

—  Ewo  Mario,  nie  musisz  się  obawiać.  Wczoraj  wieczorem 

spotkałem  tę  kobietę,  rozmawiałem  z  nią,  ale  jej  widok nie  zrobił  na 

mnie żadnego wrażenia. Nie czuję do niej nic poza pogardą. W moim 

sercu jesteś tylko ty! 

Zakryła twarz dłońmi i jęczała: 

—  Gdybym  mogła  w  to  uwierzyć!  Ale  nie  mogę.  To  wydarzyło 

się tak nagle. Proszę mi dać czas, muszę wszystko przemyśleć, muszę 

się  zastanowić  i  zapomnieć  o  cierpieniach  w  minionych  miesiącach! 

background image

Nie wiem, czy zdołam odzyskać zaufanie do pana, ale dzisiaj tego nie 

mogę powiedzieć. Dzisiaj jeszcze nie! 

Na twarzy Armina pojawiło się rozczarowanie. Mimo to nie czuł 

żalu  do  Ewy  Marii.  Zrozumiał,  że  przy  jej  usposobieniu  nie  można 

było  oczekiwać,  iż  zaraz  wszystko  puści  w  niepamięć  i  uwierzy  w 

jego szczere uczucie. 

—  Dobrze.  Nie  będę  dłużej  nalegał,  żebyś  mi  odpowiedziała. 

Będę  czekał,  aż  odzyskasz  wiarę  we  mnie i  w  moją  miłość.  Na  razie 

wrócę  do  Burgwerben.  Gdybym  został  w  Berlinie,  musiałbym  cię 

codziennie widywać, a ty potrzebujesz spokoju, żeby podjąć decyzję. 

Ewo Mario, będę na ciebie czekał w Burgwerben. Będę liczył dni do 

twojego  powrotu.  Wiem,  że  wrócisz  do  mnie,  ponieważ  wierzę,  iż 

kochasz mnie tak głęboko, jak ja kocham ciebie! Nie pozwól,  żebym 

musiał długo czekać!  

Twoja  macocha  nadal  mieszka  w  Burgwerben.  Powiem,  żeby 

przygotowała  twój  pokój.  Muszę  ci  jeszcze  coś  powiedzieć:  bardzo 

przywiązałem się do tego miejsca i do zarządzania majątkiem. Byłoby 

mi  bardzo  przykro,  gdybym  został  zmuszony  opuścić  zamek 

Burgwerben. Ale klnę się na wszystkie świętości: jeżeli nie zostaniesz 

moją  żoną  zrezygnuję  ze  schedy!  Nie  chcę  innej  kobiety,  ponieważ 

kocham tylko ciebie. Trzydziestego marca mija wyznaczony termin. 

Jeżeli  zechcesz  zostać  moją  żoną,  proszę,  wracaj  szybko, 

żebyśmy mogli  wziąć ślub. Nie będę cię dłużej zatrzymywał. Wracaj 

do  swojego  pokoju,  jesteś  wyczerpana.  Usprawiedliwię  cię  przed 

panią von Soltenau. Na razie zostaniesz tutaj jako gość w domu, gdzie 

background image

przyjęto cię tak życzliwie i serdecznie. Żegnaj, Ewo Mario! Czuję, że 

mnie nie opuścisz i wrócisz! 

Pocałował ją w rękę i wyszedł z jadalni. 

Ewa  Maria  wstała.  Miała  ochotę  płakać  z  radości,  ale  na  dnie 

duszy  czaiły  się  resztki  wątpliwości.  Musiała  wszystko  przemyśleć. 

Każde  słowo  Armina  zapadło  głęboko  w  jej  serce  i  wiedziała,  że 

nigdy ich nie zapomni! 

Powoli  poszła  do  swojego  pokoju.  Do  końca  dnia  nikt  jej  nie 

przeszkadzał.  Pani  domu  przez  pokojówkę  przysłała  obiad,  a  potem 

kolację  i  poleciła  powiedzieć,  że  panna  Delius  może  odpoczywać 

również cały następny dzień. Życzyła zdrowia i prosiła, żeby  w razie 

potrzeby wzywać służbę. 

