background image

 

 
 
 

Elizabeth Hawksley 

 

 
 

TESTAMENT 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 

Dyliżans  zaskrzypiał  i  zachwiał  się  na  nierównym  bruku  głównej  ulicy.  Co  najmniej  dwoje  spośród  jego 

pasażerów  musiało  podtrzymać  się  nawzajem,  by  nie  uderzyć  w  okno  pojazdu.  Dyliżans  zajechał  na  podwórze 
przed gospodą i zatrzymał się. 

- Piętnaście minut, panie i panowie! - krzyknął woźnica. - Za piętnaście minut ruszamy w dalszą drogę. 
Z bocznych drzwi gospody wyszedł stajenny i jego młody pomocnik, po chwili zajęli się spoconymi końmi. Ktoś 

rozłożył schodki przy drzwiach powozu, by pasażerowie mogli wyjść na zewnątrz. 

- Cirencester, panie i panowie. Kawy? Herbaty? Zapraszam do środka. 
Stajenny  spojrzał  na  dwie  damy  odziane  w  czerń.  Starsza  była  blada  i  wyglądała  na  ciężko  chorą,  młodsza, 

prawdopodobnie  jej  córka,  rozglądała  się  dokoła  z  zainteresowaniem.  Stary  wyga  nie  musiał  przyglądać  im  się 
długo, by zrozumieć, że stać je ledwie na filiżankę kawy, i że nie należy spodziewać się po nich sutego napiwku. 
Odwrócił się do nich plecami, zupełnie tracąc zainteresowanie tą parą. 

Tymczasem młodsza dama wysiadła z powozu. 
-  No  to  jesteśmy  na  miejscu,  mamo  -  powiedziała  i  zwróciła  się  do  bagażowego.  -  Proszę  zająć  się  łaskawie 

naszymi bagażami. To te dwie walizy, tam wyżej. - Wskazała na dwa mocno już podniszczone skórzane kufry na 
dachu dyliżansu. 

Mężczyzna odwrócił się, splunął na drogę i przywołał służącego, który stał w drzwiach gospody. 
- Joe, chodź no tutaj. Zabierz bagaże tych pań. 
-  Chodźmy,  mamo  -  radośnie  zawołała  dziewczyna  i  ruszyła  śladem  służącego  do  wnętrza  gospody.  Młody 

służący  ocenił  możliwości  finansowe  dwóch  dam  tak  samo  trafnie  jak  jego  zwierzchnik,  ale  był  uprzejmym 
młodzieńcem  i  szczerze  współczuł  starszej  pani,  która  wyglądała  na  chorą  i  zmęczoną.  Po  krótkiej  wędrówce 
otworzył łokciem drzwi do niewielkiego pokoju z kominkiem, w którym wesoło trzaskał ogień. 

- Nikt nie będzie tutaj paniom przeszkadzał. Czy zechcą panie napić się kawy? 
Starsza dama zaczęła kręcić głową, ale jej córka oświadczyła stanowczym tonem. 
- Tak, proszę przynieść nam kawę. Mamo, usiądź sobie wygodnie, wyglądasz na kompletnie wyczerpaną. 
Starsza  dama  opadła  z  westchnieniem  na  fotel,  zakasłała  boleśnie,  przykładając  chusteczkę  do  ust,  i  oznajmiła 

słabym głosem: 

- Nazywam się Hartfield. Zostałyśmy tu wezwane. 
- Zaraz dowiem się, czy nie ma dla pani jakiejś wiadomości - odparł Joe i wyszedł z pokoju. 
Zapadła  cisza.  Starsza  dama  ściągnęła  czepek  i  po  chwili  grzała  szczupłe  dłonie  przy  ogniu.  Zaczął  się  już 

wrzesień i choć nie był szczególnie zimny, pani Hartfield wyglądała na zmarzniętą. Pani Jonathan Hartfield miała 
czterdzieści pięć lat. Była wdową, drobną i delikatną - łatwo można było się domyślić, że kiedyś była bardzo ładna. 
Jej ciepłe, brązowe oczy - teraz zapadnięte i podkrążone - były duże i kształtne. Cierpienie wyżłobiło na jej czole 
kilka zmarszczek, ale usta wciąż zachowały śliczny  kształt, zaś dłoni i stóp  mogła jej pozazdrościć każda młoda 
piękność, 

Córka pani Hartfield, Merab, miała osiemnaście lat, była wyższa od matki i nieco za szczupła, gdyż przez ostatnie 

dwa lata rosła zbyt szybko, a jej ciało nie zaokrągliło się jeszcze odpowiednio we właściwych miejscach. Jej włosy 
stanowiły  ciemną,  gęstą  i  pokręconą  masę,  którą  Merab  bezskutecznie  próbowała  ujarzmić,  splatając  grube 
warkocze. Odziedziczyła również po  matce ciemne  lśniące oczy, które były chyba najładniejszym  elementem  jej 
urody.  Czarna  suknia,  niezbyt  zręcznie  przedłużona,  nie  pasowała  do  niej  ani  trochę.  Ta  zazwyczaj  wesoła  i 
energiczna dziewczyna, teraz była zdenerwowana, gdyż to właśnie ona czuła się odpowiedzialna za tę podróż. Nie 
miała jednak innego wyboru. 

Pani Hartfield zawsze była delikatnego zdrowia, a po śmierci męża - co wydarzyło się przed kilkoma miesiącami 

- stan jej zaczął się pogarszać w zastraszającym tempie. Jonathan Hartfield zostawił im zaledwie tysiąc funtów, co 
dawało pięćdziesiąt funtów na rok. Jak mogły z tego wyżyć, skoro wydatki na leczenie wiąż rosły i rosły? Może 
poradziłyby  sobie  jakoś,  gdyby  pani  Hartfield  bardziej  dopisywało  zdrowie,  gdyż  przed  zamążpójściem  była 
nauczycielką śpiewu i zapewne mogłaby znaleźć sobie kilka uczennic. Merab dopiero niedawno skończyła naukę, 
a szkoła panny Goodison była ciekawym miejscem, w którym każda dziewczyna mogła zdobyć wiele wiadomości i 
umiejętności przydatnych w życiu dorosłej kobiety. Merab jednak doskonale zdawała sobie sprawę, że tego rodzaju 
wykształcenie  pozwalało  jej  jedynie  na  pracę  w  charakterze  guwernantki.  Zresztą,  nawet  gdyby  zdołała  znaleźć 
jakąś posadę - sądziła, że  mogłaby  ewentualnie zająć  się uczeniem  małych  dzieci  - co stałoby się  wówczas  z jej 
matką? 

Po śmierci męża pani Hartfield, czyniąc zadość dobrym obyczajom, napisała do swego teścia, którego nigdy nie 

poznała osobiście. Otrzymała uprzejmą, lecz chłodną w tonie odpowiedź. Nie oczekiwała zresztą niczego ponad to. 
Jak  powiedziała  kiedyś  do  Merab:  „Kiedy  się  pobraliśmy  pan  Hartfield  poprzysiągł,  że  nie  da  twojemu  tacie 
złamanego  grosza.  I  dotrzymał  słowa.  Nie  skontaktował  się  nawet  z  twoim  tatą,  kiedy  jego  brat  zginął  na 
polowaniu. I choć mój drogi Jonathan nie przepadał zbytnio za Edmundem, który w istocie był człowiekiem bardzo 
nieprzyjemnym, możesz sobie wyobrazić, co przeżył, kiedy dowiedział się o jego śmierci z gazet. To był dla niego 

background image

 

prawdziwy szok!” 

Szczęśliwie  ojciec chrzestny zostawił Jonathanowi tysiąc funtów, toteż  mógł zapisać je swej żonie. Dodatkowe 

kilkaset funtów,  które pani Hartfield uzyskała ze sprzedaży  drobnych pamiątek  i  mebli po  mężu, pokryły koszty 
kształcenia  Merab.  Jonathan  nigdy  nie  żałował  decyzji,  którą  podjął  przed  laty,  opuszczając  surowego, 
autokratycznego  ojca  oraz  despotycznego  starszego  brata,  i  żeniąc  się  ze  śliczną  Abigail  Cooper.  Poznał  ją  na 
przyjęciu, które uświetniała swym śpiewem. 

Niestety,  teraz  sprawy  przybrały  zły  obrót.  Płuca  pani  Hartfield  zawsze  były  bardzo  delikatne.  „Za  długo 

wystawałam w przeciągach, w tych zimnych holach”, mawiała często. „A w młodości byłam bardzo nierozsądna. 
Śpiewaczka powinna dbać o swoje gardło, ale ja byłam nierozważna i często zapominałam szalika”. 

Wreszcie, któregoś dnia lekarz wziął Merab na stronę i oznajmił bez ogródek: 
-  Przykro  mi,  panno  Hartfield.  Prawe  płuco  pani  matki  jest  poważnie  zainfekowane.  Musi  prowadzić  bardzo 

ustabilizowany tryb życia. 

Merab przełknęła ciężko i po chwili milczenia odparła: 
- Rozumiem. 
Z  przerażeniem  myślała  o  przyszłości.  Jej  matka  potrzebowała  najlepszej  opieki.  Skąd  jednak  miały  wziąć 

pieniądze na cotygodniową wypłatę dla lekarza? Pochłonęłoby to wszystkie ich oszczędności. 

Tego  wieczora  Merab  napisała  do  swojego  dziadka,  którego  nawet  nie  znała.  Nie  było  to  łatwe.  Skoro  ten 

człowiek nie pogodził się z jej ojcem, który po śmierci wuja Edmunda był jego jedynym żyjącym synem, i skoro 
nie  zaofiarował  pomocy  jej  matce,  kiedy  ta  została  sama,  trudno  było  liczyć  na  to,  by  zechciał  pomóc  im  teraz. 
Była to bardzo nikła nadzieja, jednak Merab wiedziała, że musi spróbować. 

Ku swemu zdumieniu  dwa tygodnie później  otrzymała odpowiedź. Nie były to  wyrazy radosnego powitania, a 

pan Hartfield nie przysłał im żadnych pieniędzy, jednak zapraszał je do swego majątku, zwanego Hartfield Hall, i 
zgodził  się  je  utrzymywać  w  zamian  za  pięćdziesiąt  funtów  rocznie  i  pomoc  Merab  przy  utrzymaniu  domu. 
Poinformował  ją,  jak  dojechać  dyliżansem  do  przystanku  Cirencester,  gdzie  obie  panie  miały  się  znaleźć  po 
południu, trzeciego września 1809 roku, i skąd miał je zabrać służący pana Hartfielda. 

W drzwiach pokoju ukazał się Joe; przyniósł na tacy filiżankę kawy i mały talerzyk z ciasteczkami. Postawił to 

wszystko na stoliku obok pani Hartfield. 

- Mam dla pani wiadomość - oświadczył. - Farmer Willet podwiezie panią do Hartfield Hall, kiedy będzie wracał 

z targu. Przyjedzie tu za jakąś godzinę. Może wcześniej, jeśli sprzeda świnie. 

Panna  Hartfield  z  trudem  stłumiła  chichot.  Wizja  podróżowania  na  jednym  wozie  ze  świniami  miała  w  sobie 

pewien  urok,  Merab  była  już  jednak  dość  dorosła,  by  zrozumieć,  jak  gruboskórnie  zachował  się  jej  dziadek, 
skazując chorą kobietę na takie niewygody. 

Kiedy jednak pan Willet przybył już na miejsce, okazało się, że nie czekają ich aż tak spartańskie warunki, jak się 

obawiały. Ławeczka woźnicy była obita miękką tkaniną, wszystkie świnie na szczęście zostały sprzedane, a pani 
Hartfield i Merab mogły siedzieć obok pana Willeta w całkiem przyzwoitych warunkach i ogrzewać nogi ciepłym 
kocem,  który  zostawiła  tam  zapobiegliwa  pani  Willet.  Sam  farmer  Willet  był  uprzejmym  mężczyzną  około 
pięćdziesiątki; miał wesołą, czerwoną twarz. Merab poczuła, że powoli wraca jej naturalny optymizm. 

Być może wszystko ułoży się znacznie lepiej, niż przypuszczały. 
 
M
erab  nie  wiedziała  o  tym,  że  jej  list  przybył  do  Hartfield  Hal!  w  wyjątkowym  momencie,  gdyż  tego  samego 

dnia  pan  Hartfield  otrzymał  zawiadomienie  o  śmierci  swego  kuzyna,  Marka  Sandiforda,  który  zgodnie  z  jego 
zamierzeniami  miał  zostać  dziedzicem  fortuny  Hartfieldów.  Pan  Sandiford  skończył  niedawno  sześćdziesiąt 
dziewięć  lat  i  już  od  dłuższego  czasu  miał  poważne  kłopoty  ze  zdrowiem,  jednak  pan  Hartfield,  rześki 
siedemdziesięciosiedmiolatek,  nie  przejmował  się  zbytnio  chorobą  swego  kuzyna.  Dlatego  też  wiadomość  o 
śmierci Marka spadła na niego jak grom z jasnego nieba. 

Pan  Sandiford,  cioteczny  kuzyn,  był  jedynym  krewnym,  dla  którego  Julian  Hartfield,  czuł  odrobinę  sympatii. 

Kiedyś,  dawno  temu,  dziesięcioletni  Julian  uratował  tonącego  dwulatka,  Marka,  i  od  tego  czasu  czuł  się,  w 
pewnym sensie, jego właścicielem i opiekunem. Marek, jako dorosły już człowiek, podtrzymywał ten kontakt, nie 
okazując  w żaden sposób, że chciałby zawłaszczyć siedzibę Hartfieldów. W rzeczywistości uważał po prostu, że 
wydziedziczenie Jonathana Hartfielda było zwyczajnym blefem, i że kuzyn Julian w końcu uczyni to, co uczynić 
powinien, to znaczy zostawi Hartfield swojemu jedynemu żyjącemu synowi. 

Jednak  Marek  umarł,  a  to  oznaczało  spore  kłopoty.  Problem  polegał  na  tym,  że  syn  pana  Sandiforda, 

dwudziestoletni Rowland, student Oksfordu, zajął się czymś, czego Julian Hartfield absolutnie nie aprobował. Nie 
chodziło  tu  o  kobiety  czy  hazard  (pan  Hartfield  uważałby  to  za  normalne,  choć  godne  pożałowania  słabostki 
młodego człowieka), lecz o politykę. Rowland miał głowę nabitą ideami, które w żaden sposób nie licowały z jego 
statusem społecznym, i zaraził się tymi bzdurami o powszechnym prawie do głosowania i podobnymi nonsensami. 
Kiedy  ten  zarozumiały  szczeniak  pojawił  się  ostatnim  razem  w  Hartfield  Hall,  miał  czelność  zaproponować 
kuzynowi Julianowi, by założył  w  wiosce szkołę! Równie  dobrze  mógłby go  namawiać do  wzniecenia rewolucji! 
„Zacznie  się  od  szkoły,  a  potem  będą  bunty  i  radykalne  pamflety.  Nie  pozwolę,  by  takie  rzeczy  kiedykolwiek 

background image

 

zdarzyły  się  w  Hartfield.  Ucząc  niższe  klasy  czytania  i  pisania,  tylko  zachęca  się  je  do  narzekań  i  wybujałych 
żądań”. 

Teraz Marek nie żył, a Rowland stał się  następnym  dziedzicem  Hartfield  - chyba że Julian Hartfield zmieniłby 

nagle  zdanie.  Gdy  więc  otworzył  list  od  Merab,  nie  wyrzucił  go  natychmiast  do  kosza  na  śmieci,  co  zrobiłby 
zapewne zaledwie kilka dni wcześniej. Wciąż planował uczynić Rowlanda spadkobiercą (Julian szczycił się tym, 
że nigdy nie zmienia zdania), ale doszedł do wniosku, że należy utrzeć mu nieco nosa i pokazać, że są inni, bliżsi 
krewni, którym może zostawić majątek, jeśli tylko zechce. 

Tak  więc  pani  Hartfield  -  bo  chyba  tak,  niestety,  musiał  ją  nazywać  -  i  jej  córka  mogły  przyjechać  do  jego 

posiadłości. Dziewczyna mogła się nawet okazać całkiem przydatna. Dotychczasowa gospodyni, pani Barden, była 
już dosyć stara i coraz częściej mówiła o wyjeździe do swojej córki. Gotów był więc pozwolić, by jego synowa i ta 
Merab - cóż to za imię! - przejęły obowiązki gospodyni i zarobiły na swoje utrzymanie. 

Wszystko wskazywało na to, że pani Hartfield nie pociągnie już długo, jednak jej teść miał nadzieję, że Rowland 

i tak zdąży się przekonać, jak wielkie zagrożenie stanowi ona i jej córka. 

Pan Hartfield wyprostował się i pociągnął za dzwonek. 
 
P
ani  Barden  nie  mogła  się  wprost  doczekać,  kiedy  znów  wróci  do  kuchni.  Gdyby  nie  spora  tusza  i  wrodzona 

godność, zapewne pobiegłaby tam co sił w nogach. 

- Pomyśl tylko! Przyjeżdża żona pana Jonathana i jego dziecko! - zawołała, gdy tylko stanęła w drzwiach. - Och, 

to był taki miły chłopiec. Zawsze miał dla nas dobre słowo. 

Poprawiła niesforny kosmyk siwych włosów i położyła dłoń na falujących gwałtownie piersiach. 
Pan Tilling, ogrodnik, który przyniósł właśnie świeże warzywa, spojrzał na nią ze zdumieniem. 
- Ciekawe,  dlaczego to zrobił  - powiedział,  drapiąc się  w  głowę. - Przecież  nie  chciał  mu przebaczyć nawet po 

tym, jak zginął pan Edmund. To nie ma sensu. 

- Teraz też nie wita ich z otwartymi rękami - odparła pani Barden. - Kazał mi przygotować wschodni pokój i tę 

małą klitkę obok. 

 
F
armer Willet skręcił z głównej drogi i wjechał w bogato zdobioną żelazną bramę. 
- Jesteśmy na miejscu, drogie panie. To jest właśnie Hartfield Hall. 
- Wygląda na nieco zaniedbane - zauważyła Merab, rozglądając się dokoła. Brama opleciona była bluszczem, a 

budka dla służby wymagała natychmiastowego remontu. Ogród porastała wysoka trawa i chwasty; kilka okien było 
zabitych deskami. 

- Pan Hartfield nie jest zbyt rozrzutny, jeśli rozumie pani, co chcę przez to powiedzieć. Trzeba jednak przyznać, 

że ziemia nie leży odłogiem, a pan Hartfield nie skąpi na nią grosza. Wszystkie potrzebne prace zawsze zrobione są 
na czas. Ale poza tym nie robi już nic więcej. 

Pan Willet zamilkł nagle, przypomniawszy sobie, że mówi do wnuczki pana Hartfielda. 
Kiedy  wyjechali  zza  zakrętu,  ujrzeli  dom  w  całej  okazałości.  Był  to  skromny  budynek  z  szarego  kamienia, 

wzniesiony jeszcze w poprzednim stuleciu. Jego projektanci starali się zachować idealną symetrię; po obu stronach 
wysuniętego do przodu portyku znajdowały się trzy okna. Do drzwi frontowych prowadziły niewysokie kamienne 
stopnie,  zabezpieczone  półkolistą  balustradą.  Merab  zauważyła,  że  trawnik  przed  wejściem  jest  starannie 
przystrzyżony. Choć trudno jej było znaleźć jakieś jaskrawe przykłady zaniedbania, miała wrażenie, że nikt się o 
ten dom nie troszczy. Być może dlatego, że w pobliżu nie rósł ani jeden krzak róży, ani jedno kłącze winorośli nie 
mąciło szarej monotonii surowych kamiennych ścian. 

Pan Willet zatrzymał wóz, zeskoczył na ziemię i zapukał do drzwi. Potem pomógł obu damom zsiąść z wozu i 

zdjął ich bagaże. 

Drzwi  frontowe  otworzyły  się  gwałtownie  i  na  kamiennych  schodkach  ukazała  się  pani  Barden.  Merab  i  pani 

Hartfield  wymieniły  zdumione  spojrzenia.  Kim  jest  ta  kobieta?  I  dlaczego  pan  Hartfield  nie  wyszedł  się  z  nimi 
przywitać? 

- Jestem Abigail Hartfield - oświadczyła starsza dama z godnością. - A to moja córka. Mam nadzieję, że ktoś nas 

tu oczekuje. 

Pani Barden dygnęła z szacunkiem. 
- Nazywam się Barden, proszę pani. Jestem tutaj gospodynią. Pana Hartfielda nie ma w tej chwili w domu i wróci 

późno. Proszę wejść. 

Odwróciła się  do Merab, która przyglądała jej się  z zainteresowaniem. Gospodyni  nie  miała wątpliwości, że ta 

dziewczyna jest córką wdowy po Jonathanie. 

- Panno Hartfield, zapraszam do środka - powiedziała. - Wszyscy tu bardzośmy lubili pana Jonathana, a pani jest 

do niego taka podobna... - Pan Jonathan też był w młodości tak uroczo niezgrabny, pomyślała. 

Merab rozpromieniła się. 
- Mój ojciec był bardzo przystojny - oznajmiła ze śmiechem. - Wątpię, czy kiedykolwiek mu dorównam. 
- Kiedy miał mniej więcej tyle lat, co pani, był wysoki i chudy; sama skóra i kości, jak źrebak - powiedziała pani 

background image

 

Barden, pozwalając sobie na lekki uśmieszek. 

-  W  takim  razie  jest  jeszcze  dla  mnie  jakaś  nadzieja  -  odparła  Merab.  -  Biedna  Mama  całkiem  się  już  poddała. 

Myślała, że będę szczupła, delikatna i drobna tak jak ona, a zamiast tego dochowała się takiej żyrafy. 

-  Nonsens,  moja  droga.  -  Tym  razem  uśmiechnęła  się  pani  Hartfield.  -  Jestem  bardzo  dumna  z  mojej  wysokiej 

córki.  Dziękujemy  pani  za  miłe  powitanie,  pani  Barden.  Jestem  pewna,  że  nie  zrozumie  mnie  pani  źle,  jeśli 
powiem, że nie wiedziałyśmy, czego się spodziewać. 

Pani  Barden  zaprowadziła  obie  damy  na  górę  i  pokazała  im  pokoje.  Nim  się  pożegnała,  zapewniła  panią 

Hartfield, że jedna ze służących przyniesie jej kolację na tacy i butelkę z ciepłą wodą do ogrzania łóżka. 

-  Bo  widzę,  że  jest  pani  już  porządnie  zmęczona  i  pewnie  z  chęcią  położyłaby  się  pani  do  łóżka.  -  Potem  pani 

Barden odwróciła się do Merab i oświadczyła już mniej radosnym tonem:  - Pan Hartfield prosił, by zjadła pani z 
nim dzisiaj kolację, panno Merab. Zazwyczaj jada o wpół do siódmej, więc przyjdę tutaj i zaprowadzę panią na dół 
jeszcze przed gongiem. 

- Dzię...dziękuję pani, pani Barden - wyjąkała Merab. 
- Biedne dziecko - powiedziała pani Barden do pana Tillinga, kiedy powróciła już do kuchni. Ogrodnik został tu 

wezwany, by pomóc przy wnoszeniu bagaży obu dam na górę. - Powiadam ci, zbladła jak ściana. I wcale się jej nie 
dziwię. 

Tymczasem Merab pomogła matce rozpakować bagaże, a kiedy już podała jej krople i była pewna, że niczego jej 

nie brakuje, przeszła do swego pokoju. Obejrzawszy szybko niewielkie pomieszczenie, podeszła do małej toaletki, 
by przejrzeć się w lustrze. To, co ujrzała, wcale nie napełniło jej odwagą. Wyglądała blado, miała ciemne kręgi pod 
oczami  i  -  o  zgrozo!  -  krostkę  na  samy  środku  brody.  Sukienka  była  pomięta  i  przykurzona  po  podróży,  a 
pończochy ochlapane błotem. 

Przynajmniej  temu  ostatniemu  mogła  zaradzić.  Pogrzebała  w  kufrze  ze  swoimi  ubraniami  i  odszukała  parę 

czystych  pończoch,  pantofle  na  wieczór,  czysty  kołnierzyk  i  parę  mankietów.  W  kącie  pokoju  na  żelaznej 
podstawce stała miednica, w której służąca zostawiła trochę wody. Merab umyła dłonie i twarz. Woda była zimna, 
lecz przyjemna i dziewczyna poczuła się nieco pewniej. Potem przyczesała niesforne włosy i zrobiła wszystko, co 
w  jej  mocy,  by  wyglądać  schludnie  i  elegancko.  Niestety,  nie  mogła  poradzić  nic  na  tę  przeklętą  krostkę.  Nie 
zdawała sobie sprawy, że jej szczupła twarz zdradzała nieprzeciętną inteligencję, a wielkie ciemne oczy stanowiły 
obietnicę przyszłej piękności. 

Zostało  jeszcze  dziesięć  minut  do  kolacji,  więc  Merab  przysiadła  na  skraju  łóżka  i  rozejrzała  się  dokoła.  Nie 

miała  złudzeń  co  do  tego,  że  traktuje  się  je  tutaj  jak  ubogie  krewne.  Co  prawda  łóżko  wyglądało  całkiem 
przyzwoicie  -  Merab  stwierdziła,  że  jest  dość  miękkie  i  równe  -  lecz  wszystko  inne  przypominało  przypadkową 
zbieraninę  starych  mebli,  które  dopiero  co  ściągnięto  ze  strychu  -  i  tak  było  w  istocie.  Toaletka,  na  przykład,  z 
pewnością dni największej świetności miała już za sobą. Mahoniowa komoda o zaokrąglonych kształtach musiała 
być  niedawno  wypolerowana,  gdyż  dziewczyna  czuła  jeszcze  zapach  wosku,  jednak  zaledwie  kilka  uchwytów 
pasowało do całości. Zasłony z pewnością szyte były na całkiem inne okno, a zniszczony dywan został nieudolnie 
załatany w jednym z rogów. 

Z drugiej strony, tłumaczyła sobie Merab, pani Barden traktowała je bardzo uprzejmie, a dopóki matka miała od-

powiednią  opiekę,  nie  było  większych  powodów  do  narzekań.  Wspominanie  tego,  co  było,  albo  tego,  co  mogło 
być, nie miało najmniejszego sensu. Dokonała najlepszego z możliwych wyborów, a teraz musiała to jak najlepiej 
wykorzystać, na dobre czy na złe. Jak to mawiała panna Goodison w szkole? „Trzeba być ponad to, dziewczęta!” 
No cóż, spróbuje być ponad to. 

Tuż przed wpół do siódmej pani Barden zapukała do drzwi. 
-  Zaprowadzę  panią  na  dół,  panno  Merab  -  powiedziała.  Spojrzała  z  aprobatą  na  dziewczynę.  Zauważyła,  że 

umyła się, wyczyściła ubranie i zrobiła wszystko, co w jej mocy, by przypodobać się swemu dziadkowi. Nie daj 
Boże, by pan Hartfield miał jeden z tych swoich okropnych humorów. - Pan Hartfield czeka w bibliotece. 

Kiedy Merab weszła do biblioteki, ujrzała wysokiego siwego mężczyznę ubranego w skórzane bryczesy. Starzec 

nosił  przypudrowaną  perukę  z  zeszłego  wieku,  jego  twarz  była  szczupła  i  pomarszczona,  a  pod  krzaczastymi 
brwiami lśniły zimne szare oczy. Cała twarz była sztywna i ponura, jakby nigdy nie padał na nią blask słońca. 

Jako  dziecko  Merab  uwielbiała  słuchać  opowieści  ojca  z  czasów  jego  młodości.  Ze  szczególną  przyjemnością, 

zmieszaną  jednak  z  odrobiną  strachu,  wsłuchiwała  się  w  historie  o  atakach  strasznego,  zimnego  gniewu,  w  jaki 
wpadał  jej  dziadek,  Wydawał  jej  się  wtedy  straszniejszy  od  trolli,  gdyż  nie  można  go  było  przechytrzyć.  Teraz 
przekonała się, że jej ojciec ani odrobinę nie przesadzał. Merab poczuła nagle, że opuszcza ją wszelka odwaga, jej 
dłonie stały się zimne i niezręczne. Wzięła głęboki oddech, podeszła bliżej i dygnęła grzecznie. 

- Dobry wieczór, sir. 
Zimne oczy zmierzyły ją od góry do dołu. Jeśli niezwykłe podobieństwo do nieżyjącego syna wzruszyło starca, 

nie okazał tego w żaden sposób. 

- Merab. Cudzoziemskie imię. Merab wyprostowała się. 
- To imię biblijne - odparła, urażona. - Merab była księżniczką, córką króla Saula. Zostałam tak nazwana na cześć 

siostry mojej mamy, która umarła bardzo młodo. 

background image

 

Dziewczyna podniosła dumnie głowę. Postanowiła już wcześniej, że będzie uprzejma i miła, by dziadek nie mógł 

zarzucić niczego jej manierom. Nie znaczyło to jednak, by miała pozwolić się zastraszyć i upokorzyć. 

Pan Hartfield rzucił jej gniewne spojrzenie, nie powiedział już jednak nic, tylko wskazał, by jako pierwsza weszła 

do jadalni. 

Ta  kolacja  była  jednym  z  najdziwniejszych  posiłków,  jakie  Merab  kiedykolwiek  spożyła.  Dziadek  siedział  w 

absolutnej ciszy i ani razu nie poczęstował jej winem, choć sam obficie się nim raczył. Sama jadalnia była bardzo 
dużym  pomieszczeniem,  a  przy  wielkim  stole  mogły  zasiąść  co  najmniej  dwa  tuziny  ludzi.  Srebrna  zastawa 
opatrzona była herbem Hartfieldów, a porcelana była o wiele ładniejsza i lepsza od naczyń, z których Merab jadała 
w domu. Większa część pokoju ginęła w ciemnościach, gdyż pan Hartfield najwyraźniej nie zamierzał marnować 
świeczek.  Używał tylko  dwóch świeczników, z  których jeden stał przed Merab, drogi zaś przed  nim samym, po 
drugiej stronie stołu. 

Pod koniec posiłku pan Hartfield pociągnął za dzwonek; po chwili w jadalni ukazała się pani Barden. 
-  Pani  Barden,  od  dzisiaj  panna  Hartfield  będzie  jadać  na  górze,  razem  ze  swoją  matką.  Mogę  się  doskonale 

obejść  bez  jej  towarzystwa.  Obie  panie  mogą  korzystać  ze  starego  salonu  mojej  żony.  -  Starzec  odwrócił  się  do 
Merab i rzekł: - A ty, wymoczku, lepiej nie wchodź mi w drogę. 

 
B
ohaterki  romantycznych  powieści  w  podobnych  sytuacjach  podbijają  swym  wrodzonym  wdziękiem  i  czarem 

serca najbardziej nawet antypatycznych i gburowatych krewnych; jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w 
pobliżu pojawiają się młodzi mężczyźni, a utraceni niegdyś krewni wracają nagle do kraju i obsypują pieniędzmi 
ubogą kuzynkę. 

Nic podobnego nie przydarzyło się Merab. Jej matka umarła cichutko niecały rok później. Merab zajęła w końcu 

miejsce  pani  Barden  i  przy  pomocy  pana  Camberwella,  prawnika  rodziny  Hartfieldów,  zdołała  wynegocjować 
roczne wynagrodzenie w wysokości dwudziestu funtów - połowę tego, co jej dziadek płacił pani Barden. 

Przez  pierwsze  osiemnaście  lat  swego  życia  Merab  była  uwielbianym  przez  rodziców,  rozpieszczanym 

dzieckiem. Teraz nagle musiała radzić sobie zupełnie sama. Osoba o słabszym charakterze mogła zupełnie stracić 
ducha, mając przed sobą wizję zamknięcia w wielkim wiejskim domu, w towarzystwie swarliwego starca. Merab 
postanowiła  jednak  -  czym  dowiodła,  że  jest  nieodrodną  córką  swego  ojca  -  że  pomimo  niechęci  dziadka  sama 
stworzy sobie warunki, które pozwolą jej prowadzić satysfakcjonujący żywot. 

Wciągnęła w swój plan ogrodnika. 
- Panie Tilling - powiedziała pewnego dnia, wkrótce po tym, jak pani Barden zrezygnowała z posady i wyjechała 

do swej córki. - Chciałabym hodować kury. Mam nadzieję, że będzie mi pan służył radą. 

Tilling pokręcił głową. 
- Pan Hartfield nie pozwoli na to. 
-  Nie  zamierzam  prosić  go  o  pozwolenie  -  odparowała  Merab.  -  Wie  pan  równie  dobrze  jak  ja,  że  on  nie 

zgodziłby się na nic, co mogłoby mi dać choć odrobinę pieniędzy. 

Postanowiła, że jeśli już musi zostać gospodynią, będzie zawsze stać po stronie służby, a to z zasady wykluczało 

ślepe  posłuszeństwo  i  lojalność  względem  dziadka.  Lojalność,  w  pojęciu  Merab,  była  czymś,  na  co  każdy  musi 
sobie zasłużyć. 

Tilling spojrzał na nią z respektem. 
- Stara pani Hartfield trzymała kury - przyznał wreszcie. - Za ogrodem od strony kuchni. 
- Może mi pan pokazać to miejsce? 
Po drodze Merab wyjawiła ogrodnikowi swój plan. 
- Wioska znajduje się w opłakanym stanie. Jest tylko jedna studnia. Niektóre chaty są okropnie zawilgocone i nie 

ma tu żadnej szkoły. Coś trzeba z tym zrobić, ale zdaję sobie sprawę, że dziadek nie ruszy nawet palcem. Jednak 
gdybym zdołała zarobić trochę grosza dzięki tym kurom, mogłabym kupić choćby podstawowe lekarstwa. 

- Powinna pani porozmawiać z farmerem Willetem - podsunął Tilling. - On jeździ co tydzień na targ i na pewno 

zgodziłby się wziąć dodatkowy koszyk jajek czy nawet warzyw. 

Ogrodnik mrugnął porozumiewawczo, bo warzywa należały przecież do pana Hartfielda. 
Merab  uśmiechnęła  się  w  odpowiedzi.  Zamierzała  rozszerzyć  swą  działalność  na  tyle,  na  ile  tylko  było  to 

możliwe, toteż świadomość, że Tilling stoi po jej stronie, napawała ją otuchą. 

Dwa tygodnie później, kiedy  kurnik został już  zreperowany, Merab rozpoczęła hodowlę  kur i po  jakimś czasie 

zdołała  zapewnić  sobie  stały  dochód  ze  sprzedaży  jaj.  Wszystkie  pieniądze  przeznaczała  na  potrzeby  wioski, 
szybko jednak odkryła, że wymaga to sporej pomysłowości, gdyż jej dziadek, który uważał takie postępowanie za 
niedopuszczalne  „rozpieszczanie  wieśniaków”,  gdyby  się  o  tym  dowiedział,  na  pewno  stanowczo  zabroniłby  jej 
rozdawać pożywne zupy i lekarstwa chorym mieszkańcom wioski. Na szczęście oni także byli w pełni świadomi, 
że  jej  działalność  musi  pozostać  w  ukryciu,  i  pan  Hartfield  nigdy  nawet  nie podejrzewał,  co  dzieje się pod  jego 
bokiem. 

Dziadek Merab żył jeszcze przez siedem lat i do samej śmierci był zimny i nieustępliwy. Przez pierwsze pięć lat, 

kiedy  wciąż  mógł  się  ruszać,  wyjeżdżał  od  czasu  do  czasu  do  Londynu,  gdzie  spotykał  się  na  lunchu  w  swoim 

background image

 

klubie z młodym kuzynem Rowlandem, wzywanym specjalnie na tę okazję ze swojej posiadłości w Wiltshire. 

Te spotkania nie sprawiały jednak panu Hartfieldowi większej przyjemności. Co prawda Rowland nie był już tak 

radykalny  w swych poglądach  jak  kilka lat wcześniej  - a przynajmniej  miał na tyle taktu, by  nie  okazywać tego 
zbyt  ostentacyjnie  -  pozostał  jednak  ma  tyle  zuchwały,  że  zbudował  szkołę  w  swojej  wiosce  i  wciąż  chciał 
kandydować do parlamentu z listy partii reformatorów. 

- Przeklęty  głupiec!  - powiedział pan Hartfield  do Merab, kiedy  wrócił  już  do  domu.  - Na szczęście  nie zajdzie 

zbyt daleko. Posiadłość Merryn Park nie jest w stanie dać więcej niż tysiąc pięćset funtów zysku rocznie, pomimo 
tych  wszystkich  nowomodnych  metod  upraw,  a  wejście  do  parlamentu  będzie  go  kosztowało  co  najmniej  kilka 
tysięcy. 

Po śmierci Abigail, pan Hartfield, choć niechętnie, pozwolił Merab dołączyć do grona dorosłych i co jakiś czas 

jadał z nią wspólnie kolację. Merab zauważyła, że nigdy nie był specjalnie zadowolony z jej towarzystwa, jednak 
tylko ona mogła spełniać rolę publiczności, której skarżył się na bezeceństwa Rowlanda, a przy tym mógł droczyć 
się z nią, wspominając co jakiś czas o dziedzicu posiadłości Hartfield. 

- Może znajdzie jakiegoś  mecenasa  - zauważyła rozsądnie Merab. Wysłuchiwała opowieści  o  niegodziwościach 

Rowlanda  od  dnia,  gdy  zaczęła  jadać  przy  jednym  stole  z  dziadkiem,  i  żywiła  pewną  sympatię  dla  swego 
nieznanego kuzyna. 

- Nie będzie robił tego za moje pieniądze - warknął dziadek. - I nie myśl sobie, że to znaczy, że zostawię je tobie, 

wymoczku. Oddam wszystko na cele dobroczynne. 

Merab milczała. Słyszała to już  wiele razy, a poza tym  nie  do  końca  mu wierzyła. Choć starzec ciskał pioruny 

gniewu na swego kuzyna, przy okazji następnej podróży do Londynu znów się z nim spotykał. Merab odważyła się 
kiedyś  zauważyć,  że  chętnie  poznałaby  swego  kuzyna,  jednak  pan  Hartfield  nigdy  nie  zapraszał  Rowlanda  do 
siebie, zapewne z czystej złośliwości względem wnuczki. 

Jedną  z  jaśniejszych  stron  życia  Merab  była  znajomość  ze  szkolną  przyjaciółką  Amelią,  która  poślubiła  sir 

Thomasa Wincantona i mieszkała teraz w Bath. Od czasu do czasu Merab mogła ją odwiedzać dzięki uprzejmości 
sir  Thomasa,  który  przysyłał  po  nią  powóz.  Kiedy  Merab  po  raz  pierwszy  wybierała  się  do  Bath,  pan  Hartfield 
ostro się temu sprzeciwiał. 

- Masz tutaj pracę, moja panno, nie zapominaj o tym - grzmiał. - Wycieczka do Bath, jeszcze czego! Nie, nie ma 

mowy! 

- Lady Wincanton często namawiała  mnie, bym u niej zamieszkała, sir - odparła Merab. - Teraz, gdy  mama już 

nie żyje, może wolałby pan, bym się tam przeniosła? 

Było to dość ryzykowne posunięcie ze strony Merab. Choć bardzo kochała Amelię, nie chciałaby wykorzystywać 

jej  dobrego  serca,  a  wiedziała,  że  sir  Thomas  na  pewno  nie  zgodziłby  się  przyjmować  od  niej  jakichkolwiek 
pieniędzy. Dziadek z kolei wolał się dobrze namyślić, nim dobrowolnie pozbawił się pięćdziesięciu funtów rocznie 
i dobrej gospodyni, której płacił zaledwie dwadzieścia funtów. Po chwili odburknął więc tylko: 

- Zgoda, możesz jechać. 
Po powrocie Merab dowiedziała się, że dziadek obniżył jej płacę. 
Niechęć pana Hartfielda do wnuczki nie słabła ani drobinę - prawdopodobnie wzmagał ją jeszcze fakt, że zawsze 

gdy objeżdżał swoją posiadłość, zewsząd słyszał pochwały na cześć Merab. 

- Jak się czuje panna Merab? - pytali chłopi. 
Pewna stara kobieta, która od dawna narzekała na cieknący dach, powiedziała do pana Hartfielda: 
-  Mam  nadzieję,  że  panna  Merab  miewa  się  dobrze,  sir.  Kiedy  przychodzi  tutaj,  to  tak,  jakby  samo  słońce 

wchodziło pod mój dach. 

Starzec ignorował wszystkie te pochwały. Po powrocie do domu powiedział do wnuczki: 
- Nie pozwolę, żebyś rozpieszczała wieśniaków, moja panno. To banda nierobów. Co robiłaś u starej pani Lane, 

hę? 

- Czytałam jej Biblię, sir - odparła Merab. Przyniosła także staruszce owoce z sadu pana Hartfielda i lekarstwo na 

reumatyzm, o tym jednak nie wspomniała. 

Życie na wsi służyło jej dobrze przynajmniej pod jednym względem. Kiedy przyjechała do Hartfield Hall,  była 

chudą, kościstą dziewczyną, której twarz pokrywały często  młodzieńcze pryszcze. W  miarę upływu lat jej figura 
stała  się  pełniejsza.  Dzięki  długim  spacerom  po  okolicy  poruszała  się  lekko  i  elegancko,  a  czyste  powietrze 
oczyściło jej cerę. 

- Taka z niej ładna dziewczyna - mówiła pani Barden do Tillinga. - Ma cudowną skórę i piękne oczy. Ale kto ją 

tutaj widzi? 

Kiedy Merab miała dwadzieścia sześć lat, los sam odpowiedział na to pytanie. Kilka lat wcześniej pan Hartfield 

miał  wylew,  i  Merab  przy  pomocy  prawnika  rodziny  Hartfieldów,  pana  Camberwella,  stopniowo  przejmowała 
coraz więcej obowiązków związanych z utrzymaniem posiadłości. Dziadek wcale nie polubił jej przez to bardziej, 
ale chcąc nie chcąc musiał uznać, że robi to dobrze. Dzięki temu Merab mogła przynajmniej wpłynąć bardziej na 
poprawę sytuacji mieszkańców wioski. Niestety, oznaczało to także, że nie mogła odwiedzać Amelii w Bath. 

Wreszcie szóstego grudnia 1816 roku po drugim wylewie i tygodniu bezsennych nocy dla Merab, Julian Hartfield 

background image

 

zmarł, nie kochany i nie opłakiwany przez nikogo. 

Kiedy już było po wszystkim, Merab stała obok łóżka i patrzyła na nieruchome ciało, na twarz, która była równie 

zimna i bezduszna po śmierci, jak i za życia. Jestem wolna, pomyślała Merab. Ale te słowa nic teraz dla niej nie 
znaczyły. Czuła jedynie ogromne zmęczenie i znużenie. 

Pan Camberwell przyjechał do Hartfield Hall jeszcze tej samej nocy i dopilnował, by zamieszczono wiadomość o 

śmierci pana Hartfielda w gazetach, a sam napisał do Rowlanda Sandiforda, informując go o dacie pogrzebu. 

Merab  z  zainteresowaniem  oczekiwała  przybycia  Rowlanda.  Jego  młodzieńczy  zapał  zawsze  jej  się  podobał  i 

zakładała, że człowiek, który tak bardzo dba o edukację mieszkańców swej wioski i o prawa biednych ludzi, sam 
także  musi  być  sympatyczny.  Kiedy  usłyszała  nadjeżdżający  powóz,  podekscytowana  wybiegła  na  zewnątrz,  by 
przywitać tak długo oczekiwanego gościa. 

Z  karety  wyszedł  wysoki,  elegancki  mężczyzna  w  wieku  około  dwudziestu  dziewięciu  lat. Serce  Merab  zabiło 

nagle mocniej, gdyż ku swemu zdumieniu ujrzała, że młody mężczyzna ma takie same ciemne kręcone włosy jak 
ona. Potem Rowland odwrócił głowę w jej stronę, a wtedy ciepłe słowa powitania zamarły na ustach Merab - poza 
włosami pan Sandiford był uderzająco podobny do jej dziadka, miał taki sam wąski nos i zimne oczy. Spojrzał na 
nią obojętnie i spytał: 

- A kimże pani jest? 
- M... Merab Hartfield - wykrztusiła. 
- Nie wiedziałem, że Julian miał jakieś nieślubne dzieci. 
Merab zaczerwieniła się. 
- Jestem córką Jonathana Hartfielda, sir, a nie żadnym bękartem. Chyba słyszał pan o mnie? 
Rowland zmierzył ją zimnym spojrzeniem. 
- Nigdy. 
Widziała, jak zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki. Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wszedł do domu. 

Merab, urażona i rozczarowana, powoli ruszyła w jego ślady. 

Przez cały  dzień sytuacja nie  zmieniła się. Rowland traktował  ją z lodowatą uprzejmością i  nie pozwalał sobie 

niczego wytłumaczyć. 

Nim nadszedł czas pogrzebu, Merab była wyczerpana. Ponieważ damy nie chodziły na pogrzeby, Merab została 

w domu. Przygotowała herbatę i ciastka w jadalni i czekała, aż pan Camberwell i jej kuzyn wrócą z cmentarza, by 
oficjalnie odczytać testament. 

Merab  starała  się  nie  martwić  zbytnio,  ale  oczywiście  nie  mogła  przestać  myśleć  o  tym,  co  stanie  się  z  jej 

pięćdziesięcioma  funtami.  W  chwilach  optymizmu  łudziła  się  nadzieją  na  jakiś  drobny  spadek.  Kuzyn  Rowland 
naturalnie  odziedziczy  całą  posiadłość,  ale  czy  ona  nie  dostanie  też  jakiejś  drobnej  sumy?  Tysiąc  funtów 
zmieniłoby nieustanną walkę o utrzymanie się na powierzchni w wygodne i bezpieczne życie. Dziadek powiedział 
kiedyś  w  przypływie  słabości:  „Dopilnuję,  żebyś  miała  z  czego  żyć”,  i  uśmiechnął  się  posępnie.  Merab  nie 
ośmieliła się nigdy zapytać, co miał na myśli. 

Z  oddali  dobiegł  turkot  kół  powracającej  karety.  Merab  zaczęła  zapalać  świece,  gdyż  krótki  grudniowy  dzień 

zbliżał się już do końca. Służąca poszła otworzyć drzwi. Po chwili do pokoju wszedł pan Camberwell z walizeczką 
w  dłoni.  Tuż  za  nim  szedł  Rowland.  Prawnik  powiedział  kilka  słów  o  pogrzebie,  ale  Rowland  milczał.  Nieco 
onieśmielona Merab poprosiła, by obaj panowie usiedli, i zadzwoniła po herbatę. 

Kiedy w drzwiach pojawiła się służąca z tacą, Merab zapytała: 
- Herbaty, panie Camberwell? Panie Sandiford? - Nie ośmieliła się mówić do niego „kuzynie Rowlandzie”. 
-  Dziękuję,  panno  Hartfield  -  odparł  pan  Camberwell,  nadaremnie  czekając,  aż  młodszy  mężczyzna  przemówi 

pierwszy. - Z przyjemnością wypiję filiżankę gorącej herbaty. 

Kiedy opróżnili już filiżanki i zjedli kilka owocowych ciasteczek, pan Camberwell powiedział: 
- Pani pozwoli, panno Hartfield, że przejdę teraz do odczytania testamentu. 
- Na miłość boską, miejmy to już za sobą - odezwał się Rowland chrapliwym głosem. 
Merab spojrzała na niego ze zdumieniem. Przecież chyba wiedział, że to on ma dziedziczyć? 
Pan Camberwell poczekał, aż służąca sprzątnie ze stołu, potem wyjął jakieś papiery, założył okulary, odchrząknął 

i oznajmił: 

-  Muszę  państwa  zapewnić,  że  pan  Hartfield  sporządził  ten  testament  wbrew  moim  radom.  Jednak  jest  on 

całkowicie zgodny z prawem i ważny. 

Nagle w pokoju zrobiło się bardzo zimno. „O mój Boże - pomyślała Merab - więc on naprawdę zapisał wszystko 

na cele dobroczynne”. 

Dokument datowany był na zeszły rok, dokładnie kilka dni po tym, jak pan Hartfield przeszedł pierwszy wylew. 

Pierwsza strona dotyczyła rutynowych spraw związanych z odprawą służących oraz emeryturą dla pana Tillinga i 
pani Barden. Niewielka kwota została przeznaczona na kościół parafialny, a miejscowy pastor i jego żona dostali 
po dziesięć gwinei każde. Tysiąc funtów Merab zostało oddane do jej pełnej dyspozycji. Merab przymknęła oczy, 
dziękując Bogu. 

Potem pan Camberwell odchrząknął i przeczytał: 

background image

 

-  Przekazuję  mój  cały  majątek  i  cały  kapitał  mojemu  kuzynowi  Rowlandowi  Sandifordowi  z  Merryn  Park  w 

hrabstwie Wiltshire pod warunkiem, że w przeciągu sześciu miesięcy od daty mej śmierci poślubi moją wnuczkę, 
pannę Merab Elizę Hartfield z Hartfield Hall, hrabstwo Gloucestershire. Jeśli którakolwiek ze stron nie zgodzi się 
na tenże  warunek, cały  mój  majątek  ma być podzielony  pomiędzy Towarzystwo Wspierania Wdów  i Sierot oraz 
Fundusz Królowej Charlotte dla Biednych Marynarzy. 

Merab czuła, jak krew odpływa jej z twarzy. 
- Czy mój dziadek oszalał? - spytała cicho. - Przecież to jest... to jest skandaliczne! 
Rowland podniósł się z krzesła. 
-  Bardzo  ładnie  -  uśmiechnął  się  szyderczo.  -  Widzę,  że  to  pani  sprawka.  Nie  tylko  pilnowała  pani  dla  siebie 

majątku,  ale  przy  okazji  chciała  sobie  upolować  męża!  -  Zmierzył  ją  pogardliwym  spojrzeniem,  jakby  jej 
pocerowana czarna sukienka, niemodna fryzura i blada cera budziły w nim odrazę. 

- Jak pan śmie! 
- Panie Sandiford... - zaczął pan Camberwell, skonsternowany. - Naprawdę, nie mogę pozwolić na to, by...  
Rowland przerwał mu gniewnym głosem: 
- Och, mam dość odwagi, by mówić prawdę, kiedy jest tak oczywista. - Zwrócił się do Merab. - Proszę spojrzeć 

na  siebie  -  zaniedbane  bezguście  pod  trzydziestkę.  Jak  inaczej  mogłaby  pani  zdobyć  męża?  To  wszystko  pani 
sprawka! 

Merab była tak wściekła, że jej głos drżał lekko, gdy przemówiła: 
-  Gdyby  zastanowił  się  pan  choć  przez  moment,  choć  nie  wiem,  czy  jest  pan  w  stanie  zrobić  cokolwiek,  co 

wymaga  myślenia  -  mówiła  lodowatym  tonem  -  przypomniałby  pan  sobie  z  pewnością,  że  przez  całe  życie  mój 
dziadek  nie  uczynił  nic  prócz  tego,  co  sam  chciał  robić.  Nie  tylko  więc  po  raz  pierwszy  słyszę  o  tym 
niedorzecznym pomyśle, ale powiem panu od razu, że nie chcę  mieć nic  wspólnego z tak wstrętnym spiskiem!  - 
Odwróciła  się  do  pana  Camberwella.  -  Myślę,  że  może  pan  powiadomić  obie  wymienione  instytucje  o  nie-
spodziewanej darowiźnie, jaką otrzymały od mojego dziadka. 

To powiedziawszy wstała, odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju. 

Panna Kitty Parminster, jedyna córka sir Johna i lady Parminster z Parminster Hall w hrabstwie Wiltshire, której 

błękitne  oczy i rude loczki doprowadzały do szaleństwa wszystkich  młodych  mężczyzn  w promieniu  dwudziestu 
pięciu mil, wypiła łyk porannej kawy i powiedziała: 

- Papo, przez cały ranek milczysz jak zaklęty! Co takiego ciekawego widzisz w tej okropnej gazecie? 
Sir John złożył gazetę i podał ją córce. 
- Tutaj, panno ciekawska. Stary Julian Hartfield nie żyje. 
Panna Parminster szeroko otworzyła swe błękitne oczy. 
- Stary kuzyn Rowlanda? Ten, który ma mu zostawić majątek? 
- Ten sam. - Pan Parminster zmierzył swą córkę surowym spojrzeniem. - Posłuchaj, Kitty, wiem, że ten chłopak 

ci się podoba, a on sam dał już dość wyraźnie do zrozumienia, czego chce, ale dopóki nie dowiemy się, jak brzmi 
testament, nie pozwolę, by sprawy posunęły się choć o drobinę dalej. 

Majątek  Parminsterów  graniczył  z  Merryn  Park,  a  sir  John  znał  Rowlanda  od  czasu,  gdy  ten  był  dzieckiem,  i 

bardzo  go  lubił. Jednak Sandifordowie  nie byli  dla niego  dość bogaci, gdyż  dziadek Rowlanda zostawił  majątek 
obciążony sporymi długami. 

Kitty wydęła usta. 
- Ależ, papo, ja mam swoje pieniądze, wiesz o tym. 
-  Zrozum,  nie  mam  nic  przeciwko  Rowlandowi,  chociaż  jego  poglądy  polityczne  to  stek  bzdur,  ale  z  twoim 

posagiem,  z  dziesięcioma tysiącami funtów,  możesz sięgać znacznie  wyżej niż Sandiford. Jego  majątek  nie daje 
więcej dochodu niż tysiąc pięćset funtów rocznie. 

- Ale ja go kocham! - W oczach Kitty natychmiast pojawiły się łzy, które zawisły na końcach rzęs. 
- To całkiem możliwe. Ale ty, Kitty, jesteś rozrzutną pieszczoszką, a gdybyś została żoną Rowlanda Sandiforda, 

nie mogłabyś żyć dalej w ten sposób. 

Kitty podniosła dumnie głowę. 
- Rowland nie odmówiłby mi niczego! 
-  Jeśli  nie  chciałby  wylądować  na  ulicy,  musiałby  powiedzieć  „nie”  -  odparł  sir  John  stanowczo.  -  Być  może 

mogłabyś  sobie  pozwolić  na  miesięczne  wakacje  w  mieście,  ale  nie  stać  by  cię  było  na  te  wszystkie  kosztowne 
drobiazgi, które wyciągasz z mojej kieszeni, moja droga. 

Kitty  uśmiechnęła  się  lekko.  Mogła  sobie  owinąć  wokół  palca  każdego  mężczyznę,  wiedziała  o  tym.  Zawsze 

postępowała  tak  ze  swoim  drogim  papą  i  nie  widziała  powodu,  dla  którego  nie  miałaby  zrobić  tego  samego  z 
mężem. 

- Jeśli majątek starego Hartfielda zostanie wyceniony na jakieś dwadzieścia tysięcy funtów i przejdzie w ręce Ro-

wlanda, to co innego - mówił dalej sir John. - Oczywiście, połowę musi przepisać na ciebie, a resztę może zużyć na 
poprawianie swojej  własnej posiadłości. Zawsze  mówił przecież,  ile to pieniędzy trzeba  włożyć  w Merryn  Park. 

background image

 

10 

Osobiście uważam, że pobiera o wiele za niskie opłaty za dzierżawę. Powinien wycisnąć więcej pieniędzy z tych 
prostaczków, takie  jest  moje zdanie. Poza tym,  chciał  się zająć polityką, to  kosztuje. Oczywiście będzie  musiał  z 
tego zrezygnować. No cóż, przekonamy się wkrótce. Na razie nie będę się z niczym spieszył. 

Kitty zmarszczyła swe śliczne czoło i pochyliła się nad filiżanką z kawą. Tato potrafił czasem być taki niemądry. 

Przecież  ona  nigdy  nie  pokocha  kogoś  innego.  Rowland  był  taki  przystojny;  uwielbiała  jego  ciemne,  kręcone  i 
niesforne włosy, uwielbiała gdy patrzył na nią czule tymi swoimi szarymi oczami, a ze szczególną przyjemnością 
wspominała te dwa czy trzy pocałunki, które wydarł jej ukradkiem (naturalnie papa o niczym nie wiedział). Przez 
chwilę  lub  dwie  łzy  znów  napływały  jej  do  oczu,  ale  potem  poweselała.  Jechała  dzisiaj  na  herbatkę  do  swojej 
przyjaciółki, Lavinii Heslop, która miała naprawdę  wspaniałego brata i który to brat był  właśnie  na przepustce  z 
wojska.  Kiedy  spotkała  go  ostatnio,  porucznik  Heslop  był  najwyraźniej  pod  wrażeniem  i  Kitty  wprost  płonęła  z 
ciekawości, czy i tym razem jego reakcja będzie podobna. 

Nalała sobie jeszcze trochę kawy i uśmiechnęła się do swych wspomnień. 
Tymczasem w pobliskiej parafii wielebny George Heslop także dostrzegł wiadomość o śmierci pana Hartfielda i 

pokazał ją swej żonie. 

- Przypuszczam, że Sandiford wkrótce ogłosi swoje zaręczyny z Kitty - zauważył. 
Jego żona parsknęła lekceważąco. 
- Przyznam, że nie  mogę pojąć, co on w  niej widzi  - powiedziała. - Na pewno Kitty jest śliczniutka, ale zawsze 

uważałam Sandiforda za rozsądnego człowieka. 

-  Sandiford  nie  będzie  pierwszym  mężczyzną,  który  poślubi  ładną,  ale  zupełnie  nieodpowiednią  dla  siebie 

kobietę. Popatrz tylko na Delilah. 

- Delilah! - Powtórzyła jego  żona z pogardą.  - Wszyscy  wiemy, że Rowland  ma polityczne ambicje, a Kitty by 

wszystko zepsuła! Wątpię, czy ona odróżnia jedną partię polityczną od drugiej. Ma zupełnie pusto w głowie i po 
kilku latach doprowadziłaby go do ruiny. 

Lavinia,  myślała  z  wdzięcznością  żona  pastora,  na  pewno  nie  jest  taka  ładna,  ale  ma  też  znacznie  milsze 

usposobienie. 

- Może małżeństwo z Sandifordem pozwoli jej się ustatkować - odparł pastor łagodnie. 
Pani Heslop zauważyła ze złością, że choć takie poglądy bardzo dobrze świadczą o jego chrześcijańskiej miłości 

do bliźniego, to w jej opinii niewiele mają wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Pan Heslop rzucił jej zagadkowe 
spojrzenie znad okularów i powrócił do lektury gazety. 

 
P
o odczytaniu ostatniej woli pana Hartfielda, Rowland spędził nieprzyjemny wieczór w jego bibliotece, starając 

się  przekonać  samego  siebie,  że  zaniedbana  kuzynka  „czyha  na  męża”.  Jednak  im  dłużej  to  robił,  tym  bardziej 
oczywistym stawał się  dla niego fakt, że popełnił niewybaczalną gafę  i zachował się  w sposób, jaki  nie przystoi 
żadnemu dżentelmenowi - zachował się wręcz skandalicznie. 

Julian jakby wciąż był obecny w swej bibliotece. Rowland kilkakrotnie już przyłapał się na tym, że rozgląda się 

nerwowo dokoła, gdy  w kominku obsuwa się  kawałek  węgla lub  gdy zaskrzypi  drewno. Książki ciągnęły  się  od 
podłogi  do  samego  sufitu,  zakurzone  stare  tomiska  w  twardych,  popękanych  oprawach.  Nad  kominkiem  wisiał 
portret  jego  kuzyna,  namalowany  jakieś  dwadzieścia  lat  temu,  a  Rowland  miał  wrażenie,  że  znajome  oblicze 
Juliana uśmiecha się posępnie,  jakby  chciało powiedzieć: „Zrobisz to, co  ja zechcę”. Rowland  zacisnął pięści  w 
napadzie  gniewu  i  wymierzył  potężnego  kopniaka  kracie,  zamykającej  palenisko.  Fontanna  iskier  opadła  na 
zniszczony  perski  dywan.  Klnąc  pod  nosem,  Rowland  zadeptał  ogniki  i  nalał  sobie  kolejny  kieliszek  brandy.  A 
niech go... pomyślał po raz kolejny. A niech go... 

Przed  przyjazdem  do  Hartfield  Hall  Rowland  nie  wiedział  nawet  o  istnieniu  Merab.  Co  prawda  kilka  lat  temu 

jego kuzyn wspominał coś o bliskich krewnych, mieszkających pod jego dachem, ale Rowland nigdy nie wierzył 
do końca w ich istnienie - przypuszczał, że starzec chce go trochę postraszyć i wymusić na nim zmianę poglądów 
politycznych. Później, kiedy spotykał się ze swym starszym kuzynem w mieście, ten już nigdy nie poruszał tematu 
„bliskich krewnych”, pan Sandiford założył więc, że albo Julian zrezygnował z tego planu, albo jeśli jacyś krewni 
rzeczywiście istnieli, dawno już opuścili Hartfield Hall. 

Dlatego  też  obecność  Merab  w  posiadłości  Hartfielda  była  dla  niego  sporym  i  niezbyt  przyjemnym  szokiem. 

Wnuczka,  dziecko  Jonathana,  które  mieszkało  tam  od  ośmiu  lat!  Rowland  nie  był  chciwym  człowiekiem,  ale 
zawsze dawano mu do zrozumienia, że to właśnie on we właściwym czasie stanie się właścicielem Hartfield Hall - 
a tu nagle pojawia się to stworzenie, wątpliwego pochodzenia, i wkrada się w łaski starca. 

Kiedy wysiadł kilka godzin temu z powozu, ujrzał wysoką szczupłą - kobietę w niemodnej, nieco już przyblakłej 

sukni,  o  gęstych  czarnych  włosach,  nieumiejętnie  ściągniętych  do  tyłu.  Oczy  -  chyba  najładniejszy  fragment  jej 
urody - były niepokojąco ciemne i lśniące. Przypominały mu pewną włoską hrabinę, która zostawiła go kiedyś dla 
bogatszego kochanka. 

Rowland nie mógł pozbyć się przekonania, że Merab jest oszustką. Dlaczego kuzyn nigdy o niej nie mówił? W 

jaki sposób ona go opętała? 

Pod  tym  wszystkim  krył  się  niepokój  związany  z  Kitty.  Skoro  nie  odziedziczył  Hartfield  Hall,  może  się  już 

background image

 

11 

pożegnać z wszystkimi nadziejami na poślubienie Kitty. Nawet gdyby jej ojciec wyraził na to zgodę, jak on sam 
mógłby ożenić się z kobietą, której życzeń nie byłby w stanie spełnić? Prawdę powiedziawszy doskonale zdawał 
sobie sprawę, że Kitty nie nadaje się na żonę członka parlamentu, wmawiał sobie jednak, że małżeństwo na pewno 
by ją zmieniło. Kochała go i naturalnie wszystko, co było ważne dla niego, stałoby się ważne także dla niej. 

Rankiem następnego dnia po nieszczęsnym odczytaniu testamentu Merab nie pojawiła się w jadalni na śniadaniu. 
Obraziła się, pomyślał Rowland. Wciąż było mu trochę głupio i czuł, że wczoraj zachował się nieodpowiednio. 

Być może rzeczywiście ostatnia wola Juliana była dla niej równie wielkim zaskoczeniem. Nie wyglądała przecież 
jak ukochana wnuczka dziadka, nie w tej sukni. I bez wątpienia miała rację, kiedy zauważyła, że Julian Hartfield 
nigdy nie ulegał wpływom innych ludzi. 

Nie podobała mu się jego nowa kuzynka, lecz, choć niechętnie, musiał przyznać, że winien jest jej przeprosiny. 

Na pewno nie przyniosłoby mu to ujmy, a razem może byliby w stanie zrobić coś z tym okropnym testamentem. 
Może uda się go obalić? Może spróbują na przykład udowodnić, że Julian Hartfield był obłąkany? Musi z nią po-
rozmawiać. Pociągnął za dzwonek; po chwili w drzwiach ukazała się Mary. 

- Proszę przesłać  moje pozdrowienia pannie Hartfield  - powiedział. - I proszę  ją spytać, czy byłaby tak  dobra i 

poświęciła mi kilka chwil. 

- Panna Merab wyjechała, proszę pana - odparła Mary, nie bez satysfakcji. Plotki rozeszły się po całym majątku 

lotem błyskawicy, a Mery i Jenny uznały, że panna Merab została potraktowana w sposób zasługujący  na słowa 
najwyższego potępienia. Biedactwo! 

- Wyjechała? Jak to, wyjechała? Dokąd? 
- Nie wiem, proszę pana. - Mary uniosła wyżej głowę. - Czy skończył pan już śniadanie, sir? 
- To nieważne. Gdy wróci panna Merab, proszę jej przekazać wiadomość ode mnie. 
-  Ona  wyjechała,  proszę  pana  -  powtórzyła  Mery  z  prawdziwą  satysfakcją.  -  Wczoraj  wieczorem  zapakowała 

swój kufer, a dziś przed szóstą zabrał ją stąd farmer Willet. 

 
S
ir Thomas i Amelia, lady Wincanton, mieszkali przy Pulteney Street, dostatecznie daleko od głośnego centrum 

Bath, a jednocześnie na tyle blisko, by można było dojść tam w dziesięć minut. Pradziadek sir Thomasa dorobił się 
fortuny,  kiedy  w  Bath  zdarzył  się  pierwszy  boom  budowlany.  Jeszcze  sześć  lat  temu  sir  Thomas  mieszkał  przy 
Queen’s Square, w domu, który kupił  jego pradziadek. Jednak Queen’s Square  nie było już tak  modnym placem 
jak niegdyś i sir Thomas postanowił przed ślubem, że Pulteney Street stanowi znacznie przyjemniejsze miejsce dla 
nowo założonej rodziny. 

Ożenił się dość późno, z kobietą młodszą od niego o dobre dwadzieścia lat. Był łagodnym, miłym człowiekiem, 

nieco  konserwatywnym  w  swych  przekonaniach.  Wciąż  nie  mógł  się  nacieszyć  swą  młodą,  ładną  żoną  i  lubił 
pobłażać jej różnym zachciankom. Jednak lady Wincanton doskonale zdawała sobie sprawę, że ta pobłażliwość ma 
swoje  granice,  i  że  -  choć  nigdy  nie  ośmieliłaby  się  powiedzieć  tego  głośno  -  jej  mąż  odziedziczył  po  swym 
pradziadku, handlarzu bydłem, nie tylko fortunę, ale również sporo ciasnych, drobnomieszczańskich poglądów. 

Było  zimne  grudniowe  popołudnie,  pora  herbaty.  Amelia  Wincanton,  energiczna  dama  o  rudawych  włosach, 

które kręciły się ładnie nad jej czołem, pomagała opiekunce przekonać młodego panicza Charlesa Wincantona, by 
zjadł kawałek chleba z masłem. Jednocześnie lady Amelia nie spuszczała oka ze starszego syna, Tommy’ego. 

- No już, Charlie, spójrz tylko, jakie smakołyki. Jedz, proszę. No, aaam... 
- Mamo, ząb mi się rusza - oznajmił z dumą Tommy. - Popatrz! 
- Proszę nie mówić z pełnymi ustami, paniczu Tommy - upomniała go opiekunka surowym tonem. 
- Przepraszam panią, lady Wincanton. - Jedna ze służących zajrzała  do pokoju  dziecinnego.  - Właśnie przybyła 

panna Hartfield. 

Amelia  wyprostowała  się  powoli,  jedną  dłoń  trzymając  przyciśniętą  z  tym  głowy.  Merab  tutaj?  -  zdziwiła  się. 

Ciekawe, co się stało? 

- Proszę jej powiedzieć, że zaraz zejdę. 
- Tak, proszę pani. Panna Hartfield jest w salonie z sir Thomasem. 
O Boże, pomyślała Amelia w popłochu, sir Thomas na pewno nie będzie tym zachwycony. Miała nadzieję, że jej 

mąż  nie  ma  właśnie  jednego  z  tych  swoich  humorów,  kiedy  to  odnosi  się  do  wszystkich  z  lodowatą  wręcz 
uprzejmością.  Szybko  przeszła  do  swego  pokoju,  zdjęła  fartuszek,  który  chronił  jej  suknię  przed  poplamieniem 
herbatą przez dzieci, i podniosła z toaletki list od Merab. List napisany został jakiś tydzień wcześniej i właściwie 
był tylko krótkim zawiadomieniem o śmierci jej dziadka. Amelia natychmiast odpisała swej przyjaciółce, błagając 
ją,  by  przyjechała  do  Bath  i  zamieszkała  u  niej.  „Musisz  tylko  powiadomić  nas,  kiedy  byłoby  Ci  najwygodniej 
przyjechać”, pisała Amelia. „Sir Thomas wyśle po Ciebie powóz. Wiesz, że przyjmiemy Cię tutaj z radością”. 

Spodziewała się, że Merab odpowie jej po kilku dniach, kiedy minie już zamieszanie związane z pogrzebem pana 

Hartfielda.  Wielokrotnie  rozmawiała  o  tym  ze  swoim  mężem  i  żadne  z  nich  nie  mogło  do  końca  uwierzyć  w 
opowieści o skąpstwie i podłościach Juliana Hartfielda. 

- W końcu to jego jedyna wnuczka - mówił sir Thomas. - Jestem pewien, że zapewni jej godziwe życie. 
Amelia  ostatni raz rzuciła okiem  na swe  odbicie  w  lustrze, w zamyśleniu pogładziła brzuch  i zeszła do salonu. 

background image

 

12 

Gdy tylko spojrzała na swego męża, wiedziała, że jest raczej w pogodnym i przychylnym nastroju. 

- Merab! 
-  Och,  Amelio!  -  Merab  podniosła  się  z  fotela  i  uściskała  przyjaciółkę.  -  Wybacz  mi,  proszę.  Musiałam 

przyjechać! 

Sir Thomas, człowiek bardzo taktowny, wstał ze swego miejsca. 
-  Jestem  pewien,  że  macie  sobie  wiele  do  powiedzenia,  kochanie.  Zobaczymy  się  przy  kolacji.  -  Ukłonił  się 

grzecznie Merab i wyszedł. 

Kiedy Amelia usłyszała opowieść o testamencie, była zupełnie zszokowana. 
-  To  takie  niedelikatne!  -  krzyknęła.  -  Takie  niesmaczne.  Skoro  nie  chciał  oddawać  ci  majątku,  mógł 

przynajmniej zostawić jakąś przyzwoitą sumkę. Czy nie mówiłaś mi, że sama płacisz za swoje utrzymanie? 

-  Tak,  przynajmniej  tak  myślałam.  Ale  pan  Camberwell  powiedział  mi  wczoraj,  że  przekonał  dziadka,  by 

odkładał  dla  mnie te pieniądze, skoro przejęłam prowadzenie  majątku po pani  Barden. To znaczy, że teraz mam 
trochę ponad tysiąc czterysta funtów. To jedyna pociecha. 

