background image

Leszek Zioło

STARACHOWICKI WRZESIEŃ

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1986

Okładkę projektował: Konstanty M. Sopoćko

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor techniczny: Jadwiga Jegorow

background image

I

— Panowie, to nasze ostatnie spotkanie przed październikiem. Jaka jest sytuacja, wiecie doskonale. 

Jeszcze   w   tym   miesiącu   wasze   jednostki   otrzymają   wzmocnienie.   Planujemy   powołanie   rezerwy   i 
oddelegujemy do poszczególnych ośrodków po kilku podchorążych. Na zakończenie odprawy chcę panom 
pokazać   mapę,   którą   przygotowało   dowództwo   OPL   z   Przemyśla.   Zobaczycie   dokładnie,   na   jakie   siły 
możecie liczyć na swoim terenie.

Podpułkownik   z   Inspektoratu   Obrony   Powietrznej   Państwa   rozsunął   zasłony   zakrywające   ścienną 

tablicę. Na przytwierdzonej do niej mapie południowo-wschodniej Polski wyraźnie odcinały się kontury 
granic obszaru X Dowództwa Okręgu Korpusu.

— Major Pilecki, oficer OPL z przemyskiego DOK, naniósł na tę mapę siły obrony przeciwlotniczej, 

jakimi dysponujemy na terenie Centralnego Okręgu Przemysłowego — kontynuował podpułkownik. — Są 
to tylko te środki, które bezpośrednio podlegają dowódcy OPL Obszaru Kraju, pułkownikowi Ludwigowi. 
Zakładamy, że w razie potrzeby do osłony obiektów przemysłowych i węzłów komunikacyjnych kierowane 
będą także plutony i baterie z dywizji i brygad.

Uczestniczący w odprawie dowódcy jednostek OPL z zakładów zbrojeniowych, położonych na terenie 

podległym   wojskowej   kompetencji   X   Dowództwa   Okręgu   Korpusu,   już   od   dwóch   dni   przebywali   w 
Przemyślu.  Wezwano ich natychmiast po tym, jak kilkuosobowa grupa oficerów z Inspektoratu Obrony 
Powietrznej Państwa zakończyła przegląd gotowości bojowej fabrycznych  jednostek OPL. Podczas tego 
sprawdzianu   ujawniono,   że   nie   wszystkie   zakłady   wywiązały   się   z   obowiązku   wystawienia   własnych 
plutonów dział  przeciwlotniczych. Odpowiedzialni za ten stan ludzie tłumaczyli  się wysokimi  kosztami 
sprzętu i brakiem odpowiednio przygotowanego personelu. Kontrolujący odnieśli jednak wrażenie, iż nie 
wszędzie do spraw związanych z obroną powietrzną podchodzi się z należytą powagą. Po prostu niektórzy 
szefowie   zakładów   przemysłowych  nie   wierzyli,  by  kiedykolwiek  mogło   ich   fabrykom  coś  zagrozić  ze 
strony obcego lotnictwa. A skoro tak, to po co pchać pieniądze w nie przynoszący dochodu interes?

— Instrukcja Inspektora Obrony Powietrznej Państwa generała Józefa Zająca wyraźnie mówi, które 

zakłady muszą zakupić sprzęt artyleryjski — grzmiał na początku odprawy podpułkownik. — Mija drugi rok 
od   jej   wydania,   mamy   już   sierpień   tysiąc   dziewięćset   trzydziestego   dziewiątego   roku,   a   tylko   w 
Starachowicach sprawę doprowadzono do końca. To, co dotychczas zrobiono w Stalowej Woli, Skarżysku i 
Kielcach, jest daleko niewystarczające! A czas nagli!

Wtedy, w ostatniej dekadzie sierpnia, uczestnicy odprawy wiedzieli już, że istotnie czasu pozostało 

niewiele. Ile jeszcze miesięcy uda się powstrzymać Hitlera? Przecież jego żądania nie pozostawiają żadnych 
wątpliwości: Niemcy chcą wojny.

Oficer rozpoczął objaśnianie mapy.
— Celowo przedstawiamy panom obszar wykraczający poza przemyskie Dowództwo Okręgu Korpusu. 

Traktujemy   Centralny  Okręg   Przemysłowy  jako   całość.   Szczęśliwie   się   składa,   że   te   wszystkie   tereny 
znalazły się w tak zwanym obszarze krajowym. Ma to swoje pozytywne następstwa dla obrony powietrznej. 
Siły  w   takim   przypadku   pozostają   w   całkowitym   podporządkowaniu   dowództwu   OPL   Obszaru   Kraju. 
Spójrzmy na mapę. Pierwszego sierpnia, bo pokazuje ona stan na ten dzień, mieliśmy ukształtowane trzy 
zgrupowania obrony przeciwlotniczej, zgodne z trzema wyraźnymi skupiskami przemysłu zbrojeniowego — 
podpułkownik lśniącą wskazówką zakreślał omawiane rejony.  — Obszar pierwszy pomiędzy Dunajcem a 
Sanem z fabrykami sprzętu w Sanoku, Rzeszowie, Stalowej Woli, Mielcu, Dębicy, Tarnowie i Mościcach. 
Obszar   drugi   pomiędzy  Pilicą   a   Wisłą   z   ośrodkami   przemysłowymi   w   Pionkach,   Radomiu,   Skarżysku, 
Starachowicach, Ostrowcu, Kielcach oraz z przeprawami w Sandomierzu i Dęblinie. Wreszcie obszar trzeci 
pomiędzy Wieprzem a Sanem.

Kolorowe symbole znaczyły miejsca, w których rozmieszczono siły OPL. Obszar był dość znaczny, a 

sił niezbyt wiele. Na mapie plutony artylerii wyglądały jak oddzielne, samotne wysepki.

— Obecnie szczupłość środków zmusza nas do tego, by przyjąć zasadę punktowego systemu obrony 

przeciwlotniczej  —   ciągnął   oficer   swoje   wyjaśnienia.  —   Oznacza   to,  że   do   ochrony   poszczególnych 
ośrodków   przydzielamy   odpowiednie   siły   obrony   czynnej   i   biernej.   Najważniejsze   obiekty,   jak   to 
zaznaczono   na   mapie,   są   bronione   przez   artylerię   przeciwlotniczą,   do   innych   przydzieliliśmy   tylko 
przeciwlotnicze ciężkie karabiny maszynowe, a najmniejszym ośrodkom pozostaje jedynie obrona bierna. 
Na razie na więcej nas nie stać. Nasza kontrola wykazała, że służby łączności, dozorowania i ostrzegania 
funkcjonują  prawidłowo.  Na początku  września  będziemy jeszcze  chcieli  sprawdzić,  jak  są  wyszkolone 
obsługi dział. Myślę, iż po tym spotkaniu i przestudiowaniu mapy macie, panowie, pełen obraz możliwości 
obronnych na waszym terenie. Nie muszę chyba podkreślać, jak ważny dla kraju jest ten obszar. A zatem do 

background image

zobaczenia w październiku. W oznaczonym dniu otrzymacie sygnał z Inspektoratu. Zaprosimy was jako 
obserwatorów na wielkie ćwiczenia obrony przeciwlotniczej wojsk. Będzie co oglądać!  — podpułkownik 
tym stwierdzeniem zakończył odprawę.

Kilku   oficerów   rezerwy   pozostało   jeszcze   na   sali.   Z   zainteresowaniem,   w   skupieniu,   studiowali 

rozwieszoną na tablicy mapę.

— Trochę za rzadka ta sieć — przerwał milczenie młody mężczyzna.
— Co pan ma na myśli? — zainteresował się ktoś tą uwagą.
— Wystarczy popatrzeć, jak daleko od jednego zgrupowania artylerii do drugiego. Chyba nie może być 

mowy o stworzeniu skutecznego parawanu ogniowego.

— To prawda, dlatego tak ważną sprawą jest silna obrona punktowa — dodał ktoś inny.
—   Od   miesiąca   w   naszej   fabryce,   w   Stalowej   Woli,   stacjonuje   zmotoryzowana   bateria   dział 

siedemdziesięciopięciomilimetrowych. Mówię panom, to są cuda nie działa! Wypluwają pociski co kilka 
sekund, i to aż na jedenaście kilometrów w górę.

— Słyszę, że pan chwali nasze działa — czterdziestoparoletni, ciemnowłosy mężczyzna zwrócił się do 

swego sąsiada. — Bardzo się cieszę z tych komplementów. Te cuda robimy u nas, w Starachowicach.

Inżynier Stefan Kistelski, porucznik rezerwy, dowodził fabryczną jednostką OPL w Starachowickich 

Zakładach Górniczo-Hutniczych. Pracował w fabryce od kilkunastu już lat, ostatnio jako kierownik wydziału 
elaboracji,   gdzie   uzbrajano   pociski.   Znał   się   doskonale   na   sprzęcie   ahyleryjskim   i   był   gorącym 
zwolennikiem rozwoju polskiego przemysłu obronnego. Dlatego z takim zainteresowaniem i, oczywiście, z 
satysfakcją przyjął słowa kolegi ze Stalowej Woli.

— Możemy tylko żałować, że tak mało tych armat dotychczas zrobiliście.
— Dopiero przed pięcioma miesiącami ruszyła seryjna produkcja — odparł inżynier Kistelski. — Na 

pewno zrobimy ich więcej. Ale chciałem zwrócić uwagę panów na coś innego. Ta armata to przecież nasze, 
polskie  dzieło!  Skonstruowana  od  podstaw   w zakładach   starachowickich.  Na przyfabrycznym poligonie 
pierwszy strzał oddaliśmy z niej już w październiku trzydziestego czwartego roku.

— A potem, przez cztery lata, nic nie robiliście? — dziwił się inżynier ze Stalowej Woli.
— Po wszystkich niezbędnych próbach armata była gotowa w trzydziestym szóstym roku. Wojskowi się 

nią   zachwycali,   bo   też   jest   ona   naprawdę   nowoczesna   i   niezawodna,   ale   jeszcze   dwa   lata   minęły   na 
przepychankach, dyskusjach i przekonywaniach. Samych komisji z Warszawy było u nas kilkanaście. W 
końcu, jak już mieliśmy wszystkie świadectwa, że ten nasz produkt strzela jak trzeba, zabrakło odważnego, 
żeby podjąć decyzję o rozpoczęciu seryjnej produkcji. Niektórzy twierdzili, że działo jest za drogie i polskiej 
armii nie stać na taki luksus.

— Niech pan powie, ile to techniczne cudo może kosztować?
— Niemało. Pewnie, że niemało, ale jest tego warte. Liczymy, że koszt jednej armaty wyniesie sto 

trzydzieści pięć tysięcy złotych, już niedługo dojdzie do niej specjalny ciągnik. W marcu otrzymaliśmy 
prototyp z Warszawy. O, widzicie, panowie, z mapy wynika, że bateria tych dział ma bronić lotniska i 
przeprawy w Dęblinie.

Inżynier   Kistelski   zagłębił   się   ponownie   w   zawiłości   mapy  sztabowej.   Szczególnie   interesował   go 

obszar pomiędzy Wisłą a Pilicą. Odnalazł Starachowice i zorientował się, że przy fabryce dział i amunicji 
zaplanowano umieszczenie dwóch plutonów artylerii przeciwlotniczej. Trzy czarne literki „F” oznaczały, że 
w razie wojny obronę powietrzną mają w tym rejonie prowadzić także trzy plutony fabryczne.

Przeniósł   wzrok   wyżej.   Pionki  —   wytwórnia   prochu   i   materiałów   wybuchowych.   W   obronie   dwa 

plutony. Radomskich fabryk broni ręcznej i masek przeciwgazowych także bronią dwa plutony. Podobną 
obronę mają fabryki w Skarżysku i Ostrowcu. Cóż, z tej pobieżnej analizy wynika, że najgęściejszy ogień 
powinien powitać agresora nad Starachowicami. Ile to razem będzie armat? Cztery należące do wojska, 
sześć   fabrycznych,   razem  dziesięć.   To   już   jest   spora   siła.   Gdyby  tak   jeszcze   mieć   reflektory  i   balony 
zaporowe...

—   Panie   inżynierze,   o   której   ma   pan   pociąg?  —   To   pytanie   przerwało   Kistelskiemu   dalszy  ciąg 

kalkulacji.  —   Jeśli   dysponuje   pan   czasem,   zapraszam   na   kawę.   Chętnie   bym   pogawędził   ze   starym 
znajomym.

Major   Marian   Pilecki   poznał   Kistelskiego   przed   rokiem   podczas   wizyty   w   Starachowicach.   Lubił 

rozmowy z inżynierem, cenił bowiem ludzi rzeczowych i towarzyskich, a taki właśnie był Kistelski.

Inżynier przyjął to nieoczekiwane zaproszenie i po chwili siedzieli obaj przy niewielkim stoliku w głębi 

kasyna.

— Tylko pogratulować, panie Stefanie. Zebrał pan tyle pochwał od oficerów z Warszawy. Bo też i 

wszystko u was zapięte na ostatni guzik — zaczął rozmowę major Pilecki.

— Dziękuję za uznanie. Szkoda, że nie widział pan, jaki duch panuje wśród naszych ludzi. Oni wierzą 

background image

w swoją siłę, a to jest niezwykle istotne — odparł Kistelski.

Zamyślili się obaj. Dłuższą chwilę trwało milczenie, które wreszcie przerwał Pilecki:
— Wiara wiarą, ale tak po prawdzie to tych sił jest przecież sporo. Jeśli chodzi o obronę przeciwlotniczą 

to nasz obszar jest w sytuacji uprzywilejowanej. Możemy się z tego tylko cieszyć. Ale, panie Stefanie, dajmy 
spokój tym teoriom. Po co ciągle mówić o wojnie? Jeszcze kawał lata przed nami. Pan już po urlopie?

— Chyba dopiero we wrześniu będę chciał się gdzieś wybrać na kilka dni. Najlepiej z wędką, nad 

Wisłę. Teraz nie mam czasu. Zaczęliśmy seryjną produkcję armaty siedemdziesiąt pięć milimetrów. Przyszły 
duże zamówienia  z wojska. Muszę być  cały czas na miejscu. Ale skoro mówimy o pracy,  to chciałem 
zapytać, jak długo pan jest w dowództwie OPL w Przemyślu?

— Od samego początku, panie Stefanie. Dostałem przydział w trzydziestym siódmym, gdy wydano 

rozkaz o tworzeniu przy DOK dowództw obrony przeciwlotniczej. Jestem artylerzystą przekwalifikowanym 
na przeciwlotnika. Coraz więcej teraz będzie oficerów o takiej specjalności.

— Co pan powie? A ja nic nie słyszałem, żeby otwarto jakąś szkołę przeciwlotniczą?
— Specjalnej nie stworzono, ale o Trauguttowie musiał pan słyszeć.
— To gdzieś koło Brześcia?
—   Właśnie.   Mniej   więcej   od   roku   w   Trauguttowie   mieści   się   Centrum   Wyszkolenia   Artylerii 

Przeciwlotniczej.   Jest   tam   szkoła   podchorążych   artylerii   przeciwlotniczej   i   dwie   szkoły   podchorążych 
rezerwy. To oznacza koniec naszych kłopotów kadrowych.

— Słyszałem co nieco o tym Centrum, ale chyba nie ma jeszcze absolwentów Trauguttowa?
— Są, są, panie Stefanie. Mogę panu powiedzieć, że kilku za parę dni zamelduje się w Starachowicach, 

w waszej jednostce. A gdzie pan uczył się artylerii?

—  Byłem  na   kursie   w   pierwszym   pułku   artylerii   przeciwlotniczej   w   Warszawie,   jednak   najwięcej 

nauczyłem się na fabrycznym poligonie. Jeśli chodzi o dowodzenie, to mam trochę praktyki z wojny. Byłem 
w Legionach. Ale, panie majorze, mieliśmy przecież nie mówić o sprawach służbowych.

— Dobrze, nie mówmy. Sam pan jednak widzi, jak trudno oderwać myśli od tego wszystkiego, czym 

żyje   się   na   co   dzień.   Proszę,   niech   pan   mi   opowie,   co   słychać   w   Starachowicach?   Przepraszam,   w 
Starachowicach-Wierzbniku, bo teraz tak nazywa się wasze miasto?

— Od pierwszego kwietnia, gdy połączono Wierzbnik ze Starachowicami. Miasto ma teraz dwadzieścia 

pięć tysięcy mieszkańców i zobaczy pan, jak będzie wyglądało za parę lat! Chcemy rozwijać zakłady, tym 
bardziej że obiecująco wypadają badania geologiczne. Podobno są spore pokłady rudy.

—   Oglądałem   kopalnię  „Majówka'”,   jak   ostatnio   u   was   byłem  —   wtrącił   major.  —   To   jest 

nowoczesność! Dwudziesty wiek! Kolejka podziemna, elektryczne windy w szybach. Ponoć ostatnio ruszyły 
nowe kopalnie?

— Trzy odkrywkowe, „Myszki”, „Strzelnica” i, „Czerwona”. Ale na potrzeby huty to ciągle za mało. 

Oblicza się, że za rok, dwa będziemy już samowystarczalni, bo uruchomi się nowe odkrywki.

— A co w mieście, jakie zmiany? — dopytywał się major.
— Niedługo ukończymy budowę Domu Społecznego, rusza budowa nowego szpitala na Bugaju, a i 

domów przybywa. Jednak do zaspokojenia wszystkich potrzeb jeszcze daleko. Chociaż, wie pan, jak w 
fabryce idzie dobrze, to i w mieście się ożywia. Chętnych do pracy nie brakuje, żeby tylko zamówienia były.

— Gdzie jak gdzie, ale w waszej fabryce wojsko sporo tych zamówień ulokowało. Przez całe lata 

będzie co robić. Przecież samych siedemdziesiątekpiątek ma być w pierwszej serii coś z pięćset. Znam te 
liczby, bo byłem w komisji oceniającej przydatność tej armaty.

— Ja panu powiem coś jeszcze. Duże zamówienia to nie tylko interes dla fabryki, ale i dla wojska. Tak, 

tak, zwykła ekonomia.

— Niech pan poda jakiś przykład — major przejawiał zainteresowanie tematem.
—   Duże   zamówienia   to   duże   pieniądze   i   szansa   na   zakup   nowych   maszyn.   Tylko   dzięki   nowym 

maszynom potaniał koszt produkcji dział i amunicji. Zna pan naszą haubicę stumilimetrową? Jeszcze w 
trzydziestym   czwartym   wojsko   płaciło   za   jedną   sztukę   sto   czterdzieści   pięć   tysięcy  złotych.   A   dziś   o 
trzydzieści tysięcy mniej. Dlaczego? Bo znacznie zmniejszyły się koszty produkcji. Koniunktura wszystkim 
się opłaca.

— I eksport też — uzupełnił major.
— Z eksportem to trochę inna sprawa. Na pewno się opłaca, ale teraz nie możemy o tym myśleć. 

Musimy  zrezygnować z   eksportu.   I  zrezygnowaliśmy.   Ostatni   transport   poszedł  w  czerwcu  do  Anglii  i 
Holandii. Tego  też szkoda. Wie pan najlepiej, jak liczy się każde działo. W czasie dzisiejszej  odprawy 
odniosłem wrażenie, że nasi przełożeni mają poważne problemy. Szczególnie z uzbrojeniem. Jeśli w tym 
roku nie dojdzie do wojny, to w znacznym stopniu będziemy mogli zaspokoić potrzeby naszej artylerii 
przeciwlotniczej,   zwłaszcza   w   armatach   małego   kalibru.   U   nas   produkcja   idzie   na   pełnych   obrotach, 

background image

miesięcznie możemy zmontować siedemnaście Boforsów.

— Tak się broniliśmy przed rozmową o wojsku, a znów wkraczamy na ten teren  — wtrącił major 

Pilecki. — Panie Stefanie, chyba pora iść na dworzec?

— Tak, tak. Najwyższy czas, zbliża się piętnasta.
Wsiedli w dorożkę. Po paru minutach byli już na dworcu, gdzie pożegnali się serdecznym uściskiem 

dłoni.

— Do zobaczenia, panie Stefanie, w Brześciu, na ćwiczeniach!
— Do widzenia, panie majorze. Zapraszam do siebie, do Starachowic!

II

— Hierbatki, z czajniczka, z samowarka! — ostry głos handlarki wyrwał Kistelskiego z zadumy. Pociąg 

stał na stacji. Słychać było ostry syk pary i szum wody wlewanej do kotła ze stacyjnej pompy. Inżynier 
wyjrzał przez okno. Sandomierz. Jeszcze ze dwie godziny drogi, westchnął.

— Panie dziedzic, do hierbatki, do hierbatki! — natarczywie zapraszała stara Żydówka.
Kistelski, nie zwracając uwagi na zachęcające słowa handlarki, zawołał do konduktora:
— Ile postoimy?
— Jak w rozkładzie, piętnaście minut. Palacz musi napoić maszynę. Nielichy dziś mieliśmy upał  — 

konduktor udzielił dość wyczerpującej odpowiedzi.

Inżynier wyszedł z wagonu na żwirowany peron. Pomyślał, że dumny napis  „Peron 1” jest sporo na 

wyrost przy tej lichej stacyjce. Może za pięć, dziesięć lat, kiedy w Sandomierzu skupią się wszystkie nici 
kierowania COP-em, przyjdzie czas na peron i dworzec z prawdziwego zdarzenia.

Kistelski przespacerował się raz i drugi wzdłuż pociągu, zamienił jeszcze kilka słów z konduktorem i 

wsiadł do wagonu.

— Odjazd! — zawiadowca dał sygnał do dalszej drogi.
Za oknem przesuwała się krawędź wyżyny stromo opadającej do Wisły. Powyżej bujnej, soczystej, aż 

szmaragdowej zieleni wznosiły się stare budowle Sandomierza. W dole Wisła — srebrna, rybna, ruchliwa od 
barek i  łodzi. Kistelskiego zawsze pasjonowało życie tej wody. Kiedyś, gdy jeszcze studiował, patrzył na 
Wisłę zupełnie inaczej — stanowiła zachętę do sportów i wędkowania. Z latami pojął, że ta rzeka potrzebna 
jest polskiemu przemysłowi jako bardzo ważny surowiec i droga wodna. A co mówił o Wiśle oficer podczas 
odprawy? Że jest to ważny punkt naszej obrony. Oczywiście wtedy, gdy przyjdzie do najgorszego i trzeba 
będzie się oprzeć na tej rzece. Kapitan, który przyjechał do Przemyśla z Sandomierza, meldował, że miasto 
ma obronę powietrzną na dobrym poziomie. Miejscowe obiekty, w tym obydwa mosty na Wiśle, ochrania 
bateria Boforsów.

—  W   razie   potrzeby  —   mówił   podpułkownik  —   obronę   w   Sandomierzu   wzmocni   artyleria 

przeciwlotnicza. Tutejsze przeprawy na Wiśle mają znaczenie zasadnicze tak dla ewentualnego odwrotu, co, 
oczywiście,   jest   tylko   skrajnym   przypuszczeniem,   jak   i   dla   bieżącego   zaopatrzenia   wojsk.   Chodzi   o 
transporty z Mielca, Rzeszowa, Stalowej Woli, Dębicy. Przecież najbliższy most jest dopiero w Solcu, a 
kolejowy aż w Dęblinie.

Tuż za Wisłą pociąg zatrzymał się w Metanie. Sama nazwa  — Metan — miała świadczyć o nowym, 

które wkraczało na te ziemie. Co prawda ludzie nadal nazywali swą wieś — jak przed laty — Kamień, ale 
przystanek kolejowy to był już Metan.

Obok torów szkielet budującej się huty szkła. Widoczny znak, że plany rozwoju COP ogarniają także i 

te małe, nadwiślańskie wioski, w których do niedawna szczytem awansu było zostać flisakiem na rzecznej 
barce.   Kistelski   znał   tę   wioskę,   bo   tu   właśnie,   w   pobliżu   mostu   kolejowego,   było   ulubione   miejsce 
harcerskich biwaków i wędkarskich wypraw. Sam kiedyś dał się namówić na taki wyjazd.

Pociąg rozpoczął mozolną wielokilometrową wspinaczkę na Wyżynę Kielecko-Sandomierską. Sapiąc i 

buchając  parą  mijał  Dwikozy,  Jakubowice,  Ćmielów,  Bodzechów,  by wreszcie  wtoczyć  się na  stację  w 
Ostrowcu. Inżynier przypomniał sobie, że ostrowieckiej hucie poświęcono sporo uwagi w Przemyślu.

— Zarządzenie w sprawie zakupu przez zakład dział przeciwlotniczych zrealizujemy do połowy tysiąc 

dziewięćset czterdziestego roku — referował komendant obrony huty. — Spodziewamy się, iż nasz zakład 
będzie celem ataków z powietrza. Niemcy wiedzą dokładnie, że mamy wytwórnię wież pancernych. Wiedzą, 
bo nie tak dawno został w Ostrowcu zatrzymany ich agent. Oprócz wytwórni wież liczy się dla obronności 
nasza   stal.   Ostatnie   ćwiczenia   LOPP   wypadły  dobrze.   Brakuje   nam  jednak   masek   przeciwgazowych,   a 
łączność   telefoniczna   szwankuje.   Obrona   czynna   zakładu   to   dwa   plutony  Boforsów  dowodzone   przez 

background image

podchorążych.

Czy to wystarczy? Właśnie, czy to wystarczy. Pytanie to nurtowano nie tylko inżyntera Kistelskiego. 

Wracało ono podczas odprawy, w rozmowach z kolegami, w czasie ćwiczeń obrony przeciwlotniczej. Jak 
jesteśmy przygotowani na ataki z powietrza? Na przykład w Ostrowcu. Czy zaklejenie paskami papieru 
szyb, kilkaset masek, okopy na terenie huty, syreny, łączność telefoniczna i jeszcze cztery Boforsy, czy to 
wszystko wystarczy?

— Zależy, co będą chcieli osiągnąć Niemcy — powiedział kiedyś stary ogniomistrz, którego Kistelski 

poznał w czasie jakiejś odprawy.  — Niech pan pomyśli, panie poruczniku, że wybuchła wojna i Niemcy 
miesiąc czy dwa nie mogą przedrzeć się przez naszą obronę. Co im pozostaje? Zniszczyć wszystko co nasze, 
aż do fundamentów. A jeśli, niech ręka boska broni, będą mieli widoki na zwycięstwo? Panie poruczniku, 
wtedy   może   być   pan   pewien,   że   będą   oszczędzać   wasze   Starachowice.   Ja   nie   jestem   strategiem,   ale 
nasłuchałem się sporo ciekawych rzeczy od oficerów naszego sztabu.

Podpułkownik z IOPP reprezentował inny pogląd.
— Z analiz naszego inspektoratu wynika, że jesteśmy dobrze przygotowani — mówił. — Od stycznia 

do   dziś   przeprowadziliśmy   we   wszystkich   miastach   kraju   po   kilka   alarmów   ćwiczebnych   i   próbnych. 
Artyleria przeszła gruntowne szkolenie, podczas którego zwracaliśmy szczególną uwagę na wszechstronne 
zapoznanie   obsług   z   różnymi   rodzajami   sprzętu.   Jeśli   chodzi   o   nasycenie   placówek   OPL 
najnowocześniejszymi   armatami,   to   mogę   panom   powiedzieć   tylko   tyle,   że   do   końca   czterdziestego 
pierwszego roku będzie to nasycenie pełne. Pragnę jeszcze poinformować panów, iż w przyszłym roku, w 
czerwcu,   rozpoczną   się   dostawy   z   Francji   armat   dziewięćdziesięciomilimetrowych.   Jednorazowo 
otrzymywać   będziemy   po   cztery   egzemplarze,   a   więc   kompletne   wyposażenie   baterii.   Traktujcie   tę 
wiadomość jako ściśle poufną!

Gwar dobiegający zza okna pociągu przerwał medytacje inżyniera. Pociąg stał przy ubożuchnym, ale 

zatłoczonym   peronie   stacji   Wierzbnik.   Do   wagonów   szturmował   tłum   podróżnych   objuczonych 
najróżniejszymi   pakunkami,   koszami,   kuferkami,   zawiniątkami.   Przepychając   się   nawzajem   ludzie   ci 
oblegali wejścia do przedziałów trzeciej klasy. Miejscowi handlarze i drobni rzemieślnicy udawali się do 
Skarżyska,   skąd   dalej   wędrowali   szlakiem   odpustów   i   festynów.   Sprzedawali   zabawki,   świecidełka   i 
jarmarczne pamiątki z gipsu, aby uciułać trochę grosza. Nie dla wszystkich starczało pracy w przemyśle, a i 
nie wszyscy do takiej pracy się garnęli.

