background image

Søren Kierkegaard

Dziennik

uwodziciela

Przełożył

Jarosław Iwaszkiewicz

(ji14)

background image

Sua passion predominate

a la giovin principiante

(Don Giovanni Nr 4 Aria)

Trudno   mi   jest   zataić   przed   sobą,   że   nie   mogę   opanować 

lęku, który mnie w tej chwili ogarnia, kiedy powodowany ego-

istycznymi zainteresowaniami decyduję się na przepisanie na 

czysto ulotnych kartek, które w swoim czasie mogłem posiąść z 
największym   pośpiechem   i   ogromnym   niepokojem.   Sytuacja 
wydaje   mi   się   jednakowo   niepokojąca,   jak   i ważna,   równie 
dziś,   jak   i   wówczas.   Tamten   wszakże   uczciwie   nie   zamknął 

swego sekretarzyka, całe jego wnętrze stawiając do mojej dys-

pozycji;   ale   na   próżno   będę   oczyszczał   mój   postępek   twier-
dząc, że nie otwierałem żadnego zamka. Zamek rozbiłem. W 

szufladzie znalazłem mnóstwo luźnych papierów, a na tych pa-
pierach leżała książka, wielkie in quarto, wykwintnie oprawne. 

Na pierwszej stronie widniała winieta wycięta z białego papie-

ru, na której autor własnoręcznie skreślił Commentarius perpe-
tuus Nr 4
. Na próżno jednak starałem się wmówić w siebie, że 

gdybym nie otworzył tej książki i gdyby nie skusił jej dziwny ty-
tuł, nie uległbym pokusie i ostatecznie bym się jej oparł. Sam 

tytuł był dość dziwny, jednakże nie tyle sam z siebie, ile z po-

wodu tego, co go otaczało. Pobieżne przejrzenie tych papierów 
zorientowało mnie, że zawierały one opisy miłosnych sytuacji, 

poszczególne wzmianki o tych czy innych sprawach, szkice do 
listów   bardzo   osobliwych,   z   których   treścią   zapoznałem   się 

później szczegółowo oceniając doskonałe wyrachowanie ich po-
zornego artystycznego nieładu. Kiedy tak teraz po ogarnięciu 
całego   ludzkiego   wnętrza   przypominam   sobie   moją   sytuację, 

kiedy tak z badawczo otwartym okiem pochylam się nad zawar-
tością tej szuflady, robi to na mnie takie wrażenie, jakie musi 
mieć urzędnik policji, który wdziera się do pokoju fałszerza, 
otwiera jego zamki i w szufladach jego znajduje mnóstwo luź-
nych papierów — próbnych druków; na jednym papierze trochę 
maksym prawniczych, na innym jakiś podpis, na trzecim jakieś 

- 2 -

background image

pokwitowania. Wszystko mu wskazuje na to, że natrafił na do-

bry ślad, i radość z tego powodu miesza się z podziwem, który 

go ogarnia na widok takiego starania, takiej bijącej w oczy pra-
cowitości. Oczywiście moje uczucia były nieco inne, gdyż nie 

mam wielkiej praktyki w wykrywaniu przestępstw i nie posia-

dam legitymacji policyjnej. Odczuwałem podwójnie ciężar fak-

tu, że naruszałem zasady prawa. Ale tym razem nie brakło mi 
myśli, raczej słów, jak to zwykle bywa. Na razie pierwsze wra-
żenie opanowuje, zanim refleksja wybiegnie różnorodna i szyb-
ka w swych ruchach i namawia nas, i insynuuje postępowanie 

wobec nieznajomego człowieka. Im bardziej rozwija się reflek-

sja, tym szybciej opanowuje i staje się jak ten, co wystawia 
paszporty  wyjeżdżającym   za  granicę,   tak  oswojony   z  najdzi-
waczniejszymi figurami, z których żadna go nie dziwi. Ale cho-
ciaż moja refleksja jest bardzo rozwinięta, to jednak w pierw-

szej chwili byłem bardzo zdziwiony; pamiętam doskonale, że 

pobladłem, omal nie zemdlałem i byłem bardzo przestraszony. 
Gdyby autor przyszedł do mieszkania i zastał mnie zemdlonego 

nad szufladą — nieczyste sumienie potrafi jednak uczynić życie 
interesującym!

Tytuł książki wcale mnie nie zainteresował; myślałem, że był 

to zbiór cytatów, które zdawały mi się całkiem naturalnym wy-
nikiem obszernych studiów autora. Ale okazało się, że książka 

zawierała zupełnie inne rzeczy. Był to ni mniej ni więcej tylko 

dziennik starannie prowadzony; a ponieważ z tego, com wie-
dział o autorze uprzednio, nie uważałem, żeby życie jego wy-

magało aż takich komentarzy, potem, jak wejrzałem w to głę-
biej,   przyznam,   że   tytuł   został   wybrany   z   wielkim   smakiem 

i wielkim zrozumieniem, z prawdziwą estetyczną i obiektywną 
oceną samego siebie i zaistniałej sytuacji.

Tytuł   ten   stał   w   całkowitej   harmonii   z   treścią.   Jego   życie 

było próbą zrealizowania poetycznego życia. Z ostro zarysowa-
ną zdolnością odnajdywania w życiu spraw interesujących uda-
ło mu się znaleźć tę poetycką treść, a potem na poły poetycko 
oddać to, co przeżył. Dlatego też jego dziennik nie ma żadnego 
znaczenia historycznego, nic nie opowiada po prostu, cały jest 

- 3 -

background image

nie w trybie oznajmującym, ale w trybie warunkowym. Mimo to 

że   wszystkie   przeżycia   opisane   są  ex   post,   czasem   nawet 

znacznie   później,   niż   się   urodziły,   jednak   tak   są   najczęściej 
przedstawiane, jak gdyby zdarzyły się przed chwilą, są tak dra-

matycznie żywe, a chwilami się zdaje, że dzieje się wszystko 

przed naszymi oczami. Że autor napisał to wszystko bez żad-

nych dalszych zamiarów względem tego dziennika, wydaje się 
nieprawdopodobne; jasne jest,  że dziennik ten miał dla niego 
osobliwe znaczenie; i musiałem przyjąć, zważywszy całość, jak i 
poszczególne epizody, że mam przed sobą utwór poetycki, chy-

ba przeznaczony do druku. Nie potrzebował się lękać niczego 

publikując  ten utwór,  gdyż większość nazw w  nim  brzmi tak 
osobliwie, że zupełnie nieprawdopodobne się zdaje, aby były 
prawdziwe. Co prawda powziąłem podejrzenie, że imiona są hi-
storycznie wierne, tak że sam autor mógł być pewien, że je po-

zna,   natomiast   osoby   postronne   myliłyby   nazwiska.   Tak   na 

przykład było z Kordelią, dziewczyną, którą znałem i która gra 
główną rolę w dziennikach, miała ona na imię rzeczywiście Kor-

delia, ale nazwisko jej nie brzmiało Wahl.

Czym można objaśnić fakt, że Dziennik mimo wszystko nabrał 

cech tak bardzo poetyckich? Odpowiedź na to pytanie nie jest 

trudna i da się ona objaśnić poetycką naturą tkwiącą w piszą-
cym, która była czy to zbyt bogata, czy też zbyt uboga, aby 

móc oddzielić Poezję od Rzeczywistości. Poezja to był ten nad-

miar, z którym on się urodził. Ten nadmiar był tym zapasem po-
ezji, którym igrał on w praktycznej rzeczywistości; wycofywał 

się z tego nadmiaru w kształcie poetyckiej refleksji. Stawało 
się to dla niego drugą rozkoszą, a całe jego życie było wysił-

kiem   ku   rozkoszy.   W   pierwszym   przypadku   rozkoszował   się 
przeżyciem estetycznym, w drugim swoją własną estetyzującą 
osobowością. W pierwszym przypadku było ważne to, że ego-

istycznie i osobiście cieszył się tym, co mu po części ofiarowy-
wała rzeczywistość, a po części czym on sam obciążał rzeczy-
wistość; w drugim przypadku osobowość jego zacierała się, wy-

zyskując sytuację i ciesząc go tą sytuacją. W pierwszym przy-
padku   potrzebował   on   rzeczywistości   jako   sposobności,   jako 
momentu działania; w drugim przypadku rzeczywistość tonęła 

- 4 -

background image

w poetyczności. Owocem pierwszego stadium jest więc nastrój, 

w którym dziennik powstaje jako owoc drugiego stadium, a sło-

wo to użyte tu jest w nieco innym znaczeniu niż za pierwszym 
razem. A poetyckie znaczenie nie porzucało go   nigdy w tej 

dwuznaczności, w jakiej przeszedł jego żywot.

Poza światem, w którym my żyjemy, daleko w głębi leży inny 

świat, który znajduje się do tego świata w zupełnie takim sa-
mym stosunku, jak świat otaczający do sceny w teatrze. Po-

przez cienką gazę widzi się świat zbudowany jak gdyby z gazy, 

lżejszy, bardziej eteryczny, w samej istocie inny niż świat rze-
czywisty.   Wielu   ludzi,   którzy   należą   ciałem   do   tego   świata, 
znajduje swój dom właśnie w tamtym. Ale to, że jakiś człowiek 
znika w tym świecie, ba, właściwie znika dla rzeczywistości, 

nie może mieć przyczyn ani w zdrowiu, ani w chorobie. Ostat-

nio miałem do czynienia z człowiekiem, którego ongi poznałem 
nie znając go wcale. Nie  należał on do rzeczywistego świata, 

miał jednak z nim dużo do czynienia. Bez przerwy szamotał się 
z rzeczywistością, gdy jednak się jej oddawał, znajdował się 

poza nią. Ale to nie Dobro go wabiło na zewnątrz, nie było to 

też Zło, nie mogę tego powiedzieć o nim w tej chwili. Cierpiał 
na exacerbatio cerebri, z czego rzeczywistość nie mogła czer-

pać dostatecznej pożywki, najwyżej chwilową. Nie uchylał się 
od ciśnienia rzeczywistości, nie był zbyt słaby, aby je udźwi-

gnąć, był za silny; i ta siła była jego chorobą. Jak tylko rzeczy-

wistość traciła swą moc podniecającą, stawał się bezbronny, na 
tym polegało zło. Uświadamiał on to sobie w momentach pod-

niecenia i zło polegało na tej świadomości.

Znałem dziewczynę, której historia jest główną treścią tego 

pamiętnika. Czy bohater uwiódł jeszcze inne dziewczyny, nie 
wiem; ale wynika to chyba z jego papierów. Zdaje się być do-

świadczonym w innych praktykach, które go dokładnie określa-
ją; gdyż zdaje się być zbyt uduchowiony, aby go można było 
nazwać zwyczajnym uwodzicielem. Widać z dziennika, że cza-
sami   ma   on   dość   bezwzględne   wymagania,   pozdrowienia   na 
przykład, i za nic nie chce niczego więcej, gdyż uważa to za 
najpiękniejszy dar osoby, o którą mu chodzi. Przy pomocy swo-

- 5 -

background image

ich sił umysłowych pojął, jak można kupić młodą dziewczynę i 

pociągnąć ją ku sobie, nie starając się posiąść jej w ścisłym 

znaczeniu tego słowa. Mogę sobie wyobrazić, że umiał on pod-
niecić dziewczynę do tego najwyższego punktu, gdzie miałby tę 

pewność, że ofiaruje mu już wszystko. Gdy sprawa doszła do 

tego punktu, zerwał z nią nie czyniąc najmniejszego usiłowania 

jakiegokolwiek zbliżenia, nie rzuciwszy ani jednego słowa miło-
ści, oświadczenia, obietnicy. A jednak to się stało, a nieszczę-
śliwa zachowała o tym podwójnie gorzkie wspomnienie, gdyż 
nie miała najdrobniejszej rzeczy, na której mogłaby się oprzeć, 

otumaniały ją bez przerwy najróżnorodniejsze nastroje, zmie-

niające się w potwornym tańcu czarownic, gdy wciąż musiała 
czynić sobie wyrzuty, wybaczać jemu lub też czynić jemu wy-
rzuty,   a  potem,   ponieważ   okoliczności   wydawały   się   tylko   w 
pewnym  sensie rzeczywiste, stale musiała walczyć z podejrze-

niem, że wszystko to było tylko jej złudzeniem. Nie mogła się 

nikomu z niczym zwierzyć, gdyż właściwie nie miała z czego się 
zwierzać. Kiedy się miało sen, można swój sen komuś opowie-

dzieć, ale to, co miała do opowiedzenia, nie było wszak snem, 
to była rzeczywistość, a jednak, gdy chciała o tym komu opo-

wiedzieć, ulżyć zaniepokojonemu umysłowi, nie miała o czym 

opowiadać.   Czuła   to   doskonale   sama.   Nikt   nie   mógł   odczuć 
tego, nawet ona sama, a jednak cała sprawa przygniatała ją 

zatrważającym ciężarem. Takie ofiary były całkiem specjalnej 
natury. Nie była jako owe nieszczęsne dziewczyny, wyrzucone 

czy też którym się wydawało, że są wyrzucone ze społeczeń-

stwa, w zdrowiu i sile, gdy serca były przepełnione, znajdowały 
wyzwolenie w nienawiści czy w oddaniu. Nie widać było w nich 

żadnej odmiany, podtrzymywały zwyczajne stosunki, robiły to, 
co zwykle, a przecież następowała w nich zmiana, niezrozu-
miała dla nich samych, niepojęta dla innych. Ich życie nie było 
złamane czy zerwane, było zgięte do wnętrza; zgubione dla in-
nych,  na próżno chciały odnaleźć same  siebie. Tak  samo jak 

można powiedzieć, że ich droga przez życie nie zostawiała śla-
du (gdyż stopy ich tak były ukształtowane, że nie zostawiały 
śladów, w ten sposób najlepiej mogę sobie wyobrazić ich nie-
skończone   zagłębianie   się   w  sobie),   tak   samo   można   stwier-

- 6 -

background image

dzić, że żadna nie padła jego ofiarą. Żył on życiem nazbyt du-

chowym, aby móc zostać uwodzicielem w powszechnym rozu-

mieniu   tego   słowa.   Czasami   zresztą   przybierał   parastatyczne 
ciało i stawał się wyłącznie zmysłowością. Zresztą jego sprawa 

z Kordelią jest tak skomplikowana, że on sam może czasami 

uchodzić za uwiedzionego; i nawet tę nieszczęśliwą dziewczynę 

to czasem doprowadza do szału; a ślady jego tutaj są tak zatar-
te, że żadnego dowodu się nie znajdzie. Poszczególne indywi-
dualne cechy były dla niego tylko sposobem podniecenia; zrzu-
cał je z siebie, jak drzewo zrzuca zwiędłe liście — w ten sposób 

odmładzał się, okrywał się świeżą zielenią.

Ale jak on układał tę sprawę w swej własnej głowie? Każąc na 

początku szaleć innym, na końcu, zdaje mi się, sam szaleje. In-

nych przyprawiał  o pomylenie nie zewnętrznej, ale wewnętrz-

nej   natury.   Jest   coś   oburzającego,   gdy   widzi   się   człowieka 
wskazującego wędrowcowi fałszywą drogę i zostawiającego go 

w tym błędzie, ale cóż to jest dopiero w porównaniu z człowie-
kiem, który wewnętrznie wprowadza innego na błędne drogi? 

Błądzący wędrowiec ma przynajmniej tę pociechę, że okolica 

wciąż się zmienia wokół niego i z każdą zmianą rodzi się w nim 
nadzieja znalezienia wyjścia; ten zaś, kto błądzi w swym wnę-

trzu, nie ma tak wielkiej  przestrzeni ruchu; wkrótce zauważy, 
że kręci się w kółko, z którego nie ma wyjścia. Droga ta dopro-

wadzi go do jeszcze gorszych rzeczy. Nie mogę sobie wyobrazić 

większej męczarni niż to, co się dzieje w głowie intryganta, gdy 
straci on nić przewodnią i zwraca całą swą intrygę przeciw so-

bie, kiedy budzi się sumienie i wysila się, aby się wyrwać z tej 
błędnej sieci. Na próżno szuka on wyjścia ze swej lisiej nory, w 

chwili gdy jego zestrachana dusza już myśli, że to wpada świa-
tło dzienne, okazuje się, że to tylko nowe wejście, i tak szuka 
on jak osaczone zwierzę, prześladowany rozpaczą, szuka wciąż 

wyjścia i wciąż znajduje wejście, którym powraca znowu do sa-
mego siebie. Taki człowiek nie jest nawet kimś, kogo można 
nazwać przestępcą, często sam żałuje swych intryg, a jednak 

spotyka   go   kara   straszniejsza   niż   kara   dla   przestępcy;   gdyż 
czym jest nawet cierpienie wyrzutów sumienia w porównaniu z 
tym uświadomionym szaleństwem? Jego kara  nosi często este-

- 7 -

background image

tyczny  charakter; gdyż nawet powiedzenie, że sumienie  jego 

budzi się, jest zbyt etycznym wyrażeniem; sumienie kształtuje 

się u niego jako wyższa świadomość, objawia się ona jako nie-
pokój, który nie oskarża go w głębszy sposób, jedynie przypra-

wia go o czuwanie, nie daje mu odpoczynku w jego bezpłod-

nym niepokoju. Nie przyprawia go to jednak o utratę zmysłów, 

gdyż różnorodność skończonych myśli nie jest skamienieniem w 
wiecznej bezzmysłowości.

Biedna   Kordelia!   Jej   także   będzie   trudno   znaleźć   spokój. 

Przebacza mu z całego serca, ale to jej nie daje spokoju, gdyż 
właśnie zrodzi się wątpienie: przecież to ona zerwała przyrze-
czenie, ona była przyczyną nieszczęścia, to jej pycha ściągnęła 
niezwykłe zdarzenie. Żałuje swych czynów, ale to nie przywra-

ca jej spokoju; otaczają ją samooskarżenia; wszak to on tak 

przebiegle wślizgnął ten plan do jej duszy. Nienawidzi wciąż, 
ale na próżno jej serce szuka ulgi w przekleństwach; odnajduje 

tylko wyrzuty, wyrzuty, że nienawidziła, stała się grzesznicą, 
wyrzuty, że sama zawiniła, mimo całego fałszu z jego strony. 

Ciężko odczuwa zdradę z jego strony, ale jeszcze ciężej, można 

by powiedzieć, to, że wzbudził on w niej wielokrotną refleksję, 
że rozwinął ją pod względem estetycznym do tego stopnia, iż 

zamiast pokornie słuchać jednego głosu, słucha wielu głosów 
jednocześnie. Wtedy budzą się w jej duszy wspomnienia, zapo-

mina o grzechach i winach, przypomina piękne chwile, ogłusza 

ją nienaturalna egzaltacja. W takich chwilach nie wspomina go 
ona tylko, lecz ogarnia go rodzajem jasnowidzenia, które wy-

kazuje wysoki stopień jej rozwoju. Nie widzi w nim zbrodnia-
rza, ale i nie widzi również szlachetnego człowieka — odczuwa 

go jedynie estetycznie. Napisała do mnie pewnego razu bilecik, 
w którym się tak o nim wyraża: „Czasami bywał tak uduchowio-
ny, że czułam się unicestwiona jako kobieta, a innym razem 

taki   był   dziki   i   namiętny,   tak   pożądliwy,   że   drżałam   prawie 
przed nim. Czasami byłam dla niego całkiem obca, czasami był 
mi całkiem oddany, kiedy obejmowałam go ramieniem, nagle 

się wszystko zmieniało, i trzymałam w objęciach obłok. Znałam 
to wrażenie, zanim go poznałam, ale on nauczył mnie to poj-
mować; gdy mówię o tym, zawsze myślę o nim, jak każdą moją 

- 8 -

background image

myśl do niego odnoszę. Zawsze kochałam muzykę, a on był bez-

błędnym   instrumentem,   zawsze   odpowiadającym   potrzebnym 

tonem; instrumentem o skali, której nie posiada żaden instru-
ment,   był   zbiorem   wszystkich   uczuć   i   wszystkich   nastrojów, 

żadna myśl nie była dlań zbyt górna, żadna zbyt rozpaczliwa, 

mógł  wyć jak   jesienny sztorm, mógł  szeptać  niedosłyszalnie. 

Żadne moje słowo nie pozostawało bezskuteczne, a jednak nie 
mogę powiedzieć, jakie moje słowa osiągały skutek. Gdyż nie 
mogłam widzieć tych skutków. Ale odczuwałam nieopisany, taj-
ny, niewyrażalny lęk słuchając tej muzyki, którą sama wywoły-

wałam, a przecież nie wywoływałam, zawsze to była harmonia, 

porywająca mnie harmonia”.

To było straszne dla niej, musiało być straszne i dla niego, 

mogę   wnioskować   z   tego,   że   ledwie   potrafię   opanować   lęk, 

który mnie ogarnia, ilekroć myślę o tej sprawie. Mnie także po-
rywa to w krainę mgły, w świat snów, gdzie każdej chwili ogar-

nia nas strach przed własnym cieniem. Na próżno staram się 
wyrwać z tego świata, trwam w nim jak groźny cień, jak niemy 

oskarżyciel. Co za dziwna sprawa! Okrył on najgłębszą tajemni-

cą to wszystko, a przecież pogrążyło się to w jeszcze głębsze 
tajnie, i właśnie ja jestem ten wtajemniczony, sam jestem wta-

jemniczony nieprawnym sposobem. Nie da się zapomnieć o tym 
wszystkim. Chwilami chciałem z nim o tym pogadać. Ale cóż by 

to dało? Na pewno zaprzeczyłby wszystkiemu, twierdziłby, że 

dziennik jest poetyckim esejem i skazałby mnie na milczenie, 
którego bym mu nie mógł odmówić, zważywszy sposób, w jaki 

wtajemniczyłem się w tę sprawę. Nic bardziej nie obciąża i nie 
jest takim przekleństwem, jak tajemnica.

Dostałem od Kordelii cały zbiór listów. Czy są to wszystkie li-

sty, nie wiem, ale nie zdaje mi się, bo się kiedyś nawet wyga-

dała z tym, że parę z nich skonfiskowała. Przepisałem te listy i 
wprowadzam je do tego czystopisu. Co prawda nie są one dato-
wane, ale nawet gdyby były, niewiele by mi to pomogło, ponie-
waż dziennik w miarę rozwoju zdarzeń staje się coraz powścią-
gliwszy, a wreszcie, z jednym wyjątkiem, w ogóle dat nie poda-
je, jak gdyby historia ta w miarę biegu czasu stawała się, acz-

- 9 -

background image

kolwiek całkiem rzeczywista, coraz bliższa jakiejś idei i z tego 

powodu   podawanie   dokładnego   czasu   dziania   się   stawało   się 

obojętne. Przeciwnie, pomogło mi to, że w różnych miejscach 
dziennika odnalazłem parę słów, których znaczenia zrazu nie 

pojmowałem. Porównując je z listami zrozumiałem jednak, że 

były one powodem do ich napisania. Było więc dla mnie rzeczą 

łatwą wstawić je we właściwych miejscach, to znaczy wprowa-
dzić list tam, gdzie się znajduje motyw powodujący jego napi-
sanie. Gdybym nie znalazł tych jasnych wskazówek, popełnił-
bym duży błąd niezrozumienia; gdyż nie przyszłoby mi to do 

głowy, co wynika ze wskazówek dziennika, że poszczególne li-

sty były pisane w tak krótkich odstępach czasu, iż ona zdaje się 
otrzymywała ich kilka w ciągu  jednego dnia. Gdybym szedł za 
pierwszym popędem, rozłożyłbym te listy regularniej, nie po-
dejrzewając, jakie wrażenie musiała czynić szaleńcza energia, 

z którą używał on tego, jak i innych środków, aby utrzymywać 

Kordelię stale w najwyższym punkcie namiętności.

Oprócz całkowitego objawienia charakteru stosunku do Kor-

delii, Dziennik zawiera tu i ówdzie małe tych spraw szczegóły. 

Wszędzie,   gdzie   się   znajdował   taki   szczegół,   na   marginesie 
było   napisane   NB.   Te   bruliony   nie   miały   żadnego   związku   z 

dziejami Kordelii, ale dały mi jasne pojęcie o znaczeniu wyra-
żenia, którego używała dość często, a któremu przedtem nada-

wałem inne znaczenie: zawsze trzeba zarzucać osobną wędkę 

dla świata. Gdyby jakiś zeszyt tego Dziennika dostał się wcze-
śniej w moje ręce, prawdopodobnie wpadłbym na te sprawy, 

które on sam gdzieś nazwał na marginesie: actiones in distans
gdyż sam powiadał, że Kordelia zajmowała go za bardzo, aby 

miał czas na rozejrzenie się dokoła.

Wkrótce po tym, gdy porzucił Kordelię, otrzymał od niej parę 

listów, które odesłał  jej nie otwarte. Pomiędzy tymi  listami, 
które Kordelia przekazała mi, znajdowały się także i te. Sama 
złamała pieczątki, a ja zrobiłem z listów tych odpisy. Nigdy nie 
zająknęła się o ich treści; a skądinąd, kiedy mówiła o Janie, 
zwykła była recytować wierszyk, zdaje się Goethego, odnoszą-

- 10 -

background image

cy się do odmienności jej nastroju i zmienności uczuć tak zna-

miennie różnych.

Gehe

Verschmähe

Die Treue,
Die Reue
Kommt nach.

Listy brzmiały jak następuje:

- 11 -

background image

Johannes!
Nie   nazywam   Cię   moim;   zdaję   sobie   doskonale   sprawę   z 

tego, że nigdy nie byłeś moim, i dość surowo pokutuję za to, że 
kiedyś taka myśl rozświetlała moją duszę; a jednak nazywam 
Cię moim: moim uwodzicielem, moim oszukaniem, moim wro-
giem, moim mordercą, moim powodem nieszczęść, moim gro-

bem radości, moją przepaścią zatracenia. Nazywam Cię moim i 

siebie nazywam Twoją, i to słowo, które niegdyś pieściło Twoje 
ucho, które dumnie schylało się ku mojej adoracji, będzie te-
raz   brzmiało   jak   przekleństwo;   przekleństwo   na   wieki.   Nie 
ciesz się, że moim celem jest prześladowanie Ciebie, czy też 

że się uzbroję w sztylet, aby wywołać Twoje szyderstwo! Leć, 

gdzie   chcesz,   ja   jestem   Twoja,   sięgnij   ostatecznych   granic 
świata, a ja jestem Twoja, kochaj   tysiące innych, a ja jestem 

Twoja, nawet i w godzinę śmierci ja jestem Twoja! Nawet to, 
co   mówię   przeciw  Tobie,   świadczy,   że   ja   jestem  Twoja!  Tak 

opętałeś   moją   ludzkość,   że   stałeś   się   wszystkim   dla   mnie,   i 

całe moje szczęście będzie polegało na tym, że stanę się Twoją 
niewolnicą. Twoja jestem, tak, Twoja, Twoja, Twoja przeklęta,

Twoja Kordelia

Johannes!
Był bogacz, który miał wiele koni i krów, i drobiu nieprzejrza-

ne mnóstwo, i była uboga dziewczynka, która miała tylko jed-

nego baranka, który jadł z jej ręki i pił z jej szklanki. Ty byłeś 
tym bogaczem, posiadającym  wszelkie wspaniałości świata, ja 

byłam tą ubogą, co miała tylko miłość swoją. Zabrałeś mi ją i 
cieszyłeś się z tego; i miałeś taki kaprys, że złożyłeś w ofierze 
tę odrobinę, która była moja. A swojego nic nie mogłeś ofiaro-

wać. Był  bogacz, który miał  wiele koni i krów, i drobiu nie-
przejrzane   mnóstwo,   i   była   uboga   dziewczynka,   która   miała 
tylko miłość swoją.

Twoja Kordelia

- 12 -

background image

Johannes!
Czy nie ma żadnej nadziei? Czyż Twoja miłość nigdy się nie 

odrodzi?   Gdyż   kochałeś   mnie,   wiem   o   tym   dobrze,   choć   nie 

wiem, na jakiej podstawie tak sądzę. Będę czekała, nawet gdy-

by  czas się bardzo dłużył, będę  czekała, czekała, aż zmęczysz 
się miłością do innych, a wtedy Twoja miłość do mnie powsta-
nie z grobu, i wtedy będę Cię kochała jak zawsze, dziękowała 
Tobie   jak   zawsze,   jak   przedtem,   o   Johannes,   jak   przedtem. 

Czy Twój chłód bezserdeczny jest Twą prawdziwą istotą? Czy 

Twoja miłość, Twe bogate serce było kłamstwem i fałszem? Czy 
jesteś z powrotem sobą samym? Znoś cierpliwie moją miłość, 
przebacz, że ja wciąż  kocham Cię, ja wiem, że moja miłość 
jest ciężarem dla Ciebie, ale przecież nadejdzie ten czas, że 

wrócisz do swojej Kordelii. Twoja Kordelia, posłuchaj tych bła-

galnych słów, Twoja Kordelia, Twoja Kordelia,

Twoja Kordelia

Chociaż Kordelia nie posiadała tej wielkiej skali uczuć, którą 

podziwiała u Johannesa, nie można powiedzieć, aby jej uczucia 
nie falowały w modulacjach. Jej nastrój odbija się w każdym z 

listów inaczej, chociaż brakuje jej do pewnego stopnia precyzji 
wyobraźni. Szczególnie widać to w drugim liście, w którym ra-

czej przeczuwa, niż rozumie swe myśli, ale ta niedoskonałość 

właśnie tak bardzo mnie wzrusza.

4 kwietnia

Ostrożnie, moja piękna nieznajoma, ostrożnie! Wyjść z kare-

ty sprawa niełatwa, czasami jest to krok decydujący. Mogę pani 
pożyczyć do przeczytania pewną nowelę Tiecka, z której pani 

zobaczy, jak pewna pani zsiadając z konia do tego stopnia uwi-
kłała się w skomplikowaną intrygę, że ten krok stał się decydu-
jącym krokiem dla całego jej życia. Stopnie karety czasami są 

tak wadliwie ułożone, że bardzo często trzeba zapomnieć o ca-
łej gracji ruchów i wpaść w ramiona furmana czy lokaja. Tak, 
dobrze   jest   być   furmanem   czy   lokajem,   i   zdaje   mi   się,   że 

- 13 -

background image

wkrótce poszukam posady lokaja w jakimś domu, gdzie są mło-

de panny; lokaj często zostaje wtajemniczony w sekrety mło-

dych dziewcząt. Ale niech pani nie skacze, na Boga, błagam pa-
nią; przecież jest ciemno; nie przeszkodzę pani, stanę sobie 

tutaj pod latarnią, tak że pani mnie nie zobaczy, a jak pani 

mnie nie zobaczy, to i ja pani nie ujrzę, bo się przecież na tyle 

widzi, na ile się jest widzianym — i właśnie ze względu na loka-
ja, który może nie będzie miał dość siły, aby wytrzymać taki 
skok,   ze   względu   na   jedwabną   suknię,  item  na   koronkową 
szlarkę,   ze   względu   wreszcie   na   mnie,   pozwól   tej   malutkiej 

stopie, której szczupłość niejednokrotnie podziwiałem, pozwól 

jej na doświadczenie świata, waż się na oparcie się na niej, a 
jeśli jeszcze wahasz się w sobie nie mogąc znaleźć oparcia, to 
przystaw szybko drugą nogę, gdyż byłoby rzeczą zbyt okrutną 
pozostawić cię chwiejącą się w tej pozycji, tak niepięknej i tak 

odległej od objawienia piękna. Czy też boisz się jakiegoś natrę-

ta, oczywiście nie lokaja, tym bardziej nie mnie, który widzia-
łem tę malutką stopę, a ponieważ   jestem badaczem natury, 

nauczyłem się od Cuviera wyciągać pewne wnioski. A więc od-
wagi! Jak ten lęk powiększa twe uroki! Ale lęk nie jest piękny 

sam w sobie, chyba że w tym samym momencie dostrzega się 

energię, która go przezwycięża. Właśnie. Jak mocno stoi w tej 
chwili ta mała stopa! Od dawna już to zauważyłem, że dziew-

częta, które mają małe nogi, na ogół mocniej na nich stoją niż 
te,   których   kończyny   są   większe.   Kto   by   mógł   to   pomyśleć? 

Przeczy to wszelkiemu doświadczeniu; o wiele niebezpieczniej 

jest dla sukni, kiedy się wysiada, niż kiedy się wyskakuje. W 
każdym razie jest bardzo ryzykowne dla młodej dziewczyny je-

chać karetą, zbyt często zostaje się w niej na zawsze. Koronki i 
wstążki się niszczą, i cała sprawa przepada. Nikt tego nie wi-
dzi,   ostatecznie   pokazuje   się   ciemna   postać   zawinięta   w 
płaszcz po oczy; światła latarni oślepiają panią i nie wiadomo, 
skąd on idzie; mija panią akurat w momencie, gdy podchodzi 

pani do bramy. W krytycznym momencie pada wzrok na tę po-
stać! Pani się rumieni; pierś staje się za ciasna dla jednego od-
dechu; we wzroku pani maluje się rozpacz, dumna pogarda; w 
oku pani czai się prośba, łza; obie są piękne, obie przyjmuję na 

- 14 -

background image

mój rachunek; wart jestem i jednego, i drugiego. Ale jestem 

złośliwy — jaki jest numer domu? — co widzę, jest to wystawa 

publiczna   towarów   galanteryjnych;   piękna   nieznajoma,  może 
to jest oburzające z mojej strony, ale pójdę wskazaną drogą... 

Ona zapomniała o tym zdarzeniu, ach tak, jak się ma siedem-

naście   lat,   kiedy   w   tym   szczęśliwym   wieku   wychodzi   się   po 

sprawunki, kiedy do każdego większego czy mniejszego przed-
miotu, który się bierze w ręce, przywiązuje się tyle niewyrażal-
nie radosnych uczuć, łatwo się zapomina o wszystkim. Jeszcze 
mnie nie  dostrzegła; stoję po przeciwnej stronie kontuaru da-

leko   od   siebie   samego.   Lustro   wisi   na   przeciwległej   ścianie, 

ona o tym nie myśli, ale lustro myśli. Jak wiernie objęło ono 
jej obraz, jak pokorny niewolnik, który chce świadczyć o swym 
bezgranicznym oddaniu, niewolnik, dla którego ona jest pełna 
znaczenia, ale który dla niej nic nie znaczy, niewolnik, który ją 

odbija, ale nie może jej objąć. Nieszczęśliwe zwierciadło, któ-

re może objąć jej obraz, nie może objąć jej samej, nieszczęśli-
we zwierciadło, które nie może zataić jej obrazu w swej głębi, 

ukryć   go   przed   światem,   ale   przeciwnie,   musi   go   okazywać 
wszystkim   ludziom,   jak   mnie   w tej   chwili.   Jakaż   byłaby   to 

męka dla człowieka! A czyż nie ma takich ludzi podobnych do 

lustra? Którzy posiadają coś tylko w tym momencie, gdy poka-
zują to innym, którzy ukazują tylko powierzchnię, a nie istotę 

rzeczy, i tracą wszystko, kiedy chcą to pokazać, jak to zwier-
ciadło straci jej obraz w jednej chwili, kiedy ona na moment 

odłączy swe serce od jego powierzchni. I jeżeli człowiek nie 

jest w stanie zachować w pamięci obrazu, nawet gdy jest on 
obecny, to musi zawsze pragnąć być oddalonym od piękna i nie 

mieć go zbyt blisko, aby ogarniać wzrokiem to, co się obejmu-
je, i odzyskać z powrotem dla wzroku, oddalając to od siebie, 
ale jednocześnie móc mieć przed okiem duszy, kiedy się nie wi-
dzi przedmiotu, gdyż znajduje się zbyt blisko, na przykład kie-
dy wargi zamykają się na wargach... Jakaż jest piękna! Biedne 

lustro, musi znosić męki, dobrze, że nie wie, co to zazdrość! 
Główkę   ma   doskonale  owalną,  trochę   pochyloną   naprzód,  co 
nieco podwyższa jej czoło, które wznosi się czyste i dumne, nie 
obarczone cechami intelektu. Jej ciemne włosy wiją się łagod-

- 15 -

background image

nie i pięknie nad czołem. Jej twarz jest jak owoc, wszystkie 

przejścia są okrągłe, skórę ma przejrzystą, w dotknięciu aksa-

mitną, czuję to wzrokiem. Jej oko — jeszcze go nie widziałem, 
przykrywa   je   bowiem   powieka   ozdobiona   jedwabną   frędzlą, 

która wyrasta jak przegroda niebezpieczna dla tego, kto chce 

spotkać jej wzrok. Jej głowa jest głową Madonny, odbija się w 

niej czystość i niewinność; jak  Madonna pochyla  się naprzód, 
ale nie   gubi się w  kontemplacji Jednego;  to sprawia zmiany 
wyrazów   jej  twarzy.  To,   w czym   pogrąża  się  jej  umysł,  jest 
wielością, wielość, w której odbija się ziemski przepych i ziem-

ska wspaniałość! Zdejmuje rękawiczki, aby ukazać zwierciadłu 

i mnie prawą rękę utoczoną jak antyczna rzeźba, bez żadnych 
ozdób i bez płaskiego złotego pierścienia na czwartym palcu — 
brawo! — podnosi oczy, jak się wszystko zmienia, choć zostaje 
takie   samo,   czoło   trochę   się   zniża,   twarz   mniej   regularnie 

owalna, ale żywsza. Rozmawia ze sprzedawcą, jest ożywiona, 

wesoła, rozmowna. Już wybrała jedną, dwie, trzy rzeczy, wy-
biera czwartą, trzyma ją w ręku, oko jej znowu się zniża, pyta, 

co   to   kosztuje,   chowa  to   pod   rękawiczkę,   to   będzie   sekret, 
przeznaczony dla kogo — dla kochanka? — ale ona przecież nie 

jest zaręczona — ale, ale jest wiele nie zaręczonych, a mają-

cych kochanków, i jest dużo zaręczonych, a nie kochających... 
Mamże ją porzucić? Nie powinienem mącić jej radości?... Chce 

płacić, ale zgubiła swój woreczek... Podaje, zdaje się, swój ad-
res, ale nie chcę go słyszeć, nie chcę pozbawiać siebie niespo-

dzianki; spotkam ją jeszcze w życiu, na pewno ją poznam, a 

może i ona mnie pozna. Mojego upartego wzroku łatwo się nie 
zapomina. Przyjdzie na nią kolej, gdy spotkam ją znowu w nie-

oczekiwanym otoczeniu. Jeżeli mnie nie pozna, jeżeli jej spoj-
rzenie mnie natychmiast o tym nie przekona, na pewno znajdę 
okazję, aby spojrzeć na nią z boku. Przysięgam, że przypomni 
sobie   tę   sytuację.   Tylko   cierpliwie,   tylko   wstrzemięźliwie, 
wszystko się osiągnie pomaleńku. Już jest naznaczona, potem 

będzie wybrana.

- 16 -

background image

5-go

To lubię! Sama wieczorem na Östergade!

*

  Tak, widzę lokaja 

idącego z tyłu, proszę nie myśleć, że jestem tak złego mniema-

nia o pani i sądzę, że pani chodzi sama, niech pani nie myśli, 

że jestem tak niedoświadczony i że nie dostrzegłem od razu tej 
niebezpiecznej postaci. Ale dlaczego tak prędko? Więc jest tro-
chę strachu, serce bije odrobinę, i to nie z niecierpliwej tęsk-
noty   do   domu,   ale   z   powodu   niecierpliwego   strachu,   który 

przenika całe ciało swoim słodkim dreszczem, i stąd ten prędki 

krok. Przecież to jest wspaniałe, bezcenne, tak lecieć samotnie 
— ze służącym  za plecami... Ma się swoje szesnaście lat, jest 
się   oczytaną,   to   znaczy   oczytaną   w   romansach,   złapało   się 
przechodząc przez pokój brata jakieś słówko z jego rozmowy z 

przyjaciółmi,   słówko   o  Östergade.   Później   kręciło   się   wielo-

krotnie tamtędy, aby usłyszeć coś, jakieś bliższe szczegóły. Na 
próżno. Chciałoby się, gdy się jest już tak dużą dziewczyną, 

wiedzieć   coś   więcej   o   świecie.   Co   najwyżej   można   się   tak 
przejść   z   lokajem   za   plecami.   Dziękuję   za   łaskę.   Jaką   minę 

zrobią na to ojciec i matka, i jaki pretekst tej wycieczki można 

wymyślić? Iść na potańcówkę, to za wcześnie, bo August mówił 
wyraźnie, że między dziewiątą i dziesiątą; wracać do domu, to 

już jest za późno, i najczęściej trzeba taszczyć jakiegoś kawa-
lera ze sobą. W czwartek wieczorem, kiedyśmy jechali z te-

atru, była w gruncie rzeczy najlepsza sposobność, ale to za-

wsze trzeba jechać karetą, i pakuje się do środka pani Thom-
sen i jej urocze kuzynki; żeby się przynajmniej jechało samot-

nie, można by było opuścić okno i rozejrzeć się odrobinę. Ale 
często   przychodzą   okoliczności   niespodziewane.   Dziś   powie-

działa do mnie mamusia: jak tak dalej pójdzie, na pewno nie 
skończysz tego haftu, co przygotowujesz ojcu na urodziny, aby 
ci nikt nie przeszkadzał, pójdź do cioci Jetty i zostań tam aż do 

herbaty, a potem Jens przyjdzie po ciebie. Nie była to w grun-
cie rzeczy miła propozycja, bo u cioci Jetty są potworne nudy; 
ale za to będę wracała o dziesiątej sama, ze służącym. Kiedy 

*  Ulica stanowiąca część Ströget, głównej arterii starej Kopenhagi (przyp. 

tłum.)

- 17 -

background image

Jens przyjdzie, poczeka sobie do za kwadrans dziesiąta i wtedy 

wyruszymy. Tyle tylko, że mogę spotkać mego pana brata albo 

pana Augusta — lepiej byłoby nie spotkać, bo zaraz mnie odpro-
wadzą do domu — ślicznie dziękuję, wolę być wolna. Wolność! 

— ale może spostrzegę ich tak, że oni mnie nie zobaczą... No, 

moja panienko, co pani widzi i co się pani zdaje, że ja widzę? 

Przede wszystkim małą czapeczkę, którą ma pani na głowie, a 
w której jest pani szalenie do twarzy, która tak harmonizuje z 
całością pani pośpiechu. Nie jest to kapelusz, tym bardziej nie 
czepeczek, raczej pewien rodzaj kapturka. Ale przecież to nie-

możliwe, żeby pani włożyła to na siebie dziś rano. Czyżby przy-

niósł to służący, czy może pożyczyła pani to u cioci Jetty? — 
Może pani jest incognito? Woalki pani nie może ściągnąć na dół, 
skoro pani chce czynić obserwacje. A może to nie jest woalka, 
tylko szeroka blondynowa koronka. W cieniu nie można rozpo-

znać. Wszystko jedno, co to jest, ale zakrywa pani górną poło-

wę   twarzy.   Pani   podbródek   jest   naprawdę   piękny,   trochę   za 
ostry; usteczka otwarte, to dlatego, że pani szła tak prędko. 

Zęby — białe jak śnieg. Tak powinno być. Zęby to niezwykle 
ważna   rzecz,   to   straż   kryjąca   się   za   uwodzicielską   słodyczą 

warg. Policzki tryskają zdrowiem. Jeżeli się głowę lekko pochy-

liło na bok, łatwo było zajrzeć pod ten woal czy pod tę koron-
kę. Uwaga, takie ukośne spojrzenie jest bardziej niebezpieczne 

niż spojrzenie wprost. Tak jak przy fechtunku; a jakiż oręż jest 
równie ostry, równie przenikliwy, równie szybki w akcji, a przez 

to prowadzący do rozczarowań, jak ludzki wzrok? Trafia się wy-

soką kwartę, jak mówią fechmistrze, i atakuje w sekundę; im 
prędzej następuje atak po zaznaczeniu, tym lepiej. Nieopisany 

to moment — chwila trafienia. Przeciwnik czuje się zwyciężony, 
jest pobity, ale w zupełnie innym miejscu, niż mu się zdaje... 
Ale ona nieustraszenie kroczy dalej,  nie lękając się i nie mó-
wiąc nic. Proszę uważać, nadchodzi szybko jakiś człowiek, pro-
szę ściągnąć woalkę, proszę nie   pozwolić, aby jego pospolity 

wzrok zbrukał twe rysy, pani nie ma nawet pojęcia o tym, że 
być może przez długi czas nie będzie mogła pani zapomnieć 
tego lęku, jakim przejął panią dotyk tego wzroku — pani nie 
widziała tego tak jak ja, że to on opanował sytuację. Służący 

- 18 -

background image

potraktowany jest jak przedmiot. No i ma pani, widzi pani, co 

to   jest,  wychodzić samej  tylko   ze  służącym.   Lokaj   upadł.  W 

gruncie rzeczy jest to bardzo śmieszne, ale co pani teraz zrobi? 
Zawróci pani i pomoże mu pani stanąć na nogi, to nie wypada, 

kroczyć   dalej  z zabłoconym  lokajem nieprzyjemnie,  iść   dalej 

samej niebezpiecznie. Uwaga, potwór się zbliża... Pani mi nic 

nie odpowiada, tylko patrzy na mnie, czyż moja powierzchow-
ność budzi lęk w pani? Nie robię na pani żadnego wrażenia, je-
stem poczciwym człowiekiem z innego świata. Nie ma nic w 
moich słowach, co by panią mogło dotknąć, nic, co by pani na-

pomknęło o naszej sytuacji, nic, co by mnie do pani zanadto 

zbliżyło. Pani lęka się jednak odrobinę, nie może pani zapo-
mnieć o zbliżeniu się podejrzanej postaci. Pani odczuwa trochę 
współczucia dla mnie, rozumie pani moje zmieszanie i to, że 
nie podnoszę na panią wzroku, co pani daje nade mną przewa-

gę. Cieszy to panią i budzi poczucie bezpieczeństwa. Ma pani 

nawet lekką ochotę pośmiać się ze mnie. Założyłbym się, że w 
tej chwili miałaby pani odwagę wziąć mnie pod rękę, gdyby to 

pani przyszło do głowy... Ach, więc pani mieszka na Stormgade? 
Pani przeczy mi zimno i pokrótce. Czyż zasłużyłem na to, skoro 

pomogłem pani w trudnej sytuacji? Rozmyśliła się pani, zwraca 

się ku mnie, dziękuje mi za moją uprzejmość, podaje mi rękę 
— dlaczego pani pobladła? Mój głos się nie zmienił, zachowanie 

jednakowe, oko moje tak samo spokojne  i opanowane. Uścisk 
dłoni? Czyż uścisk  dłoni może coś znaczyć? Tak, może, bardzo 

może,   moja   dziewczynko,   za   dwa   tygodnie   wytłumaczę   ci 

wszystko, a tymczasem zostań przy mniemaniu, że jestem do-
brodusznym   człowiekiem,   który   po   rycersku   pomaga   młodej 

pannie i może potem uścisnąć jej dłoń w zupełnie niewinnym 
sposobie.

7 kwietnia

„A więc w poniedziałek o 1-ej na wystawie obrazów”. Bardzo 

dobrze, będę miał zaszczyt stawić się za kwadrans pierwsza. 
Małe rendez-vous. Ostatniej soboty puściłem w trąbę wszystkie 

- 19 -

background image

zajęcia i zdecydowałem się złożyć wizytę memu nieobecnemu 

przyjacielowi, Adolfowi Bruun. W tym celu udałem się około go-

dziny siódmej po południu na Vestergade, gdzie on miał podob-
no mieszkać. Tymczasem nie mogłem go tam znaleźć nawet na 

trzecim piętrze, dokąd dotarłem całkiem zdyszany. Kiedy już 

chciałem schodzić w dół, do ucha mego doleciał melodyjny głos 

kobiecy, który powiedział nieco ściszonym tonem: „A więc w 
poniedziałek o 1-ej na wystawie obrazów, w tej porze nie ma 
tam nikogo, a w domu, wiesz dobrze, nigdy nie uda mi się cię 
zobaczyć”. To zaproszenie było skierowane nie do mnie, ale do 

młodzieńca, który raz- dwa- trzy wyskoczył przez drzwi wyj-

ściowe, tak szybko, że nawet moje oczy, a cóż dopiero moje 
nogi nie zdołały go dogonić. Gdyby na schodach palił się gaz, 
ujrzałbym, czy warto było być aż tak punktualnym. Ale gdyby 
palił się gaz, to pewnie bym nic nie posłyszał. Rzeczywistość 

jest rozsądna, a ja wciąż pozostaję optymistą... Ale kim jest 

ona? Na wystawie roi się od dziewcząt, mówiąc słowami donny 
Anny. Jest punktualnie trzy kwadranse na pierwszą. Moja pięk-

na nieznajoma! Chciałbym,  aby twój  absztyfikant  był   równie 
punktualny, co ja, a może sobie wcale nie życzysz, aby przy-

chodził aż o kwadrans za wcześnie. Zresztą, jak pani sobie ży-

czy, ja w każdym razie jestem do usług... „Czarodziejska ko-
bieto, wróżko czy czarownico, zrzuć swą powłokę”, odkryj się, 

prawdopodobnie   już   jesteś   tutaj,   niewidzialna   dla   mnie, 
zdradź swą obecność, bo inaczej jakże stwierdzę twoje obja-

wienie? A może przyszło tu więcej kobiet w tym samym celu? 

