background image

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 2 - 

 

 

 

 

Ballady Beskidzkiego Dziada 

 

Barbara Faron

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Barbara Faron, Kamienica 2010   

Wydanie I Kamienica 2010 

ISBN: 978-83-913877-9-5   

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 3 - 

Spis treści 

 

Wstęp   ... 4 

O ostatnim gaździe z pradawnego rodu   ... 5 

O służebnej, która bogaczką została   ... 15 

O Jaśku, co był na zarobku w Peszcie   ... 26 

O parobkowych dzieciskach   ... 37 

O niemej Marynie wójtównie   ... 50  

O strachach   ... 61 

O potomkach fartownego przybłędy   ... 73 

O Hance, Janowej wychowanicy   ... 83 

O dziwach Spod Ciemnej Gwiazdy   ... 92 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 4 - 

Wstęp 

 

 

 

Na  południu  Polski,  nad  brzegami  górskiej  rzeki,  leży  Kamienica  –  malownicza 

miejscowość,  od  ponad  siedmiuset  lat  zamieszkiwana  przez  górali  gorczańskich,  od  koloru 

guni  nazywanych  „białymi”.  Ich  wierzenia,  mentalność  oraz  ukształtowany  przez  stulecia 

system wartości, stanowiący konglomerat wierzeń pogańskich i chrześcijaństwa, składają się 

na tło „Ballad Beskidzkiego Dziada”. 

Naiwny ludowy narrator, wespół z tajemniczym wędrownym Dziadem, przypuszczalnie 

(jako  że  Autorka  sama  tego  nie  wie)  Żydem  Wiecznym  Tułaczem,  wiodąc  czytelnika  do 

zagród, skupionych w odgrodzonej od świata dolinie, przedstawia losy prostych ludzi, którym 

przyszło narodzić się i egzystować w surowych, górskich warunkach. Co ważne – egzystować 

obok  szeregu  niematerialnych  istot,  takich  jak  śmierć,  diabeł,  boginki,  strzygonie,  siodełka, 

mamuny, duchy itp., w których istnienie nikt nie śmiał ówcześnie wątpić, jako że stanowiły 

integralną część niezmiennego od pokoleń świata.  

Do  napisania  niniejszego  zbioru  opowiadań  zainspirowały  mnie  dzieje  przodków. 

Wszyscy  główni  bohaterowie  istnieli  w  rzeczywistości  –  oczywiście  za  wyjątkiem 

symbolicznego wędrownego Dziada oraz kilku postaci drugoplanowych (dwie pierwsze żony 

Lacha). Czytając, należy jednak pamiętać, że nie jest to książka dokumentalna, tylko literacka 

wizja  miejscowych  podań  i  wspomnień.  Każda  z  ballad,  które  mogą  także  funkcjonować 

oddzielnie,  to  historia  kogoś  innego,  ale  bohaterzy  poszczególnych  części  są  ze  sobą  mniej 

lub  bardziej  powiązani.  Akcja  całości  obejmuje  kilkadziesiąt  lat,  a  spaja  ją  postać  Dziada, 

którego  oczyma  czytelnik  śledzi  wydarzenia,  osadzone  na  tle  autentycznych  kamienickich 

tradycji i wierzeń.  

Ponieważ  moim  nadrzędnym  celem  nie  było  stworzenie  zwyczajnej  sagi  rodzinnej, 

wybrałam  formę  utworu  z  założenia  odbiegającego  od  wzorca  powieści  realistycznej  i 

ciążącego raczej ku… baśni!  

Baśni, która nie miałaby szansy zaistnieć, gdyby nie okraszone miejscowymi legendami 

zapamiętane z dzieciństwa opowieści moich Rodziców, Julii i Jana Faronów...  

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 5 - 

O ostatnim gaździe z pradawnego rodu

 

 

 

Szedł z daleka Dziad z kulawą nogą. Na stopach miał sfatygowane buty z cholewami. Za 

czasów niepamiętnej świetności – kiedy  należały do jakiegoś bogatego  chłopa albo oficera, 

honorowo (a może i nie?) poległego w boju za nie swoją sprawę – prezentowały się dumnie, 

nie  przypuszczając,  że  przyjdzie  im  dokonać  żywota  na  dziadowskich  nogach,  w  cieniu 

sięgającej kostek zszarzałej kapoty, której pierwotnej barwy próżno było dociec, i której nie 

pamiętał  ani  Dziad,  ani  robactwo  ciekawe  ludzkiego  świata  i  z  zadziwieniem  wyglądające 

spomiędzy nadwątlonych splotów wiekowej tkaniny.  

 

Zachodzące  krwawo  słońce  chowało  się  za  łagodnym  szczytem  góry,  gdy  podróżnik 

przystanął  nad  brzegiem  rzeki,  spod  zmrużonych  powiek  spojrzał  na  słoneczną  tarczę  i 

pobiegł  wzrokiem  za  jego  ostatnim  promykiem.  Takim,  który  skoczył  na  czubek  fali 

spieszącej  z  wartkim  nurtem,  mrugnął  blaskiem  chwilowego  lśnienia  do  zapatrzonego  nań 

wędrowca, zachybotał bezradnie i przepadł znienacka w zimnej toni. 

 

Dziad  prędko  odwrócił  pokrytą  kurzem  twarz  od  zdradzieckiej  wody,  poprawił  obwisłe 

rondo kapelusza, spod którego sterczały skołtunione pasma siwych włosów, zarzucił na ramię 

płachtę wora postawionego na skraju drogi, gdy przystanął tam dla odpoczynku, i powolnym 

krokiem ruszył na południe. 

 

Sękaty  kostur  rytmicznie  uderzał  o  trakt,  ubity  wieloletnim  ciężarem  chłopskich 

furmanek, od stuleci zdążających tędy na jarmarki, na odpusty i na kolej do Starego Miasta

1

Innej drogi do wsi, do której zmierzał podróżnik – nie było. Z jednej strony bowiem wstępu 

do  niej  broniły  szemrzące  cicho  wody  Dunajca,  a  z  drugiej  strome  zbocza  stoków 

porośniętych  osiką,  trzęsącą  się  na  wspomnienie  Męki  Zbawiciela.  Męki,  do  której  się 

przyczyniła jako jedyna  spośród drzew zląkłszy  się rzymskich żołnierzy  i ze strachu udzie-

liwszy drewna na belki Świętego Krzyża.  

 

Dziad  obejrzał  się  na  wikliny  porastające  przeciwległy,  ginący  pośród  drżących  cieni 

brzeg szerokiej rzeki, na głazy wystające z głębiny i coraz głośniej mamrocząc pacierze oraz 

uporczywie trzymając się prawej strony traktu, przyległego do górskiego zbocza, przyspieszył 

nierównego  kroku.  Nie  uszedł  jednak  daleko,  gdy  za  plecami  usłyszał  turkot  metalowych 

                                                 

1

 

 Tj. Starego Sącza.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 6 - 

obręczy, spinających w uścisku koła furmanki zaprzężonej w parę dobrze utrzymanych koni, 

wlokących  za  sobą  gruby  ogon  kurzu.  Unikając  stratowania,  cofnął  się  pod  osamotnioną 

olszynę i wsparty na kosturze, zaczekał póki go nie miną. 

 

– Prrr! – Nie żaden upiór, ale młody parobek, siedzący na koźle obok siwego starowiny, 

mocno  ściągnął  lejce  i  zdziwiony  widokiem  kulawego  wędrowca,  skierował  spojrzenie  na 

drzemiącego  gospodarza.  –  Gazdo!  Toż  to  Dziad,  co  u  was  ze  trzy  roki  temu  zimował  w 

komorze! 

 

–  Pochwalony…  –  Dziad  zdjął  kapelusz  i  przyciskając  go  do  piersi,  zaczął  uporczywie 

wpatrywać się w chłopa. 

 

– Na wieki wieków – gazda uchylił czapki.  

 

– Wyście przecie Lach?! 

 

– Ano, Lach. 

 

– Nie poznajecie? – zdziwił się i ciągnąc po trawie pusty worek, zbliżył się do furmanki.  

 

–  Wszelki  duch…  Wyście  to,  dziadku?  –  Lach  wnet  się  opamiętał  i  kazał  parobkowi 

zrobić miejsce na wozie, który zaraz potoczył się dalej, ku karczmie. – Nie boicie się tu sami 

chodzić? Koło wody? Po zachodzie słonka? Nie boicie się topielców? Boginek? Albo inszych 

strachów? 

 

Dziad  zaprzeczył  ruchem  głowy  i  nucąc  ochryple  Wszystkie  nasze  dzienne  sprawy

spoglądał  spod  zaczerwienionych  powiek,  pod  którymi  kłuły  drobinki  pyłu,  na  ten  Pana 

Bozickowy  świat,  w  którym  i  dla  żebraka  chodzącego  po  prośbie  znajdzie  się  kawałek 

miejsca. Na pustą drogę, wiodącą do wsi położonej w górskiej kotlinie. Na niebo, szarzejące 

pod zasłoną gęstniejącego mroku. Na giętkie gałązki wikliny i na coraz ciemniejszą toń rzeki, 

kryjącej w głębinach niematerialne byty, zazdrośnie strzegące własnych sekretów i zmyślnie 

karzące  śmiertelników,  którzy  poważyliby  się  zakazaną  porą  wypuścić  w  nawiedzone 

miejsca,  łamiąc  tym  samym  odwieczny  pakt,  zawarty  u  zarania  dziejów  pomiędzy  światem 

ż

ywych a światem demonów.  

 

–  Coś  mi  się  widzi,  że  to  tutaj  było  –  mruknął  Lach,  nie  patrząc  ani  na  pobladłego 

parobka,  ani  na  Dziada,  który  skończył  nucić  Pieśń  wieczorną.  –  Choć  może  i  dalej?  – 

szeptał. 

 

Parobek bez trudu odgadł, o co staremu gaździe idzie i ze strachu włosy zjeżyły mu się na 

głowie. Śmignął batem końskie zady i mocniej ściskając lejce, uniósł się znad kozła.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 7 - 

 

–  Wio!  Wio!  –  krzyczał  i  chociaż  zatykało  go  powietrze,  wdzierające  się  do  szeroko 

otwartych  ust,  popędzał  spienione  zwierzęta,  żeby  oddalić  się  od  miejsca,  o  którym  tyle 

niedobrego nieraz się nasłuchał. 

 

*** 

 

 

Jeden  chłop  ze  wsi  –  nawet  wiedział  który  –  często  przecież  opowiadał  co  mu  się 

przytrafiło  było  nad  Dunajcem,  kiedy  samotnie  wybrał  się  z  deskami  do  Starego  Miasta. 

Pojechać z nim nie miał kto, bo ludzie mieli robotę w polu, a na to, żeby nająć parobka był 

zwyczajnie za biedny. O świcie zaprzągł konie i wyruszył w drogę. Z początku się nie bał, ale 

kiedy  minął  most  na  Końcu  Wsi  i  skierował  się  na  trakt  wiodący  wzdłuż  Dunajca,  poczuł 

nieuzasadniony lęk. Konie także zaczęły strzyc uszami i trzymając się z dala od podstępnej 

topieli,  desperacko  gnały  naprzód,  wcale  nie  popędzane  i  jakby  nie  pomne  ciężaru  desek. 

Tarcice  –  mocno  spięte  łańcuchem,  którego  luźno  zwisający  koniec  uderzał  o  kamienie,  z 

chrzęstem  –  orały  ubitą  nawierzchnię  drogi,  zagłuszając  szum  rzeki,  o  tej  porze  roku 

spokojnie  toczącej  wody  do  ujścia  oraz  sowie  jęki  dochodzące  z  przeciwnego  brzegu. 

Chłopina,  któremu  stłumione  przez  odległość  krzyki  nocnego  ptaszyska  postawiły  na 

baczność wszystkie włosy pod wyliniałą baranicą, w popłochu uczynił znak krzyża i zaczął 

odmawiać  pacierze.  Wkrótce,  pokrzepiony  siłą  modlitwy,  mocniej  strzelił  z  bata.  Konie 

jednakże, wcześniej tak dziarsko biegnące do przodu, z trudem przebierały nogami, żłobiąc 

podkowami bruzdy w kamienistym trakcie. Zaczęły rzęzić, stuliły uszy i pokryte kożuchem 

piany, z mozołem ciągnęły ciężar zwielokrotniony za sprawą niewiadomej siły. Wystraszony 

chłop, nie mając sumienia smagać bezsilnych kasztanów, zsiadł z wozu i nie wypuszczając z 

dłoni lejców oraz bata, wlókł się obok zwierząt.  

 

– 

Wszyscy święci Pańscy, dajcie mi ino dojechać do miasta! A zaraz do klasztoru polecę! 

Do  spowiedzi!  Grzeszył  już  nie  będę…  –  mamrotał.  W  krzakach  nie  śmiał  się  oglądać  i 

dopiero kiedy tarcza księżyca wychynęła zza skłębionych chmur, a wóz znalazł się na otwar-

tej  przestrzeni,  obejrzał  się  za  siebie.  –  Wszelki  duch  Pana  Boga  chwali…  –  pomyślał,  nie 

ważąc się zbliżyć do skulonej postaci, która nie wiadomo kiedy usiadła na deskach. – Hej! A 

skądże to idziecie? – wrzasnął nieswoim głosem i czekając odpowiedzi, smagnął konie batem. 

– Pewnie chcecie, żeby was podwieźć? – Wierzchem trzęsącej się dłoni otarł spocone czoło. – 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 8 - 

Gadaj  do  tego,  a  to  nic!    mruknął,  bojąc  się  zbliżyć  się  do  zagadkowego  podróżnika.  – 

Gadać nie umie? – przemyśliwał, próbując dodać sobie odwagi. – Co to za jeden? Skąd się 

wziął?  Iii…  pewnie  jakiś  dziad  spał  w  krzakach.  Ale  żeby  nawet  Boga  nie  pochwalić…  A 

jeśli  to  nie  dziad?  –  Przeżegnał  się  i  zaczął  chaotycznie  odmawiać  pacierze  w  intencji 

pokutujących  duchów.  Kątem  oka  obserwował  też  nieruchomą  postać  o  człowieczych 

kształtach, która ani razu nie zmieniła pozycji, a siedziała za daleko, aby rozpoznać płeć, a co 

dopiero  rozeznać  rysy  twarzy.  –  Boże,  odpuść  nam  nasze  grzechy…  –  Był  pewien,  że  to 

Biała

2

 przyszła po niego i już zaczął się szykować na tamten świat, i nawet rachunek sumienia 

pobieżnie  uczynił,  gdy  nagle  milczący  towarzysz  podróży  zerwał  się  gwałtownie  i  zanim 

droga skręciła pomiędzy łąki, z pluskiem skoczył do rzeki. 

 

*** 

 

 

– 

Musiał to być topielec... – stwierdził Lach, oglądając się na ciemniejące w mroku wody 

Dunajca.  A  po  chwili,  jakby  zdziwiony  pędem  zziajanych  koni,  podniósł  głos  na  parobka, 

natychmiast nakazując mu zwolnić. – Popatrzcie, na co mi przyszło na stare lata? – zwrócił 

się do Dziada. – Nie mam się na kim wesprzeć. Z obcymi, z parobkami muszę się użerać… 

Ale tak bywa, kiedy człowiek nie dochowa się dzieci, bo na starość podpory i pociechy nie 

ma… A odkąd umarło się mojej babinie, świeć Panie nad jej duszą, sam zostałem na świecie.  

 

– 

Co też gadacie? – Ożywił się wędrowiec, który, poniechawszy modłów, zasłuchał się w 

narzekania starowiny. Narzekania bardziej na niełaskawy los, niż na ludzi. 

 

– 

Trzy baby przeżyłem. 

 

– 

A wychowanica? Pamiętam, że mieliście wychowanicę. 

 

– 

Niech ręka boska broni przed takimi! – Lach uchylił czapki przed przydrożną kapliczką. 

– Miałem jej całą gazdówkę zapisać, ale zmierziła mnie, kiedy zaczęła moją babą pomiatać i 

umyśliłem sobie niedawno, że dam jej tylko dożywotnie pomieszkanie w zagrodzie. 

 

– 

To jakże wam teraz gazdować samemu? 

 

– 

Oj!  Nielekko...  –  stęknął  i  zaczął  rozwodzić  się  nad  chylącą  się  ku  upadkowi 

ś

wietnością lachowskiego rodu. A znakomity to był ród. Kmiecy. A stary, bo pewnie jeszcze 

czasy  świętej  księżnej  Kingi  pamiętający.  I  w  miarę  wolny,  jak  wszystkie  kmiece  rody, 

                                                 

2

 

 Śmierć.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 9 - 

których z początku było we wsi dwanaście, bo zamiast odrabiania pańszczyzny, płacił czyn-

sze na rzecz klasztoru starosądeckich klarysek, do którego wieś należała przez długie stulecia, 

póki rząd austriacki nie przejął kościelnych majątków. Lecz i później, po uwłaszczeniu, także 

było nie najgorzej, bo Lachom przypadła na własność wielka rola, na której gospodarzyli od 

pokoleń i pewnie żyłoby się im jako u Pana Boga za piecem, gdyby nie klątwa jakowaś, za 

sprawą której wiekowy ród powoli wymierał. Rodziły się same córki, zatem nie było komu 

dziedziczyć nazwiska przodków, których pamięć gasła wespół z bezdzietnymi potomkami. Z 

wielkiej  zaś  roli  ledwie  połowa  ostała  się  w  posiadaniu  prawowitego  spadkobiercy,  bo  na 

reszcie, podzielonej na małe zagony, osiedlili się obcy, potomkowie dawnych zagrodników i 

chałupników

3

.  

 

– Ciężkie czasy nastały! – Wygrzebał fajkę z lnianego woreczka, zawieszonego na szyi, i 

skrzesał  ognia.  –  Teraz  dziady

4

  wyjeżdżają  na  zarobek  do  Pesztu  i  wnet  nie  będzie  komu 

obrabiać naszych zagonów.    

 

–  Co  też  to,  gazdo,  opowiadacie!  –  obruszył  się  parobek,  któremu  nie  mieściło  się  w 

głowie owo Lachowe gadanie. 

 

–  Wspomnisz  moje  słowa,  Bartek!  –  Staruszek  w  zadumie  pykał  fajkę  i  rozpamiętując 

przeszłość, powiódł niedowidzącymi oczyma po gałęziach chaszczy przydrożnego rowu.  

 

*** 

 

 

Ile  to  lat  temu  było?  Zaraz…  Zaraz...  Policzył  na  palcach.  Siedemdziesiąty  krzyżyk 

dźwigał  na  zgarbionym  karku,  więc  jakieś  pięć  dziesiątków  minęło  od  czasu,  gdy  pojął  za 

ż

onę córkę młynarza. Anielka na nią wołali… Nie! Anielka wołali przecież na drugą babinę. 

To  może…  Janka?  Też  nie!  Z  desperacją  zaczął  rozgrzebywać  starodawne  dzieje,  jakby 

samemu  sobie  usiłując  dowieść,  że  nie  imają  się  go  starcze  dolegliwości,  z  utratą  pamięci 

włącznie  i  nie  spoczął,  dopóki  nie  nabrał  pewności,  że  imię  pierwszej  małżonki  brzmiało: 

                                                 

3

 

 Z grup społecznych, stojących w wiejskiej hierarchii niżej od kmieci. Najwyżej stali w niej potomkowie dawnych 

kmieci, czyli gazdowie, posiadający chałupę oraz obejście wyróżniające się wielkością i wyglądem spośród innych, znaczną 
ilość  zwierząt  domowych  i  rolę  (ok.  50  ha),  na  której  pracowała  służba  wywodząca  się  z  biedoty.  Niżej  plasowali  się 
ś

redniozamożni zagrodnicy, właściciele chałupy z zagrodą, sporej ilości zwierząt domowych i połowy lub ćwierci roli; oraz 

niezamożni  zarębnicy,  mieszkający  na  świeżo  wykarczowanych  połaciach  leśnych,  posiadający  chałupę  i  gospodarstwo 
zbliżone wielkością do gospodarstwa zagrodników, ale mniej wydajne. Najniżej znajdowali się chałupnicy, mający własną 
chałupę  i  kilka  morgów  ziemi,  utrzymujący  się  z  rzemiosła  i  pracy  u  bogatych  chłopów;  oraz  najubożsi  komornicy  nie 
posiadający ani chałupy, ani ziemi i najmujący się do służby w zamian za jedzenie oraz dach nad głową.

 

4

 

 Tu: lekceważąco o bezrolnych chłopach. 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 10 - 

Antosia  i  że  za  patrona  miała  Antoniego  Padewskiego.  Tego,  który  –  jeśli  tylko  zacząć  się 

doń modlić – pomaga w znajdywaniu zagubionych rzeczy. A skoro tak jest rzeczywiście, to 

może  i  utraconą  pamięć  odzyskać  pomoże?  Uśmiechnął  się  z  goryczą  i  zdając  się  nie 

dostrzegać wpatrzonych weń przenikliwych oczu Dziada, nie przestawał pykać fajki. 

 

Tak, Antosią ją nazywali. Pracowita była, ładna i dobrego zdrowia. Nie dziwota więc, iż 

nikt nie przypuszczał, że Biała zetnie tę dziką różę w siedemnastej wiośnie, kilka miesięcy po 

ś

lubie. Raz – pamięta – gdy wrócił ze stajni, stanęła jak ten trup blada koło paleniska i mało 

brakło, a spódnice zajęłyby się ogniem. 

 

– Co ci to, Antoś? – Szybko ułożył ją na sienniku i kazał służebnej budzić matkę śpiącą w 

komorze.  

 

Matka  rychło  przybiegła  i  po  obejrzeniu  chorej,  której  ciałem  wstrząsały  dreszcze, 

oświadczyła  z  powagą,  że  ktoś  nieżyczliwy  musiał  urok  rzucić.  I  nie  zastanawiając  się, 

puściła  na  odczynienie  złego  czaru  żarzące  się  węgielki  na  wodę,  przyniesioną  ze  studni w 

cebrzyku.  

 

– A nie gadałam? – triumfowała, zaglądając do naczynia. – Poszły na dno! Wszystkie, co 

do  jednego!  Widać,  ktoś  urzekł.  –  Trzykrotnie  odmówiła  Ojcze  nasz  i  Zdrowaś  Mario

trzykrotnie  obmyła  czoło  synowej  i  trzykrotnie  napoiła  ją  wodą  z  cebrzyka,  wypowiadając 

właściwe w takich razach zaklęcie: – Jeden cię urzekł, trzech cię uzdrowiło: Bóg Ojciec, Syn 

Boży i Duch Święty... Amen!   

 

Podjęte  przez  nią  magiczne  zabiegi  nie  poskutkowały.  Nie  podziałało  też  zamawianie 

choroby  przez  znachorkę  ani  lecznicze  wywary  z  ziół  zbieranych  przy  nowiu  księżyca,  ani 

odwracanie posłania wezgłowiem w miejsce nóg, żeby Białą Panią wyprowadzić w pole, bo 

kilka dni później Antosia zmarła w strasznych bólach.  

 

– Musi być mocny czarownik, skoro taki urok zadał – szeptały sąsiadki gromadzące się w 

izbie,  gdzie  na  marach  spoczywała  odziana  na  czarno  nieboszczka,  o  której  wieczne 

spoczywanie miały się modlić przez trzy wieczory, aż do dnia pogrzebu.  

 

– A, bo to wiadomo, kiedy kto ją urzekł?  

 

– Może nie wiedziała, że urzeczona i z urokiem obeszła za wodę?  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 11 - 

 

– Albo się z nim przez noc przespała

5

?  

 

– No i nie odczyniła zawczasu, i wzięło ją mordowisko

6

.  

 

–  Gadam  wam,  kumoszki,  ktoś  musi  być  na  Lachów  okropnie  zawzięty.  I  to  ktoś  z 

sąsiedztwa! – Pokiwała głową zgrzybiała znachorka.  

 

Znała  się  na  chorobach,  jak  mało  kto  we  wsi.  Umiała  je  zamawiać,  ale  na  klątwę  nie 

potrafiła zaradzić, bo trzy lata po zgonie Antośki umarła Lachowi druga żona. Umarła w po-

łogu.  A  i  syn,  którego  urodziła,  ledwie  dychał  i  trzeba  go  było  zaraz  ochrzcić,  aby  nie 

przyszło  mu  schodzić  z  tego  świata  z  grzechem  pierworodnym.  Lecz  (dziw  nad  dziwy!) 

chudzina przeżył matkę o kilka lat. Cherlawy był wprawdzie i za dziećmi parobków ganiać 

nie nadążał, ale Lach nie chciał słyszeć o powtórnym ożenku. I gniewał się na matkę, kiedy 

powiadała, że trzeba mu wystarać się o godniejszego dziedzica, że niezguła do niczego się nie 

nada,  że  nie  może  całe  życie  na  przypiecku  siedzieć  i  tymi  ślepiami,  wytrzeszczonymi  w 

ciągłym zadziwieniu, przyglądać się światu. 

 

–  Cichajcie,  bo  nie  zdzierżę!  –  Lach  wściekał  się  na  każdego,  kto  śmiał  wytykać 

ułomność syna i przeganiając staruchę do komory, siadywał z małym na kolanach, pokazując 

mu to kwokę z kurczętami siedzącą w koszyku pod stołem, to młode króliki na klepisku, to 

ś

więte obrazy na ścianach.  

 

Chudzina  chichotał  i  nie  wyciągając  kciuka  z  wiecznie  uchylonych  ust,  z  których 

nieprzerwanie ciekła strużka śliny, łapał króliki i koty albo zapamiętale dmuchał w gliniane 

ogony  gwiżdżących  ptaszków,  kupowanych  przez  ojca  na  jarmarku  w  Łącku.  Z  czasem 

zgromadził całe mnóstwo tych piejących kogucików, kukających kukułek i takich świstawek, 

co to świergotają niczym pospolite wróble. Roznosił je wszędzie: po podwórku, po stajni, po 

sieni,  zatem  nic  dziwnego,  że  babka  często  się  o  nie  potykała.  Często  też  z  ich  powodu 

przejechała go laską po grzbiecie, mrucząc, że z takim odmieńcem to tylko utrapienie i żadnej 

pociechy. Nie lubił wchodzić jej w paradę, więc siadywał cicho na przypiecku albo tulił się 

do dziewki służebnej, która mu zastąpiła umarłą matulę. 

 

Odkąd  się  urodził,  mówiono  we  wsi,  że  za  grosz  pomyślunku  nie  ma  i  że  głupim  na 

zawsze zostanie. A on przecież poukładał sobie w nierozumnej głowie, że gdyby nie wyro-

                                                 

5

 

 Według wierzeń ludowych człowiek, na którego został rzucony urok, słabnie bądź też blednie bez uzasadnionej 

przyczyny. Nieodczynienie uroku jest bardzo niebezpieczne. Może doprowadzić nawet do śmierci – rytuał odczynienia został 
opisany powyżej. Absolutnie nie można kłaść się do snu, zanim nie odczyni się uroku. Nie wolno też przechodzić przez wodę 
(na drugi brzeg rzeki), bo grozi to poważnymi dolegliwościami, a nawet śmiercią. 

 

6

 

 Bóle, których przyczyny nie potrafiono wyjaśnić. 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 12 - 

zumiałość poczciwej dziewczyny, ciężko byłoby mu na świecie, na którym na takiego jak on, 

nierobotnego  próżniaka,  krzywo  patrzą  nawet  parobkowie.  Zapytany,  nie  umiałby  pewnie 

wyjaśnić, dlaczego dobrze mu w pobliżu jej spódnic, jednak kochał ją całym sercem, bijącym 

jakoś inaczej niż u zdrowych ludzi, bo zupełnie po swojemu: słabo i nierówno. 

 

–  Puk!  Puk!  –  Czasami  przykładał  rękę  do  rozchełstanej  na  piersi  koszuli  i  leżąc  za 

piecem,  spoglądał  na  domowników.  –  Puk!  Puk!  –  Nierzadko,  gdy  spożywali  wieczerzę, 

zastanawiał się, w jakim rytmie biją ich dorosłe serca. A może to nie serce, tylko uwięziona 

dusza szamoce się bezradnie, jak ta wrona w sidłach, złowiona kiedyś przez parobka? I jeśli 

nie zginie, zmęczona szamotaniną w klatce zapadłych żeber, to może uda jej się pofrunąć ku 

niebu?  A  skoro  tak,  to  może  i  lepiej,  żeby  odleciała?  Jak  te  gliniane  ptaszęta  z  gawędy  o 

małym Jezusie, którą pewnej zimy opowiedział domownikom wędrowny dziadyga?  

 

–  Ulećcie  ptaszki!  Ulećcie!  –  bełkotał,  układając  na  przypiecku  jarmarczne  świstawki  i 

nie pomny, że już nieraz na darmo próbował tchnąć w nie powiew życia, strącał zabawki na 

klepisko. Na śmierć, na zatracenie... Bo wbrew jego nadziejom, żadna nie ożyła.  

 

–  Skaranie  boskie  z  odmieńcem!  –  sarkała  babka,  zaś  służebna  milcząc,  zbierała  do 

zapaski pęknięte korpusy. 

 

– Masz, schowaj – pocieszała, obdarowując go kawałkiem placka lub suszoną gruszką. – 

I nie płacz!  

 

Ocierał  więc  mało  rozumne  ślepia  i  skupiony  na  obgryzaniu  placka,  śledził  wzrokiem 

dziewczynę  krzątającą  się  po  izbie.  Litościwa  była.  Nigdy  złego  słowa  nikomu  nie 

powiedziała. Wędrownym żebrakom w sekrecie przed skąpą Lachową matką nieraz ułomek 

czerstwego chleba do garści wcisnęła. I na Lacha tęsknie popatrywała.  

 

Oj, nie lubiła jej za to stara gaździna, która spostrzegła co się święci i często dokuczała. 

Bo  jakże  jej  rodzony  syn,  gospodarz  pełną  gębą,  kmieć  z  kmieci,  miałby  oglądać  się  za 

sierotą? Komornicą? Ale po prawdzie, nie oglądał się wcale! Dziewczyna nawet mu się nie 

podobała. Pewnie też nie zauważyłby jej skłonności ku sobie, gdyby matka nie zarzuciła mu 

rozpusty.  Oniemiał.  Zdziwiony  spojrzał  na  zawstydzoną  służącą,  przy  której  starucha 

umyślnie  wszczęła  awanturę  i  dopiero  kiedy  uciekła  ze  szlochem,  pojął  w  czym  rzecz.  A 

kiedy nazajutrz zdybał ją u płotu, z węzełkiem pod pachą, nie dał odejść ze służby.  

 

Została zatem. Starą gaździnę – jak ludzie po cichu do dziś dnia gadają – złość zżarła, bo 

na zimę zeszła z tego świata, zaś Lach świadom, że nigdzie nie znajdzie lepszej opiekunki dla 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 13 - 

swego  odmieńca,  nie  licząc  się  ze  zdaniem  sióstr,  przed  wielu  laty  powydawanych  za 

bogatych gospodarzy, ożenił się z dziewką. Dobrze ze sobą żyli do późnej starości, ale Bóg 

nie dał im potomstwa. A kiedy odmieniec, któremu pewnej wiosny zachciało się polecieć ku 

niebu,  zmarł  po  upadku  z  konara  jabłoni,  wzięli  na  wychowanie  Lachową  siostrzenicę.  Z 

czasem,  kiedy  znikła  nadzieja  narodzin  dziedzica,  pogodzili  się  z  niedolą.  Wychowali 

krewniaczkę  jakby  własną  córkę,  gdy  nadeszła  pora  wydali  za  mąż  i  pogrążyli  się  w 

nabożnym  oczekiwaniu  na  wnuki.  Nie  dane  im  jednak  było  pielęgnować  dzieci  i  nie 

doczekawszy pociechy, starzeli się pokornie. Ich zgrubiałe dłonie straciły dawną sprawność, 

nogi  z  trudem  powłóczyły  po  kamienistych  zagonach,  a  zgarbione  sylwetki  trzeba  było 

podpierać na kijach, żeby byle podmuch nie cisnął ich gdzieś u płotu. Chadzali zawsze oboje, 

wsparci o siebie nawzajem. Przykro im było siedzieć w izbie, gdy młodzi wędrowali w pole, 

więc szli do sadu i siedząc pod jabłonią, na ławce sczerniałej od deszczów, śnili na jawie o 

dolach oraz niedolach minionej przeszłości.  

 

–  Nic  z  nas.  Umrzeć  wypada...  –  szeptały  nieraz  bezzębne  usta  Lacha,  dumającego  o 

fizycznej niemocy i o tym, jak bardzo zawadza wychowanicy. – Ale nie na to ją brałem, żeby 

miała  nami  na  starość  pomiatać!  Zhardziała.  Myśli,  że  jej  ziemię  zapiszę!  Że  gaździną 

zostanie! Alem nie na to się rodził, żeby umierać w komorze, jak dziad byle jaki. Oj, nie na 

to! Zamiast gospodarki dostanie dożywotnie pomieszkanie w chałupie, bo jakoś żal mi jej z 

zagrody wyganiać…  

 

Jak  postanowił,  tak  uczynił.  Nie  pomogła  nawet  udawana  pokora  siostrzenicy,  która 

wobec uporu staruszka musiała przystać na ugodę. Po pierwsze dlatego, że nie miała się gdzie 

podziać, a po drugie – po cichu liczyła, że rozjątrzonemu opiekunowi serce zmięknie i nieba-

wem przekaże jej gospodarstwo w testamencie. 

 

*** 

 

 

–  Dziadku,  ostało  mi  się  samemu!  –  Ostatni  Lach  we  wsi,  końskim  parsknięciem 

wyrwany z zadumy, spojrzał półprzytomnie na wędrownego Dziada i jakby zdziwiony, że nie 

siedzi w sadzie, powiódł wzrokiem po krzewach przydrożnego rowu. – Coraz markotniej mi 

bez  baby,  bo  ani  do  kogo  gęby  otworzyć,  ani  kogo  o  dobre  słowo  prosić.  Wychowańce  po 

kryjomu  podbierają  z  komory  wszystko,  co  im  w  łapy  wpadnie  i  wywożą  na  jarmark  do 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 14 - 

Łącka,  na  sprzedaż.  Pyskują,  szanować  nie  szanują  i  tylko  wypatrują,  kiedy  Biała  Pani 

przyjdzie po mnie z kosą. A mnie już niewiele trzeba. Jużem jedną nogą na tamtym świecie. 

Chcę tylko, żeby miał mnie kto doopiekować do dnia śmierci. Bo nie daj Bóg, jak legnę na 

pościeli, to nie będę miał kogo poprosić o garnuszek wody. 

 

– Gazdo! Co też to gadacie! – oburzył się parobek. – Ja wam mogę podać wody! Choćby 

za te buty, coście mi sprawili tego roku! I za kufajkę na zimę! 

 

Dziad, który wędrując po szerokim świecie, wiele razy nie o takich obietnicach słyszał, i 

który  nieraz  napatrzył  się  ludzkiej  podłości,  nie  odezwał  się  ani  słowem  i  zdejmując 

zakurzony  ochłap  kapelusza,  zadarł  głowę  ku  niebu  i  zapatrzył  się  w  pierwsze  gwiazdy  na 

granatowiejącym firmamencie. 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 15 - 

O służebnej, która bogaczką została  

 

 

Niezdarnie złaził z wozu Dziad z kulawą nogą, ale jeszcze niezdarniej szło to starowinie 

Lachowi, w którego wychudłym ciele ledwie tliła się gasnąca iskierka życia. 

 

– Pomału, gazdo, pomału – parobek podtrzymał słaniającego się gospodarza, wcisnął do 

jego  trzęsącej  się  prawicy  grubą  laskę  i  wolno  podprowadził  ku  wejściu  do  karczmy.  – 

Uważajcie na próg – szeptał, wiodąc staruszka do słabo oświetlonego wnętrza.  

 

Dziad,  postępujący  parę  kroków  za  nimi,  pokuśtykał  pod  ścianę.  Potem  rozsiadł  się  w 

kącie  i  w  milczeniu  przyglądał  się  gazdom  debatującym  przy  bimbrze,  na  podpitych 

kawalerów zaczepiających służącą i na drzemiącego za szynkwasem Żyda, który ożywił się 

dopiero na widok bogatego Lacha. 

 

–  Alem  się  was  zlękła!  –  Dziewka  służebna,  której  karczmarz  kazał  uniżenie  podjąć 

gościa, cieszącego się w okolicy dużym poważaniem, potknęła się na dziadowskich nogach. – 

Też tak siedliście, nieporęcznie! – parsknęła i pobiegła na środek izby. Żebrak, schowany w 

cieniu i wyraźnie zapomniany przez Lacha, na próżno czekał na jakikolwiek ochłap ze stołu. 

– Dalej tu siedzicie? – zagadnęła, uciekając od zalecających się kawalerów. – Usuńcie się do 

sieni, to wam zaraz chleba ze spyrką

7

 przyniosę.  

 

– Niech cię Bóg nagrodzi, dziecko – odparł. 

 

Maria jej było na imię, ale ludzie wołali na nią Maryna. Obrotna była, a nade wszystko 

ż

yczliwym  i  dobrym  słowem  umiała  zjednywać  przychylność  chłopów  nawiedzających 

karczmę, więc Żyd już parę lat trzymał ją na służbie. Od czasu, gdy jako ledwie odrośnięta od 

ziemi  dziewczynka  przydreptała  bosa  z  pytaniem,  czy  przyjmą  ją  do  posługi.  Przyjęli.  Z 

uczciwej rodziny bowiem pochodziła, tyle że – najuboższej w pobliskim Zarzeczu.  

 

Uwijając  się  pomiędzy  popijającymi  z  kufli  chłopami,  nie  zapomniała  o  Dziadzie  i 

przyniosła  mu  schowany  pod  zapaską  gruby  pasek  słoniny  z  pajdą  razowego  chleba,  z 

którymi zaraz usunął się do sieni, gdzie usiadł w cieniu otwartego skrzydła drzwi, skąd – sam 

nie  będąc  widzianym  –  miał  widok  na  izbę:  na  gazdów,  na  karczmarza  za  szynkiem,  na 

Marynę i na głupiego Jonaszka przemykającego chyłkiem.  