Kistelski  przygotował  się  do  wyjścia.   Zdjął  z   półki  niewielką   walizeczkę   i  podszedł  do  drzwi.  Za 

oknami przesuwały się już światła starachowickich zakładów. Oświetlony wielki piec wyznaczał serce starej 
fabryki. Powyżej, na wzgórzu, nowa część zakładu, którą należy chronić za wszelką cenę. Tam bowiem, w 
snopach   iskier   i   jazgocie   maszyn,   rodzą   się   armaty   i   pociski.   Wielka   nadzieja   polskiej   armii.   Wśród 
artylerzystów działa ze Starachowic zdobyły sobie dobrą ocenę. Sztabowcy w swoich planach biorą pod 
uwagę   produkcję   tych   zakładów.   W   biurze   konstrukcyjnym   opracowano   już   dwa   nowe   modele:   100-
-milimetrową  haubicę wz.  39 i 155-milimetrową  armatę dalekonośną, jeszcze bez  indeksu fabrycznego. 
Poligonowe próby wypadły obiecująco, nie wiadomo tylko, kiedy będą wdrożone  do produkcji.  Można 
przypuszczać, że tym razem Departament Uzbrojenia nie będzie zwlekał z podjęciem stosownej decyzji.

Pociąg   zatrzymał   się   na   stacji.   Biało-czarna,   umocowana   na   niepozornym   baraku,   tabliczka 

informowała, że to już Starachowice. Inżynier wyszedł na peron. Przywitał skinieniem głowy znajomego, 
który przyszedł spotkać się z kimś na dworcu.

Był ciepły, późny wieczór i Kistelski zamierzał wybrać się pieszo do domu, gdy przed dworcową bramę 

zajechała mocno sfatygowana dorożka i jej właściciel zapraszającym gestem wskazał inżynierowi miejsce w 
głębi pojazdu.

— Bardzo proszę, panie inżynierze. Podwieziemy pod górkę, do domu.
Kistelski chwilę się wahał, ale postanowił skorzystać z tego zaproszenia. Znał dorożkarza, bo dwa lata 

temu  stary,   którego   żona   codziennie   przynosiła   mleko   do  domu   Kistelskich,   prosił   inżyniera   o   pomoc. 
Chodziło o przyjęcie wnuczka do szkoły zawodowej przy zakładach. Rzecz cała ułożyła się pomyślnie i od 
tej   pory  dorożkarz   jak   potrafił,   tak   okazywał   swoją   wdzięczność.   Nie   mógł   więc   inżynier   sprawić   mu 
zawodu.

Droga   nie   dłużyła   się   zbytnio,   dorożkarz   bowiem   zabawiał   go   rozmową.   Początkowo   była   to 

konwencjonalna wymiana zdań na temat pogody, zbiorów i podróży, wkrótce jednak przeszli do spraw, które 
żywo zajmowały ludzi w tych dniach. Co słychać w świecie? Będzie wojna, czy Hitler ustąpi?

— Po mojemu, panie inżynierze, nie ma się czego obawiać — kończył swe rozważania dorożkarz. — 

Kto by tam chciał się narwać na naszą siłę? Teraz, panie, mamy tyle żelastwa, że trzeba być samobójcą, żeby 
lecieć na pewną śmierć.

— Niemcom też tego żelastwa nie brakuje — podjął temat Kistelski. — I mogą chcieć spróbować, kto 

background image

silniejszy.

— Jasne, że myśmy silniejsi — dorożkarz nie tracił rezonu. — Panu nie będę tłumaczył, bo lepiej pan 

wiesz ode mnie, co słychać w świecie. Ludzie na mieście i po wioskach powiadają, że nasza siła wielka. 
Mamy uszy i słyszymy ten huk koło fabryki. Działa pewnikiem się próbuje. Tak rok temu to puknęło coś raz 
na dzień, a teraz i w dzień strzelają, i w nocy. Dużo tych huków, to i dział musi być sporo. Dobrze, panie 
inżynierze, bardzo dobrze. Jeszcze powiem panu — kontynuował — że w ludziach taka ochota bić Niemca, 
żem jeszcze takiej nie widział. I to nie tylko u nas, w całej Polsce.

— Skąd pan wie, co jest w całej Polsce? — spytał Kistelski.
— A wiem, od wnuka, od Józka. Był niedawno na takim wielkim wiecu, gdzie przemawiał marszałek 

Śmigły-Rydz.

— Cóż tam robił pana wnuczek?
— Był w grupie harcerzy ze Starachowic. Pojechało ich kilku chłopaków i Józka wzięli, bo najlepszy 

uczeń w klasie i jest harcerzem orlim. I był na tej, jak to mówią, manifestacji. Ludu chmara z całej Polski 
tam zjechała. Marszałek mówił, że jesteśmy gotowi i że się nie damy. Można było obejrzeć broń i pogadać z 
żołnierzami. Józek opowiadał, że to siła, wielka siła, panie inżyrrierze. Nawet jak ten sukinsyn napadnie na 
nas, nie będzie musiał mój wnuk uciekać, jak ja kiedyś.

— To pan ma takie smutne wojenne wspomnienia?
— A bo można mieć z wojny wesołe? Jak człowiek strzela do człowieka, to nie ma zabawy. Ja byłem 

ranny w czternastym roku, na froncie, a potem, w dwudziestym, uciekałem przez Wisłę. Na drzwiach od 
stodoły płynąłem pod Zawichostem. Wiem, co to wojna. Nasze harcerzyki nie widzieli wojny i nie życzę im 
tego. Ale jak przyjdzie co do czego, chyba nie będą musieli uciekać? Co, panie inżynierze?  — dorożkarz 
oczekiwał jasnej odpowiedzi.

— Pewnie, siły nam nie brakuje. I dobrze pan słyszał te strzały z poligonu koło zakładu. Jeśli już będzie 

wojna, to na pewno nie taka, jak te z czternastego i dwudziestego roku — odparł inżynier.

— Jakże nie taka? — zdziwił się dorożkarz. — Nie będą się zabijać? Przecież teraz są samoloty, gaz 

będzie puszczany...

— No właśnie, stąd te różnice. Nie będzie już tak, że tam gdzieś front, a za frontem zwykłe życie. Jak 

wojna, to cały kraj walczy. Samoloty daleko dolecą. Trzeba strzec tego, co się da, nawet kilkaset kilometrów 
za frontem. Wszyscy musimy się włączyć do takiej obrony.

— Wnuk mówił, że harcerze szykują się do kopania rowów na zakładzie.
— Tak, teraz każdy musi od siebie coś dać. Nawet chwycić za łopatę i kopać rowy przeciwlotnicze.
— Panie inżynierze, jak trzeba będzie, to ja moją chabetą chłopaków do roboty zawiozę, jedzenie im 

dostarczę. I pociski można wsadzić do dryndy — rozochocił się dorożkarz.

— Chyba do tego nie dojdzie, żeby pana pojazd do armii wcielać.
—   Wie   pan,   ludzie   powiadają,   że   i   starozakonni   z   Wierzbnika   chcą   się   bić.   Ich   rabin,   spokojny 

człeczyna,   zamyka   się   w   swojej   izbie   i   nic   nie   mówi,   ale   podobno   stary  Mincberg   ogłosił   składkę   na 
Boforsa. Chcą podarować działo wojsku.

— To nie plotki — odparł Kistelski.  — Rabin Beneja nie chce się do niczego mieszać, ale działacze 

Syjonu włączają się do prac obronnych. I niedługo będzie już to działo od Żydów z Wierzbnika. Symcha 
Mincberg cieszy się uznaniem w wielu okolicznych gminach.

Dorożka   zajechała   przed   dom   inżyniera.   Kistelski   pożegnał   się   ze   starym   i   otworzył   furtkę   w 

ogrodzeniu.   Jutro   niedziela,   dwudziesty  sierpnia,   można   będzie   odpocząć.   Na   wtorek   zarządzi   odprawę 
zakładowej jednostki OPL. Ostatni przegląd, w połowie lipca, wypadł nieźle. Inspektorzy z Warszawy i 
Przemyśla też wystawili dobre oceny. Jest to powód do satysfakcji, ale trzeba zrobić wszystko, żeby było 
jeszcze lepiej. Kolejny sprawdzian nie zaszkodzi.

III

Spośród tych, którzy nieźle orientowali się w organizacji i środkach obrony przeciwlotniczej obszaru 

kraju, raczej niewielu było zadowolonych z obecnego stanu rzeczy. Owszem, od stycznia 1937 roku, kiedy to 
ukazało   się   rozporządzenie   wykonawcze   do   starszej   o   trzy   lata   ustawy   o   obronie   przeciwlotniczej   i 
przeciwgazowej, władze wojskowe i administracyjne poczyniły wiele istotnych przygotowań. Lecz gdyby 
wojna miała rozpocząć się na przykład za miesiąc lub nawet za rok, nikt nie dałby gwarancji, że obrona nie 
dopuści niemieckiego lotnictwa nad polskie miasta. W szybkim tempie odrabiano wieloletnie zapóźnienia, 
ale do zrobienia było jeszcze wiele. A czas biegł nieubłaganie. Ile potrzeba miesięcy na wyposażenie eskadry 

background image

myśliwców? Ile dni na wyprodukowanie dział dla jednej baterii? Przemysł obronny pracował pełną parą, 
pomyślnie   przebiegały  ćwiczenia   obrony  przeciwlotniczej   biernej   i   czynnej,   celujące   oceny  uzyskiwali 
harcerze  i drużyny PCK, wszystko  to jednak nie wystarczało. Potrzebny był  jeszcze  czas, kilka  lat, by 
doprowadzić   polską   obronę   przeciwlotniczą   do   poziomu   nakreślonego   w   skromnym   zresztą   planie   jej 
rozbudowy.

Te  kalkulacje,  przymiarki  i   wyliczenia   znali   mobilizowani  w  sierpniu  rezerwiści   z  jednostek  OPL. 

Wystarczyło  choćby zajrzeć  do prac  pułkownika  Sergiusza  Abżółtowskiego,  który w swoich  artykułach 
informował o złym stanie polskiej obrony powietrznej. Pułkownik Abżółtowski został przeniesiony w stan 
spoczynku   i   nie   zamilkł   nawet   wtedy,   gdy   byli   przełożeni   inspirowali   przeciwko   niemu   niewybredną 
kampanię oszczerstw, oskarżając tego trzeźwo patrzącego na rzeczywistość oficera o... defetyzm! W roku 
1937 Abżółtowski opublikował obszerną pracę „O niebezpieczeństwie lotniczym i obronie przeciwlotniczej 
kraju”, w której przedstawił koncepcję organizacji OPL zgodną z wymogami nowoczesnej wojny. Oceny i 
wnioski pułkownika zmuszały do niewesołych refleksji.

Ot,   choćby   tak   ważna   sprawa   jak   system   dozorowania.   Przecież   bez   wcześniejszego   dostrzeżenia 

agresora, określenia jego sił i kierunku lotu trudno przygotować skuteczną obronę! Przez długie lata kwestia 
ta   nie   była   właściwie   brana   pod   uwagę.   Dopiero   po   zorganizowaniu   Inspektoratu   Obrony  Powietrznej 
Państwa, po przeprowadzeniu wielu ćwiczeń i gier wojennych nikt nie miał wątpliwości, że obserwator z 
lornetką usadowiony na dachu fabryki  czy wieży kościelnej  to jednak za mało. Śmiesznie mało  wobec 
takiego  Ju-87,   który  —   produkowany   seryjnie   od   1936   roku   —   przemieszczał   się   z   prędkością   350 
kilometrów na godzinę. A przecież nie było to ostatnie słowo niemieckiego przemysłu lotniczego.

Wyniki   gry   wojennej   z   września   1937   roku   miały   decydujący   wpływ   na   ukształtowanie   systemu 

dozorowania. Utworzono więc na szczeblu dowództwa OPL stanowisko szefa służby i główną składnicę 
dozorowania. Szefowi podlegali bezpośrednio komendanci oddziałów. Przyjęto rozwiązanie, iż na każdym 
kierunku   operacyjnym   będą   plutony  dozorowania   z   dziesięcioma  lub   piętnastoma  posterunkami.  Każdy 
posterunek to dziewięciu obserwatorów.

W   sierpniu   1939   roku   ośrodki   polskiej   obrony   przeciwlotniczej   dysponowały   dwoma   łańcuchami 

posterunków: pierwszy w odległości od stu do stu trzydziestu, drugi od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu 
kilometrów.   Posterunki   oddalone   były  od  siebie   o  około   dziesięć   kilometrów.   Obserwatorami  zostawali 
policjanci {pomimo iż niechętnie godzili się na tę nową funkcję), urzędnicy pocztowi oraz żołnierze rezerwy 
niezdolni do czynnej służby wojskowej.

Ta   sieć   nie   rozwiązywała   jednak   sprawy,   gdyż   miała   jeden   bardzo   słaby   punkt  —  łączność. 

Powiadamianie i alarmowanie oparto na państwowej sieci telefonicznej, rzadkiej i bardzo już zużytej. W 
dodatku niczym nie osłoniętej przed atakami z powietrza.

Jeszcze w marcu 1939 roku generał Zając zobowiązał dowódców okręgów korpusów do wprowadzenia 

nowych, skuteczniejszych środków łączności. Niestety, było już zbyt późno, by podjąć działania zakrojone 
na szeroką skalę. Jedynie stolica miała dobrą sieć dozorowania i łączności. O nadciągających nad Warszawę 
wrogich samolotach miały powiadamiać drużyny telefoniczne i radiowe.

Plan obrony powietrznej obszaru kraju powstał pod koniec 1937 roku. Jednak w miarę przybywania 

środków walki rozwijano go i doskonalono. Czas, ów nieubłaganie płynący czas, nie pozwolił na pełne 
zrealizowanie planu i we wrześniu polskie niebo było słabo zabezpieczone przed atakami wroga. Bo przecież 
nieliczne lotnictwo i rzadka sieć obrony czynnej nie mogły skutecznie zagrodzić drogi agresorom.

W stosunkowo najlepszej sytuacji, jeśli chodzi o siły OPL, znalazły się Warszawa, Śląsk i Wybrzeże, 

gdzie  — zgodnie z koncepcją IOPP  — zgromadzono najwięcej sprzętu artyleryjskiego. Czwartym z kolei 
najsilniej   bronionym   obszarem   miał   być   Centralny  Okręg   Przemysłowy.   Tu   bowiem,   z   dala   od   granic 
państwa, rozwijał się przemysł, głównie obronny, według planu nakreślonego przez zainteresowane resorty 
stosownie do postulatów Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Na   krótko   przed   wybuchem  wojny  w   COP   zdołano   uruchomić  pięć   dużych   zakładów,   kilkanaście 

innych znajdowało się w budowie. Zakres podjętych inwestycji był szeroki i ambitny, obejmując również 
nowe osiedla mieszkaniowe dla załóg fabrycznych, sieć połączeń kolejowych i dróg bitych. Park maszynowy 
sprowadzano głównie z Francji w ramach przyznanego Polsce kredytu materiałowego. Pełna realizacja tych 
zamierzeń   mogła   nastąpić   najwcześniej   w   1942   roku,   ale   obrona   przeciwlotnicza   tego   obszaru   była 
problemem innego rzędu, który musiał być rozstrzygnięty niezwłocznie.

W planie systemu OPL uwzględniono również zakłady sąsiedniego rejonu kielecko-radomskiego, w 

tym zwłaszcza fabryki nad Kamienną, w starym staszicowskim zagłębiu  — Skarżysku, Starachowicach i 
Ostrowcu  —   obłożone   wówczas,   jak   nigdy   dotąd,   wysokimi   zamówieniami   wojska.   Wydajność   tych 
wytwórni rosła i nowy sprzęt był kierowany do jednostek i magazynów mobilizacyjnych. Zbyt późno jednak 
rozkręcono   tę   produkcję,   która   nawet   i   wtedy,   w   warunkach   otwartego   zagrożenia,   nie   osiągnęła 

background image

maksymalnego pułapu. Jedna tylko Państwowa Fabryka Broni w Radomiu mogła miesięcznie produkować 
12 tysięcy karabinów przy pełnej obsadzie załogi i pracy na dwie zmiany z rytmiczną dostawą wszystkich 
materiałów. Tak, niestety, nie było i główna przyczyna tego stanu rzeczy tkwiła latami w niskim budżecie 
wojska, ograniczającym wysokość zamówień. Broń szła do użytku bieżącego, na stworzenie rezerwy nie 
starczyło   już   pieniędzy.   Od   stycznia   do   sierpnia   1939   roku   radomska   PFB   wyprodukowała   15   tysięcy 
karabinków wz. 29, 4800 karabinów Mauser wz. 98 a i 6300 pistoletów Vis. Skarżyska fabryka amunicji — 
posłużmy się jeszcze jednym przykładem — mogła miesięcznie produkować 150 tysięcy scalonych naboi do 
100 mm haubic i 75 mm armat polowych, ale na dzień 1 kwietnia 1939 roku do wypełnienia planowanego 
zapasu brakowało odpowiednio 1 359 000 i 600 000 naboi w tych dwóch podstawowych kalibrach artylerii 
lekkiej.   Według   kalkulacyjnych   ocen   Sztabu   Głównego   WP   wszystkie   wytwórnie   broni   i   amunicji, 
przestawione   w   lecie   1939   roku   na   przyspieszony   rytm   pracy,   mogły   przeciętnie   w   połowie   pokryć 
przewidywane zużycie i straty wojenne. Zapowiedzią zmian na lepsze stawały się inwestycje w COP, na 
pewno cenne, lecz dopiero w przyszłości.

Zakłady w Starachowicach były głównym producentem dział, toteż w planach OPL, opracowanych w X 

DOK z rozkazu generała Zająca, te obiekty potraktowano ze szczególną uwagą. Tu miała być najsilniejsza 
obrona przeciwlotnicza.

Kompleks fabryczny w Starachowicach należał do największych zakładów przemysłu obronnego w 

województwie   kieleckim.   Potencjałem   produkcyjnym,   różnorodnością   asortymentu   i   liczbą   robotników 
wyprzedzał inne fabryki tego regionu. A jednak starachowickie zakłady, podejmując produkcję dla wojska, 
zachowały swój dawny charakter. Nie były to więc fabryki ściśle wojskowe, jak na przykład radomska 
Fabryka   Broni,   Wytwórnia   Prochu   w   Pionkach,   Fabryka   Amunicji   w   Skarżysku   czy   Spółka   Akcyjna 
„Granat” w Kielcach, które powstały i produkowały wyłącznie dla potrzeb obronności kraju, a wytwórnie na 
podstawie corocznie lub też co kilka lat zawieranych umów dostarczające armii swoje wyroby.

Okresem decydującym dla przemysłu  wojskowego w rejonie  radomsko-kieleckim były lata 1921—

1923. Wtedy rozpoczęto budowę nowych fabryk i zawarto umowy z już istniejącymi, m.in. z Suchedniowską 
Hutą  „Ludwików” (SHL), Spółką Akcyjną Wielkich Pieców i Zakładów Ostrowieckich, Modrzejowskimi 
Zakładami Górniczo-Hutniczymi, na podjęcie przez nie produkcji obronnej.

Pierwszą   umowę   z   kierownictwem   Towarzystwa   Zakładów   Starachowickich   Ministerstwo   Spraw 

Wojskowych zawarło w 1921 roku. Zamysł był następujący: wykorzystać miejscowe zasoby rudy żelaza 
oraz   już   istniejące   zakłady,   hutniczy   i   mechaniczny,   i   utworzyć   pierwszą   w   kraju   wytwórnię   sprzętu 
artyleryjskiego oraz amunicji. Współudziałowcem tej inwestycji była francuska firma Schneider-Creusot, 
która   za  wysoką   kwotę   dostarczyła część  maszyn,  a   także  dokumentację   licencyjną  na   trzy typy dział. 
Opracowany w 1926 roku plan rozbudowy przemysłu zbrojeniowego przewidywał, że już w 1930 roku 
wytwórnia rozpocznie produkcję 75-milimetrowych armat polowych w liczbie 40 egzemplarzy miesięcznie. 
Plan   okazał   się   zupełnie   nierealny,   bo  jeszcze   w   1931  roku   wytwórnia   nie   uruchomiła  produkcji  —  z 
wyjątkiem niekompletnej amunicji  — zajmując się remontem starych dział i tzw. koszulkowaniem luf w 
armatach dla artylerii konnej celem ujednolicenia kalibru. Dla odbioru tego sprzętu z ramienia Departamentu 
Uzbrojenia powołano komisję w składzie kilkunastu oficerów i podoficerów, którzy urządzili między innymi 
poligon przyfabryczny do próbnych strzelań.

Wytwórnia   nie   miała   więc   łatwego   startu,   dostawa   maszyn   i   urządzeń   trwała   latami,   obok  Francji 

poczyniono też zakupy w brytyjskim koncernie Vickers-Armstrong i w czechosłowackiej firmie Škoda. Tam 
również władze wojskowe złożyły zamówienie na dostawę 160 haubic 100-milimetrowych z przodkami i 
jaszczami amunicyjnymi, które  — na podstawie licencji — miały być  produkowane w Starachowicach. 
Wskutek ciągłych zmian w harmonogramie uruchomienia wytwórni sprzętu artyleryjskiego sprowadzono do 
kraju kolejną partię 207 haubic tego wzoru z Austrii, Jugosławii i Rumunii, odstępując w zamian taką samą 
liczbę 75-milimetrowych armat polowych.

Równolegle   z   wyposażeniem   fabryki   w   zagraniczny   sprzęt   przystąpiono   w   Starachowicach   do 

przebudowy   huty   pamiętającej   jeszcze   okres   dziewiętnastowiecznej   prosperity.   Uruchomiono   nową 
walcownię i stalownię. Ministerstwo Spraw Wojskowych, zgodnie z umową, każdego roku składało własne 
zamówienia. Było więc co robić i gdyby nie ekonomiczne załamanie się gospodarki w roku 1924, w wyniku 
tak zwanego kryzysu poinflacyjnego, okres niezakłóconego rozkwitu fabryki mógłby trwać długie lata.

Dopiero rok 1928 przyniósł zdecydowaną poprawę, co wiązać należy z decyzjami Rady Ministrów o 

przyznaniu   ulg   podatkowych   i   preferencji   inwestycyjnych   przedsiębiorstwom   zlokalizowanym   w   tak 
zwanym trójkącie bezpieczeństwa i produkującym dla wojska. W tym uprzywilejowanym obszarze znalazła 
się także część województwa kieleckiego: teren położony między Nidą od południa i Radomką od północy, a 
od zachodu ograniczony drogą łączącą Kielce ze Skarżyskiem i Radomiem. Starachowice z tych uprawnień 
wyciągnęły dla siebie wiele korzyści.

background image

Pieniądze,   które   można   było   przeznaczyć   na   inwestycje,   spółka   skierowała   przede   wszystkim   na 

remonty   kapitalne   działów   mechanicznych,   rozbudowę   odlewni,   stalowni   i   walcowni.   Po   tych 
modernizacjach starachowicka metalurgia nie ustępowała w niczym światowej czołówce. Znaczne kwoty 
przeznaczono   także   na   rozwój   kopalń   rudy  i   zakładu   wzbogacającego   ten   surowiec.   Rozpoczęło   pracę 
nowoczesne urządzenie systemu Greenwalta, służące do aglomerowania rud.

Nowoczesność stała się teraz cechą charakterystyczną starachowickiej fabryki. Zwłaszcza po roku 1930, 

gdy   zakład   i   miasto   włączono   do   sieci   energetycznej   Zjednoczenia   Elektrowni   Okręgu   Radomsko-
-Kieleckiego. Co prawda już wcześniej, przed ośmiu laty, ruszyła w Starachowicach niewielka elektrownia o 
mocy 1000 kW, ale dopiero prąd z sieci ZEORK pozwolił na pełne zasilenie wielkiego zakładu. W 1931 
roku rusza elektrostalownia z piecem systemu Hercult-Brown-Boven, w którym wrze jednorazowo pięć ton 
stali! Stali bardzo dobrej jakościowo na odlewy korpusów pocisków artyleryjskich i na blachy pancerne. W 
dwa lata później Starachowice, jako pierwsze w Polsce, fundują sobie najnowocześniejszy piec indukcyjny. 
Starym fachowcom trudno w to uwierzyć, ale ten piec — obsługiwany tylko przez cztery osoby — co dwie 
godziny wylewa 360 kilogramów płynnej, iskrzącej się stali. Jest to stal narzędziowa, z której produkuje się 
noże do obrabiarek i lufy do karabinów maszynowych.

Modernizują   się   w   szybkim   tempie   kuźnia,   wydziały   mechaniczne   i   stalownia.   Starachowice   to 

gwarancja wysokiej jakości wyrobów, to nowoczesność i niezawodność na polu walki. Wysoko sobie cenią 
te   przymioty  sprzętu   bojowego   ze   znakiem  „ST”   oficerowie   z   Departamentu   Uzbrojenia   i   dzięki   temu 
Starachowicom   nigdy   nie   zabraknie   zamówień   i   poparcia   armii.   Zresztą   od   roku   1925   państwo   jest 
właścicielem   połowy   akcji   Towarzystwa   Zakładów   Starachowickich   i   przedstawiciele   rządu   mogą 
skutecznie wpływać na politykę inwestycyjną spółki. Chociaż ciągle jeszcze kilkanaście procent dywidend 
opuszcza kraj, jako część zysku kapitału francuskiego i belgijskiego, współwłaścicieli zakładu.

Wielki kryzys gospodarczy początku lat trzydziestych, dzięki stałym zamówieniom ze strony armii i 

specjalnej ochronie państwa, odbił się w Starachowicach mniej boleśnie niż w innych rejonach kraju. Jednak 
i tu byli bezrobotni, i tu ustawiały się długie kolejki po darmową zupkę lub groszowy zasiłek. Fabryka 
pracowała, lecz zatrudnieni w niej robotnicy zarabiali niewiele, zbyt mało, by móc utrzymać rodzinę. Bieda 
zajrzała   do   robotniczych   domów   i   dopiero   rok   1935   zaczął   przynosić   odmianę.   Kryzys   się   kończył. 
Przychodziły większe zamówienia i więcej ludzi potrzeba było do pracy.

Bardzo wyraźny przełom nastąpił w dwa lata później, po podjęciu  decyzji  o budowie Centralnego 

Okręgu Przemysłowego. Strumień pieniędzy spłynął także na Starachowice, które szybko odzyskały swą 
przedkryzysową   zdolność   produkcyjną.   I   znów   zaczęto   inwestować.   Armia   wobec   napiętej   sytuacji 
międzynarodowej zwiększa swe zamówienia. Starachowice w 1938 roku dostarczają armat i amunicji za 
ponad 50 milionów złotych. Plan na rok następny opiewa już na 80 milionów!

Żeby temu sprostać, projektuje się budowę nowych hal, nowych wydziałów, kopie fundamenty pod 

Kuźnię   Średnią   i   Kotlarnię,   gdzie   będzie   się   produkować   ramy   samochodowe.   Jednocześnie   już 
funkcjonujące wydziały przekraczają plany. Elektrostalownia — 140 procent planu, odlewnia — 120, kuźnia 
— blisko dwa razy tyle niż planowano. W tej sytuacji zarząd spółki może sobie pozwolić na inwestycje poza 
zakładem i Towarzystwo staje się udziałowcem nowego, jednego z większych w COP, Zakładu Hutniczo-
-Metalowego w Stalowej Woli.

W 1939 roku zakłady starachowickie należały do najnowocześniejszych i najszybciej rozwijających się 

polskich fabryk. Zatrudnienie znalazło tu blisko dziesięć tysięcy ludzi, pracowników pionu inżynieryjno-
-technicznego i kwalifikowanych robotników. Dzięki tej ofiarnej załodze ruszyła w 1935 roku produkcja 
dział, zbudowano wtedy siedem pierwszych 105 mm armat dalekonośnych wz. 29, a w roku następnym już 
dwadzieścia. W dniu wybuchu wojny artyleria WP dysponowała 254 armatami tego typu, większość jednak 
pochodziła z zakupów we Francji. W 1936 roku przystąpiono do produkcji 100 mm haubic wz. 14/19 P, 
częściowo   zmodernizowanych   w   porównaniu   z   pierwowzorem   licencyjnym.   Starachowicka   wytwórnia 
przekazała wojsku 248 tych dział, w tym samym okresie opuściła hale fabryczne w Stalowej Woli druga 
seria   w   liczbie   285   egzemplarzy.   Największe   trudności   montażowe   i   technologiczne   wystąpiły   przy 
produkcji 155 mm ciężkiej haubicy wz. 17, w ciągu trzech lat wojsko otrzymało tylko 43 egzemplarze dział 
tego   modelu,   zakupiło   natomiast   302   egzemplarze   w   firmie   Schneider.   Bezawaryjnie   rozwijała   się 
najwcześniej podjęta produkcja skorup pocisków artyleryjskich kilku kalibrów i bomb lotniczych.