Możliwe. Kto może znać drogi ludzkie, nawet na wystawie ob-
razów. — A właśnie wpada do hallu dziewczyna, spieszy się, leci 

prędzej niż wyrzut sumienia zdąża za grzesznikiem. Zapomina 
okazać bilet, czerwony woźny ją zatrzymuje. Boże drogi! Jakże 
się ona spieszy! To na pewno ona. Skądże ten niewczesny po-
śpiech? Nie ma jeszcze pierwszej. Tak, ale pamiętaj, ma spo-
tkać kochanka; przy takiej okazji czyż to wszystko jedno, jak 

się wygląda, przecież sam rozum każe, żeby okazać się z naj-
lepszej strony? Gdy taka młoda krew gna na randkę, dziewczy-
na bierze się do rzeczy jak szalona. Jest całkiem roztrzęsiona. 
A  ja   sobie   siedzę   wygodnie   na   krześle   i   kontempluję   piękny 

- 20 -

background image

prospekt wiejskiego pejzażu... A ta piekielna dziewczyna pędzi 

przez wszystkie sale. Powinna choć trochę postarać się ukryć 

swoją   pożądliwość;   pamiętaj   na   słowa   skierowane   do   panny 
Lisbety

*

  „To   wstyd,   gdy   młoda   panna   pokazuje,   jak   bardzo 

chce się spotkać z młodzieńcem!” Ale to jest zupełnie zrozu-

miałe, że wasze spotkanie jest całkiem niewinne. Takie spotka-

nie zazwyczaj uważane jest przez zakochanych za najpiękniej-
sze   chwile.   Sam   przypominam  sobie   tak   dokładnie,   jakby   to 
było  wczoraj,   ten   pierwszy   raz,   kiedy   biegłem  na   umówione 
miejsce, z sercem pełnym radości i niewiedzy szczęścia, które 

mnie oczekiwało, pierwszy raz, kiedy klasnąłem trzykrotnie w 

dłonie, pierwszy raz, kiedy się otworzyło okno, pierwszy raz, 
kiedy małą wiszącą furtkę otworzyła niewidzialna ręka dziew-
czyny, która natychmiast schowała się za drzwiami, pierwszy 
raz, kiedy ukryłem dziewczynę pod moim płaszczem w jasną 

noc letnią. Ale miesza się z tymi sądami wiele złudzeń. Spokoj-

ny obserwator nie zawsze uważa, że zakochani najpiękniej wy-
glądają w tym momencie. Byłem świadkiem nieraz takich spo-

tkań, gdzie pomimo że dziewczyna była miła, a chłopiec pięk-
ny, ogólne wrażenie było przygnębiające i randka była wcale 

niepiękna, chociaż taką zdawała się zakochanym. Kiedy się zy-

skuje doświadczenia, wygrywa się w pewnym sensie, gdyż cho-
ciaż się traci słodki niepokój niecierpliwej tęsknoty, zdobywa 

się zdolność nadania temu momentowi prawdziwej piękności. 
Mogę się wściekać widząc istotę ludzką tak pomieszaną w ta-

kich okolicznościach, iż zamiast miłości ogarnia ją delirium tre-

mens. Ale co się Cygan zna na marcepanach! Zamiast dyskret-
nie cieszyć się tym niepokojem, pozwolić zapłonąć jego pięk-

ności i nasycić się nim, wywołuje tylko szpetną konfuzję i wra-
ca   przecież   wesoło   do   domu,   wyobrażając   sobie,   że   miał 
cudowne przeżycie. Ale co, u diabła, gdzie sterczy ten facet, 
godzina już prawie druga. To okropne stworzenia, ci zakochani. 
Taki chłystek każe czekać na siebie dziewczynie! Nie, ja jestem 

zupełnie innym człowiekiem! Nie zostaje mi nic innego, jak za-
gadać do niej, kiedy mnie mija po raz piąty. „Niech pani mi wy-

* Ludwig Holberg: Erasmus Montanus, akt 5, scena 5. (przyp. tłum.)

- 21 -

background image

baczy moje natręctwo, proszę pani, ale pani zdaje się szuka 

swojej rodziny, pani kilka już razy szybko przeszła koło mnie, 

ale widziałem, że pani stale zatrzymywała się w sąsiedniej sali, 
może   pani   nie   wie,   że   jest   jeszcze  jedna   sala   za   schodami, 

może pani tam znajdzie osoby, których szuka”. Ukłoniła mi się, 

bardzo jej z tym pięknie. Okoliczność pomyślna, że tamten nie 

przychodzi, ryby najlepiej się łapie w zamąconej wodzie. Kiedy 
dziewczyna  ma  poruszone zmysły, można się ważyć na wiele 
rzeczy, które inaczej zawodzą. Ukłoniłem się jej tak uprzejmie 
i tak zimno, jak tylko można, i znowu siedzę na mym krześle 

przed wiejskim pejzażem i nie spuszczam z niej oka. Iść zaraz 

za nią byłoby może niebezpieczne, mógłbym być uważany za 
natręta i wzbudzić w niej czujność. A teraz ona myśli, że prze-
mówiłem do niej ze współczucia i dobrze to sobie zanotowała. 
Nikogutko nie ma w sali za schodami, wiem przecież dobrze. 

Samotność dobrze jej zrobi, dopóki widzi wiele ludzi naokoło 

siebie, denerwuje się, jak tylko jest sama, uspokaja się. Mam 
rację, została tam sama. Za chwilę przejdę i ja  en passant; 

zgłaszam   teraz   pretensję   do   odpowiedzi,   mam   prawo   żądać 
ukłonu. Usiadła. Biedna dziewczyna, wygląda tak żałośnie. Ale 

bądź spokojna, będziesz pomszczona, ja  pomszczę ciebie, zo-

baczy on, czym to się skończy. Jakaż jest piękna, kiedy wiatry 
przeciwne zamilkły, a ona odpoczywa w spokojnym nastroju. 

Istota jej jest harmonią tęsknoty i cierpienia. Jest niebywale 
pociągająca. Siedzi tak, ubrana w strój podróżny, a przecież to 

nie ona miała ruszyć w drogę, włożyła ten strój, aby jechać po 

radość, a teraz oznacza on jej ból, gdyż oto radość odjeżdża od 
niej w dal. Wygląda tak, jak gdyby wyszła na pożegnanie z ko-

chankiem. Niech sobie jedzie! Sytuacja układa się pomyślnie, 
chwila mruga do mnie. Teraz trzeba się tak wystawić, żeby się 
wydawało, jakobym wierzył, że szukała tu kogoś z rodziny czy 
ze swego towarzystwa, a jednak mówić tak ciepło, aby każde 
słowo odpowiadało jej uczuciom, takim sposobem wślizgnę się 

do jej myśli. — Żeby to wszyscy diabli wzięli, czyż to nie on 
nadchodzi,   ten   chłystek,   niewątpliwie   to   on.   Patrzcie   mi   na 
tego łobuza, psuje mi całą pomyślną sytuację. Trzeba to   jakoś 
przemyślnie poprawić. Trzeba opanować sytuację, włączyć się 

- 22 -

background image

do niej. Kiedy mnie teraz ujrzy, nie będzie mogła wstrzymać 

się od uśmiechu z mojego powodu, bo ja myślałem, że ona szu-

ka swej rodziny, kiedy ona czekała na kogoś zupełnie innego. 
Ten   uśmiech   uczyni   ze   mnie   jej   wspólnika,   to   już   jest   coś. 

Dzięki   serdeczne,   moje   dziecko,   ten   uśmiech   jest   dla   mnie 

wiele więcej wart, niż ci się zdaje, jest on początkiem, a po-

czątek jest zawsze najtrudniejszy. Teraz już jesteśmy znajomy-
mi, a znajomość nasza oparta jest na pikantnej sytuacji, na ra-
zie to mi wystarczy. Posiedzicie tu z godzinę. Za dwie godziny 
będę wiedział, kto pani jest. Nie darmo policja ma spisy męż-

czyzn.

9-go

Czyżbym oślepł? Czy mój wewnętrzny wzrok stracił swą siłę? 

Widziałem ją, ale było to jak jakieś niebiańskie objawienie, tak 

całkowicie obraz  jej zniknął dla mnie. Na próżno pobudzałem 
wszystkie siły duszy, aby wyczarować jej obraz. Gdybym ją spo-

tkał znowu, poznałbym ją w okamgnieniu w pośrodku tysiąca. A 
tymczasem zniknęła i oko mej duszy na próżno starało się poj-

mać ją w sieci tęsknoty. — Chodziłem po Langelinie obojętny 

na wszystko i nie zwracając żadnej uwagi na otoczenie, aczkol-
wiek moje bystre oko uważało na wszystko, kiedy nagle ujrza-

łem ją. Wzrok mój wlepił się w nią nie zważając zupełnie na 
wolę swego pana; nie mogłem absolutnie oderwać go od niej i 

spojrzeć na inny przedmiot, który chciałem zaobserwować, nie 

widziałem go, choć wytrzeszczałem oczy. Jak fechmistrz, który 
zatrzyma się w swym wypadzie, tak moje oko zostało nierucho-

me, skamieniało skierowane w jedną stronę. Nie mogłem opu-
ścić wzroku, nie mogłem skierować go do wewnątrz, do środka, 
nie   mogłem   nie   widzieć,   gdyż   widziałem   zbyt   wiele.   Jedyna 
rzecz, którą mogłem zauważyć, to tylko to, że miała na sobie 
zielony płaszczyk, to było wszystko, co można powiedzieć, to 

było   pojmaniem   obłoku   zamiast   Junony;   wyśliznęła   się   ode 
mnie jak Józef z rąk żony Putyfara, zostawiając mi tylko swój 
płaszcz. Towarzyszyła jej starsza pani, która wyglądała na jej 

- 23 -

background image

matkę. Tę mógłbym opisać od stóp do głowy, pomimo iż wcale 

nie spojrzałem na nią, jedynie prześliznąłem się po niej okiem. 

Tak to jest. Dziewczyna zrobiła na mnie wielkie wrażenie, i ją 
właśnie zapomniałem, tamta nie  zrobiła  żadnego wrażenia, i 

właśnie tę zapamiętałem.

d. 11

Mój umysł i uczucia uwikłane są stale w te same sprzeczno-

ści. Wiem, że ją widziałem, ale wiem także, że znowu o tym 

zapomniałem, ale tak, że w tej resztce wspomnienia, która zo-

stała w mojej głowie, nie mogę znaleźć odświeżenia. Z gwał-
townym niepokojem, jak gdyby od tego zależał mój byt, żąda 
dusza ma tego obrazu, a przecież się on nie ukazuje; powinie-
nem wydrzeć sobie oczy, aby je ukarać za łatwość zapomnie-

nia. Kiedy szaleję z niecierpliwości, kiedy zapanowuje cisza w 

mym wnętrzu, jest jak gdyby przeczucie i wspomnienie poczy-
nały tkać jakiś obraz, który jednak nie może nabrać dla mnie 

wyraźnych konturów, gdyż nie mogę utrwalić jej w jej otocze-
niu, jest to jak wzór delikatnej tkaniny,  jaśniejszy niż tło, ale 

niewyraźny, bo za jasny. To dziwne uczucie znajdować się w ta-

kim stanie, ale stan ten ma swoje urocze strony zarówno sam w 
sobie, jak i dlatego, że pokazuje, jak jeszcze jestem młody. 

Może mnie on także nauczyć innej rzeczy, a mianowicie, że za-
wsze szukam zdobyczy wśród młodych dziewcząt, a nie wśród 

młodych mężatek. Mężatka jest mniej naturalna, bardziej ko-

kieteryjna; przyjaźń z nią nie jest ani piękna, ani interesująca, 
jest pikantna, a pikantne sprawy stawiam na ostatnim miejscu. 

— Zupełnie nie oczekiwałem, że będą jeszcze w stanie znowu 
zasmakować   w   pierwszych   doznaniach   zakochania:   nurzałem 
się w miłości, stałem się tym, co się u sportowców nazywa se-
niorem, nic dziwnego, że jestem trochę przechodzony. Tym le-
piej, tym więcej obiecuję sobie po tej przygodzie.

- 24 -

background image

14-go

Ledwo poznaję siebie. Moje zmysły szaleją jak morze wzbu-

rzone    wichrami namiętności. Gdyby ktoś mógł ujrzeć mą du-

szę w tym stanie, mogłaby się mu wydawać podobna do łódki, 

która się  zanurza  dziobem głęboko w morze i grozi jej w tej 
niebezpiecznej wyprawie zatonięcie na głębokościach morskiej 
otchłani.   Nie   spostrzegłby,   że   wysoko   na   maszcie   czuwa   na 
straży marynarz. Ruszajcie naprzód, dzikie siły, szalej potęgo 

namiętności, rzucajcie wzburzoną pianę pod obłoki, nie pochło-

ną mnie wasze fale! Siedzę spokojnie, ja, król raf!

Prawie nie znajduję miejsca na postawienie stopy, miejsca, 

którego na próżno szuka morski ptak, aby się utrzymać wśród 

wzburzonych fal moich namiętności. A przecież takie wzburze-

nie jest moim żywiołem, na którym buduję, jak Alcedo Ispida

*

 

buduję gniazdo na falach.

Indory wściekają się, kiedy widzą kolor czerwony, a ja szale-

ję, kiedy widzę kolor zielony, za każdym razem widzę zielony 
płaszcz; a ponieważ oko mnie zawodzi, czasami wszystkie me 

nadzieje rozwiewają się z powodu woźnego ze szpitala Króla 
Fryderyka

*

.

20-go

Trzeba   się   ograniczać,   najlepszy   to   sposób   uzyskania   naj-

większych korzyści. Nie zdaje mi się, abym prędko dowiedział 
się czegoś o dziewczynie, która napełniła moją duszę i moje 

myśli tak całkowicie, ile pragnie ma tęsknota. Muszę się zacho-
wywać zupełnie spokojnie, gdyż i ten stan ducha, ciemne i nie-
określone,   ale   mocne   poruszenie   ma   swoją   słodycz.   Zawsze 

ubóstwiam, kiedy w jasną noc księżycową kładę się na dnie ło-
dzi na jednym z naszych przepięknych jezior. Opuszczam wtedy 

* Alcedo Ispida (ptak lodowy), o którym w starożytności istniało podanie, że 

buduje gniazda na falach (przyp. tłum.)

* Nosiciele lektyk z chorymi ze szpitala Króla Fryderyka chodzili w zielonych 

ubraniach (przyp. tłum.)

- 25 -

background image

żagle, nie wiosłuję i nie steruję, wyciągam się jak długi, patrzę 

w głębie niebios. Kiedy fale kołyszą łódkę na swym łonie, kiedy 

wiatr szybko gna obłoki, księżyc co chwila znika i znowu się po-
kazuje, znajduję spokój w tym niepokoju; ruch fal usypia mnie 

i uderzenia o brzeg łódki tworzą monotonną kołysankę, szybki 

ruch obłoków, zmiana światła i cienia upaja mnie i śnię czuwa-

jąc. W ten sam sposób układam się i teraz, opuszczam żagle, 
porzucam ster, tęsknota i oczekiwanie uciszają się stopniowo, 
stają się coraz słabsze; kołyszą mnie jak dziecko, nade mną 
wznosi  się   niebo  nadziei,  jego  nieokreślony  obraz  wznosi  się 

nade mną jak blask miesiąca, to oślepia mnie swym światłem, 

to ogarnia cieniem. Jakaż to rozkosz tak płynąć na ruchliwej 
wodzie — jakaż to rozkosz poruszać się tak w swoim wnętrzu.

21-go

Dnie mijają, nie zbliżam się do celu. Dziewczęta bawią mnie 

bardziej niż kiedykolwiek, a jednak nie mam ochoty na ich to-

warzystwo. Szukam wszędzie tamtej. Kosztuje mnie to często 
bardzo dużo, gasi mój wzrok, przyćmiewa moje przyjemności. 

Wkrótce nastąpi przyjemny czas, kiedy w życiu ruchliwych ulic 

i uliczek będzie się miało za darmo to wszystko, za co zimą 
drogo się płaci w życiu towarzyskim; gdyż młoda dziewczyna 

dużo rzeczy zapomina — nigdy sytuacji. Życie towarzyskie po-
zwala na obcowanie z płcią piękną, ale nie daje żadnych prze-

pisów, jak trzeba zaczynać romans. W życiu towarzyskim każda 

dziewczyna   jest   uzbrojona,   mało   jest   okazji,   a   najczęściej 
dziewczyna   nie   ma   żadnych   podniet   zmysłowych.   Na   ulicy 

dziewczyna jest jak otwarte morze, i wszystko dlatego działa 
mocniej, i wszystko zdaje się bardziej tajemnicze. Daję sto ta-
larów  za uśmiech młodej dziewczyny na ulicy, nie dam i dzie-
sięciu za podanie ręki w towarzystwie, a zresztą zupełnie inne 
to wartości. Kiedy romans się zaczął, to szuka się odpowiednie-

go wyrazu uczuć i w towarzystwie. Ma się tajemny sposób poro-
zumienia się, przejmuje ją to dreszczem, to jest najskutecz-
niejszy środek podniecający ze wszystkich, jakie znam. Nie po-

- 26 -

background image

winna o tym mówić, ale nie przestaje o tym myśleć; nie wie, 

czy się już zapomniało o wszystkim, czy się jeszcze pamięta: 

drażni się ją to w ten, to w inny sposób. W tym roku moje żni-
wo nie będzie obfite: ta dziewczyna zajmuje mnie za bardzo. 

W pewnym sensie dochody mam skąpe, ale za to mam widoki 

na wielką wygraną.

5-go

Przeklęty Przypadku! Nigdy cię nie przeklinałem za to, żeś się 

zdarzył, ale przeklinam cię za to, że się nie zdarzyłeś. A może 

to ma być twoim nowym wynalazkiem, niepojęta istoto, bez-
płodna   macierzy   wszystkiego,   ostatnia   resztko   tych   czasów, 
kiedy konieczność urodziła wolność i kiedy wolność z powrotem 
dała się zwabić do macierzystego wnętrza. Przeklęty Przypad-

ku!   Jedyny  mój  powierniku,   jedyna   istoto,   którą   uważam   za 

godną być moim sojusznikiem i moim wrogiem, zawsze równy 
sobie w nierówności, zawsze niepojęty, zawsze zagadkowy! Ty, 

którego kocham z całą sympatią mej duszy, w którego obrazie 
odtwarzam samego siebie, dlaczego nie ukazujesz mi się? Nie 

żebrzę o twą łaskę, nie modlę się pokornie do ciebie, nie pro-

szę cię, abyś się objawił w ten lub inny sposób, takie składanie 
modlitw   jak   przed   Bogiem   byłoby   pogańskim   kultem,   nie   do 

przyjęcia dla ciebie. Ale wyzywam cię do walki, dlaczego się 
więc  nie  ukazujesz?   Czyż   się  zatrzymał  ruch   budowy  świata, 

czyż rozwiązana jest twoja zagadka, czyż się pogrążyłeś w ot-

chłani wieczności? Straszna to myśl, że świat zatrzymał się z 
nudów! Przeklęty Przypadku, czekam na ciebie. Nie chcę cię 

zmóc zasadami czy tym, co szalony motłoch nazywa charakte-
rem, nie, chcę cię wyczarować poezją! Nie chcę być poetą dla 
innych, ukaż się! Wyczaruję cię, spożyję mój poemat i to bę-
dzie moim pożywieniem! A może uważasz mnie za niegodnego? 
Jak bajadera, która tańczy na cześć bóstwa, tak ofiarowałem 

się służyć tobie; lekki, ledwie przyodziany, zręczny, bezorężny, 
wyrzekam się wszystkiego; nic nie posiadam, niczego nie pożą-
dam, nic nie kocham, nie mam nic do stracenia, ale przeto nie 

- 27 -

background image

stałem  się   więcej   wart   od   ciebie,  ciebie,   któremu   z   dawna 

obrzydło odbierać ludziom  to, co kochała, znudzony ludzkimi 

podłymi  westchnieniami, ludzkimi  podłymi prośbami. Zaskocz 
mnie,   jestem   gotów,   żadnych   zakładów,   walczmy   honorowo. 

Pokaż mi ją, pokaż mi możliwość, która zdaje się niemożliwa, 

pokaż mi ją w mgłach podziemnego świata, abym ją stamtąd 

wyprowadz

*

, niech mnie nienawidzi, gardzi mną, niech będę 

jej   obojętny,   niech   kocha   innego,   nie   lękam   się;   ale   porusz 
wody sadzawki, przerwij milczenie. Tak mnie wygłodzić to pod-
łość z twej strony, ty, który sobie wyobrażasz, że jesteś silniej-

szy ode mnie.

dnia 6 maja

Już wiosna. Wszystko się rozwija, także dziewczęta. Zdejmu-

je się płaszcze zimowe, zapewne i mój zielony płaszcz wisi  w 

szafie. To są skutki zawierania znajomości z dziewczętami na 
ulicy,   nie   w   towarzystwie,   gdzie   od   razu   wiadomo,   jak   się 

dziewczyna nazywa, z jakiej pochodzi rodziny, gdzie mieszka, 
czy jest zaręczona. Ta ostatnia wiadomość niezwykle jest waż-

na dla wszystkich poważnych i stałych starających się, którzy 

jak ognia boją się zakochać w cudzej narzeczonej. Taki facet 
odczuwałby   piekielną   trwogę,   gdyby   znajdował   się  w   mojej 

skórze; byłby zupełnie wykończony, gdyby jego starania o wia-
domości zakończyły się wieścią, że jest zaręczona. Ale mnie to 

mało martwi. Zaręczyny to tylko zabawna przeszkoda. Nie boję 

się   ani   zabawnych,   ani   tragicznych   przeszkód,   jedyna   rzecz, 
której się boję, to nuda. Dotychczas jeszcze się nie dowiedzia-

łem żadnej rzeczy, mimo że niczego nie zaniedbałem i wiele 
razy przekonałem się o słuszności słów poety

*

:

nox et hiems, longaeque viae, saevique dolores

mollitus his castris, et labor omnis inert.

* Aluzja do mitu Orfeusza (przyp. tłum.)
* Owidiusz, Ars amandi II, 235 (przyp. tłum.)

- 28 -

background image

Może wcale nie pochodzi ona stąd, z miasta. Może pochodzi 

ze   wsi?   Może,   może,   do   wściekłości   doprowadzają   mnie   te 

wszystkie „może”, i im więcej mam w głowie tych „może”, tym 
staję się wścieklejszy. W każdym razie odłożyłem już pieniądze 

na podróż. Na próżno szukam jej po teatrach, koncertach, ba-

lach i promenadach. To mnie cieszy do pewnego stopnia; dziew-

czyna, którą można często spotkać na takich zabawach, naj-
częściej   niewarta   jest   zachodów.   Brak   jej   wtedy   najczęściej 
tej świeżości, która jest dla mnie  conditio sine qua non

**

 Ła-

twiej jest znaleźć Preciosę w cygańskim obozie niż taką dziew-

czynę w tancbudzie, gdzie młode dziewczęta wystawione są na 

sprzedaż — w całej niewinności, i niech nas Bóg broni, abyśmy 
myśleli inaczej!

12-go

Moje dziecko, dlaczego pani nie stanęła w bramie? Nie ma 

nic zdrożnego, kiedy dziewczyna staje w bramie podczas desz-

czu. Ja staję zawsze, zwłaszcza kiedy nie mam parasola, nawet 
czasami,   kiedy   mam   parasol,   jak   na   przykład   w   tej   chwili. 

Zresztą, mógłbym wymienić parę szanownych dam, które nie 

zawahałyby się tak uczynić: staje się spokojnie, odwraca się 
plecami do ulicy, tak że przechodnie nawet nie mogą zoriento-

wać się, czy się stoi czy się wchodzi do domu. Przeciwnie, jest 
to bardzo nieprzezornie, kiedy się chowa za na wpół otwartą 

bramą, należy się wtedy lękać konsekwencji, gdyż im bardziej 

się człowiek kryje, tym przykrzej mu jest być odkrytym. Jeżeli 
się jednak człowiek schował, to powinien stać bez ruchu, pole-

cając się opiece swego geniusza czy też Anioła Stróża; szcze-
gólnie należy unikać wyglądania na ulicę w celu przekonania 
się, czy deszcz już ustał. Jeżeli się chce przekonać o tym, czy-
ni się odważnie jeden krok naprzód i patrzy się z powagą w nie-
bo; a gdy przeciwnie, ciekawie, z wahaniem, lękiem, niepew-

nie wysuwa głowę i szybko się ją cofa — to każde dziecko zro-
zumie, że to jest zabawa w chowanego. A ja, który zawsze ba-

** Warunkiem koniecznym (przyp. tłum.)

- 29 -

background image

wię się razem, muszę się powstrzymywać, nie odpowiadać na 

pytania, jeżeli mnie kto zapyta... Proszę nie myśleć, że żywię 

jakieś złe myśli o pani, nie ma pani najmniejszego     zamiaru 
wysuwać   swej   głowy,   zresztą   byłaby   to   najniewinniejsza   gra 

w świecie. Przeciwnie, nie powinna mnie pani poniżać w swych 

myślach, moje imię i moja reputacja nie wytrzymałyby tego. 

Zresztą to pani zaczęła. Radzę pani nikomu nie opowiadać o 
tym zdarzeniu; nie miała pani racji. Cóż mogłem zrobić innego, 
niż zrobiłby każdy kawaler na moim miejscu: musiałem ofiaro-
wać pani mój parasol. A gdzież się ona podziała? Rozkosznie 

ukryła się za drzwiami portiera. Jest to najmilsza dziewczyna, 

wesoła, uszczęśliwiona. — „Może mi pan powie,  panie portie-
rze, czy zaglądała tu taka młoda pani, widziałem jej głowę  w 
bramie, zapewne szukając parasola. Właśnie jej szukamy, ja i 
mój parasol”. Pani się śmieje. Może pani pozwoli przysłać jutro 

służącego po parasol, a może pani każe przywołać powóz — nie 

ma za co dziękować, to zwyczajna uprzejmość. — Jest to naj-
milsza dziewczyna, jaką widzę od dłuższego czasu, jej spojrze-

nie jest tak dziecinne, ale tak żywe, cała jej istota tak przy-
jemna, tak czysta, ale zaciekawiona. Odejdź w spokoju, dzieci-

no,   gdyby   nie   pewien   zielony   płaszcz,   chciałbym   zawrzeć   z 

tobą bliższą znajomość. Idzie w dół na wielką Kjøbmagergade. 
Jakże była niewinna i ufna, ani cienia pruderii. Jaki lekki ma 

krok,   jak   pięknie   porusza   głową   —   zielony   płaszcz   wymaga 
wielkich wyrzeczeń.

d. 15-go

Dzięki ci, drogi Przypadku, przyjmij me dzięki! Smukła była i 

dumna, tajemnicza i pełna zamyśleń, jak jodła, jak wystrzał, 
jak myśl, która wznosi się z głębi ziemi ku niebu, niewytłuma-
czalna,   sama   dla   siebie   niezrozumiała,   jak   całość,   która   nie 
dzieli się na części. Buki tworzą zielone korony, których liście 

mówią o tym, co się dzieje w ich cieniu, jodła nie ma korony, 
nic nie opowiada, sama z siebie jest zagadką — taka była ona. 
Zawarta sama w sobie, sama z siebie rodziła się, spokojna duma 

- 30 -

background image

gnieździła się w niej, jak górny duch jodły, chociaż gałęzie jej 

schylały się do ziemi. Smutek spowijał ją jak gruchanie leśnych 

gołębi, głęboka tęsknota za czymś nieokreślonym. Była zagad-
ką, która tajemnie kryła własne rozwiązanie, swoją tajemnicę, 

a czymże były wszystkie tajemnice dyplomatów w porównaniu z 

tą tajemnicą, zagadką, a cóż na świecie jest równie pięknego 

jak   słowo   rozwiązujące tę  zagadkę? Jakież  znaczenie nadaje 
temu słowu „rozwiązać” nasz język! Rozwiązać — ileż znaczeń 
ma to słowo, jakże piękne, jak mocne są te znaczenia, wszyst-
kie kombinacje, w których słowo to możemy spotkać! Skoro bo-

gactwo    duszy jest zagadką, dopóki więzy języka nie są roz-

wiązane i tym samym wyjaśniają znaczenie zagadki, tak samo i 
młoda   dziewczyna   jest   zagadką.  Dzięki   ci,   dobry   Przypadku, 
przyjmij   moje   dzięki!   Jeślibym   spotkał   ją   w zimie,   zapewne 
owiniętą w zielony płaszcz, może zmarzniętą, chyba niełaska-

wość   pogody   zmniejszyłaby   jej   urok.  Ale   przeciwnie,   co   za 

szczęście, zobaczyłem ją po raz pierwszy w najpiękniejszej po-
rze   roku,   wczesnym   latem,   w   świetle   popołudnia.  Zima   ma 

swoje przewagi.  Wspaniale   oświetlona  sala  balowa  może  być 
upiększającym otoczeniem dla ustrojonej na bal dziewczyny; 

ale   zbyt   rzadko   ukazuje   się   ona   tam   w   korzystnym   świetle, 

właśnie dlatego, że wszystko się składa na korzystne oświetle-
nie, któremu dziewczyna ustępuje albo z którym walczy, i jed-

no,   i   drugie   ma   wpływ   niekorzystny;   częściowo   dlatego,   że 
wszystko przypomina, że są to sprawy przelotne i przemijające 

i wywołują niecierpliwość, która niszczy urok zabawy. Były ta-

kie chwile, kiedy chętnie bywałem na sali balowej, nie unika-
łem   uroczego   przepychu   i   bezcennej   powierzchni   młodości   i 

piękna, skomplikowanej  gry sił, ale nie porywało  mnie to tak, 
żebym   aż   tracił   głowę.   Nie   pojedyncza   piękność   pociągała 
mnie, ale całość; senne widziadło przechodzi, a w tym widzia-
dle plączą się wszystkie razem kobiece postaci i wszystkie te 
ruchliwe postaci    szukają czegoś, szukają uspokojenia w obra-

zie, którego dostrzec niepodobna.

- 31 -

background image

Było to na ścieżce, która biegnie między Północną a Wschod-

nią Bra

*

. Była godzina prawie pół do siódmej. Słońce już nie 

paliło tak silnie, tylko jego ślad zachował się w łagodnym świe-
tle, które ogarniało cały krajobraz. Natura odetchnęła lżej. Je-

zioro leżało ciche, gładkie jak lustro. Urocze domki na fortecz-

nych   wałach   odbijały   się   w   wodzie,   która   dalej   stawała   się 

ciemna   jak   metal.   Ścieżka   i   budynki   po   drugiej   stronie   były 
oświetlone promieniami gasnącego słońca. Niebo było jasne i 
czyste, tylko pojedynczy lekki obłok niezauważalny płynął po 
nim, a widać go było lepiej, gdy się patrzyło na jego odbicie w 

wodzie,   na   której   blask   chmurki   roztapiał   się   błyszcząc.   Nie 

drgnął ani listek. To była ona. Oko moje nie myliło się, choć nie 
widziało zielonego płaszcza. Chociaż od tak długiego czasu cze-
kałem na tę chwilę, nie mogłem opanować pewnego niepokoju, 
wznoszenia   się   i   opadania   uczuć,   podobnie   jak   wznosił   się   i 

opadał pogrążony w śpiewie skowronek nad sąsiednim polem. 

Była sama. Jak była ubrana, znowu zapomniałem, ale jej obraz 
tkwi mi teraz w oczach. Była sama, zajęta bardzo, nie sobą 

samą, ale swoimi myślami. Nie rozmyślała specjalnie, ale ciche 
kołysanie myśli tkało wkoło niej   obraz tęsknoty, pełnej prze-

czuć, równie niezrozumiałych, jak częste westchnienia dziew-

czyny. Był to najpiękniejszy czas dziewczęcego żywota. Młoda 
dziewczyna nie rozwija się jak chłopiec, nie rośnie, rodzi się 

tylko. Chłopak poczyna się zaraz rozwijać i na rozwój swój po-
trzebuje dużo czasu. A młoda dziewczyna potrzebuje dużo cza-

su na narodzenie się, ale rodzi się od razu dorosła. Na tym po-

lega jej niezwykłe bogactwo; w chwili kiedy się urodzi, jest już 
zupełnie dojrzała, ale ten moment przychodzi bardzo późno. 

Dlatego też rodzi się dwa razy, po raz drugi, kiedy wychodzi za 
mąż, a właściwie w tym momencie przestaje się rodzić, dopie-
ro teraz rodzi się naprawdę. Nie tylko Minerwa wyskoczyła z 
głowy Zeusa w pełnym uzbrojeniu, nie tylko Wenus rodzi się z 
głębin   morskich   w   całej   swej   piękności,   tak   się   rodzi   każda 

dziewczyna, której kobiecość nie została zepsuta przez to, co 
się nazywa wychowaniem. Budzi się nie stopniowo, lecz za jed-

* Za czasów Kierkegaarda Kopenhaga była jeszcze otoczona murami. Zburzo-

no je w roku jego śmierci (przyp. tłum.)

- 32 -

background image

nym zamachem, ale czasem śni dłużej, o ile ludzie nie są tak 

nierozsądni, aby ją budzić za wcześnie. Ale taki sen to nieskoń-

czone bogactwo. Widać, że była zajęta, nie sama sobą, lecz w 
sobie samej, a to zajęcie było nieskończonym spokojem i wypo-

czynkiem jej wnętrza. Takie bywa bogactwo dziewczyny; wzbo-

gaca człowieka zajęcie się tym bogactwem. Jest bogata, choć 

nie wie, że posiada taki majątek; jest bogata, jest skarbem. 
Cichy pokój unosił się nad nią i trochę smutku. Było lekko pa-
trzeć na nią, była lekka jak Psyche, którą unoszą duchy, nawet 
jeszcze lżejsza; unosiła sama siebie. Niech tam sobie doktorzy 

Kościoła rozprawiają  o wniebowstąpieniu Madonny,  to nie jest 

dla mnie niepojęte, gdyż już nie należała do tego świata. Ale 
lekkość młodej dziewczyny jest czymś niepojętym i urąga pra-
wu ciążenia. Nie zauważała nic dookoła i myślała przeto, że 
sama jest nie zauważona. Trzymałem się z daleka i upajałem 

się   jej   widokiem.   Szła   powoli,   żaden   pośpiech   nie   mącił   jej 

spokoju ani ciszy otoczenia. Nad jeziorem siedział chłopak z 
wędką, ona stanęła, patrzyła na lustro wody i na mały strumyk. 

Nie zgrzała się idąc, ale chciała wypocząć; rozwiązała chustecz-
kę, którą miała na szyi pod szalem. Łagodny powiew od jeziora 

owionął jej pierś, białą jak śnieg, choć ciepłą i pełną, chłopak 

nie był zadowolony, że ktoś się przypatruje jego połowowi, od-
wrócił   ku   niej   dość   flegmatyczne   spojrzenie   i   przyglądał   się 

dziewczynie. Był rzeczywiście śmieszny, i nie dziwię się jej, że 
się zaśmiała do niego. Tak młodzieńczo się śmiała, w tym była 

podobna do tego chłopaka, zdaje mi się, że nie lękałaby się 

dać mu szturchańca w bok. Oko miała duże i błyszczące; kiedy 
się w nie spojrzało, dostrzegało się ciemny blask,  który rodził 

przeczucie  nieskończonej   głębi,   do   której   niepodobna   było 
przeniknąć; ale spojrzenie to było czyste i niewinne, łagodne i 
spokojne, pełne humoru, kiedy się uśmiechała. Łuk nosa miała 
pięknie sformowany, ponieważ patrzyłem na nią z boku, linia 
jego zlewała się z czołem, nos stawał się krótszy i jakby trochę 

wyzywający. Szła przed siebie, ja za nią. Na szczęście spotyka-
łem na ścieżce wielu znajomych; kiedy zamieniałem parę słów 
to z tym, to z owym, dawałem się jej trochę wyprzedzić, a po-
tem dopędzałem ją wkrótce i w ten sposób nie potrzebowałem 

- 33 -

background image

kroczyć tak wolno jak ona. Szła w stronę Wschodniej Bramy. 

Chciałem niepostrzeżenie przyjrzeć się jej z bliska. Na samym 

rogu stoi dom, skąd mogłem wygodnie czynić moje obserwacje. 
Znałem ludzi, którzy tam mieszkali, wystarczyło tylko zajść do 

nich. Minąłem ją szybkim krokiem, tak jakbym nie zwrócił na 

nią najmniejszej uwagi. Wyprzedziłem ją spory kawałek, przy-

witałem się ze znajomymi na prawo i na lewo i zawładnąłem 
oknem, które wychodziło wprost na tę ścieżkę. Widziałem, jak 
powoli   nadchodzi,   i prowadziłem   jednocześnie   ożywioną   roz-
mowę z towarzystwem spożywającym podwieczorek w bawial-

ni. Jej krok przekonał mnie o tym, że nie przeszła ona szkoły 

tańca. A jednak krok ten był dumny, pełen naturalnej szlachet-
ności, zdradzający zupełny brak zajęcia swoją osobą. Widzia-
łem ją dłużej, niż się spodziewałem. Wprawdzie z okna widać 
było tylko nieduży kawałek ścieżki, ale mogłem widzieć stąd 

długą groblę, która wychodziła na jezioro, i ku memu wielkie-

mu zdziwieniu ujrzałem ją znów na tej grobli. Przyszło mi do 
głowy, że może ona tu mieszka, może jej rodzice wynajmują tu 

letnie mieszkanie.  W każdym razie zacząłem żałować, że wla-
złem w to towarzystwo, bałem się, że ona zawróci, a ja stracę 

ją z oczu. To, że doszła do końca grobli, świadczyło o tym, że 

zaraz zawróci i zniknie mi z oczu. I nagle ukazała się tuż obok. 
Minęła dom, w którym się zaczaiłem, skoczyłem po laskę i ka-

pelusz, aby jeszcze postarać się wielokrotnie wymijać ją i iść 
jej śladem aż do chwili, kiedy znajdę jej miejsce zamieszka-

nia, ale w tym pośpiechu trąciłem ramię damy, która częstowa-

ła kogoś herbatą, i oczywiście wytrąciłem filiżankę na dywan. 
Usłyszałem okropny okrzyk i stałem nieruchomo z laską i kape-

luszem w ręku, myśląc tylko o tym, jak by się wydostać z poko-
ju. Aby usprawiedliwić mój postępek i wytłumaczyć moją rejte-
radę,   z   patosem   zawołałem:   „Jak   Kain   uciekam   z   miejsca, 
gdzie przelałem... wodę!”. Ale jak gdyby wszystko sprzysięgło 
się   na   mnie,   gospodarzowi   przyszła   do   głowy   okropna   myśl 

przedłużenia mojego żartu. Objawił on głośno i poważnie, że 
nie mogę opuścić towarzystwa, zanim nie wypiję filiżanki her-
baty z rąk damy, która ją rozlała, a tym dopiero zmyję moje 
przewinienie. Ponieważ byłem święcie przekonany, że mój go-

- 34 -

background image

spodarz gotów jest zastosować w potrzebie gwałt, uważając to 

za uprzejmość, nie pozostawało mi nic innego do roboty jak zo-

stać. A ona tymczasem znikła.

dnia 16-go

Jak pięknie jest być zakochanym, jakież to interesujące wie-

dzieć o tym zakochaniu! Bo to wielka różnica! Może mnie złościć 
myśl, że ona znowu znikła, a jednak cieszy mnie to w pewnym 
sensie. Jej obraz, który sobie stworzyłem, unosi się niejasno 

pomiędzy prawdziwą jej postacią a tej postaci ideałem. Obraz 

ten jednak wciąż stawiam sobie przed oczami; ale właśnie dla-
tego, że jest to albo rzeczywistość, albo obraz rzeczywistości, 
działa jak specjalny czar. Nie ogarnia mnie niecierpliwość, ten 
obraz żyje tu w mieście i to mi w tej chwili wystarcza. Ta moż-

liwość określa to, że obraz jej może mi się ukazać — wszystkim 

można się cieszyć tak powoli. Czyż mam się niepokoić, ja, któ-
ry mogę się uważać za ulubieńca bogów, któremu przypadło w 

udziale szczególne szczęście być znowu zakochanym? 'Jest to 
przecie coś, czego nie może mnie pozbawić ani sztuka, ani na-

uka, prawdziwy dar niebios. Ale skoro udało mi się znowu zbu-

dować miłość, muszę wybadać, jak długo da się ona podtrzy-
mać. Wypieściłem tę miłość, tak jak nie hodowałem pierwszej 

miłości. Zresztą jest to uboga sposobność, okazuje się, chodzi 
tylko o jej  wyzyskanie; bo smutna to prawda, że nie jest to 

żadna sztuka uwieść dziewczynę, ale szczęściem jest znaleźć 

dziewczynę   godną   uwiedzenia.   Miłość   ma   wiele   tajemnic,   a 
owo pierwsze zakochanie jest także tajemnicą, chociaż nie na-

leży do rzadkości, prawie wszyscy ludzie zakochani zaręczają 
się czy też robią inne głupstwa, a wszystko przemija w mgnie-
niu oka i najczęściej nikt nie wie, co zyskał, a co stracił. Dwa 
razy ukazała mi się i znikła; oznacza to, że będzie mi się czę-
ściej ukazywać. Gdy Józef wykładał sny faraonowi, powiedział: 

to, że śniło ci się to dwa razy, oznacza, że sny te niedługo się 
spełnią.

- 35 -

background image

Byłoby to bardzo zajmujące, gdyby się naprzód znało te siły, 

których objawienie napełnia treścią życie. Ona gdzieś tu bytuje 

w ciszy i spokoju; nie przeczuwa, że istnieję także, a tym bar-
dziej nie wie, co się dzieje u mnie w środku, a jeszcze mniej 

przeczuwa tę pewność, z jaką ja spoglądam w przyszłość; gdyż 

moja duma wymaga coraz więcej i więcej od rzeczywistości, 

staje się coraz to silniejsza. Jeżeli dziewczyna nie wywołała od 
pierwszego spojrzenia takiego wrażenia, aby zbudziło to tęskno-
tę do ideału, to rzeczywistość nie ma żadnego powabu; jeżeli, 
przeciwnie, wywołuje takie wrażenie, to człowiek czuje się nie-

co oszołomiony. Gdyż,  jeżeli nie jest pewien swej ręki, swego 

oka i swego zwycięstwa, radzę mu szczerze dokonać ataku pod 
wpływem   pierwszego   impulsu,   gdyż   właśnie  dlatego,   że   jest 
oszołomiony, posiada siły nadnaturalne; gdyż takie oszołomienie 
jest dziwną mieszaniną sympatii i egoizmu. Co prawda straci on 

nieco z przewidywanych rozkoszy, nie będzie mógł upajać się 

swą sytuacją, którą sam wytworzył, gdyż będzie nazbyt w  nią 
zaplątany. Co jest tu najpiękniejsze — trudno zdecydować, co 

jest najbardziej zajmujące — łatwo dostrzec. W każdym bądź 
razie jest dobrze zbliżyć się jak można najbardziej do linii po-

działu. To daje mi największą przyjemność; co sprawia przyjem-

ność innym, tego oczywiście nie wiem. Posuwać się dalej ra-
czej nie warto, a środki, których w tych wypadkach używają 

zakochani, są godne pogardy; nie wyrzekają się pieniędzy, siły, 
wpływu   osób   trzecich,   napojów   nasennych   itd.  Ale   co   to   za 

przyjemność w miłości, która nie posiada w sobie całkowitego 

oddania, co najmniej z jednej strony? Ale takie oddanie z regu-
ły wymaga  ducha — a ducha właśnie  nie mają tacy kochanko-

wie.

dn. 19-go

Kordelia! A więc zowie się Kordelia! Cudowne imię, a i to ma 

swoje  znaczenie,  bo trudno  jest  wymieniać  przy  najmilszych 
nazwach jakieś brzydkie imię! Poznałem ją z daleka, szła z in-
nymi dwiema dziewczętami po lewym trotuarze. Rytmy jej kro-

- 36 -

background image

ków świadczyły o tym, że ma zamiar stanąć za chwilę. Stałem 

na rogu ulicy i udając, że czytam plakaty, nie spuszczałem oczu 

z mojej nieznajomej! Żegnały się z sobą. Tamte odprowadzały 
ją zapewne kawałek drogi, gdyż zawróciły w przeciwną stronę. 

Ona zaś poszła w stronę mojego rogu. Kiedy zrobiła parę kro-

ków, jedna z tamtych dziewcząt przybiegła szybko i wołała tak 

głośno, że mogłem usłyszeć: Kordelio! Kordelio! Trzecia zbliżyła 
się także; zsunęły głowy razem tworząc tajną radę, której ta-
jemnicę daremnie próbowałem  posiąść natężając ucho; a po-
tem pobiegły wszystkie trzy, i to znacznie prędzej, w tę samą 

stronę, w którą szły te dwie. Poszedłem za nimi. Ale weszły do 

pewnego   domu   na   nadbrzeżu.   Czekałem   dość   długo,   to   było 
przecież jasne, że Kordelia musi wrócić z powrotem sama. Ale 
nic podobnego nie zaszło.

Kordelia!   Cudowne   naprawdę   imię,   tak   się  przecie   zwała 

trzecia córka króla Leara, ta niezwykła dziewczyna, której ser-

ce nie mieszkało na wargach, której wargi niemiały, gdy serce 
było pełne. Taka sama jest moja Kordelia. Podobna do tamtej, 

jestem tego pewny. W innym sensie zamieszkuje jej serce na 

wargach, nie w kształcie słowa, ale w serdeczniejszej formie, 
w formie pocałunku. A wargi jej tryskały zdrowiem! Nigdy nie 

widziałem piękniejszych.

Że jestem rzeczywiście zakochany, mogę wnioskować między 

innymi także z tego, że taką tajemnicą okrywam tę sprawę na-
wet przed sobą  samym. Każda miłość pełna jest tajemnicy, na-

wet ta zdradliwa, gdyż ma w sobie odnośne estetyczne momen-
ty. Nie chciałem nigdy mieć powiernika ani nie miałem chęci 

chwalenia się moimi przygodami. Prawie cieszę się z tego, że 
nie wiem, gdzie ona mieszka, wiem tylko, gdzie bywa. Może 
właśnie   dlatego   zbliżyłem   się   do   celu.   Mogę   nie   budząc   jej 

uwagi rozpocząć moje starania i mając taki punkt oparcia nie 
będzie już trudno zdobyć możności bywania w jej rodzinie. A 
jeżeli ta okoliczność może wywoływać trudności,  eh bien!,  to 
przyjmę chętnie i te trudności; wszystko, co czynię, czynię con 
amore
; w ten sposób i kocham także con amore.

- 37 -

background image

dn. 20-go

Dzisiaj uzyskałem pewne wiadomości o domu, w którym znik-

nęła. Należy do wdowy, którą Bóg pobłogosławił trzema córka-

mi. Można od nich uzyskać kupę informacji, o ile same je po-

siadają. Jedyna trudność to pojąć te informacje udzielane w 
trzeciej potędze; to znaczy udzielane przez wszystkie trzy jed-
nocześnie.  Nazywa się Kordelia Wahl i jest córką  kapitana że-
glugi morskiej. Umarł on parę lat temu, matka też. Ojciec był 

człowiekiem twardym i surowym. A ona teraz mieszka u ciotki, 

która podobna jest do brata, ale zresztą jest bardzo szanowaną 
osobą. Dość dużo to wiadomości, ale więcej szczegółów o tym 
domu one nie znają; nigdy tam nie były, ale Kordelia często do 
nich przychodzi. Razem z tymi dwiema dziewczynami chodzą 

na kursy gotowania do Królewskiej Kuchni. Dlatego najczęściej 

bywa u nich wcześnie po południu, czasami także i z rana, ale 
nigdy wieczorem. Żyje życiem bardzo zamkniętym.

I tu cala historia się kończy, nie ma tu żadnej kładki, po któ-

rej mógłbym się przemknąć do domu Kordelii.

Ma więc ona pewne wyobrażenie o smutkach żywota i jego 

ciemnych stronach. Kto by to mógł powiedzieć? Aliści te smut-

ne wspomnienia należą do wczesnej epoki jej życia, jest to at-

mosfera,   w   której   dziewczyna  tkwiła,   nawet   jej   sobie   nie 
uświadamiając. To bardzo dobrze, to oszczędziło jej kobiecość, 

nie jest z niej obrabowana. A z drugiej strony ma to swoje zna-
czenie, jeżeli zechce się ją wznieść na wyższy stopień pojmowa-

nia, jeżeli można będzie pojąć, jak to się wywołuje. Takie oko-

liczności sprzyjają rozwojowi uczuć dumy, o ile jej nie złamią, 
a ona zdaje się być daleka od złamania.

21-go

Mieszka koło wałów, nie bardzo to korzystne miejsce, brak 

sąsiadów,   przez   których   można   zawrzeć   znajomość;   nie   ma 
miejsc publicznych, gdzie by można było założyć niezauważal-
ne punkty  obserwacyjne. Same  wały są zbyt nagie, jest się na 

- 38 -

background image

nich   zbyt   widocznym.   Jeżeli   się   idzie   dołem  po   ulicy,   to   się 

wpada w oczy, gdyż nikt inny tamtędy  nie chodzi, a jeżeli  się 

idzie wzdłuż domów, to się samemu nic nie widzi. To jest dom 
narożny. Z ulicy widać także okna wychodzące na podwórko, 

gdyż dom nie ma żadnego sąsiedztwa. Tam zapewne znajduje 

się jej sypialnia.

