background image

MICHAEL GERBER

Barry Trotter i końska kuracja

1 KOŃSKA KWJ4

PRZEŁOŻYŁA PAULINA BRAITER
wydawnictwo MAG Warszawa 2006

 -^0 'L9 'w IZ ^pdAr^ -jn
 N9SI

 'Lilii
 JBST1T[

uopB|SUBJij i^sijoj sip joj
 ot^i Aą ^003 © iH3P

ROZDZIAŁ 0
KUKA &SÓU oD W084

Wielu ludzi pyta mnie (Bóg jeden wie, że sam też zadaję sobie to pytanie): 
„Czemu ciągle piszesz te książki?". Krótka odpowiedź brzmi: „Rozpaczliwie 

potrzebuję pieniędzy". Tak naprawdę jestem praktycznie zrujnowany - piszę te 
słowa na opakowaniu po Big Macu na dworcu autobusowym w mieście tak biednym, że 

nie stać go nawet na własną nazwę. Oto mój dom. Życie pisarza nie jest usłane 
różami, ani nawet stokrotkami.

Po pierwsze, pozwólcie, że zdementuję pewne plotki. Wbrew temu, co mogliście 
przeczytać, nie wydałem milionów, próbując uwieść Madonnę. Oboje z Madonną 

żyjemy w szczęśliwych związkach małżeńskich (nie ze sobą nawzajem). Nie 
wpakowałem też majątku w budowę najwyższej na świecie konstrukcji z klocków 

lego. Wydaje się to zbyt absurdalne, by o tym wspominać, ale zdziwilibyście się, 
jak wiele osób pytało mnie o tę pogłoskę. Rzeczywiście, kupiłem sobie stary 

model jaguara, by uczcić ukończenie Barryego Trottera i Niepotrzebnej 
kontynuacji, lecz ma on

zaledwie dwanaście centymetrów długości i stoi na moim biurku.
Mam bardzo skromne potrzeby - dajcie mi dach nad głową, najprostsze jedzenie i 

dzieło literatury dziecięcej do sparodiowania, a będę szczęśliwy. Po sukcesie 
dwóch pierwszych książek o Barrym Trotterze powinienem móc odejść spokojnie w 

stronę zachodzącego słońca i żyć z odsetek, wcielając w życie projekt stworzenia 
sieci kaplic ślubnych dla zmotoryzowanych. Lecz, podobnie jak wiele innych osób 

w show-biznesie, zaufałem niewłaściwym ludziom. Ludziom, akurat. Chciałbym.
Kilka lat temu, zbierając materiały do pierwszej książki, poznałem grupkę myszy. 

Przewodził im czarujący, brązo-woszary osobnik Timothy. Timothy twierdził, że 
jest nieśmiertelny, ja jednak wiedziałem tylko, że tryska dowcipem i zna mnóstwo 

fascynujących anegdot o ludziach sławnych i bogatych. Odbyliśmy wiele długich - 
i jak sądziłem głębokich - rozmów; wkrótce staliśmy się nierozłączni.

Przeżyliśmy też wiele wspaniałych chwil... szalonych chwil. Pamiętam, jak 
pewnego lata wraz z Timothym wałęsaliśmy się po Europie mikrobusem marki 

Volkswagen (kazałem go przerobić tak, by Timothy mógł prowadzić). Gdy 
zaproponował, że zostanie moim agentem/księgowym/menadżerem, zgodziłem się 

chętnie. Nie należę do osób uważających, iż fakt, że ktoś ma pięć centymetrów 
wzrostu, automatycznie dyskwalifikuje go jako kandydata na stanowisko 

kierownicze. Sam jestem dość niski.
Dopiero później odkryłem, że zaledwie w ciągu tygodnia Timothy zdążył wszystko 

przepisać na siebie. Wszelkie wpływy z pierwszych dwóch książek o Barrym 
Trotterze

trafiały na konto gryzonia w banku szwajcarskim. Za każdym razem, kiedy pytałem 
o nieprzychodzące czeki, Timothy zbywał mnie jakimś wykrętem, a ja jak kretyn 

wierzyłem. Stopniowo stawał się coraz trudniej osiągalny przez telefon. Jak 
głupiec, sądziłem, że jest zajęty załatwianiem mi nowych projektów. W 

rzeczywistości urządzał niewiarygodnie huczne przyjęcia, uzależnił się od 
markowego masła orzechowego i zaciągał poważne kredyty w najdroższych sklepach 

serowarskich Londynu.
Co gorsza, zaczął krążyć po świecie, udając mnie. To on zalecał się do Madonny, 

on miał fetysz Lego i on zaangażował się w działania Mysiego Frontu Wyzwolenia 
Mu-stynów. Ja sam nigdy, przenigdy nie przekazałbym nawet centa tym 

background image

przepełnionym nienawiścią fanatykom. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnym z ich 
wieców — jeśli przyjrzycie się zdjęciom, od razu widać, że to nie ja — nie 

porasta mnie przecież futro, choć faktycznie jestem w jednej ósmej 
Sycylijczykiem.

Gdy w końcu się zorientowałem, co się dzieje, było już
0 wiele za późno. Jedyną pociechę dla mnie stanowiło odkrycie, że wiele sławnych 

osób, o których mówił Timothy -takich jak Benjamin Disraeli, Sonia Henje, Maria 
Callas

1  sekretarz generalny ONZ Kofi Annan - także dało się oszukać temu małemu 
cwaniakowi. Przynajmniej znalazłem się w dobrym towarzystwie.

Mój wydawca łaskawie zgodził się, bym napisał tę książkę, z nadzieją, że dzięki 
wpływom uda mi się pozwać mysz do sądu. Nie będzie to jednak łatwe - co noc 

około trzeciej dzwoni telefon, a gdy podnoszę słuchawkę, słyszę piskliwy głosik, 
opisujący wszystkie straszne rzeczy, jakie mnie

spotkają, jeśli wydam nową powieść. Z pewnością to mysi zabójca, jeden z 
wynajętych zbirów Timothy'ego.

— Hej, koleś (zawsze zwraca się do mnie per „koleś", czego nie cierpię), jeśli 
wydasz Barry'ego 3, pogryziemy wszystkie stronice... Potem każemy naszym ludziom 

w księgarniach porozrzucać je po podłodze. Pogną się i trzeba je będzie zwrócić. 
Twój wydawca straci miliony!

Jasne, że się boję - kto by się nie bał - ale Orion zapewnia, że użyją wszelkich 
możliwych środków, by zapewnić mi bezpieczeństwo. Toteż postanowiłem zrobić co 

trzeba. Proszę, zastanówcie się, czy nie kupić tej książki, choćby po to, by 
powstrzymać mnie przed napisaniem następnych. Z Waszą pomocą (to znaczy 

pieniędzmi) mogę wygrać walkę o moje dobre imię.
Dziękuję, że to przeczytaliście, i mam nadzieję, że spodoba się Warn książka.

M.G. Miasto bez nazwy, 2004
ROZDZIAŁ 1

Trivia Row drzemała w letnim upale. Od tygodni słońce działało jakby na biegu 
wstecznym - jego osobliwie ciężkie promienie, zamiast obdarzać energią, wysysały 

ją z ziemi. Wszelka działalność w blasku niebiańskiego śledczego toczyła się 
wolniej, ospałej, w dosłownym morzu potu. Nawet uliczne owady, choć jak zawsze 

liczne, zrezygnowały z gryzienia i kłucia, uznając, że te czynności wymagają 
zbyt wiele wysiłku. Kruche źdźbła trawy pragnęły tylko przytulić się do ziemi i 

zasnąć, przynajmniej do czasu, gdy Anglia oddali się nieco bardziej od słońca.
W owo wtorkowe popołudnie w uliczce panowała cisza, zakłócana jedynie miarowym 

kapaniem potu przerażonych mieszkańców. Zbliżała się pora powrotów ze szkoły; 
całe rodziny wyglądały nerwowo ze swych pozbawionych klimatyzacji domów o 

zamkniętych na głucho drzwiach i oknach. „Czy moje dziecko zdoła dziś wymknąć 
się zombi?". „A może znów nakarmią je ziemią, jak ostatnio?".

Na zewnątrz poruszyły się dwie postacie. Vermon i Pecu-nia Durneyowie, patrzący 
bezmyślnie przed siebie, wędrowali sztywno tam i z powrotem, posłuszni rozkazom 

paskudnego młodego, piętnastoletniego czarodzieja Barry'ego Trottera. 
Niewrażliwa na upał para krążyła po Trivia Row, wypuszczając powietrze z opon 

wszystkich samochodów, przegryzając plastikowe worki pełne skoszonej trawy i 
wysypując ich zawartość, chwytając dzieciaki i wrzucając je głową w dół do 

kubłów ze śmieciami.
Na końcu ulicy pojawił się Howard, miejscowy ośmio-latek. Obdarzony bujną 

wyobraźnią chłopak szedł wolno, zatopiony w myślach, nie widząc zbliżających się 
zombi.

Trzymaną w ręku figurką Howard poprawiał wiecznie zjeżdżające z nosa okulary.
- Wy, głupcy — rzekł głośno — nikt nie zdoła powstrzymać mojego magnetomierza.

Był to jeden z ważnych elementów historii, którą właśnie wymyślał.
- Tak ci się zdaje - odparł Howard nieco innym głosem, który wskazywał, że teraz 

przemawia druga figurka. - Zaraz cię uderzę. — Przysunął do siebie dwie figurki, 
udatnie odgrywając efekty dźwiękowe.

Piętnaście metrów dalej matka Howarda lekko uchyliła okno. Zwrócenie uwagi zombi 
mogło zaowocować kilkoma kilogramami trawy wepchniętej przez otwór na listy, 

musiała jednak zaryzykować.
- Howardzie! - krzyknęła, wskazując gorączkowo przez szparę. — Durneyowie! 

Uciekaj, Howardzie, biegiem!
Chłopak uniósł wzrok, ujrzał zamienionych w zombi sąsiadów i pomknął do drzwi. 

background image

Nie zdążył.
10

- Arrgh - warknęła Pecunia, po raz trzeci w tym tygodniu wpychając do kubła 
szamoczącego się Howarda.

- Arrgh - zgodził się usłużnie Vermon.
W matce Howarda coś pękło. Z miotłą w ręku zbiegła ze schodów i popędziła w 

stronę Durneyów.
- Cholerni nieumarli. - Zamachnęła się gwałtownie. — Wynocha stąd!

Podczas gdy Durneyowie zaczęli się cofać, warcząc i machając rękami, matka 
Howarda pomogła mu wygramolić się z kubła.

- Wy dwoje powinniście się wstydzić! - huknęła. — I ten odmieniec Trotter też.
Ośmielona pokazem odwagi (i poirytowana ciągłymi upałami) społeczność Trivia Row 

ruszyła do kontrataku. Otwarły się drzwi i okna, i na wycofujących się zombi 
posypały się niczym grad najróżniejsze przedmioty ciskane przez zlanych potem, 

doprowadzonych do ostateczności mieszkańców.
- A macie, wy dranie! — wrzasnął jeden z sąsiadów. — Wiem, że zjedliście mojego 

psa!
Siedzący w domu Barry Trotter oglądał tę scenę z głęboką, przejmującą 

satysfakcją. W końcu zrozumiał, czemu niektórzy zostawali szamanami — zombi były 
super. Zamówienie tego zestawu okazało się najlepszym pomysłem od lat.

A jednak... Nagle ogarnęło go niezwykłe uczucie. Czyżby naprawdę tęsknił za 
powrotem do szkoły? Owszem, teraz, gdy w księgarniach zaroiło się od ludzi 

kupujących mocno ubarwioną książkę J.G. Rollins Barry Trotter i kawior 
filozoficzny (naprawdę, jeśli chodzi o książki, to ludzie potrafią

11
kupić wszystko*), w Hokpoku traktowano go jak znakomitość. Ale żeby od razu miał 

chcieć wrócić do szkoły? Nie, niemożliwe. Zasunął kotary i w pokoju znów 
zapanowała ciemność.

Wyciągnięty na niezasłanym łóżku patrzył tępo w telewizor, w którym leciał jakiś 
mecz, i zapadał się coraz głębiej w kokon nudy, ciężkiej niczym zeszłomiesięczna 

gazeta. Zmuszanie spikerów do bekania było zabawne pierwsze kilkaset razy, a 
odwracanie goli miało sens tylko, jeśli obstawiło się zakład. Może gdyby 

powtórzył to wystarczająco wiele razy, doprowadziłby do wojny między Francją i 
Hondurasem. Barry uśmiechnął się na tę myśl.

Niezwykłe uczucie znów powróciło. Nie, to nie był entuzjazm na myśl o szkole. 
Hokpok nie był w stanie wzbudzić podobnej reakcji, nieważne — pozytywnej czy 

negatywnej. Zawroty głowy, strach, fascynacja, niewytłumaczalne pragnienie 
ucieczki... Gdyby nie fakt, że przebywał na Trivia Row, przysiągłby, że w 

pobliżu kręcą się marketorzy.
Słysząc jakiś dźwięk, Barry wszedł do łazienki, wspiął się na muszlę klozetową i 

wyjrzał przez okno. To, co zobaczył, wzbudziło w nim mdłości pomieszane z 
przejmującą radością... Pięć metrów niżej w ogrodzie oddział ubranych w 

garnitury marketorów otaczał Dupka Durneya. Dupek, jako Gumol (i to w dodatku 
wyjątkowo tępy), nie miał pojęcia, że marketorzy to zmora świata magicznego i że 

nikt — możliwe, że nawet Barry - nie potrafi umknąć „grupie fokusowej", 
zespołowi marketorów skupiającemu swe niewiarygodne zło na jednej, bezradnej 

ofierze.
Komu ja to mówię?

12
— Mamo, tato, w ogrodzie są jacyś... dziwni ludzie! — wrzasnął Dupek, który 

odczuwał już pierwsze skutki działania ogłupiającej, przeraźliwie drogiej wody 
kolońskiej

marketorów.
-Aargh - odparł tępo Vermon z werandy, na którą zapędzili ich sąsiedzi. Wraz z 

żoną zajadali się zawartością zamówionego tydzień wcześniej kubełka smażonego 
kurczaka.

— Nie uciekaj, młodzieńcze... Chcielibyśmy, żebyś odpowiedział nam na kilka 
pytań — powiedział jeden z marketorów gładkim tonem, kryjącym w sobie grozę. — W 

zamian damy ci ten banknot, dziesięć funtów.
-No... dobrze. — Dupek, wyraźnie oszołomiony, spróbował niezgrabnie złapać 

banknot.
— Nie tak szybko. - Marketor odchrząknął i oznajmił głośno: — Przyjmując 

background image

zaproponowane wynagrodzenie, tym samym zgadzasz się na wzięcie udziału w naszych 
badaniach i poświadczasz, że nasza firma i klienci nie poniosą żadnej 

odpowiedzialności w razie odniesienia przez ciebie obrażeń i/lub śmierci.
Wygłosiwszy obowiązkową formułkę, wręczył banknot Dupkowi, który próbował 

schować go do kieszeni, ale nie
trafił.

W chwili, gdy dziesięć funtów powoli opadło na ziemię, marketorzy zbili się w 
ciasny krąg niczym szakale. Dupek nie miał już szans - zaczęła się „grupa 

fokusowa".
— Którego znanego sportowca lubisz najbardziej? - spytał jeden z marketorów.

- Wybierz tylko spośród tych z przeszłością kryminalną - dodał drugi.
13

— Mleko o smaku sera - rzekł trzeci, unosząc notatnik. -Tak czy nie?
— Czy kupiłbyś pastę do zębów sprawiającą, że twoja ślina przypominałaby krew? - 

wtrącił drugi.
— Nadmuchiwane spodnie?! - przekrzykiwał ich czwarty. — Nogawki zaciskające się 

na udach, automatyczne wysuwanie kieszeni, awaryjne poduszki pośladkowe. Jak to 
brzmi?

Pierwszy chwycił Dupka za kołnierz.
— Czy chciałbyś jeść pióra? — warknął. — Może z dietetycznym sosem?

Dupek z trudem formułował słowa.
— Czy są... chrupkie? - Był blady, patrzył tępo szklistymi oczami.

— Mogą być! Może oblane nugatem? — zapytał szybko marketor. - I pokryte pysznym, 
hipoalergicznym karmelem!

Marketor wypuścił Dupka, który runął ciężko na ziemię.
Natychmiast podniósł go drugi. Dupek zachwiał się na nogach.

— Jakie uczucia wzbudzają w tobie słowa „papierosy smażone w głębokim oleju"?
— Chyba... chyba... chyba zaraz się wyrzygam.

Krąg marketorów cofnął się o krok i Dupek zaczął wymiotować obficie wprost na 
rabatkę. Następnie osunął się na ziemię i znieruchomiał. Nie był martwy; wyssali 

go w rekordowo krótkim czasie. Obserwujący z góry całą scenę Barry patrzył 
zafascynowany, ogarnięty przepyszną Scha-denfreude.

14
- Niewiele w sobie miał - zauważył jeden z marketo-

row.
- Te dzisiejsze dzieciaki — odparł drugi. — Zupełnie jakby nic ich nie 

obchodziło.
— Oblejcie go wodą i znów zaczniemy - zaproponował trzeci.

- Tylko nie wodą - zaprotestował czwarty. - Mamy suszę. — Udał, że obsikuje 
nieprzytomnego chłopaka.

- Nie, dajmy sobie spokój, jest wykończony — mruknął piąty, podnosząc upuszczony 
przez Dupka banknot. -Chodźmy na lunch.

Marketorzy zatrzasnęli teczki. Barry słyszał ich wyraźnie; rozmawiali głośno, 
jak ludzie przywykli do tego, że się im ustępuje.

— Wiesz, mam pomysł na wspólny biznes — oznajmił jeden, włączając komórkę.
- Słucham cię - zainteresował się jego kolega. Wszyscy uklękli obok Dupka, 

zadając swój klasyczny,
upiorny coup de grace. Barry nie mógł się już doczekać.

— Jeśli twoja firma wprowadzi na rynek papierosy smażone w głębokim oleju, moja 
firma zacznie sprzedawać papier toaletowy nasączony nikotyną.

— My ich uzależnimy, a wy pomożecie im rzucić nałóg. — Drugi marketor wstał. - 
Podoba mi się ten pomysł. Wyślij mi notatkę.

Pierwszy marketor nacisnął guzik swego telefonu.
— Zrobione.

Drugi także nacisnął guzik.
- Właśnie się zgodziłem. Kolejny guzik.

15
— Wypuściłem pierwszą transzę w ofercie publicznej -oznajmił pierwszy.

Znów guzik.
- A ja wziąłem parę milionów z tych pieniędzy i przekupiłem odpowiednich 

urzędników rządowych - oznajmił drugi. - Mamy już zgodę, towar powinien wejść na 
półki w poniedziałek, najpóźniej we wtorek.

background image

- Wspaniale! - wykrzyknął pierwszy marketor, naciskając kolejny przycisk 
telefonu. - Akcje na sprzedaż... cena rośnie. Bingo, jesteśmy miliarderami.

— Doskonale — odparł drugi marketor. — Hej, chłopcy, stawiam wszystkim.
Gdy wiwatujący marketorzy wyszli powoli tylną furtką, Barry przekonał się co 

zrobili: marketorzy oblepili Dupka krzykliwymi, absurdalnymi, kretyńskimi 
hasłami i sloganami. Dupek z pewnością będzie zachwycony. Niektórzy mogliby 

rzec, że spotkała go słuszna kara, ale Barry by się z tym nie zgodził. On 
uważał, że karanie Durneyów to jego zajęcie*.

* Barry miał wszelkie prawo nie cierpieć Durneyów, którzy (a to tylko jeden z 
niezliczonych przykładów) tresowali pająki tak, by gnieździły mu się we włosach. 

Nie była to jednak z ich strony czysta złośliwość, lecz efekt współpracy z 
Ministerstwem Ma-giczności i gumolską agencją szpiegowską MI-6. Jako niemowlę 

Barry Trotter został wybrany do obejmującej cały kraj grupy magicznych sierot 
uczestniczących w projekcie furia. Projekt miał na celu stworzenie magicznej 

osoby do tego stopnia irytującej, że skupiłaby na sobie całą wrogość, jaką 
Gumole odczuwali wobec czarodziejów. Rolą Durneyów — odgrywaną z niekłamanym

16
W holu Hybryda zakasłała donośnie. Barry spojrzał na zegar - jak zwykle był 

spóźniony. Nosił naręczną klepsydrę, ale zupełnie się nie sprawdzała: piasek 
przesypywał się przy każdym poruszeniu ręki. Barry spóźnił się właśnie na Hok-

pocki Depres, rozklekotany pociąg wiozący uczniów rozpoczynających kolejny 
semestr w Szkole Magii i Czarów--Marów Hokpok. Na szczęście Barry nie miał zbyt 

wielu bagaży; większość podstawowych rzeczy wysępiał od swych kolegów (nieważne, 
prośbą czy groźbą). Teraz, gdy Barry stał się sławny, większość chętnie dawała 

mu prezenty, a on napawał się swą nową popularnością*. Zaledwie w ciągu 
miesiąca, z przeciętnego, wrednego łobuza stał się słynnym na cały świat 

niegrzecznym chłopcem. Niech Bóg błogosławi autorkę i jej książkę!
zapałem — było ciągłe torturowanie Barry'ego aż do magicznego okresu 

dojrzewania. Szefostwo projektu liczyło na to, że dzięki temu Barry rozwinie w 
sobie potężną manię prześladowczą i po uzyskaniu mocy stanie się całkowicie 

nieodpowiedzialny. Jak wiemy, ta część planu sprawdziła się doskonale. Na razie 
nie wiadomo jeszcze, czy projekt furia, odniósł również sukces na szerszą skalę, 

zapobiegając konfliktowi pomiędzy Gumolami a ludem magicznym. Można jednak 
przedstawić argumenty, że Durneyowie nie byli wcale gumolskimi czarnymi 

charakterami, lecz trójką największych bohaterów świata magicznego. Argumenty te 
nie przekonałyby nikogo, ale wciąż były możliwe.

* Colin Cryptic w gazetce „Harce Hokpoku" nazwał Barry'ego „wrednym, wrażliwym i 
wspaniałym".

17
W holu Hybryda zakasłała donośnie. Barry spojrzał na zegar — jak zwykle był 

spóźniony. Nosił naręczną klepsydrę, ale zupełnie się nie sprawdzała: piasek 
przesypywał się przy każdym poruszeniu ręki. Barry spóźnił się właśnie na Hok-

pocki Depres, rozklekotany pociąg wiozący uczniów rozpoczynających kolejny 
semestr w Szkole Magii i Czarów--Marów Hokpok. Na szczęście Barry nie miał zbyt 

wielu bagaży; większość podstawowych rzeczy wysępiał od swych kolegów (nieważne, 
prośbą czy groźbą). Teraz, gdy Barry stał się sławny, większość chętnie dawała 

mu prezenty, a on napawał się swą nową popularnością*. Zaledwie w ciągu 
miesiąca, z przeciętnego, wrednego łobuza stał się słynnym na cały świat 

niegrzecznym chłopcem. Niech Bóg błogosławi autorkę i jej książkę!
zapałem — było ciągłe torturowanie Barry'ego aż do magicznego okresu 

dojrzewania. Szefostwo projektu liczyło na to, że dzięki temu Barry rozwinie w 
sobie potężną manię prześladowczą i po uzyskaniu mocy stanie się całkowicie 

nieodpowiedzialny. Jak wiemy, ta część planu sprawdziła się doskonale. Na razie 
nie wiadomo jeszcze, czy projekt furia odniósł również sukces na szerszą skalę, 

zapobiegając konfliktowi pomiędzy Gumolami a ludem magicznym. Można jednak 
przedstawić argumenty, że Durneyowie nie byli wcale gumolskimi czarnymi 

charakterami, lecz trójką największych bohaterów świata magicznego. Argumenty te 
nie przekonałyby nikogo, ale wciąż były możliwe.

* Colin Cryptic w gazetce „Harce Hokpoku" nazwał Barry'ego „wrednym, wrażliwym i 
wspaniałym".

17
Dwanaście miesięcy temu do Barry'ego zwróciła się gu-molska dziennikarka J.G. 

background image

Rollins. Pani Rollins oświadczyła, że zamierza napisać książkę, która zwróci 
uwagę szerokich mas na nihilistyczną egzystencję współczesnych magicznych 

nastolatków.
- Chcę zedrzeć okrywającą ją zasłonę - oznajmiła, unosząc dumnie pióro.

- Dobra — odparł Barry, niepewny, czy on sam ma być zdziercą, czy też zasłoną.
- Super. - J.G. Rollins otworzyła notatnik. - Jak często w przeciętnym tygodniu 

widujesz się z rodzicami? - spytała. — Od czasu do czasu, rzadko czy nigdy?
- Nigdy - odparł szczerze Barry, nie wyjaśniając, że oboje nie żyją.

- Wspaniale. To znaczy, jakież to smutne - poprawiła się szybko. - Zatem w ogóle 
nie ma ich w twym życiu?

- Nie. — Barry wycisnął z oka fałszywą łzę.
- Już dobrze, dobrze, znajdziemy ci miły dom, obiecuję. — Barry zesztywniał, a 

J.G. to zauważyła. - Albo nie. Jesteś już dużym chłopcem, sam dasz sobie radę. - 
Nabaz-grała coś. Barry z trudem odczytał słowa „Sprzeciwia się próbom 

udomowienia; półdziki". Znów uniosła wzrok. -Spragniony wskazówek i rad, 
znudzony szkołą, porzucony przez starsze pokolenie. Czy wypełniasz czas 

używaniem zakazanych narkotyków i przypadkowym seksem?
Chciałbym, pomyślał Barry. Pomijając przeterminowane składniki eliksirów 

podwędzone z szafek Snajpera, w szkole nie znano narkotyków. Woźny Hokpoku, 
Angus Filtr, konfiskował wszystko i sprzedawał w Hogsbiede z całkiem niezłym 

zyskiem.  Centaury zarabiały krocie, sprzedając
18

oregano, ku zachwytowi studentów nieświadomych istnienia efektu placebo. A co do 
seksu, pomimo męskich przechwałek obecnie Barry utknął gdzieś pomiędzy 

neckingiem i pettingiem. Jednakże w głosie autorki dźwięczała tak wielka 
nadzieja, no i istniała szansa, że da się na tym zarobić parę groszy.

- Sam nie ująłbym tego lepiej — skłamał.
Podczas całego czwartego roku Barry spotykał się regularnie z Rollins, aż 

wreszcie trzy miesiące temu, w maju, z drukarni wyjechał pierwszy nakład Barry 
ego Trottera i kawioru filozoficznego. Książka sprzedawała się świetnie, 

zwłaszcza wśród dorosłych; nikt jeszcze nie stracił pieniędzy, mówiąc starszym 
pokoleniom, że ich naj mroczniej sze podejrzenia co do nastolatków są zgodne z 

prawdą. Po paru tygodniach nazwisko Barry'ego stało się synonimem młodzieńczych 
wybryków; oczywiście czuł się zobowiązany potwierdzać swoją reputację. Zachęcany 

przez bliźniaków Gwizzleyów Barry zaczął szaleć. Stworzył zaklęcie magicznie 
owijające folią wszystkie toalety w szkole. Słuchawki pryszniców zatkały się od 

rozmoczonych słodyczy. A Barry zaczął spędzać mnóstwo czasu w najróżniejszych 
szafach, „poznając bliżej" swoje szkolne koleżanki.

„Nasz strach przed przyszłością", grzmiał wstępniak „Wróżbity codziennego" 
(magiczne gazety często krzyczą), „ma teraz imię: Barry Trotter". „Fajt" 

umieścił zaś po prostu na swej okładce wielkie zdjęcie Barry'ego z jednym, 
jedynym słowem: Fajfus.

Dzięki podobnym artykułom - i tryumfalnie bełkotliwym występom chłopaka w 
telewizji i radiu — książka sprzedawała się jeszcze lepiej. Wkrótce Barry 

wędrował
19

wilgotnymi korytarzami Hokpoku niczym Bóg — no, Bóg z pojawiającymi się jeszcze 
od czasu do czasu Pryszczami Ognia i wciąż rzadkim zarostem.

Treść Kawioru niemal zupełnie nie odpowiadała faktom, lecz w obronie J.G. trzeba 
powiedzieć, że Barry niemal natychmiast zaczął ją bajerować. Po szczególnie 

barwnej historii pokonania i pokarania „największego smoka na świecie" na oczach 
całej wiwatującej, szalejącej szkoły uznał, że autorka coś podejrzewa. Ale ani 

razu nie kwestionowała jego słów — nawet gdy poznała go dość dobrze, by 
wiedzieć, do jakiego stopnia jest zakłamany.

Niezależnie od tego, jak była nieprawdziwa, książka przyniosła sukces im obojgu: 
J.G. urządzała sobie właśnie w Szkocji kawałek Karaibów, a Barry nie mógł się 

już doczekać pierwszego pełnego semestru sławy. Może i uczciwość to najlepsza 
polityka, ale jeśli chodzi o Barry ego Trottera i kawior filozoficzny, 

nieuczciwość wygrała w przedbiegach.
Ta myśl pocieszyła Barry'ego, gdy zamykał dom. Dur-neyowie wciąż przebywali na 

dworze, wiedział jednak, że w końcu trafią do piwnicy pani Kegg (nigdy jej nie 
zamykała, bo nie mogła znaleźć klucza). Tam zombi mogli strzec jej olbrzymich 

background image

zapasów taniego bełtu przed gumolskimi nastolatkami, krążącymi po okolicy w 
poszukiwaniu darmowego drinka. Sama pani Kegg dawno temu była jedną z nich. 

Obecnie, stale zalana, zapewne nie zauważy nawet
20

Vermona i Pecunii krążących po piwnicy, mamroczących i zżerających robale. Przez 
całe lato brała ich za wieszaki*.

Barry wszedł do kominka i wyciągnął maleńką, papierową parasolkę. Zabrał ją z 
egzotycznego baru w Hogsbiede podczas nielegalnej potańcówki z okazji końca roku 

szkolnego. Ów wieczorek, zakończony zgodnie z wieloletnią hokpocką tradycją 
wizytą gajowego Hamgryza w areszcie i wykupieniem grupki uczniów, zorganizowała 

Herbina Gringor, by zaimponować swojemu nowemu chłopakowi, Victorowi Crumbowi. 
Zazwyczaj Herbina była panną po-rządnicką — przez duże „P" — lecz Barry 

zauważył, że gdy na horyzoncie pojawiał się określony typ chłopaka, jej 
krytycyzm gwałtownie słabł.

Victor Crumb był małomównym, cuchnącym, ledwo umiejącym czytać gwiazdorem 
ąuitkitu z konkurencyjnej szkoły. Z początku Barry nie lubił go wyłącznie z tych 

powodów. Potem jednak znalazł sobie kolejne, jeszcze zasad-niejsze. W czasie 
meczów Crumb z upodobaniem podkradał się w powietrzu do graczy z przeciwnej 

drużyny i bazgrolił po nich flamastrem. Jego zaimprowizowane ilustracje były 
zazwyczaj bardzo nieprzyzwoite, skatologiczne i zabawne -pod warunkiem, że 

dotyczyły kogoś innego. Herbina zgadzała się z tą opinią. - To nastoletni 
Breugel - mówiła.

* Pani Kegg, alkoholiczka, wciąż była wstawiona, do tego stopnia, że uważała się 
za osobę magiczną. Co mogło nawet odpowiadać prawdzie, gdyby określenie 

„magiczny" stanowiło synonim nieodwracalnych uszkodzeń mózgu.
21

- Raczej nastoletni błazen — wymamrotał gniewnie Bar-ry, zapamiętale trąc 
ręcznikiem kark.

Bazgroły Victora budziły w Herbinie jakieś nieokreślone uczucie - coś nowego, 
podniecającego i raczej nienadające-go się dla młodszych czytelników tej 

książki. Od chwili, gdy ujrzała obsceniczny rysunek na karku Barry'ego, 
uwierzyła święcie, że Crumb to geniusz. Co więcej, uznała, że ona sama jest 

właściwą kobietą, która ogrzeje serce nadąsanego, milczącego socjopaty.
Powodzenia, pomyślał Barry, przyglądając się parasolce. Ten mały gadżet z drewna 

i papieru został obdarzony magiczną mocą powrotu. Rozwinięta parasolka 
przenosiła każdego, kto ją trzymał, do barku „Tiki", ciemnej i brudnej mordowni 

hawajskiej, w której odbywała się impreza. W ramach promocji barman wręczał je 
klientom (często do końca niewiedzącym o tricku wywołującym powrót). Pomysł 

okazał się niezwykle skuteczny handlowo, bo jak inaczej wyjaśnić trwałą obecność 
podobnego wrzodu na handlowym obliczu miasteczka? Wystrój był żałosny, obsługa 

paskudna, a co do rozrywki, to widok podstarzałego, fałszywego transseksualisty 
Dawn Ho bardziej kojarzył się z bólem zębów.

Krótko mówiąc, bar był obleśny, nawet wedle niskich jak Rów Mariański standardów 
Hogsbiede. Lecz po czterech latach Barry miał powyżej uszu sypiącego się 

Ekspressu Hokpockiego z jego pleśnią, obłażącą farbą i rozumnymi, 
chorobotwórczymi kanapkami. Potrzebował mocnego mai tai, by przeżyć kolejną 

morderczą ceremonię Nadziału. Już niemal czuł smak drinka.
22

Rozłożył szybko parasolkę, uniósł rękę i zaintonował magiczne słowo. 

Chonotuchcelei. Nic się nie stało.
- Pewnie niewypał - mruknął Barry. Nic dziwnego, w końcu parasolka pochodziła z 

knajpy, w której nawet w tequili zamiast robaków pływały dosma-czane, plastikowe 
repliki.

Barry kilka razy rozłożył i zamknął drobiazg. Nagle usłyszał walenie w drzwi. 
Pochylił się i zrobił parę kroków, i parasolka zadziałała. Wzleciała w górę, 

ciągnąc go przez warstwy tynku, desek i dachówek, które zostawiły bogatą 
kolekcję siniaków.

- Aaa! — wrzasnął Barry, wystrzeliwując w powietrze i cudem unikając zderzenia z 
kaczką.

Wrzeszcząc coraz głośniej i zwierając w panice pośladki, ze wszystkich sił 
zaciskał czubki palców na rączce parasolki.

background image

Zdumiewające, jaką siłę ma ten wihajster, pomyślał Barry, patrząc, jak drobniaki 
wylatują mu z kieszeni i lecą ku ziemi ze śmiercionośną prędkością. No cóż, po 

prostu odprężę się na resztę...
W tym momencie parasolka wyrzuciła z siebie snop iskier i Barry zatrzymał się w 

powietrzu. Gadżet jęknął, zakasłał i zdechł. I wtedy zaczęły się prawdziwe 
krzyki.

Stare powiedzenie głosi, że czasem lepiej jest mieć szczęście niż umiejętności; 
czyste szczęście zrządziło, że Barry wylądował w krzakach w ogrodzie Durneyów. 

Słysząc trzask, oszołomiony Dupek uniósł na moment głowę, a potem znów zemdlał.
23

Barry przez chwilę siedział w krzakach, odpoczywając. Wyglądało na to, że 
wszystkie najważniejsze narządy -przynajmniej te, o których wiedział - są w 

porządku. Jakieś złamania? Nie, ale widok, jaki ujrzał, sprawił, iż zaczął 
podejrzewać wstrząs mózgu. Przed nim stał Hamgryz odziany w strój francuskiej 

pokojówki.
- Czee, B'ry — zagrzmiał alkoholowo hokpocki gajowy. - Przyszłem zabrać cię do 

szkoły. Bub'ldor przysłał po ciebie wóz.
- Jesteś prawdziwy? - spytał Barry.

- Chiba tak. - Hamgryz popadł w głębokie zamyślenie. — A może i ni. W kuńcu, co 
to je prawda? Czy ktokolwiek z nas jest naprawdę...

- Och, zamknij się, wiedziałem, że nie powinieneś zapisywać się na zajęcia 
uzupełniające. - Barry westchnął z rezygnacją. — Odrobina wiedzy to bardzo 

niebezpieczna rzecz, zwłaszcza gdy nie wiesz, co z nią zrobić. Pomożesz mi 
wstać?

- Jasne - odparł Hamgryz.
Szarpnięciem postawił Barry'ego na nogach, na boki poleciały odłamki gałęzi.

Barry jeszcze nigdy nie czuł takiej wdzięczności za twardą ziemię pod stopami. 
Ludzie zazwyczaj nie myślą o niej, dopóki nie znajdą się trzydzieści pięter w 

górze, pewni, że zaraz zamienią się w puree.
- Po co ci te ciuchy?

- Te co?
- Ubranie, uniform. - Barry pociągnął go za rękaw.

- Hej, uw'żaj na to, jest pożyczone. Bub'ldor kazał mi się przebrać, cobym się 
nie wyróżniał w świecie Gumli -

24
odparł Hamgryz. - Ale w sklipie mieli na mnie tylko to albo kost'm seksownej 

pielęgniarki.
— W takim razie uważam, że słusznie wybrałeś.

Wychodząc z ogrodu, Barry usłyszał, jak Dupek się budzi, bełkotliwie 
podśpiewując melodyjkę reklamową. Nie mógł go przecież tak po prostu zostawić. 

Może zacznie padać deszcz... albo grad, bardzo mocny. Chociaż panująca susza 
sprawiała, że grad nie wydawał się zbyt prawdopodobny. Barry nie mógł po prostu 

założyć, że Dupek znowu oberwie. Musiał mieć pewność.
- Zaczekaj - rzucił.

- Barrie, Bubl'dor chce się z tobą widzieć jak najszybcij...
- To potrwa tylko chwilkę — uciął Barry.

Młody, mściwy czarodziej zawrócił z entuzjazmem, wyciągając różdżkę.
Dupek siedział ze skrzyżowanymi nogami na trawie,

mamrocząc coś pod nosem.
- Adeste fidelis — zaintonował Barry i z różdżki wystrzelił promień czerwono-

zielonej energii, trafiając Dupka prosto w środek niskiego czoła 
Neandertalczyka.

—Jingle bells, jingle bells, jingle all the way — zaśpiewał donośnie Dupek, 
kołysząc się w przód i w tył, jego twarz rozjaśnił tępy uśmiech.

- Wkrótce nie będzie ci już tak wesoło, frajerze - mruknął Barry. —To za te 
wszystkie „czekoladki", które dawałeś mi w dzieciństwie.

Zaklęcie to szybko przynosiło śmierć, zazwyczaj samobójczą, śpiewający bowiem 
starał się zrobić wszystko, byle tylko zatrzymać dźwięczące w głowie Jingle 

bells. Wizja cierpiącego tortury psychiczne Dupka niezmiernie uradowała
25

Barry'ego. Z lekkim sercem podbiegł do czekającego Ham-gryza.
- Wyglondosz jak świrninty elf- zauważył gajowy, przyglądając mu się 

background image

podejrzliwie. - Możymy już jichać?
-  Yes, si, oui, jawooohl! - zaśpiewał Barry.

Nagle chwycił Hamgryza za ręce i zaczął tryumfalnie obracać się w tańcu wokół 
olbrzyma. Kręcił się tak i kręcił, coraz szybciej i szybciej, aż w końcu jego 

ręce zwolniły uchwyt i poleciał...
...Głowa Barry'ego boles'nie uderzyła o wysłaną dywanem podłogę, budząc go.

- Au, skur...
- Zaczekaj, pomogę ci. - Chudy, łysiejący mężczyzna w wyraźnie znoszonej, 

tweedowej marynarce wyciągnął rękę. - Spadłeś z kozetki.
- Bezbolesna procedura, akurat. Powinieneś zamontować poręcz. — Barry'emu wciąż 

kręciło się w głowie. Usiadł na brzegu kozetki, pocierając ręką głowę i próbując 
zebrać myśli. Wszystko wydawało mu się dziwnie odległe, bezsensowne i śmieszne, 

jakby był bohaterem jakiejś taniej książki. - Chyba mam wstrząśnienie mózgu.
- Zaraz się przekonamy, to bardzo proste. Ile masz lat?

- Trzydzieści dziewięć — odparł Barry.
- Jak się nazywa twoja żona?

- To dyrektorka szkoły, Herbina Gringor. Ona każe mi to robić.
- Zgadza się. A kim ja jestem? - spytał mężczyzna.

- Ty jesteś doktor Ritalin, świr, który mnie zahipnotyzował. Nowy szkolny 
psychiatra.

26
- Zgadza się — odparł Ritalin. — Nic ci się nie stało. Chcesz kontynuować?

Na moment irytacja Barry'ego wezbrała do tego stopnia, że pokonała nawet strach 
przed żoną.

- To się nie uda - oznajmił gniewnie. — Ty jesteś idiotą, a ja przez resztę 
życia będę wyglądał jak dziewięciolatek.

- Barry, ludzki mózg to niezwykle potężny narząd. Poza tym ma popieprzone 
poczucie humoru — oznajmił doktor Ritalin. - Jak wiesz, uważam, że coś w twojej 

przeszłości -coś w twym umyśle — nie pozwala ci normalnie się starzeć. Regresja 
hipnotyczna to jedyna metoda odkrycia, co.

- A co mi tam. - Barry znów się położył. - W końcu zapłaciłem za całe 
pięćdziesiąt minut.

- Po prostu się odpręż.
Po chwili Barry wrócił myślami do piątego roku, podejmując akcję kilkanaście 

godzin później. Zbierał właśnie siły, gotów stanąć przed obliczem swego 
odwiecznego wroga, śmiertelnego arcykretyna, dyrektora Alpo Bubeldora.

ROZDZIAŁ 2
Gdy Barry maszerował niechętnie do gabinetu Bubel-dora, nietoperz kieszonkowiec 

s'mignął spośród cieni, złakniony zdobyczy, którą mógłby zanieść swoim panom ze 
Ślizgorybu. Barry obdarzył go gniewnym spojrzeniem i nietoperz zatrzymał się tak 

szybko, że o mało nie zawirował w powietrzu.
- Hej, szybujące szmaty, posłuchajcie. - Młody czarodziej dobył różdżki i 

zaintonował magiczne słowo „Złypies".
Z koniuszka różdżki wystrzeliła fala ultradźwięków i odbiła się od ścian 

pomieszczenia - Barry czuł w dłoni jej wibracje. Piszcząc i wpadając na siebie, 
nietoperze wycofały się w mroczne kąty.

Barry znów był w parszywym nastroju. O ile dobrze zrozumiał Hamgryza - a 
prawdopodobieństwo pomyłki było całkiem spore — Bubeldor wezwał go pilnie do 

siebie w sprawie decyzji Wizengamoniu. Najwyższy sąd czarodziejski nie spotykał 
się, by omówić wyniki quitkitu; czyżby naprawdę zamierzali go wyrzucić?

28

Co takiego zrobił w zeszłym roku? Mnóstwo, szczerze mówiąc, tyle, że trudno to 
było spamiętać... A tak: któregoś dnia przyłapano go w schowku na szczotki z 

Doris Jackson. Doris, trzecioklasistka z Pufpifpafu wyróżniała się tym, że nie 
tylko umiała zamienić się w osła, ale też za jednego syfka pozwalała pomacać się 

pod stanikiem*. Przyłapał ich Angus Filtr, i Barry, by uciec, musiał rzucić 
Zaklęcie Dławiącego Smrodu. Później przekupił Filtra, żeby woźny nie umieścił w 

Maginecie zrobionych naprędce zdjęć. Ale fiut
i tak to zrobił.

Im więcej Barry przypominał sobie szczegółów, tym gorzej się czuł, a jazda z 
Piddlesex też zrobiła swoje; Hamgryz przywiózł go widmową limuzyną, co 

background image

przypominało podróżowanie w samym środku bardzo zimnej i bardzo pełnej chustki 
do nosa.

Kiedy samochody zostają zezłomowane - zwłaszcza w tragicznych okolicznościach - 
ich duchy pozostają na tym świecie. Wielu magów podróżuje owymi upiornymi 

pojazdami, bo nie wymagają one szczególnych umiejętności, których brak jest 
magicznej braci. Poza tym można je tanio kupić, jako że rozwalone samochody nie 

działają zbyt
dobrze.

Gdy wszyscy mieli już po dziurki w nosie wdeptywania w niewidzialne łajno 
testrali, Hokpok zakupił kilkanaście

* Prawdę mówiąc, wystarczyło napisać na kartce papieru słowa „jeden syfek" i dać 
jej. Dla Doris nie było to nic wielkiego — wychowywała się w komunie pod 

Stonehenge i zupełnie nie przejmowała się nagimi ludzkimi ciałami. Wciąż się 
dziwiła, że chłopcy aż tak się przejmują.

29
widmowych limuzyn. Tej, którą podróżowali Barry i Ham-gryz, brakowało prawego, 

przedniego koła i os' wlokła się po ziemi, krzesząc snop iskier. Jazda do 
Hokpoku ze ślimaczą prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę dłużyła się 

niemiłosiernie. Gdy Barry wspinał się na marmurowe stopnie wiodące do gabinetu 
Bubeldora, już dawno zapadł zmrok i pochodnie jak zwykle rzucały niesamowite 

cienie na ściany.
Blizna Barry'ego bolała; zdarzało jej się to dość często. Powinienem był przyjąć 

tę ofertę, pomyślał.
- Witam, jestem Harry Potter - zaczął ćwiczyć w głos. -Gdy chcę niemądrze 

zignorować ból blizny, zażywam Nie-bólnic.
W końcu dotarł do drzwi dyrektora i zastukał. Za plecami usłyszał szelest i 

instynktownie przypadł do ziemi; sześć metalowych gwiazdek uderzyło w drzwi, 
zaledwie o kilka cali mijając jego głowę. Potem rozległo się głośne niemieckie 

przekleństwo i odgłos kroków kogoś wysokiego i niezgrabnego, oddalającego się 
szybko.

- Odwal się, Vielokont — rzucił z irytacją Barry. - Dopiero przyjechałem. Zabij 
mnie po kolacji.

Lord Vielokont, zwany też lordem Ciemniaków oraz Tym, Który Śmierdzi, 
nieustannie próbował zamordować Barry'ego z powodów, które sam Barry nie do 

końca pojmował. Niestety, kiedy tylko zbliżał się, by zapytać, Vielo-kont 
usiłował go zabić.

Za każdym razem, gdy Barry mówił o tym nauczycielowi, tamten reagował dziwnym, 
lekko sztucznym uśmiechem i odpowiadał coś w stylu: „Nie bądź niemądry, Trot-

ter. Ten, Który Śmierdzi nie może wejść do Hokpoku.
30

Nie czytałeś Kawioru filozoficznego?. Myśleli, że są tacy dowcipni. Barry 
podejrzewał, że w istocie chcieli, by Vie-lokont go załatwił. Po szkole krążyły 

pogłoski o zakładach przyjmowanych w pokoju nauczycielskim. Wredne fajfu-sy, 
pomyślał Barry.

Mimo kilkunastu nieudanych prób, podejmowanych każdego tygodnia, i szkód wartych 
miliony galonów, nikt (oficjalnie) nie wierzył piętnastolatkowi. Barry 

podejrzewał, że teraz, gdy stał się sławny dzięki książce pełnej artystycznych 
kłamstw, ludzie ci (oficjalnie) wierzyli mu jeszcze mniej.

Drzwi Bubeldora otworzyły się.
- Nie musisz tak walić, ty niecierpliwy smarku.

- To nie byłem ja, dyrektorze, Vielokont cisnął we mnie gwiazdkami i...
- Zdumiewające. Kłamiesz równie naturalnie jak oddychasz, prawda, Trotter? Nie 

minęło nawet pół minuty, a ty już... Co właściwie robisz na podłodze?
- Już mówiłem, Vielokont... Bubeldor wzdrygnął się z irytacją.

- Wejdź do środka. Śmierdzi tu moczem*.
* Odlewanie się przed gabinetem Bubeldora i szybka ucieczka stały się 

tradycyjnym rytuałem dającym prawo wstępu do Hok-pockiego Klubu Kamienia 
Żółciowego. W rezultacie kamienne płyty wokół drzwi nosiły ślady poważnych 

zniszczeń. Skrzaty domowe wspierane przez związek zawodowy odmawiały zrobienia 
czegokolwiek, argumentując: „To nie brudzenie, tylko terroryzm". Bubeldor 

nieustannie rzucał zaklęcie Szuruburu, ale nawet magia ma swoje granice, 
zwłaszcza w czasie sezonu na szparagi.

background image

31
Barry otrzepał się i wmaszerował do dusznego, zagraconego gabinetu. Alpo 

Bubeldor, dyrektor Hokpoku, stał przed długim stołem, na którym dominowały 
kałamarze i niewielkie kawałki pergaminu. Wszędzie wokół śmigały pióra, 

zanurzając się w inkauście i kreśląc coś szybko. Od ścian odbijały się odgłosy 
skrobania.

— Co to? — spytał Barry, wskazując stół.
— Oto, Trotter, nowe źródło szkolnych funduszy. Barry podniósł kawałek pergaminu 

i ujrzał nieudolnie
sfałszowany gumolski banknot tysiącfuntowy.

— Królowa ma zeza.
— Słyszycie, pióra? Musimy zacząć od początku, bo obecny tu Leonardo uważa, że 

wasza wersja gumolskiej królowej nie osiąga jego wygórowanych standardów — 
rzucił drwiąco Bubeldor.

Pióra zatańczyły z irytacją w powietrzu i podjęły skro-baninę.
— Jak sobie chcesz, mnie to nie obchodzi. - Barry schował banknot do portfela; 

Bubeldor miał rację, Gumole pewnie nic nie zauważą. Przysunął sobie krzesło.
— Nie, nie, nie siadaj, to nie potrwa długo, a szczerze mówiąc, nie chcę, żebyś 

zniszczył mi poduszki.
-Ja się myję - rzucił Barry z największym oburzeniem, na jakie potrafił się 

zdobyć, po czym nieco ciszej dodał: — ..ostatnio.
— Jak zapewne pamiętasz — zaczął Bubeldor - zeszły rok zakończył się kolejną z 

twoich żałosnych, seksualnych eskapad. Jeszcze jedną fantastyczną wyprawą na dno 
czyichś majtek.

— Doris i ja tylko...
32

Bubeldor przerwał mu.
- Wiem, co ty tylko. Wszyscy wiedzą, co ty tylko. Specjalna komisja Wizengamoniu 

spędziła całe nieprzyjemne lato, dowiadując się, co ty tylko.
- Dyrektorze, to niesprawiedliwe, że wszyscy członkowie Wizengamoniu wkurzają 

się na mnie za obmacanie jednej
dziewczyny.

- O nie. - Bubeldor zaśmiał się wyniośle. — Nie tylko jednej dziewczyny, 
Trotter, nie bądź taki skromny. Twoje ofiary są równie liczne, jak łupież na 

twojej głowie.
W powietrzu pojawił się nagle sięgający kolan stos ksiąg i upadł ciężko na 

podłogę przed Barrym, który pochylił się i odczytał tytuł: Raport Specjalnej 
Komisji Wizengamoniu do Spraw Niemoralnego Prowadzenia na temat Barryego 

Trottera alias „doktora Macango".
- Imponujący,   nieprawdaż?  Dwa  tysiące  „epizodów" w zaledwie cztery lata. 

Ile to daje na tydzień?
- Nie wiem, dyrektorze.

- Nie pytałem, to było pytanie retoryczne. Oto kolejne. Powiedz mi, Trotter, czy 
od tego wszystkiego dostałeś nowych odcisków?

- Szczerze mówiąc, zabawne, że pan pyta...
- Retoryczne oznacza, że nie nie musisz odpowiadać, głąbie - wtrącił szorstko 

Bubeldor. — Przez tę przeklętą książkę o kawiorze — z której, co podkreślam, 
szkoła nie dostała nawet grosza — Wizengamoń musiał zbadać twoje postępowanie. 

Wiesz, czemu każdy uczeń, członek ciała pedagogicznego i gość odwiedzający 
Hokpok był przez cały majowy tydzień poddawany badaniu na obecność twoich 

odcisków palców?
33

Bubeldor przerwał mu.
- Wiem, co ty tylko. Wszyscy wiedzą, co ty tylko. Specjalna komisja Wizengamoniu 

spędziła całe nieprzyjemne lato, dowiadując się, co ty tylko.
- Dyrektorze, to niesprawiedliwe, że wszyscy członkowie Wizengamoniu wkurzają 

się na mnie za obmacanie jednej dziewczyny.
- O nie. - Bubeldor zaśmiał się wyniośle. - Nie tylko jednej dziewczyny, 

Trotter, nie bądź taki skromny. Twoje ofiary są równie liczne, jak łupież na 
twojej głowie.

W powietrzu pojawił się nagle sięgający kolan stos ksiąg i upadł ciężko na 
podłogę przed Barrym, który pochylił się i odczytał tytuł: Raport Specjalnej 

background image

Komisji Wizengamoniu do Spraw Niemoralnego Prowadzenia na temat Barryego 
Trottera alias „doktora Macango".

- Imponujący,  nieprawdaż?  Dwa tysiące  „epizodów" w zaledwie cztery lata. Ile 
to daje na tydzień?

- Nie wiem, dyrektorze.
- Nie pytałem, to było pytanie retoryczne. Oto kolejne. Powiedz mi, Trotter, czy 

od tego wszystkiego dostałeś nowych odcisków?
- Szczerze mówiąc, zabawne, że pan pyta...

- Retoryczne oznacza, że nie nie musisz odpowiadać, głąbie — wtrącił szorstko 
Bubeldor. — Przez tę przeklętą książkę o kawiorze — z której, co podkreślam, 

szkoła nie dostała nawet grosza — Wizengamoń musiał zbadać twoje postępowanie. 
Wiesz, czemu każdy uczeń, członek ciała pedagogicznego i gość odwiedzający 

Hokpok był przez cały majowy tydzień poddawany badaniu na obecność twoich 
odcisków palców?

33
Barry nie odpowiedział, uczył się.

— Chcieli uczynić z ciebie przykład - ciągnął Bubeldor. — Chcieli cię zmusić, 
żebyś znalazł sobie pracę.

Barry zadrżał. Legalna praca była jego kryptonitem.
— Ale ja, choć bez wątpienia tego pożałuję, przekonałem ich, by dali ci jeszcze 

jedną szansę - rzekł dyrektor. Mówiąc, nerwowo skręcał w dłoniach baloniki, 
robiąc z nich zwierzątka. Nabrał tego nawyku w młodości, gdy z katastrofalnym 

skutkiem usiłował zatrudnić się jako klown w wesołym miasteczku*. - Powiedziałem 
ministerstwu, że Hokpokowi przyda się nieco sławy, nawet tak odrażające „nieco" 

jak ty. Przyrzekłem, że znajdę sposób, by cię ujarzmić. Zgodzili się niechętnie, 
pod warunkiem, że cała reszta studentów dostanie końskie dawki antybiotyków, a 

twoi najczęstsi partnerzy przejdą letnią terapię zniechęcającą w stylu 
Mechanicznej pomarańczy. Możesz zostać w szkole.

— Dziękuję — mruknął Barry.
— Zapewniam, że nie zrobiłem tego dla ciebie. Hokpok jest jak żywa istota, czy 

raczej byłby, gdyby żywe istoty pożerały pieniądze. A choć czynię ogromne 
postępy w zakresie zbierania funduszy — Bubeldor wskazał gestem zapalczywie 

pracujące pióra — czarodziejów nie da się naciągnąć tak
* On je robił, a feniks przepalał; w całym pokoju unosiły się dymiące strzępy 

gumy. Właśnie ten nawyk sprawił, że Bubeldor zaczął żywić irracjonalny strach 
przed balonami - wierzył, że te podróżnicze to starsi bracia małych baloników, 

zdecydowani pomścić rozrywanych pobratymców. Nie wiadomo jednak, co zrobiłby 
balon, gdyby dorwał w swe ręce (?) Bubeldora. Tak to już jest z fobiami.

34
łatwo. Potrzebujemy galonów, szczerozłotych galonów, całego mnóstwa galonów. 

Twoja obecność ściąga kandydatów, a kandydaci oznaczają czesne, które właśnie 
potroiłem. Piękne dzięki.

Bubeldor podszedł do biurka i usiadł swobodnie na jego brzegu. Gdy to uczynił, 
butelkowozielona szata rozchyliła się. Pomarszczony, obleśny staruch nie nosił 

nic pod spodem.
- Lecz twój systematyczny blitzkrieg klapsów i szczypa-nek musi się skończyć. 

Niesławny doktor Macango odkłada swój stetoskop. Masz szlaban.
- Ale jeśli dziewczyna nie ma nic przeciwko...

- Wizengamoń ma coś przeciwko — uciął dyskusję Bubeldor. Machnął ręką, z 
szuflady biurka wyskoczył zwój i pomaszerował do Barry'ego. Zaczął się rozwijać, 

coraz bardziej i bardziej. -To tylko wstępna lista.
- No dobra, przyznaję, część z tego się zgadza. Chi Ching, Doris, Hanna Krubbot, 

Hanna i Doris, Gollum*... o tym zapomniałem. - Barry zachichotał. - Chwileczkę, 
nie robiłem nic z Anginą Johnson i jej przyjaciółką, tylko patrzyłem!

Twarz Bubeldora miała nieprzenikniony wyraz, jakby powstrzymywał bąka.
- Drago Malgnoy?! - wykrzyknął Barry. - Chciałby!

- Trotter, może nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Naturalnie, dla 
kogoś takiego jak ty usunięcie ze szkoły to stałe zagrożenie, coś jak czarne 

chmury albo wizyty u fryzjera. Ale tym razem sprawy wyglądają inaczej. Krąży 
nawet petycja.

Wymiana studencka.
35

background image

- Na pewno jest prawdziwa? Widział ją pan? - spytał sceptycznie Barry. Pomyślał, 
że to, o czym mówi dyrektor, brzmi zupełnie jak jeden z pomysłów Ferda i 

Jorgego.
- Widziałem? Do diabła, Trotter, jaja podpisałem, wielkimi, zamaszystymi, 

krzywymi literami - oznajmił Bubel-dor, nieco zbyt dumnie jak na gust Barry'ego. 
- Około osiemdziesięciu siedmiu procent rodziców uczniów obecnie chodzących do 

tej szkoły podpisało żądanie, by cię usunąć, a następnie dla bezpieczeństwa 
wygnać z kraju. Owszem, liczba absolwentów jest nieco niższa, ale trzeba wziąć 

pod uwagę demencję. Tak czy inaczej, mamy do czynienia z olbrzymią falą 
oburzenia. — Dyrektor podrapał się po plamach na swej szacie. — Obawiają się o 

przyszłość następnego pokolenia magów.
- Od kiedy to właściwie nie wolno przygotowywać się do egzaminów ABW z 

genitomancji? — zapytał podstępnie Barry*.
Bubeldor zignorował ten bezczelny gambit, westchnął tylko, uznając, że z 

pewnością istnieją łatwiejsze sposoby zarabiania na życie.
- Gdyby chodziło o kogokolwiek innego - oznajmił z ogromnym znużeniem - w tej 

chwili różdżka służyłaby ci już tylko do zbierania śmieci w parku. Osobiście 
uważam

* Szlachetna, pradawna sztuka genitomacji to, jak wszyscy wiedzą, przepowiadanie 
przyszłości z rozmiaru, kształtu, barwy i ułożenia genitaliów. Nigdy nie 

stanowiła tematu ABW, standardowego egzaminu, do którego podchodzili wszyscy 
magowie w piątej klasie. ABW nie ma żadnych konotacji politycznych, oznacza po 

prostu Akumulację Bezużytecznej Wiedzy.
36

też, że parę semestrów mieszania w kotle bezpieczeństwa w Akademii Świętego 
Hilarego dla Ledwo Magicznych dobrze by ci zrobiło. Ale tego lata liczba 

kandydatów do Hokpoku wzrosła o dwadzieścia tysięcy procent, nie licząc 
żałosnych fałszywek podrzucanych przez Ferda i Jorgego. Ci dwaj to niewiarygodni 

kretyni.
- Czemu? — spytał Barry.

- Genetyka, kontakt z wielobarwnymi ogniami*. Kto wie? - odparł Bubeldor. - A, 
chodzi ci o wzrost liczby zgłoszeń? To przez tę książkę. - Bubeldor znów 

przybrał zbolałą, surową minę. — Ludzie uwielbiają czytać o kimś głupszym niż 
oni sami.

- No cóż, jeśli to pana pocieszy, lord Vielokont wrócił.
- Poważnie w to wątpię — rzekł Bubeldor. — W czerwcu wrzuciłeś go do wiórownicy. 

Wszyscy to widzieliśmy.
- Jest niezwykle odporny - nadąsał się Barry. — I próbuje mnie zabić.

* Moda ta pojawiła się w świecie magicznym mniej więcej w czasach psychodelii. A 
choć obecnie nikt już nie ubiera się jak Jimmi Hendrix, wielobarwne (a nawet 

stroboskopowe) ognie wciąż cieszą się sporą popularnością. Niestety, chemikalia 
używane przez magów do osiągnięcia podobnych efeków wydzielają gaz wywołujący 

halucynacje. Obiektywni obserwatorzy uważają, że co najmniej dwadzieścia pięć 
procent „magii", którą czarodzieje uważają za prawdziwą, to jedynie żałosne 

złudzenia. Gaz czyni także człowieka niezwykle podatnym na sugestie, dzięki 
czemu twierdzeń o magii nie da się odrzucić. Jeśli ktoś powie: „właśnie cię 

immupetyzowałem", to, gdy pozostajesz pod wpływem wielobarwnego, stroboskopowego 
bądź czarnego ognia, wierzysz mu.

37
też, że parę semestrów mieszania w kotle bezpieczeństwa w Akademii Świętego 

Hilarego dla Ledwo Magicznych dobrze by ci zrobiło. Ale tego lata liczba 
kandydatów do Hokpoku wzrosła o dwadzieścia tysięcy procent, nie licząc 

żałosnych fałszywek podrzucanych przez Ferda i Jorgego. Ci dwaj to niewiarygodni 
kretyni.

— Czemu? - spytał Barry.
— Genetyka, kontakt z wielobarwnymi ogniami*. Kto wie? - odparł Bubeldor. - A, 

chodzi ci o wzrost liczby zgłoszeń? To przez tę książkę. — Bubeldor znów 
przybrał zbolałą, surową minę. - Ludzie uwielbiają czytać o kimś głupszym niż 

oni sami.
— No cóż, jeśli to pana pocieszy, lord Vielokont wrócił.

— Poważnie w to wątpię - rzekł Bubeldor. - W czerwcu wrzuciłeś go do wiórownicy. 
Wszyscy to widzieliśmy.

background image

— Jest niezwykle odporny - nadąsał się Barry. -1 próbuje mnie zabić.
* Moda ta pojawiła się w świecie magicznym mniej więcej w czasach psychodelii. A 

choć obecnie nikt już nie ubiera się jak Jimmi Hendrix, wielobarwne (a nawet 
stroboskopowe) ognie wciąż cieszą się sporą popularnością. Niestety, chemikalia 

używane przez magów do osiągnięcia podobnych efeków wydzielają gaz wywołujący 
halucynacje. Obiektywni obserwatorzy uważają, że co najmniej dwadzieścia pięć 

procent „magii", którą czarodzieje uważają za prawdziwą, to jedynie żałosne 
złudzenia. Gaz czyni także człowieka niezwykle podatnym na sugestie, dzięki 

czemu twierdzeń o magii nie da się odrzucić. Jeśli ktoś powie: „właśnie cię 
immupetyzowałem", to, gdy pozostajesz pod wpływem wielobarwnego, stroboskopowego 

bądź czarnego ognia, wierzysz mu.
37

— Daj spokój, tylko znów nie zaczynaj.
— Niech pan spojrzy.

Barry, wściekły, że dyrektor mu nie wierzy, wskazał ręką drzwi gabinetu. 
Gwiazdki powoli przegryzały się przez drewno.

-Trotter, nawet gdyby Terry Vielokont mógł przeżyć proces wiórowania, w co 
bardzo wątpię...

Bubeldor ujrzał, jak za plecami Barry'ego Vielokont wychyla się zza ciężkiej 
zasłony. Dyrektor postąpił szybko kilka kroków w stronę chłopaka, położył mu 

ręce na ramionach.
— Hej! - zaprotestował Barry. — Zabieraj łapy, zboczeńcu!

— Za chwilę... To tylko gest ojcowskiej troski - skłamał Bubeldor i niemal 
niedostrzegalnie skinął głową. Vielokont uniósł dmuchawkę i wycelował w plecy 

Barry'ego. - Jesteś tu absolutnie bezpieczny, zawsze jesteś. Do diabła!
Strzałka chybiła, wbijając się w biurko Bubeldora, które jęknęło słabo i uległo 

błyskawicznej dezintegracji.
Barry odwrócił się gwałtownie i ujrzał przed sobą Vielo-konta w całej jego 

krasie.
— Jest tu przecież! - zawołał. - To Vielokont, aresztuj go! Nikt nawet nie 

drgnął, a potem Bubeldor zaśmiał się
krótko, nerwowo.

-Trotter, naprawdę potrzebne ci nowe okulary. Nie potrafisz nawet rozpoznać 
posągu? - Podszedł do postaci i stuknął pięścią w czubek jej głowy.

— Pszesztań - mruknął Vielokont, nie poruszając wargami.
— Choć, przyznaję, to bardzo wierna podobizna. Barry również podszedł bliżej i 

przyjrzał się swojemu odwiecznemu wrogowi.
38

- Od kiedy posągi śmierdzą chińskim żarciem?
- Czyż to nie zadziwiające? - zapytał Bubeldor. - Nawet zapach jest prawdziwy. 

Kupiłem go w stoisku z antykami przy Portobello Road.
- Akurat. — Barry, wciąż nie do końca przekonany, odwrócił się i błyskawicznie 

spojrzał z powrotem. - O proszę! - zawołał, podskakując gorączkowo. — Ruszył 
się, podrapał się po nosie! Widziałem!

- Niepravda — wymamrotał Vielokont.
-Widzisz, Trotter — dodał Bubeldor - wcale tego nie

zrobił.
- Aaaa! - wrzasnął sfrustrowany Barry. Rzucił się na ziemię i zaczął tłuc 

pięściami w posadzkę. - Wy, sukinsyny!
- Trotter — warknął zniecierpliwiony Bubeldor. — Przestań się wydurniać. Mam 

sporo spraw na głowie i muszę je załatwić przed rozpoczęciem uroczystości w 
Wielkiej Sali. Jacyś drugoroczniacy znów zaczarowali przybory toaletowe

Snajpera.
Barry na sekundę przestał walić pięściami i uśmiechnął się pod nosem. To on w 

zeszłym roku nauczył ich zaklęć Dziąsłożer i Gryzgrzebień.
Dyrektor dostrzegł ten uśmiech.