                                                 

7

 

Słoniną. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 16 - 

 

Dawniej  ów  Jonaszek  był  niczego  sobie  kawalerem.  Ojcu  na  roli  pomagał,  za 

dziewuchami się oglądał, po lasach wnyki na zwierzynę zakładał i Żydowi do karczmy mięso 

przynosił.  Nocami  zaś  chadzał  po  sąsiednich  wioskach  i  kradł  co  popadło.  Nigdy  nie 

przyłapany na gorącym uczynku, przez parę dobrych lat szabrował w okolicy. A że mało kto 

uchował przed nim swój dobytek, ludzie strasznie na niego zaczęli pomstować. No i w końcu 

Jonaszka pokarało.  

 

Szedł wtedy brzegiem Dunajca, pogwizdując i wypatrzył pod drzewem zawiązany worek, 

w  którym  coś  się  szamotało.  Przystanął,  obmacał  znalezisko,  ale  konopnego  sznurka  nie 

zdołał rozplątać i nie zaglądając do środka, pewien, że to małe zwierzątko, zarzucił wór na 

plecy i szybko oddalił się od rzeki.  

 

– Ktoś zapomniał czy co? – przemyśliwał. – W chałupie przetnę sznurek i zobaczę, co mi 

się  trafiło…  –  medytował  rad  z  fartu,  raz  po  raz  przystając  i  poprawiając  worek.  –  Coś  mi 

strasznie  zaczął  ciążyć!  –  Zatrzymał  się  pod  wierzbą  i  wspierając  tobół  o  spróchniały  pień, 

otarł spocone czoło.  

 

– Hu! Hu! Hu! – usłyszał nagle z drugiego brzegu rzeki. – Gdzieś jest?  

 

Obrócił się zdziwiony, a wtedy z worka odezwał się upiorny głos:  

 

– Hu! Hu! Hu! Jam już u Jonaszka w torbie!  

 

Wystraszony cisnął wór. W mgnieniu oka przebiegł przez rozstaje i goniony szyderczym 

chichotem, ledwie żyw ze strachu i zmęczenia, wpadł do karczmy. Bez słowa minął chłopów, 

Ż

yda i schował się w komorze, gdzie do białego rana na kolanach odmawiał pacierze.  

 

Nieraz już powiadano Dziadowi, gdy tędy wędrował, że po tym zdarzeniu zmienił się nie 

do poznania. Przestał kraść, z chałupy nocami nie wychodził i aby nie umrzeć z głodu, najął 

się w karczmie do ciężkich robót. Wielkie beczki z okowitą i z piwem wytaczał z piwnicy, 

koniom obrok zadawał i za Marynę wiadra ze studni nosił. A że był osiłkiem, to i nieraz za-

cietrzewionych pijaków za wrota wyrzucał. Tyle, że dawnego rozumu już nie miał. 

 

– Jonaszku, jak to z twoim workiem było? – drwili zeń gazdowie, których w przeszłości 

okradał, ale mało z ich gadaniny pojmował. 

 

– Zostawilibyście dziwaka! – Maryna, biorąc Jonaszka w obronę, nieraz wyganiała go z 

wiadrami  po  wodę  i  tak  samo  uczyniła  teraz,  gdy  jeden  kawalerów  zaczął  podkpiwać  z 

głupka. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 17 - 

 

– Ale sobie znalazłaś amatora! – zbliżył się do dziewczyny, która wymknęła się zwinnie i 

z gniewnym parsknięciem uciekła pod ścianę. – Czemuś taka harda!  

 

–  Przebiera  w  kawalerach,  jakby  z  gospodarki  pochodziła  –  zarechotał  któryś  z  jego 

towarzyszy. 

 

– Nie przebieraj! Nie przebieraj, bo starą panną zostaniesz! – zawtórował pijak, nic sobie 

nie robiąc z oporów Maryny.  

 

– A naści! – Nagle poczuł na plecach uderzenie Lachowej laski. – A naści, paskudniku 

jeden!  

 

– Co jest? – Obrócił się rozeźlony, zasłaniając twarz przed ciosami Lachowej laski. – Co 

robicie? – syknął, rzucając się na starca, ale zanim zdążył objąć w uścisku szyję gazdy, głupi 

Jonaszek wywlókł go na podwórze i zaczął pławić w pełnym wody, głębokim korycie, które 

stało  koło  studni.  I  byłby  niechybnie  utopił,  gdyby  karczmarz  nie  kazał  mu  wrócić  do 

gospody. 

 

– Sromota! Wielka sromota! – jęknął Żyd, bijąc pokłony przed Lachem. – Starszego nie 

uszanował! Pod moim dachem! Wybaczcie, panie Lachu! Wybaczcie!  

 

– Was o nic nie obwiniam – mruknął staruszek, wsparty na ramieniu wiernego parobka i 

kiedy poruszeni chłopi na powrót zasiedli do stołów, usiadł na ławie, nie spuszczając oczu z 

Maryny. – Pójdźże tu, panno! – zachrypiał. – Dolej mi piwa! 

 

–  Bóg  wam  zapłać,  Lachu  –  szepnęła,  podchodząc  do  niego  z  glinianym  dzbankiem  w 

dłoniach.  

 

–  Dobrze  ci  jest  w  tej  służbie?  –  zaczął  wypytywać,  przytykając  do  kufla  bezkrwawe 

wargi i z głośnym siorbaniem popijając spieniony napitek.  

 

– Nie krzywduję sobie – odparła półszeptem. 

 

– Kawalerzy, widzę, nie dają spokoju? 

 

–  Bywa,  że  nie  dają,  ale  umiem  się  wybronić.  Zresztą  głupi  Jonaszek,  jak  takiemu 

przygrzmoci, to tylko kości klekocą! 

 

– A swatów nie posyłają? – dociekał. 

 

– Swatów? 

 

– Zalotna z ciebie dziewucha…  

 

– Co z tego, kiedy ze mnie biedna służebnica – skrzywiła się. – Kawalerom w głowach 

tylko panny z wianem.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 18 - 

 

– To żaden z gorzałką nie posyłał? 

 

– Żaden. 

 

– I żadnego nie chcesz? 

 

– N… nie! – Zawahała się na chwilę, po czym pisnęła cieniutkim głosikiem: – Żadnego.  

 

– A mnie, chciałabyś, panno?  

 

–  A  co  bym  miała  nie  chcieć?  –  parsknęła  i  uciekła  z  izby,  nie  biorąc  poważnie  słów 

starca, któremu, owszem, wypada się żenić, ale chyba z tą Białą, co od czasu do czasu poza 

opłotkami chadza z kosą na ramieniu.  

 

Wędrowny  Dziad,  który  wszystko  widział  ze  swojego  kąta  w  sieni,  z  politowaniem 

pokiwał  głową.  A  chwilę  później,  śledząc  wzrokiem  odjeżdżającą  Lachową  furmankę, 

poszedł w stronę stogów, które stały na rozległej łące. Sękatymi rękoma wygrzebał jamę w 

sianie pachnącym końską miętą, wcisnął się do środka i westchnąwszy, zapatrzył się w tarczę 

księżyca. Wieczór był ciepły, więc nie chciał żebrać o nocleg w karczmie i z doświadczenia 

znając skąpstwo właściciela, schował na rano obgryzioną skórkę chleba i zmówił wieczorne 

pacierze.  

 

Nie bał się nocować na świeżym powietrzu, bo już nieraz podczas wieloletnich wędrówek 

po świecie zdarzało się  mu sypiać pod  gołym niebem. Nieraz też miał okazję napatrzeć się 

dziwom,  o  jakich  potem  opowiadał  po  wsiach.  A  były  to  historie,  od  słuchania  których 

niejednemu  włosy  stawały  na  głowie.  Historie  o  orszakach  pokutujących  duchów, 

widywanych przez piastę od koła; o Białej, przemykającej opłotkami z kosą na ramieniu; o 

Czarnym

8

, który w wietrzne noce pomagał samobójcom zarzucać powrózek na gałąź; czy o 

boginkach

9

, czających się przy chałupach, w których baby leżały w połogu. Parę razy nawet 

wypatrzył w mroku strzygonia

10

 szczerzącego zęby. Zmagał się też z siodełkiem

11

 podobnym 

do  czarnego  kocura,  które  usiadło  mu  na  piersi  i  okrutnie  go  zmordowało,  a  gdy  się 

przebudził, czmychnęło w zarośla.  

 

–  Oj,  Panie  Bozicku,  co  to  się  na  Twoim  świecie  wyprawia?  –  mruczał  ufny  w  łaskę 

Opatrzności  i  w  opiekę  dusz  czyśćcowych,  za  którymi  modląc  się,  nieustannie  orędował. 
                                                 

8

 

 Diabeł.

 

9

 

 Postać z wierzeń ludowych; zob. rozdział O Jaśku, który z zarobku w Peszcie wrócił.

 

10

 

 W innych regionach – strzyga (przyp. autora). Postać z wierzeń ludowych, przedstawiana jako bardzo groźna istota 

powiązana ze sferą zła i nocy, posiadająca duże zęby oraz nachodząca śpiących ludzi (czasem także domowe zwierzęta), aby 
wysysać ich krew. Rodzaj wampira. 

 

11

 

 Zmora,  dusiołek.  Według  wierzeń  ludowych  co  noc  nawiedzająca  śpiącego,  na  którego  piersiach  ma  zwyczaj 

siadywać, wywołując duszności. Ofiara siodełka cierpi nie tylko na bezsenność, ale i na chroniczne zmęczenie.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 19 - 

Nigdy bowiem go nie zawiodły, w potrzebie strzegąc przed złą przygodą. – Panie Bozicku! 

Nie umarłych, ale żywych bać się należy! – wzdychał, zasypiając. Jednak nie dane mu było 

odpocząć po całodziennej wędrówce.  

 

Ledwie zamknął oczy, obudził go szmer gałęzi leszczyny, za którą chował się kawaler, 

spoglądający ku ścianom karczmy. Nie wiadomo kiedy przyszedł ze wsi, w której dawno po-

gasły światła i nawet umilkło nawet szczekanie psów. Dziada, drzemiącego w stogu siana, nie 

zauważył, bo zaraz zaczął się przechadzać niecierpliwie.  

 

Przez chwilę nic się nie działo i wędrowca zmierziło niespokojne tupanie, bo rozbudził 

się na dobre i już nie mógł oka zmrużyć, a ruszać się nie chciał, żeby szelestem nie zdradzić 

swojej  obecności.  Obcy,  który  wreszcie  wypatrzył  postać  między  opłotkami,  ruszył  jej 

naprzeciw.  

 

Maryna,  którą  Dziad  rozpoznał  w  dziewce,  widocznie  spóźniła  się  na  umówione 

spotkanie i tłumacząc się kochankowi, bezładnymi ruchami przygładzała włosy.  

 

– Maryś! Maryś! – szeptał, coraz mocniej tuląc ją do siebie. – Już myślałem, że do mnie 

nie wyjdziesz! 

 

Gromala  się  nazywał  i  był  niczego  sobie  kawalerem,  ale  gdzież  córce  komorników 

marzyć  o  gazdowskim  synu?  Klarowała  mu  to  nieraz,  prosząc,  aby  się  zlitował,  aby  nie 

rozbudzał w obojgu jeszcze większych tęsknot, ale nie chciał słuchać i boczył się, póki nie 

przystała na kolejną schadzkę.  

 

– Ckniło mi się za tobą, Maryś! Ckniło przez dzień cały! 

 

– I mnie się ckniło… 

 

–  Ojce  zmiękną  –  mruczał,  ciągnąc  ją  w  stronę  stogu.  –  Jak  potracą  siły,  zapiszą  mi 

gospodarkę, a wtedy… 

 

– A jak nie zapiszą? A jak się będą bali, że weźmiesz żonę nie po ich woli?  

 

– Zapiszą, zapiszą – uspokajał. 

 

– A jak się każą z kim innym ożenić? 

 

– Chyba po moim trupie! – burknął. Nierad wspominał panny, które mu swatano i które 

przy Marynie wydawały się szpetne, nierozgarnięte, a przede wszystkim nazbyt łase na jego 

majątek. Chociaż niejedna dziewczyna próbowała dolać mu do piwa lubczyku, zbałamucić się 

nie  dał  i  do  żadnej  z  gorzałką  nie  posyłał.  I  chociaż  ojciec  coraz  usilniej  nalegał,  aby  się 

ożenił, zaparł się i o pannach z przysiółka nawet nie chciał słuchać.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 20 - 

 

– Przetrzymamy wszystko, Maryś. Przetrzymamy!  

 

– Aleś ty zawzięty! 

 

– Tylko z tobą się ożenię!  

 

– Ale… 

 

– Z tobą! – nie dał jej dokończyć. – I do grobowej deski przy tobie zostanę.  

 

Pięknie  do  siebie  szeptali  przy  zasłuchanym  księżycu,  ale  o  czym  mówili,  dziad  nie 

zdradził nikomu. I nazajutrz o świcie, samotnie podążając drogą, zamyślił się nad niepewną 

przyszłością nieszczęśliwych kochanków.  

 

Dumając,  przekroczył  most  na  Końcu  Wsi  i  stukając  do  drzwi  przydrożnej  zagrody, 

poprosił  o  wodę.  Gospodarze,  nie  posiadający  niczego  oprócz  starej  chałupy  pokrytej 

wyłysiałą  strzechą,  nie  poskąpili  wędrowcowi  napitku,  do  którego  dołożyli  nawet  kawałek 

ż

ytniego,  upieczonego  na  blasze

12

  placka,  za  co  odwdzięczył  się  modlitwą  w  intencji  dusz 

tych, co kiedyś dom zamieszkiwali.  

 

Potem  podziękował  za  gościnę,  pożegnał  się  i  poszedł  w  głąb  wsi,  która  już  nieraz 

zgotowała mu przychylne przyjęcie. Tutejsi wieśniacy za święty obowiązek uważali bowiem 

karmienie żebraków, którzy wedle zwyczaju odwdzięczali się modłami w intencji żywych i 

umarłych. Ponadto przynosili nowiny z obcych stron i ludowi, który z rzadka wypuszczał się 

poza dolinę, otwierali oczy na dziwy tego świata. Na ten przykład takie, o których rozpowia-

dano  w  okolicach  Jasnej  Góry,  dokąd  od  pokoleń  pielgrzymowały  rzesze  pątników  i  gdzie 

królowała  Czarna  Madonna,  która  dawnymi  czasy  obroniła  klasztor  przed  napaścią  luterań-

skich Szwedów. Bo któż inny, nie licząc księdza, znosiłby do wioski te podania o tym, że ko-

niec świata nastąpi wówczas, gdy blizny na smutnym obliczu Jasnogórskiej Pani dosięgną jej 

serca? A kto wie, czy nie nastąpi on niebawem, skoro owe blizny po ranach zadanych ręką 

ś

więtokradcy  wydłużają  się  z  upływem  stuleci?  Truchlały  pobożne  baby,  truchleli  nawet 

zuchwali chłopi przy takich historiach i z chęcią gościli wędrowców, domagając się gawęd o 

miejscach, których nigdy nie zobaczą. 

 

*** 

 

                                                 

12

 

 Na kuchennej płycie.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 21 - 

 

Dziad  dobrymi  wspomnieniami  wiedziony  w  te  strony,  poprawił  konopny  worek 

przerzucony  przez  ramię  i  pokuśtykał  do  zielonej  doliny.  Powieki  miał  półprzymknięte,  a 

twarz  ukrytą  w  cieniu  obwisłego  ronda  kapelusza,  ale  widział  więcej,  niżby  się  z  pozoru 

ludziom wydawało. Jednak nie dziwił się wcale, bo już długo chodził po ziemskim padole i 

chociaż tu i ówdzie ludzie różnili się mową, gryzły ich podobne troski.  

 

–  Ej,  Boże!  –  westchnął,  mając  w  pamięci  Marynę.  –  Za  biednaś  panno  dla 

gospodarskiego syna. Za biedna! – mamrotał, czując ciężką łapę wzruszenia zaciskającą się 

wokół chudej szyi.   

 

Rozmyślając nad niedolą bliźnich, usiadł na trawie, na wprost wyrzeźbionej w drewnie, 

sczerniałej od deszczów figury Frasobliwego Jezusa. Słaby z niewyspania, podpierając głowę 

na zwiniętej pięści, usnął na słoneczku. Coś mu się pewnie miłego roiło, bo uśmiechał się we 

ś

nie, dając się łaskotać palcom słonecznych promieni. 

 

– Ej! Dziadku! Chybaście nie pomarli? – zbudziło go dziecięce wołanie. Powoli uchylił 

powieki i zobaczył bosą dziewczynkę w brudnej sukienczynie.  

 

–  Czemu  Dziadowi  spać  nie  dajesz?  Czegoś  tu  przylazła?  –  mruknął,  gramoląc  się  na 

drogę,  gdzie  stało  dziecko  kręcące  w  dłoniach  wiklinową  witkę,  którą  poganiało  stadko 

nieopierzonych gąsiąt.  

 

–  Myślałam,  żeście  pomarli  –  odparła  rezolutnie,  na  wszelki  wypadek  cofając  się  do 

rowu, w którym gąsięta szczypały listki krwawnika. – Siedzieliście pod płotem, jak tatulo w 

tamtym roku.  

 

– I co? Co z tatulem? – spytał, łagodniejąc. 

 

– A co miałoby być? Umarli. 

 

–  Umarli,  powiadasz?  –  Popatrzył  na  jasną  czuprynę,  na  bystro  spoglądające  oczka  i 

zakatarzony nos, który dziewczynka ocierała rękawem. – Jak na cię wołają?  

 

– Marysia – rzekła śmiało i oglądając się za siebie, dodała poważnie: – Zaś mojemu bratu 

Józek. 

 

– Józek? – obejrzał się zdziwiony. – Gdzie masz tego Józka? 

 

– Ano, tam! W krzakach siedzi, bo się was przestraszył.  

 

– Mnie? 

 

– Boi się, bo go raz jakiś dziadyga chciał do worka porwać. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 22 - 

 

–  A  ty  się  nie  boisz?  –  spytał,  kątem  oka  zerkając  na  Józkową  głowę,  wysuwającą  się 

ostrożnie zza krzewu kaliny.  

 

–  E!  Jam  mało  strachliwa!  –  Wypięła  dumnie  chudą  pierś,  obejrzawszy  się  na 

rozproszone stadko gąsiąt i zaganiając je na ścieżkę, krzyknęła do Józka: – Gospodyni będą 

krzyczeć,  jak  gęsi  zgubimy!  –  Smagnęła  gałązką  bose  pięty  brata  i  zaraz  pognała  między 

wysokie pokrzywy i stadko, i pochlipującego Józka. 

 

–  Zostańcie  z  Bogiem,  dzieci  –  szepnął  bardziej  do  siebie,  niż  do  rodzeństwa,  które 

ledwie  odrósłszy  od  ziemi,  musiało  pójść  na  służbę  i  ociężałym  krokiem  poczłapał  przed 

siebie. 

 

Wędrował  tędy  i  owędy,  roznosząc  po  chałupach  swoje  opowieści  i  parę  dni  minęło, 

zanim  trafił  do  zagrody  leciwego  Lacha.  Gospodarz  natychmiast  usadził  go  na  ławie,  kazał 

wychowanicy  nałożyć  do  miski  ziemniaków  ze  zsiadłym  mlekiem  i  oparty  o  przypiecek, 

pykając fajkę, z zagadkowym uśmiechem spoglądał na gościa.  

 

– Wiecie – szepnął. – Żenię się. 

 

– Co też powiadacie? Jak to: żenicie się? – Dziad, wyskrobujący drewnianą łyżką resztkę 

ziemniaków z miski, znieruchomiał.  

 

–  Co  się  tak  dziwicie?  –  Lach  podszedł  do  stołu  i  usiadł  naprzeciw.  –  Wiecie,  że  sam 

zostałem na świecie i nie ma mnie kto doopiekować na starość, bo wychowanica… Niech Pan 

Bóg uchowa! – machnął lekceważąco ręką. 

 

– Macie już jaką babę na oku, czy dopiero myślicie poszukać?  

 

– Już posłałem swatów! – oznajmił półszeptem, zacierając ręce. – Wychowańce jeszcze o 

niczym nie wiedzą. 

 

– Myślicie, że dadzą wam się żenić? 

 

– A co mają nie dać? Ja tu jestem gazdą i nic im do mojego ślubu, i do mojej baby. A 

wy…  –  Przyjrzał  się  badawczo  wędrowcowi.  –  Wy  o  nic  nie  dopytujecie?  Nie  ciekawiście 

mojego ożenku? 

 

–  Co  by  tu  rzec,  Lachu...  –  mruknął  Dziad,  w  zamyśleniu  przeczesując  palcami  pasma 

siwej  brody.  –  Szczerze  mówiąc,  nie  jestem  zdziwiony...  A  i  odradzić  żeniaczki,  to  wam 

przecież nie odradzę. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 23 - 

 

– Czemu mielibyście odradzać? – zdziwił się gospodarz, nie wypuszczając z ust cybucha 

fajki.  –  Zresztą,  odradzić  sobie  nie  dam.  Samemu  przykro  mi  na  świecie,  a  jak  babę  do 

chałupy sprowadzę, będę miał chociaż do kogo gębę otworzyć. 

 

– Powiedzcie lepiej, coście za jedną upatrzyli?  

 

– Udała mi się ta panna, co w karczmie u Żyda służy. Posłałem tedy swatów z flaszką i 

nie odmówiła. 

 

– Ta młódka? Mogłaby uchodzić za waszą wnuczkę! 

 

– Wiem. 

 

– I służąca. 

 

– Mnie wiana nie trzeba. Mam dosyć i ziemi, i dobytku. A jak mnie pięknie doopiekuje, 

to jej wszystko przed śmiercią zapiszę.  

 

– A wychowańce?  

 

– Nic nie mają do gadania! A jak będą babą pomiatali, zaraz precz pogonię!  

 

Dziad pokręcił głową i nie mówiąc, co sądzi na temat Lachowych zamysłów, wsadził do 

worka  pęto  kiełbasy  i  kawałek  chleba,  na  życzenie  gazdy  przyniesione  z  komory  przez 

służebną, ukląkł i odmówiwszy pacierze, pożegnał zagrodę. Ale nie na zawsze.  

 

Tego lata bowiem nieraz dane mu było zaglądać do Lachowej chałupy, co czynił nie tylko 

dla  ciepłego  jadła,  lecz  i  dla  Maryny,  której  urodzie  nie  mógł  się  napatrzeć.  Jednakowoż 

patrząc,  milczał  tajemniczo.  I  dumając  nad  zrządzeniem  losu,  dziwił  się  odmienionej  doli 

dawnej posługaczki i zadowoleniu gazdy, któremu przy młodej żonie wyraźnie lat ubyło.  

 

*** 

 

 

Maryna  i  Lach  przeżyli  ze  sobą  trzy  lata,  szanując  się  nawzajem  i  nie  czyniąc  z  siebie 

widowiska, jak we wsi zrazu prorokowano. Bo choć młódka, nie wystawiała męża na ludzkie 

pośmiewisko.  Gospodynią  okazała  się  porządną  i  o  Lachowy  dobytek  dbała  należycie, 

strzegąc go przed wychowańcami wygnanymi z izby do komory. Zaś kiedy Lachowi zabrakło 

sił, stała się mu podporą: karmiła w ostatnich miesiącach życia, w dzień wodziła po obejściu, 

wieczorami  zabawiała  rozmową,  a  na  jarmarku  nieraz  własną  zapaską  wycierała  mu 

zasmarkaną  gębę.  Zawistnicy,  którym  w  oczy  zawsze  cudze  szczęście  kole,  powiadali,  że 

czyniła  to  wszystko,  aby  nie  stracić  obiecanego  zapisu,  ale  Dziadowi,  który  rokrocznie 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 24 - 

zaglądał do Lachowej zagrody, wcale nie wydawała się tak interesowna. Czasami na odpuście 

w  Starym  Mieście  albo  na  jarmarku  w  Łącku  spotykała  swojego  Gromalę,  niezmiennie 

trwającego w kawalerskim stanie, ale ani razu nie zawstydziła, ani nie zmartwiła Lacha. Przed 

ś

miercią  troskliwie  go  pielęgnowała,  zaś  gdy  umarł,  wyprawiła  mu  godny  pogrzeb.  Potem 

zaczęła wyprzedawać odziedziczone grunta i do ojcowej chaty przewiozła ruchomy dobytek: 

wypielęgnowane  konie,  dojne  krowy  z  owcami,  kury  nioski,  gęsi  z  gąsiętami,  puchate 

pierzyny, domowe sprzęty, cztery malowane skrzynie wypełnione babskimi szmatami i moc 

rozmaitych  różności,  o  jakich  parę  lat  temu  nawet  jej  się  nie  śniło.  Lach  bowiem  danego 

słowa dotrzymał, zapisując jej w testamencie wszystko, co z dziada pradziada posiadał i choć 

wychowańce  czuli  się  skrzywdzeni,  nie  ośmielili  się  procesować,  skoro  pozwoliła  im 

dożywotnio  zamieszkać  w  zagrodzie.  Parobka,  który  przez  wiele  lat  służył  u  nieboszczyka, 

dobrze  wypłaciła,  służbie  rozdała  podniszczone  odzienie  i  na  koniec,  po  zamówieniu  u 

kowala żelaznego krzyża z paradnymi zawijasami na Lachową mogiłę, wróciła do rodzinnego 

Zarzecza. Dzięki majątkowi podźwignęła z biedy rodzinę i gdy minął okres żałoby, wydała 

się za swojego Gromalę. Odkąd bowiem stała się z najbiedniejszej najbogatszą partią w siole, 

starzy  Gromalowie  przestali  synowi  zakazywać  żeniaczki  i  nawet  do  prawdziwej  zgody  z 

nimi doszło, bo nie chowała urazy o dawną niełaskę. 

 

–  Boże  mój,  Bozicku!  –  Dziad,  który  pewnego  razu  zaszedł  do  Gromalowej  chałupy, 

głośno chlipiąc polewkę, kątem oka spoglądał na Marynę krzątającą się koło pieca, na którym 

suszyły się gruszki ze śliwkami. – Boże mój, Bozicku!  

 

– Co wam to? – przystanęła.  

 

– Nadziwić się nie mogę waszej litości.  

 

– A czemu? 

 

– Bo od dawna wiadomo, że dobre serce nie stoi w parze z bogactwem. A ty, jak dawniej, 

karmisz wędrownego dziada. 

 

– Pewnie zachodziliście nie do tych chałup, co trzeba! – zaśmiała się serdecznie i zaczęła 

go przekonywać, żeby nie odmawiał gościny na zimę.  

 

– Zostałbym – mruknął – ale co wasz chłop powie? 

 

– A co miałby gadać? – wzruszyła ramionami. – Jak już ja się zaprę, to zaraz się zgodzi. I 

powiadam, że daleko teraz nie zajdziecie. Zostańcie – nalegała. – Przezimujecie w komorze. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 25 - 

Za polewkę pacierze za Lachem zmówicie, pieśni zaśpiewacie… Miejcie pomyślunek! Jeść 

mamy co! I spać jest gdzie! 

 

– Gadacie? – wahał się.  

 

– Na wiosnę w ten wasz świat pójdziecie. 

 

– Na wiosnę? – nie krył nieśmiałej radości. 

 

– Przecież gadam! 

 

– Niech wam Bóg pobłogosławi! – rozrzewniony pochylił się nad miską.  

 

– Już pobłogosławił – uśmiechnęła się, głaszcząc brzuch sterczący spod serdaka. – A za 

was  do  końca  życia  modlić  się  będę!  Za  to,  że  moja  dola  tak  się  odmieniła!  –  rzuciła 

uroczystym szeptem, przekonana, że to wędrowiec, któremu kiedyś w żydowskiej karczmie 

okazała  litość,  orędował  za  nią  u  samego  Boga.  Dziad  uniósł  wzrok  znad  polewki  i 

zapatrzony w twarz Maryny, uśmiechnął się tajemniczo. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 26 - 

O Jaśku, co był na zarobku w Peszcie

 

 

 

Wracał z Częstochowy Dziad z kulawą nogą. Rozgrzane powietrze falowało nad drogą, 

echo  niosło  dźwięk  kościelnych  dzwonów  bijących  gdzieś  na  Anioł  Pański,  a  żniwiarze 

poznikali  z  pól,  żeby  nie  stawać  na  drodze  pokutującym  duszom,  co  dzień  o  tej  porze 

chodzących po miedzach. 

 

Wędrowiec poprawił przerzucony przez ramię wór ze zgrzebnego płótna i oglądając się, 

uczynił  znak  krzyża.  Na  drodze,  wijącej  się  między  pagórkami  pokrytymi  szachownicą 

nieurodzajnych zagonów, nie było żywego ducha. Na ścierniskach również. Chłopi, jeszcze 

do  niedawna  stawiający  mendle

13

  ze  snopów  pszenicy,  porzucili  sierpy  i  zeszli  przed 

południem do chałup, których strzechy wyglądały zza plecionych płotów. Obejrzał się jeszcze 

parę  razy  na  wąskie  smużki  dymów  nad  chatami  i  patrząc  na  miedze  porośnięte  kwiatami 

krwawnika, pokuśtykał na zachód. 

 

Był rok 1900, kiedy wkroczył na drewniany most na Końcu Wsi, przerzucony nad rwącą 

rzeką  i  napotkał  Jaśka,  opartego  o  poręcz  i  zapatrzonego  niemo  w  słoneczne  promienie, 

skaczące z jednej rozpędzonej fali na drugą.  

 

–  Pochwalony…  –  Uchylił  kapelusza,  z  zaciekawieniem  spoglądając  na  worek,  na 

porządne,  acz  przykurzone  odzienie  i  posępną  minę  chłopa.  –  Skąd  idziecie?  –  zagadnął, 

przeświadczony o tym, że ów nie wędruje ze wsi, tylko do niej wraca.  

 

– Na wieki wieków! – odparł zapytany i ociągając się, odwrócił wzrok od rzeki toczącej 

wody do pobliskiego Dunajca. – Ze świata idę, dziadku.  

 

– Tak, jak i ja – mruknął Dziad, wpatrując się w zasępioną twarz piechura, ściskającego 

w dłoni cybuch zgasłej fajki. – Coś markotny wracacie.  

 

– Ano, markotny – odparł zapytany. Podnosząc spod stóp wypchany wór i nie oglądając 

się na starca, udał się nad stromy brzeg rzeki. Poszukał łagodnego zejścia do wody i zdjąwszy 

kapelusz, siadł na wielkim głazie, na którym niezawodnie, bo był bardzo duży, po zachodzie 

słońca musiały gromadzić się tutejsze boginki.  

 

Najczęściej  widywano  je  o  zmroku,  gdy  prały  szmaty  w  nurcie  rzeki.  Niezgrabne  i 

nieładne  były:  małe,  pękate,  z  krótkimi  rękami  i  nogami,  z  rozpuszczonymi  do  ziemi 

                                                 

13

 

 Dziesięć lub osiem snopów zboża, ułożonych na polu obok sobie.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 27 - 

włosami. Jednak nie każdemu śmiertelnikowi chciały się pokazać. Częściej więc zamiast na 

boginki, natykano się na białe płachty pieluch małych boginiaków, rozwieszone na gałęziach 

wikliny. Jednak byli i tacy, którzy wieczorem nieopatrznie zapędziwszy się w okolice wody, 

widzieli jak boginki prały wielkimi piersiami swoje ubrania. Należało wtedy jak najszybciej 

uciec  i,  broń  Panie  Boże,  nie  zaczynać  zwady  z  istotą,  która  na  ogół  nie  czyniła  ludziom 

krzywdy,  lecz  jeśli  by  ją  napastować,  rzuciłaby  urok  albo  co  gorszego…  Boginki,  choć 

zazwyczaj  nie  czyniły  szkody,  w  pewnych  szczególnych  okolicznościach,  wówczas,  gdy 

chałupy nie chroniła moc odpowiednich na czas połogu rytuałów, mogły stanowić zagrożenie 

dla położnic albo niemowlaków, które po kryjomu zabierały, podrzucając w ich miejsce włas-

ne, bardzo szpetne dzieci.  

 

Jasiek wzdrygnął się mimowolnie i choć słońce  miało do zachodu jeszcze długą drogę, 

rozejrzał się po brzegach zaścielonych otoczakami, po wiklinach za nimi i łagodnych stokach 

na  horyzoncie.  Gdy  był  chłopcem,  nieraz  słyszał,  że  go  boginki  wykradną,  jeśli  będzie 

dokazywał.  Siedział  wtedy  ze  strachu  pod  stołem,  cichy  jak  trusia  i  nie  śmiał  dokuczać 

przyrodniemu bratu. – A może i – myślał wtedy – to brata boginki do izby przywlokły? Może 

on  podmieniec?  –  I  marzył  po  cichu,  aby  macocha,  która  z  początku  godnie  zastępowała 

zmarłą matkę, oddała Maćka boginkom. Ona jednak ani myślała patrzeć nań krzywo, a cóż 

dopiero wynosić na kupę gnoju i bić brzezinową miotłą, dopóki jego przeraźliwe łkanie nie 

zwabi boginki. Od dawna bowiem wiadomo, że boginka wrażliwa jest na krzywdę własnego 

dzieciaka,  którego  podrzuciła  ludziom  nie  z  okrucieństwa,  ale  z  musu,  bo  nie  zdołałaby  go 

wyżywić  własnymi  siłami,  jako  że  był  straszliwie  na  jadło  łapczywy.  Kobiety  przeważnie 

krzywdy podrzutkowi nie robiły, choć bez trudu szło zgadnąć, że to nie rodzone dziecię, tylko 

rozkrzyczany  boginiak  i  chowały  takiego,  szpetotą  albo  ułomnością  wyróżniającego  się 

spośród rówieśników.  

 

–  Ej,  Boże!  –  Jasiek,  któremu  nagle  całe  dzieciństwo  stanęło  przed  oczami,  westchnął 

cicho  i  nie  zważając  na  Dziada  siedzącego  obok,  zdjął  z  nóg  przykurzone  buty,  odwinął 

zaparzone z gorąca onuce, które ułożył na kamieniach, i zamoczył stopy w chłodnej wodzie.  

 

Jako  chłopiec  nie  miał  pojęcia,  że  boginka,  zabierając  podmieńca  zbitego  na  gnoju, 

oddaje  ludzkie  dziecko,  które  uprowadziła  z  kołyski.  Kiedy  podrósł,  zrozumiał,  że  Maciek 

jest jego bratem. Tyle, że obaj byli z różnych matek i o rodzonego Maćka macocha bardziej 

dbała.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 28 - 

 

Matki  nie  zapamiętał.  Umarła,  gdy  był  niemowlęciem.  Siostry,  chociaż  starsze,  nie 

potrafiły jeszcze doglądać ani obory, ani chlewu. Gęsi i prosięta paść albo pilnować Jaśka, to 

owszem, ale nie rządzić babskimi robotami na gospodarce. Zdawał sobie z tego sprawę ojciec 

i  wiedziały  to  panny,  którym  podobał  się  zarówno  młody  wdowiec,  jak  i  jego  wielkie 

gospodarstwo. Nie upłynęło więc wiele czasu od pogrzebu matki, a już taka jedna zaczęła się 

kręcić koło ojcowego młyna; niby to o mąkę zachodziła pytać, niby to wzruszała ją niedola 

sierot,  którym  nieraz  naniosła  odpustowych  cukierków  i  tak  pilnowała  wdowca,  że  kiedy 

minął okres żałoby, zaraz posłał swatów.  

 

– Głodniście? – Jasiek nieoczekiwanie zwrócił się do  Dziada i rozsupłał węzeł sznurka 

zaciśniętego  przy  otworze  worka,  z  którego  wygrzebał  wiktuały  owinięte  lnianą  ścierką.  – 

Chodźcie!  

 

Ż

ebrak  przykuśtykał  bliżej,  wpatrując  się  w  Jaśka  rozwijającego  czyste  płótno,  spod 

którego wyglądała połówka żytniego bochenka oraz kawał boczku.  

 

– Jedzcie! – Jasiek odkroił kozikiem sporą pajdę chleba i wraz z plastrem boczku podał 

wędrowcowi.  

 

– Bóg zapłać. 

 

– Dokąd idziecie? – zagadnął z pełnymi ustami. 

 

– Do was, do wsi – odparł Dziad, wbijając ostatki zębów w pachnące wędzarnią mięso.  

 

– Długo tak chodzicie? 

 

–  Czy  długo?  –  zastanowił  się  podróżnik,  po  czym,  głośno  przełykając  olbrzymi  kęs 

chleba, rzekł z wielką powagą: – Całe życie.  

 

– A skąd pochodzicie?  

 

– Skąd? – zdziwił się ów. Chociaż nieraz słyszał od ludzi podobne pytanie, milczał długą 

chwilę, ważąc słowa odpowiedzi. – Ze świata – szepnął po namyśle. – Z dalekiego świata. 

 

– To pewnie niejedno widzieliście w tym świecie.  

 

– Niejedno – potwierdził.  