22-go

Dziś spotkałem ją po raz pierwszy u pani Jansen. Byłem jej 

przedstawiony. Nie zwróciła zdaje się na mnie żadnej uwagi i 

nic to jej nie obchodziło. Zachowałem się tak, aby nie zwracać 
na   siebie   żadnej   uwagi;   tym   lepiej   mogłem   ją   obserwować. 
Przyszła tylko na chwilę, tylko po te dziewczyny, aby pójść ra-
zem do Królewskiej Kuchni. Kiedy dwie panny Jansen poszły się 

ubrać, zostaliśmy sami w pokoju i skierowałem do niej z chłod-

ną flegmą,  prawie pogardliwie, parę słów, na które odpowie-
działa z niezasłużoną uprzejmością. Potem wyszły. Mogłem za-

proponować swoje towarzystwo, ale to mogło rzucić na mnie 
światło usłużnego kawalera, a miałem przekonanie, że nie tędy 

droga. A jednak wyszedłem zaraz po niej i poszedłem znacznie 

prędzej i inną drogą, ale w stronę Kuchni Królewskiej, tak że w 
momencie kiedy one skręcały na Store Kongensgade, minąłem 

je idąc bardzo szybko, nie ukłoniwszy się ani nie  dając innego 
znaku uwagi, ku ich największemu zdziwieniu.

23-go

Niezbędne teraz jest uzyskać dostęp do jej domu i mówiąc po 

wojskowemu jestem w ostrym pogotowiu. Ale zdaje się to być 
mimo wszystko zagadnienie skomplikowane i trudne. Nigdy nie 
spotkałem rodziny żyjącej w takim odosobnieniu. Jest tam tyl-
ko ona i jej ciotka. Ani braci, ani kuzynów, ani odrobiny czegoś 
w tym rodzaju, nawet nikogo z najdalszej rodziny, kto by mógł 
poprowadzić ją pod rękę. Ja chodzę zawsze ze zwieszoną ręką. 
Za   nic   w   świecie   nie   chciałbym   dzisiaj   z   nikim   chodzić   pod 

- 39 -

background image

rękę. Moja ręka musi być czymś w rodzaju haka ratunkowego 

na  łodzi, to znaczy trzeba mieć zawsze ją w pogotowiu, abym, 

gdy się znajdzie jakiś daleki krewny czy też przyjaciel, który 
mnie  zechce podtrzymać  z daleka, mógł się przytrzymać jego 

ręki. Zresztą wielki to błąd rodzinny żyć w takim odosobnieniu. 

Pozbawia się biedną dziewczynę możności poznania świata, nie 

mówiąc już o tym, jakie inne może to mieć niebezpieczne skut-
ki.  Mści się to zawsze. Tak samo jest z miłosnymi zabiegami. 
Przy takiej izolacji jest się zabezpieczonym przed małymi zło-
dziejaszkami.  W  bardziej  towarzyskim   domu   spotyka   się  zło-

dziei okazyjnych. A to nie jest takie straszne, bo u dziewcząt z 

takich domów  niewiele  da  się ukraść.  Kiedy mają szesnaście 
lat, serce ich jest już całkiem zapisaną kartą, a ja nigdy nie 
pragnę  wpisywać   się  tam,   gdzie  wpisało   się  już   wielu,   i   nie 
przychodzi mi do głowy wypisywać moje nazwisko na okiennej 

framudze, na stole w piwiarni albo na drzewie, albo na ławce 

w ogrodzie we Frederiksbergu.

27-go

Im bardziej się jej przypatruję, tym bardziej przekonuję się, 

że jest osamotnioną postacią. Nigdy żaden mężczyzna, nawet 
młodzieniec, nie jest tak samotny, ponieważ rozwój jego za-

sadniczo polega na refleksji, musi znajdować się w kontakcie z 
innymi.   Młoda   dziewczyna   nigdy   nie   może   być   interesująca, 

gdyż pojęcie interesującej zawiera zawsze refleksję ku sobie, 

tak   jak   w   sztuce   interesujące   zawsze   jest   odbiciem   artysty. 
Młoda dziewczyna, która chce się podobać przez zainteresowa-

nie, najczęściej interesuje tylko siebie samą. To jest właśnie 
główny  zarzut estetyczny przeciwko każdej formie kokieterii. 
Oczywiście sprawa się przedstawia zupełnie inaczej, jeżeli cho-
dzi o kokieterię całkiem naturalną, tak łatwość, z jaką dziew-
czyna się rumieni, jest jej najpiękniejszą kokieterią. Interesu-

jąca dziewczyna może się czasem podobać, ale tak samo jak 
ona wyrzeka się czasem swych cech kobiecych, mężczyźni, któ-
rym się ona podoba, mają mało w sobie męskości. Interesującą 

- 40 -

background image

staje się taka dziewczyna dopiero przez swój stosunek do męż-

czyzny. Kobieta jest słabszą płcią, a jednak jest dla niej o wie-

le ważniejsze być samotną w młodości niż dla mężczyzny, może 
wystarczać sama sobie, ale to, w czym sobie wystarcza, jest 

iluzją; to jest właśnie ten posag, którym natura ją po królew-

sku obdarzyła. Ale właśnie to trwanie w iluzji izoluje ją. Często 

dziwiłem się temu, skąd to pochodzi, że  nie ma  nic niebez-
pieczniejszego dla dziewczyny, jak obcowanie z innymi dziew-
czynami. Widocznie polega to na tym, że to obcowanie nie jest 
ani jednym,  ani drugim; niszczy  iluzję, ale jej nie objaśnia. 

Najgłębszym przeznaczeniem kobiety jest być towarzyszką dla 

mężczyzny, ale obcowanie z własną płcią prowadzi zbyt często 
do skupienia refleksji na kobiecym towarzystwie i zamiast to-
warzyszki staje się ona damą do towarzystwa. Sam język jest 
bardzo znaczący w tym względzie. Mężczyzna nazywa się pa-

nem, kobieta nie nosi nazwy służącej czy czegoś w tym rodza-

ju, nie, określa się ją istotniej — jest towarzyszką, ale nie pod-
daną.

Gdybym miał sobie wyobrazić ideał dziewczyny, powinna być 

sama   jedna   na   świecie,   wystarczać   sama   sobie,   a   przede 
wszystkim nie mieć żadnych przyjaciółek. Prawda, że były trzy 

gracje, ale przecie nikomu nie wpadło na myśl, że mogły mó-
wić wszystkie trzy jednocześnie; przecież tworzą one w swej 

milczącej troistości piękną kobiecą jedność. W tym celu mógł-

bym prawie ulec chęci polecić  gyneceum,  gdyby ten przymus 
znowu nie działał szkodliwie. Najlepsze dla młodej dziewczyny 

jest to, aby miała jak najwięcej swobody, ale nie miała okazji 
do jej używania. W ten sposób stanie się piękna, a nie będzie 

narażona   na   pokusę   bycia   interesującą.   Na   próżno   będziemy 
spowijać w welon niewinności dziewczynę, która wiele przeby-
wa w towarzystwie dziewcząt; ale człowiek, który ma dość po-

czucia estetyki, zawsze będzie żądał, aby dziewczyna niewin-
na, w najgłębszym znaczeniu tego słowa, oddana mu była spo-
wita w zasłonę, gdyby nawet nie zgadzało się to z dzisiejszą 

modą.

- 41 -

background image

Jest surowo wychowana, za co niech będzie chwała jej rodzi-

com,   leżącym   już   w   grobie;   czas   spędza   jak   najbardziej   w 

ukryciu, za co gotów jestem rzucić się na szyję jej ciotce! Nie 
nauczyła się cenić za wiele tego świata, nie lubi czczej gadani-

ny.   Jest   dumna,  ale   gardzi   tym   uczuciem   ku  radości   innych 

dziewcząt, tak powinno być. To jest sprzeczność, którą potrafi 

obrócić na swoją korzyść. Komfort i przepych nie imponują jej 
tak jak innym dziewczynom; lubi lekkie sprzeczki, ale to raczej 
przydaje się młodej dziewczynie, tak marzycielskiej jak ona. 
Gdyby wpadła w niedobre ręce, można byłoby wydobyć z niej 

dużo rzeczy niekobiecych, właśnie dlatego, że ma tak dużo ko-

biecości w sobie.

30 dzień

Ciągle krzyżują się nasze drogi. Dziś spotkałem ją trzy razy. 

Wiem o jej najmniejszym spacerze, wiem, kiedy i gdzie mogę 
ją spotkać; ale  tych wiadomości nie używam, aby organizować 

te spotkania; przeciwnie,  marnuję moje okazje w przeraźliwy 
sposób.   Spotkanie,   które   kosztuje   mnie   nieraz   kilka   godzin 

oczekiwania, marnuje się jak nic nie  znacząca  bagatelka; nie 

spotykam jej, tylko dotykam zewnętrznie jej istnienia.  Jeżeli 
wiem, że ma być u pani Jansen, niechętnie się z nią tam spoty-

kam, o ile nie mam nic ważnego do powiedzenia; wolę przyjść 
do   pani   Jansen   trochę   wcześniej,   aby   spotkać   się   z   nią   w 

drzwiach,   kiedy   ona   wchodzi,   a   ja   wychodzę,   albo   na   scho-

dach,   gdzie  mijam  ją  jak   najobojętniej.  To   jest   ta  pierwsza 
sieć, którą wokół niej rozsnuwam. Na ulicy jej nie zatrzymuję, 

najwyżej wymieniam z nią ukłon, ale nie podchodzę nigdy, idę 
jednak   za   nią   śladem.   Zauważa   oczywiście   nasze   nieustanne 
spotkania, spostrzega na pewno, że na jej horyzoncie ukazało 
się nowe ciało niebieskie, które w swym niezmiennym  ruchu 
wpływa na ruch jej planety; ale jakie prawo kieruje  ruchem 

tego ciała, nie ma najmniejszego pojęcia, raczej stara się oglą-
dając się na prawo i na lewo znaleźć punkt oparcia; że tym 
punktem jest ona sama, wie równie mało jak jej antypody. Tak 

- 42 -

background image

ona, jak wszyscy moi przyjaciele w ogólności są przekonani, że 

mam mnóstwo interesów, że jestem w nieustannym ruchu i że 

mówię jak Figaro: jedna, dwie, trzy, cztery intrygi naraz, to 
jest to, co lubię! Naprzód muszę ją poznać i cały stan jej du-

cha, a potem dopiero do ataku. Najczęściej mężczyźni lubią 

posiąść dziewczynę, jak się wypija kieliszek szampana: w mo-

mencie, kiedy musuje. Ach tak, to bardzo pięknie, i z wieloma 
dziewczynami   jest   to   najwyższy   moment,   do   którego   można 
doprowadzić; ale tu trzeba więcej. Jeżeli jakaś osobowość jest 
zbyt słaba, aby znieść jasność i przejrzystość, to dobrze, trzeba 

użyć   sposobów   nieprzejrzystych,   ale   ona   na   pewno   potrafi 

znieść jasność. Im więcej ofiar trzeba złożyć na ołtarzu miło-
ści, tym miłość jest ciekawsza. Ta chwila rozkoszy, jeżeli nie w 
zewnętrznym,   to   w   duchowym   znaczeniu,   jest   gwałtem,   a 
gwałt   jest   tylko   wyimaginowaną   rozkoszą,   czymś   w   rodzaju 

ukradzionego całusa, czymś, co nie wymaga żadnej sztuki. Nie, 

ale kiedy  się potrafi doprowadzić do tego, że dziewczyna sta-
wia swej wolności  jedyne zadanie: oddanie się, i kiedy odczu-

wa w tym oddaniu całe swoje szczęście, kiedy prawie żebrze o 
to oddanie, a jednak pozostaje wolna, to jest dopiero prawdzi-

wa rozkosz, ale wymaga ona zawsze duchowego wpływu.

Kordelia!   Co   za  cudowne  imię.   Siedzę  cały  czas  w   domu   i 

wprawiam się w powtarzaniu jak papuga, mówię: Kordelia, Kor-

delia, moja Kordelia, ty moja Kordelio! Nie mogę powstrzymać 

się od uśmiechu na myśl o tym przyzwyczajeniu, z którym w 
odpowiedniej chwili wypowiem te słowa. Trzeba zawsze ćwi-

czyć się uprzednio, wszystko musi być właściwie wykonane. Nie 
ma w tym nic dziwnego, że poeci zawsze sławią ten moment 

przejścia na ty, ten cudowny moment, kiedy kochankowie nie 
mając przesadnej nadziei (przecież wielu nie wychodzi nigdy 
poza ten krok), uważając tę chwilę za zstąpienie do sadzawki 

miłości, pogrążenie w niej i wyniknięcie z tego chrztu w posta-
ci   dawnych   znajomych,   chociażby   ta   dawność   trwała   tylko 
chwilę. Dla młodej dziewczyny chwila ta jest zawsze najpięk-

niejsza i żeby należycie wykorzystać ją,  trzeba zawsze  stanąć 
nieco wyżej od niej, być nie tylko chrzczonym, ale także kapła-
nem. Trochę ironii czyni następny zaraz moment jednym z naj-

- 43 -

background image

bardziej   interesujących,   jest   jakoby   duchowym   obnażeniem. 

Trzeba być wystarczająco poetyckim, aby nie zamącić tej chwi-

li, ale zawsze szelmowski obserwator musi tu trwać na czatach.

2 czerwca

Jest dumna, wiedziałem to od dawna. Kiedy siedzi razem z 

trzema Jansenównami, niewiele mówi, ich paplanina wyraźnie 
ją nudzi, pewien rodzaj uśmiechu na wargach zdaje się na to 
wskazywać.  Wiele buduję na  tym uśmiechu. Innym razem za-

chowuje się dziko, prawie jak chłopak, ku wielkiemu zdziwie-

niu panien Jansen. Nie jest to dla mnie trudne do zrozumienia, 
kiedy pomyślę o jej dzieciństwie. Miała jedynego brata, star-
szego o rok. Znała tylko ojca i brata, była świadkiem nader po-
ważnych scen, które ją napełniły niesmakiem wobec pospoli-

tych plotek.  Ojciec i matka jej nie żyli dobrze ze sobą; i to, co 

zazwyczaj   wyraźniej   lub   mętniej   stanowi   powab   dla   młodej 
dziewczyny, dla niej nie istnieje. Możliwe nawet, że do głowy 

jej nie przychodzi, czym jest młoda dziewczyna. Możliwe, że 
czasami wolałaby być mężczyzną niż kobietą.

Ma dużo fantazji, zapału, namiętności, jednym słowem dużo 

zalet   istotnych,   ale   pozbawionych   refleksji.   Dziś   przekonało 

mnie o tym pewne zdarzenie. Wiem od „firmy Jansen i S-ka”, 
że   nie   gra   na   fortepianie.   Byłoby   to   przeciwne   zasadom   jej 

ciotki. Zawsze bardzo tego żałowałem, gdyż muzyka jest prze-

cież znakomitym środkiem porozumienia z młodą dziewczyną, 
jeżeli — trzeba to dobrze zauważyć — jest się na tyle uważ-

nym, że nie występuje się w roli znawcy. Dziś wpadłem do pani 
Jansen. Otworzyłem na wpół drzwi bez pukania, niegrzeczność, 
która mi często jest pomocna i którą często obracam w uprzej-
mość pukając w otwarte drzwi. Siedziała samotna przy forte-
pianie.   Zdawało   się,   że   kryje   się   ze   swoją   muzyką.   To   była 

szwedzka uboga piosenka — grająca nie miała żadnej techniki, 
nie wychodziło jej i nagle zniecierpliwiła się, a potem zagrała 
jeszcze   ciszej.   Zamknąłem   drzwi   i   zatrzymałem   się   na   ze-
wnątrz, nasłuchiwałem, jak zmieniały się jej nastroje, czasami 

- 44 -

background image

grała z taką namiętnością, aż przypomniało mi to dziewicę Met-

telil, która z taką siłą uderzyła w złotą harfę, aż mleko trysnęło 

z jej piersi. Było trochę smutku, ale także coś z uniesienia w 
jej graniu. Mogłem wpaść tam, korzystając z chwili — ale to 

byłoby szaleństwo. Pamięć jest nie tylko środkiem konserwują-

cym, ale także środkiem pomnażającym, co jest przeniknięte 

wspomnieniem, działa podwójnie. Czasami w książce, najczę-
ściej   w   psałterzu,   znajdujemy   kwiatek   —   była   jakaś   piękna 
chwila,   dla   której   upamiętnienia   włożono   go   między   karty, 
wspomnienie   tej   chwili   jest   jeszcze   piękniejsze.   Oczywiście 

ona ukrywa to, że gra na fortepianie, a może umie tylko tę 

szwedzką piosenkę — a może związane są z tą piosenką dla niej 
jakieś osobliwe wspomnienia? Nic o tym nie wiem, ale ta cała 
okoliczność   ma   dla   mnie   olbrzymie   znaczenie.   Jeżeli   kiedyś 
będę miał z nią poufniejszą rozmowę, doprowadzę ją powoli do 

tego punktu, aż wpadnie w tak zastawioną pułapkę.

3 czerwca

Nie mogę dojść sam z sobą do ładu, jak mam ją rozumieć; 

zachowuję się tu cicho, tak niepostrzeżenie jak żołnierz na wy-

wiadzie, który przykłada ucho do ziemi i nasłuchuje najmniej-
szego   dźwięku   ze   strony   idącego   naprzód   nieprzyjaciela.   W 

ogóle dla niej nie istnieję, i to nie w znaczeniu istnienia nega-
tywnego, ale po prostu nie ma mnie. Nic nie wychodzi z żadne-

go mego eksperymentu. Ujrzeć ją i pokochać, to jedno, tak stoi 

w romansach — byłoby to prawdą, gdyby miłość nie miała swo-
jej dialektyki; ale czego można się nauczyć o miłości z roman-

sów? Same kłamstwa, które tylko skracają zadanie.

Gdy teraz po tym, czego się nauczyłem, pomyślę o przeszłym 

wrażeniu,   jakie   zrobiło   na   mnie   pierwsze   jej   spotkanie,   to 
moje wyobrażenie o nim bardzo się zmienia, i to zarówno na 

moją, jak i na jej korzyść. Wcale nie jest rzeczą całkiem zwy-
czajną, że młoda dziewczyna idzie  ulicą zupełnie sama albo że 
idzie tak pogrążona we własnych myślach. Poddałem ją surowe-
mu badaniu: prześliczna. Ale uroda jest bardzo ulotnym czynni-

- 45 -

background image

kiem, znika jak dzień wczorajszy, kiedy minął. Nie wyobraża-

łem sobie okoliczności, wśród których żyje; i wcale nie myśla-

łem o tym, że do tego stopnia jest oswojona z burzliwą stroną 
życia.

Chciałbym coś wiedzieć o jej uczuciach. Zapewne nigdy nie 

kochała i dusza jej dotychczas jest wolna od tego, ani też nie 
należy bynajmniej do tych doświadczonych teoretycznie dzie-
wic, które od dawna przyzwyczaiły się do myśli o spoczywaniu 

w ramionach ukochanego mężczyzny. Te postaci rzeczywistości, 

które wyszły im na spotkanie, nie mogły w najmniejszym stop-
niu wyjaśnić im różnicy między snem a prawdą. Ich dusze żywią 
się  ideałem boskiej ambrozji. Ideał, który im przyświeca,  nie 
jest bynajmniej ideałem pasterki czy kochanki z romansu, ale 

jakąś Joanną d'Arc czy czymś w tym rodzaju.

Zawsze pozostaje to pytanie, czy jej kobiecość jest dosta-

tecznie mocna, aby pozwolić jej na refleksję, czy też wyczer-
puje się ona w piękności i wdzięku; pytanie, czy łuk należy na-

piąć mocniej. W każdym bądź razie to już jest wielka rzecz 

znaleźć  czystą,   bezpośrednią  kobiecość,  ale  jeśli  doprowadzi 
się sprawę do przemian, osiąga się rzeczy interesujące. W takim 

wypadku najlepiej jest wytrzasnąć jej starającego się. To prze-
sąd, co ludzie myślą, że to może zaszkodzić dziewczynie. Oczy-

wiście, jeżeli jest ona delikatną i wątłą rośliną, która ma tylko 

jedną zaletę w życiu, czar wdzięku, to lepiej, żeby nawet nie 
słyszała o miłości, ale jeżeli tak nie jest, jest to czysta wygra-

na i nigdy nie zawahałbym się narzucić tu starającego się, o ile 
naturalnie już go nie ma. Taki starający się nie może być w 

żadnym razie karykaturą, w tym bowiem wypadku nic się nie 
uda; musi być godny młodzieniec, dostatecznie miły, tyle tylko, 
że trochę nie wystarczający jej namiętności. Ona patrzy na ta-

kiego absztyfikanta z góry, nabiera dyzgustu do miłości, nawet 
poczyna   wątpić   o   jej   prawdziwym   istnieniu,   kiedy   odczuwa 
swoje przeznaczenie a widzi, co jej rzeczywistość przedkłada, 
jeżeli taka ma być miłość, powiada, to jest to bardzo mało. 
Staje się dumna pod wpływem tej miłości, duma ta czyni ją in-
teresującą, przenika jej istotę wyższym światłem; a potem im 

- 46 -

background image

bliższa staje się swego upadku, tym bardziej staje się interesu-

jąca. Tymczasem najlepiej jest rozejrzeć się wśród jej znajo-

mych, czy nie znajdzie się tam taki zalotnik. W domu nie ma 
po temu sposobności, bo właściwie mówiąc nikt tam nie bywa, 

ale przecież ona bywa na mieście i tam może się ktoś znaleźć. 

Znaleźć takiego frajera, zanim się coś wie, jest rzeczą trudną; 

dwóch nieznaczących pojedynczo absztyfikantów może dać jej 
niebezpieczne porównanie. Trzeba się przyjrzeć, czy siedzi ja-
kiś taki   zakochany w ukryciu, może się bać szturmować dom 
otwarcie, może to taki złodziej drobiu, który nie widzi żadnej 

okazji w takim klasztornym domostwie.

Jednym słowem pozostaje zasada strategiczna, każdy ruch w 

tej wojennej wyprawie jest dozwolony, wszystko, aby tylko po-

stawić ją w interesującej sytuacji. Interesujące musi być pole 

bitwy,   wszystkie   środki   interesujące   muszą   być   wyczerpane. 
Jeśli się bardzo nie mylę, cala jej skłonność działa w pożąda-

nym   przeze   mnie   kierunku,   więcej,   ona   sama   tego   pożąda. 
Wszystko zależy od tego, co może dać jednostka i czego ona 

zażąda   w   konsekwencji.   Moje   historie   miłosne   mają   zawsze 

rzeczywistość dla mnie, stanowią ważny czynnik mego życia, 
okresy   kształtowania,   o   których   wiem   z   całą   pewnością,   że 

mają wpływ na te lub inne moje czynności; tak nauczyłem się 
tańczyć   z   powodu   mojej   pierwszej   dziewczyny,   opanowałem 

francuszczyznę z powodu pewnej tancereczki. Często wystrych-

nięto mnie na dudka, często robiłem z siebie idiotę. Teraz będą 
kupował   „na   boczku”.   Możliwe,   że   jednak   wyczerpała   ona 

część zainteresowań; jej zamknięte życie świadczyłoby o tym. 
Teraz chyba trzeba będzie znaleźć inną stronę jej życia, która 

na pierwszy rzut oka nie wydaje się tak interesująca, ale która 
właśnie   przez   swą   niedostępność   może   być   ciekawa.   W   tym 
celu wybieram nie poetyckie, lecz prozaiczne środki. To wła-

śnie jest początek. Najpierw trzeba zneutralizować jej kobie-
cość przez prozaiczny wykład i szyderstwo, nie wprost, ale in-
directe
,  a  zarazem przez absolutną obojętność umysłu. Utraci 

chyba  wtedy swą kobiecość automatycznie, ale w tym stanie 
nie będzie mogła ustać sama, upadnie mi w ramiona, nie jak w 
ramiona kochanka, o nie!, tylko całkiem neutralnie, wtedy obu-

- 47 -

background image

dzi się jej kobiecość, podniecimy ją do najwyższego stopnia, 

pozwolimy jej zderzyć się z tą lub inną wartością, którą odrzu-

ci, jej kobiecość nabierze cech prawie nadnaturalnych i oto na-
leży do mnie z całą namiętnością świata!

d. 5

Nie trzeba było chodzić daleko. Kordelia bywa w domu han-

dlowca   Baxtera.   Znalazłem   tam   nie   tylko   ją,   ale   i   pewnego 
człowieka,   który   zjawił   się   bardzo  a   propos.  Edward

*

  syn 

domu, śmiertelnie w niej zakochany, dość jest rzucić okiem na 

jego   rozmarzone   oczy.   Pracuje   w   handlu,   stoi   za   kontuarem 
ojca, ładny chłopak, przystojny, trochę nieśmiały, ale to chyba 
nie szkodzi mu w jej oczach.

Biedny Edward! Zupełnie nie wie, co począć ze swoją miło-

ścią. Kiedy wie, że Kordelia jest w domu wieczorem, ubiera się 
wieczorowo tylko dla niej, wkłada swoje nowe czarne ubranie 

tylko dla niej, białe mankietki tylko dla niej, i robi raczej wra-
żenie zabawnej figury w bawialnianym, w jak najcodzienniej-

szym otoczeniu. Jego zmieszanie staje się niewiarygodne. Gdy-

by to było udanie, Edward stałby się dla mnie niebezpiecznym 
rywalem. Takie zmieszanie to wielka sztuka i można wiele przy 

jego pomocy osiągnąć. Ileż to razy użyłem takiego sposobu, aby 
nabrać młodą dziewczynę. Na ogół dziewczęta psioczą na ta-

kich nieśmiałych, a w sekrecie bardzo się to im podoba. Trochę 

zmieszania pochlebia próżności takich dziewcząt, daje im po-
znać swą wyższość, daje im kapitał w rękę. Kiedy się już tak 

uśpi czujność dziewczyny, można pokazać przy okazji, gdy zda-
wałoby się umiera się z zażenowania, że jest się zupełnie gdzie 
indziej, daleko, skąd można przypuścić atak. Zmieszanie zacie-
ra nasze męskie cechy i dlatego jest to dość dobry sposób neu-
tralizowania stosunków między przedstawicielami dwóch płci. A 

gdy ona spostrzega, że to zażenowanie było tylko maską, sama 

* Z początku S.K. nazwał go Fritzem, co było imieniem ukochanego, a póź-

niej męża Reginy Olsen. Poprawił potem to imię, ale w jednym miejscu dalej 
powiada: „Biedny Edward! Szkoda, że się nie nazywa Fritzem” (przyp. tłum.)

- 48 -

background image

się wstydzi, rumieni się jak gdyby wewnętrznie i czuje dosko-

nale, żeś  się zapędził  za daleko;  jest to  tak  samo,  jak  zbyt 

uparcie powtarzać chłopcu, że jest dzieckiem.

d. 7-go

A więc zostaliśmy przyjaciółmi, Edward i ja; to jest prawdzi-

wa przyjaźń, piękne uczucie połączyło nas, takie, jakiego nie 
było od najpiękniejszych czasów Grecji. Prędko staliśmy się za-
ufanymi druhami, gdyż oplątując go ciągłymi rozmowami o Kor-

delii wyłudziłem z niego wreszcie jego tajemnicę. Jasne prze-

cież, że kiedy opowiada się o wszystkich tajemnicach, ta musi 
być wyznana wśród innych.  Biedaczek, długo tylko  wzdychał. 
Przebiera się za każdym razem, gdy ona przychodzi; odprowa-
dza ją wieczorem, serce jego bije mocno na samą myśl, że ona 

wspiera się ramieniem o jego ramię, idą spacerkiem do domu, 

patrzą na gwiazdy, on dzwoni do drzwi, ona znika, on rozpacza 
—  i  ma   nadzieję   na   następny  raz.   Jeszcze   do   dziś   nie   śmiał 

przekroczyć jej progu. On, który miał tyle znakomitych okazji. 
Chociaż trudno mi się powstrzymać od wewnętrznych szyderstw 

z Edwarda, przyznaję, że jest coś pięknego w tej jego dzieci-

nadzie. Mimo iż uważam siebie za dość dobrze wtajemniczone-
go we wszystkie sprawy erotyczne, nigdy u siebie nie zauważy-

łem tego stanu ducha, tego drżenia i strachu przed zakocha-
niem się, to znaczy do tego stopnia, żebym tracił panowanie 

nad sobą, a zresztą może znam to bardzo dobrze, tylko że mnie 

to zawsze wzmacnia. Może ktoś by powiedział, że to znaczy, iż 
nigdy nie byłem zakochany. Może.

Zawstydzałem Edwarda, dodawałem mu otuchy moją przyjaź-

nią.       Jutro ma się zdobyć na krok decydujący, pójść do niej 
osobiście i zaprosić ją do miasta. Zdołałem go natchnąć roz-
paczliwą myślą, aby mnie     zaprosił do towarzystwa; przyrze-

kłem mu to. Uważa to za specjalny     dowód przyjaźni z mej 
strony. Jest to taka okazja, jakiej właśnie chciałem, znaczy to 
pójść na całego. Ale gdyby ona powzięła najdrobniejsze podej-

- 49 -

background image

rzenie co do znaczenia mojego pojawienia się, to znowuż to 

moje pojawienie może zepsuć wszystko.

Nigdy przedtem nie przychodziło mi do głowy, aby przygoto-

wywać   się   do   konwersacji,   teraz   jednak   musiałem   zabawiać 

rozmową ciocię. Wziąłem właściwie na siebie ciężki obowiązek 
konwersacji  z  nią, by tym sposobem pokrywać zakochane ma-
newry Edwarda. Ciocia dawniej mieszkała na wsi i zarówno na 
podstawie   mojej   własnej   wiedzy   agronomicznej,   jak   też   na 

podstawie wiadomości cioci opartych na doświadczeniu uczyni-

łem uderzające postępy w przenikliwości i skuteczności.

Z ciocią udało mi się wszystko nader szczęśliwie, uważa mnie 

ona za solidnego i poważnego człowieka, którego z całą przy-

jemnością można zaprosić do siebie, i że to nie jest byle jaki 

modny gagacik. U Kordelii naprawdę chyba nie jestem zbyt do-
brze notowany. W gruncie rzeczy jest zbyt niewinna, aby ocze-

kiwać od każdego mężczyzny spełnienia jej życzeń, ale mimo 
to czuje za wiele buntu w mej istocie.

Gdy   tak   sobie   siedzę   w   zacisznym   saloniku,   kiedy   ona   jak 

anioł dobroci nad wszystkim rozpościera swój urok, nad każ-
dym, który się do niej zbliża, nad dobrym i złym, czasami nie-

cierpliwię sam siebie; doznaję pokusy wyskoczenia z mej za-

sadzki, gdyż chociaż siedzę na oczach wszystkich w saloniku, 
przecież siedzę na czatach; chciałbym schwycić ją za rękę, ob-

jąć ją całą, ogarnąć ją sobą, ze strachu, że ktoś mi ją porwie. 
Albo kiedy Edward i ja żegnamy się już wieczorem,  kiedy na 

pożegnanie ona podaje mi dłoń, kiedy trzymam jej dłoń w mo-

jej, czasami jest mi trudno wypuścić z ręki tego ptaka. Cierpli-
wość — quod antea fuit impetus, nunc ratio est — musi zupeł-

nie inaczej przekształcać się w moją pajęczynę, i nagle cała 
potęga miłości wybucha. Nie zepsuliśmy sobie tej chwili jakimiś 
przesadnymi pieszczotami, niewczesnymi realizacjami, możesz 
mi za to podziękować, moja Kordelio. Pracuję nad rozwojem 
przeciwieństw, naciągam łuk miłości, aby sięgnąć tym głębiej. 

Jak łucznik opuszczam cięciwę, znów ją naciągam, nasłuchuję, 
jak dźwięczy, to jest mój marsz wojenny, ale jeszcze celuję, 
nawet jeszcze nie położyłem strzały na cięciwie.

- 50 -

background image

Kiedy niewielka ilość osób styka się często z sobą w tym sa-

mym pokoju, wywiązuje się łatwo tradycja, podług której każ-

dy zajmuje swoje miejsce, swoją sytuację, która tworzy pe-
wien obraz, tak że jeżeli się chce, łatwo jest narysować mapę 

tego   terenu.  Tak   właśnie   tworzymy   w domu   Wahlów   wspólny 

obraz. Wieczorem pijemy tak herbatę. Zazwyczaj wtedy ciocia, 

która dotychczas siedziała na sofie, przenosi się do małego sto-
lika do robót, który znowuż opuszcza Kordelia i przesuwa się do 
stołu herbatniego przed kanapą, Edward przenosi się za Korde-
lią, ja idę za ciocią. Edward stara się zatajać, mówi szeptem; a 

robi to tak dobrze, że wkrótce zupełnie milknie, ja zaś nie sta-

ram się zatajać mych wylewnych uczuć przed ciocią; ceny na 
targu, obrachunki, ile litrów mleka trzeba na funt masła, po-
przez medium śmietanki i dialektykę maślanki, to są sprawy, o 
których   nie   powinna   słuchać   rozmów   bezkarnie   żadna   młoda 

dziewczyna, ale, co rzadziej się trafia, jest to solidna i budują-

ca konwersacja, jednakowo pożądana dla głowy, jak dla serca. 
Zazwyczaj odwracam się plecami do herbacianego stolika i do 

marzeń Edwarda i Kordelii — i marzę z ciocią. A czyż natura nie 
jest wielka w swych wytworach, czyż masło nie jest wspania-

łym jej darem, cudownym rezultatem działań przyrody i sztuki? 

Ciocia absolutnie nie może słyszeć słów wymienianych między 
Edwardem i Kordelią, o ile oczywiście oni coś mówią, przyrze-

kłem to Edwardowi i muszę dotrzymać słowa. Przeciwnie, ja do-
kładnie słyszę każde słowo, które pada między nimi, słyszę każ-

de ich poruszenie. To jest dla mnie bardzo ważne, nigdy bo-

wiem   nie   wiadomo,   jak   daleko   może   zajść   w   swej   rozpaczy 
zrozpaczony człowiek. Najprzezorniejszy i najbardziej opano-

wany może czasami popełnić czyn najbardziej beznadziejny. I 
chociaż nie mam najmniejszego zamiaru uczynić coś złego jed-
nemu z tych ludzi, jednak czuję to stale, że Kordelia zdaje so-
bie   bez   przerwy   sprawę  z   mojej   obecności   pomiędzy  nią   a 
Edwardem.

Osobliwy to obrazek, jaki tworzymy tak we czwórkę. Jeżeli 

chcę   sobie   przypomnieć   znane   obrazy,   to   mógłbym   znaleźć 
pewne podobieństwo, o ile o mnie chodzi, z Mefistofelesem, 
ale tutaj zjawia się ta trudność, że Edward niepodobny jest do 

- 51 -

background image

Fausta. Jeślibym  ja sam siebie uważał  za Fausta, to znowuż 

zjawia się ta trudność, że Edward w żadnym razie nie może być 

Mefistofelesem.  Ja znowuż też niepodobny jestem do Mefisto-
felesa, zwłaszcza w oczach Edwarda. On uważa mnie za dobre-

go ducha swej miłości i chyba ma rację, gdyż może być co naj-

mniej pewien, że nikt  staranniej ode mnie nie może czuwać 

nad jego miłością. Obiecałem mu zajmować ciotkę gadaniną i 
spełniam ten zaszczytny obowiązek z całą powagą. Ciotka ginie 
prawie w naszych oczach, przysypana zagadnieniami wiejskiego 
gospodarstwa; włóczymy się po kuchniach i piwnicach, po stry-

chach,   doglądamy   kurcząt,  kaczek,   gęsi   i   tym   podobnie.   To 

wszystko irytuje Kordelię. Nie może pojąć, czego ja właściwie 
chcę. Staję się dla niej zagadką, zagadką, której bynajmniej 
nie  chce rozwiązywać, ale która  ją gniewa, nawet złości. Do-
skonale   zdaje   sobie   sprawę,   że   ciotka   staje   się   śmieszna,   a 

przecież ciotka jest zacną damą i nie zasługuje na drwiny. Ską-

dinąd robię to tak dobrze, że wie ona doskonale, iż byłoby zu-
pełnie niemożliwe zatrzymanie mojej zabawy. Czasem docho-

dzę   do   tego,   że   Kordelia   uśmiecha   się   porozumiewawczo   do 
cioci. To są konieczne wprawki. I wcale nie czynię ich w poro-

zumieniu z Kordelią, zupełnie nie, w takim razie nigdy nie zmu-

siłbym jej do porozumiewawczych uśmiechów. Pozostaję nie-
zmiennie gruntownie poważny; ale ona nie może się nie uśmie-

chać. To jest pierwsza fałszywa nauka: musi się nauczyć uśmie-
chać ironicznie; a zresztą ten uśmiech odnosi się równie dobrze 

do cioci, jak do mnie, bo ona przecież nic nie wie, co ma my-

śleć o mnie. Bo przecież możliwe, że jestem młodzieńcem, co 
się przedwcześnie postarzał, możliwe; co innego też jest możli-

we, coś jeszcze   innego itd. Kiedy się tak uśmiecha do ciotki, 
oburza się na samą siebie, odwracam się, przestaję paplać z 
ciocią   i   całkiem   poważnie   spoglądam   na   nią,   a   wtedy   ona 
uśmiecha się do mnie, śmieje się z całej sytuacji.

Nasz stosunek nie jest miłym i wiernym odbiciem wzajemne-

go zrozumienia, jest odepchnięciem wzajemnego niezrozumie-

nia. Mój stosunek do niej jest właściwie nijaki; jest czysto du-
chowy, co  ostatecznie nie   jest  czymś   nijakim  w stosunku do 
młodej dziewczyny. Moja metoda postępowania jest niezwykle 

- 52 -

background image

wygodna.   Młody   człowiek,   który   się   zachowuje   jak   kawaler, 

wzbudza podejrzenia i wywołuje opory. Unikam podobnych  po-

dejrzeń. Nikt mnie nie pilnuje, przeciwnie, prędzej będzie się 
mnie uważało za człowieka w pełni nadającego się do pilnowa-

nia dziewczyny. Metoda ta ma tylko jedną złą stronę, jest zbyt 

powolna, ale dlatego też i z powodzeniem może być stosowana 

w tych wypadkach, gdy wyprawa warta świeczki.

Cóż za odmładzającą moc ma w sobie dziewczyna, ani świe-

żość poranku, ani powiew wietrzyka, ani wilgoć morza, ani za-

pach wina z tym cudownym zapachem nie da się porównać — 
nic na świecie nie ma tej odmładzającej mocy.

Wkrótce chyba doprowadzę ją do tego, że mnie znienawidzi. 

Przybrałem   całkowicie   postać   bakałarza.   Mówię   wyłącznie   o 

tym,   jak   trzeba   dobrze   się   uplasować,   wygodnie   mieszkać, 
mieć   odpowiedzialną   służbę,   przyjaciół   dobrze   ustabilizowa-

nych, na których się można wesprzeć. Teraz mogę już zanie-
dbać rolnicze zajęcia z ciotką, a wprowadzić ją w te sprawy, 

gdzie więcej pola odsłoni się dla ironii. Można się śmiać z baka-

łarza, nawet trochę z nim sympatyzować, podczas kiedy głupa-
wy   młodzieniec   zraża   dziewczynę   takim   zachowaniem,   które 

tym samym niszczy całe znaczenie jej płci, jej piękności i jej 
poezji.

I tak mijają dni, widuję ją, ale nie rozmawiam, rozmawiam z 

jej ciotką w jej obecności. Czasami tylko w nocy udaje się mej 
miłości wyrwać na swobodę. Wtedy owinięty płaszczem, z ka-

peluszem nasuniętym na oczy przechodzę pod jej oknami. Okna 

jej sypialni wychodzą na podwórze, ale ponieważ jest to dom 
narożny,   można   je   widzieć   od   ulicy.   Czasami   staje   w   oknie, 

czasem je otwiera, spoziera na gwiazdy, nikt jej nie widzi, tyl-
ko ten, chyba ostatni, o którym by pomyślała, że na nią patrzy. 
W te nocne godziny krążę jak duch, jak duch usadawiam się w 
tym miejscu, gdzie jest jej mieszkanie. Wtedy zapominam o 
wszystkim, nie mam planów, na nic nie liczę, odrzucam rozsą-

dek, rozszerzam i umacniam mą pierś głębokimi westchnienia-
mi, ruch, którego zazwyczaj nie używam w moim usystematy-
zowanym życiu. Inni są cnotliwi w dzień, a grzeszą w nocy, a ja 

- 53 -

background image

w dzień udaję, ale w nocy miota mną pożądliwość. Gdybyż ona 

widziała   mnie   tutaj,   gdybyż   mogła   zajrzeć   w   moją   duszę   — 

gdybyż!

Gdyby ta dziewczyna mogła rozumieć sama siebie, musiałaby 

dojść   do   przekonania,   że   jestem   dla   niej   przeznaczony.   Jej 
usposobienie   jest   zbyt   gwałtowne,   zbyt   głęboko   uczuciowe, 
aby mogła ona  znaleźć  szczęście w małżeństwie: to byłoby za 
mało   przypuścić,   iż   padnie   w   ramiona   pierwszego   lepszego 

uwodziciela; jeżeli padnie w moje ramiona, straci cały powab 

zatonięcia  okrętu.  W  stosunku  do   mnie  musi  ona  zu   Grunde 
gehn
, jak mówią bawiąc się słowami filozofowie.

Właściwie mówiąc, gadanina Edwarda nudzi ją. Tak zwykle 

bywa;   jeżeli postawi się tak niskie granice powabom, żąda się 

więcej. Czasami Kordelia podsłuchuje moje rozmowy z ciotką. 
Gdy   to   zauważam,   zjawia   się   na   moim   dalekim   horyzoncie 

błyszczące   światełko   z   całkiem   innego   świata,   ku   zdziwieniu 
zarówno ciotki, jak Kordelii. Ciotka widzi światełko, ale nic nie 

słyszy, Kordelia słyszy głos, ale nic nie widzi. Ale w tej  samej 

chwili wszystko się uspokaja, rozmowa moja z ciotką stąpa da-
lej swym monotonnym krokiem, jak kroki  koni pocztowych w 

nocnej ciszy;  towarzyszy im tęskny śpiew samowara. W takich 
momentach czasami czuje się coś nieprzyjemnego w saloniku, 

szczególnie odczuwa to Kordelia. Nie ma z kim mówić, nie ma 

kogo słuchać. Jeżeli zwróci się do Edwarda, narazi się na nie-
bezpieczeństwo, że on w swym pomieszaniu zrobi jakieś głup-

stwo; jeżeli zwróci się w inną stronę, do ciotki i do mnie, to 
pewność,   która   tu   panuje,   monotonna   jak   uderzenia   młotka 

konwersacja,   wywołuje   zupełnie   sprzeczne   z   niepewnością 
Edwarda najujemniejsze wrażenie. Doskonale pojmuję, iż Kor-
delii może się zdawać, że ciotka jest zaczarowana, tak się po-

rusza i mówi w takt i tempo przeze mnie nadawane. Nie może 
wcale wziąć udziału w tej rozmowie; gdyż jednym ze sposo-
bów, których tu użyłem, aby ją obruszyć, jest to, że pozwalam 
sobie na traktowanie jej stale jak dziecka. Oczywiście z tym, że 
nie pozwalam sobie z tego powodu na najmniejszą swobodę w 
stosunku   do   niej,   o,   zupełnie   nie.   Wiem   wszak   dobrze,   jak 

- 54 -

background image

szkodliwie może to działać, a przecież chodzi mi o to szczegól-

nie, aby jej kobiecość mogła wzrosnąć w górę czysta i piękna. 

Na podstawie  mego czułego stosunku z ciocią mogę ją trakto-
wać jak dziecko, które nie rozumie świata. Dlatego też nie ob-

raża to jej kobiecości, ale niejako neutralizuje; nie może prze-

cież obrażać jej kobiecości to, że się nie zna dokładnie na ce-

nach rynkowych, a przeciwnie, może ją oburzyć, jeżeli się bę-
dzie   to   uważało   za   najważniejszą   sprawę   w   życiu.  A  ciotka 
dzięki   moim   silnym   przekonaniom   raczej   skłania   się   ku   tym 
mniemaniom. Staje się fanatyczką w tych sprawach, co oczywi-

ście zawdzięcza mnie. Jedyną rzeczą, której nie może ciotka u 

mnie pojąć, jest to, że nic nie robię. Toteż wprowadziłem ten 
zwyczaj, że ile razy jest mowa o jakiejś wolnej posadzie,    po-
wiadam: to jest coś dla mnie, a potem omawiam z nią tę posa-
dę   najpoważniej   w   świecie.   Kordelia   zawsze   dostrzega   moją 

ironię, a właśnie tego sobie życzę.

Biedny Edward! Szkoda, że się nie nazywa „biednym Frycem”! 

Ilekroć  pomyślę o nim w moich cichych rozmyślaniach, zaraz 

przypominam  sobie Fryca i jego narzeczoną!

*

 Edward tak samo 

jak i ten jego pierwowzór jest kapralem w milicji obywatel-
skiej. Jeżeli mam być szczery, Edward jest trochę nudnawy. Ni-

gdy nie traktuje sprawy jak należy, zawsze występuje wystrojo-
ny i sztywny. Z przyjaźni do niego,  unter uns gesagt,  chodzę 

jak najbardziej zaniedbany. Biedny Edward! Jedyna rzecz, która 

mnie martwi, to to, iż jest on do mnie tak przywiązany, że już 
prawie nie wie, jak mi ma dziękować. A pozwalać mu na taką 

wdzięczność dla mnie, to jakby trochę za wiele.

Dlaczego nie możecie być całkiem grzeczni? Czy nie macie nic 

innego  do roboty, jak tylko szarpać moją markizę, posyłać mi 
zajączki lusterkiem i grzebać koło sznurków, bawić się drutem 

od dzwonka na trzecie piętro, stukać w okiennice, jednym sło-
wem wszystkimi sposobami     dawać znać o waszej obecności, 
jak gdyby chcąc wywołać mnie do was? Prawda, pogoda piękna, 
ale nie mam ochoty na spacer, zostawcie mnie w domu... Wy, 

*  Chodzi tu o operę Aubera  La Fiancée  z librettem Scribe'a, w której Fryc 

przez swą głupotę i gapiostwo traci swoją narzeczoną. Jednocześnie „Fryc” to 
imię narzeczonego, później męża Reginy, Schlegla (przyp. tłum.)

- 55 -

background image

wesołe, wierne zefiry, wy, uroczy chłopcy, możecie iść sami; 

możecie sami bawić się jak zawsze z dziewczętami. Wiem do-

brze, nikt nie potrafi tak uwodzicielsko jak wy objąć dziewczy-
ny, na próżno stara się od was uwolnić, nie może wywikłać się z 

waszych sieci, a może wcale nawet nie chce tego; wy chłodni i 

wyrachowani, nie zapalacie się... Idźcie waszą drogą, dajcie mi 

pokój... Nie będziecie mieli tej przyjemności, powiadacie, nie 
robicie tego dla siebie... No to dobrze, idę z wami.  Ale  pod 
dwoma warunkami. Po pierwsze: na Kongens Nytorv

*

  mieszka 

młoda dziewczyna, bardzo piękna, która jest na tyle bezwstyd-

na, że mnie nie chce kochać i, co gorsza, kocha kogo innego, i 

zaszło już tak daleko, że spacerują oboje pod rękę ze sobą. O 
pierwszej w południe,  wiem o tym, on ma zgłosić się po nią. 
Obiecacie mi więc, że największe z was łobuzy schowają się 
gdzieś w pobliżu, aż do chwili, kiedy on ukaże się z nią w bra-

mie. W chwili kiedy on będzie chciał zawrócić na Store Kon-

gensgade, cała grupa posunie się naprzód, zdejmie mu jak naj-
grzeczniej kapelusz z głowy i poniesie go równym krokiem na 

odległość najwyżej łokcia przed nim; nie prędzej, gdyż mógłby 
zawrócić do domu. A tak będzie myślał, że złapie kapelusz w 

najbliższej chwili i nie porzuci jej ręki. Tym sposobem popro-

wadzicie   i   ją,   i   jego   przez   całą   Store   Kongensgade,   wzdłuż 
wału

**

  do   Bramy   Północnej,   aż   do   Højbroplads...   Ileż   czasu 

wam zajmie dotarcie aż tam?  Powiedzmy pół godziny. Punkt o 
pół  do drugiej ukażę się na  Östergade. Kiedy wasza grupa do-

prowadzi zakochanych tak do środka placu, zaatakujecie ich z 

całej siły, zerwiecie i jej kapelusz z głowy, potargacie loki, po-
rwiecie jej szal, a podczas tej całej hecy kapelusz jego ma się 

wznosić coraz wyżej triumfalnie w powietrze; jednym słowem 
sprawicie takie zamieszanie, że cała publiczność, nie tylko  ja 
sam, wybuchnie śmiechem, psy zaczną szczekać, a strażak na 
wieży zadzwoni. I tak zrobicie, że jej kapelusz znajdzie się w 
mym ręku, i będę miał szczęście wręczyć jej ten przedmiot. Po 

* Obecnie centralny plac Kopenhagi z Teatrem Królewskim, Hotelem d'Angle-

terre, Magazynem du Nord, Amb. Francuską itd. (przyp. tłum.)

**  Za życia Kierkegaarda Kopenhaga była jeszcze otoczona fortyfikacjami, 

które skasowano w roku jego śmierci. Dziś topografia jest inna (przyp. tłum.)

