background image

JANE EDWARDS 

OBRAZ Z MIŁOŚCIĄ W TLE 

Tłumaczenie Andrzej Dryszel 

background image

- Wspaniale! 

Roberta  Thatcher  zamknęła  za  sobą  drzwi  gabinetu  dyrektora  marketingu  i 

zwycięskim  wzrokiem  obrzuciła  pasaż  centrum  handlowego.  Była  dumna  ze  swego  dzieła. 

Wszystkie jego szczegóły zlewały się w jedną doskonałą kompozycję. Małe butiki rozsiewały 

zapach  luksusu,  na  grubych  dywanach  stały  donice  z  pięknymi  egzotycznymi  roślinami,  a 

przez ogromne panoramiczne okno widać było ocean.  

Krótko mówiąc, było to wymarzone miejsce na wystawę sztuki.  

Roberta  miała  w  ręku  zezwolenie,  na  mocy  którego  jej  firma,  „Thatcher  Art 

Production  Company”,  mogła  urządzić  w  Carmelu  wystawę  dzieł  sztuki  połączoną  ze 

sprzedażą.  Miasteczko  było  istnym  klejnotem  wybrzeża  północnej  Kalifornii.  Właśnie  w  tej 

okolicy  mieszkali  najbardziej  zasobni  kolekcjonerzy  sztuki.  Potencjał  Carmelu  był  prawie 

nieograniczony.  

Roberta  poszła  głównym  pasażem  w  kierunku  wyjścia.  Ludzie  oglądali  się  za  nią. 

Wyglądała jak kobieta sukcesu, a wrażenie to zawdzięczała nie tylko szytej na miarę sukni i 

jedwabnemu  szalowi  przymocowanemu  na  ramieniu  szmaragdową  broszką.  Sprawiały  je 

również pewny chód, wyprostowana sylwetka i śmiałe, otwarte spojrzenie.  

Przybrzeżna  mgła  zniknęła,  ale  powietrze  nadal  pozostawało  rześkie,  był  to  przecież 

luty.  Przy  samochodzie  czekała  już  na  nią  Ann  Jarvis,  jej  asystentka,  obładowana 

najrozmaitszymi pakunkami.  

- Kiedy zdążyłaś zrobić zakupy? - roześmiała się Roberta. - Nie było mnie przecież tak 

krótko! 

- Ach, nie mogłam się oprzeć... Widziałaś te sklepy? 

- Pytanie!  Po  obiedzie  wrócimy  tu  jeszcze,  żeby  dokładnie  wymierzyć  powierzchnię 

wystawową.  Powinnam  mieć  miejsce  dla  dwudziestu  pięciu  wystawców,  może  nawet  dla 

trzydziestu.  

Karton z butami upadł z wielkim hukiem na asfalt. - Ojej, czyżby się zgodzili? 

Roberta otworzyła drzwi czarno - srebrnego thunderbirda. - Tak, możemy się rzucić w 

wir pracy.  

Wydarzenie  to  trzeba  było  uczcić  obiadem  w  eleganckiej  restauracji.  Kilka  mil  na 

południe  od  Carmelu  znajdował  się  hotel  Highland  Inn,  w  którym  zatrzymywali  się 

członkowie rodzin królewskich przebywający w Kalifornii. Tam właśnie udały się obie panie.  

background image

- Ależ  widoki!  -  zapiała  z  zachwytu  Ann,  gdy  tylko  wydostały  się  na  nadmorską 

autostradę. Rzeczywiście było na co popatrzeć. Skaliste urwisko kończyło się w spienionych 

wodach oceanu.  

Hotel Highland Inn stał na szczycie ogromnej czarnej skały obmywanej daleko w dole 

falami  Pacyfiku.  Z  trzech  stron  otaczał  go  wypielęgnowany  ogród  harmonizujący  z 

hiszpańską architekturą budynku.  

Nie  powinnam  była  tu  przyjeżdżać,  westchnęła  Roberta  w  duchu.  Opadły  ją 

wspomnienia. Oddałaby wszystko, żeby tylko czas cofnął się o pięć lat. Mogłaby utrwalić ten 

oszałamiający  widok  na  płótnie.  Przed  dwudziestotrzyletnią  wtedy  Robertą  rysowała  się 

wspaniała  przyszłość  związana  ze  światem  sztuki.  Mimo  woli  spojrzała  na  białe  linie,  ślady 

po skalpelu chirurgicznym, przecinające jej prawą dłoń.  

Nie  chciała  jednak  znowu  rozczulać  się  nad  sobą.  Zaparkowała  zgrabnie  samochód  i 

energicznie wysiadła.  

- Nadal nie rozumiem, jak to ci się udało - odezwała się Ann. - W „Sea Strand” nigdy 

jeszcze nie było wystawy sztuki. Użyłaś czarnej magii? 

- Miałam  szczęście.  Nasza  dawna  przyjaciółka,  Charlene  Delgado  została  niedawno 

dyrektorką  marketingu  w  „Sea  Strand”.  Chce  zaskoczyć  swego  nowego  szefa  kilkoma 

ekscentrycznymi  pomysłami,  które  według  niej  powinny  przysporzyć  centrum  wielu 

klientów.  

Nasza wystawa w marcu ma podnieść wielkanocne obroty. Szef się na pewno zdziwi, 

gdy wróci z Europy.  

- To Gregory Field jest w Europie? - Ann pokręciła jasną głową. - Obawiam się, że po 

powrocie dozna szoku.  

Roberta uśmiechnęła się pod nosem. Dobrze pamiętała rozmowę, jaką przeprowadziła 

z Fieldem półtora roku temu. Nie pozostawił jej wtedy nawet cienia wątpliwości co do szans 

na uzyskanie zezwolenia.  

- Może tymczasem zmienił zdanie - powiedziała głośno.  

- Jeśli nie, to mam nadzieję, że wróci dopiero wtedy, gdy wystawa będzie już trwała.  

W  restauracji  było  pełno.  Czekając  na  wolny  stolik,  Roberta  rozglądała  się  po  sali. 

Przy  stoliku  pośrodku  jacyś  dwaj  mężczyźni  odstawiali  właśnie  puste  filiżanki  po  kawie. 

Widać było, że chcą zapłacić i wyjść. Młodszy z nich rzucał co chwila niecierpliwe spojrzenia 

na kelnerkę. W pewnym momencie utkwił wzrok w kobietach czekających przy wejściu. Ann 

obejrzał dosyć pobieżnie, za to od Roberty nie mógł oderwać oczu. Wyglądało na to, że chce 

zachować  w pamięci każdy szczegół jej powierzchowności - długie czarne włosy zebrane w 

background image

węzeł na karku, szykowne ubranie zdradzające dobry smak i z całą pewnością brak obrączki 

na prawej dłoni.  

Roberta  zareagowała  na  te  oględziny  uczuciem  zimna  i  gorąca  na  przemian.  Mimo 

woli odwzajemniła zainteresowanie nieznajomego. Czuła się jak koń schwytany na lasso. Na 

oko  oceniła  wiek  mężczyzny  na  jakieś  trzydzieści  pięć  -  sześć  lat.  Nienaganny  krój  jego 

marynarki wskazywał na wprawną rękę mistrza sztuki krawieckiej z Włoch, zaś śnieżnobiała 

koszula podkreślała brązowy ton opalenizny na jego twarzy.  

Roberta  oderwała  wzrok  od  jasnobrązowych  oczu  nieznajomego  dopiero  wtedy,  gdy 

kelner podszedł do niej i Ann, żeby je zaprowadzić do dwuosobowego stolika pod oknem. Na 

chwilę  jej  uwagę  pochłonął  przepiękny  widok  oceanu.  Zamówiły  szybko  to,  na  co  miały 

ochotę,  a  kiedy  kelner  się  oddalił,  nieznajomego  i  jego  towarzysza  już  nie  było.  Stolik 

pośrodku  sali  był  pusty.  Roberta  stwierdziła  z  pewnym  niezadowoleniem,  że  krótkie 

spotkanie przypomniało jej o istnieniu zmysłów.  

Ponad pięć lat temu zakochała się w Brianie Hollingsworcie, w jego aż nazbyt pięknej 

twarzy.  Roztaczał  wokół  tak  nieodparty  urok,  że  Roberta  przyjęła  od  niego  pierścionek  z 

diamentem,  który  niebawem  miał  zostać  zastąpiony  obrączką.  Nawet  wtedy  nie  wiedziała, 

czy zakochał się w wesołej dziewczynie, jaką wtedy była i której zaraźliwy śmiech tak lubił, 

czy  w  malarce,  przed  którą  roztaczała  się  wspaniała  przyszłość  z  międzynarodowym 

uznaniem łącznie.  

I  nagle  sprawa  wyjaśniła  się.  Kilka  dni  po  wypadku  Brian  zdecydował  się  zerwać 

zaręczyny. Najwyraźniej nie mógł znieść myśli, że jego narzeczona straci dłoń lub że będzie 

ją  miała  niesprawną.  W  każdym  razie  konsylium  lekarskie  stwierdziło  autorytatywnie,  że 

Roberta będzie musiała zrezygnować z kariery malarskiej.  

Roberta  zacisnęła  zęby  i  nie  poddała  się.  Kolejne  operacje  uratowały  jej  dłoń.  Nie 

trzeba  jej  było  amputować,  ale  była  bezwładna.  Dziewczyna  miesiącami  poddawała  się 

ż

mudnej  terapii  mającej  na  celu  przywrócenie  władzy  w  palcach  i  nadgarstku.  Trud  ten 

opłacił się, gdyż w prawą dłoń wstąpiło nowe życie. Malować jednak już nie była w stanie.  

Znienawidziła  Briana  tak  samo  jak  pijanego  kierowcę,  który  spowodował  wypadek, 

przekreślając jej przyszłość. Postawa Briana zraniła ją do głębi, tak że żaden mężczyzna nie 

był później w stanie zainteresować jej choćby przelotnie.  

Roberta  odrzuciła  od  siebie  te  ponure  myśli.  Uświadomiła  sobie  z  przyjemnością,  że 

dzisiaj  spotkało  ją  podwójne  szczęście  -  starania  o  zorganizowanie  wystawy  powiodły  się  i 

normalnie zareagowała na podziw w oczach mężczyzny. Od zerwania zaręczyn te sprawy dla 

niej nie istniały.  

background image

Kelner  postawił  przed  nimi  avocado  z  krewetkami.  Zaczęła  jeść  swoją  ulubioną 

przystawkę.  

- Co powiesz na tytuł „Sztuka z Zachodu”? - spytała Ann. - Indiańskie motywy Elissy 

Knowloes stanowiłyby cudowny kontrast dla innych dzieł.  

Większość  właścicieli  galerii  w  Carmelu  sądziła,  że  najłatwiej  przyciągnąć  klientelę 

tematyką  marynistyczną.  Na  liście  Roberty  także  znajdowało  się  troje  malarzy,  którzy 

uwieczniali  na  płótnie  głównie  okręty,  morze  i  mewy.  Wiedziała  jednak,  że  sukces  osiągnie 

tylko wtedy, gdy zaprezentuje widzom szerokie spektrum sztuki.  

- Chciałabym  mieć  także  tego  faceta  od  rzeźb  ze  spławnego  drewna,  a  jeśli  już 

jesteśmy przy rzeźbach, to co myślisz o Doris Welles? 

- Zdaje  mi  się,  że  akurat  jest  we  Włoszech  -  powiedziała  Ann.  -  Czy  mam  do  niej 

wysłać telegram? 

- Zrób to. I spraw, żeby Sabrina stworzyła jeszcze kilka tych monumentalnych luster.  

Ann kiwnęła głową i dla pamięci zanotowała sobie polecenia szefowej.  

Przy kawie zestawiły już ostateczną listę artystów. W wystawach Roberty mogli brać 

udział tylko zaproszeni goście. Kryterium zaproszenia była nie tylko jakość dzieł, ale i to, czy 

dały  się  one  sprzedać.  Uznani  w  swojej  dziedzinie  artyści  starali  się  bardzo,  żeby  trafić  na 

listę „Thatcher Art Production”, wiedząc, że wystąpią w znakomitym towarzystwie i jeszcze 

na tym zarobią.  

Po  obiedzie  obie  panie  wróciły  do  śródmieścia  Carmelu.  Rząd  drogich  samochodów 

zaparkowanych przed „Sea Strand” powiedział Robercie, że musi wystawie poświęcić jeszcze 

więcej  uwagi  niż  zwykle.  Nienaganną  organizacją  przedsięwzięcia  musi  się  zabezpieczyć 

przed ewentualnymi zarzutami ze strony Fielda.  

Wysiadły  z  samochodu,  żeby  przespacerować  się  powoli  pasażem  i  zorientować,  ile 

miejsca będą miały na wystawę. Każdy artysta martwił się najbardziej o jak najkorzystniejszą 

ekspozycję swych dzieł. Roberta i Ann wybierały już w myślach miejsca dla poszczególnych 

malarzy i rzeźbiarzy.  

- Dysponujemy  miejscem  dla  dwudziestu  pięciu  osób  -  oznajmiła  Ann.  -  A  może 

nawet dla dwudziestu sześciu, jeśli Claire Amboy zgodzi się na ekspozycję swych trójkątnych 

obrazów w tym kącie przy restauracji. W południe i wieczorem jest tam zapewne duży ruch.  

- Im  większy  ruch,  tym  dla  nas  lepiej  -  zdecydowała  Roberta.  Rzuciła  okiem  na 

prowizoryczny plan wystawy, który miała przedstawić zarządowi. - Zaniosę teraz ten szkic do 

Charlene. Możesz w tym czasie obdzwonić kilkoro artystów.  

Zerknęła  jeszcze  na  zegarek.  Może  zdążą  przez  Silicon  Valley  do  San  Francisco, 

background image

zanim rozpoczną się wieczorne korki.  

Nie  zdążyła  jeszcze  dobrze  zamknąć  drzwi  do  gabinetu  Charlene,  gdy  opanowały  ją 

jakieś złe przeczucia, uzasadnione zresztą, bowiem Charlene stała niemal na baczność przed 

jakimś okropnie na nią krzyczącym facetem.  

Odwrócił się natychmiast, gdy usłyszał, że ktoś wchodzi i... spojrzenia ich spotkały się 

po raz drugi tego dnia. Z tą różnicą, że we wzroku mężczyzny nie było tego podziwu, z jakim 

patrzył  na  nią  w  Highland  Inn.  Roberta  miała  wrażenie,  że  przewiercają  ją  na  wylot  dwa 

promienie laserowe.  

- Jeśli  to  pani  jest  Robertą  Thatcher,  to  niech  się  pani  przygotuje  na  najgorsze  - 

zapowiedział z groźbą w głosie.  

background image

- O, cholera! - pomyślała Roberta. Odetchnęła głęboko i powiedziała pewnym głosem: 

- Tak, jestem Roberta Thatcher. A pan nazywa się zapewne Gregory Field. Półtora roku temu 

rozmawialiśmy telefonicznie.  

Ś

ciągnął ciemne brwi. - Widzę, że ma pani doskonałą pamięć, a zatem powinna pani 

pamiętać  moją  ówczesną  odpowiedź  -  żadnych  wystaw  w  „Sea  Strand”.  Mimo  to  wtargnęła 

pani tutaj i...  

- Myli  się  pan,  panie  Field,  ja  tu  nie  wtargnęłam,  tylko  zostałam  zaproszona  - 

zaprotestowała  Roberta  z  godnością.  -  Czy  moglibyśmy  kontynuować  tę  rozmowę  w  jakimś 

spokojnym miejscu? 

Skinął  głową  i  rzekł  z  lodowatą  miną:  -  Mój  gabinet  mieści  się  na  dole,  w  końcu 

korytarza. Chodźmy tam.  

Roberta  musiałaby  mieć  na  sobie  buty  siedmiomilowe,  żeby  go  dogonić.  Nie 

próbowała  nawet  tego  robić.  Szła  za  nim  w  dość  dużym  odstępie  w  nadziei,  że  Field  się 

uspokoi.  Sama  też  zresztą  chciała  wykorzystać  drogę  do  jego  gabinetu  na  przygotowanie 

sobie odpowiednich argumentów. Poza tym miała już przecież w kieszeni umowę! 

- Przejdźmy  od  razu  do  rzeczy  -  zaproponował  Field  rzeczowo,  zamykając  za  sobą 

drzwi. W gabinecie zapadła cisza. Cisza przed burzą, pomyślała Roberta niefrasobliwie. Jakoś 

wcale się tej burzy nie bała.  

Gregory  Field  podsunął  jej  fotel  wyściełany  brązową  skórą  i  zaprosił  gestem  do 

zajęcia miejsca. Sam pomaszerował za masywne orzechowe biurko, które mogłoby wygrać w 

konkursie na najbrzydszy mebel. - Ile muszę pani odpalić, żeby zostawiła pani „Sea Strand” 

w spokoju? 

Roberta  westchnęła.  Było  gorzej,  niż  się  spodziewała.  -  Wie  pan  co,  panie  Field? 

Naprawdę  byłoby  lepiej  dla  nas  obojga,  gdyby  mnie  pan  nie  traktował  jak  trędowatą.  Nie 

mam zamiaru rozprzestrzeniać zarazy w pańskim centrum handlowym.  

- Mam  wrażenie,  że  jasno  przedstawiłem  moje  stanowisko  w  trakcie  tej  rozmowy, 

którą pani wspomniała. Moje centrum cieszy się bardzo dobrą opinią i nie będę jej wystawiał 

na szwank. Nie chcę, żeby „Sea Strand” stało się miejscem promującym tandetę.  

- Niech  mnie  pan  nie  obraża.  Wystawiam  sztukę  przez  duże  ,  ,  S”,  a  nie  tandetę. 

Uważam zresztą, że na sztuce można zrobić świetny interes. Wielu milionerów kolekcjonuje 

obrazy znanych i początkujących mistrzów. Co konkretnie ma pan do zarzucenia wystawom 

background image

sztuki? 

- Nie lubię tego. Nie lubię też artystów. - Gregory pochylił się do przodu. Podbródek o 

zdecydowanej  twardej  linii  i  czarny  lok  zsuwający  się  na  czoło  nadały  jego  twarzy  wrogi 

charakter.  -  Nie  mówimy  jednak  o  moich  osobistych  preferencjach  czy  antypatiach.  Jedna  z 

moich urzędniczek podpisała z panią umowę, prawda? Chcę wiedzieć, ile mam pani zapłacić, 

ż

eby ją pani podarła.  

- Koszty procesu sądowego i zasądzoną przez sąd karę. Tyle ma mi pan zapłacić.  

W gabinecie zapadła cisza, którą przerywało tylko tykanie starego zegara w rogu. Ten 

zegar  Roberta  zauważyła  od  razu,  gdy  tylko  weszła  do  królestwa  Fielda.  Stanowił 

interesujący  kontrast  do  brzydkich  mebli  i  jednobarwnego  wystroju  gabinetu.  Był  na  pewno 

stary i miał prześliczną obudowę z ręcznie polerowanego drzewa różanego.  

- Rozumiem - zaczął Field powoli. - Nie chce pani ustąpić.  

- Nie.  Ja  też  mam  dobrą  opinię  do  stracenia.  Wielu  z  moich  twórców  dostało  już 

zaproszenia do wzięcia udziału w wystawie. Nie mogę się wycofać.  

Roberta  odchrząknęła  i  mówiła  dalej:  -  Dlaczego  nie  chce  pan  uwierzyć  w  czystość 

moich intencji? Nie zjawiłam się tu po to, żeby przysporzyć panu kłopotów. Kiedy Charlene 

zgłosiła się do mnie z propozycją zorganizowania wystawy, nie miałam pojęcia, że robi to bez 

pana zgody. Abstrahując od tego, że jest to pomysł wart realizacji, jestem święcie przekonana, 

ż

e zwiększy obroty pańskiego centrum. Myślałam, że pan to też dostrzegł i zmienił zdanie.  

- Nigdy nie zmieniam zdania.  

Roberta spróbowała usiąść wygodniej, co nie było łatwe, ponieważ fotel był okropnie 

niewygodny. Powoli traciła cierpliwość. No i oczywiście znowu odezwała się jej ręka. Bolała 

ją zawsze w sytuacjach stresowych. Postanowiła postawić na szczerość.  

- Włożyłam  już  dużo  pracy  w  przygotowanie  wystawy  i  poczyniłam  spore  wydatki. 

Chcę zrobić najlepszą wystawę na wybrzeżu.  

Gregory  Field  był  już  zmęczony  -  widać  to  było  wyraźnie.  Roberta  zastanawiała  się, 

kiedy  wrócił  z  Europy.  Zmiana  czasu  miała  na  każdego  niekorzystny  wpływ,  do  tego 

dochodził stres związany z podróżą i kłopoty, jakie zastał w firmie po powrocie. Uświadomiła 

sobie  nagle,  że  wolałaby  przytulić  się  do  niego  i  pocałować,  zamiast  się  z  nim  kłócić.  Był 

bowiem najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego dotychczas spotkała.  

- Chwilowo  nie  mogę  sobie  pozwolić  na  proces  sądowy  -  powiedział  znużonym 

głosem.  Przeczesał  włosy  palcami.  -  Czy  może  mi  pani  zagwarantować,  że  jakość  wystawy 

nie będzie godziła w godność moich klientów? 

- Ależ  oczywiście!  Mogę  panu  nawet  dać  taką  gwarancję  na  piśmie.  Albo  nie  -  mam 

background image

inną  propozycję:  jeśli  udowodni  mi  pan,  że  wystawa  zaszkodziła  pana  interesom,  to 

opublikuję w prasie całostronicowe przeprosiny.  

Coś  na  kształt  uśmiechu  pojawiło  się  na  wargach  Fielda.  -  Godząc  się  na  wystawę, 

podejmuję duże ryzyko. Nasi klienci to ludzie bogaci, rozpieszczeni...  

- I  z  całą  pewnością  znudzeni  -  weszła  mu  w  słowo.  -  Czy  nie  sądzi  pan,  że  taka 

nowinka może ich zainteresować? 

Field  roześmiał  się  tym  razem  na  głos.  -  Widzę,  że  mam  do  czynienia  z  kobietą 

interesu! Zgoda! Będzie pani miała tę swoją wystawę w „Sea Strand”. Niech mnie pani tylko 

nie przekonuje do zmiany zdania o artystach.  

Już miała się uśmiechnąć triumfująco, gdy zaczął stawiać warunki.  

- Wy łuszczę teraz, czego od pani oczekuję. Po pierwsze - nie życzę sobie na parkingu 

ż

adnego z tych okropnych wraków, jakimi zwykli się poruszać artyści. Po drugie - wszystkie 

eksponaty mają być wyładowane w wieczór poprzedzający wystawę i zabrane w niedzielę po 

niej.  Nie  chcę,  żeby  mi  się  tu  kręciły  jakieś  ciężarówki,  jakieś  wozy  campingowe,  nie  daj 

Boże z przyczepami. Samochody moich klientów mają absolutne pierwszeństwo.  

Roberta  kiwnęła  potulnie  głową.  Field  klarował  jej  dalej  reguły,  które  już  od  dawna 

były  dla  niej  czymś  oczywistym.  I  tak  na  przykład  zażądał  zabezpieczenia  pasażu 

trzymetrowymi  ognioodpornymi  zasłonami,  trzymetrowego  odstępu  między  eksponatami  i 

butikami  oraz  zabronił  składowania  materiałów  w  kartonach  w  obrębie  ekspozycji  i  jeszcze 

całego  mnóstwa  innych  rzeczy.  Używał  tylu  fachowych  określeń  i  wykazał  się  taką 

znajomością rzeczy, że Roberta musiała zadać sobie pytanie, czy miał już kiedyś do czynienia 

z organizacją wystaw.  

Field  mówił  nadal,  gdy  rozległo  się  pukanie.  Młoda  kobieta  zajrzała  przez  uchylone 

drzwi.  -  Peter  Hastings  jest  przy  aparacie  numer  dwa,  panie  Field.  Czy  może  pan  podnieść 

słuchawkę? 

- Niech  go pani poprosi  o kilka minut cierpliwości, panno Judy. Roberta  natychmiast 

skorzystała  z  okazji.  -  Jeśli  to  Peter  Hastings  z  Centrum  Campingowego,  to  proszę  go  ode 

mnie pozdrowić. Co roku w styczniu organizuję u niego w Palm Springs jakąś wystawę.  

- Ale  to  pani  jak  widać  nie  wystarcza,  bo  zagięła  pani  parol  na  „Sea  Strand”.  -  Field 

nie odżałował jeszcze do końca zgody na wystawę.  

- W  Carmelu  też  mieszkają  miłośnicy  sztuki.  Nie  mogę  ich  rozczarować.  -  Roberta 

ś

ciskała pod pachą torebkę kryjącą umowę z „Sea Strand”. - Prześlę panu jutro przez posłańca 

kilka fotografii naszych eksponatów, żeby przekonał się pan o ich niezaprzeczalnej wartości.  

Wstała i podeszła do drzwi dziwiąc się niepomiernie, że jej rozmówca zerwał się zza 

background image

biurka  i  szarmancko  odprowadził  ją  aż  do  progu.  W  końcu  nie  musiał  tego  robić,  czekał  na 

niego zamiejscowy telefon.  

- To  nawet  dość  przyjemne  mieć  takiego  wroga  -  zauważył  z  bojowym  błyskiem  w 

oku.  

Szkoda,  że  uważa  mnie  za  wroga,  pomyślała  Roberta  z  żalem.  Chociaż  z  drugiej 

strony... lepszy wróg przystojny niż brzydal.  

- Mój ojciec, stary wilk morski, radził mi zawsze: „Wiatr w żagle i pruj do przodu nie 

zważając na przeszkody” - zdobyła się na inteligentną ripostę.  

Wyciągnęła  dłoń  na  pożegnanie  i  już  w  następnej  chwili  pożałowała,  że  to  zrobiła. 

Dotyk ciepłych palców Fielda sprawił jej zupełnie w tej chwili zbyteczną przyjemność.  

Field zdawał sobie zapewne z tego sprawę, gdyż celowo przytrzymał jej dłoń o kilka 

chwil za długo. Spojrzała na niego zaskoczona, bo wydawało się jej, że chce ją pocałować.  

- Wojna została więc wypowiedziana przez obie strony. Niech się pani ma przede mną 

na baczności, panno Thatcher.  

Roberta była tak zdenerwowana spotkaniem z Fieldem, że nie była w stanie prowadzić 

samochodu. Ann zastąpiła ją za kierownicą thunderbirda.  

- Dojrzałam  do  urlopu  -  westchnęła  Roberta.  -  Marzę  o  słonecznej  samotni  nad 

morzem.  

- Nudy  na  pudy  -  skonstatowała  jej  przyjaciółka.  -  Mam  dla  ciebie  lepszy  pomysł. 

Idealnym  miejscem  na  spędzenie  urlopu  jest  statek.  Pakujesz  najpiękniejsze  ciuchy,  skąpe 

kostiumy  kąpielowe  i  trochę  drobnych  i  wypływasz  w  długi,  wspaniały  rejs  urozmaicony 

flirtem z pierwszym oficerem.  

W śmiechu Roberty słychać było nutę zazdrości. - Teraz już rozumiem, dlaczego byłaś 

taka zadowolona schodząc w styczniu z „Fairsea”.  

Ann miała za sobą dwa rozwody i nie zamierzała wiązać się już na stałe. Przynajmniej 

na razie. Ale flirt to co innego, to niezobowiązująca przygoda.  

- Jak ci się udało przeżyć konfrontację z Fieldem? - zmieniła temat.  

- Gdyby  można  było  zabijać  wzrokiem...  Obawiam  się,  że  właściciel  „Sea  Strand” 

będzie nam bruździł na każdym kroku. Zapowiedział mi to nawet oficjalnie. Gregory Field na 

pewno nie należy do mężczyzn, którzy się łatwo poddają. Chwilowo musiał się przyznać do 

porażki,  ale  z  całą  pewnością  będzie  się  starał  zmyć  z  siebie  tę  hańbę,  jaką  przypuszczalnie 

była dla niego przegrana z kobietą. Ryzykujemy naszą opinią, Ann.  

- To ty ryzykujesz swoją opinią, Roberto. Ty i „Thatcher Art Production” to jedno.  

- Tym gorzej dla mnie - westchnęła Roberta.  

background image

Wypiły  kawę  w  mieszkaniu  Ann,  po  czym  Roberta  wróciła  do  domu.  Miała 

własnościowe  mieszkanie  w  pobliżu  Golden  -  Gate  -  Bridge.  Zostawiła  thunderbirda  pod 

opieką  parkingowego  i  bezszelestną  windą  wjechała  na  ósme  piętro.  Trzy  pokoje  były 

utrzymane  w  tonacji  bieli.  Na  ścianach  wisiały  obrazy  jej  najzdolniejszych  malarzy  i  jeden 

obraz,  który  wyszedł  spod  pędzla  Roberty  na  krótko  przed  jej  dwudziestymi  trzecimi 

urodzinami. Na jednym z niskich szklanych stolików stała rzeźba autorstwa Doris Welles.  