Armin  wrócił  do  bawialni.  Obecni  z  zaciekawieniem  patrzyli, 

kiedy  wchodził  do  pokoju.  Pani  von  Soltenau  odprawiła  dzieci. 

Pozwoliła  dziewczynkom  bawić  się  w  ich  pokoju  i  srogo  nakazała, 

żeby nie przeszkadzały pannie Ewie Marii. 

Kiedy dzieci wyszły, Hans położył rękę na ramieniu przyjaciela. 

— Arminie, wracasz sam? 

—  Chwilowo  niczego  nie  osiągnąłem.  Ewa  Maria  przeraziła  się 

na  mój  widok.  Słuchała,  co  mówiłem,  ale  nie  mogła  natychmiast 

podjąć decyzji. Wiem jednak, że nadal mnie kocha i to mnie pociesza. 

Powiedziałem,  że  jestem  zdecydowany  zrezygnować  z  Burgwerben, 

jeżeli  nie  zechce  zostać  moją  żoną.  Sądzę,  że  to  postanowienie 

przekona ją o potędze mojej miłości. 

Pani von Soltenau uśmiechnęła się. 

background image

— Panie von Leyden, zastosował pan właściwy środek. Kobieta, 

która kocha, nie pozwoli, żeby uwielbiany mężczyzna ponosił straty i 

pragnie temu zapobiec. Odnoszę wrażenie, że wszystko jest na dobrej 

drodze! 

—  Jestem  o  tym  przekonany,  dlatego  jutro  wracam  do 

Burgwerben. Wiem, że Ewa Maria tam przyjedzie, kiedy się uspokoi i 

zastanowi nad moimi słowami. 

—  Z  tego  powodu  nie  możesz  już  jutro  opuszczać  Berlina!  — 

zawołał Rippach, niezadowolony z tak krótkiej wizyty przyjaciela. 

—  Proszę,  nie  zatrzymuj  mnie.  Teraz  i  ja  potrzebuję  spokoju. 

Jestem  w  takim  nastroju,  że  nie  nadaję  się  do  życia  towarzyskiego. 

Poza  tym  chcę  przygotować  Burgwerben  na  przybycie  Ewy  Marii. 

Chcę tam czekać na szczęście! 

— W takim razie nie będę cię zatrzymywał. 

Armin uśmiechnął się patrząc na Dorę. 

—  Sądzę,  że  łatwo  przebolejesz  moją  nieobecność!  Nie  wątpię, 

że panna von Soltenau chętnie mnie zastąpi i pomoże, żebyś szybko o 

mnie zapomniał! 

—  Nie,  o  zapomnieniu  nie  ma  mowy.  Będę  z  Hansem  często 

rozmawiała o panu i pocieszała go. 

Armin zwrócił się do pani domu. 

—  Łaskawa  pani,  dobroć  państwa  ośmiela  mnie  do  wyrażenia 

prośby:  proszę  się  zaopiekować  moją  narzeczoną.  Wiem,  że  jest 

bardzo  obowiązkowa  i  będzie  sumiennie  spełniać  swoje  powinności, 

ale teraz potrzebuje trochę wolnego czasu, żeby odzyskać spokój. 

background image

—  Przyznaję  się,  że  ucieszyła  mnie  wiadomość  o  pozostaniu 

panny Ewy Marii, na razie w naszym domu. Oczywiście będzie teraz 

naszym gościem. Wszyscy będziemy się starali, żeby czuła się jak  w 

domu. No ale dziewczynki będą niepocieszone, kiedy się dowiedzą o 

wyjeździe panny Delius. 

— Serdecznie dziękuję, łaskawa pani. Jestem szczęśliwy, że moja 

narzeczona jest wśród tak zacnych ludzi. 

— A ja dołożę starań, żeby pozyskać przyjaźń panny Ewy Marii! 

— odezwała się Dora.  

Jej  młode  serce,  pełne  szczęścia, było  wzruszone  romantycznym 

losem wychowawczyni. 

Pan domu skorzystał z chwilowej przerwy w rozmowie i rzekł: 

— Mimo wyjątkowych, niecodziennych wydarzeń nie wolno nam 

zapominać  o  uroczystości.  Magdaleno  sądzę,  że  można  już  kazać 

podawać do stołu. Musimy też zawołać dziewczynki. Obawiam się, że 

staną  się  niecierpliwe  i  pójdą  do  panny  Ewy  Marii,  a  ich  sposób 

wyrażania uczuć bywa zazwyczaj zbyt hałaśliwy i męczący. 