Załoga z dumą spoglądała na swoje działa, kiedy użytkownik kwitował ich odbiór po skrupulatnej 

kontroli. Nie jej winą był fakt, że te armaty i haubice, choć technicznie sprawne, nie należały już do klasy 
wzorów nowoczesnych. Nie od niej też zależała wysokość składanych przez wojsko zamówień. Uczucie 
dumy wzrosło, gdy na taśmach montażowych pojawiły się 40 mm armaty przeciwlotnicze, budowane na 
licencji   renomowanej   firmy  Bofors.   Nastąpił   od   tego   czasu   jakościowy   skok   na   miarę   nowoczesnego 
przecież zakładu. Źle się jednak stało, że te znakomite armaty jeszcze w lecie 1939 roku wyjeżdżały za 

background image

granicę, podczas gdy wojsku zdołano przekazać tylko 306 egzemplarzy, mniej niż połowę z zaplanowanej 
liczby do wypełnienia i tak szczupłego etatu. Rodziła się również gorycz z powodu zbyt późnego wdrożenia 
do produkcji własnej 75 mm armaty przeciwlotniczej wz. 36. Gdy wreszcie zapadła decyzja, do głosu doszła 
bariera czasu. W teoretycznym założeniu wytwórnia mogła budować osiem takich armat miesięcznie, ale 
praktyka   tego   nie   potwierdziła.   Montaż   objął   tylko   44  egzemplarze,   odbierane   natychmiast   po  próbach 
ogniowych i trakcyjnych.

Nic   zatem   dziwnego,   że   pomimo   ograniczonych   środków   dla   tej   ogromnej   wytwórni   ciężkiego 

uzbrojenia przewidziano w planach OPL stosunkowo dobrą obronę przed atakami z powietrza.

IV

Inżynier Julian Denk, oficer rezerwy w stopniu majora, przyjechał do Starachowic w roku 1931 z opinią 

doskonałego znawcy problemów technicznych sprzętu artyleryjskiego. Powiadano, że z pochodzenia jest 
Rumunem lub może Węgrem, a z Polską związał się na stałe dzięki żonie, rodowitej radomiance. Może i 
było w tym coś z prawdy, bo w chwili zdenerwowania inżynier prezentował wcale nie słowiański charakter. 
Niewielu tylko orientowało się, iż Denk spełnia ważną rolę jako oficer. Był mianowicie przewidziany na 
komendanta   obrony  zakładu.   Jemu   podporządkowano   między  innymi   jednostkę   OPL   dowodzoną   przez 
Kistelskiego.

Kompetencji Denka podlegało to wszystko, co składało się na bezpieczeństwo zakładu w czasie wojny. 

Miał odpowiednie środki i dobrze przygotowanych ludzi. Już w kwietniu plan obrony zyskał akceptację 
sztabu X Dowództwa Okręgu Korpusu. Inżynier Denk wiedział doskonale, że nie może zawieść, bo — gdzie 
jak gdzie — ale tu, w Starachowicach, praca podczas wojny musi iść rytmicznie. Potrzebna więc jest pewna 
obrona przed atakami z powietrza i żelazna dyscyplina wśród załogi. To jedno. Z drugiej strony, aby mogła 
iść produkcja, musiały być zapewnione ciągłe dostawy surowców i materiałów.

Plan obrony także i temu zagadnieniu poświęcał sporo miejsca. Jeśli — co przecież łatwo przewidzieć 

— współpracujące ze Starachowicami zakłady nie będą w stanie zapewnić rytmicznych dostaw, produkcja 
załamie   się.   Jedyne   wyjście   to   zgromadzenie   odpowiednich   zapasów.   Od   kwietnia   w   zakładowych 
magazynach tych zapasów systematycznie przybywało. Ostatnio  — informował dział planowania  — było 
ich tyle, że nawet przerwanie dostaw z zewnątrz pozwoli na pracę przez dwa miesiące, a dział elaboracji 
miałby co robić nawet przez kwartał. To dobrze, bardzo dobrze, bo front — jeśli dojdzie do wojny — będzie 
potrzebował dział i pocisków. Starachowice muszą sprostać tym oczekiwaniom.

Niedzielę, 27 sierpnia, inżynier Denk miał rozplanowaną w najdrobniejszych szczegółach. Przyszedł 

bowiem czas na działanie, na mobilizowanie ludzi do wysiłku obronnego. Od dawna już mówi się o wojnie, 
prasa pełna jest złowieszczych zapowiedzi, ale tak naprawdę w Starachowicach chyba niewielu domyśla się, 
jak blisko do jej wybuchu.

Inżynier ma  przed sobą najnowszy rozkaz przekazany przez majora  Trzebińskiego, który  — wedle 

planów mobilizacyjnych — przewidziany jest na stanowisko komendanta obrony miasta i powiatu. Rozkaz 
nie pozostawia już wątpliwości: groźba wojny jest bardzo realna. Czuje to Denk, gdy czyta polecenie o 
budowie umocnień, urządzaniu placówek sanitarnych, zaciemnianiu okien. I dlatego w tę niedzielę, ostatnią 
niedzielę upalnego sierpnia, musi zrezygnować z odpoczynku. Będzie to zresztą pracowity dzień sporej 
części mieszkańców miasta.

Godzina  dziesiąta.  Powiadomieni  przez  łączników   stawiają   się  na   głównym  placu   fabryki   ludzie  z 

zakładowej jednostki obrony. Jest ich stu dwudziestu, dobrze przygotowanych do bojowych zadań. Trzon tej 
jednostki stanowią obsługi dział przeciwlotniczych. Ludzi wybierano starannie, spośród setek ochotników, 
preferując tych, którzy pracują przy produkcji dział i mają za sobą służbę wojskową. Od marca prowadzono 
z nimi szkolenie ogniowe na przyfabrycznym poligonie. Dobrze sprawdzono wartość każdego. Po ostatnich 
ćwiczeniach z uznaniem mówił o nich major Pilecki z dowództwa OPL okręgu korpusu.

Stoją   przed   swoim  komendantem  w   dwuszeregu,   wezwani   jak   do   boju,   robotnicy  starachowickich 

zakładów, związani wielorakimi więzami z tą fabryką, która żywi ich rodziny i daje szansę lepszego życia. 
Wszyscy  mężczyźni   tu   zatrudnieni   zgłosili   się   pół   roku   temu   do   organizowanej   jednostki   obrony.   Ale 
wybrano tylko ich, najsprawniejszych, o najlepszej opinii z lat służby wojskowej. Tylko kilku służyło w 
artylerii.   I   tym   od   początku   szło   łatwiej.   Pozostali   mozolnie   uczyli   się   artyleryjskiego   abecadła. 
Instruktorami   byli   oficerowie   z   miejscowej   jednostki   odbioru   sprzętu.   Później   przybyli   jeszcze   do 
Starachowic rezerwiści, a kilka dni temu trzej podchorążowie z Trauguttowa.

Teraz w skupieniu oczekują na słowa dowódcy. W skupieniu i z niepokojem: czy to już ten prawdziwy, 

background image

bojowy alarm, do jakiego sposobią się od miesięcy? Czy tylko jeszcze jeden sprawdzian, kolejna próba?

Inżynier Jerzy Sosnowski, porucznik, który ledwo dwa miesiące temu dostał przydział do Starachowic, 

melduje Denkowi jednostkę gotową do działania. Denk wita się z Sosnowskim. Zapada pełna napięcia cisza. 
Komendant zwraca się do swych podwładnych:

—   Koledzy,   otrzymałem   dziś   rozkaz,   który   nakłada   na   nas   nowe   obowiązki   w   związku   z   ciągle 

pogarszającymi się stosunkami między Polską a Trzecią Rzeszą. Wiecie z pewnością, że Niemcy wyraźnie 
zmierzają do wojny. Jesteśmy przygotowani na to, by dać im godną odpowiedź, ale od dziś musimy być 
jeszcze czujniejsi. To rozkaz naszych przełożonych. Porucznik Kistelski zapozna dowódców poszczególnych 
grup z decyzjami, które w związku z tym zostały podjęte. Pozostałych podchorąży Murczyński odprowadzi 
do  magazynu,   gdzie   otrzymają   umundurowanie.   Od   dziś   wszyscy  jesteśmy  żołnierzami.   Nikt   nie   może 
odchodzić od swojej grupy bez pozwolenia dowódcy. Czy są pytania?

— Tak, ja mam pytanie! — do przodu przesunął się Bolesław Kłoczowski z odlewni. — Czy oznacza 

to, że już nadchodzi najgorsze? Wojna pewna?

— Tego nie wiem — odparł Denk. — I chyba nikt nie potrafi dzisiaj odpowiedzieć na to pytanie. W 

każdym razie sytuacja dojrzała do tego, byśmy osiągnęli wysoki stopień gotowości. To tyle.

— Panie inżynierze, czy dzisiaj wrócimy do domów, bo jeśli nie, chcielibyśmy powiadomić rodziny — 

robotnik z wydziału mechanicznego, Marian Jazgier, był wyraźnie zaniepokojony tym, co usłyszał przed 
chwilą.

—   Będzie   na   to   czas.   Jeszcze   dzisiaj   nie   przewidujemy   skoszarowania   jednostki.  —   Denk   tą 

odpowiedzią zakończył niedzielną zbiórkę.

Plan obrony zakładu powstał przy wydatnym udziale inżyniera Denka, a opierał się na wytycznych 

sztabu   dowództwa   okręgu   korpusu,   w   których   uwzględniono   znane   częściowo   oficerom   z   Przemyśla 
założenia planu „Zachód”, powstającego od 4 marca 1939 roku w Sztabie Głównym. Dla obszaru COP, a 
więc i dla Starachowic, istotne w tym planie było to, iż przewidywano wojnę na zachodnich rubieżach kraju. 
Nie dopuszczając wroga w głąb państwa, miano bronić terenów niezbędnych do prowadzenia wojny tak 
długo, aż sprzymierzeni na Zachodzie zaczną zadawać skuteczne ciosy armii Hitlera.

Ziemie pomiędzy Wisłą a Pilicą były „niezbędne do prowadzenia wojny” co najmniej z dwóch wielce 

ważnych   powodów.   Tu   przecież   skoncentrowany  był  przemysł   obronny  i   tu   właśnie   formowała   się   od 
czerwca armia  „Prusy”. Pomiędzy Tomaszowem Mazowieckim, Radomiem i Kielcami  — według planu 
„Zachód”   —   powinien   powstać   odwód   strategiczny   Naczelnego   Wodza,   najsilniejsze   ze   zgrupowań 
odwodowych,   mające   wspierać   armie   pierwszego   rzutu,  „Łódź”   i  „Kraków”,   działaniem   zaczepnym   w 
przypadku, gdyby udało się nieprzyjacielowi przełamać polską obronę.

Oczywiście, szczegółowych planów i zamierzeń dowództwa nie znał ani major Denk, ani porucznik 

Kistelski.   Ich   dotyczył   tylko   niewielki   wycinek   planu  „Zachód”   w   części   mówiącej   o   obronie 
przeciwlotniczej głębokiego zaplecza frontu. Przygotowując zakład do obrony oparli się na założeniu, że 
wszystkie siły muszą być przeznaczone do zapewnienia rytmicznej pracy fabryki. Gdyby jednak Niemcy 
zdołali wedrzeć się w głąb kraju, to zakład ma  być  ewakuowany na wschód, do Kowla. Przygotowano 
odpowiednią grupę ludzi, którzy mieli sprawnie tę ewentualną ewakuację przeprowadzić.

Na razie z rozkazu dostarczonego Denkowi wynikało, że do 30 sierpnia wszystkie działa przewidziane 

do obrony przeciwlotniczej miasta i zakładu mają znaleźć się na planowanych stanowiskach. Od tego też 
dnia powinna rozpocząć stałe dyżury służba dozorowania. Poza tym natychmiast należało przystąpić do 
budowy   okopów   na   terenie   zakładu   i   wprowadzić   obowiązkowe   zaciemnienie   tak   w   fabryce,   jak   i   w 
osiedlach.

Podczas   spotkania   z   najbliższymi   współpracownikami   omówił   Denk   szczegółowe   zadania   dla 

wszystkich grup  — dla artylerzystów,  łącznościowców, służby dozorowania i alarmowania. Ustalono, że 
sztab   obrony  przeciwlotniczej   będzie   się   mieścił   w   jednym   z   domków   Kolonii   Urzędniczej   przy  ulicy 
Francuskiej. Tego samego dnia zainstalował się tam sztab porucznika Kistelskiego.

W ciągu następnych dni stu dwudziestu ludzi, umundurowanych w zielone kombinezony i czarne berety 

z   fabrycznym   znakiem  „ST”,   miało   pełne   ręce   roboty.   Najpierw   urządzano   stanowiska   ogniowe   na 
wytypowanych wzgórzach. Nie była to praca lekka, ale i pomocników nie brakowało. Do pracy zgłosili się 
harcerze, ci najstarsi, z zastępu  „Żubrów”. Pomagali też uczniowie z Fabrycznej Szkoły Zawodowej i z 
powstałego niedawno gimnazjum. Kopano ziemianki, które miały służyć jako podręczne składy amunicji, 
urządzano   schrony  dla   obsług   dział.   Sporo   wysiłku   wymagało   przygotowanie   dróg   dojazdowych,   gdyż 
należało wyrównać strome podejścia, aby ciągniki bez trudu mogły przyholować działa. Zadbano też o 
system   łączności.   Pierwotnie   plan   zakładał,   że   wszystkie   stanowiska   będą   połączone   telefonicznie   ze 
sztabem przy Francuskiej. Jednak niedostatek sprzętu spowodował, iż tylko działony na Majówce, poligonie 
i przy gimnazjum uzyskały łączność kablową. Reszta miała polegać na obserwacji własnej, a komunikować 

background image

się z dowództwem poprzez dysponujących rowerami łączników.

Inżynier Denk zdawał sobie sprawę, że wojna może wybuchnąć lada dzień. Wiedział, iż na terenie 

sąsiedniego,   lubelskiego   DOK   trwa   mobilizacja,   przyjechała   bowiem   z   Kraśnika   do   Starachowic 
przyjaciółka   jego   żony   mocno   zaniepokojona   tym,   że   jej   mąż,   porucznik   rezerwy,   20   sierpnia   został 
powołany   do   wojska.   Dziś,   27   sierpnia,   rozpoczyna   się   mobilizacja   alarmowa   wszystkich   jednostek 
znajdujących się na terenie podległym X DOK.

Tego   dnia   odeszło   z   zakładu   kilkudziesięciu   ludzi   do   służby   w   mobilizowanych   pułkach.   Jednak 

zdecydowana większość pracowników miała przydział wojenny właśnie tu, do macierzystego zakładu. To 
miał być ich front. Przy maszynie zamierzali walczyć o zwycięstwo w tej wojnie.

W mieście już wiedziano o nadzwyczajnym stanie gotowości bojowej. Harcerze chodzili od domu do 

domu   i  powiadamiali   gospodarzy  o  konieczności   szczelnego   zasłaniania   okien.   Przypominali  także,   jak 
należy zachować się podczas ataku z powietrza. Masek przeciwgazowych jest niewiele, zasępił się Denk, 
wystarczy tylko dla obsług dział, pozostali muszą ograniczyć się do wdychania powietrza przez zwilżoną 
szmatkę.   Zresztą,   nie   ma   chyba   potrzeby   przypominania   raz   jeszcze   o   tym   wszystkim,   bo   przecież 
wałkowano te sprawy podczas powszechnych kursów PCK i Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. 
Każdy, kto chodził do szkoły, miał zajęcia na ten temat. Nawet przedszkolaki musiały przejść odpowiedni 
kurs! A już harcerze byli najlepszymi specjalistami w tej dziedzinie. Nieraz przecież jedenaście drużyn 
starachowickiego hufca ćwiczyło obronę przed atakiem lotniczym.  „Żubry” oglądały nawet na poligonie 
prawdziwego Boforsa w akcji. Napawało ich to dumą i oczywiście wzbudzało zazdrość młodszych kolegów.

Inżynier Denk dokonuje ostatniego przeglądu  sprzętu. W magazynie  jednostki  spoczywa ponad sto 

karabinów.   Jest   dziesięć  Browningów,   ręcznych   karabinów   maszynowych   wzór   28,   które   mogą   także 
posłużyć   do   strzelań   przeciwlotniczych.   Wystarczy   ustawić   je   pod   odpowiednim   kątem.   Obok   kilka 
Hotchkissów, ciężkich karabinów maszynowych kaliber 7,92 mm. Te egzemplarze przekazał starachowickiej 
jednostce   pułk   z   Kielc,   gdy   sam   otrzymał   nowoczesne   cekaemy  Browning  wzór   30.   Kilkadziesiąt 
karabinków  Mosin,   skrzynki   z   granatami   obronnymi,   spory   zapas   naboi   karabinowych  —   oto   arsenał 
fabrycznej   jednostki.   Dla   oficerów   przeznaczono   pistolety  Vis.   Spoczywają   obok   lśniących, 
ciemnobrązowych futerałów. W specjalnym hangarze oczekują na swój czas armaty przeciwlotnicze.

Prace   trwały   trzy   dni   i   wieczorem   30   sierpnia   wszystkie   działa   przeciwlotnicze   były   już   na 

wyznaczonych stanowiskach. Otaczały miasto. Obsługom dział postawiono zadanie: nie dopuścić do tego, 
by niszczycielskie bomby spadły na Starachowice; zakłady w żadnym wypadku nie mogą ucierpieć!

W dowództwie obrony przeciwlotniczej, w skromnym domku przy ulicy Francuskiej, inżynier Kistelski 

wraz ze swym sztabem analizował sytuację.

—  Nasza   jednostka   znajduje   się   w   dość   korzystnym   położeniu,   jeśli   chodzi   o   liczbę   sprzętu   i 

wyszkolenie ludzi — stwierdził inżynier. — O wiele gorzej jest na przykład w Skarżysku, gdzie nieba bronić 
będą tylko cztery Boforsy. I dlatego musimy zwrócić szczególną uwagę na kierunek zachodni. Obserwacja 
ma być prowadzona bez przerwy. Możemy liczyć na powiadomienie telefoniczne o zbliżającym się wrogu, 
ale   tylko   wtedy,   gdy   sieć   telefoniczna   pozostanie   nie   uszkodzona.   Liczmy   więc   raczej   na   własnych 
obserwatorów. Drugi z możliwych kierunków napadu powietrznego to południe. Nasz sąsiad Ostrowiec — 
kontynuował Kistelski — również dysponuje raczej lichą obroną. I od tej strony musimy zachować daleko 
posuniętą czujność. Oczywiście  należy wziąć  pod uwagę, że eskadry niemieckie,  zanim zjawią  się nad 
Starachowicami, napotkają jeszcze ogień obrony przeciwlotniczej jednostek bojowych. A jeśli już powietrzni 
piraci dotrą nad miasto i zagrożą zakładom, spotka ich godne powitanie: ogień z dział, które rozlokowane na 
okolicznych wzgórzach pozostają w pełnej gotowości bojowej.

Wtedy,   30  sierpnia,   gdy  jeszcze  mobilizowano  wojska  z  terenu  X  Dowództwa Okręgu  Korpusu,  a 

starachowicka   jednostka   OPL   osiągnęła   już   nakazany   stan   gotowości,   w   niebo   nad   Starachowicami 
wycelowanych  było dziesięć najnowocześniejszych dział przeciwlotniczych, jakimi dysponowało wojsko 
polskie. Dwa plutony, przydzielone zakładom jeszcze w marcu przez IOPP, to doświadczeni artylerzyści, 
którymi dowodzą pierwsi absolwenci Centrum w Trauguttowie. Trzy plutony Boforsów wystawiła fabryka. I 
tyrn ludziom także nie brakuje doświadczenia. Są ostrzelani, przeszli w ostatnich miesiącach gruntowne 
przeszkolenie ogniowe na przyfabrycznym poligonie, znają tajniki powierzonej im broni, bo właśnie spod 
ich rąk wychodzą Boforsy. I jedni, i drudzy przepełnieni są wolą walki. Wierzą w jej powodzenie.

Działa,   zgodnie   z   planem,   zajęły   pozycje   na   wzgórzach   Trzech   Krzyży,   Majówce   i   Łubiance,   w 

Starachowicach Górnych, na terenie poligonu i obok gimnazjum. Przy drodze na Tychów ulokowano jedno 
działo polowe 75 milimetrów. Wszystkie stanowiska są dobrze przygotowane, ale różnie bronione. Tylko na 
dwóch wzgórzach rozstawiono karabiny maszynowe, reszta stanowisk nie ma ochrony broni ręcznej.

W tej dramatycznej chwili, gdy nikt z zebranych w domku przy Francuskiej nie miał już najmniejszych 

złudzeń co do szans uratowania pokoju, powróciło pytanie, które tak często powtarzano podczas ostatniej 

background image

odprawy w Przemyślu; czy to wystarczy? W jakim stopniu jesteśmy gotowi do podjęcia walki powietrznej 
jak równy z równym?

Wiele mówiono tej nocy o szansach polskiej obrony. Interesujący pogląd przedstawił podchorąży Jan 

Murczyński, skierowany do Starachowic przed kilkoma dniami wprost z Centrum Wyszkolenia Artylerii 
Przeciwlotniczej.

— To, o czym chcę panom powiedzieć, opiera się na bardzo prostych wyliczeniach matematycznych, 

trzeba wziąć pod uwagę możliwości techniczne naszej artylerii i zdolności bojowe niemieckich samolotów. 
Załóżmy,   że   teoretyczne   prawdopodobieństwo   strącenia   jednego   samolotu   wymaga   użycia   trzystu 
dwudziestu pocisków.

— Skąd  ta  liczba,  panie  podchorąży?  —  wtrącił  Bogusław  Twardowski,  który wkrótce  miał  objąć 

dowodzenie jednym z dział w Starachowicach Górnych. — Skąd ta liczba? To chyba czysta teoria.

— Tak, teoria, ale oparta na  żmudnych wyliczeniach. Tych obliczeń dokonał profesor Pogorzelski z 

Uniwersytetu Warszawskiego. Dysponował wszelkimi potrzebnymi informacjami i sformułował pogląd, że 
właśnie tyle pocisków trzeba do strącenia jednego samolotu.

— Dobry artylerzysta trafia w cel pierwszym pociskiem — zauważył ktoś z obecnych, przypominając 

stary, szkoleniowy frazes.

— Jasne, że trafia, ale na poligonie, do tarczy. W warunkach, gdy samolot leci z dużą prędkością i na 

sporej wysokości, wymieniona przeze mnie liczba ma swój sens — podchorąży nie dał zbić się z tropu. — 
Posłuchajcie, panowie, dalej. Wielkość ustalona przez profesora Pogorzelskiego stała się podstawą dalszych 
prac i obliczeń. Zaangażowano do nich oficerów z Inspektoratu i z Trauguttowa. Interesowałem się trochę 
tym zagadnieniem i wiem, że nie były to tylko rozważania teoretyczne. To były długie tygodnie strzelań na 
poligonie, ćwiczeń i gier wojennych.

— I jaki był ich wynik? — pytał dalej Twardowski.
— Taki, że skuteczna obrona jakiegoś punktu wymaga zgrupowania ośmiu armat średniego kalibru.
— Dlaczego akurat ośmiu? Może pan to bliżej wyjaśnić?
— Załóżmy, że samolot leci z prędkością czterysta kilometrów na godzinę, jak na przykład bombowy 

Heinkel sto jedenaście. W zasięgu armaty średniokalibrowej będzie więc tylko przez dwie minuty. Ile w tym 
czasie może oddać strzałów siedemdziesiątkapiątka?

—   Do   pięćdziesięciu   dojdzie.   Nasza   armata   półautomatyczna   ma   takie   osiągi  —   odpowiedział 

Twardowski.

—   Przyjmijmy,  że   odda   ze   czterdzieści   strzałów.   Żeby   w   ciągu   dwóch   minut   było   ich   trzysta 

dwadzieścia, musi strzelać jednocześnie osiem armat — kończył wyjaśnienia podchorąży.

—  Ten   pana   wywód  jest   dość   ciekawy,   ale   nie   ma   żadnej   wartości   w   naszej   sytuacji  —  inżynier 

Kistelski starał się zająć obecnych sprawami konkretnymi, spoza kręgu naukowych teorii. — Po pierwsze, 
nie będziemy mieli do czynienia z jednym samolotem, a zdaje się, że te wyliczenia mają sens tylko wtedy, 
gdy w grę wchodzi jedna maszyna. I po drugie, nasza obrona to działka małokalibrowe i automatyczne. To 
są  Boforsy,  armaty  szybkostrzelne!   Na   poligonie   znacznie   przekraczaliśmy  sto   dwadzieścia   strzałów   na 
minutę. Średnio przyjmujemy, że w ciągu sekundy Bofors potrafi oddać dwa strzały. Biorąc to pod uwagę, 
panie podchorąży, trzeba by dość poważnie zmienić pańskie wyliczenia.

— Zgadzam się z panem, panie poruczniku — odparł Murczyński. — Myślę, iż jesteśmy w korzystnej 

sytuacji, jeśli chodzi o siłę obrony powietrznej zakładu. Teoria powiada, że cztery Boforsy to już skuteczna 
obrona obiektu.

— Tym bardziej że to mały obiekt — dodał Kistelski. — Przecież my mamy bronić tylko jednej fabryki. 

Oczywiście nie będziemy mogli zagrodzić drogi niemieckim samolotom, ale nie możemy dopuścić do tego, 
by obniżały lot. Ogień musi być na tyle gęsty, aby zniechęcał do takich manewrów. Proponuję, żebyśmy 
jeszcze   raz   omówili   system  łączności   i   powiadamiania.   Trzeba   wszystko   sprawdzić.   Panie   podchorąży, 
skontroluje pan gotowość działonów. O wyniku zamelduje mi pan jutro o szóstej rano.

Długo   jeszcze   w   sztabie   rozpatrywano   różne   warianty  prowadzenia   obrony.   Najsłabszym   ogniwem 

okazała się łączność, a co za tym idzie, nie mogli liczyć na pełne skoordynowanie ognia wszystkich armat. 
Jeśli chodzi o sprzęt artyleryjski, to wiedzieli, że jest on najwyższej jakości, i byli z tego dumni. Wszelkich 
części zamiennych mieli aż w nadmiarze. Podobnie środków transportu: jedenaście samochodów i ciągników 
do   dział.   Ciężarowym  Fordem  postanowili   rozwozić   amunicję   na   stanowiska   polowe.   Do   dyspozycji 
dowódcy obrony przeznaczono dwa motocykle Sokół, które — w razie potrzeby — mogły z powodzeniem 
posłużyć łącznikom. W kasie spoczywała gotówka na zaopatrywanie jednostki w żywność. O wszystkim 
pomyślano wcześniej. Obrońcy Starachowic byli gotowi.

background image

V

O   tym,   że   1   września   o   godzinie   4   minut   45   Niemcy  —   niemalże   na   całej   długości   granicy  — 

zaatakowali polską obronę, w Starachowicach dowiedziano się dopiero po szóstej. Telefon, jaki odebrał 
starosta, nie pozostawiał już nawet cienia wątpliwości: wojna!

Tego ranka, jak zwykle, w domach kolonii robotniczej i urzędniczej oraz w mieszkaniach pracowników 

fabryki tuż po godzinie piątej rozpoczął się normalny ruch. Trzeba było zdążyć na szóstą do pracy!

Jan Krzyżanowski, pracownik działu planowania produkcji wojskowej, wstał o piątej minut trzydzieści. 

Nie potrzebował się zbytnio spieszyć, bo do pracy miał zaledwie paręset metrów drogi. Żona przygotowała 
śniadanie, Jan zabrał paczkę i w chwili, gdy rozległ się fabryczny buczek, przekroczył bramę. Nie minęła 
godzina, gdy zaczęto odrywać od pracy łączników obrony przeciwlotniczej. Wszyscy oni otrzymali rozkaz 
natychmiastowego   zgłoszenia   się   w   miejscach   służby.   Czyżby  jeszcze   jeden   alarm?   Krzyżanowski   jest 
pewien, że to jednak nie ćwiczenia...

O siódmej wiedzieli już wszyscy: wybuchła wojna! Gdzie tylko to było możliwe, uruchamiano aparaty 

radiowe.   Pełny   komunikat   o   wybuchu   wojny   został   przekazany   o   godzinie   ósmej.   Polska   Agencja 
Telegraficzna   zawiadamiała,   że   najeźdźca   napotyka   zdecydowany   opór   placówek   granicznych. 
Zapowiedziano nadanie orędzia prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

Po tych wieściach, nie pozostawiających żadnej nadziei, niezwykły ruch wszczął się w fabrycznych 

wydziałach. Ludzie byli wyraźnie poruszeni, podnieceni wieściami o wojnie. Początkowy niepokój szybko 
jednak   zmienił   się   w   przemożną  wolę   czynu,   dokonania   czegoś,   co   mogłoby  posłużyć   obronie.   W   tej 
niezwykłej  chwili tylko niewielu zdobyło się na trzeźwy osąd, tylko  nieliczni zdawali  sobie sprawę, iż 
najlepiej tejże obronie przysłuży się praca tu, przy maszynach, gdzie powstają pociski i armaty. Większość 
przekonana była, że należy stanąć do walki z bronią w ręku. Do dyrekcji zaczęły się schodzić delegacje.

