background image

Dr Raymond Moody & Paul Perry

Odwiedziny z Zaświatów

(Reunions: Visionary Encounters with Departed Loved Ones / wyd. orygin.: 1993)

    

background image

Spis treści:

1. Wprowadzenie
2. Charakter wizji
3. Wpatrywanie się w zwierciadło - rys historyczny
4. Współczesne psychomanteum
5. Teatr Umysłu
6. Sposób odkrywania samego siebie
7. Tworzenie własnego psychomanteum
8. Przyszłe zastosowania wpatrywania się w zwierciadło
Bibliografia
Dr Raymond Moody

1. 

Wprowadzenie

Jednym z największych cierpień,

jakich doznaje natura ludzka,

jest cierpienie wywołane przez nową ideę.

Walter Bagehot

Chęć   ponownego   połączenia   się   z   ukochaną   osobą,   którą   zabrała   nam   śmierć,   należy   do 

najsilniejszych i najbardziej uporczywych pragnień człowieka. To właśnie ono wywołuje w nas 
poczucie opuszczenia, a zarazem całą litanię pytań „co by było, gdyby”, wyrzutów, że „gdyby 
tylko”, oraz rozpaczliwych błagań o jeszcze pięć minut, które moglibyśmy spędzić wspólnie z 
utraconym bliskim.

Czasami pragnienie to zostaje zaspokojone dzięki pojawieniu się zmarłego w postaci wizji czy 

też zjawy, przy czym relacjonujący podobne fakty utrzymują, że wyraźnie różnią się one od snów. 
Są to chwile przeżyte na jawie, chwile, w czasie których bardzo silnie i, jak się wydaje, nieomylnie 
wyczuwa się  obecność zmarłej  osoby.  Epizod  taki jest zazwyczaj  bardzo sugestywny, a nawet 
samopotwierdzający,   gdyż   pozostaje   po   nim   głębokie   przekonanie,   że   spotkanie   odbyło   się 
naprawdę. W konsekwencji człowiek nabiera przeświadczenia, iż rzeczywiście istnieje życie po 
śmierci.

Powszechność występowania zjaw znalazła swoje odbicie w językach i kulturach ludowych na 

całym świecie na długo przed początkiem historii spisanej. Także i dziś wizjonerskie spotkania ze 
zmarłymi   są   zjawiskiem   niezwykle   powszechnym.   W   licznych   artykułach   publikowanych   w 
czasopismach medycznych i innych źródłach naukowych stwierdza się, iż u znacznej liczby osób 
pogrążonych   w   żałobie,   występują   wizje   tych,   którzy   odeszli.   Badania   naukowe   sugerują   na 

background image

przykład, że aż 66 procent wdów widuje zjawy zmarłych mężów.

Wdowy   wybrano   jako   podmiot   powyższych   badań   z   tego   prostego   powodu,   że   kobiety 

przeważnie żyją dłużej od mężczyzn. Wdów jest zatem więcej i łatwiej prowadzić badania naukowe 
w tej właśnie grupie. Doświadczenia kliniczne wykazują, że widywanie zmarłych jest powszechne 
także i w innych grupach osób osieroconych – dzieci, rodziców, rodzeństwa oraz przyjaciół. Na 
przykład   aż   75   procent   rodziców,   którzy   utracili   potomka,   doświadcza   jakiegoś   rodzaju   wizji 
zmarłego dziecka w ciągu pierwszego roku od jego śmierci. Większości rodziców  zjawisko to 
przynosi ulgę i w znacznym stopniu zmniejsza ból wywołany stratą.

Widzenie   zjaw   jest   także   powszechne   wśród   ludzi,   którzy   przeżyli   stan   bliski   śmierci. 

Opowiadają,   że   kiedy   wkraczali   do   królestwa   światła,   spotykali   duchy   zmarłych   krewnych   i 
przyjaciół.   Podobne   przeżycia   często   powodują   głębokie   przemiany   u   tych   osób,   wywierając 
pozytywny wpływ na ich dalsze życie.

