background image

JAMES BLISH

ŻYCIE WŚRÓD GWIAZD

Przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska

 ROZDZIAŁ PIERWSZY

Werbunek

Chris,  siedząc  na nasypie nieczynnej od wielu lat trakcji kolejowej Erie — Lackawanna — Pen-

sylwania,  obserwował  w milczeniu,  jak Scranton w stanie Pensylwania przygotowuje  się  do od-

lotu. W zadumie ssał zerwane z nasypu białe i czerwone kwiaty koniczyny.

Podobnie jak samo Scranton,  miał  być  świadkiem startu. Od dziecka  — a liczył  sobie  teraz lat 

szesnaście —  wiedział,  że  miasta  opuszczają  Ziemię,  nigdy jednak nie obserwował  żadnego  w 

locie. Niewielu ludzi miało taką okazję; miasta koczownicze odlatywały raz na zawsze.

Interesujący,  ale  niezbyt  radosny  widok.  Scranton  było jedynym  miastem,  jakie  Chris w  życiu 

widział,  jedynym,  którego dotknął  własną  stopą. Nie zanosiło się na to,  żeby miał  kiedykolwiek 

oglądać inne. Scranton stanowiło ucieleśnienie wszystkiego,  co jego ojcu i starszemu bratu uda-

wało się wydrzeć  z  gardła dolinie;  tam zarabiało się pieniądze  i  tam się je wydawało. Dziwnym 

trafem pieniądze zawsze znikały szybciej, niż się pojawiały.

background image

Zachłanność Scranton rosła, w  miarę jak pieniądz tracił  na  wartości. Wzorem innych miast,  mu-

siało podjąć  desperacką  decyzję i  wyruszyć  w  przestrzeń,  by jako  najemny robotnik wędrować 

pośród gwiazd.

Dolina  omdlewała w  bezlitosnych promieniach lipcowego słońca,  dym  z  fabrycznych kominów 

szedł  prosto do góry. Pracowało ich zaledwie  kilka,  a i one miały wkrótce  zostać wygaszone do 

chwili,  kiedy  miasto  znajdzie  planetę,  na  której  będzie  mogło zarobić.  Nic  —  nawet  jeden  pa-

pieros  —  nie  mogło  dymić  w  ograniczonej  ilości  powietrza  statku  międzygwiezdnego,  nawet 

jeśli miał on rozmiary miasta.

W dole,  pod nasypem kolejowym,  gdzie  tłoczyły się kryte papą  baraki,  ubrany w  podkoszulek i 

lewisy  mężczyzna  o  spalonym  słońcem  karku  grzebał  motyką  w  warzywnym  ogródku.  Chris 

zastanawiał  się,  czy  ten człowiek  wie,  co  się  będzie działo  w  dolinie. Wyraźnie  nie  zwracał  na 

nic uwagi; możliwe, że start miasta zupełnie go nie obchodził. Ojciec Chrisa od lat pozostawał  w 

podobnym stanie ponurej rezygnacji.

A jednak zastanawiające, że Chris był jedynym gapiem.

Kolisty  pas  wykarczowanej  ziemi,  wyschniętej  i  rdzawej,  otaczał  miasto,  oddzielając  je  od 

drewnianych  walących  się  ruder,  odrapanych  przedmieść  i  całej  reszty  świata.  Poza  tym  wy-

glądało  tak  samo  jak  zawsze,  nawet  hałdy  żużlu  jak  zwykle  jarzyły  się  żółtopomarańczowym 

blaskiem.  Scranton  zostawiało  na  Ziemi  połowę  zabudowań,  brało  za  to  ze  sobą  hałdy  żużlu. 

Hałdy  były częścią  jego oferty handlowej. Gdzieś na  gwiezdnym  pograniczu może  się  znaleźć 

planeta  oczekująca  na  obróbkę  swoich  rud;  gdzie  indziej  planeta  mająca  zapotrzebowanie  na 

żużel czy którąś z jego pochodnych. Trudno przewidzieć w szczegółach którą, ale niczego nie

należy krótkowzrocznie wykluczać. Człowiek natomiast w  znacznej mierze był  bezużyteczny; w 

ostatecznym rozrachunku żużel miał większą wartość.

Nadzieje  nadziejami,  tymczasem  jedno  było  pewne:  na  Ziemi  nie  ma  złóż  wartych  obróbki. 

Zachłanne drugie  tysiąclecie,  w  podręcznikach określane mianem  „ery marnotrawstwa",  zużyło 

wszystkie zasoby  żelaza z wyjątkiem  sztucznych złóż  w  rodzaju złomowisk samochodów  i  tym 

podobnych  pokładów  zardzewiałego  szmelcu. Scranton nie  miało  też  co liczyć  na  złoża  mars-

jańskie.  Na  Marsie  wylądował  już  wyposażony  w  piece  hutnicze  i  broń  Pittsburgh.  Poza  tym 

Mars był  za  mały,  żeby utrzymać więcej niż jeden ośrodek metalurgiczny. Na Czerwonej  Plane-

cie rud było pod dostatkiem, ale produkcja stali pochłaniała wielkie ilości tlenu.

background image

Scranton miało szansę na pracę poza zasięgiem Układu Słonecznego. Pokłady żelaza na Wenus i 

Merkurym  były  nieopłacalne  dla  ośrodków  metalurgicznych.  Pozostałe  sześć  planet,  z  których 

pięć było gazowymi olbrzymami, a odległy Pluton kulą lodu, nie zawierało wcale rud żelaza.

Mężczyzna w ogródku wyprostował  się, oparł  motykę o ścianę i wszedł  do środka. Z chwilą gdy 

zniknął,  dolina za kręgiem gołej ziemi wydała się całkiem bezludna i nagle Chrisowi przyszło do 

głowy,  że pozory niekoniecznie muszą mylić. Czyżby nadmierne zbliżanie się do zamkniętego w 

polu  wiratorowym  miasta  kryło  w  sobie  jakieś  niebezpieczeństwo?  Może  obaj  z  samotnym 

ogrodnikiem postępowali lekkomyślnie?

Na  razie  wokół  panowała  cisza,  zakłócana  jedynie  odległym  buczeniem  samego  Scranton,  Był 

pewien,  że  z tyłu,  od strony nasypu kolejowego  nic mu  nie  zagraża. Zerwane przed laty szyny 

dawno  wylądowały  w  piecach  hutniczych.  Po dolinie  krążył  legenda  jakoby  w  spokojne  noce 

można było usłyszeć stukot kół  Phoebe Snów. Chris śmiał  się z ludzkiego bajdurzenia,  wiedział 

zresztą  od  ojca,  że  Phoebe  była  pociągiem  dziennym.  Zniknęły  nawet  podkłady,  zużyte  przez 

mieszkańców baraków podczas kolejnych surowych, pensylwańskich zim.

Grzebał  w  pamięci,  starając  się  przywołać  szczątkowe  wiadomości,  jakie  miał  na  temat  zasad 

działania  wiratorów,  ale  nie  mógł  sobie  przypomnieć  nic  poza  tym,  że  były  to  maszyny  i  po-

trafiły  dźwignąć  największe  ciężary.  Choć  edukacja  Chrisa  była  nędzna  i  chaotyczna,  czytał 

namiętnie;  jeśli  pod  ręką  akurat  nie  miał  nic  lepszego,  pochłaniał  nawet  teksty  etykiet  na 

puszkach. Fizyka  lotów  międzygwiezdnych  jest  dziedziną  niedostępną  nawet  dla  studentów  fi-

zyki,  o ile  nie pracują pod kierunkiem  pierwszorzędnego nauczyciela. A najlepszą  nauczycielką, 

z jaką Chris miał  w  życiu do czynienia,  była pracownica biblioteki publicznej w Scranton, ale ta 

zacna kobieta mimo najszczerszych chęci nie potrafiła mu pomóc.

Zdecydował  się  nie ruszać  z  nasypu.  Nie  ruszyłby się zapewne  również wtedy,  gdyby wiedział, 

że  naraża się  na  niebezpieczeństwo;  w  dolinie każda nowość  była  pożądaną odmianą  —  nawet 

przerażający  fakt,  że  Scranton  na  zawsze  miało  zniknąć  i  stać  się  równie  niedostępne,  jak  na 

przykład  Betelgeusa.  Życie  Chrisa  upływało  dotąd  na  łapaniu  do  worków  wiewiórek,  podkra-

daniu jaj sąsiadom równie  ubogim  jak  jego  rodzina,  wynajdywaniu  szmelcu nadającego  się  do 

sprzedania  hucie.  Poza  tym pomagał  Bobowi  opiekować  się  ojcem podczas nawrotów  choroby, 

która, gdyby w Ameryce trzydziestego drugiego wieku istniał ktoś zdolny do

postawienia  odpowiedniej  diagnozy,  zostałaby  rozpoznana  jako  anemia  złośliwa,  kwasiorkor, 

plaga gnębiąca Afrykę od niepamiętnych czasów. Przeganiał  dziewczynki z poletka jagodowego. 

background image

Łowił  maleńkie  pstrągi  i  śledził  ledwie  słyszalny  ryk  rakiet,  którymi  najbogatsi  mknęli  pod 

głuchym na niesprawiedliwość niebem.

Często myślał o tym,  żeby wyjechać, ale nie miał  żadnego fachu i nie słyszał  o takim miejscu na 

świecie,  gdzie  mógłby sprzedać jedyny towar,  jaki  posiadał:  zdolność do ciężkiej  pracy nie  wy-

magającej  żadnych kwalifikacji. Zresztą w osieroconej przez matkę rodzinie panowały lojalność 

i miłość, dzięki którym niejednokrotnie udawało się przeżyć nawet okresy,  kiedy za cały pokarm 

musiały  wystarczyć  zielone  pomidory  i  placki,  a  wigilijne  śniegi  zastawały  starszych  i 

młodszych  skulonych  pod  stertą  łachmanów  pełniących  rolę  ubrania.  Z  czasem  przywiązanie 

Chrisa  do rodziny stało się  równie silne jak oddanie  Boba. Na  całym  wyludnionym  globie  nie 

znał  miejsca,  z  którym  czułby się  bardziej  związany,  ani  miejsca,  które miałoby mu  więcej  do 

zaoferowania, a to słaba pożywka marzeń o odejściu w świat, nawet dla chłopca o tak pogodnym 

i energicznym usposobieniu jak Chris. Jakież sensowne plany na przyszłość mógł  układać syn w 

świecie,  gdzie  ojciec  —  doktor  ekonomii  —  nie  mógł  znaleźć  ani  jednego  studenta  czy  wyk-

orzystać wiedzy o fluktuacjach gospodarczych i  jako tako się urządzić,  w  świecie,  gdzie pogoń 

za  groszowymi  zajęciami,  z roku na rok coraz mniej popłatnymi,  nie zostawiała czasu nawet na 

pielęgnowanie  grobu  żony.  Odpowiedź  była,  niestety,  aż  nadto  oczywista.  Przyszłość  małych 

sióstr  malowała  się  w  barwach  jeszcze  bardziej  ponurych.  wędrowne  miasta  nie  oferowały 

lepszych perspektyw. Chris czytał,  że gwiezdni włóczędzy głodowali pozbawieni  widoku błękit-

nego nieba, karłowatego lasu, czy choćby zagonka ziemi pod rzepę.

Gdyby  było  inaczej,  miasta  powracające  na  Ziemię  nie  stanowiłyby  takiej  rzadkości.  Trudno 

zaprzeczyć,  że  Pittsburgh lądując  na  Marsie  wygrał  los na  loterii.  Cóż  to  był  jednak  za  los — 

siedzieć przez całe życie w  mieście uwięzionym w sercu rdzawoczerwonej pustyni,  pozbawionej 

powietrza,  którym dałoby się  oddychać,  na  pustyni,  gdzie  człowiek zamarzał  na  śmierć  w  parę 

minut  zaledwie  po  zachodzie  malutkiego  Słońca.  Ojciec  twierdził,  że  Pittsburgh  prędzej  czy 

później,  dzieląc  los  wszystkich  miast,  będzie  musiał  opuścić  Układ  Słoneczny.  Nie  z  powodu 

wyczerpania  zasobów  żelaza  i  tlenu,  ale  dlatego,  że  na  Ziemi  nie  znajdzie  dostatecznej  liczby 

odbiorców  stali.  Już  w  tej  chwili  zostało  ich  tak  niewielu,  że  temu  zamrożonemu  miastu  nie 

opłacało  się  wracać  do  dawnego  Złotego  Trójkąta,  z  którego  wyemigrowało  przed  trzydziestu 

laty. Za swoje pieniądze nie mogło już dostać na Ziemi nawet artykułów pierwszej potrzeby. Idea 

koczowniczych miast, jak wszystko, okazała się kolejnym ślepym zaułkiem.

background image

Chris  przysiadł  na  nasypie  i  śledził  odlot  po  prostu  dlatego,  że  coś  się  działo.  Jeżeli  nawet 

zazdrościł  miastu  decyzji  opuszczenia  doliny,  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy.  Przyszedł  po 

prostu popatrzeć.

U stóp zbocza,  po drugiej stronie nasypu,  pojawiła się psia głowa. Dziwnie niedorzeczna pośród 

kielichów tygrysich lilii, sprawiała wrażenie podanej na tacy. Chris uśmiechnął się.

— Cześć, Kelly. Uważaj na pszczoły.

Pies fuknął z niezbyt mądrą miną i podbiegł do

Chrisa. Wydawał  się niezmiernie dumny z siebie,  do czego, jako nędzny tropiciel, który z trudem 

znajdował  drogę do  domu,  miał  pełne  prawo.  Bob,  oficjalny właściciel Kelly'ego,  twierdził,  że 

pies jest krzyżówką  teriera  kerry blue  z owczarkiem  collie  — stąd jego imię.  Chris wprawdzie 

nie  widział  nigdy  na  własne  oczy  czystej  krwi  przedstawiciela  żadnej  z  tych  ras,  miał  jednak 

dziwne  wrażenie,  że  Kelly  wcale  nie  przypomina  żadnego  psa,  którego  oglądał  na  zdjęciu. 

Prawdę  mówiąc,  wyglądał  jak  kudłaty  kundel  i  tak  się  szczęśliwie  składało,  że  jego  wygląd 

wiernie odpowiadał jego naturze.

— Co o tym sądzisz, mój miły? Myślisz, że uda im się to oderwać od ziemi?

Kelly odegrał scenkę pod tytułem: „Pies usiłuje myśleć",  ale po chwili uznał  tę czynność za zbyt 

uciążliwą.  Dwukrotnie  machnął  ogonem,  kłapnął  pyskiem  na  motyla,  po  czym  usiadł,  ciężko 

zipiąc. Nikt  nie miał  najmniejszych wątpliwości,  że  uważa się za  własność  Chrisa; Bob mądrze 

nie  próbował  prostować jego poglądów  na  ten temat. Wyjaśnienie  Kelly'emu równie abstrakcy-

jnej kwestii  było  zadaniem  czasochłonnym  skomplikowanym,  i  tak  czy  owak  beznadziejnym. 

Kelly  zarabiał  na  swoje  utrzymanie  —  łowił  króliki  —  co  w  pewien sposób  rekompensowało 

fakt,  że  od  czasu  do  czasu  upolował  jeża,  tak  wiec  poza  Chrisem  nikogo  w  rodzinie  nie  ob-

chodziło, za czyją własność pies się uważa.

Wokół  rozprażonego  miasta  coś  się  nareszcie  zaczynało  dziać.  Niewielkie  grupki  prawie 

niewidocznych z  powodu odległości  mężczyzn,  świecąc  jaskrawożółtymi  hutniczymi  kaskami, 

patrolowały pas nagiej ziemi. Zapewne egzekwują jakiś przepis — doszedł  do wniosku Chris — 

kto wie, czy nie ostatni ziemski przepis obowiązujący w Scranton, choć Bóg jeden wie,  ile ziem-

skich  zarządzeń  Ojcowie  Miasta  zabierali  ze  sobą.  Ekipa  wyraźnie  poszukiwała  ciekawskich, 

którzy zbliżyli się do strefy na niebezpieczną odległość.

Chris  wyobraził  sobie  patrol  tak  plastycznie,  że  przez  chwilę  niemal  słyszał  głosy  mężczyzn. 

Nagle zrozumiał, że to wcale nie złudzenie. Zerwał  się z miejsca. Błysk żółtych kasków  zdradził 

background image

jedną z patrolujących  grup,  która przeciskając się  miedzy barakami u stóp nasypu,  zmierzała  w 

jego stronę.

Głęboko zakorzeniona,  nabyta  w  kłusowniczym  życiu  ostrożność  kazała mu natychmiast  zanur-

kować w krzaki po drugiej stronie nasypu. Był  tam niewidoczny,  ale też sam nic nie widział,  na-

dal jednak słyszał głosy patrolujących.

— ...kogokolwiek w tych barakach. Moim zdaniem,

to strata czasu.

— Szef  kazał  szukać,  to  szukamy i  tyle. Osobiście  uważam,  że lepiej  by nam poszło  w  Nixon-

ville.

— U tych włóczęgów? Uciekają od roboty  jak od ognia. Po tej  stronie miasta ludzie  przywykli 

szukać pracy. Co nie znaczy, że im się to udaje.

Chris ostrożnie  rozchylił  zarośla  i  wyjrzał. Nadal  nie widział  tych mężczyzn,  ale za to z drugiej 

strony,  po nasypie kolejowym nadciągała kolejna grupa. Szybko zasunął  zarośla. Żałował,  że nie 

wspiął  się wyżej  po stoku. Teraz  było za  późno.  Nowy patrol doszedł  tak blisko,  że Chris  wy-

raźnie słyszał chrzęst kroków. Gdyby się teraz ruszył, wykryliby go z pewnością.

W dolinie  rozległo  się  nagle  ciche  buczenie,  podobne  do bzyczenia  pszczół,  ale  nieskończenie 

bardziej  łagodne  i  niskie  w  brzmieniu. Chris w  życiu nie  słyszał  podobnego dźwięku,  nie  miał 

jednak najmniejszych wątpliwości, co oznacza: włączono wirator Scranton. Czyżby

miał  w ukryciu przegapić start? Przecież miasto nie odleci,  dopóki ostatni patrol  nie znajdzie się 

na pokładzie!

Głosy zbliżały się i Kelly zawarczał  cicho za plecami  Chrisa. Chłopiec chwycił  psa  za sierść na 

karku i potrząsnął  delikatnie. Nie  odważył  się otworzyć ust. Kelly umilkł,  ale nadal czaił  się do 

skoku.

— Ej,  patrzcie,  kogo my tu mamy! Chris zamarł  jak królik,  który wyczuł  lisa.  Zaraz jednak ro-

zległ się inny głos.

— Wynoście się stąd. To moja ziemia. Nic tu nie macie do roboty.

— Doprawdy? Czyżbyś nie słyszał  o obowiązku opuszczenia doliny dziś do dwunastej w połud-

nie? Zawiadomienie wisi na drzwiach do twojego domu. Nie umiesz czytać, Jack, czy co?

—  Nie  będę  się  słuchał  każdego  świstka  papieru.  Mieszkam  tutaj,  rozumiecie?  To  parszywa 

buda, ale moja własna. Ani mi się śni z niej ruszać i tyle. A teraz zjeżdżajcie stąd, dobrze?

background image

— Nie tak znowu dobrze, Jack. Prawo nakazuje cię wysiedlić. Nam twoja buda niepotrzebna, ale 

takie jest prawo.

— Obowiązuje chyba prawo własności?

— Masz tam jakieś kłopoty, Barney? — odezwał się nowy głos jakieś pięć metrów od miejsca,  w 

którym kucał Chris z Kellym.

— Nielegalny lokator. Nie chce się ruszyć, mówi, że jest właścicielem tej ziemi.

— Dowcipniś. Każ mu pokazać akt własności.

— E tam, co sobie będę głowę zawracał. Nie ma czasu. Bierzmy go i chodźmy.

— Nigdzie mnie nie...

Chris  usłyszał  soczyste  plaśnięcie.—  Te  —  wycharczał  jakiś  głos  z  niedowierzaniem.  — 

Widzieliście tego gbura! W porządku, mój panie...

Rozległy się odgłosy kolejnych uderzeń, po nich brzęk tłuczonego szkła albo talerzy — domyślił 

się  Chris  —  zresztą  mogły  to  być  też  meble.  Nagle  Kelly  wydał  z  siebie  wysoki  przeciągły 

skowyt. Chris rozpaczliwie usiłował go przytrzymać,  ale pies wyrwał  się,  wyskoczył  z krzaków i 

pomknął przez nasyp w stronę szamoczących

się mężczyzn.

— Uważaj! Te, skąd się tutaj wziął ten kundel?

—  Wyskoczył  z  tamtych  krzaków.  Ktoś lam  jeszcze  jest.  Widzę  rude  włosy.  Dobra  tam,  rudy, 

wyłaź z krzaków i to biegiem!

Chris  wstał  powoli,  gotów  walczyć  albo  próbować  ucieczki.  Kelly  po  drugiej  stronie  nasypu 

przestał  szczekać jak idiota. Uwagę miał podzieloną między bójkę w baraku a grupkę otaczającą 

Chrisa.

—  Dobra,  rudy,  widzę,  że  z  ciebie  kawał  twardziela.  Domyślam  się,  że  ty  też  nie  słyszałeś o 

nakazie ewakuacji.

—  Nie,  nie  słyszałem  —  odpowiedział  Chris  wojowniczo.  —  Mieszkam  w  Lakebranch. 

Chciałem tylko

popatrzeć...

—  Lakebranch  —  powtórzył  dowódca  patrolu,  spoglądając  pytająco  na  jednego  z  ogorzałych 

towarzyszy.

—  To  taka  pipidówka,  kawał  od  miasta.  Kiedyś  to  było  letnisko.  Teraz  siedzą  tam  sami 

kłusownicy i zbieracze szmelcu.

background image

— Urocza  miejscowość  — stwierdził  drugi,  z uśmiechem zsuwając kask na  tył  głowy.  — Wy-

gląda na to, że nikt po tobie nie będzie płakał, rudy. Pójdziesz z nami.

— Jakie znów „pójdziesz z nami"? — Chris zacisnął pięści. — Muszę być w domu koło piątej.

— Uważaj, chłopak ma niezłe bicepsy.

—  Pękasz?  —  roześmiał  się  pogardliwie  drugi  mężczyzna.  Wyraźnie  przejął  dowodzenie.  — 

Przecież  to  jeszcze  dzieciak. Chodź  już,  rudy,  nie  mam  czasu  na  dyskusje.  Znalazłeś się  tu po 

dwunastej w południe, mamy prawo cię wziąć.

— Powiedziałem przecież, że muszę wracać do domu.

—  Trzeba  było  pomyśleć  o  tym,  zanim  tu  przyszedłeś.  Rusz  się.  I nie  próbuj  z  nami  żadnych 

numerów, bo pożałujesz. Zrozumiano?

W dole trzech mężczyzn wyszło z budy prowadząc mężczyznę, którego Chris widział  wcześniej 

z  nasypu. Wyglądało  na  to,  że  nieźle  oberwali,  ale  teraz  prowadzili  posępnego prostaka  w  że-

laznym uścisku.

— Sami złapaliśmy tego tutaj. Obyło się bez waszej łaski. Ładnieście nam pomogli!

— Złapaliśmy drugiego, Barney. Idziemy, rudy.

Dowódca oddziału werbunkowego ujął  Chrisa za łokieć niezbyt gwałtownym,  ale wystarczająco 

nieoczekiwanym  ruchem,  żeby w  ociężałym  mózgu  Kelly’ego,  który  jak na  psa  był  niebywale 

głupi,  wreszcie  zapadła  decyzja,  co  go  bardziej  interesuje.  Zawarczał  tak,  że  nawet  Chris  się 

przestraszył  — w  życiu nie słyszał  równie przerażającego warczenia. Kelly śmignął  z powrotem 

przez nasyp i doskoczył do nóg wielkiego mężczyzny.

W  ciągu  następnych  trzydziestu  sekund  zamieszania  Chris  z  łatwością  mógł  uciec  —  przez 

chaszcze prowadziły setki ścieżek,  po których patrol nie byłby go w stanie dogonić,  ale nie mógł 

przecież zostawić Kelly'ego. Tymczasem oddział,  posłuszny starym  jak  sama ludzkość  instynk-

tom, bez zastanowienia rzucił się w stronę zwierzęcia, pozostawiając chłopca swojemu losowi.

Chris nigdy nie trenował  walki wręcz, ale w nim również zagrał  instynkt. Mężczyzna,  w  którego 

zębami wczepił  się Kelly,  miał  już pełne ręce roboty,  wobec czego Chris zdzielił  w szczękę jego 

towarzysza.  Facet,  jakkolwiek  zaskoczony,  nie  upadł,  wiec  chłopak  zdzielił  go  drugą  pięścią. 

Cios nie wylądował  dokładnie tam, gdzie chłopiec planował, niemniej mężczyzna zachwiał  się, a 

to już było niemałym sukcesem. Potem Chris zatracił się w wirze walki i dalsze ciosy zadawał na

oślep.

background image

Po  chwili  leżał  na  granitowych  odłamkach  nasypu  kolejowego  obojętny na  los  Scranton,  Kel-

ly'ego,  a  nawet  własny.  Dzwoniło  mu  w  uszach.  Nad  jego  głową  sypały  się  siarczyste  przek-

leństwa.

— ...więcej kłopotu, niż jest tego wart. Przykopać w łeb i w drogę.

—  Nie,  nie,  żadnego  zabijania.  Mamy  wziąć  na  pokład  całych  i  zdrowych.  Któryś  tam  niech 

wytrzaska Hugginsa po gębie, żeby oprzytomniał.

— Co tak nagle zacząłeś cykać?

Dowódca  oddziału  werbunkowego  oddychał  chrapliwie.  Kiedy  Chrisowi  pojaśniało  przed  oc-

zami,  zobaczył,  że  potężny mężczyzna siedzi,  owijając  okrwawioną  nogę w  oddarty  od  koszuli 

kawałek materiału, mimo to odpowiada z całkowitym spokojem.

— Chcesz zabić dzieciaka za  to,  że próbował  ci  oddać? W życiu nie słyszałem równie wszawej 

wymówki,  żeby  zabić  kogoś,  w  dodatku  dziecko.  Będziesz  mi  ładował  taki  kit,  to  cię  sam 

szturchnę.

—  Stul  już  pysk,  dobrze?  —  grubiańskim  tonem  odparował  drugi.  —  Grunt,  żeśmy  załatwili 

tego psa...

— Zamknij się, paplo!

Dwaj mężczyźni z dwóch stron chwycili  Chrisa,  który zerwał  się  na  nogi. Walczył  zażarcie,  ale 

siła ducha stanowiła już jego jedyny oręż.

— Banda pyskaczy! Nic dziwnego, że nie możecie

sobie poradzić z dzieciakiem. Huggins, zakładaj kask. Rudy, nie słuchaj tego pleciugi, całe życie 

by tylko mielił ozorem. Twój pies uciekł i tyle.

Jego nieporadne,  choć  płynące  z  dobroci kłamstwo na  nic się nie  zdało. Chris widział  wyraźnie 

leżące nie opodal zwłoki Kelly'ego. Pies zrobił, co mógł; teraz szansa ucieczki się nie powtórzy.

Serce  chłopca,  który kuśtykając  wlókł  się  z  oddziałem  werbunkowym w  stronę  Scranton,  było 

ciężkie jak kamień.

 ROZDZIAŁ DRUGI

Smuga wrzącego pyłu

Miasto  w  obrębie  pasa  nagiej  ziemi  zdawało  się  nierealnie  falować.  Buczenie  wprawdzie  uci-

chło,  za  to  miasto  spowił  zagadkowy  cień,  chociaż  lipcowe  słońce  nadal  świeciło  oślepiająco. 

Ciekawość  wzięła  górę  nad  smutkiem  i  gniewem;  Chris zaczął  się  zastanawiać,  skąd to  falow-

background image

anie.  W  końcu  uznał,  że  chyba  wie.  Unosząca  się  nad  Scranton  fala  cieplna  spowiła  miasto 

czymś na kształt kopuły. A właściwie nie kopuły, tylko bańki,  której część zanurzała się w ziemi, 

przecinając powierzchnię dokładnie na linii wykarczowanego kręgu.

Nad  miastem  rozpostarło  się  pole  wiratorowe.  Jakkolwiek  niewidzialne,  nie  dopuszczało  już 

ziemskiego powietrza.

Scranton było gotowe do odlotu.

Z winy znalezionych maruderów  patrol był  poważnie spóźniony,  toteż dowódca prowadził  ludzi 

przez wyboiste,  bezludne przedmieście,  nie oszczędzając  poranionej  nogi. Chris z ponurą satys-

fakcją  obserwował,  jak  twarz  wielkiego  mężczyzny  co  krok  wykrzywia  się  z  bólu,  jednak 

dowódca  nie  dopuszczał  do  tego,  żeby  jego kontuzja  czy  obrażenia  innych  członków  oddziału 

opóźniały marsz.

Przejście  przez  osłonę  pola  odbyło  się  niezauważalnie.  Gdzieś  w  połowie  stupięćdziesięcio-

metrowego pasma gołej ziemi dowódca sięgnął do pasa i wydobył  przedmiot, w kształcie owocu 

awokado.  Obracał  nim  tak  długo,  aż  instrument  zaczął  wydawać  jękliwy  sygnał.  Mężczyzna 

posłał  oddział  przodem  gęsiego,  przedłużeniem  linii,  którą  czubkiem  buta  zakreślił  w  suchej, 

rdzawej ziemi. Kiedy obaj  towarzyszący mu strażnicy  zostawili  go w  tyle,  Chris instynktownie 

sprężył  się do skoku. Tych dwóch nie musiał się już obawiać,  a dowódca wyraźnie nie nadążał  za 

resztą. Ale ten nieznaczny ruch nie uszedł uwagi olbrzyma.

— Na  twoim  miejscu  bym  tego  nie  robił,  rudy  —  powiedział  cicho.  —  Gdziekolwiek  byś 

uciekał,  i  tak wylecisz  w powietrze,  jak tylko wyłączą tę zabawkę. Popatrz za  siebie  na  ten pył. 

Ważysz ciut więcej, to i polecisz odpowiednio wyżej. Radzę ci, daj sobie spokój.

Chris  obejrzał  się  na  rzekomą  granicę,  którą  dopiero  co  przekroczył.  Faktycznie,  po  horyzont 

biegła cienka jak włos zakrzywiona linia. Wyschnięta ziemia,  gdzie indziej nieruchoma,  tu prze-

sypywała się nieustannie. Miał wrażenie, że stoi wewnątrz kręgu kipiącego pyłu.

— Właśnie o tym mówię. A teraz popatrz. — Dowódca patrolu schylił  się i podniósł  z ziemi ka-

mień  wielkości  własnej  pięści  —  a  była  to  pięść  niecodziennych  rozmiarów  —  i  cisnął  go  w 

stronę,  z  której  nadeszli.  Gdy  kamień  znalazł  się  nad  granicą  wrzącego  pyłu,  podskoczył  z 

głośnym świstem jak odbita rykoszetem kula. W ułamku sekundy zniknął z pola widzenia.

— Nieźle śmignął,  co? Poleciałbyś jeszcze wyżej. Za  parę minut  to coś uniesie  całe  miasto. Jak 

widzisz, pozory mylą. Miejsce, w którym stoisz, już nie należy do Ziemi.

background image

Chris  posłał  spojrzenie  górom,  po  czym  raz  jeszcze  rzucił  okiem  na  linię  wrzącego  pyłu.  Od-

wrócił się i podjął marsz w stronę Scranton.

Tymczasem mimo wszystko znaleźli się na ulicy, którą Chris przemierzył w życiu mnóstwo razy, 

to  ściskając  w  garści  półdolarówkę  na  ogłoszenie:  „szukam  pracy"  w  niedzielnym  wydaniu 

gazety,  to znów  pchając  przed  sobą  taczkę,  w  której telepało się  parę  zardzewiałych kawałków 

złomu,  czy  wracając  do  domu  z  chudą  paczuszką  końskiej  mielonki  najpodlejszego  gatunku. 

Różnica  polegała tylko  na  tym,  że  tuż  za znajomym  narożnikiem  miasto  urywało się,  ustępując 

miejsca kręgowi gołej ziemi. Na budynki kładł  się zakrzywiony cień,  który zresztą nie był  wcale 

cieniem.

Dowódca patrolu przystanął i obejrzał się za siebie.

— Nie ma szans, żebyśmy zdążyli — zawyrokował  w końcu. — Musimy się kryć. Barney, pilnuj 

naszego kmiotka. Ja wezmę chłopaka. Nie sądzę, żeby miał wyciąć jakiś numer.

Barney zaczął  coś mówić,  ale jego odpowiedź zagłuszyło wycie o mocy pięćdziesięciu decybeli. 

Ściany domów zatrzęsły się potwornym echem. Był  to najstraszliwszy hałas,  jaki Chris słyszał  w 

życiu; zdawało się, że ryk nie ma końca. Dowódca oddziału wepchnął Chrisa do bramy.

— To jest alarm. Schylcie głowy, chłopcy. Stój spokojnie,  rudy. Nic nam raczej nie grozi, ale coś 

się może obsunąć i spaść, więc lepiej osłońcie głowy.

Ryk  ustał,  a  jego  miejsce  zajęło  buczenie,  dla  odmiany  tak  przenikliwe,  że  Chrisa  zaczęły 

swędzieć zęby w  dziąsłach. Cień pogłębił  się,  wrzący pył  w  strefie gołej ziemi zaczął  tryskać do 

góry fontannami w kształcie paproci.

Drzwi  zakołysały  się  i  otwarły  na  oścież.  Chris  w  samą  porę  chwycił  się  framugi.  W chwilę 

później drzwi poleciały w drugą stronę i jeszcze raz wahnęły się

z, powrotem. Stopniowo drżenie stało się coraz słabsze i rzadsze.

Po pierwszym  wstrząsie  panika  Chrisa  zaczęła  stopniowo  przechodzić  w  osłupienie. Trzęsienie 

ziemi było niczym w porównaniu z widokiem, jaki teraz się przed nim roztaczał. Miasto kołysało 

się  gwałtownie  jak  okręt  targany  burzą.  W jednej  sekundzie  ulica  celowała  prosto w  niebo,  w 

następnej przed oczami Chrisa wyrastała ściana nagiej ziemi, nachylając się stromo nad nowymi 

granicami miasta; zaraz potem z powrotem wyłaniało się gładkie niebo...

Potężne  kołysanie  powinno  było  obrócić  miasto  z  łoskotem  w  jedno  wielkie  rumowisko  ka-

mienia  i  stali,  tymczasem  odczuwało  się  jedynie  coraz  słabsze  drgania  gruntu.  W gigantycznej 

zasłonie pyłu, przez którą Chris widział  przesuwający się statecznie krajobraz, miasto wracało do 

background image

pionu. Wstrząsy ustąpiły bez śladu; a nieodparte wrażenie, że  dolina wiruje wokół  miasta,  przy-

prawiało o zawrót głowy.

Teraz  wiem,  skąd  bierze  swoją  nazwę  pole  wiratorow

e

  —  pomyślał  Chris.  —  Ciekawe,  czy 

podczas  lotu  cały  czas  będziemy  wirować  dookoła  własnej  osi?  A  jeśli  tak, to w jaki sposób 

wyznaczymy kierunek lotu?

W tej  samej chwili krawędź doliny zaczęła  się  obniżać. W ułamku sekundy odległy nasyp kole-

jowy  znalazł  się  na  poziomie  ulicy,  zaraz  potem  u  jej  wylotu  wyrosło  zbocze  góry,  mignęły 

wierzchołki drzew... wreszcie zostało jedynie błękitne, ciemniejące gwałtownie niebo.

Potężny dowódca oddziału odetchnął z nagłą ulgą.

—  Dźwignęliśmy  je,  do  pioruna  —  oświadczył.  Sprawiał  wrażenie  lekko  oszołomionego.  — 

Nigdy do końca nie wierzyłem, że to naprawdę możliwe.

— Ja i dotąd  nie  za  bardzo  wierz?  —  oświadczył  mężczyzna  nazywany  Barneyem.  — Trzeba 

ruszać,  korzystając z tego,  że  nic nam nie leci na głowę. Szef i lak gotów pourywać nam  łby za 

spóźnienie.

— Racja,  trzeba ruszać. Miej trochę oleju w głowie,  rudy, i nie rób już żadnych numerów. Chyba 

widzisz, że nie ma dokąd uciekać.

To ostatnie nie ulegało wątpliwości. Niebo u wylotu ulicy, podobnie jak niebo nad głową,  spowi-

jała głęboka czerń;  na oczach Chrisa,  jedna  po drugiej,  zaczęły zapalać się  gwiazdy — najpierw 

tylko garstka najjaśniejszych,  później tysiące innych. Znajdowały się w  tych samych miejscach, 

z  czego  Chris  wywnioskował,  że  miasto  przestało  wirować  wokół  własnej  osi.  To  go  trochę 

uspokoiło. Buczenie też ustało, a może zatonęło w odgłosach miasta.

Światło słoneczne,  o dziwo,  nie utraciło nic ze swej intensywności. Od tej chwili „dzień" i „noc" 

miały  być na  pokładzie  miasta pojęciami  umownymi.  W Scranton  zapanował  nie kończący  się 

dzień.

Oddział  przemaszerował  dwie  przecznice  i  stanął. Wielkolud  wypatrzył  automat  do  wzywania 

taksówek. Sięgnął po słuchawkę. Barney sprzeciwił się ostro.

—  Trzeba  eskadry  taksówek,  żeby  nas  dowieźć  do  ratusza  —  oświadczył  zrzędliwie.  —  Do 

taryfy nie wejdzie tylu, żeby sobie dać radę z jeńcem, jakby mu coś strzeliło do głowy.

—  Mój  chłopak  nie  będzie  wstawiał  żadnych  numerów.  Możecie  sobie  iść  z  waszym  człow-

iekiem na piechotę. Ja nie zrobię kroku więcej na tej nodze.

background image

Barney  zawahał  się,  ale  chybotliwy  chód  wielkoluda  stanowił  niepodważalny  argument. 

Wzruszył  ramionami  i  zniknął  za  rogiem  z  resztą  oddziału.  Dowódca  posłał  Chrisowi  porozu-

miewawczy uśmiech, ale chłopiec odwrócił wzrok.

Taksówka  spłynęła  z  nieba  na  skrzyżowanie  i  z  niepodważalną  precyzją  wykonała  przy 

krawężniku  manewr  lądowania.  W  środku  nie  było  naturalnie  nikogo;  jak  każde  urządzenie, 

którego  obsługa  wymaga  ilorazu  inteligencji  poniżej  stu  pięćdziesięciu,  była  sterowana  kom-

puterowo. Ojciec Chrisa często mawiał,  że zalew lego typu maszyn przyczynił  się do powstania 

sytuacji permanentnego kryzysu; w gospodarce i technologii pojawienie się maszyn obdarzonych 

częściową  inteligencją  wywołało  drugą  rewolucję  przemysłową,  w  wyniku  czego  jedynie 

twórcze bądź administracyjne uzdolnienia stanowiły towar,  za który ktokolwiek skłonny był  pła-

cić. Chris studiował  pojazd z żywym zainteresowaniem. Często widywał  taksówki, nigdy jednak, 

oczywiście,  nie siedział  w  żadnej z nich. Okazało się,  że w  środku nie ma zbyt wiele do ogląda-

nia. Taksówka  była owalną  kapsułą  z  plastiku  i lekkich  metali  pomalowaną w  bia-ło-czerwoną 

szachownicę. Dookoła pojazdu biegł  rząd okien. W środku poza dwoma siedzeniami dla czterech 

osób i  siatką głośnika  nie było niczego — ani pulpitu sterowniczego,  ani żadnych urządzeń,  ani 

nawet  czegoś,  co  wyglądałoby  jak  otwór  do  wrzucania  pieniędzy.  Potężny  dowódca  wskazał 

Chrisowi  przednie  siedzenie,  sam  usadowił  się  na tylnym.  Drzwi  zasunęły się,  jak  zamykająca 

się gęba — od góry i od dołu. Taksówka zaczęła wznosić się łagodnie, po czym zawisła dwa me-

try nad poziomem ulicy.