Roberta chciała najpierw włączyć kasetę z jakąś uspokajającą muzyką i wyciągnąć się 

wygodnie na sofie, szybko jednak zmieniła zdanie. Wypiła szklankę soku pomarańczowego i 

połknęła kilka tabletek witaminy C. Potrzebny jej był raczej ostry trening niż wylegiwanie się 

na kanapie.  

Przebrała się szybko w błyszczący niebieski kostium do aerobiku, rozpuściła włosy po 

to,  żeby  je  związać  w  koński  ogon,  i  zjechała  do  studia  zdrowia  i  urody,  z  którego  mogli 

korzystać mieszkańcy jej osiedla.  

Roberta regularnie uczestniczyła w zajęciach aerobiku. Po wypadku wysiłek fizyczny 

był  dla  niej  najlepszym  środkiem  do  zniwelowania  napięcia  psychicznego,  spowodowanego 

zaprzepaszczeniem kariery malarskiej i zerwaniem zaręczyn.  

Ć

wiczyła pilnie, starając się jak najdokładniej wykonać każde ćwiczenie i nie wypaść 

z rytmu. Nie przeszkodziło jej to w rozważaniu kwestii ewentualnego ponownego zakochania 

się. Może wtedy nie musiałaby każdego stresu odreagowywać męczącymi ćwiczeniami? Była 

w tej chwili już tak spocona, że miała całą twarz i szyję mokrą.  

- Ależ pani jest opętana aerobikiem - zauważył z niejakim szacunkiem trener. - Nawet 

zawodowi piłkarze muszą w tym miejscu robić pauzę. Podziwiam pani kondycję.  

- Staram  się  po  prostu  wykonywać  wszystkie  pana  instrukcje  -  odparła  skromnie, 

dumna z pochwały.  

- Bierzcie przykład z panny Thatcher, moje panie! - Trener zwrócił się do pozostałych 

ć

wiczących.  -  Tę  doskonałą  figurę  zawdzięcza  moim  wskazówkom!  A  teraz  żegnam  się  z 

wami do środy.  

Roberta chciała już powiedzieć, że w środę będzie siedziała w samolocie  do Denver, 

ale ugryzła się w język, bo w tym samym momencie zmieniła zamiar. Nie poleci do Denver 

na wystawę w nowo otwartym centrum handlowym „Silver Saddle”, pośle tam Ann.  

Jej  uwaga  o  ryzykowaniu  opinią  „Thatcher  Art  Production”  miała  głębszy  podtekst. 

Aspiracje Ann sięgały ponad asystowanie Robercie. Jeśli nie da jej większej samodzielności, 

Ann  gotowa  przenieść  się  do  kogoś  innego.  Gdyby  jednak  zaproponowała  jej  partnerstwo, 

upiekłaby dwie pieczenie na jednym rożnie - uwolniłaby się od części obowiązków i zyskała 

background image

wdzięczność przyjaciółki.  

Roberta  nie  była  wszakże  tak  do  końca  pewna,  czy  chce  się  zrzec  tych  obowiązków. 

Od czasu wypadku praca była dla niej namiastką zarówno malarstwa, jak i życia prywatnego.  

Roztrząsała ten problem jeszcze w drodze do delikatesów, w których zaopatrywali się 

samotni  mieszkańcy  osiedla.  Wybór  gotowych  dań  był  tam  zaiste  imponujący.  Roberta 

zdecydowała się na pieczeń z piersi kury, miseczkę chrupiącej sałaty i świeży chleb razowy. 

Wracając do domu, utwierdziła się w swej decyzji.  

Ann może ją reprezentować w Denver. A potem się zobaczy.  

Mimo  wysiłku  fizycznego,  kąpieli  i  pysznego  posiłku  Roberta  była  dziwnie 

przygnębiona.  -  Co  za  kłamca!  -  zdenerwowała  się,  patrząc  na  zdjęcie  autora  romansu 

umieszczone  na  okładce.  Skończyła  właśnie  czytać  tę  książkę.  -  Nie  powinien  opisywać 

takich bzdur. Nikt nie zakochuje się tak szybko! Wiem coś o tym - mruknęła do siebie. Tony 

Mirados zalecał się do niej od lat.  

Ten  młody  artysta  pojawiał  się  na  każdej  wystawie  organizowanej  przez  Robertę. 

Cierpliwie starał się o jej względy. Miał nadzieję, że Roberta zapomni o koszmarze wypadku 

i  rozczarowaniu  Brianem,  i  zwróci  się  ku  niemu.  Tak  się  jednak  nie  stało  i  Tony,  znużony 

daremnym czekaniem na odwzajemnienie swego uczucia, postawił Robercie ultimatum.  

- Nie  mogę  spać  przez  ciebie,  Roberto.  Stale  maluję  w  myślach  twój  portret. 

Chciałbym, żebyś zawsze była obok mnie.  

- Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  chciałabym  cię  pokochać...  ale  nie  mogę!  - 

odpowiedziała.  

- Chociaż spróbuj - prosił Tony.  

- Próbowałam,  nic  z  tego  nie  wyszło.  Kochać  cię  będę  zawsze,  ale  jak  brata,  nie  jak 

męża czy narzeczonego.  

Nie,  myślała,  nie  można  się  zakochać  na  rozkaz.  Poszła  do  swego  gabinetu,  usiadła 

przy  biurku,  przyciągnęła  do  siebie  plik  papierów  i  zaczęła  organizować  przestrzeń  na 

wystawie w Denver. „Silver Saddle” miało dwie kondygnacje. Zarząd centrum obstawał przy 

równomiernym  rozmieszczeniu  eksponatów  na  obu  piętrach,  mimo  że  na  parterze  ruch  był 

zdecydowanie  większy.  Nie  tylko  artyści  spodziewali  się  zysków,  także  właściciele  centrów 

handlowych  obiecywali  sobie  zwiększone  obroty.  Ludzie,  którzy  przyszli  na  zakupy,  mogli 

zwrócić  uwagę  na  wystawione  przed  sklepami  dzieła  sztuki  i  odwrotnie  -  zwiedzający 

wystawę mogli przy okazji zajrzeć do sklepów. Dlatego przedsiębiorcy tak chętnie prowadzili 

interesy  z  Robertą.  Dla  nich  liczył  się  oprócz  czynszu  za  powierzchnię  wystawową 

dodatkowy zysk, o który praktycznie nie musieli zabiegać. Robiła to za nich Roberta.  

background image

Pozornie  koncentrowała  się  teraz  na  pracy,  ale  jednak  stale  wracała  myślami  do 

Gregory'ego Fielda. Zafrapowało ją to przyjemne uczucie, którego doznała trzymając dłoń w 

jego  dłoni.  Celowo  przedłużył  ten  uścisk,  żeby  wytrącić  trudną  partnerkę  z  równowagi, 

powiedziała sobie.  

Następnego  ranka  Roberta  przygotowała  szereg  zdjęć  przedstawiających  prace 

artystów,  które  miały  być  wystawione  w  „Sea  Strand”.  -  Powinny  przekonać  Fielda,  że  nie 

bawię się w pchli targ - mruknęła.  

Na  elektrycznej  maszynie  napisała  krótką  informację  dla  Fielda,  którą  zakończyła 

prośbą  o  telefon,  gdyby  jakość  prac  mu  nie  odpowiadała.  Zapakowała  zdjęcia  i  list  w  dużą 

kopertę z miękką wyściółką i wezwała kuriera.  

Na reakcję Fielda nie musiała czekać długo. Zadzwonił następnego dnia. - Moja rada 

nadzorcza  zaakceptowała  zdjęcia  -  oświadczył  chłodno.  -  Uznała,  że  nie  będą  dla  naszych 

klientów przykrym zgrzytem.  

Roberta stłumiła wybuch śmiechu i powiedziała, że cieszy ją takie stanowisko rady.  

- Zaprezentowała  nam  pani  prace  szesnastu  artystów.  Czy  to  już  wszyscy  uczestnicy 

tego ehmmm... ? 

Roberta  postanowiła  zignorować  mruczenie  na  końcu  zdania,  które  brzmieniem 

przypominało słowo „cyrk”, i odpowiedziała rzeczowo: - Nie, mam nadzieję pozyskać jeszcze 

dziesięciu twórców. Pozostałe zdjęcia przyślę panu w terminie późniejszym.  

Field milczał przez chwilę.  

- Czy nie może ich pani sama tu przynieść? 

Roberta zacisnęła palce na słuchawce. Do czego on zmierzał? 

- Jeśli  tak  panu  na  tym  zależy...  ale  dopiero  w  przyszłym  tygodniu,  ponieważ  jutro 

wieczorem otwieram wystawę w Denver - skłamała.  

- Rozumiem... Aha, Peter Hastings prosił, żebym panią pozdrowił. Bardzo pozytywnie 

wyrażał się o pani. A więc do przyszłego tygodnia, do widzenia.  

- Ale...  -  Roberta  urwała,  bo  w  słuchawce  słychać  już  było  tylko  przeciągły  sygnał 

oznaczający przerwanie połączenia.  

background image

- Pamiętajcie,  moje  panie,  tylko  dzięki  mnie  i  moim  ćwiczeniom  wyglądacie  jak 

modelki. Maszerujcie teraz do domu i nie objadajcie się na noc! Cześć, cześć! 

Jadąc windą na górę po zajęciach aerobiku, Roberta aż się zdziwiła, że ten tydzień tak 

szybko upłynął. A wydawało się, jakby dopiero wczoraj Ann poleciała do Denver. W czasie 

jej  nieobecności  Roberta  prawie  nie  wychodziła  z  biura.  Była  formalnie  zawalona  robotą. 

Telefony  urywały  się,  a  w  przerwach  między  nimi  Roberta  przekopywała  się  przez  górę 

korespondencji.  Po  powrocie  Ann  z  Denver  musiała  uporać  się  ze  wszystkimi  papierami  - 

wypisać rachunki, dać dyspozycje bankowi...  

Wystawa  w  Denver  była  kolosalnym  sukcesem.  Aktówka  Ann  po  brzegi  wypchana 

była  czekami  komisowymi,  za  pomocą  których  artyści  przekazywali  firmie  dziesięć  procent 

zysków.  

Wyglądało  na  to,  że  wszyscy  uczestnicy  wystawy  sprzedali  prawie  wszystkie 

wystawione prace. To chyba wystarczający powód do zadowolenia. Prawda? 

Hmm,  a  może  ja  jestem  zazdrosna?  -  zastanowiła  się.  Ona,  szefowa  „Thatcher  Art 

Production”, została w San Francisco i pracowała jak zwykła urzędniczka, gdy tymczasem je 

asystentka stała w światłach rampy. Dotknęło ją to do żywego.  

Z  natury  była  właściwie  hojna,  ale  firma  była  wszystkim,  co  posiadała.  Konieczność 

podzielenia się nią z kimś odebrałaby podobnie jak Arabka przyjęcie do haremu męża trzech 

nowych żon.  

Porównanie  to  tak  rozbawiło  Robertę,  że  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Weszła  do 

mieszkania, zamknęła za sobą drzwi i napuściła wody do wanny. Marzyła o ciepłej kąpieli w 

morzu pachnącej piany.  

Ostry  dzwonek  telefonu  pokrzyżował  jej  plany.  Podniosła  słuchawkę  i  prawie 

natychmiast  odsunęła  ją  od  i  cha,  gdyż  słyszała  tylko  jakieś  okropne  trzaski.  Następnie 

przestraszyła się przeraźliwego głosu mówiącego jakimś amerykańsko - włoskim dialektem, a 

w końcu oświeciła ją nagła myśl.  

- Czy to ty, Doris? 

- Jak  do  tego  doszłaś?  Tak,  to  ja!  Dzięki  wspaniałemu  rzymskiemu  systemowi 

telekomunikacji udało mi się wreszcie do ciebie dodzwonić.  

- Myślałam, że jesteś na Capri.  

- Bo  byłam,  ale  tam  leje  nieprzerwanie  od  stycznia,  wobec  czego  postanowiłam 

background image

wynająć studio na Via Vineto. Tu właśnie znalazł mnie telegram od Ann.  

- Słuchaj,  Doris,  która  jest  godzina  w  Rzymie?  Coś  mi  się  zdaje,  że  powinna  być 

trzecia nad ranem.  

- Dobrze ci się zdaje. Pracowałam cały czas, mogę nawet powiedzieć, że harowałam, 

to określenie znacznie lepiej określi mój wysiłek. Ten Adonis, który mi teraz pozuje...  

- Jeśli  dobrze  rozumiem,  jesteś  chwilowo  zbyt  zajęta,  żeby  przyjechać  na  naszą 

wystawę w Kalifornii, tak - zauważyła Roberta nieco ironicznie.  

- Nic nie rozumiesz! - ofuknęła ją Doris. - Biedny Aldo ma w tej chwili dwie kobiety. 

Do  mojego  studia  przychodzi,  żeby  odpocząć.  Ale  do  rzeczy...  Mam  ogromną  ochotę  wziąć 

udział w wystawie, lecz obawiam się, że Gregory Field do tego nie dopuści. A właśnie - jak ci 

się udało zdobyć jego zgodę? Czy uciekłaś się do szantażu? 

- Miałam trochę szczęścia - odparła Roberta, nie wdając się w szczegóły. - Wszystko 

ci opowiem, kiedy się zobaczymy. Co on może mieć przeciwko tobie? 

- To  długa  historia  -  roześmiała  się  Doris.  -  W  college'u  byliśmy  bardzo 

zaprzyjaźnieni, ale już wtedy żywił odrazę do artystów, którą przenosił na wszystko, co miało 

jakikolwiek związek ze sztuką. To z powodu ojca, wiesz? Kiedy zaczęłam eksperymentować 

z gliną, nasza przyjaźń skończyła się.  

- Jaki to ma związek z jego ojcem? 

- Musisz chyba znać Sebastiana Fielda - tego specjalistę od mistycznych nastrojowych 

obrazów.  -  W  głosie  Doris  brzmiał  wyrzut.  -  Był  świetny,  ale  tylko  do  pewnego  momentu. 

Zaczął mianowicie pić i związał się z pewną hippiską. Wiesz, jedną z tych dzieci - kwiatów. 

Jeździli na wszystkie możliwe jarmarki, usiłując sprzedać na nich swoją sztukę, ona - wyroby 

ceramiczne,  a  on  obrazy,  które  już  nie  były  wtedy  tak  dobre,  jak  kiedyś.  Nie  mieli  stałego 

miejsca zamieszkania. Ich domem był okropny stary samochód owej dziewczyny.  

- O, Boże! I co się z nimi stało? 

- Co  się  stało  z  dziewczyną,  nie  wiem  Cała  ta  historia  złamała  serce  matce  Grega. 

Oficjalnie  zmarła  na  leukemię,  gdy  jej  syn  miał  siedemnaście  lat.  Zaraz  potem  Sebastian 

powiesił  się  z  rozpaczy.  Sama  więc  widzisz,  dlaczego  Greg  ma  taki  a  nie  inny  stosunek  do 

bohemy. Jego reakcja na sztukę przypomina zachowanie byka wobec czerwonej płachty.  

- Doris,  przepraszam  cię,  ale  muszę  już  kończyć.  Zadzwonię  do  ciebie  później.  - 

Roberta  nie  miała  już  si  y  ani  ochoty  słuchać  rewelacji  przyjaciółki.  Opadły  ją  wyrzuty 

sumienia.  Zmusiła  niejako  Fielda  do  zaakceptowania  wystawy,  podczas  gdy  on  miał  prawo 

się nie zgodzić.  

Niestety,  było  już  za  późno  na  odwołanie  całej  sprawy.  Zbyt  wiele  wysiłku  włożyła 

background image

razem z Ann w przygotowanie wystawy, zbyt wielu ludzi zostało w nią zaangażowanych.  

- Urlop! Chcę urlopu! - jęknęła z rozpaczą.  

Zaniosła  kubek  jogurtu  na  biurko  i  zmusiła  się  do  przełknięcia  kilku  łyżeczek, 

szukając  jednocześnie  pewnego  numeru  telefonu  w  notatniku.  Wybrała  numer  i  za  trzy 

sekundy uzyskała połączenie z kuzynką Margo mieszkającą o czterysta mil.  

- Co  słychać  w  Santa  Barbara?  -  spytała,  gdy  już  wymieniły  wszystkie  rodzinne 

nowinki.  

- Jest cudowna pogoda, jak zwykle. Żałuję bardzo, że musimy jutro lecieć do Bostonu, 

ale  Kirk  ma  tam  wygłosić  wykład  -  oznajmiła  Margo  nie  bez  dumy.  -  Potem  spędzimy 

dziesięć dni na Bermudach.  

- Z dziećmi? - zdziwiła się Roberta.  

- Nie,  nie,  zajmie  się  nimi  matka  Kirka.  Mój  mąż  stwierdził,  że  zasłużyłam  na 

powtórny miesiąc miodowy, bo w ciągu sześciu lat urodziłam czworo dzieci.  

- Muszę  mu  przyznać  rację.  Ale  uważaj,  Margo,  żeby  ten  miesiąc  miodowy  nie 

zaowocował piątą ciążą. A propos - czy w czasie waszej nieobecności ktoś będzie korzystał z 

domku na plaży? 

- Nie. Nawet my  nie mieliśmy kiedy się tam wybrać.  A czemu pytasz? Chcesz może 

przyjechać do Santa Barbara? 

- Bardzo!  Muszę  koniecznie  odpocząć  przez  kilka  dni.  Jeśli  nic  mi  nie  stanie  na 

przeszkodzie, wybiorę się w środę na krótki urlop.  

- Tylko  jedź  ostrożnie  -  przestrzegła  ją  Margo.  -  Droga  wzdłuż  wybrzeża  jest  bardzo 

niebezpieczna. Ostatnio Higway One była przez jakiś czas zamknięta z powodu obsunięcia się 

ziemi.  

Roberta przyrzekła, że będzie uważać, i odłożyła słuchawkę z uczuciem ulgi. Wyjazd 

Margo do Bostonu był jej bardzo na rękę, bo oznaczał, że nikt nie będzie jej przeszkadzał, a o 

spokój chodziło jej najbardziej.  

Zamyślona  zjadła  jogurt  do  końca.  Gregory  Field  zaproponował,  a  właściwie  wręcz 

polecił, żeby dostarczyła resztę zdjęć osobiście. Mogłaby to zrobić w środę rano i przy okazji 

skierować rozmowę na Doris Welles.  

Gdy  Ann  wróciła  ze  służbowego  spotkania,  zastała  Robertę  przed  stertą  zdjęć.  -  Czy 

przez  kilka  dni  dałabyś  sobie  radę  beze  mnie?  -  spytała  Roberta  swoją  asystentkę.  - 

Pomyślałam sobie, że w środę podrzucę Fieldowi brakujące zdjęcia, a potem pojadę dalej na 

południe. Margo zostawiła mi domek na plaży do dyspozycji.  

- No, jeśli tak lubisz mieć piasek wszędzie... Wiesz, rejs to...  

background image

- Ale ja nie chcę romansować z pierwszym oficerem, Ann - roześmiała się Roberta.  

- Jedź więc na tę pustynię, a ja będę cię godnie zastępować.  

Jeszcze tego samego wieczoru Roberta zaczęła pakować walizkę. Nie chciała zabierać 

zbyt  wielu  rzeczy.  Na  tej  „pustyni”,  jak  się  wyraziła  Ann,  będą  jej  potrzebne  tylko 

praktyczne,  sportowe  ciuchy  -  wygodne  spodnie,  bluzki  z  długimi  rękawami  i  sprana  bluza. 

W  Santa  Barbara  wiały  łagodne  wiatry,  po  namyśle  dołożyła  więc  szorty,  bawełniane 

koszulki i sandały. Nagle wpadła jej w  rękę dawno zapomniana ludowa  bluzka z ażurowym 

obrębem przy dekolcie.  

Można  go  było  regulować  za  pomocą  przewleczonej  przezeń  tasiemki.  Takie  bluzki 

nosiły włoskie aktorki, kiedy grały role wampów.  

- Na  jakąż  to  okazję  kupiłam  tę  bluzkę?  -  nie  mogła  sobie  przypomnieć.  Włożyła  ją 

jednak do walizki, ponieważ świetnie komponowała się z fartuchową spódnicą.  

Roberta  wcześnie  położyła  się  spać  i  dobrze  spała.  Napięcie,  w  jakim  żyła  od  kilku 

tygodni,  opuściło  ją  wreszcie.  Kiedy  obudził  ją  sygnał  budzika,  na  dworze  było  jeszcze 

ciemno.  Umyła  się  szybko  i  równie  szybko  ubrała.  Na  dzisiejszy  dzień  wybrała  beżowy 

pulower  wciągany  przez  głowę,  tweedową  spódnicę,  układaną  w  fałdy,  czarne  rajstopy  i 

półbuty na płaskim obcasie. Na koniec zarzuciła na ramiona zamszową ocieplaną kurtkę. Ten 

zestaw  garderoby  przygotowała  sobie  jeszcze  wczoraj,  ponieważ  miała  zamiar  wystąpić  u 

Fielda ubrana wygodnie, a mimo to urzędowo.  

Wyjechała z miasta autostradą, po czym skręciła w prawo, w drogę wzdłuż wybrzeża. 

W momencie gdy zobaczyła ocean, humor poprawił się jej znacznie. Nawet drobna mżawka 

nie potrafiła zepsuć jej nastroju. A niech sobie pada! Ona i tak będzie odpoczywać z dala od 

zgiełku miasta.  

Carmel podobał się Robercie już od dawna. Wąskie, kręte uliczki przecinały łagodne 

wzniesienia, wznosiły się w górę i opadały w dół. Stały przy nich domki z ogródkami, takie 

ś

liczne  jak  w  książkach  z  obrazkami  dla  dzieci.  Wjeżdżając  na  teren  centrum  handlowego 

„Sea  Strand”,  musiała  przyznać,  że  Fieldowi  udało  się  wkomponować  architekturę  w  sielski 

krajobraz miejscowości.  

Roberta wsadziła pod pachę kopertę ze zdjęciami i pomaszerowała dziarskim krokiem 

do gabinetu Fielda. Widok Grega ubranego w jasny irlandzki sweter i czarne dżinsy zaskoczył 

ją nieco. Nie spodziewała się. że w takim stroju przychodzi do pracy. Wstał zza biurka, żeby 

się z nią przywitać.  

- Roberta! Proszę, proszę! - zawołał serdecznie.  

Roberta zdziwiła się po raz drugi. Gdzie podziała się „panna Thatcher”? Jeszcze przed 

background image

tygodniem  tylko  tak  się  do  niej  zwracał,  nie  mówiąc  o  tym,  że  traktował  ją  niemal  jak 

trędowatą.  

Mimo to Roberta chciała mieć to spotkanie jak najszybciej za sobą.  

- Widzę, że ma pan dużo pracy, panie Field, dlatego...  

- Ponieważ  będziemy  przez  jakiś  czas  pracować  ze  sobą,  proponuję,  żeby  nazywała 

mnie pani Gregiem - przerwał, wskazując jej miejsce w tym samym topornym fotelu, którego 

niewygodne  siedzenie  i  oparcie  zdążyła  już  wypróbować.  -  Jak  się  udała  wystawa  w 

Colorado? 

- Znakomicie! - Roberta zamierzała wprawdzie być chłodna i uprzejma, ale mimo woli 

uśmiechnęła się.  

- Jestem  pewna,  że  zaakceptuje  pan  bezsprzeczną  wartość  prac,  które  chcę  panu 

przedstawić na zdjęciach. Akwarele są na przykład tak subtelne i harmonijne...  

Roberta pochyliła się nad biurkiem, żeby rozłożyć zdjęcia. Przypadkowe zetknięcie się 

ich  dłoni  sprawiło,  że  przeszył  ją  dreszcz.  Cofnęła  się  gwałtownie,  pozostawiając  fotografie 

bez komentarza.  

- Wyglądają całkiem przyzwoicie - zauważył Field z przymusem.  

- Mam nadzieję, że rada nadzorcza nie będzie miała nic przeciwko nim.  

Rada  nadzorcza  będzie  skakać  do  góry  z  radości,  pomyślała  Roberta,  rozczarowana 

brakiem entuzjazmu rozmówcy.  

- Ja  też  mam  taką  nadzieję  -  powiedziała  lodowato.  -  Chciałabym  jeszcze  omówić  z 

panem sprawę, panie Field...  

- „Greg” nie może przejść pani przez usta? 

- Dobrze, niech będzie, a więc Greg, rzeźby na ostatnich zdjęciach...  

- Moglibyśmy  podyskutować  o  nich  przy  obiedzie  -  przerwał  jej  znowu,  wstając  z 

fotela.  

Roberta pokręciła głową. - Nie, dziękuję, dzisiaj nie mam czasu.  

- Ma pani jeszcze jakieś spotkanie? 

Umknęła  wzrokiem  w  bok.  Po  co  tu  przyszła?  -  Nie,  nie  jestem  z  nikim  umówiona, 

ale...  

- Jeśli  to  nie  takie  pilne,  to  możemy  przecież  kontynuować  rozmowę  poza  biurem. 

Mam dla pani niespodziankę, która na pewno się pani spodoba.  

Wyprowadził  Robertę  z  gabinetu  i  nie  zważając  na  jej  opór,  pociągnął  ją  za  sobą  do 

restauracji  mieszczącej  się  w  zadaszonym  pasażu.  Kelnerzy  przygotowywali  stoliki  do 

lunchu,  ale  natychmiast  przerwali  rozkładanie  sreber,  gdy  ujrzeli  Fielda.  Za  chwilę  jeden  z 

background image

nich wręczył szefowi kosz piknikowy.  

- Bardzo  proszę,  panie  Field  -  skłonił  się  głęboko.  -  Jest  tam  wszystko,  co  pan 

zamówił.  

- Dziękuję  -  uśmiechnął  się  Greg,  ale  nie  do  kelnera,  tylko  do  Roberty.  - 

Zapowiedziałem niespodziankę i oto jest. Nie lubi pani niespodzianek? 

Roberta  nie  odwzajemniła  jego  uśmiechu,  ponieważ  cały  czas  myślała  o  długiej 

drodze,  jaką  musi  przebyć  do  Santa  Barbara.  Jeśli  przyjmie  zaproszenie  Grega,  będzie 

musiała  gdzieś  po  drodze  przenocować.  To  jeszcze  nic,  ale  czy  Field  nie  zastawia  na  nią 

jakiejś pułapki? 

Wsiadając  do  kabrioletu  Fielda,  nadal  nie  była  pewna,  czy  dobrze  robi.  Przyrzekła 

sobie  w  każdym  razie,  że  będzie  bardzo  ostrożna,  ale  na  razie  nie  wiedziała  nawet,  dokąd 

jadą.  

- Jak dawno nie była pani w Seventeen - Miles - Drive? - Greg odgadł chyba jej myśli.  

- Och,  nie  byłam  tam  od  lat.  Jedziemy  właśnie  tam?  -  To  naprawdę  niespodzianka. 

Roberta  odwróciła  się  do  niego  i  z  promiennym  uśmiechem  powiedziała:  -  To  było  kiedyś 

moje  ulubione  miejsce.  Mój  narzeczony...  -  ugryzła  się  w  język.  -  Ach,  jakieś  pięć,  a  może 

nawet sześć lat temu.  

Greg skręcił na północ do Monterey. - Uważam, że najpiękniej jest tutaj na początku 

roku  -  powiedział,  jakby  nie  słyszał  jej  słów.  -  Ocean  jest  wtedy  ogromnym  żywiołem,  a 

krajobraz lśni od deszczu.  

- No  właśnie,  czy  ta  deszczowa  pogoda  jest  odpowiednia  na  piknik?  -  Roberta  nie 

widziała  wprawdzie  nieba,  ponieważ  jechali  przez  gęsty  las,  ale  rano  mżyło  i  kiedy 

wyjeżdżali z Carmelu, było bardzo pochmurno.  

Greg  wzruszył  ramionami.  -  Nie  jesteśmy  przecież  z  cukru.  Czym  się  pani  tak 

przejmuje? 

Zatrzymał samochód przed szlabanem, wręczył pięć dolarów strażnikowi, który mu za 

to dał bilet i mapę rezerwatu przyrody.  

W milczeniu jechali przez ten kawałek raju, aż dotarli na wierzchołek wzgórza, gdzie 

las  kończył  się  polaną  i  odsłaniał  widok  na  ocean  pod  nimi.  -  Te  chmury  wyglądają  dość 

groźnie - zauważył Greg.  