Gdyby   można   było   odtworzyć   przeżycia   ze   stanu   bliskiego   śmierci   i   wywołać   je   u   ludzi 

cieszących się dobrym zdrowiem, wydaje się możliwe, iż te silnie odczuwane skutki można by 
wykorzystać w terapii łagodzenia żałoby. O tym, jak bardzo ta idea przemawia do łudzi, świadczy 
sukces   filmu   „Linia   życia”,   w   którym   studenci   medycyny   wzajemnie   wywołują   u   siebie 
zatrzymanie akcji serca po to, by doświadczyć przeżyć ze stanu bliskiego śmierci. Taka metoda 
dostarczania informacji z tamtego świata to doskonały materiał na interesujący film, choć nikt przy 
zdrowych zmysłach nie powinien próbować takiego wyczynu.

Mimo to bardzo zaciekawiło mnie odtwarzanie przeżyć ze stanu bliskiego śmierci, zwłaszcza 

takich, gdy ktoś widział wtedy swoich utraconych bliskich. Choć widzenie zmarłych krewnych i 
przyjaciół stanowiło tylko jeden z elementów większej całości, miałem wrażenie, że umożliwiając 
tego typu wizje mógłbym się dowiedzieć o wszelkich przeżyciach ze stanu bliskiego śmierci. Nie 
miałem jednak pojęcia, jak to zrobić.

Aż wreszcie wpadłem na rozwiązanie tego problemu – i to „wpadłem” w znaczeniu dosłownym.
Zdarzyło się to pewnego jesiennego dnia w 1987 roku. Wertowałem książki w antykwariacie w 

małym miasteczku w Georgii. Kiedy szedłem w stronę działu literatury, mieszczącego się w głębi 
sklepu, z którejś półki spadła książka i wylądowała u moich stóp.

Pochyliłem się, żeby ją podnieść, i spojrzałem na tytuł. Było to „Czytanie w szklanej kuli”. Moją 

pierwszą reakcją była odraza. Wpatrywanie się w zwierciadło (co jest właściwszym określeniem dla 
tego typu praktyk) zawsze było kojarzone z naciąganiem i szalbierstwem – z Cyganką oszukującą 
klientów albo wróżbitą potrzebującym większej sumy pieniędzy, nim zacznie wyraźniej dostrzegać 
swoje wizje w kryształowej kuli. Byłbym natychmiast odłożył tę książkę z powrotem na półkę, 
gdyby nie przypomniała mi się rozmowa, jaką przeprowadziłem z doktorem Williamem Roilem, 
pionierem w dziedzinie badań zjawisk paranormalnych. Doktor Roil stwierdził wówczas, że ludzie 
wpatrujący się w przejrzystą głębię lustra, faktycznie mają wizje. Z czystej ciekawości przerzuciłem 
kilka stron, a potem zacząłem czytać pierwszy rozdział. Autor, Northcote Thomas, był poważnym 
naukowcem, zajmującym się swą pracą z powołania. We wspomnianej książce omawiał niektóre 
metody wpatrywania się w zwierciadło i pokrótce objaśniał elementy psychologii tego zjawiska.

Zapewne   najbardziej   interesujące   było   wprowadzenie,   napisane   przez   wybitnego   naukowca 

Andrew   Langa.   Wyraził   on   przekonanie,   że   środowisko   psychologów   i   naukowców   będzie 
oburzone,   iż   ktoś   odważył   się   przeprowadzić   racjonalną   analizę   zjawiska,   znanego   jako 
wpatrywanie się w zwierciadło. I natychmiast oświadczył, że uważa taką reakcję za niesłuszną, 
gdyż powstrzymuje ona dociekliwych ludzi przed badaniem tajemnic umysłu. Starał się też uciszyć 
obawy, jakie mogłyby powstać w środowisku lekarskim i naukowym. Stwierdził, co następuje:

„Badając   samo   zjawisko   wpatrywania   się   w   zwierciadło,   znajdujemy   się   na   pograniczu 

królestwa   szarlatanerii,   szalbierstwa,   ślepej   łatwowierności,   nieposkromionych   nadziei   oraz 
sztucznych obaw. Nie ulega wątpliwości, że raz przekroczywszy tę granicę, nawet człowiek o 
umyśle   najbardziej   wprawnym   w   naukach   fizycznych,   często   przestaje   zachowywać   się   w 

background image

sposób naukowy i traci rozsądek... Tym można wytłumaczyć niechęć ludzi nauki do badania 
zjawisk, które w istocie są nie bardziej odpychające niż marzenia na jawie czy we śnie. Są to 
zjawiska zachodzące w naturze ludzkiej, przejawy ludzkich zdolności, a jako takie zasługują na 
poznanie. Uchylanie się od badania ich jest dowodem braku odwagi”.