- Phi! Co to jest? Siedemdziesiąt funtów na rok. Drobniaki! Nie możesz z tego wyżyć. 
- No cóż, to i tak trochę lepiej niż pięćdziesiąt funtów rocznie - odparła Merab. 
Amelia spojrzała na nią z ukosa i powiedziała: 
- Powiedz mi coś o panu Sandifordzie. 
- Jest niegrzeczny, apodyktyczny i nieznośnie protekcjonalny - odparła Merab oględnie. 
- Och, kochana - roześmiała się Amelia. - Ale czy przystojny? 
Merab zastanawiała się przez chwilę. 
- Przypuszczam, że tak - burknęła z niechęcią. - Wysoki, ciemne włosy i wąski nos - Przerwała na moment, gdyż 

z jakiegoś powodu  nie  mogła  mówić  o tej  krótkiej,  miłej chwili,  gdy ujrzała, że  jego  włosy są równie  kręcone  i 
niesforne jak jej. Zbyt mocno przypominało jej to o późniejszym rozczarowaniu.  - Niewychowany. Przyjechał na 
dwa  dni  przed  pogrzebem  i  nie  odezwał  się  do  mnie  prawie  ani  jednym  słowem.  Jedliśmy  wszystkie  posiłki  w 
kompletnej ciszy. Do złudzenia przypominał mi dziadka. Po przeczytaniu testamentu nie miałam już wątpliwości, 
że to taki sam typ. - Skrzywiła się odruchowo, przypominając sobie upokorzenie, jakiego doznała, gdy mierzył ją z 
pogardą swymi zimnymi szarymi oczyma. Przez ostatnie osiem lat Merab nie nabrała ani trochę pewności siebie i 
czuła się równie niezdarna i niezgrabna jak wtedy, gdy była chudą, nazbyt wyrośniętą dziewczyną. Fakt, że uroda 
Rowlanda wywarła także spore wrażenie na dwóch pokojówkach z Hartfield Hall, rozchichotanej Mary i wiecznie 
zarumienionej  Jenny,  które  walczyły  ze  sobą  o  to,  która  zaniesie  mu  rano  wodę  do  golenia,  w  niczym  nie 
zmniejszał  wstydu  i  smutku  Merab.  Postanowiła  raz  na  zawsze  zapomnieć  o  swym  przystojnym  kuzynie  i  nie 
powiedziała Amelii już nic więcej. 

- Szkoda - westchnęła  Amelia. - Oczywiście, testament twojego  dziadka jest niewybaczalnie  wręcz  grubiański  i 

żadna  przyzwoita  kobieta  nie  mogłaby  się  na  to  zgodzić.  Z  drugiej  jednak  strony  byłoby  to  całkiem  rozsądne 
rozwiązanie. 

- Nic, ale to nic nie zmusi mnie do poślubienia Rowlanda Sandiforda  - zawołała Merab. - Czy chciałabyś wyjść 

za  kogoś,  kto  powiedział,  że  nie  masz  za  grosz  gustu,  oskarżył  cię  o  to,  że  próbujesz  schwytać  go  w  pułapkę  i 
przymusić do małżeństwa? 

- Podejrzewam, że nie zrobiłabym tego - przyznała Amelia. 
Nie rozmawiały już więcej na ten temat, a konwersacja zeszła na zupełnie inne tory. Lady Wincanton mówiła o 

swoich synkach i różnych drobnych kłopotach związanych z wychowywaniem dzieci. Uśmiechnęła się, widząc, jak 
Merab  -  patrzy  pytająco  na  jej  lekko  zaokrąglony  brzuch  i  przyznała,  że  latem  nadejdzie  kolejny  szczęśliwy 
moment w jej życiu. 

Jednak później, w odosobnieniu małżeńskiej sypialni, Amelia nie była tak powściągliwa. 
- Co wiesz o Rowlandzie Sandifordzie? - spytała męża, opowiedziawszy mu historię Merab. 
-  Miły  chłopak.  Spotkałem  go  raz  czy  dwa  w  moim  klubie,  w  mieście.  Krążyły  słuchy,  że  kiedy  studiował  na 

Oksfordzie,  nabił  sobie  głowę  ideami  radykałów,  ale  podejrzewam,  że  od  tego  czasu  zmądrzał  już  nieco.  Wiem 
jeszcze tylko tyle, że chce się dostać do parlamentu i że jest po uszy zakochany w córce Parminstera. 

- Kitty Parminster! 
- Tak, w tej właśnie. 
Amelia zamyśliła się na chwilę. 
-  Czy  ja  go  w  takim  razie  już  kiedyś  nie  poznałam?  Tak,  zdaje  się,  że  tak,  jakiś  rok  temu.  Czy  jego  matka  nie 

mieszka czasem w Bath? 

- Chyba tak. 
Amelia usiadła przed  lustrem i zaczęła rozczesywać  włosy  grzebieniem  z  kości słoniowej. Teraz przypominała 

sobie  już pana Sandiforda, miłego, inteligentnego  mężczyznę. Może był  nieco szorstki  w  obejściu, ale  na pewno 
nie był  gburem. I cokolwiek  mówiłaby  o  nim Merab, na pewno był  dość przystojny, by podobać się  większości 
kobiet. Więc  zakochał się  w śliczniutkiej,  głupiutkiej  Kitty Parminster? Dlaczego  mężczyźni  zawsze tracą głowę 
dla takich bezmyślnych i nudnych lalek? Każdy, kto patrzył na świat trzeźwym okiem, od razu widział, że panna 

background image

 

13 

Parminster  to  jeden  wielki  wydatek.  Narobi  mu  kłopotów,  doprowadzi  do  ruiny,  a  po  niecałym  roku  zanudzi  na 
śmierć. 

Lepiej, by było, gdyby ożenił się z Merab. 
Sir Thomas patrzył na jej odbicie w lustrze i uśmiechał się lekko. 
- Czytam w twoich myślach jak w otwartej książce - powiedział. - Nie mieszaj się do tego, Amelio, proszę. 
- Ja miałabym się mieszać? - krzyknęła zdumiona i obrzuciła męża powłóczystym spojrzeniem. 
- Trzpiotka! - parsknął sir Thomas z uznaniem. - Chodź do łóżka. 
 
R
owland miał mnóstwo czasu na przemyślenia i na spóźnione żale. Szczególnie duże wrażenie wywarło na nim 

spotkanie z prawnikiem Hartfieldów. Pan Camberwell, szczupły, drobny mężczyzna o niewielkiej łysinie i ledwo 
uchwytnym  szkockim  akcencie  -  pozostałości  po  latach  dzieciństwa  spędzonych  w  Edynburgu  -  darzył  Merab 
sympatią  i  ogromnym  szacunkiem.  Podziwiał  cierpliwość  i  pogodę  ducha,  z  jaką  znosiła  złośliwości  i 
prowokacyjne zachowania dziadka, sam zaś robił wszystko, co w jego mocy, by poprawić jej niewesołą sytuację. 
Wybuch gniewu Rowlanda, którego świadkiem był poprzedniego wieczora, uważał nie tylko za coś obrzydliwego, 
ale  i  wielce  niesprawiedliwego,  o  czym  zresztą  nie  omieszkał  poinformować  samego  zainteresowanego. 
Oświadczył także z pewną posępną satysfakcją, że choć pan Hartfield mógł uchodzić za dziwaka, z pewnością nie 
był jednak szalony. 

- Dlaczego więc wymyślił taki testament? - gorączkował się Rowland. - Jeśli chciał, mógł przecież zostawić cały 

majątek pannie Hartfield, w końcu to jego wnuczka. To byłoby zupełnie zrozumiałe. Ale proponować małżeństwo 
dwojgu zupełnie sobie obcym ludziom to po prostu coś niesłychanego. 

- Pan Hartfield  nigdy  nie  okazywał żadnych  ciepłych uczuć pannie Merab  - zaczął pan Camberwell  ostrożnie.  - 

Sądzę jednak, że szanował ją za to, jak sobie radziła z utrzymaniem majątku. Podjęła się tego ciężkiego zadania po 
jego  pierwszym  wylewie,  i  choć  pan  Hartfield  nigdy  się  do  tego  nie  przyznał,  musiało  mu  to  ogromnie 
zaimponować. 

- Więc dlaczego nie zostawił jej całego majątku? 
-  Zapewne  dlatego,  że  rozbudził  już  pańskie  nadzieje.  A  może  uważał,  że  panna  Hartfield  będzie  miała 

zbawienny wpływ na pańskie poglądy polityczne. - Pan Camberwell pozwolił sobie na lekki uśmieszek. Współczuł 
Rowlandowi, który rzeczywiście znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, z drugiej jednak strony uważał, że 
nie zaszkodzi utrzeć mu trochę nosa. 

Rowland  podniósł  przycisk  do  papieru  z  biurka  pana  Camberwella  i  przez  chwilę  przyglądał  mu  się  uważnie. 

Wreszcie powiedział: 

- Zabiegałem  o  względy pewnej  młodej damy, panny  Parminster, i  wątpię, czy jej  ojciec będzie z tego powodu 

zachwycony.  Nie  mogę  go  za  to  winić.  Panna  Parminster  warta  jest  znacznie  więcej,  niż  ja  mogę  jej  teraz 
zaoferować. 

- Przykro mi to słyszeć. - Pan Camberwell spojrzał na niego znad okularów i tym razem w spojrzeniu tym kryło 

się  znacznie  więcej  współczucia.  -  Rzeczywiście,  odczuje  pan  to  dość  dotkliwie.  Niemniej  jednak,  zgodnie  z 
ostatnią wolą pana Hartfielda, musimy odczekać jeszcze sześć miesięcy, nim podejmiemy jakiekolwiek inne kroki. 

- Co będzie działo się z majątkiem w tym czasie? 
Pan Camberwell wzruszył ramionami. 
- Nie wiem. Może znajdziemy jakiegoś tymczasowego zarządcę. Miałem nadzieję, że panna Hartfield pozostanie 

tutaj przez ten okres. Przynajmniej mogłem dopilnować, by uczciwie jej zapłacono. 

- Czy wie pan, gdzie ona jest teraz? 
- Wiem. 
- A gdybym tak postanowił, że to małżeństwo jest jednak możliwe? 
-  W  takim  razie  -  zaczął  pan  Camberwell  uprzejmym,  lecz  chłodnym  tonem  -  oczywiście  powiadomię  pannę 

Hartfield o pańskiej decyzji. Muszę jednak przypomnieć, że jest pan tylko jedną ze stron, a z tego, co powiedziała 
mi panna Hartfield, wnoszę, iż nie zmieni ona zdania, nawet jeśli pan zdecyduje się na ten krok. 

Rowland zagryzł wargę. 
Wyjechał z Hartfield tego samego popołudnia i wrócił do Wiltshire w nastroju wyniosłej urazy, które to uczucie 

wywołane  zostało  przez  pana  Camberwella.  Starszy  pan  dał  Rowlandowi  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  jest 
zdegustowany jego zachowaniem w stosunku do Merab. Teraz Rowland starał się zlekceważyć i wymazać z myśli 
szydercze  spojrzenia  prawnika.  Panna  Hartfield  miałaby  mu  odmówić?  Niemożliwe!  Jego  posiadłość  nie  była 
może zbyt pokaźna, ale on sam był już tak często nagabywany przez troskliwe mamusie, które szukały przyszłych 
mężów dla swoich córek, że doskonale zdawał sobie sprawę, iż stanowi całkiem niezłą partię. Poza tym spotykał 
się  z  przedstawicielkami  płci  pięknej  w  bardziej  intymnych  warunkach  już  wiele  razy,  i  wiedział,  że  jest 
atrakcyjnym  mężczyzną.  Panna  Hartfield,  wysoka,  chuda  i  niezrównoważona,  byłaby  z  pewnością  uradowana, 
gdyby tylko zechciał okazać jej swe względy. 

Kilka  dni  później  Rowland  siedział  w  bibliotece  sir  Johna  Parminstera.  Właściwie  pomieszczenie  to  było 

biblioteką tylko z  nazwy, gdyż  mieściło  w sobie  zaledwie  kilka książek. Na ścianach było  jednak sporo trofeów 

background image

 

14 

myśliwskich - lisie pyski i kilka rycin o tematyce myśliwskiej, zaś w jednym rogu leżał porzucony bicz do jazdy 
konnej  sir  Johna.  Pan  Parminster  przywitał  Rowlanda  całkiem  uprzejmie,  poczęstował  go  brandy,  wypowiedział 
kilka jowialnych uwag na temat polowania, które ominęło Rowlanda. Jednak gdy chodziło o sprawę ewentualnego 
małżeństwa, był niewzruszony. 

- Przykro mi, chłopcze, że tak to wyszło. Naprawdę diabelnie mi przykro, że stary Hartfield tak cię rozczarował. 

To  było  zagranie  niegodne  dżentelmena.  Powinien  był  zostawić  ci  Hartfield  Hall,  co  zawsze  obiecywał,  a  dla 
twojej kuzynki przeznaczyć część corocznego dochodu z majątku. Albo dać jej kilka tysięcy. Wnuczka, powiadasz, 
hę? Nie wygląda to dobrze. 

- Bardziej żal mi Kitty - powiedział Rowland, wpatrując się tępo w kieliszek. 
-  Tak,  tak  -  odparł  sir  John  łagodnym  tonem.  -  Ale  teraz to  zupełnie  nie  wchodzi  w  rachubę.  Musisz  się  z  tym 

pogodzić. - Spojrzał na przygnębione oblicze Rowlanda i dodał: - Może w tej chwili myślisz zupełnie inaczej, ale 
Kitty to nie jest żona dla ciebie. Wierz mi, ona nie odróżnia jednej partii politycznej od drugiej. A przy tym jest 
rozrzutna. Ktokolwiek poślubi Kitty, musi być przygotowany na to, że ona zupełnie nie liczy się z pieniędzmi!  - 
Roześmiał się głośno. 

Rowland zdobył się na smutny uśmiech. 
-  Kitty  zasługuje  na  wszystko,  co  najlepsze  -  powiedział.  -  Nie  mógłbym  jej  odmówić  niczego.  Miałem  jednak 

nadzieję, że jako moja żona dzieliłaby moje zainteresowania i być może... 

-  Bzdura!  -  Przerwał  mu  sir  John  gwałtownie.  -  Kitty  to  mała  samolubna  pieszczoszka  i  zapewniam  cię,  że  nie 

widziałaby  najmniejszego  powodu,  dla  którego  miałaby  sobie  kupować  mniej  sukienek  i  świecidełek  niż 
dotychczas. Mężczyźni zawsze myślą, niech ich Bóg wspomoże, że kobiety można zmienić. To nonsens. Tak samo 
zresztą jak  w przypadku kobiet, które  myślą, że  mogą zmienić  mężczyznę,  kiedy go poślubią. Nie  mogą. Trzeba 
zaakceptować partnera takim, jaki jest. Kompromis, to właśnie jest istota małżeństwa. Kompromis i dostosowanie. 

Rowland uśmiechnął się smutno. 
- Nigdy nie przychodziło mi łatwo zaakceptować rzeczy takimi, jakie były. Zawsze chciałem zmieniać świat. 
 
M
erab była zdumiona efektem, jaki wywarło na niej zaledwie kilka dni wolnych od uciążliwych obowiązków w 

Hartfield  Hall.  Przez  pierwszy  tydzień  pobytu  u  Wincantonów  właściwie  tylko  spała.  Łóżko  z  baldachimem, 
wykonanym  z  ufryzowanego  perkalu  w  kwiatki  i  wygodny  materac  wydawały  się  jej  niezwykłym  luksusem, 
którego  nie  miała  okazji  zaznać  nigdy  dotąd.  Co  rano  po  przebudzeniu  z  przyjemnością  odkrywała  je  na  nowo. 
Wiedziała,  że  nie  wolno  jej  tu  zostać  dłużej  niż  kilka  miesięcy,  a  posępna  przyszłość  groziła  jej  palcem  niczym 
jakaś  przerażająca  nauczycielka  lub  guwernantka,  jednak  na  razie  mogła  się  jeszcze  cieszyć  wszystkim,  co 
ofiarowywał  jej uporządkowany, ciepły  dom Wincantonów.  Amelia kilkakrotnie  znalazła ją śpiącą na  kozetce  w 
salonie, z otwartą książką przy boku. 

- Nie  wiem,  co się ze  mną  dzieje!  -  wykrzyknęła Merab, przebudziwszy się  gwałtownie, gdy  do pokoju  wszedł 

lokaj z herbatą. 

-  Po  prostu  jesteś  zmęczona  i  niewyspana,  to  wszystko  -  powiedziała  Amelia.  -  Przez  tyle  lat  musiałaś  się 

zajmować tym starym zrzędą, nie wspominając już o pracy w majątku. Jestem pewna, że nigdy nie przyszło mu do 
głowy, że ty też możesz potrzebować odpoczynku. Masz sporo do nadrobienia. Napijesz się herbaty? 

Merab usiadła prosto i wzięła filiżankę. 
- To dziwne. Kiedy jeszcze żyła mama, też miałam mnóstwo pracy i zmartwień, ale przynajmniej dostawałam coś 

w zamian. Rozmawiałyśmy o starych dobrych czasach. Mama chciała wiedzieć, jak sobie radzę z kwiatkami, które 
posadził  dla  mnie  Tom  Tilling,  i  jeszcze  mnóstwo  innych  rzeczy.  Z  dziadkiem  to  zupełnie  co  innego.  Nie 
pamiętam,  by  kiedykolwiek  odezwał  się  do  mnie  z  własnej  woli.  Zupełnie  nie  obchodziło  go  to,  co  robię  i  co 
myślę. To właśnie ten chłód, ta obojętność były takie przygnębiające. Często zastanawiałam się, czym sobie na to 
zasłużyłam. Starałam się robić wszystko jak najlepiej, naprawdę Amelio, starałam się jak mogłam. Nawet pod sam 
koniec... - Merab uczyniła bezradny gest i umilkła. 

Po chwili Amelia powiedziała: 
- Słyszałam to i owo o panu Sandifordzie. 
- Na przykład? - spytała ostrożnie Merab. 
- Jest po uszy zakochany w pewnej głupiutkiej gąsce, niejakiej Kitty Parminster. Oczywiście, teraz to się skończy, 

jak sądzę. Nie wyobrażam sobie, by jej papa zgodził się na ten związek w obecnych warunkach. 

- Nie miałam o tym pojęcia. - Merab pociągnęła łyk herbaty. Być może to właśnie było przyczyną jego gniewu. 

„Zaniedbane bezguście”, „pod trzydziestkę”, „poluje na męża” - wszystkie lata biedy i, ciężkiej pracy pozostawiły 
swój ślad, i kąśliwe słowa Rowlanda raniły Merab głęboko. 

- Jaka ona jest? 
-  Kitty  Parminster?  Ma  dziewiętnaście  lat,  jest  piękna,  samolubna,  leniwa,  bezustannie  trwoni  pieniądze.  W 

zeszłym roku była gwiazdą sezonu. 

- Rozumiem, że nawet nie mam się co porównywać z panną Kitty Parminster - powiedziała Merab, uśmiechając 

się słabo. 

background image

 

15 

- I całe szczęście! - odparła Amelia. 
 
P
rzez następnych kilka dni po spotkaniu z sir Johnem Rowland próbował odpędzić smutne myśli, rzucając się w 

wir  pracy  przy  swoim  majątku.  Kilkakrotnie  spotykał  się  z  zarządcą,  odwiedził  farmera,  który  miał  kłopoty  z 
przeciekającym dachem, nadrabiał zaległą korespondencję. W ciągu kilku lat, jakie upłynęły od śmierci jego ojca, 
Rowland zdołał powoli wyciągnąć majątek z długów, a obecny rok miał po raz pierwszy przynieść skromny zysk. 
W innych  okolicznościach byłby  z tego  ogromnie zadowolony,  jednak teraz  wszystko  wydawało  mu się bezsen-
sowne. Kitty nigdy nie będzie jego żoną, a plany poprawy sytuacji na wsi  - które, jak mniemał, byłyby dla Kitty 
równie interesujące jak dla niego - stały się raczej nieznośnym ciężarem, a nie fascynującym przedsięwzięciem. 

Sir John powiedział, że spotkanie z Kitty tylko wytrąciłoby ją z równowagi, a Rowland nie miał innego wyjścia, 

jak  zgodzić  się  z  tą  opinią.  Kitty  jednak  miała  całkiem  odmienne  zdanie  w  tej  kwestii.  Po  niedzielnej  mszy 
rozchichotana służąca Kitty wsunęła mu w dłoń mały, pachnący liścik. Teraz właśnie Rowland czekał na nią w ich 
sekretnym  miejscu,  małym  zagajniku  na  granicy  posiadłości  Parminsterów  i  Sandifordów.  Na  wiosnę  cały  ten 
zakątek  pokryty  był  błękitną  mgiełką  dzwonków,  jednak  teraz  tylko  czerwone  owoce  ostrokrzewu  ożywiały 
chłodny  zimowy  poranek.  Poprzednia  noc  była  bardzo  mroźna  i  nawet  w  tej  chwili,  gdy  zbliżało  się  południe, 
nagie  gałęzie  leszczyny  błyszczały  od  szronu.  Rowland  zsiadł  z  konia  i  przywiązał  go  do  jakiegoś  młodego 
drzewka. Zaczynał marznąć w stopy. 

Upłynęło  jeszcze  dobrych  dwadzieścia  minut,  nim  pojawiła  się  Kitty,  galopując  na  pięknym  koniu.  Rowland 

wstrzymał  oddech. Kitty  miała  na sobie błękitny  komplet  do  jazdy  konnej,  który  idealnie pasował  do błękitu jej 
oczu.  Błyszczące  kasztanowe  włosy  upięte  były  pod  kapeluszem  ze  strusimi  piórami.  Rowland  natychmiast 
zapomniał o przemarzniętych stopach i pomógł jej zsiąść z konia. 

Kitty nie była w najlepszym nastroju. 
- No cóż, drogi panie. Słyszałam, że postanowił się pan ode mnie uwolnić. 
- Kitty, kochanie! Jakże  mógłbym spierać się z twoim ojcem, skoro  on robi  wszystko tylko dla twojego  dobra? 

Najprawdopodobniej nie będę ani trochę bogatszy niż jestem teraz - przynajmniej przez kilka następnych lat. 

- Myślisz, że chodzi  mi tylko  o to?  - Kitty  odwróciła od Rowlanda swą śliczną główkę.  - Mam przecież  własne 

pieniądze. 

- Najdroższa, wiesz, że to nie jest możliwe. Nie utrudniaj mi tego jeszcze bardziej. 
- Nie utrudniać ci!  A co ze  mną? Zdaje się,  że  nikt  w całym tym zamieszaniu  nie liczy się z  moimi uczuciami. 

Czy ktokolwiek spytał mnie o zdanie? - Kitty próbowała już odegrać przy śniadaniu małą scenę rozpaczy i gniewu, 
jednak  rodzice  pokrzyżowali  jej  szyki;  ojciec  natychmiast  uciekł  do  biblioteki,  a  matka  rozkazała  stanowczym 
tonem  „Nie  bądź  głupiutka  kochanie”  i  przestała  zwracać  na  nią  uwagę.  Kitty  jechała  na  spotkanie  z  przyjemną 
świadomością, że może wyładować swoją złość na ukochanym. 

- Najdroższa Kitty, proszę,  nie płacz.  - Rowland bezradnie rozejrzał się  dokoła.  - Na pewno  nie chciałabyś być 

żoną biedaka, prawda? Skąd wzięłabyś pieniądze na te modne sukienki każdego lata? 

- Papa płaciłby za nie! 
- Nie, nie płaciłby! Nie mógłbym zgodzić się na to, by moja żona była utrzymywana przez swego ojca. 
-  Dlaczego?  Tata  nie  jest  skąpcem.  Gdybyś  nie  chciał  sprzedać  jednej  z  tych  swoich  cennych  krów  czy  czegoś 

tam, wtedy oczywiście papa zapłaciłby za wszystko. 

Przez  moment  Rowland  czuł  wszechogarniającą  irytację,  jednak  szybko  się  opanował.  Kitty  miała  przecież 

zaledwie dziewiętnaście lat i była wychowywana przez troskliwych rodziców, którzy dbali o to, by nigdy niczego 
jej nie brakowało. Każde dziecko byłoby w podobnych warunkach trochę rozpieszczone i zepsute. 

- Kitty... - zaczął Rowland. 
Cofnęła się o krok. 
- To niczego  nie  zmienia, prawda?  - powiedziała obrażonym tonem. - Tak czy inaczej,  nie  możemy się pobrać, 

prawda? Uważam, że to wszystko twoja wina! Powinieneś był przypochlebić się jakoś temu twojemu kuzynowi i 
zrobić coś, żebyś to ty  wszystko  odziedziczył. No  cóż, muszę  już  jechać. Cóż  cię to  obchodzi, że  mam złamane 
serce! 

- Chyba nie myślisz tak naprawdę, Kitty! 
Panna Parminster podeszła do swego konia i pochwyciła cugle. 
- Czy mógłby mi pan pomóc? - spytała oziębłym tonem. 
Rowland  w  milczeniu  pomógł  jej  wsiąść  na  konia.  Choć  część  jego  umysłu  zdawała  sobie  sprawę,  że  Kitty 

zachowuje się jak rozpieszczony bachor, druga przepełniona była rozpaczą po utracie ukochanej - bez wątpienia w 
takim właśnie nastroju chciała go widzieć Kitty, której smutna twarz miała wyrażać rozczarowanie tak bezduszną 
postawą Rowlanda. Na pożegnanie panna Parminster odwróciła się jeszcze i powiedziała: 

- Ja wyszłabym za ciebie bez względu na okoliczności. Pamiętaj o tym! 
Rowland patrzył na nią, aż całkiem zniknęła mu z oczu, jednak Kitty nie odwróciła się ani razu. 
Tego  wieczora  przy  herbacie  i  tostach  Kitty  opowiedziała  o  wszystkim  swojej  przyjaciółce,  Lavinii  Heslop. 

Rowland  byłby  zapewne  niepomiernie  zdziwiony  jej  wersją  wydarzeń,  w  której  on  sam  był  małodusznym 

background image

 

16 

tchórzem,  a  Kitty  nieustraszoną  amazonką,  i  w  której  jej  ostatnia  uwaga  urosła  jakimś  cudownym  sposobem  do 
rozmiarów  sporego  przemówienia  w  obronie  zniszczonej  miłości.  Lavinia,  szczupła  dziewczynka  o  mądrych 
szarych oczach i drobnej twarzyczce, słuchała tej opowieści w niemym podziwie. Zachęcona tak wspaniałą reakcją 
przyjaciółki, Kitty zjadła jeszcze kilkanaście tostów z dżemem, a potem obie panienki dyskutowały z ożywieniem 
o nadchodzącym balu i o tym, w jakich sukienkach zamierzają się tam pokazać. 

Tymczasem  Rowland  odwiązał  konia  i  powoli  wracał  do  Merryn  Park.  Kiedy  znalazł  się  w  końcu  na  miejscu, 

własny  dom  wydawał  mu  się  wyjątkowo  pusty  i  niegościnny.  Jego  kroki  odbijały  się  zimnym  echem  od 
marmurowej  podłogi,  a  z  portretu  spoglądało  na  niego  szyderczo  oblicze  dziadka.  Gdyby  stary  Peter  Sandiford, 
którego  pamiętał  tylko  jako  wysokiego  mężczyznę  o  czerwonej  twarzy  i  chorej  nodze,  nie  wydał  wszystkich 
pieniędzy  na  hazard  i  nie  doprowadził  majątku  na  skraj  upadku,  wtedy  on,  Rowland,  znajdowałby  się  teraz  w 
zupełnie innej sytuacji. Za życia jego dziadka majątek przynosił 5 000 funtów zysku rocznie, a stajnie należały do 
najlepszych w hrabstwie. Teraz zostało zaledwie kilka koni do polowań i do pracy przy gospodarstwie. 

Rozejrzał się  dokoła i  westchnął. To miejsce potrzebowało  kobiecej  - ręki. Kiedyś  miał  nadzieję, że to  właśnie 

Kitty wniesie odrobinę kobiecego ciepła do tego domu, że będzie zostawiać książki na kanapach, wstawi kwiaty do 
wazonów, wypełniać ciche popołudnia muzyką pianina... Lavinia mogłaby mu powiedzieć, że Kitty rzadko czytała 
cokolwiek poza „Magazynem Mody Dla Pań”, i że ćwiczyła grę na pianinie tylko  wtedy, gdy zmusili ją do tego 
rodzice, jednak na razie Rowland pozostawał w słodkiej nieświadomości i nadal żywił się mrzonkami. 

Matka Rowlanda rozstała się w przyjaźni ze swoim mężem, kiedy wyjechał do Eton. Stwierdziła, że ze względu 

na  delikatne  zdrowie  nie  może  żyć  w  tak  surowych  warunkach.  Musiała  wyjechać  do  Bath,  by  uwolnić  się  od 
dokuczliwych chorób. 

Nie doszło jednak do oficjalnej separacji. Pani Sandiford przyjeżdżała do posiadłości męża latem, kiedy Rowland 

miał wakacje. Pan Sandiford odwiedzał żonę co roku w styczniu, kiedy nie miał zbyt wiele pracy w majątku. Taki 
układ całkowicie zadowalał oboje małżonków. 

- Jestem szczerze  oddana twemu  ojcu  -  wielokrotnie  mówiła  do syna pani Sandiford.  -  Ale  nie żyło  nam się ze 

sobą  dobrze.  Znacznie  lepiej  jest  nam  teraz.  Cieszymy  się  z  naszych  spotkań  i  jesteśmy  zadowoleni  z  tego,  że 
każde z nas ma swoje oddzielne życie. Szczerze mówiąc, nie dobraliśmy się zbyt szczęśliwie. 

Mimo  to  pani  Sandiford  pisała  do  męża  długie  czułe  listy,  w  których  opowiadała  o  swoim  życiu  w  Bath.  On 

wysyłał  jej  krótkie,  zwięzłe  sprawozdania  o  zbiorach  zbóż  i  stanie  majątku.  Rowland  dorastał  w  takiej  sytuacji, 
którą zresztą akceptował bez zastrzeżeń, jednak właśnie dlatego miał zupełnie nierealistyczne pojęcie o kobietach, 
o czym pani Heslop często wspominała swemu mężowi. 

- Zawsze uważałam Elizabeth Sandiford za rozsądną kobietę - mówiła. - Gdyby była tutaj, od razu zrozumiałaby, 

co knuje ta głupiutka Kitty i mogłaby skierować uczucia Rowlanda w bardziej odpowiednim kierunku. 

Pani Heslop  westchnęła z rezygnacją. Miała nadzieję, że kiedyś Rowland spojrzy  łaskawym  okiem  na Lavinię, 

ale ponieważ jej posag był niewielki, a uroda w porównaniu z Kitty zaledwie przeciętna, wydawało się to niezbyt 
prawdopodobne. 

Pani  Heslop  nie  była  jedyną  osobą,  która  myślała  o  panu  Sandifordzie.  Rowland  nigdy  nie  wzdragał  się  przed 

wypełnieniem nieprzyjemnych obowiązków, toteż natychmiast po przyjeździe z Hartfield Hall napisał do matki i 
wyjawił  jej  swą  obecną  sytuację.  Teraz,  gdy  spędził  smutny  samotny  wieczór  przed  kominkiem,  wypił  o  kilka 
kieliszków za dużo porto i nie mógł przestać myśleć o Kitty, postanowił napisać do matki jeszcze raz i poprosić ją, 
by zechciała przyjechać do  niego chociaż na miesiąc. Albo by pozwoliła  mu przyjechać do siebie. Sądził, że  nie 
będzie zbytnio zdumiona tym wołaniem o pomoc. 

Dziwnym  trafem  nazajutrz  rano  Rowland  otrzymał  od  matki  list  o  wielce  zaskakującej  treści.  Matka  nie 

wspominała  mu  o  tym  wcześniej,  ale  w  listopadzie  jej  przyjaciel,  Samuel  Bridges,  poprosił  ją  o  rękę,  a  ona  się 
zgodziła. Zaledwie dwa tygodnie temu wzięli cichy ślub, a wczoraj wrócili z podróży poślubnej z Weymouth. W 
domu  czekał  już  na  nich  list  od  Rowlanda.  Pani  Bridges  pisała,  jak  przykro  jej  z  powodu  rozczarowania,  które 
przeżył syn, i pytała, czy nie zechciałby ich odwiedzić, by choć na jakiś czas oderwać się od swoich problemów. 
Pod  listem  od  matki  widniała  także  krótka  notka  skreślona  ręką  pana  Bridgesa,  który  pisał,  iż  żywi  nadzieję,  że 
Rowland  wybaczy  mu  tak  dziwne  i  tajemnicze  postępowanie,  ale  ponieważ,  jak  dobrze  wie,  jego  matka  zawsze 
stara się unikać rozgłosu, on tylko uczynił zadość jej życzeniom. 

Rowland  rzeczywiście  dobrze  znał  charakter  swojej  matki  i  po  początkowym  zaskoczeniu  gotów  był  nawet 

pochwalić  jej  postępowanie.  Lubił  pana  Bridgesa,  emerytowanego  prawnika  z  całkiem  przyzwoitym  majątkiem, 
który przez wiele lat był wiernym adoratorem pani Sandiford. Nie był tylko całkiem pewien, czy chce jechać tam 
zaledwie kilkanaście dni po ich ślubie. Nie mógł też jednak zostać w Merryn Park. 

 
M
inął już miesiąc od śmierci pana Hartfielda i tych kilka tygodni spokojnego snu, dobrego jedzenia i odpoczynku 

wywarło zadziwiający na ogólny stan Merab. Babette, francuska służąca Amelii, podzieliła się tym spostrzeżeniem 
ze swoją panią: 

- Włosy panienki Merab są teraz w o wiele lepszym stanie  - powiedziała któregoś ranka, upinając loki Amelii. - 

Bardziej lśniące. Gdyby tylko panienka pozwoliła mi się nimi zająć... 

background image

 

17 

Babette wzruszyła ramionami. Merab nie chciała korzystać z usług służby Amelii, gdyż po pierwsze była na to 

zbyt  dumna,  a  po  drugie  wstydziła  się  swych  pocerowanych  sukien,  które  w  porównaniu  z  kreacjami  Amelii 
wyglądały rzeczywiście dość skromnie. 

- Cera też jej się poprawiła - zauważyła pani Wincanton. - Znacznie czystsza. Wyglądała strasznie kiepsko, kiedy 

tu przyjechała, biedaczka. 

Merab  także  była  zadowolona  ze  zmian  w  swoim  wyglądzie,  choć  nie  popadała  w  zachwyt.  Ponieważ  pogoda 

była dość przyjemna, Merab chodziła z Amelią na spacery do Ogrodów Sydney, dzięki czemu jej policzki nabrały 
nieco żywszych kolorów. 

Obie  panie  dyskutowały  pewnego  razu  nad  kwestią  żałoby.  Właściwy  czas  żałoby  po  dziadku  wynosił  sześć 

miesięcy, jednak  Amelia uważała, że Merab wcale nie  musi przestrzegać tego zwyczaju. Panna Hartfield bywała 
już wcześniej w Bath i wszyscy dobrze znali jej sytuację. 

- Pan Hartfield traktował cię okropnie - powiedziała Amelia. - Jeśli będziesz zachowywać się tak, jakbyś była w 

ciężkiej  żałobie,  ludzie  mogą  wziąć  to  za  hipokryzję.  Uważam,  że  coś  na  kształt  pełzałoby  będzie  w  zupełności 
wystarczające. Szarości, fiolety, coś w tym rodzaju. Oczywiście nie ma mowy o kolorowych klejnotach. 

- Wszystko, o czym mówisz, Amelio, i tak nie ma nic wspólnego z rzeczywistością - odrzekła lekko poirytowana 

Merab. - Nie mam pieniędzy na nowe ubrania. A jeśli chodzi o biżuterię, to mam tylko klejnoty po mojej mamie. 

Kilka godzin później, wieczorem, Amelia rozmawiała na ten temat ze swoim mężem. Babette skończyła splatać 

jej  włosy  w  warkocz  i  wyszła,  a  sir  Thomas  wrócił  właśnie  ze  swej  garderoby.  Amelia  zapraszającym  gestem 
poklepała łóżko przy swoim boku i po chwili podzieliła się z mężem nurtującą ją troską. 

- Merab zgodzi się, bym kupiła jej jakiś drobny prezent, szal czy coś w tym rodzaju, ale nigdy nie pozwoli, bym 

sprawiła jej suknię. Och, jakież to wszystko skomplikowane! 

Sir Thomas pocałował ją w policzek. 
-  Jesteś  bardzo  dobrą  przyjaciółką  -  powiedział  -  ale  w  tej  sytuacji  można  tylko  podziwiać  ducha  niezależności 

panny Hartfield i przyklasnąć jej poczynaniom. 

- Ale gdyby tylko... - zaczęła Amelia. 
- Znam cię doskonale - przerwał jej łagodnie sir Thomas - i wiem, że chciałabyś wydać ją za mąż. Musisz jednak 

pamiętać, że ona ma dwadzieścia sześć lat i posag, o którym nie warto nawet wspominać. 

-  Nie  chodzi  mi  o  to,  żeby  ją  wydawać  za  byle  kogo  -  odparła  Amelia.  -  Myślę  o  wydaniu  jej  za  Rowlanda 

Sandiforda.  A  co  więcej,  słyszałam  dziś  rano  w  Pijalni,  że  on  przyjeżdża  tutaj  w  odwiedziny  do  swej  matki. 
Rozumiesz teraz, dlaczego ubranie Merab jest takie ważne? 

Na chwilę w pokoju zapadła cisza. 
- Nigdy ci się to nie uda - powiedział wreszcie sir Thomas. - Po pierwsze, Rowland jest zakochany w tej laleczce 

Parminsterów.  Po  drugie,  twoja  przyjaciółka,  choć  przemiła,  nie  jest  żadną  pięknością.  A  po  trzecie,  panna 
Hartfield  wydaje  się  być  młodą  damą  o  nieugiętym  charakterze.  Nie  przypuszczam,  by  zgodziła  się  wyjść  za 
człowieka, który obraził ją w sposób, o jakim mi mówiłaś. 

Amelia spojrzała nań z czułym politowaniem dla jego męskiej naiwności. 
- Zobaczymy - powiedziała tylko i zapadła w sen. 
Rowland pozostał w Merryn Park nieco dłużej, niż przewidywał i niżby tego chciał ze względu na pewne naglące 

problemy  związane  z  majątkiem.  Dwaj  mężczyźni,  którzy  wędrowali  pieszo  do  Londynu,  nieumyślnie  podpalili 
stóg  siana,  w  którym  spędzili  noc,  a  powstały  w  ten  sposób  pożar  zagroził  pobliskiej  stajni.  Na  szczęście  wiatr 
zmienił kierunek i przy pomocy mieszkańców wioski, którzy pospieszyli na ratunek z wiadrami i grabiami, udało 
się  zażegnać  niebezpieczeństwo.  Jednak  później  należało  się  zająć  sporządzeniem  wykazu  strat  i  podobnymi 
formalnościami. 

Lady  Parminster  oczywiście  nic  o  tym  nie  wiedziała.  Nigdy  nie  przejmowała  się  zbytnio  ewentualnym 

małżeństwem  swej  córki  i  Rowlanda  Sandiforda  -  Kitty  mogła  przecież  znaleźć  znacznie  lepszego  męża  niż 
właściciel  niezbyt  dochodowego  majątku.  Lady  Parminster  była  pełna  nadziei,  że  nadchodzące  lato  spędzone  w 
Londynie przyniesie  jej córce  zabezpieczenie na przyszłe  lata w postaci  męża z  jakiegoś znakomitego  i bogatego 
rodu. 

Z drugiej jednak strony, nie było żadnych wątpliwości co do tego, że Rowland jest dość atrakcyjnym mężczyzną, 

a co więcej, niemal do szaleństwa kocha jej córkę. Lady Parminster przypuszczała, że Rowland wyjedzie z Merryn 
Park  najszybciej,  jak  będzie  mógł.  Tymczasem  on  z  niezrozumiałych  względów  wciąż  pozostawał  na  miejscu, 
blady  i  ponury.  Gdy  pojawiał  się  w  kościele,  Kitty  chlipała  w  swoją  książeczkę  do  nabożeństwa  i  rzucała  mu 
spojrzenia pełne udręki. 

Skoro Rowland  nie  chciał  wyjechać  - cóż za  męczący  człowiek! -  musiała to  zrobić  Kitty. Do  lata wciąż  było 

jeszcze bardzo daleko, a lady Parminster nie chciała patrzeć, jak córka usycha na jej oczach. Nie dostrzegała tego, 
co widział sir John - że Kitty w cudowny sposób zapomina o swej rozpaczy gdy tylko w pobliżu zjawia się młody 
porucznik  Heslop,  i  że  tak  naprawdę  ów  smutny  nastrój  widać  tylko  w  kościele.  Kiedy  sir  John  wyjawił  swe 
spostrzeżenia, żona była przerażona. 

- W takim razie sprawa jest przesądzona - powiedziała. - Małżeństwo z Rowlandem nie wchodzi w grę, a Heslop 

background image

 

18 

jest biedny jak mysz kościelna. Proponuję wysłać Kitty do jej matki chrzestnej, do Bath. Posiedzi tam spokojnie aż 
do lata. 

- Co? Do Bath? Przecież młody Sandiford też może pojechać do Bath. Mieszka tam jego matka. 
- Nie sądzę - odparła lady Parminster po chwili namysłu. - Z tego, co widzę, Sandiford chce tylko wałęsać się w 

ponurym nastroju po swoim majątku. Gdyby chciał odwiedzić swoją matkę, zrobiłby to chyba znacznie wcześniej, 
prawda? 

- Czy to nie będzie zbyt wielki kłopot dla pani Banstead? Może nie chce się zajmować młodą dziewczyną, która 

nie usiedzi ani chwili na miejscu, i która w dodatku wszędzie potrzebuje przyzwoitki. 

-  Nonsens,  pani  Banstead  będzie  zachwycona.  -  Lady  Parminster  machnięciem  ręki  zbyła  wszelki  wątpliwości 

swego  męża.  Pani  Banstead,  prócz  tego,  że  była  matką  chrzestną  Kitty  -  co  bardzo  odpowiadało  jej  rodzicom  - 
uchodziła także za damę  niezwykle  obytą w towarzystwie, która bardzo sobie  chwaliła życie  w  Bath i rozrywki, 
jakie  oferowało  jej  to  miasto.  Lady  Parminster  przypuszczała  więc,  że  szacowana  dama  z  radością  przyjmie  do 
siebie Kitty. 

- Dobrze byłoby, gdyby Lavinia Heslop też tam pojechała  - powiedziała matka Kitty po zastanowieniu.  - W ten 

sposób obie panny mogą być dla siebie przyzwoitkami przez cały dzień. 

W odpowiedzi na propozycje lady Parminster pani Banstead napisała, że z radością będzie gościć obie panienki. 

Sir John nie sprzeciwiał się już więcej, a nawet dał Kitty dziesięć gwinei. 

- Kup sobie parę drobiazgów, kotku. 
Trzy dni później powóz Parminsterów z Kitty, Lavinia i pokojówką wyruszył do Bath. 

Amelia siedziała w swym porannym pokoju i ozdabiała haftem dziecięce ubranka. Była już w czwartym miesiącu 

ciąży  i  miała  nadzieję,  że  tym  razem  doczeka  się  wreszcie  upragnionej  córeczki.  Oczywiście,  kochała  swoich 
synów, ale dała już mężowi dwóch dziedziców i uważała, że ma prawo prosić teraz Boga o dziewczynkę. Jednak ta 
ciąża  nie  należała  do  najłatwiejszych;  na  szczęście  przyjazd  Merab  okazał  się  miłą  odmianą,  która  pozwoliła 
oderwać się na moment od własnych kłopotów. Amelia zaczęła się już czuć lepiej, nawet na tyle dobrze, że mogła 
wybierać  się  z  Merab  na  krótkie  spacery  do  Ogrodów  Sydney  i  regularnie  odwiedzać  Pijalnię,  gdzie  piła  wody 
lecznicze zalecone jej przez doktora. 

Merab siedziała w fotelu naprzeciwko i przerzucała stronice jakiegoś magazynu dla pań. Widać było wyraźnie, że 

myślami jest bardzo daleko od tego miejsca. Wreszcie westchnęła, odłożyła książkę i powiedziała: 

- Amelio,  jestem tutaj już  od sześciu tygodni  i  muszę  się  wreszcie poważnie zastanowić  nad  moją przyszłością. 

Powinnam zacząć szukać jakiejś posady. 

Amelia  przeszyła  jeszcze  dwa  ściegi,  nim  odpowiedziała.  Rozmawiały  już  raz  na  ten  temat  i  zaczęła  się  tym 

poważnie martwić. Nie chciała, by Merab wyjechała i zrobiła jakieś głupstwo, zanim ona przekona się, czy nie jest 
w  stanie  skierować  jej  życia  na  inne,  lepsze  tory.  Wiedziała,  że  musi  postępować  bardzo  ostrożnie.  Merab  nie 
chciała nawet słyszeć o tym, by szukać sobie kandydata na męża, Amelia z kolei nie chciała na siłę popychać jej do 
jakiegoś działania. 

-  Mówisz  o  pracy  w  jakiejś  szkole  dla  dziewcząt?  -  spytała.  -  Wiesz,  że  bardzo  chętnie  zrobię  dla  ciebie,  co  w 

mojej  mocy,  ale  czy  naprawdę  dobrze  się  nad  tym  zastanowiłaś?  One  tak  harują,  biedaczki.  I  to  wszystko  za 
dwadzieścia funtów rocznie. 

-  Muszę  coś  robić  -  oświadczyła  Merab  stanowczo,  po  czym  odwróciła  oczy  od  ognia  trzaskającego  wesoło  na 

kominku i wpatrzyła się w mroźną, styczniową scenerię za oknem. - Choć może i masz rację, jeśli chodzi o posadę 
nauczycielki.  Wątpię,  czy  jakakolwiek  szkoła  dla  panienek  w  Bath  byłaby  zachwycona  moimi  umiejętnościami 
zdobytymi  na  stancji  panny  Goodison!  Może  powinnam  zostać  gospodynią?  Mam  przecież  sporą  praktykę,  a 
gospodynie są znacznie lepiej opłacane. 

-  Nigdy!  -  krzyknęła  Amelia,  prostując  się  w  fotelu  i  zrzucając  na  podłogę  dziecięce  ubranko.  -  Gospodyni! 

Pochodzisz przecież ze szlacheckiego rodu. 

-  Zdaje  się,  że  moje  dobre  urodzenie  w  niczym  mi  tutaj  nie  pomoże  -  odparła  Merab  cierpko.  -  Teraz  już  nie 

wyjdę za mąż, a na pewno łatwiej mi będzie żyć jako gospodyni, która dostaje czterdzieści funtów rocznie, niż jako 
dobrze urodzona guwernantka za połowę tej sumy. 

-  Miałam  nadzieję,  że  zostaniesz  tutaj  -  powiedziała  Amelia  smutno.  -  Przynajmniej  do  czasu,  gdy  urodzę 

dziecko. Nawet nie masz pojęcia jak dobrze na mnie działasz. Dopóki nie przyjechałaś, ciągle przeżywałam jakieś 
okropne depresje. Tak czy inaczej, po prostu musisz zostać do przyjazdu królowej! Wszyscy mówią, że będzie tu w 
czerwcu, a na pewno nie chciałabyś przegapić takiej okazji. 

Merab miała dość sceptyczną minę. Amelia przerwała na chwilę szycie, poprawiła się i dodała: 
- Merab, wiesz, że jesteś  dla  mnie jak rodzona siostra. Jakże  mogłabym ci pozwolić  wyjechać i uczyć  w jakiejś 

okropnej szkole? Gdybyś tylko pozwoliła kupić sobie trochę ładnych ubrań i czasem wyszła ze mną tu i ówdzie. 

Merab przyjrzała jej się podejrzliwie. 
- Rozumiem! Chcesz mnie wydać za mąż. Znam cię. 
-  Ależ  Merab,  masz  dwadzieścia  sześć  lat,  a  nie  poznałaś  jeszcze  nikogo  poza  tym  okropnym  Rowlandem 

background image

 

19 

Sandifordem. Chciałabyś chyba mieć jakichś przyjaciół? I nie zapominaj - dodała chytrze - że możesz poznać jakąś 
odpowiednią  osobę,  która  będzie  szukać  guwernantki.  Twoje  szansę  znacznie  się  zwiększą,  kiedy  będziesz 
porządnie ubrana. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, wiesz o tym przecież. 

Merab spojrzała na nią sceptycznie. 
- Swatanie - powtórzyła z uporem. 
Gdy  Amelia  później  w  samotności  myślała  o  tej  rozmowie,  wzdychała  głośno.  Nie  była  dość  delikatna  i  teraz 

Merab wydawała się jeszcze bardziej niż dotąd zdecydowana szukać jakiejś okropnej posady. Nawet w tej chwili 
siedziała z pewnością w swoim pokoju i pisała do pani Goodison list, w którym prosiła o odpowiednie referencje. 

Jednak los, który dotąd traktował Merab dość okrutnie, jakby chciał ją skazać na ponury i beznadziejny żywot, z 

właściwą  sobie  zmiennością  postanowił  podarować  jej  niewielki  prezent.  Nazajutrz  rano,  przy  śniadaniu,  Merab 
otrzymała list. 

- Jeśli to od panny Goodison, nie chcę nic o tym wiedzieć - zawołała Amelia ze złością. 
- To od pana Camberwella - powiedziała Merab, szczerze zdumiona. - Załączył też weksel na trzydzieści funtów!  
- Cudownie! Ale skąd on wziął te pieniądze? 
-  Zdołał  przekonać  innych  egzekutorów,  że  należy  mi  się  trzydzieści  funtów  za  moją  pracę  w  majątku  po 

pierwszym wylewie dziadka. 

- No i najwyższy czas, stary sknera... - burknęła Amelia. - Ale czy to oznacza, że...? 
- Tak, będę rozsądna i kupię sobie jakieś ubrania. 
Amelia wyprostowała się gwałtownie w krześle. 
- Doskonale. Zaraz sporządzimy listę. 
- Wstrzymaj się  na  minutkę,  Amelio  - poprosiła Merab. - Nie zamierzam stroić się  w piękne  fatałaszki i szukać 

męża, to byłoby absurdalne. Chcę kupić jakieś porządne, ciepłe ubrania, buty na zimę i tym podobne rzeczy. Nie 
wydam ani pensa ponad te trzydzieści funtów. 

- O nic nie musisz się martwić - zawołała Amelia. - Zostaw to mnie. 
 
B
yła  druga  w  nocy.  Merab  kucała  na  macie  przed  kominkiem  w  swej  sypialni  i  próbowała  rozniecić  ogień  w 

wygasłych już węglach. Wrzuciła do kominka dwa papierowe papiloty i zaczęła delikatnie dmuchać. Wreszcie po 
chwili pojawiła się wąska smużka dymu, a potem maleńki płomyk. Ogień szybko ogarnął drugi papierek i drobne 
szczepionki,  które  służąca  zostawiła  na  podpałkę.  Kiedy  Merab  była  już  pewna,  że  płomień  nie  zgaśnie,  usiadła 
spokojnie i przycisnęła do piersi swą starą, pocerowaną sukienkę. 

Przed  chwilą  przebudziła  się  z  nocnego  koszmaru  i  próbowała  strząsnąć  z  siebie  nieprzyjemne  uczucie,  jakie 

pozostawił okropny sen. Zapaliła jeszcze kilka świec, ustawiła je na kominku i z powrotem usiadła na macie. Śniło 
jej  się,  że  była  ubrana  w  najbardziej  niedorzeczną,  wymyślną,  cudzoziemską  sukienkę,  o  nieprzyzwoicie  dużym 
dekolcie, i próbowała wydostać się z Pijalni. Wszyscy gapili się na nią, damy chichotały za swoimi wachlarzami, a 
co  najgorsze,  był  tam  też  Rowland  Sandiford,  który  otwarcie  z  niej  szydził.  Wyglądała  jak  prawdziwy  cudak,  a 
kiedy się obudziła, jej policzki wciąż płonęły wstydem. 

Przycisnęła  mocniej  starą  sukienkę  i  zamyśliła  się.  Nietrudno  było  odgadnąć,  co  wywołało  ten  sen.  Dlaczego 

jednak aż tak bardzo przejmuje się nowymi ubraniami? Ustaliła już z Amelią listę najpotrzebniejszych rzeczy i nie 
rozumiała,  co  niepokojącego  może  być  w  wygodnym  płaszczu  i  kilku  sukienkach  dziennych.  Choć  trzydzieści 
funtów  w  zupełności  wystarczało  na  kupno  podstawowej  garderoby,  na  pewno  nie  pokryłoby  kosztów  zakupu 
choćby jednej ekstrawaganckiej kreacji. 

Dlaczego  więc  tak  mocno  to  przeżywała?  Być  może  bała  się,  że  w  końcu  przestanie  być  niewidzialna, 

anonimowa. Nie sprawiła sobie żadnej nowej sukni od czasu, gdy zamieszkała w Hartfield Hall; wciąż donaszała 
te, które kupiła jeszcze za życia ojca. Po śmierci matki przerabiała jej stare ubrania, podłużając suknie doszytymi 
pasami innego materiału. 

Pomyślała  ze  smutkiem,  że  z  dorastającej  panienki  stała  się  od  razu  starą  panną.  W  jej  życiu  nigdy  nie  było 

okresu,  w  którym  czułaby się  dobrze ubrana, młoda  i ładna. Nigdy  nie  obracała się  w towarzystwie, a jedynymi 
dżentelmenami,  jakich  spotykała  regularnie,  byli  jej  dziadek,  pan  Camberwell  i  pastor.  Czasami  w  kościele 
widywała jakichś obcych młodych mężczyzn, gości którejś z sąsiadujących rodzin. Jednak oni nigdy nie zwracali 
na nią uwagi, jakby była powietrzem. A kuzyn Rowland dał jej jasno do zrozumienia, że jako kobieta w ogóle dla 
niego nie istnieje. 

I o to  właśnie chodziło. Merab siedziała nieruchomo,  wpatrując się  w  ogień, i  wiedziała już, co ją  dręczy.  Nie 

wiedziała  dlaczego,  bo  przecież  nienawidziła  go  i  pogardzała  nim,  ale  gdy  tylko  przeczytała  list  od  pana 
Camberwella, pomyślała „Teraz mu pokażę!”: Jednak zamiast rzucić Rowlanda na kolana - a potem odwrócić się 
od niego wyniośle - we śnie to ona stała się obiektem jego szyderstw. 

Merab  wstała  i  odszukała  małe,  oprawne  w  skorupę  żółwia  lusterko,  które  niegdyś  należało  do  jej  matki. 

Przyjrzała się uważnie swemu odbiciu. Oto niesforne włosy, z których wypadały już następne papiloty - cóż mogła 
z nimi zrobić? Były o wiele za grube, kręciły się zupełnie nie tak jak powinny, a wszelkie starania, by ułożyć je w 
regularne  loczki,  nie  przynosiły  żadnych  efektów.  Poza  tym  była  za  blada.  Jej  skóra,  choć  pozbawiona  już 

background image

 

20 

młodzieńczych wyprysków i czysta jak kość słoniowa, była aż nazbyt biała. Nigdy nie będzie miała białoróżowej 
cery, jaką szczycą się prawdziwe piękności. Z lusterka patrzyły na nią wielkie, ciemnobrązowe oczy, które nagle, 
zupełnie nieoczekiwanie, napełniły się łzami. 

 
M
ajor  Bendick,  który  zmuszony  był  niedawno  opuścić  swój  regiment,  lecz  który  wciąż  szczycił  się  swą 

wojskową  postawą  i  powodzeniem  u  dam,  stał  przed  kominkiem  i  z  przyjemnością  przyglądał  się  bibliotece 
należącej teraz wyłącznie do niego. Jego ojciec niedawno umarł, więc major Bendick odziedziczył spory majątek, 
wydał  siostrę  za  dżentelmena,  który  siedział  właśnie  obok  i  popijał  jego  porto,  i  przekonał  matkę,  że  powinna 
wyjechać do swej owdowiałej siostry w Devonshire i zamieszkać tam na dłużej. 

Wszystko  to  zostało  zaplanowane  z  iście  wojskową  precyzją.  Major  miał  nadzieję,  że  wciąż  pozostaje 

kochającym  i  posłusznym  synem,  jednak  kiedy  sześć  miesięcy  temu  powrócił  do  Bath  po  śmierci  ojca,  szybko 
zrozumiał, że synowska miłość ma swoje granice. Jego matka miała duszę romantyczki, toteż owinęła się w grubą 
warstwę  czarnej  krepy  i  z  upodobaniem  odgrywała  rolę  niepocieszonej  wdowy.  Siostra,  która  kończyła  właśnie 
dwadzieścia cztery lata, niepokojąco zbliżyła się do ewangelicyzmu. Major postanowił, że dla spokoju ducha musi 
coś z tym wszystkim zrobić. 

Krótkie rozeznanie w sytuacji upewniło go, że wielebny Clement Hartcourt jest najlepszym kandydatem na męża 

jego siostry, i że gdyby sprzedał kolekcję czternastowiecznych książek ojca - których i tak nigdy by nie przeczytał, 
i które wcale go nie interesowały - zarobiłby kilka dodatkowych tysięcy funtów. W ten sposób powiększyłby posag 
Elizy i zachęcił nieco opornego pastora do poczynienia kroków w odpowiednim kierunku. Pan Hartcourt wkrótce 
poślubił  pannę  Bendick,  a  major  mógł  zająć  się  matką.  Na  początku  wydawało  się,  że  nigdy  nie  ulegnie  jego 
namowom  -  wdowa  nie  żyła  ze  swoim  mężem  w  idealnej  zgodzie  i  od  wielu  już  lat  z  utęsknieniem  czekała  na 
chwilę,  gdy  będzie  mogła  prowadzić  dom  zgodnie  ze  swoimi  własnymi,  lepszymi,  jak  mniemała,  poglądami. 
Major, po dokładnym przebadaniu pola bitwy, zdecydował się na terapię wstrząsową. Zaprosił do siebie pół tuzina 
rozbrykanych  przyjaciół  z  armii  i  urządził  kilka  hucznych  popijaw  połączonych  z  grą  w  karty.  W  następnej 
kolejności  sprowadził  do  domu  damę  o  wątpliwej  reputacji,  której  włosy  miały  tak  nieprawdopodobny  odcień 
blond, że pani Bendick obrzuciła je tylko jednym pełnym przerażenia spojrzeniem, po czym bez wahania wyraziła 
chęć wyjazdu do swej siostry, Augusty. 

Wówczas major wielkodusznie dorzucił jeszcze jedną setkę do czterystu fantów, jakie rocznie otrzymywała jego 

matka. 

Major Bendick gotów był teraz  wcielić  w życie swój  kolejny plan. Już trzydzieści pięć lat cieszył się różnymi 

przyjemnościami  kawalerskiego  życia  i  uznał  wreszcie,  że  potrzebuje  żony.  To  właśnie  powiedział  swojemu 
szwagrowi. 

-  Mam  już  trzydzieści  pięć  lat  i  najwyższy  czas,  żebym  się  ustatkował.  Potrzebuję  synów,  najlepiej  trzech,  dla 

bezpieczeństwa. Jeden jako dziedzic, drugi do pomocy, a trzeci na wszelki wypadek. Myślę, że to by wystarczyło. 
Najstarszy oczywiście zostanie tutaj i będzie zarządzał majątkiem, drugi może iść do wojska... albo do marynarki - 
dodał wspaniałomyślnie. - Nie Jestem kapryśny. A trzeci może robić karierę w Kościele. 

Pan Hartcourt zamrugał z niedowierzaniem. 
- A jeśli będziesz miał córki? - spytał łagodnie. 
Major zbył to nonsensowne przypuszczenie machnięciem ręki. 
- Oczywiście,  wybiorę sobie  odpowiednią  kobietę. To  musi być  ktoś rozsądny. Nie  interesują  mnie te  kapryśne 

panienki prosto ze szkoły. Więcej włosów niż rozumu. 

- Jak zamierzasz się do tego zabrać? - spytał pastor z ciekawością. 
Major był  wysokim,  dobrze  zbudowanym  mężczyzną i  nosił się prosto, jak  na żołnierza przystało. Miał  krótko 

przystrzyżone proste, ciemne  włosy, kawaleryjski wąsik i równe białe zęby. Takie atrybuty zapewne podobałyby 
się  damom,  choć  żona  pastora  nie  miała  o  swym  bracie  najlepszego  zdania  i  nazywała  go  „zarozumiałym 
bydlakiem”. 

W  Pijalni  znajdowała  się  lista  gości  i  każdy,  kto  się  tam  wpisywał,  mógł  oczekiwać,  że  wcześniej  czy  później 

złoży mu wizytę jeden z dwóch Mistrzów Ceremonii z Bath. Major zamierzał przejrzeć tę księgę i wybrać stamtąd 
kandydatki na przyszła panią Bendick. 

- Jutro pójdę do Pijalni i zrobię listę - powiedział. 
- Listę! - powtórzył jak echo pan Hartcourt. 
- Tak. Nazwisko, wiek, status. Nie mam nic przeciwko wdowie, choć jeśli będzie miała jakieś bachory, wyślę je 

do szkoły, gdzieś daleko stąd. Przydałby się też jakiś porządny posag, ale nie jestem chciwy. Dwa albo trzy tysiące 
wystarczą. 

Pastor  wpatrywał  się  w  swój  kieliszek  z  porto.  Nigdy  nie  przepadał  specjalnie  za  swoim  szwagrem,  ale  teraz 

wręcz  pragnął  szczerze  -  co  zupełnie  nie  szło  w  parze  z  chrześcijańską  miłością  bliźniego  -  by  major  dostał 
porządną nauczkę. 

- Coś jeszcze? - spytał. 
- No cóż, musi być jeszcze dość ładna. I chociaż chciałbym, żeby była rozmowna, to znaczy, żeby interesowała 

background image

 

21 

się tym co ja, to na pewno nie chcę jakiejś intelektualistki. Uważam, że kobieca inteligencja najlepiej sprawdza się 
w domu i przy dzieciach. 

- A co z miłością? 
- Miłość? - Major roześmiał się. - To sentymentalna bzdura. Nie wierzę w nią. 
 
N
azajutrz  rano  Pijalnia  nie  była  specjalnie  zatłoczona  -  być  może  nienajlepsza  pogoda  odstraszyła  część 

bywalców.  Pani  Bridges  przechadzała  się  pod  rękę  ze  swym  nowym  mężem  i  zatrzymywała  się  co  chwila,  by 
porozmawiać  ze  znajomymi.  Grupa  rozchichotanych  dziewcząt  znajdowała  się  pod  baczną  obserwacją  swoich 
mam  -  major  spojrzał  na  nie  obojętnie  i  poszedł  dalej.  Była  tam  także  ładniutka  lady  Wincanton,  która  coraz 
wyraźniej nabierała tak przyjemnych dla oka kształtów. Major lubił patrzeć na ciężarne kobiety, a szczególnie lubił 
panią Wincanton, która nie tylko była ładna, ale także wypełniła swój obowiązek, dając mężowie dwójkę zdrowych 
synów, a teraz przygotowywała zapewne trzeciego, zapasowego. Lady Wincanton spacerowała z bardzo atrakcyjną 
damą, której major nie widział nigdy dotąd. 

Była  wysoka,  szczupła  i  poruszała  się  elegancko,  co  z  aprobatą  odnotował  major  Bendick.  Ubrana  była  w 

jasnoszarą suknię, najwyraźniej uszytą przez dobrą i drogą modystkę. Suknia była prosta, bez żadnych zbędnych 
ozdóbek, jednak talia została lekko obniżona, a rękawy poszerzone  w stosunku  do tych, jakie  noszono  w Anglii. 
Major, który w czasie swej kariery przebywał wraz z armią w Paryżu, od razu rozpoznał francuski krój. 

Nieznajoma  dama odwróciła się  w  jego  kierunku  i  major  dojrzał Jasną,  kremową skórę,  ładne  wargi  i  wielkie, 

brązowe oczy. Krótko przycięte włosy młodej kobiety kręciły się w niesfornych lokach. 

Kim ona jest? Musi się dowiedzieć. 
Pigmalion nie mógł być chyba bardziej zadowolony z przemiany swej Galatei, niż Amelia z transformacji, jaka 

dokonała  się  w  wyglądzie  Merab.  Gdy  tylko  Merab  odeszła  do  stołu  z  listem  pana  Camberwella,  Amelia, 
zapomniawszy  o  wszelkich  dolegliwościach,  wezwała  powóz,  wynalazła  jakąś  książkę  z  biblioteki,  którą 
natychmiast  musiała  wymienić  na  inną, i pojechała prosto  do salonu  mody przy South Parade. Madame Regnier, 
która  była  jego  właścicielką,  kilka  lat  wcześniej  przeszła  na  emeryturę,  jednak  pracowała  od  czasu  do  czasu  dla 
kilku  ulubionych  klientek,  do  których  z  przyjemnością  zaliczała  lady  Wincanton  (była  bogata,  szybko  płaciła  i 
ufała  bez  zastrzeżeń  wyborowi  i  gustowi  madame  Regnier).  W  drodze  do  salonu  umysł  Amelii  pracował  bez 
wytchnienia. Była przekonana, że madame Regnier z przyjemnością obsłuży tak dobrą klientkę jak ona. Była też 
pewna,  że  ta  inteligentna  dama  natychmiast  zauważy,  iż  pod  okropnymi  ubraniami  i  fryzurą  Merab  kryje  się 
prawdziwy styl i elegancja. 

Postanowiła wtajemniczyć madame Regnier w swój plan. Merab nie dowie się o rzeczywistych kosztach strojów, 

gdyby przekroczyły trzydzieści funtów, a wszelkie dodatkowe opłaty zostaną pokryte przez sir Thomasa. To było 
doskonałe rozwiązanie. Tego samego wieczora, kiedy ubierała się do kolacji, powiedziała o wszystkim Babette. 

-  Mademoiselle  musi  ściąć  włosy,  naturellement  -  zawołała  Babette,  która  w  chwilach  wzruszenia  jakby 

zapominała  o  angielskim  i  wracała  do  swego  ojczystego  języka.  Gestykulując  energicznie,  mówiła  dalej:  -  W 
Paryżu  teraz,  pisze  moja  kuzynka,  włosy  są  krótkie,  krótkie,  krótkie.  I  całe  pokręcone.  Panienka  Merab  będzie 
piękna. Ja ją ostrzygę, zobaczy pani. Dżentelmeni będą za nią szaleć. 

-  Na  miłość  boską,  nie  mów  jej  tego!  -  przeraziła  się  Amelia  która  nie  miała  przed  Babette  prawie  żadnych 

sekretów. 

-  Proszę  się  nie  obawiać,  miladi  -  odparła  Babette  konspiracyjnym  szeptem.  -  Panienka  nic  nie  będzie 

podejrzewać. 

Kiedy kilka dni później nadeszły nowe ubrania, a włosy mademoiselle zostały przycięte mimo jej gwałtownych 

protestów,  Merab  była  jednocześnie  oszołomiona,  zadowolona  i  zaniepokojona  zmianami,  jakie  zaszły  w  jej 
wyglądzie.  Tego  wieczora  Babette  pomogła  jej  ubrać  się  do  kolacji.  Przycięte  elegancko  loki  zostały  zręcznie 
podwiązane aksamitką, a fioletowa sukienka podkreślała delikatny, kremowy odcień jej cery i ogromne, brązowe 
oczy. 

-  Proszę  bardzo,  mademoiselle  -  zawołała  Babette  i  cofnęła  się  o  krok,  by  podziwiać  dzieło  swych  rąk.  -  Tak 

właśnie powinna panienka wyglądać! Miladi będzie bardzo zadowolona, a sir Thomas po prostu bouleverse

- Nie chcę, żeby sir Thomas był bouleverse - odparła Merab z lekkim przestrachem. 
Babette uśmiechnęła się. 
- Sir Thomas będzie bouleverse w najlepszym tego słowa znaczeniu. 
Merab roześmiała się głośno. 
- Po prostu czarująca - powiedział sir Thomas, kiedy wieczorem Merab zeszła do salonu. 
Merab spojrzała niepewnie na Amelię, która stała obok z uśmiechem zadowolenia na twarzy. 
- Nie uważasz, że ta sukienka jest trochę...hm za śmiała jak na guwernantkę?  - spytała, zerkając na dekolt, który 

wydawał jej się przerażająco duży. 

- Nonsens, panno Hartfield - powiedział sir Thomas, wyręczając swoją żonę i potwierdzając to, o czym wcześniej 

mówiła Babette. - Wygląda pani teraz jak prawdziwa dama, czyli wreszcie jest pani sobą, i wydaje mi się, że nie 
ma tu żadnych wątpliwości. 

background image

 

22 

Spojrzał na żonę, która uniosła lekko brew w niemym pytaniu. Sir Thomas nieznacznie skinął głową, wyrażając 

w  ten  sposób  swą  aprobatę.  Pomyślał,  że  Amelia  miała  rację.  Panna  Hartfield  była  bardzo  atrakcyjną  młodą 
kobietą. Nie była może klasyczną pięknością, jej nos był na to nieco za wąski, a ona sama o cal lub dwa za wysoka. 
Z pewnością jednak mogła narobić zamieszania w męskim towarzystwie w Bath, a może nawet - pomimo marnego 
posagu - znaleźć sobie męża. Postanowił jednak przestrzec Amelię, by nie robiła sobie za wielkich nadziei. 

Głośno wyrażany podziw sir Thomasa, a także pochwały Amelii i Babette sprawiły, że następnego ranka Merab 

odważyła  się  pójść  ze  swą  przyjaciółką  na  spacer  do  Pijalni.  Amelia  chodziła  tam,  by  pić  wody  lecznicze 
przepisane przez jej  doktora, jednak tym razem zależało  jej przede  wszystkim  na tym, by  ktoś  zauważył  Merab. 
Skończyła właśnie pić swoją porcję i rozejrzała się dokoła. Ach! Idealny kandydat. 

- Ach, major Bendick! Miło pana widzieć. 
Major skwapliwie podszedł do lady Wincanton, ukłonił się i pocałował jej dłoń. 
- Lady Wincanton. Chyba nie chce mi pani powiedzieć, że przychodzi tutaj pić tę wodę. 
Amelia zrobiła kwaśną minę. 
-  Muszę.  Ale,  ale,  Merab,  pozwól,  że  przedstawię  ci  majora  Bendicka.  Majorze,  to  moja  przyjaciółka,  panna 

Hartfield. Uczyłyśmy się razem w szkole. 

- Panno Hartfield - major ukłonił się głęboko. Do diabła, z bliska wydawała się jeszcze ładniejsza. Co za oczy! - 

Czy zamierza pani zostać tutaj na długo? 

- Miesiąc, może troszkę dłużej. - Merab podziwiała jego białe zęby, jak tego zapewne chciał sam major, a potem 

spojrzała z rezygnacją na Amelię. 

- Mam nadzieję, że znacznie dłużej - powiedziała lady Wincanton. 
-  Ja  też  mam  taką  nadzieję  -  uśmiechnął  się  major.  -  Czy  mogę  paniom  towarzyszyć,  jeśli  zechcą  panie 

pospacerować jeszcze kilka chwil? 