- Uważasz, że to zabawne? — rzucił gniewnie. — Tylko żabi włos dzieli cię od 
usunięcia.

- Chwileczkę - zaprotestował Barry - żaby nie mają
włosów.

- Tak właśnie blisko jesteś — uciął Bubeldor. Nasz bohater podjął ostatnią 
próbę.

background image

- Ale, dyrektorze, mam przecież piętnaście lat, przechodzę przez naturalny okres 
ciekawości i głodu wiedzy.

39
— Naturalny? Nie w twoim wykonaniu, synu. Rozdzie-wiczasz hurtowo. Bawisz się w 

doktora częściej niż cała akademia medyczna.
Barry chciał zaprzeczyć, ale nie mógł. Zeszłej wiosny tak wiele czasu spędzał 

wśród bobrów, że centaury mianowały go honorowym satyrem i podarowały własną 
tamę.

Ktoś kichnął. Barry odwrócił się błyskawicznie - posąg wycierał nos.
- Gesundheit — rzucił Bubeldor.

- Danke schón - odparł Vielokont.
- Dyrektorze, to nie jest rzeźba. - Barry kipiał oburzeniem. - On kichnął! Poza 

tym zna niemiecki.
Bubeldor zastanawiał się moment, po czym przybrał najbardziej wzgardliwą minę.

— Oczywiście, że tak, Trotter, jest przecież magiczny. My wszyscy jesteśmy 
magiczni. Nazywasz się Barry, żyjesz na Ziemi. A teraz - podjął z westchnieniem 

- do rzeczy. Uznaj to za oficjalne ostrzeżenie. Nie wolno ci w tym roku tknąć w 
nieczystych zamiarach żadnego ucznia. Jeśli to zrobisz, zostaniesz natychmiast, 

niezwłocznie, nieodwołalnie i ku mojej wielkiej radości skreślony z listy 
uczniów. Plakaty z tą informacją rozwieszono już we wszystkich miejscach 

publicznych. Uczniowie otrzymają też.ulotki z twoim zdjęciem i 
najpopularniejszymi pseudonimami.

Najpierw Hamgryz w sukience, a teraz to. Czy piąty rok mógł stać się jeszcze 
gorszy? -Ale...

— Nie skończyłem: zachowując wszelką dyskrecję, rzuciłem zaklęcie na wszystkich 
magicznych nastolatków w promieniu stu mil. Jeśli w ich obecności rozepniesz 

rozporek,
40

zsuniesz spodnie, wyciągniesz pasek lub zrobisz cokolwiek innego w okolicy 
krocza, rozlegnie się alarm. To odmiana Bariery Wiekowej - dodał z dumą 

Bubeldor. — Sam ją wymyśliłem.
- Nie możesz tego zrobić! - krzyknął Barry. - A co z moimi prawami 

obywatelskimi?
- Trotter, ty nie masz żadnych praw. — Bubeldor uśmiechnął się złowieszczo. - 

Jesteś uczniem, możesz już iść.
Drzwi się otwarły, Barry odwrócił się na pięcie.

- Stary pierdziel - wymamrotał pod nosem. - Krzywy konar już ci nie staje i...
- A właśnie, że staje, parszywy smarkaczu — szepnął bezdźwięcznie Bubeldor. — 

Zapominasz, że w moim gabinecie potrafię czytać w myślach... Magiczna tapeta*...
Z ręką na klamce Barry uniósł wzrok i ujrzał portret byłego dyrektora, 

otoczonego wianuszkiem opalonych, biuś-ciastych blondynek. Wszystkie śmiały się 
z niego. Barry pożegnał je nieprzystojnym gestem i wyszedł.

- Och, Bubeldor - powiedział niewielki portret Dioni-zosa Hefnera. - Naprawdę 
powinieneś się wyluzować. Seksualność to jeden z największych darów. To ona 

czyni z nas ludzi, to...
Bubeldor podszedł do niego.

- Czy boli, kiedy to robię? - spytał, pstrykając w obraz.
* Ta tapeta jest w istocie rozumna. Nie ma co prawda zdolności telepatycznych, 

lecz każdy widoczny na niej kwiat to ucho i dzięki tak wielu uszom tapeta słyszy 
nawet najlżejszy dźwięk. A związki chemiczne łączące się w mózgu i tworzące 

myśli także wydają dźwięki.
41

ROZDZIAŁ 3
RKt

Dwadzieścia cztery lata później Barry wciąż czuł wściekłość na Bubeldora. 
Wyciągnięty wygodnie na wyleniałej, poplamionej kozetce w wyleniałym, 

poplamionym gabinecie Ritalina, zahipnotyzowany* Barry poruszył się.
- Porządne  zaklęcie  Nerkamieńnaszaniec  załatwiłoby starego durnia - rzekł 

jadowicie.
- Mhm. A zatem wyszedłeś z gabinetu Bubeldora. Mów dalej. — Doktor Ritalin 

przestał robić notatki i obracał w rękach zabawkę z biurka. - Co teraz robisz?
- Piszę na ścianie Alpo ssie... Teraz wchodzę do Wielkiej Sali.

background image

Barry w paskudnym nastroju wszedł do Wielkiej Sali, wypełniającej się powoli 
uczniami czekającymi na uroczystość

* No dobra, wiem, że to nie najbardziej oryginalna metoda rozpoczęcia preąuelu, 
ale przynajmniej jest lepsza niż - tak, zgadliście! - zaklęcie. Albo sen. Albo 

kryształowa kula. Pamiętajcie, banał to banał tylko, jeśli zwracacie na niego 
uwagę.

42
rozpoczęcia roku szkolnego. Lon Gwizzley i Herbina Grin-gor, oboje świeżo 

mianowani perfektami, wprowadzili właśnie do środka najnowszą grupkę 
pierwszoroczniaków. Drago Malgnoy, także perfekt, zmuszał Slizgorybów, by 

uklękli, złożyli mu przysięgę krwi i ucałowali go w pierścień.
- Kleium — wymamrotał Barry, i następny suplikant, bezradny drugoroczniak, 

przylepił się na amen.
-A teraz powiedz... Hm, co by tu wybrać?... „Drago to najwspanialszy człowiek na 

świecie i uznałbym za najwyższy zaszczyt, gdyby pozwolił mi zjeść wielkie ciasto 
upieczone z jego suszonego moczu".

- Mf, mf! Mmmf, mmf, mmmf. - Drugoroczniak zaczął panikować.
- Puszczaj! - ryknął Drago, lecz wargi chłopaka pozostały na pierścieniu.

Dwójka przydupasów Drąga, Flabbe i Oyle, chwyciła go za nogi i szarpnęła. 
Drugoroczniak wrzasnął, gdy jego wargi się rozciągnęły. Drago ryknął, czując, 

jak palec wyskakuje mu ze stawu.
W końcu sygnet zsunął się z niego. Flabbe, Oyle i drugoroczniak polecieli 

gwałtownie w tył, przeniknęli przez Krwawego Imbecyla i wpadli na olbrzymią 
kucharkę Fistu-lettę, już wcześniej wkurzoną tym, że musi sprzątać owoce 

kolejnych „wypadków" przerażonych pierwszoroczniaków. Fistuletta zaczęła okładać 
Frabbe'a, Oyle'a i drugoroczniaka ciężkim od pomyj mopem.

Gdy zamieszanie ucichło i uczniowie zajęli miejsca, Barry spojrzał na wielki 
stół. Wszystkie miejsca były zajęte - prócz krzesła Hamgryza. A skoro mowa o 

pustych krzesłach, to wokół Barry'ego pozostało ich całkiem sporo. Najwyraźniej
43

propaganda Bubeldora zaczynała działać. Z całego Graffito-nu tylko Lon i Herbina 
mieli dość odwagi, by usiąść obok.

— Dzięki — rzekł do Herbiny Barry.
— Uznaliśmy, że złapaliśmy już od ciebie wszystko, co mogliśmy złapać - oznajmił 

radośnie Lon.
— Mów za siebie - zaprotestowała Herbina. Już dawno postanowiła zachować 

dziewictwo aż do ślubu, na swój zwykły, bardzo publiczny i perfekcjonistyczny 
sposób. -Zamierzam być bardziej dziewicza niż wyspy. - Herbina zawsze umiała 

osiągać swe cele.
— Maruda — mruknął Barry. — Gdzie jest Hamgryz?

— Zgubił się, przewożąc pierwszoroczniaków. Zajęło mu to ponad godzinę — 
wyjaśniła Herbina.

— Chryste. - Barry pokręcił głową. - Przecież wystarczy wycelować w stronę 
cholernej szkoły i wiosłować.

— Pewnie był pijany — wtrącił Lon.
— Tak jakbyś powiedział „pewnie był żywy" — rzucił Barry.

— Zamknijcie się, już zaczyna — warknęła Herbina. Lon jednak gadał dalej:
— Gdy w końcu tu dotarł, siostra Pommefritte uparła się podobno, by chuchnął w 

alkomat.
— Ciii - syknęła Herbina.

— Pewnie zepsuł go na amen. — Barry zaśmiał się. Herbina rzuciła krótkie 
klapsowe zaklęcie na tyły ich

głów.
— Zamknijcie się, koniobójcy, nie słyszę piosenki.

W tym roku Tiara Nadziału była głosem numer jeden. Dodała do swego numeru sekcję 
rytmiczną z playbacku. Dwa magiczne adaptery zaczęły skreczować i Tiara 

zaśpiewała:
44

Wiemy, że to bezsensowne, banalne i wredne, Lecz oszczędźcie marudzeń, wcale się 
nie przejmę. Musimy was podzielić, nie ma się co szczypać, Byście mieli się o co 

tłuc, a autor co pisać, Pomiędzy cztery Domy o zlej reputacji, Pełne miernych 
atrakcji i łże-machinacji. Rovertour, zgodnie z myślą syjzałożyciela, Zbiera 

background image

tylko debili i do siebie wciela, Ślizgorybi to sami złodzieje i mendy, Co mnożą 
swe bogactwa, zabierając biednym. Gobryk Graffiton talent miał, hej, co się 

zowie, By znaleźć wszystkich tchórzy i zwabić ku sobie. A co do Pujpijpafów 
porąbanej braci, Gadka jest krótka: biorą tego, kto zapłaci. Oto hokpockie Domy 

w całej wszawej krasie, Każdy zbiera wypierdków w niedomytej masie, Każdy ma swe 
tradycje, szaliki i prawa, podzielmy więc was szybko, mam na zębach pawia.

— Może się nie znam - mruknął Barry — ale uważam, że hip-hop to wyraźny postęp.
Lon, wielbiciel hip-hopu, parsknął pogardliwie.

— Tylko jeśli zdołamy wciągnąć ją w wojnę gangów.
— Przecież ta tiara to tylko nakrycie głowy. - Herbina natychmiast ruszyła z 

odsieczą. - Barry, czy to cień rzucany przez świece, czy znów próbujesz 
wyhodować sobie baki?

— Może.
— Odpuść sobie, stary — rzekł Lon. — Brak ci testosteronu. Nawet Herb jest 

bardziej włochata niż ty.
45

— Herb jest bardziej włochata niż Fistuletta - rzekł z urazą Barry.
Herbina rzuciła w niego bułką, Barry jednak nie zareagował — całą uwagę skupił 

na przydzielanych właśnie pierw-szoroczniakach. Mali, żałosni przedludzie, 
śmiesznie łatwe ofiary. Czy on także był kiedyś taki drobny, bezbronny jak 

zwierzątko? Miał wrażenie, że minęły całe wieki od dnia, gdy zjawił się w 
szkole, niebezpiecznie niedożywiony i całkowicie nieuświadomiony.

- Uczniowie — zaczął Bubeldor. — Mam kilka ogłoszeń
na otwarcie semestru.

Uczniowie odpowiedzieli jękami irytacji.
Bubeldor uniósł w przyjacielskim geście dwa palce.

— Wiem, że niektórzy z was pierwszoroczniaków spędzili parę godzin, błąkając się 
na jeziorze Mamory, a Ekspress Hokpocki zepsuł się parę razy podczas przeprawy. 

Będę się zatem streszczał. Po pierwsze, i dość ważne, Furcząca Fanny prosiła, 
żebym powtórzył osobie bądź osobom odpowiedzialnym za przywołanie pewnych 

niespłukiwalnych obiektów do toalety damskiej na górnym piętrze południowego 
skrzydła, by, cytuję: „Przestały natychmiast, albo poznają mój gniew". Sam 

zaznałem już kiedyś gniewu Fanny i wierzcie mi, nikt z nas tego nie chce. Na 
całym świecie nie ma dość odświeżacza powietrza. Pamiętajmy po prostu, że dla 

nas to tylko toaleta, ale dla niej to dom i bądźmy mili dla Fanny. Dobrze? Po 
drugie, wielu z was widziało już zapewne plakaty, powtórzę jednak raz jeszcze: 

wszystkim uczniom Hokpoku zabrania się angażować w jakiekolwiek czynności 
romantyczne, zapoznawcze czy nawet przesadnie przyjacielskie z uczniem piątego 

roku z Graffitonu, Barrym
46

Trotterem. Barry — polecił Bubeldor — wstań, żeby wszyscy cię zobaczyli.
Barry niechętnie dźwignął się z miejsca i uśmiechnął dzielnie, słysząc złośliwe 

okrzyki.
- Podnieś grzywkę. Jakieś inne znaki szczególne? Nie? Dziękujemy, panie Trotter, 

może pan usiąść. — Bubeldor wyraźnie napawał się poniżeniem Barry'ego. — Jeśli 
pan Trotter złoży wam jakąkolwiek niemoralną propozycję, zawiadomcie 

bezzwłocznie perfekta albo dyrektora swego Domu, a my zajmiemy się magiczną 
kastracją.

Tłum wydał z siebie donośny, dwutonowy okrzyk: „Oo".
- Cisza, cisza - rzekł Bubeldor. - Wiem, że to cieszy nas wszystkich, ale 

załatwmy do końca ogłoszenia. Po trzecie, niektórzy z was zauważyli zapewne, że 
wśród nauczycieli pojawiła się nowa twarz. Chciałbym wam przedstawić pannę 

Dolares Urwis.
Z sąsiedniego krzesła wstała uśmiechnięta dziewczynka, licząca sobie najwyżej 

osiem lat. Splecione w warkoczyki włosy przewiązała koronkowymi, różowymi 
wężami. Odpowiedziały jej gwizdy, ktoś rzucił winogrono. Zrządzenie kapryśnego 

losu sprawiło, że owoc wpadł jej wprost do ust, po czym utknął w tchawicy.
Bubeldor skrzywił się ponuro - jak dotąd choć raz wszystko szło jak należy. 

Snajper szybko przywołał przetykaczkę, przycisnął ją do twarzy dziewczyny i 
usunął owoc.

- Przestańcie. Uczniowie, czy nie możemy zjeść spokojnie choć jednego posiłku?
W odpowiedzi na dyrektora posypał się grad kawałków jedzenia. Pozostali 

background image

uczniowie zaczęli na ten widok, w nagłym przypływie odwagi, przywoływać i ciskać 
wszystkim,

47
od garnków pełnych gęstego sosu, po udźce baranie i całe szynki.

— A w Chinach głodują ludzie — warknął gniewnie Lon, gdy bracia wykorzystali 
okazję, zwalając mu na głowę stosy

śmieci.
- Nie wydaje mi się, żeby wciąż tak było, Lon — odparł Barry w chwili, gdy 

dwukrotnie pieczony ziemniak wylądował na podłodze tuż obok i eksplodował, 
rozrzucając wokół strzępki stopionego żółtego sera i bekonu. - Kiedyś to były 

Chiny, teraz chyba zastąpiła je Afryka.
- Kiedy Afryka stanie się komunistyczna, powiem: Afryka. — Lon uskoczył.

- Jaka szkoda — mruknęła Herbina. — Skrzaty domowe będą sprzątały całą noc.
- Mogłabyś im pomóc - zaproponował z naciskiem Barry.

- O nie. — Herbina wycelowała we wroga z Pufpifpa-fu. - Mam przecież obowiązki 
perfekta.

- A nasz Mao Tse-tung? - Miał na myśli Łona, który ostatnio przeżył specyficzne 
przebudzenie polityczne.

- Nie ma mowy. - Lon zręcznie uchylił się przed ciśnię-tym przez Jorgego 
krzesłem. — Muszę rozpocząć indoktrynację pierwszoklasistów. Nie mogę pozwolić, 

aby niewłaściwe idee zapuściły w nich swoje korzenie.
I tyle, jeśli chodzi o dorastanie, pomyślał z satysfakcją Barry. Minione lato 

niczego nie zmieniło. Hokpok, jak zwykle brutalny, chaotyczny i wręcz kipiący 
nieodpowiedzialnością, był wieczny. Podczas gdy nauczyciele ukryli się pod 

wielkim stołem, a wokół szalała jedzeniowa burza, Barry pomyślał ukontentowany: 
dobrze jest wrócić do domu.

48

- .. .Trzy... dwa... jeden - powiedział doktor Ritalin. - Kiedy pstryknę 
palcami, obudzisz się odświeżony i wypoczęty.

- Okej. - Barry usiadł.
- Nie, nie, zaczekaj, aż pstryknę palcami.

- W porządku — powiedział potulnie Barry.
- Już lepiej - mruknął Ritalin. — Musimy załatwić to jak należy. Inaczej możemy 

uszkodzić ci mózg.
- Przynajmniej tym razem nie spadłem z kanapy.

- Cii. - Ritalin pstryknął palcami. -Jesteś całkiem przytomny. Jak się czujesz?
- Chyba dobrze... Zaczekaj, coś jest nie tak. - Barry zerwał się nagle. — Gdzie 

mój portfel?
- Uhm, po prostu go dla ciebie przechowywałem. — Ritalin wyłowił portfel 

Barry'ego ze swojej kieszeni. — Bałem się, że mógłby wypaść. — Zakasłał nerwowo.
- Jasne. A gdzie pieniądze?

- Schowałem je do kieszeni, na wypadek gdyby rozsypały się po pokoju.
- Uh-uh. - Barry pomyślał, że gość nie wygląda na godnego zaufania; trzeba 

będzie uważać na niego przez resztę książki. - I co powiedziałem?
- „A gdzie pieniądze?" - odparł doktor Ritalin. — Naprawdę martwi mnie twoja 

pamięć. Mam lek, który...
- Na pewno, na pewno. Chodziło mi o to, co powiedziałem w stanie hipnozy. Jak 

daleko się cofnęliśmy?
- Musiałeś stanąć przed całą szkołą — wyjaśnił Ritalin. - Bubeldor ogłosił, że 

jesteś nieczysty. Czy też, jak ja mawiam, nosferatu.
49

- Boże, piąta klasa, najgorszy rok w szkole. Dwanaście miesięcy niekończącego 
się syfu, który miał wszystkie inne syfy pod sobą.

- Dlaczego? - spytał łagodnie Ritalin.
- Bo właśnie w tym roku Lon został ranny. I ta dziewczyna... pierwsza, na 

punkcie której naprawdę oszalałem. -Barry szukał stosownych słów. - Oczywiście, 
w tamtym czasie byłem jedną wielką chodzącą erekcją.

- Herbina? - spytał doktor Ritalin.
- Boże, nie, nie. Na imię miała Bea. Ona... zniknęła.

- Zniknęła? - powtórzył lekarz. - Myślisz, że po prostu postanowiła spotykać się 
z kimś innym i wolała ci o tym nie mówić?

background image

- Nie, ona zniknęła. Jakby przeniosła się do innego wy-
miaru.

- Rozumiem. Czy wiele dziewcząt, z którymi się spotykałeś jako chłopiec, 
przeniosło się do innego wymiaru? Brzmi traumatycznie. - Ritalin zapisał coś w 

notatniku. -Myślisz, że jej zniknięcie przyczyniło się do twej świadomej 
decyzji, by nie dorastać?

Barry eksplodował niczym tubka pasty do zębów przejechana przez ciężarówkę.
- Co to znaczy decyzji? Juniortazja nie kryje się w moim umyśle! Nie wyobraziłem 

jej sobie. Nie wyobraziłem sobie tego, że nie golę się od pół roku. - Dosłownie 
kipiał wściekłością. - Chcę stać się starszy, tyle że Bubeldor rzucił na mnie 

zaklęcie i teraz... - Jego gniew ostatecznie wyzionął ducha. — Psychiatria to 
jedna wielka bzdura. Nie powinienem dać się namówić Herbinie na te sesje.

50
- O tak, psychiatria to bzdura. - Ritalin zdjął monokl (nosił dwa) i zaczął go 

czyścić. - W odróżnieniu od magii.
Barry spuścił nogi z kozetki. -Posłuchaj no...

- Panie Trotter, powtarzałem to już wiele razy. Granica pomiędzy umysłem i magią 
jest bardzo niewyraźna. Celujemy w coś różdżką i coś się dzieje. Puf.

- Bardzo rzadko słychać prawdziwe „puf" - zażartował Barry.
Ritalin zignorował go.

- Co to sprawiło? Coś poza nami. Magia? Coś wewnątrz? Umysł, wola? Czy też jedno 
i drugie?

Barry w końcu przerwał dąsanie się na dostatecznie długo, by przyznać rozmówcy 
rację.

- A zatem uważasz, że tak naprawdę to mój umysł nie pozwala mi dorosnąć? Że w 
jakiś sposób postanowiłem pozostać dzieckiem?

- Ja nie wiem. A ty? - spytał Ritalin.
- Ja nie wiem. A ty? - powtórzył Barry.

- Ja nie wiem. A ty?
Siedem minut później, nie widząc szansy na szybkie zakończenie tego impasu, 

doktor Ritalin uniósł dłoń.
- Musimy przerwać - oznajmił. - To doskonały punkt zaczepienia. Zaczniemy od 

niego następnym razem.
ROZDZIAŁ 4

Od czasów, gdy Barry był uczniem, minęło wiele lat, lecz Hokpok prawie się nie 
zmienił. Owszem, podejmowano śmiałe próby — obecnie sponsorem zajęć z eliksirów 

była Goca-Cola Company - lecz zmiany okazywały się zaledwie kosmetyczne. 
Prawdziwe innowacje szybko umierały.

Niektóre budynki nawiedzają myszy, inne termity. Szkoła Magii i Czarów-Marów 
Hokpok miała problem z tradycjami. Wewnątrz pokrytych porostami, kruszących się 

murów żyły odwieczne tradycje załatwiania wszystkiego — nieskuteczne, 
bezsensowne i często niebezpieczne tradycje, które przekazywali sobie kolejno 

skretyniali przodkowie, zbyt pijani i obłąkani, by się tym przejmować.
„Groszek należy zawsze jeść nożem, użytkownicy łyżek ukarani zostaną pięcioma 

batami, widelców — dziesięcioma". „Pierwszoroczniacy muszą lizać kontakty, jeśli 
każe im tak perfekt". „Każdego ucznia przyłapanego na gwizdaniu arii z Mikada 

czeka natychmiastowa egzekucja". Czy były to żarty? Może kiedyś - teraz jednak 
niczym stare, ropiejące

52
wrzody tradycje te mocno zrosły się z niesławną reputacją szkoły, ku irytacji i 

oburzeniu wszystkich. Lecz tradycję należy szanować. W rezultacie niewiele 
dawało się zrobić i nic nie szło jak należy.

Nie każda akademia magiczna miała podobne problemy. Na przykład Schadenfreude 
była niemiłosiernie nowoczesna. Jej siedziba została właśnie gruntownie 

przebudowana przez BMW (w efekcie szkoła potrafiła rozpędzić się od zera do 
setki w niecałe dwadzieścia sekund). Beaubeaux było galijskie do szczętu — 

czasami może niezbyt sprawne, lecz ten wystrój! Ta kuchnia! Te mundurki! W 
Ameryce tradycje nie istniały; na każde dziesięć magicznych tytułów sześć 

przyznawano przez sieć. Lecz w Hokpoku wszystkie najważniejsze elementy 
zatrzymały się w czternastym wieku. Tylko tam studenci mieli własny klub 

chłosty, tylko tam, opuszczając zajęcia, usprawiedliwiali się czarną śmiercią.
- To ich wzmacnia - mawiał Bubeldor, po czym dodawał nieodmiennie ze złośliwym 

background image

uśmiechem: — a czesne jest
bezzwrotne.

Lecz wiatr zmian zaczął już wiać i choć raz nie niósł ze sobą smrodu 
Hamgryzowych członków. Alpo Bubeldor nie żył (?), jego miejsce zajęła Herbina 

Gringor*. Herbina, jak zawsze rozsądna i zdecydowana, zamierzała zaciągnąć siłą 
omszałą kupę gruzów, jeśli nie w lata współczesne, to przynajmniej do czasów 

Rewolucji Przemysłowej. Wiedziała, że nie będzie łatwo, nie miała do czynienia z 
ludźmi racjonalnymi. Zaczęła zatem od zatrudnienia szkolnego psychiatry.

* Pełną historię znajdziecie w Barrym Trotterze i Niepotrzebnej kontynuacji. 
Jeśli oczywiście wystarczy Wam odwagi.

53
Od wieków wiadomo, że każda czynność magiczna -eliksir, zaklęcie, przedmiot — 

powoduje szczególne wibracje. I choć gumolscy lekarze dowiedli (na swój własny, 
absurdalny, „naukowy" sposób), że długotrwałe narażenie na kontakt z owymi 

wibracjami sprawia, że ludzki mózg rozpływa się w rzadką maź*, władze szkolne od 
stuleci nie zgadzały się na zatrudnienie dyplomowanego specjalisty od zdrowia 

psychicznego.
Dlaczego? To proste — uznały, że pierwszym, co uczyniłby każdy rozsądny 

psychiatra, byłoby umieszczenie w ośrodku zamkniętym dyrektora Bubeldora. 
Posunięcie to, całkowicie logiczne i najpewniej niezbędne, nasuwało jednak 

bolesne pytania, takie jak: Co z resztą personelu? Członkami rady? Uczniami? Gdy 
już raz zaczniemy wywozić świrów, kiedy mamy przestać? Nikt nie miał ochoty na 

podobne problemy. Po co w końcu istnieje świat akademicki, jeśli nie po to, by 
społeczeństwo miało gdzie upychać wszelkich malkontentów i dziwaków. No dobra, 

nauczyciel to wariat. Ale obłęd poszerza horyzonty. „Poza tym", dodawali 
członkowie rady nadzorczej, „wariaci pracują taniej". Na przykład profesor Pupps 

od dwudziestu lat pobierał pensję w kamyczkach.
Herbina jednak nie dała za wygraną. Czemu każda najgorsza gumolska szkoła miała 

własnego psychiatrę, który mógł urządzać konferencje prasowe za każdym razem, 
gdy jakiemuś uczniowi odbiło, a Hokpok musiał w tym celu zatrudniać Krwawego 

Imbecyla? Dodatkowo jeszcze
* Nazywają to syndromem Trottera. Barry nie jest tym zachwycony, ale taka jest 

cena sławy.
54

dochodziła kwestia ubezpieczenia. Po tym, jak oszalały, nagi jak go pan Bóg 
stworzył Hamgryz próbował złożyć graffitońskiego trzecioklasistę w ofierze bogu 

piwa, członkowie rady zgodzili się w końcu na prośbę Herbiny. Ale pod jednym 
warunkiem: sam psychiatra także musiał być

świrem.
Niełatwo było znaleźć kogoś takiego, członkowie tej profesji żywili bowiem 

niewytłumaczalne uprzedzenia wobec normalnych inaczej. Na szczęście, doktor 
Ernst Ritalin idealnie spełniał wszystkie warunki. W ciągu ostatnich dwudziestu 

lat został skreślony z listy członków, usunięty bądź wyrzucony fizycznie z 
każdego zawodowego stowarzyszenia, w tym z paru, które sam wymyślił. Chudy, 

łysiejący i pomarszczony Ritalin przypominał bociana zaplątanego w kilkanaście 
jardów zaplamionego herbatą tweedu. Jakiś czas temu wpadł na pomysł noszenia 

monokla, by wyglądać bardziej dystyngowanie. Ostatnio zaczął nosić dwa.
Jednakże Ritalin nie był ot, takim sobie zwykłym esk-centrykiem, o nie. Wiele 

lat temu, jako zapominalski doktorant, Ritalin wstał gwałtownie z kucek i 
uderzył głową wprost w otwartą szufladę. W efekcie urazu mózgu trzydzieści sześć 

godzin przeleżał w śpiączce. Rodzina była przekonana, że kopnie w kalendarz. 
Później pożałowali, że tak

się nie stało.
Niegdyś potencjalnie obiecujący, Ernst Ritalin ocknął się ze śpiączki jako nowy 

człowiek - nowy i totalnie nawiedzony. W jakiś sposób myśl, która przyszła mu do 
głowy w chwili zderzenia, utkwiła w niej na dobre i doktor uwierzył święcie, że 

ludzki mózg działa najlepiej na wysokości metra nad ziemią.
55

Tak oto zaczęła się krucjata Ritalina. Każdego, kto zechciał go wysłuchać, nękał 
opowieściami o swym odkryciu - Herbina znalazła go na placu zabaw w Hogsbiede, 

gdy rozdawał broszurki siedmiolatkom. Teraz bezustannie krążył po korytarzach 
Hokpoku, sprawdzając wysokość każdej mijanej głowy fachowym, wyćwiczonym okiem. 

background image

Noszących je zbyt wysoko zmuszał, by się zgarbili, często czyniąc to boleśnie i 
po krótkim pościgu. W obronie Ritalina należy przyznać, że sam także stosował 

się do własnych zasad i chodził przykurczony niczym krab, szurając nogami.
Uczniowie Hokpoku wkrótce nauczyli się unikać doktora podczas tępych przemarszów 

z jednej klasy do drugiej. Nigdy nie wiedzieli, kiedy przygarbiony, cuchnący 
tytoniem furiat wpadnie w tłum uczniów i z płonącymi oczami na oślep wybierze 

szczególnie wysoką ofiarę, po czym brutalnym pchnięciem przygnie jej szyję i 
plecy.

Mimo tych nawyków - właściwie można by nawet nazwać je objawami - Herbina 
stopniowo uwierzyła, że praca z doktorem Ritalinem może uleczyć juniortazję 

Barry'ego. Jej opinia brzmiała: „To na pewno nie zaszkodzi" i Herbina wygłaszała 
ją często i bardzo głośno.

Barry miał pewne wątpliwości. Według niego podświadomość wyglądała jak 
wyładowana po brzegi szafa i każdego, kto byłby dość głupi, żeby otworzyć drzwi, 

czekała niemal pewna śmierć pod lawiną najróżniejszych drobiazgów. Miał 
nadzieję, że dzięki wykorzystaniu biernego małżeńskiego oporu - niechętna zgoda 

i szybka zmiana tematu — zdoła sprawić, by Herbina straciła zainteresowanie całą 
sprawą. Lecz pewnego ranka, przy śniadaniu, przeszła do ataku.

56
Tak oto zaczęła się krucjata Ritalina. Każdego, kto zechciał go wysłuchać, nękał 

opowieściami o swym odkryciu — Herbina znalazła go na placu zabaw w Hogsbiede, 
gdy rozdawał broszurki siedmiolatkom. Teraz bezustannie krążył po korytarzach 

Hokpoku, sprawdzając wysokość każdej mijanej głowy fachowym, wyćwiczonym okiem. 
Noszących je zbyt wysoko zmuszał, by się zgarbili, często czyniąc to boleśnie i 

po krótkim pościgu. W obronie Ritalina należy przyznać, że sam także stosował 
się do własnych zasad i chodził przykurczony niczym krab, szurając nogami.

Uczniowie Hokpoku wkrótce nauczyli się unikać doktora podczas tępych przemarszów 
z jednej klasy do drugiej. Nigdy nie wiedzieli, kiedy przygarbiony, cuchnący 

tytoniem furiat wpadnie w tłum uczniów i z płonącymi oczami na oślep wybierze 
szczególnie wysoką ofiarę, po czym brutalnym pchnięciem przygnie jej szyję i 

plecy.
Mimo tych nawyków - właściwie można by nawet nazwać je objawami — Herbina 

stopniowo uwierzyła, że praca z doktorem Ritalinem może uleczyć juniortazję 
Barry'ego. Jej opinia brzmiała: „To na pewno nie zaszkodzi" i Herbina wygłaszała 

ją często i bardzo głośno.
Barry miał pewne wątpliwości. Według niego podświadomość wyglądała jak 

wyładowana po brzegi szafa i każdego, kto byłby dość głupi, żeby otworzyć drzwi, 
czekała niemal pewna śmierć pod lawiną najróżniejszych drobiazgów. Miał 

nadzieję, że dzięki wykorzystaniu biernego małżeńskiego oporu - niechętna zgoda 
i szybka zmiana tematu — zdoła sprawić, by Herbina straciła zainteresowanie całą 

sprawą. Lecz pewnego ranka, przy śniadaniu, przeszła do ataku.
56

- Chcę, żebyś umówił się na wizytę z doktorem Ritali-nem - oznajmiła.
- Po co? — Barry udał, że nie wie o co chodzi.

- Co to znaczy: po co? Bo wyglądasz na jakieś dziewięć lat, oto po co - odparła 
niecierpliwie. — Mam już dosyć tego, że ludzie na nasz widok biorą mnie za 

zboczoną pedo-filkę. Poza tym nie rozumiem twojej niechęci — Ernst uczy tu już 
prawie rok i na jego zajęciach nikt jeszcze nie zginął. Ilu naszych nauczycieli 

może to o sobie powiedzieć?
- Nie wiem - odparł zasłonięty „Fajtem" Barry. - Człowiek przywyka. Ostatnio 

wcale mi to nie przeszkadza.
Herbina wypaliła różdżką dziurę w jego gazecie.

-Ale mnie przeszkadza - warknęła i przygwoździła Barry'ego miażdżącym 
spojrzeniem.

Nie było dyskusji - Barry umówił się jeszcze na to samo popołudnie.
Ritalin niewątpliwie miał dość czasu, by go przyjąć. Niewielu uczniów 

zdecydowało się na jego kurs „Umysł i magia", zwłaszcza że było powszechnie 
wiadomo, że doktor wymaga dodatkowych zajęć pozalekcyjnych w swym gabinecie. 

Barry zjawił się właśnie w ich trakcie.
- Wejść - rzucił Ritalin swym nosowym głosem.

Barry tak właśnie uczynił i zatrzymał się nagle. Przed biurkiem nauczycielskim 
stała trójka ponurych uczniów. Ustawiono ich według wzrostu, lecz długie włosy 

background image

najniższej drugoklasistki Edith Flegmy zostały nastroszone i wylakie-rowane w 
imponujący, brązowy szpic. Włosy najwyższego

57
ucznia były przylizane żelem, środkowa dziewczyna miała nietkniętą fryzurę.

- Przepraszam - mruknął Barry - wrócę później.
-Nie, nie, to dobra pora. - Ritalin odwrócił się do

uczennic.
- Czy mogę...? — spytała nieśmiało Edith. Ritalin przerwał jej.

- Nie, Porcjo.
- Ja jestem Porcja - odezwała się środkowa.

- Przepraszam, Edith. Proszę, zostaw je takie, jakie są. Jeśli trzeba, śpij na 
siedząco.

Edith skrzywiła się.
- Zrób to dla nauki - zażądał Ritalin, po czym odwrócił się do Barry'ego. - 

Właśnie sprawdzałem pewną teorię. Czy to możliwe, by klucz stanowiła wysokość 
głowy z włosami, a nie samej głowy?

- Jasne — mruknął Barry,  podziwiając różnorodność i bogactwo ludzkiego obłędu.
Ritalin odłożył karty testowe. Machnął ręką i lśniące cyferki stopera zgasły. 

Najwyższy uczeń zakasłał, miał lekką alergię na magię.
- Stanleyu. - Ritalin otworzył szufladę biurka. - Chciałbyś trochę syropu?

- Rodzice mówili mi, żebym nigdy nie przyjmował słodyczy od szaleńców.
- Rozsądna rada - odparł Ritalin; jak na wariata był całkiem nieźle 

przystosowany do życia. - Może ty, Porcj o? Edith?
- Chcę tylko zapomnieć - wymamrotała Edith.

- I mocnego drinka — dodała cicho Porcja. Barry to usłyszał i z trudem stłumił 
śmiech.

58
- Co takiego? - spytał Ritalin.

- Nic. - Porcja spojrzała tęsknie w stronę drzwi. Uczniowie wyszli, Ritalin 
odwrócił się do Barry'ego,

machnął lekko w tył nogą i drzwi się zatrzasnęły.
Może i wariat, pomyślał Barry, ale ma styl.

Gdy zostali sami, psychiatra opadł ciężko na krzesło, które jęknęło cicho i 
zabrzęczało łańcuchami. (Wszystkie meble biurowe w szkole były bardzo stare i 

nawiedzone. Z czasem spotyka to każdego).
- Usiądź. Barry posłuchał.

- Co mogę dla ciebie zrobić? - spytał Ritalin. Barry odetchnął głęboko.
- Cierpię na chorobę, która sprawia, że wyglądam na młodszego, niż jestem.

- Szczęściarz z ciebie. - Ritalin zachichotał. - Myślałem, że po prostu dużo 
ćwiczysz.

Barry w głębi ducha jęknął, po raz dziesięciomilionowy słysząc ten sam dowcip.
- No właśnie, tak. I chciałbym się wyleczyć. Chcę znów wyglądać na swój wiek.

- To chyba nie moj a specjalność - powiedział psychiatra.-Widzisz te wszystkie 
dyplomy i nagrody? - Machnął ręką, wskazując ścianę obwieszoną dokumentami w 

ramkach.
- Nie są prawdziwe. Wszyscy to wiedzą.

- Zgadza się, ale gdyby były prawdziwe, świadczyłyby o tym, że potrafię leczyć 
wyłącznie choroby umysłu, nie ciała.

- Byliśmy z dyrektorką u wszystkich możliwych lekarzy. Zdołali powstrzymać 
dalsze młodnienie - tak naprawdę to zatrzymało się, kiedy zginął Bubeldor - ale 

nikt nie potrafi
59

- Co takiego? - spytał Ritalin.
- Nic. - Porcja spojrzała tęsknie w stronę drzwi. Uczniowie wyszli, Ritalin 

odwrócił się do Barry'ego,
machnął lekko w tył nogą i drzwi się zatrzasnęły.

Może i wariat, pomyślał Barry, ale ma styl.
Gdy zostali sami, psychiatra opadł ciężko na krzesło, które jęknęło cicho i 

zabrzęczało łańcuchami. (Wszystkie meble biurowe w szkole były bardzo stare i 
nawiedzone. Z czasem spotyka to każdego).

- Usiądź. Barry posłuchał.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - spytał Ritalin. Barry odetchnął głęboko.

background image

- Cierpię na chorobę, która sprawia, że wyglądam na młodszego, niż jestem.
- Szczęściarz z ciebie. - Ritalin zachichotał. - Myślałem, że po prostu dużo 

ćwiczysz.
Barry w głębi ducha jęknął, po raz dziesięciomilionowy słysząc ten sam dowcip.

- No właśnie, tak. I chciałbym się wyleczyć. Chcę znów wyglądać na swój wiek.
- To chyba nie moj a specjalność - powiedział psychiatra. -Widzisz te wszystkie 

dyplomy i nagrody? - Machnął ręką, wskazując ścianę obwieszoną dokumentami w 
ramkach.

- Nie są prawdziwe. Wszyscy to wiedzą.
- Zgadza się, ale gdyby były prawdziwe, świadczyłyby o tym, że potrafię leczyć 

wyłącznie choroby umysłu, nie ciała.
- Byliśmy z dyrektorką u wszystkich możliwych lekarzy. Zdołali powstrzymać 

dalsze młodnienie - tak naprawdę to zatrzymało się, kiedy zginął Bubeldor — ale 
nikt nie potrafi

59
sprawić, bym znów zaczął się starzeć... Zgłosiłem się tutaj, bo Herb wychodzi 

już z siebie.
- Mogę zapalić? - spytał Ritalin.

- Ależ tak.
- Dziękuję. - Psychiatra podpalił kosmyk włosów zapałką i zgasił szybko. —Wiem, 

to paskudny nałóg, ale nie potrafię się powstrzymać. Cóż, Barry, jeśli lata 
pracy czegoś mnie nauczyły, to tego, że ludzki umysł jest potężny. Zwłaszcza gdy 

znajduje się około metra nad ziemią. Może zainteresuje cię Regulowany Gorset 
Ritalina? Mógłby zdziałać cuda.

- Nie, dziękuję. Jeśli można, zostanę przy juniortazji.
- Juniortazja. Jesteś pewien, że to nie studencki program wymiany 

międzynarodowej?
-Nie. - Barry zaczynał mieć dosyć. - Posłuchaj. Jeśli odezwie się moja żona, a 

pewnie to zrobi, powiedz jej, że wpadłem i nie umiałeś mi pomóc.
-Tss, tss - zacmokał Ritalin. - Cóż za niecierpliwość i zapalczywość. Klasyczne 

objawy niewłaściwie ulokowanej czaszki. Nigdy nie słyszałem o tej dolegliwości, 
ale może to dlatego, że nie umiem czytać. - Nagle przyczyna problemów zawodowych 

Ritalina stała się oczywista. — Wypożyczę jednak z biblioteki magiczną, 
czytającą małpę, trochę posprawdzam i się odezwę.

— Zdawało mi się, że madame Pons zakazała używania ich.
Czytające małpy, choć zabawne, były hałaśliwe i uwielbiały obrzucać się 

odchodami*.
* Swoimi bądź uczniowskimi, nie były szczególnie wybredne. Poza tym Ferd albo 

Jorge rzucił na nie klątwę Tourette'a. Owszem, trochę rozpraszała uwagę, ale też 
potrafiła ożywić najnudniejszy

60
- To nie obowiązuje personelu. Zjej pomocązdołam zapoznać się z odpowiednimi 

źródłami. Daj mi parę dni. -Wstał i wyciągnął rękę. - Zadzwonię, kiedy czegoś 
się dowiem.

— To znaczy nigdy? — spytał Barry.
Jakiś tydzień później, gdy z Hamgryzem stali właśnie na brzegu jeziora, 

posyłając piłki golfowe w stronę krakena, odezwał się doktor Ritalin.
- Halo? - Barry przyłożył do ucha różdżkę.

- Coś znalazłem! - krzyknął psychiatra. - Przyjdź do
mnie.

W gabinecie Ritalina panował chaos. Zawartość wszystkich szuflad wyrzucono na 
podłogę, pamiątki i bibeloty Ritalina, od wielu lat podwędzane sławnym i 

szalonym, leżały w nieładzie, potłuczone i połamane. Nawet fałszywe dyplomy i 
nagrody wisiały krzywo. Kilka zostało „ozdobionych" czymś, czego smród Barry 

wyczuwał już od progu.
Na czubku czaszki Ritalina przycupnął niewielki rezus. Miał na głowie czerwony 

fez z napisem angielski.
- Odwszawianie pierwszoroczniaków — motylica w czekoladzie - dziewiętnasty 

września — przesłuchanie dyscyplinarne. - Małpa, najwyraźniej balansująca na 
granicy wyczerpania, powtarzała każde słowo znajdujące się w zasięgu wzroku.

podręcznik. Nawet legendy nudy takiej jak Fałszywa teoria magiczna czytało się 
lepiej, gdy co trzecie słowo rozbrzmiewały kolejne wyzwiska.

background image

61
Barry zakasłał. W powietrzu wisiała ciężka, zwierzęca woń.

— Wejdź,  wejdź!   -  zawołał  Ritalin.   Dmuchnięciem odrzucił z ust koniec 
małpiego ogona. — Usiądź, proszę. Masz. - Wręczył mu klamerkę do bielizny; 

identyczna tkwiła na jego nosie. — To pomaga, zwłaszcza gdy przychodzę z dworu.
— Dzięki. - Środek okazał się bolesny, ale skuteczny. Barry mlasnął. — 

Zdumiewające, wciąż czuję małpi smak.
— Słyszałeś kiedyś o tak zwanej ciąży urojonej? - spytał Ritalin.

— Czy to wtedy, gdy podczas ciąży kobieta coś sobie roi, zaczyna mówić 
„Zrujnowałeś mi życie", „Nawet cię nie lubię", „Będziesz okropnym ojcem" i tak 

dalej? - spytał Barry. - To właśnie robiła Herbina, gdy odkryła, że spodziewa 
się Nigela.

— Niezupełnie.
Barry'emu wydało się, że coś drażni doktora, nie wiedział jednak co. Być może 

chodziło o wrzeszczące, śliniące się zwierzę na jego głowie.
— Doktorze, mam nadzieję, że się pan nie obrazi, ale muszę powiedzieć, że pana 

małpa gra mi na nerwach.
— Przepraszam. - Ritalin podszedł do drzwi, otworzył i schylił się tak nisko, że 

małpa w końcu się ześliznęła. -Wracaj do biblioteki, ale już.
Barry usłyszał, jak małpa odbiega korytarzem do wtóru krzyków uczniów. Nie 

chciał, by gdzieś się zawieruszyła; Herbina wspominała coś o plemieniu 
superinteligentnych myszy, a krzyżówka myszy z małpą mogła się okazać mordercza.

62

- Nie powinniśmy sprawdzić, czy trafi na swoje miejsce? - spytał.
- Nie obchodzi mnie to. - Z błogą miną Ritalin machnął ręką. — Interesuje mnie 

wyłącznie ludzki umysł, Barry, nie peregrynacje małpy. Zresztą i tak miała za 
nisko głowę. Ciąża urojona - podjął - to staroświeckie określenie sytuacji, gdy 

kobieta tak bardzo pragnie zajść w ciążę, że jej ciało zaczyna wykazywać kolejne 
jej oznaki.

- Dziwne - mruknął Barry. - Umysł kobiety każe jej ciału zachowywać się inaczej?
-Tak.

- A zatem — Barry próbował zrozumieć co wymyślił doktor - myślisz, że jestem w 
ciąży?

- Nie — zaprzeczył Ritalin. - Myślę, że twój umysł nie pozwala ci dorosnąć.
- Naprawdę? A jak to robi?

- Nie wiem do końca. Niczego się nie dowiemy, póki nie zacznę cię hipnotyzować.
- Hipnotyzować, co? — Ten pomysł nawet spodobał się Barry'emu. Nie ma jak niezła 

wymówka do najbardziej wariackich psot. - Czy w oczach naprawdę pojawią mi się 
kółka jak w kreskówkach? Czy to boli?

- Nie - odparł Ritalin. - Ale jeśli to ci pomoże osiągnąć większe spełnienie, 
mogę uderzyć cię parę razy.

Jak zwykle, Barry nie mógł się zorientować, czy psychiatra żartuje, czy nie.
- Musimy cofnąć się w twoją przeszłość - podjął szalony doktor. - Odkryć i 

rozwiązać ukryte w niej traumy. To najprawdopodobniej one nie pozwalają ci się 
starzeć.

- Nie brzmi to zbyt przekonująco.
63

- Nie miej do mnie pretensji — odparł Ritalin. - Jestem tylko postacią. Jeśli 
masz jakiś problem z fabułą, zwróć się do autora.

- O czym ty mówisz? — Barry patrzył na niego, kompletnie zagubiony.
- Zapomnij. - Ritalin westchnął ze znużeniem. - Osobiście uważam, że wszyscy 

jesteśmy bohaterami jakiejś książki, ale nikt nigdy mi nie wierzy... Tak czy 
inaczej, chcesz spróbować? Niczego nie obiecuję. Regresja hipnotyczna może cię 

wyleczyć albo nie... Albo zamienić cię w robota-zabójcę, gotowego mordować po 
kolei wszystkich światowych przywódców, póki nie zgodzą się na mój plan 

uniwersalnej wysokości noszenia głów. Zastanów się dobrze.
Barry rozważył wszystkie argumenty. Z jednej strony choroba go nie zabijała - 

można powiedzieć, że wprost przeciwnie. Z drugiej pryszcze i stale załamujący 
się głos okropnie go wkurzały. Nie mógł też wchodzić do pubów, bo wciąż żądano 

od niego dokumentów. Z trzeciej Ritalin był niebezpiecznym szaleńcem, kimś, kto 
stanowczo nie powinien grzebać innym w głowach. Ale z czwartej, jeśli Barry 

background image

wkrótce nie zacznie się golić, Herbina zmęczy się nim i odejdzie. Gdyby coś 
poszło nie tak, pomyślał, zawsze mogę zwalić winę na nią. Poza tym spodobała mu 

się wizja robota-zabójcy.
— No dobra, czemu nie - rzekł.

Te cztery krótkie słowa stały się początkiem podróży — niewiarygodnej, 
niemożliwej, całkowicie wydumanej

64
podróży — wprost w przeszłość Barry'ego. Od pierwszej sesji obaj zrozumieli, że 

jego piąty rok, rok zniknięcia dziewczyny i wypadku Łona, stanowi klucz.
Zaczęli od początku. Ritalin notował, podczas gdy Barry odtwarzał wydarzenia 

tego roku. Nie było to łatwe zadanie - nawet w życiu leni coś się dzieje - lecz 
psychiatra z wyraźną przyjemnością przesiewał chaotyczne wspomnienia Barry'ego.

— Taka okazja zdarza się raz w życiu — przypominał sobie głośno za każdym razem, 
gdy drętwiała mu ręka. — Rzadko spotyka się prawdziwych socjopatów.

— Wypraszam sobie — wymamrotał leżący na kozetce Barry. - A Ferd i Jorge?
— Cii, jesteś zahipnotyzowany - rzekł z wyrzutem Ritalin. - Jeśli nie zachowamy 

dyscypliny, to potrwa jeszcze dłużej.
Barry nie przejmował się tym, nie miał nic lepszego do roboty. Odkąd Herbina 

zabroniła mu prowadzić zajęcia, wyłącznie próżnował. A im częściej i 
intensywniej myślał o odzyskaniu swej dorosłości, tym bardziej nie mógł się jej 

doczekać. Czuł się poniżony, nosząc tę same ciuchy co Nigel.
Mimo wszystko jednak cały proces okazał się niezwykle mozolny. Po tygodniach 

pracy dotarli zaledwie do października.
Dzięki Bogu, że płacę mu kamykami, pomyślał Barry.

ROZDZIAŁ 5
. SPORT

Pewnego październikowego popołudnia w czasie piątego roku nauki Barry wyglądał 
przez okno sali wspólnej Graffi-tonu, wyciskając pryszcz i rozmyślając o 

nawiedzających go ostatnio dziwacznych snach. W każdym z nich był wężem. Od dnia 
rozpoczęcia szkoły przejechał go już samochód, zjadł pies i posiekała kosiarka.

Kiedy patrzył, jak Drago Malgnoy wrzuca na drzewo marynarkę pierwszoroczniaka z 
Pufpifpafu, podszedł do niego Łon Gwizzley.

-Towarzyszu. - Łon szykował właśnie rewolucję komunistyczną w Hokpoku. Barry 
obwiniał o to panującą w jego domu biedę. Z drugiej strony, Ferd i Jorge byli 

szaleńczymi, niemal anarchistycznymi wyznawcami kapitalizmu. Może więc po prostu 
Łonowi coś odbiło. Ponieważ nie mógł nosić maoistowskiego mundurka - zabraniały 

tego „faszystowskie szkolne przepisy" - Łonowi pozostawało zadowolić się 
irytującą retoryką i fatalną fryzurą. - Musisz się poświęcić dla rewolucji.

66
- Spadaj, Trocki - rzucił Barry. - Oddałem wszystkie pieniądze Sknerusowi.

- Nie chcę pieniędzy, chcę cię o coś prosić — wyszeptał Lon.
- Czemu szepczesz? — zdziwił się Barry. — I przestań się do mnie przysuwać.

- Czy mógłbyś... — Lon rozejrzał się nerwowo, po czym zaciągnął Barry'ego w 
zakurzony kąt.

W Graffitonie był tylko jeszcze jeden komunista, nawiedzony szóstoklasista 
Sloane. Kilka drobnych różnic w doktrynie sprawiło, że każdy z nich uważał 

drugiego za niebezpiecznego kontrrewolucjonistę.
- Obiecuję, że nie pozwolę, by Sloane cię załatwił—przyrzekł Barry.

- Wiesz przecież, że ma swoją tajną policję.
- Akurat. Sloane nie ma nawet przyjaciół — rzekł z wyższością Barry. — No dalej, 

wal.
- Mógłbyś mi pomóc poćwiczyć ąuitkit? Teraz, gdy Wood odszedł, chcę spróbować 

zostać bramką.
- Chcesz powiedzieć: bramkarzem.

- Nie, bramką - poprawił stanowczo Lon. — Znam własne ograniczenia.
Barry poczuł, jak ogarnia go ogromne znużenie.

- Lon, skoro wiesz, że będziesz fatalny, czemu się na to narażasz? Poza tym 
postawiłem sto galonów na to, że Graf-fiton zdobędzie Puchar Domów.

Lon wyciągnął z kieszeni wymiętoszony egzemplarz Czerwonej Książeczki Mao.
- Przewodniczący pisze tu, że tylko jedno dowodzi, że młody człowiek jest 

rewolucjonistą...
67

background image

- Fakt, że wkurza swoich kumpli?
- To, czy pragnie integracji z masami - oznajmił Lon. -Tu, w szkole, masy grają 

w ąuitkit, zatem obowiązek rewolucyjny nakazuje mi to uczynić. Obaj jednak 
wiemy, że ja gram fatalnie, muszę zatem odegrać rolę przedmiotu nieożywionego. 

Będę politycznie poprawny, lecz sportowo bezużyteczny. Ale zyskana sława pozwoli 
mi zdobyć wsparcie dla planu pięcioletniego.

Lon był przekonany, że oprócz rozwiązywania zadań i gry w ąuitkit każdy zespół 
uczniowski powinien kuć własne żelazo, orać własne pola i tak dalej.

Barry wywrócił oczami, spoglądając w głąb czaszki. Polityka zawsze tak na niego 
działała. Wydał odgłos, jakby połykał własny język.

— Gaaa...
Lon widział to już wcześniej.

— Daj spokój, Barry. Nie mogę prosić Ferda ani Jorgego; są na mnie wkurzeni, bo 
ukradłem im amunicję.

— Jesteś teraz perfektem — przypomniał Barry. - Naprawdę uważasz, że powinieneś 
gromadzić środki wybuchowe? Jaki przykład dajesz piątoklasistom? Co 

powiedziałaby twoja mama, gdyby wiedziała, że planujesz siłą obalić Bubeldora?
— Nie udawaj, że to by ci się nie podobało. Poza tym Ferd i Jorge to 

imperialistyczne świnie, należy ich usunąć.
— To dość surowa ocena.

— Kiedy byłem mały, targali mnie za uszy. - Lon pociągnął nosem. Podobne 
psychodramy podsycały ognie rewolucji.

— Dupek Durney wiązał mi buty za głową, a przecież nie mieszam do tego polityki 
- przypomniał Barry.

— Proszę tylko, żebyś odbił do mnie parę wafli.
68

Barry zastanowił się. Dzień był piękny, perspektywa kilku lotów nawet go 
pociągała. Postanowił też maksymalnie utrudnić sprawę, by odebrać Łonowi zapał.

— No dobra, Lon.
— Dzięki, Barry. — Lon się rozpromienił. - Będziesz ostatnim sukinsynem, który 

stanie pod ścianą, gdy nadejdzie rewolucja, przyrzekam. - Gdy wyszli z sali 
wspólnej po mopy, dodał: - Zrobisz coś dla mnie? Nie wspominaj o tym Ferdowi i 

Jorgemu.
-Jasne. — Barry zakonotował sobie w pamięci, by koniecznie powiedzieć o 

wszystkim Ferdowi i Jorgemu.
Podczas spaceru na boisko ąuitkitu Lon zabawiał się, wyjaśniając Barry'emu, że 

jego konflikt z lordem Vielokontem to jedynie odzwierciedlenie szerszego 
konfliktu pomiędzy właścicielami i proletariatem.

- I dlatego właśnie wciąż żyjesz, towarzyszu. Nieważne co mówią, w 
rzeczywistości klasa właścicieli potrzebuje proli, by pracowali w ich fabrykach, 

kupowali towary i tak dalej.
- Nie znoszę, gdy tak mnie nazywasz.

-Jak? - zdziwił się Lon. - Prolem? Nie ma się czego wstydzić.
- Nie, towarzyszem - wyjaśnił Barry. - Czuję się jak Ni-kołaj Niekumajewicz. 

Poza tym nie wiem, czy zauważyłeś — Barry uniósł grzywkę - ale to pytakrzyk, nie 
sierp i młot.

- Równie dobrze mógłby nim być, tow... Barry, ponieważ, czy ci się to podoba, 
czy nie, stanowisz symbol uciskanych mas.

69
- Jesteśmy na miejscu - powiedział z ulgą Barry. - Chcesz się najpierw rozgrzać?

- O nie - zaprotestował Lon. - Nie możemy tu tego zrobić. Ferd i Jorge mogliby 
nas zobaczyć. Poza tym zdaje mi się, że za tym słupem czai się Sloane.

Barry uniósł ręce w geście desperacji.
- Gdzie więc, na miłość boską, mamy to zrobić? W moim pokoju?

- O właśnie, już dawno chciałem cię spytać. Jak zdołałeś załatwić sobie własne, 
prywatne bagienko miłości?

-Trudno je tak nazwać - przyznał Barry. - Bubeldor poddał mnie kwarantannie.
- I tak ci zazdroszczę. Chodźmy tam. - Lon wskazał ręką Zabroniony Las.

- Zgoda - rzekł Barry. - Ale wiesz, że nic tak nie wkurza centaura jak trafienie 
waflem.

Wkrótce Barry i Lon byli już w powietrzu. Zabroniony Las na dole mienił się 
zielenią.

background image

- Gotów - oznajmił Lon, choć to nie była prawda. Rozpoczął się atak. Barry 
ciskał kolejne wafle wprost

w bezradnego frajera. Stopniowo zwiększał siłę uderzeń, a jednak Lon tkwił 
nieruchomo na swym mopie.

Trzeba mu przyznać, że jest odważny, pomyślał Barry.
- Świetnie! - zawołał, gdy kolejna piłka odbiła się od skrzywionego Łona. - 

Staraj się nie przyjmować ich wszystkich na twarz.
- Przepraszam - odparł Lon. - Ferd i Jorge zawsze mi mówili, że tak właśnie się 

gra.
- Mnie nie przepraszaj, to twoja twarz. No dobra, czas na coś bardziej 

interesującego. - Jednym machnięciem
70

różdżki stworzył całą drużynę Trotterów i równie liczną drużynę Gwizzleyów. — 
Pamiętaj, jesteś bramką — przypomniał. - Nieważne co się stanie, nie ruszaj się.

Trotterowie szybko i sprawnie rzucili się w stronę bramki. Broniący Gwizzleyowie 
próbowali wciągnąć przeciwników w debaty polityczne. Co chwila padał gol, wafle 

odbijały się od bezbronnego kumpla Barry'ego.
Kiedy Lon w końcu złapał oddech, uśmiechnął się słabo.

- Chyba zaczynam kumać, o co w tym chodzi. O rany! Kolejny wafel przeleciał tuż 
obok jego głowy.

- Tak sądzisz? - Barry uśmiechnął się złośliwie. - Spróbuj tego. - Z całych sił 
uderzył w piłkę. Wafel śmignął z krzykiem naprzód, tak szybko, że pozostawił za 

sobą jasną smugę dymu.
W tym samym momencie palanciarz z drużyny Barry'ego posłał z drugiej strony 

głuszaka w stronę bramki. Palanciarz z drużyny Łona próbował niezgrabnie go 
osłonić. Lecz nie zdołał. W chwili, gdy wafel zbliżył się do bramki, idealnie 

wycelowany głuszak trafił Łona w głowę z prawej strony.
Gdy piłka przebiła czaszkę, Lon kopnął odruchowo, zgrabnie odbijając strzał 

Barry'ego. A potem spadł z mopa. Irytacja Barry'ego - jakim cudem niezgrabny 
przyjaciel zdołał obronić strzał? - zamieniła się w grozę, gdy zobaczył, jak Lon 

leci w dół.
Przez umysł Barry'ego przemknęła burza myśli. Cóż za koszmarny pomysł, 

straszliwy, makabryczny pomysł. Musi coś wymyślić. A jeśli Lon zginie? Co powie 
pani Gwizzley? Gdzie ukryje zwłoki? Czy zdoła komukolwiek wmówić, że lord 

Yielokont na moment opanował jego ciało? Może...
71

Wrzucając najwyższy bieg, Barry pognał w dół i ujrzał, jak Lon wpada wprost do 
wielkiego jacuzzi. W samym środku lasu.

- Dzięki Bogu - rzekł głośno. - Co za absurdalny, idiotyczny łut szczęścia. - 
Opadł między drzewa. - Gdybym przeczytał to w książce, nigdy bym nie 

uwierzył*...
Wiele metrów niżej szkolny zbrój mistrz Zed Gromgar oraz Czerwonozady Moody, 

eks-Zerorzy cieszący się kiepską reputacją, siedzieli we wspomnianym jacuzzi, 
dyskutując na różne interesujące ich tematy.

- Właściwie to chciałbym wiedzieć - mówił Zed - czy według ciebie McGoogle to 
lesba, czy nie.

- Oczywiście, że tak, Zed. - Czerwonozady pociągnął łyk piwa.
W drugim kącie wielkiej wanny leżał nieprzytomny Hamgryz.

- Co znaczy: oczywiście, że tak?
- Mam dowód, stary capie - oznajmił Czerwonozady, charakteryzujący się, jak 

sugerowało imię, niezwykle wybuchowym charakterem. - Ostateczny, niezbity dowód. 
W zeszłym roku... Pamiętasz zeszły rok?

- Jak przez mgłę — przyznał Zed.
- Co znaczy: jak przez mgłę?

- Byłem zajęty.
Te, mirromózgu, uważaj sobie! Ciekawe, jak ty byś to na-

pisał.
72

- Zajęty? Czym? - zdziwił się Czerwonozady. Zed zastanowił się moment.
- Sprawami sercowymi - oświadczył wreszcie.

- O to właśnie chodziło mi z zeszłym rokiem, Zed. Nawet w powietrzu unosiła się 
miłość.

background image

- Chyba coś pamiętam... jakbym czytał o tym w kalendarzu farmerskim.
- To odpowiednie miejsce, farmerzy to najlepsze jebaki.

- Zwłaszcza ci od kurzych ferm.
- Owszem, ale nie tylko, Zed. Z tych umiejętności słyną wszyscy mężczyźni 

pracujący na roli. Znasz ich sekret?
- Nie.

- Gnój. Kobiety uwielbiają zapach gnoju. Oczywiście zaprzeczają temu... - 
mruknął Czerwonozady.

- Zaprzeczają jak szalone. Zabierz ode mnie to świństwo, zabierz!
-Ale to fakt. W zeszłym roku śmierdziałem gnojem, praktycznie nim cuchnąłem. Nic 

dziwnego zatem, że wszędzie piętrzyła się miłość. Nie można było przejść paru 
kroków, by nie wpaść na wielki stos miłości. Ludzie odnosili rany, dzieci 

znikały na zawsze zagubione w stertach wabiącej muchy miłości.
- Straszna śmierć.

- Oczywiście w tych okolicznościach postanowiłem wypuścić mojego węża.
- Oczywiście - przytaknął Zed. - Jak wygląda?

-To takie powiedzonko, Zed. Nie mam prawdziwego węża, można się od nich zarazić 
parchami. - Czerwonozady pociągnął łyk piwa. - Czy ktoś mówił ci kiedyś, że obca 

ci jest piękna sztuka konwersacji?
73

-Nie - zaprzeczył Zed. - Chodziło mi o miłość. Jak wygląda?
- Zakładam, że nigdy nie widziałeś jej w powietrzu.

- Niestety.
- To dlatego że siedzisz zamknięty w tej szkole. Powinieneś częściej wychodzić, 

zawsze to powtarzam.
- Zgadza się, zawsze powtarzasz. Nieważne gdzie jestem, zawsze mówisz: „Wychodź, 

wychodź stąd, ty cioto".
- To nic wielkiego, Zed, po to właśnie są przyjaciele.

- Oto prawdziwa przyjaźń. Za przyjaźń. -Trącili się kuflami.
- W każdym razie powietrzna miłość przypomina brązowawą mgiełkę, która wisi 

nieruchomo i wsiąka ci w ubranie i włosy. Mój pies śmierdział nią tak bardzo, że 
musiałem kazać go zabić.

- Dogadywał się z wężem? - zaciekawił się Zed.
- Och, wspaniale, byli prawdziwymi kumplami, towarzyszami broni w miłości. 

Wszyscy zwracali na nich uwagę — dodał Czerwonozady. — Co prowadziło do niezbyt 
przyjemnych pytań.

Zed ujrzał ćwiczących w górze Łona i Barry'ego.
- Co to?

- Nie próbuj zmieniać tematu - warknął z irytacją Czerwonozady.
- Ta miłość przypomina z opisu smog - rzekł Zed. — Musi szkodzić na płuca.

- O tak, Zed, tak. Lekarze twierdzą, że jest gorsza niż praca w kopalni. Dlatego 
właśnie szukałem pomocnej dupci, by opiekowała się mną w potrzebie.

- Czemu więc nie poderwałeś siostry Pommefritte?
74

- Ponieważ, Zed, ponoć zależy jej na ślubie. Mnie nie zależy na ślubie, 
wyłącznie na szybkich numerkach.

- Bardzo rozsądne - przytaknął Zed. - Gdyby więcej mężczyzn tak dobrze się na 
tym znało, nie mielibyśmy tylu rozwodów.

- Ani ślubów - uzupełnił Czerwonozady. - Zawsze uważałem to za rozsądne 
rozwiązanie: jedyną metodą ograniczenia liczby rozwodów jest zakazanie ślubów. 

Ludzie muszą zacząć żyć w grzechu, wymaga tego moralność narodu!
- Brawo, brawo. - Zed z uznaniem opróżnił kufel. Leżący w jacuzzi Hamgryz powoli 

zsuwał się do wody.
Przekrwione magiczne oko Czerwonozadego obróciło się i przyjrzało mu uważnie.