 

– Ja także niemało napatrzyłem się i ludziom, i światu – wyznał Jasiek i krojąc na kolanie 

kawał boczku na plastry, opowiedział Dziadowi, że był na zarobku. Teraz zaś wraca z kolei 

ze  Starego  Miasta,  dokąd  przyjechał  po  niego  parobek  ojca.  Ale  kiedy  nad  Dunajcem  koło 

odpadło od wozu, zmierziło go czekanie i ruszył piechotą. Wraca z Pesztu, dokąd wyjechał do 

roboty, chociaż z pochodzenia był gazdowskim synem.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 29 - 

 

Wspomniał  przestronną  chałupę  z  młyńskim  kołem,  siostry  powydawane  za  bogatych 

gazdów  oraz  przyrodniego  brata,  któremu  ojciec  zapisał  gospodarstwo.  Miał  poczucie 

krzywdy.  A  jakże!  Poczucie,  którego  pewnie  nigdy  się  nie  wyzbędzie.  Lecz  jakże  go  nie 

mieć,  skoro  opuszczając  ojcowiznę,  nie  miał  nic  oprócz  kapoty  na  grzbiecie  i  butów  na 

nogach? Tych samych, na które cały rok pracował u Maćka? W końcu go zmierziło tyrać na 

cudze dzieci i kiedy nadarzyła się okazja, przykładem wielu bezrolnych chłopów postanowił 

pojechać  na  zarobek.  Do  wyjazdu  jednak  potrzebował  zgody  na  opuszczenie  wsi,  wydanej 

przez  wójta,  który,  będąc  w  dobrej  komitywie  z  Maćkiem,  długo  nie  chciał  podpisać  po-

trzebnych papierów. Czy działał z podszeptów Maćka, który nie zamierzał tracić parobka, czy 

może  kierował  się  czysto  ludzką  zawiścią  –  nigdy  się  nie  dowie,  ale  po  latach  z  goryczą 

opowiadał będzie, że niezbadane są wyroki boskie i że opory wójta byłyby zapewne mniejsze, 

gdyby przewidział małżeństwo wnuka z Jaśkową wychowanicą... 

 

Westchnął. Gdyby los był łaskawszy, miałby szacunek sąsiadów, dach nad głową, własną 

ziemię  i  spokojną  przyszłość.  A  na  co  mu  przyszło?  Trzeba  było  iść  w  świat,  za  chlebem. 

Tylko… Rzemiosło to nie ziemia. Kamienista wprawdzie i nieurodzajna, ale zawsze ziemia...  

 

– Coś was martwi, widzę – Dziad, o którego obecności zdawał się zapomnieć, poruszył 

się niespokojnie.  

 

– Ano, martwi. Do rodzinnej chałupy nie mam po co wracać. 

 

– A macie gdzie mieszkać? 

 

– Nie mam. Nie mam nawet zagona, na którym mógłbym chałupę wybudować – zaciął 

usta. – Nic mi nie zapisali. Powiadali, że cesarskie ustawy nie pozwalają dzielić gruntów, ale 

w Peszcie słyszałem, że władze ustawę zniosły w sześćdziesiątym roku i… mojej krzywdy do 

końca życia nie zapomnę! – Owinął ścierką resztki chleba i boczku, i schował je do worka. – 

Gazdowie  trzymają  dziadów  w  nieświadomości,  żeby  nie  dopominali  się  o  swoje  prawa  – 

mówił,  nabijając  fajkę.  –  Tylko,  że  ja  urodziłem  się  gazdowskim  synem.  Do  tego 

pierworodnym.  A  i  trochę  świata  zobaczyłem,  parę  książek  przeczytałem,  po  niemiecku 

nauczyłem  się  gadać,  madziarską  mowę  też  rozumiem,  więc  nie  mnie  robić  za  parobka, 

choćby i u brata!  

 

–  Prawem  starszeństwa  to  wam  należała  się  gospodarka  –  zauważył  Dziad,  powoli 

kończąc posiłek.  

 

– Macocha ojca omotała!  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 30 - 

 

–  Nie  bądźcie  zapalczywi  i  pamiętajcie,  że  krzywda  do  krzywdzących  w  dwójnasób 

powraca.  

 

– Nie jestem mściwy. Niech się Maciek nachapie tego dobra – machnął ręką. – Ale żalu, 

co mi w sercu siedzi, to się nie wyzbędę!  

 

– Tak już jest, że ludzie jak te psy, który silniejszy… – zasępił się wędrowiec, zerkając na 

twarz  chłopa,  który,  zamiast  zadowolić  się  losem  komornika,  jak  czyniło  wielu 

wydziedziczonych synów, wolał poszukać zarobku. Nie najgorzej zresztą powiodło się mu w 

Peszcie. Nauczył się stolarki i chadzał po budowach, gdzie za dniówkę płacono więcej, niż za 

pracę na roli. I choć nie miał na co narzekać, a życie na emigracji bywało łatwiejsze, nigdy 

nie  marzył  o  osiedleniu  się  na  Węgrzech.  Za  bardzo  go  ciągnęło  do  swoich.  Do  Gorca 

widocznego na horyzoncie, do rzeki z wielkimi głazami na dnie i do tych nieurodzajnych pól 

rodzących kamienie.  

 

Za odłożone pieniądze kupi kawałek gruntu – rozmyślał, nie zważając na Dziada. Potem 

zawiązał  worek  i  nasłuchując,  bo  z  daleka  dobiegł  turkot  kół,  osuszył  stopy  i  owinięte  w 

onuce wsunął do wysokich butów.  

 

–  Pewnie  parobek  naprawił  koło  –  stwierdził.  –  Chodźcie  ze  mną  na  drogę,  to  się 

podwieziecie. 

 

–  Bóg  zapłać!  –  Starzec  zarzucił  na  ramię  wór  i  pospieszył  za  chłopem.  –  Z  której 

zagrody pochodzicie? – zagaił.  

 

–  Ciekawi  was,  który  z  gospodarzy  wydziedziczył  syna?  –  Jasiek  utkwił  w  Dziadowej 

twarzy  pytające  spojrzenie.  –  Znam  ja  was...  Moczyliście  nogi  koło  naszego  młyna,  ale  – 

uciekł wzrokiem – wy po tylu wsiach chodzicie, że nie możecie mnie pamiętać.  

 

– Pamięć mam niezgorszą – zapewnił wędrownik. – I strugi koło młyna nie zapomniałem, 

jak  i  tego  wyrostka,  który  mi  pieczone  w  popiele  ziemniaki  przynosił,  ale...  nie  poznałem. 

Wyrośliście przecież.  

 

– Tak, pamięć macie dobrą – Jasiek ze zdziwieniem spojrzał na rozmówcę.  

 

– Nie najgorszą, gadałem.  

 

– Coście za jeden?  

 

– Dziad wędrowny, jakich wielu. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 31 - 

 

– Nie tacyście jak inni,  nie tacy… Wyście jak ten Wieczny  Żyd, co wszystko  wie i po 

ś

wiecie  chodzi  od  czasów  Jezusowej  Męki!  –  Odsunął  się  od  Dziada  i  wypatrzywszy  na 

drodze furmankę z parobkiem, odetchnął z wyraźną ulgą.  

 

–  Widzę,  że  dużo  towarów  wieziecie  –  zauważył  żebrak,  sadowiąc  się  na  wozie  

wyładowanym różnej wielkości pakunkami obwiązanymi lnianym płótnem i przytroczonymi 

do fury grubym powrozem. – Krewniacy się ucieszą, jak tyle dobytku zobaczą.  

 

–  Ucieszą,  nie  ucieszą...  –  wzruszył  ramionami  Jasiek,  przejmując  lejce  od  parobka  i 

uderzając batem lśniące  w słońcu zady  gniadych koni. – Podarków nie poskąpię, ale  reszty 

tknąć nie dam. To moja i mojej panny wyprawa. Na nową chałupę.  

 

– Gadaliście wprzódy, że nie macie własnego mieszkania.  

 

– Kupię ziemię i chałupę postawię. Znam się na stolarce – odparł zwięźle, nie chcąc przy 

parobku  rozwodzić  się  nad  planami  powziętymi  w  Peszcie  i  o  pannie,  która  miała  stamtąd 

wrócić na jesieni.  

 

–  Niech  się  wam  poszczęści  –  Dziad  przytrzymał  na  głowie  kapelusz,  który  omal  nie 

odfrunął  z  wiatrem  i  widząc,  że  chłop  jest  niechętny  dalszej  rozmowie,  w  milczeniu 

obserwował  mijane  drzewa  i  opłotki.  –  Zatrzymajcie  się  koło  kapliczki u  Mikołajczyków  – 

poprosił  po  drodze  i  podziękowawszy  za  jadło  oraz  podwiezienie,  pokuśtykał  w  głąb 

wyludnionego osiedla.  

 

Pozaglądał  tu  i  ówdzie, lecz  widząc  skoble  przy  drzwiach  pozamykanych  chat,  których 

mieszkańcy żęli zboże w polach, opuścił osiedle. Minął ogródek z malwami i szukając cienia, 

poszedł przez brzęczącą pasiekę na łące. Rzuciwszy na murawę wór oraz kapelusz, rozłożył w 

cieniu stogu siana zszarzałą kapotę i leżąc na niej z rękami pod głową, zapatrzył się w obłoki 

sunące  po  niebie.  Był  syty  dzięki  dobroci  Jaśka  i  niczego  na  razie  nie  potrzebując,  nucił 

nabożne piosenki za akompaniatora wziąwszy skromnego skowronka.  

 

*** 

 

 

Wieczorem  i  nazajutrz  także  nakarmili  go  dobrzy  ludzie,  którym  również  z  największą 

powagą  opowiadał,  że  krzywda  uczyniona  niewinnemu  do  krzywdzących  w  dwójnasób 

powraca, i zanim znowu spotkał Jaśka, minęło wiele tygodni.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 32 - 

 

Zawędrował wtedy w okolice zagrody nieboszczyka Lacha, gdzie powinni mieszkać jego 

wychowańce.  Nie  zastał  ich  jednak,  a  staruszka  z  sąsiedztwa  wyjaśniła,  że  zmarli  od 

morowego powietrza.  

 

– To kto tam gospodarzy? – zapytał, siadając na przyzbie obok babiny, która uraczyła go 

wieczerzą.  

 

–  A  kto  miałby  gospodarzyć?  –  zdziwiła  się.  –  Lachowie  powymierali,  a  wdowa  po 

ostatnim ziemię ludziom wyprzedała. A niemała to była gospodarka! A zadbana! – Z żalem 

pokiwała siwą głową, z której zsuwała się na plecy wyblakła chustka.  

 

– Żal wam cudzej gospodarki?  

 

– Żal i nie żal – zamyśliła się, odkładając miskę na kolana. – Żal, bo przykro patrzeć, jak 

taka gazdówka idzie na zatracenie. A nie żal, bo sama teraz siedzę na zagonie odkupionym od 

wdowy po Lachu. Bo dzisiaj my chałupnicy, a nie komornicy, jak za czasów Lacha. Chałupę, 

widzicie,  stawiamy.  –  Obejrzała  się  na  pachnące  świeżym  drewnem,  jeszcze  nie  pobielone 

belki.  –  A...  i  – zniżyła  głos  do  szeptu  –  ludzie  teraz  powiadają,  że  Lachową  zagrodę  chce 

kupić ten Jasiek, co to z Pesztu wrócił.  

 

– Gadacie? – ożywił się. – Znałem Lacha – wyznał po chwili. – A i Jaśka spotkałem na 

drodze. Zabrał mnie na furę. Ludzki chłopina. 

 

–  Ludzki  –  zgodziła  się  staruszka.  –  Ale  jego  brat,  Maciek,  Boże  uchowaj!  Z  matką 

komitywę trzyma. Dla ojca niedobry! I ludziom mało życzliwy.  

 

–  Stary  gazda  nie  żałuje,  że  młodszemu  gospodarkę  zapisał?  –  wypytywał,  patrząc  na 

zapadłą strzechę na Lachowej chałupie i puste bocianie gniazdo na kalenicy.  

 

–  Patrzcie!  –  Babina,  idąc  za  wzrokiem  wędrownika,  zwróciła  pomarszczoną  twarz  ku 

rozsypującemu się gniazdu. – Od dawna wiadomo, że bociany osiadają tylko u dobrych ludzi. 

Pomyślcie: zaraz, jak starego Lacha brakło, odleciały! Polatały parę dni nad zagrodą, polatały, 

aż się sąsiedzi nadziwić nie mogli i odleciały. Takie zmyślne!  

 

– Może wrócą, kiedy Jasiek chałupę kupi?  

 

–  Kto  wie?  –  odparła  pytaniem  na  pytanie.  Po  czym,  wsparta  się  na  lasce,  poszła  z 

pustymi naczyniami do niskich drzwi. – Chodźcie za mną, na burzę się zbiera.  

 

Jakby na potwierdzenie jej słów rozległ się przeciągły pomruk grzmotu.  

 

Dziad,  nie  dając  się  prosić,  wszedł  do  wnętrza  nowo  postawionej  chaty.  Na  klepisku 

wciąż jeszcze walały się obrzynki drewna, zgarnięte ku piecowi pachnącemu gliną i kudłate 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 33 - 

pęki  wysuszonego  mchu,  którym  budowniczy  zatykał  szpary  między  ociosanymi  pniami. 

Wnuczęta  staruszki  schowały  się  pod  derką,  krzycząc  ze  strachu  przed  gościem,  którego 

wypatrzyły na progu, kiedy oślepiający łańcuch błyskawicy przeszył szare niebo i na chwilę 

rozświetlił wnętrze ciemnej izby.  

 

–  Cicho!  –  skarciła  maluchy,  szukając  w  skrzyni  gromnicy.  Wydobywszy  ją  spośród 

kościelnych ubrań, osadziła w glinianym dzbanku i zapaloną umieściła w oknie, by uchronić 

obejście  przed  gromem.  –  Módlmy  się!  –  nakazała  dzieciom,  które  na  widok  klęczącego 

ż

ebraka,  poklękały  również,  usilnie  prosząc  Matkę  Boską,  aby  strzegła  chałupy.  Kiedy  zaś 

burza  przycichła,  poderwały  się  z  piskiem  i  czmychnęły  pod  derkę,  ale  już  z  mniejszym 

lękiem  zerkały  na  Dziada  snującego  opowieść  o  pożarze,  który  w  niecałą  godzinę  strawił 

dobytek bogatego, lecz grzesznego gazdy.  

 

– Pożogę sprowadziło uderzenie gromu – szeptał, opisując, jak rosnące płomienie zajęły 

strzechę. Jak skoczyły na stryszek obwieszony pękami suszonego ziela i zarzucony świeżym 

sianem,  a  stamtąd  nad  obórkę,  co  stała  pod  jednym  dachem  z  chałupą.  Jak  strawiły  snopy 

zboża  w  stodole.  Jak  na  oczach  zgromadzonych  gapiów  wybiły  spękane  od  gorąca  szyby  i 

wtargnęły  przez  okna  do  izby.  Jak  jednym  haustem  połknęły  bibułkowe  światy  i  słomiane 

pająki  u  powały.  Jak  oblizały  z  farby  malowane  skrzynie  i  wyżarły  ze  środka  kościelne 

ubrania. I jak na koniec ogarnęły pobielone ściany. Sąsiedzi nie gasili ognia, chociaż do stud-

ni nie było daleko. Wątpili w skuteczność walki z żywiołem, wierząc, że pożaru powstałego 

od  pioruna  nie  sposób  ugasić.  A  kiedy  w  ogniu  stanęło  już  wszystko,  zaczęli  rzucać  w 

płomienie sól poświęconą w kościele w dzień świętej Agaty, aby zapobiec rozprzestrzenieniu 

się pożogi na resztę osiedla. 

 

– I nikt nie ratował? – zdziwił się jeden z malców. 

 

– Pożaru od pioruna nie ugasisz, bo to kara boska – wyjaśniła babka.  

 

– Ano, nie ugasisz – przytaknął opowiadacz.  

 

Grzmoty  wnet  oddaliły  się  od  wsi.  Na  zewnątrz  słychać  było  tylko  jednostajny  szum 

deszczu, który utulił do snu najmłodsze dzieciaki, pochrapujące cicho na posłaniu.  

 

– A gdzie macie syna i synową? – Dziad rozejrzał się po zagraconej izbie.  

 

– Młócą zboże u sąsiadów.  

 

– Pewnie teraz na waszej głowie krowa, gadzina

14

 i wnuki?  

                                                 

14

 

 Drób.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 34 - 

 

– Krowę dzieci pasą, bo ja ledwo chodzę. – Usiadła naprzeciw, pokazując nogi pokryte 

sączącymi się ranami. – Oharował się człowiek za młodu na cudzych zagonach, to i nie dziw, 

ż

e  na  starość  chory.  Ale  wtedy  to  nawet  nie  śmiało  się  myśleć  o  własnej  chałupie.  A  tu, 

patrzcie: chałupina, krowa i kawałek gruntu! – Złożyła ręce w modlitewnym geście. – Że też 

dożyłam takich czasów!  

 

Pogadali  do  późnego  wieczora,  a  kiedy  noc  spowiła  wioskę,  Dziad  poszedł  do  stodoły, 

położyć się w sianie.  

 *** 

 

 

Nazajutrz, zbudzony chłodem poranka, przetarł oczy i słysząc gwar rozmów, wyjrzał na 

kalenicę Lachowej chałupy z ruiną bocianiego gniazda i sczerniałe ze starości płoty.  

 

–  Jakże  się  wam  spało?  –  spytała  gospodyni,  podając  mu  garnuszek  świeżo  dojonego 

mleka.  

 

– Jak u Pana Boga za piecem! Niechże się wam darzy!  

 

Podziękował  za  nocleg  i  posiłek,  i  skierował  się  ku  podwórku  Lachowej  zagrody,  na 

którym stali chłopi.  

 

– Pochwalony!   

 

Chłopi  musieli  go  nie  dosłyszeć,  bo  nie  przerywając  rozmowy,  patrzyli  na  ściany 

obejścia.  Gadali  o  tym  i  owym:  ten  o  nieboszczyku  Lachu,  tamten  o  ludziach,  którzy 

pojechali  do  Ameryki.  Inni  zaś  wypytywali  Jaśka  o  roboty  w  Peszcie.  Chętnie  opowiadał, 

nieraz wprawiając ich w zdziwienie, bo o niektórych światowych cudach dotąd nie słyszeli. 

Niejeden chętnie by pojechał, zarobił, rozejrzał się po tym dziwnym świecie, ale albo nie miał 

pieniędzy  na  drogę,  albo  bał  się  wypuszczać  poza  dolinę.  Podziwiali  więc  Jaśka  i  chętnie 

słuchali o węgierskich miastach. Wreszcie, pewni siebie na własnych podwórkach, z minami 

znawców komentowali jego opowieści. Takie, jak na przykład ta o łapczywym emigrancie, z 

którym przyszło Jaśkowi dzielić robotniczy barak. Ów wielki paździora

15

, choć jadł wszystko, 

co  mu  wpadło  w  ręce,  przedstawiał  obraz  najprawdziwszej  nędzy,  bo  chudy  i  blady  przy-

pominał  trupa.  Nie  litowali  się  jednak,  bo  kradł  im  jedzenie.  W  końcu  tak  ich  zmierził,  że 

postanowili  dać  mu  nauczkę.  Upolowali  żmiję,  uwędzili  i  podrzucili  darmozjadowi,  który 

                                                 

15

 

Ż

arłok. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 35 - 

pożarł mięso. I tak, przez przypadek stali się jego dobroczyńcami, bo otruli jakieś pasożyty, 

które podrażnione jadem zaczęły wychodzić ze strupów na skórze.  

 

– Musiały to być wszy podskórne – stwierdził któryś z chłopów. 

 

– A może coś innego? – namyślił się poważny staruszek. – Przecież po świecie rozmaite 

paskudztwa bywają. 

 

–  Ano,  pewnie  –  zgodzili  się  wszyscy  i  pykając  fajki,  popatrywali  ze  znawstwem  na 

Lachową chałupę.  

 

–  To  tutaj  wyburzyć  –  wskazał  na  zagródkę  dla  owiec  sąsiad,  obeznany  w  stolarskim 

fachu – zrobi się przestronnie.  

 

– Nie ma się co zastanawiać – Gospodarz osiadły na połowie polachowskiej roli klepnął 

zamyślonego Jaśka w ramię. – Kupuj!  

 

– Kupuj, bo cię kto uprzedzi! – poparli go pozostali. 

 

Pokrzepiony  na  duchu  Jasiek,  pożyczył  od  przyrodniego  brata  furmankę  i  pojechał  do 

Zarzecza, dogadać się w sprawie kupna zagrody. A niebawem, gdy podpisali papiery, osiadł 

w kupionej chałupie i zaczął gospodarzyć na kawałku polachowego gruntu, bo na większy nie 

starczyło  zarobionych  w  Peszcie  pieniędzy.  Wprawdzie  ojciec,  którego  widać  ruszyło 

sumienie, dorzucił mu trochę grosza, ale o zakupieniu dodatkowych morgów i konia mógł tyl-

ko  pomarzyć.  Więc  chociaż  się  zarzekał,  że  nie  będzie  harował  na  cudze  dzieci,  musiał 

chadzać na odrobek do zamożnych gospodarzy albo do przyrodniego brata, którzy nie zwykli 

koni za darmo użyczać.  

 

*** 

 

 

Całe  życie  pracował  biedny  Jasiek  na  cudzych  wygonach.  Pracowała  też  jego  baba,  z 

którą  się  ożenił,  gdy  wróciła  z  Węgier.  I  nieraz  kurząc  fajkę,  oparty  o  ciepły  przypiecek, 

dumał nad niesprawiedliwą dolą. Przebaczyć przebaczył, lecz zapomnieć – nie zapomni.  

 

– Możem ja i głupi – zwrócił się któregoś roku do Dziada. – Może i powinienem wrócić 

do  Pesztu,  poszukać  lepszego  życia,  ale  coś  mnie  tutaj  trzyma…  –  Rozejrzał  się  po  okop-

conym  wnętrzu  rozjaśnionym  prostokątami  obrazów,  które  przywiózł  z  dalekiego  kraju.  – 

Myślę kiedyś nową chałupę wybudować, a skoro ojciec obiecali dać trochę drzewa, to będzie 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 36 - 

od  czego  zacząć…  Gryzie  ich  widać  sumienie…  –  zasępił  się.  –  A  i  na  Maćka  zaczęli 

narzekać, bo odkąd mu grunt zapisali, nie mają dla siebie miejsca we własnej zagrodzie.  

 

– Tak jest wszędzie: dzieci boją się ojców, dopóki nie dostaną majątków, a potem nimi 

pomiatają.  Niegodne  to  postępowanie,  ale  niemała  w  tym  wina  starych,  którzy  taki  sam 

przykład dają swoim synom – mruknął Dziad. – Kto wie, może i wy nie ustrzeglibyście się 

grzechów, gdyby to wam dano ojcowiznę?  

 

– Kto wie… Tylko że ta krzywda okropnie mnie boli. 

 

– Boli! Ale Pan Bozicek sprawiedliwy, chociaż nierychliwy.  

 

Miał  rację  wędrowny  dziadyga:  sprawiedliwości  wcześniej  czy  później  musi  stać  się 

zadość.  Ojciec  Jaśka,  który  zmarł  niebawem  w  poczuciu  winy  wobec  syna,  bardzo  się 

nacierpiał  przy  długim  konaniu.  Również  zadufany  Maciek  nie  nacieszył  się  dziedzictwem, 

bo Biała zaczaiła się na niego przy drodze do Starego Miasta, którędy jeździł z deskami na 

sprzedaż. Usiadła na przydrożnym głazie, wyklepała młotkiem tępą kosę i podparłszy brodę 

na  zwiniętej  pięści,  zwróciła  puste  oczy  ku  szerokiej  drodze,  po  której  gnały  konie. 

Spostrzegły ją zaraz i nieczułe baty, skoczyły do rowu. Widząc, co się dzieje, podreptała ku 

nim. Podeszła do wozu, odpięła łańcuchy i wsparta na kosisku, bez najmniejszego drgnienia 

patrzyła na chłopa, z krzykiem znikającego pod ciężarem desek.  

 

Wędrowny  Dziad,  odchodząc  na  zimę  z  doliny,  przystanął  w  zadumie  nad  miejscem 

wypadku, by zmówić pacierze. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 37 - 

O parobkowych dzieciskach 

 

 

Popod starym płotem szedł razu pewnego Dziad z kulawą nogą. Szedł kuśtykając bardziej 

niż zazwyczaj, bo obtarły go dziurawe buciska. Idąc, podpierał się kijem i drżał z zimna, bo 

wiatr ziębił stare kości, dmuchając w dziury zszarzałej kapoty i jakby psotnikowi mało było 

tej  uciechy,  wnet  przygnał  chmurzyska  napęczniałe  deszczem,  który  zaczął  siąpić,  tańcząc 

wariacko w takt jego podmuchów, próbujących porwać ochłap Dziadowego kapelusza.  

 

– Boże mój, Bozicku!  

 

Strudzony wędrowiec zatoczył się na chruściany płotek i podnosząc z obślizgłego błota 

worek, który spadł mu z pleców, z trudem się pozbierał i minąwszy budę zziębniętego kundla, 

ujadającego z cicha, jakby od niechcenia, zastukał do drzwi przydrożnej chałupiny. 

 

Do środka wpuściła go bosa dziewczynka i oglądając się lękliwie, uciekła w stronę pieca, 

przy którym siedział ojciec wyplatający koszyki z jałowcowego łyka.  

 

– Pochwalony – Dziad obnażył głowę i stanął na progu. 

 

– Na wieki wieków! – Gospodarz na gwałt się poderwał, czyniąc dla gościa miejsce na 

szerokiej  ławie.  Usunął  na  klepisko  gotowe  koszyki  i  przegonił  dzieci,  nawijające  na 

motowidła  uprzędzone  nici.  –  Wyście  to,  dziadku?  –  Podkręcił  knot  lampy.  –  Popiołu  na 

nogi! 

 

– Wy? – zdziwił się wędrownik i zdjąwszy mokrą kapotę, którą chłop zawiesił na piecu, 

siadł ciężko za stołem. – Wyście służyli za parobka u świętej pamięci Lacha?  

 

– Ja. 

 

– Jakże na was wołali? 

 

– Bartek.  

 

–  Prawda  –  pokiwał  głową,  patrząc  na  starszą  dziewczynkę,  drewnianą  łyżką 

wygrzebującą z garnka resztkę sczerniałych ziemniaków, które nałożyła do miski i podała mu 

podlane zsiadłym mlekiem. – Bóg zapłać – mruknął. – Jakże ci na imię? 

 

–  Marysia!  –  uśmiechnęła  się  szczerbatym  uśmiechem.  –  Zaś  mojemu  bratu  Józek!  – 

wskazała na chłopca, grzebiącego suchą szczapką w żarzącym się popiele.  

 

–  Te  starsze,  to  moje  pasierby  –  wyjaśnił  Bartek,  widząc  zainteresowanie  w  oczach 

gościa, któremu oboje zdali się podobni do rodzeństwa, parę lat temu pędzącego drogą stadko 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 38 - 

młodych  gęsi.  –  A  to  rodzone  dzieci  –  dodał,  wskazując  na  dziewczynkę,  która  wpuściła 

wędrowca do chaty i na chłopca siedzącego w pościeli przy matce. – Hanusia i Tomuś.  

 

– Baba wasza chora? – zagadnął gość znad miski. 

 

– Zmogło ją coś i od już paru niedziel nie wstaje z pościeli. Póki była zdrowa, dobrze się 

nam  żyło,  choć  my  komornicy.  –  Pogłaskał  po  głowie  przechodzącą  w  pobliżu  Hanusię.  – 

Najmowaliśmy  się  do  roboty  u  gazdów  i  nieraz  przyniosło  się  na  wieczór  to  koszyk  ziem-

niaków, to miareczkę mąki, zaś teraz… – Zgnębiony popatrzył na nieprzytomną żonę. – Ona 

chora, a mnie kartkę do wojska przysłali!  

 

– To na wojnę pójdziecie? – bardziej stwierdził niż zapytał jałmużnik, który słyszał już o 

wzburzeniu narodów żyjących pod berłem miłościwie panującego cesarza Franciszka Józefa. 

Odsunął  miskę  z  jadłem  i  przyjrzał  się  zgnębionemu  Bartkowi  i  niczego  nieświadomym 

dzieciom. – Byłem i ja na wojnie. W dawnych czasach – wyznał po wahaniu. – Samego zła 

doznałem…  

 

Ale nie chcąc opowiadać o własnym losie, przedstawił dzieje pewnego żołnierza tułacza, 

który z wojny krymskiej o kulach powracał. Lata go nie było. Lata całe. I długimi laty tęsknił 

do rodzinnej strzechy i ładnej dziewczyny. Lecz kiedy bezradny stanął koło znajomego płotu, 

krewniacy precz go pogonili, bo na roli na nic zda się beznogi kaleka. Rękawem zakurzonego 

munduru  przetarł  oczy  i  poszedł  zastukać  do  okna  ukochanej  panny.  Ale  i  ona,  niepomna 

dawnego uczucia, psami go poszczuła, krzycząc, że nie chce ułomnego chłopa. Cóż mu było 

robić?  Biednemu  kalece?  Odwrócił  się  i  pokuśtykał  ku  drodze.  Resztę  życia  spędził  na 

tułaczce, wśród obcych żebrząc miłosierdzia.  

 

–  I  co?  I  co?  –  Stojąca  naprzeciwko  Marysia  zaczęła  dopytywać,  co  się  stało  z 

ż

ołnierzem: czy pomarł gdzieś w drodze, czy poszedł do nieba.  

 

–  Juści,  do  nieba!  –  uśmiechnął  się.  I  biorąc  na  kolana  Hanusię,  która  stała  obok  z 

kciukiem w uchylonych ustach, zapewniał usilnie, że Pana Jezusowy klucznik, święty Piotr 

Apostoł, siedząc przed niebieską bramą, przy której straż trzyma, każdego biedaka wypatruje 

i  gorąco  wita.  –  Bo  takim,  widzicie,  jak  ten  żołnierz  tułacz,  anioły  w  niebiosach  pięknie 

wybielone izby na wieczne mieszkanie szykują.  

 

– I żołnierz tam zaszedł? Do świętego Piotra? Do bramy niebiosów? 

 

– Juści! 

 

– A skąd wy to wiecie? – Marysia z wrażenia przysiadła na klepisku.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 39 - 

 

– Jeden wikary mi mówił – odrzekł bez namysłu. – Noc zapadła – gawędził półsennym, 

monotonnym głosem – Ksiądz nie mógł oka zmrużyć i do późna zasiedział się przy otwartym 

oknie. Ciepło było wtenczas, wiosennie i cicho. Ptaki umilkły, koniki polne posnęły w trawie 

i nawet utrapione ćmy przestały ciągnąć do naftowej lampy, w której nieraz ginęły, jako te 

ż

ywe pochodnie płonąc ze skwierczeniem. Nieswojo zrobiło się księżynie, ale bać się nie bał, 

póki nie usłyszał cichych kroków. Ktoś przechadzał się pod ścianami plebanii, jakby nie mógł 

do drzwi trafić. Przeżegnał się. Ale też pomyślał, że siedzi na poświęconej ziemi i cały strach 

go odleciał. A kiedy do okna zapukała obca pani, której nigdy we wsi nie widział, nawet nie 

podskoczył.  „Chcieliście  czego?”    zagadnął,  a  ona  mu  powiedziała,  że  w  jednej  chałupie 

leży  umierający,  co  na  księdza  czeka.  Migiem  się  ubrał,  wziął  Pana  Jezusa  z  kościoła  i 

poszedł  za  panią  do  starego  młyna,  w  którym  od  dawna  nikt  nie  urzędował.  „Gdzie 

umierający?”  –  zapytał,  a  ona  wskazała  na  drzwi  do  izdebki.  Otworzył  je  i  na  posłaniu  ze 

starych  szmat  zobaczył  żołnierza  tułacza.  Wyspowiadał  go,  namaścił  i  kiedy  się  obejrzał, 

ż

adnej pani przy nim nie było!  

 

– O Jezusicku! – Marysia przycisnęła ręce do piersi.  

 

– Co to za pani była? Co? – Józek wsadził głowę pod ramię siostry i nie mając odwagi 

zbliżyć do żebraka, z daleka zerkał na jego siwą brodę zwisającą do połowy piersi.  

 

–  Wikary  opowiadał,  jak  siedziałem  pod  kościołem  w  owej  parafii,  że  kiedy  grzebali 

ż

ołnierza tułacza, przypatrzył się figurce świętej Barbary w bocznym ołtarzu. I co wypatrzył? 

–  Zwiesił  głos,  wsłuchując  się  w  przyspieszone  oddechy  przejętych  dzieci.  –  Była  taka 

samiuteńka, jak tamta pani, co go wiodła do umierającego!  

 

– O Jezusicku! Sama święta za żołnierzem orędowała?  

 

– Juści! – potwierdził z zapałem. – Święta Barbara jest patronką dobrej śmierci, więc nie 

dała mu umrzeć bez sakramentów. 

 

–  Więc  poszedł  do  nieba  –  westchnęła  Marysia,  mimowolnie  oglądając  się  na  posłanie 

matki. 

 

– Nie martwcie się – Dziad spojrzał na Bartka, który nie miał głowy do cudownych bajań 

o świętych i niebie. – Babie się polepszy i z wojny wrócicie… 

 

– Oby się polepszyło – szepnął, odganiając od stołu dociekliwe dzieci. – Bo jak nie, to co 

się  z  małymi  stanie?  – Objął  dłońmi  głowę.  –  Maryśka  z  Józkiem  do  służby  są  zdatne,  ale 

Hanka? A Tomek? On matczynej piersi jeszcze potrzebuje! 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 40 - 

 

– Nie bójcie się, Bartku! Bozicek łaskawy…  

 

–  Tak  gadacie?  –  Bartek  rozglądnął  się  po  ubogiej  izbie,  w  której  pospołu  z 

domownikami  mieszkała  biała  koza,  kwoka  wysiadująca  jajka  pod  piecem,  kocur  ślepy  na 

jedno oko i kotna królica. – Tak gadacie? – powtórzył z nadzieją, nie słysząc w tonie gościa 

jakiejś dziwnej nuty, która zaniepokoiła Marysię.  

 

– Wy coś wiecie, dziadku! To coś niedobrego! – pisnęła, o świcie wyprawiając Dziada z 

chaty.  

 

– Niedobrego, dziecko? – uśmiechnął się smętnie, wychodząc do sieni.  

 

Cóż  miałby  wiedzieć?  On,  prosty  dziadyga?  –  rozmyślał,  kuśtykając  między  bajorami 

połyskującymi w szaro-burej drodze rozmiękłej od deszczu. Cóż miałby wiedzieć ponad to, 

ż

e  wielu  żołnierzy  ginie  w  boju  w  imię  nie  wiadomo  czego  i  że  śmiertelny  rumieniec  na 

twarzy chorego nie zapowiada powrotu do zdrowia. 

  

– Biedny Bartek! I biedne jego dzieciska! 

 

Wkrótce po wizycie Dziada umarła Bartkowa baba. Chłop z płaczem ułożył ją na marach, 

przy których zawodziły baby i nawet się nie spostrzegł, kiedy mały Tomek wypełzł zza pieca 

i podszedł do ciała. 

 

– Mama, daj cycka! – Szarpnął sztywną rękę, a kiedy Marysia wyniosła go na podwórze, 

zaniósł się rozdzierającym szlochem.  

 

Po  pogrzebie,  zanim  Bartek  wyruszył  na  wojnę,  małego  Tomka  wzięli  pod  opiekę 

spokrewnieni z nieboszczką sąsiedzi. Po czteroletnią Hankę przyszła bezdzietna żona Jaśka, 

który z Pesztu wrócił. Marysia z Józkiem zostali na służbie u gospodarzy, do których chadzali 

posługiwać za życia matuli. Zaś Bartek, zanim pozbył się z chałupy wszystkich dzieci, rzucił 

się  na  kolana  przed  świętym  obrazem.  Ostatni  raz  wspólnie  z  nimi  zmówił  pacierze, 

przygarnął je do piersi wszystkie naraz i każde z osobna, i takim zapamiętać go miały.  

 

*** 

 

 

Dziad  tymczasem  odszedł  z  doliny  i  samotny  kuśtykał  po  świecie,  na  którym 

rozpanoszyła  się  wojna.  I  patrzył  na  okrucieństwo,  na  każdej  wojnie  jednakie.  Choć  o  tej 

potem długo mówiono, że była straszna i wielka. Na szczęście z czasem wszystko przemija. 

Tak  więc  minęła  i  wojna,  a  wraz  z  nią  austriackie  panowanie.  Nie  przeminął  jednak 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 41 - 

niestrudzony  jałmużnik,  bo  jak  chadzał  o  sękatym  kiju,  tak  nie  przestał  chodzić  i  którejś 

wiosny,  w  Wielkim  Tygodniu,  zaszedł  na  Kalwarię  ufundowaną  przez  magnata 

Zebrzydowskiego, stąd mówiono na nią teraz: Zebrzydowska. Jak powiadano, i jak roznosili 

tę wieść między ludzi wędrowni dziadowie, bogaty Mikołaj  Zebrzydowski, pan z panów, o 

jakim  nie  śniło  się  chłopom  po  zapadłych  wioskach,  z  okien  swojego  domostwa  miał 

widywać  poszczególne  etapy  Pańskiej  Męki.  Umęczony  Zbawiciel  –  powiadali  bogobojni 

ludzie i zakonnicy z klasztoru – dźwigał brzemię krzyża po pagórkach widocznych z zamku i 

ukazywał  się  magnatowi,  dopóki  ów  nie  ufundował  kalwarii.  Mówiono,  że  każdą  kaplicę 

(stację Męki Pańskiej) kazał wystawić w miejscach, w których widywał Jezusa i tak do dziś 

one stoją.  

 

Dziad,  wspinający  się  do  Trzeciego  Upadku,  nagle  stracił  siły.  Z  trudem  wydostał  się 

spomiędzy gawiedzi, przepychającej się za arcykapłanami i rzymskim żołdactwem, i zawrócił 

pod mury klasztoru, gdzie przy kalwaryjskich dziadach żebrał o datki. Po zmroku zrobiło się 

wietrznie  i  zimno,  bo  z  deszczem  zaczęły  padać  drobinki  śniegu.  Skulił  się  na  konopnym 

worze, pod zasłoną wysokiego muru i mełł ostatkiem zębów błagalne modlitwy. Zjadłby co 

ciepłego  –  zadumał  się  półsenny,  chowając  w  rękawach  kapoty  zgrabiałe  z  zimna  ręce,  i 

ż

ałośnie patrzył na leżący na ziemi kapelusz, do którego od czasu do czasu wpadały drobne 

monety.  