Amelia nagle odkryła, że jest bardzo zmęczona i opadła na jedno ze złoconych krzeseł, ustawionych pod ścianami 

pomieszczenia.  Była  jednak  pewna,  że  Merab  ma  ochotę  na  dłuższy  spacer.  Major  oświadczył,  że  będzie 
zachwycony, mogąc jej towarzyszyć. 

Żyjąc  w  Hartfield  Hall  niemal  jak  w  zamknięciu,  Merab  nie  miała  okazji  być  obiektem  męskiej  galanterii. 

Dlatego  też  na  początku  była  po  prostu  oszołomiona  komplementami,  jakie  bez  ustanku  prawił  jej  major.  Co 
właściwie  miała  mu  na  to  odpowiedzieć?  Po  chwili  doszła  do  wniosku,  że  major  Bendick  jest  z  siebie  bardzo 
zadowolony,  o  wiele  za  bardzo.  Pod  wygładzoną  i  ugrzecznioną  powierzchownością  krył  się  mężczyzna,  który 
postrzegał damy tylko jako lalki lub anioły, i nie dopuszczał do siebie myśli, by mogło istnieć coś pomiędzy tymi 
skrajnościami. Major spacerował powoli, kłaniając się na lewo i prawo różnym znajomym, jakby chciał pochwalić 
się wszystkim swoją zdobyczą. 

- Widzę, że moje komplementy nie robią na pani wrażenia - powiedział, kiedy doszli do końca sali, a Merab nie 

odezwała się ani słowem. 

- Panie  majorze - przemówiła w  końcu oszołomiona dziewczyna. - Ostanie osiem lat spędziłam  na wsi  w  domu 

mojego  dziadka.  Nieczęsto  miałam  okazję  wysłuchiwać  komplementów.  -  Ze  smutkiem  przypomniała  sobie,  że 
dziadek obdarzał ją jedynie epitetami w rodzaju „głupi wymoczek” i prędzej odgryzłby sobie język, niż powiedział 
jej z własnej woli coś miłego. 

Cudownie, pomyślał major. Jaka świeżość. No i stąd ta półżałoba. 
-  Ale  teraz,  kiedy  jest  pani  w  Bath,  musi  pani  poznać  wszystkie  przyjemności,  jakie  oferuje  nam  to  miasto.  Na 

przykład muzyka. Jestem pewien, że lubi pani muzykę. W Bawialni co środę odbywają się koncerty. To oczywiście 
nic ważnego, bo przede wszystkim staramy się zadowolić nasze młode damy. 

Merab spojrzała na niego ze zdumieniem. 
- Czy damy nie mogą lubić poważnej muzyki? 
Wychowywano  ją  w  ogromnym  poszanowaniu  dla  muzyki  i  zawsze  traktowała  ją  poważnie.  Jednym  z  jej 

pierwszych wspomnień było słuchanie matki, która ćwiczyła gamy. 

-  Moja  droga  panno  Hartfield!  -  Major  roześmiał  się  głośno.  -  Chyba  nie  chce  mi  pani  powiedzieć,  że  jest 

intelektualistką? 

- Rzeczywiście, nie. - Merab pomyślała przelotnie o pannie Goodison, dla której idealny model kobiecej edukacji 

zawierał w sobie niezbyt głęboką analizę jednego z esejów Addsona, naukę kaligrafii, z mniejszym naciskiem na 
ortografię, i nie kończącą się naukę szycia. 

-  Miło  mi  to  słyszeć!  Najwspanialszy  talent  damy  to  czarujące  maniery,  którymi  potrafi  tak  łatwo  podbić  serce 

każdego mężczyzny. 

Merab uśmiechnęła się uprzejmie. 
- Majorze, ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Mogę tylko powtórzyć, że nie przywykłam do komplementów. 

Szkoła, w  której wraz z lady Wincanton spędziłam  kilka cudownych lat, nie  zachęcała kobiet do  intelektualnego 
wysiłku. Uczono nas za to, że prawdziwym damom przystoi powściągliwość i małomówność. Teraz więc poproszę 
pana, by odprowadził mnie do lady Wincanton. 

Zachwycająca skromność, pomyślał major. W dodatku uwagi panny Hartfield były całkiem inteligentne - jak na 

background image

 

23 

kobietę. Major był ciekaw, jaki posag ma ta dama. 

- Jak mogłaś! - zawołała Merab, kiedy major, wypowiedziawszy jeszcze kilka pochlebnych uwag, oddalił się od 

obu pań. 

Amelia roześmiała się. 
- Biedak tak bardzo chciał z tobą porozmawiać, że musiałam mu dać po temu okazję, to wszystko. Czy to było aż 

takie straszne? On jest bardzo przystojny, chyba zauważyłaś? 

- Tak, podejrzewam, że tak. - Nagle przypomniała sobie zimne, szare oczy Rowlanda. - Przynajmniej jest lepiej 

wychowany. 

- Lepiej  wychowany  niż kto? - spytała Amelia. Zanim jednak  mogła otrzymać  odpowiedź na to pytanie, została 

przywołana przez panią Tiverton, która rozmawiała z jakimiś przyjaciółmi przy oknie. Amelia i Merab ruszyły w 
jej stronę. 

-  Moja  kochana  Amelia!  -  Pani  Tiverton  ucałowała  ją  gorąco  i  przedstawiła  swoim  przyjaciołom,  panu  i  pani 

Bridges.  Merab  także  została  przedstawiona  trójce  nieznajomych  i  znalazła  się  nagle  obok  pani  Bridges,  miłej 
kobiety  około  pięćdziesiątki  z  siwiejącymi  włosami  związanymi  w  elegancki  kok  i  parą  uśmiechniętych 
orzechowych  oczu.  Wydawała  jej  się  dziwnie  znajoma,  ale  ponieważ  pani  Bridges  nie  wspominała  o  tym  ani 
słowem,  Merab  pomyślała,  że  musi  się  mylić.  Bo  właściwie  kiedy  mogły  się  poznać?  Na  pewno  nie  w  ciągu 
ostatnich ośmiu lat. 

Rozmowa już po raz drugi tego dnia dotyczyła muzyki. 
- Muszę wyznać, że moja wielka miłość to Mozart - mówiła pani Bridges. - Oczywiście, to już trochę niemodne, 

ale... 

- Nie uważam, by wielka muzyka naprawdę podlegała kaprysom mody - powiedziała Merab z naciskiem. 
- Ach, więc zgadza się pani ze mną? 
- Całkowicie. Moja matka, która śpiewała naprawdę pięknie, uwielbiała Mozarta. Zawsze mnie uczyła, że muzyk 

i śpiewak są po to, by prezentować dzieła kompozytora, a nie po to by się popisywać. „Mozart jest większy od nas 
wszystkich” powtarzała. I miała rację. 

-  Więc  w  pierwszej  kolejności  czci  pani  Mozarta  -  powiedziała  pani  Bridges  z  uśmiechem.  -  Mam  nadzieję,  że 

będzie pani mogła uczynić nam tę przyjemność i wybrać się z nami na Jakiś koncert. 

Merab  przyjęła  tę  propozycję  ze  znacznie  większą  przyjemnością  niż  pożegnalne  słowa  majora  Bendicka,  w 

których  ten  wyrażał  nadzieję  na  kolejne  spotkanie.  Doszła  do  wniosku,  że  lubi  panią  Bridges  -  była  to  miła, 
nieafektowana kobieta. Chętnie pozna ją trochę lepiej. A jej mąż wydawał się bardzo uprzejmy. Przynajmniej nie 
będzie musiała znosić tego nudnego majora. 

Amelia powróciła do domu bardzo zadowolona z tej niewielkiej wyprawy. Merab zaczęła swe życie towarzyskie 

bardzo efektownie. Major był bez wątpienia pod jej urokiem. Pani Bridges należała do najpopularniejszych osób w 
Bath, a już po cichu pogratulowała Amelii jej „czarującej przyjaciółki”. Państwo Bridges byli bardzo miła parą, a 
znajomość z nimi z pewnością pozwoli Merab poznać wielu ciekawych ludzi. 

Reakcja pani Bridges zdumiałaby zarówno Amelię, jak i Merab, gdyby któraś z nich mogła ją słyszeć. 
-  Więc  to  była  Merab  Hartfield  -  powiedziała  do  swego  męża,  kiedy  powolnym  spacerem  wracali  do  domu.  - 

Przyznam, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Rowland wyrażał się o niej niezbyt pochlebnie. 

- Bardzo miła młoda kobieta - zgodził się jej mąż. - Inteligentna i atrakcyjna. 
- Najwyraźniej nie miała bladego pojęcia, kim jestem - powiedziała pani Bridges, marszcząc lekko czoło. 
- Powiesz jej? 
Pani Bridges zastanawiała się przez chwilę. 
- Nie, nie sądzę. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Chciałabym, żebyśmy poznały się lepiej bez żadnych uprzedzeń. 
 
L
avinia  Heslop  przyjęła  propozycję  wyjazdu  w  towarzystwie  Kitty  do  Bath  z  wdzięcznością  graniczącą  z 

zachwytem. Pani Heslop była niemal równie zadowolona. Pastor i jego rodzina żyli bardzo skromnie i nie byli  w 
stanie wysłać córki na całe lato do Londynu. Czterech synów pani Heslop musiało znaleźć sobie miejsce w świecie, 
a  to  sporo  kosztowało,  więc  potrzeby  Laivinii  musiały  zaczekać.  Lecz  choć  pani  Heslop  godziła  się  z  tą 
koniecznością,  nie  chciała,  by  Lavinia  została  starą  panną  tylko  z  powodu  braku  okazji.  Tak  więc  nie  mogła 
zmarnować szansy wysłania córki na kilka miesięcy do Bath, nawet jeśli nie do końca pochwalała fanaberie Kitty. 

Kareta  Parminsterów,  wioząca  Kitty,  Lavinię  i  służącą  Kitty,  zajechała  przed  dom  pani  Banstead  pewnego 

zimnego  popołudnia  w  połowie  lutego.  Dziewczynki  zostały  uprzejmie  powitane  przez  panią  Banstead,  która 
zachwycała  się  głośno  urodą  Kitty  i  zapewniała,  że  wokół  pięknej  panienki  będzie  aż  tłoczno  od  adoratorów. 
Potem obie przyjaciółki zostały zaprowadzone do ładnej sypialni wybitej tapetą o delikatnym, zielonym wzorze i 
kilkoma figurkami pastuszków na kominku. Dwaj służący wnieśli ich bagaże, pokojówka przyniosła ciepłą wodę, i 
pani Banstead wreszcie je opuściła, mówiąc na odchodnym: 

- Najdroższa Kitty, zabiorę cię jutro do mojej modystki! Wróciła właśnie z Paryża i wie wszystko o najnowszej 

modzie. Jestem pewna, że będziesz nią zachwycona. Pani też, panno Heslop - dodała po namyśle. 

Wszelkie obawy pani Parminster o stan ducha jej córki okazały się bezpodstawne. Kitty na początku rzeczywiście 

background image

 

24 

próbowała przybrać udręczoną pozę i wzbudzić w ten sposób zainteresowanie otoczenia już pierwszego wieczora 
w Bawialni, jednak widok innych dziewcząt, roztańczonych i spoglądających na nią ze współczuciem, sprawił, że 
szybko zapomniała o swym postanowieniu. Pani  Banstead  oczywiście znała  wielu ciekawych  ludzi, toteż Kitty  i 
Lavinia zostały przedstawione towarzystwu i przy następnym tańcu obie panny miały już partnerów. 

Major  Bendick  także  tam  był,  wciąż  uzupełniając  swoją  listę.  Nazwisko  Merab  zostało  tam  już  zapisane,  jej 

przyjaźń  z  lady  Wincanton  była  wystarczającym  świadectwem  dobrej  reputacji,  Jednak  niepokój  majora  budziło 
wciąż  puste  miejsce  przy  rubryce  „posag”.  Przy  nazwisku  Parminster  miejsce  to  zostało  już  wypełnione.  Pani 
Banstead  dyskretnie  powiadomiła  majora  o  rychłym  przyjeździe  swej  chrześnicy,  a  ten  wpisał  kwotę  10  000 
funtów. Lavinia w ogóle nie znalazła się na tej liście. 

Major świadom był swoich atutów  i  doskonale rozumiał się z panią  Banstead. Wysoki, przystojny  mężczyzna, 

którego  stan  posiadania  nie  wzbudzał  żadnych  wątpliwości,  obdarzony  pewną  nieuchwytną  aurą  męskości 
właściwą tylko żołnierzom, zawsze spotykał się z akceptacją dam. Pani Banstead z  uśmiechem pozwoliła, by ich 
wspólny przyjaciel przedstawił go pannie Parminster. 

Choć pierwsza reakcja Kitty, wyrażająca pełne uznanie dla jego zalet, bardzo mu pochlebiała, major nie był do 

końca przekonany. 

- Czy będzie pani chodzić na koncerty, panno Parminster? - Spytał, kiedy zajęli miejsce w szeregu innych par. 
- Koncerty? - Powtórzyła Kitty z przerażeniem. 
- Tak, koncerty. Odbywają się w każdą środę. Czy lubi pani muzykę? 
Kitty roześmiała się perliście. 
- Muszę wyznać, że choć śpiewam jedną czy dwie piosenki, jak to musi robić każda młoda dama, na samą myśl o 

siedzeniu w jednym miejscu przez cały koncert chce mi się spać. - Widząc posępną minę majora, spytała; - A czy 
pan, w takim razie, lubi muzykę? 

-  Naturalnie.  Pod  warunkiem,  że  jest  naprawdę  melodyjna.  Nie  przepadam  za  tymi  nowoczesnymi  wymysłami. 

Beethoven na przykład w ogóle nie jest melodyjny. 

Duch przekory owładnął nagle panną Parminster. Uśmiechnęła się najpiękniej, jak potrafiła, do swego partnera. 
- A ja uważam, że muzyka Beethovena jest naprawdę cudowna. 
Brwi majora jak na rozkaz zbiegły się razem. 
- Jestem starszy od pani, panno Parminster. Musi pani uznać, że mam rację. 
- Och, a to dlaczego? - spytała Kitty, otwierając szeroko oczy. 
Później, w karecie odwożącej trójkę dam do domu, pani Banstead zapytała: 
- Czym wprawiłaś majora w takie zdenerwowanie, Kitty? 
Panna wzruszyła tylko ramionami. 
-  To  bardzo  dobra  partia  -  przypomniała  jej  pani  Banstead.  -  Poza  całkiem  przyzwoitym  majątkiem  ma  co 

najmniej cztery tysiące rocznego dochodu. 

Kitty nie odpowiedziała. Później, kiedy obie dziewczynki kładły się spać, powiedziała do Lavinii: 
- Myślał, że musi tylko powiedzieć mi, co jemu się podoba, a ja natychmiast się z tym zgodzę. 
Rzuciła się ze złością na łóżko. Przywykła do tego, że to mężczyźni ulegali jej, a nie ona mężczyznom. Rowland 

zawsze podporządkowywał się jej życzeniom. 

Lavinia uważnie splotła warkocz i powiedziała: 
- Ale zrobiłaś na nim ogromne wrażenie, Kitty. Ciągle prosił cię o następny taniec. 
Mówiła o tym ze smutkiem, gdyż major był jednym z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziała, a 

on nawet na nią nie spojrzał. 

- Rzeczywiście, chyba tak było, prawda? - spytała Kitty z zadowoleniem. 
W miarę upływu dni Kitty miała coraz więcej powodów do samozadowolenia. Co prawda major odsunął się od 

niej,  lecz  Kitty  miała  teraz  już  całe  kółko  adoratorów,  a  najważniejszym  z  nich  był  wicehrabia  Claydon, 
mężczyzna, którego Kitty skłonna była traktować całkiem poważnie. 

Lavinia przyjechała do Bath, spodziewając się samych przyjemności, szybko jednak odkryła, że życie w mieście 

wcale  nie  wygląda  tak  różowo.  W  domu,  gdzie  krąg  ich  znajomych  ograniczał  się  do  kilku  dobrze  im  znanych 
osób, nie miała poczucia rywalizacji. Zawsze była pokorną wielbicielką Kitty i była wdzięczna za każdy okruszek, 
który spadł z jej stołu. Co więcej, wszyscy wiedzieli, że jej posag jest bardzo skromny, i dlatego też nikt nie kwapił 
się, by ją adorować. 

Tutaj, w Bath, wzbudzała całkiem spore zainteresowanie, które w opinii Kitty należało się tylko jej. 
-  Nie  rozumiem,  dlaczego  pan  Corbett  tańczył  z  tobą  aż  dwa  razy  -  powiedziała  któregoś  wieczora  w  drodze 

powrotnej  do  domu.  Pan  Corbett  był  przystojnym  młodym  mężczyzną,  o  którym  mówiono,  że  zostanie 
spadkobiercą  majątku  starego  pana  Fincha,  swojego  ojca  chrzestnego,  zaś  ten  oceniano  na  co  najmniej  5  000 
funtów rocznego zysku. Czego on mógł chcieć od tej biednej Lavinii z jej dwoma marnymi tysiącami? 

Lavinia, która siedziała na przednim siedzeniu, spostrzegła, że pani Banstead patrzy na nią z dezaprobatą i szybko 

odrzekła: 

- Szczerze mówiąc, nie wiem. Na pewno chciał przede wszystkim rozmawiać o tobie. 

background image

 

25 

Nie było to całkiem zgodne z prawdą, ale Kitty uśmiechnęła się ze zrozumieniem, a pani Banstead najwyraźniej 

się  uspokoiła.  Lavinia  odwróciła  głowę  do  okna  i  patrzyła  na  płomienie  gazowych  latarni,  które  rzucały 
pomarańczowy  blask  na  chodnik  i  rozpraszały  ciemności  zimowej  nocy.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  zaczęła 
odczuwać niechęć do swej przyjaciółki. Czy ona, Lavinia, nie mogła mieć swoich adoratorów? Nagle zatęskniła do 
swej przytulnej sypialni w domu rodzinnym i do towarzystwa mamy. 

 
R
owland  przyjechał  do  Bath  dopiero  pod  koniec  lutego.  Złożył  kurtuazyjną  wizytę  swej  matce  i  jej  nowemu 

mężowi, jednak stanowczo odmówił, gdy poprosili, by zamieszkał w ich domu. 

- Nie, naprawdę dziękuję, mamo - mówił. - Zatrzymam się w hotelu. Nie wiem jeszcze, jak długo tutaj zostanę i 

nie chciałbym wam robić kłopotu. 

Jego matka, widząc, że nic nie wskóra, nie namawiała go dłużej. Wiedziała, że jej powtórne małżeństwo była dla 

Rowlanda  pewnym  szokiem,  choć  od  wielu  lat  znał  i  lubił  jej  obecnego  męża.  Jednak  choć  mógł  bez  zastrzeżeń 
tolerować Samuela jako  jej cichego wielbiciela, nie potrafił od razu w pełni zaakceptować  go  jako jej  małżonka. 
Lady Bridges zdawała sobie sprawę, że damy w jej wieku - miała pięćdziesiąt sześć lat - nie powinny zajmować się 
rzeczami odpowiednimi raczej dla ludzi młodych. 

Zrozumiawszy, że na razie nie osiągnie nic więcej, powiedziała tylko: 
-  Mam  nadzieję,  że  zostaniesz  przynajmniej  na  kolację.  Mamy  dzisiaj  dziczyznę.  Brat  Samuela  przysłał  nam 

spory kawałek. 

- Dziękuję, z przyjemnością. 
Rowland  oczywiście  słyszał  wcześniej,  że  Kitty  jest  w  Bath.  Wiedział  bardzo  dobrze,  że  prawdziwemu 

dżentelmenowi nie przystoi w takiej sytuacji wybierać się do damy i igrać z jej uczuciami. Z drugiej jednak strony 
bardzo chciał ją zobaczyć i być może liczył po cichu na jakiś cud. Wyobrażał sobie, jak rodzina na siłę wyciągają 
do Bawialni. Czyż nie widział wtedy, w niedzielę, jak płakała rozpaczliwie w swoją koronkową chusteczkę? 

W  końcu  przekonał  sam  siebie,  że  uprzejmość  wymaga,  by  złożył  wizytę  swej  matce  i  osobiście  złożył  jej 

gratulacje  z  okazji  ślubu.  Potem  zobaczy,  co  dalej.  Po  krótkim  namyśle  postanowił,  że  zostanie  w  Bath  jeszcze 
kilka  tygodni.  Będzie  próbował  zachowywać  się  w  stosunku  do  Kitty  przyjaźnie,  lecz  z  chłodną  uprzejmością. 
Gdyby tylko mógł liczyć na to, że ona jeszcze poczeka... Ale nie, musi to zrozumieć. Musi pogodzić się z faktem, 
że jego plany życiowe uległy nieodwracalnej zmianie. Musi zdać sobie wreszcie sprawę, że nie dostanie Kitty ani 
też majątku Hartfieldów. 

Rowland jeszcze wielokrotnie myślał o kłótni z Merab i doszedł do satysfakcjonującego wniosku, że ma to już za 

sobą. Co!? Miał się ożenić z takim kocmołuchem, zaniedbaną starą panną bez ogłady, i w dodatku niezbyt ładną? 
Pewnie do tego wszystkiego była okropną jędzą. Gdyby miała jakiekolwiek zalety, to czy kuzyn Julian już dawno 
nie poznałby ich ze sobą? Wybuch gniewu wywołany był szokiem, jakiego doznał po odczytaniu testamentu - nikt 
nie byłby w stanie powstrzymać się w takich okolicznościach i nikt nie mógł go winić za to, co się stało. 

Następnego wieczora wybrał się do Bawialni. Był poniedziałek i odbywał się właśnie bal. Rowland postanowił 

udzielać się towarzysko. Mistrz Ceremonii z pewnością przedstawi go wielu atrakcyjnym damom, a on spróbuje się 
zrelaksować i zabawić. 

Dotarł  na  miejsce  dosyć  późno  i  kiedy  szedł  przez  salę,  by  złożyć  swoje  uszanowanie  Mistrzowi  Ceremonii, 

znalazł się nagle twarzą w twarz z... Kim ona była? Przecież na pewno skądś ją znał! 

Rowland wpatrywał się osłupiały w wysoką, szczupła kobietę o pięknych, ciemnych włosach, które delikatnymi 

loczkami  okalały  czarującą  twarz.  Jej  skóra  miała  bardzo  jasny,  oliwkowy  odcień,  który  pokrywał  się  właśnie 
delikatnym rumieńcem, kiedy i ona patrzyła na niego. Oczy miała ciemnobrązowe, wielkie i lśniące. Nieznajoma 
nosiła  elegancką,  jedwabną  suknię  wieczorową  w  kolorze  głębokiego  fioletu,  który  cudownie  podkreślał  jej 
wspaniałą kremową karnację. 

Serce Rowlanda podskoczyło gwałtownie. Kto to jest? 
Nieznajoma dama była poruszona równie głęboko jak on. 
- Pan... pan Sandiford... 
- Panna Hartfield! - Rowland poczuł, jak ogarnia go wielki gniew. - Co, u diabła, pani tutaj robi? 

Towarzystwo  w  Bath  nie  było  tak  ekskluzywne  i  zamknięte  jak  modny  świat  Londynu.  Chorych  i 

rekonwalescentów,  którzy  przyjeżdżali  tutaj  się  leczyć,  łączyła  prawdziwa  sympatia.  Nowo  przybyli  pacjenci 
szybko  odkrywali,  że  towarzysze  ich  niedoli  chętnie  dzielą  się  wszelkimi  wiadomościami  na  temat  najlepszych 
lekarzy  i  sposobów  terapii.  Ta  przyjacielska  atmosfera  ogarniała  także  Pijalnię  i  Bawialnię.  Dama,  która  w 
londyńskim towarzystwie nie znalazłaby nigdy miejsca, była ciepło przyjmowana w Bath, pod warunkiem, że była 
dość miła i dość bogata, by pozwolić sobie na pobyt w tym mieście. 

Dlatego też wiele osób wydawało spore sumy na wizyty w Bath, w nadziei, że właśnie w ten sposób uda im się 

wejść do towarzystwa. Nikt nie był w tych wysiłkach równie wytrwały jak pani Dinah Hamson, bogata wdowa tuż 
po pięćdziesiątce. Towarzyszył jej syn, Joseph. 

Pani  Hamson  była  dość  korpulentną  osobą  o  ciemnych  włosach,  teraz  lekko  już  przyprószonych  siwizną, 

background image

 

26 

ciemnych  oczach  i  niezbyt  miłym  charakterze.  Była  wdową  po  pastorze  z  bogatej  parafii,  i  jako  żona  pastora 
przywykła  do  tego,  by  traktowano  ją  z  uległością  i  należnym  szacunkiem.  Zaproszenie  na  herbatkę  do  pani 
Harrison  było  prawdziwym  zaszczytem,  niemal  królewskim  rozkazem.  Niestety,  jej  władcze  zapędy  i  sztywne 
maniery nie pozwoliły jej znaleźć swego miejsca w nieco bardziej wyszukanym towarzystwie. 

Życie w Bath było bardzo upublicznione: nowy gość przyjeżdżał do miasta, wpisywał się do księgi wyłożonej w 

Pijalni, przyjmował wizytę dwóch Mistrzów Ceremonii, a potem, jeśli był w stanie opłacić wcale niemałą składkę 
za wstęp do Bawialni i różnych modnych miejsc, w których pokazywał się „wielki świat”, wtedy dopiero zostawał 
dopuszczony do towarzystwa. Co działo się potem, zależało już od samego zainteresowanego. Pani Harrison była 
w  towarzystwie  tolerowana,  ale  tylko  tolerowana.  Lady  Mandersby  i  czcigodna  pani  Tiverton,  dwie  seniorki 
societe Bath,  kłaniały  jej się uprzejmie,  gdy zdarzyło  im się spotkać  w przejściu, jednak pani Harrison  nigdy  nie 
została oficjalnie przedstawiona ich znajomym i nie należała do ich kręgu. 

Joseph  był  krępym,  młodym  mężczyzną  o  starannie  pokręconych  i  wypomadowanych  włosach.  Był  równie 

uparty jak jego matka, a w dodatku dość ograniczony. Z zawodu był prawnikiem i pracował głównie dla pewnego 
kupca w Bristolu, a ponieważ świetnie znał najdrobniejsze tajniki handlu, doskonale nadawał się do tego rodzaju 
profesji. „Nikt jeszcze nie przechytrzył Josepha Hamsona”, mawiał z upodobaniem do swoich kolegów. 

On  także  nie  mógł  pogodzić  się  z  tym,  że  wciąż  nie  należy  do  towarzystwa  w  Bath.  Rozumiał  doskonale,  że 

ożenek z kobietą z wyższych sfer znacznie powiększyłby jego szansę na zasobną przyszłość. Gdy jego zaloty do 
córki zwierzchnika zostały pogardliwie odrzucone, przyjechał do Bath, by tutaj popróbować szczęścia. 

Był częścią zewnętrznego kręgu satelitów, otaczających pannę Parminster. 
- Zobacz tylko, tutaj jest na  co popatrzeć  - powiedział do  matki,  kiedy  oboje siedzieli  w sali balowej Bawialni, 

czekając na muzykę. Głową wskazał na Kitty. 

- Tak, a przy tym na pewno warta jest niezłą fortunkę - dodała pani Harrison, wydymając usta. - Uważam jednak, 

że  jej  sukienka  jest  po  prostu  nieprzyzwoita.  Prawie  zupełnie  przezroczysta.  Można  niemal  bez  trudu  zobaczyć 
jej... kończyny. - Pani Harrison chciała właściwie powiedzieć „nogi”, ale uznała, że to byłoby zbyt niedelikatne. 

Joseph  spojrzał  na  Kitty  z  uznaniem.  Szukała  męża,  bez  wątpienia,  a  obcisła  suknia  jeszcze  podkreślała  jej 

wdzięki.  Po  ślubie  naturalnie  nosiłaby  coś  znacznie  skromniejszego.  Joseph  nie  miał  zamiaru  pozwalać,  by  jego 
żona była obiektem zalotnych spojrzeń wszystkich mężczyzn. 

W końcu doczekał się na swój taniec z Kitty i pochlebiał sobie, że udało mu się zrobić na niej pewne wrażenie. 

Właśnie zamierzał spróbować swego szczęścia po raz drugi i poprosić ją o do tańca, kiedy dojrzał, że jego matka 
wykonuje jakieś dziwne, energiczne gesty. 

- Cóż takiego się stało, mamo? - spytał z irytacją, kiedy stanął u jej boku. 
- Widzisz tę damę z lady Wincanton? - syknęła pani Harrison. 
Joseph spojrzał; wysoka elegancka kobieta, przy tym całkiem atrakcyjna. 
- Tak, no i co? 
- Słyszałam, jak lady Wincanton mówiła do niej „Merab”! 
- No i co z tego? 
- Moja siostra nazywała się Merab. 
- Moja droga matko, czy przywołałaś mnie tutaj tylko po to, by mi to powiedzieć? - Joseph zaczął już oddalać się 

od matki. 

- Joseph! Czy ty nic nie rozumiesz? Być może ona jest córką Abby! 
- Abby? 
- Abby, ty tępaku. Mojej zniesławionej siostry, tancerki operowej. Mówiła, że wychodzi za jakiegoś arystokratę. 

Nie mogę przypomnieć sobie jego nazwiska, jakiś Hartshom czy coś takiego. Oczywiście, wszyscy wiedzieliśmy, o 
co naprawdę jej chodzi. Wyszła za mąż, na pewno! Czy to było w ogóle możliwe? 

Joseph  znów  spojrzał  na  nieznajomą  kobietę.  Prowadziła  ożywioną  rozmowę  z  lady  Wincanton  i  majorem 

Bendickiem. Dobrze ubrana, pewna siebie... pieniądze. Jego  myśli biegły  znów tym samym,  dobrze  mu znanym 
torem. Zmrużył oczy. 

- Chcesz powiedzieć... 
-  Oczywiście.  Jeśli  rzeczywiście  ona  jest  córką  Abby,  to  właściwie  nie  trzeba  nam  już  niczego  więcej.  Spójrz 

tylko  na  nią. To jasne, że  nie brakuje  jej pieniędzy. I obraca się  w  odpowiednim towarzystwie.  - Tak jak  Abby, 
pomyślała ze złością. Zajęła się tylko sobą i nawet nie pomyślała o siostrze. Przez te wszystkie lata nie dostali od 
niej żadnej wiadomości. 

- Ale myślałem, że ona już nie należy do rodziny - powiedział Joseph. 
-  Oczywiście,  że  wyrzekliśmy  się  jej,  kiedy  została  śpiewaczką  operową.  Pokazywała  na  scenie  nogi,  zresztą 

pewna  jestem,  że  i  znacznie  więcej  też.  I  nigdy,  ani  przez  chwilę,  nie  wierzyłam  w  to  jej  „małżeństwo”.  Jeśli 
jednak rzeczywiście udało jej się do tego doprowadzić, to jej obowiązkiem było poinformować o tym swoją siostrę. 
- Pani Harrison nie zastanawiała się nad dziwaczną logiką tego rozumowania. Parsknęła tylko gniewnie i spojrzała 
ze złością na Merab. 

-  Może  ona  wcale  nie  będzie  chciała  nas  poznać  -  powiedział  Joseph,  udowadniając,  że  nie  na  darmo  skończył 

background image

 

27 

studia prawnicze. 

- Nie będzie miała wyboru - warknęła jego matka. - Idź tam i dowiedz się, kim ona jest. 
 
M
erab  wpatrywała  się  z  niedowierzaniem  w  Rowlanda.  Na  chwilę  ogarnął  ją  lęk.  Znów  była  w  Hartfield  Hall, 

znów  czuła  na  sobie  pogardliwy  wzrok  kuzyna,  znów  wstydziła  się  swych  pocerowanych  ubrań,  bladej  cery, 
niemodnej  fryzury.  Po  chwili  strach  zamienił  się  w  złość.  Przebywała  tutaj  jako  przyjaciółka  lady  Wincanton, 
została  zaakceptowana  przez  towarzystwo  w  Bath.  Lady  Mandersby,  która  była  tu  wyrocznią  w  sprawach 
towarzyskich, chwaliła głośno jej styl. Major Bendick najwyraźniej uważał ją za atrakcyjną kobietę. Czego miałaby 
się bać? 

Podniosła wyżej głowę i zmierzyła kuzyna zimnym spojrzeniem. 
- Przyjechałam w odwiedziny do mojej przyjaciółki, lady Wincanton. 
- W poszukiwaniu dobrej partii, jak sądzę - burknął Rowland. 
Merab uniosła jedną brew i spojrzała przelotnie na Kitty, nim odpowiedziała: 
- Mogłabym to samo powiedzieć o panu, sir. 
Przez chwilę Rowland nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. 
- Jak pani śmie! - wykrztusił w końcu. 
- Panie Sandiford - odparła Merab lodowatym tonem. - Nie muszę się panu z niczego tłumaczyć. Mam takie samo 

prawo przebywać w Bath, jak i pan. - Kątem oka dostrzegła, że kilka osób, w tym pani Bridges, przygląda im się z 
zainteresowaniem, i dodała. - Zdaje się, że robimy z siebie widowisko. 

Rowland rozejrzał się dokoła niecierpliwie. 
- Lepiej chyba będzie, jeśli się już rozstaniemy, nie sądzi pan? - Merab dygnęła grzecznie i odeszła. 
Rowland wciąż stał w miejscu, patrząc ze złością na oddalającą się pannę Hartfield. 
Amelia  z  rosnącą  konsternacją  przysłuchiwała  się  rozmowie  swej  przyjaciółki.  Dojrzała  Rowlanda  znacznie 

wcześniej, jednak nie  mówiła o tym Merab. Żywiła romantyczną nadzieję, że Rowland tylko spojrzy na Merab i 
natychmiast straci dla niej głowę. Tymczasem on kłócił się z nią praktycznie na oczach całego towarzystwa. Nawet 
jeśli nie wszyscy się im przyglądali, to z pewnością i tak dostarczyli tematu do wielu plotek. 

-  Och,  kochanie  -  westchnęła  w  końcu,  wiedząc,  że  wszystko,  co  powie,  i  tak  będzie  brzmiało  niezręcznie.  - 

Myślę, że przyjechał tutaj dla Kitty Parminster. 

-  Pewnie  tak.  -  Merab,  jeszcze  przed  chwilą  uradowana  odwetem,  jaki  wzięła  na  swym  niedawnym  oprawcy, 

poczuła nagle ogromne przygnębienie. - Co mam teraz robić, Amelio? 

Przyjaciółka pokręciła głową. 
-  Nie  możesz  tak  całkiem  się  od  niego  odsunąć.  W  końcu  to  twój  kuzyn.  I  na  pewno  nie  chcesz,  żeby  ktoś 

dowiedział się o tym okropnym testamencie. 

Merab wzdrygnęła się. Wciąż boleśnie odczuwała upokorzenie z tamtego dnia. 
-  Teraz  pewnie  będzie  starał  się  nie  wchodzić  mi  w  drogę  -  powiedziała  po  chwili.  -  Myślę,  że  zwykły  ukłon  i 

kilka słów przywitania w zupełności wystarczy. 

Ach ci mężczyźni, pomyślała Amelia. 
 
K
itty  wolała nie  wspominać przy swej  matce  chrzestnej ani słowem  o swojej zażyłej znajomości z Rowlandem 

Sandifordem i poleciła, by Lavinia także pomijała ten temat milczeniem. Martwiła się jedynie, że jej matka mogła 
kiedyś wymienić to nazwisko przy pani Banstead. Na szczęście lady Parminster była dość rozważna, by nie mówić 
głośno  o  niedorzecznych  fanaberiach  córki.  Kitty  zadziwiająco  szybko  zapomniała  o  swoim  rozczarowaniu,  nie 
widziała  jednak  powodu,  dla  którego  Rowland  nie  miałby  jeszcze  trochę  ją  poadorować.  Był  jednym  z 
najprzystojniejszych mężczyzn w Bath i jego zaloty mogły tylko dodać jej splendoru w oczach innych. 

- Biedny pan Sandiford - litowała się Lavinia, która miała miękkie serce. - Czy on nie popadnie w jakąś straszną 

depresję, kiedy ty będziesz go tak traktować? On tak bardzo cię kocha, Kitty. 

- Więc powinien być bogatszy - odrzekła Kitty bez cienia współczucia. 
- Ale to nie jego wina, skoro kuzyn postanowił nie zostawiać mu tych pieniędzy! 
- Oczywiście, że jego - warknęła panna Parminster. - Powinien się przypochlebiać temu kuzynowi. Pisać do niego 

miłe listy, zgadzać się z  nim  we  wszystkim.  Wiedział przecież, jak bardzo potrzebuje  majątku Hartfieldów, jeśli 
chciał się ze mną ożenić. 

- Co się stało z tymi pieniędzmi? - spytała Lavinia, zaciekawiona. 
Kitty wzruszyła ramionami. 
-  Pewnie  poszły  na  jakieś  cele  dobroczynne.  No  cóż,  Rowland  miał  już  swoją  szansę.  -  Z  zadowoleniem 

przyjrzała się swemu  odbiciu  w  lustrze. Lord Claydon przyrównał  ją do ślicznej czarodziejki  - i  miał rację. Tyle 
tylko, że lord Claydon jeszcze jej się nie oświadczył. 

- Co zamierzasz zrobić? 
-  Będę  bardzo  miła  dla  pana  Sandiforda  -  odrzekła  Kitty  słodko.  -  Będę  z  nim  tańczyć,  pozwolę,  żeby  mnie 

adorował, przynosił wino i tak dalej. I postaram się robić to zawsze, kiedy lord Claydon będzie w pobliżu. 

background image

 

28 

- A co z innymi? Z panem Hamsonem i... majorem Bendickiem? - spytała Lavinia z wystudiowaną obojętnością. 
- Interesuje cię major Bendick? 
Lavinia starannie wygładziła brzeg sukienki. 
- Jestem pewna, że on w ogóle o mnie nie myśli. Tańczy ze mną tylko wtedy, kiedy nie może tańczyć z tobą. 
Major  Bendick  to  mój  drugi  typ  -  powiedziała  Kitty,  z  satysfakcją  obserwując  przygnębioną  minę  Lavinii. 

Mężczyzna  z  czterema  tysiącami  funtów  rocznego  dochodu  zasługiwał  na  poważne  traktowanie.  Kitty  nie 
zamierzała pozwolić, by Lavinia sprzątnęła go jej sprzed nosa. - Możesz mieć pana Hamsona, jeśli chcesz. 

- Dziękuję ci - odparła Lavinia beznamiętnym tonem. 
 
K
itty zachowywała się w stosunku do Rowlanda niezwykle, boleśnie wręcz uprzejmie,  a jednocześnie wciąż mu 

się  wymykała,  doprowadzając  go  tym  niemal  do  szaleństwa.  Przez  cały  następny  tydzień  Rowland  wytrwale  ją 
adorował.  Kitty  nigdy  nie  podarowała  mu  więcej  niż  dwóch  tańców  jednego  wieczora,  jednak  czułe  spojrzenia, 
jakie  bezustannie  rzucała  w  jego  kierunku,  zdawały  się  obiecywać  znacznie  więcej.  Kiedy  w  końcu  Rowland 
spotkał ją za zasłoną liści wielkich palm i pocałował delikatnie, gwałtownie zareagowała. 

- Co ty wyprawiasz? 
- Ale Kitty... 
- Nie mów do mnie „Kitty”! 
- Więc panno Parminster... 
- To już lepiej. - Kitty uśmiechnęła się uroczo i podała mu dłoń. 
Rowland pocałował czubki jej palców. 
- Kitty, posłuchaj... 
- Ja mówiłam poważnie, panie Sandiford. Nie ma pan prawa zwracać się do mnie po imieniu. To nie wypada. Co 

by ludzie powiedzieli? 

- Więc tak szybko mnie już zapomniałaś? - spytał Rowland gorzko. 
Kitty zrozumiała, że jej towarzysz potrzebuje jednak kilku słów zachęty. 
-  Nie  zapomniałam  -  powiedziała  miękko,  spoglądając  na  niego  ze  smutkiem  swymi  błękitnymi  oczyma.  -  Ale 

jeśli będziemy za bardzo się spoufalać, pani Banstead napisze o tym do mamy i taty, a oni przyjadą tutaj i zabiorą 
mnie  do  domu.  A  tego  nie  mogłabym  znieść.  -  Kitty  pomyślała  o  nadziejach,  jakie  wiązała  z  wicehrabią 
Claydonem. 

- Ja też nie mogłem znieść tego, że nie pozwalano mi rozmawiać z tobą w domu - powiedział Rowland cicho.  
Kitty uśmiechnęła się słodko. 
- Rozumiesz więc, że musimy przestrzegać etykiety. - Rozejrzała się dokoła. Jej matka chrzestna i Lavinia stały 

po drugiej stronie sali. Lord Claydon prawdopodobnie gdzieś wyszedł. Kitty wsunęła się ponownie za palmy. 

- No dobrze - powiedziała. - Jeden pocałunek. 
Pozwoliła, by na kilka sekund przywarł do jej ust, a potem odsunęła się od niego. 
-  Drogi  panie  Sandiford  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Przypuszczam,  że  zechce  pan  poczęstować  mnie 

kieliszkiem ratafii. 

Zawiedziony, lecz zarazem zupełnie oszołomiony, Rowland pozwolił zaprowadzić się do sali jadalnej. 
 
N
astępnego  dnia po  nieoczekiwanym spotkaniu Merab i Rowlanda pogoda była wyjątkowo  nieprzyjemna. Obie 

damy postanowiły nigdzie nie wychodzić i siedziały wygodnie w pokoju Amelii, rozmawiając o Kitty Parminster. 

-  Nie  mogę  zrozumieć,  co  mężczyźni  w  niej  widzą  -  mówiła  Amelia  ze  złością.  Wciąż  czuła  się  wytrącona  z 

równowagi, nie tylko z powodu niezbyt miłego spotkania Merab z kuzynem, ale także dlatego, że Rowland wciąż 
nadskakiwał Kitty. 

- Jest bardzo ładna - podsunęła Merab, która postanowiła być wielkoduszna. 
- Jak lalka! 
- Mężczyźni lubią lalki. Spójrz tylko na majora Bendicka. 
- Nonsens, Merab. Przecież wczoraj wieczorem major wychwalał twoją inteligencję. 
- On będzie  ją z chęcią wychwalał  -  odparła Merab. - Dopóki nie będę  jej za bardzo  okazywać. Major Bendick 

uważa, że kobieta jest inteligentna tylko wtedy, kiedy we wszystkim się z nim zgadza. 

- Myślałam, że go trochę lubisz - zdziwiła się Amelia. 
Merab obrzuciła ją sceptycznym spojrzeniem. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Amelia uważa majora 

za doskonałego kandydata na męża. 

- Oczywiście, że go lubię - odrzekła chłodno. - Jest miłym, dobrze wychowanym mężczyzną, dlaczego miałabym 

go  nie  lubić?  Poza  tym,  ma  do  mnie  słabość.  Na  pewno  zgodzisz  się,  ze  mną,  że  to  także  świadczy  o  wysokim 
stopniu inteligencji. 

- Jesteś niemożliwa - powiedziała Amelia, kręcąc głową z rozbawieniem. 
W  tym  momencie  w  drzwiach  pojawił  się  lokaj  -  przyniósł  na  tacy  dwie  karty  wizytowe  i  podał  je  Merab. 

Podniosła  je  powoli.  Któż  to  składał  jej  wizytę?  „Pani  Eli  Harrison”  głosił  napis  na  jednej  i  „J.  Harrison”  na 

background image

 

29 

drugiej. Odwróciła obie karty na drugą stronę. Na jednej z nich dopisano ołówkiem dwa słowa: „Z domu Cooper”. 
Merab pobladła. 

- Co się stało? - Amelia przestała wyszywać ubranko młodszego syna. 
Merab podała jej karty. 
- Cooper to panieńskie nazwisko mojej matki. - Gestem nakazała Amelii, by obejrzała karty z drugiej strony. 
- Gdzie ich zostawiłeś, Gregg? - spytała Amelia. 
- W żółtym salonie, proszę pani - odparł lokaj. - Sir Thomas jest w bibliotece i zapewne nie życzy sobie, by mu 

przeszkadzano. 

- Będę musiała spotkać się z nimi - powiedziała Merab, nieco przestraszona. Myślała teraz niezwykle szybko. To 

była  bez  wątpienia  jej  ciotka  Dinah,  a  z  tego,  co  mówiła  jej  mama,  wynikało,  że  była  to  złośliwa,  zazdrosna 
kobieta, z którą Abigail miała niewiele wspólnego. 

- Powiedz pani Harrison i jej synowi, że zaraz do nich zejdziemy - poleciła Amelia. - I poczęstuj ich czymś. 
- Tak jest, proszę pani. - Drzwi zamknęły się za lokajem bezgłośnie. 
-  Nie  podoba  mi  się  to  -  powiedziała  Merab.  -  Dlaczego  nagle  chce  mnie  poznać?  Wyrzekła  się  mojej  matki, 

kiedy  ta  zajęła  się  śpiewem.  Nigdy  nie  odpowiedziała  na  list,  w  którym  mama  zawiadamiała  ją  o  ślubie  z  tatą. 
Czego oni mogą ode mnie chcieć? 

- A dlaczego mieliby chcieć czegoś więcej niż po prostu cię poznać? 
- Mama zawsze mówiła mi, że Dinah to okropna egoistka, w dodatku uparta jak osioł. 
-  Merab  -  zaczęła  Amelia  łagodnie.  -  To  musiało  być  jakieś  trzydzieści  lat  temu.  Przecież  wszystko  mogło  się 

zmienić. Chodźmy na dół i przekonajmy się. Chyba że wolisz spotkać się z nimi sama? 

Merab energicznie potrząsnęła głową. 
Pani Harrison ubrała się na to spotkanie dość ostrożnie, gdyż nie wiedziała, jakie są oczekiwania jej siostrzenicy. 

Bardzo  chciała uzyskać wreszcie  wstęp do towarzystwa, w  jakim  obracała się Merab, i dlatego postawiła przede 
wszystkim na dyskrecję i powściągliwość. Z drugiej strony nie uważała wcale, że powinna okazywać córce Abigail 
-  która  była  tylko  owocem  mezaliansu  pomiędzy  tancerką  operową  (by  nie  powiedzieć  gorzej)  i  nieudacznikiem 
Jonathanem Hartfieldem - jakieś specjalne względy. Chciała także podkreślić wyraźnie swoją wartość. Znajdowała 
się więc w dosyć trudnej i złożonej sytuacji. Chciała wszelkich korzyści, jakie mogła jej dać znajomość z Merab, z 
drugiej zaś strony nie zamierzała jej za nic dziękować. 

Po  długich  namysłach  włożyła  więc  czarny  wełniany  kostium,  obszyty  foczym  futrem,  z  bardzo  skromnym 

dekoltem. Na głowie  miała turban, znany jako pruski  hełm,  który jeszcze bardziej podkreślał surowy  wizerunek. 
Całości dopełniał parasol. 

Joseph także starannie dobierał swą garderobę. Włożył spodnie z cielęcej skóry, buty z cholewami i dwurzędowy 

surdut, a do tego fular, który po wielu nieudanych próbach udało mu się związać na sposób amerykański, które to 
wiązanie,  w  jego  mniemaniu,  dodawało  mu  pewnej  nieuchwytnej  aury  nowoczesności.  Obserwował  Merab 
uważnie  i  w  pełni  aprobował  to,  co  widział.  Przemknęła  mu  nawet  przez  głowę  myśl,  że  choć  wolałby  za  żonę 
Kitty  Parminster,  jego  nowa  kuzynka  także  byłaby  całkiem  odpowiednią  towarzyszką  dla  młodego  prawnika 
pnącego  się  po  szczeblach  kariery.  Znała  odpowiednich  ludzi,  odznaczała  się  pewną  dyskretną  elegancją,  a  jej 
posag  z  pewnością  przydałby  się  młodemu  człowiekowi  takiemu  jak  on  i  pomógłby  mu  zdobyć  odpowiednią 
pozycję w świecie. 

Gdy tylko pani Harrison ujrzała Merab, od razu zrozumiała, jak bardzo jej nie lubi. Jej siostrzenica była wyższa 

od swej matki, ale miała te same oczy, które mogły podbić serce każdego mężczyzny. Poruszała się także bardzo 
podobnie. Joseph mógł sobie nazywać to „elegancją”, ale pani Harrison i tak dobrze wiedziała, że Merab chce po 
prostu okazać w ten sposób swoją wyższość, dokładnie tak samo, jak robiła to jej  matka. Gdy Merab dopytywała 
się uprzejmie, gdzie pani Harrison zatrzymała się po przyjeździe do Bath, ta uznała to za bezczelną impertynencję. 
Uważała też, że Merab udaje tylko przyjaciółkę lady Wincanton, by się jej przypochlebić. 

- A czy ty zamierzasz jeszcze długo pozostać w Bath? - spytała niegrzecznie pani Harrison. 
- Niezbyt długo, proszę pani. Muszę szukać posady nauczycielki. 
- Nauczycielki! - powtórzył Joseph z przerażeniem. 
- Tak, niestety - przytaknęła Merab. Jej  kuzyn był  młodym  mężczyzną  o  grubych rysach twarzy; nosił się  dość 

elegancko.  Merab  pomyślała,  że  jeśli  przyszedł  tutaj  wraz  ze  swoją  okropną  matką,  by  wyciągnąć  z  niej  jakieś 
pieniądze,  to  powinna  jak  najszybciej  pozbawić  go  wszelkich  złudzeń.  -  Dziadek  nie  zostawił  mi  żadnych 
pieniędzy. Sama muszę zarabiać na życie. 

Pani  Harrison  spojrzała  na  poranną  suknię  Merab  z  delikatnej  szarej  wełny  i  doszła  do  wniosku,  że  jej 

siostrzenica mija się z prawdą. 

- Jestem pewna, że lady Wincanton nie pozwoli na to - powiedziała głośno. 
- Wolę być niezależna. 
- Ale dopóki jest pani tutaj, zagląda pani czasem do Bawialni, prawda?  - wtrącił się Joseph, który tak jak i jego 

matka  nie  wierzył  w  ubóstwo  Merab  i  czuł,  że  kolejna  szansa  wymyka  mu  się  z  rąk.  -  Mam  nadzieję,  że  mogę 
liczyć na jeden lub dwa tańce, droga kuzynko? 

background image

 

30 

- Niestety, nie tańczę, panie Harrison. Wciąż jestem w żałobie po moim dziadku. 
Pani Harrison nie mogła już znieść tego ani chwili dłużej. 
- Ho, ho! - parsknęła. - Pomyślałby  kto. Nie bądź taka zarozumiała,  moja panno. Twoja  matka była taka sama, 

udawała  wielką  damę.  Myślisz,  że  jesteś  taka  wspaniała  i  ważna,  że  nie  możesz  nawet  zatańczyć  z  własnym 
kuzynem? Pozwól sobie powiedzieć, że... 

- Mamo! - Joseph podniósł głos o pół tonu. 
Pani Harrison przerwała w pół zdania. 
- Może lepiej puścić w niepamięć urazy z przeszłości - powiedziała z wysiłkiem. - Choć źle się dzieje na świecie, 

kiedy siostrzenica uważa, że wolno jej pogardzać własnymi krewnymi. 

Merab spojrzała bezradnie na Amelię, która odwróciła głowę i wpatrywała się obojętnie w krajobraz za oknem. 
- Wcale nie chcę się wywyższać, proszę pani - powiedziała cicho. - Nie chcę też odrzucać swoich krewnych. Ale 

mój dziadek, z którym mieszkałam przez ostatnie osiem lat, umarł zaledwie dwa miesiące temu i gdybym już teraz 
brała udział w tańcach, uznano by to za wysoce niestosowne. 

-  Osiem  lat!  I  ty  chcesz  mi  powiedzieć,  że  zostawił  cię  bez  środków  do  życia?  Wiem  dobrze,  że  miał  całkiem 

niezły  mająteczek,  którego  niejeden  by  mu  pozazdrościł!  -  Pani  Harrison  nie  omieszkała  przed  tą  wizytą 
dowiedzieć się czegoś więcej o rodzime Hartfieldów z Kroniki rodów szlacheckich Zjednoczonego Królestwa

- Mamo! - powtórzył błagalnym tonem Joseph. - Przecież to nie twój interes. 
- Nonsens, Josephie. Czyż nie jestem jej ciotką? A jej matka była dokładnie taka sama, nigdy nie odpowiedziała 

ci wprost na żadne pytanie. 

Nic dziwnego, pomyślała Merab. Nikt nie chciałby mówić za wiele przy takiej wścibskiej osobie. 
-  Mój  dziadek  był  ekscentrykiem  -  powiedziała  w  końcu.  -  Wolał  przeznaczyć  swoje  pieniądze  na  cele 

dobroczynne. - Zamilkła na moment i dodała z leciutką ironią. - Zdaje się, że jego opinia o mnie i mojej matce była 
bardzo podobna do tej, jaką pani zdążyła już wyrazić. 

-  Bardzo  przepraszam  za  zachowanie  mojej  mamy  -  wtrącił  Joseph  z  desperacją.  -  To  spotkanie  wytrąciło  ją  z 

równowagi. 

Pani Harrison podniosła się ze swego miejsca. 
- Będziemy  musiały się już pożegnać, siostrzenico Merab  - oświadczyła. - Widzę, że uczucia rodzinne  niewiele 

dla  pani  znaczą.  Ale  jako  chrześcijanka  wciąż  wyciągam  do  pani  rękę  na  znak  pojednania.  Josephie,  wstań, 
musimy już iść. 

Merab i  Amelia także  wstały ze swych foteli  i czekały uprzejmie przy  drzwiach, aż powóz  gości zniknie  im  z 

oczu. 

- Co za okropna kobieta! - wykrzyknęła Merab. - Najdroższa •Amelio, mam tylko nadzieje, że nie wyprzesz się 

mnie teraz. 

Amelia pocałowała ją w policzek. 
-  Wszyscy  mamy  jakichś  okropnych  krewnych  -  powiedziała.  Powinnaś  zobaczyć  moją  kuzynkę,  Caroline. 

Odrażająca kobieta. Spędza całe życie na hulankach; pijaństwo, hazard, tuziny kochanków. Zawsze żyje na skraju 
bankructwa. Nie mów mi nawet o krewnych. 

-  Ona  przynajmniej  nie  mieszka  w  Bath!  -  Merab  uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem,  wciąż  zdenerwowana.  -  Czy 

naprawdę byłam taka niegrzeczna? 

- Oczywiście, że nie. Byłaś bardzo uprzejma. Jeśli ona nie wierzy w to co mówisz, to już nie twoja wina. 
- Nie powinnam była kupować tych nowych ubrań. Mogą wprowadzić kogoś w błąd. 
-  Nonsens.  Twoja  ciotka,  o  ile  się  nie  mylę,  ma  spore  ambicje  towarzyskie.  Po  prostu  nie  może  pogodzić  się 

zmyślą, że tym razem nic z tego nie wyszło - stanowczo oznajmiła Amelia. 

Choć  Amelia  udawała  pewną  siebie,  w  rzeczywistości  była  bardzo  zmartwiona.  Obawiała  się  między  innymi 

opinii swego męża. Choć pani Harrison i jej syn nie byli prostakami, z pewnością nie należeli też do osób, jakie 
powinny znajdować się  w towarzystwie Merab. Na pewno  nie  znaleźliby uznania  w oczach towarzystwa.  Major 
Bendick wyraził już pewne zainteresowanie Merab i Amelia obawiała się, że w tym momencie krewni pokroju pani 
Harrison mogła przyjaciółce bardzo zaszkodzić. 

Czy rozsądny człowiek, za jakiego zawsze uważała majora Bendicka, chciałby mieć cokolwiek wspólnego z tego 

rodzaju  kobietą?  Nawet  jeśli  w  tej  chwili  pani  Harrison  uwierzyła  Merab  i  straciła  dla  niej  zainteresowanie,  z 
pewnością chciałaby odnowić tę znajomość, gdyby jej siostrzenica została żoną majora! 

Sir Thomas, gdy jego żona odważyła się porozmawiać z nim na ten temat, także wyrażał swoje obawy. 
- Na pewno znacznie zmniejszyli jej szansę - oświadczył z pewnością. - Widziałem tę kobietę. Przeklęta, namolna 

metodystka. Znam podobnych ludzi. 

-  Rzeczywiście  jest  aż  tak  źle?  -  przeraziła  się  Amelia.  -  Nie  próbowała  mnie  nawracać  ani  nie  namawiała  do 

modlitwy. 

-  Hm.  Ale  na  pewno  ma  bardzo  surowe  poglądy  na  temat  teatru,  hazardu  i  Bóg  wie  czego  jeszcze.  Dla  panny 

Hartfield byłoby najlepiej, gdyby ci dwoje wynieśli się z powrotem do Bristolu, nim w Bath rozniesie się wieść o 
ich pokrewieństwie. 

background image

 

31 

Amelia westchnęła. 
- Obawiam się, że pan Harrison należy do kręgu adoratorów Kitty Parminster. Wątpię, czy zechcą wyjechać już 

teraz. 

-  W  takim  razie  dobrze  byłoby  dla  panny  Hartfield,  gdyby  zajął  się  nią  ktoś  inny  -  powiedział  w  końcu  sir 

Thomas. Wciąż uważał, że jego żona była zbyt optymistycznie nastawiona do planów wydania przyjaciółki za mąż, 
jednak nie mógł spokojnie patrzeć na jej przygnębioną minę. Nie pozwoli co prawda, by kontaktowała się z tymi 
Harrisonami, jednak dopóki panna Hartfield zdoła trzymać się od nich z daleka, nie będzie interweniował. 

Jakby  w  odpowiedzi  na  modlitwy  Amelii,  następnego  dnia  Wincantonowie  i  panna  Hartfield  otrzymali 

zaproszenie na przyjęcie wydawane przez Bridgesów przy okazji zbliżającego się koncertu w Bawialni. 

- Zechcesz tam pójść, Merab? - spytała Amelia. 
- Bardzo chętnie. - Merab lubiła panią Bridges. 
Przed  koncertem  goście  zaproszeni  zostali  na  herbatę.  Pani  Bridges  zaplanowała  poczęstunek  na  wpół  do 

siódmej, zaś koncert rozpoczynał się godzinę później. 

Merab ubrała się  na tę  okazję bardzo starannie. Miała na sobie  jedną z dwóch nowych sukien  wieczorowych  z 

szarego  jedwabiu i  delikatny szal  z  czarnej  koronki,  którym  Amelia przyozdobiła  jej ramiona. We  włosy  wpięła 
hebanowy grzebień, a w dłoni trzymała czarny wachlarz. Jej skóra zawsze była troszeczkę za blada, jednak czarny 
szal zdawał się zacierać to wrażenie, co Amelia odnotowała z satysfakcją. 

Jednak zaraz przy wejściu do Bawialni oczekiwał Merab spory szok. Obok pani Bridges, która witała wszystkich 

przybywających gości, stał nie kto inny jak Rowland Sandiford! 

- Panie Sandiford - zachłysnęła się Merab, mocniej przyciskając do siebie szal. - Skąd pan się tu wziął? 
Rowland uniósł lekko brwi. 
- Dlaczego miałoby mnie tu nie być? - spytał zimno. - Pani Bridges jest moją matką?! 
- Pana matką? 
- Więc stąd się znamy - powiedziała Amelia, podchodząc bliżej i podając dłoń pani Bridges. - Byłam pewna, że 

gdzieś już panią widziałam, ale nazwisko wydawało mi się obce. Proszę mi wybaczyć. 

Pani  Bridges  uśmiechnęła  się  ciepło,  wybaczając  Amelii  to  nagłe  wtargnięcie.  Domyślała  się,  że  przede 

wszystkim miało ono wybawić Merab z opresji. 

- Wyszłam za pana Bridgesa dopiero w listopadzie - odpowiedziała. - Przypuszczam, że spotkałyśmy się jeszcze 

nim pani Tiverton przedstawiła nas sobie, ale to było tylko jakieś skromne przyjęcie wiele lat temu. 

- Oczywiście - zgodziła się Amelia. - Teraz już sobie przypominam. 
Pani Bridges zwróciła się z uśmiechem do osłupiałej Merab. Rowland zdążył się już oddalić, więc powiedziała: 
-  Mój  syn  potrafi  być  czasem  nieznośny,  panno  Hartfield.  Mam  nadzieję,  że  jego  obecność  nie  zepsuje  pani 

wieczoru. 

- Nie, nie! - Czyżby pani Bridges wiedziała o wszystkim? - w głowie Merab kłębiły się setki myśli. 
-  Liczę  też  na  to,  że  będziemy  mogły  poznać  się  trochę  lepiej.  -  Pani  Bridges  zauważyła,  że  Merab  wciąż  jest 

nieco oszołomiona, uścisnęła więc jej dłoń i pozwoliła odejść. 

- Panie Bridges - zawołała do swego męża. - Jestem pewna, że panna Hartfield chętnie się czegoś napije. 
W pierwszej chwili Rowland chciał oskarżyć Merab, że celowo zaznajomiła się z jego matką, żeby... No właśnie, 

żeby co? Zastawić na niego pułapkę? Na szczęście tym razem dobry anioł stróż powstrzymał nierozważne słowa, 
które cisnęły mu się na usta. 

Wiedział doskonale, że Merab właściwie nie ma ani pensa, zauważył jednak z pewnym zakłopotaniem, że wielu 

mężczyzn  w Bath uważało  ją za całkiem  interesująca partię,  godną ich  zabiegów. To spostrzeżenie  wytrąciło  go 
zupełnie z równowagi. Kto by pomyślał, że ta koścista kobieta potrafi tak bardzo się przeobrazić? 

Nagle zorientował się, że stoi w pobliżu miejsca, w którym Merab toczy właśnie dyskusję z panem Bridges. 
-  Czasami  śpiewam  wieczorami  -  mówiła  panna  Hartfield.  -  Sir  Thomas  bardzo  lubi  stare  piosenki,  takie  jak 

Pewnego ranka i temu podobne. Państwo Wincanton mają cudowny fortepian. Co za ton! 

Merab  śpiewa,  pomyślał  z  rozbawieniem  Rowland.  Niech  Bóg  broni!  Kitty  to  zupełnie  co  innego.  Kitty  miała 

słodki głosik i potrafiła cudownie nim operować. Ale ona odebrała solidne wykształcenie. Wolał nie myśleć o tym, 
jak brzmi śpiew jego kuzynki. 

-  Tak  bardzo  cieszę  się  na  ten  koncert  -  kontynuowała  Merab.  -  Już  od  tak  dawna  nie  słuchałam  muzyki  w 

dobrym wykonaniu. 

- Jaki jest pani ulubiony kompozytor, kuzynko? - spytał nagle Rowland, zaskakując sam siebie. 
Merab odwróciła się powoli. 
-  Mozart,  bez  wątpienia.  -  Rowland  jak  zawsze  mówił  lekko  kpiącym  cynicznym  tonem,  jednak  Merab 

zauważyła, że tym razem nazwał ją „kuzynką”. - Uważam, że muzyka Mozarta zawiera w sobie wszystko. Kiedy 
byłam  mała,  mama  śpiewała  mi  przed  snem  Se  wuol  ballare,  signior  contino,  i  od  tego  czasu  już  na  zawsze 
pokochałam Mozarta. 

Rowland zauważył z konsternacją, że Merab mówiła z całkiem dobrym włoskim akcentem. 
- Musiała pani mieć niezwykłe dzieciństwo, kołysana do snu muzyką Mozarta. Większość dzieci słucha piosenki 

background image

 

32 

o dwóch kotkach. 

Merab uśmiechnęła się lekko. 
- Och, ja też jej słuchałam. Tyle że po prostu wolałam Mozarta. 
Rowland nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Nagle w jego głowie pojawiły się setki pytań. Jak wyglądało 

dzieciństwo tej kobiety? Co się z nią działo, nim przyjechała do Hartfield Hall? I nagle, zupełnie niespodziewanie, 
zadał  sobie  pytanie  najważniejsze:  dlaczego  kuzyn  Julian  zachowywał  się  z  taką  wrogością  w  stosunku  do  swej 
wnuczki? 

Merab odstawiła kieliszek i spojrzała na niego niepewnie. 
- To bardzo miło ze strony pańskiej matki, że zechciała mnie tutaj zaprosić - powiedziała z lekkim wahaniem. - 

Nie zdawałam sobie sprawy, że wie o mnie wszystko. 

Chciała przez to powiedzieć tylko tyle, że docenia wielkoduszność pani Bridges, która zaprosiła ją tutaj, choć w 

pewnym sensie pozbawiła ona jej syna sporej fortuny. 

Rowland jednak zrozumiał to całkiem opacznie. 
- Chce pani powiedzieć, że moja matka celowo spotkała nas ze sobą? - spytał gniewnie. - Zapewne zastanawia się 

Pani teraz, czy aby nie za szybko wyrzekła się majątku Hartfieldów. 

Merab  zbladła  jak  ściana.  Czy  jej  kuzyn  chciał  w  ten  sposób  zasugerować,  że  ona  celowo  sprokurowała  to 

spotkanie, by nakłonić go do małżeństwa? Przez moment była tak wściekła, że miała ochotę sięgnąć powtórnie po 
kieliszek i chlusnąć jego zawartością prosto w twarz Rowlanda, Na szczęście zdrowy rozsądek zwyciężył. 

- Jeśli rzeczywiście tak pan myśli, to chyba powinien był pan ostrzec swoją matkę przede mną, prawda? Kto wie, 

może  pomyślała,  że  jednak  nie  ja  byłam  winna  takiej  treści  testamentu  i  chciała  po  prostu  poznać  mnie  jako 
zwykłego człowieka? - Uśmiechnęła się chłodno i dodała. - Nie mogę zrozumieć, dlaczego uważa się pan za tak 
niezwykle  atrakcyjną  partię.  Przepraszam,  widzę,  że  przybył  właśnie  major  Bendick.  -  Z  tymi  słowy  Merab 
oddaliła się od swego kuzyna. 

Koncert  zagrany  był  cudownie,  jednak  Merab  nie  mogła  się  skupić  na  muzyce.  Jak  on  śmiał?  Czy  naprawdę 

przypuszczał,  że  ona  kiedykolwiek  zgodziłaby  się  przyjąć  jego  oświadczyny?  Musiałaby  chyba  być  szalona,  by 
zgodzić  się  na  coś  podobnego.  Przez  osiem  lat  spędzonych  pod  jednym  dachem  ze  swym  dziadkiem  Merab 
zrozumiała, że nigdy więcej nie chce być już pomiatana i pogardzana przez innego człowieka. Nauczanie w szkole 
dla panienek na pewno było ciężką pracą, jednak dawało poczucie niezależności, a przy tym zawsze można było 
liczyć na szacunek i sympatię uczennic. Lepiej prowadzić spokojne życie ubogiej nauczycielki, niż być bezustannie 
poniżaną przez jakiegoś aroganta. 

Jednak przypuszczenia Rowlanda nie były wcale takie dalekie od rzeczywistości, jak to wyobrażała sobie Merab. 

Jego matka tego samego wieczora w rozmowie z mężem dała wyraz swej rosnącej irytacji. 

- Czasami zupełnie  nie rozumiem Rowlanda. Uważam, że panna Hartfield  jest naprawdę cudowna. Inteligentna, 

atrakcyjna, o wspaniałych manierach, czegóż więcej on chce? 

-  Może  Kitty  Parminster  -  powiedział  jej  mąż,  wyjmując  spinki  z  rękawów  koszuli  i  kładąc  je  ostrożnie  na 

kominku. 

-  Kitty  Parminster!  -  Parsknęła  jego  żona  pogardliwie.  -  Przecież  ona  zanudziłaby  go  na  śmierć  po  kilku 

miesiącach. 

Pan Bridges rozumiał, dlaczego jego pasierb stracił głowę dla Kitty; te cudowne dołeczki w policzkach, czarujące 

spojrzenia, jakie rzucała mężczyznom spod rzęs. Był jednak rozsądnym mężczyzną i nie powiedział ani słowa. 

 
L
ord Claydon  wziął  głęboki  oddech  i zapukał  do  drzwi  domu pani Banstead. Ubrany był  w sposób  odpowiedni 

na  tak  niecodzienną  okazję.  Jego  włosy  były  elegancko  wypomadowane,  lokaj  przez  cały  ranek  dobierał  mu 
odpowiedni krawat, a nowy płaszcz dopiero co przyniesiono od krawca. 

Wewnątrz  domu  Kitty  ubierała  się  w  pośpiechu.  Służąca  już  trzy  razy  układała  jej  włosy,  a  Lavinia,  która 

siedziała  na  łóżku  i  zapewniała  swą  przyjaciółkę,  że  wygląda  naprawdę  przepięknie,  próbowała  stłumić  w  sobie 
uczucie zazdrości. Poprzedniego wieczora lord Claydon spytał, czy może tego ranka złożyć Kitty wizytę w bardzo 
ważnej  sprawie.  Ani  Kitty,  ani  Lavinia,  ani  też  pani  Banstead  nie  miały  wątpliwości  co  do  jego  zamiarów. 
Zaledwie dwa dni wcześniej pani Banstead napisała do lady Parminster list, w  którym donosiła jej z radością, że 
lord Claydon obdarza Kitty coraz większym zainteresowaniem. 

Wreszcie Kitty była zadowolona ze swego wyglądu. Służąca mogła odejść. 
- Czy on bardzo cię kocha? - spytała Lavinia żałośnie.. 
- Och tak. - Kitty uśmiechnęła się z satysfakcją do własnego odbicia. - Szaleje za mną. A ja nie pozwoliłam mu 

nawet potrzymać się za rękę. 

- Biedny pan Sandiford będzie zdruzgotany. 
- I bardzo dobrze! - odrzekła Kitty, wyraźnie zadowolona. 
 
R
owland  nie  dowiedział  się  o  zaręczynach  jeszcze  przez  cały  następny  tydzień.  Lord  Claydon  natychmiast 

wyjechał  do  Wiltshire,  by  uzyskać  zgodę  sir  Johna,  i  wówczas  dopiero  ojciec  Kitty  wysłał  wiadomość  do  „The 

background image

 

33 

Morning  Post”  i  „The  Times”.  Rowland  nie  trudził  się  zbyt  dokładnym  przeglądaniem  gazet,  a  ponieważ 
poprzedniego  wieczora  Kitty  była  dlań  wyjątkowo  przychylna  i  nawet  pozwoliła  sobie  ukraść  całusa,  nie 
podejrzewał, co się święci. 

Dopiero gdy spotkał swoją matkę w Pijalni, dowiedział się o wszystkim. 
- Tak mi przykro, mój drogi - powiedziała. - Wiem, że to musi być dla ciebie prawdziwy cios. 
-  Jaki  cios?  -  spytał  Rowland,  spojrzeniem  szukając  w  tłumie  Kitty.  Kiedy  jednak  odwrócił  się  i  zobaczył  jej 

twarz, natychmiast domyślił się wszystkiego. 