- 56 -

background image

drugie: grupa, która pójdzie za mną, ma śledzić każde me ski-

nienie, zachowa się jak można najprzyzwoiciej, nie skrzywdzi 

pięknej dziewczyny, nie pozwoli sobie na żadną poufałość, tak 
aby jej dziecięca dusza w tej całej awanturze zachowała swą 

radość, wargi uśmiech, oko spokój, a serce nie doznało stra-

chu.       Jeżeli który z was zachowa się inaczej, niech będzie 

przeklęte jego imię. A teraz naprzód ku życiu i radości, ku mło-
dości i pięknu; pokażcie mi to, co często widziałem i czemu nie 
mogę   się   napatrzeć,  pokażcie   mi  młodą,  piękną   dziewczynę, 
roztaczającą swą urodę przede mną w ten sposób, że staje się 

jeszcze piękniejsza, poddajcie ją takim próbom, aby się z tych 

prób cieszyła! Kieruję się na Bredgade

*

, ale, jak wiecie, mam 

czas tylko do pół do drugiej.

Nadchodzi właśnie dziewczyna, strojna i smukła, a to prze-

cież dziś jest niedziela... Popieśćcie ją trochę, przywiejcie tro-
chę chłodu, prześliznijcie się delikatnymi strumykami po całym 

jej ciele, uściśnijcie ją całą w waszych niewinnych objęciach! 
Przeczuwam delikatny rumieniec policzków, mocniejszą barwę 

warg, falowanie łona... Nieprawdaż, moja dziewczyno, nieopi-

sana to błogosławiona rozkosz wdychać to świeże powietrze? 
Mały kołnierzyk   chwieje się jak  listek. Jaki zdrowy i głęboki 

jest jej oddech. Jej krok staje się wolniejszy, łagodny wietrzyk 
zdaje się ją unosić jak obłok, jak sen... Zadmijcie silniej, moc-

niejszym powiewem!... Ona się kuli; ramiona zaciskają się na 

łonie, które okrywa troskliwiej, aby chłodniejszy powiew był 
bardziej dyskretny, aby pochlebnie a chłodno nie wkradał się 

pod jej lekką sukienkę... Rumieni się zdrowiej, policzki jej sta-
ją   się   pełniejsze,   oko   przejrzystsze,   krok   bardziej   miarowy. 

Każdy   wysiłek   upiększa   człowieka.   Każda   młoda   dziewczyna 
może zakochać się w zefirze, bo żaden mężczyzna nie potrafi 
tak kłócąc się z nią pomnożyć jej urody... Jej ciało skłania się 

lekko naprzód, spogląda na końce bucików... Uważajcie trochę, 
to za mocno, jej postać się rozdyma, traci swą smukłość... Po-
pieśćcie ją trochę!... Nieprawdaż, droga dziewczyno, jakież to 

odświeżające w upale czuć te chłodne prądy? Chce się otwo-

* Bredgade — ulica równoległa do Store Kongensgade (przyp. tłum.)

- 57 -

background image

rzyć swe łono z wdzięczności, z radości bytu... Odwraca się bo-

kiem... Teraz szybko, mocniejszy powiew, abym mógł przeczuć 

piękno   kształtów!...   Jeszcze   trochę   mocniej,   aby   przycisnąć 
draperie sukni do ciała... Teraz za dużo! Postawa staje się nie-

ładna, trudno jej stawiać lekkie kroki... Znowu się odwraca... 

Dmijcie na całego, niech pokaże, co umie!... Wystarczy, to za 

dużo: zgubiła jeden lok... postarajcie się opanować! — A teraz 
zjawia się cały maszerujący pułk:

Die eine ist verliebt gar sehr,
Die andere wäre es gerne.

*

Tak, naprawdę, liche to powołanie życiowe chodzić z przy-

szłym szwagrem pod lewą rękę. Dla dziewczyny to tyle, co dla 
chłopca być zastępcą przepisywacza papierów biurowych. Prze-

pisywacz   może   jednak   awansować;   ma   przyszłość   w   biurze, 

może liczyć na niezwykłe okazje, ale to nie jest los szwagierki, 
ale tak jest, przeciwnie, jej awans nie wlecze się tak powoli — 

kiedy tak leci naprzód i przenosi się górą do innego biura... 
Wiejcie mocniej, chłopcy! Jeżeli ma się punkt oparcia w ręku, 

to można się i przeciwstawić... Centrum atakuje mocno, skrzy-

dła nie nadążają... Opiera się mocno, wiatr go nie poruszy, jest 
za ciężki — ale i za ciężki na to, aby skrzydła uniosły go ponad 

ziemię. Uderza naprzód, aby okazać, że ma mocne ciało; ale 
im bardziej nieruchomieje, tym bardziej męczy się dziewczy-

na... Moje piękne panie, czy mogę służyć dobrą radą? Porzućcie 

przyszłego szwagra i przyszłego męża, spróbujcie iść naprzód 
same, a zobaczycie, o ile to jest przyjemniej... Wiejcie teraz 

łagodniej!... Jak przechodnie pląsają w falach wiatru! Wkrótce 
uszeregują się w taneczny orszak wzdłuż ulicy — czyż może ja-

kaś taneczna muzyka sprawić weselszą ochotę, a przecież wiatr 
nie wyczerpuje, wiatr krzepi... A teraz wionęli w dół ulicy jak 
na pełnych żaglach — czyż jakikolwiek walc może tak porwać 

za sobą dziewczynę, a przecież wiatr nie męczy, wiatr wzmac-

* U Eichendorffa jest: Vor der Stadt:

Der eine ist verliebt gar sehr,

Der andre wär'es gerne.
(Chodzi o dwóch muzykantów) (przyp. tłum.)

- 58 -

background image

nia... A teraz możesz ją odwrócić do męża i szwagra... Nie-

prawdaż, trochę sprzeciwu sprawia   przyjemność  i  walczy  się 

chętnie o posiadanie tego, co się kocha; i ceni się bardziej to, 
o co się walczyło, tak już los sprawia, przychodzi na pomoc 

uczuciu i dlatego mężczyzna ma wiatr po swojej stronie... Czyż 

nie dobrze to urządziłem? Jeżeli się ma wiatr w plecy, łatwo 

można ominąć ukochaną, ale jeżeli się go ma w oczy, walczy 
się   z  nim   rozkosznie,   przebija  się  ku   ukochanej,  a   podmuch 
wiatru czyni cię zdrowszym i bardziej pociągającym, bardziej 
uwodzicielskim, a powiew wiatru chłodzi owoc warg, który na-

leży zauważać, gdyż wtedy jest należycie gorący, jak gorący 

staje się mrożony szampan... Jak się śmieje, jak mówi, a wiatr 
porywa i unosi słowa — czy jest tu co do gadania? — i znowu w 
śmiechu schyla się przed wiatrem i chwyta rękami kapelusz, i 
uważa na kroki... No, dosyć już, żeby nie  dokuczać tym dziew-

czynom, żeby się na nas nie rozgniewały albo nas przestraszyły! 

— Właśnie tak, rezolutnie i mocno, prawa noga przed lewą... 
Jak zuchwale i mocno rozgląda się teraz po świecie... Jeżeli do-

brze widzę, ona także kogoś trzyma pod rękę, także zaręczona! 
Pokaż, dziecino, co ci los położył pod choinkę... Ach, tak! To 

wygląda naprawdę na bardzo solidnego narzeczonego. Ona jest 

chyba w pierwszym okresie narzeczeństwa, kocha go — możli-
we, ale to miłość zbyt obszerna i niedopasowana, luźno powie-

wa naokoło niego; jej płaszcz miłosny może skryć jeszcze dużo 
rzeczy...   Powiej   mocniej,   wietrzyku!...   Jak   się   tak   szybko 

idzie, to nic dziwnego, że wstążki od kapelusza rozwiewają się 

w powietrzu i tak wyglądają jak lotne skrzydełka, pasujące do 
jej miłości, która także płynie za nią jak rusałczany welon. Kie-

dy się w ten sposób spogląda na miłość, to wygląda ona dość 
obszernie,   ale   kiedy   się   w   nią   człowiek   ubiera,   kiedy   welon 
trzeba przerobić na codzienną suknię, to nie zostaje dużo miej-
sca na szerokie westchnienia. — Boże zachowaj! Jeżeli ktoś ma 
dość odwagi, aby uczynić krok decydujący o całym życiu, to 

czyż zabraknie mu siły, aby iść wiatrowi naprzeciw? Któż może 
wątpić? Ja nie; ale bez pośpiechu, moja panienko, bez pośpie-
chu.   Czas   jest   surowym   nauczycielem,   a   wiatr   nie   jest   taki 
zły... Popędź ją trochę! — Gdzież się podziała chusteczka? — O, 

- 59 -

background image

ma ją znowu... ale porwałeś wstążkę od kapelusza... to bardzo 

krępujące, tak, przy narzeczonym. A tu idzie przyjaciółka, któ-

rej trzeba się ukłonić. Przyjaciółka spotyka ją pierwszy raz jako 
narzeczoną; to przecież, aby się pokazać jako zaręczeni, wyszli 

na Bredgade, poza tym dążą ku Langelinie

*

. O ile wiem, istnie-

je taki zwyczaj, że para małżeńska pierwszej niedzieli po ślu-

bie idzie do kościoła, a zaręczeni idą na Langelinie. Narzeczeń-
stwo rzeczywiście ma wiele wspólnego z długimi spacerami... 
Proszę   uważać,   wiatr   dmie   w kapelusz,   trzeba   przytrzymać, 
schylić głowę... Fatalnie się złożyło, nie można było ukłonić się 

przyjaciółce, nie miało się dosyć spokoju, aby skłonić się jej z 

tą wyższością, jaką przybiera narzeczona wobec niezaręczonej 
dziewczyny... Dmijże trochę łagodniej!... Nadchodzą szczęśli-
we dnie... jak ona mocno czepia się ramienia ukochanego, wy-
przedza go na tyle, że może się odwrócić i patrzeć na niego, na 

swoje bogactwo, swoje szczęście, swoją nadzieję, swoją przy-

szłość... O, dziewczyno, przesadzasz... Czyż on nie ma do za-
wdzięczenia mnie i wiatrom, że wygląda tak mocno? A czyż ty 

sama nie zawdzięczasz mnie i łagodnym powiewom tego, że je-
steś ocalona i zapominasz o swoich cierpieniach, że wyglądasz 

tak rada życiu, tak pełna marzeń, tak pełna przeczuć?

Nie chcę ja wcale studenta,
Co książki czyta nocami,

Ale chcę mieć oficera,
Co nosi kapelusz z piórami

**

To widać od razu po tobie, moja dziewczyno, masz coś takiego 

w oku... Na pewno nie zadowolisz się studentem... Ale dlacze-
go akurat oficer? Czyż na przykład kandydat nauk, który wła-

śnie skończył uniwerek, nie potrafiłby tak samo?... Co prawda 
w tej chwili nie mogę ci służyć ani oficerem, ani kandydatem... 
Natomiast mogę służyć chłodzącymi powiewami... No, zadmij 

trochę...   Doskonale,   jedwabny   szal   znowu  otoczył   jej  plecy; 
stąpaj całkiem wolno, policzki ci trochę zbledną, oczy nie będą 

* Spacer nadmorski, esplanada. Dosłownie „Długa linia” (przyp. tłum.)
** Norweska piosenka ludowa (przyp. tłum.)

- 60 -

background image

tak mocno błyszczały... Właśnie tak. Tak, trochę ruchu, zwłasz-

cza przy tak pięknej pogodzie jak dzisiaj, i jeszcze trochę cier-

pliwości,   a  może   znajdziesz   swego   oficera.  To   przecież   para 
wyraźnie przeznaczona dla siebie. Jak trzyma takt idąc, jaka 

pewność siebie w całym wyglądzie, oparta na wzajemnym za-

ufaniu,   jaka  harmonia   praestabilita  we   wszystkich   porusze-

niach, jaka pyszna powaga. Ich pozycje nie są ani łatwe, ani 
pełne gracji, nie tańczą ze sobą, jakąż mają w sobie stałość, 
jaką dojrzałość, co budzi niezawodną nadzieję, co rodzi obo-
pólne zaufanie. Mogę się założyć, że ich dewizą są słowa: życie 

to droga. I uważają, że są przeznaczeni dla kroczenia pod rękę 

razem   przez   radości   i   smutki   życia.   Kroczą   tak   zgodnie,   że 
dama   zapomniała   nawet   o   przywileju   kroczenia   kwadratami 
trotuaru...

Ale, drogie Zefiry, dlaczego wy tak bardzo zajmujecie się tą 

parą? Nie wydaje mi się warta aż takiego zachodu. Czyżbyście 

zauważyły coś specjalnego?... Ale jest pół do drugiej. Trzeba 
ruszyć na Højbroplads.

Nie trzeba myśleć, że można było tak ściśle wyrachować roz-

wój tej duchowej przygody. Widać z niej, jak zdrową naturą 

była Kordelia.   Naprawdę to niezwykła dziewczyna. To prawda, 
jest cicha i skromna, nie wymagająca, ale jest w niej nieuświa-

domione potężne żądanie. Uderzyło to mnie teraz, kiedy ujrza-

łem ją wchodzącą do pokoju z ulicy. Mały sprzeciw, jaki może 
przeciwstawić jej powiew wiatru, budzi w niej wszystkie moce, 

w  niczym  nie naruszając jej równowagi.  Nie jest tą  drobną, 
nieznaczną dziewczyną, co może zniknąć w palcach, tak chrup-

ka, że ogarnia nas strach, iż się złamie pod siłą naszego wzro-
ku; ale też nie jest bynajmniej tak pretensjonalna, jak okazały 
kwiat. Jak lekarz mogę więc z radością konstatować wszystkie 

symptomy tej przygody zdrowia.

Powoli zaczynam mój atak, przybliżając się do niej, przecho-

dząc do działań bardziej bezpośrednich. Jeżeli mam oznaczyć 

tę zmianę na wojennej mapie rodzinnej, to muszę powiedzieć, 
że odwróciłem moje krzesło w ten sposób, że odsłoniłem swój 
profil. Mam z nią większy kontakt, mówię do niej, wywołuję jej 

- 61 -

background image

odpowiedzi. Jej charakter  jest      namiętny, gwałtowny,  a jej 

uwagi, nie będąc ani szalone, ani puste, są wyostrzone na rze-

czy zewnętrzne i wyraźnie skłonne do niezwykłości. Moje iro-
niczne uwagi o złości ludzkiej, moje szyderstwa z ich tchórzo-

stwa, z ich chłodnego lenistwa, fascynują ją. Lubi, prowadząc 

rydwan słoneczny po niebieskim sklepieniu, zbliżać się za bar-

dzo do ziemi i lekko opalać ludzi. A jednak nie dowierza mi; 
gdyż dotychczas zapobiegałem jakiemukolwiek zbliżeniu nawet 
w znaczeniu duchowym. Musi się nauczyć wspierać na sobie sa-
mej, zanim jej pozwolę pochylić się ku mnie. Chwilami musi się 

wydawać, że to ja pragnę uczynić z niej powiernicę moich ma-

sońskich tajemnic, ale to tylko chwilami. Ona sama musi się 
rozwijać; musi poznać siłę napięć ducha, musi widzieć i oceniać 
świat. Jakie czyni postępy, łatwo wykazują mi jej odpowiedzi, 
jej oko również; raz tylko ujrzałem w nim unicestwiającą mnie 

złość. Nie powinna mi  zawdzięczać niczego; powinna być wol-

na, bo tylko w wolności istnieje miłość, tylko w wolności istnie-
je radość i wesele. Nie patrząc na to, że zakładam, iż powodo-

wana koniecznością naturalną skłoni się w moje objęcia, sta-
ram się ze wszystkich sił skłonić ją ku sobie, ale chodzi prze-

cież mi o to, aby nie padła jak bezduszne ciało, ale jako duch 

dążący do drugiego ducha. Chociaż musi być moja, nie może 
być moim ciężarem. Nie może  ciążyć  mi ani w sensie dosłow-

nym, ani w moralnym. Między nami dwojgiem musi istnieć wol-
na gra. Musi stać się tak lekka dla mnie, abym ją mógł nieść na 

ręku.

Kordelia   zajmuje  mnie  chyba  za  bardzo.  Tracę   wobec   niej 

moją równowagę, nie w jej obecności, ale kiedy w ścisłym sło-

wa znaczeniu obcuję z nią, to znaczy kiedy jestem sam. Mogę 
tęsknić do niej, ale nie aby z nią rozmawiać, ale aby tylko wi-
dzieć jej obraz krążący wkoło mnie; idę za nią, kiedy wiem, że 

nie jest w domu, nie po to, aby mnie spostrzegła, ale żebym ja 
ją widział. Tamtego wieczoru wyszliśmy we trójkę od Baxte-
rów; Edward ją prowadził. W największym pośpiechu pożegna-

łem się z nimi i pośpieszyłem na inną ulicę, gdzie czekał na 
mnie mój służący. W jednej chwili przebrałem się i spotkałem 
ją raz jeszcze, o czym ona nie wiedziała. Edward szedł milcząc 

- 62 -

background image

jak   zawsze.   Zakochany   to   ja   jestem,   ale   nie   w   zwyczajnym 

tego słowa znaczeniu, a trzeba być przeto bardzo ostrożnym, 

bo może to mieć niebezpieczne konsekwencje; a kocha się tyl-
ko raz. Ale bóg miłości jest ślepy, jeżeli się jest dosyć spryt-

nym, można go oszukać. Sztuka polega na tym, jakie robi się 

wrażenie, trzeba być z pozoru jak najbardziej „do przyjęcia”, 

a przy tym zdawać sobie sprawę, jakie wrażenie sprawia się na 
dziewczynie i jakie wrażenie każda dziewczyna sprawia na nas. 
W   ten   sposób   można   kochać   się   w   wielu   jednocześnie,   gdyż 
każdą kocha się inaczej. Kochać się w jednej to za mało; ko-

chać wszystkie to lekkomyślność; ale znać siebie dobrze i ko-

chać jak najwięcej, skrywać w swej duszy wszystkie siły miłości 
w ten sposób, że każda z nich dostaje odpowiednią pożywkę, a 
świadomość   ogarnia   całość   —   to   jest   rozkosz,   to   znaczy   żyć 
prawdziwie.

d. 3 lipca

Edward nie powinien się skarżyć na mnie.  W gruncie  rzeczy 

chciałbym,  aby Kordelia zakochała się w nim i żeby przez to 

zraziła się do zwyczajnej, ordynaryjnej miłości i w ten sposób 

przekroczyła   codzienne   granice;  ale   niestety   właśnie   dlatego 
Edward musi być jak najmniej karykaturą, gdyż inaczej nic z 

tego nie wyjdzie. Edward jest zresztą nie tylko dobrą partią w 
mieszczańskim   pojęciu   —   siedemnastoletnia   dziewczyna   nie 

zwraca uwagi na takie rzeczy — ale ma on wiele osobistych za-

let, które pomagam mu okazywać w najkorzystniejszym świe-
tle. Jak modniarka, jak dekorator, stroję go jak najpiękniej, 

stosownie do możliwości domu, czasami nawet ozdabiam go po-
życzonym blaskiem. Kiedy tam chodzimy  obaj, czasem dziwno 
mi jest mu towarzyszyć. Jest tak, jak gdyby był mi bratem czy 
synem, a przecież jest moim przyjacielem, rówieśnikiem, moim 
rywalem. Nigdy nie może stać się dla mnie niebezpieczny. Im 

wyżej  go wzniosę, ponieważ musi upaść, tym jest lepiej, tym 
więcej wzbudzi to w Kordelii niesmaków, tym więcej wzrośnie 
w niej nadziei. Pomagam  mu, jak mogę, ułatwiam mu, robię 

- 63 -

background image

wszystko, co przyjaciel może uczynić dla przyjaciela. Aby mu 

na chłodno udzielić jak najwięcej pomocy, wychodzę ze skóry 

dla niego. Wydaję go za marzyciela. A ponieważ Edward zupeł-
nie jest bezradny, popycham go naprzód.

Kordelia   nienawidzi   mnie   i   boi   się.   Czego   się   boi   młoda 

dziewczyna? Intelektu. Dlaczego? Dlatego że intelekt jest cał-
kowitym zaprzeczeniem jej kobiecej egzystencji. Męska uroda, 
sympatyczna osobowość itd. są dobrymi środkami. Można zdo-

bywać i przy ich pomocy, ale to nigdy nie prowadzi do pełnego 

zwycięstwa. Dlaczego? Gdyż zwycięża się dziewczynę jej wła-
snymi środkami, a w tych środkach jest ona zawsze mocniejsza. 
Tymi środkami można przyprawić dziewczynę o rumieniec, o to, 
że spuści skromnie oczy, ale nigdy przyprawić o niewypowie-

dziany, zafascynowany lęk, który czyni jej piękność interesują-

cą.

Non formosus erat, sed erat facundus Ulixes,

et tamen aequoreas torsit amore deas

*

.

Każdy winien znać swoją siłę. Ale co mnie zawsze oburza, że 

nawet ci, co mają zdolności, kryją się tchórzliwie. Właściwie 
powinno   się   od   razu   dostrzegać   w   dziewczynie   uwiedzionej 

przez kochanka, a raczej przez własną miłość, w czym została 
oszukana.   Wyćwiczony   morderca   zadaje   określony   cios   i   do-

świadczona   policja   zaraz   poznaje   sprawcę,   gdy   tylko   ujrzy 

ranę. Ale gdzież tu wziąć tak doświadczonego uwodziciela, tak 
wprawnego psychologa? Uwieść dziewczynę dla większości ludzi 

znaczy uwieść dziewczynę i punktum, a przecież całe opowia-
danie tkwi w takiej myśli:

Nienawidzi mnie — jako kobieta; boi się mnie — jako mądra 

kobieta; kocha mnie — bowiem ma rozum w głowie. Ja pierw-
szy wywołałem ten zamęt w jej duszy. Moja dusza, mój sprze-
ciw, moje zimne szyderstwo, moja ironia bez serca, wszystko 
to kusi ją, nie do miłości oczywiście; o nie, nie ma w niej ani 
śladu takich uczuć w stosunku do mnie, najmniejszego śladu. 

Chce iść ze mną w zawody. Kusi ją dumna niezależność od lu-

* Owidiusz: Ars amandi II, 123 (przyp. tłum.)

- 64 -

background image

dzi, wolność jak wolność Araba w pustyni. Mój śmiech i moje 

dziwactwa neutralizują wszelkie erotyczne wybuchy. Jest dość 

swobodna ze mną i jeżeli jest tu jakieś skrępowanie, to raczej 
charakteru intelektualnego niż erotycznego. Tak długo nie ujrzy 

we mnie kochanka, jak długo będziemy na stopie zaprzyjaźnio-

nych intelektualistów. Podaje mi rękę, ściska mą dłoń, uśmie-

cha się, okazuje mi serdeczność czysto platoniczną. Kiedy do-
statecznie zmęczyły ją moje ironie i żarty, idę za radą starej 
piosenki: rycerz rozściela swój czerwony płaszcz i prosi piękną 
dziewicę, aby na nim usiadła

*

. Co prawda nie rozścielam mego 

płaszcza na ziemi, aby siedzieć z nią razem na murawie, ale 

aby zniknąć z nią razem w powietrzu, w potoku marzeń. Ale ra-
czej nie pociągnę jej za sobą w górę, siądę tylko oklepem na 
mej myśli, pozdrowię ją ręką, ucałuję jej paluszki, stanę się 
niewidzialnym dla niej, tylko słyszalnym w szepcie skrzydlatych 

słów, stanę się jak Jehowa dotykalny tylko w słowie, ale coraz 

słabiej, gdyż im dłużej mówię, tym wyżej się wznoszę. I wtedy 
ona chce lecieć wraz ze mną tą niebezpieczną drogą marzenia. 

Ale tylko przez chwilę, bo zaraz staję się zimny i oschły.

Są różne rodzaje rumieńca u kobiet. Jest grubiański rumie-

niec koloru cegły. To właśnie jest rodzaj rumieńca, którym po-

wieściopisarze stale  okrywają policzki swych bohaterek.  Jest i 
rumieniec delikatny niby brzask ducha. Bezcenny jest na policz-

kach   dziewczyny.   Przelotny   rumieniec   towarzyszący   jakiejś 

szczęśliwej myśli jest piękny u mężczyzny, piękniejszy u chłop-
ca, czarujący u kobiety. Jest to blask błyskawicy, światło du-

cha.   Jest   najpiękniejszy   u   chłopca,   czarujący   u   dziewczyny, 
gdyż świadczy o jej dziewictwie, jest niespodzianką skromno-

ści. Im starszy się robi człowiek, tym bardziej zanika ten ru-
mieniec.

Czasami czytam  coś głośno dla Kordelii; najczęściej rzeczy 

zupełnie obojętne. Edward musi zazwyczaj trzymać przy tym 
świecę; zwróciłem mu właśnie uwagę, że to doskonały sposób 

* „Stara piosenka” brzmi:

a mnich rozściela swój płaszcz niebieski
i prosi piękną panienkę, aby na nim uklękła (przyp. tłum.)

- 65 -

background image

dojścia do porozumienia z dziewczyną — zacząć pożyczać jej 

książki. Podzielił to moje przekonanie i teraz bardzo przykłada 

się do tej sprawy. Wygrywam oczywiście ja, gdyż ja układam 
wybór książek, stojąc jak gdyby z boku. I tu otwiera mi się sze-

rokie pole do moich obserwacji. Mogę dawać Edwardowi książ-

ki, jakie mi się podobają, gdyż on sam nie zna się na literatu-

rze, mogę go pchać, w jakim chcę kierunku, do zupełnej skraj-
ności. Kiedy się z nią   teraz spotykam wieczorem, biorę niby 
przypadkiem   książkę   do   ręki,   przerzucam   jej   kartki,   czytam 
półgłosem,   zwracam   uwagę   Edwardowi   na   pewne   szczegóły. 

Wczoraj  wieczorem   chciałem  się doświadczalnie  przekonać  o 

sile jej ducha. Podstępnie namówiłem Edwarda, aby jej  poży-
czył   wiersze   Schillera,   tak   abym   niby   to   niechcący   trafił   na 
śpiew Tekli

*

 i przeczytał to jej, albo też ballady Bürgera. Osta-

tecznie wybrałem to drugie, gdyż chociaż ta Lenora jego jest z 

lekka przesadzona, jakże to jest jednak piękna rzecz! Zapropo-

nowałem przeczytanie  Lenory  i przeczytałem ten poemat gło-
śno, z całym patosem, na jaki potrafiłem się zdobyć. Kordelia 

była   poruszona,   przeciągała   igłę   z   taką   energią,   jakby   to   ją 
miał Wilhelm

**

  porwać. Skończyłem, ciotka słuchała dość obo-

jętnie, nie lęka się ani żywych, ani umarłych Wilhelmów, a przy 

tym nie jest bardzo mocna w niemczyźnie, ale poczuła się cał-
kiem w swoim sosie, kiedy jej pokazałem pięknie oprawny eg-

zemplarz   i   zacząłem   z   nią   rozmawiać   o   introligatorstwie. 
Chciałem od razu zniszczyć w Kordelii patetyczne uczucie, w 

tym samym momencie, kiedy się ono narodziło. Lekko się za-

niepokoiła, ale wyraźnie widziałem,  że ta trwoga nie działała 
na nią kusząco, ale przyprawiała ją o dreszcz obcości.

Moje oko dziś spoczęło na niej po raz pierwszy. Powiadają, że 

senność tak obciąża powieki, że zamykają się same; zdaje się, 
że to moje spojrzenie miało podobne działanie. Oko zamyka 

się, a jednak ciemne moce działają pod powieką. Ona nie widzi 
mojego spojrzenia, ale czuje je, czuje je całym ciałem. Oko 

* Śpiew Tekli 

 Schiller, Dwaj Piccolomini, akt III, scena 7. (przyp. tłum.)

** Wilhelm, zmarły kochanek w Lenorze (przyp. tłum.)

- 66 -

background image

zamyka   się   i   oto   jest   noc;   ale   tam   w   środku   jaśnieje   biały 

dzień.

Muszę   się   pozbyć   Edwarda.   Posuwa   się   za   daleko,   każdej 

chwili mogę oczekiwać, że poleci do niej z miłosnym wyzna-

niem. Nikt nie może lepiej wiedzieć o tym ode mnie, który je-
stem jego powiernikiem i starannie podtrzymuję tę jego ekscy-
tację,  która   może   mieć   wpływ   na   Kordelię.  Ale   dopuścić   do 
tego, aby wyznał jej swoją miłość, może być niebezpieczne. 

Wprawdzie wiem dobrze, że dostanie kosza, ale historia się na 

tym nie skończy. Przecież się tym przejmie jak najbardziej. A z 
tego   powodu Kordelia może się wzruszyć i pożałować go. Co 
prawda w tym wypadku nie potrzebuję się bać najgorszych rze-
czy, że może zacząć wszystko od nowa, ale czystość jej dumnej 

duszy   może   ucierpieć   na   skutek   tego   czystego   współczucia. 

Gdyby się tak stało, zawiódłby mnie cały plan z Edwardem.

Mój stosunek do Kordelii przybiera obrót dramatyczny. Musi 

się już coś stać, cokolwiek by to było. Nie mogę zadowalać się 

obserwowaniem mijających chwil, lękam się przepuścić chwilę 

właściwą. Muszę ją zaskoczyć, to konieczne. Ale jeżeli chcę ją 
zaskoczyć, muszę się  znaleźć  na odpowiednim stanowisku. To, 

co jest zazwyczaj zaskakującą niespodzianką, może tak na nią 
nie podziałać. Powinno się ją tak zaskoczyć, aby to, co w tej 

chwili jest powodem zaskoczenia, wydało się jej natychmiast 

najzwyczajniejszą rzeczą. Sukcesywnie  musi się dopiero oka-
zać, że coś niespodzianego zawarte było implicite w tym zda-

rzeniu. Takie jest stałe prawo rzeczy  interesującej i to prawo 
kieruje moimi wszystkimi  działaniami w stosunku do Kordelii. 

Kiedy się umie właściwie zaskoczyć, gra staje się wygrana; na-
leży zawiesić na chwilę energię wiadomej osoby, uczynić dzia-
łanie dla niej niemożliwym, a potem używa się nadzwyczajnych 

środków działania, albo też zupełnie zwyczajnych. Pamiętam z 
pewną pyszną satysfakcją szalony podstęp, którego użyłem wo-
bec pewnej damy z najlepszej rodziny. Na próżno przez pewien 
stracony czas kręciłem się koło niej nie mogąc znaleźć intere-
sującego kontaktu, aż kiedyś w biały dzień spotkałem ją na uli-
cy. Nawet nie byłem pewny, czy ona pamięta mnie, czy wie, że 

- 67 -

background image

mieszkam tu w mieście. Szła sama jedna. Minąłem ją i zawróci-

łem,  tak że znalazłem  się twarzą  w twarz. Zbliżyłem  się  do 

niej, ona szła dalej po trotuarze. W tym momencie spojrzałem 
na nią żałośnie, może nawet miałem łzę w oku. Zdjąłem kape-

lusz. Zatrzymała się. Wzruszonym głosem,  piorunując ją spoj-

rzeniem,  powiedziałem: „Niech  się   pani  nie   gniewa,  łaskawa 

pani,   podobieństwo   pani   rysów   twarzy   do   tej   istoty,   którą 
uwielbiam, a która bawi ode mnie daleko, jest tak uderzające, 
że pani łaskawie daruje moje dziwne zachowanie”. Ona mnie 
wzięła za marzyciela, a młoda dziewczyna lubi trochę wariac-

kie marzenia, gdyż czuje się wyższa ponad to i może się uśmie-

chać  z   wyższością.   I   rzeczywiście   uśmiechnęła   się,   i   w   tym 
uśmiechu   była   zachwycająca.   Z   arystokratyczną   wyższością 
ukłoniła mi  się i uśmiechnęła.  Poszła dalej, a ja szedłem dwa 
kroki przy jej boku. Kilka dni później spotkałem ją znowu, po-

zwoliłem sobie ukłonić się. Ona się zaśmiała... Cierpliwość jest 

znakomitą cnotą, a kto się śmieje ostatni, ten się śmieje najle-
piej. Można było obmyślić różne środki, aby zaskoczyć Kordelię. 

Mogłem spróbować wzniecić erotyczną burzę, która by mogła 
wywołać strumień łez i łkania. Tym sposobem mogłem spróbo-

wać, jeżeli to możliwe, wyrwać ją z gruntu, wyrwać ją z jej hi-

storycznej   ciągłości,  postarać   się   w  tym   poruszeniu   wywołać 
tajnymi  środkami   jej   namiętność.   Było   to   całkiem   możliwe  i 

dałoby się urzeczywistnić. Dziewczynę i jej namiętność można 
by było okazać w całej proporcji. Ale byłoby to niesłuszne este-

tycznie. Nie uznaję zawracania głowy i ten sposób mogę  pole-

cić tylko wtedy, kiedy poetyckiego połysku dziewczyny inaczej 
się nie da osiągnąć. A przy tym w ten sposób traci się dużą 

część właściwej przyjemności, zbyt duże pomieszanie też nie 
jest dobre. Ten sposób na pewno zawiódłby w przypadku Korde-
lii.  W   parę   chwil  straciłbym   to   wszystko,   co   budowałem   tak 
długo,   co  gorsza,  straciłbym  to,  czym   przy  pewnej  dyskrecji 
mógłbym się cieszyć i dłużej, i pełniej. Kordelia nie potrzebuje 

egzaltacji. Może by to zaskoczyło ją w pierwszej chwili, gdy-
bym się do tego wziął, ale wkrótce by się znużyła, właśnie dla-
tego, że to zaskoczenie byłoby zbyt bliskie jej przekornej du-
szy. Najzwyczajniejsze zaręczyny będą najlepszym ze wszyst-

- 68 -

background image

kich sposobów, najbardziej skutecznym. Zapewne dziewczyna 

łatwiej uwierzy swoim uszom, słysząc moje prozaiczne oświad-

czyny, item prośbę o rękę, niżby wierzyła moim krasomówczym 
uniesieniom, upajała się moimi trującymi napojami miłosnymi i 

hamowała bicie serca na myśl o porwaniu.

Sprawa   związania   się   narzeczeńskim   przyrzeczeniem   jest 

sprawą etyczną. Etyka jest tak samo nudziarstwem w wiedzy, 
jak w życiu. Co za różnica z niebem estetyki, która sprawia, że 

wszystko staje się lekkie, piękne, płynne, a kiedy pojawia się 

ta etyka, wszystko staje się twarde, kanciaste, ogarnięte nie-
skończoną nudą. A zaręczyny  w  gruncie rzeczy  nie   posiadają 
podstaw etycznych, tak jak posiada je małżeństwo, zaręczyny 
są tylko ważne  ex consensu gentium.  Ta dwuznaczność może 

być dla mnie bardzo korzystna. Jest coś niecoś elementu etycz-

nego w zaręczynach i Kordelia w swoim czasie może mieć wra-
żenie, że przekracza granice zwyczajności. Ale element etycz-

ny zawiera się w zaręczynach w tak znikomej ilości, że mogę 
się nie obawiać poważniejszych wzruszeń. Zawsze miałem pe-

wien szacunek dla elementów etycznych. Nigdy żadnej dziew-

czynie nie obiecałem małżeństwa, nawet żartami, a jeżeli zło-
żyłbym to przyrzeczenie tutaj, to jedynie całkiem fikcyjnie. Na 

pewno  tak wykręcę, że to ona ze mną zerwie. Obiecywać co-
kolwiek   jest   poniżej   mojej   godności.   Gardzę   tym   sposobem, 

kiedy sędzia obietnicą wolności wymusza zeznania podsądnego. 

Taki sędzia wyrzeka się swej siły i swego talentu. W mojej prak-
tyce doszedłem do punktu, gdzie nie pragnę niczego, co by nie 

było mi dane dobrowolnie w najściślejszym znaczeniu tego sło-
wa. Niech sobie pospolici uwodziciele używają takich metod. 

Co na tym zyskują?  Taki, co nie wie, jak omotać dziewczynę, 
aby straciła  całkiem zmysły i nie dostrzegła nic z tego, czego 
on nie chce, aby widziała, taki, który nie potrafi się wpoetyzo-

wać w całe wnętrze dziewczyny, aby wszystko, czego sobie ży-
czy, wychodziło od niej, taki jest i zostanie fuszerem; nie za-
zdroszczę mu jego przyjemności. Fuszerem jest i zostaje taki 

facet, uwodzicielem, czym w żadnym wypadku nie można na-
zwać   mnie.   Ja   jestem   estetą,   miłośnikiem,   który   zrozumiał 
istotę    miłości i wszystko na miłość postawił, który wierzy w 

- 69 -

background image

miłość i zna ją z gruntu i który dla siebie zostawia swe prywat-

ne mniemanie, że każda przygoda miłosna może trwać najwy-

żej pół roku, i że każda historia miłosna kończy się z chwilą, 
kiedy się wyczerpało ostatnie rozkosze. To wszystko wiem do-

brze, a jeszcze wiem prócz tego, że najwyższą rozkoszą, jaką 

można pomyśleć, jest być kochanym, być kochanym ma war-

tość najwyższą na świecie. Wpoetyzować się w dziewczęcą mi-
łość to sztuka prawdziwa, wypoetyzować z jej ramion szczyty 
mistrzostwa.  Ale   ta   druga   sprawa   w   swej   istocie   zależy   od 
pierwszej.

Można jeszcze inaczej. Mogę zrobić wszystko po temu, aby 

zaręczyła   się   z   Edwardem.  A  ja   zostanę   przyjacielem   domu. 
Edward   będzie   mi   wierzył   bezwzględnie,   przecież   to   ja   sam 

zbudowałem, można powiedzieć, jego szczęście. Takim sposo-

bem byłbym bardziej ukryty. Ach, to do niczego. Nie może za-
ręczyć się z Edwardem, to by ją w ten czy inny sposób przecież 

pomniejszyło. A do tego stosunek mój do niej stanie się bar-
dziej pikantny niż interesujący. Nieskończony prozaizm narze-

czeństwa jest właśnie odskocznią dla rzeczy interesujących.

Wszystko   staje   się   bardziej   znaczące   w   domu   cioci   Wahl. 

Wczas się zauważa, że ukryte życie kłębi się pod codziennymi 
formami i że wkrótce objawi się to w odpowiednich oznakach. 

Dom cioci Wahl zmierza ku zaręczynom. Ten, kto obserwował 

to z zewnątrz, może myśli, że będzie para z cioci i ze mnie. Ja-
kież korzyści dla pomnożenia wiedzy rolniczej w przyszłości z 

takiego mariażu! Stałbym się wujaszkiem Kordelii. Jestem za 
wolnością myśli i żaden pomysł nie jest dostatecznie absurdal-

ny,  abym go z góry odrzucił. Kordelia lęka się wyznania miło-
snego ze strony Edwarda. Edward ma nadzieję, że to wyznanie 
rozwiąże  wszystko. Może być tego pewny. A tymczasem, aby 

zaoszczędzić mu przykrości, których by doznał na skutek takie-
go   kroku,   postaram   się  go   uprzedzić.   Mam   nadzieję  wkrótce 
pozbyć się go, stoi mi rzeczywiście na drodze. Odczułem to do-
tkliwie właśnie dzisiaj. Ale wygląda tak sennie, taki rozmarzo-
ny, że można się obawiać, iż obudzi się nagle jak lunatyk i wy-
zna swe uczucia wobec wszystkich, czym ostatecznie zrazi so-

- 70 -

background image

bie Kordelię. Spojrzałem na niego dzisiaj parę razy przenikli-

wie. Jak słoń, który coś odrzuca swoim kłem, tak go odepchną-

łem oczyma, jak był długi, i odrzuciłem go precz. Co prawda 
siedział jak przedtem, ale mam wrażenie, że odczuł mój gest 

całym ciałem.

Kordelia już nie jest taka pewna siebie, jak przedtem. Zbli-

żała się przedtem do mnie po kobiecemu pewna, teraz się nie-
co waha. Tymczasem nie ma to wielkiego znaczenia i bez trud-

ności sprowadziłbym wszystko do dawnych miar. Ale mi się nie 

chce. Jeszcze jedno doświadczenie i zaręczyny! Nie może tu 
być żadnych trudności. Kordelia powie zaskoczona „tak”, a cio-
cia serdeczne „amen”! Będzie szalała z radości z powodu takie-
go wykształconego zięcia rolnika. Zięcia! Jak wszystko się wią-

że, jak snopki, skoro się tylko wejdzie na to terytorium. Wła-

ściwie nie będę jej zięciem, tylko neveu, siostrzeńcem tylko, a 
właściwie volente deo ani jednym, ani drugim.

dnia 23

Dziś  zebrałem   owoce   wiadomości,   którą  rozprzestrzeniłem, 

że jestem zakochany w młodej pannie. Przy pomocy Edwarda 
doszło to i do uszu Kordelii. Jest ciekawa, spogląda uważnie, 

ale nie odważyła się jeszcze zapytać; a w gruncie rzeczy wia-
domość ta dla niej jest nieważna, gdyż po pierwsze wydaje się 

jej nieprawdopodobna, a po drugie ujrzy w niej antecedencję 

dla siebie samej, gdyż jeżeli taki zimny, drwiący jak ja, może 
być zakochany, to może być zakochana i ona, nie potrzebując 

się wstydzić. Dziś wprowadziłem sprawę na właściwy tor. Zdaje 
się, że potrafię opowiedzieć historię tak, aby nie stracić poin-
ty,  item,  aby   nie   ukazać   jej   przedwcześnie.   Lubię   trzymać 
mego słuchacza w zawieszeniu, opowiadając drobne szczegóły 
epizodycznej natury przekonać się, jakiego wyniku słuchacz so-

bie życzy, i oszukać go w końcu, to prawdziwa przyjemność; 
używać   wyrazów  dwuznacznych,   tak   aby   słuchacz   spodziewał 
się jednego i nagle dostrzegł, że te słowa mogły znaczyć co in-
nego, na tym polega moja sztuka. Jeżeli się pragnie nastawić 

- 71 -

background image

uwagę słuchacza w pewnym kierunku, zawsze trzeba wygłosić 

mowę. W rozmowie może osobnik, o którego chodzi, łatwiej 

wyśliznąć   się   z   rąk,   może   przy   pomocy   pytań   i   odpowiedzi 
snadniej ukryć wrażenie, jakie czynią na nim pewne słowa. Z 

napuszoną   powagą   rozpocząłem   moją   mowę   do   cioci:   „Czy 

mam tę pogłoskę przypisać łaskawości mych przyjaciół, czy też 

złości moich wrogów, a któż z nas może twierdzić, że nie ma 
ani jednych, ani drugich?” Tu ciocia uczyniła uwagę, którą sta-
rałem się podtrzymać ze wszystkich sił, aby podtrzymać uwagę 
Kordelii, która się przysłuchiwała rozmowie, uwagę, która mo-

gła osłabnąć, bo przecież rozmawiałem tylko z ciocią, a nastrój 

mój był uroczysty. Ciągnąłem: „Czy też mam przypisać to przy-
padkowi, tego słuchu  generatio equivoca  (tego słowa Kordelia 
oczywiście nie rozumiała, co  ją przyprawiło  o konfuzję,  tym 
bardziej że specjalnie zaakcentowałem patetycznie te wyrazy, 

spoglądając   porozumiewawczo   na   ciotkę,   tak   jakby   na   tym 

punkcie polegało wszystko), a ja, który przyzwyczaiłem się żyć 
w skrytości, stałem się tematem obmowy, kiedy poczęto twier-

dzić, że jestem zaręczony”. Kordelia widocznie pragnęła moje-
go tłumaczenia, więc ciągnąłem: „Moi przyjaciele, którzy za-

pewne uważają, że to wielkie szczęście być zakochanym (Kor-

delia poruszyła się), moi wrogowie, którzy uważają na pewno 
za rzecz bardzo śmieszną owo szczęście (poruszenie w przeciw-

nym kierunku), albo przypadkowi, gdyż nie ma najmniejszego 
powodu do powstania tej plotki, albo narodzenie tej plotki z 

generatio equivoca,  czyli że cała heca musiała się urodzić w 

pustej głowie w bezmyślnej rozmowie z samą sobą”. Oczywi-
ście ciocia z całą babską ciekawością chciała bardzo wiedzieć, 

jaką to kobietę przeznacza mi owa plotka. Ale żadne pytanie w 
tym kierunku nie padło. Cała ta rzecz jednak zrobiła duże wra-
żenie na Kordelii, wydaje mi się nawet, że akcje Edwarda pod-
niosły się o parę punktów.

Zbliża się moment decydujący. Mogę się zwrócić do ciotki, li-

stownie poprosić o rękę siostrzenicy. Jest to ogólnie przyjęty 

sposób w sprawach sercowych, tak jak gdyby sercu łatwiej było 
pisać niż mówić. Właściwie zdecydowałem się na tę drogę dla-
tego, że była tak bardzo filisterska. Gdy ją wybiorę, pozbawię 

- 72 -

background image

się istotnego elementu niespodzianki, a na to nie chcę się zgo-

dzić. Gdybym miał przyjaciela, może by mi powiedział: „Czyś 

rozważył dobrze, że krok, który uczynisz, jest krokiem decydu-
jącym na całe twe życie i że od niego zależy także szczęście in-

nej istoty?” To są właśnie korzyści płynące z faktu posiadania 

przyjaciela. Ale ja nie mam przyjaciela; czy to jest korzystne, 

nie wiem, ale uważam, że jest absolutnie korzystne istnienie 
bez rad przyjaciela. A zresztą przemyślałem tę całą sprawę w 
jak najściślejszym znaczeniu tego słowa.

Z mojej więc strony nie ma żadnych przeszkód do zaręczyn. A 

zatem chodzę wolny, co winno być widoczne po mnie. Wkrótce 
moja skromna osoba musi być ukazana z wyższego punktu wi-
dzenia. Przestaję być osobą, a staję się partią. Ciocia powie: 

to dobra partia. A właśnie co mnie najbardziej krępuje, to ciot-

ka; gdyż kocha mnie ona tak czystą rolniczą miłością, że uważa 
mnie przecie prawie za swój ideał.

Dotychczas   w   życiu   wielokrotnie   wyznawałem   miłość,   ale 

całe moje doświadczenie nic mi tu nie pomoże; te oświadczyny 

są zupełnie innego  rodzaju. Przede wszystkim muszę uświado-
mić samemu sobie  to, że cała ta historia jest tylko fikcyjną 

grą. Zrobiłem całą serię próbnych ćwiczeń, aby przekonać się, 
w jakim kierunku należy postępować. Uczynić tę chwilę chwilą 

miłosną byłoby może hazardowne, gdyż łatwo mogłoby uprze-

dzić wypadki, które mogą zajść później i dopełniać się stopnio-
wo;   niebezpieczne   też   jest   uczynić   ten   moment   poważnym; 

taka chwila dla dziewczyny może mieć tak wielkie znaczenie, 
że cała dusza może się w niej skoncentrować jak u umierające-

go w momencie ostatniej woli; zrobić to serdecznie, komicz-
nie, nie będzie harmonizować z moją maską, której używałem 
dotychczas; ani z tą nową maską, którą miałem  zamiar nałożyć 

i używać odtąd; zrobić to dowcipnie, ironicznie — za wielkie ry-
zyko.   Gdyby   chodziło   jak   u   zwyczajnych   ludzi   w   podobnych 
okazjach o wywołanie malutkiego słówka „tak”, to byłoby to 
proste jak zamknięcie klamki. Dla mnie była to sprawa poważ-
na,   ale   nie   ostateczna;   gdyż   chociaż   upatrzyłem   sobie   tę 
dziewczynę, skupiłem na niej całą mą uwagę, wszystkie moje 

- 73 -

background image

zainteresowania, istniały jednak warunki, w których nie chciał-

bym posłyszeć tego „tak”. Nie pragnąłem posiąść tej dziewczy-

ny w zewnętrznym znaczeniu tego słowa, ale wyzyskać ją arty-
stycznie.  Dlatego też i początek winien był być możliwie arty-

styczny. Początek musi być wieloznaczny jak najbardziej i moż-

liwy do wszelkich interpretacji. Jeżeli ujrzy we mnie od razu 

oszukańca, to omyli się co do mnie, bo przecież w gruncie rze-
czy nie jestem oszukańcem; jeżeli ujrzy we mnie wiernego ko-
chanka, to omyli się również. Chodzi o to, aby w tej chwili była 
jak najmniej zdeterminowana. Dusza dziewczyny w takich mo-

mentach, jak dusza konającego, staje się prorocza. Temu trze-

ba zapobiec. Miła moja Kordelio! Obieram cię z pięknych  rze-
czy, ale inaczej być nie może i postaram ci się to wynagrodzić 
wszystkim, co tylko jest w mej mocy. Całemu zdarzeniu muszę 
nadać charakter możliwie niepozorny, tak aby ona, dając swą 

zgodę, nie mogła w najmniejszym stopniu podejrzewać, co się 

zawiera w tej sprawie. Te właśnie nieogarnięte możliwości za-
ostrzają ciekawość. Jeżeliby ona mogła przewidzieć cokolwiek, 

znaczyłoby to, że się gorzko omyliłem i cała sprawa traci swe 
znaczenie. Żeby powiedziała „tak” dlatego, że mnie kocha, to 

nie   do   pomyślenia;   przecież   ona   mnie   wcale   nie   kocha.   Dla 

mnie najlepiej przemienić zaręczyny z aktu w zdarzenie, z cze-
goś, co ona popełnia, w coś, co jej się zdarza, o czym mogłaby 

powiedzieć: Bóg tylko wie, skąd to na mnie przyszło!

dnia 31

Dziś pisałem list miłosny dla trzeciej osoby. Zawsze mnie to 

bardzo cieszy. Po pierwsze, to zawsze jest takie interesujące 
tak na żywo wchodzić w cudzą sytuację, ale zupełnie z wszyst-
kimi   wygodami.   Nabijam   długo   fajkę,   słucham   opowiadania, 
pokazują mi listy tamtej osoby. Zawsze to dla mnie ważne do-
świadczenie,   uczę   się,   jak   pisują   dziewczyny.   A   on   siedzi 

przede mną zakochany jak szczur, czyta głośno listy dziewuchy, 
które   mu   przerywam   lakonicznymi   uwagami:   dobrze   pisze; 
albo:   ma   sporo   uczucia,   dużo   smaku,   przezorna   szelma,   na 

- 74 -

background image

pewno to nie pierwszy raz się kocha itd. A zresztą jest to dobry 

uczynek z mej strony. Pomagam połączyć się młodej parze; je-

stem kwita. Za każdą szczęśliwą parę pobieram jedną ofiarę; 
czynię dwoje szczęśliwych, a najwyżej jedną istotę nieszczęśli-

wą. Jestem uczciwy i słowny. Nigdy nikogo nie zawiodłem, kto 

mi zawierzył. Trochę to pociąga za sobą żartów — ale to prze-

cie są miłosne igraszki. A dlaczego mi tak wszyscy wierzą? Że 
znam trochę łaciny, że studiuję na uniwerku i że zawsze cho-
wam dla siebie moje małe historyjki. A czyż nie zasługuję na to 
zaufanie? Nigdy go przecie nie nadużywam.