 

Był już późny wieczór, gdy usłyszał nad głową dziewczęce wołanie:  

 

– Jakże to być może, że was tu spotkałam?  

 

– A ktoś ty jest, dziecko?  

 

– Nie poznajecie? – Dziewczynka przykucnęła naprzeciw z zapaloną świeczką, od której 

płomienia grzała dłonie. – Parę roków temu wieczerzaliście u nas, przed... śmiercią matuli.  

 

– Wszelki duch… – Przyjrzał się uważnie bystrym oczom w zsiniałej z zimna, wychudłej 

twarzy i wreszcie domyślił się w nastoletniej pannie Bartkowej pasierbicy, Marysi. – Skąd się 

tu wzięłaś? Możeś tu przy święcie, jak ja?  

 

– Służę tutaj, we wsi – odparła z prostotą, kuląc się pod uderzeniem wiatru. 

 

– Tak daleko od chałupy? 

 

– Od chałupy? – zaśmiała się z goryczą, szczękając zębami. – Jaka ona chałupa! Już daw-

no o niej zapomniałam! Uciekłam ze wsi, będzie ze trzy lata temu, bo mnie gospodyni bili. 

Chodziłam od wsi do wsi za służbą i tamtej jesieni przyszłam właśnie tutaj. Ale zostać, to tu 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 42 - 

nie zostanę. Nie chcę w polu robić. Jak się tylko ociepli, pójdę do Krakowa. W mieście służyć 

lepiej. – Kiedy podmuch wiatru zgasił płomień świeczki, chuchnęła w dłonie i oglądając się 

na tłumy,  ciągnące z klasztoru po nabożeństwie, szepnęła zachęcająco: – Chodźcie ze mną. 

Dziś więcej pieniędzy nie uzbieracie. – Nie doczekawszy się odpowiedzi, zgarnęła monety z 

kapelusza i podała Dziadowi zawinięte we własną chusteczkę. – W stodole u gospodyni wielu 

pątników nocuje, więc i dla was będzie miejsce. 

 

– Gadasz? – Ucieszony podniósł się i wsparty na kiju poszedł za Marysią.  

 

–  Chusteczkę  mi  w  chałupie  oddacie  –  powiedziała  po  drodze.  –  I  pieniądze  dobrze 

schowajcie, żeby wam w nocy nie ukradli.  

 

– Mądrala! – uśmiechnął się z przekąsem, obserwując ją spod zmrużonych powiek. Choć 

nie  odpowiedziała,  nabrał  dziwnej  pewności,  że  zawzięta  panna  do  wymarzonego  Krakowa 

wcześniej czy później zajdzie. – A do wsi to ty nie chcesz wracać? – spytał, kiedy wydostali 

się spomiędzy ciżby pątników, przybyłych na misterium Męki Pańskiej.  

 

–  Do  czego?  –  zdziwiona  pytaniem,  przystanęła  na  skraju  drogi.  –  Tam  wszyscy 

pamiętają, żem biedna sierota i nie dadzą się wybić.   

 

– I nie boisz się wędrować do obcych?  

 

– A wy? Nie boicie się chodzić po nieznanych krajach? – odparła pytaniem na pytanie. 

 

– Muszę. 

 

– Tak i ja muszę swojego szczęścia we świecie poszukać.  

 

– W waszych stronach ludziska dobre – mruknął – a we świecie różnie bywa.  

 

– Mało tej dobroci od swoich doznałam – stwierdziła ponuro. – Wolę pójść do obcych! 

 

– Zatem tam nie wrócisz? 

 

– Nie! – szepnęła z uporem.  

 

– A bracia? A siostra?  

 

– Bracia? – zawahała się, bo nagle ciężko jej się na sercu zrobiło. – Hankę chrzestni ojce 

na wychowanie wzięli i nie musi za robotą chodzić. Józek podobno został na służbie u gazdy 

od  Mikołajczyków,  ale  jak  mu  się  tam  wiedzie,  to  nie  mam  pojęcia...  –  Zamrugała 

powiekami. – Zaś o małym Tomku nic nie wiem. – Przyspieszyła kroku i po namyśle zaczęła 

opowiadać,  że  po  pańsku  uczy  się  mówić,  że  książkę  z  żywotami  świętych  (bo  innej 

gospodyni  w  domu  nie  posiada)  na  okrągło  czyta  i  jak  dojdzie  do  tego  Krakowa,  to  się  na 

pewno z ludźmi dogada, dobrą służbę znajdzie, a może i przystojnego kawalera Bóg zdarzy. – 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 43 - 

Jak  będziecie  u  nas  we  wsi  –  zmieniła  temat  –  zajdźcie  do  Hanki,  do  Tomka,  do  mojego 

Józka…  Pozdrówcie  ich  ode  mnie.  Maleńcy  byli,  gdy  nas  rozdzielili  i  nie  pamiętają… 

Zajdziecie? 

 

Skinął głową na znak, że spełni prośbę i jeszcze tego roku wywiązał się z obietnicy. W 

ś

rodku upalnego lata zapuścił się do osiedla, gdzie stała ruina Bartkowej chałupy, i zdziwiony 

przystanął na drodze. 

 

– Na  co tak patrzycie? – Zgarbiona kobieta, dźwigająca na  grzbiecie płachtę wypchaną 

zżętym dziurawcem, znieruchomiała przy pobliskim płocie. – Tu nikogo nie ma!  

 

–  Nie  ma?  –  Odwrócił  oczy  od  skobla  w  drzwiach  oraz  od  chwastów  rosnących  w 

ogródku i spojrzał na babę. – Znałem chłopa, który tutaj mieszkał. 

 

– Żaden z niego chłop! – Zrzuciła na ziemię ciężkie brzemię, wyprostowała plecy i nie 

spuszczając z żebraka podejrzliwego wzroku, machnęła lekceważąco ręką. – Parobkiem był. 

Po ludziach całe życie wyrabiał. Nic swojego nie miał! Nawet ta chałupa do jego krewnych 

należała. 

 

– Co się stało z dziećmi?  

 

– A co wam do tego? 

 

– Ciekawym – odparł z rozbrajającą szczerością.  

 

– Poszły na służbę. Oprócz Hanki, którą chrzestni wzięli.  

 

– Jacy chrzestni? 

 

–  Jasiek,  co  z  zarobku  w  Peszcie  wrócił.  –  Zarzuciła  brzemię  na  plecy.  –  Widzicie?  – 

krzyknęła  na  odchodnym,  wskazując  w  kierunku  potoku,  w  którym  pluskało  się  stadko 

nieopierzonych gęsi. – To najmłodszy Bartków chłopak, Tomek.  

 

Dziad,  którego  chłopiec  nie  mógł  był  pamiętać,  pokuśtykał  po  nierównej  ścieżce  i 

spoglądał  spod  wierzby,  jak  zapłakany  malec  śmigał  wiklinową  witką  bulgoczącą  wodę, 

sięgającą mu do połowy łydki.  

 

–  A  zeby  was  diabli…  A  zeby  was  diabli  wzieni!  –  pomstował  szlochając,  a  że  łzy 

oślepiły go tak, że był zaniewidział, nie spostrzegł wędrowca.  

 

–  Niebożę!  –  sapnął  ów,  wzruszony.  –  Ojca,  matki  nie  pamięta,  u  obcych  się  chowa… 

Niebożę! – powtórzył i poprawiając wór na ramieniu, ścisnął kostur i powędrował w głąb wsi. 

 

Dawno tamtędy nie szedł, zdziwił się więc na widok dużej chałupy w miejscu Lachowej 

zagrody. Zagapiony w pobielone ściany przystanął drodze, którą toczył się wóz ze snopami, 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 44 - 

zdając  się  nie  słyszeć  ani  turkotu  kół,  ani  słów woźnicy,  uchylającego  czapki  i  chwalącego 

Boga przed piechurem.  

 

– Boże mój! – Zdjął kapelusz z głowy i obszedł naokoło pustą o tej porze dnia zagrodę. 

Zajrzał do obory, która stała pod jednym dachem z chałupą, do stodół wypchanych snopkami 

i  zaszedł  do  sadu.  Usiadł  obok  pnia  sędziwej  jabłoni,  przy  którym  czerniła  się  przeżarta 

deszczami  deska  Lachowej  ławeczki,  i  zasnął.  Nawet  się  nie  spostrzegł,  gdy  zastał  go 

wieczór.  

 

– Śpicie, czyście pomarli? – Jasiek, wracający z pola z ciężkim brzemieniem na plecach, 

trącił żebraka w ramię, a kiedy ów otworzył oczy, odetchnął z wyraźną ulgą.  

 

– Osłabłem od upału – odparł Dziad, wstając się ze zdeptanej trawy i wbijając spojrzenie 

w postarzałą twarz Jaśka. – Nie poznajecie? – spytał, idąc za nim.  

 

–  Każdy  dziad  dziadowi  podobny  –  odparł  Jasiek,  zrzucając  brzemię  na  klepisko  w 

stodole.  

 

– Ja do was od lat już zachodzę.  

 

–  I  wy  zachodzicie,  i  inni  zachodzą  –  mruknął  Jasiek,  rozplątując  cztery  rogi  płachty  

zawiązane  w  supły  i  rozrzucając  wokół  szeleszczący  potraw.  –  Po  wojnie  namnożyło  się 

ż

ebraków,  kalek  do  roboty  niezdatnych  i  tych,  co  w  wojsku  lata  odsłużyli  i  nie  mają  gdzie 

wracać. Dzień w dzień któryś do wsi po prośbie zagląda.  

 

– Coś mi się widzi, że już nie lubicie wędrujących dziadów. 

 

– A skąd! – żachnął się. – Tylko mnie samemu ciężko… – wyjaśnił i prosząc gościa do 

izby, opowiadał, co podczas wojny działo się w dolinie. 

 

Były to niedobre lata. Nędza wdzierała się do chałup, nie patrząc ani na urodzenie, ani na 

majątek.  Nawet  największym  bogaczom  zaglądała  w  oczy,  bo  kiedy  chłopów  powołano  do 

wojska,  brakło  rąk  do  pracy.  A  gdy  systematycznie  zaczęto  rekwirować  konie  na  potrzeby 

armii, jeszcze się pogorszyło, bo bez siły pociągowej ani rusz na roli. Jasiek westchnął ciężko. 

Dobrze wiedział, o czym mówi, bo sam dotąd nie dorobił się nawet chabety. Potem – wrócił 

do tematu wojny, która na zawsze zburzyła odwieczne porządki – gdy rząd austriacki narzucił 

jarzmo  kontyngentów,  ludziom  żyło  się  najgorzej.  Nic  dziwnego  więc,  że  nowinę  o 

zakończeniu walk przyjęli z radością. 

 

– Ale… – zamyślił się. – Nie wszyscy wrócili.  

 

– A Bartek?  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 45 - 

 

– Bartek?  

 

– Bartek było na imię ojcu waszej wychowanicy. 

 

–  Tak!  Bartek  mu  było...  –  Jasiek  podniósł  się  z  ławy  i  z  narastającym  napięciem 

wpatrywał się w Dziada. – Coście za jedni? Chyba nie ten Wieczny Żyd, co wszystko wie i 

po świecie od czasów Jezusowej Męki chodzi!? – wykrzyknął, nie pomny, że już przed laty 

porównał wędrowca do  Żyda Wiecznego Tułacza. Czytał o nim jako dziecko i wiedział, że 

ów,  zaczepiony  przez  rzymskich  żołnierzy,  odmówił  pomocy  przy  dźwiganiu  krzyża  na 

Golgotę.  Na  to  osłabły  Jezus  miał  mu  rzec:  „Ja  idę,  idę  i  wnet  dojdę  do  miejsca  mojego 

skonania, ale ty będziesz tak chodził i chodził, aż do mojego powtórnego przyjścia!”. I chodzi 

tak przecież, bo wielu go widziało... I mądry jest bardzo, bo wielu słyszało… 

 

– Znałem Bartka – odszepnął Dziad, jakby nie słyszał pytania.  

 

– Bartek wrócił z wojny, ale wnet mu się pomarło.  

 

– Dzieci nie zabrał do siebie?  

 

–  Nie  mógł  zabrać.  Tak  słaby  z  wojny  wrócił,  że  ledwie  na  siebie  dał  radę  zarobić. 

Pozaglądał tylko na Tomka, na Hankę… A potem ścięło go przy nakładaniu gnoju.  

 

– Hanka u was od początku się chowa?  

 

–  U  nas  –  potwierdził.  –  Teraz  poszły  z  moją  babą  na  odrobek,  do  syna  po  bracie.  – 

Wydobył z kredensu napoczęty kawałek placka, osełkę masła i pasek słoniny, i kładąc je na 

stole, siadł naprzeciw gościa. – Wiecie – mruknął – konia jeszcze nie mam, a snopki trzeba 

było  zwozić.  I  teraz  za  tego  konia  do  każdej  roboty  wołają…  Gdyby  pola  były  bliżej, 

znieślibyśmy je, tak jak potraw znoszę… Jedzcie – podsunął placek starcowi. – Nie dawajcie 

się prosić.  

 

– Na baby z wieczerzą nie poczekacie? 

 

– Po robocie będą wieczerzały  u syna po bracie. Jedzcie – nalegał, urywając dla siebie 

spory kawałek i nim go do gęby wsadził, przeżegnał się tak, jak i Dziad, który dopiero późną 

nocą, kiedy wróciły Jaśkowa baba z Hanką, powiedział o spotkaniu z Marysią.  

 

Hanka,  która  ledwie  pamiętała  ojca  i  rodzeństwo,  słuchała  zdziwiona.  Nie  wiedziała 

jeszcze,  że  jako  jedyna  z  gromadki  zostanie  we  wsi  i  przez  długie  lata  nie  usłyszy  o 

rozsypanej po świecie rodzinie.  

 

O  świcie  wędrowiec  opuścił  Jaśkową  zagrodę  i  skierował  się  na  wschód,  ku  wyjściu  z 

doliny. Lecz zanim z niej odszedł, wstąpił do zamożnych Mikołajczyków, gdzie za parobka 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 46 - 

służył  Józek,  rodzony  brat  Marysi.  Dużym  łukiem  ominął  psy  uwiązane  na  łańcuchach  i 

wspiął się po schodkach na ganek, skąd wszedł do przestronnej sieni.  

 

– Niech będzie pochwalony… – wyszeptał, wchodząc do izby. 

 

– Na wieki wieków – odparł gospodarz, otoczony gromadą dzieci. – Siadajcie – uczynił 

dla  gościa  miejsce  na  ławie,  na  której  ów  spoczął  i  zagadnął  o  Józka.  –  O  parobka  wam 

chodzi? Bartkowego pasierba? – zdziwił się chłop.  

 

– Tak – potwierdził Dziad. – Ludzie powiadają, że on u was służy. 

 

– Ano, prawda! Ale dziś go nie zobaczycie, bo pojechał suszyć siano na Gorcu. Wróci po 

niedzieli.  

 

– Szkoda. 

 

– Czemu o niego pytacie? 

 

–  W  Wielkim  Tygodniu  spotkałem  w  Kalwarii  jego  siostrę,  Marysię  –  wyjaśnił.  – 

Obiecałem jej do wsi zajrzeć, rodzeństwo pozdrowić…  

 

–  Co  też  powiadacie!  –  do  rozmowy  włączyła  się  gospodyni.  –  Marysia  do  Kalwarii 

zaszła? Ludzie mówią, że gospodarze, od których uciekła, wszędzie jej szukali! 

 

– Tam jej nie znajdą – stwierdził.  

 

– Ale do obcych iść? Swoich zostawić?  

 

– Może jej to pisane. 

 

–  Może...  –  wzruszyła  ramionami  i  zajrzawszy  do  kołyski  stojącej  pod  ścianą,  kazała 

służebnej ugotować żurku na wieczerzę.  

 

Kiedy  powieczerzali,  wędrownik  usiadł  z  gospodarzem  przy  piecu.  Drugą  babę  miał  – 

opowiadał ów. Z pierwszą nie zażył szczęścia zbyt długo, bo Biała umyśliła sobie zabrać ją w 

zaświaty. Przyczaiła się kiedyś za uchylonymi drzwiami nisko sklepionej piwnicy, czekając 

póki  nie  ubędzie  nafty  w  lampie.  A  gdy  przyszła  brzemienna  gospodyni  i  skrzesała  ognia, 

ż

eby  sprawdzić  ile  nafty  na  dnie  beczki  pozostało,  niewidzialna  podbiegła  i  dmuchnęła  w 

płomyk. Mała iskra jakby tylko na to czekała! Jakby z Białą Panią była w zmowie! Wykręciła 

się  w  szalonym  obrocie  na  siarczanym  łebku  zapałki  i  skoczyła  do  beczki,  z  której  zaraz 

buchnął  gorący  słup  ognia.  Objął  gospodynię  i  choć  dziewka  służebna  sprowadziła  pomoc, 

nie odratowano ani jej, ani dziecka.  

 

Gospodarz przerwał. Choć dramat ów zdarzył się przed laty, ciężko mu było wspominać 

nieboszczkę.  Później  –  podjął  –  trzeba  było  innej  baby  szukać,  bo  samemu  nie  sposób 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 47 - 

gazdować. Ożenił się więc po raz drugi i doczekał gromadki dzieciaków. Pogłaskał po głowie 

dziewczynkę  siedzącą  obok  i  rzucił  okiem  na  synów,  strugających  przy  oknie  zabawki  z 

lipowego drewna. Jeden z nich – Wawrzuś – odziedziczyć miał ojcowiznę i właśnie u niego 

zostanie w służbie Bartkowy pasierb, Józek. Zostanie do czasu, póki nie wywędruje ze wsi, 

aby  na  stałe  osiąść  w  Nowym  Targu.  Jego  rodzona  siostra,  rezolutna  Marysia  dojdzie  do 

Krakowa,  najmie  się  do  znośnej  służby  i  po  paru  latach  znajdzie  kawalera.  Hanusia,  jak 

wiadomo, zostanie u Jaśka, zaś najmłodszy Tomek… Lecz to już Dziadowa gawęda.  

 

*** 

 

 

Tomka jałmużnik nie ujrzał więcej w dolinie, ale po wielu latach spotkał go pod Tatrami. 

W pierwszej chwili nie poznał, ale potem domyślił się w nim najmłodszego Bartkowego syna 

i dziwiąc się zrządzeniom losu, wysłuchał jego historii.  

 

Ź

le  było  chłopakowi  w  służbie  u  sąsiadów,  choć  krewnych.  Podrósłszy  zaczął  się 

buntować,  a  w  wieku  dziesięciu  lat  postanowił  uciec.  Tylko  że  zmyślnym  będąc,  zaczekał 

póki parą butów i nowym odzieniem nie wypłacą go za roczną służbę. Kiedy zaś dostał od 

gospodarza  upragnioną  wypłatę,  pobiegł  do  stajni,  gdzie  od  kilku  lat  sypiał  pod  żłobem, 

wygrzebał ukryty pod słomą worek, w którym chrzęściły zgromadzone suchary i wsadził do 

niego  przyodziewek,  pieczołowicie  zawinięty  w  derkę.  Potem  spiął  sznurkiem  skórzane 

trzewiki,  których  urodzie  długo  nie  mógł  się  napatrzyć  i  tuląc  policzek  do  starannie 

wyczesanej  grzywy  konia  przyjaciela,  pożegnał  wzrokiem  znajomą  powałę,  sczerniałe  od 

starości belki w ścianach i krowy, które nieraz grzały go ciepłem oddechów. Niełatwo było 

myśleć  o  ucieczce,  bo  duszę  jakiś  dziwny  żal  uwierał  i  coś  ściskało  w  krtani.  Jednak  choć 

ogarniała  go  zgroza  na  myśl  o  opuszczeniu  znanego  osiedla,  nie  poniechał  powziętego 

zamiaru. Skoro świt, gdy blask poranka dodał mu odwagi, zarzucił na ramię worek, zarzucił 

trzewiki przewiązane sznurkiem i na oczach milczącego wymownie łańcuchowego psiska, z 

którym dawno wszedł był w komitywę, opuścił zagrodę. Podobno ktoś widział go idącego z 

tobołkiem  na  Koniec  Wsi,  lecz  o  nic  nie  spytał.  A  kiedy  się  wydało,  że  uciekł,  był  już  za 

daleko, żeby go odszukać.  

 

Z duszą na ramieniu ruszył w obce strony. Wędrował tak od wsi do wsi przez kilka lat, 

najmując  się  do  służby  u  gospodarzy  i  pomału  powiększając  majątek  w  zgrzebnym  worku. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 48 - 

Czasami  wiodło  się  mu  lepiej,  a  czasami  gorzej.  Czasem  sypiał  w  komórce,  a  czasem  w 

stodole. Gdy go bito albo czuł się wykorzystywany – uciekał. Gdy dobrze karmiono i zbytnio 

nie obciążano robotą, zostawał na dłużej. Nigdzie jednak nie zdecydował się osiąść na stałe i 

nigdy nie przyszło mu do głowy, aby wrócić do rodzinnej wioski. Podobało mu się bowiem 

owo  wędrowanie  i  owa  swoboda.  I  kto  wie,  czy  nie  zaszedłby  kiedyś  nawet  w  obce  kraje, 

gdyby pewnej zimy nie przygnało go aż pod same Tatry, do zagrody majętnego gazdy, który 

gospodarzył z piękną jedynaczką.  

 

Gazdówna  od  pierwszego  wejrzenia  spodobała  się  biednemu  włóczędze.  Bez  wahania 

cisnął  dla  niej  w  piec  parciane  worzysko,  z  którym  uszedł  z  ojczystej  doliny  i  niepomny 

swobody, całą siłą woli przywiązał się do miejsca, w którym niepodzielnie panna królowała. 

Chociaż nie śmiał marzyć, że zwróci nań oczy czarne jak węgielki, to przecież zwróciła! Na 

bogatych  kawalerów  nie  chciała  spoglądać  i  tłumacząc  ojcu,  że  do  małżeństwa  jeszcze  za 

młoda,  wodziła  rozkochanym  wzrokiem  za  parobkiem,  który  czerwieniąc  się,  umykał  do 

stajni żalić się koniom na swoją niedolę. Myślał, że umrze od tego miłowania, od którego i 

jeść  mu  się  odniechciewało,  i  spać,  i  śmiać  się...  Wprawdzie  stępiały  rozsądek  nakazywał 

zawczasu salwować się ucieczką, ale niepokorne serce trzymało się zagrody, nad którą nieraz 

słyszał  i  anielskie  pienia,  i  diabelskie  chichoty.  Bo  i  niebem,  i  piekłem  było  dlań  owo  ko-

chanie. Bo choć piękne, truło go od środka i tak sechł pomału z ogromnej tęsknoty.  

 

Ojciec  dziewki,  który  niebawem  połapał  się,  czemu  córka  jest  niechętna  innym 

kawalerom, chciał go precz przegonić. Jednak dziwnym trafem Biała przechodziła wówczas 

ś

cieżką  koło  płotu.  Zajrzała  na  podwórze  i  umyśliła  sobie,  że  kogoś  ze  sobą  zabierze,  bo 

smętnie jej było samej powracać w zaświaty. Spostrzegłszy, że dziury w parkanie pozatykane, 

a furtka na skobelek zamknięta, wgramoliła się na skarlałą jabłoń, która rosła za stodołą i po 

gałęzi  wlazła  do  ogródka,  a  stamtąd  przez  okno  do  izby  i  dziabnęła  kosą  niestarego  gazdę. 

Kto wie? Może zrobiło się jej żal rozmiłowanych w sobie młodych, a może jeszcze nie mogła 

zabrać  ze  sobą  Tomka?  Tak  czy  siak  to  ona  sprawiła  (chcący  lub  niechcący),  że  kiedy  w 

chałupie zabrakło gospodarza, piękna gazdówna wydała się za parobka.  

 

Rok ze sobą żyli. Rok tylko. Bo po roku Białą, wędrującą ku Tatrom z szerokiego świata, 

przywiał  do  zagrody  halny.  Zawył,  zaświstał  i  popchnął  przez  otwartą  furtkę,  a  stamtąd  ku 

nieopatrznie uchylonym drzwiom izby, w której urodziła się Tomaszowa córka. Biała z waha-

niem  stanęła  na  progu.  Popatrzyła  przez  okno  w  te  swoje  zaświaty  i  litość  ją  wzięła  tak 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 49 - 

wielka, że przez kilka dni z założonymi rękami chodziła wokół posłania Tomkowej babiny. 

Nie  wiedziała  co  począć.  Coś  ją  uciskało  w  przezroczystą  szyję.  Coś  kłuło  w  pustych 

oczyskach. I – powiadają ludzie – pognała zaraz do Pana Bozicka. Ale co rzekła i co On jej 

mówił,  prawdy  to  nieznane.  W  każdym  razie  wkrótce  widziano  ją  we  wsi.  Jak  szła  ze 

spuszczoną głową ku Tomkowej chałupie. 

 

Nie nacieszył się więc chłopak wielkim miłowaniem. Z żalem pochował babinę i zabrał 

się do gazdowania na wielkiej gospodarce, którą dziwnym trafem dostał w posiadanie. Nic go 

jednak nie cieszyło: ani ziemia, ani dobytek, ani chałupa, w której każdy kąt przywodził na 

myśl  kochaną  nieboszczkę  i  tylko  dziewczynka,  co  mu  żywą  pamiątką  po  żonie  została, 

umiała na chwilę pocieszyć…  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 50 - 

O Marynie wójtównie 

 

 

Dziad  z  kulawą  nogą  z  mozołem  przedzierał  się  przez  zawieję.  Minął  okazałą  zagrodę 

zmarłego niedawno majętnego gazdy, który swego czasu piastował we wsi zaszczytną funkcję 

wójta, i brocząc w śniegowej pierzynie otulającej drzemiącą w ciszy okolicę, zaszedł do małej 

chaty  na  końcu  ogrodu.  Otrząsnął  kapotę  ze  śniegu  tającego  od  ciepła  oddechu  i  zastukał 

zgrabiałą z zimna pięścią w niepomalowane farbą, niskie drzwi.  

 

Niedługo czekał na reakcję półsennych mieszkańców, bo wnet rozległy się kroki i szczęk 

odsuwanego  rygla,  a  w  wąskiej  szparze  ukazała  się  głowa  przyodziana  w  żałobną  chustkę. 

Wójtowa, poznając znajomego Dziada, otworzyła na oścież skrzypiące drzwi i wiodąc go do 

słabo oświetlonego wnętrza, poskarżyła się na dzieci.  

 

Dziesięcioro  ich  miała  i  wszystkie,  z  wyjątkiem  niemowy  Maryny,  gdy  przyszło  do 

spisywania testamentu, pokłóciły się nad posłaniem chorego ojca. Spierały się przy służbie, 

przy  świadkach,  którzy  mieli  złożyć  podpisy  pod  ostatnią  wolą  jednego  z  najbogatszych 

gospodarzy  we  wsi  i  nawet  przy  księdzu,  co  z  wiatykiem  przyszedł.  Każdy  jak  najwięcej 

chciał uszczknąć dla siebie i w niepamięć poszły braterskie uczucia. Wreszcie, kiedy za nic 

nie  mogli  dojść  do  porozumienia,  przystali  na  wolę  konającego.  Stanęło  na  tym,  że 

podzielone na pół gospodarstwo poszło w ręce dwóch synów, którzy zobowiązali się spłacić 

siostry  powydawane  za  mąż  oraz  wyrównać  rachunki  z  bratem  ożenionym  z  wdową  po 

ż

ołnierzu, co na wojnie zginął.  

 

Otarła  trokami  chustki  mokre  policzki.  Potem,  usadziwszy  Dziada  pod  ścianą  ciasnej 

izdebki  urządzonej  w  starym  spichlerzu,  kazała  Marynie  sypnąć  grubo  mielonej  mąki  do 

wrzątku bulgoczącego w garnku na kuchennej płycie.  

 

–  Zjecie  z  nami  sapki?  –  spytała,  mieszając  gęstniejącą  jasnoburą  breję,  a  gdy  skinął 

głową, nałożyła jej do miski, polała roztopionym na patelni masłem i postawiła na stole, przy 

którym siedział mały chłopiec z łyżką w zaciśniętej piąstce. – Błazuś, zrób miejsce na ławie. 

– Przesadziła wnuka i siadając obok dotkniętej niemotą córki, zwróciła się do Dziada: – Cały 

dzień chodziliście po wsi? Coś nowego słychać? 

 

Rzekł,  że  we  wsi  nic  nadzwyczajnego  się  nie  dzieje.  Ludzie  jak  zawsze  wełnę  i  len 

przędą, tkają na krosnach, pierze drą, a biedacy, którzy nie mają czego  prząść, chadzają po 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 51 - 

chałupach,  aby  pogadać  i  zagrzać  się  u  sąsiadów,  bo  mało  za  dnia  palą  w  piecach,  żeby 

przyoszczędzić chrustu.  

 

–  I  co  jeszcze?  –  zastanowił  się.  –  Ksiądz  z  nauczycielami  zbierają  jadło  dla  dzieci  z 

biednych rodzin. 

 

– No tak – pokiwała głową. – Zbiory były marne i choć do przednówka daleko, niektórzy 

już teraz przymierają głodem.  

 

– Wilkom też niedosyt musi doskwierać, bo od Gorca przywędrowała duża wataha i paru 

gospodarzom wybrała owce ze stajni. Oj, trzeba będzie bronić dobytku przed drapieżnikami, 

samotnie  poza  wieś  się  nie  zapuszczać  i  prosić  Matkę  Boską  Gromniczną,  żeby  ludzi 

chroniła.  

 

–  Matkę  Boską  Gromniczną?  –  Błazuś  poruszył  się  na  ławie,  wlepiając  w  gościa 

zaciekawione oczka.  

 

– Cicho, Błazek! – skarciła babka, nie dając chłopcu przerywać Dziadowych powieści, w 

których  znalazło  się  też  parę  słów  na  temat  Matki  Boskiej  Gromnicznej,  która  chroni  ludzi 

przed wilkami. Zasłuchany Błazuś przytulił się do matki i choć oczy się mu kleiły, nie dał się 

położyć i zasnął na siedząco.  

 

Pochrapując cicho, nie słyszał wspomnień babki o nie tak przecież odległej przeszłości, w 

tym  o  swojej  matce  –  niemej  Marynie,  która  zdawała  się  Dziadowi  najładniejszą  z  córek 

nieboszczyka wójta. Ale nie tylko wędrowiec uważał ją za urodziwą, bo i sąsiedzi nie mogli 

się  nadziwić  jej  nieprzeciętnej  urodzie  i  żałowali  jej  bardzo,  ponieważ  od  dzieciństwa 

dotknięta  była  niemotą.  Wprawdzie  kalectwo  nie  przeszkadzało  jej  ani  w  wykonywaniu 

gospodarskich obowiązków, ani dziewczęcych robótek, ale przekreśliło możliwość pójścia do 

szkoły.  Trzymała ją zatem wójtowa w chałupie,  nieświadomie odbierając sposobność nauki 

pisania i czytania, a co za tym idzie – porozumiewania się z ludźmi sposobem innym, aniżeli 

mowa. Być może Maryna chciała nauczyć się znaczków drukowanych w książkach, ale nikt 

nie  rozumiał  tego,  co  pokazywała  na  migi.  Nieraz  więc  popłakała  niemo,  tkając  na 

krosienkach lub przędąc na wózku

16

 

Wójtowa na miarę możliwości i wedle własnego uznania, starała się chronić córkę przed 

złem  tego  świata  i  wcale  świadomą  nie  była,  że  momentami  chroniąc,  w  istocie  czyni 

                                                 

16

 

 Tj. kołowrotku. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 52 - 

krzywdę. A za niemotę dziewczyny winiła piastunkę, która pijaną będąc, upuściła niemowlę 

na podłogę.  

 

– I tak mi dziecko ułomną zrobiła! 

 

Nie  godziła  się  z  Maryninym  kalectwem,  którego  zadufany  chłop  się  wstydził.  Nieraz 

powiadał,  że  skoro  ma  gromadę  udanych  potomków,  to  przecież  nie  przykrzyłoby  się  w 

chałupie,  gdyby  kaleki  ubyło.  Zdrowym  by  nie  zawadzała,  jadła  od  gąb  nie  odejmowała, 

ludzkich spojrzeń nie ściągała, a w przyszłości, gdy zabraknie ojca i matki, rodzeństwo nie 

musiałby się o nią kłopotać.  

 

– Lepiej, żeby od razu umarła – mówił, wodząc wzrokiem za babą, której spódnic czepiła 

się Maryna. – Nic, tylko pęta się pod nogami: nam na zgryzotę, a ludziom na pośmiewisko. 

 

Wstydził się kalectwa córki tym bardziej, że nieraz słyszał, jak ludzie gadali, że musiał, 

będąc obranym na wójtowski urząd, uczynić komuś krzywdę, za co Bóg ukarał go niemotą 

dziewki.  Zły  był  o  te  słowa,  choć  w  głębi  ducha  przemyśliwał  czasem,  czy  rzeczywiście 

komuś  nie  uczynił  niesprawiedliwości.  Nadużywał  władzy,  lecz  takie  było  i  będzie  prawo 

urzędu.  Trzymając  komitywę  z  bogatymi  gospodarzami,  gardził  biedakami,  lecz  takie  było 

prawo natury. Niejednemu nie chciał podpisać zgody na legalne opuszczenie wsi, lecz takie 

było gazdowskie prawo: jednym pozwalał, a innym musiał zabraniać, żeby miał kto obrabiać 

ziemię, bo jakby każdemu dziadowi zachciało się szukać szczęścia po świecie, to przecież nie 

byłoby kogo nająć do robót na roli.  

 

– Tyle niepotrzebnej zgryzoty! Żaden chłop nie będzie chciał takiej… Chyba, że weźmie 

duże wiano.  

 

–  Poczekamy,  zobaczymy!  –  Wójtowa  niechętnie  dawała  się  wciągać  w  przedwczesne 

projekty,  a  na  temat  kalectwa  Maryny  i  tak  miała  własne  zdanie,  którego  wolała  nie 

przedstawiać chłopu, kierującemu się innym rozumem i wrażliwością.  

 

– Przynajmniej krowy będzie pasła – uznał ostatecznie. 

 

Nie dała jednak wójtowa dziewczyny ani do pasienia, ani do dojenia krów, bo od takich 

zajęć była służba rekrutująca się spośród biedoty. Bezbronna córka była najbliższą jej sercu 

spośród  wszystkich  dzieci.  Te  zaś  podrósłszy,  zaczęły  stawać  po  stronie  ojca,  gdyż  ów, 

chociaż srogi, wydawał  się im uosobieniem patriarchalnego ładu, zachwianego przez matkę 

hołubiącą niemowę. Ładu, który zadrżał w posadach jeszcze mocniej, kiedy Maryna dorosła. 

Ładna była nad podziw, więc mniej urodziwe siostry, kolejno idące za mąż, zazdrościły jej 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 53 - 

urody. Ale na co nieszczęsnej była ta krasa, skoro żaden kawaler nie przysyłał swatów? Bo 

chociaż niejednemu wpadła w oko, to przecież każdy bał się jej kalectwa.  

 

Jednakowoż jeden przyszedł po kryjomu i rok przed wojną narodził się siwooki Błazuś. 

Kim był sprawca Błazusiowego istnienia – nie wiadomo. Czy poszła z nim po dobroci, czy 

też zmusił gwałtem – nikt nie miał pojęcia. Ludzie wprawdzie próbowali zgadywać do kogo 

malec jest podobny, ale prawdy nie dociekli tym bardziej, że nagabywana Maryna wzruszała 

ramionami. Może nie chciała wydać kochanka. Może nie potrafiła wyjaśnić, że skrzywdził ją 

jakiś obcy lub że naszedł któryś z poważanych sąsiadów – będzie rozmyślał dorosły Błażej – 

tylko nie zrozumieli wymowy gestów? Któż to teraz odgadnie? Na szczęście z czasem sprawa 

przycichła.  Ludzie  wrócili  do  powszednich  zajęć,  baby  znalazły  inny  temat  do  plotek  i 

wszystko byłoby po staremu, gdyby nie dziecko...  

 

Wójt zżymał się ze złości na niechcianą córkę. Nie dość, że niemowa, to jeszcze sprawiła 

sobie bachora

17

! Za hańbę, którą przyniosła rodzinie, wygnał ją z chałupy. Wyprowadziła się 

z dzieckiem na ręku, wsparta na ramieniu matki, i skoro w przestronnej zagrodzie zabrakło 

dla  nich  kąta,  zamieszkały  w  spichlerzu  nad  brzegiem  rzeki,  niedaleko  kamienia  ze  śladem 

stopy świętej Kingi

18

.  

 

Zasmucony Dziad zamyślił się głęboko. Słuchając takich historii, nieraz zdarzało mu się 

tęsknić za dawnymi czasy,  w których wszystko  zdawało mu się jakby prostsze i w których 

łatwiej  było  oddzielić  dobro  od  zła.  Czasami,  w  których  mieszkali  tutaj  dobrzy  ludzie.  Jak 

chociażby  tacy,  którzy  przyjęli  w  gościnę  samą  świętą  Kingę.  Była  już  wtedy  ksienią  sta-

rosądeckich klarysek i uciekając z orszakiem przed Tatarami, zatrzymała się dla odpoczynku 

nad  brzegiem  rwącej  rzeki.  Miejscowi  chłopi,  choć  nieświadomi  z  kim  mają  do  czynienia, 

ofiarowali jej wszystko, co tylko mieli w chałupach. Księżna zaś, w podziękowaniu udzieliła 

im swego błogosławieństwa, zapewniając, że rokrocznie wylewająca rzeka nigdy nie zagrozi 

ich osiedlu

19

 

– Przykre to sprawy... – szept wdowy wyrwał Dziada z zadumy. Wstała, biorąc na ręce 

ś

piącego wnuka, którego ułożyła w pościeli przy zamyślonej Marynie. – Chłop był zawzięty! 