Sir  Thomas  i  lady  Wincanton  pili  właśnie  poranną  kawę,  kiedy  sir  Thomas  wydał  z  siebie  okrzyk  zdumienia  i 

podał swej żonie gazetę. 

- Tu! - wskazał palcem właściwe miejsce. 
Amelia odłożyła filiżankę i spojrzała na gazetę. 
„Lucius, wicehrabia Claydon i panna Catherine Mary Parminster ogłosili oficjalnie swe zaręczyny...” 
- Pomyślałem, że cię to zainteresuje - zauważył sir Thomas. 
Amelia jeszcze raz przeczytała wiadomość i uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
- Bo rzeczywiście mnie interesuje, i to bardzo. W takim razie, tę przeszkodę ma już za sobą. 
- Chyba nie myślisz ciągle o tym, żeby wyswatać Sandiforda i pannę Hartfield? Przecież oni kłócą się przy każdej 

okazji. 

- Ano  właśnie! Więc nie są sobie  obojętni  -  wyjaśniła Amelia, nieco poirytowana tą męską krótkowzrocznością 

swego małżonka. 

Sir Thomas roześmiał się głośno. 
- Jesteś niemożliwa, moja droga. Zapewniam cię, że w mojej opinii byłoby to na pewno wspaniałe rozwiązanie, 

dzięki  któremu  pieniądze  i  majątek  Hartfieldów  wróciłyby  do  rodziny.  Tyle  tylko,  że  nie  bardzo  chce  mi  się 
wierzyć, by do tego doszło. 

Ta sama wiadomość poruszyła także Merab, lecz w nieco inny sposób. Choć dotąd zamieniła z Kitty ledwie dwa 

słowa,  od  razu  poczuła  do  niej  ogromną  niechęć.  Jak  dalece  było  to  związane  ze  stosunkiem  Rowlanda  do  tej 
młodej  damy,  Merab  nie  potrafiła  określić,  jednak  o  ile  większość  ludzi  była  oczarowana  jej  urodą,  radosnym 
szczebiotem  i  aurą  młodości,  o  tyle  ona  odczuwała  przemożną  chęć,  by  uderzyć  ją  w  twarz  i  potrząsnąć  nią  tak 
mocno, by usłyszeć szczękanie jej zębów. 

W  pierwszej  chwili  ucieszyła  się,  choć  nie  wiedziała  dlaczego.  Potem  pojawiła  się  ponura  satysfakcja.  Merab 

pomyślała, że Rowland wreszcie zrozumie, że obdarzył uczuciem próżną egoistkę i kokietkę. 

Była zupełnie nieprzygotowana na to, co stało się potem. 
Padał deszcz. Po ciężkim marcowym niebie pędziły gnane wiatrem chmury. Krople deszczu monotonnie bębniły 

w szyby. Merab czytała właśnie Moll Flanders, książkę, której z pewnością nie powinna nawet dotknąć. Była tak 
pochłonięta pikantnymi przygodami tytułowej bohaterki, że nie usłyszała pukania do frontowych drzwi, i gdy kilka 
chwil później Gregg wszedł do pokoju, podskoczyła z przerażenia. 

- To pan Sandiford, panno Hartfield - oświadczył. - Prosi, by zechciała pani poświęcić mu kilka minut. 
-  Pan...  pan  Sandiford?  -  Merab  upuściła  książkę  i  wpatrywała  się  w  niego,  osłupiała  ze  zdumienia.  Cieńmy 

rumieniec wypełzał powoli na jej policzki. 

Aha, pomyślał Gregg. 
Merab  próbowała  pozbierać  myśli.  Po  cóż  on  chciał  się  z  nią  zobaczyć?  To  musiało  mieć  coś  wspólnego  z 

Hartfield. Może zdarzył się tam jakiś pożar? Albo odnaleziono inny, sporządzony później testament? 

-  Wprowadź  tu  pana  Sandiforda,  Gregg  -  powiedziała  w  końcu.  Gdy  tylko  lokaj  zniknął  za  drzwiami,  Merab 

wepchnęła książkę pod poduszkę i podbiegła do lustra, by poprawić włosy. Kiedy chwilę później Rowland wszedł 
do pokoju, Merab siedziała z ręką opartą na poręczy fotela, w wystudiowanej pozie, którą można by postawić za 
wzór każdej dobrze wychowanej damie. 

- Kuzynko Merab... 
Merab  uniosła  lekko  brwi  i  poczuła,  że  ogarnia  ją  lekka  panika.  „Kuzynko  Merab”?  Dlaczego  tak  otwarcie 

przyznawał się do wiążącego ich pokrewieństwa, choć w zeszłym tygodniu na przyjęciu u pani Bridges nie chciał 
mieć z nianie wspólnego? 

- Sir. - Potrafiła się zdobyć tylko na tyle. - Proszę usiąść.. 
Rowland zignorował jej zaproszenie i zaczął chodzić  nerwowo po pokoju. Merab obserwowała  go z rosnącym 

zdumieniem. 

-  Przypuszczam,  że  wie  pani,  dlaczego  tutaj  przyszedłem?  -  powiedział  wreszcie  nienaturalnie  chrapliwym 

głosem. 

- Ja? Nie. - Głos Merab drżał. - Może otrzymał pan jakieś wieści z Hartfield? 
- Wieści z Hartfield? - powtórzył Rowland, zaskoczony. 
- Myślałam... myślałam, że to mogłoby wyjaśnić, dlaczego pan tutaj przyszedł. 
Rowland odwrócił się do niej. 

background image

 

34 

- Pani doskonale wie, po co tu przyszedłem. 
- Nie, nie mam pojęcia. 
-  Przestańmy  owijać  rzeczy  w  bawełnę,  panno  Hartfield.  Wie  pani,  że  panna  Parminster  zaręczyła  się  z  lordem 

Claydonem? 

Merab skinęła głową. 
- Przykro mi z powodu rozczarowania, jakie musiał pan przeżyć. 
Rowland zbył to oświadczenie machnięciem ręki. 
- Dla pani jest to jednak bardzo pomyślna wiadomość - powiedział. 
- Dla mnie? 
- Proszę porzucić już tę pozę, kuzynko - odrzekł Rowland zimno. - Nie pasuje do pani. Teraz już nic nie stoi na 

przeszkodzie  naszemu  małżeństwu.  Dopóki  Kitty  była  wolna,  żyłem  nadzieją,  że...  ale  teraz  to  już  skończone. 
Podejrzewam, że kiedy już się pobierzemy, zechce pani wrócić do Hartfield Hall i nie mam nic przeciwko temu. 
Oddam  pani  jedną  trzecią  majątku,  uważam,  że  to  uczciwa  propozycja.  Reszta  i  tak  wystarczy  mi  na  pokrycie 
kosztów kandydowania do parlamentu. - Odwrócił się i spojrzał na Merab, która wcale nie reagowała tak, jak sobie 
wcześniej wyobrażał. 

- No  już  - żachnął się  zniecierpliwiony.  - Postawiła pani  na swoim. Mogę panią  nawet przeprosić za to,  jak się 

zachowałem po odczytaniu testamentu. Przyznaję, że byłem nieco popędliwy. 

- To znaczy, że nie posądza pan mnie już o to, że namówiłam dziadka do napisania takiego właśnie testamentu, 

żeby zdobyć męża? - Głos Merab był niebezpiecznie cichy. 

- Byłem  zdenerwowany - odparł  krótko Rowland.  Wciąż czuł  zakłopotanie,  gdy  myślał  o tamtym  dniu,  dlatego 

też wolał nie pamiętać zbyt wiele. - A teraz wygląda pani zupełnie inaczej. Całkiem przystojnie. 

- Dziękuję. 
- Oczywiście, ma pani dwadzieścia sześć lat i wciąż pozostaje panną. Przynajmniej pozostałaby nią pani, gdyby 

nie miała wyjść za mnie. Ale jest pani o wiele bardziej, hm... atrakcyjna, niż przypuszczałem. I teraz nie mam już 
nic przeciwko temu związkowi. 

- Ale ja mam! 
- Oczywiście, będziemy musieli zrobić to po cichu... Co pani powiedziała? 
Merab podniosła się z fotela i stanęła twarzą w twarz ze swoim kuzynem. 
-  Panie  Sandiford,  postawmy  sprawę  jasno,  by  nie  było  żadnych  wątpliwości.  Nie  zamierzam  wyjść  za  pana 

nigdy, pod żadnym pozorem. 

Rowland roześmiał się krótko. 
- Och, daj spokój... 
- To, co chce  mi pan zaoferować, jest  dla  mnie obrazą. Chce pan tych pieniędzy  i uważa pan, że jestem  jednak 

dosyć  przystojna,  więc  usiłuje  pan  przekupić  mnie  jedną  trzecią  majątku,  żeby  za  resztę  realizować  swoje 
polityczne ambicje. 

- Nie rozumiem, co w tym jest obraźliwego. - Rowland podjął przerwany marsz po salonie. Czuł, że coś jest nie w 

porządku, doszedł jednak do wniosku, że to wina Merab. - Jak każda kobieta - powiedział w końcu. - Nielogiczna, 
emocjonalna. Na miłość boską, oferuję pani poważanie w towarzystwie, finansowe zabezpieczenie, czegóż więcej 
pani chce. W porządku, w takim razie podzielimy się po połowie. 

- Proszę się stąd  wynosić!  - krzyknęła nagle Merab. - Nie chcę słyszeć pańskich przeklętych propozycji. Jeśli  o 

mnie  chodzi,  cały  ten  spadek  przyniósł  mi  jedynie  upokorzenie  i  łzy.  Im  wcześniej  dotrze  do  jakichś  biednych 
sierot  czy  wdów,  tym  lepiej.  Nie  wyszłabym  za  pana,  Rowlandzie  Sandiford,  nawet  gdyby  był  pan  ostatnim 
mężczyzną na ziemi! A teraz proszę stąd wyjść! 

Gdy  tylko  Rowland  wyszedł  z  salonu,  Merab  usiadła  i  wybuchnęła  płaczem.  Musiała  być  szalona,  żeby 

dobrowolnie wyrzec się siedmiu tysięcy funtów. Ale jakież to życie oferował jej Rowland? Byłaby żoną i nie żoną? 
Mieszkałaby sama, opuszczona, w tym okropnym miejscu? Gdyby przyjechała do Bath - porzucona żona - byłaby 
tematem plotek, a być może nawet nie dopuszczano by jej do towarzystwa. 

Było  jednak  jeszcze coś innego, co czaiło się gdzieś w zakamarkach jej umysłu. Nie chodziło  o to, by  kochała 

Rowlanda - broń Boże, żadna kobieta nie chciałaby oddać serca tak samolubnemu mężczyźnie - ale o to, że życie, 
jakie  mogłaby  wieść  u  jego  boku,  bardzo  by  jej  odpowiadało.  Byłaby  panią  rozwijającego  się  majątku,  żoną 
członka parlamentu, no i mogłaby też pomagać mu w reformowaniu wsi. 

Merab  czytała  gazety,  wiedziała,  że  świat  pełen  jest  niesprawiedliwości  i  ludzkiej  krzywdy.  Możliwość  choćby 

drobnego uczestnictwa  w  naprawie tego stanu rzeczy  godna była rozważenia. Wiedziała, że potrafi zajmować się 
domem,  mogła  też  nauczyć  się  zabawiać  gości.  Małżeństwo  z  politykiem  pozwoliłoby  jej  prowadzić  ciekawsze 
życie, poznawać na bieżąco wydarzenia i opinie z szerokiego świata. 

Gdyby Rowland zaoferował jej normalny udział w swym życiu, jako gospodyni jego domu, czy zgodziłaby się na 

to? Wówczas musiałby być zupełnie innym człowiekiem, kimś, kto zdolny jest postrzegać świat także i z jej punktu 
widzenia. Mężczyzna, który uważałby, że ona może mu zaoferować coś naprawdę cennego, nie traktowałby jej tak 
arogancko, nie oczekiwałby od niej, że dostosuje się bez sprzeciwu do jego planów. Merab wysiąkała energicznie 

background image

 

35 

nos  i  przetarła  oczy.  Moll  Flanders  nie  wytrzymałaby  z  Rowlandem  Sandifordem  ani  przez  moment!  I  miałaby 
rację. 

 
J
oseph Harrison wpatrywał się z niedowierzaniem w poranną gazetę. Ach tak, podstępna mała lisica, pomyślał z 

gniewem. Kitty była dla niego bardzo miła na balu w Bawialni zeszłego tygodnia, oddała mu dwa tańca i pozwoliła 
nawet  pocałować  czubki  swoich  palców.  Więc  to  wszystko  miało  na  celu  zupełnie  co  innego,  niż  przypuszczał. 
Joseph przypomniał sobie, że wicehrabia wciąż kręcił się w pobliżu Kitty, a on sam czuł nawet pewną satysfakcję, 
że może cieszyć się względami, których lord Claydon nie doznawał. Ale teraz zrozumiał wreszcie wszystko. Panna 
Parminster prowadziła podwójną grę - była dla niego wyjątkowo miła, bo chciała w ten sposób zmusić Claydona 
do szybkich oświadczyn. I udało jej się, tej małej krętaczce. 

No cóż, jaki rozsądny mężczyzna chciałby mieć za żonę taką podstępną flirciarę? Na pewno była też rozrzutna, a 

to  by  mu  nie  odpowiadało.  Myśli  Josepha  zwróciły  się  ku  Merab.  Nie  spotkali  się  od  czasu  tego  fatalnego 
popołudnia,  wymieniali  tylko  uprzejme  ukłony  w  Pijalni,  zaś  komentarze  jego  matki  na  temat  niewdzięczności 
siostrzenicy były długie i głośne. 

Joseph jednak zapatrywał się na to nieco inaczej. Kilkakrotnie już analizował w myślach całą tę sytuację i doszedł 

do wniosku, że jego matka lekkomyślnie pozwoliła, by oburzenie wzięło górę nad rozsądkiem. Zasadniczo skłonny 
był zgodzić się z  nią, że Merab wcale  nie  jest tak uboga, jak  próbowała im  wmówić, podejrzewał  jednak, iż  nie 
życzy  sobie,  by  adorowano  ją  tylko  dla  jej  pieniędzy.  Być  może  rozsądniej  byłoby  udawać,  że  wierzy  się  w  jej 
opowieść i zaznajomić się z nią nieco lepiej, by poznać prawdę. 

Choć  Joseph  darzył  swą  matkę  ogromnym  szacunkiem,  czuł,  że  tym  razem  mężczyzna  powinien  zająć  się  tą 

sprawą sam. Zgodnie z tym postanowieniem posłał swej kuzynce list, w którym przepraszał ją za zachowanie swej 
matki  i  sugerował,  że  ze  względu  na  swe  pokrewieństwo  powinni  jednak  darzyć  się  wzajemnym  szacunkiem  i 
sympatią.  Jak  Pani  wie,  droga  kuzynko,  kończył,  jestem  prawnikiem,  i  jeśli  kiedykolwiek  potrzebowałaby  Pani 
mojej pomocy, na przykład w związku - z majątkiem Pani dziadka, może Pani bez wahania zwrócić się do mnie. Z 
przyjemnością będę pani służył w miarę moich możliwości. Pani oddany kuzyn, J. Harrison.
 

Przy śniadaniu Merab pokazała ów list Amelii. 
-  Hm...  -  powiedziała  Amelia,  sceptycznie  nastawiona  do  gorących  przeprosin  i  zapewnień  Josepha.  -  Chce 

wiedzieć, jakie są twoje oczekiwania. 

- Przecież już mu powiedziałam - zdziwiła się Merab. 
- Ale on w to nie wierzy. 
- O mój Boże, co ja mam teraz zrobić? - Merab nie wspominała swej przyjaciółce o wizycie Rowlanda, a teraz w 

dodatku wszystko wskazywało na to, że będzie miała problemy także z Josephem. - Pani Harrison wydaje się być 
osobą bardzo pobudliwą. Wolałabym nie wchodzić jej więcej w drogę. 

- Wyślij mu uprzejmy liścik i podziękuj za troskę. Możesz wspomnieć o panu Camberwellu. I dodaj jeszcze, że 

zawsze będziesz darzyć ich oboje głębokim szacunkiem. 

- A cóż by to miało znaczyć? 
- Zupełnie nic! 
- Prawdę mówiąc, Amelio, wolałabym, żeby pani Harrison nie wspominała głośno, że jest moją krewną. - Merab 

nie powiedziała, że z jakiegoś nie znanego jej powodu zależało jej szczególnie na tym, by o jej pokrewieństwie z 
panią Harrison nie dowiedział się Rowland. 

- Zgadzam się z tobą. Właściwie miałam nadzieję, że oboje wyjadą wkrótce z Bath. 
- To dziwne. - Merab sięgnęła po jabłko. - Przez całe życie prawie w ogóle nie miałam krewnych, a teraz nagle 

mam ich całe mnóstwo. Co gorsza wszyscy są okropni! 

- No, nie całkiem. Lubisz przecież panią Bridges. 
- To prawda, ale nie łączą jej ze mą więzy krwi. A jej syn jest po prostu wstrętny. 
 
J
oseph otrzymał odpowiedź od Merab i od razu zrozumiał, że to ubrana w gładkie słówka odmowa. Pomyślał, że 

panna  Hartfield  nie  chce,  by  poznał  wielkość  jej  majątku.  W  takim  razie  musiała  mieć  naprawdę  sporą  fortunę. 
Posiadłość Hartfieldów należała przecież do całkiem dochodowych. Merab mogła być warta nawet 20 000 funtów, 
a to była suma warta zachodu i najwyższej uwagi. 

Od  razu  zrozumiał,  że  matka  na  pewno  nie  pomoże  mu  w  tej  sprawie.  Zbyt  szybko  wypowiadała  na  głos  swe 

opinie  w  sytuacjach,  gdy  powinna  w  ogóle  nie  otwierać  ust.  Będzie  musiał  zabrać  się  do  tego  z  wielką 
ostrożnością. Pani Harrison dwa razy w tygodniu brała gorącą kąpiel, a potem spędzała popołudnie w Pijalni, gdzie 
piła  herbatę i  jadła tosty  w towarzystwie  znajomych.  Musi  dowiedzieć się, co Merab porabia  właśnie  w te  dni  i 
pogłębić znajomość z nią. Nie będzie działał zbyt ostentacyjnie, postara się z uwagą słuchać jej życzeń, może pośle 
jakiś niewielki bukiet  kwiatów, jakiś  drobny upominek, w  którym  gustują  młode  damy. Był pewien, że  w końcu 
panna Hartfield wyzna mu prawdę o rzeczywistym stanie swego majątku. 

 
R
owland był do tego stopnia poruszony odmową Merab, że zrobił coś, czego nie uczynił nigdy dotąd - poprosił o 

background image

 

36 

radę swą matkę. Opowiedział jej całą historię, jak sądził całkiem wiernie; mówił o wielkoduszności, jaką przejawił, 
oferując Merab połowę majątku, o tym, że pozwolił jej zamieszkać w Hartfield, i o tym, jak w końcu stanowczo 
mu odmówiła, wręcz wyrzuciła z domu. 

Pani Bridges siedziała w swoim przytulnym salonie z zatroskaną  miną. W pewnym  momencie uniosła oczy ku 

górze. Wreszcie Rowland skończył swą opowieść. 

- Co więcej mogłem jej zaoferować, mamo? - zakończył pytaniem. 
Pani Bridges pomyślała co najmniej o kilku rzeczach. Powiedziała jednak tylko: 
- Zauważyłam, że ostatnio major Bendick darzy pannę Hartfield coraz większym zainteresowaniem. 
- Ten cymbał! - Rowland zaczerwienił się ze złości. 
- Nonsens. To inteligentny, dobrze wychowany człowiek. Mógłby zaoferować pannie Hartfield bardzo wygodny 

dom. 

- Ja zaproponowałem jej Hartfield. 
- Sądząc po tym, co  mi  opowiadałeś,  wnoszę, że Hartfield to  miejsce, z którego  każdy  chciałby  jak  najszybciej 

uciec - zauważyła pani Bridges. 

- No cóż, rzeczywiście, dla mnie tak to wygląda. Przygnębiające miejsce, a do tego niewygodne. 
- Nie widzę powodu, dla którego panna Hartfield miałaby być nim zachwycona. W dodatku dla niej wiąże się ono 

z niezbyt przyjemnymi  wspomnieniami  ośmiu lat wspólnego życia ze zrzędliwym  dziadkiem. Na jej  miejscu nie 
chciałabym już nigdy więcej widzieć tego miejsca. 

Rowland poprawił się w fotelu, skonsternowany. 
-  Major  Bendick  mógłby  jej  podarować  prawdziwy  dom  -  mówiła  dalej  pani  Bridges,  powracając  do  szycia.  - 

Domyślam się, że uznał, iż nadszedł czas, by się ustatkować, ożenić, założyć rodzinę. Ośmielę się też twierdzić, że 
panna  Hartfield  także  chciałaby  mieć  męża  i  dzieci.  -  Celowo  mówiła  głosem  zupełnie  wypranym  z  emocji. 
Podniosła nożyczki i obcięła ostrożnie jakąś nierówną nitkę. 

- Dzieci! - powtórzył Rowland, oszołomiony. 
- Większość kobiet pragnie mieć dzieci - odparła cicho matka. 
Rowland wstał i przeszedł się kilka razy po pokoju. Choć sam nie wiedział dlaczego, przypuszczenia jego matki 

sprawiły  mu  wielką  przykrość.  Nie,  major  nigdy  się  z  nią  nie  ożeni,  pomyślał.  Bez  pieniędzy.  Nie  najmłodsza. 
Brzydula. Jednak choć bardzo się starał, nie mógł przywołać obrazu wychudzonej, bladej istoty, która powitała go 
na  schodach,  gdy  przyjechał  do  Hartfield  Hall  -  obrazu  chudej  dziewczyny,  w  starej,  nie  dopasowanej  sukni,  z 
włosami ściągniętymi w ciasny kok. 

Zamiast  tego  ujrzał  roześmianą  kobietę  o  pięknych  brązowych  oczach,  spacerującą  z  majorem  Bendickiem  po 

Pijalni. Jej szczupła figura doskonale prezentowała się w obcisłej szarej sukni. 

Nagle  ujrzał  też  inny  obraz  -  Merab  ustawiającej  wazony  z  kwiatami  w  Merryn  Park.  Gwałtownie  potrząsnął 

głową. Przecież chciał Kitty, to Kitty miała być radością jego domu, nie Merab. Co też mu przychodzi do głowy? 
Jeśli nie może mieć Kitty, nie chce nikogo. 

- Jak możesz przypuszczać, że chciałbym związać się z kimś innym niż Kitty... - zaczął. 
- Kitty to głupiutka, pozbawiona skrupułów kokietka, i żal mi lorda Claydona, który tak łatwo dał się jej usidlić. 
- Mamo! 
- A ty - kontynuowała spokojnie pani Bridges - mój synu, jesteś patentowanym głupcem. 
 
G
dy  Joseph  przestał  już  interesować  się  panną  Parminster,  ze  zwiększoną  uwagą  obserwował  Merab.  Z 

ogromnym  niezadowoleniem  spostrzegł,  że  major  Bendick  wytrwale  pielęgnował  znajomość  z  jego  kuzynką  i 
starał  się  jej  towarzyszyć  przy  każdej  okazji.  Nie  wiedział,  że  ten  borykał  się  właśnie  z  pewnym  trudnym 
problemem - major lubił Merab i podziwiał jej wdzięk oraz elegancję, jednocześnie podejrzewał jednak, że ona po 
cichu śmieje się  z niego. Wszyscy  wiedzą, że  kobiety  mają pusto w  głowach, jednak tym razem  major nie  mógł 
oprzeć się wrażeniu, że Merab jest znacznie inteligentniejsza, niż przystoi to jakiejkolwiek damie. 

Poprzedniego  wieczoru,  na  przykład,  poinformował  ją,  jaki  jest  właściwy  punkt  widzenia  na  bzdurny  pomysł 

przyznania mężczyznom z niższych klas społecznych prawa do głosowania. 

- To nonsens, oczywiście - mówił. - W następnej kolejności kobiety zaczną domagać się prawa głosu! 
-  Zupełnie  absurdalne  -  zgodziła  się  Merab,  pochylając  lekko  głowę,  by  ukryć  ironiczny  błysk  w  oku.  -  Gdyby 

kobiety miały prawo głosu, mogłyby się domagać, by pieniądze z podatków wydawano na Bóg wie jakie głupstwa. 
Bezpieczeństwo w miastach, oświetlenie ulic, obniżenie podatku na zboże i podobne niedorzeczności. 

Major spojrzał na nią. Nie mówiła chyba poważnie? 
-  Właściciele  ziemscy  muszą  utrzymywać  cenę  zboża  na  wysokim  poziomie.  Obniżenie  jej  byłoby  wielką 

nieodpowiedzialnością. 

- Zwłaszcza, że to ich głosy utrzymują torysów przy władzy. 
-  Mój  Boże,  panno  Hartfield.  -  Major  wybałuszył  na  nią  oczy.  -  Jeszcze  chwila,  a  pomyślę,  że  jest  pani 

radykałem! 

- Chodzi  mi przede  wszystkim  o to, by  najbiedniejsi  mieszkańcy  naszego kraju  mieli co  jeść -  odparła Merab. - 

background image

 

37 

Dopóki cena zboża jest tak wysoka, trudno o tym marzyć. 

Major zbył biedaków niedbałym machnięciem ręki. 
- Jest pani zbyt piękną damą, by zaprzątać tę śliczną główkę podobnymi problemami, panno Hartfield. - Podał jej 

rękę. - Czy mogę poczęstować panią szklanką lemoniady? 

Merab dojrzała Josepha, który obserwował ich z drugiego końca sali. 
- Owszem. Dziękuje panu, majorze. 
Dopiero znacznie później Joseph mógł zająć uwagę Merab. Major pozostał przy niej tak długo, aż przekonał ją (w 

jego  mniemaniu),  jak  bardzo  mylne  są  jej  poglądy  na  temat  prawa  zbożowego.  Dopiero  wtedy, 
usatysfakcjonowany, pozostawił pannę Hartfield w towarzystwie Amelii i jej męża. 

- Ten człowiek to straszny nudziarz - oświadczyła Merab, kiedy major oddalił się już na bezpieczną odległość. 
-  Więc  dlaczego  jesteś  dla  niego  taka  miła?  -  spytała  Amelia  poirytowana.  Przyglądała  się  tym  dwojgu,  którzy 

zdawali się stanowić doskonałą parę, i teraz została zupełnie zbita z tropu. 

Merab wskazała na Josepha, który zmierzał właśnie w ich kierunku. 
- O mój Boże - jęknęła Amelia. - Co za okropny człowiek. 
Sir Thomas spojrzał na Merab z pewnym rozbawieniem. Wyglądało na to, że po zaniedbanym stworzeniu, które 

pojawiło  się  nagle  w  ich  domu,  nie  pozostał  już  żaden  ślad.  Nowa  panna  Hartfield  -  modnie  ubrana,  dumna  i 
elegancka - wyglądała tak, jakby gotowa była stawić czoło niezliczonej liczbie niechcianych adoratorów.  

Tymczasem Joseph stał już przed nimi. Ukłonił się uprzejmie sir Thomasowi i jego żonie, po czym zwrócił się do 

Merab. 

-  Wiem,  że  pani  nie  tańczy,  panno  Hartfield,  czy  jednak  nie  zechciałaby  pani  pospacerować  trochę  w  moim 

towarzystwie? 

- Oczywiście, panie Harrison - odparła Merab z rezygnacją. 
- Pani list sprawił mi ogromną przyjemność - oświadczył Joseph po chwili. 
- Doprawdy? 
- Powiedziałem do matki: „Kuzynka Merab udowodniła, że jest prawdziwą damą”. 
Merab uniosła lekko brwi. 
-  Moja  matka  nie  do  końca  jest  w  stanie  zrozumieć,  choć  generalnie  radzi  sobie  z  podobnymi  problemami 

doskonale, jak na kobietę oczywiście... więc nie potrafi zrozumieć, jak wygląda pani sytuacja. 

-  Panie  Harrison.  -  Merab  szybko  zbierała  myśli.  -  Ponieważ  jest  pan  moim  kuzynem,  i  ponieważ  był  pan  tak 

uprzejmy  i  zainteresował  się  moimi  problemami,  jestem  pewna,  że  zatrzyma  pan  dla  siebie  wszystko,  co  teraz 
powiem  panu  o  testamencie  mojego  dziadka.  -  Merab  nie  zamierzała  oczywiście  zdradzać  wszystkich 
upokarzających szczegółów, liczyła jednak na to, że jeśli nakreśli ogólne warunki, namolny kuzyn straci dla niej 
zainteresowanie. 

- Zamieniam się w słuch. - Oczy Josepha zapłonęły jaśniej. Był pewien, że udało mu się zdobyć zaufanie Merab. 
- Wie pan zapewne, że dziadek wydziedziczył mego ojca, kiedy ten ożenił się z moją matką. 
Joseph skinął głową. 
- Słyszałem coś o tym - przytaknął ostrożnie. - Później chyba jednak zmienił zdanie? 
- Niestety,  nie. Nawet  kiedy  zmarł starszy brat mego  ojca, który  miał  odziedziczyć cały  majątek, nie  doszło do 

pojednania. Dziadek postanowił zostawić wszystko kuzynowi w drugim stopniu pokrewieństwa. 

- Z pewnością jako jego wnuczka miała pani jednak jakieś prawa do majątku? 
- Dziadek ich nie uznawał. Ale stało się coś jeszcze gorszego. Mój dziadek był człowiekiem skorym do gniewu i 

w końcu któregoś dnia pokłócił się także z kuzynem. Wtedy zmienił testament tak, że praktycznie wszystko musi 
zostać przeznaczone na cele dobroczynne. 

Boże, pomyślał Joseph, co za pech. 
- Ale pani nie została zupełnie bez pieniędzy, prawda? - spytał z zatroskaną miną. 
-  Na  szczęście  nie  było  aż  tak  źle  -  odparła  Merab.  -  Mam  około  siedemdziesięciu  funtów  rocznie  na  swoje 

potrzeby. 

Joseph wypuścił z uścisku jej ramię. 
- Ależ to okropne, panno Hartfleld. Czy nie można podważyć jakoś tego testamentu? Może zakwestionować stan 

umysłu pani dziadka? 

-  Mogę  pana  zapewnić,  panie  Harrison,  że  dziadek  był  compos  mentis  aż  do  samej  śmierci.  Jak  już  mówiłam 

wcześniej, zamierzam pozostać u lady Wincanton do czasu rozwiązania, a potem będę szukać posady nauczycielki. 

- Mówi pani o tym z zadziwiającym spokojem. - Joseph spojrzał na nią z nagłą podejrzliwością. 
- Musiałam wysługiwać się mojemu dziadkowi przez osiem okropnych lat, panie Harrison. Mogę pana zapewnić, 

że wszystkie upokorzenia, jakich doznałam w tym czasie, na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Mam nadzieję, że 
mój skromny spadek pozwoli mi zachować choć trochę niezależności. 

Kiedy Joseph powrócił  już  do domu, jeszcze raz przemyślał całą tę rozmowę. Tym razem  wierzył już  w to, co 

mówiła Merab - słyszał to i  owo o  okropnym charakterze pana Hartfielda. Przyszła mu  jednak do  głowy jeszcze 
jedna  myśl  -  Merab  zachowała  co  prawda  zaledwie  siedemdziesiąt  funtów  rocznie,  jednak  prócz  tego  miała  coś 

background image

 

38 

znacznie  cenniejszego,  mianowicie  pozycję  społeczną.  Gdyby  machnął  ręką  na  posag,  a  przyjrzał  się  bliżej 
koneksjom Merab, to czy  nie  okazałoby się, że  znajomość z Wincantonami, z państwem  Bridges i  wielu  innymi 
rodzinami zwraca mu tę stratę z nawiązką? 

Jeśli człowiek nie pochodzi z dobrej, uznanej rodziny, to powinien szukać przede wszystkim dobrych koneksji, a 

tego Merab na pewno nie brakowało. Nazajutrz podzielił się swoimi spostrzeżeniami z matką. 

-  No  wiesz,  żeby  w  ogóle  myśleć  o  małżeństwie  z  kobietą,  która  ma  siedemdziesiąt  funtów  rocznie!  - 

wykrzyknęła pani Harrison. - Przecież to żebraczka. Nawet Sarah Mills ma więcej. 

- Ale Sarah Mills nie jest przyjaciółką Wincantonów. 
- Ona chce cię opętać, ot co - mówiła dalej pani Harrison, nie zważając na uwagi syna. - Widzi, że nie może już 

liczyć na majora Bendicka, wie, że ty masz całkiem niezłe dochody, i myśli, że uda się jej przyczepić do ciebie. 
Och, chytra dziewucha. 

- Ależ mamo... 
- Nie przerywaj mi! Teraz już wszystko rozumiem. Chce cię wzruszyć tymi historyjkami o dziadku i już prawie 

ma cię na haczyku. Można robić z siebie głupca za dwadzieścia tysięcy, ale starać się o rękę córki Abigail, która 
prawie nic nie ma, to zupełny nonsens! 

- Ależ mamo, przecież ja wcale nie podjąłem jeszcze decyzji. 
- Mam nadzieję! - Pani Harrison parsknęła. 
 
P
ogoda,  która  dotąd  była  zdecydowanie  nieprzyjemna,  zimna  i  wilgotna,  nagle  jakby  postanowiła  nadrobić 

stracony  czas  i  przez  cały  tydzień  nad  Bath  świeciło  piękne  wiosenne  słońce.  W  Ogrodach  Sydney  pojawiły  się 
pierwsze  żonkile,  a  pani  Tiverton  zaprosiła  sir  Thomasa,  Amelię  i  Merab  na  przyjęcie.  Tivertonowie  mieszkali 
niecałą milę za miastem, w Widcombe. Kiedy Merab jechała tam wraz z przyjaciółmi, nagle uświadomiła sobie, ile 
czasu minęło od jej przyjazdu do Bath. 

-  Minęło  już  trzy  i  pół  miesiąca  od  śmierci  mojego  dziadka  -  powiedziała  rozglądając  się  dokoła,  gdy  powóz 

toczył się po nierównej drodze. - Pogoda była taka okropna, i całkiem zapomniałam, że zbliża się już wiosna. 

-  W  Bath  zawsze  pada  -  westchnęła  Amelia  i  położyła  dłoń  na  brzuchu.  Dziecko  już  mocno  kopało  i  nagle 

kołysanie karety stało się dla Amelii bardzo nieprzyjemne. Trzy i pół miesiąca, pomyślała, i wciąż nie wiadomo, co 
dalej  będzie  z  Merab.  W  duchu  przeklęła  jeszcze  raz  Juliana  Hartfielda.  Gdyby  zostawił  swej  wnuczce  choćby 
drobną część majątku, kilka tysięcy, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Co ją teraz czekało? Na razie Amelia 
była w stanie przekonać ją, by została w Bath do narodzin dziecka, jednak pod  koniec lata nie będzie  już  mogła 
dłużej używać tego argumentu, a majątek Hartfieldów przepadnie na zawsze. Merab zmuszona będzie stawić czoło 
niepewnej  przyszłości  i  wszelkim  kłopotom,  jakie  wiązały  się  z  życiem  źle  opłacanej,  przepracowanej 
nauczycielki. 

Merab  też  nie  była  w  najlepszym  nastroju,  nie  martwiła  się  jednak  upływem  czasu.  Postanowiła  już  szukać 

posady nauczycielki, gdy tylko urodzi się dziecko Amelii, i wolała na razie nie zastanawiać się nad tym dłużej. Co 
więc tak bardzo ją niepokoiło? Zapewne przypuszczenie, że Tivertonowie zaprosili także Bridgesów i Rowlanda, a 
ona nie widziała się z nim od czasu tych nieszczęsnych oświadczyn. 

Wkrótce dotarli do pięknie zdobionej bramy, która otwierała im drogę do posiadłości Tivertonów. Powóz wjechał 

do parku, w którym pasło się stadko saren. Tivertonowie kupili tę posiadłość kilkanaście lat temu i od razu zaczęli 
ją  remontować  i  poprawiać.  Wykopali  niewielkie  jeziorko,  nad  którym  przerzucili  drewniany  mostek  i  postawili 
obok śliczną pagodę. Pan Tiverton zajął się także sadzeniem drzew i tworzeniem miejsc widokowych. 

Pani Tiverton nie chciała, by jej przyjęcia były zbyt oficjalne, i zaraz po przywitaniu gości zaproponowała, by nie 

bawili się w zbędne ceremonie i jeszcze przed lunchem odbyli krótki spacer. Była pewna, że spodoba im się ogród 
z kwiatami, i że z przyjemnością wybiorą się nad jezioro. Ci zaś, którzy woleli zostać na miejscu, mieli do swej 
dyspozycji oranżerię. 

-  Lady  Wincanton  -  dodała  -  poprosiłam,  by  specjalnie  dla  pani  zniesiono  na  dół  sofę  mojej  mamy.  Myślę,  że 

chętnie wypocznie pani przez chwilę. 

Amelia  z  wdzięcznością  przyjęła  tę  propozycję.  Bolały  ją  plecy,  a  jazda  powozem  po  głębokich  koleinach  nie 

wpłynęła dobrze na jej samopoczucie. 

- Panie Sandiford - mówiła dalej pani Tiverton. Ku przerażeniu Merab z sąsiedniego pokoju wyszedł Rowland. - 

Może  zaprowadzi  pan  pannę  Hartfield  nad  jezioro?  Można  tam  oglądać  naprawdę  piękne  widoki,  a  poza  tym 
zobaczycie państwo naszą Pagodę. 

Merab,  która  już  otwierała  usta,  by  oświadczyć,  że  chętnie  zostanie  z  Amelią,  nagle  została  wymanewrowana 

przez energiczną gospodynię. Z rezygnacją wsunęła rękę pod ramię pana Sandiforda i pozwoliła poprowadzić się w 
stronę jeziora. 

Przez  kilka  chwil  szli  w  zupełnym  milczeniu.  Merab  robiła  wszystko,  co  w  jej  mocy,  by  nie  okazywać 

zdenerwowania.  Tłumaczyła  sobie  w  duchu,  że  to  w  końcu  nie  ona  źle  się  zachowała,  i  nie  ma  sobie  nic  do 
zarzucenia. Wreszcie Rowland przemówił: 

-  Pani  Tiverton  jest  być  może  nieco  apodyktyczna,  ale  to  przemiła  osoba.  Cieszę  się,  że  moja  matka  ma  tak 

background image

 

39 

czarującą znajomą w Bath. 

Był to dosyć neutralny temat do rozmowy, więc Merab podjęła go bez większych oporów. 
- Bath nie jest zbyt dużym miastem - zaczęła z pewnym trudem. - Podejrzewam, że człowiek zmuszony jest tutaj 

obracać  się  w  niewielkim  kręgu  znajomych.  Kilka  niemiłych  osób  może  tu  komuś  zaszkodzić  w  znacznie 
większym stopniu niż, powiedzmy, w Londynie. 

Merab  była  z  siebie  bardzo  zadowolona.  Wymienili  kilka  zupełnie  niewinnych  uwag  i  wciąż  oboje  stali  na 

neutralnym gruncie. 

Rowland najwyraźniej postanowił zachowywać się tego dnia jak przystało na prawdziwego dżentelmena. 
- Czy tęskni pani za Londynem, panno Hartfield? 
-  Tęsknię  za  moimi  rodzicami,  za  szczęśliwym  życiem,  jakie  pędziliśmy  razem.  -  Merab  spojrzała  na  jezioro  i 

poczuła nagle, jak do oczu napływają jej łzy. - I chyba rzeczywiście brakuje mi trochę atmosfery wielkomiejskiego 
życia. Mój ojciec zachęcał mnie do czytania gazet i do wyrabiania sobie poglądów na bieżące sprawy. Teraz czuję, 
że mi tego brak. 

- Rzeczywiście zachęcał panią do tego? - Rowland był szczerze zdumiony. 
- Papa uważał, że kobiety mają rozum i powinny też mieć prawo do tego, by się nim posługiwać - odparła Merab 

z  nutką  złośliwości.  -  Dyskutowaliśmy  na  przykład  o  wojnie  na  półwyspie.  Papa  uważał,  że  należy  udzielić 
wsparcia lordowi Wellingtonowi. 

- A pani tak nie uważała? 
- Och, zgadzałam się z papą  - uśmiechnęła się Merab. - Ale  on uwielbiał się spierać, więc próbowałam być  dla 

niego godnym przeciwnikiem. 

-  Czy  pani  dziadek  kiedykolwiek  wspominał  przy  pani  o  moich  poglądach  politycznych?  -  spytał  Rowland  z 

wahaniem. A potem, jakby uznał, że powiedział nieco za dużo, wykrzyknął; - Ach, oto i pagoda. 

Merab  spojrzała  przelotnie  na  pagodę,  a  potem  nieco  baczniej  na  Rowlanda.  Ich  rozmowa  wkraczała  na  śliski 

grunt, a ona nie miała najmniejszej ochoty wywoływać kolejnej kłótni. Kiedy jednak odważyła się spojrzeć mu w 
oczy, dojrzała tam iskierki humoru. 

Roześmiała się. 
- Oczywiście. Musi pan chyba wiedzieć, że to bzdury, duby smalone i zupełnie idiotyczne pomysły, które mogły 

przyjść do głowy tylko radykałom. 

- A gdyby zdecydowano się wcielić je w życie, kraj zszedłby na psy? 
- Naturalnie. Dziadek  nie uznawał żadnych półśrodków. Nie  zgodził się  nawet  na wybudowanie szkoły  we  wsi. 

Uważał, że nie należy uczyć prostych ludzi czytania i pisania. Jego zdaniem doprowadziłoby to do buntu. 

- A co pani sądzi na ten temat? - spytał Rowland z zaciekawieniem. 
- Ja? Ja jestem tylko kobietą, panie Sandiford, jakież znaczenie może mieć moja opinia? - Jej głos przepełniony 

był ironią. 

- Ale pani ojciec miał wielkie poważanie dla pani poglądów, więc może i ja mógłbym je poznać? 
-  Dziadek  oczywiście  miał  rację.  Gdyby  tylko  dać  prostym  ludziom  dostęp  do  szerszej  wiedzy,  na  pewno 

chcieliby zmian. Czy należy to uznać za bunt, czy też nie, zależy już od pańskiego punktu widzenia. 

- A jakie jest pani zdanie? - naciskał Rowland. 
-  Uważam,  że  potrzebujemy  zmian  -  odparła  Merab  cicho.  -  Oddanie  zbyt  wielkiej  władzy  w  ręce  oligarchii 

prowadzi do stagnacji i korupcji. 

Oligarchia,  pomyślał  Rowland.  Nie  wyobrażał  sobie,  by  Kitty  w  ogóle  znała  to  słowo.  Wbrew  samemu  sobie 

zaczął darzyć swą kuzynkę coraz większym szacunkiem. 

Doszli już do brzegu jeziora i przez chwilę stali tam w milczeniu, wpatrując się w swoje odbicia w wodzie. Ich 

postacie zwrócone były ku sobie, Rowland pochylał się lekko, by lepiej słyszeć wypowiadane przez Merab słowa. 
Oboje poczuli się nagle zakłopotani i jakby na komendę zawrócili w stronę domu. 

Gdy już tam wrócili, ujrzeli nowo przybyłych gości, między innymi Kitty i lorda Claydona. Kitty prezentowała 

się cudownie w delikatnej różowej sukni i z kilkoma różyczkami wpiętymi we włosy. Na lewej ręce nosiła piękny 
pierścionek z szafirem. Od czasu do czasu wyciągała rękę tak, by każdy mógł podziwiać ten cudowny klejnot. 

- Będziemy mieli dom w najlepszej dzielnicy Londynu, prawda Claydon? - powiedziała Kitty. 
Lord Claydon uśmiechał się głupawo. Wyglądało na to, że zupełnie stracił głowę dla swej narzeczonej. 
- Będę chodziła na wszystkie bale i będę tańczyła przez całą noc, a na każdy bal będę wkładać nową suknię. 
Merab zastanawiała się, co też Rowland mógł widzieć w tej kreaturze. Zauważyła, że jej kuzyn wycofał się pod 

okno i stamtąd spoglądał na jezioro, znad którego właśnie wrócili. 

- Och, pan Sandiford, nie zauważyłam pana - szczebiotała Kitty. 
Rowland wyprostował ramiona i podszedł się przywitać. 
- Zna pan lorda Claydona? - Kitty doskonale się bawiła spoglądając na przemian na swego obecnego, to znów na 

byłego narzeczonego. Rowland miał ponurą minę, a lord Claydon był uprzejmy, lecz najwyraźniej nie rozumiał, co 
się  wokół  niego  dzieje. - To  jest Rowland Sandiford, kochanie. Stary przyjaciel, a niegdyś i adorator. Bo  chyba 
mogę  tak  pana  nazywać,  prawda,  panie  Sandiford?  Nasze  posiadłości  graniczą  ze  sobą  i  znamy  się  z  panem 

background image

 

40 

Sandifordem od wczesnego dzieciństwa. 

Lord  Claydon  ukłonił  się  uprzejmie.  Merab  spostrzegła,  że  Rowland  nagle  pobladł.  Kącik  jego  ust  drgał 

niebezpiecznie. Kitty wzięła lorda Claydona pod ramię i pocałowała go w policzek. 

- Claydon zabiera mnie do domu w przyszłym tygodniu, żeby omówić z papą jakieś finansowe sprawy. Okropna 

rzecz, no, ale w końcu trzeba z czegoś żyć. Czy mam przekazać papie pańskie pozdrowienia? 

Rowland  nie  odpowiedział.  Merab,  która  przyglądała  mu  się  skrycie,  dojrzała  w  jego  oczach  najpierw  wyraz 

najwyższego  zdumienia,  szoku  niemalże,  potem  gniew  i  coś  jeszcze  -  czyżby  to  była  ulga?  W  tym  momencie 
rozległ się dźwięk gongu i pani Tiverton zaczęła wprowadzać swych gości do jadalni. 

Merab była tak zajęta obserwowaniem Kitty, że nie  zauważyła nawet przybycia kolejnego gościa. Dopiero gdy 

pan  Tiverton  dotknął  jej  ramienia  i  powiedział,  że  pragnie  jej  kogoś  przedstawić,  zauważyła  stojącego  obok 
Josepha Harrisona. 

- Pan... pan Harrison - wyjąkała. 
-  Och,  więc  państwo  się  znacie?  -  zdumiał  się  pan  Tiverton.  -  Pan  Harrison  zajmował  się  w  moim  imieniu 

pewnymi  sprawami,  związanymi  z  moją  posiadłością  w  Indiach.  Kiedy  dowiedziałem  się,  że  przebywa  w  Bath, 
zaprosiłem go tutaj. 

- Jestem zachwycony, widząc, że panna Hartfield wygląda równie pięknie jak Ceres, bogini wiosny - powiedział 

pan Harrison. - Czy mogę pani towarzyszyć? - Wskazał na jadalnię. 

Merab  powstrzymała  cisnącą  jej  się  na  usta  uwagę,  że  Ceres  nie  była  boginią  wiosny,  i  z  ociąganiem  wsunęła 

dłoń  pod  ramię  kuzyna.  Joseph  najwyraźniej  był  w  doskonałym  nastroju.  Nie  przypuszczał  nigdy,  że  zostanie 
zaproszony do Tivertonów, i rzeczywiście, gdyby zależało to od pani Tiverton, na pewno takiego zaproszenia by 
nie otrzymał. Zawsze skarżyła się, że jej mąż jest zbyt pobłażliwy. Na szczęście pan Harrison nie przyprowadził ze 
sobą swej okropnej matki. 

- Ślicznie tu, prawda - powiedział Joseph, rozglądając się dokoła. W myślach oceniał już wartość mebli i sreber. - 

Przypuszczam jednak, że Hartfield Hall jest znacznie większe? 

-  Wcale  nie  -  zaprzeczyła  Merab.  -  Jest  mniejsze  i  z  pewnością  znacznie  uboższe.  Mój  dziadek  uważał,  że  nie 

należy wyrzucać pieniędzy na wystrój wnętrz, do których rzadko się zagląda. 

-  Więc  pan  zna  Hartfield  Hall,  sir?  -  spytał  Rowland,  który  nagle  znalazł  się  za  ich  plecami.  Kim  był  ten 

mężczyzna o zbyt mocno wypomadowanych włosach i w błyszczącej kamizelce? Skąd Merab go znała? 

Merab szybko przedstawiła sobie obu panów, przeklinając los, który sprowadził ich w to samo miejsce. Nie miała 

czasu, by długo się nad tym zastanawiać, czuła jednak, że Rowland nie powinien dowiedzieć się, kim jest Joseph. 
Było już jednak za późno. 

-  Nigdy  nie  byłem  tam  osobiście  -  odparł  Joseph.  Spojrzał  na  stojącego  przed  nim  mężczyznę  i  wyczuł 

niebezpieczeństwo. Jak  dobrze ten  człowiek znał Merab, skoro  ośmielił się  wtrącić  do  ich rozmowy? Joseph  nie 
życzył sobie, by ktoś obcy wkraczał na jego terytorium. - Ale oczywiście słyszałem wiele o Hartfield Hall. Panna 
Hartfield jest moją kuzynką, więc to chyba zrozumiałe. - Lekko uścisnął ramię Merab. 

- Kuzynką! - Rowland osłupiał ze zdumienia. 
Merab czuła, że zaraz zemdleje. 
- Poznałam pana Harrisona zaledwie kilka dni temu - oświadczyła słabo. - Jest krewnym ze strony mojej matki. 
- Kuzynem pierwszego stopnia. Bardzo bliskie pokrewieństwo - dodał Joseph. 

Pani  Harrison  siedziała  przy  stoliku  ze  śniadaniem,  z  trudem  hamując  przepełniającą  ją  złość.  Joseph  nie 

powiedział  jej  o  przyjęciu  u  Tivertonów,  jednak  dowiedziała  się  o  tym  od  swej  służącej,  która  znała  dobrze  ich 
stangreta.  I  dlaczego  nie  została  zaproszona?  Tivertonowie  wiedzieli  przecież,  że  Joseph  przebywa  w  Bath  ze 
swoją matką. Na domiar złego to ladaco, Merab Hartfield, też tam była. 

Pani Harrison przez całe życie pielęgnowała wrogie uczucia do swej siostry Abigail i nie mogła znieść myśli, że 

córka Abby była mile widzianym gościem w domu, do którego ona sama nie została zaproszona. Abby była zawsze 
tą ładniejszą, młodszą siostrą, a ona, Dinah, tą zwyczajną, domową. To Abby wyjechała do Londynu i zrobiła tam 
karierę  w  operze - choć pewnie  wcale na tym  dobrze  nie  wyszła  - podczas gdy Dinah została w domu, z matką. 
Abby wyszła za mąż za młodego szlachcica, podczas gdy ona musiała zostać żoną starego Eli Harrisona. 

Nalała sobie jeszcze jedną filiżankę kawy i wpatrywała się z niechęcią w duszone cynaderki, które stygły na jej 

talerzu. Drzwi do jadalni otworzyły się powoli. 

-  Dzień  dobry,  mamo.  -  Joseph  ubrany  w  oszałamiającą,  czerwono-żółtą  kamizelkę,  złożył  obowiązkowy 

pocałunek na zimnym policzku swej matki i usiadł przy stole. - Ach, kawa! Doskonale. 

- Zdaje się, że jesteś dzisiaj w wyśmienitym humorze - zauważyła pani Harrison, jeszcze bardziej rozgniewana. 
John uśmiechnął się protekcjonalnie. 
- Chyba tak. 
- Mogę spytać, z jakiej to przyczyny? 
- Mam  nadzieję, że  wkrótce będę  mógł powiadomić  cię  o pewnym radosnym  wydarzeniu.  - Joseph  westchnął z 

satysfakcją. Na przyjęciu u Tivertonów pozbył się niewygodnego przeciwnika. Ten pan Sandiford ustąpił mu pola, 

background image

 

41 

a  Merab  przez  całe  przyjęcie  słuchała  go  z  uwagą.  Wiedział,  że  zrobił  na  niej  wrażenie.  Wspomniał  o  swoich 
interesach  i  dał  jej  do  zrozumienia,  że  jest  człowiekiem,  który  często  bywa  w  odpowiednich  miejscach  i  u 
właściwych ludzi. Przy najbliższej okazji zamierzał poprosić ją o rękę. Skoro już chciał skorzystać z jej koneksji  - 
sir  Wincanton  z  pewnością  podsunie  mu  jakiś  drobny  interes  -  to  musiał  jej  pokazać,  że  nie  chce  nic  za  darmo. 
„Mój klient, sir Thomas Wincanton”, to brzmiało naprawdę imponująco. 

- Mam nadzieję, że nie zamierzasz oświadczyć się Merab Hartfield?  - wykrzyknęła pani Harrison, odsuwając od 

siebie talerz. 

- A czemuż by nie? - Uśmiech Josepha zniknął bez śladu. 
- Choćby dlatego, że nie ma nawet złamanego pensa. 
- Ma około tysiąca czterystu funtów - poprawił ją Joseph. - I ma też koneksje. 
- Koneksje! - Powtórzyła pani Harrison z pogardą. - Matka, śpiewaczka operowa, żeby nie powiedzieć gorzej, a 

ojciec zwykły urzędnik i do tego nieudacznik. A jeśli rzeczywiście się pobrali, to dlaczego rodzina nigdy ich nie 
uznała? 

- W końcu pan Hartfield uznał Merab i ciotkę Abby. 
-  Jako  co?  -  Pani  Harrison  prychnęła  pogardliwie.  -  Merab  pracowała  tam  jako  gospodyni!  Pomyśl  tylko, 

gospodyni! 

-  Pan  Hartfield  był  ekscentrykiem  -  warknął  Joseph.  -  Oświadczę  się  jej  i  tyle.  Przykro  mi,  że  tego  nie 

pochwalasz. 

- Pochwalam! - wrzasnęła przeraźliwie pani Harrison. - Abby była dziwką i nie sądzę, by twoja droga Merab była 

lepsza od niej. Wiem dobrze, o co tu naprawdę chodzi. Zostałeś uwiedziony na tym całym przyjęciu. Tak, dobrze 
to znam, ci wszyscy uprzejmi ludzie, bogate wnętrza i miłe słówka. Czy ty w ogóle pomyślałeś, dlaczego zostałeś 
tam zaproszony? Ty ich prawie nie znasz, ale Merab zna. Uknuła to wszystko tak, żeby mogła cię uwieść! Oto cała 
prawda! 

Joseph  opadł  na  oparcie  krzesła  i  mieszał  kawę,  zamyślony.  Oczywiście!  Teraz  wszystko  nabierało  sensu. 

Zrozumiała, że ten cały major nie ma zamiaru prosić jej o rękę, więc urządziła wszystko tak, by Joseph domyślił 
się, że będzie  mile  widziany jako narzeczony. Na jego usta wypełzł powoli szeroki, zadowolony uśmiech. Złoży 
wizytę Wincantonom jeszcze tego samego popołudnia. 

 
P
o  przyjęciu  u  Tivertonów  Rowland  wrócił  do  miasta  razem  ze  swoją  matką  i  ojczymem.  Zajął  w  powozie 

państwa Bridges przednie siedzenie. Pani Bridges przyglądała się dyskretnie swemu synowi, kiedy miął w palcach 
zasłonkę przy oknie i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w mijane krajobrazy. Chyba nie pokłócił się znowu z 
Merab?  Pani  Bridges  z  pewną  cichą  przyjemnością  obserwowała  spacer  tych  dwojga  nad  Jeziorem  i  wymieniła 
konspiracyjne spojrzenia z Amelią, która odpoczywała na sofie przy oknie. Żadna z dam nie powiedziała ani słowa. 

Czyżby chodziło  o Kitty? Pani  Bridges uważała, że  Kitty  zachowywała się  naprawdę  okropnie. Co prawda nie 

słyszała  ich  rozmowy,  jednak  sposób,  w  jaki  panna  Parminster  wdzięczyła  się  do  lorda  Claydona  i  pyszniła  się 
przed Rowlandem swoimi zaręczynami, z pewnością zdegustowałby każdego rozsądnego człowieka. Pani Bridges 
nie była tylko całkiem pewna, czy może uważać swego syna za człowieka rozsądnego. 

Jednak kiedy Rowland w końcu się odezwał, wcale nie mówił o Kitty. 
- Wiedziałaś, że ten Harrison to bliski kuzyn panny Hartfield? 
- Harrison? - zdziwił się pan Bridges. - Ten typ w jaskrawej kamizelce? To chyba niemożliwe? 
- No cóż, powiedział to przy pannie Hartfield, a ona nie zaprzeczyła. 
- O  mój  Boże -  westchnęła  matka Rowlanda.  - Biedna panna Hartfield. Ma prawdziwego pecha.  - Nieszczęścia 

chodzą parami, pomyślała. - Podejrzewam, że pani Harrison jest siostrą jej matki. 

- To okropna kobieta - stwierdził Rowland. - Grubiańska i zarozumiała. Nic dziwnego, że kuzyn Julian nie chciał 

ich uznać. 

- Jednak panna Hartfield wcale nie jest do niej podobna - zauważyła pani Bridges. - Uważam, że jest czarująca i 

nie  chce  mi  się  wierzyć,  by  jej  matka  była  inna.  Przecież  wszyscy  wiemy,  że  pani  Hartfield  uciekła  od  swojej 
rodziny, prawda? 

- Która kobieta postąpiłaby w ten sposób? - Wypowiadając te słowa, Rowland pociągnął z całej siły za zasłonkę. 

Okno  otworzyło  się  nagle,  wpuszczając  do  środka  powozu  zimne  powietrze.  Nim  Rowland  zamknął  okno  i 
przeprosił towarzyszy podróży, zdążył się  już uspokoić. Kiedy  wrócił  ze spaceru z Merab, przepełniała go  jakaś 
dziwna  radość.  Nawet  nieoczekiwane  spotkanie  z  Kitty  nie  wyprowadziło  go  zupełnie  z  tego  stanu.  Jednak 
wiadomość o tym, że pan Harrison jest krewnym Merab, pozbawiła go resztek dobrego humoru. 

- Twój ojciec spotkał kiedyś w Londynie Jonathana i jego żonę - oświadczyła nagle pani Bridges. 
Rowland odwrócił się do niej. 
- Kiedy? 
-  Jakieś  dziesięć  czy  dwanaście  lat  temu.  Wpadł  na  Jonathana  na  ulicy  i  poszedł  do  niego  na  obiad.  Panna 

Hartfield  była  wtedy  poza  miastem,  w  szkole.  Mark  mówił,  że  pani  Hartfield  była  cudowna.  Włoski  typ  urody, 
drobna,  delikatna  i  bardzo  ładna.  Gdyby  była  choć  trochę  podobna  do  pani  Harrison,  na  pewno  by  o  tym 

background image

 

42 

wspomniał. 

Rowland poczuł, że robi mu się nieco lżej na duszy. 
- Panna Hartfield była dla niego bardzo miła. Pozwoliła mu zaprowadzić się na lunch. 
- A co innego mogła zrobić? - spytała rozsądnie pani Bridges. 
 
J
oseph,  starannie  ubrany,  pachnący  i  wypomadowany,  wręczył  Greggowi  swą  kartę  wizytową.  Po  dłuższej 

chwili, którą spędził na podziwianiu swego odbicia w lustrze, został zaprowadzony na górę, gdzie w żółtym salonie 
czekała na niego Merab. Właściwie wcale nie miała ochoty się z nim widzieć i to właśnie powiedziała przed chwilą 
Amelii. 

-  To  pewnie  tylko  jakaś  grzecznościowa  wizyta  -  powiedziała  Amelia,  która  poprzedniego  dnia  nie  mogła 

towarzyszyć Merab przy lunchu. Czuła się dość niepewnie i wolała pozostać na sofie, w oranżerii.  - Nie będziesz 
miała nic przeciwko temu, żeby zostać z nim sama na kilka minut? Opiekunka dzieci chciała ze mną porozmawiać, 
zaraz wrócę. 

-  Oczywiście.  -  Merab  co  prawda  miała  zamiar  prosić  przyjaciółkę,  by  jej  towarzyszyła,  jednak  w  tej  sytuacji 

zmieniła zdanie i z rezygnacją czekała na niechcianego gościa. 

Joseph  wszedł  do  salonu  i  z  zadowoleniem  rozejrzał  się  dokoła.  Byli  sami!  Z  pewnością  panna  Hartfield 

specjalnie to zaplanowała. Pochylił się, by ucałować jej dłoń. 

- Kuzynko Merab... 
- Witam, sir. Proszę usiąść. Lady Wincanton prosi o wybaczenie, będzie tutaj za chwilę. 
- Właściwie przyjechałem tutaj do pani, a nie do lady Wincanton - oświadczył radośnie Joseph. 
Serce Merab zamarło na moment. 
- Pani musi już wiedzieć, dlaczego tu jestem. 
- W rzeczy samej, nie mam pojęcia, sir. 
-  Ach  te  kobiety!  -  Joseph  pogroził  jej  żartobliwie  palcem.  -  Bardzo  panią  proszę,  niech  pani  nie  będzie  taka 

bojaźliwa. 

- Bojaźń jest w tej chwili zupełnie obcym mi uczuciem - odparła Merab, lekko już poirytowana. 
-  Och,  kuzynko,  wydaje  mi  się,  że  bardzo  wyraźnie  określiła  pani  swoje  życzenia  i  przyszedłem  tutaj,  by  je 

spełnić. Czyż to nie dzięki pani namowom znalazłem się na przyjęciu w domu pani Tiverton? Proszę się przyznać! 

- Z pewnością nie znam pani Tiverton na tyle dobrze, by zrobić coś podobnego! 
-  Ale  nie  omieszkała  pani  wspomnieć,  że  czuje  do  mnie  pewną  hm...  słabość?  -  spytał  Joseph,  uśmiechając  się 

szeroko. 

- Panie Harrison - zaczęła Merab stanowczym tonem. - Nie będę dłużej udawać, że pana nie rozumiem. Myli się 

pan jednak, sądząc, że czuję do pana jakąkolwiek „słabość”. 

- Nigdy  nie zdoła pani  zaciągnąć  majora Bendicka przed  ołtarz, chyba  wie pani  o tym.  - Joseph  nie był  już tak 

uprzejmy, a jego głos stał się znacznie ostrzejszy niż przed chwilą. 

- Jestem pewna, że się pan nie myli, sir. 
-  Więc  dlaczego,  do  diabła,  nie  wyjdzie  pani  za  mnie?  Mogę  zapewnić  pani  całkiem  przyzwoite  życie.  A  pani 

koneksje mogłyby być dla mnie bardzo użyteczne. 

Ach, więc o to chodzi, pomyślała Merab. Koneksje. Powinnam była się domyślić. Jedyne, co mogła uczynić w tej 

sytuacji, to zakończyć tę rozmowę jak najszybciej i to w taki sposób, by Joseph nie miał choćby cienia wątpliwości 
co do jej odpowiedzi. 

- Wydaje mi się, że zazwyczaj męża i żonę łączy jakieś uczucie. Ja nie żywię do pana żadnych uczuć i nie sądzę, 

by  pan  czuł  dla  mnie  choćby  cień  sympatii.  -  Jeszcze  wypowiadając  te  słowa,  wstała  z  fotela  i  sięgnęła  po 
dzwonek. 

Joseph zdążył ją uprzedzić. 
-  Na  Jowisza,  rzeczywiście  nic  tam  nie  ma?  -  krzyknął,  doskoczył  do  Merab,  wziął  ją  w  ramiona  i  próbował 

pocałować w usta. 

- Proszę przestać! - krzyczała Merab, wykręcając się i próbując uwolnić się z uścisku Josepha. - Panie Harrison! 

Proszę mnie natychmiast wypuścić! 

- Taka z ciebie twarda sztuka, co? - powiedział Joseph chrapliwym głosem i zatopił zęby w jej szyi. 
Merab krzyknęła przeraźliwie. 
Za drzwiami słychać było pospieszne kroki, a po sekundzie do pokoju wpadła Amelia. 
- Bogu dzięki! - Merab wyrwała się wreszcie z objęć kuzyna. 
- Panie Harrison! - Amelia stanęła obok przyjaciółki. 
- Proszę stąd wyjść! - Głos Merab drżał niebezpiecznie. - Proszę się stąd wynosić, panie Harrison, i nigdy więcej 

tu nie wracać! 

Joseph wyprostował się, poprawił krawat. 
-  Pożałujesz  tego  -  warknął.  -  Najpierw  mnie  kusisz,  a  potem  udajesz  świętoszkę.  Wiesz,  jak  nazywa  się  taką 

kobietę? Zdzira! Tak samo jak twoja matka. 

background image

 

43 

Pan Harrison pozbierał resztki swojej godności i wyszedł z salonu. 
 
D
opiero  tydzień  później  Amelia  zaczęła  zdawać  sobie  sprawę,  że  po  mieście  krążą  jakieś  dziwne  plotki.  Jeśli 

nawet zauważyła, że w Pijalni coraz mniej ludzi podchodzi, by przywitać się z nią i z Merab, to przypuszczała, że 
po  prostu  ich  nie  zauważają.  Poza  tym  ostatnio  nie  czuła  się  najlepiej  i  raczej  z  ulgą  przyjmowała  mniejsze 
zainteresowanie  towarzystwa.  Jednak  gdy  lady  Mandersby,  która  wraz  z  panią  Tiverton  była  niekwestionowaną 
liderką  towarzystwa  w  Bath,  przestała  w  ogóle  odzywać  się  do  Merab,  Amelia  zrozumiała,  że  dzieje  się  coś 
niedobrego.  Nawet  pani  Tiverton,  choć  nie  posunęła  się  aż  tak  daleko,  by  zerwać  z  nimi  wszelkie  kontakty,  z 
wyraźną rezerwą odniosła się do propozycji wspólnej wycieczki do Lansdown. 

Choć  niechętnie,  któregoś  wieczora  Amelia podzieliła się swymi spostrzeżeniami  z  mężem. Wolałaby tego  nie 

robić,  z  drugiej  jednak  strony  sądziła,  że  lepiej  będzie,  jeśli  sir  Thomas  dowie  się  o  tym  od  niej,  niż  od  kogoś 
obcego. Sir Thomas wysłuchał jej uważnie i powiedział: 

-  Postaram  się  dowiedzieć  czegoś  więcej  na  ten  temat.  Ale  jeśli  to  rzeczywiście  coś  poważnego,  twoja 

przyjaciółka będzie  musiała stąd wyjechać. Przykro  mi, jednak nie  mogę pozwolić, by  moja żona obracała się  w 
złym towarzystwie. 

Amelia wzięła do ręki świecę i postawiła ją na swym nocnym stoliku. 
- Biedna Merab, to nie jej wina. Na pewno nie zrobiła nic niewłaściwego. 
-  Jestem  o  tym  przekonany  -  zgodził  się  sir  Thomas,  przenosząc  własną  świecę.  -  Ale  ci  Harrisonowie  to  dość 

nieprzyjemni ludzie, i należy się ich wystrzegać. Gdyby rzeczywiście znali jakieś kompromitujące fakty związane 
z panną Merab, mogłoby to zrujnować nie tylko  jej, ale  i nasze życie. Obawiam się, że  musisz zacząć szukać dla 
niej jakiejś posady. Co z twoim kuzynostwem w Dublinie? 

- Pewnie masz rację. - Amelia weszła do łóżka, zdmuchnęła świecę i wybuchnęła płaczem. 
Amelia nie była jedyną osobą, która zauważyła nagłą zmianę w zachowaniu towarzystwa względem Merab. Pan i 

pani Bridges dyskutowali kiedyś na ten temat przy popołudniowej herbacie. 

- Uwagi pani Tiverton były bardzo nieprzyjemne - stwierdziła pani Bridges. 
- Pani Harrison mówiła tak, jakby chciała się na kimś zemścić - zgodził się jej mąż. 
- Więc to jej sprawka? 
-  A  kto  inny  mógłby  rozpowiadać,  że  Abigail  Cooper  uciekła  z  domu,  by  zostać  śpiewaczką  operową,  a  potem 

kochanką Jonathana Hartfielda? 

- Ona tak powiedziała!? - zawołała pani Bridges. - Pani Tiverton nie była aż tak bezpośrednia. Stwierdziła tylko, 

że słyszała, iż małżeństwo rodziców panny Hartfield nie było zupełnie hm... „prawidłowe”, tak, zdaje się, że użyła 
właśnie tego słowa, i że wolałaby raczej nie utrzymywać z nią znajomości. 

- Czy ona wie, że jesteś spokrewniona z panną Hartfield? 
Pani Bridges pokręciła głową. 
-  Rowland  postanowił  nie  uznawać  tego  pokrewieństwa,  więc  czułam  się  zobowiązana  poprzeć  go  w  tym 

względzie. Oczywiście, miałam nadzieję, że jednak zastanowi się nad tym jeszcze... 

- Podejrzewam, że nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o treści tego okropnego testamentu. 
Pani Bridges westchnęła. 
- Co zamierzasz teraz zrobić? - spytała swego męża. 
- A cóż ja mogę zrobić? Dopóki Rowland jest tak wrogo nastawiony do panny Hartfield, nie jestem w stanie nic 

zmienić. Oczywiście, będę kontynuował znajomość z nią, ale to wszystko, co mogę teraz zrobić. Gdybym uznał ją 
jako kuzynkę, a Rowland nadal by tego nie uczynił, tylko pogorszyłbym jej sytuację. 

Od czasu przyjęcia u Tivertonów Rowland miał mieszane uczucia względem Merab. Kilkakrotnie był już niemal 

gotów złożyć wizytę Wincantonom, jednak w ostatniej chwili wycofywał się z tego zamiaru. Fakt, że co najmniej 
połowa jego duszy gorąco życzyła sobie kontynuowania znajomości z Merab, ogromnie go niepokoił. Kilka razy 
wybrał się rano na dłuższą przejażdżkę konną, by ochłonąć. 

Przestał także chodzić  do Pijalni. Nie  chciał spotkać  Kitty,  która wciąż  jeszcze przebywała  w  Bath. Zgodnie z 

przypuszczeniami  jego  matki,  to  właśnie  epizod  na  przyjęciu  u  Tivertonów  pozbawił  go  wreszcie  złudzeń  i 
pozwolił mu poznać prawdziwy charakter Kitty. Teraz zdał sobie sprawę, że jej zachowanie było okrutne i wcale 
nie wymuszone przez okoliczności. Zdecydowała się poślubić lorda Claydona z własnej woli, nikt jej nie zmuszał 
do  tego  kroku.  Poza  tym  wcale  nie  musiała  się  afiszować  ze  swym  nowym  narzeczonym  w  jego  obecności. 
Zrozumiał  teraz,  że  bawiła  się  z  nim,  droczyła  i  kusiła  ewentualnymi  zaręczynami.  Rowland  najpierw  czuł  się 
skrzywdzony i zszokowany, potem zaś ogarnął go gniew i oburzenie. 