- Nie powinniśmy go wyciągnąć? - spytał Zed.
- Nie mam zamiaru nawet tknąć tego włochatego wiel-gusa - odparł stanowczo 

Czerwonozady. - A wracając do zeszłego roku, wypiłem parę kufli, najwyżej 
dziesięć czy dwanaście, by dodać sobie odwagi i zmącić wzrok, po czym zaprosiłem 

Minoltę McGoogle do kina.
-To nigdy nie staje się łatwe - oznajmił Zed. - Gdy jesteś młody, sądzisz, że 

tak będzie, ale...
- Och, nie było wcale tak trudno, Zed. Po prostu spytałem tę środkową.

background image

- I co odpowiedziała?
Czerwonozady przymknął oczy, cytując słowo w słowo:

- „Prędzej dałabym się pożreć wołkom zbożowym".
- Kurna. - Zed westchnął. - Jak myślisz, co chciała przez to powiedzieć?

- Uważam, że próbowała wysłać sygnał - rzekł Czerwonozady.
75

— Ale co miał znaczyć?
— „Jestem lesbijką" - oświadczył Czerwonozady.

— Poważnie? Jesteś? - Zed wydawał się wstrząśnięty.
— Nie ja, McGoogle. Niewielu ludzi wie, że lesbijki nie potrafią postrzegać 

procesu kinowego. Dla nich wyjście do kina nie ma sensu.
— Nigdy o tym nie słyszałem - przyznał Zed. - Człowiek co dzień uczy się czegoś 

nowego.
-Nie, jeśli zachowa ostrożność... Thomas Edison całe życie próbował rozwiązać 

ten problem - ciągnął Czerwonozady. — Ale ku wielkiemu żalowi miłośniczek kina i 
Safo-ny niektóre neczy wykraczają poza zasięg ludzkiej wiedzy. Dlatego właśnie 

Włosi nie słyszą audycji radiowych. To podstawy fizyki.
— Nigdy się ich nie uczyłem - przyznał Zed.

— A powinieneś, bardzo się przydają.
— Powiedziała tylko tyle?

— Spytała też, co to za okropny smród. -Nie!
— Tak — odparł ponuro Czerwonozady. — Stałem tam, wysmarowany za uszami nawozem, 

i miałem przed sobą najrzadszą z istot, kobietę odporną na gnój. Na szczęście 
nie straciłem głowy. Zwaliłem winę na Furczącą Fanny, którą widziano w okolicy.

— Cwane. — Zed zmarszczył brwi. — Chyba powinna nosić czapkę albo tabliczkę, 
albo coś w tym stylu, z ostrzeżeniem: SPADAJCIE, CHŁOPCY, JESTEM ODPORNA NA GNÓJ 

I NIE LUBIĘ FILMÓW, JEŚLI WIECIE, CO MAM NA MYŚLI.
— Niestety — mruknął z żalem Czerwonozady — nie żyjemy w podobnie oświeconych 

czasach.
76

- Nie bądź dla siebie taki surowy - pocieszył go Zed. -Ludzie nie mogą 
odpowiadać za to, co czynią pod wpływem mgły miłości. Jak mówił Jezus, wybaczcie 

im, bo nie wiedzą, co robią.
- Święte słowa, Zed, święte słowa. Dlatego dałem jej jeszcze jedną szansę, a 

ściślej mówiąc, dziesięć szans. „Umówisz się ze mną?". „Nie". „Umówisz się ze 
mną?". „Nie". Dziesięć razy z rzędu, aż w końcu walnęła mnie w głowę miotłą.

- Udaje niedostępną - podsumował Zed.
- W końcu spławiła mnie wymyśloną historyjką o tym, że robi to z Bubeldorem. - 

Czerwonozady beknął głośno. -Węże niektórych zbyt często mogą się wybiegać - 
dodał z goryczą.

- Wypiję za to - rzucił Zed.
- Wypijesz za wszystko, Zed — przypomniał Czerwonozady. - To jedna z twoich... - 

Jego magiczne oko gwałtownie zerknęło w górę. Nim zdążył ostrzec Zeda albo może 
ustawić go dokładnie na linii, z nieba spadło coś dużego.

Rozległ się donośny plusk. Lon wpadł w sam środek jacuzzi niczym olbrzymi 
rudowłosy kokos. Woda bryznęła na centaury, które zaczęły narzekać (na swój 

własny, porąbany sposób), lecz towarzystwo w jacuzzi nie zareagowało. Hamgryz 
wciąż leżał nieprzytomny, a Zed i Czerwonozady, z umysłami zaćmionymi przez 

piwo, siedzieli bez ruchu.
Barry pomknął ku nim na swym mopie.

- Czy któryś z was widział mojego...? - Dostrzegł Łona leżącego pośrodku niemal 
pustego jacuzzi i podbiegł, by go wyciągnąć.

Po krótkiej zwłoce Zed i Czerwonozady uświadomili sobie, że coś się zmieniło.
77

- Hej! - rzucił gniewnie Zed. - Twój kumpel uszkodził nasze jacuzzi.
- Pieprz się - odparł Barry pełnym napięcia i przepukliny tonem. Wywlókł Łona z 

jacuzzi i położył na ziemi.
- Czy on...? - spytał Zed.

- Nie, wciąż oddycha - odparł Barry.
- Cofnijcie się, panowie, wiem co robić - oznajmił Czerwonozady. — Nauczyłem się 

tego podczas szkolenia Zerorów.
- Ej! -Te słowa wyraźnie uraziły dumę Zeda. - W końcu ja też jestem Zerorem.

background image

- Owszem, ale tylko nielicznych z nas wybrano do Sekretnej Sodalicji. Bardzo 
starannie rozważyliśmy twoją kandydaturę, a potem ją odrzuciliśmy. Niestety, nie 

spełniałeś wymagań dotyczących wzrostu.
Barry się cofnął; Czerwonozady ukląkł ostrożnie obok ciała. Nagle, bez 

ostrzeżenia, zaczął gwałtownie okładać Łona pięściami.
Barry rzucił się naprzód, chwytając go za ręce.

- Co ty, kurna, wyprawiasz?
- Akupuktura - wyjaśnił lekko zdyszany z wysiłku Czerwonozady. — Chińczycy 

wychwalają ją pod niebiosa.
- A ja wywalam ją pod niebiosa. Przestań, do diabła!

- Posłuchaj, Barry, jeśli nie chcesz pomóc przyjacielowi — wtrącił Zed. — 
Czerwonozady wie co robi, to bardzo mądry człowiek. Słyszałeś, że Włosi nie...

Wśród Zerorów panował szczególny rodzaj obłędu, a tego dnia Barry osiągnął już 
swój limit tolerancji.

- Po prostu pomóżcie mi wsadzić go na mopa, dobrze? Łon był za duży, by Barry 
mógł zarzucić go sobie na

plecy. Czerwonozady rzucił się do pomocy.
78

- Ukradniemy ubranie tego wielkiego durnia - oznajmił.
Z ciuchów, które Hamgryz złożył w staranny stosik obok jacuzzi, upletli 

zaimprowizowany hamak.
- Co z nim? - Barry wskazał kciukiem śpiącego gajowego.

- Zjadł wszystkie ciasteczka centaurów — wyjaśnił Zed.
- Aha. — Barry poczuł, że panująca w okolicy głupota osiąga poziom śmiertelny. 

Wraz z Łonem odleciał do Hokpoku i infirmerii.
- Co robimy teraz? - spytał Zed. - Skończyło się piwo.

- Mam pomysł- rzucił Czerwonozady. -Tego także nauczyłem się w Sekretnej 
Sodalicji.

Chichocząc, Czerwonozady i Zed przywołali niejadalny marker i pokryli swego 
uśpionego przyjaciela nieprzyzwoitymi napisami. Następnie zgarnęli resztę 

ciuchów Ha-mgryza i ruszyli do domu. Olbrzym będzie musiał wrócić do Hokpoku, 
zasłaniając swe przywiędłe krocze gałęzią, oprócz tego całe jego ciało pokrywały 

napisy w stylu: centaury MOGĄ MI OBCIĄGNĄĆ.
- Hej chłopaki, koleś szuka draki — rzucił ktoś, gdy sześć godzin później 

Hamgryz, potykając się, wmaszerował na polanę.
Nagle odkrył, że otacza go wianuszek centaurów. Sprawiały wrażenie wkurzonych. 

Poznał kilku z nich, ale nie dość wielu.
- Sianek, Tranz, Fluenzo - wybełkotał. - Jacyś gościowie wypisali to na mni. 

Wicie, że jestem wporzo.
- Nie wysilaj się, chłoptasiu. - Tranz groźnie rozprostował kopyta.

79
A potem dumni hippisowscy strażnicy lasu porządnie złoili mu skórę. Następnego 

ranka Hamgryz minął Zeda i Czerwonozadego w pokoju nauczycielskim. Obaj 
zajmowali się właśnie bezczeszczeniem plakatu motywacyjnego. Oderwali się od 

niego na dość długo, by spojrzeć.
- Na co siem gapisz, rudasie? - zagrzmiał olbrzym, przyciskając do oka befsztyk.

- Na nic - wycedził z trudem Zed, zaciskając usta.
W chwili, gdy drzwi się zamknęły, obaj z Czerwonoza-dym niemal posikali się ze 

śmiechu*.
* Większość dowcipów Zeda i Czerwonozadego kończyła się marnie, ale to nigdy ich 

nie powstrzymało. Na przykład, przez cały piąty rok nauki Barryego rzucali czar 
na imbryk, tak że kiedy profesor Snajper parzył herbatę, zawsze dostawał kawę. 

Dla profesora eliksirów było to bardzo wstydliwe; jeszcze bardziej, gdy Bubeldor 
zdegradował go do profesora mikstur i ograniczył obowiązki wyłącznie do szycia, 

które w magii nie znajduje zbyt wielkiego zastosowania. Kiedy Snajper poznał 
prawdę, przeklął Zeda plagą chochlików. Czerwonozady zaprzeczył, by miał 

cokolwiek wspólnego z tym wybrykiem, i Snajper mu uwierzył. Frajer.
ROZDZIAŁ 6

 130 l\MK
- Przepraszam za spóźnienie. — Barry ułożył się na kozetce w gabinecie Ritalina. 

— Córka zamieniła mój nocnik w świstosik. Po dwóch sekundach porannego odlewania 
się odkryłem, że opróżniam pęcherz na środku działu produktów do pielęgnacji 

background image

włosów u Bootsa przy ulicy Corleone.
- Cóż za poruszające odkrycie - odparł Ritalin. - Czy chodzi o czarę tajemnic? 

Jakież to nostalgiczne z twojej strony. Zamierzasz ją ukarać?
- Nie, to w końcu genetyka — rzekł z rezygnacją Barry. - Ja sam zawsze byłem 

łobuzem, a Herbina świetnie sobie radzi ze złośliwymi czarami. To naturalne, że 
Fiona odziedziczyła oba te talenty. Wiedziałeś, że przez dwa miesiące chodziłem 

z małą planetą krążącą wokół głowy?
- Naprawdę? Zaczynajmy. - Doktor Ritalin ustawił pionowo monetę i pstryknął w 

nią, tak że zaczęła wirować. Moneta natychmiast wzleciała w powietrze i zawisła 
przed Barrym leżącym na skórzanej kozetce psychiatry. - Barry, skup wzrok na 

monecie — polecił lekarz. — Lumosino -
81

wymamrotał i światła w gabinecie przygasły. -Teraz policzę w tył od dwudziestu. 
Gdy dotrę do jednego, umrzesz.

Barry usiadł gwałtownie, zaniepokojony.
- Ha, ha - zaśmiał się Ritalin. - To taki dowcip hipnotyzera. Połóż się. Kiedy 

dotrę do jednego, przeniesiesz się myślami w czasy, gdy pierwszy raz zapragnąłeś 
przestać dorastać... pierwszy raz powstrzymałeś się przed dorasta-

niem.
Przy dziesięciu Barry czuł się jak zrobiony z rozmiękłego makaronu. Głos 

Ritalina niczym magnes ściągał go w dół, w dół. Czy może w górę, w górę. Czy coś 
takiego.

— Jeden - powiedział Ritalin. - Gdzie teraz jesteś, Barry?
— Zapomniałeś o siedmiu — wymamrotał Barry.

— Nieważne. Ile masz lat?
— Piętnaście.

— A gdzie jesteś?
— W szkole, z chłopakami z Zakonu Penisa.

— Z czego? - Ritalin zapisał coś szybko.
— Zakonu Penisa. Spotykamy się, pijemy razem piwo i oglądamy filmy przyrodnicze 

w tajnej komnacie. Nie mów nic Bubeldorowi.
— Nie powiem.

— Bo ukradliśmy je z jego gabinetu.
— Ach. — Ritalin ze znużeniem potarł policzek. Bogactwo hokpockich występków 

mogło wykończyć każdego.
— Cały czas namawiam panią Rollins, by umieściła Zakon w następnej książce, ale 

ona wciąż mówi: „Nie sądzę, by świat był na to gotów" - oznajmił Barry, a potem 
zmienił mu się głos. Barry cofnął się już całkowicie i przemawiał do osób z 

przeszłości.
82

Było piątkowe popołudnie; spotkanie Zakonu Penisa właśnie się rozkręcało. Barry 
wstał z miękkiego fotela przemyconego do tajnego Pokoju Byczeń.

- Chłopaki, pójdę wyprowadzić Łona. Przestańcie obrzucać mnie popcornem!
- Zamknij się i przyjmuj to jak mężczyzna. - Ferd wypuścił kolejną salwę. - 

Tańcz, laluniu, tańcz.
- To piwo jest ohydne. - Jorge spojrzał na butelkę, jakby właśnie go ugryzła.

- Żyję po to, by brzydzić. - Barry uskoczył przed salwą popcornu.
Co tydzień jeden członek Zakonu dostarczał kolejnego kandydata do tytułu 

najgorszego piwa świata.
Wyświetlana w naturalnej wielkości na pustej ścianie pneumatyczna blondynka w 

zwiewnym czerwonym pe-niuarze otworzyła drzwi.
- Ho, ho, ho! - zawołał półnagi mężczyzna w czapce Świętego Mikołaja i w 

dżinsach. — Przychodzę przetkać rurę.
W dłoni trzymał wielką atrapę klucza francuskiego.

- Założę się - rzucił Ferd ku ogólnemu rozbawieniu.
- Na pudełku piszą, że facet nazywa się Peter Pała Johnson - oznajmił Lee 

Jardin. — Zatem ten szatyn to musi być Dick Sztywniak.
- Chodzi ci o włosy na głowie? — spytał Jorge.

- Założę się, że pani Sztywniak jest z niego bardzo dumna.
- Włączcie zegar - rzucił Świrus 0'Stereotyp.

Ferd wycelował różdżką w ścianę i lśniące białe cyferki zaczęły przeskakiwać 
miarowo. Była to jedna z tradycji

background image

83
Zakonu — co tydzień członkowie zakładali się, ile sekund upłynie od 

bezsensownego zawiązania sceny do chwili penetracji. Każdy obstawiał jakąś 
liczbę, zwycięzca nie musiał pić więcej piwa, a ten, który trafił najgorzej, 

zabierał do domu resztki.
Oczywiście posiadanie penisa nie stanowiło warunku członkostwa w Zakonie, 

potrzebna była tylko zdrowa wątroba. Herbina należała do grona członków 
założycieli. Za każdym razem, gdy to ona przynosiła film, tak jak w tym 

tygodniu, okazywał się on znacznie bardziej nieprzyzwoity niż nader 
konwencjonalne propozycje chłopców.

— Wywracam na nice stereotypy płciowe — oznajmiła z dumą.
— Wywracasz na nice mój żołądek - odparł Barry.

Na ekranie elfka robiła coś bardzo niehigienicznego z dużą, cukrową laseczką. W 
tle leciał bezsensowny dialog, w którym powtarzały się słowa „grzeczna" i 

„niegrzeczna", ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
— Jest, cukrowa laska, wygrałem! - zawołał Świrus.

— Nie - mruknął Ferd - słodycze się nie liczą.
— A co, myślisz, że schowała ją sobie na później? - zaprotestował Świrus, jak 

zawsze gotów do bójki.
— Wyluzuj, Świrus. To dopiero świetne miejsce na jemiołę — zapiał Jorge, 

wskazując hydraulika.
-Auć -- mruknął Lee. - Liście wydają się strasznie

ostre.
— Herb — zagadnął Barry. — Co powiedziałby Victor, gdyby się dowiedział, że 

oglądasz takie rzeczy?
— Jeśli jest mądry, to nic. To w końcu tylko moja pod-rywka na odległość, nie 

ojciec. A zresztą, co w tym złego? -
84

Herbina wzruszyła ramionami. — Nie ma go tutaj i mogę wybierać tylko spomiędzy 
was.

- Co niby jest z nami nie tak? - bronił się Ferd.
- Spytaj swoje lustro. Poza tym Vic na pewno robi z kumplami to samo. Wszyscy 

myślą o seksie.
- Założę się, że Urwis o nim nie myśli - wtrącił Lee.

- Jej ciało jeszcze nie zaczęło dojrzewać — wyjaśniła Herbina. - Wcześniej czy 
później będzie kipieć hormonami, tak jak my wszyscy.

Barry czuł się coraz bardziej niezręcznie. Niewątpliwy dreszczyk emocji, jaki 
budziła obecność prawdziwej, żywej dziewczyny podczas nieprzyzwoitych rozrywek, 

zniknął, zagłuszony porażającą świadomością, że niezależnie od godzin spędzonych 
przez niego na zabawie w doktora Herbina radziła sobie z tymi sprawami znacznie 

lepiej. A jeśli inne dziewczyny też miały równie nieczyste myśli jak chłopcy... 
Ta wizja była zbyt porażająca, żeby się nad nią zastanawiać.

- Uch, muszę wyjść wyprowadzić Łona - oznajmił.
- Wciąż tu jesteś? - Jorge wpatrywał się zafascynowany w erotyczną zabawkę 

ozdobioną bombkami.
- Wybacz, że cię nie odprowadzę - dodał Ferd.

Na ekranie pojawiły się dwie nowe aktorki ubrane wyłącznie w rogi reniferów.
- Idź do lekarza — warknął Barry. - Chodź, Lon, najpierw muszę włożyć płaszcz.

Lon, który zaledwie kilka tygodni wcześniej opuścił szpital, leżał zwinięty w 
kłębek na podłodze, całkowicie lekceważąc wszystko, co działo się wokół. Wstał i 

się przeciągnął.
- Dajcie mi znać, jeśli dziś wygram — powiedział Barry.

- Ja już wygrałem! - zagrzmiał Świrus.
85

- Nieprawda! - odparli wszyscy chórem, lecz do tego czasu Barry i Lon zdążyli 
wyjść.

***
Po dziesięciu minutach jazdy na upierdliwych, przesuwających się schodach obaj 

znaleźli się w prywatnej sypialni Barry'ego. Niegdyś w tym pokoju zamykano 
uczniów Graffitonu, którym w trakcie semestru odbiła szajba. (W dawnych czasach 

każdy z Domów dysponował podobnym pomieszczeniem. Teraz po prostu rzucano na 
uczniów zaklęcie Relanio i wpychano w głąb sieci Fru). Barry uważał, że kraty w 

background image

oknach dodają pomieszczeniu charakteru. Lecz wyłożone miękką gumą ściany 
utrudniały wieszanie plakatów.

Lon sypiał tu na materacu u stóp łóżka Barry'ego do czasu, aż Barry'ego zmęczyły 
koncerty wyszczekiwane o drugiej nad ranem. Teraz jego przyjaciel nocował 

najczęściej u Herbiny i jej koleżanek. Poświęcały mu wiele uwagi, przemycały 
przysmaki z jadalni, a gdy się posilał, ćwiczyły na nim zaklęcia fryzjerskie.

Z roztargnieniem ściskając w palcach smycz Łona, Barry wyglądał przez okno 
sypialni. Kraken porwał właśnie z okna piętro niżej krzyczącego wniebogłosy 

pierwszorocz-niaka*. Po lewej ciągnął się trawnik: szerokie pasmo zieleni
* Była to tradycyjna hokpocka zabawa: uczniowie kręcili się przy otwartym oknie, 

kusząc krakena, by sięgnął ku nim wężową macką, a potem w ostatniej chwili 
uskakiwali. Czasami okazywali się zbyt wolni i Hamgryz musiał odsyłać ich rzeczy 

osobiste
86

— Nieprawda! — odparli wszyscy chórem, lecz do tego czasu Barry i Lon zdążyli 
wyjść.

Po dziesięciu minutach jazdy na upierdliwych, przesuwających się schodach obaj 
znaleźli się w prywatnej sypialni Barry'ego. Niegdyś w tym pokoju zamykano 

uczniów Graffitonu, którym w trakcie semestru odbiła szajba. (W dawnych czasach 
każdy z Domów dysponował podobnym pomieszczeniem. Teraz po prostu rzucano na 

uczniów zaklęcie Relanio i wpychano w głąb sieci Fru). Barry uważał, że kraty w 
oknach dodają pomieszczeniu charakteru. Lecz wyłożone miękką gumą ściany 

utrudniały wieszanie plakatów.
Lon sypiał tu na materacu u stóp łóżka Barry'ego do czasu, aż Barry'ego zmęczyły 

koncerty wyszczekiwane o drugiej nad ranem. Teraz jego przyjaciel nocował 
najczęściej u Herbiny i jej koleżanek. Poświęcały mu wiele uwagi, przemycały 

przysmaki z jadalni, a gdy się posilał, ćwiczyły na nim zaklęcia fryzjerskie.
Z roztargnieniem ściskając w palcach smycz Łona, Barry wyglądał przez okno 

sypialni. Kraken porwał właśnie z okna piętro niżej krzyczącego wniebogłosy 
pierwszorocz-niaka*. Po lewej ciągnął się trawnik: szerokie pasmo zieleni

* Była to tradycyjna hokpocka zabawa: uczniowie kręcili się przy otwartym oknie, 
kusząc krakena, by sięgnął ku nim wężową macką, a potem w ostatniej chwili 

uskakiwali. Czasami okazywali się zbyt wolni i Hamgryz musiał odsyłać ich rzeczy 
osobiste

86
przed szkołą. Zieleń zawsze zachowywała soczystą barwę, bo na dworze stale lało.

Uczniowie nazywali to torturą wodną — nawet gdy niebo pozostawało oślepiająco 
niebieskie, na Hokpok padał deszcz. Beaubeaux rzuciło to zaklęcie, by 

konkurencyjna szkoła nigdy nie wysychała, i jak dotąd, nikomu nie udało się 
jeszcze przełamać klątwy Wielkiego Kataru. Przez strugi deszczu Barry dostrzegł 

dwie plamy na trawniku, jedną małą i żółtą, drugą jeszcze mniejszą, różową.
Lon zaszczekał, nie mogąc się doczekać spaceru. Przez pierwsze tygodnie po 

przeszczepie mózgu należało go wyprowadzać bardzo często.
- Nie chcemy, żeby zdziczał — wyjaśniła siostra Pomme-fritte. - Musi oswoić się 

z ludźmi.
Zważywszy na to, jak niszczycielskie skłonności przejawiali Ferd i Jorge 

Gwizzleyowie, wciąż pozostający przecież częścią społeczeństwa ludzkiego, myśl o 
Lonie-zwierzęciu była doprawdy przerażająca.

- Nie, nie, obciera - warknął Lon, gdy Barry uniósł smycz.
Chłopiec-pies opadł na czworaki i zaczął uganiać się po pokoju, poszczekując.

Barry naciągnął swój płaszcz przeciwdeszczowy, hippi-sowskie wielobarwne poncho, 
niegdyś należące do ojca.

w pudełku do domu. Profesor McGoogle usiłowała zniechęcić ich do tej zabawy, 
zawsze bowiem sprzeciwiała się gwałtownie wszystkiemu, co uczniowie uznawali za 

zabawne. Lecz dyrektor Bubeldor jeszcze ich zachęcał— dzięki podobnym igraszkom 
lista oczekujących kandydatów skracała się znacząco.

87
Płaszcz, nieprany od czasu śmierci pana Trottera, zesztyw-niał, pokryty 

wieloletnimi warstwami brudu. Gotów do wyjścia Barry stanął w drzwiach. Lon 
wetknął głowę pod łóżko, próbując wyciągnąć wepchniętą tam kość.

- No chodź, Lon - popędził go Barry. - Chcę wrócić na kolację. Dają dziś stek i 
cynaderki.

background image

- Chcę, chcę. — Lon spojrzał prosząco na Barry'ego i zaskomlił.
- Przez pierwsze kilka miesięcy — powiedziała siostra Pommefritte — mowa pana 

Gwizzleya będzie niezwykle uboga, prosta i irytująca.
- Na lok łonowy pani Merlinowej - jęknął Barry. Kiedy już podszedł i wyciągnął 

kość, ostrożnie wywlókł
rozbrykanego Łona z pokoju — na nieszczęście nie dość ostrożnie, by uniknąć 

wypadku. Lon niechcący zwalił całkiem sporą piramidę z puszek po piwie, którą 
Barry zbudował w swej sypialni*.

- Niech to szlag - mruknął Barry. - Wiesz, jesteś równie niezgrabny jak 
wcześniej. — Zamknął drzwi. — Aport! — zawołał i cisnął kość na dół do holu.

Lon popędził za nią po przesuwających się schodach.
- Uwaga! - ostrzegł Barry wspinającą się po nich grupę trzecioklasistów.

Za późno - Lon wywrócił kilku. Wokoło posypał się deszcz prac domowych.
* Prawdę mówiąc, przed ukazaniem się książki Rollins Barry tylko raz zakosztował 

sławy, gdy w „Harcach Hokpoku" ukazał się artykuł na temat wzmiankowanej 
piramidy: „Czwartoklasista pije i marnuje czas" autorstwa Colina Cryptica.

88
Gdy Barry ruszył w ślad za Łonem, ten pobiegł ku niemu na górę, niosąc w zębach 

kość. Wyminął go i biegł dalej.
- Lon, stój! — ryknął Barry do mijającego go ognistoru-dego półczłowieka. Nie 

miał ochoty bawić się w berka. -W porządku - rzekł. — Idę na spacer. Jeśli ktoś 
chciałby do mnie dołączyć...

Wkrótce Lon stanął na szczycie schodów, patrząc na Barry'ego na dole. Gdy tylko 
Barry pokonywał choćby jeden stopień, Lon cofał się o krok.

- No chodź, Lon. - Barry starał się przemawiać przyjaznym, lecz stanowczym 
tonem, zalecanym przez siostrę Pommefritte. — Chodź!

Lon jedynie patrzył na Barry'ego, od czasu do czasu przekrzywiając głowę, jakby 
chciał powiedzieć: „Do mnie mówisz? Bo jeśli tak, to mam teraz tajemne imię 

znane tylko mnie". To było okropnie wkurzające. Barry w końcu uciekł się do 
zaklęcia.

- Gilgigilgi. — Z jego różdżki wystrzeliła magiczna ręka i zaczęła drapać Łona w 
starannie wybranym miejscu, tuż pod klatką piersiową.

Lon natychmiast padł na ziemię, przewrócił się na plecy i zaczął machać lewą 
nogą.

Barry ze znużeniem wspiął się po schodach. Opieka nad psem nie była wcale łatwa, 
czasami wolałby towarzystwo dawnego maoistowskiego rewolucjonisty — ale nie 

powinien o tym myśleć. Szybko założył Łonowi na głowę uprząż. Lon jak zwykle 
kichnął. Herbina twierdziła, że dzieje się tak dlatego, że uprząż uciska koniec 

jego nosa. Barry jednak był święcie przekonany, że przyjaciel robi to 
specjalnie.

- Błe. - Wytarł dłonią twarz. - No chodź.
89

Lon wstał i podreptał w stronę schodów, Barry szedł za nim. Humor miał pod 
psem*. Kilku Slizgorybów nabijało się, wytykając ich palcami, toteż Barry 

poprowadził Łona dłuższą drogą przez salę wspólną Ślizgorybu, gdzie uczył 
przyjaciela sikać na skórzaną kanapę.

- Grzeczny chłopczyk - rzekł, częstując go kawałkiem gumy o smaku polędwicy.
Gdy wyszli na zewnątrz, Barry zobaczył wyraźniej dwie tajemnicze postaci. Jedna 

miała kształt człowieka, druga przypominała psa. Ale różowy pies?
Cokolwiek to było, wzbudziło zainteresowanie Łona, który rzucił się w tamtą 

stronę, w mgnieniu oka rozwijając piętnaście metrów smyczy. Barry próbował 
dotrzymać mu kroku, ale kondycję miał żałosną - gdy każdy najmniejszy drobiazg 

załatwia się magią, ćwiczenia fizyczne stanowią rzadkość. W końcu zabrakło luzu 
i smycz się napięła. Barry odkrył, że ślizga się po mokrej od deszczu, wilgotnej 

ziemi, niczym narciarz wodny za motorówką Łona.
- Uwaga! - krzyknął Barry do postaci w sztormiaku.

- Co takiego? - zapytała postać wysokim, lekko ochrypłym głosem. — Ach.
Stojąca przed nieznajomą świnia przestała węszyć, za-kwiczała ze zgrozy i 

puściła się biegiem naprzód.
* Gra słów zamierzona.

90
- Desmond, wracaj tu! - zawołała dziewczyna w sztor-

background image

miaku.
Hm, pomyślał Barry, dziewczyna. Ma świnię, więc lubi brzydkie, różowe 

stworzenia. Mniej więcej w moim wieku, przytomna - ale pozostawała kwestia 
irytującej Bariery

Wiekowej.
- Nie bój się, nie jest groźny! - krzyknął.

Barry oceniał ją wzrokiem - dwie ręce, dwie nogi, głowa, wszystko sprawne - 
toteż nie zauważył wystającego z ziemi przed nim niewielkiego kamienia. 

Zahaczywszy o niego prawą stopą, runął na trawę.
Tymczasem Lon doścignął świnię i porwał ją w objęcia.

- Mam cię, mam cię, mam cię — zaśpiewał. Świnia za-kwiczała, szarpnęła się i 
zesrała. - Błe. - Lon wypuścił ją i pogroził palcem. - Ludzie, którzy tak robią, 

muszą nosić pieluchy — upomniał, powtarzając coś, co wpoiła mu siostra
Pommefritte.

Świnia umknęła na bezpieczną odległość, gdzie zaczęła
się powoli uspokajać.

Barry nie był wcale bardziej czysty, choć niewątpliwie mniej cuchnął — pokrywało 
go tylko błoto. Dziewczyna w sztormiaku podeszła i pomogła mu wstać.

- Podnieś się, proszę — rzekła wesoło.
Miała drobne dłonie i paznokcie pomalowane trzema różnymi lakierami.

- Dziękuję. — Barry roztarł pośladki. — Chyba wylądowałem na różdżce.
Dziewczyna zaśmiała się.

- Na czym?
91

— Mojej magicznej różdżce. - Barry wyciągnął ją. - Jestem czarodziejem.
Jego słowa trafiły w próżnię. Dziewczyna zdjęła kaptur, odsłaniając ostrzyżone 

na pazia kasztanowe włosy. Otrząsnęła kaptur z wody; deszcz kropel obryzgał 
Barry'ego.

— Przepraszam - powiedziała. - Po co nosisz ten patyk? To jakaś pamiątka? Mój 
dziadek zawsze miał przy sobie kawałek metalu, powtarzał wszystkim, że to 

szrapnel, który wyjęli mu z głowy. Ale babcia mówiła mi, że to zwykły kawałek 
złomu. Dziadek twierdził, że walczył na gołe klaty z Rommlem, ale to też było 

kłamstwo. Służył w brygadzie rozrywkowej. Musiał się bać tylko zgniłych 
pomidorów.

Lon ruszył ku nim. Zdążył już jakimś cudem zaprzyjaźnić się ze świnią i znów 
trzymał ją w objęciach, obwąchując i liżąc przyjacielsko. Barry'ego nagle 

ogarnął wstyd.
— Lon, przestań — upomniał — to nie twoja świnia. Lon uniósł wzrok.

— Nazwę ją Bekon — oznajmił z uśmiechem.
— Nie możesz, Lon, nie należy do ciebie — upomniał go Barry. — To świnia tej 

dziewczynki, puść ją - dodał tonem, który, miał nadzieję, brzmiał bardzo 
władczo. — Lon! Puść!

Lon zatrzymał się i przekrzywił głowę o jakieś piętnaście stopni, poza tym 
jednak nie zareagował. Znów ten numer z tajemnym imieniem. Dziewczyna uniosła 

dłonie do ust.
— Puść! — wrzasnęła jeszcze groźniejszym głosem (ostatecznie dziewczynki 

dojrzewają szybciej niż chłopcy).
Lon wypuścił świnię, która odeszła na bok.

— Imponujące. - Barry poczuł ukłucie w swe ego.
92

- Dzięki. - Dziewczyna odgarnęła z czoła kosmyk włosów. - Po prostu musisz go 
nauczyć, kto jest szefem — Wyciągnęła rękę. — Nazywam się Bea - oznajmiła. — A 

ty?
Barry zdumiał się - minęło sporo czasu odkąd spotkał kogoś, kto go nie znał. 

Przez chwilę stał bez ruchu.
- W moim kraju uściśnięcie dłoni to forma powitania -ciągnęła Bea. - Otwarta 

dłoń oznacza: „Jestem przyjacielem", czy też w groźniejszych sytuacjach: „Nie 
mam przy sobie broni". - Zawahała się. — Nie masz chyba przy sobie broni, 

prawda?
- Nie. — Barry wzdrygnął się i uśmiechnął z zakłopotaniem. - Barry Trotter.

- Miło mi cię poznać, Barry. Masz ładny dom - dodała, wskazując Hokpok.
- Co? A, nie, chodzę tu do szkoły.

background image

- A zatem masz ładną szkołę. Ja nie chodzę do szkoły -oznajmiła Bea. — Babcia 
chce, żebym odebrała wykształcenie klasyczne, siedzę więc w domu i uczę się 

sama.
- Brzmi super. Mógłbym zamieszkać z twoją babcią? — Wszystko byłoby lepsze niż 

życie pod rządami Bubeldora.
Bea się zaśmiała. Przypominało to nieco odgłosy wydawane przez piszczącą gumową 

zabawkę.
- To zależy - powiedziała — czy jesteś Partem, czy Go-

tem.
- Pytasz, czy ubieram się na czarno i...

- Nie. Miałam na myśli barbarzyńskie plemiona, które wygnane przez Mongołów ze 
swych siedzib na stepach osiadły na terenach na północ od Morza Czarnego i 

doprowadziły do upadku Zachodniego Imperium Rzymskiego
93

po serii powtarzających się najazdów, począwszy od trzeciego wieku naszej ery.
- Co takiego? — Wszystko, co brzmiało jak wiedza szkolna, działało na Barry'ego 

ogłuszająco. - Jestem z Piddle-sex - oznajmił z nadzieją, że ma to jakiś sens.
I miało.

- A zatem w porządku. — Milczenie Barry'ego zachęciło Beę do dodania: - My z 
babcią jesteśmy Rzymiankami.

- To znaczy, że jesteś Włoszką? Miałem sąsiada pochodzącego z Włoch - oznajmił 
Barry. - Jego mama nie goliła sobie pach.

- Nie Włoszką - wyjaśniła Bea. - Rzymianką. Jak Imperium. Moje nazwisko 
pierwotnie brzmiało Trazyl, ale kiedy dziadek wstąpił do wojska, zmienił je na 

Thompson.
Zazwyczaj w tej fazie rozmowy Barry spytałby dziewczynę, czy zechciałaby zdjąć 

bluzkę. Tym razem jednak o dziwo wydało mu się to niestosowne. Wciąż jednak 
pozostawał problem jego niebezpiecznie obumarłej umiejętności prowadzenia 

zwykłych rozmów. Ponieważ nie miał pojęcia co powiedzieć, z wdzięcznością 
dostrzegł, że Desmond drepcze w stronę samotnej kępy drzew na skraju 

Zabronionego Lasu.
- Nie pozwalaj lepiej twojej świni zanadto zbliżać się do tych gębów* - 

ostrzegł.
* Krwiożercza roślinność na terenach Hokpoku — odtylna osika, gęby i tak dalej - 

to efekt działalności szalonego, wędrownego botanika, który nazywał siebie 
Jasiem Demonsiewcą. Odziany jedynie w znaleziony w śmieciach worek po wapnie i 

noszący na głowie poobijany kociołek zamiast czapki, J.D. podróżował po 
magicznym świecie w osiemnastym wieku, sadząc śmiercionośne

94
- Tam właśnie go posłałam, pod dęby - wyjaśniła Bea. -Uczę go wykopywania 

trufli.
-Hę?

- Z pewnością słyszałeś o truflach, panie z wielkiej imponującej szkoły - 
zażartowała Bea. — Smakowity grzyb, często wykorzystywany w kuchni, rosnący w 

korzeniach dębów.
Barry gapił się na nią tępo.

Jak można żyć na tym świecie, nie mając o niczym pojęcia, zastanawiała się w 
duchu Bea.

- Czego oni właściwie was uczą? - dodała głośno.
- Magii — odparł Barry. Bea zaśmiała się.

-Naprawdę, nie żartuję. - W chwili, gdy to mówił, jeden z gębów wyciągnął 
morderczą gałąź w stronę świni. — Patrz. Chono! - Barry wycelował różdżką w 

świnię. Desmond zniknął i zmaterializował się u stóp Bei, a drzewo zacisnęło 
małe gałązki, potrząsając nimi gniewnie niczym piąstkami.

- O, jak to zro...? — Zdjęła mokre, zaparowane okulary i je wytarła. — To pewnie 
przez moje szkła — rzekła do siebie. — Czas na nową receptę.

Gumole, pomyślał Barry. Jak można żyć na tym świecie, nie mając o niczym 
pojęcia?

- A tak w ogóle, co tu robisz? - spytał.
- Jak już mówiłam, uczę moją świnię — odparła, jakby to było najbardziej 

naturalne zajęcie na terenie Hokpoku. — Babcia mówi, że Des to niewłaściwy 
gatunek świni. Ale

background image

drzewa. Nikt nie wiedział dokładnie, czemu to robił, ale wszyscy zgadzali się, 
że był palantem.

95
według mnie zawsze sprawiał wrażenie utalentowanego, a nie należę do osób, 

które, jeśli się im powie „nie", od razu, no wiesz...
- Gdzie mój pies? - spytał nagle Barry. Przeraziła go myśl, że Lon poszedł się 

wysikać pod odtylną osiką albo wpadł na inny równie błyskotliwy pomysł.
- Chcesz powiedzieć: twój przyjaciel? - spytała Bea. -Naprawdę powinieneś 

zachowywać się milej.
- Nic nie rozumiesz. Jest w połowie tym, w połowie tym - wyjaśnił Barry. - To 

długa i paskudna historia.
- Jest tam, pod... — zaczęła Bea. Lon przykucnął pod trybuną do ąuitkitu i 

zaczął się lizać. — A, rozumiem, co masz na myśli. Bardzo wygimnastykowany, 
prawda?

- Posłuchaj - bronił przyjaciela Barry - to porządny gość. Nic nie może na to 
poradzić, wszczepili mu mózg złotego retrievera.

- Rany, niesamowite — mruknęła Bea. — Ale pewnie czarodzieje miewają 
niesamowitych przyjaciół.

Czuł wyraźnie, że się z niego nabija. Po wszystkich tych zachwytach było to 
nawet zabawne.

- Beo, nie powinnaś się tu kręcić. To niebezpieczne.
- Niebezpieczne? Co w tym takiego niebezpiecznego? -spytała wesoło Bea. - 

Desmond może wygląda niewinnie, ale potrafi być groźny. - Wieprzek obwąchiwał 
jej stopy, a ona podrapała go między uszami. — Nauczyłam go trochę karate, 

oczywiście lekko zmodyfikowanego. Kupiłam książkę Karate dla bardzo niskich osób 
i...

- Jasne, jasne - przerwał jej Barry. - Ale tu jest niebezpiecznie, zwłaszcza po 
zmroku. Nie tylko gęby, ale odtylna osika, kraken...

96
- Kra co?

-To olbrzymia ośmiornica, mieszkająca w naszym jeziorze.
- No dobra, „Barry Trotterze". - Bea uśmiechała się, wyraźnie nie wierząc ani 

jednemu jego słowu. — Wiedziałeś, że ośmiornice dorównują inteligencją domowym 
kotom?

- Na miłość boską - jęknął z desperacją Barry. - Musisz stąd uciekać. Nie 
widzisz, jak sięga przez okna? Spójrz, o tam.

- Gdzie?
- Tam! - Barry wskazał całym ciałem. - Podążaj wzrokiem za krzykami. Widzisz?

- Może - przyznała Bea. - Jesteś pewien, że to nie złudzenie optyczne?
- Krzyki?

- Czasem tak bywa o zmierzchu. Zaledwie wczoraj czytałam, że dwaj piloci 
twierdzili, że widzieli smoka. - Bea zaśmiała się. - Uwierzysz?

Barry nagle zorientował się, jak jest późno. Powinien wracać na kolację. Czuł 
się jednak dziwnie odpowiedzialny za tę Gumolkę.

- Przyszłam drogą z Hogsbiede - oznajmiła lekkim tonem. — Tam właśnie mieszkamy. 
Babcia spędziła tam całe życie.

- Biedaczka.
Bea wzruszyła ramionami.

- Jest tanio.
- Cieszę się, że nie weszłaś do lasu, jest Zabroniony. — Barry napawał się 

rzadką sposobnością bycia nauczycielem,
97

nie durniem. - To znaczy, że pełno w nim hippisów, muzyków jazzowych i różnych 
innych stworów.

— Ooo, cyganeria.
Słownictwo Bei stawało się prawdziwym problemem.

- Uhm, tak. A jeśli zdołasz uciec centaurom, są tam też olbrzymie pająki, 
naprawdę okropne. Natomiast olbrzymy wielkości pająków nie są nawet takie złe.

- Ciekawe. Będę musiała tu wrócić i wszystko obejrzeć.
— Nie! - zawołał Barry. — Nie powinnaś, Beo. Zabiją cię i zrobią z ciebie bębny 

albo coś w tym stylu.
Bea posłała mu przebiegły uśmieszek.

background image

— Czyli będę potrzebować przewodnika?
Barry zarumienił się i znów poczuł coś nowego i nawet przyjemnego - tym razem to 

on był zwierzyną, nie myśliwym.
— No... jeśli chcesz to tak ująć. W istocie, Beo - dodał Barry - chyba 

powinienem odprowadzić cię do drogi.
- No to chodź. - Bea ruszyła naprzód. - Robi się ciemno. A nuż pojawią się 

smoki?
: — Nie martw się - odparł z powagą Barry. - Umiem sobie z nimi radzić.

- Wspaniale - rzuciła Bea. - Ty zajmij się smokami, a ja będę nas bronić przed 
yetim, Nessim i ich przyjaciółmi z kosmosu.

Barry nie widział w tym nic zabawnego. Yeti był antypatycznym, złośliwym 
pijakiem, lecz przy Nessim można by uznać go za anioła. Zagwizdał i Lon 

podbiegł, tupiąc głośno. Za nim podążał Desmond, który zaczynał naprawdę 
odpłacać mu szczerym uczuciem. Lon, sam będąc zwierzęciem, umiał radzić sobie z 

innymi.
98

Gdy dotarli do drogi, Barry nie miał ochoty zawracać.
- Odprowadzę cię do miasta - oznajmił. ¦- Jeśli nie masz nic przeciwko.

- Mnie to pasuje - odparła Bea. - Szkoły magii nie przejmują się zanadto tym, 
gdzie się włóczą uczniowie?

- Zwykle się przejmują, zwykle są bardzo surowe, ale... -Barry urwał, by położyć 
szczególny nacisk na te słowa - ...ja mogę robić co tylko zechcę.

- Aha. - Bea uśmiechnęła się z niedowierzaniem. -A czemu traktują cię tak 
wyjątkowo?

- Bo jestem sławny.
- Niech zgadnę. Jesteś sławnym łowcą smoków.

-W swoim czasie miałem z kilkoma do czynienia -oznajmił z zadęciem Barry. - 
Słaby punkt smoka to uda. Smoki są przewrażliwione na punkcie własnej wagi. 

Jeśli więc pokażesz palcem jego uda i powiesz: „Widzę w nich każde ciastko, 
które kiedykolwiek zjadłeś", to się rozpłaczą. A kiedy płaczą, nie mogą ziać 

ogniem. To ma związek z zatokami.
- Skąd ty bierzesz te pomysły? - Bea zaśmiała się. - Jesteś komikiem, 

uciekinierem z domu wariatów? Nie wierzę, że nigdy o tobie nie słyszałam.
Boleśnie uraziła jego uczucia.

- Powinnaś częściej wychodzić z domu. Jestem jedynym człowiekiem, który został 
zaatakowany przez lorda Vielo-konta i przeżył.

- O nim też nigdy nie słyszałam - przyznała Bea. — Mieszka w okolicy?
- To najpotężniejszy ciemniacki mag wszech czasów -wyjaśnił Barry. - Cały czas 

próbuje mnie zabić.
99

- Rozumiem. — Bea udała, że mu wierzy. - Ale zawsze udaje ci się uciec?
- Oczywiście.

- Oczywiście - przedrzeźniała go Bea. -To musi być okropnie nudne. Nigdy nie 
pomyślałeś, żeby spróbować zabić jego? Po prostu, żeby trochę ubarwić sytuację.

Barry zastanawiał się przez chwilę.
- Dziwne, ale nie - odparł.

Uznał, że to świetny pomysł, toteż wyciągnął długopis i zapisał na prawej dłoni: 
spróbować zabić vielokonta. Ta dziewczyna była sprytna, może nawet dorównywała 

inteligencją Herbinie, choć (co zauważył z pewną satysfakcją) była znacznie 
mniej włochata.

Wkrótce znaleźli się w Hogsbiede. Lon i Desmond zostali z tyłu, wspólnie 
grzebali w stosach śmieci.

- Bez urazy, ale zastanawiam się, jak jest potężny, skoro nie potrafi wykończyć 
jednego ucznia - powiedziała Bea. -Nie jest po prostu Volde... Jak on się 

nazywa?
- Vielokont. Lord Vielokont.

-A, zatem to lord. Nie może być po prostu zwykłym Jeremim Vielokontem albo kimś 
takim?

- Prawdę mówiąc, ma na imię Terry.
- I co jest nie tak z tym imieniem? Mój dziadek nazywał się Terry i wcale nie 

musiał być lordem. W dzisiejszych czasach wszyscy są strasznie nadęci. Niczemu 
nie można wierzyć. Uważam, że to wina reklam. — Wskazała na niebo. - Na przykład 

background image

spójrz na ten samolot.
Nad ich głowami zatoczył krąg smok ciągnący za sobą banner. Po jednej stronie 

widniał napis: jedz więcej mirry. A po drugiej: mirra mortyego mobilizuje 
mięśnie.

100
- Jeśli faktycznie w to wierzysz, żal mi cię. To wszystko kłamstwa. - Bea 

zapalała się coraz bardziej, a Barry chętnie słuchał. - Nienawidzę samolotów - 
oznajmiła gniewnie. -Są takie okropne i hałaśliwe, i sprawiają, że chcesz 

znaleźć się wszędzie, byle nie tutaj. Zastanów się chwilę. Czy w tym momencie 
wolałbyś być w jakimś cieplejszym miejscu?

- Jasne - odparł Barry.
- Ale gdybyś tam był, chciałbyś się znaleźć gdzieś, no nie wiem, z mniejszą 

wilgocią, lepszym widokiem czy czymś takim. Wszyscy gdzieś latają i nie chcą 
siedzieć w jednym miejscu. To nienaturalne. Ja nie chciałabym latać. A ty?

- O tak. Uwielbiam latać, cały czas to robię.
- Naprawdę? Stać cię na to?

- To nic nie kosztuje - odparł Barry. Bea parsknęła.
- Bo jesteś taki wyjątkowy?

- Nie - bronił się Barry. - Bo mam własnego mopa.
- Własnego mopa? - Bea musiała się zatrzymać i oprzeć o lampę, bo nie mogła 

ustać ze śmiechu.
-Tak - odparł beznamiętnie Barry. - W mojej szkole każdy umie latać, nawet on. - 

Wskazał ręką Łona.
Lon i Desmond wyglądali, jakby snuli plany zniszczenia ludzkości. W 

rzeczywistości zachwycali się bogactwem różnorodnych smaków odpadków.
Gdy Bea zdołała się opanować, spojrzała na Barry'ego.

-Ja nigdy nie latałam - oznajmiła. - Prawdę mówiąc, trochę się boję. Moi rodzice 
zginęli.

Barry z radością odkrył, że coś ich łączy.
- Moi też nie żyją!

Beę nieco uraził jego entuzjazm.
101

- Uhm, niestety - dokończył szybko Barry.
- Przykro mi. Moi rodzice zmarli, gdy byłam mała. Dlatego właśnie mieszkam z 

babcią.
Barry zaczął gorączkowo szukać czegoś, co pozwoliłoby mu zmienić temat.

- Ten rodzaj latania, o którym mówię, z pewnością ci się spodoba. To bardzo 
łatwe, wystarczy tylko...

- Niech zgadnę. Wlać do torebki trochę kleju albo benzyny i zacząć wdychać 
opary. Takiego latania też nie lubię.

- Nie, nie rozumiesz. To magia.
- Owszem,  magia obumierających komórek mózgowych. Też mi.

Dotarli do wyjątkowo ponurego skrzyżowania.
- To mój zakręt — oznajmiła Bea.

- Mieszkasz tu? — spytał Barry.
Stali właśnie przed wyjątkowo obleśnym lokalem ze striptizem - „Cycuszkami 

Lamii". Ferd i Jorge bez przerwy o nim gadali. Najwyraźniej sądzili, że jeśli 
będą się przechwalać dostatecznie długo, ludzie uwierzą, że zdołali przejść obok 

pilnującego wejścia trolla.
- Nie, głuptasie, na tamtej ulicy - wyjaśniła Bea.

- Pójdę z tobą — zaproponował po namyśle Barry.
- Strasznie się spóźnisz na kolację. - Bea obdarzyła go uśmiechem. - Na pewno 

nie będziesz miał kłopotów?
- Bubeldor - to nasz dyrektor - nie przejąłby się, nawet gdybym nigdy nie 

wrócił. Ale pewnie cofnę czas zaklęciem - odparł Barry. - Dziś podają stek i 
cynaderki, nie chciałbym ich przegapić. - Potarł się po brzuchu, próbując 

zarobić parę punktów za swój urok osobisty.
Bea roześmiała się.

102
- Naprawdę nie trzeba. Resztę drogi wolę przejść sama.

- Na pewno? - naciskał Barry. - Zdawało mi się, że za rogiem widzę paru 
nieciekawych gości... yetiego...

background image

- Nieźle kombinujesz, mój sir Lamerlocie. - Znów wyciągnęła rękę. - Dziękuję za 
dotrzymanie mi towarzystwa, Barry Trotterze. - Zastanawiała się przez sekundę. 

-Wiesz, może jednak słyszałam to nazwisko w telewizji czy gdzieś.
Barry wywrócił oczami.

- Mówiłem ci przecież. Napisano o mnie książkę.
- Uhm, nie - odparła Bea. - Babcia nie chce kupić odbiornika, więc oglądam 

telewizję tylko przez okno tego tu „Cycuszka". To mi przypomniało, że naprawdę 
muszę już wracać. Pewnie się zastanawia, gdzie się podziałam... i w dodatku nie 

przyniosę nawet trufli. Cóż za gorzka pigułka do przełknięcia.
- Zaczekaj, Beo — poprosił Barry. — Mogę ci jakieś przywołać.

-Jeśli, mówiąc: „przywołać", masz na myśli: „pójść do supermarketu i kupić...".
- Nie, nie - przerwał niecierpliwie Barry. - Chwileczkę. Odwrócił się plecami do 

Bei, rzucił szybkie zaklęcie Cho-
no i wyciągnął do niej dłonie z wielkim, czarnym truflem. Bea zareagowała 

mieszaniną podejrzliwości i podziwu.
- Jak...? — Nagle odgadła. — Wiedziałam, że żartowałeś, mówiąc, że nie wiesz co 

to trufle. Broniłeś swojego ulubionego miejsca pod dębami.
- Nie, nieprawda, ja tylko...

- Och, przestań kłamać. Musisz obiecać, że pokażesz mi, gdzie rosną. - Bea 
chwyciła go za ucho i pociągnęła. -Obiecaj!

103
- Naprawdę nie trzeba. Resztę drogi wolę przejść sama.

- Na pewno? - naciskał Barry. - Zdawało mi się, że za rogiem widzę paru 
nieciekawych gości... yetiego...

- Nieźle kombinujesz, mój sir Lamerlocie. - Znów wyciągnęła rękę. - Dziękuję za 
dotrzymanie mi towarzystwa, Barry Trotterze. - Zastanawiała się przez sekundę. 

-Wiesz, może jednak słyszałam to nazwisko w telewizji czy gdzieś.
Barry wywrócił oczami.

- Mówiłem ci przecież. Napisano o mnie książkę.
- Uhm, nie - odparła Bea. - Babcia nie chce kupić odbiornika, więc oglądam 

telewizję tylko przez okno tego tu „Cycuszka". To mi przypomniało, że naprawdę 
muszę już wracać. Pewnie się zastanawia, gdzie się podziałam... i w dodatku nie 

przyniosę nawet trufli. Cóż za gorzka pigułka do przełknięcia.
- Zaczekaj, Beo - poprosił Barry. — Mogę ci jakieś przywołać.

-Jeśli, mówiąc: „przywołać", masz na myśli: „pójść do supermarketu i kupić...".
- Nie, nie - przerwał niecierpliwie Barry. - Chwileczkę. Odwrócił się plecami do 

Bei, rzucił szybkie zaklęcie Cho-
no i wyciągnął do niej dłonie z wielkim, czarnym truflem. Bea zareagowała 

mieszaniną podejrzliwości i podziwu.
-Jak...? - Nagle odgadła. - Wiedziałam, że żartowałeś, mówiąc, że nie wiesz co 

to trufle. Broniłeś swojego ulubionego miejsca pod dębami.
- Nie, nieprawda, ja tylko...

- Och, przestań kłamać. Musisz obiecać, że pokażesz mi, gdzie rosną. - Bea 
chwyciła go za ucho i pociągnęła. -Obiecaj!

103
Atak Bei - i jej dotyk - dosłownie sparaliżował Barry'ego, zupełnie jakby ktoś 

poraził go prądem. Język zdrętwiał mu w ustach.
- Potraktuję to jako zgodę. Kiedy? W przyszłą sobotę? Czy może czarodzieje mają 

też wtedy szkołę?
Stan języka wcale się nie poprawił.

- To także potraktuję jako zgodę - oznajmiła Bea. A potem nagle wspięła się na 
palce i cmoknęła go w policzek. Barry o mało nie zemdlał. - Dziękuję. Dziwaczny 

z ciebie człowiek, Barry, ale cię lubię. Zachowałeś się jak dżentelmen, 
odprowadzając mnie do domu, zwłaszcza że spóźniłeś się na kolację. Do zobaczenia 

w sobotę, spotkamy się tutaj. Chodź, Desmond.
Dziewczyna odwróciła się, gwiżdżąc na świnię, która podeszła do swej pani. A 

potem ruszyły w głąb ulicy.
Dżentelmen? - pomyślał Barry. Ja? Poczuł się, jakby wnętrzności wypełniono mu 

rabtastikiem. Nie wiedział co to znaczy, chciał po prostu, żeby już była sobota, 
zaraz, natychmiast.

Oparł się o ścianę nędznej wygódki, pełnej magicznych odchodów. Może to 
toksyczne opary sprawiły, że poczuł się tak dziwnie? A może...? Z zamyślenia 

background image

wyrwał go Lon, który podbiegł z tyłu i wetknął mu nos prosto w tyłek.
- Łaaa! - wrzasnął Barry. - Gdzie ty go trzymasz? W lodówce? - Pacnął Łona w 

głowę.
Lon zaskowyczał. Bea, która pokonała już piętnaście metrów, obejrzała się.

- Wszystko w porządku! Absolutnie wszystko! - zawołał Barry, machając do niej. - 
Tylko ten idiota... - dodał cicho.

104
Bea odwróciła się i szła dalej. Barry stał i odprowadzał ją wzrokiem, aż w końcu 

żółta plamka w mroku dotarła do domu i zniknęła w środku. A zatem tam mieszka... 
Zerknął na zegarek.

- Cholera, już prawie po kolacji. Chodź tu. - Złapał Łona. - Zaklęcie cofające, 
dwie godziny powinny wystarczyć. Chyba pamiętam...

Po kilku słowach i subtelnej trzęsionce Barry i Lon odkryli, że cofnęli się w 
przeszłość o dwa dni.

Z powrotem w szkole Barry przyjrzał się temu, co Fistu-letta cisnęła mu właśnie 
na talerz.

- Wiedźmisyn - zaklął.
Takie proste zaklęcie, a on jakoś nigdy nie potrafił go zapamiętać. Teraz nie 

tylko musiał czekać dwa dni dłużej na spotkanie z Beą, ale w dodatku znów dostał 
tofu. Barry nie cierpiał tofu.

ROZDZIAŁ 7
 . POETA

-Jak  się   czujesz?  -  spytał  Ritalin,   wyprowadzając Barry'ego z transu.
- W porządku. - Barry zacmokał i oblizał wargi. - Czuję jakby smak pasty.

- Ludzie często mają to po hipnozie, dlatego właśnie świetnie się sprawdza jako 
pomoc przy odchudzaniu - wyjaśnił Ritalin. Zdumiewające, jak bardzo potrafił być 

przekonujący, gdy nie przeszkadzały mu w tym fakty. - A zatem to była Bea. 
Interesująca dziewczyna.

- Też tak sądziłem - odparł z wymuszoną obojętnością Barry.
- Naprawdę nie wiedziała nic o magii, czarodziejach i tak dalej?

- Nie, tylko udawała głupią. Babcia powtarzała jej, żeby nigdy nie rozmawiała o 
magii z nieznajomymi. Dowiedziałem się tego później.

- Rozumiem. Ciekawe, czemu to dla ciebie tak trauma-tyczne przeżycie? — 
zastanawiał się doktor. - Czyżbyś się wstydził, że spodobała ci się Gumolka?

106
- Nie bądź durniem - odpalił Barry. — Mama była Gu-molką. Całkiem logiczne, 

że...
- To może wstydziłeś się, że mieszkała w getcie?

- Gdzie?
-W gumolskim getcie. - Ritalin uśmiechnął się. -Daj spokój, nie mów, że nigdy 

nie zauważyłeś gumol-skiego getta w Hogsbiede, tuż za zoo. Tyle że oni tak go 
nie nazywają. Po tym, jak zginęło kilkunastu gości, oficjalnie tego zabroniono. 

Z tego, co pamiętam, nazywają go Miejską Menażerią Odrażających Stworzeń w 
Hogsbiede*. Wciąż pamiętam moją pierwszą wizytę w Sali Kłujących Insektów... 

Czytałem właśnie o nowej wystawie „wielkich kotów" nazwanej Dolina Smrodu. 
Niezwykłe miejsce. - Ritalin westchnął. - Terry Vielokont kupił je kilka lat 

temu i okazało się świetną inwestycją. Idealnie nadaje się dla rodzin, zwłaszcza 
takich, które za sobą nie przepadają.

* Miejska Menażeria Odrażających Stworzeń w Hogsbiede była pełna najmniej 
uroczych zwierząt, które w ramach złośliwości wyprodukowało pięćset milionów lat 

ewolucji. Mieszkańcy miasta nie stworzyli jej z rozmysłem - chroniczny brak 
funduszy sprawił, że zapełnili swe zoo najgorszymi wyrzutkami z innych ogrodów i 

w końcu postanowili zamienić ten minus w duży plus. Od dwudziestu lat aktywnie 
poszukiwali niebezpiecznych istot. „Natura w kłów i szponów czerwieni" — oto ich 

motto (zwiedzający dostarczali czerwieni). Można by sądzić, że to zniechęciło 
ludzi. Zdarzyło się jednak coś wprost przeciwnego. Przeżycie wizyty w MMOSH 

stanowiło dowód odwagi i przebiegłości, ceniony w środowisku chuliganów płci 
obojga.

107
- Nie bądź durniem — odpalił Barry. — Mama była Gu-molką. Całkiem logiczne, 

że...
- To może wstydziłeś się, że mieszkała w getcie?

background image

- Gdzie?
-W gumolskim getcie. — Ritalin uśmiechnął się. -Daj spokój, nie mów, że nigdy 

nie zauważyłeś gumol-skiego getta w Hogsbiede, tuż za zoo. Tyle że oni tak go 
nie nazywają. Po tym, jak zginęło kilkunastu gości, oficjalnie tego zabroniono. 

Z tego, co pamiętam, nazywają go Miejską Menażerią Odrażających Stworzeń w 
Hogsbiede*. Wciąż pamiętam moją pierwszą wizytę w Sali Kłujących Insektów... 

Czytałem właśnie o nowej wystawie „wielkich kotów" nazwanej Dolina Smrodu. 
Niezwykłe miejsce. - Ritalin westchnął. — Terry Vielokont kupił je kilka lat 

temu i okazało się świetną inwestycją. Idealnie nadaje się dla rodzin, zwłaszcza 
takich, które za sobą nie przepadają.

* Miejska Menażeria Odrażających Stworzeń w Hogsbiede była pełna najmniej 
uroczych zwierząt, które w ramach złośliwości wyprodukowało pięćset milionów lat 

ewolucji. Mieszkańcy miasta nie stworzyli jej z rozmysłem — chroniczny brak 
funduszy sprawił, że zapełnili swe zoo najgorszymi wyrzutkami z innych ogrodów i 

w końcu postanowili zamienić ten minus w duży plus. Od dwudziestu lat aktywnie 
poszukiwali niebezpiecznych istot. „Natura w kłów i szponów czerwieni" - oto ich 

motto (zwiedzający dostarczali czerwieni). Można by sądzić, że to zniechęciło 
ludzi. Zdarzyło się jednak coś wprost przeciwnego. Przeżycie wizyty w MMOSH 

stanowiło dowód odwagi i przebiegłości, ceniony w środowisku chuliganów płci 
obojga.

107
Barry siedział bez ruchu z otwartymi ustami, toteż Rita-lin podjął szybko:

— Nie wiedziałeś o istnieniu getta? Selektywne postrzeganie. Każdemu z nas się 
to zdarza. Ja osobiście jestem odwrotnym daltonistą, nie widzę czerni i bieli.

Barry w końcu zrozumiał.
— Chwileczkę, chcesz powiedzieć, że w Hogsbiede mieszkają Gumole?

— O tak — odparł Ritalin — od stuleci. Najpierw masz magiczną część miasta - 
najładniejszą - potem MMOSH, służącą za coś w rodzaju kordonu sanitarnego, i 

wreszcie dzielnicę gumolską. Można ją poznać po fryzjerach*.
— Rany — mruknął Barry.

— Istotnie. Gdy się nad tym zastanowić, to ma sens. Większość magicznych osób ma 
— chwileczkę muszę poszukać najłagodniejszego określenia - pewien problem z 

rzeczywistością. Potrzebna im pomoc. Ktoś, kto założy pieluchę pomiotowi szatana 
i pozmywa po sabacie czarownic. Potrafią uwarzyć miksturę, ale nie pamiętają, 

gdzie schowali cykutę. Na każdą magiczną osobę w Hogsbiede przypada trzech, 
czterech Gumoli odwalających czarną robotę.

— Rany — powtórzył Barry. — Nie mają domowych skrzatów? - spytał, próbując 
uwolnić się od poczucia winy.

Ritalin zaśmiał się.
— Domowe skrzaty świetnie nadają się do niespodziewanych zwrotów akcji, ale 

jakie społeczeństwo mogłoby być tak głupie, by zatrudniać magicznych 
niewolników? To nie

* Magiczny lud nie potrzebuje strzyżenia; w dowolnym momencie można przecież 
skurczyć włosy zaklęciem.

108
ma sensu. Używamy ich tutaj, bo ciało pedagogiczne potrafi nad nimi zapanować - 

no, mniej więcej. Pranie mózgu, ta cała sprawa z ubraniami - nazywamy to 
wyzwalaczem. Kontrola umysłów, kurs podstawowy. - Ritalin uwielbiał wypuszczać 

podczas swych monologów monokle z oczu, łapać je i zakładać ponownie.
- Mógłbyś przestać? To mnie okropnie rozprasza.

- Przepraszam - mruknął doktor. - Głupi nawyk, nie zdawałem sobie sprawy, że to 
robię. Nie wie mózg, co czyni dłoń. W każdym razie getto gumolskie to strasznie 

ponure miejsce. Ale jeśli zechcesz zbratać się z tubylcami, znajdziesz tam parę 
świetnych knajp.

- Fascynujące, ale nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną - poskarżył się 
Barry.

- Ja też nie - przyznał Ritalin. - Ale się dowiemy. To co, kontynuuj emy?
Przebimbawszy całe popołudnie, Barry stanął przed drzwiami Bei. Odkąd uświadomił 

sobie, że Bea przebywa w domu, bo tam właśnie się uczy, na dobre zaczął waga-
rować. W dodatku rzeczywiście uczyła się sama, gdyż jej babcia pracowała na 

pełny etat jako asystentka alchemika.
Na froncie magicznym poczynili pewne postępy.

background image

- Ty ich nazywasz czarodziejami, a babcia hippisami -wyjaśniła.
Po długich namowach Bea przyznała w końcu, że coś takiego jak magia istnieje 

naprawdę. Wciąż jednak uważała, że to nie ma nic wspólnego z Barrym, co ogromnie 
go

109
frustrowało i zachęcało do kolejnych, coraz bardziej widowiskowych demonstracji.

— Uważam, że świadomie się upierasz, po to, by zmusić mnie do robienia różnych 
rzeczy. - Barry stęknął, lewi tuj ąc pianino.

— Jakich rzeczy? Dziwnego gadania i wymachiwania kijkiem? — odpaliła Bea. - 
Osobiście uważam, że to trochę głupawe, ale skoro sprawia ci przyjemność, nie 

będę protestować. Kim w końcu jestem, żeby cię osądzać?
— Ale przecież lewituję twoje pianino i twoją kotkę -przypomniał Barry. — 

Spójrz, wisi tu w powietrzu.
-Więc może to ona jest magiczna? Nie dostrzegam w tym twojej roli.

— Ale to ja celuję różdżką...
— Myślę, że próbujesz po prostu wykręcić się od nauki piosenki o cesarzach — 

oznajmiła Bea. —To dla mnie bardzo bolesne, Barry. Sama ją napisałam.
Z cichym, zduszonym okrzykiem frustracji Barry posadził na ziemi pianino i 

kotkę.
— Zgoda — powiedział ze znużeniem.