— Kierunek? — zagadnął pojazd radośnie. Chris aż podskoczył,

— Ratusz.

— Numer legitymacji ubezpieczeniowej?

—  Jeden-pięć-sześć-jeden-jeden-kreska-zero-dziewięć-siedem-pięć-kreska-zero-sześć-dziewięć-

osiem-dwa-jeden-siedem.

— Dziękuję.— Stul pysk.

— Witam pana na pokładzie.

Taksówka  poderwała  się  do  lotu.  Kapitan rozsiadł  się  wygodnie. Z  pobłażliwą  przyjemnością 

obserwował,  jak Chris chłonie przez  okno widok ogromnych  wieżowców. Mężczyzna  rozluźnił 

się wyraźnie, ale nadal pozostawał

czujny.

background image

—  Będę  musiał  palnąć  ci  małe  kazanko,  rudy  —  odezwał  się  po  chwili.  —  Nie  wzywałem 

taksówki z powodu mojej nogi, bo nie takie trasy zaliczałem w gorszym stanie. Jesteś w nastroju, 

żeby mnie wysłuchać?

Chris  zesztywniał.  Chociaż  gubił  się  w  natłoku  nowych  wrażeń,  choć  pochłaniał  go  zew 

nieznanego,  uwaga dowódcy oddziału przypomniała mu natychmiast o Kellym. W jednej chwili 

ogarnął  go  wstyd. Jak  mógł  zapomnieć?  Z wściekłością  uprzytomnił  sobie,  że  został  uprowad-

zony  i  teraz  Bob  sam  będzie  musiał  opiekować  się  ojcem  i  siostrami.  Roboty  było  dosyć  dla 

dwóch. Nie  dość,  że nie miał  już nigdy zobaczyć Annie,  Kate,  Boba i ojca,  to jeszcze pozbawiał 

ich swoich rąk, wsparcia i miłości. Najgorsze, że nigdy nie poznają prawdy.

Dziewczynki  pomyślą  najwyżej,  że  zawieruszył  się  gdzieś  z  Kellym.  Będą  się  gubić  w  do-

mysłach,  pomartwią  się  trochę,  a  potem zapomną.  Natomiast Bob  z  ojcem  mogą  uznać,  że  ich 

porzucił...  najprawdopodobniej pomyślą,  że sam  zaczepił  się  w  Scranton i odleciał,  zostawiając 

ich samym sobie.

Nie zrobił  tego z  własnej woli,  ale ani  ojciec,  ani  Bob,  ani malutkie siostry nigdy się o tym  nie 

dowiedzą. Swoją drogą nigdy by do tego nie doszło,  gdyby nie jego zgubna ciekawość. Żyłby też 

biedny Kelly, który co gorsza — przypomniał sobie Chris — był psem Boba.

Olbrzym w kasku dostrzegł zmartwienie na twarzy chłopca.

—  Posłuchaj,  rudy.—Niecierpliwie  machnął  ręką.  —  Wiem  dobrze,  co  sobie  myślisz.  Moje 

przeprosiny na nic  się  tu nie  zdadzą. Co się stało,  to  się  nie  odstanie.  Lecisz  z  nami  i  będziesz 

dalej  leciał.  Nikt  cię  nie  porwał.  Sam  sobie  jesteś winien,  że  nie  wiedziałeś  o  przymusowym 

werbunku.

— Zabiłeś mojego psa.

—  Nie,  nie  zabiłem.  Wprawdzie  pod  tą  szmatą  mam  jedną  czy  dwie  paskudne  rany,  za  które 

miałem prawo go zabić,  ale  ani tego nie zrobiłem,  ani bym nigdy czegoś takiego nie zrobił. Co 

się jednak stało,  to się nie odstanie. Teraz usiłuję ci pomóc i mam na to jeszcze trzy minuty,  więc 

lepiej się zamknij i posłuchaj, bo może być za późno. Potrzebujesz pomocy, nie rozumiesz?

— A cóż to pana obchodzi? — odburknął Chris z goryczą.

—  Obchodzi,  bo  bystry  z  ciebie  chłopak  i  bitny,  a  ja  takich  lubię.  Ale  to  nie  wystarczy  na 

pokładzie  wędrownego miasta,  wierz  mi na słowo. Znalazłeś się w nowym świecie  i  jeśli okaże 

się,  że  potrafisz  coś,  co  ma  tutaj  jakąkolwiek  wartość,  będę  tylko  mile  zdziwiony.  Scranton  z 

background image

pewnością  nie  zafunduje  ci  wykształcenia.  Masz  dosyć  oleju  w  głowie,  żeby  mnie  posłuchać? 

Jak nie, to szkoda mojego zachodu. Zostawiam ci minutę do namysłu.

W słowach  olbrzyma  kryła  się  gorzka  prawda,  ale  wyglądało  na  to,  że  kapitan  wie,  co  mówi. 

Chyba  kierowały nim  uczciwe pobudki...  inaczej,  po co  by  się  wysilał?  Chrisem targały jednak 

mieszane uczucia. Nie odważył się otworzyć ust, skinął tyko głową w milczeniu.

—  Zuch  chłopak.  No  więc  najpierw  chcę  cię  wziąć  do  szefa.  Nie  do  burmistrza,  bo  ten  się 

specjalnie  nie  liczy,  tylko  do  Franka  Lutza,  menażera  miasta.  Między  innymi  będzie  chciał 

wiedzieć,  co robisz i co umiesz. Zanim  dojdziemy na miejsce,  powinieneś sobie przemyśleć od-

powiedź. Obojętne, co mu powiesz, coś musisz wy-mienić. I lepiej, żeby to było coś,  na czym się 

naprawdę znasz, bo na pewno solidnie cię przepyta.

— Nie znam się na niczym poza polowaniem i robotą w ogrodzie — oświadczył ponuro Chris.

—  Nie,  chodzi  mi  o  wiedze  książkową.  Coś,  co  się  może  przydać  podczas  lotu.  Inaczej  Lutz 

wyśle cię do wygarniania żużlu, a na hałdach długo nie pociągniesz.

Taksówka zwolniła i zaczęła opadać.

—  Nie  próbuj  zmieniać  tematu,  jeżeli  nie  wyrazi  zainteresowania.  Przyzwoity  specjalista, 

zwłaszcza w  twoim wieku,  zna się  tylko na  jednej dziedzinie. Trzymaj się  tego,  co już powiedz-

iałeś, i przekonuj go, że możesz się na coś przydać. Zrozumiałeś?

— Tak, ale...

—  Nie  ma  czasu  na  żadne  „ale'*,  l  jeszcze  jedno:  powinieneś  wiedzieć,  do  kogo  się  zwrócić, 

gdybyś wpakował  się w  jakąś 'kabałę na pokładzie tej  mieściny. Nie  radzę ci chodzić do Franka 

Lutza. Nazywam się Frad Haskins... nie Fred, tylko Frad, F-R-A-D.

Taksówka zakołysała się,  zaszurała podwoziem po kocich łbach. Drzwi się rozsunęły. Chris roz-

myślał  gorączkowo na  tyle  tematów  naraz,  że w  pierwszej  chwili nie  zrozumiał,  co  usiłuje  mu 

dać  do zrozumienia  dowódca,  podając swoje nazwisko. W końcu  do  niego dotarło. Nieskładnie 

usiłował jednocześnie wybąkać podziękowania i się przedstawić.

— Jesteśmy na miejscu, proszę panów — oznajmiła taksówka radośnie.

— Stul pysk. Chodźmy, rudy.

Frank Lutz,  menażer lecącego Scranton,  już  na  pierwszy rzut oka nasunął  Chrisowi myśl o suk-

cesie. Ale to, co kojarzyło się Chrisowi z sukcesem, odbiegało daleko

od wyobrażeń chłopaków z miasta. Niski, pulchny,  przystojny,  gładko ulizany Lutz  nawet za bi-

urkiem wyglądał  trochę niezdarnie. Słuchał  relacji Haskinsa o obydwu pojmanych,  wodząc krót-

background image

kowzrocznym  spojrzeniem  poczciwej  pliszki.  Ledwie  jednak  kapitan  skończył,  menażer  pod-

niósł  oczy i Chris nie miał  najmniejszych wątpliwości, że siedzi przed nim okaz niebezpiecznego 

gatunku... tym bardziej niebezpiecznego, im bardziej łagodne sprawiał wrażenie.

—  Cały  ten  przepis  o  przymusowym  werbunku  to  nawracanie  głowy.  Ale  obawiam  się,  że 

będziemy musieli  utrzymać  naszych  przygodnych  pasażerów,  dopóki  nie  wydostaniemy  się  w 

rejony słabiej naszpikowane gliniarzami.

— Nie ma dla nich leków — zauważył Haskins niejasno.

— To nie jest temat do rozmów w miejscach publicznych — uciął Lutz lodowatym tonem.

Chris pojął w lot,  że mętna uwaga Haskinsa z jakichś powodów przeznaczona była dla jego uszu. 

Z  każdą  chwilą  przekonywał  się,  że  olbrzym  jest  o  wiele  przebieglejszy,  niżby  to  sugerowały 

jego niedźwiedzia postura t prostoduszność.

— Ci dwaj nie wyglądają na takich, co umieją cokolwiek. Tacy nigdy nic nie umieją.

Zwodniczo  łagodne  piwne  oczy,  poczciwe  i  załzawione,  spoczęły  nieoczekiwanie  na  twarzy 

wieśniaka.

— Nazwisko?

— Kto pyta, jeśli można wiedzieć. Nie macie prawa...

— Nie stawiaj mi się tutaj, włóczęgo, bo nie mam na to czasu. Rozumiem,  że nie masz nazwiska. 

A zawód masz?

—  Ja  nie  włóczęga,  ja  pudlarz  —  oburzył  się  wieśniak.  —  Hutnik-pudlarz.—  Na  jedno  wy-

chodzi. Coś jeszcze?

— Robiłem jako pudlarz  dwadzieścia lat. Jestem mistrzem  pudlarskim... mistrzem pudlarskim i 

już. Starszym cechu, rozumiesz? Mam zawód i znam go lepiej niż

kto inny.

— Pracowałeś ostatnio? — spytał zarządca, nie podnosząc głosu.

— Nie. Ale jestem starszym cechu. Mam kartę pracy. Nie włóczęga, rzemieślnik, rozumiesz?

—  Choćbyś  był  arcymistrzem  pudlarstwa,  nie  mógłbym  cię  zatrudnić,  kolego...  nawet  kiedy 

trafimy na  jakieś żelazo,  co  wcale  nie  jest  pewne.  W tym  mieście,  kiedy  byłeś  jeszcze  czelad-

nikiem,  stosowało się technologię  Bessemera.  Nie  wiedziałeś,  twoja strata. Barney,  Huggins,  na 

hałdy z nim.

background image

Wykonanie rozkazu nie obyło się bez kolejnej porcji wrzasków i kuksańców. Lutz spuścił  z pow-

rotem wzrok na dokumenty. Wyglądał  jak nieszkodliwe,  skunksowate  stworzonko,  które  malut-

kimi łapkami obmacuje ostrożnie ptasie jajo, żeby sprawdzić, czy zdobycz nie gryzie.

— Mam  nadzieję,  że ty miałeś więcej  szczęścia,  Frad — odezwał  się,  kiedy hałas ucichł. — Jak 

twoje sprawy stoją? Znasz się na czymś, synu?

— Tak — odpowiedział błyskawicznie Chris. — Na

astronomii.

— Co? W twoim wieku?  — Lutz  przeniósł  wzrok na  Haskinsa. — Czy to znów  któraś z  twoich 

akcji charytatywnych, Frad? Z dnia na dzień masz coraz gorszy gust.

— Pierwsze słyszę, szefie — bronił  się Haskins najzupełniej szczerze. — Myślałem,  że to jeden 

z tych zbieraczy złomu. Nic mi nie mówił.

Menażer zabębnił  leciutko palcami o blat biurka. Chris wstrzymał  oddech. Jego kłamstwo było 

żałosne.

Zdawał  sobie z tego sprawę, ale nie przychodziło mu do głowy nic,  czym miałby szansę zainter-

esować  szefa  koczowniczego  miasta.  Wieczorami,  po  zachodzie  słońca  czytywał  wszystko  po 

trochu. Najlepiej  utkwiły mu  w  pamięci (akty i teorie historyczne,  ale  Haskins uprzedził  go,  że 

powinien wykazać  się  czymś,  co mogłoby być przydatne na pokładzie  Scranton. Historia odpa-

dała.  Odpowiedniejsze  byłyby  skąpe  elementy  ekonomii,  z  którą  zapoznawał  go  ojciec,  zbyt 

nieliczne  niestety  i  nie  powiązane  z  najnowszą  historią,  bo  kiedy  Chris  wkroczył  w  wiek 

młodzieńczej  dociekliwości,  stan  zdrowia  nie  pozwalał  już  doktorowi  na  prowadzenie  aktu-

alnych badań. Nie miał  innego wyjścia,  jak tylko obstawać przy astronomii, której liznął  trochę z 

książek,  w  większości wydanych przed jego urodzeniem,  a trochę nauczył się leżąc po nocach w 

pachnącym  koniczyną  polu  i  licząc  meteory.  Frank  Lutz  po  raz  pierwszy  wydawał  się  lekko 

poruszony.

— Chłopak z Lakebranch podaje się za astronoma! — wycedził  powoli. — No,  no,  tego jeszcze 

nie  było. Frad,  ten dzieciak wcisnął  ci  chyba swoje  hobby.  Zjem twój  kask  z  farbą  i czym tam 

jeszcze, jeżeli w ogóle skończył podstawówkę.

— Słowo daję, szefie, nic nie wiem na ten temat.

— Hmm. Skoro tak, synu, to wymień wszystkie planety, zaczynając od leżącej najbliżej Słońca.

Pytanie było łatwe, niemniej należało się spodziewać, że po nim przyjdą trudniejsze.

— Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton, Prozerpina.

background image

— Wydaje mi się, że coś po drodze zgubiłeś.

— Owszem,  około pięciu tysięcy — odpowiedział  Chris najspokojniej, jak potrafił. — Kazał  mi 

pan wymienić planety,  a nie satelity czy asteroidy.— Zgadza się. Jaki jest wobec tego największy 

satelita? ł największa asteroida?

— Tytan. I Ceres.

— Najbliższa gwiazda stała?

— Słońce.

— Owszem. — Menażer  uśmiechnął  się  niewesoło. — Niestety,  tylko do  czasu. Przestanie  nią 

być lada chwila. Ile miesięcy ma rok świetlny?

— Dwanaście,  jak każdy  inny.  Rok  świetlny  nie jest  miarą  czasu,  tylko miarą  odległości... od-

ległości,  którą  światło  przebywa  w  ciągu  roku.  Nie  ma  nic  wspólnego  z  miesiącami.  Mógłby 

mnie pan równie dobrze pytać, ile cal ma tygodni.

— Cal ma pięćdziesiąt dwa tygodnie... sam dojdziesz do tego w moim wieku. — Lutz ponownie 

zabębnił  palcami  o  biurko.  —  Gdzieś  się  nałykał  tych  wiadomości?  Nie  będziesz  mi  chyba 

wmawiać, że chodziłeś w Lakebranch do szkół?

— Mój  ojciec przez większą część życia  wykładał,  dopóki nie  zamknięto uniwersytetu —  wy-

jaśnił  Chris. — Był  znakomitym naukowcem. Większość tego,  co wiem,  wiem  od niego. Resztę 

sam zaobserwowałem i wyliczyłem z ołówkiem i kartką papieru.

Chris poczuł,  że  stoi  na  pewnym gruncie,  o ile  uda  mu się przemycić jedno kłamstwo:  zastąpić 

ekonomię astronomią. Nie przejął się następnym pytaniem, bo się go spodziewał.

— Jak się nazywasz?

— Crispin deFord — odpowiedział niechętnie.

Słuchający zarżeli z nagłej uciechy. Chris starał się nie zwracać na nich uwagi. Zapłacił za swoje 

komiczne  imię tyloma bójkami z  rówieśnikami  z  sąsiedztwa,  że nauczył  się  znosić je  z  pokorą, 

acz bez zachwytu. Zdziwił się jednak, widząc, że Haskins unosi krzaczaste, wypłowiałe

brwi i przygląda mu się kolejny raz z wyraźnym zainteresowaniem. Chris nie miał  pojęcia, co to 

może znaczyć; zdążył już solidnie nadwerężyć moce spekulacyjne swojego umysłu.

—  Niech  któryś  z  was  to  sprawdzi  —  polecił  menażer.  —  Mamy  przecież  paru  facetów  z 

dawnego  Uniwersytetu  Scranton.  Na  Hoffę,  Boyle  Warner  był  przecież  kiedyś  profesorem, 

prawda? Sprowadźcie go tutaj i skończmy już z tą sprawą.

background image

—  Co  znowu,  szefie,  czyżbyś  wyczerpał  zasób  podchwytliwych  pytań?  —  pozwolił  sobie  na 

szyderstwo Haskins, uśmiechając się od ucha do ucha.

Lutz odpowiedział lodowatym uśmiechem.

— Jakbyś zgadł  —  przyznał  z  zaskakującą  szczerością. — Zobaczymy jednak,  czy chłopakowi 

uda się okpić Warnera.

— Chociaż raz stary łobuz przyda się na coś—mruknął ktoś za plecami Chrisa.

Głos  był  cichy,  ale  dotarł  do  uszu  menażera;  mężczyzna  wysunął  szczękę  i  znienacka  walnął 

groźnie pięścią w blat biurka.

— Przyda się do tego,  żeby was dowieźć na miejsce, radziłbym nie zapominać! Stal swoją drogą, 

a gwiazdy swoją... bez Boyle'a możemy w  życiu nie zobaczyć więcej ani rudy żelaza,  ani sztaby 

stali. Przy nim wszyscy jesteśmy pudlarzami, jak tamten kmiotek. Kto wie,  czy to samo nie od-

nosi się do tego chłopaka.

— Dobra tam, szefie, bez przesady. Co taki może wiedzieć?

— Właśnie usiłuję to ustalić — wycedził  Lutz z zimną furią. — Który z was wie,  co to jest odci-

nek? Zapadła cisza.

— A ty wiesz, rudy?

Chris przełknął  ślinę. Znał  odpowiedź,  ale nie mógł  pojąć,  dlaczego menażer o taką drobnostkę 

podnosi rwetes.

— Tak, proszą pana. Jest to najkrótsza odległość między dwoma punktami.

— Tylko tyle? — spytał ktoś z niedowierzaniem.

— Dokładnie tyle,  ile dzieli nas od śmierci  głodowej — oświadczył  Lutz. — Frad,  zabierz chło-

paka  na  dół  i zobacz,  co o nim  powie  Boyle;  albo nie,  lepiej  go nie wyciągać z obserwatorium. 

Ma teraz  urwanie głowy z nanoszeniem  poprawek kursu. Dorwij  go w  wolnej  chwili. Dowiedz 

się,  czy był  jakiś profesor deFord na Uniwersytecie Scranton,  i każ przepytać solidnie chłopaka. 

Ale  to solidnie. Jeżeli da sobie  radę,  może zostać asystentem Boyle'a.  Jak nie,  to powędruje  na 

hałdy. Dość już tego zawracania głowy.

 ROZDZIAŁ TRZECI

Wymiana

Nawet  miasto,  które,  strząsnąwszy  z  siebie  slumsy,  odleciało  w  kosmos,  ma  swoje  kryjówki. 

Chris  wiedziony  naturalnym  instynktem  tropionego  zwierzęcia  niezwłocznie  wyszukał  sobie 

background image

własną. Nikt dotąd na niego nie polował. Głos wewnętrzny mówił mu jednak,  że to tylko kwestia 

czasu. Astronom miasta,  doktor Boyle Warner,  przyjął  go wprawdzie bardzo miło,  nie omieszkał 

jednak  starannie  zbadać  zakresu  jego  wiadomości;  pytania  ujawniły  aż  nadto  wyraźnie,  że 

wiedza astronomiczna Chrisa,  choć zaskakująca u tak słabo wykształconego  chłopca,  była  zbyt 

skromna,  żeby  cokolwiek  znaczyć  dla  doktora  Warnera  czy  dla  miasta.  Pełen  skrywanych 

wątpliwości, przyjął Chrisa na asystenta i zawiadomił o decyzji menażera miasta.

— Obawiam  się,  że  trudno mi  będzie znaleźć dla  ciebie  coś pożytecznego  do  roboty,  Crispinie 

—  uprzedził  otwarcie  Chrisa.  —  Jeżeli  każę  ci  tylko  zamiatać  obserwatorium,  któryś  z 

zauszników  Franka  Lutza  prędzej  czy później  nas  nakryje. Frank  może  słusznie  uznać,  że  nie 

potrzebuję do tej roboty aż tak rosłego chłopaka jak Ly. Dopóki jesteś ze mną, musi wyglądać na 

to, że cały czas się uczysz.— Będę się uczył — zapewnił Chris. — O to mi właśnie chodzi.

— Doceniam twój  zapał  — pochwalił  doktor Warner ze smutkiem — Rozumiem  cię bardzo do-

brze. Ale  ta  sytuacja  nie  potrwa wiecznie. Ani  ja,  ani  nikt  inny  w  Scranton nie  jest  w  stanie  w 

ciągu  dwóch  lat  uzupełnić  dziesięcioletnich  zaległości  w  twoim  wykształceniu;  nie  mogę  ci 

przekazać wiedzy,  którą  sam  zdobywałem  przez  lat  trzydzieści. Zrobię co  w  mojej  mocy,  czyli 

będę cię krył... ale prędzej czy później nas przyłapią.

Chris wiedział,  że kiedy nadejdzie  ta chwila,  wyląduje na hałdach żużlu  —  stąd zrodził  się po-

mysł  kryjówki. Zastanawiał  się,  czy doktora też ześlą  na  hałdy. Nie wydawało się to zbyt praw-

dopodobne.  Wątły,  brzuchaty astrofizyk  nie  pociągnąłby długo  przy  łopacie,  nie  mówiąc  już  o 

tym,  że  był  jedynym  nawigatorem  miasta.  Chris  napomknął  ostrożnie  Haskinsowi  o  swoich 

wątpliwościach.

— Nie  masz się co łudzić  — oświadczył  Haskins cynicznie.  —  Prawda jest taka,  że  nie mamy 

żadnego nawigatora. Oczekiwać od astronoma, że będzie nawigatorem,  to tak jakbyś spodziewał 

się,  że  kura  usmaży ci jajko. Nasz  doktorek nadaje się najwyżej na asystenta  głównego nawiga-

tora,  o czym  Frank  Lutz  dobrze  wie.  Jak  tylko  trafimy  na  miasto,  które  będzie  miało  prawdzi-

wego nawigatora na wymianę,  Frank może bez mrugnięcia okiem odesłać Warnera na hałdy. Nie 

mówię, że musi, ale może.

Haskins  niewątpliwie  znał  swojego  szefa.  A  Chrisowi  wystarczyło  jedno  spotkanie  z  Lutzem, 

żeby w  zupełności  zgodzić się z  kapitanem.  Oficjalnie  Chris zamieszkał  w  malutkim  jednooso-

bowym  pokoiku  w  akademiku  uniwersyteckim.  Zakwaterowano  go  jako  asystenta  doktora 

Warnera. Trzymał tam jednak tylko pożyczone od

background image

doktora  książki,  przyrządy matematyczne,  wreszcie  mapy i wykresy,  nad którymi rzekomo miał 

pracować;  do tego mniej  więcej  ćwierć  zapasów  prostej  odzieży  i  niewielkiego  przydziału  ży-

wności,  jaki  wydano  mu  z  chwilą,  gdy  uzyskał  oficjalny  status  mieszkańca.  Pozostałe  trzy 

czwarte zadekował  w kryjówce. Nie  zamierzał  dać się przyłapać pod oficjalnym adresem,  kiedy 

szpicle Franka Lutza ruszą w pogoń.

W kryjówce studiował  równie pilnie jak w obserwatorium czy w akademiku. Był  absolutnie zde-

cydowany dołożyć wszelkich starań,  żeby doktor Warner nie  musiał  płacić  za swoją ryzykowną 

dobroć. Frad Haskins,  choć rzadko odwiedzał  chłopca,  bo nie miał  żadnych powodów bywać na 

uniwersytecie, od pierwszego wejrzenia przejrzał taktykę Chrisa.

— Wiedziałem, że nie poddasz się bez walki — powiedział tylko.

Przez  blisko rok Chris był  przekonany,  że robi postępy. Dzięki  ojcu stosunkowo łatwo było mu 

pojąć  zasady  gospodarki  miasta. Rozumiał  je  zapewne  lepiej  niż  którykolwiek z  mieszkańców 

Scranton, a już na pewno lepiej niż Frad Haskins czy doktor Warner. Miasto, od kiedy uniosło się 

w  przestworza,  przerzuciło się na typ gospodarki charakterystyczny dla  ściśle izolowanych pas-

terskich  plemion  koczowniczych;  funkcjonowało  teraz  jako  wspólnota,  w  której  każdy  może 

ożywać  wszystkiego,  czego  potrzebuje  w  związku  ze  swoją  pozycją  zawodową.  Kiedy  na 

przykład Frad Haskins musiał  gdzieś lecieć  taksówką, wsiadając podawał  automatowi numer le-

gitymacji ubezpieczeniowej. Gdyby jednak przy rozliczaniu roku finansowego wyszło na jaw,  że 

jego konto obciąża  więcej  przejazdów,  niż  to wynika  z  obowiązków  służbowych,  otrzymałby 

naganę. A gdyby jemu,  czy komukolwiek,  wpadło do głowy ukrywać  zapasy — obojętne  szam-

pon  czy  bochenki  chleba  —  nie  skończyłoby  się  to  tylko  na  naganie,  gdyż  jedno  i  drugie  na 

pokładzie  miasta  koczowniczego  z  konieczności  występowało  tylko  w  ściśle  określonych  i 

ewidencjonowanych ilościach.  Kary  za  magazynowanie  dóbr  były  surowe  i  wymierzane  bezz-

włocznie.

Miasto wiozło ze sobą walutę,  ale żaden ze zwykłych obywateli nigdy jej nie oglądał,  bo też nie 

potrzebował. Waluty używano wyłącznie w handlu zagranicznym, płacąc za prawo postoju i inne 

zezwolenia oraz towary,  których ograniczony polem wiratorowym mikrokosmos miasta nie mógł 

pomieścić. W tym  samym  celu  pasterze  starożytni  przechowywali  pewną  ilość  złota  i  drogich 

kamieni. Ekwiwalentem złota na pokładzie Scranton był  german,  lecz w  skarbcu miejskim spoc-

zywały nieliczne  sztaby tego metalu. Chociaż w  tej części galaktyki powszechnie bito monety z 

background image

germanu,  miasto z  chwilą  podjęcia decyzji  o odlocie  przerzuciło się na  banknoty papierowe — 

„dolar koczowniczy", którym obracano w handlu z koloniami.

Chociaż  konkretna  sytuacja,  w  której  się  znalazł,  stanowiła  dla  Chrisa  nowość,  ogólnie  orien-

tował  się w zasadach funkcjonowania miasta. Na razie jednak jego pozycja w Scranton była zbyt 

mało znacząca,  żeby mógł  w  jakikolwiek sposób wykorzystać swoją  wiedzę. Pamiętał  nędzę,  w 

jakiej  przyszło  żyć ojcu,  i  nie miał  żadnej  pewności,  czy kiedykolwiek zrobi ze  swoich wiado-

mości użytek,

Mijał  rok,  mijały  ich kolejne  gwiazdy. Haskins mówił,  że  menażer zdecydował  wydostać się  z 

Grupy  Lokalnej  —  umownej  kuli  o  średnicy  pięćdziesięciu  lat  świetlnych,  której  środek 

stanowiło Słońce. Jego systemy planetarne zostały gęsto zasiedlone  podczas wielkiego exodusu 

kolonizacyjnego w latach dwa tysiące trzysta

siedemdziesiąt  pięć —  dwa  tysiące  czterysta  głównie  przez  przedstawicieli  schyłkowej  cywili-

zacji  ziemskiego  Zachodu,  szukających  schronienia  przed  rządami  wszechwładnej  biurokracji. 

Lutz domyślał  się,  a  jego  domysły zostały wkrótce  potwierdzone wezwaniami  kierowanymi do 

Scranton drogą  radiową,  że  starych miast  wędrownych jest zbyt wiele,  żeby mogły dopuścić do 

konkurencji przybysza.

Chris  starał    się  rozpoznawać  mijane  gwiazdy  na podstawie ich widma. Był  to jedyny sposób 

identyfikacji,  gdyż  ich  położenie  błyskawicznie  się  zmieniało.  Również  konstelacje,  chociaż  o 

wiele  wolniej,   znajdowały się  w  coraz  to  innym  miejscu  w  stosunku  do  lecącego  miasta.  Za-

danie  nie  było  łatwe  i  Chris  często  miewał  poważne  wątpliwości,  czy  dobrze  określa  mijane 

obiekty.  Mimo  to  był  przejęty  do  głębi  świadomością,  że  przepływające  obok miasta  świetlne 

punkty  to legendarne  gwiazdy epoki  kolonialnej,  a jeszcze  bardziej  był  przejęty,  kiedy  któreś z 

tych słynnych  słońc  udało  mu się  schwycić  w  obiektyw  niewielkiego teleskopu. Nawet  w  naz-

wach  kołatały  echa  zamierzchłej  przygody:  Alfa  Centaura,  Wolf  359,   RD-4*   4048,   Altair,  

Cygni  61,   Syriusz, Kruger 60,  Procjon, Eridani 40. Tylko nieliczne leżały w pobliżu trajektorii 

lotu Scranton — większość pozostawała rozsiana „w kilwaterze",  w  tym wypadku pod miastem. 

Część  z nich była zresztą widzialna,  a przynajmniej dawała  się sfotografować. Trzeba przyznać, 

że miasto, cokolwiek by Chris o nim sądził, stanowiło znakomite obserwatorium astronomiczne.

Jak to się działo, że widział  gwiazdy,  było dla niego całkowitą zagadką. Uważał, że skoro Scran-

ton  podróżuje  z szybkością  wielokrotnie  przewyższającą prędkość  światła,  gwiazdy  pozostawi-

ane  z  tyłu w  ogóle  nie  powinny  być  widoczne,  a  widmo gwiazd  położonych po bokach  w  kie-

background image

runku  lotu  powinno  zostać  poważnie  zakłócone.  Mimo  to  wygląd  nieba  specjalnie  się  nie 

zmienił.  Zrozumienie  tego  zjawiska  wymagało  posiadania  podstawowej  wiedzy  o  zasadach 

funkcjonowania  wiratorów,  tymczasem  teoretyczne  wyjaśnienia  doktora  Warnera  były  jeszcze 

bardziej mgliste niż zwykle... tak mgliste,  że Chris podejrzewał,  że uczony sam tego zagadnienia 

dobrze nie rozumie,

Chrisowi  brakowało  podstaw  teoretycznych,  ale  gwiazdy  widziane  z  lecącego  Scranton  wy-

glądały mniej więcej tak samo jak z pola na pensylwańskim pustkowiu,  w miejscu gdzie Appala-

chy  zasłaniały  łunę  nad  dawnym,  ziemskim  Scranton.  Wnosił  z  tego,  że  osłona  wiratorowa, 

jakkolwiek niewidzialna,  redukowała jasność gwiazd mniej więcej trzykrotnie,  podobnie jak at-

mosfera  ziemska  w okolicy,  z  której Chris pochodził. Choć  po raz  kolejny nie potrafił  wyjaśnić 

przyczyny,  zauważył,  że  zjawisko to  ma  swoje  zalety.  Część pomniejszych gwiazd  przestawała 

być  widoczna  gołym okiem,  co znacznie ułatwiało obserwację,  bo nie zakłócało jej nadmiarem 

ciał  niebieskich  widzianych  w  przestrzeni  kosmicznej.  Czy  był  to  rzeczywiście  nieuchronny 

efekt pola wiratorowe-go... czy też efekt wywołany specjalnie, żeby ułatwić nawigacje?

— Osobiście zapytam o to Lutza — oświadczył doktor Warner,  kiedy Chris przedstawił  mu swój 

problem.  —  Efekt,  o  którym  mówisz,  szalenie  mi  przeszkadza;  szczerze  mówiąc,  odbiera  całą 

przyjemność z uprawiania  astronomii  w  otwartym  kosmosie. Im prędzej to zrobimy,  tym  lepiej. 

Pójdziesz ze  mną,  Crispinie. Nie bardzo mogę cię zostawić samego  w  obserwatorium,  najlepiej 

będzie, jak Lutz zobaczy nas razem.

Nagle  dotarło do Chrisa,  że wszyscy w  Scranton stale wydają  mu polecenia. Co miał  jednak ro-

bić? Poszedł

7.  doktorem  Warnerem.  Nie  zachwycała  go  perspektywa  ponownego  spotkania  z  menażerem, 

uznał  jednak,  że pod skrzydłami  astronoma będzie najbezpieczniejszy;  szczerze mówiąc  impon-

owała mu niecodzienna odwaga doktora Warnera.

Ale nawet jeśli Boyle Warner zadał Lutzowi pytanie, Chris nie usłyszał odpowiedzi.

Frank Lutz  nie uważał  za słuszne,  żeby petenci wyczekiwali na korytarzach. Jego zdaniem  była 

to  dla  obydwu  stron  strata  czasu,  którym  ani  on  nie  dysponował,  ani  podwładni  nie  powinni 

dysponować w  nadmiarze. Teraz,  kiedy  jego  ewentualni oponenci  nie mieli  dokąd  uciekać,  nie 

ukrywał  też  żadnych  tajemnic  urzędowych.  Od  czasu  do  czasu,  żeby  przypomnieć,  kto  rządzi 

naprawdę  w  tym  mieście,  nie  dopuszczał  do  siebie  burmistrza,  ale  poza  tym  w  godzinach 

urzędowania wszyscy mogli wchodzić i wychodzić bez przeszkód.

background image

Doktor  Warner  zasiadł  z  Chrisem  w  najdalszej  ławie  —  Lutz  urzędował  w  pomieszczeniach 

dawnego  sądu  —  i  czekał  cierpliwie,  aż  przyjdzie  jego  kolej,  żeby  stanąć  u  stóp  pulpitu  me-

nażera. Zapadł  w lekką drzemkę; służbowe sprawy Franka Lutza nie obchodziły go,  zresztą,  jak 

to  w  podeszłym  wieku,  słuch  miał  nie  najlepszy.  Chris  miał  natomiast  młodzieńczy  słuch  i 

młodzieńczą  ciekawość;  od  małego  ćwiczył  zmysły,  tropiąc  w  zaroślach  drobną  zwierzynę. 

Wróciło poczucie  zagrożenia,  jakie  wzbudził  w  nim Lutz przy pierwszym  spotkaniu. To wyos-

trzyło spostrzegawczość chłopaka i pobudziło jego ciekawość.

—  Nie  mamy  warunków,  żeby  kręcić  nosem  —  mówił  menażer.  —  To  ogromna  jednostka, 

największa  napotkanych,  w  dodatku  proponują  nam  uczciwy  interes.  Kiedy  spotkamy  ich 

następnym  razem,  mogą  już  nie  być  tacy  uprzejmi,  zwłaszcza  jeżeli  teraz  ich  zlekceważymy. 

Zamierzam przyjąć tę propozycję.— Czego chcą? — spytał ktoś.

Chris wyciągnął  szyję,  ale nie  znal  pytającego.  Doradcy Lutza pozostawali  zwykle anonimowi, 

chyba że jak Huggins cieszyli się sławą skończonych zbirów.

— Przeanalizowali nasz kurs i namawiają do zmiany. Twierdzą,  że kierujemy się w strony, które 

dawno  spenetrowali.  Zauważcie,  że  jest  to  dla  nas bardzo  istotna  informacja. Mają  w  tamtych 

obszarach rozeznanie,  którego nam brakuje. Zawsze lecimy w  ślepo. Chcą nam zapłacić między 

innymi podaniem nowego kursu, który doprowadzi nas w okolice bardzo niedawno zasiedlonych 

planet rudonośnych, na których powinno się znaleźć dla nas mnóstwo roboty.

— Tak oni twierdzą.

— A ja im  wierzę — obruszył  się Lutz. — Nie  padło jedno zdanie,  którego by nie  przetransmi-

towali w  przestrzeń dirakiem. Każde słowo słyszały gliny,  nie tylko tutaj,  ale wszędzie,  gdzie są 

odbiorniki. Są wielką jednostką. Na pewno nie  odważą się  publicznie zawrzeć nieuczciwej  tran-

sakcji. Mam tylko jeden problem: jakiej żądać zapłaty. — Spuścił  wzrok na blat biurka. Zebrani 

milczeli.  Lutz  podniósł  wzrok  z  chłodnym  uśmiechem.  —  Miałem  kilka  pomysłów,  ale 

najbardziej chyba  odpowiadałoby mi,  żeby uzupełnili  nasze zapasy. Nie  mamy dosyć żywności, 

by  dotrzeć  do wskazanego przez  nich gwiazdozbioru...  Liczyłem  na  to,  że  zanim  polecimy  tak 

daleko,  wylądujemy  na  jakiejś bliższej planecie. Oni o  tym nie  wiedzą,  a ja  nie  zamierzam  ich 

informować.

— Zorientują się, kiedy ich poprosisz o żywność, Frank...

background image

— Nie jestem aż takim idiotą. Chyba zdajesz sobie sprawę, że żadne miasto wędrowne za ż a d n 

ą cenę nie sprzeda ci nigdy grama żywności. Z równym powodzeniem mógłbyś próbować odku-

pić tlen albo pieniądze.

Mam zamiar poprosić o parę byle jakich urządzeń technicznych i dwóch czy trzech techników do 

obsługi;  w  podzięce  za  rzekomo  bezcennych  fachowców  przekażę  im  spory  oddział  ludzi,  z 

których nie  mamy  żadnego pożytku. Nie będzie  ich aż  tak  wielu,  żeby  miasto  tej  wielkości  nie 

dało rady ich wchłonąć,  a dla nas w drodze do rudonośnego gwiazdozbioru,  na który Amalfi zo-

bowiązał  się  nas  wykierować,  byliby  tylko  dodatkowymi  gębami  do  wykarmienia. Nie  padnie 

słowo na  temat prowiantu. Zwykła wymiana personelu,  i  dokonań „według uznania",  zgodnie z 

koczowniczym zwyczajem.

Zebrani odpowiedzieli minutą pełnej  szacunku ciszy. Nawet  Chris musiał  przyznać,  że plan,  na 

tyle, na ile go zrozumiał, był bardzo sprytny.

—  W dodatku  w  ten sposób  pozbędziemy  się  wszystkich  bezużytecznych  włóczęgów  i  całego 

prostactwa,  które musieliśmy  zabrać  na  pokład — dorzucił  Lutz  z  uśmiechem. — Policja ziem-

ska nigdy się o niczym nie dowie; Amalfi też się nie zorientuje. Mają dosyć żywności, ba,  leków 

dla ponadmilionowej załogi. Przełknie trzy setki  nadliczbowych kmiotków  gładko jak aspirynę i 

jeszcze  uzna  to  za  uczciwą  cenę  za  dwóch  techników  i  niepotrzebne  do  niczego  urządzenia. 

Najbardziej  mi  się  w  tym  wszystkim  podoba  to,  że  w  jakimś  sensie  zamiana  jest  uczciwa,  z 

czego wniosek...

Chris już nie  słuchał. Z żalem  posłał  pożegnalne spojrzenie astronomowi,  od którego zaznał  tak 

wiele pomocy,  po czym cichutko, jak na kłusownika przystało,  wykradł  się z sądu i udał  do swo-

jej kryjówki.

Kryjówka znajdowała się w  magazynie położonym na obrzeżach miasta,  niedaleko uniwersytetu. 