Kitty  wiedziała  bardzo  dobrze,  jak  mocno  przeżywał  ich  rozstanie,  a  jednak  w  Bath  świadomie  dawała  mu 

jeszcze nadzieję, zachęcała i pozwalała na potajemne uściski dłoni i pocałunki. Nagle pomyślał, że Merab nigdy by 
się tak nie zachowała. 

Przypomniał  sobie  rozmowę  nad  jeziorem  i  jeszcze  raz  starannie  ją  przeanalizował.  Jego  kuzynka  okazała  się 

inteligentną i rozsądną kobietą. Czy Julian Hartfield wiedział, jakie są jej poglądy? Musi ją o to zapytać. 

Rowland  z  niechęcią  przypomniał  sobie  o  Josephie.  Jak  to  się  stało,  do  diabła,  że  Merab  jest  tak  blisko 

background image

 

44 

spokrewniona  z  tym  typem?  Przecież  on  tylko  czekał  na  okazję,  żeby  wkręcić  się  do  towarzystwa!  Rowland  nie 
mógł  patrzeć,  jak  Joseph  przypochlebia  się  pani  Tiverton.  Ze  złością  pomyślał,  że  Merab  najwyraźniej  była  w 
dobrej komitywie z tym człowiekiem. Oczami wyobraźni znów ujrzał, jak Joseph wprowadza ją do jadalni państwa 
Tiverton. 

Odruchowo zacisnął pięści. Potem uspokoił się nieco. Dlaczego miałby się przejmować tym, że panna Hartfield 

okazuje względy jakiemuś źle wychowanemu prawnikowi z Bristolu? Cóż go to obchodzi? 

Mimo to Rowland był w tak fatalnym nastroju, że najpierw zrugał służącego, który odważył się zapytać, czy pan 

Sandiford  zamierza  wychodzić  gdzieś  wieczorem,  a  potem  ofuknął  młodą  pokojówkę,  która  mijając  go  na 
schodach życzyła mu miłego dnia. 

Kilka  następnych  wieczorów  spędził  w  kawiarni,  gdzie  grał  bez  opamiętania  w  karty,  wygrał  pierwszego  dnia 

ponad siedemset funtów i stracił wszystko w ciągu kolejnych wieczorów. 

Trzeciego  dnia  natknął  się  tam  na  Josepha.  Pan  Harrison  siedział  przy  oknie  i  przeglądał  gazetę.  Podniósł  na 

moment wzrok, gdy do kawiarni wszedł Rowland, i uśmiechnął się do siebie. Rowland widząc go uprzejmie skinął 
głową. 

- Harrison. 
Joseph  cieszył  się,  że  jego  były  oponent  zapamiętał  to  nazwisko.  Po  przyjęciu  u  Tivertonów  zainteresował  się 

bliżej jego stanem posiadania i wiedział już, że Sandiford ma całkiem niezły majątek w Wiltshire. 

-  Sandiford.  Czy  mogę  zaproponować  panu  filiżankę  kawy?  -  Nie  czekając  na  odpowiedź,  strzelił  palcami  na 

kelnera. Rowland wzruszył ramionami; usiadł obok. 

-  Czy  mogę  spytać,  jak  poznał  pan  pannę  Hartfield?  -  spytał  Joseph,  kiedy  wypili  już  kawę.  -  Może  jeszcze 

filiżankę? 

-  Nie,  dziękuję.  Poznałem  pannę  Hartfield  za  pośrednictwem  lady  Wincanton  -  skłamał  gładko  Rowland.  -  Nie 

miałem pojęcia, że jest z panem spokrewniona. Lady  Wincanton, jak pan  wie, była w tej samej szkole  co panna 
Merab, i o ile mi wiadomo, obie miały bardzo niewielu krewnych. 

-  Panna  Hartfield  nie  jest  już  moją  krewną  -  oświadczył  Joseph  spokojnie.  -  Moja  matka  wyjawiła  mi,  jaki  jest 

prawdziwy stan rzeczy. 

- To znaczy? - Rowland zmrużył oczy. 
- Jej matka, Abigail Cooper, była wielce podejrzaną osobą. Pracowała jako śpiewaczka operowa, pod nazwiskiem 

Rosalba  Bersanelli,  i  może  pan  sobie  chyba  wyobrazić,  co  to  naprawdę  oznacza!  Tuziny  kochanków,  bez 
wątpienia. Potem poznała Jonathana Hartfielda. Ale małżeństwo? O nie! Nie było żadnego małżeństwa, może pan 
być  tego  pewny.  Przecież  jego  własny  ojciec  właśnie  dlatego  go  wydziedziczył.  Więc  panna  Hartfield  nie  ma 
żadnego prawa do tytułu. Powinna się nazywać po prostu Merab Cooper i tyle. 

Rowland  zmierzył  go  zimnym,  pogardliwym  spojrzeniem.  Ten  człowiek  przez  cały  poprzedni  tydzień  nie 

odstępował jej na krok. 

- Odmówiła panu, co? 
Twarz Josepha spurpurowiała. 
- Odmówiła mi! Chciałbym to widzieć. Nie, to ona próbowała mnie uwieść. Przypuszczam, że wyczuła szansę na 

korzystne  małżeństwo.  -  Joseph  spojrzał  na  swe  odbicie  w  lustrze  i  poprawił  fular.  -  Oczywiście,  od  razu  jej 
powiedziałem, co o tym myślę. 

Biedna  Merab  miała  pewnie  okropny  tydzień,  pomyślał  nagle  Rowland  i  uśmiechnął  się  ze  smutkiem.  Że  też 

musiała się natknąć na tego typa. 

- Dlaczego mówi mi pan o tym wszystkim? 
Joseph zmitygował się nieco. 
-  Och,  nie  chcę  psuć  jej  dobrego  imienia  -  odparł  łagodnie.  -  Pomyślałem  tylko,  że  powinienem  pana  ostrzec. 

Mam nadzieję, że zachowa pan to dla siebie? 

Poprosił już kilka osób, by zachowały jego rewelacje dla siebie, i rezultaty były bardzo zadowalające. 
 
M
erab  musiała  się  sporo  natrudzić,  nim  Amelia  wyjawiła  jej  treść  coraz  liczniejszych  plotek.  W  końcu 

poskutkowała  dopiero  groźba,  że  spyta  o  nie  sir  Thomasa.  Obie  panie  siedziały  w  buduarze  Amelii,  czarującym 
pokoju o ścianach wyłożonych tapetą w kolorze delikatnej zieleni. Na wygodnych meblach ułożone były przytulne 
miękkie  poduszki.  Amelia  siedziała  przy  kominku,  trzymając  stopy  na  małym  stołku  obitym  miękką  tkaniną. 
Merab usadowiła się naprzeciwko niej i grzała dłonie przy ogniu. Nagle zrobiło jej się bardzo zimno. 

- To musiał być kuzyn Joseph albo ciotka Dinah  - stwierdziła znużonym głosem, kiedy Amelia opowiedziała jej 

wszystko. 

- A nie pan Sandiford? - Amelia dowiedziała się od Gregga o wizycie Rowlanda, a ponieważ Merab nawet jej o 

tym nie wspomniała, obawiała się najgorszego. 

- Kuzyn Rowland? No cóż, nie przepadam za nim, to prawda - odpowiedziała Merab spokojnie. - Ale wątpię, czy 

kiedykolwiek zrobiłby coś równie podłego. 

Amelia uniosła lekko brwi. 

background image

 

45 

- Zdaje się, że ostatnio sporo zyskał w twych oczach. 
Merab zaczerwieniła się. 
- Przynajmniej jest dżentelmenem - odparła wymijająco. - Joseph nim nie jest. 
Amelia  westchnęła.  Cóż  z  tego,  że  Merab  darzyła  pana  Sandiforda  coraz  większą  sympatią,  skoro  musiała 

wkrótce wyjechać, czego po cichu życzył sobie sir Thomas. 

- Muszę wracać do Hartfield - powiedziała Merab po chwili milczenia. 
- Nie! - zawołała Amelia. - Och Merab, nie możesz tego zrobić! Przecież to oznaczałoby przyznanie się do winy, 

nie rozumiesz? 

- Jak mogłabym tu zostać? Myślisz, że nie widzę, co się wokół mnie dzieje? Nie mogę pozwolić, by plotki na mój 

temat psuły ci opinię. Jestem pewna, że sir Thomas zgodziłby się ze mną. 

Amelia znów westchnęła. 
- Jestem przekonana, że się zgadza - kontynuowała Merab. - Jaki mężczyzna i jaki mąż nie przyznałby mi racji? 

Tak czy inaczej  muszę tam pojechać, by znaleźć  jakiś dowód na to, że  moi rodzice  zawarli  legalne  małżeństwo. 
Myślisz, że łatwo mi znosić myśl, że mój ojciec mógł tak okropnie wykorzystać mamę? 

-  Oczywiście,  rozumiem  to,  kochana  Merab.  -  Oczy  Amelii  pełne  były  łez.  -  Jestem  pewna,  że  twój  ojciec  był 

uczciwym i honorowym człowiekiem. A co do... 

Amelia nie dokończyła zdania, gdyż do pokoju wszedł Gregg. 
- Pan Sandiford prosi o kilka minut rozmowy, proszę pani. 
Amelia spojrzała szybko na Merab, która zbladła nagle jak ściana. 
- Wprowadź go, Gregg - odparła. - I nie ma nas w domu dla innych gości. 
- Oczywiście, proszę pani. 
Rowland wmaszerował do salonu, blady i stanowczy. Amelia zauważyła również, że wygląda bardzo przystojnie 

w  ciemnoniebieskim,  dwurzędowym  surducie,  dopasowanym  do  jego  sylwetki.  Im  częściej  go  widywała,  tym 
bardziej była przekonana, że on i Merab doskonale do siebie pasują. W duchu przeklinała los, który zetknął ich ze 
sobą w tak przewrotny i okrutny sposób. 

Rowland od razu przeszedł do rzeczy. 
- Przyszedłem tutaj z powodu tych plotek - powiedział, usiadłszy na wskazanym przez Amelię miejscu. - Wiem 

dobrze, kto je rozsiewa, i chciałem spytać, czy mogę być pani pomocny w jakikolwiek sposób. 

Amelia spojrzała na Merab i podniosła się ze swego fotela. 
- Jesteśmy paro bardzo wdzięczne za wsparcie - oświadczyła z uśmiechem. - Zostawię pana z Merab, by omówił 

pan z nią szczegóły. Pan wybaczy, ale muszę pójść do dzieci. 

Rowland  otworzył przed  nią drzwi. Kiedy usiadł z powrotem,  opowiedział Merab pokrótce  o swej rozmowie  z 

Josephem. 

- Podejrzewam, że nie przyjęła pani jego oświadczyn - zakończył. 
-  Rzeczywiście  tak  było.  -  Merab  zarumieniła  się  znowu.  Nagle  przypomniała  sobie,  że  odmówiła  także 

Rowlandowi, choć dzięki Bogu miało to miejsce w innym pokoju. - On... on był po prostu okropny. Chodziło mu o 
moje  „koneksje”,  jak  to  sam  ujął.  Przypuszczam,  że  teraz  robi  wszystko,  bym  nie  miała  już  żadnych.  -  Dodała 
jeszcze, że zamierza wyjechać do Hartfield Hall, by odnaleźć przynajmniej świadectwo ślubu swoich rodziców.  - 
Przypuszczam,  że  jest  gdzieś  w  kufrze  mamy  -  dokończyła.  -  Po  jej  śmierci  nie  miałam  dość  sił,  by  do  niego 
zajrzeć, więc po prostu zostawiłam go tam, gdzie był. 

Rowland nie miał wątpliwości co do tego, że małżeństwo było prawdziwe  - znacznie bardziej martwił się drugą 

częścią  rozpuszczanych  przez  Josepha  plotek.  Rozumiał  doskonale,  że  Merab  musiała  być  wychowywana  w 
przeświadczeniu, iż jej matka była nauczycielką śpiewu. Nie był to zawód chwalebny, ale przynajmniej mieścił się 
w kanonach dobrego smaku. Jednak pogłoski o tym, że pani Hartfield była śpiewaczką operową, mogły narobić jej 
córce sporych kłopotów, a Rowland wiedział dobrze, że plotki takie krążą w rodzinie Hartfieldów już od długiego 
czasu. Jak jednak miał powiedzieć Merab, że jej rodzice okłamywali ją przez tyle lat? 

- Czym zamierza pani podróżować? - spytał w końcu. 
- Nie zastanawiałam się nad tym jeszcze. Pewnie powozem. Może napiszę do pana Camberwella, by zabrał mnie 

z Cirencester, wracając z targu. 

- To nie jest dobry pomysł. Prawdziwej damie nie wypada zatrzymywać się w byle jakiej tawernie! 
-  Więc  może  wozem  pocztowym?  Naprawdę,  nie  chciałabym  kłopotać  sir  Thomasa.  -  Merab  pomyślała  z 

niepokojem o kosztach. Wóz pocztowy był znacznie droższy. 

- Nie, ja panią zabiorę. 
- Pan? - Merab spojrzała na niego z przerażeniem. 
Rowland uniósł lekko brew. 
- Już od dłuższego czasu myślę o tym, że powinienem sprawdzić, co dzieje się w majątku. 
-  Ależ  to  nie  wypada  -  wybuchnęła  Merab.  Podróżować  w  karecie  wyłącznie  w  towarzystwie  mężczyzny!  Nie, 

żadna dama, która chciałaby zachować choćby resztki reputacji, nie mogła sobie pozwolić na coś podobnego. 

- Obiecuję, że nie będę się oświadczał - powiedział Rowland cierpko. 

background image

 

46 

Merab zaczerwieniła się po czubki uszu; milczała. Właśnie wtedy wróciła Amelia. 
-  Doskonały  pomysł  -  oświadczyła  ciepło,  kiedy  dowiedziała  się  o  planach  Rowlanda.  -  Merab  może  wziąć  ze 

sobą  Lottie,  a  wtedy  nic  nie  zagrozi  jej  dobremu  imieniu.  -  Lottie  była  pokojówką,  która  zajmowała  się  Merab 
podczas  jej  pobytu  w  domu  Amelii.  Gospodyni  wspomniała  ostatnio  swej  pani,  że  Lottie  okazuje  nieprzyzwoite 
wręcz  zainteresowanie  pewnym  młodym  kapralem,  więc  wyjazd  za  miasto  był  w  jej  przypadku  jak  najbardziej 
wskazany.  A  poza  tym  należało  przecież  popierać  wszelkie  pomysły,  które  pozwalałaby  Merab  i  panu 
Sandifordowi przebywać w swym towarzystwie. Amelia rozsiadła się wygodnie w fotelu i uśmiechnęła promiennie 
do swej przyjaciółki i jej kuzyna. 

 
M
erab i Amelia rozstały się wśród łez i głośnego pochlipywania. 
- Oczywiście, wkrótce tu wrócisz - mówiła przez łzy Amelia. - Wiem, że wszystko będzie dobrze. 
Merab ucałowała ją gorąco. 
- Oczywiście. 
Wiedziała  jednak, że to  nieprawda, Sir Thomas był bardzo uprzejmy,  nawet starał się  ją pocieszać, jednak  bez 

wątpienia przyjmował jej wyjazd z wielką ulgą. Merab nie wróciłaby do Amelii bez zaproszenia, a sir Thomas na 
pewno nie pozwoliłby swej żonie, by w tych okolicznościach znów gościła ją u siebie. Merab nie mogła mieć do 
niego  pretensji.  Który  mężczyzna  dobrowolnie  zgodziłby  się  na  to,  by  jego  żona  została  wykluczona  z 
towarzystwa? 

Rowland nie powiedział swej matce nic poza tym, że wyjeżdża z Bath. Pani Bridges zakładała więc, że jej syn 

wybiera się do Merryn Park, i tylko dzięki przypadkowemu spotkaniu z Amelią dowiedziała się prawdy. 

- Odwozi pannę Hartfield do domu?! - wykrzyknęła zdumiona. 
- Tak, nie powiedział pani o tym? 
- Nie. 
Obie  panie  zamilkły,  i  choć  obie  uważały,  że  takie  zachowanie  Rowlanda  było  wielce  interesujące,  zarazem 

czuły, że nie znają się dość dobrze, by o tym rozmawiać. 

 
R
owland zabrał Merab i Lottie bardzo wcześnie, jeszcze przed siódmą rano, gdyż podróż mogła im zabrać nawet 

cały  dzień.  Kufer  Merab  i  walizka  Lottie  dołączyły  do  bagażu  Rowlanda  na  dachu  powozu.  Lottie,  popłakując 
cicho, weszła do środka, a potem z głośnym szlochem zarzuciła sobie fartuszek na głowę. Merab wzniosła oczy ku 
niebu, natomiast Rowland uśmiechnął się pod nosem. 

-  Proszę  wejść,  kuzynko  -  powiedział  tylko.  Potem  wspiął  się  za  nią,  postukał  laską  w  sufit,  i  powóz  ruszył  w 

drogę. 

Początkowo podróż przebiegała wyjątkowo spokojnie. Merab, która ze strachem  myślała o tym, jak przez cały 

dzień  wytrzyma  tylko  w  towarzystwie  Rowlanda,  zaczęła  się  powoli  uspokajać.  Być  może  obecność  Lottie 
powstrzymywała  go  od  nieprzyjemnych  uwag,  a  może  po  prostu  nieco  polubił  swą  kuzynkę.  Tak  czy  inaczej 
rozmawiali spokojnie o zmianach, jakie Rowland zamierzał wprowadzić w swoim majątku, a Merab wtrąciła kilka 
całkiem interesujących uwag. 

-  Czytałam  gdzieś  o  korzyściach,  jakie  daje  nawóz  rybny  -  powiedziała.  -  Choć  podejrzewam,  że  mieszka  pan 

zbyt daleko od morza, by tego rodzaju nawóz był dla pana łatwo dostępny. 

Rowland spojrzał na nią i uniósł brwi, rozbawiony. 
- A co pani wie na temat nawozu z ryb, kuzynko? 
Merab roześmiała się. 
-  Nic.  Prócz  tego,  że  wzbogaca  glebę.  Przyznaję  jednak,  że  nie  rozumiem,  dlaczego  gleba  miałaby  tego 

potrzebować. Natura chyba nie chciała, by ryby w jakikolwiek normalny sposób lądowały na suchej ziemi. 

- Natura nie pozwala też używać tylko jednego rodzaju zboża, i wiadomo powszechnie, że używanie tego samego 

zboża rok po roku źle wpływa na żyzność ziemi. 

- Natura preferuje różnorodność? 
- Tak by się wydawało. Oczywiście, nie potrafimy tego jeszcze wyjaśnić, ale... 
Rozmowa została gwałtownie przerwana przez nagłe szarpnięcie, które rzuciło Lottie na przeciwległe siedzenie. 

Potem  rozległy  się  strzały  i  rżenie  wystraszonych  koni.  Lottie  wrzasnęła  przeraźliwie.  Rowland  rzucił  się  po 
pistolety. 

-  Na  twoim  miejscu  nie  robiłbym  tego.  -  Drzwi  powozu  otworzyły  się  gwałtownie  i  stanął  w  nich  potężnie 

zbudowany mężczyzna w masce na twarzy. Rozbójnik przystawił lufę pistoletu do piersi Rowlanda. 

- No już, dawaj pieniądze. 
- A skąd wiesz, że mamy jakieś pieniądze? 
Lufa pistoletu wbiła się mocniej w pierś Rowlanda. 
- Nie próbuj się ze mną bawić. Twoja sakiewka. I tej pani. - Ruchem głowy wskazał na wyjście. - Wyskakuj. 
Rowland z ociąganiem wykonał jego polecenie. Gdy tylko zasłonił drzwi, Merab bez namysłu sięgnęła po pistolet 

wiszący  na  ścianie.  Na  Boga,  był  załadowany!  Odciągnęła  cyngiel  i  wymierzyła.  Widziała  rozbójnika  bardzo 

background image

 

47 

wyraźnie. Rowland wciąż próbował się opierać, a rozzłoszczony zbój pochwycił go za ramię i ściągnął na ziemię. 
Rowland upadł, i w tym momencie Merab wypaliła. Rozbójnik upadł, a wystraszone konie zaczęły szarpać się  w 
uprzęży. Lottie piszczała. 

Merab przerażona, że powóz przejedzie Rowlanda, zeskoczyła na ziemię i krzyknęła do woźnicy: 
- Na Boga, przytrzymaj je! 
W tym  momencie rozległ się  drugi strzał i Merab poczuła piekący ból  w ramieniu. Wypuściła z  dłoni pistolet. 

Czerwona  plama  na  sukience  zaczęła  się  gwałtownie  powiększyć.  Drugi  rozbójnik,  z  bronią  gotową  do  strzału, 
podjechał  bliżej  i  mierzył  w  Merab.  Zanim  jednak  zdążył  pociągnąć  za  cyngiel,  Rowland  pochwycił  pistolet  i 
wypalił do niego z drugiej lufy. Mężczyzna zaklął głośno, złapał się za nogę, zawrócił i odjechał galopem. 

Na moment zapadła cisza, przerywana tylko wrzaskami Lottie i pojękiwaniami rannego zbója. Rowland powoli 

podniósł się z ziemi. Spojrzał na Merab. Ona również popatrzyła na niego, po czym nagle pobladła i osunęła się na 
ziemię. 

Nie bardzo zdawała sobie sprawę z tego, co działo się potem, gdyż wciąż odzyskiwała i traciła przytomność. Ktoś 

bezceremonialnie rozerwał jej suknię na ramieniu i odsłonił ranę. 

- To tylko powierzchowna rana  - rozbrzmiał  czyjś  głos. Czyżby to Rowland  mówił o  niej z taką troską? Potem 

przyszła  Jej  do  głowy  zupełnie  absurdalna  myśl,  że  na  szczęście  włożyła  na  podróż  jedną  ze  swych  starszych 
sukien. Potem znów straciła przytomność. 

Kiedy  doszła  wreszcie  do  siebie,  początkowo  nie  mogła  zrozumieć,  gdzie  jest  i  co  się  z  nią  dzieje.  Była 

oszołomiona  i  ogłupiała.  Okropnie  bolało  ją  ramię.  Głowę  opierała  o  czyjąś  twardą  pierś.  Przestraszona, 
wyprostowała się gwałtownie. Rowland odsunął rękę. W dłoni trzymał jej czepek i szpilki do włosów. 

- Nie wiedziałem dotąd, że kobiety potrzebują aż tylu szpilek - powiedział, siląc się na normalny ton. - Gubiła je 

pani przez całą drogę. 

Merab wpatrywała się  w niego przez  moment,  marszcząc brwi  i próbując sobie przypomnieć, co zaszło. Nagle 

krew napłynęła jej do twarzy. 

- Zostaliśmy napadnięci - powiedziała. 
- Tak było, w istocie - zgodził się Rowland. 
- Och, panno Hartfield, była pani taka dzielna! - wtrąciła z ożywieniem Lottie, która najwyraźniej zapomniała już 

o swym zmartwieniu. 

- Naprawdę? 
- Strzeliła pani do niego. Dobrze mu tak. 
Merab spojrzała pytająco na Rowlanda. 
- Postrzeliła pani jednego z bandytów - wyjaśnił. - Był też drugi, który zranił panią. A ja postrzeliłem jego. 
- Nie zabiłam go, prawda? - Nagle wszystkie wydarzenia sprzed kilku chwil stanęły Merab przed oczami. 
-  Nie.  Na  szczęście  byliśmy  niedaleko  od  wioski.  Opowiedziałem  o  wszystkim  miejscowemu  sędziemu,  a  on 

zamknął  zbója  w  areszcie.  Złożyłem  zeznania  w  pani  imieniu,  nie  musi  się  pani  już  o  to  kłopotać  -  zapewnił  ją 
Rowland. 

Merab siedziała przez chwilę w milczeniu, po czym powiedziała: 
- To mogła być jedna z moich nowych sukienek. 
Potem  nagle  wybuchnęła  płaczem.  Rowland  objął  ją  mocno  ramieniem  i  podał  jej  swoją  chusteczkę.  Po  chwili 

Merab wysunęła się z jego uścisku, wyprostowała i energicznie wysiąkała nos. 

- Przepraszam. Płaczę nad sukienką, której nawet nie nosiłam. To takie głupie. 
- Odreagowanie - stwierdził Rowland. 
- Jest pan ranny? 
Rowland wzruszył ramionami. 
-  Jakiś  siniak  czy  zadrapanie.  A  pani  wkrótce  będzie  zdrowa,  dzięki  Bogu  to  tylko  powierzchowna  rana. Przez 

tydzień czy dwa ramię będzie trochę sztywne, ale na pewno się zagoi. 

Odwrócił się i spojrzał za okno. Bez wahania zerwał suknię z jej ramienia, ale teraz wspomnienie tej delikatnej 

skóry,  przeoranej  czerwonym  pasmem  rany,  paliło  go  żywym  ogniem.  Merab,  leżąca  na  siedzeniu  powozu, 
wydawała się taka delikatna i bezbronna. Gdyby nie było tam Lottie, czułby nieodpartą chęć, by... 

Otrząsnął się szybko z tych dziwnych myśli. Lottie tam była. Merab, jego kuzynka, której istnienie pozbawiło go 

oczekiwanego spadku, została lekko ranna, to wszystko. Dlaczego miałby sądzić, że cokolwiek się zmieniło? 

Gdy przyjechali  do Hartfield,  majątek był  niemal całkiem  opustoszały. Większość służby  dostała już  odprawę  i 

opuściła  dom.  Na  miejscu  pozostały  tylko  Mary  i  Jenny  oraz  jeden  mężczyzna  do  cięższych  prac  fizycznych. 
Służące zostały powiadomione  wcześniej  o przyjeździe Merab i przygotowały  dla  niej pokój,  jednak pozostawał 
problem Rowlanda. Zgodnie z zasadami dobrego wychowania pan Sandiford nie powinien był zostać w Hartfield 
Hall,  jeśli  Merab  nie  towarzyszyła  jakaś  przyzwoitka.  Dlatego  też  jeszcze  przed  wyjazdem  Rowland  zamierzał 
zamieszkać w gospodzie we wsi i przyjeżdżać do Hartfield w razie potrzeby. 

Nie mógł jednak z czystym sumieniem zostawić swej kuzynki na pastwę dwu rozchichotanych służących i Lottie, 

background image

 

48 

która wcale nie była lepsza od nich. Merab przez ostatnie pół godziny podróży milczała. Rowland podejrzewał, że 
rana mocno daje jej się we znaki. Kiedy dotknął jej czoła, przekonał się, że ma także sporą gorączkę. Nie było w 
tym nic niepokojącego, jednak Merab nie mogła być pozostawiona sama sobie. 

Doszedł więc do wniosku, że musi zostać w Hartfield przynajmniej na tę noc. Lottie mogła spać w pokoju Merab 

na składanym łóżku, zastępując w ten sposób normalną przyzwoitkę, on zaś postanowił, że nazajutrz skontaktuje 
się z panem Camberwellem, by sprowadzić tu na tydzień lub dwa jakąś szacowną starszą damę. 

Powóz skręcił w aleję prowadzącą do Hartfield Hall i po chwili zatrzymał się przed domem. Rowland wyskoczył 

z kabiny; rozłożył schodki. Jednak Merab nie była w stanie iść o własnych siłach, więc Rowland, nie zważając na 
jej protesty, wziął ją na ręce i zaniósł do domu, starając się nie zwracać uwagi na Jenny i Mary, które chichotały za 
jego  plecami.  Zaniósł  Merab  do  salonu,  otworzył  ramieniem  drzwi,  po  czym  zawołał  Lottie  i  kazał  jej  zdjąć 
pokrowce z sofy. 

Merab otworzyła oczy. 
- Gorąco mi - szepnęła. 
- Ma pani lekką gorączkę - odparł Rowland krótko. - Poprawię pani opatrunek, a potem położy się pani do łóżka. 

Lottie przyniesie laudanum, proszę je zażyć. Jest pani głodna? 

Merab pokręciła głową. 
Rowland położył ją ostrożnie na sofie i poszedł przygotować nowy opatrunek. Po chwili powrócił z Mary, która 

niosła na tacy płótno opatrunkowe, rolkę bandaża, nożyczki, butelkę z ciepłą wodą, flanelową szmatkę i parujący 
okład. 

- Boisz się widoku krwi? - spytał Rowland Mary. 
- Nie, sir. 
- To dobrze. Lepiej tu zostań, możesz się przydać. 
-  Jeśli  zechce  pan  odrobinę  poczekać,  przyniosę  jeszcze  jedno  prześcieradło  -  powiedziała  Mary,  patrząc,  jak 

Rowland odwija prowizoryczny bandaż. - Nie ma sensu brudzić wszystkiego. 

Rowland wziął flanelową szmatkę i ostrożnie zamoczył bandaż w miejscu, gdzie zakrzepła krew przykleiła go do 

rany. Merab zagryzła mocno dolną wargę. 

- Postaram się być bardzo delikatny. 
- Nic mi nie będzie - odparła krótko. 
Po  odwinięciu  bandaży  oboje  ujrzeli  ranę,  która  okazała  się  być  długą,  niezbyt  głęboką  bruzdą.  Choć  w  kilku 

miejscach znów zaczęła krwawić, Rowland z ulgą stwierdził, że nie ma żadnych śladów zakażenia. Przemył ranę 
ostrożnie, wysuszył i powiedział do Mary: 

- Podaj mi, proszę, ten okład. 
- A to po co? - Merab przyglądała się podejrzliwie okładowi. 
- To na wypadek, gdyby do rany dostał się jednak jakiś brud. To tylko woda i chleb. 
- Hm... 
- Mój tato używał tego do leczenia koni - wtrąciła Mary. - To bardzo dobre, panno Hartfield, naprawdę. 
Merab zaczęła się śmiać, lecz zaraz skrzywiła twarz w bolesnym grymasie. 
Rowland przyłożył szarą papkę do rany. 
- Płótno - zaordynował. - Bandaż. - Wprawnie obwiązał ramię chorej. - Nie za mocno? 
- Nie, bardzo dobrze. Dziękuję - dodała po chwili milczenia. 
- Lottie! - zawołał Rowland. - Pójdziesz z Mary i przygotujesz łóżko dla panny Hartfield. Zaniosę ją tam za jakieś 

dziesięć minut. 

- Tak jest, proszę pana. 
Pozostawieni  tylko  we  dwoje,  kuzyni  siedzieli  w  milczeniu.  Rowland  poprawił  jeszcze  węzeł  na  opatrunku  i 

wziął chorą za nadgarstek, by zbadać jej puls. 

Merab uświadomiła sobie  nagle, że  ma odkryte ramię; zaczerwieniła się. Serce, które jeszcze przed  momentem 

było zupełnie spokojne, teraz zaczęło bić jak szalone. Rowland podniósł głowę i ich spojrzenia nagle się spotkały. 
Przez  długą  chwilę  patrzyli  sobie  w  oczy;  milczeli.  Świat  zatrzymał  się  w  miejscu.  Merab  słyszała  tylko 
nienaturalne,  jakby  nieziemskie  tykanie  zegara.  Zauważyła,  że  oczy  Rowlanda,  choć  szare,  kryły  w  sobie 
ciemniejsze  iskierki,  a  jego  rzęsy  były  długie  i  czarne.  Potem  Rowland  wypuścił  jej  rękę  i  powiedział  głosem 
wypranym z wszelkich emocji: 

- Przypuszczam, że Lottie przygotowała już pokój. Zaniosę panią na górę. 
Merab nie odpowiedziała ani słowa, jednak gdy Rowland wynosił ją na górę, słyszała, że jego serce również bije 

głośno i szybko. 

 
N
azajutrz Merab obudziła się dość późno. Przez moment nie mogła sobie przypomnieć, gdzie jest - okno było w 

niewłaściwym miejscu, zasłony przy łóżku całkiem inne niż w domu Amelii. Potem wszystko zrozumiała. Usiadła 
ostrożnie i dotknęła ramienia. Wciąż było sztywne i obolałe, jednak poza tym wydawało się sprawne. 

Po chwili jej myśli zwróciły się ku Rowlandowi. Przypomniała sobie, że sam opatrzył jej ranę i że był przy tym 

background image

 

49 

bardzo  miły  i  delikatny.  W  niczym  nie  przypominał  aroganckiego,  szorstkiego  mężczyzny,  którego  tak 
znienawidziła w dzień odczytania testamentu. A potem wieczorem, w ciszy salonu, nastąpił ten moment... Merab 
przelękła się nagle własnych myśli. Nie, była nieprzytomna, to wszystko musiało jej się przyśnić. 

Usiadła nieco  wyżej  i rozejrzała się  dokoła. W rogu stało składane  łóżko, a przy nim  leżała torba Lottie,  więc 

zostały  przynajmniej  zachowane  pozory  przyzwoitości.  Merab  doskonale  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  ten 
epizod może pogrążyć ją ostatecznie, jeśli tylko dowie się o nim towarzystwo w Bath. Potem otrząsnęła się z takich 
myśli. Najważniejszy jest przecież szacunek, jaki miała sama dla siebie. 

Po  chwili  stwierdziła,  że  nie  ma  sensu  rozmyślać  dłużej  o  tym,  co  się  stało  i  o  jej  kuzynie.  Musi  wziąć  się  w 

garść. Powinna zajrzeć do kufra matki i dowiedzieć się prawdy. Zadzwoniła na Lottie. 

Rowland był w bibliotece, kiedy Merab zeszła na parter. 
Wydawało  jej  się,  że  słyszy  w  jego  głosie  dziwne  napięcie,  kiedy  spytał  ją  uprzejmie,  jak  jej  się  spało  i  czy 

dobrze się czuje. 

- Lepiej - odrzekła Merab krótko. Potem zmusiła się, by dodać z udawaną swobodą.  - Muszę panu podziękować 

za opiekę. Wątpię, czy biedna Lottie wiedziałaby, co ze mną zrobić. 

Rowland zbył to machnięciem ręki. 
- Chyba powinienem obejrzeć ranę. Jadła już pani śniadanie? 
- Lottie przyniosła mi kawę i tosta. 
Rowland wstał; sięgnął po dzwonek. 
- Przywołam Mary. 
Rana Merab była czysta i goiła się jak należy. Tym razem Rowland nie zajmował się nią osobiście, lecz kierował 

poczynaniami Mary, kiedy ta przemywała ranę i bandażowała na nowo. 

- No proszę! - powiedział, kiedy Mary skończyła. - Teraz Mary może się panią zajmować. Spodziewam się, że za 

tydzień będzie pani zdrowa jak ryba. 

- Dziękuję ci. - Merab uśmiechnęła się słabo do służącej i z ulgą opadła na oparcie skórzanego fotela. 
- Za pani pozwoleniem, kuzynko - zaczął Rowland - pojadę dzisiaj złożyć wizytę panu Camberwellowi. 
- Oczywiście.  Ale, panie Sandiford, nim pan pojedzie, czy  mogłabym prosić, by zajął się pan zniesieniem  kufra 

mojej mamy? Chciałabym, żeby przeniesiono go do mojego starego salonu. Muszę przejrzeć jego zawartość. 

- Jest pani pewna, że ma na to dość sił? Wygląda pani bardzo blado. 
- Jestem pewna. Muszę poznać prawdę. 
Rowland przez chwilę przyglądał jej się badawczo, po czym odrzekł: 
- Oczywiście, zajmę się tym. 
Jakieś pół godziny później Rowland ubrany w płaszcz, z kapeluszem w dłoni, wszedł do biblioteki, gdzie wciąż 

siedziała Merab. 

- Kufer jest w salonie, kazałem też napalić tam w kominku. 
Merab otworzyła oczy. 
- Dziękuję, kuzynie. 
Rowland uśmiechnął się i wyszedł. 
Kufer był bardzo ciężki, okuty żelaznymi sztabami i obity miedzią. Merab trzymała kluczyk do kufra w swojej 

szkatułce z klejnotami. Teraz siedziała przed nim i próbowała otworzyć. Ktoś naoliwił zawiasy i zamek, zapewne 
na polecenie Rowlanda, więc nie było to trudne. 

Na  samym  wierzchu  leżały  ubrania  matki,  których  Merab  po  prostu  nie  była  w  stanie  wyrzucić:  wieczorowy 

płaszcz z aksamitną krezą, który dni swej największej świetności dawno już miał za sobą, kilka par rękawiczek, za 
małych  na  Merab,  i  torebka  wyszywana  drobnymi  paciorkami.  Merab  z  nabożną  czcią  przeniosła  te  ubrania  na 
sofę.  Pod  spodem  znajdowały  się  buty  i  pantofle,  parasolka,  kilka  wielkich,  staromodnych  mufek  oraz  nieco 
pognieciony kapelusz, ze smętnie obwisłymi sztucznymi kwiatami. Te rzeczy Merab także odłożyła na bok. 

Na  dnie  kufra  leżała  Biblia  matki  i  książeczka  do  nabożeństwa,  różne  pudełeczka  i  plik  jakichś  papierów 

owiniętych  w  ceratę  i  przewiązanych  wstążeczką.  Merab  pamiętała,  że  jedno  z  mahoniowych  pudełek  zawierało 
dokumenty  matki. Ostrożnie  wyjęła je ze skrzyni, krzywiąc przy tym twarz z bólu,  gdyż  musiała posługiwać się 
obiema rękami. 

Usiadła na sofie, odsunęła mufki, położyła pudełko na kolanach i otworzyła je powoli. Na samym wierzchu leżał 

list, który pastor napisał do niej po śmierci matki. Nazywał matkę „łaskawą damą” i miał zupełną rację. Nawet gdy 
była  już  śmiertelnie  chora,  pani  Hartfield  zachowywała  się  z  niewymuszonym  wdziękiem  i  godnością.  Merab 
wyjęła  świadectwo  śmierci  matki  i  jej  pogrzebu.  Potem  przejrzała  kopię  świadectwa  swego  chrztu  i  wreszcie 
dotarła do złożonego we czworo kawałka papieru. Rozłożyła go drżącymi rękami. 

Było to potwierdzenie małżeństwa zawartego przez jej rodziców. Ślub odbył się w kościele pod wezwaniem św. 

Pankracego, w dniu 14 kwietnia 1789 roku. Świadkami ślubu byli Theodore Bamfather i pani Eliza O’Riley. 

Pana  Bamfathera  pamiętała  jeszcze  z  dzieciństwa,  jako  schorowanego  staruszka,  który  zmarł,  gdy  ona  miała 

jakieś  sześć  lat.  Zawsze  witał  się  z  jej  rodzicami  po  niedzielnej  mszy  i  zawsze  wciskał  jej  do  kieszeni  jakiś 
smakołyk. Zapewne to właśnie on prowadził jej matkę do ołtarza. 

background image

 

50 

Ale Eliza O’Riley? Podpis był zamaszysty, z dziwacznie pokręconym E i R. Kim ona była? Merab miała przecież 

na drugie imię Eliza. Czyżby została tak nazwana właśnie na cześć owej damy? Wiedziała, że jej pierwsze imię ma 
związek z ukochaną siostrzyczką mamy, która umarła bardzo młodo, i zawsze zakładała, że ta siostrzyczka także 
nazywała się Merab Eliza, tak samo jak ona. Ale czy tak było w istocie? 

Przez  długą  chwilę  siedziała  w  zupełnej  ciszy.  Pudełko  było  już  puste,  a  ona  nie  miała  ochoty  przeglądać 

pozostałych. Była prawowitym  dzieckiem swoich rodziców. Przecież to było  dla niej  najważniejsze. Nagle  zdała 
sobie sprawę, że w głębi serca nigdy w to nie wątpiła - to dziwne, jak złośliwe plotki mogą doprowadzić człowieka 
do zwątpienia. Nigdy nie przyszło jej do głowy, by była okłamywana przez własnych rodziców, a jednak Joseph 
zasiał w jej sercu niepewność, uczynił ją tak nieufną, że musiała na własne oczy ujrzeć dowód. 

Postanowiła na razie pozostawić pudełka  w spokoju, musiała jednak  zająć się ubraniami. Większość z  nich nie 

nadawała się już do noszenia, Lottie mogła jednak coś jeszcze z nimi zrobić. Torebkę i parasolkę zatrzymała dla 
siebie. Zadzwoniła po Lottie. 

Młoda służąca w zadziwiającym wprost tempie wracała do równowagi po tym straszliwym przeżyciu, jakim było 

dla niej rozstanie z  kapralem. Z zapałem  opowiadała wszystkim  o  napadzie,  który  już  nie  wydawał  jej się  wcale 
taki  przerażający,  a  Jenny  i  Mary  stanowiły  bardzo  wdzięczną  publiczność.  Teraz  wciągnęła  z  zachwytem 
powietrze,  patrząc  na  rozłożone  przed  nią  skarby.  Rzeczy  wyrzucane  przez  panie  należały  się  prawnie  ich 
służącym, a każda służąca wiedziała, że jeśli nawet nie chce ich nosić, może je zawsze sprzedać. 

-  Dziękuję,  panno  Hartfield  -  szepnęła  i  oczy  jej  rozbłysły.  -  Och,  to  już  prawie  pora  lunchu,  proszę  pani.  Pan 

Sandiford właśnie wrócił. 

- Zejdę za moment. 
Lunch nie był zbyt wyszukany; trochę szynki, kawałek sera, chleb i ciasto ze śliwkami. 
- Kuzynko? - Rowland wskazał na szynkę. 
- Tak, poproszę. A także kromkę chleba i plasterek sera. 
Rowland spełnił jej życzenie, a potem pokroił szynkę i ser na plasterki, tak by Merab mogła się nimi częstować. 
- Proszę - powiedział, smarując kromki masłem i z uśmiechem podał je Merab. 
-  Dziękuję.  -  Merab  także  odpowiedziała  uśmiechem.  -  Nie  jadłam  tak  od  czasów  dzieciństwa.  Jakie  wieści 

przywiózł pan od pana Camberwella? 

Rowland wzruszył ramionami. 
- Nic interesującego poza tym, że pan Camberwell uważa, iż powinniśmy uzyskać jakieś sto funtów ze sprzedaży 

mebli. Mówi, że testament o nich nie wspomina, a więc prawnie należą do nas. Spytał, czy jest wśród nich coś, co 
chcielibyśmy zatrzymać, pani lub ja. 

Merab pokręciła głową. Większość mebli była ciemna i ciężka, utrzymana w stylu poprzedniego stulecia. Nawet 

wówczas nie były one zresztą specjalnie wyszukane, ot, zwykły komplet ciężkich, wiejskich mebli. Dywany, które 
niegdyś  przedstawiały  zapewne  sporą  wartość,  teraz  były  już  zniszczone  i  wytarte.  Poza  tym,  gdzie  miałaby  je 
przechowywać? 

- Przypuszczam, że srebra są dosyć cenne, prawda? - spytała z nadzieją. 
Rowland podniósł swój widelec i przez chwilę przyglądał mu się z uwagą. 
-  Wątpię.  Ale  możemy  poprosić  kogoś,  by  ocenił  wartość  książek.  -  Potem  dodał:  -  W  drodze  powrotnej 

wstąpiłem  do  pani  Barden.  Zgodziła  się  pomieszkać  tutaj  przez  tydzień  lub  dwa.  To  rozwiązuje  ten  irytujący 
problem przyzwoitki i dobrych obyczajów. 

- Pani Barden! - Merab rozpromieniła się. - Kochana pani Barden. Ależ  ona musi  mieć już ponad  osiemdziesiąt 

lat. Czy dobrze się czuje? 

-  Wydawała  mi  się  wyjątkowo  żwawa.  Mówiła,  że  ma  dwójkę  bardzo  hałaśliwych  wnuków,  dwunaste  i 

czternastolatka, i że odrobina spokoju i ciszy bardzo by jej się przydała. Pojadę po nią około czwartej. - Rowland 
dokończył swoją porcję szynki i podał Merab kawałek ciasta. - Hm, wygląda smakowicie. Proszę mi opowiedzieć, 
co pani dziś porobiła? 

Merab sięgnęła do kieszeni i wręczyła mu złożony kawałek papieru. 
Rowland szybko przebiegł wzrokiem treść dokumentu. 
-  Nigdy  nie  wątpiłem  w  to,  że  małżeństwo  pani  rodziców  było  całkowicie  legalne.  Pani  ojciec  na  pewno  nie 

zostałby  wydziedziczony  z  powodu  utrzymywania  kochanki!  O  ile  wiem,  pani  wuj  Edmund  nigdy  nie  żałował 
sobie tego typu rozrywek. 

Merab gwałtownie podniosła na niego wzrok; na jej twarzy malowała się podejrzliwość i zwątpienie. 
-  Ale...  ale  pan  powiedział...  -  Merab  pamiętała  każde  słowo:  „Nie  wiedziałem,  że  Julian  miał  jakieś  nieślubne 

dzieci”. 

Przez dłuższą chwilę Rowland dziobał bezmyślnie swój kawałek ciasta. 
-  Zdaję  sobie  sprawę  -  przemówił  wreszcie  -  że  jestem  pani  winien  przeprosiny,  kuzynko.  Zachowałem  się 

wyjątkowo grubiańsko, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Była to tylko i wyłącznie moja wina. Nie mam nic 
na swoje usprawiedliwienie. - Rozłożył ręce. - Kuzyn Julian wspomniał tylko raz, jakieś osiem lat temu, że pani i 
pani matka zamieszkałyście w Hartfield. Przyznaję, że nie chciałem mu wierzyć. Wydawało mi się, że została pani 

background image

 

51 

„wymyślona”, żeby mnie przestraszyć i żebym dostosował się do wymagań pani dziadka. Pani obecność tutaj była 
więc  dla  mnie  ogromnym  zaskoczeniem  i  obawiam  się,  że  pochopnie  wyciągnąłem  z  tego  całkowicie  mylne 
wnioski. 

- Pan mnie przeprasza? - spytała Merab ostrożnie. 
- Tak. Z całego serca. 
Merab spojrzała na swój talerz. Była nieco zmieszana. Rowland ją przepraszał? Czy robił to naprawdę szczerze, 

czy  też  była  to  tylko  część  planu,  który  miał  na  celu  przekonać  ją  do  wygodnego  małżeństwa?  Wygodnego 
przynajmniej dla Rowlanda. 

- Dlaczego? - Nie potrafiła opanować podejrzliwego tonu brzmiącego w jej głosie. 
-  Bo  nie  miałem  racji.  A  także  dlatego,  Merab,  że  musiałem  cię  naprawdę  zranić,  skoro  traktujesz  mnie  z  taką 

podejrzliwością. 

Nastąpiła chwila ciszy. 
- Muszę powiedzieć, że to bardzo  dziwne uczucie  mieć krewnego, z  którym  jestem  w  normalnych stosunkach  - 

powiedziała Merab, starając się ukryć zmieszanie, wywołane faktem, że Rowland zwrócił się do niej po imieniu. 

W atmosferze ostrożnej sympatii podzielili między siebie pozostałą część ciasta. 
 
C
hoć  pani  Harrison  przyjęła  wiadomość  o  wyjeździe  Merab  z  nie  ukrywaną  radością,  reakcja  Josepha  była 

całkiem  odmienna.  Jeszcze  jako  uczeń  uwielbiał  tyranizować  mniejsze,  słabsze  dzieci  i  zawsze  niecierpliwie 
wyczekiwał  chwili,  kiedy  będzie  mógł  dopaść  upatrzoną  ofiarę  i  dręczyć  ją  do  woli.  Uwielbiał  napawać  się 
poczuciem siły i  władzy, kiedy  widział  jak  jakieś  dziecko kuli się ze strachu  na jego  widok, uwielbiał,  gdy  jego 
ofiary  próbowały  zjednać  sobie  jego  przychylność,  oferując  mu  przeróżne  słodycze  i  smakołyki,  z  satysfakcją 
patrzył na ich radość, kiedy przyjmował te podarunki i zostawiał je w spokoju. Oczywiście cieszył się, że Merab 
zapłaciła za to, iż ośmieliła się mu odmówić, jednak pozbawiony został radości oglądania jej cierpienia. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  można  mieć  wszystkiego,  postanowił  więc  na  razie  zająć  się  umacnianiem  swej 

pozycji  towarzyskiej.  Po  pewnym  czasie  stwierdził  ze  złością,  że  Merab  cieszyła  się  powszechną  sympatią,  i  że 
atakując ją zbyt otwarcie może wzbudzić podejrzenia i niechęć towarzystwa. Dlatego też mówił o niej z fałszywym 
współczuciem. 

- Ach, moja biedna kuzynka - wzdychał do pani Tiverton. - To naprawdę nie jej wina i trudno winić ją za to, że 

chciała zachować wszystko w tajemnicy... 

- Moja matka okropnie się tym przejęła - poinformował lady Mandersby. 
- To z pewnością dobrze  o  niej świadczy  -  odparła szacowna dama, z powątpiewaniem przyglądając się swemu 

rozmówcy przez lorgnon. - Towarzystwo w Bath stało się ostatnio zbyt pobłażliwe i trzeba wreszcie położyć temu 
kres. 

Joseph nie był do końca zadowolony z tej odpowiedzi i wolał nie wypytywać lady Mandersby, co właściwie ma 

na myśli. 

Pani Harrison  nie była równie rozsądna. Uradowana wyjazdem Merab, nie przepuściła żadnej  okazji, by  dodać 

coś  jeszcze  do  opowieści  o  haniebnej  karierze  Abigail  Cooper.  Tancerka  w  chórze  operowym,  szalone  noce 
spędzane  w  różnych  klubach  o  wątpliwej  reputacji,  niezliczona  liczba  kochanków  -  rewelacje  pani  Harrison 
stawały się coraz mniej prawdopodobne. 

Któregoś dnia po spotkaniu z panią Harrison pani Bridges powiedziała do swego męża: 
- Ciekawe, co będzie dalej. Może sekretne małżeństwo z księciem Walii? 
-  Co  najmniej  -  odparł  pan  Bridges  z  uśmiechem.  -  Wiesz,  kochanie,  chyba  nie  powinnaś  się  tym  zbytnio 

martwić.  Coraz  mniej  ludzi  wierzy  w  te  bzdury.  A  jeśli  tylko  panna  Hartfield  pokaże  świadectwo  ślubu  swych 
rodziców,  nie  będzie  już  chyba  żadnego  powodu,  dla  którego  nie  można  by  przyjąć  jej  z  powrotem  do 
towarzystwa. 

- Ale ci wstrętni Hamsonowie wciąż będą jej kuzynami. Gdybyż wreszcie stąd wyjechali... 
 
M
erab i pani Barden przywitały się z ogromną radością. 
-  Panno  Merab!  Wygląda  pani  cudownie!  Zawsze  mówiłam,  że  kiedyś  będzie  pani  piękna  jak  pani  świętej 

pamięci matka. Ach, to pani biedne ramię. Co za nikczemni zbóje, łotry z piekła rodem. 

Pani  Barden  z  przyjemnością  przyglądała  się  Merab.  Teraz  jest  prawdziwą  damą,  pomyślała.  Pan  Sandiford 

chyba pójdzie wreszcie po rozum do głowy. Opowieści o jego grubiaństwie szybko rozeszły się po okolicy, choć 
pani  Barden  musiała  przyznać,  że  w  stosunku  do  niej  zachowywał  się  niezwykle  uprzejmie,  oferując  jej  koc  do 
przykrycia kolan, kiedy jechała z nim powozem. 

- Pani Barden! Jakże się cieszę, że panią widzę! - Merab ucałowała ją w policzek. - Doskonale pani wygląda. 
- Teraz nie  musi się  już pani  o  nic  martwić, panno Merab  - powiedziała pani Barden,  kiedy zdjęła już czepek i 

płaszcz.  -  Po  drodze  wstąpiliśmy  do  rzeźnika  i  pan  Sandiford  kupił  bardzo  ładny  kawałek  wołowiny.  Już  ja 
dopilnuję, żeby pani nie głodowała. 

-  Ależ  pani  Barden!  -  zawołała  Merab.  -  Pani  nie  przyjechała  tutaj  pracować.  Jestem  pewna,  że  mój  kuzyn 

background image

 

52 

wytłumaczył już, że chodzi o te śmieszne zasady. 

- I bardzo dobrze. - Pani Barden rozpromieniła się w uśmiechu. - Ale pobyt tutaj i trochę ruchu bardzo dobrze mi 

zrobi,  proszę  się  nie  martwić,  panno  Merab.  Moja  córka  jest  dla  mnie  bardzo  dobra,  ale  nie  pozwala  mi  nawet 
ruszyć  palcem,  i  między  nami  mówiąc,  zaczynam  się  już  trochę  nudzić.  No  dobrze,  kochanie,  co  by  pani 
powiedziała na filiżankę herbaty? 

- Tak, poproszę. - Merab poddała się. - Kuzynie Rowlandzie, przyłączy się pan do mnie? Nie skończyłam jeszcze 

przeglądać rzeczy mojej mamy, ale jeśli nie przeszkadza panu bałagan, to w salonie jest przynajmniej ciepło. 

- Nie ma pani nic przeciwko temu? 
- Nie - odparła Merab po krótkiej chwili wahania. 
Później, kiedy Jenny przyniosła im już herbatę, Merab wyznała: 
- Wiem, że to głupie, ale jakoś nie mogę tego otworzyć - wskazała na papiery owinięte w ceratę. - Wydaje mi się, 

że naruszam w ten sposób sanktuarium mojej mamy. 

Rowland spojrzał na wskazane przez Merab paczki i powiedział ostrożnie: 
- Jestem pewien, że pani matka była rozsądną kobietą. Miała dość czasu, by zniszczyć rzeczy, których nie chciała 

nikomu  pokazać.  Skoro  jednak  pozostawiła  je  tutaj,  to  widocznie  zgadzała  się  na  to,  by  pani  kiedyś  do  nich 
zajrzała. 

- Tak, ma pan chyba rację. Nie pomyślałam o tym. Ale co jeśli... jeśli? 
- Jeśli okaże się, że ten paskudny Joseph miał rację? 
Merab nie była w stanie odpowiedzieć. 
-  Merab,  są  różne  tancerki  operowe.  Choć  to  prawda,  że  nie  cieszą  się  zbyt  dobrą  reputacją,  głupotą  byłoby 

zakładać, że nie ma między nimi uczciwych i cnotliwych dziewcząt. 

- Dzię... dziękuję, kuzynie. 
- No już, odwagi. Którą chce pani otworzyć najpierw? 
- Tę małą. 
- Proszę bardzo. 
-  Och!  -  W  środku  znajdowały  się  dwa  pakiety  listów.  Jeden  przewiązany  czerwoną  wstążeczką,  drugi  - 

niebieską. Listy pisane ręką ojca zaadresowane były do panny A. Cooper. - To pismo moich rodziców. 

Rowland uśmiechnął się ciepło. 
- Listy miłosne? 
- Tak przypuszczam. Przeczytam je później. - Mogła to zrobić tylko w samotności. - Kuzynie, poproszę teraz ten 

duży pakunek. 

Rowland wykonał jej polecenie. 
Merab  powoli  rozwiązała  wstążeczkę  i  ściągnęła  ceratę.  Wewnątrz  znajdowały  się  afisze,  programy  i  plakaty 

operowe. Merab szybko przejrzała ich treść. Znajome jej już nazwisko O’Riley powtarzało się tam kilkakrotnie, nie 
zauważyła jednak, by w którymkolwiek przedstawieniu występowała Abigail Cooper. 

-  Bogu  dzięki!  Nie  ma  tu  nazwiska  mojej  matki!  -  zawołała  Merab  i  dyskretnie  otarła  oczy.  -  Ale  jest  ta  Eliza 

O’Riley, która była świadkiem na ślubie moich rodziców. Kim ona jest? 

Rowland, który dotąd zajmował miejsce na krześle, teraz wstał, usiadł obok swej kuzynki i delikatnie wziął ją za 

rękę. 

- Merab - powiedział łagodnie. - Pani matka śpiewała pod innym nazwiskiem. 
-  Pod  innym  nazwiskiem!  -  Merab  patrzyła  na  niego  swymi  wielkimi,  pełnymi  łez  oczyma.  -  Skąd...  skąd  pan 

wie? 

- Ten okropny Joseph. 
- Jakie to było nazwisko? 
Rowland powoli wskazał na afisz. 
- Rosalba Bersanelli. 
Afisz  był  już  nieco  zniszczony.  Dwa  uskrzydlone  aniołki  podtrzymywały  u  góry  wiązankę  róż,  zaś  napis  pod 

spodem głosił: 

 
Teatr Królewski przy Haymarket prezentuje: 
„La Finta Principessa” autorstwa signiora Luigi Cherubini
 
 
Na końcu listy aktorów, pod nagłówkiem „W rolach służących”, widniało nazwisko signiora Rosalba Bersellini. 

Przedstawienie odbywało się w kwietniu 1784 roku. 

- Pani matka musiała być wówczas bardzo młoda - zauważył Rowland. Wciąż trzymał Merab za rękę. 
- Miała dziewiętnaście lat. 
Następny plakat wydrukowany został rok później i zapraszał na kolejną operę Cherubiniego, zatytułowaną Giulio 

Sabino. Tym razem nazwisko matki Merab znajdowało się znacznie wyżej. Elena: signorina Rosalba Bersanelli

-  Muszę  pani  powiedzieć,  kuzynko  -  zaczął  Rowland,  spoglądając  na  Merab  z  troską  -  że  te  przedstawienia,  w 

background image

 

53 

których  występowała  pani  matka,  były  dobre.  Widzę,  że  występowali  tylko  w  Teatrze  Królewskim  i  w  Covent 
Garden.  Żeby  w  wieku  dwudziestu  lat  dostać  tam  jedną  z  głównych  ról,  trzeba  było  być  prawdziwą 
profesjonalistką. 

- Jest pan bardzo uprzejmy - odparła Merab głucho. Wpatrywała się tępym wzrokiem w plakaty, potem wysunęła 

rękę z dłoni Rowlanda i wstała. 

- Proszę mi wybaczyć, kuzynie, ale chciałabym teraz zostać sama. - Skłoniła głowę i wyszła z pokoju. 
Rowland  zwinął  plakaty  i  włożył  je  z  powrotem  do  kufra.  Po  krótkim  namyśle  podszedł  do  sekretarzyka, 

odszukał pióro, atrament i papier, po czym zasiadł do pisania. 

 
P
ani Bridges siedziała w swym przytulnym salonie z widokiem na plac św. Jakuba i z przyjemnością przyglądała 

się czerwonemu bukowi, rosnącemu pośrodku ogrodu na tymże placu. Drzewko zaczęło właśnie wypuszczać liście, 
co wprawiało panią Bridges w dobry nastrój. Lubiła mieszkać wysoko i z dala od samego centrum - powietrze było 
tu czystsze, a jeśli nawet nie miała wspaniałego widoku na plac Royal Crescent, to nie musiała także znosić hałasu, 
jaki  zawsze  wypełniał  to  miejsce.  Mogła  korzystać  ze  wszystkich  przywilejów,  jakie  dawało  mieszkanie  przy 
centrum miasta, korzystając jednocześnie z ciszy i spokoju rzadko w takim miejscu spotykanych. 

Oczywiście,  spacer  do  Pijalni  był  dosyć  długi  i  nieco  męczący,  ale  zarówno  pan,  jak  i  pani  Bridges,  z 

przyjemnością  pokonywali  tę  odległość,  co  zresztą  doskonale  wpływało  na  ich  zdrowie.  Zaś  przy  brzydkiej 
pogodzie zawsze mogli wynająć powóz. 

Pani Bridges  została nagle  wyrwana z tych rozmyślań, gdyż  do pokoju  weszła służąca, niosąc na srebrnej tacy 

jakiś list. 

Rowland, to był list od Rowlanda. Szybko rozerwała pieczęć. Przeczytała list dwa razy i poszła szukać męża. 
-  To  dziwne  -  powiedział  pan  Bridges  jakieś  dwadzieścia  minut  później.  -  Zgadzam  się  z  tobą,  że  prawowite 

urodzenie panny Hartfield ma spore znaczenie, ale ta historia z operą... Nie bardzo wiem, jak moglibyśmy sobie z 
tym poradzić. 

-  Po  prostu  zaprzeczyć  wszystkiemu  -  odparła  jego  żona.  -  W  końcu  kto  może  przedstawić  jakieś  dowody? 

Zapewne sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby Abigail Cooper nie występowała pod innym nazwiskiem, ale skoro to 
zrobiła,  to  kto  jest  w  stanie  udowodnić,  że  Rosalba  Bersellini  i  ona  to  jedna  i  ta  sama  osoba?  Na  Boga,  minęło 
przecież ponad trzydzieści lat! 

- Myślisz, że potrafiłabyś przekonać panią Tiverton i lady Mandersby? 
Pani Bridges zastanawiała się przez chwilę. 
-  Rowland  przynajmniej  uznaje  teraz  pannę  Hartfield  za  swoją  krewną,  choć  gdyby  zrobił  to  wcześniej, 

oszczędziłby nam wszystkim wiele kłopotów. Czy możemy się tym posłużyć? 

- Lady Mandersby będzie chciała wiedzieć, dlaczego panna Hartfield nie została uznana wcześniej. 
- Testament? 
- Dobry Boże, Liz, przecież nie możesz jej powiedzieć o tym testamencie! 
-  Nie  o  tym  prawdziwym,  oczywiście.  Powiedzmy,  że  został  obalony,  pojawiły  się  jakieś  techniczne  problemy. 

Dopiero teraz prawda  wyszła  na jaw. Pan Hartfield uznał pannę Hartfield, ale ponieważ był starym, zrzędliwym 
sknerą, nie zostawił majątku ani jej, ani Rowlandowi. Wszystko zostało oddane na cele dobroczynne. 

Pan  Bridges,  prawnik,  widział  tu  co  najmniej  kilka  problemów,  nie  wspomniał  jednak  o  tym.  Zdawał  sobie 

sprawę,  że  w  gruncie  rzeczy  rehabilitacja  Merab  zależy  raczej  od  humoru  lady  Mandersby  niż  od  prawdziwego 
stanu rzeczy. A lady Mandersby miała już zdecydowanie dość Harrisonów. 

-  Ale  czy  Bath  będzie  przychylnie  traktować  młodą  damę,  która  ma  co  prawda  tytuł,  ale  żadnych  pieniędzy?  - 

martwiła się pani Bridges. 

-  Ma  to,  co  zostawił  jej  ojciec.  Nie  trzeba  rozgłaszać,  jaka  to  suma.  Tak  czy  inaczej,  kochanie,  ponieważ,  jak 

przypuszczam,  chcesz  ją  wydać  za  Rowlanda,  sprawa  posagu  jest  nieistotna.  Jeśli  się  pobiorą,  Hartfield  będzie 
należeć do nich. 

- Jeśli do tego dojdzie - odparła posępnie pani Bridges. - Rowland potrafi być taki nierozsądny. Zakochuje się w 

tej  głupiutkiej  lalce,  Kitty  Parminster,  i  zupełnie  nie  zwraca  uwagi  na  cudowną  kuzynkę,  którą  ma  przecież  pod 
nosem. Czasami mam ochotę załamać nad nim ręce! 

- Sądząc po tym liście, zmienił już nieco zdanie. 
- Tak - przyznała pani Bridges z nadzieją w głosie. - To prawda. 
Merab  nie  wspomniała  ani  słowem  o  profesji  swej  matki  ani  tego  wieczora,  ani  przez  następnych  kilka  dni. 

Czytała  listy  miłosne  i  płakała  nad  nimi  w  zaciszu  swej  sypialni.  Początkowo  jej  matka  była  nieubłagana  i  nie 
godziła się  na  małżeństwo  w  obawie, że zrujnuje  życie ukochanego. Jonathan błagał  ją;  nie chciał, by była  jego 
kochanką, twierdził, że jest warta czegoś więcej. Wreszcie - listy krążyły pomiędzy parą zakochanych ponad rok - 
Abigail poddała się i doszło do ślubu. Listy kończyły się krótką notką, napisaną ręką matki i dołączoną do listów 
męża. 

Tak  wiać  mój  ukochany  Jonathan  i  ja  pobraliśmy  się  w  końcu,  a  teraz  mamy  cudowne  dziecko.  Jednak  tylko 

dobry Bóg, który wciąż ma nas w swej opiece, wie, jaką cenę zapłacił za to mój ukochany. 

background image

 

54 

Notka, opatrzona dokładną datą, została napisana kilka dni po urodzinach Merab. 
Czy warto było? - zastanawiała się Merab. Tak, gdyż jej rodzice byli ze sobą szczęśliwi. Może to lepiej, że umarli 

całkiem młodo. Nigdy nie zaznali upokarzającej biedy, która kiedyś mogła stać się ich udziałem. Merab wiedziała 
już teraz, że dziadek nigdy nie wybaczyłby jej ojcu. 

Ale jak jej matka mogła zostać śpiewaczką operową? Jak mogła okłamywać swą córkę! To było już zupełnie co 

innego. Merab słyszała w szkole sporo o śpiewaczkach operowych. Kobiety, które same sobie zasłużyły na swój 
haniebny los, które pokazywały się na scenie, często bardzo skąpo odziane! Jak matka mogła robić coś podobnego? 
Nauczanie  śpiewu,  czy  nawet  występy  na  jakichś  zamkniętych  przyjęciach,  to  jedna  rzecz,  ale  odgrywanie  scen 
namiętności dla wszystkich tych Tomów, Dicków i Harrych, to coś zupełnie innego! 

Merab wybrała się na spacer do ogrodu. Jej myśli krążyły ciągle wokół tego samego tematu. Mama! Jej łagodna, 

skromna  mama  występująca  na  scenie.  Merab  sama  nigdy  nie  była  w  operze,  ale  dobrze  znała  libretta.  Mama 
opowiedziała  jej  pokrótce  fabułę  Wesela  Figara  i  wielu  innych.  Śpiewać  opery  Cherubino!  Pokazywać  się 
publicznie  w spodniach! Występować  w roli Suzanny i kochać się  na scenie! Merab zaczerwieniła się po czubki 
uszu na myśl o lubieżnych spojrzeniach, gwizdach, natarczywych zalotach różnych dandysów i adoratorów w gar-
derobie po przedstawieniu... Jak ona mogła to robić? 

Nie mogła jeść i tylko przesuwała jedzenie widelcem po talerzu. Nie mogła też spać i leżała z szeroko otwartymi 

oczami, zmęczona i upokorzona, podczas gdy Lottie chrapała smacznie na łóżku w rogu pokoju. 

Wreszcie, któregoś wieczora po kolacji, Rowland powiedział. 
- Merab, tak dalej być nie może. 
- O czym pan mówi? - próbowała się bronić. 
- Chodzi o pani matkę, prawda? 
Nie odpowiedziała. 
- Chodźmy do salonu na górę. Czas już, byśmy o tym porozmawiali. 
Merab wykonała jego polecenie bez słowa sprzeciwu. 
Rowland  otworzył  kufer,  który  został  wcześniej  odsunięty  pod  ścianę,  wyjął  paczkę  zawiniętą  w  ceratę, 

rozpakował  ją  i  ułożył  wszystkie  afisze,  plakaty  i  programy  na  podłodze,  w  porządku  chronologicznym.  Potem 
podprowadził Merab do sofy i zmusił ją, by usiadła obok niego. 

- Proszę mnie posłuchać - powiedział, - Musi pani przestać myśleć o swojej matce, jakby była ona jakąś dziwką, 

tak! Wiem, że nie powinienem używać tego słowa w obecności tak delikatnej i łagodnej kobiety, jak pani, ale musi 
pani  to  zrozumieć.  Ona  nie  była  dziwką.  Proszę  tylko  spojrzeć  tutaj  i  tutaj  -  wskazał  na  odpowiednie  miejsca.  - 
Pani matka pracowała bardzo ciężko. Proszę tylko spojrzeć na to! - Otworzył małą, oprawną w skórę książeczkę. - 
To musiał być jakiś notatnik związany z  jej pracą. Proszę popatrzeć: „Lekcje śpiewu”. „Ćwiczenia”. „Nauczanie 
pani Blackstone”. I znów „Lekcje śpiewu”. - Przewrócił kartki na stronę oznaczoną datą „marzec 1784”. Na całej 
stronie  zapisane  były  wyłącznie  próby  śpiewu.  -  Merab,  to  nie  jest  notatnik  ladacznicy.  To  dzienniczek  młodej 
kobiety, która jest całym sercem oddana swej pracy. 

- Ale... - wyjąkała Merab. Łzy płynęły jej po policzkach, a ona nie potrafiła ich powstrzymać.  - Tu nie chodzi o 

śpiewanie,  tylko  o  aktorstwo.  Pokazywanie  się  na  scenie,  tam  gdzie  wszyscy,  a  w  większości  jacyś  prostaccy 
robotnicy, mogli na nią patrzeć do woli. Jak ona mogła to robić? 

Rowland zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział: 
- Przypominam sobie, jak powiedziała pani kiedyś, że pani matka uważała, iż  gdy śpiewa Mozarta, robi to po to, 

by wychwalać Mozarta, a nie samą siebie. Czy mam rację? 

Merab skinęła głową. Wyjęła z kieszonki chusteczkę. 
Rowland spojrzał jeszcze raz na afisze. 
-  Nie  znam  oper  Cherubiniego  -  powiedział.  -  Nie  wiem  też,  jakie  role  odgrywała  pani  matka,  jestem  jednak 

pewien, że robiła to doskonale, chcąc jak najlepiej przedstawić dzieło kompozytora. To nie Abigail Cooper była na 
scenie, ani nawet Rosalba Bersanelli. To była Elena. Rozumie mnie pani? 

Merab milczała. Przypomniała sobie nagle małe przedstawienie, które odgrywała z koleżankami w szkole panny 

Goodison.  Było  to  krótkie  interludium  z  morałem,  napisane  przez  starszą  pannę  Goodison,  a  Merab  została 
wybrana do roli złoczyńcy, gdyż była wysoka. Nosiła spodnie i przechadzała się po prowizorycznej scenie, grożąc 
głównej  bohaterce,  ładnej  dziewczynce  o  płowych,  kręconych  włosach,  znanej  Merab  i  jej  przyjaciółkom  pod 
przezwiskiem „muślinowa Dora”. 

-  Chyba...  chyba  tak  -  powiedziała  w  końcu.  Z  przyjemnością  odgrywała  nikczemnego  sir  Rodrigo,  ale  zawsze 

wiedziała, że to tylko teatralna rola. - Dziękuję panu. Jest pan bardzo miły. 

Nastąpiła chwila ciszy. Rowland pochylił się, zebrał rozrzucone papiery, zawinął je z powrotem w ceratę i włożył 

do kufra. 

Merab  siedziała  nieruchomo,  wpatrując  się  w  ogień.  On  miał  rację.  Musiał  mieć  rację.  Nie  wiedziała,  czy 

zniosłaby  tę  świadomość,  gdyby  nie  miał  racji.  Czyż  jej  matka  nie  zachowywała  się  zawsze  w  sposób,  który 
przystoi cnotliwej i skromnej damie? Czy kiedykolwiek widziała coś lub słyszała o czymś, co mogłoby świadczyć 
o czymś przeciwnym? Wcale nie podobało jej się to, co robiła matka, ale musiała nauczyć się to akceptować. 

background image

 

55 

Po chwili uświadomiła sobie, że Rowland siedzi tuż obok niej. Uznał ją za swą krewną. Najwyraźniej wcale nie 

przeszkadzało mu to, że znał prawdziwą profesję jej matki. I na pewno był z nią szczery. Merab poczuła się nagle 
znacznie lepiej. 