— Świetnie! - zawołała Bea. — Naprawdę pomaga ich zapamiętać*.
* Na piosenkę Bei składał się spis rzymskich cesarzy, śpiewany na popularną 

melodię. Brzmiało to tak: Najpierw August, potem Ty-be-riusz, Gajusz, a za nim 
Klau-klaudiusz. Neron nierówno miał pod sufitem, Galba i Otho szybko odwalili 

kitę, Witeliusz, a po nim Wes-pa-zjan...
110

Odśpiewawszy piosenkę siedem razy z rzędu, Barry musiał się zgodzić.
Bea także czyniła pewne postępy - dotąd w mózgu Barry'ego nie zapisało się zbyt 

wiele faktów, teraz jednak, dzięki stanowczym wysiłkom dziewczyny, od czasu do 
czasu fakty wpadały nawet na siebie. Wciąż zdumiewał ją niebywały zakres jego 

ignorancji. Pewnego dnia, gdy siedzieli w parku na ławce, postanowiła ją 
wykorzystać.

- Zechcesz przeczytać pewien wiersz? — poprosiła. Barry skrzywił się.
- Czy to będzie bolało?

- Analizuję go cały ranek, więc trudno mi orzec - odparła, masując skronie.
Włosy, zwykle starannie przycięte i ułożone, miała nieco potargane. Stanowiło to 

widomy znak intensywnej pracy umysłowej. Wręczyła mu kartkę papieru.
- Poproszę o opinię laika.

- Hę? - mruknął Barry.
Laik, co to za słowo? Czyżby próbowała mnie podrywać? - pomyślał kretyńsko. 

Słownictwo Bei stanowiło nieustanną przeszkodę w ich kontaktach.
- Po prostu przeczytaj.

- Naprawdę wolałbym ożywić tę skrzynkę na listy - rzekł z desperacją. -To bardzo 
zabawne, gdy ląduje na niej ptak, wierz mi.

- Możesz to zrobić później.
- Do małpującego poety, Ben Jonson - odczytał na głos.

I tak dalej. Barry uznał, że to strasznie dziecinnie, ale i tak śpiewał. Kiedy 
kogoś lubimy, robimy czasem najdziwniejsze rzeczy.

111
— Proszę, po cichu. — Bea jęknęła. - Jeśli wysłucham tego jeszcze raz, to chyba 

zwymiotuję.
- Przepraszam - mruknął Barry, po czym przeczytał cicho:

Nieszczęsny to poeta, co chcąc być nam mistrzem, dowcipom błahym głębi pozór dać 
się trudzi, i zasmakował w małpim złodziejstwie tak chytrze, że naszą, 

okradanych, litość jeno budzi. Pierw jeno drobne frazy podwędzał ukradkiem, 
sztuki motał na nice; kiedy zyskał sławę, skromną wśród braci naszych, i żyć jął 

z dostatkiem, dzieła innych zawłaszczył samozwańczym prawem, a gdy to wskazać, 
szydzi. Gdzież tu zbrodnia, rzecze, tępe pospólstwo chłonie wiersz każdy i 

wierzy poecie; nie dba o to, kto pierwszym był przecie, i z czasem jemu przyzna 
to, co nam należy. O głupcze! Nawet ślepiec runo w mig od włosa odróżni, tak jak 

ziarno rozpozna od kłosa.
Skończywszy, zamarł, próbując wymyślić co miałby powiedzieć. Nie wyglądało to na 

background image

angielski.
— To wiersz, zgadza się? — zagadnął rozpaczliwie.

— Sonet — przytaknęła Bea.
Co? - pomyślał Barry. I tak czuł się już okropnie głupio, spróbował więc 

podstępu.
— Chyba dość oczywiste, co próbuje powiedzieć autor. Bo to autor, nie autorka, 

prawda? O co mu chodzi według ciebie?
112

- Poeta jest wkurzony na kogoś, kto zarabia kasę, ściągając od innych, bardziej 
utalentowanych autorów.

- Czyli przepisując? - Barry szczycił się tym, że podczas całej swej hokpockiej 
kariery nie napisał nawet jednego oryginalnego słowa.

-Tak, plagiatując - potwierdziła Bea. Barry wzruszył ramionami.
- Wielka mi rzecz. Ludzie w szkole robią to cały czas.

- Nie, nie, to coś zupełnie innego - zaprotestowała Bea. -Przepisywanie to 
najgorsze, co może zrobić autor.

- Zatem za każdym razem, gdy rzucam zaklęcie - bronił się Barry- plagiatuję od 
kogoś, kto je wymyślił. Za każdym razem, gdy smaruję bułeczkę dżemem, plagiatuję 

od tego, kto pierwszy...
-To nie to samo - przerwała mu Bea. - Pisarze... Barry nie ustępował, próbując 

wykorzystać nadarzającą się przewagę.
- Uważam, że ten, kto to napisał, był naćpany. Bea pisnęła jak sfrustrowany 

dinozaur.
-Spytaj idiotę, a dostaniesz idiotyczną odpowiedź -warknęła, wyrywając mu 

kartkę. Barry nie ustępował.
- Odłóż tą faję, koleś. Po prostu ją odłóż. Bea opanowała się.

- Myślisz o Coleridge'u - rzekła, odetchnąwszy głęboko. _ Jonson był 
współczesnym Szekspira. - Widząc, że to nazwisko nie wywołało najmniejszej 

reakcji Barry'ego, dodała: - Williama Szekspira.
- To miejscowy?

113
- O Boże. Nie wiesz, kto to był William Szekspir? Największy pisarz wszech 

czasów?
- Posłuchaj - bronił się Barry - już ci mówiłem: uczą nas tylko magii. Gdyby ten 

Szekspik...
- Szekspir, przez „r"!

- Nieważne.   Gdyby  był  czarodziejem,   wiedziałbym o nim wszystko. W szkole 
uczą nas zaklęć, przepowiadania przyszłości i różnych takich. Grał może w 

ąuitkit?
Bea nie zniżyła się do odpowiedzi.

- Nie mogę uwierzyć, że nie uczą was angielskiego. Barry roześmiał się.
- Oczywiście, że nie. Przecież znam już angielski.

- A matematyki?
- Nie. Pamiętam trochę z gumolskiej szkoły. - Barry miał na myśli mętne 

wrażenie, że (na przykład) siedem to więcej niż trzy. Zwykle czarodzieje 
pozostawiali takie detale domowym skrzatom i Gumolom. —Jak to nazywają? - Szukał 

właściwego słowa. - Arytmia?
- O Boże, nie umiesz nawet dodawać. Ile jest trzy plus... Zresztą nieważne, nie 

chcę wiedzieć. Fizyka, chemia?
- Uhm... Odrobina, jak jej tam, alchemii? Bea parsknęła.

- Zrób coś dla mnie. Jeśli kiedyś poznasz babcię, nie mów przy niej o alchemii. 
Uważa, że to marnotrawstwo porządnego ołowiu. Canadianowi Baconowi - to jej 

szef-daleko do Einsteina.
Barry odpowiedział wyjątkowo tępym spojrzeniem.

- Albert Einstein był bardzo mądrym Gumolem - dodała Bea.
114

- Skoro był tak mądry, to czemu nie żyje? - spytał Bar-ry. - Zresztą człowiek 
nie musi wiedzieć tego wszystkiego, żeby zostać wielkim czarodziejem.

- Obyś miał rację - mruknęła Bea.
Przez resztę popołudnia pomagała Barry'emu przypomnieć sobie zasady dodawania. 

Gdy wrócił do swego pokoju, uświadomił sobie, że skórkowaricy u Glngota co 
miesiąc kradli setki galonów z jego konta.

background image

Kochana Beo, napisał Barry. Dopiero co nauczyłem się matematyki, a moje życie 
już zmieniło się na gorsze. Wiesz, jak to mówią. Niewiedza to... jakieś słowo, 

którego nie pamiętam.
Listy między Beą i Barrym krążyły jak szalone. Zamiast sów korzystali z 

gumolskiej poczty. Po pierwsze, Barry nie miał ochoty dzielić się listami Bei z 
kolegami przy śniadaniu. Po drugie, Bea uważała, że sowy są upiorne i wciąż się 

gapią. Barry nawet to rozumiał, zwłaszcza teraz, gdy Hybryda zaczęła palić 
cygara*. Jednakże według niego gu-molska poczta działała przeraźliwie wolno, a 

poza tym była kosztowna - sowy nie wymagały znaczków. Do tego, gdy
* Oczywiście pokazał jej to Hamgryz. Choć wiedza gajowego na temat zwierząt w 

znacznej mierze stanowiła złudzenie, nikt nie potrafił wpoić zwierzęciu złych 
nawyków szybciej niż Hamgryz. W ciągu jednego popołudnia umiał nauczyć węża 

dłubać
w nosie.

115
próbowało się jakiś nakleić, zaczynały dziobać. Uznał jednak, że lepsze to niż 

nic — przynajmniej dopóki nieszczęsny listonosz nie padnie łupem osiki, gębów 
bądź krakena, i nie spocznie na dnie jeziora.

Herbina upierała się, by Barry pokazywał jej wszystkie listy Bei, i poprawiała 
te napisane przez niego.

— Nie rozumiem dlaczego - zaprotestował Barry, gdy wyrwała mu kartkę spod pióra.
— Oprócz tego, że piszesz jak kromaniończyk, dysponujesz inteligencją 

emocjonalną dwulatka - odparła. - Uwierz mi, potrzebujesz mojej pomocy. Spójrz 
tutaj. Ten fragment to doskonały przykład. Nigdy, przenigdy nie sugeruj, że 

dziewczyna zachowuje się w jakiś sposób „tylko dlatego, że ma okres".
— Czemu nie? - spytał Barry. - A może ma?

— Bo to niewiarygodnie niegrzeczne. Zupełnie jakbyś powiedział do ducha „zimno 
ci, bo nie żyjesz". Może i tak, ale nieuprzejmie jest o tym wspominać. Może po 

prostu wystarczy, żeby włożył sweter. Okres to sprawa osobista. Proszę. — 
Herbina oddała Barry emu list. Po wszystkich poprawkach i wymazaniach liczył 

sobie cztery linijki.
— Hej! — zawołał Barry. —Teraz będę musiał napisać nowy.

— Moje biedactwo. Jeśli naprawdę ją lubisz, powinno pójść ci jak z płatka. Listy 
Victora mają zwykle ponad dwa metry długości.

Ona także prowadziła burzliwą korespondencję. Podczas gdy Barry przepisywał swój 
list, Herbina przeczytała jeden ze starszych listów od Bei.

— To ona? — spytała, unosząc niewielkie, załączone przez dziewczynę zdjęcie. — 
Ładna. Co robi?

116
— Oddawaj! — Barry schował zdjęcie do portfela. Herbina przeczytała fragment, w 

którym Bea opisała gu-
molskie szkoły w Hogsbiede.

— Bycie Gumolem musi być strasznie poniżające — mruknęła. - Nie dość, że muszą 
żyć w świecie pozbawionym magii, to jeszcze nikt nie dba o ich właściwą 

edukację.
— Ona nie chodzi już do gumolskiej szkoły. Sama się uczy - wtrącił Barry.

Herbina nie słuchała. Dopiero zaczynała się rozkręcać.
— Biedaczka, nie zna nawet pastomancji*! - Potrząsnęła kartką z notatnika. - Z 

rozmysłem nie zwalczamy ich ignorancji, by odwalali za nas brudną robotę! W 
takich chwilach wstydzę się, że jestem magiczna. A ty nie?

— Ogólnie rzecz biorąc, owszem — przyznał Barry. - Ale możliwe, że to przez 
rysunek Victora. - Wskazał leżący przed Herbiną list. Uśmiechnięty mężczyzna 

wynurzał się spomiędzy pośladków kobiety; najwyraźniej tam mieszkał.
— Po prostu czerpie ze swej podświadomości. Victor jest zapewne zdrowszy niż ty! 

To mi przypomina, że powinnam napisać do tej dziewczyny — stwierdziła Herbina. — 
Z czysto siostrzaną radą. Muszę ją przed tobą ostrzec albo przynajmniej 

poradzić, na co powinna się zaszczepić.
Barry wyrwał jej list Bei.

— Nie waż się — warknął.
Lecz pod jednym względem musiał się zgodzić z Herbiną: szkoły dla Gumoli w 

Hogsbiede były okropne. Z tego,
* Prymitywna forma przepowiadania przyszłości z wykorzystaniem makaronu. 

background image

Magiczne dzieci zwykle praktykują pasto-mancję w wieku siedmiu lat.
117

co mówiła Bea, budynki wyglądały jak po apokalipsie, a większość nauczycieli 
charakteryzowała się oburzającym lekceważeniem obowiązków, głębokim idiotyzmem 

bądź jednym i drugim naraz. Lecz nawet gdyby wyglądało to lepiej, uczenie Gumoli 
czegokolwiek, co mogłoby ich zachęcać do wyrwania się poza wyznaczone granice, 

uważano za niestosowne (i być może niebezpieczne).
Jedynym celem, jaki przyświeca uczącym w tych szkołach, jest pielęgnowanie 

naszej ignorancji i karmienie nas absurdalnymi agendotami dotyczącymi „magii", 
pisała Bea, które na nic się zdają osobom niemagicznym. Bez urazy, ale 

wolałabym, żeby nigdy nie wynaleziono magii. Dopóki magia istnieje na tym 
świecie, zawsze będę obywatelką drugiej kategorii albo kimś jeszcze gorszym. Dla 

Ciebie to zabawka. Dla mnie — więzienie, z którego nigdy nie zdołam się wyrwać.
Barry nigdy nie myślał o tym w taki sposób.

Niektórym ludziom łatwo przychodzą głębokie uczucia, lecz Barry do nich nie 
należał. Zazwyczaj młody czarodziej przeżywał największe szczyty i upadki 

emocjonalne, grając w gry wideo. Przez resztę czasu przezornie pozostawał 
płytki.

W rezultacie, stosowane przez Beę z najlepszymi intencjami odwołania do 
literatury nie odnosiły najmniejszych skutków. Wystawienie Barry'ego na kontakt 

z klasyką przypominało uczenie słonia tańca w balecie: owszem, należy podziwiać 
optymizm nauczyciela, lecz wcześniej czy później musi zdarzyć się coś złego. W 

przypadku Barry'ego
118

była to decyzja, by pisać wiersze. Uznał, że z pewnością poradzi sobie lepiej 
niż ten głupek Jonson.

Instynktownie Barry pojął, że właściwy wygląd to więcej niż połowa sukcesu. 
Wybrał się zatem do Pommpata & Affektyka. Ten ciasny sklepik reklamujący się, że 

„obsługuje zakręconych hogsbiedzkich nastolatków od 684 n.e." stanowił ulubione 
miejsce wypadów Hokpokczyków. Kontakt z magią sprawiał, że uczniowie zaczynali 

się puszyć i przejawiać skłonności dramatyczne. W istocie P&A stał się 
nieoficjalnym drugim domem Hokpockich Graczy, szkolnego klubu teatralnego 

gromadzącego nastolatków przemawiających spontanicznie z niesamowitym akcentem. 
Barry zastanawiał się kiedyś przelotnie nad wstąpieniem do klubu - plotki 

głosiły, że Gracze wciąż tylko się obmacują — uznał jednak, że to za dużo 
roboty. Lenistwo tłumiło u niego wszystko, nawet żądze.

Gracze poruszali się stadami, z głowami w chmurach dymu i wzgardy dla reszty 
uczniów, których nazywali „bydłem". Co weekend w P&A roiło się od nadętych, 

pyszniących się jak pawie aktorów amatorów. Barry musiał wybrać się tam w 
połowie tygodnia, by uniknąć tłoku (oraz trafienia w oko przez jakiegoś kretyna 

wymachującego nową cygarniczką).
Krążąc pośród lasek, lornetek teatralnych i getrów — wszystkich używanych, 

porzuconych przez posiadaczy, którzy wkroczyli w następną fazę rozwoju 
osobowości — Barry szukał sprzętu do pisania, który najlepiej oddałby jego nowe, 

tragiczne, poetyckie ja. Z początku uznał, że najlepiej nadawałby się do tego 
notatnik o czarnych kartkach. Lecz gdy sprzedawca wyjaśnił mu pewne problemy 

praktyczne,
119

Barry zdecydował się na notes oprawiony w stosownie melancholijny odcień 
fiołkowego. Na okładce widniał prosty napis moja agonia, ułożony z gustownych 

liter. Barry poczuł, jak poziom jego frajerstwa sięga zenitu, zignorował to 
jednak, podobnie jak liczne bóle blizny.

Pewien, że poezja stanowi właściwą drogę do serca Bei (a przynajmniej pod jej 
stanik), lekkim krokiem pobiegł do szkoły. Jednakże w połowie drogi przypomniał 

sobie nagle, że poeci to ludzie nieszczęśliwi. Wsadził zatem do buta kamyk i 
przez resztę drogi starał się wdeptywać w każdą możliwą kałużę. Nigdy nie 

sądziłem, że cierpienie wymaga tak ciężkiej pracy, pomyślał. W holu natknął się 
na Ferda.

— Jaka jest pogoda? - spytał Ferd; Lon stał przed nim na
smyczy.

— Piękna — odparł Barry i ugryzł się w język. — To znaczy straszna. Gdzieś ktoś 
płacze rzewnie.

background image

— Co, do cho...? Czemu kulejesz?
Barry nie odpowiedział, jęknął tylko cicho. Miał nadzieję, że zabrzmi to 

żałośnie, bardziej jednak przypominało zbolałą krowę.
-1 tobie też muu. - Ferd odszedł wściekły.

Nie idzie mi to najlepiej, pomyślał Barry. Może pisanie okaże się łatwiejsze.
Nie okazało się. Najpierw całe wieki zastanawiał się nad tematem. Vojna Totalnej 

Agresji nie stanowiła zbyt dobrego natchnienia, a gdyby podwędził parę tekstów 
Led Zeppelin, istniała niezerowa szansa, że Bea je rozpozna. To do niej podobne 

— wyraźnie cieszyła się, że posiada wiedzę,
120

Barry zdecydował się na notes oprawiony w stosownie melancholijny odcień 
fiołkowego. Na okładce widniał prosty napis moja agonia, ułożony z gustownych 

liter. Barry poczuł, jak poziom jego frajerstwa sięga zenitu, zignorował to 
jednak, podobnie jak liczne bóle blizny.

Pewien, że poezja stanowi właściwą drogę do serca Bei (a przynajmniej pod jej 
stanik), lekkim krokiem pobiegł do szkoły. Jednakże w połowie drogi przypomniał 

sobie nagle, że poeci to ludzie nieszczęśliwi. Wsadził zatem do buta kamyk i 
przez resztę drogi starał się wdeptywać w każdą możliwą kałużę. Nigdy nie 

sądziłem, że cierpienie wymaga tak ciężkiej pracy, pomyślał.
W holu natknął się na Ferda.

— Jaka jest pogoda? — spytał Ferd; Lon stał przed nim na
smyczy.

— Piękna - odparł Barry i ugryzł się w język. - To znaczy straszna. Gdzieś ktoś 
płacze rzewnie.

— Co, do cho...? Czemu kulejesz?
Barry nie odpowiedział, jęknął tylko cicho. Miał nadzieję, że zabrzmi to 

żałośnie, bardziej jednak przypominało zbolałą krowę.
— I tobie też muu. - Ferd odszedł wściekły.

Nie idzie mi to najlepiej, pomyślał Barry. Może pisanie okaże się łatwiejsze.
Nie okazało się. Najpierw całe wieki zastanawiał się nad tematem. Vojna Totalnej 

Agresji nie stanowiła zbyt dobrego natchnienia, a gdyby podwędził parę tekstów 
Led Zeppelin, istniała niezerowa szansa, że Bea je rozpozna. To do niej podobne 

— wyraźnie cieszyła się, że posiada wiedzę,
120

jakiej nikt po niej nie oczekuje. No i pozostawał jeszcze cały ten fetysz 
„oryginalności".

W chwili, gdy sfrustrowany Barry już miał wykopać swój notatnik przez okno, do 
głowy przyszła mu pierwsza linijka. Moje serce jest jak pęknięty kocioł, 

napisał. Potem ku jego zdumieniu pojawiła się następna. Kupiony od tego 
pierdziela...

Hm, „pierdziel" to chyba zbyt ostre słowo, zwłaszcza że pisze dla dziewczyny. 
Uruchomił wbudowany w różdżkę thesaurus i wpisał słowo. Skórkowańca, 

zaproponowała różdżka. Barry nie miał pojęcia co to znaczy, ale ufał 
oprogramowaniu.

Kupiony od tego skórkowańca, Sknerusa, praktycznie bezużyteczny, wyprodukowany 
w... Jakieś naprawdę okropne miejsce, pomyślał Barry i napisał:

Morderczej mordowni,
taki tani, że pozostawia na dłoniach ślady czarnej farby. - No dobra, na 

początek wystarczy - powiedział. -Teraz zajmijmy się emocjami. Moje łzy płyną 
jak...

Co jest mokre i płynie? Pierwszym słowem, jakie przyszło mu do głowy, była 
„ślina". Jorge nieustannie popisywał się wyjątkowo obrzydliwą sztuczką: pluł w 

powietrze i chwytał ślinę z powrotem w usta. Niestety, obraz ten na dobre 
zagościł w umyśle Barry'ego. Musiał albo przestać pisać, albo zwymiotować.

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Barry zrozumiał, że potrzebuje pomocy.
121

Herbina o mało nie zakrztusiła się kanapką.
- Wiersze? — Roześmiała się. - Rany, naprawdę mocno cię trafiło. Dotąd tylko raz 

widziałam jak piszesz, kiedy ćwiczyłeś swój podpis. W każdym razie zupełnie nie 
znam się na poezji. Wiesz, do kogo powinieneś się zwrócić?

- Tylko nie mów: do Laguny Lovecraft.
- Do Laguny Lovecraft - odparła Herbina.

background image

W szkole pełnej dziwaków czwartoklasistka Laguna Love-craft była królową 
odlotów. Tak blada, że niemal przejrzysta, nie tylko dziwacznie mówiła, ale też 

lekko pachniała rybami, dzięki perfumom, które preferowała (jako jedyna na 
świecie). Jeśli dodamy, że jej ojciec kierował pismem zatytułowanym 

„Niewypowiedziane", od razu stanie się jasne, że zaliczała się do światowej ligi 
porąbańców.

Laguna umiała natomiast jedno - pisać. Sama zapełniała niemal wszystkie szpalty 
szkolnego miesięcznika literackiego „Abrakadabra". Naturalne zatem było to, że 

Barry właśnie do niej zwrócił się z prośbą o pomoc przy tworzeniu wiersza. I 
równie naturalne, że niemal natychmiast sprawiła, że tego pożałował.

Mimo swej nieustającej dziwaczności Laguna nigdy nie stała się obiektem drwin 
innych uczniów. Zawdzięczała to swemu zwierzęciu — stumetrowemu, skrzydlatemu 

demonowi/bogowi o głowie ośmiornicy, zwanemu Cthulu.
- Czy musiałaś go wysterylizować? — spytał Barry. Ministerstwo Magiczności 

żądało, by wszystkie zwierzęta uczniów były kastrowane, znakowane i tak dalej.
- Nie jest zwykłym zwierzęciem - odparła Laguna. - To bardziej przyjaciel mojego 

taty.
Zerknęła na wiersz Barry'ego.

122
- To nie jest nic warte. Muszę zacząć od początku. Wiesz chyba, że to będzie cię 

sporo kosztowało?
Barry pokiwał głową. Setki metrów nad nimi Cthulu złowieszczo piłował paznokcie.

- A zatem próbujesz osiągnąć nastrój przyczajonej grozy? -Nie, ja...
- Naprawdę? - Laguna sprawiała wrażenie zaskoczonej. -Niewypowiedzianego obłędu, 

kosmicznego koszmaru?
- Nie - wtrącił Barry. - Posłuchaj, Laguno, chcę napisać coś, co sprawi, że 

pewna dziewczyna mnie polubi i uzna, że jestem bardzo głęboki.
- Rany, co za wymagania. A rymy kosztują dodatkowo.

- Rymami się nie przejmuj - powiedział szybko Barry. -Tylko żeby był ładny i 
romantyczny.

- W porządku - zgodziła się Laguna. - Choć osobiście zawsze powtarzam: 
najszybszą drogą do serca dziewczyny jest mrożący krew w żyłach kosmiczny 

koszmar.
Barry próbował protestować, ale Laguna mu przerwała:

- Zrobię, co będę mogła. Na kiedy go potrzebujesz?
- Na Bal Gwizdkowy? - W głosie Barryego zadźwięczała błagalna nuta.

- Mam na głowie sporo mrocznych rytuałów — odparła. - Ale ponieważ jesteś 
przyjacielem, zgoda.

- To nie jest nic warte. Muszę zacząć od początku. Wiesz chyba, że to będzie cię 
sporo kosztowało?

Barry pokiwał głową. Setki metrów nad nimi Cthulu złowieszczo piłował paznokcie.
- A zatem próbujesz osiągnąć nastrój przyczajonej grozy?

- Nie, ja...
- Naprawdę? - Laguna sprawiała wrażenie zaskoczonej. -Niewypowiedzianego obłędu, 

kosmicznego koszmaru?
- Nie - wtrącił Barry. - Posłuchaj, Laguno, chcę napisać coś, co sprawi, że 

pewna dziewczyna mnie polubi i uzna, że jestem bardzo głęboki.
- Rany, co za wymagania. A rymy kosztują dodatkowo.

- Rymami się nie przejmuj — powiedział szybko Barry. — Tylko żeby był ładny i 
romantyczny.

- W porządku - zgodziła się Laguna. — Choć osobiście zawsze powtarzam: 
najszybszą drogą do serca dziewczyny jest mrożący krew w żyłach kosmiczny 

koszmar.
Barry próbował protestować, ale Laguna mu przerwała:

- Zrobię, co będę mogła. Na kiedy go potrzebujesz?
- Na Bal Gwizdkowy? — W głosie Barry'ego zadźwięczała błagalna nuta.

- Mam na głowie sporo mrocznych rytuałów — odparła. - Ale ponieważ jesteś 
przyjacielem, zgoda.

ROZDZIAŁ 8
 DROGI PROWADZĄ Do RZM«

Choć nowa nauczycielka zajęć ciemniacko-magicznych* Dolares Urwis miała zaledwie 
osiem lat, wyróżniała się wybitną złośliwością: łączyła w sobie ciekawość 

background image

intelektualną bryłki łoju z otwartością i serdecznością Hitlera. Bubeldor uważał 
to jednak za niewielką cenę, jaką musiał zapłacić za zachowanie swej posady.

Minister magiczności od bardzo dawna pragnął usunąć dyrektora Bubeldora, 
szczególnie że liczba skandali z nim

* Każdego lata Alpo Bubeldor umieszczał we „Wróżbicie codziennym" to samo 
ogłoszenie: „Czy jesteś samozwańcem? Psychopatą? Czy zwykłym nieudacznikiem? 

Jeśli odpowiedziałeś »tak« na jedno (bądź wszystkie!) z tych pytań, Ciebie 
właśnie szukamy. Starożytna, wybitnie niebezpieczna akademia magiczna o niskich 

standardach i jeszcze niższym poziomie ciała pedagogicznego szuka niesławnego 
osobnika, by dołączył do zespołu i pchał do przodu fabułę. Stanowisko 

nauczyciela zajęć praktyczno-ciemniackich musi zostać obsadzone, nim pojawi
124

związanych osiągnęła poziom trzycyfrowy. Ponieważ zmiana zamków w szkole nic nie 
dała, a wysyłanie go na fałszywe wakacje w odległe, niebezpieczne miejsca 

okazało się zbyt kosztowne, najnowszym pomysłem stało się przymusowe przejście 
na emeryturę. Nikt nie znał dokładnego wieku Bubeldora. Oceny wahały się od stu 

pięćdziesięciu do mniej więcej sześciu milionów lat.
Wizja znalezienia się na rynku pracy nie pociągała Bubeldora ani trochę bardziej 

niż Barry'ego. W desperacji odwołał się do fragmentu oryginalnej hokpockiej 
karty nadania: „Do przymusowej emerytury liczył się nie wiek poszczególnych 

nauczycieli, lecz średnia wieku personelu". Karta szkoły była pełna podobnych 
bzdur — zależnie od interpretacji, mogła zezwalać bądź zakazywać niemal 

wszystkiego. I tak rozpoczęły się tajne, zakrojone na szeroką skalę 
poszukiwania. Na Dolares Urwis natrafiono w ostatniej chwili — grupka wkurzonych 

wieśniaków paliła ją właśnie na stosie.
— Czemu palicie tą biedaczkę? — spytała Minolta McGo-ogle. - Nie wiecie, że 

ogień nie zabija czarownic? Nie czytaliście Barryego Trottera i kawioru 
filozoficznego*.

się tegoroczna zbieranina młodocianych kretynów, toteż żaden kandydat nie 
zostanie uznany za zbyt absurdalnego. Przeszłość kryminalna stanowi plus, nie 

jest jednak niezbędna. Kandydat musi umieć trzymać język na wodzy. Czy potrafisz 
wykrzywiać młodzieńcze umysły? Przyślij sowę ze swym życiorysem, wymaganiami 

dotyczącymi pensji i bezzwrotną opłatą manipulacyjną do A. Bubeldora, Szkoła 
Magii i Czarów-Marów Hokpok". Czasami, gdy kandydaci nie dopisywali, dyrektor 

uciekał się nawet do umieszczania prymitywnych piktogramów w „Fajcie".
125

— To czarownica? — spytał zaskoczony rajca miejski. — Sądziliśmy, że po prostu 
jest wybitnie wkurzająca.

— W takim razie mogłabym ją zabrać?
— Tak, jeśli przyrzekniesz, żejej nie zwrócisz—odparł rajca. McGoogle zdołała 

przemycić dziewczynkę do Hokpo-
ku, o włos wyprzedzając inne grupy ludzi wkurzonych na Urwis i zdecydowanych ją 

zniszczyć. Gdy tylko bezpiecznie dotarła na miejsce, Urwis została zatrudniona, 
co obniżyło średnią dostatecznie, by Bubeldor mógł spokojnie kontynuować swą 

oszukańczą karierę.
Urwis okazała się prawdziwym koszmarem, jej wybryki w Hokpoku zapełniłyby 

wielesetstronicową książkę*. Dopóki jednak zadręczała uczniów, a nie 
nauczycieli, zwolnienie jej nie wchodziło w grę.

— Osobiście uważam, że jest bardzo dowcipna - oznajmił Bubeldor. — Szyderstwa to 
zapomniana sztuka.

Pewnej późnopaździernikowej soboty piątego roku nauki Barry'ego wszyscy ujrzeli 
rozwieszone w szkole (tuż obok plakatu z podobizną Barry'ego) następujące 

ogłoszenie:
Z POLECENIA DOLARES URWIS, NAUCZYCIELKI ZAJĘĆ PRAKTYCZNO-CIEMNIACKICH,

WSZYSCY UCZNIOWIE HOKPOKU MUSZĄ ODPOWIEDZIEĆ NA NASTĘPUJĄCE PYTANIE:
Czy jesteś NC (dotknij raz)

() TAK ( ) NIE.
* Czyli, rozważany, lecz nigdy niewydany tom Barry Trotter i Zakon Penisa, 

jedyną książkę zakazaną przed napisaniem.
126

Jeśli ktoś nacisnął „tak", przed oczami materializowała mu się głowa 
chichoczącej złośliwie Urwis.

background image

- Jesteś nastolatką w ciąży? — pytała i wybuchała irytującym śmiechem.
Jeśli ktoś nacisnął „nie", Urwis mówiła:

- Nie jesteś nauczony czystości? - I śmiała się jeszcze głośniej.
- Och, zamknij się.

- Ja się nie zamykam - odparła głowa. — Ja się przemykam, a czasem przymykam 
ciebie.

- Idiotka.
- Masz coś na koszuli - rzuciła głowa.

- Gdzie? - Jorge spojrzał w dół.
Bezcielesny palec sięgnął ku niemu i pstryknął go w twarz.

- Mam cię!
Podobnie jak wielu dowcipnisiów, Jorge nie znosił, gdy ktoś stroił sobie żarty z 

niego. Wpadł w szał i spróbował zedrzeć plakat.
- To nie pomoże, stary - odparł Barry. - Jest magiczny. Chodźmy się przelecieć.

Ponieważ niesprawiedliwy edykt Bubeldora pozbawił go ulubionej rozrywki, Barry 
całkowicie poświęcił się quitki-towi. Próbował bezskutecznie zastąpić kontakty 

fizyczne w schowku na szczotki zderzeniami, wzlotami i upadkami w pradawnej, 
idiotycznej grze. W gruncie rzeczy to właśnie tłumaczyło jej popularność: 

młodzi, sfrustrowani seksualnie uczniowie traktowali quitkit jak nieszkodliwy, 
bezsensowny balsam na zbolałe dusze. Choć Barry'ego od czasu do  czasu 

nawiedzało  paskudne wspomnienie
127

głuszaka wbijającego się w głowę Łona, pocieszał się w duchu myślą, że gracze w 
ąuitkit rzadko odnoszą obrażenia. No, może nie do końca, ale zwykle były one 

przynajmniej
bardzo zabawne.

Po brutalnych, chaotycznych treningach wszyscy zsiadali z mopów potargani. 
Kulejący i trzymający się za obolałe tyłki GrafFoni maszerowali radośnie do 

szatni. Barry szedł na końcu. Trącał ludzi rączką mopa, żartował i był obiektem 
żartów.

— Przestań, Barry, zaraz dostanę ataku serca. — Angina Johnson, nowa kapitan 
drużyny, chwyciła się za pierś.

— Ach, zawsze to powtarzasz.
Angina skręciła w stronę szatni dziewcząt, więc Barry zwrócił się do Ferda:

— Wiesz, Ferd, jeśli jesteś zainteresowany, znam zaklęcie powiększające penisa, 
całkowicie naturalne.

— Nie ma mowy, nie po tym co spotkało Woode'a — odparł Ferd. - Miałbym tachać w 
spodniach taką kłodę? Piękne dzięki.

Rok wcześniej Oliver „Łapa" Woode, szykując się do gorącej randki, użył 
nielegalnego zaklęcia kupionego na ulicy w Hogsbiede. Zaklęcie mające powiększać 

męskość zadziałało aż za dobrze, nie tylko rozdymając narząd Woode'a do 
nienaturalnych rozmiarów, ale też obdarzając go stałą

erekcją.
- Biedny Łapa, sikając, musi trzymać go oburącz - dodał

Jorge, stając pod prysznicem.
W kącie Łon drapał się po uchu stopą.

— Hej, zaczekajcie na mnie! - zwołał Barry. - Ostatnio zużyliście całą wodę.
128

Szybko ściągnął spodnie. Nagle rozległ się przeszywający dźwięk. Cała drużyna 
zamarła. Gdy tylko Barry zdjął portki, usta wszystkich obecnych otworzyły się i 

wydobył się z nich odgłos przypominający syrenę przeciwmgielną. Zawodnicy, 
wytrzeszczając oczy, wrzeszczeli upiornie i wskazywali go wyprostowanymi, 

sztywnymi palcami. Barry zrozumiał, że zadziałało zaklęcie Bubeldora, i szybko 
włożył spodnie. Wycie umilkło i wszyscy wrócili do przerwanych zajęć, 

nieświadomi tego co właśnie zaszło. Madame Pitsch nie rozumiała, czemu Barry 
upiera się, by brać prysznic po wszystkich, ale ustąpiła bez słowa. Ostatecznie 

był przecież sławą.
Barry stał się szkolną ozdobą. Musiał zjawiać się na części zajęć, najwyżej 

sześciu z dziesięciu, i oczywiście przystąpić do egzaminów ABW - nawet Bubeldor 
nie poradziłby sobie z trzema setkami zbuntowanych magicznych adeptów. Lecz 

nauka była czysto nieobowiązkowa. „Po prostu siedź z tyłu i staraj się nie 
zarażać głupotą innych", mawiała Mc-

background image

Google.
Według książki Barry Trotter: nawet szatan nie potrafi pisać tak kiepsko* piąty 

rok Barry'ego stanowił „absolutny
* To pospiesznie napisane expose, stworzone pod pseudonimem przez Filtra, 

ukazało się w szczytowym stadium trotteroma-nii i bardzo szybko zniknęło z półek 
po tym, jak rodzice zaczęli skarżyć się na zdjęcia winylowego lochu miłości 

Bubeldora. Od tego czasu krążyło sub rosa wśród co bardziej zdeprawowanych i 
podstępnych fanów Trottera. Sam autor zdobył swój egzemplarz

129
nadir osiągnięć naukowych w i tak żałosnej historii szkoły... Uczniowie jedynie 

z nazwy, bezmózgie, tępe wypierdki wałęsali się wokół, drapiąc się i dźgając 
poza tym bezużytecznymi różdżkami". Kilkunastu uczniów osiągnęło tak kiepskie 

wyniki ABW, że ministerstwo poczuło się w obowiązku zabić ich.
Po latach historykom weszło w zwyczaj obwinianie Barryego o ten stan rzeczy. 

Lecz, podobnie jak się dzieje z innymi tytanicznymi katastrofami - choćby 
pierwszą wojną światową albo butami na koturnach — w efekcie odpowiedzialny 

okazał się pechowy zbieg okoliczności. Choć przykład Barryego niewątpliwie nie 
zachęcał do pilnej nauki, w tym właśnie roku na rynku pojawiły się tanie, 

wyświetlane z różdżki gry wideo. Uczniowie Hokpoku poświęcali tysiące spędzanych 
dawniej na nauce godzin, manewrując rozpikselowanymi wersjami siebie, w 

fałszywym przekonaniu, że stanowi to prawdziwe osiągnięcie.
Jak przystało na barwny, fantastyczny świat, w którym smoki pojawiają się w 

telewizji, reklamując lekarstwa na zgagę, magiczne gry wideo mogą wydać się 
ludziom postronnym niewiarygodnie nudne. Kiedy jednak ktoś potrafi przywołać 

każdy przedmiot, latać i dowolnie zmieniać własne narządy płciowe, wyprawa do 
sklepu po bochenek chleba staje się prawdziwą przygodą. Począwszy od owego roku, 

wszyscy w zrujnowanym zamku cierpieli na nieustanny ból
od pewnego wyjątkowo nieciekawego indywiduum na Allegoro. Jest niewątpliwie 

autentyczny, bo od czasu do czasu wydaje z siebie seksualne dźwięki.
130

kciuków, a oczy łzawiły im od niezliczonych godzin wpatrywania się w ściany 
sypialni, na których migotały obrazy wielkości naturalnej.

Nałóg gier nie dotknął każdego. Herbina Gringor pozostała odporna i nadal 
absurdalnie aktywna w życiu szkoły. Pani McGoogle, nadająca na tej samej 

prymusowskiej fali, zauważyła to i poprosiła ją o pomoc w planowaniu dorocznego 
szkolnego przyjęcia halloweenowego.

Było to niewdzięczne zadanie, z góry skazane na porażkę. Dla ludzi magicznych 
sama idea Halloween jest irytująca i pozbawiona sensu. Duchy, gobliny, gnijąca 

dłoń sięgająca ze świeżego grobu, by ściągnąć ofiarę do piekła — wszystko to 
stanowi chleb powszedni czarownic i czarodziejów. Dla nich Halloween jest jak 

święto na cześć transportu publicznego albo skóry. W corocznych szkolnych 
zabawach hallo-weenowych uczestniczyli jedynie pochodzący z gumolskich rodzin 

pierwszoroczniacy — oraz ci, którzy uwielbiali się z nich nabijać.
Zabawy nieodmiennie okazywały się okropne. Chłopcy tłoczyli się z jednej strony 

Wielkiej Sali, dziewczynki z drugiej. Pomiędzy nimi rozlewały się kałuże ponczu 
i odgazo-wanych napojów. Nawet system nagłaśniający nadawał się tylko do 

wyrzucenia: składał się ze starożytnego zestawu niewielkich kołchoźników 
zainstalowanych na ścianach przed drugą wojną światową. Zawodząca muzyka co 

chwila milkła albo przerywały ją ogłuszające trzaski.
A jednak nawet tu pojawiali się bohaterowie. Od czasu do czasu jakaś śmiała 

panna bądź młodzian udawali, że tak bardzo porwał ich żałosny przebój pop 
sączący się w eter, że

131
ryzykowali rytmiczną wyprawę na ziemię niczyją, tylko po to, by powrócić 

samotnie, z zarumienioną twarzą, jeszcze przed końcem piosenki. O ludzkości!
Od czasu do czasu w szkole podejmowano próby zlikwidowania tego święta. Nie z 

powodu zgonów — te stanowiły niewielką część dorocznego szkolnego plonu - lecz 
pod pretekstem, że obraża ono magiczny lud. Drago Malgnoy i jego kumple 

rozpowszechniali właśnie petycję (oczywiście podpisywaną krwią) domagającą się 
wykreślenia go z kalendarza.

Pewnego dnia, przed lunchem grupka oślizgłych przy-dupasów Malgnoya zbliżyła się 
do stołu, przy którym siedział Barry z kolegami.

background image

— Czy k-ktoś zechce podpisać naszą p-petycję? — wyjąkała słabym głosikiem Pańcia 
Parkinson.

— Nie ma mowy - odparł Ferd. - Kiedy ostatnio podpisałem coś takiego, Herbina 
przez resztę semestru zmuszała mnie do zbierania moich własnych kup*. — Zadrżał 

na to wspomnienie.
Drago wystąpił naprzód.

— Podpisz moją petycję, Trotter, albo wymierzę ci karę -rzekł ostro. Snajper 
mianował Drąga perfektem i odtąd spiczastogłowa ciota obnosiła się ze swoją 

władzą. - Zakazujemy Halloween.
* Jak Wam bez wątpienia wiadomo, krucjata Herbiny zmierzająca do nawiezienia 

szkolnych szklarni ludzkimi odchodami została dokładnie udokumentowana w Barrym 
Trotterze i Pryszczach ognia. Limitowana edycja zapachowa, z której dochód 

przeznaczono na cele dobroczynne, rozeszła się jak gorące bułeczki.
132

- Dawaj — rzucił Barry. — I tak mnie tu wtedy nie będzie. Podpisując, starał się 
nie dostrzegać wyraźnego zainteresowania, jakie wzbudziły jego słowa.

Po odejściu Drąga Jorge odezwał się pierwszy:
- Nie będzie? A dokąd to się wybierasz? Nie wiesz, że wtedy spotyka się Zakon?

- No cóż, Zakon będzie musiał obejść się beze mnie — odparł Barry. - Mam randkę 
z prawdziwą, żywą dziewczyną.

- A ja to niby co? Siekana wątróbka? — wtrąciła z udawaną urazą Herbina. — Jak 
udało ci się obejść alarm Bubel-dora?

- Nie udało — przyznał Barry. — To pełnokrwista Gu-
molka.

- Rany! — wykrzyknęli jednocześnie Ferd i Jorge.
Każdy magiczny chłopak fantazjował o tym, by przekonać się, czy wszystkie 

legendy dotyczące Gumolek odpowiadają prawdzie. Podobno były one niezwykle 
hojnie wyposażone przez naturę, nienasycone seksualnie i dysponowały wszelkimi 

bajerami.
- Opowiesz nam o wszystkim, prawda? — spytał Ferd.

- Przygotujemy listę pytań — dodał Jorge. Barry wzruszył ramionami.
- Kto wie, czy w ogóle do czegoś dojdzie. Ferd parsknął lekceważąco.

- Z tobą, mistrzem zaklęć uwodzenia?
- Do diabła, nawet ja się boję, że wrzucisz mi coś do drinka — dodał Jorge.

- Zamknijcie się, zwierzaki — zainterweniowała Herbina. - Barry, doskonale cię 
rozumiem. Może to nie taka dziewczyna?

133
— To czemu, na Boga, umawia się z Barrym? - spytali chórem bliźniacy.

Co za dupki, pomyślał Barry, zresztą nie po raz pierwszy.
- Wypchajcie się — rzucił i wyszedł żegnany chóralnymi drwinami.

W gruncie rzeczy to nie była randka - Barry zgodził się zjeść kolację w domu 
Bei, żeby jej babcia mogła poznać owego dziwnego chłopca, który wysyłał te 

wszystkie listy. Tego wieczoru Barry był roztargniony i zdenerwowany; Vielokont, 
wykorzystując nadarzającą się sposobność, spróbował upleść z jego krawata pętlę 

i go powiesić.
— Hej, Schweinehund! Hak! Przestań - warknął Barry, podczas gdy lord Ciemniaków 

umykał do szafy. Barry'ego ogarnęły wyrzuty sumienia, nie musiał potraktować go 
aż tak ostro. — Przepraszam, Terry, jestem w tej chwili bardzo zajęty. Jeśli 

randka źle mi pójdzie, będziesz mógł mnie po-
wiesic.

Gdy Barry wyturlał się ze szkoły i pomknął do Hogs-biede (miał na nogach nowe, 
siedmiomilowe wrotki), wczesna śmierć wydawała mu się całkiem atrakcyjna. Bea 

uprzedziła go, że jej babcia nienawidzi Wizygotów, Ostrogotów i Partów. Nie 
wiedział co to za jedni - trzeba było uważać na zajęciach profesora Puppsa - 

lecz brzmiało to raczej czarodziejsko. A on, Barry, był jedynie najsłynniejszym 
czarodziejem od czasu tego gościa z Oz. Jak mogła go nie nienawidzieć? Mimo 

wszystko Barry był zdecydowany dołożyć wszelkich starań. Podjechał punktualnie 
pod dom,

134
co samo w sobie graniczyło z cudem - urodził się spóźniony i tak już mu zostało. 

Bea otworzyła drzwi.
- Cześć, Barry, wejdź.

background image

Miała na sobie bardzo ładny strój i Barry po raz pierwszy przyjrzał się jej 
figurze. Zadziałało to niczym czterysta milionów voltów* przepływających przez 

jego ciało.
Chciał zawołać: „Przestań gadać i znów mnie pocałuj!". Zamiast tego jednak 

wtoczył się do środka i oparł ciężko o framugę.
- Dobrze się czujesz? - spytała Bea. - Coś ci się stało? Za dużo steku i 

cynaderek?
- Nic... mi... nie jest. Po prostu... twoje... - Piersi? Biodra? Nogi? Barry 

próbował wymyślić coś szybko. - Twoje wnętrze jest niesamowite.
Faktycznie, znalazł idealną przykrywkę dla swej reakcji; naprawdę wstrząsnęło 

nim to co zobaczył wewnątrz -a trudno jest wstrząsnąć kimś, w kogo świecie 
występują w dużej liczbie smoki, próby zabójstwa i gadające owoce.

Za plecami Bei rozciągało się wielkie pomieszczenie z basenem pośrodku. Wszędzie 
pięła się bujna roślinność. Podłogi wyłożono marmurem i misternymi mozaikami. W 

jednym kącie po drugiej stronie basenu wysoka, stara kobieta owinięta w 
prześcieradło stała nad owcą wyglądającą jakby zaatakował ją lampart**.

* Plus minus.
** Nikogo zapewne nie zdziwi informacja, że uporczywe doniesienia o wielkim 

kocie w Gloucestershire mają coś wspólnego z bliźniakami Gwizzleyami. Wolno mi 
powiedzieć tylko tyle:

135
- Jak wyglądają auspicje, babciu?! — zawołała Bea. — Kolacja wciąż aktualna?

- Nie najlepiej - rozległ się lekko ochrypły głos; teraz Barry wiedział już, po 
kim odziedziczyła go Bea. — Nie podoba mi się ta wątroba, ale skoro już 

przyszedł, może zostać.
- Za bardzo się martwisz - oznajmiła Bea, po czym odwróciła się do Barryego. — 

To oczywiście babcia. Czytała właśnie auspicje. Mogę wziąć twoją kurtkę?
Barry podał ją.

- Mógłbyś zdjąć buty? — poprosiła Bea. - Babcia nie chce, żebyś uszkodził 
płytki. Kosztują majątek.

Spuściwszy wzrok, Barry ujrzał mozaikę przedstawiającą psa. Nad nią widniał 
napis: Cave canem. Pies nieco przypominał Łona.

- To znaczy strzeż się psa — przetłumaczyła Bea. - Co prawda, nie mamy go, ale 
złodzieje o tym nie wiedzą. -Barry nawet nie drgnął. - Co się stało?

- Eee... Ja nie mam skarpetek. - Nagle Barry'emu własne stopy wydały się czymś 
najobrzydliwszym we wszechświecie.

Naprawdę muszę lubić tę dziewczynę, pomyślał.
- Hm. - Bea zastanawiała się chwilę. - Już wiem, możesz włożyć skarpetki 

dziadka. Za sekundkę wrócę.
niektórym nastolatkom brak odpowiedzialności, by mogli mieć własne zwierzęta. A 

jeśli ktoś nie chce dłużej trzymać zwierzaka, powinien znaleźć mu odpowiedni 
dom, a nie wyrzucać go na szosie pod Treddington. -

136

- Jak wyglądają auspicje, babciu?! - zawołała Bea. - Kolacja wciąż aktualna?
- Nie najlepiej - rozległ się lekko ochrypły głos; teraz Barry wiedział już, po 

kim odziedziczyła go Bea. - Nie podoba mi się ta wątroba, ale skoro już 
przyszedł, może zostać.

- Za bardzo się martwisz - oznajmiła Bea, po czym odwróciła się do Barry'ego. — 
To oczywiście babcia. Czytała właśnie auspicje. Mogę wziąć twoją kurtkę?

Barry podał ją.
- Mógłbyś zdjąć buty? — poprosiła Bea. - Babcia nie chce, żebyś uszkodził 

płytki. Kosztują majątek.
Spuściwszy wzrok, Barry ujrzał mozaikę przedstawiającą psa. Nad nią widniał 

napis: Cave canem. Pies nieco przypominał Łona.
- To znaczy strzeż się psa — przetłumaczyła Bea. - Co prawda, nie mamy go, ale 

złodzieje o tym nie wiedzą. -Barry nawet nie drgnął. — Co się stało?
- Eee... Ja nie mam skarpetek. - Nagle Barry'emu własne stopy wydały się czymś 

najobrzydliwszym we wszechświecie.
Naprawdę muszę lubić tę dziewczynę, pomyślał.

- Hm. - Bea zastanawiała się chwilę. - Już wiem, możesz włożyć skarpetki 
dziadka. Za sekundkę wrócę.

background image

niektórym nastolatkom brak odpowiedzialności, by mogli mieć własne zwierzęta. A 
jeśli ktoś nie chce dłużej trzymać zwierzaka, powinien znaleźć mu odpowiedni 

dom, a nie wyrzucać go na szosie pod Treddington. .
136

Nim Barry zdążył zawołać: „Nie zostawiaj mnie tu ze swoją dziwaczną babcią!", 
Bea zniknęła z zasięgu jego wzroku. Tylko spokojnie, myślał Barry, muszę 

zachować spokój. Lecz jego postanowienie prysło natychmiast, gdy stara kobieta 
skończyła smarować nutellą niewielki posążek i odwróciła się do niego.

- Safoe, młodzieńcze! - zawołała.
Co to miało być, łacina? Jedyną znaną Barry'emu łaciną byłajej 

zniekształconaformaużywanawzaklęciach, atamog-ła okazać się niebezpieczna. 
Pomachał zatem w odpowiedzi, z nadzieją że kretyński uśmiech na jego twarzy 

zadziała.
-Jak ci się podoba wystrój?! — krzyknęła do niego gospodyni. - Nie mogłam sobie 

pozwolić na większy dom, kupiłam więc ten i zatrudniłam hippisa, by go magicznie 
powiększył. Dostałam go prawie darmo, nikt nie chciał tego domu. Piernik trudno 

się konserwuje, toteż założyłam winylowe sidingi. Działy się tu też rzeczy 
niezbyt przyjemne: najwyraźniej stara hippiska piekła kiedyś w kuchennym piecu 

dzieci, aż w końcu sama do niego trafiła. Co za Partka! - Kobieta zaśmiała się, 
Barry uznał to za zachętę i sam uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Mnie to nie 

przeszkadza, nie jestem przesądna. Gdzie się podziewa Bea? Nie powinna zostawiać 
swojego gościa. W każdym razie rozgośćcie się oboje, ja muszę tylko złożyć 

ofiarę bogom domowego ogniska.
Po całej wieczności Bea wróciła, niosąc grube skarpetki barwy owsianki.

— Dzięki — rzekł Barry, po czym dodał ciszej: — Czy twoja babcia jest... 
normalna?

137
— O tak — powiedziała Bea. - To znaczy, nie, nie tak naprawdę, ale nie jest 

niebezpieczna. Chyba że uzna cię za Parta, Ostrogota albo kogoś takiego.
— A jak to ustala? - zainteresował się Barry.

- Nigdy nie potrafiłam zgadnąć... Proszę, to twoje skarpetki.
Barry włożył je. Natychmiast poczuł się, jakby obłożył stopy mrożonymi 

ostrygami. Bez cienia wątpliwości skarpetki były nawiedzone, ale Barry 
postanowił odgrywać człowieka światowego, toteż uśmiechał się dalej.

- Zaraz zjemy - oznajmiła Bea - bo po dziewiątej babcia zamienia się w zombi.
— Wspaniale — wyszeptał podniecony Barry. - Każesz jej robić różne rzeczy? Tego 

lata zrobiłem moje pierwsze zombi z ciotki i wuja, i....
- O czym ty mówisz? Czasami naprawdę nie mogę cię zrozumieć. — Skręcili w lewo 

do jadalni. - To znaczy, wiedziałam, że czarodzieje są dziwaczni — gdy już 
zgadłam, kogo babcia określa mianem hippisów — ale ty, nawet wśród nich, jesteś 

chyba wyjątkowy. No powiedz, tylko szczerze. -Dostrzegając zbolałą minę 
Barry'ego, dodała pospiesznie: -Nie martw się, mnie się to podoba.

Dzięki Bogu, pomyślał Barry, czując, jak żołądek wraca mu w głąb ciała.
— To nie moja wina. Uczą nas tego w szkole.

- Chyba jednak dodajesz coś jeszcze od siebie.
- Hej, Beo? - wyszeptał Barry. -Tak?

— Czemu twoja babcia ma na sobie prześcieradło? Bea zaśmiała się.
138

- To toga, głuptasie. Rzymskie stroje mogą też służyć za przykrycia, a w razie 
konieczności również za żagle. Przy okazji, to jest mój dziadek - oznajmiła, 

wskazując stojące w alkowie marmurowe popiersie. — Kierował apteką.
- Czemu więc twoja babcia nosi togę? Zamierza urządzić orgię? - Czy nie 

zabrzmiała w tym nutka nadziei? Przestraszył się. A może wyrzutu? Chryste. - To 
znaczy, jeśli nawet, ja nie mam nic przeciwko. A jeśli nie, też nie. To znaczy, 

tak czy inaczej, nie przeszkadza mi to.
- Nie. - Bea zarumieniła się.

- Orgie to właściwie wszystko, co wiem o Rzymianach. I womitoria. — Bea 
wyglądała, jakby chętnie z jakiegoś skorzystała, i dla Barry'ego zmiana tematu 

stała się najważniejszą rzeczą we wszechświecie. — Opowiedz mi o dziadku — 
poprosił.

- Niewiele wiem - powiedziała, gdy oboje weszli do jadalni. - Dziadzio Thompson 
zmarł, kiedy byłam bardzo mała.

background image

- Tak jak twoi rodzice?
- Tak, wszyscy umarli - odparła swobodnie. — Doszło do wybuchu moździerza z 

tłuczkiem, tragiczna historia. Szansę na coś takiego są doprawdy astronomiczne.
Weszli do wielkiego pokoju. Rozstawione co kilka stóp lampy oliwne rzucały wokół 

migotliwe, przesycone dymem światło; Barry dostrzegł leżanki otaczające niski 
stół. Bea gestem wskazała jedną z nich, barwy szafranu.

- Usiądź. Barry usiadł.
- To znaczy, połóż się - poprawiła się szybko. - Jadamy w stylu rzymskim.

139
Cóż za niespodzianka.

- Aha. — Czy choć raz zdoła zrobić coś jak należy? Żeby odwrócić uwagę, zapytał 
szybko: - Zatem twój dziadek był magiczny? Bo tak to zabrzmiało.

- Nie, po prostu był farmaceutą. Ale znał wielu hipp... to znaczy czarodziejów. 
Przychodzili do niego, a on przygotowywał im mieszanki. Preparował coś właśnie 

dla waszego szkolnego zbrój mistrza, gdy doszło do wybuchu.
- Coś, co było dla Zeda, wybuchło? A to niespodzianka. — Barry pomyślał, że 

zabrzmiało to nieco zbyt wesoło. -Przepraszam, nie chciałem żartować. Zed to 
krwiożerczy dureń.

- No tak. Ten sam wybuch zabił mojego ojca, który spał właśnie na górze - 
podjęła Bea. - W mojej rodzinie nie ma magii, jedynie sporo lenistwa.

Barry'ego niezwykle zachwyciły te słowa.
- U mnie też - powiedział ze śmiechem. - Może jesteśmy spokrewnieni? - Rozmowa 

nagle znów zeszła na niebezpieczne tory i Barry wybrał najgorszy konwersacyjny 
gambit pod słońcem. — A co z twoją mamą? — W chwili, gdy pytanie opuściło jego 

usta, dostrzegł tkwiący w nim potencjał katastrofy.
- Wpadła do studzienki, kiedy miałam cztery lata. Szły-śmy razem ulicą i nagle 

zniknęła. Nic z tego nie pamiętam. Jesteśmy leniwi i łatwo się rozpraszamy.
Był zwykłym tłukiem, niczym więcej.

- Przepraszam — rzekł. - Przepraszam, że o tym wspomniałem. Moi rodzice też nie 
żyją, więc wiem, jakie to

uczucie.
140

— Ach tak? - Bea podniosła stojącą między nimi tacę oliwek. - A jak umarli? 

Normalnie bym nie spytała, ale skoro ty to zrobiłeś, to chyba uczciwe?
— Oczywiście. — Barry ego nigdy wcześniej nie ucieszyło tak to pytanie. - 

Zostali zabici przez lorda Vielokonta w ramach jego dążenia do władzy nad 
światem. Vielokont to najpotężniejszy w dziejach...

— Tak, pamiętam, że o nim wspominałeś. Władza nad światem, co? Tę część jakoś 
pominąłeś. To on ciągle próbuje cię zabić?

— Zgadza się. Wtedy też próbował, ale mu się nie udało. Zarobiłem tylko tę 
bliznę. Widzisz? - Barry uniósł grzywkę i zademonstrował słynny już pytakrzyk.

— Rany - mruknęła Bea. - A ja myślałam, że to tylko zwykłe pryszcze.
— Je też miałem - odparł bez namysłu Barry. — Pryszcze ognia.

Uśmiech Bei nieco zbladł. Tak wiele trudnych tematów.
— No tak - mruknęła.

Kiedy ich rozmowa utknęła na mieliźnie i oboje z każdą chwilą czuli się coraz 
gorzej w swoich skórach, zjawiła się pani Thompson. Zajęła miejsce na ostatniej 

leżance i klasnęła w dłonie. Natychmiast do pokoju wpadł cały szereg ludzi 
dźwigających półmiski. Ustawiali je na stole i zdejmowali srebrne pokrywy, 

ukazując potrawy, jakich Barry'emu nigdy dotąd nie zdarzyło się oglądać (zapachy 
też były nowe). Napełnili puchary winem i wręczyli całej trójce.

Pani Thompson zaczęła wskazywać kolejno dania.
141

— Odbyty jaskółek... Pieczone koniuszki kozich penisów... Grasice jagnięce... 
Palce strzyżyków... Świńskie sromy...

— Mniam. — Bea odwróciła się do Barry'ego. - Babcia naprawdę poszła na całość. 
Nigdy nie jadamy świńskich sromów, nawet w święta.

— Smacznego - rzuciła pani Thompson.
Barry zauważył, że babcia Bei ma dziwną fryzurę, skomponowaną z drobnych, 

ciasnych loczków. Nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego. Wszystko to było 
dlań obce. Ubrania, kozetki, słudzy przyczajeni wśród cieni, osobliwe malowidła 

background image

na wszystkich ścianach. Zupełnie jakby Bea mieszkała na Marsie.
Rozejrzał się oszołomiony.

— Pani Thompson?
— Tak, Barry? Proszę, spróbuj dwakroć pieczonych gęsich kiszek.

— Dziękuję. - Udając entuzjazm, Barry wziął ociekający tłuszczem kęs. — Gdzie są 
sztućce?

— W kuchni! — huknęła babcia. - Jesz z Rzymiankami, Barry!
Bea uniosła zatłuszczoną dłoń i pokiwała palcami.

— Jedz rękami.
— Jasne — odparł Barry. Gumole!

— Bea — upomniała pani Thompson. — Pomóż gościowi z serwetką.
Bea wyciągnęła rękę i rozłożyła przed nim serwetkę.

— Proszę,  Barry,  dzięki  temu nie zaplamisz kozetki, a szczególnie smakowite 
kąski możesz schować i zabrać później do domu.

142
- Przepraszam, pani Thompson - powiedział Barry szybko. - W szkole jadamy 

inaczej.
- Nie wątpię. - Twarz pani Thompson lśniła od sfermentowanego sosu rybnego. — 

Barbarzyńcy z gałązkami i tyle.
- Ależ, babciu, to niesprawiedliwe. - Bea z wyraźnym apetytem zajadała coś 

lepkiego. Zerknęła na Barry'ego. — Założę się, że nigdy nie jadłeś takich 
specjałów.

- Istotnie. - Barry zmusił się do uśmiechu, z wahaniem naciskając palcem coś, co 
przypominało oklapła gałkę oczną. Nigdy w życiu nie miał tak wielkiej ochoty na 

kanapkę z szynką.
- Barry - zaczęła pani Thompson — wnuczka z pewnością uprzedzała cię, że nie 

lubię hippisów - czarodziejów. To tylko w części prawda. Nie lubię Ostrogotów, 
Wizygotów i Partów. Jazda rydwanem i strzelanie z łuku! To niemęs-kie. — Na 

moment jakby zgubiła wątek, ale zaraz go odnalazła. — Natomiast czarodziejów mi 
żal. Nie są odpowiedzialni za swe obrzydliwe zwyczaje i bez wątpienia mocno 

ucierpieli, jeśli chodzi o sprawność umysłową.
Barry próbował zachować na twarzy uprzejmą maskę, lecz najwyraźniej wydostała 

się spod niej odrobina oburzenia, bo Bea je zauważyła.
- Babciu, trochę zanadto generalizujesz, nie sądzisz?

- Nie chcę nikogo urazić. Bogowie dali każdemu z nas mocne i słabe strony. 
Najwyraźniej magia to nagroda pocieszenia bogów dla tych, dla których zabrakło 

inteligencji. Co gorsza, wszyscy oni są okropnie nieodpowiedzialni. Czarodzieje 
ustawiają zawody sportowe, zmuszają ludzi, by zakochiwali się w innych. Zupełnie 

nieodpowiednich.
143

Wciąż tylko na oślep ciskają zaklęciami, a to nie budzi ogólnej sympatii.
— Barry z pewnością nigdy by nie zrobił czegoś podobnego - wtrąciła Bea. - 

Prawda, Barry?
Szybka odpowiedź pani Thompson ocaliła Barry'ego przed koniecznością kłamstwa.

— Znałam w swym życiu dobrych czarodziejów i złych czarodziejów, ale nigdy nie 
spotkałam żadnego, który nie wykorzystywałby wedle woli swej nieuczciwej 

przewagi. Bo taka właśnie jest magia, nieuczciwa. I wybacz moje słowa, lecz 
uważam, że świat bez niej byłby lepszym miejscem. W naturze nie istnieje 

sprawiedliwość i dlatego musimy dokładać wszelkich starań, by zaprowadzić ją w 
społeczności ludzkiej. Z jednej strony mamy cywilizację, z drugiej

magię.
- Nie żeby babcia była ponad wynajęcie magika, kiedy trzeba udekorować dom - 

wtrąciła Bea.
- Tylko gdy nie istniał inny sposób - ucięła pani Thompson. — To nie jest ślepe 

uprzedzenie. Sporo wiem o magach, pracuję dla alchemika — może o nim słyszałeś? 
Cioteczny prapraprapraprawnuk Rogera Bacona, Canadian. To okropny, fałszywy, 

obrzydliwy kretyn, wydmuchuje nos do kotła. Może to płód kuropatwy?
- Nigdy o nim nie słyszałem — odparł Barry z pełnymi ustami; próbował zaspokoić 

głód chlebem.
- Masz szczęście.

- Babciu - zagadnęła Bea - cały czas ci powtarzam: nie wszyscy czarodzieje są 
tacy jak twój szef.

background image

Pani Thomspon sprawiała wrażenie, jakby nie usłyszała wnuczki.
144

- Barry? - spytała. - Czy wierzysz w proroctwa?
- Nie — odparł Barry i mógł tego dowieść po czterech latach zajęć z madame 

Tralala.
- No cóż, ja wierzę. Nie trzeba jednak zaglądać do wnętrzności, by wiedzieć, że 

zbliżają się kłopoty.
- Oho, zaczyna się. - Bea wywróciła oczami.

- Co się zbliża? Vielokont? - spytał Barry.
- Historia uczy nas - powiedziała pani Thompson - że każdą grupę próbującą się 

izolować, wywyższać i władać innymi czekają kłopoty.
Barry nie zrozumiał.

- Ona mówi o magach - wyjaśniła Bea. Pani Thompson skinęła głową.
-Wcześniej czy później ten system „odrębnych i nierównych" musi upaść. A kiedy 

do tego dojdzie, nastąpi ogromny rozlew krwi, niebiosa się otworzą, rzeki 
zamienią się w isostar. Stwory z pól, rzek i mórz wymienią się miejscami. Matka 

z Surrey urodzi dziecko, którego nie będzie chciała. Obleśne parodie książek dla 
dzieci pojawią się na listach bestsellerów. Wszystko to i więcej zostało 

przepowiedziane.
- Tak, akurat. - Bea zakreśliła w powietrzu kółko oznaczające „to wariatka". - 

Parodie.
- No nie wiem - rzekł sceptycznie Barry. - Proszę spojrzeć na Hogsbiede. Gumole 

żyją tu w przyjaźni z ludem magicznym od... no, praktycznie od zawsze.
- Zgadzam się z Barrym - przytaknęła Bea. - Myślę, że jesteś pesymistką.

