background image

 

 
 

K

AROL 

M

AY

 

 
 
 

Przez dzikie Gran Chaco 

 

 

N

A PODSTAWIE WYDANIA Z 

1924

 ROKU

 

background image

R

OZDZIAŁ 

W

ESOŁA ZABAWA I JEJ SMUTNY KONIEC

 

 
W odległości 22 km od punktu, w którym sześćdziesiąty stopień na zachód od Greenwich 

przecina  Rio  Pilcomayo,  leży  fort  Yuquirenda.  Obwarowania  jego  składają  się  z  rowu  i  z 
glinianego  wału,  wysokości  dwóch  łokci,  który  deszcz  naruszył  nieco  na  rogach.  Wał  ten 
jednak nie stanowi wielkiej przeszkody dla młodzieży miasteczka, która nie zawsze opuszcza 
fort  przez  jedną  z  dwóch  istniejących  bram.  Przestrzeń  w  obrębie  wałów  podzielona  jest  na 
osiemdziesiąt  prawie  „manzanas”,  z  których  ledwie  połowa  jest  zabudowana.  Budynki 
wzniesione są z tzw. „adobe” — czyli z gliniastej ziemi, zmieszanej ze słomą i wysuszonej na 
słońcu. Tego rodzaju cegły stanowią w tej okolicy jedyny materiał budowlany. 

Domy  w  większości  posiadają  ściany  bez  okien  i  nie  mają  pięter;  na  dziedzińcu  stoi 

kuchnia,  urządzona  w  stylu  „enramada”,  tj.  składa  się  z  dachu  uplecionego  z  gałęzi  i 
podpartego palami z czterech stron. Pozostałe trzy boki podwórza tworzą „galpones”, służące 
jako  magazyny.  Dłuższe  ściany  tych  magazynów  sięgają  prawie  ziemi,  węższe  natomiast  są 
wolne i rzadko tylko zakryte pewnego rodzaju zasłoną. 

Udogodnienia w tych domach na granicy Chaco (wym.: „czako”) polegają na osławionych 

legowiskach,  które  wszyscy  bez  wyjątku  europejscy  podróżnicy  opisują  jako  osobliwe 
narzędzia tortur, dręczące zmęczonego jazdą konną i upałem człowieka. Na ogół odpowiadają 
koszarowym  pryczom  i  spoczywają  z  przodu  na  niższych  a  z  tyłu  na  wyższych  podporach. 
Twarda, wyschła skóra krowia nie bardzo powiększa wygody takiego legowiska. 

Potrawy spożywa się zazwyczaj na starannie wygarbowanej skórze koźlej, rozpostartej na 

ziemi. Tylko bardzo wytworni „caballeros” pozwalają sobie na zbytek stołu, przy czym kloce 
drewniane odpowiedniej wysokości służą za krzesła. Lecz nawet tego rodzaju krzeseł bardzo 
rzadko używają mieszkańcy Gran Chaco.  Zarówno „caballeros” jak i „senoras” i „senoritas” 
najczęściej  siedzą  na  siodle  lub  leżą  na  wyżej  opisanych  legowiskach,  zabijając  czas  i  nudę 
paleniem papierosów. 

W  owym  zapomnianym  miasteczku,  w  dniu,  w  którym  zaczyna  się  nasze  opowiadanie, 

obchodzono  radosną  uroczystość.  W  ratuszu  zebrały  się  wszystkie  znakomitości  gminy,  a 
więc  kapitan  dragonów  stacjonujących  tutaj,  jego  dwudziestu  kawalerzystów,  burmistrz  i 
sędzia; prócz tego pozostali mieszkańcy wraz ze swoimi damami, byłoby bowiem krzywdą i 
obelga wykluczać z tego rodzaju publicznego zebrania choćby tylko jednego z mieszkańców 
miasteczka.  Zebrani  tańczyli  ochoczo  i  wytrwale  mimo  dusznego  wieczoru  przy  dźwiękach 
najrozmaitszych  instrumentów,  a  często  gęsto  orzeźwiali  się  wódką,  którą  co  chwila 
napełniano szklanki i kieliszki. 

Powszechną  radość  i  zapał  wzbudziła  słynna  ekspedycja  inżyniera  Bergmana,  która 

nazajutrz rano miała wyruszyć w głąb Gran Chaco Boreal, aby zrobić plany dla projektowanej 
linii  kolejowej  z  La  Sabana  w  Argentynie  do  Matto  Grosso  w  Brazylii.  Linia  ta  miała  także 
przechodzić  między  Yuquirenda,  a  źródłami  rzeki  Rio  San  Rafael.  Północna  cześć,  od  Rio 
San  Rafael  począwszy,  do  Matto  Grosso,  jak  również  południowa,  od  Yuquirenda  aż  do  La 
Sabana,  prowadziła  przez  znane  przeważnie  i  częściowo  zamieszkałe  okolice  i  mogła  być 
pozostawiona innym inżynierom. Dr Bergman zarezerwował dla siebie część środkową, która 
należy  do  okolic  najniebezpieczniejszych  na  całej  kuli  ziemskiej.  Tutaj  zamierzał 
wypróbować swój genialny wynalazek, którym zadziwił cały świat przed kilku miesiącami, i 
dzięki któremu zjednał sobie względy jednego z największych bogaczy Ameryki Północnej. 

W ratuszu była obecna tylko jedna z głównych osób, dla których urządzono zabawę. Inne 

osoby  nie  zjawiły  się,  rzekomo  dlatego,  aby  się  po  raz  ostatni  należycie  wyspać  i  wypocząć 
przed  uciążliwym  wymarszem  w  pustynne  okolice;  w  rzeczywistości  pragnęły  one  uniknąć 

background image

burzliwych scen i momentów, którymi w owych  krajach bardzo często kończą się publiczne 
uroczystości.  Zjawił  się  tylko  Mr  James  Bopkins,  człek  łysy,  o  ostrym  nosie,  ozdobiony 
ż

ółtawą,  w  zielony  odcień  wpadającą  kozią  bródką.  Był  on  przedstawicielem 

południowoamerykańskiego  Towarzystwa  Kolejowego,  w  którego  służbie  był  doktor 
Bergman.  Bopkins  miał  pracować  dla  rzeczonego  Towarzystwa,  był  jednak  potajemnie  z 
pewnych  względów  zaciekłym  wrogiem  naczelnika  ekspedycji.  Teraz  oparł  się  o  tzw.  bufet, 
nasunąwszy  szary  cylinder  głęboko  na  kark  i  spoglądał  przez  okulary  w  złotej  obwódce  na 
zgiełkliwy  i  ruchliwy  tłum.  Ręce  trzymał  głęboko  schowane  w  kieszeniach  spodni,  o  ile  nie 
był  zmuszony  pić  szklanki  wódki  z  jakimś  dostojnym  dżentelmenem.  Zresztą  tego  rodzaju 
przymus nie był mu wcale niemiły. Wprawdzie wraz z upływem czasu stawiał coraz bardziej 
zastraszające  wymagania  swemu  żołądkowi,  ale  tutaj  trzeba  było  przecież  zastąpić 
Towarzystwo, a gdzie chodziło o interes, tam Mr James Bopkins o nic się nie troszczył, a już 
najmniej o swój żołądek. 

Mimo  to  jednak  jego  poświęcenie  dla  Towarzystwa  omal  nie  zostało  uwieńczone  bardzo 

niepożądanym  wynikiem.  Mr  Bopkins  był  przyzwyczajony  do  tego,  że  South–American–
Railway–Company  uważano  wszędzie  za  potęgę,  przed  którą  każdy  musi  się  ugiąć,  toteż 
uważał  za  swój  obowiązek  opierać  się  o  ścianę,  jak  posąg  bóstwa,  i  odpowiadać  wyniosłym 
skinieniem  głowy  na  propozycję  wychylenia  kieliszka  wódki.  Południowi  Amerykanie  są 
jednak  rycerzami  wobec  dam,  choćby  to  nawet  były  brudne  Kreolki,  i  mają  dla  nich  cześć 
większą  nawet  niż  dla  pieniędzy.  Jankes  przyjmował  poczęstunki,  jako  hołd  jemu  należny, 
jako  coś  zwykłego,  co  się  samo  przez  się  rozumie,  tymczasem  zebrani  chcieli,  aby  te  hołdy 
ofiarował damom w podzięce i pił do nich. Mr James Bopkins nie myślał jednak o tym i nie 
miał  zamiaru  postąpić  według  życzeń  swoich  gospodarzy.  Z  tej  przyczyny  już  na  samym 
początku zabawy wśród zgromadzonych dało się zauważyć niezadowolenie, które jednak nie 
występowało w zbyt jaskrawych barwach na tle ogólnej wesołości. Im bardziej jednak taniec i 
wódka  podniecały  humory,  tym  wyraźniej  odczuwano  niegrzeczne  zachowanie  się  gościa  i 
tym bardziej wyzywające stawały się spojrzenia zebranych. 

Nagle,  około  godziny  jedenastej,  gdy  wszyscy  się  znużyli  tańcem  i  muzyką  i  odczuwali 

potrzebę  zmiany,  niezadowolenie  doszło  do  punktu  przełomowego.  Byłoby  rzeczą 
niemożliwą  ustalić,  kto  wymówił  pierwsze  słowo.  Krótko  mówiąc,  znienacka  ze  wszystkich 
ust buchnął zgodny okrzyk: „Zabijcie go!” 

Spojrzenia  dam,  które  stały  pod  ścianami,  wachlując  się,  były  jeszcze  bardziej  groźne  i 

gniewne, niż błyskawice, świecące pod krzaczastymi brwiami mężczyzn. 

Poczciwy jankes stał wciąż na swoim miejscu, nie mając najmniejszego pojęcia o tym, co 

się  działo.  Nie  wiedział  nawet  o  tym,  że  brak  wychowania  trzeba  maskować  w  ten  sposób 
przynajmniej,  że  się  ręce  trzyma  poza  obrębem  kieszeni.  Nagle  przystąpił  doń  barczysty 
caballeros i bez wstępu strącił mu cylinder z głowy, następnie chwycił go za kołnierz surduta 
i pchnął na środek sali. 

— I  protest!  (ja  prostestuję!)  —  krzyczał  Mr  James  Bopkins,  oburzony  do  największego 

stopnia tym nieoczekiwanym napadem. 

Lecz zanim zdołał wymówić dalsze słowa, porwał go cały tuzin innych rąk. Reprezentanta 

South–American–Railway–Company  byłby  niewątpliwie  spotkał  bardzo  smutny  koniec, 
gdyby nie zaszedł nowy wypadek, który odwrócił od niego powszechną uwagę. 

Z  zewnątrz,  z  oddali,  doszedł  stłumiony  grzmot  i  trzask,  jak  gdyby  tam  wrzała  nocna 

bitwa.  Wszyscy  zgromadzeni  wybiegli,  chcąc  zbadać  przyczynę  niezwykłych  i 
zatrważających  odgłosów.  Mr  Bopkins,  uwolniony  tym  sposobem  od  prześladowców, 
podniósł  się  z  ziemi  i  zwrócił  się  do  posługacza  bufetowego,  który  właśnie  jako  ostatni 
zamierzał wybiec: 

— Oświadczam,  że  znieważono  tutaj  wolnego  obywatela  Stanów  Zjednoczonych  i  będę 

żą

dał zadośćuczynienia przy pomocy mego rządu! 

background image

Służący, na wpół cywilizowany Indianin, nie zrozumiał z tej pięknej przemowy ani słowa, 

ale Mr Bopkins nie pytał o to. Był zadowolony, że wypowiedział swój protest, wyłowił swój 
szary  cylinder  poza  bufetem,  wyczyścił  go  rękawem  surduta,  po  czym  umocnił  go  na  swej 
łysiejącej głowie. Na koniec opuścił salę, aby zaspokoić ciekawość wespół z innymi. 

Niezwykły  huk  obudził  ze  snu  doktora  Bergmana  i  jego  towarzyszy;  wszyscy  razem 

nadeszli. 

Znajdowali się już tutaj dwaj przedstawiciele państw, przez które miała przechodzić nowa 

kolej,  a  mianowicie  don  Alfonso  Rocca  z  Paragwaju  i  pułkownik  Juan  Iquite  z  Boliwii; 
oprócz  nich  obaj  asystenci  dra  Bergmana,  inżynierowie  Hellwald  i  Römer;  wreszcie  ich 
służący  Jan  Jungreitmeier,  który  służył  swego  czasu  w  wiedeńskim  pułku  piechoty  i  tęsknił 
do przygód wszelkiego rodzaju. 

Dr  Bergman podszedł do burmistrza i do kapitana dragonów, z których  każdy uważał się 

za wyłącznego przedstawiciela miasta Yuquirenda, po czym spytał ich, co właściwie zaszło. 

— Niestety, obaj jednakowo nic nie wiemy — odparli — dlatego też prosimy pana, abyś 

łaskawie  zechciał  dopomóc  nam  w  zbadaniu  tego  tajemniczego  i  niepokojącego  zjawiska. 
Zapraszamy także pańskich towarzyszy. 

Dr Bergman i jego towarzysze natychmiast byli gotowi do drogi. Wszyscy mężczyźni, nie 

wyłączając  Mr  Bopkinsa  dosiedli  koni  i  ruszyli  wśród  ciemnej  nocy  w  południowo–
wschodnim kierunku, w  tę stronę, skąd nieustannie dochodził huk wystrzałów. Nie obawiali 
się  wcale,  że  zbłądzą,  gdyż  od  czasu  do  czasu  ponad  domniemanym  polem  walki  pojawiały 
się kule świetlne i rakiety. 

Jazda  była  trochę  niebezpieczna,  albowiem  Rio  Pilcomayo  wylewa  w  miesiącach 

zimowych od grudnia do lutego, wydrąża głębokie wyrwy na swoich brzegach, a po powrocie 
do łożyska pozostawia błotniste kałuże rozmaitej wielkości, które niedoświadczonego jeźdźca 
mogą  wprowadzić  w  rozpaczliwe  powożenie.  Lecz  żołnierze  byli  od  dawna  przyzwyczajeni 
do tego rodzaju nocnych wypraw, a ponadto kapitan prowadził grupę jeźdźców tak świetnie, 
ż

e jazda przeszła gładko, bez wypadku. 

Raz  tylko  gniewne  złorzeczenie  wyrwało  się  z  ust  Mr  Bopkinsa,  ponieważ  jednak  z 

powodu nieznajomości jazdy konnej pozostał, jechał na końcu, przeto słowa te usłyszeli tylko 
ostatni ludzie z karawany. Byli to żołnierze ze straży granicznej, którzy mało się interesowali 
złorzeczeniami cudzoziemca i brakiem taktu z jego strony wobec ich dam. 

Kapitan  jechał  prosto  do  miejsca,  gdzie  rozlegały  się  strzały,  nie  troszcząc  się  wcale  o 

zakręt,  który  zakreśla  Rio  Pilcomayo  na  południe  od  Yuquirenda.  Gdy  orszak  jeźdźców  na 
krótko przed północą zbliżył się znów do rzeki, kapitan kazał się zatrzymać i wysłał przodem 
kilku  wywiadowców  dla  zbadania  sytuacji,  nie  było  bowiem  wykluczone,  że  większa  horda 
Indian napadła na rzece okręt, pragnąc go obrabować. 

Wysłani żołnierze wrócili po upływie pół godziny i oznajmili, że bez przeszkody dotarli aż 

do rzeki. Tutaj znaleźli niewielki statek parowy, z którego bez widocznego powodu strzelano 
z  dział  i  wyrzucano  kule  świetlne.  Kapitan  wraz  z  towarzyszami  pokiwał  głową  ze 
zdziwienia, po czym ruszył w dalszą drogę. 

Gdy wkrótce potem dotarli do Rio Pilcomayo, znaleźli wszystko tak, jak żołnierze donieśli. 

Na środku rzeki stał mały parowiec. Załogi jego nie było widać, na pokładzie znajdowali się 
tylko  dwaj  ludzie,  szaro  odziani,  w  szkockich  czapkach  na  głowie.  Jeden  z  nich  obsługiwał 
dwie małe armatki, które w krótkich odstępach czasu głośno strzelały, drugi siedział na zwoju 
lin koło masztu i wypuszczał wytrwale rakietę za rakietą oraz świetliste kule, jedną za drugą, 
czerpiąc je z wielkiego kosza, który stał po prawej stronie. Hałas i huk mącił ciszę uśpionego 
lasu i wypłaszał stada małp i papug. 

— Hallo, senores! — zawołał kapitan po hiszpańsku do dwóch mężczyzn. — Czy panowie 

pragną pomocy? 

background image

— I  don’t  understand  —  odparł  zagadnięty  spod  masztu  i  znów  wypuścił  w  powietrzu 

wspaniałą, świetlistą smugę. 

Dr Bergman powtórzył pytanie po angielsku, po czym usłyszał odpowiedź: 
— Oh,  no!  Szukam  dra Bergmana,  który  tu  musi  przebywać  w  pobliżu;  pragnę  się  z  nim 

rozmówić. 

Przy tych słowach znów strzeliły obie armaty. 
— Jestem właśnie tym, którego pan szuka — odparł dr Bergman zdumiony w najwyższym 

stopniu. — Czym mogę panu służyć? 

Człowiek,  siedzący  przy  maszcie,  zerwał  się  z  miejsca  i  zawołał  do  towarzysza, 

strzelającego z armat: 

— John, dość! Mamy go! 
Obaj  natychmiast  wskoczyli  do  łodzi,  tkwiącej  u  boku  parowca,  po  czym  popłynęli  w 

stronę  brzegu.  Tutaj  osobliwy  kanonier  wydobył  z  portfela  fotografię,  porównał  ją  z 
obliczami  mężczyzn,  cisnących  się  dokoła  niego,  na  koniec  podał  dłoń  doktorowi 
Bergmanowi i rzekł: 

— Jestem sir Allan Bendix i cieszę się nad wszelki wyraz, że pana w końcu spotkałem. 
Dr Bergman szybko przedstawił panów ze swego otoczenia, a potem spytał: 
— Czy mogę spytać, z jakiego powodu pan pragnie ze mną pomówić w tej dzikiej okolicy 

i dlaczego pan z tym celem połączył tę nocną kanonadę? 

— To bardzo proste — odparł sir Bendix. — Chciałbym wraz z panem podróżować przez 

Gran  Chaco  i  byłbym  chętnie  jeszcze  tej  nocy  popłynął  do  Yuquirenda,  skąd  pan,  jak 
wiedziałem,  miał  zamiar  jutro  wyruszyć,  lecz  ci  przeklęci  łotrzy,  kapitan  okrętu  i  załoga, 
przerwali  nagle  pracę,  oświadczając,  że  muszą  się  koniecznie  przespać.  Wówczas 
postanowiłem  zwrócić  pańską  uwagę  za  pomocą  strzałów  armatnich  i  świetlnych  kul,  które 
zabrałem ze sobą jakby w przeczuciu tego, co nastąpi. 

— Pańskie  zaproszenie  przyjmujemy  ze  śmiechem  odparł  dr  Bergman.  —  Zaiste,  bez 

kanonady  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  nie  zdołałbyś  pan  nawiązać  łączności  z 
Yuquirendą. 

— A więc weźmie mnie pan ze sobą? — zawołał uradowany sir Bendix. 
— Nie mogę tego panu z miejsca przyrzec — odparł dr Bergman, zachowując ostrożność 

w  postępowaniu.  —  Przedsięwzięcie  nasze  jest  bardzo  niebezpieczne,  więc  trzeba  mi  tylko 
doświadczonych towarzyszy. 

— Pod tym względem, mam nadzieję, że pana w zupełności zadowolę — rzekł sir Bendix. 

—  W  Afryce  strzelałem  do  lwów  i  słoni  bez  żadnego  towarzystwa,  a  w  Indiach  do 
tygrysów… 

— Groźne niebezpieczeństwa przyrody — przerwał dr Bergman — zejdą prawdopodobnie 

na  drugi  plan  w  naszej  podróży  wobec  niebezpieczeństw,  grożących  ze  strony  dzikich 
mieszkańców  Gran  Chaco.  Nie  wiem,  czy  pan  zna  bliższe  okoliczności,  ale  bez  przesady 
wszyscy stawiamy na jedną kartę nasze życie, co można usprawiedliwić tylko wysokim celem 
naszego przedsięwzięcia. 

— I  mnie  także  ten  wzniosły  cel  pędzi  w  dzikie  ostępy  Grand  Chaco  —  z  ożywieniem 

przerwał  sir  Bendix  i  mówił  dalej  z  zapałem:  —  Cel  ów  wspaniale  się  wyróżnia  spośród 
wszystkich  innych!  Największe  duchy  ludzkości  i  stulecia  całe  poświęcały  mu  trud  dni  i 
nocy! Imię pańskie na wieki wyryte zostanie na tablicach historii, a korzyść, jaką cały świat 
odniesie  z  pańskiej  pracy  nie  pozostanie  w  tyle  poza  największymi  i  najważniejszymi 
zdobyczami ostatnich trzech stuleci! 

— Czy mogę spytać, w jakiej dziedzinie pan studia odbywał? — spytał dr Bergman. 
— Jestem zbieraczem owadów — odparł dumnie sir Bendbc, nie zauważywszy wcale, że 

dr  Bergman  na  te  słowa  z  trudem  powstrzymał  wybuch  śmiechu.  —  W  Afryce  odkryłem 
dwadzieścia  trzy  nowe  gatunki,  w  Azji  dwadzieścia  dziewięć,  w  Australii  siedemnaście,  a 

background image

nawet  w  Europie  trzy,  chociaż  tutaj,  zdawało  się,  wszystkie  gatunki  już  poznano.  Lecz 
poprzysiągłem  sobie,  że  muszę  dosięgnąć  do  stu,  zanim  powrócę  do  Anglii,  a  ponieważ  nie 
ma na świecie bardziej niezbadanych okolic niż Gran Chaco, dlatego też pospieszyłem tutaj, 
skoro tylko rozeszła się wieść o pańskiej śmiałej wyprawie, aby dzielić wraz z panem sławę 
lub zagładę! 

— Miejmy nadzieję, że czeka nas to pierwsze — rzekł dr Bergman i krzepko uścisnął dłoń 

Anglika. 

Początkowo miał zamiar odrzucić z miejsca propozycję przybysza; okazało się jednak, że 

ów  przybysz  choć  miał  bzika,  ożywiony  był  wielkim zapałem,  który  wszystko  poświęca  dla 
raz obranego celu i niczego się nie przeraża. Tacy ludzie potrzebni byli dr Bergmanowi. 

Ponieważ  nie  było  wielkiej  różnicy  między  spędzeniem  reszty  nocy  na  twardych 

legowiskach  w  Yuquirendzie  lub  na  gołej  ziemi  przeto  postanowiono  oczekiwać  nad  rzeką 
wschodu  słońca.  Żołnierze  i  mieszkańcy  Yuquirendy  cofnęli  się  znad  brzegu  rzeki  w  głąb 
pampasu,  gdzie  mniej  ich  dręczyły  moskity.  Tutaj  zsiedli  z  koni  i  rozciągnęli  się  na  trawie. 
Trzej inżynierowie i ich służący udali się na pokład okrętu, dokąd zaprosił ich Anglik. Tutaj 
znajdowały  się  siatki,  zabezpieczające  od  moskitów,  bez  których  żaden  Europejczyk  nie 
odważy się podróżować w tych okolicach. Nikt nie zauważył, że Mr James Bopkins odłączył 
się od orszaku i gdzieś znikł. 

Gdy  ranek  zaświtał,  dr  Bergman  i  jego  towarzysze  pożegnali  się  na  razie  z  nowym 

znajomym, który nie chciał pozostawić swoich pakunków na okręcie, po czym połączyli się z 
ż

ołnierzami  i  obywatelami  z  Yuquirendy,  siodłającymi  już  konie.  Jechali  wśród  radosnych 

blasków  słońca  rozmawiając  o  osobliwym  Angliku,  aż  wreszcie  spostrzegli  w  oddali 
ochronne wały Yuquirendy. 

Nagle  bystre  oczy  kapitana  spostrzegły  na  boku  samotnego  konia,  który  gryzł  gałązki 

niskiego  krzewu.  Ponieważ  był  osiodłany,  zatem  było  jasną  rzeczą,  że  jeździec  uległ 
nieszczęśliwemu wypadkowi. Przypomniał mu się przedstawiciel South–American–Railway–
Company,  więc  dr  Bergman  wyraził  przypuszczenie,  że  tu  zaszło  coś  poważnego.  Jeźdźcy 
przytrzymali  konia  i  spostrzegli,  że  był  całkowicie  zabłocony.  Wszyscy  rozpoczęli  gorliwe 
poszukiwania na wszystkie strony idąc śladami konia, widocznymi na mokrej trawie. Ślady te 
prowadziły do małego rozlewiska, które utworzył ostatni wylew. 

Gdy jeźdźcy doszli do stromego brzegu ujrzeli dziwny widok. Na środku szaro–zielonego 

rozlewiska sterczała  głowa Mr Jamesa Bopkinsa, pozbawiona zupełnie aureoli jakiejkolwiek 
godności. Jego błyszcząca zazwyczaj łysina była pokryta czarną krostą, błota, która ciągnęła 
się aż do nosa; żółta bródka tonęła w wodzie. Dumny cylinder pływał w pobliżu i zdawał się 
cierpliwie czekać na jakiś stanowczy krok swego właściciela. 

— Na miłość Boską, szanowny panie Bopkins! — zawołał dr Bergman zeskakując z konia. 

— W jaki sposób dostał się pan tutaj i dlaczego pan nie usiłował wydostać się z tej jamy? 

— W jaki sposób? — jęknął boleśnie nieszczęśliwy jankes. — Przeklęte błoto sięga mi po 

szyję i trzyma mnie w miejscu, jak żelazna śruba. Wyciągnij mnie pan, panie doktorze, bo już 
mdleję! 

Na szczęście można było natychmiast przystąpić do dzieła. Mieszkaniec pampasów rzadko 

dosiada  konia  bez  „bolą”.  Są  to  okrągłe  kamienie,  obszyte  skórą  i  po  dwoje  spojone  długim 
rzemieniem. Myśliwy umie rzucać nimi z zadziwiającą zręcznością, jeśli pragnie oszczędzić 
prochu  lub  nie  chce  wystrzałem  dziurawić  skóry  zwierzęcia  na  polowaniu.  „Bola”  pada  z 
zadziwiającą celnością, a kamienie okręcają się dokoła nóg zwierzyny i chwytają ją niejako w 
sidła. 

Ż

ołnierze  wzięli ze sobą bolą na domniemaną bitwę. Pewną ilość połączyli razem tak, że 

rozciągnęły  się  w  poprzek  „madrechonu”  po  czym  kilku  mężczyzn  wspólnymi  siłami 
wyciągnęło Mr Bopkinsa z błotnej kąpieli. Trzewiki jego utknęły jednak w gęstej glinie, lecz 
cylinder musieli żołnierze wyłowić. 

background image

Ledwie Mr Bopkins objął go na nowo w posiadanie, nasadził go natychmiast na, łysinę, po 

czym z chmurną miną przystąpił do kapitana. 

— Sir  —  rzekł  —  protestuję  przeciwko  gwałtowi  jakiego  dopuścili  się  pańscy  ludzie 

wobec  wolnego  obywatela  Stanów  Zjednoczonych  i  zażądam  satysfakcji  ze  strony  mego 
rządu! 

Kapitan  sądził,  że  jankes”  podziękuje  za  pomoc  w  nieszczęściu.  Lecz  gdy  doktor 

przetłumaczył mu te słowa na język hiszpański, ściągnął groźnie brwi i zawołał gniewnie: 

— Do kata, senor, trzymaj pan język za zębami! Nikt panu nie kazał jechać z nami, a jeśli 

pan  jeszcze  coś  powie,  każę  pana  z  powrotem  strącić  do  rozlewiska!  Może  pan  potem 
protestować wobec żab i salamander! 

Aby zapobiec dalszej sprzeczce, dr Bergman zwrócił się do jankesa z upomnieniem: 
— Byłoby  panu  trudno  wskazać  tutaj  żołnierza,  który  zawinił.  Pan,  panie  Bopkins, 

pojechał dobrowolnie … 

— Dobrowolnie? — przerwał jankes. — Tylko poczucie obowiązku zmusiło mnie do tego, 

ż

e wsiadłem na tę szkapę. Albowiem jestem reprezentantem Towarzystwa, któremu pan służy 

i  muszę  być  obecny  przy  każdym  pańskim  kroku.  Zamiast  dawać  na  mnie  baczenie, 
pozostawił  mnie  pan  w  tej  oto  dziurze,  aby  móc  w  międzyczasie  działać  na  własną  rękę.  Z 
tego właśnie powodu protestuję przeciwko wszystkiemu, co pan tam nad rzeką zdziałał! 

— Protest pański jest troszeczkę spóźniony — odparł doktor z uśmiechem. — Myśmy tam 

tylko spali i tego faktu nie możemy już zmienić, choćbyśmy nawet chcieli. Niech pan zatem 
zgodzi  się  z  tym,  co  konieczne  (jankes  przy  tych  słowach  gwałtownie  zaprzeczył  ruchami 
głowy)  i  niech  pan  jak  najprędzej  zrzuci  z  siebie  mokre  ubranie,  bo  dostanie  pan  febry  i 
przymusowo pozostanie w Yuquirendzie. 

Ta ewentualność przeraziła troszkę Mr Bopkinsa, który natychmiast dosiadł konia. Jechał 

na  końcu  orszaku,  tłumiąc  w  sobie  wybuchy  gniewu,  ale  towarzysze  się  o  niego  wcale  nie 
troszczyli, zabawiając się wesołą rozmową. 

W  Yuquirendzie  Mr  Bopkins  rozpoczął  poszukiwania  osoby,  która  by  mu  wyprasowała 

cylinder, ale spotkał się z odmową z powodu zajścia z poprzedniego wieczoru. Nie pozostało 
mu  zatem  nic  innego,  jak  tylko  odbywać  dalszą  podróż  w  potwornie  zniekształconym 
nakryciu głowy. Miałoby to być złym znakiem? 

Aby  czytelnikowi  umożliwić  zrozumienie  przebiegu  dalszych  wypadków,  musimy 

wyjaśnić uboczne okoliczności. 

Pewnego  dnia  w  domu  South–American–Railway–Company  w  Nowym  Jorku  odbywało 

się  zgromadzenie,  które  ściągnęło  na  siebie  uwagę  nie  tylko  wszystkich  obywateli  Stanów 
Zjednoczonych, ale także całego cywilizowanego świata. Walne zgromadzenie akcjonariuszy 
miało rozstrzygnąć, czy ma być zbudowana linia kolejowa Matto Grosso Plata, czy też nie. 

Już  przy  otwarciu  posiedzenia  bystry  obserwator  mógł  zauważyć,  że  wśród 

zgromadzonych  akcjonariuszy  nie  ma  zgody  ani  jednomyślności.  Od  szeregu  lat  ponosili 
same  ofiary  więc  chcieli  wreszcie  osiągnąć  poważne  zyski.  Niektóre  głosy  utrzymywały 
nawet,  że  Towarzystwo  tylko  dlatego  buduje  wciąż  nowe  linie,  bo  się  obawia  ostatecznego 
zamknięcia rachunków, które by wykazało olbrzymie straty. 

Mimo  to  wśród  zgromadzenia  pojawił  się  naczelnik  Zarządu,  ożywiony  pogodną  myślą. 

Referenci,  wybrani  przezeń  w  celu  obrony  jego  planów,  zaczęli  gorąco  przekonywać  o 
korzyściach  kolejowej  linii  Matto  Grosso  Plata.  Pierwszy  mówca  wskazał  na  to,  że 
Towarzystwo dotychczas miało same sukcesy a pozwolić komu innemu wybudować tę linię, 
znaczy  wyrzec  się  najwspanialszego  wieńca  laurowego.  Drugi  mówca  mówił  o  wielkich 
zyskach i wspomniał, że miasto Matto Grosso, które niedawno jeszcze było wioską, obecnie 
stało  się  potężnym  centrum  handlowym.  Tutaj  się  skupia  cały  przemysł  kauczukowy 
południowozachodniej  Brazylii  i  wschodniej  Boliwii,  który  obraca  setkami  milionów 
dolarów. 

background image

— Zapewniam  was,  moi  panowie  —  kończył  mówca  —  że  gdyby  nawet  szyny  linii 

kolejowej Matto Grosso Plata były ze srebra, a drewniane progi kolejowe z mahoniu, to i w 
takim razie to przedsięwzięcie przyniosłoby podwójne zyski! 

Lecz  mimo  tej  pięknej  obrony  zdawało  się,  że  akcjonariusze  stracili  już  całą  cierpliwość. 

Jeden  mówca  za  drugim  stawał  na  trybunie  i  ostrymi  słowami  krytykował  plany  naczelnika 
Zarządu. Gdy na koniec przystąpiono do głosowania, los linii Matto Grosso Plata zdawał się 
być już przypieczętowany. 

Nagle  nastąpił  nieoczekiwany  zwrot.  Najbardziej  wpływowym  rzecznikiem  partii 

przeciwników  planu  budowy  był  stary  Mr  Smitson,  który  z  ulicznego  czyścibuta  stał  się 
bajecznym  bogaczem.  Prowadził  on  atak,  nie  występując  osobiście  do  walki.  Nagle  na  sali 
pojawił się jego tajny sekretarz i wręczył mu jakieś listy. Mr Smitson przeczytał je, po czym 
podniósł  się  z  miejsca  i  postawił  wniosek,  aby  głosowanie  przeprowadzić  w  cztery  dni 
później.  Jego  zwolennicy,  którzy  już  czekali  na  walne  zwycięstwo,  byli  zdumieni  tym 
niespodziewanym  zachowaniem,  ale  mimo  to  nie  sprzeciwiali  się  jego  wnioskowi. 
Zgromadzeni  rozeszli  się  do  domów,  rozmawiając  z  ożywieniem.  Wszyscy  zastanawiali  się, 
co takiego mogło zajść? 

Lecz  ciekawość  przeciwników  nie  została  zaspokojona  nawet  w  kilka  dni  później. 

Dowiedziano  się  tylko,  że  pewien  młody  inżynier,  nazwiskiem  Bergman,  stanął  w  hotelu 
Astor  i  jeszcze  tego  samego  wieczoru  przeniósł  się  w  charakterze  gościa  do  wspaniałego 
pałacu Smitsona. 

Gdy  wreszcie znów otworzono walne zgromadzenie, w olbrzymiej sali posiedzeń wrzało, 

jak  w  ulu.  Przed  budynkiem  na  ulicy  Mrowił  się  wielotysięczny  tłum,  który  z  napięciem 
czekał  na  rozstrzygnięcie  sprawy  niezmiernej  wagi  dla  całej  Ameryki.  Liczne  dzienniki 
głosiły,  że  cześć  Stanów  Zjednoczonych  Ameryki  Północnej  jest  zachwiana.  Ameryka 
Południowa  może  łatwo  skorzystać  ze  sposobności  i  zdobyć  przewagę  nad  Stanami 
Zjednoczonymi,  skoro  wybuduje  linię  kolejową,  która  odstrasza  nawet  tak  niezmiernie 
przedsiębiorczego ducha jankesów. 

Gdy  naczelnik  Zarządu  pojawił  się  na  sali,  przyjęto  go  gwizdaniem  i  sykaniem. 

Przewodniczącemu z trudem udało się przywrócić spokój. Lecz burza wybuchła z podwójną 
siłą, gdy Mr Smitson wystąpił jako pierwszy mówca. 

Gdy się uciszyło, przemówił w te słowa: 
— Panowie,  stary  Samuel  Smitson,  którego  dotychczas  nikt  nie  uważał  za  głupca, 

oświadcza wam krótko i węzłowato: linia kolejowa Matto Grosso Plata będzie wybudowana! 

Partia  przeciwników  podniosła  ogłuszającą  wrzawę.  Znany  nam  już  Mr  James  Bopkins, 

cały czerwony z gniewu i oburzenia, krzyczał: 

— A nasze pieniądze? Kto nam zabezpieczy nasze pieniądze? 
— Ja! — odparł spokojnie Smitson. 
— Swoim własnym majątkiem? — pytał Mr Bopkins zachrypłym głosem. 
— Całym  moim  majątkiem!  —  potwierdził  Smitson,  rozwijając  wielki  pergamin.  —  Tu 

jest dokument który wystawiłem bankowi państwa! 

Te słowa podziałały, jak oliwa wylana na fale  wzburzonego morza. Partia przeciwników, 

ochłonąwszy  ze  zdumienia,  nie  śmiała  protestować,  co  więcej  zgodziła  się  na  projekt  Mr 
Smitsona.  Gdy  przewodniczący  przystąpił  do  głosowania,  nie  słuchano  go  już.  Sama  partia 
przeciwników  wystąpiła  z  wnioskiem,  aby  głosować  przez  zgodny  okrzyk.  Tak  też 
uczyniono. Budowa linii kolejowej Matto Grosso Plata została uchwalona. 

Telegraf  i  telefon  rozniósł  tę  wiadomość  na  wszystkie  strony  świata  i  dzień  ten 

obchodzono uroczyście we wszystkich miastach Stanów Zjednoczonych. 

Szczególny entuzjazm wzbudził miody niemiecki inżynier, który takiego chytrego lisa, jak 

Smitson, w okamgnieniu skłonił do tego, że poparł projekt całym swoim majątkiem, liczącym 
kilkaset  milionów  dolarów.  Wszystkie  dzienniki  zamieściły  jego  fotografię.  Ogromne 

background image

artykuły  informowały  publiczność,  co  on  je,  jak  sypia,  a  nawet  ile  wykałaczek  do  zębów 
zużył w ciągu całego życia. 

Wobec  niego  zniknął  nieomal  sam  stary  Smitson,  nie  mówiąc  już  o  czcigodnym  panu 

Bopkinsie, chociaż ten został mianowany przedstawicielem Towarzystwa i miał towarzyszyć 
doktorowi  w  śmiałej  i  niebezpiecznej  wyprawie.  Ta  okoliczność  nie  ujęła  tego  chciwego 
człowieka ani trochę. W skrytości serca poprzysiągł nieubłaganą zemstę Niemcowi, który, jak 
mniemał jankes, skradł mu cześć i poważanie. 

Ekspedycja stanęła zatem na progu olbrzymiego i nie zbadanego kraju, który na przestrzeni 

pięciuset tysięcy kilometrów kwadratowych nie ma żadnych prawie wyniosłości i przez który 
przepływają  dwie  gigantyczne  rzeki,  Rio  Bermejo  i  Rio  Pilcomayo.  Kierunek  tych  arterii 
wodnych,  wypływających  z  Andów,  odpowiada  na  ogół  naturalnemu  nachyleniu  tej 
kolosalnej  płaszczyzny,  która  ledwie  widocznie  opada  w  kierunku  południowowschodnim  i 
jest  krainą  odwiecznych  wylewów.  Obie  potężne  rzeki  od  tysięcy  lat  niosą  namuł  z 
niebotycznych  gór,  wznoszących  się  na  zachodzie.  Nie  spoczywają  one  jeszcze  i  dziś  w 
swoich  stałych  łożyskach,  lecz  wędrują,  chociaż  w  sposób  niewidoczny,  ku  południowi,  co 
nowsi geologowie niejednokrotnie wykazali. 

Ponieważ  równiny,  zalane  wylewem,  tylko  na  powierzchni  są  pokryte  warstwą  humusu, 

pod  którą  rozciąga  się  gruby  podkład  gliny,  nieprzepuszczającej  wody,  przeto  podróżnik, 
wędrując po tej dziewiczej krainie jest świadkiem ciekawego zjawiska: oto kraj cały tonie po 
prostu  w  czasie  wylewów  od  grudnia  do  lutego.  Lecz  wody,  jak  szybko  pojawiają  się,  tak 
szybko  nikną.  Przez  osiem  miesięcy  panuje  bezlitosna  posucha,  która  w  straszliwy  sposób 
dręczy  zarówno  ludzi  jak  i  zwierzęta  i  pozwala  im  wlec  nędzny  żywot  tam  tylko,  gdzie  w 
wyschłych moczarach i bagnach pozostały resztki drogocennej wilgoci. 

Do tych okropności trzeba dodać hordy wałęsających się Indian, stojących na najniższym 

szczeblu  kultury  i  nie  ustępujących  pod  względem  dzikości  najstraszniejszym  szczepom 
Ameryki Północnej. Indianie ci uciekają wprawdzie przed białymi, nawet jeśli są w liczebnej 
przewadze,  ale  na  samotnego  i  nic  nie  przeczuwającego  podróżnika  umieją  napadać  z 
zasadzki.  Ani  łagodność  ani  srogość  nie  działa  na  nich.  Pieniądze  i  prośby  równie  mało 
wpływają  na  ich  krwawe  zbrodnie  jak  i  zaprzysiężone  traktaty.  Często  Hiszpanie,  a  później 
Argentyńczycy  urządzali  na  nich  wyprawy,  zakrojone  na  większą  skalę,  lecz  po  pierwszych 
nieznacznych  potyczkach  Indianie  za  każdym  razem  znikali  w  nieprzebytych  puszczach,  by 
zacząć na nowo dawną grę, skoro tylko zwycięzcy rozpoczęli odwrót z Gran Chaco. 

A teraz oto nieznany inżynier odważył się kłaść tor kolejowy wśród tej dzikiej, pustynnej 

głuszy, która we wszystkich wzbudzała strach! Odważył się na przedsięwzięcie, odstraszające 
nawet najśmielszych amerykańskich inżynierów. 

Nie można było nawet myśleć o układach z Indianami. Trzeba było im odebrać przemocą 

każdą  piędź  ziemi,  a  potem  toczyć  z  nimi  przez  całe  dziesiątki  lat  zaciekłą  wojnę.  Do  tego 
należy  dodać  jeszcze  olbrzymie  przeszkody,  które  przyroda  kraju  stawiała  budowie  kolei: 
bezdenne  bagna,  ciągnące  się  milami,  regularnie  powtarzające  się  powodzie,  zupełny  brak 
kamieni i szutru, stanowiącego podłoże szyn, nieprzeliczone rojowiska mrówek, niszczących 
drewniane podkłady, na koniec setki innych niebezpieczeństw. 

A jednak mimo wszystko, młody inżynier pozyskał sobie starego Smitsona i przyrzekł mu 

jeszcze  tego  roku  w  jesieni  rozpocząć  wstępne  prace!  Co  mu  dodawało  odwagi?  Nikt  nie 
umiał  tego  wyjaśnić.  Tylko  głucha  wieść  biegła  z  ust  do  ust,  że  ów  Niemiec  wynalazł 
maszynę  o  tajemniczej  i  niesłychanej  sile,  która  ma  zniweczyć  wszystkie  straszne 
niebezpieczeństwa i przeszkody Gran Chaco. 

background image

R

OZDZIAŁ 

II 

W

YJAZD Z 

Y

UQUIRENDY

 

 
Z powodu przybycia Anglika musiał dr Bergman odłożyć wyjazd na dzień następny. Kiedy 

po  południu  pojawił  się  sir  Bendix,  kazał  pakunki  swe  dołączyć  do  doktorskich,  a  potem 
wynagrodził kapitana okrętu, który natychmiast odpłynął. Następnie z pomocą doktora kupił 
konie, którymi zaopiekował się John, jego służący. 

Przy  wspólnej  wieczerzy  pojawił  się  także  Mr  Bopkins  który  tymczasem  należycie  się 

wyspał i wyczyścił. Gdy usłyszał o zamiarach sir Bendixa, przybrał bardzo poważną minę i z 
wyrzutem odezwał się do doktora: 

— Pan  działa  zbyt  samowolnie,  sir!  Muszę  uroczyście  zaprotestować  przeciw  temu,  by 

dołączali  do  naszego  orszaku  ludzie  nie  będący  ani  urzędnikami  ani  funkcjonariuszami, 
którzy  jedynie  tylko  zamierzają  dla  własnej  korzyści  wyzyskać  nasze  kosztowne 
przygotowania. 

Sir Bendix chciał wybuchnąć przy tych słowach, lecz doktor Mrugnął nań oczyma i odparł 

spokojnie: 

— Pan  zapomina,  Mr  Bopkins,  że  na  mocy  układu  wolno  mi  przyjmować  do  oddziału 

takich ludzi, którzy są mi pożyteczni. Sir Bendix jest taką właśnie osobą i ja proszę pana, abyś 
to raczył przyjąć do wiadomości. 

Mr Bopkins wzruszył ramionami. 
— Uczyniłem, co mi nakazuje obowiązek — rzekł — odpowiedzialność musi pan ponieść. 
Następnie w milczeniu spożył obiad, nie troszcząc się o rozmowę pozostałych. 
Pakunki  sir  Allana  nie  były  wielkie.  Składały  się  tylko  z  dużej  ilości  amunicji  do  jego 

karabinu  i  służącego,  prócz  tego  z  zestawu  do  zbierania  i  preparowania  owadów, 
umieszczonego  w  ozdobnej  skrzynce.  Resztę  zapasu  rakiet  i  kul  świecących  podarował 
mieszkańcom Yuquirendy, którzy nimi mieli uświetnić uroczystość pożegnania. Mr Bopkins 
z poważną miną przypatrywał się ogniom sztucznym, lecz zamiast po raz wtóry wziąć udział 
w  zabawie  w  ratuszu,  uznał  za  stosowne  przespać  się  porządnie  wraz  z  pozostałymi 
uczestnikami ekspedycji. 

Nazajutrz rano dr Bergman ustawił swój orszak w należytym porządku; porządek ten mieli 

wszyscy  nadal  zachowywać  w  czasie  drogi.  Prócz  wyżej  wymienionych  osób  należało  tutaj 
jeszcze  dwudziestu  „peones”  tj.  silnych  i  wypróbowanych  ludzi,  którzy  przedtem  służyli  w 
dragonach  granicznych  i  których  dr  Bergman  starannie  wybrał.  Mieli  oni  powierzone  sobie 
wozy z prowiantem na dwa miesiące, tudzież najrozmaitsze przedmioty,  niezbędne w czasie 
wyprawy.  Należał  także  do  nich  składany  balon  wraz  z  gondolą,  który  miano  napełnić 
wodorem.  Jego  wielkość  była  tak  obliczona,  że  mógł  on  unosić  przez  cały  dzień  jednego 
człowieka  na  wysokości  2000  metrów.  Na  drugim  wozie  były  złożone  flaszki  z  hydrolem, 
który  miał  dostarczyć  wodoru  w  odpowiedniej  ilości.  Ów  hydrol  został  niedawno 
wynaleziony  przez  słynnego  chemika  Jouberta.  Na  trzecim  wozie  spoczywał  karabin 
maszynowy,  a  na  czwartym  owa  tajemnicza  maszyna,  która  przezornego  Mr  Smitsona 
niespodzianie  nastroiła  tak  przyjaźnie  dla  linii  kolejowej  Matto  Grosso  Plata.  Miała  ona  na 
zewnątrz wygląd silnej, drewnianej skrzyni, mniej więcej dwumetrowej długości. Wnętrza jej 
nie  widział  nikt  prócz  dra  Bergmana;  nawet  dwaj  asystenci  znali  tylko  jej  niesłychane 
działanie,  ale  nie  zbadali  jej  urządzenia.  Na  razie  stanowiła  ona  tylko  balast,  wymagający 
troskliwej  opieki  i  dużo starań.  Dopiero  gdy  stanie  w  tym  punkcie,  który  dr  Bergman  obrał, 
miała się objawić jej nadprzyrodzona moc. Wówczas też miały się urzeczywistnić wszystkie 
nadzieje, które pokładał w niej wynalazca i naczelnik South–American–Railway–Company. 

background image

Gdy  orszak  przygotował  się  już  do  drogi,  dr  Bergman  podziękował  burmistrzowi  za 

gościnność,  z  której  korzystał  przez  dwa  tygodnie.  Mieszkańcy  Yuquirendy  strzelili  na 
pożegnanie trzykrotnie z karabinów, po czym miał nastąpić wymarsz kolumny, której kapitan 
wraz  z  dragonami  miał przez  jeden  dzień  towarzyszyć.  Lecz  zaledwie  dr  Bergman  wyjechał 
na  czoło  orszaku,  gdy  znienacka  zatrzymało  go  dwóch  ludzi.  Jednym  z  nich  był  Mr  James 
Bopkins, który rzekł: 

— Mr  Bergman,  po  raz  wtóry,  a  tym  razem  w  obecności  władzy  urzędowej,  protestuję 

przeciwko temu, by pan niepotrzebnie powiększał wydatki na ekspedycję, przyjmując w skład 
jej członków tego zbieracza owadów z Anglii i jego sługę. 

— Sir, ja wypraszam sobie tego rodzaju wyrażenia! — krzyknął sir Bendix. — Pan uważa, 

zdaje się, kolekcjonowanie owadów za zajęcie głupców, czego ja znieść nie mogę, jako jego 
ż

arliwy zwolennik! Jeśli pan naprawdę jest gentelmenem, da mi satysfakcję tu na miejscu! 

To mówiąc sir Allan oddał kapelusz służącemu, odwinął rękawy surduta i stanął w pozycji 

do boksowania. 

Mr  Bopkins  za  młodu  przez  dłuższy  czas  służył  w  cyrku  jako  parobek  do  koni,  gdzie  go 

pewien klown nauczył sztuki boksowania. Z tego też powodu przyjął wezwanie Anglika. 

Zanim  dr  Bergman  zdołał  wypowiedzieć  pierwsze  mitygujące  słowo,  pięści  bokserów 

zderzyły się. Po upływie pięciu sekund pięknie wyczyszczony cylinder Mr Bopkinsa zakreślił 
łuk  w  powietrzu  i  padł  na  ziemię.  Wkrótce  potem  jego  właściciel  otrzymał  taki  „blow”  w 
zęby, że ujrzał przed oczami gwiaździsty deszcz. 

Sir  Allan  był  z  tego  na  razie  zadowolony,  a  także  i  Mr  Bopkins  nie  miał  zamiaru 

przedłużać walki. Podniósłszy cylinder z ziemi, wrócił się do doktora. — Powtarzam panu po 
raz ostatni — zawołał groźnie — że nie ścierpię obecności niepowołanych w naszym orszaku, 
a jeśli pan nie uwzględni mego protestu, na mocy mej władzy odejmę panu kredyt! W takim 
wypadku może pan wytyczyć linię kolejową na swój własny rachunek! 

Ta groźba zaniepokoiła doktora. Zgodził się na dodanie przedstawiciela w tym mniemaniu, 

ż

e  tu  chodzi  jedynie  tylko  o  prostą  formalność,  i  nie  przypuszczał,  że  ten  człowiek  w  ten 

sposób może pojmować swoje pełnomocnictwo. 

Poza tym jankes nie działał jedynie tylko z zawiści, miał on swój obmyślany i omówiony 

plan.  Smitson,  stary  lis,  przydzielił  go  doktorowi  z  tym  poleceniem,  aby  przy  pierwszej 
lepszej sposobności protestował przeciwko prowadzeniu ekspedycji. Prawdopodobnie doktor 
nie troszczył się o te wymówki. Tak samo postąpiłoby Towarzystwo, w razie, gdyby osiągnął 
zamierzony  cel.  Lecz  gdyby  musiał  wracać  z  drogi,  w  takim  wypadku  naczelnik  Zarządu 
mógłby  się  powołać  na  protest  Mr  Bopkinsa  i  doktor  musiałby  z  własnej  kieszeni  zapłacić 
koszta wyprawy. 

Ten  był  daleki  od  tego,  by  go  podejrzewać  o  podstęp,  niemniej  jednak  upór  jankesa 

wprawił go w kłopot. 

Nagle z pomocą przyszedł mu sir Allan, który zawołał: 
— Kochany  doktorze,  nie  troszcz  się  o  gderanie  tego  miłośnika  rozlewisk!  Jeśli  mi  pan 

pozwoli wyjechać z bram Yuquirendy na czele  naszego orszaku, oddam panu do dyspozycji 
cały mój majątek, który w każdym razie jest dość wielki, aby uchronić pana od strat. Jeśli ten 
gentleman  dalej  będzie  się  oburzał,  pozostawimy  go  po  prostu  na  miejscu,  a  wycieczkę 
odbędziemy na własny rachunek! 

Mister  Bopkins  nie  miał  zamiaru  dłużej  oponować,  był  zadowolony,  że  wykonał  swój 

obowiązek. Karawana mogła wreszcie ruszyć w drogę; minęła zatem bramę miasta, a na czele 
orszaku jechał sir Allan Bendix. 

W  pierwszych  dniach  podróżnicy  nie  obawiali  się  przeszkód  w  podróży.  Dragoni, 

stacjonując w Yuquirendzie, odbywali często objazdy inspekcyjne, a gdzie się tylko ci groźni 
jeźdźcy graniczni pojawili, tam dzicy Indianie nie mieli odwagi wychylić się z gęstwiny palm, 
nawet  w  takim  wypadku,  jeśli  byli  w  dziesięciokrotnej  liczebnej  przewadze.  Z  tego  też 

background image

powodu  eskorta  dragonów,  towarzysząca  karawanie  przez  jeden  dzień,  była  tylko  objawem 
grzeczności,  którą  kapitan  Artigas  chciał  okazać  inżynierowi.  Gdy  nazajutrz  rano  żołnierze 
szykowali się do powrotu kapitan uścisnął silnie dłoń doktora i rzekł: 

— Smuci  mnie  to  bardzo,  kochany  doktorze,  że  bardziej  nie  mogę  się  oddalać  od 

garnizonu i muszę pozostawić cię samego w tej bezludnej okolicy. W Yuquirendzie nie mamy 
nawet stacji iskrowego telegrafu, za pomocą którego mógłby pan mnie przywołać na pomoc 
na  wypadek  nieszczęścia.  Lecz  za  to  będę  słuchał  uważnie  wszystkich  wieści, 
przychodzących  z  głębi  Gran  Chaco,  które  dla  znawcy  tutejszych  stosunków  nie  są  zbyt 
trudne do zrozumienia. Gdyby pański genialny plan miał się nie udać, nic sobie nie będę robił 
z  rozkazów  rządowych  i  wsadzę  moich  dragonów  na  koń,  a  wtedy  biada  czerwonoskórym, 
którzy  by  chcieli  zastąpić  panu  drogę!  Doktor  serdecznie  podziękował  mu  za  te  uprzejme 
słowa.  Żołnierze  odjechali  na  południe,  a  ekspedycja  pozostała  samotnie  wśród  rozległych 
pampasów,  by  rozpocząć  walkę  z  dziką  naturą  oraz  jej  jeszcze  dzikszymi  dziećmi.  Czy 
zwycięży? 

background image

R

OZDZIAŁ 

III 

N

A GRANICY KRAJU 

I

NDIAN

 

 
Gran Chaco, aż do 23 stopnia szerokości południowej, było już zbadane tak dobrze, że dr 

Bergman  dokonał  tylko  kilku  nieznacznych  poprawek  na  mapie,  chcąc  zaznaczyć  bieg 
przyszłej  linii  kolejowej.  Piątego  dnia  dotarli  do  miejsca,  gdzie  na  mapie  zaczyna  się  owa 
biała  plama,  która  sięga  do  osiemnastego  stopnia.  Wprawdzie  także  i  we  wnętrzu  tego 
niezbadanego  obszaru  była  zaznaczona  pewna  ilość  pagórków  i  jezior,  ale  ich  położenie 
określono na podstawie opowiadań Indian, którzy byli w tych okolicach. Jak niepewne są tego 
rodzaju  wiadomości,  o  tym  niestety  geografowie  niejednokrotnie  się  przekonali.  Często  się 
zdarzało, że gdy podróżnik przybył do takiego punktu znajdował bagna i równiny na miejscu 
łańcuchów  górskich,  które  ciągnęły  się  o  sto  i  więcej  kilometrów  na  wschód  lub  zachód  od 
miejsc, zaznaczonych na mapach. 