Była dziełem przypadku. Piramida ogromnych skrzyń musiała rozsunąć się w pierwszych sekun-

dach po  starcie,  tworząc  rozległy,  nieprzebyty  labirynt,  o którym  milczały mapy  miasta. Chris 

wydłubał  scyzorykiem  dziurę  w  ścianie  jednej  ze  skrzyń  i  odkrył,  że  w  środku  znajdują  się 

urządzenia  górnicze.  (Oznaczenia  na  pozostałych  sugerowały,  że  zawierają  sprzęt  podobnego 

typu).  Nie  było  specjalnych  powodów  do obaw,  że ktoś  rozpakuje  skrzynie  przed  lądowaniem. 

Miasto w locie raczej nie ma okazji do prowadzenia prac górniczych.

Na  razie  nie  musiał  opuszczać  kryjówki.  W magazynie  znajdowała  się  również  toaleta,  która 

wyglądała  na  nie  uczęszczaną. Magazyn nie  wymagał  strażnika  —  kto połasiłby się  na ciężkie 

background image

maszyny górnicze  i  dokąd  by  z nimi  uciekł? Był  dobrze  wentylowany,  lecz  w  labiryncie  Chris 

musiał  uważać,  żeby  nie  zaprószyć  ognia.  Dopóki  miał  zapasy  żywności,  raczej  nic  mu  nie 

groziło. Później będzie musiał podjąć ryzyko... ale w końcu był już w życiu kłusownikiem.

Najmniej spodziewał  się gości. Na odgłos kroków  natychmiast zgasił  świecę. Mógł  to być przy-

padkowy  patrol  czy  zabłąkane  dziecko —  w  najgorszym  przypadku taki  sam  jak on uciekinier 

szukający  schronienia  przed  planowaną  wymianą  żywego  towaru.  Labirynt  miał  wiele  zaka-

marków,  a  kryjówka  Chrisa  znajdowała  się  tak  głęboko,  że  tygodniami  mogliby  mieszkać  we 

dwóch w magazynie, a ich drogi nigdy by się nie skrzyżowały.

Serce skoczyło mu do gardła, kiedy zdał  sobie sprawę, jak bezszelestnie stąpa nieznajomy. Przy-

bysz pokonywał labirynt na pamięć.

Ktoś wiedział, gdzie go szukać — a przynajmniej wiedział o istnieniu jego schronienia.

Kroki  stały się  teraz  głośniejsze. Nadchodzący  zwolnił,  a  potem  się zatrzymał.  Chris wyraźnie 

dosłyszał czyjś oddech.

Nagle oślepił go strumień światła z latarki.

— Do diabła. Chris, zapal światło.

Głos należał  do Frada Haskinsa. Chris poczuł  jednocześnie przypływ gniewu i ulgi. Olbrzym był 

jego pierwszym  przyjacielem  i imiennikiem  nieomal  — cokolwiek by mówić,  Fradley  O.  Has-

kins brzmi równie komicznie jak Crispin deFord — jednak wizytę odebrał jako dowód zdrady.

— - Mam tylko świece.

— W porządku.  —  Haskins  siadł  na  podłodze  i  postawił  latarkę  pionowo  na  niewielkiej 

skrzynce, której Chris używał  jako stołu. Światło tworzyło jasny krąg na deskach skrzyni nad ich 

głowami. — Czy mógłbyś mi powiedzieć, co tu właściwie robisz?

— Ukrywam się — oświadczył Chris dosyć ponuro.

——  Tyle  to  sam  widzę.  Od  razu  się  domyśliłem,  jak  tylko zobaczyłem,  że  wynosisz  książki. 

Zawsze  mam  oko na dekowników;  to mój  zawód,  przyda  mi  się  na  następnej  planecie. Ale  nie 

widzę  powodu,  dla  którego  akurat  ty  miałbyś  się  ukrywać.  Nie  chcesz  być  przeniesiony  do 

większego miasta?

—  Nie,  nie  chcę.  Nie  będę  nikomu  wmawiał,  że  mi  tu  było  dobrze.  Nienawidzę  Scranton. 

Chciałbym  wrócić  do  domu.  Ale  przynajmniej  jako  tako  się  tutaj  orientuję,  Frad.  Poznałem 

Scranton,  jeszcze  kiedy  byliśmy  na  Ziemi.  Nie  mam  zamiaru  dać  się  porwać  drugi  raz  i 

przechodzić przez to wszystko od nowa po to tylko,  żeby znaleźć się na pokładzie kolejnego zni-

background image

enawidzonego miasta, którego w dodatku nie znam. Poza tym nie lubię, kiedy się mną frymarczy 

jak kawałkiem złomu.

— Zupełnie zrozumiałe, chociaż tego rodzaju wymiany należą do tradycji miast-wędrowców; ten 

pomysł  nie  zrodził  się  w  głowie  Lutza.  Czy  wiesz,  skąd  się  wzięły  wymiany  „według 

uznania"?— Nie wiem.

—  Z  tradycji  wymian  graczy  między  drużynami  baseballowymi.  Zasada  ma  z  górą  tysiąc  lat. 

Prawo konsensowe, na którym się opiera, jest jeszcze starsze,

— To wiem. Może nawet datować się z czasów rzymskich. Ale,  Frad, nie życzę sobie,  żeby mnie 

wymieniano jak kupę złomu.

— To,  co teraz mówisz,  to skończona  głupota — stwierdził  spokojnie olbrzym. — Zdążyłeś się 

już chyba zorientować,  że w Scranton nie ma dla ciebie żadnej przyszłości. W dużym mieście na 

pewno znalazłbyś coś do roboty,  a  przynajmniej  mógłbyś się czegoś nauczyć. U nas szkoły po-

zamykano na  dobre. Druga  sprawa:  lecimy dopiero od roku  i  czeka  nas jeszcze niejedna  ciężka 

chwila. Żadne miasto koczownicze nie jest miejscem całkiem bezpiecznym, ale stare są bezpiec-

zniejsze od nowych.

— Też się tam wybierasz?

— Nie mam  po co — roześmiał  się Haskins. — Amalfi ma  pewnie z dziesięć tysięcy takich jak 

ja. Poza tym Lutz mnie potrzebuje, chociaż sam jeszcze o tym nie wie.

— W takim razie... raczej... zostanę z tobą,

— Posłuchaj, rudy. — Zdesperowany Haskins walnął  pięścią we własną dłoń. — Rany, jak mam 

przemówić  do  rozumu  temu  dzieciakowi?  Chris... nigdy  ci tego nie  zapomnę. Może  kiedyś los 

się do mnie uśmiechnie i będę miał  własnego syna, choć na razie się na to nie zanosi. Możesz nie 

mieć już drugi raz takiej okazji,  jeżeli w tej chwili nie spojrzysz prawdzie w  oczy. Posłuchaj,  jak 

dotąd jestem  jedyną  osobą,  która  wie,  gdzie się  ukrywasz,  ale  to  tylko kwestia  czasu. Zdajesz 

sobie sprawę,  co może zrobić  Frank,  kiedy dopadnie cię w  kryjówce pełnej  zapasów? Spróbuj o 

tym pomyśleć przez chwilę.

Chris poczuł ucisk w żołądku.

— Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

—  Jesteś widać  mało doświadczony,  o  co trudno  cię  winić. Ale  ja  ci  powiem,  co  zrobi  Frank: 

każe  cię  rozstrzelać. I  nikt  w  całym  mieście  nie  kiwnie  palcem  w  twojej  obronie. W kodeksie 

background image

miast-wedrowców  dekowanie  żywności  podpada  pod  najcięższy  paragraf;  zagrożenie  dla 

przetrwania miasta. Za coś takiego dostaje się kulę w łeb nie tylko w Scranton.

Zapadła długa cisza. Wreszcie Chris odezwał się cicho:

— Dobra, idę. Może tak będzie nawet lepiej. Idę.

— No,  wreszcie  przemówiłem  ci  do  rozsądku — pochwalił  go  szorstko  Haskins. — Chodźmy. 

Powiem Frankowi,  że  byłeś chory. Zresztą wyglądasz  na  chorego. Musimy pędzić... odbijają  za 

dwie godziny.

— Czy mogę wziąć moje książki?

— To nie  są twoje  książki,  tylko Boyle'a Warnera — niecierpliwie zwrócił  uwagę Frad. — Od-

dam mu je później. Bierz latarkę i idziemy. W nowym mieście będziesz miał  książek w bród. — 

Przystanął  nagle i posłał  Chrisowi  w  półmroku gniewne spojrzenie. — Oczywiście w  ogóle cię 

nie obchodzi, dokąd lecisz. Nie spytałeś nawet, co to za miasto.

Frad miał  rację: Chris nie spytał. A teraz  pomyślał  nad tym  przez  chwilę  i musiał  przyznać,  że 

rzeczywiście  mało  go  to obchodzi.  Kiedy  jednak  brnęli  upiornym  labiryntem,  ciekawość  zwy-

ciężyła przygnębienie.

— Nie spytałem, no i co z tego? Co to za miasto?

—  Nowy Jork.

 ROZDZIAŁ CZWARTY

Podniebna szkoła

Ze  statku  ewakuacyjnego rozciągał  się  niebywale  piękny  widok:  w  bezdennym  oceanie  gwiazd 

unosiła  się  wyspa  wysokich  jak  szczyty  górskie  wieżowców.  Statek  wyposażony  był  w  silnik 

rakietowy.  Chris  po  raz  pierwszy  w  życiu  oglądał  gwiazdy  migocące  dostojnie  jak  klejnoty 

rozrzucone  w  przestworzach. Ale  jeszcze  większe  wrażenie  wywarł  na  nim  milczący  majestat 

wzniesionej  ludzką  ręką  metropolii  chronionej  niedostrzegalną  z  zewnątrz,  sferyczną  powłoką 

pola wiratorowego. Pozostające  z tyłu Scranton w  porównaniu z Nowym Jorkiem wyglądało jak 

sterta złomu.

Imigrantów  przywitał  na  powłoce  czterdziestoletni,  barczysty,  krótko  ostrzyżony  mężczyzna  w 

mundurze. Chris wzdrygnął  się. Tutaj,  jak wszędzie,  gliniarz był  dla niego naturalnym wrogiem. 

background image

Tymczasem  sierżant  powłokowy,  który  przedstawił  się  jako  Andersen,  skierował  tylko  przy-

byłych do oddzielnych kabin, gdzie mieli zostać przesłuchani.

Chris został  sam w swojej kabinie. Kazano mu usiąść na wąskiej,  wystającej ze ściany ławeczce, 

naprzeciwko kratki komunikatora. Stamtąd płynęły pytania i tam  należało kierować odpowiedzi. 

Większość pytań dotyczyła najprostszych danych,  takich jak nazwisko, wiek,  miejsce urodzenia, 

data zaokrętowania na Scranton i tym podobne. Chris odpowiadał  chętnie; nikt dotąd nie zainter-

esował  się  nim  na  tyle,  żeby  pytać  o  podobne  szczegóły.  Szczerze  mówiąc,  nie  znał  nawet 

wszystkich odpowiedzi.

Snuł  interesujące  rozważania  na  temat  tożsamości  swojego rozmówcy,  który prawie  na  pewno 

był  automatem,  a  w  dodatku  mówiąc  nie  wybierał  wyrazów  z  nagranego  ludzkim  głosem 

słownika,  lecz składał  je z gotowych zgłosek. Rezultatem był  w pełni zrozumiały,  niemechanic-

zny,  noszący  wszelkie  znamiona  ludzkiej  mowy  dźwięk  —  zdania  padały  w  naturalnych 

kadencjach z intonacją na tyle wyrazistą,  że można było wyczuć  ich tryb i akcentowane wyrazy 

—  mimo  to  Chris  nie  miał  wątpliwości,  że  głos  jest  mechaniczny.  Nie  wiedząc  czemu,  miał 

wrażenie, że urządzenie przemawia dużymi literami.

Nawet  w  epoce  od  lat  zdominowanej  przez  komputery,  wspierające  człowieka w  wielu dziedz-

inach,  Chris  nie  słyszał  nigdy  o  urządzeniu,  którego  inteligencja  pozwalałaby  konstruować 

mowę  na  podobnych zasadach,  czy też o takim,  które by posiadało dostateczną zdolność  anali-

zowania  danych,  żeby  prowadzić  taki  wywiad.  Nie  spotkał  się  też  nigdy  z  maszyną,  która 

mówiłaby o sobie „my".

—  CZY  POBIERAŁ  PAN JAKĄŚ EDUKACJĘ  PRZED  PRZYMUSOWYM  ZAOKRĘTOW-

ANIEM, PANIE DEFORD?

— Prawie żadnej.

— CZY BYŁ PAN KSZTAŁCONY NA POKŁADZIE SCRANTON?

— Trochę. Właściwie pracowałem  tylko pod kierunkiem pewnej  osoby... podobnie  jak z ojcem, 

dopóki zdrowie mu na to pozwalało.

—  WPRAWDZIE  JEST  JUŻ  DOSYĆ  PÓŹNO,  ŻEBY  ZACZYNAĆ,  JEŻELI  JEDNAK 

ŻYCZY PAN SOBIE, MOŻEMY PANU ZORGANIZOWAĆ JAKĄŚ EDUKACJĘ...

— Marzę o tyra!

—  RZECZ  W TYM,  ŻE  ZDOBYCIE  WYKSZTAŁCENIA ŚREDNIEGO  W PRZYSPIESZO-

NYM  TRYBIE  WIĄŻE  SIĘ  Z  BARDZO  DUŻYM  WYSIŁKIEM  FIZYCZNYM.  OD 

background image

PAŃSKICH  ZAMIARÓW  ZALEŻY,  CZY  TAKIE  WYKSZTAŁCENIE  BĘDZIE  PANU 

POTRZEBNE. CHCE PAN ZOSTAĆ PASAŻEREM CZY OBYWATELEM?

W przestrzeni kosmicznej  odpowiedź była pozornie bardzo prosta. Najbardziej  w  świecie  chciał 

wrócić  do domu  i  zostać pasażerem  czegoś nie  bardziej skomplikowanego  niż Wspólnota Pen-

sylwanii  podległa  Zachodniemu  Wspólnemu  Rynkowi  Konferencji  Ziemskiej.  Wiele  ciężkich 

nocy strawił  na  rozmyślaniach o tym,  jak sobie jego najbliżsi  dają bez  niego radę  i  co myślą na 

temat  jego  zniknięcia.  Wiedział,  że  czeka  go  wiele  podobnych  nocy.  Niemniej  zdawał  sobie 

sprawę,  że  rodzina  musiała  się  już  jakoś bez  niego  urządzić,  tymczasem wszystko wskazywało 

na to,  że znajduje  się  o  dobre  dwadzieścia lat  świetlnych od  Słońca,  na pokładzie  ponadmilion-

owej metropolii,  i leci nie wiadomo dokąd. Ta gigantyczna konstrukcja  nie odwiezie go na  życ-

zenie do domu jak latająca taksówka.

Skoro więc i  tak skazany jest na to miasto,  równie dobrze może przyjąć  jego obywatelstwo. Nie 

warto było zostawać pasażerem,  skoro nie miał  pojęcia ani dokąd leci,  ani czy miejsce przeznac-

zenia będzie warte opłaty

za przejazd. Podejrzewał,  że status obywatela  niesie  z sobą  pewne przywileje; postanowił  dow-

iedzieć się jakie. Względy ostrożności  nakazywały się  też  zorientować,  jak  urządzenie definiuje 

pasażerów i obywateli.

— Z kim rozmawiam?

— Z OJCAMI MIASTA.

Odpowiedź zbiła go z pantałyku; z trudem powstrzymał  się od zadawania pytań. Najważniejsze, 

że  rozmawiał  z  kompetentną osobą —jeżeli nawet termin „osoba" nie był  całkiem na miejscu w 

stosunku do urządzenia obdarzonego zbiorową osobowością.

— Czy wolno mi zadawać pytania?

—  TAK,  O  ILE  UZNAMY,  ŻE  MIESZCZĄ  SIĘ  W  GRANICACH  CZASOWYCH 

NINIEJSZEGO PRZESŁUCHANIA.  KIEDY  NAM PAN ZADA PYTANIE,  ZDECYDUJEMY, 

CZY MOŻEMY NA NIE ODPOWIEDZIEĆ.

Chris  namyślał  się  głęboko.  Mimo  wzmianki  o  ograniczeniach  czasowych  Ojcowie  Miasta 

czekali bez żadnych oznak zniecierpliwienia.

— Prosiłbym o wymienienie najistotniejszej różnicy między pasażerem a obywatelem.

— ŻYCIE OBYWATELA JEST PRZEDŁUŻANE W NIESKOŃCZONOŚĆ.

background image

Wszystkiego mógł  się spodziewać,  ale nie takiej  odpowiedzi. Tak  dalece wykraczała  poza  jego 

dotychczasowe  rozmyślania  czy  lektury,  że  w  pierwszej  chwili  nie  zorientował  się,  o  czym 

mowa.

— W nieskończoność, to znaczy jak długo? — zdobył się wreszcie na ostrożne pytanie.

—  NIESKOŃCZENIE  DŁUGO.  OBECNY  BURMISTRZ  URODZIŁ  SIĘ  W DWA  TYSIĄCE 

DZIEWIĘĆSET DZIEWIĘĆDZIESIĄTYM ÓSMYM RO-KU. UDOKUMENTOWANY  WIEK 

NAJSTARSZEGO  MIESZKAŃCA  MIASTA  WYNOSI  PIĘĆSET  TRZYNAŚCIE  LAT,  JED-

NAK ISTNIEJĄ STATYSTYCZNE PODSTAWY  DO PRZYPUSZCZEŃ, ŻE NA POKŁADZIE 

PRZEBYWA  KILKU  JESZCZE  STARSZYCH  OBYWATELI,  PONIEWAŻ  ŚRODKI  PRZE-

CIWŚMIERTNE  ZOSTAŁY  WPROWADZONE  JUŻ  W  ROKU  DWA  TYSIĄCE  OSIEM-

NASTYM.

Środki przeciwśmiertne!  Tego  już  było za  wiele. Chris poczuł,  że  jest  w  stanie  strawić  jedynie 

mikroskopijną cząsteczkę tych rewelacji. Jeżeli będzie żył  długo — bardzo długo — może doc-

zeka dnia, kiedy uda mu się wrócić do domu, choćby w tym czasie zawędrował na koniec świata. 

Resztę będzie musiał przemyśleć później.

— Chce być obywatelem — oświadczył.

—  MAMY  OBOWIĄZEK  POINFORMOWAĆ  PANA,  ŻE  PRZYSŁUGUJE  PANU  PRAWO 

DO ZMIANY  DECYZJI  PRZED UKOŃCZENIEM OSIEMNASTU LAT,  JEDNAK PO TYM 

TERMINIE  DECYZJA  MOŻE  ZOSTAĆ ODWOŁANA TYLKO NA MOCY  SPECJALNEGO 

DEKRETU  BURMISTRZA.  —  Z  wąskiego  otworu,  którego  dotąd  nie  zauważył,  wypadła  na 

ławeczkę  podłużna  biała  karta.  — TO  JEST  PAŃSKA  KARTA  MIEJSKA  UPRAWNIAJĄCA 

DO KORZYSTANIA Z ŻYWNOŚCI,  ODZIEŻY,  MIESZKANIA I INNYCH NIEZBĘDNYCH 

ŚWIADCZEŃ. NIEPRZYJĘCIE KARTY  OZNACZA,  ŻE TOWAR BĄDŹ USŁUGA NALEŻĄ 

DO  KATEGORII  NIEDOZWOLONYCH.  KARTA  MOŻE  ZOSTAĆ  ZNISZCZONA  TYLKO 

PRZY  ZASTOSOWANIU SPECJALNYCH TECHNIK.  RADZILIBYŚMY  JEDNAK JEJ NIE 

GUBIĆ, PONIEWAŻ WYDANIE

DUPLIKATU  ZAJMUJE  OD  CZTERECH  DO  SZEŚCIU  GODZIN.  W  CHWILI  OBECNEJ 

PAŃSKA KARTA UPRAWNIA DO PRZYSPIESZONEGO KSZTAŁCENIA. JEŻELI NIE MA 

PAN DALSZYCH PYTAŃ, PROSZĘ WYJŚĆ.

W  pierwszej  chwili  Chrisowi  trudno  było  sobie  wyobrazić,  że  przyspieszone  kształcenie,  na 

które  został  skierowany  przez  Ojców  Miasta,  naprawdę  może  być  wyczerpujące  fizycznie; 

background image

sądził,  że  będzie  wymagało  nie  więcej  wysiłku  niż  przespanie  całego  dnia.  Naturalnie  rozu-

mował  teoretycznie. (Nigdy dotąd nie miał  okazji zaznać snu kształceniowego,  więc też nie miał 

pojęcia, jak straszliwie męczące jest to zajęcie).

„Klasa" okazała się wielkim,  szarym,  nijakim pomieszczeniem pozbawionym tablicy czy ławek. 

Jedyne  wyposażenie  stanowiło  kilka  leżanek. Nie  było również  nauczycieli;  dorośli  nosili tytuł 

monitorów,  a  ich  obowiązki  sprowadzały  się  częściowo  do  obowiązków  woźnych,  częściowo 

pielęgniarzy  i  nie  miały  nic  wspólnego  z  tym,  co  Chris  rozumiał  jako  nauczanie.  Monitorzy 

prowadzili  uczniów  do leżanek i pomagali  dopasować do głowy lśniący metalowy  hełm  wypo-

sażony  wewnątrz  w  setki  maleńkich,  niezmiernie  ostrych zakończeń,  które  wbijały się  w  skórę 

dostatecznie  mocno,  żeby  ją  podrażnić,  ale  nie  zranić. Po założeniu  urządzenia  zwanego  topo-

skopem monitorzy wychodzili z klasy. Pomieszczenie wypełniało się siwym oparem gazu.

Gaz  przypominał  mgłę,  ale  był  suchy. Miał  delikatny aromat liści laurowych,  których szczyptą 

Bob lubił  przyprawiać potrawkę  z  królika. Gaz  gęstniał. Widoczność wracała dopiero po lekcji, 

kiedy ze stłumionym warkotem ruszały wyciągi. Po lekcji Chris nigdy nie umiał  powiedzieć,  czy 

spał,  czy nie. Nauczanie przebiegało za pośrednictwem hipnopedii. To starożytne słowo o auten-

tycznym  greckim  rdzeniu  w  dosłownym  tłumaczeniu  znaczyło  „naukę  przez  sen".  I  rzeczy-

wiście,  głowy  uczniów  wypełniały się  dziwnymi  głosami  i  obrazami,  które  do  złudzenia  przy-

pominały  sny. Chris  podejrzewał,  że  siwy  gaz  nie  tylko  pozbawia  go  wzroku,  ale  również  po-

zostałych  zmysłów;  gdyby  było  inaczej,  odbierałby  z  pewnością  różne  przypadkowe  dźwięki, 

takie  jak  pokasływanie  uczniów,  kroki  monitorów,  warczenie  wentylatorów,  słyszalne  od  czasu 

do czasu buczenie  napędu  miasta,  czy nawet  uderzenia  własnego serca;  nigdy  jednak  nie  doci-

erały do niego odgłosy tego typu,  a jeśli  nawet — to potem ich nie pamiętał. Sen kształceniowy 

nie był  zwyczajnym snem,  lecz odcięciem umysłu od rozpraszających zakłóceń ze strony świata 

sensorycznego. Poprzez lśniący hełm toposkopu dźwięk i obraz sączyły się wprost do mózgu.

Nietrudno  pojąć,  dlaczego  wrażenia  zmysłowe  były  niepożądane.  Z  komórek  pamięci  Ojców 

Miasta  do  ostrych zakończeń hełmu przelewała  się niepowstrzymana,  bezlitosna  lawina  faktów. 

Chris parokrotnie  widział  starszych od siebie byłych scrantończyków  wyprowadzanych z  lekcji 

przez monitorów  w  stanie  do złudzenia  przypominającym  atak padaczki.  Petit mai... żadnego z 

nich  nie  widział  potem  na  leżance.  On  sam  opuszczał  klasę  chwiejnym  krokiem,  skrajnie 

otępiały i  wyczerpany;  stan  ten  pogłębiał  się  z  dnia  na  dzień  mimo  kubka  napoju  regeneracy-

background image

jnego,  który  stanowił  obowiązkowe  antidotum  na siwy gaz,  słabł  i nie  pomagała  mu  już żadna 

ilość snu.

Napój  miał  dziwny  smak  i  drażnił  śluzówki  w  nosie.  Kiedy jednak  Chris któregoś dnia go  nie 

wypił, bank

pamięci przelał  mu do  mózgu podwójną dawkę geometrii rzutowej Riemanniana i Chris ocknął 

się  przytrzymywany  na  leżance  przez  czterech  monitorów  w  ostatniej  fazie  klasycznego ataku 

padaczki.

O mały  włos nie  zakończył  wtedy  edukacji.  Na  szczęście  miał  dosyć  oleju w  głowie,  żeby  się 

przyznać,  że  poprzedniego  dnia  nie  zażył  swojej  dawki  środka  przeciwkonwulsyjnego;  w  jego 

przypadku toposkopowy pomiar aktywności elektrycznej mózgu rokował  pomyślnie. Zezwolono 

mu na powrót  do kolegium — po tym  wydarzeniu nie miał  już wątpliwości,  że nauka może być 

pracą cięższą od wymachiwania łopatą.

I znów w zbolałej głowie Chrisa zaroiło się od głosów

i obrazów.

Chris stwierdził,  że  najłatwiej mu idzie  historia  miast wędrownych,  ponieważ znał  ich  wczesne 

dzieje,  zwłaszcza  wydarzenia  poprzedzające  bezpośrednio  odlot  z  Ziemi.  Tym  razem  jednak 

poznawał  ją  z  punktu widzenia wędrownego miasta. Optyka  ta pomijała  spore  wycinki dziejów 

istotne dla Ziemianina,  natomiast koncentrowała się na wydarzeniach,  o których Chris nigdy nie 

słyszał,  wydarzeniach  ewidentnie  nieodzownych  dla  zrozumienia,  jakim  cudem  miasta  mogły 

odlecieć  w  kosmos i  tam  nadal  funkcjonować.  Odnosił  nieodparte  wrażenie,  że  przeszłe  dzieje 

Ziemi ogląda przez teleskop nie z tego końca, co trzeba.

Choć obrazy,  głosy i  inne doznania były tak realne,  że natychmiast stały się częścią  osobistych 

doświadczeń Chrisa, historię bank pamięci przekazał w następujących

słowach:

„Początkowo podbój Układu Słonecznego był  dziełem wojskowych, gdyż tylko oni mieli szansę 

uzyskania  ogromnych  kwot  koniecznych  do  podjęcia  podróży  kosmicznej  w  pojazdach  rakie-

towych o ciekłym napędzie chemicznym. Na tym etapie rozwoju najwyższym osiągnięciem było 

wzniesienie  stacji  obserwacyjno  badawczej  na  Prozerpinie  II,  drugim  satelicie  planety najdalej 

położonej od Słońca. Jej budowę rozpoczęto w  dwa tysiące szesnastym roku,  ale w  dwadzieścia 

osiem lat później, kiedy stacja została okresowo opuszczona, jej budowa jeszcze trwała.

background image

Przyczyny opuszczenia  stacji  na  Prozerpinie  oraz  pozostałych  kolonii  w  Układzie  Słonecznym 

wiążą się z  kierunkiem ówczesnej polityki ziemskiej. Ulegając  nieubłaganym  naciskom  rywali-

zacji  z  Rosją  i  jej  sprzymierzeńcami,  przedstawiciele  kultury  ziemskiego  Zachodu  wypow-

iedzieli  obozowi  wschodniemu  permanentną  wojnę  ekonomiczną.  Pod  jej  naporem  stopniowo 

legły  w  gruzach  tradycyjne  liberalne  instytucje  polityczne.  Na  progu dwudziestego  pierwszego 

stulecia  różnica  miedzy  rywalizującymi  kulturami  praktycznie  zanikła,  chociaż  formy  ich 

rządów  nosiły odmienne nazwy. W obydwu obozach powstawały państwa policyjne,  w  których 

pojedynczy obywatel nie miał  żadnej ochrony prawnej,  W obydwu funkcjonował  w  pełni  totali-

tarny system  ekonomiczny,  w  obydwu  gospodarka  była  ściśle  kontrolowana  przez państwo. Ta 

forma polityki społecznej na Zachodzie  nosiła nazwę anty-komunizmu, natomiast na Wschodzie 

nazywano ją  antyfaszyzmem. Oba określenia  wzbudzały gorące  emocje  pospólstwa. W rzeczy-

wistości  jednak ekonomia  w  żadnym  obozie  nie  była ani  komunistyczna,  ani  faszystowska  i  w 

udokumentowanej historii Ziemi ani faszyzm,  ani komunizm nigdy nie istniały jako systemy go-

spodarcze.

W tym właśnie okresie na Zachodzie na zlecenie senatora Alaski,  Blissa Wagonera, zrealizowano 

dwa programy badawcze. W trakcie prac dokonano wynalazków,  które stworzyły podstawę roz-

woju  drugiego  etapu  lotów  kosmicznych.  Pierwszym  z  nich  był  grawitonowy  generator  po-

laryzacji Dillona-Wagonera,  znany obecnie pod nazwą wiratora,  natychmiast wykorzystany jako 

napęd  w  lotach  kosmicznych.  Drugim  była  askomycyna,  pierwszy  z  antyagatyków,  inaczej 

mówiąc  leków  przeciwśmiertnych.  Pierwsza  ekspedycja  wystartowała  z  układu  satelitarnego 

Jowisza w  dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku pod osobistym  nadzorem Wagonera,  który 

został  później  osadzony  w  więzieniu  i  stracony  za  współudział  w  owym  »zdradzieckim« 

posunięciu. Chociaż nie istnieją  żadne zapiski dotyczące  losów  ekspedycji,  wiadomo na pewno, 

że  jej  uczestnicy przeżyli,  ponieważ  druga wyprawa,  która  miała miejsce w  trzysta  pięćdziesiąt 

lat  później,  natrafiła  w  Grupie  Lokalnej  na  gwiazdy  zasiedlone  gęsto  przez  ludzkie  istoty.  Ich 

języki były wyraźnie ziemskiego pochodzenia.

W tym  czasie  dokonano  kolejnej  próby  powstrzymania  wyścigu zbrojeń  poprzez  pakt  zawarty 

przez  przywódców  obu  bloków,  prezydenta  zachodniego  Wspólnego  Rynku  MacHinery'ego  i 

premiera Rosji Erdsenowa. Pakt podpisano w dwa tysiące dwudziestym drugim roku, lecz okres 

Zimnego  Pokoju,  który po  nim nastąpił,  nie  sprzyjał  specjalnie  lotom  kosmicznym.  Macliinery 

został  zamordowany  w  dwa  tysiące  dwudziestym  siódmym  roku  i  Erdsenow  ogłosił  się  wtedy 

background image

premierem i prezydentem Zjednoczonej Ziemi,  jednak w pięć lat później sam również padł  ofiarą 

zamachu. W tym  samym  roku  członkom podziemnej organizacji  działającej  na  Zachodzie,  nie-

jakim  hamiltonianom,  powiodła  się  ucieczka  z  Układu  Słonecznego  we  flotylli  malutkich 

stateczków  o  napędzie  wiratorowym,  zbudowanej  z  funduszy  gromadzonych  potajemnie  na 

rzecz  nowej  rewolucji  amerykańskiej.  Hamikonianie  osierocili  grono  swoich  wyznawców;  jak 

dotąd nie odnaleziono żadnych uczestników  hamiltomańskiego exodusu,  którym,  bądź co  bądź, 

udało się umknąć Terrorowi, jak nazywano rządy sprawowane przez reżim Zjednoczonej Ziemi.

Jednym z pierwszych dekretów owego rządu,  który mianował  się Państwem Monopolistycznym, 

była  ustawa  z  dwa  tysiące  trzydziestego  dziewiątego  roku,  zakazująca  lotów  kosmicznych  i 

uprawiania  związanych  nimi  dziedzin  nauki.  Mieszkańcy  kolonii  na  planetach  i  satelitach 

Układu  Słonecznego  nie  zostali  przesiedleni  z  powrotem  na  Ziemie,  lecz  po  prostu  odcięci 

komunikacyjnie i pozostawieni własnemu losowi. Państwo Monopolistyczne gwałtownie rosło w 

siłę. Historycy  powszechnie  zgadzają  się,  że  upadek  Zachodu  datuje  się  najpóźniej  na  rok dwa 

tysiące  sto  piąty.  Nastąpił  okres  rosnącego  ucisku  i  wyzysku,  z  którym  w  historii  Ziemi  nie 

mogły się równać nawet najczarniejsze dekady Cesarstwa Rzymskiego,

Tymczasem  gwiezdni  uciekinierzy,  przerzucając  się  z  układu  do  układu,  opanowywali  kolejne 

planety.  W  dwa  tysiące  dwieście  osiemdziesiątym  dziewiątym  roku  jedna  z  takich  ekspedycji 

nawiązała kontakt z planetą podległą,  jak się okazało,  Tyranii Wegańskiej,  cywilizacji,  która,  jak 

nam  dzisiaj  wiadomo,  władała od ośmiu czy dziesięciu tysięcy lat  znaczną częścią naszego sek-

tora  galaktyki  i  nadal  przeżywała  okres  ekspansji.  Weganie  bardzo  prędko  w  nie  zorganizow-

anych i  nędznie  wyposażonych  kolonistach zwęszyli  potencjalnych  rywali  i,  połączywszy  siły, 

wyruszyli z zamiarem zrównania

kolonii z ziemią. W rachubę wchodziły jednak olbrzymie

odległości,  tak więc do bitwy o Altair, pierwszego starcia w wojnie wegańskiej,  doszło dopiero w 

dwa tysiące trzysta dziesiątym  roku. Siły kolonistów  zostały rozgromione i rozproszone,  przed-

tem  jednak  udało  im  się poczynić  wystarczające  szkody  w  szeregach  wegańskich,  by  Weganie 

zrezygnowali ze swojego zamiaru —jak się okazało — na zawsze.

W  dwa  tysiące  trzysta  siedemdziesiątym  piątym  roku  na  Ziemi  odkryto  ponownie  wirator  i 

Zakład Metalurgiczny Numer Osiem Zjednoczenia  Obróbki Toru oderwał  się od Ziemi  jako sa-

modzielny statek  kosmiczny.  Wkrótce  jego  śladem  ruszyły  inne  kompleksy  przemysłowe,  a  w 

końcu całe miasta. Wiele z nich zmusił  do tego kroku zarówno nieustanny kryzys na Ziemi,  jak i 

background image

wieloletnie represje polityczne ze strony Państwa Monopolistycznego. Uciekające miasta szybko 

odnalazły  wśród  pobliskich  gwiazd  dawne  ziemskie  kolonie.  Uciekinierzy  uzupełnili  luki  w 

wiedzy na temat technologii oraz techniczne  wyposażenie kolonistów,  utworzyli z nimi wspólny 

front  przeciwko  Weganom.  W dalszych  dziejach  nie  brakło  zarówno  kart  chwalebnych,  jak  i 

wstydliwych.  W dwa  tysiące  trzysta  dziewięćdziesiątym  czwartym  roku  jedno  z  uciekających 

miast,  Grawitogorsk-Mars,  które  później  przemianowało  się  na  Gwiezdnego  Mistrza  Handlu, 

splądrowało nowo powstałą kolonię ziemską na Thorze V; ten akt barbarzyństwa, który pozyskał 

miastu  przezwisko  »Wściekłych  Psów«,  z  czasem  stał  się  wzorem  postępowania  z  planetami 

Wegan.  Główna  planeta  Tyranii,  Wega  II,  została  w  dwa  tysiące  czterysta  trzynastym  roku 

oblężona przez armadę uzbrojonych miast. Jednym z nich był  Gwiezdny Mistrz Handlu. Miasto 

otrzymało  zadanie  zniszczenia  osłaniającego  szczelnie  planetę  systemu  fortyfikacji  orbitalnej. 

Nadlatywała również,  dowodzona przez admirała Aloisa Hruntę, Trzecia Flota Kolonialna, której 

zadaniem było w  razie upadku  Wegi  II przeprowadzenie  okupacji  planety. Tymczasem  admirał 

Hrunta  zrównał  Wegę  z  ziemią  i  skierował  Trzecią  Flotę  do  nieznanego  sektora  Galaktyki  z 

zamiarem  założenia  własnego  imperium  gwiezdnego.  W dwa  tysiące  czterysta  pięćdziesiątym 

pierwszym  roku  jurysdykcja  kolonialna  uznała  Hruntę  m  absenłia  winnym  bestialskiego  lu-

dobójstwa z premedytacją. Kulminacją wysiłków zmierzających do ukarania Hrunty była bitwa o 

BD40°  4048'  w  dwa  tysiące  czterysta  sześćdziesiątym  czwartym  roku.  Mimo ogromnych  strat 

obu  stron  dla  żadnej  bitwa  ta  nie  okazała  się  rozstrzygająca.  Jeszcze  tego  samego  roku Alois 

Hrunta ogłosił się Imperatorem Kosmosu.

Exodus przemysłu ziemskiego stał  się  w  tym czasie tak powszechny,  że Państwo Monopolistyc-

zne  utraciło  swoją  bazę  produkcyjną;  za  datę  upadku  systemu  przyjęło  się  uważać  rok  dwa 

tysiące pięćset dwudziesty drugi. W tym samym roku rozpoczęło się interregnum dyktatury poli-

cyjnej,  rządu  o  ograniczonych  uprawnieniach,  powstałego  w  oparciu  o  luźną  konfederację 

państw  spadkobierców  niegdysiejszych Narodów  Zjednoczonych,  Reżim  z powodu słabego po-

parcia ludności i braku bazy przemysłowej nie  był  w  stanie roztoczyć  kontroli  nad gospodarką. 

Konfederacja  zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  cała  nadzieja  na  uzdrowienie  gospodarki  ziem-

skiej  spoczywa  w  kolonistach i  wolnych  miastach;  ogłoszono  amnestię  dla  przebywających  w 

kosmosie,  a  jednocześnie  rozpoczęto  wdrażanie  programu  systematycznej  pacyfikacji  koc-

zowniczych  miast  napadających  na  planety  osadników  bądź  atakujących  bratnie  miasta 

wędrowne.

background image

W naszym  sektorze  Galaktyki  konfederacja  w  dalszym ciągu  jest  jedyną  faktyczną  władzą. Po 

otruciu  Aloisa  Hrunty  w  trzy  tysiące  osiemdziesiątym  dziewiątym  roku  nastąpiła  gwałtowna 

bałkanizacja jego imperium,  które  nie  było specjalnie skonsolidowane  nawet  w  czasach swojej 

największej świetności.

Mimo  że Alois Hrunta  samozwańczo obwołał  się  Imperatorem  Kosmosu,  jego  państwo  wydaje 

się pozbawione większych wpływów. W chwili obecnej prawo i porządek w Sektorze II są prak-

tycznie  egzekwowane  przez  policję  ziemską,  gospodarka  zaś  opiera  się  na  miastach 

wędrownych. Oba  systemy cechuje  chaos  i  niewydolność,  często dochodzi  do sprzeczności  in-

teresów.

Nie  sposób przewidzieć,  kiedy sytuacja  dojrzeje  do  przeprowadzenia  pozytywnych  zmian i  jak 

będą wyglądać konkretne rozwiązania".

 ROZDZIAŁ PIĄTY

„O święta naiwności!"

Trajkoczące  niestrudzenie  obwody  komórek  banku  pamięci  wzbudzały  kolejne  sny,  miasto-

gigant parło przed siebie wśród gwiazd z szybkością zawrotną w porównaniu z tempem, z jakim 

Scranton prowadziło swój  nieśmiały rekonesans w  obrębie  Grupy  Lokalnej.  Przez  dwadzieścia 

cztery godziny na dobę na ulicach Nowego Jorku kłębił  się gęsty tłum kupujących,  nad głowami 

śmigały  taksówki,  spod  ziemi  wydobywał  się  odległy,  niemniej  wyraźny  łoskot  metra  kursu-

jącego tunelami wywierconymi w granitowym dnie miasta. Ten radosny i nie pozbawiony swois-

tej logiki młyn wprawiał Chrisa w stan oszołomienia.