Rippach położył rękę na ramieniu przyjaciela. 

—  Armin,  jestem  przekonany,  że  wszystko  będzie  dobrze! 

Wierzę, że urządzimy huczne podwójne weselisko! 

 

Wieczorem  o  zwykłej  porze,  kiedy  dziewczynki  kładły  się  spać,  

do  sypialni  przyszła  Ewa  Maria.  Była  opanowana.  W  pokoju  zastała 

panią von Soltenau. Speszona powiedziała: 

background image

— Łaskawa pani, proszę wybaczyć, że dzisiaj zaniedbałam swoje 

obowiązki. 

Pani domu uśmiechnęła się. 

—  Proszę  się  tym  nie  przejmować,  droga  Ewo  Mario!  Czy  od 

dzisiaj mogę do pani zwracać się w ten sposób? Wiem, że ma pani za 

sobą  ciężki dzień. Nic dziwnego, że nie była pani w stanie zająć się 

dziewczynkami. 

—  Co  jest  Ewie  Marii?  —  zawołała  Frida  wstając  z  łóżka. 

Margit, podchodząc w długiej, białej nocnej koszuli, zapytała: 

—  Czy  nadal  boli  cię  głowa?  Czy  chcesz  tabletkę?  Bardzo 

pomaga! 

Ewa Maria objęła obie dziewczynki. 

— Czuję się lepiej, a jutro będę zupełnie zdrowa. A teraz szybko 

do łóżek, inaczej możecie się przeziębić. 

— Ewo  Mario,  czy  ty  płakałaś?  Masz  takie  zaczerwienione 

oczy! 

—  Nie  męczcie  Ewy  Marii.  Do  łóżek  —  zawołała  energicznie 

pani von Soltenau. — Moje drogie dziecko, proszę się zaraz położyć. 

Musi pani wypocząć. Jutro porozmawiamy. Proszę mnie traktować jak 

matkę. Jeżeli mogę służyć radą, chętnie to uczynię. 

—  Mamusiu,  dlaczego  jesteś  taka  czuła  dla  Ewy  Marii?  — 

zapytała Margit. 

—  Czyż  nie  jestem  zawsze  dla  niej  miła?  —  zaśmiała  się  pani 

von Soltenau. 

background image

— Miła? Tak, owszem, jak do wszystkich łudzi. Ale dzisiaj jesteś 

wobec niej tak czuła, jak jesteś tylko dla nas i Dory. 

— Dzisiaj zawarłam przyjaźń z Ewą Marią, taką jaką zawarłyście 

wy, moje kochane. A teraz śpijcie dobrze! 

Wyszła  z  pokoju.    Kiedy  dziewczyna  chciała  podążyć  za  nią, 

usłyszała wołanie: 

— Ewo Mario! 

Odwróciła się i zapytała: 

— O co chodzi, kochanie? 

—  Czy  dzisiaj  nie  usiądziesz  przy  nas?  Mamy  wiele  do 

opowiedzenia! — zawołała Frida. 

Ewa Maria chciała być sama, żeby spokojnie zastanowić się nad 

swoim  losem,  jednak  zawróciła  i  usiadła na  łóżku  Fridy.  Z  poduszek 

podniosła się kędzierzawa główka Margit. 

— Jestem ciekawa, co macie mi do powiedzenia! — odezwała się 

Ewa Maria obejmując obie siostrzyczki. 

— Och, Ewo Mario, jaka szkoda, że nie byłaś na obiedzie! Było 

cudownie!  Były  lody  na  deser,  a  potem  dostałyśmy  po  kapeczce 

szampana!  Piliśmy  zdrowie  Dory  i  szwagra  Hansa!  —  szczebiotała 

Frida. 

Do rozmowy włączyła się Margit: 

— Wiesz, był też obcy gość, przyjaciel Hansa! On ma taki piękny 

zamek,  o  jakich nam  opowiadasz.  Mieszka  w  Turyngii  i  zaprosił  nas 

na  lato.  Zaraz  go  zapytałam,  czy  możesz  z  nami  przyjechać,  bo  ty 

kochasz takie stare zamczyska. 

background image

Ewa Maria czuła mocne bicie serca. 