W miarę czytania tej książki stawałem się coraz bardziej podekscytowany możliwościami, jakie 

niesie   ze   sobą   wpatrywanie   się   w   zwierciadło.   Uprzednio   badałem   niektóre   sposoby,   jakie 
stosowano w różnych kulturach, by wywoływać i wykorzystywać odmienne stany świadomości. W 
trakcie tych studiów natknąłem się na wiele relacji z przywoływania przez żywych ludzi duchów 
osób   nieżyjących.   Najciekawsze   są   doświadczenia   greckich   wyroczni   zmarłych,   zwanych 
psychomantea,   do   których   udawano   się   w   celu   zasięgnięcia   porady   u   duchów.   Z   relacji 
zachowanych z tamtych zamierzchłych czasów wyraźnie wynika, że w trakcie takich spotkań ludzie 
naprawdę zachowywali się tak, jakby widzieli zmarłych i nawiązywali z nimi bezpośredni kontakt.

Książka Thomasa oraz dodatkowe badania, które przeprowadziłem, skłoniły mnie do wniosku, 

że wizje zmarłych bliskich osób są znacznie łatwiejsze do wywołania, niż sądziłem. Zacząłem 
rozważać liczne pytania, na które wpatrywanie się w zwierciadło mogło udzielić odpowiedzi:

Czy zjawisko to wyjaśnia, dlaczego tak wielu ludzi widzi duchy? Widzenie duchów lub zjaw 

zdarza się niezwykle często. Pewne bardzo staranne opracowania wykazały, że przynajmniej raz w 
życiu   widziała   ducha   aż   jedna   czwarta  Amerykanów   i   w   przybliżeniu   jedna   trzecia   osób   z 
niektórych narodowości europejskich.

Ludzie,  którzy  doświadczają  kontaktu  ze  zjawami,  nie  tylko  widzą  osoby  zmarłe,  ale  także 

słyszą ich głos, czują dotyk, a czasem nawet i zapach. Wszystkie tego typu spotkania niezwykle 
silnie przypominają nam, że ci, których kochamy, tkwią głęboko w naszej podświadomości. W 
rzeczywistości   tak   głęboko,   że   bez   wielkiego   wysiłku   możemy   dojść   do   wniosku,   iż   nie 
powinniśmy ponawiać prób porozumiewania się z nimi w taki czy inny sposób.

Carl Sagan, astronom z Cornell University i pisarz, przedstawił niegdyś w czasopiśmie Parade 

własne przeżycia:

„Kilkanaście razy od śmierci matki i ojca słyszałem ich głosy, wypowiadające normalnym 

tonem moje imię. Często zwracali się tak do mnie, kiedy jeszcze mieszkaliśmy razem. Wciąż 
bardzo za nimi tęsknię i zapewne dlatego wcale nie wydaje mi się dziwne, że mój umysł czasami 
wywołuje klarowne przypomnienie brzmienia ich głosów”.

Mnie też nie wydaje się to dziwne. Choć zmarła osoba przestaje istnieć w sensie fizycznym, jej 

duch   nadal   zajmuje   znaczącą,   ważną   część   naszego   umysłu.   Być   może   do   nawiązania   z   nią 
kontaktu jest nam potrzebny jedynie sposób dotarcia do naszej podświadomości. Pomyślałem, że 
wpatrywanie się w zwierciadło może być właśnie takim sposobem.

Czy   wpatrywanie   się   w   zwierciadło   pozwala   na   widzenie   duchów   w   warunkach 

laboratoryjnych? Jak już wcześniej wspomniałem, miliony ludzi mówią o tym, że kontaktowały 
się ze zmarłymi bliskimi w sposób spontaniczny, bez przygotowań i starań z ich strony. Te widzenia 
po prostu następowały same z siebie, a doświadczające ich osoby, nie musiały wprowadzać się w 
jakiś szczególny nastrój.