Najpierw   zgłosiło   się   kilku   młodych   ludzi   z   linii  Boforsa.   W   ich   imieniu   Emil   Osiecki,   technik, 

zadeklarował  chęć ochotniczego  wstąpienia  tej grupy do wojska. Z godziny na godzinę mnożyły się te 
postanowienia.  Inżynier  Rajmund Szczeciński,  który rozmawiał  z ochotnikami,  zapewniał,  że  wszystkie 
zgłoszenia będą przekazane władzom wojskowym.

— Może więc teraz chociaż wzmocnimy obronę przeciwlotniczą zakładu  — proponował Osiecki.  — 

Mamy   nawet   konkretną   propozycję.   Po   zakończeniu   zmiany   dodatkowo   zmontujemy  Boforsa  i 
skompletujemy spośród siebie jego załogę.

—   Dodatkowy  Bofors  bardzo   się   przyda,   ale   raczej   walczącym   jednostkom   niż   nam  —   odparł 

Szczeciński, czym tylko częściowo usatysfakcjonował członków brygady.

Krzyżanowski, który do 1927 roku służył w kieleckim 4 pułku piechoty legionów, zgłosił w imieniu 

fabrycznego koła byłych podoficerów zawodowych chęć ochotniczego wstąpienia tej grupy do zakładowej 
jednostki obrony. Propozycję przyjęto i w ciągu najbliższych godzin kilku byłych plutonowych i sierżantów 
wezwano do sztabu porucznika Kistelskiego. Był wśród nich także Krzyżanowski,  któremu powierzono 
funkcję podoficera łącznikowego dowódcy.

Wola walki i przekonanie, że ta wojna może zakończyć się tylko polskim zwycięstwem, sprawiły, iż w 

czasie   zwołanego   na   godzinę   dziesiątą   wiecu   panował   nieopisany  entuzjazm.   Przybyli   na   główny  plac 
fabryki zarówno pracownicy pierwszej zmiany, jak i zaczynający pracę później. Stawiły się też rodziny 
robotników.   Głowa   przy   głowie,   w   skupieniu,   wsłuchiwał   się   tłum   w   słowa   inżyniera   Dąbrowskiego, 
dyrektora zakładu.

— Wybuchła wojna, to już wiemy. Nasi dzielnie się bronią, tego się spodziewaliśmy! Starachowicka 

fabryka odda wszystko, co tylko można, dla zwycięstwa. Pewnie każdy z was tak myśli...

— Hura! Hura! — gromki okrzyk zagłuszył ostatnie słowa Dąbrowskiego.
Na zaimprowizowaną mównicę wchodzi kapitan Wyporek, oficer rezerwy, zatrudniony przez zakład 

jako leśniczy. Wyporek stoi na czele miejscowego koła weteranów legionowych. Mówi o wojnie, o tym, że 
Polacy będą się bronić ze wszystkich sił.

— Nasza potęga jest niemała i jeśli ktokolwiek powinien dzisiaj czarno widzieć przyszłość, to Niemcy 

—   w   jego   słowach   brzmi   głęboka,   autentyczna   wiara.  —   My  przecież,   o   czym   zapewniał   naród   pan 
marszałek Śmigły, jesteśmy silni i zwarci, i gotowi! My, weterani, zobowiązujemy się zakupić z własnych 
składek ciężki karabin maszynowy, który podarujemy polskim żołnierzom.

Popłynęły dalsze  deklaracje.  Nikt  nie  przypuszczał,  że  kapitan  Wyporek  może  się  mylić.  Wszyscy 

myśleli tak samo. Był pierwszy dzień wojny, ledwie pierwsze jej godziny. Duch w ludziach wspaniały i 
umacniająca się pewność, że naszego nie damy! Ani guzika!

Po   wiecu   robotnicy   powrócili   na   swoje   stanowiska.   Ustały   wszelkie   rozmowy   i   tylko   maszyny 

background image

pracowały   jakby   ze   zdwojoną   mocą.   Należało   wykonywać   plany   wojenne,   sprostać   zwiększonym 
zamówieniom.

Gdy do fabryki zaczęły napływać pierwsze, jeszcze przecież nie do końca pewne wieści o wojnie, w 

siedzibie starostwa zebrali się ludzie, którzy mieli zadecydować, co dalej. Oni już wiedzieli, że prezydent 
wprowadził na całym obszarze państwa stan wojenny, a prezes Rady Ministrów stan wyjątkowy. Obligowało 
to władze terenowe do przeorganizowania dotychczasowych komórek administracyjnych i wprowadzenia 
powszechnego obowiązku świadczeń na rzecz obronności.

Tego ranka starosta iłżecki, rezydujący i urzędujący w Wierzbniku, wespół z organami wojskowymi 

powołał   komendę   Obrony  Miasta   i   Powiatu.   Znaleźli   się   w   niej   przedstawiciele   administracji,   wojska, 
organizacji społecznych i samorządu. Komendantem został, zgodnie z planami, major Trzebiński. W jej 
skład weszli między innymi inżynier Julian Denk, harcmistrz Stanisław Waleńczak i podharcmistrz Zygmunt 
Lewiński — komendant i zastępca komendanta starachowickiego hufca.

Bardzo spokojnie mijały w mieście pierwsze godziny wojny. Ludzie zajęci byli swymi codziennymi 

sprawami. Tylko ci, którzy na wypadek wojny mieli stawić się w określonych punktach, najszybciej — jak 
tylko to było możliwe  — swój obowiązek spełnili. Od ósmej, po komunikacie PAT, zaczęli zbierać się w 
Izbie Harcerza druhowie z zastępu  „Żubrów”. Zgodnie bowiem z rozkazem komendanta hufca „Żubry” w 
przypadku wojennego alarmu winni zgłosić się do służby obronnej. Wszyscy, co do jednego, stawili się tego 
ranka. Z wypiekami na twarzach, podnieceni niezwykłą sytuacją, z niecierpliwością oczekiwali na słowa 
druha Lewińskiego.

Zastęp  „Żubrów”   to   wyjątkowa   grupa.   Są   tu   najlepsi   harcerze,   najbardziej   doświadczeni,   choć   w 

różnym wieku. Obok uczniów gimnazjum i szkoły zawodowej jest kilku robotników z fabryki. Mimo to 
stanowią   zgrany   zespół.   Są   kolegami,   a   raczej   przyjaciółmi,   którzy   zawsze   mogą   na   sobie   polegać. 
Zahartowały  ich   harcerskie   wyprawy  w   Góry   Świętokrzyskie,   podczas   których   sami   musieli   zadbać   o 
jedzenie, spanie, znaleźć drogę w gąszczu, pokonać terenowe przeszkody i, na dodatek, zaliczyć niełatwe 
egzaminy z harcerskich sprawności. Poza tym część z nich ma za sobą przeszkolenie PW. Niektórzy właśnie 
niedawno   wrócili   ze   specjalnego   obozu   wojskowego   dla   młodzieży   szkolnej   zorganizowanego   w 
podprzemyskim Starżewie. Był tam Andrzej Rek, którego młodszy brat, Dzidek, również należy do zastępu 
„Żubrów”. Inni, pracujący w zakładach, zdobyli niezłe przeszkolenie w ramach ćwiczeń OPL i podczas 
specjalnych zajęć na przyfabrycznym poligonie (na przykład Tadeusz Sokół i Marian Nocoń).

Do   najmłodszych   należy   Mieczysław   Matynia.   Dopiero   co   ukończył   szkołę   powszechną   i   zdał 

pomyślnie egzamin wstępny do szkoły technicznej w Radomiu. Matynia to dobry harcerz. Chociaż taki 
młody, znalazł się w zastępie  „Żubrów”; wcześniej był przybocznym szkolnej 2 drużyny męskiej imienia 
Mariana   Langiewicza.   Słynie   jako   niezrównany   organizator   biwaków   i   wypraw   w   nieznane.   Matynia, 
„harcerz orli”, to doskonały zadatek na instruktora. Podobnie jak jego trzej przyjaciele — Włodzimierz Rek 
„Dzidek” i dwaj bracia Wiśniewscy.

Obok nich oczekują na rozkazy: Roman Baka, Tadeusz Linek, Henryk Kliczewski, Bogusław Cielecki, 

Tadeusz Łęcki, Stefan Wosiek, Władysław Korona, Franciszek Kmieciak, Bolesław Horoszczuk, Kazimierz 
Kolanowski... Trzydziestu druhów z zastępu „Żubrów”.

Zygmunt   Lewiński   stawia   konkretne   zadania.   Cała   trzydziestka,   rozkazem  nadzwyczajnym,   zostaje 

powołana do służby obronnej. Najstarsi dostają przydziały do obsług armat. Grupka najmłodszych będzie 
utrzymywała łączność pomiędzy stanowiskami dział a sztabem przy Francuskiej. Kilku harcerzy pozostanie 
w dyspozycji Komendy Obrony Miasta i Powiatu. Ci zaś, którzy przeszli przeszkolenie w zakresie obsługi 
środków łączności, mają zameldować się u naczelnika poczty. Służba trwa nieprzerwanie, aż do odwołania. 
Na wyznaczone stanowiska zgłosić się do godziny dziesiątej.

Lewiński kończy odprawę i kolejno ściska dłonie swoim chłopcom. Co tu dużo gadać, to wspaniali 

młodzi ludzie. Kwiat harcerstwa! Dzisiaj przychodzi im zdawać jeszcze jeden, może najtrudniejszy egzamin. 
Jest pewien, że nie zawiodą.

W pobliżu Izby Harcerza, przed niepozornym, drewnianym budynkiem, odbywała się nadzwyczajna 

zbiórka uczniów przyfabrycznej szkoły zawodowej. Przyszli wszyscy, mimo iż tego dnia nie przewidziano 
lekcji. Oni także chcą walczyć, bić wroga, pomagać żołnierzom.

Staje przed nimi porucznik Kazimierz Starowicz. Służy w wierzbnickiej PKU i jest nauczycielem PW. 

Młody,  energiczny,  cieszy się autorytetem wśród chłopców. Dzisiaj, w tak wyjątkowej  chwili, nie musi 
używać wielu słów, by trafić do serc swych uczniów. Porucznik ogłasza ochotniczy zaciąg do kompanii 
służby pomocniczej.

— Będziemy chronić most,  tory kolejowe, dworzec i linie łączności. Musimy być  czujni, bo choć 

jesteśmy   na   dalekim   zapleczu   i   tutaj   możemy   spotkać   się   z   wrogiem.   Mówiliśmy   na   zajęciach   PW   o 
dywersantach,   o   ich   zadaniach.   Wybuchła   wojna   i   właśnie   teraz   możemy   zetknąć   się   z   ich   wrogim 

background image

działaniem tu, bezpośrednio w Starachowicach. Dlatego fabryka i miasto potrzebują czujnych strażników. 
Kto z was chce pełnić służbę wartowniczą?

Wszystkie ręce podniosły się w górę.
— Ja! Ja! — przekrzykiwali się chłopcy.
—   Baczność!  —   porucznik   wydał   komendę,   która   przywróciła   porządek   w   grupie   uczniów.  — 

Baczność!  — powtórzył.  — Teraz spokojnie, po kolei, zgłaszać się do mnie. Dziękuję wam, chłopcy, za 
wasz zapał, ale muszę was ostrzec, że to nie są kolejne ćwiczenia. To nie zabawa, a prawdziwa wojna. 
Służba nielekka, żołnierska.

Te   słowa   nie   ostudziły  zapału   chłopców.   Porucznik   z   prawdziwą   satysfakcją   zapisywał   podawane 

pewnym głosem nazwiska.

Już tego samego dnia uczniowie z ochotniczej kompanii rozpoczęli służbę wartowniczą. Uzbrojeni w 

szkolne karabinki, w mundurkach PW wyruszyli na patrole wzdłuż torów, wokół dworca, poczty,  obok 
zakładów. Rozpoczynali wojenne czuwanie. Ich wrześniowa służba zakończy się daleko od Starachowic, bo 
aż w Lublinie, bohaterskim epizodem obrony gmachu „Bobolanum”.

Tymczasem   „Żubry”   meldują   się   na   wyznaczonych   stanowiskach.   Ci,   którzy   dostali   przydział   do 

obrony  przeciwlotniczej,   zgłaszają   się   najpierw   na   Francuską.   Tam  następuje   ostateczny  podział   zadań. 
Matynia i Rek zostają skierowani do Starachowic Górnych, gdzie umieszczono dwa Boforsy. Jedną obsługą 
dowodzi   technik   z   zakładu,   plutonowy  rezerwy  Witold   Świerzbiński,   drugą  —   dwudziestosiedmioletni 
kontroler  jakości  luf  Bogusław  Twardowski,  który  zasłynął  z  tego,  że  doskonale  znał  się  na  wszelkich 
urządzeniach   celowniczych.   Podobno  w   tajemnicy  pracował   nad   nowym,   rewelacyjnym   przyrządem  do 
celowania.

Matynia był zadowolony, że przydzielono go właśnie do Twardowskiego. Znał swego dowódcę bardzo 

dobrze, bo byli sąsiadami. Twardowski mieszkał trochę powyżej Matyniów, w Kolonii Robotniczej, a poza 
tym był również harcerzem. Może teraz trochę mniej „praktykującym”, ale dobrze znanym harcerskiej braci.

Mietek i Dzidek udali się piechotą do swojego działonu. Armata stała na wysokiej górze, na polu. Od 

skraju   lasu   dzieliło   ją   nie   więcej   jak   czterysta   metrów.   Do   samego   stanowiska   prowadziła   wygodna, 
wysypana   szutrem  droga   dojazdowa.   Wykonano   ją   parę   dni   wcześniej,   by  móc   bezpiecznie   doholować 
działo.   Obok  Boforsa,   ale   trochę   odsunięty   w   stronę   lasu,   znajdował   się   schron   na   amunicję.   Lufa, 
wycelowana w niebo, jakby wypatrywała powietrznych intruzów.

Chłopcy, jak każe regulamin, zameldowali się Twardowskiemu i  — już całkiem nieregulaminowo  — 

zaczęli podziwiać Boforsa. Interesowało ich wszystko, każde pokrętło, każda nawet najmniejsza część, a gdy 
Twardowski pozwolił im usadowić się na miejscu celowniczego, obaj nie posiadali się z radości. Bo przecież 
tyle mówi się o tym cudzie nowoczesności, tyle nadziei wiąże z jego niezawodnością, a tak naprawdę to oni 
po raz pierwszy mogą je dotknąć. Byli raz z zastępem „Żubrów” na poligonie, obserwowali ze schronu, jak 
strzela armata, ale była ona wtedy tak daleko. Natomiast teraz...

—   Wasz   komendant.   Lewiński,   o   wiele   lepiej   ode   mnie   zna   się   na   działach  —   zaczął   skromnie 

Twardowski. — Jest pierwszym kontrolerem jakości luf i zamków. Jednak i ja coś niecoś mogę powiedzieć o 
Boforsie. Co chcecie, chłopcy, wiedzieć?

— Wszystko! — wykrzyknęli zgodnie.
— Powiem wam to, co powinien każdy żołnierz mieć w małym palcu, a już artylerzysta szczególnie — 

uśmiechnął się Twardowski. — Kaliber czterdzieści milimetrów. To znaczy, że jest to armata małokalibrowa. 
Długość lufy pięćdziesiąt sześć koma dwa kalibra, szybkostrzelność sto dwadzieścia strzałów na minutę, kąt 
ostrzału w płaszczyźnie poziomej trzysta sześćdziesiąt stopni, w płaszczyźnie pionowej od minus sześciu 
stopni do plus dziewięćdziesięciu. Prędkość początkowa pocisku około ośmiuset siedemdziesięciu metrów 
na sekundę — Twardowski wyrecytował podstawowe dane taktyczno-techniczne Boforsa.

Chłopcy chcieli wiedzieć jeszcze więcej, na przykład, ile waży takie działo.
— W położeniu bojowym, czyli na stanowisku ogniowym, dwa tysiące trzysta pięćdziesiąt kilogramów 

—   odpowiedział   Twardowski.  —   Ale   w   czasie   marszu   dwie   i   pół   tony,   bo   dochodzą   różne   elementy 
zapasowe, skrzynia narzędziowa, osłaniacz przelicznika i pokrowiec brezentowy.

— Druhu, czy mamy szanse w walce z niemieckimi samolotami? — zapytał Dzidek. — Na ile metrów 

w górę bije nasz Bofors?

— Na trzy kilometry. Jak widzisz, niemało. Te trzy kilometry to ogień skuteczny. Wiesz, co to znaczy? 

Że Niemcy będą się bali latać niżej niż trzy kilometry od ziemi.

— A gdyby trzeba było strzelać na wprost, to Bofors też może być groźny?
— Jasne! Kąt ostrzału pionowego, o którym mówiłem, wyjaśnia, że można strzelać na wprost. Jednak 

takiej możliwości chyba mieć nie będziemy. Na razie, chłopcy, dajcie spokój tym pytaniom. Rozejrzyjcie się 
dookoła.

background image

Słowa Twardowskiego przerwał nagle potężniejący, przenikliwy dźwięk fabrycznych syren. Wkrótce do 

tego chóru dołączyły syreny kolejowe, ze straży pożarnej, poczty i innych punktów miasta.

Alarm!
Była godzina jedenasta. Do Starachowic zbliżała się flotylla wrogich maszyn. Tym razem ostrzeżenie 

przyszło   wcześnie:   Kielce   powiadomiły   telefonicznie   starachowicką   placówkę   OPL   o   zbliżających   się 
samolotach wroga.

Jeszcze nie widać agresora, jeszcze hitlerowskie bombowce nie przebyły linii Gór Świętokrzyskich, a 

już wszystkie armaty są gotowe. Obsługa z działonu Twardowskiego pilnie wpatruje się w jasne, wrześniowe 
niebo. Celowniczy w skupieniu manewruje lornetką. Już wkrótce ukaże się pierwszy, a potem kolejne obce 
samoloty nad polską ziemią.

Jest kilka minut po godzinie jedenastej. Są! Z południa ciągnie flotylla niemieckich bombowców. Lecą 

cztery, może pięć tysięcy metrów nad ziemią. Obładowane bombami aż jęczą z wysiłku. Huk ciągle narasta. 
Groźnie połyskując w słońcu nadlatują nad pozycje obrońców miasta. Ci, którzy powinni się ukryć, już 
dawno są w piwnicach i okopach. Lot śledzą obsługi dział i nieliczni mieszkańcy miasta.

— Ognia, ognia, ognia! — krzyczy podniecony Twardowski.
Seriami, zagłuszane hukiem bombowców, mkną w górę pociski z  Boforsa. Padają pierwsze strzały w 

obronie miasta.

— Ognia!
Ten sam rozkaz rozbrzmiewa na wszystkich dziesięciu stanowiskach. Niebo nad miastem usiane jest 

białymi, pierzastymi obłoczkami rozrywających się granatów. Niestety, powietrznym agresorom ani jeden z 
nich nie zagroził. Lecą wysoko, zbyt wysoko jak na możliwości Boforsów!

Wtem   od   grupy   niemieckich   samolotów   odrywa   się   niewielki   dolnopłat.   Schodzi   nad   stanowisko 

Boforsa usytuowanego na Górze Trzech Krzyży.  Messerschmitt Me-109 to doskonały myśliwiec. Świetnie 
uzbrojony. Dla pilota niezła okazja, by zmierzyć się z Polakami. Z pokładowych karabinów maszynowych 
sypie się grad pocisków. Dosięgają one ludzi z obsługi Boforsa. Działo milknie, a Messerschmitt, złowrogo 
kołysząc skrzydłami, szybko dołącza do oddalającego się klucza.

Na   Górze   Trzech   Krzyży   umiera   ciężko   ranny   Bolesław   Kłoczowski,   brygadzista   z   odlewni, 

przydzielony   do   obsługi   działa   jako   były   żołnierz-artylerzysta.   W   pierwszym   starciu   z   niemieckim 
samolotem lekką ranę odnosi Andrzej Rek, starszy brat Dzidka. Niemcy odlatują bez strat.

VI

W sztabie obrony przeciwlotniczej oceniono, że pierwszy nalot wykazał, iż przygotowanie zakładu i 

miasta na wypadek alarmu powietrznego jest dobre. Ludzie zareagowali właściwie na dźwięk syren, ogień 
otworzono   natychmiast,   służby   przeciwpożarowe   zebrały   się   od   razu   na   wyznaczonych   posterunkach. 
Pojawienie się samolotów nie wywołało żadnej paniki ani w zakładzie, ani w mieście. Niektórzy byli jednak 
nieco zawiedzeni, że nie udało się strącić ani jednej maszyny wroga.

— Są to żale przedwczesne i nieuzasadnione — tłumaczył „zawiedzionym” podchorąży Murczyński. — 

Heinkel sto jedenaście, bo to one z pewnością przeleciały nad miastem, są poza zasięgiem BoforsaHeinkel 
może  lecieć  na wysokości do siedmiu kilometrów! Dwa razy wyżej niż sięga skuteczny ogień naszego 
działka. Dobrze jest, jak się nie dopuści do obniżenia lotu. To już naprawdę dobrze.

Kistelski polecił Krzyżanowskiemu, by ciężarowym Fordem objechał stanowiska  i  uzupełnił zapasy 

amunicji. Przy okazji Krzyżanowski miał także sprawdzić, jaki nastrój panuje wśród załóg, i przestrzec przed 
możliwością bezpośredniego zaatakowania działonów przez hitlerowskie myśliwce.

Lustracja wypadła pomyślnie. Obsługujący działa, chociaż przytłoczeni śmiercią Kłoczowskiego, pełni 

byli optymizmu i wiary we własne siły. Przy okazji nie obyło się bez pytań.

— Jak to jest, panie plutonowy — zaczął Jan Skowron, robotnik z działu zapalników. — Nasze Boforsy

wiadomo, klasa,  światowy przebój, jak to się mówi. W gazecie sam czytałem, że niemiecka technika to 
mydlenie oczu. Jeśli tak jest, to czemu nie zestrzeliliśmy tych drani?

—   Mydlił   oczy   ten,   co   pisał,   że   Niemcy   mają   tanki   z   dykty   i   samoloty   z   drewna  —   odparł 

Krzyżanowski.  — Wiem, jak u nich jest, niejedno się słyszało. A  Bofors, panie Skowron, naprawdę jest 
rewelacją.

— To dlaczego nie strąca?
— Ale nie pozwala obniżyć lotu i to już jest dobrze  —- Krzyżanowski powtórzył argumenty, jakie 

niedawno usłyszał w sztabie. — Przyjdzie czas, to i strącać będzie.

background image

— Jasne, że w końcu tych drani przegonimy i wojnę wygramy, ale na razie nasz Bofors za nisko bije — 

nie ustępował Skowron.

— Z dział małokalibrowych na pewno najwyżej i najgęściej — replikował Krzyżanowski. — Nie ma 

teraz   na  świecie   lepszej   armatki  przeciwlotniczej   małego  kalibru.   Nasza  siedemdziesiątkapiątka   też   jest 
najlepsza pośród średniokalibrowych. O, gdybyśmy tych armat mieli dzisiaj tyle co Boforsów, to nie wszyscy 
Niemcy dolecieliby do celu! Armata potrafi strącić samolot nawet z dziesięciu kilometrów. Trzeba tylko 
trafić — zakończył.

Tego   dnia   jeszcze   raz,   przed   wieczorem,   rozległy   się   jazgotliwe   głosy  Boforsów.   Kolejna   grupa 

niemieckich bombowców podążała szlakiem na północ, w kierunku Radomia. I tym razem ani jedna bomba 
nie spadła na Starachowice. Niemcy mieli, na razie, inne cele.

Samoloty  Heinkel He-111, które przed południem i wieczorem pojawiły się nad miastem, stanowiły 

część sił 4 Floty Powietrznej, dysponującej ponad 300 bombowcami, 180 bombowcami nurkującymi i 120 
myśliwcami. Lotnictwo 4 Floty rozpoczęło wojenne rejsy z samego rana. Już o godzinie szóstej pierwsze 
bomby spadły na lotnisko Kraków-Rakowice. Niewiele później zostały zniszczone pasy startowe lotniska 
katowickiego   i   łódzkiego.   Po   południu   bomby  zrzucono   na   lotnisko   koło   Lwowa,   a   niemalże  w   samo 
południe   łupem   agresora   padło   lotnisko   w   Radomiu.   To   właśnie   tam,   ponad   Kielcami,   Górami 
Świętokrzyskimi   i   Starachowicami   podążały   objuczone   bombami  Heinkle.   Radom   był   także   celem 
wieczornego nalotu.

Drugiego   września   samoloty  niemieckie  skupiły  się   na   niszczeniu   naziemnych   obiektów   polskiego 

lotnictwa, licząc, że uda się do końca i skutecznie je sparaliżować. 4 Flota Powietrzna zbombardowała tego 
dnia Lubelską Wytwórnię Samolotów, lotniska w Mielcu, Lublinie, Lodzi, Radomiu, Koninie...

Na   posterunkach   obronnych   w   Starachowicach   najwyższe   pogotowie   bojowe.   Obserwacja   nieba 

prowadzona jest bez przerwy. W sztabie przy Francuskiej krzyżują się meldunki i polecenia, trwa ciągły ruch 
wbiegających i wybiegających łączników.

W   Starachowicach   Górnych   stanowisko  Boforsa  zmieniło   nieco   swój   wygląd.   Obaj   harcerze 

uporządkowali najbliższe otoczenie, a z tyłu, za armatą, ułożyli z szyszek wielkiego orła. I tuż obok wpisane 
w okrąg litery: „ST”. Dwa najbliższe im znaki: symbol ojczyzny i fabryki. Byli zadowoleni z tej pracy, tym 
bardziej że z uznaniem o wykonaniu obu symboli wyrażali się wszyscy członkowie obsługi.

Pierwsze samoloty pojawiły się nad miastem o godzinie dziesiątej. Było ich o wiele więcej niż dnia 

poprzedniego.   Pod   osłoną   myśliwców   sunęła   na   północny  wschód   silna   wyprawa   bombowa.   Ukryty  w 
okopie pod lasem Mietek Matynia ostrożnie wychylił głowę. Usiłuje liczyć lecące maszyny. Jeden, dwa, 
trzy...   dziesięć...   dwadzieścia...   trzydzieści.   Jazgot  Boforsów  mylił   rachunki,   zresztą   samoloty   wskutek 
huraganowego ostrzału zaczęły zachowywać się jak dzikie gęsi, ciągle zmieniające miejsce w kluczu. Ale to 
tylko   złudzenie.   Bombowce   spokojnie   zmierzały  do   celu,   a   tylko   niewielkie,   zwinne   myśliwce   myliły 
Mietkowi liczenie.

— Trzydzieści jeden, trzydzieści dwa...
Chyba nie zdąży więcej naliczyć, bo samoloty szybko  — lekceważąc wściekłe ujadanie armatek  — 

znikają za północnymi wzgórzami.

Nagle od wyprawy odrywają się dwa  Messerschmitty. Nurkują w stronę Majówki, gdzie bez przerwy 

prowadzą   ogień  Boforsy.   Sypią   się   pociski   z   pokładowych   karabinów,   ale   polskie   działka   nie   milkną. 
Zdumiony Mietek dostrzega, że jeden z samolotów jak oparzony podrywa się do góry, zmienia kierunek lotu 
i szybuje w stronę lasów siekierzyńskich. Za nim ciągnie się wąska smużka dymu. Czyżby dostał?

To samo widzą także  ludzie z innych  stanowisk. Radość  ogromna, ale  jej powód nie  został  nigdy 

potwierdzony. Z wiosek położonych na północ od Starachowic nie nadeszła żadna wiadomość o tym, by 
niemiecka maszyna spadła gdzieś w pobliżu.

Mietek   doliczył   tylko   do   trzydziestu   dwóch;   w   sumie   w   tej   wyprawie   brało   udział   blisko 

dziewięćdziesiąt bombowców z 4 pułku 4 Floty Powietrznej. Leciały nad Dęblin, który tego dnia przeżył 
nadzwyczaj   ciężkie   bombardowanie   trzech   lotnisk.   Zniszczeniu   uległa   baza   zaopatrzeniowa,   urządzenia 
szkoleniowe,   pasy   startowe.   Na   szczęście   większość   polskich   samolotów   zdołała   przebazować   się   na 
lotniska zapasowe.

Trzeciego września, z rana, Kistelski otrzymał wiadomość, która go wręcz przeraziła. Oto ze sztabu 

obrony przeciwlotniczej kraju nadeszła informacja, że zdarzają się przypadki strącania polskich samolotów 
przez   polską   artylerię!   Jako   przykład   podano   wydarzenie   z   dnia   poprzedniego,   kiedy   to   w   Pionkach 
fabryczny pluton obrony zestrzelił  Karasia. W związku z tym należy bezzwłocznie przeszkolić obsługi w 
rozpoznawaniu sylwetek samolotów.