— Czy odmówił i nie pozwolił, żebym przyjechała? 

—  Nie,  nie.  Ale  tak  dziwnie  na  nas  patrzył,  jak  ktoś,  kto  musi 

płakać,  ale  nie  chce  tego  pokazać.  Odpowiedział  też  jakoś  dziwnie: 

„Wolę,  żeby  Ewa  Maria  wcześniej  przybyła  do  zamku".  Ale  my 

wiemy, że bez nas nie pojedziesz. 

— Do lata jest jeszcze sporo czasu. A teraz śpijcie. 

—  Zaraz  zaśniemy.  Frido,  co  obiecałyśmy  panu  von  Leyden? 

Zapomniałam! 

—  Hm!  Ach  tak,  byłybyśmy  zapomniały,  dobrze,  że  mi 

przypomniałaś. Wiesz, co myśmy obiecały? 

— Jestem ciekawa. 

—  Musiałyśmy  obiecać,  że  wieczorem,  kiedy  będziemy 

odmawiały  pacierz,  musimy  się  też  pomodlić  za  niego.  Wyobraź 

sobie,  on  ma  ładną narzeczoną, którą  kocha  do  szaleństwa,  a  ona nie 

chce przyjechać do zamku, ponieważ gniewa się na niego. Powiedział, 

że  musimy  się  tak  modlić:  „Kochany  Boże,  każ  narzeczonej  wujka 

szybko  wracać  do  zamku,  żeby  był  tak  szczęśliwy,  jak  szwagier 

Hans."  Wiesz,  zaraz  będziemy  się  modlić,  a  ty  z  nami.  Szybciej 

pomoże! 

Słysząc  to  Ewa  Maria nie  mogła  powstrzymać  łez.  Dziewczynki 

pytały przestraszone: 

— Dlaczego płaczesz? 

— Czy znowu rozbolała cię głowa? 

Otarła łzy i odpowiedziała: 

background image

— Nie, nie! Żal mi biednego pana von Leyden. Jego  narzeczona 

musi być niedobra, ponieważ nie chce pojechać do niego. 

— Nie, to nie tak! Myśmy też tak twierdziły, ale pan von Leyden 

potrząsał głową i odpowiedział: „Nie, ona jest dobra i szlachetna, ale 

ja  bardzo  ją  skrzywdziłem,  a  teraz  ona  nie  chce  wierzyć,  że  ją 

kocham."  Ewo  Mario,  powiedz:  jeżeli  będziemy  się  modliły,  czy 

Bozia pomoże panu von Leyden? 

— Tak, moje kochane. Będę się modliła z  wami! — rzekła Ewa 

Maria.  

Modliła  się  z  dziewczynkami,  lecz  jej  modlitwa  była 

dziękczynieniem. 

Wiedziała, 

że 

to, 

co 

Armin 

powiedział 

dziewczynkom,  było  przeznaczone  dla  niej.  Teraz,  kiedy  od  dzieci 

jeszcze  raz  usłyszała,  że  Armin  ją  kocha,  powoli  zaczęło  ustępować 

zwątpienie w jego szczerość. 

Kiedy później, leżąc w łóżku, zastanawiała się nad wydarzeniami 

tego dnia, stale słyszała słowa Armina: „Kocham cię, Ewo Mario! Czy 

chcesz zostać moją żoną?" W jej duszy rozległy się słowa: „Tak, chcę, 

ponieważ uwierzyłam w twoją miłość." 

 

Następnego  dnia  Armin  odprawił  detektywa  z  drobną  sumą 

wyjaśniając,  że  już  nie  jest  potrzebny.  Później  wysłał  telegram  do 

Burgwerben zapowiadając swój powrót. Hans jeszcze raz próbował go 

zatrzymać,  lecz  Armin  stwierdził  kategorycznie,  że  potrzebuje 

spokoju, a liczne i huczne przyjęcia raczej go denerwują, niż bawią. 

background image

Spadł  śnieg.  Im  bardziej  pociąg  zbliżał  się  do  Burgwerben,  tym 

piękniejszy  był  zimowy  krajobraz.  Scheveking  wybrał  się  po 

dziedzica  aż  do  miasteczka,  gdzie  zatrzymywały  się  pociągi 

ekspresowe. Padał gęsty śnieg. 