                                                 

17

 

 Pogardliwie o nieślubnym dziecku.

 

18

 

 Zob. legenda w tekście poniżej.

 

19

 

Oprócz tej opowieści, odnoszącej się do osiedla Znańców, przetrwała wiara, że przed powodziami niewielki odcinek 

brzegu  rzeki  chroni  kamień  ze  śladem  stopy  św.  Kingi.  Co  ciekawe,  rzeczywiście  rzeka,  mająca  w  tym  miejscu  bardzo 
wąskie  koryto,  nie  podmywa  brzegu.  Najprawdopodobniej  fakt  ten  można  wytłumaczyć  to  tym,  że  osiedle  leży  na  skale 
(przyp. autora). 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 54 - 

– Wróciła wolno do stołu, przy którym siedział gość. – Ale syn jest bardziej zapalczywy. Póki  

ż

yję, to jeszcze jakoś zdzierży niemowę na swojej ziemi, ale kiedy mnie braknie… 

 

– Co też gadacie? – Dziad poruszył się niespokojnie. – Wam żyć, a nie umierać! A i źle 

tutaj – rozejrzał się po izbie – wcale nie macie! 

 

– Na mieszkanie nie narzekam – wpadła mu w słowo. – Dach nad głową jest. Jeść mamy 

co, bo dzieci za robotę zapłaty nie żałują, a Maryna pracowita, tylko… martwię się czasem, 

jak  będzie  bieduli  żyć  beze  mnie  na  świecie.  Błazuś  jeszcze  malutki,  bo  jakby  podrósł,  to 

jakoś we dwoje daliby sobie radę.  

 

– Wam żyć, a nie umierać! – powtórzył. – Nie frasujcie się na zapas.  

 

–  Zapis  zrobiłam  –  kontynuowała.  –  Zapisałam  Marynie  pole,  które  mi  ojce  dali  w 

wianie... żeby nie została bez niczego... 

 

*** 

 

 

O  tym  właśnie  poletku  miał  jeszcze  Dziad  usłyszeć,  kiedy  któregoś  roku,  również 

zimową  porą,  powrócił  do  doliny.  Powiedziano  mu  wtedy  –  kto?  nie  zapamiętał,  lub  nie 

chciał  pamiętać  –  że  po  śmierci  wójtowej  rodzeństwo  zmówiło  się,  żeby  wyrwać  Marynie 

skrawek ziemi po matce i choć wiadomo, że ostatnia wola zmarłego powinna być świętą, na 

nic zdały się zwyczajowe prawa. Zaraz po pogrzebie matki jedna z sióstr pojechała do urzędu, 

podając się za niemowę i złożyła krzyżyk (bo Maryna nie była piśmienna) pod zrzeczeniem 

zapisu.  

 

Dziad,  któremu  nie  mogła  pomieścić  się  w  głowie  potworna  nowina,  ścisnął  kostur  w 

garści i pognał przez zawieję do spichlerza, zbadać jak wiedzie się osieroconej dziewczynie. 

Wpadł  w  znajome  osiedle,  pomiędzy  budynki  nakryte  czapami  śniegu  i  brnąc  w  głębokich 

zaspach,  stanął  pośrodku  ogrodu.  Spichlerza  tam  już  nie  było!  Przetarł  oczy  i  podumawszy 

chwilę,  popędził  pod  chałupę  wójtowego  syna.  Lecz  tutaj,  przestraszony  ujadaniem  suki, 

obrócił się i poszedł do zagrody Jaśka, który z Pesztu wrócił.  

 

Może tam dowie się czegoś o losie wójtówny i nieletniego Błazusia – rozmyślał, chyląc 

kark pod ciężarem kapelusza, przyprószonego grubą warstwą śniegowego puchu.  

 

Suwając  zdartymi  podeszwami  butów  po  oblodzonej  ścieżce,  skręcił  między  znajome 

opłotki.  Przedarł  się  przez  zaspy  i  zaszedł  ku  drzwiom,  nigdy  za  dnia  nie  zamykanym  od 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 55 - 

ś

rodka.  Kuśtykając,  wgramolił  się  na  płaski  kamień,  który  leżał  pod  progiem,  służąc  za 

stopień  i  strząsnął  z  kapelusza  bryłę  zbitych  płatków  śniegu.  Strzepnął  je  też  z  kapoty  

przewiązanej powrósłem i wszedłszy do sieni, załomotał w drzwi wiodące do izby.  

 

– Pochwalony – szepnął do Jaśkowej baby. 

 

– Na wieki wieków! Dawno was tu nie było! – Wpuściła go zaraz do rozgrzanego pieca, 

przy którym zdjął z pleców mokrą kapotę. – Głodniście? My już po obiedzie, ale coś jeszcze 

zostało w rondelku. – Zajrzała do garnka. – Zaraz wam nałożę. 

 

– Bóg zapłać.  

 

– Siadajcie koło pieca.  

 

– Chłopa gdzie macie? – zagadnął. 

 

– Podszedł do sąsiadów.  

 

– A Hanka? 

 

– Hanka na skubaczkach

20

 

Siedząc  z  plecami  opartymi  o  przypiecek,  rozejrzał  się  po  wnętrzu,  w  którym  stały: 

malowana skrzynia przy wezgłowiu łóżka, stół z ławą, a przy niej beczka z kiszoną kapustą i 

nakryty  ścierką  skobek  z  podojonym  mlekiem.  Przypatrzył  się  świętym  obrazom  zawie-

szonym  na  ścianach  i  gałązkom  wielkanocnych  palem  powtykanych  za  nie,  obok  wiązki 

suszonego ziela, święconego w dniu Matki Boskiej Zielnej.  

 

– Paradne obrazy – zauważył, biorąc z rąk gospodyni miskę z gorącą kapustą, okraszoną 

grubymi skwarkami.  

 

– Chłop z Pesztu przywiózł – odparła, wrzucając sosnowy klocek na szczapy tlące się na 

palenisku. – Tam jest Matka Boska Gidelska, a na drugim… nie wiem.  

 

–  Byłem  niedawno  w  Gidlach.  W  tym,  tam  –  wskazał  na  obraz  –  kościele...  –  i  zaczął 

nucić na dziadowską nutę: „O matko Bosko Gidelsko, Tyś jest Pani Archanielsko...”

21

  

 

– Ładna śpiewka – szepnęła Janowa baba po wysłuchaniu ballady. 

 

– Ano, ładna... A u was, co? – spytał, biorąc się do jedzenia. 

 

–  Stara  bieda...  –  westchnęła,  głaszcząc  wyprężony  grzbiet  kocura,  który  wskoczył  z 

zapiecka.  

 

– Nie wiecie czasem, co stało się z Maryną od wójta?  

 

– O niemowę pytacie? – zdziwiła się. – Umarła rok temu. 

                                                 

20

 

 Darciu pierza.

 

21

 

 Taka pieśń rzeczywiście istnieje. Podobno do domu mojej babki „przyniósł” ją jakiś wędrowny dziad. 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 56 - 

 

– Umarła? 

 

– Ano, umarła.  

 

– A Błazuś?  

 

–  Wziął  go  na  służbę  Marynin  brat.  Ten,  co  tu  po  sąsiedzku  siedzi.  Nie  zabrała  go  ani 

bezdzietna Marynina siostra, ani brat, który został na ojcowiźnie, choć i tam nie zapowiada 

się, żeby doczekali dziedzica. Wadzili się o majątki, to ich w końcu pokarało! – mruknęła. – 

Błazuś przecież rodak. Jakby dobrym był, to by go wychował jak swojego.  

 

Dziad  oddał  pustą  miskę  i  zasłuchany  przymknął  powieki,  bo  ogarnął  go  wielki  żal  na 

wspomnienie wójtówny i Błazusia, który został bez matki, bez babki, bez dachu nad głową i 

bez widoków na przyszłość.  

 

– Taka sieroca dola – westchnął.  

 

– I taki los bachora – dodała gospodyni. Wędrowiec nie zaprzeczył. Wiedział, że poczęte 

w grzechu nieślubne dziecko przynosiło hańbę rodzinie.  

 

 

*** 

 

 

Jaśkowa  baba  zaprosiła  go  na  święta.  Przystał  na  prośbę,  bo  gościny  nie  wypadało 

odmawiać. Nocą sypiał pod piecem, a we dnie brał kostur do garści, zarzucał worek na plecy i 

szedł  między  ludzi:  obiadować  lub  wieczerzać  w  zamian  za  gawędy  oraz  pacierze.  W  ten 

sposób spędził we wsi cały adwent, po którym nadeszła pora przedświątecznej krzątaniny.  

 

W  Jaśkowej  chałupie,  jak  i  w  innych  domach,  zabrano  się  do  wypieków.  Gospodyni, 

podwinąwszy rękawy, naszykowała dzieże, przyniosła przygotowany zaczyn i wzięła się za 

wyrabianie  chleba,  nie  zapominając  ani  na  chwilę  o  brytfannach  na  piecu,  w  których 

podrastały  drożdżowe  ciasta.  Potem  wygarnęła  z  nagrzanego  pieca  żar  pozostały  po 

spalonych  drewnach  i  zaczęła  na  wielkiej  łopacie,  w  skupieniu  żegnając  się  nad  każdym, 

wsuwać kolejno do środka surowe chleby, wyrośnięte w koszyczkach plecionych ze słomy.  

 

Dziad z Jaśkiem, aby nie zawadzać babom w ważnym dziele, za jakie uważano wypiek 

chleba, usunęli się do drugiej izby, gdzie strugali stojak pod młodą jedliczkę, zaś wieczorem, 

kiedy  na  długiej  ławie  pod  ścianą  leżały  poukładane  rzędem  bochny,  usiedli  do  postnej 

wieczerzy. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 57 - 

 

Następnego dnia także pościli, bo był dzień wigilii. Ponieważ wierzyli, że rok będzie taki 

jak  wigilia,  starali  się  godnie  postępować,  zapominając  o  powszedniej  gderaninie, 

codziennych waśniach i zastarzałych urazach oraz należycie wypełniając obowiązki: baby od 

ś

witu krzątały się przy garnkach, zaś Jasiek z Dziadem poszli roznosić szczęście sąsiadom. Z 

dawien  dawna  wierzono  bowiem,  że  wizyta  chłopa  w  wigilijny  poranek  sprawi,  iż 

domownikom będzie się wiodło przez cały rok.  

 

Wówczas  to  wędrowiec  miał  sposobność  przyjrzeć  się  obejściu  krewnych  Błazusia. 

Bogate  ono  nie  było.  Kryta  strzechą  licha  chałupa  nie  przypominała  zagrody  wójta,  a  i 

Ambroży, któremu niewiele przypadło z poojcowskich gruntów, różnił się od dumnych braci. 

 

– To może i nie najgorzej będzie tutaj chłopczynie – mruknął, wychodząc z izdebki, w 

której nie spotkał Błażeja, ponieważ ów poszedł po choinkę do lasu. 

 

–  Trzeba  nam  wracać  –  postanowił  Jasiek,  kiedy  obeszli  osiedle.  –  Snopek  ze  stodoły 

przynieść i podłaźniczek naciąć.  

 

– Wracajmy – zgodził się Dziad. 

 

– Zachmurzyło się – zauważył chłop, zerkając na chmury sunące tak nisko, że zdawały 

się ocierać o bezlistne korony jesionów przy oborze. – Nie wypatrzymy pierwszej gwiazdki – 

stwierdził przyspieszając, bo z chmur sypnęło śniegiem.  

 

–  Rzeczywiście  –  przytaknął  Dziad,  wstępując  za  Jaśkiem  na  posypany  popiołem, 

oblodzony  stopień  pod  drzwiami,  gdzie  otrzepali  ośnieżone  buty  brzezinową  miotłą,  wziętą 

spod drabiny w sieni, skąd weszli do izby. 

 

Było tam ciepło, cicho oraz odświętnie. Pachniało grzybami, gotowaną kapustą i jodełką, 

która stała w kącie przystrojona w piernikowe księżyce, czerwone jabłka, papierowe łańcuchy 

i gwiazdę na czubku.  

 

Jasiek  przed  zmrokiem  poszedł  do  stodoły,  skąd  wyniósł  owsiany  snopek,  na  tę  okazję 

wybrany przy młocce i postawił go w rogu izby, dla zapewnienia obfitych plonów w nowym 

roku.  Potem  wsadził  między  jego  wiechy  gałązkę  jedliny  zwaną  podłaźniczką,  którą  po 

ś

więtach  przybijano  nad  wejściowymi  drzwiami,  pragnąc  zapewnić  sobie  powodzenie.  Nie 

zapomniał też o wiązce siana, którą umieścił pod stołem na pamiątkę tego, w którym leżało 

Dzieciątko i sypnął na obrus ziaren owsa, na których Janowa położyła bochen chleba,  a na 

nim  z  kolei  opłatki  kupione  w  zakrystii.  Zaś  kiedy  pierwsza  gwiazdka,  którą  spostrzegli  z 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 58 - 

okna, gdy  cofnęły się nabrzmiałe śniegiem chmury, wskazała porę wieczerzy, na klęczkach 

odmówili pacierze, połamali się opłatkiem i uroczyście zasiedli do stołu.  

 

Jedli  w  milczeniu  i  tylko  Janowa  wstawała  z  ławy,  żeby  nałożyć  do  wspólnej  miski 

kapusty z grochem, krupniku ze śliwkami i innego jadła. Jeśli czegoś nie dojedli, wylewała to 

do  cebrzyka  z  pomyjami,  które  po  wigilijnej  wieczerzy,  również  skończonej  paciorkiem, 

ponieśli z Jaśkiem do obory zadać z kolorowym opłatkiem krowom i owcom.  

 

– Opowiecie coś? – Hanka usiadła na ławie naprzeciw gościa nucącego kolędę. Przerwał 

ś

piewanie  i  skinął  głową,  a  kiedy  gospodarze  wrócili  z  obórki,  zaczął  opowiadać  o  cudach 

wigilijnej  nocy.  Mówił  o  duszach  przodków  zaglądających  do  chałup,  żeby  sprawdzić  jak 

wiedzie  się  potomkom  i  pobłogosławić  im  na  nadchodzący  rok.  O  tajemniczych  istotach, 

przemykających chyłkiem między ścianami cichych zagród. O bydlętach, gadających ludzkim 

głosem o północy. Pomiędzy jedną a drugą kolędą, które śpiewali w oczekiwaniu na pasterkę, 

opowiadał o narodzinach Dzieciątka. O pasterzach zbudzonych anielskim pieniem. A nawet o 

Królu Herodzie, o którego duszę kłócili się Czarny z Białą. Ona biegała z kosą, przymierzając 

się do królewskiej szyi zachodziła poza tron, a on kusił okrutnego monarchę i jak to kolędnicy 

zwykli przedstawiać w jasełkach, pognał w końcu do piekła, unosząc jako zdobycz Herodową 

duszę. Na zmianę rozmawiając i śpiewając kolędy, dotrwali do północy. Wtedy, omotani w 

kożuchy, wybrali się na pasterkę, za tłumem ciągnącym drogą. 

 

Nazajutrz, w dzień Narodzenia Pańskiego, pospiesznie wracali ze sumy, bo każdy starał 

się pierwszy przestąpić próg chałupy, wierząc, że w ten sposób zapewni sobie dobre zdrowie 

w  nowym  roku.  Nikomu  też  nie  przyszło  na  myśl  kłaść  się  w  pościeli,  żeby  łany 

dojrzewających  zbóż  nie  legły  latem  na  polach,  i  nikt  nie  wyszedł  poza  zagrodę,  bo  w  tak 

wielkie  święto  nie  wypadało  chodzić  w  gościnę.  Tym  bardziej,  że  na  drodze  można  było 

napotkać  „tych”,  co  obcinają  nogi  wędrowcom  i  chociaż  dawno  zapomniano  kim  „oni”  są, 

wciąż sumiennie przestrzegano odwiecznego zakazu.  

 

Po  świątecznym  obiedzie  usiedli  na  ławie  i  w  skupieniu  zasłuchali  się  w  dalsze 

dziadowskie  gawędy:  o  świętym  Mikołaju  –  patronie  ubogich,  o  Trzech  Królach  oraz  roz-

maitych  cudach,  o  których  Hance  nawet  się  nie  śniło  i  która  z  całego  serca  polubiła 

wędrowca.  

 

– Wyście to wszystko widzieli? Wyście tam naprawdę byli?  

 

– Ano, byłem. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 59 - 

 

– Strasznie jestem rada, żeście na święta zostali! Tyle się człowiek dowie!  

 

–  I  jam  rad  –  odparł  w  zamyśleniu,  bo  chociaż  dobrze  mu  było  w  gościnie,  to  jednak 

coraz  tęskniej  do  świata.  Siedząc  przy  piecu,  znowu  zamarzył  o  wiośnie  i  o  drogach,  które  

wiodły  go  ku  nieznanym  stronom.  Pójdzie  tam  wkrótce  –  pokiwał  głową  –  z  konopnym 

workiem na plecach, z kosturem w ręku i z mnóstwem nowych powieści (w tym o wójtównie 

i  o  małym  Błażeju).  Ocknął  się.  Popatrzył  wkoło:  na  twarze  Jaśka, Jaśkowej  baby  i  Hanki. 

Pogłaskał kota, zmrużył powieki i westchnął.  

 

Do  wieczora  stracił  ochotę  do  gadek  i  więcej  słuchał,  niż  mówił.  Nocą  zaś,  leżąc  pod 

piecem,  smętnie  spoglądał  w  okno,  wsłuchując  się  w  pojedyncze  szepty,  w  trzask  polan  na 

ż

arze i skrzypienie śniegu pod stopami niewidzialnych istot, snujących się wokół zagrody.  

 

– Nie śpicie? – zdziwiła się gospodyni, wstając o świcie.  

 

– Tęsknica mnie dopadła! – odparł z westchnieniem. – Tęsknica straszna za światem. 

 

– Co też gadacie? Na polu zima! 

 

– Doczekam wiosny i pójdę. 

 

– Ale wrócicie?  

 

– Kiedyś… Zapewne. 

 

–  Będzie  tu  tęskno  za  wami  –  stwierdziła,  krzątając  się  wokół  pieca.  Chciał  coś 

powiedzieć, ale nie zdążył, bo przerwał mu tupot nóg w sieni.  

 

– Pewnie podłaźnicy

22

! – obudzony gospodarz siadł na sienniku.  

 

Niskie drzwi otworzyły się z hukiem i do chałupy wtargnęła grupa wyrostków, którzy od 

progu zaczęli ciskać garściami owsa, krzycząc jeden przez drugiego: 

 

–  Na  szczęście!  Na  zdrowie!  Na  to  Boże  Narodzenie!  Żeby  się  wam  darzyło  wszelkie 

stworzenie:  w  komorze,  w  oborze!  Dajcie  Panie  Boże!  Na  ten  Nowy  Rok,  żeby  się  wam 

darzyły kapusta i groch! W każdym kątku po dzieciątku, a za piecem troje! 

 

– Bóg zapłać! – Janowa przyniosła z komory placek, który po kawałku rozdała dzieciom. 

–  Ciekawicie  byli  Błazusia  –  zwróciła  się  do  Dziada,  głaszcząc  po  czuprynie  chudego 

chłopczyka. – Ot, i on. 

 

– Błazuś? – Jałmużnik zapatrzony w bladą twarz, w głęboki dołek w zmarzniętej brodzie i 

zakatarzony nos, wyjął z worka nabożną książeczkę i podszedł ku sierocie. – Masz! – Wcisnął 

mu do garści obrazek, wyjęty spomiędzy pożółkłych kartek.  

                                                 

22

 

 Kolędnicy.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 60 - 

 

– Bóg zapłać! – zdziwiony Błazuś obejrzał podarek i wsuwając go do kieszeni, pobiegł za 

rówieśnikami chórem żegnającymi obejście.  

 

Dziad odprowadził ich wzrokiem i zaciskając palce na szorstkim płótnie worka, zadumał 

się nad niedolą wyrzutków, co byli owocem albo wielkiej miłości albo strasznej krzywdy i do 

swoich gawęd dodał powiastkę o marnym losie wójtówny, co ku zgryzocie rodzica sprawiła 

sobie Błazusia.  

 

  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 61 - 

O strachach 

 

 

 

Stanął koło płotu Dziad z kulawą nogą. Stanął, i podparty na swoim kosturze, zapatrzył 

się  na  zielone  drzewa  dworskiego  parku,  po  których  śmigały  wiewiórki.  Uśmiechnął  się, 

szczerząc  ostatki  zębów  do  słońca,  odbijającego  się  w  szybach  okien  stuletniego  dworu  i 

zamyślił się nad urokiem niezwykłego miejsca.  

 

– Czego tutaj szukacie? – zapytał jakiś przechodzień. 

 

– Patrzę tylko – odparł Dziad, wracając spojrzeniem do promieni słonecznych, skrzących 

się w kroplach porannej rosy. 

 

 

– Tu nikogo nie ma.  

–  A  co  z  waszym  dziedzicem

23

?  –  Dziad  zerknął  na  chłopa,  który  zdjął  z  ramienia 

oblepioną grudkami gliny łopatę i obrzucił żebraka zdziwionym spojrzeniem. 

– U nas dziedziców nie bywało! No… jeden się trafił. Ale go już nie ma! 

 

– Jeden? 

 

Nieznajomy, w którym Dziad domyślił się grabarza, zaczął z namysłem rozwodzić się nad 

przeszłością  doliny,  o  której  rozprawiali  starzy  ludzie,  a  tym  opowiedzieli  o  niej  jeszcze 

starsi, a starszym to tacy, co pewnie panowanie księżnej Kingi pamiętali, a tym być może ci 

najdawniejsi, którzy ani nie wiedzieć kiedy, ani skąd przybyli.  

 

*** 

 

 

U  zarania  tutejszy  świat  wyglądał  zupełnie  inaczej.  A  były  to  odległe  czasy,  w  których 

jeszcze ludzi nie było w dolinie wyżłobionej przez wartki nurt rzeki i w których sędziwy bór 

szumiał  gałęziami  wysokich  drzew,  a  dzika  zwierzyna  przechadzała  się  knieją  wspólnie  z 

                                                 

23

 

 Mowa  o  Maksymilianie  Marszałkowiczu  (1806–78),  który  był  energicznym  działaczem  politycznym  i 

gospodarczym,  kolekcjonerem  dzieł  sztuki,  zapalonym  zbieraczem  książek,  publicystą,  literatem  i  tłumaczem.  Za  sprawą 
przekładu utworów Mickiewicza na niemiecki (m.in. Ody do młodości) należy do grona pierwszych propagatorów twórczości 
wieszcza  w  Niemczech.  Był  ponadto  aktywnym  społecznikiem,  m.in.  organizującym  szkółki  ludowe  i  troszczącym  się  o 
podniesienie poziomu życia kamienickich chłopów. Jego czterdziestoletnie rządy w Kamienicy zwane są w historii regionu 
„złotym  wiekiem”  wsi,  a  tzw.  Państwo  Kamienickie  przez  długi  czas  słynęło  jako  aktywny  ośrodek  życia  kulturalnego  i 
politycznego,  bo  Marszałkowicz,  absolwent  prawa  Uniwersytetu  w  Wiedniu,  gromadził  wokół  siebie  wielu  zdolnych  i 
wykształconych ludzi. Ponadto zasiadał jako poseł w sejmie galicyjskim, pełnił funkcję przewodniczącego Rady Powiatowej 
w Limanowej, w czasie Wiosny Ludów współdziałał w Sądeckiej Radzie Narodowej, a w okresie powstania styczniowego 
pomagał ochotnikom w udawaniu się na pole walki. Po śmierci został pochowany na kamienickim cmentarzu, a obecnie – po 
ekshumacji  –  spoczywa  na  Cmentarzu  Rakowickim  w  Krakowie.  Zgromadzone  przez  niego  dzieła  sztuki  i  obszerna 
biblioteka, zgodnie z ostatnią wolą, zostały przekazane krakowskiej Akademii Umiejętności.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 62 - 

demonami.  W  zgodzie  współegzystowały  te  wszystkie  istoty  i  dobrze  im  było,  dopóki  nie 

napłynęli tutaj osadnicy z toporami, z ciupagami, z ujarzmionym ogniem, karczując puszczę, 

zabijając  zwierzynę  i  płosząc  zlęknione  demony.  A  po  jakimś  czasie,  kiedy  nad  brzegami  

rzeki wyrosły osady, śmiertelnicy nabrali pewności, że wszystko, co tu ongiś żyło, poucieka-

ło,  a  oni  są  absolutnymi  władcami  zawłaszczonego  obszaru.  Pomylili  się  jednak,  albowiem 

odwieczni  mieszkańcy  nie  myśleli  opuszczać  prastarej  dziedziny  i  zepchnięci  poza  granice 

dnia, skryli się pod zasłoną nocy i jakimś dziwnym trafem przetrwały w pamięci ludzisków.  

 

A  może  mylili  się  bajarze  i  tak  naprawdę  nikt  nigdy  nie  chciał  ich  przeganiać,  skoro 

pozostały? Właśnie za tą prawdą opowiadał się gadatliwy grabarz. I snując gawędę o pakcie 

zawartym  przez  rozumnych  przodków  z  dawnymi  gospodarzami  kotliny,  rozwodził  się  nad 

tym,  jak  to  śmiertelni  obiecali  ongiś  tajemniczym  bytom  nie  naruszać  granic  nocy  i  o 

zabronionej  porze  nie  wypuszczać  się  w  zakazane  miejsca.  Zobowiązania  tego  obiecali 

dotrzymać  także  ich  potomkowie,  a  potem  spadkobiercy  potomków  i  tak  dalej…  aż  po  dni 

obecne.  I  chociaż  dzisiejsi  ludzie  nie  pamiętają  genezy  niepisanego  prawa,  wciąż 

przestrzegają przedwiecznych układów.  

 

Wraz z zachodem słońca zamykają się w granicach obejścia, chronionego cudowną siłą 

ś

więtych obrazów, starych rytuałów i sekretnych zaklęć, których przed obcymi nie godzi się 

zdradzać.  I  tak  samo  wierzą  w  potęgę  chrześcijańskiego  krzyża  wiszącego  na  wprost  drzwi 

wejściowych, jak i w magię miotły postawionej w sieni pod drabiną, żeby broniła przystępu 

złym mocom oraz nieżyczliwym ludziom. Nie stawiają chałupy w nawiedzonych miejscach, 

aby nie zakłócać spokoju rozmaitych widziadeł, które, zostawione w spokoju, na ogół nikogo 

nie nękają. Ale zanim przystąpią do budowy, wkładają pieniądze do dziury wybranej w ziemi 

pod  fundamenty,  żeby  się  gospodarzom  szczęściło.  I  nie  wprowadzą  się,  dopóki  ksiądz  nie 

pobłogosławi  nowego  domostwa,  i  kropiąc  święconą  wodą,  nie  przegoni  pogańskich 

straszydeł.  I dodatkowo, już nie pomni w jakim celu, ale idąc za przykładem przodków, na 

jednej z trzech belek (tej środkowej), podtrzymującej drewnianą powałę, rzeźbią sześciolistną 

rozetę wpisaną wkoło, którą nazywają światem

24

.

 A dlaczego tyle belek pod powałę w każdej 

izbie kładą? Bo jedna jest dla Boga Ojca, druga dla Syna, zaś trzecia dla Ducha Świętego. 

 

*** 

                                                 

24

 

 Kołomir. Wywodząca się z czasów prasłowiańskich magiczna runa, chroniąca przed złymi mocami.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 63 - 

 

 

–  Tak,  tak  –  mruczał  grabarz.  –  Kiedy  człowiek  nie  zaczyna  ze  strachami,  to  go  nie 

napastują.  

 

Zaczął  wnet  opowiadać  o  widziadłach  nawiedzających  przeklęte  rejony,  wśród  których 

najgorszą  sławą  cieszyło  się  miejsce  zwane  Krzywym  Mostem,  gdzie  z  krzaków  niosły  się 

echem chichoty, poświstywania i diabelska muzyka. Ludzie od pokoleń omijali je, nie chcąc 

prowokować  złych  mocy,  jednak  od  czasu  do  czasu  trafiają  się  niedowiarkowie,  mający  w 

pogardzie  rozumne  przestrogi.  Całkiem  niedawno  trąbiono  po  całej  dolinie,  że  pewna 

lekkomyślna dziewucha wracająca nocą od darcia pierza, zaczęła kpić z towarzyszących jej 

kobiet, żegnających się trwożliwie i lekceważąc przygany, mówiła ze śmiechem, że strachów 

tam nie ma i nigdy nie było, i że ani trochę się nie boi, na dowód czego wrzasnęła na całe 

gardło: „Wychodź goły ze stodoły, ze żelazną duszą!”.  

 

–  Ej!  Jak  wyszło!  Jak  ją  przegnało!  –  Grabarz  schwycił  się  rękoma  za  głowę,  z  której 

zsunęła się na ziemię zniszczona czapka. – Aż się babom zdawało, że nogi za sobą potraci! 

Tak  uciekała!  Ale  co  ją  goniło,  to  nie  wiadomo,  bo  baby  nic  nie  widziały.  –  Przerwał,  aby 

nabrać tchu. – Ej! Straszyło tam! Straszyło nieraz! I pewnie dalej straszy, ale nikt nie jest na 

tyle głupi, żeby strachy napastować. Bo jakby co złego, nie daj Boże, przywlókł za sobą do 

chałupy? To by dopiero było! 

 

 

*** 

 

 

Raz  koło  Krzywego  Mostu  narodził  się  zawadiaka,  któremu  się  zdawało,  że  cały  świat 

zwojuje  –  grabarz  snuł  kolejną  historię.  –  Nie  bał  się  ani  Boga,  ani  straszydeł,  ani  tym 

bardziej  chłopów,  którym  niejedną  szkodę  wyrządził,  jako  że  lubił  chadzać  po  nocach  na 

rabunek. Ludzie klęli na łobuza, ale na gorącym uczynku nigdy go nie przyłapali. Krążył więc 

nadal po okolicy, śmiejąc się gospodarzom w oczy. 

 

Co  on  nieraz  nawyczyniał!  Dużo  by  gadać!  Starczy  jednak  rzec,  że  porządnych 

gospodarzy  mierził,  natomiast  kamraci  widzieli  w  nim  prowodyra.  Podziwiali  za  spryt,  za 

odwagę i za mocne pięści, których nie oszczędzał w bijatykach na wiejskich potańcówkach i 

za kozacką fantazję. A skoro mowa o jego wyczynach, to trzeba powiedzieć, że szczególnie 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 64 - 

zasłynął w okolicy dzięki pewnemu zakładowi: mianowicie założył się z jednym chłopem, że 

zje lepkę ze zdechłymi muchami... I… zjadł! A jakże! I wygrał dużo pieniędzy!  

 

Niemało z nim było uciechy, ale jeszcze więcej utrapienia, więc chłopi znużeni psotami 

pomstowali coraz głośniej, prorokując, że w końcu los go pokarze. I jak przepowiedzieli, tak 

się stało: pokarał nareszcie!  

 

Był późny wieczór. Przechodził wtedy koło Krzywego Mostu. Jak zwykle szedł na czele 

kompanów,  pewny  siebie,  z  rękami  wbitymi  w  kieszenie,  z  czapką  założoną  na  bakier, 

pogwizdując pod nosem.  

 

Idzie tak i co widzi? W rowie stoi baran. Piękny! Duży! Z długim, wełnistym runem. Z 

grubymi,  zakręconymi  rogami.  I  patrzy  się  ów  baran  mądrze  ślepiami,  jakby  chciał 

powiedzieć: „Weźże mnie na pasek!”. Ani przez chwilę się nie wahał, tylko się rozejrzał, a z 

nim  jego  kompani.  I  skoro  spostrzegli,  że  nigdzie  nie  widać  właściciela,  weszli  do  rowu. 

Przytrzymali barana,  a on tymczasem odpiął pasek od portek i założył zwierzęciu na szyję. 

Nie  opierało  się  wcale,  tylko  patrzyło  mądrymi  ślepiami,  jakby  mówić  chciało:  „Dobrze 

zrobiłeś, żeś mnie wziął!”Uśmiechnął się rad ze zdobyczy i wyprowadził zwierzę na drogę, 

po  której  zaraz  podyrdało,  szybko  przebierając  smolistymi  raciczkami.  „Zamkniemy  go  w 

stodole,  a  jutro  zawiedziemy  na  jarmark”  –  powiedział,  kierując  się  ku  zagrodzie  sąsiada, 

która  przy  gościńcu  stała  –  „A  jakby  nie  dało  się  sprzedać,  albo  właściciel  się  znalazł, 

zarzniemy  po  cichu  i  upchniemy  mięso”.  Po  ciemku  dotarli  do  stodoły,  uchylili  wrota  i 

spróbowali  wprowadzić  barana  do  środka,  ale  ten  zaparł  się  racicami  o  ziemię,  zabeczał 

straszliwie i wyrwał się złodziejom, których cała zawadiackość odeszła. Ale jakże odejść nie 

miała, skoro zwierzęciu z czarnej mordy snop iskier się sypnął i zarechotało po diabelsku? Bo 

to nie co innego było, tylko sam Czarny!  

 

–  Zlękli  się  okropnie!  I  zląkł  się  ten  kozak,  kiedy  spostrzegł,  że  baran  z  tym  paskiem 

poleciał  na  olszynę!  I  zaraz,  jak  się  opamiętał,  w  te  pędy  pognał  do  chałupy.  Prosto  pod 

pierzynę! Ej, oduczył się kraść. Oduczył na amen! I tylko na olszynie został ten paseczek – 

dokończył grabarz. – Ale bali się ściągać i tak pewnie wisi, o ile nie zetlał od starości. 

 

– A czemu na tym Krzywym Moście straszy? – dociekał Dziad, przesuwając worek, by 

zrobić miejsce dla chłopa, który oparł łopatę o ogrodzenie i usiadł pod płotem.  

 

– Od dawna tam straszyło… Ale czemu? Poczekajcie, niech sobie przypomnę... 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 65 - 

*** 

 

Przed  wiekami  przy  Krzywym  Moście  stała  wielka  karczma,  w  której  okoliczni  chłopi 

zbierali się na hulanki. Zachodzili do niej nawet w czasach zakazanych: w piątki i w Wielkim 

Poście. Nieraz napominającego księdza nie słuchali w tym względzie, a kiedy pewnego razu, 

akurat w piątkowy wieczór, idąc do umierającego mijał karczmę, nie pokłonili się jak należy 

przed Panem Jezusem.  

 

– 

Pan  Bóg  was  kiedyś  pokarze  –  westchnął  ze  smutkiem,  oglądając  się  na  ściany 

grzesznego  przybytku,  na  towarzyszących  mu  ministrantów  i  pospieszył  dalej,  żeby  zdążyć 

przed Białą, której kosa połyskiwała już między opłotkami.  

 

A tymczasem ku karczmie, trzęsącej się w posadach od śmiechu, śpiewu i tańca, zmierzał 

szybkim  krokiem  mężczyzna,  ubrany  z  cudzoziemska  w  strój  nieco  staroświecki  i  w 

kapeluszu na głowie, którego nie uchylił, wkroczywszy śmiało do środka. Bez słowa usiadł za 

stołem  i  muskając  dłonią  bródkę,  rozglądał  się  po  wnętrzu  cuchnącym  tytoniem,  końskim 

potem  i  bimbrem  pędzonym  w  piwnicy.  Zaś  kiedy  dziewka  służebna  postawiła  przed  nim 

kufel  piwa,  spojrzał  na  nią  uważnie  pustką  czarnych  oczysków  i  spytał  nie  chłopską,  lecz 

pańską mową:  

 

– Do kościoła dziś nie idziecie?  

 

Zachichotała urągliwie, a wraz z nią cała karczma ryknęła szyderczym śmiechem.  

 

– Do kościoła? – spytała drwiąco, rozpinając koszulę, by mógł patrzeć wprost w na wpół 

odsłonięte piersi.  

 

– Dziś pierwszy piątek – odparł ponuro.  

 

– Co z tego? – parsknęła. – W karczmie przecież weselej! – Przesunęła  dłonią po jego 

przyciętej w szpic czarnej brodzie, lubieżnie wypinając krągłe pośladki w stronę siedzącego 

obok młodzika.  

 

– A ty, młodzieńcze? – nieznajomy zwrócił się do niego. – Nie miałeś przypadkiem pójść 

do kościoła? Matka pewna żeś poszedł. Przystojny chłopiec niespokojnie podskoczył.  

 

– Zaraz… – odparł zduszonym  głosem, bo żal  mu się zrobiło matuli, od paru miesięcy 

okłamywanej dla rozwiązłej dziewuchy.  

 

–  A  wy?  –  Wędrowiec  rzucił  okiem  na  podchmieloną,  urodziwą  babę.  –  Chłop  o  was 

pytał w kościele. Pewnie zaraz tu przyjdzie.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 66 - 

 

 A co wam, panie, do tego? A co mnie mój chłop obchodzi? A co obchodzą dzieci? Ojce 

mnie młodo wydali, choć wcale tego nie chciałam! – Baba poderwała się z ławy. Nieznajomy 

wykrzywił usta w pogardliwym grymasie i powiedział, nie spuszczając z niej oczu:  

 

– Przed księdzem złożyłaś przysięgę, że już nie pójdziesz do karczmy…  

 

– Klechą jesteście? – zapytała ze złością. 

 

– Nie, nie klechą, ale widzę, że to fałszywa przysięga.  

 

–  Proboszcz  mnie  zmierził!  Jakim  prawem  ma  czelność  napominać?  On  taki  sam 

człowiek  jak  wy,  jak  ja,  jak…  –  rozejrzała  się  po  zadymionej  karczmie.  –  Jak  oni!  Co  on 

może  wiedzieć  o  piekle?  Był?  Widział?  Nie!!!  Straszy  tylko  bajkami!  Ale  niech  straszy 

dzieci! – Czknęła i opierając głowę na łokciu, zapadła w pijacką drzemkę.  