Ponieważ  się  uczył,  miał  niewiele  czasu na zwiedzanie.  Zdobywał  wiedzę  nie tylko mechanic-

znie; powoli zaczął  dostrzegać  fakt,  że hipnopedia w rzeczywistości niczego nie  uczy. Kształce-

nie  mechaniczne w  najlepszym przypadku pozwala na przyswojenie  pewnych faktów,  natomiast 

nie pokazuje,  jak je ze sobą wiązać ani też wykorzystywać. Żeby wykształcić inteligencję — nie 

samą tylko pamięć — niezbędny jest żywy nauczyciel.

Wyznaczony dla  Chrisa  opiekun  naukowy,  korpulentna,  siwowłosa,  nieustępliwa doktor Helena 

Braziller była  zdecydowanie  najlepszą i najbardziej  wymagającą  nauczycielką,  jaką Chris spot-

kał  w  życiu.  Ojcowie  Miasta  zamęczali  go,  obciążając  mu  jedynie  pamięć;  doktor  Braziller 

zmuszała go do p r a c y.

background image

— Podstawowe równanie przyczynku do teorii Blacketta-Diraca brzmi następująco:

gdzie P oznacza moment magnetyczny, U moment pędu,  C i G zachowują swoją zwykłą wartość, 

a B jest stałą,  której wielkość wynosi w przybliżeniu 0,25. Przez proste przekształcenie równania 

uzyskujemy następujący wzór:

stanowiący  ogólnie  przyjęty  zapis podstawowego  równania  ujmującego  zasadę  działania  wira-

torów,  znanego  również  pod  nazwą  pochodnej  Locke'a.  Blackett,  Dirac  i  Locke  zakładali,  że 

równanie  będzie  również prawdziwe dla  większych ciał  w  rodzaju olbrzymich planet  gazowych 

czy  słońc. Drogą  analizy  wymiarowej  przeprowadź  na  tablicy  dowód,  obalający  słuszność  ich 

założenia.

Chris  wolałby  poznać  odpowiedź  na  to  pytanie  w  sposób  o  wiele  prostszy;  doktor  Braziller 

mogła mu zwyczajnie powiedzieć, że  związki między grawitacją a ruchem wirowym ciał  dotyc-

zyły jedynie elektronów  i  cząstek submikroskopowych,  natomiast w  makroskali nie  miały  żad-

nego  praktycznego  zastosowania.  Ale  doktor  nie  uznawała  takiego  trybu  postępowania.  Infor-

mację  podaną wprost jego umysł  wchłonąłby jak wiele innych faktów  sączonych nieustannie do 

jego pamięci przez Ojców Miasta,  a  to w  pojęciu nauczycielki znaczyłoby,  że Chris niczego nie 

zrozumiał.  Chciała,  żeby  nie  tylko  umiał  powtórzyć  rozumowanie  Blacketta,  Diraca  i  Locke'a, 

ale  również  sam  doszedł  do  tego,  w  którym  momencie  uczeni  się  pomylili  i  dlaczego  prawo 

ogłoszone w świetle lamp naftowych prehistorycznego roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego 

pierwszego,  a  doprecyzowane  jako  współczynnik  Landego  w  roku  tysiąc  dziewięćset  czterdzi-

estym,  do  roku  dwa  tysiące  dziewiętnastego  nie  potrafiło  oderwać  od  Ziemi  nawet ziarnka pi-

asku.

— Ależ,  pani doktor,  czy nie  wystarczy nam wiadomość,  że popełnili błąd? Wiemy  już jaki. Po 

co odtwarzać ich tok rozumowania?

— Dlatego że  wszyscy ci wielcy ludzie trudzili  się po to,  żebyś teraz  mógł  rozumować popraw-

nie. Aż  do  trzynastego  wieku,  dopóki  Fibonacci  nie  przyswoił  Zachodowi  cyfr  arabskich,  na 

całym  świecie nikt,  z wyjątkiem  paru gorliwych uczonych,  nie  potrafił  przeprowadzić  dzielenia 

pod kreską. Teraz byle dureń umie zrobić to, do czego zdolne były tylko największe umysły tam-

tej epoki. Czy uważasz się za pokrzywdzonego,  bo wymaga się od ciebie wiedzy, dlaczego dzie-

lenie metodą Fibonacciego jest  w  nauce postępem? Albo sądzisz, że  skoro tak wielki  wynalazca 

background image

jak Locke nie znał  się  na  analizie wymiarowej,  to tobie  też  wolno,  po tylu latach,  nie  znać  jej 

zasad? Poświęcili  swoje życie,  żeby uprzystępnić  ci niezmiernie dla nich zawiłe  problemy,  i  nie 

będziesz w  stanie  skorzystać z tych ułatwień,  dopóki nie  zrozumiesz,  na czym polega trudność. 

Wracaj do tablicy i próbuj od nowa.

Ale  nauka  w  „żywej"  klasie  miała  też  swoje  dobre  strony  w  rodzaju   na  przykład  Piggy'ego 

Kingston-Throopa. Piggy — naprawdę nazywał  się George,  jednak nikt,  nawet doktor Braziller, 

nie  zwracał  się  do niego tym imieniem — nie był  specjalnie  bliskim przyjacielem Chrisa,  ale  w 

niewielkiej  klasie  okazał  się  jedynym  uczniem  w  jego  wieku.  Resztę  klasy  stanowili  o  wiele 

młodsi od nich uczniowie. Chris, jak się okazało,  słusznie odgadł, że Piggy nie należał  do orłów. 

Piggy wydawał  się zachwycony posiadaniem kolegi, który z jakichś powodów był  równie spóźn-

iony jak on i który znał się gorzej nawet na przedmiotach elementarnie łatwych dla Piggy'ego.

Pod  wieloma  względami  okazał  się  całkiem  miłym  chłopakiem.  Grzeczny,  pulchny,  dowcipny 

blondynek niewiele  sobie robił  z  rzeczy,  do  których inni przywiązywali  wielką  wagę.  Pod  tym 

ostatnim  względem  stanowił  korzystne  zaprzeczenie  Chrisa,  który,  z  braku  rozeznania  nowej 

sytuacji, często byle drobiazg brał sobie do serca.

Co nie znaczy, że zawsze przyznawał  Piggy'emu rację; od początku znajomości toczyli nie końc-

zące się spory. Pierwsze typowe nieporozumienie dotyczyło anty agatyków.

— Zostaniesz obywatelem, prawda, Piggy?

— O, tak. Z pewnością.

—  Zazdroszczę  ci.  Ja  nie  wiem,  co bym  chciał  robić,  nie  mówiąc  już  o  tym,  że  nie  wiem,  do 

czego mógłbym się nadać.

Piggy odwrócił  się  i obrzucił  Chrisa  bacznym  spojrzeniem. W drodze do  szkoły przystanęli  na 

przerzuconym  nad Czterdziestą  Drugą  Ulicą  moście  Tudor Tower  Place.  W przeszłości  widok 

przez Pierwszą Aleję na East River zasłaniał  budynek ONZ; ale gmach zburzono w czasach Ter-

roru i został po nim jedynie pusty plac, za którym rozpościerała się rozgwieżdżona pustka.

— Jak to: robić?  — zdziwił  się Piggy. — No tak,  możesz mieć pewne kłopoty,  bo nie urodziłeś 

się tutaj, ale myślę, że da się to jakoś przeskoczyć. Nie wierz we wszystko, co ci będą wmawiać,

Chris jak zwykle zrozumiał jedną piątą tego, co kolega miał do powiedzenia.

— Jesteś lepiej  zorientowany —  bronił  się. — Ale  prawo  precyzuje bardzo  wyraźnie,  że  zanim 

dostaniesz  obywatelstwo  i  zezwolenie  na  przyjmowanie  środków,  musisz  wykazać  się  jakąś 

background image

umiejętnością.  Istnieją  trzy  podstawy  do  uzyskania  zezwolenia;  pamiętam  dokładnie,  bo  wku-

wałem to parę dni temu.

Skoncentrował  się.  Odkrył  bardzo dobry sposób na odgrzebywanie  w  pamięci implantowanych 

informacji:  przymykał  oczy  i  wyobrażał  sobie  siwy  gaz.  Po  chwili  ogarniała  go  senność,  czy 

może wspomnienie senności, jaką odczuwał  podczas lekcji na dany temat. Informacja powracała 

niemal  w  identycznej  postaci.  Tym  razem  też  jego  sposób  nie  zawiódł;  po  krótkiej  chwili 

usłyszał  swój  własny głos,  zaskakująco  podobny do głosu Ojców  Miasta,  Recytował  monoton-

nie:

—  Istnieją  trojakie  podstawy  uzyskania  obywatelstwa,  mianowicie:  (1) Wykazanie  się  niepod-

ważalnie użytecznym talentem w rodzaju umiejętności do programowania komputerów,  posiada-

nia zdolności administracyjnych lub innych uzdolnień,  które warto podtrzymywać zamiast ocze-

kiwać,  że  w  następnych  pokoleniach  dzięki  przypadkowi  genetycznemu  przyjdzie na  świat od-

powiednia  liczba  osób  o  tych  predyspozycjach.  (2)  Wyraźne  upodobania  intelektualne  oraz 

zamiłowanie  do  badań  naukowych,  filozofii  i  sztuki,  ponieważ  są  dziedziny,  w  których  trudno 

jest  uzyskać  w  ciągu  jednego  życia  doskonałość,  nie mówiąc już  o zastosowaniu własnych od-

kryć. (3) Zdanie Testów Obywatelskich ukierunkowanych na

wykrycie rezerw i potencjalnych uzdolnień u wolniej rozwijających się osiemnastolatków,  którzy 

nie  uzyskali  dotąd  zadowalających  wyników  w  żadnej  dziedzinie.  Z  którejkolwiek  strony  byś 

tknął, sprawa nie wygląda różowo!

—  Gadanie  Ojców  Miasta!  —  prychnął  Piggy  pogardliwie.  —  Co  oni  wiedzą?  Są  tylko  kupą 

złomu. Nic nie wiedzą o ludziach. Te przepisy zupełnie nie mają sensu.

— Dla mnie mają  —  sprzeciwił  się  Chris. — Wiadomo,  że  nie  można wszystkim  podać antya-

gatyków...  słyszałem,  że  są  trudniej  osiągalne  niż  german.  Na  Scranton  dowództwo  zabroniło 

nawet głośno o nich wspominać. W tej sytuacji konieczne jest jakieś kryterium,  kto ma je dostać, 

a kto nie.

— Dlaczego?

— Dlaczego? Po pierwsze dlatego,  że to miasto jest czymś w rodzaju wyspy położonej na środku 

niewyobrażalnie wielkiego oceanu. Poza rzadkimi wypadkami nikt nie może wejść na pokład ani 

z  niego  zejść.  Gdyby  wszystkim  podano  specyfik  przedłużający  życie  w  nieskończoność, 

wkrótce zrobiłby się tu taki tłok, że ludzie zaczęliby sobie deptać po głowach.

— Nie przesadzaj. Popatrz dokoła. Nie powiesz chyba, że stoimy sobie na głowach?

background image

—  Nie  stoimy,  bo  antyagatyk  jest  wydawany tylko niektórym,  do tego nie  wszyscy mają  poz-

wolenie na  posiadanie dzieci. Spójrz choćby na siebie,  Piggy. Mimo że  twój ojciec  i matka są w 

tym  mieście  kimś,  jesteś  ich  jedynym  dzieckiem,  a  pozwolenie  na  posiadanie  ciebie  uzyskali 

dopiero po stu pięćdziesięciu latach.

— Zostaw  moich rodziców w  spokoju — mruknął  Piggy. — Nie  umieli zadbać o swój interes i 

tyle.

— W  porządku.  Wobec  tego  weź  na  przykład mnie. Jeżeli do osiemnastych urodzin nie okaże 

się,  że mam jakieś specjalne uzdolnienia... a nie wiem, czym mógłbym się wykazać... nie zostanę 

obywatelem  i  nie dadzą mi  środków. A jeśli nawet  uzyskam  obywatelstwo,  dajmy  na  to  zdając 

testy,  to i tak zanim pozwolą mi na posiadanie chociaż jednego dziecka, będę  musiał  udowodnić 

swoją przydatność genetyczną. Tak się  dzieje tam,  gdzie  istnieje konieczność zachowania  stałej 

liczby ludności; prosty rachunek ekonomiczny, czyli akurat coś, na czym się znam, Hggy.

Piggy  splunął  w  zadumie  przez  balustradę.  Trudno  orzec,  czy  chciał  w  ten  sposób  dać  wyraz 

swoim  obawom,  a  jeśli  tak,  czy  miał  na  myśli  tylko  ekonomię,  czy również  inne  zagadnienia 

poruszone w rozmowie.

— No dobra — oświadczył  w końcu. — Załóżmy, że podają ci środek i zezwalają na posiadanie 

dziecka. Dlaczego dziecku też nie mieliby podać antyagatyku?

— Powinni, o ile się zakwalifikuje.

— O święta naiwności! Nie rozumiesz, że po to właśnie istnieją Testy Obywatelskie? To właśnie 

jest  ta  furtka.  Jeżeli  nie  załapałeś się  inaczej,  możesz  załapać  się  przy testach,  zwłaszcza  jeśli 

masz  jakieś  znajomości.  Jeżeli  jesteś  nikim,  Ojcowie  Miasta  zapewne  sfałszują  wyniki  i  to  na 

twoją niekorzyść. Ale jeśli jesteś kimś, nie będą zbyt surowi. A jeśli będą zbyt surowi, mój ojciec 

może ich zawsze podregulować. On ich programuje. Tak czy siak, do testów nie sposób się przy-

gotować, co znaczy, że są zwyczajnym oszustwem,

Chris był wstrząśnięty, ale dalej bronił swego.

— No bo to nie jest ten rodzaj testów. To znaczy, nie chodzi w nich o to,  czy jesteś dobry z anal-

izy wymiarowej, historii czy z czegokolwiek innego. Są po to, żeby

wykazać zdolności wrodzone, a nie nabyte w ten czy inny sposób umiejętności.

— Bujda na wiratorach! Test, do którego nie  sposób się  przygotować,  to test,  który można zdać 

oszukując.  Nie  widzę  innej  możliwości.  Jeżeli  się  tak  upierasz,  że  trzeba  być  supermózgiem, 

background image

żeby  otrzymać  środek  przeciwśmiertny,  to  przyjrzyj  się  opiekunowi,  którego  ci  przydzielono. 

Nie ma własnych dzieci i jest zwykłym gliną... a ma prawie tyle lat co burmistrz!

Aż do tej chwili Chris nie dawał za wygraną. To był jednak cios poniżej pasa.

Z początku był  przerażony,  kiedy się zorientował,  że jego dowód tożsamości przewiduje zakwa-

terowanie przy rodzinie, a przerażenie przeszło w  panikę,  kiedy dowiedział  się,  że numer na ski-

erowaniu  jest  numerem  nie  kogo  innego  tylko  sierżanta  Andersona.  Przez  pierwsze  tygodnie 

spędzone w mieszkaniu Andersonów w  dawnym Chelsea Chris był  podejrzliwy i nastroszony,  co 

maskował taką dawką uprzejmości, na jaką pozwalało mu nikłe obycie towarzyskie.

Wkrótce  jednak  przekonał  się,  że  poznany  na  powłoce  sierżant  nie  jest  żadnym  ludojadem,  a 

jego  żona,  Carla,  była  najbardziej  ciepłą  i  uroczą  kobietą,  jaką  Chris  w  życiu  poznał. Ander-

senowie nie  mieli dzieci,  przyjęli więc Chrisa serdecznie,  jakby był  ich własnym  synem. W do-

datku, zgodnie z przewidywaniami Ojców  Miasta, Anderson okazał  się idealnym opiekunem dla 

młodziutkiego,  nowo  przybyłego  pasażera,  ponieważ  nikt,  nie  wyłączając  samego  burmistrza, 

nie znał miasta tak dobrze jak on.

W istocie rzeczy jego funkcje znacznie  przekraczały kompetencje policjanta — gdyby zaistniała 

konieczność  przedostania  się  na  pokład  statku  nieprzyjaciela,  oddziały  policyjne  mogły  być 

przekształcone  w  jednostki  obrony  miasta  i  oddziały  desantowe.  Chociaż  w  siłach  zbrojnych 

Nowego  Jorku  wielu  mężczyzn  nominalnie  miało  wyższe  stopnie  od  sierżanta  powłokowego 

Andersena,  jednak opiekun Chrisa i jego milczący,  śniady kolega Dulany stali na czele ochotnic-

zych  oddziałów,  praktycznie  niezależnych  od  hierarchii  policyjnej  i  podległych  bezpośrednio 

burmistrzowi Amalfiemu.

Właśnie  ten  fakt  zapoczątkował  nić  przyjacielskiego porozumienia  miedzy  Chrisem  a jego op-

iekunem. Chris nigdy jeszcze nie widział  na własne oczy Amalfiego,  chociaż wszyscy w  mieście 

mówili o burmistrzu tak,  jakby był  ich osobistym znajomym. Nareszcie spotkał  kogoś, kto rzec-

zywiście znał  burmistrza  i widywał  go  parę razy na  tydzień,  Chris nie  był  w  stanie  zapanować 

nad ciekawością.

— Ludzie tak  tylko gadają,  Chris. Mało kto widuje Amalfiego,  jest  na  to zbyt zajęty. Amalfi od 

dawna  kieruje  wszystkim  i  robi  to  dobrze,  więc  ludzie  uważają  go  za  przyjaciela.  Wiedzą,  że 

można mu zaufać.

— Ale jaki on jest?

background image

—— Skomplikowany... ale to  chyba można  powiedzieć o wszystkich.  Będę najbliższy prawdy, 

jeśli  powiem,  że  jest  niezwykle  przenikliwy.  Potrafi  doszukać  się  związków  między  wydar-

zeniami,  które  uchodzą uwagi  innych.  Umie ocenić  sytuację i  natychmiast  wypatrzyć  nitkę,  od 

której pruje się cały płaszcz. Musi posiadać taką umiejętność,  bo jest zbyt przeciążony obowiąz-

kami,  żeby pozwolić sobie na  sprawdzanie każdego ściegu z osobna. Moim zdaniem i tak zaha-

rowuje się na śmierć.

Do tej właśnie sprawy powrócił Chris po przygnębiającej dyskusji z Piggym.

— Powiedział mi pan  kiedyś,  sierżancie, że nasz

burmistrz zapracowuje się na śmierć. Od Ojców Miasta wiem,  że ma kilkaset lat. Przecież każdy, 

kto zażywa antyagatyki, może żyć wiecznie, prawda?

—  Nic  podobnego  —  zaprzeczył  Anderson  z  przekonaniem.  —  Nikomu  nie  jest  pisane  żyć 

wiecznie. Zawsze,  prędzej czy później ulegnie jakiemuś wypadkowi. Środki przeciwśmiertne nie 

są zresztą „lekarstwem" na śmierć w ścisłym tego słowa znaczeniu. Czy wiesz,  na jakiej zasadzie 

działają?

— Nie — przyznał się Chris. — Nie braliśmy tego

jeszcze w szkole.

— Z banku pamięci dowiesz się wszystkiego ze szczegółami,  ja pamiętam tylko piąte przez dzi-

esiąte.  Ogólnie  rzecz  biorąc,  istnieje  kilka  odmian  antyagatyków,  z  których  każda  ma  inne 

działanie.  Najważniejsza  askomycyna  pobudza  działanie  komórek  układu  siateczkowo-

śródbłonkowego,  do którego należą ciałka białe. Obdarza organizm tak zwaną odpornością nies-

woistą,  co znaczy,  że przez następne siedemdziesiąt  lat  nie  grozi  ci żadna choroba  zakaźna.  Po 

upływie  tego  okresu  dostajesz  następną  szczepionkę  i  tak  dalej.  Askomycyna  nie  jest,  jakby 

sugerowała  jej  nazwa,  antybiotykiem,  tylko pochodną  endotoksyny,  cukrem złożonym  zwanym 

mannozą. Askomycyna swoją nazwę zawdzięcza faktowi,  że podobnie jak antybiotyki,  powstaje 

drogą fermentacji.

Kolejnym  antyagatykiem  jest  TATP  —  triacetyl-triparanol,  którego  działanie  polega  na  pow-

strzymywaniu  w  organizmie  syntezy  substancji  tłuszczowej  zwanej  cholesterolem.  Cholesterol 

ma tendencję do gromadzenia się w arteriach i  wywoływania wylewów,  apopleksji, nadciśnienia 

i  tym  podobnych. TATP musi  być  zażywany  codziennie,  ponieważ  organizm  każdego  dnia  od 

nowa zabiera  się do wytwarzania  cholesterolu.— Czy  nie jest  to dowód,  że  cholesterol czemuś 

służy? — spytał Chris ostrożnie.

background image

— Oczywiście. Jest  absolutnie  nieodzowny dla rozwoju  płodu,  tak więc kobiety w  ciąży muszą 

odstawić  TATP. Mężczyznom cholesterol  nie jest  do niczego potrzebny,  a  mężczyźni  są  o wiele 

podatniejsi na choroby krążenia niż kobiety.

Obecnie stosuje  się jeszcze  dwa  rodzaje antyagatyków  o pomniejszym  znaczeniu.  Jeden z  nich 

powstrzymuje  syntez?  hormonu  snu,  który  również  jest  niezbędny  w  ciąży,  poza  tym  jednak 

przysparza  wyłącznie  kłopotów.  Substancję  tę  wyodrębniono  z  krwi  przeżuwaczy,  na  przykład 

krów, których krwiobieg jest tak dziwnie skonstruowany, że drugi sen grozi im śmiercią.

— Chce pan powiedzieć, że pan n i g d y nie sypia?

— Nie mam na to czasu — oświadczył Anderson z najgłębszą powagą. — Ani też, chwała Bogu, 

najmniejszej  potrzeby.  Ale  już  sama  askomycyna  w  połączeniu  z  TATP-em  znosi  dwie  najc-

zęściej  spotykane  przyczyny  śmierci:  infekcje  i  choroby  układu  krążenia.  Powstrzymanie  tych 

dwóch czynników tylko przedłuża średnią długość życia co najmniej o dwa wieki.

Ale śmierć nadal  jest nieuchronna,  mój  chłopcze... Jeżeli nie zginiesz w  wypadku,  dopadnie cię 

rak,  na którego nie mamy jeszcze remedium... owszem,  askomycyna atakuje zwyrodniałe tkanki 

z  taką  siłą,  że  rak  przestaje  być  zabójczy...  środek  ten  chroni  nawet  przed  promieniowaniem" 

twardym,  jednak  rak  potrafi  tak  zbrzydzić  życie,  że  śmierć  bywa  jedynym  humanitarnym  wy-

jściem. Można też umrzeć z wycieńczenia albo z braku dostępu do antyagatyków. Można zginąć 

od  kuli...  i  z  przepracowania.  Nie  przeczę,  że  w  naszym  mieście  żyje  się  dosyć  długo,  ale  nic 

takiego jak nieśmiertelność

nie istnieje. Nieśmiertelność,  podobnie jak jednorożec, jest tylko mitem. Nawet  wszechświat nie 

będzie trwał wiecznie.

Wreszcie nadeszła okazja, na którą Chris czekał, chociaż nie bardzo wiedział, od czego zacząć.

—  Czy...  czy  komuś,  kto  został  obywatelem,  kiedyś  przestaje  się  podawać  środki  prze-

ciwśmiertne?

—  Specjalnie?  Nigdy  o  takim  przypadku  nie  słyszałem  —  powiedział  Anderson,  marszcząc 

czoło. — W każdym razie nie w Nowym Jorku,  Jeżeli Ojcowie Miasta wydadzą na kogoś wyrok 

śmierci,  zostaje  rozstrzelany.  Po  co  ma  wegetować  do  końca  siedemdziesięcioletniego  okresu? 

Byłoby to karygodnym wręcz okrucieństwem. Po co ktoś miałby komuś odstawiać leki?

— No... testy nie zawsze są wiarygodne. To znaczy,  jeżeli,  dajmy na to,  ktoś został  obywatelem, 

a potem odkryto, że nie jest... eee... tak genialny, jak sądzono...

background image

Sierżant powłokowy obrzucił  Chrisa uważnym spojrzeniem. Zapadła długa cisza, w czasie której 

Chris wyraźnie słyszał pulsowanie krwi we własnych skroniach.

— Chyba rozumiem  —  powiedział  wreszcie  powoli Anderson. —  Ktoś nieźle  nawiratorował  ci 

w głowie. Jak długo,  twoim zdaniem, przetrwałoby miasto, gdyby tylko geniusze mieli prawo do 

obywatelstwa? Ani byś się obejrzał, jak by się wyludniło. To wszystko nie funkcjonuje na takich 

zasadach. Środki przeciwśmiertne stosowane są po to,  żeby podtrzymywać umiejętności. Rodzaj 

umiejętności nie  ma najmniejszego znaczenia. Pod uwagę  bierze się jedynie to,  czy bardziej lo-

giczne  jest  przedłużanie  życia  danego  osobnika,  czy  też  kształcenie  jego  następców  co 

czterdzieści,  pięćdziesiąt  lat.  Popatrz  się  na  mnie,  Chris.  Nie  jestem  żadnym  geniuszem,  tylko 

zwykłym  sierżantem policji,  ale znam się na mojej robocie na tyle,  że Ojcom Miasta  nie opłaca 

się kształcić mojego następcy w młodszym pokoleniu. Zdecydowali zachować dotychczasowego 

policjanta,  czyli mnie,  chociaż jestem tylko zwykłym gliną. Czemu nie? Nie mam nic przeciwko 

temu,  robota  mi odpowiada,  a  kiedy Amalfi  potrzebuje doświadczonego policjanta,  wzywa  albo 

mnie,  albo Dulany'ego,  a nie któregoś z oficerów, bo żaden z nich nie ma za sobą tylu lat doświ-

adczeń co my  dwaj. Kiedy burmistrz potrzebuje  sierżanta powłokowego — wzywa  mnie;  kiedy 

musi  wysłać patrol  na  inny  statek  — wzywa Dula-ny'ego;  a  kiedy chce mieć  pod ręką  mistrza 

jakiejś specjalności — to też go sobie zaprasza. Na pokładzie miasta,  również dlatego, że miasto 

jest  tak wielkie,  można  znaleźć  przedstawiciela  każdej  specjalności.  Dopóki  ten  system  działa, 

nie  ma  potrzeby,  żeby  po  mieście chodziło  więcej  takich jak ja. Albo więcej niż  n specjalistów 

innej dziedziny^ jeśli zapotrzebowanie wynosi n.

— Wygląda na to, że wykuł pan tę lekcję na blachę — uśmiechnął się Chris.

—  Każdą lekcję  wykułem  — potwierdził  Anderson. — To znaczy  wszystko,  co mi  przekazali. 

Kiedy Ojcowie Miasta raz włożą ci coś do głowy, to już na dobre.

Jego  słowa  przerwał  klarowny,  melodyjny  gwizd  dochodzący  z  głębi  mieszkania.  Powłokowy 

zadarł wielką głowę i uśmiechnął się.

—  Zaraz  się  przekonasz  —  zapowiedział.  Był  wyraźnie  czymś ucieszony.  Dotknął  guzika  na 

poręczy fotela.

— Anderson? — odezwał  się ktoś zmęczonym głosem. Chrisowi  natychmiast przemknęło przez 

myśl, że taki

głos musiał mieć tata niedźwiedź w starożytnym micie o Złotowłosej.

— Tak... Słucham pana.

background image

—  Decydujemy  się  na  kontrakt.  I  mnie,  i  Ojcom  Miasta  w  miarę  odpowiadają  warunki.  Za 

chwilę przystąpię do podpisania umowy. Wolałbym,  żebyś się tutaj zjawił  i na wszelki wypadek 

zapoznał z jej treścią. Coś mi się widzi, Josel, że tym razem idziemy na całość.

— Zaraz będę. — Anderson dotknął  guzika. Uśmiechnął  się  szerokim,  chłopięcym  uśmiechem, 

jakiego Chris nigdy u niego nie widział.

— Burmistrz! — wykrzyknął Chris podniecony.

— No.

— O czym mówił?

—  Znalazł dla nas robotę. O ile nie będzie przeszkód, powinniśmy wylądować za parę dni.

 ROZDZIAŁ SZÓSTY

Planeta zwana Niebiosa

Planeta,  miotana  burzą,  była  całkiem  niewidoczna.  W miarę  jak  miasto ostrożnie  obniżało  lot, 

coraz wyraźniej występował  zarys pola wiratorowego, które przybrało wygląd czaszy kipiącej od 

czarnych  chmur  poprzecinanych  błekitnozielonym  światłem  błyskawic.  Czasza  spływała  stru-

gami deszczu i gradu. Kiedy opadli niżej, grad ustąpił, ale deszcz przybrał na sile.

Po niezliczonych  miesiącach mijania  kolejnych słońc  w  rozgwieżdżonych przestworzach doby-

wający się  z ciemności niski pomruk grzmotów miał  w sobie coś przygnębiającego,  wręcz prze-

rażającego.

Chris siedział  z Piggym na molo u wylotu Gansevoort Street,  z którego Herman Melville odpły-

wał na spotkanie dalekich Mórz Południowych.

Wpatrywał  się  w świetlistą  kulę przelatującego nad miastem  pioruna  tak,  jakby pierwszy raz  w 

życiu oglądał  tego rodzaju  zjawisko atmosferyczne. Równie  nietęga była  mina  Piggy'ego,  który 

nigdy w życiu niczego podobnego nie widział. Nowy Jork miał  lądować na planecie po raz pier-

wszy, od kiedy chłopak przyszedł na świat.

Skąd Amalii  wiedział,  jak  zejść  do  lądowania  —  nie  pogróżka  nie  była  zbyt  niepokojąca,  bo 

chociaż  Piggy ważył  więcej  od Chrisa  o jakieś dziesięć kilogramów,  były  to głównie kilogramy 

tłuszczu.  Rozochocony  burzą  Chris  już  miał  wyśmiać  kolegę,  kiedy  antyczne  deski  molo 

zadrżały  pod  krokami  stalowych  buciorów.  Zaskoczony  spojrzał  przez  ramię  i  zerwał  się  na 

równe nogi.

background image

Za plecami chłopców  stało dwudziestu pozbawionych twarzy ludzi w  skafandrach kosmicznych. 

Najeżeni bronią,  wyglądali jak falanga gigantycznych robotów. Deski zaskrzypiały i ugięły się z 

jękiem, kiedy jeden z nich wystąpił naprzód i nieoczekiwanie przemówił do Chrisa.

Głos był  gromki i metaliczny,  wzmacniacz wyraźnie podregulowano do przekrzykiwania kanon-

ady  piorunów  na  wielkich  przestrzeniach,  mimo  to  Chris  rozpoznał  go  bez  trudu.  Zakuty  w 

zbroję mężczyzna był jego opiekunem.

— CHRIS! — Głos nagle stracił  na sile. — Chris, co ty tu robisz? I chłopak Kingstona-Throopa 

z  tobą?!  Piggy,  powinieneś  mieć  więcej  oleju  w  głowie!  Lądujemy  za  dwadzieścia  minut,  tu 

mamy właśnie bramę wypadową. Zmiatajcie obaj.

— Przyszliśmy tylko popatrzeć — zaczął się bronić Piggy. — Każdemu wolno patrzeć.

— Nie mam czasu na dyskusje. Idziesz stąd, czy nie? Chris szarpnął kolegę za łokieć.

— Chodź, Piggy. Po co mamy komuś zawadzać?

— Puszczaj  mnie. Nikomu nie  zawadzam. Jak chcą,  mogą po mnie  przejść. Nie będę  stąd szedł 

tylko dlatego, że jemu się tak podoba. On nie jest moim opiekunem, tylko zwykłym gliną.

Stalowe ramię wyciągnęło się w stronę chłopca. Na końcu rozwarła się para szczypców.

— Poproszę o kartę — szorstko zażądał Anderson. —

Później się dowiesz,  o  co zostałeś oskarżony. Jeżeli nie  ruszysz  się  stąd natychmiast,  wyznaczę 

dwóch  ludzi,  żeby ci  w  tym  pomogli,  chociaż  w  tej  chwili  potrzebny mi  jest  każdy  człowiek. 

Zrobimy ci takiego haka w karcie, że do końca życia będziesz żałował.

—  Już  dobra.  Po  co  się  tak  zaraz  ciskać?  Idę.  Pękate,  stalowe  ramię  z  rozwartymi  groźnie 

szczypcami nadal wysuwało się do przodu.

— Poproszę kartę.

— Powiedziałem przecież, że idę.

— No to zjeżdżaj!

Piggy  nagle  spokorniał.  Rzucił  się  do  ucieczki.  Chris  posłał  swojemu  opiekunowi  zdumione 

spojrzenie,  po  czym  poszedł  w  ślady  kolegi,  jak  najstaranniej  omijając  nieruchome  posągi  z 

błękitnej stali rozstawione na całej długości molo.

Piggy zdążył  już zniknąć. Kiedy oszołomiony Chris puścił  się pędem w stronę domu,  miasto,  w 

feerii błyskawic, wylądowało.

Na  nieszczęście  Chrisa  Ojcowie  Miasta  nie  wzięli  poprawki  na  lądowanie:  nauka  przebiegała 

jakby  nigdy  nic,  tak  że  chłopiec  miał  tylko  bardzo  mętny  obraz  najświeższych  wydarzeń. 

background image

Wprawdzie  nowojorskie biuro  informacji  podawało co  godzinę  pięciominutowe bloki  informa-

cyjne,  jednak dziesięciolecia jałowej rutyny lotu sprawiły,  że  serwis sieci  kablowej składał  się z 

komunałów.  Funkcja  biura  w  czasie  lotu  sprowadzała  się  do  transmitowania  programów  z 

ogromnych zbiorów  muzycznych  i  teatralnych miasta. Chris podejrzewał,  że większość obywa-

teli  podziela  jego zdanie,  iż nadawane  wiadomości  są  mętne  i  niewiele mówiące.  Nieliczne  in-

formacje,  jakie  miał,  zawdzięczał  sierżantowi  Andersenowi.  Nie  było  tego  wiele,  bo  sierżant 

rzadko pojawiał  się w domu,  pochłonięty organizacją przyczółka na Niebiosach. Chrisowi udało 

się podsłuchać zaledwie parę zdań, głównie z rozmów prowadzonych przez sierżanta z Carlą.

— Chcą,  żebyśmy im  pomogli rozwinąć przemysł  na planecie. To pozornie proste, rzecz jednak 

w  tym,  że  ich  społeczeństwo  ma  strukturę  feudalną.  Sześćdziesiąt  sześć  tysięcy  tak  zwanych 

elektorów,  czyli  zwykłych  wolnych  posiadaczy  ziemskich,  ma  pod  sobą  ogromną  liczbę  pod-

danych. Nikt nigdy nie  zadał  sobie trudu,  żeby ich przeliczyć. Archaniołowie życzą sobie  utrzy-

mać ten stan rzeczy nawet po uruchomieniu przemysłu ciężkiego.

— Nie wydaje mi się to możliwe — oświadczyła Carla.

—  Bo  też  nie  jest  możliwe,  o  czym  przekonają  się,  kiedy  skończymy  naszą  robotę.  W  tym 

właśnie  cały  sęk.  Nie  wolno  nam  ingerować  w  system  społeczny  planety,  tymczasem  wy-

wiązując  się  z  kontraktu,  zainicjujemy rewolucję... długą  i  powolną,  niemniej jednak rewolucję. 

A kiedy gliniarze wyładują po naszym odlocie i zorientują się,  co jest grane,  będziemy odpowia-

dać za pogwałcenie status quo.

— Gliniarze! — zaśmiała  się Carla  melodyjnie. — Kochanie,  to słowo brzmi  w  twoich ustach 

jak obelga. A kimże ty jesteś? Ile  jeszcze trzeba stuleci,  żebyś pogodził  się  z tym,  że  sam  jesteś 

gliną?

— Wiesz,  o co mi chodzi — oświadczył  chmurnie Anderson.  — Niech ci  będzie,  jestem gliną. 

Ale nie jestem ziemskim gliną,  tylko m i  e j s k i m,  a to wielka różnica. Cóż,  pożyjemy, zobac-

zymy. Co jest na lunch? Muszę wyjść za pół godziny.

Burza,  zgodnie  z przepowiedniami,  nie  ustawała. Chris przy każdej okazji chodził  oglądać  roz-

pakowywanie i montaż maszyn, których śladem następnie wędrował

do przemysłowych  sektorów,  gdzie  mógł  podziwiać  sforę  rozchybotanych,  gąsienicowych  ła-

zików  bagiennych.  Pojazdy  osadników,  chociaż  różnej  wielkości,  były  skonstruowane  według 

podobnych zasad: opasłe cylindry z przejrzystego tworzywa wzmocniono stalowymi obręczami i 

background image

zaopatrzono po  obu bokach w gąsienice  o tak wielkich ogniwach,  że mogły funkcjonować  jako 

koła  łopatkowe  w  szczególnie  grząskim  terenie.  Kadłub  pojazdu  był  wodoszczelny,  jednak  na 

oko  Chrisa  maszyny  nie  potrafiły  pływać,  choćby  nawet  zostały  wyposażone  w  ukryte  śruby 

napędowe; w  razie awarii mogły najwyżej liczyć  na zachowanie  równowagi  i wzywać  pomocy 

drogą  radiową,  o  czym  świadczyły  liczne  anteny.  Wyglądały  bardziej  na  polewaczki  niż  jed-

nostki pływające.

Czy  na  takich mokradłach mógł  powstać  jakikolwiek  przemysł?  Chris nie  potrafił  sobie  nawet 

wyobrazić,  jakim  cudem  rolnicze społeczeństwo mogłoby  przeżyć  pośród  nieprzerwanych stru-

mieni ulewy,  zwłaszcza w  sytuacji,  gdy tylko skąpe fragmenty planety znajdowały się nad pow-

ierzchnią wody. Potem jednak przypomniał  sobie to i owo na temat kolonizacji Wenus, która od-

bywała się w podobnie trudnych warunkach. Tam skończyło się rolnictwem podmorskim; jednak 

rolnictwo też wymagało wielkich ilości energii, w dodatku mieszkańcy Niebios nie  doszli nawet 

do etapu Wenus — wyglądało na to, że ich główne pożywienie stanowi zielsko bagienne i ryby.

Chris z  najwyższą  uwagą  przysłuchiwał  się rozmowom  osadników  w  dokach — nie  tym,  które 

toczyli  z  mieszkańcami  wędrownego  miasta  po  angielsku skomplikowanym  językiem  technic-

znym,  lecz  rozmowom,  które  prowadzili  między  sobą. Język osadników  był  dziwną  cmoktaną 

wersją  rosyjskiego,  niegdyś  języka  uniwersalnego,  obecnie  właściwie  martwego,  używanego 

tylko  w  zapadłych  kątach  wszechświata.  Banki  pamięci  od  pierwszych  dni  nauki  bezlitośnie 

tłoczyły Chrisowi  rosyjski do głowy.  Był  to  jeżyk  bardzo  trudny do opanowania,  zwłaszcza  na 

pokładzie  miasta,  w  którym  nikt  prawie  go nie  używał. Archaniołom,  którzy  zachowywali  os-

trożność  nawet  w  prywatnych rozmowach,  nigdy  nie przyszło do głowy,  że  ktoś z  wędrowców 

mógł  operować ich mową. Fakt,  że sami mówią po rosyjsku,  był dla nich dowodem, że ich histo-

ria  wyprzedza  historię  miast koczowniczych. Z pewnością,  nie  zaświtało im  nawet  w  głowach, 

że  ich słowa mogą  być  chociaż w  części  rozumiane przez nastolatka,  który  włóczy się po nabr-

zeżach, gapiąc się na łodzie motorowe.