—  Witam  pana  dziedzica.  Trzeba  zobaczyć  nasze  lasy  w  szacie 

zimowej! 

—  Dobrze  pan  zrobił,  inspektorze!  Od  dziecka  nie  widziałem 

takich sań i nie jeździłem do lasu. Z ojcem często wybieraliśmy się na 

zimowe przejażdżki. Ale to było dawno temu. 

— Czy pan dziedzic chce powozić? 

—  Nie,  nie  dzisiaj.  Chcę  spokojnie  nacieszyć  się  pięknym 

zimowym krajobrazem. 

—  Słusznie!  Proszę  wsiadać.  Przywiozłem  kożuchy  i  futrzane 

buty. 

— Doskonale. 

Ruszyli.  Kiedy  opuścili  miasto,  śnieg  przestał  padać.  Drzewa 

pokrywały  ciężkie  czapy,  wszędzie  królowała  nieskazitelna  biel. 

Jedynym ciemnym pasmem była leniwie płynąca rzeka. 

Długo jechali w milczeniu. Wreszcie Armin powiedział: 

—  Jak  tutaj  pięknie!  Cieszę  się,  że  wróciłem.  Czy  pan  uwierzy, 

że tęskniłem za Burgwerben? 

— Wierzę panu! Ja również nigdzie nie czuję się tak dobrze, jak 

tutaj.  Gdy  pomyślę,  że  musiałbym  stąd  wyjechać,  to  wolałbym  nie 

żyć.  Tak  samo  myśli  panna  Wunderlich.  Pod  tym  względem  jest 

bardzo mądra. 

background image

Armin  uśmiechnął  się,  ponieważ  ta  dziwna  przyjaźń  dwojga 

starych, wiernych pracowników bawiła go, ale i wzruszała. 

— Co powiedziała panna Wunderlich na mój szybki powrót? 

Scheveking zaśmiał się i odparł: 

—  Biega  jak  łasica  mimo  swojej  tuszy.  Gotuje  i  smaży  od 

samego rana, tak jakbyśmy mieli zakwaterować cały pułk! 

— A pan, czy pan się nie dziwi, że tak szybko wróciłem? 

Scheveking kilka razy trzasnął z bicza i po chwili powiedział: 

— Pan dziedzic ma swoje powody, że nic nie mówi. Nie jestem 

ciekawski  jak  stara  baba.  Jeżeli  pan  dziedzic  uzna  za  stosowne, 

dowiem się, o co chodzi. 

Armin odwrócił się ku niemu. 

— Odnalazłem Ewę Marię w Berlinie. 

Scheveking zagwizdał ze zdziwienia, a potem krzyknął: 

—  Do  stu  piorunów!  Hm!  No  tak!  Na  miłość  boską,  pan  chyba 

nie uciekł przed dziewczyną? 

Armin zaśmiał się i odparł: 

— W pewnym sensie tak! 

— A co teraz będzie? Przecież pan musi mieć żonę! 

— Tak, oczywiście. Ewę Marię albo żadną inną! 

—  Teraz  to  już  nic  nie  rozumiem!  Dlaczego  nie  przyjechała  z 

panem? 

— Sama przyjedzie. Nieco później. 

— Ale czy to jest pewne? Czy obiecała? 

— Nie, ale ja wiem, że przyjedzie. 

background image

Scheveking kręcił siwą głową. 

— Nie byłbym taki pewny! Do kobiet nie należy mieć zaufania. 

—  Ale  do  Ewy  Marii  tak!  Widzi  pan,  tak  bardzo  wierzę  w 

przyjazd Ewy Marii, że zacznę przygotowania do ślubu. 

— Hm! No tak! W porządku!  Ale co zrobimy  z tą starą? Chyba 

nie wpuścimy jej do zamku? Musimy ją gdzieś wysłać. 

—  Oczywiście!  Zrobimy  to.  Proszę  zatrzymać  konie,  kiedy 

będziemy  przejeżdżali  obok  domu  profesora.  Muszę  jej  powiedzieć, 

że trzeba przygotować pokój dla Ewy Marii. 