Za punktem widokowym Point Joe Greg skręcił z asfaltowej szosy.  Zatrzymał się na 

występie skalnym, z którego można było obserwować niezliczone mewy i foki. Greg wysiadł 

z samochodu, okrążył go i pomógł wysiąść Robercie. Podanej sobie dłoni nie wypuścił z ręki 

nawet  wtedy,  gdy  nie  było  to  już  wcale  konieczne,  gorzej  jeszcze,  objął  ją  w  pasie  i 

background image

poprowadził na najdalej wysunięty skrawek punktu widokowego.  

Roberta potknęła się na jakiejś nierówności i machinalnie przywarła całym ciałem do 

Grega.  

- Jak tu cudownie, prawda? 

Zadrżała mimo ciepłej kurtki, chroniącej teoretycznie przed zimnem. Dziwne! 

Greg  nie  patrzył  w  tej  chwili  na  szalejący  w  dole  ocean.  Utkwił  wzrok  w  oczach 

Roberty. - Zimno pani? 

Roberta chciała uwolnić się z jego objęć, ale nie puścił jej.  

O,  Boże,  pomyślała  przerażona,  chyba  mnie  nie  popchnie  w  tę  przepaść?! 

Zapowiedział wprawdzie, żebym się miała przed nim na baczności, ale chyba nie zamorduje 

mnie  tylko  dlatego,  że  ośmieliłam  się  zorganizować  wystawę  sztuki  w  jego  centrum 

handlowym.  

Nagle  poczuła  dotyk  jego  dłoni  na  skórze  pod  pulowerem  i  jego  usta  na  swych 

lodowatych wargach. Nie broniła się. Palce Grega, ciepłe i miękkie, powędrowały po plecach 

Roberty w górę aż do zapięcia stanika.  

Roberta nie wiedziała, co się dzieje. Żywił do niej nienawiść czy nie? A co ona czuła? 

Pozwoliła  dotykać  się  temu  mężczyźnie'.  Dlaczego?  Nagle  poczuła,  że  gładzi  jego  włosy. 

Wszystko to odbywało się jakby bez udziału jej świadomości. Niemniej jednak nadal pieściła 

czubkami palców koniuszki jego uszu i skronie.  

Gwałtowny  podmuch  wiatru  zagroził  im  utratą  równowagi.  Roberta  wtuliła  się  w 

Grega, on zaś wyciągnął ręce spod jej swetra i objął ją mocno. Stali tak w ciasnym uścisku i 

całowali się.  

Krople deszczu zadudniły na skałach. Ocean wzburzył się. Greg pociągnął Robertę do 

samochodu.  

- Szybko!  Wsiadaj!  -  poganiał  ją.  Sam  zasunął  dach  i  błyskawicznie  schronił  się  w 

samochodzie.  Przez  chwilę  siedzieli  nic  nie  mówiąc,  przejęci  gwałtownym  załamaniem 

pogody.  

Deszcz przyszedł w samą porę, pomyślała Roberta. Nie dopuścił do tego, co mogło się 

stać.  

Jednego  była  pewna.  Od  tygodnia,  kiedy  to  spotkali  się  po  raz  pierwszy,  Gregowi 

udało  się  zawładnąć  jej  myślami.  Musiała  przyznać,  że  niezłą  obrał  taktykę.  Przestrzegał  ją, 

owszem, ale czy mogła przypuszczać, że zrobi się tak niebezpiecznie? 

Niech  się  pani  ma  przede  mną  na  baczności,  tak  mówił.  Zastanawiała  się  teraz,  co 

konkretnie miał na myśli.  

background image

Jaskrawa błyskawica przecięła ciemne chmury. Zaczynała się burza.  

- Lubisz burzę? - spytał Greg, patrząc z ukosa na Robertę.  

- Owszem,  ale  pod  warunkiem,  że  jestem  w  suchym,  bezpiecznym  miejscu.  Wtedy 

lubię nawet obserwować ten przerażający żywioł.  

- Znam  świetne  miejsce  do  takich  obserwacji.  Żeby  tam  dojechać,  musielibyśmy 

najpierw wrócić do Carmelu, a stamtąd jechać jeszcze co najmniej godzinę. Masz ochotę na 

taką eskapadę? 

background image

Burza  nabierała  rozpędu.  Deszcz  otulał  gęstą  zasłoną  przednią  szybę,  więc  jechali 

bardzo  wolno.  Roberta  usiłowała  dostrzec  drogę  przez  strugi  deszczu,  ale  nie  było  to  łatwe. 

Nagle drgnęła, ponieważ silny wiatr oderwał gałąź cyprysu i rzucił ją na jezdnię.  

- Ostrożnie! - krzyknęła przeraźliwie.  

Greg  zareagował  natychmiast.  Objechał  konar  dużym  łukiem,  mimo  to  wystające 

gałęzie  zarysowały  dach  kabrioletu.  Szerokie  opony  jaguara  zaczęły  się  ślizgać  po  mokrej 

nawierzchni. Tył samochodu niebezpiecznie zarzucił. Greg zdążył zahamować w porę.  

- Uff! Miałam już serce w gardle, ale widzę, że jesteś dobrym kierowcą.  

- Ach, miałem po prostu niezłego pilota - zrewanżował się komplementem.  

Sprawił  jej  tym  przyjemność.  Przechyliła  się  do  tyłu,  żeby  prowizorycznie  zatkać 

dziurę  w  skórzanym  dachu  samochodu.  Greg  wyprowadził  jaguara  z  powrotem  na  równą 

drogę.  Przejechali  obok  dużego  pola  golfowego.  Później  Roberta  zauważyła  dachy  z 

czerwonych dachówek, kamienne mury z łukami i kilka wspaniałych podjazdów. Fronty tych 

rezydencji wychodziły zawsze na ocean.  

- Jak tu pięknie! - zachwyciła się Roberta.  

- Prawda?  Tu  mieszka  większość  klientów  „Sea  Strand”,  dlatego  też  musimy  się 

dostosować do ich oczekiwań co do jakości i luksusu oferowanych towarów.  

- W  jakim  kierunku  pojedziemy?  -  spytała  Roberta,  gdy  znaleźli  się  na  głównej 

drodze.  

- Na południe. Nasz cel znajduje się niedaleko Big Sur.  

- Chciałabym  wobec  tego  wziąć  swój  samochód.  Ja  też  zamierzam  pojechać  na 

południe, tylko znacznie dalej.  

- Pewna  jesteś,  że  chcesz  sama  prowadzić?  Droga  jest  tam  miejscami  bardzo  stroma, 

wąska, a poza tym ciągle obsuwa się ziemia.  

- Tak, Margo też mi o tym wspominała.  

- To  obsuwanie  się  ziemi  jest  w  zimie  na  porządku  dziennym.  Grunt  jest  rozmiękły 

wskutek licznych opadów i wystarcza najmniejszy nawet wstrząs, żeby całe zbocza waliły się 

w dół. Najgorzej zaś jest wtedy, gdy upały letnie zniszczą system korzeniowy i ziemia nie ma 

ż

adnego zatrzymania. Kim jest Margo? 

- Moją kuzynką. Ona i jej mąż mają mały domek w Santa Barbara, tuż nad oceanem. 

Pozwolili mi spędzić w nim kilka dni. Gdyby nie piknik, pewnie bym już była na miejscu.  

background image

- O, Boże, piknik! Zupełnie o nim zapomniałem! 

- A ja nie. Nie miałabym nic przeciwko małej przekąsce.  

Greg wysadził Robertę przed „Sea Strand”, żeby się przesiadła do swego thunderbirda. 

Poczekał, aż uruchomiła silnik, i pojechał przodem.  

Highway prowadziła na południe tuż nad oceanem. Rozstawione gdzieniegdzie lekkie 

drewniane barierki oddzielały wąską drogę od stromej przepaści. Roberta nie patrzyła nawet 

w  dół  na  spienione  fale  Pacyfiku.  Każdy  silniejszy  podmuch  wiatru  napawał  ją  silnym 

strachem,  ponieważ  powodował  wzmożony  deszcz.  Widoczność  była  kiepska,  nie  na  tyle 

jednak, żeby nie zauważyła migającego czerwono lewego kierunkowskazu jaguara.  

Roberta zawahała się. Podobna nagła zmiana zdania była przywilejem kobiet... Może 

lepiej  pojechać  prosto  do  Santa  Barbara  i  stamtąd  wysłać  Gregowi  widokówkę  z 

przeprosinami?  Nie,  takie  rozwiązanie  nie  wchodziło  w  grę.  Roberta  od  dziecka  była 

nauczona, że należy dotrzymywać słowa. Skoro się zgodziła na piknik, to nie może się już z 

tego  wycofać.  Poza  tym  Greg  nie  dał  jej  jeszcze  zezwolenia  na  udział  Doris  Welles  w 

wystawie. Skręciła w ślad za jaguarem.  

Wąska droga wysypana żwirem wiła się na szczyt góry. Znaki drogowe przestrzegały 

przed spadającymi kamieniami. Na szczęście deszcz przestał padać.  

Dziesięć  minut  później  jaguar  skręcił  na  wąski  stromy  podjazd.  Roberta  podążyła  w 

jego ślady. Wysiadła z samochodu i rozejrzała się zdumiona. Płaski występ skalny był na tyle 

rozległy,  że  dawał  miejsce  pięknemu  domowi  zbudowanemu  ze  szkła  i  drewna  oraz 

samochodom.  Masywne  bale  zakończone  były  stromym  dachem,  a  szklana  fasada 

wychodząca na ocean pozwalała z wnętrza domu oglądać kobaltowo - szafirowy Pacyfik.  

- Wiatr  się  wzmaga.  Wejdźmy  do  domu,  żeby  nas  nie  przewiało.  -  Greg  otworzył 

drzwi i gestem zaprosił Robertę do środka.  

Od  razu  zwróciła  uwagę  na  ogromny  kominek  panoszący  się  na  tylnej  ścianie.  Obok 

niego  piętrzył  się  stos  drewna,  przygotowanego  na  długą  zimę.  Greg  odstawił  kosz  z 

jedzeniem i zaczął rozniecać ogień.  Kiedy pokazały się języki pierwszych płomieni, wrzucił 

do ognia dwie garście suchych igieł sosnowych.  

- Ogień będzie dzięki nim świecił czerwonym blaskiem.  

- I ładnie pachniał - Roberta wciągnęła w nozdrza świeży, trochę gorzki zapach. Nadal 

rozglądała  się  po  wnętrzu  domu.  Było  bardzo  interesujące.  Pomieszczenie,  w  którym  się 

znajdowali,  było  ogromne.  Pod  skośnymi  drewnianymi  ścianami  stały  ławki  wyposażone  w 

wygodne miękkie siedziska. Na podłodze było jeszcze dużo poduszek stanowiących również 

miejsca  do  siedzenia  przy  niedużych  stolikach  z  ręcznie  wypolerowanych  pniaków.  Szeroka 

background image

lada oddzielała część wypoczynkową od niszy kuchennej.  

- Ależ tu jest ślicznie, Greg! 

- Myślałem  właśnie,  że  ci  się  tu  spodoba.  -  Greg  pomógł  jej  zdjąć  kurtkę  i  wskazał 

ręką  drzwi  za  kuchnią.  -  Tam  jest  łazienka.  Powinnaś  sobie  wysuszyć  włosy,  bo  inaczej 

przeziębienie gotowe.  

Łazienka była mała, ale funkcjonalna. Na wbudowanym w ścianę regale obok kabiny 

prysznicowej  leżały  ręczniki  porządnie  poskładane  w  kostkę.  Roberta  wyjęła  jeden  z  nich  i 

zawinęła wokół głowy jak turban. Był miękki i przyjemnie pachniał. Wróciła do pokoju, żeby 

wyjąć  z  torebki  szczotkę.  Potem  przyciągnęła  jedną  z  poduszek  przed  kominek,  usiadła  na 

niej, zdjęła ręcznik i zabrała się do rozczesywania włosów. Greg natychmiast stanął nad nią. - 

Pozwól mi to zrobić - poprosił, wyjmując szczotkę z jej ręki.  

Nie  protestowała,  a  on  delikatnymi  ruchami  rozczesywał  jej  długie  ciemne  włosy. 

Wolną  dłonią  odgarnął  z  czoła  Roberty  wilgotne  kosmyki.  Zadrżała,  chociaż  wcale  nie  było 

jej  zimno.  Poczuła  nagle  nieprzepartą  ochotę,  żeby  przytulić  się  do  jego  szerokiej  piersi. 

Zamiast tego podniosła głowę i wyciągnęła rękę po szczotkę. - Dziękuję, chyba już wyschły.  

- Innymi słowy, jesteś gotowa do obiadu.  

- Zgadłeś! 

Greg uśmiechnął się, zabrał kosz do kuchni, a Roberta wyjrzała przez oszkloną ścianę 

na  zewnątrz.  Wspaniały  widok  zafascynował  ją.  Słychać  było  wściekły  ryk  Pacyfiku 

rzucającego  falami  o  przybrzeżne  skały.  Ciężkie  ołowiane  chmury  wisiały  nisko  nad 

wzburzonym oceanem. Momentami wyglądało to tak, jakby sztormowe chmury cwałowały na 

grzbietach fal.  

Greg podszedł do niej z dwoma talerzami. - Teraz już na pewno zrozumiałaś, dlaczego 

to miejsce wybrałem na budowę domu.  

Gdyby  nie  apetyczny  zapach  jedzenia,  Roberta  stałaby  jeszcze  godzinami  przed 

oknem.  Głód  zawsze  jednak  był  wrogiem  doznań  estetycznych.  Rzuciła  okiem  na  talerz. 

Wokół  pokaźnej  porcji  sałatki  z  krabów  leżały  cienkie  plasterki  pieczeni  wołowej,  szynki  i 

piersi  indyczej,  udekorowane  oliwkami  i  małymi  pomidorkami.  Do  tego  były  chrupiące 

bułeczki i schłodzone różowe wino.  

- Hmm,  wiesz,  co  dobre  -  Roberta  pochwaliła  wybór  Grega,  siadając  naprzeciwko 

niego do stołu.  

Uśmiechnął się z zadowoleniem i oznajmił radośnie: - A na deser będą truskawki.  

Po zaspokojeniu pierwszego głodu Roberta odsunęła talerz od siebie i podparła głowę 

rękami.  

background image

- Czy coś się stało? - zainteresował się Greg.  

- Muszę coś jeszcze z tobą omówić. Autorka rzeźb, które dziś oglądałeś na zdjęciach, 

przebywa czasowo we Włoszech. Wysłałyśmy do niej telegram i w poniedziałek odezwała się 

telefonicznie, że zgadza się na udział w wystawie. - Roberta spojrzała uważnie na Grega.  

- Postawiła tylko jeden warunek - że ty nic nie będziesz miał przeciwko temu. Nazywa 

się Doris Welles.  

- Doris! Nie słyszałem o niej od lat! Czy ciągle jeszcze grzebie w glinie? 

Roberta westchnęła. Greg był jednak beznadziejnym przypadkiem.  

- Modele  większych  rzeźb  sporządza  się  najpierw  z  gliny  lub  gipsu.  Także  i  Rodin 

grzebał się w glinie, zanim stworzył „Myśliciela”. A czym byłby Luwr bez Wenus z Milo? - 

zapytała groźnie.  

- Pamiętam  te  zdjęcia  -  odparł  Greg,  nie  dając  się  sprowokować  do  dyskusji  o 

oczywistych faktach. - Rzeźby zrobiły na mnie duże wrażenie. Aż mi się wierzyć nie chce, że 

wyszły  spod  dłuta  Doris.  Kiedy  chodziliśmy  razem  do  college'u,  robiła  tylko  jakieś 

bezkształtne bryły.  

Roberta  powstrzymała  uśmiech.  -  Te  bezkształtne  bryły  są  dziś  bardzo  cenione  w 

ś

wiecie. Osiągają wysokie ceny. Doris jest najbardziej utalentowaną rzeźbiarką, jaką znam.  

- Okay, znasz się na tym na pewno lepiej niż ja. Chciałbym się z nią spotkać. Mogłoby 

to  być  interesujące  dla  nas  obojga  -  takie  spotkanie  po  latach.  -  Zmarszczył  czoło.  -  Wtedy 

Doris  była  bardzo  gadatliwą  dziewczyną  o  olśniewającej  urodzie.  Po  prostu  nie  umiała 

milczeć. Gadała, gadała i gadała.  

Roberta  chętnie  zmieniłaby  teraz  temat  rozmowy,  ale  nic  jej  nie  przychodziło  do 

głowy.  

- Opowiedziała ci o moim ojcu? 

Właśnie tego pytania obawiała się najbardziej. - Tak, wspomniała o nim.  

- Co ci powiedziała? 

- Wiesz, Greg, nie zajmuję się plotkami.  

- Chcę wiedzieć, co ci powiedziała.  

- Na przykład to, że Sebastian Field był uzdolnionym pejzażystą.  

- I co jeszcze? 

Roberta nie patrzyła na Grega. - No, że... że... hmmm, odszedł z domu i zamieszkał z 

jakąś hippiską w jej samochodzie, i że utrzymywał się ze sprzedaży obrazów na jarmarkach.  

Greg przymknął oczy. Na jego twarzy malowała się udręka.  

- Tak  było,  Roberto,  to  nie  plotki.  Clover,  ta  dziewczyna,  mieszkała  w  wozie 

background image

campingowym,  w  takim  starym  gruchocie.  Kiedy  ją  zobaczyłem  po  raz  pierwszy,  chodziło 

boso i miała długie brudne włosy. Wiesz, nawet nie była ładna.  

- Może twojemu ojcu wydawała się ładna - wtrąciła ostrożnie Roberta.  

- Moja  matka  była  piękna.  Zostawił  ją  dla  tego  brzydkiego  brudasa.  Miałem  wtedy 

piętnaście lat.  

- Takie rozstania pozostawiają trwałe piętno - zauważyła myśląc o Brianie.  

Greg  chyba  nawet  tego  nie  słyszał.  -  Przeprowadziliśmy  się  do  dziadka, 

staroświeckiego pana wiernego swoim zasadom. Był właścicielem sieci domów towarowych. 

Sam  żył  po  spartańsku  i  taki  sam  porządek  panował  w  jego  sklepach.  Nienawidził  ozdób, 

zbytecznych według niego środków do upiększania życia. Zemdlałby chyba, gdyby zobaczył 

dziś „Sea Strand”.  

- Coś mi się zdaje, że meble w twoim gabinecie dostałeś w spadku po nim.  

Kiwnął głową. - Wiesz, dlaczego nie wymieniłem ich na inne? 

- Nie mam pojęcia.  

- Mają mi stale przypominać, że powinienem iść z duchem czasu. Mój dziadek umarł 

jako  bankrut.  Zamykał  jeden  dom  towarowy  po  drugim,  ponieważ  wzbraniał  się  przed 

nowościami.  Jego  klienci  przenieśli  się  do  innej  sieci,  ponieważ  nie  znajdowali  u  dziadka 

tego,  czego  szukali.  Całe  szczęście,  że  udało  mi  się  uratować  kawałek  gruntu  w  Carmelu, 

gdzie mogłem zacząć wszystko od nowa.  

- A ten zegar? Należał chyba do twojej mamy? 

- Tak, to jedna z niewielu pamiątek po niej. Zataiła przede mną swoją chorobę. Kiedy 

to  wreszcie  do  mnie  dotarło,  ruszyłem  na  poszukiwanie  ojca.  Zjeździłem  całe  wybrzeże, 

byłem  na  każdym  festiwalu  hippisowskim,  na  każdym  tanim  jarmarku,  na  każdej  wystawie 

sztuki. Gdy go w końcu odnalazłem, było już późno. Za późno dla obojga.  

Nic  dziwnego,  że  ma  wstręt  do  artystów  i  -  co  za  tym  idzie  -  do  sztuki  generalnie. 

Przecież  ani  w  jego  gabinecie,  ani  tu,  w  domu,  nie  było  na  ścianach  żadnych  obrazów, 

ż

adnych rzeźb, niczego, co przedstawiałoby jakąś wartość artystyczną - pomyślała Roberta.  

Chciała już wstać, żeby się pożegnać z Gregiem przed drogą do Santa Barbara, ale w 

tym  momencie  ujął  jej  dłoń  i  przyciągnął  do  warg.  Nagle  zatrzymał  się,  zauważył  bowiem 

cienkie białe linie na skórze.  

- Skąd  to  masz?  -  spytał  cicho.  -  A  może  wolisz  o  tym  nie  mówić?  Roberta  cofnęła 

dłoń. - Miałam wypadek. Najechał na nas pijany kierowca. Myślałam, że te blizny nie rzucają 

się w oczy.  

- Nie dostrzegłbym ich, gdyby nie blask ognia z kominka. - Pogładził ją po bliznach. - 

background image

Ź

le było z tobą? 

- Tak,  nawet  bardzo.  Kości  dłoni  były  połamane,  ścięgna  pozrywane.  Trafiłam  na 

dobrych  chirurgów,  którzy  próbowali  wszystkiego.  W  pewnym  momencie  przestałam  już 

liczyć operacje. W każdym razie było ich sporo. Wreszcie udało im się doprowadzić rękę do 

obecnego stanu. Nie mogli tylko połatać marzeń. Nie jestem w stanie tak zgiąć palców, żeby 

mogły  prowadzić  pędzel.  Próbowałam  długo,  ale  bezskutecznie.  W  końcu  zrezygnowałam  z 

malarstwa.  

Greg patrzył na nią przez chwilę w milczeniu. - Wspomniałaś dzisiaj o narzeczonym. 

Czy zginął w wypadku? - odważył się zapytać.  

- Brian? - roześmiała się gorzko Roberta. - Wyszedł z tego bez jednego zadraśnięcia. 

Nie mógł się pogodzić z końcem mojej kariery. Pokrzyżowałam mu plany, rozumiesz. W rok 

po  rozstaniu  ze  mną  ożenił  się  z  córką  człowieka,  do  którego  należy  połowa  Doliny 

Krzemowej.  

- Kochasz go jeszcze? 

Roberta  uniosła  głowę.  -  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Opuścił  mnie  w  najgorszym 

momencie życia, wtedy,  gdy najbardziej potrzebowałam wsparcia. Znienawidziłam go za to. 

Teraz zaś stał mi się po prostu obojętny.  

- Widzę, że poradziłaś sobie z tym problemem.  

- Tak, trochę to trwało, ale czas leczy wszystkie rany, jak mówi stare przysłowie. Nie 

chciałam się na nim mścić. To nie w moim stylu.  

- Roberta  wstała  energicznie.  -  Chodźmy  na  dwór  -  zaproponowała  -  przyjrzeć  się 

burzy z bliska. Może rześkie powietrze odpędzi od nas ponure myśli.  

Wyszła na werandę. Wiatr przegnał deszcz nad ocean. Powietrze było czyste, a ziemia 

pachniała jakąś niesamowitą świeżością. Roberta dostrzegła po prawej jakąś przybudówkę ze 

szklanym dachem. - Co to jest? - spytała.  

Greg objął ją ramieniem, zaprowadził pod przybudówkę i otworzył drewniane drzwi. 

Buchnął  na  nich  kłąb  pary.  -  To  whirlpool  -  wyjaśnił.  -  Baterie  słoneczne  umieszczone  na 

dachu ogrzewają wodę i nawet w zimie jest gorąca. Znakomity relaks.  

Roberta chciała wyjść z obłoku pary, ale Greg trzymał ją mocno. Twarze ich znalazły 

się  nagle  o  centymetr  od  siebie.  Greg  wsunął  ręce  w  długie  rękawy  jej  swetra.  Najmniejszy 

ruch jego ciepłych palców odbierała jak erotyczną pieszczotę.  

Ta  nowa  reakcja  na  dotyk  męskiej  dłoni  zaskoczyła  ją  niesłychanie.  Nigdy  nie 

odczuwała takiego miłego podniecenia, gdy dotykał jej Brian. Zadrżała.  

- Greg - szepnęła - czuję, że znowu mam mokre włosy.  

background image

- To znowu wysuszymy je przed kominkiem - zapewnił z uśmiechem. Pochylił się nad 

ustami  Roberty  i  musnął  je.  Roberta  zamknęła  oczy  jęcząc  w  duchu:  -  O,  Boże,  to  powinno 

być zabronione! Ktoś powinien mu zabronić tak działać na kobiety! 

Nagle lunął na nich gęsty deszcz. Jednocześnie potężny grzmot wstrząsnął okolicą.  

- Cholera  jasna!  -  zaklął  Greg.  -  Mamy  pecha!  Biegnijmy  do  domu!  Przemoczeni  do 

suchej  nitki  zamknęli  za  sobą  drzwi.  Spojrzeli  na  siebie  i  wybuchnęli  głośnym  śmiechem. 

Roberta schwyciła ręcznik służący jej niedawno za turban i delikatnymi ruchami otarła twarz 

Grega, po czym zaczęła suszyć włosy.  

Greg przyciągnął ją do siebie. - Muszę ci coś powiedzieć.  

Roberta spojrzała w górę wyczekująco. Musiała trochę zadzierać głowę, żeby widzieć 

jego  oczy,  chociaż  bynajmniej  nie  należała  do  niskich.  Zaintrygował  ją  swoim  nagle 

poważnym głosem. Upuściła ręcznik na podłogę i zarzuciła mu ramiona na szyję. - No mów, 

co chciałeś powiedzieć.  

- To,  czego  teraz  chcę,  to  całować  cię  wszędzie,  gdzie  się  da.  Na  razie  jednak 

zadowolę się obejmowaniem cię, dopóki nie uspokoję sumienia. Muszę ci coś wyznać.  

Roberta  przytuliła  się  do  Grega  jeszcze  mocniej.  Nie  bała  się  już  niczego.  Nawet 

gdyby  miał  ją  poinformować,  że  jest  żonaty  ze  strasznie  zazdrosną  jędzą,  która  już  tu  gna  z 

toporem w ręku. Wcale by się nie przestraszyła, ponieważ była tak szczęśliwa, tak ogromnie 

szczęśliwa,  że  nawet  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  kiedy  po  raz  ostatni  doświadczyła 

podobnego uczucia.  

- Jakie wyznanie masz na myśli, Greg? - spytała jednak dla porządku.  

- Ten  dzisiejszy  piknik...  Nie  zaprosiłem  cię  na  niego,  żeby  ci  okazać  sympatię. 

Miałem wobec ciebie pewien plan.  

Roberta nie poruszyła się. - Tak? Chciałeś mnie zepchnąć w przepaść, żeby się mnie 

pozbyć? - przypomniała sobie scenę w rezerwacie.  

- Jakie ty masz myśli od razu! - żachnął się. - Oczywiście, że nie. Miałem tylko zamiar 

poflirtować z tobą, zawrócić ci w głowie, a później rzucić cię. Widzisz, kobiety interesu nie są 

w moim typie. Chciałem dać ci w ten sposób nauczkę.  

Roberta poczuła się tak, jakby jej wymierzył policzek. Odsunęła się od Grega. - Udało 

ci się. Będę miała nauczkę na całe życie, żeby się nie włóczyć w deszcz z obcymi facetami.  

Schwyciła  kurtkę  z  wieszaka,  narzuciła  ją  sobie  na  ramiona  i  spojrzała  na  Grega 

błyszczącymi od gniewu oczami. - Nie mogłeś się pogodzić z porażką. Musiałeś mi odpłacić! 

- Właściwie tak - przyznał niechętnie. Żałował, że w ogóle wyskoczył z tą szczerością 

w  momencie,  kiedy  było  im  tak  dobrze  razem.  Chciał  być  wobec  Roberty  w  porządku.  - 

background image

Kiedy poczułem cię w mych ramionach, postanowiłem zrezygnować z tego planu.  

Roberta wzięła torebkę, wyjęła z niej kluczyki do samochodu i poszła w stronę drzwi. 

- Znasz się na rzeczy. Gratuluję, przez chwilę byłam w tobie zakochana.  

- Roberto! - dogonił ją na tarasie. - Gdzie ty się, u diabła, wybierasz? 

- Jak to gdzie? Do Santa Barbara na urlop! 

- Zwariowałaś!?  W  taką  pogodę  masz  zamiar  odbyć  tak  długą  i  ryzykowną  podróż?! 

Zmierzcha się już, a poza tym pada. Zrób użytek ze swego rozumu! 

- Gdybym  miała  rozum,  nie  przyjeżdżałabym  tu  z  tobą.  -  Pobiegła,  przeskakując 

kałuże,  do  thunderbirda,  otworzyła  drzwi,  wrzuciła  do  środka  torebkę,  a  sama  usiadła  za 

kierownicą.  Próbowała  włożyć  kluczyk  do  stacyjki,  ale  jej  palce  tak  bardzo  drżały  ze 

zdenerwowania, że nie mogła trafić. Najchętniej oparłaby głowę na kierownicy i wybuchnęła 

płaczem, chociaż wiedziała, że nie może poddawać się emocjom. Przekonała się właśnie, do 

czego to prowadzi.  