— Dopiero teraz? — dziwił się podchorąży Murczyński. — Przecież od dawna stosuje się na świecie 

taką metodę szkolenia artylerii  przeciwlotniczej. Ci, co strzelają, muszą po sylwetce odróżnić wroga od 

background image

swojego, bo inaczej dochodzi do takich tragedii jak w Pionkach.

—  Regulaminy   szkolenia   nie   przewidywały   tego   typu   zajęć  —   mówił   Kistelski.  —-   Instruktorzy 

powiadali, że należy spodziewać się niemieckich samolotów z polskimi znakami rozpoznawczymi. No i jest 
skutek, tym bardziej że nasi ludzie nigdy nie widzieli Karasia i mogli go łatwo pomylić z Junkersem.

Było już za późno, aby uczyć ludzi odróżniania sylwetek samolotów. Zresztą sztab Kistelskiego nie 

dysponował żadnymi rysunkami ani zdjęciami. Pozostawało jedno: wydać rozkaz zabraniający otwierania 
ognia do maszyn z biało-czerwonymi szachownicami.

Starachowice dopiero w trzecim dniu wojny miały poznać, co znaczy niszczycielska siła niemieckich 

bomb,   gdyż   od   3   września   Luftwaffe,   zaprzestając   ataków   na   lotniska,   skupiła   się   na   bombardowaniu 
zaplecza. Pociski zaczęły spadać na obiekty przemysłowe, kolumny wojska i uciekającą ludność. Bomby 
rozrywały   się   w   rejonach   ważnych   węzłów   komunikacyjnych,   na   przeprawach   wodnych   i   szlakach 
kolejowych.  Setki samolotów  wypatrywało z  bezchmurnego  nieba  miejsca  dogodnego do ataku.  Miasta 
padały ofiarą barbarzyńskich nalotów.

I znów, jak podczas ubiegłych dwóch dni, dźwięk syren obwieścił, że nad Starachowice zbliżają się 

niemieckie samoloty. Eskadry Dornierów Do-17, ochraniane przez smukłe, dwusilnikowe Me-110, podążały 
stałą trasą. Jak wczoraj i przedwczoraj bez przeszkód piracka flotylla przeleciała nad miastem.

Nie minęła godzina i w polu widzenia obrońców miasta pojawiły się kolejne maszyny. Ich sylwetki 

wyraźnie różniły się od poprzednich. Były to jednosilnikowe dolnopłaty.

— Junkersy, na pewno Junkersy! — stwierdził inżynier Jerzy Sosnowski. — No, chłopcy, teraz może 

być gorąco!

— Nalot nam nie pierwszyzna — zauważył obojętnym tonem Jan Skowron.
— Człowieku, to są bombowce nurkujące!  — inżynier Sosnowski pragnął, aby jego podwładni nie 

lekceważyli niebezpieczeństwa. -— One potrafią błyskawicznie zejść nad cel i zrzucić, gdzie trzeba, swoje 
bomby. Uwaga, pełna gotowość! Cel, samolot. Ognia! — wydał komendę.

I znów białe obłoczki rozerwały się poniżej kadłubów nieprzyjacielskich maszyn.
Nagle  samoloty wyraźnie   przechyliły się  na  prawe  skrzydło  i  z  przerażającym  wyciem zeszły nad 

miasto. Trzy ruszyły wprost nad dolny zakład i stację kolejową. Powietrzem wstrząsnęło kilka wybuchów. 
Część samolotów skierowała się na południe, wzdłuż linii kolejowej. Obniżyły lot. Próbują zbombardować 
żelazną nić łączącą Starachowice z Ostrowcem.

Te znad dolnego zakładu i stacji kolejowej, już lżejsze, usiłują powrócić do szyku. Utrudnia im ten 

zamiar gęsty ogień z Boforsów. I wreszcie — jest! Nie ma wątpliwości, któryś ze strzałów okazał się celny.

Z ogona  Junkersa  zaczyna wykwitać pióropusz dymu. Samolot, jak ranny ptak, przewalając się ze 

skrzydła na skrzydło, obniża gwałtownie lot i szybuje, hen, na południe, nad lasy koło Siekierna. Jeszcze 
widać, jak jego płaty zaczynają muskać czarne sklepienie lasu i maszyna  — wzniecając chmurę dymu  — 
niknie z oczu obrońcom miasta.

Tymczasem pozostałe spiesznie dołączają do szyku. Chcą jak najprędzej osiągnąć bezpieczną wysokość, 

oderwać się od pękających wkoło granatów. Jeszcze chwila i są już poza zasięgiem Boforsów. Odlatują w 
oznaczonym marszrutą kierunku.

Wyeliminowanie z walki jednego z przeciwników wywołało, rzecz jasna, nieopisany entuzjazm wśród 

obrońców miasta. Wreszcie uzyskali tak bardzo pożądany sukces! Wreszcie trafili wroga!

Skutki nalotu okazały się w sumie niegroźne. Straż pożarna bardzo szybko uporała się z ogniem na 

terenie elektrowni i w pobliżu stacji kolejowej. Służba sanitarna zajęła się rannymi.

Mizerne efekty bombardowania wzbudziły u niejednego złudną pewność, że niemieckie samoloty wcale 

nie są takie groźne, jakby się mogło wydawać. Do tych pewnych siebie nie należał jednak inżynier Denk, 
odpowiedzialny za bezpieczeństwo zakładów. Rozumiał on, że po dwóch dniach, kiedy to Niemcy jakby 
celowo oszczędzali Starachowice, musiały zajść jakieś zmiany w planach wroga. Luftwaffe zaczęła przecież 
wyraźnie   atakować   przemysł   i   kolej.   A   zatem   ataki   muszą   się   powtórzyć.   I   będą   na   pewno   o   wiele 
groźniejsze. Widzieli już na własne oczy, jakimi możliwościami dysponują nurkujące Junkersy. Te samoloty 
mogą dość dokładnie przymierzyć się nad celem. A Boforsy? Zanotowały wprawdzie jeden sukces, ale przy 
większej liczbie samolotów trudniej im będzie sobie poradzić, tym trudniej że zwinne niemieckie myśliwce 
paraliżują obronę ogniem z karabinów maszynowych.

Inżynier   Denk   podjął   więc   decyzję:   trzeba   już   teraz   zacząć   zabezpieczać   to,   co   w   zakładzie 

najcenniejsze.   Inaczej   mówiąc,   postanowił   rozpocząć   przygotowania   do   ewakuacji.   Wszystkie 
przedsięwzięcia z ewakuacją związane miały być zachowane w największej tajemnicy, by nie wzbudzać 
paniki.

Rozkazał więc Denk zdemontować i przygotować do wysłania urządzenia i wyposażenie fabrycznego 

laboratorium i biura konstrukcyjnego — placówki eksperymentalno-badawczej, w której powstały prototypy 

background image

armat i testowano nowe materiały oraz mechanizmy. Tu opracowano między innymi oryginalne konstrukcje 
armaty przeciwlotniczej o kalibrze 75 mm. Starachowickie centrum naukowe i eksperymentalne głośne było 
w środowiskach wojskowych nie bez powodu, gdyż stanowiło swoistą forpocztę postępu i nowoczesności.

Placówka   zajmowała   nowy,   dość   wygodny   budynek.   Miała   cztery   laboratoria:   chemiczne, 

wytrzymałościowe,   obróbki   termicznej   i   metalurgiczne.   Znajdowały   się   w   nich   drogie   urządzenia   o 
światowych parametrach. Wystarczy choćby powiedzieć o precyzyjnej aparaturze do zdjęć i prześwietleń 
rentgenowskich,   o   mikroskopach   Zeissa   czy   młocie   Ruchla   do   badania   materiałów   pod   względem 
wytrzymałości na zginanie.

Zestaw nowoczesnych aparatów badawczych to jedno. Z drugiej strony inżynier Denk pamiętał, że w 

laboratoriach znajdują się najnowsze mechanizmy armat przygotowane do testowania, że są tam plany i 
miniaturowe prototypy dopiero rodzących się dział i pocisków. Całe to bogactwo myśli technicznej musi być 
uratowane. Stąd już 3 września Denk rozmyślał, co uczynić, by te skarby nie wpadły w ręce wroga.

Dyrektor Dąbrowski początkowo oponuje. Uważa, że nie nadeszła jeszcze pora, by myśleć o ewakuacji, 

w   końcu   ulega   sile   argumentacji   Denka.   Maszyny  i  aparaty,   plany  i   prototypy  wędrują   do  specjalnych 
skrzyń. Złożone w obszernych piwnicach laboratorium mają oczekiwać na ewakuację. Denk ma jeszcze 
nadzieję, że do tej ostateczności nie dojdzie. Nadzieję jego umacnia jakże radosna wiadomość: Anglia i 
Francja przystąpiły do wojny! Można ufniej patrzeć w przyszłość.

Wieść   o   wywiązaniu   się   sojuszników   z   podjętych   zobowiązań   wywołuje   ogromną   radość   wśród 

robotników   w   fabryce   i   wśród   mieszkańców   miasta.   Jako   bardzo   pomyślną   odbierają   ją   w   Komendzie 
Obrony   Miasta   i   Powiatu.   Dlatego   tym   większym   zaskoczeniem   jest   rozkaz   przekazany   już   tylko   do 
wiadomości Komendy: należy przygotować się do odejścia za linię Wisły. Na razie, jeszcze w ciągu tego 
dnia, powinna miasto opuścić ochotnicza kompania młodzieży.

Uczniowie,   zmobilizowani   przez   porucznika   Starowicza,   od   początku   wojny   pełnią   stałe   dyżury 

wartownicze. Można spotkać ich patrole chodzące wzdłuż torów, w pobliżu zakładów, poczty i starostwa. Po 
otrzymaniu   tego   niezrozumiałego   rozkazu   porucznik   Starowicz   zbiera   swoją   kompanię   w   świetlicy 
„Strzelca”.   Zbliża   się   wieczór,   ale   chłopcy   są   jeszcze   pod   wrażeniem   niedawnej   walki   powietrznej. 
Rozmawiają o strąconym samolocie, podziwiają swych starszych kolegów. Porucznik mówi, że trzeba odejść 
za Wisłę już dzisiaj. Konsternacja. Z pytaniem zgłasza się Wacław Nowak:

— Dlaczego, panie poruczniku, dlaczego już teraz?
Starowicz nie potrafi dać jasnej odpowiedzi, toteż kwituje pytanie krótkim stwierdzeniem:
— To rozkaz, chłopaki. I musimy go wykonać.
Pod   jego   dowództwem   kompania   udaje   się   do   magazynu   firmy  „Bata”,   gdzie   chłopcy   otrzymują 

zarekwirowane obuwie. Z magazynu broni PW pobierają nowe karabinki i ruszają w drogę. Na wschód! W 
mieście,   by   pełnić   nadal   służbę   wartowniczą,   pozostaje   tylko   dwudziestu   chłopców.   Dowodzi   nimi 
nauczyciel wychowania fizycznego — Szopski.

Późnym wieczorem 3 września miasto przeżywa jeszcze jeden nalot. I tym razem bomby spadają w 

pobliżu stacji i linii kolejowej. Zakłady pozostają nietknięte. Świetliste smugi pocisków z  Boforsów  nie 
pozwalają  Dornierom  na   obniżenie   lotu.   Bomby   nie   wyrządzają   więc   większych   szkód,   chociaż 
wprowadzają   spore   zamieszanie  na   stacji,   przez   którą   przemieszczają   się   właśnie   wojskowe  transporty. 
Mimo to przed północą wszystkie pociągi zdołały opuścić Starachowice.

Od rana znowu na stacji  jest tłoczno. Jadą eszelony do armii  „Prusy”.  Wyładowywać się  będą po 

sąsiedzku, w Skarżysku. Jęk syren powiadamia, że wyładunek nastąpi pod gradem niemieckich bomb.

Czwartego września miasto przeżywa dwa bombardowania. W kilku miejscach wybuchają pożary, ale 

obrońcy miasta likwidują je błyskawicznie. Jeszcze starcza sił, jeszcze jest sporo środków do obrony. Nikt 
nie myśli, że może być źle, choć już tego dnia pojawia się w Starachowicach pierwszy, jakże niepokojący, 
symptom klęski. Otóż zostaje trafiony pociąg wiozący jednostkę wojskową na zachód. Ludzi ogarnia panika. 
Pędzą w popłochu byle dalej od torów, byle dalej od płonącego pociągu. Samoloty wroga są już daleko, nim 
dowódcy udaje się zebrać rozproszonych żołnierzy.

Wieczorem Krzyżanowski po raz kolejny jedzie na stałą trasę swoim  Fordem. Wiezie, jak zwykle, 

amunicję   do  Boforsów.   Siedzi   obok   kierowcy,   kurząc   ulubionego   skręta   z   tytoniu  „tureckiego 
najprzedniejszego”.   Nagle,   w   ciągu   kilku   sekund,   na   spokojne   dotąd   miasto   zaczynają   spadać   bomby. 
Samochód staje jak wryty. Nalot! Ale czemu nie było alarmu? Krzyżanowski domyśla się. Sieć telefoniczna 
nie działa. Samoloty,  wyskakujące  spoza wzgórz, zaskoczyły miasto. Syreny nie zdążyły zawiadomić o 
niebezpieczeństwie.

— Z wozu! — krzyczy Krzyżanowski do kierowcy.  — Z wozu, migiem!
Wyskakują z samochodu, tulą się do stromych ścianek ulicznego rowu. Licha to osłona, bo gdyby 

pocisk trafił w Forda, eksplozja miałaby tragiczne następstwa...

background image

Samochód  stoi na gęsto zabudowanej ulicy.  Krzyżanowski oczyma  wyobraźni widzi, co będzie się 

działo,   jeśli   w   tym   miejscu   eksplodują   pociski  Boforsa.   Masakra!   Nie   namyśla   się   długo,   wyrywa 
osłupiałemu kierowcy kluczyki i wpada do szoferki. Silnik zaskakuje od razu. Samochód powoli wytacza się 
spomiędzy  domów   i   skręca   w  kierunku   otwartej   przestrzeni   nad   rzeką.   Krzyżanowski   słyszy  detonacje 
rozrywających się bomb. Dodaje gazu, pędzi na złamanie karku. Myśli tylko o jednym  — odjechać jak 
najdalej! Wreszcie zatrzymuje się. Dookoła panuje dziwna, dzwoniąca w uszach cisza. Hen, daleko gaśnie 
buczenie samolotowych silników. Koniec. Udało się! Napięcie opada. Krzyżanowski ciężko opiera czoło na 
kierownicy.

— Panie plutonowy, panie plutonowy, jak pan to zrobił? Pan chyba nie wie, co to strach? — Kierowca 

zdyszany dobiegł do samochodu i schwycił za rękę Krzyżanowskiego. — Panie plutonowy, ja z panem teraz 
nawet do piekła!

Fakt, że Niemcy nadlecieli niepostrzeżenie, wzbudził spory niepokój w sztabie porucznika Kistelskiego. 

Od tej pory obrońcy miasta nie mogą już liczyć na wcześniejsze powiadomienie o nalocie, zdani są tylko na 
własną czujność.

VII

O ile w ciągu czterech pierwszych dni września wśród ludności miasta panowały optymizm i wiara w 

rychłe zwycięstwo, podsycone jeszcze wieścią o przystąpieniu do wojny Anglii i Francji, to już piątego 
można było wyczuć niepokój. Pilnie wsłuchiwano się w audycje radiowe, ale podawane tam dość skąpe 
wiadomości niewiele wyjaśniały. Tymczasem rzeczywistość jawiła się w coraz ciemniejszych barwach. Oto 
na okolicznych drogach zaczęli pojawiać się uciekinierzy. Zrazu niewielki strumyk dość szybko zmienił się 
w potok samochodów, furmanek, bryczek, wózków i pieszych objuczonych najprzeróżniejszymi pakunkami. 
Ludzie ci podążali spod Łodzi, Piotrkowa i Tomaszowa. Wszyscy ciągnęli na wschód, w kierunku Wisły.

Najwięcej   obaw   starachowiczan   wzbudziła   decyzja   o   ewakuacji   zakładów.   Owszem,   robotnicy 

wiedzieli,   że   są   przygotowane   takie   plany.   Nawet   dwukrotnie,   w   kwietniu   i   w   sierpniu,   sprawdzano 
gotowość do przeprowadzenia tej akcji. Nikt jednak nie spodziewał się, że tak szybko zajdzie konieczność 
zwinięcia zakładów.

Niestety,   wymowa   faktów   była   bezlitosna.   W   fabryce   rozpoczęto   demontaż   maszyn   i   urządzeń. 

Pracowano na tempa, bez wytchnienia, bo czas naglił. Wbrew naiwnym kalkulacjom i nadziejom ludzi, 
którzy w zdecydowanej większości uwierzyli zapewnieniom o sile i zwartości, wróg był coraz bliżej.

Jak w ciągu poprzednich dni, tak i dzisiaj dzień roboczy rozpoczął się bez fabrycznego buczka. Lecz 

tego ranka majstrowie otrzymali inne niż zwykle zadania. Zaczyna się ewakuacja. Ewakuacja, to słowo 
powtarzane   jest   z   dziwnym   lękiem   przez   wszystkich   robotników.   Nie   ma   czasu   na   zastanawianie   się, 
rozmowy. Transport, jak poinformowano, musi wyruszyć z miasta jeszcze dzisiaj.

— Czemu tak szybko? — dziwi się Emil Osiecki, ceniony pracownik linii  Boforsa.  — Plan przecież 

przewidywał trzy doby na przygotowanie transportu. Czyżby było aż tak źle?

Jak  wygląda   naprawdę   sytuacja,  wiedział  inżynier  Dąbrowski,  dyrektor  fabryki.  Pierwszy  sygnał   o 

potrzebie ewakuacji otrzymał przecież od Denka już 3 września. Nie był to rozkaz, ale przypomnienie, by 
wszystko   było   gotowe.   Zapakowano   wówczas   cenne   wyposażenie   laboratoriów.   Praca   w   fabryce, 
przerywana   alarmami   przeciwlotniczymi,   miała   trwać   tak   długo,   jak   to   będzie   możliwe.   Surowców   i 
zapasów do produkcji nie brakowało, zatem wojsko ciągle mogło liczyć na dostawy sprzętu ze Starachowic.

Piątego września ewakuacja okazała się konieczna. Dąbrowski spodziewał się tego rozkazu, toteż nie 

zdziwił go telefon, który odebrał późną nocą. Polecenie było jasne: 5 września o godzinie siedemnastej musi 
wyruszyć ze Starachowic pociąg specjalny. Ma on dotrzeć do Kowla, gdzie w ciągu tygodnia powinna zostać 
odtworzona zdolność produkcyjna linii  Boforsa i działu amunicji. Trzeba zadbać także o to, by w nowym 
miejscu uruchomić warsztaty naprawy sprzętu artyleryjskiego. W pierwszym etapie mają zostać wysłane 
urządzenia gwarantujące wykonanie wspomnianych zadań, reszta znajdzie się w następnych transportach. 
Jeśli okaże się to niemożliwe, wówczas dowódca fabrycznej jednostki obrony wykona rozkaz oznaczony 
kryptonimem „Grad”.

Dyrektor Dąbrowski nie tracił czasu. Jeszcze w nocy pościągał swych najbliższych współpracowników. 

Ustalili, co i skąd należy zdemontować. Z obliczeń wynikało, że na przewiezienie maszyn i niezbędnych 
materiałów potrzeba około trzydziestu wagonów towarowych. Dyrektor łączy się z naczelnikiem stacji.

— Wiecie już o transporcie specjalnym?
— Tak — brzmi odpowiedź. — Właśnie zestawiamy skład. O szóstej pod rampę podjedzie dwadzieścia 

background image

wagonów i platform. Na stacji czekają dwie lokomotywy.

—   To   mało!   Jeszcze   dziesięć   wagonów!   Inaczej   ten   transport   nie   będzie   miał   sensu  —   mówi 

poirytowany Dąbrowski.

— Panie dyrektorze, wszystko, co mamy, oddajemy do waszej dyspozycji. Naprawdę nie mamy więcej 

wagonów.

Nie   pomogły   interwencje   i   prośby.   Nic   nie   dało   się   zrobić.   Dyrektor   musiał   się   zadowolić   tymi 

wagonami, które podstawili na teren zakładu starachowiccy kolejarze.

Wyznaczone   grupy   ludzi   rozpoczęły   zrywanie   maszyn   z   fundamentów.   Z   korpusów   troskliwie 

wykręcano mechanizmy i pakowano je w zawczasu przygotowane skrzynie. Osobno ładowano silniki, części 
zamienne,   narzędzia.   Praca   posuwała   się   szybko   i   sprawnie.   Kolejne   wagony   wypełniały   się   cennym 
sprzętem. Na platformach stanęły ciężkie korpusy maszyn pokryte brezentowymi płachtami. Po południu 
załadunek ukończono i, zgodnie z kolejowym rozkładem, o godzinie siedemnastej pociąg ruszył w kierunku 
Ostrowca.

Mniej więcej w godzinę po odejściu transportu nad miastem pojawiło się kilka niemieckich samolotów. 

Poleciały wzdłuż torów, na wschód. Po chwili mieszkańcy Starachowic usłyszeli głuche wybuchy. Czyżby 
nieprzyjaciel obrzucił bombami starachowicki pociąg specjalny?

Do dziś nie wyjaśniono, czy celem nalotu był ów transport, czy też Niemcy dokonując codziennych 

bombardowań linii kolejowej przypadkowo natrafili na jadący ze Starachowic pociąg specjalny. Dość że 
cenne   maszyny  cudem  chyba   uniknęły  zagłady.   Bombardowanie   bowiem  okazało   się   niecelne.   Ale   już 
następnego dnia, gdy transport zbliżał się do Lublina, został ponownie zaatakowany z powietrza. Teraz nie 
obyło się bez ofiar. Jeden z wagonów został trafiony. Zginął na miejscu osiemnastoletni harcerz Ryszard 
Fruner z załogi ochraniającej transport. Drugi ze starachowickich harcerzy, Marian Nocoń, odniósł lekkie 
obrażenia.

W   tym   czasie,   gdy  Niemcy  atakowali   fabryczny  transport,   spod   bramy  zakładu   ruszyła   na   Wołyń 

kolumna   samochodów.   Cztery   ciężarówki   i   trzy   wozy   osobowe.   W   ciężarówkach   złożono   plany 
produkowanego   sprzętu,   trochę   precyzyjnych   narzędzi   i   część   aparatury   z   laboratorium,   w   wozach 
osobowych   znaleźli   się   ludzie,   którzy   kierowali   fabryką,   stanowili   jej   mózg.   Szefowie   wydziałów, 
konstruktorzy.   Odjeżdża   między   innymi   inżynier   Wasiutyński,   kierownik   linii  Boforsa.   Ten   znakomity 
fachowiec i konstruktor już nie powróci z wojennej tułaczki.

Kolumna samochodów kieruje się w lewo, na ulicę Tychowską. Jeszcze przed nocą ma  dotrzeć do 

mostu na Wiśle. Potem jeden skok do Lublina i dalej na wschód, do Kowla.

Inżynier   Dąbrowski   przed   opuszczeniem   miasta   postanawia   jeszcze   podjechać   na   Francuską.   Jego 

czarny  Fiat   „Ardita”  zatrzymuje   się   przed   sztabem.   Robotnicy   pełniący   służbę   przy   wejściu   stają   na 
baczność. Dyrektor wita się z Kistelskim.

— Panie Stefanie, zostajecie sami w zakładzie. Zadbajcie o to, by jeszcze choć jeden transport odszedł 

w ślad za nami. Gdybyście musieli się wycofać, czekam na was w Kowlu. Roboty nie zabraknie.

Zakład   zostaje   zamknięty.   Straż   przy   bramach   obejmują   ludzie   z   jednostki   obrony   i   harcerze 

wyznaczeni przez harcmistrza Waleńczaka. Wraz z szybko zapadającym zmrokiem fabryka pogrąża się w 
ciszy.

Tylko w Biurze Głównym trwa jeszcze ruch. Kilkudziesięciu ludzi zebrało się na dole, w obszernym 

korytarzu.   Chcą   wiedzieć,   co   będzie   dalej,   chcą   rozmawiać   z   kimś   z   dyrekcji.   Na   próżno   podoficer   z 
fabrycznej jednostki, pełniący służbę przy wejściu do biura, stara się zaprowadzić jaki taki porządek. Nie jest 
to łatwe. Zebrani mężczyźni są wzburzeni i rozgoryczeni.

— Obiecywano,  że jak fabryka wyjedzie z miasta, to dostaniemy kwartalną odprawę. I co? Gdzie te 

pieniądze? — woła któryś.

—   Dlaczego   nie   dostałem  karty  do   Kowla?   Co   to   ja   gorszy?   Już   piętnaście   lat   tracę   zdrowie   na 

elaboracji i teraz jestem niepotrzebny? — pyta ktoś inny.

Niezadowolenie i niepokój ludzi wywołane są dwiema sprawami. Pierwsza to obiecane pieniądze, druga 

— niepewność o przyszłe losy. Ale tych kwestii nikt nie potrafi rozstrzygnąć. Bo kto wie, co będzie jutro 
albo za tydzień?

— Nie wywróżę przyszłości i nie odpowiem na wasze pytania — zaczął wyjaśniać inżynier Rajmund 

Szczeciński, który jako jedyny z kierownictwa zakładu pozostał jeszcze w Starachowicach. — Nie wiem, co 
będzie dalej, ale wiem jedno, nie możemy ulec panice. Jeśli chodzi o pieniądze, to spółka przygotowała 
odpowiednią kwotę na wypłacenie odprawy. Pieniądze są w drodze z Kielc. Na miejscu, w kasie i banku, nie 
mamy więcej niż dwieście tysięcy. Dla wszystkich nie starczy. Poczekajcie do jutra.

Następnie inżynier wyjaśnił, dlaczego ci, a nie inni ludzie pojechali pierwszym transportem do Kowla. 

Po prostu najpierw muszą znaleźć się tam tacy, którzy potrafią pokierować montażem maszyn i wstępnie 

background image

przeszkolą miejscowych. Przewiduje się, że poza stu pięćdziesięcioma majstrami i robotnikami, którzy już są 
w drodze, jeszcze co najmniej dwustu otrzyma skierowania. Cierpliwości, niech tylko nadejdzie wiadomość, 
że maszyny są już w Kowlu.

Szczeciński zażegnał jakoś wzbierającą burzę, choć sam nie był przekonany, czy będzie czas na to, by 

wyekspediować jeszcze jeden transport. Jeśli nie, to jego słowa okażą się czczą obietnicą.

Nie ma  jednak czasu na zastanawianie się nad tą kwestią. Szczeciński musi załatwić jeszcze jedną 

sprawę. Zniszczyć wszystkie dokumenty mówiące o ludziach i ich fachowym przygotowaniu. Gdyby papiery 
te wpadły w ręce Niemców, to wróg z łatwością mógłby skompletować nie tylko załogę fabryki, ale także 
zespół konstruktorów. Wrzuca więc dokumenty w głąb rozpalonego pieca.

W chwilę po tym, jak Starachowice opuściła kolumna pojazdów, Kistelski postanawia wysłać do miasta 

patrol. W dół ulicy Francuskiej wyrusza czterech uzbrojonych ludzi z podchorążym Murczyńskim na czele. 
Mają obejść przyfabryczne osiedla, zajrzeć do Wierzbnika i na stację.

Służba zaczyna się dość niezwykle. Patrol spotyka kilku młodych chłopców w mundurkach PW, którzy 

prowadzą   między  sobą   jakiegoś   cywila,   ubranego   w   ciemną   marynarkę,   jaśniejsze   spodnie   i   pilśniowy 
kapelusz. Mężczyzna trzyma w ręku niewielką walizeczkę.

— Panie podchorąży, prowadzimy dywersanta. Złapaliśmy go koło torów, przy dolnym zakładzie  — 

zaczął któryś z chłopców.

— Jesteście od pana Szopskiego, tak? — upewnił się Murczyński.
— Z ochotniczej kompanii PW. Pełniliśmy służbę patrolową obok torów i tam natknęliśmy się na tego 

dywersanta.

— Skąd wiecie, że to dywersant?
Zanim padła odpowiedź, odezwał się ów cywil:
— Panie podchorąży, to nieporozumienie. Ja przyjechałem z Radomia, za interesami, jestem kupcem, 

handluję drzewem, szedłem do tartaku...

— Tylko ci się trochę kierunki pomyliły  — przerwał któryś z eskorty.  — Walił prosto na stację w 

Wierzbniku.

— Czekajcie, czekajcie, po kolei. Jak to było? Opowiedzcie dokładnie. Nie każdy, kto idzie w kierunku 

stacji, musi być dywersantem — podchorąży starał się wyjaśnić sprawę. — Zresztą, musimy być ostrożni, 
łatwo o pomyłkę. Atmosfera gorąca, to i uczciwemu człowiekowi można niechcący krzywdę wyrządzić. 
Słucham, mówcie, chłopaki.