Barry nie wiedział, co znaczy to słowo, ale bardzo spodobała mu się pierwsza 
część zdania.

145
Starsza kobieta jakby straciła zapał.

-  Virginibus puerisąue canto — wymamrotała i z rezygnacją machnęła ręką. 
Uniosła kielich, z cienia natychmiast wyszedł mężczyzna i  napełnił go. 

Dostrzegła pytające spojrzenie Barry'ego. - Zaskoczyło cię odkrycie, że znam
łacinę?

- A to była łacina? - spytał Barry. - Miałem wrażenie, że
upiły mi się uszy.

Pani Thompson roześmiała się.
- Sama się jej nauczyłam z fragmentów zasłyszanych na-ulicach. Przydaje się, 

dzięki temu wciąż mam pracę. Gu-mol znający łacinę to rzadkość. Czarodzieje 
bardzo tego

pilnują.
Barry odchrząknął, wino dodało mu odwagi.

- Czarodziejów nie obchodzi...
Bea szybko weszła mu w słowo. To, czego Barry nie wiedział*, nie mogło go 

zranić.
- Ja też się uczę — oznajmiła z dumą.

- Książkowa łacina. - Pani Thompson prychnęła. - Barry, znasz ją?
- Łacinę? - Zupełnie jakby spytała kozę, czy umie grać w badmintona. —Tylko to, 

czego uczą nas w ramach zaklęć.
- A chciałbyś się nauczyć?

Pewnie, że nie, pomyślał Barry. Ale uznał, że lepsze to
niż jedzenie.

- Dobra - mruknął, starając się wyglądać na podekscytowanego.
* ...że ostatni chłopak, którego przyprowadziła do domu na kolację, został 

ukrzyżowany.
146

Pani Thompson wyciągnęła spomiędzy poduszek swej leżanki kołonotatnik.
- Babciu! Od początku to zaplanowałaś — upomniała ją Bea.

- Może i tak. - Pani Thompson uśmiechnęła się przebiegle. - Dobrze by było, 
gdyby młody czarodziej, tak słynny jakBarry...

Wreszcie, pomyślał Barry, oparł się jednak pokusie powiedzenia do Bei: „A nie 
mówiłem?".

- ...dołączył do naszej grupy. Mógłby przekazać przesłanie innym; z pewnością 
część jajogłowych z Hokpoku ma dość rozumu, by pojąć, że to ich jedyna szansa 

background image

przetrwania.
- Grupy? — spytał Barry; słowo to niebezpiecznie kojarzyło mu się z dawnym, 

komunistycznym Łonem.
- Zamierzamy odbudować Imperium Rzymskie - oznajmiła pani Thompson. - Wyjaśnię 

wszystko później. Najpierw łacina.
- Babciu, już ci mówiłam, nauczyłaś się jej nie tak...

- Cii, Beo. Ty masz swoją książkową łacinę, ja nauczę Barry'ego żywego, 
prawdziwego języka ludu. Zresztą, kiedy przejmiemy władzę, i tak będzie musiał 

go poznać.
- To także zostało przepowiedziane? — odgadł Barry.

- Praktycznie rzecz biorąc, owszem - pani Thompson pokazała Barry'emu kartkę 
pokrytą ręcznym pismem. — Spójrz tutaj. Rzeczowniki — miejsca, ludzie, rzeczy— 

ułożone są w tak zwaną deklasację. To dlatego że każdy następny jest coraz niżej 
w hierarchii. Rozumiesz? A czasowniki -słowa oznaczające czynności - układamy w 

konfabulację na pamiątkę wielkiego pożaru Rzymu. To było oszustwo,
147

kochany Neron został fałszywie oskarżony, niech bogowie mają pieczę nad jego 
duszą. - Urwała i spojrzała na Barry'ego. - Z czymś ci się to kojarzy?

— Babciu, daj Barry emu spokój — poprosiła Bea. —W końcu co dzień chodzi do 
szkoły. No, mniej więcej. - A potem dodała cicho, zwracając się do Barry'ego: - 

Przepraszam za nią. Czasami tak się zachowuje.
— Mam wrażenie, że Barry świetnie się bawi. Prawda, Barry?

Co powinien na to odpowiedzieć? By uniknąć problemu, Barry uciekł się do niezbyt 
przypadkowego przypadku.

- Przepraszam, chyba ubrudziłem pani zeszyt jedzeniem.
— Nie szkodzi, odrobina gnijącego rybnego sosu jeszcze niczemu nie zaszkodziła. 

Wszystkie rzeczowniki mają przypadki określające to, jak używamy ich w zdaniu. 
Przypadki te to Normativus, Antiquus, Adversativus, Aberrativus, Professativus i 

Locativus. Przypadek Normativus jest najczęstszy, wszyscy używają go w 
codziennej mowie.

- Mówiąc wszyscy, babcia ma na myśli: nikt - uzupełniła Bea. — W okolicy tylko 
ona mówi po łacinie.

— Nieprawda — nie zgodziła się pani Thompson. — Wielu członków grupy posługuje 
się nią podczas spotkań.

- Dlatego właśnie niczego nie udaje się wam ustalić -przycięła jej Bea.
- Bea nie aprobuje mojej działalności, choć zyska na niej tak jak wszyscy, gdy 

już odtworzymy imperium. Na czym skończyliśmy?
-Antiąuus - powiedział Barry; przynajmniej dzięki temu nie musiał próbować 

kolejnych dań.
148

kochany Neron został fałszywie oskarżony, niech bogowie mają pieczę nad jego 
duszą. — Urwała i spojrzała na Barry'ego. - Z czymś ci się to kojarzy?

— Babciu, daj Barry'emu spokój — poprosiła Bea. -W końcu co dzień chodzi do 
szkoły. No, mniej więcej. - A potem dodała cicho, zwracając się do Barry'ego: - 

Przepraszam za nią. Czasami tak się zachowuje.
— Mam wrażenie, że Barry świetnie się bawi. Prawda,

Barry?
Co powinien na to odpowiedzieć? By uniknąć problemu, Barry uciekł się do niezbyt 

przypadkowego przypadku.
— Przepraszam, chyba ubrudziłem pani zeszyt jedzeniem.

— Nie szkodzi, odrobina gnijącego rybnego sosu jeszcze niczemu nie zaszkodziła. 
Wszystkie rzeczowniki mają przypadki określające to, jak używamy ich w zdaniu. 

Przypadki te to Normativus, Antiąuus, Adversativus, Aberrativus, Professativus i 
Locativus. Przypadek Normativus jest najczęstszy, wszyscy używają go w 

codziennej mowie.
— Mówiąc wszyscy, babcia ma na myśli: nikt - uzupełniła Bea. — W okolicy tylko 

ona mówi po łacinie.
— Nieprawda - nie zgodziła się pani Thompson. - Wielu członków grupy posługuje 

się nią podczas spotkań.
— Dlatego właśnie niczego nie udaje się wam ustalić — przycięła jej Bea.

— Bea nie aprobuje mojej działalności, choć zyska na niej tak jak wszyscy, gdy 
już odtworzymy imperium. Na czym skończyliśmy?

background image

-Antiąuus - powiedział Barry; przynajmniej dzięki temu nie musiał próbować 
kolejnych dań.

148
- Zgadza się. Sama nazwa wyjaśnia wszystko - nie stosuje się go, chyba że chce 

się brzmieć bardzo staroświecko. Adversativus to paskudny przypadek, używa się 
go podczas kłótni i walk.

Barry zastanowił się. Mimo najlepszych wysiłków część informacji przeniknęła 
jednak do jego mózgu.

- Czyli jeśli zdanie będzie w Adversativie, to każde słowo zamienia się w 
przekleństwo? Tak?

-Tak!
- Babciu - wtrąciła Bea. - Do czego służy przypadek Aberrativus? Zawsze 

zapominam.
- Och, mam na dzieję, że nigdy nie będziesz musiała go użyć, Beo - odparła pani 

Thompson. -Jest zarezerwowany dla ludzi obłąkanych.
-Ach. - Bea z zapałem zajęła się kolejnym świńskim sromem.

Pani Thompson odwróciła się z powrotem do Barry'ego.
- Professativus jest bardzo rzadki - to coś jak techniczny żargon. A Locativus 

służy do opisywania map. A teraz -pani Thompson zamknęła notatnik - pomówmy o 
naszej grupie.

- Super. - Bea wyraźnie czuła się nieswojo, widząc, jak babcia monopolizuje cały 
wieczór. - Gdyby ktoś mnie potrzebował, będę obok. Zamierzam się przespać.

-Nosi nazwę Koalicja Ludzi-Adwokatów Rzymu albo KLAR. Oczywiście, jeśli nie 
wiesz, że mówiąc: „Rzym", mamy na myśli cesarstwo, nie miasto, nie jesteś wart 

wstąpienia do KLAR-u - dodała pani Thompson.
- Ciekawe - mruknął Barry, co miało oznaczać „wariac-

two
149

- Założyłam ją kilkanaście lat temu. Cel grupy jest oczywisty:  uniknąć 
nadciągającej wojny pomiędzy Gu-molami i ludem magicznym poprzez jak najszybsze 

przywrócenie Imperium Rzymskiego, wszelkimi niezbędnymi metodami.
- Jak dotąd, metody te ograniczają się do cotygodniowych kolacji - wtrąciła 

złośliwie Bea.
- Bea to przedstawicielka cynicznej młodzieży - powiedziała pani Thompson. — Ale 

mam przeczucie, że Barry nie jest aż takim cynikiem. Mam przeczucie, że ty, 
Barry, jesteś młodzieńcem o wyższych ideałach.

Barry powstrzymał się przed głośnym wybuchem śmiechu, wpychając sobie do gardła 
duży kawałek chleba. Skinął głową, w oczach miał łzy.

- W Imperium Rzymskim także istnieli magowie, działali jednak tak samo jak 
hydraulicy czy kupcy. Nie ukrywali się w swym własnym, tajemnym świecie. Nie 

martw się, Barry, czarodzieje będą mieli swoje miejsce, ale jeśli złamią prawo, 
zostaną ukarani tak jak inni. Jak dotąd, sami siebie kontrolujecie, co znaczy, 

że nie kontrolujecie nikogo! W Imperium Rzymskim sprawy wyglądały inaczej: 
czarodzieje cieszyli się powszechnym szacunkiem, ale znali swoje miejsce. Teraz 

rządzą w sekrecie światem i każdy widzi tego katastrofalne skutki.
Barry poczuł się w obowiązku zaprotestować.

- Pani Thompson, sam nie wiem...
Stara kobieta nie pozwoliła mu dokończyć — na szczęście, bo Barry nie posunął 

się tak daleko, by sformułować jakąkolwiek myśl.
150

- Czy podoba ci się dzisiejszy świat? Chyba żartujesz! Naprawdę uważasz, że 
cokolwiek z dzisiejszych czasów przetrwa? Budujemy tanio i pospiesznie niczym 

złodzieje w nocy. Zużywamy wszystko w naszym dążeniu do drobiazgów, wszystko 
marnujemy, pozostawiając po sobie jedynie śmieci.

Teraz to Bea jej przerwała.
- Ale, babciu, większość świata zbudowali Gumole. Jakim cudem to miałoby być 

winą czarodziejów?
- Czarodzieje są leniwi. Nie, Barry, nie próbuj zaprze-

czać.
- Wcale nie próbowałem - odparł Barry, posłuszny zasadzie in vino veritas.

- To nie ich wina. Kto nie stałby się leniwy, gdyby mógł przywołać wszystko, co 
tylko zechce, ot tak. - Pani Thompson pstryknęła głośno i strzęp jądra kuropatwy 

background image

trafił Barry'ego prosto w szyję. Barry postanowił nie reagować. -I dobrze, nie 
przeszkadza mi to. Ale waszym lenistwem zaraziliście nas, Gumoli. Ta wasza 

szkoła to jedyna budowla w okolicy, która przetrwa. A założę się, że znajdziemy 
jakiś sposób, by i ją wysadzić w powietrze.

- Babciu, chyba za dużo wina wypiłaś - mruknęła Bea.
- A ty chyba za mało - odparła pani Thompson.

- Nie zachowuj się tak przy gościu. - W głosie Bei zadźwięczała błagalna nuta. - 
Czytałam dziś dowcip, Barry. Chciałbyś go usłyszeć? Traktuje o magii.

- Jasne - rzekł Barry.
- Fałszywy mag wybrał się na wycieczkę do Grecji. Gdy wrócił, jakiś człowiek 

spytał go: „Jak się miewa moja
151

tamtejsza rodzina?". „Wszyscy mają się świetnie, zwłaszcza twój ojciec". „Ale 
przecież mój ojciec nie żyje od dziesięciu lat" — rzekł tamten. Na co mag: „Ach, 

najwyraźniej nie znasz swego prawdziwego ojca".
Panią Thompson aż skręciło ze śmiechu.

- Świetny - wydyszała. — Trzysetny rok naszej ery. Wtedy ludzie naprawdę umieli 
się śmiać.

Do pokoju wleciała niewielka brązowa sowa i wylądowała na oparciu leżanki pani 
Thompson. Zaczęła piszczeć.

- O, Hades. To mój ptager - oznajmiła pani Thompson. — Ciekawe, czego Canadian 
chce o tej porze? - Rozwinęła list. — Pilne. - Odwróciła się do Barry'ego. — 

Najwyraźniej wasz szkolny zbrojmistrz i gajowy wdali się w bójkę i gajowy dostał 
krwotoku.

- Dobrze, że nie spermotoku — odparł Barry; nikt się nie zaśmiał. - Śmiałybyście 
się, gdybyście go znały. Nikt nie chciałby, żeby Hamgryz się rozmnożył. Jego 

przyrodni brat to olbrzymi świr imieniem Gorb.
Obie kobiety milczały, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.             .   •

- Niestety, muszę iść do pracy - oznajmiła pani Thompson. — Co oznacza, że Barry 
musi wracać do domu.

Na dany sygnał czekający w kątach ludzie wyszli z nich i zaczęli sprzątać ze 
stołu.

- Wrócisz tu jeszcze, prawda? — spytała Bea. — Babcia nie przepłoszyła cię na 
dobre?

- Tak - odparł Barry. - To znaczy, nie. To znaczy, wrócę.
- To świetnie. Ćwicz łacinę, następnym razem przetłumaczymy coś nieprzyzwoitego. 

— Pani Thompson wytarła ręce w serwetkę i uścisnęła dłoń Barry'ego. - Miło cię 
było

152
poznać, młodzieńcze. — A potem już w drzwiach dodała: — Może kiedyś zaproszę cię 

na spotkanie KLAR-u. Miałbyś ochotę?
- Babciu, daj spokój, proszę.

Pani Thompson uśmiechnęła się i wyszła.
- Chciałbyś zabrać coś do domu?

- Nie! - odparł Barry z nieco przesadnym naciskiem. -To znaczy, najadłem się po 
uszy.

- No to... - Bea i Barry przez chwilę milczeli, skrępowani. W końcu Bea 
oznajmiła: - Odprowadzę cię do drzwi.

Zatrzymali się w atrium.
- No to. - Barry podskakiwał na jednej nodze, na drugą wkładając but. - Co 

będziesz robić dziś wieczorem?
- Chyba się uczyć. Jutro babcia ma mnie przepytać z chemii.

- To coś jak alchemia, tak?
- Owszem, tyle że bez religii.

- Lepiej ciebie niż mnie - mruknął Barry.
Bea nagle pomyślała, że Barry mógłby uznać, iż jest dla niego za mądra, toteż 

dodała szybko:
- Najpierw jednak pooglądam „Zaklęć warte"*. Jeden z filmików pokazuje, jak 

czarodziej próbował skorzystać z bankomatu, ale pomyślał, że automat zje mu 
rękę. Gdy

* Obfita korespondencja Barryego i Bei przekonała panią Thompson do zdjęcia 
zakazu oglądania telewizji. Wolała, żeby Bea miała obsesję na punkcie programów 

background image

niż drani takich jak Barry. A to, czego uczyła się z telewizji, mogło 
przynajmniej osłabić efekt bzdur opowiadanych przez chłopaka. Oczywiście 

najlepszy byłby powrót do zdrowszych czynności, takich jak tresura
153

oglądałam to po raz pierwszy, o mało się nie posikałam. -Może trochę 
przesadziłam w drugą stronę, pomyślała. - Nie żeby to był dla mnie problem ani 

nic takiego. - O Boże, jeszcze gorzej.
Po raz pierwszy owego wieczoru Barry dostrzegł, że nie tylko on czuje się 

niezręcznie. Najwyraźniej Bea denerwowała się tak samo! Próbował wymyślić coś 
jednocześnie zabawnego i pocieszającego, lecz jak zwykle jego umysł całkowicie 

wypełniła jedyna myśl, której nie mógł wymówić. Pochylił się zatem i ją 
pocałował.

Zaskoczona Bea krzyknęła cicho. Na szczęście większość krzyku trafiła w usta 
Barry'ego. Potrąciła też stojak na parasole w kształcie głowy Justyniana; oboje 

pochylili się, by je pozbierać.
- Ups. - Barry uniósł odłupany kawałek nosa.

— Nie szkodzi. — Bea rumieniła się po czubki uszu. - To współczesna replika.
- Czy coś się stało?! - zawołała z drugiego pokoju pani

Thompson.
— Nie! — odparli chórem Bea i Barry, nieco zbyt szybko. Bea otworzyła drzwi. 

Chciała, żeby Barry został, ale
chciała też, by poszedł, nim wydarzy się coś naprawdę kłopotliwego.

— Dziękuję, że przyszedłeś! — rzuciła. - Będę pisać.
- Ja też - odparł Barry i drzwi się zamknęły.

Desmonda. Babcia jednak wiedziała, że gdy burza hormonalna raz się zacznie, 
wszyscy wariują. I tak to trwa, póki nie skończą jakichś pięćdziesięciu pięciu 

lat.
154

Serce jednocześnie podskoczyło mu i opadło w piersi. Przeżył kolację w jednym 
kawałku, ale chciał, by wieczór trwał dalej. Założę się, że spodoba jej się 

miłosny wiersz Laguny, pomyślał, zaciągając mocniej paski wrotek.
Niedaleko domu, na ulicy natknął się na bezdomnego sprzedającego gazety. J.G. 

Rollins z części swych nowo zdobytych bogactw zaczęła wydawać tygodnik, który 
bezdomni Gumole sprzedawali, by zarobić parę funtów. Był okropnie nudny — 

zdjęcia nawet nie przeklinały.
- Hej - rzucił mężczyzna. - Uważaj!

Dobry nastrój Barry'ego sprawił, że ogarnęło go obce uczucie: litość. Zatrzymał 
się z poślizgiem i wyciągnął sakiewkę.

- Ile ich tu masz?
- Jakieś dziesięć — odparł tamten.

- Wezmę wszystkie - oznajmił Barry i wręczył mu dwa razy więcej złota niż 
trzeba.

- Dzięki - odparł bezdomny, podając mu trzy gazety.
- Bardzo proszę. - Barry z rozbawieniem stwierdził, że tamten go oszukał. — 

Schowaj się gdzieś, dobrze? Tu jest niebezpiecznie.
Gumolskie getto w nocy nie było miejscem dla jakichkolwiek węglowych form życia.

- Tak zrobię. - Mężczyzna pociągnął nosem. Noc była pogodna i zimna. Wyciągnął 
kolejny plik gazet.

Pogwizdując, Barry odjechał w mrok. Próbował wymijać większość dziur, parę razy 
o mało nie lądując na ziemi, gdy któraś z latarni zgasła. Zauważył też, że 

Hogsbiede, jak na miasto takiej wielkości, produkuje niewiarygodne ilości
155

psich gówienek. Westchnął z ulgą, pozostawiwszy za sobą zoo i dotarłszy 
bezpiecznie do magicznej części miasta.

Jadąc w górę, w stronę szkoły, Barry zatrzymał się na moment i obejrzał na 
Hogsbiede. Te obleśne bary, lombardy, paserzy; prostytutki i oszuści, pijacy i 

bezdomni. Tylu Gumoli próbujących zaznać nocami jak najwięcej przyjemności, bo 
ich dnie wypełniała praca dla ludzi takich jak Barry — ludzi, którzy jednym 

machnięciem różdżki mogli odmienić ich los... Cóż za parszywa dziura. Powinni po 
prostu zetrzeć ją z powierzchni ziemi i zacząć wszystko od początku. A jednak, 

pomyślał Barry, przynajmniej tej nocy choć odrobina miasteczka była piękna. Ta 
odrobina miała na imię Bea.

background image

ROZDZIAŁ 9

POlLG\
Od chwili, gdy na początku semestru w Wielkiej Sali pojawiła się Urwis, 

uczniowie oblizywali się łakomie. Licząca zaledwie metr wzrostu i ważąca około 
dwudziestu kilo Urwis nie miała w zasadzie żadnej władzy i uczniowie doskonale o 

tym wiedzieli. Dręczenie nauczycieli to odwieczna hokpocka tradycja. Tolerowano 
zatem wszystko, łącznie z zagrożeniem życia, jeśli tylko było dość dowcipne.

Z czasem Urwis podsyciła uczniowską nienawiść kolejnymi dekretami. Te infantylne 
proklamacje, na zmianę drwiące i pełne idiotycznych żądań, pojawiały się coraz 

częściej i obficiej. Po tym, jak każda dziewczyna w szkole musiała pozwolić 
Urwis zaplatać sobie warkoczyki, uczniowie wpadli w szał. Podczas gdy grupa 

szóstoklasistów sprawdzała, czy przepisy dotyczące pracy nieletnich istotnie nie 
obejmują terenu szkoły (jak twierdził Bubeldor), reszta uczniów rzuciła czar na 

wszystkie portrety w szkole, by nazywały Urwis sraczkogłową.
157

Mimo to Urwis okazała się godnym przeciwnikiem - na każdy uczniowski psikus 
odpowiadała własnym, jeszcze bardziej dziecinnym. Uczeń mógł rzucić na nią czar 

śli-notoku, sprawiający, że co trzecie słowo śliniła się obficie, potem jednak 
klasa siadała na początku następnych zajęć tylko po to, by odkryć, że na 

wszystkie krzesła rzucono czar Nietrzymanus.
— To okropne — jęknęła Herbina podczas kolejnych zajęć, patrząc, jak Urwis biega 

po sali, ścigana przez płonący papierowy samolocik. — Zgadzasz się, Barry?
Herbina uniosła różdżkę i do wtóru gromkich protestów wyparowała samolocik.

— Jak chcesz. - Barry nawet nie oderwał wzroku od swego komiksu.
Póki nikt nie zawracał mu głowy, nie przejmował się. Zajęcia praktyczno-

ciemniackie do niczego mu się nie przydawały - podobnie jak umiejętność gry w 
ąuitkit, unikanie Vielokonta i tak przychodziło mu instynktownie.

— Ale co, jeśli spotkasz się z Tym, Który Śmierdzi?
— Tak jak dziś rano? — Barry przewrócił stronę. - Goliłem się i kiedy wycisnąłem 

sobie na rękę piankę, wypadła z nią
kobra.

— Próbowała cię ugryźć?
— Nie, to była bardzo przyjacielska kobra — rzucił sarkastycznie Barry. — 

Oczywiście, że próbowała. Zabiłem ją zakrętką od pasty do zębów.
— Nieźle — mruknął Colin Cryptic, przysuwając nos bliżej odbytu Barry'ego.

— Nie wiem, czy mam ci wierzyć - powiedziała Herbina.
158

Urwis zaczęła ględzić o jednej ze swych obsesji: jak za pomocą liter z imienia 
chłopaka poznać, czy mu się podobasz. Nikt jej nie słuchał, nad głową Cyryla 

Bradpittona zaczął padać śnieg. Paru Slizgorybów ryknęło śmiechem.
- Uczniowie, uczniowie. - Urwis (chude łokcie i kolana zwieńczone czupryną 

kręconych, jasnych włosów) próbowała przywrócić porządek. - Lee, wracaj na 
krzesło i usiądź!

Okazało się to niemożliwe, ponieważ Lee Jardin zamienił się w delfina (na 
szczęście miał na sobie aparat wodny, odwrotność tlenowego).

- Pierdzielę, włazidupki. — Urwis zaklęła niezgrabnie, po czym podbiegła do 
najbliższego ucznia i go kopnęła.

- Au, wiedźmisyn!
Zirytowany Barry uniósł wzrok. Było tak głośno, że nie mógł śledzić akcji swego 

komiksu. Herbina dostrzegła jego minę.
- Cokolwiek zamierzasz zrobić, proszę, nie.

- Za późno, już zacząłem machać. Jeśli teraz przerwę, mogę nadwerężyć mięsień. - 
Barry wycelował różdżką w stronę Urwis, która zniknęła w rozbłysku światła.

- Co zrobiłeś? — spytała gniewnie Herbina. — To przecież tylko dziecko!
- Teraz ją wychowują centaury — odparł Barry.

- O, to jej się spodoba! — zawołał radośnie Colin. — Zawsze lubiła konie. Może w 
przyszłości zostanie nową Katarzyną Wielką.

Podczas gdy Herbina kipiała złością, Barry wstał i ukłonił się nisko. Gdy 
oklaski ucichły, uczniowie dostrzegli dylemat: co powinni zrobić w obliczu 

wolności? Wybiec na zewnątrz? Grupowo wyparować do Hogsbiede i ruszyć
159

background image

w tango? Zagrać w rozbieranego tarota? Jak to się często zdarza, wielość 
otwierających się możliwości kompletnie ich sparaliżowała, toteż przez resztę 

zajęć mamrotali tylko nerwowo i wiercili się na swych krzesłach.
Następnym razem, gdy weszli do klasy na zajęcia prak-tyczno-ciemniackie, 

odkryli, że za katedrą zasiada sam dyrektor Bubeldor. W sali zapadła 
nienaturalna cisza. Gdy wszyscy zajęli miejsca, Bubeldor zaczął mówić:

— Uczniowie, to bardzo niedojrzałe i nieroztropne z waszej strony, wykańczać 
kolejno nauczycieli zajęć ciemniac-kich w tempie tanich adidasów. Na tym etapie 

poważnie zastanawiam się nad zorganizowaniem programu rehabilitacji więźniów z 
Aztalanu.

— Super! — zawołał Drago Malgnoy*.
— Co, do licha, z nimi robicie? Zresztą nie odpowiadajcie, sam już wiem. W całej 

szkole kazałem zainstalować ukryte kamery. — Bubeldor mówił dalej, nie zwracając 
uwagi na jęki odbijające się echem w klasie. Blefował, ale

* Jego ojciec trafił niedawno do najsłabiej zabezpieczonego skrzydła Aztalanu, 
po tym, jak skorzystał z wykrzywiacza czasu do manipulacji giełdowych. W 

listach, które wysyłał do domu, roiło się od szczegółowych opisów tego miejsca, 
bardziej przypominającego hotel dla nieco niesfornych gości niż autentyczne 

więzienie. To bardzo pouczające przeżycie, pisał Lujusz. Raz jeszcze sprawdza 
się stare powiedzonko: towarzysz z celi to tylko inna nazwa dla przyjaciela, 

którego jeszcze nie poznałeś.
160

oni o tym nie wiedzieli. - Zdaję sobie sprawę z tego, że w Hokpoku zawsze tak 
postępowano. My dręczymy was, a wy nas, i cykl życia trwa dalej. Ale nauczyciele 

nie rosną na drzewach! Torturujcie ich, proszę bardzo, narażajcie na kontakty z 
pstrągołakami, jeśli chcecie, lecz teleportowanie do Zabronionego Lasu i oddanie 

na wychowanie centaurom — choć przyznaję, to ładny przykład magii - to już za 
wiele. Czy wiecie, że nim ją znaleźliśmy, profesor Urwis zdążyła zapleść 

warkoczyki wszystkim centaurom z lasu? Były wściekłe. Potrzeba stuleci, by znów 
zaufały czarodziejom. Hokpok to nie tylko szkoła magii. Próbujemy także nauczyć 

was czegoś o życiu. Czy w życiu codziennym będziecie mogli po prostu kogoś 
teleportować? Oczywiście, że nie. Nieważne, kim jesteście, wszystko, co 

uczynicie, niesie ze sobą konsekwencje. — Bubeldor spojrzał wprost na Barry'ego, 
który już dawno zrezygnował z niewinnej miny i znów czytał swój komiks. — 

Niestety, muszę przyznać, że profesor McGoogle nagrodziła Graffiton pięcioma 
punktami, bo uważa, że eks-profesor Urwis jest wyjątkowo rozpuszczonym bachorem. 

Ale to niczego nie zmienia!
Puste dłonie Bubeldora skręcały w powietrzu nieistniejące balony. Barry uniósł 

wzrok, pomyślał, że wygląda to jak bardzo zaawansowane delirium, i powrócił do 
lektury. Stary czarodziej przemawiał dalej.

- Bardzo trudno jest znaleźć w tak krótkim czasie kompetentnego zastępcę. 
Jednakże poinformowano mnie, że nasz nowy nabytek ma znakomite kwalifikacje i 

doskonale przygotuje was do zbliżających się szybko ABW. Mam też nadzieję, że 
uświadomi wam możliwe konsekwencje waszych działań. Tak czy owak, proszę, nie 

wykańczajcie go,
161

bo nie ma już innych kandydatów. Ostrzegam oficjalnie, nie zmuszajcie mnie, bym 
sam zaczął was uczyć.

To rzekłszy, Bubeldor wyszedł. W korytarzu rozległy się głosy. Cała klasa wbiła 
wzrok w drzwi, zastanawiając się, kto — lub co - w nich stanie. Mimo bogatego 

doświadczenia w walce z Vielokontem i wszelkimi stworzeniami oswajanymi przez 
Hamgryza (to uprzejme określenie słowa „pożeranymi"), to, co przez nie przeszło, 

wykraczało dalece poza możliwości Barryego. To był adwokat.
— Witajcie, uczniowie — rzekł radośnie, kładąc na biurku teczkę. Był niemal 

zupełnie łysy, prócz kilku kosmyków brązowych włosów zaczesanych znad jednego 
ucha na drugie. Przybysz, wzrostu i wagi automatu z papierosami, nosił grube, 

przyciemnione okulary. — Nazywam się Allen Defrauman i jestem adwokatem 
magicznym - oznajmił, otwierając zatrzaski i wyciągając plik papierów. Wręczył 

je Cyrylowi. - Panie...
- Bradpitton - rzekł słabym głosem chłopak.

- Panie Bradpitton, proszę rozdać je wszystkim uczniom w klasie. - Pan Defrauman 
wyjął z kieszeni koszuli inkrustowaną złotem różdżkę i napisał na tablicy swe 

background image

nazwisko. — Nim zaczniemy, chcę, by wszyscy wypełnili ten formularz. Mówi o tym, 
że w razie jakichkolwiek odniesionych przez mnie urazów każde z was zostanie 

pociągnięte do osobistej odpowiedzialności.
— Co to znaczy? - spytał Lee.

— To znaczy, że mogę wziąć sobie was, tę szkołę i wasze rodziny wraz ze 
wszystkim co posiadają—wyjaśnił Defrauman.

Herbina podniosła rękę.
162

-Tak, panno...?
- Gringor. Co by się stało w razie pańskiej śmierci?

- Nie chce pani tego wiedzieć.
W klasie rozległ się gniewny pomruk irytacji. Barry jeszcze bardziej skulił się 

na swym miejscu. Najlepszą metodą postępowania z tym Defraumanem było unikać go 
jak najstaranniej.

Tak jak wszyscy oczekiwali, Cyryl potknął się, rozrzucając dokoła papiery. Ktoś 
zachichotał piskliwie.

- Areszt, panie Malgnoy!
- Wie pan, kim jest mój ojciec?! - krzyknął oburzony Drago.

-Tak. Jeśli nie będzie pan dość ostrożny, dołączy do pana pod prasą mosznową. 
Będę waszym nauczycielem zajęć praktyczno-ciemniackich aż do świąt, a może i 

dłużej. Decyzja ta należy do mnie, nie do was. Znam wszystkie wasze numery i nie 
zamierzam ich tolerować. - Otworzył szufladę biurka i cofnął się. - Jeśli ktoś z 

was ma przy sobie cokolwiek, co mogłoby budzić choćby cień wątpliwości, proszę, 
by zdeponował to tutaj, gdzie pozostanie do końca semestru.

Barry dostrzegł szansę zarobienia paru punktów. Pogrzebał w kieszeniach - o 
dziwo, okazało się, że to jedyne zajęcia w całej jego hokpockiej karierze, 

podczas których nie miał przy sobie niczego niewiarygodnie groźnego. Wstał 
zatem, pomaszerował na przód klasy i wrzucił do szuflady komiks.

Reszta uczniów patrzyła zdumiona.
- Dziękuję, panie...?

- Trotter - dokończył Barry i wrócił na swe miejsce.
- Co się...? — Herbina nie wierzyła własnym oczom.

163

— Już go przeczytałem — wyszeptał Barry i usiadł.
Jego czyn wywołał prawdziwą lawinę; wkrótce szuflada pękała w szwach od 

kastoklątw, głuszaków, ostrzy domowej roboty, a nawet trotylu, który Lon 
podwędził braciom, bo zapakowali go w gazetę z dowcipami rysunkowymi.

— Dziękuję. — Pan Defrauman bardzo ostrożnie zamknął szufladę. - A teraz 
zaczniemy dzisiejszą lekcję. Proszę wyjąć zeszyty i zapisać co następuje: 

„Najpotężniejszą bronią świata magicznego jest fachowy, odpowiednio wyszkolony
prawnik".

-To śmieszne - prychnęła Miętowa Patii. - A nasze
różdżki?

— No właśnie — odparł pan Defrauman. — Wyobraźcie sobie, że zabijacie kogoś w 
pojedynku, a potem trafiacie do więzienia. Według mnie obie strony przegrywają.

Patii wciąż miała wątpliwości.
- Nie brzmi to zbyt honorowo.

- Posłuchaj, jeśli chcesz skończyć jako zwierzątko domowe starej wrednej 
czarownicy, to bardzo proszę - rzekł

nauczyciel.
Barry podniósł rękę. Reszta klasy wciąż nie mogła się

nadziwić jego manierom.
— Tak, panie Trotter? — spytał Defrauman.

- Ale, panie Defrauman — rzekł Barry - z pewnością ma pan rację, ja jednak 
walczyłem z lordem Vielokontem...

Słysząc to, uczniowie sapnęli.
— Och, dorośnijcie wreszcie — rzucił niecierpliwie Barry - to tylko nazwisko.

— A-a-ale jest objęte copyrightem - pisnął Cyryl.
- Przez prawnika — dodał pan Defrauman.

164
- Vielokont wciąż próbuje mnie zabić — podjął Barry. — Co mógłby z tym zrobić 

background image

prawnik?
- Zaskarżyć go! - krzyknął pan Defrauman. - Wiedź-misyn zastanowi się dwa razy, 

jeśli będzie wiedział, że twoi potomkowie dostaną pięćdziesiąt procent jego 
majątku.

Barry o tym nie pomyślał. Nagle wydało mu się to znacznie bardziej sensowne niż 
próby przywalenia komuś w potylicę strzałą fiołkowego ognia.

- Uczniowie, zapiszcie: „Jeśli ktoś próbuje was zabić bądź zranić, ukraść waszą 
własność, pozbawić zysków albo pracy, a nawet rani emocjonalnie, nie czarujcie 

go - tylko zaskarżcie!".
- A zwykłych magów? - spytał Drago. - Albo nauczycieli? Czy ich też można 

zaskarżyć?
- Oczywiście! - odparł pan Defrauman. - Panie Malgnoy, w zamian za obietnicę, że 

nie zaskarży mnie pan z powodu przesadnej i wyjątkowo okrutnej kary podczas 
aresztu, czyli zastosowania prasy mosznowej na okolice genitaliów, skrócę pański 

areszt. Zgadza się pan?
- Jasne - odparł z uśmiechem Drago.

- Widzicie tę potęgę? — odparł pan Defrauman. — Oto zajęcia praktyczno-
ciemniackie!

Defrauman zerknął na zegarek (Barry zauważył, że to bardzo drogi model).
- Dziś nie mamy już czasu. Chciałbym, żeby na następne zajęcia każde z was 

zidentyfikowało przynajmniej jednego kolegę, którego mogłoby zaskarżyć. 
Następnie wręczymy sobie nakazy i zaczniemy naukę na dobre.

165
- Bardzo dziwne. — Ritalin oddał Barry'emu pożółkły kawałek pergaminu. — 

Naprawdę zaskarżyłeś Drąga o zniesławienie?
— Tak. Wciąż powtarzał, że Vielokont nie istnieje i wcale nie próbuje mnie 

zabić. Dogadaliśmy się poza sądem. -Barry odebrał mu dokument. — Mogłem sobie 
wybrać pięć numerów z jego kolekcji „Satyra".

Podczas następnej sesji doktor Ritalin poprosił Barry'ego, by razem przejrzeli 
jego rzeczy osobiste w poszukiwaniu czegokolwiek związanego z piątą klasą czy 

Beą Thompson. Jeśli chodzi o Beę, Barry zdołał znaleźć tylko jedną kartkę 
papieru wepchniętą na samo dno starego szkolnego kufra.

— To wszystko, co znalazłeś? - spytał doktor. -Tak.
— Trochę dziwne, prawda? Żadnych zdjęć, pamiątek... Osobiście nie potrafię się 

powstrzymać przed gromadzeniem podobnych rzeczy. Chyba że - dodał Ritalin - 
chodzi o coś, o czym próbuję zapomnieć. Czy jest coś, o czym próbujesz 

zapomnieć?
— Co za idiotyczne pytanie - warknął Barry. - Nawet gdyby było, tobym o tym 

zapomniał.
—  Touche — mruknął doktor Ritalin. — Muszę prosić, byś cały czas pamiętał, że 

nie jestem prawdziwym doktorem, a co więcej, mój mózg nie zawsze działa jak 
należy.

— Tyle pamiętam — odparł Barry. - Ciągle coś mi o tym
przypomina.

Ritalin nałożył parę monokli do czytania.
— Przyjrzyjmy się temu, zgoda? Drogi Barry — zaczął czytać. — Piszę krótko, by 

potwierdzić otrzymanie Twego idiotycznego fałszerstwa. Bea nigdy nie uciekłaby 
do Wizygotów. Zbyt

166
- Bardzo dziwne. - Ritalin oddał Barry'emu pożółkły kawałek pergaminu. — 

Naprawdę zaskarżyłeś Drąga o zniesławienie?
— Tak. Wciąż powtarzał, że Vielokont nie istnieje i wcale nie próbuje mnie 

zabić. Dogadaliśmy się poza sądem. -Barry odebrał mu dokument. — Mogłem sobie 
wybrać pięć numerów z jego kolekcji „Satyra".

Podczas następnej sesji doktor Ritalin poprosił Barry'ego, by razem przejrzeli 
jego rzeczy osobiste w poszukiwaniu czegokolwiek związanego z piątą klasą czy 

Beą Thompson. Jeśli chodzi o Beę, Barry zdołał znaleźć tylko jedną kartkę 
papieru wepchniętą na samo dno starego szkolnego kufra.

— To wszystko, co znalazłeś? - spytał doktor.
-Tak.

— Trochę dziwne, prawda? Żadnych zdjęć, pamiątek... Osobiście nie potrafię się 
powstrzymać przed gromadzeniem podobnych rzeczy. Chyba że - dodał Ritalin — 

background image

chodzi o coś, o czym próbuję zapomnieć. Czy jest coś, o czym próbujesz 
zapomnieć?

— Co za idiotyczne pytanie - warknął Barry. — Nawet gdyby było, tobym o tym 
zapomniał.

—  Touche — mruknął doktor Ritalin. - Muszę prosić, byś cały czas pamiętał, że 
nie jestem prawdziwym doktorem, a co więcej, mój mózg nie zawsze działa jak 

należy.
— Tyle pamiętam - odparł Barry. - Ciągle coś mi o tym

przypomina.
Ritalin nałożył parę monokli do czytania.

— Przyjrzyjmy się temu, zgoda? Drogi Barry - zaczął czytać. — Piszę krótko, by 
potwierdzić otrzymanie Twego idiotycznego fałszerstwa. Bea nigdy nie uciekłaby 

do Wizygotów. Zbyt
166

wielką wagę przykładała do regularnych kąpieli. Poza tym nazywanie mnie w liście 
panią Thompson i tak Cię zdradziło.

Wiem, co się stało, i wiem, że Ty za to odpowiadasz. Wszystko zostało 
przepowiedziane we wnętrznościach mrówki w przeddzień Balu Gwizdkowego i wiele 

razy wcześniej. Omyłkowo ukrzyżowałam przed Tobą kilkunastu chłopców, sądząc, że 
to

0 nich traktuje proroctwo. No cóż, nie da się zrobić omletu, nie rozbijając 
kilku jajek.

Wraz z Beą jesteśmy ostatnimi potomkiniami wielkiego Trazyla, który wróżył z 
położenia gwiazd boskiemu Augustowi. Ja także mam dar proroctwa, stąd wiem, że 

światy magów
1 Gumoli muszą się zderzyć. Nie wątp w to — tego, co zapisane w gwiazdach, nie 

da się zmienić. Nie zdołają tego dokonać nawet takie sławy jak Ty. Wielu, wielu 
czarodziejów zginie. Aby przetrwać, muszę ukrywać mą własną magiczną naturę.

Twoja przyszłość jest... zamglona. Jeśli jednak komukolwiek, kiedykolwiek, z 
jakichkolwiek przyczyn ujawnisz nasz rodzinny sekret, dołożę wszelkich starań, 

by Cię załatwić. Chwytasz, co mam na myśli? Jeżeli natychmiast nie zlikwidujesz 
wszystkich śladów swych związków z Beą i/lub ze mną, będę musiała opowiedzieć 

całą historię mojemu dawnemu chłopakowi Alpowi Bubeldorowi, a także wysłać list 
do Sił Zbrojnych informujący o Twojej gotowości do wstąpienia w ich szeregi.

Pozwól, że dodam też coś osobistego. Z wielkim bólem odczytałam proroctwo o 
Twych niezgrabnych technikach uwodzenia. Standardy z pewnością znacznie się 

obniżyły od czasów mojej młodości. Z wyrazami szacunku, Druzylla Thompson.
— O rany — mruknął po długiej chwili Ritalin. — Ta staruszka pisze naprawdę 

zabójcze listy.
167

ROZDZIAŁ 10
Ul GV1ZDKOUI

- A zatem w końcu zebrałeś się na odwagę i ją zaprosiłeś. — Herbina, ku 
głębokiemu zakłopotaniu Barryego, czytała właśnie głośno i komentowała ostatni 

list Bei. Podjęła lekturę.
— Z początku babcia nie chciała mnie puścić. Zabiła mrówkę i oznajmiła, że jej 

narządy wewnętrzne przepowiadają prawdziwe kłopoty, zwłaszcza wątroba. Nie 
wiedziałam- nawet, że mrówki mają wątroby — czytała na głos list Bei Herbina. - 

Rozpłakałam się i zrobiłam awanturę, nic to jednak nie dało. W końcu zagroziłam, 
że ucieknę, i ustąpiła, mamrocząc coś o omenach i o tym, że nie da się oszukać 

pieprzonych gwiazd. Dziwaczna z niej staruszka. W każdym razie potem dodała: 
„Możesz iść, ale jeśli poprosi, byś rzuciła jakiekolwiek zaklęcie, wspomnij coś 

o okresie. To zawsze działa na facetów".
-To prawda - oznajmiła Herbina w ramach dygresji. -Mój ojciec wierzy święcie, że 

kiedy pozwala mi pożyczyć samochód, mam słabsze skurcze.
168

Odepchnęła sięgającą ku niej rękę Barry'ego i kontynuowała lekturę.
- Gdy tylko to usłyszałam, zrozumiałam, że babcia Cię lubi. Zwykle mówi mi: „Po 

prostu kopnij go w jaja i uciekaj". Barry, postaraj się jej nie osądzać, pewnie 
sprawiła to cała rtęć, którą mieszała przez te wszystkie lata.

- Oddawaj go, Herb. - Barry spróbował odebrać jej list.
- Za wolno! - Herbina roześmiała się, uskakując poza jego zasięg. Barry uniósł 

background image

różdżkę, by rzucić zaklęcie. - To nie fair, tylko bez magii! - Herbina wciąż 
uskakiwała, zaśmiewając się do rozpuku.

Odkąd Barry odmówił ujawnienia szczegółów swej gorącej randki w Halloween, 
uznawszy rozsądnie, że jeśli czegoś nie wiedzą, nie będą się mogli z tego 

nabijać, wśród jego przyjaciół zakiełkowała ciekawość. Teraz, w święta, zdążyła 
już zapuścić głębokie korzenie.

A było to ostatnie, czego pragnął. Jego przyjaciele mogli przepłoszyć Beę - do 
diabła, jego przyjaciele praktycznie przepłaszali też jego samego. Herbina 

mogłaby wyciągnąć test mensowski, Lon z pewnością powąchałby Beę w najmniej 
stosownym miejscu, a Ferd i Jorge mogliby nawet wysadzić ją w powietrze. Zrobili 

to już wcześniej na zeszłorocznym Balu Gwizdkowym*.
* Hokpocki Bal Gwizdkowy odbywał się raz do roku, bez wyjątku - do czasu 

nadejścia świąt uczniowie byli już tak nakręceni, że balansowali na granicy 
otwartego buntu, i gdyby władze szkoły nie zapewniły im metody kontrolowanego 

rozładowania energii, doszłoby do krwawych potyczek. Czysta logika. Bal 
Gwizdkowy, podobnie jak każde inne hokpockie święto, pierwotnie stanowił

169
— Przepraszam, stary - rzekł wówczas Ferd, przyglądając się poczerniałemu 

kraterowi w miejscu, gdzie siedziała dziewczyna, z którą umówił się Barry. — Te 
nuklearne pier-dzące poduszki są silniejsze, niż sądziliśmy.

— Owszem, nasz błąd. — Jorge sprawdzał wszystko wokół licznikiem Geigera. - Z 
drugiej strony, nie zostało zbyt wiele promieniowania.

Choć siostrze Pommefritte udało się (niemal całkowicie) odtworzyć dziewczynę ze 
strzępu ciała, który wleciał do wazy z ponczem, Barry za bardzo lubił Beę, by 

zaryzykować powtórkę z historii. Utrzymywał zatem wszystko w sekrecie. Nie 
chciał, by Herbina dowiedziała się czegokolwiek aż do dnia potańcówki. Lecz, jak 

to zwykle bywa w Hokpoku, sekret wkrótce wyszedł na jaw.
Gwiazdka zaczęła się cudownie, od mnóstwa prezentów. Sknerus przysłał mu kartę z 

przyklejonym w środku galonem, niemal pokrywającym koszt brakujących znaczków. 
Herbina podarowała mu poradnik zatytułowany I ty w trzydzieści dni możesz 

przestać być dupkiem; idealnie równoważył go prezent od Hamgryza, uniwersalny 
przebijak do puszek. Ten magiczny gadżet oznaczał, że żaden pojemnik zawierający 

alkohol - butelka czy puszka, zagraniczna bądź krajowa - nie mógł mu się oprzeć. 
A pani Gwizzley, w dowód, że nie ma do niego pretensji z powodu wypadku Łona, 

zrobiła mu na drutach gryzące makramowe stringi.
okazję do potężnych zamieszek. Tradycja głosi, że jego nazwa wywodziła się od 

gwizdów, jakimi witali uczniaków rozwścieczeni mieszczanie.
170

- Mama chyba na ciebie leci - oznajmił Ferd, gdy Barry je włożył i 
zademonstrował przyjaciołom w sali wspólnej Graffitonu.

- Wasza matka leci na wszystkich — odparł ze śmiechem Barry.
- Co oznacza B? - spytał Jorge. - Braliśmy razem prysznic, więc wiem, że na 

pewno nie „big".
Barry uśmiechnął się z miną „myślisz, że jesteś taki zabawny" i rzucił Jorgemu 

to, co dostał od swych durneyow-skich zombi: głowę kogoś, kto dręczył go w 
drugiej klasie.

- Aaa, cholera, Barry, to okropne! - zaprotestował Jorge.
- On też się ze mnie nabijał - odparł mrocznym tonem Barry.

Jorge pokazał mu gdzie się zgina dziób pingwina i poszedł umyć ręce.
- Wesołych świąt. — Ferd wręczył Barry'emu niewielką paczuszkę w folii. - 

Paprykowa prezerwatywa. Pomyślałem, że podrzucimy ją do najwyższej szuflady 
Drąga. Dzięki niej Parkinsonówna naprawdę się rozgrzeje. Drago także!

Gdy Ferd musiał wyjść sprawdzić, co słychać u Łona (który przyniósł Barry'emu w 
prezencie patyk), Barry otworzył najnowszy list — zasługujący ze względu na swe 

rozmiary raczej na nazwę liścidło - od Bei. Wewnątrz krył się drobny prezent: 
lekko nadłamana czekoladka w kształcie różdżki, którą Bea zrobiła sama. Barry 

odgryzł czubek. Choć smakowała nieco dziwnie, niewątpliwie należała do rodziny 
czekolad.

Teraz próbował wygładzić językiem koniec różdżki. Gdy przyglądał się uważnie 
swemu dziełu, Herbina wyrwała mu list. W miarę, jak korespondencja z Beą stawała 

się coraz
171

background image

poważniejsza, Barry coraz mniej chętnie dawał jej do przeczytania swoje listy. W 
związku z tym ciekawość Herbiny wzrosła pięciokrotnie.

— Nie mogę się już doczekać dzisiejszego wieczoru - przeczytała. — Właśnie 
kupiłam sobie nową niebieską sukienkę. Do diabła, ja też ubieram się na 

niebiesko. Wiem, że powiedziałeś mi, że kolor Graffitonu to czerwony, ale w 
czerwonym mam okropne rumieńce. - Herbina zaśmiała się. - Rumieńce? Zaczekaj, 

moja droga, aż szanowny hrabia de Alpaga wmusi w ciebie parę drinków. Na twoim 
miejscu od razu umówiłabym się na pompowanie żołądka. W dodatku nigdy wcześniej 

nie byłam w Twojej szkole i nie mogę się doczekać obejrzenia jej wnętrz. Babcia 
mówi, że to jeden z najwspanialszych wciąż istniejących przykładów 

średniowiecznej architektury psychopatycznej. Hej, naprawdę nigdy o tym nie 
słyszałam!

Herbina biegała po pokoju kilka kroków przed Barrym, który ścigał ją 
nieustępliwie. Każdą przeczytaną kartkę ciskała za siebie, a Barry hamował 

gwałtownie, by ją podnieść.
- Nie mogę się też już doczekać poznania Twoich przyjaciół, zwłaszcza Herbiny. 

Nie uwierzyłam, gdy powiedziałeś, że jest w połowie yeti. Wiesz, kiedy już 
myślę, że stoczyłeś się tak nisko, że bardziej się nie da, ty opadasz jeszcze 

niżej -warknęła Herbina. - Mówiłam to już i powtórzę znowu: dziewczyna wydaje 
się bardzo porządna. Czemu, do diabła, umawia się z tobą?

— Oddawaj — syknął Barry i w końcu odzyskał list. Powłócząc nogami, 
przygarbiony, wrócił do siebie w ponurym nastroju. Herbina miała rację, był 

nieco obleśny -
172

Bea jednak stanowiła jego szansę poprawy. Niewielką, ale to zawsze więcej niż 
nic.

Sięgnął do kieszeni i przesunął palcami po prezencie, który przysłała mu sowią 
pocztą (by mieć pewność, że go dostał) kilka dni wcześniej. Na tę myśl poczuł 

znajomy wybuch ciepła w piersi. Prezentem był mały, płaski kawałek metalu z 
namalowaną na nim otwartą dłonią — „gest przyjaźni". Oprócz swojego — to znaczy 

napisanego przez Lagunę — wiersza (który musiał jeszcze odebrać) Barry zamierzał 
podarować jej coś, czego reklamę zauważył w jednym z pism: członkostwo w Klubie 

Comiesięcznej Magicznej Oliwki. Co miesiąc członkowie dostawali kolejną oliwkę, 
w której zamiast pestki tkwiło coś fajnego. Oliwki były jedyną rzymską potrawą, 

jaką znał.
Barry schował do kufra swą noszącą ślady jego zębów czekoladową różdżkę. Sięgnął 

pod świąteczne szaty, sprawdzając, czy ozdobne pudełeczko z pierwszą magiczną 
oliwką wciąż tam tkwi; jak dotąd, sprawdził to zaledwie czterdzieści trzy razy. 

Odwaliwszy obowiązki, zaczął się zastanawiać, w co zapakować prezent. Herbina 
powinna mieć mnóstwo papieru do pakowania; taka już była.

Barry wyszedł do holu i coś przyciągnęło jego uwagę. Zanotował w pamięci: 
przeznaczyć godzinę na wędrówkę po szkole i zdarcie wszystkich plakatów 

zakazujących pieszczot z Barrym. Oczywiście, w końcu zamierzał jej powiedzieć - 
gdy się już upewni, że Bea dostatecznie go lubi, by mu wybaczyć. Dziś jednak 

zamierzał zaprzeczać, zaprzeczać, zaprzeczać.
173

Tego popołudnia Barry musiał zajrzeć do Rovertouru, by odebrać wiersz, za który 

miał zapłacić Lagunie Lovecraft. Kosztował pięć galonów, więc lepiej, żeby 
okazał się dobry.

— Proszę. - Laguna wręczyła mu zwój. - To jedno z moich najlepszych dzieł.
Barry zaczął czytać, najpierw oszołomiony, potem coraz bardziej wkurzony. 

Większość brzmiała zupełnie jak bełkot.
— „Płinglui mglw'nafh Cthulhu R'leh wgałinagl fh-tagn?". Co to ma znaczyć, do 

diabła? I kto to jest ten Riley? Chcę, żeby Bea polubiła mnie, nie jakiegoś 
innego gościa.

Laguna wzruszyła ramionami.
— Nie przejmuj się tym, to tylko chwyt formalny.

— Ty mówisz serio? - złościł się Barry. Rozwinął resztę zwoju, który ciągnął się 
na całe mile. — Jest tego mnóstwo. — W oko wpadło mu kolejne imię. - Laguno, kto 

to jest Hastur Niewypowiedziany? W moim wierszu są wszyscy oprócz mnie!
Laguna zbladła.

background image

— Lepiej nie wymawiaj jego imienia, chyba że chcesz, by H.N. zjawił się i zaczął 
buszować po twojej psychice. Widywałam ludzi, kiedy już z nimi skończył. Zwykle 

mieli do wyboru dwie odmiany obłędu: bełkot bądź szaleńczy chichot. Podoba ci 
się?

-Nie, ale... - Barry trochę się uspokoił. - Wolałbym, żebyś napisała o czymś 
wzruszającym, a nie o jakimś Yog'Sothothie. Nie wiem nawet, co to... brzmi jak 

danie z kuchni chińskiej.
— Licentiapoetka — wyjaśniła Laguna. - Chciałam nadać wierszowi wymiar 

kosmicznego koszmaru, nieuklidesowej geometrii.
174

-Jeśli to bajeranckie określenie na „dać ciała", to udało ci jak rzadko.
-Przykro mi, że tak uważasz. - Laguna wyciągnęła rękę. - Płać.

Barry kątem oka dostrzegł Cthulu uśmiechającego się z góry, z uniesionymi 
skrzydłami, szponami i śluzowatymi mackami, i uznał, że pięć galonów to za mało, 

by wdawać się w bitwę.
- Proszę. Wesołych świąt - rzekł z goryczą.

Wiersz Laguny wylądował w śmieciach. Barry Trotter, nieziemski frajer, będzie 
musiał zadowolić się własnym urokiem osobistym, pomyślał Barry. Gdy godzina 

zabawy zbliżała się nieubłaganie, młody czarodziej odkrył, że krąży nerwowo po 
pokoju. Był tak poruszony, że wywrócił prezent gwiazdkowy otrzymany od domowego 

skrzata Daliego: maleńki posążek Daliego przebranego za świętego, pływający w 
dzbanku moczu skrzata - bądź czyjegoś innego.

- Sztuka nie powinna tak cuchnąć - mamrotał Barry, wycierając plamę.
Postanowił pójść powkurzać Herbinę. Dostanie się do pokojów dziewcząt było 

dziecinnie proste: wymagało tylko prostego zaklęcia Jej ekscelencja i paru słów 
wypowiedzianych falsetem. Po minucie znalazł się w środku.

- Szczerze mówiąc, na twoim miejscu też bym się denerwowała. Ta Bea wydaje się o 
wiele za mądra dla ciebie - oznajmiła Herbina.

175
Jej współlokatorki krzątały się wokół, szykując się do zabawy. Pozwoliły 

Barry'emu zostać pod warunkiem, że nie będzie otwierał oczu.
- Dzięki - mruknął Barry, podglądając.

- Przestań podglądać! - wrzasnęła koleżanka Herbiny, Jennifer, i rzuciła w niego 
mokrym wacikiem. Pocisk trafił Barry'ego w pytakrzyk i przylepił się do niego - 

namoczyła go w oczarze.
Barry zaklął.

- Chryste, ale piecze.
- Nie piekłoby, gdybyś nie otwierał oczu - odparła, jakże logicznie, Jennifer.

Barry odniósł znajome wrażenie, że ma do czynienia z umysłem bystrzejszym niż 
własny, toteż zamknął się natychmiast.

- Nadal chciałabym się dowiedzieć, jak właściwie poderwałeś Beę. - Herbina 
odwróciła się do lustra; przed jej oczami wisiała magiczna zalotka. - 

Podwędziłeś filtry miłosne z szafki Snajpera, prawda? Nieładnie, Barry, jemu 
potrzebne są bardziej niż tobie. Jak ma się z kimś przespać z tą bladą, 

niezdrową cerą i tłustymi włosami? A, wierz mi, chcemy, żeby podczas egzaminów 
ABW był zadowolony i zaspokojony.

- To J.G. Rollins napisała, nie ja - odparł Barry. - Trzeba było słyszeć, jak ja 
opisałem Snajpera: muskuły, idealny zgryz, szalejące na jego punkcie kobiety. 

Nie rozumiem, czemu mi nie uwierzyła?
- Bo ty kłamiesz, Barry - powiedziała Herbina. - Mnie to w zasadzie nie 

przeszkadza, i tak nie wierzę ani jednemu twojemu słowu i świetnie sobie radzę. 
Lecz inni...

176
Weź na przykład tę dziewczynę, Beę. Zamówienie wiersza miłosnego u Laguny w 

swoim imieniu to zupełnie jak kłamstwo.
- Zatem z pewnością ucieszy cię informacja, że nie dam go Bei. To, co napisała 

Laguna, wybitnie mi się nie spodobało, więc go wyrzuciłem. Spaliłbym cały zwój, 
ale nie chciałem, by przedostał się do ziemskiej atmosfery.

- Cieszę się, że jej go nie dajesz - oznajmiła Herbina. — Bea zasługuje na to, 
by poznać prawdziwego ciebie, na dobre i na złe. Uwierz słowu prawdziwej, żywej 

kobiety: bądź sobą Barry.
Siedząca po drugiej strony pokoju Jennifer jęknęła. Barry zastanowił się nad tą 

background image

propozycją. Szczerze mówiąc, wydała mu się szaleństwem.
- Mnóstwo nas łączy. Ona też jest sierotą.

- Naprawdę? - spytała Herbina. - Sądząc po zachowaniu tej jej „babci", na twoim 
miejscu, nim wzięłabym się do rzeczy, upewniłabym się, że nie ma przy sobie 

obrzyna. — Nagle w trakcie nakładania tuszu coś sobie przypomniała. - Nie jest 
magiczna, prawda? To znaczy, że nie zacznie wyć jak alarm samochodowy, jeśli do 

czegoś dojdzie? Nie, żebym wierzyła, że to możliwe - dodała. - Pewnie odzyska 
rozum znacznie, znacznie wcześniej.

- Uważasz, że to zabawne? - warknął Barry. - Nie, nie jest magiczna. Trzeba było 
słyszeć, co jej babcia mówi o czarodziejach. Przez większość czasu nie potrafi 

się nawet zmusić, by wymówić to słowo. Zamiast tego nazywa ich hippisami.
- No cóż, pracowałam ciężko nad przygotowaniem tej zabawy i nie chciałabym, 

żebyście wy dwoje ją zrujnowali.
177

Ludzie mogliby pomyśleć, że to alarm przeciwpożarowy, i wpaść w panikę.
Herbina z powrotem skupiła się na swych oczach; magiczny tusz sprawiał, że 

wydawały się większe.
- To mnie zawsze zadziwia — przyznał Barry. - Skoro już mowa o kłamstwach, czym 

wasze używanie kosmetyków różni się od mojego udawania głębi?
Herbina nie zaszczyciła go odpowiedzią, albo może żadnej nie znalazła. Uwagę 

Barry'ego przyciągnął słoiczek na jej toaletce. Podniósł go.
- Co to? - spytał Barry. - Lamer? Posłuchaj, Herb, mówię to jako przyjaciel, nie 

powinnaś używać czegoś, co zrobi z ciebie jeszcze większą lamerkę. Nie możesz 
sobie na to

pozwolić.
- To La Mer, wątła różdżko - rzuciła Herbina. - Kosmetyk, i to bardzo drogi. 

Hej, nie powinieneś mieć przypadkiem zamkniętych oczu?
Jennifer rzuciła w niego kolejnym wacikiem z oczarem. Barry uskoczył i zgubił 

wysadzane sztucznymi brylancikami okulary. Potem spadła mu peruka, a fałszywy 
biust wysunął się spod bluzki. Jejekscelencja nie należało do jego ulubionych 

zaklęć.
- Wiesz, gdybyś raz na jakiś czas ugryzł się w język i odbył prawdziwą rozmowę z 

jedną ze swych branek, może nauczyłbyś się czegoś — powiedziała Herbina.
- O czym?

- Choćby o dziewczętach. O życiu. Barry lekceważąco machnął ręką.
- Muszę tylko wiedzieć kiedy i gdzie, mała.

178
-A Bubeldor już ci odpowiedział, nigdy i nigdzie. -Herbina roześmiała się. - 

Przynajmniej pozostają ci wspomnienia.
- Cóż, to mimo wszystko lepsze niż gość, który od urodzenia tkwi we 

wschodnioeuropejskim ąuitkitowym gułagu.
Herbina skończyła podkreślać usta maleńką różdżką.

- Victor jest artystą.
- Tak, widzę. — Barry spojrzał znacząco na niewielki portret Herbiny, wsunięty 

pod ramę lustra. — Herb, nie martw się, twój tyłek nie jest aż taki duży.
Herbina westchnęła z irytacją.

- Victor uprawia erotyczny realizm magiczny.
- Raczej zboczone fantazje.

- Przynajmniej jest magiczny. - Pociągnęła wyniośle nosem.
- Niezły tekst panny z Gumoli Gumolowej. Napiłaś się może lemoniady Drąga?

- Po prostu stwierdzam fakt - broniła się Herbina. Ciągłe drwiny Barry'ego w 
końcu ją zabolały.

- Znikam stąd. - Barry wstał. Zmierzając do wyjścia, demonstracyjnie otworzył 
oczy.

- Świnia! - wrzasnęły dziewczyny.
Zaklęcie Galopujących Skrofułów, rzucone przez Jenni-fer, minęło go o włos.

Z powrotem w swym pokoju, Barry starannie wybrał każdy element ubioru, aż po 
świąteczne bokserki ze

179
skrzyżowanymi kamiennymi pałami na czerwonym tle. Wcześniej wypróbował niemal 

wszystkie kombinacje, jakie oferowała jego szafa. Nie cofnął się przed niczym, 
kupił nawet na tę okazję zupełnie nowy krawat. Z jednej strony miał prosty, 

background image

elegancki pasek, z drugiej widniał na nim wizerunek wokalisty Vojny Totalnej 
Agresji, Kena Vorodiota, odgryzającego głowę gza.

Nie tylko Barry się denerwował. Pani McGoogle poprosiła oboje perfektów 
Graffitonu, Łona i Herbinę, by pomogli zaplanować i zorganizować przyjęcie. 

Obrażenia Łona sprawiły, że musiał ograniczyć się do obwąchania uczestników w 
poszukiwaniu prochów (czy raczej jedzenia). Lecz po Herbinie McGoogle oczekiwała 

dużo więcej.
Obie kobiety, stara i młoda, były w istocie bratnimi duszami. Pani McGoogle, w 

sekrecie uważała Herbinę za swą protegowaną, kogoś, kto przejmie sztandar 
następnego dumnego pokolenia pedagogicznego celibatu. Lecz gdzieś na jesieni 

McGoogle zorientowała się, że Herbina ma - pomyśleć tylko! - chłopaka. A 
ponieważ Bal Gwizdkowy powszechnie uważano za okazję do konsumowania licznych 

związków, nauczycielka postanowiła zająć ulubienicę czymś innym. Toteż pewnego 
popołudnia na początku grudnia wezwała Herbinę do swego gabinetu.

- Dyrektor jest zboczeńcem. Wiedziałaś o tym? - warknęła zza biurka.
- Naprawdę? - Herbina udała kretynkę.

- Daj spokój, dziewczyno — rzuciła ostro McGoogle. — Z pewnością twoi rodzice 
jako przedstawiciele nauk medycznych ostrzegli cię przed nienasyconymi 

seksualnymi apetytami mężczyzn.
180

skrzyżowanymi kamiennymi pałami na czerwonym tle. Wcześniej wypróbował niemal 
wszystkie kombinacje, jakie oferowała jego szafa. Nie cofnął się przed niczym, 

kupił nawet na tę okazję zupełnie nowy krawat. Z jednej strony miał prosty, 
elegancki pasek, z drugiej widniał na nim wizerunek wokalisty Vojny Totalnej 

Agresji, Kena Vorodiota, odgryzającego głowę gza.
Nie tylko Barry się denerwował. Pani McGoogle poprosiła oboje perfektów 

Graffitonu, Łona i Herbinę, by pomogli zaplanować i zorganizować przyjęcie. 
Obrażenia Łona sprawiły, że musiał ograniczyć się do obwąchania uczestników w 

poszukiwaniu prochów (czy raczej jedzenia). Lecz po Herbinie McGoogle oczekiwała 
dużo więcej.