W  rogu  pokoju  stało  stare  pianino.  Należało  niegdyś  do  jej  prababki,  a  Merab  kazała  je  nastroić  tuż  przed 

śmiercią dziadka. Odwróciła się do Rowlanda. 

-  Chciałam  panu  podziękować  -  powiedziała,  i  powziąwszy  nagłą  decyzję,  podniosła  się  z  miejsca.  Rowland 

wyglądał na lekko zaniepokojonego. - Proszę się nie martwić - uśmiechnęła się do niego Merab. - To nie będzie 
bolało. 

Przy pianinie leżał mały pulpit z nutami. Merab przejrzała nuty, wzięła świecznik z kominka i przeniosła go na 

pianino.  Potem  usiadła  przed  klawiaturą.  Cieszyła  się,  że  Rowland  nie  widzi  jej  twarzy,  gdyż  to  dodawało  jej 
pewności siebie. 

Wybrała arię Cherubino - Voi, che sapete che cosa a amor. Z jej ust popłynęły czyste, piękne dźwięki. Rowland 

słuchał w zdumieniu. Nie zastanawiając się długo, wstał i podszedł do pianina, by widzieć jej twarz. 

Kolejne  dni  mijały  w  spokoju.  Rana  Merab  goiła  się  jak  należy  i  kuzyni  trwali  w  stanie  ostrożnej  przyjaźni. 

Merab stwierdziła ze zdumieniem, że właściwie nawet lubi Rowlanda. Jeśli czasami bywał zgryźliwy, to nigdy w 
stosunku  do  niej.  Traktował  ją  z  ogromną  uprzejmością,  a  nawet  pewną  sympatią.  Dyskutował  z  nią  o  swych 
politycznych  aspiracjach  i  okazało  się,  że  oboje  chcieliby  szerszego  prawa  do  głosowania,  choć  Merab  dosyć 
złośliwie zauważyła, że nie widzi powodu, dla którego prawo to nie miałoby objąć również kobiet. 

Właściwie nigdy dotąd podobna myśl nie przyszła jej do głowy i początkowo chciała tylko sprowokować w ten 

sposób  dyskusję,  jednak  im  dłużej  o  tym  rozmawiała,  tym  bardziej  była  przekonana  do  tego  pomysłu.  Bo  czy 
istniał  jakiś  rozsądny  argument  przeciwko  takiemu  projektowi?  Właściwie  nie  znajdowała  żadnego  prócz  siły 
przyzwyczajenia  i  tradycji.  Czy  nie  uważała,  że  jest  równie  inteligentna  jak  jej  kuzyn  Joseph?  Albo  jak  sam 
Rowland, jeśli już o tym mowa? 

-  Ależ  jestem  przekonany,  kuzynko,  że  nie  chciałabyś  stykać  się  z  jakimiś  handlarzami.  Polityka  jest  zbyt 

brutalna i gwałtowna dla delikatnych dam. 

- Gdyby głosowanie było tajne, nie musiałabym z nikim się stykać - odparła Merab. - A poza tym, co złego jest w 

handlarzu? 

- I  mówi to  kobieta, która martwi się tym,  że  jakiś  handlarz czy robotnik patrzy na śpiewaczkę  występującą na  

scenie? 

- To co innego. 
- Och, ten nielogiczny kobiecy umysł. Dlaczego? 
Merab była nieco zażenowana. 
-  No  cóż,  śpiewaczka  może  być  prawdziwą  profesjonalistką,  ale  handlarz,  który  na  nią  patrzy,  może  myśleć 

zupełnie o czym innym niż jej śpiew - powiedziała wreszcie, nieco nieśmiało. Właściwie myślała o czymś jeszcze 
gorszym, ale czuła się zbyt skrępowana, by o tym mówić. 

- To znaczy, że jej myśli mogą być czyste, a jego lubieżne? 
Merab zaczerwieniła się. 
- Tak. 
- Więc to śpiewaczka jest odpowiedzialna za myśli handlarza? 
- Nie,  oczywiście, że  nie! - Merab zamilkła na  moment, analizując po cichu ten problem. Potem powiedziała.  - 

Więc zgadza się pan ze mną, kuzynie, że ludzie, czy to kobiety, czy mężczyźni, są odpowiedzialni za swe własne 
myśli i czyny? A zatem dorosły człowiek, niezależnie od płci, jest racjonalną istotą ludzką? 

- Tak. 
- Więc - zaczęła Merab triumfalnie - dlaczego nie chce pan przyznać kobietom prawa do głosowania? Skoro my 

także  jesteśmy  myślącymi  istotami  ludzkimi,  to  nie  widzę  żadnego  rozsądnego  powodu,  dla  którego  mielibyście 
odmawiać nam tych wszystkich praw, które chcecie zatrzymać tylko dla własnej płci. 

Rowland zaczął się śmiać. 
-  Och,  Merab!  Dlaczego  nie  poznaliśmy  się  wcześniej?  Uwielbiałbym  dyskutować  z  panią  podczas  moich 

studiów w Oksfordzie. Proszę mi powiedzieć, czy kuzyn Julian wiedział, że ma pani radykalne poglądy? 

- Oczywiście, że nie! Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek zapytał mnie o zdanie w jakiejś kwestii. Ale nie 

odpowiedział pan na moje pytanie. 

- Nie odważyłem się - odparł Rowland, rozkładając ręce w geście kapitulacji. - Zapędziła mnie pani w kozi róg, i 

wie pani o tym! Ma pani zupełną rację, a ja nie mogę pani odpowiedzieć niczym prócz uprzedzeń. 

- Ach! - Merab siedziała w fotelu i uśmiechała się szeroko. Była z siebie ogromnie zadowolona. 
- Wygląda pani jak kot, który dobrał się do śmietanki - powiedział Rowland. Oboje wybuchnęli śmiechem. 
- Chyba wypogodziło się już na dworze - zauważył Rowland po chwili. - Może wybralibyśmy się na spacer? 
 
T
ej idylli nie było jednak dane trwać zbyt długo. Nazajutrz do Hartfield Hall przybył pan Camberwell, w czasie 

background image

 

56 

gdy Rowland akurat wybrał się na konną przejażdżkę. Najwyraźniej poczciwy prawnik postanowił, że  dopilnuje, 
by na ile pozwoli prawo, wydobyć z majątku każdego pensa, który należy się Merab. Poinformował ją też, że pan 
Sandiford zrzekł się wszelkich roszczeń do książek i mebli. 

- To bardzo miło z jego strony - oświadczyła Merab. Jak mogli się oboje tak okropnie pomylić przy pierwszym 

spotkaniu? 

- Chce przysłać tutaj pewnego księgarza z Londynu, żeby ocenił wartość książek i być może od razu je kupił. 
- Tak, wspomniał o tym. 
Pan  Camberwell  spojrzał  na  nią  znad  okularów.  Pomyślał,  że  tych  kilka  miesięcy  spędzonych  w  Bath  bardzo 

dobrze jej zrobiło. Wyglądała zdrowo i znacznie bardziej atrakcyjnie niż dotychczas. 

- Ciekaw jestem, panno Hartfield, czy... ee... nie myślała pani o tym, że małżeństwo z panem Sandifordem byłoby 

wam obojgu bardzo na rękę? Proszę mi wybaczyć, że o tym wspominam, ale jak pani wie, z przykrością patrzę, jak 
marnuje się ten majątek. 

- Czy pan Sandiford mówił panu coś na ten temat? - Merab poczuła, że krew napływa jej do twarzy. 
Pan Camberwell wbił wzrok w swoje dłonie. 
- Nie powiedział  niczego  wprost, domyślam się jednak, że złożył pani pewną propozycję, a pani  mu  odmówiła. 

Zastanawiam się tylko, czy nie uważa pani teraz, że była to nieco pochopna decyzja? 

Merab zaczerwieniła się jeszcze bardziej, tym razem jednak z gniewu, a nie z zakłopotania. 
-  Pan  Sandiford  zaproponował  mi  jedną  trzecią  z  dwudziestu  tysięcy,  pod  warunkiem,  że  będę  trzymać  się  od 

niego z daleka i zamieszkam tutaj. Odmówiłam. 

- Przykro mi. - To haniebne, pomyślał. I jak nieprawdopodobnie grubiańskie. - Pan Sandiford nie wyjaśniał tego 

tak dokładnie. Przepraszam, że w ogóle poruszyłem ten temat. 

Kiedy pan Camberwell  opuścił  już  majątek, Merab wyszła do ogrodu, by nieco ochłonąć. Cała złość i niechęć, 

jakie  żywiła  do swego  kuzyna, powróciły teraz z  nową siłą. Jak on śmiał uczynić  jej tę  obraźliwą propozycję, a 
potem dodać do tego kolejną obrazę, pozwalając, by pan Camberwell myślał, że to on zrobił wszystko, co należy, 
zaś cała wina za obecny stan rzeczy spoczywa na niej? Merab podejrzewała, że zrzekł się na jej korzyść zysków ze 
sprzedaży książek i mebli tylko po to, by ulżyć swemu sumieniu. 

Choć  bardzo  chciała  to  zrobić,  nie  potrafiła  się  zdobyć  na  rzucenie  mu  tyci  pieniędzy  w  twarz.  Kilkaset 

dodatkowych  funtów  mogło  znaczyć  bardzo  wiele  dla  jej  przyszłości,  dla  niego  zaś  tyle  co  nic.  Miała  ochotę 
powiedzieć mu, że dowiedziała się o jego haniebnym postępowaniu, ale tego oczywiście także nie mogła zrobić. 
Rowland  mógłby  wtedy  przypuszczać,  że  chce,  by  jeszcze  raz  złożył  jej  propozycję.  Na  samą  myśl  o  takim 
upokorzeniu Merab oblała się rumieńcem. 

Najmądrzej będzie więc trzymać język za zębami i udawać, że do rozmowy  z panem Camberwellem  nigdy nie 

doszło. Ponad pół godziny przechadzała się po ogrodzie, by się uspokoić. Wcale jednak nie pomogło jej to na nowo 
polubić kuzyna. 

 
N
a Crescent Fields zebrała się mała grupka plotkujących dam - na ławce usiadła lady Mandersby, pani Tiverton, 

pani Bridges i lady Wincanton. Lady Mandersby i pani Tiverton spotkały się wcześniej w bibliotece przy Milsom 
Street i wyszły właśnie na krótki spacer przed udaniem się do Bawialni. Rozmawiały o pani Harrison. 

-  Mam  już  serdecznie  dość  wysłuchiwania  kolejnych  rewelacji  o  haniebnym  życiu  biednej  Abigail  Cooper  - 

mówiła pani Tiverton. - Te opowieści stają się coraz bardziej wymyślne i coraz mniej prawdopodobne. Nie mogę 
też zrozumieć, dlaczego pani Harrison rozpowiada takie rzeczy o własnej siostrze. 

- Trudno  winić pannę Cooper, że chciała się od  niej  wyrwać  - powiedziała  lady Mandersby. - Oczywiście, jeśli 

rzeczywiście nie poślubiła pana Hartfielda, to byłoby dosyć szokujące... 

- Ależ poślubiła - wtrąciła się Amelia. - Jak pani wie, lady Mandersby, byłam w jednej szkole z panną Hartfleld. 

Nie  mogę  uwierzyć,  by  panny  Goodison,  dwie  bardzo  szacowne  i  surowe  damy,  przyjmowały  uczennice,  co  do 
pochodzenia których miały jakieś wątpliwości. 

Pani Bridges dostrzegła swoją szansę. 
-  Panna  Hartfield  jest  dzieckiem  z  prawego  łoża  -  oświadczyła  stanowczo.  -  Wiem  to  na  pewno,  ponieważ  jest 

kuzynką mego byłego męża. 

Zgromadzone wokół niej damy były zdumione. 
- Dlaczego nie mówiłaś o tym wcześniej, droga Elizabeth? - spytała pani Tiverton. Choć nie odcięła się zupełnie 

od panny Hartfield, z pewnością traktowała ją z rezerwą. 

- Ze względu na skomplikowaną sytuację rodzinną. Nie ma to nic wspólnego z Harrisonami, o istnieniu których 

do niedawna nie miałam nawet pojęcia. Nie, ta sprawa związana jest z testamentem starego pana Hartfielda. 

- Musi nam to pani wyjaśnić, pani Bridges - powiedziała lady Mandersby. Ona też czuła się trochę niezręcznie i 

podobnie jak pani Tiverton, miała poczucie winy. 

Pani  Bridges  z  nie  ukrywaną  radością  opowiedziała  pokrótce  swym  towarzyszkom  wymyśloną  wersję  dziejów 

testamentu  pana  Hartfielda.  Według  niej,  Merab  i  jej  matka  żyły  w  ogromnej  przyjaźni  z  panem  Hartfieldem. 
Nigdy  nie  słyszały  o  Rowlandzie  Sandifordzie,  kuzynie  panny  Hartfield.  Rowland  natomiast,  zawsze  był 

background image

 

57 

przekonany, że zostanie dziedzicem majątku. Słyszał oczywiście o nieszczęśliwym małżeństwie (to ostatnie słowo 
zostało  wypowiedziane  ze  szczególnym  naciskiem)  Jonathana  Hartfielda,  nie  miał  jednak  pojęcia,  że  w  końcu 
doszło do ugody. Jednak stary pan Hartfield nie bez powodu miał opinię trudnego człowieka. Nie zostawił majątku 
ani swej wnuczce, ani Rowlandowi. Przekazał wszystko na cele dobroczynne. 

-  Mój  syn  był  bardzo  rozgniewany  -  zakończyła  pani  Bridges.  -  Uważał,  że  to  wina  panny  Hartfield,  co 

oczywiście było nieprawdą, i nie chciał jej uznać. 

Na chwilę zapadła cisza, a zgromadzone panie jeszcze raz przeżywały zasłyszaną przed chwilą historię. 
-  Więc  panna  Hartfield  jest  bez  posagu  -  powiedziała  w  końcu  pani  Tiverton.  Lubiła  Merab,  a  teraz  w  dodatku 

zrobiło  jej  się  żal  tej  miłej  dziewczyny,  nie  wiedziała  jednak,  czy  rzeczywiście  chce  utrzymywać  znajomość  z 
kimś, kto nie ma żadnego majątku. 

Amelia,  która  siedziała  z  boku  na  ławce  i  z  ogromnym  zainteresowaniem  słuchała  opowieści  pani  Bridges, 

postanowiła włączyć się do rozmowy: 

-  Majątek  panny  Hartfield  jest  dosyć  skromny,  ale  bez  wątpienia  nie  jest  całkiem  pozbawiona  pieniędzy.  - 

Wymieniła  porozumiewawcze  spojrzenie  z  panią  Bridges.  Nie  wiedziała  do  końca,  co  knuje  ta  dama,  jednak 
bardzo tęskniła za Merab i gotowa była przyłączyć się do każdego planu, który pozwoliłby przyjaciółce odzyskać 
dobre imię i powrócić do Bath. 

- Co pani o tym wie, lady Wincanton? - spytała lady Mandersby, wracając do swej roli liderki towarzystwa. 
-  Całkiem  sporo.  -  Amelia  w  duchu  triumfowała.  -  Jednak  pani  Hartfield,  co  chyba  zrozumiałe,  wolała,  by  nie 

dyskutowano publicznie o jej sprawach. Nie wiedziała, czy jej krewni ze strony Hartfieldów zechcą ją uznać, a nie 
chciała nikomu się przypochlebiać. 

Pani Tiverton uśmiechnęła się z aprobatą. 
- Godna pochwały skromność. 
- Skromność, której nie możemy się jakoś dopatrzyć u Harrisonów - wtrąciła pani Bridges cierpkim tonem. 
-  Ale  dlaczego  mówisz  o  tym  akurat  teraz,  Elizabeth?  -  kontynuowała  pani  Tiverton,  zwracając  się  do  swej 

przyjaciółki. - Zapewne chcesz, by dziewczyna została uznana? 

-  Uważam,  że  nie  zrobiła  nic,  czym  mogłaby  sobie  zasłużyć  na  kalumnie  Harrisonów  -  odparła  pani  Bridges 

ostrożnie. - Nie znam jej zbyt dobrze, ale teraz, kiedy mój syn zmądrzał wreszcie i chce ją uznać, zastanawiam się, 
czy nie zaprosić jej do siebie. Co pani o tym sądzi, lady Mandersby? Zastosuję się do pani rady. 

Było  to  sprytne  posunięcie  i  lady  Mandersby,  która  właśnie  chciała  sprzeciwić  się  temu  pomysłowi,  teraz 

przybrała bardziej pojednawczy ton. 

- Z pewnością - odrzekła. - Dlaczego nie? Panna Hartfield to bardzo dobrze wychowana młoda dama. Co więcej, 

nie widzę powodu, dla którego miałybyśmy przedkładać słowa Harrisonów nad opinię innych osób! 

Wszystkie panie zgodziły się co do tego, a pani Bridges w duchu odetchnęła z ulgą. 
-  A  najważniejsze  -  mówiła  Amelia  do  pani  Bridges,  gdy  pozostałe  damy  już  się  rozeszły  -  że  ci  Harrisonowie 

wreszcie wrócą tam, gdzie ich miejsce. 

Obie panie wymieniły konspiracyjne spojrzenia. Potem pani Bridges powiedziała: 
- Lady Wincanton, pani wybaczy, ale nie wygląda pani najlepiej. Pani pozwoli, że przywołam powóz. 
-  Dziękuję  -  odrzekła  Amelia.  -  To  dlatego,  że  tak  się  martwię  o  Merab.  Mam  wrażenie,  że  ją  zawiodłam.  Ale 

naprawdę, pani Bridges, nie mogłam nic na to poradzić. - Amelia była zbyt lojalna, by wspomnieć, że kilka razy 
omal nie pokłóciła się o to z mężem. Jej oczy napełniły się łzami, więc odwróciła dyskretnie głowę.  - Proszę mi 
wybaczyć. To dlatego, że jestem w takim stanie. 

- Oczywiście, moja droga. - Na Royal Crescent pojawił się powóz. Pani Bridges podniosła rękę. - Tutaj proszę. 
 
H
arrisonowie  nadal  mieszkali  w  wynajmowanych  pokojach  przy  Queen’s  Square.  Pani  Harrison  rozkoszowała 

się tym, co w jej mniemaniu od dawna już jej się należało - towarzystwo w Bath wiedziało wreszcie, z kim ma do 
czynienia.  Jeśli  nawet  nie  była  zapraszana  na  prywatne  przyjęcia,  to  cóż  z  tego,  Bath  było  przecież  miejscem 
publicznym  i  każdy,  kto  był  tylko  dość  bogaty,  by  opłacić  wstęp  do  różnych  miejsc  i  udział  w  imprezach 
towarzyskich, miał prawo w nich uczestniczyć. Teraz była już uznana przez wszystkich, a lady Mandersby podała 
jej nawet kiedyś rękę na pożegnanie. 

Joseph nie był równie zadowolony. Życie wydawało mu się okropnie nudne, kiedy zepsuł już reputację Merab i 

kiedy panna wyjechała z Bath. Kitty Parminster także wyjechała, a przecież nie mógł poważnie zainteresować się 
panną Heslop, która była co prawda dość miła, ale i bardzo biedna. Joseph poważnie zastanawiał się nad powrotem 
do Bristolu. 

Pewnego ranka jednak zdarzyło się coś, co  kazało  mu zmienić plany. Jego  matka jak zwykle  wyszła do Pijalni. 

Joseph  odwiózł  ją  tam  i  zostawił.  Spędził  dzień  jeżdżąc  po  Lansdown  i  powrócił  do  swego  mieszkania  dopiero 
późnym popołudniem. 

Już w drzwiach został przywitany przez panią Harrison, która była czymś ogromnie podekscytowana. 
- Joseph! Bogu dzięki, że już jesteś! Ona wróciła! 
- Kto wrócił? Panna Parminster? 

background image

 

58 

-  Panna  Parminster!  -  powtórzyła  pani  Harrison,  opadając  na  krzesło  i  wachlując  się  energicznie.  -  Nie,  ta 

kreatura, Merab Hartfield! 

- Co!? - Joseph obrócił się gwałtownie. 
Pani Harrison patrzyła na niego z pewnego rodzaju ponurą satysfakcją. 
- Widziałam ją na Milsom Street z panią Bridges. Wychodziły właśnie z biblioteki. 
Joseph  zmrużył  oczy.  Na  moment  wściekłość  odebrała  mu  mowę.  Wróciła!  I  zamieszkała  u  pani  Bridges!  Nie 

mógł spokojnie na to pozwolić. 

- Jesteś pewna? - spytał wreszcie. 
- Myślisz, że nie poznaję własnej siostrzenicy? 
Joseph  zagryzł  wargę  i  zastanawiał  się  przez  chwilę.  Wyglądał  tak  groźnie,  że  pani  Harrison  spytała  z 

niepokojem: 

- Nie zrobisz niczego głupiego, prawda Joseph? 
- Głupiego... nie - odparł Joseph szorstko. - Tylko skutecznego. 
 
P
ani Bridges była przykładną matką, co przejawiało się również i  w tym, że choć  kochała swego syna, opierała 

się pokusie popychania go w jakimkolwiek kierunku. Przez cały okres jego buntowniczej młodości wysłuchiwała 
pełnych oburzenia przemówień na temat nadużyć dokonywanych przez Kościół i państwo, czytała pamflety, które 
jej przynosił, i popierała go w miarę swych sił. Dała mu jednak wyraźnie do zrozumienia, że oczekuje, iż w swym 
dążeniu  do  równości  i  demokracji  będzie  dbał  w  równym  stopniu  o  ciężko  pracujących  robotników,  co  o  różne 
nudne  starsze  damy,  znane  im  i  nieznane.  Nie  znosiła  źle  wychowanych  młodzieńców,  którzy  krzyczeli  o 
demokracji, a jednocześnie uwodzili pokojówki i odnosili się grubiańsko do rodziców swych przyjaciół. 

Jednak  obecna  sytuacja  stanowiła  dla  niej  pewien  problem.  Jeśli  Rowland  miał  zmienić  swój  dotychczasowy 

stosunek  do  panny  Hartfield,  musiał  pozostać  w  Bath.  Cóż  z  tego,  że  Merab  była  wspaniałą  i  czarującą 
towarzyszką,  skoro  Rowland  wyjechał  i  nie  mógł  tego  docenić?  A  jak  matka  mogła  sprawić,  by  został,  nie 
domagając  się  tego  wprost  i  nie  zrażając  go  w  ten  sposób  do  siebie?  Gdyby  udała  nagłą  chorobę,  to  Merab 
musiałaby wyjechać. Wszystko to było bardzo skomplikowane. 

Rowland przywiózł Merab do Bath w czwartek (po drodze zostawiając Lottie w domu Wincantonów), a nazajutrz 

wyjechał  do  Merryn  Park.  Jednak,  ku  uldze  pani  Bridges,  powrócił  w  następnym  tygodniu,  wynajął  kilka  pokoi 
przy Gay Street i regularnie towarzyszył obu damom w wyprawach na różne koncerty i wykłady. 

Pani  Bridges  miała  ochotę  zapytać,  dlaczego  to  robi,  postanowiła  jednak  nie  ryzykować.  Zresztą  nawet  gdyby 

odważyła się to uczynić, Rowland  i tak  nie potrafiłby jej  odpowiedzieć,  znajdował się bowiem  w tym  dziwnym 
stanie umysłu, kiedy to robi się pewne rzeczy, nie wiedząc nawet dlaczego. 

Przyjechał do swego majątku o tej porze roku, kiedy wszyscy pracują od rana do nocy. Strzyżono właśnie owce, 

obsiewano  pola  i  sadzono  nowe  rośliny.  Zwykle  spędzał  wtedy  całe  dnie  w  polu,  pilnując,  by  wszystko  zostało 
wykonane jak należy, ciesząc się z postępów pracy i pomagając w razie potrzeby. 

Tym razem jednak, choć wyszedł na pola następnego dnia po przyjeździe, nie czuł tej samej radości co zawsze. 

Cieszył się, oczywiście, że tak wiele z jego owiec miało młode, jednak myślami był zupełnie gdzie indziej. 

Merryn  Park  także  wydawało  mu  się  inne.  Hol  wyglądał  na  zaniedbany  i  opuszczony,  kiedy  wszedł  tam 

wieczorem,  przerywając  martwą  ciszę  głośnym  stukaniem  butów.  Nawet  butelka  ulubionego  porto  ojca  nie 
poprawiła mu humoru. 

Niedziela była jeszcze gorsza. Rowland poszedł do kościoła tylko po to, by znosić widok lorda Claydona i Kitty 

siedzących obok siebie na ławce i pochylonych nad tą samą książeczką do nabożeństwa. Rowland wątpił, czy Kitty 
rzeczywiście  kocha  lorda  Claydona.  Nie  uszło  też  jego  uwagi,  że  gdy  tylko  miała  po  temu  okazję,  posyłała  mu 
tęskne spojrzenia, a to odwracając się, by podać tacę, a to podnosząc upuszczoną przypadkiem rękawiczkę. 

Rowland  nie  był  jedyną  osobą,  która  to  spostrzegła.  Pani  Heslop  także  widziała  to  wyraźnie.  A  sir  John 

Parminster,  który  siedział  w  ławce  za  plecami  swej  córki,  pomyślał,  że  młody  Sandiford  byłby  głupcem,  gdyby 
kręcił się w pobliżu Kitty w przededniu jej ślubu. Sir John był szczęśliwy, jak zresztą byłby każdy ojciec na jego 
miejscu, że jego córka zostanie wicehrabiną, jednak zawsze lubił Rowlanda i uważał, że zachowanie jego córki jest 
po prostu głupie i irytujące. 

Pogoda  zrobiła  się  zimna  i  dżdżysta.  Rowland  został  jeszcze  przez  chwilę  w  kościele,  by  przywitać  się  z 

niektórymi spośród farmerów z jego wsi i zaczekać, aż Parminsterowie odjadą. Kiedy w końcu dotarł do wyjścia, 
zaczął padać deszcz. Przygnębienie, które nie opuszczało go od chwili, gdy wyjechał z Bath, jeszcze mocniej dało 
mu się we znaki. Otulił się płaszczem i wyszedł na zewnątrz. 

- Pan Sandiford, jak miło pana widzieć - powitała go żona pastora. 
Rowland uchylił kapelusza. 
- Witam, pani Heslop. - Rozejrzał się dokoła. - Nie ma tu Lavinii? 
- Nie. Pani Banstead była taka uprzejmą i pozwoliła jej zatrzymać się na dłużej w Bath. Przywiezie ją tutaj jadąc 

na ślub. Lavinia ma być druhną. 

Rowland wziął się w garść. 

background image

 

59 

- Szkoda, że nic o tym nie wiedziałem - powiedział uprzejmie. - Przejeżdżałem teraz przez Bath, ale zatrzymałem 

się  tam  tylko  na  jedną  noc.  Gdybym  był  nieco  dłużej,  spytałbym  Lavinię,  czy  nie  chce  przez  okazję  przesłać 
państwu listu. - Po chwili milczenia dodał. - A kiedy ma odbyć się ślub? 

-  W  czerwcu.  -  Pani  Heslop  przyglądała  mu  się  ukradkiem.  Łączyły  ich  dobre,  choć  niezbyt  bliskie  stosunki,  a 

państwo Heslop rzadko zaglądali do Merryn Park. Tym razem jednak jakaś drobna zmiana w wyglądzie Rowlanda, 
jakaś nowa jakość, której pani Heslop nigdy dotąd u niego nie widziała, kazała jej dodać: - Panie Sandiford, czy nie 
miałby pan  ochoty zjeść  z nami  lunchu? To tylko zimny posiłek, rozumie pan,  dzisiaj  niedziela, ale  mógłby pan 
nam powiedzieć, co dzieje się w Bath i przeczekać ten okropny deszcz. Jestem pewna, że mój mąż przyjmie pana z 
radością. 

- Och, dziękuję. Z przyjemnością. - Rowland był zaskoczony, ale zadowolony. 
Podczas lunchu Rowland rozluźnił się nieco. Heslopowie byli miłymi gospodarzami i dbali o to, by gość czuł się 

u  nich  dobrze.  Rozmawiali  o  kłopotach  w  parafii,  o  tym,  co  porabia  Lavinia  w  Bath,  interesowali  się  uprzejmie 
zdrowiem  pani  Bridges.  Pani  Heslop  pozwoliła  sobie  zauważyć,  że  Rowland  musi  się  teraz  czuć  okropnie,  gdy 
zbliża się ślub Kitty i lorda Claydona. 

- Dostałem zaproszenie - przyznał Rowland. - Ale chyba nie chcę tam iść. 
-  Iść  tam!  Oczywiście,  że  nie!  -  wykrzyknęła  pani  Heslop.  -  Ale  dlaczego  nie  wróci  pan  do  Bath?  Przecież  tak 

chyba byłoby najlepiej. 

- Majątek... - zaczął Rowland. 
- Och, niech pan da spokój, Sandiford - wtrącił się pan Heslop. - Ma pan dobrego zarządcę, wiem o tym. A owce 

będą rodzić i rośliny rosnąć bez względu na to, czy będzie pan tutaj, czy gdzie indziej. 

- Niech pan wraca do Bath, mój drogi - powiedziała pani Heslop z matczyną troską w głosie. - Mój mąż ma rację. 

Majątek poradzi sobie jakoś bez pana przez ten czas. 

Twarz Rowlanda pojaśniała. 
- Pomyślę o tym. 
Dwa dni później był już w Bath. 
 
Z
aproszenie  pani  Banstead  do  pozostania  w  Bath  nie  sprawiło  Lavinii  aż  tak  wielkiej  radości,  jak  sądziła  jej 

matka. Dopóki mieszkała z nią Kitty, Lavinia czuła się jak bardzo biedna krewna, której zadaniem było tworzenie 
odpowiedniego tła dla triumfów panny Parminster. Była także dodatkową służącą dla pani Banstead, która posyłała 
ją  po  szal  na  piętro,  albo  kazała  jej  głośno  czytać,  dopóki  nie  zapadła  w  popołudniową  drzemkę.  Pani  Banstead 
bardzo zależało  na tym, by pod jej  egidą Kitty znalazła odpowiednią partię, zaś Lavinia nauczyła się szybko, że 
lepiej będzie dla niej samej, jeśli wszelkie nadzieje i problemy zachowa wyłącznie dla siebie. 

Przeżyła też sporo rozczarowań. Obdarzyła zbyt wielkim zainteresowaniem majora Bendicka. Na sam widok tego 

prostego jak struna mężczyzny, z elegancko przyciętymi wąsami i olśniewająco białymi, równymi zębami, robiło 
jej się słabo. Nie trwało to jednak długo. Major prawie jej nie dostrzegał. A potem Kitty, która zauważyła być może 
dziwne zachowanie przyjaciółki, złośliwie powtórzyła jej zasłyszaną plotkę: 

- On szuka żony, wiesz? Ma wszystko zaplanowane. Żona z odpowiednimi pieniędzmi, która potem ma mu dać 

trzech synów. 

- A co z miłością? - spytała Lavinia żałośnie. 
- Miłość! - Kitty roześmiała się. - Miłość przychodzi z posagiem. 
Początkowo Lavinia nie wierzyła jej. Jednak była całkiem inteligentną dziewczyną i wkrótce zauważyła, że major 

rozmawia  tylko  z  pannami,  które  mają  przyzwoite  posagi.  Przysłuchiwała  się  także  jego  rozmowom  i  z  żalem 
stwierdziła,  że  major  (który  mimo  wszystko  wciąż  był  bardzo  przystojny)  traktuje  kobiety  protekcjonalnie  i 
wmawia im, co mają myśleć. 

Przelała kilka łez w zaciszu swego pokoju, doszła jednak do wniosku, że major nie jest w końcu taki wyjątkowy, 

i że  może się z nim spotkać,  nie  czerwieniąc się przy tym po czubki uszu. Był to  jednak  dla  niej bardzo trudny 
okres, a nie mogła się z nikim podzielić swymi problemami. 

Po  wyjeździe  Kitty  żyło  jej  się  nieco  łatwiej,  bo  choć  pani  Banstead  koncentrowała  się  wyłącznie  na  sobie, 

należała  też  do  osób,  które  czują  się  dobrze  w  towarzystwie  ludzi  równie  szczęśliwych  jak  ona.  Pani  Banstead 
lubiła  więc  zabierać  Lavinię  na  tańce,  a  nawet  kupiła  jej  dwa  kupony  muślinu  i  poprosiła  własną  krawcową,  by 
uszyła dla niej suknię. 

Kiedy Rowland tuż po powrocie do Bath odwiedził Lavinię, przynosząc list od jej matki i dwie gwinee od ojca, 

sprawił jej ogromną radość. Był przecież kimś z domu, mogła z nim porozmawiać o swoich rodzicach i o Merryn 
Park, co teraz wydawało jej się prawdziwym luksusem. Rowland był poruszony tym spotkaniem. Oczywiście znał 
Lavinię  przez  całe  życie,  ale  dopóki  Kitty  również  przebywała  u  pani  Banstead,  trzymał  się  od  tego  miejsca  z 
daleka i prawie w ogóle jej nie widywał. 

Rowland  nabrał  ostatnio  więcej  zrozumienia  dla  sytuacji  młodych  kobiet  z  małym  posagiem  i  skromnymi 

perspektywami,  dlatego  też  zauważył  nagle,  że  sytuacja  Lavinii  nie  jest  wcale  łatwa.  Podczas  jego  półgodzinnej 
wizyty  Lavinia  została  dwa  razy  wywołana  z  pokoju,  by  wykonać  jakieś  drobne  polecenie.  Rowland  zawsze  ją 

background image

 

60 

lubił i dlatego z przyjemnością przedłużył tę rozmowę. Wyraził także nadzieję, że na czwartkowym balu Lavinia 
zarezerwuje dla niego kilka tańców. 

Gdy tylko wyszedł, pani Banstead wzięła Lavinię w krzyżowy ogień pytań. Jak duży jest jego majątek? A roczny 

dochód?  Czy  ma  kogoś  na  utrzymaniu?  Jacyś  krewni,  na  których  musi  łożyć?  (To  takie  ogromne  wydatki.) 
Wszystkie odpowiedzi były po jej myśli i pani Banstead czuła się w pełni usatysfakcjonowana. 

Idealny  mąż  dla Lavinii, pomyślała. Nie  na tyle bogaty, by Kitty była o  niego  zazdrosna, i bez tytułu. Dochód 

dosyć skromny, ale ponieważ Lavinia miała tylko dwa tysiące, byłaby to  dla niej i tak doskonała okazja. Lavinia 
wiedziała  oczywiście,  do  czego  prowadzą  te  wszystkie  pytania,  wolała  jednak  nie  mówić  swej  opiekunce,  że 
jeszcze do niedawna Rowland liczył na ślub z Kitty. 

Nieoczekiwanym  rezultatem  tych  odwiedzin  było  spotkanie  Lavinii  i  Merab.  Rowland  poprosił  swą  matkę,  by 

przedstawiła  je  sobie  podczas  balu.  Lavinia  przyglądała  się  dotąd  Merab  z  daleka  i  podziwiała  jej  elegancję  - 
niezwykły styl,  do którego, jak sądziła, sama nie  mogła nigdy aspirować. Ale panna Merab kuzynką Rowlanda? 
Lavinia była zdumiona. 

- Kuzyni trzeciego stopnia w drugim pokoleniu - wyjaśniła Merab z uśmiechem.  - Poznaliśmy się dopiero przed 

pogrzebem mojego dziadka, więc słabo go znam. 

- Co to znaczy „kuzyni trzeciego stopnia w drugim pokoleniu”? - spytała Lavinia ostrożnie. 
-  To  dosyć  skomplikowane  -  roześmiała  się  Merab.  -  Kuzyn  Rowland  wyjaśnił  mi  to,  i  zapewniam  panią,  że 

wtedy rozumiałam to doskonale! Ale teraz, oczywiście, wszystko wyleciało mi z głowy. 

-  Wiem,  o  czym  pani  mówi.  -  Lavinia  pokiwała  głową  ze  zrozumieniem.  -  Jeden  z  moich  braci  próbował  mi 

wyjaśnić, co to  jest prąd elektryczny, i wyglądało to dokładnie tak samo. To jednak dziwne, że byliście państwo 
kuzynami, a poznaliście się dopiero teraz. A ja znam pana Sandiforda przez całe życie. 

Serce Merab przeszył nagły, niezrozumiały ból. 
 
P
ani  Bridges  obserwowała  z  rozbawieniem,  a  zarazem  z  irytacją  rosnącą  z  dnia  na  dzień  sympatią  pomiędzy 

Merab a jej synem. Co do uczuć swego gościa, nie była całkiem pewna; 

Merab zachowywała się w stosunku do Rowlanda uprzejmie i przyjaźnie, trudno jednak było odgadnąć, co kryje 

się za tą zasłoną, jeśli w ogóle coś tam się kryło. Natomiast rozszyfrowanie Rowlanda nie sprawiło jej większych 
trudności.  Co  prawda  on  także  skrywał  wszelkie  uczucia  pod  maską  uprzejmej  sympatii,  jednak  pani  Bridges 
szybko  zauważyła,  że  jej  syn  zaraz  po  wejściu  do  pokoju  zawsze  rozgląda  się  z  napięciem  dokoła  i  odzyskuje 
spokój dopiero wtedy, gdy dojrzy Merab. 

Kiedy Merab śpiewała, a czyniła to czasem w zaciszu mieszkania przy placu św. Jakuba, Rowland nie spuszczał z 

niej wzroku, choć gdy tylko spojrzała w jego stronę, natychmiast odwracał głowę. 

- On jest w niej zakochany - powiedziała pani Bridges któregoś ranka do swego męża. 
- Jesteś pewna, kochanie? 
- Nie wierzysz mi? 
- Szczerze mówiąc, nie. Czy posyła jej kwiaty, czy zaleca się do niej w jakikolwiek inny sposób? Ja przynajmniej 

tego  nie  widziałem.  Nie  zaprasza  jej  na  przejażdżki,  choć  mógłby  to  przecież  robić,  nie  łamiąc  zasad  dobrego 
wychowania. 

- Właśnie to mnie martwi - odparła. - Byłam taka uradowana, kiedy wrócił do Bath. Myślałam... No cóż, musisz 

jednak przyznać, że widujemy go codziennie. A on przygląda się jej przez cały czas, kiedy myśli, że nikt tego nie 
widzi. 

- Więc dlaczego nic nie zrobi? - spytał rozsądnie pan Bridges. 
- Nie wiem - zawołała. - I z pewnością nie zapytam go o to. 
Merab  także  była  świadoma  tego,  że  Rowland  ją  obserwuje,  interpretowała  to  jednak  inaczej.  Sądziła,  że 

Rowland pilnuje, by nie została przez nikogo źle potraktowana. Chciał nadrobić swoje dotychczasowe zaniedbania, 
demonstrując  przy  każdej  okazji,  że  uznaje  ją  za  swoją  krewną.  Tak  jakby  uzyskała  pieczęć  aprobaty  od  pana 
Sandiforda. 

Sama nie wiedziała, dlaczego ją to przygnębia. 
Rowland prawie co wieczór odprowadzał je do Bawialni na bale i koncerty, i z widoczną przyjemnością oddawał 

się życiu towarzyskiemu. Gdy tylko Mistrz Ceremonii przedstawiał go jakiejś młodej damie, Rowland natychmiast 
prosił ją do tańca. Merab miała wrażenie, że nagle pojawiły się w Bath całe stada dziewcząt, które obserwowały go 
zza swych wachlarzy, i których oczy błyszczały jaśniej, gdy zbliżał się do nich. Żadna z nich jednak nie obdarzała 
Rowlanda aż tak wielkim zainteresowaniem jak Lavinia Heslop - przynajmniej tak wydawało się Merab. 

Pan Sandiford bardzo dobrze tańczył, co nie umknęło uwagi Merab, kiedy siedziała na swym pozłacanym krześle 

obok  Amelii  i  pani  Bridges,  i  starała  się  zapomnieć  o  tym,  że  jest  w  towarzystwie  przyzwoitek.  Był  wysoki  i 
przystojny, poruszał się z lekkością i wdziękiem, a gdy tylko Merab dojrzała, że jego oczy zwrócone są ku jakiejś 
dobrze urodzonej i posażnej pannie, natychmiast szybko odwracała wzrok. 

Wprawiało  ją  to  w  zakłopotanie,  nie  rozumiała  tego,  i  wcale  jej  się  to  nie  podobało.  Jesteś  głupia,  powtarzała 

sobie w myślach. Co się z tobą dzieje? Przychodzi do ciebie, rozmawia z tobą, zabiera cię na herbatę. Przechadzasz 

background image

 

61 

się  z  majorem  Bendickiem,  Tivertonowie  witają  cię  z  zadowoleniem.  Pomyśl  tylko,  jakie  masz  szczęście, 
przywoływała się do porządku. 

Ale to nic nie pomagało. 
Pozostawała  w  takim  właśnie  dziwacznym  stanie  bolesnego  niezdecydowania  aż  do  pewnej  środy.  Jak  zwykle 

spotkali  się  wtedy  wszyscy  w  Bawialni,  by  wysłuchać  koncertu  i  napić  się  herbaty.  Pani  Bridges  pojechała  do 
domu nieco wcześniej; Rowland obiecał, że odprowadzi Merab do domu. 

O jedenastej Bawialnia została zamknięta, goście  odebrali płaszcze,  wezwali powozy  i pożegnali się. Noc  była 

wyjątkowo  pogodna  i  ciepła,  toteż  Roland  i  Merab  postanowili  się  przespacerować.  Księżyc  był  w  pełni,  i  gdy 
dotarli do Royal Crescent, wychynął właśnie zza chmury. Niebo usiane było gwiazdami i przecięte ogromną białą 
wstęgą Drogi Mlecznej. Poniżej rozciągało się Bath, doskonale widoczne na tle nocnego nieba. 

- Jak pięknie! - Merab zatrzymała się, by podziwiać ten widok. 
- Tak - odparł Rowland. Ale wcale nie patrzył na gwiazdy. 
Wszystkie  zmysły  Merab  jakby  zamarły  na  moment.  Powietrze  wokół  nich  wypełnione  było  jakąś  tajemnicą, 

czymś niewypowiedzianym. 

- Co to za dźwięki? - spytała ni z tego, ni z owego. 
- Jakie dźwięki? - zdziwił się Rowland. 
- Taki dziwny chrzęst. 
- To krowy. Jeszcze się pasą. 
Merab wbiła wzrok w ciemności, zalegające u podnóża wzniesienia, i w końcu dojrzała sylwetki kilku zwierząt. 
- O tej porze? - Jej głos był pełen oburzenia. 
Rowland roześmiał się głośno. 
Oboje  poczuli  się  znacznie  swobodniej  i  nie  wiadomo,  jak  zakończyłby  się  ten  wieczór,  gdyby  nagle  za  ich 

plecami nie rozległ się krzyk i brzęk tłuczonego szkła. Natychmiast odwrócili się. Zobaczyli jakiegoś mężczyznę, 
który uciekał w przeciwną stronę i wkrótce zniknął w ciemnościach nocy. Drugi siedział oszołomiony w rynsztoku, 
trzymając w dłoni rozbitą lampkę. 

- Nic panu nie jest? - Rowland pomógł nieznajomemu podnieść się z ziemi. Szybko zorientował się, że nie jest to 

nikt  z  towarzystwa,  które  bywa  w  Bawialni.  Był  to  jakiś  oberwaniec,  pochodził  zapewne  z  dzielnicy  biedoty 
rozciągającej się nad kanałem. Co robił w tej okolicy? Jednym z największych uroków Bath było to, że w mieście 
bardzo  dbano  spokój  i  porządek  na  ulicach.  Ten  włóczęga  zapewne  nie  przyszedł  tutaj  w  dobrych  zamiarach. 
Rowland trzymał nieznajomego za ramię, na wypadek, gdyby zechciał zaatakować Merab. 

Mężczyzna był pijany i rozłoszczony. 
- Pilnuj swojego nosa! - wrzasnął. Podniósł się powoli. Przechodząc między nimi niespodziewanie zatoczył się na 

Merab. 

Krzyknęła i złapała się za ramię. Rowland spojrzał na nią, zaniepokojony. Była blada jak ściana. 
- Merab! 
- Wszystko... wszystko w porządku. Uderzył mnie w ramię, to nic takiego. Zaraz mi przejdzie. 
Płaszcz dziewczyny zsunął się na ziemię. Rowland podniósł go, narzucił jej na ramiona i wciągnął ją delikatnie w 

mrok  pobliskiej  bramy,  gdzie  objął  ją  mocno  i  przytulił.  Przez  chwilę  oboje  milczeli.  Rowland  gładził  ją  po 
włosach i uspokajał. Merab oparła głowę o jego ramię. Właśnie tego pragnęłam, pomyślała, czując się jak we śnie. 

- Masz takie cudowne ramię - mruczał Rowland. Odsunął delikatnie rękaw jej sukni, odsłonił bliznę i przywarł do 

niej ustami. 

Nie był to lekki, pocieszający pocałunek. 
Później, w zaciszu swego pokoju, Merab zastanawiała się, co by się stało, gdyby nie to, że usłyszeli wtedy jakieś 

głosy, i Rowland delikatnie wypuścił ją z objęć. Drżącymi palcami naciągnęła suknię na ramię. Rowland poprawił 
płaszcz na jej ramionach i podał jej rękę. 

Pozostałą część drogi przeszli w zupełnym milczeniu. 
 
J
oseph  nie  potrafił  wymyślić  od  razu  planu,  który  ostatecznie  skompromitowałby  Merab,  a  jednocześnie 

upokorzył Rowlanda. Pomyślał jeszcze raz o rozmowie, jaką odbył z Rowlandem w kawiarni, i zdał sobie sprawę, 
że  ów  dżentelmen  musiał  być  świadom,  iż  także  jest  kuzynem  panny  Hartfield  i  musiał  o  niej  wiedzieć  równie 
dużo, a może i więcej, niż on. Miał też dziwne przeczucie, że triumfalny powrót Merab ze świadectwem ślubu jej 
rodziców był sprawką Rowlanda. 

Joseph był wściekły na swą matkę za to, że rozpuściła plotki, wściekły na Rowlanda o to, że pozwolił mu nadal 

trwać w przekonaniu, iż Merab jest bękartem, wreszcie był wściekły na Merab, że okazała się jednak dzieckiem z 
prawego  łoża  i  powróciła  do  łask  towarzystwa.  Próbował  teraz  nadrabiać  wszystkie  swoje  gafy,  obwieszczając 
wszystkim, iż niezmiernie się cieszy z takiego zakończenia sprawy, jednak gdy wstąpił kiedyś do Bridgesów, by 
odwiedzić Merab, dowiedział się, że „panny Hartfield nie ma w domu”. 

Gdyby  nie  Rowland,  Joseph  spróbowałby  zapewne  jeszcze  raz  zalecać  się  do  Merab,  tym  razem  znacznie 

ostrożniej. Pozwolił sobie nawet na chwilę słabości - marzył o lekcji pokory i posłuszeństwa, jaką dałby Merab po 

background image

 

62 

ślubie. Rowland  wcielił się jednak  w rolę strażnika i  pilnował swej  kuzynki  jak  oka w  głowie, zwłaszcza gdy  w 
pobliżu  kręcił  się  Joseph,  który  w  tych  warunkach  wolał  nie  wywoływać  skandalu.  Jedyną  jaśniejszą  stroną  tej 
nowej sytuacji był fakt, że Merab najwyraźniej  nie  kłamała, gdy  mówiła  mu, że nie  ma pieniędzy. Zauważył, że 
choć jego kuzynka cieszy się ogólnym poważaniem, nie ma zbyt wielu adoratorów. Sandiford był dla niej bardziej 
uprzejmy niż nadskakujący, choć major Bendick wciąż nie stracił dla niej zainteresowania. 

Joseph zagryzł  wargę i zamyślił się. Pewną sposobność do zemsty  nastręczała niezwykła  sympatia, jaką Merab 

żywiła  do  lady  Wincanton,  która  ostatnio  nie  czuła  się  przecież  najlepiej.  Joseph  rozważył  w  myślach  różne 
możliwości. Gdyby Merab dostała wiadomość, w której lady Wincanton prosiłaby ją o natychmiastowe przybycie, 
to czy nie pospieszyłaby zaraz na pomoc przyjaciółce? Pewnie wzięłaby powóz. A gdyby tak wówczas pozbawić ją 
przytomności za pomocą chloroformu? 

Tak,  powoli  rysował  mu  się  w  głowie  pewien  plan,  potrzebował  jednak  czegoś  lepszego.  Czegoś,  co 

upokorzyłoby także Sandiforda. Tylko jak to zrobić? 

 
M
ajor  Bendick  przechadzał  się  po  swej  bibliotece,  zatopiony  w  myślach.  Własne  emocje  i  uczucia  zupełnie 

wymykały mu się spod kontroli, co nie zdarzyło mu się nigdy dotąd. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to maszerować z 
jednego końca biblioteki w drugi i wymachiwać od czasu do czasu niewidzialną szablą, wrzeszcząc przy tym: 

- Do diabła! 
Stała  się  rzecz  straszna.  Major  się  zakochał.  Nie  zrobił  tego,  co  zrobiłby  każdy  rozsądny  mężczyzna  na  jego 

miejscu  -  nie  znalazł  odpowiedniej,  dobrze  urodzonej  damy  z  przyzwoitym  posagiem,  której  mógłby  złożyć 
właściwą  propozycję.  Przekonał  się  za  to,  że  nie  może  przestać  myśleć  o  Merab  Hartfield.  Nawet  kiedy  pani 
Harrison zapewniła go (oczywiście w tajemnicy), że panna Hartfield jest biedna jak mysz kościelna, i że jej matka 
była niewiele lepsza od prostytutki, major wcale nie przestał jej adorować. 

Zrobił nawet coś, co nigdy wcześniej nie przyszłoby mu do głowy; podzielił się swymi kłopotami ze szwagrem, 

wielebnym elementem Hartcourt. 

-  No,  mówię  ci!  -  krzyczał.  -  Po  prostu  nagle  przestało  mnie  to  obchodzić!  Do  diabła,  co  się  ze  mną  dzieje? 

Mówią mi, że być może jest bękartem, a ja myślę tylko o tym, że wyjechała! 

-  Być  może  -  zasugerował  łagodnie  pan  Hartcourt  -  odkryłeś  właśnie,  że  kochasz  kogoś  bardziej  niż  samego 

siebie? 

- Co? -  huknął  major. - Kochać  ją?!  Ale jak ja  mogę to robić? Nie słyszałeś, co ci przed  chwila powiedziałem? 

Ona jest bękartem bez grosza przy duszy. 

- A jak inaczej nazwałbyś to uczucie? - spytał szwagier. 
Major spojrzał nań ze złością. 
Kiedy Merab wróciła do Bath, major znalazł się w jeszcze Większej rozterce. Przez całe życie wydawał rozkazy, 

które natychmiast wykonywano. Jego ordynans spełniał bez szemrania wszelkie polecenia; podwładni gotowi byli 
wykonać  każdy  nakaz;  służący  w  domu  byli  równie  zdyscyplinowani  jak  żołnierze  -  nie  mógł  jednak  rozkazać 
niczego Merab. Z niechęcią musiał w końcu przyznać przed samym sobą, że tutaj akurat role zostały odwrócone, i 
że to on natychmiast spełnia wszelkie życzenia panny Hartfield. Co gorsza, zdał sobie sprawę, że chce je spełniać. 

Zaczynał rozumieć, że w jego życiu pojawiło się coś, o czym dotąd nie miał pojęcia, i musi się temu poddać, czy 

tego chce, czy nie. 

Pan Hartcourt przyglądał się temu z daleka przez kilka tygodni, i któregoś dnia z pewnym wahaniem powiedział 

do żony: 

- Wiesz co, zaczynam wierzyć, że twój brat nie jest aż takim upartym głupcem, za jakiego zawsze go miałem. 
- Pha! - parsknęła tylko. - Jest ohydnym bufonem i zawsze nim pozostanie. 
- Nawet bufoni czasami się zakochują - odparł pan Hartcourt. 
 
J
edną  z  największych  przyjemności,  jakie  Merab  czerpała  z  towarzystwa  pani  Bridges,  były  chwile,  gdy  obie 

panie  siedziały  razem  w  salonie.  Merab  czytała  książkę,  a  pani  Bridges  szyła,  i  żadna  z  nich  nie  czuła  się 
zobligowana do prowadzenia konwersacji. Merab mogła być sama ze swoimi myślami. Nawet kiedy pani Bridges 
widziała,  że  jej  towarzyszka  od  dłuższej  już  chwili  nie  przewraca  kart  książki,  nigdy  nie  dręczyła  jej  zbędnymi 
pytaniami. Merab mogła mieć tyle spokoju, ile tylko chciała. 

A  potrzebowała  go  bardzo.  Poprzedniego  wieczora  zdała  sobie  nagle  sprawę,  że  nie  tylko  ona  zakochała  się  w 

Rowlandzie, ale i on czuł coś do niej. Jednak bezustanne wspominanie tych cennych chwil było czymś w rodzaju 
słodkiej  tortury,  bo  jeśli  naprawdę  ją  kochał,  dlaczego  nie  powiedział  jej  o  tym?  Przebywali  razem  w  Bath  już 
niemal od  dwóch tygodni, zaczął się  kwiecień, i choć Rowland był  dla niej bardzo  miły, nie  dał  jej  wyraźnie  do 
zrozumienia, że to właśnie ona jest tą jedyną. 

Kiedy myślała jeszcze raz o tym, co zdarzyło się w ciągu ostatnich kilku tygodni, odnajdywała wiele drobnych 

momentów, podobnych do błyszczących pereł nanizanych na nić naszyjnika, które teraz wydawały jej się znaczące 
-  chwile  milczenia,  czułe  spojrzenia  skrywane  wstydliwie,  gdy  tylko  go  na  nich  przyłapała,  a  ostatnio  jego 
niezwykła troska. 

background image

 

63 

Lecz  czy  mogła  się  mylić?  Czy  ten  pocałunek,  który  wciąż  palił  jej  ramię,  czułe  objęcia,  czy  to  był  tylko 

nieistotny epizod, chwilowe zauroczenie wywołane romantycznym światłem księżyca i jej słabością? 

Merab nigdy dotąd nie była zakochana - jak zresztą mogła kogoś pokochać, skoro żyła tak długo w zamknięciu? - 

i cuda nowego świata, w którym teraz zamieszkiwała, gdzie kolory były bardziej jaskrawe, a emocje silniejsze, na 
nim mogły wcale nie wywierać takiego wrażenia. Może mężczyźni zupełnie inaczej to odczuwają? Rowland mówił 
otwarcie  o  kochankach  jej  wuja Edmunda,  wydawało się,  że  wie  wszystko  o świecie  cheres amies, od  opery  do 
teatru. 

Nagle przyszła jej  do głowy okropna  myśl. O Boże, czyżby  on przypuszczał, pomimo  wszystkich uprzejmości, 

jakie jej prawił, że ona także należy do takich kobiet? Że może ją bezkarnie całować i obejmować? Przez moment 
zrobiło jej się zimno z przerażenia. Boże drogi, niech to będzie nieprawda! Rowland nie może przecież myśleć, że 
jest kobietą łatwą, tak jak to mówił o jej matce Joseph. 

- Merab. - Głos pani Bridges przerwał te rozważania. 
- Tak, pani Bridges. - Merab wzięła głęboki oddech i zamknęła książkę. 
- Może chciałaby pani przejść się do Pijalni? Mój mąż powinien był już skończyć pisanie listów. 
Poranne wizyty w Pijalni były modne w Bath. Panie i panowie spotykali się z przyjaciółmi, pili wody i umawiali 

się na popołudnie. 

- Tak, oczywiście, pani Bridges. 
Pijalnia była teraz mniej zatłoczona niż kilka tygodni wcześniej, gdyż zbliżał się już koniec sezonu zimowego i 

wiele rodzin wyjeżdżało na lato do Londynu lub wracało do swych majątków na wsi. Państwo Bridges poszli więc 
pić wody lecznicze i odrobinę poplotkować, a Merab, która nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić, postanowiła 
przejrzeć  listę  gości.  Opasłe  tomisko  spoczywało  na  stoliku  pod  oknem  i  wpisywał  się  tam  każdy,  kto  chciał 
poinformować przyjaciół o swym przyjeździe, a także zasygnalizować jednemu z dwóch Mistrzów Ceremonii, że 
spodziewa się ich wizyty i że chętnie opłaci wstęp na wszelkie imprezy towarzyskie. 

Merab przeglądała powoli kolejne stronice. Nie spodziewała się ujrzeć tam żadnych znajomych nazwisk. Usiadła 

w  tym  miejscu  tylko  po  to,  by  znaleźć  się  poza  zasięgiem  wzroku  Bridgesów,  gdyby  do  Pijalnia  przyjechał 
Rowland  i  chciał  się  z  nią  przywitać.  Jednak  to,  co  tam  zobaczyła,  sprawiło,  że  jej  serce  na  moment  zamarło,  a 
potem zaczęło bić jak szalone. 

Na  dole  stronicy,  przy  adresie  Green  Park  Buildings,  znajdował  się  dobrze  jej  znany,  zamaszysty  podpis:  E. 

O’Riley. 

Joseph spędził kilka następnych dni analizując w myślach różne wersje planu porwania. Jednak powoli i z pewną 

niechęcią  uświadamiał  sobie,  że  o  ile  podobne  wydarzenia  mogły  być  czymś  całkiem  zwyczajnym  -  a  nawet 
nieodzownym - w powieściach gotyckich, o tyle w konkretnej rzeczywistości szacownego angielskiego miasteczka 
dokonanie  podobnego  wyczynu  napotkałoby  wiele  trudności.  Nocni  stróże  w  Bath  mieli  fatalny  zwyczaj 
patrolowania  ulic  i  nie  wahali  się  skorzystać  z  gwizdka,  kiedy  potrzebowali  pomocy.  Ojcowie  miasta  doskonale 
zdawali  sobie  sprawę,  że  Bath  będzie  nadal  prosperowało  tylko  wtedy,  gdy  zapewnią  gościom  absolutne 
bezpieczeństwo i ochronę. Joseph przypuszczał też, że niełatwo będzie przekupić stangreta, a potem być pewnym, 
że nie wyda go w śledztwie. Wiele nieprzewidzianych wypadków mogło pokrzyżować mu plany. 

Początkowo  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  los  podsuwa  mu  doskonałą  okazję,  kiedy  pewnego  wieczora  spotkał 

spacerującą przy opactwie Lottie. Młoda służąca od powrotu ze  wsi  nudziła się  w Bath. Kapral wymaszerował  z 
miasta wraz ze swym oddziałem, koleżanki miały już dość jej opowieści o napadzie, a ze względu na stan zdrowia 
lady Wincanton w domu musiała panować idealna cisza. Co więcej, gospodyni, surowa metodystka, twierdziła, że 
szatan tylko czyha na dusze bezczynnych panienek  i  wynajdywała Lottie coraz to nowe zajęcia, aby dziewczyna 
nie  miała  choćby  jednej  wolnej  chwili.  Uważała,  że  Lottie  już  raz  upadła,  zadając  się  z  żołnierzem  -  a  wszyscy 
znają reputację tych łajdaków - i nie zamierzała pozwolić, by znów przydarzyło jej się coś podobnego. 

Jednak tego akurat wieczora Lottie zdołała uśpić jej czujność i wymknąć się z domu. Wybrała się na Pump Yard i 

przechadzała  się  powoli  tam  i  z  powrotem,  czekając  na  jakiegoś  młodego  mężczyznę,  który  skłonny  byłby 
postawić jej drinka i zabawiać ją przez cały wieczór. Lottie była ładną dziewczyną - miała dołeczki na policzkach i 
niebieskie oczy, i wiedziała, że wygląda wyjątkowo korzystnie w swej różowej sukience. Dlaczego nie mogła się 
zabawić, kiedy jeszcze była młoda? 

Joseph  także  odczuwał  potrzebę  spotkania  z  jakąś  miłą  przedstawicielką  płci  przeciwnej.  Przyglądał  się  Lottie 

okiem  doświadczonego podrywacza i doszedł  do  wniosku, że  dziewczyna nie  jest prostytutką. Bath  miało  swoją 
dzielnicę  pod  czerwoną  latarnią,  w  starej  części  miasta,  przy  kanale.  Było  to  miejsce  brzydkie  i  niebezpieczne  - 
ojcowie  miasta  nigdy  nie  pomyśleli  o  tym,  by  tam  również  patrolować  nocą  ulice.  Nie,  ta  dziewczyna  była 
zapewne służącą albo sprzedawczynią, która szukała jakiejś wieczornej rozrywki. 

Zatrzymał  się  obok  niej  i  uchylił  kapelusza.  Lottie,  zrozumiawszy  natychmiast  ten  gest,  upuściła  wdzięcznie 

rękawiczkę.  Wkrótce  wywiązała  się  między  nimi  rozmowa,  a  po  chwili  Joseph  zaproponował,  że  odprowadzi 
Lottie do  Ogrodów Sydney, jednego z  najpiękniejszych zakątków Bath,  w  którym znaleźć  można było  wszystko, 
co tworzy nastrój romantycznego spaceru - migotliwe światła latarń, muzykę, labirynt ścieżek i urokliwe zakątki. 

background image

 

64 

Lottie  była  tym  ogromnie  przejęta.  Prawdziwy  dżentelmen  zabierał  ją  na  spacer  do  Ogrodów  Sydney,  a  to 

znaczyło, że nie musi płacić sześciu pensów za wstęp. Być może kupi jej coś do picia, a jeśli poprosi o całusa, to 
cóż, jest przecież miłym dżentelmenem, czemu miałaby mu żałować zwykłego pocałunku? 

Joseph  postarał  się  o  to,  by  jego  towarzyszka  dobrze  się  bawiła.  Lottie  szalała  na  huśtawkach,  zabłądziła  w 

labiryncie i z zachwytem oglądała kolorowe światła. 

-  Och,  to  takie  śliczne!  -  wykrzykiwała.  -  Moja  pani  będzie  niedługo  rodzić  i  w  ogóle  nie  wychodzi  z  domu. 

Strasznie tam teraz nudno, nawet sobie pan nie wyobraża! 

- A kim jest ta niedobra pani? - Joseph położył rękę na oparciu ławki za plecami Lottie i delikatnie gładził ją po 

karku. 

- Lady Wincanton. - Palce Josepha znieruchomiały. Lottie kręciła się niecierpliwe, chcąc zachęcić go do dalszych 

poczynań. - Byłam na wsi z panną Hartfield, to jej przyjaciółka, przez tydzień, może trochę dłużej, i to było takie 
ciekawe, a kiedy tu wróciłam, to nic tylko praca i nuda. 

-  Doprawdy?  -  Dłoń  Josepha  zaczęła  błądzić  wokół  wstążek  podtrzymujących  jej  gorset.  -  Proszę  mi  o  tym 

opowiedzieć. 

Kiedy  jakąś  godzinę  później  Joseph  odprowadzał  zaczerwienioną  i  rozchichotaną  Lottie  do  domu,  miał  już 

wszystkie informacje, których potrzebował. Pocałował ją na dobranoc, wsunął jej w dłoń pięć szylingów i ruszył z 
powrotem w stronę Queen’s Square zatopiony w myślach. 

Sprawa dziedzictwa Hartfieldów nie wyglądała więc do końca tak, jak przedstawiła ją Merab, myślał z gniewem. 

Opowiadanie  Lottie  było  trochę  nieskładne,  ale  najważniejsze  punkty  przedstawiały  się  całkiem  jasno.  Jeśli 
Sandiford ożeni się z Merab przed wyznaczoną datą, majątek będzie należał do nich; jeśli nie, wszystko pójdzie na 
cele  dobroczynne. Joseph  zastanawiał się, co  do  diabła knuje Rowland, skoro  nie zabezpieczył  majątku  od  razu. 
Czy  testament  przewidywał  jakąś  inną  możliwość?  Jego  prawniczy  umysł  pracował  na  pełnych  obrotach.  Co 
stałoby się na przykład, gdyby Merab umarła przed upływem sześciu miesięcy? Czy Sandiford odziedziczyłby od 
razu całą fortunę? Należało poważnie zbadać tę sprawę. 

Nazajutrz rano Joseph wsiadł do dyliżansu pocztowego i wyjechał do Hartfield. 
 
M
erab nie była w stanie  odwiedzić Elizy O’Riley jeszcze tego samego  dnia, na co  wcześniej  liczyła, gdyż pani 

Bridges przeziębiła się i musiała leżeć w łóżku. Kilka następnych dni Merab poświęciła wyłącznie opiece nad swą 
chorą gospodynią. Pani Beidges zazwyczaj cieszyła się  doskonałym zdrowiem  i jej  nagła choroba wprawiła cały 
dom w nieopisany chaos, co z kolei wyraźnie złościło matkę Rowlanda i nie wpływało dobrze na jej stan. Merab, 
dziękując  teraz  opatrzności,  że  potrafi  zajmować  się  domem,  robiła,  co  w  jej  mocy.  Nadzorowała  służbę, 
pocieszała panią Bridges, zamawiała wizyty lekarskie. Przygotowywała lemoniadę i  kleik  jęczmienny dla chorej, 
chłodziła jej czoło wodą kolońską i pilnowała, by nikt nie zakłócał jej spokoju. 

Rowland  przychodził  każdego  popołudnia,  by  zobaczyć  się  z  matką.  Pewnego  razu  zaproponował  Merab,  że 

zabierze ją do Bawialni. Pokręciła głową. 

- Nie mogłabym bawić się dobrze, wiedząc, że pani Bridges jest chora. 
- Więc czy mogę przynajmniej przychodzić tutaj? Obiecuję, że nie będę pani przeszkadzał. 
Merab przyjrzała mu się ze smutkiem. Był nadzwyczaj uprzejmy i zatroskany, jednak zdawało się, iż zależy mu 

bardziej na tym, by dopilnować porządku, niż by wykorzystać okazję na małe tête-à-tête ze swą kuzynką. 

- Oczywiście, kuzynie. To bardziej pański dom niż mój. 
Właściwie  Merab  miała  ogromne  skrupuły,  czy  sama  powinna  tu  zostać.  Przed  wyjazdem  powstrzymywała  ją 

jednak pani Bridges, która często powtarzała: 

- Merab, jak to dobrze wiedzieć, że pani tu jest, i że dopilnuje pani wszystkiego. 
Zdawało  się,  że  te  cudowne  chwile  w  bramie  znikły  bezpowrotnie.  Rowland  nie  czynił  żadnych  gestów  w  jej 

kierunku,  nawet  kiedy  byli  sami  w  salonie,  nie  mówił  nic,  co  mogłoby  świadczyć  o  tym,  że  żywi  do  niej  jakieś 
specjalne uczucia. Czasami  łudziła się,  że słyszy  jakąś nutkę czułości  w  jego  głosie, czasami  zdawało  jej się, że 
patrzy na nią, kiedy nikt tego nie widzi, ale potem zawsze ogarniało ją zwątpienie. Tamtego wieczora wierzyła, że 
jest  kochana.  Lecz  czy  to  w  ogóle  było  możliwe?  Wiedziała,  jak  bardzo  przywiązany  był  do  Kitty,  choć  jego 
uczucia  potraktowane  zostały  z  wyjątkowym  okrucieństwem.  Czy  naprawdę  mogła  pozwolić  sobie  na 
przypuszczenie, że teraz darzy podobnym uczuciem właśnie ją? 

Setki  myśli  i  pytań  kłębiły  się  w  jej  głowie.  Jeśli  rzeczywiście  ją  kocha,  to  dlaczego  jej  o  tym  nie  powie?  Co 

powinna  teraz  zrobić?  Kitty  doskonale  znała  mechanizmy  damsko-męskiego  flirtu  i  wiedziała,  jak  zachęcić 
nieśmiałego  adoratora  do  bardziej  otwartych  działań,  jednak  Merab  była  w  tych  sprawach  zupełnie  nieobyta. 
Wiedziała tylko, że jeżeli chce zachować szacunek dla samej siebie, musi skrywać swe uczucia. Mogła się przecież 
mylić - gdyby otworzyła serce przed Rowlandem, a okazałoby się, że jest dla niego jedynie ubogą krewną, która 
wkrótce zniknie z jego życia, doznałaby straszliwego upokorzenia, najgorszego, jakie mogło ją spotkać. 

A  jednak zdarzały się  chwile,  kiedy Rowland jakby zapominał o swej sztywnej pozie. Wtedy znów łączyła ich 

jakaś niewidzialna nić sympatii. Pewnego dnia Rowland z rozbawieniem odkrył, że Merab czyta Moll Flanders

- Znalazła pani tę książkę u lady Wincanton! - wykrzyknął. - Muszę przyznać, że jestem zdumiony. Myślałem, że 

background image

 

65 

lady Wincanton uważa podobną literaturę za wysoce niestosowną. 

- Znalazłam ją w bibliotece sir Thomasa - sprostowała Merab. - Nie wiem nawet, czy sir Thomas wiedział o jej 

istnieniu. Była wciśnięta między Cycerona i Herodota, a kiedy ją otworzyłam, ze środka wyleciały kłęby kurzu. 

-  Przeczytałem  to  pewnego  lata,  kiedy  przyjechałem  do  domu  z  Eton  -  powiedział  Rowland.  -  Pamiętam,  że 

wydawało mi się wtedy, iż Moll jest niepokojąco męska. 

- Nie, dlaczego? Ona chce tylko przetrwać, to wszystko. A tylko przechytrzając społeczeństwo mogła spokojnie 

żyć. 

- Ale chyba nie zaprzeczy pani, że łamie wszelkie zasady kodeksu moralnego uznanego przez mężczyzn? 
- Ale nie wszystkie zasady kodeksu uznanego przez kobiety - odparowała Merab. 
- A czy one się czymś różnią? 
-  Czasami  społeczeństwo  wymusza  takie  różnice  -  odparła  Merab  poważnie.  -  Gdybym  była  mężczyzną, 

mogłabym  wykorzystać  mój  skromny  posag  i  zająć  się  jakimś  rzemiosłem  lub  handlem,  żeby  poprawić  swoją 
sytuację.  Ponieważ  jednak  jestem  kobietą,  nie  mam  dostępu  do  takich  możliwości  i  skazana  jestem  na  biedę. 
Gdybym  była  Moll,  przekonałabym  się  sama,  jak  atrakcyjne  może  być  życie  z  kradzieży  i  nieuczciwych 
dochodów. 

-  Zaczynam  podejrzewać  -  mówił  Rowland  z  uśmiechem,  -  że  pani  poglądy  są  znacznie  bardziej  radykalne  od 

moich!  Kiedy  studiowałem  w  Oksfordzie,  kilka  razy  omal  nie  zostałem  wyrzucony  z  uczelni  za  pisanie 
radykalnych pamfletów, ale pani pomysły są znaczne bardziej rewolucyjne niż moje. 

- Naprawdę? - Tym razem Merab uśmiechnęła się lekko. Pomyślała o długich latach spędzonych u boku dziadka. 