Jeden z chłopców wysunął się do przodu i zaczął już spokojnie relacjonować. Okazało się, że mniej 

więcej godzinę temu dowódca wysłał ich, żeby sprawdzili, czy nie dzieje się nic niepokojącego w okolicy 
stacji kolejowej i na torach. Szli więc powoli i obserwowali uważnie wskazany teren. W pewnym momencie 
dostrzegli jakiegoś człowieka idącego ścieżką przy torach. Wydało im się to podejrzane. Dlaczego wybrał 
tak niewygodną dróżkę, skoro do stacji mógł przejść ulicą. Poza tym żaden go nie znał. Więc zatrzymali go 
na wszelki wypadek. Mężczyzna początkowo jakby się spłoszył, ale kiedy zobaczył młodych, uzbrojonych w 
szkolne karabinki chłopców, uśmiechnął się i zatrzymał.

— Czego sobie życzą panowie żołnierzyki? — zaczął pewny siebie.
— Dokumenty, proszę pokazać dokumenty!
— Ojej, to już człowiek nie może przejść paru kroków bez legitymowania?
— Proszę dokumenty! — powtórzył z naciskiem Mroczek. — Co pan tu robi?
— Przyjechałem z Radomia, szukam desek, dobrych desek. Chcę ubić interes z tartakiem.
— To nie tędy droga. Dokumenty! — jeszcze raz zażądał Mroczek.
— Dobra, dobra, cześć chłopaki, spieszy mi się — nieznajomy usiłował zbagatelizować sprawę.
— Stój! — krzyknął Luciak i zarepetował broń.
Przyjezdny roześmiał się głośno, ale cztery lufy skierowane w jego stronę świadczyły, że sprawa jest 

poważna. Posłusznie podniósł ręce do góry, a nogą próbował wepchnąć w krzaki niewielką walizeczkę. 
Chłopcy zauważyli ten manewr.

Luciak obszukał nieznajomego. W kieszeni znalazł dokument na nazwisko Henryk Losse. I właśnie ten 

dokument pokazywał teraz Murczyńskiemu, by go przekonać, że to jednak dywersant.

— Nazwisko, wiecie sami, o niczym nie świadczy. — Murczyński ciągle się wahał. — To żaden dowód.
— Tym bardziej  że tam dalej napisane jak wół: zamieszkały w Radomiu  — zatrzymany zdawał się 

odzyskiwać dawną pewność siebie. — To zwykłe nieporozumienie.

— Mimo to rzecz musimy wyjaśnić do końca. Niech pan otworzy walizkę — polecił podchorąży.
Losse ociągał się, wyraźnie nie miał chęci wykonać polecenia. Wtedy Murczyński za pomocą wyciora 

od  pistoletu  podważył  zamki.  W   walizce  była   koszula,  jakieś  osobiste  drobiazgi  i...  pistolet.   Nowiutki, 
niemiecki pistolet! Na ten widok chłopcom aż dech zaparło.

background image

— Widzi pan, jednak mieliśmy nosa. Dywersant! — triumfował Mroczek. — O, proszę, jeszcze coś tu 

jest!

Pod koszulą leżał plik niewielkich kartek ściągniętych sznurkiem. Mroczek wyjął jedną z nich i zaczął 

czytać:

— „Żołnierze! Wasza władza was oszukała. Idziecie na śmierć! Armia niemiecka jest już nad Wisłą, 

jutro podda się Warszawa. Wracajcie do...”

Zbaraniały Mroczek zamilkł.
— Jak to: nad Wisłą? Co to znaczy, panie podchorąży? — wybąkął po chwili.
Murczyński już nie miał wątpliwości. Naprawdę schwytano dywersanta.
—   Dobra   robota,   chłopaki.   Ten   drań   na   pewno   szedł   na   stację,   żeby  te   ulotki   podrzucić   naszym 

żołnierzom. Dobrze wiedział, gad jeden, że dziś idą transporty na Skarżysko. Ale, na szczęście, wpadł. Już z 
tego nie wyjdzie.

— Panie podchorąży, czy to, co tam piszą, jest prawdą? — dopytywał się któryś.
— Kłamstwo, przyjacielu, wierutne kłamstwo. Piszą tak, żeby naszych nastraszyć. Zabieramy ptaszka 

ze sobą. Oddamy go policji. Dziękuję wam, chłopaki!

Patrol wraz z zatrzymanym odszedł w stronę, w której mieściła się siedziba policji. Po drodze Losse 

usiłował   jeszcze   przekonać   podchorążego,   że   jest   niewinny.   Wreszcie   sięgnął   po   najpotężniejszy   z 
argumentów.

— Nie radzę panom oddawać mnie policji — prawił. — Mamy wszędzie swoich ludzi i moi przyjaciele 

dowiedzą się o tym. Możecie być pewni, że kara was nie minie. A klęska już bliska. Dzień, dwa i przyjdą tu 
niemieckie wojska. Nie lepiej mieć we mnie oddanego przyjaciela? Oj, przydałbym się wam, przydał.

— Panie podchorąży, trzasnę go w jadaczkę, jak się sam nie zamknie!  — nie wytrzymał któryś z 

eskorty.

Na takie dictum Losse wolał zamilknąć.
Okazało   się   jednak,   iż   nie   dane   im   było   dotrzeć   spokojnie   do   komisariatu.   Kiedy  zbliżali   się   do 

budynku, dostrzegli stojące na ulicy dwa samochody, a obok kłębiący się, wzburzony tłum. Jakaś kobieta 
szarpała za klamkę u drzwi wiodących do biur.

— Uciekają, dranie!  — krzyczała.  — Wieją pierwsi. Nasze chłopy dulczą przy działach, Niemcy do 

nich strzelają, a ci tutaj, proszę! Tyłek w garść i w drogę. Bo tu robi się gorąco. Tfu, tylko plunąć na takich!

Starszy policjant stojący na podeście schodów starał się przekrzyczeć tłum.
— Ludzie, to nie ucieczka. Mamy rozkaz, żeby jechać w ślad za ewakuowaną fabryką.
— Do Kowla, do Kowla się zachciewa — nie ustępowała kobieta. — A po co tam policja? Tu zostać, 

pomagać naszym chłopom, ludzi bronić...

— Nie jazgocz, babo, boś za głupia, żeby nam dyktować, co mamy robić! — wtrącił się inny policjant.
Te słowa jeszcze bardziej rozsierdziły ludzi.
— Głodnych pałować, wyciągać ostatni grosz z chałupy, to te psie syny potrafią — dolatywało z tłumu. 

— A co było pierwszego maja, kto rozbijał nasze pochody?

Ktoś inny przypomniał los robotnika Józefa Krzosa, zamordowanego bestialsko przez wierzbnickich 

policjantów. Już tylko krok dzielił ludzi od zaatakowania komisariatu. W tym właśnie momencie nadszedł 
patrol prowadzony przez podchorążego. Murczyńskiemu udało się uspokoić ludzi.

— Po co wszczynać awantury, skoro i tak wszyscy jedziemy na jednym wózku — tłumaczył.
Losse został przekazany policji, a przy okazji podchorąży dowiedział się, że istotnie nadszedł rozkaz z 

Kielc,   by   policjanci   podążyli   w   ślad   za   ewakuowaną   fabryką.   Polecenie   otrzymano   rankiem,   później 
łączność z województwem została przerwana. Była to wiadomość bardzo niepokojąca i z takim uczuciem 
przyjęto ją w sztabie Kistelskiego. Nikt w mieście nie wiedział wówczas, że tego dnia pobliskie Kielce 
zostały zajęte przez Niemców.

Późnym wieczorem 5 września na Francuskiej zameldował się łącznik wysłany ze sztabu 3 dywizji 

piechoty legionów, rozlokowanej w okolicach Skarżyska. Przekazał on obrońcom miasta polecenie, które 
nadeszło   do   dywizji   z   dowództwa   obrony   przeciwlotniczej   obszaru   kraju.   Otóż   pułkownik   Ludwig 
nakazywał, aby obydwa plutony obrony przeciwlotniczej opuściły natychmiast miasto i zameldowały się w 
Dęblinie u pułkownika Kobielskiego. Reszta dział miała czekać na dalsze decyzje.

Rozkaz ten wywołał liczne komentarze.
— Wygląda na to, że cofamy się na całej linii — stwierdził Kistelski. — No cóż, panowie, my będziemy 

się bronili dalej. Ile sił starczy.

— A jak przyjdzie rozkaz, żeby opuścić miasto? — spytał Murczyński.
— To opuścimy.  Jesteśmy przecież żołnierzami. Na razie musimy pomyśleć  o tym,  w jaki sposób 

zapełnić  lukę po tych czterech działach.  Chyba te, które znajdują się na sąsiednich stanowiskach, będą 

background image

musiały przejąć ich sektor ostrzału. Innej rady nie widzę.

Nocą obydwa plutony zjechały ze stanowisk. O świcie 6 września ruszyły drogą na Dęblin.
Łącznik z dywizji przyniósł także wiadomość o upadku Kielc. Obrońcom Starachowic pozostała jedynie 

nadzieja, że Góry Świętokrzyskie okażą się dla wroga za trudne do przebycia.

— Polska obrona rygluje przejścia i Niemcy powinni na świętokrzyskich szlakach połamać sobie zęby 

— stwierdzono w sztabie Kistelskiego.

VIII

— Ucieka, chłopaki, ucieka!  — radośnie wykrzykiwał Dzidek Rek.  — Aleśmy im dali. Już tu nie 

wrócą!

Kilka niemieckich samolotów, które rankiem 6 września podążały w piracki rajd, zniknęło za lesistymi 

wzgórzami.

Mietek Matynia podzielał radość swego przyjaciela. Miał jeszcze w pamięci ową smugę dymu, jaka 

ciągnęła   się   za   zestrzelonym  Junkersem,   a   teraz   nowe   zwycięstwo!   Myśliwce,   po   nieśmiałej   próbie 
zaatakowania stanowisk polskiej artylerii, jakby spłoszone gęstym ogniem natychmiast powróciły do szyku.

— Nie cieszcie się, druhowie, nie cieszcie — Twardowski starał się ostudzić radość chłopców. — Może 

i boją się naszej obrony, ale po co mają ryzykować. Dookoła jest tyle miejsca, że mogą lecieć, gdzie chcą.

Obsługa   rozpoczęła   zwykłe   czynności   po   walce.   Poprawiano   usadowienie   działa,   tu   i   ówdzie 

podsypywano ziemię, uzupełniano naboje. Harcerze przystąpili do czyszczenia lufy. Szło im to sprawnie i... 
elegancko.

— Elegancko glansujecie naszego Boforsa. Elegancko w wojsku musi być, bo wojsko bez elegancji to 

jak chłop bez... — Bernat w ostatniej chwili ugryzł się w język. — Co wam będę gadał, jeszcze w krótkich 
portkach ganiacie.

Marian   Bernat,   najstarszy  w   tej   obsłudze,   już   dwadzieścia   lat   pracował   w   Zakładach   Górniczych. 

Mieszkał w świętokrzyskiej wiosce, ale pochodził z daleka, aż z Francji. Powrócił dó kraju w 1919 roku jako 
żołnierz generała Hallera. Zdemobilizowany, odnalazł rodzinę na Kielecczyźnie i osiadł tu na stałe. Chociaż 
już przekroczył pięćdziesiątkę, przyjęto go do jednostki OPL, gdyż był doświadczonym przeciwlotnikiem. 
Chrzest bojowy przeszedł dwadzieścia kilka lat temu pod Paryżem.

— W krótkich portkach ganiacie, a chcielibyście samoloty strącać jak gruszki — ciągnął dalej. — Mnie 

też tak się zdawało: wystarczy przymierzyć, odpalić i drzazgi polecą!

—   Drzazgi   to   leciały   pewnie   pod   Paryżem,   za   tamtej   wojny,   jak   strzelaliście   do   drewnianych 

aeroplanów — Dzidek zaczął przekomarzać się z Bernatem.

— Drewniane, nie drewniane, ale tyle, ile ich wtedy naraz leciało, to w tej wojnie jeszcze nie widziałem 

— odparł Bernat.— Wam się wydaje, że jak tony żelaza latają nad głową, to dopiero jest wojna. A ja wam 
powiem, że jak jednego dnia zobaczyłem na niebie coś z pięćdziesiąt tych drewnianych pudeł, to mi aż 
chlupotało za koszulą, takem się spocił!

I  opowiedział   pan  Marian,   jak  to  było pod Paryżem 18 września  1918 roku,  kiedy  to jeden  tylko 

niemiecki samolot powrócił do bazy z nalotu. Resztę zestrzelono.

Rek wyraźnie zainteresowany opowieścią przysiadł na kopczyku opodal działa.
— Mówi pan, że aż pięćdziesiąt samolotów brało udział w nalocie? Trudno w to uwierzyć. To chyba był 

pierwszy wielki nalot?

— Pierwszy na pewno nie. Znałem jednego pilota, Francuza, i on mi opowiadał, że już na początku 

wojny,   chyba   w   grudniu   czternastego   roku,   ich   samoloty   zbombardowały   niemiecki   Freiburg.   To   był 
prawdopodobnie pierwszy duży nalot.

— Panie Marianie, niech pan powie, z czego wtedy strzelaliście do samolotów?
— Na pewno nie z takich zabawek jak dzisiaj. Pamiętam, że na samym początku wojny były to po 

prostu zwykłe armaty polowe. Trochę tylko je przerobiono, wprowadzono specjalne platformy, celowniki i 
tabele strzelnicze. Ale potem zaczęły przychodzić armaty specjalnie robione dla obrony przeciwlotniczej. Z 
tymi wróciliśmy do Polski w tysiąc dziewięćset dziewiętnastym roku.

— To znaczy, że byliście pierwszymi polskimi przeciwlotnikami — zauważył Twardowski.
—   Nie   inaczej.   Nasza   bateria   siedemdziesiątekpiątek   była   pierwszą   polską   jednostką   obrony 

powietrznej. Tuż po powrocie wcielono  nas do garnizonu warszawskiego. Ja służyłem tam jeszcze  trzy 
miesiące, potem wróciłem w ojczyste strony. Jeszcze w dwudziestym roku powołano mnie do wojska. I 
prawie  rok  przesłużyłem w  baterii.  Odszedłem, gdy  zaczęto  formować   w Warszawie   dywizjon   artylerii 

background image

zenitowej.   Właściwie   to  mogłem  zostać   na   zawodowego,   bo  sprzęt   był   ten   sam,   francuski,   ale   wiecie, 
czekała żona, dzieciak był w drodze. Nigdy bym nie przypuszczał, że po tylu latach znów przyjdzie mi 
strzelać do niemieckich samolotów — zakończył Bernat swe wspomnienia.

Minęło południe szóstego dnia wojennej służby. W mieście i okolicy nadal panuje spokój, ale wieści 

nadchodzące z innych rejonów kraju budzą obawy. Z komunikatów radiowych wynika, że Niemcy wdzierają 
się w głąb Polski. Bitwa graniczna już przegrana. Westerplatte broni się jeszcze  — bronią się krajanie, z 
kieleckiego pułku piechoty, którzy stanowią tę bohaterską załogę, walczy jeszcze polskie wojsko na froncie. 
Ale miasta, węzły komunikacyjne i drogi zatłoczone uciekinierami dzień w dzień są bombardowane przez 
niemieckich pilotów. I to daleko za linią frontu. Tylko w niewielu miejscach agresora wita ogień artylerii.

Leon   Kański,   któremu   przypadła   kolej   przygotowania   posiłku,   rozpoczyna   krojenie   chleba.   Nagle 

zastyga   w   bezruchu.   W   popołudniową   ciszę   wyraźnie   wdzierają   się   wybuchy  pocisków   artyleryjskich. 
Strzela któryś z działonów, a  u nich pełniący właśnie  służbę harcerze nie informują  o zbliżających  się 
samolotach.

— Co jest, do diabła! Śpicie, chłopaki! — nie wytrzymuje Kański. — Patrzcie uważnie!
Rek i Matynia nie rozumieją, o co chodzi koledze. Czemu tak wrzeszczy. Przecież na niebie nie pokazał 

się ani jeden samolot.

Zdenerwowanie   udziela   się   pozostałym.   Strzały   słychać   nadal,   a   niebo   jest   czyste.   Co   się   mogło 

wydarzyć? To na pewno w okolicy Góry Trzech Krzyży.

— Mietek, wsiadaj na rower i jedź na dół. Rozpoznaj, co się dzieje — poleca Twardowski.
Matynia pędzi w dół, mija  przejazd na stawie, dąży w stronę Wierzbnika. Nie słyszy już strzałów 

artylerii, tylko — jakby trochę dalej — ogień z karabinów maszynowych. Czyżby wróg był tak blisko? Nie, 
to chyba niemożliwe! Skąd tu Niemcy?

To samo pytanie zadawał sobie porucznik Jerzy Sosnowski, dowódca plutonu na Górze Trzech Krzyży, 

gdy przez okulary swej lornetki dostrzegł dwa samochody pancerne z białymi krzyżami. Skąd tu Niemcy? 
Przecież do miasta nie dotarły żadne sygnały, świadczące o tym, że w okolicy pojawił się wróg. Jeszcze 
wczoraj, gdy rozmawiał telefonicznie z Kistelskim, obaj byli pewni, że Gór Świętokrzyskich hitlerowcy tak 
łatwo nie sforsują.

Zbliżała się godzina druga po południu. Porucznik Sosnowski podejmuje błyskawiczną decyzję: cel — 

samochód   pancerny,   na   wprost   —   ognia!   I   to   były  te   strzały,   które   tak   zdumiały  załogę   Starachowic 
Górnych. Zresztą nie tylko tam odbiły się echem. Na ich odgłos sekretarz szefa działu broni w zakładach, 
porucznik  Kazimierz Bujnowski,  organizuje  zbrojną  grupę  „czarnych beretów”.  Zabierają  ze  sobą  kilka 
Mosinów  i karabin maszynowy z posterunku ochraniającego wieżę ciśnień. Kierują się w stronę Trzech 
Krzyży.   W   tym   samym   czasie   kilkunastu   harcerzy   z   placówki   w   Wierzbniku,   pod   wodzą   Zygmunta 
Lewińskiego, także zmierza w tym kierunku.

Oddział   niemiecki,   który  niespodziewanie   pojawił   się   na   przedpolach   Starachowic,   był   częścią   sił 

prących na północ i wschód przez Góry Świętokrzyskie. Wczesnym rankiem 6 września rozbił polską obronę 
pod Świętą Katarzyną i — nie natrafiając już na żaden opór — spiesznie zmierzał na Bodzentyn i Pawłów. 
Niemcy dysponowali informacjami, że droga, przynajmniej aż po Ostrowiec, jest wolna, że na tym terenie 
nie ma żadnych polskich sił, a trasy kolejowe są sparaliżowane, więc nie napotkają żadnej przeszkody.

Na czele kolumny szły samochody opancerzone pododdziału rozpoznawczego. Niemcy pewni siebie, 

zbliżają się do Michałowa. Te kilometry spokojnej jazdy rozleniwiają i uspokajają. Nic już nie powinno 
utrudnić „wycieczki ku Wiśle”.

Rozwidlenie dróg pod Michałowem. Oddział kieruje się na Ostrowiec, ale dowódca szpicy postanawia 

wysłać   niewielki   zwiad   w   kierunku   Wierzbnika.   Trzeba   sprawdzić,   choć   to   chyba   jedynie   zwykła 
formalność, bezpieczeństwo boków. W lewo od kolumny odbijają dwa wozy i grupa motocyklistów.

Sosnowskiego zaniepokoił tuman kurzu, jaki od paru minut zdawał się przesuwać drogą wiodącą od 

Słupi. Początkowo porucznik sądził, iż jest to jakiś zapóźniony pododdział polskiego pułku, który rankiem 
przemieszczał się w kierunku Skarżyska. Ale tamci szli ze wschodu, tymczasem ci zbliżają się od południa.

Porucznik uważnie obserwuje obłok kurzu, który na krzyżówce w Michałowicach rozdziela się na dwie 

części. Większa chmura płynie na prawo, mniejsza wali wprost na Wierzbnik. Jest coraz bliżej. W końcu 
wyłania się z niej sylwetka pojazdu. Jeszcze moment i porucznik Sosnowski widzi biały krzyż na burcie 
wozu. Niemcy! Pierwszy pojazd skręca w drogę na Wierzbnik i niknie za wzniesieniem. Drugi już tak łatwo 
nie ujdzie.

— Cel, samochód pancerny! Na wprost, ognia! — wykrzykuje komendy.
Obsługa  Boforsa,   przejęta   i   zaskoczona   nie   mniej   niż   dowódca,   szybko   przygotowuje   działo. 

Celowniczy, Zygmunt Kurc, precyzyjnie przymierza. Pada strzał. Niecelny. Wóz przyspieszył, jakby chciał 
umknąć   przed   ogniem.   Drugi   pocisk   również   nie   trafia   w   cel.   Rozrywa   się   za   daleko,   roztrzaskując 

background image

przydrożny słup telegraficzny.

—   Spokojnie,   spokojnie,   bez   nerwów   —   mówi   przez   zaciśnięte   zęby   dowódca.  —   Jeszcze   raz 

spróbujemy. To nasza ostatnia szansa!

Niemiecki wóz ma jeszcze do przebycia kilkanaście metrów i zniknie z pola widzenia Polaków. Kurc 

przymierza ponownie. Pada strzał. Samochód zatrzymuje się, unosi lekko do góry, przewraca na bok i wali 
do rowu. Zwycięstwo!

Ale to jeszcze nie koniec walki. Powoli, zza fałdy terenu wyłania się pojazd, który jechał pierwszy. We 

włazie wychylony Niemiec daje znaki, że się poddają. Ale zanim Polacy zdołali podjąć decyzję, co robić z 
niespodziewanymi jeńcami, obronę przygniata do ziemi ogień z karabinów maszynowych. To motocykliści 
zdołali   zająć   pozycję   za   przydrożnym   nasypem  i   teraz   ostrzeliwują   obsługę   działka.   Jeszcze   moment   i 
dołączają  do  nich   żołnierze,   którzy przed  chiwilą  zamierzali  się   poddać.   Polacy szybko  otrząsają  się   z 
zaskoczenia   i   odpowiadają   ogniem.   Zaczynają   płonąć   okoliczne   zabudowania.   Pod   ich   osłoną   Niemcy 
zbliżają się do wzgórza.

Idą coraz śmielej, bo z polskiej strony nie pada ani jeden strzał z karabinu. Ogień z Boforsa, nawet z 

dwóch, nie wystarcza, by powstrzymać atak piechoty. Ludzie Sosnowskiego z rosnącym niepokojem patrzą 
na zbliżających się nieprzyjaciół. Jeszcze moment i zaczną podchodzić pod górę, a wtedy polska załoga 
będzie zupełnie bezbronna.

— Panie poruczniku, w naszym Boforsie zaciął się zamek, co robić? — woła do Sosnowskiego Dróżdż. 

— Co robić?

Zanim dowódca zdążył odpowiedzieć, rozległy się wybuchy granatów przeciwlotniczych. Co za ulga! 

Do akcji włączyły się działa z Majówki, gdzie dowodzi Jan Cieślik. Okładają ogniem szosę ostrowiecką. 
Niemcy, zdezorientowani, zatrzymują się. A Boforsy z Majówki nie żałują pocisków!

— Panie poruczniku, co robić? — powtarza Dróżdż.
Sytuacja   jest   trudna.   Brak   osłony  broni   ręcznej   uniemożliwia   jakikolwiek   opór.   Sosnowski   chwyta 

aparat telefoniczny, chce rozmawiać ze sztabem. W słuchawce panuje martwa cisza. Łącze przerwane!

Porucznik podejmuje decyzję:
— Wymontować zamki, zabierać co się da. Odchodzimy!
Na dole, tuż koło przepustu, spotykają Krzyżanowskiego, który jedzie do nich z rozkazami ze sztabu. 

Jest z nim kilku wartowników z pociągu ewakuacyjnego stojącego na stacji w Wierzbniku.

— Macie zostać tu, przy moście. Pan będzie dowodził swoimi ludźmi i wartownikami. Zaraz dowiozą 

cekaem i karabiny — Krzyżanowski w pośpiechu przekazuje rozkazy.

Tymczasem   w   stronę   szosy   ostrowieckiej   nadciągają   dwie   grupy:   Bujnowskiego   i   Lewińskiego. 

Harcerze mają o wiele bliżej i są pierwsi na miejscu.

Lewiński błyskawicznie ocenia sytuację. Jest ich dwunastu, ale nie znają siły przeciwnika. Poleca więc 

chłopcom,   by   zajęli   stanowiska   w   rowie,   po   lewej   stronie   drogi.   Obserwują   przedpole.   Pomiędzy 
zabudowaniami osiedla widać skradających się Niemców.

— Chłopcy, każdy bierze na cel swojego i pojedynczym ognia! — rozkazuje.
Padają strzały. Niemcy nie spodziewają się ataku z tej strony, ale szybko dostosowują się do nowej 

sytuacji. Odpowiadają ogniem z pistoletów maszynowych. I... zaczynają się cofać!

Widzą to harcerze i radość ich nie ma granic. Któryś krzyczy: hura! hura!, inny wychyla się spoza 

nasypu.  Wtem Tadeusz  Sokół, drużynowy,  technik z  fabryki,  osuwa się  w głąb  rowu przeszyty serią  z 
pistoletu maszynowego. Ginie na miejscu.

Tymczasem Niemcy rezygnują z ataku. Wycofują się.
— I zaraz po ich odejściu  — opowiada z przejęciem Mietek Matynia, który tę historię usłyszał od 

naocznego świadka, swego przyjaciela Wiśniewskiego, i teraz przekazuje obsłudze działa w Starachowicach 
Górnych — słychać było strzały gdzieś na Wanacji. Nie chciałem już czekać, bo spieszyłem się do was — 
kończy.

— Co się stało z tym nie uszkodzonym wozem? — docieka Twardowski. — Ilu Niemców nasi zabili?
— Na pewno kilku i sporo ranili. Chłopaki widzieli, jak zbierali z drogi swoich przed odejściem. Jeden 

został we włazie rozbitego samochodu. Znaleźli przy nim jakieś pismo i wynikało z niego, że się nazywał 
Redling   czy   Relich,   dokładnie   nie   wiem.   A   ten   drugi   samochód   sam   widziałem   na   podwórku   u 
Wiśniewskich. Jak Niemcy odeszli, ludzie pana Bujnowskiego przyprowadzili konie i chcieli odholować ten 
pojazd na zakład. Jest trochę postrzelany, ale i tak nieźle wygląda. Na razie stoi koło Wiśniewskich.

— Powiedz jeszcze, co w mieście. Jak ludzie się zachowują?
— Nie jest dobrze. Wystraszeni tacy, że przykro patrzeć. Niektórzy to nawet zaczęli się szykować do 

ucieczki. Ale gdzie tu uciekać, jak od wschodu i zachodu Niemcy? Powiadają w mieście, że tylko droga na 
Tychów wolna — opowiada Matynia. — Na dworcu w Wierzbniku stoi jakiś pociąg z żołnierzami, ale chyba 

background image

nigdzie nie pojedzie, bo tory w obydwu u kierunkach przerwane. O, a tu, patrzcie, mam pamiątkę z tej bitwy.

Mietek otworzył zaciśniętą dotychczas dłoń i z dumą pokazał trzy naboje z niemieckiego karabinu, 

które znalazł w uszkodzonym wozie opancerzonym.

Tajemnicze  strzały na Wanacji,  o których  wspomniał  w swej opowieści  Mieczysław  Matynia, były 

odgłosem krwawych, tragicznych wydarzeń, jakie rozegrały się w tym robotniczym osiedlu sąsiadującym ze 
wzgórzem Trzech Krzyży.

Na   odgłos   pierwszych   strzałów   polskiej   artylerii   z   podążającej   w   kierunku   Ostrowca   niemieckiej 

kolumny oderwała się grupka wozów i motocykli. Pododdział skoncentrował się w lasku Ćwielucha, paręset 
metrów przed miejscem, z którego starachowicka obrona ostrzeliwała wozy opancerzone. Niemcy zamierzali 
już opuścić lasek i ruszyć swoim na pomoc, kiedy ów ostrzeliwany pododdział zaczął się cofać. Po chwili 
połączone siły poszły ponownie na Starachowice, ale w innym niż walka celu. Chodziło o zemstę, straszliwą 
zemstę na bezbronnych ludziach.

Na   miejsce   odwetu   wybrali   Niemcy   osiedle   osłonięte   przed   ogniem   obrońców   fałdą   terenową  — 

Wanację. Dopadli domów na Wanacji i tam bestialsko rozprawili się z mieszkańcami. W niebo wzbiły się 
słupy  dymów.   Płonęła   cała   ulica.   Pożar   trawił   domy  Pawelców,   Bogaczów,   Bajów,   Kadłuckich,   Gilów, 
Łuczkiewiczów, Janickich...