Tutaj  więc  zaczynało  się  właściwe  zadanie  ekspedycji,  która  miała  dokładnie  oznaczyć 

najmniejsze wzniesienia, biegi wód i większe puszcze i bory, a przede wszystkim zbadać, czy 
grunt nadaje się do przeprowadzenia linii kolejowej. Tutaj również zaczynał się obszar, gdzie 
błąkały się dzikie hordy Indian, którzy w poprzednich stuleciach zamieszkiwali przestrzeń aż 
do  Santa  Fe  i  dopiero  po  zażartych  walkach  cofnęli  się  na  północ,  pałając  śmiertelną 
nienawiścią  do  białych  intruzów.  Wypierani  ze  wschodu,  zachodu,  północy  i  południa  przez 
nieustanny pochód cywilizacji, postanowili z wytężeniem wszystkich sil, z odwagą rozpaczy, 
bronić reszty niepodległych obszarów. 

Dr  Bergman  musiał  więc  zachować  jak  największą  czujność  i  ostrożność,  jeśli  całe 

przedsięwzięcie nie miało być narażone na największe niebezpieczeństwo. Z tego powodu już 
w  Yuquirendzie  ćwiczył  swoich  „peones”,  aby  w  razie  napadu  Indian  wiedzieli  natychmiast 
co  mają  począć  z  ciężkimi  wozami.  Najmniejsze  bowiem  zamieszanie  mogło  sprowadzić 
niechybną zagładę. Ludzie byli pouczeni, że na pierwszy rozkaz mają wozy ustawić w koło, a 
zwierzęta  wziąć  w  środek.  Tym  sposobem  konie  były  zabezpieczone,  a  mężczyźni  mogli 
strzelać z ukrycia, spoza wozów. Karabin maszynowy, umieszczony na wieżyczce pancernej 
w środku tej ruchomej twierdzy, mógł łatwo na wszystkie strony siać śmiercionośne pociski. 

W ten sposób także urządzano wieczorem obozowisko. Ustawiano czterech strażników po 

zewnętrznej stronie pierścienia, którzy mieli czuwać nad snem towarzyszy i bronić ich przed 
wszelkim niebezpieczeństwem. 

A  jednak  mimo  wszelkich  środków  ochronnych  już  szóstego  dnia  podróży  spotkała 

ekspedycję  bardzo  niemiła  przygoda;  oto  w  nocy  jakaś  nieprzyjacielska  ręka  poprzecinała 
lejce i uprząż u wszystkich wozów. 

Bez  wątpienia  śmiałym  intruzem  był  jeden  człowiek,  wskazywały  na  to  ledwo  widoczne 

ś

lady. Strażnicy byli czujni — kilka osób nie mogłoby ujść ich uwagi. 

Ten  wypadek  nie  przyniósł  karawanie  większych  szkód,  mimo  to  jednak  bardzo  przykro 

dotknął doktora. Wolałby, gdyby Indianie otwarcie napadli na jego obóz. Bardziej mógł ufać 
odwadze i dzielności swoich ludzi niż ich cierpliwości. Gdyby ta cierpliwość się wyczerpała, 
dręczona  codziennymi  przykrościami,  wówczas  krewcy  „peones”  łatwo  mogliby  popełnić 
jakąś nieostrożność, która nie dałaby się naprawić. 

Mimo  tych  zgryzot,  doktor  okazywał  pogodną  twarz,  przyjaźnie  rozmawiał  z  ludźmi, 

którzy  wśród  przekleństw  naprawiali  uprząż,  na  koniec  kazał  przygotować  balon,  gdyż 
zamierzał z góry śledzić niewidzialnego wroga. 

Gdy unosił się wysoko w górze w swej gondoli i za pomocą lunety przeglądał obszar ziemi 

aż do horyzontu, nie mógł nigdzie nic podejrzanego zauważyć. A zatem poprzedniej nocy do 
obozowiska wdarł się albo szpieg, który szedł daleko przed swymi towarzyszami, albo też ci 

background image

ostatni  ukryli  się  przezornie  w  zaroślach,  ponieważ  znali  rolę  balonu  i  nie  chcieli  zdradzać 
swej  obecności  obserwatorowi  w  gondoli.  W  takim  wypadku  musi  być  prawdziwa  wieść, 
rozpowszechniana  w  pogranicznych  miastach  Gran  Chaco  przez  misjonarzy,  mianowicie,  że 
na  czele  połączonych  szczepów  indiańskich  stoi  człowiek,  który  młodość  swą  spędził  w 
Buenos  Aires,  gdzie  poznał  zdobycze  cywilizacyjne  Europejczyków,  a  obecnie  postanowił 
ś

miertelnych wrogów swej rasy zwalczać ich własną bronią. 

Bliższe  szczegóły,  dotyczące  tego  człowieka,  były  następujące:  nazywa  się  Juan,  czyli 

zdrobniale Joaosigno i należy do szczepu Caduve, który ongiś miał swoje obszary myśliwskie 
na  lewym  brzegu  Paragwaju,  między  rzekami  Miranda  i  Apa  i  należał  do  najdzikszych, 
najokrutniejszych szczepów indiańskich. Pewien młody włoski artysta, nazwiskiem Boggiani, 
poznał  tego  człowieka  w  r.  1892  w  czasie  swej  wycieczki  do  Nachiche,  ówczesnej  głównej 
siedziby  szczepu  Caduve.  Juan  wrócił  właśnie  wówczas  z  Buenos  Aires  i  biały  gość 
zauważył,  że  między  nim  a  jego  naczelnikiem  Mbaya  istnieje  ukryta  nienawiść,  ponieważ 
Juan czuł, że go znacznie przewyższa wiadomościami i wrodzonymi zdolnościami. 

Nienawiść  ta  istotnie  wybuchła  w  kilka  lat  później  i  Juan  musiał  na  zawsze  opuścić 

ojczyste strony. Wrócił do Buenos Aires i rządowi argentyńskiemu oddał wiele cennych usług 
w  czasie  powstań  krajowców,  jako  doskonały  znawca  kraju.  Lecz  i  tutaj  jego  ambicja  nie 
znalazła zadowolenia, gdyż biali, mimo wszystkich korzyści jakie zeń mieli, widzieli w nim 
zawsze  tylko  Indianina,  stojącego  na  bardzo  niskim  szczeblu  kultury.  Pewnego  dnia  zniknął 
nagle  z  Buenos  Aires,  przeżarty  do  szpiku  kości  śmiertelną  nienawiścią  do  białych.  A  teraz 
miał  stanąć  na  czele  wszystkich  szczepów  indiańskich  w  Gran  Chaco?  Jeśli  wiadomość  ta 
miałaby się potwierdzić, w takim razie musiałby on dokonać czegoś niesłychanie doniosłego, 
jeśli  Indianie  dawnego  zdrajcę  nie  tylko  przyjęli  w  swe  szeregi,  lecz  ponadto  wybrali  go 
naczelnym wodzem, na którego skinienie zginali się pokornie. 

O  tym  wszystkim  myślał  dr  Bergman,  obserwując  z  gondoli  balonu  olbrzymią  równinę, 

pokrytą niskimi zaroślami, wysokopiennym lasem i miłymi polanami. Nigdzie nie widać było 
ani jednej ludzkiej istoty. Po dwóch godzinach obserwacji zrobił kilka zdjęć fotograficznych 
okolicy, ciągnącej się na północy, po czym dał znak, aby balon ściągnięto. 

Nie ściągnięto jeszcze stalowej liny do połowy, gdy doktor usłyszał pod sobą niepokojący 

hałas  i  wyjrzał  ciekawie  z  gondoli.  Ujrzał  na  ziemi  szamocących  się  dwóch  ludzi,  zajętych 
zażartą  walką;  był  to  prawdopodobnie  Mr  Bopkins  i  sir  Allan.  Inni,  nie  zajęci  ściąganiem 
balonu, stali dokoła, śmiejąc się z całego serca. 

Gdy doktor wreszcie wyskoczył z  gondoli na ziemię, zjawił się właśnie w chwili gdy Mr 

Bopkins  z  rozsrożoną  miną  po  raz  czwarty  czyścił  rękawem  swój  nieszczęsny  cylinder.  Sir 
Allan  zniknął  tymczasem  pod  dachem  swego  wozu,  ściskając  dłonie,  w  których 
prawdopodobnie trzymał jakiś przedmiot. 

Dwaj młodzi inżynierowie z humorem opowiedzieli swemu szefowi przebieg całej sprawy. 
Sir  Allan  szukał  w  okolicy  obozowiska  owadów  i  natknął  się  na  zupełnie  nieznany  okaz, 

który  umykał  przed  nim  z  głośnym  brzękiem.  Anglik  biegł  za  nim  z  wysoko  wzniesioną 
siatką  i  zauważył,  że  owad  usiadł  na  szarym  cylindrze  Mr  Bopkinsa,  który  prawdopodobnie 
wydawał mu się odłamem skały, ogrzanej słońcem. 

Sir Allan zbliżył się ostrożnie i szybko uderzył zieloną siatką jankesa w głowę, przy czym 

drewniane  kółko  niezbyt  mile  połechtało  jego  spiczasty  nos.  Mr  Bopkins  skoczył,  jak 
oparzony,  głęboko  dotknięty  w  swej  godności  reprezentanta.  Gdy  w  napastniku  poznał 
znienawidzonego  Anglika,  który  niedawno  znieważył  go  boleśnie  w  obecności 
zgromadzonego  społeczeństwa  Yuquirendy,  ogarnęła  go  wściekłość  i  rzucił  się  nań  z 
zaciśniętą  pięścią.  W  pośpiechu  zapomniał  wyciągnąć  głowę  z  siatki,  stąd  też  sir  Allan  od 
pierwszej chwili miał nad nim przewagę. Widzowie oczywiście nie mieli najmniejszej ochoty 
mieszać się do tej walki. Skończyło się na tym, że jankes musiał cierpliwie poczekać, dopóki 

background image

sir  Allan  nie  wydobył  z  jego  brody  tajemniczego  owada  i  nie  włożył  do  flaszeczki  ze 
spirytusem. 

Doktor  musiał  z  całej  siły  panować  nad  sobą,  aby  pod  wpływem  tego  opisu  się  nie 

roześmiać. Zrobił taką  minę, jak gdyby to,  co zaszło, dotknęło go w przykry sposób. Jankes 
przystąpił doń i zawołał: 

— Mr Bergman, powinien pan się wstydzić, że pan także i w tym wypadku stoi po stronie 

tego  bezwstydnika,  chociaż  w  mej  osobie  jest  znieważone  całe  Towarzystwo,  a  zatem  i  pan 
sam! Protestuję przeciwko temu i oznajmiam, że po powrocie do Nowego Jorku postaram się, 
by  pana  ukarano!  Pan  działa  na  szkodę  Towarzystwa  i  jego  upełnomocnionego 
przedstawiciela. 

Sir Allan tymczasem schował swój drogocenny łup i zjawił się w chwili, gdy Mr Bopkins 

wymawiał ostatnie słowa. Był gotowy bronić doktora. 

— Co pan tu pieje, panie kogucie? — spytał, zaglądając w oczy jankesowi. — Ma pan tak 

słabą pamięć? Zdaje się, że pan zapomniał już, iż protestował przeciw tej ekspedycji w chwili 
wyjazdu  z  Yuquirendy.  Byłby  pan  uniemożliwił  tę  wyprawę,  gdybym  doktorowi  nie 
dopomógł swym majątkiem. Z tego też powodu dzielny doktor jest obecnie w służbie u mnie i 
tylko z litości pozwalam panu podróżować wraz z nami! 

— Protestuję  przeciw  takiemu  postawieniu  kwestii!  —  przerwał  jankes,  wyciągając  z 

kieszeni  ogromny  kontrakt.  —  Mr  Bergman  nie  może  tak  prędko  porzucić  służby  w 
Towarzystwie! Według dosłownego brzmienia umowy musi na pół roku przed wystąpieniem 
wymówić… 

— Jeśli chce dobrowolnie ustąpić! — odparł sir Allan. — Lecz pan go wyrzucił za drzwi w 

imieniu  Towarzystwa,  a  on  znalazł  człowieka,  który  jego  zasługi  stokrotnie  lepiej  umie 
ocenić! Nie wierzy pan, panie doktorze? 

Przy tych słowach sir Allan ujął doktora pod ramię i odprowadził go na bok, na co ten się 

chętnie zgodził, byle tylko nie słyszeć nudnego gderania jankesa. 

— Czy  pan  nie  zastanowił  się  jeszcze  poważnie  nad  tym  —  spytał  doktor,  gdy  za  nim 

jeszcze raz rozległo się głośne: „protestuję!” — aby wyrzucić po prostu Towarzystwo z Gran 
Chaco i linię kolejową samemu zbudować? 

— Zupełnie nie! — odparł ze śmiechem sir Bendix. — Mam ważniejsze sprawy na głowie 

niż  kłopotać  się  akcjami  kolejowymi.  Lecz  nie  mogę  ścierpieć  tego,  że  ten  błazen  traktuje 
pana jak Murzyna, i ostrzegam, że on zadręczy pana na śmierć swoimi wiecznymi protestami! 

— Ale  ja  pana  proszę  —  odparł  doktor  z  głębokim  ukłonem  —  aby  pan  był  bardziej 

wyrozumiały dla tego człowieka. Mimo wszystko jest on reprezentantem i przedstawicielem 
mego Towarzystwa, a nawet mały uczeń w szkole nie pozwoli sobie bezkarnie zarzucić sieci 
na głowę. 

— Ba!  —  rzekł  sir  Allan,  wzruszając  ramionami  —  Rzadki  okaz  „Cryptocephalus”  czyli 

„Tritona”  jest  sto  razy  więcej  wart  niż  ten  błazen.  Najważniejszą  sprawą  jest  to,  aby  nasze 
naukowe prace raźnym krokiem szły naprzód! 

Zawołał  służącego  Johna  i  kazał  mu  podać  nową  siatkę.  Tymczasem  doktor  poszedł 

wywoływać fotografie, aby na dzień następny ustalić kierunek marszu. 

Dalsza  droga  nie  przedstawiała  większych  trudności,  gdyż  teren  w  dalszym  ciągu  był 

płaski  i  pozbawiony  znaczniejszych  arterii  wodnych.  Karawana  mogła  posuwać  się  ku 
północy  prawie  w  linii  prostej.  Raz  tylko  należało  obejść  większy  las  i  przebić  się  przez 
niniejszy, wyrąbując drogę dla wozów. Poza tym nic nie stało na przeszkodzie w posuwaniu 
się naprzód. 

background image

R

OZDZIAŁ 

IV 

S

IMARRONE

 

 
Nazajutrz  rano  trzej  inżynierowie  wykonywali  potrzebne  pomiary,  sir  Allan  tymczasem 

opuścił  obozowisko,  aby  łowić  w  pobliżu  owady.  Niebawem  spostrzegł  wspaniały  okaz 
ś

wietlika (tuccho) i począł go ścigać. Gdy po upływie godziny, ścigany owad znikł bez śladu, 

znakomity przyrodnik zauważył, że się znajduje sam jeden wśród rozległej prerii i że nie ma 
ani śladu po towarzyszach, jak daleko okiem sięgnąć. 

— Hm  —  Mruknął  po  tym  niemiłym  odkryciu  —  jeśli  teraz  zabłądzę,  to  będzie 

najmniejszym  jeszcze  nieszczęściem.  Wprawdzie  Indianie  ostatniej  nocy  pozostawili  nas  w 
spokoju, ale bez wątpienia szpiegują nieustannie  dokoła obozu. Jeśli mnie teraz złapią, będę 
musiał być i z tego zadowolony. Powinienem był przynajmniej wziąć ze sobą Johna i karabin! 

Szybkim krokiem wrócił w stronę obozowiska kierując się według własnych śladów.  Nie 

oddalił się jeszcze zbytnio, gdy nagle jego przypuszczenia się sprawdziły. Z pobliskich zarośli 
wyskoczyło kilkanaście brunatnych postaci, które w długiej linii poczęły biec ku niemu. Gdy 
się odwrócił, aby w przeciwnym kierunku szukać kryjówki w zaroślach, spostrzegł, że i z tej 
strony  zbliża  się  pędem  gromada  dzikich  Indian.  Moment  był  bardzo  groźny,  lecz  sir  Allan 
nie  stracił  zimnej  krwi.  Widząc,  że  ucieczka  byłaby  bezowocna,  wyjął  rewolwer,  który  na 
szczęście miał przy sobie, zatrzymał się w miejscu i pomyślał: 

— A  więc  chcą  na  mnie  polować,  jak  na  zająca!  Lecz  tym  razem  zajączek  potrafi  się 

obronić.  Złości  mnie  tylko  ta  okoliczność,  że  jeśli  mnie  zabiją,  będę  się  musiał  zadowolić 
siedemdziesięciu  trzema  gatunkami  nowoodkrytych  owadów,  zamiast  spodziewanych  stu. 
Istotnie, mam pecha w życiu! 

Indianie  zbliżyli  się  tymczasem  na  odległość  stu  kroków.  Nagle  jeden  z  tych,  którzy 

zbliżali  się  od  wschodu,  wydal  przeraźliwy  krzyk  i  wskazał  ręką  na  zachód  z  widocznymi 
oznakami przerażenia. Z ust do ust krążyło jakieś słowo, którego Anglik nie mógł zrozumieć. 
Indianie zawrócili w miejscu i uciekli do lasu tak szybko, jak tylko mogli. 

Przestraszony  sir  Allan  również  rzucił  spojrzenie  w  tym  kierunku  i  zobaczył  nowe 

niebezpieczeństwo, zagrażając mu stamtąd: był to stary byk, zbiegły z jakiejś zagrody. 

Zwierzęta  te,  zwane  „simarrones”  przez  hiszpańską  ludność,  szybko  dziczeją  na  zupełnej 

wolności,  i  są  bardzo  niebezpieczne  zarówno  dla  ludzi,  jak  i  dla  zwierząt.  Nawet  jaguar 
ucieka przed nimi i szuka schronienia na pierwszym lepszym drzewie. Najmniejsza przyczyna 
doprowadza  takiego  „simarrone”  do  wściekłości.  W  takim  wypadku  rzuca  się  prosto  przed 
siebie z podniesionym wysoko ogonem, szarpie rogami i depcze wszystko przed sobą, dopóki 
mu nie zabraknie oddechu lub kula nie przyniesie końca jego szalonemu życiu. 

Byka,  który  pędził  wprost  na  sir  Allana,  musiał  wypłoszyć  z  głuszy  leśnej  krzyk  Indian. 

Dzielny  Anglik  nie  stracił  ani  sekundy,  lecz  począł  biec,  dobywając  wszystkich  sił,  w  tym 
kierunku,  w  którym,  jak  sądził,  jest  obozowisko.  Poza  sobą  słyszał  straszliwe  dudnienie 
kopyt. Ledwie skoczył poza pień grubego drzewa, gdy nagle rozwścieczone zwierzę uderzyło 
w to drzewo z taką siłą, że aż zadrżało w posadach. 

Byk  stał  przez  chwilę  w  miejscu,  —  widocznie  silne  uderzenie  musiało  go  ogłuszyć  — 

wówczas sir Allan zręcznie skoczył poza ogromny dąb, który go całkowicie zakrył. Lecz byk 
spostrzegł  go  mimo  to  i  rzucił  się  niezwłocznie  na  niego.  Zaczęła  się  dzika  gonitwa  dokoła 
drzewa, jakiej sir Allan nigdy dotychczas nie przeżył. 

Wprawdzie mógł uskoczyć na bok za każdym razem, gdyby „simarrone” chciał go przebić 

rogami — lecz zrozumiał, że w ten sposób szybko wyczerpie wszystkie swe siły. Trzeba więc 
było  znaleźć  lepszą  osłonę,  niż  dąb.  Najlepiej  byłoby  wdrapać  się  na  drzewo,  ale  na  to 
rozwścieczone zwierzę nie dało mu czasu. 

background image

Nagle  w  niewielkiej  odległości  zauważył  drzewo,  podobne  do  palmy,  które  Hiszpanie 

nazywają „pało briaco”, a Indianie „yuchan”. Botaniczna jego nazwa jest: „Chorisia insignis”. 
Pień  podobny  jest  do  rozdętej  flaszki,  o  średnicy  dwóch  łokci  i  pięciu  łokci  wysokości. 
Drzewa  tego  gatunku  rosną  licznie  na  polach  Gran  Chaco.  Indianie  często  je  wydrążają,  nie 
ś

cinając  ich  wcale,  i  we  wnętrzu  umieszczają  popioły  zmarłych.  To  drzewo,  które  sir  Allan 

spostrzegł, musiało niechybnie służyć do tego celu, gdyż było obumarłe, a górna jego część, 
gdzie  przedtem  rosły  liście,  była  odcięta.  Gdyby  ścigany  wdrapał  się  na  to  drzewo,  byłby 
niewątpliwie uratowany. 

Zdecydował się szybko. Gdy „simarrone” znów się nań rzucił, strzelił mu spoza drzewa z 

rewolweru  w  nozdrza.  Dla  byka  była  to  nieznaczna  rana,  lecz  musiała  go  zaboleć  okrutnie, 
gdyż  zatrzymał  się  w  biegu  i  ryknął  tak  potężnie,  że  innemu,  bardziej  tchórzliwemu 
człowiekowi, krew ścięłaby się w żyłach. Sir Allan liczył na takie właśnie działanie kuli. Ze 
zręcznością wiewiórki wdrapał się na drzewo i zniknął w jego wnętrzu. 

Byk  zauważył  tę  ucieczkę.  Przekrwionymi  ślepiami  śledził  ruchy  Anglika.  Ledwie  ten 

zniknął we wnętrzu wydrążonego drzewa, gdy rogi rozwścieczonego zwierzęcia poczęły bóść 
„yuchan”. Korzenie jego zbutwiały od dłuższego czasu, toteż drzewo pod potężnymi ciosami 
z głuchym trzaskiem runęło wraz z martwą i żywą zawartością. 

W dalszym swoim życiu sir Allan daremnie nieraz starał sobie wyobrazić to, co przeżył w 

następnym  kwadransie.  Wściekłość  byka  osiągnęła  swój  szczyt.  Przed  sobą  widział  tylko 
olbrzymią, naturalną flaszkę, która urągała jego wysiłkom i nie chciała rozpaść się na drzazgi. 
Kilkakrotnie  zderzyła  się  z  innymi  drzewami,  następnie  przypadkowo  wysunęła  się  na 
otwartą prerię, która nie stawiała przeszkód jej ruchom. Pod uderzeniami rogów byka poczęła 
się  toczyć  naprzód,  to  znów  obracać  się  dokoła  własnej  osi,  jednym  słowem  ruchy  jej 
przypominały podskoki piłki futbolowej którą kopią niezręczni chłopcy. Sir Allan trzymał się 
wszystkimi siłami wewnętrznej ściany drzewa, z obawy, aby, nie być wyrzucony na zewnątrz. 
Na szczęście wydrążenie było wąskie; natomiast pył nie miał wyjścia, więc sir Allan uczuł, że 
go  w  nosie  i  w  krtani  coś  drapie.  W  innych  okolicznościach  byłby  niewątpliwie  kichał  bez 
przerwy  przez  całe  dwadzieścia  cztery  godziny  —  tutaj  jednak  wściekłe  uderzenia 
rozjuszonego  „simarrone”  przeszkadzały  mu  w  kichaniu.  Mógł  tylko  kaszleć  i  pluć  wokoło. 
Pod wpływem gwałtownych ruchów żołądek jego począł się burzyć, a w dodatku chropowata 
powierzchnia drzewa podarła mu ubranie i skórę w jednakowy sposób. Mimo wszystko znosił 
wszystkie  te  tortury,  jak  długo  mógł.  Lecz  w  końcu  płuca  i  mięśnie  odmówiły  mu 
posłuszeństwa.  Usłyszał  tylko  głuchy  huk,  jak  gdyby  wystrzał  karabinowy,  po  czym  stracił 
przytomność. 

Gdy  się  ocknął  z  omdlenia,  ujrzał  nad  sobą  klęczącego  doktora,  który  trzymał  mu  przed 

nosem  flaszeczkę  o  niezmiernie  silnym  zapachu.  Obok  niego  spostrzegł  twarz  swego  Johna, 
który  spoglądał  nań  okiem  pełnym  głębokiej  troski.  Pół  tuzina  „peonów”  stojących  dokoła  i 
opartych  o  karabiny,  miało  poważne  oblicza,  ale  można  też  było  zauważyć,  że  ci  ludzie 
bardziej są skorzy do śmiechu niż do płaczu. 

— Doktorze, na miłość Boską, wody! — jęknął sir Allan słabym głosem. — Moje gardło 

płonie, jak gdyby wjechał weń cały pociąg towarowy, pełen czerwonego pieprzu! 

Obóz  był  bliżej  położony  niż  sądził,  dlatego  też  usłyszano  tam  wystrzał  rewolwerowy. 

Doktor  wyruszył  natychmiast  na  pomoc  wraz  z  kilku  ludźmi.  Idąc  śladami,  widocznymi  na 
trawie, przyszli jeszcze w porę, aby móc położyć byka kilku celnymi strzałami. 

Sir  Allan,  głęboko  wzruszony,  serdecznie  uścisnął  dłonie  swoich  wybawców.  Lecz  przez 

dwa  następne  dni  musiał  leżeć  w  wozie  na  miękkich  skórach,  gdyż  straszna  przygoda  i 
nadludzki wysiłek omal nie przyprawiły go o chorobę. 

Wszyscy  w  obozie  współczuli  miłemu  i  zawsze  uprzejmemu  Anglikowi.  Jeden  tylko 

człowiek  okazywał  tu  i  ówdzie  szczerą  radość  z  cudzego  nieszczęścia  —  a  był  nim  Mr 

background image

Bopkins. W przygodzie sir Allana widział wyraźny palec Boży i był najgłębiej przekonany, że 
to jest zasłużona kara za to, iż znieważył pełnomocnika Towarzystwa. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Ś

MIAŁA WYCIECZKA

 

 
Rozumie się samo przez się, że sir Allan zaraz po przybyciu do obozu oznajmił, że zetknął 

się  z  Indianami.  Z  tego  też  powodu  dr  Bergman  wysłał  bezzwłocznie  czterech  konnych 
peonów,  którzy  mieli  iść  śladami  za  nieprzyjacielem,  jak  tylko  daleko  mogli,  ale  bez 
niepotrzebnego  narażania  się  na  niebezpieczeństwo.  Mógł  im  powierzyć  to  zadanie  bez 
skrupułów, albowiem były to prawdziwe dzieci tego dziewiczego kraju, które wzrosły wśród 
niebezpieczeństw  i  nie  przestraszyłyby  się  nawet  samego  „Ducha  Pampasów”  we  własnej 
osobie. 

Peonowie  zarzucili  karabiny  na  plecy  i  ruszyli  w  drogę  z  tą  beztroską  pewnością  siebie, 

która  cechuje  mieszkańców  pampasów.  Gdy  dojechali  do  łąki,  na  której  sir  Allan  przeżył 
okropną przygodę, znaleźli ślady Indian. 

W  owej  chwili  zachowanie  czterech  jeźdźców  zmieniło  się  zupełnie.  Zachowując 

najgłębsze milczenie, jechali dalej lekko pochyleni w siodle, z ręką na zamku karabinów. Ich 
czarne, błyszczące oczy śledziły wszystko bacznie dokoła, a uszy chwytały najlżejsze szmery. 

Wjechać  konno  w  gęstwinę  leśną  nie  wydawało  im  się  roztropną  i  odpowiednią  rzeczą, 

albowiem  w  lesie  znaleźliby  w  najlepszym  razie  tylko  nieliczne  i  ledwo widoczne  ścieżyny, 
wydeptane  przez  Indian;  dlatego  też  po  naradzie  postanowili  parami  w  lewo  i  w  prawo 
objechać ten kawał boru, gdzie znikli napastnicy sir Allana. 

W  otwartym  polu,  gdzie  byli  pewni  szybkości  swych  rumaków  i  celności  swych 

karabinów, nie potrzebowali się obawiać napadu czerwonoskórych. Gdyby Indianie odważyli 
się  ich  napaść,  licząc  na  swoją  przewagę  i  zmusili  ich  do  odwrotu  mogliby  w  przeciągu  pół 
godziny galopem wrócić do obozowiska — bo gdzieżby kiedykolwiek peon zbłądził w stepie 
pod otwartym niebem! 

Stało się tak, jak jeźdźcy przypuszczali. Gdy po  upływie dwóch godzin znów się zjechali 

na  końcu  lasu,  oznajmili  ci  dwaj  peonowie,  którzy  objechali  wschodnią  stronę  boru,  że  na 
krótko, przed spotkaniem natknęli się na wyraźne ślady stóp. 

Wszyscy czterej niezwłocznie pojechali tam razem i zbadali uważnie odciski licznych nóg. 

Większość ich była świeżego pochodzenia i mówiła wyraźnie, że tędy spiesznie uchodziła na 
północ  większa  ilość  dzikich.  Liczba  Indian  wynosiła  pięćdziesiąt  głów  do  stu.  Przy 
dokładnym badaniu znaleziono starsze odciski stóp, pochodzące sprzed dwóch lub trzech dni, 
ale zwrócone w przeciwnym kierunku. 

Czterej jeźdźcy zrozumieli natychmiast znaczenie tych śladów Indianie przed kilku dniami 

zbliżyli  się  do  obozu,  bez  wątpienia,  aby  w  nocy  urządzić  napad.  Sposobność  do  tego 
nadarzyła się im prędko wskutek nieostrożności sir Allana, a osoba jego byłaby dla nich bez 
wątpienia nader cennym łupem. Zamiar ich jednak spełznął na niczym wskutek pojawienia się 
„simarrone”.  Czerwonoskórzy  obawiali  się  prawdopodobnie  że  biali  będą  ich  natychmiast 
ś

cigać i mścić się, dlatego też uciekli na północ. 

Teraz należało zbadać, czy Indianie tego dnia jeszcze obozowali, czy też uciekli. Peonowie 

wbili ostrogi w boki swych koni i galopem popędzili na północ. 

Leżąca  przed  nimi  preria  nie  miała  prawie  żadnych  zarośli.  Tu  i  ówdzie  tylko  rosły 

większe  krzewy.  Dopiero  po  dwugodzinnej  jeździe  wyłoniła  się  przed  nimi  ciemna  linia, 
zwiastująca większe zarośla. 

Gdy  jeźdźcy  dotarli  do  tych  zarośli,  spostrzegli,  że  ślady  dzikich  rozdzielają  się  na 

pojedyncze, które zbiegają się pod gęstą i zbitą ścianą boru. Te znaki przekonały peonów, że 
Indianie  tym  razem  istotnie  zaprzestali  nieprzyjacielskich  kroków  i  wrócili  do  swojej 
„tolderie” (wsi). W przeciwnym bowiem razie z pewnością rozbiliby obóz tutaj na skraju lasu. 

background image

Ponieważ  słońce  zniżyło  się  tymczasem  mocno  ku  zachodowi,  wywiadowcy  postanowili 

wrócić  do  swoich.  Ruszyli  prosto  w  kierunku  zachodniego  brzegu  lasu  i  mijali  właśnie 
niewielkie zarośla, leżące mniej więcej w odległości stu metrów, gdy wtem ich czujne konie 
poczęły  zdradzać  niepokój,  jak  gdyby  zwietrzyły  w  pobliżu  niebezpieczeństwo.  Jeźdźcy 
wzięli natychmiast w ręce karabiny, gotowe do strzału. Trzej z nich zatrzymali się w miejscu, 
czwarty  natomiast  ostrożnie  zbliżył  się  do  gęstwiny,  aby  zbadać,  co  spowodowało  niepokój 
koni. 

Zamierzał właśnie uchylić gałęzie, gdy nagle po drugiej stronie wyskoczyła z zarośli jakaś 

ciemna postać, która ogromnymi susami poczęła biec do pobliskiego lasu. Bez wątpienia był 
to  szpieg  indiański  który  spodziewał  się,  że  będzie  mógł  stąd  spokojnie  obserwować  ruchy 
nieprzyjaciół. 

Na  widok  umykającego  Indianina  pojawił  się  uśmiech  pełen  zadowolenia  na  twarzach 

peonów.  Jeden  z  nich  wydobył  spod  siodła  swe  „bola”,  zakręcił  nimi  kilkakrotnie  ponad 
głową  i  rzucił  na  Indianina.  Dokładnie  w  tym  miejscu,  w  które  celował  bola,  okręciły  się 
dokoła nóg uciekiniera. Czerwonoskóry runął na trawę i nie podniósł się już więcej. 

Peonowie  ruszyli  ku  niemu,  chcąc  go  schwytać.  Nagle  w  pobliskim  lesie  rozległo  się 

ogłuszające  wycie  i  z  ciemnych  głębin  wyłoniła  się  ogromna  horda  Indian,  uzbrojonych  w 
dzidy i łuki. Bez wątpienia mieli zamiar ocalić swego towarzysza od niewoli. 

Peonowie  zrozumieli,  że  teraz  trzeba  szybko  działać,  jeśli  chcą  jeńca  schwytać.  Ale 

przyzwyczajeni  do  tego  rodzaju  wypadków  nie  stracili  zupełnie  zimnej  krwi.  Dwaj  z  nich 
rzucili  się  w  stronę  Indian,  aby  powstrzymać  ich  na  chwilę  szybkim  ogniem  karabinowym. 
Istotnie  —  udało  im  się  to.  Ten  lub  ów  runął,  brocząc  krwią,  inni  padli  na  ziemię,  aby 
przyczołgać się w stronę czterech jeźdźców pod osłoną wysokiej trawy. 

Tymczasem  dwaj  inni  peonowie  związali  swoje  „caronas”  (skórzane  koce),  tak,  że 

wyglądały  jak  hamak  okrętowy,  po  czym  przymocowali  je  między  siodłami  swoich  koni. 
Następnie gwizdnęli na dwóch pozostałych towarzyszy, a ci zbliżyli się, zeskoczyli z koni na 
ziemię,  związali  rzemieniami  nieprzytomnego  jeńca  i  umieścili  go  na  skórzanych  kocach. 
Wskoczywszy na siodła, wszyscy czterej pomknęli galopem w południowym kierunku. 

Wprawdzie  Indianie  natychmiast  zerwali  się  na  równe  nogi  i  posłali  strzały  za 

uciekającymi,  lecz  odległość  już  była  zbyt  wielka.  Chcąc  nie  chcąc  musieli  szpiega 
pozostawić w mocy białych. 

Około północy przybyli  do obozowiska. Doktor,  któremu niepokój spędzał sen z powiek, 

wyszedł naprzeciw nich i był niezmiernie zdumiony, gdy peonowie rzucili mu jeńca pod nogi. 
Doktor pochwalił dzielnych jeźdźców za ich śmiałość, a gdy wysłuchał raportu, rzekł: 

— Niepotrzebnie narażaliście się na niebezpieczeństwo z powodu tego człowieka. Nie jest 

on  wcale  tak  wybitną  osobistością,  abyśmy  go  mogli  użyć  jako  cennego  zakładnika.  Będzie 
dla nas tylko ciężarem. 

— O, senior — rzekł najstarszy spośród peonów — sądziliśmy, że ten jeniec nam wyjaśni, 

co jego towarzysze knują przeciwko nam. 

— Nie  sądzę,  byśmy  zdołali  coś  z  niego  wydobyć  —  odparł  doktor.  —  Zaciętość  Indian 

jest znana… 

— Jeśli pan pozwoli, my go już poprosimy, aby przemówił — rzekł jeden z peonów. 
— Za żadną cenę — poważnie odparł doktor. 
Nieustanna,  krwawa  wojna,  którą  w  tych  okolicach  od  setek  lat  toczyli  biali  z 

czerwonoskórymi,  z  biegiem  czasu  rozogniła  obustronną  nienawiść  do  tego  stopnia,  że 
wrogowie  nie  cofali  się  nawet  przed  najstraszniejszym  okrucieństwem.  Często  zdarzały  się 
wypadki  torturowania  bezbronnych  pod  wpływem  żądzy  zemsty,  czego  zresztą  po  stronie 
białych usprawiedliwić nie można. 

Doktor wiedział o tym doskonale, toteż pragnął swoim ludziom wyjaśnić, że pod żadnym 

warunkiem nie ścierpi w swoim obozie tego rodzaju zajść. Z tego też powodu kazał na razie 

background image

między  kołami  wozu  przywiązać  jeńca,  który  w  międzyczasie  oprzytomniał.  Peonowie 
nakarmili  znużone  konie,  następnie  napoili  je,  po  czym  położyli  się  przy  nich  na  dobrze 
zasłużony spoczynek. 

Gdy  nazajutrz  rano  poczęto  badać  jeńca,  okazało  się,  że  doktor  miał  słuszność.  Indianin 

miał hardą minę i nie wyrzekł ani jednego słowa, chociaż doktor przy pomocy tłumacza pytał 
go w językach Quichua, Chiriguano i Guaicuru. Ustawiono zatem przy nim straż i przestano 
się o niego troszczyć. 

Ponieważ zachodziła obawa, że Indianie będą się starali uwolnić swego szpiega z niewoli u 

białych,  przeto  doktor  następnego  dnia  wysłał  kilku  jeźdźców  na  zwiady,  lecz  ci  wrócili 
niebawem i powiedzieli, że nigdzie nie znaleźli podejrzanych śladów. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VI 

J

AŚ NA KRZYWEJ DRODZE

 

 
Sir  Allan  wypoczywał  tymczasem  na  miękkim  legowisku,  pielęgnowany  na  przemian 

przez swego Johna lub przez Jasia. Gdy się podniósł wreszcie z łoża boleści i po raz pierwszy 
zszedł  z  wozu,  podziękował  byłemu  austriackiemu  żołnierzowi  tak  wymownym  uściskiem 
dłoni,  że  ten  aż  podskoczył  z  radości  i  począł  szukać  odtąd  sposobności,  aby  zacnemu 
Anglikowi okazać swą wdzięczność. 

Jaś  zauważył  doskonale,  jakie  uczucia  ukrywa  Mr  Bopkins  dla  sir  Allana  pod  maską 

niewzruszonej powagi. Ile razy przechodził koło jankesa, ściskał pięści w kieszeniach spodni, 
gdyż otwarcie nie miał odwagi wystąpić. Zarazem poprzysiągł sobie w duchu, że mu sowicie 
wynagrodzi tę wstępną radość z cudzej niedoli, nie narażając przy tym wcale swojej własnej 
osoby na szwank. 

Jaś należał do tych osób, które w Wiedniu noszą nazwę „dobrych ziółek”. Osoby te lubią 

niezmiernie płatać przeróżne figle i psikusy”. Chociaż Jaś posiadał pełne zaufanie swego pana 
i  starał  się  go  na  każdym  kroku  zadowolić,  to  jednak  teraz,  gdy  jankes  prześladował  sir 
Allana, postanowił się zemścić, choćby miał ściągnąć na siebie gniew dra Bergmana. 

Niedługo czekał na sposobność. W Ameryce Południowej żyje pewien gatunek drobnych, 

lecz  bardzo  kąśliwych  mrówek,  które  tam  nazywają  „arrieros”.  Mrówki  te  pojawiają  się 
zazwyczaj w wilgotnej porze roku i znikają natychmiast, skoro nadejdzie sucha pora lub gdy 
ludzie  zaczną  uprawiać  dany  obszar  ziemi.  Niekiedy  budzi  się  w  nich  pęd  do  wędrówki  i 
wówczas  łączą  się  w  olbrzymie  gromady  i  biada  temu  domowi,  który  leży  na  ich  drodze.  Z 
niesamowitą  żarłocznością  niszczą  w  mgnieniu  oka  wszystko,  co  się  da  pożreć.  Nawet  drób 
na  podwórzu  nie  jest  bezpieczny  przed  ich  mocnymi  szczękami.  Mieszkańcy  napadniętego 
„rancho”  starają  się  jak  najprędzej  usunąć  z  drogi  małym,  brunatnym  wrogom,  bo  wiedzą 
doskonale, że wszelka walka z nimi jest daremna i że ciągle będą się pojawiały nowe roje, jak 
gdyby wyrastały spod ziemi. 

Dla  usprawiedliwienia  Jasia  musimy  dodać,  że  nie  znał  on  zjadliwości  „arrieros”,  lecz 

uważał je za równie niewinne żyjątka, jak europejskie mrówki. Dlatego też w dniu, w którym 
sir Allan poczuł się zdrowy, napełnił kieszeń swego surduta miałkim cukrem i udał się do lasu 
z tajemniczym uśmiechem na ustach. 

Niedługo szukał. Czuć było zbliżającą się mokrą porę roku po wilgoci w powietrzu, która 

w  postaci  obfitej  rosy  osiadła  na  roślinach  w  nocy.  Także  i  mrówki  odczuły  zmianę  w 
przyrodzie i ocknęły się ze snu letniego, który je obezwładnił na długie miesiące. Bystre oczy 
Jasia  spostrzegły  wkrótce  wejście  do  ogromnego  mrowiska  i  jego  małych  mieszkańców 
kręcących się we wszystkich kierunkach. 

Na  ten  widok  Jaś  Mrugnął  z  zadowoleniem  oczami,  wydobył  scyzoryk  i  zrobił  nim  mały 

otwór  w  kieszeni,  tak,  że  cukier  mógł  się  cienką  strugą  wysypywać  na  ziemię.  Następnie 
wrócił  do  obozowiska,  gdzie  usiadł  na  dyszlu  wozu  Mr  Bopkins  i  czekał  tak  długo,  dopóki 
cukier zupełnie się nie wysypał. W końcu z niewinną miną przystąpił do swoich codziennych 
zajęć, jako kucharz ekspedycji. 

Trzeba  zaznaczyć,  że  Mr  Bopkins  twierdził,  że  absolutnie  nie  może  spać  na  gołej  ziemi, 

chociaż  za  młodu  spędził  wiele  nocy  w  cyrku  między  kopytami  koni,  powierzonych  jego 
pieczy.  Doktor i inni panowie wraz z peonami spali na ziemi, pod  gołym niebem, ponieważ 
tutaj, w wielokilometrowym oddaleniu od bagien i moczarów, nie było moskitów, dlatego też 
spoczynek  nocny  na  wolnym  powietrzu,  był  daleko  przyjemniejszy,  niż  w  dusznym  wozie, 
zbudowanym, jak wagon kolejowy. 

background image

Mr Bopkins oświadczył, że tego rodzaju spoczynek jest godny chamów i absolutnie nie da 

się  pogodzić  z  dostojeństwem  pełnomocnika  South–American–Railway–Company.  Dlatego 
też wóz swój zamienił na pewnego rodzaju wędrowny dom na kołach. Tutaj mógł swobodnie 
spoczywać  na  miękkich  poduszkach  i  spożywać  w  ukryciu  smakołyki,  ciastka  i  likiery.  To 
łakomstwo  miało  się  na  nim  zemścić.  Jak  przewidział  Jaś,  mrówki  odkryły  niebawem  ślad 
cukru na trawie i poczęły się posuwać naprzód tą słodką ścieżyną. Gdy mężczyźni zabawiali 
się  wesołą  rozmową  przy  ognisku,  małe,  zjadliwe  stworzonka,  nie  zauważone  przez  nikogo, 
dotarły  do  wozu  jankesa.  Ich  instynkt  obudził  się.  W  niedługim  czasie  zwietrzyły 
nagromadzone  w  wozie  słodycze.  Poczęły  się  natychmiast  wdrapywać  po  kołach  i 
zwisających linach, na koniec spadły na liczne pakiety, których zawartość nie mogła się długo 
opierać ich mocnym szczękom. Co więcej, przegryzły nawet korki flaszek z likierem. 

Mr  Bopkins  nadszedł  niebawem,  wdrapał  się  na  swój  wóz,  po  czym  położył  się  na 

legowisku. Po ciemku wyciągnął rękę po flaszkę ze słodkim likierem, która stała w kącie na 
małej deszczułce. Ledwie ją przyłożył do warg, gdy nagle usta i gardło zaczęło go palić, jak 
ogniem.  Ten  ogień  lotem  błyskawicy  rozlał  się  po  całej  szczęce  i  szyi.  Jankes  z  wrzaskiem 
trwogi rzucił flaszkę na ziemię. 

Jak gdyby to było umówionym znakiem do szturmu, setki tysięcy innych mrówek rzuciły 

się  na  pożałowania  godnego  Mr  Bopkinsa,  który  począł  skakać  i  rzucać  się  jak  szalony. 
Mrowie  podrażnionych  żyjątek  biegało  po  całym  jego  ciele,  kłując  i  gryząc  gdzie  tylko 
mogły. 

Krzyk zwabił ludzi, którzy nadbiegli z płonącymi pochodniami i latarniami. Gdy peonowie 

spostrzegli, jacy nieprzyjaciele zaatakowali jankesa, natychmiast zaprzęgli konie do wozów i 
popędzili spiesznie na północ. Zatrzymali się po pięciu minutach i rozbili nowy obóz. 

Na  dawnym  miejscu  pozostał  wóz  jankesa,  tudzież  dr  Bergman  z  innymi  osobami. 

Europejczycy chcieli wejść do wozu i podać pomocną rękę Mr Bopkinsowi, lecz Don Rocca i 
pułkownik Iquite powstrzymali ich słowami: 

— Proszę tego nie czynić! Pan musiałby, podzielić los senora Inglesa i nie przyniósłby mu 

pan najmniejszej ulgi w cierpieniu. Powiedz mu pan raczej, by wyskoczył z wozu i tarzał się 
po trawie tak długo dopóki wszystkich swoich dręczycieli nie rozgniecie. Innego sposobu nie 
ma. 

Mr Bopkins nie kazał sobie dwa razy powtarzać tej rady i po pięciu minutach mógł już lżej 

odetchnąć. Także inni musieli się trzymać w przyzwoitym oddaleniu od nieszczęsnego wozu, 
gdyż  rozsrożone  mrówki  po  ucieczce  jankesa  poczęłyby  ich  atakować.  Obaj  Hiszpanie 
opowiedzieli  im  potem  rozmaite  nieprawdopodobne  wprost  historie  o  domach  napadniętych 
przez wędrowne mrówki. 

— Lecz  w  jaki  sposób  wypędzimy  nieproszonych  gości  z  wozu?  —  spytał  na  koniec  dr 

Bergman. — Przecież go tu nie pozostawimy? 

— Musimy poczekać — odparł pułkownik  Iquite — dopóki „arrieros” same dobrowolnie 

nie odejdą. Stanie się to na pewno wówczas, gdy już nic nie będą miały do zjedzenia. Senor 
Ingles musi sobie to nieszczęście sam przypisać, ponieważ zabrał ze sobą mnóstwo słodyczy, 
a zmysł węchu u tych owadów jest niesłychanie rozwinięty. 

— Hm — pomyślał sobie doktor — ten wypadek wydaje mi się dziwny. Wozimy przecież 

z  sobą  ogromną  ilość  środków  żywnościowych,  a  niektóre  mają  daleko  silniejszą  woń  niż 
cukierki i likiery Mr Bopkinsa. Dlaczego mrówki wybrały właśnie jego wóz? 

Nie  miał  jednak  czasu  do  dalszego  zastanawiania  się,  gdyż  trzeba  było  zająć  się  Mr 

Bopkinsem, który podniósł się z trawy jęcząc i biadając z bólu. Towarzysze podróży ujęli go 
pod  ramiona  i  zaprowadzili  do  obozowiska  peonów.  Sir  Allan  zapomniał  o  waśni  i 
zaopiekował  się  szarym  cylindrem  jsCnkesa,  o  którym  właściciel  zupełnie  zapomniał  w 
nieszczęściu. 

background image

W obozie wydobył doktor flaszeczkę z amoniakiem i natarł Mr Bopkinsowi całe ciało, co 

mu  przyniosło  znaczną  ulgę.  Następnie  przygotowano  mu  posłanie  z  miękkich  skór.  Lecz 
minął długi czas, zanim swędzenie ustało i jankes mógł oddać się błogiemu spoczynkowi. 

Tymczasem  figlarnego  Jasia  dręczyły  okrutne  wyrzuty  sumienia;  z  całego  serca  żałował 

swego  nierozważnego  kroku.  Gdy  ujrzał  paniczną  ucieczkę  peonów  i  gdy  zrozumiał 
przyczynę tej ucieczki, wówczas byłby chętnie wziął na siebie cierpienia jankesa. Lecz to nie 
było  możliwe.  Musiał  grać  rolę  bezczynnego  widza,  jeśli  nie  chciał  się  niepotrzebnie 
zdradzić.  W  skrytości  serca  poprzysiągł  sobie,  że  przy  pierwszej  lepszej  sposobności 
stokrotnie wynagrodzi Mr Bopkinsowi te straszne cierpienia. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VII 

P

OWAŻNE SKRUPUŁY

 

 
W  następnych  dniach  wykonano  cały  szereg  zdjęć  i  pomiarów.  Kolumna  posuwała  się 

tymczasem  powoli  naprzód.  Doktor  znów  wzbił  się  w  przestworza  balonem,  lecz  nie  odkrył 
ż

adnych  godnych  uwagi  przeszkód  w  kierunku  marszu.  Na  przemian  rozciągały  się  lasy  i 

płaskie  równiny,  lecz  zarówno  bory  jak  i  łąki  powoli  przywdziewały  zielone  szaty  pory 
deszczowej. 

Nie  napotkano  nigdzie  ani  śladu  Indian.  Doktor  dziwił  się,  że  krajowcy,  którzy  nie 

obawiają  się  kilkutygodniowych  marszów  i  setki  razy  narażają  swoje  życie,  aby  zanieść  do 
ojczyzny  zwłoki  towarzysza,  poległego  na  obczyźnie,  teraz  nie  starają  się  wcale  uwolnić  z 
niewoli u białych schwytanego szpiega, chociaż z uwagi na bogato utatuowane ciało, musiał 
to  być  znakomity  wojownik  lub  może  nawet  i  kacyk.  Ponieważ  peonowie,  pilnie 
wyjeżdżający  na  zwiady,  także  nie  odkryli  niczego  podejrzanego,  dlatego  też  nikt  nie  żywił 
obawy  o  bezpieczeństwo  karawany.  Lecz  miało  się  okazać,  że  podróżni  byli  w  błędzie.  W 
dniu,  w  którym  balon  wzbił  się  w  powietrze  rozbito  obóz  u  skraju  lasu,  zarosłego  gęstymi 
krzakami, ponieważ tutaj trawa była bujniejsza, niż na otwartym pampasie i lepiej smakowała 
koniom.  Prócz  tego  mężczyźni,  nie  biorący  udziału  w  pomiarach,  mogli  pod  gęstą  koroną 
drzew znaleźć osłonę przeciw palącym promieniom słońca, które tego dnia bardziej piekło niż 
kiedykolwiek. 

Następnej  nocy  —  mogła  być  wówczas  trzecia  godzina  nad  ranem  —  zbudził  uśpionych 

znienacka  alarmowy  strzał  jednego  z  peonów,  po  którym  rozległ  się  przeraźliwy  krzyk 
bojowy Indian. 

Wszyscy  chwycili  za  broń  i  ruszyli  bronić  obozu,  tymczasem  doktor  rozniecił  duże 

ognisko.  Płomienie  jaskrawymi  blaskami  rozświetlały  dokoła  ciemności,  więc  biali  mogli 
zobaczyć, z której strony następuje atak wrogów. 

Prawdopodobnie przyczołgali się oni w nocy aż  do brzegu lasu i teraz usiłowali śmiałym 

napadem  zawładnąć  obozem,  licząc  zarazem  na  przerażenie,  które  musi  owładnąć  białymi 
przy tak niespodzianym ataku. 

Istotnie,  wozy  z  jednej  strony  były  zanadto  przysunięte  do  zarośli;  tylko  dlatego,  że 

peonowie  mimo  ciemności  instynktownie  tutaj  się  zbiegli,  mogli  stawić  silny  opór 
napastnikom.  Bitwa  przybrałaby  gorszy  obrót,  gdyby  z  tyłu  napadł  na  obóz  drugi,  silniejszy 
oddział Indian. 

Z  tego  też  powodu  dr  Bergman  spiesznie  wskoczył  do  wozu,  na  którym  znajdował  się 

karabin  maszynowy.  Nacisnął  dźwignię  i  wieżyczka  pancerna  natychmiast  podniosła  się  o 
dwa  metry  w  górę,  tak,  że  doktor,  siedząc  wewnątrz  mógł  widzieć  całe  pole  bitwy,  jak  na 
dłoni. 

Nastąpiło to, czego się obawiał. Oddział Indian, w sile około dwudziestu ludzi, przeciął po 

stronie  południowej  liny  i  rzemienie,  którymi  wozy  były  związane,  odsunął  dwa  z  nich  na 
bok, po czym z dzikim i przeraźliwym wrzaskiem wtargnął do wnętrza obozowiska. 

Sir  Allan  wraz  z  Jasiem  nadbiegł  natychmiast.  Obaj  poczęli  ostrzeliwać  napastników  z 

karabinów. Tymczasem Indianie mieli czas uwolnić swego towarzysza z niewoli, lecz musieli 
za to ciężko zapłacić, gdyż z wieży pancernej spadł na nich istny grad pocisków, któremu by 
się nie oparł nawet dziesięciokrotnie liczniejszy oddział europejskich żołnierzy. 

Indianie umknęli z szybkością błyskawicy, zabierając ze sobą rannych, po czym połączyli 

się z towarzyszami swoimi, walczącymi po drugiej stronie. Lecz i ci rzucili się do panicznej 
ucieczki,  gdy  karabin  maszynowy  począł  ich  ostrzeliwać.  Dr  Bergman  zadowolił  się  tym, 
ponieważ brzydził się niepotrzebnym rozlewem krwi i pragnął go o ile możności uniknąć. 

background image

Peonowie rozumowali w sposób mniej ludzki i poczęli ścigać uciekających nieprzyjaciół. 

Lecz  las  był  oddalony  najwyżej  o  sto  kroków,  dlatego  też  ledwie  Indianie  zniknęli  wśród 
gałęzi.  Zrozumieli,  że  przedłużanie  walki  narazi  ich  tylko  niepotrzebnie  na 
niebezpieczeństwo.  Po  chwili  wrócili  do  obozu  i  wśród  rozmaitego  rodzaju  przekleństw 
przystąpili do naprawy przełamanego wału obronnego. 

Gdy zauważyli ucieczkę jeńca, na nowo w ich sercach zawrzała żądza zemsty, a doktor z 

trudem  zdołał  zapobiec,  by  nie  popełnili  nowego  głupstwa.  Nawet  don  Rocca  i  pułkownik 
byli bardzo rozsrożeni. 

— Ja,  przeciwnie,  panowie,  jestem  bardzo  uradowany  —  rzekł  doktor  —  żeśmy  się 

szczęśliwie pozbyli tego człowieka i że nikt z nas nie odniósł poważniejszej rany. Pilnowanie 
jego było bardzo kłopotliwe, więc nieraz zastanawiałem się nad tym, czy by go nie uwolnić. 
Zachowywał  się  tutaj,  jak  człowiek  głuchy  i  niemy,  toteż  nie  przedstawiał  dla  nas  żadnej 
istotnej wartości. 

— Mógłby  się  nam  przydać  jako  zakładnik  —  rzekł  pułkownik.  —  Musiał  należeć  do 

dostojników swego plemienia, czego dowodzi choćby ta okoliczność, że inni z taką pogardą 
ś

mierci narażali się dla jego ocalenia. 

— Temu nie przeczę — rzekł doktor — lecz ponieważ nie znaliśmy jego znaczenia, zatem 

nie mogliśmy z tego mieć korzyści. 

Trzej  panowie  rozeszli  się.  Ponieważ  peonowie  wkrótce  ukończyli  pracę,  w  obozie 

zapanował zaraz spokój, którego aż do rana nic nie zakłóciło. 

Gdy wzeszło słońce, doktor wysłał połowę swoich peonów, aby śledzili Indian w okolicy. 

Gdy  wywiadowcy  wrócili  wieczorem,  donieśli,  że  Indianie  także  i  tym  razem,  jak  sir  Allan 
przypuszczał, bez zatrzymania się uciekli w północnym kierunku. 

Ponieważ inżynierom przy topograficznych zdjęciach zawsze towarzyszyło kilku peonów, 

którzy służyli im jako strażnicy i pomocnicy, przeto tego dnia pomiarów nie dokonywano, bo 
obóz i tak był prawie pusty wskutek wysłania wywiadowców. 

Doktor  wykorzystał  tę  pauzę  w  ten  sposób,  że  skontrolował  dotychczasowe  zdjęcia  i 

obliczenia. Zarazem zwrócił uwagę na pewną okoliczność, która mogła wywołać rozdźwięki i 
nieporozumienia wśród członków wyprawy. 