Z zasłyszanych rozmów  i  coraz rzadszych wizyt opiekuna w domu Chris stworzył  sobie mglisty 

obraz oczekiwań kolonistów. Gdyby był  obywatelem, mógłby zwrócić się wprost do Ojców Mia-

sta  o  przedstawienie  mu  tekstu  umowy,  jako  pasażer  nie  miał  jednak  tego  rodzaju  uprawnień. 

Ogólnie  wywnioskował,  że  Archaniołowie  zamierzają  zaprowadzić  u  siebie  gospodarkę 

wzorowaną bez  reszty na gospodarce  Wenus,  z  jej  podmorskim rolnictwem i hodowlą  oraz zas-

tosowaniem  napędu  radiotransmisyjnego,  podobnego  do  napędu,  który  utrzymywał  miejskie 

background image

taksówki  w  powietrzu.  Wędrowcy  mieli  w  grząskim,  osuwającym  się  terenie  wykopać  funda-

menty  pod generatory  stacji  przekaźnikowej. Mieli  również,  korzystając  z  własnych  urządzeń, 

oczyścić  rudy  niezbędnych  dla  przedsięwzięć  energetycznych  metali,  głównie  toru,  który 

występował  na Niebiosach w ilościach znacznie przewyższających moce przerobowe planety. Po 

reorganizacji gospodarki Archaniołowie zamierzali uruchomić własne rafinerie i sprzedawać oc-

zyszczony tor innym planetom. Co ciekawsze, mieli również

wystarczająco  dużo germanu  i  byli  skłonni  płacić  nim  za  usługi  miasta,  mimo że  był  metalem 

niezmiernie  trudnym  do  uzyskania.  Dla  osadników  tego  rodzaju  umowa  była  korzystna,  po-

nieważ nie  uczestnicząc  w handlu międzygwiezdnym,  odczuwali dotkliwy deficyt  dolarów  koc-

zowniczych.

Kiedy  tabor  maszyn,  człapiąc  gąsienicami,  wytoczył  się  w  teren,  gdzie  zniknął  spowity  nieus-

tającą  nawałnicą,  odwiedziny  sierżanta  Andersena  zrobiły  się  jeszcze  rzadsze,  a  liczba  kolo-

nistów  w  dokach  gwałtownie  zmalała. Teraz  stało  tam  tylko kilka pojazdów  bagiennych,  z  nie 

wyjaśnionych przyczyn nazywanych łabę-ziówkami, które Chris chodził podziwiać każdego dnia 

po  szkole.  Były  to  zwykle  niewielkie  jednostki;  ich  właściciele  usiłowali  wytargować  od 

wędrowców  egzotyczne  kurioza  dla  swoich dam,  wyglądało jednak na  to,  że  ten  rodzaj  handlu 

ugrzązł  w  martwym punkcie,  podobnie  jak wszystko na tej planecie. Obywatele  Nowego  Jorku 

nie  potrzebowali  pieniędzy,  a  niebiańscy  feudałowie  i  wolni  władycy  nie  mieli  zbyt  wielu 

towarów  na  wymianę.  Wkrótce  wszelki  dopływ  informacji  ustał  prawie  zupełnie.  Bardzo  to 

Chrisa zmartwiło.

Doprowadzony  do  ostateczności,  wpadł  na  pomysł.  Zawsze  nosił  przy  sobie  niewielki,  tani 

scyzoryk  z wbudowanym  w  rękojeść  kompasem.  Ten  jeden  z  niewielu  prezentów,  na  jaki  było 

stać jego ojca,  mógłby przehandlować jako egzotyczną ciekawostkę. W pierwszej chwili odrzucił 

pomysł,  zły na siebie, że coś takiego w  ogóle mogło mu przyjść do głowy,  kiedy jednak sierżant 

Dulany, a następnie sierżant Anderson, zostali oficjalnie wciągnięci na listę „zaginionych", przes-

tał  się  wahać. Jego  ostatnie  wątpliwości  dotyczyły  już  tylko  tego,  czy  kompas  zadziała  w  wa-

runkach silnie  wzmożonej  aktywności  elektrycznej,  ale  w  końcu  na Ziemi też  nie  spisywał  się 

zbyt dobrze. Wyczekał na moment,  kiedy jeden z feudałów po nieudanym targu kroczył  sztywno 

do swojej sześcioosobowej łabędziówki. Chris podszedł ze scyzorykiem na wyciągniętej dłoni.

— Gospodin...

background image

Zatrzymany —  wielkie,  krzepkie  chłopisko  o  twarzy  pochmurnej  jak: burzowe  niebo  jego  ojc-

zystej planety — przystanął i spojrzał z góry na chłopca.

— Tak, chłopcze? Mówiłeś coś?

— Tak, panie. Za pozwoleniem, mam tutaj bardzo pożyteczny przyrząd pochodzenia ziemskiego. 

Czy chcielibyście go obejrzeć?

— Mówisz w  naszym jeżyku? — zdziwił  się  mężczyzna,  w  dalszym  ciągu zachmurzony. Wziął 

scyzoryk  z  roztargnieniem.  Przedmiot  wyraźnie  go zaciekawił,  ale  jeszcze  bardziej  zaintereso-

wała go łamana ruszczyzna Chrisa. — Skąd znasz rosyjski?

—  Ze  słyszenia,  panie.  To  bardzo  trudny  język,  ale  staram  się,  jak  mogę.  Spójrzcie,  prosto  z 

Ziemi, z kołchozu Pensylwania. Prawdziwy staroć, składany ręcznie.

— No, no. Jak też to działa?

Chris pokazał,  jak  otworzyć  oba  ostrza,  natomiast  próby  objaśnienia  mechanizmu funkcjonow-

ania  kompasu Archanioł  zbył  machnięciem  ręki. Albo  słaba  znajomość  języka  czyniła  wywód 

niezrozumiałym,  albo  feudał  zdążył  się  już  zorientować,  że  tego  rodzaju  urządzenie  musi  być 

bezużyteczne w gęsto naszpikowanej błyskawicami atmosferze Niebios.

— Hmm, widać, że to tandeta, ale może żona zechce to nosić na szyi. Ile za to chcesz?

— Panie, chciałbym pokierować jeden, jedyny raz pańską łodzią. O nic więcej nie proszę.

Osadnik przyglądał mu się przez dłuższą chwile, po czym wybuchnął śmiechem.

— Proszę  bardzo,  proszę bardzo — powiedział,  kiedy opanował  już  pierwszą wesołość. — Wy, 

włóczędzy,  lubicie  targować  na  całego,  ale  czegoś  takiego  jeszcze  nie  widziałem.,,  tę  historię 

będę opowiadać latami! Zgoda, dobiliśmy targu.

Nie przestając chichotać, ruszył  przodem do doku,  gdzie zostali zatrzymani przez powłokowego, 

który  rozpoznał  Chrisa.  Obie strony  wyjaśniły  policjantowi,  jakiego dobiły targu.  Wartownik  z 

koczowniczego miasta niechętnie pozwolił chłopcu wsiąść na pokład łabędziówki.

Dwaj osadnicy siedzący w  kabinie położonej  na  dziobie chybotliwego  walca  zerwali  się na  ich 

widok  z  gniewem  i  przestrachem,  ale  właściciel  uspokoił  ich  zdecydowanym  ruchem  dłoni. 

Ciągle wydawał się nieźle ubawiony.

— Spokojnie. To tylko dzieciak. Dał  mi  błyskotkę za  to,  że mu pokażę,  jak człapie nasza łajba. 

Idźcie na rufę, za chwilę do was przyjdę.

background image

Sądząc  z  wyrazu  twarzy,  jego  towarzysze  nadal  nie  byli  zachwyceni,  ale  posłusznie  opuścili 

kabinę.  Wielki  mężczyzna  usadził  Chrisa  twarzą  do  panoramicznej  szyby  i  pokazał,  jak  ma 

trzymać manetki przepustnicy położone po obu stronach koła sterowego.

— Samo kręcenie kołem nie wystarczy,  musisz regulować tempo poszczególnych gąsienic. Prze-

suwać tę wajchę do przodu albo do tyłu. Za czerwoną kreską masz wsteczny bieg. Jakby zaczęło 

buksować,  zrób  pełen  obrót  kołem.  Silnik  zgaśnie  i  łódź  osiądzie  w  błocie.  Kiedy  trafi  na 

twardsze  podłoże,  sama  z  siebie  zacznie  pełznąć  do  przodu,  uruchamiając  tłoki;  ciśnienie  w 

zbiorniku podniesie się i koło automatycznie odkręci się do pozycji wyjściowej. Zrozumiałeś?

— A czy mógłbym spróbować?— Hmm,  sądzę,  że tak. Wycofam  pojazd z doku i będziesz mógł 

pojeździć sobie w kółko zaraz za powłoką. Musisz tylko pilnować, żeby nie stracić z oczu latarni 

sygnalizacyjnej Nowego Jorku.

— Czy pozwolisz, panie, żebym sam wyprowadził pojazd?

— Dobra — łaskawie zgodził  się ubawiony olbrzym. — Tylko bez szaleństw. Oba drążki spoko-

jnie  przesuń  za  czerwoną  kreskę,  W porządku.  Nie  tak  szybko.  Powolutku!  Spokojnie!  Teraz 

lewy drążek na luz. W porządku; widzisz, jak się zaczęła obracać?

Gdzieś  z  tyłu  łabędziówki  rozległo  się  nawoływanie.  Olbrzym  w  odpowiedzi  wybuchnął  po-

tokiem mowy, z którego Chris zrozumiał zaledwie parę słów.

—  Mam  coś  do  obgadania  na  rufie.  Wrócę  za  chwilę  —  zwrócił  się  do  Chrisa.  —  Pamiętaj, 

żadnych wygłupów i nie trać z oczu latarni.

— Tak jest, panie.

Właściciel łodzi opuścił  sterówkę. Chris dosłyszał  jeszcze, jak rozbawieniem relacjonuje histo-

rię chłopaka z doków,  który potrafi wydukać parę słów po rosyjsku, w związku z czym uważa,  że 

potrafi kierować łodzią. Potem mężczyźni zaczęli rozmawiać przytłumionym szeptem.

Parę  minut  Chris  spędził,  starając  się  możliwie  niezgrabnie  obchodzić  ze  sterami,  chociaż 

prowadzenie  łodzi  nie  wymagało  specjalnej  wprawy.  Następnie  zgodnie  z  poleceniem,  puścił 

pojazd  w  kółko przeciwnie  do  ruchu wskazówek  zegara,  podniósł  się  z  przedniego  siedzenia  i 

ostrożnie wycofał pod drzwi prowadzące do sąsiedniej kabiny.

Prawdę mówiąc,  chciał  się dowiedzieć  czegokolwiek  — ostatnio odczuwał  dojmujący  niedosyt 

informacji. To, co usłyszał, zaskoczyło go bezgranicznie.

background image

Mężczyźni szwargotali pośpiesznie w dialekcie,  który w nikłym tylko stopniu przypominał język 

uniwersalny,  wpojony Chrisowi przez  bank pamięci; mimo  to fragmenty rozmowy  były jasne  i 

zrozumiałe.

— ...Sęk w tym, że nie da się tego zrobić bez miasta...

— ...opanować miasto?... Nie mamy nawet planu, nie mówiąc już o porządnej mapie.

— To się  załatwi  później,  jak już  będzie  po wszystkim...  Możemy  rzucić  do  walki  tysiące  po-

spólstwa,  ale ich system  obronny... najpierw  musimy obezwładnić ich Huaku,  czy jak to się tam 

u nich nazywa, bo nie stać nas na to, żeby walczyć jak równy z równym.

— No to  w  czym  rzecz? Wzięliśmy dwóch głównodowodzących ich wojsk do niewoli. W razie 

czego możemy ich przetrzymywać  w nieskończoność... W życiu nie  słyszeli  o twierdzy Wilczy 

Bicz ani nie mają pojęcia, gdzie...

Rozmowa  gwałtownie się  urwała.  Łabędziówka  grzmotnęła  o coś zgrzytliwie  i  niezdarnie  zac-

zęła  pokonywać  przeszkodę.  Chris  upadł  na  pokład.  Ktoś  zaczął  się  dobijać  do  drzwi, 

wrzeszcząc ze złością. Dźwięki ucichły, kiedy siłą bezwładu opadła grodź między kabinami,

Walcząc o utrzymanie równowagi podczas wściekłych przechyłów łodzi,  Chris stanął  na nogach 

i  starannie  obadał  grodź  z  wszystkich  stron,  sprawdzając,  czy  nie  dałoby  się  jej  zamknąć  na 

amen.

Owszem,  natrafił  na  wielką zasuwę,  która byłaby w  stanie  utrzymać sforę  niebiańskich psów  na 

dystans, nie dawała się odsunąć z drugiej strony. Cóż,  będzie musiał zaryzykować,  chociaż lepiej 

by się czuł,  mając solidną  kłódkę na podorędziu. Po zadartym,  rozchybotanym pokładzie dogra-

molił  się  z  powrotem do fotela  pilota. Puszczona  samopas łódź  starała się  posłusznie  krążyć  w 

kółko,  ale błoto jest zbyt płynnym i ruchomym podłożem,  żeby pojazd sam zdołał  utrzymać kie-

runek.  Łódź  zataczała  coraz  większe  kręgi,  wreszcie  wpakowała  się  w  nabrzeże.  Policja 

wędrownego miasta pędziła już w ich stronę.

Chris wrzucił  wsteczny bieg i wycofał  się z miasta najszybciej,  jak tylko się dało, chociaż  ani w 

połowie  tak  szybko,  jak  by  chciał.  Potem  zawrócił  łabędziówką  o  sto  osiemdziesiąt  stopni  i 

rzężącą, ślizgającą się łódź skierował prosto w paszczę nawałnicy. Prowadził  wpatrzony w świet-

listy punkcik na przecięciu dwóch linii na ekranie radaru, który zapewne był oznaczeniem bazy.

Nie miał  pojęcia,  dokąd tym sposobem  dojedzie. Mógł  tylko mieć  nadzieję,  że  trafi  do twierdzy 

Wilczy Bicz  i zastanie  tam Andersena i Dulany'ego oraz że szóstce rozwścieczonych osadników 

po drugiej stronie grodzi nie uda się wcześniej sforsować drzwi palnikiem.

background image

 ROZDZIAŁ SIÓDMY

Demon w potrzasku

Łabędziówką  zaledwie od pięciu minut brnęła,  ślizgając  się,  do przodu,  a  już żółty blask latarni 

w  dokach  zdążył  zgasnąć,  jakby  go  ktoś zdmuchnął. Jeśli nie liczyć  uwięzionych osadników,  o 

których starał  się nie myśleć,  Chris w  cylindrze łodzi tkwił  sam,  jak pisklak w jajku,  skazany na 

wyłączne  towarzystwo  nie  znanych  sobie  urządzeń,  pomruk  silników,  trzask  piorunów  i  błys-

kawice nie kończącej się burzy.

Z natężeniem  wpatrywał  się w  pulpit  sterowniczy,  ale  nie był  w  stanie wywnioskować  nic pon-

adto,  co już i  tak wiedział. Wszystkie instrumenty były opisane  cyrylicą. Chociaż Ojcowie Mia-

sta życzyli sobie,  żeby obywatele posługiwali się uniwersalnym,  jak na razie Chris nie odbył  ani 

jednej  lekcji  czytania  w  tym języku.  Nie  był  w  stanie  ustalić  zasad  obsługi nawet  tak prostego 

urządzenia  jak radiostacja;  po chwili  poszukiwań zrezygnował  z pomysłu  odnalezienia  podsta-

wowej  długości  fali,  na  której  utrzymywano  łączność  w  Nowym  Jorku  i  wezwania  tą  drogą 

pościgu i pomocy. Nie był  nawet w stanie stwierdzić,  czy ma  do czynienia z nadajnikiem ferro-

magnetycznym czy magnetycznym, nie mówiąc już o odczytaniu oznakowań skali.

A  przecież  musiał  skontaktować  się  z  miastem.  Przede  wszystkim  przekazać  podsłuchane 

szczegóły  zamachu.  Na  ucieczkę  ze  spiskowcami  ich  własną  łabędziówką  zdecydował  się  w 

przypływie desperacji,  której z  chwili na  chwilę coraz bardziej  żałował. Zastanawiał  się,  w jaki 

sposób wrócić  na brzeg i  jak najszybciej  zrelacjonować urzędnikom Amalfiego wszystko,  czego 

się dowiedział.

Pytanie jednak,  czyby go wysłuchali,  a jeśli nawet  tak,  czy  daliby mu  wiarę? Nikt,  kto się cho-

ciaż  trochę  liczył  na  pokładzie  miasta,  nie  miał  zwyczaju  zawracać  sobie  głowy  młodymi 

ludźmi,  dopóki nie  nabyli statusu obywateli. Dorośli obywatele byli  z  kolei tak starzy,  że  strach 

się  było do  nich zbliżyć,  a  poza  tym z  powodu  różnicy wieku  nie lubili  sobie zawracać  głowy 

pasażerami.

Naturalnie  mógł  bez  trudu  przekazać  wszystkie  informacje  Ojcom  Miasta.  Informacje  te 

powędrowałyby  jednak  do  banku  pamięci,  co  było  równoznaczne  z  odstawieniem  ich  na  boc-

znicę.  Ojcowie  Miasta  nigdy  nie  podejmowali  żadnych  działań  na  podstawie  posiadanych 

danych,  a  nawet nie przekazywali informacji  z  własnej inicjatywy;  informacje wydawali  wyłąc-

znie na żądanie, które z powodzeniem mogło nie nastąpić w ciągu najbliższych stuleci.

background image

W każdym razie kości zostały rzucone. Teraz ktoś w  mieście musi się  dowiedzieć,  dokąd Chris 

jedzie., i wysłać za nim pościg. Ale żaden z zagadkowych, połyskliwych instrumentów nie chciał 

zdradzić  swoich  tajemnic.  Nie  wiedział  też,  jakimi  środkami  dysponowało  miasto.  Taksówki 

sterowane były drogą radiową, ale to za powłoką miasta przestawało działać, a o ile Chris się

orientował,  Nowy  Jork nie  dysponował  pojazdami  naziemnymi  zdolnymi  do poruszania  się  po 

słabo oświetlonym, grząskim, niepewnym podłożu planety. Wprawdzie gdzieś w  hangarach mia-

sta  spoczywało  kilka  większych  samolotów  bojowych,  lecz  któryż  pilot  podjąłby  się  ich 

prowadzenia  pośród  nieustających burz? A zresztą  nawet  gdyby,  to  czego  szukać  w  świecie,  w 

którym  nawet  największe  wsie  i  zamki  produkowały  i  zużywały  tak  niewiele  energii,  że 

pokładowe instrumenty wykrywające nie mogły odróżnić ludzkich siedzib od byle rozbłysku pi-

oruna.

Łabędziówka z chlupotem parła  w  wyznaczonym kierunku. Po jakimś czasie Chris zauważył,  że 

od kilku minut nie koryguje już kursu,  a mimo to zielone światełko nadal tkwi na przecięciu linii. 

Zaryzykował  i  na  chwilę  puścił  stery. Zielony punkcik nie  znikał  ze środka ekranu.  Coś — być 

może  po  prostu  to,  że  przez  dłuższy  czas  utrzymywał  punkcik  na  środku  ekranu  —  włączyło 

autopilota.

Było to pewne ułatwienie,  ale teraz mógł  za to zupełnie spokojnie zamartwiać się, przy czym do 

listy trosk przybyła mu jeszcze jedna: jak w  razie czego odłączy autopilota? Odpowiedni guzik z 

pewnością  znajdował  się w zasięgu ręki,  lecz  Chris nie potrafił  przeczytać  oznaczeń. Uwięzieni 

osadnicy  zachowywali  się  podejrzanie  cicho.  W  tyle  głowy  kołatało  mu  podejrzanie,  że  będą 

próbowali przepalić drzwi — musieli też mieć gdzieś na pokładzie jakąś broń. Dotąd ograniczyli 

się do walenia w grodź.

Modlił  się  gorąco,  żeby  powodem  tej  ciszy było  pogodzenie  się  więźniów  z  losem. Gorzej  by 

było,  gdyby okazali się zadowoleni z rozwoju wydarzeń. Jego sytuacja była już dostatecznie nie-

ciekawa: nie miał pojęcia, co robić z ludźmi i łodzią, kiedy już dotrą do twierdzy Wilczy Bicz...

Nie  miał  również  czasu  na  snucie  jakichkolwiek  dalszych  planów  —  w  świetle  kolejnej  błys-

kawicy wyrosły przed nim mury twierdzy.

Chociaż dzieliło go od nich jeszcze kilka  kilometrów,  budowla  nawet z  tej odległości wyglądała 

imponująco. Chris  nie  mógł  tego  teraz  porównać,  ale  było  jasne,  że  wieże  są  wyższe  od  niek-

tórych nowojorskich drapaczy chmur. Na oko czarna, pozbawiona okien bryła o ślepych ścianach 

liczyła sobie co najmniej trzydzieści pięter.

background image

W  pierwszej  chwili  odniósł  wrażenie,  że  twierdzę  otacza  fosa,  było  to  jednak  złudzenie  wy-

wołane odległością  — w rzeczywistości stała pośrodku wielkiego targanego burzą jeziora. Chris 

w  żaden sposób nie  mógł  uwierzyć,  że  nieporadna  konstrukcja  łodzi  wytrzyma  takie  przechyły, 

nie mówiąc już o tym, by zdołała posuwać się do przodu.

Poruszył  manetkami; tak jak przypuszczał,  łódź przestała reagować na ręczne sterowanie i parła 

uparcie w  stronę  wody. Po chwili z ogłuszającym sykiem ruszyły pompy wtłaczające do kabiny 

sprężone powietrze; nad łodzią zamknęła się tafla jeziora. Pojazd pełznął po dnie.

Teraz  już  nawet  błyskawice  nie  oświetlały  drogi  —  Chris  był  zdany  wyłącznie  na  światła  w 

kabinie,  zbyt słabe, żeby przebić się przez ciemny odmęt. Miał  wrażenie, że przezroczyste ściany 

łodzi zmętniały nagle.

Po dziesięciu  długich  jak  wieczność  minutach gąsienice  zgrzytnęły,  jakby  trafiły  na  kamień,  i 

pojazd powoli stanął. Chris jeszcze raz spróbował ręcznego sterowania, ale bez skutku.

Wokół łodzi zapłonęły światła.

Łabędziówka  stała  bezpiecznie  na  redzie  w  grocie  sporych  rozmiarów.  Przez  ściekające  z 

kadłuba strumyczki żółtawej  wody Chris zobaczył  komitet  powitalny złożony z czterech uzbro-

jonych w  strzelby mężczyzn,  którzy przypatrywali mu się niemile  uśmiechnięci. Mógł  tylko od-

powiedzieć bezsilnym spojrzeniem. Silnik zgasł...

...Waz do łodzi rozsunął się na oścież.

Wsadzili  go  do  celi,  w  której  zastał  już  Andersona  i  Dulany'ego.  Sierżant  osłupiał  na  widok 

chłopaka.

—  Na  gwiezdnych bogów! Irish,  wzięli  się  teraz  za  uprowadzanie  nieletnich! —  oświadczył  z 

niesmakiem po wysłuchaniu całej opowieści.

Dulany, jak zwykle, mówił niewiele, ale nie wyglądał na specjalnie zachwyconego sytuacją.

—  Z  pewnością  istnieje  standardowy  sygnał  wywoławczy,  który  należało  wysłać,  ale  skąd 

mogłeś wiedzieć,  jak  to  zrobić  — ciągnął  Andersen.  —  Te  szlachetki  przed  naszym  przylotem 

nieustannie  tłukły  się  miedzy  sobą...  Od  kiedy  osiedli  na  tej  kuli  błota,  uprowadzenie  nas  to 

chyba pierwsze wspólne przedsięwzięcie uwieńczone sukcesem.

— Banda awanturników — skomentował Dulany.

—  Owszem,  awanturnictwo  należało  zawsze  do etosu  feudalnego.  Chris,  faceci  z  twojej  łodzi 

niezłe  oberwą od swoich kumpli,  chociaż  tak naprawdę  nie  ściągnąłeś na nich żadnego niebez-

pieczeństwa,  a  na  dodatek  mieli  dość  rozumu,  żeby  pozwolić  ci  się  samemu  wpakować  w 

background image

pułapkę. Prawdopodobnie  będą się  chcieli  odegrać  na tobie podczas przesłuchania.— Już mnie 

przesłuchiwali — stwierdził ponuro Chris. — I było tak, jak pan mówi.

— Naprawdę? Zbrodniarze! Wobec tego, Irish, ta szansa odpada.

— Drobna komplikacja — zgodził się Dulany.

Anderson  umilkł.  Chris  natomiast  zaczął  się  gubić  w  domysłach,  co  mogły  oznaczać  słowa 

dowódców.  Musieli  mieć  jakiś  plan,  który  upadł,  gdy  dowiedzieli  się,  że  go  przesłuchiwano... 

Chociaż  trudno  mu  było  sobie  wyobrazić,  jak  ci  dwaj  mogli  snuć  jakiekolwiek  plany,  skoro 

oprawcy w  uzasadnionym uznaniu dla policjantów wędrownego miasta nie zostawili im nic poza 

bielizną na grzbiecie.

— Co mógłbym zrobić, gdybym dopiero teraz miał być przesłuchany?

— Zlokalizować nasze  skafandry kosmiczne  —  odpowiedział  ponuro Anderson.  — Oczywiście 

nie ma szans, żeby ci dali przeczesać całą twierdzę,  ale może coś wpadłoby ci w  oko albo oni by 

się  z  czymś wygadali. Zdarza  się,  że  nawet najostrożniejsi ludzie  nie doceniają  młodych. Teraz 

będziemy musieli wymyślić coś innego.

— Pod ścianami wielkiej sali  audiencyjnej stoją dziesiątki skafandrów  — oświadczył  Chris. -— 

Jestem pewien, że dopasowalibyście sobie coś na miejscu.

Dulany ograniczył się do słabego uśmieszku.

— To nie  są  skafandry,  Chris,  to są  zbroje...  zbroje  rycerskie  — wyjaśnił  Anderson.  —  Na  tej 

planecie  są  bezużyteczne,  ich  wartość  jest  wyłącznie  heraldyczna;  podejrzewam,  że  nasi  ba-

ronowie kolekcjonowali je jak skalpy wroga.

—  Niewykluczone  —  nie  ustępował  Chris  —  ale  głowę  daję,  że  byty  tam  co  najmniej  dwa 

prawdziwe skafandry kosmiczne.

Sierżanci wymienili spojrzenia.

— Czy to możliwe?... — zaczął Anderson. — Faktycznie, są na to dosyć bezczelni.

— Możliwe.

—- Na Syriusza, wytniemy im numer! Bierz się za ten zamek, Irish.

— W bieliźnie? Mowy nie ma.

— A  cóż  to za  różnica?... Aha,  rozumiem. — Anderson skrzywił  się niecierpliwie. — Musimy 

czekać, aż pogaszą światła, a to na szczęście nastąpi niedługo.

background image

—  Jak  pan  ma  zamiar  wyważyć  zamek,  sierżancie  Dulany?  —  zaciekawił  się  Chris.  —  Jest 

prawie wielkości mojej głowy!

— To prosty typ — wyjaśnił Dulany, zużywając przy tym, jak na siebie, bardzo dużo słów.

Chris nigdy nie dowiedział  się,  co Dulany zrobił  z  zamkiem,  ponieważ cała operacja przebiegła 

w  ciemnościach. Stojąc posłusznie  w  głębi celi  nie słyszał  najlżejszego szmeru,  dopóki  wielkie 

drzwi nie otworzyły się z głuchym łoskotem.

Łoskot zagłuszył  jeden jedyny okrzyk, jaki zdążył  wydać strażnik na korytarzu. W fortecy bom-

bardowanej  nieustannie  gradem  piorunów  każdy  hałas przechodził  nie  zauważony.  Rozległ  się 

brzęk kluczy i dwa głośne szczęknięcia,  kiedy nieszczęsnego strażnika zakuwano w  jego własne 

kajdanki. Więźniowie wepchnęli go do celi.

— Co będzie, jak odzyska przytomność? — schrypniętym szeptem dopytywał się Chris.

— To  nastąpi  nieprędko  —  odpowiedział  mu  głos Dulany'ego.  —  Zamknij drzwi. Wrócimy po 

ciebie.  Osiem  słów  w  ustach  sierżanta  brygady desantowej  to  tyle,  co długa  przemowa.  Chris 

uśmiechnął się i zamknął drzwi.

Przez następne parę godzin nic się nie wydarzyło poza tym,  że pioruny waliły coraz głośniej. Na 

Niebiosach nie było to żadnym zaskoczeniem. Czy jednak najpotężniejsze nawet  uderzenie pio-

runa mogło do tego stopnia wstrząsnąć murami budowli równie solidnej i masywnej jak twierdza 

Wilczy  Bicz?  Gdyby tak  było,  nie zostałby  z  niej już  kamień  na kamieniu,  tymczasem stała  w 

tym miejscu co najmniej od stu lat.

Czwarty grzmot rozwiał  wszelkie wątpliwości. Zdecydowanie był  to wybuch, wybuch wewnątrz 

twierdzy. Jak na dany znak zapłonęły wszystkie światła; Chris zobaczył,  że drzwi celi otwarte są 

na oścież.

Podszedł,  żeby je  zamknąć,  i  znalazł  się  na  skraju niewielkiego zapadliska. Posadzka  korytarza 

runęła. Piętro niżej,  wśród gruzów, siedziało kilku oszołomionych ludzi. Mieli wielkie szczęście, 

że przeżyli.

Nastąpił  kolejny  wybuch,  po  którym  światła  znów  zgasły.  Wśród  stalowych  zbroi,  które  Chris 

widział  w  sali audiencyjnej,  musiały znajdować  się  skafandry Andersena i Dulany'ego. Cóż,  ten 

incydent powinien władcę twierdzy Wilczy Bicz oduczyć pysznienia się zdobycznymi skalpami. 

Powinno  go  to  również  oduczyć  porywania  mieszkańców  wędrownych  miast.  Chris  pojął,  że 

próba  użycia  Andersena  i  Dulany'ego  jako  zakładników,  nawet  po  rozebraniu  ich  do  bielizny 

miała takie mniej więcej szansę powodzenia, jak próba uwięzienia w stodole dwóch demonów.

background image

Wreszcie zjawili  się. Widząc,  jak szybują  nad korytarzem,  lampkami  u hełmów  znacząc  na  ści-

anach zagmatwane  desenie,  Chris zrozumiał, jaki pojazd wysłałoby za nim miasto,  gdyby udało 

mu się przesłać wołanie o pomoc.

— Nic ci nie jest? — odezwał się Anderson przez wzmacniacz. — To całe szczęście.

— No to dobrze. Nie przyszło mi do głowy, że się podłoga zapadnie.

Weszli do celi. Strażnik,  który właśnie odzyskał  przytomność,  na  widok dwóch zakutych w  stal 

postaci wczołgał się w najdalszy kąt.

— Mamy pewien problem. Twierdza zaopatrzyła nas w list  żelazny,  ale nie mamy odwagi wys-

tawiać cię na taką nawałnicę ani też ryzykować lotu w którejś z ich zbroi.

— Łódź — zawyrokował Dulany, wskazując na Chris a.

—  Racja,  zapomniałem,  że  on  potrafi  kierować  łodzią.  W porządku,  chłopcze,  weźmiemy  cię 

teraz pod pachy i przeniesiemy przez wyrwę. Lecimy, Irish.

— Chwileczkę. —Dulany  odczepił  od pasa  pęk kluczy i  rzucił  w  kąt  celi,  gdzie  kulił  się  prze-

rażony strażnik. — Dobra, lecimy.

Do łodzi wsiadł  z Chrisem Anderson nie zdejmując skafandra; Dulany pozostał  w powietrzu i co 

jakiś  czas  komunikował  się  z  sierżantem  przez  krótkofalówkę  na  wypadek,  gdyby  osadnicy 

wpadli  na  pomysł,  żeby  autopilotem  zawrócić  łabędziówkę  do  bazy.  Wprawdzie  było  mało 

prawdopodobne,  żeby  coś  takiego  mogło  im  jeszcze  przyjść  do  głowy  po  obejrzeniu  wyrwy 

autorstwa obu policjantów, jednak nie należało bez potrzeby ryzykować.

Kiedy łódź zaczęła pełznąć po dnie jeziora, Anderson zdjął  hełm i pospiesznie przystąpił  do stu-

diowania tablicy rozdzielczej. Pokiwał głową i przestawił trzy pokrętła.— Powinno wystarczyć.

— Do czego?

— Do tego,  żeby nie mogli automatycznie sterować tą landarą. Od tej chwili  nie będą jej w  sta-

nie  nawet  zlokalizować.  Irish  może  wyrywać  do  przodu  i  złożyć  meldunek  burmistrzowi.  — 

Założył  hełm  i  powiedział  parę  stów,  a potem zsunął  go z  powrotem z głowy. — A teraz,  Chris 

— zapowiedział posępnie — będziemy rozstawiać po kątach niegrzeczne dzieciaki.

 ROZDZIAŁ ÓSMY

Upiory gwiezdnych szlaków

Rozstawianie po kątach,  tak jak Chris podejrzewał,  okazało się zajęciem bardzo nieprzyjemnym. 

Zniósł  to jednak dzielnie,  powtarzając  sobie  w  duchu,  że sam wpakował  się w  tę kabałę. Nawet 

background image

gdyby  okoliczności  w  pełni  go  usprawiedliwiały,  to  zagarnięcie  mienia  ludzi,  którzy  wynajęli 

miasto do robót, przekreślało szansę otrzymania obywatelstwa.

Najgorsze  w  tym  wszystkim było  to,  że  zaszkodził  miastu. Nowy  Jork  tak  czy owak  dowiedz-

iałby  się  niebawem,  że  Andersen  i  Dulany  zostali  wzięci  do  niewoli,  ponieważ Archaniołowie 

nie  mogli szantażować Amalfiego,  nie  zdradzając,  że obaj  sierżanci  są  ich zakładnikami;  Chris 

nie  miał  najmniejszych  wątpliwości,  że  policjanci  wydostaliby  się  z  Wilczego  Bicza  bez  jego 

pomocy,  kto  wie  czy  nie  o  wiele  szybciej.  Przede  wszystkim  mogli  zostać  uwolnieni  dzięki 

pokojowej  interwencji Amalfiego;  a  więc  bez  naruszania  reguł  kontraktu.  Chris  w  charakterze 

trzeciego  więźnia  był  niewygodny  dla  obu  stron,  więc  zaognił  sytuację,  która  była  zaledwie 

napięta.

Chociaż  na  końcu  zebrał  pochwały  za  odwagę  i  wyobraźnię,  a  także  umiejętność  zachowania 

zimnej  krwi  w  trudnych  okolicznościach,  lecz  w  tym czasie  zdążył  na  tyle  dobrze  zorientować 

się  w  całej  sytuacji,  żeby  wiedzieć,  iż  jego  szansę  na  zostanie  obywatelem  nie  są  warte  koc-

zowniczego dolara. Nowy kontrakt był  o wiele  mniej  korzystny, Archaniołowie żądali poza  tym 

finansowej  rekompensaty szkód,  które  obaj  sierżanci  poczynili  w  twierdzy Wilczy  Bicz.  Zyski 

miasta miały zostać zatem poważnie okrojone.

Wiadomość o nowym kontrakcie zaskoczyła Chrisa, do czego z pewnym wahaniem przyznał się.

— Konflikty między pracodawcą a pracownikiem są stare jak sama ludzkość — uspokoił  go An-

derson — a  raz zaczętą robotę trzeba skończyć. Osadnicy jako społeczność pozbawią własności 

barona,,  który  nas  uprowadził,  po  czym  wymierzą  mu  sprawiedliwość  zgodnie  z  lokalnym 

kodeksem  praw,  jaki  zmuszeni jesteśmy  respektować.  Od  nas żądają  natomiast  odszkodowania 

za  uszkodzenie  majątku  trwałego  planety,  ale  miasto  nie  może  obarczyć  ani  Irisha,  ani  mnie 

kosztami, ponieważ jesteśmy oficerami w służbie miejskiej.

— A spisek zmierzający do opanowania miasta?

—  Wiemy  na  ten  temat  tylko  tyle,  ile  podsłuchałeś.  Twoje  zeznania  nie  są  wystarczającym 

dowodem dla Sądu Kolonialnego i nie byłyby nawet,  gdybyś był  obywatelem... inaczej mówiąc, 

dorosłym.

Znów wypłynął dręczący Chrisa temat.

—  Zastanawiałem  się  nad  jednym  —  przyznał.  —Dlaczego  leki  przeciwśmiertne  podaje  się 

osiem  nastolatkom?  Czy  tylko  na  nich  działają?  Co  by  było,  gdybyśmy  wzięli  na  pokład 

background image

czterdziestolatka,  który  akurat  okazałby  się  wybitnym  specjalistą  w  jakiejś  bardzo  ważnej 

dziedzinie? Czy byłoby za późno na kurację?

— Nie byłoby i z pewnością byśmy ją przeprowadzi-

li  —  wyjaśnił  Anderson.  —  Osiemnaście  lat  to  po  prostu  wiek  optymalny,  wiek,  w  którym  z 

pewnością mamy do czynienia z osobnikiem fizycznie dojrzałym. Widzisz, antyagatyki nie są  w 

stanie odwrócić biegu zegara. Ich zaaplikowanie zatrzymuje po prostu proces starzenia. Powiedz 

mi, czy zetknąłeś się kiedyś z legendą o Tytonie?

— Chyba nie.

— Sam nie znam jej zbyt  dobrze; o szczegóły spytaj Ojców  Miasta. W skrócie: Tytonowi  udało 

się wkraść w łaski  bogini jutrzenki Eos i wyprosić dar nieśmiertelności... Eos spełniła jego życ-

zenie,  ale Tytoń był już w dość podeszłym wieku. Kiedy pojął,  że pozostanie wiecznym starcem, 

poprosił  boginkę,  żeby  cofnęła  swój  dar.  Eos zmieniła  go  w  konika  polnego,  a  każdy wie,  ile 

trwa życie koników polnych.

— No tak. Wieczny siedemdziesięciopięciolatek nie miałby chyba  zbyt wiele pożytku ze swojej 

nieśmiertelności. Miasto też nie.

—  Teoretycznie  tak  —  zgodził  się  sierżant.  —  Niemniej  każdego  bierze  się  takim,  jaki  jest. 

Amalfi rozpoczął  kurację w wieku lat pięćdziesięciu. Jak się okazało w jego przypadku,  w kwie-

cie wieku.

Edukacja Chrisa posuwała się dawnym trybem, z tym że teraz omijał  doki z daleka. Nowy kon-

trakt został  skrócony do trzech miesięcy,  więc i tak w dokach nie mogło się dziać nic ciekawego 

— w  każdym razie tak sobie wmawiał. W dodatku wiele sympatii i wsparcia otrzymał  z całkiem 

nieoczekiwanej strony, mianowicie od Piggy'ego Kingston-Throopa.

— Sam  widzisz  teraz,  ile  prawdy tkwi w  tym  całym gadaniu o obywatelstwie  — oświadczył  z 

zawziętością  Piggy,  kiedy,  jak zwykle,  spotkali  się po  lekcjach.  —  Wyświadczasz miastu  nieo-

cenioną przysługę,  a oni ci odpłacają kazaniem,  że niby wszedłeś im w paradę. Więcej,  pędzą na 

wyprzódki dogadywać się z facetami, którzy mieli zamiar przechwycić nasze miasto.

— No tak, ale coś trzeba jeść.

— Niby tak,  ale  to są  brudne  pieniądze. Poza tym  myślę,  że  na  twoim  miejscu inaczej  bym  to 

rozegrał.