Niemieckim żołdakom wystarczyło niewiele ponad pół godziny, by dokonać zniszczeń i wymordować 

dwadzieścia troje mieszkańców  Wanacji. Na swoje ofiary wybierali z premedytacją  młodych  mężczyzn. 
Zginęło ich tego dnia dziewiętnastu. Wśród pomordowanych były także dwie kobiety: Janina Węgrzynowska 
i Zofia Jasińska, kilkuletnia dziewczynka Adela Krzepkowska i czternastoletni Ajek Wacowski.

A   nic   przecież   nie   zapowiadało   tej   tragedii.   Przeciwnie.   Po   wybuchu   wojny   powiadano   w 

Starachowicach, że miejscem najbezpieczniejszym jest właśnie Wanacja! Położona najdalej od zakładu, a 
więc nie narażona na bombardowanie, osłonięta wzgórzami i lasem. Gdy szóstego września usłyszano w 
domach Wanacji rozlegające się pod wzgórzem Trzech Krzyży strzały, także pocieszano się jeszcze: przecież 
nie bez racji ludzie mówią, że tu nic się stać nie może.

Krótka   cisza   po  starciu   utwierdziła   mieszkańców   osiedla   w   tym   przekonaniu.   Ukryci   dotąd   ludzie 

zaczęli  wychodzić  przed domy,  popatrywać  na pobliski lasek Ćwielucha. I nagle spod lasu ukazały się 
motocykle. Sunęły wprost przez pola, na Wanację. Michalina Bielatowa, mocno tym zaniepokojona, zaczęła 
przynaglać najbliższych i lokatora, by szybko wracali do piwnicy. Kto wie, co może być dalej? W ukryciu 
bezpieczniej.

To samo działo się w sąsiednich zagrodach. Ludzie wracali do kryjówek.
Regina Duda mocno zapiera drzwi. Została sama w domu z czteroletnim dzieckiem. Mąż ze starszym 

synem   ukrył   się   gdzieś   pod   górą.   Kilkanaście   osób   przywarło   w   rozpadlinie   koło   mostku,   gdzie   stała 
kapliczka Świętego Jana. W solidnej, murowanej piwnicy Ćwieluchów skryło się kilku sąsiadów. Janek Maj 
w ostatniej chwili dopadł obory Sokołów. Stefan Gudej chroni się z czternastoletnim synem w dole, który 
przygotował na wypadek bombardowania.

Z  piwnicy  Bielatów   wyraźnie  widać,   że  Niemcy  są   tuż,  tuż.   Po chwili   przez   okienko   zaczyna  się 

wdzierać dym. Pali się obejście. Z obory dolatuje przeraźliwy ryk jedynej krowy. Zięć Michaliny, Marian 
Glina, nie namyśla się długo. Wybiega z piwnicy, uwalnia krowę. Potem przemyka między domem a oborą i 
przypada do ziemi w bruzdach kartofliska. Widzi, jak ogień, obficie podlany benzyną, ogarnia kilkanaście 
zabudowań. Słyszy pojedyncze strzały i nieludzkie krzyki dobiegające z kilku stron. Nagle, tuż przed furtką 
Bielatów, dostrzega dwóch uciekających mężczyzn. Krótka seria z pistoletu maszynowego kładzie ich obu. 
Marian poznaje Józka Jagiełłę i Traczewskiego. Jagiełło zginął. Traczewskiemu udało się ujść śmierci.

Gdzieś z lewej strony dobiegają odgłosy dwóch wystrzałów. To u Kselów. Ginie koło własnego domu 

Wacław Ksel.

Zaczyna   płonąć   obejście   Bajów.   Marian   obserwuje,   jak   z   piwnicy,   mającej   wyjście   z   boku   domu, 

próbują wydostać się jacyś ludzie. Najpierw ostrożnie wychyla się Zajączkowski, po nim Bajowa z dziećmi i 
jeszcze kilka osób. Czmychają w kierunku sadu. Głośne: halt! halt!, osadza ich na miejscu.  Niemcy są 
kilkanaście metrów od tej grupki. Rozlegają się strzały. Na oczach przerażonych kobiet i dzieci padają zabici 
Stanisław Baja, Stanisław Zajączkowski i Wincenty Sokół. Na rękach Sokoła sześcioletni synek. Chłopiec 
ma przestrzelone obie nóżki.

Marian   Glina   nie   czeka,   co   będzie   dalej.   Gnany   przerażeniem   biegnie   w   dół,   w   stronę   mostku. 

Szczęśliwie nie dosięgają go pociski.

W tym czasie, gdy mordowano jej męża, Bronisława Sokołowa ukryła w oborze uciekającego Janka 

Maja. Ledwie zdążyła zatrzasnąć drzwi chałupy, usłyszała głuchy wybuch. Zerknęła przez okno, zobaczyła 

background image

wywaloną ścianę obory i czołgającego się Janka. Pokrwawiony, poszarpany niemieckim granatem, zastyga w 
bezruchu. Nie żyje.

Dudowa, osaczona zewsząd dymem i ogniem, jakimś cudem wypada z domu. Mocno tuli do piersi 

maleńką Wiesię. W którą stronę uciekać? Kule świszczą, dym gryzie w oczy. Wybiera zagrodę Ćwieluchów. 
Wpada   do   chałupy,   ale   i   tu   zaczyna   szaleć   pożar.   W   gronie   przerażonych   kobiet   i   dzieci,   szlochająca, 
niepewna swego losu, czeka na koniec tego sądnego dnia.

Stefan Gudej ukrył się w dole przeciwlotniczym. Dopadli go i tam. Mężczyzna własnym ciałem zasłania 

syna. Pociski przeznaczone dla obydwu sięgają tylko ojca.

We własnym mieszkaniu ginie Walerian Pawlik, a na łące Kazimierz Michalski. Niemieckie pociski 

przeszywają Jana Mikułę, Adama Łuczkiewicza, Tadeusza Karbowniczka, Jana Gałkę, Stefana Ucińskiego, 
Jana Masternaka. Osiedle spłonęło niemal doszczętnie. Tak zakończyła się starachowicka „krwawa środa”.

Harcerze z grupy Lewińskiego i robotnicy dowodzeni przez Bujnowskiego, którzy przybyli pod Górę 

Trzech Krzyży, słyszeli strzały na Wanacji i widzieli kłęby dymu z płonących zagród, nie mieli jednak 
żadnych możliwości przeciwdziałania. Wszystko odbyło się błyskawicznie i Niemcy natychmiast opuścili 
miejsce zbrodni.

Wieczorem w sztabie przy Francuskiej przeanalizowano wydarzenia z ostatnich godzin i teraz już nikt 

nie miał najmniejszych wątpliwości, że nadciąga najgorsze. Miasto znalazło się w zasięgu wroga. Co prawda 
pierwszy atak udało się odeprzeć i Niemcy nie zdobyli Starachowic z marszu, ale następna próba może 
skończyć się klęską.

Jeszcze tego samego wieczoru Kistelski odebrał kolejny rozkaz ze Skarżyska. W ciągu doby reszta 

środków obrony powietrznej oraz karabiny maszynowe powinny opuścić miasto. Kierować się na Iłżę i 
przeprawy   na   Wiśle   w   okolicach   Solca,   a   stamtąd   pod   Józefów.   Wymaszerują   tylko   ci   ludzie,   którzy 
stanowią obsługi dział lub są wyposażeni w broń. Pozostali z fabrycznej jednostki pozostaną w mieście. 
Nakazywano,   by  w   chwili   wymarszu   bezwzględnie   wykonać   zadanie   oznaczone   kryptonimem  „Grad”. 
Kistelski   wiedział,   że   oznacza   to   zniszczenie   tego   wszystkiego,   co   mogłoby   posłużyć   Niemcom   do 
uruchomienia   produkcji   zbrojeniowej.   Inżynier   był   realistą,   ale   jednak   zaskoczył   go   ten   rozkaz.   Nie 
spodziewał się, że na froncie jest aż tak źle!

— Bujnowski, sprawdzisz, czy wszystko w porządku w systemie „Grad”. Skontroluj też rozmieszczenie 

ładunków w magazynie zapasów  — Kistelski zaczął wydawać polecenia.  — Krzyżanowski, połącz się z 
Komendą Obrony Powiatu. Chcę rozmawiać z majorem Trzebińskim!

Raz, drugi i trzeci odpowiedział w słuchawce przeciągły sygnał. Nikt się nie zgłaszał.
— Panie poruczniku, chyba nikogo tam... — zaczął Krzyżanowski; ale usłyszał z drugiej strony:
— Halo, halo!
— Plutonowy Krzyżanowski z Francuskiej. Z kim rozmawiam?
— Woźny magistratu.
— Proszę do aparatu pana majora Trzebińskiego.
— Pana majora nie ma.
— To chcę rozmawiać ze starostą.
— Pana starosty też nie ma.
— Kto tam jest? — denerwował się Krzyżanowski. — W takiej chwili nie ma nikogo? Niech podejdzie 

inżynier Denk.

— Pan inżynier, za przeproszeniem, też już wyjechał.
Krzyżanowskiemu na chwilę zabrakło tchu.
— Jak to, też już wyjechał! Kto jeszcze wyjechał, dokąd wyjechał?
Woźny zaczął coś tam wyjaśniać, plątać się i Krzyżanowski niewiele mógł z tego zrozumieć.
— To nikogo nie ma? Łżesz, człowieku, alboś pijany! — krzyczał.
— Jasiu, co tak głośno, z kim rozmawiasz? — zainteresował się Kistelski.
— Mam Wierzbnik na linii. Jakiś człowiek wmawia mi, że w Komendzie nikogo nie ma! Podobno 

inżynier Denk „też wyjechał”.

— Też? — zdziwił się Kistelski. — Niby z kim?
— Nie wiem, panie poruczniku, nie mogę się dogadać.
— Wskakuj na Sokoła i pędź. Musisz odszukać majora. Niech się pilnie ze mną skontaktuje.
Krzyżanowski nie odnalazł majora Trzebińskiego. Nie spotkał ani starosty, ani burmistrza, ani nawet 

Denka,   nikogo   z   członków   Komendy   Obrony   Miasta   i   Powiatu.   W   starostwie   dyżurował   tylko 
zdezorientowany woźny magistracki.

— Chyba szósta biła na kościele, jak podjechały dwa auta  — opowiadał.  — Pan starosta bardzo się 

spieszył. Widziałem, jak przedarł jakieś papiery, wsunął do pieca i podpalił. Wszyscy wyjechali. I pan major, 

background image

i ten inżynier z  fabryki, co  tu był w starostwie.  Tak, panie,  wyjechali. Władza  swoje  wie.  Jak  oni  się 
spieszyli, to musi być gorąco.

Do Krzyżanowskiego dotarła wreszcie gorzka prawda. Komenda opuściła miasto bez kontaktu z jego 

obrońcami! To przecież ucieczka, zwykła ucieczka z pola bitwy!

Pełen   najgorszych   myśli   wracał   na   Francuską.   W   mieście   zauważył   niezwyczajny   ruch.   Ludzie 

dowiedzieli się, że władze uciekły, i liczni mieszkańcy Starachowic krzątali się gorączkowo koło swoich 
domów.  Czyżby zaczynała się masowa ucieczka z miasta? To byłoby najgorsze. Wiadomo, że drogi są 
zapchane wojskiem, a niemieckie samoloty bombardują kolumny uciekinierów.

U wylotu ulicy Marszałka Piłsudskiego dojrzał dwie fury wyładowane po brzegi wszelkim dobytkiem. 

Obok kilku mężczyzn ciągnęło wózki.

— Gdzież to podążacie? — zapytał pierwszego z brzegu furmana.
— Na Tychów, panie wojskowy. Trza wiać, jak się chce przeżyć. Tu nie ma na co czekać.
Przed   sklepem   kupca   Josela   Welganta   niezwykłe   zbiegowisko.   Sam   właściciel   wyrzuca   na   ulicę 

najlepszy towar. Wygląda niesamowicie w czarnym kapeluszu, z rozwichrzonymi pejsami i pałającymi w 
półmroku oczyma.

— Ludzie, ludzie, bierzcie wszystko! — wrzeszczy kupiec.
Żona z dziećmi daremnie starają się przerwać ten atak szczodrości. Tłumaczą, że „tatełe” ze strachu po 

tym, co opowiadają o Wanacji, stał się „meszugene”. Ale już jutro będzie dobrze i lepiej nie brać tych rzeczy, 
bo trzeba będzie za wszystko zapłacić, jak Josel przyjdzie do siebie.

Czyżby tak wyglądała panika?  — myśli Krzyżanowski. Ucieczki, oszalały kupiec, głośne modlitwy 

dobiegające z niejednego domu.

W sztabie zdaje szczegółową relację ze swej wyprawy. Kistelski rozumie, że zostali w mieście sami, że 

nie   ma   już   dowództwa,   które   mogłoby  pokierować   wycofaniem  jednostki   i   ostatnim  etapem  ewakuacji 
fabryki. Teraz wszystko zależy od nich, od ludzi z jednostki OPL.

— Nie wiemy, dlaczego Komenda tak szybko opuściła miasto. Prawdopodobnie otrzymali rozkaz, o 

którym nie musieli nam mówić. — Kistelski starał się zrozumieć motywy ucieczki swych przełożonych. — 
Pozostaje nam dokładnie wypełnić ostatnie polecenie. Panowie, każdy z was uda się do działonów i przekaże 
rozkaz o ewakuacji. Pięciu z Krzyżanowskim pójdzie do osiedli. Trzeba uspokoić tych, co mają zostać. 
Wytłumaczcie,   że   ucieczka   to   najgorsze   wyjście.   Mam   pewne   wiadomości   o   zapchanych   drogach   i 
niemieckich samolotach urządzających prawdziwe piekło. Powiedzcie o tym ludziom.

— Kiedy wymarsz? — spytał Bujnowski.
— Wyruszymy, zgodnie z rozkazem, jutro wieczorem. Zbieramy się w lesie na Bugaju. Do tego czasu 

musimy mieć bezpieczne tyły. Okolicznymi drogami idzie nasze wojsko, ale od południa prawdopodobne 
jest ponowne nadejście Niemców. Porucznik Sosnowski otrzymał już rozkazy i pilnuje tego kierunku. Ma 
ludzi z karabinami maszynowymi. Nie możemy dać się zaskoczyć. Nasze działa to jednak prawdziwy skarb 
dla wojska — zakończył Kistelski.

IX

Rozkazy, polecające obrońcom Starachowic wycofanie się z miasta, miały swe źródło w niekorzystnej 

sytuacji operacyjnej Wojska Polskiego, już 2 i 3 września poszczególne armie pod przeważającym naporem 
wroga zaczęły cofać się w głąb kraju. W obliczu tych wydarzeń i przewidując dalszy, niekorzystny przebieg 
wypadków dowództwo OPL Obszaru Kraju postanowiło siły, jakimi dysponowało, przegrupować za linię 
frontu. Głównym celem tego manewru było maksymalne umocnienie polskiej obrony nad Wisłą.

Jako   pierwsze   rozkaz   odwrotu   otrzymały   ośrodki   OPL   rejonu   Katowic   i   Krakowa.   Wobec   braku 

środków   transportowych   zniszczono   sprzęt   artyleryjski   starego   typu,   a   pozostałe   armaty,  Boforsy  i 
starachowickie siedemdziesiątkipiątki, wycofywały się w kierunku na Dęblin.

W   okolicach   Dęblina   dowódca   OPL   OK   nakazał   utworzyć   specjalną   grupę   przeciwlotniczą. 

Dowództwo grupy, której zadaniem była obrona mostów i przepraw na Wiśle oraz magazynów amunicji w 
Stawach,   powierzono   doświadczonemu   artylerzyście   podpułkownikowi   Kobielskiemu.   Te   wszystkie 
wydarzenia   miały  miejsce   4  września,   gdy  w   Starachowicach   nie   przypuszczano   nawet,   że   tak   szybko 
zajdzie konieczność ewakuacji. Jeszcze tego samego dnia wobec wyraźnie pogarszającej się sytuacji na 
froncie zapada decyzja o przegrupowaniu na wschód wszystkich sił OPL OK. Decyzję podjęto z pełną 
świadomością, iż w jej następstwie lotnictwo wroga zapanuje nad obszarem niezbędnym do prowadzenia 
wojny. Zachodniej części COP nie sposób było już bronić, teraz linią nie do przebycia miała stać się Wisła. 

background image

W jej więc kierunku 4 września podążały  — wraz z innymi oddziałami  — jednostki OPL ze  Śląska, z 
Krakowa i spod Warszawy. Wkrótce dołączą do nich plutony z terenu COP.

Kolejny rozkaz, tym razem o wycofaniu plutonów broniących fabryk zbrojeniowych, został wydany 5 

września. Pułkownik Ludwig, autor planu przegrupowania działał w porozumieniu z generałem Tadeuszem 
Piskorem, nowo mianowanym dowódcą tworzącej się armii  „Lublin”, który poprzedniego dnia otrzymał 
zadanie operacyjne od Naczelnego Wodza, a w nim taki oto rozkaz: „... zadaniem pana generała będzie w 
pierwszym  rzędzie   obsadzenie   przepraw   na   Wiśle   i  wyłapywanie   plutonów   artylerii   plot   wojskowych   i 
cywilnych spośród masy wycofujących się. Plutony te należy postawić na Wiśle dla obrony przepraw”.

„Wyłapywanie”   w   pierwszych   dniach,   to   jest   5   i   6   września,   dotyczyło   raczej   środków   obrony 

przeciwlotniczej   regularnych   jednostek   wojskowych.   Plutony  fabryczne   zaczęły  się   pojawiać   nad   Wisłą 
nieco później i pułkownik Ludwig zamierzał wykorzystać je do obrony przepraw na południe od Dęblina aż 
po Sandomierz. Wobec szczupłości środków OPL liczyło się każde działo, a z fabryk położonych na lewym 
brzegu Wisły powinno przybyć, według kalkulacji pułkownika, co najmniej 18  Boforsów. Była  to więc 
znaczna siła, licząca się w bilansie polskiej obrony.

Obydwa   wojskowe   plutony   obrony   przeciwlotniczej   Starachowic,   które   opuściły   miasto   rano   6 

września,   dotarły  jeszcze   tego   samego   dnia   pod   Dęblin.   Cztery  Boforsy  zostały  oddane   do   dyspozycji 
podpułkownika Kobielskiego. Tym samym grupa pododdziałów obrony powietrznej na odcinku Dęblina 
stawała się wcale pokaźną siłą. Składały się na nią 23 działa plot 75 mm starego typu, 3 nowoczesne kalibru 
75 mm i 8 Boforsów. Po sąsiedzku, w Puławach, znajdowała się siódma bateria artylerii plot wyposażona w 
Boforsy. Dalej na południe, wzdłuż Wisły, pomiędzy Solcem a Józefowem, rozlokowano działa przybyłe z 
Ostrowca   oraz   kompanię   ciężkich   karabinów   maszynowych   plot.   W   ten   właśnie   rejon   podążała   grupa 
obrońców Starachowic z fabrycznej jednostki OPL.

Kolumna   starachowicka   zebrała   się   7   września   w   lesie   na   Bugaju.   Pościągano   działa   z   Lubianki, 

Majówki,   Góry   Trzech   Krzyży   i   ze   Starachowic   Górnych.   Armaty   sprawdzone,   ze   sporym   zapasem 
amunicji. Niestety, nie mogły one osiągnąć nakazanego rejonu, gdyż brakowało ciągników. Po odejściu 
plutonów   wojskowych   pozostały   jeszcze   cztery   gąsienicowe   ciągniki   artyleryjskie  C2P,   przystosowane 
specjalnie do holowania armat i przyczepek amunicyjnych, ponadto gotowe były do drogi dwa samochody 
ciężarowe: Ford i Polski Fiat 621 L. Należało więc podjąć decyzję, co zrobić z działami, których zabrać nie 
sposób. Decyzja mogła być tylko jedna i podjął ją inżynier Kistelski: zniszczyć! Jeszcze nieraz w przeciągu 
kilku najbliższych dni będzie wydawał takie rozkazy.

Ustalono, że na czele kolumny pojedzie Krzyżanowski swoim Fordem. Inżynier Kistelski wstrzymuje 

marsz.

— Poczekajcie, chłopcy, ruszymy za chwilę. Jeszcze jedną sprawę musimy załatwić.
Kistelski wraca wraz z Sosnowskim na teren fabryki. Po chwili powietrzem targa potężny wybuch. 

Błyski   ognia   widoczne   są   w   promieniu   wielu   kilometrów.   W   gruzy  rozsypuje   się   zakładowy  magazyn 
zapasów.   W   ruinach   spoczywają   części   do  Boforsów,  haubic,   siedemdziesiątekpiątek...   Niemcy  powinni 
zastać tylko kupę złomu, a w halach zdekompletowane maszyny. Kończy się ważny rozdział w dziejach 
Starachowickich Zakładów Górniczych.

Przed obrońcami miasta droga wyraźnie określona rozkazem: poprzez Iłżę i Lipsko dążyć do przeprawy 

na   Wiśle   w   okolicy   Solca.   Na   prawym   brzegu   Wisły   meldować   się   u   dowódcy   pododcinka   obrony 
przeciwlotniczej Solec — Józefów.

W nocy z 7 na 8 września niełatwo było wykonać taki rozkaz, gdyż w tym samym czasie, tą samą drogą 

na Iłżę przemieszczały się wojska z południowego zgrupowania armii  „Prusy”, którego dowódca generał 
Stanisław Skwarczyński, na wieść o rozbiciu północnej części armii i pojawieniu się wroga pod Ostrowcem 
Świętokrzyskim, wydaje polecenie do odwrotu za Wisłę. Po drodze jest właśnie Iłża.

Obrońcy Starachowic podążają drogą na północ. Zrazu nie dostrzegają, by działo się coś wyjątkowego. 

Tuż za miastem wjeżdżają w las i po kilku kilometrach osiągają Tychów. Tu droga krzyżuje się ze szlakiem 
wiodącym ze Skarżyska. Jest to droga odwrotu 3 dywizji piechoty. Zatłoczona ludźmi, pojazdami i końmi — 
polska wrześniowa droga.

Mietek Matynia i Dzidek Rek z wysokości ciągnika artyleryjskiego, gdzie  „na pace” znaleźli wcale 

wygodne   miejsce,   patrzą   na   przelewający  się   potok   ludzi   i   sprzętu.   Mijają   godziny  —   wstaje   dzień   8 
września. Trochę chłodno tego ranka, ale mgła wyraźnie opada zraszając przydrożne łąki. Wilgotniejący 
brezent  Boforsa  to nieomylny znak dla obu harcerzy, że nadchodzi kolejny słoneczny dzień. Bezchmurne 
niebo już od dawna ich nie cieszy, wiedzą, że pogoda sprzyja samolotom z czarnymi krzyżami.

Tymczasem przed nimi suną samochody wojskowe i cywilne, tabory, artyleria. Jest wreszcie miejsce na 

starachowickie działa. Wciskają się w lukę pomiędzy kompaniami 7 pułku. Powoli jadą w stronę Małyszyna. 
Tu niespodziewana przeszkoda. Psuje się  Ford  wyładowany bronią i zapasami żywności. Szybka decyzja 

background image

dowódcy:   zniszczyć!   Krzyżanowski   poleca   wyładować   karabiny   maszynowe   i   amunicję.   Wóz   zostaje 
zepchnięty do rowu i podpalony. Czarny, tłusty dym snuje się wzdłuż wiejskiego traktu.

Jasieniec.   Stąd   już   tylko   kilka   kilometrów   do   Iłży.   Harcerze   są   zmęczeni   tą   niezwykłą   podróżą   i 

przerażeni   tym,   co   obserwują   na   szlaku.   Przygnębia   ich   obraz   odwrotu,   utrudzeni   żołnierze,   tabory   z 
rannymi. Nie tak wyobrażali sobie wojnę. Dziś oglądają jej prawdziwe oblicze.

Szeregowiec o twarzy mocno spalonej słońcem, maszerujący ze swym plutonem, ciężko opiera się o 

burtę przyczepki ciągnika. Żołnierz wyjmuje manierkę, ociera z niej kurz i zachłannie pije. Zdejmuje ciążący 
mu plecak i podaje Dzidkowi, potem sam wskakuje na przyczepkę.

— Podwieźcie krzynkę, chłopcy, nieco odpocznę — powiada.
— Pan z daleka wędruje? — pyta Mietek.
— Z daleka, kochany, z daleka. Aż z Zamościa.
— To chyba nie z tego kierunku?
— Z tego czy nie z tego, jaka różnica? Wojna drogi poplątała. Tak w ogóle to pochodzę z Jatutowa pod 

Zamościem. Pracowałem w browarze. Pod koniec sierpnia dostałem „powiestkę” i pojechałem pod Dęblin, 
gdzie formował się nasz pułk. Dalej zeszło w bojach i marszu.

— Niech pan powie, gdzieście się bili? — pytają chłopcy.
— A co wy za jedni, żeście tacy ciekawi?
— Ze Starachowic, żołnierze obrony przecivylotniczej! — odparli z dumą.
— Skoro  żołnierze, to posłuchajcie, jak z nami było. Spod Dęblina piątego września pojechaliśmy 

eszelonem   na   Radom.   Potem   marszem   pod   Skarżysko,   całkiem   niedaleko   od   waszego   miasta.   Tam 
napotkaliśmy Niemców. Biliśmy się pod Krasną i Bliżynem. Udało się nam oderwać od dywizji niemieckiej 
i wczoraj wieczorem zaczęliśmy ten marsz. Ot, cała historia. A wy co żeście zwojowali?

Nie doczekał się żołnierz odpowiedzi na swoje pytanie. Musiał spiesznie opuścić wygodne miejsce 

obok harcerzy, kolumna bowiem zatrzymała się i dowódcy zaczęli porządkować szyki swych pododdziałów. 
W pobliżu  widać było  pierwsze zabudowania niewielkiego miasteczka. Drewniane w większości domki 
tłoczyły się wzdłuż wąskich ulic i u stóp wysokiej góry zwieńczonej ruinami starego zamku biskupów 
krakowskich.

Ósmego września Iłża przypominała  raczej gwarny obóz wojskowy niż spokojne,  senne zazwyczaj 

miasteczko. Wszystkie ulice, drogi wyjazdowe, rynek, okoliczne pola i rozległe łąki nad Iłżanką zapchane 
były wojskiem. W tym rejonie koncentrowała się 3 dywizja piechoty legionów. Tu był jej ostatni postój 
przed rozpoczęciem marszu na wiślane przeprawy. Jeszcze tego samego dnia, zgodnie z rozkazem generała 
Skwarczyńskiego,   dywizja   miała   znaleźć   się   na   prawym   brzegu   Wisły,   by   tam   podporządkować   się 
dowództwu armii „Lublin”.

Niemcy przewidując, iż część sił armii  „Prusy” będzie zmierzać ku środkowej Wiśle, błyskawicznie 

podciągnęli 3 dywizję lekką. 8 września wczesnym rankiem rozpoczęła ona marsz na północ, szlakiem na 
wschód   od   drogi   Radom  —  Iłża.   Prostopadle   do  zamierzonego   kierunku   odwrotu   polskiej   dywizji.   Po 
osiągnięciu Lipska i przecięciu dróg wiodących ku Wiśle Niemcy skręcili na zachód, na Iłżę.

Nieświadome zagrożenia od strony wschodniej polskie pułki wykonują tymczasem rutynowe czynności 

związane z planowanym postojem. Organizuje się więc obronę, wysyła patrole, naprawia sprzęt, uzupełnia 
zapasy. W sztabie dywizji trwa praca nad wytyczeniem dróg dalszego odwrotu. Dowódca z niecierpliwością 
oczekuje   wieści   od   rozesłanych   patroli,   zamierza   bowiem   jak   najszybciej   podjąć   dalszy   marsz.   Jest 
przekonany, że Niemcy nie wiedzą nic o ruchach dywizji, bo ani razu jej marszu nie zakłócił atak lotniczy.

Gdy podwładni pułkownika Mariana Turkowskiego, dowódcy 3 DP, szykowali się do dalszej drogi, 

starachowicka   kolumna   rozlokowała  się  na  skraju  lasu  pomiędzy Iłżą  a  Seredzicami, tuż  nad  brzegiem 
Iłżanki. Inżynier Kistelski udał się do sztabu po dalsze decyzje.