Granica  między  Boliwią  i  Paragwajem  nie  była  jeszcze  definitywnie  ustalona,  chociaż 

sprzeczano  się  z  tego  powodu  już  od  pięćdziesięciu  lat.  Geografowie  przyjmują  na  swoich 
mapach  jako  granicę  albo  szerokość  Rio  Apa  (22°  5’  szer.  połudn.)  albo  linię,  która  łączy 
Fuerte Olimpo na Rio Paragwaj z pewną wysepką na Rio Pilcomayo, dwadzieścia kilometrów 
poniżej Fuerte Campero. 

Ta linia przecina sześćdziesiąty stopień długości także pod 22°5’. Lecz Paragwaj wystąpił 

nagle z pretensjami do całego Gran Chaco Boreal aż do gór pomiędzy Sta. Cruz delia Sierra i 
Santiago  w  poblidla  pułkownika  Iquite  lub  dla  jego  przełożonych  dowodem,  iż  rezygnują  z 
pretensji mego kraju do Gran Chaco. 

— Pułkownik Iquite jest „caballero” — rzekł doktor. — Jestem najmocniej przekonany, że 

jeśli mu wyjawimy pańskie skrupuły, wówczas znajdzie się taki środek zaradczy, że ani pan 
ani pański rząd szkody nie poniesie. 

Don Rocca zgodził się na to. Obaj panowie udali się zatem do pułkownika Iquite, który ich 

słów uważnie wysłuchał, a potem rzekł: 

— Zgadzam  się  na  pański  powrót,  don  Rocca,  przy  czym  zaznaczam,  że  obecnie  stan 

układów w sprawie Gran Chaco między naszymi rządami nie będzie naruszony. 

— Czy mogę poprosić pana, abyśmy w tym celu spisali protokół? — spytał don Rocca. 
— Oczywiście. Lecz musi mi pan ze swej strony dać pisemne oświadczenie, że Paragwaj 

nie  zyska  żadnych  uprawnień,  gdy  pan  potem  przyjdzie  nam  na  pomoc  z  silnym  oddziałem 
uzbrojonych jeźdźców. 

background image

— Wątpię  bardzo,  czy  mój  rząd  uzna  za  słuszny  tego  rodzaju  krok  z  mej  strony.  Lecz  w 

interesie ekspedycji wezmę na siebie za to odpowiedzialność. 

Spisano  oba  protokoły,  które  jako  świadkowie  podpisali  dr  Bergman,  sir  Allan  i  Mr 

Bopkins.  Następnie  don  Rocca  wybrał  peona,  który  miał  mu  towarzyszyć  w  drodze,  a 
następnego dnia rano odjechał w południowym kierunku. 

Dr  Bergman  spędził  cały  ten  dzień  aż  do  wieczora  w  balonie,  aby  obserwować  odjazd 

towarzysza  podróży.  Prócz  tego  liczył  także  na  wrażenie,  jakie  balon  musi  wywierać  na 
Indianach.  Bez  wątpienia  czerwonoskórzy  musieli  go  uważać  za  przerażającego  potwora, 
gdyż  trwożliwie  kryli  się  w  lasach  tak  długo,  jak  długo  unosił  się  w  przestworzach 
powietrznych. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VIII 

W

ALKA Z MAŁPAMI

 

 
Mr  Bopkins  od  czasu  przygody  z  mrówkami  popadł  w  czarną  melancholię.  Czy 

przygnębiło go tyle nieszczęść, tak szybko następujących po sobie, czy ukąszenia zjadliwych 
owadów tak fatalnie podziałały na jego system nerwowy, czy też żałował tak boleśnie utraty 
słodkich  likierów  i  smakołyków  —  nie  wiadomo  —  dość,  że  dał  spokój  swoim  protestom, 
cofnął się w zacisze samotności i nie troszczył się o to, co się dzieje w obozie. Nawet napad 
Indian nie wywabił go z wozu. 

W dniu, w którym odjechał don Rocca, podjęto na nowo prace przy pomiarach; peonowie 

znów  wyjechali  na  zwiady  i  oznajmili,  że  w  najbliższej  okolicy  nie  ma  Indian,  więc  Mr 
Bopkins  zdecydował  się  wyjść  na  przechadzkę.  To  była  pierwsza  oznaka,  że  czarna 
melancholia jankesa zaczyna ustępować. 

Wolnym  krokiem  szedł  pampasem,  nasunąwszy  sobie  szary  cylinder  głęboko  na  czoło. 

Wszedłszy do cichego gaiku, usiadł sobie w idyllicznym miejscu, w cieniu olbrzymiej palmy. 
Dzień był duszny, a chłód pod dachem liści działał tak orzeźwiająco, że Mr Bopkins sam nie 
wiedział, kiedy zapadł w głęboki sen. 

Ów  lasek  był  szczególnie  bogaty  w  palmy  i  algaroby,  których  owoce  służą  za  jedyny 

pokarm  wielu  zwierzętom.  Znajdowało  się  również  tutaj  mnóstwo  wielkich  i  małych  małp, 
które bardzo rzadko widywały ludzi. 

Wprawdzie  małpy  i  ich  nieodłączne  towarzyszki,  wielobarwne  papugi,  oniemiały  ze 

zdumienia, gdy jankes wkroczył do ich spokojnego królestwa, lecz gdy nieproszony gość nie 
zdradzał  wojowniczego  usposobienia,  zarówno  małpy  jak  i  papugi  znów  odzyskały  werwę. 
Tu i ówdzie rozległ się chrapliwy okrzyk małpy lub skrzeczenie papugi. 

To były ostatnie  głosy, które Mr Bopkins usłyszał, zanim słodko zasnął. Gdyby przeczuł, 

co  niebawem  miało  nastąpić,  byłby  się  strasznie  oburzył  na  sposób  postępowania 
czwororękich  obywateli  Ameryki  Południowej  wobec  pełnomocnika  South–American–
Railway–Company. 

Małpy  nie  były  wcale  przerażone,  lecz  prawdopodobnie  uważały  czcigodnego  Mr 

Bopkinsa  za  okaz  szczególnie  wielkiej  i  nigdy  nie  widzianej  małpy,  którą  obserwowały  z 
rosnącą  ciekawością.  Jak  gdyby  tajemniczym  nakazem  przywołane  zeszły  się  ze  wszystkich 
zakątków  lasku  i  usiadły  gęsto  na  gałęziach  okolicznych  drzew  oraz  na  wachlarzach  palm, 
tak, że te zginały się aż do ziemi, nie mogąc unieść tak wielkiego ciężaru. 

Przez  dłuższy  czas  małpy  gwarzyły  i  chichotały  między  sobą,  aż  wreszcie  pewien  stary  i 

silny  „edjeati”  (gatunek  małpy)  zebrał  się  na  odwagę  i  zeskoczył  z  gałęzi  na  ziemię. 
Przycupnął o pięć kroków od jankesa, przypatrując mu się z taką głęboko poważną miną, jak 
gdyby był królem Edypem i usiłował rozwiązać zagadkę Sfinksa. Równocześnie naśladował 
jankesa, który we śnie ustawicznie kiwał głową; niekiedy obaj składali głęboki ukłon, a wtedy 
w  szeregach  małp,  rozlegał  się  śmiech,  pełen  zadowolenia,  jak  gdyby  cieszyły  się  z  tego 
powodu,  że  ich  przedstawiciel  tak  doskonale  się  porozumiewa  z  przedstawicielem  South–
American–Railway–Company. 

Na  koniec  staremu  „edjeati”  wydała  się  tego  rodzaju  wymiana  myśli  zbyt  monotonna; 

zarazem  szczególne  zaciekawienie  wzbudził  w  nim  przedmiot,  który  nieznajomy  nosił  na 
głowie.  Przysunął  się  ostrożnie,  zdjął  delikatnie  szary  cylinder  z  głowy  uśpionego,  po  czym 
szybkim  ruchem  włożył  na  własną  dostojną  głowę.  Mr  Bopkins,  w  błogim  śnie  pogrążony, 
nic o tym zdarzeniu nie  wiedział, chociaż wszystkie małpy podniosły  głośny wrzask radości 
na widok wielkiej zdobyczy najstarszego członka stada. 

background image

Lecz  „edjeati”  nie  dzielił  wcale  zapału  swoich  towarzyszy.  Cylinder  zsunął  się  mu  przez 

uszy  aż  na  szyję  i  pozbawił  widoku  światła  dziennego,  dlatego  też  zdjął  go  czym  prędzej,  a 
ponieważ  na  razie  nie  umiał  go  inaczej  użyć,  przeto  usiadł  na  nim,  jak  na  krześle.  Lecz 
cylinder nie ucieszył się tym wcale. Z głębokim westchnieniem skurczył się, tak, że „edjeati” 
wywrócił koziołka i z gniewnym pomrukiem odskoczył. 

Tego rodzaju zachowanie się cylindra musiały małpy uważać za zachowanie nieprzyjazne, 

toteż  ich  chrapliwe  głosy  rozlegały  się  coraz  donośniej.  Na  koniec  kilka  szalonych  małp 
zerwało  garść  w  pobliżu  rosnących  orzechów  i  poczęło  nimi  ciskać  w  błyszczącą  łysinę 
jankesa. 

Obudzony boleśnie ze słodkiego snu, jankes skoczył w górę, a gdy się przekonał, z jakiego 

rodzaju  napastnikami  ma  do  czynienia,  uczuł  się  głęboko  dotknięty  tą  hańbą.  Ponieważ  na 
razie  nie  miał  innego  środka,  podniósł  leżące  dokoła  orzechy  i  z  najwyższym  oburzeniem 
począł rzucać nimi w małpy. Sądził, że uciekną — tymczasem bezczelne te stworzenia, ufne 
w swą liczebną przewagę, przyjęły walkę i na pociski odpowiadały pociskami. 

Wkrótce  na  jankesa  spadł  taki  deszcz  wszelkiego  rodzaju  owoców,  że  ten  stracił  zapał 

wojenny i myślał, w jaki sposób można by zabezpieczyć się przed bolesnymi uderzeniami. W 
tym  celu  wciągnął  surdut  na  głowę  i  rękoma  zacisnął  wokoło  szyi,  tak,  że  wąska  szczelina 
pozostała  mu  tylko  dla  oddechu.  Małpy  doskonale  zrozumiały  znaczenie  tych  ruchów,  toteż 
podniosły  chóralny,  zwycięski  wrzask  radości  i  podwoiły  ilość  pocisków.  Jankes  nie  miał 
innego  wyjścia,  jak  tylko  stłumić  w  sobie  wybuchający  gniew  i  znosić  cierpliwie  grad 
uderzeń. 

Nagle  usłyszał,  że  małpy  wśród  ogłuszających  wrzasków  umykają  na  wszystkie  strony. 

Jankes  ostrożnie  wysunął  oko  spod  kołnierza  surduta,  ale  nie  miał  już  czasu  zbadać,  jaki 
wypadek  uwolnił  go  od  małpiego  oblężenia.  Silne  ramiona  obaliły  go  nagle  na  ziemię. 
Spostrzegł  jeszcze,  że  jakieś  brunatne  oblicza,  pełne  nienawiści,  pochylają  się  nad  nim  a 
potem  naciągnięto  mu  na  głowę  gęsty  worek,  a  usta  zakneblowano.  Ramiona  i  nogi 
skrępowano sznurami… Schwytali go Indianie!… 

Gdy  uczestnicy  wyprawy  tego  dnia  wieczorem  siedzieli  wokoło  ogniska  i  wspólnie 

spożywali wieczerzę, dr  Bergman zauważył brak  jankesa. W mniemaniu,  że śpi on w swym 
wozie,  posłał  Jasia,  aby  obudził  i  przyprowadził  śpiocha.  Wóz  był  jednak  pusty,  co  wśród 
członków  ekspedycji  wzbudziło  niepokój.  Doktor  kazał  wystrzelić  kilka  razy,  aby  Mr 
Bopkins  mógł  odnaleźć  kierunek,  jeśli  zbłądził.  Ponieważ  nie  zjawił  się  nawet  po  upływie 
godziny,  niepokój  wzrósł,  tym  bardziej,  że  szukanie  zaginionego  w  nocy  było  bezcelowe. 
Mimo  to  dr  Bergman  kazał  aż  do  północy  przeszukiwać  otoczenie  obozu  przy  pomocy 
pochodni,  nie  było  bowiem  wykluczone,  że  Mr  Bopkinsa  ukąsił  wąż  i  teraz  leży  gdzieś  bez 
przytomności.  Lecz  i  te  poszukiwania  okazały  się  daremne.  Nie  pozostało  nic  innego,  jak 
tylko czekać następnego dnia. 

Dr Bergman przewracał się przez całą noc bezsennie na posłaniu. Ledwo poczęło szarzeć 

kazał sześciu peonom siadać na koń, aby wraz z nimi na nowo rozpocząć poszukiwania. 

Było  rzeczą  nad  wyraz  trudną  odnaleźć  ledwo  widoczne  ślady  Mr  Bopkinsa  wśród 

mnóstwa  śladów,  które  pozostawili  po  sobie  peonowie  w  czasie  nocnych  poszukiwań.  Lecz 
mimo to odnalazły je niebawem bystre oczy peonów, którzy doszli wkrótce do miejsca, gdzie 
rozegrała  się  wiekopomna  bitwa  między  małpami  a  Mr  Bopkinsem.  Tutaj  znaleźli  liczne 
ś

lady pobytu jankesa; chociaż nie można było wyjaśnić, dlaczego dookoła leży tyle owoców, 

to  jednak  w  każdym  razie  nie  mógł  tu  zajść  samotnie  cylinder,  który  teraz  leżał  na  trawie 
opuszczony i zdeptany. 

Prócz tego ślady stóp indiańskich dały się doskonale rozpoznać. 
Lecz  gdy  wywiadowcy  stanęli  na  brzegu  małego  lasku,  przedstawił  się  im  taki  sam 

beznadziejny widok, jak już dwukrotnie poprzednio. Indianie uciekli w kierunku północnym, 
unosząc  ze  sobą  biednego  Mr  Bopkinsa.  Od  tego  momentu  upłynęło  już  dwanaście  godzin, 

background image

musieli  więc  być  bardzo  daleko.  Nie  było  żadnych  dowodów  na  to,  że  zamordowali  na 
miejscu nieszczęsnego jankesa. 

Peonowie chcieli natychmiast ścigać rabusiów, lecz doktor zauważył, że tym razem chodzi 

o poważny pościg, który na czas nieokreślony zmniejszy jego siłę zbrojną. Z tego też powodu 
wyraził  życzenie  zasięgnięcia  zdania  pozostałych  towarzyszy  i  namówił  rozsrożonych 
peonów do powrotu do obozu. 

Chociaż  Mr  Bopkins  uczynił  wszystko,  aby  stracić  sympatię  członków  ekspedycji,  ci 

ostatni  nie  wątpili,  iż  należy  uczynić  wszystko  co  możliwe,  aby  jeńca  wyrwać  z  rąk  Indian. 
Chodziło tylko o to, kto ma kierować akcją ratunkową, gdyż każdy był do tego gotów. 

Wybrano dra Bergmana. Jako głowa ekspedycji musiał pozostać w obozie, aby go bronić, 

a przede wszystkim nie mógł się rozłączyć z karabinem maszynowym, z którym wiązały się 
wszystkie nadzieje członków wyprawy. 

Z trudem skłoniono sir Allana do pozostania. Tylko ta okoliczność, że nie był w stanie bez 

tłumacza porozumieć się z peonami, skłoniła go do zgody, gdyż w razie walk z Indianami ta 
niemożność porozumienia się byłaby dla wszystkich kulą u nogi. 

Na  koniec  ustalono,  że  pułkownik  Iquite  na  czele  pięciu  peonów  ma  podjąć  próbę 

uwolnienia jeńca z niewoli. 

— Prawdopodobnie  będzie  pan  niebawem  z  powrotem  —  rzekł  dr  Bergman,  gdy 

pułkownik zaopatrywał się w broń i amunicję. 

— Spodziewam się, że pan ze sobą przywiezie naszego jankesa i z tego powodu nie będzie 

mógł  rozwinąć  zwyczajnej  szybkości.  Jest  zresztą  nie  lada  zadaniem  dogonić  uciekających, 
chociaż mamy konie. Indianie w pampasach odbywają marsze ze zdumiewającą szybkością. 

Pan  musi  istotnie  nie  dać  się  obezwładnić  znużeniu  —  rzekł  doktor.  W  dzień  nie  da  się 

nawet cienia ich spostrzec z wysokości balonu. Lecz aby w ciągu krótkich nocy, jakie obecnie 
mamy, przebyć takie ogromne przestrzenie, na to trzeba mieć mięśnie ze stali. 

— Trzeba się do tego przyzwyczaić od wczesnej młodości — rzekł pułkownik. — Indianie 

używają koni tylko jedynie jako zwierząt jucznych, które w czasie ich wypraw rabunkowych 
niosą im pożywienie i łupy, sami natomiast wraz z kobietami i dziećmi idą obok pieszo. Jak 
nagle  się  pojawiają,  tak  nagle  znikają,  co  sam  niejednokrotnie  zauważyłem.  Tak,  tak,  ich 
piesze wędrówki są niezrównane! 

Tymczasem pułkownik ukończył przygotowania. Podał pozostającym rękę na pożegnanie, 

dosiadł konia, po czym sześciu jeźdźców pogalopowało w północnym kierunku. 

Odszukali oczywiście miejsce, gdzie Mr Bopkins został napadnięty. Potem cwałem ruszyli 

szeroką ścieżką, która od tego miejsca począwszy, prowadziła dalej. 

background image

R

OZDZIAŁ 

IX 

J

ENIEC

 

 
Jechali na przemian przez otwarty step, to znów wśród gęstych zarośli; niekiedy z trudem 

przedzierali  się  przez  stary  las,  przy  czym  musieli  się  razem  trzymać,  by  nie  ulec  w  razie 
nagłego napadu Indian. Chociaż cały dzień spędzili w ten sposób w siodle, mieli wieczorem 
wrażenie, że się nie bardzo zbliżyli do uciekających. 

Noc  spędzili  pod  otwartym  niebem  na  prerii,  przy  czym  dwaj  spośród  nich  na  przemian 

trzymali  straż.  Rano  ruszyli  z  zapasem  świeżych  sił  na  nowo  w  dalszą  drogę,  idąc  zawsze 
ś

ladem, który ciągle prowadził ich w północnym kierunku. 

Dopiero  w  południe  wydało  się  pułkownikowi,  który  jechał  na  czele,  że  na  skraju  lasu 

spostrzega w oddali niewielką „tolderję”. Natychmiast rozkazał wszystkim zeskoczyć z koni, 
aby  ludzie  z  osady  ich  nie  spostrzegli.  Jeźdźcy,  trzymając  konie  za  cugle,  udali  się  w 
zachodnim  kierunku,  zakreślając  ogromny  łuk,  aby  móc  się  przyczołgać  do  „tolderji”  z  tej 
strony nocą. Gdy ciemność zapadła, dosiedli znów koni i spiesznie ruszyli w drogę, kierując 
się blaskiem ognisk; płonących w osadzie Indian. 

Gdy pułkownik dotarł w pobliże wsi, polecił swoim ludziom zsiąść z koni i położyć się na 

spoczynek.  Sam  objął  straż  i  kazał  dopiero  koło  godziny  pierwszej  w  nocy  zastąpić  się 
innemu,  będąc  przekonany,  że  Indianie  ich  nie  zauważyli  i  nie  przygotowują 
nieprzyjacielskich kroków. 

Gdy poczęło szarzeć, wszyscy sześciu dosiedli koni i pogalopowali w kierunku wsi, która 

cicho spoczywała u skraju lasu. Miękka trawa tłumiła prawie zupełnie tętent kopyt końskich, 
a ponieważ Indianie lubią długo spać, zatem jeźdźcy spodziewali się dotrzeć niepostrzeżenie 
do wsi i napaść jej mieszkańców, pogrążonych w głębokim uśpieniu. 

Nie  wzięli  jednak  pod  uwagę  czujności  psów.  Biali  nie  byli  nawet  oddaleni  o  pięćset 

kroków od najbliższych chat, gdy nagle rozległo się wycie i szczekanie, które w całej wsi w 
jednej chwili wywołało paniczny popłoch. 

Widowisko,  jakie  teraz  ukazało  się  oczom  jeźdźców,  byłoby  wśród  innych  okoliczności 

komiczne. Indianie wypadali z chat z zaspanymi oczami, wydawali dzikie wrzaski na widok 
nieprzyjaciół, chwytali za broń,  gdy tymczasem  kobiety  wraz z dziećmi  uciekały w pole. W 
kilka sekund potem cała gromada znikła w głębi pobliskiego lasu. 

Lecz  nie  tylko  dwunożni  mieszkańcy  „tolderji”  szukali  ratunku  w  lesie;  rozmaite  choć 

niezbyt liczne zwierzęta  domowe poszły śladami  swoich panów, jak  gdyby  były w tym celu 
tresowane.  Przede  wszystkim  umknęły  dwa  czy  trzy  konie;  psy  wyły  najpierw  i  szczekały 
przeraźliwie,  lecz  potem  również  zniknęły  wśród  gęstych  zarośli.  Za  nimi  pobiegły  beczące 
kozy, potem świnie i owce, na koniec nawet i kury. Gdy jeźdźcy w chwilę potem zatrzymali 
przed chatami swe konie, „tolderja” wyglądała jak gdyby od Bóg wie ilu lat była opróżniona. 

Pułkownik  nie  miał  zamiaru  ścigać  Indian  w  lesie,  zauważył  bowiem,  że  Indianie  nie 

wlekli ze sobą żadnego białego. Albo więc Mr Bopkins był ukryty w jednej z chat, albo tylko 
główny oddział Indian wrócił do „tolderji”, gdy tymczasem kilku wraz z jeńcem udało się na 
bok  w  zarośla,  lecz  wywiadowcy  tego  nie  zauważyli.  To  ostatnie  było  niestety 
najprawdopodobniejsze. 

Pułkownik Iquite zaproponował, aby niezwłocznie przeszukać poszczególne chaty. Czego 

się obawiał, to okazało się prawdą: nie było ani śladu Mr Bopkinsa. Lecz jak gdyby los chciał 
ich  wynagrodzić  za  gorzkie  rozczarowanie,  odkryli  na  koniec  coś,  czego  się  najmniej 
spodziewali. 

Przy chacie, większej i starannie zbudowanej, w porównaniu z innymi, pozostał ogromny 

pies,  uwiązany  na  silnym  rzemieniu,  który  warczał  i  pokazywał  zęby  peonom,  gdy  chcieli 

background image

wejść do wnętrza „toldy”. Już zamierzali zastrzelić to zwierzę, gdy nagle w niskich drzwiach 
ukazał się mieszkaniec osobliwego domku. 

Na  widok  tego  człowieka  peonowie  cofnęli  się  ze  zdumienia,  gdyż  mimo  długiej  brody  i 

zdziczałego wyglądu łatwo można było poznać, że należy on do rasy białej. Także i on uległ 
silnemu  wzruszeniu  na widok  przybyłych.  Wyciągnął  ramiona,  z  trudem  zaczerpnął  tchu  i z 
radością wyrzekł słowa: 

— Nareszcie wolny! Wolny!! 
Następnie  zakrył  twarz  dłońmi,  runął  na  ziemię,  a  z  piersi  jego  wyrwało  się  łkanie,  od 

którego trzęsło się całe ciało. 

Pułkownik spiesznie nachylił się nad nim, pragnąc go podnieść. 
Po długiej dopiero chwili wydało mu się, że rozumie słowa tajemniczego człowieka. Gdy 

począł  odpowiadać  na  liczne  zapytania,  okazało  się,  że  to  był  Hiszpan,  który  w  niewoli, 
trwającej już szereg lat, zapomniał prawie zupełnie swojej mowy ojczystej. 

Musiał  się  zastanawiać  nad  każdym  słowem,  nad  każdym  zdaniem,  zanim  pojął  ich 

znaczenie.  Lecz  pamięć  i  wspomnienia  wracały.  Po  upływie  pół  godziny  mógł  już 
opowiedzieć swoje smutne dzieje. 

Pochodził  z  Buenos  Aires  i  udał  się  na  Gran  Chaco,  gdzie  zamierzał  zakupić  u 

„stancierów” (właścicieli wielkich stad bydła) większe zapasy skór. Mimo licznych ostrzeżeń 
dotarł  aż  do  Rio  Bermejo.  Tutaj  napadli  go  Indianie,  należący  do  szczepu  „Tobą”, 
zamordowali  towarzyszy,  a  jego  samego  zawlekli  do  wsi,  aby  tutaj  poddać  go  okrutnym 
torturom. 

Już  był  pewien,  że  czeka  go  niechybna  śmierć,  gdy  nagle  zakochała  się  w  nim  córka 

kacyka. Darowano mu życie pod warunkiem, że tę dziewczynę pojmie za żonę i w ten sposób 
stanie  się  członkiem  plemienia  „Tobą”.  Zgodził  się  na  to,  byle  tylko  ocalić  życie  i  od 
siedemnastu  lat  żył  wśród  dzikich,  jako  im  równy.  Dzielił  wszystkie  losy  szczepu  i  chociaż 
pozornie był wolny, pilnowano go czujnie, aby nie uciekł. Indianie cofali się krok za krokiem 
przed  ciągłym  postępem  kultury;  jeniec,  chcąc  nie  chcąc,  musiał  im  towarzyszyć  i  w  ten 
sposób dostał się tak daleko na północ. 

Przez dłuższy czas Indianie obchodzili się z nim łagodnie, ale gdy poczęły się toczyć coraz 

okrutniejsze  walki  z  białymi  i  krajowcy  stracili  ogromny  obszar  ziemi,  wówczas  ogólna 
nienawiść  do  bladej  twarzy  spotęgowała  się  niezmiernie.  Z  biegiem  czasu  zmarła  jego 
czerwonoskóra żona i jej ojciec,  a na czele plemienia stanął inny  kacyk,  który uważał  go za 
niewolnika i wyzyskiwał w najrozmaitszy sposób. Musiał zbierać drwa i owoce, czego żaden 
z wojowników nigdy nie czynił, musiał uprawiać niewielkie pole kukurydzy, a gdy nadeszła 
pora  wielkich  łowów,  musiał  iść  z  wojownikami  do  lasu,  aby  na  swym  grzbiecie  dźwigać 
upolowaną  zwierzynę.  Pozostawiono  mu  tylko  psa,  bo  zwierzę  to  było  przyuczone  na 
hiszpański sposób do tropienia dzikich zwierząt. 

Od  lat  stracił  nieszczęśliwy  człowiek  wszelką  nadzieję,  by  mógł  jeszcze  kiedykolwiek 

ujrzeć białą twarz. Owładnęła nim apatia, która uczyniła go obojętnym na wszelkiego rodzaju 
katusze. Indianie nie powlekli go ze sobą do lasu tylko dlatego, że wybawcy zjawili się nagle 
i zupełnie niespodziewanie. Od dłuższego czasu członkowie plemienia „Tobą” mówili między 
sobą, że w najbliższym czasie muszą go zaprowadzić w głąb Gran Chaco, albowiem niedługo 
może nastąpić wielka bitwa z białymi. 

O  Mr  Bopkinsie  nie  umiał  nic  powiedzieć,  gdyż  Indianie  od  dłuższego  czasu  w  jego 

obecności  nic  nie  mówili  o  sprawach  plemienia.  Wojownicy  tej  osady  wrócili  świeżo  z 
wyprawy przeciwko białym. Gdyby więc inni z jankesem udali się w drugą stronę, musieliby 
to być mieszkańcy odrębnej „tolderii”. 

Oczywiście członkowie wyprawy postanowili wziąć ze sobą nieszczęśliwego człowieka — 

nazywał  się  Miguel  Rodilla  —  z  powrotem  do  obozu.  Ponieważ  w  opuszczonej  osadzie  nie 
było już nic do roboty, a więc pułkownik kazał swoim ludziom siadać na koń, jeden z peonów 

background image

wziął  ocalonego  na  swego  rumaka,  po  czym  wszyscy  razem  pogalopowali  na  południe,  w 
stronę  obozu.  Pies  Miguela  biegł  wesoło  za  swoim  panem,  jak  gdyby  pojmował  radosną 
zmianę jego losu. 

W czasie powrotnej drogi nie trzymali się już śladów. Było jasną rzeczą, że Indianie, jeśli 

istotnie  przedtem  się  oddzielili  i  jeńca  swojego  uprowadzili,  wykorzystali  w  tym  celu 
gęstwinę,  aby  o  ile  się  da  ukryć  rozdwojenie  tropów  przed  oczami  ścigających.  Z  tego  też 
powodu członkowie wyprawy objeżdżali dokoła rozmaite kompleksy lasów, zamiast iść przez 
ś

rodek,  i  istotnie  jeszcze  tego  dnia  wieczorem  udało  się  im  odkryć  szukany  ślad.  W 

międzyczasie  stał  się  on  tak  trudny  do  rozpoznania,  że  zauważył  go  tylko  Miguel,  który  w 
ciągu  długich  lat  niewoli  sam  się  stał  Indianinem  i  umiał  wnioskować  na  podstawie 
niedostrzegalnych prawie oznak. Nawet sam pułkownik i peonowie byliby minęli to miejsce, 
nie zauważywszy niczego. 

Tego dnia szli za śladami tak długo, dopóki nie zapadły ciemności. Noc spędzili znów na 

otwartym pampasie, a nazajutrz rano ze świeżymi siłami prowadzili pościg dalej. Tym razem 
ku  swej  radości  już  po  dwóch  godzinach  mogli  się  przekonać,  że  ślady  stają  się  oraz 
wyraźniejsze  —  był  to  niezawodny  znak,  że  się  zbliżają  coraz  bardziej  do  czerwonych 
rozbójników. 

Mimo to tego dnia jeszcze nie dotarli do nich. Lecz ślady były tak wyraźne, że silna rosa 

nocna nie mogła ich zatrzeć. Członkowie ekspedycji mogli zatem udać się na spoczynek z tą 
ś

wiadomością,  że  w  najbliższym  dniu  Indianie  wpadną  w  ich  ręce.  Mieli  się  jednak  jeszcze 

raz zawieść. Po czterech godzinach jazdy zbliżyli się znów do gaju palm i algarobów. Siady 
prowadziły wprawdzie do jego wnętrza, lecz chociaż wywiadowcy natężali wzrok, nigdzie nie 
znaleźli oznak, które by wskazywały, którędy czerwonoskórzy wyszli z lasku. 

Dzielni  jeźdźcy  śmiało  wtargnęli  pod  zielony  dach  liściasty.  Lecz  ku  swemu 

niepomiernemu  zdumieniu  nie  odkryli  najmniejszego  żyjątka  między  pniami  drzew. 
Przeszukali zarośla kilkakrotnie we wszystkich kierunkach, podnosili nawet gałęzie, szukając 
ukrytych  opryszków,  lecz  trud  był  daremny.  Wszystkie  wskazówki  mówiły,  że 
czerwonoskórzy wraz z jeńcem nagle stąd umknęli. 

Rozczarowani  i  przygnębieni  jeźdźcy  wrócili  na  pampas  i  usiedli  na  ziemi,  tworząc 

zamknięte koło, aby się naradzić wspólnie, co należy teraz począć. 

— Gdyby ślady na przebytej przestrzeni nie były tak wyraźne — rzekł Miąuel Rodilla — 

można  by  przypuszczać,  że  oni  stąd  wrócili  po  swoich  własnych  śladach,  aby  nas  w  błąd 
wprowadzić.  Lecz  jak  sami  widzieliście,  wszystkie  odciski  stóp  zwrócone  są  w  północno–
zachodnim  kierunku,  ani  jeden  nawet  w  przeciwnym.  Pozostałoby  tylko  przypuszczenie,  że 
oni maszerowali tyłem, co jednak wydaje mi się w najwyższym stopniu nieprawdopodobne. 

— Musieliby  prawie  milę  iść  tym  marszem,  godnym  raków  —  przerwał  pułkownik  — 

ponieważ tyle wynosi odległość do najbliższego lasu i… 

— Mnie coś przyszło na myśl — zauważył jeden z peonów. 
— Co? Mów! — żywo zawołał pułkownik. 
— Pan mnie zapewne wyśmieje — mówił dalej peon — ale jeśli uwzględnimy przygodę, 

jaką  nasz:  senor  Ingles  miał  ze  „simarronem”,  wówczas  moja  myśl  nie  da  się  zupełnie 
odrzucić. 

— Ach, tobie chodzi o obumarłe pnie „Juchan”, które znajdują się w znacznej ilości wśród 

zarośli? 

— Tak  jest,  panie  —  odparł  peon.  —  Jest  rzeczą  możliwą,  że  Indianie,  widząc,  że  się 

zbliżamy, ukryli się wraz z jeńcem w pustych pniach. 

— Nie mogę się z tą myślą zgodzić mimo najlepszych chęci — rzekł pułkownik, kiwając 

głową  z  powątpiewaniem.  —  Wiecie  wszyscy  doskonale,  z  jaką  czcią  przechowują  Indianie 
szczątki zmarłych przodków i jak bardzo dbają o całość ich grobów. Jakże więc możliwe, by 

background image

oni w ten sposób bezcześcili popioły, które uważają za święte? Sądzę, że naraziliby się raczej 
na beznadziejną walkę, niż na tego rodzaju zbrodnię, uwłaczającą ich religii. 

— Proszę  mi  wybaczyć,  senor,  że  się  pańskiemu  zdaniu  sprzeciwię  —  przerwał  Miguel 

Rodilla.  —  Teraz,  gdy  nasz  przyjaciel  poruszył  tę  sprawę,  uważam  ją  za  możliwą.  Znam 
wprawdzie doskonale cześć Indian dla grobów członków własnego plemienia,, 

lecz  wyłącznie  tylko  dla  własnych  grobów  żywią  tego  rodzaju  uczucia,  gdy  tymczasem 

groby  nieprzyjacielskich  szczepów  wyszukują  i  burzą,  aby  zawładnąć  ukrytymi  wewnątrz 
szczątkami,  które  są  u  nich  czarodziejskimi  trofeami  zwycięstwa.  Powinien  pan  także 
wiedzieć,  że  zwyczaj  grzebania  zmarłych  we  wnętrzu  drzew  „juchan”  właściwy  jest  tylko 
Indianom plemienia „Chiriono”.  Lecz to plemię jest już prawie na wymarciu. Pozostali przy 
ż

yciu przed mniej więcej dziesięciu laty przyłączyli się do innych plemion, a w szczególności 

do  „Chiriguano”.  Nasi  przeciwnicy  należą  do  „Tobą”,  którzy  od  dawna  słyną  z  dzikości, 
dlatego też uważam za rzecz możliwą, że istotnie ukryli się w pniach „juchan”. 

— Jeśli takie jest pańskie zdanie — odparł pułkownik, podnosząc się z miejsca — w takim 

razie możemy zbadać tę sprawę. Lecz musimy się wszyscy razem trzymać i mieć ustawicznie 
palec na cynglu, gdyż jeśli ich odkryjemy, rzucą się na nas bez wątpienia z odwagą rozpaczy. 

Pojechali niezwłocznie z powrotem do lasu i odszukali obumarły pień „juchan”, który stał 

nieco  na  uboczu.  Tutaj  pułkownik  narwał  garść  suchej  trawy,  zapalił  ją,  po  czym  płonącą 
wiązkę  wrzucił  do  otworu  suchego  pnia;  siedząc  na  koniu,  mógł  go  łatwo  dosięgnąć 
wyciągnąwszy rękę w górę. 

Wewnątrz drzewa  rozległ się natychmiast przeraźliwy wrzask bólu i trwogi.  Zaraz potem 

ze  środka  wyskoczył  tygrysim  susem  ogromny  Indianin,  który  z  nożem  w  ręce  rzucił  się  na 
pułkownika. 

Z  jednym  przeciwnikiem  biali  nie  mieli  wielkiego  kłopotu,  lecz  krzyk  jego  usłyszeli  inni 

członkowie  plemienia.  Gdy  pułkownik  wraz  z  towarzyszami  się  odwrócił,  spostrzegł,  że 
większość innych obumarłych „juchanów” nagle ożyła. 

Około dwudziestu Tobasów, uzbrojonych w maczugi i noże, zeskoczyło na ziemię i rzuciło 

na  białych  z  dzikim  wrzaskiem  i  płonącymi  z  wściekłości  oczyma.  Wszczęła  się  walka, 
trwająca  minutę,  która  dla  białych  była  dość  niebezpieczna,  gdyż  mogli  użyć  jedynie  tylko 
rewolwerów,  a  konie  ich  nie  mogły  się  swobodnie  poruszać  wskutek  gęstwiny.  Ostatecznie 
jednak Indianie ugięli się pod przewagą lepszej broni. Ci, którzy mogli, zniknęli z szybkością 
błyskawicy w zaroślach, gdy rozległ się przeraźliwy gwizd wodza. 

Peonowie,  według  swego  zwyczaju,  chcieli  ścigać  uciekających,  lecz  pułkownik 

donośnym  głosem  ich  powstrzymał.  Nie  było  wykluczone,  że  Indianie  wywabią  za  sobą 
jeźdźców z gęstwiny, aby w międzyczasie wywrzeć zemstę na jankesie, który w każdym razie 
także  musiał  być  ukryty  w  jednym  z  drzew.  Dlatego  też  pułkownik  rozkazał  przede 
wszystkim jego szukać. 

Uczyniono to. Po dłuższych poszukiwaniach usłyszeli z radością, że na ich pukania z głębi 

jednego pnia odpowiada głuchy pomruk. Jeden z peonów wdrapał się na to drzewo i zaświecił 
zapałkę.  W  głębi  ujrzał  biednego  Mr  Bopkinsa,  który  z  trwogą  wytrzeszczał  nań  oczy, 
skrępowany  mocno  powrozami  i  z  kneblem  w  ustach.  Peon  ostrożnie  spuścił  się  na  dół, 
rozciął więzy nieszczęśnikowi, po czym dopomógł mu wyjść z więzienia. 

Gdy  Mr  Bopkins  stanął  na  ziemi,  nie  mógł  się  utrzymać  na  nogach  z  osłabienia  i  padł 

zemdlony. Wlano mu natychmiast nieco rumu w usta. Jankes po chwili przyszedł na tyle do 
siebie, że mógł patrzeć na swoich wybawców. Gdy spostrzegł pułkownika, czoło jego pokryło 
się chmurnymi zmarszczkami i spytał krótko: 

— Czy jesteśmy na boliwijskim terytorium, pułkowniku? 
Pułkownik Iquite dzięki dwóm przedostatnim słowom zrozumiał treść pytania, więc skinął 

potakująco głową. Wówczas Mr Bopkins z gniewem podniósł rękę i zawołał z oburzeniem: 

background image

— Ja  protestuję,  sir  przeciwko  niepoczytalnym  zbrodniom,  jakich  dopuścili  się  na  mnie 

mieszkańcy  tego  kraju!  Mój  rząd  nie  omieszka  zażądać  pełnego  zadośćuczynienia  od 
pańskiego  rządu!  To  rzecz  niesłychana,  istotnie  niesłychana,  na  co  sobie  tutaj  ludzie 
pozwalają wobec wolnego obywatela Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej! 

Na szczęście pułkownik nie zrozumiał tej pięknej przemowy, gdyż byłby prawdopodobnie 

pozostawił  na  miejscu  tego  człowieka  wraz  z  jego  osobliwymi  uczuciami  wdzięczności  i 
byłby z gniewem odjechał. Miał wrażenie, że jankes gniewa się na Indian, dlatego też uczynił, 
co tylko mógł, aby ocalonego pocieszyć. 

Gdy jankes odzyskał nieco sił, wszyscy jeźdźcy ruszyli w dalszą drogę otwartym stepem, 

nie troszcząc się wcale o zbiegłych Indian. Tempo jazdy było powolne z uwagi na dwa konie, 
które  niosły  podwójny  ciężar.  Indian  nie  spotkali  już  po  drodze  i  po  upływie  dwóch  dni 
dotarli szczęśliwie do obozu, gdzie wszyscy radośnie ich przyjęli. 

background image

R

OZDZIAŁ 

N

AD BRZEGAMI 

R

IO 

S

ALADO

 

 
Pominąwszy  drobne  wypadki,  los  na  ogół  sprzyjał  ekspedycji,  która  miała  już  połowę 

drogi poza sobą. Gdyby pozostała część miała dziesięć razy więcej trudności spiętrzyć przed 
członkami wyprawy, to  czego dokonali, było niejako rękojmią dalszego  powodzenia i miało 
przede  wszystkim  tę  dobrą  stronę,  że  z  dnia  na  dzień  w  małej  gromadce  dra  Bergmana  rósł 
zapał dla przedsięwzięcia. 

Wbrew obawom pora deszczowa jeszcze nie nadeszła. Pogoda pozostała nadal piękna, tak 

ż

e  pomiary  nie  ucierpiały  wcale  wskutek  zwłoki.  Konie  wierzchowe  i  pociągowe  były 

zdrowe,  co  także  było  nie  bez  znaczenia;  często  bowiem  zdarzało  się  w  Gran  Chaco,  że 
wielka karawana ginęła tylko dlatego, że konie padły po drodze. Aby się uchronić od okrutnej 
ś

mierci  z  rąk  Indian,  musieli  podróżni  niejednokrotnie  porzucać  na  pustkowiu  wszystkie 

swoje  rzeczy,  sami  natomiast  piechotą  szukać  osad  na  granicach  Gran  Chaco  —  musieli 
odbywać marsze, trwające tygodnie całe, znosić trudy, jakim tylko najsilniejsi mężczyźni byli 
w stanie sprostać. 

Gdy nasi podróżnicy ocknęli się ze snu nazajutrz po powrocie Mr Bopkinsa, spostrzegli, że 

niebo  okryło  się  szarymi  chmurami.  Wkrótce  potem  począł  padać  deszcz  tak  gwałtowny  i 
obfity,  że  w  niedługim  czasie  każde  zagłębienie  ziemi  zamieniło  się  w  małe  jezioro.  Długo 
oczekiwana pora deszczowa pojawiła się wreszcie. 

Mimo  to  dr  Bergman  postanowił  ruszyć  w  dalszą  drogę.  Prace  pomiarowe  zostały  w 

najwyższym stopniu utrudnione, a marsz dzienny skrócony do połowy, aby  koni zbytnio nie 
męczyć,  gdyż  skłonne  są  one  niezmiernie  do  chorób  w  dniach  przejściowych, 
odgraniczających porę suchą od mokrej. 

Trudy  pochodu  były  ogromne.  Ziemia,  wysuszona  wskutek  dziewięciomiesięcznych 

upałów,  chciwie  piła  wodę.  Zdawało  się,  że  drogi  są  bezdenne.  Koła  wozów  grzęzły 
ustawicznie  aż  po  osie  w  błocie.  Na  pampasach  zaczęła  rosnąć  szybko  i  obficie  trawa,  a 
ponieważ  owijała  się  dokoła  nóg  koni  i  szprych  kół,  każdy  krok  wymagał  kolosalnego 
wysiłku. 

Wszystko to wraz z deszczem i zimnymi nocami  spędzanymi na mokrej ziemi, miało ten 

skutek,  że  popsuły  się  humory  i  to  niemal  zupełnie.  Najpierw  u  peonów  dało  się  zauważyć 
przygnębienie,  które  szybko  udzieliło  się  pozostałym  członkom  wyprawy.  Zwłaszcza  Jaś 
złościł się z powodu wilgoci, albowiem musiał cały swój kunszt wysilać, aby zapalić wilgotne 
drwa  celem  ugotowania  obiadu.  Lecz  wszystkich  pod  tym  względem  przewyższał  Mr 
Bopkins, który ustawicznie siedział w swym wozie, jak nadęta sowa i na wszystkie zwrócone 
doń pytania odpowiadał głuchym pomrukiem. 

Deszczowa  pora  roku  miała  tę  tylko  dobrą  stronę,  że  trzymała  Indian  w  ich  wsiach, 

skutkiem czego nie trzeba już było obawiać się ich. 

W ten sposób upłynęło dziesięć dni. Ekspedycja zbliżyła się do brzegów Rio Salado; rzeka 

ta  płynie  przez  niską  i  bagnistą  płaszczyznę  i  wpada  do  Rio  Paragwaj  w  pobliżu  Puerto 
Formosa. Tutaj dr  Bergman musiał opuścić sześćdziesiąty stopień i zwrócić Paat de Kilma i 
Paat de Piapuk dojść do łańcucha wzgórz, z którymi związał swoje najśmielsze plany. Nowy 
rok  przyniósł  naszym  podróżnikom  małą  satysfakcję.  Gdy  w  południe  z  wielkim  trudem 
dotarli  do  szczytu  niewielkiej  wyniosłości,  ujrzeli  w  oddali  obszerne  równiny  nad  brzegami 
Rio Salado. Szeroka wstęga tej rzeki błyszczała wspaniale; w czasie suchej pory roku można 
ją  co  najwyżej  nazwać  strumieniem,  gdyż  miejscami  ginie  zupełnie  wśród  gęstych  zarośli. 
Lecz  obecnie  mierzyła  co  najmniej  pół  „leguny”  (hiszpańska  mila)  szerokości,  ponieważ 
wystąpiła z brzegów, tak, że wierzchołki drzew sterczały z fal, jak liczne wysepki. 

background image

Po  obu  brzegach  ciągnęły  się  niezliczone  moczary,  kałuże,  stawy  i  laguny  o 

najrozmaitszych  kształtach  i  rozmiarach.  Zwłaszcza  ku  północy  nizina  była  podobna  do 
olbrzymiej  płaszczyzny  morskiej,  ginącej  poza  horyzontem.  Nieprzeliczone  stada  ptaków 
wodnych, najrozmaitszych gatunków, unosiły się wśród bagien; niektóre  z nich łowiły ryby, 
drugie  unosiły  się  gromadnie  w  powietrzu,  inne  znów  wypoczywały  na  pniach  drzew,  aby 
czyścić sobie mokre pióra lub zerwać się nagle z głośnym wrzaskiem trwogi, gdy tylko orzeł 
lub jastrząb pojawił się w obłokach. 

Tego  dnia  pogoda  okazała  się  po  raz  pierwszy  łaskawa  dla  naszych  podróżników.  Na 

miejscu ulewy pojawił się drobny, ledwo odczuwalny deszczyk; tu i ówdzie pokazał się nawet 
skrawek błękitu wśród chmur. 

Około południa kazał doktor rozbić obóz i ugotować poncz w celu uczczenia nowego roku. 

Poncz  pochłonął  prawie  połowę  zapasów  rumu,  lecz  za  to  doktor  po  raz  pierwszy  od 
czternastu  dni  widział  koło  siebie  pogodne,  uśmiechnięte  oblicza,  a  nawet  Mr  Bopkins 
wyszedł na spacer w szarym cylindrze na głowie. 

Lecz ten śmiały krok miał go drogo kosztować. 
Ponieważ mimo pory deszczowej, ekspedycja wciąż się obawiała napadu Indian, przeto dr 

Bergman  wydał  rozkaz,  aby  nieustannie  dokoła  obozu  czuwały  straże.  Z  uwagi  na  to,  że 
dotychczas  nie  zauważono  nic  podejrzanego,  czujność  ta  okazała  się  wysiłkiem,  który 
wkrótce  przerodził  się  w  pewnego  rodzaju  zniecierpliwienie.  To  nerwowe  wyczerpanie 
wystawione na poważną próbę musiało wywołać ogólne zamieszanie. A  okazją było święto, 
które uczczono ponczem. 

Dla ochrony przed deszczem doktor kazał ustawić przy sobie dwa wozy i rozpiąć między 

nimi wielką nieprzemakalną zasłonę. Stąd też towarzystwo mogło siedzieć razem i raczyć się 
znakomitym  trunkiem,  nie  obawiając  się,  że  go  deszcz  rozwodni.  Zabawiano  się  wesołą 
rozmową. Co więcej, Mr Bopkins zapomniał na chwilę o swoich protestach i wniósł toast za 
pomyślność wyprawy. 

Zaledwie  jednak  zaczął,  gdy  nagle  z  zachodniej  strony  nadbiegł  jeden  ze  strażników,  z 

daleka wołając przeraźliwym głosem: 

— Indianie nadchodzą! Indianie! 
Z  największym  pośpiechem  zerwali  się  wszyscy,  chwycili  za  broń  i  pobiegli  w  tym 

kierunku,  skąd  zagrażało  niebezpieczeństwo.  Mr  Bopkins  jednak  zawarł  z  Indianami  tak 
nieprzyjemną  znajomość,  że  odtąd  przeklinał  każdą  sposobność,  która  go  zmuszała  do  jej 
odnowienia. 

Pobiegł czym prędzej do swego wozu, aby się tam ukryć. Właśnie w chwili, gdy zamierzał 

wślizgnąć  się  do  wozu,  wzrok  jego  padł  na  pustą  beczkę,  która  stała  trochę  na  uboczu,  w 
pewnym  oddaleniu  od  obozu.  Zawierała  przedtem  przeróżne  zapasy  i  teraz  po  opróżnieniu 
miano ją zostawić, jako zbędny ciężar. Ledwie Mr Bopkins zauważył ten przedmiot, obudziła 
się w nim myśl, że tam najlepiej będzie się ukryć, bo najchytrzejszy nawet Indianin nie będzie 
go  tam  szukał.  Nie  zastanawiając  się  dłużej,  pobiegł  do  beczki,  wlazł  do  wnętrza  i  chciał 
przycupnąć na jej dnie. 

Nie zauważył, że ta beczka stoi na nieco pochyłym miejscu; skoro więc równowaga została 

zachwiana,  przesunął  się  jej  punkt  ciężkości  i  baryła  poczęła  się  toczyć  z  coraz  większą 
szybkością po stoku do małego jeziorka, które utworzyło się u stóp wzgórka wskutek wylewu 
Rio Salado. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XI 

J

AŚ SIĘ ODPŁACA

 

 
Pozostali  zbyt  byli  zajęci  przygotowaniami  do  obrony,  by  którykolwiek  z  nich  mógł 

zauważyć  ten  drobny  wypadek.  Dopiero  gdy  wyszło  na  jaw,  że  pojawili  się  tylko  dwaj 
Indianie, prawdopodobnie szpiedzy, którzy płynęli czółnem w znacznej odległości od obozu, 
wówczas  dr  Bergman  zauważył  nieobecność  pełnomocnika  South–American–Railway–
Company.  Począł  go  wołać,  ale  gdy  się  nie  odezwał,  rozpoczął  poszukiwania  przy  pomocy 
innych. 

Trud ich był daremny, chociaż przeszukali starannie wszystkie zakątki. Doktor ze strachem 

pytał  się  w  duchu,  czy  czerwonoskórzy  nie  porwali  go  ze  środka  obozu?  Dopiero  gdy 
peonowie zauważyli brak beczki, domyślili się, że stoczyła się do jeziorka. Istotnie na środku 
jeziora,  w  dość  znacznym  oddaleniu  od  brzegu,  spostrzegli  czarny  owal,  z  którego  sterczał 
szary cylinder. 

Beczka  wskutek  szczęśliwego  wypadku  wyprostowała  się  w  wodzie,  zanim  wlało  się  do 

niej  tyle  wody,  by  zatonęła.  Mr  Bopkins  na  razie  wyszedł  cało,  pominąwszy  doznane 
przerażenie  i  zimny  tusz.  Mimo  to  położenie  jego  było  groźne.  Ledwo  dostrzegalny  prąd 
porwał beczkę i niósł ją nieustannie, chociaż powoli, w stronę miejsca, gdzie jezioro zlewało 
się z rzeką. Gdyby tam się dostała, nieszczęsny jankes byłby zgubiony bez ratunku. 

Peonowie  pobiegli  do  wozów,  aby  przygotować  wszystko  do  akcji  ratunkowej.  Jaś 

tymczasem wyprzedził wszystkich krzyknąwszy: 

— To  sposobność  w  sam  raz  dla  mnie!  Zrzuciwszy  surdut,  pobiegł  do  brzegu,  skąd  bez 

namysłu rzucił się w rzekę. Daremnie doktor wołał za nim, że usiłowania jego są bezowocne i 
niebezpieczne  —  dzielny  Jaś  żył  jedną  tylko  myślą:  zmazania  swych  win  wobec  Mr 
Bopkinsa.  Nie  słysząc  wcale  okrzyków  ani  wołań,  dzielnie  pruł  fale  rzeki  bo  chciał  za 
wszelką cenę zbliżyć się do nieszczęśliwego. 

Nie oddalił się jeszcze na dziesięć metrów od rzeki, gdy nagle wydał głośny wrzask bólu i 

skoczył  z  wody  w  górę.  Następnie  zwrócił  się  gwałtownymi  ruchami  w  stronę  brzegu, 
wołając o pomoc. 

Doktor  pobiegł  ku  niemu,  zdumiony  wielce,  gdyż  nic  w  wodzie  nie  zdradzało  obecności 

kajmanów.  Gdy  Jaś  się  zbliżył,  podał  mu  rękę.  Nieszczęsny  pływak  począł  rękoma  drapać 
swe ciało, jak gdyby chciał się uwolnić od napastliwych mrówek. Lecz ubranie jego w wielu 
miejscach było rozdarte, jak gdyby cierniami, a na ramionach widać było liczne małe ranki z 
których powoli ciekła krew. 

Jeden  rzut  oka  na  miejsce,  z  którego  Jaś  wrócił  na  brzeg  pouczył  doktora,  co  było 

przyczyną  osobliwego  wyglądu  jego  kucharza.  W  wodzie  roiło  się  od  małych,  niesłychanie 
kąśliwych  rybek,  które  plemię  Caduwrów  nazywa  „nogoyegi–arikaellio”  i  obawia  się  może 
więcej niż jaguara lub krokodyla. Rybki te, długości zaledwie palca, mają niesłychanie ostre 
uzębienie, które wdziera się w ciało, jak stalowa piłka, i z łatwością wycina trójkątne kawałki 
mięsa. Na wielkie drapieżniki ludzie mają broń, ale na te malutkie, żądne krwi żyjątka nie ma 
ż

adnych  środków,  ponieważ  zawsze  żyją  w  wielkich  stadach  i  już  po  kilku  minutach 

ś

miertelnie wyczerpią każdego pływaka, który dostanie się między nie. 

Peonowie  w  inny  sposób  poczęli  ratować  Mr  Bopkinsa.  Wydarli  z  wozów  pewną  ilość 

długich desek, przywiązali je sznurami i pokryli kilku nieprzemakalnymi płachtami, tak, że w 
okamgnieniu pod ich zręcznymi dłońmi wyrosła tratwa, mogąca unieść dwóch ludzi. 

Gdy ją umieszczono na  wodzie, stanęli na niej dwaj peonowie. W rękach trzymali długie 

tyki  od  pomiarów,  które  w  tej  chwili  spełniały  rolę  wioseł.  W  ten  sposób  płynęli  w  stronę 

background image

beczki,  chociaż  bardzo  wolno.  Wkrótce  widzowie  na  brzegu  zrozumieli,  że  Mr  Bopkins 
dostanie się na otwartą rzekę, zanim wybawcy zdołają dotrzeć do beczki. 

Obaj peonowie musieli to samo zauważyć, gdyż ze wszystkich sił pracowali drągami, ,aby 

jak  najprędzej  przyjść  nieszczęsnemu  jankesowi  z  pomocą.  Rozumieli  doskonale,  że  jeśli 
tratwa  dostanie  się  na  rzekę,  rozbije  się  i  utonie  z  wszelką  pewnością.  Lecz  trud  ich  był 
daremny.  Oddaleni  byli  zaledwie  dwadzieścia  metrów  od  beczki,  gdy  ta  nagle  zaczęła  się 
ż

ywiej  poruszać  i  obracając  się  zwolna  dokoła  własnej  osi,  wpłynęła  do  głównego  łożyska 

rzeki. 

Trzeba  się  było  teraz  zdobyć  na  szybki  i  energiczny  krok.  Peonowie  złożyli  długie  tyki  i 

wzięli w ręce lassa które połączyli ze sobą. Następnie jeden z nich stanął na tratwie, szeroko 
w  rozkroku,  aby  spróbować  trudnego  rzutu.  Trzykrotnie  okręcił  się  powróz  nad  jego  głową, 
potem,  zakreśliwszy  ogromny  łuk,  spadł  na  beczkę.  Rozległ  się  głośny  okrzyk  radości,  gdy 
pętla dokładnie chwyciła baryłkę, którą peon natychmiast począł ciągnąć. 