Obie kobiety, stara i młoda, były w istocie bratnimi duszami. Pani McGoogle, w 
sekrecie uważała Herbinę za swą protegowaną, kogoś, kto przejmie sztandar 

następnego dumnego pokolenia pedagogicznego celibatu. Lecz gdzieś na jesieni 
McGoogle zorientowała się, że Herbina ma - pomyśleć tylko! - chłopaka. A 

ponieważ Bal Gwizdkowy powszechnie uważano za okazję do konsumowania licznych 
związków, nauczycielka postanowiła zająć ulubienicę czymś innym. Toteż pewnego 

popołudnia na początku grudnia wezwała Herbinę do swego gabinetu.
— Dyrektor jest zboczeńcem. Wiedziałaś o tym? - warknęła zza biurka.

— Naprawdę? - Herbina udała kretynkę.
— Daj spokój, dziewczyno - rzuciła ostro McGoogle. -Z pewnością twoi rodzice 

jako przedstawiciele nauk medycznych ostrzegli cię przed nienasyconymi 
seksualnymi apetytami mężczyzn.

180
- To dentyści - odparła Herbina. - Wszystko, co dzieje się poniżej podbródka, 

pozostaje dla nich tajemnicą.
Przyglądała się złotemu pasowi cnoty wiszącemu na ścianie, nagrodzie Złotej 

Starej Panny, przyznawanej przez „Fajt"*. Gazeta już od niemal dziesięciu lat co 
roku przyznawała pani McGoogle tytuł „antylaski". McGoogle sprawiała wrażenie 

bardzo z tego dumnej.
- Nie wezwałam cię, by dyskutować na temat zawodu twoich rodziców, Gringor... 

Widzę, że podziwiasz moją nagrodę.
- Tak, pani McGoogle, jest bardzo piękna.

W istocie było to tanie, wysadzane drogimi kamieniami ustrojstwo, z którego 
każda kobieta ważąca mniej niż sto pięćdziesiąt kilo wyśliznęłaby się z 

łatwością. Herbina przyglądała się mu po to, by nie myśleć o smrodzie stojącej w 
kącie kuwety. Bycie animagiem nieodmiennie wiąże się z poważnymi problemami 

natury higienicznej.
-Tych nagród nie dają na każdym rogu — oświadczyła surowo McGoogle. - Trzeba na 

nie ciężko zapracować. Samodyscyplina i odmawianie sobie wszystkiego, Gringor. 
Dziesiątki lat odmawiania sobie wszystkiego i goryczy... Odrobina strachu też 

nie zaszkodzi. I trzeba myśleć, że jest się za dobrym dla otaczającego cię 
świata. — McGoogle przyszpiliła Herbinę spojrzeniem. - Podejrzewam, że to 

background image

ostatnie brzmi znajomo, co, Gringor? Bądź szczera, uważasz się za nieco lepszą 
od całej reszty?

* Zdobywczyniom tej nagrody przyznawano także honorowy tytuł Pani. Ich „mężem" 
stawało się „wzorowe oddanie bezkompromisowemu etosowi staropanieństwa".

181
- To dentyści - odparła Herbina. - Wszystko, co dzieje się poniżej podbródka, 

pozostaje dla nich tajemnicą.
Przyglądała się złotemu pasowi cnoty wiszącemu na ścianie, nagrodzie Złotej 

Starej Panny, przyznawanej przez „Fajt"*. Gazeta już od niemal dziesięciu lat co 
roku przyznawała pani McGoogle tytuł „antylaski". McGoogle sprawiała wrażenie 

bardzo z tego dumnej.
- Nie wezwałam cię, by dyskutować na temat zawodu twoich rodziców, Gringor... 

Widzę, że podziwiasz moją nagrodę.
— Tak, pani McGoogle, jest bardzo piękna.

W istocie było to tanie, wysadzane drogimi kamieniami ustrojstwo, z którego 
każda kobieta ważąca mniej niż sto pięćdziesiąt kilo wyśliznęłaby się z 

łatwością. Herbina przyglądała się mu po to, by nie myśleć o smrodzie stojącej w 
kącie kuwety. Bycie animagiem nieodmiennie wiąże się z poważnymi problemami 

natury higienicznej.
— Tych nagród nie dają na każdym rogu - oświadczyła surowo McGoogle. - Trzeba na 

nie ciężko zapracować. Samodyscyplina i odmawianie sobie wszystkiego, Gringor. 
Dziesiątki lat odmawiania sobie wszystkiego i goryczy... Odrobina strachu też 

nie zaszkodzi. I trzeba myśleć, że jest się za dobrym dla otaczającego cię 
świata. — McGoogle przyszpiliła Herbinę spojrzeniem. - Podejrzewam, że to 

ostatnie brzmi znajomo, co, Gringor? Bądź szczera, uważasz się za nieco lepszą 
od całej reszty?

* Zdobywczyniom tej nagrody przyznawano także honorowy tytuł Pani. Ich „mężem" 
stawało się „wzorowe oddanie bezkompromisowemu etosowi staropanieństwa".

181
— Nie, pani McGoogle, po prostu ciężej pracu...

— Nie bądź śmieszna, Gringor. Poza tym wysoka samoocena to nic złego. Ale 
nadchodzi czas, kiedy trzeba dowieść jej poprzez działanie.

— Tak? - Oczy Herbiny rozbłysły. Najbardziej na świecie zależało jej na 
publicznym uznaniu. Jeśli bycie prymusem to grzech, wiedziała, że nigdy nie 

trafi do nieba.
— Gringor, chcę, żebyś utworzyła graffitońską część komitetu planowania Balu 

Gwizdkowego. Jako że Lon stał się bardziej psem niż chłopakiem, będziesz musiała 
radzić sobie sama. Pozostałe Domy także mianują swoich perfektów — co oznacza 

współpracę z Drago Malgnoyem. Dasz radę?
— Tak — odparła podekscytowana Herbina. Poczucie odpowiedzialności zawsze ją 

podniecało.
— Doskonale. Spotkania odbędą się w następne cztery poniedziałki o czwartej. 

Weźmie w nich także udział Komitet Ducha Szkoły.
Serce Herbiny ścisnęło się gwałtownie.

— Oni też w tym uczestniczą?
Na Komitet Ducha Szkoły składały się wszystkie duchy krążące bezcelowo po 

Hokpoku. Jego (nominalnym) zadaniem było dopilnowanie, by przedsięwzięcia takie, 
jak Bal Gwizdkowy, nie okazały się absolutną katastrofą. Komitet stanowił 

kolejne absurdalne dziecko stetryczałego mózgu Alpo Bubeldora. Dyrektor od lat 
starał się wysiedlić duchy, lecz za każdym razem, gdy je wyrzucał, z powrotem 

przenikały przez ściany. Zagonił je zatem do roboty*.
* Bezcielesność oznaczała, że większość z nich nie potrafiła sobie przypomnieć, 

jak to jest żyć. Te zaś, które pamiętały, darzyły
182

- Oczywiście, Komitet Ducha Szkolnego to bardzo cenna... - McGoogle przerwała w 
pół zdania, widząc przebiegającą przez pokój mysz.

W mgnieniu oka dyrektorka Domu zamieniła się w kota i skoczyła. Lecz w chwili, 
gdy jej dotknęła, mysz eksplodowała z donośnym hukiem.

Herbina poczuła zapach prochu i spalonego futra, i usłyszała dobiegający zza 
drzwi stłumiony śmiech Ferda i jorge-go. Bliźniacy odbiegli, tryumfalnie 

przybijając sobie piątkę. McGoogle, z powrotem w ludzkiej postaci, leżała na 
podłodze, mamrocząc coś do siebie nieskładnie. Herbina dostrzegła, że dyrektorka 

background image

zmoczyła sobie suknię.
Zabrawszy szybko książki, wymknęła się z gabinetu. Popadanie w otchłań 

szaleństwa to rzecz bardzo osobista.
Przez następne kilka tygodni Herbina, jak niewielu uczniów przed nią, kierowała 

przygotowaniami do Balu Gwizdkowego. Z przerażającą sprawnością przejęła władzę 
nad większą częścią szkoły; jedna grupa szykowała dekoracje, druga zajmowała się 

grami i zabawami. Sama
żywych gorzką nienawiścią, a komitet stał się ich ulubioną bronią. I tak 

komitet, miast uatrakcyjniać potańcówki i przyjęcia, ze wszystkich sił starał 
się je obrzydzić, chyba że wśród organizatorów przeważali ludzie, którzy zdołali 

się mu przeciwstawić. „Propozycja Krwawego Imbecyla, by tematem przewodnim 
potańcówki uczynić »papier ścierny na powiekach«, została odrzu-

cona...
183

- Oczywiście, Komitet Ducha Szkolnego to bardzo cenna... - McGoogle przerwała w 
pół zdania, widząc przebiegającą przez pokój mysz.

W mgnieniu oka dyrektorka Domu zamieniła się w kota i skoczyła. Lecz w chwili, 
gdy jej dotknęła, mysz eksplodowała z donośnym hukiem.

Herbina poczuła zapach prochu i spalonego futra, i usłyszała dobiegający zza 
drzwi stłumiony śmiech Ferda i jorge-go. Bliźniacy odbiegli, tryumfalnie 

przybijając sobie piątkę. McGoogle, z powrotem w ludzkiej postaci, leżała na 
podłodze, mamrocząc coś do siebie nieskładnie. Herbina dostrzegła, że dyrektorka 

zmoczyła sobie suknię.
Zabrawszy szybko książki, wymknęła się z gabinetu. Popadanie w otchłań 

szaleństwa to rzecz bardzo osobista.
***

Przez następne kilka tygodni Herbina, jak niewielu uczniów przed nią, kierowała 
przygotowaniami do Balu Gwizdkowego. Z przerażającą sprawnością przejęła władzę 

nad większą częścią szkoły; jedna grupa szykowała dekoracje, druga zajmowała się 
grami i zabawami. Sama

żywych gorzką nienawiścią, a komitet stał się ich ulubioną bronią. I tak 
komitet, miast uatrakcyjniać potańcówki i przyjęcia, ze wszystkich sił starał 

się je obrzydzić, chyba że wśród organizatorów przeważali ludzie, którzy zdołali 
się mu przeciwstawić. „Propozycja Krwawego Imbecyla, by tematem przewodnim 

potańcówki uczynić »papier ścierny na powiekach«, została odrzu-
cona... .

183
Herbina wzięła na siebie organizację rozrywki i (co łatwo przewidzieć) uznała, 

że spróbuje zatrudnić Beatlesów. Była ogromną fanką zespołu i od dawna igrała z 
myślą o porwaniu co najmniej jednego z jego członków.

Pewnej soboty, z kieszenią pełną galonów i wizją całowania się z Paulem 
McCartneyem, wmaszerowała do Dworu Gwiazd, agencji przywoływania artystów, 

mieszczącej się, jakże wygodnie, przy ulicy Corleone, w samym centrum Hogsbiede.
— Czym mogę służyć? - spytał mężczyzna o aparycji trupa. Miał wybrylantynowane 

włosy i cieniutki wąsik.
— Chciałabym zamówić Beatlesów na naszą szkolną potańcówkę — oznajmiła pewnym 

siebie tonem Herbina.
— To będzie kosztować. - Mężczyzna sięgnął po segregator z cennikami. - Jaką 

sumą dysponujesz?
— Stoma galonami — poinformowała go Herbina. Agent roześmiał się.

— Żartujesz chyba. Może zdołałbym ściągnąć za to pół składu The Monkees. 
Słyszałaś kiedyś o Troggsach? Nawet by się nadali, przy odpowiednio zabawowej 

atmosferze.
Herbina spojrzała na niego pytająco.

— To znaczy, jeśli uczestnicy balu najpierw sporo wypiją.
— Ach tak. — Nie chcąc rezygnować z marzeń, drążyła temat: — A ile kosztowaliby 

Beatlesi?
Gdy jej powiedział, na moment straciła przytomność. Kiedy się ocknęła, mężczyzna 

właśnie wyjaśniał:
-Widzisz, nie chodzi tylko o samych artystów, w grę wchodzą też koszty dostawy w 

ten czas i miejsce, odesłanie z powrotem w pierwotny czas i miejsce, a wszystko 
w taki sposób, by artyści nie zorientowali się co się dzieje i nie

background image

184

oszaleli. Kiedy jakiś artysta wariuje, zwykle jest to efektem nieudanej podróży 
w czasie.

- Nie chciałabym ich skrzywdzić. - Herbina była bliska załamania. — Ale naprawdę 
miałam nadzieję...

Mężczyźnie najwidoczniej zrobiło się jej żal.
- Powiem ci, co zrobimy - rzekł cicho. — Nie mogę za tę cenę ściągnąć wersji z 

tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego. Ale co powiesz na okres, nim 
stali się sławni? Mógłbym zapewne załatwić wersję hamburską. Są trochę 

nieokrzesani, ale to przecież nadal Beatlesi.
- Zgoda! - zawołała Herbina. Beatlesi to przecież Beatlesi. Nie mogli być źli, 

prawda?
Po tym zwycięstwie Herbina dosłownie fruwała w powietrzu (i to bez mopa), 

opowiadając każdemu, kto zechciał jej wysłuchać, że na Balu Gwizdkowym zagrają 
Beatlesi. Jednak co najmniej jeden hokpocki uczeń uważał te wieści za straszne - 

a to on za wszystko płacił!
Wzrost popularności Barry'ego Trottera dzięki książkom J.G. Rollins zmusił Drago 

Malgnoya do podjęcia rozpaczliwych kroków: założenia zespołu rockowego.
Grupa Wrogowie Muzyki składała się z Drąga, Pańci Parkinson, Flabbe'a i Oyle'a. 

Dzięki zastraszeniu i przekupstwie kwartet zdobył sobie pewne poparcie w Slizgo-
rybie, lecz reszta szkoły ich nie znosiła. Jedyną zaletą zespołu pozostawał 

fakt, że w odróżnieniu od The Who jego członkowie niszczyli swoje instrumenty na 
początku występu, zamiast na końcu. Drago zgodził się zaszczycić swą obecnością 

komitet organizacyjny tylko po to, by załatwić Wrogom Muzyki kolejny występ. 
Herbina doskonale o tym wiedziała i wykorzystała to bezwzględnie.

185
- Drago, mógłbyś mi dać trochę pieniędzy? — poprosiła przed podwójnymi zajęciami 

z Mikstur.
- Ile? — spytał Drago na swój blady, nieprzyjemny sposób.

- Pięćset galonów-oświadczyła Herbina, próbując nawet nie mrugnąć. - Chcę 
zamówić zespół na Bal Gwizdkowy.

- Po co wydawać pieniądze, skoro Wrogowie Muzyki mogą grać cały wieczór?
- Ponieważ... - Herbina szukała odpowiedniego kłamstwa. — Ponieważ chcę, 

żebyście wypadli jak najlepiej. Skąd ludzie mają wiedzieć, jak świetni są 
Wrogowie Muzyki, jeśli nie będą ich mieli z kim porównać? Ale obiecuję, że 

załatwię kogoś wyjątkowo kiepskiego, a was umieścimy na pierwszym miejscu. Na 
plakatach napiszemy wielkimi literami wrogowie muzyki, a potem na dole małymi: a 

także Ktośtam.
- Może raczej Drago Malgnoy i Wrogowie Muzyki?

- Jasne, jak sobie chcesz.
Co za ego, pomyślała. Prawie tak wielkie, jak u Barryego. Drago zastanawiał się 

sekundę.
- Nie — mruknął w końcu. — Po prostu będziemy grać cały wieczór.

- Dobra - odparła Herbina. - Wtedy j ednak będę musiała poinformować „Fajt", że 
masz półcalowego malucha*.

Drago zbladł jak prześcieradło, a nawet zwymiotował lekko w usta.
- Nie odważysz się.

- Odważę.
- Ale to kłamstwo!

1,27 cm.
186

— Na szczęście nigdy się o tym nie przekonam. I co ty na to?

Drago stargował sumę do stu galonów. Naprawdę chciała ściągnąć Beatlesów — także 
po to, by Drago wypadł jeszcze gorzej — i uznała, że hamburska wersja nada się w 

sam raz. Zmusiła także Drąga do podpisania dokumentów otrzymanych od człowieka z 
agencji. Uwalniały one agencję od odpowiedzialności w razie jakichkolwiek 

uszkodzeń sceny, baru, klubu bądź otoczenia, obrażeń osobistych odniesionych 
przez wykonawców, widownię bądź personel, jakichkolwiek procesów w rezultacie 

nieprzyzwoitego zachowania, spożycia narkotyków bądź nadmiernego zapału ekipy. 
Dokument liczył sobie dziesięć stron drobnym drukiem, lecz Herbina nie 

background image

przejmowała się. Pięć razy oglądała Noc po ciężkim dniu. Co mogło pójść nie tak?
Drago Malgnoy stał przy mikrofonie, widząc przed sobą morze obojętnych bądź 

wrogich twarzy. Pierwszy występ „The S. Meekings Experience", na który składał 
się trzecioklasista ze Slizgorybu uzbrojony w klarnet, fuzz i sto kilo 

materiałów pirotechnicznych, wyraźnie się nie spodobał.
— Cześć — rzucił Drago. Już ta sylaba ociekała wyniosłą bezczelnością, która 

sprawiła, że widownia natychmiast zaczęła gryźć mu dłoń. — Nazywamy się Wrogowie 
Muzyki.

Wątłe oklaski zagłuszyła lawina gwizdów.
— My jesteśmy wrogami was! — krzyknął ktoś.

— Dzięki — odparł Drago. Nagły wybuch ostrych zakłóceń sprawił, że zgubił wątek; 
widownia zaczęła krzyczeć

187
z bólu. - Uch, nasza pierwsza płyta Nie umiemy grać, wyprodukowana przez 

profesora Snajpera, jest dostępna w sklepiku Ślizgorybu.
- Była do dupy - wrzasnął ktoś inny i słowa te natychmiast przerodziły się w 

zaśpiew. — Była do dupy, była do dupy!
Obojętność bądź upór sprawiły, że Drago parł dalej.

— Dzięki — rzekł. - Teraz chcielibyśmy zaśpiewać piosenkę, którą napisał dla 
mnie mój tato: Wkrótce dojdzie do czystki.

Wrogom Muzyki nie udało się tym razem zniszczyć swych instrumentów. Nim zdążyli 
odśpiewać drugą zwrotkę trzeciej piosenki, musieli zniknąć ze sceny, przegnani 

przez grupkę zdeterminowanych widzów uzbrojonych w widły i pochodnie.
Dziesięć minut później Drago siedział w kącie, gasząc papierosy na Pańci 

Parkinson. Ubrani w skóry Beatlesi grali właśnie mało znaną balladę. Jeden z 
nich założył sobie na głowę deskę klozetową.

- Boże, co za przesłodzony szajs - warczał Drago. - Pańcia, jeśli nie 
przestaniesz się ruszać, ja przestanę na tobie petować.

— Przepraszam D-D-Draguś - odparła Pańcia. - O, P-P--Paul chyba na mnie 
spojrzał!

Piosenka dobiegła końca i przemówił George:
— Nasz następny utwór nosi tytuł Besame Mucho...

- Co po hiszpańsku znaczy „nie mam na sobie majtek" wtrącił Lennon.
Paul zaczął śpiewać, a Pańcia rozpływać się w zachwytach.

188

- Boże, ale mnie brzydzisz. — Znudzony Drago machnął różdżką i piosenka się 
zmieniła.

Ze wzmacniaczy ryknął awangardowy montaż Revolu-tion 9. To wzbudziło jakąś 
reakcję. Zespół, już i tak naćpa-ny amfetaminą, zaczął przyglądać się swym 

instrumentom, jakby ich zdradziły, majstrować przy gałkach i szarpać kable. 
Widzowie przestali tańczyć i zaczęli gwizdać. Ktoś obrzucił zespół świątecznymi 

ciasteczkami; jedno z nich trafiło w George'a i ów rzut stał się sygnałem do 
otwartej bitwy, w której Beatlesi tłukli uczniów, a uczniowie Beatlesów.

W sali obok Herbina pozostawała w błogiej nieświadomości. Wiedziona zapałem, 
przemyciła do szkoły Cmok--Grog i dolała go do ponczu. Toteż teraz miała przed 

sobą zbiorową orgię pocałunków, niemającą sobie równych od czasów starożytnego 
Rzymu*. Przerywana długimi cmoknięciami rozmowa z Victorem zeszła właśnie na 

temat nagiego portretu i Herbina, zaciekła patronka sztuki, odkryła, że nawet 
się jej podoba ten pomysł. Ich namiętne tete-a-tete zakłócił dopiero pchnięty 

przez Lennona uczeń, który przeleciał przez drzwi. Herbina uwolniła się z objęć 
Victora i pobiegła do Wielkiej Sali, gdzie właśnie trwała zacięta potyczka. W 

powietrzu fruwały pięści i zaklęcia**.
* Ktoś powinien uprzedzić babcię!

** Nikt — nawet sam zespół — o tym nie wiedział, lecz odwiedziny w Hokpoku miały 
ogromny wpływ na historię Beatlesów. W czasie bójki szóstoroczniak z Pufpifpafu 

zamienił perkusistę Pete'a Besta w borsuka. Siostra Pommefritte potrzebowała 
kilkunastu miesięcy, by odwrócić działanie kiepskiego, nielegalnego zaklęcia. 

Bubeldor poszukał ochotnika, który przez ten czas
189

- Proszę, nie róbcie krzywdy zespołowi! - wykrzyknęła Herbina poprzez starożytny 

background image

system nagłaśniający. - Wpłaciłam kaucję.
Niestety, jej wysiłki zdały się na nic i w końcu musiała odszukać panią 

McGoogle.
— Jakim cudem do tego stopnia straciłaś panowanie nad wszystkim? - spytała ostro 

nauczycielka. - Czemu nie oglądałaś występu? Gdzie byłaś?
Herbina zarumieniła się.

— Mogłam się domyślić - warknęła zgorzkniała stara panna. — Oczekiwałam po tobie 
czegoś lepszego.

Podczas gdy Herbina płakała żałośnie, McGoogle wezwała policję. Wkrótce oddział 
sił porządkowych Hogs-biede, odziany w magiczne pancerze przeciwzamieszkowe, 

przygalopował na testralach. Za pomocą magicznych pałek zaprowadzili porządek, 
nim doszło do poważniejszych uszkodzeń.

- Uważajcie! - krzyknął do gliniarzy Cyryl Bradpitton. -Wasze cholerne testrale 
obgryzają boazerię! Stój, Herbino, zaraz wdepniesz w testralowe łajno!

Spóźnił się jednak z ostrzeżeniem i Herbina odkryła, że jej lewa stopa aż po 
kostkę zanurzyła się w niewidzialnym gnoju. A choć testrale i ich odchody 

pozostawały niewidzialne dla kogoś, kto nie oglądał na własne oczy śmierci -
zająłby miejsce Besta w zespole. Wybrano piątoklasistę z Pufpif-pafu, Starkeya. 

Dyrektor wybrał mu pseudonim z westernowego pisemka porno i w ten sposób 
narodził się „Ringo Starr". Pozostali tak go polubili, że został. Prawdziwy pech 

dla Pete'a Besta, ale przynajmniej nie pozostał na stałe borsukiem.
190

albo przynajmniej bardzo kiepskiego filmu — wciąż pozostawała kwestia zapachu.

To okropne, pomyślała Herbina. Śmierdzę, nic mi nie wychodzi, a dyrektorka 
mojego Domu mnie nienawidzi. Przynajmniej jednak mam Victora. W tym momencie 

ujrzała, jak Victor obmacuje jedną z puszczalskich z Rover-touru.
- Uch, Herbino, nje jes tak, jak myszlisz - powiedział szybko. - Mogę fszyszko 

wyjasznić. Pszyglądałem się jej tylko z bardzo bliszka.
Herbinie na moment odjęło mowę.

-Ty... ty... Twoje rysunki są seksistowskie! — wrzasnęła i wybiegła z sali.
To był najgorszy wieczór w jej życiu. Płacząc rzewnie, wbiegła na górę. Czuła 

się zdradzona. Victor okazał się zwykłym psem, jak Barry - i Lon! Naprawdę go 
lubiła, ale dla niego była tylko obiektem seksualnym, nikim niezastąpionym. Całe 

życie starała się być dobrym człowiekiem, robić to co należy. I oto, jak jej 
odpłacono. No dobra, pomyślała Herbina przez łzy. Jeśli tak chcą z nią grać, to 

ona też zagra. I wygra. W ten sposób narodziła się bezlitosna łamaczka serc, 
seksualna libertynka Herbina Gringor.

Na górze Barry - przynajmniej na razie - spędzał czas znacznie przyjemniej. 
Wykorzystał zamieszki, by wywabić Beę z Wielkiej Sali do swej sypialni. Nie po 

raz pierwszy podziękował Bogu za sławę, dzięki której dostał samodzielny pokój.
191

— Na pewno możemy to zrobić? - spytała z obawą Bea. -Tu, na górze, nikogo nie 
ma.

- O tak. — Barry starał się mówić przekonująco. — To niedaleko.
Dotarli do drzwi. Na wiszącej na nich ścieralnej tablicy widniał napis: „Beo: 

nieważne, co powie ci Barry, nie wchodź tam!!! Herbina". A pod nim dopisane 
świeżym tuszem: „A zresztą do diabła z tym! Herb".

Barry starł szybko tablicę ręką; na jego dłoni pozostała czarna smuga. Lecz Bea 
zdążyła przeczytać.

— Cała Herbina - mruknął. - Zawsze żartuje.
- No, nie wiem, Barry. -W głosie Bei dźwięczało szczere powątpiewanie. — Może to 

nie najlepszy pomysł?
- Daj spokój, Beo. Lubisz mnie przecież, prawda? -Tak, ale...

- Poza tym posłuchaj, co się dzieje na dole. - Słyszeli trzask pękających mebli, 
świst przelatujących zaklęć i przekleństwa George'a Harrisona. - Nie chcesz 

chyba, żeby zniszczyli ci nową sukienkę? - Barry gorączkowo szukał argumentów, 
domagały się tego jego hormony. — Zawsze możemy zejść na dół, gdy wszystko się 

uspokoi.
Otworzył drzwi i jego twarz owionął smród skwaśniałego potu. Może to faktycznie 

nie najlepszy pomysł, pomyślał.
— Oczywiście, jeśli naprawdę chcesz zejść na dół... -W tym momencie ich uszu 

background image

dobiegły wrzaski, zwiastujące nadciągnięcie policji konnej.
— A co mi tam, do diabła. - Bea weszła do środka.

Barry pstryknął palcami i kilkanaście unoszących się w powietrzu świec rozbłysło 
nagle. To był pomysł Herbiny. „Nie tylko są romantyczne" — oznajmiła — „ale 

pomogą ukryć
192

w cieniu twój okropny pokój". Pokój Barry'ego faktycznie był okropny - nie sam w 

sobie, lecz z powodu stanu, w jakim się znalazł. Skrzaty domowe kategorycznie 
odmawiały przekraczania jego progu, nazywając go bagnem. Wszędzie wokół leżały 

kolorowe pisma, gazety i przeterminowane rachunki, rozrzucane i szarpane na 
strzępy przez Hybrydę. Co do sowy Barryego, to zadomowiła się w jednym z kątów i 

wypełniła go starymi piórami i niedopałkami wyłowionymi z rynsztoka (Hybryda 
traktowała produkty tytoniowe tak, jak sokół zdobycz — wielu Hokpokczyków 

przeżyło błyskawiczny sowi atak, a ich papierosy padły łupem jej zachłannych 
szponów). Stosy brudnych ubrań — w tym bielizny - leżały na ziemi tak długo, że 

zaczynały fermentować. Puste opakowania i resztki żywności stały się bogatą 
pożywką dla najróżniejszych bakterii. Krótko mówiąc, był to standardowy pokój 

nastolatka.
- Usiądź - zaproponował Barry.

Bea zawahała się. Na każdej powierzchni poziomej coś leżało.
- O, przepraszam, pozwól. - Barry szybko zrzucił z łóżka szaty do quitkitu.

Ciskając je w kąt, poczuł świeżą falę zapachu. Upłynęło już cztery i pół sezonu, 
a ów szlachetny strój ani razu jeszcze nie zetknął się z wodą ani mydłem.

- Dzięki. — Bea przysiadła na skraju łóżka.
- No i tak. - Barry usiadł obok niej.

- No i tak - powtórzyła.
Wpatrywali się w siebie, aż w końcu cisza stała się nie do zniesienia. Barry 

próbował coś powiedzieć, lecz głos mu się załamał. Za drugim razem zdołał 
wykrztusić:

193
- Mógłbym cię pocałować?

— No dobrze, jeśli to dla ciebie takie ważne.
Barry rzucił się na nią. Nieco zaniepokojona Bea przesunęła się i usta chłopaka 

trafiły w jej prawe nozdrze.
— Ups. - Nie wiedział co powiedzieć. - Przepraszam, nie

chciałem.
- Nic nie szkodzi - odparła. - To ja się poruszyłam. Moglibyśmy spróbować bez 

rozpędzania się do prędkości światła?
Barry'ego aż skręcało ze wstydu.

-Tak, jasne, przepraszam. Nie chciałem, przepraszam.
Spróbowali ponownie, tym razem z powodzeniem. Barry zauważył, że lekko smakowała 

mięsem. Zawsze lubił mięso, teraz jednak polubił je jeszcze bardziej. Po jakiejś 
półgodzinie Bea cofnęła się.

— Zaczynają mnie boleć wargi — oznajmiła. - Moglibyśmy na trochę przestać?
— Dobra - odparł Barry. - Czy coś robię nie tak?

— Sama nie wiem. Nie jestem specjalistką w tej dziedzinie.
— Chyba masz spuchniętą wargę - zauważył Barry.

— Masz tu może lusterko?
-Nie.

— Naprawdę, Barry, mieszkasz jak pieprzony jaskiniowiec. Wiedziałeś o tym?
— Mogę rozpalić ogień - rzekł zawstydzony Barry, próbując zademonstrować swoją 

użyteczność. - Na dworze jest zimno. Mogłabyś wystawić głowę za okno, to 
pomogłoby na opuchliznę.

Bea ostrożnie obmacywała wargi, krzywiąc się lekko.
— Udam, że tego nie słyszałam.

194
Barry stwierdził, że nie idzie mu najlepiej. Było znacznie łatwiej, gdy dawał 

Doris syfka i miał z głowy wszelką gadaninę. Im bardziej kogoś lubił, tym 
trudniejsze stawały się te sprawy. I nagle przyszedł mu do głowy pomysł.

- Hej, mam dla ciebie jeszcze jeden prezent - oznajmił z dumą.
- Naprawdę? - Bea uśmiechnęła się. - Barry, nie trzeba było.

background image

- Odsuń się trochę — poprosił Barry. — Po prostu zepchnij pisma z łóżka.
Bea uniosła egzemplarz „Magika".

- Nie mów. Prenumerata?
- Nie, coś znacznie lepszego. — Barry rozpiął odświętną szatę, wyciągnął ze 

spodni koszulę i zaczął odpinać guziki.
Beę znowu ogarnął niepokój.

- Barry, nie podoba mi się to, do czego to zmierza. Nie znam cię aż tak dobrze.
- Co? — spytał Barry. - O, nie, przepraszam, to nie tak. To znaczy, nie chodzi o 

to, że nie chcę, ale nie będę tego robił. Rozumiesz? To znaczy owszem, ale 
nie... Och, do diabła, po prostu zobacz.

Uniósł koszulę. Mniej więcej w okolicy serca na jego piersi widniało wypisane 
krzywo słowo „Bea".

- O mój Boże. - Bea zaśmiała się z lekką zgrozą. — To chyba nie na stałe?
Barry nie potrafił stwierdzić, jakiej odpowiedzi oczekuje, toteż zdecydował się 

na prawdę.
- Nie, zrobiłem to dziś po południu za pomocą markera i lusterka. Bardzo się 

denerwowałem i chciałem się czymś zająć.
195

-Widzę.
- W każdym razie, Beo, chciałem ci tylko powiedzieć, że naprawdę cię lubię.

— Ja też cię lubię, Barry — mruknęła Bea.
- No wiesz, jesteś taka zabawna i bystra, i ładna, i... -Barry zaczął wpychać do 

spodni koszulę. - I mnóstwo innych rzeczy, których w tej chwili nie pamiętam, 
ale cały czas myślę o nich, kiedy nie ma cię przy mnie. - Rozpiął pasek, by 

dokładnie schować koszulę:
— Dziwnie wyglądasz, Beo. Dobrze się czujesz?

Nagle pokój napełnił ogłuszający ryk syreny, wylewający się z ust Bei. Barry 
natychmiast zasłonił dłońmi uszy, potem jednak musiał je oderwać, by spróbować 

zamknąć jej usta. Zastygły sztywno otwarte. Po jej oczach widział, że dziewczyna 
nie ma pojęcia, co się dzieje, i umiera ze strachu. Usiłował zagłuszyć dźwięk 

ręcznikiem, ale to też nic nie dało — Bea by się udusiła. Poduszka wydała mu się 
jeszcze gorsza.

- Chwileczkę, Beo, nie bój się, zaraz coś wymyślę! Najwyraźniej włączył się 
alarm pettingowy, ale to by znaczyło, że...

Z drugiej strony ktoś zaczął tłuc pięściami w drzwi.
- Otwieraj! -wrzasnął Bubeldor. - Pakuj manatki, zboku! Drzwi zadrżały w 

zawiasach; Bubeldor ryknął z bólu.
— Niech ktoś tu ściągnie Hamgryza — warknął stary dyrektor. — Może na nie 

chuchnie.
Barry gorączkowo wyszarpnął zza pasa różdżkę.

— Beo, nie ruszaj się. Wszystko będzie dobrze. Cofnę cię o trzy minuty - 
oznajmił. - Postaraj się tylko nie krzyczeć, bo muszę się skupić.

196

Czy dobrze zapamiętał zaklęcie? Miał szczerą nadzieję, że tak. Jeden pomruk i 
machnięcie później...

Drzwi ustąpiły. Do środka wpadł Hamgryz, masując obolałe ramię.
-To już koniec, Trotter - oznajmił tryumfalnie Bubel-dor i zatrzymał się 

gwałtownie.
W pokoju nie było nikogo prócz Barry'ego.

Czy dobrze zapamiętał zaklęcie? Miał szczerą nadzieję, że tak. Jeden pomruk i 
machnięcie później...

Drzwi ustąpiły. Do środka wpadł Hamgryz, masując obolałe ramię.
-To już koniec, Trotter - oznajmił tryumfalnie Bubel-dor i zatrzymał się 

gwałtownie.
W pokoju nie było nikogo prócz Barryego.

ROZDZIAŁU
HlCDJ Hit BIEGAJ Z RÓM%\

...I się zbudzisz. Jak się czujesz?
- Co się z nią stało? - Barry usiadł gwałtownie. -Z kim?

- Z Beą, idioto! Gdzie się podziała? - spytał niecierpliwie Barry. - Zniknęła, 
musiałem źle rzucić zaklęcie.

background image

- Może, zamiast ją cofnąć, rzuciłeś zaklęcie Naprzód. To całkiem możliwe, mnie 
też się to zdarzyło.

- Nie! - zaprotestował Barry. - Wówczas coś by zostało, kości, proch, cokolwiek. 
A nie było nic.

- Może zanadto się cofnęła? - podsunął Ritalin. - Może zaklęcie odmłodziło ją 
poza dzień urodzin?

- To nie brzmi zbyt dobrze.
- I słusznie, ludzkie ciało nie jest w stanie znieść podobnego napięcia, zaczyna 

się gubić. A gdy ciało zanadto się gubi, po prostu się wyłącza.
- O mój Boże - jęknął Barry. - Zabiłem ją!

- Całkiem możliwe. Jak się z tym czujesz? Wstrząśnięty Barry nadal mówił bardzo 
szybko:

198
- Nie chciałem jej zabić, to się stało przypadkiem. Czemu wcześniej tego nie 

pamiętałem? Zupełnie jakbym postarał się zapomnieć, gdy tylko się zorientowałem, 
co się stało.

-To zrozumiałe. Na twoim miejscu miałbym okropne wyrzuty sumienia - powiedział 
doktor. - Oczywiście to tylko ja.

Przez długą chwilę Barry milczał. W końcu Ritalin odchrząknął nerwowo.
- Wiesz chyba, że czas ucieka?

Barry go nie słuchał. Uniósł wzrok i spojrzał na lekarza.
- Myślisz, że to dlatego nie mogę dorosnąć?

- Owszem, tak sądzę - odparł Ritalin. -1 co więcej, myślę, że wiem, co musisz 
zrobić. Nie sądzę, byś ją zabił, Barry...

Barry rozpromienił się. -Nie?
- To znaczy, równie dobrze mogłaby nie żyć... Barry znów posmutniał.

- Przypuszczam, że posłałeś ją w zaświaty. No wiesz, życie po życiu.
- Coś takiego jak niebo?

- Nie wiem - przyznał Ritalin. - Ja sam nigdy nie umarłem. Ale musisz znaleźć ją 
w zaświatach. Albo przedświa-tach, choć uważam, że łączą się ze sobą. Musisz 

przenieść się do zaświatów, znaleźć ją i wszystko wyprostować. Sprowadzić ją z 
powrotem.

- Ale jak mam to zrobić?
-1 znów, to tylko teoria, ale uważam, że musiałbyś wyki-tować. - Ritalin 

wypowiedział te słowa takim tonem, jakby mówił o najnaturalniejszej rzeczy pod 
słońcem.

199

- Co? Teraz? Ritalin zastanowił się.
- Raczej w przeszłości.

- Nic z tego nie rozumiem - przyznał Barry.
- Postaraj się odprężyć. To proste. Cofniemy cię do ostatniego epizodu. Potem, 

gdy Bea zniknie, ty także musisz umrzeć — podążyć za nią.
- Zaczekaj! - zaprotestował Barry. - Czy jeśli umrę w stanie hipnozy, to w 

prawdziwym życiu też będę martwy?
- Nie, nie, nie. - Doktor Ritalin zachichotał cicho. - Nie bardziej, niż gdybyś 

umarł we śnie.
- No tak - mruknął Barry. - I co potem? Jak niby ją znajdę, nie mówiąc już o 

sprowadzeniu tutaj?
-Tu mnie masz - przyznał doktor. - Wiem tylko, że w jakiś sposób musisz przejść 

na drugą stronę. Potem zostaniesz sam.
- Herbinie to się nie spodoba. Ostatecznie Bea to moja była.

- Właściwie to nawet nie tyle - przypomniał Ritalin. -Te parę pocałunków...
- Zamknij się - warknął Barry z urażoną dumą. - To na pewno jedyny sposób?

- Tak sądzę, ale pamiętaj, że jestem przeraźliwie niekompetentny - przypomniał 
Ritalin. - Barry, po wszystkich naszych sesjach, wszystkim, co przeżyłeś i co 

widziałem, myślę, że musisz odnaleźć Beę, swą pierwszą miłość.
- Ale tak naprawdę nie była moją pierwszą miłością -wtrącił Barry. - Dziewczyną 

owszem, miłością nie. Może gdyby to trwało dłużej, ale tak... Przecież prawie 
się nie spotykaliśmy.

200

background image

- No dobra, dobra. Co, niby bawisz się w prawnika? Gdy tylko w książce pojawia 
się napięcie dramatyczne, zaraz je rujnujesz.

- Przepraszam, już się zamykam - powiedział pokornie Barry.
- Ona jest kluczem, który uwolni cię z zastoju czasowego. Siły pozostające poza 

twoją kontrolą - Bóg, twoja własna podświadomość, autor - uwięziły cię w czasie 
za karę za to, co zrobiłeś tej biedaczce. Pozostaniesz młody, dopóki nie wrócisz 

tam i wszystkiego nie naprawisz. Według mojej profesjonalnej opinii, a wiedz, że 
nie wygłaszam ich często, jedynym sposobem, by wyzdrowieć, jest popełnienie 

samobójstwa. Barry Trotterze, musisz umrzeć.
- Mógłbym się zwrócić o dodatkowe konsultacje? - spytał Barry. - Żartowałem. 

Uśpij mnie i bierzmy się do roboty.
Po chwili Barry był już z powrotem w swej sypialni. W miejscu, w którym 

siedziała Bea, pozostała tylko kupka ubrań. Zwabieni alarmem ludzie wciąż 
dobijali się do drzwi.

- Wpuść mnie, Trotter! - zawołał Bubeldor. - Wiem, że masz tam dziewczynę.
- Nie mam! - odkrzyknął Barry. - Zostałem gejem! Odpowiedziała mu cisza.

- A zatem masz tam chłopaka. Nieważne, wpuść mnie. Niech wszyscy zejdą 
Hamgryzowi z drogi.

Barry nie miał zbyt wiele czasu. Gdyby zastali go z ubraniem Bei, czekałoby go 
co najmniej godzinne przesłuchanie.

201
Do tego czasu Bea zniknęłaby bez śladu. Musiał umrzeć, i to szybko.

- Jesteś tu, Terry? - Zajrzał pod łóżko. Na podłodze leżał liścik.
Zmęczyło mnie czekanie. Zabiję Cię jutro, L. V.

- Świetnie. Kiedy raz go potrzebuję... - Barry urwał, kombinując gorączkowo.
Rozejrzał się nerwowo, poszukując jakiejkolwiek metody samozniszczenia. Musiała 

być szybka i bezbłędna. Nie chciał ocknąć się za dwa dni w infirmerii, 
oszołomiony i wkurzony, szepcząc jakieś bzdury wyjaśniające obecność ubrahia 

Bei. Wówczas wciąż by żył, a wszyscy uważaliby go za transwestytę.
Chwileczkę, czy Sknerus nie powtarzał mu w dzieciństwie, żeby nigdy nie biegał z 

różdżką? Wyciągnął ją z kieszeni i zaczął biec, zataczając koła, coraz szybciej 
i szybciej, trzymając różdżkę w prawej dłoni i czekając, aż wydarzy się coś 

śmiercionośnego.
- On, ona czy ono Trotter, to nie ma znaczenia. Możesz zacząć pakować manatki. - 

W głosie dyrektora dźwięczała wyraźna tryumfalna nuta.
Barry przyspieszył kroku. Czuł się strasznie głupio.

Drzwi eksplodowały i do środka wpadł Hamgryz, masując ramię. Bubełdor stąpał tuż 
za nim. Za ich plecami dreptał Colin Cryptic, wydawca „Harców hokpockich".

- Uśmiech, Barry! - Colin pstryknął zdjęcie. Wywalenie Barry'ego byłoby 
największą historią wszech czasów.

- Hę? - Zdezorientowany fleszem aparatu Colina Barry potknął się o dywan i 
poleciał naprzód.

202
Super, pomyślał w ostatnim ułamku sekundy. Jeszcze wybiję sobie oko.

W istocie zdarzyło się coś znacznie "gorszego (czy też w tym przypadku 
nieskończenie lepszego) - gdy Barry wylądował na podłodze, różdżka nie tylko 

przebiła mu prawe oko, ale weszła głębiej, do mózgu, zabijając go na miejscu.
- Cryptic, rób dalej zdjęcia! - polecił Bubeldor, gdy zobaczył leżącego bez 

ruchu Barry'ego. - Zyskami podzielimy się po połowie.
Tymczasem w gabinecie doktora Ritalina Barry leżał bez ruchu na kozetce. 

Opisawszy wbijającą się w mózg różdżkę, jego głos ucichł, oddech stawał się 
coraz płytszy, aż w końcu całkowicie ustał.

- Barry, co teraz widzisz? - spytał doktor Ritalin. Nie uzyskał odpowiedzi.
- Barry, czy ty nie żyjesz?

Odpowiedź nadal nie padła. Doktor Ritalin pochylił się, próbując usłyszeć 
oddech. Nic. Z uśmiechem chwycił prawy przegub Barry'ego i pomacał. Nie wyczuł 

pulsu.
Doktor zerwał się z miejsca i zaczął tańczyć po zagraconym gabinecie, odrzucając 

na bok kopniakami książki i papiery.
- Nie żyje! Nie żyje! Wreszcie go zabiłem! Będę bogaty! Albo, ściślej mówiąc, 

bogatszy - wyśpiewywał doktor Ritalin naprędce wymyśloną melodię. - Najpierw 
pamiątkowe pisma, potem limitowane edycje książek, a potem podkoszulki

background image

/ talerze, i Bóg jeden wie co jeszcze! Zarobię miliardy! Barry Trotter w końcu 

zginął. I kto się z tego cieszy? Ja! Ja!
Ritalin chwycił różdżkę, wycelował we własną głowę i wymamrotał inkantację. 

Powoli jego rysy rozpłynęły się i ułożyły jak należy. Pośrodku pokoju stał 
odziany w galowy mundur lord Yielokont.

ROZDZIAŁ 12
n TfioTTtB WAlt

34 mtktu niKo
Mimo usilnych starań dyrektora, by świętować okazję w ciszy i spokoju, pogrzeb 

Barry'ego zamienił się w niewiarygodny cyrk. Całą szkołę obwieszono czarnymi 
flagami, nietoperze latały swobodnie, a duchy zakładały się, czy Barry się 

zjawi.
- Oczywiście, że będzie straszył w szkole - oznajmił pewnego wieczoru przy 

kolacji Ledwie Bezmózgi Bili. - Na górze go nie przyjmą, a nawet Hokpok jest 
lepszy niż to, co czeka na dole.

Nim ciało zdążyło ostygnąć, Bubeldor zmusił Colina Cryptica do zmontowania 
kosztującego pięć syfków wydania pamiątkowego „Harców", które podwładni Vie-

lokonta rozprowadzili po całym świecie. Oprócz idiotycznych artykułów, takich 
jak: „Trotter poświęcał wiele czasu nauce i pomocy potrzebującym", oraz 

łamigłówki, odpowiedź której stanowiły krwawe szczegóły śmierci Barry'ego, w 
gazetce umieszczono plan szkoły i rozpiskę wydarzeń  towarzyszących  pogrzebowi. 

W oczekiwaniu
205

tytanicznego natarcia fanów izba handlowa w Hogsbiede ogłosiła plan parady.
— Coś gustownego i spokojnego - powiedział burmistrz Hogsbiede. - Jak karnawał w 

Rio.
Podczas gdy wśród szkockich wzgórz rozbrzmiewały echa krzyków towarzyszących 

tysiącom woskowań okolic bikini, lord Vielokont pracował niestrudzenie, 
rozpalony chciwością. Najpierw zamienił Magiczny Autobus w wahadłowiec do i z 

Londynu. Następnie rozstawił na terenie szkoły setki kramów naciągających gości. 
Pogrążeni w żałobie fani mogli złagodzić smutek, kupując dosłownie wszystko - od 

pamiątkowych kieliszków po „autentyczne drzazgi z Różdżki Śmierci".
Bubeldor z pewną obawą myślał o zbliżającym się wielkim dniu. Lękał się, że 

maska smutku pęknie na oczach całego świata, ujawniając przepełniającą go 
szaleńczą radość. Wciąż próbując walczyć, wydał oświadczenie: „Jak wszystkim 

wiadomo, Barry był człowiekiem bardzo nieśmiałym i nade wszystko cenił sobie 
swoją prywatność. Proszę zatem, do cholery, trzymajcie się stąd jak najdalej". 

Nikt nie posłuchał i w wyznaczonym dniu ponad ćwierć miliona fanów Trottera 
przebiegło truchtem przez Wielką Salę, okrążając zwłoki. Ułożono je w szklanej 

trumnie niczym dyktatora bądź świętego.
Bubeldor oszczędził wszelkich starań, by Barry wyglądał jak najlepiej. Twarz 

młodego czarodzieja wciąż wykrzywiał grymas zaskoczenia, usta układały się w 
słowa „o, kurna", a Różdżka Śmierci nadal sterczała dumnie z jego oczodołu. (W 

żałosnej próbie ostatniego przyozdobienia przyjaciela Herbina wydziergała 
niewielki proporczyk i powiesiła go

206
na jej koniuszku*). Mniej więcej co tysięczny fan bądź fanka rzucali się z 

rozdzierającym płaczem na katafalk, wykrzykując histerycznie, że Barry 
przyrzekł, iż się pobiorą - przed lub po spłodzeniu dziecka.

Po kilku godzinach wszyscy zrozumieli, że cała konstrukcja dłużej nie wytrzyma. 
Żeby nie pękła niczym zgniłe jajo — cuchnąc równie mocno — otoczono ją 

aksamitnym sznurem. Obok trumny pełnił straż Hamgryz.
- Hej, bucu! - warknął Hamgryz do krótko ostrzyżonego chłopca, który, unosząc 

marker, skradał się w stronę trumny z wyraźnie nieczystymi zamiarami. — Ni rysuj 
na tym. Winkszych niż ty jadam na podw'czorek.

- Odpieprz się. - Chłopak pokazał mu język. Hamgryz postąpił krok ku niemu. 
Chłopiec krzyknął

i uciekł.
Rozmowa ta nie sprawiła Hamgryzowi najmniejszej przyjemności - miał okropnego 

kaca.
- Czy ma tu kto co do picia? - spytał, zwracając się do tłumu.

background image

Wielu ludzi odpowiedziało potakująco. Hamgryz wypił wszystko i zwymiotował 
głośno.

- To pewnie z żalu — rzekł jeden fan do drugiego.
Barry nie oglądał owego pośmiertnego pandemonium. Był... Cóż, za chwilę 

dokładnie opiszemy, gdzie właściwie
* Widniejące na nim małe, kanciaste litery układały się w napis BRAKUJE NAM 

CIEBIE.
207

był. Ale jedno możemy powiedzieć od razu: nie był sam. Każdego dnia umiera wielu 
ludzi. W istocie w zaświatach do Barryego dołączył nie kto inny, jak jego kumpel 

Lonald Gwizzley.
Oto, jak do tego doszło.

Kilka dni przed pogrzebem Bubeldor rozpoczął systematyczne przeszukiwanie 
wszystkich rzeczy Barryego.

- Chryste, po to właśnie stworzono Allegoro - mruknął. - Przestań płakać, 
Gringor. Tam, gdzie poszedł, nie będzie potrzebował galonów.

- Ale... czy przynajmniej nie moglibyśmy za te pieniądze ustanowić jakiejś 
nagrody czy czegoś w tym stylu? - wychli-pała Herbina.

- Dla kogo? Największego fiuta? - Skrzat domowy usiłował zwrócić na siebie uwagę 
Bubeldora. — Pewnie, że możecie zabrać ciało.

Wykorzystując fakt, że dyrektora oślepiła chciwość, a Her-binę żal, Lon wałęsał 
się swobodnie po pokoju Barry'ego.

- Lon, nie liż plamy krwi - upomniała go Herbina. -To świętokradztwo.
Tak jak trzylatek potrafi natychmiast odnaleźć wszystkie elektryczne gniazdka w 

pokoju, Lon błyskawicznie wywęszył czekoladową różdżkę, którą podarowała 
Barry'emu na Gwiazdkę Bea. Po paru minutach chłopiec-pies zjadł tyle czekolady, 

że zabiła ona psią część jego ciała. Na nieszczęście dla Łona był to jego mózg*.
* Kiedy ktoś pytał o Łona, Bubeldor mówił, że „wysłał go do szkoły na wsi, gdzie 

może bawić się z innymi chłopcami-psami i jest bardzo szczęśliwy".
208

Towarzystwo przyjaciela w zaświatach niezwykle pocieszało Barry'ego, podobnie 
jak perspektywa opuszczenia reszty piątego roku, a zwłaszcza egzaminów ABW. 

Owszem, w swym życiu niewątpliwie zgromadził mnóstwo Bezużytecznej Wiedzy, 
prawdziwą Akumulację, ale żaden test nie dotyczyłby szczegółów kariery Vojny 

Totalnej Agresji. A przystąpienie do CEZ-u - Czarodziejskich Egzaminów 
Zawodowych - stanowiłoby prawdziwą hańbę. Zatem śmierć całkiem mu odpowiadała.

Kilka tygodni przed śmiercią, zabijając czas na zajęciach wróżenia, Barry 
namalował na końcu różdżki małą, uśmiechniętą buźkę. I buźka ta stała się 

ostatnią rzeczą jaką zobaczył za życia. Maleńka i wyszczerzona, stłukła mu 
okulary i zawarła bliską przyjaźń z prawym okiem. A potem wszystko pociemniało.

Unosił się w ciemności, wokół grała kiczowata muzyka, numery takie, jak temat z 
Summer Place i GirlFrom Ipane-ma. Barry odkrył, że potrafi kontrolować ich tempo 

umysłem, czy też tym, co służyło mu za umysł po śmierci.
Po przerwie, której długości nie potrafił ocenić, pojawił się obraz. Dwóch 

absurdalnie nieznanych aktorów żartowało i przekomarzało się.
- Teraz, kiedy wkraczasz w zaświaty - powiedział blondyn - zachowuj się 

uprzejmie, nie zapomnij wyłączyć komórki i nie rozmawiaj w trakcie projekcji.
-Właśnie - dodał brunet z fałszywie dobrodusznym uśmiechem. - Uwierz słowu dwóch 

facetów z czyśćca.
209

Towarzystwo przyjaciela w zaświatach niezwykle pocieszało Barryego, podobnie jak 
perspektywa opuszczenia reszty piątego roku, a zwłaszcza egzaminów ABW. Owszem, 

w swym życiu niewątpliwie zgromadził mnóstwo Bezużytecznej Wiedzy, prawdziwą 
Akumulację, ale żaden test nie dotyczyłby szczegółów kariery Vojny Totalnej 

Agresji. A przystąpienie do CEZ-u - Czarodziejskich Egzaminów Zawodowych - 
stanowiłoby prawdziwą hańbę. Zatem śmierć całkiem mu odpowiadała.

Kilka tygodni przed śmiercią, zabijając czas na zajęciach wróżenia, Barry 
namalował na końcu różdżki małą, uśmiechniętą buźkę. I buźka ta stała się 

ostatnią rzeczą jaką zobaczył za życia. Maleńka i wyszczerzona, stłukła mu 
okulary i zawarła bliską przyjaźń z prawym okiem. A potem wszystko pociemniało.

Unosił się w ciemności, wokół grała kiczowata muzyka, numery takie, jak temat z 
Summer Place i GirlFrom Ipane-ma. Barry odkrył, że potrafi kontrolować ich tempo 

background image

umysłem, czy też tym, co służyło mu za umysł po śmierci.
Po przerwie, której długości nie potrafił ocenić, pojawił się obraz. Dwóch 

absurdalnie nieznanych aktorów żartowało i przekomarzało się.
- Teraz, kiedy wkraczasz w zaświaty - powiedział blondyn - zachowuj się 

uprzejmie, nie zapomnij wyłączyć komórki i nie rozmawiaj w trakcie projekcji.
-Właśnie - dodał brunet z fałszywie dobrodusznym uśmiechem. - Uwierz słowu dwóch 

facetów z czyśćca.
209

- Ściślej z Los Angeles - wtrącił blondyn, mrugając porozumiewawczo.
— Gęba na kłódkę, uprzejmość jest w cenie - zakończyli chórem i odeszli w 

nicość.
Następnie wyemitowano krótki film, w którym odtworzono wszystkie wydarzenia z 

życia Barry'ego. Grający go aktor cały czas się pocił i co chwila mylił.
— Buu, znikaj z ekranu, parowo! — rzucił Barry. Głośne zachowanie w kinie 

stanowiło dla niego dumną tradycję.
- Cii - syknął ktoś.

Kto to był? Kto oglądał jego życie? Barry rozejrzał się, lecz w ciemności nie 
dostrzegł nikogo, toteż patrzył dalej. Jedyną pociechę stanowił fakt, że 

dziewczyna grająca Her-binę okazała się jeszcze większą pomyłką.
Niech no tylko Herb się dowie, pomyślał Barry, zapominając, gdzie jest.

Lon, grany przez wypchanego yorka, miał kilka wspaniałych, komicznych scen. O 
dziwo, film zmontowano tak, by największym bohaterem uczynić Terry'ego 

Vielokonta. Dopiero na końcu Barry zrozumiał dlaczego - film wyprodukowała jego 
firma, Vielokont Enterprices.

Gdy kinowa wersja życia Barryego dobiegła końca i rozbłysły światła, Barry 
odkrył, że siedzi na widowni. Wokół zauważył kilka osób.

- Co tu, do diabła, robisz? - spytał głupkowatego faceta jedzącego popcorn.
Pośrodku piersi nieznajomego ziała wielka rana, z której od czasu do czasu 

wypadały ziarna popcornu.
Błe, pomyślał Barry.

210
- Lubię oglądać filmy - odparł mężczyzna. - Gdy mój się skończył, po prostu 

zostałem.
- Ja też - dodała siedząca obok kobieta o długich, czarnych włosach. - Wiesz, za 

każdym razem, kiedy patrzę na twoją pierś, cieszę się, że zażyłam pigułki.
- Moja pierś wyglądałaby świetnie, gdybyś w nią nie strzeliła — warknął 

mężczyzna.
- Nie kłóćmy się. To przecież kłótnie doprowadziły nas tutaj. Ten ostatni 

niezbyt mi się podobał — oznajmiła kobieta. - To byłeś ty?
- Tak - odparł Barry.

- Szkoda - mruknął facet. - Straszne nudy. -Wszyscy tylko krytykują. — Barry 
ruszył schodami

w górę, sam nie wiedząc dokąd.
- Widzisz, on też uważa cię za dupka - powiedziała kobieta.

Światła zaczęły przygasać. Barry nie został na następny
seans.

W momencie, gdy przeszedł przez drzwi na górze, wszystko znów poczerniało. W 
chwilę (kilka godzin? dni?) później odkrył, że stoi na końcu niewiarygodnie 

długiej kolejki. To niesprawiedliwe, pomyślał. Czy ci ludzie nie wiedzą, kim 
jestem? Najwyraźniej nie wiedzieli.

Znajdował się w największej sali, jaką zdarzyło mu się oglądać. Przywodziła na 
myśl olimpijski dworzec kolejowy, ponury, mroczny, pozbawiony ozdóbek. Sufit - 

jeśli w ogóle istniał jakiś sufit - wznosił się bardzo wysoko, daleko poza 
zasięgiem słabych świateł pomieszczenia. Całą salę wypełniały pomruki wielkiego 

tłumu, starającego się
211

zachować ciszę — dziesiątki pokasływań, śmieszków i szeptów zlewających się w 
jeden cichy dźwięk.

Kolejka licząca tysiące ludzi - i będąca jedną z sześciu identycznych kolejek — 
brała swój początek ze środka sali. Właściwie to ustawienie przywodziło na myśl 

sześciora-mienną rozgwiazdę. W jej centrum, niewiarygodnie daleko, widniał 
obiekt przypominający okrągłą, oszkloną budkę. Nad nią wisiał znak, którego 

background image

Barry nie potrafił odczytać. Będzie musiał podejść bliżej, a sądząc po tempie, w 
jakim przesuwała się kolejka, stanie się to za parę dni.

Zaswędziało go prawe oko. Uniósł rękę, by się podrapać, i natrafił palcami na 
różdżkę. Bez namysłu chwycił ją i szarpnął. Z cichym mlaśnięciem wysunęła się z 

oczodołu. Czy to nie powinno boleć? — pomyślał Barry, szukając czegoś, w co 
mógłby wytrzeć koniec różdżki. W końcu zdecydował się na różową lnianą marynarkę 

mężczyzny stojącego tuż przed nim. Widniało już na niej kilka przypominających 
róże ran postrzałowych. Barry widział, jak rany powoli się zamykają.

Nagle za plecami Barry'ego pojawiło się kilkanaście nowych osób. Choć kolejka 
nadal przesuwała się bardzo wolno, fakt, że nie był już ostatni, dodał mu 

otuchy. Szurając nogami, przesunął się nieco w prawo i spróbował spojrzeć przed 
siebie. Gdzie właściwie jest? Czemu wszyscy stoją w kolejce? Czy nie mógłby 

wcisnąć się gdzieś z przodu? -Jeśli to niebo, to jest do dupy - powiedział 
głośno, głównie do siebie.

Mężczyzna w różowej, lnianej marynarce obejrzał się przez ramię.

212
- To nie jest niebo, to tylko odprawa - oznajmił. - Powinieneś posłuchać 

głośników.
Barry przestroił uszy i rzeczywiście, usłyszał miły, urzędowy kobiecy głos, 

powtarzający nagraną wiadomość:
- Witajcie. To jest odprawa. Prosimy zachować cierpliwość i przed podejściem do 

okienka przygotować dokument tożsamości.
Barry pomacał kieszenie w poszukiwaniu portfela - wciąż tkwił na miejscu.

- Czemu ta kolejka nie porusza się szybciej? Mężczyzna roześmiał się.
- A spieszy ci się gdzieś?

Facet zaczynał być irytujący. Barry postanowił napisać mu na marynarce krwią z 
oka kopnij mnie. Wymagało to pewnej ręki i delikatnego dotyku, miał jednak do 

dyspozycji mnóstwo czasu.
Rozejrzał się, dostrzegł kilkoro niemowląt i pożałował ich. Ku swemu zachwytowi 

zobaczył także Łona. Przyjaciel z ustami wysmarowanymi czekoladą stał dwie 
kolejki dalej i bardziej z przodu. Barry postanowił do niego dołączyć.

- Do zobaczyska! - rzucił.
- Hej! — zaprotestował mężczyzna. - Przepchnięcie się naprzód oznacza dodatkowe 

pięć lat w czyśćcu, mały.
Kiedy Barry podszedł do Łona, stary przyjaciel zaczął skakać wokoło i lizać go 

po twarzy.
- Spokojnie, Łon, ja też się cieszę, że cię widzę. - Barry zwrócił się do 

gapiących się ludzi: - Po prostu jest podekscytowany.
213

- Barry, Barry, Barry, Barry, Barry - powtarzał Lon. -Tak się cieszę, że cię 
widzę. Tylko że...

-Tylko że co? - spytał Barry.
- Obiecaj, że nie będziesz się gniewać.

- Obiecuję - skłamał Barry.
- Zjadłem twoją czekoladową różdżkę, Barry.

- Nic się nie stało Lon, naprawdę...
- Właśnie, że się stało, Barry, zrobiłem coś złego. - Lon rozpiął rozporek.

- Lon, nie! Nie sikaj po sobie.
- Ale ja chcę. Muszę ci pokazać jak bardzo mi przykro.

- Może później - podsunął Barry. - To naprawdę nic wielkiego.
Lon zamarł.

- Na pewno?
- Tak, na pewno. Nic się nie stało.

- No dobrze. - Lon rozejrzał się szybko. - Barry, gdzie my jesteśmy?
- Przy odprawie, cokolwiek to znaczy. - Znów usłyszał głośnik i spytał: - Masz 

zawieszkę, którą założyła ci siostra Pommefritte?
- Tak - powiedział Lon. Widniało na niej jego nazwisko, adres Hokpoku i data 

ostatniego szczepienia.
- To dobrze. Hej, spójrz tylko - Barry wskazał ręką - wygląda tak samo jak w 

Ministerstwie Magiczności.
Podeszli już dość blisko, by się przekonać, że dach oszklonego pawilonu tworzy 

background image

wspaniała złota fontanna. Strumienie wody tryskały wokół grupy złączonych 
posągów. Największy, bez wątpienia czarodziej, kopał właśnie w tyłek skrzata 

domowego, który kopał w tyłek Gumola.
214

- Jaka piękna. - Łonowi zadrżały wargi.
- Pamiętasz, jak poszliśmy do ministerstwa, nim jeszcze stałeś się psem? 

Przykułeś się wtedy do... Lon, zaczekaj... Co ty wyprawiasz?
Lon puścił się biegiem w stronę fontanny; Barry, znacznie wolniej, ruszył za 

nim.
- Lon, wracaj!

Dopiero, gdy przyjaciel wdrapał się po ścianie pawilonu i wskoczył do wody, 
Barry zrozumiał, co się święci. Lon chciał przegryźć któryś ze strumieni.

- Lon, stój! One nie są żywe! Stracimy miejsce w kolejce!
Tłum, wdzięczny za jakąkolwiek rozrywkę, zaczął krzyczeć i klaskać, patrząc, jak 

Lon turla się w ataku bezrozum-nej psiej radości.
Barry w końcu dotarł do pawilonu. Ludzie w środku próbowali zignorować 

dobiegające z zewnątrz wiwaty, a także łomoty nad głową. Barry wśliznął się 
przed mężczyznę na czele kolejki.

- Przepraszam - rzekł do urzędniczki. - Nie chcę wpychać się na przód, ale mój 
przyjaciel wskoczył właśnie do waszej fontanny. Mógłbym po niego pójść?

- To stąd ten hałas? - spytała urzędniczka. - Myślałam, że mamy trzęsienie 
ziemi.

Spoglądając ponad ramieniem Barry'ego, ujrzała, jak jeszcze niedawno spokojne 
kolejki zaczynają się rozsypywać. Z każdym pluskiem Łona i radosnym okrzykiem 

tłumu olbrzymia sala stawała się odrobinę jaśniejsza i barwniejsza. A urzędników 
w pawilonie wyraźnie niepokoiła myśl o tym, co może jeszcze się zdarzyć. 

Porządek i dyscyplina stanowią fundament zaświatów, a kiedy raz zacznie się 
impreza...

215
- Dzięki. - Barry podciągnął się na dach.

Lon stał na czworakach, powarkując i gryząc strumienie
wody.

- Chodź tu, Lon! - zawołał Barry. - Chodź.
Jakiś czas uganiał się za nim, ku ogromnej radości wszystkich prócz niego 

samego. Przemoczony, zdołał w końcu złapać Łona za obrożę i go wyciągnąć. Gdy 
obaj zsunęli się na ziemię, tysiące stojących w kolejkach ludzi zaczęło klaskać. 

Barry uśmiechnął się i pomachał - i w tym momencie Lon się otrząsnął, obryzgując 
wodą dziesiątki osób.

Podczas gdy zmoczeni zaczęli przeklinać go donośnie, siedzący w pawilonie 
łysiejący mężczyzna z krótkim wąsikiem postukał w szkło monetą.

— Wy dwaj, chodźcie tutaj - polecił.
Barry i Lon stanęli przed nim. Barry dyskretnie wykręcił połę koszuli.

— Nie możemy wszystkich podburzać - oznajmił mężczyzna przez otwór w szybie. - 
Wszystko musi iść gładko jak należy. W przeciwnym razie ludzie magiczni nie będą 

mieli dokąd pójść po śmierci. Nie chcemy duchów - dodał. - Duchy oznaczają 
niewydolność systemu. W dodatku wymagają całej kupy roboty papierkowej. Jeśli 

przepuszczę was obu, usiądziecie cicho w poczekalni i przestaniecie robić 
zamieszanie?

- Zgoda - odparł szybko Barry.
— A on? — spytał mężczyzna.

- Zrobi to co mu każę. Mniej więcej.
— Zatem w porządku. Proszę o dokumenty.