W sztabie rozmowa była krótka i konkretna. Dowódca dywizyjnej artylerii, pułkownik Stanisław Tatar, 

podziękowawszy za sprawne wyprowadzenie ze Starachowic drogocennego sprzętu, zakomunikował:

— Sytuację mamy nielekką, poruczniku. Za wszelką cenę musimy jeszcze dziś osiągnąć Wisłę. Sami 

widzieliście, że cierpimy na brak transportu. Niech więc pana nie zdziwi moja decyzja. Musicie dwa ciągniki 
i samochód ciężarowy niezwłocznie przekazać do dyspozycji dowódcy dywizjonu artylerii. Pozostałe dwa 
ciągniki z działami podporządkujecie dowódcy siódmego pułku. Wraz z tym pułkiem udadzą się w dalszą 
drogę.   Oficerowie   i   podchorążowie   razem   z   panem   zameldują   się   u   mnie.   Na   tamtym   brzegu   Wisły 
otrzymacie panowie nowe przydziały w pododdziałach obrony przeciwlotniczej armii „Lublin”. To tyle. Ma 
pan pytania?

— Chciałbym tylko zapytać o te dwa pozbawione ciągników Boforsy i co zrobić z resztą ludzi. Jest nas 

ponad czterdziestu: żołnierzy rezerwy, harcerzy i robotników z fabryki.

— Boforsy, niestety, należy zniszczyć. Nie mamy innego wyjścia. Przykro podejmować takie decyzje, 

background image

przykro i ciężko, ale jesteśmy do tego zmuszenii. Pyta pan o ludzi? — pułkownik Tatar na chwilę zawiesił 
głos. — Cóż mogę panu doradzić? Najlepsi artylerzyści, to jasne, pozostaną przy dwóch działach z siódmym 
pułkiem. Reszta niech wraca do domu. Nie mamy dla nich broni.

— Wzięliśmy ze sobą cztery cekaemy, może nasi ludzie z tymi cekaemami... —- zaczął Kistelski.
— Cekaemy przekaże pan również dowódcy siódmego pułku. Ponieśliśmy pod Krasną spore straty w 

sprzęcie. Są w pułku doskonali żołnierze i oni dostaną te karabiny. Sądzę, że zadbaliście o zapas amunicji.

O dziewiątej pod Seredzicami następuje ostateczne rozformowanie starachowickiej jednostki. Kistelski, 

Sosnowski, Bujnowski, Ambroż i podchorążowie odchodzą do dyspozycji pułkownika Tatara. Dwa działa z 
załogami,  którymi  do tej  pory dowodził  plutonowy Krzyżanowski  i ogniomistrz  Drożdż,  meldują  się  u 
dowódcy siódmego pułku. Wyrok skazujący spada na działa: Świerzbińskiego i Twardowskiego.

Matynia i Rek razem z innymi, dla których zabrakło broni, wracają do domu. Przed odejściem harcerze 

wykonują ostatnie polecenie Twardowskiego. W wybranym przez siebie miejscu zakopują zamki od działa i 
urządzenia   celownicze.   Zdemontowanego  Boforsa  zaciągają   głęboko   w   las.   Może   przyjdzie   czas,   że 
wydobędą zakopane części i ożywią działo?

— Nie zapomnijcie, chłopcy, tego miejsca! — napomina na pożegnanie Twardowski.
— Druhu, czy naprawdę tak trzeba? Nie wystarczyłoby przeczekać w lesie z Boforsem, aż nasi znów 

pójdą do przodu? — pytają z nadzieją w głosie.

— Nie, chłopcy. Tego chyba nie da się przeczekać w lesie. Tak widać trzeba. Nie ma innego wyjścia.
Przed południem chłopcy znaleźli się w samym środku Iłży. Przed udaniem się w drogę do Starachowic 

postanowili jeszcze odwiedzić znajomych gospodarzy, u których nocowali podczas sierpniowej harcerskiej 
wędrówki nad Wisłę. Wyruszyło ich wtedy osiemnastu. Mietek dowodził grupą. Oprócz Dzidka byli tam 
wówczas Lolek Kukla, Jasio Kryj, Pecio Bednarski i inni. Wesoło biegły dni na harcerskiej wyprawie. Szli tą 
samą trasą, którą przebiegał szlak odwrotu obrońców miasta. Wtedy, równo miesiąc temu, zatrzymali się na 
nocleg w niewielkim domku obok kościoła. Zalewajka ze świeżym chlebem miała smak nadzwyczajny! 
Pamiętają nie tylko tę zalewajkę, ale i słowa, jakimi witała ich gospodyni:

— Czyżby to już wojna? Bo harcerzyki umundurowane i uzbrojone jak na wojnę idą!
Ósmy września  —  ten  sam drewniany  domek.  I wojna.  Wystraszeni  gospodarze  pytają,  co z  nimi 

będzie. Podobno w Starachowicach już Niemcy?

Zanim goście zdobyli się na słowa otuchy, rozległa się ostra kanonada. Słychać granie karabinów, jakieś 

pojedyncze   wybuchy.   Gdzieś   z   bliska,   od   wschodu,   wdziera   się   jazgot   karabinów   maszynowych.   Na 
pobliskiej wieży kościoła zegar wybija dwunastą. Ostatnie uderzenia giną w huku dział. Rozpoczyna się 
walka o przebicie drogi nad Wisłę. W południe nastąpił pierwszy jej akt: czołgi i piechota zmotoryzowana 
straży przedniej 3 dywizji lekkiej uderzyły z marszu na polską obronę.

Dzidek i Mietek muszą zatrzymać się w Iłży znacznie dłużej, niż zamierzali. Wraz z mieszkańcami tego 

miasteczka   przeżyli   dramatyczne   godziny   krwawej   bitwy,   powtarzające   się   ataki   Niemców   i   polskie 
kontrnatarcia, bombardowanie i pożar Iłży. Na szczęście domek przy kościele nie ucierpiał od pocisków i 
ognia.

Dopiero   po   południu   10   września   ruszyli   w   drogę   do   Starachowic.   Oglądali   zniszczenia,   ruiny, 

porozbijane działa i tabory. W fosie pod zamkiem dziesiątki zabitych żołnierzy. Obok nich broń, tornistry, 
amunicja i czapki. Czapki z orłami wgniecione w ziemię lepką od krwi. Przerażający obraz wojny.

Droga aż po Lubienię wiodła przez pobojowisko. Tu przecież jeszcze kilkanaście godzin temu ścierały 

się z wrogiem pododdziały 12 dywizji piechoty generała Gustawa Paszkiewicza, które także zmierzały ku 
Wiśle.

W przydrożnych rowach leżały kupy wojskowego ekwipunku i resztki amunicji. Na polach spalone 

pojazdy.   A  wśród  tego   wszystkiego   żywy,   spłoszony  koń!   Pewnie   umknął   z   taborów.   Harcerze   szybko 
obłaskawili szkapę i na jej grzbiecie udało im się odbyć znaczną część drogi.

Po   bitewnym   zgiełku,   po   przerażających   obrazach   klęski,   Starachowice   zaskoczyły   ich   ciszą   i 

spokojem. Wyglądało na to, że w mieście nic ważnego nie zaszło, że istotne wydarzenia rozgrywają się 
gdzieś dalej, obok.

Już następnego dnia Mietek, mimo gorących protestów matki, pobiegł do kolegów. Od nich dowiedział 

się, jak wyglądały ostatnie dni w rodzinnym mieście.

— Kiedy wyszliście z miasta  — opowiadał Waldemar Wiśniewski  — zrobiło się jakoś cicho i pusto. 

Wiesz, bracie, wszystko stało otworem. Na miejscu nie było żadnej władzy!

— Niemcy nie przyszli zaraz po nas? — dopytywał się Matynia.
—   Skądże.   Wyście   wyszli   pod  wieczór   w   czwartek,   a   pierwszego   Niemca  zobaczyłem  dopiero   w 

niedzielę. Przemknęło przez miasto kilka motocykli. Bardzo im się spieszyło. I tyle. Dziś już poniedziałek, a 
u nas pusto!

background image

— Skąd więc taka kupa Niemców pod Iłżą?
— Bracie, tu cały czas słychać ryk motorów. Masa wojska ciągnie bocznymi drogami. Nikt z miasta 

nosa nie wyściubia, ale co nieco widać. Wczoraj, przedwczoraj i jeszcze w piątek cała droga od Ostrowca na 
Iłżę zapchana była ich czołgami. Mówią, że za lasem starachowickim jest to samo.

— Wczoraj sporo Niemców zjechało do Wąchocka — uzupełnił Mietek Lewiński. — Podpalili jakieś 

stodoły. Późno w noc widać było jeszcze pożar, ale do nas zajrzał tylko jeden patrol. Ci na motocyklach.

— Zgadnij, bracie, kto przez te dni rządzi w Starachowicach? — zapytał podchwytliwie Wiśniewski.
— Nie wmówisz mi,  że rabin z Wierzbnika, choć to jedyna władza, jaka tu została  — zażartował 

Matynia.

— Ci z Wierzbnika do władzy się nie rwą. Zaszyli się gdzieś głęboko i tylko w mykwie narady robią. W 

Starachowicach na gospodarstwie zostaliśmy tylko my, „Żubry”!

— Nie tylko „Żubry” — zaprotestował któryś. — Są też chłopaki z innych drużyn.
A   cała   sprawa   przedstawiała   się   dość   niezwykle.   Istotnie,   od   wieczora   7   września   miasto   było 

pozostawione   samo  sobie.   Władze  miejskie  i   powiatowe   nie   dały  żadnych  poleceń  czy wskazówek,  co 
czynić dalej, i gdy kolumna obrońców opuściła Starachowice, nie było tam nikogo, kto by mógł zająć się 
jakąś   organizacją   życia.   Jednak   znaleźli   się   ludzie   poczuwający  się   do   odpowiedzialności   za   rodzinne 
miasto. Byli to starachowiccy harcerze.

— Wtedy, gdy już wiedzieliśmy, jak sprawy stoją, zwołał nas do komendy hufca druh Lewiński  — 

opowiadał dalej z przejęciem Wiśniewski. — Zebrało się piętnastu ludzi. Większość na pewno znasz. Byli 
tam: Bolek Horoszczuk, Gienek Cendrowski, Józek Kutrowski, Kazik Kolanowski, Arkadiusz Wnętrzak i 
inni.

Do tej piętnastki zwrócił się harcmistrz Zygmunt Lewiński. Mówił krótko i tak jakoś od serca.
— Znamy miasto, fabrykę i kochamy to nasze miejsce pod słońcem. Teraz jest taki czas, że musimy je 

niszczyć, żeby jak najmniej dobra wpadło w ręce Niemców. I jeszcze musimy zadbać o porządek w mieście. 
Nie brak, niestety, takich, co w tej niedobrej chwili chcieliby utuczyć się na nieszczęściu innych. Druhowie, 
nie będę wydawał specjalnych rozkazów, ale czujcie się od tej chwili żołnierzami naszego miasta.

Rozpoczęły się spontaniczne harcerskie rządy, a raczej wypadałoby powiedzieć służba, trwająca od 

piątku   do   niedzieli.   Gdy   na   rogatkach   miasta   pojawili   się   niemieccy   motocykliści,   harcerze 
„zdemobilizowali się” i zniknęli wśród pozostałych mieszkańców.

— Ja, bracie, byłem w grupie, która zajmowała się niszczeniem łączności. We trzech obeszliśmy pocztę, 

centralę telefoniczną, sieć w zakładach. Co się dało poutykaliśmy po dziurach, sieć poprzerywaliśmy  — 
kontynuował Wiśniewski.

— Sztab drużyny był w wartowni fabrycznej przy Tychowskiej — opowiadał Mietek Lewiński. — Tam 

znosiliśmy broń, jaka pozostała w mieście. Było trochę karabinków, granatów. Nie mieliśmy czasu, żeby 
wszystko starannie konserwować. Razem z Tadkiem Wrońskim, Kupieckim, Kliczewskim i Płachcińskim 
zawinęliśmy broń w stare worki i zakopaliśmy w lesie. Chyba rdza nie przeżre karabinów. Przecież długo w 
ziemi nie będą czekać.

— Jak w mieście, cały czas spokój? — pytał Matynia.
—   Tylko   początkowo   niektórzy   chcieli   zwiewać.   Ale   szybko   przyszły   wieści,   że   trasy   zapchane 

wojskiem i najlepiej nie ruszać się z własnego domu. Znalazło się też dwóch takich cwaniaczków, co chcieli 
obrobić sklepy w Wierzbniku. Dopadliśmy ich przy składzie narzędzi. Posiedzieli na wartowni i odechciało 
się im rabować.

Minęło jeszcze kilkanaścje godzin od tej rozmowy, nim Niemcy ostatecznie zawładnęli miastem. Zajęli 

lokale po urzędach, zarekwirowali budynki i mienie państwowe, wystawili posterunki wzdłuż zakładów. Już 
wkrótce   nowe   władze   policyjne   rozpoczęły   energiczne   śledztwo,   które   miało   wyjaśnić,   kto   zniszczył 
fabryczne magazyny, gdzie podziały się elementy maszyn, gdzie jest broń i ludzie, którzy uczestniczyli w 
obronie miasta. Pod hitlerowską okupacją rozpoczęła się druga połowa starachowickiego września 1939 
roku.

*

W październiku, gdy złota jesień wyraźnie ustępowała miejsca coraz częstszym przymrozkom i zimnym 

szarugom, zaczęli powracać do swych domów obrońcy Starachowic z załóg dwóch ostatnich dział i szkolnej 
kompanii   ochotniczej.   Po   wojennej   tułaczce,   po   licznych   przygodach,   powrócił   także   plutonowy   Jan 
Krzyżanowski.

Jadwiga powitała męża z radością, ale i z niepokojem. Przecież Niemcy szukają żołnierzy! Słyszała 

także o ludziach z fabryki, których nocą powybierano z mieszkań. Tak niewiele trzeba, aby jej mąż również 

background image

podzielił ich los. Obawy i lęk tylko na chwilę zakłóciły myśli Jadwigi. Ta praktyczna kobieta wiedziała, że 
musi   niezwłocznie   zająć   się   meżem.   Rzeczywiście   Jan   potrzebował   pomocy,   a   przede   wszystkim 
wypoczynku. Wymizerowany, sczerniały, wyglądał jak rozbitek będący u kresu sił.

Do niedzieli 23 października nikt w Kolonii Robotniczej nie wiedział, że Krzyżanowski wrócił z wojny. 

Dopytywali o Jana koledzy i sąsiedzi, lecz Jadwiga odpowiadała niezmiennie, że nie wie, co się z mężem 
dzieje. Jak się później okazało, była to ostrożność całkiem zbyteczna. Krzyżanowskiego nie poszukiwano. 
Niemcy nie wiedzieli o jego roli w obronie miasta, a planisty nie potrzebowali do grabienia fabryki.

W   przedostatnią   październikową   niedzielę,   gdy   Jan   odzyskał   już   niemal   dawne   siły,   odwiedził 

Krzyżanowskich   Józef   Michalski,   technik   pracujący   przed   wojną   na   linii  Boforsa.   Przed   tygodniem 
wezwano go do fabryki i poinformowano, że od 20 października ma podjąć pracę. Odwołania od tej decyzji 
być nie może, a za niestawienie się grozi kara jemu i rodzinie. Rozpoczął więc Michalski razem z innymi 
robotnikami demontaż pozostałych jeszcze w fabryce maszyn. Niespiesznie posuwała się praca, lecz ostry 
nadzór zmuszał do dotrzymywania terminów.

Michalski   podejmując   tę   pracę   przeżywał   wielki   dramat.   Co   prawda   pod   przymusem,   ale   jednak 

pracował dla wroga! Znajdujący się w takiej samej sytuacji Emil Osiecki tłumaczył koledze, iż na razie nie 
mają innego wyjścia. Jak ruszy się front na zachodzie, a ludzie powiadają, że jeszcze przed nowym rokiem 
to nastąpi, pomyślą o podjęciu jakiejś walki.

— Nie damy sobą długo rządzić — mówił Emil. — Będziemy kąsać wroga, a wtedy sojusznikom na 

zachodzie pójdzie łatwiej. Teraz trzeba przeczekać, przygotować się do walki.

Nie trafiało Józkowi do przekonania takie tłumaczenie. Był niecierpliwy i chciał walczyć teraz, dziś, 

natychmiast po klęsce, z którą podobnie jak inni mieszkańcy Starachowic nie mógł się pogodzić.

Walka się przecież nie skończyła — myślał. Trzeba ją toczyć innymi metodami. Tylko jakimi?
Na to pytanie nie potrafił sobie odpowiedzieć. Na razie wiedział jedno: musi dogadać się z ludźmi 

myślącymi   podobnie,   poszukać   kolegów.   Zanim   w   niedzielę   poszedł   do   Krzyżanowskiego,   był   już   po 
rozmowie z Kazimierzem Strużyckim, leśniczym, który w pełni poparł jego plany. Potem jeszcze przyłączył 
się do nich Osiecki. Było więc ich trzech, którzy doszli do wspólnego wniosku, że grupie potrzebny jest 
dowódca. Józek zaproponował Krzyżanowskiego i stąd jego niedzielna wizyta.

Pani Jadwiga przyjęła gościa w pokoju i przez długą chwilę zapewniała go, że mąż nie powrócił z 

wojny. Józek zmartwił się bardzo i już zamierzał pożegnać się z gospodynią, kiedy drzwi otworzyły się i 
stanął   w   nich   Krzyżanowski.   Michalski   zaniemówił  —   spojrzał   na   panią   Jadwigę,   a   potem   serdecznie 
uściskał przyjaciela. Jan szybko wyjaśnił, iż jest w domu od paru dni, ale o jego powrocie nikt nie wie, gdyż 
obawia się Niemców. Teraz też, kiedy usłyszał pukanie do drzwi, ukrył się w komorze.

— Nie masz się czego obawiać  — powiedział Michalski.  — Nie słyszałem, żeby ktoś wypytywał o 

ciebie. W zakładzie też cisza.

— Ty pracujesz? — spytał Jan.
— A miałem inny wybór?  — westchnął Józek.  — Lepiej mów, co było z tobą, z naszymi ludźmi, ja 

zaraz   po rozkazie  inżyniera  Kistelskiego   wróciłem  do Starachowic.  W  Iłży  musiało   być  wtedy  gorąco. 
Wracałem do domu lasami, całą drogę słyszałem strzały i wybuchy.

— Od samego początku byliśmy na linii — zaczął opowiadać Krzyżanowski. — Nasze obydwa działa 

zajęły miejsce w obronie siódmego pułku. Strzelaliśmy na wprost, do czołgów i piechoty. Nie wiem, jaki był 
tego wynik, ale po pierwszym, popołudniowym starciu Niemcy się cofnęli. Spokój był tak ze dwie godziny, 
a   potem   dostaliśmy   się   pod   ogień   ich   artylerii.   Zauważyłem,   że   podmuch   pocisku   przewrócił   armatę 
Drożdża. Dwóch ludzi zginęło na miejscu. Bernat, wiesz, ten „Francuz”, został ciężko ranny. Zanim zjawili 
się sanitariusze, stary już nie żył.

Opowiadał   dalej   Krzyżanowski,   jak   ciągle   powtarzające   się   niemieckie   ataki   wykrwawiły   polską 

obronę, jak resztki pułków podjęły desperacką walkę o przebicie się na wschód. W Iłży wybuchła nieopisana 
panika. W rozgardiaszu, ogniu pożarów, pod wzmagającym się niemieckim naporem jedynie niewielkim 
grupkom   udało   się   przebić.   Chyba   tylko   dzięki   szczęśliwemu   zbiegowi   przypadków   ostatni   ze 
starachowickich Boforsów wyrwał się z tego piekła. Pod osłoną nocy załoga doprowadziła działo do Lasu 
Antoniów, gdzie zebrało się kilkuset żołnierzy 3 DP. Cały ciężki sprzęt bojowy przepadł z wyjątkiem tego 
jednego Boforsa i dwóch moździerzy.

— Zebrał nas w jedną grupę pułkownik Tatar — Krzyżanowski snuł dalejswą opowieść. — Dziwił się, 

w jaki sposób udało nam się przetaszczyć Boforsa aż pod Antoniów. Ano, udało się. Pułkownik organizował 
marsz do Wisły.  Wybrał trasę drogami  wzdłuż Iłżanki. Spytał,  czy wystarczy nam paliwa.  Mieliśmy w 
zbiorniku   jeszcze   pięćdziesiąt   litrów   benzyny.   Powinno   się   przejechać   z   osiemdziesiąt   kilometrów.   I 
ruszyliśmy.

Grupa pułkownika Tatara rankiem 10 września dotarła do wiślanej przeprawy powyżej Chotczy. W tym 

background image

samym czasie druga grupa żołnierzy z rozbitej dywizji, pod dowództwem pułkownika Jana Korkozowicza, 
zbierała się w lasach kozienickich, by stamtąd rozpocząć udany rajd za Wisłę. Nie powiodło się natomiast 
tym resztkom pododdziałów, które — wraz z transportem rannych — zbliżały się ku Wiśle drogą na Puławy. 
W Zwoleniu razem z ciężko rannym dowódcą dywizji, pułkownikiem Turkowskim, dostały się do niewoli.

—   Po   osiągnięciu   łąk   nad   Wisłą   zaczęliśmy  kombinować,   w   jaki   sposób   przeciągnąć  Boforsa  — 

kontynuował Krzyżanowski. — Ciągnik już się do tego nie nadawał, bo głębszego jak pół metra brodu nie 
mógł pokonać. Z żalem go podpaliliśmy. Razem z nami przeprawiał się w tym miejscu jakiś pododdział 
kawalerzystów. Rotmistrz, który nim dowodził, zaproponował nam zaprzęg z luzaków. Było to ryzykowne, 
ale lepszego pomysłu nikt nie miał. Wisła wcale nie wyglądała groźnie,  prześwitywało w niej  niemało 
piaszczystych łach. Trzeba było tylko uważać na wiry. I poszliśmy. Prosto z brzegu w wodę. Koniki ciągnęły 
armatę równo i pewnie, ale był taki moment, że zaczęły grzęznąć. „Pod brzuchy, pod brzuchy wypychać”, 
krzyczeli   do   nas   ułani.   Dopomogliśmy   koniom   wydostać   się   z   błota.   Dalej   już   poszło   gładko. 
Przeprawiliśmy  Boforsa  na drugi brzeg. Na łasze piasku, tuż przy wale, zobaczyłem wtedy sierżanta w 
czapce z zielonym otokiem. Artylerzysta. Leżał martwy. Strzelił do siebie. Nie chciał uznać klęski.

Jan zamilkł. Sięgnął po papierosy. Kiedy zapalił i mocno zaciągnął się dymem, mówił dalej:
— Od razu wyniknął problem, w którą stronę się udać. Żołnierze z naszej dywizji skierowali się na 

Lublin.   A  my?  Pułkownik   Tatar   radził   nam, żebyśmy  poszli   na  Dęblin,   gdzie  jest   silny zespół   obrony 
przeciwlotniczej. Postanowiłem jednak inaczej: pójdziemy na południe, w rejon, który wyznaczono nam 
przed   czterema  dniami.   Miałem  trochę   wątpliwości,   czy  po   masowym   odwrocie   będziemy  jeszcze   tam 
potrzebni. Może lepiej walić prosto do dowództwa odcinka? Jednak ruszyliśmy na Józefów. Jechaliśmy 
drogą obok wiślanego wału, przez Las Dębowy, Zakrzów, Braciejowice. Nie uwierzysz, Józiu, ale przed 
Kępą Gostecką, prawie naprzeciw Solca, spotkaliśmy chłopaków ze Starachowic! Uczniów z naszej szkoły 
fabrycznej,   z   kompanii   porucznika   Starowicza.   Dzielne   chłopaki.   Ochraniali   stanowiska   artylerii 
przeciwlotniczej. Zaprowadzili nas do dowódcy pododcinka. I on wyznaczył nam stanowisko dla Boforsa w 
Kępie Gosteckiej. Byliśmy wśród swoich.

Jedenastego   i   dwunastego   września   Niemcy   dokonywali   systematycznych   nalotów   na   wiślane 

przeprawy. Tony bomb sypały się na maszerujących żołnierzy, na rzekę, na podejścia do niej. Starachowicki 
Bofors  spisywał   się   znakomicie   i   wespół   z   innymi   działami   zgrupowanymi   w   tym   rejonie   skutecznie 
odstraszał niemieckie bombowce. Przeprawa w Solcu funkcjonowała nieprzerwanie aż do 13 września, kiedy 
to Niemcy przypuścili bezpośredni atak na Wisłę, dążąc do uchwycenia przyczółka.

—   Zniszczył   nas   ogień   artylerii  —   kończył   swe   wspomnienia   Krzyżanowski.  —   Wymacali   naszą 

pozycję i jeden z pocisków rozerwał się obok  Boforsa. Działo uszkodzone, trzech rannych. Paskudnie to 
wyglądało. Wtedy, rano trzynastego września, wiedzieliśmy już, że nie mamy na co liczyć.

Tak zakończył swój szlak bojowy ostatni działon obrońców Starachowic.
Krzyżanowski przedostał się do Lublina. Zamierzał iść dalej, do Kowla, do swojej fabryki, ale w końcu 

po licznych przygodach i ucieczce z obozu jenieckiego w Piaskach wrócił do domu.

— O naszych chłopakach z kompanii Starowicza słyszałem, że dzielnie stawali w obronie Lublina. 

Trzeba z nimi pogadać. A co u was, jak się układa życie? — spytał.

— Tego się nie da opowiedzieć — odparł Michalski. — Oni znają tylko dwie kary: kulkę i stryczek. Już 

na Wanacji pokazali, co potrafią.

— Ja myślę — zaczął Krzyżanowski — że to jeszcze nie koniec. Nie wierzę, nie mogę uwierzyć w to, 

że nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Musimy zacząć działać.

—   Właśnie,   ja   myślę   tak   samo  —   zgodził   się   skwapliwie   Michalski.  —   Mówiłem  już   z   kilkoma 

chłopakami   i   wspólnie   uradziliśmy,   że   trzeba   porozmawiać   z   tobą.   Jesteś   najstarszy,   masz   wojskowe 
doświadczenie i, po prostu, wierzymy ci. Chcemy, żebyś był dowódcą naszej grupy.

— Myślałem cały czas i podczas powrotu, i tu w domu, że nie wolno nam czekać. Musimy coś robić, 

choć nie będzie nam łatwo, gdyż Niemcy nie darują żadnej akcji. Trzeba zdać sobie sprawę, że czeka nas 
twarda walka.

Z   uwagą   słuchał   Michalski   słów   Krzyżanowskiego.   Zamyślili   się   obaj.   Wreszcie   Jan   przerwał 

milczenie.

— Trzeba zacząć przeszkadzać w fabryce, a także coś postanowić w sprawie broni i sprzętu, które 

ukryliśmy we wrześniu.

— Byli od nas szybsi. W połowie września harcerze wydostali i przenieśli do bezpiecznych schowków 

całe obozowe wyposażenie. Zrobili to tak sprytnie, że tylko można ich podziwiać. Nie znam szczegółów, ale 
jestem pewien, iż to wszystko obmyślił Lewiński. Ci chłopcy poszliby za nim w ogień.

Michalski nie mylił się. Wspomnianą akcję przeprowadzili harcerze pod kierunkiem Lewińskiego. W 

biały dzień wynieśli z terenu fabryki, z byłej sali harcerskiej, bezcenny sprzęt obozowy: namioty, saperki, 

background image

kotły.   Niemcy  czuli   się   oszukani,   gdyż   wszystko   to   działo   się   pod   okiem  ich   strażników.   Od   tamtego 
wydarzenia stali się ostrożniejsi, nie można więc było działać na pewniaka.

— Harcerze zajęli się swoim sprzętem, a my musimy pomyśleć o broni — skonstatował Krzyżanowski. 

— Najpierw jednak powinniśmy określić cel i metody. Na początek trzeba dezorganizować grabież fabryki. 
Niełatwa to i ogromnie ważna sprawa. Ludziom należy też dodawać otuchy, mówić, że wojna nie skończona, 
a Hitler musi kiedyś przegrać. I przegra. W to żaden z nas nie może wątpić.

*

Klęska wrześniowa nie oznaczała, iż społeczeństwo Starachowic zrezygnowało z walki. W tym samym 

czasie   gdy   Krzyżanowski   i   jego   koledzy   przystępowali   do   montowania   konspiracyjnej   komórki,   w 
niejednym domu nad Kamienną snuto podobne plany,  już w końcu 1939 roku w mieście działały dwie 
dobrze zorganizowane grupy: Komenda Obrońców Polski i Organizacja „Orła Białego”. Ich trzon stanowili 
pracownicy  zakładów   starachowickich,   którzy  w   uruchomionej   przez   Niemców   fabryce   przeprowadzali 
akcje sabotażu i przygotowywali podziemną produkcję uzbrojenia dla leśnych oddziałów. Przez cały okres 
hitlerowskiej   okupacji,   aż   do  wyzwolenia   w   dniu   17   stycznia   1945  roku,   Starachowice   były  miejscem 
dramatycznej   i   bohaterskiej   walki   z   wrogiem.   Tu   zapisano   jedne   z   najpiękniejszych   kart   w   dziejach 
polskiego ruchu oporu.