— Wiem — przyznał  Chris. — Wszyscy mi to mówią. Po pierwsze — w  ogóle nie powinienem 

był się pakować do tej łodzi.

background image

— To akurat było w porządku — oświadczył z wyższością Piggy. — Gdybyś nie wsiadł do łodzi, 

nie  wiedzieliby  nic  o  całej  intrydze.  Nie  zapominaj,  że  wyświadczyłeś  im  sporą  uprzejmość. 

Teraz będą się mieć na baczności. Chodzi mi o to,  co się działo,  kiedy zatrzasnąłeś tych typów na 

rufie. O ile dobrze zrozumiałem, łódź ładowała się w dok i próbowała wypełznąć na brzeg, tak?

__ Talr J. aA..

— I nadleciała cała masa gliniarzy?

—  Nie  powiedziałem,  że  masa  —  sprostował  Chris  ostrożnie.  —  Wydaje  mi  się,  że  było  ich 

trzech czy czterech.

— Niech ci będzie. No więc,  gdybym ja był  na twoim miejscu,  zaraz zatrzymałbym łódź,  wysi-

adł  i  powiedział  gliniarzom,  co  podsłuchałem.  Niech  oni  wyduszą  całą  prawdę  z  facetów, 

których  ty  schwytałeś.  Widziałeś,  jak  Ojcowie  Miasta  wpychają  nam  ten  cały  chłam  podczas 

lekcji? Otóż  tak samo potrafią wydostać z twojej głowy, co tylko zechcą. Tato mówi,  że to chol-

ernie przykry zabieg, ale skuteczny.

Chris ograniczył się do bezradnego wzruszenia ramion.

— Masz rację,  chyba tak powinienem był  zrobić. W twoich ustach to brzmi jak oczywistość. Po 

prostu nie przyszło mi to do głowy... Ale w pewnym sensie nie

żałuję  —  dorzucił  po  namyśle.  —  Gdybym  tak  zrobił,  nigdy  bym  się  nie  znalazł  w  twierdzy 

Wilczy Bicz. Jasne, że nie powinienem tam w ogóle trafić, jednak to było strasznie podniecające.

— No pewnie! Żałuję, że mnie tam nie było! — Piggy zaczął  zadawać wyimaginowanemu prze-

ciwnikowi  niezdarne  ciosy. —  Słowo  daję,  nie  czekałbym  w  żadnej  celi,  tylko  dałbym  im  po-

palić!

Chris z trudem powstrzymywał się od śmiechu.

—  O ile  wiem,  gdybyś  poszedł  za sierżantami,  jeśliby ci  na  to pozwolili,  zginąłbyś z  ich  ręki. 

Oni tam nie rzucali zgniłymi jajkami.

— Mimo wszystko, możesz być pewien... ej, startujemy.

Miasto  nie  poruszyło się jeszcze,  ale Chris wiedział,  o co  chodzi  Piggy'emu; do jego uszu też 

dotarło pogłębiające się buczenie wiratorów.

— Faktycznie. Szybko zleciały te trzy miesiące.

— Trzy miesiące w kosmosie to niewiele. Ani się obejrzymy, jak pokończymy osiemnaście lat.

— Tego  właśnie  się  obawiam  — przyznał  Chris

ponuro.

background image

— Ja tam  się niczym nie przejmuje. Afera z porwaniem łodzi stanowi dowód na  to że obywatel-

stwo jest jednym wielkim oszustwem. Mówię ci, że to wszystko służy utrzymaniu dzieciaków  w 

ryzach.  Nie  muszą  sobie  zawracać  głowy  pilnowaniem  nas,  a  kiedy  naprawdę  zrobisz  coś  dla 

miasta,  bach,  obrywasz po głowie. Nie liczy  się,  że  ocaliłeś miasto,  nie  liczy się,  że wykazałeś 

się odwagą... Narobiłeś im kłopotu, a tego właśnie system unika, jak może.

Chris musiał  przyznać, że  choć Piggy przesadzał,  to w  jego słowach tkwiło ziarno prawdy. Sam 

czuł  się  tak  głęboko rozczarowany,  że  z  łatwością  mógł  się  wczuć  w  punkt  widzenia kolegi.— 

Wiesz, Piggy,  chciałbym wiedzieć,  co zrobisz, jeśli okaże się, że się pomyliłeś? To znaczy, jeżeli 

Ojcowie Miasta nie zechcą ci przyznać obywatelstwa,  a nie będzie można ich podregulować. Do 

końca życia zostaniesz pasażerem, a będzie to życie zwykłej długości.

—  Pasażerowie  nie  są  tak  bezradni,  jak  im  się  wydaje  —  zauważył  zagadkowo  Piggy.  — 

Nadejdzie dzień, kiedy odnajdzie się Zaginione Miasto, i wtedy okaże się, kto tu jest górą.

— Zaginione Miasto? Nigdy o takim nie słyszałem.

— Oczywiście,  że nie  słyszałeś. Od Ojców Miasta  też  się  o tym  nie dowiesz,  ale ludzie wiedzą 

swoje.

— Dobra, skończ już z tymi niedomówieniami. Co to za historia?

Piggy zniżył głos do ochrypłego szeptu,

— Przysięgasz, że nie powiesz nikomu, kto nie jest pasażerem?

— Jasne.

Piggy z namaszczeniem obejrzał  się przez jedno,  potem przez drugie ramię,  chociaż na ulicy,  jak 

zwykle, znajdowały się same dzieciaki, których nikt nie pilnował.

—  No  więc  —  ciągnął  równie  tajemniczo,  jak  zaczął  —  historia  brzmi  następująco.  Jedno  z 

pierwszych miast, które oderwały się od ziemi, było wielką metropolią. Nikt już nie pamięta jego 

nazwy, ale ja podejrzewam,  że to było Los Angeles. Dość,  że miasto zbłądziło, potem skończyły 

się  środki  przeciwśmiertne,  a  potem  żywność.  Ponieważ  zabłąkali  się  w  jakimś  odległym,  nie 

skolonizowanym  zakątku  wszechświata,  nie  mogli  złapać  żadnej  pracy.  I  wtedy  właśnie 

wylądowali na dziewiczej planecie,  gdzie przed nimi ludzka noga nie postała. Planeta przypomi-

nała  Ziemię.  Była  większa,  ale  miała  takie  samo ciążenie,  troszkę  więcej  tlenu  w  atmosferze  i 

idealny klimat — wiosna trwała

przez  okrągły  rok,  nawet  na  biegunach.  Wsadziłeś  ziarno  w  glebę  i  dawałeś  nogę,  żeby  nie 

oberwać w szczękę łodygą. To jeszcze nie wszystko.

background image

— Powiedziałbym, że i tak dosyć sporo.

—  Już  było  nieźle,  ale  wtedy  odkryli  coś  jeszcze  lepszego.  Na  planecie  rosła  dzika  odmiana 

zbóż. Kiedy zaczęli  sprawdzać,  czy jest jadalna,  okazało się,  że zawiera antyagatyki... Inne,  sil-

niejsze od wszystkich naszych razem wziętych. Nie trzeba ich było nawet ekstrahować,  wystarc-

zyło upiec chleb z ziarna rośliny.

— O rany, Piggy, to chyba bujda.

— No cóż, nie mogę przysiąc. — Piggy był urażony. — Mam opowiedzieć do końca czy nie?

— Opowiadaj —- ponaglił go Chris niecierpliwie.

— Pojawiło się pytanie, co zrobić z miastem. Było już zbędne. Wszystko,  czego było trzeba jego 

mieszkańcom,  wystrzelało z ziemi za ich plecami. Postanowili więc zaopatrzyć miasto w  zapasy 

żywności  i  wysłać  je  z  powrotem  w  kosmos na  poszukiwanie  innych  miast. Ilekroć  Zaginione 

Miasto  natknie  się  na  nomadę,  bierze  wszystkich pasażerów  na  pokład,  tylko  pasażerów,  i  za-

wozi na planetę, gdzie każdy może dostać środki przeciwśmiertne. bo jest ich w bród.

— A gdyby jakieś miasto nie chciało się pozbyć swoich pasażerów?

—  A  jakiż  z  nich  pożytek?  Gdyby  się  do  czegoś  nadawali,  dostaliby  przecież  obywatelstwo, 

prawda?

— Niby tak, ale wszystko może się zdarzyć.

— Tak czy owak, można się ich pozbyć. Jak już mówiłem, Zaginione Miasto jest ogromne.

Pół  miliona pytań cisnęło się  na usta  Chrisa,  ale  w  powietrzu  rozległo się  łagodne  zawodzenie 

syren.  Należało  poszukać  schronienia.  Chłopcy  rozstali  się  w  pośpiechu.  Chris  po  chwili  na-

mysłu zamiast biec do domu, zaszył się w  budce publicznego informatora. Wsunął swoją kartę w 

szczelinę i zażądał połączenia z Bibliotekarzem.

Obietnica,  że nie wspomni o Zaginionym Mieście  nikomu,  kto sam nie jest  pasażerem,  wykluc-

zała  zadawanie  bezpośrednich  pytań  opiekunowi  czy  Ojcom  Miasta.  Wymyślił  jednak  pewien 

sposób,  żeby zadać  pytanie  nie wprost. Bibliotekarz był  jednym  ze stu trzydziestu czterech zao-

patrzonych w banki pamięci komputerów, wchodzących w skład Ojców  Miasta. Bibliotekarz do-

datkowo posiadał  zdolność przekazywania informacji,  nie przetwarzał ich, a tylko czerpał  z kata-

logów. Interpretacja nie należała do jego funkcji

— KARTA PRZYJĘTA. MOŻNA PYTAĆ.

— Pytanie: Czy jakiekolwiek  antyagatyki  występują w  przyrodzie,  a dokładnie w  roślinach na-

dających się do uprawy?

background image

Zapadła krótka cisza.

— AKTYWNYM SKŁADNIKIEM ŚRODKA PRZECIWŚMIERTNEGO JEST SUBSTANCJA 

STERYDOWA  WYSTĘPUJĄCA  W  PRZYRODZIE  W WIELU  ODMIANACH  ZIEMSKICH 

ROŚLIN 

BULWIASTYCH, 

GŁÓWNIE 

ŚRODKOWO- 

POŁUDNIOWOAM-

ERYKAŃSKICH.  SAPOGEN1N  ZOSTAJE ANTYAGATYKIEM DOPIERO  PO  PODDANIU 

GO  SPECJALNEJ  OBRÓBCE:  Z  TEGO  SAMEGO  MATERIAŁU  WYJŚCIOWEGO  WYT-

WARZA SIĘ SETKI ODMIAN ROZMAITYCH STERYDÓW.

ASKOMYCYNĘ  OTRZYMUJE  SIĘ  DROGĄ  FERMENTACJI  GŁĘBINOWEJ  PEWNEGO 

MIKROORGANIZMU  HODOWANEGO  W  ZBIORNIKACH  Z  PIWEM.  PROCES  TEN  W 

NAJSZERSZYM SENSIE MOŻNA NAZYWAĆ UPRAWĄ.

RESZTA  ZNANYCH  NAM ANTYAGATYKÓW TO  ŚRODKI  WYTWARZANE  DROGĄ  W 

PEŁNI SYNTETYCZNĄ.

Chris usiadł  i zasępiony podrapał  się w głowę. Spodziewał  się jasnej odpowiedzi „tak" lub „nie", 

tymczasem  otrzymał  ni  to,  ni  owo.  Wprawdzie  antyagatyków  nie  uzyskiwano  bezpośrednio  z 

roślin,  skoro  jednak  istniały  uprawy,  z  których  można  było  wytwarzać  antyagatyki,  zdu-

miewająca  opowieść  Piggy'ego  nabierała  pewnych  znamion autentyczności.  Mimo  najlepszych 

starań nie  potrafił  wpaść  na  inne  dostatecznie  ogólnikowe  pytanie,  żeby nie  zdradzić  prawdzi-

wego przedmiotu jego zainteresowań.

Nagle  zauważył,  że  automat  nie  zwrócił  mu karty. Nie  było w  tym  nic niezwykłego;  po prostu 

Bibliotekarz,  który przez  całe swoje mechaniczne  życie  zamiast  myśleć  stosował  wolne  skojar-

zenia,  musiał  znaleźć jakiś pokrewny temat, który chciałby omówić za zgodą Chrisa. Zwykle nie 

warto  było się w  to wdawać;  Bibliotekarz  tematy pokrewne  potrafił  ciągnąć  w  nieskończoność. 

Gdyby Chris powiedział  teraz:  „zwrot",  otrzymałby swoją kartę i mógłby spokojnie odejść. Ale 

alarm trwał nadal, wobec czego powiedział: „Kontynuuj".

— TEMAT: ANTYAGATYKI  JAKO  POCHODNE  PRODUKTÓW ROLNYCH.  PODTEMAT: 

MITYCZNE  PLANETY  OBIECANE.  —  Chris  wyprostował  się.  — ANTYAGATYKI  JAKO 

POCHODNE  PRODUKTÓW  ROLNYCH,  ZWŁASZCZA  PODAWANE  W  POSTACI 

CHLEBA,  TO  JEDEN  Z  NAJBARDZIEJ  ROZPOWSZECHNIONYCH  MOTYWÓW  l 

WYRÓŻNIKÓW  LEGENDARNYCH  PLANET  MITOLOGII  MIAST  NOMADYCZNYCH. 

POZOSTAŁE  WĄTKI  TO:  ZIEMSKA  GRAWITACJA  PRZY  WIĘKSZEJ  POWIERZCHNI; 

ZIEMSKA  ATMOSFERAO  WYŻSZYM  STĘŻENIU  TLENU;  ZIEMSKI  KLIMAT  BEZ 

background image

ZMIAN  PÓR  ROKU  I  CAŁKOWITA  IZOLACJA  OD  WSZELKICH  ISTNIEJĄCYCH 

SZLAKÓW  HANDLOWYCH.  JAK  DOTĄD  NIE  NATRAFIONO  JESZCZE  NA  PLANETĘ 

ODPOWIADAJĄCĄ  POWYŻSZYM  OPISOM.  KRAINY  TEGO  RODZAJU  WYSTĘPUJĄ 

POD NAZWĄ: ARKADIA, BRADBURY, CELEPHAIS...

Chris  był  tak  zaskoczony,  że  pozwolił  Bibliotekarzowi  dojść  do  „ZIMAMYIA"  i  napocząć 

kolejny katalog alfabetyczny. Pytanie, które zadał, nie było zbyt zgrabnie sformułowane.

Kiedy wychynął  z  budki,  zanim poprosił  o zwrot  karty,  sztormy Niebios mieli już za sobą  i  mi-

asto kolejny raz płynęło pośród gwiazd. Najgorsze, że spóźnił się na obiad.

Koniec  końców,  okazało się,  że tajemnica  nie jest  tajemnicą.  Chris opowiedział  Andersenowi o 

swojej próbie przechytrzenia  Bibliotekarza; uznał  to za najlepszy sposób,  żeby wyjaśnić spóźni-

enie. Carla popłakała się ze śmiechu. Sierżant powłokowy był  również rozbawiony,  ale pod jego 

rozbawieniem dało się słyszeć poważniejszą nutę.

— Masz teraz okazję przekonać  się  o różnych rzeczach,  Chris. Łatwo  uznać,  że skoro  Ojcowie 

Miasta są martwi,  są również głupi. Miałeś możliwość stwierdzić, że tak nie jest. W przeciwnym 

wypadku nie powierzono by im tak wielkiej, w niektórych dziedzinach wręcz absolutnej władzy.

— Są ważniejsi nawet od burmistrza?

—  Tak  i  nie.  Nie  mogą  burmistrzowi  niczego  zabronić,  jeśli  jednak  zbyt  często  będzie 

postępować wbrew

Ich  opinii,  mogą  odwołać go ze  stanowiska. Coś takiego  nigdy się jeszcze  nie  zdarzyło,  gdyby 

jednak do tego doszło,  nie  mamy nic  do gadania,  bo jeżeli będziemy się stawiać,  mogą  zatrzy-

mać miasto.

— Ale czy to bezpiecznie oddawać tyle władzy w ręce automatów? Co będzie,  jeśli w obwodach 

coś się zepsuje?

—  Niebezpieczeństwo takie  istniałoby,  gdyby było  ich  tylko  kilka,  ale  jest  ich  ponad  setka,  w 

dodatku kontrolują się i naprawiają nawzajem,  tak więc nie ma obaw, żeby coś takiego mogło się 

stać.  Reprezentują  logikę  i  zdrowy  rozsądek,  dlatego  mają  prawo  zatwierdzić  lub  odrzucić 

wyniki naszych wyborów. Wola tłumu bywa  ślepa,  jednostka z nią  nie wygra nie  ryzykując  ży-

cia. Lecz to, co niemożliwe dla człowieka, może zrobić maszyna.

Naturalnie  krążą  opowieści o miastach,  których Ojcowie popadli w  obłęd,  są  to historyjki  z ga-

tunku  bajań  Piggy'ego  o  Zaginionym  Mieście  —  zmyślone,  niemniej  znaczące.  Ilekroć  we 

wszechświecie pojawia się nowa forma życia zbiorowego,  jej uczestnicy przekonują się wkrótce, 

background image

że  nie  jest wolna  od  niedoskonałości. Oczywiście  starają się  ulepszyć  co się da,  zawsze jednak 

znajdzie się coś, na co nie ma rady. Zogniskowane wokół  nieprzezwyciężonych trudności obawy 

i nadzieje stają się pożywką baśni.

Weźmy  na  przykład  tę  legendę  Piggy'ego.  Mieszkańcy  miast  żyją  długo,  ale  przywilej  ten  nie 

obejmuje  wszystkich.  To  niemożliwe,  bo  wszechświat  nie  jest  dostatecznie  pojemny,  żeby  po-

mieścić  tylu ludzi,  ilu  by  się  pojawiło,  byśmy wszyscy żyli  i  rozmnażali  się  tak długo,  jak  się 

nam podoba. W świetle legendy Piggy'ego jest to możliwe, w rzeczywistości nie. Jednak legenda 

jest  prawdziwa o tyle,  że wskazuje  na  realne,  głębokie  źródło niezadowolenia  przypisane naszej 

formie bytu zbiorowe-go, niezadowolenia, na które nie ma żadnego lekarstwa.

Historia  o zbuntowanych Ojcach Miasta to kolejny przykład. O ile  mi wiadomo,  nic takiego się 

nigdy  nie  wydarzyło,  i  nie  wydaje  się  to  możliwe,  jednak  człowiek nie  lubi  żyć  pod  dyktando 

maszyn ani  nie chce godzić się na  to,  że  mógłby stracić  życie  na mocy  ich decyzji. Ojcowie  w 

większości  miast  sprawują  również  władzę  sądowniczą.  Człowiek  tworzy  więc  ostrzegawcze 

opowieści o obłąkanych Ojcach Miasta, chociaż historie te w rzeczywistości nie traktują wcale o 

komputerach,  lecz  stanowią  ostrzeżenie,  że  ich twórca  może  popaść  w  obłęd,  jeśli  zostanie  do 

tego popchnięty.

Świat miast roi się od tego rodzaju upiorów. Prędzej czy później dotrze do ciebie opowieść o mi-

astach pinklarskich.

— Już słyszałem. — przyznał Chris. — Nie mam jednak pojęcia, co to znaczy.

—  Pinklarz  to stare  ziemskie  określenie.  Zwykły  hobo był  uczciwym  robotnikiem  najemnym, 

który swój styl życia uprawiał  z wyboru. Tramp prowadził podobny, z tą różnicą,  że unikał pracy, 

bo wolał  kraść  i  żebrać od osiedleńców. W społeczności  hobo oba  typy egzystencji  cieszyły się 

mniej  więcej  równym  uznaniem.  Pinklarz  natomiast  był  włóczęgą,  który  okradał  innych  włóc-

zęgów:  rabował  ich  pinkle,  czyli  tobołki,  w  których  nosili  swój  skromny  dobytek.  W oczach 

wszystkich ta odmiana włóczęgostwa zasługiwała na najwyższe potępienie.

Krążą opowieści o miastach, które znalazły się w nędzy,  spinkliły się, i zaczęły napadać na inne. 

Kolejny  raz  napotykamy  brak  jakichkolwiek  dowodów.  Najczęściej  w  tych  opowieściach 

występuje  Międzygwiezdny Mistrz  Handlu. Z  moich  ostatnich informacji  na  ten temat  wynika, 

że miasto właśnie zostało skazane na banicję

background image

z  powodu  ciężkiego  przestępstwa,  jakiego  dopuściło  się  na  planecie  osadniczej...  W dalszym 

ciągu  jednak  posiada  status  trampa.  Teoretycznie  rzecz  biorąc.  Międzygwiezdny  Mistrz  jest 

trampem, niegodziwym przedstawicielem tego gatunku, niemniej trampem.

—  Rozumiem  —  powiedział  z  namysłem  Chris.  —To  coś  w  rodzaju  historii  o  obłąkanych 

Ojcach Miasta. Miasta  niekiedy,  jak  wiadomo,  głodują;  opowieści  o pinklarzach należy  odczy-

tywać tak: „Jakbyśmy my się zachowywali, gdyby przyszła na nas czarna godzina?"

Andersen sprawiał wrażenie zadowolonego.

— Popatrz, popatrz — zwrócił się do żony. — Może powinienem był zostać nauczycielem?

— To nie twoja  zasługa  —  zgasiła  go Carla. —  Chris sam  do tego  doszedł. Poza tym  wolę cię 

jako glinę.

—  No  dobrze,  niech  ci  będzie  —  powłokowy  westchnął  z  lekkim  smutkiem.  —  Wobec  tego 

opowiem wam już tylko jedną historię. Czy słyszałeś o orbitalnym forcie Wegan?

— Oczywiście. Uczyliśmy się o tym na historii.

—  Świetnie. No  więc  tym  razem  mamy  do  czynienia  z  opowieścią  prawdziwą. Orbitalny  fort 

Wegan  istniał  kiedyś,  po  czym  odpłynął  w  nieznanym  kierunku.  Ojcowie  Miasta  twierdzą,  że 

najprawdopodobniej załodze skończyły się zapasy, ale fort był  całkiem spory i mógł  przetrwać w 

warunkach, w  których zwyczajne miasto by nie przeżyło. Proszeni o ocenę szans fortu,  Ojcowie 

Miasta odmawiają podania jakichkolwiek liczb, co samo w sobie dobrze nie wróży.

Tyle,  jak chodzi  o fakty. Z całą historią wiąże się jednak pewna legenda. Legenda głosi,  że fort 

grasuje  po  szlakach  handlowych,  w  locie  pożerając  miasta  jak  ważka  połyka  komara.  Od  dni 

zagłady Wegi  nikt nie  widział  fortu,  legenda jednak nadal  żyje;  zawsze,  kiedy znika  jakieś mi-

asto,  pojawiają  się plotki,  że padło łupem  pinklarzy albo dopadł  je fort. O co w tym wszystkim 

chodzi, Chris? Potrafisz mi powiedzieć?

Chłopak zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

— Nie jestem  pewien,  ale wydaje  mi się,  że to historia  tego samego rodzaju co poprzednie,  his-

toria  o  czymś,  czego  ludzie  się  boją.  Może  boimy  się,  że  któregoś  dnia,  podobnie  jak  kiedyś 

trafiliśmy na Wegę, natkniemy się na planetę wyżej rozwiniętą od naszej i ona nas unicestwi,  tak 

jak my nie zostawiliśmy z Wegi kamienia na kamieniu...

Andersen walnął wielką pięścią w stół, aż zadrżała zastawa obiadowa.

— Dokładnie tak! — wykrzyknął triumfalnie. — Sama widzisz, Carlo...

background image

—  Nasz  drogi  Chris  jeszcze  nie  skończył.  —  Carla  delikatnie  nakryła  pięść  sierżanta  własną 

dłonią. — Przerywasz mu.

— Ja mu przerywam? Przecież... no nic, przepraszam, Chris. Mów dalej.

— Sam nie wiem, czy mam jeszcze coś do powiedzenia — wymamrotał  Chris speszony. — Poza 

tym, że ta historia nie wydaje mi się równie jasna i prosta jak tamte.

— Wal śmiało.

— No więc,  obawa przed spotkaniem kogoś silniejszego jest  chyba uzasadniona. Coś takiego z 

pewnością  może się zdarzyć. W dodatku fort wegański  naprawdę istnieje,  a w każdym razie ist-

niał. To jedyna historia,  w której tkwi ziarno prawdy,  jeśli nie liczyć faktu,  że wszystkie legendy 

dotyczą  prawdziwych  lęków  i  w  tym  sensie  opowiadają  o  rzeczach  istniejących.  Czy  dobrze 

mówię?

— Dobrze. Chodzi ci o symboliczną wymowę opowieści.

— Właśnie,  tego słowa szukałem. Lęk przed fortem jest natomiast lękiem przed czymś realnym. 

Jaką  symboliczną  wymowę  posiada  ta  opowieść?  Zawsze  wszystko  wraca  do  tego  samego 

punktu: ludzie obawiają się samych siebie. Ta  historia mówi: „Zmęczyło mnie już  wysilanie się, 

żeby być obywatelem,  posłuszeństwo wobec ziemskich gliniarzy, chronienie  miasta, życie przez 

tysiąc lat pod dyktando komputerów, przyjmowanie  za dobrą monetę impertynencji osadników  i 

co  tam  jeszcze.  Gdybym  miał  olbrzymie  miasto  i  mógł  nim  sam  pokierować,  obracałbym  to 

wszystko w perzynę przez następne tysiąc lat".

Kiedy skończył,  zapadła bardzo długa cisza, w czasie której w  Chrisie wzbierało przekonanie,  że 

wyrwał  się  z  czymś niestosownym,  w  dodatku powiedział  o  wiele za dużo. Carli nie  poruszyły 

jego słowa, sierżant natomiast był chyba niezmiernie zaskoczony.

—  Coś  chyba  nawala  w  naszym  systemie  szkolnictwa  —  warknął  gniewnie  pod  nosem.  — 

Najpierw  ten  chłopak  Kingston-Throopa,  a  teraz  to.  Carla!  Ty  jesteś  mózgiem  naszej  rodziny. 

Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że legenda o forcie posiada walory wychowawcze?

— Tak, kochanie. Już dawno temu.

— To dlaczego nic mi nie mówiłaś?

— Gdybyśmy mieli dzieci,  to bym ci powiedziała. Na razie te  sprawy mnie nie dotyczą. Zresztą 

Chris wszystko za mnie powiedział.

— Mam z tobą niezły ambaras. — Powłokowy zwrócił  się chmurnie do Chrisa. — Kazali mi,  to 

wziąłem się za uczenie  ciebie,  tymczasem wychodzi na to,  że to ty mógłbyś mnie uczyć. Założę 

background image

się,  że  nawet Amalfiemu nie  przyszła  do głowy  taka  interpretacja  legendy o forcie... Kiedy  się 

dowie,  to będzie początek rewolucji  w  szkolnictwie.— Przepraszam — wybąkał  Chris żałośnie. 

Nie wiedział, co powiedzieć.

— Nie masz za co przepraszać! — zagrzmiał Andersen, zrywając się od stołu. — Niech inni boją 

się  upiorów,  ty wiesz  swoje! Choćby ci  przyszło obcować  z  Bóg wie  jakimi upiorami,  wiesz o 

nich najważniejszą  rzecz: nie są  to żadne duchy zmarłych. Ludzie boją się  tylko i wyłącznie sa-

mych  siebie.  —  Powiódł  nieprzytomnym  wzrokiem.  —  Muszę  lecieć  na  mostek.  Do  diabła, 

gdzie się podział mój hełm? — zagrzmiał.

Silnym  pchnięciem  otworzył  drzwi  i  wypadł  na  zewnątrz,  pozostawiając  Chrisa  zastygłego  z 

przerażenia.

Carla kolejny raz wybuchnęła śmiechem.

 ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Tramp

Jeśli  nawet  słoniowa  szarża  sierżanta Andersena  na  drzwi  miała cokolwiek wspólnego  ze spra-

wami  uzdrowienia  systemu oświaty,  Chris nie  odczuł  jej skutków  w  żaden sposób. Wręcz  prze-

ciwnie, wymagania wobec niego rosły. Ślepe, bezduszne mechanizmy Ojców Miasta, wychodząc 

z  założenia,  że  zdążył  wchłonąć  wszystko,  co  dotąd  wtłaczano mu  do  głowy,  postanowiły do-

prowadzić zasób jego wiadomości do poziomu,  na którym byłby pożyteczny dla przetrwania mi-

asta. W miarę jak postępował  ten proces,  dawne  bóle głowy Chrisa  można  było uznać  za  prze-

lotne migreny; bywało teraz,  że czuł  się ciężko,  fizycznie chory,  ponieważ  ilość materiału,  którą 

mu wtłaczano,  przekraczała jego zdolności  percepcji. W chwili  przelotnej  poprawy samopoczu-

cia zwierzył się Ojcom Miasta z tego, co przeżywa.

— TO MINIE. CZŁOWIEK ODCZUWA PRZECIĘTNIE DWADZIEŚCIA UKŁUĆ BÓLU NA 

GODZINĘ.  GDYBY  KTÓREŚ Z  OBJAWÓW NIE  USTĘPOWAŁY,  PROSZĘ  ZGŁOSIĆ  SIĘ 

DO LEKARZA.

Co  to,  to  nie.  Za  żadne  skarby  nie  zamierzał  dać  się  pozbawić  obywatelstwa.  Mimo to  trudno 

było mu uznać to, co przeżywał, za „ukłucia bólu". Co robić? Obawiał  się,  że oddanie się w ręce 

lekarzy  może  okazać  się gorsze  od  samej  choroby. Nie  chciał  niepokoić Andersenów  — za  ich 

dobroć odpłacił  im już dostateczną porcją kłopotów. W tej sytuacji jedyną  osobą,  do której mógł 

się  zwrócić,  była doktor  Brazilier,  bezlitosna,  nieustraszona  starsza  pani,  która  rzadko  zwracała 

background image

się  do  niego  językiem  innym  niż  język  logarytmów  i  logiki  symbolicznej.  Chris  tygodniami 

wzdragał  się przed tego rodzaju ostatecznością, w końcu jednak uznał, że lepsze to niż nic. Cho-

ciaż nie miał  żadnych niepokojących objawów fizycznych,  dręczyło go irracjonalne przekonanie, 

że  Ojcowie  Miasta  uwzięli  się,  żeby  go  wykończyć.  Odrobina  informacji  więcej  i  głowa  mu 

pęknie.

— Nie  jest  to wykluczone —  potwierdziła  jego obawy  doktor Brazilier w  swoim  gabinecie po 

lekcjach. — Chris, Ojców  Miasta nie obchodzi,  jak się czujesz; to już chyba zdążyłeś zauważyć. 

Interesuje ich wyłącznie jedna rzecz: przetrwanie miasta, bo to jest dla nich wartością nadrzędną. 

Poza tym ludzie nie interesują ich wcale. Sarni w końcu są tylko automatami.

— Zgoda — powiedział  Chris,  drżącą  ręką przecierając  czoło. — Ale niech mi pani powie,  jaki 

pożytek będzie miało ze mnie miasto,  kiedy wysiądą mi korki? Staram się ze wszystkich sił, lecz 

im  nie  sposób dogodzić.  Ciągle  tłoczą  mi  do  głowy nowe  rzeczy,  chociaż  ja  przestałem  cokol-

wiek z tego rozumieć.

— Owszem,  nie uszło to mojej uwagi. Ale też robią to nie bez  powodu,  Chris. Masz już  prawie 

osiemnaście  lat. Starają się rozbudzić w tobie uzdolnienia,  wykrzesać iskrę czegoś,  co z czasem 

może okazać się użyteczną specjalizacją.

— Nie sądzę, żebym miał coś takiego — stwierdził Chris matowym głosem,

— Możliwe. Przekonamy się o tym. Ale jeżeli masz chociaż odrobinę jakichś zdolności,  Ojcowie 

Miasta ją

wykryją. Specjalne uzdolnienia nie ujdą nigdy ich uwagi. Tylko, drogi chłopcze,  nie oczekuj,  że 

przyjdzie ci to bez trudu. Niełatwo zdobyć prawdziwą wiedzę... A teraz, kiedy komputery uznały, 

że mógłbyś być przydatny dla miasta...

— To niemożliwe! Nie znalazły przecież u mnie żadnych uzdolnień!

— Nie jestem w stanie  przeniknąć  ich umysłów,  bo  ich  nie  mają  —  powiedziała  cicho  doktor 

Braziller.  — Widywałam  je  już  jednak niejednokrotnie  w  akcji. Nie  forsowałyby cię tak ostro, 

gdyby  nie  podejrzewały,  że  się  do  czegoś  przydasz.  Próbują  teraz  ustalić  do  czego.  O  ile  nie 

zamierzasz poddać się od razu,  będziesz musiał  czekać cierpliwie,  aż to coś znajdą. Wcale mnie 

nie  dziwi,  że  czujesz  się chory. Ja też czułam  się  od tego chora.  Na samo  wspomnienie robi  mi 

się słabo, a przecież od tego czasu minęło osiemdziesiąt lat.

Zamilkła  nagle  i  przez  chwilę  wyglądała  starzej  niż  zwykle...  wydawała  się  Chrisowi  stara  i 

krucha i — choć graniczyło to z niemożliwością — piękna.

background image

— Czasem  zastanawiam  się,  czy oni mieli  rację  — doktor  Braziller zwracała  się  teraz  do sterty 

papierów na swoim biurku. — Chciałam zostać kompozytorem, ale Ojcowie Miasta nie zetknęli 

się  z przypadkiem  żadnej  wybitnej  kompozytorki,  a  to  jest  argument,  z  którym trudno  polemi-

zować.  Widzisz,  Chris,  kiedy  komputer  raz  cię  wytypował,  musisz  przyjąć  jego  decyzję  lub 

zostać pasażerem, a to znaczy nikim. Nic dziwnego, że czujesz się chory od tego, co z tobą robią. 

Ale  nie  poddawaj  się,  nie  poddawaj!  Musisz  to  przetrzymać.  Komputery  usiłują  cię  tylko  wy-

sondować. Jak tylko zorientujemy się,  o co  im chodzi,  będziemy mieli jakiś punkt zaczepienia. 

Pomogę  ci,  w  czym  się  da,  bo  nienawidzę  tej  procedury. Najpierw  jednak  musimy  stwierdzić, 

czego one chcą. Starczy ci wytrwałości?— Sam nie wiem. Będę się stara!, ale nie wiem.

— Jeszcze  nikt tego nie  wie. One też nie  wiedzą,  w  tym cala nasza nadzieja. Starają się ustalić, 

do czego masz predyspozycje. Musisz im swoich zdolności dowieść. Kiedy znajdą to coś,  zosta-

niesz  obywatelem,  ale  do  tej  chwili  będzie  ci  ciężko  i  nikt  nie  zdoła  pomóc,  Będziesz  zdany 

wyłącznie na własne siły.

Chociaż  posiadanie  nowego  sprzymierzeńca  pokrzepiło Chrisa  na  duchu,  to  argumenty  doktor 

Braziller bardziej  by go przekonały,  gdyby  odniósł  wrażenie,  że niezbyt  delikatne zabiegi  kom-

puterów ujawniają w  nim choćby iskrę jakichkolwiek zdolności. Fakt,  że ostatnio Ojcowie Mia-

sta  koncentrowali  się  bardzo  na  jego  zainteresowaniach  historycznych,  ale  jaki  może  być 

pożytek  z  historii  na  pokładzie  koczowniczego  miasta!  Ojcowie  sami  pełnili  funkcję  dzie-

jopisarzy,  zastępowali  biblioteki,  rachunkowość,  szkolnictwo  i,  w  znacznym  stopniu,  władzę. 

Ani do rejestrowania,  ani do wykładania historii żywi ludzie nie byli potrzebni. Z tego, co widz-

iał,  wnosił,  że  dla  obywatela  wędrownego  miasta  historia  w  najlepszym  wypadku  mogła 

stanowić coś w rodzaju hobby.

A  przecież  nawet  teraz  od  Chrisa  nie  wymagano  z  zakresu  historii  niczego  specjalnego  poza 

obowiązkiem  zdawania  niezliczonych  testów,  polegających  głównie  na  wykazaniu  się  lawiną 

informacji,  którymi  wcześniej  został  zasypany. Wiadomości  nie  ograniczały  się  już  do dziejów 

miasta. W oparach szarego gazu ziemskie i między-galaktyczne systemy historiozoficzne — Ma-

chiavelli,  Plutarch, Tukidydes,  Gibbon,  Marks, Pareto, Spengler,  Sarton, Toynbee,  Durant i dzie-

siątki  innych  —  bezlitośnie  paradowały  przez  głowę  Chrisa  niepomne  na  fakt,  że  w  najistot-

niejszych punktach przeczą sobie nawzajem.

background image

Błędy nie  były karane,  ponieważ pedagogiczna metoda Ojców Miasta pomyłki wykluczała. Wy-

glądało  na  to,  że  Ojcowie  testują  jedynie  pamięć  Chrisa. Karą  była  wyłącznie  świadomość,  że 

chociaż otrzymał szatańską dawkę wiedzy, jutrzejsza porcja będzie nieporównanie większa.

— Tu  się  mylisz  —  oświadczyła  doktor  Braziller. —  Chociaż  komputery  są  maszynami,  mają 

całkiem dobre rozeznanie  ludzkiej psychiki. Doskonale orientują się,  że  niektórzy uczniowie  le-

piej reagują na nagrody niż na kary,  a innych trzeba postraszyć, żeby się zmobilizowali. Ta druga 

kategoria jest zwykle mniej inteligentna i o tym również wiedzą. Jakżeż mogliby nie wiedzieć po 

tylu pokoleniach doświadczeń? Masz szczęście, że zakwalifikowali cię do pierwszej kategorii.

— Chce pani powiedzieć, że jestem nagradzany? — zaperzył się Chris.

— Naturalnie.

— W jaki sposób?

—  Pozwalają  ci  kontynuować  naukę,  chociaż  nie  robisz  zadowalających  postępów. To  wielkie 

ustępstwo, Chris.

— Możliwe — przystał kwaśno. — Łatwiej bym się w tym połapał, gdyby wręczali mi lizaki.

Doktor Braziller w życiu nie słyszała o lizakach; była rdzennym mieszkańcem wędrownego mia-

sta.

— Połapałbyś się natychmiast, gdyby zaczęli stosować system kar — oświadczyła ostrzegawczo. 

—  Ojcowie są  bezwzględnie  sprawiedliwi,  nie  znają  litości,  a  już  pobłażliwość w  stosunku do 

dzieci jest im całkowicie obca. Dlatego jestem tutaj, gdzie mnie widzisz.

Miasto mrucząc  mknęło przed siebie. Dni mijały jeden za  drugim,  niepostrzeżenie przelatywały 

miesiące.  Tylko  Chris  wydawał  się  nie  posuwać  w  żadnym  kierunku.  No,  może  nie  on  jeden. 

Piggy też,  na oko Chrisa,  dreptał  w  miejscu. Jego sytuacja wydawała się jednak o wiele bardziej 

skomplikowana i niecodzienna. Od początku znajomości Piggy zarzekał  się,  że nie obchodzi go, 

co  z  nim  zrobią,  kiedy  skończy  osiemnaście  lat,  teraz  jednak  —  co  dla  nikogo  nie  było 

specjalnym  zaskoczeniem — wyszło na jaw,  że martwi się o własny los. Tak wiec, chociaż  jego 

sytuacja  przedstawiała  się  raczej  beznadziejnie,  Piggy  zachowywał  się  z  hałaśliwą  pewnością 

siebie,  której w  następnej  sekundzie zaprzeczały niejasne aluzje na temat  załatwiania czegoś,  co 

praktycznie było już załatwione,  i  jeszcze bardziej zawoalowane aluzje dotyczące  ewentualnego 

niepowodzenia. Chris nie mógł  się w tym połapać, zwłaszcza że własna przyszłość stanowiła dla 

niego  całkowitą  zagadkę.  Chwilami  czuł  się  tak,  jakby  miał  ognistymi  literami  wypisany  na 

czole okrzyk Piggy'ego: „O święta naiwności!"

background image

Z  niedomówień  Piggy'ego  wywnioskował,  że  kolega  próbował  namówić  tatę  do  sfałszowania 

werdyktu  Ojców  Miasta po testach  obywatelskich,  ale  rodzic uniósł  się  straszliwym  gniewem  i 

dopiero  matce  udało  się  go  zmitygować.  Wiadomo  było,  że  nie  sposób  przygotować  się  do 

sprawdzianu,  który  interesował  się  gołębiem  uzdolnień,  lekceważąc  wróbla umiejętności  naby-

tych.