Barry wyciągnął portfel i ku swej zgrozie odkrył, że są w nim dokładnie trzy 
rzeczy: fałszywa tysiącfuntówka

216
podwędzona z gabinetu Bubeldora, zdjęcie Bei i dowcipna wizytówka z napisem CIA 

- Ciał Inspektor Atrakcyjnych. -Uhm, panie...
- Abercrombie - przedstawił się mężczyzna.

- Panie Abercrombie, mam tylko to. - Barry podał mu wizytówkę.
Mężczyzna westchnął.

- Czy wymagamy zbyt wiele? Prosimy tylko, by ludzie umierali, mając przy sobie 
dokumenty - rzekł ze znużeniem. - No dobrze, sprawdzimy odciski palców.

background image

Drapiąc się po szyi, na której pozostały ślady golenia, pan Abercrombie wsunął 
wizytówkę do jakiejś maszyny. Spojrzał na ekran komputera i nacisnął guzik. 

Gdzieś w głębi drukarka ożyła z głośnym szczękiem.
- Mógłbym spytać...

- Przykro mi - przerwał mu Abercrombie - ale gdybyśmy pozwolili na zadawanie 
pytań, nigdy nikogo byśmy nie załatwili. - Wskazał ręką za plecy Barry ego. - 

Twój przyjaciel liże ranę na głowie tamtej kobiety.
- Lon - syknął wstrząśnięty Barry.

Lon przerwał wykonywane z zachwytem zajęcie i podszedł do niego.
- Zostań tu, Lon - polecił Barry. - Siad.

Kobieta siedząca obok pana Abercrombiego zaklęła ochryple.
-Bernardzie, moja numerkownica się zacięła. Mogę skorzystać z twojej?

Była to drobna kobieta o rumianych policzkach i nieokreślonym wieku; Barry uznał 
ją za starszą, sądząc po słodkim zapachu perfum.

217
- Oczywiście, Loretto - odparł pan Abercrombie. - Pod warunkiem, że nigdy więcej 

nie będziesz pracowała obok nikogo prócz mnie.
Loretta dysponowała zdumiewająco dziewczęcym śmiechem.

- Och, panie Abercrombie, prawdziwy diabeł z pana.
- Jaki numer potrzebujesz?

- Sześćdziesiąt dziewięć. - Loretta zachichotała. - Przysięgam, nie planowałam 
tego.

Wręczył jej niewielki złoty przedmiot. Kobieta wzięła go i szarpnęła roletę, 
która uniosła się ze szczękiem.

-V. Nemeth! Victoria Nemeth! - powiedziała przez głośnik.
No proszę, pomyślał Barry, flirty w czyśćcu. Zastanawiam się, czy ludzie...

- W porządku, panie Trotter - przerwał mu rozmyślania pan Abercrombie. Stos 
zadrukowanych kartek urósł, miał już teraz kilkadziesiąt centymetrów grubości. 

Abercrombie połączył kartki trzema złotymi pierścieniami. - Nie tracił pan czasu 
na Ziemi, prawda? Niezłe akta jak na kogoś tak młodego.

- To nieco bardziej skomplikowane, ale dzięki.
- Proszę mi nie dziękować, póki nie zostanie pan osądzony. Możliwe, że są tu 

same złe uczynki, a wtedy obaj wiemy, dokąd pan pójdzie.
Kolejna maszyna biurowa zaświergotała i Abercrombie wręczył Barry'emu 

identyfikator: Trotter, B. A pod nim:
OCZEKUJĄCY NA OSTATNI PRZYDZIAŁ.

- Proszę to przypiąć do koszuli i usiąść w poczekalni - polecił Abercrombie, 
wskazując szereg za szeregiem

218
ustawionych w klin obrzydliwie szarobrązowych krzeseł za plecami Barry'ego. - 

Proszę czekać, aż padnie pańskie nazwisko. Ktoś pana wezwie po dokonaniu osądu.
- Dziękuję. - Barry zaczął się pocić.

Musi istnieć jakieś wyjście, pomyślał. Jeśli przejrzą ten stos papierów, z 
pewnością Barry trafi wprost do... Poza tym musi odnaleźć Beę.

- Panie Trotter! - zawołał za nim Abercrombie. - Proszę zaczekać na swojego 
przyjaciela.

Barry i Lon przecisnęli się naprzód w stronę dwóch pustych krzeseł i usiedli.
— Opowiadałem ci kiedyś o nocy, jaką spędziłem na He-atłirow? - spytał Łona 

Barry. -Tu jest jeszcze bardziej przygnębiająco.
Lon nie odpowiedział; koncentrował się właśnie na odrywaniu kawałka stwardniałej 

gumy do żucia przyklejonej do spodu krzesła.
Barry uważniej przyjrzał się otoczeniu. Pomieszczenie -podobnie jak inne - było 

pełne ludzi na różnych etapach zdrowienia, cierpliwie czekających na wezwanie. 
Co mniej więcej dziesięć sekund rozbrzmiewało czyjeś nazwisko. Wywołana osoba 

podchodziła do pawilonu, dostawała złoty żeton z numerkiem, zbliżała się do 
numerowanych drzwi w ścianie zewnętrznej, wchodziła za zasłonę i znikała.

Barry zaczął liczyć cicho, posługując się „dodawaniem", którego nauczyła go Bea. 
Ponurą, zakurzoną komorę okalało siedemdziesiąt dwoje skrytych za zasłonami 

drzwi. Jeśli
219

istnieje stąd jakieś wyjście, pomyślał Barry, to musi to być któreś z nich.
— Lon, zostań, idę się przejść - powiedział głośno.

background image

— Dobrze, Barry. — Lon wsunął do ust starą gumę. -Mniam, winogronowa.
Barry powstrzymał ogarniające go mdłości i ruszył do przejścia, i dalej do 

ściany z tyłu, ignorując nieprzychylne spojrzenia i komentarze wszystkich, 
których wyprzedził. Zauważył, że pod zewnętrznymi ścianami pomieszczenia 

przechadzają się ludzie w mundurach z małymi, skurczonymi skrzydełkami. Na 
pierwszy rzut oka zdawało się, że snują się ciężko. Lecz przyjrzawszy się 

uważniej, Barry odkrył, iż maleńkie skrzydła unoszą ich kilka centymetrów nad 
ziemią. Domyślił się, że strażnicy — kandydaci na aniołów? — próbują zniechęcić 

czekających właśnie dokładnie do tego, co zamierzał zrobić. Dobrze będzie się 
stąd wydostać, pomyślał Barry.

W każdym końcu poczekalni stały automaty i stojaki z gazetami. Niestety, 
wszystkie pisma były niewiarygodnie postrzępione, a słodycze w automatach 

wyglądały na jeszcze starsze. Barry przez chwilę grzebał wśród pism, 
dostrzegając tytuły takie, jak „Trzecie małżeństwo Elizabeth Taylor (Liz: do 

trzech razy sztuka)" i „Dwugłos na temat najnowszego krzyku mody, 
minispódniczek".

Oparty plecami o stojak, Barry wyjrzał dyskretnie sponad pisma. Nad drzwiami, 
dokładnie naprzeciwko, wisiały małe złote litery, układające się w wyraz asgard. 

Spojrzał pięć metrów w lewo i przeczytał napis otchłań. Nad drzwiami po prawej 
widniało słowo piekło. Od tych wolę się trzymać z daleka, pomyślał Barry.

220
Jeden z policjantów zbliżył się do niego.

- Hej, koleś, nie kręć się tu - upomniał Barry'ego. -Weź swój magazyn i wracaj 
na miejsce.

- Przepraszam — odparł Barry. — Jeszcze nigdy tu nie byłem. Co tam jest? - 
Wskazał w lewo, na ścianę obudowaną rusztowaniem i pokrytą płachtami niebieskiej 

folii, chroniącej przed pyłem i spadającym gruzem.
- Poszerzają poczekalnię - wyjaśnił anioł-gliniarz. - Niedługo spodziewają się 

znacznie wzmożonego ruchu. A teraz proszę wracać na miejsce.
- Dziękuję.

Więcej martwych czarodziejów? Barry ruszył wolno w stronę najbliższego przejścia 
między krzesłami. Oglądając się na wznoszony właśnie mur, odkrył, że nad 

najbliższymi drzwiami widnieje napis Podziemie. Gdyby zdołał podkraść się tam 
pod osłoną folii, żaden z anielskich gliniarzy nie zdołałby go zatrzymać na 

przestrzeni niecałego metra pomiędzy końcem rusztowania i Podziemiem. Idealnie, 
pomyślał Barry. Z pewnością roiło się tam od przestępców. Być może za fałszywe 

tysiąc funtów zdoła kupić prawdziwe informacje dotyczące miejsca pobytu Bei.
Gdy Barry wrócił na miejsce, odkrył, że ma nowe towarzystwo. W istocie nie było 

to zbyt zaskakujące - każdy czarodziej i czarownica na ziemi musiał tu kiedyś 
trafić.

- Beany! - To był Sknerus Blech; wciąż nie potrafił zapamiętać imienia 
Barry'ego.                ,

Barry rozejrzał się, wyciągając szyję i próbując wyminąć wzrokiem stojącego 
przed nim konia.

- Baggy, to ja! Sknerus!
- Gdzie? - spytał Barry. — Pomachaj albo co.

221
— Nie mogę, jestem koniem.

— Już się nie mogę doczekać tej historii - mruknął Barry, choć tak naprawdę 
wcale nie chciał jej poznać.

— Podejdź, to ci ją opowiem - zaproponował Sknerus.
— Sknerusie? Jakim cudem mówisz, skoro nie poruszają się twoje usta? — zapytał 

Barry.
— Mówię drugą stroną - wyjaśnił Sknerus. - Po pierwsze, naprawdę mi przykro, ale 

straciłem wszystkie twoje pieniądze*...
— .. .1 któregoś dnia wielki Julie zjawia się u mnie w domu i mówi: „Jeśli do 

wieczora nie zapłacisz Jozuemu Franken-steinowi kasy, którą mu wisisz, wrócę i 
połamię ci kolana!". Straszne, prawda? Wywróciłem dom do góry nogami i znalazłem 

jakieś siedem galonów — co oznaczało, że musiałem jeszcze zdobyć czterysta 
czterdzieści dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt trzy. Wypiłem parę 

piw i zacząłem się zastanawiać, czy dałbym radę przeżyć bez kolan? Wtedy

background image

* Barry był pierwszym i jak się okazało jedynym dużym inwestorem łożącym kasę na 
Projekt Plastemdliny. Próbując wykorzystać swą sławę — owszem, sławę 

kryminalisty, ale jednak— Sknerus usiłował wyprodukować i sprzedać pierwszą 
zabawkę w dziejach przeznaczoną dla nudnych, ponurych, drętwych dzieci: pla-

stemdlinę. Beżowa i nieruchoma nic nie robiła. Nawet zapach miała nudny.
„Pomyśl tylko, Barry" - powiedział Sknerus. „Świat jest pełen nieciekawych 

ludzi, którzy byli kiedyś dziećmi. A wszystkie zabawki projektuje się jako 
ciekawe i zabawne. Świat potrzebuje naprawdę nudnej zabawki".

W istocie jednak nie potrzebował i Barry stracił całą kasę.
222

mój domowy skrzat Zdradek wpadł na świetny pomysł. Mógłbym spłacić dług, 
sprzedając narządy. I tak właśnie zrobiłem. Wszystko szło świetnie, dopóki...

- Dopóki co? - spytał Barry. Rozmowa z końskim zadem niezmiernie rozpraszała 
uwagę.

- No, trochę mnie poniosło. Przejrzałem listę cen i pomyślałem: a może by tak 
skoncentrować się na tych najdroższych? Odzyskać wszystko w czasie jednej 

operacji. Raz, dwa, bezproblemowo.
- Jesteś taki głupi - jęknął Barry.

- Sprzedałem mózg, kręgosłup i serce. Gdy się zorientowałem, co właściwie 
zrobiłem, leżałem już na stole operacyjnym, a Zdradek piłował - oznajmił 

Sknerus. - Pamiętaj, Bernie... zawsze czytaj uważnie drobny druk.
-Teraz to i tak nie ma już znaczenia — mruknął Barry. — W końcu ja też nie żyję.

- Chciałbym usłyszeć, jak do tego doszło — odparł Sknerus. — Każdy trup ma swoją 
historię. Poza tym uważam, że to świetna okazja. Mamy tu prawdziwą niszę 

rynkową, sektor usługowy leży i kwiczy. Z twoim kapitałem i moim rozumem... Bo 
masz przecież kapitał, prawda?

Barry szybko zmienił temat.
- To jak w końcu stałeś się koniem?

-To właśnie najciekawsze. Gdy zrozumieliśmy, co się stanie, Zdradek wspomniał mi 
o zaklęciu, które mógłby rzucić, przenoszącym moją duszę w najbliższą żywą 

istotę. Brzmiało całkiem nieźle - wyznał Sknerus. - Poza tym nie miałem zbyt 
wielu opcji. Zdradek od jakiegoś czasu hodował w swym pokoju konia, 

przyprowadził go i kiedy przepisałem na niego dom, on... Chwileczkę.
223

- Zdradek cię oszukał, tak? Sknerus tupnął kopytem i zarżał.
- Ale przynajmniej stałeś się koniem - przypomniał Bar-ry. - To musiała być 

świetna zabawa.
- I byłaby, tyle że moje wnętrze wciąż pozostawało ludzkie. Nadal pociągały mnie 

kobiety. Zdradek sprzedał mnie niemal natychmiast pewnemu farmerowi - podjął 
Sknerus. - Gdy zacząłem podrywać jego żonę, facet kazał mnie uśpić. Uważał, że 

opętał mnie diabeł. - Sknerus zachichotał. - A jak ty umarłeś?
- To nic wielkiego - odrzekł Barry. - Różdżka wbiła mi się w oko.

- Mówiłem, żebyś z nią nie biegał.
- Zrobiłem to specjalnie - bronił się Barry. - Muszę znaleźć kogoś, kto umarł.

- Pewnie dziewczynę - odgadł Sknerus i Barry przyznał, że owszem. - A co, jest 
ci winna pieniądze?

- Nie - powiedział cierpko Barry. - Tylko ty jesteś mi ciągle winien pieniądze.
- No tak, wiem, wiem i wszystko ci oddam - z procentem - gdy tylko rozkręcimy tu 

biznes. Musimy wymyślić, co można by tu sprzedać.
- Sknerusie - rzekł z naciskiem Barry - jeśli sądzisz, że zainwestuję jeszcze 

choćby grosz w twoje durne plany...
- Sądzę, że byłoby to niezwykle mądre z twojej strony -przerwał mu Sknerus. - A 

jak trafił tu chłopak-pies?
- Przez czekoladę - wyjaśnił Barry. - Posłuchaj, zawrzyjmy układ. Jeśli pomożesz 

mi znaleźć moją przyjaciółkę, zastanowię się nad zainwestowaniem paru groszy.
224

- Jak się nazywa? - spytał Sknerus.
- Bea Thompson.

- Ma tylko pół imienia? Biedaczka - mruknął Sknerus. -Ale zrobię to. Tak między 
nami, nie uważam, by moje akta wyglądały zbyt dobrze. Gdy się zarobi i straci 

tyle pieniędzy, co ja, trudno trafić do nieba. Masz jakiś plan?
- Myślałem o tym, by przekraść się pod rusztowaniem. Sknerus spojrzał ponad 

background image

ramieniem Barry'ego, mierząc
wzrokiem płachty folii.

- Zgoda. A po co?
- Kiedy strażnicy nie będą patrzeć, przekradniemy się do tamtych drzwi. - Barry 

pokazał je palcem pod osłoną drugiej ręki.
- Co jest wyjątkowego akurat w tych drzwiach?

- To Podziemie - wyjaśnił Barry.
- To mi się nie podoba - stwierdził Sknerus. - A jeśli natknę się na Wielkiego 

Julie albo Jozuego Frankensteina?
- Co mogą ci zrobić? - spytał Barry. - Nawet gdyby zmarli w tej chwili, 

przesiedzieliby tu dziesiątki lat. Spójrz. - Skinieniem głowy wskazał kobietę 
siedzącą parę kroków dalej. Między jej głową i poręczą ławki utkał sieć pająk.

- Widzę, co masz na myśli, Breathy. A strażnicy?
- Kiedyś muszą się wymieniać. Przepisy związkowe. Oto co zrobimy...

Dokładnie z wybiciem godziny, zgodnie z przewidywaniami Barry'ego, anielscy 
policjanci zaczęli się wymieniać.

225
— Ruszajmy - rzucił Barry. - Lon, przytrzymaj się ogona Sknerusa.

Zachowując się zupełnie niewinnie, cała trójka przecisnęła się między krzesłami 
do przejścia i dalej do automatów znajdujących się najbliższej obudowanej 

rusztowaniem ściany. Nie wiedzieli, jaka kara grozi za próbę ucieczki, ale 
przecież i tak już nie żyli. Czy mogło być coś jeszcze gorszego? Sprawdzając, 

czy nikt nie patrzy, kolejno wśliznęli się za folię — najpierw Sknerus, potem 
Lon, na końcu Barry.

— Rany — mruknął Sknerus.
Mimo przesłaniających widoczność obłoków gipsowego pyłu stwierdzili, że skala 

rozbudowy jest olbrzymia - powiększała istniejącą poczekalnię przynajmniej 
dwukrotnie, a i to licząc tylko część widoczną. Drużyny aniołów w kaskach 

ochronnych krążyły po budowie, niektóre dźwigały młoty pneumatyczne, inne 
zajmowały się stolarką, budując ze świeżo wyciosanej przestrzeni pomieszczenie 

jak się patrzy.
— Nie mamy czasu się gapić - rzucił Barry. - Ktoś mógłby

nas zobaczyć.
Cała trójka ruszyła szybko na koniec rusztowania. Barry przesunął się do przodu.

— Kiedy zacznę biec - powiedział - wy też biegnijcie. Ostrożnie wystawił głowę 
na zewnątrz. Strażnicy zajęli

swoje miejsca, lecz żaden nie był dość blisko, by go powstrzymać, toteż śmignął 
naprzód. Jeden ze strażników zauważył go.

— Stać! — ryknął i dmuchnął w gwizdek.
Nagle w powietrzu rozległ się ogłuszający łopot skrzydeł.

226
Barry odetchnął głęboko i przebiegł przez zasłonę, Lon podążył za nim. Widząc 

zbliżających się strażników, Sknerus zastanowił się szybko. Widział tu tak wiele 
nadarzających się okazji zarobku - znudzeni ludzie, uwięzieni, niemający nic do 

roboty... Ale po drugiej stronie zasłony mogło czekać jeszcze więcej ludzi.
Jak zwykle, chciwość zwyciężyła.

-A co mi tam — mruknął Sknerus i pogalopował na spotkanie tego, co czekało po 
drugiej stronie.

Dłoń anielskiego gliniarza minęła się o parę centymetrów z jego ogonem. Sknerus 
uniósł koński zad i mlasnął głośno na policjanta.

ROZDZIAŁ 13
Ostatnim, czego Barry spodziewał się po drugiej stronie, był widok kolejnego 

tłumu ludzi. A jednak ujrzał ich — cuchnących, krążących bez celu i głośno 
narzekających. Stado marud, odzianych, tak jak babcia Bei, w togi i sandały, 

powoli szurało nogami. Barry zagłębił się w tłum, oddalając się od wejścia; nie 
chciał, by jakiś anielski gliniarz zdołał sięgnąć przez nie i wyciągnąć go z 

powrotem.
Było dość ciemno — jak o zmierzchu - a oni wszyscy stali na brzegach parującej, 

wzburzonej rzeki. Ciężka, wilgotna atmosfera przypominała londyńskie metro w 
sierpniu albo wnętrze wyjątkowo dojrzałej sterty kompostu. Barry ściągnął przez 

głowę ciepłą, odświętną szatę, odsłaniając dżinsy i koszulkę z napisem: jestem z 
głupkiem.

background image

— Co tu się dzieje? — spytał najbliższego człowieka. Facet był lekko 
przezroczysty, co oznaczało, że pewnie

coś wiedział.
- Masz dziwne ubranie - odparł tamten. - Czemu nazywasz mnie głupkiem?

228
I

- Uhm... W moim kraju to forma powitania.
Barry nie był w nastroju, żeby znosić przytyki ducha. Zobaczył przeciskającego 

się przez tłum Łona i zaczął się zastanawiać, jak przyjaciel poradziłby sobie w 
bójce.

- To śmieszne - prychnął mężczyzna — oburzające. Jak taki bezczelny młodzik jak 
ty, świeżo z katafalku, śmie obrażać strój szlachetnego Rzymu.

Bingo! Barry nie wierzył własnemu szczęściu.
- No dobrze, dobrze, przepraszam. To wina czasów współczesnych.

- Przyjmuję przeprosiny. Czy tam na górze jeszcze się pogorszyło? - spytał ze 
złośliwą radością mężczyzna.

- Nie uwierzyłbyś - odparł Barry. - Co robicie tu wszyscy?
- Nikt z nas nie ma pieniędzy na przeprawę - wyjaśnił mężczyzna. - Hej! - 

Najwyraźniej przezroczystość nie chroniła przed radosnymi zapędami Łona.
- Kto wami kieruje?

- Chyba ten człowiek. - Mężczyzna wskazał ręką zarośniętego jak hippis faceta, 
opartego o dziób barki. Pogrążony w lekturze książki drapał się z roztargnieniem 

po niezwykle brudnym ciele.
Barry dostrzegł przechodzącego przez zasłonę Sknerusa. Pomachał mu.

- Hej, Lassie, tutaj! - rzucił. Sknerus podszedł do niego.
- Lassie to pies - przypomniał. - Ja jestem koniem.

- Przepraszam, ale... - Jegomość, z którym rozmawiał Barry, pociągnął go za 
rękaw. -Ten koń mówi, i to swoim...

- Wiemy - uciął Barry.
229

- Ma pan może gumę? - spytał Lon. Barry poszukał portfela.
- Chodźcie ze mną, chłopaki — polecił.

Prowadząc za sobą Łona i Sknerusa, przecisnął się na czoło grupy. Po śmierci 
stał się jeszcze bardziej asertyw-ny - zgromadzeni wydawali z siebie 

najróżniejsze odgłosy protestu. Barry wyjął portfel i wyciągnął z niego banknot 
tysiącfuntowy.

Przewoźnik, najwyraźniej nawykły do hałasu, czytał książkę Podstawy zarządzania 
bazami danych dla umarłych. Jednakże pieniądze Barry'ego przyciągnęły jego 

uwagę.
Wyćwiczonym gestem, szybszym niż u jakiegokolwiek śmiertelnika, chwycił banknot 

i wsadził do kieszeni.
- Wsiadać - polecił.

- Hej, Szaron! — zawołał jeden z nieboszczyków. — To wystarczy na przeprawę nas 
wszystkich.

- Nazywam się Charon, błaźnie - odparł Charon. - Spytaj tego gościa. To jego 
kasa.

- Mógłbym dostać resztę? - zapytał Barry. Odpowiedział mu chór gwizdów i buczeń.
- Wrzućmy go do rzeki! - zawołał ktoś.

Gdy Barry się obejrzał, jego wzrok przyciągnął szkielet piranii wyskakującej z 
wody i kłapiącej zębami niczym ka-stanietem.

- No dobra, dobra - rzekł. - Ja stawiam.
Poklepywany serdecznie po plecach, miał tylko nadzieję, że Charon nie przyjrzy 

się zbyt uważnie widocznej na banknocie królowej - przynajmniej dopóki nie dotrą 
na drugą stronę.

230

***

Woda Styksu była niewiarygodnie brudna - słona i gęsta jak budyń; unosiły się w 
niej kurze kości, puste opakowania po chipsach i zużyte prezerwatywy. Od czasu 

do czasu na powierzchnię przebijał się bąbel gazu i rzeka bekała donośnie. Lon 
namiętnie obszczekiwał owe bąble.

background image

- Hej, człowieku, każ swojemu ogarowi się przymknąć — powiedział Charon.
- Sam się przymknij się, Charon — odparł jeden z cieni. — Zapłacił za przejazd 

tak jak reszta z nas. Bardzo proszę, szczekaj sobie, dziwny człowieczku. - 
Martwi okazali się bardzo demokratyczni.

Charon wymamrotał coś nieprzychylnego i podjął rozmowę z otaczającymi go 
cieniami.

- Owszem, to stała praca, ale brak możliwości rozwoju, żadnych awansów. 
Myślicie, że Pluton zechciałby umrzeć? — Parsknął z niesmakiem i strzyknął śliną 

między zębami. -Nie ma mowy. Dlatego właśnie uczę się programowania.
Kilka cieni wybuchnęło śmiechem.

- Proszę, śmiejcie się do woli - rzekł Charon. -Ale wierzcie mi, to jest 
prawdziwy zawód, nie przewożenie waszych żałosnych dusz tam i z powrotem. Praca 

w biurze, z klimatyzacją i czystą wodą. Żadnych piranii z niezliczonymi zębami i 
bardzo niewiele prawdziwych demonów. A poza tym parę razy do roku jeździ się na 

zjazdy. Wiecie, ilu ludzi zjawiłoby się na zjeździe piekielnych przewoźników?
- Ilu? - spytał Barry. Najwyraźniej nuda stanowiła nieodłączną część pobytu w 

Podziemiu.
231

— Jeden! - odparł z goryczą Charon. - Gdyby urządzili go w Las Vegas. W 
przeciwnym razie nie jadę.

Barry, Lon i Sknerus zeszli z łodzi. Charon wyciągnął rękę.
— Zazwyczaj klienci dają napiwki. Barry spojrzał na niego.

— Zgłupiałeś? Zapłaciłem ci tysiąc funtów!
— Skąpiradło - warknął Charon i dał sobie spokój. Nieco później z daleka dobiegł 

ich słabnący głos:
— To ludzie tacy jak wy zrujnowali ten biznes!

— Zamknij się! - zawołali chórem Barry i Sknerus.
— Prawdziwy z niego klown, co? - mruknął Barry. Lon warknął; obrócili się 

szybko.
— Ten jest jeszcze zabawniejszy — zauważył Sknerus. Przed sobą ujrzeli 

olbrzymiego, czarnego psa. Warczał
na nich zjeżony. Każda z trzech masywnych, ciężkich głów kończyła się pyskiem 

pełnym ostrych zębów. Ociekająca cuchnącą, jadowicie zieloną i zapewne trującą 
śliną straszliwa bestia patrzyła na trzech magów z miną wyraźnie mówiącą: 

Którego z was mam pożreć pierwszego?
— Co za diabelstwo? — szepnął Barry.

— Właśnie - odparł Sknerus.
— Zapłaciliśmy za przejazd - poinformował psa Barry. Stwór ani drgnął; cały czas 

wyraźnie rozważał ich atrakcyjność jako przekąski.
— Nie przepuści nas, bo nie jesteśmy starożytnymi Grekami ani Rzymianami - 

wyjaśnił Sknerus. - Nie mamy
232

numerka. Czytałem o nim. Ma imię ma Ceber, albo jakoś tak.
- Szlag - jęknął Barry.

Czyżby wymknął się z poczekalni i przeprawił przez Styks tylko po to, by 
skończyć jako karma dla psa? Wówczas książka skończyłaby się naprawdę dołująco.

- Mógłbym go prześcignąć — wyszeptał Sknerus.
- Mów głośniej — poprosił Barry - stoję z przodu.

- Powiedziałem: mógłbym go prześcignąć. - Sknerus uskoczył w prawo. Ceber 
zareagował tak szybko, blokując mu drogę, że odnieśli wrażenie, że stwór potrafi 

się teleportować.
- No dobra, nie mógłbym - przyznał Sknerus.

- To niesprawiedliwe. - Barry starał się nie patrzeć w trzy pary płonących, 
żółtych oczu, unikając też wzrokiem rzędów ostrych, praworządnych kłów. - No 

dobra, jeśli chcesz nas zabić, świetnie, ale gdzie w tym zabawa? Wiesz, że 
potrafisz nas zabić, i my też to wiemy. Może więc dasz nam szansę?

- Zdajesz sobie chyba sprawę, że mówisz do psa? - przypomniał Sknerus.
- A masz lepszy pomysł? — spytał z irytacją Barry i podjął gadkę, zwracając się 

do Cebera: - Naprawdę, zastanów się nad tym. Jesteśmy zwykłymi facetami 
próbującymi dostać się do Podziemia — nie uciec, podkreślam, tylko dostać się do 

środka. Czemu miałbyś przejmować się tym, że chcemy się poddać wiekuistym 
torturom? Może jesteśmy masochistami? Chcesz tak siedzieć i osądzać naszą 

background image

orientację seksualną? To okropnie zacofane.
233

-Właśnie - przytaknął bez specjalnego przekonania Sknerus. Nie sądził, by plan 

Barry'ego się powiódł, ale z drugiej strony na razie wciąż oddychali. To już 
coś.

Bogata argumentacja Barry'ego na temat polityki seksualnej masochizmu miała 
skrywać fakt, iż w istocie nie dysponował żadnym planem. Jednakże gadanina 

odrobinę odwróciła uwagę bestii. Gdy Barry gadał i gadał, Lon zauważył niewielką 
piszczącą kość z miękkiego plastiku (pozostawioną tam przez greckiego bohatera) 

i puścił się ku niej biegiem. Choć piekielny, Ceber także był psem, obdarzonym 
wszystkimi słabościami psiego ciała i ducha. Zafascynowany, również popędził w 

stronę kości.
— Lon! - wrzasnął Barry. — Nie!

To, co zrobił Lon, było tak nieoczekiwane, że kompletnie zaskoczyło trzygłowego 
strażnika Hadesu. Lon bezpiecznie dotarł do celu, a skoro zdobył już zabawkę, 

zamierzał ją zatrzymać. To zaś oznaczało ucieczkę. Rzucił się zatem w stronę, z 
której przybyli - w kierunku rzeki.

— Lon, chodź tu! — zawołał Barry.
Sknerus machnął ogonem, wymierzając Barry'emu solidny cios w głowę.

— Oszalałeś? Chodźmy, zanim ten pies wróci. -Ale Lon...
Barry obejrzał się w stronę rzeki. O dziwo, jednak Lon wyraźnie się trzymał. 

Uganiali się wokół siebie z piekielnym strażnikiem, na zmianę wpadali do rzeki, 
obryzgując wodą siebie i Charona przywożącego nowych przybyszów. W chwilę 

później zabawka poszła w zapomnienie — Lon i Ceber kręcili wokół siebie ósemki. 
Obaj znaleźli sobie partnera do zabawy.

234

- Masz rację - mruknął Barry. - Ruszajmy.
Barry i Sknerus, nienękani przez nikogo, przestąpili olbrzymie wrota z kości 

słoniowej, prowadzące do Podziemia. Za nimi odkryli, że znaleźli się na łące 
barwy popiołu, ciągnęła się na wiele mil we wszystkie strony pod ołowianym 

niebem.
Barry spojrzał na — i jakimś cudem przez — swoją dłoń. Im dłużej tu przebywał, 

tym bardziej tracił swe barwy.
- Brakuje mi kolorów — mruknął.

- Mnie też - odparł Sknerus.
Po długim marszu przez szare pola w końcu znaleźli ścieżkę ułatwiającą dalszą 

wędrówkę. Wokół nich duchy łączyły się i rozdzielały, przemykały w powietrzu 
niczym stado nietoperzy. W końcu trawy zaczęły się przerzedzać. Z wysokości 

grzbietu Sknerusa Barry zauważył coś ciekawego: przed nimi zbiegały się trzy 
ścieżki.

- Skrzyżowanie — oznajmił Barry. — Coś jak miejsce, do którego idzie się, by 
zaprzedać duszę diabłu w zamian za superowe akordy gitarowe albo coś w tym 

stylu.
- Diabeł już nas ma - przypomniał ponuro Sknerus. — Albo miałby, gdybyśmy byli w 

piekle chrześcijańskim zamiast rzymskiego.
W chwili, gdy dotarli do skrzyżowania, usłyszeli słaby wybuch.

- Cienie! - zagrzmiał czyjś głos i dym zaczął gęstnieć w ludzką postać.  — 
Jestem Hekate,  bogini czarownic i mieszkańców Podziemia. Choć macie dziwaczne 

stroje,
235

to wam nie pomoże. Szykujcie się na spotkanie ze swym losem!
- Co zamierzasz zrobić? Zabić nas? — wymamrotał Skne-rus.

- Słyszałam, koński mądralo. - Bogini przyjęła postać pomarszczonej, lecz wciąż 
zaskakująco pociągającej staruszki spowitej w czarny aksamit.

- O Hekate, nie zabijaj nas. - Barry zsiadł ze Skneru-sa i skłonił głowę. — 
Szukamy kogoś, młodej czarownicy, która przedwcześnie musiała opuścić ziemski 

padół... Dziewczęcia czystego  serca,   niesprawiedliwie zesłanego w otchłań.
— Chwileczkę — przerwała mu Hekate. — Ja cię znam. To ty jesteś czarodziejem, 

który nas ujawnił, Barrym jakoś tam.
Wszystkie pory w skórze Barry'ego otwarły się jednocześnie ze strachu.

background image

- O nie, to nie ja - wyjąkał. - Z pewnością myślisz o kimś innym.
— Nie sądzę - rzekła. — Gazety, choć powoli, w końcu jednak tu docierają. Pokaż, 

co masz pod włosami.
— Czy to naprawdę konieczne? — spytał Barry. Gniewne spojrzenie bogini 

przekonało go, że to było pytanie retoryczne. Odgarnął grzywkę.
— Aha! Wiedziałam, że ty jesteś tym idiotą — warknęła Hekate. - Czekałam na 

ciebie, mój odurzony sławą chłopcze. To przez ciebie tysiące lat cudownej 
tajemniczości poszło w diabły. Teraz każdego czarodzieja i każdą czarownicę 

nieustannie nachodzą tłumy Gumoli, pragnących nauczyć się magii. Nikt nie ma 
czasu na właściwe inkantacje. Wciąż

236
tylko mnie przywołują, narzekają i powtarzają: „Hekate, proszę, zechciej porazić 

wkurzającego kolegę ze szkoły mojej córki, bym mógł w końcu coś zrobić". Albo: 
„Hekate, proszę, zmuś dzieciaki z sąsiedztwa, by w ten Halloween zostawiały 

gdzie indziej płonące torebki z psimi gówienkami". Ta książka wywołała ogromne 
zamieszanie, synu. — Hekate przywołała gumową rękawiczkę, którą z trzaskiem 

naciągnęła na dłoń. W następnej chwili rękawiczka rozjarzyła się niczym płynna 
stal. - Przygotuj się na zapłatę, mości czarodzieju. Zdejmuj spodnie.

- Zaczekaj! — wykrzyknął przerażony Barry. - To nie moja wina! A co z autorką?
Hekate lekceważąco machnęła ręką.

- Recenzje to już dostateczna kara. - Postąpiła krok naprzód. - Szykuj się na 
badanie prostaty, którego nigdy nie zapomnisz.

- Zaczekaj! — Barry umknął za Sknerusa. — Zawsze wstydziłem się kobiet lekarek.
- Nieźle, nieźle - przyznała bogini. - Ale trzeba było o tym pomyśleć, nim 

stałeś się sławny.
Barry przykucnął za pośladkiem Sknerusa, próbując stać się jak najmniejszy i 

ukryć za barierą końskiego ciała, chroniącego go przed płonącą rękawiczką 
wściekłej bogini. W chwili, gdy napiął mięśnie, gotów rzucić się do ucieczki, 

Sknerus odchrząknął i zarżał. Ponieważ nie był prawdziwym koniem, zabrzmiało to 
dosyć żałośnie i w dodatku z niewłaściwego końca.

- Bezczelne zwierzę! - wykrzyknęła bogini. - Tobą zajmę się w następnej 
kolejności.

Barry- dostrzegł minę Sknerusa.
237

- Nie, bogini - rzekł. — On chyba próbował cię przeprosić.
— Pierdzenie nie jest dobrą metodą łagodzenia gniewu bogów, robaku - warknęła 

Hekate. - Gdyby tak było, chrześcijanie  urządzaliby  nabożeństwa po  lunchu, 
nie przed. I przestań się chować! To cię zaboli dużo mocniej niż mnie.

Barry wstał, ogarnięty nagłą irytacją.
Sknerus usiłował zmusić swój pysk do przybrania zalotnej końskiej miny, lecz 

jako że należał do innego gatunku i w dodatku kontrolował ją z niewłaściwej 
strony, nie szło mu to nadzwyczajnie. Zwrócił jednak na siebie uwagę Hekate. 

Znów zarżał.
— Twój koń wyraźnie ma wiatry — oznajmiła bogini. — Spójrz tylko, jak się 

krzywi. - Wskazała ręką.
Sknerus zachowywał się jak ktoś oszołomiony i mający poważne kłopoty zdrowotne. 

Mimo wszystko jednak coś w tej mieszance pociągało boginię.
Przez chwilę z namysłem przyglądała się Sknerusowi.

- Mam propozycję, chłopcze — rzekła w końcu. - Wymiana. Ten tu ogier w zamian za 
twoją...

— Tak. - Barry spróbował się uśmiechnąć. — Weź go i zabierz tę rozpaloną 
rękawicę.

Rękawiczka zgasła. Hekate zdjęła ją z trzaskiem.
- Barry - syknął Sknerus. - Podejdź tu.

- O co chodzi? - Barry nadal uśmiechał się sztucznie.
— Nigdy nie uprawiałem seksu jako koń. A jeśli jestem gejem?

- Jakiś problem? — spytała Hekate.
— Tak — rzekł głośno Sknerus.

238

- Nie - rzucił Barry jeszcze głośniej. - Po prostu cierpi na wzdęcie.
- Ma jakieś dokumenty? — spytała bogini.

background image

- Oczywiście - odrzekł Barry. - Ale je zgubiłem. Rzecz jasna to ogier czystej 
krwi. Weź go, jest twój.

- No dobrze. Dołączy do mojego haremu, by zaspokajać mnie, gdy przybieram postać 
klaczy.

- Jak sobie życzysz. Z pewnością okaże się bardzo, uhm, fachowy.
Sknerus chlasnął go ogonem.

- Czemu tak uważasz? - Hekate przywołała kostkę cukru i podała ją Sknerusowi.
- Uhm. - Barry zaczął rozpaczliwie kombinować. — Kiedyś czytywałem mu Kamasutrę.

- Barry, ja nie znam Kamasutry - syknął cicho Sknerus.
- Zamknij się, coś wymyślisz — wymamrotał Barry, przysuwając twarz do końskiego 

zadu.
- A teraz, cieniu, odejdź stąd, nim zmienię zdanie - poleciła Hekate.

- Ale, bogini, nim odejdę, czy mogłabyś pomóc mi znaleźć osobę, której szukam?
Hekate gniewnym gestem potargała sobie brwi.

- Wiesz co? Jesteś jeszcze bardziej irytujący, niż twierdzili wszyscy petenci. 
Pokaż to zdjęcie.

Barry posłuchał.
- Przeszła tędy niezbyt dawno temu - oświadczyła Hekate. - Oczywiście, że ją 

znam. To czarownica, jedna z nielicznych dość miłych, by nie zawracać mi wciąż 
głowy.

- Czystej krwi czy Gumolka? - spytał Barry. - Po prostu jestem ciekaw.
239

— Czystej, naprawdę rasowa sztuka.
- Wiesz, gdzie jest teraz?

- Idź spytaj Persefonę. Polubiła tę dziewczynę, ciągle gadają o książkach i 
różnych takich. Mnie osobiście nie obchodzą te wszystkie bzdury. W każdej 

książce, jaką zdarzyło mi się czytać, czarownice cieszyły się złą sławą. 
Stereotypy z czasem robią się męczące. Idź tą ścieżką - wskazała ręką -i spytaj 

Persefonę. Całkiem możliwe, że są teraz razem.
Po tych słowach bogini i jej nowy małżonek zniknęli.

— Żegnaj, Sknerusie! - zawołał Barry z nadzieją, że ojciec chrzestny wciąż go 
słyszy, i ruszył naprzód.

***
Stojąc na szczycie wzgórza, Barry rozejrzał się — ze wszystkich stron otaczały 

go pola asfodeli. W oddali pasło się stadko nieochrzczonych dzieci. Dla czystej 
zabawy Barry wrzasnął; spłoszone niemowlęta odraczkowały z oszałamiającą 

prędkością, wzbijając w powietrze gęsty pióropusz kurzu.
Śmiejąc się do rozpuku, Barry zszedł ze wzgórza. Na dole ścieżka się 

rozgałęziała. Na jednym drogowskazie wypisano: SAMOBÓJCY TĘDY.
Barry przystanął. Technicznie rzecz biorąc, on także się zabił sam, ale nie 

znajdował się wcale w depresji ani nic takiego. Poza tym wątpił, by samobójcy 
stanowili ciekawe towarzystwo. Postanowił trzymać się głównej ścieżki i na 

wszelki wypadek przygotować sobie naprawdę przekonującą wymówkę.
240

Nie zaszedł daleko, gdy nagle pojawił się przed nim cień, wyraźnie próbujący coś 
sprzedać.

- Posłuchaj, koleś — rzekł, maszerując obok Barry'ego. — Właśnie zdobyłem 
transport dusz. Prawdziwa okazja, spadły z ciężarówki.

- Ach tak? — odparł Barry. — To brzmi nielegalnie.
- Nie, nie, nie, nie, nie — zaprotestował szybko cień. Barry przygwoździł go 

powątpiewającym spojrzeniem.
- No dobra, tak.

Barry nieco przyspieszył kroku, cień także.
- Mam przyjaciela na górze, który... W każdym razie, jeśli chciałbyś wrócić 

wcześniej - a kto nie chce, prawda? — będziesz potrzebował duszy. Albo zaczekasz 
tysiąc lat, tak jak reszta frajerów, albo...

- Posłuchaj, koleś - odparł Barry - oszczędź sobie. Nie umarłem wczoraj. — 
Oczywiście Barry umarł wczoraj, ale to, czego nie wiedział cień, nie mogło 

background image

zranić Barry'ego. -Szukam dziewczyny, Bei Thompson. — Wyciągnął portfel i 
pokazał cieniowi zdjęcie.

- Młoda - odparł tamten.
- Ma piętnaście lat, tak jak ja. W pewnym sensie.

- To znaczy? — zdziwił się cień.
- To znaczy, tak naprawdę mam trzydzieści dziewięć, ale w umyśle znów jestem 

piętnastolatkiem i szukam tu innej piętnastolatki, bym znów mógł zostać 
trzydziestodziewię-ciolatkiem. Tak naprawdę nadal żyję.

- Każdy tak mówi. — Cień pociągnął nosem. - Najstarsza historyjka.
- Możesz wierzyć w co chcesz. - Barry schował zdjęcie.

241

- Powodzenia — rzucił cień. — Mam nadzieję, że ją znajdziesz. Wieczność jest 
zbyt długa, by spędzać ją samotnie. A jeśli zmienisz zdanie co do dusz, będę 

tutaj.
Barry znów przyspieszył. Fakt, że miał całą wieczność, by odnaleźć Beę, nie 

oznaczał, że chciał zostać w zaświatach. Były naprawdę okropne. Szare. Pełne 
popiołów i pyłu. I wszyscy go drażnili.

Wszędzie wokół kołysały się sięgające oczu asfodele. Właśnie gdy Barry zaczął 
się zastanawiać, czy jeśli nawet znajdzie Beę, w ogóle ją zauważy, dostrzegł, że 

roślinność znów się przerzedza. Tu i tam wyrastały czarne topole, a niektóre 
spłachetki wyglądały na świeżo skoszone. Od czasu do czasu na równinie pojawiały 

się łagodne, niskie wzgórza. Był to dość przyjemny widok - jak na zaświaty.
Tuż przy ścieżce ustawiono dystrybutor z wodą pitną. Stały przy nim dwa cienie, 

napełniające kolejne papierowe kubki i wychylające je szybko. Widok był 
zachęcający; po długim marszu Barry czuł coraz większe pragnienie.

- Czy któryś z was ma dodatkowy kubek? - spytał. Cień wręczył mu jeden. - Dzięki 
- mruknął Barry. Wyjął zdjęcie Bei i podał cieniowi. - Szukam tej dziewczyny. 

Widziałeś ją może? Nazywa się Bea Thompson.
- Och, tu nikt nie używa imion ani nazwisk - oznajmił drugi cień.

- Wszystko jest bardzo nieformalne — dodał pierwszy.
- Może choć wygląda znajomo? - Barry zaczął napełniać kubek.

- Ojej. - Pierwszy cień westchnął. - Szkoda, że nie spytałeś pięć minut temu, 
nim się napiłem.

- Czemu? - Barry uniósł kubek do ust.
242

- Powodzenia - rzucił cień. - Mam nadzieję, że ją znajdziesz. Wieczność jest 

zbyt długa, by spędzać ją samotnie. A jeśli zmienisz zdanie co do dusz, będę 
tutaj.

Barry znów przyspieszył. Fakt, że miał całą wieczność, by odnaleźć Beę, nie 
oznaczał, że chciał zostać w zaświatach. Były naprawdę okropne. Szare. Pełne 

popiołów i pyłu. I wszyscy go drażnili.
Wszędzie wokół kołysały się sięgające oczu asfodele. Właśnie gdy Barry zaczął 

się zastanawiać, czy jeśli nawet znajdzie Beę, w ogóle ją zauważy, dostrzegł, że 
roślinność znów się przerzedza. Tu i tam wyrastały czarne topole, a niektóre 

spłachetki wyglądały na świeżo skoszone. Od czasu do czasu na równinie pojawiały 
się łagodne, niskie wzgórza. Był to dość przyjemny widok - jak na zaświaty.

Tuż przy ścieżce ustawiono dystrybutor z wodą pitną. Stały przy nim dwa cienie, 
napełniające kolejne papierowe kubki i wychylające je szybko. Widok był 

zachęcający; po długim marszu Barry czuł coraz większe pragnienie.
- Czy któryś z was ma dodatkowy kubek? - spytał. Cień wręczył mu jeden. - Dzięki 

— mruknął Barry. Wyjął zdjęcie Bei i podał cieniowi. — Szukam tej dziewczyny. 
Widziałeś ją może? Nazywa się Bea Thompson.

- Och, tu nikt nie używa imion ani nazwisk - oznajmił drugi cień.
- Wszystko jest bardzo nieformalne - dodał pierwszy.

- Może choć wygląda znajomo? - Barry zaczął napełniać kubek.
- Ojej. - Pierwszy cień westchnął. - Szkoda, że nie spytałeś pięć minut temu, 

nim się napiłem.
- Czemu? - Barry uniósł kubek do ust.

242
- Ta woda jest wyjątkowa — wyjaśnił drugi cień. — Wymazuje wszystkie 

background image

wspomnienia.
- Tak. — Pierwszy roześmiał się. — Pijemy, by zapomnieć. Barry z pełnymi ustami 

wypluł wszystko gwałtownie,
ochlapując oba cienie.

- Nie tak się to robi — upomniał go drugi. — Trzeba połknąć, nie wypluć. To 
znaczy, chyba... Sam nie j estem pewien.

- Tak, dzięki, to miłe z twojej strony - rzekł pierwszy. — Choć już nie 
pamiętam, co.

Lekko wstrząśnięty Barry odebrał mu zdjęcie i odszedł szybko, gorączkowo 
próbując przypomnieć sobie różne rzeczy.

- Miły koleś — powiedział pierwszy cień.
- O jakim kolesiu mówisz? - spytał drugi.

- Zapomniałem - przyznał pierwszy.
Barry niczego nie zapomniał. A nawet, maszerując naprzód, odkrył, że jeśli mocno 

się skupi, potrafi przypomnieć sobie rzeczy, które się nie zdarzyły. Normalna 
sprawa, zawsze to umiał.

Pokonawszy zakręt, wspominał właśnie chwile spędzone na gorącym seksie z 
siedmioma czadowymi supermodelka-mi, gdy ujrzał siedzącą pod drzewem Beę.

Nagle zawstydzony swoimi myślami, spróbował wyobrazić sobie szczeniaczki. Puścił 
się ku niej biegiem.

- Bea! - krzyknął.
Zatopiona w lekturze dziewczyna uniosła głowę, odwróciła i ujrzała Barry'ego.

243
- O, cześć - mruknęła.

Ton głosu Bei sprawił, że Barry zawahał się przed chwyceniem jej w objęcia.
- To wszystko? Zwykłe „cześć"? - Zatrzymał się, utrzymując uprzejmy dystans, i 

usiadł. — Wszędzie cię szukałem.
-Ja nigdzie się nie ruszam, odkąd trafiłam tu dzięki temu twojemu zaklęciu. - 

Bea zamknęła książkę i odłożyła na leżący obok niewielki stosik. - Czy to 
znaczy, że nie żyjesz? — spytała z lekką nutką nadziei w głosie.

- Nie - odparł Barry. - To znaczy, tak. Przynajmniej w umyśle. Bo tak naprawdę 
chyba nie, ale jestem tu, więc... Sam już nie wiem.

- Nie rozumiem - przyznała Bea.
- To jest nas dwoje — odparł. - Już dawno odkryłem, że w takich sytuacjach 

należy odprężyć umysł... Nie wygląda to nawet tak źle. — Rozejrzał się wokół. - 
Przynajmniej nie ma owadów. - Bea nie odpowiedziała, toteż Barry dodał: -Co 

czytasz?
- To książka o multiversum — wyjaśniła. — Teorii fizycznej, głoszącej, że 

jednocześnie istnieją sześćdziesiąt cztery różne wszechświaty.
- Brzmi nieźle - rzekł Barry z charakterystyczną, radosną tępotą. — Z fizyki 

pamiętam tylko, że Włosi nie słyszą transmisji radiowych, czy coś w tym stylu... 
O rany — podniósł książkę — ciężka.

- Nie zauważyłam - mruknęła Bea.
Tak, pomyślał Barry, niewątpliwie jest wkurzona.

- No więc... dużo czytasz?
244

- Owszem. Jak może zauważyłeś, nie ma tu zbyt wiele do roboty. Kiedy kończę 

książkę, wyrzucam ją w powietrze i pojawia się następna.
- Hrr... - wymamrotał Barry, szukając kolejnego tematu do luźnej pogawędki, 

nagle życie wydało mu się bardzo długie.
Bea źle go zrozumiała.

- Jak ona się miewa? Żałuję, że nie miałam okazji z nią porozmawiać. Sprawiała 
wrażenie interesującej dziewczyny.

— O, miewa się świetnie. — Czas na drażliwy temat. — Prawdę mówiąc, jest moją 
żoną.

— Te dwa stwierdzenia chyba wykluczają się wzajemnie. A zresztą, nie jesteś 
trochę za młody na małżeństwo?

— Nie... to znaczy, tak, to znaczy, sam nie wiem co znaczy. To znaczy, rozumiem, 
co sobie myślisz. Nie mam tylu lat, na ile wyglądam, to choroba...

- Owszem, nazywamy ją ignoracją. Barry puścił to mimo uszu.
— No tak. Próbuję powiedzieć, że tak naprawdę mam trzydzieści dziewięć lat i mój 

background image

lekarz zaproponował, żebym się zabił...
— Niezły lekarz — wtrąciła zimno Bea.

- ...I przyszedł tutaj, i cię znalazł, żebym znów mógł zacząć rosnąć. Boże, 
strasznie trudno to wytłumaczyć - dodał Barry.

— Zwłaszcza gdy ma się tak kiepskie narzędzia. Barry się nie spierał.
- Chciałbym więc zabrać cię z powrotem... no... na górę - dodał. — Spróbujesz?

245
— Nie sądzę, by to się dało tak załatwić - odparła Bea. — To raczej trwały 

układ.
- Daj spokój, Beo, spróbujmy, to przecież nie zaszkodzi. — Dostrzegł, że 

dziewczyna się łamie, zaczął więc naciskać. - Umarłaś tak młodo i głupio, i nie 
miałaś nawet czasu zrobić tylu wspaniałych rzeczy. Kto chciałby czekać aż tysiąc 

lat?
Bea wstała.

— No dobrze, spróbujemy. — Otrzepała spodnie. - Wątpię, by udało ci się coś 
zdziałać, ale chwilowo mam czytania potąd.

- Po prostu zostawisz tu książki? - spytał Barry.
— Tak — mruknęła Bea. - Od czasu do czasu zjawia się po nie bogini Persefona z 

niewielkim wózkiem.
- Hej, posłuchaj, czy ona i Hekate są les?

- Czemu pytasz? Z prostej, niewinnej ciekawości czy też zastanawiasz się, czy 
się z nią umówić? Bo gdyby spytała mnie o zdanie, nie radziłabym — oznajmiła 

Bea. — Tylko ci mówię.
— Nie, niedawno spotkaliśmy Hekate i wydawała się napalona. Otwarta na 

eksperymenty - wyjaśnił Barry. -W istocie zrobiła sobie z mojego przyjaciela 
seksualnego niewolnika.

— Magiczni ludzie są strasznie nieodpowiedzialni od pasa w dół - powiedziała 
Bea. — O czym sama przekonałam się boleśnie.

Pragnąc zmienić temat, Barry wskazał książki.
- Czy jest tu coś o komputerach?

- Nie. A czemu?
— A mogłabyś taką znaleźć? Może się przydać.

246
- Jasne - odparła Bea. - Po prostu trzeba zwrócić.

- Nie mówisz serio — jęknął Barry.
- O Boże, zapomniałam, jak wyrafinowanego słownictwa używasz, Barry. Chodzi mi o 

zwrot książek. Po prostu rzuć je w powietrze.
Tak też zrobili. Po pięciu minutach Barry złapał Kurs C++: droga do megamajątku 

i razem z Beą ruszyli w drogę.
Mniej więcej w połowie drogi Barry zagadnął Beę:

- Przypuszczam, że wciąż jesteś na mnie wkurzona.
- Przypuszczasz?!

- No cóż, przepraszam.
- Przepraszasz? - Bea nie ukrywała już wściekłości, uprzejma maska opadła. — Mam 

szczerą nadzieję! To ja przyszłam do twojej szkoły z nadzieją na dobrą zabawę i 
nie tylko nawet nie zatańczyłam i nie posłuchałam Beatlesów, których lubię, ale, 

nim upłynął wieczór, umarłam! A potem, co gorsza, musiałam siedzieć na tym polu 
Bóg jeden wie jak długo! - Pacnęła Barry'ego w ucho.

- Auu - jęknął Barry. - Przestań, Bea. To bolało!
- I co z tego? Chciałam, żeby zabolało. Co powiedziała moja babcia?

- Sfałszowałem list od ciebie, pisząc, że uciekłaś i dołączyłaś do Wizygotów.
- Nigdy bym tego nie zrobiła — oznajmiła Bea. - Za bardzo przejmuję się higieną 

osobistą. Była smutna?
- Nie sądzę. Chyba wiedziała, że w końcu sprowadzę cię z powrotem. Proroctwo i 

tak dalej.
247

- Cóż, cieszę się, że próbujesz wszystko naprawić, ale nadal uważam, że jesteś 
fiutem.

- Założę się, że teraz już wierzysz, iż potrafię czarować. -Barry usiłował 
zarobić jakieś punkty.

Bea prychneła.
- Zawsze wiedziałam, że potrafisz czarować, głupku. Tylko się z tobą droczyłam. 

background image

Teraz, gdy odkryłam, że ja też jestem magiczna, imponuje mi to jeszcze mniej.
- Daj spokój, Beo, to najdojrzalsze, co kiedykolwiek zrobiłem - mruknął Barry. - 

Mogłabyś' to docenić.
- Docenię, kiedy się stąd wydostaniemy.

- Czy ktoś powiedział „wydostaniemy"? — rozległ się nieziemski głos.
Barry i Bea odwrócili się gwałtownie. Obok nich stała piękna kobieta, mniej 

więcej dwa razy większa niż zwykli ludzie. Nie sprawiała wrażenia 
uszczęśliwionej.

Barry zaczął coś mówić.
Bea szturchnęła go mocno.

- Zamknij się — szepnęła. — O, cześć bogini, to mój stary kumpel Barry Trotter. 
Barry, Persefona, Persefona, Barry.

- Jak się miewasz? - spytała bogini. - Czy to na ciebie wkurzyła się Hekate? 
Mówi, że koń, którego jej dałeś, ma problemy z erekcją.

- Bogini — wtrąciła szybko Bea - posłuchaj, to przez Barry'ego tu jestem. Byłam 
z nim na randce i, no cóż, oszczędzę ci szczegółów. Umarłam. On mnie zabił.

- Mężczyźni - mruknęła z goryczą Persefona.
- Tak. - Bea zachichotała. - Ale co robić?

- Pobić go na miazgę? - zaproponowała Persefona. -Chcesz, żebym to zrobiła?
248

- Cóż, cieszę się, że próbujesz wszystko naprawić, ale nadal uważam, że jesteś 

fiutem.
- Założę się, że teraz już wierzysz, iż potrafię czarować. — Barry usiłował 

zarobić jakieś punkty.
Bea prychnęła.

- Zawsze wiedziałam, że potrafisz czarować, głupku. Tylko się z tobą droczyłam. 
Teraz, gdy odkryłam, że ja też jestem magiczna, imponuje mi to jeszcze mniej.

- Daj spokój, Beo, to najdojrzalsze, co kiedykolwiek zrobiłem - mruknął Barry. - 
Mogłabyś to docenić.

- Docenię, kiedy się stąd wydostaniemy.
- Czy ktoś powiedział „wydostaniemy"? - rozległ się nieziemski głos.

Barry i Bea odwrócili się gwałtownie. Obok nich stała piękna kobieta, mniej 
więcej dwa razy większa niż zwykli ludzie. Nie sprawiała wrażenia 

uszczęśliwionej.
Barry zaczął coś mówić.

Bea szturchnęła go mocno.
- Zamknij się - szepnęła. - O, cześć bogini, to mój stary kumpel Barry Trotter. 

Barry, Persefona, Persefona, Barry.
- Jak się miewasz? — spytała bogini. - Czy to na ciebie wkurzyła się Hekate? 

Mówi, że koń, którego jej dałeś, ma problemy z erekcją.
- Bogini — wtrąciła szybko Bea - posłuchaj, to przez Barry'ego tu jestem. Byłam 

z nim na randce i, no cóż, oszczędzę ci szczegółów. Umarłam. On mnie zabił.
- Mężczyźni — mruknęła z goryczą Persefona.

- Tak. - Bea zachichotała. - Ale co robić?
- Pobić go na miazgę? — zaproponowała Persefona. -Chcesz, żebym to zrobiła?

248

Barry naprawdę zaczął się pocić.
- Zapewniam, że z początku też o tym pomyślałam — odparła Bea. - Ale potem Barry 

wyjaśnił, że sam się zabił, tylko po to, by tu przybyć i sprowadzić mnie z 
powrotem. To zmieniło mój stosunek do niego. Odrobinę.

- Rozumiem - odparła Persefona. - Lepiej późno niż wcale.
- Tak właśnie powiedziałem! — wykrzyknął Barry. Persefona uśmiechnęła się i 

żołądek Barry'ego rozluźnił
się lekko. Potem jednak uśmiech zniknął.

- Ale znasz zasady, Beo. Gdy raz tu trafisz, nie możesz odejść wcześniej. Masz — 
Persefona odliczała na palcach — dziewięćset siedemdziesiąt sześć lat do dnia, 

gdy będziesz mogła powrócić. Nawet ja nie mogę odejść wcześniej.
- Wiem, bogini - przyznała Bea - i w zwykłych okolicznościach nawet bym o tym 

nie pomyślała. Ale gdy Barry tu trafił i wyjaśnił swój naprawdę głupi plan...
- Naprawdę głupi - powtórzyła ze śmiechem Persefona.

background image

- ...Pomyślałam: Czy jest lepszy sposób na wkurzenie Plutona niż ucieczka z 
Podziemia? Co ty na to? Właśnie do ciebie szliśmy - skłamała.

Persefona zastanawiała się, a z jej twarzy nie znikał uśmiech.
- To naprawdę by go wpieniło — przyznała.

- Można to nawet uznać za cios zadany w imieniu kobiet całego świata - wtrącił 
Barry.

Bea mocno nadepnęła mu na nogę. Persefona zauważyła to i roześmiała się.
- Młody czarodzieju, wyraźnie potrafisz postępować z damami, ale masz rację. 

Byłby to pewien cios, a szczerze
249

mówiąc, nie wydaje mi się, by Hekate chciała cię tu zatrzymać. - Poprawiła 
szatę.

Barry zaklął w duchu - wcześniej widział fragment jej biustu.
- Pozwolę wam odejść aż do rzeki. Potem musicie radzić sobie sami.

- A co z Plutonem? - spytała Bea.
Pluton kierował Podziemiem. Oszustwem zmusił Perse-fonę do spędzenia z nim 

części każdego roku. Przypominało to antywakacje.
- Nie martwcie się o Plutona - oznajmiła Persefona -zajmę go.

- Ale jak? - naciskała Bea.
- Moja droga. — W głosie Persefony zabrzmiało lekkie znużenie. — Jeśli musisz 

pytać, to cieszę się, że wracasz. Za pierwszym razem na świecie zaznałaś 
stanowczo za mało rozrywek. Po prostu idźcie w stronę Styksu najszybciej, jak 

umiecie, a ja będę leżeć i myśleć o Rzymie.
- Dalej sami sobie poradzimy. — Barry uniósł książkę.

- To dobrze - rzekła Persefona. - Bo nie potrafię wam pomóc przeprawić się przez 
rzekę. Charon to stary maruda - wieczność pracy w sektorze usługowym tak działa 

na ludzi. A teraz ruszajcie. Wiesz, Barry Trotterze, jak na takiego frajera, 
wydajesz się całkiem niefrajerowaty.

mówiąc, nie wydaje mi się, by Hekate chciała cię tu zatrzymać. - Poprawiła 
szatę.

Barry zaklął w duchu - wcześniej widział fragment jej biustu.
— Pozwolę wam odejść aż do rzeki. Potem musicie radzić sobie sami.

— A co z Plutonem? - spytała Bea.
Pluton kierował Podziemiem. Oszustwem zmusił Perse-fonę do spędzenia z nim 

części każdego roku. Przypominało to antywakacje.
— Nie martwcie się o Plutona - oznajmiła Persefona -zajmę go.

— Ale jak? — naciskała Bea.
— Moja droga. — W głosie Persefony zabrzmiało lekkie znużenie. — Jeśli musisz 

pytać, to cieszę się, że wracasz. Za pierwszym razem na świecie zaznałaś 
stanowczo za mało rozrywek. Po prostu idźcie w stronę Styksu najszybciej, jak 

umiecie, a ja będę leżeć i myśleć o Rzymie.
— Dalej sami sobie poradzimy. - Barry uniósł książkę.

— To dobrze - rzekła Persefona. - Bo nie potrafię wam pomóc przeprawić się przez 
rzekę. Charon to stary maruda — wieczność pracy w sektorze usługowym tak działa 

na ludzi. A teraz ruszajcie. Wiesz, Barry Trotterze, jak na takiego frajera, 
wydajesz się całkiem niefrajerowaty.

ROZDZIAŁ 14
 POPOffiDulE

Szczęście wyraźnie sprzyjało Barryemu: Ceber, bez wątpienia zabawiający się z 
Łonem, gdzieś zniknął, a podręcznik komputerowy sprawił, że Charon z radością 

przewiózł go z Beą z powrotem przez Styks.
Otrzepując się z kurzu, Bea i Barry wyszli z Podziemia i znaleźli się z powrotem 

w czarodziejskiej poczekalni.
- Co, do diabła...? — rzucił najbliższy anielski glina. — Nigdy nie widziałem, 

by ktoś stąd wychodził.
Barry go usłyszał.

- To niezbyt przyjemne miejsce — poinformował strażnika. -1 nie polecam 
dłuższego pobytu.

- Proszę go nie słuchać, nie jest aż tak źle - wtrąciła Bea. - Człowiek 
przywyka.

Znaleźli dwa puste miejsca i usiedli.
- I co teraz? - spytała Bea.

background image

-Teraz czekamy — odparł Barry. - Osądzają właśnie wszystko, co zrobiłem na 
Ziemi.

251

— Nie jestem za to odpowiedzialna - zaprotestowała szybko.
— Wiem. Uspokój się, głuptasie. Kiedy mnie wezwą, opowiem o tobie i o tym, że to 

jedno wielkie nieporozumienie.
— Jeśli pozwolisz, wolałabym mówić sama za siebie -oznajmiła Bea.

— Dobra. - Barry wstał. - Idę po jakieś pisma. Przynieść ci?
— Czy są naprawdę stare?

— Pewnie nawet starsze.
— Nie, dzięki — odparła. - Chyba że znajdziesz coś z krzyżówką.

Gdy Barry szedł w stronę stojaków z pismami, świadomość, iż właśnie jest 
poddawany osądowi i być może spędza ostatnie kilka chwil poza piekłem, nawet go 

nie dręczyła. Oczywiście nikogo nie zachwyca idea niekończących się tortur, lecz 
powrót i odnalezienie Bei odrobinę wyrównały rachunki. A co do reszty... Był 

taki jaki był i jeśli miało to oznaczać wieczne potępienie, cóż, pozostaje mu 
tylko pisać paskudne listy do odpowiednich władz w przerwach pomiędzy sesjami 

pojenia roztopionym ołowiem.
Po czasie, który ciągnął się jak wieczność - i może faktycznie nią był — Barry 

usłyszał dźwięczący w głośnikach głos.
— Barry Trotter. Barry Trotter jest proszony do okienka

czternaście.
252

- Chodź - rzucił do Bei.

Dziewczyna przygładziła nerwowo włosy, razem ruszyli naprzód.
Pan Abercrombie już na nich czekał.

- Panie Trotter — rzekł — nie powinienem komentować zawartości akt, ale muszę 
przyznać, że nieźle pan sobie po-używał.

Barry nie wiedział co odpowiedzieć.
- Dzięki?

Urzędnik spojrzał na Beę.
- Panienko, musisz zaczekać na swą kolej. To sprawy niezwykle osobiste i poufne.

Bea odwróciła się i cofnęła parę kroków.
- Zaczekaj - zatrzymał ją Barry. — Panie Abercrombie, to jest Bea Thompson.

- Pańska siostra? — spytał pan Abercrombie.
- Boże, nie - zaprzeczyła Bea.

- Była moją dziewczyną. Mogę tak powiedzieć? - Zerknął na Beę.
- Owszem, przez jakieś dwa miesiące. A potem mnie zabiłeś!

- Przypadkiem! Przypadkiem! - Barry odwrócił się do pana Abercrombiego. - 
Mogłaby zostać tutaj do czasu, aż dowiem się, gdzie trafię?