 

– A ty? Jeszcze tu jesteś? – Obcy odwrócił się od pijaczki i utkwił gniewne spojrzenie w 

wahającym  się  chłopcu:  –  Matka  się  niecierpliwi  i  właśnie  odmawia  pacierze.  W  twojej 

intencji! Idź precz! – głośno zgrzytnął zębami – Dla ciebie miejsca tu nie ma!  

 

Zlękniony  młodzik,  nie  zważając  na  umizgi  służebnej,  uciekł  do  sieni,  a  rozjuszony 

wędrowiec capnął dziewczynę za rękę, nim puściła się w pogoń za uciekającym chłopakiem.  

 

– Więc nie idziecie na mszę?  

 

–  A  co  wam,  panie,  do  tego?  –  szarpnęła  się,  czując  że  dłoń  obcego  parzy  ją  żywym 

ogniem. – I co do mojego lubego?  

 

Zaśmiał się grobowym śmiechem i nie dając jej wybiec na podwórze, podniósł się wolno 

zza stołu.  

 

– 

Więc  nie  idziecie?  –  powtórzył  złowrogim  tonem.  Swawolnicy  stanęli  w  tańcu  na 

odgłos straszliwych gromów.  

 

– Nie idziemy, bo po co? – odparł ktoś.  

 

Obcy zrzucił kapelusz, pod którym były rogi i zanosząc się upiornym śmiechem, syknął 

przez wykrzywione usta:  

 

– 

Nie chcecie iść do kościoła, no to pójdziecie ze mną!  

 

Karczma  zadrżała  w  posadach.  Uciekający  chłopak,  którego  matka  w  tym  czasie 

odmawiała pacierze w intencji jego opamiętania, widział z daleka błyskawice nad Krzywym 

Mostem. I żegnając się w trwodze, gnał na oślep przez miedze ku chałupie, której zniszczona 

strzecha wyglądała zza łanów pszenicy.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 67 - 

 

A  tymczasem  mąż  tej  pijaczki,  która  zamiast  na  nabożeństwo  zwykła  chadzać  do 

karczmy, szedł drogą ciężko wzdychając i rozmyślając o dzieciach, które do rana gotowanego 

jadła w maleńkich gębach nie miały. Żony od kilku godzin nie było w chacie i kiedy wrócił z 

wyrębów,  usłyszał  od  małej  córki,  że  matka  zabrała  różaniec  i  poszła  do  kościoła.  Zaraz 

pobiegł jej szukać, ale nie znalazł w świątyni. Zapytany o nią wikary, ze smutkiem pokręcił 

głową i wskazał w kierunku karczmy.  

 

– Biedny z ciebie chłopina – rzekł – że sam musisz kłopotać się o rolę i o dzieci. Żona 

ciebie niegodna.  

 

Nic  księdzu  nie  odpowiedział  i  idąc  skrajem  drogi,  udawał,  że  nie  dostrzega 

współczujących  spojrzeń  ludzi,  którzy  nieraz  widzieli,  jak  dźwigał  do  chałupy  spitą  do 

nieprzytomności babę.  

 

–  Dokąd  idziesz,  człowieku?  –  usłyszał  niespodziewanie  i  zdziwiony  przystanął  obok 

drzewa, przy którym czekał ubrany na czarno panek z łaciatą krową.  

 

– Do karczmy idę, panie – odrzekł po chwili wahania. – Baby szukam od rana. 

 

Panek,  od  którego  wiał  jakiś  chłód  przeraźliwy,  smagając  krowę  wiklinową  witką, 

wypędził ją na drogę.  

 

– W karczmie baby szukacie? – zapytał ze zdumieniem.   

 

– Posłałem ją z pewną sprawą… – odparł wymijająco chłop, nie chcąc się skarżyć przed 

obcym.  Cudzoziemiec  przestąpił  z  nogi  na  nogę  i  uderzając  krowę,  szepnął  ochrypłym 

głosem:  

 

–  W  karczmie  jej  nie  znajdziecie.  Uwierzcie  na  słowo,  bo  właśnie  stamtąd  wracam. 

Zróbcie mi tylko przysługę: zdejmijcie krowie łańcuch, bo sobie zraniłem rękę i jeśli chcecie, 

weźcie. Przyda się. Jest porządny i nowy.  

 

Zdziwiony chłop spojrzał na lśniący łańcuch i chociaż miał na niego ochotę, nie mógł się 

jakoś przełamać.  

 

– Nie szkoda go wam?  

 

– Mam drugi – usłyszał w odpowiedzi.  

 

– A na czym powiedziecie krowę?  

 

– Na powrozie.  

 

Obcy  pokazał  powróz.  Chociaż  chłop  czuł  się  nieswojo,  odpiął  łańcuch  i  nagle 

zapominając  o  celu  swojej  wędrówki,  pobiegł  z  powrotem  do  chałupy.  Zdyszany  wpadł  na 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 68 - 

podwórko,  otworzył  drzwi  i  kiedy  chciał  cisnąć  łańcuch  na  ławę,  zobaczył  w  garści  żonin 

różaniec!  

 

Czarny (bo to on był we własnej osobie) zawitał do grzesznej karczmy i sprawił, że wraz 

z  bezwstydnikami  zapadła  się  pod  ziemię.  Nie  mógł  jednak  do  piekielnej  otchłani  zabrać  z 

pijaczką  różańca.  Dlatego  przemienił  ją  w  krowę  i  wypędził  na  drogę,  gdzie  zaczekał  na 

chłopa, by podstępem pozbyć się poświęconego przedmiotu.  

 

*** 

 

 

– 

Tyle mi opowiadali – zakończył grabarz. – Więcej o Krzywym Moście nie wiem. Ale 

może, chodząc od chałupy do chałupy, coś jeszcze usłyszycie. 

 

– 

A na cmentarzu nie widujecie strachów? – zagadnął Dziad, przypatrując się żółtawym 

grudkom gliny zaschniętym na łopacie. – Nie boicie się kopać grobów?  

 

– 

Ja mogił nie bezczeszczę. A jeśli już coś wykopię: zbutwiały kawałek trumny, piszczel, 

albo – zniżył głos do szeptu – czaszkę, wkładam z powrotem do dziury… Z szacunkiem! A 

poza  tym  –  sięgnął  po  flaszkę  z  bimbrem  ukrytą  pod  kaftanem  i  pociągnąwszy  tęgo, 

dokończył: – Robota dobra. Nigdy jej nie ubędzie.  

 

– 

To prawda, ludzie zawsze będą umierać – Dziad, odmawiając trunku, którego grabarz 

nie skąpił, spojrzał na dwór. – A co z waszym dziedzicem? – przerwał chwilowe milczenie. 

 

– 

Słonko coraz wyżej, nie mam już czasu na gadki... – Grabarz wolno się podniósł. – Ale 

jeśli chcecie iść ze mną, to chodźcie. Opowiem wam więcej po drodze.   

 

W drodze ku drewnianemu kościołowi, którego ponad dwustuletnia wieża wznosiła się ku 

niebu, chłop zaczął opowiadać o miejscowej parafii powstałej za czasów świętej Kingi, ksieni 

starosądeckiego klasztoru, który ufundowała i w którym, jako wdowa po krakowskim księciu, 

dokonała cnotliwego żywota.  

 

– 

Wieś – objął gestem szeroką panoramę widoczną z kościelnego placu – jak mi dziadek 

nieboszczyk  nieraz  powiadali,  nadał  świętej  Kindze  jej  mąż,  książę  Bolesław,  ten  którego 

Wstydliwym nazywali. Mówią, że przyznał ją jako odszkodowanie za wiano zużyte na wojnę 

z Tatarami. Potem Kinga wieś zapisała klasztorowi i ten władał nią przez bez mała pięćset lat, 

aż do czasu Austriaków, którzy odebrali ziemię zakonom.  

 

– 

Lepiej się wam żyło za rządów klasztoru czy za austriackiego panowania?  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 69 - 

 

Zapytany nie potrafił odpowiedzieć na postawione pytanie. Jedna i druga władza minęły 

bowiem  bezpowrotnie.  Chociaż  starzy  ludzie,  wciąż  niezdolni  pojąć  osobliwych  wyroków 

historii, która po wielkiej wojnie powywracała do góry nogami boskie porządki, orzekliby z 

przekonaniem, że najlepiej wiodło się im za czasów Franciszka Józefa.  

 

–  Rządów  klasztoru  nie  pamiętam,  to  i  wam  o  nich  nie  opowiem...  –  zafrasował  się 

grabarz. – Chyba, żebyście tamtych… – wskazał na drewniane krzyże za cmentarnym murem 

– zapytali! 

 

– 

Ano,  tak  –  przytaknął  wędrownik,  kierując  się  za  przewodnikiem  i  zaprowadzony  ku 

grobowcowi dziedzica, przystanął z obnażoną głową przed kamiennym nagrobkiem. 

 

– 

Dziadek  nieraz  opowiadali,  jak  to  dawniej  bywało!  –  Chłop,  który  nic  osobliwego  w 

milczących kamieniach nie widział, obrócił się na pięcie i z łopatą na ramieniu skierował się 

między  mogiły  porośnięte  barwinkiem.  –  Rząd  oddał  wieś  w  dzierżawę  Węgrowi  ze 

Szczawnicy  –  kontynuował,  nie  upewniwszy  się  nawet  czy  Dziad  za  nim  idzie.  –  A  ten 

kaplicę grobową sobie wystawił – niedbałym gestem wskazał na pokrytą gontem niewielką, 

murowaną  kapliczkę.  –  Ale  w  niej  nie  spoczywa,  bo  ostatecznie  tutejszych  majątków  nie 

kupił.  Podobno  ziemie  te,  już  nie  klasztorne,  tylko  państwowe,  nie  przynosiły  dochodu  ani 

temu Węgrowi, ani panom z Wiednia, więc sprzedali folwarki kupcowi z Nowego Sącza.  

 

– 

I to był wasz dziedzic?  

 

– 

Gdzie tam!   

 

*** 

 

 

Opowiadał  mu  dziadek,  który  służył  za  fornala  we  dworze,  że  ów  kupiec  z  Sącza  był 

teściem przyszłego dziedzica i okoliczne dobra oddał w posagu córce, którą poślubił bywały 

w świecie oraz wykształcony szlachcic

25

.  

 

Zielona dolina od razu przypadła mu do gustu i gdy do niej zjechał dla obejrzenia stanu 

majątków,  postanowił  osiąść  na  stałe  w  tutejszym  folwarku,  w  którym  wcześniej  Austriacy 

stworzyli centrum administracyjne dla ościennych wiosek. W ten sposób pojawił się we wsi 

dziedzic – nowość dotąd nieznana.  

                                                 

25

 

 Zob. wcześniej.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 70 - 

 

Takie  sąsiedztwo  budziło  początkowo  sporo  zastrzeżeń.  Czas  jednak  pokazał,  że 

szlachcic niegłupio zarządza swoimi dobrami i tutejsi chłopi zaczęli darzyć  go szacunkiem. 

Ale  dziedzic  nie  tylko  gospodarnością  zasłynął  wśród  mieszkańców  doliny.  Okazał  się  też 

sprawiedliwy i mądry – tą zwyczajną, ludzką mądrością, która współgrała z wiedzą nabytą na 

wiedeńskim  uniwersytecie,  gdzie  skończył  prawnicze  studia.  Znał  się  na  rozmaitych 

przepisach,  których  pojąć  nie  umieli  nawet  najmędrsi  wieśniacy,  do  swojej  biblioteki 

sprowadzał grube księgi, drukowane w obcych językach i nocami czytywał, a dworska służba 

rozpowiadała,  jak  powiat  długi  i  szeroki,  że  sam  wiele  mądrych  memoriałów  i  rozpraw 

napisał, że za przekłady poezji się brał i nieraz z pamięci piękne wersy cytował. Ale to nie 

wszystko,  bo  zaraz,  jak  tylko  sprowadził  się  ze  świata,  kazał  obok  starego,  drewnianego 

dworu,  wystawić  murowany  pałacyk  na  najnowszą  modłę.  Dbał  też  o  dobre  stosunki  z 

chłopami, za co bardzo go szanowali, a potem szanować mieli za to jeszcze, że po urzędach 

za  nimi  stawał,  o  szkoły  się  troszczył  i  w  założonych  przez  siebie  papierniach,  tartakach  i 

kuźnicach żelaza dawał robotę bezrolnym.  

 

Nic dziwnego zatem, że za czasów rabacji tutejsi chłopi, raczej obojętnie ustosunkowani 

do  strasznych  wydarzeń  rozgrywających  się  na  krakowskiej  ziemi,  ani  nie  pisali  na  niego 

donosów  do  cyrkułu,  ani  nie  myśleli  szturmować  dworu.  Zaś  kiedy  od  zachodu  nadeszła 

banda,  napadająca  na  domostwa  szlachty,  pobiegli  do  granic  wsi  z  widłami,  z  grabiami,  z 

kamieniami i obronili dziedzica, za to im wdzięczny panisko nadał wolnicę, tj. w każdy piątek 

pozwolił  wycinać  ze  swojego  lasu  drzewa  na  opał.  Jeżdżą  więc  chłopi  do  tych 

podziedzicowych lasów po tej pory, a i mieszkańcom sąsiedniej wioski ciągle mają za złe, że 

chcieli piłą przerżnąć ich dziedzica. 

 

– 

Tak  było!  –  Grabarz  poniechał  kopania  i  wsparty  na  trzonku  łopaty  powiódł 

niewidzącym  wzrokiem  po  ścianach  kościoła  sczerniałych  od  deszczy,  po  brzezinowych 

krzyżach wieńczących mogiły i konarach jesionów z wronimi gniazdami. – Tak! – powtórzył, 

aby zaraz dodać, że dobrze żyło się ludziom za czasów rozumnego pana, który czterdzieści lat 

we  wsi  mieszkał,  z  prostaczkami  przestając  po  sąsiedzku,  a  z  proboszczem  i  z  okoliczną 

szlachtą  po  przyjacielsku.  Kiedy  umarł,  wraz  z  nim  odeszły  spokój  i  dobrobyt.  A  gdy 

owdowiała małżonka majątki sprzedała i przeniosła się do Krakowa, rozsypało się  w proch 

dziedzicowe  królestwo!  Rozmaici  oszuści  do  cna  wszystko  rozgrabili.  Poniszczyli  lasy. 

Doprowadzili do bankructwa inwestycje nieboszczyka i w ten sposób czasy zwane „złotym 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 71 - 

wiekiem”  wsi  odeszły  w  przeszłość,  ustępując  miejsca  ponuremu  okresowi,  który  teraz,  po 

wielkiej  wojnie,  po  okresie  głodu  i  epidemii  hiszpanki  wypadałoby  ochrzcić  mianem 

„czarnego”. 

 

*** 

 

 

Zasępił  się  opowiadacz.  I  zamyślił  się  również  wędrowiec.  Pierwszy  z  głośnym 

westchnieniem  usiadł  na  kupce  gliniastej  ziemi  wybranej  z  mogiły  i  pociągnął  tęgi  łyk 

bimbru.  Drugi  zaś  obejrzał  się  smętnie  na  odbijający  promienie  słoneczne  płat  blachy  na 

kościelnym dachu i na skłębione obłoki.  

 

– 

Dzisiaj nie ma ani dziedzica, ani cesarza – szepnął grabarz, przyglądając się kawałkowi 

szmaty  sterczącej  spomiędzy  grudek  ziemi.  –  Jakby  mój  świętej  pamięci  dziadek  wstał  z 

grobu i zobaczył co się we wsi dzieje, to zaraz złapałby się za głowę i z powrotem wrócił do 

ziemi… Nowe porządki nastają, a żadnego ładu nie widać. Tfu! – splunął pod nogi. – Polskie 

rządy zakładają, jak to ksiądz nieraz zwykł na kazaniu opowiadać, niby nasze, narodowe. Ale 

na  mój  chłopski  rozum  żadna  różnica,  kto  te  rządy  nad  nami  sprawuje,  skoro  ja  ani  po 

austriacku, ani po pańsku gadać nie potrafię. Bo wiecie, ja tylko po naszemu gadam, tak jak 

się z dawien dawna we wsi gadywało. I nie jestem jedyny, bo po pańsku mało kto rozumie! 

Chyba,  że  ksiądz  albo  nauczyciel  ze  szkoły.  –  Przesunął  dłonią  po  siwych  włosach.  – 

Chodziłem i ja do szkoły, chodziłem przez trzy lata, ale jedno co mi z tego zostało, to tyle, że 

się  sam  podpiszę  –  mruknął.  –  Bo  wiecie,  od  małego  trzeba  było  iść  do  ludzi,  na  służbę: 

najpierw za prosiętami latać, potem za krowami, w końcu pójść do cięższych robót, a teraz, 

ż

eby było co do gęby włożyć, nająć się za grabarza. I gadam wam, że biedakowi zawsze wiatr 

wieje w oczy i jak mu było źle za Austriaków, tak i nie lepiej będzie za polskiego rządu.  

 

– Ś

więta prawda – zgodził się wędrowiec. – Ale miejmy nadzieję, że ku lepszemu idzie.  

 

– 

No,  nie  wiem…  –  Grabarz  powątpiewająco  pokręcił  głową.  –  Wielu  zmarło  z  głodu, 

inni  zginęli  od  morowego  powietrza,  a  jeszcze  inni  nie  wrócili  z  wojny.  Wiem  o  tym 

najlepiej, bo kto, jeśli nie grabarz, najwięcej wiedzieć może o umrzykach?  

 

– Rzeczywiście, wojna i hiszpanka dużej szkody narobiły – potwierdził Dziad. 

 

–  Kiedy  się  po  wsi  przejdziecie,  zobaczycie  jaka  u  nas  nędza!  Dawniej  tylko  na 

przednówki  narzekano,  ale  teraz  taki  mokry  rok  był,  że  trzeba  było  ziemniaki  trzymać  na 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 72 - 

klepisku w stodole, żeby obeschły i nie zgniły w zimie, a potem suche znosić do piwnicy. A 

kiedy  przyszło  morowe  powietrze,  najpierw  cholera,  a  potem  hiszpanka,  ludzie  hurtem 

wymierali.  Grzebaliśmy  ich  nie  tutaj,  tylko  na  cholernym  cmentarzu!  Dzisiaj  żywi  – 

kontynuował  –  boją  się  tamtego  miejsca  i  omijają  po  nocach.  Ale  i  tu  po  ciemku  nie 

zachodzą… – Obejrzał się na groby, na których wieśniacy nieraz widywali o północy tajemni-

cze cienie. 

 

Zaiste! Zgodnie z odwiecznym zwyczajem lepiej było zakazaną porą nie zachodzić tam, 

gdzie  świat  żywych  ociera  się  o  tę  ciemną  stronę,  po  której  tłoczą  się  pokutujące  duchy, 

czasem  popłakujące  u  stóp  brzezinowych  krzyży,  a  czasem  z  szyderczym  chichotem 

dokuczające bogobojnym śmiertelnikom. Rozmaite są bowiem duszyce, których święty Piotr 

nie wpuścił do nieba, jako że rozmaitymi ludźmi były za żywota. Spośród nich najgorsze są 

dusze  samobójców,  których  sam  Czarny  namawia  do  zbrodni  przeciwko  sobie.  Dlatego 

desperatów, którzy targnęli się na własne życie, nigdy nie chowało się w poświęconej ziemi. 

Nie  przysługiwał  im  też  orszak  pogrzebowy  z  księdzem  oraz  chorągwiami  w  żałobnych 

barwach  i zamiast ku cmentarzowi, wiozło się wisielca na obrzeża wsi, wysoko w góry, do 

miejsca nazwanego przez przodków: Zabite. Zwykle pod osłoną nocy ładowano przeklętego 

nieboszczyka  na  wóz  przeznaczony  do  wyrzucenia  i  gnano  co  koń  wskoczy,  aby  jak 

najszybciej spełnić przykry obowiązek. Na miejscu zaś wybierano jakiekolwiek miejsce i w 

ś

wietle pochodni, a później naftowych lamp, z pacierzem na ustach kopano mogiłę, lękliwie 

oglądając się na olszyny, wśród których snuły się korowody pochowanych obok potępieńców.  

 

A było się czego bać! Wieśniacy nieraz widywali w pobliżu łkające straszydła  lub wycią-

gające  ręce  ku  zabłąkanym  tam  przypadkiem  śmiertelnikom,  którzy  nie  wdając  się  w 

konszachty z nieczystymi siłami, uciekali do wsi i nigdy nie tykali porzucanych wozów, na 

których  wieziono  ciała  samobójców  i  których  wedle  zwyczaju  nie  przyprowadzano  z 

powrotem do zagrody. Tak więc próchniały, zarośnięte zielskiem.  

 

– 

Tak było! – Grabarz skończył mówić o widziadłach i skrobnąwszy łopatą o zmurszałe 

wieko trumny, do której się dokopał, wyszedł z wygrzebanej dziury. – Starczy – uznał i po 

zmówieniu pacierza w intencji dusz zmarłych, skierował się na ścieżkę wydeptaną pomiędzy 

grobami. – Zostańcie z Bogiem – przy bramie cmentarza pożegnał przypadkowego słuchacza.  

 

Dziad  odprowadził  go  spojrzeniem  i  oglądając  się  na  przykościelny  cmentarz,  zadumał 

się nad przeszłością doliny, w której ludzie od wieków przestawali z rozmaitymi strachami. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 73 - 

O potomkach fartownego przybłędy 

 

 

Przy  kościelnych  drzwiach  żebrał  Dziad  z  kulawą  nogą,  wyciągając  dłonie  w  kierunku 

parafian wychodzących  z pachnącej kadzidłem świątyni. Do leżącego na ziemi spłowiałego 

kapelusza  z  rzadka  jednak  wpadały  krążki  drobnych  monet,  bo  ostatnimi  laty  zbiednieli 

mieszkańcy doliny. I jakby na domiar złego – dowiedział się niedawno – Biała wślizgnęła się 

do wsi pod rękę z przywleczoną ze świata Hiszpanką, która wpełzała do zagród po upatrzone 

dusze. Zazdrosna o żniwo wojny, a może pragnąc zwieńczyć jej okrutne dzieło, namnożyła 

wdów, sierot i nędzarzy, a potem odleciała z korowodem duszyczek i zasępioną Białą, której 

ż

al się zrobiło zlęknionych śmiertelników. 

 

Dziad  powiódł  wzrokiem  po  sylwetkach  parafian,  którzy  nie  stanęli  na  przykościelnym 

placu na coniedzielne pogwarki, wytrząsnął z kapelusza kilka monet i spoglądając na księdza 

idącego ku plebanii, ścisnął swój kostur i pokuśtykał przed siebie. 

 

Do  części  wsi  zwanej  Górną  z  rzadka  kiedyś  zachodził,  ale  teraz,  gdy  napatrzył  się 

dramatom  w  Dolnej,  stąpając  z  nogi  na  nogę  podążył  w  poszukiwaniu  choć  trochę 

szczęśliwych  ludzi  i  dziwnym  trafem  zaszedł  do  dużej  chałupy,  gdzie  właśnie  świętowano 

gody.  

 

Zaproszony  w  gościnę  i  uraczony  kołaczem,  usiadł  przy  piecu.  Stamtąd,  nie  wadząc 

nikomu, miał sposobność napatrzyć się weselnikom. Gościom i młodej parze: Wojciechowi, 

który wrócił z wojny i Zośce. Pijąc zsiadłe mleko nalane przez dziewkę służebną, zasłuchał 

się  w  gawędy,  z  których  najbardziej  zapadła  mu  w  pamięć  opowieść  pana  młodego  o 

krymskiej niewoli. 

 

Wojciech,  powołany  przez  Austriaków  do  armii,  nie  nawojował  się  wiele,  bo  już  po 

pierwszej potyczce został rosyjskim jeńcem. Wywieziony na Krym i skierowany do pracy u 

miejscowego rolnika, miał sposobność napatrzeć się cudom obcej przyrody, żyznym ziemiom 

rodzącym  łany  zbóż  ciężkie  od  kłosów  oraz  osobliwym  zwyczajom  wyznawców  Allacha, 

których religijności nadal nie mógł się nadziwić. 

 

–  Gadają,  że  poganie  –  mówił  weselnikom  –  a  modlą  się  częściej  niż  katolicy.  O 

wschodzie i o zachodzie słonka każdą robotę zostawią i kłaniają się Allachowi! 

 

– A ta ziemia, Wojciechu? Nie taka, jak nasza?  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 74 - 

 

– Rzeczywiście nie taka! Ciemna! I kamieni, jak u nas, nie zobaczysz… A jakie zboża na 

niej wyrastają! – Nie dając się prosić, zaczął opowiadać, że nieraz kosił gęste łany, a potem 

młócił i mełł w żarnach pszenicę na mąkę, z której kobiety wypiekały bochny chleba o białym 

miąższu, jakie w rodzinnej chałupie zwykło się jadać od święta. – Nie to, co u nas… 

 

Cofnął  się  myślami  do  lat  krymskiej  niewoli,  na  którą  nie  miał  powodu  się  skarżyć. 

Głodu  tam  nie  zaznał,  razów  na  plecach  nie  poczuł,  ciężej  niż  na  własnej  roli  nie  musiał 

pracować. Z miejscowymi umiał się dogadać, odkąd wyuczył się podstaw ruskiego języka. I 

pewnie,  gdyby  nie  tęsknota  za  ojcowizną,  nie  wypatrywałby  niecierpliwie  zakończenia 

wojny.  

 

–  Boże!  –  westchnął,  wspominając  dzień  powrotu,  gdy  z  ciężkim  sercem  patrzył  na 

zaniedbane zagony i myślał o koniach skonfiskowanych przez austriacką armię. Początkowo 

chciał siąść i zapłakać, ale nie wypadało przecież użalać się nad sobą, gdy innym było jeszcze 

ciężej,  więc  zaczął  dźwigać  gospodarstwo  z  upadku.  Napracował  się  niemało  z  najętym  do 

pracy parobkiem i dopiero po kilku latach okiełznał wyjałowioną ziemię. A kiedy przywrócił 

porządek na roli, przyjrzał się zaniedbanemu obejściu oddanemu w zarząd dziewce służebnej, 

gdy opiekująca się nim dotąd siostra wróciła do męża i z przerażeniem złapał się za głowę. Na 

gwałt potrzebował gospodyni. Zaczął więc rozglądać się za właściwą kandydatką. Taką, która 

spodobałaby się mu zarówno z urody, jak i z pochodzenia. Kiedy w sąsiedztwie, a potem i w 

Górnej  Wsi,  takiej  nie  znalazł,  znajomi  naraili  mu  pannę  z  Dolnej,  od  Mikołajczyków. 

Zaciekawiło  go  ich  gadanie,  ale  chciał,  żeby  dziewka  choć  trochę  mu  się  spodobała,  bo 

przecież był niczego sobie kawalerem. Przyglądnąć się jej musiał na najbliżej mszy.  

 

Dobrze  jej  z  oczu  patrzyło,  a  do  tego  była  rumiana  i  krzepka,  więc  zaraz  z  wieczora 

przygotował  flaszkę  przedniej  wódki  i  pojechał  ze  swatem  do  Dolnej  Wsi,  dogadać  się  z 

przyszłymi  teściami.  Od  razu  przypadł  im  do  gustu,  bo  choć  młody,  był  poważanym 

gospodarzem.  Krewni,  u  których  wypytywali  o  Wojciecha,  też  mówili,  że  jest  pracowity, 

spokojnego charakteru, nie zagląda do kieliszka, no i sam gospodarzy od śmierci rodziców, 

wobec  czego dziewczyna nie będzie miała na karku ani teściowej, ani ciżby szwagrów, jak 

bywa w większości zagród. Poszeptali między sobą, poszeptali i w końcu przystali na zięcia. 

Tak doszło do wesela, z którego i Dziad uszczknął trochę jadła. 

 

Jednakże  po  prawdzie  –  ale  o  tym  wędrowiec  dowiedział  się  później  od  sąsiadów  – 

osobliwe było pochodzenie pana młodego, a on sam był jedynym w całej dolinie, który nosił 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 75 - 

obco brzmiące nazwisko. Takich na przykład Mikołajczyków, Faronów, Kuźlów czy Świnkó, 

wywodzących  się  od  potomków  pierwszych  osadników,  żyło  we  wsi  niemało.  Jedni  byli 

bogaci, inni od pokoleń obrabiali marny kawałeczek gruntu, zaś jeszcze inni wegetowali pod 

cudzym dachem, ale wszystkich łączyły bliższe lub dalsze więzy pokrewieństwa.  

 

*** 

 

 

Rozumny  dziadzisko,  łącząc  w  całość  urywki  opowiastek  o  niejasnej  przeszłości 

Wojciechowych  przodków,  szybko  zaczął  nucić  balladę  o  fartownym  przybłędzie  i  jego 

potomkach.  

 

Przybłędzie, ponieważ przybłędą miejscowi zwykli nazywać każdego, kto wywodził się 

spoza  ich  kręgu,  kogo  niezbadane  losy  przygnały  w  ich  strony  i  o  kim  zazwyczaj  niewiele 

umieli  powiedzieć.  Takim  człowiekiem  był  właśnie  nieżyjący  już  ojciec  Wojciecha  –  Jan, 

który  dawno  temu  zjechał  do  wsi  na  ukwieconym  wozie.  Nie  dla  niego  jednak  ustrojono 

turkoczące fury i nie dla niego kapela grała podniosłe hymny, lecz – dla nowego proboszcza, 

któremu bogobojni chłopi zgotowali radosne przyjęcie. W każdym razie, jako ledwie odrosły 

od  ziemi  chłopaczek,  przejechał  przez  wieś  w  takt  góralskiej  muzyki,  po  prawicy  mając 

starszawego księdza, a po lewicy matkę, która służyła duchownemu za gosposię.  

 

Oczy ludzi od razu spoczęły na paradnym wozie, a potem świdrowały ściany plebanii i 

rozmaicie zaczęto gadać na temat poufałości proboszcza z młodą gospodynią. Podejrzany też 

wydawał  się  im  stosunek  księdza  do  Jasia,  któremu  okazywał  niezwykłą  życzliwość,  uczył  

czytania i pisania oraz obdarzał cukierkami ze sklepu u Żyda. Lecz, że z natury ludzie gotowi 

widzieć u innych najgorsze rzeczy, tylko nielicznym przyszło do głowy, że duchowny mógł 

po prostu przygarnąć pod dach bezdomną dziewczynę. 

 

Jak  było  naprawdę?  Sąsiedzi,  pytani  przez  Dziada,  nie  mieli  pojęcia.  Zresztą  Jaś  także 

mało wiedział o swym pochodzeniu. Gdy mieszkał z matką był za mały, żeby czegokolwiek 

dociekać. Zaś kiedy podrósł na tyle, by choć trochę zrozumieć, dawno odeszła z doliny. Lecz 

zanim na zawsze stracił ją z oczu i zanim pomarło się proboszczowi, spokojnie żył sobie w 

przestronnej plebanii. Dzieckiem był i niewiele rozumiał z tego, co się wokół dzieje, więc nie  

miało  powodu  do  zmartwień.  A  kiedy  pewnej  wiosny  pod  uchylonym  oknem  przystanęła 

Biała i spojrzała nań smutkiem pustych oczysków, uśmiechnął się do niej naiwnie. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 76 - 

 

Chciał nawet z nią mówić, ale gdy położyła palec na swych bladych ustach, dając znak by 

milczał,  poważnie  skinął  głową  i  grzecznie  usłuchał.  Uśmiechnęła  się  nieszczerym, 

niewidzialnym  uśmiechem,  odwróciła  się  i  odeszła  powoli  do  sadu,  pomiędzy  skarlałe 

jabłonie  obsypane  kwieciem.  Wsparła  się  ciężko  o  schłostany  wiatrami  pień  najstarszej  z 

nich, zdjęła z ramienia ciężką kosę, wyjęła zza pazuchy podłużną osełkę, na którą splunęła i 

zaczęła krzepko ostrzyć stępiałe żelazo. Przyglądał się jej z uwagą i nie zdziwił się, kiedy po 

wieczerzy stanęła u wezgłowia proboszczowego łóżka. Wlazł na poduszkę, aby dosięgnąć jej 

bladej twarzy omotanej prześwitującą chustką, ale pogroziła paluchem, mówiąc, że na niego 

jeszcze nie pora, że przyjdzie za pół wieku, i kazała się cofnąć. Usłuchał i przymknął powieki, 

na których położyła zimne łapsko. Nie chciała, by widział, jak będzie odcinała proboszczowi 

głowę.  

 

Przed  świtem  rozbudził  się  w  pościeli  i  przecierając  oczy,  spojrzał  na  stygnące  ciało 

dobrodzieja. 

 

–  Księże  jegomościu!  Księże  jegomościu!  –  niespokojnie  szarpnął  nieboszczyka.  – 

Obudźcie  się!  –  Najpierw  szeptał,  potem  prosił,  a  na  końcu  zaczął  krzyczeć,  bo  ksiądz  nie 

otworzył zaciśniętych powiek. – Mama! Mama! – Zanosząc się łkaniem popędził do matki. 

Próbował wyjaśnić, że całą noc gadał z Białą, ale mówił tak bezładnie, że nie zrozumiała albo 

mu nie uwierzyła. A kiedy dotarło do niej, że dobrodziej umarł, z lamentem nachyliła się nad 

jego stygnącym ciałem.  

 

Po  pogrzebie  miłosiernego  księdza  do  parafii  zjechał  nowy  proboszcz,  który  najął  inną 

gospodynię i dla Jaśkowej matki zabrakło miejsca w plebanii. Spakowała skromny dobytek 

do  węzełka,  wzięła  dziecko  za  rękę  i  poszła  szukać  służby.  Nie  było  jej  łatwo,  bo  nikt  nie 

chciał  hodować  za  darmo  dzieciaka,  który  ledwie  od  ziemi  odrósł  i  nie  był  zdatny  ani  do 

pasania  gęsi,  ani  do  pilnowania  prosiąt.  A  jedna  gaździna  powiedziała  bez  ogródek,  że  nie 

myśli trzymać pod dachem małego, o którym plotkowano, że jest proboszczowy. 

 

– Z tego jaka kara boska będzie! – wrzasnęła. – Nie chcę, żeby piorun w moją chałupę 

strzelił  albo  co  innego!  Tfu!  –  splunęła  pod  nogi.  –  Boga  się  nie  boi,  z  tym  wyklętym 

bachorem po wsi się przechadza! Latawica jedna! Wynocha! Wynoś się tam, skąd cię diabli 

przygnali! – Krzyczała nieświadoma, że nadaremno wzywając Bożego imienia, doprasza się 

gromu, który kilka lat później spalił jej obejście.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 77 - 

 

Odegnana od progu dziewczyna uciekła, popłakując i tuląc do piersi Jasia, schowała się w 

cieniu kapliczki. 

 

–  Co  wam  to?  –  Stary  chłop,  którego  nie  spostrzegła  przez  łzy,  zgramolił  się  z  wozu  i 

podparty na kiju podszedł ku kapliczce. – Co wam to? – powtórzył. 

 

– Służby znaleźć nie mogę – odparła, ocierając oczy. 

 

– Wyście na plebanii służyli! 

 

– Tak, u nieboszczyka dobrodzieja… 

 

– Nowy proboszcz nie zostawił was we służbie? 

 

– Nie chciał – załkała spazmatycznie. – A ja, odkąd brakło dobrodzieja, nie wiem co ze 

sobą począć… Do każdej roboty się najmę, do każdej! – łkała coraz głośniej. – Gospodarze 

nie chcą do służby przyjąć… Jedni mówią, że my przybłędy i nie wiadomo, czy jakiego zła ze 

ś

wiata nie wleczemy, a drudzy że… że kara boska… na… nas przyjdzie! Że grzechy… że…  

 

– Cicho panna, cicho – mruknął, głaszcząc ją po głowie. – Ludzie lubują się w bajkach. 

Gąb im nie zamkniesz. 

 

– A… wy? – spytała z wahaniem. 

 

– Co, ja? 

 

– Wy się nie lubujecie? 

 

–  Za  stary  jestem  na  to  –  uśmiechnął  się,  ukazując  resztki  zębów.  –  A  to  kto?  – 

zainteresował się Jasiem, układającym pod kapliczką przyniesione z drogi kamienie. 

 

– Mój syn, Jasiek – odparła, podnosząc się z wolna. – Jakby nie on, to wnet bym służbę 

znalazła, ale – z żalem spojrzała na malca – przecież go nie utopię, jak jakiegoś kocura! 

 

–  Co  gadasz,  dziewucha!  –  obruszył  się  staruszek,  niezdolny  oderwać  oczu  wpierw  od 

wizerunku  Matki  Boskiej,  która  stała  pod  drewnianym  daszkiem  w  powodzi  więdnących 

niezapominajek, a potem od chłopca, który od razu przypadł mu do serca. – Siadaj na furę – 

szepnął zachęcająco. – Mojej babie zdasz się do pomocy.  

 

– Gadacie? – Ucieszona porwała pod pachę Jaśka i wgramoliła się na furę, która zaraz po-

toczyła się do Górnej Wsi. – Mój chłopak nie będzie wam wadził? – upewniała się w drodze, 

ś

ciskając małego tak mocno, że chwilami dech tracił.  