Piggy  ciągle  przeżywał  od  nowa  przygodę  Chrisa  na  Niebiosach.  Z  jego pytań  nietrudno  było 

odgadnąć,  że chłopiec rozgląda się za okazją do spełnienia bohaterskiego czynu,  którym mógłby 

zaćmić Chrisa.  Chris był  tylko człowiekiem,  nie  mógł  zatem  wykrzesać z  siebie  wiary,  że Pig-

gy'emu powiedzie  się  jeszcze bardziej spektakularny wyczyn,  zresztą miasto stale  podróżowało, 

w związku z czym nie nadarzała się odpowiednia okazja.

Bywało też, że Piggy przez kilka dni z rzędu ulatniał

się  zaraz  po  lekcjach.  Utrzymywał,  że  krąży  po  ulicach,  podsłuchując  dorosłych  pasażerów. 

Zdaniem  Piggy'ego,  pasażerowie szykowali się  do czegoś — niewykluczone,  że potajemnie bu-

dowali  nadajnik  Diraca,  którym  zamierzali  porozumieć  się  z  Zaginionym  Miastem.  Chris  nie 

wierzył  ani  trochę  w  opowieści  Piggy'ego,  nie  przypuszczał  zresztą,  żeby  Piggy  sam  w  nie 

wierzył.

Prawda,  prosta i niewzruszona jak granitowy kil miasta,  była taka,  że czas uciekał  nieubłaganie 

dla  obu  chłopców  i powoli zaczynała  ogarniać  ich rozpacz:  Piggy'ego,  bo nikt go nie  poddawał 

próbom,  Chrisa,  bo wszelkie  próby zdawały się  prowadzić  donikąd. U młodszych kolegów  tal-

enty pojawiały się  i rozwijały  gwałtownie  i  nieoczekiwanie,  jak popcorn. Chociaż Ojcowie  be-

zustannie  podnosili  temperaturę  wymagań,  uczniowie z  elegancją i  smakiem serwowali  wiado-

mości,  którymi  faszerował  ich  bank  pamięci.  Chris  w  porównaniu  z  nimi  czuł  się  zapóźniony 

niczym dinozaur i podobnie jak przedpotopowy gad niezdarny i pozbawiony wdzięku,

— Chris,  burmistrz  chciałby  z  tobą  porozmawiać  —  zwrócił  się  do  niego  pewnego  wieczoru 

sierżant Anderson, gdy Chris nadal trwał w poczuciu nadciągającej nieuchronnie klęski.

Gdyby Chris usłyszał  te  słowa  z  ust kogokolwiek innego,  uznałby  je  za złośliwy żart,  zbyt  ab-

surdalny,  żeby  mógł  mu  naprawdę  dokuczyć.  Ale  sierżant  Anderson,  to  coś  innego,  Chris  ze 

zdumieniem podniósł wzrok na opiekuna.

— Spokojnie, to nic ważnego,  poza tym, wcale nie powiedziałem,  że burmistrz chce cię widzieć. 

Usiądź, zaraz ci wyjaśnię, o co chodzi.

Oszołomiony Chris usiadł.

background image

—  Widzisz,  sprawy  wyglądają  następująco:  dolatuje-my  do  następnej  roboty.  Kiedy  dogady-

waliśmy się  z  tą  planetą,  wszystko  wydawało się  jasne  i proste,  co się  oczywiście  w  życiu  nie 

zdarza. (Amalfi  twierdzi,  że nie  ma w  języku angielskim  kłamstwa  większego niż  stwierdzenie, 

że  coś jest  banalnie  proste.)  Prawdopodobnie  mieliśmy  być  wynajęci  do  nieskomplikowanych 

robót  górniczych  i  odkrywkowych...  żadne  tam  przebudowy  gospodarki  całej  planety;  zwykła, 

standardowa praca. Widziałeś motto na naszym ratuszu?

Chris  znał  ten  napis:  CZY  PRZYSTRZYC  PANI  TRAWĘ?  Napis  nigdy  nie  wydawał  mu  się 

tchnąć specjalnym dostojeństwem, teraz jednak zaczynał rozumieć, co oznacza. Skinął głową.

— Tak  właśnie mamy zwyczaj postępować: lądujemy,  wykonujemy usługę  i  ulatniamy się. Nie 

wnikamy w  żadne konflikty lokalne. Byliśmy  już bliscy podpisania  umowy z  planetą...  nazywa 

się Argus III... kiedy  doszły nas pogłoski,  że nie  będziemy tam pierwszymi gośćmi. Argus wy-

najął  przed nami jakieś inne  miasto,  które nie wywiązało się należycie  z umów. Naturalnie, zac-

zęliśmy rozpytywać na lewo i prawo,  żeby sprawdzić, czy kontrahenci mówią nam całą prawdę... 

Nie  mieliśmy  ochoty wdepnąć  w  cudzy  kontrakt. Ale  osadnicy unikali  rozmów  na  ten  temat  i 

częstowali  nas mglistymi informacjami. W końcu wygadali  się,  że to  drugie miasto dalej siedzi 

na ich planecie i udaje,  że robi swoje, chociaż termin realizacji kontraktu dawno już minął. Pow-

iedz, co byś w tej sytuacji zrobił na miejscu Amalfi ego?

—  Cała  moja  wiedza  na  ten  temat  pochodzi  z  książek  —  odparł  Chris,  marszcząc  czoło.  — 

Kiedy  miasto po  upływie  terminu kontraktu  zagnieździ  się  na  planecie,  planeta  ma  obowiązek 

wezwać policję. Pozostałe miasta

powinny trzymać się z daleka, bo mogą zostać wciągnięte w ewentualne działania wojenne.

—  Dokładnie.  Właśnie  mamy  do  czynienia  z  takim  klasycznym  przypadkiem.  Osadnicy  nie 

mogą  powiedzieć wszystkiego wprost,  ponieważ  wiedzą,  że  każde  słowo,  które  do nas transmi-

tują,  jest podsłuchiwane,  niemniej  Ojcowie  Miasta  przeanalizowali  dotychczas przesłane  infor-

macje  i  twierdzą,  że  miasto musiało siąść  na planecie na  dobre... jednym  słowem,  że  zamierza 

przejąć  władzę. Władze Argusa  III  z  niewiadomych przyczyn nie  chcą  wzywać  policji,  a  wręcz 

przeciwnie,  wygląda na to,  że próbują  wynająć nas,  żebyśmy przepędzili  trampa. Jeśli  damy się 

na  to  namówić,  z  pewnością  dojdzie  do strzelaniny,  a  wtedy  zjawi  się policja ziemska  i  zosta-

niemy przyłapani na gorącym uczynku.

Słusznie  zauważyłeś,  że  należałoby  jak  najprędzej  stąd  wyrywać. Miasta  nie  powinny  ze  sobą 

walczyć,  a  tym  bardziej dawać  się wciągać w  jakiekolwiek naruszanie kodeksu międzygwiezd-

background image

nego. Jednak Argus III proponuje nam sześćdziesiąt trzy miliony dolarów w kruszcu,  jeśli uwol-

nimy ich  od  trampa,  zanim  zjawią  się policaje,  a  burmistrz  uważa,  że poradzimy  sobie  z  tą ro-

botą. On nie cierpi trampów... Myślę, że i za darmo podjąłby się tej roboty. Fakt faktem, że się jej 

podjął.

Powłokowy umilkł i spojrzał na Chrisa, wyraźnie oczekując jakiegoś komentarza.

— Co na to Ojcowie Miasta? — spytał w końcu Chris.

— Głośno krzyczeli: NIE,  dopóki nie było mowy o pieniądzach. Wtedy sprawdzili stan skarbca i 

dali Amalfiemu wolną rękę. Oparli się dodatkowo na kilku przesłankach,  o których ci dotąd nie 

wspomniałem,  a które wskazują na to, że zapewne jesteśmy w stanie  wysiedlić trampa bez zbyt-

nich  szkód  dla  naszego  miasta,  zanim  policaje  coś  zwęszą.  Nie  można  jednak  zapominać,  że 

Ojcowie  mają  na  uwadze  interes  miasta.  Jeśli  ono  jako  całość  wyjdzie  z  tego  na  czysto,  nie 

wzrusza ich to, że ktoś z nas może stracić życie. Nie są ani za grosz sentymentalni.

— Zdążyłem to już  zauważyć  — potwierdził  z goryczą Chris.  — Ale co  to ma  ze  mną  wspól-

nego? Dlaczego burmistrz chce ze mną rozmawiać? Wiem tyle tylko, ile mi pan powiedział,  poza 

tym już się przecież zdecydował.

—  Zgadza  się  —  przyznał  Andersen  —  ale  ty  posiadasz  wiele  informacji  dla  niego  niedo-

stępnych. Chce,  żebyś podsłuchiwał rozmowy z Argusem,  kiedy będziemy dolatywać do planety, 

życzy sobie  też,  żebyś podsłuchał  wszystko,  co  nam się  uda  przechwycić z  rozmów  prowadzo-

nych na trampie i żebyś pomógł mu rozszyfrowywać ich komunikaty.

— Ale dlaczego?

—  Ponieważ  jesteś jedyną  osobą  na  pokładzie,  która  widziała  tego  trampa  na  własne  oczy  — 

powiedział  powłokowy  z  wyraźnym  naciskiem. — Mamy  do  czynienia z naszym starym znajo-

mym... ze Scranton.

— To... to niemożliwe! Załadowano na pokład setki mieszkańców Scranton... z wyjątkiem mnie 

wszyscy byli dorośli...

—  Żniwo  przymusowego  werbunku...  —  powiedział  Anderson  chłodno  i  z  obrzydzeniem.  — 

Owszem,  udało  się  nam  wyłowić  jednego  czy  dwóch  w  miarę  przydatnych  specjalistów,  ale 

żaden  z  nich  nigdy  nie  interesował  się  polityką  miasta.  Reszta  to  nieprzystosowani  fizole,  z 

poważną domieszką psychotyków. Poddaliśmy ich terapii,  ale nie byliśmy w stanie  podnieść ich 

ilorazu  inteligencji;  kiedy nie mają z  kim handlować i  przestają oglądać igrzyska  międzyplane-

background image

tarne,  wegetują pochłonięci wyłącznie  sobą. Z  tego stanu wyrywa  ich jedynie ciężka  praca.  My 

— to znaczy Irish i ja — nie potrafiliśmy

wyłowić  nikogo,  kto  nadawałby  się  do  naszych  brygad.  Trójce  dobrych  specjalistów  przyzn-

aliśmy obywatelstwo, reszta dożyje swoich dni w charakterze pasażerów.

Ty  jednak,  Chris,  jesteś szczęśliwym  wyjątkiem  wśród tej ekipy. Zdaniem  Ojców  Miasta  twoje 

doświadczenia na pokładzie Scranton sprawiają,  że trochę znasz to miasto. Amalfi chce zadać ci 

parę pytań. Zgadzasz się?

— Mogę... mogę spróbować.

— Świetnie. — Sierżant spuścił  wzrok na przytwierdzony w zgięciu łokcia miniaturowy magne-

tofon.  —  Tu  masz  przegrane  wszystkie  dotychczasowe  rozmowy  z  Argusem  Ul.  Kiedy  je 

przesłuchasz i powiesz nam,  jakie wnioski wyciągasz, Amalfi zacznie nam przekazywać depesze 

z mostka kapitańskiego na żywo. I co... decydujesz się?

— Nie — oświadczył  Chris rozpaczliwym tonem, jakiego nigdy u siebie nie podejrzewał. — Nie 

teraz.  Wydaje  mi  się,  że  moja  głowa  lada  chwila  pęknie.  Czy  na  ten  czas  będę  zwolniony  z 

nauki? Inaczej nie mogę się tego podjąć.

— Nie będziesz zwolniony — oświadczył  Anderson. — Jeśli transmisja  na  żywo zacznie się  w 

czasie zajęć,  zwolnimy cię z  lekcji. Ale  później  —  wracasz od razu pod toposkop. Będziesz się 

normalnie  uczył,  a  jeśli  nie zdołasz sprostać  nowym  zadaniom,  twoja strata.  Postawmy  sprawy 

jasno  na  wstępie,  Chris.  To  nie  są  wakacje  ani  żadna  nagroda,  tylko  zwykła  robota  na  rzecz 

przetrwania  miasta. Czy się podejmiesz,  czy nie,  nie będzie dla  ciebie żadnej taryfy ulgowej. A 

więc?

Przez chwile, która zdawała się trwać wieczność, Chris siedział  wsłuchując się we własną głowę, 

po  której  kołatał  się  ból.—  Podejmuję  się  —  oświadczył  w  końcu  z  rezygnacją.  Anderson 

dotknął przycisku i taśma zaczęła się przesuwać.

Andersen  miał  rację,  że  pierwsze  wiadomości  okazały  się  krótkie  i  niejasne.  Następne  były 

dłuższe,  ale za  to jeszcze  bardziej zawoalowane. Chris nie potrafił  wywnioskować z nich więcej 

niż  Ojcowie  Miasta  i  Amalfi.  Z  mieszkania  Andersena  odbył  zapowiedzianą  rozmowę  z 

burmistrzem, transmitowaną przez dodatkowe łącze do komputerów.

Komputery  zadały  Chrisowi  pytania  dotyczące  liczby  ludności,  zasobów  energetycznych,  bo-

gactw  mineralnych  i  innych  istotnych  zagadnień,  na  temat  których  nie  umiał  powiedzieć  ani 

background image

słowa. Amalfi  głównie przysłuchiwał  się,  a kiedy  parę razy grubym  głosem  włączył  się do roz-

mowy, Chris nie mógł zorientować się, do czego zmierza.

— Ta linia kolejowa, o której  wspomniałeś,  Chris...  Jak długo przed twoim  urodzeniem  ją  zbu-

dowano?

—  Myślę,  że  jakieś  sto  lat.  Jak  pan  wie,  na  Ziemi  wróciliśmy  do  transportu  kolejowego  w 

połowie  trzeciego  tysiąclecia,  kiedy  wyczerpały  się  pokłady  ropy  naftowej,  co  sparaliżowało 

transport samochodowy na terenach rolniczych.

— O tym nie wiedziałem. W porządku, możecie rozmawiać dalej.

Teraz Ojcowie Miasta zaczęli go wypytywać o uzbrojenie. Znowu nie potrafił im nic powiedzieć.

Nadszedł  jednak dzień,  kiedy wszystko się zmieniło. Zgodnie z zapowiedzią wyrwano go znien-

acka  z  klasy  i  pospiesznie  przeprowadzono  do  maleńkiego  gabineciku,  w  którym  zastał  tylko 

krzesło i dwa ekrany

telewizyjne. Na jednym zobaczył twarz sierżanta Andersona, na drugim obraz kontrolny.

— Witaj, Chris. Siadaj i słuchaj...  Zaraz  się  tu będą  działy  bardzo  ważne  rzeczy.  Mamy  trans-

misję z trampa. Nie wiemy,  czy tylko sygnalizują swoją obecność,  czy chcą  z  nami  rozmawiać. 

Amalfi sądzi,  że w ich sytuacji  to pierwsze jest mało prawdopodobne,  choć oczywiście mają do 

tego prawo. Tyle że  sami  naruszyli zbyt  wiele przepisów,  żeby  ściągać na  siebie  uwagę.  Chce, 

żebyś posłuchał tej rozmowy. Postara się coś z nich wyciągnąć.

— Dobrze, proszę pana.

Nie słyszał  wezwań Nowego Jorku,  niemniej  po paru minutach — byli już  niedaleko Argusa III 

— z drugiego monitora zniknął obraz kontrolny, a jego miejsce zajęła dobrze znana twarz,  twarz, 

której widok napełnił Chrisa wstrętem.

— Halo. Tu mówi Argus III.

—  Żaden  Argus  III  niczego  tutaj  nie  mówi  —  włączył  się  niespodziewanie  Amalfi  głębokim 

basem. — Dobrze wiemy, że mówi miasto Scranton z Pensylwanii. Dajcie mi waszego szefa.

— Chwileczkę, za kogo pan się...

— Tu mówi Nowy Jork. Nowy Jork na linii. Właśnie chciałem rozmawiać z waszym szefem i to 

migiem.

Twarz  na ekranie przybrała wyraz ponurego  zakłopotania. Po chwili zniknęła.  Ekran zamigotał, 

na  moment  znów  pojawił  się  obraz  kontrolny,  po  czym  z  monitora  spojrzała  kolejna  znajoma 

background image

twarz. Wprost nie chciało się wierzyć, że jej właściciel go nie widzi. Chrisowi ze strachu ścierpła 

skóra.

— Witajcie,  Nowy  Jork  —  powiedział  mężczyzna,  siląc  się  na  uprzejmość.  —  A  więc  nam-

ierzyliście  nas. My  też  was namierzyliśmy.  Uprzedzamy,  że  planeta  jest  związana z  nami  kon-

traktem.— Przyjmujemy do wiadomości — oświadczył Amalfi. — Podobnie jak fakt,  że aktual-

nie dopuszczacie się wykroczenia,  Argus III podpisał  z nami nowy kontrakt. Szczerze bym wam 

radził wykarczować pas i spływać stąd.

Mężczyzna  nawet  okiem  nie  mrugnął. Dopiero  w  tym  momencie  Chris zrozumiał,  że  twarz  na 

ekranie nie patrzy na niego, tylko na monitor z Amalfim.

— To wy stąd spływajcie — powiedział  beznamiętnie. — To sprawa miedzy nami a osadnikami; 

nic wam do tego. Nie odlecimy bez policyjnego nakazu eksmisji. Uprzedzam lojalnie, że jeśli się 

w to wplączecie, to wcale nie tak łatwo będzie się wam wyplątać.

— Na  waszym  miejscu  nie  byłbym tak pewny siebie  —  stwierdził  Amalfi  — co  zresztą  odno-

towujemy.

Obraz z Scranton skurczył się do rozmiarów świetlistego punktu, następnie zniknął.

— Znasz któregoś z tych typów, Chris? — odezwał się burmistrz.

— Obydwu, proszę pana. Pierwszy z nich to podrzędny zbir nazwiskiem Barney. Przypuszczam, 

że kiedy mnie brali, to właśnie on zabił psa mojego brata, chociaż tego nie widziałem.

— Znam ten typ. Mów dalej.

— Następny to Frank Lutz. Był  menażerem miasta,  kiedy leciałem  na  Scranton. Wygląda na to, 

że dalej pełni swoją funkcję.

— Co to znaczy: menażer miasta? Zresztą,  nieważne, zapytam komputerów. Wracając do rzeczy; 

wygląda na niebezpiecznego gościa. Dobrze mówię?

— Dobrze, proszę pana. Jest bystry i przebiegły, a do tego zimny jak gad.

— Socjopata — podsumował  Amalfi. — Tak  właśnie myślałem. Jeszcze  jedno:  czy myślisz,  że 

by cię poznał?

Chris zastanowił  się. Lutz widział  go tyle  razy na oczy,  lecz dzięki interwencji Frada Haskinsa, 

która ocaliła mu życie, nie musiał już o nim myśleć i pamiętać, że Chris istnieje.

— Niewykluczone, proszę pana, ale raczej mało prawdopodobne.

background image

— W porządku. Przekażesz szczegóły Ojcom Miasta,  a oni skalkulują  prawdopodobieństwo. Na 

razie nie będziemy ryzykować. Dzięki, Chris. Josel, czy mogę cię prosić na mostek?

—  Już  idę,  panie  burmistrzu.  —  Anderson  odczekał,  aż  obraz  przełożonego  zniknie  z  wizji. 

Teraz z ekranu wpatrywał się w Chrisa sierżant.

— Chris, czy zrozumiałeś, co miał na myśli Amalfi, kiedy powiedział, że nie będzie ryzykować?

— Nno... nie całkiem.

— Miał  na  myśli,  że będziemy schodzić Lutzowi z oczu. Inaczej mówiąc,  tym razem  ma się od-

być bez deFordowskich eskapad. Zrozumiano?

Niestety, zrozumiano.

 ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Argus uśpiony

Układ Argusa nie  bez powodu nosił  swoją nazwę. Ponieważ leżał  na obrzeżach gęstej mgławicy 

stosunkowo młodych gwiazd,  noc na planecie świeciła rzeczywiście setkami oczu jak twarz  mi-

tycznego Argusa.  Młody wiek  mgławicy  w  znacznym stopniu wyjaśniał  obecność  Scranton —

jak każda gwiazda trzeciej generacji  słońce Argusa  oraz pozostałe planety układu,  obfitowały w 

metale.

Planet  było niewiele,  bo tylko  siedem. Numerami  opatrzono  trzy  możliwe  do zasiedlenia,  przy 

czym  osadnictwo  rozwinęło  się  wyłącznie  na  Argusie  III;  Argus  II  nadawał  się  jedynie  dla 

Arabów,  a IV  dla Eskimosów. Pozostałe cztery planety  teoretycznie wprawdzie  zaliczały się do 

kategorii  gazowych olbrzymów,  były  to jednak  olbrzymy  mocno  wymizerowane;  największy  z 

trudem  dorównywał  rozmiarami  Neptunowi  w  Układzie  Słonecznym.  Zanim  na  dobre  zaczęło 

się  formowanie  planet,  wzajemna  bliskość  gwiazd  w  mgławicy  spowodowała  powstanie  wiele 

pierwotnego gazu, dzięki czemu Układ Argusa okazał się największym układem w mgławicy.

Argus III,  oglądany z  pokładu nadlatującego  z  buczeniem wiratorów miasta,  do złudzenia przy-

pominał  Pensylwanię.  Chris poczuł  lekkie  współczucie  dla  Scranton,  które  z  pewnością  będzie 

musiało  ustąpić.  Dla  Scranton  ta  planeta  musiała  stanowić  szczególną  pokusę.  Pokaźne  kon-

tynenty pokrywały łańcuchy  górskie; woda zebrana była  w  tysiącach jezior i  kilku niewielkich, 

bardzo za to zasolonych morzach. Wody porastały gęste lasy,  pełne drzew iglastych i skrzypów, 

bo ewolucja na Argusie nie wypracowała jeszcze roślin kwiatowych. Podobne do jodeł  drzewa o 

potężnych  pniach  wznosiły się  na wysokość  dziesiątek metrów. Były  to szlachetne  olbrzymy o 

background image

gęsto  porośniętych  konarach,  poprzeginanych  do  gruntu  siłą  grawitacji  rzędu  2G,  na  przekór 

której  musiały  dźwigać  własny  ciężar.  Pierwszym  dźwiękiem,  jaki  dotarł  do  uszu  Chrisa  po 

wylądowaniu na obfitującym w  metale  ciężkie Argusie  III,  byk grzmiąca eksplozja szyszki  jed-

nego  z  pobliskich  drzew.  Któreś  z  nasion  wybiło  szybę  na  trzydziestym  piętrze  szklanego 

wieżowca  McGraw-Hill;  zaskoczony  personel  rąbał  nasienie  strażackimi  toporkami,  żeby  nie 

dopuścić do wykiełkowania na dywanie.

To,  gdzie miasto wyląduje,  nie miało większego znaczenia, bo żelaza  wszędzie było pod dostat-

kiem. Z drugiej strony na planecie nie  istniało miejsce,  które byłoby  poza zasięgiem  podsłuchu 

czy ostrzału pocisków  rakietowych Scranton. To stanowiło niedogodność  zarówno dla  Nowego 

Jorku, jak dla mieszkańców Argusa. Amalfi mimo to bardzo starannie wybrał  miejsce lądowania. 

W oddali  widniała  wielka  szrama  w  ziemi  wygrzebana  przez  Scranton  w  czasie  nieudolnych 

przedsięwzięć górniczych;  między  oboma wędrownymi  miastami  ciągnął  się łańcuch  gór przy-

pominających pensylwańskie Allegheny. Maszyny górnicze z łoskotem wytoczyły się do lasów.

Chris  próbował  zrozumieć  tok  myślenia Amalfiego,  ale  nie  szło  mu  najlepiej,  bo  w  życiu  nie 

widział  burmistrza  na  oczy,  W sumie  była  to  jednak  jakaś  rozrywka.  Miejsce  lądowania  — 

wywnioskował  ostrożnie  —  zostało wybrane  tak  a nie inaczej  po  to,  żeby  Scranton  nie  mogło 

obserwować  poczynań  Nowego  Jorku  bez  wysyłania  samolotów  oraz  żeby  wykluczyć  komu-

nikację pieszą miedzy oboma miastami. Działań zbrojnych Amalfi nie brał  pod uwagę,  bo wymi-

ana ognia z pewnością ściągnęłaby policje,  a historia Nowego Jorku wyraźnie świadczyła o tym, 

że burmistrz nienawidził  wszystkiego, co mogłoby zaszkodzić miastu, czy była to tylko rdza,  czy 

bomby.

W przeszłości jego strategia polegała zwykle na przetrzymywaniu przeciwnika. Jeśli metoda  nie 

odnosiła  skutków,  próbował  nieprzyjaciela prześcignąć  w  wykonywaniu robót. W ostateczności 

starał  się  skłócić  jego  szeregi.  Żaden  z  udokumentowanych  przypadków  nie  prezentował  zas-

tosowania  którejś z  tych metod  w  czystej  postaci  — Amalfi,  jak  kucharz,  mieszał  je  zawsze  w 

skomplikowanych proporcjach — w  każdym  przypadku jednak stosowano którąś z jego ulubio-

nych przypraw,  przy czym zwykle  jeden smak dominował. Kiedy Amalfi  przesolił,  ledwie wyc-

zuwałeś pieprz czy musztardę.

Nie  dla  wszystkich  jego  kompozycje  były  strawne.  Chris  podejrzewał,  że  istnieją  o  wiele 

wykwintniejsze odmiany koczowniczej kuchni. Cóż,  kiedy Amalfi przyprawiał  tak,  a nie inaczej, 

background image

przy tym był  jedynym kuchmistrzem Nowego Jorku. Jak dotąd miasto przeżyło jego rządy,  co w 

oczach obywateli i Ojców Miasta stanowiło dostateczny sprawdzian kompetencji,

Wyglądało na  to,  że  na Argusie  III Amalfi  zamierza zagłodzić  Scranton,  pracując  lepiej. Nowy 

Jork posiadał  kontrakt,  Scranton kontrakt utraciło. Nowy Jork był  w stanie wykonać powierzone 

mu prace, podczas gdy

Scranton tylko rozgrzebało wszystko wokół,  zostawiając  po sobie  wielką  żółtawą  szramę,  która 

przez najbliższe  sto  lat mogła się nie  zabliźnić. Dopóki Nowy Jork pracował,  a  tramp głodował 

—  tutaj  burmistrz  zaprawiał  miksturę  szczyptą  przeczekania  — Scranton nie  mogło  wcielić  w 

czyn  desperackiego  zamiaru  opanowania  siłą  Argusa  III,  chociaż  w  pierwszym  starciu,  które 

zapewne okazałoby się  ostatnim,  mieszkańcy  planety nie zdążyliby nawet  zwrócić się  o  pomoc 

do policji ziemskiej. Nowy Jork z pewnością wezwałby pomoc bez wahania. Mimo całej mocno 

podbarwionej nienawiścią do służb ziemskich solidarności koczowniczej, nie zamierzał  dopuścić 

do kolejnego incydentu w rodzaju tego,  do jakiego doszło na Thorze V,  ani napuszczać policajów 

na  inne miasto,  jak to zrobił  kiedyś Międzygwiezdny  Mistrz  Handlu. Nawet włóczęga  musi  się 

schronić przed niepoczytalnością swoich współbraci.

No cóż, skoro Amalfi tak to zaplanował,  to tak miało być. Chris nie miał  w mieście nic do gada-

nia. Amalfi to burmistrz, który ma za sobą obywateli i Ojców Miasta. Chris był  tylko młokosem, 

w dodatku pasażerem.

Wiedział  jednak o planach Amalfiego coś,  czego on sam ani nikt inny w  Nowym Jorku nie mógł 

wiedzieć — były skazane na niepowodzenie.

Chris,  w  przeciwieństwie do nowojorczyków,  znał  Scranton. Jeżeli Amalfi  w  ten sposób zamier-

zał rozegrać sprawę z Frankiem Lutzem,  jak przewidywał  Chris,  to czekała go przykra niespodz-

ianka. Czy jednak trafnie przejrzał  zamysł  Amalfiego?  Od tego chyba  należało zacząć. Po kilku 

dniach,  targany wątpliwościami,  wyraźnie  opuścił  się w  nauce. Zwrócił  się wtedy do jedynej  ze 

znanych mu  osób,  która miała  dostęp  do Amalfiego  —  do sierżanta Andersena.— Nie  mogę  ci 

zdradzić  planów Amalfiego,  nie  jesteś upoważniony  do posiadania  tego  rodzaju  informacji  — 

łagodnie  wyjaśnił  sierżant  powłokowy.  —  Ale  twoje  domysły  są  niezwykle  trafne.  Muszę 

przyznać, że jesteś bardzo bliski prawdy.

—  Bliski  prawdy?  —  Carla  z  gniewnym  stukotem  odstawiła  filiżankę  na  spodek.  —  Całe  te 

męskie stopnie wtajemniczenia to jedno wielkie zawracanie głowy. Chris ma rację i ty o tym wi-

esz. Dlaczego nie ulżysz chłopcu i mu tego nie powiesz?

background image

— Nie jestem upoważniony — upierał  się Andersen. Ale w jego ustach takie stwierdzenie znac-

zyło zgodę.  —  Poza  tym  Chris  myli  się  co  do jednego.  Nie  możemy  siedzieć  tutaj  bez  końca 

tylko  po  to,  żeby  uniemożliwić  trampowi  zawładnięcie  Argusem  III.  Prędzej  czy  później 

będziemy musieli ruszyć w drogę,  bo nam również nie wolno przeciągać kontraktu. Mamy już na 

naszym  koncie  parę  wykroczeń  i  bez  względu  na  to,  czy Scranton dba,  czy też  nie dba  o takie 

drobiazgi,  chcielibyśmy  uniknąć  dalszych.  Musimy  przestrzegać daty wygaśnięcia umowy,  a  to 

nas poważnie ogranicza.

— No tak — przyznał  nieśmiało Chris. — Teraz przynajmniej częściowo rozumiem wasz punkt 

widzenia. Ale wydaje mi się, że są w nim dwie poważne luki... Obym się mylił.

— Luki? Gdzie je widzisz?

— Po pierwsze,  oni muszą być nieźle zdesperowani,  a jeżeli jeszcze nie są,  to lada chwila będą. 

Sam  fakt,  że w  ogóle  są  w  tej  części Galaktyki,  a nie  tam,  gdzie skierował  ich  nasz burmistrz, 

kiedy przesiadałem się na wasz pokład, wskazuje, że w pierwszej robocie też im coś nie wyszło.

Andersen wcisnął przycisk na oparciu fotela.

— Prawdopodobieństwo? — rzucił w przestrzeń.

—  SIEDEMDZIESIĄT  DWA  PROCENT  —  odpowiedziała  przestrzeń,  wprawiając  Chrisa  w 

osłupienie.

Wciąż mnie mógł  oswoić się z myślą, że Ojcowie Miasta słyszą każde słowo,  bez względu na to, 

gdzie i  kiedy  zostało  wypowiedziane;  miasto,  między innymi,  służyło im  jako pole  badań  psy-

chologii człowieka,  dzięki czemu byli w  stanie odpowiadać na takie pytania,  jak to, które Ander-

sen zadał przed chwilą.

—- Cóż, kolejny punkt dla ciebie — stwierdził zafrasowany sierżant.

—  Jeszcze,  proszę  pana,  nie  dotarłem  do  sedna  sprawy.  Rzecz  w  tym,  że  ta  robota  też  im  nie 

wyszła,  wobec czego  muszą  mieć  bardzo mało zapasów. Nawet  najlepsza  strategia  zakłada,  że 

druga  strona  reaguje  logicznie. Tymczasem  ludzie  zdesperowani  rzadko  posługują  się  logiką... 

Weźmy na przykład strategię Niemiec w ostatnim roku drugiej wojny światowej.

—  Nigdy  o  tym  nie  słyszałem  —  przyznał  się  Anderson  —  ale  wydaje  mi  się,  że  mówisz 

rozsądnie. A druga luka?

— Druga  luka  jest  tylko  hipotetyczna.  Moje  domysły  opierają  się  na  tym,  co  wiem  o  Franku 

Lutzu.  Widziałem  go  raptem  dwa  razy  w  życiu,  ale  wiem,  jaką  opinię  o  nim  ma  jeden  z  jego 

background image

współpracowników.  Nie  sądzę,  żeby Frank miał  się dać  komukolwiek  zastraszyć,  prędzej  pier-

wszy stanie  do  walki.  Zawsze  musi  pokazać,  że  jest  najsilniejszy. Byłby  skończony,  gdyby  się 

okazało,  że ktoś inny panuje nad sytuacją. To bardzo typowe dla  społeczności rządzonych przez 

najemnych zbirów. Wystarczy spojrzeć na historię Neapolu czy Florencję Machiavellego.

— Zaczynam  podejrzewać,  że  twoje  przykłady są  wyssane  z palca  — wyznał  pochmurnie An-

derson. — Kolejny raz  jednak to,  co mówisz,  brzmi rozsądnie,  a poza  tym tylko ty wiesz cokol-

wiek na temat tego całego Lutza. Załóżmy, że się nie mylisz. Co jeszcze moglibyśmy zrobić?

— Oczywiście wykorzystać ich desperację  — powiedział  z zapałem Chris. — Skoro Lutz i jego 

banda  czują  się  zapędzeni  w  kozi  róg,  to przeciętny obywatel musi  znajdować się  na krawędzi 

szaleństwa. Przy czym  nie sądzę,  żeby byli  tam  „obywatele" w  naszym rozumieniu tego słowa, 

ponieważ wspomniany człowiek Franka mówił,  że skończyły się im leki. Myślę,  że chciał,  żeby 

te  słowa dotarły do moich uszu, ale wtedy nie rozumiałem jeszcze,  o co chodzi. Szary obywatel 

nawet  w  pomyślnych  okresach  musi  zdrowo  nienawidzić  tej  zgrai.  Moglibyśmy  usunąć  Lutza 

rękami jego własnych podwładnych.

— W jaki sposób? — spytał Anderson tonem człowieka świadomego, że zadaje pytanie, na które 

nie ma odpowiedzi.

—  Nie  wiem  dokładnie  jak.  W  znacznym  stopniu  trzeba  by  działać  na  wyczucie.  Miałem  w 

Scranton dwóch przyjaciół,  z których jeden był  w  stałym kontakcie z Lutzem. Jeżeli nadal jest w 

mieście, mógłbym się tam zakraść i spróbować nawiązać z nim kontakt.

—  Cały  czas się  bałem,  że  z  czymś  takim  wyskoczysz  —  westchnął  sierżant Anderson,  pow-

strzymując  go ruchem dłoni. — Chris,  czy ty się kiedyś wyleczysz  z  turystycznych zapędów  na 

koszt miasta? Znasz opinię Amalfiego w tej sprawie.

— Okoliczności się zmieniały — wtrąciła Carla.

— Tak, ale... no dobrze, dobrze, mogę zaryzykować przynajmniej ten jeden krok. — Jeszcze raz 

nacisnął przycisk,. — Są jakieś uwagi? — rzucił w przestrzeń.

—  ODRADZAMY  TEGO  RODZAJU  WYPAD,  SIERŻANCIE  ANDERSON.  SZANSĘ,  ŻE 

PAN DE-FORD ZOSTANIE ROZPOZNANY, SĄ ZBYT DUŻE.

— Widzisz? — zatriumfował  Anderson,  — Amalfi  zada im takie samo pytanie. Zwykle  nie sto-

suje się zaleceń Ojców, ale tym razem na własną rękę doszedł do identycznych wniosków.

— Może to nie najlepszy pomysł, po prostu nic innego nie przyszło mi do głowy.

background image

— To, co mówisz, nie jest pozbawione racji. Muszę przedstawić burmistrzowi obie twoje uwagi i 

zasugerować  podjęcie  akcji,  która  wywołałaby  w  Scranton  odpowiednie  nastroje.  Może  on 

wpadnie  na jakiś lepszy pomysł.  Głowa  do  góry,  Chris; dobrze,  że mi  wszystko  opowiedziałeś. 

Nie powinieneś się martwić, że odrzuciliśmy drobny fragment twojego planu. Nie zawsze można 

wygrywać ze wszystkimi.

— Zgoda, ale próbować zawsze trzeba.

Jeśli  nawet  Amalfi  wpadł  na  lepszy  sposób  „wywołania  nastrojów"  w  Scranton,  nikt  o  tym 

Chrisa  nie  powiadamiał.  Być  może  burmistrz  podjął  jakieś  kroki  w  tym  kierunku,  ale  najwy-

raźniej nie odniosły one poważniejszych skutków. Podczas gdy Nowy Jork uwijał  się przy robo-

cie,  Scranton  siedziało ponuro  na  miejscu,  w  złowrogim  milczeniu  wyczekując  zbliżającej  się 

nieuchronnie  daty  wygaśnięcia konkurencyjnego  kontraktu. Mimo  ubóstwa  i  głodu  nie  zamier-

zało dać za wygraną w  grze,  w  której stawką była planeta tak zamożna jak Argus III. Wyglądało 

na to, że Amalfi będzie musiał  usunąć Scranton siłą albo wezwać ziemską policję, żeby zrobiła to 

za niego. Jak dotąd Frank Lutz zachowywał się zgodnie z przewidywaniami Chrisa.

Aż nagle,  w  ostatnim tygodniu kontraktu,  bomba  wybuchła. Chris jak zwykle  o tym  dowiedział 

się  od  swojego  opiekuna.— Ten  twój  przyjaciel,  Piggy  — zżymał  się  Andersen.  — Wpadł  na 

pomysł,  że wkręci  się do władz  miejskich Scranton i zmontuje  coś w  rodzaju  puczu przeciwko 

Lutzowi. Oczywiście Lutz mu nie uwierzył i teraz jesteśmy ugotowani.

— Jak on się tam dostał? — Chris był zaszokowany, a zarazem rozbawiony.

— To właśnie najgorsza część tej historii. W jakiś sposób udało mu się przekonać dwie kobiety, 

że  mogłyby użyć  swoich wdzięków  jako tajne  agentki,  tak jakby tym zbirom tam  u sterów  kie-

dykolwiek  zabrakło  kobiet,  zwłaszcza  w  czasach  głodu!  Jedną  z  nich  jest  szesnastoletnia 

dziewczyna. Jej rodzina, ze zrozumiałych względów,  szaleje. Drugą, trzydziestoletnia pasażerka, 

siostra obywatela, jednego z pilotów bojowych Irisha Dulany'ego. Siostra, jak nas poinformowali 

właśnie Ojcowie Miasta, oscyluje na krawędzi psychozy,  dlatego nigdy nie udało jej się uzyskać 

obywatelstwa:  pozwolono  jednak bratu  wprowadzić  ją  w  tajniki  pilotażu,  ponieważ  wydawało 

się,  że latanie wpływa korzystnie na jej samopoczucie. Żeby wcielić plan Piggy'ego w  życie, up-

rowadziła samolot brygady desantowej i zanim wydobyliśmy całą tę historię z komputerów, było 

po wszystkim.

—  Chce  pan  powiedzieć,  że  Ojcowie  Miasta  słyszeli,  jak  Piggy  namawiał  się  ze  swoimi 

towarzyszkami?

background image

— Naturalnie. Wiesz przecież, że oni wszystko słyszą.

— To dlaczego nikogo o tym nie powiadomili?