Ze   względu   na   spontaniczną   naturę   tego   zjawiska   badanie   widzenia   zjaw   polega   przede 

wszystkim na analizowaniu opowieści, historii przekazywanych przez ludzi, którzy widzieli duchy i 
zgadzają się z własnej woli ujawnić badaczom szczegóły swojego przeżycia.

Dawniej nie istniały możliwości skłonienia zjaw do pojawiania się, a tym bardziej wywoływania 

ich   w   warunkach   laboratoryjnych.   Jedyną   metodą   badawczą   było   więc   zbieranie   opowieści   o 

background image

duchach i analizowanie ich podobieństw, co budziło autentyczną frustrację u psychologów.

Zacząłem się zastanawiać, czy wpatrywanie się w zwierciadło pozwoli na wywoływanie zjaw w 

warunkach   kontrolowanych,   w   których   uczony   mógłby   obserwować   osobę   widzącą   ducha?   Z 
pewnością była to myśl niezwykle pociągająca.

Czy ponowne spotkania ze zmarłymi bliskimi mogą pomóc ludziom przezwyciężyć ból po 

ich utracie?  Ponieważ żałoba należy do uczuć ludzkich najtrudniejszych do pokonania, problem 
ten interesował mnie w sposób szczególny. Może wpatrując się w zwierciadło, ludzie mogliby 
zobaczyć zjawy swoich ukochanych zmarłych, zjawy, które pomogłyby im wyleczyć się z bólu po 
rozłące?

Kiedy tak stałem w zakurzonym antykwariacie, poczułem nagle dreszczyk emocji na myśl o 

tym, że kilka najbliższych lat spędzę na badaniach w niezwykle obiecującej dziedzinie. Czułem, że 
jeśli włożę w to trochę uczciwej pracy i podejdę do badań bez uprzedzeń, uda mi się spowodować, 
aby wpatrywanie się w zwierciadło przestało być traktowane jako zjawisko z „pogranicza królestwa 
szarlatanerii”, jak to ujął Lang, i stało się dostępnym, w pełni docenianym obszarem psychologii.

Postanowiłem   poświęcić   trochę   czasu   na   rzetelne   przebadanie   tej   zapomnianej   sztuki. 

Przejrzałem półki bibliotek w poszukiwaniu dzieł historycznych i literackich wspominających o 
wpatrywaniu się w zwierciadło.

Zdecydowałem się także poprowadzić nieformalne badania, w czasie których przeszedłem z 

kilkoma osobami proces wpatrywania się w zwierciadło. Wyniki były tak zaskakujące, że zacząłem 
organizować seanse wpatrywania się w zwierciadło tak często, jak tylko mogłem, aby zebrać jak 
najwięcej przypadków. Wszystkie te seanse doprowadziły mnie do wniosku, że wpatrywanie się w 
zwierciadło może być wykorzystywane jako:

Sposób   bezpośredniego   dotarcia   do   naprawdę   fascynującego,   choć   mało   znanego 

wymiaru   naszego   życia   psychicznego.  Wiele   procesów   w   umyśle   człowieka   zachodzi   w 
podświadomości.   Możliwe,   że   wpatrywanie   się   w   zwierciadło   powoduje,   iż   królestwo 
podświadomości staje się dostępne i w pewnym sensie „widoczne”.

Narzędzie,   które   pozwoli   psychologom   i   psychiatrom   zrozumieć   świat   wewnętrzny 

swoich   pacjentów.  Stwarza   ono   szczególnie   duże   możliwości   w   zakresie   diagnostyki 
zahamowań  psychicznych  i   emocjonalnych   i  być  może  –  choć   to  twierdzenie   budzi  pewne 
wątpliwości – diagnostyki również chorób psychicznych.

Narzędzie   szkoleniowe,   pozwalające   wykładowcom   psychologii   ilustrować 

zdumiewające   możliwości   umysłu   ludzkiego.  Nie   należy   pomijać   znaczenia   zabawy   w 
procesie   kształcenia   ani   też   w   terapii.   Zabawa   z   wpatrywaniem   się   w   zwierciadło   może 
rozbudzić utajone zainteresowania studentów.