 

–  Nie  mamy  z  babą  dzieci  –  odparł  starzec  po  namyśle.  –  Zawsze  nam  było  tęskno  za 

nimi – pogłaskał rozwianą Jasiową czuprynę. – To i nie będzie wadził. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 78 - 

 

Chłop, który  udzielił wsparcia bezdomnej dziewczynie i któremu Jaś  głęboko zapadł w 

serce, okazał się być Marcinem, poważanym we wsi gospodarzem. A że oboje z babą mieli 

dobre serca, nieźle wiodło się pod ich dachem przybłędom ze świata. Jednak, odkąd zabrakło 

księdza, Jasiowa matka nie chciała mieszkać w dolinie. Być może męczyły ją złośliwe plotki, 

a może tęskniła za kimś w rodzinnych stronach. Gospodarze zaraz spostrzegli, że dzieje się z 

nią  coś  niedobrego,  bo  marniała  w  oczach.  Najlepszego  nawet  jadła  nie  chciała  tykać,  nad 

każdą robotą zamyślała się tak głęboko, że ze trzy razy trzeba było jedno i to samo powtarzać, 

ż

eby  dosłyszała  i  nieustannie  szlochała  po  nocach.  Nie  rozumieli  jej  ani  gazdowie,  ani 

dziewki służebne, ani parobek, któremu wpadła w oko.  I  choć nieraz próbowali wypytać w 

czym rzecz, milczała uparcie.  

 

–  O  Jezu!  –  Odwracała  do  okna  twarz  i  wzdychając,  wyglądała  przez  pomalowane 

mrozem szyby na półsenny sad, otulony grubą warstwą śniegu. 

 

– Do cna zmarnieje – martwiła się gaździna, niezdolna zaradzić zgryzocie służącej, która 

na wiosnę nabrała gorączkowych rumieńców i zaczęła dopominać się o zapłatę za służbę. 

 

– Źle ci u nas było? – zdziwił się gospodarz. 

 

–  Dobrze,  gazdo  –  spuściła  oczy  i  po  zastanowieniu  odrzekła  półszeptem:  –  Nigdy  na 

służbę u was narzekać nie będę, ale straciłam serce do tutejszych ludzi, kiedy brakło księdza 

dobrodzieja.  

 

–  U  nas  w  chałupie  miejsca  dosyć!  –  oburzył  się.  –  Wprawdzie  to  nie  przestronna 

plebania, ale nie masz na co narzekać! 

 

– Na was i na waszą chałupę nie narzekam – zapewniła. – Tylko…  

 

–  Masz  do  kogo  wrócić?  Masz  krewnych?  –  złagodniał,  widząc  popłoch  w  jej 

rozgorączkowanych  oczach.  –  Gdzie  pójdziesz?  –  wypytywał  po  trosze  z  ciekawości,  a  po 

trosze z troski.   

 

– W świat pójdę. Tam służby poszukam.  

 

– W świat? To nie lepiej zostać tutaj? Z nami? 

 

– Wolę… w świat! 

 

– W świat? – spytał podejrzliwie. 

 

– W świat! – powtórzyła z uporem.  

 

–  Skoro  taka  twoja  wola  –  wzruszył  ramionami,  widząc,  że  ani  jej  nie  przekona  po 

dobroci, ani nie zatrzyma siłą. – Niech i tak będzie! Tylko… – wyjąkał błagalnie – Zostawże 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 79 - 

nam  Jasia!  Dzieci  nie  mamy,  to  jak  swojego  wychowamy.  A  i  tobie  łatwiej  będzie  służbę 

znaleźć, gdy bez dziecka pójdziesz… 

 

Spełniła  prośbę  gospodarza  i  tak  oto  Jaś  został  u  zamożnych  gospodarzy,  którzy 

wychowali go niczym własne dziecko.   

 

*** 

 

 

Dziad zamyślił się nad niezwykłymi splotami wypadków, które sprawiły, że w chałupie 

po  dawnym  rodzie  na  dobre  zadomowił  się  przybłęda  ze  świata,  którego  syn  –  Wojciech 

ożenił się z panną ze starego rodu. I od tej pory, ilekroć zdarzyło się mu gościć we wsi, nieraz 

zachodził  do  chałupy,  w  której  dobrze  się  działo  przez  długie  lata.  Nieraz  pogadał  z 

gospodarzem  o  życiu,  o  robocie  czy  nowinach  ze  świata,  a  czasem  posłuchał  o  wojennych 

latach, krymskiej niewoli i o przybranych dziadkach.  

 

Pierwsze Wojciechowe  wspomnienie dotyczyło  starego Marcina: pamiętał, że zabawę z 

kociętami przerwał mu wówczas szmer ludzkiego szeptu: 

 

– Pójdźże Wojtuś, nabij mi fajkę.  

 

– Już idę, dziadulu! – Podbiegł do starego gazdy, grzejącego się przy piecu. Wdrapał się 

na  ławę.  Wziął  z  dziadkowej  dłoni  tytoń  i  majdając  nogami,  z  przejęcia  wystawił  z 

rozdziawionych ust koniuszek języka i z nabożną czcią nabił fajkę. 

 

Drugie  natomiast  było  związane  z  babką,  która  od  jakiegoś  czasu  nie  podnosiła  się  z 

pościeli.  Bawił  się  wtedy  pod  jej  czujnym  okiem,  bo  matka  poszła  do  obory  i  biegając  po 

izbie  z  jarmarczną  zabawką,  wypatrzył  białego  królika  kicającego  od  progu  pod  babcyne 

łóżko.  

 

– Trusik! – Porzucił zabawkę i nie zważając na matkę, wracającą z podojonym mlekiem, 

ukląkł i wsunął się pod łóżko. – Truś! Truś! – wołał, macając podłogę, ale zwierzątka nie zna-

lazł. Zaniósł się łkaniem i trąc oczy ubrudzonymi rękami podszedł do skrzynki przy piecu, w 

której siedziała z młodymi bura królica. – Gdzie jest biały trusik? – podejrzliwie spojrzał na 

matkę. 

 

– Nie mamy białych trusików. Coś ci się przyśniło – odparła. 

 

– Trusik siedzi pod pościelą! – krzyknął z dziecinnym uporem. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 80 - 

 

– Pod pościelą? – Matka, którą tknęło złe przeczucie, podbiegła ku posłaniu staruszki i 

widząc, że kona zapaliła święconą gromnicę.  

 

Na pogrzebie powiadano zgodnie, że małemu Wojtkowi ukazała się śmierć pod postacią 

białego królika. Nigdy więcej jednak nie otrzymał podobnego znaku albo przegapił takowy, 

bo parę lat później zaskoczył go zgon obojga rodziców.  

 

Biała,  która  sumiennie  przestrzegała  wyznaczonych  przez  Boga  terminów,  dotrzymała 

słowa danego niegdyś małemu Jasiowi przy łóżku umierającego księdza i przyszła po Jana, 

kiedy  półwiecze  minęło.  Nie  pamiętał  już  tamtej  rozmowy,  ale  czuł,  że  powinien  się  

przygotować. Umył się, wystroił się w niedzielne odzienie i po powrocie od spowiedzi, siadł 

cicho  na  ganku.  A  kiedy  córki  zapytały  na  kogo  tak  czeka,  odparł,  że  wnet  odejdzie  tam, 

dokąd wzrok nie sięga i odpocznie sobie od pracy na roli. 

 

*** 

 

 

– Stare dzieje – zamyślony Wojciech zwrócił się do Dziada, z którym siedział na przyzbie 

i  powiódł  wzrokiem  po  drzewach  owocowych,  obsypanych  mrowiem  niedojrzałych  śliwek, 

czereśni i jabłek. – Nie mierzi was słuchanie? 

 

–  Ciekawym  takich  historii  –  odparł  wędrownik,  rozpinając  kapotę,  bo  mu  się  nagle 

okropnie gorąco zrobiło. – A zawsze lepiej posłuchać o dobrych, aniżeli o złych ludziach.  

 

– Co prawda, to prawda. 

 

– A i wasze historie weselsze, bo jakoś mniej od innych zrzędzicie.  

 

– Czemu miałbym zrzędzić? – zdziwił się Wojciech. – Odkąd wróciłem z wojny dobrze 

się  mi  wiedzie:  ziemię  udało  się  do  ładu  doprowadzić,  porządku  w  chałupie  baba  pilnuje  i 

dzieciaki zdrowe, więc Boga bym obraził narzekaniem.  

 

Dziad  rozejrzał  się  po  obejściu  i  stwierdził  ponownie,  że  nieodgadnione  są  koleje 

ludzkiego  losu.  Już  miał  się  pożegnać  i  odejść,  gdy  zza  płotu  wyłoniła  się  głowa  sąsiada, 

który  ciekaw  nowin,  dołączył  do  rozmowy.  Wygadany  był,  toteż  rozprawiali  do  zachodu 

słońca.  Głównie  o  nieszczęściach,  które  niedawno  nawiedziły  dolinę.  Bo  chociaż  po 

wojennych okropieństwach, po morowym powietrzu i klęsce głodu zdawało się, że wyschło 

ź

ródło  boskich  plag  zsyłanych  na  ludzkość,  pewnego  dnia  spadły  na  wieś  dwa  straszne 

ż

ywioły:  ogień  oraz  woda.  Pierwszy  pochłonął  dwustuletni  kościół,  z  którego  udało  się 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 81 - 

uratować  tylko  parę  świętych  obrazów,  a  drugi  zmiótł  domostwa  napotkane  po  drodze  i 

zniszczył przyszłe plony.  

 

Kiedy  wreszcie  umilkli,  posmutniały  wędrowiec  ciężko  dźwignął  się  z  przyzby.  Nie 

chcąc  przed  rozmówcami  zdradzać  niepokoju,  który  go  nagle  ogarnął,  postanowił  się 

pożegnać: 

 

– Zostańcie z Bogiem!  

 

Zarzucił  na  plecy  nieodłączny  worek  i  wspominając  dzień  Wojciechowego  wesela  oraz 

tygodni, podczas których napatrzył się zza opłotków jasnym głowom jego dzieci, pokuśtykał 

przed siebie.  

 

Na wieczerzę zaszedł do chałupy Jaśka, który z Pesztu wrócił, zaś na nocleg położył się 

pod stogiem siana. W nocy straszna gorączka trawiła jego wyczerpane ciało i nazajutrz, skoro 

ś

wit powędrował naprzeciw wschodzącemu słońcu.  

 

Jakoś nijak mu było, jakoś ciężko na sercu, więc mijając osiedle Mikołajczyków, ukląkł 

przed przydrożną kaplicą. Przykro mu było odchodzić z doliny, ale coś, czego dotąd nigdy nie 

doznał,  jakaś  tajemnicza  i  potężna  siła,  znów  gnała  go  do  świata.  Po  zmówieniu  pacierzy 

wstał i stękając boleśnie, przywdział kapelusz na głowę.   

 

*** 

  

 

Odszedł  i  długo  nie  wracał.  Dokąd  go  nieznane  losy  rzuciły,  nie  wiadomo.  Aż  razu 

pewnego,  po  latach,  po  strasznej  wojnie,  przywiało  go  z  powrotem.  Przywiało  zawodzące 

wietrzysko.  W  tej  samej  zszarzałej  kapocie.  Z  tym  samym  konopnym  workiem, 

przerzuconym przez ramię. W tym samym kapeluszu na głowie. I nawet z podobnym kostu-

rem  w  ręku.  Przywiało,  lecz…  jakoś  tak  łagodnie.  Bo  nie  targało,  jak  dawniej  skołtunionej 

brody,  nie  dokazywało,  kradnąc  z  włosów  oklapnięte  nakrycie.  I  obaj:  smutny  Dziad  z 

posępnym wiatre, siedli pod przydrożną kaplicą i zapłakali nad światem. Pierwszy – gorzkimi 

łzami,  a  drugi  –  kroplami  deszczu.  I  żaden  nie  zauważył  Białej  stojącej  przy  ołtarzu  z 

rozpaczą w pustych oczach. Oj, bo przeraziła się biedna, przelatując nad ziemią. Przeraziła się 

zgliszczy i setek bezimiennych mogił – okrutnego pokłosia wojny.  

 

Dziad  chuchnął  w  dłonie  i  poszedł  przez  kałuże  do  chałupy  Mikołajczyków,  żebrać  o 

jadło.  Przyjęła  go  gaździna,  od  której  się  dowiedział,  że  Zośka  wydana  za  Wojciecha, 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 82 - 

szykując  się  do  ucieczki  przed  Niemcami,  spadła  z  wysoka  i  nie  wstaje  z  pościeli  od 

urodzenia syna, którego zaraz trzeba było chować. 

 

Zaczęła się też żalić, że nie zna losu jednego z synów, który przed wojną okazyjnie kupił 

ziemię na Wołyniu i osiadł tam z rodziną. A potem opowiedziała, jak Niemcy nieraz szukali 

we wsi partyzantów. Że kiedyś na cmentarzu trzymali za zakładników wójta i sołtysów. Że 

pewnego  dnia  wywieźli  na  rozstrzelanie  proboszcza  z  grupką  ludzi.  I  że  omal  nie  puścili 

wioski z dymem. 

 

–  Bozicku!  –  Dziad  westchnął  i  na  klęczkach  odmówił  pacierze  za  duszami 

pomordowanych,  których  teraz  po  ziemi  wędrowały  całe  rzesze,  w  zdumieniu  patrząc  na 

smutnych śmiertelników. Bo tak nagle przyszło im schodzić ze świata, że jeszcze nie pojęły, 

iż mają zeń ulecieć. I nie wiedziały także, że łuna widoczna na niebie, to ścieżka prowadząca 

do bramy strzeżonej przez świętego Piotra, który mało teraz pilnował. Bo nawet jeśli za życia 

splamiły  się  jakimś  grzechem,  śmierć  nagła  i  męczeńska  zmyła  te  przewinienia.  I  tylko 

patrzył ze łzami na owe nieszczęsne tłumy, cisnące się w kolejce. 

 

Przesiedział  Dziad  u  Mikołajczyków  do  późnego  wieczora.  Niespokojnie  przespał  noc. 

Zaś nazajutrz, kiedy ustało zawodzenie wiatru, a słoneczne promienie osuszyły ziemię, wsiadł 

z gospodynią do bryczki i pojechał do Górnej Wsi, do Wojciechowej chałupy. 

 

Przekroczył próg i pochwaliwszy Boga, usiadł na ławie pod piecem, przy którym siedział 

w  czasie  Wojciechowego  wesela.  Z  wdzięcznością  przyjął  z  rąk  podrosłej  dziewczynki 

garnuszek z ugotowanym mlekiem, w którym pływały kawałki chleba, i wyjadając je łyżką, 

rozglądał  się  po  cichym  wnętrzu.  Nikt  –  ani  gospodarz,  ani  dzieci,  ani  służba  –  nie  śmiał 

głośniej pisnąć, aby nie zbudzić chorej, przy której siedziały dwie najmłodsze dziewczynki. 

 

– Julcia, Stasia! – Babka wyjęła zza pazuchy rogala. 

 

–  A  nam?  A  nam?  –  Obstąpiły  ją  zaraz  starsze  wnuczęta  żądające  łakoci,  którymi 

obdarzyła  je  hojnie  i  uściskawszy,  utkwiła  w  twarzy  milczącego  Wojciecha  pytające 

spojrzenie. Pokręcił głową bezradnie. Potem, oglądając się na skupioną przy oknie czwórkę 

dorosłych już dzieci, szepnął nieswoim głosem: 

 

– Żeby we wsi doktor był... 

 

Dziadowe  serce  krajało  się  z  żalu,  kiedy  patrzył  na  zmartwioną  ciżbę.  Ale  najbardziej 

szkoda było mu najmłodszych dziewczynek. Pod wpływem wzruszenia odłożył garnuszek na 

kuchenną  blachę  i  minąwszy  Białą  siedzącą  na  progu,  podszedł  ku  pościeli.  Chciał  małe 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 83 - 

przytulić,  jednak  zlękły  się  rozcapierzonych  rąk,  bo  wrzasnęły  społem,  obie  w  wielkiej 

trwodze i zanosząc się łkaniem, przylgnęły do matki, która na chwilę otworzyła oczy.  

 

– A idźże stąd dziadu! Nie strasz moich dzieci! – wyszeptała słabo.  

 

Cofnął się stropiony i wrócił na ławę, skąd mógł śledzić wzrokiem cichnące dziewczynki 

i gospodynię, której policzki krasił już śmiertelny rumieniec.  

 

Jeszcze  tego  wieczora  zobaczył,  jak  Zośka  wyściskała  wszystkie  dzieci  i  pożegnawszy 

Wojciecha,  poszła  z  Białą  pod  rękę  ku  niebieskiej  bramie,  zza  której  sterczało  szykowne 

brodzisko uśmiechniętego Piotra Apostoła.  

 

Roztkliwiony  losem  osieroconych  dzieci,  otarł  kułakiem  zapłakane  oczy  i  zwrócił  się  z 

milczącą  prośbą  do  Pana  Bozicka,  aby  zezwolił  mu  kiedyś,  w  swojej  łaskawości, 

dopowiedzieć dalszy ciąg niedokończonej ballady… 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 84 - 

O Hance, Janowej wychowanicy 

 

 

Przywędrował  do  doliny  Dziad  z  kulawą  nogą.  Okrutnie  zmarnowany,  przygięty  do 

ziemi, ze smutkiem w oczach. Wielu osób nie zastał po chałupach, bo jednym pomarło się ze 

starości albo i z choroby, a inni zginęli na wojnie. Przykro mu więc było zaglądać do zagród, 

a  kiedy  mijana  po  drodze  żydowska  karczma  spojrzała  nań  bezszybną  rozpaczą  okien,  nie 

zdołał  powstrzymać  łez.  Spragniony  i  głodny,  z  jękiem  przełknął  ich  potworną  gorycz,  i 

wsparty  na  kosturze  mozolnym  krokiem  poszedł  w  głąb  kotliny,  zobaczyć  jak  wiedzie  się 

znajomym.  

 

Na początek zaszedł do Jaśka, który kiedyś z zarobku w Peszcie wrócił. Wgramolił się do 

sieni,  zastukał  do  drzwi  i  słysząc  szmer  głosów,  z  wahaniem  nacisnął  ciężko  chodzącą 

klamkę.  Ledwo  przestąpił  próg,  a  ujrzał  Jana  kurzącego  fajkę  przy  nagrzanym  piecu  i  w 

niemym zmyśleniu patrzącego na Hankę. 

 

– Pochwalony… – Zrzucił z ramienia konopny worek. 

 

– Na wieki wieków. 

 

– Co słychać? – zagaił, siadając. – Dawno tu nie byłem. 

 

– I ja was dawno nie widziałem – odparł Jan, podnosząc do ust trzęsącą się dłoń z fajką. 

 

– Babinę gdzie macie?  

 

– Umarła przed wojną. 

 

– Panie świeć nad jej duszą… – Odwrócił od gospodarza stropione spojrzenie i zerknął na 

dziwnie umilkłą Hankę, która wyszywała kwiatowe motywy na paradnym gorsecie. – Pięknie 

wyszywacie  –  uznał,  przyglądając  się  jak  wybierała  barwne,  drobne  paciorki  z  koszyczka 

trzymanego na kolanach i nawleczone na mocną nitkę, przytwierdzała do czarnego aksamitu.  

 

–  Czy  ja  wiem?  Zwyczajnie!  –  Wzruszyła  ramionami,  chowając  pod  chustką  kosmyk 

siwych włosów. Zdziwił się ogromnie i raz po raz rzucając na trzydziestoparoletnią kobietę 

ukradkowe, acz uważne spojrzenia, spytał z chrypką w głosie: 

 

– Komu ten gorset wyszywacie? 

 

– Sobie – odparła, nie przejawiając chęci do dalszej rozmowy.  

 

– Sobie?  

 

– Ludziom też czasami wyszywam – odmruknęła szorstko, kiedy nie poniechał pytań – 

ale ten akurat szykuję dla siebie.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 85 - 

 

– Na jaką okazję? 

 

– Na wesele – wtrącił Jan, przesuwając dłonią po swej wyłysiałej głowie. – Przebierała w 

kawalerach i już się zdawało, że do końca życia starą panną zostanie… – Mruczał zrzędliwie, 

zdając się nie dostrzegać jej gniewnego wzroku, a gdy wyszła do komory po przechowywane 

tam jadło, poskarżył się: – Niedobrze się dzieje na gospodarce, jak nie ma chłopa do roboty. Z 

dawna  o  to  suszę  Hance  głowę,  ale  jej  do  żeniaczki  nigdy  pilno  nie  było.  Za  ziołami  po 

miedzach  latać,  za  grzybami  po  lesie  to  tak…  tak…  –  zasępił  się.  –  Człowiek,  choćby  i 

bardzo chciał, to przecież dawnych sił nie ma i nie może pracować jak za młodu. Oj, żal mi 

tego  dziewczyniska!  Haruje  i  na  swoim,  i  na  cudzych  gruntach,  bo  albo  za  konia,  albo  za 

pomoc przy robocie musi do ludzi na odrobek chadzać…  

 

– Nadal konia nie macie? 

 

– Ano, nie mam… A bez konika ciężko! Ale Hanka w końcu poszła po rozum do głowy i 

choć niemłoda, bierze się za żeniaczkę.  

 

– A któż jej się udał?  

 

–  Udał,  nie  udał…  –  Jan  wzruszył  ramionami.  –  Od  małego  się  znali…  Po  sąsiedzku 

mieszka. U Ambrożego za parobka służy. Syn po jego siostrze, niemowie Marynie. 

 

– Błazek? 

 

– Ano, Błazek – umilkł, bo wróciła Hanka z połówką żytniego bochenka i z garnuszkiem 

maślanki, w której pływały grudki masła.  

 

– Jedzcie – zwróciła się do gościa, kładąc poczęstunek na stole. 

 

– Bóg zapłać!  

 

Gość nie dał się prosić i z nabożną czcią zasiadł do posiłku. Przeżegnał się bez pośpiechu, 

krzyż  nad  bochenkiem  naznaczył  zanim  go  ukroił  i  z  szacunkiem  wsadził  do  ust  niewielki 

kawałek.  

 

– Ej, dziadku – Jan oderwał plecy od pieca i wyznał, spacerując: – Mało brakowało, a nie 

gadalibyśmy, jak dzisiaj gadamy.  

 

Początkowo – opowiadał, błądząc wzrokiem po obrazach – Niemcy trzymali się z dala od 

wsi  leżącej  poza  linią  frontów  i  zewsząd  otoczonej  lasami,  w  których  od  wybuchu  wojny 

gromadzili  się  partyzanci.  Wielu  chłopów,  którzy  chcieli  walczyć,  poszło  do  lasu.  Wnet 

zaczęli nie tylko chadzać na akcje, ale i miejscowym konfiskować żywność. Trudne to były 

lata, a sytuacja pogorszyła się wraz z przyjazdem Niemców, którzy wywieźli stąd Żydów.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 86 - 

 

– Wiem, jak ich mordowali – mruknął jałmużnik, wygładzając drżącymi rękoma wyłogi 

szarej kapoty. – I powiem wam, że niejedno widziałem i niejedno słyszałem, ale takiej wojny, 

co by ludzi żywcem po piecach palili, jeszcze nie przeżyłem w swoim wędrowaniu! Popalili – 

zwiesił na piersi zgrzybiałą głowę – jak poganie palili chrześcijańskich świętych w dawnych 

czasach. 

 

Gospodarz  pokiwał  głową  i  po  krótkiej  przerwie  opowiedział,  że  po  wykurzeniu 

Niemców  ze  szkoły,  którą  zajęli  na  kwaterę,  ludzie  w  obawie  przed  zemstą  pochowali  co 

cenniejsze  sprzęty,  pozbierali  dzieci  i  z  całym  dobytkiem  uciekli  do  lasu.  Niemcy 

rzeczywiście  wkrótce  przyjechali,  a  skoro  nie  znaleźli  poszukiwanych  partyzantów,  wzięli 

odwet na tych, co kryli się w chałupach. Wśród osób, które nie opuściły domów, byli Hanka z 

Janem. On bowiem nie miał siły iść o lasce w góry, a ona nie chciała zostawiać go samego. 

Siedzieli więc po cichu, w myślach odmawiając pacierze i nic by się nie stało, bo żołnierze 

bez powodu nie zapuszczali się w głąb osiedli,  gdyby licho nie nadało sąsiadki. Wiedziona 

ciekawością  wybiegła  na  gościniec  zobaczyć,  jak  wiodą  jeńców.  Natychmiast  zauważył  ją 

jeden z żandarmów.  

 

Uciekając  przed  nim,  zamiast  ku  swojej  zagrodzie,  pognała  do  Janowej  chałupy.  Bez 

słowa wtargnęła do środka, pobiegła do drugiej izby i wskoczyła pod pierzynę.  

 

Jan z Hanką nie zdążyli nawet spytać co się dzieje, bo z sieni dobiegł straszny rumor, a do 

chałupy wpadło dwóch niemieckich żołnierzy.  

 

–  Komm!  Komm!  –  krzyknął  jeden,  mierząc  z  karabinu  do  struchlałych  gospodarzy.  – 

Komm!  –  powtórzył  niecierpliwie,  wskazując  na  drzwi.  Drugi  zaś  szybko  obskoczył 

domostwo:  pozaglądał  do  komory,  do  stajni,  a  na  końcu  do  izby,  w  której  leżała  ukryta 

sąsiadka i zajrzał do kredensu.  

 

Jan, znający niemiecką mowę, łamiącym się głosem poprosił, żeby pozwolili im zabrać  

porządniejszy  przyodziewek.  Potem  obejrzał  się  na  sprzęty,  na  bielone  ściany,  na  święte 

obrazy i na Hankę, pakującą do węzełka chleb wraz z ubraniami, czemu żołnierze przyglądali 

się w wymownym milczeniu.  

 

– Schnell! Schnell! – popędził wreszcie któryś i poszturchując lufą karabinu, pognał ich 

do sieni.  

 

Hanka, która nie miała wątpliwości, że Niemcy aresztantów wiodą nie na roboty, ale na 

rozstrzelanie, z trudem powstrzymała łkanie. Żal jej się zrobiło opiekuna, który zdarł ręce na 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 87 - 

robocie w Peszcie, który zdrowie postradał na nieurodzajnych zagonach i który ją wychował, 

jak rodzone dziecko.  

 

– Nie rycz, Hanuś – szepnął Jan, takim wzrokiem oglądając się na ściany zagrody, jakby 

chciał je na zawsze pożegnać.  

 

–  Na  śmierć  nas  wiodą!  –  odparła,  kiedy  dołączyli  do  maszerującej  drogą  kolumny 

więźniów,  pozbieranych  przez  Niemców  z  okolicznych  wiosek.  –  Jezus,  Maria!  –  jęczała 

półprzytomna  ze  strachu  i  świadoma,  że  wkrótce  będzie  ziemię  gryzła,  zwróciła  się  do 

najbliżej idącego żołnierza, który po polsku aresztowanych poganiał: – Panie, miejcie litość! 

Puśćcie tego staruszka – wskazała na Jana. – Co wam z niego? Ledwie idzie, to i do żadnej 

roboty się nie nada! 

 

– Was? – zbliżył się. – Czego chcesz?  

 

–  Puśćcie  tego  staruszka  –  powtórzyła,  śmielej  patrząc  na  Niemca  czy  może  Ślązaka, 

który zdał się jej takim samym prostym chłopem, jakimi oni byli. – Puśćcie ich! W Peszcie za 

młodu  harowali,  na  robocie  w  polu  siły  zdarli,  na  tamtej  wojnie  walczyli…  Puśćcie  ich  do 

chałupy! 

 

– Jam stary... – Jan uderzył w ten sam, błagalny ton. – Mnie niedługo na świecie, ale ona 

młoda… A tam chałupa została, cielątko w oborze… Puśćcie ją zamiast mnie!  

 

Ż

ołnierz przystanął, obejrzał się na maszerującą kolumnę: na wziętych do niewoli ludzi, 

na  pozostałych  Niemców  i  po  długiej  chwili,  która  chyba  całe  wieki  trwała,  machnął 

lekceważąco ręką: 

 

– A… Idźcie oboje! Tylko szybko! 

 

–  Bóg  wam  zapłać!  Bóg  zapłać!  –  Szczękająca  zębami  Hanka  ze  szlochem  padła  na 

kolana przed żandarmem, a staruszek Jan zaczął nawet całować dłonie o połowę młodszego 

od siebie żołnierza.  

 

–  Nie  róbcie  widowiska!  Idźcie  już!  –  Ów  natychmiast  cofnął  ręce  i  wypchnął  ich  z 

kolumny jeńców.  

 

Oszołomieni, nie dowierzając szczęściu i bojąc się oglądać, pospieszyli do chałupy ile sił 

w roztrzęsionych nogach.  

 

– Ej, jesteście! – wrzasnęła na ich widok sąsiadka, ostrożnie wychylająca się zza progu 

izby.  –  Mówiłam  za  wami  paciorki  do  świętego  Antoniego,  żeby  wam  w  nieszczęściu 

dopomógł!  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 88 - 

 

Hanka,  której  nogi  nadal  dygotały,  nic  nie  odpowiedziała,  bo  jej  język  w  gębie  raptem 

skołowaciał, tylko zuchwałemu babsku na niskie drzwi ręką pokazała.  

 

– Oj, poszlibyśmy wtedy na śmierć! Poszli! – Gospodarz usiadł na rozchybotanym stołku 

i wlepił spojrzenie w Dziada. – Wszystkich potem rozstrzeli. Dali im łopaty, kazali wybrać 

dziurę w ziemi i kiedy była gotowa, wystrzelali z karabinów. Ej, Boże! – Podparł brodę na 

dłoni  i  westchnął:  –  Jacyś  święci  Pańscy  musieli  nad  nami  czuwać,  bo  cudem  uszliśmy  od 

ś

mierci! Cudem! 

 

–  A  przepadlibyśmy  z  winy  głupiego  dziewuszyska!  –  dodała  Hanka,  w  której  oczach 

błysły gniewne iskry. – Do dnia śmierci nie zapomnę, cośmy wtenczas przeszli! Czarownica 

jedna! Na swoich nie chciała nieszczęścia sprowadzić, tedy do nas przyleciała! A mogła była 

uciekać nad rzekę i schować się w wiklinach, bo tam na pewno by jej nie szukali. I jeszcze 

ś

mie  gadać,  że  się  za  nami  do  świętego  Antoniego  wstawiała!!!  –  Odkładając  wyszywany 

gorset na ławę, zerwała się z impetem. – Idę zadać

26

 krowie – zwróciła się do gospodarza i 

wyszła trzasnąwszy drzwiami.  

 

–  Okropnie  nerwowa  –  wyszeptał  Jan.  –  Ale  nie  dziwota!  Bo  tego,  co  ona  w  tę  wojnę 

przeżyła…  tego  wszystkiego,  co  ludzie  się  nacierpieli,  nie  sposób  w  jeden  wieczór 

opowiedzieć.  

 

Nasłuchał  się  więc  Dziad  rozmaitości,  bo  choć  gospodarz  zarzekał  się,  że  mówił  nie 

będzie, rozgadał się zarówno o akcjach partyzantów, jak i o niemieckich obławach, których w 

ciągu  siedmiu  miesięcy  było  blisko  osiemnaście.  Ludzie  chowali  się  wtedy  w  kryjówkach, 

urządzanych  w  stodołach  pomiędzy  snopami,  bo  nie  zawsze  zdążyli  z  ucieczką  do  lasu. 

Chroniąc  dorobek  życia,  ukrywali  krowy,  cielęta  i  świnie,  i  modlili  się,  aby  Niemcy 

zaglądający do zagród nie cisnęli granatem. Nieraz modliła się też Janowa wychowanica, sie-

dząc z krową za snopkami, które żołnierze kłuli bagnetami i drapała bydlę za uszami, koło 

rogów, popod mordę, żeby nie ryknęło. Ale widać, święci Pańscy nad nią czuwali, a może i 

poczciwa krowina wiedziała, że powinna milczeć, bo nie ryknęła ani razu i tylko popatrywała 

ogromnymi ślepiami, z których taka mądrość biła, że gospodarz dotąd nie mógł się nadziwić. 

I  tak  była  nauczona,  że  gdy  ją  do  stodoły  wiedli,  natychmiast  wchodziła  do  schowka,  w 

którym, na czas wizyty niemieckich żołnierzy, przestawała nawet przeżuwać żarcie! 

                                                 

26

 

 Podać, nałożyć do żłobu np. siana. 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 89 - 

 

Kiedy indziej Hanka uciekała na leśne stoki, dokąd Niemcy nie zapuszczali się w obawie 

przed  partyzantami  i  gdzie  na  czas  obławy  chronili  się  chłopi  z  okolicznych  osiedli.  A 

pewnego razu, kiedy zbyt późno spostrzeżono we wsi, że Niemcy jadą gościńcem, w ostatnim 

momencie przepędziła bydlę przez drogę, nad którą unosił się tuman kurzu i rozlegał się coraz 

bliższy  warkot  ciężarówek.  Minąwszy  kowalową  kuźnię,  usłyszała  krzyki  i  dźwięk 

odbezpieczanej broni, po której poszła głośna seria z karabinów maszynowych. 

 

– Wieczne odpoczywanie… – Nie zatrzymując się, zaczęła odmawiać pacierze w intencji 

zmarłych i popędziła krowę. – W imię Ojca, i Syna… – Żegnała się, słysząc świst lecących 

kul i trzask łamiących się gałęzi śliw, które rosły w kowalowym sadzie i na których zatrzymy-

wały się wymierzone w nią pociski.  

 

Cudem uszła cało, ale niewiele z szalonej ucieczki zapamiętała, bo to chyba dusze ojców, 

za  którymi  mówiła  pacierze,  wyprowadzili  ją  poza  linię  ognia.  Ludzie  natomiast,  którzy  z 

dobytkiem  siedzieli  w  wąwozach,  powiadali  potem,  że  kiedy  doszła  do  nich  z  tą  zziajaną 

krową – była półprzytomna!  

 

– Wiele przeszliśmy przez partyzanckie zaczepki! – podsumował Jan. – Ale Pan Bozicek 

widać od początku czuwał nad wsią, bo ją Niemcy przecież oszczędzili.  

 

–  Pewnego  razu  –  włączyła  się  do  rozmowy  Hanka,  która  niepostrzeżenie  wróciła  z 

obory.  –  Partyzanci  wysadzili  most  na  Końcu  Wsi  i  wystrzelali  Niemców!  Podobno  jeden 

ocalał i zameldował dowództwu w Nowym Sączu, że to ruscy napad zrobili. Z naszymi był 

jeden  Rusek  z  oddziału,  który  krył  się  w  lasach.  Pierwszy  z  krzaków  wyskoczył  i  na 

Niemców  po  rusku  wyklinał.  Jakby  nie  pomyłka  ocalałego  Niemca,  wybiliby  ludność  z 

powodu tej strzelaniny!  

 

–  Cudem  się  wieś  uratowała!  –  uznał  gospodarz  i  patrząc  na  wychowanicę,  która  na 

powrót  zasiadła  do  wyszywania  gorsetu,  gawędził  o  ostatniej  i  zarazem  największej 

niemieckiej obławie, jaka miała miejsce pod koniec wojny.  

 

Niemcy  przyjechali  wówczas  w  liczbie  trzech  tysięcy,  żeby  ostatecznie  rozprawić  się  z 

partyzantami.  Przy  okazji  przeszukali  wyludnione  chałupy  i  wyłapali  kury  uciekające  z 

przeraźliwym gdakaniem wokół obór i stajni, z których przezorni chłopi powywozili do lasu 

konie  wraz  z  wszelaką  rogacizną.  Niemało  przy  tym  porozbijali  domowych  sprzętów,  a 

gdzieniegdzie powysadzali granatami młocarnie i żarna, co okazało się niepowetowaną stratą, 

ponieważ we wsi było niewiele maszyn rolniczych.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 90 - 

 

Szli wtedy ławą przez szerokość doliny, ale Hanka nie miała o tym pojęcia. Wracała z gór 

z nazbieranymi do płachty ziołami, którymi leczyła chorych, i dopiero w sadzie wypatrzyła 

ż

ołnierskie mundury. Szybko zdjęła z pleców ciężką ociepę i na czworaka prześlizgnęła się 

pod  żerdziami  płotu.  Zawrócić  się  bała,  a  przedostać  się  do  chałupy  nie  miała  szans,  bo  ją 

zauważyli. Pełznąc w trawie i nasłuchując szwargotu, postanowiła ukryć się w suszarni, którą 

Jan za młodu postawił w pobliżu muru zbudowanego z luźno poukładanych kamieni. 

 

Niemcy,  zajęci  szukaniem  owoców  pod  jabłoniami  sąsiada,  niczego  nie  zauważyli.  Ale 

ledwie  zdążyła  się  schować,  kilku  żołnierzy  przeszło  przez  płot  i  szukając  osłony  przed 

oczami towarzyszy, zaczęło załatwiać za suszarnią potrzeby fizjologiczne.  

 

– Omal nie umarłam! – wzdrygnęła się. – Nie wiem, ile tam siedziałam. Godzinę? Pół? 

Może i mniej? Ale myślałam wtenczas, że wieki mijają! A kiedy jeden  oparł się plecami o 

suszarnię, do krwi wargi gryzłam, żeby się nie drzeć ze strachu.  

 

– Ale was nie znaleźli? 

 

– Nie – przytuliła zaciśnięte pięści do pobladłych ust.  

 

– W końcu przecie poszli – domyślił się Dziad.  

 

–  Poszli...  –  potwierdziła  posępnym  tonem.  –  Poczekałam  aż  głosy  ustaną  i  wylazłam 

półżywa ze strachu!  

 

– Kiedy stanęła na progu… – wtrącił Jan. – O, tam! – wskazał laską. – Myślałem, że ją 

zabili i że duch mi się ukazał!  

 

–  Patrzyli,  jakby  nie  poznali  –  szepnęła.  –  A  ja  ani  gadać,  ani  ustać  na  nogach  nie 

mogłam! I pytają: „Tyżeś to, Hanuś?”.  

 

– Ledwie wydukała, że… ona!    

 

– Nie poznali, ale nic dziwnego! – Hanka powoli zsunęła chustkę z włosów. Były białe 

jak  u  wiekowej  staruszki!  Osiwiała  ze  strachu,  podobnie  jak  jeden  chłop,  co  pod  bydlęcym 

ż

łobem  schował  się  przed  Niemcami,  którzy  wpadli  do  obory,  strzelając  do  uciekających 

królików.  