Mr  Bopkins  był  uratowany  i  zachowywał  się  spokojnie,  z  obawy,  aby  beczka  pod 

wpływem  nieostrożnego  ruchu  się  nie  wywróciła.  Wielkie  niebezpieczeństwo,  które  mu 
zagrażało, uczyniło go roztropnym. Szybkim ruchem chwycił rzemień i umocnił go z obawy, 
aby nie ześliznął się. 

Tymczasem peonowie doprowadzili do równowagi tratwę, którą zachwiał rzut lassa. Jeden 

z nich wiosłował z całych sił, drugi tymczasem ciągnął ostrożnie beczkę z przedstawicielem 
South–American–Railway–Company.  Po  kilku  minutach  napięcia  oba  statki  prawie 
równocześnie uderzyły o brzeg i Mr Bopkins stanął na suchej ziemi. 

Przede  wszystkim  podziękował  serdecznie  obu  peonom  za  ratunek,  po  czym  udał  się  do 

obozu, aby doktorowi opowiedzieć o swej przygodzie. Lecz gdy się dowiedział od niego, że 
nie  było  mowy  o  jakimkolwiek  napadzie  i  że  ogólne  zamieszanie  spowodował  zbytni 
pośpiech straży, wówczas zachmurzyła się jego twarz. 

— Ja protestuję — rzekł — by mnie uważano za cel wszystkich głupich dowcipów! A pan 

jeszcze  wykorzystuje  to  wszystko!  To  będzie  pana  drogo  kosztowało,  Mr  Bergman! 
Przysięgam panu na to, jakem Bopkins! 

Daremnie  doktor  usiłował  wyjaśnić  mu  prawdę.  Jankes  stracił  doszczętnie  humor  i 

zamknął się w swoim wozie. 

Pozostali  członkowie  wyprawy  przestali  się  troszczyć  o  niego  i  zasiedli  razem  do 

przerwanej  uczty.  Doktor  niebawem  kazał  napełnić  balon,  bo  zamierzał  z  góry  zbadać,  czy 
obaj Indianie nie byli zwiastunami większego oddziału czerwonoskórych. 

Podczas  gdy  wykonywano  jego  rozkazy,  udał  się  raz  jeszcze  do  swego  kucharza,  aby  go 

obandażować,  o  ile  to  się  okaże  niezbędne.  Ten  tymczasem  wykąpał  się  w  czystej  wodzie 
deszczowej  i  siedział  już  w  wozie  kuchennym,  gdzie  właśnie  pół  metra  plastra  angielskiego 
pociął na małe kwadraciki, którymi pozalepiał niezliczone ranki na całym ciele. 

Doktor na ten widok wybuchnął głośnym śmiechem. 
— Podoba  się  to  panu,  panie  doktorze!  —  zawołał  Jaś  na  dźwięk  jego  głosu.  —  Zaiste 

muszę  teraz  wyglądać,  jak  wędrowny  aptekarz.  Ale  jak  te  podłe  bydlątka  mnie  kąsały! 
Zdawało mi się, że chcą befsztyk ze mnie zrobić… A wtedy nie miałem najmniejszej ochoty 
do  śmiechu!  Co  tam,  wszystko  mija  na  świecie,  więc  i  to  minie!  Będę  jeszcze  zdrów,  jak 
ryba! Choć swoją drogą nigdy we śnie nawet nie przeszło mi przez głowę, by mnie mogło coś 
takiego spotkać! Tak, tak, to stara prawda, że wszystko mści się na świecie! 

— A  więc  —  odparł  doktor  na  tę  filozoficzną  uwagę  swego  służącego  —  widocznie 

nagrzeszyłeś tyle, że ci sumienie nie daje spokoju. 

Jaś spostrzegł, że się mimo woli zdradził i niespokojnie z boku zerknął na doktora. 
— Mam coś istotnie na sumieniu — rzekł — ale mam nadzieję, że mi pan doktor łaskawie 

już nie zaleje sadła za skórę, którą ta banda wściekłych ryb tak pięknie podziurawiła! 

background image

— No,  no!  —  odparł  doktor.  —  Uwzględniając  twoje  poświęcenie  i  brawurową  odwagę, 

przebaczę ci wszystko z góry, lecz pod tym warunkiem, że wyznasz otwarcie, co ciebie gnębi. 

— Widzi  pan  doktor  —  mówił  Jaś  z  widoczną  ulgą  —  gdy  ten  angielski  baron  miał 

przygodę  z  bawołem,  ten  drugi  pan,  który  jest  przedstawicielem  jakiegoś  tam  Towarzystwa, 
potajemnie  począł  się  zeń  wyśmiewać…  To  mnie  poczęło  złościć,  więc  pomyślałem  sobie: 
„Jasiu,  ty  mu  za  to  musisz  dosolić,  musisz  mu  zapłacić!”  Więc  kiedy  w  kilka  dni  później 
znalazłem te mrówki… 

— A ty drabie! — przerwał mu doktor z udanym gniewem. — Mnie od razu przyszło na 

myśl, że mrówki z własnego popędu nie znalazły drogi do obozu! Ale w jaki sposób, u licha, 
urządziłeś ten kawał? 

— To  nie  jest  takie  trudne,  jakby  się  zdawało  —  odparł  Jaś  i  opowiedział,  w  jaki  sposób 

użył miałkiego cukru. 

— Doktor rzekł: 
— Przyznasz sam, że zasłużyłeś przez to na surową karę. 
— Tak — przyznał się Jaś. — Pomyślałem sobie to samo, gdy się przekonałem na własne 

oczy,  że  mrówki  w  tutejszej  okolicy  to  także  zjadliwe  istoty.  Wówczas  postanowiłem 
naprawić krzywdę temu amerykańskiemu panu, i dlatego dziś wskoczyłem za nim do wody, 
gdzie mnie te przeklęte ryby tak pokąsały. 

— Właściwie  powinieneś  Mr  Bopkinsa  poprosić  o  przebaczenie  —  odparł  doktor  ze 

ś

miechem. 

— Nie!  Nie!  —  zaprotestował  żywo  Jaś.  —  To  by  było  dla  mnie  upokorzeniem!  To  by 

uwłaczało  memu  honorowi!  Źle  byłoby,  gdyby  każdy  mógł  prośbą  o  wybaczenie  wszystko 
naprawić!  Kto  jest  prawym  człowiekiem,  ten  musi  sam,  własnym  czynem,  wynagrodzić 
wyrządzoną szkodę! 

— Ze względu na twą odwagę tym razem wszystko pokryjemy milczeniem. 
Po  tych  słowach  doktor  wydobył  z  podręcznej  apteczki  kilka  wielkich  bandaży,  którymi 

owinął  całe  ciało  swego  służącego,  aby  plastry  nie  odklejały  się  od  ran  wskutek  tarcia  o 
ubranie.  Jaś  zadowolony  z  takiego  obrotu  sprawy,  zabrał  się  do  przyrządzenia  wieczerzy, 
gwiżdżąc sobie wesołą piosenkę. 

Doktor  wyszedł  z  wozu.  Ponieważ  balon  był  już  gotów  do  powietrznej  podróży,  zatem 

wsiadł  do  gondoli  i  uniósł  się  w  powietrze.  Niestety  daremnie  wypatrywał  Indian.  Zdawało 
mu się tylko, że daleko na zachodzie, na jednej z odnóg rzeki, poruszają się ciemne podłużne 
przedmioty.  Ponieważ  słońce  stało  już  bardzo  nisko  nad  horyzontem,  a  więc  nawet  przy 
pomocy  lunety  nie  był  w  stanie  zobaczyć  nic  wyraźnego.  Musiał  tylko  zadowolić  się 
ustaleniem  dalszej  najwygodniejszej  drogi.  Następnie  wrócił  do  obozu,  gdzie  usiadł  przy 
ognisku wraz z towarzyszami podróży i zabawiał się wesołą rozmową. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XII 

P

IERWSZE SPOTKANIE

 

 
Drugiego  dnia  po  nowym  roku  o  świcie  cały  obóz  wyrwał  z  objęć  słodkiego  snu  okrzyk 

strażnika: 

— Baczność! Nadchodzą! 
Nasi podróżnicy spiesznie zerwali się na równe nogi i chwycili za broń. Zdążyli jeszcze na 

czas,  w  momencie  kiedy  Indianie  poczęli  szturmować  wzgórze  równocześnie  z  trzech  stron, 
zbici w gęste grupy, liczące około dwustu wojowników. Europejczycy powitali ich strzałami 
karabinów. 

Czy  Indianie  wykorzystali  noc,  aby  się  zbliżyć  do  obozu  od  tej  dalekiej  odnogi  rzecznej, 

gdzie  ich  zauważył  doktor  z  balonu?  A  może  już  od  dłuższego  czasu  kręcili  się  w  okolicy, 
lecz strażnicy ich nie zauważyli? Doktor nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Wśliznął się 
czym  prędzej  do  pancernego  wozu,  pułkownik  tymczasem  objął  komendę  nad  pozostałą 
załogą. 

Niestety,  dr  Bergman  nie  mógł  włączyć  się  do  walki,  albowiem  nie  miał  pola  ostrzału. 

Ponieważ  napastnicy  wdzierali  się  na  stoki  wzgórza,  przeto  wozy  znajdowały  się  wciąż 
pomiędzy nimi a wieżą pancerną, chociaż doktor podniósł ją tak wysoko, jak tylko mógł. To 
było  bardzo  niepomyślną  okolicznością  dla  jego  towarzyszy.  Mimo  swoich  repetowanych 
karabinów  nie  mogli  zyskać  przewagi  nad  szturmującymi  Indianami,  którzy  zbliżali  się  z 
każdą sekundą coraz bardziej. 

Doktor krzyknął coś w kierunku pułkownika, który natychmiast zrozumiał rzucone słowa i 

wydał odpowiednie rozkazy. Obrońcy odciągnęli na bok dwa wozy, w ten sposób, że w tym 
miejscu powstała obszerna luka. Następnie skupili swe siły celem obrony punktów obwodu. 

Gdy Indianie spostrzegli to słabe pozornie miejsce — leżało ono na wschodniej stronie — 

uderzyli  w  tym  kierunku  w  znacznej  liczbie  i  szybko  wydostali  się  na  szczyt  wzgórza. 
Wówczas  doktor  kazał  przemówić  karabinowi  maszynowemu,  który  pobłogosławił 
napastników  tak  boleśnie,  że  w  okamgnieniu  stracili  odwagę  i  uciekli  wśród  powszechnego 
zamieszania. 

Peonowie  powitali  ten  odwrót  okrzykami  radości,  którym  odpowiedziało  wściekłe  wycie 

czerwonoskórych.  Z  kolei  biali  odsunęli  na  bok  także  inne  wozy  tak,  że  doktor  mógł 
ostrzeliwać  cały  stok  z  południowej  i  zachodniej  strony.  Takiemu  gradowi  pocisków  nie 
mogli  się  oprzeć  Indianie  mimo  podziwu  godnego  męstwa.  Wkrótce  zniknęli  wśród  gęstych 
zarośli.  Obóz  był  ocalony.  Doktor  zszedł  z  wieży  pancernej,  aby  z  innymi  panami  naradzić 
się, co należy począć w obecnym położeniu. Wszyscy przywitali go okrzykami radości. 

— Wspaniale,  panie  doktorze!  —  zawołał  jeden  z  peonów.  —  Nauczył  ich  pan  rozumu! 

Teraz ruszymy w ślad za nimi i przetrzepiemy im skórę, zanim ochłoną po tym ogłuszającym 
ciosie! Adelante! — krzyknął, zwróciwszy się do innych i chciał biec do swego konia. 

— Stój!  —  krzyknął  doktor,  chwytając  go  za  „poncho”  (rodzaj  płaszcza)  —  nie  możemy 

zbytnio opróżniać obozu! Kto wie czy inni nie czatują w ukryciu? 

— Nie  sądzę  —  przerwał  pułkownik.  —  Czerwonoskórzy  nie  dorośli  jeszcze  do  takich 

wyżyn taktycznej sztuki. Jeśli nie udało im się zdobyć obozu, pozostawią go na jakiś czas w 
spokoju,  dopóki  nie  nadarzy  się  sposobność  do  nowego  napadu.  Sądzę,  że  nie  zaszkodzi 
krótki pościg, który nie zaprowadzi nas daleko od obozu. 

— Zgoda — rzekł doktor — Niech pan weźmie połowę naszych ludzi i rozpocznie pościg. 

Dla  bezpieczeństwa  pójdę  znów  na  wieżę,  aby  panu  zabezpieczyć  odwrót,  jeśli  to  się  okaże 
konieczne. 

background image

Pułkownik  machnął  dłonią  na  znak,  że  to  nie  potrzebne.  W  kilka  chwil  potem  wraz  z  sir 

Allanem i pięciu peonami zjechał po stoku i znikł w zaroślach, w których ukryli się Indianie. 

Ranni,  o  ile  mogli  biec,  spiesznie  uciekali  przed  nimi,  dobywając  wszystkich  sił.  Biali 

poczęli ich ścigać, tymczasem w odległym zakątku lasku zebrało się około pięćdziesięciu nie 
ranionych dotychczas wojowników, którzy z rozmachem uderzyli na swych wrogów. 

Doktor  nic  nie  wiedział  o  tym  wypadku,  bo  gałęzie  i  liście  zakrywały  przed  jego  oczami 

zarówno  przyjaciół,  jak  i  nieprzyjaciół.  Gdy  walka  przeniosła  się  w  krótki  czas  potem  na 
otwartą  łąkę,  spostrzegł  najpierw  uciekających  Indian,  którzy  na  ślepo  rozproszyli  się  na 
wszystkie  strony,  a  za  nimi  pułkownika  z  towarzyszami.  Ledwie  ci  przebyli  przestrzeń 
trzydziestu kroków, gdy nagle pojawił się silny oddział czerwonoskórych, którzy z dzidami w 
ręku poczęli biec za nimi, dorównując koniom pod względem szybkości. 

Przerażony doktor zrozumiał niebezpieczeństwo swoich, więc zadął w róg alarmowy, aby 

ich  ostrzec,  a  potem  skierował  karabin  maszynowy  na  Indian.  Skoro  pułkownik  usłyszał 
sygnał,  obejrzał  się  i  kazał  zatrzymać  się  swoim.  Teraz  trzeba  było  przełamać  linię, 
oddzielającą ich od obozu, jeśli nie mieli być odcięci. 

Czerwonoskórzy,  którzy  dotychczas  biegli  za  białymi  w  dość  szerokiej  linii,  zrozumieli 

natychmiast  zamiar  pułkownika  i  zbiegli  się  w  tym  punkcie,  gdzie  prawdopodobnie  miał 
nastąpić  przełom.  Wprawdzie  ponieśli  oni  ostatnio  świeże  straty  wskutek  ognia  karabinu 
maszynowego,  ale  doktor  musiał  niebawem  przestać  strzelać,  jeśli  nie  chciał  razić  swoich 
ludzi. Tym sposobem ci ostatni byli skazani na własne siły. 

Pułkownik  i  peonowie  byli  na  tyle  zaznajomieni  ze  sposobem  wojowania  Indian,  aby 

wiedzieć, jak się mają zachować. Zwartym szykiem rzucili się na wrogów, którzy czekali na 
nich  z  nastawionymi  dzidami.  Z  pięciu  kroków  strzelili  w  sam  środek  czerwonoskórych  z 
rewolwerów,  tak,  że  wielu  z  nich  padło  i  otworzyła  się  luka  w  ich  szeregach.  Lecz  nie  była 
ona  tak  wielka,  by  wszyscy  jeźdźcy  mogli  w  nią  wtargnąć.  Dlatego  też  błyskawicznie  w 
ostatniej  chwili  utworzyli  klin  i  śmiałym  skokiem  znaleźli  się  w  środku  wrogów,  którzy 
zmieszali się bezładnie. Śmiały krok poskutkował. Czerwonoskórzy rozbiegli się w popłochu 
na wszystkie strony, a dzielni jeźdźcy wrócili wśród zwycięskich okrzyków do obozu. 

Niestety,  w  gorączce  walki  zapomnieli,  że  sir  Allan  nie  miał  takiej  umiejętności  jazdy 

konnej.  Pozostał  o  kilka  łokci  w  tyle  za  innymi  i  ta  krótka  zwłoka  wystarczyła,  aby 
spowodować jego nieszczęście. 

Indianie  znaleźli  czas,  aby  ochłonąć  z  przerażenia  po  przełomie  i  rozpoczęli  atak  na 

ostatniego jeźdźca. Pół tuzina oszczepów przeszyło konia Sir Allana, który runął, jak gromem 
rażony.  Czerwonoskórzy  przyskoczyli,  porwali  jeźdźca,  ogłuszonego  upadkiem,  i  szybko 
zawlekli  go  w  głąb  zarośli.  Tutaj  skrępowali  go  powrozami,  za  pomocą  gwizdów  dali  znać 
rozproszonym  Indianom,  gdzie  się  mają  zebrać,  na  koniec  rozbiegli  się  po  lesie  we 
wszystkich kierunkach, aby uniemożliwić wszelki pościg. Przy jeńcu pozostało tylko dwóch, 
którzy zmusili go, by się udał z nimi w zachodnim kierunku, i to tak szybko, jak tylko mógł. 

Pułkownik  Iquite  i  peonowie  spostrzegli  brak  sir  Allana  dopiero  w  obozie,  gdyż  nie 

zrozumieli  znaków,  które  już  z  daleka  dawał  im  doktor.  Chcieli  z  miejsca  wracać,  aby 
naprawić  błąd.  Lecz  za  namową  dra  Bergmana  dali  spokój  temu  zamiarowi.  Było  rzeczą  aż 
nazbyt  jasną,  że  Indianie  raczej  zabiją  jeńca,  niż  go  wydadzą.  Jeśli  nie  uda  się  uwolnić 
biednego entomologa z niewoli, będzie zgubiony. 

Właśnie  biali  zamierzali  rozpocząć  naradę,  w  jaki  sposób  uwolnić  nieszczęsnego  jeńca, 

gdy nagle usłyszeli głośny płacz. Gdy się odwrócili, spostrzegli przy jednym z wozów Johna, 
służącego sir Allana, który zakrył sobie twarz dłońmi i łkał, jak małe dziecko. 

— John,  bądź  mężczyzną!  —  upomniał  go  doktor,  przystąpiwszy  doń  i  położywszy  mu 

dłoń na ramieniu. 

— My uczynimy wszystko, co leży w naszej mocy, aby uwolnić twego pana! 

background image

— O,  niech  pan  to  uczyni,  Mr  Bergman!  —  zawołał  John,  składające  ręce,  jak  do 

modlitwy. — Jeśli mój pan nie wróci żywy z tej niewoli, to i ja jestem stracony! 

— Przecież  nikt  cię  z  tego  powodu  nie  będzie  pociągał  do  odpowiedzialności!  —  rzekł 

doktor. 

— O,  pan  nie  wie  wszystkiego  —  biadał  John,  płacząc  gorzko.  —  Gdyśmy  wyjeżdżali  z 

domu,  lord,  który  jest  wujem  mego  pana,  wziął  mnie  na  bok  i  rzekł:  „John!  pilnuj  mego 
siostrzeńca! Jeśli mu się coś złego stanie, lub jeśli sam jeden wrócisz, każę ci ściągnąć skórę, 
jak mnie tu żywego widzisz!” 

— Ściągnąć skórę? — spytał zdumiony doktor. — Co to ma znaczyć? 
— Ja nie wiem, sir — biadał John, kiwając głową. — Lecz lord będzie wiedział, a jeśli on 

coś wie, to musi to być coś okropnego! A ja za nic w świecie nie chciałbym być obciągnięty 
ze skóry! 

Doktor  począł  się  śmiać,  przekonawszy  się,  że  rzekome  przywiązanie  sługi  do  pana  jest 

tylko zwyczajną obawą o całość własnej skóry. Wrócił potem do pułkownika i rzekł: 

— Co za przeklęte położenie! Indianie z pewnością rozbiegli się we wszystkich kierunkach 

tak,  że  tylko  z  najwyższym  trudem  moglibyśmy  wpaść  na  ślad  sir  Allana.  Nie  ulega 
najmniejszej  wątpliwości,  że  wszyscy  Indianie  po  jakimś  czasie  zbiorą  się  w  pewnym 
oznaczonym punkcie. Wszystkie przejścia do tego miejsca będą z pewnością pilnie strzeżone 
tak,  że  o  nagłym  napadzie  na  czerwonoskórych  nie  można  nawet  myśleć.  Musimy  zatem 
podejść  ich  z  tyłu  i  poznać  dokładnie  położenie  punktu  zbornego.  Okolica  tutejsza  jest 
niezbadana,  porosła  gęstym  lasem  tak,  że  nawet  z  balonu  nie  można  by  niczego  zobaczyć. 
Dlatego też nie można się nawet domyślić, gdzie się Indianie zgromadzą. Nie mam pojęcia, w 
jaki sposób wywikłać się z tego trudnego położenia. 

— Może ja to panu ułatwię — rzekł Miguel Rodilla. 
Wszyscy obsypali go stu najrozmaitszymi pytaniami, na co tenże rzekł z uśmiechem: 
— Senores, czy nie bylibyście łaskawi poczekać, aż skończę? 
Inni umilkli, Rodilla zaś mówił dalej: 
— Słyszeliście może panowie, że Indianie porozumiewają się za pomocą gwizdania. Otóż 

te gwizdy są u pewnych plemion tak wykształcone, że częściowo zastępują mowę. Dają sobie 
tego rodzaju znaki na polowaniach, bo one mniej płoszą zwierzęta, niż  głos ludzki. Stąd też 
mają odrębny znak na każde zwierzę, a także wiele innych słów oznaczają gwizdem, jak: w 
lewo,  w  prawo,  wschód  i  zachód  słońca,  rzeka,  góra  i  tym  podobne.  Musiałem  się  tego 
wszystkiego wyuczyć, bo w czasie polowań używano mnie często do stania na czatach, stąd 
też  rozumiałem  także  gwizdy,  rozlegające  się  po  lesie,  gdzie  Indianie  znikli,  a  wraz  z  nimi 
senor Ingles. 

— Mów pan prędzej! — krzyknął doktor. — To byłoby nieocenioną zdobyczą, gdybyśmy 

mogli  wiedzieć,  dokąd  czerwonoskórzy  zawlekli  pana  Bendixa.  Lecz  chodzi  o  to,  czy  te 
sygnały u wszystkich plemion są jednakowe. 

— To proste — odparł Miguel Rodilla. — Żyłem wśród członków plemienia „Toba”, a ci 

czerwonoskórzy,  którzy  nas  napadli  należą  także  do  tego  plemienia,  chociaż  skądinąd 
pochodzą.  Plemię  „Toba”  wchłonęło  szczep  „Montacco”,  swoich  dawnych  sąsiadów  i 
przyjęło  wiele  ich  zwyczajów,  a  przede  wszystkim  sposób,  w  jaki  stroją  się  na  wyprawę 
wojenną. Twarz i częściowo ciało malują sobie czarną farbą, mierzwią sobie włosy, aby tym 
straszniej wyglądać, wreszcie zdobią się czerwonymi i żółtymi piórami. 

— W  ten  sposób  właśnie  wyglądali  nasi  napastnicy  —  potwierdził  doktor.  —  Stąd  też 

mógł pan zrozumieć owe tak ważne dla nas sygnały. 

— Nie  wątpię  w  to  —  odparł  Rodilla.  —  Pierwszy  znak,  rozkazujący  wszystkim  rozbiec 

się,  słyszałem  często  wówczas,  gdy  jakaś  grupa  myśliwych  natknęła  się  niespodzianie  na 
jaguara  lub  pumę  i  chciała  pozostałych  ostrzec.  Potem  nastąpiły  dwa  wysokie,  przeraźliwe 
pogwizdy,  oznaczające  „dwa”  —  następnie  przeciągły  gwizd,  oznaczający  dzień,  na  koniec 

background image

znak dla cichej wody, bagna i krokodyla. Z tego wnioskuję, że chwilowo się rozproszyli, aby 
potem zebrać się po dwóch dniach nad bagnem krokodyli. To bagno musimy odszukać. 

— To odkrycie jest istotnie drogocenne — zawołali doktor i pułkownik. 
Ostatni mówił dalej: 
— Istotnie  będzie  trudną  sprawą  ustalić  położenie  tego  bagna.  Ponieważ  ono  zowie  się 

bagnem  krokodyli,  stanowi  niewątpliwie  ulubione  miejsce  tych  potworów,  którego  znów 
starannie  unikają  ptaki  wodne.  Ten  fakt  możemy  z  góry  ustalić,  nie  badając,  gdzie  znajduje 
się  najwięcej  krokodyli.  Nasuwa  się  tylko  pytanie,  czy  to  bagno  łączy  się  z  Rio  Salado 
przynajmniej  w  czasie  wylewów,  czy  też  jest  moczarem,  leżącym  na  uboczu,  wśród 
pierwotnego boru. W takim wypadku to zagadnienie nie byłoby nie do rozwiązania. 

— To  ostatnie  przypuszczenie  uważam  za  nieprawdopodobne  —  odparł  doktor.  — 

Indianie  umieją  doskonale  oceniać  dodatnie  strony  dróg  wodnych.  Marsz  wyczerpuje  i 
odbiera  członkom  ciała  świeżość,  potrzebną  do  napadu,  tymczasem  na  czółnach  można  się 
daleko  szybciej  posuwać  naprzód.  Z  tego  też  powodu  także  i  tym  razem  czerwonoskórzy 
wrócą do Rio Salado, nie sądzę bowiem, by dzisiejszy napad miał być ostatni, ani też, by się 
zadowolili jednym tylko jeńcem. 

— Temu  nie  mogą  zaprzeczyć.  Stąd  też  będzie  najlepiej,  jeśli  wsiądziemy  w  czółno  i 

rozpoczniemy poszukiwania w górnej części rzeki. 

— Przypominam  sobie  —  rzekł  doktor  —  że  wczoraj  wieczorem  zauważyłem  osobliwy 

ruch  na  odnodze  rzeki,  położonej  na  zachodzie.  Niestety  złe  oświetlenie  przeszkodziło  mi 
dokładniej  zaobserwować  to  zjawisko.  Lecz  gdy  zestawię  to  spostrzeżenie  z  dzisiejszym 
napadem, mam wrażenie, że Indianie wczoraj wieczorem z tego miejsca wyruszyli i w ciągu 
nocy wodą dopłynęli aż w pobliże naszego obozu. 

— Pokaże mi pan to miejsce? — spytał pułkownik. 
— Natychmiast — odparł dr Bergman i kazał przygotować balon. 
Gdy to zrobiono, obaj panowie wsiedli do gondoli, a doktor pokazał swemu towarzyszowi 

podejrzane  miejsce.  Tym  razem  oświetlenie  było  lepsze,  ponieważ  światło  padało  ze 
wschodu.  Luneta  pokazała  dokładnie  ramię  rzeki,  samotnie  leżące  między  zalesionymi 
brzegami. Czy tam są ptaki wodne, tego nie można było ustalić. 

— Nasuwa się pytanie — rzekł pułkownik, gdy znów stanęli na ziemi — kto podejmie się 

uwolnić naszego towarzysza z niewoli. Rozumie się samo przez się, że pan, panie doktorze, 
musi pozostać w obozie. Dlatego też wezmę sam na siebie to zadanie, o ile mi pan da pełne 
swoje zaufanie. 

— Nie  znam  nikogo  lepszego  od  pana  —  odparł  doktor.  —  Sam  jestem,  niestety,  zbyt 

związany z obozem, bym mógł na własną rękę rozpocząć poszukiwania przyjaciela. Indianie 
z  pewnością  pozostawili  szpiegów  tutaj  w  pobliżu  i  uderzyliby  jeśli  by  się  od  nich 
dowiedzieli, że rozdzieliliśmy nasze siły. 

— Nie  mam  zamiaru  brać  ze  sobą  wielu  towarzyszy  —  rzekł  pułkownik.  —  Ten  Miguel 

Rodilla,  który  zna  doskonale  wszystkie  kroki  czerwonoskórych,  odpowiada  mi  najbardziej. 
Prócz  tego  we  dwóch  łatwo  się  ukryjemy  przed  ciekawymi  oczami  czerwonych  szpiegów. 
Teraz  trzeba  nam  szybkiego  czółna,  albowiem  moim  zdaniem  tego  rodzaju  przedsięwzięcie 
na lądzie jest wykluczone. Przyszlibyśmy za późno i już na początku Indianie odkryliby nas. 
Spytam naszych peonów, czy potrafiliby do wieczora sporządzić szybkie i lekkie czółenko. 

Istotnie  peonowie  na  czas  zbudowali  lekką  łódź,  która  odpowiadała  w  zupełności 

wymaganiom pułkownika. 

Gdy  doktor  spytał  Miguela,  czy  się  odważy  na  tak  śmiałą  wyprawę,  ten  położył  dłoń  na 

swych piersiach i rzekł szczerze: 

— Senor,  panu  zawdzięczam,  że  się  znów  mogę  nazywać  chrześcijaninem.  Dlatego  też 

gotów  jestem  do  największych  ofiar.  Poza  tym  znam  zbyt  dobrze  straszliwy  los,  jaki  czeka 

background image

pana  Allana  w  razie,  jeśli  go  na  czas  nie  wyrwiemy  ze  szponów  czerwonoskórych.  Bez 
wahania jestem gotów życie dla niego poświęcić ! 

Doktor  serdecznie  uścisnął  dłoń  śmiałemu  człowiekowi,  po  czym  wraz  z  pułkownikiem 

omówił  rozmaite  szczegóły,  zwłaszcza,  w  jaki  sposób  mają  dać  znać  obozowi,  w  razie 
odkrycia miejsca, gdzie się sir Allan znajduje. 

Gdy  nastał  wieczór,  obaj  odważni  ludzie  pożegnali  się  z  przyjaciółmi,  zsunęli  czółno  na 

wodę i odpłynęli. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XIII 

N

A CZATACH

 

 
Wkrótce dopłynęli do rzeki. Dotychczas pułkownik i Rodilla z trudem walczyli z prądem, 

teraz zaś szybko płynęli naprzód. Przepłynąwszy połowę przestrzeni, ukryli się pod liściastym 
dachem drzew, wyrastających z wody. Tutaj spędzili cały dzień. 

Skoro  noc  poczęła  otulać  cały  świat  Mroczną  zasłoną,  zaczęli  dalej  płynąć,  wiosłując 

dzielnie,  aby  jeszcze  przed  wschodem  słońca  dotrzeć  do  tej  odnogi  rzecznej,  którą  doktor 
oznaczył. 

Skoro  tam  wpłynęli,  zauważyli  ku  swej  radości  po  drugiej  stronie  laguny  błyszczące 

ognisko. Był to bez wątpienia znak, że się znajdują na właściwym miejscu. 

Dopóki  było  ciemno,  wiosłowali  ostrożnie,  unikając  zdradzieckiego  plusku  wody.  Potem 

skręcili na lewo, pod zwisającymi gałęziami, które otaczały moczar krokodyli. Że się na tym 
moczarze znajdowali, przekonali się kiedy pierwszy brzask obielił okolice. Ani jeden ptak nie 
trzepotał się nad obszerną płaszczyzną wodną. Natomiast dokoła łodzi, choć w przyzwoitym 
oddaleniu, sterczało z wody pół tuzina straszliwych paszcz krokodylich. 

Obaj wywiadowcy przywiązali tutaj swoje czółno, po czym  wydostali się na dość stromy 

brzeg.  Dokoła  nie  było  ani  śladu  wrogów.  Tylko  na  zachodnim  krańcu  laguny  błyszczało 
ognisko, gasnące jednak wskutek blasku wstającego dnia. 

Ponad  głowami  obu  mężczyzn  obudziła  się  skrzydlata  rzesza.  Słychać  było  pogwizdy, 

ś

piewy, nawoływania, tudzież wrzaski małp, skaczących z drzewa na drzewo w poszukiwaniu 

owoców. 

Miguel  Rodilla  znajdował  się  w  swoim  żywiole.  Przydało  mu  się  znakomicie  to,  czego 

wyuczył  się  w  czasie  niewoli  u  Indian.  Bez  szelestu,  jak  Indianin,  wyrosły  wśród  lasów  i 
stepów,  przesuwał  się  w  gęstwinie.  Pułkownik  szedł  za  nim,  naśladując  jego  ruchy. 
Kilkakrotnie  spotkali  w  gęstwinie  wąskie,  ledwo  widoczne  ścieżki  indiańskie,  musieli  także 
przechodzić  przez  małe  strumienie.  Kilkakrotnie  zatrzymali  ich  przechodzący  w  pobliżu 
Indianie.  Spieszyli  oni  do  punktu  zbornego,  ale  na  szczęście  posuwali  się  w  gęstwinie  dość 
nieuważnie, albowiem mniemali, że są zupełnie bezpieczni. 

W ten sposób upłynęło pięć godzin. Pułkownik przestał się orientować i już nie wiedział, 

w którym kierunku obaj się posuwają. Na szczęście nie zdarzyło się to, czego Miguel Rodilla 
najwięcej się obawiał: nie natrafili ani na jaguara ani na żadne inne niebezpieczne zwierzę. W 
tym wypadku bowiem musieliby się bronić karabinami, a przez to strzałami zwrócić na siebie 
uwagę Indian. 

Wreszcie  Miguel  Rodilla  zatrzymał  się  i  dał  znak  pułkownikowi.  Obaj  wyjrzeli  przez 

szczelinę  w  gęstwinie.  Widok,  jaki  ujrzeli,  ucieszył  serce  oficera.  Przed  nimi  leżał  punkt 
zborny  Indian,  w  odległości  pięćdziesięciu  zaledwie  kroków.  Na  legowiskach  spoczywało 
czterech  wodzów,  wspaniale  zdobionych.  Byli  to  prawdopodobnie  wodzowie  tych 
wojowników, którzy mieli się zjawić w ciągu dnia. Leżeli bez ruchu, milcząc i paląc fajki. 

Przed  nimi  spoczywało  na  ziemi  w  malowniczych  pozach  około  pięćdziesięciu 

wojowników.  Jedni  naprawiali  broń,  drudzy  spali  lub  palili  fajki.  Nigdzie  nie  można  było 
odkryć  strażników:  widocznie  Indianie  tutaj  czuli  się  zupełnie  bezpieczni  i  nie  zastosowali 
ż

adnych środków ostrożności. 

Miguel  Rodilla  cofnął  się  wraz  z  towarzyszem  znów  w  głąb  puszczy  i  wielkim  łukiem 

okrążył całe obozowisko. Tutaj spostrzegł ogromne drzewo, na które obaj się wspięli. Usiedli 
na mocnym konarze i poczęli obserwować obozowisko Indian. 

Nie  mogli  wybrać  sobie  lepszego  miejsca.  Obóz  czerwonoskórych  leżał  pod  nimi,  jak  na 

dłoni.  Sytuacja  w  nim  nie  zmieniła  się  ani  trochę.  Tylko  co  jakiś  czas  nadchodzili  z  głębi 

background image

puszczy nowi Indianie, którzy pozdrawiali wodzów i kładli się na trawie, aby palić fajki lub 
spać. 

Dopiero  po  południu  ujrzeli  obaj  wywiadowcy  to,  na  co  cierpliwie  czekali.  Na  polance 

ukazał się sir Allan, prowadzony przez dwóch dobrze uzbrojonych wojowników. Był bardzo 
wyczerpany długotrwałym marszem przez gęsty las. Włosy spadły mu w nieładzie na czoło, a 
ubranie było w wielu miejscach podarte. 

Stanął  przed  wodzami,  którzy  przemawiali  doń  po  portugalsku  i  hiszpańsku.  Lecz  sir 

Allan,  jako  prawdziwy  Anglik,  umiał  tylko  po  angielsku  mówić,  toteż  nie  mógł  im  dać 
ż

adnych  wyjaśnień.  Wodzowie  kazali  go  odprowadzić  na  bok  i  przywiązać  do  drzewa. 

Dotychczasowych jego strażników zastąpiono innymi. 

— Na razie nie możemy nic uczynić dla uratowania go — szepnął Miguel Rodilla do ucha 

pułkownika. — Ale gdy się ściemni, zejdę z drzewa i spróbuję się przedrzeć do niego. 

— Gdyby nie było tych strażników! — westchnął pułkownik. 
— Nie troszczę się o nich — odparł Miguel Rodilla. — Mam nadzieję, że czerwonoskórzy 

poczekają  tutaj  do  jutra.  Odbyli  długi  marsz  i  muszą  porządnie  wypocząć.  Gdy  wszyscy 
zasną, będziemy mogli strażników zabić, a sir Allana uwolnić. Ale jak z nim uciekniemy? 

— Istotnie — rzekł pułkownik — jest śmiertelnie znużony i w tym stanie nie będzie mógł 

biec. 

— I na to znajdzie się rada — odparł tamten. — Po prostu na przemian będziemy go nieśli. 

Lecz jak mi wiadomo, czerwonoskórzy zmieniają co dwie godziny straż. Do uwolnienia jeńca 
trzeba  nam  godziny.  Będziemy  chyba  go  musieli  ukryć,  Indianie,  gdy  spostrzegą  jego 
ucieczkę,  będą  z  pochodniami  biegli  za  nami,  a  wobec  tak  wielkiej  przewagi,  nic  nam  nie 
pomoże nawet nasza doskonała broń. Gdyby te czerwone draby miały bodaj jedną łódź! 

— Nie powinniśmy byli tak daleko pozostawić naszego czółna. 
— Pomyliłem się, niestety, w ciemnościach i źle w nocy oceniłem oddalenie od ognia. Gdy 

się rozwidniło, nie mogliśmy się już pokazać na wodzie, a nie można było płynąć wodą pod 
osłoną nadbrzeżnych zarośli. 

— A  gdyby  pan  spróbował  wrócić  po  nasze  czółno  i  podpłynąć  na  nim  pod  osłoną 

ciemności? Na dany znak zszedłbym z drzewa i spotkalibyśmy się w pobliżu jeńca. 

— Myślałem już o tym. Lecz mamy jeszcze zaledwie dwie godziny dnia, a potem nikt się 

nie zorientuje w puszczy. 

Zanim  pułkownik  zdołał  odpowiedzieć,  nowy  widok  zwrócił  uwagę  obydwu.  Indianie 

podnieśli się gromadnie z trawy i pobiegli do brzegu laguny. Prawdopodobnie płynęły ku nim 
nowe posiłki. Istotnie po upływie dziesięciu minut ukazały się na rzece trzy ogromne czółna, 
a w każdym z nich siedziało dwudziestu wojowników. Za nimi posuwała się mniejsza łódź, w 
której  siedziało  tylko  trzech  ludzi,  dwóch  wioślarzy  i  stary  wódz.  Ten  ostatni  nie  miał 
wprawdzie żadnych oznak ani ozdób, a nad czołem jego sterczało tylko jedno orle pióro, lecz 
jego postawa i dumne spojrzenie mówiło wyraźnie, że jest przyzwyczajony do rozkazywania. 
Był  to  niewątpliwie  wódz  i  to  jeden  z  najprzedniejszych.  Gdy  Indianie  na  brzegu  poczęli 
wywijać  bronią  i  wydawać  okrzyki  radości,  stary  kacyk  skinął  tylko  niechętnie  dłonią  a 
uciszyło się natychmiast. 

Trzy  ogromne  łodzie  przybiły  do  brzegu.  Wówczas  można  było  zobaczyć  broń 

nowoprzybyłych.  Były  to  karabiny  starego  systemu,  które  handlarze  niekiedy  sprzedawali 
Indianom. 

Stary  kacyk  wysiadł  wśród  głębokiej  ciszy  na  brzeg  i  na  powitanie  podał  dłoń  czterem 

wodzom,  którzy  się  doń  zbliżyli.  Następnie  jak  monarcha,  w  otoczeniu  dworzan,  zbliżył  się 
do legowiska, na którym się położył. Przyniesiono mu tytoń, którym naładował fajkę, wiszącą 
u szyi. Pociągnął kilkakrotnie dymu po czym zwrócił się do wodzów z jakimś zapytaniem. 

background image

— Muszę koniecznie usłyszeć, o czym oni rozmawiają — szepnął Miguel Rodilla do ucha 

pułkownika.  —  Niech  pan  tu  poczeka,  nie  ruszając  się  stąd  wcale.  Wrócę  prawdopodobnie, 
gdy będzie ciemno. 

Zanim  pułkownik  mógł  się  sprzeciwić,  ześliznął  się,  jak  wiewiórka  z  pnia,  i  w  mgnieniu 

oka  zniknął  sprzed  jego  oczu.  Oficerowi  nie  pozostało  nic  innego  poza  cierpliwym 
czekaniem, jak się zakończy śmiałe przedsięwzięcie towarzysza. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XIV 

B

IAŁOWŁOSY KACYK

 

 
Dopiero  teraz,  gdy  Miguel  Rodilla  był  sam,  mógł  w  zupełności  rozwinąć  swoją 

umiejętność,  którą  nabył  w  ciągu  długoletniego  pobytu  wśród  Indian.  Bez  najmniejszego 
szelestu, jak wąż, czołgał się wśród gęstwiny leśnej. 

W kwadrans potem leżał ukryty w pobliżu obozowiska Indian i mógł słyszeć ich głosy. 
— ”Canniat tizan”! (najwyższy kacyku!) — mówił jeden z wodzów. — Ty znasz przecież 

owe  straszę  maszyny,  które  „chihucle”  (biali)  budują  i  które  więcej  kul  wyrzucają,  niż 
wszyscy twoi podwładni razem wzięci. Żyłeś przecież sam wśród nich i wiesz, że „ahot” (zły 
duch) wszystkiego tego ich uczy! 

— Wiem o tym — odparł gniewnie starzec — i chętnie przyznaję, że nie mogło być mowy 

o zwycięstwie, gdy synowie Złego Ducha zwrócili na was swoje piorunowe rury. Nie ganiłem 
was,  gdyście  uciekli,  bo  to  było  najmądrzejsze,  coście  mogli  uczynić.  Lecz  dlaczego  nie 
posłuchaliście  mego  rozkazu  i  rozpoczęliście  atak  o  świcie?  Gdybyście  byli  napadli  ich  w 
ciemnościach, straże spostrzegłyby was zbyt późno i zniszczylibyście nieprzyjaciół, zanim by 
chwycili za broń! 

— Panie — rzekł inny  — ty wiesz dobrze, że nasi wojownicy, nie śmią napadać w nocy, 

bo „ahot” unosi się w powietrzu i najmężniejsze serca napełnia trwogą. 

— To głupota! — wybuchnął najwyższy kacyk. — Wszędzie czujecie obecność upiorów i 

duchów  zmarłych,  chociaż  ich  nikt  nigdy  nie  widział!  To  hańba,  że  dzielni  wojownicy  drżą 
przed  szumem  wichru  i  szeptem  liści,  zamiast  bronić  kraju  ojców  swoich  przed  tyranią 
białych! 

— To właśnie im tłumaczyłem, ale oni mi odrzekli: „Cauniat, kacyk Pailo przed czterema 

tygodniami odważył się na atak nocny, ale poniósł straszną klęskę, albowiem „ahot” gniewał 
się na niego i na czas obudził białych, swoich synów”. 

— Tak?!  —  krzyknął  starzec.  —  Nazywacie  to  klęską?  Dlatego,  że  kilku  odniosło  rany? 

Ale  nie  liczycie  tego,  że  przez  to  uwolniono  jednego  z  naszych  najmężniejszych 
wojowników!  Zaiste,  życzę  sobie,  by  wszystkie  nasze  wyprawy  tak  mało  ofiar  pociągały  ze 
sobą! 

Zganiony wódz zamilkł. Dopiero po chwili inny zabrał głos i rzekł: 
— Panie my i tym razem nie odeszliśmy bez pewnej korzyści. Tam jest jeniec! 
— Zawdzięczacie  go  przypadkowi  —  odparł  rozgniewany  starzec.  —  Posłańcy 

przedstawili mi dokładnie przebieg sprawy. Gdyby biali nie byli tak głupi, że się odważyli na 
wycieczkę, nie zdobylibyście nawet jednego włosa z ich koni! Lecz przywiedźcie jeńca przed 
moje oblicze! 

Kilku  skoczyło  spiesznie  z  miejsca  i  przywlokło  sir  Allana,  który  na  groźne  spojrzenie 

kacyka  odpowiedział  szyderczym  uśmiechem  tak,  że  na  czole  starca  pojawiła  się  groźna 
zmarszczka. 

— My ci tu twoją wesołość szybko wybijemy z głowy! — krzyknął kacyk po hiszpańsku. 
Sir Allan ukłonił się i rzekł: 
— Mój panie, mów do mnie po angielsku, bo innego języka nie znam. 
Ku  wielkiemu  zdumieniu  Miguela  Rodilli  starzec  powtórzył  groźbę  swoją  po  angielsku, 

chociaż  we  wnętrzu  Ameryki  Południowej  rzadko  słyszy  się  tę  mowę.  Z  tego  też  powodu 
przyczajony Rodilla nie mógł niczego zrozumieć z dalszej mowy. 

Stary kacyk kazał na koniec odprowadzić jeńca, po czym zwrócił się do wodzów: 
— Nie mogłem niczego wydobyć z tego człowieka. Albo jest na wpół szalony, albo udaje 

takiego,  aby  nas  oszukać.  Lecz  my  go  już  nauczymy  rozumu!  Wyobraźcie  sobie,  co  mi 

background image

odpowiedział, gdy go spytałem czego właściwie szuka w kraju czerwonoskórych? „Coyuyos” 
(świerszczy),  „tucchos”  (świetlików),  „arrieros”  (mrówek)  i  „garapatas”  (kleszczy)!!  Jak 
gdyby każdy się nie cieszył, gdy się tych pasożytów pozbędzie! 

— Przebacz,  panie,  jeśli  ci  przerwę  —  odezwał  się  jeden  z  wojowników.  —  Ten  jeniec 

może  powiedział  prawdę.  A  przynajmniej  wówczas,  gdyśmy  go  po  raz  pierwszy  usiłowali 
schwytać i gdy przeszkodził nam „simarrone”, człowiek ten istotnie biegł za owadem! 

Stary kacyk potrząsnął z podziwem głową i rzekł: 
— My  to  jeszcze  wyjaśnimy.  W  każdym  razie  musi  być  dziś  w  nocy  pilnie  strzeżony,  a 

jutro  wezmę  go  do  Doliny  Wężów.  Musimy  bezwarunkowo  zbadać,  co  się  kryje  wewnątrz 
tego wielkiego wozu, który karawana prowadzi ze sobą. Szpiedzy, którzy z północy przyszli 
do mnie, oznajmili mi, że tam „wśród ludzi krążą najrozmaitsze wieści.  Ci mężowie tam na 
wschodzie, którzy przy pomocy olbrzymiej kuli unoszą się w powietrzu i jak jastrzębie mogą 
obserwować wszystko w górach i dolinach, mają także ze sobą wieźć jakąś straszną maszynę, 
która  siać  będzie  śmierć  i  zagładę  wśród  czerwonych  wojowników,  skoro  tylko  stanie  na 
swoim  miejscu.  Ich  sprzymierzeńcy  koło  San  Jose  na  szczycie  Cerzo  Cochii  ustawiają  ze 
sztab  żelaznych  i  z  drutów  ogromne  rusztowanie,  a  nikt  nie  wie,  do  czego  to  ma  służyć. 
Prawdopodobnie  w  tym  tkwi  jakieś  tajemnicze  czarodziejstwo,  jak  to,  o  którym  już 
opowiadałem:  oto  w  Buenos  Aires  po  ulicach  biegają  wozy  bez  koni.  Musimy  zatem 
wszystko  co  możliwe  uczynić,  aby  tę  maszynę  zniszczyć,  choćby  nawet  tysiąc  naszych 
dzielnych wojowników miało to życiem przepłacić! 

— Rozkazuj,  panie!  —  zawołali  wszyscy  obecni  z  zapałem.  —  Ty  wiesz,  że  my  się  nie 

ociągamy, gdy głos twój woła do boju! 

Białowłosy  kacyk  zajrzał  swoim  wojownikom  głęboko  w  oczy,  aby  zbadać,  czy  te  słowa 

płyną  z  serca,  czy  dyktuje  je  tylko  obawa  przed  jego  niełaską.  Lecz  to  nieme  zapytanie 
musiało odpowiedzieć jego oczekiwaniom, gdyż z zadowoleniem skinął głową. 

Gdy  słońce  zaszło  Indianie  zapalili  kilka  ognisk,  przy  których  poczęli  piec  ogromne 

kawały  mięsa.  Z  hałasu  i  ruchu,  który  powstał  przy  tych  przygotowaniach  do  wieczerzy, 
skorzystał Miguel Rodilla i niepostrzeżenie wrócił do swego towarzysza na drzewie. 

— Dzięki  Bogu,  że  pan  znów  tutaj  jest!  —  szepnął  pułkownik,  gdy  ujrzał  Hiszpana.  — 

Niepokoiłem  się  ciągle,  że  pana  schwytają.  To  nie  było  łatwą  sprawą  siedzieć  tutaj 
bezczynnie na tym konarze. Prawdopodobnie usłyszał pan coś ważnego. 

— Wiele, o ile chodzi o naszych przyjaciół w obozie i nasz dalszy marsz — odparł Miguel 

Rodilla  —  ale  niestety  bardzo  mało,  o  ile  chodzi  o  nasze  bezpośrednie  zadanie.  Jest  tylko 
rzeczą pewną, że Indianie tutaj spędzą noc i jutro rano ruszą w drogę. Większość uda się na 
wschód,  aby  nam  przeszkodzić  w  dalszym  posuwaniu  się  naprzód,  gdy  tymczasem  stary 
kacyk weźmie ze sobą jeńca i wróci do Doliny Wężów. 

— Zna pan to miejsce? — ciekawie spytał pułkownik. 
— Nie  słyszałem  nigdy  o  nim;  lecz  prawdopodobnie  leży  tam  „tolderja”,  gdzie  kacyk 

zazwyczaj przebywa. 

— Jak  pan  sądzi,  kiedy  możemy  usiłować  uwolnić  naszego  towarzysza?  Mnie  pali  się 

wprost pod nogami i chciałbym natychmiast przystąpić do działania. 

— Musi  pan  zaczekać,  aż  wszyscy  Indianie  zasną.  Na  szczęście  nie  zanosi  się  na  to,  by 

mieli  obchodzić  uroczyste  święto  zwycięstwa.  Do  tego  niezbędnie  potrzebna  jest  „aloja” 
(wódka),  a  nie  widziałem  beczek  z  wódką.  Gdyby  tak  było,  siedzielibyśmy  może  jeszcze  o 
ś

wicie na tej gałęzi. 

— Może  by  lepiej  było,  gdyby  Indianie  mieli  wódkę  —  rzekł  pułkownik.  —  W  takim 

wypadku  mniej  by  było  obawy,  że  się  obudzą,  podczas  gdy  wśród  obecnych  okoliczności 
najmniejszy wypadek może uniemożliwić nasze zamiary. Czy pan już obmyślił jakiś plan? 

— W  najogólniejszych  zarysach  —  odparł  Miguel  Rodilla.  —  Początek  rozumie  się  sam 

przez się: zejdziemy z drzewa, przyczołgamy się aż do wartowników, a gdy uda się nam ich 

background image

zabić,  przetniemy  więzy  pana  Allana  i  uciekniemy.  Musimy  czekać,  co  przyniesie  bieg 
zdarzeń.  Gdyby  w  tym  jeziorze  nie  było  krokodyli,  popłynąłbym  do  czółen, 
przedziurawiłbym  dno  większego,  żeby  utonęło,  a  potem  mniejsze  doprowadziłbym  do 
wygodniejszego  dla  nas  miejsca.  Nie  wymagałoby  to  od  nas  większej  pracy,  bo  łodzie 
zbudowane są ze skór, naciągniętych na drewniany szkielet. Potem moglibyśmy łatwo uciec, 
płynąc rzeką. Lecz, jak powiedziałem, z powodu krokodyli nie da się tego wykonać. 

— W takim razie musimy zniknąć w puszczy. 
— Tak,  niestety,  nic  innego  nie  pozostaje  nam  do  zrobienia.  Lecz  jeśli  nas  za  wcześnie 

odkryją,  sądzę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  pan  pobiegnie  do  łodzi,  przez  sam  środek 
zgromadzenia  czerwonoskórych  i  będzie  się  starał  odpłynąć.  Może  się  panu  przy  tym  uda 
sprzątnąć  jednego  lub  dwóch  wodzów.  Jeśli  zatem  gwizdnę,  niech  pan  o  tym  pamięta  i  nie 
troszczy się o mnie. 

— Lecz co się z panem stanie? 
— Nie ma obawy! Jeśli tylko mam dbać sam o siebie, nie obawiam się czerwonoskórych. 

Nawet  gdyby  ścigali  mnie  z  zapalonymi  pochodniami,  zajmie  to  im  sporo  czasu,  pan  zaś 
tymczasem  dobiegnie  do  naszego  czółna.  Najważniejsze,  że  powszechna  uwaga  odwróci  się 
od pana. 

— Nie  mogę  się  na  to  zgodzić  —  odparł  pułkownik.  Powinniśmy  się  obaj  narażać  na 

jednakowe  niebezpieczeństwo.  Pańskie  życie  jest  równie  cenne  jak  moje,  kochany 
przyjacielu. 

— A  senor  Ingles?  —  spytał  Miguel  Rodilla.  —  Niech  pan  pamięta,  że  tu  przede 

wszystkim  o  niego  chodzi  i  wobec  tego  faktu  wszystkie  uboczne  sprawy  znikają.  Z  panem 
odważyłbym się na ucieczkę przez lasy, lecz ten człowiek jest z pewnością tak nieporadny, że 
w przeciągu pięciu minut ściągnąłby nam czerwonoskórych na głowę. 

Pułkownik musiał się na to zgodzić. 
Minęły dwie godziny. Nasi podróżnicy ciągle obserwowali obóz Indian, gdzie wszyscy na 

trawie ułożyli się do snu. Ogniska pogasły prócz jednego, które podsycali strażnicy Anglika. 

Trzeba było przystąpić do dzieła. Obaj nasi podróżnicy zleźli z drzewa na ziemię i poczęli 

się  w  najgłębszej  ciszy  przesuwać  naprzód  wśród  zarośli.  Po  upływie  godziny  przeszli 
dopiero połowę drogi, a teraz pozostała przed nimi najtrudniejsza część zadania. 

W  tej  chwili  po  raz  pierwszy  zmieniono  straż.  Ci,  którzy  przyszli,  nie  zdawali  się  być 

bardzo  zadowoleni  z  tego,  że  im  przerwano  sen.  Zajmując  miejsca  poprzedników,  Mruczeli 
coś  niechętnie.  Prawdopodobnie  wszystkie  owe  środki  ostrożności  uważali  za  zbędne, 
ponieważ było rzeczą niemożliwą, by biali dotarli aż tak daleko, a to samotne i odosobnione 
miejsce znali tylko sprzymierzeńcy. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XV 

U

WOLNIENIE SIR 

A

LLANA

 

 
Obaj  czatujący  wyzyskali  nieunikniony  szmer  przy  zmianie  straży  w  tym  celu,  aby 

najbardziej zbliżyć się do jeńca. Teraz byli oddaleni zaledwie o piętnaście metrów od drzewa, 
do którego był przywiązany, lecz musieli podwoić czujność, jeśli nie miano ich odkryć. 

Posunęli się znowu naprzód o dwa metry. Nagle jakaś  gałązka zatrzeszczała pod stopami 

pułkownika. Strażnicy zerwali się w okamgnieniu i poczęli bystro obserwować miejsce, skąd 
dał się słyszeć podejrzany szelest. Obaj biali powstrzymali oddech w płucach i zamienili się w 
dwa nieruchome posągi. Lecz czujność strażników nie została uśpiona. Jeden z nich zapalił w 
ognisku  odłam  konara,  po  czym  obaj  przy  blasku  pochodni  ruszyli  w  zarośla,  aby  szukać 
domniemanego nieprzyjaciela. 