2 sierp.

Chwila   nadeszła.   Spostrzegłem   ciocię   z   daleka   na   ulicy,   a 

więc wiedziałem, że nie ma jej w domu. Edward był na komo-

rze   celnej.   Tym   sposobem   prawdopodobnie   Kordelia   była   w 

domu sama. Rzeczywiście tak było. Siedziała przy stoliku do ro-
bót, zajęta pracą. Bardzo rzadko składałem tu wizytę przed po-

łudniem,   dlatego   też   Kordelia   widocznie   zaniepokoiła  się  uj-
rzawszy mnie. Sytuacja stała się zbyt wzruszająca. Zresztą nie 

z  jej   powodu,   gdyż   opanowała   się   dość   łatwo;   ale   trochę 

z mego   powodu,   gdyż   mimo   mojego   opanowania,   robiła   na 
mnie niezwykle mocne wrażenie. Jakaż była urocza w prostej, 

białej   w   niebieskie   paski,   perkalowej   domowej   sukience,   ze 
świeżo zerwaną różą przypiętą do stanika  — świeżo zerwaną 

różą, no, ona sama była jak świeżo zerwany kwiat, tak świeża 

była, tak nowo przybyła; a kto wie, gdzie młode dziewczęta 
spędzają noce, chyba w krainie marzeń, ale co rano wracają 

stamtąd na ziemię i dlatego są tak młodzieńczo świeże. Wyglą-
dała tak młodo, a jednocześnie tak dojrzale, jak gdyby Natura 
jak bogata i można matka dopiero co wypuściła ją ze swej dło-
ni. Stawałem się jakby świadkiem tego pożegnania, widziałem, 
jak kochająca matka jeszcze raz na pożegnanie obejmowała ją 

czule, i słyszałem, jak mówiła: „Idź teraz w świat, moje dziec-
ko, zrobiłam wszystko dla ciebie, przyjmij tylko ten pocałunek 
jak   pieczęć   na   twych   wargach,   to   jest   pieczęć,   która   broni 

- 75 -

background image

przystępu   do świętości,  nikomu nie wolno  jej złamać wbrew 

twojej woli, ale gdy nadejdzie prawdziwy wybrany, poznasz go 

sama”. I złożyła pocałunek na jej wargach, pocałunek, nie jak 
pocałunek   ludzki,   który   zabiera,   ale   pocałunek   boski,   który 

daje wszystko, który daje moc dziewiczym pocałunkom. Zadzi-

wiająca Naturo, jak jesteś głęboka i zagadkowa, dopisz czło-

wiekowi słowa, a dziewczęcemu pocałunkowi wymowność! Po-
całunek ten drżał na jej wargach, pożegnanie na czole, a rado-
sne powitanie w oku, i dlatego wyglądała tak po domowemu, 
bo   była   przecie   dzieckiem   w   swoim   domu,   a   taka   obca,   bo 

przecie świat był dla niej czymś nieznanym, tylko znała tę miłą 

matkę, która niewidoczna czuwała nad nią.  Kordelia była na-
prawdę prześliczna, świeża jak dziecko,  ale jaśniejąca dziewi-
czą godnością, która narzuca szacunek. Ale po chwili byłem już 
znowu beznamiętny i głupio uroczysty, jak potrzeba, kiedy się 

chce zrobić, żeby coś bardzo ważnego stało się w sposób nie 

mający żadnego znaczenia. Po kilku obojętnych uwagach przy-
sunąłem się do niej trochę bliżej i wyłożyłem moje oświadcze-

nie. Człowiek gadający jak z książki jest bardzo nudny do słu-
chania, ale czasem taki sposób mówienia jest konieczny. Księga 

bowiem ma to do siebie, że można ją wykładać, jak się chce. 

Tej właściwości nabiera także mowa, gdy się mówi jak z książ-
ki. Trzymałem się ściśle ogólnikowych formułek. Była zaskoczo-

na, jak się tego spodziewałem, to rzecz zrozumiała. Dość trud-
no jest opisać, jak wyglądała. Zmieniała się co chwila, trochę 

jak nie ogłoszone jeszcze, ale zapowiedziane przypisy do mojej 

książki,   przypisy  zawierające   możliwość   najrozmaitszego   tłu-
maczenia.   Jeszcze   słowo,   a uśmiechnie   się   do   mnie,   jeszcze 

słowo, a wzruszy się, jeszcze słowo, a ucieknie ode mnie; ale 
żadne takie słowo nie zerwało się z moich warg, byłem w dal-
szym ciągu głupio-uroczysty i nudziłem ją ściśle podług    rytu-
ału. „Tak krótko pana znam”. Boże drogi, takie trudności wyni-
kają   tylko   na   ciemnych   drogach   narzeczeństwa,   ale   nie   na 

kwietnych ścieżkach miłości.

Ale zadziwiające: kiedy w dniach poprzedzających gotowałem 

sprawę, byłem pewien zupełnie i całkiem przekonany, że ona w 
chwili zaskoczenia powie „tak”. A tu się widzi, co są warte ta-

- 76 -

background image

kie przygotowania, i co z tego, kiedy ona nie powiedziała ani 

„tak”, ani „nie”; skierowała mnie do ciotki. Powinienem był to 

przewidzieć. Jestem szczęściarz, dalibóg; gdyż ten rezultat był 
pomyślniejszy.

Ciocia wyrazi zgodę, co do tego nigdy nie miałem najmniej-

szej wątpliwości. Kordelia posłucha jej rady. Co się tyczy moich 
zaręczyn, nie muszę wmawiać w siebie, że to jest sprawa po-
etycka,  bo  jest   to   w   najwyższym   stopniu  filisterskie  i   mało-

mieszczańskie. Dziewczyna nie wie, czy ma powiedzieć „tak” 

czy „nie”; ciocia powie „tak”, dziewczyna także „tak”, weźmie 
mnie — no i tu zaczyna się dopiero historia.

dn. 3.

No i jestem zaręczony; oczywiście Kordelia także, i to jest 

właściwie   wszystko,   co   ona   wie   o   tej   sprawie.   Gdyby   miała 
przyjaciółkę, którą by chciała dokładnie zaznajomić ze wszyst-

kim, to by powiedziała: „Co to wszystko znaczy, tego rzeczywi-
ście nie rozumiem. Jest coś w nim, co mnie ku niemu pociąga, 

ale co to jest, nie mogę pojąć dostatecznie, ma on szczególną 

władzę nade mną, ale kochać? Wcale go nie kocham, i może ni-
gdy nie pokocham, przeciwnie, chętnie bym mieszkała z nim 

i dlatego będę z nim bardzo szczęśliwa; bo wcale nie jest wy-
magający,   byle   tylko   znosić  cierpliwie   jego   obecność!”   Moja 

droga   Kordelio!   Może  zażąda   on   czegoś   więcej,   a   w   zamian 

mniej cierpliwości. Ze wszystkich śmiesznych rzeczy zaręczyny 
są  najzabawniejsze. Małżeństwo ma jednak  jakiś sens, chociaż 

ten   sens   jest   mi   niewygodny.   Narzeczeństwo   jest   to   czysto 
ludzki wynalazek i nie czyni wcale zaszczytu swemu wynalazcy. 
Ani to jedno, ani drugie, a ma się tak do miłości jak pasek, któ-
ry nosi uniwersytecki pedel do profesorskiej togi. Należę więc 
do tego zacnego towarzystwa. Nie ma to żadnego znaczenia: 

bo   jest   właśnie   tak,   jak  Trop

*

  powiada,   trzeba   być   samemu 

*  Trop   to   szczekacz   karnawałowy   w   komedii   Heiberga  Krytyk   i   zwierzę 

(przyp. tłum.)

- 77 -

background image

sztukmistrzem, aby innych sztukmistrzów sądzić. A czyż narze-

czony nie jest sztukmistrzem z jarmarku?

Edward nie posiada się z wściekłości. Nie goli brody, odwiesił 

czarny frak, to wiele znaczy. Domaga się rozmowy z Kordelią, 

chce jej opowiedzieć o mojej przewrotności. To będzie wzru-
szająca   scena:   nie   ogolony   Edward,   w   stroju   niedbałym, 
wstrząsający   wielkim   głosem.   Ale   mnie   on nie   wykłuje   swą 
trzydniową brodą. Na próżno staram się przemówić mu do roz-

sądku,   wyjaśniam   mu,   że   to   ciocia   doprowadziła   do   takiego 

stanu rzeczy, że może jeszcze Kordelia czuje coś w sercu do 
niego, a ja wtedy się wycofam, jeżeli może jeszcze ją zdobyć. 
Przez chwilę waha się, a może ostrzyc brodę nowym sposobem, 
a może zamówić nowy czarny frak, a po chwili złorzeczy mi. 

Wysilam   się,   aby   utrzymać   wszystko  na przyjacielskiej  z  nim 

stopie. A mimo że wścieka się na mnie, jestem przekonany, nie 
uczyni ani kroku nie naradziwszy się ze mną; nie zapomina, co 

to była za gratka mieć mnie za mentora. A dlaczego mam nisz-
czyć ostatnie jego nadzieje, dlaczego mam z nim zerwać? To 

jest dobre człowieczysko, a kto wie, co może się stać z cza-

sem.

Co mi teraz zostaje do roboty, to z jednej strony przygoto-

wać to wszystko, aby zerwać zaręczyny, a tym samym zapewnić 

sobie   piękniejszy   i   bardziej   znamienny   układ   moich   spraw   z 

Kordelią; z drugiej strony zużyć jak najlepiej czas, aby ucie-
szyć się całym urokiem, całym czarem, jakim natura tak obficie 

ją obdarzyła, nacieszyć się do woli, ale ograniczenie i z wielką 
uwagą, aby nic nie przesadzić. Kiedy już doprowadzę do tego, 

że się nauczy, co znaczy kochać, co znaczy kochać mnie, zarę-
czyny pękną jak niedoskonała forma, a ona będzie należała do 
mnie. To właśnie jest punkt,  kiedy jedni zaręczają się mając 

najlepsze perspektywy  nudnego mariażu na całą wieczność. A 
inni robią to inaczej.

Jeszcze stare  in statu quo;  żaden narzeczony nie może być 

szczęśliwszy ode mnie; żaden nędzarz, który znalazł sztukę zło-
ta, nie może być radośniejszy ode mnie. Jestem upojony my-
ślą, że ona znajduje się w mej mocy. Czysta, niewinna kobie-

- 78 -

background image

cość, przejrzysta jak woda morska i jak woda morska głęboka, 

nie mająca pojęcia o miłości! Teraz dopiero się nauczy, jaką 

siłą jest miłość. Jak córa królewska, podniesiona z pyłu na tron 
przodków, tak  będzie posadzona na królestwie, które się   jej 

należy. I to się ma stać przeze mnie; i ucząc się kochać, nauczy 

się kochać mnie; w miarę jak będzie rozwijała reguły dotrze 

wreszcie do szczytu i tym szczytem będę ja. I kiedy w miłości 
poczuje całą wagę swej istoty, będzie zwracała się ku mnie; a 
kiedy domyśli się, że wszystkiego nauczyła się ode mnie, poko-
cha mnie w dwójnasób. Myśl o mej radości opanowuje mnie w 

tym stopniu, że prawie odchodzę od przytomności.

Dusza jej nie jest rozproszona czy też osłabiona przez nie-

określone odruchy miłości, coś, co sprawia, że niektóre młode 

dziewczyny nigdy nie kochają, to znaczy nie kochają w sposób 

określony, energiczny, totalny. Mają także w swej świadomości 
nieokreślony mglisty obraz, który staje się ideałem, do którego 

przymierza się odnośny przedmiot. Z takich półśrodków może 
powstać coś, co pomaga przetrzeć sobie chrześcijańskie przez 

świat drogi. Ale gdy miłość zrodzi się w duszy Kordelii, przeczu-

wam, wybłyśnie z niej przez wszystkie głosy miłości. Przekonu-
ję się, jak się ukształtowały one w niej, i zastosuję się w podo-

bieństwie do nich, a ponieważ jestem teraz bezpośrednio za-
plątany w całą tę sprawę i czuję, jak miłość przepełnia jej ser-

ce, wychodzę na zewnątrz na spotkanie jej uczuć, aby doznała 

jak najmniej rozczarowań. Dziewczyna kocha przecie tylko raz.

A  więc   posiadam   prawie   Kordelię,   przychylność   i   błogosła-

wieństwo jej ciotki, powinszowania przyjaciół i krewnych, to 

wystarczy. Tym samym minęły trudy bojowe, zaczyna się błogo-
sławieństwo   pokoju.   Co   za   głupota!   Tak   jak   gdyby   błogosła-
wieństwo   ciotki   i   powinszowania   przyjaciół   mogły   pogłębić 

moje posiadanie Kordelii, tak jak gdyby miłość znała taką róż-
nicę między wojną a pokojem, a nie wypowiadała sama walki, 
w niej się wyrażała i nie czyniła wielkich różnic w wyborze orę-
ża. Różnica polega tylko na tym, czy walczy cominus czy emi-

- 79 -

background image

nus

*

. Im goręcej w sporze miłosnym jest walki na dystans, tym 

staje się to smutniejsze, gdyż zmierzenie się ręka w rękę jest 

niezwykle ważne. Takim „ręka w rękę” jest uścisk dłoni, do-
tknięcie stopy, co, jak wiadomo, zaleca sam Owidiusz, a prze-

ciw czemu zazdrość się wścieka — nie mówiąc już o pocałunku 

lub uścisku. Ten, kto walczy na odległość, może się oprzeć tyl-

ko na spojrzeniu; a jednak może on, jeśli posiada jak wirtuoz 
sztukę władania tym orężem, osiągnąć prawie te same rezulta-
ty. Może spojrzeć  na dziewczynę z taką kapryśną czułością, co 
działa, jak gdyby jej dotknął;  może ją objąć spojrzeniem tak 

mocno jak ramieniem. Ale stanie się błędem, a nawet nieszczę-

ściem, gdy za długo będzie się walczyć „na odległość”; gdyż 
taka walka jest tylko podobieństwem, nie samą rozkoszą. Kiedy 
się walczy ręka w rękę, wszystko dopiero wtedy nabiera praw-
dziwego znaczenia. A jeżeli nie ma walki, to nie ma i miłości. Ja 

chyba nigdy nie walczyłem „na odległość” i dlatego nie na koń-

cu,   ale   na   początku   wydobywam   mój   oręż.   Posiadam   ją,   to 
prawda, ale tylko w prawnym i małomieszczańskim znaczeniu; 

sam jednak z tego nic nie mam, a wyobrażenia moje sięgają o 
wiele dalej.

Jest moją narzeczoną, to prawda, ale jeżeli chcę z tego wy-

ciągnąć wniosek, że ona mnie kocha, oszukam się srodze, bo 
ona nikogo nie kocha. Posiadam ją prawnie, ale nie posiadam 

jej w ogóle, równie dobrze jak mogę posiadać dziewczynę, nie 

posiadając do niej żadnego prawa.

* Owidiusz: Amores, I, 4, 16 i 44 (cominus — walka wręcz, eminus — walka 

na dystans) (przyp. tłum.)

- 80 -

background image

Auf heimlich erröthender Wange

Leuchtet des Herzens Glühen

(Na rumieniejącym się tajnie policzku

Odbija się serca płomień)

Siedzi na kanapie przy stoliku do herbaty, ja na krześle obok 

niej.  Ta   pozycja   ma   w   sobie   poufność,   a   jednak   towarzyską 
sztywność, która nas oddala. Sytuacja taka bardzo dużo mówi 

komuś, kto umie dostrzegać. Miłość ma wiele sytuacji, to jest 

ta pierwsza. Jakże po królewsku wyposażyła natura tę dziew-
czynę; jej czyste, miękkie kształty, jej kobieca  niewinność, jej 
jasne oczy — wszystko to upaja mnie. Przywitałem się z nią. 
Radośnie odpowiedziała mi jak zwykle, ale jest trochę zmiesza-

na, trochę niepewna, zaręczyny zmieniły jakoś nasz stosunek, 

ale jak ona nic o tym nie wie; podała mi rękę, ale bez zwyczaj-
nego   uśmiechu.   Odpowiedziałem   na   jej   pozdrowienie   leciut-

kim, zupełnie nieznacznym przyciśnięciem dłoni; byłem miły i 
uprzejmy, bez cienia erotyzmu. Siedzi na kanapie przy stoliku 

do herbaty, ja na krześle obok niej. Jakiś uroczysty blask nas 

otacza, łagodne światło poranka. Ona nic nie mówi, nikt nie 
przerywa milczenia. Mój wzrok prześlizguje się po niej, bez po-

żądania,   to   byłoby   przecież   bezczelne.   Delikatny   rumieniec, 
przelotny  jak obłok nad polem, wypływa na jej twarz, natęża 

się i gaśnie. Co znaczy ten rumieniec? Czy to miłość — czy tęsk-

nota, nadzieja, lęk; przecież kolor serca jest rumiany? Wcale 
nie. Ona się dziwi, po prostu zadziwia, nie mnie się dziwi — to 

byłoby dla niej zbyt nikłe; i nie sobie się dziwi, ale dziwi się w 
sobie, zmienia się w sobie. Ta chwila potrzebuje ciszy, żadna 
refleksja   nie   może   jej   zamącić,   żaden   głos   namiętności   nie 
może przeszkodzić. To tak, jakby mnie tu nie było, a przecie 
moja   właśnie   obecność   wywołuje   w   niej   to   kontemplacyjne 

zdziwienie. Moja istota zlewa się z jej istotą. Tak się powinno 
czcić młodą dziewczynę, jak bóstwo, w milczeniu.

- 81 -

background image

Co za szczęście, że mam ten dom wuja. Gdybym chciał od-

uczyć młodzieńca od palenia, zaprowadziłbym go do tej lub in-

nej palarni w studenckim domu Christiana  IV;  jeżeli chcę od-
uczyć dziewczynę od narzeczeństwa, to zaprowadzę ją po pro-

stu do tego domu. Jak w domu krawieckim natyka się człowiek 

na samych krawców, tak tu natyka się na samych narzeczonych. 

To straszne towarzystwo, kiedy się tam wpadnie, i nie dziwię 
się Kordelii, że ją to zniecierpliwiło. Kiedyśmy się tam zebrali 
en masse,  zdaje się było nas dziesięć par, nie licząc dodatko-
wych batalionów, które na wielkie uroczystości zbierają się w 

stolicy. My, narzeczeni mogliśmy tu do woli używać wszystkich 

narzeczeńskich   radości.   Zaprowadziłem   Kordelię   na   ten   plac 
musztry, aby dać jej przedsmak tych zakochanych uścisków rąk, 
tych   zakochanych   rzemieślniczych   idiotyzmów.   Nieustannie 
przez cały wieczór słyszy się dźwięk, jakby kto chodził wokoło 

z klapką na muchy — tak się całują zakochani. W tym domu pa-

nuje  uprzejme nieskrępowanie się; nie szuka się kątów,  nie! 
Wszyscy siedzą wokół jednego ogromnego stołu. Ja też udawa-

łem, że będę traktował Kordelię w ten sposób. W tym celu mu-
siałem uczynić duży wysiłek. To by było rzeczywiście oburzają-

ce, gdybym pozwolił sobie obrazić w ten sposób jej głęboką ko-

biecość.  Czyniłbym  raczej sobie  samemu ciężkie wyrzuty, niż 
oskarżałbym ją. Na ogół nie mogę zapewnić  każdej dziewczy-

nie,   która   mi   zaufa,   że   pozostanę   w   granicach   estetyki;   ale 
wszystko kończy się na tym, że dziewczyna wychodzi z gry oszu-

kana; tak już moja estetyka poucza, że albo dziewczyna oszu-

kuje mężczyznę, albo mężczyzna oszukuje dziewczynę. Byłoby 
bardzo ciekawe, gdyby można było zrobić literackie wyliczenie 

i policzyć we wszystkich bajkach, sagach, pieśniach ludowych, 
mitologiach, czy częściej dziewczyna zdradza czy mężczyzna.

Nie żałuję czasu straconego dla Kordelii, chociaż tracę dla 

niej czasu wiele. Każde spotkanie wymaga długiego przygoto-
wania. Przeżywam z nią razem narodziny jej miłości. Prawie je-

stem   niedostrzegalny,   kiedy   widzialnie   siedzę   obok   niej.   Jak 
gdyby w tańcu, który się wykonuje we dwoje, tańczyła samot-
nie, tak się zachowywałem w stosunku do niej. Bo byłem jej 

- 82 -

background image

tancerzem, ale niewidzialnym. Porusza się jak we śnie, a prze-

cież tańczy ze swą parą; a ta para to ja, o ile widzialny na 

miejscu to niewidzialny, o ile niewidzialny to przecież widzial-
ny. Jej ruchy wymagają pary; pochyla się ku niemu, podaje mu 

rękę, odsuwa się, zbliża się znowu. Biorę ją za rękę, uzupeł-

niam jej myśl, która się przecie uzupełnia sama w sobie. Poru-

sza się w takt melodii własnej duszy; jestem tylko pretekstem 
do jej poruszeń. Nic nie ma we mnie miłosnego, to by ją obu-
dziło z tego snu, jestem giętki, gładki, bezosobowy, staję się 
prawie tylko nastrojem.

O czym rozmawiają zazwyczaj narzeczeni? O ile wiem, bar-

dzo są zajęci wzajemnym wtajemniczaniem siebie w nudne sto-

sunki obu rodzin. Cóż więc dziwnego, że sprawy erotyczne za-

nikają. Jeżeli się nie potrafi zamienić miłości w absolut, w po-
równaniu z którym wszystkie inne sprawy znikają, to nie wolno 

się zabierać do kochania, choćby się nawet zawierało małżeń-
stwo dziesięciokrotnie. Czy mam ciocię, która się nazywa Ma-

rianna, czy wujek mój ma na imię Krzysztof, czy ojciec mój 

jest majorem itd., itd. Wszystkie tym podobne pospolitości nie 
sprzyjają  miłosnym tajnikom. Nawet minione życie każdego z 

nas sprzeciwia się im. Dziewczyna zazwyczaj niewiele ma do 
opowiedzenia   w   tym   względzie,   gdyby   miała,   byłoby   bardzo 

ciekawe wysłuchanie jej, ale nie pokochanie! Ja sam dla siebie 

nie opowiadam przygód, miałbym za dużo do opowiadania; szu-
kam raczej bezpośredniości. To jest stałe w miłości, że indywi-

dua rodzą się jedno dla drugiego dopiero w chwili, gdy miłość 
powstaje.

Muszę   tu   zrobić   drobne   wyznanie,   a   raczej  uchylić   pewną 

wątpliwość. Nie należę do rzędu tych zakochanych, co kochają 
się z wzajemnego szacunku, pobierają się z wzajemnego sza-
cunku, robią dzieci z wzajemnego szacunku; a wiem przecie 
dobrze, że miłość, dopóki namiętność się nie poruszy, wymaga 
od nich, i to jest jej specjalność, aby estetyczna jej strona nie 
zderzyła się z moralną. W tym względzie miłość ma własną dia-

- 83 -

background image

lektykę. Jeżeli moje postępowanie z Edwardem było o wiele 

bardziej godne potępienia niż postępowanie z ciocią, to jednak 

było mi o wiele łatwiej usprawiedliwić je przed Kordelią aniżeli 
tamto. Nie nalegała wcale, ale uważałem, że lepiej jest wytłu-

maczyć   jej   konieczność   mojego   postępowania   w   tym   wzglę-

dzie.  Ostrożności   przeze   mnie   przedsiębrane   pochlebiają   jej 

dumie,  tajemniczość,  którą  otoczyłem  wszystko,  zajmuje  jej 
uwagę.  Oczywiście mogłoby  to łatwo zdradzić moje duże do-
świadczenie erotyczne, co by wyglądało na  sprzeczność, gdyż 
przecie starałem się wytłumaczyć, że nigdy przedtem nie kocha-

łem, ale to nic nie znaczy. Nie lękam się przeczyć samemu so-

bie, jeżeli ona tego nie zauważa, a osiągam to, czego chcę. Po-
zostawmy uczonym dyskutantom skupianie wysiłków na unika-
niu   sprzeczności;   życie   młodej   dziewczyny   jest   zbyt   bogate, 
aby nie istniały w nim sprzeczności, i nawet czyni te sprzeczno-

ści rzeczą konieczną.

Jest dumna, a właściwie dotychczas nie ma pojęcia o spra-

wach  erotycznych. Podczas  kiedy duchowo  w  pewnym  sensie 

poddaje mi się ona, można pomyśleć, że w miarę jak erotyzm 
zacznie w niej działać, może wpaść na pomysł, aby swą dumę 

zwrócić przeciwko mnie. Jak mogę zauważyć nie jest ona pew-
na   znaczenia   kobiety.   Dlatego   też   łatwo   było   skierować   jej 

dumę   przeciw   Edwardowi.  Ale   ta   duma   była   jednak   całkiem 

ekscentryczna,   bo   nie   oparta   na   zrozumieniu   miłości.   Kiedy 
przyjdzie   to   zrozumienie,   przyjdzie   i   prawdziwa   duma;   ale 

resztka tej ekscentryczności może łatwo przylgnąć do niej. I 
wtedy łatwo pomyśleć, że zwróci się przeciw mnie. Chociaż za-

pewne nie będzie żałowała swej zgody na zaręczyny, ale łatwo 
dostrzeże, że dla mnie było to niezłe kupno; zobaczy, że cały 
początek nie był dobrze wykonany z jej strony. Jeżeli wyjaśni 

się to jej, to będzie się starała ukłuć mnie boleśnie. Tak to bę-
dzie. To mi tylko pokaże, jak głęboko jest przejęta tą sprawą.

Doskonale. Już z daleka dostrzegam w dole ulicy tę zachwy-

cającą, małą, kędzierzawą główkę, która wychyla się z okna, 
jak można najbardziej. Już trzeci dzień, jak to zauważyłem... 

- 84 -

background image

Młoda dziewczyna na pewno nie na próżno wystaje tak w oknie, 

na pewno ma poważne przyczyny... Ależ proszę pani, na miłość 

boską, nie wychylać się tak głęboko z okna; założyłbym się, że 
stoi pani na poręczy krzesła, które łatwo może się przewrócić. 

Niech pani pomyśli, jakie to będzie okropne, gdy pani zleci na 

głowę, okropne nie dla mnie, bo ja nie mam tu nic do rzeczy, 

ale dla niego, dla niego, bo przecie musi być jakiś on... Ależ co 
widzę, wszak tam z daleka nadchodzi mój przyjaciel, licencjat 
Hansen, i idzie środkiem ulicy. Jest coś niezwykłego w jego po-
staci, niezwykły pośpiech,  jeżeli słusznie zgaduję, przychodzi 

na skrzydłach tęsknoty. Przychodzi do tego domu, a ja nic o tym 

nie wiem... Moja pięknotko, znikłaś? Myślę, że poleciałaś otwo-
rzyć drzwi na jego przyjście. Możesz wrócić na swoje miejsce, 
on nie wejdzie do ciebie... Jak to? Wiesz lepiej?... Mogę cię za-
pewnić, że nie wejdzie... Sam powiedział? Jeżeli by ten powóz, 

co jechał przed chwilą, nie hałasował tak bardzo, sama byś po-

słyszała. Powiedziałem całkiem  en passant  do Hansena: Ty tu 
wchodzisz? A on odpowiedział wyraźnie: Nie... Możesz się więc 

z nim pożegnać, bo teraz licencjat  pójdzie ze mną na spacer. 
Zmieszał się, a ludzie zmieszani stają się gadatliwi. Muszę więc 

z nim pogadać o powołaniu kapłańskim, które go wzywa... Do 

widzenia, pięknotko, idziemy w stronę Komory Celnej. Jak tam 
dojdziemy, powiem mu: cóżeś tak mnie sprowadził z mojej dro-

gi, właściwie szedłem na Vestergade. No i znowu tu jesteśmy... 
Co za wierność, jeszcze stoi w oknie! Taka dziewczyna może 

uszczęśliwić człowieka... A po co to wszystko? — spytacie. Że 

jestem podłym człowiekiem, który lubi dręczyć innych? Nic po-
dobnego. Ja to robię z troski o ciebie, moja miła dziewczyno. 

Po pierwsze: czekałaś na licencjata, tęskniłaś do niego, więc 
stał   się   dwakroć   cenniejszy,   gdy   przyszedł.   Po   drugie:   kiedy 
otworzysz drzwi licencjatowi, powie on: „O mało nas nie nakrył 
ten       facet przeklęty, co stał pod drzwiami, kiedy chciałem 
wejść do ciebie. Ale ja byłem sprytny, uwikłałem go w długą 

rozprawę o moim powołaniu i prowadziłem go to tu, to ówdzie, 
i zaprowadziłem aż do Komory. Przysięgam ci, że nic nie za-
uważył”. I co z tego wynika? Obdarzysz       licencjata dwa razy 
mocniejszym uczuciem niż przedtem; gdyż zawsze wierzyłaś, 

- 85 -

background image

że ten umie myśleć! A że jest sprytny... no, to sama widzisz 

jak. I to zawdzięczasz mnie niegodnemu. Ale coś przychodzi mi 

do głowy. Chyba wasze zaręczyny nie były jeszcze ogłoszone, 
bo   bym   coś   wiedział.   Dziewczyna   jest   piękna,   radością   jest 

spojrzeć na nią; ale bardzo młoda. Może jej zamiar jeszcze nie 

dojrzał? Czyż nie można pomyśleć, że posunęła się za daleko i 

zrobiła ten taki poważny krok lekkomyślnie? Trzeba temu zapo-
biec; muszę z nią porozmawiać. Uprzedzę ją; gdyż jest to bar-
dzo   miła   dziewczyna.   Uprzedzę   licencjata,   gdyż   jest   moim 
przyjacielem;   zresztą   to   jest   i  powód,   dla   którego   uprzedzę 

dziewczynę, gdyż jest dziewczyną mego przyjaciela. Uprzedzę 

rodzinę, bo jest  to  bardzo  poważana rodzina.  Uprzedzę  cały 
ród ludzki, bo to jest bardzo dobry uczynek. Cały ród ludzki! 
Wielka myśl, wzniosły czyn działać w imieniu całego rodu ludz-
kiego, posiadać tak olbrzymie pełnomocnictwo! Ale co się tyczy 

Kordelii. Zawsze mogą zadziałać tu nastrojem, a piękna tęskno-

ta dziewczyny bardzo mnie naprawdę wzruszyła.

No, doszło teraz do pierwszej wojny z Kordelią, w której ra-

towałem się ucieczką, aby nauczyć ją zwyciężać i prześladować 
mnie.” Stale się cofam i w tym cofaniu się uczę ją podług mnie 

poznawać  wszystkie  moce  miłości,   jej   niespokojne   myśli,   jej 
namiętność, co znaczy tęsknota i nadzieja, i niecierpliwe ocze-

kiwanie. Ponieważ te wszystkie uczucia wyobraża dla niej moja 

osoba, rozwijają się odpowiedniki i w jej duszy. Jest to pochód 
triumfalny, do którego ją wciągam, a sam jestem w równej mie-

rze tym, który śpiewa dytyramby na cześć jej zwycięstw, jak i 
tym,  który wskazuje jej drogę. Nabierze odwagi i uwierzy, że 

miłość jest odwieczną potęgą, kiedy ujrzy jej władzę rozciąga-
jącą się nade mną, ujrzy moje poruszenia. Będzie mi wierzyła, 
częściowo dlatego, że liczę na mą sztukę, a częściowo dlatego, 

że to, co ja czynię, opiera się na podstawie prawdy. Gdyby to 
nie   było  rzeczywiście  tak,  nie  uwierzyłaby  mi. Z każdą  moją 
czynnością ona staje się silniejsza i coraz silniejsza; miłość bu-

dzi się w jej duszy, wzmaga się jej znaczenie jako kobiety. Do-
tychczas nie starałem się o nią, jak to się po mieszczańsku na-
zywa; teraz się postaram, aby ją uczynić wolną, tylko tak będę 

- 86 -

background image

mógł ją kochać. Że zawdzięcza to wyłącznie mnie, nie przycho-

dzi jej do głowy; gdyby domyślała się tego, straciłaby pewność 

siebie. Kiedy poczuje się wolna, tak wolna, że dozna pokusy 
zerwania ze mną,  zacznie  się nowy spór. Teraz ma siłę i na-

miętność, i walka nabiera dla mnie znaczenia; chwilowe skutki 

niech będą, jakie chcą. Jeżeli zakręci się jej w głowie z tej py-

chy,   jeżeli   zechce   zerwać  ze   mną,   doskonale!   Wolno   jej   to 
uczynić, ale należeć musi do mnie. Że narzeczeństwo ją wiąże, 
to furda, chcę ją mieć z dobrej woli. Niech mnie porzuci, za-
cznie się druga walka, a w tej drugiej walce ja będę na pewno 

zwycięzcą, tak pewnie, jak było rozczarowaniem jej zwycię-

stwo w pierwszej. Im ona będzie pełniejsza siły, tym lepiej dla 
mnie. Pierwsza wojna to wojna wyzwoleńcza — to była zabawa; 
druga wojna to wojna zdobywcza, na śmierć i życie.

Czy kocham Kordelię? Tak. Szczerze? Tak! Wiecznie? Tak! W 

sensie estetycznym, a to przecie coś znaczy. Co by to dało tej 
dziewczynie, gdyby wpadła w ręce osła, wiernego męża? Co by 

się z niej zrobiło? Nic. Powiadają, że sama uczciwość nie wy-

starczy, aby przejść przez świat; ja powiadam, że trzeba cze-
goś   więcej   niż   uczciwość,   ażeby   pokochać   taką   dziewczynę. 

Mam to „więcej” — to jest obłuda. A jednak kocham ją wiernie. 
Surowo i wstrzemięźliwie czuwam nad sobą, aby wszystko, co 

się w niej zawiera, aby całe boskie bogactwo jej natury mogło 

się rozwinąć. Jestem jednym z niewielu, którzy się mogą do 
tego przyczynić, ona jest jedną z niewielu, która się nadaje do 

tego; czyż nie jesteśmy stworzeni dla siebie?

Czyż to moja wina, że zamiast patrzeć na kapłana, zatrzymu-

ję   mój   wzrok   na   pięknie   haftowanej   chusteczce,   którą   ona 

trzyma w ręce? Czyż to jest pani wina, że ją tak trzymasz?... W 
rogu chusteczki wyhaftowano nazwisko... Więc się pani nazywa 
Szarlotta Hahn? To zachwycające dowiedzieć się tak przypadko-
wo, jak brzmi nazwisko spotkanej damy! To tak, jakby uczynny 
duszek szepnął mi o tym w tajemnicy... A może to nie przypad-
kiem   tak   złożona   chusteczka   pokazuje   mi   nazwisko   pani...? 

- 87 -

background image

Pani wzruszona, pani ociera łzę w oku... Ale chusteczka znowu 

zwisa tak samo... Pani zauważyła, że spoglądam na panią, za-

miast   na   kapłana.   Zerknęła   pani   na   chusteczkę,   zauważyła 
pani, że chusteczka zdradza pani imię... To zresztą rzecz baga-

telna, tak łatwo jest się dowiedzieć  nazwiska dziewczyny... No 

i co będzie teraz z chusteczką, jak się ją teraz zemnie? Czy 

trzeba się o to gniewać? Czy trzeba się gniewać na mnie? Pro-
szę posłuchać, co kapłan mówi: „nie będziesz wodził człowieka 
na pokuszenie, nawet gdy to czynisz nie wiedząc o tym, jesteś 
odpowiedzialny, winien jesteś cudzego grzechu, winieneś, i za 

grzech swój możesz odpłacić tylko wzmożoną dobrą wolą...” 

No   i  powiedział   amen,   a przed   wrotami   kościelnymi,   proszę, 
niech pani da chusteczce powiewać na wietrze... Czy też pani 
się   mnie   przestraszyła?   Cóż   ja   takiego   zrobiłem?...   Zrobiłem 
więcej niż pani może wybaczyć, więcej niż pani może zapamię-

tać — aby wybaczyć.

W stosunku do Kordelii potrzebne jest podwójne poruszenie. 

Jeżeli będę stale uciekał przed jej władzą, może się stać, że 

erotyzm jej rozcieńczy się i rozpuści i może się przekształcić w 
głębszą kobiecość. Gdy się począł nasz drugi spór, nie potrafiła 

się już oprzeć. Może spać aż do swego zwycięstwa; ale z dru-
giej strony musi stale czuwać. Kiedy nadejdzie chwila, kiedy 

się będzie zdawało, że zwycięstwo wymyka się z jej rąk, bę-

dzie się starała trzymać je mocno. W tej walce dojrzeje jej ko-
biecość. Nie mogę używać rozmów, aby rozpalać uczucia, a li-

stów, aby je ochładzać, albo na odwrót. Raczej należy wybrać 
to ostatnie. Wyzyskam wtedy jej najbardziej intensywne chwi-

le... Kiedy otrzyma list, kiedy słodka trucizna słów rozleje się 
w jej żyłach. Wystarczy jedno słowo, aby wywołać wybuch mi-
łości. W chwilę potem ironia i chłód mogą wzbudzić wątpliwo-

ści, ale nie na tyle, aby zagasić w niej uczucie zwycięstwa, ra-
czej   poczuje   wzrost   tych   uczuć   przy   otrzymaniu   następnego 
listu. Ironia nie tak dobrze da się wyrazić w listach, a poza tym 

istnieje   niebezpieczeństwo,  że   ona   jej   nie   pojmie.   Gorące 
uczucie  tylko  chwilami  może  przebłysnąć   w  rozmowie.  Obec-
ność moja hamuje wszelkie ekstazy. A jeżeli ma się do czynienia 

- 88 -

background image

z listem, łatwiej mnie zniesie, a przy tym  łatwiej upaść do nóg 

itd., czynić wszystko, co by wyglądało na szaleństwo, mieszka 

w jej miłości. W liście można lepiej udać zawrót głowy, w liście 
łatwiej upaść do nóg itd., czynić wszystko, co by wyglądało na 

szaleństwo, burzyło wszelkie złudzenia, gdybym to czynił na-

prawdę.   Sprzeczności   w   tych   sprawach   wywołają   i   rozwiną, 

wzmocnią i skonsolidują w niej miłość, jednym słowem staną 
się jej pokusą.

Ale zbyt wcześnie nie należy nadawać tym listom mocnego 

zabarwienia erotycznego. Na początku lepiej niech będą bar-
dziej   ogólnikowe,   niech   zawierają   rzadkie   aluzje,   usuwają 
wszystkie podejrzenia. Przy okazji można wskazać na korzyści 
płynące ze stanu  narzeczeństwa, który  trzyma z daleka natrę-

tów przy pomocy mistyfikacji. Jakie zaś niewygody ma ten stan, 

nie zabraknie okazji do skonstatowania. W domu mego wuja ist-
nieje   gotowa   karykatura,   którą   mogę   jej   pokazywać   każdej 

chwili. Swój wewnętrzny erotyzm będzie mogła wyładować tyl-
ko   przy   mojej   pomocy.   Gdy   tej   pomocy   odmówię   i   pozwolę 

działać na nią tej karykaturze, wtedy prędko się znudzi swoim 

narzeczeństwem, nie uświadamiając sobie, że to ja znudziłem 
ją tą sprawą. Mały liścik dzisiaj, opisujący mój stan wewnętrz-

ny, da jej poznać co nieco z tego, co się dzieje w jej własnej 
duszy. To jest właściwa metoda, a co jak co, metodę posiadam. 

Zawdzięczam ją wam, drogie dziewczęta, które kochałem daw-

niej. Wam to zawdzięczam, iż moja dusza ma ten nastrój, któ-
rego życzyłbym sobie także dla Kordelii. Z wdzięcznością wspo-

minam, chwała wam;  zawsze będę twierdził, że młoda dziew-
czyna jest urodzoną nauczycielką, od której zawsze można się 

czegoś   nauczyć;   jeśli   nie   czego   innego,   to   w każdym   razie 
tego, jak ją oszukiwać — tego najlepiej się można  nauczyć od 
dziewcząt; żebym nie wiem ile miał lat, nigdy nie zapomnę  za-

sady, że dopiero wtedy można uznać człowieka za skończonego, 
kiedy już stał się tak stary, że niczego nie może się nauczyć od 
młodej dziewczyny.

- 89 -

background image

Moja Kordelio!
Powiadasz, że nie wyobrażałaś mnie sobie takim, ale ja sam 

nie wyobrażałem sobie, że mogę zostać „takim”. A może zmia-

na leży w Tobie? Bo można sobie pomyśleć, że nie ja się zmie-

niłem, ale zmieniło się spojrzenie, którym na mnie spoglądasz? 
Czy też ta zmiana jest we mnie? Tak, jest ona we mnie, gdyż ja 
Cię kocham; jest ona w Tobie, gdyż to Ciebie kocham. W zim-
nym, spokojnym świetle rozsądku rozpatrzyłem wszystko, dum-

ny i stały, nic mnie nie lękało, nic mnie nie zaskoczyło, nawet 

gdyby duch zapukał do moich drzwi, spokojnie uniósłbym świe-
cznik, otwierając je. Ale patrz, to nie duchy stały za drzwiami, 
nie blade, bezsilne mary, ale to byłaś Ty, moja Kordelio, to było 
życie i młodość, i zdrowie, i piękność, które wychodziły mi na 

spotkanie.   Ramię   me   drgnęło,   nie   mogę   spokojnie   utrzymać 

świecznika, cofając się uciekam przed Tobą, ale nie mogę ode-
rwać   oczu   od   Ciebie,   nie   mogę   przestać   chcieć,   by   lichtarz 

trzymać równo. To ja się zmieniłem, ale w jakim celu, w jakim 
sposobie, na czym polega ta zmiana? Nie wiem, nie potrafię 

przytoczyć   ściślejszych   określeń,   nie   mogę   dać   bogatszych 

przymiotników niż to, że całkiem tajemniczo powtarzam: je-
stem zmieniony.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Miłość miłuje sekrety — narzeczeństwo jest sprawą publiczną; 

miłość  wymaga milczenia — narzeczeństwo ogłoszenia; miłość 
przemawia szeptem — narzeczeństwo woła mocnym głosem; a 

jednak zaręczyny mogą być właśnie skutecznym środkiem oma-
mienia nieprzyjaciół przy pomocy sztuczek Kordelii. Wśród cie-
nia nocy nie ma nic niebezpieczniejszego dla innych statków 

jak wywieszenie latarni, to mami więcej niż ciemność.

Twój Johannes

Ona siedzi na kanapie przy stoliku do herbaty, ja siedzę obok 

niej; ona trzyma mnie pod rękę, jej głowa obciążona wieloma 
myślami spoczywa na moim ramieniu. Jest tak blisko mnie, a 

- 90 -

background image

jednak tak daleko,    oddaje mi się, a jednak do mnie nie nale-

ży. Jeszcze się sprzeciwia; ale to nie jest refleks osobisty, to 

jest ogólnokobiecy sprzeciw; gdyż istotą kobiecości jest odda-
nie, które przybiera kształt sprzeciwu. Ona siedzi na kanapie 

przy stoliku do herbaty, ja siedzę obok niej. Jej serce puka, ale 

nie namiętnością, jej łono się kołysze, ale spokojnie, czasem 

występują na twarz kolory, ale łagodnie stopniowane. Czy to 
jest   miłość?   W żadnym   razie.   Słucha   mnie,   pojmuje.   Słucha 
uskrzydlonych słów, pojmuje je w lot; słucha mowy innego, a 
rozumie ją jak własną, słucha głosu innego, który echem odbija 

się w jej wnętrzu, ten odgłos rozumie jak własne słowa, które 

są objawieniem dla niej i dla drugiego.

Co czynię? Czy ja oszałamiam? Ależ wcale nie, to by nic nie 

dało. Czy kradnę jej serce? Wcale nie, zależy mi na tym, aby 

dziewczyna, którą kocham, zachowała swoje serce. Cóż więc 
czynię? Ćwiczę me serce, aby było podobne do jej serca. Ma-

larz maluje swoją ukochaną na radość swego serca, rzeźbiarz 
rzeźbi ją. To samo ja czynię, w duchowym znaczeniu. Ona nie 

wie o tym, że posiadam jej obraz, i na tym polega moje oszu-

kaństwo.  Tajnie   stworzyłem   sobie  ten  obraz,   i  w  tym   sensie 
skradłem jej serce, jak Rebeka

*

 skradła serce Labana, kiedy w 

gwałtowny sposób okradła go z domowych bogów.

Otoczenie i ramy dla każdego mają wielkie znaczenie, jest to 

coś, co odbija się najmocniej i najgłębiej w pamięci, a raczej 

w całej duszy i dlatego łatwo się nie zapomina. Jak długo będę 
żył, nie będę mógł sobie wyobrazić Kordelii w innej oprawie jak 

tylko w tym malutkim pokoju. Kiedy przychodzę z wizytą, słu-
żąca otwiera mi drzwi sali; ona przychodzi ze swojego pokoju i 
w momencie, kiedy otwieram drzwi saloniku, ona otwiera drzwi 

przeciwległe i oczy nasze spotykają się od razu u wejścia. Salo-
nik jest malutki, przytulny, prawie gabinecik. Chociaż ogląda-
łem go z rozmaitych punktów widzenia, najmilej mi jest spo-
glądać nań z kanapy. Więc ona siedzi obok mnie, przed nią stoi 
okrągły stolik do herbaty, na którym przykrycie fałduje się w 

* Kierkegaard myli się, chodzi tu o Sarę (przyp. tłum.)

- 91 -

background image

licznych festonach. Na stole stoi lampa w kształcie kwiatu, któ-

ry silnie i pełnie wzbija się w górę, nad którym koroną zwisa 

delikatny welon papierowy ciemnika, tak lekki, że jest w cią-
głym ruchu. Kształt lampy przypomina krainy  Wschodu, lekkie 

poruszenie ciemnika — zefiry tamtych krain. Podłoga przykryta 

jest dywanem, splecionym z kory pewnego rodzaju wierzby, co 

zdradza jego egzotyczne pochodzenie. Chwilami ta lampa staje 
się podstawowym elementem mojego pejzażu. Siedzę z Korde-
lią na podłodze u stóp kwietnej lampy. Czasami każę tej wierz-
bowej plecionce wywoływać w wyobraźni okręt, kajutę oficer-

ską — płyniemy samym środkiem wielkiego Oceanu. Ponieważ 

siedzimy daleko od okna, patrzymy bezpośrednio na bezmierny 
horyzont nieba. I to też sprzyja iluzji. Gdy tak siedzę przy jej 
boku, opisuję jej wszystko jak obrazy, które tak przelotnie do-
tykają rzeczywistości, jak śmierć muska ludzkie groby. Otocze-

nie ma zawsze duże znaczenie także i dla wspomnień. Każde 

zdarzenie miłosne winno być przeżyte w ten sposób, aby łatwo 
było wywołać jego obraz, zawierający w sobie cały urok spra-

wy. Ażeby się to mogło udać, trzeba specjalnie uważać na oto-
czenie. Jeżeli nie odpowiada ono naszym życzeniom, to trzeba 

je skomponować. Jeżeli chodzi o Kordelię i jej miłość, otocze-

nie miała odpowiednie. Jakże różny obraz staje mi przed oczy-
ma, gdy pomyślę o małej Emilii, a jednak i tu otoczenie było 

najważniejsze. Nie mogę jej sobie wyobrazić inaczej, a raczej 
chcę ją tylko widzieć w pokoiku ogrodowym. Drzwi otwarte, 

ogródek przed domem zakrywa widok, przymusza oko do za-

trzymania   się   na   nim,   zapobiega   zagłębieniu   się   w gęsto 
uczęszczanej drodze, która znika w oddali. Emilia była urocza, 

ale   bardziej   nikła   niż   Kordelia.   Otoczenie   liczyło   się   z   tym. 
Wzrok zatrzymywał się na ziemi, nie zrywał się, nie gubił bez-
celowo w oddali, odpoczywał na drobnych szczegółach pierw-
szego planu; nawet ta daleka droga, aczkolwiek romantycznie 
gubiła   się   na   horyzoncie,   działała     raczej   w   ten   sposób,   że 

wzrok przebiegał tę przestrzeń, którą miał przed sobą, a potem 
cofał się z powrotem i znowu zaczynał wędrować po tej dro-
dze. Pokój leżał tuż przy ziemi. Otoczenie Kordelii nie może 
mieć pierwszego planu, ale winno być nieskończonym horyzon-

- 92 -

background image

tem. Ona nie powinna dotykać ziemi, ale fruwać, nie powinna 

chodzić, ale latać, nie tam i z powrotem, ale zawsze naprzód.