- Naprawdę straciłaś rozum! - usłyszała głos Grega.  

Chciała  zamknąć  drzwi  samochodu,  ale  on  je  przytrzymał.  -  Żaden  człowiek  o 

zdrowych zmysłach nie zjeżdża z gór w taką niepogodę! 

Roberta  nadal  ciągnęła  drzwi  w  swoją  stronę.  Greg  mókł  w  deszczu.  Widziała,  jak 

krople wody spływają mu po twarzy. Mokre włosy wchodziły mu w oczy. - Posłuchaj mnie, 

Roberto.  Na  odcinku  dwustu  mil  na  południe  nie  znajdziesz żadnej  możliwości  noclegu,  nie 

mówiąc o tym, że burza mogła uszkodzić mosty.  

- Mogłeś  o  tym  pomyśleć,  zanim  mnie  tu  zwabiłeś.  Zostaw  wreszcie  te  drzwi!  - 

krzyknęła.  

Udało  jej  się  wreszcie  uruchomić  silnik.  Samochód  zawył.  Wycieraczki  zaczęły 

pracować.  

- Wróć do Carmelu na noc. Posłuchaj mnie, kochanie. Nie chcę żeby przytrafiło ci się 

coś złego.  

Roberta włączyła reflektory. - Za chwilę tobie się coś przytrafi, jeśli nie zejdziesz mi z 

drogi! 

Mokra  klamka  wyśliznęła  się  z  dłoni  Grega.  Roberta  zamknęła  drzwi  i  dla  pewności 

wcisnęła jeszcze  guzik zabezpieczający, jakby się chciała przed kimś zabarykadować. Miała 

tak mokre ręce, że nie mogła dobrze uchwycić kierownicy. Wytarła je o brzeg spódnicy.  

Zauważyła, że Greg nadal stoi przy samochodzie. Widok przemoczonego mężczyzny 

sprawił jej przykrość. Zrobiło się jej żal Grega, ale tylko na jedną króciutką chwilkę, bo zaraz 

potem odezwała się w niej chęć zemsty. Dobrze  mu tak, niech sobie moknie, skoro ośmielił 

background image

się drwić z niej.  

Wrzuciła  wsteczny  bieg  i  dodała  gazu.  Samochód  ruszył  tyłem.  Spod  kół  trysnęło 

błoto.  Roberta  rozpłakała  się.  Przez  deszcz  i  łzy  niewiele  widziała.  Otarła  twarz  rękawem, 

skręciła  kierownicę  i  włączyła  pierwszy  bieg.  W  świetle  reflektorów  zobaczyła  jeszcze  raz 

kredowobiałą twarz Grega.  

Gładkie skórzane podeszwy butów Roberty zsuwały się z pedałów. Woda ściekająca z 

ubrania  zdążyła  już  utworzyć  na  podłodze  spore  kałuże.  Droga  była  istnym  bagnem. 

Rozpaczliwie walczyła o odzyskanie kontroli nad sobą i nad samochodem.  

Greg  miał  rację  co  do  warunków  podróży,  przyznała  w  duchu.  Zrozumiała,  że  w  tej 

sytuacji nie zajedzie daleko. Chyba że do Carmelu...  

Roberta  otarła  znowu  łzy,  ale  na  ich  miejscu  natychmiast  pojawiły  się  nowe.  Nie 

odważyła się sięgnąć po chusteczki higieniczne w obawie, że mogłaby stracić panowanie nad 

kierownicą. Szlochała tak gwałtownie, że mimo kurczowego trzymania kierownicy samochód 

jechał zygzakiem.  

Wjechała  na  niebezpieczny  przejazd  przełęczą.  Co  chwila  napotykała  przeszkody.  A 

to  gałęzie,  a  to  zwały  gliny,  a  to  kupy  kamieni.  Najgorszy  był  przewrócony  znak  drogowy 

informujący o niebezpieczeństwie spadających kamieni. Zobaczyła go w ostatnim momencie i 

cudem udało jej się jeszcze skręcić.  

Zdenerwowana  i  przestraszona  wypatrywała  zatoczki,  w  której  mogłaby  się  na  jakiś 

czas zatrzymać i ochłonąć.  

Nagle  zobaczyła  w  lusterku  drugą  parę  reflektorów.  Dodało  jej  to  nieco  otuchy  -  nie 

była  już  sama  na  tej  okropnej  drodze.  Niestety,  po  jakimś  czasie  tak  pożądane  towarzystwo 

zaczęło jej przeszkadzać. Samochód jadący za nią nie zamierzał jej wyprzedzać, tylko trzymał 

się w pewnej odległości, reagując na zmianę jej tempa jazdy. Gdy zwalniała, on też zwalniał; 

przyspieszał, gdy dodawała gazu. Jego reflektory odbijały się w lusterku i oślepiały Robertę.  

Raptem  drgnęła  przestraszona.  Z  mroku  wyłoniła  się  przed  nią  jakaś  szara  bryła 

blokująca  przejazd.  Początkowo  myślała,  że  to  jakaś  ogromna  ciężarówka  zaparkowała  przy 

wjeździe  na  autostradę,  później  jednak  pojęła,  że  stało  się  to,  przed  czym  ją  przestrzegali 

Margo i Greg. Ziemia się obsunęła! 

Tylko  bez  paniki,  napominała  sama  siebie.  Ostrożnie,  pulsującym  ruchem  naciskała 

hamulec,  żeby  uniknąć  zablokowania  kół.  Opony  nie  miały  jednak  prawie  żadnej 

przyczepności  na  śliskiej  nawierzchni.  Roberta  zamknęła  oczy  i  zaczęła  się  gorączkowo 

modlić.  

Gdy  otworzyła  oczy,  okazało  się,  że  samochód  stanął  o  dziesięć  centymetrów  od 

background image

zwału okruchów skalnych i błota. Dzięki ci, Boże, pomyślała z wdzięcznością.  

Po  dłuższym  namyśle  zdecydowała  się  wysiąść  z  samochodu  i  sprawdzić,  jakie  są 

szanse  przejazdu.  Wyjęła  latarkę  ze  skrytki,  popchnęła  drzwi  i  wysiadła  na  deszcz. 

Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby się przekonać, jak beznadziejna jest sytuacja, w której się 

na  własne  życzenie  znalazła.  Za  pierwszą  górą  ziemi  piętrzyły  się  kolejne.  Żaden  samochód 

nie mógłby przez to przebrnąć.  

Stała  tak  w  deszczu  zupełnie  zgnębiona,  gdy  usłyszała  trzask  zamykanych  drzwi. 

Odwróciła się. Ktoś szedł w jej stronę. Greg? 

- To  nie  ma  sensu  -  odezwał  się  stanowczo.  -  Moglibyśmy  kopać  tu  całą  noc,  a  i  tak 

byś nie przejechała.  

Roberta  nie  zamierzała  z  nim  polemizować.  Wiedziała,  że  ma  rację.  -  Co  ty  tu 

właściwie robisz? 

- Bawię się w strażaka, po to, żebyś bezpiecznie dotarła do celu. Roberta zdziwiła się, 

ż

e deszcz ma taki słony smak. Czuła się podle.  

- Nie musiałeś jechać ze mną.  

- Z mojej winy tak nagle wyjechałaś.  

- Posłuchaj, ja...  

- Wygłupiłem się z tym nieszczęsnym wyznaniem. Powinienem raczej zostawić cię w 

przekonaniu o moim niezwykłym uroku.  

Nie tłumacząc, dlaczego to robi, wyjął z rąk Roberty latarkę i zgasił ją. - Myślałem, że 

mi wybaczysz, gdy będę z tobą szczery.  

- Może zbyt nerwowo zareagowałam - powiedziała Roberta zmęczonym głosem.  

- Oboje zachowaliśmy się jak dzieci - uśmiechnął się Greg i poprowadził dziewczynę 

do samochodu. - Teraz jest to bez znaczenia. Musisz wykręcić samochód i jechać za mną pod 

górę.  Nie  masz  innej  możliwości.  I  nie  musisz  się  mnie  bać.  Nie  dotknę  cię.  Słowo  honoru! 

Czy masz jakieś suche rzeczy? 

- Mam pełno ciuchów w bagażniku. Jechałam przecież na urlop.  

- Racja, do Santa Barbara. Dzisiaj będzie to już niemożliwe. Droga pod górę nie była o 

wiele łatwiejsza od ucieczki w dół, ale tym razem Roberta przynajmniej nie płakała.  

background image

Roberta  kierowała  mechanicznie  samochodem,  starając  się  nie  stracić  z  oczu  świateł 

jaguara.  

Oświetlony  dom  Grega  wydał  jej  się  zbawienną  latarnią  morską,  bezpieczną 

przystanią w czasie sztormu. Greg pomógł jej wysiąść z samochodu i przejść do domu. Potem 

wrócił do thunderbirda po walizkę Roberty.  

- Idź do łazienki - polecił - i stój pod prysznicem tak długo, aż się rozgrzejesz.  

Roberta była zbyt zmęczona, żeby protestować. Zdjęła mokrą odzież. Szkoda jej było 

tych pięknych rzeczy, zwłaszcza kurtki, która miała metkę z zakazem mokrego prania.  

Ciepła  woda  dobrze  jej  zrobiła.  Długo  nie  mogła  się  zdecydować  na  przerwanie 

prysznica. Tak przyjemnie i ciepło było jej w tej chwili! 

Wreszcie,  ubrana  w  ciepłe  sztruksowe  spodnie,  grube  skarpety,  bluzkę  z  długim 

rękawem  i  bluzę,  przeszła  do  pokoju.  Greg  dołożył  drewek  do  kominka.  Ogień  buzował 

wesoło, oświetlając pomieszczenia żółtym blaskiem.  

- Lepiej  się  czujesz?  -  Greg  podszedł  do  niej  z  filiżanką  jakiegoś  aromatycznego 

płynu.  

- Dziękuję. Co to jest? 

- Grog. Wypij go, póki jest gorący.  

Roberta  usiadła  po  turecku  przed  kominkiem,  a  Greg  poszedł  do  łazienki.  Wypiła 

kilka  łyków  smacznego  napoju  patrząc  na  kałuże,  jakie  zostawiły  na  podłodze  mokre  buty 

Grega.  Wstała  po  papierowe  ręczniki.  W  łazience  szumiał  prysznic.  Pomyślała,  że  pewnie 

zużyła zbyt wiele ciepłej wody i nie starczy jej dla Grega.  

Miała  wobec  niego  wyrzuty  sumienia.  Ciekawe...  Dopiekł  jej  do  żywego,  a  ona 

martwiła się, czy starczy mu ciepłej wody na rozgrzewający prysznic. Przedtem też martwiła 

się, że moknie.  

Greg chyba też jej nie lubił, a mimo to czuł się za nią odpowiedzialny. Asystował jej 

w  niebezpiecznej  drodze,  zatroszczył  się  o  jej  zdrowie  każąc  jej  wejść  pod  prysznic  i  nawet 

przygotował  jej  coś  ciepłego  do  picia.  Co  za  dziwna  para!  Wrogowie  troszczący  się 

wzajemnie o siebie! 

- Wystarczyło ciepłej wody i dla ciebie? - spytała Grega, gdy wyszedł z łazienki.  

- Ach, ja nie przepadam za prysznicem - odpowiedział nader taktownie. - Wolę kąpiel.  

Roberta  rozejrzała  się  po  pokoju.  Była  coraz  bardziej  śpiąca.  -  Nie  zrozum  mnie  źle, 

background image

ale chciałabym, żebyś mi powiedział, gdzie śpisz i gdzie ja mam się podziać.  

Greg  popatrzył  z  ukosa  na  stare  spodnie  Roberty,  na  jej  zdeformowaną  bluzę,  na 

ogromniaste  skarpety,  które  przypominały  buty  clowna,  i  powiedział  z  szyderczym 

uśmiechem: - Niepotrzebnie się martwisz. W tym stroju nie zdołałabyś uwieść nawet więźnia 

po dwóch latach odosobnienia.  

- Wcale  się  o  to  nie  martwię  -  oburzyła  się  Roberta.  Pytałam  tylko,  gdzie  śpisz,  i  to 

wszystko.  

- Okay, śpię w śpiworze na balkonie, kiedy jest ciepło, albo na podłodze, gdy pada.  

- Na podłodze? 

- Tak,  kładę  śpiwór  na  nadmuchiwany  materac.  To  bardzo  wygodne  legowisko.  Nie 

potrzebuję łóżka ani sypialni.  

- Zmęczonemu  wszędzie  jest  wygodnie.  Najważniejsze,  żeby  mógł  się  wreszcie 

położyć. Czy miejsce dla gości przewidziane jest pod kominkiem? 

- Nie, to moje miejsce. Ty możesz rozgościć się w kącie za stosem drewek.  

- Twoja  gościnność  jest  naprawdę  czarująca.  Na  pewno  jest  tam  pełno  drzazg  i  pyłu. 

Wolałabym zostać przed kominkiem, jeśli nie masz nic przeciwko temu.  

- A jeśli mam? 

- Czy pojęcie gościnności jest ci obce? 

- Tak  daleko  moja  gościnność  nie  sięga.  -  Greg  podparł  się  pod  boki.  -  Najpierw 

zużywasz całą ciepłą wodę, potem moczysz wszystkie ręczniki, a na koniec wypijasz ostatnią 

kroplę alkoholu, jaki miałem w domu, nie chwaląc nawet jego smaku.  

- Był  pyszny.  Dziękuję.  A  ja  starłam  kałuże,  które  zostawiłeś.  -  Roberta  sama 

poklepała się po ramieniu w geście uznania. - Taki gość to skarb, czyż nie? 

- Może, ale jeszcze pożałujesz tego kroku, gdy ci wejdę na głowę.  

- Dlaczego miałbyś mi wchodzić na głowę? 

- A kto będzie dokładał do ognia? 

Greg  otworzył  ławę.  Wyjął  z  niej  dwa  worki  i  rzucił  na  środek  pokoju.  -  Wybierz, 

który chcesz - mruknął.  

- A który jest twój? 

- Nie powiem ci, bo wtedy na pewno go weźmiesz.  

- Co za bzdura! Wezmę ten, który nie jest twój, a jeśli nie chcesz powiedzieć, który, to 

trudno, musisz się zdać na mój wybór. - Roberta ożywiła się. Zaczęła ją wciągać ta gra. - Ten 

zielony jest ładniejszy.  

- No,  wiedziałem,  wiedziałem,  że  zabierzesz  mi  i  śpiwór  -  westchnął  Greg  z 

background image

ubolewaniem. Wyciągnął z ławy dwie małe paczki i jakiś dziwny przedmiot, przypominający 

melon z rurką.  

- Co to jest? - spytała zaciekawiona Roberta.  

- Nożna  pompka,  którą  się  pompuje  materace.  Praktyczniejsza  i  wygodniejsza  od 

ustnego dmuchania.  

Rozwinął  materace  i  połączył  wentyl  jednego  z  nich  z  rurką  pompki.  Kilka  razy 

poruszał stopą i w mig materac był napompowany. Gdy zajął się drugim, Roebrta sięgnęła po 

zielony  śpiwór,  porządnie  złożony  i  przewiązany  rzemieniem.  Odpięła  sprzączkę  i  rozłożyła 

ś

piwór na podłodze.  

- Jak się wchodzi do tego czegoś? - spytała.  

- Rozsuń suwak i przez powstały otwór wpełznij do środka.  

- A potem trzeba pewnie zasunąć suwak. Czy śpiwór nie powoduje klaustrofobii? 

Greg roześmiał się głośno. - Nie słyszałem jeszcze o takim przypadku! 

Roberta  eksperymentowała  z  suwakiem.  Działał  bez  zarzutu,  a  mimo  to  nie  miała 

jakoś  do  niego  zaufania.  -  Miałam  już  takie  sukienki  z  zacinającym  się  suwakiem.  Nie 

mogłam  wtedy  zdjąć  sukienki  ani  zaciągnąć  suwaka  do  końca.  Co  mam  robić,  gdy  taka 

sytuacja powtórzy się ze śpiworem? 

- Nie przejmuj się wcale. Podskoczysz rączo do tamtej szafki, widzisz? - machnął ręką 

w kierunku niszy kuchennej. - W drugiej szufladzie od góry są obcęgi. Wyciągniesz je zębami 

i pomożesz sobie...  

- Żartujesz sobie ze mnie! 

- Owszem, zgadłaś. Ale żarty na bok. Jeśli suwak się zatnie, powiedz mi, a ja od razu 

wezwę straż pożarną.  

- Po co? 

- Żeby ktoś mnie wyręczył w udzieleniu ci pomocy, bo przecież obiecałem, że cię nie 

dotknę, prawda? 

- Prawda, prawda.  

Greg  przygotował  Robercie  posłanie  przed  kominkiem  i  skłonił  się  przed  nią 

szarmancko.  

- Zapraszam szanowną panią na spoczynek.  

Roberta  wczołgała  się  do  środka.  Śpiwór  okazał  się  ciepły  i  miękki,  a  materac 

elastyczny jak łóżko wodne.  

- Nie chcesz zdjąć skarpetek i tej okropnej bluzy? - spytał Greg.  

- A powinnam? Widzisz, ja jeszcze nigdy nie spałam w czymś takim.  

background image

- Mnie tam wszystko jedno, ale tobie może być za ciepło.  

Greg  zgasił  światło  i  zapiął  się  w  swoim  śpiworze.  Po  kilku  minutach  Roberta 

stwierdziła,  że  rzeczywiście  jest  jej  za  ciepło.  Usiadła,  zdjęła  bluzę  i  ściągnęła  skarpety. 

Poczuła  się  znacznie  lepiej.  Położyła  się,  ale  nagle  zaczął  ją  uwierać  pasek  od  spodni. 

Widocznie  za  dużo  zjadła.  Usiadła  znowu  i  zerknęła  na  Grega.  Leżał  na  boku  twarzą  do 

ś

ciany.  Pewnie  już  zasnął.  Roberta  ściągnęła  spodnie  i  bluzę  i  westchnęła  z  ulgą.  Jeszcze 

tylko bluzka... Roberta cisnęła ją energicznie na bok, trafiając guzikami o kominek.  

Greg podskoczył do góry, jakby go ukąsiła tarantula. - Co ty wyprawiasz, u diabła? - 

jęknął.  

- Nic - odparła cichutko. - Było mi tylko za ciepło, więc się rozebrałam. Nie będę już 

hałasować. Śpij dalej.  

- Myślisz,  że  będę  mógł  teraz  zasnąć?!  Wyrwałaś  mnie  z  pierwszego  snu.  Nie  zasnę 

przez ładnych kilka godzin.  

- I jak zamierzasz je spędzić? 

Greg spoglądał na nią przez chwilę uważnie. - Wiem, co bym najchętniej zrobił.  

- Co? 

- Chciałbym  wrócić  do  tego  momentu,  w  którym  wyskoczyłem  z  tym  niewczesnym 

wyznaniem.  Albo...  wziąć  zimny  prysznic,  specjalnie,  nie  dlatego,  że  wyszła  ciepła  woda.  - 

Greg  wydostał  się  ze  śpiwora  na  zewnątrz.  Roberta  zauważyła,  że  ma  na  sobie  tylko 

flanelową koszulę i slipki. Jemu też widocznie przeszkadzały spodnie.  

- Co chcesz zrobić? - zdenerwowała się.  

- Nic takiego - uspokoił ją. - Obiecałem ci przecież, że cię nie dotknę, ale nie mówiłem 

nic o patrzeniu. Wyglądasz ślicznie.  

Roberta  nie  odezwała  się  na  wszelki  wypadek  ani  słowem.  Greg  zacisnął  usta  i 

podszedł do oszklonej ściany. Wyjrzał na dwór.  

- To nie do wiary, ale chyba przestało padać - zauważył.  

- Czy  to  znaczy,  że  będziesz  spał  na  balkonie?  -  Roberta  poczuła  coś  na  kształt 

rozczarowania.  

- Nie - odrzekł odwracając się ku niej z obiecującym uśmiechem.  

- To znaczy, że nie zmoklibyśmy po drodze do whirlpoolu.  

- Słyszę  tu  pewną  sprzeczność  -  stwierdziła  Roberta,  celowo  wyciągając  swe  długie 

nogi poza śpiwór. Podręczy go trochę. Zasłużył na karę.  

- Chodziło  mi  o  to,  że  nie  przemoczylibyśmy  się  w  drodze  na  basen,  bo  w  środku 

owszem.  

background image

- Aha, rozumiem... - powiedziała Roberta, podchodząc powoli do swego gospodarza.  

- Ale świetny stanik! - oblizał się jak kot na szperkę. - I co za kształty podtrzymuje! - 

Przewrócił teatralnie oczami, a potem wzniósł je do nieba.  

Roberta stłumiła chichot i zaczęła odpinać guziki koszuli Grega.  

- Roberto,  doprowadzasz  mnie  do  obłędu  -  jęknął.  -  Czy  nie  jest  ci  za  zimno  w  tych 

koronkach? 

- Bynajmniej. Zaraz sam się przekonasz, jak tu jest ciepło. - Ściągnęła z niego koszulę 

i musnęła palcami nagą skórę.  

- Masz  tu  w  górach  całkiem  przytulne  gniazdko.  Często  wozisz  tu  biedne  bezbronne 

dziewczyny? 

- Co najmniej raz w tygodniu. Roberto, mam nadzieję, że wiesz, iż nie można igrać z 

ogniem? 

- Tak? 

- Tak, do diabła! 

Roberta zarzuciła mu ramiona na szyję i dotknęła językiem jego warg. Greg zacisnął 

pięści, nie ruszając się z miejsca.  

- Greg  -  szepnęła  uwodzicielsko  -  jeśli  zwrócę  ci  słowo,  zgodzisz  się  na  kąpiel  w 

whirlpoolu? 

- Może później.  

- Dlaczego nie teraz? Miałeś przecież ochotę.  

- Nie spotkałem jeszcze takiej dziewczyny jak ty. Zaledwie od dziesięciu minut jesteś 

sucha, a już znowu chcesz się moczyć.  

- Może  w  poprzednim  wcieleniu  byłam  syrenką?  Wyobrażasz  sobie,  jak  świetnie 

wyglądałabym z tym połyskującym ogonem? 

- Roberto! 

- Tak? 

- Może byś przestała mnie dręczyć? 

- Czy  ja  wiem?  Chyba  nie,  bo  zaczęło  mi  to  sprawiać  pewną  przyjemność.  A  tobie 

nie? No, widzisz, odpłacam ci po prostu pięknym za nadobne.  

- Jesteś niedobra...  

- Okay, zwalniam cię z tamtej obietnicy...  

Zanim  zdążyła  powiedzieć  zdanie  do  końca,  już  była  w  jego  ramionach,  już  ją 

gwałtownie całował, już ją pieścił.  

Zaraz potem puścił ją tak samo gwałtownie.  

background image

Nie  mówiąc  ani  słowa,  zsunął  oba  materace  i  za  pomocą  obu  śpiworów  zbudował 

zachęcające posłanie przed kominkiem.  

Energicznie schwycił ją na ręce, całując jej szyję, brodę oraz dołeczek w policzku. Za 

chwilę usta ich połączyły się w długim namiętnym pocałunku.  

Roberta  nie  myślała  w  tym  momencie  o  niczym.  Zamknęła  oczy  i  smakowała  ten 

cudowny pocałunek. Marzyła o nim cały dzień. Zanim dotarło do niej, co się dzieje, leżała już 

obok Grega na miękkim śpiworze.  

Greg  powoli  rozpiął  jej  stanik  i  delikatnie  wyłuskał  piersi  Roberty  z  cienkiego 

materiału.  

Obrysowała  palcem  kontur  jego  podbródka.  Był  taki  jak  jego  właściciel  -  męski, 

zdecydowany i silny. - Co by się stało, gdybym cię nie zwolniła z obietnicy? 

- Wiesz,  postąpiłbym  jak  nastolatki,  które  koniecznie  chcą  zobaczyć  film,  dla  nich 

niedozwolony. - Gładził teraz jej piersi i masował różowe brodawki tak długo, aż stwardniały 

i wyprężyły się ku górze. Roberta odchyliła głowę do tyłu, mrucząc jak kot z zadowolenia.  

- Lubisz  to,  co?  -  uśmiechnął  się  Greg.  -  Musisz  mi  powiedzieć,  czym  jeszcze 

mógłbym ci sprawić przyjemność.  

- Kiedy sama nie  wiem - westchnęła, zdziwiona nieco tym żądaniem.  - Nie mogę się 

nazwać ekspertką w tej dziedzinie.  

- Czemu? 

- Powiem ci, ale nie wyśmiejesz mnie? 

- Oczywiście, że nie, kochanie - odpowiedział poważnie.  

- Przydarzyło  mi  się  to  zaledwie  dwa  razy,  i  to  przed  pięcioma  laty.  Byłam  wtedy 

raczej bierna i nie mogę powiedzieć, żeby seks sprawił mi jakąkolwiek przyjemność.  

- Naprawdę? - Greg był bardziej zmartwiony niż zdziwiony. Rzadko słyszał od kobiet 

tak intymne wyznania.  

- Podobno jest to całkiem przyjemne, ale... być może to ja nie jestem w porządku...  

- Myślę, że to wina twojego narzeczonego. Z tego, co słyszę, wnioskuję, że był z niego 

niezły egoista. - Pochylił się nad Robertą, żeby ją pocałować w czubek nosa. - Najważniejsze 

w seksie jest to, żeby obie strony miały równe prawa.  

Roberta  kiwnęła  głową.  Mówił  całkiem  rozsądnie,  a  jego  błyszczące  oczy 

zapowiadały szaloną namiętną noc.  

Greg zsunął ramiączka stanika z ramion Roberty i rzucił gdzieś daleko tę zbyteczną w 

tej chwili bieliznę. Ustami i dłońmi badał każdy fragment jej tułowia. Kiedy usłyszał jej jęk, 

wsunął palce pod gumkę morelowych majteczek Roberty, po czym rozebrał ją do naga i sam 

background image

poszedł w jej ślady.  

Przez długą niezapomnianą chwilę leżeli nadzy obok siebie i spoglądali w ogień.  

- Możesz włączyć się do zabawy - zachęcił ją Greg. Domyślił się więc, że pragnie go 

też dotykać i pieścić. Ciepła skóra Grega była taka elastyczna i miękka.  

- Czym mogłabym ci sprawić przyjemność? - Roberta odzyskała już pewność siebie.  

Roześmiał  się.  Przyciągnął  ją  do  siebie  i  szepnął:  -  Widzisz,  wszystko,  co  sprawia 

przyjemność tobie, jest automatycznie moją przyjemnością.  

Nie  miała  czasu  na  odpowiedź,  ponieważ  rzucił  się  na  nią  z  dziką  namiętnością. 

Szeptał jej imię, pieścił każdy centymetr kwadratowy jej ciała i całował do utraty tchu.  

- Greg, proszę cię... za chwilę zwariuję... - jęknęła.  

- Pozwól się unieść tej fali - pouczył ją łagodnie. Wszedł w nią ostrożnie i energicznie 

zarazem.  Było  tak  pięknie...  Poruszał  się  w  niej  najpierw  powoli  i  delikatnie,  potem  coraz 

szybciej  i  mocniej.  Ku  swojemu  niebotycznemu  zdumieniu  umiała  się  dopasować  do  jego 

rytmu. Pod czułym przewodnictwem Grega zawędrowała do siódmego nieba. Pierwszy raz w 

ż

yciu udało jej się przeżyć tak absolutne spełnienie.  

Leżeli  ciasno  objęci,  nie  mając  siły  ani  ochoty  na  rozmowę.  Język  ciała  był  teraz 

ważniejszy niż słowa.  

background image

Kiedy  Roberta  się  obudziła,  na  dworze  było  już  szaro.  Leżała  jeszcze  chwilę  bez 

ruchu,  a  później  rozejrzała  się  po  pokoju.  Odzież  rozrzucona  na  podłodze  przypomniała  jej 

zdarzenia minionego wieczoru.  

Była w domku Grega, ale nie była już tą samą Robertą Thatcher, która tu przyjechała. 

Kobieta interesu, wątpiąca w swoją zdolność miłości, znikła gdzieś bez śladu. Na jej miejscu 

pojawiła  się  szczęśliwa  dziewczyna,  której  puls  bił  żywiej  na  samo  wspomnienie 

niewiarygodnych przeżyć.  