Odkrycie  obu  białych  zdawało  się  nieuniknione.  Lecz  i  tym  razem  dawny  jeniec  szczepu 

„Tobą” umiał znaleźć sposób ratunku. W kieszeni miał kilka pustych orzechów, więc wyjął je 
i począł nimi uderzać o kolbę karabinu, tak, że zdawało się, że to odgłos grzechotnika. Obaj 
strażnicy  z  cichym  okrzykiem  trwogi  uciekli  na  dawne  miejsce.  Tutaj  sądzili,  że  są 
bezpieczni, bo grzechotnik zazwyczaj spokojnie przepędza noc w swej kryjówce. 

Mimo  to  jednak  owo  zdarzenie  stokrotnie  pogorszyło  możliwość  uwolnienia  jeńca. 

Indianie nieustannie spoglądali na miejsce, w którym rzekomo ukrywał się grzechotnik. 

Biali musieli cierpliwie czekać, dopóki straż ponownie nie zostanie zmieniona. Stało się to 

wreszcie. Odchodzący strażnicy nic nie powiedzieli swoim następcom, bo sądzili zapewne, że 
grzechotnik znów usnął. Nowi strażnicy usiedli na ziemi, twarzami zwróconymi do ogniska, a 
plecami do ukrytych wrogów. 

Miguel Rodilla znów począł się czołgać. W pół godziny potem leżał wraz z pułkownikiem 

tuż  za  czerwonoskórymi.  Obaj  biali  podnieśli  się  powoli,  a  zaraz  potem  strażnicy  padli  bez 
jęku pod uderzeniami kolb. 

Miguel  Rodilla  porozcinał  w  jednej  sekundzie  więzy  sir  Allana.  Anglik  w  pierwszym 

momencie  był  niepomiernie  zdumiony,  ale  gdy  poczuł,  że  ma  ręce  i  nogi  wolne,  szepnął  do 
ucha Hiszpana: 

— Dziękuję panu! — Co teraz mam czynić? 
Rodilla  go  nie  zrozumiał  i  skinął  dłonią,  by  milczał.  Tymczasem  zbliżył  się  pułkownik  i 

spytał, jak Anglik: 

— Co teraz? 
— Musimy  iść  lasem  aż  do  brzegu  —  szepnął  w  odpowiedzi  Miguel  Rodilla.  —  Tam 

zaczekamy, aż ogień wygaśnie, po czym wsiądziemy do małego czółna. 

Objąwszy  przewodnictwo,  prowadził  dwóch  pozostałych  aż  do  brzegu,  do  którego 

szczęśliwie  dotarli.  Tutaj  położyli  się  na  ziemi  i  czekali.  Ognisko  przygasło  zwolna.  Po 
upływie pół godziny pozostały tylko szczątki. Biali musieli ostatni kawałek drogi przebyć w 
zupełnych ciemnościach, lecz i to im się udało. Znaleźli małe czółno i wsiedli doń. 

Lecz  gdy  pułkownik  chciał  wiosło  zanurzyć  w  wodzie,  trafił  nim  w  bok  wielkiej,  obok 

leżącej łodzi. Głuche uderzenie obudziło kilku Indian, śpiących na brzegu. Gdy spostrzegli, że 
ognisko  wygasło,  krzyknęli  głośno  i  pobiegli  natychmiast,  by  je  rozniecić.  Miguel  Rodilla 
zrozumiał, że teraz trzeba wszystko postawić na jedną kartę. Wydał umówiony gwizd i pchnął 
silnie  stopą  łódź  z  towarzyszami  na  wodę,  sam  zaś  skoczył  do  Indian,  którzy  właśnie 
rozdmuchiwali  ognisko.  Obydwu  uderzył  tak  silnie,  że  padli  w  sam  środek  rozżarzonego 
popiołu, który rozprysnął się na wszystkie strony. Następnie począł uciekać przez sam środek 
obozowiska.  Rozbudzeni  Indianie  wzięli  go  w  ciemnościach  za  swojego  z  powodu  jego  na 
wpół indiańskiego ubioru. Rodilla znikł tymczasem w lesie. 

background image

Podstęp  udał  się.  Indianie  sądzili,  że  wrogowie  w  tym  właśnie  kierunku  uciekają,  więc 

pospieszyli za nim z głośnymi wrzaskami. Krzyki te i hałasy przygłuszyły szmer, wywołany 
odjazdem  pułkownika  i  sir  Allana.  Jedni  Indianie  ścigali  Rodillę,  drudzy  rozdmuchiwali 
ognisko,  obaj  biali  tymczasem  przepłynęli  łodzią  spory  kawał  drogi,  a  gdy  pierwsze 
płomienie zabłysły na brzegu, ukryli się na lewym brzegu laguny pod zwisającym listowiem. 

Zamieszanie  wśród  czerwonoskórych  nie  trwało  długo.  Stary  kacyk  obudził  się  również. 

Jego rozkazujący głos grzmiał donośnie. Indianie dali spokój bezcelowemu ściganiu i skupili 
się  dokoła  niego.  Gdy  ogień  znowu  błysnął,  zapalili  pochodnie,  aby  wytropić  ślady  białych. 
Gdy  znaleźli  obu  martwych  strażników,  wydali  znów  okrzyk  wściekłości,  z  którego 
skorzystał szczwany Rodilla. 

W  międzyczasie  szedł  naprzód,  zakreślając  ogromny  łuk.  Teraz  wrócił  do  wielkiego 

drzewa,  na  które  się  wdrapał.  Przy  blasku  jasno  płonącego  ogniska  wydostał  się  na  bardzo 
odstającą gałąź. Stąd skoczył na wierzchołek pobliskiej palmy, a następnie posunął się jeszcze 
dalej i w końcu ukrył się w koronie gęsto ulistnionego drzewa. 

Tego rodzaju małpie sztuczki powodowały głośny trzask, lecz przygłuszały go rozlegające 

się  nieustannie  głośne  wrzaski  Indian.  Czerwonoskórzy  zauważyli  niebawem  brak  jednego 
czółna  i  powiedzieli  sobie,  że  część  wrogów  uciekła  wodą.  Wreszcie  kacykowi  udało  się 
uspokoić wzburzoną bandę. Mógł się zacząć regularny pościg za zbiegiem. 

Znaleziono niebawem jego ślady, zarówno przy zabitych strażnikach, przy czółnach, jak i 

przy drzewie, na którym obaj biali spędzili południe. Lecz tutaj czerwonoskórzy stanęli przed 
nową zagadką. 

Z początku sądzili, że zbieg znajduje się na gałęziach, więc kilku Indian wspięło się aż na 

szczyt, lecz go oczywiście nie znaleźli. Wodzowie zeszli się na krótką naradę. Nie pozostało 
nic innego, jak tylko przeszukać las we wszystkich kierunkach przy blasku pochodni. 

Każdy z czterech wodzów zebrał swoich ludzi i zabrał się do dzieła. Ponieważ oddalali się 

coraz bardziej od obozu, więc pozostał w nim tylko stary kacyk, który usiadł przy ognisku i 
nieruchomo spoglądał na ruchliwe płomienie. 

Na to czekał Rodilla. Gdy ścigający oddalili się opuścił kryjówkę, przyczołgał się z tyłu do 

starca i ogłuszył go uderzeniem kolby. Potem pobiegł do czółen, dwom z nich przebił dna, a 
trzecim najspokojniej odpłynął. 

Teraz  Rodilla  zamierzał  naśladować  krzyk  mewy,  lecz  to  było  niepotrzebne,  gdyż 

pułkownik  ze  swej  kryjówki  widział  przebieg  zdarzeń  w  obozie  i  właśnie  wynurzył  się  z 
zarośli.  Skoro  obie  łodzie  się  spotkały.  Rodilla  przesiadł  się  na  tamtą.  Wielkie  czółno 
zatopiono, a mniejsze szybko odpłynęło. 

— Pan  jest  chytrym  lisem,  senor  Rodilla  —  rzekł  pułkownik,  wiosłując  z  zapałem.  — 

Niech  pan  nam  opowie  w  jaki  sposób  wodził  za  nos  czerwonoskórych.  Mogłem 
zaobserwować tylko ostatnie momenty zdarzenia. 

Zagadnięty  opowiedział  w  krótkich  słowach  przebieg  wypadków,  po  czym  nastała  cisza, 

którą przerywały tylko miarowe uderzenia wioseł. 

W  dwie  godziny  potem  biali  dotarli  do  miejsca,  gdzie  poprzedniego  ranka  pułkownik  i 

Rodilla  ukryli  swoją  łódź.  Znaleziono  ją  po  krótkich  poszukiwaniach  i  przywiązano  do  tej, 
którą płynęli. 

Wieczorem dotarli szczęśliwie do obozu przyjaciół. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XVI 

J

OHN JAKO MŚCICIEL SWEGO PANA

 

 
Ekspedycja znajdowała się ciągle na tym wzgórzu, które Indianie zająć chcieli szturmem. 
Gdy  nazajutrz  po  odejściu  pułkownika  i  Miguela  Rodilli  nie  uczyniono  żadnych 

przygotowań do dalszego marszu, Mr Bopkins przyszedł do doktora i spytał go ostrym tonem, 
jaka jest przyczyna zwłoki. 

— Bardzo  prosta  —  wyjaśnił  dr  Bergman.  —  Teraz  musielibyśmy  się  przebijać  poprzez 

dziewiczą  puszczę.  Spodziewam  się  że  obaj  senores  wrócą,  więc  byliby  narażeni  na  wielkie 
niebezpieczeństwo, gdyby nas tutaj nie zastali i musieli nas szukać w puszczy. 

— Pozwoli  pan,  że  postawię  jedno  tylko  pytanie  —  rzekł  jankes,  ściągając  groźnie  brwi. 

— Czy szczęśliwy wynik naszej wyprawy zależy istotnie od obecności tego Anglika? 

— Niekoniecznie… 
— W takim razie oświadczam panu kategorycznie, że protestuję przeciw temu zwlekaniu! 

— krzyknął jankes. — Pan jest zobowiązany kontraktem do jak najrychlejszego zakończenia 
wyprawy i nie ma pan prawa całe dnie i tygodnie spędzać na jednym i tym samym miejscu z 
tego  jedynie  powodu,  że  komuś  tam  podoba  się  biegać  po  lesie!  To  znaczy  żołd  peonów 
rzucać w błoto!… 

— Kochany Mr Bopkins — rzekł doktor z przyjazną miną. — Gdyby nawet sir Bendix był 

takim  człowiekiem,  jak  go  pan  zazwyczaj  dosadnie  określa,  to  nawet  i  w  tym  wypadku 
zwykły ludzki odruch kazałby nam wyrwać go ze szponów czerwonoskórych. 

— Nikt mu nie nakazał być ciężarem dla naszej ekspedycji! 
— Nikt  z  nas  nie  określił  go  dotychczas  w  ten  sposób,  jak  pan,  a  jest  to  dowód,  że  my 

wszyscy  cenimy  go  jako  dzielnego  towarzysza.  Zresztą  chodzi  tutaj  także  o  pułkownika, 
którego przynależności do ekspedycji nie może pan kwestionować! 

— Odszedł  od  nas  własnowolnie,  więc  sam  musi  ponieść  odpowiedzialność!  W  każdym 

razie doniosę Towarzystwu, w jaki sposób pan postępuje i postaram się, aby te niepotrzebne 
wydatki potrącono panu z pensji! 

— Mam nadzieję — odparł doktor z lekkim, szyderczym uśmieszkiem na ustach — że ci 

panowie  w  Nowym  Jorku  inne  będą  mieli  poglądy  na  tę  sprawę.  Lecz  gdybym  nawet  był 
przekonany, że jest inaczej, nie zmieniłbym mego sposobu postępowania. 

— Niech pan robi,  co pan uznaje za stosowne!  — krzyknął rozgniewany  jankes. —  Lecz 

niech  pan  pamięta,  że  ja  uroczyście  protestuję  przeciw  temu  zwlekaniu!  To  jest  prawdziwy 
skandal,  że  u  pana  mniej  znaczy  przedstawiciel  pańskiego  Towarzystwa,  niż  jakiś  tam 
przybłęda! 

Po  tych  słowach  odszedł  wściekły  do  swego  wozu,  lecz  zadowolony  w  duchu,  że  w  ten 

sposób ochronił prawa South–American–Railway–Company. 

Inaczej  jednakże  ocenili  zachowanie  się  jankesa  peonowie,  a  przede  wszystkim  John. 

Wieść  o  rozmowie  Mr  Bopkinsa  z  doktorem  rozniosła  się  szybko  po  obozie.  Gdy  John  to 
usłyszał  wpadł  we  wściekłość.  Przede  wszystkim  był  duszą  i  ciałem  oddany  dobrotliwemu 
panu,  a  poza  tym  wyobrażał  sobie  widocznie,  że  ten  z  powodu  Mr  Bopkinsa  teraz  jest 
zgubiony bez ratunku, i że jemu samemu, Johnowi, zagraża straszna kara ściągnięcia skóry. 

Wydał  przeto  morderczy  okrzyk  i  pobiegł  do  wozu  jankesa,  aby  mu  zapłacić  za  swego 

pana. Gdy Mr Bopkins usłyszał wrzask, wystawił ciekawie głowę przez okienko. Ujrzawszy 
groźne spojrzenie Irlandczyka, krzyknął z przerażenia i jak najspieszniej wydrapał się na dach 
swego wozu. 

background image

Mylił się jednak, jeśli sądził, że tam będzie bezpieczny. John puścił się za nim w pościg, 

zręczny,  jak  wiewiórka,  a  po  drodze  chwycił  tęgi  kij  w  rękę.  Mr  Bopkins  musiał  przed  nim 
zmykać. 

Wozy  stały  obok  siebie,  tworząc  koło,  więc  jankes,  niewiele  myśląc  skoczył  na  sąsiedni 

dach. 

Dach  ten  był  zrobiony  z  napiętej  skóry,  był  zatem  niezmiernie  elastyczny.  Mr  Bopkins 

odskoczył,  jak  piłka  i  spadł  na  ziemię.  Zaraz  za  nim  wylądował  na  łące  Irlandczyk.  Aby 
uniknąć niebezpiecznego sąsiedztwa, jankes wdrapał się na trzeci wóz, lecz John poszedł jego 
ś

ladem. Przy czwartym wozie w ten sam sposób obaj znaleźli się na ziemi. 

Dwukrotnie  tym  samym  sposobem  okrążyli  cały  obóz  dokoła,  ku  nieopisanej  wesołości 

peonów, którzy trzymali się na uboczu i śmiali się z całej duszy. Tak samo zachowywali się 
obaj  młodzi  inżynierowie,  jedynie  doktor  biegł  za  skoczkami  i  usiłował  ich  namówić  do 
zgody.  Lecz  Irlandczyk,  raz  wyprowadzony  z  równowagi,  widział  przed  sobą  tylko 
domniemanego mordercę swego pana. 

Na koniec Mr Bopkins uczuł, że zapas jego sił się wyczerpuje. Musiał się postarać o jakąś 

kryjówkę.  A  więc  gdy  znalazł  się  przy  swoim  wozie,  wskoczył  do  wnętrza,  wśliznął  się  do 
wielkiej  skrzyni,  w  której  przedtem  znajdowały  się  słodycze  i  przytrzymywał  ze  wszystkich 
sił wieko. 

John starał się przez dłuższy czas ją otworzyć, ale daremnie. Z tego też powodu usiadł na 

niej,  wydobył  z  kieszeni  nóż  i  poprzysiągł  sobie,  że  nim  oskrobie  ze  skóry  jankesa,  skoro 
tylko wyjdzie ze skrzyni. 

Daremnie  doktor  starał  się  odwieść  go  od  tego  zamiaru.  John,  jako  nieodrodny  syn  swej 

ojczyzny, był twardogłowy i na wszelkie argumenty odpowiadał stale: 

— Muszę go obciągnąć ze skóry! On zamordował mego pana! 
Wszystkie błagania i prośby okazały się bezskuteczne. Wówczas doktor rozkazał peonom 

przemocą  oderwać  Johna  od  skrzyni.  Lecz  ci  zazwyczaj  tak  posłuszni  chłopcy  potrząsnęli 
głowami, a jeden z nich rzekł: 

— Pan  wie  dobrze,  że  my  byśmy  za  panem  w  ogień  poszli.  Ale  tu  chodzi  o  naszą  cześć. 

Dlatego  musimy  panu  oświadczyć  z  prawdziwym  żalem,  że  my  podzielamy  zapatrywanie 
tego sługi. 

— Co z tym ma wspólnego wasza cześć? — spytał zdumiony doktor. 
— Senor  Ingles  wskutek  naszej  winy  wpadł  w  ręce  Indian.  Naszym  obowiązkiem  było 

postarać się o jego uwolnienie. Powstrzymało nas tylko od tego wyjaśnienie pułkownika, że 
ten  krok  zaszkodzi  wyprawie.  Natomiast  ten  „Americano”  żąda,  abyśmy  sir  Allana, 
pułkownika,  jak  też  senora  Rodillę  pozostawili  ich  okrutnemu  losowi.  Pan  doktor  sam 
przyzna,  że  to  dla  nas  jest  obrazą  i  że  my  tego  „Americano”  na  własną  rękę  musimy 
pociągnąć do odpowiedzialności. Damy jednak temu spokój tylko ze względu na pana doktora 
i  całą  sprawę  pozostawimy  służącemu,  który  słusznie  może  się  domagać  zadośćuczynienia. 
Lecz  pan  doktor  niczego  więcej  nie  może  od  nas  wymagać.  Poza  tym  uważalibyśmy  to  za 
nieprzyjacielski  krok  wobec  nas,  gdyby  miano  gwałtem  zmusić  służącego,  by  poniechał 
swoich pretensji wobec jankesa. 

Doktor  nie  śmiał  sprzeciwić  się  zdaniu  peonów,  dlatego  też  musiał  pozostawić  jankesa 

swemu losowi. 

Skrzynia, w której siedział Mr Bopkins na szczęście miała kilka małych otworków, które 

przedtem służyły jako wentylatory i które swego czasu ułatwiły atak mrówkom. Wskutek tego 
Mr  Bopkins  był  zabezpieczony  przed  uduszeniem  się.  Znajdował  się  jednak  w  położeniu 
okropnym, siedział zgięty i pokurczony. 

Z  biegiem  czasu  żołądek  jego  począł  się  buntować,  a  ponieważ  John  nie  usunął  się  od 

skrzyni, począł się z nim układać. 

— Słuchaj, John — jęknął — mam ci coś do powiedzenia. 

background image

— Co takiego? — spytał Irlandczyk. 
— Odejdź trochę od wieka, abyśmy lepiej mogli ze sobą porozmawiać — mówił dalej Mr 

Bopkins. 

John zastanawiał się przez chwilę po czym podniósł się ze skrzyni i stanął obok z nożem w 

dłoni.  Mr  Bopkins  podniósł  troszeczkę  wieko,  aby  łyknąć  nieco  powietrza.  Ledwie  jednak 
spostrzegł błyszczącą klingę noża, wydał okrzyk przestrachu i zatrzasnął wieko. John pokiwał 
głową i znów usiadł na skrzyni. 

Minęło kilka godzin, zanim jankes znów odważył się rozpocząć układy. 
— John — rozległ się jego głuchy głos — kochany John, chcesz mnie zabić? 
— Co też panu przychodzi do głowy! — odparł oburzony sługa. 
— Czemu zatem trzymasz nóż w ręce? 
— Muszę pana obciągnąć ze skóry, sir! 
— Co takiego? spytał przerażony jankes. 
— Nie  wiem,  sir  —  odparł  Irlandczyk  —  ale  już  sprawiedliwie  załatwię  tę  sprawę,  gdy 

pana będę miał w swej garści! 

Mr Bopkins milczał przez chwilę, po czym zaczął prosić: 
— Odejdź troszeczkę od skrzyni, John, muszę z tobą naprawdę poważnie pomówić! 
John znów podniósł się ze skrzyni, a Mr Bopkins uchylił nieco wieka. Widział wprawdzie 

znów przed sobą straszliwą, lśniącą klingę, lecz tym razem opanował trwogę w swym sercu i 
ofiarował Irlandczykowi dolara, jeśli odejdzie i da spokój całej sprawie. 

— Co też panu przychodzi do głowy! — odparł oburzony John. — Muszę pana obciągnąć 

ze  skóry,  jak  ja  sam  będę  oskrobany,  jeśli  wrócę  do  domu  bez  mego  pana,  a  pan  mi  za  to 
ofiarowuje dolara? Nie byłbym sługą prawdziwego dżentelmena, gdybym to przyjął! 

Mr  Bopkins  ofiarował  mu  całego  dolara  i  dziesięć  centów,  ale  z  tym  samym  skutkiem. 

Chociaż  w  ciągu  najbliższej  godziny  posunął  się  aż  do  dwóch  dolarów  i  siedemdziesięciu 
pięciu centów, nie mógł skłonić upartego Johna do zmiany postanowienia. 

Zrezygnowany zatem, zamknął wieko i postanowił czekać na jakiś wypadek, który by  go 

uwolnił  z  więzienia.  Zarazem  żywił  nadzieję,  że  jego  przeciwnik  zmęczy  się  i  pójdzie  spać. 
Tę  samą  nadzieję  miał  także  i  doktor,  który  kilkakrotnie  usiłował  dobrym  słowem  uciszyć 
gniew Irlandczyka. 

Niestety, mylili się. John nie myślał o śnie, lecz usiadł sobie na skrzyni, a ponieważ mu się 

nudziło, śpiewał sobie przeróżne piosenki. 

Po upływie osiemnastu godzin doszedł Mr Bopkins do przekonania, że zbytnio lekceważył 

sobie  cierpliwość  Irlandczyka,  a  ponieważ  żołądek  zbyt  już  dawał  mu  się  we  znaki,  więc  w 
inny sposób postanowił sobie poradzić. 

Zaproponował Johnowi nową rozmowę i poprosił go aby mu przyniósł coś do zjedzenia. 
To żądanie do tego stopnia zdumiało Irlandczyka, że otworzył szeroko usta. Wszak liczył 

na to właśnie, że jankes, zmuszony głodem, wyjdzie ze skrzyni i wpadnie mu w ręce! 

Mr Bopkins, uważał zachowanie się jego widocznie za pomyślną oznakę, gdyż rzekł: 
— John! Dam ci za to całych dziesięć centów! Zważ, za maleńki kawałeczek chleba, który 

można kupić za jednego centa! 

— Sir — odparł oburzony John — pan mnie znów chce obrazić! 
— Well — rzekł dobrodusznie jankes — a więc dam ci piętnaście centów! Za kawałeczek 

chleba! 

John potrząsnął głową. 
— Dwadzieścia!  —  rzekł  Mr  Bopkins  i  westchnął  boleśnie  na  myśl  o  tak  olbrzymim 

wydatku. 

— Jestem sługą dżentelmena i nie dam się przekupić ! 
Mr Bopkins sądził, że John w ten sposób chce więcej pieniędzy z niego wycisnąć, więc po 

ciężkiej walce wewnętrznej spytał z drżeniem w głosie: 

background image

— A więc za ile centów uczyniłbyś to, John? 
— Nie uczyniłbym nawet i za tysiąc! — odparł zagadnięty. 
Mr  Bopkins  znów  westchnął.  Zapomniał  na  jakiś  czas  o  głodzie  pod  wpływem  myśli,  że 

ktoś może żądać dziesięciu dolarów za kawałeczek chleba. Lecz niebawem głód odezwał się 
w  jego  żołądku  ze  zdwojoną  siłą.  Jankes  musiał  na  nowo  zaczynać  po  cało—godzinnym 
rozważaniu. 

— John! — rzekł. — A więc daję ci jedenaście dolarów, to jest o dziesięć procent więcej, 

niż sam zażądałeś! 

John  nie  dał  na  to  żadnej  odpowiedzi.  Mr  Bopkins  sądził,  że  rozmyśla  on  nad  tą  wielce 

korzystną  propozycją,  więc  przez  dłuższy  czas  przemawiał  żarliwie  do  jego  sumienia.  Lecz 
Irlandczyk milczał dalej uparcie, aż wreszcie jankes przestał mówić. 

W  ten  sposób  kilkakrotnie  ponawiały  się  pertraktacje,  aż  wreszcie  pan  Bopkins,  dodając 

cent  do  centa,  doszedł  z  biegiem  czasu  aż  do  czterdziestu  dwóch  dolarów.  Tymczasem 
zaświtał już drugi poranek i doktor nie mógł się nadziwić wytrwałości Irlandczyka, który ani 
na  chwilę  nie  zmrużył  oka.  Mr  Bopkins  stracił  nadzieję,  że  w  ugodowy  sposób  można  tę 
sprawę załatwić i w milczeniu oczekiwał jakiejś pomyślnej zmiany w swoim położeniu. 

Wreszcie  trzeciego  dnia  wieczorem  usłyszał  głośne  okrzyki  radości.  Jankes  spróbował 

uchylić wieko, lecz John siedział na nim. Mr Bopkins musiał się więc uzbroić w cierpliwość. 
Nagle rozległ się głos uratowanego Mr Bendixa, który wołał: 

— John, na miłość Boską, co ty wyrabiasz?! 
Gdy John na własne oczy ujrzał ukochanego pana, wydał dziki wrzask radości pobiegł doń 

natychmiast i gorąco ucałował jego dłoń. 

— O,  sir!  —  wybełkotał  wśród  łkania.  —  Sądziłem,  że  pan  już  jest  zamordowany  przez 

tego Amerykanina, dlatego też chciałem go za karę obciągnąć ze skóry. Ale on nie wylazł ze 
skrzyni! 

Sil Allan odsunął wiernego sługę i pobiegł do wozu Mr Bopkinsa. 
Tymczasem jankes z westchnieniem prawdziwej ulgi wydobył ze skrzyni swą niezmiernie 

cenną  osobę.  Lecz  nie  potrafił  stanąć  prosto  na  nogach.  Długie  siedzenie  w  skurczonej 
postawie  obezwładniło  wszystkie  jego  członki.  Do  tego  trzeba  dodać  osłabienie  wskutek 
głodu. Musieli go dwaj peonowie wyprowadzić z wozu, po czym rozciągnął się, jak długi, na 
trawie. 

Tymczasem  pułkownik  i  sir  Allan  opowiedzieli  towarzyszom  podróży  swoje  przeżycia. 

Ten ostatni zwrócił się do swego sługi. 

— John — rzekł — jestem ci wdzięczny za twoją wierność. Lecz nie mogę ci podarować 

twego postępowania wobec tego dżentelmena. Muszę ci wyrazić ostrą naganę z tego powodu 
i żądam, abyś natychmiast przeprosił tego pana! 

John  był  tak  uradowany  z  powodu  ocalenia  swego  pana,  że  bez  wahania  podał  rękę  Mr 

Bopkinsowi.  Jankes  jednak  nie  był  z  tego  zadowolony.  Z  miejsca  wypalił  długą  filipikę, 
najeżoną  protestami,  przeciwko  całej  ekspedycji,  a  w  szczególności  przeciwko  doktorowi. 
Zagroził mu nawet srogą karę z ramienia naczelnej rady Towarzystwa. 

— Będzie  to  pana  kosztowało  dziesięć  tysięcy  dolarów,  jakem  Bopkins!  —  zakończył, 

zgrzytając zębami z wściekłości. — Zapłaci mi pan całą tę sumę, choćby pan musiał zastawić 
ostatni swój krawat! 

Po tych słowach wrócił do swego wozu, aby się posilić i przespać należycie. 
Doktor  wzruszył  ramionami,  a  inni  panowie  śmiali  się.  Peonowie  jednak  oburzyli  się  na 

widok  niewdzięczności  jankesa  i  postanowili  wyleczyć  go  przy  najbliższej  sposobności  z 
samolubstwa. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XVII 

M

B

OPKINSA OBLEGAJĄ KROKODYLE

 

 
Nazajutrz  ruszono  w  dalszą  drogę.  Wprawdzie  doktor  dowiedział  się  od  pułkownika  i 

Miguela Rodilli, jakie zamiary mają Indianie wobec ekspedycji, ale był pewny, że ten plan nie 
będzie wykonany, bo go podsłuchano. 

Natomiast  zaniepokoiła  go  wiadomość  o  starym  kacyku.  Ledwie  pułkownik  się  obudził, 

natychmiast zgłosił się doń dr Bergman, aby z nim omówić bardzo ważną sprawę. 

— Nie ulega wątpliwości — rzekł — że  Indianie Gran Chaco złączyli się w jeden wielki 

związek  i  wybrali  jednego  naczelnego  wodza.  Ponieważ  mówi  on  po  angielsku,  przeto  nie 
ulega wątpliwości, że przebywał w okolicy, w której mówią po angielsku. Z tego też powodu 
musi  on  być  identyczny  z  owym  Joaosigno,  który  przebywał  ongiś  w  Buenos  Aires. 
Najbardziej dziwi mnie ta okoliczność, że wieść o mej maszynie dotarła aż do dzikich. 

— W  każdym  razie  musimy  z  podwójną  uwagą  czuwać  nad  tym  drogocennym 

przedmiotem  —  odparł  pułkownik.  —  Gdybyśmy  przynajmniej  mieli  przed  sobą  otwarte 
pampasy! Ale wśród tych zarośli zdążać do celu, to trud nad trudy! 

— W każdym razie raczej porzucę karabin maszynowy, balon, a nawet wóz z żywnością, 

niż moją maszynę. Od niej zależy cel naszej wyprawy, a może nawet nasz osobisty ratunek. 
Gdyby  don  Rocca  był  już  gotów  ze  swoimi  przygotowaniami,  poprosiłbym  go  za  pomocą 
iskrowej depeszy, aby ruszył nam na pomoc z jak największym pośpiechem. To wzgórze jest 
może  w  całej  okolicy  najdogodniejszym  miejscem,  skąd  można  się  bronić  przed 
czerwonoskórymi.  Lecz  zanim  don  Rocca  z  Buenos  Aires  otrzyma  aparaty  i  zanim  zbierze 
jeźdźców, miną prawdopodobnie całe tygodnie. A tak długo nie możemy tutaj czekać. 

— Mam nadzieję — pocieszał go pułkownik — że tam dalej znajdziemy również miejsca 

obronne. Najgorsze, jak powiedziałem, są te zarośla, przez które będziemy musieli się przebić 
w najbliższych dniach. 

Istotnie wozy z niesłychanym trudem przebijały się przez te gęste, nieprzeniknione zwały 

roślinności. Lecz las dokoła był pusty. Indianie nie pokazywali się, choć biali byli przekonani, 
ż

e  otaczają  ich  roje  czerwonych  szpiegów.  Wiedzieli  dobrze,  że  nie  dotrą  do  zamierzonego 

celu bez ponownego zetknięcia się z Indianami. 

11  stycznia  karawana  przybyła  do  zachodniego  krańca  puszczy.  Przed  naszymi 

podróżnikami  znów  leżały  olbrzymie  pampasy.  Była  to  chwila  głębokiej  radości,  chociaż 
otworzyły się upusty niebieskie i deszcz lał jak z cebra. 

Nazajutrz doktor wzbił się balonem w przestworza. Z zadowoleniem stwierdził, że płaski 

otwarty  teren  ciągnie  się  na  północy  aż  do  horyzontu.  Natomiast  próba  połączenia  się  z 
Yuquirendą za pomocą telegrafu iskrowego spełzła na niczym Don Rocca nie ukończył zatem 
jeszcze budowy stacji odbiorczej. 

Ekspedycja zwróciła się w kierunku północnym. Podróż odbywała się w szybszym tempie, 

chociaż  droga  wiodła  przez  rozmiękły  step  i  koła  wozów  zapadały  niekiedy  aż  po  osie  w 
błoto. 

13  stycznia  podróżnicy  ujrzeli  wspaniały  widok.  W  odległości  około  dwu  kilometrów 

wznosiły  się  ruiny  starego  klasztoru,  dokoła  którego  widniały  porozwalane,  stare  budynki. 
Służyły one ongiś zapewne jako mieszkania wiernych lub jako magazyny. Jest znaną rzeczą, 
ż

e  po  odkryciu  Ameryki  Południowej  Jezuici  zajęli  się  bardzo  gorliwie,  jako  misjonarze, 

nawracaniem  mieszkańców  tego  kraju.  W  osiemnastym  stuleciu  było  mnóstwo  misji  tego 
rodzaju,  między  Kordylierami  i  Rio  Paragwaj,  lecz  w  strasznych  walkach  między  białymi  i 
Indianami  większość  ich  padła  w  gruzy.  Tylko  smutne  resztki  mówiły  tu  i  ówdzie  wśród 
bezkresnych obszarów o tych śmiałych pionierach cywilizacji. 

background image

Tego  rodzaju  pozostałością  z  lepszych  czasów  były  także  ruiny,  na  które  natrafiła 

ekspedycja dr Bergmana. 

Ten ostatni wraz z sir Allanem i pułkownikiem podjechał, aby bliżej obejrzeć ruiny. 
Kwitnące  ongiś  gniazdo  leżało  obecnie  w  gruzach.  Na  wszystkich  murach  rozwinęła  się 

bujna  roślinność  podwzrotnikowa.  Dawne  ścieżki  zniknęły  pod  gęstym  kobiercem 
roślinności.  Obok  zwalisk  świadczyły  i  inne  pozostałości,  że  to  miejsce  także  i  w 
późniejszych  czasach  miało  swoich  mieszkańców.  Do  potężnych  murów  tuliły  się  nędzne 
lepianki i drewniane domki, które ucierpiały wielce wskutek działania atmosfery.  Zmurszałe 
belki, stoczone robactwem, ledwo się trzymały. 

— Zdaje  się,  że  znajdujemy  się  tutaj  przy  tej  „toldefji”,  która  na  niektórych  kartach 

oznaczona jest jako „Pampa de la Desolation” — oznajmił doktor swoim towarzyszom. 

Sir Bendix grzebał tymczasem między zmurszałymi belkami, aż nagle wyciągnął palcami 

jakiegoś  owada,  którego  pokazał  swoim  towarzyszom  z  blaskiem  niesłychanej  radości  w 
oczach. 

— Wspaniały  okaz!  —  wykrzyknął  dumnie.  —  Nowy  nieznany  dotychczas  gatunek! 

Istotnie, niezmiernie interesujące! Muszę koniecznie zdobyć kilka takich okazów! 

Schował  swoją  zdobycz  do  torby,  po  czym  okutym  kijem  począł  rozbijać  zmurszałe 

drewno.  Doktor  i  pułkownik  uśmiechali  się  troszeczkę  na  ten  widok,  lecz  dopomogli  mu  w 
tych  wysiłkach,  aż  wreszcie  udało  im  się  złowić  pół  tuzina  tych  drogocennych  owadów  dla 
zbiorów sir Bendixa. 

19  stycznia  pojawiło  się  w  oddali  ogromne  bagno,  które  zowie  się  na  mapach  „Paat  de 

Kilma” i uchodzi za główne źródło Rio Salado. Tutaj miano przez jeden dzień odpocząć, aby 
dać wytchnienie zdrożonym koniom. Tutaj to Mr Bopkinsa spotkała nowa niemiła przygoda. 

Ekspedycja  zatrzymała  się  na  stromym  brzegu,  a  peonowie  ustawiali  wozy  w  półkole  — 

nagle  pojazd  Mr  Bopkinsa  zachwiał  się,  gdyż  z  osi  jednego  koła  wypadła  śruba.  Nie  można 
stwierdzić, czy to był tylko przypadek, czy też złośliwy figiel jednego z peonów. 

W  czasie  przesuwania  wozów,  jeden  z  nich  uderzył  z  boku  w  pojazd  jankesa,  który,  jak 

zwykle,  leżał  wewnątrz  i  spał.  Tylne  koło  odpadło  z  osi,  wóz  zaś  zsunął  się  po  stromej 
pochyłości  do  bagna,  gdzie  się  wyprostował,  tak,  że  tylko  mały  kawałek  przedniej  części 
dachu sterczał z wody. Cały wóz napełnił się natychmiast wodą, a Mr Bopkins miał tylko tyle 
wolnego miejsca, że mógł nos trzymać ponad topielą. 

Na  szczęście  miał  przy  sobie  nóż  i  uczynił  to,  co  mógł  najroztropniejszego  w  swoim 

położeniu uczynić.  Lewą ręką chwycił się jakiejś deski, a prawą wyciął otwór w skórzanym 
dachu,  dość  duży,  aby  móc  wysunąć  głowę  z  cylindrem  na  zewnątrz.  Lecz,  niestety,  jakiż 
przerażający widok ukazał się jego oczom! 

Paat  nie  wysycha  nawet  w  czasie  najgorętszych  miesięcy,  dlatego  też  zawsze  w  nim 

przebywa  mnóstwo  krokodyli.  Gdy  te  potwory  usłyszały  plusk,  spowodowany  upadkiem 
bardzo ciężkiego przedmiotu, nadbiegły ze wszystkich stron, aby pożreć upragnioną zdobycz. 
Ledwie  więc  Mr  Bopkins  wysunął  głowę  przez  otwór,  gdy  ujrzał  dokoła  siebie  cały  szereg 
rozwartych, straszliwych paszcz, uzbrojonych w potężne zęby. 

Mr Bopkins cofnął się tak gwałtownie, że aż woda trysnęła przez otwór, lecz natychmiast 

wysunął  się  znów  cylinder.  Jeden  z  krokodyli  musiał  ten  przedmiot  uznać  za  soczystą 
pieczeń, gdyż przypłynął bliżej i chwycił zębami szarą rurę, która tak nęcąco wyglądała przez 
otwór. Mr Bopkins przeczuwał coś takiego, albowiem cofnął się w głąb tak daleko, jak mógł, 
trzymając zarazem kurczowo za koniec swą ukochaną ozdobę głowy. 

Tymczasem  jego  towarzysze  przynieśli  karabiny  i  starali  się  strzałami  przepłoszyć 

ż

arłoczne  bestie.  Lecz  krokodyle  nie  dały  się  tak  łatwo  nastraszyć.  Mr  Bopkins  po  każdym 

strzale wyobrażał sobie, że jest ocalony, więc musiał kilkakrotnie jak kominiarz wychylać się 
ze  swej  dziury  i  cofać  się  z  powrotem.  Dopiero  gdy  pół  tuzina  żarłocznych  potworów 

background image

przeniosło  się  do  lepszych  światów,  pozostałe  straciły  odwagę.  Cofnęły  się  w  głąb  bagna, 
więc przerażony Mr Bopkins mógł ostatecznie odetchnąć spokojniej. 

Teraz trzeba go było z wozu przenieść na wysoki brzeg. Na razie nie mógł opuścić swego 

schronienia,  bo  zachodziła  obawa,  że  krokodyle  wrócą,  lekceważąc  wszelkie 
niebezpieczeństwo,  skoro  zobaczą  go  w  wodzie.  Na  wystający  dyszel  zarzucono  lasso  i  w 
końcu po długich i ciężkich cierpieniach udało się jankesa wraz z wozem wyciągnąć na suche 
miejsce. 

Ledwie ujrzał się w bezpiecznym miejscu, skoczył do doktora i krzyknął: 
— Pan jest mordercą, sir! 
— Co? — zawołał zdumiony doktor, cofając się mimo woli. 
Obecni byli nie mniej zdumieni. 
— Oczywiście!  —  powtórzył  jankes,  mierząc  go  groźnym  spojrzeniem.  —  Pan  jesteś 

podłym, podstępnym skrytobójcą i skoro tylko wrócę do Nowego Jorku, złożę skargę. 

— Zdaje się, że zimna kąpiel zaszkodziła pańskiej głowie! — odparł drwiąco doktor. — W 

przeciwnym  bowiem  razie  nie  mógłby  pan  uważać  za  usiłowanie  morderstwa  tego,  że  pana 
uchroniliśmy od strasznej śmierci! 

— Protestuję  przeciwko  takiemu  przekręcaniu  faktów!  —  ryknął  wściekle  jankes.  — 

Zaiste, gdyby ktoś chciał panu wierzyć, musiałby pana ozdobić złotym medalem za ratunek! 
Lecz  ja  przeniknąłem  cały  ten  spisek!  Na  pański  rozkaz  wyjęto  śrubę  z  tylnego  koła  mego 
wozu,  skutkiem  czego  musiałem  runąć  w  bagno!  A  gdym  nie  utonął  na  miejscu,  chciał  pan 
całą tę sprawę w innym świetle przedstawić i odpędził pan strzałami te straszne bestie! Lecz 
nie oszukasz pan tym żadnego rozumnie myślącego człowieka i jeżeli sędziowie będą wątpili 
w  pańską  winę,  pokażę  im  ten  oto  cylinder,  jako  niezachwiany  dowód  zbrodni,  jaką 
popełniłeś!  To  jest  wymowny  znak  wszystkich  tych  katuszy,  jakie  wycierpiałem  od  chwili 
wyjazdu  z  Yuquirendy!  I  dlaczego?  Tylko  dlatego,  że  protestowałem  przeciwko  przyjęciu 
tego angielskiego poszukiwacza owadów — i jeszcze teraz protestuję, jak w ogóle protestuję 
przeciwko wszystkiemu i rozkazuję panu natychmiast stąd wracać i stawić się przed sędzią w 
Nowym Jorku! 

Głośny  śmiech  wszystkich  uczestników  wyprawy  był  odpowiedzią  na  ten  stek  słów, 

wypowiedzianych w najwyższym gniewie. 

Mr  Bopkins  nie  mógł  dłużej  wytrzymać.  Z  wrzaskiem  wściekłości  rzucił  się  na  swego 

osobistego nieprzyjaciela, sir Bendixa. Ten jednak zręcznie odskoczył na bok i dał jankesowi 
serdeczny cios pięścią, tak, że ten znalazł się nagle wśród śmiejących się do rozpuku peanów. 
Ludzie ci w lot ocenili znakomitą sposobność, więc puścili w ruch swoje kułaki. Mr Bopkins 
przez  jakiś  czas  poruszał  się  gwałtownie,  we  wszystkich  kierunkach,  na  podobieństwo  piłki 
futbolowej,  aż  wreszcie  runął  z  wysokości  stromego  brzegu  i  na  przeciąg  kilku  sekund 
zniknął w głębokim rozlewisku. 

Gdy się podniósł, podobny był kubek w kubek do walca drogowego, który na przestrzeni 

kilometra przeorał szlam. Wściekłość jego doszła do ostatecznych granic. 

— Ja  protestuję!  —  wycharczał  jeszcze,  podnosząc  groźnie  zaciśniętą  pięść  w  kierunku 

peonów. 

Następnie zniknął w swoim wozie, gdzie ogromną łatą zasklepił ranę swego okaleczonego 

cylindra.  Nieszczęsne  nakrycie  głowy  wskutek  tej  operacji  przybrało  wygląd  komina 
blaszanego,  zgniecionego  uderzeniem  gwałtownego  wichru,  lecz  Mr  Bopkins  uważał 
zewnętrzną oznakę swej godności za tak niesłychanie ważną, że za żadną cenę nie rozstałby 
się z cylindrem. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XVIII 

W

ROGOWIE DOKOŁA

 
W czasie pobytu ekspedycji nad brzegami Paat de Kilma, doktor znów wzbił się balonem 

w powietrze i po raz pierwszy spostrzegł oznaki aktywności Indian. Daleko na północy, tam, 
gdzie pampasy ginęły wśród pagórków i zarośli, pokazały się małe grupki czerwonoskórych, 
które  poruszały  się  w  trzech  różnych  kierunkach,  częściowo  pieszo,  częściowo  konno.  Bez 
wątpienia Indianie gromadzili się tam, aby w ogromnej sile zaatakować białych. 

Niestety,  także  i  tym  razem  drzewa  nie  pozwoliły  dokładnie  obliczyć  liczby  wrogów. 

Mimo  to  doktor  nie  obawiał  się  pochodu,  dopóki  ekspedycja  znajdowała  się  na  otwartej 
przestrzeni. 

21  stycznia  ruszyła  ekspedycja  w  dalszą  drogę  i  w  dwa  dni  potem  dotarła  do  Paat  de 

Piapuk.  W  kierunku  wschodnim  i  zachodnim  ciągnęły  się  nieprzejrzane  obszary  bagien  i 
pierwotnych puszcz. 

Indianie  kryli  się  trwożliwie  w  zaroślach  i  zdawało  się,  że  nieustannie  cofają  się  przed 

białymi.  Dopiero  gdy  ekspedycja  24  stycznia  była  o  kilometr  oddalona  od  ciasnego  miejsca 
między górą a jeziorem, pampasy i zarośla dokoła przybrały nagle złowrogi wygląd. 

Z gęstwiny, jak na tajny znak, wyłoniły się ogromne tłumy Indian, tak, że brzegi lasów, jak 

daleko okiem sięgnąć, były obsadzone czerwonymi wojownikami. 

Nasi  podróżnicy  byli  w  przeciągu  kwadransa  ze  wszystkich  stron  otoczeni.  Było  rzeczą 

nader  wątpliwą,  czy  zdołają  przełamać  ten  zwarty  pierścień  mimo  lepszego  uzbrojenia, 
albowiem  czerwoni  Wojownicy  mogli  razem  liczyć  dwa  do  trzech  tysięcy  ludzi.  Rzecz 
dziwna,  czerwonoskórzy  nie  myśleli  jeszcze  uderzać  na  tabor  wozów,  który  oczywiście  się 
zatrzymał, lecz leżeli na trawie, nie troszcząc się o deszcz, lejący strumieniami. 

Doktor  kazał  natychmiast  przygotować  balon  i  wraz  z  pułkownikiem  wzbił  się  w 

przestworza. Przede wszystkim przekonali się obaj, że zbyt nisko oceniali siły Indian, których 
główna  grupa stała na północy, prawdopodobnie z tym zamiarem, aby wszelkimi sposobami 
przeszkodzić wrogom w dalszym posuwaniu się naprzód. 

— Przeklęta  historia!  —  Mruknął  pułkownik  na  ten  widok.  —  Nie  możemy  tych 

czerwonych  drabów  rozbić  nawet  naszym  karabinem  maszynowym,  ponieważ  na  lewo  są 
zakryci  gęstymi  szuwarami,  a  na  prawo  krzakami.  Na  dodatek  prawie  trzecia  część  jest 
uzbrojona w karabiny. Nie zdołamy się przebić! 

— Lecz w każdym razie nie cofniemy się! — rzekł doktor dobitnym tonem. — Tylko kilka 

dni drogi dzielą nas od Cerro San Miguel. Będąc tak blisko celu, nie ustąpię za żadną cenę! 

— Brawo!  —  zawołał  pułkownik.  —  Pan  jest  dzielnym  człowiekiem  i  umie  wielką  ideę 

wcielać  w  czyn!  Raczej  na  wszystko  się  odważyć,  niż  wracać!  Niestety,  sama  odwaga 
niewiele  nam  pomoże.  Wyznam  panu  szczerze,  że  nie  próbowałbym  przemocą  utorować 
sobie  drogi  na  północ,  choćbym  nawet  miał  trzy  razy  tyle  jeźdźców,  ile  obecnie  mamy. 
Gdybyśmy  nawet  czerwonoskórych  kładli  pokotem,  pozostałoby  ich  tyle,  że  szybko 
zapełniliby  luki  i  uderzyliby  na  nas  w  dostatecznej  liczbie.  Dziwię  się  w  ogóle,  że  pan  tak 
długo zwleka. 

— Aureola,  która  otacza  białego  człowieka  w  oczach  dzieci  natury,  ma  ten  skutek,  że 

Indianie  otwarcie  napadają  na  białych  tylko  w  razie  ostatecznej  konieczności.  Dlatego  też 
byłbym  spokojny,  mimo  groźnego  położenia  i  oszańcowałbym  się  tutaj,  gdzie  stoimy, 
czekając, dopóki don Rocca nie przyjdzie z pomocą. Lecz napełnia mnie troską stary kacyk, 
ten  Joaosigno.  Człowiek  ten  posiada  ogromne  poważanie  u  swoich,  dlatego  też  musimy  w 
każdej chwili być przygotowani na atak. 

background image

— Nie  dalibyśmy  mu  rady  tutaj  w  pampasach  przy  takiej  liczbie  wrogów  —  odparł 

pułkownik. — Musimy zatem znaleźć takie miejsce, które daje naturalną osłonę z kilku stron 
i przez to ułatwia obronę. 

— Zastanawiałem się nad tym — odparł doktor z poważnym skinieniem głowy. — Może 

odpowiednim  będzie  w  tym  wypadku  Cerro  Cristian.  Co  pan  powie  o  tej  przepaści,  która 
otwiera się tam, na południowo—wschodnim stoku? 

Pułkownik  natychmiast  skierował  lunetę  w  tym  kierunku  i  obserwował  to  miejsce  z 

wytężoną uwagą. 

— Ma pan słuszność! — rzekł wreszcie, odejmując szkła od oczu. — Zdaje się, że to jest 

najodpowiedniejsze  miejsce  dla  nas  w  całej  okolicy.  Otwór  przepaści  jest  bardzo  szeroki,  a 
wewnętrzne ściany dość strome, aby uniemożliwić Indianom zejście na dół. Należałoby zatem 
bronić wyjścia z przepaści, do czego wystarczy nieomal sam karabin maszynowy. 

Lecz czy znajdziemy tam wodę, która niezbędnie jest potrzebna dla naszych zwierząt? — 

spytał doktor. 

— Bez  wątpienia  jest  tam  strumień  —  odparł  pułkownik.  —  W  jakiż  zresztą  sposób 

powstał ten głęboki wąwóz, jeśli nie przez potok górski? 

— Miejmy  nadzieję,  że  pan  ma  słuszność.  Chodzi  teraz  tylko  o  to,  czy  się  tam  zdołamy 

przebić. 

— Musimy się właśnie o to postarać — rzekł pułkownik, po czym obaj panowie wrócili do 

swoich towarzyszy. 

Zarówno sir Bendix, jak obaj młodzi inżynierowie i peonowie zgadzali się na to, że należy 

z  bronią  w  ręku  przebić  się  do  wzmiankowanej  przepaści.  Jeden  tylko  Mr  Bopkins 
protestował,  jak  zwykle,  i  twierdził,  że  przede  wszystkim  należy  rozpocząć  rokowania  z 
Indianami,  aby  na  tej  drodze  skłonić  ich  do  ustąpienia.  Lecz  nikt  go  nie  słuchał.  Musiał  w 
końcu odejść wraz z protestem i cylindrem. 

Ustawiono  wozy  w  nowym  porządku,  gdyż  każdy  woźnica  musiał  być  przygotowany  do 

walki.  Wóz  pancerny  i  maszynę  doktora  wzięto  w  środek,  pozostałe  wozy  uszeregowały  się 
dokoła.  Doktor  na  wszelki  wypadek  usiadł  przy  karabinie  maszynowym.  Inni  panowie  wraz 
ze  służącymi  i  peonami,  którzy  nie  byli  zajęci  w  charakterze  woźniców,  jechali  po  obu 
bokach karawany, z karabinami gotowymi do strzału. 

Skoro  Indianie  zobaczyli  pochód  białych,  natychmiast  dał  się  zauważyć  silny  ruch  wśród 

oddziałów na północy. Poszczególne grupy utworzyły długie, głębokie rzędy, które połączyły 
brzegi jeziora ze stokiem góry. Poza nimi trzymały się znaczne oddziały jeźdźców, gotowe w 
stosownym momencie uderzyć na białych. 

Lecz  gdy  karawana  zamiast  wprost  na  północ,  zwróciła  się  ku  północnemu  wschodowi, 

główna  siła  Indian  nie  zmieniła  swego  położenia,  lecz  tylko  mała  grupka  czerwonoskórych, 
do których obecnie biali się zbliżali, cofnęła się do lasu. 

— Aha, oni nie chcą nas puścić, tylko w prostym kierunku naprzód — zawołał pułkownik 

do doktora, zauważywszy ten manewr. — To dla nas bardzo dogodne! 

— O ile za tym nie kryje się jakiś nowy podstęp — odparł doktor z lekkim niepokojem. 
— Teraz  tylko  jak  najszybciej  naprzód,  abyśmy  jeszcze  przed  wieczorem  dotarli  do 

wąwozu! — zawołał pułkownik. 

Zwierzęta  poczęły  ze  zdwojoną  siłą  ciągnąć  wozy,  jak  gdyby  przeczuwały,  że  czeka  je 

niebawem dłuższy odpoczynek. 

Im  bardziej  karawana  zbliżała  się  do  wąwozu,  tym  wyraźniej  wychodziło  na  jaw,  że 

Indianie  umyślnie  otworzyli  jej  wolną  drogę  w  północno–wschodnim  kierunku.  Drobne 
oddziałki czerwonoskórych, które tu i ówdzie kryły się w zaroślach, cofały się teraz w lewo i 
w prawo. 

Przed zachodem słońca podróżnicy nasi, jak się spodziewali, wjechali do wąwozu. Ujście 

jego było krótkie i wąskie; wozy z trudem przeciskały się między pionowymi ścianami. 

background image

W  głębi  otwierała  się  ogromna  przestrzeń,  owalnego  kształtu,  która  mogła  mieć  kilometr 

szerokości  i  trzy  razy  większą  długość.  Dokoła  sterczały  olbrzymie,  pionowe  ściany  skalne, 
mogące mieć dwieście stóp wysokości. Było zupełnie wykluczone, by Indianie mogli po tych 
spadzistych stokach zejść na dno wąwozu. Prócz tego także ich stare karabiny nie mogłyby na 
dole wielkich szkód wyrządzić, gdyby próbowali z góry strzelać. 

Na  tylnym  końcu  wąwozu  widniało  małe,  ciemne,  cudownie  piękne  jeziorko,  którego 

odpływ wił się na dnie parowu. 

— Najpiękniejsza twierdza świata! — zawołał radośnie pułkownik, ogarniając spojrzeniem 

cały ten widok. — Daj Boże, żebym przez całe życie miał tak łatwą pozycję do obrony! 

— Lecz to jest także więzienie, którego nie możemy opuścić bez cudzej pomocy — odparł 

poważnie doktor. Co się z nami stanie, jeśli don Rocca nie dotarł wcale do Yuquirendy, lecz 
po drodze wpadł w ręce Indian? 

— Bieda! — zawołał pułkownik, podnosząc brwi wysoko w górę. — O tej możliwości nie 

myślałem  wcale.  W  takim  wypadku  siedzielibyśmy  w  pułapce.  Lecz  mam  nadzieję,  że 
pańskie czarne przypuszczenia się nie spełnią. 

Rozumie  się  samo  przez  się,  że  u  wejścia  do  wąwozu  pozostało  dwóch  peonów,  którzy 

mieli  obserwować  dalsze  ruchy  Indian.  Doktor  wydał  rozkaz  zsiadania  z  koni  i  urządzenia 
obozu, pułkownik pojechał tymczasem do tej placówki, aby naocznie się przekonać, o stanie 
rzeczy. 

Spostrzegł,  że  Indianie  szybko  się  zbliżyli  i  ogromnym  łukiem  zamknęli  wejście  do 

wąwozu.  Nadbiegły  również  spiesznie  nawet  te  oddziały,  które  przedtem  zamykały  białym 
drogę  od  południa  i  wzmocniły  szeregi  czerwonych  wojowników,  co  zresztą  było  zupełnie 
niepotrzebne.  Siły,  zamykające  wejście  do  wąwozu  liczyły  kilka  tysięcy  ludzi,  więc 
członkowie  ekspedycji  i  tak  nie  odważyliby  się  narazić  swego  życia  wobec  tak  wielkiej 
przewagi. 

Gdy  zapadły  ciemności,  w  liniach  nieprzyjacielskich  rozbłysły  liczne  ogniska.  Widać  je 

było także na stokach góry. 

Nie  ulega  wątpliwości,  że  Indianie  umyślnie  zapędzili  białych  do  wąwozu,  z  którego  nie 

było wyjścia, aby ich wygłodzić i tym sposobem zmusić do poddania się. 

Pułkownik  przyrzekł  obu  peonom,  że  ich  niebawem  zastąpi  innymi,  po  czym  wrócił  do 

doktora, aby podzielić się z nim swoimi spostrzeżeniami. 