Scheveking  milcząc  przytakiwał  głową.  Po  pewnym  czasie 

zatrzymali  się  przed  domem  pani  Delius,  która  siedziała  przy  oknie. 

Widok  dziedzica  przeraził  ją,  ponieważ  była  pewna,  że  przyjechał  z 

żądaniem,  żeby  opuściła  mieszkanie.  Jej  nalana  twarz  zbladła, 

podeszła do drzwi i uniżenie witała gościa: 

— Co za zaszczyt, drogi panie von Leyden, proszę dalej, proszę 

się rozgościć! 

Armin poczuł zapach alkoholu. 

—  Wstąpiłem  na chwilę,  konie  nie mogą  stać  na  mrozie.  Proszę 

przygotować pokój dla Ewy Marii. Wkrótce wróci do domu. 

Pani Delius zachwiała się i łapiąc się za krzesło zawołała: 

—  O  mój  Boże!  Znalazł  pan  moje  biedne  dziecko?  A  więc 

wszystko  w  porządeczku!  Ojejku,  z  radości  mam  zawroty  głowy! 

Wreszcie dobra nowina, panie von Leyden! Pan nie wie, jak ja cierpię, 

jestem bardzo chora. 

Armin z trudem ukrywał odrazę. 

background image

—  Powinna  pani  wyjechać  na  leczenie.  Zaraz  po  powrocie  Ewy 

Marii  weźmiemy  ślub  i  wtedy  już  nic  i  nikt  nie  będzie  pani  tutaj 

zatrzymywał. Nasza umowa jest nadal ważna. Żegnam panią! 

— Oczywiście, oczywiście! Moje drogie dziecko wraca do domu! 

Żegnam pana, drogi panie von Leyden! 

Armin wsiadł do sań i zapytał inspektora. 

— Czy pan zauważył że ta kobieta pije? 

—  Tak,  proszę  pana.  Ta  kobieta  ma  chyba  wszystkie  możliwe 

przywary.  Mój  przyjaciel  profesor  kiedyś  dawno  temu  szczerze 

rozmawiał ze mną. Jego druga żona zaczęła pić, gdy wyszła za mąż i 

tak  przepuściła  cały  majątek.  Szybko,  minęła  jej  uroda.  Profesora 

wpędziła do grobu bardziej zgryzota niż choroba. 

Armin westchnął. 

— Biedna Ewa Maria! Ile musiała wycierpieć. Nie dziwię się, że 

nie chce mieszkać z macochą pod jednym dachem. 

—  Dziewczyna  musiała  ojcu  dać  słowo,  że  po  jego  śmierci 

wyprowadzi  się  od  macochy  i  że  nie  będzie  miała  z  nią  żadnych 

kontaktów.  Ale  proszę  pana  dziedzica,  nie  pozwólmy,  żeby  nam  ta 

wiedźma  popsuła  nastrój.  Świat  jest  taki  piękny!  Oto  i  nasz  zamek. 

Dillenbergen  z  całą  pewnością  zadbał  o  ciepłe  pokoje,  a  panna 

Wunderlich o dobrą kolację. 

Kilkanaście minut później zajechali przed główne wejście zamku. 

Kiedy  zdjęli  futra  i  zimowe  buty,  Scheveking  poszedł  do  kuchni  i 

zapukał do drzwi. Panna Wunderlich stanęła na progu: 

— O co chodzi, inspektorze? 

background image

—  No,  jesteśmy!  Szybko  podawać  kolację,  pan  dziedzic  jest 

głodny! 

Podparłszy się pod boki zawołała: 

—  Co  pan  sobie  wyobraża?  Proszę  się  nie  wtrącać  do  moich 

kuchennych  spraw!  Ja  też  nie  interesuję  się  pańskimi  stajniami  i 

oborami!  Do  stołu  już  dawno  podano,  a  jeżeli  pan  się  nie  pospieszy, 

nic pan nie dostanie. Tylko niech pan nie je zbyt dużo kapusty. Będzie 

pana gniotło w żołądku! 

—  W  takim  razie  napiję  się  nalewki.  Pani  przecież  lubi,  kiedy 

chwalę tę wspaniałą ziołową nalewkę! 