Rozsunęła  ostrożnie  śpiwór  i  wypełzła  z  niego  jak  poczwarka  z  kokonu.  Zebrała 

mokre rzeczy, żeby je jak najmocniej wyżąć i gdzieś rozwiesić. Potem umyła się i przebrała w 

niebieski  dres.  Z  naręczem  wilgotnej  odzieży  przeszła  cichutko  obok  śpiącego  Grega  na 

balkon. Rozłożyła ubrania na balustradzie. Powietrze było czyste i rześkie. Oddychało się nim 

zupełnie  inaczej  niż  w  mieście.  Po  silnym  sztormie  nie  było  śladu,  może  tylko  krajobraz 

nabrał większej klarowności.  

Roberta  kończyła  właśnie  gimnastykę  poranną,  gdy  Greg  pojawił  się  balkonie. 

Uśmiechnęła się do niego promiennie.  

- Dzień dobry! Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzała ta wystawa na balkonie.  

- Dzień dobry, kochanie - powiedział Greg, nie spuszczając oczu z Roberty.  

- Masz ochotę na kawę? 

Uśmiechnął  się  tak,  że  zrozumiała,  iż  ma  ochotę  na  coś  zupełnie  innego.  -  Umiesz 

zrobić kawę? 

- Oczywiście.  Umiem  także  usmażyć  jajecznicę  oraz  grzanki.  Z  zewnątrz  dochodziły 

odgłosy potężnych silników.  

- Przykro mi, ale nie będziesz mogła dowieść swoich umiejętności, ponieważ nie mam 

potrzebnych wiktuałów.  

- To znaczy, że nie ma ani jajek, ani chleba? Może nawet i kawy? - spytała Roberta z 

wyraźnym przerażeniem.  

- Nie mieszkam tu na stałe, Roberto.  

- Rozumiem, ale jeść przecież trzeba.  

- Widzę,  że  należysz  do  wiecznie  głodnych  kobiet,  które  potrzebują  silnych  wrażeń. 

Pomysł z piknikiem w czasie burzy nie był zdaje się najgorszy.  

- Piknik? Kiedy to było? Chyba przed wiekami. Teraz chcę śniadanie.  

background image

- Co powiesz na truskawki? 

Zjedli owoce, przekrzykując coraz głośniejszy hałas dochodzący od strony drogi. Greg 

wyjaśnił,  że  ziemia  obsuwa  się  tu  tak  często,  iż  stale  pracują  tu  buldożery,  żeby  udrożnić 

przejazd.  

- Czy  to  oznacza,  że  można  będzie  dzisiaj  zjechać  z  gór?  -  spytała  Roberta  w  taki 

sposób, jakby się już nie mogła doczekać tej chwili.  

Greg  odwrócił  twarz,  żeby  ukryć  rozczarowanie.  Naprawdę  tak  spieszno  jej  było? 

Wczoraj wieczorem nie mogła przecież udawać, na to była zbyt niedoświadczona.  

- Zdaje się, że masz już dość gór. Dlaczego? - spytał spokojnie.  

- Bo  nie  ma  tu  nic  oprócz  truskawek  -  roześmiała  się.  -  Zapomniałeś  już,  że  jadę  na 

urlop do Santa Barbara? 

- Racja, każda dziewczyna ma prawo do urlopu - rzekł zamyślony.  

- Nie jestem dziewczyną, jestem kobietą.  

- Dowiedź mi tego.  

Roberta  wyciągnęła  z  torebki  prawo  jazdy  i  podstawiła  je  Gregowi  pod  nos.  Dla 

pewności postukała palcem w to miejsce, gdzie była zapisana data jej urodzin. Greg gwizdnął 

przez zęby. Nigdy by nie pomyślał, że Roberta ma już dwadzieścia osiem lat. Wyglądała na 

znacznie  młodszą.  Przeczytał  dokładnie  resztę  jej  personaliów,  po  czym  spojrzał  na  swą 

towarzyszkę krytycznie.  

- Ty masz metr sześćdziesiąt siedem? Dodałaś chyba sobie ze trzy centymetry, co? 

- Czy wyglądam na oszustkę? 

- Nie  -  odparł  Greg.  -  Wyglądasz  na  kobietę,  która  nie  może  sama  spędzać  urlopu.  - 

Wiedział, że nie może jej wypuścić z rąk. Musiał znaleźć kilka dni wolnego, żeby poznać ją 

bliżej. - Jeśli mnie weźmiesz ze sobą, kupię ci jakiś nowy ciuch.  

- Ależ ja mam dość ciuchów - zaprotestowała Roberta ze śmiechem. - Szafy pękają w 

szwach od luksusowych drogich ubrań z Paryża i Rzymu.  

- Czy przypominają wyglądem tę powyciąganą bluzę, stare spodnie i grube skarpety? 

- Nie, to mój luzacki, weekendowy ubiór. W takim stroju wyruszam na wędrówki.  

- To  ty  wędrujesz?  Coś  podobnego!  -  Zdziwił  się  niepomiernie.  -  Na  urlopie  trzeba 

leżeć martwym bykiem i odpoczywać. Od wędrowania dostaje się tylko pęcherzy na stopach.  

- Poniekąd masz rację - przyznała Roberta. - Może masz jakiś lepszy sposób spędzania 

urlopu niż wędrówka? Zaproponuj coś, a być może zdecyduję się wziąć cię ze sobą.  

- Moglibyśmy zwiedzić jedną ze starych stacji misyjnych.  

Roberta  spojrzała  na  niego  z  zainteresowaniem.  -  To  brzmi  nieźle  -  stwierdziła.  Ona 

background image

też  miała  ochotę  spędzić  kilka  dni  z  Gregiem.  -  Misja  w  Santa  Barbara  należy  do 

najpiękniejszych, prawda? 

- No to jak? Chcesz mieć mnie za towarzystwo na urlopie? 

- Tak, ale... jadę do małej chatki, która wcale nie jest luksusowa.  

- Czy są w niej łóżka? 

Roberta zrobiła taką minę, jakby usiłowała sobie przypomnieć wyposażenie domku. - 

Na  pewno  jest  przed  drzwiami  huśtawka,  ponieważ  Margo  zapowiedziała,  że  przyklei  klucz 

pod  huśtawką.  Czekaj,  czekaj,  muszą  tam  być  jakieś  łóżka,  bo  Margo  i  Kirk  mają  czworo 

dzieci. Gdzie by pomieścili tę wesołą gromadkę? 

- Odpowiedz mi jasno i wyraźnie, Roberto! Chcesz, żebym z tobą pojechał? 

Roberta zarumieniła się. - A dlaczego chcesz się tam ze mną wybrać? - odpowiedziała 

pytaniem na pytanie.  

- Mam coś do załatwienia w Santa Barbara.  

- Aha! A ja już sobie wyobraziłam, że tak polubiłeś moje towarzystwo, że nie możesz 

ż

yć beze mnie. - To miał być żart, ale głos Roberty brzmiał aż nazbyt poważnie. Nie udało jej 

się ukryć rozczarowania.  

Greg spojrzał na nią poważnie. - Bo nie mogę - rzekł powoli - przynajmniej na razie. - 

Schylił się pod jedną z ławek po walizkę. Roberta odetchnęła z ulgą. Nie mogła znieść jego 

uważnego wzroku. Tak naprawdę nie wiedziała, co ma sądzić na jego temat. Przecież prawie 

się nie znali, a wybierali się razem na urlop. Siłą powstrzymywała się od okazania radości w 

tak  żywiołowy  sposób,  jak  to  robią  dzieci.  Najchętniej  rzuciłaby  się  Gregowi  na  szyję  i 

wycałowała w oba policzki. Nie była jednak dziewczynką, jak sama zauważyła. Patrzyła, jak 

Greg  pakuje  do  walizki  bieliznę,  skarpetki,  porządnie  złożone  koszule  i  spodnie  z  kantami 

ostrymi  jak  ostrze  noża.  Na  samym  wierzchu  ułożył  wyczyszczone  do  połysku  półbuty  i 

trzyczęściowy elegancki garnitur.  

- Masz naprawdę jakieś interesy w Santa Barbara? - spytała.  

- Myślałam już, że znowu mnie nabierasz.  

- Zapomniałaś  już,  że  zawsze  mówię  to,  co  myślę?  Uczciwy  i  honorowy  mężczyzna, 

za jakiego się uważam, nie mógłby cię oszukiwać.  

- Uczciwy  i  honorowy  mężczyzna,  który  na  plażę  zabiera  garnitur  i  eleganckie 

obuwie, nie będzie chyba zbyt dobrym kompanem w czasie urlopu.  

- Będę!  Oczywiście,  że  będę  -  zaprotestował  Greg  gorąco,  a  na  dowód  swoich 

szczerych intencji wyciągnął kąpielówki. - Widzisz, mam zamiar się kąpać. - Na jaskrawym 

niebieskim tle zalśniła cała gama krzykliwych kolorów.  

background image

Roberta  roześmiała  się.  -  I  ty  ośmielasz  się  krytykować  moje  ubrania,  kiedy  sam 

paradujesz w czymś takim!? 

Greg wziął kąpielówki w dwa palce, podniósł je do góry i przyjrzał im się krytycznie. 

- Hmmm, kiedy rok temu kupowałem je na Hawajach, podobały mi się znacznie bardziej niż 

teraz.  

Zmieniali  się  za  kierownicą.  Roberta  wolała  nawet  podziwiać  cudowny  krajobraz  za 

oknami  samochodu  niż  prowadzić.  Mijał  po  drodze  całe  mile  nienaruszonej  w  swym 

pierwotnym pięknie przyrody.  

Niedaleko  Santa  Barbara  zaczął  się  ruch,  który  uniemożliwił  im  szybką  jazdę. 

Otworzyli okna, gdyż nagle zrobiło się ciepło, znacznie cieplej niż w północnej Kalifornii.  

Zatrzymali  się  przed  supermarketem,  ale  zanim  zrobili  zakupy,  zafundowali  sobie 

długi, obfity posiłek.  

Do samochodu wracali obładowani torbami z żywnością. Greg położył je wszystkie na 

tylnym siedzeniu i zapytał zaciekawiony:  - Właściwie nie mam nic przeciwko urozmaiconej 

kuchni, ale zdradź mi, co masz zamiar robić z tym boczkiem? 

- Jedziemy  przecież  na  plażę,  prawda?  Rozpalimy  sobie  ognisko,  prawda?  A  kiedy 

będzie już płonęło jasnym, wysokim płomieniem, co zrobimy? 

- Grzanki z boczkiem, no jasne! - roześmiał się Greg. - Jadłem ten przysmak w moich 

szczenięcych latach. - Poprosił Robertę, żeby wsiadła do samochodu i przypilnowała bagaży. 

- Skoczę tylko do drogerii - powiedział mimochodem.  

- Poczekaj, pójdę z tobą - zaproponowała Roberta.  

- Nie, ja... nie, zostań tu. Wolałbym, żebyś zaczekała w samochodzie.  

- Dlaczego? Czy planujesz napad z bronią w ręku? 

- Roberto, bądź przez chwilę poważna! - poprosił. - Idę tylko po pastę do zębów.  

- Och, dobrze, że mi przypomniałeś. Ja też nie mam pasty.  

- Kupię ci wobec tego, ale zostań w samochodzie, dobrze? Kiedy oddalił się, Roberta 

zrozumiała, po co szedł do drogerii. Był ostrożny, nie chciał ryzykować...  

Resztę  drogi  do  domku  przebyli  w  milczeniu.  Radosny  nastrój  z  początku  podróży 

ulotnił się gdzieś bez śladu. Milcząc wynosili bagaże, milcząc pakowali żywność do lodówki, 

milcząc zapełnili swoimi ubraniami szafę.  

Roberta  usiadła  wreszcie  na  skrzypiącej  sofie,  przyglądając  się,  jak  Greg  roznieca 

ogień na kominku. Gdy go rozpalił, przysiadł się do Roberty.  

- Przepraszam,  że  byłem  dla  ciebie  taki  szorstki  -  przeprosił  dziewczynę.  -  Zwykle 

lubię, gdy żartujesz, ale...  

background image

- Nie musisz mi niczego tłumaczyć, Greg, zrozumiałam wszystko. Nie myśl tylko, że 

zawsze tak ciężko kojarzę.  

Greg nie odpowiedział. Patrzył z udawanym zainteresowaniem przez okno.  

- Czy umówiłeś się już na to służbowe spotkanie? - spytała Roberta, chcąc przełamać 

tę niepotrzebną barierę milczenia.  

- W piątek rano, o dziesiątej.  

- Możesz wziąć mój samochód. Nie mam zamiaru ruszać się stąd.  

- Och, dziękuję, jak to miło z twojej strony.  

Wstali,  żeby  obejrzeć  swoje  urlopowe  mieszkanie.  W  pierwszej  sypialni  zobaczyli 

dziecinne łóżeczko, wózek dla dziecka i piętrowe łóżko. Ściany były udekorowane plakatami 

z postaciami z animowanych filmów dziecięcych.  

Druga  sypialnia  należała  najwyraźniej  do  rodziców.  Pośrodku  stało  mosiężne 

podwójne  łóżko,  nakryte  miękką  białą  narzutą.  Obok  na  stoliku  był  telefon  i  radio.  Roberta 

podeszła  do  okna,  otworzyła  je  i  przeciągnęła  się,  mimo  woli  ziewając.  Greg  zauważył  to 

natychmiast.  -  Jesteś  zmęczona,  Roberto.  Mamy  za  sobą  długą  podróż,  a  poza  tym  jest  już 

późno. Połóż się spać tutaj, a ja prześpię się w pokoju dziecinnym. Powinienem wrócić z tego 

jutrzejszego  spotkania  jutro  wieczorem.  Będziemy  jeszcze  mieli  dość  czasu  na  rozpalenie 

ogniska  i  usmażenie  tych  twoich  ukochanych  grzanek.  Oczywiście  pod  warunkiem,  że 

będziesz miała ochotę. A teraz - pochylił się nad Robertą i pocałował ją w policzek - życzę ci 

dobrej nocy.  

- Dobranoc - szepnęła Roberta, szczęśliwa, że zostawił jej trochę czasu do namysłu.  

Następnego ranka obudzili się w wyśmienitych humorach.  

Greg  zaprezentował  się  Robercie  w  eleganckim  garniturze  z  krawatem.  Roberta 

usmażyła  mu  jajecznicę  i  posmarowała  masłem  dwie  grzanki.  Stała  później  w  drzwiach, 

machając  mu  na  pożegnanie  i  porównując  się  w  myślach  z  Margo,  która  pewnie  tak  samo 

ż

egnała męża wychodzącego na uniwersytet.  

Uśmiechnęła się do siebie i wróciła do domu zatelefonować do Ann.  

- Jak ci jest na urlopie? - spytała jej asystentka.  

- Dosyć ciekawie - odparła Roberta wymijająco. Nie chciała wdawać się w szczegóły. 

Zapytała od razu o interesy, żeby zmienić temat.  

- Nie  mamy  jeszcze  umowy  na  listopadową  wystawę  w  centrum  handlowym 

„Carioca”.  Słuchaj,  Roberto,  jeśli  już  tam  jesteś,  to  może  skontaktowałabyś  się  z  Jessicą 

Whitby i nakłoniła ją do sfinalizowania umowy? 

- Pewnie będzie to czysta formalność,  ale dobrze, zaraz do niej zadzwonię - obiecała 

background image

Roberta. - Aha, sprawę Doris udało mi się pomyślnie załatwić. Będzie mogła wziąć udział w 

wystawie w „Sea Strand”. Greg nie ma nic przeciwko jej obecności.  

- Greg? - spytała Ann po krótkiej pauzie.  

- Tak, no, Gregory Field, znasz go przecież.  

- Owszem, znam pana Fielda, ale nie miałam pojęcia, że ma na imię Greg.  

Roberta czuła, jak się czerwieni. - Hmmm, poznaliśmy się w środę nieco bliżej.  

- Jak widać, zdarzają się cuda. Na ile bliżej? 

- Zaprosił mnie na piknik.  

- W  ten  deszcz?  U  nas  było  prawdziwe  oberwanie  chmury,  podobnie  jak  w  całej 

okolicy.  

. - Spadło kilka kropel, istotnie - zgodziła się Roberta, żeby za bardzo nie zabrnąć  w 

kłamstwo - i podwieczorek jedliśmy już pod dachem.  

- Aha. I pomyśleć, że tak cię namawiałem na rejs...  

- Wracając  do  Doris  -  przerwała  Roberta.  -  Zadzwoń  do  niej  i  powiedz  jej...  ojej! 

przecież ty nie masz jej numeru telefonu, ona zaś przeniosła się już z Capri do Rzymu... To 

nic, zadzwonię do niej, jak wrócimy.  

- A  kiedy  wrócicie?  -  Ann  pokładała  się  chyba  ze  śmiechu  po  drugiej  stronie 

połączenia.  

- Nie wiem jeszcze, Annie - odburknęła Roberta zła, że tak nieopatrznie wyrwała się z 

tą liczbą mnogą. - W każdym razie przed następnym weekendem.  

Odłożyła słuchawkę i pokręciła głową. Jak mogła tak od razu wyklepać swoją wielką 

tajemnicę! 

Zadzwoniła  do  centrum  handlowego  „Carioca”,  ale  pani  Whitby  nie  udało  jej  się 

zastać.  Miała  być  cały  dzień  poza  biurem.  Trudno,  spróbuję  w  poniedziałek,  postanowiła 

Roberta.  

Spędziła  cudowny  beztroski  dzień  na  plaży.  W  południe  pobiegła  na  bosaka  do 

domku, żeby zjeść kawałek razowego chleba z serem, szynką i pomidorem. Świeże morskie 

powietrze  zawsze  wzmagało  jej  apetyt.  Po  tym  skromnym  posiłku  poleżała  pół  godziny  na 

sofie. Jak urlop, to urlop! 

Po  południu  ruszyła  na  zbiór  muszelek  w  zatoce.  Na  spacerze  postanowiła 

nieodwołalnie wziąć Ann na wspólniczkę. Pracy zrobiło się bowiem tyle, że nie była w stanie 

sama wszystkiemu podołać. Tymczasem Roberta zapragnęła mieć pewien margines czasu na 

ż

ycie osobiste.  

Decyzja,  jaką  podjęła  na  brzegu  oceanu,  sprawiła  jej  niewysłowioną  ulgę.  Jak  na 

background image

skrzydłach pobiegła do domu, żeby wziąć prysznic. Wyszczotkowała potem porządnie włosy, 

tak  żeby  były  elastyczne  i  błyszczące,  i  przejrzała  swoją  garderobę.  Pogratulowała  sobie 

zabrania ludowej bluzki. Była jak znalazł na tę okazję. Przymierzyła ją natychmiast. Całkiem, 

całkiem,  pomyślała  oglądając  się  w  lustrze.  Fartuchowa  spódnica  z  cienkiej  bawełny  w 

kolorze niebieskim stanowiła doskonałe uzupełnienie tego wakacyjnego stroju. Ściągnęła ją w 

pasie, żeby uwydatnić swą szczupłą talię. Spódnica odsłaniała ponadto przy każdym kroku jej 

długie zgrabne nogi.  

W jednej chwili przeistoczyła się z purytańskiej pracującej zawodowo Amerykanki w 

uroczą wieśniaczkę rodem z Sycylii. Biedny Greg! Przeżyje pewien szok! 

Tak  się  jednak  nie  stało.  Greg  wszedł  do  domu  w  momencie,  gdy  Roberta  dolewała 

kieliszek szwajcarskiej wódki Kirsch do founde z sera. Trzymał w ręce butelkę wina.  

Zmierzył  Robertę  pełnym  podziwu  wzrokiem.  -  Czy  miałabyś  coś  przeciwko  temu, 

ż

ebym się przebrał? 

- Oczywiście, że nie! - roześmiała się. - Ale pospiesz się, bo zaraz podaję do stołu.  

Greg  wrócił  po  chwili  w  dżinsach  i  jasnej  koszuli  z  podwiniętymi  rękawami. 

Uśmiechnął się.  

- Przygotowałaś  mi  posiłek?  Czym  sobie  zasłużyłem  na  taki  honor?  Objął  Robertę, 

przesunął wargami po jej szyi i wciągnął w nozdrza zapach jej ciała. - Muszę powiedzieć, że 

okropnie  zgłodniałem.  Pokaż  się,  jak  wyglądasz  -  odsunął  Robertę  od  siebie.  -  Masz  piegi! 

Nie widziałem ich przedtem.  

Roberta przytuliła się do Grega.  

- Cały  dzień  pracowałam  ciężko  na  plaży,  podczas  gdy  ty  konferowałeś  w 

klimatyzowanym pomieszczeniu.  

Greg  poczuł,  że  Roberta  ma  podejrzanie  ciepłe  plecy.  Poszerzył  jej  dekolt  z  tyłu.  - 

Prawe  ramię  ma  kolor  ugotowanego  raka  -  stwierdził  niezadowolony.  -  Pewnie  się  nie 

nakremowałaś, co? 

- Zapomniałam, ale wcale mnie nie boli.  

Greg ucałował spieczone miejsce i spytał: Teraz także nie? 

- Zwłaszcza teraz nie! 

- To  dobrze.  -  Pocałował  ją  jeszcze  raz  i  odwrócił  do  siebie.  -  Nie  chciałbym  ci 

sprawiać bólu. Chciałbym cię kochać.  

- Teraz, zaraz? 

- Nie musielibyśmy przynajmniej rozmawiać, bo nie znam ani słowa po włosku, moja 

piękna Sycylijko.  

background image

- Mam  inny  pomysł.  Usiądźmy  do  stołu  i  zjedzmy  fondue.  Przy  jedzeniu  też  nie 

musimy rozmawiać.  

- A czy nie mieliśmy czasem zrobić sobie grzanek na ognisku? 

- Nie jestem odpowiednio ubrana na ognisko. Musiałabym się przebrać. Wiem nawet, 

w co. W tę bluzę, za którą tak przepadasz.  

- Koniecznie.  A  kiedy  ogień  wzbije  się  w  niebo,  zerwę  z  ciebie  tę  ohydną  bluzę  i 

wrzucę ją w płomienie. Potem zaś odtańczę dziki taniec radości.  

- Chciałbyś!  Aha!  Figę  z  makiem!  Ojej!  -  Robercie  nagle  coś  się  przypomniało.  - 

Wszystkie swoje rzeczy zostawiłam u ciebie na balkonie.  

- Najlepiej  będzie,  jeśli  o  nich  w  ogóle  zapomnisz.  Wiatr  zaniósł  je  już  z  pewnością 

rybom na pożarcie.  

Roberta zapaliła palnik w glinianym naczyniu i ustawiła garnek z kilkoma gatunkami 

sera na ogniu. Z głośników dobiegły pierwsze dźwięki musicalu „South Pacific”. Nucąc pod 

nosem,  Roberta  poszła  jeszcze  do  kuchni  po  dwa  długie  widelce  i  koszyczek  z  francuskim 

pieczywem.  

Greg  poszedł  za  nią.  -  Gdzie  mogą  być  kieliszki  do  wina?  -  spytał,  zaglądając  do 

wszystkich szafek po kolei.  

- Prawdopodobnie  u  teściów,  dopóki  dzieci  są  małe.  Wydaje  mi  się,  że  dysponują 

tylko plastikowymi, na pewno nietłukącymi się kubkami.  

Greg otworzył schłodzone wino i postawił butelkę na stole. Nadal szukał kieliszków. 

Bezskutecznie.  Z  bólem  serca  nalał  szlachetnego  rieslinga  do  grubych  kubków  z  rysunkami 

Myszki Miki. Wzniósł toast: „Za naszą przyjaźń” i stuknęli się z Robertą tymi oryginalnymi 

naczyniami do wina.  

Potem usiedli do stołu i zajęli się fondue.  

Po kilku kęsach gorącego sera nawiniętego widelcem na kawałek bułki Greg wygłosił 

coś  w  rodzaju  małego  przemówienia.  -  Gotujesz  jak  BrillatSavarin,  ubierasz  się  jak  Giną 

Lollobrigida,  z  piegów  przypominasz  Pippi  Langstrumpf  -  nie  miałem  pojęcia,  że  masz  tyle 

ukrytych talentów. Czy tańczysz też jak Ginger Rogers? 

- Podaj mi rękę, Fred! - zareagowała natychmiast. Za chwilę wirowali w rytm pięknej 

melodii „Love at first sight”. Tekst piosenki przypomniał Robercie ten moment, w którym po 

raz pierwszy zobaczyła Grega.  

- Kim był ten mężczyzna, w którego towarzystwie widziałam cię w „Highland Inn”? - 

spytała, pocierając policzkiem o jego podbródek.  

- Guido?  To  mój  partner  w  interesach  z  Perugii.  Przyjechał  do  Kalifornii  obejrzeć 

background image

sobie „Sea Strand”. Bardzo interesuje się eleganckimi centrami handlowymi.  

Greg przywarł wargami do jej skroni. Wyczuł delikatny puls bijący pod różową skórą. 

- Obawiam się, że za długo przebywałaś dzisiaj na słońcu. Kim była ta pani, z którą weszłaś 

do „Highland Inn”? 

- Ann Jarvis. Moja asystentka. Sprzedam jej połowę firmy.  

- Masz do tego szczególny powód? - Greg bawił się długimi włosami Roberty.  

- Jestem już zbytnio przeciążona pracą. Jedna osoba nie może podołać wszystkiemu. - 

I  jeszcze  chciałabym  mieć  trochę  czasu  na  życie  prywatne.  -  Najchętniej  z  tobą,  dodała  w 

myślach.  

- Wszystko ma swoje granice. Nasze wakacje też się kiedyś skończą. - Greg przytulił 

Robertę  mocno  do  siebie.  -  Mamy  jednak  dwa  całe  dnie  na  decyzję,  czy  palimy  twoją 

garderobę, czy nie. W poniedziałek muszę być w Palm Springs, a w środę lecę do Paryża.  

- Do Paryża powinno się latać w kwietniu lub w maju, a nie w lutym. - Robercie nagle 

zrobiło się smutno.  

- Jadę służbowo. Nie zabawię tam długo.  

Płyta skończyła się. Podeszli razem do gramofonu, by poszukać następnej. Tym razem 

wybrali  muzykę  instrumentalną.  Gdy  znowu  zaczęli  tańczyć,  Roberta  oplotła  szyję  Grega 

ramionami.  Wspięła  się  na  palce  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Zobaczył  w  jej  wzroku  tyle 

namiętności,  że  pochylił  się  i  pocałował  ją  w  usta.  Robertę  przeszył  dreszcz  podniecenia. 

Przytuliła się do Grega całym ciałem. Wziął ją na ręce. Wychodząc z pokoju zgasił światło, 

ale nie wyłączył płyty. Tej nocy towarzyszyła im melancholijna muzyka cygańska.  

Godzinę  później  Roberta  leżała  ciągle  jeszcze  u  boku  Grega,  pośrodku  podwójnego 

łóżka. - Muszę ci coś wyznać.  

Greg spojrzał na nią z uśmiechem. - Nie wiem, czy będę mógł znieść to wyznanie.  

- Bądź  dzielny  -  uśmiechnęła  się  Roberta.  -  Nigdy  nie  miałam  sukienki,  w  której 

zacinałby się zamek błyskawiczny.  

- Ja  też  ci  muszę  coś  wyznać  -  zaczął  Greg.  Roberta  nie  dała  mu  jednak  dokończyć, 

ponieważ  objęła  ciasno  jego  pośladki,  a  usta  zamknęła  długim  pocałunkiem.  Bliskość  tego 

mężczyzny  działała  na  nią  tak  podniecająco,  że  natychmiast  była  gotowa  do  miłości.  Greg 

delikatnie gładził wewnętrzną powierzchnię jej ud. Jego dłonie dotarły wkrótce do najbardziej 

intymnych  zakamarków  jej  ciała.  Roberta  zamknęła  oczy  i  przygryzła  wargi,  żeby  nie 

krzyczeć.  Nie  mogła  jednak  powstrzymać  jęku.  Mężczyzna  pochylił  się  teraz  nad  nią  i 

całował  brodawki  jej  pełnych  piersi:  -  Muszę  ci  jednak  powiedzieć,  że  zazwyczaj  śpię  w 

niebieskim śpiworze.  

background image

- Poddaję się! - krzyknęła Roberta. - Kochaj mnie, kochaj jak najszybciej! 