— Gdyby ten Joaosigno wiedział — odparł doktor, gdy pułkownik skończył — że można 

rozmawiać  z  odległymi  miejscowościami  także  i  bez  znanych  mu  drutów  telegraficznych, 
byłby  lepiej  wykorzystał  sytuację  dziś  po  południu.  Lecz  teraz  jest  już  za  późno.  Jeśli  don 
Rocca  szczęśliwie  dotarł  do  Yuquirendy  będzie  musiał  odejść  z  nosem  spuszczonym  na 
kwintę. 

— Racja — przyznał pułkownik — gdyż daremnie usiłowałby wziąć szturmem wejście do 

wąwozu. To miejsce da się łatwo obronić nawet bez karabinu maszynowego. 

— Mimo  to  niczego  nie  zaniedbamy  —  odparł  doktor.  —  Wprawdzie  zgadzam  się  z 

pańskim  zdaniem,  że  na  razie  nie  potrzebujemy  obawiać  się  żadnego  napadu,  lecz 
zabezpieczyć  się  nigdy  nie  zaszkodzi.  Dlatego  też  proponuję  natychmiast  posłać  ludzi  do 
ujścia  wąwozu  i  urządzić  tam  zasieki.  Należy  to  uczynić  choćby  tylko  dla  bezpieczeństwa 
naszych placówek. 

Pułkownik  zgodził  się  na  to  i  sam  i  poprowadził  ludzi,  aby  pokierować  ich  pracą. 

Wybudowano  z  gliny  i  z  łoziny  cztery  wały,  posiadające  tylko  wąskie  przejście  dla  jednej 
osoby. Najdalszy wał dochodził aż do potoku, a przed nim kazał pułkownik następnego dnia 
wykopać głęboki rów, który szybko napełnił się wodą. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XIX 

U

KŁADY POKOJOWE

 

 
Nazajutrz  po  zamknięciu  parowu  doktor  znów  wzbił  się  balonem  w  powietrze  i  usiłował 

połączyć  się  telegraficznie  z  Yuquirendą,  lecz  nadaremnie.  Zmartwiło  go  bardzo  to 
niepowodzenie,  gdyż  widział,  że  zapasy  hydrolu  muszą  się  skończyć  niebawem.  W 
najlepszym wypadku mogły starczyć na siedem, do ośmiu wzlotów. 

Po długiej naradzie z asystentami i z pułkownikiem (sir Bendix interesował się wyłącznie 

tylko  owadami,  a  Mr  Bopkins  protestował  zasadniczo  przeciw  wszelkim  narodom) 
postanowiono  tylko  raz  tygodniowo  telegrafować  do  Yuquirendy.  Zyskano  przez  to  okres 
dwóch miesięcy. W przeciągu tego czasu don Rocca musiał bez wątpienia ukończyć budowę 
stacji iskrowej, o ile oczywiście dotarł da Yuquirendy. 

Upłynęło  pięć  dni,  w  ciągu  których  zarówno  biali  jak  i  czerwonoskórzy  zajęci  byli 

urządzaniem swoich obozów na dłuższy pobyt. 

Szóstego  dnia  rano  jeden  z  Indian  pojawił  się  u  wejścia  do  wąwozu,  wywijając  zieloną 

gałęzią  ponad  głową.  Był  to  niezawodnie  parlamentariusz.  Naprzeciw  niego  wyszedł 
pułkownik. Indianin zgiął się przed nim i zapytał łamanym hiszpańskim językiem: 

— Czy jesteś pułkownik Iquite, który rozkazuje —tam w obozie białych? 
— Nazywam się tak istotnie — odparł pułkownik — lecz nie ja jestem wodzem. 
— To nie — odparł „Tobą” — posłano mnie do ciebie, abym ci przyniósł słowa naszego 

najwyższego  kacyka.  Są  one  następujące;  „Chiacutak,  najwyższy  wódz  wszystkich 
czerwonych  wojowników  Gran  Chaco,  zwraca  się  do  pułkownika  Iquite  z  następującym 
zapytaniem: Czy jesteś gotów rozpocząć układy z wodzem Chiacutak i czy na czas układów 
zapewniasz mu nietykalność?” 

— Jestem gotów na to — odparł pułkownik — choć nie wiem, o co właściwie wasz kacyk 

chce się ze mną układać. 

— Senor  —  rzekł  Indianin  —  ja  jestem  tylko  ustami,  przez  które  Chiacutak  do  ciebie 

przemawia. On pyta cię  jeszcze: „Czy jesteś  gotów dać mu pisemne zapewnienie, że mu się 
nic złego nie stanie gdy przyjdzie do ciebie bez broni i eskorty?” 

— Chiacutak będzie tutaj tak bezpieczny, jak we własnym namiocie. Na to wystarczy moje 

słowo.  Lecz  jeśli  woli  mieć  pisemne  zapewnienie,  stanie  się  zadość  jego  woli.  Zaczekaj  tu 
chwilę, ja tymczasem napiszę. 

Czerwonoskóry  skinął  głową  i  usiadł  na  trawie,  pułkownik  wrócił  tymczasem  do  swoich 

przyjaciół  i  opowiedział  im  wszystko.  Następnie  napisał  żądany  dokument  i  zaniósł  go 
Indianinowi, który pismo przyjął w milczeniu, po czym się oddalił. 

Gdy wrócił do swoich, powstało tam widoczne poruszenie, następnie rozstąpiły się szeregi 

i ukazał się stary kacyk, którego pułkownik widział już nad bagnem krokodyli. Kroczył przez 
pampas powoli i dumnie, jak przystało naczelnemu kacykowi. 

Pułkownik pozdrowił go wojskowym ukłonem, na który Indianin uprzejmie odpowiedział. 

Potem usiedli obaj naprzeciw siebie. 

— Mój  poseł  powiedział  mi  —  zaczął  kacyk  mówić  po  hiszpańsku  —  że  pan  nie  jest 

jedynym  wodzem  swoich  ludzi.  Czy  mógłbym  poznać  tych  „senores”,  którzy  dzielą  władzę 
wraz z panem? 

— Owszem!  —  odparł  pułkownik,»po  czym  zawołał  jednego  z  peonów  i  kazał  mu 

oznajmić doktorowi życzenie kacyka. 

Po odejściu peona, pułkownik spytał kacyka: 
— Pan żądał ode mnie zapewnienia bezpieczeństwa, a więc pan mnie zna? 

background image

— Wiele  lat  przepłynęło  nad  moją  głową  —  odparł  kacyk  —  i  w  przeciągu  tego  czasu 

poznałem  wielu  białych  i  czerwonych  ludzi.  Między  nimi  pułkownik  Iquite  należał  do  tych 
niewielu, którym bezwarunkowo można zaufać. 

Pułkownik  skinął  głową  na  znak  podziękowania  za  te  wielce  zaszczytne  słowa,  po  czym 

spytał: 

— Czy  mógłbym  się  dowiedzieć,  czy  wielki  wódz  Chiacutak  nazywał  się  dawniej 

Joaosigno? 

Indianin drgnął mimo woli, a oczy jego do połowy nakryły się powiekami. Mimo to odparł 

spokojnie: 

— Padres,  którzy  mnie  ochrzcili  za  dni  mego  dzieciństwa,  nazywali  mnie  w  ten  sposób. 

Lecz  to  już  było  dawno  i  ja  to  imię  prawie  zapomniałem,  jak  również  cierpienia  i  zawody, 
które mi przyniosło. 

— Niezupełnie  jednak  —  rzekł  pułkownik  z lekkim  uśmiechem  —  gdyż  teraz  zebrał  pan 

wszystkich  niemal  czerwonych  wojowników  Gran  Chaco,  aby  nam  zagrodzić  dalszą  drogę  i 
zgotować zagładę. 

— Bronię  tylko  praw  mego  ludu  —  dumnie  odparł  Chiacutak.  —  Wyście  tutaj  przyszli, 

aby nam wydrzeć ostatni skrawek ziemi ojczystej, dlatego też spełniam swój obowiązek, jeśli 
chcę temu zapobiec wszystkimi siłami. Nie odgrywa tutaj żadnej roli moja osobista niechęć. 
Jestem za stary, aby żywić nienawiść, a ona może podżegać tylko młode serce. 

Nadszedł dr Bergman wraz ze sir Allanem i Mr Bopkinsem. Kacyk podniósł się z miejsca, 

aby  ich  pozdrowić,  potem  wszyscy  pięciu  usiedli,  a  Indianin  rzucił  na  każdego  z  nowo 
przybyłych długie, badawcze spojrzenie. 

Na koniec zwrócił się znów do pułkownika i spytał: 
— Czy  jeden  z  tych  panów  jest  wodzem  całego  oddziału,  czy  też  wszyscy  czterej 

równomiernie dzielicie się władzą? 

— Ten  senor,  dr  Bergman,  jest  właściwym,  czy  też  raczej  jedynym  wodzem  —  wyjaśnił 

pułkownik. — Jestem tutaj obecny tylko jako przedstawiciel boliwijskiego rządu, a ten senor 
tutaj przyłączył się dobrowolnie do wyprawy dla celów naukowych. Senor Bopkins wreszcie 
jest przedstawicielem Towarzystwa, które ponosi koszta naszej ekspedycji. 

Gdy Mr Bopkins usłyszał te słowa, ł zmarszczył groźnie czoło i krzyknął: 
— Ja protestuję przeciwko takiemu fałszywemu przedstawieniu rzeczy! Jedynym wodzem 

całej  wyprawy  jestem  ja,  i  tylko  ja,  reprezentant  South–American–Railway–Company!  Jeśli 
ten czerwony dżentelmen chce z nami pertraktować, ma się zwracać wyłącznie tylko do mnie! 
Albowiem jedynie tylko moja wola tutaj rozstrzyga! Każda inna umowa będzie nieważna! 

Chiacutak, który, jak wiemy, dobrze znał angielski język, zmierzył protestującego od stóp 

do głów po czym zwrócił się znów do pułkownika i spytał po hiszpańsku: 

— Czy jest tak istotnie, jak twierdzi ten senor? 
— Wcale nie — odparł pułkownik. — Naszym szefem jest dr Bergman. Ten senor nie ma 

właściwie  tutaj  nic  do  gadania,  bo  już  w  Yuquirendzie  protestował  przeciwko  wyjeździe 
ekspedycji, która mogła ruszyć potem w drogę na mocy gwarancji tego drugiego pana. Pan go 
zna, o ile się nie mylę? — spytał robiąc tym samym aluzję do niewoli i uwolnienia sir Allana. 

— Owszem — rzekł spokojnie kacyk — i żałujemy mocno, że mu się nasze towarzystwo 

tak  mało  podobało.  Lecz  nie  spotkaliśmy  się  tutaj,  aby  mówić  o  minionych  sprawach. 
Chciałbym  zasięgnąć  pańskiego  zdania,  co  do  kilku  punktów  i  spodziewam  się  że  pan  je 
sprawiedliwie osądzi? 

— Z miłą chęcią, senor. Proszę tylko zacząć odparł uprzejmie dr Bergman. 
— Proszę mi powiedzieć — spytał Chiacutak ostro patrząc inżynierowi w oczy — do kogo 

należy ziemia, na której tutaj siedzimy? 

— Nie należy do nikogo — wtrącił szybko pułkownik — ale właściwie jest częścią wolnej 

republiki Boliwii. 

background image

— Pan się myli! — rzekł kacyk z mocą. — Prawdziwi dziedzice i posiadacze Gran Chaco 

zawsze  bronili  się  przeciwko  jakiemukolwiek  związkowi  z  białymi!  Świadczą  o  tym  walki 
naszych  wielkich  przodków,  Abiponów,  aż  po  dziś  dzień.  Nigdy  nie  udało  się  waszym 
ż

ołnierzom ujarzmić czerwonych wojowników. Dlatego też pretensje Boliwii do Gran Chaco 

są  tylko  fikcją,  jeśli  nie  nawet  Mrzonką.  Lecz  dajmy  pokój  tym  teoretycznym  drobiazgom  i 
zwróćmy się do praktycznych kwestii i praw. Według tych praw ten człowiek, który rzecz ma 
w  swej  mocy  jest  obecnym  posiadaczem  i  to  tak  długo,  dopóki  nie  zostanie  ostatecznie 
rozstrzygnięte, czy roszczenia innych nie są prawomocne. Pan mi przyznaje rację senor? 

— W tej formie ma pan słuszność — odparł dr Bergman, do którego kacyk się zwrócił. 
— Dobrze  —  rzekł  zadowolony  Indianin.  —  Czerwoni  wojownicy  obecnie  mają  Gran 

Chaco w swej mocy, dlatego też są jego posiadaczami, a każdy zamach na ich kraj musi być 
nazwany zamachem na cudze prawa. 

Doktor chciał przerwać, lecz kacyk ciągnął dalej: 
— Jeśli  pan  zatem  chce  podróżować  przez  nasz  kraj,  musi  pan  przedtem  postarać  się  o 

nasze pozwolenie. Ale nie tylko, że się to nie stało, co więcej, wtargnął pan do naszego kraju 
uzbrojony  po  zęby.  Nie  zaprzeczy  pan  zatem,  że  pańskie  działanie  jest  krokiem  wojennym; 
tym bardziej, że już stoczono kilka potyczek. 

— Można  by  tutaj  przytoczyć  kilka  odmiennych  poglądów,  mających  taką  samą  wartość 

—  odparł  doktor.  —  Lecz  aby  obalić  najbliższe  twierdzenie,  zapewniam  pana,  że  nie 
zrobilibyśmy użytku z naszej broni, gdyby wasi wojownicy nie wystąpiliby wrogo przeciwko 
nam i gdyby nie usiłowali wziąć do niewoli niektórych z nas. 

— Broniliśmy  własnego  domu  —  rzekł  kacyk  —  zupełnie  tak  samo,  jak by  pan  podniósł 

broń na człowieka, który by bez pańskiego zezwolenia wtargnął do pańskiego domu lub który 
by chciał przemocą przywłaszczyć sobie plony pańskich pól! 

— Nie zaatakowałbym  go — wtrącił pułkownik — gdyby on szedł na przełaj przez moje 

pola, chcąc sobie skrócić drogę. 

— Być  może  —  odparł  kacyk.  —  Lecz  pan  nie  przyszedł  tutaj  po  to,  aby  sobie  tylko 

oszczędzić  drogi.  W  tym  wypadku  moi  ludzie  byliby  prawdopodobnie  was  zatrzymali  i 
ochronili was przed krzywdą. Lecz jak nam z pewnego źródła wiadomo, przyszliście tutaj po 
to,  aby  wytyczyć  nową  kolej,  która  ma  biec  przez  całe  Gran  Chaco.  To  są  przygotowania, 
które  mają  na  celu  zajęcie  na  własność  części  naszego  obszaru.  Każdy  rozumnie  myślący 
człowiek przyzna nam zupełną słuszność, jeśli my to uważamy za napad wojenny. Co więcej, 
w istocie rzeczy chodzi tutaj o coś znacznie większego, niż o wąską ścieżynę, gdyż obok linii 
kolejowej  szybko  wyrosną  miasta  i  osady.  Gdybyśmy  pozwolili  na  to,  wówczas  czerwoni 
wojownicy  zostaliby  wyparci  coraz  dalej,  a  w  niedługim  czasie  biali  intruzi  wydarliby  im 
ostatnią  piędź  ziemi!  Dlatego  też  rozumie  się  samo  przez  się,  że  my  bronimy  się  zawczasu, 
dopóki jeszcze zło można pokonać. 

— Tak jest, to się rozumie samo przez się — przyznał pułkownik — i dlatego właśnie, z 

góry to przewidując, zaopatrzyliśmy się w dobrą, skuteczną broń! 

— Która  jednak  nie  przyniesie  panu  spodziewanego  skutku  —  odparł  kacyk.  —  Lecz 

dajmy temu spokój. Chciałem tylko z ust pańskich usłyszeć, że znajdujemy się obustronnie na 
stopie  wojennej,  a  więc,  co  za  tym  idzie,  silniejszy  ma  prawo  pokonanemu  podyktować 
warunki. 

— Na razie to zagadnienie nie jest jeszcze rozstrzygnięte — rzekł doktor. 
— Lecz  mnie  się  zdaje,  że  tak  —  odparł  kacyk.  —  Jesteście  zamknięci  w  wąwozie,  z 

którego  nie  ma  wyjścia.  Jest  tylko  jedna  droga,  ale  przed  nią  czuwa  trzy  tysiące  dzielnych, 
czerwonych  wojowników,  którzy  udaremnią  wszelką  próbę  przełamania  linii  bojowej. 
Jesteście  zatem  zamknięci  ze  wszystkich  stron  i  zginiecie  z  pewnością  z  głodu,  jeśli  się 
dobrowolnie nie zdacie na łaskę lub niełaskę, i jeśli nie przyjmiecie naszych warunków. 

— Czy możemy spytać, jakie one są? — zagadnął doktor. 

background image

— Oczywiście  —  odparł  kacyk.  —  Po  pierwsze,  wydacie  nam  całą  broń  i  amunicję,  a 

także tę strzelającą wieżę, którą wozicie z sobą. Po drugie, zniszczycie ową latającą kulę, za 
pomocą  której  wznosicie  się  w  przestworza,  aby  obserwować  ruchy  czerwonych 
wojowników. Po trzecie, zniszczycie ową niebezpieczną maszynę, w której wiemy to bardzo 
dobrze — czyha śmierć i zagłada dla całego czerwonego ludu, skoro tylko zacznie działać. 

— A co otrzymamy w zamian? — spytał pułkownik z lekkim szyderstwem. 
— Przyrzekam wam  w nagrodę za wasze ustępstwo, że wrócicie bezpiecznie do brzegów 

Rio  Pilcomayo.  Oczywiście  przedtem  musicie  złożyć  uroczystą  przysięgę,  że  nigdy  nie 
wrócicie do naszego kraju. 

— Co pan na to powie? — zwrócił się pułkownik do doktora. 
— Że się nie cofnę ani na krok! — odparł tenże po prostu i stanowczo. — Będę walczył do 

ostatniej kropli krwi, aby osiągnąć zamierzony cel! 

— Brawo!  —  krzyknął  pułkownik.  —  I  mogę  zapewnić,  że  wszyscy  w  obozie  tak  samo 

myślą! 

— Hola!  —  przerwał  nagle  Mr  Bopkins,  gniewnym  ruchem  przesuwając  cylinder  na  tył 

głowy. — Jak widzę, przemawiasz w imieniu innych ludzi, nie pytając ich przedtem o zdanie! 
Niestety,  zauważyłem  już  dawno,  że  pan  mnie  przy  każdej  sposobności  uważa  za  zupełne 
zero,  za  co  mi  pan  jeszcze  drogo  zapłaci!  Oświadczam  panu  zatem,  że  ja  w  imieniu  swoim 
oraz  w  imieniu  mego  Towarzystwa  przyjmuję  warunki  tego  czerwonego  dżentelmena,  aby 
wreszcie zakończyć tę szaleńczą wyprawę, która tylko pochłania kolosalne sumy i do niczego 
nie prowadzi! Widzieliśmy to dotychczas doskonale! 

— Niech pan łaskawie zamknie swój dostojny dziób, sir — uprzejmym tonem poprosił go 

sir  Allan.  —  Każdemu wiadomo,  że  od  chwili  pańskiego  protestu  w  Yuquirendzie  wyprawa 
odbywa się na mój koszt i że pozwalamy wlec się panu z nami jako tzw. piąte koło u wozu 
tylko  dlatego,  że  chętnie  chcielibyśmy  mieć  na  końcu  kogoś,  kogo  by  serdecznie  zmartwiło 
nasze  ostateczne  zwycięstwo.  Ja  zaś,  jako  ten  który  daje  potrzebny  kapitał  ekspedycji, 
zgadzam  się  zupełnie  na  oświadczenie  doktora,  a  jeśli  panu  to  się  nie  podoba,  może  pan  na 
swój własny rachunek zawrzeć przyjaźń z Indianami. Może znajdzie pan u nich posadę jako 
chłopak kuchenny lub parobek, do czego pan się bez wątpienia lepiej nadaje niż do tego, by 
wobec dżentelmenów grać rolę przedstawiciela dżentelmenów! A zresztą rób pan, co się panu 
podoba! 

Mr  Bopkins  przeszył  sir  Allana  wzrokiem  żbika,  lecz  nie  odważył  się  go  zaatakować, 

pamiętał bowiem bardzo dobrze, że niedawno źle wyszedł w podobnym wypadku. 

Stary kacyk przysłuchiwał się tej ostrej wymianie zdań ze stoickim spokojem. Żaden znak 

nie zdradził, co myśli o tym wszystkim. Po chwili zwrócił się do doktora z zapytaniem: 

— A więc pan odrzuca moje warunki, senor? 
— Oczywiście! 
— Niech pan pomyśli, że czeka was straszna śmierć! 
— Mnie się zdaje, że ona nie jest zupełnie pewna. 
— Jesteście zewsząd zamknięci! 
— Możemy poczekać, aż ten pierścień sam pęknie. 
— Czekanie nie przyniesie wam ocalenia, bo ostatecznie muszą się skończyć wasze zapasy 

ż

ywności.  Musicie  zginąć  z  głodu  albo  się  poddać,  a  wówczas  nasze  warunki  będą  daleko 

twardsze, co się zresztą samo przez się rozumie. 

— To się okaże, kto prędzej straci cierpliwość. 
— Przypuszczam, że oczekujecie pomocy od waszych braci na południu lub północy. Lecz 

ja  was  mogę  zapewnić,  że  dokoła  całego  Gran  Chaco  pilnie  czuwają  nasi  strażnicy,  tak,  że 
nawet mysz się nie prześliźnie bez mojej wiedzy. 

— Pan nie przypuszcza chyba — zimno odparł doktor — że zapoznam pana ze wszystkimi 

danymi,  na  których  opieramy  nasze  nadzieje.  Z  zupełnym  spokojem  oczekujemy  dalszych 

background image

wypadków. Odwagi dodaje nam ta okoliczność, że mimo wszystkich wysiłków nikogo z nas 
nie udało się panu na stałe pojmać do niewoli. 

— Tak jest, niestety, udało wam się zawsze jeńca uwolnić z niewoli. Lecz wtedy mieliście 

do  czynienia  z  pomniejszymi  kacykami  i  z  niewielkimi  siłami  bojowymi.  Tutaj  zaś  ja 
rozkazuję  i  zapewniam  was,  że  żadnemu  z  was  nie  uda  się  cało  i  zdrowo  prześliznąć  przez 
pierścień oblężenia. 

— Nie  będziemy  sobie  rozbijali  głowy  o  zwarty  mur  czerwonych  wojowników.  Lecz 

ostrzegamy zarazem, że wszelki atak na nasz obóz będzie krwawo odparty. 

— Nie myślę słać moich wiernych i dzielnych wojowników na oczywistą śmierć. Myśmy 

pozwolili wam dojść aż tutaj umyślnie, bo wiedzieliśmy doskonale, że stąd nie ma ucieczki i 
ż

e musicie nam wpaść w ręce bez rozlewu krwi. Dlatego też pytam was po raz trzeci i ostatni: 

przyjmujecie moje warunki? 

— Nie! — odrzucił warunki doktor, podnosząc się z miejsca. 
— W  takim  razie  odpowiedzialność  za  wszystko,  co  się  stanie,  spada  na  pana!  —  odparł 

kacyk, wzruszając ramionami. 

Podniósł się z miejsca, skinął dumnie głową na pożegnanie i odszedł. 
— Sądzi pan może, że on wykona swe pogróżki? — spytał pułkownik. 
— Wcale  nie  —  odparł  doktor.  —  Osiągnął  właśnie  przeciwieństwo  tego,  co  zamierzał. 

Chciał nas nastraszyć, a tymczasem dał nam pewność, że możemy liczyć na pomyślny wynik 
sprawy. 

— Jak to? — spytali zdziwieni panowie. 
— Niech panowie sobie przypomną, że on wygadał się mimo woli, że nikogo z nas nie ma 

w niewoli. 

Z tego wynika jasno, jak na dłoni, że don Rocca szczęśliwie dotarł do Yuquirendy,  gdzie 

pracuje nad naszym ocaleniem. Chodzi teraz tylko o to, aby się z nim telegraficznie połączyć i 
przywołać go na pomoc. Jeśli opatrzność pozwoli, nie będzie to długo trwało. 

— Miejmy  nadzieję,  że  wszystko  się  skończy  dla  nas  jak  najpomyślniej!  —  odparli  dwaj 

inni panowie. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XX 

M

B

OPKINS UCIEKA

 

 
Wszyscy byli zdecydowani bronić się do ostatniej kropli krwi. Mieli tę świadomość, że od 

ich  wytrwałości  zależy,  czy  ten  obiecujący  kawałek  ziemi  weźmie  cywilizacja  pod  swą 
opiekę, czy też będzie on przez dziesiątki lat oddany na pastwę najdzikszemu barbarzyństwu i 
zamknięty dla całego świata. 

Tylko  jeden  Mr  Bopkins  miał  inne  zdanie.  Każdego  dnia  zjawiał  się  regularnie  przed 

obliczeni  doktora  i  wnosił  protest  przeciw  dalszemu  pobytowi  w  wąwozie,  domagając  się 
zarazem,  aby  niezwłocznie  zawarto  pokój  z  Indianami.  Te  rady  i  żądania  rozbijały  się 
oczywiście o twardy opór wszystkich członków ekspedycji. 

Rozgniewany Mr Bopkins codziennie siadał nad brzegami małego jeziorka i rozmyślał nad 

niegodzi—wością ludzi, którzy nie mają szacunku nawet dla reprezentanta South–American–
Railway–Company. 

W  ten  sposób  upłynął  cały  tydzień.  Gdy  doktor  znów  wzbił  się  balonem  w  powietrze  i 

zatelegrafował do Yuquirendy, znów nie otrzymał żadnej odpowiedzi. 

Następnego  dnia  rano  Mr  Bopkins  siedział  sobie  nad  brzegiem  jeziorka,  pogrążony  w 

głębokich rozmyślaniach. 

Nagle  usłyszał  uderzenie,  jak  gdyby  jakiś  ciężki  przedmiot  z  wysokości  upadł  na  ziemię. 

Nie  daleko  od  miejsca,  gdzie  siedział,  spostrzegł  kamień,  wielkości  pięści,  do  którego 
przywiązany był kawałek papieru. Podniósł szybko oczy w górę i ujrzał na szczycie wąwozu 
oblicze jakiegoś Indianina, który dawał mu znaki — po czym znikł. 

Mr  Bopkins  ze  zdumieniem  pokiwał  swą  dostojną  głową,  po  czym  rzucił  spojrzenie  na 

obóz; nikt go nie obserwował. Następnie podniósł kamień, aby się przekonać, czego Indianie 
chcą od niego. 

Doszedł  do  przekonania  że  autorem  tego  pisma  mógł  być  tylko  Chiacutak,  gdyż  spośród 

wszystkich  Indian  on  jeden  umiał  władać  piórem.  Mr  Bopkins  oderwał  kartkę  od  kamienia, 
rozwinął ją i zagłębił się w treści. 

List  wywierał  wrażenie,  jak  gdyby  go  pisał  dorożkarz,  do  tego  stopnia  lekceważył 

wszystkie zasady ortografii. 

Treść  jego  była  następująca:  Chiacutak,  który  w  czasie  układów  w  obozie  poznał 

zapatrywania jankesa, zaproponował mu, aby przyszedł do obozu Indian i zawarł z nimi pokój 
na  znanych  warunkach.  W  tym  wypadku  doktor,  chcąc  nie  chcąc,  będzie  musiał  poddać  się 
konieczności.  Lecz  gdyby  nawet  się  nie  poddał,  Mr  Bopkins  nie  poniesie  przez  to 
najmniejszej  szkody.  Co  więcej,  Indianie  przyrzekli  odstawić  go  pod  eskortą  do 
zamieszkałych  granic,  jeśli  pozostawi  swoich  towarzyszy  nieuniknionemu  losowi.  Lecz  w 
tym  wypadku,  jeśli  będzie  się  wzbraniał  przyjąć  propozycję  kacyka,  czeka  go  szczególnie 
straszny koniec. 

Mr Bopkins przestraszył się nie na żarty. Lecz w następnej chwili przyszło mu na myśl, że 

dzięki tej sposobności może się wspaniale zemścić na znienawidzonym doktorze. 

Smutne  myśli  jankesa  zniknęły  w  okamgnieniu.  Wrócił  do  obozu  w  wyśmienitym 

humorze,  lecz  starał  się  oczywiście  niczym  nie  zdradzić,  że  zmienił  swoje  zamiary.  Udawał 
jeszcze  bardziej  rozsrożonego  i  obrażonego  niż  zwykle.  Jego  mrukliwe  odpowiedzi  trudno 
było odróżnić od warczenia buldoga, któremu ktoś na ogon nadepnie. Lecz wszyscy panowie 
nie zwracali na niego szczególniejszej uwagi. 

Gdy nastała noc, szlachetny jankes wyśliznął się ze swego wozu i boso, z trzewikami pod 

pachą,  udał  się  nad  brzeg  jeziora.  Tutaj  zapalił  na  sekundę  zapałkę,  czego  w  obozie  nie 
zauważono. Zamienił się cały w słuch i czekał, czy ten znak spostrzeżono na górze. 

background image

Po chwili usłyszał, że jakiś przedmiot spadł u stóp ściany skalnej. Zbliżył się niezwłocznie 

i przekonał się po omacku, że jest to lina, mająca na końcu pętlę. Mr Bopkins umieścił w tej 
pętlicy obie stopy, po czym dał znak, by go wyciągnięto. 

Poczciwy  jankes  przeżył  chwilę  panicznego  strachu,  gdy  zawisł  w  powietrzu  nad 

przepaścią, ale niebawem chwyciło go kilkoro rąk, które go postawiły na twardym gruncie. 

Czterej  Indianie  wzięli  go  między  siebie  i  poprowadzili  w  ciemność.  Idąc,  Mr  Bopkins 

ś

miał  się  w  duchu  na  myśl,  jaką  paradną  minę  zrobią  jego  dotychczasowi  towarzysze 

wyprawy,  gdy  spostrzegą  jego  nagłe  a  niespodziewane  zniknięcie.  Lecz  ten  wesoły  nastrój 
duszy  jankesa  nie  miał  trwać  długo.  Gdy  zszedł  ze  stoku  Cerro  Cristian  i  znalazł  się  na 
równinie, uczuł nagle, że jakieś twarde i drapieżne szpony chwytają go za kark. Obalono go 
na  ziemię,  związano  ręce  i  zakneblowano  usta.  Następnie  czerwonoskórzy  postawili  go  na 
nogi  i  potężnymi  uderzeniami  pięści  zmusili  do  dalszej  drogi.  Z  daleka  błyskały  liczne 
ogniska. Szlachetny jankes wpadł w pułapkę! 

Po  chwili  przywiązano  go  do  drzewa  i  postawiono  przy  nim  straż.  Nazajutrz  rano 

odwiązano go i zaprowadzono do starego kacyka, który przywitał go szyderczym śmiechem. 
Zamiast spodziewanego radosnego powitania, usłyszał słowa: głupiec, tchórz, zdrajca! 

Jeśli  Mr  Bopkins  dotychczas  miał  nadzieję,  że  te  straszne  przejścia  polegają  na  jakimś 

nieporozumieniu,  to  teraz  ta  nadzieja  rozwiała  się,  jak  senne  marzenie.  Poznał  okrutną 
rzeczywistość.  Przekonał  się  ze  zgrozą,  że  jest  zgubiony  bez  ratunku,  o  ile  podle  zdradzeni 
towarzysze po raz wtóry nie wybawią go z niewoli. 

Stary kacyk począł go przesłuchiwać. Zagroził mu najstraszniejszymi torturami, o ile jego 

słowa  okażą  się  kłamliwe.  Mr  Bopkins  przestraszył  się  nie  na  żarty  i  począł  mówić  szczerą 
prawdę.  Opowiedział  dokładnie,  w  jaki  sposób  pułkownik  obwarował  obóz,  opisał  karabin 
maszynowy  i  balon  wraz  z  wszystkimi  urządzeniami,  na  koniec  dobrowolnie  wyznał,  że 
ekspedycja spodziewa się pomocy z Yuquirendy. 

Chiacutak  zbladł  formalnie  na  tę  wiadomość.  Wiedział  doskonale,  jaki  postrach  wzbudza 

kapitan Artigas wśród wszystkich Indian w Gran Chaco, wiedział że uważają go za demona, 
któremu  nie  podobna  się  oprzeć.  Kacyk  obawiał  się,  by  wiadomość  o  tym  nie  rozniosła  się 
wśród  jego  własnych  wojowników,  bo  odebrałaby  im  odwagę,  tak  niezbędną  w  walce;  na 
szczęście można było to łatwo uczynić, gdyż on sam jeden umiał po angielsku, a Mr Bopkins 
nie znał innego języka. 

Chiacutak  począł  się  zastanawiać,  w  jaki  sposób  mógłby  zapobiec  grożącemu 

niebezpieczeństwu; nagle przyszła mu do głowy pocieszająca myśl. 

Zagadnął jankesa: 
— Powiedziałeś,  że  kapitan  Artigas  wówczas  dopiero  ruszy  na  pomoc  na  czele  swoich 

dragonów, gdy twoi przyjaciele go zawezwą? 

Mr Bopkins skinął potakująco głową. 
— A  więc  —  mówił  dalej  kacyk  —  postaram  się,  by  nawet  mysz  nie  wymknęła  się  z 

wąwozu, aby zanieść wiadomość do Yuquirendy. 

— To nie wystarczy  —  odparł dzielny jankes.  — Mylisz się, wielki  wodzu, jeśli sądzisz, 

ż

e twoi wrogowie w tym wypadku będą się posługiwali posłańcem. 

— Wiem dobrze — przerwał  Indianin — że wy  biali, umiecie posyłać w dal wiadomości 

za pomocą drutów. Lecz w tym celu trzeba je najpierw rozpiąć… 

— Mylisz się, wodzu rzekł Mr Bopkins — od dawna nie posługujemy się już drutami przy 

wysyłaniu wiadomości do odległych miejscowości. 

Chiacutak  zaniepokoił  się  i  zażądał  bliższych  wyjaśnień.  Jeniec  starał  się  wytłumaczyć 

całą istotę rzeczy, jak umiał najlepiej, lecz kacyk nie posiadał warunków, które umożliwiłyby 
mu zrozumienie całej sprawy, dlatego też pokiwał na koniec głową i rzekł: 

background image

— Nie mogę wprawdzie wszystkiego zrozumieć, ale wierzę ci mimo to. Mówisz więc, że 

ta latająca kula jest niezbędnie potrzebna, jeśli się chce  rozmawiać z ludźmi, mieszkającymi 
w odległości setek mil? 

— Oczywiście. Bez kuli twoi wrogowie będą odcięci od całego świata. 
— Dobrze  —  rzekł  kacyk.  —  Wyślę  moich  najlepszych  strzelców,  którzy  zestrzelą  tego 

latającego potwora, skoro się tylko ukaże. 

— To  nic  nie  pomoże  —  odparł  Mr  Bopkins.  —  Takie  małe  otworki  można  szybko 

zalepić.  One  mogą  co  najwyżej  spowodować  krótką  zwłokę.  Musicie  raczej  starać  się 
zniszczyć tę masę, która dostarcza gazu do wypełniania balonu. 

Tutaj znów utknęła pojętność kacyka. Wyjaśnienia Mr Bopkinsa nie doprowadziły do celu. 

Tyle  tylko  pojął  Chiacutak,  że  w  wozie  z  zapasami  hydrolu  drzemie  główne 
niebezpieczeństwo, dlatego też począł się zastanawiać, w jaki sposób można by je zniszczyć. 

Wrócił  do  swego  namiotu,  a  jeńca  kazał  znowu  przywiązać  do  drzewa  mimo  jego 

gwałtownych protestów. 

Wróćmy teraz do naszej ekspedycji, zamkniętej w wąwozie. 
Gdy dr Bergman zbudził się nazajutrz rano po ucieczce jankesa, zdziwił się niezmiernie, że 

Mr  Bopkins  nie  zjawił  się,  jak  zwykle,  ze  swoim  cylindrem  i  protestem.  Podzielił  się  tym 
spostrzeżeniem z pułkownikiem, który rzekł: 

— Może on zrozumiał wreszcie, że gra śmieszną rolę, strzelając głupstwo za głupstwem? 
— Nie sądzę — odparł doktor. — Prawdopodobnie śpi jeszcze. 
— Lub może zbiera siły na protest o podwójnej wadze — roześmiał się pułkownik. 
Gdy  upłynęło  kilka  godzin  i  jankes  się  nie  zjawił,  zaniepokojony  doktor  udał  się  do  jego 

wozu.  Ten  był  pusty.  Doktor  zwrócił  się  do  peonów  z  zapytaniem,  czy  jankes  nie  opuścił 
obozu.  Lecz  nikt  nie  widział  go  do  poprzedniego  wieczora  i  nie  znaleziono  go,  chociaż 
przeszukano starannie cały wąwóz. 

— To  dziwne  —  rzekł  pułkownik,  gdy  peonowie  wrócili  po  bezowocnych 

poszukiwaniach.  —  Przecież  on  nie  mógł  odlecieć  jak  jaskółka!  Balon  leży  nietknięty  na 
wozie! 

Zazwyczaj  przesiadywał  nad  jeziorem  —  zauważył  doktor.  —  Może  pośliznął  się  w 

ciemnościach  i  utonął,  zanim  zdołał  zawołać  o  ratunek.  W  takim  wypadku  musiałby 
przynajmniej  jego  słynny  cylinder  pływać  po  powierzchni.  Muszę  sam  zbadać  tę  sprawę. 
Pójdzie pan ze mną. 

Doktor zgodził się. Obaj panowie zbadali przede wszystkim najbliższe otoczenie wozu Mr 

Bopkinsa, szukając śladów, lecz zatarł je deszcz. Były widoczne tylko ślady peonów. 

Dopiero  w  pobliżu  jeziora  sokole  oczy  pułkownika  zauważyły,  że  na  żwirowisko,  które 

tam  pierwotnie  stanowiło  powierzchnię  ziemi,  spadł  ledwo  widoczny  pokład  piasku, 
zmieszanego ze źdźbłami trawy. Podejrzane miejsce mogło mieć około dwóch łokci średnicy. 

Pułkownik  wydobył  natychmiast  lunetę  i  począł  przypatrywać  się  górnemu  brzegowi 

skalnej  ściany,  wznoszącej  się  naprzeciw  niego.  Po  chwili  zauważył  wyraźną,  prostopadłą 
linię,  którą  wytarł  w  skale  sznur  przy  wyciąganiu  jankesa.  Pułkownik  Iquite  bez  słowa 
wskazał na ten zdradziecki znak i podał lunetę swemu towarzyszowi. 

— Tak,  tak,  kochany  doktorze  —  wybuchnął  wreszcie  oburzony  oficer.  —  Ten  łotr 

podstępnie rzucił się w ramiona czerwonoskórym… 

— Niech  pan  nie  oburza  się  na  tego  człowieka  —  próbował  go  doktor  uspokoić.  —  On 

będzie żałował tego kroku, a może już wśród katuszy myśli o naszym bezpiecznym wąwozie. 

— Nic  mi  na  tym  podłym  zbiegu  nie  zależy  —  odparł  pułkownik  Iquite.  —  Przeciwnie, 

dopiero  teraz  mamy  spokój  i  jesteśmy  zabezpieczeni  przed  jego  idiotycznymi  protestami! 
Lecz obawiam się, że go tam przemocą zmuszą do zeznań. Zamiast żeby don Rocca miał ze 
swoimi  ludźmi  uderzyć  niespodziewanie  na  Indian,  teraz  przygotują  się  oni  gruntownie  na 
jego  przyjęcie.  W  każdym  razie  ten  Joaosigno  czy  Chiacutak  zbierze  wszystkie  siły,  aby 

background image

odeprzeć cios. Bądź co bądź ma na swoje rozkazy dwadzieścia tysięcy wojowników! Przeciw 
takiej armii nic nie poradzi nawet niezrównany Artigas ze swoimi jeźdźcami. 

— Wątpię  —  rzekł  doktor  —  by  Indianie  zrozumieli  jankesa,  choćby  nawet  im  zdradził, 

jakimi  środkami  pomocniczymi  rozporządzamy.  Oni  nie  zrozumieją  nigdy,  że  można 
rozmawiać za pomocą fal elektrycznych. 

— Zapomina  pan,  że  kacyk  przez  dłuższy  czas  przebywał  w  Buenos  Aires,  gdzie  się 

zapoznał z telegrafem. 

— Tak,  ale  tylko  z  telegrafem,  posługującym  się  drutem,  a  nie  z  iskrowym.  Z  tego  też 

powodu  kacykowi  wyda  się  nieprawdopodobną  rzeczą,  byśmy  mogli  przywołać  na  pomoc 
naszych przyjaciół z Yuqirendy. Natomiast inna okoliczność wzbudza we mnie niepokój. 

— Jaka? — spytał pułkownik. 
— Ja myślę tak: jak tutaj wyciągnięto człowieka w górę, tak można innych ludzi spuścić za 

pomocą  lin  w  głębinę  wąwozu.  Jeśli  zatem  nie  będziemy  dość  czujni,  pewnej  pięknej  nocy 
przybędzie  kilkuset  czerwonoskórych  —  i  to  nas  zgubi,  bo  nie  będziemy  mieli  nawet  czasu 
chwycić za broń! 

Pułkownik zastanawiał się przez chwilę. 
— Sądzę,  że  pańska  obawa  jest  płonna  —  rzekł.  —  O  ile  znam  Indian,  wiem  dobrze,  że 

stale  unikają  otwartego  napadu.  Prócz  tego  nasz  karabin  maszynowy  nauczył  ich  rozumu.  Z 
tego  więc  powodu  będą  czekali,  aż  się  dobrowolnie  poddamy.  W  każdym  jednak  razie 
musimy zachować wszelką ostrożność i nocą palić ogniska wzdłuż ścian skalnych. Nie brak 
nam na szczęście materiału palnego. 

Obaj  panowie  wrócili  do  obozu  i  natychmiast  wysłali  peonów  w  celu  zbierania  chrustu. 

Ludzie ci kiedy dowiedzieli się o ucieczce jankesa, poprzysięgli mu srogą zemstę. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXI 

O

DCIĘCI

 
Chiacutak  począł  się  zastanawiać,  w  jaki  sposób  mógłby  skorzystać  z  zeznań  jeńca.  Po 

namyśle  postanowił  ułożyć  odpowiedni  plan.  W  tym  celu  wieczorem  udał  się  na  brzeg 
wąwozu,  gdzie  przez  kilka  godzin  leżał  na  czatach,  aż  wreszcie  zaznajomił  się  dokładnie ze 
sposobem  sprawowania  warty  przez  wrogów.  Teraz  już  wiedział,  kiedy  zmienia  się  straż, 
czuwająca nad bezpieczeństwem obozu. 

Nazajutrz  zawezwał  do  siebie  kilku  najlepszych  wojowników  i  spytał  ich,  czy  są  gotowi 

poświęcić  życie  dla  dobra  swego  ludu.  Wszyscy  oświadczyli,  że  są  gotowi.  Lecz  gdy  kacyk 
zaznajomił  ich  ze  swoim  planem,  opuściła  ich  odwaga;  tylko  dwaj  z  nich  oświadczyli 
gotowość  do  podjęcia  się  niebezpiecznego  zadania.  Chiacutak  zaznajomił  ich  dokładnie  ze 
swoim planem i przyrzekł im, że nagrodzi wysokim odznaczeniem w razie powodzenia. Obaj 
czerwonoskórzy  udali  się  o  zachodzie  słońca  w  drogę,  otoczeni  całym  tuzinem  towarzyszy 
broni i położyli się na czatach u brzegu wąwozu w tym miejscu, skąd jego wyjście dokładnie 
można było widzieć. 

Nagle  przy  ognisku  obozowym  podniosła  się  jakaś  wyniosła  postać,  otulona  w  poncho, 

która odeszła wraz z psem w stronę wyjścia z wąwozu. Był to Miguel Rodilla wraz ze swoim 
psem, Picarem. 

Teraz należało szybko działać. Indianie spuścili w głębinę długą linę, przy pomocy której 

dwaj  nieustraszeni  wojownicy  w  krótkim  czasie  stanęli  na  dnie  wąwozu.  Dostali  się 
szczęśliwie  do  jeziorka  i  przepłynęli  je,  starając  się  wywoływać  jak  najmniejszy  hałas. 
Stanąwszy na skalistym brzegu, rozejrzeli się uważnie dokoła, starając się przekonać, czy nie 
ma tu któregoś z białych. Usłyszeli tylko głęboki, miarowy oddech uśpionych i kroki straży. 
Szybkim,  zwinnym  skokiem  dostali  się  do  wozu,  zawierającego  zapasy  hydrolu.  Drzwi 
otworzyły  się  bez  szelestu.  Obaj  czerwonoskórzy  wyjęli  ze  skrzyń  flaszki  cynkowe,  w 
których  znajdował  się  drogocenny  płyn.  Szybko  wyciągnęli  zatyczki,  a  zawartość  wylali  na 
podłogę.  Hydrol  zniszczył  się  przez  to  bezpowrotnie.  Mr  Bopkins  pod  wpływem  strachu 
wszystko  to  dokładnie  im  opisał  i  dał  pouczające  wskazówki.  Stąd  też  śmiały  czyn  udał  się 
Indianom nadspodziewanie. 

Obaj  wojownicy  opuścili  wóz,  po  czym  przy  pomocy  liny  znaleźli  się  niebawem  wśród 

swoich.  Wkrótce  potem  Miguel  Rodilla  wrócił  do  obozu.  Nagle  jego  pies,  począł  warczeć  i 
głośno  szczekać.  Hałas  obudził  śpiących,  którzy  wybiegli  z  namiotów  i  wozów.  Zapalono 
pochodnie i przy ich blasku spostrzeżono nieszczęście. 

Wprawdzie  rozsrożeni  peonowie  pobiegli  natychmiast  w  ślad  za  psem  do  jeziorka,  lecz 

ś

miali  wojownicy  znajdowali  się  już  w  bezpiecznym  schronieniu.  Tylko  szyderczy  śmiech 

rozległ się na szczycie wąwozu — i to była jedyna wskazówka, jaką peonowie otrzymali. 

Tymczasem  doktor  i  jego  asystenci,  przygnębieni  nieszczęściem,  stali  nad  opróżnionymi 

flaszkami,  pułkownik  zaś  przeklinał  dosadnymi  słowami  przedstawiciela  South–American–
Railway–Company.  Wszyscy  rozumieli  doskonale,  że  tylko  on  mógł  wyjaśnić  Indianom,  w 
jaki sposób mogą najboleśniej ugodzić swoich śmiertelnych wrogów. 

— W  tym  jest  bezdenna  nienawiść,  połączona  z  bezgraniczną  złośliwością!  —  rzekł 

pułkownik. — W ten sposób nas zdradzić, nas, którzy go tyle razy wybawialiśmy od śmierci! 

Dobroduszny doktor także i tym razem usiłował bronić jankesa. 
— Sądzę, że tylko  gniew ku nam popchnął  go  do tego nierozważnego  kroku — rzekł. — 

Chiacutak podczas pobytu w naszym obozie poznał dokładnie jego poglądy i prawdopodobnie 
musiał  mu  obiecać  złote  góry.  Z  tego  też  powodu  jego  gniew  ku  nam  wzmógł  się,  więc 

background image

ostatecznie zbiegł do  Indian. Ci oczywiście musieli wyśmiać jego łatwowierność i  groźbami 
wycisnąć z niego, co się tylko dało. Przypuszczam, że on teraz gorzko żałuje swej głupoty. 

Między  obu  biegunami  globu  ziemskiego  nie  było  w  tej  chwili  nikogo,  kto  by  się  czuł 

bardziej  nieszczęśliwy  niż  dzielny  Mr  Bopkins  z  Nowego  Jorku.  Sterczał  w  miejscu 
nieruchomo  przywiązany  do  drzewa  i  moknął  w  strugach  deszczu.  Zarazem  wzdychał  do 
obozu  białych  i  ze  łzami  tęsknił  do  swego  wygodnego  wozu,  gdzie  mu  było  tak  rozkosznie. 
Najbardziej  dręczyły  i  torturowały  go  ryby,  upieczone  w  gorącym  popiele,  którymi  Indianie 
nieustannie go karmili. 

Tymczasem  w  obozie  biali  zastanawiali  się  poważnie,  w  jaki  sposób  mogliby  zawezwać 

pomoc  z  Yuquirendy.  Musiało  to  się  stać  szybko,  jeśli  nie  miała  ich  spotkać  ostateczna 
zagłada. 

Zapasy żywności mogły starczyć co najwyżej na dwa tygodnie, potem aby żyć, trzeba by 

pozabijać konie pociągowe. 

Poczęto się zastanawiać, w jaki sposób można by zastąpić nieczynny balon. Że to było już 

możliwe,  o  tym  na  szczęście  Mr  Bopkins  nie  wiedział,  więc  co  za  tym  idzie,  nie  mógł  tego 
zdradzić Indianom. 

Doktor polecił Jasiowi zbudować duży latawiec i w przeciągu dwu dni arcydzieło to było 

już  gotowe.  Szkielet  latawca  był  bambusowy  i  powleczony  nieprzemakalnym  płótnem. 
Wysokość jego wynosiła dwa i pół metra. W razie pomyślnego wiatru musiał zadanie swoje 
spełnić  w  zupełności.  Podwójny  drut  miedziany,  długości  sześciuset  metrów,  miał  służyć 
równocześnie jako sznur i przewód. 

Teraz chodziło tylko o to, aby latawiec puścić w powietrze. Wypuścić go z wąwozu było 

rzeczą  niemożliwą,  z  uwagi  na  to,  że  tam  było  stale  bezwietrznie,  latawiec  zaś  wymagał 
silnego ciśnienia wiatru zwłaszcza w chwili, gdy wzbijał się w górę. Z tego też powodu trzeba 
było go wynieść na prerię i stamtąd próbować puścić. 

Zadania  tego  podjął  się  dzielny  Jaś.  Rano  o  godzinie  czwartej,  gdy  jeszcze  było  ciemno, 

wziął  latawiec  na  plecy  i  pomaszerował  odważnie  do  ujścia  wąwozu,  gdzie  ukryli  się  konni 
peonowie, aby w razie niebezpieczeństwa przyjść mu z pomocą. 

Szum  deszczu  zagłuszył  jego  kroki.  W  odległości  dwustu  metrów  zatrzymał  się,  aby 

zaczekać  na  pomyślny  powiew  wiatru.  Nagle  opodal  usłyszał  dwa  głosy.  Byli  to  bez 
wątpienia Indianie, stojący na czatach. Dzielny Jaś nadstawił bacznie uszu, a wtedy mniej już 
uważał  na  latawiec.  Znienacka  zerwał  się  silny  wiatr  i  wywrócił  latawiec  na  ziemię.  Hałas 
zaalarmował  Indian.  Głosy  ich  umilkły  od  razu.  Było  teraz  rzeczą  jasną,  że  czerwonoskórzy 
muszą odkryć Jasia, mimo ciemności, jeśli mu się nie uda w jakiś sposób ich przepłoszyć. 

Ale dzielny Jaś nie stracił ani na chwilę przytomności umysłu ani zimnej krwi. Przed laty 

lubił  często  spędzać  wolne  chwile  w  menażerii  zamku  cesarskiego  w  Schönbrunnie. 
Zwłaszcza klatki z lwami i tygrysami wywierały nań niesłychany urok. Począł naśladować dla 
zabawy głosy rozmaitych dzikich bestii i doszedł w tym do prawdziwego mistrzostwa. Teraz 
ta umiejętność miała go wyratować z wielkiego niebezpieczeństwa. 

Skoro  usłyszał  kroki  zbliżających  się  Indian,  przycupnął  na  ziemi  i  wydał  krzyk 

rozsrożonej  pumy.  Równocześnie  kilkakrotnie  uderzył  czapką  o  ziemię,  jak  gdyby  to  był 
ogon  tego  niebezpiecznego  kota.  Było  to  do  tego  stopnia  łudząco  podobne,  że  obaj 
czerwonoskórzy umknęli z głośnym okrzykiem przerażenia. 

Jaś chwycił latawiec mocno w dłonie i postanowił nie wypuszczać go już z rąk. 
Jak  zwykle  bywa,  świt  przyniósł  ze  sobą  silny  powiew  wiatru,  który  Jaś  postanowił 

natychmiast wykorzystać. Zgięty palec włożył w usta i wydał umówiony gwizd, a gdy uczuł, 
ż

e peonowie już ciągną za sznur, bez namysłu wyrzucił latawiec w górę. Latawiec chwiał się 

przez  jakiś  czas  w  lewo  i  w  prawo,  po  czym  szybko  wzbił  się  w  powietrze,  a  peonowie, 
ciągnąc drut, mogli powoli wrócić do obozu. 

background image

Jaś  także  nie  pozostał  dłużej  na  miejscu.  Gwizd  usłyszeli  Indianie,  więc  wkrótce  potem 

gęsty  tłum  czerwonych  wojowników  rzucił  się  do  ataku,  aby  schwytać  zuchwałego  wroga, 
lecz było już za późno. Jaś znajdował się już w obozie. 

O wypadku tym natychmiast dowiedział się kacyk, który kazał przyprowadzić jeńca. Miał 

nadzieję, że on rozwiąże mu nową zagadkę. Mr Bopkins, ujrzawszy na niebie latawiec, który 
osiągnął  już  prawie  najwyższy  punkt,  szybko  domyślił  się,  do  jakiego  celu  służy  i  wyjaśnił 
kacykowi całą sprawę. 

Chiacutak  w  podzięce  obrzucił  jankesa  stekiem  złorzeczeń,  a  to  z  tego  powodu,  że  nie 

pouczył go przedtem o możliwości zbudowania latawca, a potem kazał go znowu przywiązać 
do  drzewa.  Zawezwawszy  najdzielniejszych  swoich  strzelców,  posłał  ich  kacyk  na  brzeg 
wąwozu i kazał im przestrzelić sznur, na którym latawiec unosił się w powietrzu. Ten sposób 
był oczywiście beznadziejny, albowiem tylko przypadek mógł przynieść pożądany skutek. 

Czerwoni  wojownicy  pobiegli  natychmiast,  a  Chiacutak  w  gorączkowym  napięciu  czekał 

na posłańca, który by mu oznajmił, że pragnienia jego się urzeczywistniły. 

W  tym  samym  czasie  panowało  wśród  członków  ekspedycji  nie  mniejsze  podniecenie. 

Wprawdzie  latawiec  stał  wysoko  na  niebie,  wśród  chmur,  lecz  było  jeszcze  wątpliwe,  czy 
przyniesie wieść szczęśliwą, że sygnał alarmowy usłyszano w Yuquirendzie. 

Drżącymi  ze  wzruszenia  palcami  stukał  doktor  w  aparat  telegraficzny,  jego  towarzysze 

tymczasem  z  zapartym  oddechem  spoglądali  na  dzwonek,  który  miał  im  dać  upragnioną 
odpowiedź.  Nagle  rozległo  się  donośne  dzwonienie  i  ze  wszystkich  piersi  wydarł  się  głośny 
okrzyk radości! Usłyszano ich! 

Doktor  wysłał  szybko  odpowiedź.  Nawiązała  się  ożywiona  rozmowa,  której  treść  doktor 

wyjaśniał zgromadzonym w krótkich słowach. 

Don  Rocca  szczęśliwie  dotarł  do  Yuquirendy  i  Assuncionu,  gdzie  natrafił  na  pewne 

trudności,  zanim  zdołał  wysłać  na  miejsce  aparaty  telegraficzne.  Następnie  wrócił  do 
Yuquirendy, aby tam wznieść wieżę iskrową. Dopiero przed dwoma dniami prace te zostały 
ukończone. 

Kapitan  Artigas  z  rozmaitych  „estancias”  zebrał  pokaźną  liczbę  jeźdźców,  w  większości 

dawnych żołnierzy  granicznych, którzy byli gotowi pod jego  wodzą uderzyć na  Indian Gran 
Chaco. Oddział ten liczył już dwustu ludzi i czekał na wezwanie do czynu. 

Doktor w odpowiedzi na to opisał pokrótce główne przeżycia ekspedycji i jej obecny stan. 

Zarazem podał dokładnie miejsce, gdzie się w tej chwili znajduje. 