— Z pana to stary niedźwiedź! 

— A pani jest młodym szaraczkiem, panno Wunderlich! 

Zatrzasnęła  drzwi  i  podeszła  do  kredensu.  Wyjęła  butelkę  z 

nalewką,  podniosła  ją i  patrząc  pod  światło  szepnęła  sama  do  siebie: 

„Na dzisiaj starczy — jutro muszę otworzyć następną." 

 

Od  rozmowy  Armina  z  Ewą  Marią  minęło  czternaście  dni. 

Sytuacja  dziewczyny  w  domu  państwa  von  Soltenau  była  teraz 

zupełnie  inna.  Dora  okazywała  jej  przyjaźń,  pan  domu  traktował  z 

ojcowską  czułością,  a  dziewczynki  nie  opuszczały  swojej 

wychowawczyni, ponieważ ku nieopisanej rozpaczy dowiedziały się o 

jej rychłym wyjeździe. 

Między  panią  von  Soltenau  i  Ewą  Marią  zrodziła  się  serdeczna 

więź.  Mądra  i  doświadczona  Magdalena  umiała  zdobyć  zaufanie 

dziewczyny,  a  matczyna  troska,  jaką  ją  otaczała,  spowodowała,  że 

background image

Ewa  Maria  otworzyła  przed  nią  swoje  serce.  Opowiedziała,  co 

przeżywała po śmierci matki. Opisała rozczarowanie zachowywaniem 

i nawykami macochy, utratę majątku i śmierć ukochanego ojca. 

Wreszcie  szczerze  wyznała  uczucia,  jakie  żywiła  do  Armina  i 

powód  ucieczki  z  Burgwerben.  Pani  von  Soltenau  umiała  przekonać 

Ewę  Marię,  że  powinna  zaufać  Arminowi,  który  z  całą  pewnością 

szczerze ją kocha. 

Postanowiła wrócić do zamku dopiero wtedy, kiedy państwo von 

Soltenau  znajdą  nową  odpowiednią  wychowawczynię  dla  swoich 

dziewczynek.  Kiedy  Dora  mówiła,  że  Armin  z  niepokojem  czeka  na 

jej przybycie, rumieniła się i odpowiedziała: 

— Jeżeli mnie tak kocha, jak ja jego, nie powinien się niepokoić, 

ponieważ wie, że przyjadę. 

Taką  odpowiedź  otrzymywał  również  Hans,  który  codziennie 

przychodził odwiedzać narzeczoną i ponaglał Ewę Marię do wyjazdu. 

Oczywiście nie omieszkał zawiadomić swojego przyjaciela, że powrót 

Ewy Marii to tylko kwestia czasu. 

Frida  i  Margit  dowiedziały  się,  kto  jest  tajemniczą  „narzeczoną 

wujka  Leydena".  Radości  nie  było  końca.  Skakały,  krzyczały  i  stale 

od  nowa  prosiły,  żeby  Ewa  Maria  opowiadała  o  zamku  Burgwerben. 

Ustalono,  że  wakacje  będą  spędzały  w  Turyngii,  w  „bajecznym 

zamczysku",  a  Hans  prosił  o  zarezerwowanie  dla  siebie  i  Dory 

„kwaterunku" na dwa letnie miesiące.  

 

background image

Armin polecił pani Delius żeby natychmiast dała znać do zamku 

jeśli  przyjedzie  Ewa  Maria.  Bez  względu  na  to  codziennie 

przyjeżdżał,  żeby  osobiście  zasięgać  informacji.  Nadal  była  piękna, 

zimowa  pogoda.  Spadło  więcej  śniegu  i  Armin  korzystał  z  sanny. 

Jechał  przez  las.  Panowała  cisza,  słychać  było  tylko  lekki  dźwięk 

dzwoneczków na uprzęży siwków. Rozglądał się podziwiając stary las 

pod ciężką, białą pokrywą. Puścił lejce, konie szły stępa.  

Wtem  ujrzał  w  dali  postać  powoli  kroczącą  po  zaśnieżonej 

drodze. Wstał i patrzył. Po chwili złapał lejce i sanie szybko ruszyły. 

Podjechał,  zatrzymał  konie  i  wyskoczył:  przed  nim  stała  Ewa  Maria. 