- Miałam  mnóstwo czasu  na  myślenie  - powiedziała, po czym  niespodziewanie  dla samej siebie  dodała:  - Często 
myślałam  też  o  panu,  to  znaczy...  bo  pan  był  jedynym  członkiem  rodziny,  o  którym  dziadek  kiedykolwiek 
wspominał.  Nigdy  nie  mówił  o  moim  ojcu  ani  o  wuju  Edmundzie.  Zawsze  tylko  o  panu  i  pańskich  szalonych 
poglądach.  -  Roześmiała  się.  -  Dlatego  bardzo  chciałam  pana  poznać.  -  Zamilkła,  przestraszona,  że  być  może 
powiedziała za dużo. 

-  Naprawdę?  -  Głos  Rowlanda  był  zadziwiająco  łagodny.  -  Szkoda,  że  nie  wiedziałem.  Uniknęlibyśmy  wtedy 

wielu nieporozumień. 

- Wątpię, czy dziadek chciał, byśmy się dobrze rozumieli - odparła Merab cierpko. 
-  Pewnie  nie  -  zgodził  się  Rowland.  -  Ale  gdybym  znał  panią  wcześniej,  nie  robiłbym  z  siebie  takiego  głupca 

wobec Kitty. 

Serce Merab zaczęło walić jak szalone. Czyżby coś wreszcie się zaczynało? 
- Och? - wykrztusiła z nadzieją w głowie, ale Rowland, nie powiedział już nic więcej. 
Pomimo  tych  szczęśliwych  chwil  spędzonych  z  Rowlandem,  był  to  dla  Merab  trudny  czas.  Z  ulgą  przyjęła 

powrót  do  zdrowia pani Bridges,  gdyż to  oznaczało,  że  jej  gospodyni znów będzie  mogła przesiadywać z  nią  w 
salonie. 

Życie  powoli  wracało  do  normy.  Pani  Bridges  mogła  z  powrotem  przejąć  wszelkie  obowiązki  związane  z 

prowadzeniem  domu.  Umówiła  Merab  na  spacer  z  Lavinią  Heslop.  Powiedziała  jej,  że  Lavinią  to  dobra 
dziewczyna, i że nie może już patrzeć, jak pani Banstead wysługuje się nią na każdym kroku. Merab wyświadczy 
jej więc przysługę, wyciągając ją z domu na spacer. 

- Za długo musiała pani siedzieć tu ze mną - zakończyła. - Spacery dobrze pani zrobią. Może wybierzecie się na 

Lansdown? Podejrzewam, że jeszcze pani tam nie była, a można tam pooglądać naprawdę wspaniałe widoki. 

Lavinia z radością przyjęła zaproszenie. Przez całe życie mieszkała przecież na wsi i przyzwyczajona do długich 

spacerów, nie mogła już znieść zamknięcia w czterech ścianach domu pani Banstead. 

- Och, panno Hartfield! - wykrzyknęła z zachwytem, kiedy po raz pierwszy wybrały się na przechadzkę i wyszły 

wreszcie  poza  miasto.  -  Jak  tu  pięknie.  Nawet  sobie  pani  nie  wyobraża,  jak  okropnie  się  czułam,  siedząc  całymi 
dniami w domu. Choć oczywiście pani Banstead jest dla mnie bardzo miła - dodała sumiennie. 

Merab nadaremnie próbowała wcześniej stłumić w sobie niechęć do wspólnego spaceru z Lavinia. Jednak i ona 

poczuła  się  znacznie  lepiej,  gdy  wyszła  wreszcie  na  otwartą  przestrzeń,  a  młodzieńczy  zapał  Lavinii  był  tak 
zaraźliwy, że nie mogła mu się oprzeć. Próbowała zapomnieć o tym, że związek Rowlanda i panny Heslop byłby z 
pewnością mile widziany przez obie rodziny. 

Jednak  choć  Lavinia  często  wspominała  o  Rowlandzie  -  opowiadała,  jak  pomógł  jej  wsiąść  na  jej  pierwszego 

kucyka, jak kiedyś pośliznęła się niebezpiecznie, a on podtrzymał ją i uratował przed kąpielą w zimnym strumyku - 
to traktowała go raczej jak starszego brata, a nie adoratora. 

Merab nie mogła się powstrzymać, by nie spytać o Kitty Parminster. 
-  Zdaje  się,  że  pan  Sandiford  żywił  kiedyś  ciepłe  uczucia  do  pani  przyjaciółki,  panny  Parminster  -  zaczęła 

niewinnie.  Lavinia  wyglądała  jednak  na  mocno  zaniepokojoną,  więc  Merab  dodała  szybko:  -  Wspomniała  o  tym 
pani Bridges, a poza nią wie o tym jeszcze tylko kilka osób. 

Lavinia westchnęła. 
-  Jestem  pewna,  że  ponieważ  należy  pani  do  rodziny,  mogę  z  panią  spokojnie  rozmawiać  na  ten  temat.  Och, 

panno Hartfield, było mi tak bardzo szkoda pana Sandiforda. Nawet kiedy mieszkałyśmy w Bath, Kitty pozwalała 

background image

 

66 

mu się adorować, potajemnie oczywiście. Jest moją przyjaciółką, ale wydaje mi się, że to było trochę nieuczciwe z 
jej strony. Kiedyś... - Zamilkła nagle. 

- Kiedyś? - zachęcała ją Merab. 
- Kiedyś widziałam, jak całują się za palmami. 
Serce Merab zamarło na moment, a potem zalała ją fala ogromnej, niezrozumiałej zazdrości. 
-  To  było  zaledwie  dzień  przed  oświadczynami  wicehrabiego  Claydona  -  mówiła  dalej  Lavinia.  -  A  kiedy 

wypominałam jej to, roześmiała się i powiedziała, że pan Sandiford powinien się sam pilnować. 

Dobrze  mi tak,  myślała Merab. Nie powinnam była  o nic pytać. Pocałunek Rowlanda, wtedy  w bramie, nabrał 

nagle  innego,  zupełnie  zwykłego  wymiaru,  i  trudno  jej  było  to  znieść.  Myliła  się.  A  więc  to  nie  miało  żadnego 
znaczenia, ot, przyjacielski pocałunek, który miał ją pocieszyć i uspokoić. 

Kiedy wróciła do domu, pani Bridges była zaczerwieniona i podekscytowana. 
- Merab! - wykrzyknęła. - Bogu dzięki, że pani wróciła. 
- A cóż takiego się stało, kochana pani Bridges? O Boże, mam nadzieję, że to nie złe wieści od Wincantonów? 
- Nie, nic podobnego. Była tu pani Tiverton. Obawiam się, że w towarzystwie znów krążą plotki. 
- Ale o czym? O... mojej mamie? 
- Nie. O testamencie. 
- O testamencie? 
Pani Bridges przyłożyła dłoń do czoła. 
- O mój Boże, to takie okropne. - I ku przerażeniu Merab wybuchnęła płaczem. 
- Och, proszę pani. - Merab podbiegła i objęła ją mocno.  - Proszę nie płakać. Proszę powiedzieć  mi, co  mówiła 

pani Tiverton. 

Pani  Bridges  sięgnęła  po  chusteczkę,  lecz  dopiero  po  dłuższej  chwili  mogła  normalnie  mówić.  Pokrótce 

wyglądało to tak: pani Tiverton mówiła, że zgodnie z testamentem, który oddawał majątek Merab i Rowlandowi, 
jeśli pobiorą się w określonym czasie, Rowland przejmie całość w wypadku, gdyby Merab umarła przed upływem 
sześciu  miesięcy.  Mówiła  także  -  choć  zaznaczyła  wyraźnie,  że  uważa  to  za  niedorzeczność  -  iż  w  plotkach 
powtarza się wiadomość o tym, jak panna Merab omal nie zginęła z rąk „rozbójnika”. 

Merab zbladła jak ściana. 
- To znaczy, że ludzie przypuszczają, że Row... pan Sandiford próbował mnie zabić? 
Zimny dreszcz wstrząsnął panią Bridges. 
-  Rowland  będzie  zrujnowany  -  zapłakała.  -  Przepadną  wszystkie  jego  nadzieje  na  miejsce  w  parlamencie.  Kto 

poprze  kandydaturę  człowieka  podejrzanego  o  morderstwo?  Oczywiście,  zaprzeczyłam  wszystkiemu.  Ale  skąd 
pani Tiverton mogła się o tym wszystkim dowiedzieć? I w dodatku te kłamstwa. 

-  Czy  aby  na  pewno  kłamstwa?  -  powiedziała  Merab  powoli.  -  Ja  z  pewnością  nigdy  nie  słyszałam  o  tej 

dodatkowej klauzuli. 

- Merab! - Pani Bridges aż wyprostowała się z przerażenia. - Chyba nie myśli pani, że Rowland mógłby... 
-  Nie,  oczywiście  że  nie  -  odparła  Merab  niecierpliwie.  -  Ale  mimo  to  zastanawiam  się,  czy  to  nie  jest 

przypadkiem prawda,  mam  na  myśli tę  dodatkową  możliwość.  A  jeśli tak, to skąd się  o tym  dowiedzieli?  Bo to 
oznacza, że ktoś oprócz nas miał dostęp do testamentu! 

Merab nie mogła opędzić się od myśli, że najlepszym rozwiązaniem dla nich obojga byłby teraz natychmiastowy 

ślub.  Jak  jednak  mogła  to  zaproponować?  Raz  już  kategorycznie  odmówiła  Rowlandowi,  a  on  wcale  nie  był 
skłonny powtórzyć swej  oferty. Co zrobi, kiedy ta plotka dotrze  do  jego uszu? Merab podejrzewała, że jest zbyt 
dumny, by prosić ją o rękę tylko po to, by ratować swą reputację. 

To musi być Joseph, pomyślała. Ten plan nosi wszelkie znamiona jego chorego umysłu. Skoro sam nie może się 

z nią ożenić i uzyskać dostępu do  majątku Hartfieldów, postanowił stworzyć taką sytuację, w  której ani  ona, ani 
Rowland również nie będą mogli dostać tych pieniędzy. Rowland nie oświadczy się jej po raz drugi i będzie musiał 
znosić wszelkie kalumnie i oskarżenia. Pani Bridges miała zapewne rację - jego przyszłość malowała się teraz w 
ciemnych barwach. Chyba że ktoś znalazłby sposób, by położyć kres tym plotkom raz na zawsze. 

Jak jednak udowodnić, że to Joseph jest wszystkiemu winien? Jak go zdemaskować? 
 
B
udynki  Green  Park,  gdzie  wynajęła  pokoje  Eliza  O’Riley,  znajdowały  się  w  niżej  położonej  części  miasta.  Z 

okien  usytuowanych  tam  mieszkań  roztaczał  się  piękny  widok  na  łąki  Kingsmead  i  rzekę  Avon.  Było  to  miłe 
miejsce, niezbyt odległe od Pijalni i łaźni, a wystarczająco oddalone od głośnego i zatłoczonego centrum miasta. 
Pani O’Riley wynajęła cztery pokoje dla siebie, służącej, i młodego mężczyzny, którego nazywała siostrzeńcem. 

Eliza była zadbaną kobietą dobrze już po pięćdziesiątce, choć sama utrzymywała, że ma lat trzydzieści osiem - co 

robiła już od dłuższego czasu. Wiek nie był zresztą jedyną sporną kwestią, gdy chodziło o Elizę O’Riley  - równie 
podejrzany był tytuł „pani” przed jej nazwiskiem i jej „siostrzeniec”, który w razie potrzeby przemianowywany był 
na jej prawnika, kolegę z Royal Opera, a czasami nawet na woźnicę. 

Eliza już  na początku swej  kariery  nauczyła się, że sama  musi  dbać o swoje sprawy, i że to, co świat nazywał 

„przyzwoitością”,  stanowiło  tylko  środek,  za  pomocą  którego  kobiety  takie  jak  ona  utrzymywane  były  w 

background image

 

67 

poddaństwie.  Zawsze  starała  się  zachowywać  pozory  przyzwoitości  na  tyle,  na  ile  tylko  było  to  możliwe.  W 
odróżnieniu  od  wielu  dziewcząt  z  opery  nie  chadzała  więc  na  dzikie,  całonocne  przyjęcia,  zaś  wybierając  sobie 
kochanków miała na względzie nie tylko rozwój swej kariery, lecz również dyskrecję. 

Unikała  zepsutych  i  zamożnych  arystokratów,  wiedząc,  że  zbyt  zależało  im  na  reputacji  wspaniałych  i 

pożądanych  kochanków,  by  umieli  dochować  tajemnicy.  Częściej  spotykała  się  z  niezadowolonymi,  żonatymi 
mężczyznami  z  klasy  średniej,  którzy  chętnie  utrzymywali  kochanki,  woleli  jednak  uniknąć  wszelkich  kłopotów 
małżeńskich.  Byli  wyrozumiałymi  i  miłymi  ludźmi,  z  chęcią  sponsorowali  opery,  w  których  Eliza  otrzymywała 
jakąś dobrą rolę, a kiedy ją opuszczali, byli dla niej niezwykle hojni. 

Taki styl życia okazał się na tyle dochodowy, że Eliza mogła zrezygnować z opery i z rocznym dochodem ponad 

czterystu  funtów  cieszyć  się  owocami  swej  ciężkiej  pracy.  Jednym  z  tych  owoców  była  znajomość  z 
niestrudzonym  Timem  Heardem.  Tim,  nieślubny  syn  jednego  ze  stolarzy,  którzy  przygotowywali  scenografię  w 
Teatrze Królewskim, całe  dzieciństwo spędził  w tym  właśnie i  innych teatrach. Eliza poznała go  jako podrostka, 
gdy  rozsypywał  trociny  na  podłodze  Teatru  Królewskiego,  by  w  ten  sposób  zebrać  wszystkie  krople  parafiny  i 
tłuszczu ze świec. Natychmiast poczuła do niego sympatię. Podobała jej się energia chłopca i jego spryt. Później, 
kiedy  już  dorósł,  kilkakrotnie  ratował  ją  przed  jakimiś  namolnymi  arystokratami,  którzy  chcieli  spenetrować  jej 
garderobę, gdyż Tim jako młodzieniec wszechstronnie uzdolniony był także pierwszorzędnym bokserem i aktorem. 

Należał  do  ludzi,  których  wieku  nie  można  określić  tylko  po  wyglądzie,  i  mógł  równie  dobrze  mieć  lat 

trzydzieści, jak i pięćdziesiąt. W rzeczywistości miał trzydzieści osiem i przez ostatnie dwadzieścia lat cieszył się 
względami Elizy,  gdy sprzyjały temu  okoliczności. Teraz  właśnie Tim  miał  ważne powody, by  znaleźć się poza 
Londynem (jakieś nie całkiem uczciwe interesy) i z radością gotów był spędzić kilka miesięcy w Bath. Przemienił 
się  w  siostrzeńca  Elizy,  odprowadzał  ją  codziennie  do  Pijalni  i  otaczał  ją  wszelką  opieką.  To,  co  działo  się  w 
zaciszu wynajmowanych przez nich pokojów, nie powinno było nikogo interesować. 

To  właśnie  Tim  znalazł  kiedyś  przerażoną  Abigail  Cooper,  ukrywającą  się  w  pomieszczeniu  dla  stolarzy  na 

tyłach  sceny,  gdzie  skryła  się  przed  jakimś  natrętnym  i  lubieżnym  adoratorem.  Tim  zaprowadził  ją  do  Elizy  i 
przedstawił w następujący sposób; 

- Patrz, Liza, następne pisklę dla ciebie, chyba nawet nie do końca wyklute. 
Eliza  wzięła  Abby  pod  swe  skrzydła,  chroniła  ją,  wtajemniczyła  w  tajniki  zawodu  i  pilnowała,  by  nikt  jej  nie 

molestował. A nie należało to do łatwych zadań. Abby była bardzo ładna, a do tego roztaczała wokół siebie aurę 
kruchości  i  niewinności,  co  przyciągało  do  niej  całe  stada  zalotników.  Niewielu  spośród  zarozumiałych 
przedstawicieli  arystokracji  skłonnych  było  uwierzyć,  że  ta  dziewczyna  poświęcała  się  wyłącznie  swej  pracy. 
Stawiano zakłady, kto pierwszy zdobędzie tę dziewiczą fortecę. 

Choć  nie  brakowało  jej  talentu  -  Eliza  przyznawała,  że  głos  Abigail  był  niezwykle  czysty  -  z  pewnością  nie 

pasowała do zgiełku i ciężkich warunków teatralnego życia. Eliza była więc bardzo zadowolona, kiedy pojawił się 
Jonathan Hartfield. 

- Kocham Jonathana, naprawdę go kocham - chlipała Abby. - Ale moje życie to śpiew! Elizo, urodziłam się, by 

śpiewać. 

- Może - odpowiadała wtedy Eliza. - Ale żyjąc w ten sposób, wkrótce i tak nie będziesz mogła śpiewać. Posłuchaj 

tylko, jak okropnie kaszlesz od czasu, gdy musiałaś uciekać w deszczu przed tym... kto to był? Lord Penrith? 

- Jonathan nie pozwoli mi nadal śpiewać - powiedziała Abby. 
- Nie - zgodziła się Eliza. - To nie dość przyzwoite. - Skrzywiła się wymownie. 
W  końcu  jednak  zwyciężyła  miłość  i  Eliza  odprowadziła  przyjaciółkę  do  ołtarza.  Później  ich  przyjaźń  powoli 

słabła,  co  było  nieuniknione.  Eliza  zdawała  sobie  sprawę,  że  choć  Jonathan  zawsze  był  dla  niej  uprzejmy  i  bez 
końca dziękował jej za opiekę, jaką otaczała jego żonę, wolał, by tak właśnie się stało. Abby była zbyt lojalna, by 
sprzeciwiać  się  jego  życzeniom,  toteż  składała  jej  tylko  krótkie  wizyty  raz  na  kilka  miesięcy  lub  pisała  listy. 
Ostatni Eliza otrzymała na Boże Narodzenie po śmierci Jonathana. Abby pisała, że wraz z Merab przeprowadziła 
się do Hartfield Hall. Stan jej zdrowia był bardzo kiepski. Oba płuca zostały już zainfekowane i teraz była to już 
tylko kwestia czasu. Jak zawsze serdecznie ją pozdrawiała. 

Po  przyjeździe  do  Bath  Eliza  dziwnie  często  myślała  o  Abby.  Być  może  dlatego,  że  tak  wielu  było  tutaj 

schorowanych  ludzi,  a  być  może,  jak  pomyślała  później,  dała  o  sobie  znać  niezwykła  intuicja  odziedziczona  po 
irlandzkich przodkach. Nie była więc bardzo zdumiona, kiedy pokojówka przyniosła jej kartę z nazwiskiem „Panna 
Merab  Hartfield”.  Eliza  siedziała  właśnie  w  salonie  z  Timem  i  bez  słowa  podała  mu  kartę.  Tim  gwizdnął 
przeciągle. 

- Córka Abby? 
- Tak myślę. Chyba nie ma na świecie drugiej Merab Hartfield. - Skinęła na służącą. - Poproś pannę Hartfield, by 

weszła tutaj. 

Tim podniósł się ze swego miejsca. 
- Lepiej poradzisz sobie sama, moja droga. Wrócę później. 
Eliza nie odpowiedziała. Z obawą wpatrywała się w kartkę. Co wiedziała ta Merab Hartfield? Nie daj Boże, by 

musiała wyjaśniać szczegóły kariery Abby jakiejś napuszonej damulce! 

background image

 

68 

Jednak  zarówno  Eliza,  jak  i  Merab  zostały  mile  zaskoczone  tym,  co  ujrzały.  Eliza  była  wzruszona 

podobieństwem  swego  gościa  do  matki.  Merab  miała  te  same  lśniące  ciemne  oczy,  jednak  siła  charakteru  i 
determinacja  upodabniały  ją  raczej  do  pani  O’Riley,  niż  do  matki.  Eliza  podziwiała  śmiałość  i  zdecydowanie,  z 
jakim Merab opowiadała jej o swych problemach. 

Merab z kolei odniosła wrażenie, że jej rozmówczyni jest sympatyczna i tolerancyjna. Właściwie po raz pierwszy 

od śmierci  matki została przez  kogoś  w pełni  zaakceptowana taka, jaka jest. Eliza pozwoliła sobie ujawnić, jaką 
rolę odegrała w życiu Abby, natomiast nietrudno było domyślić się, że jej życie dalekie było od konwencjonalnych 
norm przyzwoitości. Merab ze zdziwieniem stwierdziła, że wcale jej to nie przeszkadza. Nagle wszystkie te utarte 
normy i zasady zaczęły  ją denerwować. Czym było dobre pochodzenie  w porównaniu z dobrym sercem? A tego 
pani O’Riley z pewnością nie brakowało. 

Eliza była tak sympatyczna i miła, że Merab z rozpędu opowiedziała jej o całym swoim dzieciństwie, o śmierci 

ojca i ostatnich okropnych latach spędzonych z dziadkiem. 

-  Moje  ty  biedactwo!  -  zawołała  Eliza.  -  Szkoda,  że  nic  nie  wiedziałam.  Obawiam  się  jednak,  że  i  tak  niewiele 

mogłabym  pomóc.  Zanim  zrezygnowałam  ze  śpiewania,  prowadziłam  bardzo  nieustatkowane  życie.  Chyba  nie 
wyszłoby to na zdrowie, młodej panience. 

- Nie mogę przestać myśleć - mówiła Merab cierpkim tonem  - że bycie tak zwaną „damą” ma wiele poważnych 

wad. Przed końcem lata muszę znaleźć sobie posadę nauczycielki za trzydzieści funtów rocznie,  jeśli będę miała 
szczęście, oczywiście. To dla mnie jedyne wyjście, jeśli nadal chcę być porządną, zasługującą na szacunek damą. 
Powiedziałam  kiedyś  mojej  przyjaciółce,  że  znacznie  lepsza  byłaby  dla  mnie  posada  gospodyni,  która  jest  z 
pewnością lepiej płatna, ale ona tak się przeraziła, że nie wspomniałam o tym już więcej! 

Eliza roześmiała się i przyjrzała Merab z ciekawością. Dlaczego ona musi pracować, zastanawiała się w duchu. 

Była dobrze ubrana i najwyraźniej nie brakowało jej niczego. 

-  Proszę  mi  powiedzieć,  dlaczego  musi  pani  zostać  guwernantką  -  poprosiła,  po  czym  dodała  szybko,  widząc 

wahanie  Merab.  -  Mogę  panią  zapewnić,  że  potrafię  być  dyskretna.  Swego  czasu  musiałam  dochować  wielu 
tajemnic. 

Po  chwili  milczenia  Merab  zdecydowała  się  spełnić  jej  prośbę.  Powiedziała  jej  o  wszystkim;  o  testamencie,  o 

Josephie Harrisonie,  o swojej sytuacji. Choć zmusiła się do tego, by wyjaśnić dokładnie  warunki testamentu, nie 
znalazła dość sił, by wspomnieć o Rowlandzie. 

Eliza przez całe życie  wysłuchiwała zwierzeń  różnych ludzi i była dość  doświadczona, by od razu zorientować 

się, że Merab omija starannie temat swego tajemniczego  kuzyna. Doszła jednak  do  wniosku, że to  może jeszcze 
poczekać.  A  Tim  z  pewnością  zdobędzie  wszelkie  informacje  dotyczące  tego  człowieka,  jeśli  tylko  będzie  ich 
potrzebować. Tim nie miał równych sobie, kiedy chodziło o zbieranie potrzebnych informacji. 

- Poznałam kiedyś panią Harrison, wówczas nazywała się zresztą Dinah Cooper - powiedziała Eliza, kiedy Merab 

umilkła.  -  Przyjechała  do  Londynu,  żeby  przywołać  do  porządku  pani  matkę.  Między  nami  mówiąc,  była 
zazdrosna.  Myślała,  że  Abby  prowadzi  wygodne,  luksusowe  życie,  przynajmniej  tak  jej  się  wydawało,  i  nie 
widziała powodu, dla którego i ona nie miałaby z niego skorzystać. Spoglądała łaskawym okiem na wielu spośród 
adoratorów Abby. 

- Muszę przyznać, że jestem zdumiona - powiedziała Merab. - Pani Harrison jest teraz bardzo surową i pobożną 

damą. 

Po chwili Eliza przypomniała sobie jeszcze coś. Otóż Dinah Cooper związała się na dosyć krótko z niejakim sir 

Walterem  Tullochem,  rozpustnym  fircykiem,  który  zalecał  się  do  Abby.  Eliza  nie  wiedziała,  co  dokładnie 
wydarzyło  się  między  nimi,  ale  był  to  krótki  romans  -  jeśli  rzeczywiście  można  to  nazwać  romansem.  Wkrótce 
potem Dinah wyjechała z Londynu. Przed wyjazdem robiła jeszcze gorzkie wyrzuty siostrze, która nic z tego nie 
rozumiała i przez kilka następnych dni była całkiem przybita. Teraz Dinah pojawiała się znowu, w tej samej aurze 
złośliwości i zazdrości, a jej syn najwyraźniej w niczym jej nie ustępował. 

- Cała ta historia z Josephem Harrisonem brzmi bardzo niesmacznie - powiedziała pani Eliza. - Zdaje się, że będę 

musiała  zainteresować  się  tym  bliżej.  Och  proszę  się  nie  niepokoić,  nikt  się  o  tym  nie  dowie.  Mam  dostęp  do 
pewnych ludzi i informacji... 

- Dziękuję, że zechciała mnie pani przyjąć - powiedziała Merab, zbierając się do wyjścia. - Bardzo się cieszę, że 

mogłam z panią porozmawiać. Tak bardzo brakowało mi kontaktu z kimś, kto znał moją mamę. 

-  Musi  pani  odwiedzić  mnie  znowu  -  poprosiła  Eliza.  -  Ale  lepiej  niech  się  pani  nie  przyznaje  publicznie  do 

znajomości ze mną, moja droga. Jeśli się pani zgodzi, utrzymamy naszą przyjaźń w tajemnicy. 

- Chciałabym móc przedstawić panią moim znajomym - powiedziała Merab z żalem. Nie była naiwna - zdawała 

sobie sprawę, że w przeszłości Elizy kryło się zapewne wiele zdarzeń, o których lepiej było nic nie wiedzieć, i że 
ze  względu  na  jej  wątpliwą  reputację  najlepiej  zrobiłaby  „zapominając”  o  tej  teatralnej  przyjaźni  swej  matki. 
Jednak polubiła Elizę, podziwiała jej bezkompromisowość, a jej szczerość działała na nią odświeżająco. 

- Lepiej nie - odparła Eliza szorstko. - Może kiedyś. 
Merab musiała się tym zadowolić. 
 

background image

 

69 

Był  wieczór.  Amelia  miała  wkrótce  się  położyć.  Babette  czesała  właśnie  włosy  swej  pani.  Musiała  jeszcze 

nawinąć  je  na  papiloty,  a  potem  przykryć  nocnym  czepkiem.  Służąca  i  pani  rozmawiały  o  plotkach  na  temat 
Rowlanda i Merab. 

- Pewnie  oboje  okropnie się tym  martwią  -  kończyła Amelia. - Muszę przyznać, że prawie  nie spałam  ostatniej 

nocy, kiedy lady Mandersby powiedziała mi o wszystkim. Oczywiście, nikt nie przyznaje otwarcie, by wierzył w te 
pogłoski, a ja powiedziałam lady M., że nie ma w nich krzty prawdy, ale rzeczywiście wygląda to tak, jakby biedna 
Merab zaplątana była w same skandale. Skąd, do licha, biorą się te wszystkie historie? 

Babette wzięła jeden z papilotów, nawinęła nań kosmyk włosów, zawiązała umiejętnie i dopiero wtedy odparła: 
- Zastanawiam się, miladi, czy pytała pani o to Lottie? 
- Lottie? 
- To jedyna osoba, która była tam z panną Hartfield i panem Sandifordem. A ostatnio nic nie je. Tylko skubie to, 

co podaje jej gospodyni. 

-  Ale  dlaczego  miałaby  rozsiewać  takie  plotki?  Była  zachwycona  ubraniami,  które  podarowała  jej  panna 

Hartfield. Dlaczego miałaby utrudniać jej życie? 

Babette wzruszyła ramionami. Czasami zachowanie Anglików było dla niej zupełnie niezrozumiałe. 
- Przywołaj ją tutaj, Babette - powiedziała Amelia, kiedy służąca skończyła zaplatać jej włosy. - Czekam na nią w 

buduarze. 

Kiedy Lottie stawiła się we wskazanym pokoju, nerwowo skubiąc fartuszek, lady Wincanton od razu zrozumiała, 

że dziewczyna ma coś na sumieniu. Minęło sporo czasu, nim Amelia zdołała z niej wyciągnąć całą historię, ale w 
końcu  dowiedziała się  wszystkiego  o  wieczornej  wyprawie i  wycieczce  z  nieznajomym adoratorem  do  Ogrodów 
Sydney. 

- Ja nie chciałam, żeby tak wyszło, proszę pani - wykrztusiła Lottie, zalewając się łzami. - Za nic w świecie nie 

chciałabym skrzywdzić panny Merab. 

Amelia stukała palcami w blat stołu, próbując zebrać myśli i zapomnieć o dokuczliwym bólu w plecach. 
- Kim był ten mężczyzna? - spytała w końcu. 
Lottie  nie  wiedziała.  Nie  przedstawił  się.  Opis  mógł  pasować  do  każdego.  W  Bath  byłe  mnóstwo  wysokich, 

ciemnowłosych mężczyzn, z których większość z przyjemnością poflirtowałaby sobie z ładną służącą. 

- Ale zauważyłam, że miał ładny zegarek kieszonkowy, proszę pani, ze swoimi inicjałami. To było zdaje się I.H. 

albo J.H. 

Amelia wyprostowała się nagle. J.H. O mój Boże, pomyślała. To musiał być Joseph Harrison. 
Poderwała się gwałtownie ze swego miejsca. 
- Moje przybory do pisania, szybko! - zawołała. - Nie, sama je sobie przyniosę. 
Obróciła się w miejscu, zrobiła krok naprzód, lecz nagły atak bólu zgiął ją wpół. Upadła ciężko na podłogę. 
Krzyk Lottie wypełnił cały dom. 
 
L
avinia stwierdziła, że nauczyła się już bardzo wiele, od czasu, gdy przyjechała do Bath. Wcześniej nie wiedziała 

nic o szerokim świecie, a towarzystwo znała tylko z opowiadań Kitty. Gdy Kitty opowiadała jej o swej pierwszej 
wyprawie  do  Londynu,  o  wszystkich  cudownych  zalotnikach  i  liścikach  miłosnych,  Lavinia  słuchała  tego  jak 
jakiejś  bajki.  Jak  to  cudownie,  myślała  wtedy,  być  taką  piękną  i  adorowaną  Kitty,  chodzić  na  romantyczne 
spotkania przy księżycu, tańczyć z zakochanymi zalotnikami i oglądać przeróżne piękne jedwabie i muśliny, które 
prezentowali jej pomocnicy sprzedawcy tekstyliów, i z których mogła wybrać sobie, co tylko zechciała. 

Wierzyła każdemu jej słowu i naiwnie przyjmowała opowieści o jej przewagach i triumfach tak, jak oceniała je 

sama Kitty. 

Teraz widziała, że rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Nie miała wątpliwości, że dla Kitty jej pobyt w Bath był 

kolejnym  z  takich  triumfów  -  czyż  nie  została  narzeczoną  wicehrabiego?  Lecz  Lavinia  podejrzewała,  że  było  tu 
także wielu rozsądnych mężczyzn, którzy nie ulegli jej urokowi i którzy nie traktowali jej poważnie - na przykład 
major Bendick. 

I  tu  znowu  Lavinia  napotykała  na  kolejną  zagadkę.  Od  czasu,  gdy  zaprzyjaźniła  się  z  Merab,  poznała  majora 

nieco lepiej. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, gotowa była obdarzyć go wszelkimi możliwymi cnotami. Potem 
odkryła  jednak,  że  nie  jest  on  wcale  bohaterem  bez  skazy,  a rozmowy  z  nim  stawały  się  coraz  bardziej  nużące. 
Teraz, ku swemu zdumieniu, odkryła, że po raz kolejny zmienia o nim zdanie. A może to sam major się zmienił? 
Może  coś  się  z  nim  stało?  Już  kilka  razy,  kiedy  wybrały  się  z  panną  Hartfield  na  spacer,  spotykały  po  drodze 
majora, który zazwyczaj przyłączał się do nich. Lavinia zauważyła, że major nie był już tak arogancki jak niegdyś. 
Nie pouczał ich, nie mówił, co mają myśleć, ani nie był już taki pewny, że i tak wie, co i jak myślą kobiety. Ba! 
Coraz  częściej  pytał  je  o  zdanie  w  różnych  sprawach  i  interesował  się  tym,  co  naprawdę  myślą,  a  nie  tym,  co 
myśleć powinny. 

Czyżby zakochał się w jej nowej przyjaciółce? Im baczniej go obserwowała, tym bardziej była o tym przekonana. 

Była także bardzo zadowolona, że sama to spostrzegła, zaś jeszcze większą radość sprawił jej fakt, że zniknęło jej 
bezmyślne uwielbienie dla przystojnego bohatera. 

background image

 

70 

To właśnie major przekazał Lavinii najnowsze plotki, kiedy spotkał ją pewnego ranka w Pijalni. 
- To znaczy, że pan Sandiford próbował zamordować pannę Hartfield? - zawołała zdumiona. 
- Obawiam się, że tak. 
- Ależ to absurd! 
-  No  cóż,  dobrze  wychowanej  młodej  damie  trudno  uwierzyć  w  podłość  tego  świata  -  odparł  major 

protekcjonalnie. 

-  Nonsens,  majorze  -  żachnęła  się  Lavinia.  -  Znam  pana  Sandiforda  przez  całe  życie.  Jego  majątek  należy  do 

parafii mego ojca! 

Major  był  nieco  zaskoczony.  Nie  zastanawiał  się  nigdy  nad  pochodzeniem  Rowlanda  -  wiedział  tylko,  że  ten 

przeklęty  szlachcic  pozostaje  z  panną  Hartfield  w  bliskich  stosunkach,  o  wiele  za  bliskich  jak  na  kuzyna,  który 
podobno ledwo ją zna. 

- Oczywiście to tylko plotka - odparł major, nieoczekiwanie dla samego siebie. 
- Więc dlaczego pan ją rozpowiada? - upomniała go ostro Lavinia. - Pan wybaczy, woła mnie pani Banstead. 
Ukłoniła  mu  się  najmniej  uprzejmie,  jak  to  było  możliwe,  i  odeszła.  Dopiero  później  zdała  sobie  sprawę,  że 

porządnie utarła mu nosa, lecz wcale się tym nie przejęła. 

Major patrzył za oddalającą się Lavinia z nowym szacunkiem. 
Pani  Banstead  chrapała  smacznie  podczas  swej  popołudniowej  drzemki,  a  Lavinia  wciąż  nie  mogła  przestać 

myśleć o tym, co powiedział jej major. Choć trzymała w dłoniach przybory do haftowania, nie potrafiła skupić się 
na pracy; patrzyła w okno i zastanawiała się, co powinna zrobić. 

Sama  nie  chciała  rozpuszczać  plotek,  a  ponieważ  w  tej  materii  nie  miała  zbyt  dobrej  opinii  o  pani  Banstead, 

wolała  nie  zwierzać  się  jej  ze  swoich  problemów.  Z  drugiej  jednak  strony,  jeśli  Rowland  nie  wiedział  jeszcze  o 
niczym, powinien był jak najszybciej poznać prawdę. Pani Bridges była jeszcze zbyt chora, by mogła ją odwiedzić, 
nie znała zaś Merab na tyle dobrze, by rozmawiać z nią o podobnej sprawie - poza tym, trudno było oczekiwać, by 
panna  Hartfield  zechciała  poinformować  własnego  kuzyna  o  jego  rzekomych  morderczych  zakusach.  Tak  czy 
inaczej, Rowland musiał się o wszystkim dowiedzieć, tego była pewna. 

Pani Banstead wciąż spała. Lavinia przeszła na palcach do sekretarzyka i zasiadła do pisania. Najpierw zepsuła 

całkiem  dobre  pióro,  obgryzając  jego  końcówkę,  później  zmarnowała  kilka  kartek  papieru,  które  kompletnie 
pomięte wylądowały w koszu na śmieci, wreszcie zdołała zredagować krótki list. Był on wyjątkowo lakoniczny i z 
pewnością nie znalazłby uznania  w oczach guwernantki Lavinii, która niegdyś uczyła ją, jak powinien  wyglądać 
list napisany przez prawdziwą damę. Spełniał jednak swoje zadanie, a w tej sytuacji to było najważniejsze.  Plotki 
mówią,  że  napad  na  Pański  powuz  był  pana  dziełem,  zakończyła.  Piszę  do  pana,  bo  chcę  Pana  ostszec.  Jacyś 
złoczyńcy chcą wyrządzić Panu krzywdę. Z powarzaniem, L. Heslop. 

Złożyła list, zalakowała go i zaadresowała. Spojrzała jeszcze raz na panią Banstead i postanowiła zaryzykować. 

Nie chciała, by list dostarczył służący - młode  damy zazwyczaj nie pisują do  młodych  mężczyzn, a poza tym  na 
pewno wkrótce dowiedziałaby się o tym jej gospodyni. Nie, będzie musiała zająć się tym sama. 

- Pani wychodzi, panno Heslop? - spytał zdumiony lokaj, kiedy kilka minut później Lavinia w płaszczu i czepku 

stanęła w drzwiach wyjściowych. 

-  Potrzebuję  trochę  nici  do  haftowania  -  skłamała  Lavinia.  -  Mam  nadzieję,  że  wrócę,  nim  pani  Banstead  się 

obudzi. 

Po przeczytaniu wiadomości, Rowlanda ogarnął ogromny gniew. List Lavinii pełen był błędów ortograficznych, 

ale  treść  pozostawała  całkiem  jasna.  Rowland  nie  miał  najmniejszych  trudności  ze  zidentyfikowaniem 
„złoczyńcy”. To musiał być Joseph. 

Kiedy  przechadzał  się  nerwowo  po  pokoju,  po  raz  pierwszy  zaczął  się  zastanawiać  nad  tym,  w  jaki  sposób 

testament Hartfielda dotykał Merab. Początkowo postrzegał go tylko jako złośliwe zrządzenie losu, które niszczyło 
jego  nadzieje.  Teraz  zrozumiał,  że  Merab  została  potraktowana  równie  okrutnie,  i  że  wkrótce  może  się  stać 
obiektem niewybrednych żartów i kpin. Zgodnie z testamentem, została swego rodzaju towarem przetargowym. Co 
gorsza, zdał sobie sprawę, że to  jego zachowanie, fakt, że początkowo  nie chciał  jej uznać,  mógł uczynić  z niej 
przedmiot okrutnych żartów - złośliwcy twierdziliby zapewne, że nie była godna jego oświadczyn. A cóż on mógł 
na to odpowiedzieć? Gdyby oznajmił, że poprosił ją o rękę i został odrzucony, nikt by mu nie uwierzył. 

Wreszcie zrozumiał także, że oferta, jaką złożył Merab, była dla niej upokarzająca. Jak mógł zaproponować jej 

coś  podobnego?  Zupełnie  jakby  uważał,  że  Merab  nie  ma  nic,  co  mogłaby  zaoferować  mężczyźnie.  Rowland 
poczuł nagle ogromny wstyd. Jakże był ślepy, jakże arogancki! Najgorsze jednak, że zmarnował wszystkie szansę 
naprawy tej sytuacji. 

Nie  zapominał  jednak  o  własnym  położeniu.  Ta  plotka  mogła  pozbawić  go  wszelkich  widoków  na  miejsce  w 

parlamencie. Joseph skutecznie pomniejszył jego szansę na zrobienie politycznej kariery, a do tego postawił go w 
bardzo  niezręcznej  sytuacji  względem  Merab.  Nawet  gdyby  go  polubiła,  gdyby  wysłuchała  jego  oferty,  jakże 
mogłaby zgodzić się na małżeństwo, które miało na celu ratowanie kariery politycznej jej przyszłego męża? Jakże 
mogłaby uwierzyć w jego bezinteresowne uczucie? 

Pozostawało  jeszcze  pytanie  najgorsze  -  jak  daleko  gotów  był  posunąć  się  Joseph?  Czy  będzie  próbował 

background image

 

71 

spreparować  kolejny  „wypadek”?  Rowland  zatrzymał  się  w  pół  kroku,  porażony  myślą,  która  przyprawiła  go  o 
zimny dreszcz. 

Czy życie Merab było w niebezpieczeństwie? 

10 

Major Bendick przyglądał się swemu  odbiciu  w  lustrze z  mniejszym  niż zazwyczaj zadowoleniem. Nie  widział 

już  wysokiej,  szczupłej  figury  ani  elegancko  przyciętych  żołnierskich  wąsików,  lecz  martwił  się  coraz  rzadszą 
fryzurą i coraz gęstszą siecią zmarszczek w kącikach oczu. Czy panna Hartfield go zechce? Wiedział, że z punktu 
widzenia towarzystwa byłby to związek  daleko  wykraczający poza to,  na  co  mogła  kiedykolwiek  liczyć. Jednak 
major zmuszony był już nauczyć się, że choć jego sytuacja finansowa budzi powszechne uznanie, nie  oznacza to 
wcale, iż kobieta godna miłości automatycznie go zaakceptuje. 

Skonsultował  się  ze  swym  szwagrem,  który  udzielił  mu  odpowiedzi  świadczącej  w  opinii  majora  o  zupełnym 

braku wyczucia i delikatności: 

- Dlaczego po prostu jej nie zapytasz? 
Major krępował się mówić mu, że obawia się odmowy, która definitywnie położyłaby kres jego nadziejom. 
- Nie sądzę, by ci odmówiła - ciągnął pan Hartcourt, prawidłowo interpretując milczenie majora.  - W końcu jest 

chyba w dość trudnej sytuacji, prawda? Jeśli te plotki są prawdziwe, nie ma żadnego majątku, zdana jest na łaskę i 
niełaskę bezwzględnego  kuzyna. Choć  ja osobiście  w to  nie  wierzę. Dla  mnie ta intryga szyta jest zbyt  grubymi 
nićmi. 

- Ale ten napad! 
-  Phi!  -  parsknął  pan  Hartcourt.  -  Ja  też  zostałem  napadnięty  przez  jakiegoś  zbója,  kiedy  adorowałem  twoją 

siostrę, chyba pamiętasz, że ci o tym mówiłem. Czy też mam przypuszczać, że to twoja sprawka? 

- Więc myślisz, że powinienem zaryzykować? - pytał major zatroskany. 
Teraz  stał  właśnie  przed  lustrem,  gotując  się  do  tego  niecodziennego  wydarzenia.  Wcześniej  już  przygotował 

sobie grunt z dokładnością właściwą jego wojskowej naturze. Major lubił przestrzegać wszelkich konwenansów i 
w  tej  sprawie  skonsultował  się  wcześniej  z  panem  Bridgesem,  jako  najodpowiedniejszym  krewnym  panny 
Hartfield  płci  męskiej.  (Przecież  nie  prosiłby  o  pozwolenie  tego  Sandiforda!).  Pan  Bridges  obiecał,  że  Merab 
będzie sama następnego ranka, jeśli tylko major chce złożyć jej wizytę. 

- Panna Hartfield jest dorosłą osobą - zakończył pan Bridges. - Ani ja, ani pani Bridges nie mamy prawa stanowić 

o jej życiu. Decyzja będzie należeć wyłącznie do niej. 

Pan Bridges w przeciwieństwie do żony nie bardzo wierzył, by Merab i Rowland związali się w końcu ze sobą. 

Uważał,  że  major,  pomimo  całej  swej  pedantem,  byłby  doskonałą  partią  dla  panny  Hartfield.  Poza  tym  taki 
związek usunąłby  wszelkie  wątpliwości związane  z  jej przyszłością i  zapewnił  jej  ogromne poważanie ze strony 
towarzystwa. 

Kiedy  nazajutrz rano pan Bridges  oświadczył, że  zgodnie z zaleceniem  lekarza wynajął  dwukołowy powóz, by 

zabrać swą żonę na krótką przejażdżkę, Merab natychmiast postanowiła zostać w domu - zgodnie z oczekiwaniami 
pana  Bridgesa,  który  wiedział,  że  panna  Hartfield  jest  osobą  bardzo  taktowną.  Powiedziała,  że  dwukołówka 
przeznaczona jest dla dwóch osób, a pani Bridges doskonale poradzi sobie i bez niej. 

Nie  miała  pojęcia,  że  los  szykuje  jej  niespodziankę,  i  kiedy  lokaj  oznajmił,  iż  przyjechał  major  Bendick,  była 

kompletnie zaskoczona. 

- Och, panie majorze! - wykrzyknęła. - Pan Bridges zabrał właśnie panią Bridges na przejażdżkę. Będzie im tak 

przykro, że się z panem nie spotkali. 

Major, który zapomniał podać swój kapelusz lokajowi, teraz szybko ściągnął go z głowy i z uporem wpatrywał 

się w jego rondo. 

- Pan Bridges nie wspomniał o mojej wizycie? 
- Nie. 
Nagle  Merab  zrozumiała,  jaki  jest  cel  wizyty  majora.  Wzruszona  i  zasmucona  jednocześnie,  wstała  szybko  ze 

swego miejsca i podeszła do okna. Gdyby tylko mogła oszczędzić mu upokorzenia, jakie niosła ze sobą odmowa. 
Gdyby tylko mogła pokazać jakoś, co do niego czuje, nie raniąc jednocześnie jego uczuć. 

- O mój Boże, co za niezręczna sytuacja - mruknęła. 
Major podszedł bliżej. Już sama poza panny Hartfield, jej odwrócone spojrzenie, pozwalały mu domyślić się, jaka 

jest odpowiedź. Jednak jak prawdziwy żołnierz zacisnął zęby i przygotował się na to, co przyniesie los. 

- Nic z tego nie będzie, prawda? - spytał. - Pani mnie nie zechce. 
Merab odwróciła się do niego. 
- Tak mi przykro - oświadczyła ze szczerym żalem. Jego bezpośredniość, brak zwykłej junackiej pozy sprawiły, 

iż po raz pierwszy prawie go polubiła. - Jestem ogromnie zaszczycona, ale to niemożliwe. 

Major  skłonił  się  i  wyraził  swe  ubolewanie.  Potem  poprosił  jeszcze  o  przekazanie  pozdrowień  dla  pana  i  pani 

Bridges i wyszedł. Całe to zajście nie trwało dłużej niż trzy minuty. Merab opadła bezsilnie na sofę, nie wiedząc, 
czy się śmiać, czy też płakać. Czy  całkiem  oszalała, żeby  mu  odmawiać? To  nie Rowland, ale przecież  major  z 
pewnością był miłym człowiekiem, nawet jeśli nieco sztywnym. Mógł jej zapewnić wspaniały, wygodny dom. Nie 

background image

 

72 

musiałaby być guwernantką. Po jakimś czasie pewnie by go polubiła. 

Ale  wyjść  za  mężczyznę,  którego  nie  kocha?  I  to  w  dodatku  takiego,  z  którym  prawie  nic  ją  nie  łączyło.  Nie, 

miała rację nie przyjmując tych oświadczyn. Nauczanie było ciężką i wymagającą pracą, ale przynajmniej dawało 
niezależność. Mogła sobie myśleć, co zechce, bez obawy, że nie idzie to w parze z wymaganiami i wyobrażeniami 
małżonka. 

W  końcu  jednak  Merab  popłakała  się.  Major  Bendick  miał  dość  odwagi,  by  machnąć  ręką  na  jej  niepewną 

reputację  i  zaproponować  jej  uczciwe  małżeństwo.  Jakiż  to  gorzki  kontrast  w  porównaniu  z  Rowlandem,  który 
zaproponował  jej  tylko  namiastkę  prawdziwego  małżeństwa.  Merab  zdała  sobie  sprawę,  że  wbrew  wszelkim 
racjonalnym przesłankom  wciąż  ma  nadzieję,  iż Rowland  w końcu zaoferuje  jej to, czego pragnęło  jej serce. Ale 
minęła już połowa maja. Pozostawały zaledwie trzy tygodnie do dnia, w którym upływało pół roku od śmierci jej 
dziadka. 

Zmusiła się do spojrzenia prawdzie  w oczy; pomimo  oficjalnych zaręczyn Kitty z lordem Claydonem, pomimo 

tego, że Rowland uznał ją za swą kuzynkę, rozmawiał z nią o swej przyszłości, z przyjemnością spędzał czas w jej 
towarzystwie, wciąż nie chciał jej pojąć za żonę. Nie kusiła go nawet myśl o dwudziestu tysiącach funtów. 

Oświadczyny  majora  Bendicka  tylko  ukazały  jej  rzeczywiste  położenie,  w  jakim  się  znajdowała.  Nawet  teraz, 

gdy zmienił się ich stosunek do siebie nawzajem, gdy przejęcie majątku pozwoliłoby Rowlandowi zająć miejsce w 
parlamencie  i  spełnić  swe  polityczne  ambicje,  wciąż  nie  uznawał  jej  za  kobietę  godną  zainteresowania  i 
oświadczyn. Do oczu Merab napłynęły gorzkie łzy i przesłoniły jej cały świat. 

 
K
u  zaskoczeniu  Merab  major  wcale  nie  unikał  teraz  jej  towarzystwa.  Wprost  przeciwnie,  jeszcze  rzadziej  ją 

odstępował,  jakby  przyjmując  na  siebie  rolę  jej  strażnika.  Gdy  tylko  Merab  z  Lavinią  wychodziły  na  spacer,  co 
robiły  kilka  razy  w  tygodniu,  spotykały  majora,  który  sam  także  spacerował  lub  jeździł  konno  po  Lansdown. 
Spotkania te zawsze zaczynały się od wyrazów zaskoczenia i zdumienia, po czym major dołączał do obu pań. 

Minął  kolejny  tydzień,  zbliżał  się  już  koniec  maja.  Korony  drzew  pokryły  się  wreszcie  świeżą  zielenią,  a 

czerwony  buk  na  placu  św.  Jakuba  zmienił  jasnozielony,  wiosenny  płaszcz  na  cudowny  letni  burgund.  Tego 
wieczora Lavinią przyszła do domu państwa Bridgesów, kiedy Merab nie zeszła jeszcze z pierwszego piętra, gdzie 
zmieniała buty. Lavinią ucięła sobie w tym czasie miłą pogawędkę z gospodynią. 

- Pewnie znowu spotkamy majora - mówiła Lavinią zrezygnowanym tonem. - Zawsze go spotykamy. 
-  Naprawdę?  -  Pani  Bridges  wiedziała  od  męża,  że  major  prawdopodobnie  oświadczył  się  Merab  i  został 

odrzucony, choć sama zainteresowana nie wspomniała o tym ani słowem. 

- Och tak. Ale ostatnio wydaje się jakiś przygnębiony. Rzadko się odzywa, co zresztą bardzo mi odpowiada, i ma 

ciągle taką posępną minę - mówiła dalej Lavinią, której nagle żal się zrobiło majora. 

- Może przeżył jakieś rozczarowanie - taktownie podsunęła pani Bridges. 
- Przypuszczam, że ma pani rację. - Nagle wszystko ułożyło się w zrozumiałą całość. Więc na tym polega bycie 

dorosłym, pomyślała Lavinią. Pani Bridges mówi mi właśnie, że major oświadczył się pannie Hartfield i nie został 
przyjęty - choć przecież wcale o tym nie wspomniała. Pomysł przekazywania informacji w sposób wielce oględny, 
bez  nazywania  rzeczy  po  imieniu,  był  dla  Lavinii  prawdziwym  odkryciem.  Uśmiechnęła  się  do  pani  Bridges 
promiennie  i  powiedziała.  -  Bardzo  lubię  te  spacery  z  Merab  -  panna  Hartfield  pozwoliła  mi  tak  się  do  siebie 
zwracać. To taka miła osoba, prawda? 

- Tak, to bardzo kochana dziewczyna. - Pani Bridges westchnęła cicho, bo czas płynął nieubłaganie, a Rowland 

jakby zaciął się w swym uporze i nie próbował podbić serca kuzynki. Mimo to pani Bridges nie mogła oprzeć się 
wrażeniu, że jej syn jest znacznie bardziej zaangażowany w ten związek, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Co-
dziennie składał Merab wizyty, a jego szare zimne oczy jakby łagodniały, kiedy na nią patrzył. Pani Bridges była 
co prawda w bardzo  dobrych stosunkach  ze swym synem,  nie  wierzyła jednak, by tak  często  odwiedzał  jej dom 
tylko ze względu na nią! 

-  Wiesz  co  -  zaczęła  Merab,  kiedy  obie  panny  wyszły  kilka  minut  później  na  spacer.  -  My  chyba  jesteśmy 

niewolnicami przyzwyczajenia. Zawsze przechodzimy obok  kaplicy, idziemy za Lansdown Place  i  wracamy przy 
górze  Beacon.  Nie  miałabyś  ochoty  choć  raz  wybrać  inną  trasę?  Na  przykład  nigdy  nie  byłyśmy  na  bukowym 
urwisku. 

- Wiem - przyznała Lavinią. - Ale podoba mi się tutaj. Poza tym po drodze zawsze mogę popatrzeć na wystawy 

sklepów  przy  Milsom  Street.  Kiedy  jestem  z  panią  Banstead,  ona  nigdy  nie  ma  ochoty  oglądać  dwa  razy  tych 
samych rzeczy, a ja jestem przecież jej gościem i muszę dostosowywać się do jej życzeń. 

- W takim razie może poszłybyśmy do Charlocombe. Co o tym myślisz, Lavinio? 
- Och tak. Słyszałam, że to śliczna wioska. 
Tymczasem  doszły  już  do  wzgórza  Beacon  i  odwróciły  się,  by  spojrzeć  na  Bath.  Minęła  szósta  po  południu  i 

słońce  zaczęło  powoli  chylić  się  ku  zachodowi,  rzucając  złote  światło  na  centrum  miasta.  Choć  do  zapadnięcia 
zmroku miało upłynąć Jeszcze kilka godzin, skończył się już najgorętszy okres dnia. 

Spacer  po  tym  terenie  nie  nastręczał  żadnych  trudności.  Trawa  wyjedzona  przez  owce  była  bardzo  niska,  a  w 

okolicy nie brakowało drzew, które dawały cień w chwilach odpoczynku. Lavinia i Merab zbliżały się właśnie do 

background image

 

73 

Gloucester, kiedy nagle za ich plecami rozległ się krzyk: 

- To ona! 
Zza  pobliskich  krzaków  wyskoczyło  dwóch  zamaskowanych  mężczyzn.  Lavinia  zaczęła  krzyczeć,  a  Merab 

próbowała  bronić  się  parasolką,  szybko  jednak  obie  zostały  obezwładnione.  Bandyci  wepchnęli  im  w  usta 
chusteczki. 

Mężczyzna, który trzymał Merab, syknął jej do ucha: 
- Bądź tylko cicho, a nic ci się nie stanie. 
Jednak  Merab  nie  poddawała  się  tak  łatwo.  Z  całych  sił  kopnęła  swego  oprawcę  obcasem.  Bandyta  zaklął, 

pochwycił ją za gardło i mocno ścisnął. Więc to tak, pomyślała jeszcze, nim czerwona mgła przesłoniła jej świat. 

Lavinia zdołała wypluć chusteczkę z ust i znów zaczęła krzyczeć. 
- A niech cię! - zaklął drugi z bandytów. - Będziesz mi się tu wydzierać, co? - I uderzył Lavinię w twarz. 
Nagle  dobiegł  ich tętent  końskich  kopyt i  głośne rżenie. Major jak zwykle  wybrał się na przejażdżkę  i usłyszał 

krzyki Lavinii. Stosunek sił wynosił co prawda dwa do jednego, jednak żaden z bandytów nie był w nastroju do 
walki.  Kilka  uderzeń  karzącej  prawicy  majora,  kilka  kopniaków,  i  było  już  po  wszystkim.  Zbóje  podnieśli  się  z 
ziemi i uciekli co sił w nogach. 

Merab oparła się o drzewo; trzymając się jedną ręką za gardło, ciężko łapała powietrze. Lavinia, nie zważając na 

guz rosnący na jej czole, podskakiwała rozwścieczona. 

- Jak oni śmieli! - wrzeszczała, wymachując parasolką niebezpiecznie blisko oka majora. - Tchórze! 
- Panno Hartfield! - zawołał major. - Nic pani nie jest? 
Merab nie mogła mówić, ale skinęła głową. 
- Pojadę po pomoc. 
- Nie! - zdołała wyszeptać. - Niech pan tego nie robi! 
- Ale... - Major zachłysnął się z gniewu i zdumienia. - Zostały panie napadnięte w biały dzień! 
Lavinia spojrzała na Merab. Nie rozmawiały dotąd na ten temat, lecz Lavinia, podobnie jak Merab, nie wierzyła 

w złe zamiary Rowlanda. Gdyby wieść o tym incydencie rozniosła się w towarzystwie, nikt nie byłby już w stanie 
położyć kresu oszczerstwom i plotkom. 

-  Przypuszczam,  że  panna  Hartfield  nie  życzy  sobie,  by  ktokolwiek  dowiedział  się  o  tym,  co  tu  zaszło  - 

powiedziała Lavinia. 

Merab przytaknęła jej skinieniem głowy. 
- Nonsens, panno Heslop. - Major poczuł, że czas już, by przemówił jego męski autorytet. 
- Nie, majorze - szepnęła Merab, chwytając go za rękaw. - To nie ma nic wspólnego z panem Sandifordem. 
- Pewnie on to pani powiedział - parsknął major sarkastycznie. 
- Pan nic o tym nie wie  - wyszeptała Merab. Oparła się o pień drzewa i zamknęła oczy. Odsłoniła wreszcie swe 

obolałe gardło, a wtedy major i Lavinia z przerażeniem ujrzeli tam wielki siniak. 

-  Majorze  Bendick  -  zaczęła  Lavinia,  spoglądając  z  troską  na  Merab.  -  Proszę  się  tylko  zastanowić.  Czy  pan 

Sandiford  naprawdę  chciałby  skrzywdzić  własną  kuzynkę,  która  w  dodatku  jest  gościem  jego  matki?  Panna 
Hartfield  była  już  obiektem  kilku  niewymyślnych  plotek,  które,  jak  się  potem  okazało,  nie  miały  żadnego 
uzasadnienia. Dlaczego więc te ostatnie pogłoski miałyby być prawdziwe? 

Major milczał. Nie mógł przecież powiedzieć, że sam chętnie skręciłby kark Rowlandowi, i że dlatego gotów jest 

uwierzyć w jego złe zamiary. 

- Myślę, że powinniśmy odprowadzić pannę Hartfield do domu - stwierdziła w końcu Lavinia. - Merab, jesteś w 

stanie iść o własnych siłach? 

 
P
rzez dobrych kilka dni po upadku Amelii obawiano się poważnie o jej zdrowie. Niemal natychmiast zaczął się 

poród, minęło jednak czterdzieści osiem godzin, nim na świat przyszło dziecko, maleńka kruszyna, która nie miała 
nawet dość sił, by płakać, tylko kwiliła cichutko. Trudno było uwierzyć, by to delikatne stworzenie, dziewczynka, 
mogło przeżyć. Wyszukano dla niej mamkę, pospiesznie odprawiono chrzciny. Dziecko zostało nazwane imieniem 
swej matki. 

Merab codziennie pukała do drzwi domu Wincantonów i codziennie otrzymywała tę samą odpowiedź: 
- Dziękujemy bardzo za pani troskę, ale lady Wincanton jest jeszcze zbyt słaba, by podejmować gości. 
Merab  zostawiała  jej  kwiaty  i  odchodziła  z  ciężkim  sercem  i  cichym  żalem.  Była  przekonana,  że  Amelia  z 

radością przyjęłaby jej wizytę, i że miałoby to tylko korzystny wpływ na jej zdrowie. Czuła, że po prostu nie jest 
już mile widziana w tym domu. 

Sir Thomas stał przy oknie w sypialni żony i patrzył na oddalającą się pannę Hartfield. 
- Tak bardzo chciałabym zobaczyć się z Merab - szepnęła Amelia. 
-  Nie,  moja  kochana.  Nie  czujesz  się  jeszcze  dość  dobrze  -  stanowczo  odparł  mąż.  Uważał,  że  już  czas,  by  ta 

niefortunna  przyjaźń  z  panną  Hartfield  znalazła  swój  kres.  Od  jej  przyjazdu  Amelia  miała  same  kłopoty.  Sir 
Thomas  przyznawał,  że  to  nie  Merab  jest  temu  winna,  jednak,  jak  często  sobie  powtarzał,  obecny  stan  Amelii 
przynajmniej  częściowo był  wynikiem kłopotów jej przyjaciółki. Poprzednie ciąże jego żony wyglądały zupełnie 

background image

 

74 

inaczej  -  ta  omal  nie  zakończyła  się  katastrofą,  a  to  ze  względu  na  zdenerwowanie  i  smutek,  z  jakim  Amelia 
reagowała  na  problemy  Merab.  I  choć  ona  sama  wyszła  z  tego  obronną  ręką,  dziecko  najprawdopodobniej  nie 
będzie miało tyle szczęścia. 

Tymczasem  Amelia nie  mogła się pogodzić z przymusową bezczynnością i gryzła się tym, że nie  jest  w  stanie 

pomóc Merab. 

-  Gdyby  tylko  pozwolił  mi  się  z  nią  zobaczyć  -  mówiła  do  Babette.  -  Wiem,  że  sir  Thomas  chce  tylko  mego 

dobra, ale jakaż by to była ulga, gdybym mogła z nią porozmawiać choć przez kilka minut. 

- Mogłabym poprosić pannę Hartfield, by przyszła tutaj, kiedy sir Thomas będzie poza domem - zaproponowała 

Babette, choć nie wierzyła, by pomysł ten spotkał się z uznaniem jej pani. 

Amelia pokręciła głową. 
-  Któraś  ze  służących  na  pewno  by  mu  o  tym  powiedziała,  a  ja  nie  chciałabym  stawiać  Merab  w  niezręcznej 

sytuacji. 

-  Może  wolałaby  pani,  bym  podała  jej  wiadomość,  miladi?  Mogłabym  przekazać  jej,  że  to  ten  pan  Harrison 

winien jest wszystkiemu, prawda? 

Oczy Amelii wypełniły się łzami. 
- Och, Babette, zrobiłabyś to? Poczułabym naprawdę ogromną ulgę, wiedząc, że Merab zna całą prawdę. 
 
M
erab  siedziała  sama  w  salonie  domu  pani  Bridges.  Ułożyła  się  wygodnie  na  kozetce,  podłożyła  pod  głowę 

poduszkę, a szyję owinęła szalikiem, który zakrywał siniaki. Właśnie wtedy zjawiła się Babette. 

Merab bacznie wysłuchała wszystkiego, co Babette miała jej do powiedzenia, jednak znacznie bardziej martwiła 

się stanem zdrowia Amelii niż perfidią pana Harrisona. 

- Bogu dzięki, że czuje się lepiej! - wykrzyknęła. - Bo czuje się lepiej, prawda Babette? 
- W rzeczy samej, mademoiselle. Dzisiaj rano usiadła już sama i napiła się czekolady.  - Babette cieszyła się, że 

Merab przede wszystkim myśli o jej pani. - Bardzo się martwi tym, że nie może pani przyjąć. 

-  Nie  mogę  mieć  o  to  pretensji  do  sir  Thomasa  -  westchnęła  Merab.  -  Wygląda  to  tak,  jakbym  sprowadzała  na 

nich wszelkie możliwe nieszczęścia. 

Babette parsknęła cicho. Wcale jej się nie podobały kaprysy sir Thomasa. 
-  A  więc  to  pan  Harrison  -  mówiła  dalej  Merab.  - Muszę  przyznać,  że  nie  jestem  zaskoczona.  -  Powiem  o  tym 

Elizie,  pomyślała  od  razu.  Nie  wiedziała  dlaczego,  czuła  jednak,  że  Eliza  ma  w  tym  wszystkim  ważną  rolę  do 
odegrania. - A co z dzieckiem, Babette? Jak sobie radzi? 

-  Żyje  -  odparła  krótko  służąca.  -  Ale  to  takie  pomarszczone  stworzonko,  mademoiselle,  że  ledwie  przypomina 

człowieka. 

- Biedne maleństwo. 
- Pielęgniarka mówi, że to twarda sztuka. Może uda jej się przeżyć. 
- Mam nadzieję. Amelia zawsze chciała mieć córkę. 
Kiedy  Babette  wychodziła, zabrała ze sobą napisany  w pośpiechu  list  do  Amelii  i  obiecała zostawić po drodze 

krótką wiadomość u pani O’Riley. 

- Bardzo tęsknię za Amelią  -  westchnęła Merab. - Jest jedyną osobą, której  mogę się ze  wszystkiego zwierzyć  i 

która mnie rozumie. Bardzo lubię panią Bridges, ale to taka niezręczna sytuacja. - Merab zrobiła jakiś nieokreślony 
gest ręką. 

Babette włożyła oba listy do kieszeni. 
Miladi z dnia na dzień czuje się coraz lepiej - zapewniła. - Myślę, że niedługo wybierze się do Pijalni, a wtedy 

znów będzie pani mogła się z nią spotkać. 

- Babette, przekaż jej moje najserdeczniejsze pozdrowienia. 
Jakąś godzinę później do salonu wszedł lokaj, niosąc na tacy kartę wizytową. 
-  Jakiś  mężczyzna  chce  się  z  panią  widzieć,  panno  Hartfield  -  powiedział  lokaj.  Z  jego  tonu  łatwo  było 

wywnioskować, że nie darzy gościa sympatią. 

Merab  wzięła  do  ręki  kartę.  Pani  E.  O’Riley  głosił  napis  na  jednej  stronie.  Na  drugiej  zaś  widniała  krótka 

wiadomość: Proszą przyjąć pana Tima Hearda, który przywiezie Panią tutaj. Merab wstała z sofy, zapominając o 
chorym gardle. 

- Proszę powiedzieć panu Heardowi, że będę na dole za kilka minut. 
Przy pomocy Babette przekazała Elizie liścik, w którym prosiła ją o wysłuchanie w pewnej pilnej sprawie, a Eliza 

jej nie zawiodła. Merab zarzuciła na ramiona swą starą pelisę, zmieniła buty i zeszła na parter. 

Od razu zrozumiała, dlaczego lokaj był tak podejrzliwy względem gościa. Pan Heard, odziany w jaskrawy szal, z 

pewnością nie należał do wyższych sfer, z drugiej jednak strony wyglądał tak, jakby mógł obronić ją przed bandą 
krwiożerczych  bandytów.  Był  niezbyt  wysokim,  ale  krępym  mężczyzną  o  szerokich  ramionach,  krótkich 
szpakowatych włosach i krzywym nosie, który zapewne nie raz był już złamany. Kiedy jednak pochylił się nad jej 
dłonią,  Merab  zauważyła  wesołe  błyski  w  jego  oczach,  a  uśmiech,  choć  odsłaniał  kilka  nadłamanych  zębów,  z 
pewnością wzbudzał zaufanie. 

background image

 

75 

- Jak to miło, że zechce pan mnie odprowadzić, panie Heard - powiedziała Merab. 
- Dostarczę panią na miejsce całą i zdrową, proszę się nie  obawiać  -  odparł pan Heard. Na pożegnanie  mrugnął 

jeszcze łobuzersko do lokaja, który udał, że niczego nie widzi, i oboje wyszli z domu. 

Merab  postanowiła  włożyć  swój  stary  płaszcz  i  czepek  z  woalką,  gdyż  nie  była  to  wyprawa,  podczas  której 

chciałaby  stać  rozpoznana.  Z  zadowoleniem  stwierdziła,  że  pan  Heard  ma  na  ten  temat  podobne  zdanie,  gdyż 
prowadził ją zachodnią stroną Crescent Fields, a potem przez Trakt Bristolski. 

Pan Heard potrafił szybko zjednać sobie sympatię  każdej  kobiety. Jeszcze zanim powiedział Merab, że znał jej 

matkę i opowiedział kilka anegdotek z jej życia, już zdążyła go polubić. 

Eliza przywitała ją z nie udawaną radością. 
- Proszę usiąść sobie wygodnie, moja droga. Nie będzie pani miała nic przeciwko temu, że pan Heard zostanie z 

nami, prawda? - Było to najwyraźniej pytanie retoryczne. - Czasami bywa bardzo pomocny. 

Merab  mruknęła  coś  uprzejmego.  Przyszłam  tutaj  po  pomoc,  upominała  się  w  duchu.  Poza  tym  pan  Heard 

wyglądał na człowieka, który potrafi trzymać język za zębami. Zdjęła więc pelisę i czepek, a w tym czasie szalik 
wokół  jej  szyi  odwinął  się  na  moment.  Eliza  miała  tak  przerażoną  minę,  że  Merab  poczuła  się  w  obowiązku 
wyjaśnić, co jej się przytrafiło. 

-  Wygląda  to  okropnie,  wiem  -  zakończyła.  -  Ale  zapewniam  panią,  że  jest  znacznie  mniej  dokuczliwe  niż  na 

początku. Pani Bridges posmarowała mi szyję arniką. 

- Pan Heard zebrał trochę informacji na temat pana Harrisona. - Eliza przeszła do sedna sprawy. - Znalazł coś, co 

chyba może nam się przydać. Pamięta pani, jak opowiadałam o wizycie Dinah w Londynie? 

- Tak, pamiętam. 
- Miała wtedy romans z sir Walterem Tullochem, jednym z adoratorów pani matki. Oczywiście, on nigdy nie miał 

uczciwych zamiarów, ale Dinah najwyraźniej uwierzyła, że chce się z nią ożenić. 

Merab otworzyła szeroko oczy. Trudno jej było wyobrazić sobie surową, pruderyjną ciotkę Dinę ogarniętą jakąś 

nieprzyzwoitą namiętnością. 

-  Pojechała  do  domu,  gdy  sir  Walter  zerwał  z  nią  ostatecznie  i  niemal  natychmiast  wyszła  za  Eli  Harrisona, 

dokładnie  trzeciego  lipca  tysiąc  siedemset  dziewięćdziesiątego  trzeciego  roku.  W  lutym  dziewięćdziesiątego 
czwartego urodził się pani kuzyn, Joseph. 

-  Mój  Boże!  -  Wykształcenie  w  szkole  panny  Goodison  obejmowało  zaledwie  podstawy  arytmetyki,  ale  Merab 

bez trudu zrozumiała znaczenie tego, co mówiła Eliza. 

-  No  właśnie.  Jednak  oryginalny  zapis  w  księgach  parafialnych  został  wykreślony,  a  dzień  urodzin  Jospeha 

przeniesiony na maj tego samego roku. 

Przez moment umysł Merab nie mógł objąć tego wszystkiego. Potem jednak przyszła jej do głowy pewna myśl. 