Rozmowa telegraficzna nie trwała jeszcze długo, gdy nagle obecni przy aparacie usłyszeli 

gwałtowny  ogień  karabinowy,  rozlegający  się  na  krawędziach  wąwozu.  Szybko  chwycili  za 
broń,  aby  się  bronić.  Wówczas  pułkownik  za  pomocą  lunety  spostrzegł,  że  nieprzyjacielskie 
karabiny podniesione były w górę. Roześmiał się serdecznie na ten widok i rzekł: 

— Chcą zabić naszego latawca! 
Towarzysze  jego  spuścili  karabiny  i  również  wybuchnęli  wesołym  śmiechem.  Doktor 

rzekł: 

— Mogą  wykorzystać  cały  swój  zapas  amunicji,  zanim  trafią  w  cienki  drut,  na  którym 

unosi się nasz latawiec. Kto wie zresztą, czy go zdołają odróżnić od szarych zwałów chmur. 

Ale  stało  się  jednak  to,  co  uważano  za  niemożliwe,  choć  dopiero  po  dłuższej  chwili,  gdy 

obustronnie przesłano sobie najważniejsze wiadomości. Nagle pękł silnie napięty drut, który 
na wietrze brzęczał cicho, jak drżąca struna. Latawiec wykonał potężny skok i spadł w oddali 
na ziemię. 

— Nic  nie  szkodzi!  —  pocieszył  doktor  swoich  towarzyszy,  którzy  z  przerażeniem 

spoglądali  na  tę  katastrofę.  —  Wysłaliśmy  już  najważniejsze  wiadomości  i  zyskaliśmy  tyle, 
ż

e nasi wrogowie zepsuli część zapasów amunicji, które w tym bezludnym kraju nie prędko 

będą mogli uzupełnić. 

background image

— Jeśli kapitan Artigas umie tak jeździć, jak przedtem — dodał pułkownik — możemy już 

za osiem dni ujrzeć na południu jego jeźdźców! Sześćset kilometrów które ich dzielą od nas, 
są dla nich zabawką! 

— Prawdopodobnie  nasi  wrogowie  nie  odkryją  ich  wcześniej,  dlatego  też  mogą  nagle 

spaść na nich jak grom z jasnego nieba! — dodał doktor, z zadowoloną miną pakując swoje 
aparaty. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXII 

A

INAC CABUYU

,

 DIABEŁ KOŃSKI

 

 
Chiacutak,  stary  lis,  nie  dał  się  tak  łatwo  wywieść  w  pole,  jak  to  członkowie  ekspedycji 

przypuszczali. Wprawdzie z gorączkowym niepokojem czekał chwili, w której kula uwolniła 
latawca,  ale  gdy to nastąpiło, natychmiast odzyskał zimną krew i starał się zbadać,  czy biali 
zdołali w ostatniej chwili zamiar swój urzeczywistnić. 

W tym celu kazał najpierw przyprowadzić nieszczęsnego Mr Bopkinsa, z którego starał się 

przy  pomocy  pogróżek  wydobyć  niezbędnie  mu  potrzebne  zeznania.  Lecz  w  końcu 
spostrzegł, że od jeńca niczego więcej się nie dowie. Następnie zawezwał przed swoje oblicze 
tych wojowników, którzy brali udział w zestrzeleniu latawca. 

Początkowo także i od tych nie mógł się niczego dowiedzieć, albowiem oni skierowali całą 

swoją  uwagę  na  latawca  i  nie  obserwowali  wcale  białych.  Lecz  mimo  wszystko  kacykowi 
udało się w końcu ustalić dwie rzeczy, które potwierdzały poniekąd jego obawy: po pierwsze, 
ż

e  biali  nie  starali  się  wcale  odpierać  ataku  na  latawca,  po  wtóre,  że  nie  byli  wcale 

zaniepokojeni, gdy w końcu odleciał. 

Z  tego  stary  wódz  wnioskował,  że  biali  zdołali  powiadomić  swoich  sprzymierzeńców  na 

południu.  Teraz  zatem  trzeba  było  rozpocząć  przygotowani  na  ich  przyjęcie.  Przede 
wszystkim  kacyk  wysłał  naprzeciw  silny  oddział,  którego  zadaniem  było  po  wstrzymać  po 
drodze zbliżającego się wroga, aby jeszcze na czas mogły przyjść posiłki, których się Indianie 
spodziewali. 

Po  te  posiłki  posłał  Chiacutak  posłańców,  którzy  ruszyli  niezwłocznie  w  północno—

zachodnim  kierunku.  Widział  ich  przy  pomocy  lunety  pułkownik  Iquite,  toteż  niezwłocznie 
udał  się  do  doktora,  aby  mu  tę  nowinę  zakomunikować.  Ujrzał,  że  latawiec  zbyt  prędko 
odleciał. Było rzeczą niezbędną, aby zbliżający się oddział białych jeźdźców dowiedział się o 
pochodzie  wszystkich  czerwonych  wojowników,  jeśli  nie  miał  się  narazić  na  spotkanie  z 
olbrzymią  przewagą  liczebną,  urągającą  wszelkiej  dzielności,  lub  może  nawet  być 
powstrzymany w odsieczy. 

Pierwsza  możliwość  wydała  się  pułkownikowi  mniejszej  wagi,  albowiem  kapitan  Artigas 

wzbudzał  w  całym  Gran  Chaco  trwogę,  jak  bóg  wojny,  a  samo  imię  jego  znaczyło  tyle,  co 
mała  armia.  Ważniejsza  byłaby  druga  możliwość:  powstrzymanie  odsieczy  w  drodze.  To 
mogłoby  się  łatwo  zdarzyć,  gdyby  pomocnicze  wojska  szły  prosto,  w  tym  przekonaniu,  że 
uderzą na przeciwnika zupełnie nieprzygotowanego. 

Z tego też powodu doktor i pułkownik zamierzali początkowo zbudować nowego latawca. 

Plan  ten  jednak  prędko  zarzucono,  było  bowiem  jasne,  że  Indianie  tym  razem  wszystkimi 
sposobami  nie  dopuszczą  by  wzbił  się  w  powietrze.  Trudno  było  o  dobrą  radę  w  tym 
wypadku. 

— Gdybyśmy przynajmniej wzięli ze sobą kilka gołębi pocztowych! — zawołał doktor. — 

Lecz  któż  mógł  przewidzieć,  że  nasza  pokojowa  ekspedycja  przemieni  się  w  prawdziwą 
wojnę! 

— Lecz  mimo  to  ponosimy  winę  —  odparł  pułkownik  —  bo  powinniśmy  przewidzieć 

wszelkie możliwe wypadki. 

— Dajmy  spokój  tym  wzajemnym  zarzutom  —  rzekł  doktor  —  one  i  tak  nie  naprawią 

tego, co się stało, bo są spóźnione. Najlepiej będzie zapytać senora Rodillę o zdanie. Może on 
znajdzie jakiś sposób na ten nowy kłopot. 

Przywołano  niezwłocznie  Hiszpana  i  obaj  panowie  podzielili  się  z  nim  swoimi  obawami. 

Rodilla zastanawiał się przez chwilę, po czym rzekł: 

background image

— Znam sposób, który by nam umożliwił powiadomienie kapitana. Lecz nie mogę ręczyć, 

ż

e  on  istotnie  doprowadzi  do  pożądanego  celu.  W  każdym  razie  jest  on  jedyny  i  najlepszy, 

jaki w danych warunkach da się zastosować. 

— Niech pan mówi! — prosili obaj panowie. 
— Mam na myśli tajne poselstwo. Spełnię to zadanie ja sam, albo mój pies. 
Obaj panowie po krótkim wahaniu zgodzili się, więc Rodilla rozpoczął przygotowania do 

wyprawy. 

Przywołał  do  pomocy  Jasia,  który  już  przy  budowie  latawca  okazał  swą  niepospolitą 

przemyślność  i  zręczność,  po  czym  obaj  rozpoczęli  spieszną  i  tajemniczą  pracę.  Tylko 
pułkownik  i  doktor  znali  jej  cel,  gdyż  Hiszpan  wtajemniczył  ich  w  swój  plan  z 
najdrobniejszymi szczegółami. 

Miguel  Rodilla  był  głęboko  przekonany,  że  wśród  zwykłych  okoliczności  nie  zdoła  się 

przedrzeć  przez  pierścień  czujnych  Indian.  Lecz  z  drugiej  strony  znał  doskonale  zabobony 
czerwonoskórych i z nimi łączył swe nadzieje. 

W  porze  deszczowej  pojawiają  się  mianowicie  między  Andami  a  Rio  Parana  silne  mgły, 

równie gęste i nieprzeniknione, jak słynne mgły londyńskie. Krajowcy te mgły (zwane przez 
nich  „roe  choveg”)  uważają  za  złowrogich  wysłanników  złego  ducha  i  wiążą  z  nimi 
następujące podanie: „Roe choveg jest oddechem brata Diabła. Jest biały jak piana i podnosi 
się z przepastnych głębin bagien. Te mgły nie pozwalają widzieć pól, zanim nie wróci „ainac 
cabuyu” (tj. diabeł na koniu), który krąży otulony gęstą chmurą. Koń jego straszliwie parska, 
a  z  nozdrzy  jego  buchają  płomienie.  Koń  ten  ma  długą  sierść,  czarny  ogon,  a  oczy  jego 
błyszczą, jak gwiazdy. „Ainac cabuyu” walczy z dziełami swego pana i brata, który mieszka 
we  wnętrzu  olbrzymiego  jeziora.  Krajowiec,  który  w  takim  mglistym  dniu  dosiądzie  konia, 
może zostać wciągnięty wbrew swej woli w gwałtowny wir powietrzny i może się znaleźć w 
zaczarowanej krainie, skąd już nie ma powrotu”. 

Miguel  Rodilla  postanowił  skorzystać  z  tego  indiańskiego  zabobonu.  Przy  pomocy  Jasia 

zbudował  z  giętkich  trzcin  model  tułowia  ludzkiego  podwójnej  wielkości  w  porównaniu  z 
naturalnym, który postanowił potem wdziać na siebie. Z zewnętrznej strony model ten pokrył 
szarym  płótnem,  aby  w  miarę  możności  niczym  się  nie  wyróżniał  z  tła  nocnych  mgieł. 
Ozdobił  go  również  przeróżnymi  fantastycznymi  rysunkami,  które  miały  wzmocnić 
wizerunek upiora. Podobnie straszną maskę sporządzono dla głowy konia. 

Aby nie brakło światła,  o którym mówi podanie  indiańskie, doktor ofiarował Hiszpanowi 

mały  akumulator  i  cztery  żarówki,  które  umieszczono  w  oczodołach  obu  masek.  Na  koniec 
Rodilla  owinął  kopyta  swego  rumaka  zwitkami  trawy.  Uczynił  to  ze  względu  na  starego 
kacyka,  który  na  pewno  był  daleko  mniej  zabobonny  niż  jego  wojownicy.  Chiacutak 
przyjąłby  ze  sceptycyzmem  wieść  o  pojawieniu  się  straszliwego  „ainac  cabuyu”  po  czym 
mógłby  rozpocząć  poszukiwania.  Gdyby  nie  znalazł  żadnych  śladów  nocnego  jeźdźca,  być 
może, sam uwierzyłby w upiora. 

Po  ukończeniu  wszystkich  przygotowań  Miguel  Rodilla  dosiadł  swego  rumaka  i  włożył 

obie maski. Nowa nadzieja napełniła serca jego towarzyszy. 

Na wypadek, gdyby dzielny Hiszpan wpadł w ręce Indian, doktor napisał odpowiedni list 

do kapitana Artigasa, który przywiązano do obroży jego psa. Miano nadzieję, że jeśli nie sam 
Miguel  Rodilla,  to  przynajmniej  jego  wierny  pies  dobiegnie  do  oddziału,  spieszącego 
oblężonym na pomoc. 

Przez cały dzień padał deszcz, który ustał dopiero wieczorem. Powietrze było duszne, a z 

ziemi podniosły się gęste mgły, które góry i doliny otuliły gęstą zasłoną. 

Pożegnawszy  się  serdecznie  z  towarzyszami,  którzy  gorąco  życzyli  mu  szczęścia  w 

niebezpiecznym przedsięwzięciu, Miguel Rodilla ruszył w drogę. Jak długo znajdował się w 
wąwozie,  nie  miał  potrzeby  zachowywać  wielkiej  ostrożności,  albowiem  było  rzeczą 
niemożliwą aby  go z góry  poprzez gęstą mgłę dostrzeżono. Lecz gdy się wydostał na wolną 

background image

przestrzeń,  skierował  się  ku  zachodowi,  aby  o  ile  możności  dostać  się  do  brzegów  Paat  de 
Piapuk. 

Lecz nie mógł osiągnąć tego celu. Już po upływie pół godziny usłyszał głosy przed sobą. 

Mimo  miękkich  zwitków  trawy,  którymi  były  owinięte  kopyta  konia,  musiały  czujne  uszy 
Indian usłyszeć stąpanie. Nagle we mgle jakiś głos zapytał, kto idzie. 

Miguel Rodilla natychmiast zatrzymał konia i nadstawił uszu. Gdy pytający nie otrzymali 

ż

adnej odpowiedzi, podejrzliwość ich wzrosła, więc zbliżyli się. Gdy Hiszpan osądził, że już 

są dość blisko, ryknął najgłębszym basem w języku krajowców, tak głośno, jak tylko mógł: 

— Nu a ilon la! Chcę cię zabić! 
Głos jego przetoczył się, jak grzmot, po okolicy. 
Gdy  równocześnie  zabłysły  cztery  żarówki  i  gdy  pojawiły  się  w  ciemnościach  zarysy 

nocnego  jeźdźca  —  Indianie  krzyknęli  strasznym  głosem  i  uciekli  tak  szybko,  jak  tylko  im 
nogi pozwalały. Miguel Rodilla z przerażającym, tubalnym rykiem pędził jakiś czas za nimi, 
po czym skierował się na południe, puściwszy konia galopem. Jeszcze dwukrotnie natknął na 
indiańską straż i za każdym razem użył tego samego podstępu. Przerażająca, świetlana zjawa i 
straszliwy ryk zawsze odnosiły pożądany skutek. 

Teraz  miał  wolną  drogę  przed  sobą,  więc  mógł  koniowi  swemu  popuścić  cugli.  Zwitków 

trawy  nie  zdjął  jednak  z  kopyt  rumaka,  chociaż  to  zmniejszało  do  pewnego  stopnia  jego 
chyżość.  Było  to  niezbędnym  warunkiem  powodzenia  jego  planów,  chodziło  o  to,  aby 
Indianie nie odkryli śladów po nim. W ten sposób galopował przez kilka godzin wśród nocy i 
mgły  na  południe:  raz  tylko  dał  krótki  odpoczynek  swemu  koniowi.  Za  nim  biegł  wierny 
Picaro, towarzysz niedoli. 

Nad  ranem  wynurzył  się  nagle  z  ciemności  słaby  blask,  który  szybko  się  rozjaśnił. 

Zdumiony  Rodilla  powstrzymał  konia.  Czy  tak  daleko  na  południu  znajdowały  się  straże 
indiańskie?  Lub  może  w  ciemnościach  zmylił  kierunek  i  znów  natknął  na  obozowisko 
głównych sił? Lecz nie można było długo się zastanawiać. Ludzie przy ognisku spostrzegli go 
już i zawołali nań. 

Był  to  oddziałek,  złożony  z  trzydziestu  wojowników,  część  tych  sił,  które  Chiacutak 

poprzedniego dnia wysłał naprzeciw kapitana Artigasa. Mieli oni jak najszybciej posunąć się 
na  południe  lecz  gdy  mgła  zapadła,  rozbili  swoim  zwyczajem  obóz  i  nie  śmieli  ruszyć  w 
dalszą drogę. 

Miguel Rodilla szybko zaświecił żarówki i ryknął przerażającym  głosem, któremu Picaro 

zawtórował  dzikim  wyciem,  a  potem  wspiął  konia  ostrogami  i  rzucił  się  w  sam  środek 
wojowników.  Indianie  w  śmiertelnym  strachu  rozbiegli  się  na  wszystkie  strony,  skoro  tylko 
zobaczyli  straszliwego  potwora.  Zanim  zdołali  się  opamiętać,  zagadkowe  zjawisko  zniknęło 
tak szybko, jak się pojawiło. Lecz nikt nie śmiał rzucić się za nim w pogoń. 

Kilkaset  kroków  dalej  Miguel  Rodilla  pohamował  nieco  swego  rumaka  i  zaśmiał  się 

serdecznie. Cieszył się niezmiernie, że udało mu się tak świetnie wyprowadzić w pole swoich 
ś

miertelnych wrogów, którzy go tak długo trzymali w niewoli. 

Gdy  nastał  poranek  i  mgły  poczęły  się  rozrzedzać,  skierował  swego  rumaka  do  gęstych 

zarośli,  gdzie  zamierzał  spędzić  dzień.  Nie  obawiał  się  napadu  w  czasie  snu;  nad  nim  miał 
czuwać Picaro, jego wierny towarzysz. 

Gdy  spoczywał  spokojnie  pod  osłoną  zielonych  liści,  w  pobliżu  przejechali  ci  Indianie, 

których  przeraził  kilka  godzin  temu.  Byli  wciąż  podnieceni  z  powodu  pojawienia  się 
przerażającego  demona  i  żywo  omawiali  to  zdarzenie,  nie  bacząc  zbytnio  na  drogę.  Nie 
przeczuwali  wcale,  że  sprawca  ich  przestrachu  leży  o  kilkaset  zaledwie  kroków  od  nich, 
pogrążony w głębokim śnie. 

Z nastaniem zmierzchu Miguel Rodilla puścił się w dalszą drogę i znów natknął się na tę 

samą grupę Indian. Tym razem jednak nie było mgły, więc już z daleka spostrzegł ogniska i 
musiał je ogromnym łukiem okrążyć, jeśli nie chciał, aby go odkryto. 

background image

Nazajutrz rano prześcignął czerwonoskórych o znaczny  kawał drogi.  Lecz tym  razem nie 

myślał  o  śnie,  lecz  zboczył  nieco  na  lewo  i  w  niedługim  czasie  dotarł  do  lasu.  Tutaj  spożył 
skromne  śniadanie.  Po  krótkim  odpoczynku  zdjął  z  kopyt  konia  trawiaste  chodaki  i  ruszył 
galopem w dalszą drogę. Chciał trzymać się stale w przyzwoitej odległości od Indian. 

Dopiero gdy dzielny rumak padał już prawie ze znużenia, jeździec zatrzymał go i pozwolił 

mu należycie wypocząć. Lecz o zachodzie słońca znów wskoczył na siodło i istotnie po takiej 
trzydniowej jeździe udało mu się na koniec dotrzeć do białych, spieszących z odsieczą. Był to 
najwyższy  czas  zarówno  dla  jeźdźca,  jak  i  dla  konia  i  psa,  bo  wszyscy  trzej  padali  już  z 
wyczerpania. 

Gdy  Miguela  Rodillę  postawiono  przed  obliczem  kapitana  Artigasa,  ten  początkowo 

uważał  go  za  szpiega  z  powodu  jego  półindiańskiego  ubrania.  Było  okolicznością  nader 
szczęśliwą,  że  posiadał  legitymację  w  liście,  który  Picaro  nosił  na  swej  szyi,  w  przeciwnym 
bowiem razie żołnierze odsieczy byliby się z nim szybko rozprawili. Tym większa przeto była 
radość wszystkich, gdy się dowiedzieli, z jaką tęsknotą czekają na nich na Cerro Cristian. 

Kapitan  Artigas  kazał  sobie  szczegółowo  przedstawić  wszystkie  przeżycia  ekspedycji. 

Przygody  Mr  Bopkinsa  wywoływały  za  każdym  razem  wśród  przysłuchujących  się 
gwałtowne wybuchy śmiechu. Lecz gdy się dowiedzieli, że jankes zbiegł do czerwonoskórych 
i  zdradą  swoją  naraził  ekspedycję  na  wielkie  niebezpieczeństwo,  wszyscy  oburzyli  się 
ogromnie i jednogłośnie poprzysięgli zdrajcy srogą zemstę. 

Gdy  Miguel  Rodilla  skończył  opowiadanie,  kapitan  Artigas  wyciągnął  mapę,  aby  się 

zastanowić,  którą  drogą  pospieszyć  oblężonym  na  pomoc.  Było  jasną  rzeczą,  że  nie  miał 
potrzeby iść śladem ekspedycji. 

Najlepiej byłoby ruszyć w kierunku północno–zachodnim, aby od zachodu dotrzeć do Paat 

de  Piapuk.  W  tym  kierunku  droga  prowadziła  nieprzerwanie  poprzez  płaskie  pampasy,  a 
zarośla, rozsiane tu i ówdzie, nie mogły stanowić poważniejszej przeszkody. Prócz tego teraz, 
w porze deszczowej, nie groził im brak wody. 

Mimo  wszystko  doświadczony  kapitan  nie  mógł  zdecydować  się  na  ten  kierunek.  Było 

rzeczą  prawdopodobną,  że  w  pobliżu  Paat  de  Piapuk  natrafi  na  posiłki,  które  Chiacutak 
zawezwał na pomoc. W tym wypadku musiałoby dojść do rozstrzygającej walki, zanim by się 
połączyli  ze  swoimi  przyjaciółmi.  Mimo  całego  zaufania,  jakie  kapitan  Artigas  żywił  dla 
swoich  ludzi,  wolał  atak  na  Indian  urządzić  w  ten  sposób  aby  jego  żołnierze  mogli  być 
wspomagani ogniem karabinu maszynowego. 

Z  tego  też  powodu  postanowił  podjąć  walkę  z  wrogimi  siłami  przyrody  i  przedrzeć  się 

poprzez bagna nad Rio Salado. Pochód w tym kierunku trwałby dzień lub dwa dni dłużej, lecz 
za  to  byłoby  rzeczą  wykluczoną,  by  czerwonoskórzy  go  oczekiwali  z  tej  strony.  W  tym 
wypadku mógłby urządzić nieoczekiwany napad, na który najbardziej liczył. 

Skoro  Miguel  Rodilla  wraz  ze  swoimi  zwierzętami  należycie  odpoczął,  kapitan  kazał 

ż

ołnierzom wsiadać na koń i w szybkim tempie ruszył w północno–wschodnim kierunku. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXIII 

W

ALKA Z 

I

NDIANAMI

 

 
Po  sześciu  dniach  drogi  oddział  kapitana  Artigasa  ujrzał  na  koniec  na  północno—

zachodnim horyzoncie szczyt górski, który stopniowo powiększał się w miarę, jak jeźdźcy się 
doń  zbliżali.  Musiał  to  być  bez  wątpienia  Cerro  Cristian,  albowiem  w  tej  okolicy  nie  było 
drugiej takiej wyniosłości. 

Tego  jeszcze  wieczora  dotarli  do  Paat–de  Egip  pepin,  a  więc  od  swoich  przyjaciół  byli 

oddaleni  co  najwyżej  o  dwadzieścia  kilometrów.  Kapitan  dla  bezpieczeństwa  zabronił  tym 
razem palić ogniska, więc żołnierze byli zmuszeni spać na zimnej i wilgotnej ziemi. Oddział 
był  oddzielony  od  obozu  Indian  obszernym  pasmem  zarośli  i  nie  było  wykluczone,  że 
czerwonoskórzy także i z tej strony ustawili straże. 

O  świcie  kazał  kapitan  obudzić  swoich  żołnierzy  i  miał  do  nich  krótkie  przemówienie. 

Lecz, nie trzeba było wyjaśniać, iż oczy całego cywilizowanego świata skierowane są na małą 
garstkę  nieustraszonych  pionierów  kultury,  aby  zachęcić  do  walki  tych  zahartowanych  w 
trudach mężczyzn. Większa część spośród nich miała do wyrównania z Indianami rachunki z 
poprzednich lat, a wszyscy pałali żądzą krwi i rzezi. 

Wódz  zakończył  mowę  swoją  wskazówką,  aby  wszyscy  wystrzegali  się  zbytniego 

pośpiechu.  Najmniejsza  nieostrożność  mogła  zwrócić  uwagę  Indian  na  zagrażające 
niebezpieczeństwo i całemu oddziałowi przynieść zagładę. 

To upomnienie nie było daremne, gdyż Chiacutak w międzyczasie nie zasypiał gruszek w 

popiele. 

Na  wezwanie  jego  wysłańców  zewsząd  nadchodziły  ogromne  tłumy  czerwonych 

wojowników, aby się poddać rozkazom najwyższego kacyka. Brakowało im wprawdzie broni, 
ale nie brakowało silnej woli, by ponieść największe nawet ofiary w obronie ojczystej ziemi. 

Po  upływie  dziesięciu  dni  zebrało  się  około  sześć  tysięcy  czerwonych  wojowników. 

Oblężeni nie dostrzegli tymczasem najmniejszego znaku, który by im oznajmił, że upragniona 
odsiecz się zbliża. Czy Indianie schwytali Miguela Rodillę, mimo całej jego chytrości? 

Ciągła  niepewność  co  do  losów  zagrażających  ekspedycji,  pozbawiła  doktora  jego 

niezachwianego  dotąd  spokoju.  Kilkakrotnie  już  zastanawiał  się  wraz  z  pułkownikiem,  czy 
nie należałoby wysłać drugiego posła do kapitana Artigasa? 

Gdyby jednak mogli znać stan duchowy Chiacutaka, byliby się uspokoili. 
Gdy  straż  przyniosła  mu  wiadomość  o  pojawieniu  się  nocnego  upiora,  wyśmiał 

początkowo  posłańców  z  powodu  ich  zabobonu.  Lecz  kiedy  mimo  najdokładniejszych 
poszukiwań  nie  znaleziono  najmniejszych  śladów  nocnego  jeźdźca,  stary  kacyk  nie  umiał 
sobie tego zjawiska  wytłumaczyć i nie  wiedział, czy ma podzielać zabobonny strach swoich 
wojowników, czy też nie. 

Potem  przyszła  wiadomość,  że  ów  domniemamy  „ainac  cabuyu”  przeraził  także  oddział 

wysłany na południe. To powiększyło przestrach wszystkich czerwonych wojowników. Stary 
kacyk  daremnie  starał  się  wszelkimi  sposobami  wydobyć  nowe  wyznanie  z  Mr  Bopkinsa. 
Lecz  od  wywiadowców  na  południu  nie  nadchodziła  wieść,  że  natrafiono  na  oddział 
zbliżających się wrogów. 

W  ten  sposób  niepokój  kacyka  wzrastał  z  dnia  na  dzień.  Z  wysiłkiem  tylko  zdołał 

okazywać  na  zewnątrz  obojętną  minę.  Ona  jedna  tylko  podtrzymywała  odwagę 
czerwonoskórych. 

Zaświtał  poranek  24  lutego.  Jasne,  wesołe,  pogodne  niebo  zapowiadało,  że  smutna  pora 

deszczowa zbliża się ku końcowi. 

background image

Chiacutak  podniósł  się  właśnie  z  legowiska  i  kazał  przywołać  pozostałych  kacyków. 

Chciał wraz z nimi się zastanowić, czy nie byłoby lepiej na Cerro Cristan pozostawić trzecią 
część sił, a z resztą ruszyć na południe, w kierunku wrogów. 

Nagle  nadbiegła  straż,  która  oznajmiła,  że  stamtąd  zbliżają  się  posłańcy.  Chiacutak  na  tę 

wiadomość odetchnął z prawdziwą ulgą. Posłańcy nie mogli przynieść innej wiadomości, jak 
tylko tę, że ostatecznie natknęli się na wrogów. 

Gdy ci ludzie zjawili się przed nim i przed gronem wodzów, stary kacyk spytał: 
— Odkryliście ich wreszcie? Posłańcy skinęli głową. 
— Opowiadajcie szybko! 
— Wodzu  —  zaczęli  —  przed  pięciu  dniami  nasi  wywiadowcy  znaleźli  ślady  najmniej 

dwustu  jeźdźców,  które  szły  do  Rio  Pilcomayo.  Na  tym  miejscu,  gdzie  je  zauważyliśmy  po 
raz  pierwszy,  jeźdźcy  bez  wątpienia  musieli  przez  dłuższy  czas  obozować.  Tam  również 
przyłączył  się  do  nich  inny  ślad,  który  odkryliśmy  dzień  przedtem.  Był  to  ślad  samotnego 
jeźdźca i rozpoczynał się w zaroślach, leżących trochę na boku od drogi naszych ludzi. 

Na tę wiadomość stary kacyk poczerwieniał. 
— W jakim kierunku posuwał się ten pojedynczy ślad? — spytał szybko. 
— Prawie dokładnie z północy na południe. 
— A więc od naszego obozowiska? 
— Tak, wielki wodzu! 
Chiacutak  na  przeciąg  jednej  sekundy  przymknął  oczy,  tak  silnie  i  nieoczekiwanie 

uderzyła go ta wiadomość. 

— A  więc  —  wybuchnął  wreszcie  —  wasz  sławny  „ainac”  to  był  tylko  poseł  białych  z 

wąwozu! Daliście się okpić! Co więcej, przez całe cztery dni jechał przed wami i wyście go 
nie odkryli! Gdybym był wysłał niemowlęta jako wywiadowców, byłyby się lepiej wywiązały 
z zadania! 

Teraz spadł istny grad wyrzutów na głowę biednych wysłańców, chociaż nie mogli ponosić 

odpowiedzialności  za  błąd  wywiadowców.  Dopiero  po  pewnym  czasie  rozsrożony  kacyk 
zapanował nad sobą i począł wypytywać się w dalszym ciągu. 

— Co  uczynił  oddział  wrogich  nam  jeźdźców,  gdy  poseł  się  z  nimi  złączył?  Dokąd  się 

zwrócił? 

— W stronę Rio Salado. 
— Co?! — krzyknął zdumiony kacyk. — Nie na zachód w stronę pampasów? 
— Nie, panie. Szliśmy jeszcze kawał drogi za ich śladami, dopóki nie znikły wśród bagien, 

graniczących z Rio Salado. 

— Chinasset–tach!  —  zwrócił  się  kacyk  do  jednego  z  podległych  mu  wodzów.  —  Weź 

natychmiast dwustu najlepszych wojowników! Udasz się w drogę w kierunku Paat–de Kilma 
i  Paat–de  Egip  pepin!  Jeśli  białych  prowadzi  kapitan  dragonów  z  Yuquirendy,  jest  rzeczą 
bardzo  prawdopodobną,  że  będzie  się  starał  przedrzeć  przez  Salinas  Guaranocas,  a  w  takim 
razie  pojawi  się  nagle  tam,  gdzie  się  go  najmniej  spodziewamy.  Na  szczęście  wśród  bagien 
ma tysiące przeszkód do pokonania, dlatego też nie mógł się dotychczas zbyt daleko posunąć. 
Mamy  jeszcze  dość  czasu,  aby  się  przygotować.  Na  drodze  pozostawisz  wielu  posłańców, 
abym natychmiast mógł otrzymać wiadomość, jeśli nieprzyjaciel zostanie spostrzeżony. 

Wódz  pobiegł  natychmiast,  aby  zgromadzić  jak  najprędzej  swoich  wojowników.  Podczas 

gdy  ci  się  zbroili,  nagle  na  wschodzie  na  skraju  lasu  pojawiła  się  długa,  ciemna  linia,  która 
cwałem poczęła się zbliżać wśród ogłuszającego tętentu. 

Straszliwy  wrzask  trwogi  targnął  szeregami  Indian.  Nie  było  wątpliwości:  stamtąd 

podążają jeźdźcy słynnego kapitana z Yuquirendy. 

— Czerwonoskórzy  wymieszali  się,  jak  gdyby  nagle  jastrząb  spadł  na  stado  kur.  Jeden 

tylko kacyk zachowywał zimną krew. 

— Stój! — zagrzmiał jego potężny głos. 

background image

Podwładni  mu  wodzowie  mieli  taką  minę,  jak  gdyby  chcieli  uciekać,  lecz  powstrzymało 

ich  surowe  spojrzenie  starego  kacyka.  Chiacutak  rozdał  im  odpowiednie  rozkazy,  więc  po 
kilku  minutach  zapanował  w  szeregach  Indian  porządek.  Czerwonoskórzy  gromadzili  się 
dokoła swoich wodzów, więc nawet tchórze odzyskali odwagę. 

Lecz Chiacutak nie mógł już złamać przewagi, którą biali jeźdźcy zyskali swoim nagłym 

atakiem.  Wprawdzie  tak  szybko,  jak  tylko  mógł,  wysłał  przeciw  nim  swoich  najlepszych 
wojowników, lecz ich brawurowa odwaga była daremna. Nie zmniejszając ani na włos swojej 
szybkości,  żołnierze  mknęli  dalej  i  otworzyli  z  siodeł  morderczy  ogień  który  szybko 
powstrzymał przeciwatak czerwonych wojowników. 

Ponieważ  wrogowie  zbliżali  się  w  długiej  linii,  przeto  Chiacutak  sądził,  że  chcą  zdobyć 

obóz. Wojowników swoich ustawił również w długiej linii, aby wzmocnić szeregi walczących 
na przedzie. 

Lecz  kapitan  Artigas  był  zbyt  chytrym  człowiekiem,  aby  narażać  życie  swoich  żołnierzy 

dla  zdobywania  obozu  Indian.  Więc  gdy  prawe  jego  skrzydło  dotarło  prawie  do  wejścia  do 
wąwozu, kazał nagle dać sygnał trąbką. Jeźdźcy według rozkazu zwinęli w miejscu konie, nie 
troszcząc  się  więcej  o  Indian.  W  dziesięć  minut  później  daleko  rozciągający  się  front 
atakujących przemienił się w zwarty kwadrat, który osłonił wejście do wąwozu i teraz mógł 
już kpić z wszelkich ataków czerwonoskórych. Dzielny kapitan w tym wspaniałym manewrze 
nie stracił ani jednego żołnierza! 

Chiacutak  pienił  się  z  wściekłości,  gdy  spostrzegł,  że  chytry  przeciwnik  wywiódł  go  w 

pole.  Lecz  miał  jeszcze  na  tyle  rozwagi,  że  powstrzymał  swych  wojowników  od  dalszej 
walki.  Powiedział  sobie  zupełnie  słusznie,  że  ci  nie  mogą  obecnie  sprostać  wrogom,  gdyż 
biali  mogą  się  oprzeć  o  stok  góry  i  bronić  się  z  jednej  tylko  strony.  Musiał  czekać,  aż  się 
zdecydują  na  dalszy  pochód;  jeśli  opuszczą  wąwóz,  będzie  mógł  uderzyć  na  nich  ze 
wszystkich stron. 

Oblężona ekspedycja powitała odsiecz głośnymi  okrzykami radości.  Zaraz po pierwszych 

wystrzałach pobiegli do wałów i byli świadkami wspaniałego ataku konnicy. 

Gdy kapitan Artigas pojawił się wśród nich, wszyscy poczęli się doń cisnąć. Każdy chciał 

uścisnąć  jego  dłoń.  Nie  mniej  wielbiono  Miguela  Rodillę  za  jego  poświęcenie.  Wszyscy 
ż

ywili  w  sercach  niezgłębioną  wdzięczność  dla  dzielnego  człowieka,  który  przyniósł  im 

wybawienie z niewoli. 

Lecz  szybko  musieli  uciszyć  swoje  zapały,  gdyż  powaga  sytuacji  wymagała  wytężenia 

wszystkich sił. Zdawało się, „że Indianie energicznym atakiem pragną się wedrzeć do obozu 
białych.  Z  tego  powodu  doktor  z  peonami  wrócił  do  wąwozu,  aby  wyjechać  z  karabinem 
maszynowym,  inni  zaś  rzucili  się  tymczasem  na  zasieki,  aby  je  zniszczyć,  albowiem  w  tej 
chwili były tylko przeszkodami. Gdy doktor pojawił się przy wjeździe do wąwozu z wozem 
pancernym, wrogowie już się właśnie cofali. Było rzeczą prawdopodobną, że chcą zaniechać 
decydującego ciosu. Z tego też powodu kapitan rozkazał swoim ludziom zsiąść z koni, gdyż 
zarówno żołnierze, jak i zwierzęta musiały zebrać siły do ataku, który miał wyprzeć Indian z 
ich obozu i otworzyć drogę do dalszego marszu. 

Niebawem  wszyscy  żołnierze  siedzieli  na  ziemi  przy  wjeździe  do  wąwozu  i  wesoło 

opowiadali  sobie  ostatnie  przeżycia.  Zwłaszcza  koło  wozu  pancernego  prowadzono 
szczególnie  ożywioną  rozmowę.  Zebrali  się  tutaj  wodzowie,  a  Miguel  Rodilla  musiał  im 
opowiedzieć  przebieg  swojej  szaleńczej  wyprawy.  Doktor  spytał  następnie,  co  porabia  don 
Rocca. 

— Pozostał  w  Yuquirendzie  —  odparł  kapitan  Artigas.  —  Wprawdzie  przypuszczaliśmy 

natychmiast,  że  Indianie  w  jakiś  sposób  przerwali  połączenie,  gdy  pańskie  depesze  nagle 
umilkły,  było  jednak  możliwą  rzeczą,  że  panu  uda  się  po  raz  drugi  wypuścić  latawiec  w 
powietrze. Ponieważ oddział budowlany nie przybył jeszcze z Buenos Aires do Yuquirendy, 

background image

don  Rocca,  chcąc  nie  chcąc,  musiał  tam  pozostać,  jako  jedyny  człowiek,  umiejący  się 
obchodzić z aparatami iskrowymi. Lecz nie było mu to miłe, zapewniam pana. 

— Już choćby ze względu na mnie — rzekł pułkownik Iquite. — Lecz nie ma obawy. Nie 

mam zamiaru skraść Gran Chaco dla Boliwii. 

— Zdaje  się  jednak,  że  rząd  Paragwaju  mimo  to  obawia  się  czegoś  podobnego  —  odparł 

kapitan. — A przynajmniej don Rocca po powrocie z Asuncion opowiadał, że jego przełożeni 
wyrzucali mu, iż bez osobnego pozwolenia odłączył się od ekspedycji. 

— Może  się  tym  wytłumaczyć  —  rzekł  pułkownik  —  że  wszystko  byłoby  przepadło, 

gdyby nie jego stanowczy krok, gdyż ten szanowny senor Bopkins z Nowego Jorku nawarzył 
nam zupełnie niestrawnego piwa! 

— Ach! — wykrzyknął żywo kapitan Artigas. — Dobrze, że pan o nim wspomniał: czy on 

wciąż jeszcze tkwi wśród czerwonoskórych? 

— Niestety! — ze smutkiem odparł doktor. 
— Niestety,  powiada  pan?  Poradziłbym  mu  tylko,  aby  się  jak  najprędzej  z  tej  okolicy 

ulotnił. Moi ludzie słyszeli o jego postępkach i są strasznie jego zdradą oburzeni, więc jeśli go 
chwycą w swoje ręce ostro się z nim rozprawią. 

— Nie  przypuszczam  —  zawołał  doktor  z  przestrachem  —  aby  pan,  panie  kapitanie, 

pozwolił na takie bezprawie! 

— Och,  podzielam  w  zupełności  poglądy  moich  żołnierzy  —  sucho  odparł  kapitan.  — 

Prowadzimy wojnę,  więc tutaj panuje  prawo sądów doraźnych. Nie może więc być mowy  o 
jakimkolwiek bezprawiu. 

Dobroduszny  doktor  próbował  przedstawić  w  jak  najlepszym  świetle  postępek  Mr 

Bopkinsa.  Nie  wskórał  tym  wiele,  gdyż  pułkownik  także  domagał  się  surowego  ukarania 
jankesa. Doktor znalazł się w bardzo nieprzyjemnym położeniu. Mr Bopkins mimo wszystko 
pozostał przedstawicielem swego Towarzystwa,  chociaż tak źle się wywiązał z poruczonego 
mu zadania. Ostatecznie nie mając innego wyjścia, dr Bergman uciekł się do próśb. 

— Senor Bergman — rzekł kapitan — my się znamy wprawdzie od niedawna, lecz mimo 

to  zdaje  mi  się,  że  mogę  się  nazwać  pańskim  przyjacielem.  Ponieważ  sprzeciwia  się 
hiszpańskiej rycerskości, by Przyjaciel na próżno błagał, przeto obiecuję panu, że ten niecny 
jankes tym razem jeszcze ujdzie cało. Lecz trzeba mu koniecznie napędzić trochę strachu, aby 
zrozumiał należycie, co uczynił. 

Następnie poczęto się wspólnie zastanawiać nad planem ataku, który po południu miał być 

rozpoczęty.  Ponieważ  obaj  oficerowie,  jako  znakomici  znawcy  kraju,  nie  różnili  się  zbytnio 
zdaniem, ukończono wkrótce naradę. Następnie wezwali żołnierzy do apelu, podzielili ich na 
kilka oddziałów, a potem pouczyli, jakie obowiązki na nich ciążą. 

Gdy  minęła  pora  obiadowa,  wszyscy  dosiedli  koni  i  przygotowali  się  do  walki.  Wozy 

wytoczono z parowu. Teraz stały zaprzężone i gotowe do odjazdu. Następnie wóz pancerny z 
karabinem maszynowym wyjechał w pampasy na odległość tysiąca kroków, aż do miejsca, z 
którego mógł ostrzeliwać półokrągły obóz Indian, na całej jego rozciągłości. 

Ledwo  czerwonoskórzy  spostrzegli  przygotowania  swoich  wrogów,  wybiegli  tłumnie  w 

oddziałach,  z  których  każdy  mógł  liczyć  dwa  tysiące  wojowników.  Teraz  można  było 
zauważyć,  że  Joaosigno  w  dawnych  latach  musiał  się  czegoś  nauczyć  z  europejskiej  sztuki 
wojennej, w której wyćwiczył swoich ludzi. Zawsze na przemian posuwała się naprzód tylko 
połowa wojowników, gdy tymczasem pozostali leżeli w trawie i obserwowali wrogów. 

Szyk  bojowy  białych  wyglądał  następująco.  W  środku  stała  wieża  pancerna  z  karabinem 

maszynowym,  a  Tria  prawo  wozy,  które  otaczali  peonowie.  Na  lewo  ustawił  się  kapitan 
Artigas ze swoimi jeźdźcami. Doktor otworzył z karabinu maszynowego gwałtowny ogień na 
wschodnie skrzydło czerwonoskórych. Gdy Indianie usłyszeli gwizd kul, rzucili się na trawę, 
nie  mając  odwagi  iść  naprzód.  Wówczas  kapitan  uderzył  na  nich  ze  swoją  jazdą,  jak  gdyby 

background image

chciał  ich  zatratować,  a  doktor  tymczasem  obrócił  wieżę  pancerną  i  rzucił  grad  kul  na 
zachodnie skrzydło. 

Chiacutak  sądził,  że  nieprzyjaciele  mają  zamiar  zmiażdżyć  oba  jego  skrzydła,  a 

mianowicie  jedno  jazdą,  a  drugie  peonami,  następnie  zaś  złamać  centrum  klinowym 
uderzeniem  obu  grup,  których  działanie  byłoby  znacznie  wzmocnione  karabinem 
maszynowym.  Z tego też powodu lewe skrzydło cofnął aż do Paat de Piapuk, prawemu zaś, 
któremu  zagrażał  sam  straszliwy  kapitan  dragonów,  posłał  znaczne  posiłki,  było  bowiem 
rzeczą niesłychanej wagi, aby to skrzydło nie zachwiało się i nie dało innym złego przykładu. 

Kapitan  dał  mu  dość  czasu  do  wykonania  tych  ruchów.  Gdy  spostrzegł,  że  jego 

przypuszczenia  się  spełniają,  kazał  swoim  ludziom  zeskoczyć  na  ziemię  i  spoza  koni 
otworzyć do Indian gwałtowny ogień. 

Chiacutak uważał to za znak, że wrogowie tak natknęli na poważny opór, tym bardziej, że 

tam  właśnie  była  większa  część  jego  strzelców  uzbrojonych  w  karabiny.  Z  tego  też  powodu 
począł  punkt  ciężkości  coraz  bardziej  przesuwać  ku  wschodniemu  skrzydłu.  Gdy  kapitan 
Artigas  to  spostrzegł,  uśmiechnął  się  z  zadowoleniem  i  kazał  swoim  jeźdźcom  posunąć  się 
naprzód o dwieście kroków. 

Po  tej  stronie  wrzała  zacięta  walka  i  bez  przerwy  grzmiały  karabiny  Indian,  lecz  nie 

wyrządzały  szkód,  gdyż  ich  właściciele  nie  umieli  się  z  nimi  należycie  obchodzić.  Mimo  to 
ż

ołnierze udawali, że się boją tej strzelaniny i szli krótkimi skokami naprzód, nie dosiadając 

wcale koni. Co więcej, z biegiem czasu, gdy coraz więcej nieprzyjaciół napływało, zatrzymali 
się w miejscu i zaczęli się cofać krok za krokiem. 

Chiacutak,  który  w  oddali  wspiął  się  na  drzewo  i  stamtąd  kierował  walką,  zauważył 

pozorne cofanie się linii nieprzyjacielskich, więc zebrał wszystkie pozostałe siły i rzucił je na 
kapitana Artigasa, aby go zmiażdżyć. 

Ten na to tylko czekał. 
Karabin maszynowy tymczasem bez przerwy ostrzeliwał zachodnie skrzydło Indian, które 

według rozkazu kacyka cofnęło się na południe, aż wreszcie znalazło się poza polem ostrzału. 

Gdy to się stało, pułkownik dał kapitanowi znak chorągiewką. Ten włożył w usta gwizdek 

sygnałowy,  po  czym  żołnierze  jego  szybko  wskoczyli  na  siodła  i  cwałem  ruszyli  do  wozu 
pancernego, pozostawiając Indian pogrążonych w najgłębszym zdumieniu. 

Teraz peonowie popędzili naprzód swoje zaprzęgi i cała karawana ruszyła w drogę mając 

w odwodzie dzielnych żołnierzy kapitana Artigasa. Zanim Indianie zdołali zrozumieć manewr 
przeciwnika,  biali  osiągnęli  szczęśliwie  przełom  między  Paat  de  Piapuk  i  Cerro  Cristian. 
Teraz znów mieli przed sobą wolną drogę na północ, aż do Cerro San Miguel! 

Chiacutak,  po  raz  drugi  gorzko  zawiedziony  we  wszystkich  swoich  rachubach,  stracił 

zupełnie  panowanie  nad  sobą.  W  największym  wzburzeniu  zeskoczył  z  drzewa  i  począł 
pędzić  wszystkich  swoich  wojowników  w  ślad  za  białymi,  którzy  natychmiast  odwrócili  się 
do walki, skoro tylko zajęli cały przełom. 

Teraz  wszczęła  się  zażarta,  krwawa  i  niezmiernie  wyczerpująca  bitwa.  Czerwonoskórzy 

ufali  swej  liczebnej  przewadze  i  sądzili,  że  wrogowie  bronią  się  tylko  pod  wpływem 
zwątpienia  i  trwogi.  Zachęceni  rozkazami  swoich  wodzów,  szturmowali  raz  za  razem  linie 
obronne białych, którzy leżeli nieruchomo na trawie poza końmi, strzelając bez przerwy. 

Była  to  walka,  przypominająca  czasy  starych  konkwistadorów,  kiedy  to  dwudziesto–  i 

trzydziestokrotnie  przeważające  siły  krajowców  uderzały  na  garstkę  śmiałych  do  szaleństwa 
Europejczyków, aby ostatecznie ulec lepszej broni i zgiąć kark pod obce jarzmo. 

Także i tutaj dzielność i poświęcenie Indian były bezowocne. Wrogowie nie cofnęli się ani 

na  krok.  Zażarte  ataki  rozbijały  się  o  żelazny  wał  luf  karabinowych,  które  siały  śmierć  i 
zagładę w szeregach czerwonych wojowników. 

Nic nie zdoła opisać wzburzenia Chiacutaka,  gdy  jeden posłaniec za drugim przybiegał z 

frontu  z  hiobową  wieścią,  że  tłumy  wojowników  kładą  się  pokotem  pod  strasznym  ogniem 

background image

białych.  W  bezsilnej  wściekłości  oparł  się  o  pień  drzewa  i  zdawało  się,  że  jego  nabrzmiały 
ż

yły na skroniach pękną lada chwila. Ponure oczy  obserwowały obszar płasko snujących się 

pampasów. A jednak piorun najstraszniejszego nieszczęścia miał dopiero weń uderzyć! 

Gdy  kapitan  Artigas  po  kilkugodzinnym  boju  zauważył  w  końcu,  że  ataki  nieprzyjaciół 

stają  się  coraz  słabsze,  począł  się  zastanawiać,  czy  nie  należałoby  zdecydować  się  na 
rozstrzygający  cios.  Przeważyło  ostatecznie  zaufanie  w  wypróbowaną  dzielność  jego 
ż

ołnierzy. Dał znak do ataku. 

Jeźdźcy  zarzucali  karabiny  na  plecy,  błyskawicznie  dosiedli  koni  i  z  podniesionymi 

szablami rzucili się na czerwonoskórych. Ci już od dawna chwiali się pod wpływem trwogi. 
Teraz  ich  męstwo  się  załamało.  Rzucili  się  do  panicznej  ucieczki,  nie  zważając  na  okrzyki 
wodzów. 

Daremnie  Chiacutak  osobiście  wybiegł  naprzeciw  nich,  daremnie  rozkazał  swej  gwardii 

przybocznej stawić ostateczny opór. Musiał skoczyć za drzewo, aby nie być rozdeptany przez 
tłum wojowników, uciekających w szalonej trwodze. 

Wreszcie  z  krwawiącym  serem  musiał  całą  sprawę  uznać  za  straconą.  Oniemiały  z 

nadmiernego  bólu,  schronił  się  do  lasu,  otoczony  niewielką  garstką  wiernych  mu  do 
ostatniego tchu wojowników. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXIV 

S

ĄD WOJENNY

 

 
Gdy żołnierze wtargnęli do opuszczonego obozu Indian, wstrzymali spienione konie. Dalej 

ś

cigać  tubylców  nie  miało  żadnego  sensu;  w  ten  sposób  naraziliby  się  tylko  na  wielkie 

niebezpieczeństwo. Z tego też powodu zebrali się znowu dokoła swego dzielnego wodza. 

— Halo! — krzyknął tenże z dala. — Nie widzieliście gdzieś tego zdrajcy, który zbiegł do 

Indian? 

Ż

ołnierze zaprzeczyli ruchem głowy. 

— W  takim  razie  szukajcie  go  tutaj  w  obozie!  —  rozkazał  kapitan.  —  Możliwe,  że 

Indianie zapomnieli o nim w popłochu. 

Tak też było istotnie. Mr Bopkins skrępowany powrozami, leżał na uboczu pod drzewem i 

szczękał  zębami  ze  strachu,  przysłuchując  się  strzałom  karabinowym.  Gdy  ujrzał  znów 
europejskie twarze, uradował się niezmiernie. 

Lecz  radość  ta  znikła  niebawem.  Żołnierze  uwolnili  go  wprawdzie  z  więzów,  lecz  wzięli 

go  w  środek  i  z  groźnymi  minami  zaprowadzili  do  kapitana,  który  zmierzył  go  surowym 
spojrzeniem. 

Wahając się między obawą i nadzieją przebył drogę aż do miejsca postoju wozów. Nikt nie 

zwrócił się doń z życzliwym słowem. Tutaj zwycięzców powitano radosnymi okrzykami, lecz 
jankes wszędzie spotykał się z zimnymi i pogardliwymi spojrzeniami. Obaj inżynierowie i sir 
Bendix  odwrócili  się  nawet  doń  plecami.  Co  więcej,  gdy  zamierzał  zbliżyć  się  do  swego 
wozu, pułkownik Iquite zastąpił mu drogę i rozkazał mu nie ruszać się z miejsca. Nie ulegało 
wątpliwości, że także jego towarzysze uważają go za jeńca! 

W  czasie  drogi  powrotnej  zastanawiał  się  nieustannie,  czy  nie  będzie  najlepiej  poprosić 

doktora i innych o przebaczenie i w ten sposób naprawić błąd. Lecz teraz, gdy spotkało go to 
upokorzenie, ocknęła się w nim duma. Poczuł się nietykalny, jako pełnomocnik Towarzystwa, 
więc krzyknął na pułkownika, tocząc groźnie oczyma: 

— Ja  protestuję,  sir,  przeciw  takiemu  postępowaniu!  Gdy  tylko  wrócę  do  Nowego  Jorku, 

zażądam przez poselstwo, by pana srogo ukarano! 

Pułkownik kazał sobie te słowa przetłumaczyć Jasiowi, który właśnie nadbiegł, wiedziony 

nieprzezwyciężoną  ciekawością.  Następnie,  nie  mówiąc  ani  słowa  skinął  na  peonów.  W 
minutę  później  Mr  Bopkins  był  na  nowo  związany.  Położono  go  na  ziemi  między  dwoma 
ż

ołnierzami, którzy byli obowiązani go pilnować. 

— Takiej bezczelności nie widziałem, jak długo żyję! — zawołał pułkownik, przystępując 

do  doktora,  któremu  właśnie  kapitan  Artigas  opowiadał  o  ostatnich  epizodach  zwycięskiej 
bitwy.  —  Zaiste,  gdybym  nie  miał  szacunku  dla  samego  siebie,  kazałbym  tego  bezczelnego 
zdrajcę smagać tak długo, dopóki by nie padł na kolana, błagając o łaskę! 

Doktor z przestrachem dowiedział się o nowym wypadku i obawiał się, że obaj oficerowie 

stracą resztkę cierpliwości. Lecz kapitan uspokoił go. 

— Senor  Bergman  —  rzekł  —  słowo  u  mnie  nie  dym.  Ten  człowiek  tym  razem  ujdzie z 

ż

yciem, chociaż nie zasługuje zupełnie na względy.  Lecz pan sam przyzna, że trzeba jednak 

go dotkliwie ukarać, aby wreszcie złamać jego zatwardziałość. 

Doktor wzruszył ramionami i zamilkł. Spostrzegł, że dalsze prośby nic już nie pomogą. 
Nie było obawy, by Indianie mieli znów rozpocząć atak. Przestrach z powodu poniesionej 

klęski musiał ich dręczyć jeszcze przez kilka dni. Mimo to trzeba było zachować przezorność 
i otoczyć obóz kołem straży, czuwającej nad ogólnym bezpieczeństwem. 

Ponieważ tymczasem zapadła ciemność, zapalono ogniska. Znużeni żołnierze położyli się 

na ziemię i spożywali wieczerzę. 

background image

Po  kolacji  miano  się  zająć  sprawą  Mr  Bopkinsa.  Wszyscy  żołnierze  zebrali  się  razem, 

tworząc koło. Następnie pułkownik, jako przewodniczący, kazał przyprowadzić oskarżonego. 

Lecz myliłby się ten, kto by sądził, że Mr Bopkins okaże skruszoną minę. Przeciwnie, był 

jeszcze bardziej zuchwały, niż kiedykolwiek i ledwie zobaczył doktora, wygłosił gwałtowny 
protest, który bezczelnością swoją przewyższał wszystkie dotychczasowe protesty; na koniec 
zagroził doktorowi dożywotnim więzieniem. 

Ś

wiadkowie tej sceny z zasępionymi minami słuchali tych słów. Tylko doktor podniósł się 

z  miejsca  i  oddalił  się.  Miał  nadzieję,  że  Mr  Bopkins  skruchą  swoją  umożliwi  mu  prośbę  o 
względy i łaskę. Teraz jednak spostrzegł, że ten człowiek jest już zupełnie stracony i że cała 
sprawa  musi  się  potoczyć  swoim  własnym  torem.  Mimo  to  nie  chciał  być  świadkiem 
upokorzenia jankesa, dlatego też oddalił się. 

Sir  Allan  poszedł  jego  śladem.  W  czasie  bitwy  złowił  jakiegoś  nieznanego  owada,  który 

był dlań stokroć ważniejszy, niż dwudziestu Mr Bopkinsów. 