- Czemu akurat ona z całego legionu? — zdziwił się urzędnik. - „Bawisz się w 
doktora częściej niż cała akademia medyczna". — Zachichotał. — Ten Alpo Bubeldor 

potrafi złośliwie przyciąć.
Wzmianka o starym nieprzyjacielu dodała Barry'emu sił.

253
- Niech pan po prostu powie, że pójdę do piekła, i miejmy to z głowy. Włóczyłem 

już tyłek po całym Podziemiu, żeby wyciągnąć Beę i...
- Cieszę się, że pogodził się pan ze swym losem. Większość ludzi strasznie się 

awanturuje. Chwileczkę. - Pan Abercrombie spojrzał na niego. - Co pan mówił o 
Podziemiu? - Zmarszczył brwi. - Niech pan nie mówi, że był pan częścią 

nieautoryzowanego wtargnięcia? Kilka osób straciło przez to pracę.
- Widzi pan, panie Abercrombie, to bardzo skompliko-

wane.
— Quelle surprise - wtrąciła słodko Bea.

Pan Abercrombie wpatrywał się w nich bez słowa.
— Jestem Rzymianką — dodała, jakby to wszystko tłumaczyło.

Urzędnik odwrócił się do Barry'ego.
— No dobrze, panie Trotter. Chętnie posiedziałbym tu i pogawędził... —Jego palec 

background image

sięgnął ku przyciskowi.
Teraz albo nigdy, pomyślał Barry.

— Bea to moja dawna dziewczyna. Rzuciłem na nią zaklęcie, ale się pomyliłem, bo 
nie przykładałem się do nauki, o czym z pewnością wie pan już z moich akt. To 

było zaklęcie cofające czas i cofnąłem ją za daleko. Nie aż tak bardzo, ale 
ponad szesnaście lat.

— Ups - mruknął pan Abercrombie.
— No właśnie, racja, czułem się jak ostatni idiota. W każdym razie Bea umarła i 

jako Rzymianką trafiła do Podziemia. — Barry mówił bardzo szybko. — A teraz 
przeskoczmy dwadzieścia cztery lata.

— Rany - mruknął pan Abercrombie.
254

- Nie, chwileczkę, to ma sens — stwierdziła ze zdumieniem Bea. - Wystarczy 

odprężyć umysł.
- Mam trzydzieści dziewięć lat, jestem bardzo sławny, Bubeldor zniknął, podobnie 

Vielokont, i życie wygląda pięknie. Jestem żonaty, mam dwójkę wspaniałych dzieci 
- przez większość czasu wspaniałych — no, przez część czasu — ale cierpię na 

okropnie upierdliwą chorobę, która nie pozwala mi się starzeć.
- Szczęściarz - mruknął pan Abercrombie. Zważywszy na okoliczności, Barry 

postanowił tego nie
komentować.

- Nazywa się juniortazja. Poszedłem do lekarza i dzięki hipnozie odkryliśmy...
- Chwileczkę. - Pan Abercrombie zaczął przerzucać papiery Barry ego. - Nie 

chodzi chyba o Ernsta Ritalina? Martwiłem się, odkąd zobaczyłem jego nazwisko w 
pańskich aktach. Praktycznie wypełnił tę salę ludźmi, którymi się zajmował. 

Proszę mi wierzyć, gdy tu trafi, nie czeka go gorące powitanie.
- Tak, to on — przytaknął Barry. - Miał teorię, że jeśli cofnę się i naprawię 

zło, które wyrządziłem Bei wiele lat temu, może znów zacznę się starzeć.
Pan Abercrombie zawahał się.

- A zatem zabił się pan celowo, zakradł do Podziemia, znalazł ją i sprowadził 
tutaj.

- Tak - potwierdził Barry.
- Rozumiem.

Barry obdarzył go swym, jak miał nadzieję, najbardziej wzruszającym uśmiechem.
- Miałem nadzieję, że zgodzicie się dać jej drugą szansę.

255
— I nie chce pan nic dla siebie? Barry zastanowił się chwilę.

— Nie, raczej nie. Miałem całkiem fajne życie.
Pan Abercrombie zastanawiał się przez sekundę, a potem nacisnął kilka guzików.

Pochylając się do okienka, rzekł cicho:
— W tej sprawie warto uczynić wyjątek. A panna Thompson to przecież klasyczna 

niewinna, przypadkowa ofiara. — Wręczył im dwa perłowe żetony. - Proszę - rzekł 
— po jednym dla każdego. Odeślą was z powrotem. Ale lepiej, żebym was tu nie 

ujrzał przez co najmniej trzydzieści lat.
— Bardzo, bardzo dziękuję! - zawołała Bea.

Barry'emu odebrało mowę, jego umysł znów jakby się zaciął.
— Barry — rzuciła Bea, szturchając go pod żebra.

— Przepraszam — rzekł. — Bardzo dziękuję.
— Trzymajcie je w prawej dłoni - polecił pan Abercrombie.

Barry i Bea chwycili uradowani perłowe żetony i zamknęli oczy. Po sekundzie 
zniknęli.

Siedząca w sąsiednim okienku Loretta przyglądała się panu Abercrombiemu.
— Nie  wiedziałam,   że  jesteś   taki   sentymentalny.   -Uśmiechnęła się.

— Nie mogę się oprzeć ładnej buźce. - Pan Abercrombie wstał. — Mam teraz 
przerwę. Przynieść ci coś?

ROZDZIAŁ 15

 pościg
Lord Vielokont wciąż tańczył niezgrabne mambo tryumfalnej ekstazy, gdy Barry 

usiadł gwałtownie. Dawny młody czarodziej zamrugał, oblizał wargi i podrapał się 
energicznie po wciąż dziewięcioletniej głowie. Gdy jego wzrok przywykł do 

background image

światła, ze zdumieniem odkrył, że widzi lorda Vielokonta.
- Co ty tu robisz? - spytał Barry. - Gdzie jest doktor Ritalin?

Zaskoczony Vielokont obrócił się błyskawicznie.
- Scheisse! — wrzasnął zdławionym głosem. - Czy ty nigdy nie umierasz? - 

Wskoczył na Barry'ego, zaciskając mu wokół gardła dłonie w rękawiczkach.
- Czy to część terapii? — wychrypiał Barry. - Daj spokój, puszczaj!

Nie uzyskał odpowiedzi, Vielokont jedynie zacisnął uchwyt. Zaczęli walczyć. 
Vielokont ani na moment nie przestawał lamentować.

257
- Ze wszystkich żałosnych błaznów tego świata musiałem wybrać sobie na wroga 

akurat ciebie!
Barry, pojąwszy, że Vielokont nie żartuje, sięgnął po różdżkę. Leżała na 

sąsiednim stoliku, tuż poza jego zasięgiem. Lord Ciemniaków dostrzegł to i 
zaczął go dusić ze zdwojoną siłą. Wygimnastykowane ciało dziewięciolatka zdołało 

jednak rozciągnąć się jeszcze trochę. Barry chwycił różdżkę.
- Oho - mruknął Vielokont i miał po temu powód. W następnej chwili z końca 

różdżki Barry'ego wystrzeliła
wielka rękawica bokserska z różowej pary i rąbnęła Tego, Który Śmierdzi w sam 

środek brzucha. Vielokont zwolnił uchwyt i runął na podłogę, głośno wciągając 
ustami powietrze. Barry rozcierał gardło.

- Możesz powiedzieć doktorowi Ritalinowi - wydyszał — że nie zapłacę za tę 
sesję.

Vielokont dźwignął się na nogi i wycofał.
- Ty głupcze - rzekł, unosząc różdżkę. - Nigdy nie istniał żaden Ritalin. To 

byłem ja.
- Nie kłam - zaprotestował Barry. - Herbina nigdy nie pozwoliłaby ci pracować w 

Hokpoku.
- Och, wcisnąłem tej głupiej krowie łzawą historyjkę o tym, że mi się nie 

wiedzie. Powiedziałem, że Bellettrist Letrange zdefraudowała wszystkie moje 
pieniądze. - yielokont roześmiał się. - Akurat.

- Nikt nie będzie obrażał Herbiny. - Barry podniósł głos. -To mój przywilej!
- Głupia krowa, głupia krowa, głupia krowa - zanucił Yielokont. - Twoja żona 

jest głupią krową.
258

- Jesteś taki żałosny - odparował Barry. - Nikt cię nie lubi, ani trochę. 
Wszyscy chcą tylko twojej kasy.

— Przyganiał kocioł garnkowi. - Vielokont zaśmiał się. — Zresztą i tak zaraz 
zginiesz, więc nie obchodzi mnie twoje zdanie.

— Typowe. - Barry parsknął. — Zrobiłeś to wszystko tylko po to, żeby mnie zabić? 
- Pokręcił głową. - Co za idiotyzm. Nie jesteś jeszcze sobą znudzony? Bo reszta 

z nas owszem.
— Idiotyzm? - Vielokont uśmiechnął się. - Wciąż nie rozumiesz, prawda? Dzięki 

temu ostatniemu planowi zdołałem sprzedać w przeszłości pamiątki po Barrym 
Trotterze warte niemal cztery miliony gumolskich funtów. — Vielo-kont szyderczo 

wyszczerzył zęby. — Podkoszulki, proporczyki, talerze pamiątkowe, bombkę 
choinkową w kształcie twojej głowy, która po naciśnięciu nosa odgrywa capstrzyk. 

Prawdziwa żyła złota. Po zainwestowaniu w najpaskudniej-sze, najbardziej 
niszczycielskie przedsięwzięcia, jakie zdołałem znaleźć, i upływie dwudziestu 

czterech lat pieniądze te są teraz warte ponad sto milionów funtów! Twoja śmierć 
to najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała — a ty musiałeś powstać z martwych i 

wszystko zepsuć.
- Czemu się tym przejmujesz? — Barry rozpaczliwie wypatrywał szansy porażenia 

lorda Ciemniaków. — Wciąż jesteś nieprzyzwoicie bogaty.
- Zgadza się, i to nie dzięki tobie! - warknął Vielo-kont. - Cofnąłem cię w 

czasie, wysłałem do Podziemia. Nigdy nie przypuszczałem, że powrócisz żywy i 
jeszcze bardziej wkurzający niż wcześniej. Teraz jednak w końcu zginiesz 

naprawdę.
259

- Jesteś taki żałosny - odparował Barry. - Nikt cię nie lubi, ani trochę. 
Wszyscy chcą tylko twojej kasy.

- Przyganiał kocioł garnkowi. — Vielokont zaśmiał się. -Zresztą i tak zaraz 
zginiesz, więc nie obchodzi mnie twoje zdanie.

background image

- Typowe. — Barry parsknął. — Zrobiłeś to wszystko tylko po to, żeby mnie zabić? 
- Pokręcił głową. - Co za idiotyzm. Nie jesteś jeszcze sobą znudzony? Bo reszta 

z nas owszem.
- Idiotyzm? - Vielokont uśmiechnął się. — Wciąż nie rozumiesz, prawda? Dzięki 

temu ostatniemu planowi zdołałem sprzedać w przeszłości pamiątki po Barrym 
Trotterze warte niemal cztery miliony gumolskich funtów. — Vielo-kont szyderczo 

wyszczerzył zęby. — Podkoszulki, proporczyki, talerze pamiątkowe, bombkę 
choinkową w kształcie twojej głowy, która po naciśnięciu nosa odgrywa capstrzyk. 

Prawdziwa żyła złota. Po zainwestowaniu w najpaskudniej-sze, najbardziej 
niszczycielskie przedsięwzięcia, jakie zdołałem znaleźć, i upływie dwudziestu 

czterech lat pieniądze te są teraz warte ponad sto milionów funtów! Twoja śmierć 
to najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała — a ty musiałeś powstać z martwych i 

wszystko zepsuć.
- Czemu się tym przejmujesz? - Barry rozpaczliwie wypatrywał szansy porażenia 

lorda Ciemniaków. — Wciąż jesteś nieprzyzwoicie bogaty.
- Zgadza się, i to nie dzięki tobie! - warknął Vielo-kont. — Cofnąłem cię w 

czasie, wysłałem do Podziemia. Nigdy nie przypuszczałem, że powrócisz żywy i 
jeszcze bardziej wkurzający niż wcześniej. Teraz jednak w końcu zginiesz 

naprawdę.
259

Szybko jak błyskawica nakreślił w powietrzu jakiś kształt. Nagle wszystkie 
zdjęcia doktora Ritalina z najróżniejszymi szalonymi sławami sfrunęły ze ściany 

i pomknęły wprost w stronę Barry'ego, wirując niczym rozwścieczone ringo. Barry 
padł na podłogę, zasłaniając rękami głowę. Zdjęcia uderzyły o ścianę, 

eksplodując. Zaklęcie to, Każzdjęciomle-ciećnakogośiwybuchnąć, nie było zbyt 
popularne, ale przydawało się w pewnych okolicznościach.

Gdy szkło opadło, Barry uniósł głowę, zerknął na strzaskaną, dymiącą boazerię i 
odwrócił się do Vielokonta.

- Bardzo ładnie. Chyba faktycznie zdjęcie jest warte tysiąca słów.
Vielokont skrzywił się.

- Twoje żarciki nie mają nawet sensu. Barry uśmiechnął się przebiegle.
- Może mają, a może nie. Ale czy zniesiesz... to? - Wycelował różdżką w 

Vielokonta i wymamrotał inkantację.
Z końca różdżki wystrzeliła niewielka chorągiewka z żałosnym napisem bang.

- Cholera - warknął Barry.
Przesunął plastikowy panel z boku różdżki i spojrzał- bateria niemal zdechła. 

Niemożliwe, nic nie rozumiał. Czyżby, odmieniając swe życie, stał się mniej 
magiczny?

-Najwyraźniej twoje sławne moce magiczne słabną, Trotter — szydził Vielokont. - 
Chyba zanadto się przystosowałeś.

Barry wiedział co musi zrobić: uciec.
- No dobra, Vielokont - rzekł, cofając się niepostrzeżenie w stronę drzwi. — 

Dopadłeś mnie. Ale nim mnie zabijesz, mam jeszcze jedno, ostatnie życzenie. - 
Gdyby tylko zdołał

260

zająć go gadaniem, dopóki nie dotrze do klamki. - Chcę, żebyś wyrecytował z 
pamięci słownik.

- Nieźle, Trotter, ale nie dam się nabrać, nieważne co kombinujesz — odparł lord 
Ciemniaków. — Owszem, to ironia. Cofając się i ratując życie tej dziewczyny, 

stałeś się człowiekiem przyzwoitym, nie nieodpowiedzialnym łapser-dakiem, 
którego wszyscy znaliśmy i nie znosiliśmy. — Vielo-kont pozwolił sobie na 

niewiarygodnie złowrogi śmiech. — Mniej impulsywnym, mniej chciwym, mniej 
samolubnym, nawet miłym - i wkrótce zupełnie martwym. — Ustawił pokrętło różdżki 

na zabijanie. - Przynajmniej trafisz do nieba - dodał. - Zajmij tam dla mnie 
miejsce.

- Ty w niebie? - rzucił Barry. — Nie rozśmieszaj mnie.
- To już zostało załatwione, Trotter. Odrobina gotówki przekazana we właściwe 

ręce potrafi zdziałać cuda. Masz jakieś ostatnie słowa, które mógłbym 
zignorować?

- Owszem... Ugryź woskową kijankę*! - odparł Barry, otwierając drzwi i 
wyskakując na korytarz.

background image

- Aveda neutrogena! - wrzasnął Vielokont, ale chybił. Gdy Barry runął na pokryty 
linoleum kamień, zielony

śluz spłynął po ścianie, nie czyniąc nikomu krzywdy. Grupka uczniów zatrzymała 
się, by nawilżyć dłonie. Barry szybko zniknął w skłębionym tłumie nastolatków. 

Pochylając się, by utrudnić Yielokontowi celowanie, biegł ile sił w głąb
* To bardzo zabawna anegdotka, podobnie jak i pytakrzyk. Zwrot ten, będący 

pierwszą próbą koncernu Coca-Cola przetłumaczenia jej nazwy na język chiński, 
pojawił się na plakatach w całym kraju. Zawsze uważałem, że świetnie nadaje się 

na przekleństwo. A Wy?
261

korytarza, niczym krab w rui. Za jego plecami Vielokont roztrącał ludzi.
— Achtung, SchweinkinderW — ryczał.

— Hej, koleś, uważaj na ręce! - Czwartoklasistka z Ro-vertouru walnęła lorda 
Ciemniaków w twarz plecaczkiem, w którym ukryła składany kociołek.

— Ach... - Vielokont upadł na ziemię z lekkim wstrząsem mózgu.
Tymczasem umysł Barry'ego pracował gorączkowo. Co się z nim działo? Czemu nie 

potrafił czarować? Czyżby Vie-lokont miał rację? Czy stał się zbyt porządny, 
zbyt miły, by zawładnąć wielką nieodpowiedzialną mocą pozwalającą działać 

zaklęciom? Zauważywszy słabego pierwszorocznia-ka dźwigającego naręcze książek, 
postanowił sprawdzić tę teorię. Ze zręcznością zrodzoną z długiej praktyki 

wytrącił mu książki na podłogę. Za nimi posypały się notatki z całego semestru, 
które rozdeptały wędrujące wokół hordy.

— Dupek! — zawołał za nim chłopiec.
— No dobra. — Barry, nie zwalniając kroku, wycelował różdżką w przesuwające się 

schody. - No to zaczynamy.
O cudzie, schody przesunęły się w wybrane przez niego miejsce.

— Wiedźmisyn! — Barry roześmiał się.
Zbiegł po schodach, szukając kolejnych okazji robienia zamieszania i doładowania 

swej magicznej mocy. Na jego widok uczniowie uskakiwali na boki, kuląc się ze 
strachu.

— Trotter! Haiti — rzucił z góry Vielokont.
Opierając różdżkę o przedramię, Ten, Który Śmierdzi wycelował i wypalił. Strzał 

chybił, ale niewiele; Barry poczuł woń płonącego sznurowadła w prawym bucie. Nie
262

mógł pozwolić na kolejny strzał, toteż z całych sił uderzył w poręcz w sposób, 
jakiego nauczył go w dawnych czasach Ferd. Schody złożyły się, tworząc stromą 

pochylnię, po której zjechały dziesiątki ludzi. Wszyscy pomknęli na dół, łącznie 
z Barrym, osłaniając go przed różdżką Vielo-konta.

Po chwili podłoga pod schodami wyglądała już jak pole niedawnej, niewielkiej 
lecz bardzo krwawej bitwy. Uwalniając się z zawodzącej plątaniny rannych uczniów 

i uszkodzonych rzeczy osobistych, Barry popędził do drzwi frontowych. Vielokont 
przeskoczył przez poręcz trzy piętra wyżej i spłynął w dół, strzelając po 

drodze. W chwili, gdy dłoń Barry'ego dotknęła klamki, fala czystej, 
nekrotyzującej magii śmignęła mu nad ramieniem - gdyby się zatrzymał, żeby 

otworzyć drzwi, już by nie żył.
Osaczony, wbiegł do Wielkiej Sali. Domowe skrzaty jadły właśnie obiad i jego 

pojawienie się ich nie zachwyciło.
- Nie możesz tu wejść! - zawołała Fistuletta. — Znasz zasady. Właśnie jemy, nie 

wolno tu wchodzić jeszcze przez pół godziny.
Barry skręcił ostro, celując w skrzata dźwigającego tacę pełną jedzenia. 

Szczątki obiadu posypały się wokół. Wpadł do kuchni.
- Zrobił to celowo! - krzyknął skrzat.

- I nawet nie przeprosił - poskarżył się drugi.
- Zawsze uważałam, że to kutas - oznajmiła Fistuletta. Poparł ją zgodny chór. - 

Proponuję nasypać mu smoczych bobków do jedzenia.
Nim ktokolwiek zdążył choćby drgnąć, do środka wszedł Yielokont.

263
— V którą stronę poszedł? — Ujrzał skrzata leżącego na podłodze, nieprzytomną, 

drobną postać pośród rozsypanego jedzenia. - Ach. — Maszerując w stronę kuchni, 
dodał: — Radziłbym vszystkim, by zostali tutaj, nievażne co usłyszycie. 

Spodziewam się głośnych krzyków i tak dalej.
W kuchni skrzaty szykowały wieczorny posiłek. Kucharze o dłoniach pokrytych 

background image

zapieczonym brudem strącali popiół z papierosów do zup, doprawiali sałatki 
wielkimi, sprężystymi smarkami i starannie ukrywali drobne kęsy zepsutego mięsa 

w poza tym zupełnie smacznych przekąskach.
Barry przemknął między nimi, próbując po drodze wywrócić jak najwięcej garnków i 

rondli.
— Hej, ty! — wrzasnął oskubujący sowę kucharz (znaczna część szkolnego mięsa 

pochodziła z ukradzionych domowych zwierząt). - Wynoś się stąd!
W wahadłowych drzwiach pojawił się Vielokont. Barry chwycił talerz i cisnął go w 

jego stronę niczym dysk. Co prawda, chybił o milę, lecz z każdym kolejnym 
niszczycielskim aktem jego zapas magicznej energii rósł. Nasuwało się tylko 

jedno pytanie: Czy potrafi być dostatecznie niszczycielski?
— Przepraszam — zawołał, chwytając rękę najbliższego skrzata i wpychając ją do 

garnka pełnego wrzącego sosu do spaghetti.
Kucharz wrzasnął, zdołał jednak odtworzyć sobie rękę, a Barry wciąż próbował 

wywołać zamieszanie.
— Wynoś się stąd! — krzyknął kolejny kucharz. — Bijcie się na zewnątrz!

Barry rzucił w niego pokrywką (każdy sposób był dobry). Promień złowieszczej 
fioletowej energii wystrzelił ku

264

niemu i przeleciał tak blisko, że Barry poczuł, jak jeżą mu się naelektryzowane 
włosy. Natychmiast przykucnął, ukrywając się w otwartej szafce.

- Pierdzielę to, odchodzę - oznajmił domowy skrzat na widok ewidentnie 
śmiercionośnej magii. Wkrótce dołączyli do niego wszyscy obecni w kuchni, prócz 

Barry'ego i lorda
Vielokonta.

- Vyłaź, Barry! - zawołał Vielokont. — Ja... tylko żarto-vałem. — Lord 
Ciemniaków skradał się po pomieszczeniu, nasłuchując uważnie. - Viem, że 

vcześniej vydałem ci się mało psszyjacielski, ale to dlatego sze... zapomniałem 
zażyć leki.

Barry zrozumiał, że musi się ruszyć. Kuchnia nie była zbyt wielka, a Vielokont 
odgradzał go od obojga drzwi. Mógł spróbować się rozkroplić. Ale co, jeśli 

zabraknie mu magii? Albo jeśli zdoła się rozkroplić, ale nie skroplić? Los 
zbłąkanego pierdu nie wydawał mu się zbyt pociągający.

Sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby go ocalić. Portfel, kilka 
kluczy, uszkodzona samonaprowa-dzająca parasolka z baru „Tiki" - zabrał ją na 

sesję, próbując przypomnieć sobie szczegóły piątego roku.
-Trotter, to się robi męczące - oznajmił Vielokont. -Tszemu nie możemy tego 

omówić jak odpoviedzialni, dorośli ludzie? - Straciwszy cierpliwość, złapał 
chochlę i rzucił nią na oślep. - Szebym mógł cię zabić!

Chochla wylądowała z brzękiem tuż przed szafką Barry'ego, usłyszał kroki 
Vielokonta, zbliżały się coraz bardziej... i bardziej. Vielokont stał przed 

szafką, przez pół-przymknięte drzwi Barry widział jego nogi od kostek do połowy 
ud. Musiał sięgnąć ponad wysokie cholewy...

265
niemu i przeleciał tak blisko, że Barry poczuł, jak jeżą mu się naelektryzowane 

włosy. Natychmiast przykucnął, ukrywając się w otwartej szafce.
- Pierdzielę to, odchodzę — oznajmił domowy skrzat na widok ewidentnie 

śmiercionośnej magii. "Wkrótce dołączyli do niego wszyscy obecni w kuchni, prócz 
Barry'ego i lorda Vielokonta.

— Vyłaź, Barry! - zawołał Vielokont. — Ja... tylko żarto-vałem. - Lord 
Ciemniaków skradał się po pomieszczeniu, nasłuchując uważnie. - Viem, że 

vcześniej vydałem ci się mało psszyjacielski, ale to dlatego sze... zapomniałem 
zażyć

leki.
Barry zrozumiał, że musi się ruszyć. Kuchnia nie była zbyt wielka, a Vielokont 

odgradzał go od obojga drzwi. Mógł spróbować się rozkroplić. Ale co, jeśli 
zabraknie mu magii? Albo jeśli zdoła się rozkroplić, ale nie skroplić? Los 

zbłąkanego pierdu nie wydawał mu się zbyt pociągający.
Sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby go ocalić. Portfel, kilka 

kluczy, uszkodzona samonaprowa-dzająca parasolka z baru „Tiki" — zabrał ją na 
sesję, próbując przypomnieć sobie szczegóły piątego roku.

background image

- Trotter, to się robi męczące — oznajmił Vielokont. — Tszemu nie możemy tego 
omówić jak odpoviedzialni, dorośli ludzie? - Straciwszy cierpliwość, złapał 

chochlę i rzucił nią na oślep. — Szebym mógł cię zabić!
Chochla wylądowała z brzękiem tuż przed szafką Barry'ego, usłyszał kroki 

Vielokonta, zbliżały się coraz bardziej... i bardziej. Vielokont stał przed 
szafką, przez pół-przymknięte drzwi Barry widział jego nogi od kostek do połowy 

ud. Musiał sięgnąć ponad wysokie cholewy...
265

- Czuję, że jesteś blisko, Trotter, bardzo blisko, zupełnie jakbym vyczuvał tvój 
zapach - powiedział Vielokont. -Viesz, równie dobrze mogę powiedzieć to teraz... 

Nie tylko ja mam problem z vłasnym zapachem.
W tym momencie Barry złapał go za nogę i z rozmachem wbił w nią zaostrzony 

koniec maleńkiej parasolki.
-Aaa!U - ryknął Vielokont w uniwersalnym języku bólu.

Sięgając po parasolkę, lord Ciemniaków rozwinął ją -i przeleciał przez sufit i 
belki do klasy powyżej.

— Cyrylu Bradpittonie. — Uszu Barry'ego dobiegł szyderczy głos Snajpera. - Co ty 
sobie myślisz, dając się zmiażdżyć lordowi Vielokontowi przelatującemu przez 

podłogę? Graf-
fiton traci pięć punktów!

Barry wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu. Wygramolił się przez maleńkie 
drzwiczki, których używały skrzaty, by nikomu nie przeszkadzać. Na zewnątrz, w 

słońcu znów puścił się biegiem. Nagle poczuł ostre kłucie w boku i usłyszał, jak 
Vielokont ląduje ciężko za jego plecami. Do diabła,

przydałoby mu się teraz trochę magii. Zerknął na wskaźnik różdżki — wciąż 
niewiele, ale lepiej.

- Halt, Schweinehund! Haiti - wydyszał zasapany Vielo-kont.
Trzy metry dalej dwóch chłopców w ąuitkitowych szatach Slizgorybu oddalało się 

właśnie od drzwi frontowych. Obaj nieśli na ramionach mopy. Vielokont zbliżał 
się szybko, toteż Barry popędził ku mniejszemu z dwójki.

- Dawaj to - warknął, brutalnie popychając chłopaka na ziemię i odbierając mu 
mopa. Wystarczyło kopnięcie i wzleciał w powietrze.

266
- Czuję, że jesteś blisko, Trotter, bardzo blisko, zupełnie jakbym vyczuvał tvój 

zapach — powiedział Vielokont. — Viesz, równie dobrze mogę powiedzieć to 
teraz... Nie tylko ja mam problem z vłasnym zapachem.

W tym momencie Barry złapał go za nogę i z rozmachem wbił w nią zaostrzony 
koniec maleńkiej parasolki.

-Aaa!!! - ryknął Vielokont w uniwersalnym języku
bólu.

Sięgając po parasolkę, lord Ciemniaków rozwinął ją -i przeleciał przez sufit i 
belki do klasy powyżej.

— Cyrylu Bradpittonie. — Uszu Barry'ego dobiegł szyderczy głos Snajpera. - Co ty 
sobie myślisz, dając się zmiażdżyć lordowi Vielokontowi przelatującemu przez 

podłogę? Graf-fiton traci pięć punktów!
Barry wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu. Wygramolił się przez maleńkie 

drzwiczki, których używały skrzaty, by nikomu nie przeszkadzać. Na zewnątrz, w 
słońcu znów puścił się biegiem. Nagle poczuł ostre kłucie w boku i usłyszał, jak 

Vielokont ląduje ciężko za jego plecami. Do diabła, przydałoby mu się teraz 
trochę magii. Zerknął na wskaźnik różdżki — wciąż niewiele, ale lepiej.

— Hak, Schweinehund! Haiti - wydyszał zasapany Vielo-
kont.

Trzy metry dalej dwóch chłopców w ąuitkitowych szatach Ślizgorybu oddalało się 
właśnie od drzwi frontowych. Obaj nieśli na ramionach mopy. Vielokont zbliżał 

się szybko, toteż Barry popędził ku mniejszemu z dwójki.
— Dawaj to — warknął, brutalnie popychając chłopaka na ziemię i odbierając mu 

mopa. Wystarczyło kopnięcie i wzleciał w powietrze.
266

- Ha, ha! - Drugi chłopiec wycelował palec w kolegę, zaśmiewając się z jego 
pecha. - Ale mięczak.

Vielokont rąbnął go w tył głowy tak mocno, że chłopak stracił ząb.
— Zabieram tego mopa. Nie oczekuj, że ci go zwrócę.

background image

Barry pomknął w stronę trenujących Ślizgorybów, licząc, że zgubi się pośród 
graczy. Gdy zaczął zataczać kręgi i robić uniki, w powietrzu rozbrzmiały 

wyzwiska i okrzyki oburzenia. Vielokont pozostawał pół sekundy za nim, 
ostatecznie jego mop leciał z większym obciążeniem. Oglądając się gorączkowo, 

Barry znów zaczął się pocić. Czyżby to już miał być koniec? Nie, ujrzał rozbłysk 
złota i zanurkował ku niemu. Chwycił mocno giez i wsadził sobie w usta — ten 

manewr wymagał obu rąk - a potem popędził naprzód, wyciskając z taniego mopa 
wszystko co się dało. Cała drużyna Ślizgorybu popędziła za nim. Wpłacili za giez 

wysoki depozyt i Barry doskonale o tym wiedział. Wiedział też, że uczniowie 
latają szybciej niż Vielokont, toteż utworzą doskonałą barierę ochronną.

Jednak po jakichś dziesięciu minutach zrozumiał, że tak naprawdę to nic nie 
dało. Vielokont mógł lecieć tak długo jak Barry i w końcu załatwić go 

szczęśliwym strzałem. Spojrzał na różdżkę - z każdą kolejną chwilą trwania 
wściekłego pościgu przybywało mu mocy. Kiedy wskaźnik osiągnął jedną szesnastą, 

Barry uznał, że musi działać. Teraz albo nigdy. Zeskoczył z mopa i wypluł giez, 
po czym poleciał w dół... Musiał wyliczyć wszystko idealnie. Tuż przedtem, nim 

uderzył o ziemię, machnął różdżką i się rozkroplił. W lesie rozległ się odgłos 
przypominający ciche kwaknięcie.

267
- Ha, ha! — Drugi chłopiec wycelował palec w kolegę, zaśmiewając się z jego 

pecha. - Ale mięczak.
Vielokont rąbnął go w tył głowy tak mocno, że chłopak stracił ząb.

- Zabieram tego mopa. Nie oczekuj, że ci go zwrócę.
Barry pomknął w stronę trenujących Slizgorybów, licząc, że zgubi się pośród 

graczy. Gdy zaczął zataczać kręgi i robić uniki, w powietrzu rozbrzmiały 
wyzwiska i okrzyki oburzenia. Vielokont pozostawał pół sekundy za nim, 

ostatecznie jego mop leciał z większym obciążeniem. Oglądając się gorączkowo, 
Barry znów zaczął się pocić. Czyżby to już miał być koniec? Nie, ujrzał rozbłysk 

złota i zanurkował ku niemu. Chwycił mocno giez i wsadził sobie w usta — ten 
manewr wymagał obu rąk — a potem popędził naprzód, wyciskając z taniego mopa 

wszystko co się dało. Cała drużyna Ślizgorybu popędziła za nim. Wpłacili za giez 
wysoki depozyt i Barry doskonale o tym wiedział. Wiedział też, że uczniowie 

latają szybciej niż Vielokont, toteż utworzą doskonałą barierę ochronną.
Jednak po jakichś dziesięciu minutach zrozumiał, że tak naprawdę to nic nie 

dało. Vielokont mógł lecieć tak długo jak Barry i w końcu załatwić go 
szczęśliwym strzałem. Spojrzał na różdżkę - z każdą kolejną chwilą trwania 

wściekłego pościgu przybywało mu mocy. Kiedy wskaźnik osiągnął jedną szesnastą, 
Barry uznał, że musi działać. Teraz albo nigdy. Zeskoczył z mopa i wypluł giez, 

po czym poleciał w dół... Musiał wyliczyć wszystko idealnie. Tuż przedtem, nim 
uderzył o ziemię, machnął różdżką i się rozkroplił. W lesie rozległ się odgłos 

przypominający ciche kwaknięcie.
267

Podczas gdy Ślizgorybi rozproszyli się w poszukiwaniu gicza, a mop Barry'ego 
eksplodował w odległej części Zabronionego Lasu, Vielokont zatrzymał się w 

powietrzu. Wciąż obsypany gipsem, Ten, Który Śmierdzi wyciągnął niewielkie 
urządzenie.

— Możesz uciekać przed lordem Ciemniaków, Barry, ale się nie ukryjesz.
A potem, z kolejnym kwaknięciem, on także się roz-kroplił.

W chwili, gdy zespół chirurgów pracował nad mózgiem ofiary wypadku, Barry 
Trotter skroplił się w kącie sali operacyjnej numer cztery. Pielęgniarka 

wrzasnęła i upuściła woreczek z krwią.
- Co się...? - Jeden z chirurgów odwrócił się, strącając tacę z instrumentami.

- Nie wolno ci tu być! - ryknął anestezjolog.
- Już znikam.

Nagle Barry'emu przyszedł do głowy pewien pomysł. Pochylił się i napluł w 
otwartą ranę pacjenta. To dało mu dość magii, by mógł znów się rozkropłić. W 

chwili, gdy wszyscy lekarze rzucili się na niego z nienawiścią, zniknął.
W sekundę później w sali pojawił się Vielokont. Lądując, trafił na wentylator i 

wyłączył go z kontaktu.
- To on! - zawołała pielęgniarka. - Wrócił.

- Guten Tag, ja vłaśnie...
Dwaj chirurdzy, kilka pielęgniarek i anestezjolog skoczyli na oszołomionego 

background image

Yielokonta i zdołali walnąć go kilka
268

Podczas gdy Ślizgorybi rozproszyli się w poszukiwaniu gicza, a mop Barry'ego 
eksplodował w odległej części Zabronionego Lasu, Vielokont zatrzymał się w 

powietrzu. Wciąż obsypany gipsem, Ten, Który Śmierdzi wyciągnął niewielkie 
urządzenie.

- Możesz uciekać przed lordem Ciemniaków, Barry, ale się nie ukryjesz.
A potem, z kolejnym kwaknięciem, on także się roz-kroplił.

W chwili, gdy zespół chirurgów pracował nad mózgiem ofiary wypadku, Barry 
Trotter skroplił się w kącie sali operacyjnej numer cztery. Pielęgniarka 

wrzasnęła i upuściła woreczek z krwią.
- Co się...? — Jeden z chirurgów odwrócił się, strącając tacę z instrumentami.

- Nie wolno ci tu być! - ryknął anestezjolog.
- Już znikam.

Nagle Barryemu przyszedł do głowy pewien pomysł. Pochylił się i napluł w otwartą 
ranę pacjenta. To dało mu dość magii, by mógł znów się rozkroplić. W chwili, gdy 

wszyscy lekarze rzucili się na niego z nienawiścią, zniknął.
W sekundę później w sali pojawił się Vielokont. Lądując, trafił na wentylator i 

wyłączył go z kontaktu.
- To on! - zawołała pielęgniarka. - Wrócił.

- Guten Tag, ja vłaśnie...
Dwaj chirurdzy, kilka pielęgniarek i anestezjolog skoczyli na oszołomionego 

Vielokonta i zdołali walnąć go kilka
268

razy butlą z gazem, nim posiniaczony władca Ciemniaków wymknął się z sali i 
rozkroplił w bezpieczne miejsce.

Podróżując losowo, by zmylić prześladowcę, Barry pojawił się pośrodku parkietu 
Giełdy Nowojorskiej. Stwierdziwszy, że skok przez Atlantyk bardzo nadwerężył mu 

różdżkę, pojął, co musi zrobić.
Wymachując gorączkowo rękami, wrzeszcząc na zmianę „kupuję" i „sprzedaję", dwa 

razy okrążył parkiet, nim wypatrzyła go ochrona. W tym czasie pozbawił majątku 
setki klientów, doprowadził do bankructwa wielki fundusz emerytalny, a także do 

zwolnienia dwóch prezesów.
- Super - mruknął, zerkając na wskaźnik.

Gdy policjanci kazali mu wyjść zza dystrybutora z podniesionymi rękami, Barry 
znów zniknął.

Dziwnym zrządzeniem losu lord Vielokont pojawił się dokładnie w miejscu, z 
którego zniknął Barry.

- Guten Tag, Herren. Czy któryś z vas, panovie, vidział... Podenerwowani 
ochroniarze otworzyli ogień.

- Scheisse! — wrzasnął Vielokont i znów zniknął.
- Do diabła! - Barry cały czas dostrzegał Vielokonta pojawiającego się tuż za 

nim. Jakim cudem wciąż go śledził? Barry w rozpaczy sięgnął jeszcze dalej.
Z głośnym kwaknięciem zmaterializował się w samym środku uroczystego obrzezania 

w Turcji. Hałas sprawił, że lekarzowi omsknęła się ręka. Gdy krewni dziecka byli 
tuż--tuż, Barry znów się rozkroplił.

- Uwierzcie mi - powiedział Vielokont w trzydzieści sekund później. - Nie liczy 
się to co macie, lecz co...

Rodzina i przyjaciele chłopca obrzucili go kamieniami i Vielokont poleciał do 
Egiptu i Sfinksa.

269
- Właśnie się z nim minąłeś - oznajmił Sfinks. - Napisał mi na czole swoje 

nazwisko.
- Niestety, to bardzo typove. Dlatego vłaśnie zamierzam go zabić.

- No to powodzenia - odparł Sfinks. - Naprawdę. Tymczasem Barry pojawił się w 
polskim klasztorze,

w chwili gdy kolejna wycieczka rozpoczynała właśnie zwiedzanie.
- Mniej więcej siedemset pięćdziesiąt lat temu straszliwa zaraza sprawiła, że na 

miejscowym cmentarzu zabrakło miejsca. Zatem bracia z tego zakonu musieli zrobić 
coś nowego... i niezwykłego - oznajmił przewodnik. Barry zaczął przeciskać się 

bliżej barierki. - Postanowili, że jeden z mnichów, utalentowany artysta brat 
Baltazar zbierze kości zmarłych i coś z nich ułoży. Baltazar zbudował 

background image

geometryczną konstrukcję, zarazem makabryczną i piękną. Coś co jednocześnie 
radowało oko i przypominało duszy o zbliżającym się dniu sądu.

Rozbłysły reflektory i Barry ujrzał tysiące tysięcy kości ułożonych precyzyjnie 
i tworzących wspaniały widok -zdumiewające, choć niesamowite dzieło sztuki.

- Konstrukcja składa się z ponad dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy pojedynczych 
kości - oświadczył przewodnik. -Jej ukończenie zajęło Baltazarowi niemal 

trzydzieści lat, ale jak państwo widzą, było warto.
Reszta grupy sapnęła z podziwu - i zgrozy, gdy Barry przeskoczył przez barierkę 

i pomknął w stronę konstrukcji. Nim przewodnik czy któryś z braci zdążył 
zareagować, Barry wyszarpnął kilka kości udowych, odgrywającą kluczową rolę 

piszczel i idealnie wyważoną łopatkę. Część eksponatu
270

runęła, a wibracje rozwaliły resztę. Kości padały kolejno niczym kostki domina.
Gdy pojawił się Vielokont, zastał braci w wybitnie niechrześcijańskim nastroju.

- Bitte, panowie. Czy był tu przed chwilą człoviek mniej vięcej tego vzrostu, v 
okularach?

- Aaa, zatem go znasz. - Wyjątkowo rosły mnich zacisnął pięści i Vielokont 
usłyszał chrupnięcie kostek palców. -Twój przyjaciel?

- No nie, tak napravdę... - Vielokont nie potrafił opisać słowami złożonych 
więzi łączących go z Barrym.

- Skoro on połamał nasze kości, my połamiemy twoje - oznajmił drugi, równie 
wysoki brat. - Prawda, bracie Mordo?

- Prawda, bracie Karku*.
Vielokont zniknął bez portfela, lecz z nietkniętym szkieletem.

W życiu każdego człowieka nadchodzi moment, gdy musi przestać uciekać, pomyślał 
Barry. Poza tym, od tego całego rozkraplania popękały mu wargi. Miał jeszcze 

trochę magii w różdżce, ale co z tego. Gdy ludzie mówią o tym, jak chcą umrzeć, 
zawsze wspominają o śmierci w domu. To mi pasuje, uznał Barry i skroplił się w 

niewielkiej hokpoc-kiej kwaterze, którą dzielił z Herbiną i Fioną. Czekając na
* Zakon ten cieszył się szczególną popularnością wśród byłych skazańców.

271
przybycie Vielokonta, przeglądał najróżniejsze pamiątki ze swego życia: zdjęcia 

członków Zakonu Penisa, młodych, napalonych i pełnych ambicji; parę włókien z 
mopa, który zniszczył podczas lotu w damskim stroju nad Zabronionym Lasem; nocną 

Czarę Tajemnic.
Podniósł ją z uśmiechem - i natychmiast został teleportowany do sklepu z 

kosmetykami w Hogsbiede. Przeklinając, przypomniał sobie, że Fiona na początku 
roku złośliwe zamieniła nocnik w świstosik. Miał tak wiele na głowie, że 

zapomniał zdjąć czar. I gdy tak stał pośrodku działu z damskimi kosmetykami do 
pielęgnacji włosów, nagle przyszło mu coś do głowy.

— Ja pierdzielę! — zawołał. - To może się udać. Gumolska matrona patrzyła na 
niego z otwartymi ustami.

— Na co się gapisz? - rzucił do niej.
Z kwaknięciem ponownie pojawił się w sypialni. Czy zostało mu dość magii w 

różdżce? Nie było jednak czasu, by to sprawdzić, bo w pokoju natychmiast 
zmaterializował się bardzo posiniaczony i obszarpany lord Vielokont.

— No dobra... Trotter... skończ z tymi głupotami... Czas umierać — wydyszał.
Barry nie odpowiedział. Zasłaniając czarą twarz, mamrotał coś do niej cicho.

— Co robisz z tą czarą? Barry uniósł głowę.
— Chciałbyś wiedzieć.

—Ja! Owszem, ja, chciałbym wiedzieć - odparł Vielo-kont. - Dlatego właśnie 
spytałem, bo chciałbym wiedzieć. Dummkopf.

272
- Proszę — powiedział Barry - pokażę ci. — Postąpił krok w stronę Vielokonta.

- Haiti - warknął tamten. — Nie zbliżaj się. Szuć mi ją.
- W porządku — zgodził się Barry. — Ale jeśli ją upuścisz, Herbina będzie 

naprawdę wkurzona.
- Nie upuszczę - obiecał Vielokont. - V davnych czasach byłem kapitanem drużyny 

Hokpoku.
- Na peeewno? — zaśpiewał drwiąco Barry.

-Ja, ja, na pewno - powiedział niecierpliwie Vielo-kont. - Po prostu szucaj i 
już.

background image

- Dobra. - Barry cisnął w niego nocnikiem.
- Nie u... -W chwili, gdy czara dotknęła dłoni Yielokonta, lord Ciemniaków 

został teleportowany.
Jednakże Barry nie posłał go do działu damskich kosmetyków do pielęgnacji włosów 

u Bootsa — przeprogramował czarę tak, by zabrała Vielokonta w sam środek 
czynnego wulkanu leżącego tuż obok szkoły. O dziwo, to niezwykłe zjawisko 

geologiczne, jakże rzadkie w Szkocji, nigdy wcześniej nie pojawiło się w żadnej 
z książek o Trotterze. Po prostu tak się złożyło.

Wychylony przez okno Barry patrzył, jak maleńka postać Vielokonta, w którego 
hełmie odbijały się promienie słońca, wpada z wrzaskiem w głąb wulkanu. Ten, 

Który Śmierdzi spłonął natychmiast*. Góra zagrzmiała donośnie, wypluwając w 
powietrze wielką chmurę popiołu, a potem wydała z siebie odgłos przypominający 

beknięcie. Zapadła
cisza.

* Wyglądało to bardzo kinowo i widowiskowo. Gdyby kogokolwiek interesowały prawa 
do filmu...

273
Mimo opadającego na głowę popiołu Barry jakiś czas obserwował czujnie krater. 

Naturalnie, spodziewał się, że lord Vielokont wygramoli się z niego wściekły jak 
diabli i umazany popiołem, tak jak to się dzieje w kreskówkach. Ale to nie była 

kreskówka, tylko rzeczywistość. Powoli zrozumiał: lord Ciemniaków naprawdę 
zginął.

Barry nie czuł niczego szczególnego — ani podniecenia i tryumfu, ani też 
prawdziwego, szczerego smutku. Owszem, Vielokont był upierdliwy, ale bez niego 

życie Barry'ego wiele by straciło. Pewnie nie powstałaby nawet jedna książka...
Zagwizdał wesoło, lecz fałszywie, i wyszedł z pokoju, by przekazać wieści 

Herbinie. Fajnie będzie jej powiedzieć, że omyłkowo zatrudniła Vielokonta.
Po drodze minął grupkę chuderlawych pierwszorocznia-ków. Mogą dorastać w świecie 

bez Vielokonta, pomyślał radośnie. A potem przypomniał sobie przepowiednię babci 
Bei oraz skalę przebudowy czarodziejskiej poczekalni. Czy zdołają uniknąć wojny 

pomiędzy Gumolami i magami? Czy to Vielokont ją spowodował? A może była 
nieunikniona, doprowadziła do niej przemoc i głupota obu stron? Tylko czas - i 

sprzedaż tej książki — pokaże.
ROZDZIAŁ 16

 V
Wykończony, z głową umazaną popiołem i wciąż pachnący szamponem Barry 

wmaszerował do gabinetu dyrektorki Gringor. Herbina siedziała przy biurku, 
oceniając klasówki z magii środowiskowej. Temat stanowiło życie i śmierć 

słynnego czarodzieja Mordetha Muesli. W latach siedemdziesiątych Mordeth 
wynalazł metodę rzucania zaklęć produkującą mniej dymu. Magia niskoemisyjna była 

bez wątpienia świetna, ale dawała nieco osobliwe efekty. Przywoływane w ten 
sposób jedzenie zawsze smakowało tofu, a przedmioty z plastiku ulegały nagłej, 

niespodziewanej biodegradacji. Ludzie tacy jak Herbina i tak przywoływali 
bezdymowo. Ludzie tacy jak Barry uważali, że wystarczy, by robili to ludzie tacy 

jak Herbina.
Dyrektorka wywęszyła swego męża, nim jeszcze go ujrzała. Unosząc wzrok, 

zobaczyła bardziej kupę brudu niż człowieka.
-Widzę, że znów bawiłeś się wulkanem - zauważyła i wróciła do klasówek. - Co 

wrzuciłeś do niego tym razem?
275

Barry otworzył usta, lecz żona nie pozwoliła mu odpowiedzieć.

- Nie, nie mów, nie chcę wiedzieć. Na szczęście któreś z nas jest gotowe choć 
trochę popracować.

Barry podszedł do fotela i usiadł ciężko. Wyciągnął spod biurka kosz i zaczął 
wyczesywać z włosów popiół.

- Gdzie byłeś?
- Na sesji z doktorem Ritalinem — odparł. —Twierdzi, że jestem wyleczony.

- Naprawdę? - Herbina uniosła głowę. - Wiesz, faktycznie, mam wrażenie, jakby 
zaczynała ci rosnąć broda. Choć możliwe, że to tylko popiół.

- Nie, to chyba włosy. Popiół nie wrasta. - Krzywiąc się, Barry dotknął 
bolesnego miejsca na szyi. - A przy okazji, Ritalin prosił, bym ci powtórzył, że 

background image

wyjechał na urlop.
- Dziwne - zdumiała się Herbina. - Wspominał, na jak długo?

- Z tego co widziałem, na wieczny. — Barry starał się, by zabrzmiało to 
nonszalancko.

Dyrektorka spojrzała na niego gniewnie.
- Do cholery, Barry! Wiedziałam, że go przepłoszysz! -wrzasnęła.

- To był Vielokont. - Barry nie miał ochoty dłużej zwlekać z poinformowaniem 
Herbiny. - Ritalin to Terry Vielo-kont w przebraniu.

- Oszalałeś! - krzyknęła. - Pewnie jeszcze powiesz, że znów próbował cię zabić?
- Brawo.

276

Herbina wyglądała, jakby za chwilę miała pęknąć. Po paru głębokich oddechach 
odezwała się cichym, gniewnym głosem:

- Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale teraz naprawdę rozumiem, co przeżywał 
Bubeldor. Z tobą jest coś poważnie nie tak, i to nie jest problem wieku. Po 

prostu wszystko chrzanisz i...
- Odetchnij, Herb, bo zemdlejesz.

- Przynajmniej nie będę musiała na ciebie patrzeć - ciągnęła Herbina. - W 
dodatku to chyba genetyczne, bo nauczyciel przyłapał właśnie Nigela z ręką pod 

fartuchem koleżanki.
- Niebezpieczny nawyk - zauważył Barry. - Porozmawiam z nim.

- Lepiej to zrób. A Fiona? Mój Boże, zachowuje się koszmarnie.
- Znów psoci?

- Tak! - wykrzyknęła Herbina. - Już zamierzałam posłać ją do Ritalina, ale ty, 
ty...

- Herb, za bardzo się przejmujesz. - Barry zdjął z jej biurka bezcenną 
kryształową kulę i podrzucił ją lekko. -Wyrosną z tego. Stanowię żywy dowód.

- Barry, przestań. Właśnie dostałam ją pocztą. Należała kiedyś do samego 
Trazyla.

Kula wyśliznęła się Barryemu z palców i z trzaskiem wylądowała na podłodze.
- Wynocha, ale już! - wrzasnęła Herbina. Barry uciekł.

BIBLIOGRAFIA
Anonim, Dziecięca skarbnica wulgaryzmów. New Haven: Yale University Press, 1991.

Bacon, Canacłian, Alchemia dla średniowiecznych opornych. Londyn, Argent Vive, 
1125.

Bubeldor, Alpo, Niektórzy zwą mnie fiutem. Hogsbiede, VieloBooks, 2002.
Drabble, Edith P, Przyuczanie do czystości twoich zombi. Port-au-Prince: 

Nosferatu Books, 1993.
—, Ogrodnik zombi. Port-au-Prince: Nosferatu Books, 1995.

-, Majsterkowicz zombi. Port-au-Prince: Nosferatu Books, 1996.
—, Nieumarły na rynku pracy: 1001 propozycji dla zombi, od cateringu po opiekę 

nad dziećmi. Port-au-Prince: Nosferatu Books, 1998.
Edwards, Timothy, Jak odróżnić elfa od skrzata i nie dostać w papę. Londyn: Mały 

Ludek, 2001.
Fnord, Edith, Pisanie bez czasowników: popis wyobraźni. Nowy Jork: Scribblers, 

1984.
Grunk, Esmeralda, Chochliki bez kompromisów i cenzury: portret najnudniejszych 

istot pod słońcem. Nowy Jork: Minu-scule Press, 1963.
Hoenzollern, Hans, Nieco nieprawidłowa łacina. Oksford: Little Knowledge Press, 

1933.
278

Ignatz, Ignatz I., Barry Trotter — czarodziej czy czubek? Nowy Jork: Fugue 
State, 2000.

D'Endicott, Prunella, Beaubeawc: Cest Magnifiąue. Paryż: Maginot, 1999.
-, Hokpok: szkoła grzechu. Paryż: Maginot, 2000.

-,  Schadenfreunde:  Gniazdo apatii.  Paryż:   Maginot, 2001.
Kilington, Pansy, Zimne dreszcze: historia Sonji Henie. Lakę Placid: Potrójny 

Axel, 1961.
Lucre, Og, Poć się i zarabiaj. Nowy Jork: Chciwość Bez Granic, 1997.

Moody, Czerwonozady, Ja, zeror. Hogsbiede: Smudge and Mackle, 2001.
Nottington, Clarabella, Droczenie się w teorii i praktyce. Londyn: Psyche!, 

background image

1994.
Oggler, Oswaldo, Jak odbierać pornografię w kryształowej kuli. Onan & Co., 1977.

Ptomaine, Henri, Commedia delia l'Arte. Londyn: Par-donmoi, 1973.
Quixotic, Marcy, Twój kot umie pisać na maszynie!^ Manchester: Mrrr & Pac, 2001.

Raisinbread, Herschel, Ignorowanie Magii. Cambridge: Cambridge University Press, 
1969.

Stimple, Avid, Świat według Gorpa: Pół olbrzyma, pół kupy łajna, stuprocentowej 
gwiazdy!'Hogsbiede: VieloBooks, 2003.

PYTANIA DLA GRUP CZYTELNICZYCH
Przyjemność dzielona to przyjemność podwojona, głosi stare powiedzonko. Czemu 

zatem nie spotkasz się z innymi fanami Barry'ego Trottera i nie podyskutujesz o 
tym, co właśnie przeczytałeś? Oto czemu: byłoby to nudne i głupie. Mimo wszystko 

jednak możesz powiedzieć rodzicom, że to właśnie robisz, i uniknąć wielu 
niezręcznych pytań.

1.   Niewątpliwie autor nie jest człowiekiem zdrowym. Jakie traumy z dzieciństwa 
mogły zmusić go, by pisał parodię Harry'ego Pottera?

2.   Na stronie 91 Herbina mówi: „Poza psem, książka to najlepszy przyjaciel 
człowieka. Wewnątrz psa jest za ciemno, by czytać". Odkąd to ma poczucie humoru? 

Czy uważasz, że wolno podkradać innym dowcipy? Jeśli nie, jak powinno się to 
karać?

3.   Niektórzy ludzie nie powinni pisać książek, inni ludzie nie powinni ich 
czytać. Wymień cztery rzeczy, które mógłbyś zrobić z Barrym Trotterem i Końską 

kuracją, zamiast to czytać. Co byś zrobił, byle tego nie czytać?
4.  Jeśli dostałeś tę książkę w prezencie, czy myślisz, że ofiarodawca próbował 

ci w ten sposób coś powiedzieć? Co? To chyba nie było zbyt miłe?
280

5.   Całe duże fragmenty tej książki po prostu nie mają sensu. O ile się 
założysz, że autor był pijany?

6.   Seria o Barrym Trotterze skupia się na walce pomiędzy Barrym   i   lordem 
Vielokontem,   pomiędzy   niezbyt dobrym i tak jakby złym, i powiedzmy sobie 

szczerze, walka ta nie jest zbyt fascynująca. Myślisz, że dlatego właśnie jak 
dotąd nie nakręcono filmu?

7.   Serię o Trotterze nazwano „znaczącym wkładem w literaturę gazów i 
ekskrementów". Czy autor powinien być z tego dumny? A jego mama?

8.   Poprzez postać Ernsta Ritalina autor wyśmiewa się z samej koncepcji zdrowia 
psychicznego. Jakim innym postaciom literackim przydałaby się wizyta u 

psychiatry? A które wyleczyć mogłoby jedynie porządne walnięcie w głowę 
poczciwym, starym młotkiem?

9.  W młodości autor twierdził często, że napisał różne słynne książki - 
„oczywiście pod pseudonimem" - by zaimponować  dziewczynom.  Jak myślisz, 

czemu  to nigdy nie zadziałało?
10.Czy sądzisz, że w przyszłości ludzie będą patrzeć na tę książkę i mówić „to 

wtedy właśnie rozpoczęły się nowe mroki średniowiecza"? Dlaczego? Dlaczego nie?
SPIS TREŚCI

Rozdział O: Kilka słów od autora .................................. 5
Rozdział 1: Grupa fokusowa......................................... 9

Rozdział 2: Macankowy szlaban ................................. 28
Rozdział 3: Rap i czary starej tiary .............................. 42

Rozdział 4: Umysł i magia.......................................... 52
Rozdział 5: Quitkit, sport kretynów ........................... 66

Rozdział 6: Dziewczyna i jej świnia............................. 81
Rozdział 7: BarryTrotter, poeta ................................ 106

Rozdział 8: Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu ..... 124
Rozdział 9: Potęga prawa.......................................... 157

Rozdział 10: Bal Gwizdkowy.................................... 168
Rozdział 11: Nigdy nie biegaj z różdżką.................... 198

Rozdział 12: BarryTrotter odwalił kitę,
a ja dostałem tylko tanią koszulkę........................ 205

Rozdział 13: Wiwat Podziemie! ................................ 228
Rozdział 14: Wczesne popołudnie sądu .................... 251

Rozdział 15: Wielki pościg ....................................... 257
Rozdział 16: Herbina w histerii ................................ 275

background image

Bibliografia............................................................... 278
Pytania dla grup czytelniczych.................................. 280

BARRY TROTTER
I BEZCZELNA

PARODIA
Michael Gerber

„Barry Trotter i Bezczelna parodia" to satyryczne, przezabawne spojrzenie na 
fenomen Harry'ego Pottera. Można w nim znaleźć sporo ironicznych aluzji pod 

adresem książek, lecz Gerber kieruje ostrze humoru głównie przeciw potworowi 
marketingowemu, jakim stał się Harry. Jednocześnie Barry Potter kipi twórczą 

energią, a prześmieszne podejście autora do magii mogłoby zaskoczyć nawet J.K. 
Rowling.

„Barry Trotter" to naprawdę dobra parodia literacka, rzucająca nowe światło na 
książki Rowling i wychwytująca ich niuanse i irytujące szczegóły. Nie trafia do 

was Harry? - Barry was zachwyci!
Barry Trotter ma 22 lata i wciąż studiuje w Szkole Magii Hokpok. Nie musi się 

spieszyć, bo dzięki opowiadającym o nim książkom G.K. Rol-lin został milionerem, 
z radością zatem oddaje się rozkoszom pijackiego studenckiego życia. Owszem, 

stada Gumoli, którzy stale gromadzą się wokół Hokpoku, marząc o tym, by go 
zobaczyć, czy wręcz dotknąć, trochę wkurzają wiecznego studenta, ale Barry się 

nie łamie. Do chwili, gdy dociera do niego wieść, że Hollywood zamierza 
zekranizować pierwszą powieść Rollin. Wszyscy wiedzą, co to oznacza: utratę 

kontroli nad dziełem, tanie pamiątki i gadżety, kolejne miliony Gumoli wokół 
Hokpoku. Wraz z Bumblemorem opracowują plan: trzeba powstrzymać realizację 

filmu.
BARRYTROTTER

I NIEPOTRZEBNA
KONTYNUACJA

Michael Gerber
Niczym chroniczna choroba skóry, najbardziej irytujący czarodziej świata 

powraca! Barry Trotter, obecnie lat 38 (duchem 11) wraca do Szkoły Magii i 
Czarów-Marów Hokpok. Wraz z żoną, Herbiną Grin-gor, odwożą do niej swego 

uwielbiającego Gumoli syna Nigela, który ma lat 11 (duchem 38) i jest tak 
magiczny, jak mniej więcej plastikowy widelec.

Gdy Barry i Herbina szykują się do wyjazdu z Hokpoku, ginie tragicznie dyrektor 
szkoły, Drago Malgnoy. W efekcie Barry i Herbina zostają mianowani tymczasowymi 

dyrektorami szkoły. Po pewnym czasie, w zwrocie akcji, który mógł się pojawić 
wyłącznie w taniej powieści mającej bezwstydnie wykorzystać fenomen popkultury, 

Barry zapada na juniorazję. Zaczyna młodnieć i na nowo przeżywa grozę okresu 
dojrzewania (łącznie z Pryszczami Ognia).

Rozwiązanie tajemnicy juniorazji Barry'ego staje się kwestią życia i śmierci. 
Czy, jak zwykle, podejrzewając Snajpera, Barry i Herbina odkryją, że za 

wszystkim stoi lord Vielokont?
Jeżeli nie czytaliście Barry'ego Trottera i Bezczelnej parodii, nie przejmujcie 

się, my też nie. Ale przeczytaliumy TĘ książkę i uważamy, że jest całkiem 
niezła.

ERAGON
Christopher Paolini

Chłopak z Montany, który nigdy nie chodził do szkoły, miał tylko 15 lat, gdy 
napisał powieść fantasy Eragorn, o piętnastoletnim chłopcu, który znajduje 

tajemniczy kamień. Kamień okazuje się być jajem smoka. Wkrótce Eragon nawiązuje 
ścisłą więź psychiczną ze smoczycą, której nadaje imię Saphira. Eragon z pomocą 

Saphiry unika śmierci, ale w zamachu ginie jego wuj.
Chłopiec zaprzysięga zemstę i wyrusza w drogę by pomścić jego śmierć. Wkrótce 

okazuje się, że chłopak jest pierwszym z nowego pokolenia Jeźdźców Smoków, 
legendarnych wojowników dosiadających smoków, zamordowanych przez złego króla 

Galbatorbca. Eragon staje się decydującą postacią w wojnie między siłami 
Galbatorixa i ruchem oporu Vardenów.

Od tamtej pory minęło cztery lata, a Eragorn jest na trzecim miejscu listy 
bestsellerów „The New York Times", prześcigając w rankingu cztery z pięciu tomów 

przygód o Harrym Porterze.
ERAGON

background image

Christopher Paolini
Chłopak z Montany, który nigdy nie chodził do szkoły, miał tylko 15 lat, gdy 

napisał powieść fantasy Eragorn, o piętnastoletnim chłopcu, który znajduje 
tajemniczy kamień. Kamień okazuje się być jajem smoka. Wkrótce Eragon nawiązuje 

ścisłą więź psychiczną ze smoczycą, której nadaje imię Saphira. Eragon z pomocą 
Saphiry unika śmierci, ale w zamachu ginie jego wuj.

Chłopiec zaprzysięga zemstę i wyrusza w drogę by pomścić jego śmierć. Wkrótce 
okazuje się, że chłopak jest pierwszym z nowego pokolenia Jeźdźców Smoków, 

legendarnych wojowników dosiadających smoków, zamordowanych przez złego króla 
Galbatorbca. Eragon staje się decydującą postacią w wojnie między siłami 

Galbatorbca i ruchem oporu Vardenów.
Od tamtej pory minęło cztery lata, a Eragorn jest na trzecim miejscu listy 

bestsellerów „The New York Times", prześcigając w rankingu cztery z pięciu tomów 
przygód o Harrym Porterze.

A
NAJSTARSZY

Christopher Paolini
Zapada mrok... w sercach wzbiera rozpacz... zło triumfuje... Zaledwie kilka dni 

temu Eragon i jego smoczyca Saphira ocalili kryjówkę buntowników przed atakiem 
wojsk króla Galbatorbca, okrutnego władcy imperium. Teraz muszą udać się do 

Ellesmery, krainy elfów, gdzie Era-gona czeka dalsze szkolenie. Musi nauczyć się 
jeszcze lepiej władać bronią Smoczych Jeźdźców: mieczem i magią. Wyrusza zatem w 

najważniejszą podróż swego życia, poznaje nowe cudowne miejsca i nowych 
kompanów, przeżywa nowe przygody. Lecz cały czas towarzyszy mu chaos i zdrada, i 

nic nie jest takie, jakim się wydaje. Wkrótce Eragon nie wie już, komu może 
zaufać.

Tymczasem jego kuzyn Roran musi stoczyć własną bitwę — bitwę, która być może 
narazi Eragona na jeszcze większe niebezpieczeństwo.

Czy mroczna ręka króla zdławi wszelki opór? Z tego starcia Eragon może nie ujść 
z życiem... Ostatnie strony Najstarszego ujawniają czytelnikom zaskakujące 

tajemnice, wyjaśniają kim jest Najstarszy, ujawniają pochodzenie czerwonego 
smoka z okładki książki i inne tajemnice...

Wspieraj polską fantastykę!

Nagroda im. Janusza A. Zajdla jest coroczną nagrodą w dziedzinie fantastyki, 
przyznawaną przez miłośników fantastyki autorom najlepszych polskich utworów 

literackich. Nagroda przyznawana jest w dwóch kategoriach: powieści i 
opowiadania.

Każdy czytelnik fantastyki może wybrać od jednego do pięciu utworów w każdej 
kategorii, wydanych w poprzednim roku kalendarzowym. Po pięć utworów, które 

zbiorą najwięcej gto-sów, znajdzie się na liście nominacji do Nagrody. Spośród 
nich uczestnicy POLCON-u, czyli Ogólnopolskiego Konwentu Miłośników Fantastyki, 

dokonają wyboru Laureatów.
Więcej informacji o Nagrodzie Zajdla i POLCON-ach znajdziecie na stronach 

interne-towych
http://zajdel.fandom.art.pl i http://polcon.fandom.art.pl Listę wybranych 

utworów należy nadesłać do 15 czerwca pocztą elektroniczną na adres:
zajdel@fandom.art.pl lub pocztą tradycyjną na adres korespondencyjny:

Związek Stowarzyszeń Fandom Polski ul. Zamieniecka 46/25
04-158 Warszawa

korzystając z poniższego kuponu, bądź podając wszystkie informacje na kartce 
pocztowej. Pamiętaj, w danym roku jedna osoba może zgłosić maksymalnie 5 

powieści i 5 opowiadań!
Nominacje zgłasza:

Imię i nazwisko: . Adres zamieszkania: .
Adres korespondencyjny: .

(jeśli inny niż zamieszkania) .
e-mail: . Zgłaszane powieści:

1..................................
2..................................

3..................................
4..................................

background image

5..................................
Zgłaszane opowiadania:

1..................................
2..................................

3..................................
4..................................

5..................................