—  Mają  zakaz  udzielania  informacji  z  własnej  inicjatywy.  Zazwyczaj  jest  to  korzystne;  bez 

zakazu  trajkotaliby  dniem  i  nocą  na  wszystkich  kanałach.  Nie  są  całkiem  bezkrytyczni.  Lutz 

żąda  okupu.  Zapłacilibyśmy  mu  sporą  sumę,  ale  on  żąda  planety.  Znów  sprawdziły  się  twoje 

przewidywania, Chris. Wszelką logikę diabli

wzięli. Nie  możemy mu dać czegoś,  co do nas nie należy,  a nawet  gdybyśmy mogli,  też byśmy 

nie  dali. Piggy wpakował  nas w  wojnę,  której konsekwencji nie  są  w  stanie  przewidzieć  nawet 

komputery. Chris westchnął ciężko.

— Co wobec tego zrobimy?

— Nie mogę ci tego zdradzić.

— Ja nie  pytam  o żadne  szczegóły dotyczące  waszych poczynań taktycznych. Chciałbym  mieć 

jakieś ogólne  wyobrażenie.  Piggy  jest  przecież  moim  przyjacielem,  może  w  tych  okoliczności-

ach zabrzmi to głupio, ale naprawdę go lubię.

— Prawdziwych przyjaciół  poznaje się w biedzie — skwitował  refleksyjnie powłokowy. — Cóż, 

tak czy owak nie mogę ci wiele więcej  powiedzieć. Ogólnie rzecz  biorąc, Amalfi gra na zwłokę, 

Ucząc na  to,  że Lutz zrozumie  to jako przyjęcie  jego  warunków,  a Argus III wręcz  przeciwnie. 

Komputery  sporządziły  mu  szyfr  specjalnych  wyrazów,  które  inaczej  zostaną  odczytane  przez 

osadników,  a inaczej przez Scranton. Nasz kontrakt kończy się za tydzień. Być może uda nam się 

zwodzić  Lutza  aż  do  przedostatniego  dnia.  Nie  wolno  mi  zdradzić,  co  planujemy  dalej.  W 

każdym razie wkroczymy tam i postaramy się wytrącić mu zabawki z ręki. To nam zostawi dzień 

na wydostanie się z Układu Argusa,  a jeśli nawet dorwą nas policaje,  będziemy mogli przynajm-

niej  mydlić  im  oczy  tym,  że  wywiązaliśmy  się  z  kontraktu.  Tak  się  w  dodatku  składa,  że 

będziemy mieli dzień na pobranie naszej należności...

— PRZEKROCZENIE — przemówili znienacka Ojcowie Miasta, chociaż  nikt ich o nic  nie py-

tał.

— Ojej, przepraszam! Chyba się zagalopowałem. Nic więcej nie mogę ci już powiedzieć, Chris!

— Myślałem, że oni nigdy nie odzywają się z własnej  woli!— Słusznie myślałeś — potwierdził 

Andersen.  — To  nie  było  z  własnej  inicjatywy.  Amalfi  dał  im  polecenie  śledzenia  wszystkich 

rozmów  dotyczących tej historii i przerywania  ich,  jeśli pojawi  się  zbyt wiele szczegółów. Tyle 

tylko mogę powiedzieć na ten temat, szkoda, że nie przynoszę pomyślniej szych wiadomości,

background image

Został  już  tylko  tydzień do  odlotu.  Chris nagle  zauważył,  że  data  wygaśnięcia  kontraktu  przy-

pada  na  dzień  poprzedzający  jego  osiemnaste  urodziny.  Nadchodzące  dni  miałyby  się  okazać 

rozstrzygające  dla  niego,  dla  Piggy'ego,  dla  jego  dwóch  ofiar,  dla  Scranton,  dla  Argusa  III, 

wreszcie dla  Nowego  Jorku. Znowu widział  jasno jak  na  dłoni,  że plan Amalfiego skazany  jest 

na niepowodzenie.

I znowu wiedział, że ten plan rozbije się o osobę Franka Lutza.

Nie  miał  wątpliwości,  że Amalfi  spokojnie byłby w  stanie  przechytrzyć  Lutza w  bezpośrednim 

starciu,  ale  tym  razem  mieli  do czynienia  z  inną  sytuacją. Głęboko  wątpił,  czy  lista  zakodow-

anych słów,  którą  przygotowują  Ojcowie  Miasta,  nawet  jeśli  zwiedzie  setkę Argusowych uszu, 

wywiedzie  Lutza  w  pole;  zarządca  Scranton  był  wykształconym,  doświadczonym,  kutym  na 

cztery  nogi  politykiem  i  biurokratą,  a  teraz,  na  domiar  złego,  nabrał  maniakalnej  wręcz  po-

dejrzliwości. Nawet  w  pomyślnych  czasach  cechowała  go  nieufność;  trudno  oczekiwać  od ko-

goś,  kto  podejrzewał  swoich  przyjaciół,  kiedy  wszystko  szło  tak  jak  trzeba,  że  w  przededniu 

ostatecznej kieski okaże więcej zaufania wobec wrogów.

Chris  wiedział  bardzo  niewiele  o  polityce  miast  wędrownych,  znał  jednak  ich  historie.  Znał 

również  skunksy.  Nieraz  zastanawia!  się,  jakim  cudem  biedny  Kelly,  tarmosząc  te  zwierzątka, 

nigdy żadnemu z nich nie zrobił krzywdy. Może pies po prostu czuł do nich

sympatię. Skunksy potrafią być uroczą maskotką dla ostrożnego właściciela. Ale ludzka odmiana 

skunksów nie zachęcała do ryzyka. Wystarczyło jedno spojrzenie na Franka Lutza.

Założywszy nawet, że Lutz nie ostrzela znienacka Nowego Jorku gradem pocisków rakietowych, 

czy  czymś  tam,  na  co  Scranton  będzie  stać,  założywszy,  że  Lutz  da  się  podejść  Amalfiemu  i 

burmistrz w  ostatniej  chwili wytrąci  mu władzę  z  ręki  bez jednego  wystrzału i  jednej ofiary  w 

ludziach,  nawet  wtedy  Piggy  i  obie  wzięte  do  niewoli  kobiety  nie  przeżyją  całej  operacji.  W 

całym  Nowym  Jorku  tylko  jeden  Chris  orientował  się.  z  jaką  pogardą  Lutz  traktował  zbędne 

osoby na  pokładzie swojego miasta,  jeden Chris domyślał  się,  jak błyskawicznie  pozbędzie  się 

trójki rzekomych uciekinierów z miasta, które tolerowało pasażerów.

Żałosna ekipa Piggy'ego  zapewne przegarniała  już łopatami żużel. Jeśli  nawet Lutz pozwoli  im 

w  jako takich warunkach przeżyć następny tydzień,  z  pewnością każe ich  natychmiast wykońc-

zyć, kiedy odkryje,  że jego królestwo chwieje się w  posadach. Choćby Amalfi natychmiast  zajął 

Scranton, żeby wydać wyrok śmierci na jeńców, nie trzeba więcej niż pięć sekund. To był  jeden z 

powodów,  dla  których wojny  w  średniowiecznej  Europie  ciągnęły  się  latami,  chociaż  wszyscy 

background image

uczestnicy  dawno  już  zapomnieli  albo nie  dbali,  o  co  walczą:  okup  za  jeńców  bywał  niezłym 

zarobkiem.

Ale opiekun Chrisa zżymał  się na przykłady w tym stylu. Jeśli chodzi o Amalfiego i Ojców Mia-

sta,  to wystarczająco wyraźnie zaznaczyli swoje stanowisko w  tej sprawie,  by nie warto było się 

do nich  zwracać. Gdyby Chris się do nich  udał,  ponownie ich reakcja z pewnością  nie ogranic-

zyłaby się do kolejnego  NIE;  prośba  dałaby murowany pretekst,  żeby  zastosować nad nim  per-

manentny nadzór.

A jednak tym  razem miał  p e  w  n o ś ć,  że  się  mylą. Układał  wiec swój plan  bardzo ostrożnie, 

nękany nieustannie obawami,  czy prastarzy mężowie i ich komputery nie  okażą się  kolejny  raz 

wszechwiedzący... i nie zatrzymają go w ostatniej chwili.

Jeśli nawet Ojcowie przejrzeli jego zamiary,  nie dali tego po sobie poznać. Następnego wieczora 

opuścił  miasto. Nikt nie próbował  go zatrzymywać. Wyglądało na to,  że nikt nawet nie zauważył 

jego ucieczki.

Prawdę mówiąc,  na  to liczył. A jednak dręczyły go  wyrzuty sumienia i  poczucie,  że  jest  zdany 

wyłącznie na własne siły.

 ROZDZIAŁ JEDENASTY

Kryjówka

W normalnych okolicznościach Chris nie wyprawiałby się po nocy w  dziki,  nieznany teren. Tym 

razem  również wyszedłby  zapewne godzinę przed świtem,  co pozwoliłoby mu w  ciemnościach 

oddalić  się  od  Nowego  Jorku.  Ale  na  Argusie  111  warunki  do  poruszania  się  w  nocy  były 

wyjątkowo korzystne.

Chris miał  przy sobie kompas,  którego igła pokazywała  zawsze najsilniejsze pole wiratorowe  w 

okolicy.  Było  to  standardowe  wyposażenie  mieszkańca  wędrownego  miasta.  Na  większości 

planet  koczownicze  metropolie  utrzymywały szczątkową  postać  pola,  żeby  nie  dopuścić do  at-

mosfery  powietrza  planety.  Kiedy miasto  wkraczało na  wojenną ścieżkę,  generatory pracowały 

bez przerwy na wypadek,  gdyby trzeba było szybko odlecieć. Przez pół  drogi igła zwrócona była 

w stronę Nowego Jorku, więc Chris posuwał się według nakazów zwyczajnego kompasu magne-

tycznego, później kompas wędrowca wyznaczał kierunek na Scranton.

Drugim  ułatwieniem  było  światło.  Argus  nie  posiadał  własnego  księżyca,  za  to  olbrzymie 

białobłękitne  słońca  setką  oczu  oświetlały  planetę.  W tej  połowie  roku  zza  tarcz  słonecznych 

background image

sączyło  się  światło  pozostałej  części  mgławicy,  dwakroć  jaśniejsze  niż  światło  ziemskiego 

księżyca. W tym  blasku z łatwością dawało się czytać,  choć ludzkie oko nie  rozróżniało w  nim 

kolorów.

Najważniejsze, że Chris znał lasy iglaste i góry, gdyż wychował się w Aileghenach.

Bagaż miał  lekki — niewielki plecak z dwiema wojskowymi konserwami, manierkę i ubranie na 

zmianę,  czyli to,  które  miał  na sobie,  kiedy przeniesiono go na Nowy Jork; chociaż wiedział,  że 

komputery same  się  z  niczym  nie  zdradzą,  musiał  się  zebrać  na  odwagę,  żeby  poprosić Ojców 

Miasta o wydanie odzieży z depozytu.

Prośba  z  pewnością  mogła  naprowadzić  na  jego  trop,  nie  miało  to  jednak  żadnego  znaczenia. 

Kiedy sierżant Andersen zauważy zniknięcie Chrisa,  nie będzie miał  najmniejszych wątpliwości, 

dokąd chłopak się udał.

Przed  świtem  dotarł  na  grzbiet  górskiego łańcucha. W południe  po  drugiej  stronie  gór znalazł 

niewielką grotę,  z  której sączył  się  lodowaty strumyk. Na czworakach ostrożnie  wczołgał  się do 

środka najdalej jak się dało,  rozejrzał  się na wszystkie strony, czy nie znajdzie starych kości, od-

padków,  śladów  legowiska  i  innych  oznak,  że  trafił  do  nory  miejscowej  zwierzyny.  Jak  przy-

puszczał,  niczego nie  znalazł,  bo  niewiele  zwierząt  zakłada gniazda  tuż  przy ciekach wodnych 

— w nocy jest zbyt wilgotno, a w dodatku woda przyciąga wielu potencjalnych wrogów. Po raz 

pierwszy od wymarszu pożywił się i zasnął.

O  zmierzchu  wstał,  napełnił  manierkę  wodą  ze  strumienia  i  powoli  zaczął  schodzić  zboczem. 

Ścieżka,  którą  z  konieczności  obrał,  była  niebywale  kręta,  jednak  dzięki  obu  kompasom  jego 

wątpliwości  na  temat  kierunku  nie  trwały  nigdy dłużej  niż  parę  minut.  Do  północy  brakowało 

jeszcze  kilka  godzin,  kiedy dostrzegł  wreszcie  miasto,  migoczące  w  dolinie  posępnie,  jak garść 

rozrzuconych  po pajęczej  sieci  kropel  rosy.  O świcie  zakopał  plecak  z nowojorskim  ubraniem, 

solidnie  podartym  i zabrudzonym,  i  nie  tracąc pogody  ducha,  powlókł  się  przez  wygolony pas 

wokół  Scranton w  stronę  tej  samej  ulicy,  którą  przed  laty  pod  przymusem  wkroczył  na  pokład 

odlatującego miasta. Tym razem jego wejście przebiegało zupełnie inaczej, w czym niebagatelną 

rolę  odegrał  fakt,  że  miał  przy  sobie  przyrząd umożliwiający przekroczenie  granicy  pola  wira-

tora.

Jego  obecność  została  naturalnie  natychmiast  wykryta.  Dwóch  strażników  ziewając  i  przeci-

erając zaczerwienione oczy, wybiegło mu na przeciw; najwyraźniej kończyli nocną wartę.

— Co tu robisz?

background image

—  Byłem  na  grzybach  —  odparł  Chris,  wykrzywiając  twarz  w  najbardziej  idiotycznym 

uśmiechu, na jaki go było stać. — Nic nie ma. Dziwne jakieś mają tu te lasy.

Zaspany strażnik zlustrował  go od  stóp  do  głów,  lecz  nic poza zniszczonym  ubraniem Chrisa  i 

jego niewątpliwą młodością nie rzuciło mu się w oczy. Dla zasady zbeształ chłopaka.

— Gdzie pracujesz?

— Przy piecach wgłębnych.

Strażnicy wymienili spojrzenia. Piece wgłębne były to głębokie, podgrzewane elektrycznie doły, 

w  których ostrożnie stopniowo schładzano sztaby stali. Doły wymagały regularnego oczyszcza-

nia, lecz nie opłacało się wyłączać na ten czas ogrzewania. Czyścicieli w azbestowych kombine-

zonach  spuszczano  do środka  na  cztery minuty.  Gdyby  zostali  dłużej,  ich  izolowane  drewnem 

buty  stanęłyby  w  płomieniach.  Po  wyciągnięciu  z  pieca  zmieniano  im  obuwie  i  z  powrotem 

opuszczano  do dołu.  Czynność  tę  powtarzano  przez  całą  szychtę. Tylko  skończony  półgłówek 

był  w  stanie  znieść  podobne piekło.— Dobra,  głupku,  wracaj  do roboty. I żebym cię  tu więcej 

nie widział. Zrozumiano? Masz szczęście, żeśmy cię nie postrzelili.

Chris schylił  pokornie głowę  i  z głupawym  uśmiechem rzucił  się do ucieczki. W chwilę później 

kluczył  już  labiryntem  odrapanych  uliczek.  Był  pewien,  że  trafi.  A  jednak  łatwość,  z  jaką 

znajdował drogę, trochę go zaskoczyła.

Jego  kryjówka  pośród  skrzyń  stalą  nietknięta.  Wyglądała  dokładnie  tak,  jak  w  dniu,  kiedy 

opuszczali  ją  z  Fradem  —  został  nawet  ogarek  świeczki. Chris  zjadł  drugą  puszkę  wojskowej 

konserwy i zasiadł w ciemnościach. Czekał.

Nie  musiał  czekać długo,  chociaż  czas zdawał  się  wlec w  nieskończoność. W jakąś godzinę po 

zakończeniu dnia pracy usłyszał  w  labiryncie  odgłos stąpania.  Oślepiła  .go struga  światła  z  la-

tarki.

— Cześć, Frad —powitał przybysza. — Cieszę się,  że cię widzę, a raczej cieszyłbym się,  gdybyś 

przestał mi świecić prosto w oczy.

Snop światła wylądował na suficie.

— To ty, Chris? — spytał glos Frada. — Dobra, już widzę, że to ty. Urosłeś chyba z pół metra.

— Możliwe. Głupio mi, że nie zjawiłem się wcześniej.

— Nigdy do końca nie wierzyłem, że się zjawisz. — Olbrzym odchrząknął  i usiadł. — Po prostu 

coś  mnie  tknęło,  kiedy  usłyszałem,  z  kim  mamy  na  pieńku.  Mam  nadzieję,  że  nie  usiłujesz 

przejść na naszą stronę jak tamta trójka głupków.

background image

— Żyją? — spytał Chris, ogarnięty nagłą trwogą.

— Owszem. Przynajmniej żyli przed godziną. Ale  centa bym  nie dal  za  to,  że  ocaleją. Frank z 

dnia

na  dzień traci  rozum... Kiedyś  myślałem,  że  go rozumiem,  ale  to  już  przeszłość.  Czy  po  to  tu 

przyszedłeś, żeby spróbować wydostać tę bandę dzieciaków? Nie uda ci się.

— Wiem — przyznał  Chris. — Ale nie jest tak, jak myślisz. Nie będę próbował przejść na waszą 

stronę. Zastanawialiśmy się, jakim cudem dopuściliście do tego,  żeby menażer wpakował  was w 

taką  kabałę? Nasi  Ojcowie  Miasta twierdzą,  że  brak mu  piątej  klepki,  a  jeśli  już  komputery  to 

widzą, to wy tym bardziej powinniście zdawać sobie z  tego sprawę. Sam zresztą mówiłeś coś w 

tym rodzaju.

— Słyszałem trochę o waszych komputerach —  powiedział  z namysłem.  — Czy  to prawda,  co 

ludzie mówią, że one rządzą waszym miastem?

— Do pewnego stopnia. Jednak najwyższą władzę sprawuje burmistrz.

— Amalfi. Hmm. Prawdę mówiąc, Chris, wszyscy wiedzą, że Frank nie panuje nad sytuacją. Nie 

ma  na  to  rady.  Co  nam  to  da,  że  go  zrzucimy  ze  stołka?  Poza  tym  nie  byłoby  to  wcale  takie 

łatwe. Dalej będziemy po uszy tkwić w tym samym bagnie.

— Nie musielibyście wtedy walczyć z moim miastem — zauważył Chris.

— Ano,  nie,  i  to byłoby niewątpliwie korzystne. Ale  pozostaniemy w  matni.  Zmiana paru  naz-

wisk w zarządzie nie napełni nam brzuchów ani kieszeni. — Umilkł  na chwilę, po czym podjął  z 

goryczą.  —  Chyba  wiesz,  że  głodujemy.  Ja  mam  co  jeść,  bo  Frank  dba  o  swoich  ludzi,  ale 

wszystko staje mi w gardle,  kiedy patrzę  na  twarze ludzi na ulicach. Gra Franka w  stosunku do 

Amalfiego trąci szaleństwem, ale nie ma innego wyjścia.

Chris milczał. Sprawy wyglądały tak,  jak się tego spodziewał,  co wcale nie  ułatwiało realizacji 

jego  zamiarów.—  Nie  odpowiedziałeś  na  moje  pytanie  —  podjął  Frad.  —Jakie  masz  plany? 

Chcesz tylko zorientować się w sytuacji? Może nie powinienem ci tyle mówić?

— Chcę wywołać rewolucję  — oświadczył  Chris. Jego słowa brzmiały zawstydzająco górnolot-

nie, ale żadne inne nie przyszły mu do głowy. Starał  się przy tym unikać wszystkiego, co byłoby 

jawnym  kłamstwem,  lecz wiedział,  że  z  każdą  chwilą  coraz  trudniej  będzie  mu zrealizować  to 

postanowienie. — Nasz burmistrz twierdzi,  że pozawalaliście wasze kontrakty,  bo nie macie od-

powiedniej  aparatury  badawczej,  coś  takiego  często  przydarza  się  małym  miastom,  które  nie 

background image

prowadzą pomiarów komputerowych. Ojcowie Miasta uważają,  że jesteście w stanie wykonać tę 

robotę.

—  Chwileczkę.  Nie  wszystko  naraz.  Powiedzmy,  że  pozbędziemy  się  Franka  i  dogadamy  z 

Amalfim. Czy wasi Ojcowie Miasta pomogliby nam jakoś w zorganizowaniu robót?

Przyszła pora improwizacji, potem już musiał zacząć kłamać w żywe oczy.

—  Jasne,  że  tak.  Najpierw  jednak  musielibyśmy  dostać  z  powrotem  naszych  ludzi:  Piggy'ego 

Kingston-Throopa i obie kobiety.

Frad machnął niecierpliwie ręką w półmroku.

— Natychmiast. To jest  poza  wszelką umową.  Widzisz jednak,  Chris,  sprawa  jest dosyć skom-

plikowana.  Twoje  miasto  przyleciało  tutaj  wykonać  robotę,  w  której  my  nawaliliśmy.  Jeżeli 

mimo wszystko my  skończymy pracę,  ktoś odejdzie  z  pustymi rękami.  Nie  sądzę,  żeby Amalfi 

zgodził się na takie warunki.

— Jak dotąd nie postawił żadnych warunków. Wiesz chyba, Frad, jak wygląda nasz kontrakt z tą 

planetą. Połowa umowy to przeprowadzenie robót,  które  wy mieliście  wykonać. Druga to uwol-

nienie Argusa od

Scranton.  Jeżeli  zaczniecie  zachowywać  się  jak  przyzwoite  miasto,  a  nie  jak  pinklarz,  otrzy-

mamy część naszej zapłaty  i  to większą  część  całej sumy.  Nasz burmistrz,  oczywiście,  wolałby 

załatwić sprawę  sposobem,  a nie na drodze  zbrojnej,  bo jeśli dojdzie do walki,  obie strony będą 

musiały płacić za wyrządzone szkody. Dobrze mówię, prawda?

— Hmm,  chyba tak. Nie  wyzywaj  nas od pinklarzy,  bo się  wścieknę. Zasłużyliśmy na to przez-

wisko,  ale tak czy owak doprowadza  mnie  to do szału. Albo  będziemy  ze  sobą  rozmawiać  jak 

równy z równym, albo nie

rozmawiamy wcale.

— Przepraszam, nie mam specjalnego rozeznania w tych

sprawach.  Gdyby Amalfi  miał  wybór,  przysłałby  tu kogoś lepiej zorientowanego. Nie było  jed-

nak nikogo poza mną.

— Już dobrze. Jestem rozdrażniony i tyle. Czeka nas rozwiązanie jeszcze jednego problemu,  mi-

anowicie:  osadników. Nie  zaufają  nam tylko dlatego,  że usuniemy Franka. Osadnicy  nie  orien-

tują się, że coś z nim jest nie tak,  więc nie będą mieli powodów,  żeby uwierzyć następnemu me-

background image

nażerowi  Scranton.  Jeżeli  mamy  odzyskać  kontrakt  na  prace  górnicze,  Amalfi  będzie  musiał 

złożyć za nas poręczenie. Myślisz, że by się na to zgodził?

Chris zabrnął  już  o wiele  dalej,  niż pozwalała uczciwość. Poczuł  nagle,  że  nie  powinien dalej 

posuwać kłamstw i spekulacji.

— Nie wiem,  Frad.  Nigdy z  nim o tym nie  rozmawiałem. Przypuszczam,  że  najpierw musiałby 

spytać o zdanie Ojców Miasta. A ich odpowiedzi nigdy nie da się przewidzieć.

Frad przysiadł na piętach i zaczął  rozmyślać, rytmicznie uderzając pięścią w otwartą dłoń drugiej 

ręki. Przez chwilę zdawało się,  że chciał  o  coś spytać,  ale  widocznie zmienił  zamiar.— No  cóż 

— odezwał  się w końcu przytłumionym głosem — wszystko ma swoje wady i zalety. Myślę,  że 

jednak zaryzykujemy. Będziesz  musiał  zostać  tutaj,  Chris. Mogę  dać  po  łbie  Barneyowi i  Hug-

ginsowi,  ale  z  Frankiem  będzie  gorsza  sprawa.  Jeśli  dojdzie  do  prawdziwej  strzelaniny,  może 

okazać  się  o  wiele  szybszy  ode  mnie.  W  dodatku  nie  będzie  sobie  zawracał  głowy  tym,  kto 

oberwie  przy  tej  okazji. Jeśli  zamach  na Franka  się uda,  niebawem przyjdę  po  ciebie.  Do  tego 

czasu lepiej nie wystawiaj stąd nosa.

Chris spodziewał  się takiego polecenia,  jednak perspektywa,  że  kolejny raz  będzie  czekał  bezc-

zynnie  i  przegapi  najciekawsze  wydarzenia,  wcale go  nie  zachwyciła.  W ostatniej  chwili  przy-

pomniał sobie o czymś.

— Zostanę tutaj. Ale,  Frad,  jeżeli coś zacznie wyglądać nie tak,  nie czekaj,  aż będzie po wszyst-

kim. Daj mi znać, a ja spróbuję sprowadzić pomoc.

—  Nno...  zgoda.  Lepiej  jednak,  żeby  nie  kręcił  się  tutaj  nikt  obcy.  Jeśli  ktokolwiek  w  tym 

mieście  nabierze  podejrzeń,  że  Nowy Jork macza  w  zamachu palce,  nawet ludzie,  którzy  nien-

awidzą  Franka,  przejdą  z  powrotem  na  jego  stronę.  Wszyscy  tutaj  ostatnio  troszkę  powariow-

aliśmy.  —  Podniósł  się  z  ponurą  miną.  Sięgnął  po latarkę. — Mam  nadzieję,  że  masz  sprawd-

zone informacje. Frank mi ufa. Jestem ostatnim człowiekiem,  któremu ufa,  dlatego wcale się nie 

palę do tej roboty. Sam nie wiem czemu, ale zawsze lubiłem Franka, chociaż od początku wiedz-

iałem,  że to podła gnida. Niektórzy mają w  sobie  coś takiego. To dla mnie  żadna frajda  wsadzić 

mu nóż w  plecy. Musiał  się tego doigrać prędzej czy później,  ale nigdy bym się nie podjął  takiej 

roboty, gdybym tobie nie ufał bardziej niż jemu.

Ruszył w stronę wylotu labiryntu.

_ Dzięki, Frad. Powodzenia — powiedział Chris przez zaciśnięte gardło. — Siedź i nie ruszaj się 

stąd. Przyjdę po ciebie.

background image

Nie mógł  siedzieć w swojej kryjówce bez przerwy, mimo to stracił wkrótce poczucie czasu. Jadł, 

kiedy czuł  się głodny  —  większość  zapasów  zniknęła,  ale  Frad  przeoczył  jeden z  ukrytych po-

jemników  —  spał,  ile  tylko mógł. Czyli  nie za  wiele,  bo  dopiero  teraz,  w  czasie  bezczynności 

dopadły go niepokój i nerwy, które pogarszał brak jakichkolwiek wiadomości.

W końcu doszedł  do wniosku,  że  wszystko trwa zbyt długo. Nie był  w stanie już zdrzemnąć się 

nawet  sekundę. Nieustannie  oczekiwał,  że  dotrą  do  niego  odgłosy  walki  albo  pogłębiające  się 

buczenie  da mu znać,  że  Scranton kolejny raz  unosi  go  w  dal. Ciasne pomieszczenie  zmieniało 

niepokój w  istną  torturę.  Pierwszy szelest  w  labiryncie  poderwał  go gwałtownie  na  nogi. Chris 

rzuciłby się na oślep do ucieczki, gdyby miał dokąd.

W  migotliwym  świetle  latarki  Frad  wyglądał  jak  upiór.  Na  twarzy  miał  kilkudniowy  zarost, 

spojrzenie błędne z wyczerpania. Oko zdobił mu potężny siniec.

—- Wychodź — powiedział krótko. — Już jest prawie po wszystkim.

Chris wkroczył  śladem  Frada w  półmrok magazynu,  który wydawał  mu się oślepiająco jasny po 

nieprzeniknionych  ciemnościach  kryjówki.  Potem  wyszli  na  światło  przedwieczornego  słońca, 

którego jasność była już całkiem nieznośna dla oczu.

— Co stało się z Frankiem Lutzem? — spytał bez

tchu.

Frad zapatrzył  się daleko przed siebie. Kiedy przemówił,  w  jego głosie nie było śladu emocji.— 

Pozbyliśmy się go. Wolałbym nie wracać do tej sprawy.

— Co się teraz dzieje? — Chris pospiesznie zmienił temat.

— Trzeba  jeszcze to i  owo  uprzątnąć.  Przydałaby  się  nam  jakaś pomoc. Gdybyś teraz  wezwał 

swoich przyjaciół,  wpuścilibyśmy  ich do miasta pod warunkiem,  że Amalfi  nie  posadzi nam  na 

karku całej brygady desantowej.

— Przyśle tylko dwóch ludzi. Frad skinął głową.

— Dwóch dobrych,  uzbrojonych po zęby ludzi powinno dokończyć roboty w dzień czy dwa. — 

Machnął  ręką  na  przelatującą  taksówkę. Kiedy  sadowiła się  posłusznie  przy krawężniku,  Chris 

wypatrzył  w  karoserii  kilka  dziur,  niewątpliwie  pochodzących  od  kuł.  Trudno  było  określić, 

kiedy zostały zrobione, ale Chris domyślał  się, że nie mają więcej niż tydzień. — Zawiozę cię do 

radiostacji, tam ci się pewnie nieźle dostanie po uszach. Potem przystąpimy do negocjacji.

Nadeszła  chwila,  której  Chris  bał  się  najbardziej.  Miał  się  wyspowiadać  ze  swoich  uczynków 

przed Andersenem i Amalfim, przyznać, co rozpętał i w co ich wszystkich wpakował.

background image

Nie miał złudzeń co do stanu swojego ducha. Trząsł się ze strachu.

— No, wskakuj — ponaglił Frad. — Na co czekasz.

 ROZDZIAŁ DWUNASTY

Audiencja

Miastem z  szacunku  dla  tradycji administrowano  z ratusza,  jednak  sterownia znajdowała  się  w 

iglicy  Empire  State  Building.  Tutaj  też  Amalfi  przyjął  wszystkich  zebranych:  Chrisa,  Frada, 

sierżanta Andersena i Dulany

'

ego. Na czas alarmu nie ruszał  się ani na krok z pomieszczenia — a 

alarm oficjalnie trwał nadal.

Sterownia  zachwyciła  Chrisa.  Ściany  aż  po  sufit  wypełniały  ekrany,  zegary,  wykresy,  lampki 

sygnalizacyjne  i  dziesiątki  przyrządów,  których  Chris  nie  znał  nawet  z  nazwy.  Jednak  uwagę 

chłopca przykuwała przede  wszystkim  osoba samego burmistrza, Amalfi pogrążony był  właśnie 

w rozmowie z Prądem, w związku z czym Chris miał okazję przyjrzeć mu się spokojnie.

Mityczny Amalfi zaskoczył go swym wyglądem. Chris nie umiałby dokładnie powiedzieć, jak go 

sobie  wyobrażał,  z  pewnością  jednak  myślał  o  szczupłym,  barczystym  mężczyźnie  o  heroic-

znych rysach,  tymczasem zastał  niskiego,  pękatego jegomościa z byczym karkiem, wielką łysiną 

i dłońmi ogromnymi jak bochny. Najdziwniej w tym wszystkim wyglądało cygaro,  delikatnie, po 

kobiecemu trzymane  w  grubych paluchach. Burmistrz raz  po raz zaciągał  się z błogim wyrazem 

twarzy. W mieście nikt poza  nim nie miał  prawa palić;  nie wystarczało miejsca  na  uprawę  tyto-

niu. W tej  sytuacji  cygaro  było czymś więcej  niż  tylko oznaką piastowanej  godności; jak śnieg 

sprowadzany z gór przez rzymskich cesarzy było symbolem zamożności miasta i Amalfi  trzymał 

je  w  palcach  z  pietyzmem,  bez  cienia  pazerności.  Miał  dziwny  zwyczaj. Kiedy  się  nad  czymś 

zastanawiał,  podnosił  cygaro  do  oczu  i  studiował  z  taką  miną,  jakby  rozżarzony  koniuszek 

wyświetlał wszystkie jego myśli.

— Jest problem z komputerami, ale to się da załatwić — zwrócił  się do Frada. — Możemy wam 

pożyczyć  nasz  komputer-matkę  na  czas  potrzebny  mu  do  wykonania  własnej  repliki.  Kiedy 

będzie  gotowa,  włożycie  odpowiedni  program,  nafaszerujecie  danymi  i  będziecie  produkować 

sobie kolejnych Ojców  Miasta. Tylu,  ilu będzie wam trzeba... Myślę,  że z jedna trzecia  tego,  co 

my  mamy,  wam  wystarczy...  Potrwa  to  z  dziesięć  lat.  Ten  czas  możecie  wykorzystać 

wprowadzając  dane,  ponieważ  na  początku  będziecie  mieli  do  czynienia  z  idiotą  zdolnym  je-

background image

dynie do operacji logicznych. Na razie badania dotyczące waszych robót będziemy prowadzić na 

naszych  komputerach.  Ufamy  ich  werdyktom,  a  Chris  twierdzi,  że  jest  pan  człowiekiem 

słownym, więc podżyrujemy wasz kontrakt z Argusem.

— Bardzo dziękujemy — oświadczył Frad.

— Nie ma  za co — zagrzmiał  Amalfi. —  Cała przyjemność po naszej stronie.  Prawdę mówiąc, 

dostajemy więcej niż dajemy,  bo dzięki wam nauczyliśmy się czegoś nowego. Tym samym wra-

camy  do  sprawy  młodego  awanturnika,  pana  deForda.  —  Odwrócił  się  gwałtownie  w  stronę 

Chrisa,  któremu serce uciekło w  pięty. — Chyba zdajesz sobie sprawę,  Chris,  że wybiła dla cie-

bie godzina zero? Kończysz osiemnaście lat.

— Tak, proszę pana, zdaję sobie sprawę.

— Otóż  mam dla ciebie  stanowisko,  które chyba  będzie ci  odpowiadać.  Od kiedy wspomniano 

mi o takiej możliwości, cały czas o tym myślę i mam wrażenie, że to byłoby coś dla ciebie.

Chrisowi serce podskoczyło go gardła. Burmistrz obejrzał z uwagą własne cygaro.

— Praca wymaga niecodziennej kombinacji  wiedzy z przedsiębiorczością,  wyobraźnią,  odwagą, 

zdolnością  do  improwizacji  i  szybkich  rozwiązań  oraz  umiejętnością  błyskawicznej  oceny 

sytuacji.  Z  drugiej  strony  jednak  potrzebny  jest  instynkt  samozachowawczy,  dzięki  któremu 

najśmielsze  nawet  przedsięwzięcia  będą  prowadzone  w  sposób  gospodarujący  oszczędnie 

ludźmi, materiałami, pieniędzmi, czasem. Jaki zawód przychodzi ci na myśl?

— GENERAŁ  —  odparli  niezwłocznie  Ojcowie

Miasta.

— Nic  do  was mówię  — ofuknął  ich Amalfi. Był  niewątpliwie rozdrażniony,  ale  Chris odniósł 

wrażenie, że jest to raczej poza.

— Chris?

— No cóż,  proszę pana,  Ojcowie mają  rację. Trudno mi  przysiąc,  ale  pewnie sam bym  doszedł 

do podobnych wniosków. W każdym  razie wszyscy wielcy generałowie odpowiadają tej charak-

terystyce.

— W porządku. Idźmy dalej. Chociaż  wymagane  są liczne  uzdolnienia,  jedno z nich  wybija się 

na plan pierwszy; człowiek na tym stanowisku musi być pierwszorzędnym kulturoznawcą.

Chris  poznał  ten  termin,  kiedy  przymusowo  faszerowano  go  Spenglerem.  Kulturoznawcą  był 

naukowcem zdolnym  ocenić  etap rozwoju danej kultury,  porównać  z  podobnymi stadiami  w  in-

nych,  a  następnie  nakreślić prognozy  dotyczące reakcji  przedstawicieli  badanej  społeczności  na 

background image

planowaną zmianę czy konkretne wydarzenie. Mało który generał  miałby okazję zrobić użytek z 

takich umiejętności, o ile w ogóle znalazłby czas, żeby je rozwinąć.

— To,  że posiadasz wymagane cechy charakteru z kulturoznawczymi predyspozycjami włącznie, 

widać  gołym  okiem.  Nie  są  to cechy  obce  naturze  wędrowca  —  u  ciebie  jednak występują  w 

stopniu  ponadprzeciętnym.  Naturalnie  rozwinięcie  uzdolnień  będzie  wymagało  czasu  i  prak-

tyki... ale  czasu  nie powinno ci  zabraknąć.  Ojcowie Miasta  orzekli pięcioletni  okres próbny. W 

służbach miejskich nie było dotąd takiej funkcji, jednak bliższe spojrzenie na Scranton i parę mi-

ast,  którym  się lepiej powiodło,  przekonuje nas,  że  jest to funkcja  pożyteczna. Czy przyjmujesz 

stanowisko?

Chris poczuł szum w uszach. W głowie zakręciło mu się z dumy i oszołomienia.

— Pan wybaczy... O jaką funkcję chodzi?

— Funkcję menażera miasta.

Chris wlepił  wzrok w sierżanta Andersona,  ale jego opiekun wydawał  się równie zaskoczony jak 

on. Po chwili  jednak z  grobową  miną  mrugnął  zachęcająco  do  Chrisa. Chris zaniemówił;  mógł 

tylko skinąć głową. Był  to jedyny gest w jego repertuarze służbowym,  na jaki chwilowo było go 

stać.

— Znakomicie.  Ojcowie  Miasta  przewidzieli  twoją  zgodę,  więc  w  śniadaniu  dostałeś  już 

pierwszą dawkę leków. Witamy w szeregach obywateli, panie deFord.

Nawet  w  tak podniosłej  chwili  myśli  Chrisa  szybowały  daleko  od  Nowego Jorku. Rozmyślał  o 

rzeczywistych powodach,  dla których pragnął  żyć jak najdłużej: nadziei,  że przyjdzie taki dzień, 

kiedy jakimś cudem  uda  mu się wrócić  do domu.  Nie  przyszło mu nigdy do  głowy,  że kiedy  ta 

chwila nastąpi, może nie odnaleźć ani bliskich

miejsc,  ani osób. Już teraz,  tak w przestrzeni, jak w sercu,  między nim a Ziemią wyrastał mur nie 

do przebycia.

„Dom"  przestał  być  dla  niego  tym  samym,  czym  był  w  przeszłości.  Wywalczył  długie  życie, 

któremu  przypisana  była  nowa  lojalność  i  nowe  zobowiązania.  Nie  czekało  go  wieczne  dzie-

ciństwo na Ziemi, lecz życie pośród gwiazd.

Z trudem oprzytomniał.

—  Co  będzie  z  Piggym?  —  zainteresował  się.  —  Rozmawiałem  z  nim  w  drodze  powrotnej. 

Mam wrażenie, że wiele zrozumiał.

background image

—  Za  późno  —  oświadczył  Amalfi  z  surową  niewzruszonością.  —  Sam  sobie  wypisał  bilet... 

bilet pasażerski. To prawda,  że nie  brak mu odwagi i przedsiębiorczości. Niestety w najgorszym 

wydaniu,  a w  dodatku nie popartych ani krytycyzmem,  ani wyobraźnią. Te same pułapki zawsze 

będą  czyhać  na  ciebie,  Chris; na tym polega jedno z niebezpieczeństw związane  z  twoim stano-

wiskiem. Warto, żebyś o tym pamiętał.

Chris  skinął  głową,  ale  ostrzeżenie  burmistrza  nie  było  w  stanie  zepsuć  mu  humoru,  bo  oto 

nadeszła  najdonioślejsza  chwila  w  jego  życiu  —  chwila,  kiedy  Frad  Haskins,  nowy  menażer 

Scranton, potrząsnął jego dłonią.

— Musimy omówić służbowe sprawy, kolego — oświadczył dobitnie.