Gdy jankes spostrzegł, że obaj panowie się oddalają, sądził, że to jest skutek jego zażartego 

protestu  i  fakt  ten  wytłumaczył  sobie  na  swoją  korzyść.  Lecz  niebawem  miano  go 
wyprowadzić  z  błędu.  Gdy  skończył  mówić,  pułkownik  oświadczył  mu  przez  tłumacza,  że 
każe mu zakneblować usta, jeśli nie pytany powie jedno choćby słowo. 

Mr Bopkins przestraszył się, lecz inni nie troszczyli się o to, a pułkownik zagaił obrady. 
Przede  wszystkim  krótko  przedstawił  dotychczasowe  zachowanie  się  jankesa,  a  na  jego 

ucieczkę  do  Indian  rzucił  bardzo  niekorzystne  światło.  Następnie  oskarżony  musiał  wyznać 
wszystko,  co  zdradził  Indianom,  a  obaj  inżynierowie  w  interesie  zarówno  swoim  jak  i  dr. 
Bergmana  zażądali  spisania  protokołu  z  tych  zeznań.  Protokół  ten  miał  być  bronią  w  razie, 
gdyby  South–American–Railway–Company  wystąpiła  przeciw  nim  na  mocy  protestów  Mr 
Bopkinsa. 

Trwało  to  dość  długo,  zanim  uparty  jankes  zdecydował  się  podpisać  własnoręcznie 

protokół. Ponieważ groźby pułkownika brzmiały prawie jeszcze groźniej niż starego kacyka, 
więc zgodził się ostatecznie. 

Następnie postawiono pod głosowanie pytanie, co do winy oskarżonego. Jednomyślny sąd 

orzekł,  że  oskarżony  jest  winny  zdrady  wojennej  i  współdziałania  w  usiłowanym 
zamordowaniu wszystkich członków ekspedycji. 

Mr  Bopkins  z  rosnącym  niepokojem  przysłuchiwał  się  tym  mowom.  Z  poważnych  min 

sędziów wyczytał, że tym razem nie ma do czynienia z żartami, dlatego też począł próbować 
się bronić. Lecz jego wyjąkane słowa nie wzruszyły wcale sędziów i nie było już najmniejszej 
wątpliwości, że sprawa jego źle stoi. 

Jęcząc i szczękając zębami, czekał końca obrad, które miały rozstrzygnąć kwestię kary. 
Jego  najczarniejsze  obawy  spełniły  się.  Sąd  doraźny  orzekł  wyraźnie  i  stanowczo,  że 

należy z nim postąpić jak ze zdrajcą i dezerterem. 

Gdy oznajmiono mu wyrok i gdy prysła ostatnia nadzieja, zmiękł jego hardy upór i duma 

pełnomocnika  Towarzystwa.  Padł  na  kolana,  przyczołgał  się  do  obu  oficerów  i  wśród  łez 
począł  ich  błagać  o  łaskę.  Niech  go  raczej  zaprzęgną  do  wozu,  jako  bydlę  pociągowe,  on 
zniesie wszystko, lecz niech się nad nim ulitują! 

Z niezgłębioną pogardą spoglądali oficerowie i żołnierze na tego nędznika wijącego się w 

piasku u ich stóp. 

— Senores!  —  zawołał  w  końcu  pułkownik.  —  Byłoby  prawdziwą  hańbą  dla  nas, 

gdybyśmy  wykonali  wyrok  sądu  doraźnego  na  tym  podłym  człowieku!  Sąd  doraźny 
przeznaczony  jest  dla  mężczyzn,  a  nawet  o  zdrajcy  i  szpiegu  należy  myśleć,  że  weźmie  na 
siebie skutki swego czynu. Lecz ten oto człowiek stoi jeszcze niżej niż najpodlejszy zdrajca. 
Co więcej, trudno by mi było znaleźć odpowiedni przykład podobnie nędznego tchórzostwa. 
Dlatego  stawiam  wniosek,  aby  karę  zamienić  na  inną,  lepiej  odpowiadającą  jego 
charakterowi. Z własnej woli uczynił się niewolnikiem Indian, a niewolnicy zazwyczaj noszą 

background image

piętno  swoich  panów.  Dlatego  też  niech  nosi  na  sobie  piętno  tych  czerwonych  drabów,  tym 
bardziej, że uczynił się dobrowolnie ich sprzymierzeńcem i podżegał ich przeciwko nam! 

Szmer  zadowolenia  przebiegł  przez  szeregi  żołnierzy.  Niektórzy  tylko  starali  się  upierać 

przy karze śmierci. 

Skoro  Mr  Bopkins  spostrzegł  ten  nagły  zwrot,  wydał  głośny  okrzyk  radości,  po  czym 

przyczołgał się na kolanach do tych niewielu, którzy upierali się przy wyroku. Ci jednak, gdy 
się  do  nich  zbliżył,  ze  wzgardą  kopnęli  go  nogą.  Ostatecznie  jednogłośnie  przyjęto  wniosek 
pułkownika. 

Ponieważ  Chiacutak  właściwie  należał  do  Caduvrów,  przeto  postanowiono  zdrajcę 

napiętnować znakami tego szczepu. Mr Bopkinsa wzięto w środek koła i posadzono na pęku 
chrustu.  Dwaj  peonowie  przytrzymali  go  mocno,  trzeci  zaś  ogolił  mu  brodę  i  brwi  niezbyt 
ostrą  brzytwą.  Delikwent  towarzyszył  tej  operacji  bardzo  wyrazistą  grą  twarzy,  lecz  nie 
odważył się stawiać oporu z obawy, by sędziowie jeszcze bardziej się nie rozgniewali. 

Z  kolei  miał  otrzymać  osobliwy  tatuaż  Caduvrów.  Penowie  spalili  nad  ogniem  kawałek 

sadła tapira, po czym tłustą sadzą umieścili w słynnym cylindrze, który Jaś uratował i oddał 
prawowitemu  właścicielowi.  Po  zmieszaniu  sadzy  z  oliwą,  jeden  z  żołnierzy,  znający  się  na 
rzeczy,  pomalował  jankesowi  pierś,  ramiona  i  twarz  przerażającymi  ornamentami,  ku 
nieopisanej wesołości wszystkich widzów. 

Gdy  Mr  Bopkinsowi  na  koniec  przylepiono  pęk  piór  za  uszami,  wsadzono  mu  przemocą 

reprezentacyjny cylinder na głowę. Teraz jankes mógł udać się bez przeszkód do swego wozu 
wśród hałaśliwego śmiechu wszystkich obecnych, których gniew z powodu zdrady już minął. 
Nie próbujemy nawet opisać, wśród jakich uczuć i myśli zacny Mr Bopkins spędził noc. Nie 
zMrużył wcale oka aż do rana i życzył sobie, aby słońce nie wzeszło, zanim nie uwolni się od 
niepożądanych  ozdób.  W  każdym  razie  poprzysiągł  sobie,  że  nie  prędzej  opuści  wóz,  aż 
odzyska swój dostojny wygląd. 

Nagle  pojawił  się  w  jego  wozie  Jaś.  Dzielny  ten  chłopiec  wciąż  jeszcze  czuł  się  winnym 

wobec  jankesa  z  powodu  mrówek.  Poprzedniego  dnia  z  cichym  współczuciem  przypatrywał 
się, jak go karano. Tej karze nie mógł przeszkodzić, choć w gruncie  rzeczy uznawał, że jest 
słuszna.  Teraz  jednak,  gdy  wszystko  minęło,  postanowił  dopomóc  upokorzonemu 
człowiekowi. 

Wśliznął  się  do  jego  wozu  i  przede  wszystkim  starał  się  pocieszyć  go  w  strapieniu. 

Następnie  przyrzekł  mu,  że  zadba  o  środek,  przy  pomocy  którego  można  będzie  usunąć 
rysunki z piersi, ramion i twarzy. 

Poszukawszy  swego  serdecznego  przyjaciela  Johna,  Jaś  poprosił  go  o  flaszkę  terpentyny, 

którą  sir  Bendix  miał  w  swej  skrzyni  z  chemikaliami.  Wróciwszy  z  nią  do  Mr  Bopkinsa, 
począł go oczyszczać. 

Po dwugodzinnej pracy sadza ustąpiła prawie zupełnie. Jaś oczyścił także cylinder, chociaż 

ten utracił już prawie zupełnie swoją pierwotną elegancję. 

W ten sposób zniknęły przynajmniej duchowe cierpienia jankesa. Lecz ich miejsce zajęły 

fizyczne  dolegliwości.  Terpentyna,  którą  Jaś  nacierał  skórę,  wywołała  bolesne  swędzenie, 
tym  trudniejsze  do  zniesienia,  że  tego  dnia  słońce  zabłysło  na  niebie  w  pełnej  okazałości.  Z 
tego też powodu Mr Bopkins siedział w wozie znękany i milczący. Gdy później przyszedł doń 
doktor,  aby  go  pocieszyć,  odpowiedział  mu  niechętnym  pomrukiem.  Krótko  mówiąc,  nie 
myślał już wcale ani o protestach ani o zastrzeżeniach. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXV 

N

A ŚMIERĆ I ŻYCIE

 

 
Aby wykorzystać pomyślny czas po rozbiciu Indian, doktor kazał zwinąć obóz i rozpocząć 

dalszy marsz. 

Niestety, znów się pojawiły gęste puszcze. Lecz zanim zaczęła się walka z nimi, dzielnym 

ż

ołnierzom  ukazał  się  w  oddali  radosny  i  niezmiernie  piękny  widok.  Na  północy,  ponad 

ciemną  zielenią  lasów,  sterczał  nagi  wierzchołek  skalny,  podobny  do  piramidy,  wznoszącej 
się wśród piaszczystej równiny. Był to Cerro San Miguel, cel wyprawy. 

Odległość do tego punktu mogła w prostej linii wynosić jeszcze trzydzieści kilometrów. 
Ten  kawał  drogi  był  bardzo  trudny  do  przebycia.  Kraina  była  pokryta  niezmiernie  bujną 

roślinnością.  Aby  otworzyć  drogę  wozom,  trzeba  było  obalać  stare  pnie  drzew  i  przecinać 
niezliczone zwoje lian. Piły i topory ustawicznie pracowały w  gęstwinie. Teraz dopiero nasi 
podróżnicy  mogli  w  całej  pełni  ocenić  straszną  klęskę,  jaką  ponieśli  Indianie.  Gdyby  nie  ta 
klęska,  ekspedycja  nigdy  nie  mogłaby  się  zagłębić  w  lasy  w  obecności  silnych 
nieprzyjacielskich oddziałów. Musiałaby załamać się mimo swoich repetowanych karabinów 
i wozu pancernego. W obecnych jednak okolicznościach Chiacutak dopiero po upływie trzech 
lub  czterech  dni  mógł  zebrać  rozproszone  oddziały  i  ściągnąć  niezbędne  posiłki.  Z  tego  też 
powodu  nie  był  w  stanie  skorzystać  z  jedynej  sposobności,  która  mogła  wyrównać  różnicę 
uzbrojenia po obu stronach. 

Biali  pracowali  dniem  i  nocą,  wreszcie  czwartego  dnia  dotarli  do  otwartej  płaszczyzny, 

która  się  słała  aż  do  Cerro  San  Miguel.  Ten  miał  kształt  regularnego  stożka  i  był  pokryty 
wątłą trawą, która nie mogła bujnie się rozwinąć na skalistym podłożu. 

— Teraz  jeszcze  dwa  dni  —  zawołał  doktor  na  ten  widok  —  a  moja  maszyna  będzie  na 

szczycie!  Wówczas  może  się  zjawić  nie  pięć  tysięcy  ale  pięćdziesiąt  tysięcy 
czerwonoskórych! 

— Caramba!  —  krzyknął  zdumiony  pułkownik.  —  Pańska  maszyna  ma  wartość  całego 

korpusu armii! Muszę się przekonać na własne oczy, senor Bergman, zanim będę mógł w to 
uwierzyć! 

Doktor nic na to nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się tajemniczo. 
Ponieważ  wszyscy  byli  mocno  znużeni,  dlatego  jeszcze  przed  południem  rozbito  obóz, 

który  leżał  mniej  więcej  pośrodku  między  puszczą  a  Cerro  San  Miguel.  Wszyscy  byli  w 
radosnym  usposobieniu.  Gdy  nastał  gorący  i  pogodny  wieczór,  dały  się  słyszeć  wesołe 
piosenki kastylijskie. 

Najszczęśliwszy  ze  wszystkich  był  stanowczo  sir  Bendix.  Miał  bardzo  bogaty  zbiór 

owadów, a do stu nowoodkrytych gatunków zabrakło mu tylko jednego! 

Następny dzień miał przynieść poważny zwrot w położeniu naszych podróżników. 
Karawana nie była jeszcze nawet od godziny w drodze, gdy nagle nadjechał na koniu jeden 

z  żołnierzy  i  oznajmił,  że  lasy  znów  ożyły.  On  sam  i  jego  towarzysz  w  różnych  punktach 
zarośli  widzieli  indiańskich  szpiegów.  Towarzysz  jego  pozostał,  aby  dalej  obserwować 
czerwonoskórych. 

Wkrótce  na  spienionym  rumaku  nadjechał  drugi  wywiadowca  z  podobną  wieścią.  Po 

dziesięciu godzinach jeden z peonów przyniósł zupełnie pewną wiadomość, że Indianie znów 
gotują  się  do  walki.  Na  zachodzie  odkrył  wielkie  oddziały  czerwonoskórych,  którzy  zbliżali 
się pospiesznym marszem. 

— Teraz  trzeba  zwyciężyć  albo  zginąć  —  rzekł  doktor  do  obu  oficerów.  —  Chiacutak 

wyciągnął odpowiednie wnioski z ostatniej walki i teraz wraca z podwójną lub potrójną siłą. 

background image

Za  pierwszym  razem  mogliśmy  się  obronić  przed  hordą  Indian,  lecz  tym  razem  oni  nas 
zgniotą, jeśli na czas nie uda się nam umieścić mojej maszyny na szczycie góry. 

— Czy to konieczne? — spytał pułkownik. 
— Bezwarunkowo!  Tutaj  na  równinie  może  rozwinąć  zaledwie  setną  część  swej  siły  i 

byłaby tylko kosztowną zabawką. 

— Hm  —  Mruknął  pułkownik  —  to  zadanie  nie  lada,  wtoczyć  ją  na  Cerro!  Nachylenie 

stoku wynosi jakieś czterdzieści stopni! Konie nam padną z nadmiernego wysiłku. 

— Gdyby  nawet  sto  koni  miało  paść,  maszyna  musi  się  znaleźć  na  szczycie!  — 

zdecydowanym  głosem  rzekł  doktor.  —  A  stanie  się  to  jeśli  pan  będzie  przez  jakiś  czas 
trzymał  Indian  w  przyzwoitym  oddaleniu.  Niech  mi  pan  dopomoże  tylko  w  tym  ostatnim 
wypadku ! 

— Jak długo senor Bergman? — spytał kapitan Artigas. 
Doktor zastanawiał się przez chwilę. 
— Najmniej dwanaście godzin — rzekł. Nieustraszony żołnierz zmarszczył czoło. 
— Pan nie żąda drobnostki, senor — zawołał. — Gdybyśmy mieli przynajmniej suchą porę 

roku!  W  takim  wypadku  moglibyśmy  podpalić  pampasy  i  tym  sposobem  przepłoszyć 
czerwonoskórych.  Lecz  obecnie  trawy  są  soczyste  i  na  próżno  tylko  psulibyśmy  zapałki.  W 
obecnych  warunkach  walka  przeciągnęłaby  się  aż  do  nocy  i  dopiero  wtedy  przegralibyśmy. 
Czerwonoskórzy  całymi  tuzinami  czołgaliby  się  wśród  wysokiej  trawy  i  uderzyliby  na  nas, 
zanim zdołalibyśmy podnieść ramię do obrony. 

— Nie  ma  nawet  chrustu  —  biadał  pułkownik  —  którego  ogień  mógłby  nam  dostarczyć 

niezbędnego oświetlenia! Nie mam nadziei, by wynik mógł być szczęśliwy! 

Kapitan Artigas mężnie i dumnie podniósł głowę. 
— Co  do  nas,  uczynimy  wszystko  co  możliwe,  aby  jak  najdłużej  powstrzymać 

nieszczęście. Może pan na to liczyć, senor Bergman! 

— Jestem  o  tym  najgłębiej  przekonany  —  odparł  doktor  i  serdecznie  uścisnął  dłonie  obu 

ż

ołnierzom. — Prócz tego może uda mi się usunąć pańską troskę co do oświetlenia. 

— Tym  lepiej!  —  rzekli  obaj  żołnierze.  —  A  teraz  niech  pan  nam  powie,  na  co  mamy 

głównie zwracać uwagę. 

— Indianie przede wszystkim nie śmią zawładnąć szczytem góry. 
— To wiemy. 
— Prócz tego dziś rano  wysłałem jednego żołnierza do podnóża góry, który mi przyniósł 

upragnioną wiadomość, że tam jest małe rozlewisko. Musimy więc zapewnić sobie połączenie 
między  tym  rozlewiskiem  a  szczytem,  tak  długo  przynajmniej,  dopóki  balon  nie  zostanie 
napełniony. 

— Rozumiem  —  odparł  kapitan  Artigas.  Skoro  zatem  balon  wzniesie  się  w  powietrze, 

możemy w razie niebezpieczeństwa porzucić nawet wóz pancerny? 

— Możecie  to  uczynić,  gdyż  wówczas  amunicja  będzie  prawdopodobnie  zupełnie 

wyczerpana. Obawiam się w ogóle, że nasze zapasy amunicji są zbyt skąpe. 

— To  prawda,  niestety  —  potwierdził  kapitan.  —  Tam  na  dole,  koło  Cerro  Cristian, 

strzelaliśmy  zanadto  w  powietrze,  aby  nastraszyć  Indian,  stąd  też  musimy  oszczędnie  się 
obchodzić  z  tymi  kilku  ładunkami,  które  nam  pozostały.  Lecz  nie  troszcz  się,  kochany 
doktorze,  o  te  drobnostki.  Staraj  się  tylko,  aby  maszyna  wydostała  się  na  szczyt,  o  innych 
sprawach my już pomyślimy. 

Podali  sobie  jeszcze  raz dłonie.  Było  to  nieme  przyrzeczenie,  że  każdy  z  nich  wytrwa  do 

ostatniego  tchu  na  swoim  stanowisku,  a  także,  że  jeden  pokłada  w  drugim  bezgraniczne 
zaufanie. Następnie rozeszli się i każdy udał się do swojej pracy. 

Kapitan  Artigas  zwołał  swoich  żołnierzy  i  w  krótkich  słowach  przedstawił  im  obecne 

położenie,  jak  również  zadanie,  które  mają  spełnić.  Następnie  ruszył  w  drogę  na  czele  swej 
kolumny  jeźdźców,  aby  powstrzymać  napór  Indian.  Po  upływie  pół  godziny  pozostali 

background image

usłyszeli  w  zachodniej  i  południowej  stronie  żywy  ogień  karabinowy.  Mr  Bopkins  pod 
wpływem zniechęcenia  do świata i do ludzi pojechał naprzód i siedział właśnie samotnie na 
szczycie  Cerro  San  Miguel.  W  oddali  widział  zwinne  postacie,  które  się  wzajemnie  ścigały. 
Potyczka jazdy trwała. 

Pułkownik  dojechał  tymczasem  do  rozlewiska  i  ustawił  wozy  w  kształcie  koła.  Tylko 

maszyna dra Bergmana pozostała na zewnątrz. Wóz z balonem stał tuż nad wodą. 

Pozostało trzydziestu żołnierzy, którzy mieli pomagać peonom. Pułkownik kazał im zsiąść 

z koni i wykopać dookoła wozów podwójny pierścień rowów strzeleckich. 

Tymczasem  peonowie  sprzęgli  podwójny  szereg  koni  i  popędzili  je  na  szczyt  Cerro  San 

Miguel i z powrotem na dół, aby je zapoznać z zadaniem. Chodziło o to, aby w najważniejszej 
chwili  nie  zaczęły  się  płoszyć  i  stawać  dęba.  Gdyby  kosztowna  maszyna  się  przewróciła, 
mogłaby  się  tak  uszkodzić,  że  stałaby  się  zupełnie  nieużyteczna.  A  w  tym  wypadku  los 
ekspedycji byłby przypieczętowany. 

Zaprzężono konie do wozu. Początkowo szły pampasem, a potem poczęły się wspinać po 

stromym stoku na szczyt Cerro San Miguel. Droga nie była tu wprawdzie zbyt wyboista, lecz 
wóz kołysał się silnie wskutek szybkiego ruchu. Doktor, który przypatrywał się temu z dołu, 
obawiał się przez chwilę, że jego maszyna się  wywróci i rozbije w drzazgi.  Lecz właśnie to 
szarpanie uchroniło ją od upadku i na koniec szczęśliwie dostała się na szczyt. 

Doktor  wraz  z  dwoma  inżynierami  przybiegł  szybko  i  odśrubował  boczne,  drewniane 

ś

cianki,  które  zakrywały  maszynę.  Zbadał  jej  wnętrze,  lecz  nie  odkrył  nic  podejrzanego. 

Teraz chodziło o to, aby pomocnikom objaśnić wynalazek. 

Tymczasem Jaś i sir Bendix zajęci byli inną robotą. Zbudowali latawiec, który był większy 

i lżejszy, niż poprzedni. Po chwili przyszedł do nich doktor i przymocował druty. 

Po upływie godziny zerwał się wiatr, dość silny, aby móc unieść latawiec w powietrze. W 

międzyczasie linia bojowa zbliżyła się do góry. Było rzeczą widoczną, że żołnierze zmagają 
się z przeważającymi siłami i pod ich naporem musieli się cofnąć. 

Doktor idąc powoli na szczyt, kilkakrotnie z głęboką troską spojrzał na walczących. Lecz 

na razie nie mógł przyjść im z pomocą. Całą uwagę skupił na latawcu, którego sznur druciany 
trzymało w ręku kilku peonów, stojących na szczycie góry. Doktor kazał im drut przywiązać 
do tylnego koła wozu, po czym połączył przewód z telegrafem iskrowym. Następnie usiadł na 
krzesełku  polowym  i  drżącymi  ze  wzruszenia  rękami  nadał  w  przestworza  następującą 
depeszę: 

— Dotarliśmy szczęśliwie na szczyt Cerro San Miguel. Czy może pan wysłać mi prąd? 
Upłynęła długa jak wieczność minuta, po czym przyszła odpowiedź: 
— Wszystko  gotowe.  Za  pięć  minut  służę!  Głośny  okrzyk  radości  wydarł  się  z  piersi 

inżynierów, kamień młyński spadł z ich serc! 

Doktor  szybko  przyśrubował  przewody  do  innych  części  maszyn.  Następnie  oczy 

wszystkich z wytężeniem poczęły obserwować skalę woltomierza. 

Po chwili wskazówka poruszyła się i po kilku wahaniach stanęła na cyfrze pięciu tysięcy. 
Obaj młodzi inżynierowie ze zdumieniem spojrzeli na szefa. Ten uśmiechnął się spokojnie 

i  rzekł:  —  Tak  jest  istotnie,  jak  przypuszczałem.  Nasz  aparat  jest  za  skromny,  aby  chwytać 
całą  wysłaną  nam  energię.  Lecz  to,  czego  dostarcza,  wystarczy,  aby  wytworzyć  wodór  dla 
naszego balonu. Balon uniesie w powietrze specjalnie skonstruowany aparat, który dostarczy 
mi dość silnego prądu dla moich celów. 

Po  tych  słowach  otworzył  dolną  komorę  wozu  i  wydobył  zwój  kabli,  których  koniec 

przymocował  do  aparatu.  Następnie  zwój  potoczył  się  po  stoku  góry  i  zatrzymał  się  u  jej 
podnóża.  Doktor  udał  się  tam  i  drugi  koniec  kabla  przyśrubował  do  aparatu,  rozkładającego 
wodę na pierwiastki, który natychmiast zaczął pracować. Wodór potężnymi falami począł się 
podnosić i napełniać balon, który pęczniał i wzdymał się coraz bardziej. 

Był czas najwyższy! Bój już się toczył w pobliżu! 

background image

Trzydziestu  peonów,  którzy  się  połączyli  ze  swoimi  towarzyszami,  zostało  przyjętych  z 

entuzjazmem, jako posiłki niezmiernie pożądane. 

Indianie  rzucali  się  raz  za  razem  do  szturmu,  nie  troszcząc  się  ogromnymi  stratami, 

wyrządzanymi kulami żołnierzy kapitana Artigasa. Ich niesłychane męstwo i pogarda śmierci 
napełniała  zdumieniem  nawet  samego  kapitana.  Jego  ludzie  byli  już  w  najwyższym  stopniu 
wyczerpani, więc pytał się samego siebie, jak długo jeszcze mogą stawiać opór. 

Lecz  jeszcze  raz  można  było  przerwać  bitwę.  Czerwonoskórzy  wojownicy  dostali  się  w 

pole  ostrzału  karabinu  maszynowego.  Pułkownik,  który  siedział  na  wieży  pancernej,  lepiej 
umiał ocenić przewagę takiej świetnej broni niż doktor. Jego sokole oko poznało natychmiast 
słabe  miejsce  w  szeregach  strzelców,  więc  skierował  tam  ogień,  aby  nie  dopuścić  do 
przełamania linii. Walka toczyła się w ten sposób bez rozstrzygnięcia aż do południa. 

A teraz w kilku słowach wyjaśnimy konstrukcję maszyny doktora. 
Słynny  fizyk  Hertz  wykazał,  jak  wiadomo,  że  każde  wyładowanie  elektryczne  jest 

punktem wyjścia dla fal, które rozchodzą się w przestrzeni, jak fale świetlne. Próby, związane 
z  tym  odkryciem,  umożliwiały  na  przełomie  XX  wieku  wynalezienie  aparatu  do  telegrafii 
bezprzewodowej. 

Wielu  ludzi  żywiło  na  tej  podstawie  nadzieję,  że  niebawem  będzie  można  wysyłać  do 

odległych  miejscowości  energię  elektryczną  bez  pośrednictwa  metalowych  przewodników. 
Lecz  do  tego  była  jeszcze  daleka  droga.  Dużo  wody  upłynęło,  zanim  uczony  niemiecki  dr 
Bergman  zdołał  wynaleźć  sposób  przenoszenia  prądu  o  wysokim  napięciu.  Ten  genialny 
wynalazek postanowił wykorzystać przy budowie linii kolejowej Matto Grosso Plata. 

Obfite  zasoby  wodne  prowincji  boliwijskiej  Cochabamba  zamieniono  w  energię 

elektryczną i skierowano na jeden ze szczytów górskich Santa Cruz. 

Tutaj zamieniono ją według systemu dra Bergmana w prąd o niezwykle wysokim napięciu, 

którego  fale  za  pomocą  specjalnie  skonstruowanych  reflektorów  wysyłano  dalej  w  kierunku 
Cerro San Miguel, gdzie maszyna dra Bergmana wytwarzała równoległy prąd o niesłychanej 
sile.  Maszyna  ta  składała  się  przede  wszystkim  z  odbieracza,  który  chwytał  wysłaną  mu 
energię. W drugiej części maszyny, w transformatorze, energia ta, według potrzeby, mogła się 
przemienić  w  prąd  o  wysokim  napięciu  albo  też  w  trzeciej  części  ulec  dalszej  przemianie, 
która  właśnie  dowodził,  jak  cudowny  i  genialny  był  wynalazek  dra  Bergmana.  Działanie  tej 
trzeciej części poznamy niebawem. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXVI 

C

ZARODZIEJSKIE ŚWIATŁO

 

 
Wróćmy  do  ludzi,  którzy  stali  dokoła  balonu,  obserwując  niecierpliwie,  jak  się  jego 

powłoka powoli napełnia. Gdy ciemności zapadły był zaledwie do połowy napełniony i trzeba 
było  czekać  co  najmniej  dwie  godziny,  zanim  będzie  gotowy  do  napowietrznej  podróży.  W 
każdym  razie  doktor  mógł  już  teraz  dopomóc  nieco  znużonym  obrońcom  obozu.  Wrócił  na 
szczyt  Cerro  San  Miguel  i  część  prądu  wpuścił  do  reflektora,  który  był  umieszczony  na 
przedniej części maszyny. Działanie było prawie natychmiastowe. 

Chiacutak  umyślnie  nie  rozpoczął  ataku  od  razu  wszystkimi  siłami.  Wiedział,  że  jego 

wojownicy  niewiele  wskórają  wobec  dalekosiężnych  karabinów  białych,  jak  długo  ci  mogą 
spokojnie  i  bez  przeszkody  celować.  Z  tego  też  powodu  postanowił  w  miarę  możliwości 
znużyć  wrogów.  W  nocy  mógł  swoje  rezerwy  rzucić  na  wycieńczonych  żołnierzy,  którzy  w 
ciemnościach  nie  będą  w  stanie  odróżnić  celu,  a  tym  samym  muszą  szybko  ulec  w  walce 
wręcz. 

Skoro słońce skłoniło się ku zachodowi, obaj inżynierowie spostrzegli ze szczytu góry, że 

z  ciemnych  głębin  lasu  wyłaniają  się  przerażająco  wielkie  tłumy,  które  biegną  cwałem  w 
kierunku pola walki. Lecz w tym momencie wmieszał się doktor, który przeczuł tego rodzaju 
rozwój wypadków i puścił w ruch reflektor. 

Indianie,  którzy  byli  już  pewni  zwycięstwa,  spostrzegli  nagle  z  przerażeniem  oślepiający 

stożek  światła,  które  oświetlało  olbrzymie  przestrzenie  równiny.  W  zabobonnym  strachu 
wyobrazili sobie, że jakiś przepotężny demon przyszedł z pomocą białym wrogom. Ogarnęło 
ich  straszliwe  przerażenie.  W  dzikim  popłochu,  w  bezładnym  chaosie,  poczęli  uciekać  na 
wszystkie  strony.  Ogień  białych,  który  osłabł,  teraz  wzmógł  się  znacznie  i  raził  szczególnie 
tych, którzy właśnie się znajdowali w oświetlonym polu. 

Przez  jakiś  czas  zdawało  się,  że  sam  reflektor  starczy,  by  wszystkich  Indian  zmusić  do 

ucieczki. Lecz Chiacutak nie dał się tak łatwo oszukać, a ponieważ kapitan Artigas nie mógł 
ze swoimi znużonymi żołnierzami go ścigać, udało mu się znów zebrać swoje zastępy. 

Głucho  zagrały  w  oddali  rogi,  w  które  stary  kacyk  kazał  dąć,  aby  swoim  wojownikom 

oznaczyć punkt gdzie się mają zebrać.  Za pomocą gróźb i zachęcających mów udało mu się 
opanować ich trwogę i nakłonić do odwrotu. Co więcej umiał nawet znaleźć wyjaśnienie dla 
tego niesamowitego światła, które czerwonoskórzy przynajmniej częściowo pojęli. 

To  zmniejszyło  ich  niewiarygodną  trwogę.  Wkrótce  zdołali  nawet  wykorzystać  pewną 

okoliczność. Oto zauważyli, że ogień nieprzyjaciół skierowany jest tylko na te oddziały, które 
stoją  w  świetle;  ci  wojownicy  musieli  się  rzucić  na  ziemię,  chcąc  ujść  morderczym  kulom, 
gdy  tymczasem  ich  towarzysze,  znajdujący  się  w  ciemnościach,  mogli  bez  przeszkód 
posuwać się naprzód. 

To było powodem, że żołnierze, którzy już z ulgą odetchnęli, ujrzeli nagle znów wrogów 

tuż przed sobą, więc musieli, zaciskając zęby, nabijać karabiny i strzelać, a także coraz dalej i 
dalej cofać się; bardziej węższe stawało się ich koło. 

Wreszcie  wycofali  się  aż  do  rowów  strzeleckich.  Doktor  już  nie  miał  potrzeby  poruszać 

reflektora. Mały obóz leżał w środku koła świetlnego u stóp góry, a dokoła było pole ostrzału, 
oświetlone na przestrzeni trzystu kroków. 

Osobliwą  i  dla  obu  oficerów  wprost  niezrozumiałą  okolicznością  było  to,  że 

czerwonoskórzy całą swoją wściekłość skierowali przeciwko wozom u podnóża góry, a o łup 
na szczycie  góry zdawali się zupełnie nie troszczyć.  Gdyby ze wszystkich stron zaatakowali 
górę, byłoby dla obrońców mimo całego męstwa niemożliwą rzeczą utrzymać się na dole nad 
rozlewiskiem. 

background image

Powód był dwojaki. 
Przede  wszystkim  Indianie  mimo  wyjaśnień  wodzów  nie  dowierzali  reflektorowi  i  nie 

mieli ochoty się przekonać, czy ten płomień zapaliły ręce ludzi czy demonów. Chiacutak zaś 
z  drugiej  strony  tym  razem  nie  miał  jeńca  który  by  mu  zdradził  słabe  strony  przeciwników. 
Ponieważ wiedział doskonale, jak niebezpieczny jest balon i zauważył, że ta latająca kula na 
nowo jest napełniona, doszedł do przekonania, że w razie jej zniszczenia nieprzyjaciele muszą 
bezwarunkowo zginąć. 

Z tego też powodu rozpoczął generalny atak na wozy. 
Na razie położenie białych było krytyczne. Żołnierze niedługo jeszcze bronili się z rowów 

strzeleckich,  gdy  nagle,  karabin  maszynowy  zamilkł,  bo  zabrakło  amunicji.  Indianie 
podsunęli się tak blisko, że strzałami razili już konie, stojące poza wozami. Ranne zwierzęta 
rzucały  się  jak  szalone  i  szerzyły  wśród  pozostałych  popłoch.  Ludzie  stojący  dokoła  balonu 
obawiali się ustawicznie, by nie zostali stratowani kopytami. 

Wówczas  jeden  z  inżynierów  zdecydował  się  przerwać  wytwarzanie  wodoru,  chociaż 

balon  był  dopiero  w  jednej  trzeciej  napełniony.  Powiedział  sobie,  że  w  tym  stanie  może 
wysłać  w  górę  przynajmniej  odbieracz  fal  elektrycznych  i  utrzymać  go  przez  kilka  godzin, 
gdy  tymczasem  byłoby  rzeczą  nader  wątpliwą,  czy  zdołaliby  go  zanieść  na  górę,  gdyby 
jeszcze dłużej pozostali na tym miejscu. 

Inżynier  zawiadomił  o  tym  pułkownika  i  skinął  na  peonów,  aby  balon  wynieśli  na 

wysokość  góry.  Ci  byli  już  wyćwiczeni  w  tym  i  z  zimną  krwią  wytrawnych  robotników 
przystąpili do pracy. 

Ledwo  czerwonoskórzy  spostrzegli,  że  owa  straszliwa  latająca  kula  lada  chwila  może  im 

uciec, z dzikim rykiem rzucili się na rowy strzeleckie. 

Kapitan Artigas szybko wezwał do odwrotu swoich żołnierzy, którzy cofnęli się za ,wozy, 

skąd  mogli  się  bronić  przed  napierającą  falą  nieprzyjaciół.  Dowódca  ich  zdawał  sobie 
doskonale sprawę, że ten ostatni szaniec może się utrzymać tylko kilka Szybko kazał odsunąć 
kilka  wozów.  Wówczas  jego  żołnierze  się  cofnęli  i  batami  uderzyli  konie,  które  skoczyły  w 
wyłom. Rozjuszone zwierzęta rzuciły się na Indian, którzy właśnie atakowali z ogłuszającym 
wrzaskiem radości, pewni zwycięstwa. W następnym momencie dokoła  wozów utworzył się 
rozszalały  chaos  spłoszonych  koni  i  wrzeszczących,  biadających  lub  przeklinających  ludzi. 
Nie można sobie wyobrazić nic dzikszego i bardziej przerażającego. 

Dla  białych  była  to  niezmiernie  oczekiwana  pauza,  mogli  bowiem  tymczasem  pobiec  za 

balonem,  który  dotarł  już  do  polowy  wysokości  Cerro  San  Miguel.  Tutaj  przystanęli,  aby 
przyjąć Indian, jeśli tylko ochłoną z przerażenia i znów rzucą się naprzód do ataku. 

Lecz ta przerwa trwała dłużej, niż się spodziewali. Indianie przede wszystkim rzucili się na 

wozy i zapasy pozostawione przy rozlewisku i jak szaleńcy poczęli wszystko rozbijać. Nawet 
ż

elazne  płyty  wagonu  pancernego  poczęły  ustępować  pod  ich  wściekłymi  ciosami.  Dopiero 

gdy  Chiacutak  wysłał  posłańca,  który  ich  surowo  zgromił  z  powodu  zwłoki,  przypomnieli 
sobie właściwe zadanie i zaczęli atakować stok góry. 

Balon  tymczasem  szczęśliwie  dostał  się  na  szczyt  góry.  Doktor  z  westchnieniem  ulgi 

przymocował  do  dolnego  pierścienia  siatki,  aparaty  odbiorcze.  Lina  poczęła  się  szybko 
odwijać od kołowrotka. Balon wzbił się w przestworza i wkrótce nie można go było odróżnić 
od zachmurzonego nieba. 

Teraz doktor dał umówiony sygnał. Wszyscy dzielni obrońcy, ledwo dysząc ze znużenia, 

rzucili  się  na  ziemię  na  płaskim  szczycie  góry.  Lufy  ich  karabinów  sterczały  nad  stromym 
zboczem.  Huknęły  wystrzały.  Amunicja  była  już  na  wyczerpaniu,  co  więcej,  niektórzy  z 
dzielnych żołnierzy, wystrzeliwszy ostatnią kulę, trzymali w garści ciężki pałasz, chcąc życie 
sprzedać jak najdrożej. 

Lecz los miał im oszczędzić tej ostatniej, strasznej walki. 

background image

Ledwie  odwinęła  się  zupełnie  lina  na  której  się  unosił  balon,  gdy  nagle  doktor  zamknął 

dźwignię,  łączącą  przewodniki  odbieracza  z  maszyną.  Następnie  trzej  inżynierowie  znów 
pochylili swe głowy nad woltomierzem, którego wskazówka szybko poczęła się posuwać, aż 
wreszcie  stanęła  na  cyfrze  sto  tysięcy.  Maszyna  skoncentrowała  w  sobie  prawie  całą  tę 
potężną energię elektryczną, którą wysłano z Andów! 

Dr  Bergman  szybko  zamknął  i  otworzył  kilka  innych  dźwigni  i  zasuwek.  Wówczas  ze 

ś

rodka  tajemniczego  wozu  wysunął  się  w  górę  pewnego  rodzaju  maszt  żelazny,  który  na 

szczycie miał ołowiany cylinder o średnicy dwudziestu centymetrów i potrójnej długości. 

Cylinder  ten  unosił  się  na  wysokości  mniej  więcej  dwudziestu  metrów  ponad  wozem.  W 

ś

rodku biegł dokoła otwór szerokości palca, z którego strzelały jaskrawe promienie świetlne. 

Zdawało  się,  że  we  wnętrzu  podwójnego  cylindra  znajduje  się  potężna  lampa  łukowa, 

której oślepiająca jasność rozlewa się na wszystkie strony w kształcie kręgu. 

Kręcąc  śrubą,  można  było  otwór  w  cylindrze  zniżyć,  skutkiem  czego  z  kręgu  świetlnego 

powstał stożek światła, którego promienie padały dokoła na stoki góry, gdy tymczasem ludzie 
na szczycie góry byli pogrążeni w ciemnościach. 

Teraz doktor rozejrzał się uważnie dokoła, chcąc się przekonać, czy któryś z jego ludzi nie 

został  porażony  światłem.  Dopiero  gdy  się  pod  tym  względem  uspokoił,  krzyknął  do  nich 
silnym głosem: 

— Nie ruszajcie się z miejsca, jeśli wam życie miłe! 
Po  tych  słowach  nacisnął  jakąś  sprężynę  w  maszynie.  Oślepiający  stożek  świetlny  znikł, 

lecz  na  jego  miejscu  poczęła  działać  jakaś  tajemnicza  siła,  tak  straszna,  że  nadsłuchującym 
ludziom krew ścięła się prawie w żyłach. 

Reflektor  jeszcze  oświetlał  znaczną  część  stoku  góry,  więc  można  było  spostrzec,  że 

Indianie  już  przebyli  dwie  trzecie  tej  przestrzeni.  Nagle  ci,  co  byli  na  przedzie  jak  gdyby 
nadnaturalną  siłą  porażeni,  wyciągnęli  w  biegu  zdrętwiałe  ramiona  i  runęli  na  ziemię.  W 
następnej  sekundzie  biegnących  poza  nimi,  spotkał  taki  sam  los  —  a  potem  jeden  szereg 
Indian za drugim padał pokotem, aby się już więcej nie podnieść. Coraz dalej i głębiej biegła 
ta  potworna,  niewidzialna  potęga,  która  gasiła  wszelkie  życie.  Dosięgła  podnóża  góry,  a 
potem  poczęła  szaleć  na  równinie,  posuwając  się  coraz  dalej.  Oślepiający  blask  reflektora 
pozwalał widzom obserwować straszliwe skutki nieznanej siły. 

Jeszcze  nie  upłynął  nawet  kwadrans,  a  zdawało  się,  że  na  równinie  ani  jeden  czerwony 

wojownik  nie  pozostał  przy  życiu.  Leżeli  oni  w  okropnym  bezładzie  porozrzucani  na  stoku 
góry  i  na  pampasie.  Broń  wypadła  z  ich  rąk.  Tam,  gdzie  niedawno  rozlegały  się  radosne 
okrzyki zwycięstwa, teraz panowało milczenie śmierci. 

— Straszne!  —  wykrzyknął  pułkownik  i  z  przerażeniem  spojrzał  na  człowieka,  który 

jednym poruszeniem sprężyny mógł zabić tysiące ludzi. 

Kapitan Artigas i inni byli niemniej wstrząśnięci tym okropnym zjawiskiem. 
— Uspokójcie się, moi panowie! — zawołał doktor z pogodnym uśmiechem na ustach. — 

To  wszystko  nic  nie  zaszkodzi  naszym  czerwonym  przyjaciołom.  Oni  są  tylko  porażeni  na 
przeciąg kilku godzin, zależnie od tego, czy znajdowali się bliżej czy dalej od mej maszyny. 

— Dzięki Bogu, że pan nas tym pocieszył — odparł pułkownik, ścierając sobie zimny pot 

z  czoła.  —  Jestem  wprawdzie  starym  żołnierzem,  lecz  tego  straszliwego  kwadransa  nie 
zapomnę nigdy! 

— Ma pan słuszność — rzekł kapitan Artigas. — Jestem przyzwyczajony od młodości do 

walk i bitw, przeżyłem dużo okropnych chwil w niezliczonych wyprawach na Indian, ale ten 
widok  był  niemożliwy  do  zniesienia  nawet  dla  zahartowanych  wilków  z  pampasów!  Ludzie 
padali, jak kłosy pod kosą żniwiarza, a przy tym tak cicho, tak bez widocznej przyczyny, jak 
gdyby  sąd  ostateczny  nastał!  Niechże  pan  nam  wreszcie  wyjaśni,  co  jest  przyczyną  tego 
przerażającego  zjawiska.  Może  pan  nam  to  śmiało  powiedzieć,  bo  nie  sądzę,  by  obecnie 
ktokolwiek odważył się nie dowierzać pańskim słowom i wątpić w pański geniusz. 

background image

— O, proszę bardzo, niech mnie pan nie zawstydza! — odparł doktor. — Wpadłem tylko 

na  dobry  pomysł,  na  który  stu  innych  ludzi  łatwo  mogło  wpaść.  Wyjaśnienie  jest  bardzo 
proste. 

Opisał swoją maszynę i jej działanie, co już znamy, po czym tak mówił dalej: 
— Jeśli otrzymaną energię skieruję do trzeciej części mej maszyny wówczas wynaleziona 

przeze mnie lampa na szczycie masztu może wytwarzać albo zwyczajne białe światło albo też 
według  życzenia  pewnego  rodzaju  czarne  promienie  o  niezwykłych  właściwościach,  do 
których  odkrycia  doszedłem  na  podstawie  następującego  rozumowania.  Dawno  już 
spostrzeżono,  że  długotrwałe  oświetlanie  za  pomocą  lampy  łukowej  wywołuje  niekiedy  — 
podkreślam:  tylko  niekiedy!  —  ciężkie  zapalenie  oczu  lub  nawet  uszkodzenie  mózgu. 
Zazwyczaj  przypisywano  działanie  to  okoliczności,  że  owe  lampy  łukowe  wysyłają 
szczególnie  wielką  ilość  fioletowych  i  ultrafioletowych  promieni,  które  wywołują  znaczne 
przemiany  chemiczne.  Lecz  te  promienie  właściwie  tylko  niszczą  tkanki  organiczne, 
podobnie jak promienie Röntgena, tak, że mi nie wystarczały do bezpośredniego wyjaśnienia 
owych  porażeń  mózgowych  i  nerwowych.  Zarazem  uderzyło  mnie  to,  że  małe  żyjątka,  np. 
mrówki, okazują osobliwy niepokój we fioletowym świetle i zdawało mi się, że to musi mieć 
przyczynę nie tylko chemiczną ale i fizjologiczną. 

Nagle  sir  Allan  sięgnął  szybko  ręką  do  kieszeni  i  wydobył  swój  obszerny  notes. 

Dotychczas  dość  obojętnie  przysłuchiwał  się  wyjaśnieniom  doktora,  lecz  gdy  teraz  kolej 
przyszła  na  owady,  uczuł  nagle  nieprzezwyciężone  zainteresowanie  dla  odkrycia  dra 
Bergmana i począł spiesznie pisać w swej książeczce. 

Gdy  dr  Bergman  spostrzegł  ten  niespodziewany  zapał,  lekki  uśmieszek  przesunął  się  po 

jego ustach i tak mówił dalej: 

— Rozpocząłem  długie  i  żmudne  badania  nad  najrozmaitszymi  źródłami  światła  i  po 

wieloletnich trudach udało mi się wykazać, że owo porażenie systemu nerwowego występuje 
wskutek  domieszki  pewnych  obcych  ciał  w  błękitnym  świetle.  Lecz  nie  tylko  to! 
Skonstruowałem aparat, a jeśli wolicie to lampę, która wytwarzała wyłącznie tylko promienie, 
działające  na  system  nerwowy.  Przy  silnym  prądzie  elektrycznym  promienie  te  były  tak 
intensywne, że mogły system nerwowy człowieka i wielkich ssaków na miejscu obezwładnić, 
a  przy  dłuższym  działaniu  zupełnie  zniszczyć  i  sprowadzić  śmierć.  Stąd  też  ostrzegałem 
panów, abyście się spokojnie zachowywali. 

Spośród  przysłuchujących  się  tylko  dwaj  asystenci  byli  dość  wykształceni,  aby  te 

wyjaśnienia  należycie  zrozumieć.  Inni  z  podziwem  potrząsali  głowami,  a  wśród  peonów  i 
ż

ołnierzy niektórzy może nawet uważali doktora za potężnego czarodzieja, którego rozkazów 

słuchają piekielne moce. 

Dr  Bergman  przerwał  działanie  lampy  w  ołowianym  cylindrze  i  zapalił  łukową  lampę, 

która miłym, łagodnym i jasnym światłem oblała całe Cerro San Miguel i kawał pampasów. 
Następnie wszyscy rzucili się na zapasy żywności, uratowane przed zwierzęcą żarłocznością 
Indian, i zaspokoili dotkliwy głód. Czas był najwyższy gdyż pusty żołądek, po długotrwałych 
trudach i walkach, Mruczał nie na żarty. 

Wkrótce  potem  członkowie  ekspedycji  zauważyli,  że  przepowiednia  doktora  zaczyna  się 

urzeczywistniać. Jeden Indianin za drugim począł się podnosić z ziemi, budząc się z letargu. 
Każdy z nich przez kilka chwil patrzył błędnie przed siebie, a potem z dzikim przerażeniem 
rzucał się do ucieczki, albowiem widział, że cały obszar ziemi dokoła zasłany jest rzekomymi 
trupami towarzyszy. 

Zwycięscy biali ze szczytu góry z wesołą ciekawością obserwowali to nigdy nie widziane 

widowisko  i  raz  za  razem  wybuchali  głośnym  śmiechem,  gdy  ten  lub  ów  spośród 
przebudzonych w sposób zbyt komiczny się zachowywał i najdziksze skoki wykonywał. 

Liczba nieprzyjaciół leżących na polu walki zmniejszała się z każdą chwilą. Gdy zaświtał 

poranek leżało tylko kilka tuzinów wojowników na zboczach góry. 

background image

Doktor kazał spośród nich związać kilku, którzy mu się wydawali kacykami. Mieli oni mu 

służyć  jako  zakładnicy  i  pośrednicy  pokojowi  między  czerwonoskórymi  a  białymi.  Z 
wyjątkiem  tych  niewielu  i  poległych  2  marca  rano  w  okolicy  nie  było  widać  ani  jednego 
Indianina. 

Zwycięstwo było zupełne.  Lecz biali na  razie nie mogli myśleć o świętowaniu.  Z wozów 

pozostały tylko bezużyteczne szczątki, amunicja stopniała niemal od zera, a przede wszystkim 
brakło  żywności.  Trzeba  było  jak  najprędzej  postarać  się  o  żywność,  dopóki  Indianie 
przygnębieni  byli  klęską.  Mimo  wszystko  było  możliwą  rzeczą,  że  Chiacutak  znów  ich 
zgromadzi i poprowadzi do walki. 

Około  trzydziestu  żołnierzy  zabrało  całą  amunicję  i  udało  się  pieszo  do  małego 

słodkowodnego  jeziorka  na  północ  od  Cerro  San  Miguel.  Tutaj  rozpoczęli  połów  ryb  przy 
pomocy najrozmaitszych narzędzi i rzeczywiście udało im się wieczorem przywieźć do obozu 
pokaźny  łup.  Część  upieczono  natychmiast  na  wieczerzę,  część  uwędzono  i  schowano  na 
wypadek potrzeby. 

Oddział  jeźdźców  wyruszył  w  poszukiwaniu  koni  które  zbiegły  w  czasie  nocnych  walk. 

Udało im się jednak tylko część schwytać: większość rozproszona po lasach, nie pojawiła się 
już więcej i przepadła na zawsze. 

Doktor  wysłał  dwóch  Indian,  którzy  mieli  staremu  kacykowi  przedłożyć  warunki 

pokojowe. Wrócili po trzech dniach i oznajmili, że Chiacutak ma zamiar przybyć niebawem. 
Stary wódz przekonał się, że męstwo jego wojowników jest złamane na długi czas, jeśli nie na 
zawsze,  stąd  też  okazał  się  skłonny  do  rozpoczęcia  układów.  Zapewniono  mu  zupełne 
bezpieczeństwo i nietykalność, czemu zaufał. 

Układy  nie  trwały  długo.  Jedynym  żądaniem  białych  było  to,  by  żaden  czerwony 

wojownik  nie  zbliżał  się  w  przyszłości  więcej,  niż  na  jeden  dzień  marszu,  do  Cerro  San 
Miguel, a Chiacutak nie miał żadnego powodu, by żądanie to odrzucić. 

W  ten  sposób  zawarto  pokój  z  nim  samym  i  z  kilku  jego  wodzami,  po  czym  odeszli 

wszyscy, a także i jeńcy. 

Zanim stary kacyk zniknął wśród zielonych zarośli puszczy, odwrócił głowę raz jeszcze i 

rzucił długie spojrzenie na górę, u której stóp rozstrzygnął się los jego ludu. 

Straszliwa  nienawiść  żarzyła  się  w  tym  spojrzeniu.  Lecz  widniało  w  nim  także  coś,  jak 

gdyby podziw dla śmiałej garstki białych pionierów, którzy potęgą swego ducha zdobyli dla 
cywilizacji  ostatni  zakątek  południowoamerykańskiej  ziemi.  Ponad  szczytem  Cerro  San 
Miguel  unosił  się  balon,  jak  gdyby  symbol  zwycięstwa  —  niemy,  a  jednak  tak  wymowny 
ś

wiadek przewagi białej rasy. 

Chiacutak  wolnym  krokiem  i  ze  spuszczoną  głową  wszedł  do  lasu.  Nie  ujrzał  go  odtąd 

nikt. 

W  obozie  dra  Bergmana  panował  ożywiony  ruch.  Już  na  pierwszą  wieść  o  tym,  że 

ekspedycja  szczęśliwie  dotarła  na  szczyt  Cerro  San  Miguel,  wyruszyły  z  San  Jose  znaczne 
oddziały  budowlane,  aby  dostarczyć  szyn  z  rzeczonego  miasta  przez  północną  część  Gran 
Chaco. 

Wkrótce potem mógł don Rocca donieść z Yuquirendy, że południowy oddział budowlany 

dotarł do Yuquirendy i że na Rio Pilcomayo urządzono regularną żeglugę parową między Rio 
Plata  i  Buenos  Aires.  Teraz  już  można  było  bez  zwłoki  rozpocząć  budowę  linii  kolejowej 
Matto Grosso — Plata. 

Doktor i obaj jego asystenci mieli dużo roboty. Doktor wziął na siebie zadanie wysyłania 

do  oddziałów  budowlanych  energii  elektrycznej,  dostarczonej  mu  z  Andów.  Za  pomocą  tej 
energii można było uruchomić pociągi z materiałami, warsztatami, maszynami i narzędziami. 

Obaj  oficerowie  i  żołnierz  spędzali  czas  na  polowaniu  i  rybołówstwie.  Ponieważ  pogoda 

była piękna, przeto łup był obfity. Jaś piekł i gotował w nowo urządzonej kuchni od rana do 
wieczora, jak gdyby swą sztuką chciał sobie zasłużyć na nieśmiertelność. 

background image

Sir  Allanowi  udało  się  wynieść  cało  drogocenny  zbiór  z  zamętu  bojowego  i  umieścić  na 

szczycie  Cerro  San  Miguel.  Teraz  mógł  bez  przeszkody  rozkoszować  się  widokiem  swoich 
ukochanych wielonogów. 

A Mr  Bopkins? Temu doświadczonemu człowiekowi, zawdzięczającemu karierę samemu 

sobie,  doskonale  posłużyła  ostatnia  bolesna  nauka.  Wszystkimi  siłami  dążył,  by  towarzysze 
podróży  zapomnieli  o  jego  przeszłości  i  na  każdym  kroku  starał  się  być  im  pożyteczny. 
Ponieważ jednak znał się tylko na sztuce robienia pieniędzy i na niczym więcej, przeto wpadł 
na  pomysł,  aby  dopomóc  sir  Allanowi  w  spełnieniu  jego  najgorętszych  życzeń.  Szukał 
owadów we wszystkich możliwych zakątkach i chował do kieszeni wszystko, co zdawało się 
mieć  więcej  niż  sześć  nóg.  Po  upływie  kilku  tygodni  jankes  pod  kierunkiem  sir  Allana 
wykształcił się na nienagannego poszukiwacza owadów. 

Wreszcie  zdarzył  się  wielki  i  długo  oczekiwany  wypadek!  Gdy  pewnego  wieczora  Mr 

Bopkins wypróżnił swoją blaszaną puszkę na owady, znalazł się setny nowy okaz! Radość i 
szczęście  sir  Allana  nie  miały  granic!  Uściskał  gorąco  swego  dawnego  przeciwnika  i  przy 
najbliższej wieczerzy wypowiedział płomienne przemówienie na temat jego poprawy. W ten 
sposób  znikł  ostatni  rozdźwięk  w  gronie  członków  ekspedycji  i  w  obozie  zapanowała 
pogodna atmosfera. 

Dwa lata jeszcze upłynęły na gorączkowej pracy, po czym pierwszy pociąg pomknął z San 

Jose  do  Yuquirendy.  Zabrał  on  także  naszych  bohaterów,  którzy  zatęsknili  już  do  swojej 
ojczyzny.  John,  służący  sir  Allana,  dźwigał  za  swoim  panem  dwa  ogromne  pakunki. 
Znajdowały się w nich manuskrypty, opisujące sto nowo odkrytych gatunków owadów, gdyż 
niestrudzony badacz o każdym napisał osobne dzieło. 

Miejmy  nadzieję,  kochany  czytelniku,  że  Królewskie  Towarzystwo  Naukowe  nie 

zakwestionuje mu żadnego z okazów, z takim trudem zdobytych.