Greg  wsunął  się  między  jej  uda.  Dreszcz  rozkoszy  wstrząsnął  Robertą,  jej  ciało 

wyginało  się  w  łuk.  Słowo  „przyjemność”  było  stanowczo  niewystarczające,  by  opisać,  co 

teraz  odczuwała.  Greg  raptem  wszedł  w  nią  mocnym,  zdecydowanym  ruchem.  Roberta  na 

moment  straciła  świadomość  z  rozkoszy,  a  gwałtowne  ruchy  Grega  sprawiły,  że  bardzo 

szybko jednocześnie osiągnęli szczyt.  

background image

W  sobotę  rano  chcieli  wyruszyć  jak  najwcześniej,  aby  zwiedzić  misję  w  Santa 

Barbara.  Pierwsza  obudziła  się  Roberta.  Ostrożnie  wstała  z  łóżka  i  na  palcach  poszła  do 

łazienki.  Po  porannej  toalecie  wróciła  do  sypialni.  Założyła  już  jedwabne  majteczki  w 

szmaragdowym kolorze i kończyła zapinać pasujący do nich biustonosz, gdy zorientowała się, 

ż

e Greg już nie śpi. - Raczej nie podoba mi się to, jak się ubierasz, ale bieliźnie nie mogę nic 

zarzucić - powiedział ze szczerym podziwem. Roberta przeszła po sypialni krokiem typowym 

dla modelek. - Przestań, albo natychmiast z powrotem chodź do łóżka! 

- Nigdy mi nie pozwalasz założyć koszuli nocnej, a mam takie seksowne - poskarżyła 

się Roberta.  

- Nic  nie  może  być  seksowniejsze  od  twego  nagiego  ciała  -  stwierdził  Greg, 

zapraszając ją gestem dłoni do łóżka. - Dzisiaj możesz założyć tę koszulę, jeśli ci tak na tym 

zależy.  

- Na pewno? 

- Na  pewno!  I  tak  ją  zaraz  z  ciebie  ściągnę  -  roześmiał  się.  -  A  teraz  chodź  już 

wreszcie do tego łóżka, bo dłużej nie wytrzymam.  

Roberta  nie  dała  się  długo  prosić.  Błyskawicznie  zrzuciła  stanik,  majteczki  i  nago 

wskoczyła do łóżka.  

Po śniadaniu, które zjedli dopiero w południe, pojechali do stacji misyjnej. Po drodze 

Greg  zatrzymał  samochód  przed  butikiem,  żeby  kupić  Robercie  słomkowy  kapelusz  z 

szerokim rondem, który miał ją chronić przed słońcem.  

Roberta  nie  mogła  oprzeć  się  pokusie  i  w  tym  samym  sklepie  kupiła  sobie  ładną 

spódnicę, pasującą do niej bluzkę i sandały. Po godzinie dotarli wreszcie do celu.  

Trzymając  się  za  ręce  przeszli  pod  arkadami  do  wspaniałego  starego  kościoła.  Nie 

spiesząc  się  zwiedzili  muzeum,  a  przy  okazji  porozmawiali  z  ojcami  o  działalności  misji  na 

początku osiemnastego wieku.  

Potem Greg zaprosił Robertę do małej spokojnej restauracji meksykańskiej na obiad. 

Na  przystawkę  wzięli  tortille  z  mąki  kukurydzianej  z  pikantnym  czerwonym  sosem. 

Pałaszowali  je  czekając  na  danie  główne  -  chili  eon  carne  i  popijali  sangrię.  Wszystko  było 

pyszne, może tylko zbyt ostre jak dla nich.  

Po  obiedzie  wybrali  się  na  spacer  po  Santa  Barbara.  Podziwiali  białe  domy  o 

czerwonych dachach, wsłuchiwali się w szum palmowych liści i czuli się tak, jakby znaleźli 

background image

się w zupełnie obcym świecie. Wielu mijanych po drodze przechodniów rozmawiało ze sobą 

po hiszpańsku, a na małym skwerze ujrzeli kolorowo odzianą grupę muzyczną, która grała i 

ś

piewała ludowe piosenki meksykańskie.  

Niedaleko  tego  miejsca  odkryli  kino,  w  którym  zorganizowano  właśnie  festiwal 

starych  musicali  z  lat  trzydziestych.  Tego  dnia  wyświetlano  akurat  film  z  Ginger  Rogers  i 

Fredem Astaire. Roberta i Greg uśmiechnęli się do siebie i bez zbędnych słów poszli do kasy 

po  bilety.  W  ciemnym  kinie  siedzieli  obok  siebie  trzymając  się  za  ręce.  Roberta  cały  czas 

myślała  o  Gregu.  Miała  wrażenie,  że  przeżywa  miesiąc  miodowy.  Brakowało  co  prawda 

obrączek,  ale  Roberta  pragnęła,  aby  ta  idylla  trwała  wiecznie.  Jedynym  nieprzyjemnym 

zgrzytem był toast Grega, który chciał wypić za ich przyjaźń, a nie za miłość. Roberta chciała 

miłości, on zaś zadowalał się przyjaźnią.  

Po filmie poszli do małej knajpki tuż przy plaży, gdzie serwowano wyłącznie homary. 

Cały czas trzymali się za ręce i całowali, gdy nikt nie patrzył.  

Kiedy  dotarli  do  domu,  Roberta  zapomniała  zupełnie,  że  chciała  Grega  oczarować 

seksowną koszulą nocną, a on wcale jej o tym nie przypomniał. Czekała ich długa noc, pełna 

namiętności i wzajemnego pożądania.  

Niedzielę  chcieli  spędzić  na  słodkim  nieróbstwie  na  plaży.  Tym  razem  Greg 

dopilnował osobiście wysmarowania Roberty kremem z ochronnym filtrem.  

Był  tylko  w  spodniach,  które  podwinął  zresztą  do  kolan,  Roberta  zaś  ubrała  się  w 

przewiewne szorty i krótką żółtą bluzeczkę.  

Najpierw  postanowili  zebrać  trochę  chrustu  na  ognisko.  Urządzili  sobie  nawet 

wyścigi, komu uda się zebrać tego opału więcej. Rozmawiali cały czas na różne tematy i ani 

się  spostrzegli,  kiedy  nadeszła  pora  obiadu.  Greg  posmarował  cebulowe  chrupiące  bułeczki 

musztardą, a Roberta obłożyła je cienkimi plasterkami szynki i sera. Do tego była sałata i cydr 

jabłkowy.  

Potem wpadli na pomysł wybudowania potężnego zamczyska z piasku. Bawili się jak 

dzieci,  formując  z  wilgotnego  piasku  mury,  wieże,  baszty,  fosę  i  inne  elementy  budowli. 

Roberta  obcięła  scyzorykiem  Grega  kawałek  troczka  od  bluzki.  Jaskrawożółty  skrawek 

materiału umocowała na patyczku i zatknęła jako flagę na jednej z wież, tej najwyższej. Greg 

przyniósł  materiał  na  zwodzony  most,  którego  zbudowanie  zajęło  mu  więcej  czasu  niż 

wzniesienie murów, tak pieczołowicie rzeźbił każdy szczegół.  

Plastikowym  pojemnikiem,  w  którym  była  sałata,  przyniósł  wodę  z  oceanu  w  celu 

napełnienia fosy. Po chwili błękitne niebo odbijało się w lśniącej wodzie.  

- Wspaniały zamek - Greg odszedł kilka kroków w bok, żeby należycie ocenić dzieło.  

background image

- Wspaniały - przytaknęła Roberta. - Każda królowa nie posiadałaby się ze szczęścia, 

gdyby mogła spędzić tu noc. - Ze swoim królem - wszedł jej w słowo Greg.  

- Oczywiście,  że  ze  swoim  królem!  W  tych  starych  zamkach  zazwyczaj  hulają 

przeciągi.  Słaba  niewiasta  potrzebuje  męskiego  ciepła.  Poza  tym  nasza  królowa  oszalała 

zupełnie na punkcie króla. Oddałaby wszystko za to, żeby móc z nim, nawet koronę.  

Greg  spojrzał  z  uśmiechem  na  młodą  kobietę  u  swego  boku.  Ogarnęła  go  jakaś 

zupełnie  niespodziewana  fala  czułości.  -  A  teraz  moja  królowa  pójdzie  do  domu,  weźmie 

prysznic  i  przebierze  się.  Dość  już  tego  siedzenia  na  słońcu,  bo  oprócz  piegów  dostaniesz 

porażenia słonecznego. A potem rozpalimy ognisko.  

- Po  obfitym  lunchu  nie  będziemy  chyba  za  bardzo  objadać  się  na  kolację.  Możemy 

sobie upiec kiełbaski i grzanki z boczkiem.  

- Oraz twoją bluzę! 

- Aha, pewnie! A co założę na siebie, gdy będę wracała do domu!? Ty lecisz do Palm 

Springs, a ja muszę jechać na północ.  

Po kąpieli Roberta założyła skąpy kostium w biało - zielone paski, który sobie kupiła 

w  zeszłym  roku  na  Jamajce.  Szkoda,  że  Grega  tam  z  nią  nie  było.  Urlop  we  dwoje  ma 

zupełnie inną jakość niż urlop samotny.  

W kostiumie i sandałach poszła do kuchni, gdzie zaraz też pojawił się Greg w swoich 

spodenkach w kwiatki.  

- Jeśli  mamy  palić  swoje  rzeczy,  to  sprawiedliwie  -  twoje  ukwiecone  spodenki  też 

wrzucimy  do  ognia.  -  Roberta  mrugnęła  szelmowsko  do  Grega  i  wręczyła  mu  torbę  z 

wiktuałami.  

- Idź pierwsza, ja zaraz też przyjdę.  

Roberta  zrobiła  dobrą  minę  do  złej  gry.  Przeczuwała,  co  chce  zrobić.  Odnaleźć  jej 

bluzę i spalić. No, niech tylko spróbuje.  

Rozłożyła  koc  niedaleko  zamku  z  piasku.  Nie  czekając  na  Grega,  zaczęła  rozniecać 

ogień.  

Słońce  tonęło  powoli  w  Oceanie  Spokojnym.  Wieczorna  zorza  zbladła.  W  oddali 

widać  było  światła  portu  w  Santa  Barbara.  Greg  przyszedł,  gdy  ściemniało  się  na  dobre. 

Szkoda, że ten weekend tak szybko minął, pomyślała z żalem.  

Pół  godziny  później  trzymali  nadziane  na  długie  patyki  kiełbaski  i  obracali  je  nad 

ogniem.  Smakowały  tu,  nad  oceanem,  znakomicie,  znacznie  lepiej  niż  w  domu.  Potem 

przyszła kolej na boczek. Greg skrzywił się z niechęcią. - Naprawdę chcesz to zjeść? To takie 

tłuste i niezdrowe! 

background image

- Tłuszcz wytopi się pod wpływem wysokiej temperatury i zostanie pyszne chrupiące 

mięsko. Spróbuj.  

Spróbował i poprosił q następną porcję.  

Po chwili zerwał się z koca. - A teraz pora na gwóźdź wieczornego przedstawienia. - 

Wyciągnął  z  torby  bluzę  Roberty,  machnął  nią  kilka  razy  w  powietrzu  i  wrzucił  z  dzikim 

okrzykiem w ognisko. - Nie znam niestety żadnej czarodziejskiej formułki, która uwolniłaby 

ś

wiat od takich okropieństw.  

Roberta  patrzyła  na  niego  zimno.  -  Ja  nie  wierzę  w  czary,  tylko  w  sprawiedliwość. 

Ś

ciągaj spodenki.  

- Roberto, wiem z pewnego źródła, że to nie jest plaża dla naturystów.  

- To mnie nie interesuje. Spaliłeś moją bluzę, a więc żądam zadośćuczynienia. Trzeba 

odpowiadać za swoje czyny.  

- Ach, do diabła! - Greg zdjął hawajskie spodenki i sam cisnął w ogień.  

- No? Zadowolona jesteś? - burknął. - Teraz tylko trzeba strażników. Zapłaciłbym ani 

chybi mandat.  

- Chcesz jeszcze boczku albo kiełbaskę? 

- Nie! 

- Nic już nie chcesz? 

- Owszem...  -  szybkim  ruchem  schwycił  Robertę  wpół.  Roberta  broniła  się,  ale  tylko 

tak, dla żartów.  

- Musimy  częściej  przebywać  w  pobliżu  ognia,  bo  stajesz  się  wtedy  szczególnie 

namiętny - uśmiechnęła się.  

Greg  zamknął  jej  usta  długim  pocałunkiem.  Słony  zapach  oceanu,  szum  fal.  krzyk 

mew  wirujących  nad  nimi,  to  wszystko  tworzyło  niezapomnianą  scenerię  ich  ostatniego 

wieczoru. Na niebie pojawiły się gwiazdy. Roberta i Greg leżeli na kocu przytuleni do siebie.  

- Jakoś mi się nie chce wyjeżdżać stąd - szepnęła Roberta.  

- Mnie  też  nie  -  zawtórował  jej  Greg.  -  To  był  taki  miły  weekend.  Czułem  się  tu 

naprawdę  szczęśliwy.  Nic  jednak  nie  trwa  wiecznie.  Zimno  ci?  -  spytał  troskliwie  Robertę, 

czując że zadrżała.  

Roberta potrząsnęła głową. Nie, nie było jej zimno. Po prostu bała się kolejnego etapu 

w swej długiej samotności.  

Następnego  ranka  Greg  zadzwonił  po  taksówkę.  Roberta  nie  protestowała.  Na 

szczęście  nie  poprosił  jej  o  odwiezienie  na  lotnisko.  Oszczędziło  jej  to  obowiązku  sztywnej 

konwersacji  w  samochodzie.  Nienawidziła  pożegnań  i  westchnęła  z  ulgą,  widząc  taksówkę 

background image

uwożącą Grega do portu lotniczego.  

Nic  nie  trwa  wiecznie,  tak  powiedział.  Kilka  dni  spędzili  w  raju.  Niektórzy  ludzie 

przez całe życie nie zaznają tyle szczęścia, jakie dane jej było teraz przeżyć.  

Niemniej jednak nie chciała już tu dłużej siedzieć. Postanowiła wysprzątać porządnie 

domek, napisać do Margo z podziękowaniem i jak najszybciej wyjechać.  

Tu wszystko przypominało Grega, a Roberta już za nim tęskniła, udając jednocześnie 

przed  sobą,  że  tak  nie  jest.  Zobaczą  się  przecież  niebawem...  Niedługo  nastąpi  otwarcie 

wystawy w „Sea Strand”... i już łzy płynęły strumieniami po policzkach Roberty.  

Przejęta  własnym  cierpieniem  dopiero  koło  południa  przypomniała  sobie  o  ostatniej 

rozmowie  z  Ann.  Poszła  do  sypialni  zadzwonić  do  dyrektorki  centrum  „Carioca”.  Miała 

nadzieję, że zastanie ją jeszcze przed lunchem.  

- Roberta! A to niespodzianka! - w głosie Jessiki Whitby słychać było wyraźną radość, 

ż

e słyszy Robertę. Znały się już co najmniej od czterech lat. Roberta regularnie organizowała 

wystawy  w  „Carioce”.  Chętnie  zawierano  z  nią  umowy,  uważając  ją  i  jej  artystów  za 

pożądanych i bardzo mile widzianych gości.  

- Witaj,  Jessiko!  Dzwonię  w  sprawie  listopadowej  wystawy.  Wiem,  że  jeszcze  jest 

wcześnie,  ale  zawsze  wolę  być  parę  minut  wcześniej,  niż  się  spóźnić  o  pół  minuty.  Jestem 

właśnie w Santa Barbara. Czy mogłabym wpaść do ciebie w celu odnowienia umowy? Może 

też podpisałabyś stosowny dokument, skoro już jestem tu na miejscu? 

- Ach,  Roberto,  nie  masz  pojęcia,  jak  mi  przykro  -  wybuchnęła  Jessica  po  krótkiej 

pauzie. - Myślałam, że dotarły do ciebie pogłoski o naszej firmie. Centrum zostało sprzedane.  

O,  rany,  pomyślała  Roberta  zaskoczona.  Pozostaje  mi  tylko  mieć  nadzieję,  że  z 

nowymi  szefami  centrum  uda  mi  się  tak  samo  dobrze  ułożyć  współpracę,  jak  ze  starymi.  - 

Czy kupił je ktoś stąd? - spytała głośno.  

- Stąd  to  może  za  dużo  powiedziane,  ale  nowymi  właścicielami  są  Kalifornijczycy, 

którzy  niedawno  zawiązali  spółkę.  Jeden  to  Peter  Hastings  z  Palm  Springs,  a  drugi  Gregory 

Field, do którego należy „Sea Strand”. Poznałaś go już? 

- Tak,  znamy  się.  -  Roberta  maskowała  obojętnym  tonem  wzburzenie.  Ten  jeden 

brakujący element pozwolił dokończyć układankę, jak w puzzlach. Spotkanie w piątek, lot do 

Palm Springs, telefon od Petera do biura Grega... Jedno tylko było niejasne - czemu robił z tej 

sprawy taką wielką tajemnicę? 

- Jak myślisz, Jessico, czy zakłóci to naszą dotychczasową współpracę? 

- Obawiam się, że  chwilowo nie mam nic do powiedzenia. Wszystkie decyzje należą 

do szefów. Mam związane ręce. A w umowie sprzedaży „Carioki” położono specjalny nacisk 

background image

na zakaz organizowania czegokolwiek bez wiedzy nowych właścicieli.  

To  „cokolwiek”  oznaczało  naturalnie  wystawy  sztuki,  Roberta  nie  musiała  nawet 

pytać.  

Pożegnała się pod byle pretekstem z Jessiką i odłożyła słuchawkę.  

Jak  on  mógł!  Jak  mógł  zrobić  jej  coś  takiego?  Roberta  jęknęła  i  ukryła  twarz  w 

dłoniach.  Leżał  z  nią  w  jednym  łóżku,  szeptał  jej  najczulsze  słowa  do  ucha,  pieścił  ją  tak 

słodko, a jednocześnie knuł spisek na jej egzystencję.  

Dokończyła  sprzątania  domku,  ale  już  bez  tej  energii,  z  jaką  do  niego  przystąpiła. 

Spakowała się chowając byle jak rzeczy do walizki. Ogarnięta była tylko jednym pragnieniem 

-  wyjść  stąd  jak  najszybciej,  zostawić  za  sobą  wspomnienia  tego  szalonego  weekendu  z 

Gregiem i nigdy do nich nie wracać.  

background image

Kiedy  Roberta  dojeżdżała  już  do  San  Francisco,  powitała  ją  mgła  ścieląca  się  nad 

zatoką. Taka pogoda doskonale pasowała do jej podłego nastroju. Jechała z Santa Barbara non 

stop z wyjątkiem dwóch krótkich przerw na tankowanie.  

Wzięła walizkę z tylnego siedzenia i poszła z nią do windy. Z wściekłością nacisnęła 

najniższy guzik posyłając windę na sam dół.  

Energicznie  pomaszerowała  do  klapy  wpuszczonej  w  ścianę,  otworzyła  ją  i  z 

rozmachem  cisnęła  walizkę  w  głęboką  czeluść.  Piec  do  utylizacji  śmieci  zajmie  się  jej 

wspomnieniami! 

We wtorek rano pojawiła się w biurze i od razu rzuciła się w wir pracy.  

- Jak się masz, Roberto! - ucieszyła się Ann, wchodząc pół godziny później do pokoju, 

w którym Roberta wertowała papiery. - Nie myślałam, że tak wcześnie wrócisz.  

- Ann, czy nadal chciałabyś zostać moją wspólniczką? - spytała Roberta wprost.  

Ann  Jarvis  nie  było  łatwo  wyprowadzić  z  równowagi,  ale  szefowej  udało  się  to. 

Patrzyła na Robertę szeroko otwartymi oczami. Żeby zyskać na czasie, bardzo długo wieszała 

płaszcz,  pieczołowicie  składała  szal  i  z  namysłem  wkładała  parasol  do  stojaka.  Wreszcie 

odwróciła się do Roberty. - Czy słuch mnie nie myli? 

- Pytałam, czy chciałabyś zostać moją wspólniczką, partnerką w interesach.  

Ann  rzuciła  się  na  krzesło  za  biurkiem.  -  Zawsze  chciałam  pracować  na  własny 

rachunek - Możesz od tej chwili czuć się współwłaścicielką firmy.  

- Zaraz,  zaraz,  nie  tak  szybko.  Najpierw  przejrzymy  księgi,  sprawdzimy  stan  konta, 

porozumiemy się do ceny i omówimy podział obowiązków.  

Po  godzinie  wszystkie  sprawy  zostały  wyjaśnione  i  świeżo  upieczone  wspólniczki 

uścisnęły sobie poważnie dłonie. Ann nie wytrzymała jednak długo w powadze. Musiała dać 

upust radości. Rzuciła się Robercie na szyję i wycałowała ją serdecznie w oba policzki.  

- Marzyłam o tym dniu! - wołała, śmiejąc się i płacząc na przemian.  

- Co  powiesz  na  podwójne  martini  dla  uczczenia  tego  niezwykłego  wydarzenia?  - 

zaproponowała, kiedy już troszkę ochłonęła.  

- Nie, dziękuję i tobie też odradzam. Nie można pić alkoholu od rana, bo potem cały 

dzień  jest  zmarnowany.  Nie  odmówię  natomiast  kawy.  Przy  dzisiejszym  niskim  ciśnieniu 

filiżanka  dobrej  kawy  postawi  nas  na  nogi.  Pomyślmy,  jak  zwiększyć  zyski,  bo  będzie  nas 

teraz dwie do podziału. W jakim stadium znajduje się wystawa w Seattle? 

background image

- Możemy  się  nią  zająć  już  w  dziesięć  dni  po  „Sea  Strand”.  Wszystko  jest 

przygotowane.  

- To  świetnie.  Aha  -  Roberta  postanowiła  mimochodem  powiedzieć  przyjaciółce  o 

„Carioce”.  -  Centrum  handlowe  „Carioca”  zmieniło  właściciela.  Hastings  i  Field,  którzy 

nabyli centrum, nie są, jak przypuszczam, zainteresowani wystawami sztuki.  

- O, cholera, to było jedno z naszych najlepszych miejsc! 

- Użycie  czasu  przeszłego  jest  jak  najbardziej  wskazane  -  powiedziała  Roberta,  a 

ponieważ nie chciała drążyć tego tematu, skierowała rozmowę na inne tory. Omówiły jeszcze 

raz  szczegółowo  plan  wystawy  w  „Sea  Strand”.  Każdy  uczestnik  powinien  pisemnie 

zobowiązać  się  do  nieroszczenia  pretensji  wobec  właściciela  „Sea  Strand”  w  wypadku 

uszkodzenia  dzieł  sztuki  z  powodu  pożaru,  powodzi  i  innych  katastrof  żywiołowych.  Taki 

warunek stawiały wszystkie bez wyjątku centra handlowe.  

Doris Welles złoży swój podpis później, ponieważ jeszcze nie dotarła do Ameryki. Na 

myśl o Doris Roberta chwyciła słuchawkę i zaraz wykręciła jej numer telefonu w Rzymie.  

- Pronto! - odezwał się pogodny głos po drugiej stronie słuchawki.  

- Dzień  dobry,  Doris,  to  ja,  Roberta.  Chciałam  ci  donieść,  że  możesz  wziąć  udział  w 

wystawie w „Sea Strand”.  

- Czy  Greg  naprawdę  się  zgodził?  Niesłychane!  Przypadkiem  jest  u  mnie  słodki, 

przemiły chłopak, który pracuje na lotnisku. Pomoże mi wyekspediować paki z rzeźbami do 

Kalifornii.  

Roberta  uśmiechnęła  się  mimo  woli.  Och,  ta  Doris.  Wszędzie  miała  słodkich, 

przemiłych chłopców, gotowych na każde jej skinienie.  

- Podaj mi numer lotu i dokładną godzinę twojego powrotu do Ameryki. Wyślemy po 

ciebie ciężarówkę.  

- Nie  kłopocz  się  mną,  kochanie.  Tak  się  złożyło,  że  w  pobliżu  lotniska  mieszka 

pewien  artysta,  który  już  od  dawna  chciał  mi  się  w  czymś  przysłużyć.  Skorzystam  z  jego 

pomocy. Przylecę po południu przed otwarciem wystawy. Jacob przywiezie mnie od razu do 

Carmelu.  Muszę  mieć  jeszcze  czas  na  wykonanie  odlewu  Aldo.  Wyobraź  sobie,  że 

zrezygnował  z  jednej  ze  swoich  dwóch  kochanek,  żeby,  jak  mówi,  mieć  więcej  czasu  na 

przesiadywanie w mojej pracowni. Tak mi się zdaje, że wolałby, abym tu została.  

Roberta odłożyła słuchawkę ze śmiechem. - Ach, ta Doris! Jest zupełnie niepoprawna. 

Wcale się nie dziwię, że ten mityczny Aldo chciałby ją zatrzymać w Rzymie na dłużej. Doris 

i w wieku dziewięćdziesięciu lat będzie miała to syrenie usposobienie. Z gipsem we włosach, 

dłutem  w  ręce  będzie  otoczona  adoratorami,  gotowymi  rozwijać  czerwony  chodnik  dla  swej 

background image

królowej.  

- Można  jej  rzeczywiście  pozazdrościć  -  westchnęła  Ann.  -  Mam  wrażenie,  że  ta 

zwariowana blondynka gwiżdże na emancypację i na wszystko, co się z tym wiąże.  

Następne  tygodnie  mijały  Robercie  na  wytężonej  pracy.  Długie  siedzenie  w  biurze 

usiłowała zrównoważyć wysiłkiem fizycznym.  

zauważyła  bowiem,  że,  niestety,  przytyła.  W  piątek,  na  dzień  przed  wystawą  w  „Sea 

Strand”, zasłabła na zajęciach z aerobiku.  

- Przetrenowała  się  pani  -  westchnął  trener.  -  Czy  musi  pani zawsze  być  najlepsza?  - 

Podprowadził ją na ławkę i kazał usiąść.  

- Lepiej? - spytał po chwili.  

- Tak,  dziękuję  -  odparła  Roberta  ocierając  zimny  pot  z  czoła.  -  Posiedzę  tu  jeszcze 

chwileczkę, dobrze? 

- Naturalnie, a może mam kogoś zawiadomić, że źle się pani poczuła? 

- Nie trzeba. Wrócę zaraz do domu i położę się.  

Jedna z koleżanek pojechała z nią na górę. Przyniosła jej szklankę wody i zaczekała, 

aż Roberta ją wypije i położy się.  

- Już  mi  lepiej,  Paulo  -  wykrztusiła  Roberta.  -  Ostatnio  się  odchudzam,  to  pewnie 

dlatego zrobiło mi się słabo.  

Słabo  było  jej  również  przez  cały  weekend.  Dwa  dni  przeleżała  w  łóżku,  męczona 

mdłościami i zawrotami głowy.  

W  poniedziałek  zaczęła  już  coś  podejrzewać,  a  we  wtorek,  kiedy  całe  śniadanie 

wróciło  jej  do  gardła,  była  zupełnie  pewna.  O,  Boże!  Opadła  bezsilnie  na  tapczan  i  ukryła 

twarz w poduszce.  

Długo trwało, zanim się uspokoiła, a kiedy to wreszcie nastąpiło, zadzwoniła do Ann. 

Mruknęła  coś  o  niesłychanym  bólu  głowy.  Przyjaciółka  najpierw  zobowiązała  ją  do  pójścia 

do lekarza. - Powinnam wydobrzeć do otwarcia wystawy.  

- A  może  ja  sama  pojadę  do  Carmelu  -  zaproponowała  Ann.  -  Spotkałam  właśnie 

Paulę, która powiedziała mi o twoim zasłabnięciu.  

Roberta  zupełnie  zapomniała,  że  Paula  grywa  czasem  z  Ann  w  tenisa.  -  Tak...  - 

powiedziała  z  pewnym  wahaniem.  -  To  coś  z  układem  krążenia.  Cały  weekend  podle  się 

czułam.  

W  łazience  policzyła  jeszcze  raz  dokładnie  dni  w  kalendarzyku.  Dotychczas 

miesiączkowała z wielką regularnością, punktualnie, jak w zegarku szwajcarskim.  

- O, Boże! - szepnęła znowu.  

background image

W  książce  telefonicznej  wyszukała  numer  ginekologa,  o  którym  kiedyś  słyszała 

bardzo  pochlebną  opinię.  Rejestratorka  poinformowała  ją,  że  doktor  Huxtubble  ma  jeszcze 

jeden wolny termin o czternastej piętnaście.  

Po  badaniu  Roberta  przeszła  do  zacisznego  gabinetu  lekarza.  -  Na  absolutnie  pewną 

diagnozę jest jeszcze za wcześnie, ale wszystkie symptomy wskazują na ciążę, pani Thatcher.  

- Panno - poprawiła go Roberta - nie jestem mężatką.  

- Rozumiem...  -  powiedział  lekarz  powoli.  -  Nie  jest  to  pewnie  dla  pani  powód  do 

radości.  

- Nie. Chciałabym tylko mieć pewność.  

- Mogę pani zagwarantować, tak na dziewięćdziesiąt dziewięć procent, że ten stan, w 

którym  się  pani  znajduje,  oznacza  ciążę.  Dzięki  nowoczesnej  technice  medycznej  nie  musi 

pani rodzić.  