Jeżeli się jest zaręczonym, to mimo woli zaplątuje się czło-

wiek we wszystkie szaleństwa narzeczonych. Przed paru dniami 
licencjat Hansen ukazał się z miłą dziewczyną, z którą się nie-
dawno zaręczył. Zwierzył mi się, że jest ona bardzo miła, o 
czym sam wiedziałem przedtem, zwierzył mi się, że była bar-

dzo młoda, o czym też wiedziałem, a wreszcie zwierzył się, że 

dlatego ją wybrał, iż chciał wykształcić ją na ideał, który za-
wsze widział w swych marzeniach. Mój Boże, taki zeszmaciały 
licencjat — i zdrowa, kwitnąca, rada życiu dziewczyna. Jestem 
właściwie stary praktyk, ale nigdy nie zbliżam się do młodej 

dziewczyny inaczej niż do czegoś niezwykle cennego, i sam się 

od niej uczę. A o ile mogę mieć kształcący wpływ na nią, to tyl-
ko ucząc się wciąż i pouczając tego, czego sam się od niej na-

uczyłem.

Jej   dusza   musi   być   zaagitowana,   poruszona   we   wszystkich 

możliwych kierunkach, nie kawałkami i jak wiatr wieje, ale to-

talnie. Musi pojąć nieskończoność i dowiedzieć się, że to jest 
to, co jest najbliższe człowiekowi. Musi dowiedzieć się tego, 

nie drogą myślenia, gdyż dla niej to błędna droga, ale na dro-

dze wyobraźni, która jest jedyną drogą komunikacji między nią 
a mną, gdyż co jest cząstką u męża, to jest całością u niewia-

sty. Nie na żmudnej drodze myślenia może się ona wypracować 
na drogę  nieskończoności;  kobieta  nie   jest  stworzona  do tak 

ciężkich zadań, ale łatwą drogą wyobraźni i serca może pojąć 
wszystkie sprawy. Nieskończoność jest dla młodej dziewczyny 
tak łatwym pojęciem jak wyobrażenie, że każda miłość musi 

być szczęśliwa. Dziewczyna, gdziekolwiek się zwróci, ma nie-
skończoność   wkoło   siebie   i   od   rzeczywistości   dzieli   ją   tylko 
skok, ale zauważmy  to, żeński skok, nie męski. Dlaczego męż-
czyźni  na ogół tak ciężko skaczą? Kiedy mają skoczyć, muszą 
wziąć rozbieg, przygotowywać się tak długo, mierzyć odległość 
wzrokiem, podbiegać parę razy; przestraszyć się i powracać na 

- 93 -

background image

nowo. Wreszcie skoczyć i upaść. Dziewczyna skacze inaczej. W 

górskich krainach często widzimy rozdzielone przepaścią wyso-

kie   szczyty.   Górskie   szczeliny   przerażają     ludzi,   trudno   jest 
spojrzeć w tę przepaść. Żaden mężczyzna nie waży się dokonać 

takiego skoku. A dziewczyna przeciwnie, jak powiadają górale, 

skacze z łatwością. To się nazywa dziewiczy skok. Wierzę w to 

chętnie,   jak   uwierzę   wszystkim   niezwykłym   opowieściom   o 
dziewczynach, i słucham takich góralskich opowieści z prawdzi-
wym upojeniem. Wierzę we wszystko, w najdziwniejsze rzeczy. 
Dziwię   się   temu   po   prostu,   aby   wierzyć;   jedna  rzecz,  która 

mnie zadziwia na tym świecie, to młoda dziewczyna, to był dla 

mnie pierwszy cud i będzie ostatnim. A taki skok dla dziewczy-
ny to jedno „hop!”, a dla mężczyzny to zawsze coś śmiesznego, 
gdyż jak długi będzie ten skok,  zawsze będzie drobną cząstką 
przestrzeni  między szczytami i czyni go zarazem czymś w ro-

dzaju skoczybruzdy. A któż będzie tak szalony, aby wyobrażać 

sobie dziewczynę skaczącą z rozbiegu? Łatwo można sobie wy-
obrazić kobietę biegnącą, ale ten bieg to zabawa albo zadowo-

lenie, albo uzewnętrznienie kobiecego czaru, ale pojęcie roz-
biegu usuwa te wszystkie kobiece zalety. Rozbieg ma w sobie 

coś   dialektycznego   a   przeciwnego   kobiecej   naturze.  A  teraz 

skok! Któż mógłby być taki brzydki i rozdzielać zalety kobieco-
ści, które tworzą   całość. Jej skok jest lotem. A kiedy teraz już 

jest po tamtej stronie, stoi tam nie zmęczona wysiłkiem, pięk-
niejsza   niż   kiedykolwiek,   bardziej   uduchowiona,   i   przesyła 

nam, którzy stoimy po tej stronie, powietrzny pocałunek. Mło-

da, nowo narodzona jak kwiat, który wyrósł na górzystej ścież-
ce, leci nad przepaścią, aż nam w oczach ciemnieje. — Musi się 

nauczyć   wszystkich   poruszeń   nieskończoności,   kołysania   się, 
chwiania się w kołysce nastrojów, mieszania poezji z rzeczywi-
stością,  prawdy i urojenia, obcowania z nieskończonością.  Gdy 
już się oswoi z tym obcowaniem, dodam do tego mój erotyzm, a 
wtedy stanie się ona tym, czym chcę i życzę sobie, aby była. A 

kiedy   moja   służba   się   skończy,   moja   praca,   wtedy   ściągnę 
wszystkie moje żagle i siądę sobie przy jej boku, i popłyniemy 
pod jej żaglem. A tak po prawdzie, kiedy się ta dziewczyna już 
upoi miłością, będę miał dość roboty przy sterze, aby nieco za-

- 94 -

background image

hamować pęd jazdy, aby nic nie przyszło za wcześnie albo w 

brzydki sposób. Czasami robi się mała dziurka w żaglu, ale już 

po chwili żeglujemy dalej.

W domu mego wuja Kordelia gorszy się coraz bardziej. Parę 

razy już mi proponowała, abyśmy tam więcej nie chodzili; ale 
to nie pomaga, mam zawsze jakiś pretekst do tej wizyty. Kiedy-
śmy wczoraj wieczorem wyszli z tego domu, ścisnęła moją rękę 

z niezwykłą namiętnością. Widocznie czuła się tam jak na mę-

kach, a to nie dziwota. Gdybym nie bawił się zawsze przy tych 
nienaturalnych produkcjach, byłoby to i dla mnie nie do wy-
trzymania. Dziś rano otrzymałem list, w którym ona, z więk-
szym szyderstwem niż można było oczekiwać, mówi o zaręczy-

nach.     Pocałowałem ten list, najdroższy ze wszystkich listów 

od niej. Doskonale, moja Kordelio, tego właśnie chciałem.

Składa się tak doskonale, że na Østergade znajdują się dwa 

zakłady cukiernicze akurat naprzeciw siebie. Na pierwszym pię-

trze na lewo mieszka mała dziewczyna czy panienka. Zazwy-

czaj kryje się ona za żaluzją zasłaniającą szybę, za którą sie-
dzi.   Żaluzja   zrobiona   jest   z   cienkiej   materii   i   ten,   kto   zna 

dziewczynę albo ją widywał nieraz, łatwo — jeżeli ma dobre 
oczy — może rozpoznać każdy rys jej twarzy, ale ten, kto jej 

nie zna i nie ma dobrych oczu, widzi tylko ciemny zarys posta-

ci. Ten drugi wypadek zachodzi ze mną, a ten pierwszy z mło-
dym oficerem, który codziennie punktualnie o dwunastej poja-

wia się z prądem przechodniów i kieruje swój wzrok na tę żalu-
zję. Zrazu zwróciłem uwagę na telegraficzne znaczenie zapusz-

czonej   żaluzji.   Na   innych   oknach   nie   ma   żaluzji,   i   taka 
pojedyncza żaluzja, która przykrywa tylko jedną szybę,  zazwy-
czaj bywa znakiem, że ktoś stale tam  siedzi za nią. Pewnego 

przedpołudnia stałem w oknie cukierni po przeciwnej stronie. 
Była równo dwunasta. Nie zwracając uwagi na przechodniów, 
wlepiłem mój wzrok w tę żaluzję i nagle ujrzałem, że ciemna 
sylwetka za nią poruszyła się. Kobieca główka pokazała się w 
sąsiedniej szybie tak, że wychyliła się zza zasłony. Właścicielka 
tej główki skinęła komuś nader uprzejmie, po czym  ukryła się 

- 95 -

background image

znowu   za   żaluzją.   Przede   wszystkim   wywnioskowałem,   że 

dziewczyna   kłaniała   się   kawalerowi,   gdyż   ruch   jej   głowy   był 

przepełniony  uczuciem, którego nie mogła skierować do swej 
przyjaciółki; po drugie, wywnioskowałem, że ten kawaler mu-

siał zazwyczaj iść z przeciwnej strony. Dziewczyna tak umieści-

ła się, aby go widzieć długo naprzód, a nawet i ukłonić się mu 

za zakrytą żaluzją. Całkiem słusznie punktualnie  o dwunastej 
zjawia się bohater tej małej sztuczki o miłości, nasz drogi po-
rucznik. Siedzę w cukierni na parterze, a dziewczyna jest na 
pierwszym piętrze. Porucznik już spojrzał na nią. Uważaj, drogi 

przyjacielu, to nie jest łatwa rzecz ukłonić się komuś na pierw-

szym piętrze. W gruncie rzeczy jest on wcale niebrzydki, wyso-
ki, smukły, z ładną figurą, garbaty nos, krucze włosy, do twarzy 
mu w trójkątnym kapeluszu. Zaczyna się, nogi plączą się, bo są 
za długie. Na oko ma się wrażenie, które można porównać z bó-

lem zębów, kiedy zęby wydają się w ustach za długie. Gdy się 

chce całą moc skoncentrować w oczach i skierować na pierwsze 
piętro, za dużo siły odciąga się od nóg. Przepraszam, panie po-

ruczniku, że przychwyciłem pański wzrok w tym wniebowstą-
pieniu. To impertynencja, wiem o tym dobrze. Żeby ten wzrok 

dużo powiedział, trudno orzec, raczej nic nie powiedział, za to 

był bardzo obiecujący. Ale te wszystkie obietnice za mocno mu 
biją do głowy; potyka się, jak mówi poeta o Agnieszce, chwieje 

się, pada. To okropne i dlatego wolałbym, aby to się nigdy nie 
stało. Żal mi go. To fatalne; kiedy kawaler chce wywrzeć wra-

żenie na damie, nie może padać. Jeżeli się chce być kawale-

rem,  trzeba uważać na takie  rzeczy.  Ale jeżeli chce się tylko 
błyszczeć inteligencją, to taka rzecz nie ma znaczenia; trzeba 

się   pogrążyć   w   sobie,   skupić   w   sobie,   a   jeżeli   się   przy   tym 
upadnie, to nie ma żadnego znaczenia. Jakie wrażenie sprawił 
ten   wypadek   na   mojej   panience?   Co   za   nieszczęście,   że   nie 
mogę być jednocześnie po obu stronach tej dardanelskiej ulicy! 
Mógłbym   umieścić   kogoś   znajomego   po   tamtej   stronie,   ale 

przecież po części pragnę sam przeprowadzać moje obserwa-
cje, po części zaś nie wiadomo, co może wyjść z takiej hecy, a 
w takim razie niedobrze jest mieć wspólnika, gdyż trzeba stra-
cić mnóstwo czasu, aby wywąchać, co on wie, i pomieszać mu 

- 96 -

background image

wszystko w głowie. Naprawdę znudził mnie mój dobry porucz-

nik. Dzień w dzień wlecze się pod oknem w paradnym mundu-

rze. Przerażająca stałość! Czy to godzi się żołnierzowi? Czy nie 
ma pan bagnetu przy boku? Czy nie trzeba raczej brać domu 

szturmem, a dziewczyny gwałtem? Gdyby pan był studentem, 

licencjatem, kapelanem, który karmi się nadzieją, to byłoby co 

innego. Ale  wybaczam  panu;  gdyż   dziewczyna   podoba   mi  się 
bardziej, im dłużej na nią patrzę. Jest bardzo ładna, jej czarne 
oczy pełne są szelmostwa. Kiedy czeka na pańskie przejście, 
twarz jej się rozjaśnia wyższą pięknością, jest jej z tym nieopi-

sanie do twarzy. Z tego wnioskuję, że ma ona wiele wyobraźni, 

a wyobraźnia jest naturalną szminką kobiety.

Moja Kordelio!
”Co to jest utęsknienie? W mowie i u poetów rymuje się to ze 

słowem „więzienie”. Bezsensowne! Jak gdyby tylko ten wyglą-
dał   z   utęsknieniem,  który   siedzi   w   więzieniu.   Jak   gdyby   nie 

można było tęsknić „na wolności”? Jeżeli będę wypuszczony na 

wolność, nie będę tęsknić! Skądinąd jestem wolny, wolny jak 
ptak, czyż nie wiem, co to utęsknienie? Tęsknię, kiedy idę do 

Ciebie, tęsknię, gdy odchodzę od Ciebie, nawet kiedy siedzę 
przy Tobie, tęsknię do Ciebie. Czy można tęsknić za czymś, co 

się posiada? Tak, jeżeli się myśli, że można to, co się ma — 

stracić! Moja tęsknota to jest wieczna niecierpliwość; Dopiero 
kiedy przeżyję wszystkie wieczności i przekonam się, że nale-

żałaś do mnie w każdej chwili, dopiero wtedy powrócę do Cie-
bie, aby przeżyć z Tobą wszystkie wieczności, i będę miał dosyć 

cierpliwości, aby się na chwilę rozłączyć z Tobą i nie tęsknić, i 
będę miał dość ufności, aby spokojnie siedzieć u Twego boku.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Przed   drzwiami   stoi   mały   kabriolet,   dla   mnie   większy   od 

świata  całego,   bo  zmieści  się  w  nim   dwoje;   zaprzężono   doń 
parę   koni,   mocnych   i narowistych   jak   siły   natury,   niecierpli-
wych  jak  moja namiętność, śmiałych jak  Twoje  myśli. Jeżeli 

- 97 -

background image

chcesz, to porwę Cię, moja Kordelio! Czy każesz? Twój rozkaz 

jest wyzwoleniem, które popuszcza uzdy i wyzwala chęć lotu. 

Ja Cię uwiozę, nie od jednych ludzi do innych ludzi, zabiorę Cię 
z tego świata. Konie rżą, powóz się wznosi, konie stają dęba wy-

żej od naszych głów, wylatujemy w niebo, mijamy obłoki; wiatr 

wyje w uszach; czy siedzimy nieruchomo i cały świat leci koło 

nas, czy też to jest nasz odważny lot? Jeśli Ci się kręci w gło-
wie, moja Kordelio, obejmij mnie mocno; mnie się w głowie 
nie zakręci. Nigdy się nie dozna zawrotu głowy w sensie ducho-
wym, kiedy się myśli o jednej rzeczy, a ja myślę tylko o Tobie 

— w sensie cielesnym nigdy się nie dozna zawrotu głowy, gdy 

się zwraca oko tylko na jeden przedmiot, a ja widzę tylko Cie-
bie. Trzymaj się mocno; jeżeli świat przeminie, jeżeli nasz lek-
ki wóz umknie spod naszych nóg, obejmiemy się mocno trzyma-
jąc i polecimy między harmonie sfer.

Twój Johannes

To chyba za dużo. Mój służący czekał sześć godzin, ja sam 

czekałem  dwie   na  deszczu i wichrze, tylko aby przyłapać to 

drogie dziecko, Szarlottę Hahn. Ona zazwyczaj co środę między 
drugą a piątą odwiedza swoją starą ciotkę. I właśnie dziś nie 

przyszła, właśnie dziś, kiedy tak bardzo chciałem ją spotkać. 
Ale dlaczego? Bo mnie wprawia ona w całkiem specjalny na-

strój. Kłaniam się jej, a ona mi odpowiada w sposób niesłycha-

nie   światowy   a  zarazem  niebiański,   prawie   się   zatrzymuje, 
jak gdyby miała upaść na ziemię, a ma spojrzenie, jak gdyby 

miała się wznieść do nieba. Kiedy na nią patrzę, staję się uro-
czysty a jednocześnie  pełen pożądania. Poza tym dziewczyna 

mnie zupełnie nie interesuje, tylko czekam na ten ukłon, ni-
czego więcej nie oczekuję, choć ona może byłaby gotowa i na 
więcej. To   pozdrowienie  ożywia   mój  nastrój,  a  to   ożywienie 

ofiarowuję znowuż Kordelii. A jednak wiem, że ona w ten czy 
inny sposób prześliznęła się obok nas. Nie tylko w komediach, 
ale i w rzeczywistości trudno jest upilnować młodą dziewczy-

nę; trzeba mieć oko na każdym palcu. Była taka nimfa, Cardea, 
która poświęciła się tylko temu, aby zwodzić mężczyzn. Miesz-
kała w lasach, zwabiała swych kochanków w najgęstsze zarośla 

- 98 -

background image

i znikała. Chciała także oszukać Janusa, ale Janus ją zwiódł, 

gdyż miał oczy na karku.

Moje listy nie zawiodły moich zamiarów. Rozwijają ją ducho-

wo, ale nie erotycznie. Do spraw erotycznych należy używać 

nie listów, ale bilecików. Im bardziej wyjawia się erotyzm, tym 
krótsze   się   stają,   ale   tym   pewniej   wyjawiają   one   erotyczny 
cel. Ale, aby nie tworzyć z niej sentymentalnego lub rozmięk-
czonego stworzenia, trzeba uciekać się do ironii, która na nowo 

podnieca uczucia i czyni ją chciwą na pokarm, który kocha naj-

bardziej. Krótkie bilety w sposób odległy i nieokreślony dają 
jej   przeczucie   absolutu.   Z   chwilą   gdy   to   przeczucie   zacznie 
świtać w jej duszy, nasz związek się skończy. Przy moim sprze-
ciwie to przeczucie nabierze formy w jej duszy, jak gdyby to 

było jej własne pomyślenie, popęd jej własnego serca. I właśnie 

o to mi chodzi.

Moja Kordelio!
Ongi  mieszkała  tu  w  mieście niewielka rodzina, składająca 

się z wdowy i trzech jej córek. Dwie z nich chodziły do Kuchni 
Królewskiej na naukę gotowania. Było to wiosną, po południu, 

godzina była jakaś piąta, drzwi do saloniku otworzyły się z wol-

na, szpiegujący wzrok obrzucił wnętrze pokoju. Nie ma nikogo, 
tylko   młoda   dziewczyna   siedzi   przy   fortepianie.   Drzwi   są   na 

ogół   otwarte,   można   słuchać   niepostrzeżenie.   Gdyby   to   była 
wielka   artystka,   drzwi   byłyby   dobrze   zamknięte.   Dziewczyna 

gra szwedzką melodię o przemijaniu młodości i urody. Słowa 

szydzą z młodości i urody dziewczyny; uroda i młodość dziew-
czyny szydzą ze słów pieśni. Kto ma rację: słowa czy dziewczy-

na? Tony dźwięczą tak spokojnie, tak melancholijnie, jak gdyby 
smutek miał być sędzią rozstrzygającym w tym sporze. Ale ten 
smutek nie ma racji! Co obchodzą młodość te rozważania? Co 
wspólnego ma ranek i wieczór! Tony drżą i drgają, pudła rezo-
nansowe wydają tony, które się mieszają i nie pojmują wza-

jemnie — moja Kordelio, dlaczego tak gwałtownie? Skąd tyle 
namiętności?

- 99 -

background image

Na jaką odległość w czasie musi odejść od nas pewne zdarze-

nie, abyśmy je wspominali? Jak odległe musi być, aby tęsknota 

nasza nie pochwyciła go? Większość ludzi ma tu swoje ograni-
czenia; co leży zbyt blisko w czasie, nie może być wspomnie-

niem, co leży za daleko — nie istnieje. A ja nie znam granic. 

Czego doświadczyłem wczoraj, odsuwam w czasie o tysiące lat 

i wspominam tak, jakbym to przeżył wczoraj.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Mam  sekret do powierzenia Ci, moja zaufana przyjaciółko. 

Komuż go zwierzę? Echu? To mnie zdradzi. Gwiazdom? Są zim-

ne.   Ludziom?   Nie   rozumieją.  Tylko  Tobie   mogę   się   zwierzyć, 

gdyż   Ty   potrafisz   przechować   tajemnicę.   Jest   dziewczyna, 
piękniejsza niż marzenie mej duszy, czystsza niż światło słoń-

ca, głębsza niż morskie dno, dumniejsza niż orła  lot — to jest 
dziewczyna   —   o!   nachyl   Twą   głowę   do  mych   uszu   i   do   mej 

mowy, aby moja tajemnica przeniknęła do niej — tę dziewczynę 

kocham  bardziej niż życie, gdyż ona jest moim życiem, bar-
dziej niż wszystkie moje pożądania, gdyż jest moim jedynym 

pożądaniem; bardziej niż wszystkie moje myśli, gdyż ona jest 
moją jedyną myślą; kocham cieplej niż słońce kocha kwiaty, 

mocniej niż smutek kocha samotność złamanego serca; kocham 

tęskniej niż rozpalony piasek pustyni kocha strumienie deszczu; 
spoglądam na nią czulej niż oko matki na dziecinę; spoglądam 

z większym szacunkiem niż dusza pobożnego spogląda na Boga; 
bardziej nieodłączny jak roślina od korzenia. Twoja głowa staje 

się ciężka i zamyślona, opada na piersi, które podtrzymują ją 
wznosząc   się   westchnieniem   —   moja   Kordelio!  Zrozumiałaś 
mnie, zrozumiałaś mnie dokładnie,  literalnie, co do joty! Czyż 

mam wysilić słuch i kazać Twemu głosowi zapewnić mnie o tym? 
Czyż mogę wątpić? Czy dochowasz tej tajemnicy? Czy mogę po-
legać na Tobie? Opowiadają o ludziach, którzy zapewniali sobie 
wzajemne   milczenie,   popełniając   straszne   zbrodnie.   Ja   Ci 
zwierzyłem tajemnicę, która jest moim życiem i treścią moje-
go życia, czy   Ty nie masz mi nic do powiedzenia, czegoś, co 

- 100 -

background image

byłoby tak ważne, tak piękne, tak czyste, że siły nadnaturalne 

drgnęłyby, gdyby kto zdradził tę tajemnicę?

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Niebo się zachmurzyło — ciemne obłoki deszczowe wiszą na 

nim jak czarne brwi na namiętnej twarzy, drzewa lasu chwieją 

się ogarnięte niespokojnymi snami. Odeszłaś ode mnie w lesie. 

Za każdym drzewem widzę kobiecą istotę, która podobna jest 
do Ciebie, a kiedy zbliżam się, istota ta chowa się za najbliższe 
drzewo. Czyż mi się nie ukażesz? Czy połączysz się w całość? 
Wszystko się miesza przede mną; poszczególne części lasu gu-

bią   swoje   osobne   zarysy,   widzę   wszystko   jak   morze   mgły,   w 

którym niewieście postaci podobne do Ciebie ukazują się i zni-
kają. Nie widzę Ciebie, poruszasz się ciągle na falach przelot-

nych pojęć, ale napełnia mnie szczęście za każdym razem, gdy 
widzę  Twoje   podobieństwo.   Na   czym   to   polega?   Czy   to   jest 

Twojej istoty bogata jedyność — czy też uboga wieloznaczność 

mojej   istoty?  A  czyż   kochać   Ciebie   nie   znaczy   kochać   jakiś 
świat cały?

Twój Johannes

Bardzo   by   mnie   to   rzeczywiście   interesowało,   gdyby   było 

możliwe, zapisać dokładnie moje rozmowy z Kordelią. Jednak 
łatwo spostrzec, że to jest niemożliwe; gdyby nawet udało mi 

się zapamiętać każde słowo wymienione między nami, zawsze 

będzie niemożliwością oddanie tego, co tym rozmowom towa-
rzyszy, a co jest nerwem konwersacji, co jest niespodziewanym 

wybuchem, co jest wyrazem namiętności, a co jest żywotną za-
sadą rozmowy. Na ogół jestem do tych rozmów nieprzygotowa-
ny, co także sprzeciwia się samej istocie rozmowy, zwłaszcza 
miłosnej rozmowy. Tylko treść moich listów mam stale in men-
te
  i możliwie wywołany w niej tą  treścią nastrój mam  stale 

przed oczami. Oczywiście nigdy nie przyjdzie mi do głowy za-
dać pytanie, czy czytała mój list. Że czytała przekonuję się ła-
two. Wprost nigdy z nią o tym nie mówię, ale czynię sekretne 

- 101 -

background image

aluzje do listów  w moich rozmowach, częściowo, aby to lub 

inne wrażenie pogłębić w jej duszy, a częściowo, aby ująć coś z 

tych wrażeń i uczynić ją niezdecydowaną. Może potem na nowo 
odczytać taki list, odebrać nowe wrażenia i tak ciągnąć dalej.

Zachodziły i zachodzą w niej wyraźne zmiany. Gdybym miał 

określić teraźniejszy stan jej duszy, powiedziałbym, że jest to 
panteistyczne         zuchwalstwo.   Jej   spojrzenie   zdradza   to   od 
razu. Jest zuchwałe, naiwnie   zuchwałe w oczekiwaniu, jakby 

każdej chwili żądało i było gotowe na przyjęcie czegoś nadzwy-

czajnego. Jak oko, które sięga daleko poza siebie, tak spogląda 
ów wzrok poza bezpośrednie otoczenie i widzi zadziwiające ob-
razy. Jest to spojrzenie zuchwałe, naiwnie zuchwałe w oczeki-
waniu, ale nie w pobłażaniu sobie i dlatego odbija się w nim 

marzenie i prośba, nie duma i rozkaz. Szuka ona rzeczy zadzi-

wiających poza sobą, prosi, aby się jej ukazały, jak gdyby nie 
miała własnej mowy na wywołanie ich. Trzeba temu przeszko-

dzić, inaczej zbyt wcześnie osiągnę moją przewagę. Wczoraj 
mi  powiedziała, że jest we  mnie coś  królewskiego. Zapewne 

chce się ugiąć; ale nie trzeba. Zapewne, droga Kordelio, jest 

we   mnie   coś   królewskiego,   ale   nawet   nie   przeczuwasz,   nad 
jaką panuję krainą. Minęły nastrojowe burze. Jak Eol trzymam 

je zamknięte w górskiej grocie mojej osobowości i wypuszczam 
to jedną, to drugą. Pochlebstwo wzmacnia jej poczucie osobo-

wości; różnica między „ja” i „ty” nabiera znaczenia, całą odpo-

wiedzialność kładzie się po jej stronie.     Pochlebiać trzeba z 
wielką ostrożnością. Czasami trzeba umieścić się bardzo wyso-

ko,   tak   jednak,   by   wyżej   jeszcze   pozostało   jedno   miejsce; 
a czasem trzeba zająć bardzo niski stopień. Pierwsza pozycja 

jest słuszna, kiedy kierujemy się w stronę spraw duchowych, 
druga właściwa wówczas, gdy dążymy do spraw erotycznych. 
Czy jest mi co winna? Ależ nie. Czy mam sobie tego  życzyć! 

Nie.   Za   wielkim   jestem   znawcą,   za   duże   mam   rozumienie 
spraw erotycznych, abym myślał o takich szaleństwach. Gdyby 
tak było w rzeczywistości, użyję całej mej mocy, aby przypra-

wić ją o zapomnienie i ukołysać do snu własne moje myśli na 
ten temat. Każda dziewczyna jest Ariadną dla labiryntu swego 
serca, ma w ręku nitkę, dzięki której można znaleźć drogę, ale 

- 102 -

background image

posiada ją w ten sposób, że sama nie wie, jak się tej nitki uży-

wa.

Moja Kordelio!
Mów   —   ja   słucham.   Twoje   życzenie   jest   rozkazem.   Twoja 

prośba jest wszechmocnym zaklęciem, każda Twoja przelotna 
chętka jest dla mnie dobrodziejstwem; słucham Cię nie jak po-

słuszny duch, znajdujący się poza Tobą. Kiedy wyrażasz życze-

nie, rośnie Twoja wola i ja rosnę razem z nią; gdyż jestem po-
mieszaniem duszy, która tylko czeka na jedno Twoje słowo.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Wiesz, że lubię rozmawiać sam z sobą. W sobie znalazłem 

najciekawszą osobę ze wszystkich swoich znajomych. Czasami 

dawniej bałem się, że zabraknie mi tematu do tych rozmów, 
teraz   się   już   nie   boję,   mam   Ciebie.   Będę   więc   przez   całą 

wieczność rozmawiał o Tobie sam z sobą, o najbardziej zajmu-
jącym   przedmiocie   z   najbardziej   zajmującym   człowiekiem   — 

och,  ja jestem tylko zajmującym człowiekiem, Ty najbardziej 

zajmującym przedmiotem w świecie.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Myślisz, że tak krótko kocham Ciebie, i myślisz, że może ko-

chałem już przedtem. Istnieją manuskrypty, w których wpraw-

ne oko natychmiast odkryje starsze pismo, przykryte z biegiem 

czasu nowymi, nic nie znaczącymi głupimi literami. Środki od-
powiednie wywabiają to późniejsze pismo i widać stare pisanie 

wyraźnie i jasno. Tak oto Twoje oko nauczyło mnie znajdować 
w sobie samego siebie, skazuję na pożarcie przez zapomnienie 
wszystko, co nie dotyczy Ciebie, i w ten sposób otrzymuję pra-
stare, a bosko młode prapismo, i dowiaduję się, że moja miłość 
do Ciebie jest równie dawna, jak ja sam.

Twój Johannes

- 103 -

background image

Moja Kordelio!
Jak się może ostać królestwo takie

*

, które popadło w walkę z 

sobą samym; jak ja mam się ostać, kiedy wpadłem w walkę z 

samym sobą? O co? O Ciebie, aby znaleźć możliwy spokój w my-

śli, że zakochałem się w Tobie. Ale jak mam zyskać ten spokój? 
Jedna z walczących stron będzie przekonywać przecie tę dru-
gą, że kocha się mocniej i głębiej, a w następnej chwili ta dru-
ga będzie chciała przekonać pierwszą. Niewiele by mnie to ob-

chodziło, gdyby walka odbywała się na zewnątrz, czy byłby to 

ktoś, kto twierdziłby, że Cię kocha albo że się zakocha, prze-
stępstwo to jednakie; ale walka w moim wnętrzu pożera mnie, 
osobliwa namiętność w podwójnej formie.

Twój Johannes

Znikaj, moja mała rybaczko, ukryj się między drzewami, za-

bierz tylko twoją wiązkę, tak pięknie wyglądasz, kiedy się schy-
lasz, jak teraz właśnie,  z naturalnym  wdziękiem, schylasz się 

pod   ciężarem   wiązki   chrustu,   który  zbierałaś   —   że   też  takie 

stworzenie musi nosić takie ciężary! Jak tancerka prezentujesz 
piękno swoich kształtów — wąska w pasie, pełna w piersi, pącz-

kujące  formy,  których  doskonałość   doceni  każdy  szef  komisji 
poborowej. Ty myślisz, że to niewarte gadania, myślisz może, 

że panie z towarzystwa są daleko piękniejsze, ach, moje dziec-

ko. Ty nawet nie wiesz, ile fałszu jest na świecie. Idźże swoją 
drogą z Twoim ciężarem w ten ogromny las, który zapewne cią-

gnie się na wiele, wiele mil poprzez cały kraj, aż po granicę si-
nych gór. A może Ty nie jesteś prawdziwą rybaczką, tylko za-

czarowaną księżniczką? Służysz u czarnoksiężnika, który okrut-
nie posyła Cię po opał do lasu? Zawsze tak się mówi w bajkach. 
Bo po co idziesz w głąb lasu? Jeżeli jesteś prawdziwą rybaczką, 

to   musisz   przejść   do   swej   siedziby   z  Twoim   chrustem   drogą 
obok mnie, który tu stoję. Idź tylko ścieżką, która się wije za-
bawnie między drzewami, moje oko już Cię odnajdzie; obejrzyj 
się tylko na mnie, mój wzrok dąży za Tobą, ale z miejsca się 
nie ruszę, tęsknota za Tobą mnie nie porwie, spokojnie siedzę 

* Ew. św. Marka r. 3, 24 (przyp. tłum.)

- 104 -

background image

tu na zboczu, kurząc swoje cygaro. Innym razem — może. Twój 

wzrok błyska figlarnie, gdy tak zwracasz głowę na pół do tyłu. 

Twój lekki krok jest pociągający; ja wiem, ja rozumiem, dokąd 
prowadzi ta droga — do samotności lasu, do szmeru drzew, do 

tak różnorodnej ciszy. Patrz, nawet niebo jest dla Ciebie łaska-

we, okrywa się chmurami, ciemnieje tło lasu, jak gdyby zacią-

gało zasłony nad nami. Żegnaj, piękna rybaczko, bądź zdrowa, 
dziękuję za łaskę, to była piękna chwila, nastrój nie dosyć sil-
ny, aby poruszyć mnie z tego zbocza, ale bogaty w poruszenia 
wewnętrzne.

Kiedy Jakub układał się z Labanem o zapłatę za swoją służbę, 

to postanowili, że Jakub będzie pilnował stad białych owiec, a 

w nagrodę za swą pracę otrzyma wszystkie owce siodłate, któ-

re się w tym stadzie zrodzą — zatem Jakub namoczył kije w 
wodzie deszczowej i kazał owcom spoglądać nieprzerwanie na 

nie — tak samo zachowuję się w stosunku do Kordelii, jej oko 
spogląda na mnie stale. Jej się to wydaje jako zbędna uwaga z 

mej strony; a ja, przeciwnie, sądzę, że jej dusza traci wszelkie 

zainteresowanie do czego innego i że w niej się rozwija we-
wnętrzne pożądanie, które wszędzie mnie widzi.

Moja Kordelio!
Gdybym mógł zapomnieć o Tobie! Czyż moja miłość jest dzie-

łem     jedynie pamięci? Gdyby czas wymazał wszystko z tablic 

pamięci, nawet samą pamięć wymazał, Ty nie będziesz zapo-

mniana. Czyż to możliwe, abym zapomniał Ciebie! Cóżbym miał 
więc   pamiętać?   O   sobie   zapomniałem   zupełnie,   wspominając 

Ciebie! Gdybym zapomniał o Tobie, przypomniałbym siebie, a w 
chwili gdybym przypomniał siebie, już bym pamiętał i o Tobie! 
Czyż mogę zapomnieć o Tobie? Cóż by się wtedy stało? Istnieje 
taki obraz z czasów starożytnych

*

. Przedstawia Ariadnę. Zrywa 

się ona przerażona z łoża i śledzi okiem statek, który oddala się 

rozwinąwszy wszystkie żagle. Obok niej stoi Amor z łukiem, ale 
bez cięciwy, i wyciera sobie oczy. A za nią stoi skrzydlata po-

*Obraz z Herkulanum (przyp. tłum.)

- 105 -

background image

stać żeńska z hełmem na głowie. Na ogół przyjmuje się, że ta 

figura to Nemezis. Wyobraź sobie ten obraz, wyobraź sobie nie-

co przemieniony. Amor nie płacze, jego łuk nie jest pozbawiony 
cięciwy, czy stałabyś się mniej piękna, mniej zwycięska, gdy-

bym ja oszalał? Amor śmieje się i naciąga łuk. Nemezis nie stoi 

przy Twoim boku bezczynna, ona też naciąga łuk. Na tym obra-

zie widać na statku męską postać zajętą jakąś pracą. Mówi się, 
że to Tezeusz. Inaczej na moim obrazie. Tezeusz stoi tu na ru-
fie, z tęsknotą patrzy na przebytą drogę, wyciąga ramiona, wy-
raża żal, a raczej jego szał odstąpił od niego, ale statek go 

unosi w dal. Amor i Nemezis celują jednocześnie, jednocześnie 

wylatują strzały z każdego łuku, trafiają obie; widzi się, rozu-
mie się, że obie trafiły w to samo miejsce w sercu Tezeusza, na 
znak, że jego miłość była mściwą Nemezis.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Mówią o mnie, że kocham się sam w sobie. Nie dziwi mnie to; 

jakże można zauważyć, że potrafię kochać, gdy kocham tylko 

Ciebie, jakże ktokolwiek może się domyślić tego, że kocham 
tylko Ciebie? Jestem zakochany w sobie; dlaczego? Dlatego, że 

zakochałem się w Tobie, gdyż kocham Ciebie, jedynie Ciebie i 
wszystko, co jest Twoje prawdziwie; dlatego też kocham sie-

bie, bo moje „ja” należy do Ciebie, gdybym przestał kochać 

Ciebie, przestałbym kochać samego siebie.  Co jest w świecie 
dla oka profana wyrazem najwyższego egoizmu, to dla Twojego 

wtajemniczonego wzroku ma  wyraz najczystszej sympatii, co 
jest w świecie dla oka profana wyrazem jak najbardziej proza-

icznego egoizmu, to jest dla Twojego uświęconego oka wyra-
zem najbardziej uduchowionego samozniszczenia.

Twój Johannes

O co trwożyłem się najbardziej? Że cały rozwój tych spraw 

zabierze mi zbyt dużo czasu. A tymczasem widzę, że Kordelia 
czyni   ogromne   postępy   i   że   raczej   staje   się   potrzebne   po-
wstrzymywanie jej zapału, którym  chce przyspieszyć bieg rze-

- 106 -

background image

czy. Nie może, na wszystko w świecie, stać się dojrzałą przed 

czasem, to znaczy przed tym czasem, kiedy jej czas minie.

Kiedy człowiek kocha, nie chodzi utartymi drogami. To tylko 

małżeństwo umieszcza się przy bitych szosach. Jeżeli się wycho-

dzi na przechadzkę z Noddebo, to się nie idzie wzdłuż jeziora 
Esróm. Wprawdzie jest to tylko ścieżka myśliwska, ale udepta-
na, a miłość wydeptuje raczej własne ścieżki. Szuka się miejsc 
bardziej   odludnych,   na   przykład   w   Gribskov.  A kiedy   się   tak 

idzie ręka w rękę, rozumie się lepiej nawzajem i staje się jasne 

to, co było ciemne i bolesne. Kochankowie nie podejrzewają 
czyjejś obecności. — A więc te wspaniałe buki będą świadkami 
waszej miłości, w cieniu ich koron zdobędziecie się na pierwsze 
wyznania. Tak wcześnie wszystko wspominacie: wasze pierwsze 

spotkanie, pierwsze dotknięcie rąk w tańcu, pierwsze rozstanie 

o porannej godzinie, kiedy do niczego nie chcieliście się przy-
znać i nic sobie powiedzieć nawzajem. Miło jest słuchać tych 

miłosnych wprawek. Upadliście na kolana pod drzewem, przy-
sięgliście   sobie   niezłomną   miłość,   przypieczętowaliście  ten 

pakt pierwszym pocałunkiem. To są owocne nastroje, które nie 

mogą  dotyczyć   Kordelii.   —  A  więc   ten   wspaniały   buk   został 
świadkiem. Tak, drzewo to dobry świadek ale może to trochę 

za mało.  Prawda, mniemacie zapewne, że niebo  było  świad-
kiem. Tak, ale samo niebo, to idea bardzo abstrakcyjna. Widzi-

cie więc, był tu jeszcze jeden świadek. Czy mam się podnieść i 

zwrócić waszą uwagę, że jestem tutaj? Nie, może mnie pozna-
cie i gra się nie uda. Czy mam, kiedy znikacie, podnieść się i 

powiedzieć wam, że ktoś tu był? Nie, to nie ma sensu. Niech 
zapanuje   milczenie   nad   waszym   sekretem   —   dopóki   ja   będę 

chciał. Jesteście w mej władzy, mogę was zmiażdżyć, jeżeli ze-
chcę. Znam waszą tajemnicę; mogła mi powiedzieć o niej albo 
ona, albo on. Ona — to niemożliwe, a więc — on. To znakomicie 

— brawo! Ależ przecie to prawie przestępstwo. To jeszcze zo-
baczymy. Jeżeli będę coś wiedział o niej na pewno, czego w 
inny sposób zdobyć nie mogę, w sposób normalny, jak bym so-

bie życzył, nic mi innego nie pozostanie.

- 107 -

background image

Moja Kordelio!
Jestem ubogi — Tyś moim bogactwem; jestem ciemny — Tyś 

moje światło. Nie mam nic, nie chcę niczego. A jakżebym mógł 

posiadać cokolwiek; to jest sprzeczność, gdyż ten może posia-

dać cokolwiek, kto nie posiada sam siebie. Szczęśliwy jestem 
jak dziecko, które nie ma nic i nie może nic posiadać. Nie mam 
nic, bo cały należę do Ciebie, nie ma mnie, przestałem istnieć, 
aby należeć do Ciebie.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
M o j a , co znaczy to słowo? nie to, że coś do mnie należy, ale 

że ja należę do czegoś, co wypełnia całą moją istotę, co jest o 
tyle moje, o ile ja należę do niego. Mój Bóg nie jest Bogiem, 
który do mnie należy, ale Bogiem, którego ja jestem własno-

ścią, i tak samo, kiedy powiadam: moja ojczyzna, mój dom, 

mój zawód, moja tęsknota, moja nadzieja. Gdyby nie było już 
pojęcia nieśmiertelności, to  ta myśl  mogłaby przełamać nor-

malny bieg natury.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Czym   ja   jestem?   Skromnym   heroldem   dążącym   za   Twymi 

triumfami;   tancerzem,   który   się   schyla   przed   Tobą,   podczas 
gdy Ty unosisz się nad nim w cudownej lekkości; gałęzią, na 

której przez chwilę spoczywasz, gdy Cię zmęczy fruwanie; gło-
sem basowym, który się podkłada pod   sopran, aby mu pozwo-

lić wznieść się jeszcze wyżej — czym ja jestem? Jestem siłą 
przyciągania, która więzi Cię przy ziemi. Czym jestem? Ciałem, 
masą, ziemią, pyłem, popiołem — Ty, moja Kordelio, jesteś du-

szą i duchem.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Miłość   jest   wszystkim.   Stąd   dla   tego,   kto   kocha,   wszystko 

traci znaczenie w sobie i dla siebie i może nabrać sensu tylko 

- 108 -

background image

przez wykładnię. Miłość daje wykładnię. Gdyby to inny narze-

czony został przekonany, że inna dziewczyna interesuje go w 

tej chwili, stałby przed nią jak przestępca, a ona wyrażałaby 
mu   swoje   oburzenie.  A  Ty   przeciwnie,   wiem   dobrze.   Ty   byś 

uważała za czyn hołdowniczy takie wyznanie; a zresztą żebym 

pokochał inną, rzecz to niemożliwa, gdyż moja miłość do Cie-

bie rzuca odblask na całe moje życie. A jeżeli kiedy jestem za-
jęty inną dziewczyną, to po to, aby się przekonać, że jej nie 
kocham, tylko Ciebie — to by było zuchwalstwem; ale ponieważ 
cała moja dusza jest przepełniona Tobą, życie nabiera dla mnie 

innego znaczenia, staje się mitem o Tobie.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Moja miłość pożera moje ciało, tylko głos mój pozostaje, głos 

zakochany w Tobie, zewsząd szepczący, że kocham Cię. O! Czy 
Ci już zbrzydło słuchanie tego głosu? Ze wszech stron otacza on 

Ciebie; jak wielokrotną, niepewną kładę moją prześwietloną 

duszę wokół Twej czystej, głębokiej istoty.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Czytamy w starych opowieściach, że pewna rzeka zakochała 

się w dziewczynie. Taka jest moja dusza jak rzeka, która Cię 

kocha. Chwilami układa się ona spokojnie i pozwala podobiźnie 

Twojej odbijać się głęboko i nieruchomo w sobie, chwilami zaś 
wyobraża sobie, że pojmała Twój obraz; wtedy burzą się jej 

fale, aby przeszkodzić twojej ucieczce; czasem rzeka wyrów-
nuje swą powierzchnię i igra z Twym obrazem,   czasem gubi 
ten obraz i fale jej stają się czarne i rozpaczliwe. Taka jest 
moja dusza, która zakochała się w Tobie.

Twój Johannes

Prawdę powiedziawszy, nie uciekając się do niezwykle żywej 

wyobraźni, można sobie wymyślić wygodniejszy,  rozsądniejszy, 
odpowiedniejszy środek komunikacji; jazda furmanką wracają-

- 109 -

background image

cą z targu wywołuje prawdziwe zgorszenie. Ale w trudnej sytu-

acji przyjmuje się tę propozycję z wdzięcznością. Idzie się spo-

ry kawał szosą; siada się na wóz, jedzie się milę, nic na dro-
dze;  dwie  mile,  wszystko  idzie  gładko;  czuje  się   spokojnie i 

bezpiecznie;   równina   wygląda   stąd   piękniej   niż   zazwyczaj, 

przejechało się już prawie trzy mile — kto by się mógł spodzie-

wać spotkania na takim odludziu kogoś z Kopenhagi? A to prze-
cie mieszkaniec stolicy, widzi pani dobrze, że to nie jakiś wie-
śniak, ma takie bardzo osobliwe spojrzenie, tak pewne, z taką 
uwagą oceniające i lekko szydercze. Tak, kochana dziewczyno, 

twoja pozycja jest bezwarunkowo niewygodna, siedzisz tu jak 

na płocie, wóz nie ma stopnia na nogi, a więc nie powinno cię 
żenować siedzenie przy mnie. Jeżeli tak, to ustąpię pani całego 
wozu, a sam siądę na koźle, ciesząc się, że mogę powożąc skie-
rować   wóz   w   potrzebnym   pani   kierunku.   Słomiany   kapelusz 

okrywa niedostatecznie twą twarz, pani odwraca głowę, ale ja 

mogę  podziwiać  piękny  profil.  Czy  to   nie  jest  nieznośne,  że 
przechodzący   chłop   kłania   mi   się?  Ale   to   w   porządku,   kiedy 

chłop kłania się wytwornemu panu. Już się pani nie wykręci, 
oto jest oberża, nawet stacja pocztowa, a taki chłopak, taki 

torfiarz, jest zbyt bogobojny, aby się tu nie pomodlić. Poproszę 

go, to mnie zabierze. Mam niezwykły dar namawiania torfiarzy 
do podwożenia mnie po drodze. O! Gdyby mi się udało zadowo-

lić także panią! On nie oprze się mojej prośbie, a jeżeli nie 
oprze się mojej prośbie, to także nie może oprzeć się skutkom, 

które z tego wynikną. Jeżeli sam nie potrafię, to może to zro-

bić mój sługa. Wszedł właśnie do oberży, pani została sama na 
wozie w ciemności. Bóg wie, co to za dziewczyna? Czyżby to 

była córeczka poważnego mieszczanina, córka pastora? Jeżeli 
tak jest, to jest ona jak na córkę pastora niezwykle piękna i z 
niezwykłym smakiem ubrana. Pastorowi musi się dobrze powo-
dzić. Albo może jest inaczej, może to córka arystokratycznej 
rodziny, której znudziły się powozy i przedsięwzięła spacer pie-

chotą do miasteczka, może nawet chce doznać jakiejś niewiel-
kiej przygody. Wszystko możliwe, to zwyczajne. A chłop nic nie 
wie, to jest zwierzę, które potrafi tylko pić. Tak, tak, pić to on 
potrafi.

- 110 -

background image

Ale co ja widzę, ni mniej ni więcej, tylko pannę Jespersen, 

Hansine Jespersen, córkę hurtowego kupca z tej okolicy. Niech 

Bóg nas broni, ale my się znamy oboje! Spotkałem ją kiedyś na 
Bredgade, jechała do domu, nie mogła otworzyć okna omnibu-

su; włożyłem okulary i miałem tę przyjemność, że mogłem ją 

śledzić wzrokiem. Było jej bardzo niewygodnie, tyle ludzi było 

w omnibusie, że się poruszyć nie mogła i prawdopodobnie na-
wet nie mogła krzyknąć. Obecna jej pozycja jest również nie-
wygodna. Byliśmy przeznaczeni dla siebie, to jasne. Powinna to 
być mała romantyczna dziewczynka, ale jest już przeznaczona 

dla kogo         innego. A oto wraca mój służący z chłopem. Jest 

zupełnie pijany. To okropne, cóż to za ludzie ci torfiarze. Ach 
tak! I nie tylko torfiarze. I teraz właśnie pani chce jechać da-
lej. Musi pani sama powozić. To całkiem romantyczne. — Pani 
odrzuca moją pomoc, pani twierdzi, że pani znakomicie powo-

zi. Pani mnie nie oszuka, ja zaraz zauważyłem, jaki z pani nu-

mer.   Pojedziemy   kawałek   tą   drogą   i   zeskoczy   pani;   w   lesie 
można znaleźć tyle kryjówek. — Zaraz osiodłają mi konia, poja-

dę za panią konno. — No tak! Jestem gotowy, teraz pani jest 
zabezpieczona   przed   każdym   napadem.   Niech   się   pani   tak 

strasznie nie lęka, bo zaraz zawrócę. Troszkę tylko nastraszę 

panią i dam pani powód do pomnożenia swych powabów. Prze-
cież pani nie wie, że to ja upiłem chłopa, ale nie pozwoliłem 

sobie   na   żadne   niestosowne   słowo   o   pani!   Jeszcze   wszystko 
może być dobrze, jeszcze mogę tak pokierować biegiem wy-

padków, że pani będzie się śmiała z tej całej historii. Chciał-

bym tylko mieć małe intermezzo z panią; niech pani nigdy nie 
wierzy,   że   ja   napadam   na   dziewczęta.   Jestem   przyjacielem 

wolności i czego nie dostanę z wolnej woli, to nie ma dla mnie 
żadnego znaczenia. „Sama pani widzi, że niepodobna podróżo-
wać dalej w tym sposobie. Ja jadę na polowanie, dlatego je-
stem konno. Mój powóz będzie stał gotowy w gospodzie. Jeżeli 
pani każe, to odwiezie panią, dokąd pani pragnie. Ja niestety 

nie mogę mieć tej przyjemności, aby towarzyszyć pani, związa-
ny jestem myśliwskim słowem, a to jest słowo święte”. Pani się 
zgadza, a więc wszystko zaraz będzie w porządku, nie potrze-
buje   pani  być   zmieszana   przy   naszym   najbliższym  spotkaniu, 

- 111 -

background image

może tylko o tyle, o ile z tym pani będzie do twarzy. Może się 

pani zabawić tą całą historią, trochę się pośmiać i trochę po-

myśleć   o mnie.   Więcej   nie   wymagam.   Może   się   to   wydawać 
mało; dla mnie to dość. To jest początek, a ja jestem bardzo 

mocny w początkowych zasadach.