Nic nie mówiąc pozwoliła się objąć i całować... 

Długo  rozmawiali  ciesząc  się  ze  spotkania  i  odnalezionego 

szczęścia. Wreszcie Armin zawołał: 

—  Ależ  ze  mnie  egoista,  stoimy  na  mrozie,  a  w  saniach  są 

futrzane derki! 

— Nie czuję chłodu, jest mi bardzo dobrze! Zostańmy jeszcze  w 

lesie! 

—  Nie,  kochanie,  teraz  pojedziemy  do  wsi,  do  księdza,  muszę 

dać  na  zapowiedzi!  Pragnę  jak  najszybciej  mieć  panią  na  zamku. 

Dłużej nie wytrzymam! 

Ewa  Maria  uśmiechnęła  się  nie  sprzeciwiając  się  woli 

narzeczonego. 

Cztery tygodnie później, w pierwszych dniach stycznia, w małym 

wiejskim  kościółku  odbył  się  ślub  Armina  i  Ewy  Marii.  Świadkami 

byli Scheveking i Rippach. Uroczystość była cicha, lecz wzruszająca. 

background image

Armin  celowo  nikogo  nie  zapraszał  —  chciał  Ewie  Marii 

zaoszczędzić  upokorzeń  związanych  z  obecnością  macochy.  Pani 

Delius następnego dnia wyjechała do Drezna. Osiadła tam na stałe. 

 

Państwo  von  Soltenau  przysłali  serdeczne  gratulacje.  Rozumieli 

postępowanie  Armina.  Młode  małżeństwo  zaproszono  na  ślub  Dory, 

który  zaplanowano  na  Wielkanoc.  Kiedy  po  uroczystości  Armin 

przywiózł  żonę  do  zamku,  prowadząc  Ewę  Marię  wzruszony 

powiedział: 

—  Kochana  żono,  oby  w  tym  domu  panowało  wyłącznie 

szczęście  i  radość!  Niech  Bóg  pobłogosławi  twój  pobyt  w  zamku 

Burgwerben. 

— Arminie, tam gdzie jesteś ty, tam moje szczęście! 

Tego  wyjątkowego  dnia  panna  Wunderlich  i  Scheveking  nie 

kłócili  się  i  nie  robili  sobie  wymówek.  Kiedy  zobaczyli,  że  nowy 

dziedzic  i  jego  żona  idą  w  kierunku  cmentarza,  a  Ewa  Maria  niesie 

ślubny  bukiet  na  grób  Fryderyka  von  Leyden,  ochmistrzyni  cicho 

zapłakała.  Wzruszony  inspektor  po  raz  pierwszy  widział  łzy 

spływające  po  policzkach  panny  Wunderlich.  Nagle  też  poczuł  ucisk 

w dołku i drżącym głosem poprosił o dwa kieliszki nalewki. 

Ale  już  następnego  dnia  odzywali  się  do  siebie  w  zwykły, 

zadziorny sposób. Ich kłótnie wynikały wyłącznie z jednego powodu: 

każdy z dwojga staruszków twierdził, że bardziej niż drugie raduje się 

szczęściem  pana  i  jego  młodej  żony!  Pod  tym  względem  nigdy  nie 

mogli dojść do porozumienia.  

background image

W  letnich  miesiącach  na  zamku  było  gwarno  i  wesoło.  Margit  i 

Frida  hasały  po  parku,  a  Dora  i  Hans  bawili  tam  po  kilka  tygodni. 

Ponieważ Armin i Ewa Maria złożyli wizyty w sąsiednich majątkach, 

w  zamku  często  bywali  goście.  Oczywiście  nie  zabrakło  również 

wizyt państwa von Soltenau. 

W starym zamku zapanowało szczęście i spokój. Zmarły dziedzic 

dziwacznym  testamentem  przepędził  złe  duchy,  które  pojawiły  się  w 

dniu, kiedy dręczony wyrzutami sumienia, zamieszkał w Burgwerben. 

Armin  i  Ewa  Maria  czcili  pamięć  zmarłego  podobnie  jak  dwójka 

staruszków, Scheveking i panna Wunderlich, którzy głęboko szanując 

nowego pana nigdy nie zapominali o dawnym dziedzicu.