Roberta drgnęła nerwowo. - Ma pan na myśli aborcję? 

- Tak.  Zabiegi  wykonywane  dzisiaj  przez  doświadczonych  lekarzy  są  nie  tylko 

legalne, ale i bezpieczne.  

- Dla  kogo  bezpieczne?  Dla  dziecka?!  -  Roberta  zerwała  się  z  fotela  i  z  wysoko 

podniesioną głową wyszła z gabinetu.  

Nie pamięta, jak dotarła do domu, tak była wstrząśnięta propozycją lekarza. Ach, jak 

taktownie  mówił  o  zdobyczach  nowoczesnej  medycyny!  To  właśnie  wtedy  Roberta  podjęła 

decyzję.  

- Nigdy nie zabiję dziecka Grega! - zawołała głośno. Nie miała wątpliwości.  

W  kalendarzyku  wyliczyła  sobie  przewidywany  termin  porodu.  Wypadł  na  koniec 

listopada.  W  przybliżeniu,  bo  jak  wiadomo  dzieci  albo  się  spóźniają,  albo  za  wcześnie 

przychodzą na ten świat.  

Roberta  zamierzała  urodzić  dziecko  i  wychować  je.  Adopcja,  podobnie  jak  aborcja, 

nie  wchodziła  w  grę.  To  dziecko  nie  może  trafić  w  obce  ręce.  Roberta  już  zaczynała  je 

kochać.  Poczęte  zostało  przecież  w  chwilach  największego  szczęścia  z  mężczyzną,  którego 

pokochała dojrzałą miłością.  

Uśmiechnęła się na wspomnienie owej nocy  w  górach, kiedy  burza szalała nad nimi. 

Ż

adne z nich nie pomyślało wtedy o antykoncepcji. Greg zajął się tym dopiero później.  

Wiedziała,  że  nie  będzie  zachwycony  jej  ciążą.  Dobrze  pamiętała,  jak  się  skrzywił, 

gdy  usłyszał,  że  Margo  ma  czworo  dzieci.  -  Czy  oni  nigdy  nie  słyszeli  o  pigułce?  -  spytał  z 

niesmakiem. Na pewno wysłałby ją na zabieg.  

No  więc  dobrze,  nie  wtajemniczy  go  w  tę  sprawę.  Roberta  już  zaakceptowała  swój 

background image

nowy stan. To była jedna z jej wielu mocnych stron. Nigdy nie walczyła z faktami. Poza tym 

przyznała z bolesną szczerością, że sama sobie jest winna. Zerknęła z westchnieniem na swój 

płaski brzuch i zastanowiła się, jak się będzie czuła, gdy  nie będzie mogła dojrzeć  czubków 

butów.  

Miała  taki  moment,  że  chciała  zawiadomić  Grega  o  jego  przyszłym  ojcostwie,  ale  w 

końcu zrezygnowała z tego pomysłu. Pobyt w Santa Barbara był dla niego tylko przyjemnym 

spędzeniem  czasu,  miłą  rozrywką,  pewnym  urozmaiceniem  w  jego  poważnym  życiu 

businessmana.  Gdyby  było  inaczej,  zadzwoniłby,  dowiedziałby  się,  jak  zajechała  do  domu, 

zainteresowałby się nią. Tymczasem Greg milczał.  

Miała  wyrzuty  sumienia  wobec  Ann.  Nie  potrafiła  wprawdzie  przewidzieć  swego 

samopoczucia w czasie ciąży i w połogu, ale słyszała i czytała, że może być bardzo złe. Cała 

praca spadnie na Ann.  

Ś

ciągnęła ją chyba telepatycznie, bo Ann w tym momencie zatelefonowała do niej.  

- Przepraszam, jeśli cię obudziłam, ale mam ważną sprawę.  

- Nie spałam i już się lepiej czuję. Co się stało, Ann? 

- Tony Mirado utknął na pustyni Majove.  

Robercie  wymknęło  się  szpetne  przekleństwo,  takie,  jakich  nawet  nie  używał  jej 

ojciec, kapitan okrętu wojennego. - I nie dotrze na wystawę? 

- Właśnie  w  tym  cały  problem.  Nie  może  się  przesiąść  ze  swoimi  pakunkami  do 

autobusu, bo tam nawet nie słyszano o autobusach. Musi poczekać, aż jakiś tubylec zreperuje 

jego wóz campingowy, a potrwa to na pewno kilka ładnych dni.  

- Niewątpliwie  będzie  nam  bardzo  brakowało  w  „Sea  Strand”  jego  niezwykłych 

portretów, ale musimy się z tym pogodzić. Teraz zastanówmy się, kto mógłby go zastąpić.  

Sprawa była o tyle trudna, że wiosną zaczynał się w Kalifornii sezon wystawienniczy. 

Prawie wszyscy twórcy byli już związani umową z innymi wystawcami.  

I nagle Ann znalazła rozwiązanie. - Pamiętasz, Roberto, to swoje nowe odkrycie, które 

cię tak zafascynowało? 

- Mówisz o tym emerycie rzeźbiącym w kości słoniowej? O panu Barrisonie? 

Kilka  tygodni  temu  Roberta  odkryła  starszego  mężczyznę,  którego  rzeźby 

przypominały jej twórczość wielorybników z dziewiętnastego wieku. Był bardzo uzdolniony, 

fakt,  ale  nigdy  jeszcze  nie  wystawiał  nigdzie  swych  prac.  Pod  tym  względem  nie  miał 

ż

adnego doświadczenia. Musiały jednak zaryzykować.  

- Wyślij mu zaproszenie, Ann! - zdecydowała natychmiast.  

- Okay  -  zgodziła  się  Ann.  -  Jeszcze  tylko  chcę  ci  powiedzieć,  że  dzwonił  twój 

background image

przyjaciel.  

Roberta wstrzymała oddech. - Greg? 

- Tak,  właśnie  ten.  Nie  bardzo  wiedziałam,  co  mam  mu  powiedzieć,  więc  tylko 

wspomniałam,  że  trochę  źle  się  poczułaś  i  że  jutro  po  południu  na  pewno  będziesz  w 

Carmelu.  

Roberta jęknęła w duchu. Ach, ta Ann. Czasami potrafiła przedobrzyć. Szkoda, że nie 

podała Gregowi jej prywatnego numeru.  

- Okay, Ann - szepnęła - do zobaczenia jutro.  

Odłożyła  słuchawkę  próbując  zahipnotyzować  aparat,  żeby  zadzwonił.  Wiedziała 

jednak,  że  to  niemożliwe.  W  książce  telefonicznej  nie  było  jej  numeru.  Greg  nie  miał  więc 

ż

adnych szans skontaktowania się z nią.  

Roberta  zobaczyła  Doris  i  Grega  w  tym  samym  momencie,  w  którym  przekroczyła 

progi  „Sea  Strand”.  Stali  przy  fontannie  zdobiącej  wewnętrzny  dziedziniec,  trzymali  się  za 

ręce i całowali. Kiedy spostrzegli Robertę i Ann, oderwali się od siebie i podeszli do nich.  

- Zobaczcie,  kogo  odnalazłam  dzięki  wam  po  latach!  -  Doris  wisiała  na  ramieniu 

Grega i formalnie promieniała. - Będę wam wdzięczna do grobowej deski za zaproszenie na 

tę wystawę.  

- Witaj  w  kraju,  Doris  -  Roberta  zmusiła  się  do  cienia  uśmiechu.  Przedstawiła  Ann 

Grega. Wyglądał na trochę zmęczonego, a to jeszcze dodawało mu uroku.  

Greg uścisnął dłoń nowej wspólniczki Roberty. - Cieszę się, że panią poznałem, pani 

Jarvis  -  powiedział.  -  Czy  mogłaby  pani  oprowadzić  Doris  po  naszym  centrum?  Chciałbym 

omówić z panną Thatcher jeszcze kilka spraw.  

No,  no,  pomyślała  Roberta  z  podziwem.  Można  mu  pozazdrościć  umiejętności 

sterowania  ludźmi.  Greg  trzymał  już  Robertę  za  łokieć  i  prowadził  do  swojego  gabinetu. 

Wpuścił ją do środka, zamknął drzwi i oparł się o nie plecami.  

- Gdzie byłaś? - spytał.  

Roberta nie spodziewała się takiego ataku. Uznała, że to raczej ona powinna mu robić 

wyrzuty z powodu długiego milczenia.  

- Nie rozumiem... O czym ty mówisz? 

- O tym, że przepadłaś bez wieści. Próbowałem złapać cię w domku w Santa Barbara, 

ale  telefon  był  albo  zajęty,  albo  nikt  się  nie  zgłaszał.  Brakowało  mi  ciebie  i  dlatego 

dzwoniłem  z  każdego  miejsca,  w  którym  się  znajdowałem.  Z  Palm  Springs,  z  Paryża,  z 

Carmelu.  

Brakowało mu jej! Dzwonił do niej! 

background image

- Nic  dziwnego,  że  mnie  nie  zastałeś.  Pewnie  byłam  już  w  drodze  do  domu.  Wtedy, 

kiedy telefon był zajęty, rozmawiałam z Jessiką Whitby, dyrektorką od marketingu w centrum 

„Carioca”.  

- Aha, wiem, poznałem ją w piątek na obiedzie.  

- Właśnie. Zgadnij, co mi powiedziała? 

- Nie mam zielonego pojęcia. Aha, może poinformowała cię, że  centrum  ma nowych 

właścicieli.  No  i  co  z  tego?  Masz  do  mnie  pretensję,  że  sam  ci  o  tym  nie  powiedziałem? 

Uznałem, że nie jest to takie ważne. Najważniejsi byliśmy my.  

- Ja też tak myślałam - szepnęła Roberta.  

- Zmieniłaś zdanie? 

- Dni,  które  spędziłam  z  tobą,  były  cudowne,  ale  nie  mogę  zapomnieć  o  własnych 

interesach.  

- Czy mogłabyś wreszcie powiedzieć jasno, o co ci chodzi? - zniecierpliwił się Greg.  

- Trudno  mi  będzie  zarobić  na  życie,  gdy  nowi  właściciele  centrów  handlowych 

zabronią urządzania w nich wystaw. W „Carioce” podziękowano mi za współpracę. Odesłano 

mnie z kwitkiem, ponieważ ty i Hastings nie życzycie sobie zamieszania.  

Roberta  pobladła  ze  zdenerwowania.  Nie  chciała  wybuchnąć,  a  czuła,  że  tylko  krok 

dzieli ją od ataku furii.  

- Gratuluję  nowego  sukcesu  w  postaci  „Carioki”.  A  co  z  centrum  Hastingsa  w  Palm 

Springs? Czy tam też jesteś udziałowcem? Jeśli tak, to nici ze styczniowej wystawy, prawda? 

- Zachowujesz się tak, jakbym ci wyrządził jakąś krzywdę.  

- A nie jest tak? 

- Umowa o kupno „Carioki” została podpisana, zanim cię poznałem - powiedział Greg 

z naciskiem. - Jeśli chcesz, mogę ci pokazać kopię. Poza tym znasz dobrze moją opinię o tych 

cholernych imprezach, do których przywiązujesz tak dużą wagę.  

- Wniosek  z  tego.  że  nie  mamy  ze  sobą  zbyt  wiele  wspólnego.  Mówiąc  to  celowo 

zadała  Gregowi  ból,  co  natychmiast  odbiło  się  w  jego  oczach.  Po  długiej  chwili  milczenia 

zapytał: - Czy naprawdę sztuka znaczy dla ciebie więcej niż ja? 

Roberta spuściła wzrok. Nikt ani nic nie było dla niej ważniejsze od Grega.  

- Odpowiedz mi, Roberto.  

- To  dzięki  sztuce  mogę  zarobić  na  chleb  i  na  rachunki  telefoniczne  -  powiedziała 

zmienionym głosem. - Dlatego tak bardzo wpływa na moje życie.  

- A  propos  rachunków  telefonicznych,  to  dodzwonienie  się  z  Paryża  za  ocean  było 

marzeniem ściętej głowy. Okazało się, że był akurat strajk generalny.  

background image

- A mówiłam, żebyś poleciał w kwietniu. W lutym Paryż jest okropny.  

- Myślisz,  że  kwiecień  wyłączają  ze  strajków?  Przez  ten  cholerny  strajk  musiałem 

poświęcić na rozmowy dziesięć dni zamiast planowanych trzech. Prosto z Francji poleciałem 

do  Palm  Springs  na  dalsze  konferencje.  Widzisz,  ja  też  muszę  zarabiać  na  życie.  Dopiero 

wczoraj dotarłem do domu. Dzwoniłem do twojej firmy, ale powiedziano mi, że jesteś chora, 

i nie udostępniono mi twego domowego numeru.  

- Trochę źle się czułam, to prawda.  

- Nie wyglądasz na chorą - Greg przyjrzał jej się uważnie.  

- To tylko chwilowa niedyspozycja.  

- To dobrze. Dzwoniłem, bo chciałem się dowiedzieć, czy dostałaś listy ode mnie.  

- Listy? 

- Tak,  wysłałem  do  ciebie  dwa  listy  i  kartkę.  Wiesz,  co  na  niej  było?  Ten  idiotyczny 

posąg bez ramion, który stoi w Luwrze.  

A więc pisał, dzwonił, chciał się z nią skontaktować...  

- Dlaczego wybrałeś akurat Wenus z Milo? 

- Chciałem ci w ten sposób przypomnieć dyskusję, jaką odbyliśmy w dzień pikniku.  

I  jeszcze  do  tego  wszystkiego  pamiętał!  Roberta  przechowywała  w  pamięci  każde 

słowo wypowiedziane przez Grega w ciągu tych pięciu dni, które spędzili razem.  

- Nie  odpowiedziałaś  jeszcze  na  moje  pytanie  -  czy  sztuka  jest  dla  ciebie  ważniejsza 

ode mnie? 

Roberta pokręciła głową energicznie. - Nie - powiedziała - ale akurat teraz muszę dbać 

o własne interesy. I nie oglądając się na Grega wyszła pospiesznie z jego gabinetu.  

background image

Pech zdawał się nie opuszczać Roberty.  

Stelaż  Sabriny  zawalił  się  raniąc  jednego  z  pomocników,  jakiś  wóz  campingowy 

złapał  gumę  akurat  na  podjeździe  do  „Sea  Strand”  i  przez  pół  godziny  blokował  drogę, 

Quincy MacNamara nie dotarł na wystawę. Ten ostatni odezwał się dopiero następnego dnia 

rano. Opowiedział jakąś mrożącą krew w żyłach historię o powodzi, z której cudem umknął z 

ż

yciem. Niestety, obrazów nie udało się uratować.  

Inna  uczestniczka  wystawy  pojawiła  się  ze  znacznie  mniejszą  niż  przewidywana 

liczbą eksponatów.  

- Przykro  mi,  Roberto  -  tłumaczyła  się  -  ale  moje  obrazy  sprzedają  się  jak  świeże 

bułeczki. Wiesz, jak się musiałam naharować, żeby nie przyjeżdżać z pustymi rękami? 

Rano ktoś bezmyślnie popchnął sztalugi Claire Amboys, zwalając duży pejzaż. Ramy 

nie  można  już  było  zreperować.  O  wpół  do  dziesiątej  Roberta  przeszła  po  raz  ostatni  teren 

wystawy. Potem już tylko akceptacja Charlene i można otwierać.  

Pan  Barrison,  ten  emeryt  od  kości  słoniowej,  nakrył  swoje  stoisko  przeraźliwie 

kolorową  tkaniną,  na  której  niewiele  było  widać,  a  dodatkowo  jeszcze  w  środku  stoiska 

ustawił  ogromne  pudło,  zakłócające  w  drastyczny  sposób  przemyślną  harmonię  wystawy. 

Oczywiście, był wściekły, gdy Roberta podważyła jego koncepcję.  

Ale na tym nie koniec! 

Frieda Lasky zrobiła się nagle kredowobiała na twarzy. Czoło jej pokryły krople potu. 

Zgięta w pół trzymała się za brzuch.  

- Nie  wytrzymam!  -  jęczała  coraz  głośniej.  Wszyscy  obecni  rzucili  się  na  ratunek. 

Roberta  wezwała  pogotowie.  Podejrzewano  atak  wyrostka  robaczkowego.  Skręcającą  się  z 

bólu  Friedę  wyniesiono  na  noszach  tylnym  wyjściem.  Roberta  tylko  modliła  się  w  duchu, 

ż

eby Greg nie zainteresował się jadącym na sygnale samochodem. Zamiast niego pojawiła się 

Charlene.  

- Czy  to  któregoś  z  twoich  podopiecznych  zabrało  teraz  pogotowie?  -  spytała 

nerwowo.  

- Tak,  Frieda  Lasky  dostała  jakichś  okropnych  boleści.  Zastąpię  ją  w  stoisku  i 

postaram się sprzedać jak najwięcej prac. Pieniądze mogą się teraz Friedzie bardzo przydać. 

Nie jestem pewna, czy była ubezpieczona.  

Cudowne morskie pejzaże chorej malarki ustawiono półkolem na sztalugach niedaleko 

background image

fontanny.  Nietrudno  było  odróżnić  jej  styl  od  stylu  innych  malarzy.  Właśnie  ta  wyrazistość 

stylu świadczyła o talencie malarskim Friedy.  

Ja  też  miałam  swój  styl,  pomyślała  Roberta  ze  smutkiem.  Nagle  zauważyła  w  głębi 

białe  płótno  rozpięte  na  sztalugach  i  paletę  z  farbami  przygotowanymi  do  malowania.  Tuż 

obok na małym stoliczku stał słoik z czystymi pędzlami różnej wielkości.  

Nie  mogła  się  oprzeć  pokusie.  Jak  alkoholik  sięgający  po  wódkę  trzęsącymi  się 

palcami ujęła pędzel prawą dłonią. Białe blizny zaróżowiły się i... pędzel spadł na podłogę.  

Rozczarowanie  Roberty  było  ogromne.  Na  domiar  złego  akurat  w  tym  momencie 

pojawił  się  pan  Barrison  z  kolejnymi  pretensjami.  Roberta  żałowała,  że  zaproponowała  mu 

udział w wystawie.  

- Nudne to siedzenie jak flaki z olejem - zawyrokował. - Mam takie kiepskie miejsce. 

Nikt pewnie niczego ode mnie nie kupi.  

- Na  pewno  nie  znajdzie  pan  klientów  opuszczając  stoisko.  Niech  pan  tam  czym 

prędzej wraca, bo inaczej nie będziemy w przyszłości współpracować.  

O, rany, jaki niemożliwy facet, pomyślała z niechęcią, gdy emeryt oddalił się w swoją 

stronę.  

Tymczasem  interesy  jej  artystów  szły  całkiem  nieźle.  Dopiero  co  odtransportowano 

ciężką rzeźbę Doris Welles, a już po prawej John Currado sprzedawał delikatny pastel.  

Jakaś  elegancko  ubrana  dama  zainteresowała  się  jednym  z  obrazów  Friedy.  Roberta 

wdała  się  w  długą  dyskusję  o  zaletach  tego  dzieła,  jego  przemyślanej  kompozycji,  wiernym 

oddaniu  szczegółów  i  ciekawej  kolorystyce.  Fachowymi  uwagami  i  znajomością  tematu 

zachęciła klientkę do kupna.  

Będzie na sfinansowanie operacji, pomyślała, kasując czek w imieniu Friedy.  

Jakieś  zamieszanie  przy  stoisku  Doris  odwróciło  jej  uwagę  od  Friedy.  Dwaj 

dżentelmeni  kłócili  się  o  jedną  i  tę  samą  rzeźbę.  Doris  wybrnęła  z  tego  kłopotu  z  jej  tylko 

właściwym  wdziękiem.  Tak  oczarowała  obu  panów,  że  nie  tylko  się  pogodzili,  ale  każdy  z 

nich zakupił po jednej drogiej rzeźbie. Przedmiot sporu zostawili kolejnemu nabywcy.  

Ach, ta Doris! Roberta pokręciła głową z uśmiechem.  

Po  południu  ruch  w  „Sea  Strand”  był  większy.  Wystawiający  i  Roberta  mieli  pełne 

ręce roboty. Z ulgą przywitała Ann wracającą ze szpitala od Friedy.  

- Co z nią? - spytała przede wszystkim.  

- Już dobrze, ale przez kilka chwil życie Friedy wisiało na włosku - westchnęła Ann. - 

To  rzeczywiście  była  ślepa  kiszka.  Tylko  dzięki szybkiej  interwencji  chirurgicznej  udało  się 

ją uratować.  

background image

- Dzięki Bogu! - szepnęła Roberta.  

Późnym  popołudniem  Roberta  sprzedała  jeszcze  jeden  obraz  Friedy.  Był  to  mały 

pejzaż szczególnej urody. Przedstawiał żaglówkę kołyszącą się na wzburzonych falach. - Już 

się zakochałam w tym obrazku - zachwycała się klientka. - Będzie wisiał nad moim łóżkiem i 

napiszę do dyrekcji centrum z podziękowaniem za dostarczenie mi tylu przeżyć estetycznych.  

No, nie! Tylko nie to! Greg nigdy nie uwierzy, że ta pani sama wpadła na taki pomysł.  

Wieczorem  zrobiło  się  spokojniej.  Główna  fala  klientów  przypadała  na  popołudnie. 

Pan  Barrison  co  do  jednego  miał  rację  -  było  tu  przeraźliwie  nudno.  Do  chwili  wypadku 

malarstwo  nigdy  nie  było  dla  Roberty  nudne.  Przeciwnie,  uwiecznianie  za  pomocą  pędzla 

swoich  wrażeń  i  obserwacji  uważała  za  fascynujący  i  najciekawszy  z  możliwych  sposobów 

spędzania wolnego czasu.  

Teraz  siedziała  w  kącie  na  krzesełku  i  obserwowała  bardzo  wolno  przesuwające  się 

wskazówki zegara ściennego. Gdyby tak mogła cofnąć czas i mieć znowu sprawną rękę! 

Frieda  miała  zwyczaj  malować  w  czasie  wystaw.  Było  to  szalenie  ciekawe  dla 

zwiedzających,  którzy  na  własne  oczy  mogli  obserwować,  w  jaki  sposób  powstają  dzieła 

sztuki.  

Roberta  machinalnie  podeszła  znowu  do  miejsca,  w  którym  stały  sztalugi.  A  potem, 

powoli  i  ostrożnie,  ponowiła  próbę.  A  jednak  mogła  utrzymać  pędzel  w  dłoni!  Wielki 

francuski  malarz  Renoir  kazał  sobie  przywiązać  pędzel  do  sparaliżowanych  palców.  Może 

więc nie było z nią tak źle? 

Zanurzyła pędzel w farbie i przeciągnęła grubą kreskę wszerz płótna. Mogę malować, 

szepnęła wzruszona. Mogę znowu trzymać pędzel! 

Naniosła  warstwę  błękitnego  nieba.  To  nie  było  trudne.  Nie  trzeba  geniuszu,  żeby 

namalować parę błękitnych obłoczków na błękitnym tle.  

Teraz  będę  miała  czasu  pod  dostatkiem,  pomyślała.  Z  aerobiku  trzeba  będzie 

zrezygnować. Na szczęście w piwnicy trzymała swoje stare sztalugi.  

Roberta wiedziała, co chce namalować. Naszkicowała węglem kontury bryły w dolnej 

części  płótna.  Odeszła  o  krok,  żeby  móc  lepiej  ocenić  efekt.  Nie  była  z  siebie  zadowolona. 

Wyraźnie widziała złą linię pędzla i brak lekkości. Jednak nie przerywała pracy.  

Nie  widziała  nawet,  jak  za  jej  plecami  gromadzą  się  zwiedzający.  Malowanie 

pochłonęło  ją  tak  bardzo,  że  nie  zauważyła  upływu  czasu.  Po  trzech  godzinach  była  już  z 

siebie bardziej zadowolona. Postanowiła zapisać się na kurs odświeżający techniki malarskie.  

Było już po dziewiątej. Właśnie zamykano butiki. Roberta zdziwiła się, że jest już tak 

późno.  Rzuciła  jeszcze  raz  okiem  na  swoje  dzieło  i  powodowana  nagłym  impulsem 

background image

namalowała w lewym dolnym rogu swoją sygnaturę.  

Obraz  musiał  wyschnąć.  Farby  olejne  schły  długo,  czasem  nawet  kilka  dni.  Roberta 

musiała  go  więc  zostawić  na  sztalugach,  ponieważ  zupełnie  nie  nadawał  się  do  transportu. 

Obrazy Friedy zakryła natomiast czarną, nieprzezroczystą folią.  

Paul  i  Wendy  Sandersonowie  zaoferowali  się  odwieźć  ją  do  motelu,  gdzie  mieszkała 

większość uczestników wystawy.  

Roberta zadzwoniła przede wszystkim do szpitala, żeby się dowiedzieć o stan Friedy. 

Z sąsiedniego pokoju wyszła zaspana Ann.  

- Chciałam wrócić po kolacji do „Sea Strand”, ale byłam tak zmęczona, że padłam jak 

długa na łóżko i zasnęłam. Mam nadzieję, że poradziłaś sobie beze mnie.  

- Oczywiście,  Ann.  Miałam  dziś  bardzo  dobry  dzień.  Wyobraź  sobie,  że  znowu 

zaczęłam malować.  

- O,  to  naprawdę  jest  wydarzenie!  -  ucieszyła  się  Ann.  Roberta  opowiedziała,  jak 

udało  jej  się  namalować  cały  obraz.  Nie  powiedziała  tylko,  co  malowała.  Motyw  był  zbyt 

osobisty. Już w łóżku zastanawiała się nad koniecznymi poprawkami.  

Nie mogła doczekać się następnego dnia. Była pierwsza w centrum. Zaraz pobiegła do 

sztalug i... znieruchomiała. Były puste. Rozejrzała się wokół w nadziei, że może obraz gdzieś 

leży,  strącony  przez  czyjąś  nieuwagę.  Niestety,  nie  było  go  nigdzie.  Roberta  usiadła 

zrozpaczona na stołku i rozpłakała się.  

Ktoś  ukradł  jej  obraz!  Bogaci  klienci  „Sea  Strand”,  którzy  mogli  sobie  pozwolić  na 

każdy luksus, połaszczyli się na jej pracę! 

Roberta zerwała się ze stołka, odkryła obrazy Friedy, żeby się zorientować, czy nic nie 

zginęło oprócz jej obrazu. Na szczęście wszystkie sztalugi były zapełnione.  

Wypytała  strażników  z  ochrony,  czy  nie  zauważyli  niczego  podejrzanego.  Żaden  z 

nich nie widział, żeby ktoś wynosił obraz, a nie był on przecież taki mały.  

Roberta  obeszła  wszystkie  stoiska,  żeby  się  upewnić,  czy  nikomu  nic  nie  zginęło. 

Wszystko było w porządku, dopóki nie podeszła do pana Barrisona.  

- Okradziono mnie! - krzyczał już z daleka. - Zginęła moja najlepsza praca! Wytoczę 

wam proces! 

Roberta  nie  cierpiała  Barrisona,  ale  wyglądało  na  to,  że  rzeczywiście  został 

okradziony.  

- Niech się pan uspokoi - próbowała go ułagodzić. - Dobrze pan wie, że nie może pan 

wytoczyć  żadnego  procesu,  ponieważ  podpisał  pan  deklarację  zwalniającą  „Sea  Strand”  od 

wszelkiej odpowiedzialności prawnej.  

background image

- Niczego nie podpisywałem - oburzył się Barrison. - Co pani mi tu wmawia! 

- Pan Barrison utrzymuje, jakoby nie podpisywał żadnej deklaracji.  

- Roberta zwróciła się do Ann, która też przybiegła do stoiska. Odszukaj, proszę, kopię 

jego oświadczenia, Ann.  

- Zapomniałam  o  tym  -  wyszeptała  zaszokowana  Ann.  -  W  całym  tym  zamieszaniu 

zapomniałam,  że  to  Tony  nadesłał  swoje  oświadczenie  i  dlatego  liczba  formularzy  zgadzała 

mi się z liczbą wystawców. - Spojrzała zalękniona na Barrisona i spytała nerwowo: - Co teraz 

zrobimy? 

Roberta nie straciła zimnej krwi. Wyjęła książeczkę czekową. - Ile według pana była 

warta ta praca? Umówimy się tak, że ja wystawię panu czek na nią, a pan w zamian podpisze 

stosowny dokument. Zgadza się pan? 

Pan Barrison był usatysfakcjonowany. Roberta też.  

- Czy on czasem nie zainscenizował tej rzekomej kradzieży? 

- zapytała Ann, gdy się oddaliły od stoiska Barrisona.  

- Nie  przypuszczam  -  odparła  Roberta.  -  Poza  tym  to  już  druga  kradzież  dzisiaj. 