Wczoraj  wieczorem   zebrało   się   u   cioci   małe   towarzystwo. 

Wiedziałem,  że Kordelia  zabierze  się do swojej robótki. Scho-

wałem   więc   tam   mały   karteluszek.   Upuściła   go,   podniosła, 

zmieszała się, zamyśliła. W ten sposób zawsze można stworzyć 
pomocniczą sytuację. Niewiarygodne, jakże wiele rzeczy moż-
na zyskać w ten sposób. Jakiś sam w sobie nic nie znaczący bi-
lecik przeczytany w takich okolicznościach nabiera dla niej nie-

zmiernego znaczenia. Nie mogła ze mną zamienić ani słowa, 

urządziłem się tak, że musiałem odprowadzić pewną damę do 
domu. Musiała czekać aż do dziś. To zawsze lepiej i głębsze 

wrażenie czyni w jej duszy. I zawsze wychodzi na to, że to z 
mojej strony okazana uwaga; a zysk ten, że ja zewsząd wcho-

dzę w jej myśli i zewsząd ją atakuję.

A więc miłość ma swoją własną dialektykę. Była kiedyś młoda 

dziewczyna, w której byłem zakochany. W teatrze, w Dreźnie, 
zeszłego lata zobaczyłem aktorkę łudząco podobną do niej. Od 

razu zapragnąłem   zawrzeć z nią znajomość, co mi się zresztą 

udało, i przekonałem się, że różnica była jednak duża. Dzisiaj 
spotkałem na ulicy panią zupełnie   podobną do tej aktorki. To 

opowiadanie można ciągnąć tak długo, jak się wam podoba.

Zewsząd moje myśli otaczają Kordelię, chronią ją jak anioło-

wie ze wszystkich stron. Jak Wenus ciągniona w swym wozie 
przez gołębie, tak samo siedzi ona w triumfalnym wozie, do 
którego   zaprzęgam   moje   myśli   niby   skrzydlate   istoty.   Siedzi 
sama taka radosna, bogata jak dziecko, potężna jak bogini, a 
ja kroczę przy jej boku. Naprawdę, młoda dziewczyna była i 

jest  venerabile  całej natury, całego bytu. Nikt tego lepiej nie 
wie niż ja. Szkoda tylko, że ta wspaniałość trwa tak krótko! 

- 112 -

background image

Uśmiecha się do mnie, kiwa ku mnie jak gdyby była moją sio-

strą. Jedno spojrzenie przypomina jej, że jest moją kochanką.

Miłość ma wiele pozycji. Kordelia robi dobre postępy. Siedzi u 

mnie na kolanach, jej ramię otacza ciepło i łagodnie moją szy-
ję, spoczywa na mojej piersi, tak lekka, bez cielesnej wagi; ła-
godne formy ledwie mnie dotykają; jak kwiat obwija mnie jej 
urocza istota, giętka jak wstążka. Oko jej skrywa się pod po-

wieką, jej łono jest oślepiająco białej jak śnieg, i tak gładkie, 

że oko nie może się zatrzymać, ześliznęłoby się z niego, gdyby 
łono nie poruszało się. Co znaczy owo poruszenie? Czy to miłość? 
Możliwe. Jest to przeczucie miłości, o miłości sen. Brak tylko 
energii. Obejmuje mnie sztucznie jak obłok obejmuje wniebo-

wstępującego, lekko jak wietrzyk, łagodnie, jak się obejmuje 

kwiaty,  całuje mnie w sposób  niepewny, jak niebo całuje mo-
rze, delikatnie i łagodnie jak rosa całuje kwiaty, uroczyście jak 

morze całuje obraz księżyca.

Jej namiętność nazwałbym w tej chwili naiwną namiętnością. 

Kiedy następuje przełom i zaczynam wycofywać się na serio, 
ona wzmaga wszystko, aby mnie naprawdę zatrzymać. Nie ma 

po temu żadnych innych sposobów, poza erotycznymi, ale te 
okażą się przydatne podług zupełnie innych miar. Jest to broń w 

jej ręku, którą kieruje przeciwko mnie. Bo ja mam namiętność 

zreflektowaną.  Ona walczy na własny rachunek, ponieważ wie 
dobrze, że ja posiadam w sobie pierwiastek erotyczny, walczy 

na własny rachunek, aby przezwyciężyć mnie. Sama dąży do 
wyższych form erotyzmu. Co znaczy mój kunszt rozpalania jej, 

domyśla się po trosze, teraz musi doznać mego chłodu, ale tak-
że powinna to czynić na własny rachunek, tak jakby to tylko od 
niej wychodziło. Chce w tym przewyższyć  mnie, wierzy, że w 

swej   bezczelności  przewyższa   mnie   i   tym  samym   może   mnie 
przejrzeć. Wtedy jej namiętność  stanie się określona,  pewna, 
energiczna, dialektyczna; jej pocałunek stanie się pocałunkiem 
totalnym,   jej   objęcie   objęciem   zupełnym.   U   mnie   zapragnie 
poszukać  wolności   i   znajdzie   ją   tym   pewniej,   im   ciaśniej   ją 
obejmę. Narzeczeństwo  diabli wezmą. Kiedy się to już stanie, 

- 113 -

background image

zapragnie   odrobiny   wypoczynku,   gdyż   to   wszystko,   ogarnięte 

dzikim  szałem, wyda się jej bardzo nieładne.  Jej namiętność 

raz jeszcze scali się w jedno i wtedy jest moją.

Tak jak za czasów świętej pamięci Edwarda troszczyłem się o 

jej lektury, tak dzisiaj czynię to wprost. Teraz podaję jej to, co 
uważam za najlepszy pokarm: mity i baśnie. Ale i w tym ma zu-
pełną swobodę, słyszę o wszystkim, jak mówi sama. A jeżeli nie 

domyśla się ich treści, to jej to wykładam. Jeżeli dziewczyny 

służące wybierają się latem do Wesołego Miasteczka w parku 
Dyrehave

*

, to zazwyczaj nie jest to godziwa rozrywka. Wybie-

rają się tam raz w roku i dlatego chcą się tam bawić na całego. 
Muszą mieć kapelusz i szal na sobie i krygować się we wszelkim 

sposobie.  Zabawa jest dzika, nieładna, lubieżna.   Nie, ja sta-

nowczo wolę park we

* Obszerny park w okolicach Kopenhagi, pełny zwierząt, jak jelenie, daniele, 

sarny itd. Ogród ma tzw. Dyrehaves bakken, czyli coś w rodzaju centralnego Ti-
voli, ale o wiele prymitywniejsze (przyp. tłum.)

- 114 -

background image

Frederiksbergu

*

  Co   niedziela   po   południu   przychodzą   tam 

dziewczyny i ja też. Nastrój tu panuje letni a przyzwoity, same 

zabawy są cichsze i szlachetniejsze. Mężczyźni, którzy nie inte-

resują   się   pokojówkami,   tracą   więcej   niż   one.   Różnorodna 

chmara pokojówek jest najpiękniejszą gwardią, jaką mamy w 
Kopenhadze. Gdybym był królem, wiedziałbym co robić — nie 
dokonywałbym przeglądu wojsk liniowych. Gdybym był jednym 
z trzydziestu dwóch ojców miasta, od razu bym wydał rozpo-

rządzenie i od razu stworzyłbym komitet dobroczynny, który by 

swym wyglądem, radą, pouczeniem, odpowiednim wynagrodze-
niem starał się pobudzić pokojówki do pięknego i gustownego 
ubierania się. Dlaczego piękność ma się  marnować,  dlaczego 
ma nie zauważona przejść przez życie, niech przynajmniej raz 

na tydzień ukaże się w korzystnym świetle. We wszystkim trze-

ba mieć smak, umiarkowanie. Ma rację „Przyjaciel Policji

**

, że 

pokojówka   nie   powinna   wyglądać   jak   dama,   ale   argumenty, 

które   to   szacowne   pismo   przytacza,   są   całkiem   błędne.   Czy 
możemy  życzyć sobie w przyszłości takiego rozkwitu klasy po-

kojówek, czy nie wywrze to szkodliwego wpływu na córki po 

naszych domach? Czy też będzie zuchwalstwem, jeżeli w ten 
sposób wyobrażę sobie przyszłość Danii, którą i tak już nazywa-

my pozbawioną celu? Jeżeliby mi się udało żyć w tym złotym 
wieku, można będzie z czystym sumieniem chodzić w kółko po 

ścieżkach i ulicach pasąc swoje oczy radosnym widokiem. Ja-

kiegoż lotu nabrała myśl moja,  tak szybka i zuchwała, tak pa-
triotyczna,  ale ja też jestem tu na spacerze w frederiksberg-

skim parku, gdzie co niedziela po południu schodzą się poko-
jówki,   a   ja   z   nimi   też.   —   Naprzód   idą   wiejskie   dziewczęta, 

rączka w rączkę ze swoimi kawalerami, albo w innej figurze: 
wszystkie dziewczyny trzymające się za ręce naprzód, wszyscy 
chłopcy razem z tyłu, albo jeszcze inaczej, dwie dziewczyny i 

jeden chłopak! Ten tłumek stanowi ramy, chętnie stoją lub sie-

* Frederiksberg, część Kopenhagi, tworząca oddzielną gminę administracyj-

ną. Pośrodku Frederiksbergu leży okazały park, tam się też znajduje kopenha-

skie ZOO (przyp. tłum.)

** W czasopiśmie „Przyjaciel Policji” nr 86, r. 1835, wydrukowano satyrę na 

strojenie się pokojówek (przyp. tłum.)

- 115 -

background image

dzą wzdłuż alei po bokach niewielkiego czworoboku przed Pa-

wilonem. Tu widzi się zdrowe, świeże kontrasty kolorów, lekko 

przesadzone zarówno w twarzach, jak i w strojach. Za nimi idą 
jutlandzkie,   fińskie   dziewczyny.   Wysokie,   smukłe,   trochę   za 

mocno zbudowane, w strojach nieco pomylonych. Tu by miał 

komitet dużo do roboty. Nie brakuje tu i reprezentantek Born-

holmu, mocne kuchareczki, ale niedostępne zarówno w kuchni, 
jak i w tym parku, są pełne odpychającej dumy. Ich zachowanie 
z tego powodu nie pozbawione jest znaczenia, chętnie je tu 
widzę, ale nigdy nie mam z nimi nic do czynienia. A zatem idą 

wojska z centrum miasta, dziewczyny z Nyboder

*

. Trochę niż-

sze, pełne, zaokrąglone, o delikatnej cerze, ożywione, wesołe, 
gadatliwe, trochę kokietki, i wszystkie z gołą głową. Ich strój 
zbliża się do stroju dam, z wyjątkiem tylko dwóch rzeczy — nie 
mają szala, ale zwyczajną chustkę, i nie noszą kapeluszy, cza-

sami mały kapturek, ale na ogół są z gołą głową. — Patrzcie, 

patrzcie, dzień dobry, Marysiu! Co za spotkanie? Dawno Marysi 
nie widziałem. Ale w dalszym ciągu jest Marysia u państwa rad-

costwa? — „No” — To chyba bardzo dobra posada? — „Tak”. — 
Ale Marysia spaceruje tak   samotnie? Nikt jej nie towarzyszy? 

Żaden narzeczony? Może dzisiaj nie  miał  czasu, albo Marysia 

czeka na niego — co takiego, nie jest Marysia zaręczona? To 
niemożliwe.   Najładniejsza   dziewczyna   w   całej   Kopenhadze, 

dziewczyna, co jest na służbie u radcostwa, dziewczyna, która 
jest dumą i wzorem wszystkich pokojówek, dziewczyna, która 

potrafi wystroić się tak pięknie... i tak bogato. Co za śliczną 

chusteczkę Marysia trzyma w ręku. Najcieńszy batyst!... co wi-
dzę, haftowane narożniki,    założę się, że kosztowała 10 ma-

rek... Nie każda znakomita dama ma taką chusteczkę... francu-
skie rękawiczki... jedwabna parasolka... I taka dziewczyna nie 
jest zaręczona... To nieprawdopodobne... Jeżeli dobrze pamię-
tam, podobała się Marysia Jensowi, no temu Jensowi od kupca, 
tego z drugiego piętra... Oho, trafiłem... Dlaczego nie jesteś 

zaręczona, Jens to ładny chłopak, miał świetną posadę, przy 

*  Nyboder   —   dzielnica   charakterystycznych   domków   wybudowanych   przez 

Krystiana IV dla emerytów marynarzy. Nader malownicza ta dzielnica znalazła 
się teraz w centrum miasta (przyp. tłum.)

- 116 -

background image

wpływach pana kupca może by mógł zostać policjantem albo 

strażakiem, to była nie taka znowu zła partia... Na pewno to 

twoja wina, byłaś dla niego okrutna... — „Nie, ale dowiedzia-
łam się, że Jens był już raz zaręczony z inną dziewczyną i po-

stąpił z nią bardzo nieładnie”... Co ja słyszę! Kto by uwierzył, 

że z Jensa taki paskudny łobuz... Tak, ale gwardyjscy żołnie-

rze... gwardyjscy żołnierze akurat nie powinni ci się podobać... 
Marysia postąpiła, jak mogła najsłuszniej, taka dziewczyna jak 
Marysia postąpiła, jak mogła najsłuszniej, taka dziewczyna jak 
Marysia zbyt wiele jest warta, aby rzucać się na pierwszego 

lepszego... Na pewno Marysia zrobi jeszcze lepszą partię, już 

ja Marysi przepowiadam... Jak się ma panna Juliana? Dawno 
już jej nie widziałem. Moja piękna Marysiu, mogłabyś na pewno 
służyć mi tą czy inną wskazówką... Skoro się samemu nie miało 
szczęścia w miłości, to nie znaczy, aby się nie współczuło komu 

innemu... Tutaj taki tłok... Nie mogę o tym mówić z Marysią, 

obawiam   się,   że   ktoś   nas   podsłucha...   Posłuchaj   chwileczkę, 
moja śliczna Marysiu... Patrz, tu jest dobre miejsce w tej cie-

nistej   alei,   gdzie   drzewa   łączą   się   koronami,   aby   nas   ukryć 
przed   innymi   ludźmi,   tu   nie   ujrzymy   nikogo,   nie   posłyszymy 

ludzkiego głosu, dochodzi nas tylko słabe echo  orkiestry... Tu 

mogę mówić o mojej tajemnicy... Nieprawdaż, gdyby Jens nie 
okazał się takim złym człowiekiem, chodziłabyś tu z nim, rącz-

ka   w   rączkę,   słuchałabyś   radosnych  tonów   muzyki...   Oddana 
jeszcze większej radości... Dlaczego się tak wzruszasz — zapo-

mnij o Jensie! Nie bądź niedobra dla mnie... przyszedłem tu, 

aby cię spotkać... przecież chodzę do radcostwa, żeby zoba-
czyć   ciebie...   Zauważyłaś   to   przecie...   Ile   razy   można   było, 

podchodziłem   do   kuchennych   drzwi...   Musisz   należeć   do 
mnie... musimy spaść z ambony... Jutro wieczorem objaśnię ci 
wszystko... kuchennymi schodami, drzwi na lewo, akurat na-
przeciwko wejścia do kuchni... Żegnaj, śliczna Marysiu... Nie 
mów nikomu, żeś mnie tu spotkała albo żeś ze mną rozmawia-

ła,   znasz   przecie   moją   tajemnicę.   —   Naprawdę   to   piękna 
dziewczyna, coś mi się chyba uda z niej wycisnąć. Kiedy już się 
znajdę w jej pokoiku, sam sobie dam na zapowiedzi.  Zawsze 
starałem   się   rozwinąć   piękną   grecką  antarkeia,  a   zwłaszcza 

- 117 -

background image

starałem   się   rozwi­nąć   piękną   grecką   a

Gdybym mógł stać za Kordelią, kiedy ona czyta mój list, bar-

dzo by to mnie interesowało. Gdyż mógłbym się łatwo przeko-

nać, jak dalece przyswoiła sobie ściśle pojęte sprawy erotycz-
ne. W sumie listy były i są zawsze nieocenionym środkiem wy-
warcia głębokiego wrażenia na młodej dziewczynie; martwa li-
tera często ma daleko większą siłę wymowy niż żywe słowo. 

List jest pełnym tajemnic komunikatem; jest się w nim zupeł-

nym   panem   sytuacji,   nie   odczuwa   się   żadnego   wpływu   osób 
obecnych, i zdaje mi się, że dziewczyna chętnie pozostaje sam 
na sam ze swym ideałem, oczywiście w pewnych chwilach, to 
znaczy w tych chwilach, w których można wywrzeć na jej umy-

śle największe wrażenie. Aczkolwiek jej ideał znajduje pełny 

wyraz w konkretnym, ukochanym przedmiocie, istnieją jednak 
momenty, kiedy czuje ona, że w tym ideale zawiera się nie-

skończoność, której brak w rzeczywistości. Śnią się jej te wiel-
kie święta zgody; ale trzeba uważać, aby ich używać prawidło-

wo, żeby nie wracała od tych obrazów do rzeczywistości wy-

czerpana, ale pokrzepiona. Temu celowi służą listy, które spra-
wiają,   że   się   niewidzialnie   asystuje   przy   świętych   chwilach 

duchowego wtajemniczenia, a zrozumienie, że prawdziwa oso-
ba te listy pisała, tworzy naturalne a lekkie przejście do rze-

czywistości. Czy mógłbym być zazdrosny o Kordelię? Na wszyst-

kich   diabłów,   oczywiście!  Ale   w   pewnym   pojęciu   tego   słowa 
i nie! Bo jeżelibym ujrzał, że chociaż zwyciężyłem w walce z 

tym innym, a jej istota będzie pod wpływem tamtego i stanie 
się taka, jakiej sobie nie życzyłem — odstąpiłbym od niej.

Pewien stary filozof powiedział, że jeżeli ktoś dokładnie spisu-

je wszystko, co przeżywa, to chociaż nie zna ani słowa nauki — 

jest filozofem. Ja teraz przez długi czas żyłem w ścisłym kon-
takcie z gminą narzeczonych. Takie stosunki muszą wydać owo-
ce. Myślałem nad tym, aby zebrać materiały do dziełka pod ty-
tułem: Przyczynek do teorii pocałunku, dedykowanego wszyst-
kim czule zakochanym
.  Zadziwiająca rzecz, że dotąd nie po-
wstała żadna praca, poświęcona temu tematowi. Jeżeli więc 

- 118 -

background image

wstała żadna praca, poświęcona temu tematowi. Jeżeli więc 

uda mi się napisać to, odpowiem na pewno dużym zapotrzebo-

waniom. Czy ten brak należy tłumaczyć faktem, że filozofowie 
nie myślą o takich sprawach, czy że się na nich nie znają? Pew-

nych szczegółów już jednak mogę udzielić. Do doskonałości po-

całunku wymagana jest dziewczyna i chłopiec, i ich działanie. 

Pocałunki między mężczyznami nie mają żadnego smaku, albo 
powiedzmy, co gorsze, wzbudzają niesmak. Poza tym zdaje mi 
się, że pocałunek zbliża  się bardziej do ideału, jeżeli mężczy-
zna całuje  dziewczynę, nie kiedy dziewczyna całuje chłopca. 

Jeżeli z biegiem lat zapanowała obojętność w stadle, to poca-

łunek nie ma żadnego znaczenia. To samo odnosi się do domo-
wego pocałunku,  którym małżonkowie  z braku serwet ocierają 
sobie nawzajem usta, zamiast mówić: na zdrowie! Jeżeli różni-
ca   wieku   jest   duża,   to   pocałunek   nie   ma  żadnego   ideowego 

znaczenia. Przypominam sobie, że w pewnej żeńskiej szkole w 

jednej z naszych prowincji najstarsza klasa miała własny ter-
min: pocałować pana radcę! Wyrażenie, z którym było związa-

ne   niekoniecznie   miłe   wyobrażenie.   Okoliczności   powstania 
tego terminu były następujące:     nauczycielka miała szwagra, 

który mieszkał u niej, a miał tytuł radcy, starszy już człowiek, 

który myślał, że ten wiek daje mu prawo do całowania małych 
dziewczynek. Pocałunek winien  być wyrazem  prawdziwej na-

miętności. Jeżeli brat i siostra, bliźniaki, całują się, to ten po-
całunek nie jest pocałunkiem w pełnym znaczeniu tego słowa. 

O pocałunku, który pada w świątecznej grze na fanty, można 

powiedzieć   to   samo,  item  o skradzionym   całusie.   Pocałunek 
jest   działaniem   symbolicznym,   które   nic   nie   znaczy,   jeżeli 

uczucie, które miał wyrazić, nie istnieje, a owo uczucie może 
zjawić się tylko pod pewnymi warunkami. Jeżeliby się chciało 
zrobić próbę podziału pocałunków na rodzaje, to można sobie 
wyobrazić różne zasady tego podziału. Na przykład można je 
dzielić według dźwięku, jaki wydają. Tu język nasz nie może 

wystarczyć, aby odnotować wszystkie ich rodzaje. Nawet zdaje 
mi się, że żaden język na świecie nie ma tylu możliwości ono-
matopeistycznych, aby ponazywać różnice, nawet tych dźwię-
ków, jakie poznałem w domu mego wuja. Są one ciamkające, 

- 119 -

background image

gwiżdżące, klaszczące, pukające, grzmotliwe, to pełne, to pu-

ste, to jak darty perkal itd., itd. Można dzielić pocałunki na za-

sadzie dotyku: na muskające, czyli pocałunki en passant, i nie-
zrównoważone. — Można dzielić na zasadzie czasu: na krótkie i 

na długie. Ze względu na czas istnieje jeszcze inny podział, i to 

ten podział właśnie jedynie mnie zainteresował. To podział na 

pierwszy pocałunek i na wszystkie następne. To, co zawiera w 
sobie ta klasyfikacja, jest niewspółmierne ze wszystkimi inny-
mi; nic tu nie znaczy dźwięk, dotyk, czas w ogólności. Pierwszy 
pocałunek   jest   jakościowo   różny   od   wszystkich   innych.   Mało 

jest   ludzi,  którzy  to  biorą  pod  uwagę;  byłaby  szkoda, gdyby 

choć jeden nie pomyślał o tym.

Moja Kordelio!
Dobra   odpowiedź   jest   jak   słodki   pocałunek,   powiada   Salo-

mon. Wiem dobrze, nie lubię stawiać pytań; boję się złych od-
powiedzi. Pochodzi to stąd, że ludzie nie rozumieją, o co pyta-

ją, albowiem Ty i Ty jedna rozumiesz, o co ja pytam, Ty i Ty 

jedna umiesz odpowiedzieć, Ty i Ty jedna znasz dobrą odpo-
wiedź. Bo dobra odpowiedź jest jak słodki pocałunek, powiada 

Salomon.

Twój Johannes

Jest różnica między miłością duchową a miłością ziemską. Do-

tychczas  starałem   się   w   Kordelii   rozwinąć   stronę   duchową. 

Obecność mej osoby musi się stać teraz czym innym, nie tylko 

nastrojem  towarzyszącym, ale czymś  podniecającym. W tych 
dniach starannie się przygotowałem, czytając znany fragment 

Fajdrosa

*

  o miłości. Ten fragment elektryzuje całą mą istotę i 

jest   wspaniałym   preludium.   Plato,   ten  się  znał  naprawdę  na 
miłości.

Moja Kordelio!
Łacinnicy powiadają o pilnym uczniu, że zawisł na ustach na-

uczyciela. Dla miłości wszystko jest obrazem, a obraz jest rze-

Fajdros Platona, rozdział 31 (przyp. tłum.)

- 120 -

background image

czywistością. Czy ja nie jestem pilnym, uważnym uczniem? Ale 

Ty nie powiadasz ani słóweczka.

Twój Johannes

Gdyby kto inny niż ja prowadził ten rozwój zdarzeń, zapewne 

byłby   na   tyle   inteligentny,   aby   dać   się   prowadzić.   Gdybym 
chciał   się   poradzić   kogoś   wtajemniczonego   z   tych   narzeczo-
nych, to zapewne odpowiedziałby mi z całym zapałem swego 

zuchwałego uczucia: szukam na próżno w tych figurach miłości 

dźwięcznego zespołu, który by odpowiadał rozmowom kochan-
ków o miłości. A ja mu odpowiem: cieszy mnie to, że szukasz 
tego na próżno, gdyż ta figura nie należy do właściwej dziedzi-
ny erotycznej, nawet gdy się doda do tego najbardziej intere-

sujące sprawy. Miłość jest czymś zbyt substancjalnym, aby za-

dowolić się czystym gadaniem; sytuacje erotyczne są zbyt peł-
ne znaczeń, aby mogły być wypełnione gadaniną. Sytuacje te 

są nieme, ciche, o określonych zarysach, ale jednak wiele mó-
wiące, jak muzyka kolosów Memnona. Eros czyni gesty, ale nie 

mówi, a jeśli już mówi, to jest to domyślna wzmianka, muzyka 

obrazów. Sytuacje erotyczne bywają albo plastyczne, albo ma-
larskie, a rozmowa dwojga o miłości nie jest ani plastyczna, ani 

malarska. Solidne narzeczeństwo w każdym razie zawsze zaczy-
na się od takiego gadania, aby stopniowo przekształcić się  w 

podstawowy element  plotkarskiego małżeństwa. Takie gadanie 

dostarcza pewności, że małżeństwu nie zabraknie tego posagu, 
o którym mówi Owidiusz: dos est uxoria lites.

Jeżeli ma się gadać,  wystarczy, kiedy jeden gada. Mąż musi 

gadać, a po to musi posiadać parę z tych cech, które zawarte 
są w czarach przepasek Wenery: rozmowa to łagodne, to zna-
czy insynuacyjne, pochlebstwo. Nie wynika z tego, że Eros ma 

być niemy albo że rozmowa jest niezgodna z erotyką, ale taka 
rozmowa sama w sobie musi być erotyczna, nie rozmowa o pro-
jektach życiowych czy czymś podobnym, taka rozmowa powin-
na być uważana za wypoczynek po erotycznych działaniach, za 
spędzenie czasu, nie zaś za zadanie najwyższej miary. Taka roz-
mowa, takie confabulatio, w istocie swojej jest rzeczą boską i 

- 121 -

background image

nigdy mnie nie może znudzić rozmowa z dziewczyną. Chcę po-

wiedzieć, że sama dziewczyna może mnie znudzić, ale nigdy 

nie znudzi mnie rozmowa z dziewczyną. Jest to taka sama nie-
możliwość dla mnie, jak zmęczyć się oddychaniem. Co jest oso-

bliwością   takiej   rozmowy,   to   roślinne   pokwitanie   takiej   kon-

wersacji. Rozmowa trzyma się ziemi, właściwie jest bezprzed-

miotowa,   jej   perypetie   są   czysto   przypadkowe   —   ale   piękna 
jest jak stokrotka i takież urocze zostawia wspomnienie.

Moja Kordelio!
„Moja”,   „twój”   —   te   słowa   stanowią   ramkę   ubogiej   treści 

moich listów. Czy zauważyłaś, że odległość między tymi dwie-

ma ramkami staje się coraz krótsza? O, moja Kordelio! To także 

piękne, im mniej jest treści między tymi ramkami, tym pełniej-
sze znaczenia są owe ramy.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Czy objęcie to jest walka?

Twój Johannes

Zazwyczaj Kordelia milczy. Strasznie to w niej zawsze lubi-

łem. Zbyt kobieca to natura, aby prześladować kogoś hiatusem, 

figurą retoryczną, tak właściwą kobietom, a która jest nieunik-
niona,   jeżeli   mężczyzna,   który   ma   stworzyć   poprzedzającą 

albo następującą spółgłoskę, jest równie kobiecy. Czasami jed-
nak zdradza chwilowe krótkie uzewnętrznienie, jak dużo uczuć 

kipi w jej wnętrzu. Mogę jej pomóc wtedy. Jest tak, jak gdyby 
za człowiekiem, który niepewną ręką dodaje ten lub ów rys do 
obrazu, stał inny człowiek, który stale wydobywa coś śmiałego i 

wykończonego w tych liniach. Po to właśnie czuwam nad nią, 
nad każdym przypadkowym odruchem, nad każdym przelotnym 
słowem, i kierując je do niej z powrotem czynię z nich rzeczy 
coraz bardziej znaczące, które ona i zna i nie zna.

Dziś  byli  u  nas   goście.  Nie  zamieniliśmy  z  sobą  ani  słowa. 

Wstaliśmy od stołu, aż tu przychodzi  lokaj i melduje Kordelii, 

- 122 -

background image

że czeka na nią posłaniec, który chce z nią mówić. Tego posłań-

ca ja posłałem, przyniósł jej list, który zawierał uwagi na te-

mat pewnego zdania, jakie wypowiedziałem przy stole. Udało 
mi się tak wmieszać to zdanie w tłoku pospolitej rozmowy, że 

Kordelia, chociaż siedziała daleko ode mnie, musiała je usły-

szeć i źle zrozumieć. List liczył się z tym. Gdyby mi się nie uda-

ło nadać rozmowie przy stole pożądanego kierunku, znalazłbym 
się   w   odpowiednim   czasie   i   list   skonfiskował.   Kiedy   Kordelia 
wróciła, musiała się jakoś wykłamać. Takie  rzeczy  konsolidują 
miłosne tajemnice, bez których ona nie może pójść drogą, jaka 

jest jej przeznaczona.

Moja Kordelio!
Czy wierzysz, że ten, kto układa się do snu na wzgórzu Elfów, 

widzi we śnie rusałki? Ja nie wiem; ale wiem, że kiedy spoczy-

wam z głową na Twym łonie i nie zamykam oczu, ale spoglądam 
przez zmrużone powieki, widzę oblicze anioła. A czy myślisz, 

że ten, kto tuli swą głowę do wzgórza Elfów, nie może spać 

spokojnie? Nie myślę, ale wiem, że kiedy skłaniam głowę na 
Twoje łono, porusza się ono zbyt mocno, aby sen mógł spłynąć 

na moje powieki.

Twój Johannes

Iacta est alea. Musi teraz nastąpić zwrot. Byłem u niej dziś, 

zupełnie pochłonięty myślą o pewnym pomyśle, który całkowi-

cie mnie zajął. Nie miałem dla Kordelii ani oka, ani ucha. Idea 

sama była interesująca i zajęła ją. I chyba było niesłusznie za-
czynać nowe działania od okazywania chłodu w jej obecności. 

Kiedy sobie poszedłem i myśl moja już jej nie zajmowała, mo-
gła łatwo skonstatować, że byłem zupełnie inny niż zwykle. To, 
że ona w swojej samotności spostrzegła moją zmianę, czyni to 
spostrzeżenie dla niej o wiele boleśniejszym, działa powolniej, 
ale tym skuteczniej. Nie może wybuchnąć od razu, ale kiedy 

będzie miała po temu sposobność, już tyle rzeczy przemyśli, że 
nie   będzie   mogła   wypowiedzieć   wszystkiego   jednym   tchem   i 
zawsze pozostanie w niej pewne residuum wątpienia. Niepokój 

- 123 -

background image

wzrasta, listy przestają nadchodzić, pokarm erotyczny wyczer-

puje   się;   miłość   staje   się   tematem   szyderstwa.   Może   przez 

chwilę potrafi kroczyć razem, ale długo nie wytrzyma. Zapra-
gnie zatrzymać mnie tymi samymi środkami, jakich używałem 

przeciw niej, środkami erotycznymi.

Co się tyczy zerwania zaręczyn, każda dziewczyna jest praw-

dziwym kazuistą i chociaż w szkołach tego nie uczą, to każda 
potrafi powiedzieć doskonale, kiedy zaczyna być o tym mowa, 

w jakich wypadkach można zerwać zaręczyny. Powinno to być 

przedmiotem   szkolnych   egzaminów   maturalnych,   a   ponieważ 
wiem, że tematy wypracowań w żeńskich szkołach są niebywale 
monotonne, jestem pewien, że w tym przedmiocie nie zabrak-
nie   rozmaitości,   gdyż   samo   to   zagadnienie   otwiera   szerokie 

pole do dziewczęcych spostrzeżeń. A dlaczego nie można dać 

młodej   dziewczynie   szerokiego   pola  do   świetnego   popisu   jej 
spostrzegawczości? A może też chce ona właśnie mieć okazję do 

pokazania,   że   jest   dojrzała   —   aż   do   narzeczeństwa?   Kiedyś 
przeżyłem sytuację, która mnie bardzo zainteresowała. W pew-

nym   domu,   dokąd   czasami   zachodziłem,   kiedyś   rodzice   byli 

nieobecni, a dwie młodziutkie córki domu zaprosiły kółko przy-
jaciółek na przedpołudniową kawę. Było ich w sumie osiem, w 

wieku od szesnastu do dwudziestu lat. Widocznie nie oczekiwa-
ły żadnej   wizyty, a służąca miała rozkaz powiedzieć, że pań 

nie ma w domu. Ja jednak  wkroczyłem do pokoju i łatwo za-

uważyłem,   że   dziewczyny   trochę  były   zdziwione.   Bóg   wie,   o 
czym takich osiem pannic może gadać na   takim uroczystym, 

synodalnym zebraniu. Mężatki też zbierają się czasami na ta-
kim posiedzeniu. Na tych zebraniach roztrząsane są poważne 

teologiczne kwestie: na przykład, w jakim wypadku można pu-
ścić służącą samą na targ, czy to wygodniej mieć księgę ra-
chunkową u rzeźnika, czy też lepiej płacić od razu; czy to do-

puszczalne, żeby kucharka miała ukochanego, i jak go dopusz-
czać do kuchni, aby się to nie odbiło na  poziomie gotowania. 
Posadzono mnie w tym zachwycającym gronie. To było bardzo 

wczesną wiosną. Słońce posyłało już pojedyncze ciepłe promie-
nie   jak   gońców   uprzedzających   jego   przyjście.   W   pokoju 
wszystko jeszcze było po zimowemu i dlatego te promienie były 

- 124 -

background image

tak upajające. Kawa pachniała na stole — a same dziewczyny 

też wesołe, zdrowe, kwitnące; ich lęk wkrótce minął, czego się 

miały obawiać, siła była po ich stronie. Udało mi się zwrócić 
ich  uwagę  i  rozmowę   na  zagadnienie,   kiedy  zaręczyny  mogą 

być zerwane. Podczas kiedy moje oko cieszyło się przenosząc 

się z kwiatka na kwiatek w tym dziewczęcym kółku, cieszyło 

spoczywając to na tej, to na innej piękności, moje ucho chwy-
tało radość muzykalnych głosów, wewnętrzne zaś ucho uważało 
na ich wypowiedzi. Czasami jedno jedyne słowo pozwalało mi 
na głęboki wgląd w serce dziewczyny i w dzieje tego serca. 

Jakże są uwodzące drogi miłości i jakie interesujące jest bada-

nie, jak daleko sięga poszczególny trakt. Stale podniecałem je 
do wyznań; inteligencja, dowcip, obiektywizm estetyczny skła-
dały się na coraz swobodniejszą rozmowę, aczkolwiek całe ich 
zachowanie ściśle trzymało się granic przyzwoitości. Kiedy tak 

przebywaliśmy w najlżejszych regionach konwersacji, przyszło 

mi do głowy, aby jednym jedynym słowem przyprawić dziew-
czyny o zmieszanie. Miałem tę możliwość. Dziewczyny o tym 

nie   wiedziały,   ledwie   przeczuwały.   W lekkiej   grze   rozmowy 
sprawa tego słowa była jak gdyby uchylona, jak Szeherezada 

uchylała śmiertelny wyrok mówiąc swoje bajki. To prowadziłem 

rozmowę do  granic  czułości, to znów pozwalałem żartom wy-
buchnąć swobodnie; to znowu pobudzałem  dziewczyny do dia-

lektycznej gry. A jaka materia zawierała w sobie większe możli-
wości, to zobaczylibyśmy potem. Przez cały czas podsuwałem 

nowe  tematy.   Opowiedziałem   o   dziewczynie,   którą   okrucień-

stwo rodziców zmusiło do zerwania narzeczeństwa. Nieszczęśli-
we zdarzenie wywołało prawie łzy na powieki dziewcząt. Opo-

wiedziałem o chłopcu, który zrywając zaręczyny dwa podał po 
temu powody, po pierwsze, że panna była za wysoka, a po dru-
gie, że nie ukląkł wyznając swą miłość. A kiedy zauważyłem, że 
to nie są wystarczające powody, odpowiedział mi, że mu wy-
starczyły, aby osiągnąć to, czego chciał; na to już nie było roz-

sądnej   odpowiedzi.  A  potem   przedstawiłem   na   sąd   zebrania 
bardzo trudny przypadek. Dziewczyna rozmyśliła się, ponieważ 
przekonała się, że ona i jej ukochany nie pasowali do siebie. 
Kochanek   chciał  ją  przywieść  do  rozsądku,  zapewniając  ją  o 

- 125 -

background image

swej ogromnej miłości, a ona mu na to: albo pasujemy do sie-

bie i przez sympatię dla mnie przekonasz się, że nie pasujemy 

do siebie, albo my nie pasujemy do siebie, a wtedy łatwo spo-
strzeżesz, że nie pasujemy. Przyjemnie było patrzeć, jak dziew-

czyny łamały sobie głowy nad tą       zagadkową mową, ale od 

razu   zauważyłem,   że   było   parę   wśród   nich,   które   doskonale 

zrozumiały, o co tu chodzi, gdyż na punkcie powodów zerwania 
zaręczyn każda dziewczyna jest wybornym kazuistą. Tak,     na-
prawdę, myślę, że łatwiej byłoby dyskutować z diabłem niż z 
młodą dziewczyną na temat, w jakim przypadku należy zerwać 

zaręczyny.

Dziś byłem u niej. Zręcznie, przy pomocy pomyślunku, skie-

rowałem rozmowę na ten sam temat, którym zainteresowałem 

ją wczoraj, starając się znowu doprowadzić ją do ekstazy. „To 
właśnie ta uwaga, którą wczoraj chciałem uczynić; gdy rozsta-

łem się z tobą, wpadło mi to do głowy”.  Udało się. Jak długo 
jestem   u   niej,   znajduje   ona   przyjemność  w   słuchaniu  moich 

słów, gdy tylko wychodzę, dostrzega, że jest oszukiwana, a ja 

się zmieniłem. W ten sposób można wycofać swoje akcje. Spo-
sób jest podstępny, ale bardzo skuteczny, jak wszystkie niebez-

pośrednie sposoby. Na pewno jasne jest dla niej, że te sprawy, 
o których jej mówią, mogą mnie zajmować, powiem nawet, że 

w   tej   chwili   interesują   i   ją   samą,   chociaż   wyłączam   z   mej 

mowy wszystko erotyczne.

Oderint dum metuant, jak gdyby tylko strach łączył się z nie-

nawiścią, a strach i miłość nie miały z sobą nic wspólnego, jak 
gdyby to nie strach czynił miłość interesującą? Jakaż jest ta 
miłość, w której ogarniamy naturę, czyż nie jest to tajemniczy 

strach i zgroza, których piękna harmonia  wydobywa się z bez-
prawia   i   chaosu,   bezpieczeństwo   z   niebezpieczeństwa.   Ten 
strach przejmuje nas najbardziej. To samo miłość, jeżeli ma 
być miłością interesującą. A za nimi przecie otwiera się groźna, 
głęboka, przerażająca noc, nad którą wykwita kwiat miłości. 
Tak właśnie wynurza nymphaea alba swój kielich nad zwiercia-

- 126 -

background image

dłem wody, podczas kiedy myśl lęka się rzutu w głąb ciemności, 

gdzie kwiat ma swoje korzenie. Zauważyłem, że nazywa mnie 

zawsze „mój”, kiedy do mnie pisze; ale nie śmie powiedzieć 
tego słowa w rozmowie. Prosiłem ją dzisiaj o to, tak serdecznie 

i miłośnie ciepło. Ale ona usiłowała to powiedzieć, a potem ob-

darzyła  mnie ironicznym spojrzeniem, krótszym, niż da się to 

wyrazić, które mówiło, że to jest niemożliwe dla niej, pomimo 
że moje usta namawiały ją do tego. To jest stan normalny.

Jest moja. Nie biorę gwiazd na świadka, jak to jest w zwy-

czaju, nie  rozumiem bowiem, jak takie sprawy mogą intereso-
wać te odległe ciała niebieskie. Nie zwierzam się z tego żadne-
mu człowiekowi, nie zwierzam się nawet Kordelii. Tę tajemnicę 
zachowuję dla samego siebie, szepcę ją samemu sobie, w taj-

nych rozmowach  z samym sobą. Sprzeciw z jej strony  nie był 

zbyt   gwałtowny,   ale   potęga   erotyki,   którą  ona   rozwija,   jest 
godna podziwu. Jakaż jest interesująca w tych głębokich obja-

wach namiętności, jak jest wielka, prawie nadnaturalna! Jakaż 
jest giętka w unikach, jak przypochlebna w docieraniu wszę-

dzie  tam, gdzie wyczuwa nieuzbrojony  punkt! Wszystko wpra-

wione jest w ruch, ale właśnie w tym wichrze elementów ja 
czuję się we własnym elemencie! Ale w tym całym prądzie ona 

nigdy nie traci piękności, nigdy nie rozprasza się w nastrojach, 
nie rozmienia się na drobne. Jest zawsze Anadiomene, tyle tyl-

ko, że nie wznosi się w naiwnym czarze, w niepojętym spokoju, 

ale oddaje się mocnym pulsacjom miłości, a jednak zachowuje 
ciągłość i równowagę. Jest całkowicie miłośnie zbrojna, gotowa 

do walki, walczy strzałami oczu, rozkazami brwi, tajną gładzi-
zną czoła, wymownością łona, niebezpiecznymi pokusami ob-

jęć, prośbą warg, uśmiechem jagody, słodkim powabem całej 
istoty. Istnieje w niej siła, energia, jak w Walkirii, ale ta moc 
erotyczna miarkowana jest niejakim leniwym zmęczeniem, któ-

re ją owiewa. — Długo nie będzie mogła trwać na tym szczycie, 
gdzie tylko lęk i niepokój mogą ją utrzymać i przeszkodzić jej 
upadkowi. W porównaniu  z takimi uczuciami prędko poczuje, 

że narzeczeństwo jest czymś niskim,  czymś  krępującym.  Ona 
sama staje się tym  zuchwalstwem, które  uwodzi mnie ponad 

- 127 -

background image

zwyczajne   granice,   w   ten   sposób   nabiera   świadomości,   a   to 

jest dla mnie najważniejsze.

Nie braknie i innych objawów z jej strony, które wskazują na 

to, że stan narzeczeński już ją zmęczył. Staram się nie przega-

pić tych objawów,  żłobią one w jej duszy drogi moim zamia-
rom, dają mi znaki porozumiewawcze i są jak nitki prowadzące 
w pożądanym kierunku wszystkie moje plany.

Moja Kordelio!
Skarżysz się na narzeczeństwo, sądzisz, że nasza  miłość nie 

potrzebuje zewnętrznej więzi, która jest tylko przeszkodą. Po-

znaję po tym zawsze moją niezwykłą Kordelię! Naprawdę po-
dziwiam Cię. Nasz zewnętrzny związek dzieli nas tylko. Jest to 
miedza, mur, który  nas dzieli jak Pyrama  i Tysbe.  Przeszkadza 
nam to, że wszyscy o tym wiedzą. Przeciwieństwem  jest tylko 

swoboda. Miłość ma dopiero wtedy swoje pełne znaczenie, gdy 

nikt o niej nie wie. Kiedy każdy postronny myśli, że kochanko-
wie nienawidzą się, dopiero wtedy miłość czuje się szczęśliwa.

Twój Johannes

Wkrótce pryśnie wstęga narzeczeństwa. Ona sama ją zrywa, 

aby   mocą   tego   zerwania   przytrzymać   mnie   mocniej,   tak   jak 
puszczone   wolno   loki   przyciągają   bardziej   niż   przewiązane. 

Gdybym to  j a  zrywał zaręczyny, wymknęłoby się mi owo miło-
sne salto mortale, które jest zawodne, gdy się je obserwuje ze 

strony, a które jest tak pewnym  znakiem jej zuchwalstwa. A 

jeszcze trzeba dodać, że takie postawienie sprawy przyczyniło-
by mi wiele przykrości w stosunkach z innymi ludźmi. Byłbym 

potępiony, nienawidzony,  pogardzany, wszystko  niesprawiedli-
wie. Bo czyż nie byłoby to korzystne dla wielu? Niejedna dziew-
czyna w braku własnych   zaręczyn byłaby bardzo zadowolona z 
przebywania w pobliżu tych spraw. Jest to w każdym razie coś, 
chociaż,   mówiąc   prawdę,   bardzo   mało,   aczkolwiek   kiedy   się 

tak przepchało naprzód, aby zająć miejsce na liście kandyda-
tów mających nadzieję, to znaczy, że się nie ma nadziei, i im 
wciąga się wyżej, tym nadzieja się zmniejsza. W świecie miłości 

- 128 -

background image

nieważna  jest zasada pierwszeństwa i nie awansuje się na żą-

danie.

Do tego trzeba dodać, że taka panienka nudzi się stercząc w 

niemałżeńskim mieszkaniu i nalega na to, aby jej życie uległo 

zmianie przez  jakieś zdarzenie. Ale jakież zdarzenie da się po-
równać z wypadkiem nieszczęśliwej miłości, szczególnie o ile 
potem całą sprawę można będzie traktować tak lekko? Wmawia 
się przy tym sobie samej i swoim najbliższym, że się żyje po-

śród oszukiwaczy, a ponieważ nie ma się dostatecznych kwalifi-

kacyj, aby być przyjętą do przytułku Magdalenek, zamieszkuje 
się samotną wieżę w pobliżu. Otóż znienawidzą mnie, jak nale-
ży.   Do   tego   jeszcze   dochodzi   oddział   takich,   które   kto   inny 
uwiódł  w połowie lub  w  trzech czwartych. W tych  sprawach 

jest mnóstwo odcieni,   począwszy od takich,  co ściągają pier-

ścienie,   aż   do   takich   co   przykrywają  kapeluszem   zbyt   silny 
uścisk dłoni w kontredansie. Rany ich otwierają się na nowe 

cierpienia. Ich nienawiść biorę sobie jako posag. Ale ci wszyscy 
nienawistnicy   są   naturalnymi   i   ukrytymi   kochankami   mego 

biednego serca. Król bez ziemi jest śmieszną figurą; ale wojna 

sukcesyjna  pomiędzy tłumem pretendentów do królestwa bez 
ziemi przechodzi swą śmiesznością wszystko. Tym sposobem ko-

chają   mnie   i   skaczą   koło   mnie   kobietki   jak   koło   lombardu. 
Prawdziwy narzeczony musi dbać tylko o jedną.

Cały ten ostateczny bezsens odpada ode mnie i okazuje się, 

że osiągam przywilej i występuję w całkiem nowej roli. Dziew-
częta będą mnie żałowały, będą litowały się nade mną, będą 

wzdychać nade mną, a ja odpowiem zupełnie w tej samej tona-
cji. W ten sposób da się coś niecoś załapać.

Dość dziwna sprawa, co zauważyłem z boleścią, że otrzyma-

łem odpowiedni znak, znak, jakiego Horacy życzy każdej nie-
wiernej   dziewczynie   —   poczerniał   mi   ząb,   a   w   dodatku   ząb 
przedni. Niestety, jak bardzo się ulega przesądom. Bardzo mi 

to przeszkadza, nie znoszę żadnej aluzji do tego, to jest moja 
słabostka. Jestem uzbrojony całkowicie, ale tu byle kto może 
mi zadać cios, który mnie rani głębiej, niż mu się zdaje, byle 

- 129 -

background image

tylko poruszył sprawę tego zęba. Robię wszystko, co mogę, aby 

go wybielić, ale na próżno. Mam powtarzać jak Palnatoke

*

:

pocieram go i w dzień, i w noc
i zetrzeć cienia zeń nie mogę.

Życie zawiera w sobie niezwykłą ilość zagadek. Taka drobna 

okoliczność może mnie bardziej wykoleić niż najniebezpiecz-
niejszy napad, niż najtrudniejsza sytuacja. Jeżeli każę go wy-
rwać, to uszczupli mój organizm i zniekształci mą wymowę. A 

jednak trzeba go wyrwać i wstawić fałszywy; będzie fałszywy 

dla świata, ale czarny był fałszywy dla mnie.