 

Dziadowi zabrakło słów, aby wyrazić współczucie. Siedział więc w milczeniu, wpatrując 

się w Hankę nachylającą się, żeby pozbierać paciorki, które zrzuciła przez nieuwagę.  

 

–  Po  tej  to  obławie  Niemcy  mieli  spalić  wieś,  ale  nie  zdążyli,  bo  ze  wschodu  nadeszli 

Ruscy – dotarły do niego słowa gospodarza. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 91 - 

 

– Niezbadane są boskie wyroki! – szepnął, zamyślając się nad losem Hanki, której wojna 

zgotowała  niemiłe  przygody  i  która  do  końca  życia  miała  opowiadać,  jak  to  kilkakrotnie 

cudem uniknęła śmierci.  

 

Podumał nad nowinami, z trudem przełknął ostatni kęs wieczerzy, niespokojnie przespał 

noc pod piecem, gdzie zdarzało się mu sypiać za dawnych lat i nazajutrz wyruszył na zachód. 

W ciągu kilku tygodni przewędrował dolinę, wypytując o partyzantów, o ludzi rozstrzelanych 

przez Niemców i o Żydów wywiezionych ze wsi. Zauważył, że sporo się zmieniło – i to nie 

na  lepsze!  Ale  żyć  trzeba  było  dalej.  Wielu  młodych  się  pożeniło.  Przybyło  dzieci 

zapełniających  puste  miejsca  w  chałupach,  do  których  miał  zwyczaj  zachodzić  i  tylko 

pożydowskie domy daremnie czekały na swych właścicieli. 

  

*** 

 

 

Janowa wychowanica, Hanka, zaraz po  wojnie poślubiła Błażeja. Ciekaw był ogromnie 

ich  nowego  życia,  więc  któregoś  dnia  wstąpił  na  podwórze  chałupy  pokrytej  czerwoną 

dachówką.  Nikogo  jednak  nie  zastał,  bo  jak  mu  powiedziała  sąsiadka  zza  płotu,  poszli  na 

odrobek do dzieci po Maćku, przyrodnim bracie Jana.  

 

– A co wam tak pilno do Hanki? – zainteresowała się.  

 

– Pogadać z nią chciałem – wzruszył ramionami, wychodząc z cienia kasztanowca, który  

rósł nad kupą gnoju.  

 

– Może i z was czarownik, skoro ona czarownica? – spytała, cofając się przezornie, ale 

kiedy  zaprzeczył,  zawróciła  i  zaczęła  opowiadać  o  guślarskich  umiejętnościach  Janowej 

wychowanicy. – Bo wiecie, jak czasem kto na kogo urok rzuci, nikt lepiej nie pomoże, tylko 

Błażejowa. Choroby też umie zamawiać, bo się od nieboszczki Janowej nauczyła i najgorsze 

boleści z ludzi wyrzuci. A jakby się kto oberwał, tak go rozsmaruje, że wnet bóle miną. Dobra 

smarowaczka!  Ludzie  z  daleka  na  smarowanie  przychodzą…  Ale  –  zniżyła  głos,  z 

niepokojem spoglądając na ściany zagrody – lepiej żyć z nią w zgodzie, bo jak się uweźmie, 

to  Boże  uchowaj!  Widzicie  –  wskazała  na  sąsiednie  obejście  –  z  babą  z  tamtej  chałupy  do 

gminy się podawały, o czary! A wadziły się tak, że urzędnicy mieli z nich uciechę!  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 92 - 

 

– Krzywdy nikomu nie  czyni? – upewnił się, zaglądając do ogródka, w  którym i mięta 

pieprzowa pachniała, i wysoki ślaz wyrastał, i zieleniła się kępa melisy, a przy chruścianym 

płotku spomiędzy szerokich liści wyglądały fioletowe kwiaty lubczyku. 

 

– Ha! – sąsiadka parsknęła śmiechem. – Zadrzyjcie z nią! To zaraz zły urok rzuci albo 

mleko krowom odbierze!  I… – Skuliła się tak, że ledwie było ją widać zza płotu. – Nieraz 

słyszałam jak przestęp

27

 płakał w piwnicy! Ryczał jak małe dziecko, a Hanka szła podlewać 

go mlekiem… Gadam wam! Prawdziwa czarownica! A tutejsi ludzie albo ją szanują, albo się 

jej boją... 

 

Pokiwał  głową  ze  zrozumieniem.  Chociaż  korciło  go,  aby  wędrówkę  odłożyć  do 

następnego dnia i zobaczyć się z Janową wychowanicą, pożegnał staruszkę i powędrował w 

kierunku Końca Wsi. W zamyśleniu minął most, postawiony na miejscu  tego wysadzonego 

przez  partyzantów  i  pewien,  że  nieraz  jeszcze  zajdzie  do  zagrody  Hanki,  rozpłynął  się  w  

zieleni krzewów ocieniających drogę.  

 

Zaiste!  Wrócił  po  kilku  latach,  kiedy  Hanka  dochowała  się  z  Błażejem  dwójki  dzieci, 

które tak zlękły się wędrowca, że z piskiem uciekły za plecy sędziwego Jana. Uśmiechnął się 

i chrząknąwszy usiadł na szerokiej ławie. A gdy nazajutrz przyjechała z Krakowa przyrodnia 

siostra Hanki, Maryśka, stanął za płotem i wsparty na kiju, spoglądał na jej chłopa i dorosłego 

już syna. Nie dał się jej poznać i odchodząc, pomyślał o Józku, któremu pisane było osiąść w 

Nowym Targu i o Tomaszu, od którego Hanka nie miała żadnych nowin i mieć ich nie będzie, 

póki  Tomaszowa  nie  odszuka  ojcowych  krewniaków.  Ukrył  uśmiech  w  cieniu  kapelusza  i 

przez nikogo niezauważony opuścił osiedle Lachy.  

                                                 

27

 

 Korzeń,  kształtem  przypominający  ludzką  postać.  Według  wierzeń  ludowych  posiadał  niezwykłą  moc  i 

sprowadzał na właściciela wszelką pomyślność; bywał stosowany w praktykach leczniczych i magicznych (m. in. służył do 
ś

ciągania mleka z cudzej krowy); należało przechowywać go w piwnicy z dala od ludzkich oczu i aby nie płakał, podlewać 

mlekiem.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 93 - 

O dziwach Spod Ciemnej Gwiazdy 

 

 

Szedł po asfalcie Dziad z kulawą nogą. Na stopach miał zniszczone buty z cholewami, na 

grzbiecie zszarzałą kapotę, a w ręku gruby kij ściskał. Szedł tak z nogi na nogę, oglądając się 

na  zielone  stoki  doliny,  w  której,  nad  brzegami  górskiej  rzeki,  przed  siedmioma  wiekami 

przycupnęły ludzkie domostwa. Czasem mijała go turkocząca fura, z której woźnica uchylał 

przed wędrowcem czapki, a czasami rozklekotane auto. Cofał się wtedy na pobocze, mnąc w 

garści zwinięty kapelusz.  

 

Czy  to  możliwe?  Czy  był  to  ten  sam  dziadyga,  który  zaglądał  do  wsi  przed  laty  i  całe 

ż

ycie  strawił  na  wędrówce  po  Pana  Bozickowym  świecie?  Broda  u  niego  taka  sama.  I  wór 

konopny  z  kapotą.  A  nawet  kij  i  buty.  Nawet  klapnięty  ochłap  kapelusza!  Skąd  takie 

podobieństwo? Przecież Dziad nie mógł być wieczny. Lecz może wcale cudów w tym nie ma, 

bo z dawna wszystkim wiadomo, że dziad dziadowi podobny…  

 

Szedł więc ów Dziad, jak zwykle od Końca Wsi, i nigdzie nie zbaczał z drogi. Przeszedł 

niemały  kawał  i  stukając  kijem  o  twardą  nawierzchnię  asfaltu,  skręcił  w  osiedle  Lachy,  do 

chałupy, którą przed pierwszą wojną postawił Jasiek, co z zarobku w Peszcie wrócił. Wszedł 

na podwórze i obejrzał się na babę, spieszącą drogą. Zlękła się jego oczu i uciekała, spluwając 

przez ramię i mamrocząc zaklęcie chroniące przed złym urokiem: 

 

– Na psa urok, kocie oczy, niech ci diabeł w dupę skoczy! 

 

– Czarownica – mruknął i stając na kamieniu, co leżał pod progiem i służył za stopień, 

udał się do sieni, a stamtąd ku drzwiom prowadzącym do chałupy, którą nowocześni ludzie 

kuchnią

 nazywali. Oparł kostur o ścianę, zastukał w nie i słysząc dobiegające ze środka słowa 

zaproszenia,  nacisnął  ciężko  chodzącą  klamkę.  –  Niech  będzie  pochwalony  –  rzekł  na 

powitanie.  

 

– Na wieki wieków – odparł gospodarz. 

 

– Przyjmiecie obcego w gościnę? – zapytał, kładąc wór na progu. 

 

– Siadajcie – usłyszał i przystając w progu, omiótł spojrzeniem jasne wnętrze, do którego 

z  dużych  okien,  wstawionych  w  miejsce  mniejszych,  starych,  wlewała  się  fala  promieni 

jesiennego słońca.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 94 - 

 

Gospodarz  siedział  przy  stole,  przy  płycie  pieca  krzątała  się  gospodyni,  a  na  środku 

kuchni, na drewnianym koniku na biegunach bujało się ledwie od ziemi odrośnięte dziecko i 

nie odrywając oczu od pradziadkowego obrazu, wrzeszczało fałszując, na dziadowską nutę: 

 

– „O matko Bosko Gidelsko, Tyś jest Pani Archanielsko!” 

 

–  Widzę,  że  Matkę  Boską  Gidelską  na  obrazie  macie  –  zauważył,  przypatrując  się  raz 

obrazowi zawieszonemu na wprost drzwi wejściowych, a raz dziecku, które znieruchomiało 

na swoim koniku, wlepiając w niecodziennego gościa na wpół przerażone i na wpół ciekawe 

ś

lepka. 

 

– Dziadek z Pesztu obraz przywiózł.  

 

– A śpiewkę skąd znacie? 

 

– Jakiś żebrak ją ze świata przyniósł.  

 

Nieskładna z początku rozmowa zaczęła się rozkręcać i Dziad opowiedziałby o cudach w 

dalekich  miastach,  gdyby  do  chałupy  nie  wpadła  bez  pukania  zdyszana  sąsiadka.  Ta  sama, 

którą  przedtem  widział  spluwającą,  i  żądna  nowin  nie  zaczęła  wypytywać  go  o  to,  skąd 

przychodzi, czy chałupy nie ma, czy też może rodzone dzieci go z niej przegoniły.  

 

– Ani baby, ani dzieci nie mam – odparł. 

 

– A skąd pochodzicie? 

 

– Ze świata. 

 

– A dokąd idziecie? 

 

– W świat. 

 

–  I  gadaj  tu  z  takim!  –  machnęła  lekceważąco  ręką  i  nie  mogąc  usiedzieć  na  miejscu, 

podeszła  do  okna.  –  O!  Patrzcie!  –  wrzasnęła.  –  Idzie  Bolek  Spod  Ciemnej  Gwiazdy!  

Widzicie? Znowu gwiazdę na szyję założył… Poprzewracało się mu w głowie na stare lata. 

Poprzewracało! 

 

Dziad  wyjrzał  przez  okno  i  przypatrzył  się  niemłodemu  człekowi,  idącemu  poboczem 

drogi z workiem przerzuconym przez ramię, z grubym kijem w ręku oraz z jarzącą się żółto 

Gwiazdą Dawida na piersi.  

 

– Co to za jeden?  

 

–  Bolek  Spod  Ciemnej  Gwiazdy  –  wyjaśniła  sąsiadka.  –  Na  tamtej  górze  stoi  chałupa. 

Tam  mieszka  ze  swoją  babą,  Rajzą.  –  Przylgnęła  do  szyby,  wskazując  na  północny  stok 

wzniesienia porośniętego lasem.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 95 - 

 

– Pod Ciemną Gwiazdą? – zdziwił się Dziad. 

 

– Z dawien dawna nazywają tak tamto miejsce – odparł gospodarz.  

 

Różnie mieszkańcy doliny mówili o miejscu, nazwanym Pod Ciemną Gwiazdą i tak też w 

późniejszych czasach zaczęto zaznaczać na mapach. Jedni powiadali, że w tamtejszej jaskini 

(gdzie ona jest, mało kto dzisiaj ma pojęcie) przed paru wiekami chronili się okoliczni zbójcy. 

Inni  z  kolei  gadali,  że  Pod  Ciemną  Gwiazdą  widywano  tajemniczego  panka  ubranego 

staroświecko,  z  bródką  w  szpic  przyciętą.  Chadzał  koło  jaskini,  wnosił i  wynosił  ze  środka 

rozmaitej wielkości szkatułki, w których coś pobrzękiwało, grzebał w ziemi łopatą i mamrotał 

pod  nosem  w  jakimś  nieznanym  języku.  Kiedyś  przydybał  go  pewien  chłop.  Ukryty  za 

olszyną długo go obserwował i w końcu domyślił się, że to diabeł pilnuje zbójeckich talarów. 

I  chociaż  kusiło  go,  by  upewnić  się  czy  to  nie  złoto  pobrzękuje,  nie  odważył  się  opuścić 

kryjówki, a kiedy Czarny zniknął w jaskini, zerwał się do ucieczki. Rumoru we wsi narobił, 

lecz odmówił pokazania drogi do groty, bo bał się diabła ponownie oglądać. 

 

Wkrótce  jednak  znaleźli  się  inni,  którym  zachciało  się  diabelskich  czy  też  zbójeckich 

skarbów (co i tak na jedno wychodzi), ale choć odkryli jaskinię, nie trafili ani na Czarnego, 

ani na talary.  

 

– Pewnie do dzisiaj skarby tam leżą – stwierdził gospodarz – ale mało kto we wsi o tym 

wie. Starzy powymierali, a młodzi nie pytają. 

 

– I nie wierzą w takie opowieści – dodał wędrownik.  

 

– Ej, prawda! – wtrąciła sąsiadka. 

 

–  O  zbójnikach  też  mało  wiedzą  –  kiwnął  głową  syn  Błażeja  i  Hanki,  który  w 

dzieciństwie nasłuchał się niesamowitych historii i teraz sam je chętnie opowiadał.  

 

*** 

 

 

Dawno  temu  (a  może  jeszcze  dawniej?)  przywędrował  do  doliny  młody  chłopak.  Skąd 

dokładnie? Nie wiadomo. I chociaż wyglądał na zdatnego do roboty, bo był rosły i silny, nie 

mógł  zostać  we  wsi,  ponieważ  ówczesne  prawo  zabraniało  przyjmowania  włóczęgów.  Nie 

zagrzał zatem miejsca w dolinach i poszedł w góry, wtedy jeszcze porośnięte borem.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 96 - 

 

Szedł, póki nie ustał. A kiedy po raz któryś przystanął przy tej samej sośnie, zauważył, że 

od paru godzin chodził w kółko i że pewnie mamuna

28

 go wodzi, nie pozwalając wyjść z lasu. 

Siadł więc prędko pod najbliższym drzewem, przeżegnał się, aby zły duch go odstąpił i zaraz 

odetchnął,  bo  zobaczył  rzeczywiste  krzewy  i  drzewa  zamiast  urojonych,  które  widział 

wcześniej.  

 

–  Co  robić?  –  Z  niepokojem  obejrzał  się  na  knieję,  z  której  dochodziły  szmery  głosów 

tajemniczych istot, od prawieków zamieszkujących dolinę. – Diabłu bym duszę zapisał, jakby 

się  moja  dola  przez  to  odmieniła  –  powiedział  do  siebie  i  ruszył  przez  parowy.  A  kiedy 

znienacka znalazł się na polanie, na którą padały promienie zachodzącego słońca, wypatrzył 

panka ubranego na czarno, z bródką w szpic przyciętą. 

 

Nieznajomy,  który  zdawał  się  czegoś  szukać  na  polanie,  nie  zauważył  go  pewnie,  bo 

nawet nań nie spojrzał.  

 

–  Co  tu  robicie?  –  zapytał,  zachodząc  nieznajomego  od  tyłu  i  na  wszelki  wypadek 

ś

ciskając gruby kij w garści.  

 

–  A  wy?  –  Ów,  wcale  nie  zaskoczony,  obrócił  się  bez  pośpiechu,  i  utkwił  w  chłopaku 

ponure spojrzenie.  

 

–  Miejsca  dla  siebie  szukam  –  odparł  zapytany.  –  Ze  wsi  mnie  przegnali  za 

włóczęgostwo. – Panek kiwnął głową z udawanym współczuciem i mówiąc:  

 

–  Takie  prawo  –  podrapał  się  za  uchem,  zsuwając  niechcący  kapelusz  znad  czoła,  nad 

którym ukazały się dwa nieduże różki. Chłopak zaraz poznał, że to diabeł, ale się zbytnio nie 

przestraszył, bo nie takich cudaków po świecie widywał.  

 

– Wyście Czarny? – zagadnął.  

 

– Ja – odarł panek, chowając rogi pod kapelusz.  

 

–  I  moglibyście  sprawić,  żeby  mi  się  we  wszystkim  powodziło?  –  upewnił  się, 

postanawiając dobić targu, póki jest okazja. 

 

– Mógłbym – odrzekł kusiciel, lustrując chłopaka. – Mógłbym – powtórzył i natychmiast 

dodał: – Ale nic darmo! – Chłopak skinął głową na znak zgody i nie zastanawiając się, złożył 

krzyżyk pod cyrografem, który ów natychmiast wyciągnął zza pazuchy.  

 

– Ale będzie się wiodło?   

                                                 

28

 

 Niewidzialna  istota,  zły  duch,  zwodzący  ludzi  na  manowce;  może  wodzić  nieszczęśnika  wokół  tego  samego 

miejsca przez wiele godzin, mamiąc go wizjami nieznanych ścieżek i odstąpi dopiero, gdy ów usiądzie na ziemi czyniąc znak 
krzyża.

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 97 - 

 

– We wszystkim – Czarny dał słowo i rad z upolowanej duszy, po którą obiecał przyjść 

we właściwym czasie, odwrócił się i pomaszerował w głąb lasu. 

 

Zadowolony  młodzik  zarzucił  tobołek  na  plecy  i  pogwizdując,  pomaszerował  Pod 

Ciemną  Gwiazdę,  gdzie  zbierali  się  rozbójnicy.  Powiedział  im,  że  chce  przystać  do  bandy. 

Obrzucili  go  nieufnym  spojrzeniem,  obmacali  po  kieszeniach  i  obawiając  się,  żeby  ich  nie 

wydał, postanowili powiesić go na gałęzi smreka. Przygotowali konopny powrózek i już mieli 

wieszać, gdy nadszedł herszt z innymi zbójnikami. Ów przypatrzył się jeńcowi, który od razu 

przypadł mu do serca, i powiedział:  

 

– Zostawmy go. Przyda się do warzenia polewki.  

 

Przez długi czas chłopak kucharzył, bo go zbójnicy nie chcieli zabierać na rozbój, ale raz 

musieli go wziąć, by wyłamał kraty w piwnicznym okienku, gdzie ludzie zamknęli herszta. 

Wyłamał, bo był nadzwyczajnie silny i pomógł uwolnić przywódcę, zanim przybyli żołnierze. 

Od tamtej pory zyskał zaufanie zbójców i zaczęło mu się dobrze wieść, bo uwierzyli, że im 

szczęście przynosi.  

 

Nie  ustrzegli  go  jednak  od  stryczka,  bo  Czarnemu  pilno  było  przywlec  nową  duszę  do 

piekła i diablimi sztuczkami podsunął chłopakowi dziewuchę, która służyła w karczmie koło 

Nowego  Targu.  Od  pierwszego  wejrzenia  wpadła  mu  w  oko,  więc  wbrew  rozsądkowi  i  nie 

pomny  rad  herszta,  który  pokochał  go  jak  syna,  zaczął  w  tajemnicy  zachodzić  do  panny. 

Narajona przez diabła dziewka zdradziła go za talary i choć był bardzo silny, w pojedynkę nie 

dał  rady  cesarskim  żandarmom.  Zanim  zbóje  zdążyli  z  pomocą,  trafił  na  szubienicę,  koło 

której przez cały dzień kręcił się na czarno ubrany panek, nigdy wcześniej nie widziany we 

wsi. 

 

Po  śmierci  chłopaka  przestało  się  powodzić  zbójnikom.  Grasowali  po  górach  jeszcze 

kilka lat, ale w końcu i oni skończyli na stryczku. Sędziowie każdego na torturach pytali o 

zrabowane złoto, ale żaden się nie przyznał, więc pewnie po dziś dzień leży ono Pod Ciemną 

Gwiazdą, pod strażą Czarnego.  

 

*** 

 

 

– Nie opłacało się chłopakowi cyrografu z Czarnym podpisywać – stwierdził Dziad.   

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 98 - 

 

–  Tak,  tak!  –  zgodziła  się  sąsiadka,  ale  bardziej  będąc  zainteresowaną  Bolkiem,  niż 

starymi  historiami,  pokręciła  się  koło  okna,  z  którego  nie  było  już  widać  żywego  ducha  i 

widząc, że wędrowiec nie jest skory do zwierzeń, z impetem wypadła do sieni, a stamtąd na 

podwórko,  z  którego  krzyknęła  do  innej  sąsiadki  wyglądającej  zza  płotu,  że  do  Jaśka  po 

Błazku jakiś żebrak przyszedł i o dawne czasy wypytuje.  

 

– A kim jest ten Bolek? – spytał Dziad i oparty o ścianę przyglądał się krzątającej się po 

kuchni  gospodyni,  która  była  córką  po  nieboszczyku  Wojciechu  i  Zośce.  –  Boże  mój, 

Bozicku! – pomyślał w nagłym rozrzewnieniu, domyślając się, że musi to być jedna z tych 

dziewczynek,  które  przed  laty  siedziały  na  pościeli  umierającej  matki  i  w  straszny  popłoch 

wpadły, kiedy chciał je tulić.  

 

– Będziecie jedli? – głos gospodyni wyrwał go z zadumy.  

 

– Nie pytaj, tylko daj, co masz! – wtrącił gospodarz. 

 

– Nie głodnym – odparł wędrownik.  

 

– To czego chcecie? Pieniędzy?  

 

–  Zagrzać  się  przyszedłem,  dać  odpocząć  nogom  i  pogadać,  jak  nieraz  gadałem  z 

waszymi ojcami – wyjaśnił spokojnie. 

 

– Bywaliście u nas?  

 

–  Bywałem,  bywałem…  I  pamiętam  was  o…  takim  –  zatrzymał  koślawą  dłoń  w 

powietrzu – małym chłopcem. 

 

– To wy długie lata musicie tak po świecie chodzić! 

 

– Długie – przyznał i gniotąc w dłoniach ochłap kapelusza, zasłuchał się we wspominki 

chłopa: o dziadku Jaśku i o ojcach nieboszczykach.  

 

–  Tak  dawniej  bywało,  tak!  Nielekko  się  tu  żyło  ludziom,  bo  ziemia  nieurodzajna,  a 

zagony rozrzucone po górskich stromiznach. Ale kto miał ziemię, miał wszystko! Nie dziwota 

więc,  że  nieraz  różnych  sposobów  się  imali,  żeby  mieć  choćby  i  kawałek  gruntu.  I  każdy 

pilnował, żeby mu ojce gospodarkę w testamencie zapisali. 

 

– Nieraz przy tym krzywdę najbliższym czyniąc – mruknął Dziad. 

 

– Ale porządek na świecie był – upierał się gospodarz. – Wiadomo było kto bogaty, a kto 

biedny. Dziś już trudno poznać kto dziad, a kto gazda. Czasami to nawet dziadom lepiej się 

powodzi, bo do państwowej roboty poszli, a u dawnych gazów nie ma kto pól obrabiać… 

 

– Znałem kiedyś gazdę, który to przewidział – Dziad wspomniał bogatego Lacha.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 99 - 

 

– Żebrzących dziadów też nie ma – kontynuował gospodarz, nic sobie nie robiąc z uwagi 

gościa. – Bo starzy mają teraz renty i nikt ich z chałup nie wygania.  

 

– To może lepsze czasy nastały? 

 

– Nie wiem czy lepsze, skoro nikt już ziemi nie szanuje.   

 

– Hm… – Dziad w zamyśleniu drapał się po głowie. Wiedział, że w nowych czasach żyje 

się  ludziom  lżej,  że  mają  co  do  garnka  włożyć,  że  nikt  nikim  jak  dawniej  nie  poniewiera. 

Chociaż  z  drugiej  strony  ciągle  się  gdzieś  spieszą,  już  nie  wierzą  w  strachy  i  mało  kogo 

obchodzą  dziadowskie  ballady.  –  A  ten  Bolek?  Ten  Spod  Ciemnej  Gwiazdy?  –  zagadnął, 

przerywając chwilowe milczenie. – Dawniej o nim nie słyszałem. 

 

– Bo on nietutejszy!  

 

Gospodarz,  poniechał  narzekań  i  przedstawił  pokrótce  losy  ludzi  mieszkających  Pod 

Ciemną  Gwiazdą.  Nie  wiedział  tylko,  dlaczego  przodkowie  Bolkowej  baby,  Rajzy, 

wybudowali  zagrodę  w  miejscu  cieszącym  się  złą  sławą.  Może  zostali  za  nieznane  winy  –  

czary albo zbójowanie wygnani poza granice wsi? A może byli to obcy, którym pozwolono 

osiedlić się na jej obrzeżach?  

 

Tak, czy owak, mieszkali owi ludzie Pod Ciemną Gwiazdą od kilku pokoleń. Po nich na 

rozległej dziedzinie osiadła Rajza, która nie mając w dolinie krewnych, nieraz zaglądała do 

chałupy  po  Janie,  co  z  zarobku  w  Peszcie  wrócił.  Uważała,  że  jest  „po  rodzinie”

29

  i  nieraz 

mawiała,  że  jest  spokrewniona  z  wymarłym  gazdowskim  rodem,  na  którego  ziemi 

gospodarzyli  Jan  oraz  Hanka  z  Błażejem.  Być  może  w  słowach  szalonej  staruszki  tkwiło 

ziarno  prawdy,  ale  nikomu  nie  chciało  się  wnikać  w  szczegóły,  i  dziś  nie  sposób  już  tego 

wyjaśnić. 

 

– Na słowo Rajzie nikt przecież nie wierzy – gestykulujący gospodarz mówił tak głośno, 

ż

e  chwilami  zagłuszał  nawet  skrzypienie  podłogi,  trzeszczącej  pod  ciężarem  rozbujanego 

konika  na  biegunach,  na  którym  siedziało  dziecko  przysłuchujące  się  rozmowie.  –  Zawsze 

uchodziła za pomyloną, bo do kościoła nie chodzi; zamiast spódnicy, jak inne baby we wsi, 

portki ubiera; na głowie nie chusteczki, tylko czapki nosi i mięso z psów jada! A że jest rosła, 

to  w  swoim  burym  płaszczu,  z  workiem  na  plecach  i  kijem,  którym  przegania  wyrostków, 

wygląda na chłopa!  

                                                 

29

 

 Spokrewniona. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 100 - 

 

–  A  głos  to  ma  całkiem  taki,  jaki  u  starego  dziada  –  dodała  gospodyni  i  wspominając 

wypadek sprzed paru dni, szepnęła: – A jak się ucieszyła, kiedy jej powiedziałam, że nasze 

dziecko nazywa ją Babcią Rózią! Bo wiecie, ono się jej wcale nie boi! Nie ucieka, jak inne, 

które wierzą, że trzyma dzieci w piwnicy Pod Ciemną Gwiazdą. 

 

Dziecko słysząc, że o nim mowa, przestało się bujać. Rzeczywiście lubiło Babcię Rózię, 

zwłaszcza  że  rodzonych  babek  nie  pamiętało  i  w  głębokiej  pogardzie  miało  rówieśników 

uciekających  przed  staruszką.  Ale  cóż  się  tamtym  głuptasom  dziwić?  Nie  były 

wtajemniczone,  jak  ono,  które  siadało  na  kolanach  Babci  Rózi  i  zafascynowane  wielkością 

dziurek w jej uszach obciągniętych ciężarem kolczyków, dłubało w nich, kombinując, jakby 

tu taki zaśniedziały półksiężyc odpiąć i sobie przyprawić.  

 

–  Ha!  Ha!  Ha!  –  Rajza  rechotała  radośnie,  nie  wzbraniając  mu  manipulowania  przy 

swoich uszach.   

 

–  Była  też  świnia,  którą  Rajza  w  sieni  trzymała!  –  przypomniał  sobie  gospodarz, 

chichocząc na wspomnienie wypadku, głośnego kiedyś w okolicy. 

  

 

Młody wikary, który niedawno zjechał do parafii i chodził po kolędzie, z okien pewnego 

domostwa  wypatrzył  chałupę  Rajzy,  do  której  postanowił  zajrzeć.  Nie  pomogły  perswazje 

ludzi, mówiących, że skoro Rajza nie chadza do kościoła, to i kolędy nie oczekuje, bo poszedł 

do niej z ministrantami. Na miejscu zląkł się dzikiej sfory ujadającej na łańcuchach, ale wstyd 

mu  było  zawracać.  Podumał  więc,  kazał  ministrantom  poczekać  i  uchyliwszy  furtkę, 

przedostał  się  przez  zaśnieżone  podwórze.  Oglądając  się  na  psy,  dotarł  w  końcu  do  sieni  i 

nacisnął klamkę.  

 

W szparze uchylonych drzwi natychmiast pojawił się ruchliwy świński ryj. Maciora, tak 

wielka, jakiej w życiu nie widział, zaczęła pchać się ku wyjściu. Próbował zamknąć drzwi, ale 

zwierzę z impetem wepchnęło wielki łeb w szparę, wpadło mu między nogi i zahaczywszy o 

sutannę, pognało na podwórze z księżyną na grzbiecie.  

 

–  Z  tą  Walercią  to  była  niejedna  uciecha!  –  rechotał  gospodarz.  –  A  biedny  wikary 

pewnie by się gorzej poturbował, gdyby śniegu przed chałupą nie było! Walercia miała kilka 

lat  i  tak  wielkiej  świni  nikt  we  wsi  nie  widział,  i  kiedy  Rajza  powiodła  ją  na  spęd,  nie 

zmieściła  się  na  świńskiej  wadze.  Cała  hurma  ludzi  się  zbiegła,  żeby  zobaczyć  rzadkie 

widowisko!  A  co  śmiechu  było,  kiedy  chłopi  pchali  ją  na  wagę  dla  bydła,  to  rozum  ludzki 

przechodzi.  

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 101 - 

 

– Bolek ożenił się z taką szaloną babą? – Dziad spojrzał na wskazówki zegara.  

 

– Bolek? Przecież nie on ją sobie wziął, ale ona jego przywiozła go ze świata! Pojechała 

po wojnie na pegeery, do roboty i stamtąd go przywlokła. Ale z jakich stron Bolek pochodzi, 

to  wam  nie  powiem,  bo  ani  ja  nie  wiem,  ani  ludzie  we  wsi  nie  mają  pojęcia.  Podobno 

wysiedlili go z Kresów. 

 

– Jak mojego wujka – wtrąciła gospodyni, patrząc na dziecko, które powyciągało z kąta 

gumowe  zwierzątka  sprezentowane  przez  Rajzę  i  stawiając  je  w  zwartym  szeregu  za 

konikiem, dosiadło jego drewnianego grzbietu i zaczęło śpiewać: 

 

– Idzie drogą bojsko (wojsko)! Jedzie drogą bojsko do koszar!  

 

– Od Mikołajczyków?  

 

–  Ano,  od  Mikołajczyków  –  potwierdziła  ze  zdziwieniem.  –  Matka  pochodziła  od 

Mikołajczyków,  a  wujek  to  jej  brat.  Kupił  przed  wojną  gospodarstwo  na  Wołyniu,  ale 

niedługo się nim nacieszył, bo go z babą i z dziećmi wywieźli na Syberię. Potem znalazł się w 

armii Andersa, order Virtuti Militari za męstwo pod Monte Cassino dostał, ale pewnie wiecie, 

jak to po wojnie bywało… Bał się do Polski wrócić. Żonę przez Czerwony Krzyż odszukał i 

osiedlił się w Anglii.  

 

–  Wiem!  –  Dziad  spuścił  powieki  i  ponownie  wymawiając  się  od  posiłku,  raz  jeszcze 

zagadnął o Bolka Spod Ciemnej Gwiazdy. 

 

–  Jak  już  powiedziałem  –  mruknął  syn  po  Błażeju  i  Hance  –  Rajza  przywiozła  go  z 

pegeerów. Bolka i jego matkę, którzy… skąd pochodzili – wzruszył ramionami – nie wiem!  

 

Opowiedział,  że  pewnie  Bolkowa  rodzina  przepadła  podczas  wojny  z  majątkami,  które 

posiadała. I że za młodu Bolek wcale nie był głupi. Podobno przewróciło mu się w głowie po 

tym, jak go pobili kawalerowie zazdrośni o pannę. A na starość umyślił sobie, że jest Żydem, 

powiesił na szyi Gwiazdę Dawida i próbuje zajść do Izraela, ale jeszcze nie doszedł, bo go 

ciągle celnicy zawracają z granicy.  

 

– Pisał też do ludzi, którzy znali jego matkę, żeby mu powiedzieli prawdę o pochodzeniu. 

I wiecie co odpisali? – Gospodyni wpadła mężowi w słowo. – Rajza była ciekawa co piszą, a 

ż

e ledwie umie czytać, przyniosła mi ten list do przeczytania… A oni odpisali, że dobrze znali 

jego matkę, i że zawsze była gorliwą katoliczką! Hm… – zastanowiła się. – Ale może ojca 

miał Żyda, skoro nosi nie z polska brzmiące nazwisko? I może on wcale nie taki głupi, jak się 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 102 - 

ludziom zdaje, bo i czytać, i pisać potrafi? A do tego nie gada byle jak, ale ładnie, po pańsku! 

Kto wie? Może sobie tej Gwiazdy Dawida bez powodu nie wymyślił? 

 

– E, tam! – gospodarz lekceważąco machnął ręką. – Dziwak! Tak samo jak Rajza!  

 

Dziecko poruszyło się na bujanym koniku i zamyśliło się nad losem niezwykłych ludzi. 

Nie wiedziało jeszcze, że wkrótce po Babci Rózi, która spocznie w bezimiennym grobie i po 

Bolku, który umrze wędrując do Izraela, zostaną tylko wspomnienia... Że plac po zagrodzie 

Pod  Ciemną  Gwiazdą,  gdzie  dawniej  urzędowali  zbójnicy  z  Czarnym,  zarośnie  lasem.  I  że 

tylko blade cienie, zarówno zbójców, jak i Rajzy z Bolkiem tudzież zmarłych przodków, będą 

ż

yć  w  pamięci  mieszkańców  doliny  i  nie  wiadomo  dlaczego  przetrwają  we  wspomnieniach 

dziecka,  które  pewnego  dnia  postanowi  ocalić  od  niepamięci  przynajmniej  część 

wysłuchanych w dzieciństwie historii i w usta Beskidzkiego Dziada włoży znajome ballady.  

 

*** 

 

 

Wędrowiec,  który  tym  razem  nie  chciał  ani  jeść,  ani  pić,  podniósł  się  z  ławy.  Stukając 

kosturem,  wyszedł  na  podwórze,  po  którym  kręciła  się  ciekawska  sąsiadka  i  z  worem  na 

ramieniu  poszedł  do  centrum  wsi,  gdzie  strzelała  w  niebo  wieża  murowanego  kościoła, 

wybudowanego przed laty na miejscu poprzedniego, strawionego przez ogień.  

 

Uchyliwszy  kapelusza  wszedł  do  przedsionka  i  stojąc  pod  figurą  świętego  Antoniego, 

który  obdarzał  bochenkiem  żebraka  klęczącego  u  jego  stóp  z  błagalnie  wyciągniętą  dłonią, 

zasłuchał  się  w  głos  księdza  czytającego  wypominki  za  duszami  zmarłych.  Długo  trwało 

czytanie i nie wiedzieć kiedy uśpiło wędrowca, który zwinąwszy się na konopnym worze, z 

ramieniem pod głową, nie czując listopadowego chłodu, zasnął pod stopami świętego.  

 

Jakimś  dziwnym  trafem  nie  zauważyli  go  ani  ludzie  wychodzący  z  wieczornego 

nabożeństwa,  ani  kościelny  otwierający  z  rana  wysokie  drzwi  głównego  przedsionka. 

Niedostrzeżony wstał wtedy z zimnej posadzki i ruszył ku Końcowi Wsi. Jego wyblakłe oczy 

melancholijnie spoglądały na stoki doliny spowite gęstą mgłą, bezgłośnie poruszające się usta 

odmawiały  pacierze  w  intencji  dusz  zmarłych,  a  w  niedosłyszących  uszach  brzmiały  słowa 

wypominków:  za  Jaśkiem,  co  z  zarobku  w  Peszcie  wrócił;  za  Bartkiem,  który  swoje  dzieci 

musiał  z  biedy  we  świat  puścić;  za  niemową  Maryną,  która  sprawiła  sobie  Błazusia;  za 

Jaśkiem – fartownym przybłędą i jego potomkami, co w Górnej Wsi mieszkali; za Błażejem i 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 103 - 

Hanką... Zmówił też paciorek za ostatnim Lachem, o którego rodzie nikt już nie pamiętał oraz 

za duszami wszystkich, którzy na polachowskim gruncie ongiś pracowali.  

 

I tak odszedł powoli, coraz rzadziej oglądając się na stoki doliny i coraz ciszej postukując 

sękatym  kosturem,  aż  doszedł  do  mostu  na  Końcu  Wsi  i  minąwszy  go,  rozpłynął  się  we 

mgle…  

 

 

Koniec 

    

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 104 - 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com

background image

 

 

- 105 - 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: mr1nobody0@gmail.com