Wyobraź sobie, że mój obraz, z którego byłam tak dumna, także zniknął.  

- Ojej! - zmartwiła się Ann. - Szkoda, że go nie zdążyłam zobaczyć.  

- Jestem  wprawdzie  bardzo  zmartwiona  utratą  tej  pracy,  bo  wiele  dla  mnie  znaczyła, 

ale  z  drugiej  strony  złodziej  mile  połechtał  moją  próżność.  Ukradł  niewykończony  obrazek 

amatorki,  gdy  tuż  obok,  w  zasięgu  ręki,  miał  cudowne  pejzaże  Friedy  i  przepiękne  witraże 

Sandersonów.  

Tego  popołudnia  Roberta  namalowała  kolejny  obraz,  drugi  po  tak  długiej  przerwie. 

Jeszcze  trochę  ćwiczeń  i  znowu  będzie  mogła  tworzyć.  Ten  drugi  obraz  był  zdecydowanie 

lepszy.  

Czyściła  właśnie  pędzle,  gdy  nagle  ujrzała  Grega.  Poprzedniego  dnia  w  ogóle  go  nie 

widziała, dzisiaj mignął jej kilka razy z daleka, a teraz stał przy stoisku  Doris, pogrążony  w 

ożywionej  rozmowie  z  rzeźbiarką.  Doskonale  się  razem  prezentowali.  Doris,  mniejsza  o 

głowę od Grega, pokazywała w uśmiechu perłowe zęby i wyraźnie wdzięczyła się do swego 

rozmówcy.  

Ach, ta Doris! Flirtowała chyba już w piaskownicy. Chłopcy pewnie bili się o to, kto 

ją  odprowadzi  do  domu  po  lekcjach.  Greg  powiedział,  że  była  bardzo  gadatliwą  pięknością. 

Teraz  jej  gadanie  wcale  mu  nie  przeszkadzało,  przeciwnie,  wydawał  się  słuchać  go  z 

zainteresowaniem.  

Spojrzał  właśnie  na  zegarek,  a  Doris  skinęła  głową.  Pewnie  się  umówili  na  wieczór, 

background image

pomyślała  Roberta  z  zazdrością.  Ciekawe,  gdzie  go  spędzą.  W  restauracji,  czy  może  w 

górskiej kryjówce Grega? 

Z  wdzięcznością  skorzystała  z  propozycji  Ann,  która  zaoferowała  się  zastąpić  ją  na 

wystawie.  

- Odwiedzę Friedę. Musi się czuć osamotniona w szpitalu. Jej mąż dopiero w weekend 

przyjedzie tu z Sacramento.  

Blada z wyczerpania Frieda uśmiechnęła się na widok Roberty. Czuła się już znacznie 

lepiej.  

- Mam dla ciebie dobre i złe wiadomości - zaczęła Roberta.  

- Poproszę najpierw dobre, bo złych mam ostatnio pod dostatkiem.  

- Broniłam jak lew twoich prac przed ewentualnymi nabywcami, ale nie udało mi się i 

wyrwali mi dwa obrazy, za które zainkasowałam dwa całkiem pokaźne czeki.  

Frieda uśmiechnęła się z ulgą. Pewnie było tak, jak przypuszczała Roberta - że czekała 

na przypływ gotówki.  

- Och,  jak  się  cieszę!  -  wykrzyknęła  z  radością.  -  Na  niedzielę  zostanie  jeszcze 

czternaście. A zła wiadomość? 

- Skorzystałam  z  twoich  farb  i  twojego  płótna.  Powiodło  mi  się  na  tyle,  że 

postanowiłam wrócić do malarstwa.  

Frieda uścisnęła dłoń Roberty. - To dopiero nowina! Możesz mi stale przynosić takie 

złe  wiadomości.  Pamiętasz,  jak  zaczynaliśmy  razem  z  Tonym?  Znowu  rozstawisz  swoje 

sztalugi obok moich. Och, Roberto, gratuluję ci z całego serca! 

- Ale  wiesz,  Friedo,  ten  obraz  tak  bardzo  się  komuś  spodobał,  że  został  skradziony. 

Wyobrażasz sobie? Niezły początek! 

Tak dobrze im się rozmawiało, że pielęgniarka musiała prawie siłą wypchnąć Robertę 

o wpół do dziewiątej z sali.  

Ann zakrywała właśnie sztalugi, gdy Roberta wróciła do „Sea Streand”. Pomachała do 

niej jakąś kartką, którą wręczyła Robercie, gdy ta do niej podeszła.  

- Co to jest? - zdziwiła się patrząc na czek, który wypisała dziś Barrisonowi.  

- Corpus  delicti  znalazł  się  pod  stołem.  Na  szczęście  w  pobliżu  było  mnóstwo 

ś

wiadków, gdy wyciągnęłam na światło dzienne rzekomo skradzioną rzecz.  

Roberta  z  namaszczeniem  porwała  czek  na  drobne.  kawałeczki.  -  Mam  nadzieję,  że 

dokument z podpisem tego pana spoczywa w bezpiecznym miejscu.  

- Oczywiście, moja droga.  

Przyjaciółki wymieniły porozumiewawcze uśmiechy.  

background image

10 

- O, Boże! 

- To  samo  powiedziałam,  gdy  zorientowałam  się,  jakie  podłoże  mają  moje  poranne 

mdłości. Zostaniesz ciotką, moja kochana.  

- Jesteś pewna, że dasz radę? - Ann pokazała głową toaletę. - A co z wystawami? 

Trzy  dni  temu  impreza  w  „Sea  Strand”  dobiegła  końca.  Okazała  się  ogromnym 

sukcesem mimo pechowego początku. Artyści sprzedali dużo prac, a klienci często wyrażali 

zadowolenie z dodatkowej atrakcji, jaką im zafundowano.  

Tego wieczoru Roberta zaprosiła Ann do siebie na kolację, ponieważ chciała z nią coś 

omówić.  

- Nie  przypuszczam,  żeby  ciężarne  musiały  przez  dziewięć  miesięcy  wymiotować. 

Zazwyczaj  dzieje  się  tak  tylko  na  początku  ciąży.  Ta  przykra  dolegliwość  mija,  kiedy 

organizm przyzwyczai się do nowego stanu i zaakceptuje go. Jeśli zaś chodzi o wystawy, to 

do tej w Las Vegas wszystko zostanie po staremu. Później ograniczę się do prac biurowych, a 

ty przejmiesz wszystkie działania na zewnątrz. „Cariokę” i tak już mamy z głowy. Sprzedam 

to  mieszkanie,  bo  potrzebne  mi  będzie  większe,  i  od  połowy  stycznia  będę  już  znowu 

pracować.  

- Pomogę ci znaleźć jakąś odpowiedzialną opiekunkę do dziecka. Zaimponowałaś mi, 

Roberto. Widzę, że wszystko dokładnie przemyślałaś.  

- Musiałam  uporządkować  swoje  życie  po  wizycie  u  lekarza.  To  był  właśnie  ten 

przełomowy  moment.  Muszę  cię  notabene  przeprosić  za  drobne  oszustwo.  W  zeszłym 

tygodniu nie podałam ci prawdziwej przyczyny mojego złego samopoczucia.  

- Ale Paula dała mi do zrozumienia, że to nie grypa. Domyślała się czegoś.  

- Wcześniej czy później wszyscy się dowiedzą.  

Ann  spojrzała  uważnie  na  przyjaciółkę.  -  Będą  cię  pytać,  kto  jest  szczęśliwym 

tatusiem.  

- A ty wiesz, oczywiście.  

- Oczywiście, że wiem. Wystarczyło mi jedno spojrzenie na was tam, w „Sea Strand”. 

Pochłanialiście się wzrokiem. Słuchaj, czy ty mu powiedziałaś, że zostanie ojcem? 

- Nie i nie zrobię tego. - Roberta powiedziała to tak stanowczo, że Ann uznała dalszą 

dyskusję na bezcelową.  

- Nasza  sytuacja  skomplikowała  się.  Nie  wiedziałaś  o  tym,  gdy  ci  zaproponowałam 

background image

spółkę. Jeśli chcesz się wycofać, nie będę ci miała tego za złe.  

- Nigdy!  Nie  myślisz  chyba,  że  jestem  taką  egoistką,  żeby  cię  zostawiać  w 

podbramkowej  sytuacji.  Pracy  miałyśmy  aż  nadto  jak  dla  dwóch  osób  i  już  dawno 

powinnyśmy przyjąć kogoś do pomocy.  

- Masz już kogoś upatrzonego? 

- Myślałam o Valery Burnham. Niedawno rozwiodła się i poszukuje pracy.  

Następnego dnia Roberta dostała list od Grega. Na kopercie był stempel „Sea Strand”, 

dlatego  sądziła  początkowo,  że  to  jakaś  wiadomość  od  Charlene.  Jednak  zamaszyste  pismo 

wskazywało na męską rękę.  

Należą  Ci  się  przeprosiny  -  pisał  Greg.  -  Handlowcy  i  klienci  byli  zachwyceni 

wystawą. Jutro jadę do Wioch. Po powrocie chciałbym omówić z Tobą coś ważnego.  

List był podpisany wielką literą G.  

A  więc  Greg  przyznawał,  że  wystawa  była  wielkim  sukcesem.  Świetnie!  Tylko 

dlaczego jechał za Doris do Włoch? 

Roberta poświęcała teraz dużo czasu na wprawki malarskie. Chciała poprosić Laurenta 

Kellalanda  o  udzielenie  jej  kilku  lekcji.  Na  Zachodnim  Wybrzeżu  nie  było  lepszego 

nauczyciela  od  niego.  Po  namyśle  zrezygnowała  jednak  z  tego  zamiaru,  przypomniała  sobie 

bowiem, że z okien jego atelier rozciąga się widok na Seventeen - Miles - Drive i na Pacyfik. 

W takim otoczeniu nie mogłaby się skoncentrować. Stale myślałaby o Gregu.  

Przygotowywały  teraz  z  Ann  wystawę  w  Seattle.  Valery  Burnham  okazała  się 

nieocenioną pomocą. Znacznie odciążyła obie przyjaciółki.  

W samolocie do Seattle Roberta powiedziała Ann, że Tony Mirado się ożenił. Napisał 

do niej list, w którym zapowiadał przywiezienie żony na następną wystawę.  

- On sobie ułożył życie - westchnęła Ann. - O tobie nie mogę tego powiedzieć.  

Roberta spuściła oczy. Jej brzuch był nadal płaski, ale wszystkie biustonosze uwierały 

ją. Greg zmienił jej życie, a teraz zmieniało się jej ciało.  

Wystawa  w  Seattle  przebiegała  bez  zakłóceń.  Jedyną  rzeczą,  która  zaniepokoiła 

Robertę  w  tym  czasie,  była  wiadomość  od  Valery,  że  przyszła  do  niej  poczta  z  Francji  i  z 

Włoch. Nie mogła już się doczekać chwili, kiedy otworzy listy od Grega.  

List z Włoch był jednym wielkim rozczarowaniem. Zawierał jedynie jakiś prospekt z 

fotografiami  ukwieconych  arkad.  Wcześniejsze  listy  z  Francji  były  pełne  aluzji  do  urlopu w 

chatce Margo i stanowiły dowód, że w Paryżu Greg naprawdę o niej myślał i za nią tęsknił.  

Gorące łzy spłynęły po policzkach Roberty. Jaka szkoda, że czas nie stanął w miejscu 

wtedy, gdy byli razem w Santa Barbara.  

background image

Przez  kilka  kolejnych  dni  posłaniec  przynosił  Robercie  paczki  z  rzeczami,  które 

zostawiła w górskim domu Grega. Nie zwiał ich wiatr, jak się okazało.  

A  więc  Greg  wrócił  z  Włoch,  uświadomiła  sobie.  Był  już  nawet  w  górach,  a  do  niej 

nie zadzwonił. Dlaczego? 

Roberta  była  coraz  bardziej  zdenerwowana.  Wreszcie  nie  wytrzymała,  usiadła  przy 

telefonie  i  wybrała  numer  „Sea  Strand”.  Przedstawiła  się  sekretarce  i  poczekała  chwilkę  na 

połączenie z Gregiem.  

- Roberta! - powiedział wesoło. - Jak miło cię słyszeć! 

- Ja też się cieszę, że cię słyszę. Jak było we Włoszech? 

- Cudownie, po prostu fantastycznie.  

Tego się właśnie obawiała. - Dostałam nareszcie twoje listy z Francji. Są tak pomięte, 

jakby się znalazły w środku wojny.  

- No cóż, strajk to prawie jak wojna. Dobrze, że wreszcie doszły. Roberta zorientowała 

się, że Greg nie chce ani o milimetr wyjść jej naprzeciw. Był strasznie uparty.  

- Dziękuję za odesłanie odzieży. Przeceniliśmy, zdaje się, siłę wiatru.  

- Zbierałem  twoje  ciuchy  po  całym  zboczu.  Szczęśliwie  nie  zdążyły  dolecieć  do 

oceanu. Tym razem ryby obeszły się smakiem.  

- Mówisz, że znalazłeś wszystkie rzeczy? 

- Tak.  

- Ale... w tych paczkach, które mi przysłałeś, nie było jednego swetra.  

- A tak, zgadza się. Mam go u siebie.  

- A po co ci on? 

- Kazałem go pozłocić i dołączyłem do mojej kolekcji trofeów. Odłożył słuchawkę.  

Roberta nie posiadała się ze złości. Pozłocił! Dołączył do kolekcji trofeów! Cóż to za 

bzdury! 

W  poniedziałek  Roberta  znowu  dostała  list  ze  stemplem  „Sea  Strand”.  Z  koperty 

wyciągnęła umowę prawną między centrum handlowym „Carioca” a „Thatcher and Jarvis Art 

Production”. Na próżno szukała podpisu Grega.  

W nowej umowie znalazły się wszystkie punkty ze starej. Wszystkie oprócz jednego. 

Na osobnej karteczce było napisane, że umowa zostanie podpisana w obecności obu stron i że 

w tym celu panna Thatcher powinna skontaktować się osobiście z panem Fieldem.  

Roberta przeczytała karteczkę trzy razy, zanim dotarła do niej jej treść. Greg dawał im 

do  dyspozycji  „Cariocę”.  Listopadowa  wystawa  mogła  się  odbyć  w  pierwotnie 

zaplanowanym terminie! 

background image

Musi jak najszybciej do niego zadzwonić i umówić się na podpisanie umowy.  

- Dziękuję  bardzo  za  umowę,  Greg  -  powiedziała  służbowym  tonem.  -  Przyznam,  że 

udało ci się mnie zaskoczyć.  

- Hmmm, doszedłem do wniosku, że nie mogę ci uniemożliwić zarabiania na życie.  

- To  miło  z  twojej  strony.  Kiedy  możemy  podpisać  umowę?  Twoja  sekretarka 

zaznaczyła, że ma się to odbyć w obecności obu stron.  

- Tak, w „Sea Strand” mamy takie obyczaje. Patrzę właśnie w kalendarz... Mam kilka 

spraw do załatwienia. Myślę, że dopiero pod koniec tygodnia znajdę jakiś wolny termin. Judy 

zadzwoni jeszcze do ciebie z konkretną datą i godziną.  

- W porządku - zgodziła się Roberta, rozczarowana nieco oschłym traktowaniem przez 

Grega.  

- Aha, Roberto...  

- Tak? - serce jej zabiło żywiej. Tak bardzo chciała usłyszeć coś miłego.  

- Dostaniesz niedługo zaproszenie na mój ślub.  

Roberta musiała przytrzymać się krawędzi biurka, żeby nie upaść.  

- To ty... się... żenisz? - wyjąkała.  

- Mam nadzieję, że wreszcie mi się uda stanąć na ślubnym kobiercu.  

- To trochę nagła decyzja, prawda? 

- Nie,  wcale  nie.  Wiesz,  zakochałem  się  aż  po  same  uszy.  Przez  pewien  czas 

wydawało  mi  się,  że  nie  mam  u  niej  szans,  że  nie  odwzajemnia  mojego  uczucia.  Dopiero 

niedawno mogłem się przekonać, że mnie kocha.  

Roberta  była  wstrząśnięta  tą  zupełnie  niespodziewaną  wiadomością.  Ach,  jak  to 

bolało! Mimo to zdobyła się na uprzejmość.  

- Przyjmij  moje  najserdeczniejsze  gratulacje,  Greg.  Definitywnie  pogrzebała  nadzieję 

na wspólne życie z Gregiem.  

Zostanie sama. Sama będzie wychowywać jego dziecko, a on nigdy się nie dowie, że 

został ojcem.  

- Dziękuję, Roberto.  

- Życzę ci szczęścia na nowej drodze życia - to już zabrzmiało mniej szczerze. W tej 

chwili Roberta życzyła mu wszystkiego, tylko nie szczęścia.  

Rzuciła słuchawkę na widełki i rozpłakała się jak skrzywdzone dziecko.  

background image

11 

Dwa dni później Roberta dostała list od sekretarki Grega zapraszający ją na spotkanie 

z nim w piątek, trzynastego kwietnia, o godzinie trzynastej. Z powodu remontu pomieszczeń 

biurowych „Sea Strand” konferencja odbędzie się w górskiej rezydencji pana Fielda, kilka mil 

na południe do Carmelu. Do listu dołączono wycinek mapy, pokazujący, jak tam dojechać.  

Piątek, trzynastego? Roberta nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Wiedziała jedno 

- musi tam pojechać.  

- Nie  przyjdę  w  piątek  do  biura,  ponieważ  pan  Field  wyznaczył  mi  na  ten  dzień 

spotkanie - poinformowała wspólniczkę.  

- Może wolisz, żebym pojechała zamiast ciebie? Ostatnio tak źle wyglądasz. Lepiej by 

było, żebyś nie narażała się na dodatkowy stres.  

- Obawiam się, że chodzi mu o m o ją głowę, Ann - westchnęła Roberta.  

Przejrzała  się  później  w  lustrze  w  łazience  i  musiała,  niestety,  przyznać  słuszność 

przyjaciółce.  Wyglądała  fatalnie.  Sińce  pod  oczami,  ziemista  cera,  matowe  oczy.  Gdzie  się 

podziała  ta  dziarska  dziewczyna,  która  biegała  z  aerobiku  na  basen  i  z  powrotem? 

Zrozumiałe, że w obecnym stanie musiała zaniechać treningu, ale do jej kiepskiego wyglądu 

przyczyniły się także przeżycia psychiczne. To dlatego wyglądała jak strach na wróble.  

Przed spotkaniem z Gregiem postanowiła się porządnie wyspać. W piątek rano udało 

jej  się  pierwszy  raz  od  wielu  dni  nie  zwrócić  śniadania.  Ubrała  się  elegancko,  zrobiła 

delikatny makijaż i ruszyła w drogę.  

Greg czekał na nią przed domem.  

- Witaj,  Roberto  -  uścisnął  podaną  mu  dłoń.  -  Chyba  zeszczuplałaś  -  zauważył,  nie 

zwalniając uścisku.  

- Przytyłam w czasie urlopu. Pewnie przez ten boczek - uśmiechnęła się. - Musiałam 

zastosować dietę odchudzającą.  

Weszli do środka. Roberta usiadła w fotelu na balkonie i patrząc w bok spytała: - Czy 

mogłabym się dowiedzieć, kto jest twoją wybranką? 

- Mówisz  o  kobiecie,  którą  kocham?  Znasz  ją  bardzo  dobrze.  O,  tak,  dobrze  znała 

Doris Welles.  

- Przejdźmy  do  rzeczy,  Greg,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu.  Przyjechałam  tu 

służbowo.  

- Nie  spiesz  się  tak.  Nie  będziemy  przecież  na  głodno  załatwiać  interesów.  Mam  w 

background image

domu spory zapas jedzenia. Tym razem postarałem się.  

- Nie, dziękuję. Nie mam czasu.  

Nie  zważając  na  jej  protesty,  Greg  wszedł  do  domu,  żeby  za  chwilę  pojawić  się  w 

drzwiach  balkonowych  z  koszem  piknikowym.  Jeszcze  i  to!  Greg  był  chyba  dzisiaj  w 

sadystycznym nastroju.  

- Przestań  mnie  dręczyć,  Greg  -  jęknęła.  -  Mamy  podpisać  umowę,  a  nie  urządzać 

sobie śniadanie na trawie.  

- Mamy tam dużo pysznych rzeczy. Pieczone udka kurczaka, sałatki rozmaite, świeże 

pieczywo, francuskie sery oraz - zawiesił głos - truskawki.  

- Igrasz ze mną jak kot z myszką, Greg! - Roberta zerwała się z fotela z zaciśniętymi 

pięściami.  

Patrzył na nią w niemym zachwycie. Była taka śliczna z tymi błyszczącymi oczami i 

zaróżowionymi z gniewu policzkami.  

Podszedł do niej, wziął ją w ramiona i pocałował.  

Gniew  Roberty  stopniał  w  jednej  chwili.  Liczyła  się  tylko  bliskość  mężczyzny, 

którego kochała, jego silne ramiona i dotyk jego ciepłych warg. Nagle poczuła się bezpieczna 

i spokojna o swoją przyszłość.  

- Kocham cię - szepnął Greg. - I wiem, że ty mnie także kochasz.  

- Tak, oddałam ci serce tam, na skałach. Nie łam mi go.  

- Ależ, kochanie, nigdy nie miałem takiego zamiaru.  

- To dlaczego powiedziałeś, że się żenisz? 

- Bo się żenię. Z tobą, najmilsza... Szczęście Roberty nie miało granic.  

- Widzisz,  nie  miałem  pewności,  że  mnie  kochasz,  ale  gdy  zobaczyłem  twój  obraz 

rozpięty na sztalugach...  

- Widziałeś mój obraz? 

- Tak. Udało mi się wynieść go niepostrzeżenie z centrum.  

- Ach, ty draniu! To był mój pierwszy obraz po bardzo długiej przerwie. Bardzo mi na 

nim zależało.  

- Mnie bardziej.  

Greg wziął Robertę za rękę i pociągnął ją do wnętrza domu. Na honorowym miejscu 

wisiał obraz.  

Majestatyczny  zamek  z  piasku  stał  na  szerokiej  plaży.  Mury,  wieżyczki,  baszty, 

wszystko  się  zgadzało  z  oryginałem,  który  wybudowali  razem  w  Santa  Barbara.  W  fosie 

połyskiwała  woda,  zwodzony  most  był  opuszczony,  bo  właśnie  król  przechodził  do  zamku. 

background image

Na piasku leżała maleńka złocista korona. Królowa zgubiła ją, biegnąc za królem.  

Greg wskazał palcem błyszczącą koronę i rzekł: - Kiedy to zobaczyłem, zrozumiałem, 

ż

e mnie kochasz.  

Roberta  patrzyła  na  obraz  krytycznie.  -  To  kiepski  obraz.  Nieczyste  linie,  brak 

techniki. Nie jestem z siebie zadowolona.  

- Jesteś  dla  siebie  zbyt  surowa.  Twój  obraz  miał  w  sobie  tyle  wyrazu,  że  mną 

wstrząsnął. Czy to nie jest ważniejsze od jakiejś tam techniki? Ale teraz przejdźmy do sprawy 

najważniejszej.  Przez  telefon  wspomniałem,  że  dostaniesz  ode  mnie  zaproszenie  na  ślub. 

Chciałbym ci je wręczyć osobiście.  

Greg odchrząknął nerwowo i zaczął uroczyście: 

- Ja, Gregory Field, proszę cię, Roberto, żebyś została moją żoną. Wyjdź za mnie, idź 

ze mną przez życie. Będę się tobą opiekował, będę cię kochał aż do śmierci.  

- Ja,  Roberta  -  szepnęła  przejęta  szczęściem  dziewczyna  -  przysięgam,  że  będę  cię 

kochać aż do śmierci.  

Nie mogła przyjąć oświadczyn Grega, dopóki nie odkryje swej tajemnicy.  

- Roberto...  Co  się  stało?  Czy  nie  chcesz  za  mnie  wyjść?  -  Greg  przejął  się  nie  na 

ż

arty.  

- Zakręciło mi się w głowie od tych wszystkich emocji.  

- Pewnie  jesteś  głodna.  Nie  mam  wprawdzie  pieczonego  boczku  ani  przypalonych 

grzanek, ale może zadowolisz się tym razem smakołykami z kosza? 

- Z  przyjemnością  -  roześmiała  się  Roberta.  Było  już  z  nią  o  tyle  dobrze,  że  mogła 

ś

miać się pełną piersią.  

- To wytworne ubranie nie pasuje do pikniku - zawyrokował Greg.  

- Czy  tak  będzie  lepiej?  -  spytała,  zdejmując  aksamitny  żakiet.  Pod  nim  miała  drogą 

jedwabną bluzkę.  

- Mam  dla  ciebie  coś  bardziej  odpowiedniego  na  piknik.  Z  szafki  w  niszy  kuchennej 

wyciągnął  srebrne  pudełko.  Roberta  znała  to  opakowanie.  Jeden  z  droższych  butików  w 

Carmelu tak pakował swoje towary.  

Rozwiązała  wstążkę  i  podniosła  wieko.  Na  srebrnym  papierze  leżała  ogromna  bluza. 

Miała ten sam kolor, co bluza Roberty spalona przez Grega na plaży w Santa Barbara. Musiał 

jej bardzo długo szukać.  

- Czy mam się przebrać w tę bluzę po to, żebyś znów mógł się wyśmiewać, że chodzę 

w bezkształtnych ciuchach? 

- Może później.  

background image

Greg przyciągnął Robertę do siebie i zaczął guzik po guziku rozpinać jej bluzkę.  

- Ojej, jaki masz piękny stanik! - wykrzyknął z podziwem. - I jaki duży biust! 

- Teraz - pomyślała Roberta. Teraz albo nigdy. - Greg - zaczęła z wahaniem - muszę ci 

coś wyznać.  

- Twoja kolej na wyznania, Roberto. Strzelaj! 

- Tym  razem  nie  będę  żartować.  Nie  chodzi  o  suwak,  tylko  o  coś  znacznie 

poważniejszego.  

- Wobec tego proponuję usiąść przed kominkiem.  

Wtulona  w  ramiona  ukochanego  Roberta  zaczęła  ostrożnie:  -  Wiem,  że  masz  złe 

doświadczenia, jeśli chodzi o życie rodzinne. Wcześnie straciłeś matkę, ojciec wyrządził wam 

obojgu dużą krzywdę. W tej sytuacji nie zdziwiłabym się, gdybyś nie chciał mieć dzieci. Czy 

nie myślisz jednak, że...  

- Przestań, kochanie - Greg już nie mógł wytrzymać. - Czyżbyś naprawdę bała się, że 

nie pokocham naszego dziecka? 

- Mój Boże! Skąd o tym wiesz? 

- Wystarczył mi jeden rzut oka na twój biust.  

- Nie mogłeś od razu powiedzieć? Czy to się tak rzuca w oczy? 

- Zależy  komu.  Mnie  tak,  i  to  bardzo!  Musiałaś  mnie  przeklinać  za  tę  pierwszą, 

cudowną noc.  

- Wcale nie. Po pierwszym szoku byłam szczęśliwa, że urodzę twoje dziecko.  

- Dla  mnie  to  też  jest  szok.  Muszę  się  szybko  przyzwyczaić  do  myśli,  że  zostanę 

ojcem.  Już  się  przyzwyczajam.  Zamawiam  sobie  codzienną  kąpiel  naszego  maleństwa. 

Przeprowadzisz się do mnie, a firmę też przeniesiesz do Carmelu. W „Sea Strand” zwolnił się 

właśnie jeden lokal.  

- Czynsz będzie pewnie za wysoki...  

- Mam wyjście. Niech seniorka firmy uzgodni cenę osobiście ze mną. Myślę, że obie 

strony  będą  zadowolone.  Skoro  mamy  dziś  dzień  spełniania  marzeń,  to  niech  się  spełni 

jeszcze jedno.  

Greg porwał Robertę na ręce i wybiegł z nią na dwór.  

- Zwariowałeś, Greg? Zimno mi.  

- Zaraz  ci  będzie  cieplej  -  powiedział,  otwierając  nogą  drzwi  przybudówki.  Szybko 

ś

ciągnął z Roberty spódnicę, buty i rajstopy i delikatnie zanurzył ją w ciepłej wodzie.  

- Ach,  jak  cudownie!  -  westchnęła.  Drobne  fale  i  pęcherzyki  powietrza  subtelnie 

masowały jej ciało. Greg dołączył do niej po chwili. Pogładził ją po płaskim brzuchu.  

background image

- Boże, jaki ja jestem szczęśliwy! Za jednym zamachem zyskałem was dwoje.  

Przytulili się do siebie czule, a usta ich połączyły się w długim namiętnym pocałunku.