Bardzo to ważne, że Kordelia jest tak przeciwna narzeczeń-

stwu. Małżeństwo było i jest szacowną instytucją, chociaż ma 

w sobie tę nudną stronę, że zaraz w młodości po części wzbu-

dza   szacunek,   jaki   należny   jest   starości.   A   narzeczeństwo, 
przeciwnie, jest czystym ludzkim wymysłem, a jako takie jest 

pełne znaczeń, ale i śmieszne; z jednej strony zrozumiałe jest, 
że młoda dziewczyna w wirze namiętności wychodzi poza jego 

granice, z drugiej strony ma ono znaczenie jako odczucie całej 

energii duchowej, która niby wyższy krwiobieg obecna jest jed-
nocześnie w jej każdej cząstce. Niezbędne jest tu pokierować 

nią tak, aby w swym śmiałym locie zapomniała o małżeństwie i 
w ogóle o rzeczywistości i żeby jej dusza zarówno w swej du-

mie, jak w swym lęku utracenia mnie zniszczyła całkowicie cały 

niedoskonały   ludzki   kształt   i   pośpieszyła   ku   czemuś,   co   jest 
wyższe   niż  człowieczeństwo   w  ogóle.   Pod   tym   względem  nie 

mam się czego lękać, gdyż jej droga życiowa traktowana jest 
tak   lotnie i lekko, iż rzeczywistość po większej części dla niej 

nie istnieje. A poza tym jestem stale z nią na pokładzie i mogę 
w każdej chwili zerwać żagle.

Kobieta jest i będzie dla mnie niewyczerpalnym materiałem 

doświadczeń i wiecznie obfitym źródłem obserwacji. Człowiek, 
którego nie pociąga takie studium, może dla mnie być czym 
chce na świecie, jednej rzeczy nie potrafi dokonać, nie jest dla 

mnie estetykiem. To jest właśnie wspaniała, boska właściwość 

Palnatoke — tragedia Oehlenschlägera, 5 akt, 2 scena (przyp. tłum.)

- 130 -

background image

estetyki, że traktuje tylko o stosunku do piękna; właściwie ma 

do   czynienia   tylko   z   literaturą   piękną   i   piękną   płcią.   Cieszy 

mnie, cieszy moje serce wyobrażanie sobie, jak to słońce ko-
biecości wypromieniowuje w nieskończonej rozmaitości, rozbi-

ja się na tysiączne cząstki w wirze mowy, w którym każda osob-

na   cząstka   bierze   udział   w   całości   kobiecego   bogactwa,   ale 

tak, że wszystko inne, co się w niej znajduje, formuje się w 
harmonijny kształt naokoło tego jednego punktu. W tym zna-
czeniu piękność kobieca jest nieskończenie   podzielna. Ale ta 
cząstka piękności musi być harmonijnie opanowana, gdyż ina-

czej działa przeszkadzająco i można dojść do wniosku, że natu-

ra  pragnęła dokonać czegoś przy pomocy tej kobiety, ale za-
trzymała się w pół drogi. Moje oko nigdy się nie zmęczy w po-
spiesznym oglądzie tej peryferyjnej różnorodności, tych ema-
nacji   kobiecej   piękności.   Każdy   punkt   ma   swoją   drobną 

cząstkę,  ale  jest  doskonały  sam  w  sobie,   szczęśliwy,  wesoły, 

piękny.   Każda   ma   swą   cząstkę:   radosny   uśmiech,   żartobliwe 
wejrzenie, pociągające oko, zamyśloną główkę, ufny humor, ci-

chą melancholię, głębokie zamyślenie, ziemską tęsknotę, nie-
określone odruchy, ściągnięte brwi, pytające wargi, tajemnicze 

czoło,   czarodziejskie   loki,  zmrużone  rzęsy,   niebiańską  dumę, 

ziemską krwistość, anielską czystość, zatajony rumieniec, lekki 
krok, płynne ruchy, miłą przytulność, rozmarzoną senność, nie-

wytłumaczalne westchnienia, smukły wzrost, miękkie kształty, 
powabne łono, pełne okrągłości, malutką stopę, delikatną rącz-

kę. — Każda ma coś swojego, a jeżeli nie jedna, to druga. Kie-

dy   już   ujrzałem   tę   różnorodność   i   przypatrzyłem   się,   kiedy 
obejrzałem   i jeszcze   raz   przyjrzałem   się   tym   rozmaitościom, 

których tyle jest na świecie, kiedy uśmiechałem się, wzdycha-
łem,   wąchałem,   smakowałem,   przyciągałem,   odpychałem, 
śmiałem się, płakałem, miałem nadzieję, bałem się, wygrywa-
łem, traciłem — składam ten wachlarz, zbieram wszystko rozpro-
szone w jedno, cząstki w całość. Cieszy się moja duma, bije 

moje serce, zapala się namiętność. Ta dziewczyna, jedyna na 
świecie, będzie należała do mnie, musi być moją. Niech Bóg za-
chowa sobie swoje niebo,  a ja zachowam ją dla siebie. Wiem 
dobrze, co wybieram, wybieram coś tak wspaniałego, że samo 

- 131 -

background image

niebo uczuje brak tego, bo cóż zostanie w niebie, jeżeli ona 

będzie należeć do mnie? Wierzący Mahometanie wielce się roz-

czarują, kiedy znajdą w swoim raju blade, bezsilne cienie; cie-
płych serc nie znajdą, bo cały upał serdeczny zgromadził się w 

jej   piersi;   niepocieszeni   i   pogrążeni   będą   w   rozpaczy,   gdyż 

znajdą   blade   wargi,   matowe   oczy,   opadłe   łona,   ubogi   uścisk 

dłoni, gdyż całą czerwień warg, cały ogień oczu, niepokój łona, 
czar uścisków rąk i przeczucia westchnień, i błogosławieństwo 
pocałunków, i rozkosz dotyku, i namiętność objęć — wszystko, 
wszystko połączyło się w niej, wszystko stworzyło obejmujący 

mnie świat, wystarczający tu i w wieczności. Tak często myślę 

o tej sprawie, a ile razy tak myślę, rozgrzewam się zawsze i 
rozmyślam zawsze o jej cieple. Aczkolwiek na ogół przyjmuje 
się ciepło za dobry znak, nie wynika z tego jednak, że mój spo-
sób myślenia otrzyma szacowny przymiotnik „solidnego”. Dla-

tego też dla odmiany na chłodno spróbuję myśleć o niej jako o 

chłodnej. Spróbuję więc myśleć o kobiecie w kategoriach filo-
zoficznych. Pod jaką kategorię podpada kobieta? Jako byt dla 

innego

*

. Nie trzeba jednak tego rozumieć opacznie, że kobieta 

przeznaczona dla mnie musi być przeznaczona także dla inne-

go.   Trzeba   tu,   jak  zwykle   przy   myśleniu   abstrakcyjnym,   po-

wstrzymać się od jakiegokolwiek odniesienia do doświadczenia; 
z drugiej strony w tym wypadku muszę przyznać, że w specjal-

ny sposób doświadczenie działa tu za mną i przeciwko mnie. 
Doświadczenie   staje   się   tu   specjalną   istotą,   której   działanie 

jest zawsze dwojakie, za i przeciw. Ona jest także bytem dla 

innego. Nie można znowu z tamtej strony pozwalać na prze-
szkody doświadczenia, które poucza, że rzadko można spotkać 

kobietę, która naprawdę jest bytem dla innego. Takie przezna-
czenie  może mieć ona w przeciwstawieniu  do całej natury, do 
kobiecości jako całej. Cała natura w tym sensie jest bytem dla 
innego, nie w sensie teologicznym, że jakaś część natury jest 
bytem dla części innego, ale że cała natura jest dla innego — 

jest dla ducha. To samo jest ważne w poszczególnych wypad-
kach. Tak na przykład życie roślin rozwija w całej naiwności 

* Całe następujące rozumowanie jest parodią Heglowskiego rozumowania o 

„bycie dla innego” (przyp. tłum.)

- 132 -

background image

swoje  ukryte czary i jest tylko  dla innych. Tak samo zagadki, 

szarady,   sekrety,   wezwania   itd.,   są   także   bytem   dla   innych. 

Tym też można objaśnić tajemnicę, że Bóg chcąc stworzyć Ewę 
zesłał głęboki sen na Adama; gdyż kobieta jest snem mężczy-

zny. Także i w innym sposobie poucza nas to opowiadanie, że 

kobieta jest bytem dla innego. Powiada ono, że Jehowa wyjął 

żebro Adama. Gdyby na przykład stworzył ją z mózgu, to nie 
byłaby kobieta bytem dla innego, ale nie była przeznaczona na 
wytwór jego mózgu, lecz zupełnie czego innego. Stała się cia-
łem i krwią, a tym samym podpadła pod określenie Natury, któ-

ra w istocie swej jest bytem dla innego. Dopiero przy dotknię-

ciu miłości budzi się ona, a przedtem jest snem. Ale w tej sen-
nej egzystencji można rozróżnić dwa stadia: pierwsze, kiedy mi-
łość śni o niej, i drugie, kiedy ona śni o miłości.

Jako byt dla innego kobietę określa jej czyste  dziewictwo. 

Dziewictwo jest właśnie takim bytem, że jako byt sam w sobie 

jest abstrakcją i dopiero objawia się jako byt dla innego. To 
samo da się zastosować do  kobiecej niewinności. Dlatego też 

można powiedzieć, że kobieta w tym stanie jest niewidzialna. 

Jak wiadomo, nie było nigdy obrazu Westy, bogini, która sym-
bolizowała właśnie rzeczywiste dziewictwo. Egzystencja ta jest 

mianowicie estetycznie zazdrosna o samą siebie, tak samo jak 
Jehowa jest zazdrosny etycznie i nie chce, aby istniał obraz, a 

nawet    jakiekolwiek wyobrażenie tej egzystencji. Istnieje tu 

ta sprzeczność, że to, co jest dla innych niewidzialne, staje się 
takim dopiero w oglądzie  innego. Z punktu widzenia logiki ta 

sprzeczność jest całkiem w porządku, a ten, kto umie myśleć lo-
gicznie, nie będzie tym zmieszany, odwrotnie, będzie się tym 

cieszyć. Przeciwnie ten, co myśli nielogicznie, wyobrazi sobie, 
że to, co jest bytem dla innego,  jest w ostatecznym pojęciu 
czymś,  o czym można powiedzieć jak o  rzeczy  poszczególnej: 

to jest coś dla mnie. Taki byt kobiecy (słowo egzystencja mówi 
za dużo, gdyż składają się na nią jeszcze inne rzeczy) słusznie 
określa się jako wdzięk, wyraz, który przypomina życie wegeta-

tywne; jest jak kwiat, co chętnie powtarzają poeci, i nawet ży-
cie duchowe wynika w niej w sposób wegetatywny. Jest całko-
wicie poddana Naturze, a stąd jej wolność jest czysto estetycz-

- 133 -

background image

na. W głębszym znaczeniu dopiero mężczyzna stara się ją uwol-

nić: i dlatego mówi się o chłopcu, że stara się o dziewczynę

*

. 

Jeżeli stara się umiejętnie, nie może być tu mowy o jakimkol-
wiek wyborze. Kobieta wybiera, to prawda, ale jeżeli ten wy-

bór jest rezultatem długich rozmyślań, to nie jest wyborem ko-

biecym. Dlatego jest poniżające dostać kosza, gdyż wynika z 

tego, że proszący mierzył za wysoko; chciał uczynić partnera 
wolnym, nie mając możności. W takim stosunku leży głęboka 
ironia. Ten, kto istnieje dla innych, widocznie ma sytuację do-
minującą: mężczyzna stara się, kobieta wybiera. Kobieta po-

dług tego pojęcia jest poddaną, mężczyzna zwycięzcą, a prze-

cież zwycięzca ugina się przed zwyciężoną, i jest to całkiem 
naturalne, a czysta wariacja, głupota i brak poczucia erotycz-
nego może się przeciwstawiać temu, co jest widoczne od razu. 
Jest po temu i głębsza przyczyna. Kobieta mianowicie jest sub-

stancją, mężczyzna refleksją. Kobieta wybiera nie ot tak sobie, 

ale dopiero kiedy mężczyzna się stara, wtedy wybiera. A stara-
nie się mężczyzny  to jest pytanie, jej wybór jest tylko odpo-

wiedzią na pytanie. W pewnym znaczeniu mężczyzna to więcej 
niż kobieta, w innym zaś o wiele, nieskończenie mniej.

A więc tym bytem dla innych jest czyste dziewictwo. Jeżeli 

zrobi próbę  stworzenia bytu dla siebie, w stosunku do innego 
bytu, który jest bytem dla siebie, to przeciwieństwo okazuje 

się w całkowitej nietykalności, ale to przeciwstawienie ukazuje 

jasno, że właściwym bytem kobiety jest byt dla innych. Diame-
tralnym przeciwstawieniem absolutnego oddania jest absolutna 

nietykalność, która w przeciwnym znaczeniu staje się abstrak-
cją, o którą wszystko się rozbija, nie obdarzając swej abstrak-

cji   życiem.   Kobiecość   nabiera   tu   charakteru   abstrakcyjnego 
okrucieństwa,   karykaturalnego   ostrza   zwyczajnej   dziewiczej 
wstrzemięźliwości. Mężczyzna nigdy nie może być tak okrutny 

jak kobieta. Zajrzyjmy do mitologii, zbiorów baśni, podań ludo-
wych, a umocnimy się w tym zdaniu. Jeżeli spotykamy prawa 
natury, nie znające granic w swej bezlitosności, zawsze to bę-

* Cały ten ustęp oparty na grze słów: fri — wolny, friehan frier — starać się 

o rękę, o dziewczynę (przyp. tłum.)

- 134 -

background image

dzie byt dziewiczy. Czytamy przerażającą historię o dziewczy-

nie, która obojętnie skazuje na śmierć wszystkich swych zalot-

ników, jak to często opowiadają nam ludowe opowieści i bajki. 
Sinobrody zabija  w noc poślubną wszystkie dziewczyny, które 

kochał, ale te zabójstwa nie przynoszą mu uciechy, przeciwnie, 

cieszy się przedtem z ich posiadania i na tym polega konkret-

ność, gdyż nie jest to okrucieństwo dla okrucieństwa. Don Juan 
uwodzi kobiety i porzuca je natychmiast, ale nie znajduje ra-
dości w porzucaniu, lecz w uwodzeniu; tego też w żadnym ra-
zie nie można nazwać abstrakcyjnym okrucieństwem.

Tak   widzę,   im   bardziej   rozmyślam   nad   tymi   sprawami,   że 

moja praktyka znajduje się w najdoskonalszej harmonii z moją 
teorią. Moja praktyka zawsze była całkowicie przeniknięta teo-

rią, że istotą kobiety jest byt dla innego. Dlatego też moment 

może mieć tak nieskończenie duże znaczenie; ponieważ byt dla 
innego jest zawsze sprawą momentu. Może przejść większy lub 

krótszy okres czasu, zanim moment ów nastąpi, ale kiedy przy-
chodzi, to, co było początkowo bytem dla innego, przybiera ce-

chy bytu relatywnego, i wszystko się kończy. Dobrze wiem, że 

mężowie mawiają, iż kobiety i w innym znaczeniu są bytem dla 
innego, a ona jest wszystkim dla niego do końca życia. Trzeba 

to mężom zapisać na dobro. W rzeczywistości myślę, że to są 
sprawy, które małżonkowie wmawiają sobie wzajemnie. Każdy 

stan ma na ogół tu w życiu pewne konwencjonalne obyczaje, a 

zwłaszcza pewne konwencjonalne kłamstwa. Do nich na pewno 
należy takie blagierskie fantazjowanie. Znać się na takich mo-

mentach, rzecz niełatwa. A ten, co się tu pomyli, ma na całe 
życie dość dokuczliwości. Moment — to wszystko, a w momen-

cie   kobieta   jest   wszystkim,   konsekwencji   żadnych   nie   rozu-
miem. W tym także konsekwencji dziecka. Wyobrażam sobie, 
że jestem dość konsekwentnym myślicielem, ale choćbym się 

wściekł, nie jestem człowiekiem, który mógłby sobie wyobrazić 
taką konsekwencję, nie pojmuję jej całkowicie, aby ją zrozu-
mieć, trzeba się ożenić.

- 135 -

background image

Wczoraj odwiedziłem Kordelię na letnisku. Całe towarzystwo 

bawiło się w ogrodzie, spędzając czas na sportowych ćwicze-

niach. Między innymi bawiono się także rzucaniem kółka. Sko-
rzystałem ze sposobności, kiedy ten pan, co grał z Kordelią, od-

szedł na chwilę, i zastąpiłem go.     Jakież bogactwo wdzięku 

rozwinęła   Kordelia,  jeszcze  bardziej uwodzicielska w  wysiłku 

zdobiącej ją zabawy! Co za urocza harmonia i urzekające ru-
chy! Jakaż była lekka — niby taniec na łące! Jakaż mocna, ale 
nie wywołująca sprzeciwu, równowaga tłumaczyła wszystkie za-
wodne ruchy, jakże dytyrambiczna była jej postawa, jakież wy-

magające jej spojrzenie. Sama gra oczywiście nie interesowała 

mnie specjalnie. Kordelia zdawała się tego nie zauważać. Moja 
aluzja dotycząca jednego z obecnych o pięknym zwyczaju wy-
miany pierścieni jak piorun uderzyła w jej duszę. Od tej chwili 
bardziej wzniosły nastrój zapanował nad całą sytuacją, głębsze 

znaczenie odcisnęło się na niej, wyższa energia prześwietliła ją 

całkiem. Zatrzymałem oto kółka na moim kiju, zatrzymałem się 
na chwilę, zamieniłem parę słów z otaczającymi mnie osobami. 

Ona zrozumiała tę pauzę.  Posłałem znowu kółka w jej stronę. 
Po chwili ona miała oba kółka na swym kiju. Odrzuciła je oba w 

powietrze jednocześnie jak coś niepotrzebnego, tak wysoko, że 

nie mogłem ich złapać. Gestowi temu towarzyszyło spojrzenie 
bezgranicznego zuchwalstwa. Opowiadają o jakimś francuskim 

żołnierzu, że podczas wyprawy do Rosji, kiedy amputowano mu 
zgangrenowaną   nogę,   bezpośrednio   po   tej   strasznej   operacji 

chwycił odciętą kończynę i podrzucając ją w górę zawołał: Vive 

l'empereur.   Z takim   spojrzeniem,   piękniejszym   niż   kiedykol-
wiek   przedtem,   rzuciła   i ona   w   górę   oba   kółka   z   zatajonym 

okrzykiem: Niech żyje miłość! Uważałem, że byłoby niedobrze, 
aby uciekła ode mnie w tym nastroju albo żeby została sama z 
tym uczuciem, bałem się bowiem tego wyczerpania, które tak 
często   następuje   potem.   Zachowałem   więc   całkowity   spokój 
i zmusiłem ją z uwagi na otoczenie do kontynuowania gry, jak 

gdybym nic nie zauważył. Takie postępowanie dało jej więcej 
elastyczności.

Ponieważ w naszych czasach nie można oczekiwać przejawów 

sympatii  dla takich prób, mogę zadać tylko takie akademickie 

- 136 -

background image

pytanie:   która   jest   (myśląc   w   granicach   estetyki)   bardziej 

skromna, młoda dziewczyna czy młoda mężatka, uświadomiona 

czy nieuświadomiona, godniejsza przyznania jej większej  swo-
body? Ale takie pytania nie są zajmujące w naszych  poważnych 

czasach. W Grecji takie badanie wywołałoby powszechną uwa-

gę, całe państwo byłoby poruszone tymi pytaniami, a zwłaszcza 

młode dziewczyny i młode mężatki. Temu się nie chce wierzyć w 
naszych czasach, ale któż dziś uwierzy opowiadaniu o sławnym 
sporze między dwiema greckimi dziewczynami i o zasadniczych 
badaniach, które dały powód do tego sporu, gdyż w Grecji nie 

traktowano podobnych problemów powierzchownie i lekkomyśl-

nie; ale przecie wie każdy, że Wenus nosi znane przezwisko, 
pochodzące od tego sporu, i każdy zachwyca się posągiem, któ-
ry ją w tym uwiecznił

*

. Mężatka ma dwie epoki w życiu, kiedy 

jest interesująca: najmłodszą młodość — i później epokę znacz-

nie dalszą, w której jest znacznie starsza. Ale ma ona w życiu — 

niepodobna zaprzeczyć — pewien moment, kiedy jest piękniej-
sza od dziewczyny, bardziej godna szacunku; jest to moment 

rzadko trafiający się w życiu, raczej obraz dla wyobraźni stwo-
rzony, który niekoniecznie zdarza się spotkać w życiu, którego 

może   w   ogóle   się   nie   spotyka.   Wyobrażam   sobie   ją   zdrową, 

kwitnącą, pysznie rozwiniętą, trzymającą na ręku dziecię, na 
którym skupiona jest cała jej uwaga, w którego kontemplacji 

zatraca się cała. To jest obraz, który można nazwać najpięk-
niejszym, jaki może stworzyć życie ludzkie, to jest mit o Natu-

rze, który można oglądać w sztuce, ale nie w rzeczywistości. 

Nie potrzeba więcej figur na takim obrazie, żadnego otoczenia, 
to tylko rozprasza. Odwiedzając nasze kościoły  ma się często 

sposobność zobaczenia takiej matki, dźwigającej dziecię w ra-
mionach. Pomijając przeszkody w postaci płaczu dziecka, po-
mijając ów niepokój rodziców o przyszłość maleństwa, do któ-
rego ten płacz   pobudza, wszystkie okoliczności towarzyszące 
tak rozpraszają, że gdyby nawet była w tym wszystkim dosko-

nałość, ogólne wrażenie się gubi. Widzi się ojca — a to już jest 
błąd, odbiera to obrazowi cały mistycyzm, całą magię, widzi 

* Chodzi tu o Wenus „callipygos”, pięknozadą (przyp. tłum.)

- 137 -

background image

się — horrenda refero — cały poważny chór ojców — a to zna-

czy, że nie widzi się nic. Ale koncepcja obrazu jako fantazji 

jest najpiękniejsza ze wszystkich możliwych. Nie brak mi nigdy 
zuchwalstwa i śmiałości ani bezczelności w atakach — ale gdy-

bym w rzeczywistości ujrzał taki obraz, byłbym rozbrojony.

Jakże zajmuje mnie ta Kordelia! Ale czas szybko leci, moja 

dusza pragnie odmłodzenia. Już słyszę jak gdyby dalekie pianie 

koguta. Ona może słyszeć to tak samo, ale jej się zdaje, że to 

jest zapowiedź poranka. Dlaczego dziewczyny są tak piękne i 
dlaczego trwa to tak krótko? Mógłbym zaznać zupełnego smutku 
przy tej myśli, ale przecież to mnie nie dotyczy.  Ciesz się, nie 
gadaj. Ludzie, którzy czynią profesję z takich rozważań, raczej 

nie  potrafią się cieszyć. A zresztą nic to chyba nie szkodzi, że 

rodzi się taka myśl, gdyż taki smutek, nie z powodów własnych, 
ale   z   powodu   innych,   na   ogół   zdobi   cię   bardziej   po   męsku. 

Smutek, spowijający jak mgiełka męską siłę, jest elementem 
męskiej erotyki. Odpowiada temu pewna melancholia kobieca 

— kiedy dziewczyna oddaje się całkowicie, wszystko od razu 

przemija. Aczkolwiek kiedy zbliżam się do młodej dziewczyny, 
doznaję lęku,  serce mi bije, gdyż czuję tę odwieczną władzę, 

która jest istotą ich bytu. Nigdy nie doświadczam tych uczuć 
wobec mężatek. Lekki opór, który starają się stawiać przy po-

mocy sztuki, nic nie znaczy. To tak jakby się zmówiły, że cze-

pek mężatki ma bardziej imponować niż goła głowa panny. To 
dlatego Diana była zawsze moim ideałem. To czyste dziewic-

two, jej absolutna niezależność zawsze mnie bardzo zajmowa-
ły. Ale ponieważ zawsze się nią interesowałem, spoglądałem na 

nią podejrzliwym okiem. Zdaje mi się mianowicie, że ona by-
najmniej nie zasłużyła na te pochwały dziewictwa, których tyle 
zgarnęła. Wiedziała, że jej rola w życiu polega na dziewictwie, 

dlatego zachowała je. Do tego trzeba dodać, że w pewnym fi-
lologicznym   zakątku   posłyszałem   szepty   o   tym,   że   wiedziała 
ona, jak okropne bóle porodowe przeszła jej matka, wydając 

ją na świat. To ją odstraszyło od małżeństwa. Nie potępiam za 
to Diany, ale powtarzam za Eurypidesem: wolę trzy razy być na 
wojnie niż raz urodzić dziecko. Nie mógłbym właściwie mówiąc 

- 138 -

background image

zakochać się w Dianie, ale nie przeczę, chętnie bym z nią po-

rozmawiał, we właściwy serdeczny sposób. Nadawałaby się chy-

ba do pewnych żartów. Moja dobra Diana w pewnej mierze po-
siadła w ten czy w inny sposób wiedzę, która ją czyni mniej na-

iwną nawet od Wenery. Nie chodzi  mi o podpatrywanie jej w 

kąpieli, ale chciałbym podpatrzeć ją przy pomocy moich pytań. 

Gdybym  wyznaczył  jej miłosne spotkanie, bałbym  się o moje 
zwycięstwo, ale do rozmowy z nią przygotowałbym się i uzbro-
ił, poruszywszy wszystkie duchy erotyki.

Często przedmiotem moich rozmyślań było pytanie, jaką sy-

tuację, jaki moment należy uważać za najbardziej uwodziciel-
ski. Odpowiedź w tej mierze zależy oczywiście od tego, czego 

się pragnie i jak się pragnie, a także od tego, na ile się jest 

rozwiniętym. Ja uważam, że dzień weselny, a zwłaszcza pewien 
jego moment. Kiedy ona tak stoi w ślubnym  stroju i cały ten 

strój blednie wobec jej piękności, kiedy sama ona blednie, kie-
dy   krew   zamiera,   łono   wypoczywa,   kiedy   spojrzenie   gaśnie, 

nogi się chwieją, kiedy dziewica drży, kiedy owoc dojrzewa; 

kiedy niebo ją wznosi, powaga wzmacnia, kiedy obietnica pod-
trzymuje ją, kiedy modlitwa ją błogosławi, kiedy mirt ją wień-

czy; kiedy drży serce, wzrok utwierdza się w ziemi, kiedy kryje 
się ona sama w sobie, kiedy nie jest dla świata, po to, aby cała 

się   tobie  oddać;   kiedy  łono   faluje,   gdy  wzdycha  stworzenie, 

głos się załamuje, łzy drżą na powiece, kiedy ulica się rozjaśnia, 
kiedy  pochodnie  płoną,  kiedy  czeka   narzeczony  —  to  jest  ta 

chwila. Wkrótce będzie za późno. Został tylko jeden stopień, 
ale na jednym stopniu można zrobić fałszywy krok. Ta chwila 

najbardziej nijaką dziewczynę czyni pełną znaczenia, ta chwila 
z małej Zerliny robi ważny podmiot. Wszystko winno się zebrać 
w jedno, najbardziej sprzeczne elementy jednoczą się w tej 

chwili, a gdyby czegokolwiek zabrakło, szczególnie z zasadni-
czych  sprzeczności, od  razu sytuacja  traci swój  uwodzicielski 
charakter. Istnieje  popularny miedzioryt. Przedstawia pokutni-

cę. Wygląda ona tak młodo i tak niewinnie, że po prostu żenuje 
nas ona i jej spowiednik, nie wiemy, za co może pokutować. 
Podnosi lekko woalkę i spogląda na świat, jak gdyby szukała 

- 139 -

background image

czegoś, może jakiegoś powodu do pokuty, i rozumie się, że jest 

to tylko obowiązek — lub wyraz szacunku dla spowiednika. Sy-

tuacja jest uwodzicielska, a że ona jest jedyną figurą na obraz-
ku, możemy wyobrazić sobie, że dzieje się to w tak wielkim ko-

ściele, iż mogą w nim mieć kazania liczni i bardzo różni kazno-

dzieje naraz. Sytuacja jest uwodzicielska i nikt mi nie zabroni 

zająć miejsca w jego głębi, szczególnie jeżeli ta dziewczyna 
nie będzie miała nic przeciw. W każdym bądź razie stawia mnie 
to w drugorzędnej  sytuacji, gdyż dziewczyna zdaje się być tak 
czy tak dzieckiem i musi na pewno upłynąć pewien czas, zanim 

przyjdzie moment objawienia się.

Czy w moim stosunku do Kordelii dochowałem wierności mo-

jemu paktowi? Chciałem powiedzieć „mojemu paktowi z este-

tyką”; gdyż to, co stanowi moją siłę, to jest to, że mam idee 
po mojej stronie. Jest to  sekret, jak sekret włosów Samsona, 

ale   żadna   Dalila   mi   go   nie   odbierze.   Zwyczajnie   i   zupełnie 
oszukać dziewczynę to nie moja sprawa, ale  zaprząc  do tego 

ideę, działać w służbie idei, ofiarować się całkiem idei, to daje 

wytrzymałość   i   wstrzemięźliwość   wobec   zakazanej   rozkoszy. 
Czy zachowałem wszystko, co było interesujące? Tak, muszę to 

przyznać swobodnie i otwarcie w tej cichej rozmowie z sobą 
samym. Nawet to narzeczeństwo było sprawą interesującą wła-

śnie   dlatego,   że   nie   miało   w sobie   nic   interesującego   w  po-

wszechnym   pojmowaniu   tego   słowa.   Zachowało   w   sobie   ele-
ment zainteresowania dlatego właśnie, że pozory zewnętrzne 

były w sprzeczności z życiem wewnętrznym. Gdybym był tajnie 
związany z nią, to byłoby to tylko interesujące do pierwszej po-

tęgi. A przecież jest to interesujące w drugiej potędze, i dlate-
go dla niej dopiero stało się interesującym. Narzeczeństwo pę-
kło, ale dlatego, że ona sama je zerwała, aby wznieść się do 

wyższej sfery. I tak być powinno; taka jest właśnie forma spraw 
interesujących, która ją najbardziej zajmuje.

- 140 -

background image

d. 16 września

Więzy zerwane; tęsknie, mocno, śmiało,  bosko leci ona jak 

ptak, który dopiero teraz może rozpostrzeć skrzydła! Leć, pta-

ku, leć! Ale naprawdę, jeżeli ten królewski lot ma być oddala-

niem ode mnie, będę odczuwał ból, nieskończenie głęboki ból. 
Będzie to dla mnie tak, jak gdyby kochanka Pigmaliona stała 
się na powrót kamieniem. Uczyniłem ją lekką, lekką jak myśl, a 
teraz ta myśl nie ma należeć do mnie? Może to doprowadzić do 

rozpaczy.   Chwilę   przedtem   —   nie   zwróciłbym   na   to   uwagi, 

chwilę potem nie będzie mnie martwiło; ale teraz, teraz wła-
śnie, chwila obecna jest dla mnie wiecznością. Ale ona nie od-
latuje ode mnie. Ależ leć, ptaku, leć, wznieś się dumnie na 
twych skrzydłach, ślizgaj się po     łagodnych regionach powie-

trza, zaraz będę przy tobie, zaraz ukryję się razem z tobą w 

głębinach samotności!

Ciotka była przerażona obrotem spraw. Ale jest zbyt wolno-

myślna, aby miała przymuszać Kordelię, chociaż ja sam, czę-

ściowo, aby jeszcze bardziej ją uśpić, częściowo, aby dokuczyć 

Kordelii, starałem się zainteresować ją moją osobą. Okazuje mi 
zresztą wiele współczucia, nie podejrzewając nawet, jak wiele 

powodów mam, aby o takie współczucie prosić.

Ciotka pozwoliła jej spędzić jakiś czas na wsi, pojechać do 

krewnych. Dobrze się złożyło, że nie może od razu oddać się 
przygnębiającym       nastrojom. Przez pewien czas będzie ona 

chroniona od nacisków z zewnątrz. Wątłe porozumienie z nią 

podtrzymam listami, w ten sposób zakwitnie na nowo nasz sto-
sunek. Trzeba ją podtrzymywać wszelkimi sposobami, najlepiej 

będzie pozwolić jej na uniesienia w ekscentrycznej pogardzie 
dla ludzi i dla pospolitości życia. Kiedy nastąpi dzień jej wyjaz-
du, spotka odpowiedniego parobka, który jej posłuży za furma-
na.  mZa bramą miasta dołączy do nich mój bardzo zaufany słu-
żący. Pojedzie z nią aż na miejsce przeznaczenia i zostanie z 

nią dla pilnowania jej i dla pomocy w razie potrzeby. Oprócz 
mnie samego nie znam nikogo, kto by się bardziej nadawał do 
tych funkcji niż mój Johan. Sam zresztą przygotowałem tam 

- 141 -

background image

wszystko, i to z takim smakiem, na jaki mnie było stać. Niczego 

nie zaniedbałem, co w każdym sposobie może oczarować jej 

istotę i zapewnić jej spokój błogiego dobrobytu.

Moja Kordelio!
Jeszcze   pojedyncze   wołania   alarmowe   „ogień,   ogień”   nie 

złączyły się w jeden  zew kapitolińskiego wezwania na pomoc. 

Pojedyncze solo chyba  doszło do Ciebie tu i ówdzie. Wyobraź 

sobie całe zgromadzenie kawalerów od herbaty i damulek od 
kawy, wyobraź sobie kumę prezydującą na takim zebraniu, któ-
ra tworzy doskonały odpowiednik do nieśmiertelnego Prezyden-
ta Larsa u Claudiusa

*

,  i będziesz miała obraz, pojęcie i miarę 

tego, co straciłaś i gdzie: szacunek poczciwych ludzi.

Do   tego   listu   dołączam   słynny   miedzioryt   przedstawiający 

Prezydenta Larsa. Ponieważ nie mogłem dostać go osobno, ku-

piłem całe dzieło Claudiusa, wyrwałem zeń obraz prezydenta, a 

resztę wyrzuciłem; bo nie chciałem obarczać Cię prezentem, 
który w tej chwili nie ma dla Ciebie żadnego znaczenia; a jakże 

mogłem nie zrobić wszystkiego, co by Ci mogło zrobić przyjem-
ność choć przez chwilę? Jakże mogłem dopuścić, aby coś zbęd-

nego wmieszało się do sytuacji, którą wywołałem? Natura po-

zwala sobie na taką rozrzutność, a także ludzie, którzy są spę-
tani   doczesnymi   warunkami   życia;   ale   ty,   moja   Kordelio,   w 

Twoim poczuciu wolności nienawidzisz takich rzeczy!

Twój Johannes

Wiosna to najlepszy czas do zakochania się, jesień czas naj-

lepszy do osiągnięcia swego celu. Jest w czasie jesiennym coś z 
tej tęsknoty, co odpowiada całkowicie uczuciu, kiedy myśl o 
spełnieniu   przenika   dreszczem.   Dziś   sam   byłem   na   wsi,   tam 
gdzie za parę dni Kordelia znajdzie otoczenie tak harmonizują-
ce z jej usposobieniem. Tyle że sam nie życzę sobie brać udzia-

łu w jej niespodziankach i radościach, takie doznania erotycz-
ne mogą osłabić jej ducha. Jeżeli będzie tam sama jedna, ła-

* Mathias Claudius (1741—1815): Asmus omnia sua secum portans; prezydent 

Lars, postać komiczna (przyp. tłum.)

- 142 -

background image

two ogarnie ją marzenie. Wszędzie dostrzeże aluzje, skinienia, 

zaczarowany świat, ale wszystko to straci swe znaczenie, gdy 

ja się znajdę przy niej, przyprawię ją o zapomnienie tego, że 
czas,   kiedy   wszystko   nowe   wspólnie   przeżywane   miało   takie 

znaczenie — już minął. To otoczenie nie powinno upajać jej jak 

narkoza, ale tylko podnosić nastrój, wydawać się grą, która nie 

ma żadnego znaczenia w porównaniu z tym, co ma nadejść. Ja 
sam miałem zamiar w tych dniach, które już minęły, częściej 
odwiedzać te miejsca, aby podtrzymywać w sobie ten nastrój.

Moja Kordelio!
Nazywam Cię teraz naprawdę moją, żaden inny zewnętrzny 

znak   nie  przypomina   mi   mego   posiadania.  A  więc   naprawdę 

moja.  Kiedy trzymam  Cię mocno w ramionach, kiedy Ty mnie 
tulisz do łona, niepotrzebny nam jest żaden pierścień, który by 

przypominał,   że   należymy   do   siebie,   gdyż   te   objęcia   nie   są 
pierścieniem, są czymś o wiele większym niż ten znak. Im cia-

śniej ten pierścień nas obejmuje, tym większa staje się wol-

ność, gdyż Twoja wolność polega na tym, że jesteś moją, tak 
jak moja wolność na tym, że jestem Twoim.

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Alfeusz zakochał się na łowach w nimfie Aretuzie. Ona nie 

chciała go uszczęśliwić i wciąż uciekała przed nim, aż wreszcie 

na wyspie Ortygii zamieniła się w źródło. Alfeusz z tego powo-
du rozpaczał tak bardzo, że zamienił się w rzekę w Elidzie na 

Peloponezie. O miłości swej bynajmniej nie zapomniał, ale po-
łączył się ze swoim źródłem, przenikając pod morskim dnem. 
Czy minął już na zawsze czas takich przemian? Odpowiedź: czy 
minął czas miłości? Z czymże mogę porównać Twoją czystą, głę-
boką duszę, której nic nie łączy ze światem prócz źródła? I czyż 

Ci nie mówiłem, że jestem jak  ta zakochana rzeka? Czy mam 
teraz,   kiedy  jesteśmy   tak   rozdzieleni,   rzucić   się   pod   morze, 
aby  się  z Tobą  połączyć? Tam   pod  morzem  spotkamy się na-
prawdę, gdyż dopiero na tej głębi będziemy należeć do siebie.

- 143 -

background image

Twój Johannes

Moja Kordelio!
Zaraz, zaraz będziesz moją. Kiedy słońce zamknie swe błysz-

czące oko, kiedy zniknie historia, a zaczną żyć mity, nie narzu-
cę na siebie czarnego płaszcza, ale narzucę na siebie noc samą 
jak czarny płaszcz i pośpieszę do Ciebie, i będę nasłuchiwał nie 

Twoich kroków, ale pukania Twego serca.

Twój Johannes

W tych dniach, gdy osobiście nie mogę być u niej, niepokoi 

mnie myśl, czy w pewnym momencie nie zacznie ona myśleć o 
przyszłości. Dotychczas nigdy nie przyszło to jej do głowy, do-
tychczas dobrze umiałem otumanić ją estetyką. Trudno sobie 
wyobrazić coś bardziej pozbawionego erotyki niż takie gadanie 

o przyszłości, którego główna przyczyna to to, że nie ma czym 

zapełnić wolnego czasu. Kiedy jestem na miejscu, nie boję się 
wcale, zapomina dla mnie o czasie i o wieczności. Jeżeli należy-

cie nie potrafi się ułożyć stosunków z dziewczyną, to nigdy nie 
trzeba zaczynać czarowania, bo się inaczej nie uniknie  dwóch 

raf: pytania o przyszłość i kazania na temat dochowania wiary. I 

jest to całkiem w porządku, że Małgosia w Fauście urządza taki 
mały egzamin Faustowi, który okazuje się dość niezręczny, aby 

zdradzić swe szlacheckie pochodzenie; a przeciw takiemu ata-
kowi dziewczyna ma zawsze skuteczny oręż.

Zdaje mi się, że wszystko jest w porządku na jej przyjęcie; 

nie zabraknie jej sposobności do podziwiania mojej pamięci, a 
raczej nie powinna nawet mieć czasu na podziw. Niczego nie 
zapomniano, co może mieć dla niej jakieś znaczenie, ale prze-
ciwnie,  niczego  tam   nie  ma,  co  by mogło   po prostu  przypo-
mnieć jej moją osobę; a przecież jestem tam obecny powszędy, 

niewidzialny. Wrażenie zresztą po większej części będzie zale-
żało od tego, jak ona spojrzy na to po raz pierwszy. W tym 
względzie mój służący otrzymał szczegółowe instrukcje,  a on 
jest w pewnym sensie doskonałym wirtuozem. Wie dobrze, kie-

- 144 -

background image

dy wstawić przy sposobności odpowiednią uwagę, jak mu rozka-

żę; wie, kiedy trzeba być nic nie wiedzącym; jednym słowem, 

jest czymś nieocenionym dla mnie. Urządzenie jest takie, ja-
kiego sobie mogła życzyć. Kiedy się zasiądzie pośrodku pokoju, 

to po obu stronach rozciąga się widok hen aż po nieskończony 

horyzont, ma się wrażenie  samotności w szerokiej przestrzeni 

powietrza. A gdy się przybliży ku rzędowi okien, wznosi się da-
leko  na  horyzoncie  wieniec  lasu,  ograniczający  i  obejmujący 
widok. Tak powinno być. Co miłość kocha? — objęcie, ogrodze-
nie; czyż nawet raj nie był ogrodem otwartym na wschód? Ten 

pierścień staje się za ciasny — podchodzi się jeszcze bliżej do 

okien, łagodne jezioro tai się tu wśród wzgórz — w zatoce stoi 
łódka. Westchnienie z pełnego serca, szept burzliwych myśli — 
ulatuje z tych więzów, ślizga się po gładzi jeziora, łagodnie ko-
łysze   w niewyrażalnej   tęsknocie,   w   jej   łagodnym   powiewie; 

niknie się w tajemniczej samotności lasu, kołysze się na po-

wierzchni jeziora, śni się w głębokim cieniu puszczy. A jeżeli 
zwrócić   się   w   przeciwną   stronę   —   morze   rozciąga   się   przed 

wzrokiem, którego nic nie zatrzymuje, pełnym myśli, których 
nic nie hamuje. — Co kocha miłość? Nieskończoność. Czego się 

miłość boi? — Granic. Nad tą dużą salą leży mniejszy pokój, ra-

czej buduar, coś w rodzaju tego, czym chciał być gabinet w 
domu cioci, udoskonalony. Podobieństwo jest łudzące. Dywan 

pleciony z łozy zakrywa podłogę, przed kanapą stoi mały stolik 
do   herbaty,   na   nim   lampa,   przypominająca   lampę   w   domu. 

Wszystko to samo, tylko bogatsze. Uważałem, że mogę sobie na 

to pozwolić. W salonie stoi fortepian, zwyczajny, ale podobny 
do fortepianu u Jansenów. Otwarty. Na pulpicie stoją nuty roz-

łożone   na   tej   piosence   szwedzkiej.   Drzwi   do   przedpokoju 
otwarte na oścież. Ona wchodzi drzwiami w głębi, tak pouczy-
łem Johana. Spostrzega od razu cały gabinet i fortepian. Wspo-
mnienie budzi się w jej duszy, w tej samej chwili Johan otwiera 
drzwi. — Iluzja kompletna. Wchodzi do gabinetu. Podoba się jej 

wszystko, jestem tego pewien.  Kiedy jej wzrok pada na stół, 
spostrzega książkę; w tej samej chwili Johan  ją bierze do rąk, 
jak gdyby chciał odłożyć, i niby przypadkiem powiada: to pew-
nie   pan   zapomniał   tę   książkę,   był   tutaj   dziś   rano.   Z   tego 

- 145 -

background image

przede wszystkim dowiaduje się ona, że byłem tam rano, a po-

tem chce zobaczyć książkę. To jest niemiecki przekład znanej 

bajki Apulejusza: Amor i Psyche. Nie jest to poezja, ale wcale 
poezja tu nie jest potrzebna; jest raczej obrazą dla dziewczyny 

ofiarowanie jej tomu poezji, jak gdyby nie pojmowała dość po-

etyczności zawartej w samej sytuacji i potrzebowała wzbudzać 

ją w sobie obcą myślą. Na ogół się tego nie zauważa, ale tak to 
jest. A tę książkę ona przeczyta, tym sposobem cel zostanie 
osiągnięty. Jeżeli otworzy w tym miejscu, gdzie ostatnio czyta-
łem, znajdzie tam malutką gałązkę mirtu i chyba zrozumie, że 

ta gałązka to jest coś więcej niż zwykła zakładka.

Moja Kordelio!
Czego się lękasz? Jeżeli będziemy razem, będziemy silni, sil-

niejsi niż cały świat, silniejsi niż sami bogowie. Wiesz, był kie-

dyś na świecie taki lud, sami mężczyźni, i każdy wystarczał so-
bie, nie znali oni miłosnych połączeń. A byli potężni, tak potęż-

ni, że mogli szturmować samo niebo. Jowisz przestraszył się ich 

i podzielił na połowy, i z jednego osobnika powstały dwie isto-
ty: mąż i niewiasta. Teraz czasami się tak  zdarza,  że to, co 

dawniej było połączone, znowu się łączy w miłości, i takie po-
łączenie mocniejsze jest od Jowisza; i są oni wtedy nawet nie 

tak silni, jak byli przedtem, ale jeszcze silniejsi, gdyż połącze-

nie w miłości jest potężniejszym połączeniem.

Twój Johannes

dn. 24 września

Noc   jest   cicha,   jest   trzy   kwadranse   na   pierwszą.   Strażnik 

przy   bramie   trąbi   swe  błogosławieństwo   nad   całym   krajem, 

echo odpowiada od lasów — strażnik wychodzi z bramy — znowu 
trąbi, echo odpowiada z jeszcze większej dali. Wszystko śpi w 
spokoju, tylko miłość nie śpi. Powstańcie, moje tajemne moce 

miłości, zgromadźcie się w tej piersi! Noc milczy — tylko sa-
motny ptak narusza to milczenie swym wołaniem i szelestem 
swych skrzydeł, lecąc wzdłuż zamglonych pól na lodowe krań-

- 146 -

background image

ce; on także ma pewnie miłosne spotkanie — accipio omen! — 

Cała natura pełna jest wróżb! Przyjmuję znak z lotu ptaka, z 

wołania ptaka, z uderzenia ryby o powierzchnię wody, z jej za-
nurzenia się w głębinach, z dalekiego szczekania psów, z dale-

kiego łoskotu morza, z echa dalekich kroków. Nie widzę upio-

rów w tej nocnej godzinie, nie widzę tego, co było, ale to, co 

przyjdzie, w łonie wód, w pocałunku dnia, w tumanie, który 
obejmuje ziemię i kryje jej płodne objęcia. Wszystko jest ob-
razem, ja sam jestem mitem o sobie samym, bo czyż nie jestem 
podobny do mitu dążąc na to spotkanie? Kim jestem, to wszyst-

ko jedno, wszystko przemijające i czasowo zapomniane, tylko 

rzeczy ważne pozostały, moc miłości, miłości tęsknota, miłości 
szczęśliwość. Moja dusza nastrojona jak napięty łuk, moje my-
śli gotowe jak strzały w kołczanie, nie są zatrute, ale gotowe 
zabarwić się krwią. Moja dusza jest mocna, zdrowa, radosna, 

obecna jak Bóg. — Była piękna z natury! Dzięki ci, cudowna na-

turo! Jak matka czuwałaś nad nią! Dzięki ci za twą opiekę! Była 
samorodna! Dziękuję wam, ludzie, którym ona to zawdzięcza!

Jej rozwój to było moje dzieło — zaraz dostanę zapłatę. — 

Ileż zgromadziłem rzeczy dla tego jednego momentu, który za-
raz nastąpi. Piekło — gdybym się miał zawieść!

Jeszcze nie widać mojego powozu. Ale słychać strzelanie z 

bata,   to   mój   woźnica.   Jazda   na   śmierć   i   życie,   niech   konie 

padną, ale w ostatniej sekundzie, gdy już będziemy na miej-
scu.

dn. 25 września

Dlaczego taka noc nie może się przedłużyć! Czyż Aleksjon nie 

może zapomnieć się na chwilę, dlaczego słońce nie może oka-

zać więcej współczucia? Ale wszystko minęło i nie chcę już jej 
widzieć  więcej. Kiedy dziewczyna  oddała wszystko,  staje się 
niczym,   straciła   wszystko;   niewinność   jest   u   mężczyzny   mo-

mentem ujemnym, a dla kobiety jest treścią jej bytu. Żaden 
opór nie jest teraz możliwy, a miłość jest piękna, dopóki opór 
istnieje, a kiedy ustał, wszystko staje się słabością i pustką. 

- 147 -

background image

Nie chcę nawet pamiętać o tym, co mnie z nią łączyło; straciła 

swoją wonność, a minęły już czasy, kiedy dziewczyna z bólu po 

niewiernym kochanku przetwarzała się w kwiat heliotropu. Nie 
będę się z nią żegnał; nie ma dla mnie nic gorszego jak kobiecy 

płacz i kobiece błagania, to wszystko odmienia, a właściwie nic 

nie znaczy. Kochałem ją; ale od tej chwili nie będzie zajmowa-

ła mego umysłu. Gdybym był bogiem, zrobiłbym to dla niej, co 
zrobił Neptun dla pewnej nimfy: zmieniłbym ją w mężczyznę.

A warto byłoby przekonać się, czy rzeczywiście można się dać 

tak wymyślić przez dziewczynę i wpędzić ją w taką pychę, iż 
sobie wyobrazi, że to ona znudziła się tym stosunkiem! Można 
byłoby z tego zrobić bardzo ciekawy epilog, który sam w sobie 
mógłby mieć psychologiczną wartość i przy okazji wzbogacić o 

liczne doświadczenia erotyczne.

- 148 -