Ciotka  Dinah  wiedziała  doskonale,  że  w  jej  przeszłości  kryje  się  wstydliwa  tajemnica,  okrywająca  hańbą  całą 
rodzinę, próbowała jednak w pewien sposób przenieść winę na Merab. Podzieliła się tą refleksją z Eliza. 

- Jest pani bardzo bystra, moja droga  - odparła Eliza, zadowolona, że  jej gość  nie popada w histerię typową dla 

rozpieszczonych damulek. 

-  Jakież  to  jednak  ryzyko  -  kontynuowała  Merab.  -  Z pewnością  lepiej  byłoby  dla  ciotki  Diny,  gdyby  trzymała 

język za zębami. Gdyby prawda wyszła na jaw, zarówno ona, jak i Joseph, byliby zrujnowani. Ciekawe, czy on o 
tym wie? 

-  Nie  sądzę,  by  małomówność  należała  kiedykolwiek  do  zalet  Diny  -  odparła  Eliza.  -  Choć  wątpię,  czy 

powiedziała Josephowi całą prawdę. 

- Ale wówczas trudno znaleźć wytłumaczenie dla animozji, jaką żywi do mnie Joseph - sprzeciwiła się Merab. 
- Harrison jest zazdrosny o to, co uważa za pani niezasłużony sukces, panno Hartfield - wtrącił się Tim Heard. - 

Jest  dobrym  prawnikiem  i  doskonale  sobie  radzi,  jednak  został  odtrącony  przez  kilka  młodych  dam  ze  sfer,  do 
których sam aspiruje, a to... hm... uraziło głęboko jego dumę. - Uśmiechnął się szeroko. - O ile wiem, został także 
odrzucony przez szanowną panią. 

Merab zaczerwieniła się. 
- Jest pan bardzo dobrze poinformowany, panie Heard - zdołała wykrztusić. 
Tim skłonił lekko głowę. 
- Będzie pani musiała przyzwyczaić się do tego, moja droga - powiedziała Eliza. - Nie ma takiej rzeczy, o której 

Tim nie umiałby wszystkiego się dowiedzieć. 

Merab uśmiechnęła się słabo. Obrażanie się z pewnością nie miałoby sensu. 
- Tak, rzeczywiście oświadczył mi się - przyznała. - Chodziło mu o moje koneksje. 
- Zdaje się, że nie najlepiej przyjął tę odmowę - zauważyła Eliza. - Jest jednak jeszcze jedna sprawa, której Tim, 

jak dotąd, nie zdołał wyjaśnić. Skąd Joseph dowiedział się o testamencie. 

-  Mogę  to  państwu  powiedzieć  -  oświadczyła  Merab  i  powtórzyła  wszystko,  co  usłyszała  od  Babette  na  temat 

Lottie. 

Eliza spojrzała na Tima, a ten skinął głową i podniósł się ze swego miejsca. 
- Mam pewną sprawę do załatwienia, panno Hartfield  - powiedział. - Wrócę za jakąś godzinę i zabiorę panią do 

background image

 

76 

domu. - Wyszedł z pokoju. 

- Merab - zaczęła Eliza, kiedy Tim zniknął za drzwiami. - Mam nadzieję, że pozwolisz, bym mówiła do ciebie po 

imieniu? Jeżeli chcesz, by ta sprawa zakończyła się szczęśliwie, musisz mi zaufać. 

- Ależ ja pani ufam! - odparła Merab, zdumiona. 
- Nie do końca, moja droga. Bo przypuszczam, że bardzo ważną rolę odgrywa tu jeszcze jeden mężczyzna. 
Merab wpatrywała się w dywan. 
Eliza spojrzała na nią z uśmiechem. 
- Merab, kiedy młoda dama gotowa jest zrobić wszystko, byle tylko nie wypowiedzieć pewnego imienia, można 

być pewnym, że to imię jest wyjątkowo bliskie jej sercu. 

Merab z przerażeniem poczuła, że do oczu napływają jej łzy. 
- Musisz opowiedzieć mi o tym Rowlandzie Sandifordzie, bo przecież kochasz go bardzo, prawda? 
-  Tak  -  przełknęła  ciężko  Merab.  Powoli,  wśród  pochlipywań  i  ocierania  oczu,  Merab  opowiedziała  Elizie  o 

wszystkim. I poczuła ogromną ulgę. - Nigdy nie myślałam, że go pokocham - kończyła. - Ale czuję, że w pewien 
sposób jesteśmy sobie bardzo bliscy. Lubię z nim rozmawiać, wydaje mi się interesujący. Chciałabym być częścią 
jego życia i dzielić jego aspiracje. 

- Mam nadzieję, że odczuwasz też inne, mniej przyzwoite pragnienia! - powiedziała Eliza żartobliwym tonem. 
Merab  zaczerwieniła  się  po  koniuszki  uszu.  Mimo  to  była  przekonana,  że  Eliza  wcale  nie  czułaby  się 

zaszokowana uczuciami, o których sama bała się myśleć. 

-  Wystarczy,  że  na  niego  spojrzę...  -  Nie  potrafiła  powiedzieć  nic  więcej.  -  Ale  nie  widzę  żadnej  nadziei  - 

zakończyła z westchnieniem. - Czasami wydaje mi się, że on coś do mnie czuje, ale jeśli tak jest, to dlaczego nie 
oświadczy się  jeszcze raz? Gdybyśmy się pobrali, nie byłoby  już tematu do plotek, a on  odzyskałby  dobre  imię. 
Nie,  obawiam  się,  że  wcale  go  nie  obchodzę  albo  że  w  gruncie  rzeczy,  choć  mnie  lubi,  uważa,  że  jestem 
ladacznicą. 

- Interesujące - mruknęła Eliza. - Radykał. Podejrzewam, że ten twój młodzieniec to kolejny Don Kichot. 
- Don Kichot? - Merab wyprostowała się i spojrzała na Elizę z nadzieją. 
- Idealista, jeśli wolisz. Rozumie, że obraził cię przedtem i głęboko zranił, a teraz nie chce, byś myślała, że chodzi 

mu  tylko  o  spadek.  Nie  zdziwiłabym  się  wcale,  gdyby  poprosił  cię  o  rękę  dzień  po  upływie  owych  sześciu 
miesięcy. 

Merab zastanawiała się nad tym przez moment, analizując wszystko, co wiedziała o swym kuzynie. 
- To możliwe - przyznała. - Ale jakże idiotyczne! Jakże głupie! 
- Mężczyźni potrafią być czasami wyjątkowo uparci, gdy w grę wchodzi ich honor - odparła Eliza z uśmiechem. 
- Lecz co ja mogę teraz zrobić? - zawołała Merab, zdesperowana. - Przecież nie zmuszę go do oświadczyn. 
- Przychodzi mi do głowy pewien pomysł... - zaczęła Eliza powoli. 
 
M
ieszkanie  wynajęte  przez  Rowlanda  przy  Gay  Street  było  typowym  dwupokojowym  apartamentem,  jaki 

oferowano  samotnym  dżentelmenom  w  Bath.  Składało  się  z  sypialni,  w  której  stało  nowoczesne  łóżko  z 
baldachimem,  i salonu z  dwoma  fotelami, sekretarzykiem  i stolikiem ustawionym przy  oknie. Nad  marmurowym 
kominkiem  wisiało  lustro  w  złoconej  ramie,  za  którą  Rowland  zatknął  kilka  zaproszeń  na  różne  okazje,  a  obok 
widniały dwie niezbyt interesując ryciny o tematyce myśliwskiej. 

Rowland  siedział  w  fotelu,  trzymając  głowę  w  dłoniach.  Przez  ostatnie  dwa  tygodnie  czuł  się  tak,  jakby 

postawiono  go  pod  pręgierzem.  Zawsze,  gdy  odprowadzał  Merab  do  Pijalni,  lub  gdy  siedział  obok  niej  na 
koncercie w Bawialni, czuł, jak wrogie spojrzenia wwiercają mu się w czaszkę. Większość spośród przyjaciół jego 
matki  traktowała  go  dosyć  chłodno,  lecz  uprzejmie,  nie  mógł  jednak  nie  zauważyć  prowadzonych  szeptem 
rozmów, które natychmiast przycichały, gdy przechodził obok. 

Co najgorsze, czuł, że brakuje mu bliższych kontaktów z Merab. Być może była to jego wina, gdyż nie miał dość 

odwagi,  by  powiedzieć  jej  o  wiadomych  plotkach,  a  to  już  tworzyło  między  nimi  pewien  dystans.  W  Hartfield 
poznali  się  nieco  lepiej,  a  Rowland  coraz  bardziej  zdawał  sobie  sprawę,  jak  bardzo  pomylił  się  na  początku  w 
ocenie tej kobiety. Gdyby tylko zechciał dowiedzieć się o niej czegoś wcześniej! Gdyby tylko nie był tak próżny, 
arogancki  i  pewny  siebie!  Te  wielkie  brązowe  oczy,  cudowna  kremowa  skóra  i  szczupła  postać  coraz  częściej 
pojawiały się w jego snach - ale wszystko za późno. 

Joseph wygrał, a on nie mógł zrobić nic, by zmienić tę sytuację. 
W  końcu  podniósł  głowę,  przeciągnął  dłonią  po  włosach  i  wstał.  Pokój  wydawał  mu  się  zimny  i  niegościnny, 

pomimo ognia płonącego na kominku. Zrozumiał nagle, że bardzo nie chce spędzić kolejnego dnia w samotności i 
zgryzocie.  Postanowił  wypożyczyć  konia  i  wybrać  się  na  poranną  przejażdżkę,  zostawiając  za  sobą  wszystkie 
kłopoty. Właśnie wtedy przyszła pokojówka, niosąc list na tacy. Rowland spojrzał nań ze zdumieniem, marszcząc 
brwi. Charakter pisma wydawał mu się znajomy, nie potrafił jednak skojarzyć go z konkretną osobą. 

Jednak prawdziwe zaskoczenie przyszło dopiero wtedy, gdy wyjął z koperty list i przeczytał jego treść. 
 

Drogi panie Sandiford! 

background image

 

77 

Gdyby  zechciał  Pan  uczynić  mi  ten  zaszczyt  i  złożyć  mi  wizytą  dzisiejszego  ranka,  zapewne  byłabym  w  stanie 

pomóc Panu w jego obecnych kłopotach. 

Z poważaniem 

E. O’Riley 

 
Najpierw  Rowland  poczuł  ogromny  żal  do  Merab,  że  nie  powiedziała  mu  nic  o  spotkaniu  z  Eliza,  bo  przecież 

musiała się z nią spotkać. Kiedy to się stało? Co Merab jej powiedziała? Dlaczego nie wspomniała mu o tym ani 
słowem? Był tylko jeden sposób, by się tego wszystkiego dowiedzieć. Rowland pochwycił kapelusz i wyszedł. 

Eliza z zaciekawieniem oczekiwała wizyty pana Sandiforda. Wysłuchawszy opisu Merab, spodziewała się ujrzeć 

nieco  napuszonego,  sztywnego  mężczyznę,  i  była  mile  zaskoczona,  gdy  stanął  przed  nią  wysoki,  przystojny 
dżentelmen, o rozwichrzonej fryzurze  i pogodnych, szarych oczach. Podobał  jej się sposób,  w jaki pocałował jej 
dłoń  i  wyraził  radość  ze  spotkania  z  nią.  Mógł  być  przecież  jednym  z  tych  nadętych,  wyniosłych  paniczyków, 
którzy nie uważają za stosowne okazywać zbytniej uprzejmości kobietom jej profesji. 

- Zaoszczędzimy wiele czasu, panie Sandiford - powiedziała, kiedy usiedli na miejscach - jeśli pominiemy zbędne 

wstępy.  Powiem  więc  krótko,  że  panna  Hartfield  odwiedziła  mnie  kilka  razy  i  zwierzyła  mi  się  ze  swych 
problemów.  Razem  zdołałyśmy  ustalić  źródło  plotek,  które  rujnują  panu  opinię,  a  ja  znalazłam  środki,  dzięki 
którym może się pan pozbyć obojga Harrisonów. 

Rowland uniósł lekko brwi. 
- Zdaje się, że sporo pani o mnie wie - powiedział. 
-  Może  się  pan  obrażać,  jeśli  pan  zechce  -  odparła  spokojnie  Eliza.  -  Sądzę  jednak,  że  rozsądniej  byłoby 

wysłuchać tego, co mam panu do powiedzenia. 

Rowland roześmiał się. 
- W porządku, chętnie posłucham,  najpierw  jednak  musi  mi pani powiedzieć,  jak poznała pani pannę Hartfield. 

Byłem przekonany, że jeszcze kilka tygodni temu nie znała nawet pani nazwiska. - Pomyślał, że nie zniósłby chyba 
świadomości, że Merab go oszukiwała. 

Eliza nie przeoczyła faktu, że Rowland interesował się przede wszystkim Merab, i wyciągnęła własne wnioski z 

tego spostrzeżenia. 

- Panna Hartfield zobaczyła moje nazwisko w księdze osób odwiedzających Pijalnię. 
- Nic  mi  o tym  nie powiedziała - wymknęło się Rowlandowi. Nie potrafił ukryć żalu, wywołanego tym  właśnie 

faktem. - Myślałem, że mi ufa. Teraz widzę, że się myliłem. 

-  Panna  Hartfield  znajduje  się  w  bardzo  trudnej  sytuacji,  którą  pogarsza  jeszcze  fakt,  że  dwa  dni  temu  została 

napadnięta. 

- Co?! 
- O ile wiem, spacerowała ze swą przyjaciółką po Lansdown i została zaatakowana przez dwóch zamaskowanych 

mężczyzn. 

Rowland spojrzał na swe dłonie. 
-  Pewnie  myśli,  że  to  ja  zorganizowałem  ten  napad.  Przecież  w  innym  wypadku  powiedziałaby  mi  o  tym, 

prawda? 

- Nie - odparła Eliza zniecierpliwiona. Doprawdy, zakochani młodzieńcy potrafią być czasami tak niedomyślni! - 

Ma  nawet  dowód,  że  wmieszany  jest  w  to  pan  Harrison.  Myślę,  że  nadszedł  czas,  by  i  pan  wziął  udział  w  tej 
rozgrywce. Zakładam, że nie będzie się pan wzbraniał? 

- Chciałbym go udusić - odparł Rowland krótko. 
Eliza roześmiała się. 
- Tego nie może pan zrobić! - powiedziała. - Dam panu jednak znacznie skuteczniejszą broń. - Wstała, podeszła 

do swego sekretarzyka i wyjęła z niego dwie kartki. Jedna z nich była kopią wpisu ślubu pani Harrison w księgach 
parafialnych; druga - kopią świadectwa urodzenia Josepha, na którym ktoś nieudolnie próbował przerobić datę. 

Rowland wpatrywał się w nie z niedowierzaniem. 
- Pani Harrison wplątana w potajemnym romans! - wykrzyknął. Przypomniał sobie napuszoną, sztywną postać z 

wydętymi  ustami  i  mocno  ściągniętym  gorsetem  pod  czarną  bombazyną.  -  Muszę  przyznać,  że  trudno  mi  w  to 
uwierzyć. 

- Przyjechała do Londynu, by zobaczyć się ze swoją siostrą - wyjaśniła Eliza. - Mogę pana zapewnić, że pokusa 

łatwego życia wydawała jej się wówczas bardzo atrakcyjna. Joseph - wskazała na dokumenty - jest tego owocem. 
Myślę, że jeśli wymieni pan moje nazwisko, pani Harrison będzie chciała jak najszybciej opuścić Bath. 

- Powiedziała pani, że Merab... panna Hartfield ma jakiś dowód, że to Harrisonowie rozpuścili te plotki? 
Eliza powiedziała mu o Lottie. 
- Ach, Lottie - powtórzył Rowland w zamyśleniu. - Tak, rozumiem. - Ostrożnie złożył dwie kartki i wsunął je do 

kieszeni. - Dziękuję pani. - Podniósł się do wyjścia. - Jestem pani bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że będę mógł 
panią jeszcze odwiedzić, kiedy ta sprawa dobiegnie końca? 

- Będę zaszczycona, mogąc kontynuować naszą znajomość - odparła Eliza oficjalnie. 

background image

 

78 

 
J
oseph  czerpał  ogromną  przyjemność  z  obserwowania  wysiłków  Rowlanda,  który  próbował  się  uwolnić  od 

bagażu podejrzeń i niemych oskarżeń. Kiedy major Bendick niemal zupełnie go zignorował w Bawialni, Joseph z 
trudem  ukrył  swą  radość.  Zauważył  też,  że  kuzyni,  choć  byli  dla  siebie  uprzejmi,  nie  czuli  się  dobrze  w  swym 
towarzystwie. Jego matka, która grała od czasu do czasu w pikietę z lady Mandersby i jej przyjaciółkami, donosiła 
mu, że towarzystwo odnosi się do Rowlanda z coraz większą niechęcią. Pani Harrison byłaby co prawda bardziej 
zadowolona,  gdyby  to  Merab  została  wykluczona  z  lepszych  sfer,  ale  tłumaczyła  sobie,  że  nie  można  mieć 
wszystkiego.  Starała  się  też  nie  przepuścić  żadnej  okazji,  by  w  rozmowach  wbić  kolejną  szpilkę  Merab  lub 
Rowlandowi. 

Joseph uczył się na własnych błędach i dlatego tym razem sam nie rozsiewa plotek, lecz powierzył to swojemu 

lokajowi.  Na  tyłach  jednego  z  hoteli  znajdował  się  szynk,  odwiedzany  często  przez  lokajów  i  stangretów,  który 
zawsze uchodził za siedlisko wszelkich plotek. Joseph wiedział już, że jakakolwiek wiadomość, puszczona w obieg 
w tymże szynku, błyskawicznie trafia do wszystkich niemal ważniejszych rodzin w Bath. Stangreci dzielili się nią 
ze służącymi swych pań, lokaje ze swoimi panami. W ciągu jednego lub dwóch dni wszyscy znali ją już na pamięć. 

Pewnego  dnia  plotka  rozpuszczona  przez  Josepha  dotarła  z  powrotem  do  niego  samego.  Przekazał  mu  ją,  w 

tajemnicy oczywiście, pewien znajomy, z którym pijał kawę. Joseph udał najwyższe zdumienie i oburzenie. 

- To już naprawdę przekracza wszelkie granice! - wykrzyknął. - Oczywiście, żal mi panny Hartfield. Moja matka 

i ja próbowaliśmy jej pomóc, kiedy przyjechaliśmy do Bath, ale nie, ona wolała swych możnych krewnych. 

- Pożałuje tego teraz - podsunął jego towarzysz. 
-  Oczywiście,  to  tylko  plotka  -  dodał  Joseph  sumiennie.  Pomyślał,  że  lada  moment  rozejdzie  się  pogłoska  o 

napadzie,  a  wtedy  dopiero  się  zacznie!  Był  nieco  zaskoczony,  że  jeszcze  nic  o  tym  nie  słychać.  Jego  dwaj 
wspólnicy  zapewniali  go,  że  obie  dziewczyny  zostały  uratowane  przez  pewnego  mężczyznę,  w  którym  Joseph 
natychmiast rozpoznał majora Bendicka, a ten raczej nie pominąłby takiego zdarzenia milczeniem. 

Joseph  miał  nadzieję,  że  gdy  już  wszyscy  dowiedzą  się  o  napadzie,  Sandiford  publicznie  go  obrazi.  On  sam 

gotów był  zrobić  wszystko, by Rowlanda sprowokować, a potem  oskarżyć  o zniesławienie. Tak więc przyszłość 
malowała mu się w różowych barwach. Wspomniał o tych planach swej matce. 

- Co!? - wykrzyknęła pani Harrison. - Przecież on może wyzwać cię na pojedynek! 
-  Ależ  skąd  -  odparł  Joseph  spokojnie.  -  Gdyby  to  zrobił,  bez  wahania  powiadomiłbym  sędziego.  Nie,  ja  chcę 

tylko łatwego, zyskownego procesu o zniesławienie, rozumiesz? Nawet gdyby został uniewinniony, będzie to dla 
niego klęska. Z opinią oszczercy nie ma już co marzyć o miejscu w parlamencie. 

Pani  Harrison  nie  była  specjalnie  zainteresowana  klęską  Rowlanda.  Jej  złość  była  niemal  w  całości 

zarezerwowana dla Merab. 

- Chciałabym, żeby ktoś porządnie utarł jej nosa. Zrobiła z siebie szlachciankę, patrzcie no tylko! I tak wszyscy 

wiemy, kim była jej matka. 

-  Kuzynka  Merab  -  mówił  Joseph  jedwabistym  głosem  -  już  niedługo  przestanie  obnosić  się  ze  swoim 

szlachectwem,  uwierz  mi.  Za  dwa  tygodnie  przepadną  wszelkie  nadzieje  na  majątek  Hartfieldów  i  kto  ją  wtedy 
zechce? Nie ma przecież grosza przy duszy, a niedługo skończy dwadzieścia siedem lat. Pozostaje jej tylko szkoła 
dla młodych panienek. I życzę jej tego z całego serca! 

 
P
o  wyjściu  od Elizy, Rowland udał się  do Pijalni,  gdzie  miał nadzieję zobaczyć Josepha i  jego  matkę,  i  jak się 

wkrótce przekonał, nie były to płonne nadzieje. Kupił „The Bath Chronicie” i usiadł z boku, by zza zasłony gazety 
przyglądać się dwójce swych wrogów. Przeczytał co najmniej trzy razy artykuł o zbliżającej się wizycie królowej 
Charlotte i przygotowaniach do jej przyjęcia, nim Harrisonowie wreszcie wyszli. Minęło już południe i po spacerze 
w Pijalni, który jak wiadomo należał tutaj do dobrego tonu, większość gości wybierała się do domu, by zjeść lunch, 
przygotować się na wieczór lub zrobić jakieś zakupy. Rowland złożył gazetę i cicho podążył za swoimi ofiarami. 

Szli do domu. Dobrze. Da im jeszcze godzinę, a potem złoży nieoczekiwaną wizytę. Wreszcie skończył się długi 

okres bezczynności. Wreszcie mógł coś zrobić. 

Kiedy Rowland obmyślał strategię, Joseph i jego matka dotarli do domu, gdzie postanowili odpocząć przez jakąś 

godzinę.  Joseph  strącił  ze  stóp  buty,  zdjął  surdut  i  nałożył  szlafrok  suto  zdobiony  oliwkowymi  guzikami.  Pani 
Harrison  przywołała  pokojówkę,  kazała  jej  rozwiązać  sznurówkę  gorsetu  i  pozwoliła  sobie  choć  przez  chwilę 
pooddychać swobodnie. Włożyła wielki, luźny szlafrok  i związała włosy pod porannym  czepkiem. Później mieli 
jeszcze iść do Bawialni, ale na razie mogła zapomnieć o niewygodzie ciasnego gorsetu i fiszbinach. 

Służąca  przyniosła  lunch  -  szynkę,  pasztet  cielęcy  i  resztki  łopatki  baraniej.  Joseph  i  matka  pozwolili  sobie  na 

małą ucztę, po czym pani Harrison zasiadła w fotelu z najnowszą książką z wypożyczalni i egzemplarzem Biblii, 
na  wypadek  gdyby  ktoś  złożył  im  wizytę.  Joseph  w  zamyśleniu  wydłubywał  scyzorykiem  brud  zza  paznokci. 
Spędził niemal całe przedpołudnie w towarzystwie pani Tiverton, a ta nie wspomniała ani słowem o napadzie na 
Merab, choć był pewien, że dziesięć minut wcześniej widział, jak rozmawia z majorem Bendickiem. Co się stało, 
do diabła? Musi przykazać swemu lokajowi, żeby wypytał służącego majora o wszelkie plotki, kiedy wybierze się 
dziś wieczorem do szynku. 

background image

 

79 

Nagle ciszę przerwało delikatne pukanie do drzwi i do salonu weszła służąca z kartą wizytową na tacy. 
- Ach! - Oczy Jospeha zapłonęły mocniej. Podał kartę swej matce. 
- Pan Sandiford! - krzyknęła pani Harrison. - Czy jest uzbrojony? 
-  Mamo!  -  Joseph  spojrzał  na  nią  z  politowaniem.  -  Myślisz,  że  służąca  wpuściłaby  go  tutaj  i  przyniosła  jego 

kartę? 

- Nie wychodzę - oświadczyła pani Harrison, zawiązując mocniej pasek szlafroka wokół swej obfitej talii. 
- A dlaczego miałabyś wychodzić? - odparł Joseph. - Zostań, jak najbardziej. Będziesz się dobrze bawić. 
Rowland wszedł do pokoju, ukłonił się nieznacznie w stronę pani Harrison i oznajmił bez zbędnych wstępów: 
- Przychodzę tutaj w bardzo nieprzyjemnej sprawie. 
- Och, doprawdy? - Joseph pozwolił sobie rzucić triumfalne spojrzenie w stronę swej matki. - Mogę spytać, o co 

dokładnie chodzi? 

- O moje dobre imię. 
- A jakiż to ma związek ze mną? - Joseph naprawdę świetnie się bawił. 
-  Rozpuszczał  pan  złośliwe  plotki  najpierw  o  pannie  Hartfield,  a  potem  o  mnie.  Przyszedłem  tutaj,  by  położyć 

temu  kres.  -  Odwrócił  się  do  pani  Harrison.  -  Pani,  madame,  powinna  była  przynajmniej  starać  się  ratować 
reputację swej siostrzenicy. Nie pamiętam jednak, aby choć raz stanęła pani po jej stronie. 

- Stanąć po jej stronie! - Pani Harrison omal nie zachłysnęła się z oburzenia. - Takiej ladaco! Dlaczego miałabym 

jej pomagać? Lepiej nie wspominać, kim była jej matka! A ta bezczelna dziewucha próbowała przyczepić się do 
mojego syna! 

Rowland uniósł brwi w wyrazie niedowierzania. 
Joseph postanowił iść za ciosem i jeszcze bardziej sprowokować Rowlanda. 
- Skoro reputacja panny Hartfield jest, jak pan twierdzi, bez skazy - zaczął słodkim głosem, - to dlaczego pan się 

jej nie oświadczył? Podobno wiele mógłby pan zyskać? 

- Dosyć! - Przerwał Rowland chrapliwie. - Nie pozwolę, by ktoś szargał przy mnie dobre imię panny Hartfield, a 

to, jak się układają stosunki między mną a moją kuzynką, to już nie pański interes. 

- Właśnie w ten sposób sprawił pan, że zrobił się z tego mój interes - powiedział Joseph. - I nie widzę powodu, 

dla  którego  nie  miałbym  opowiedzieć  o  naszej  rozmowie  zainteresowanym  osobom.  A  jestem  pewien,  że  wiele 
osób będzie tym zainteresowanych! 

Rowland spojrzał na niego z pogardą i podał mu dwie kartki. 
- Przypuszczam, że to  może pana zainteresować  - powiedział. -  I  ostrzegam, że istnieją jeszcze  inne  kopie  tych 

dokumentów. 

Joseph ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w przekazane mu kartki. Potem w milczeniu opadł na najbliższe 

krzesło. Po chwili podał obie kopie swej matce. 

Pani Harrison tylko rzuciła na nie okiem, poderwała się z fotela w ataku histerii i wrzasnęła piskliwie: 
- To kłamstwo! 
- Czyżby? - odparł Rowland spokojnie. - Może powinienem wymienić tu nazwisko pani Elizy O’Riley. Od kilku 

dni  mieszka  w  Bath  i  była  mi  wielce  pomocna.  Jestem  pewien,  że  chętnie  potwierdzi  te  informacje,  jeśli  tylko 
zajdzie potrzeba. 

- Kim jest pani O’Riley? - spytał Joseph posępnie. 
Szloch pani Harrison stał się jeszcze głośniejszy. 
- Zdaje się, że pańska matka wolałaby o tym nie mówić - odrzekł Rowland. 
- Czego pan chce? - spytał Joseph. Spojrzał na matkę, a potem odwrócił wzrok. 
- Chcę, by oświadczył pan na piśmie, iż to pan rozpuszczał nieprawdziwe i złośliwe plotki o pannie Hartfield i o 

mnie.  Napisane  pod  moje  dyktando  i  datowane  dzisiaj  w  mojej  obecności.  I  oboje  musicie  wyjechać  z  Bath  tak 
szybko, jak to tylko możliwe. 

- A jeśli napiszę takie oświadczenie? 
- Wówczas zachowam milczenie w tej sprawie. - Rowland wskazał na dokumenty. 
- Nie mam wyboru. 
- Żadnego - zgodził się Rowland. 

11 

Rowland odkrywał szybko, że istnieje pewna strona jego natury, o którą nigdy wcześniej by się nie podejrzewał. 

Jako chłopiec zawsze starał się być miły dla słabszych od siebie i nienawidził jakiejkolwiek formy przemocy. To 
właśnie  brutalne  zachowania,  jakich  świadkiem  był  w  Eton,  po  raz  pierwszy  pchnęły  go  w  stronę  radykalnych 
zapatrywań politycznych. Teraz skonstatował, że z przyjemnością oczekuje chwili, gdy Joseph zostanie ostatecznie 
upokorzony. Ten bękart próbował zniszczyć życie Merab i Rowland z prawdziwą radością pokrzyżował mu szyki. 
Gdyby  mógł  wychłostać  go  na  oczach  całego  miasta i  wygnać  poza  jego  obręb,  uczyniłby  to  z  jeszcze  większą 
ochotą.  Jednak  nie  mógł  mieć  wszystkiego  i  musiał  skoncentrować  się  nie  na  zemście,  lecz  na  tym,  by  jak 
najszybciej pomóc Merab odzyskać dobre imię i jej zapewnić społeczną akceptację. 

Rowland  przeanalizował  w  myślach  różne  możliwości  i  postanowił  odwiedzić  lady  Mandersby.  Jej  wpływy 

background image

 

80 

sięgały wszędzie i z pewnością poczułaby się obrażona, gdyby nie była jedną z najszybciej poinformowanych osób. 

Lady  Mandersby  bez  entuzjazmu  przyjęła  jego  kartę  wizytową,  jednak  krótka  notka  na  jej  odwrocie,  w  której 

Rowland  stwierdzał,  że  bardzo  zależy  mu  na  opinii  tej  właśnie  damy  w  pewnej  sekretnej  sprawie,  przyniosła 
zamierzony efekt. Lady Mandersby przywitała go ze sporą rezerwą. 

- Pan Sandiford. Więc w czym mogę panu pomóc? 
Rowland wyjął oświadczenie Josepha i podał je szacownej damie. 
Rzuciła najpierw okiem na podpis, po czym powiedziała krótko: 
-  Proszę,  niech  pan  spocznie  -  otworzyła  z  trzaskiem  swój  lorgnon.  -  No  cóż,  młody  człowieku  -  powiedziała, 

przeczytawszy uważnie całe oświadczenie.  - To zdaje się wszystko wyjaśniać. Jestem pewna, że to ogromna ulga 
nie  tylko  dla  pana,  ale  i  dla  pańskiej  wielce  szanownej  matki,  która  musiała  być  ogromnie  zatroskana  całą  tą 
sprawą. 

- Pomyślałem, że pani jest osobą, która najlepiej mi doradzi, lady Mandersby, przyszedłem więc prosto do pani. 

Oczywiście zamierzam odwiedzić moją matkę najszybciej jak to możliwe, ale ona wierzyła mi tak czy inaczej. 

- A ja nie? - spytała lady Mandersby z uśmiechem. 
-  Droga  lady  Mandersby  -  odparł  Rowland,  demonstrując  talent  dyplomatyczny,  który  dobrze  wróżył  jego 

karierze politycznej. - To naturalne, że kobieta tak inteligentna jak pani miała pewne wątpliwości. Jednak plotki nie 
biorą się z niczego i po prostu musiała pani być ostrożna. 

- Zostaw to mnie, mój drogi chłopcze - lady Mandersby stała się nagle bardzo serdeczna. - Już ja się tym zajmę. 

Nigdy  nie  przepadałam  za  tymi  Harrisonami,  nigdy.  I  jestem  prawie  pewna,  że  pani  Harrison  zdolna  jest  nawet 
oszukiwać w kartach. W końcu kim oni są? Phi! Prawnik z Bristolu! Ale towarzystwo w Bath stało się teraz tak 
pobłażliwe, że gotowe jest przyjąć niemal każdego. Tak, pan pozwoli, że rzucę jeszcze  okiem... Mam nadzieję, że 
zamierza pan pojawić się dziś wieczorem w Bawialni? 

- Tak, przyjdę tam z moją matką, panem Bridges i panną Hartfield, jeśli będzie miała na to ochotę. 
-  Tak  byłoby  najlepiej.  Proszę  dopilnować,  by  panna  Hartfield  także  przyszła.  I  proszę  zabrać  ze  sobą  tę 

karteczkę. 

Zbliżał  się  już  koniec  sezonu  i  Bawialni  świeciłaby  zapewne  pustkami,  gdyby  nie  zapobiegliwość  lady 

Mandersby,  która  rozesłała  do  odpowiednich  osób  krótkie  notki  i  ściągnęła  spory  tłum  gości.  Byli  tam  między 
innymi Tivertonowie i major Bendick. Przyszła Lavinia i pani Banstead, pojawił się nawet sir Thomas Wincanton. 

Oświadczenie  Josepha  było  przedmiotem  wszystkich  niemal  rozmów,  toczonych  w  Bawialni.  Nagle  nikt  nie 

potrafił  znaleźć  dlań  dobrego słowa. Joseph,  który jeszcze  kilka  dni temu był  obiektem sporego  zainteresowania 
matek  z  córkami  na  wydaniu,  nagle  stał  się  „podejrzanym  indywiduum”  i  „podłym  krętaczem”.  Wiele  matek 
odkryło też nieoczekiwanie, że w jego fizjonomii kryło się coś, co od razu im się nie podobało. 

Podczas  gdy  pani  Bridges  uwolniła  się  wreszcie  od  zmartwień,  i  bezustannie  była  zapewniana  przez  kolejnych 

przyjaciół,  że  ani  przez  chwilę  nie  wierzyli  w  oszczerstwa  Harrisonów,  Merab  wcale  nie  czuła  się  tak  radośnie, 
gdyż znowu omal nie pokłóciła się z Rowlandem. 

Wcześniej pani Bridges zostawiła ją z Rowlandem, by we dwójkę przedyskutowali ostatnie wydarzenia, gdyż ona 

sama musiała się spotkać ze swą krawcową. 

-  Możesz  opowiedzieć  Merab,  jak  tego  dokonałeś.  Wybaczcie,  ale  pani  Preston  jest  zawsze  tak  zajęta,  że  po 

prostu muszę się z nią zobaczyć, kiedy już tu przyjdzie. 

Gdy tylko wyszła, Rowland powiedział: 
- Przykro mi, panno Hartfield, że nie mogła pani obdarzyć mnie zaufaniem i powiedzieć mi o spotkaniu z panią 

O’Riley.  -  Rowland  chciał  tylko,  by  Merab  zapewniła  go  o  swym  zaufaniu,  jednak  jego  słowa  zabrzmiały  jak 
oskarżenie, zimne i pozbawione cienia sympatii. 

- Pan się z nią widział? - O Boże, co powiedziała mu Eliza? Chyba nie zdradziła mu, że... 
-  A  jak  pani  myśli,  w  jaki  inny  sposób  mógłbym  zdobyć  informacje,  dzięki  którym  zmusiłem  Harrisona  do 

napisania tego oświadczenia? 

Merab w duchu odetchnęła z ulgą. 
- Myślałam... myślałam, że zagroził mu pan, to znaczy fizycznie. 
Rowland pokręcił głową. 
-  Zostałbym  wtedy  oskarżony  o  napaść.  Nie,  to  był  szantaż.  Zagroziłem,  że  ujawnię  publicznie  prawdę  o  jego 

nieprawym pochodzeniu. 

- Och! - Merab nie wiedziała, co powiedzieć. Prócz tej krótkiej chwili w świetle księżyca nie zdarzyło się nic, co 

wzmocniłoby łączącą ich więź sympatii i pozwoliło jej przypuszczać, że Rowland żywi dla niej jakieś cieplejsze 
uczucia.  -  Po...  powiedziałabym  panu  -  zdołała  w  końcu  wyjąkać.  -  Ale  zdawałam  sobie  sprawę,  że  moja  osoba 
była przyczyną wszystkich pańskich problemów. Szczególnie ostatnio. 

- Nonsens - powiedział Rowland, bardziej szorstko niż zamierzał. 
- Gdyby mnie nie było, pan odziedziczyłby Hartfield i mógłby ożenić się z panną Parminster. 
Przecież to nie jej chce moje serce, wołało coś w duszy Rowlanda. 
- Nie bardzo rozumiem, panno Hartfield, co mogą mieć z panią wspólnego moje stosunki z panną Parminster. 

background image

 

81 

- Tak, ma pan rację - wyszeptała Merab. - Przepraszam. 
Co innego mogła powiedzieć? „Chciałam wiedzieć, bo pana kocham”? I „nie chciałam mówić o Elizie, bo bałam 

się, co pan na to powie”? Wszystko to wydawało jej się beznadziejne. 

Merab dość niechętnie wybrała się tego wieczora do Bawialni. Rowland odzyskał równowagę na tyle, że nazywał 

ją  „kuzynką  Merab”,  ale  jego  zachowanie,  choć  całkiem  poprawne,  było  dość  chłodne.  Wyglądało  to  tak,  jakby 
wycofał się za szklaną szybę. 

Lecz  i  tak  sytuacja  wyglądała  lepiej,  niż  obawiała  się  Merab.  Gdy  spotkała  Lavinię,  przyjaciółka  rozłożyła 

szeroko ręce, by serdecznie ją uściskać. 

- Och, Merab, tak się cieszę, że to wszystko dobrze się skończyło. Teraz możesz być już spokojna. 
Merab starała się wyglądać na uspokojoną i zrelaksowaną. 
- Przynajmniej możemy teraz chodzić na dalekie spacery i nie obawiać się napadów! - zdobyła się na żart. 
-  Major  Bendick  nie  będzie  miał  już  pretekstu,  żeby  ciągle  nas  spotykać  -  dodała  Lavinia  z  szelmowskim 

uśmiechem. 

Tymczasem  major  zdobył  się  na  uprzejmy  gest  i  podszedł  do  Rowlanda,  by  mu  pogratulować  i  wyrazić  swą 

radość z takiego zakończenia sprawy. 

-  O  ile  wiem,  uratował  pan  moją  kuzynkę  i  pannę  Heslop  przed  haniebnym  atakiem  -  powiedział  Rowland, 

ściskając dłoń majora. - Muszę podziękować panu za powściągliwość i milczenie w tej sprawie. 

-  Panna  Hartfield  prosiła  mnie  o  to  -  odparł  major  krótko.  Wkrótce  jego  uprzejmość  się  wyczerpała  i  opuścił 

Rowlanda. 

- Myślę, że major zadurzył się w pańskiej kuzynce, panie Sandiford - zauważyła z uśmiechem pani Tiverton. 
-  Major  Bendick!  -  Rowland  był  bardzo  niemile  zaskoczony  tą  wiadomością.  Czy  Merab  wyszłaby  za  tego 

człowieka? Przecież to tępak! 

-  Oczywiście.  Na  pewno  uznałaby  go  za  dobrą  partię,  gdyby  poprosił  ją  o  rękę.  Jego  majątek  przynosi  co 

najmniej cztery tysiące rocznego dochodu. 

Rowland obdarzył majora chmurnym spojrzeniem. 
Sir Thomas podszedł do Merab uzbrojony w liczne komplementy i zaproszenie od swej żony. 
- Byłaby zachwycona, gdyby zechciała pani ją odwiedzić - powiedział, dość niezdarnie starając się okazać jej swą 

gościnność. - Czuje się już znacznie lepiej. 

- Och, zrobię to z największą radością! - wykrzyknęła Merab. - Kochana Amelia! Tak bardzo za nią tęskniłam. 
-  Pan  Harrison  zachował  się  skandalicznie  -  zauważył  następnie  sir  Thomas.  -  Żeby  próbować  zniszczyć  dobre 

imię dżentelmena, i pani także, moja droga. To doprawdy haniebne! 

Sir Thomas, jak zauważyła Merab, starał się naprawić swe dotychczasowe zachowanie. 
- Bardzo się cieszę, że dobre imię mojej matki zostało oczyszczone z wszelkich podejrzeń - powiedziała cicho. - 

A jeśli Amelia czuje się wystarczająco dobrze, chciałabym odwiedzić ją i jej dziecko jutro rano. 

- Powiadomię ją o tym - obiecał sir Thomas. 
 
A
melia  leżała  na  kozetce  w  swoim  buduarze,  gdy  nazajutrz  rano  przyszła  do  niej  Merab.  Dwie  przyjaciółki 

uściskały się serdecznie, a Amelia uroniła kilka łez. 

- Najdroższa Merab - chlipała. - Przepraszam, że witam cię jak fontanna. Wiesz, jak łatwo się wzruszam! 
Merab  usiadła  obok  niej  i  przyjrzała  się  uważnie  swej  przyjaciółce.  Kiedy  widziała  ją  po  raz  ostatni,  w 

zaawansowanej  ciąży,  Amelia  miała  ciemne  obwódki  pod  oczami,  a  jej  oblicze  naznaczone  było  wysiłkiem  i 
cierpieniem. Teraz wyglądała znacznie lepiej, choć na jej twarzy wciąż malowała się pewna bladość. 

- Jak się czujesz, Amelio? 
- Lepiej, naprawdę. To nie była łatwa ciąża, od samego początku. 
- Tak, pamiętam, że ciągle coś ci dolegało. Jak się miewa dziecko? 
Amelia usiadła prosto i uśmiechnęła się. 
- Sądzimy, że będzie zdrowa. Kiedy się urodziła, była taka maleńka, że nikt nie wierzył, iż przeżyje choćby kilka 

dni.  Ale  teraz  właściwie  tylko  je  i  śpi,  a  jej  opiekunka  mówi,  że  zaczyna  przybierać  na  wadze.  -  Sir  Thomas 
wyszukał  dla  dziecka  mamkę,  hożą  żonę  poborcy  myta,  która  właśnie  utraciła  swe  dziecko  i  gotowa  była 
opiekować się maleńką panną Wincanton. 

- Mogę ją zobaczyć? 
Amelia  uśmiechnęła  się  i  pociągnęła  za  dzwonek.  Po  chwili  do  pokoju  wniesiono  dziecko,  które  Merab 

podziwiała z należytym zachwytem. 

- Nigdy nie widziałam takiego maleńkiego dziecka - dziwiła się Merab. - Ale jest naprawdę śliczna. Spójrz tylko 

na te paluszki! 

Kiedy opiekunka zabrała dziewczynkę z powrotem, Amelia powiedziała: 
- No, kochana Merab, teraz opowiedz mi o sobie. Te okropne plotki! Tak bardzo było mi ciebie żal! 
- To było straszne - przyznała Merab. - Zaczęłam już czuć się jak jakiś wyrzutek. Gdziekolwiek poszłam, w ślad 

za mną pojawiały się jakieś skandale i plotki. Tym razem to było nawet gorsze, bo mieszkam u pani Bridges, a te 

background image

 

82 

pogłoski dotyczyły przecież jej syna. 

Rozmawiały przez chwilę o wydarzeniach ostatniego tygodnia, aż wreszcie Amelia zauważyła nieśmiało: 
- Podobno  major jest tobą coraz bardziej zainteresowany. Nie  myśl sobie, że jestem ciekawska!  - Merab rzuciła 

jej zagadkowe spojrzenie. Amelia roześmiała się, lecz dodała: - Wiesz, że chciałabym tylko, byś znalazła dobrego 
męża. 

- Odmówiłam mu. 
- Och... rzeczywiście - wyjąkała Amelia, osłupiała ze zdumienia. 
- Nie mogłabym go pokochać. 
- Ale mimo to mogłabyś być szczęśliwa - odparła Amelia, jak zawsze praktyczna. Pomyślała, że gdyby tylko nie 

była tak bardzo chora, mogłaby doradzić majorowi, jak najlepiej podbić serce jej przyjaciółki. Nim sama wyszła za 
sir Thomasa, naprawdę bardzo go lubiła, ale „miłość”? To coś dla niepoprawnych romantyków. Merab chyba była 
na tyle rozsądna, by poważnie zastanowić się nad ofertą majora? Amelia spojrzała uważnie na przyjaciółkę. 

Merab  wpatrywała  się  w  dywan,  a  na  jej  twarzy  pojawił  się  smutek,  jakiego  Amelia  nigdy  wcześniej  tam  nie 

widziała, wyraz cichego cierpienia kogoś, kto utracił to, na czym najbardziej mu zależało. 

- Merab! Ty kochasz kogoś innego! 
- On o mnie nie myśli - odparła Merab, nim zdążyła się zastanowić nad tym, co mówi. 
- Ale... kto to jest? - Amelia przeanalizowała szybko wszystkie możliwości. - Mój Boże, to Rowland Sandiford, 

prawda? 

Merab wybuchnęła płaczem. 
- Och, najdroższa Merab! Ale chyba nie jesteś mu całkiem obojętna? Mówiłaś mi przecież, że starał się nadrobić 

to, co zepsuł, kiedy byliście w Hartfield. 

-  Też  tak  myślałam.  Ale  nie  polubił  mnie  na  tyle,  by  chciał  mnie  za  żonę  -  odparła  Merab,  pogrążona  w 

beznadziejnym smutku. - Pozostał tylko tydzień do upływu sześciu miesięcy od śmierci dziadka, Amelio. Za późno 
już na zapowiedzi. 

- Musiałby udać się do biskupa po specjalne pozwolenie  - odrzekła Amelia w zamyśleniu. - Och, moja kochana 

Merab. Tak mi przykro. Zawsze uważałam, że to odpowiedni mężczyzna dla ciebie. Jesteś pewna, że on ciebie nie 
chce? Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, by mógł być tak nieczuły! 

Merab wyszła od lady Wincanton nieco podniesiona na duchu. Co prawda Amelia nie mogła niczego zmienić, ale 

szczera  rozmowa  z  przyjaciółką,  jej  wsparcie  i  dobre  słowo  przyniosły  Merab  sporą  ulgę.  Oprócz  Elizy,  która 
właściwie wyciągnęła od niej wszystkie tajemnice, Merab nie miała innej powiernicy - nie wypadało jej przecież 
rozmawiać na podobne tematy z panią Bridges, a Lavinii nie znała dość dobrze. 

Ponieważ  nie  mogła się  jeszcze całkiem uspokoić po  wzruszeniach  ostatniej  godziny, postanowiła w  drodze do 

Pijalni wstąpić do opactwa i posiedzieć chwilę w ciszy. 

Weszła do chłodnego wnętrza kościoła i usiadła na brzegu ławki w pobliżu stalli chóru. Miała nadzieję, że nikt jej 

tutaj  nie  dostrzeże,  i  że  będzie  mogła  spędzić  kilka  chwil  w  zupełnym  spokoju,  nie  siląc  się  na  jakąś  uprzejmą 
rozmowę. Kościół był raczej pustawy. Dwie kobiety czyściły pulpit, a zmęczony kanonik rozmawiał z mężczyzną, 
w którym Merab rozpoznała dziekana. Fragmenty ich rozmowy docierały do jej uszu. 

- Więc biskup przyjedzie tutaj na zebranie kapituły w przyszłą środę? - pytał kanonik. 
- Tak. Prosił, żeby zebranie zaczęło się dokładnie o trzeciej. 
- Och, przecież w tym samym czasie odbędzie się zebranie archidiakonatu w sprawie wizyty królowej. 
-  Nic  na  to  nie  poradzimy.  Poza  tym,  biskup  także  chciałby  porozmawiać  o  wizycie  Jej  Wysokości.  Może 

powinienem spotkać się wcześniej z archidiakonem. 

- Byłbym bardzo wdzięczny. 
- Biskup przyjedzie tutaj około południa. Podam mu lunch, a potem zaprowadzę na zebranie. Wszystko musi się 

skończyć najpóźniej o wpół do piątej, bo potem zaczyna się zebranie komitetu budowlanego. 

- A co będzie wtedy robił biskup? Czy zamierza zostać tutaj na wieczór? 
- Tak sądzę. Nie wiem, czy ma jakieś konkretne plany. Przekonamy się wkrótce. 
Dziekan odszedł w stronę wyjścia, a po chwili kanonik podążył jego śladem. 
Merab zdała sobie sprawę, że prawie przestała oddychać. Biskup miał przyjechać do Bath w środę. Będzie wolny 

o wpół do piątej. To, co przychodziło jej do głowy, było tak niepokojące, że serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. 
Musiała wziąć kilka głębokich oddechów i uspokoić się nieco. 

Wcześniej nie chciała nawet myśleć o rewolucyjnym pomyśle Elizy - na pewno nie odważyłaby się wspomnieć o 

tym  Amelii  -  lecz  teraz  los  zdawał  się  decydować  za  nią.  Pozostała  w  kościele  przez  następne  dziesięć  minut,  a 
potem wyszła do Pijalni, by tam spotkać się z panem i panią Bridges. 

 
P
ani Bridges patrzyła na swego syna z irytacją. Za kilka dni miał na własne życzenie stracić 20 000 funtów, tylko 

dlatego, że nie chciał poślubić cudownej młodej kobiety, którą lubił, która była inteligentna, piękna i pod każdym 
względem stanowiła idealną kandydatkę na jego żonę. 

Oczywiście cieszyła się, że usunięto wreszcie wszelkie skazy z jego dobrego imienia i że Harrisonowie zniknęli 

background image

 

83 

raz  na  zawsze  z  ich  życia,  ale  zdawało  się,  że  wszyscy,  poza  Rowlandem  właśnie,  znajdowali  doskonałe  partie. 
Kitty, na przykład, miała zostać wicehrabiną, choć wcale na to nie zasłużyła; nawet Lavinia, której posag wynosił 
zaledwie  dwa  tysiące,  cieszyła  się  coraz  większym  zainteresowaniem  majora  Bendicka  -  major  ostatnio  coraz 
częściej przebywał w jej towarzystwie, czując zapewne, że musi poskromić swe uczucia dla Merab. 

- Wiem - odrzekła Merab, kiedy pani Bridges wspomniała Jej o tym w sobotę (Merab powiedziała jej w końcu o 

oświadczynach  majora). - I cieszę się  z tego. Naprawdę uważam, że  nie byłabym  odpowiednią żoną  dla  majora. 
Ale Lavinia! Nie wiem, czy ona w pełni zdaje sobie sprawę z jego zamiarów i często ruga go bez litości. 

-  Tak,  przyznam,  że  przyglądam  się  temu  z  przyjemnością  -  uśmiechnęła  się  pani  Bridges.  -  Major  jeszcze 

niedawno był bardzo zarozumiały, ale pani i Lavinia sprowadziłyście go na ziemię. 

- Wydaje mi się, że Lavinia traktuje go raczej jak starszego brata - stwierdziła Merab z powątpiewaniem. 
- Młode damy rzadko traktują starszych przystojnych mężczyzn jak braci! - zauważyła pani Bridges. 
Merab roześmiała się. 
- Pewnie ma pani rację. Lavinia nie zwierza mi się ze swych tajemnic, ale nie zauważyłam, by czuła jakąś słabość 

do majora. 

- No cóż, na pewno doskonale się bawi przy każdej okazji - powiedziała pani Bridges. - Co mnie bardzo cieszy. 

Przedtem żyła w cieniu Kitty Parminster. Bogu dzięki Kitty zeszła nam już z drogi. Trudno mi sobie wyobrazić, by 
mogła zostać moją synową! 

-  Myślę  jednak,  że  kuzyn  Rowland  wciąż  żywi  dla  niej  ciepłe  uczucia  -  powiedziała  Merab  z  wahaniem. 

Rozmawianie o Rowlandzie było dla niej bolesną przyjemnością i rzadko decydowała się poruszać ten temat, a już 
na pewno nie w obecności jego matki. 

-  Jestem  pewna,  że  nie!  -  Odparła  pani  Bridges  z  przekonaniem.  -  Zaledwie  kilka  dni  temu  powiedział  mi,  że 

całkiem już o tym zapomniał. 

- Och! - powiedziała tylko Merab. 
Pani  Bridges  spojrzała  na  nią  badawczo.  Zaczynała  podejrzewać,  że  jej  syn  nie  jest  całkiem  obojętny  pannie 

Hartfield i pomimo sceptycyzmu męża była przekonana, że jest to uczucie odwzajemnione. 

-  Rowland  potrafi  być  bardzo  uparty  i  nierozsądny  -  oświadczyła,  starając  się  ukryć  wszelkie  emocje.  -  Jest 

zupełnie  niepraktyczny, gdy  w  grę wchodzi jego  honor. Omal  nie został kiedyś  wyrzucony z Eton, bo nie  chciał 
wydać kolegi i wolał wziąć całą winę na siebie. Na szczęście ten drugi chłopiec opamiętał się i wyznał prawdę. 

- Och! - powtórzyła Merab. 
Pani  Bridges  zajęła  się  szyciem  i  udawała,  że  jest  tym  całkiem  pochłonięta.  Nie  mogła  zrobić  już  nic  więcej. 

Uczyniła  wszystko, by podpowiedzieć Merab, że to  ona powinna przejąć  inicjatywę, i że ludzie sami  muszą de-
cydować o swoim losie. Teraz mogła tylko postarać się, by umożliwić im spotkanie we dwoje, gdyby sobie tego 
życzyli. 

Zdawało  się  jednak,  że  Rowland  za  wszelką  cenę  unika  takiego  właśnie  spotkania.  Pokazał  się  na  niedzielnej 

mszy w kościele, szybko jednak pożegnał się z obiema paniami i ojczymem. Nie przyjął zaproszenia na wspólną 
kolację  tego  samego  wieczoru,  twierdząc,  że  otrzymał  właśnie  list  od  zarządcy  swego  majątku  i  musi  nań 
natychmiast odpowiedzieć. Jeśli jego matka lub kuzynka zorientowały się nawet, że poczta nie dostarcza listów w 
niedzielę,  nie  wypowiedziały  głośno  tej  uwagi.  Rowland  najwyraźniej  nie  chciał  też  umówić  się  z  nimi  na 
poniedziałek. 

- Chyba wybiorę się na przejażdżkę - oznajmił. - Nie wiem, kiedy wrócę. 
We wtorek wieczorem Merab nie mogła już znaleźć sobie miejsca. Wciąż myślała o rozmowie z panią Bridges i 

doszła do wniosku, że jej  gospodyni na tyle, na ile było to  możliwe, starała się zachęcić  ją, by wzięła sprawy  w 
swoje ręce. Ale jeśli zawiedzie? Jeśli Rowland ją odrzuci? Czy będzie w stanie to znieść? 

Spała bardzo źle  i  obudziła się  w środę rano zmęczona i zdesperowana, choć także zrezygnowana. Miała tylko 

dwa wyjścia; pozostać bierną i czekać, aż Rowland się  jej oświadczy  - jeśli kiedykolwiek  miałby to zrobić, albo 
wziąć  sprawy  w  swoje  ręce  i  dowiedzieć  się  najgorszego.  Jeśli  on  uważa,  że  jest  mało  kobieca  i  niewarta  jego 
uczuć, niech i tak będzie. Nie mógł chyba mieć o niej gorszej opinii, niż wyraził to niecałe pół roku temu. 

Tym  razem  mogła  przynajmniej  liczyć  na  słowa  pocieszenia  ze  strony  Amelii,  pani  Bridges  i  pani  O’Riley. 

Będzie  musiała zająć się poważnie szukaniem  posady nauczycielki, ale to akurat mogło  jej sprawić pewną  ulgę. 
Ciężka praca na pewno pozwoliłaby jej zapomnieć o złamanym sercu. Rowland wróciłby do Merryn Park, a ona 
już  nigdy  nie  musiałaby  go  oglądać. Nie żyłaby też  w skrajnej  nędzy. Dzięki tysiącowi funtów zostawionych jej 
przez  ojca  i  dzięki  wysiłkom  pana  Camberwella  mogła  liczyć  na  roczny  dochód  w  wysokości  około  80  funtów. 
Wiele rodzin uważałoby się na jej miejscu za bogaczy. 

Blada, zmęczona, lecz zdeterminowana, Merab wstała z łóżka i usiadła przy małym sekretarzyku w rogu sypialni. 

Pani Bridges zaopatrzyła swego gościa w pióro, atrament i papier. Merab wzięła kartkę i napisała: 

 
Drogi kuzynie Rowlandzie! 
Byłabym  Panu  ogromnie  wdzięczna,  gdybym  mogła  zamienić  z  Panem  kilka  słów  na  osobności  dzisiejszego 

popołudnia. Czy zechciałby Pan spotkać się ze mną przy schodach na Gravel Walk o wpół do trzeciej? 

background image

 

84 

Z poważaniem 

M. Hartfield 

 
Nie  był  to  idealny  list,  ale  w  tych  okolicznościach  musiał  wystarczyć.  Merab  złożyła  go,  zapieczętowała  i 

podpisała.  Kiedy  już  była  ubrana,  zeszła  na  parter  i  nim  miała  czas  się  rozmyślić,  wręczyła  list  jednemu  ze 
służących. 

-  Proszę  dostarczyć  to  panu  Sandifordowi  -  rozkazała  krótko,  nie  chcąc  okazywać  przerażenia,  jakie  ją  nagle 

ogarnęło. I dała posłańcowi szylinga. 

- Oczywiście, proszę pani. Czy mam czekać na odpowiedź? 
- Nie... albo tak, proszę poczekać. - Merab pomyślała, że nie chce spędzić całego przedpołudnia zastanawiając się 

nad tym, czy Rowland otrzymał jej list i czy zechce się z nią spotkać. 

Stało się. Teraz nie mogła już zrobić nic, by to powstrzymać. 
 
M
erab jeszcze raz przyjrzała się dokładnie swemu odbiciu w lustrze i poprawiła niesforny lok. Z lustra patrzyły 

na nią wielkie, ciemne oczy osadzone w bladokremowej twarzy. Westchnęła cicho. No cóż, tak musi być. Spojrzała 
jeszcze  w  większe  zwierciadło.  Widziała  tam  wysoką,  smukła  postać  odzianą  w  fioletową  spacerową  suknię  z 
delikatnym  szalem  z  czarnej  koronki  narzuconym  na  ramiona.  Założyła  lekki  słomiany  czepek  z  fioletowymi 
wstążkami i wzięła rękawiczki. 

Rowland czekał już przed domem, kiedy Merab schodziła po stopniach. Jej list wprawił go w spore zakłopotanie, 

gdyż  nie  miał  pojęcia,  co  mogło  to  oznaczać.  Czyżby  przyjęła  posadę  guwernantki,  nie  informując  go  o  tym 
wcześniej?  Czy  też,  broń  Boże,  chciała  mu  przekazać  jakieś  kolejne  rewelacje  dotyczące  swej  przeszłości? 
Rowland był blady i nieco oficjalny. Merab wcale nie poczuła się pewniej, gdy go ujrzała. 

Podali sobie dłonie. Rowland zauważył, że Merab drży, i jego obawy wzrosły jeszcze bardziej. 
- Powiedziała pani, że chce ze mną porozmawiać na osobności - zaczął oficjalnie. 
- Tak - szepnęła Merab. Jakże miała powiedzieć mu to, co powiedzieć musiała? Już teraz dłonie trzęsły się jej ze 

zdenerwowania. Przełknęła ciężko. - Może usiądziemy na którejś ławeczce - zaproponowała. 

Kilka kroków dalej, pod gałęziami drzew, kryła się pojedyncza ławka. Było to miejsce dość odosobnione, gdyż 

od alejki oddzielał je dodatkowo krzak wawrzynu. 

- Dobrze. - Rowland w milczeniu ruszył w stronę ławki. Znajdował się teraz w stanie najwyższego napięcia. Co-

kolwiek chciała mu powiedzieć, było to na pewno coś, co sprawiało jej wielką trudność. Usiedli obok siebie. Na 
długą chwilę zapadła pełna napięcia i bólu cisza. Merab wpatrywała się w swe dłonie i zastanawiała się, od czego 
zacząć. 

- Czy może chce pani powiedzieć mi coś o swej matce? - podsunął Rowland łagodnie. 
Merab potrząsnęła głową. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się do niego. 
- Rowlandzie - zaczęła. 
Rowland poczuł, że serce bije  mu coraz szybciej. Merab nigdy  dotąd  nie zwracała się  do  niego po  imieniu, co 

nasunęło mu nagle pewne przypuszczenie. 

- Tak? 
- Zostały już tylko dwa dni do upływu sześciu miesięcy od śmierci dziadka. 
- Wiem. 
-  Och!  -  szepnęła  skonsternowana.  -  Więc...  zastanawiałam  się...  to  znaczy...  -  Nagle  zdała  sobie  sprawę  z 

kolejnego niebezpieczeństwa. Nie chciała, żeby Rowland myślał, iż chodzi jej tylko o pieniądze. - No cóż, to nie 
jest takie istotne - dodała pospiesznie. - Ważne jest to, to znaczy ważne dla mnie, ale wcale nie musi być ważne dla 
ciebie... - zaplątała się. 

- Tak - powtórzył Rowland i wziął ją za rękę. 
Merab pochwyciła ją konwulsyjnie i wyrzuciła z siebie w pośpiechu: 
- Kocham cię. Wiem, że ty pewnie wcale nie czujesz tego samego... 
- Ależ tak. 
Merab jak ogłuszona podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. To, co tam ujrzała, sprawiło, iż serce zaczęło jej bić 

jak oszalałe. 

- Merab, kochanie - powiedział Rowland z uśmiechem. - Czyżbyś próbowała mi się oświadczyć? 
-  Tak!  -  zawołała,  zdesperowana.  -  Och,  wiem,  że  postępuję  okropnie,  i  że  żadna  szanująca  się  kobieta  nie 

zrobiłaby czegoś podobnego, ale nie wiedziałam już, co zrobić. 

- Zapewne myślisz, że powinniśmy się pobrać na tyle wcześnie, by nie stracić majątku Hartfieldów? 
Skinęła głową. 
- Tylko jeśli ty tego chcesz - dodała poważnie. 
- Oczywiście, że chcę - odparł Rowland niecierpliwie. - Nie wspominałem o tym dotąd, bo narobiłem wcześniej 

takiego bałaganu i nie wiedziałem, czy zechcesz mi teraz uwierzyć. Chciałem poczekać do soboty. Chciałem, żebyś 
wiedziała, że zależy mi bardziej na tobie, niż na przeklętym majątku kuzyna Juliana. 

background image

 

85 

- Mógłbyś mieć i to, i to - zauważyła Merab. 
- Kochanie, jest już za późno. - Rowland trzymał teraz już obie jej dłonie. 
-  Nie,  nie  jest  -  odparła  Merab.  -  Dzisiaj  w  Bath  przebywa...  biskup.  Teraz  jest  właśnie  na  spotkaniu  kapituły. 

Będzie  wolny  około  wpół  do  piątej.  -  Odwróciła  głowę,  tak  iż  Rowland  mógł  widzieć  tylko  jej  zaróżowiony 
policzek. 

Rowland spojrzał na nią z rozbawieniem i podziwem jednocześnie. 
-  Chcesz  powiedzieć,  że  powinniśmy  pójść  teraz  do  niego,  uzyskać  specjalne  pozwolenie  i  pobrać  się 

natychmiast? 

- Wiem, że to trochę za szybko... - zaczęła Merab. 
- Za szybko?! Kochanie, to szaleństwo! - Spojrzał na Merab i roześmiał się głośno. - Zrobimy to! - Rozejrzał się 

dokoła, rozwiązał tasiemkę  od jej czepka, zsunął go do tyłu i przyciągnął Merab do siebie.  - Wiem, że  na to nie 
zasługuję - wyszeptał. - Ale przysięgam na Boga, że cię kocham. Pocałuj mnie, Merab. 

 
M
inęła szósta. Pani Bridges i jej mąż wypili już herbatę i siedzieli razem w salonie, zastanawiając się, gdzie jest 

Merab. Wszyscy mieli się wybrać wieczorem na koncert do Bawialni. 

- Wyszła z domu zaraz po drugiej - mówiła pani Bridges. - Przypuszczam, że poszła tylko na zakupy, ale żeby się 

tak spóźniać... To do niej niepodobne. 

W tym momencie z holu dobiegły jakieś dźwięki. 
- To ona - odetchnęła z ulgą pani Bridges. - I zdaje się, że jest z nią Rowland. 
Chwilę  później  Merab  i  Rowland  weszli  do  salonu.  Merab  była  bez  czepka. Trzymali  się  za  ręce  i  uśmiechali 

radośnie. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  to  dla  ciebie  zbyt  wielkim  szokiem,  mamo  -  powiedział  Rowland.  -  Ale 

zamierzamy się pobrać za jakieś półtorej godziny. 

- Ślubu udzieli nam biskup - dodała Merab. 
- Jesteśmy bardzo zmęczeni - zakończył Rowland. - Czy możemy dostać filiżankę herbaty? 
Dopiero po dłuższej chwili wszystko zaczęło się uspokajać. Pani Bridges wróciła do siebie po pierwszym szoku i 

z ulgą opadła na fotel. Oczywiście, małżeństwo zawarte w takim pośpiechu musiało wywołać sporo plotek, ale po 
pewnym czasie nikt nie będzie już o tym pamiętał. Takie rzeczy szybko odchodziły w niepamięć, a obecność matki 
przy ślubie z pewnością uciszy podejrzliwych. Ważne też, że biskup okazał tyle zrozumienia. 

- Był cudowny - mówiła Merab. - Oczywiście, zajęło trochę czasu, nim wyjaśniliśmy mu wszystko, ale w końcu 

stwierdził,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  sam  udzieli  nam  ślubu.  Kiedyś  znał  dobrze  dziadka  i  jego  reputację,  więc 
uwierzył nam bez trudu. 

 
P
rzepraszam,  że  wróciliśmy  tak  późno  -  powiedział  Rowland.  -  Merab  chciała  napisać  do  lady  Wincanton  i  do 

pewnej przyjaciółki swojej matki, która przebywa właśnie w Bath, a którą także chcielibyśmy zaprosić. A potem 
musieliśmy jeszcze kupić obrączki. 

- Czy zechce pan poprowadzić mnie do ołtarza? - spytała Merab pana Bridges. 
- Będę zaszczycony. Mogę spytać, co zamierzacie zrobić później? 
-  Będziemy  musieli  jak  najszybciej  wyjechać  do  Hartfield  -  powiedział  Rowland.  -  Przypuszczam,  że  nim 

zapadnie zmrok, zdążymy przejechać jakieś dziesięć mil. 

- O nie! Na pewno nie - sprzeciwiła się stanowczo pani Bridges. - Nie możecie zaczynać małżeńskiego życia w 

jakiejś  ponurej  gospodzie  przy  trakcie  do  Gloucester.  Poza  tym,  nie  sądzę,  by  któreś  z  was  zjadło  dzisiaj  jakiś 
porządny posiłek. Merab tylko skubnęła lunch. Już teraz oboje wyglądacie na wyczerpanych. Merab zostanie tutaj 
na noc i wyśpi się porządnie, bo z pewnością tego właśnie potrzebuje, zwłaszcza jeśli macie przed sobą cały dzień 
jazdy. A ty, mój synu, prześpisz się jeszcze ten raz przy Gay Street. 

Rowland spojrzał  na Merab, która mówiła mu  wcześniej, że prawie  nie spała poprzedniej nocy, denerwując się 

czekającą ją rozmową. On także był zmęczony, musiał się spakować i uregulować rachunek w hotelu. 

- Dobrze - powiedział w końcu. - Chyba powinniśmy być rozsądni. 
I on i Merab mieli bardzo oburzone miny, kiedy pan i pani Bridges wybuchnęli głośnym śmiechem. 
- O której godzinie zaczyna się ślub? - spytał pan Bridges. 
- Wpół do siódmej, po wieczornym nabożeństwie. W kaplicy Najświętszej Panienki. 
Początkowo  sir  Thomas  nie  chciał  się  zgodzić,  by  Amelia  poszła  na  ślub  i  zmienił  zdanie  dopiero  wtedy,  gdy 

żona pokazała mu zaproszenie, na którym napisano, że ceremonię poprowadzi sam biskup. 

- Znów będzie sporo plotek - powiedział posępnym tonem. 
- Będzie ich mniej, jeśli my tam pójdziemy - zauważyła rozsądnie jego żona. 
- Ale ja nie chcę, żeby obmawiano i ciebie. 
- Moja najlepsza przyjaciółka ze względu na obowiązującą. ją żałobę bierze cichy ślub, tylko w gronie najbliższej 

rodziny i przyjaciół - powiedziała Amelia. - Kto może wiedzieć, czy nie przygotowywała się do niego od dłuższego 
czasu? Jeśli sam biskup udziela im ślubu, to naprawdę nie widzę żadnego powodu do plotek. 

background image

 

86 

- No dobrze - westchnął ciężko sir Thomas. - Ja też pójdę. 
- Jestem pewna, że to im bardzo pomoże - odparła Amelia poważnym tonem. 
Dwadzieścia  minut  po  siódmej  w  opactwie  zebrała  się  niewielka  grupka  ludzi.  Pan  i  pani  Bridges  z  Merab  i 

Rowlandem, Eliza O’Riley w ekstrawaganckim kapeluszu z różowymi strusimi piórami, Tim Heard i sir Thomas z 
lady Wincanton. Po chwili podszedł do nich kościelny. 

- Proszę tędy - powiedział, wskazując drogę. - Biskup już czeka. 
 
P
an  Camberwell  siedział  w  swoim  biurze  i  z  ponurą  miną  patrzył  na  kalendarz.  Piątek.  W  poniedziałek  będzie 

musiał  napisać  do  dwóch  organizacji  wymienionych  w  testamencie  i  zawiadomić  je  o  darowiźnie  Juliana 
Hartfielda. Westchnął ciężko. Stary Hartfield potrafił po śmierci być równie złośliwy i uparty jak za życia. Dwoje 
miłych,  młodych  ludzi  zostało  pozbawionych  majątku,  który  według  wszelkich  prawideł  powinien  stać  się  ich 
własnością. 

W tym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi i w pokoju pojawił się podekscytowany urzędnik. 
- Panie Camberwell! - zaczął z podnieceniem. - Pan i pani Sandiford czekają na dole i chcą się z panem zobaczyć. 
- Pan i pani... Przyprowadź ich tu natychmiast. 
W  środę  wieczorem  Merab  i  Rowland  byli  emocjonalnie  i  fizycznie  wycieńczeni  po  wszystkich  niepokojach  i 

wydarzeniach poprzedniego tygodnia. Jednak  w piątek rano, po  nocy spędzonej  w Cirencester, czuli się zupełnie 
inaczej. Policzki Merab były lekko zaróżowione, a Rowland wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie. 

Nowożeńcy przywitali się z panem Camberwellem, który wyraził swą ogromną radość. 
- Pobraliśmy się w środę - powiedział Rowland, kiedy Merab sięgnęła do swej torebki i wyjęła złożony kawałek 

papieru,  który  wręczyła  panu  Camberwellowi.  -  Więc  przyjechaliśmy  tu,  by  przejąć  majątek  Hartfieldów. 
Domyślam się, że chce pan zobaczyć świadectwo ślubu.