Mówiąc o upadku wartości i nieodłącznie z nim związanej alienacji, łatwo popaść w fałszywy ton rozwodzenia się nad kryzysem i desperacją, który to ton niewiele ma* wspólnego z kryzysem, a dużo z teorią. Bądź co bądź życie toczy się dalej, tak racjonalnie i empirycznie, jak tylko potrafi, niezależnie od wszystkich fundamentalnych niepokojów. Dla artysty, inaczej niż dla metafizyka, chaos nie jest stanem rzeczy, któremu należałoby całymi godzinami, dniami, czy nawet latami stawiać czoło w zawodowej męce. Odczuwa go on raczej jako swego rodzaju nieobecność i proporcjonalną do niej potrzebę stworzenia sobie jakiegoś nowego porządku od samych podstaw; inaczej mówiąc, chaos raczej skłania go do pracy, niż zniechęca.
Właśnie ten impuls, jak sądzę, dał początek pierwszemu wielkiemu okresowi modernizmu, jaki nastąpił po I wojnie światowej. W takim na przykład stanie ducha Eliot pisał w Zurychu swoją Ziemią jałową — lecząc się z jakiegoś załamania, niewykluczone, że w trakcie psychoterapii. W wierszu tym wewnętrzny chaos zostaje przeniesiony na zewnątrz, na społeczeństwo, jako upadek wszystkich tradycyjnych form i wartości; po to jednak, żeby wyrazić to poczucie powszechnej dezintegracji, poeta stworzył z tego chaosu nowy styl, nowy porządek formalny: pełen dystansu, świadomy, subtelny.
O ile dadaiści na przenikliwe uczucie ogólnego rozmycia i zgrozy reagowali niczym rozpuszczone dzieci — nie mogąc bowiem doszukać się we własnych walizkach żadnego przekonania, gotowi byli wyrzucić z nich i sztukę — o tyle natury bardziej twórcze reagowały szczególnego rodzaju formalną namiętnością: im większe poczucie zagrożenia, tym większy wysiłek artystyczny. Zarazem jednak im większych dokładali starań, aby sztuka zachowała wierność wobec doświadczenia, tym większe wiązało się z tym ryzyko.
Mówiąc najprościej: jedna z najbardziej znaczących cech sztuki XX wieku to gwałtowny wzrost liczby ofiar pośród samych artystów. Spośród wielkich prekursorów modernizmu Rimbaud rzucił poezję w wieku dwudziestu lat, Van