Środek pomagający rozbudzić twórcze możliwości. Pisarze, naukowcy, biznesmeni i inni 

ludzie   umieli   wykorzystać   stan   transu,   wymagany   przy   wpatrywaniu   się   w   zwierciadło,   do 
przezwyciężenia   blokady   swej   kreatywności.   W   dalszej   części   tej   książki   podam   kilka 
przykładów twórczego stosowania technik podobnych do wpatrywania się w zwierciadło przez 
Thomasa Edisona, Charlesa Dickensa, Kartezjusza i innych.

Klucz do zrozumienia kilku kłopotliwych incydentów w historii. Badanie wpatrywania 

się w zwierciadło rzuca także światło na świat starożytnych, którzy często podejmowali ważne 
decyzje po konsultacji w przejrzystej głębi z duchami swych krewnych. Historia ujawnia wiele 
zastosowań   wpatrywania   się   w   zwierciadło.   Jestem   pewien,   że   po   przeczytaniu   tej   książki 
skontaktują się ze mną historycy, podając przykłady, których tu nie opisałem. Zdarzenia te są 
czasem   trudne   do   wychwycenia   przy   pierwszym   czytaniu.   Myślę,   że   przekazy   o   tych 
przypadkach   są   prawdziwe,   ponieważ   wpatrywanie   się   w   zwierciadło   było   w   czasach 
starożytnych   czymś   tak   powszechnym,   że   nie   zawsze   nawet   uwzględniano   je   w   opisach. 

background image

Uważano to za równie niepotrzebne, jak – powiedzmy – obecnie niepotrzebne jest opisywanie 
procesu   posługiwania   się   telefonem.   Jeśli   jesteś   oczytany   w   historii,   wpatrywanie   się   w 
zwierciadło pozwoli ci prawdopodobnie ujrzeć w nowym świetle wiele starych tajemnic. Jest 
ono szczególnie przydatne w zrozumieniu świata proroków i wizjonerów, którzy przez setki lat 
sterowali cywilizacjami.

Sposób badania skłonności gatunku ludzkiego do wiary w istoty z zaświatów i siły 

nadprzyrodzone. Dzięki zrozumieniu procesu wpatrywania się w zwierciadło można nie tylko 
badać świat zjawisk paranormalnych, ale także odtwarzać go w  kontrolowanych warunkach 
laboratoryjnych. Takiego twierdzenia nikt jeszcze nie ogłosił. W istocie problem, jaki stwarzają 
dla nauki zjawiska paranormalne, a zwłaszcza widzenie zjaw, polega na tym, że uczeni nie 
potrafili wywołać ich w laboratorium. Jeśli jakiegoś zjawiska nie da się odtworzyć w warunkach 
laboratoryjnych, nauka nie może go skutecznie przebadać. Ponadto, jeśli jakieś zjawisko nie 
może zostać odtworzone, nauka często je odrzuca jako oszustwo.

Nie opowiadając się ani za, ani też przeciw wartości takiego systemu myślenia, chciałbym tylko 

podkreślić, że wpatrywanie się w zwierciadło pozwala ludziom zobaczyć duchy swoich zmarłych 
krewnych właściwie zawsze, kiedy tylko zechcą. Znaczy to, oczywiście, że ich przeżycia można 
badać   w   warunkach   laboratoryjnych.   Po   raz   pierwszy   naukowcy   mogą   obserwować   kogoś 
„widzącego” ducha. Nie muszą już czekać na spontaniczne wystąpienie tego zdarzenia i próbować 
badać go po fakcie.

Możliwość widzenia zjaw zmarłych bliskich osób jest tu zapewne największą korzyścią. Żałoba 

niektórych ludzi po utracie kogoś ukochanego jest bezgraniczna. Wpatrywanie się w zwierciadło 
pozwala   osobie   osieroconej   zrozumieć   aspekty   swojej   żałoby.   Dla   mnie   jest   to   najbardziej 
satysfakcjonująca   właściwość   tego   zjawiska,   jako   że   żałoba   jest   jedną   z   najsilniejszych 
dolegliwości psychicznych.

Zdolności paranormalne

Jeśli   jesteś,   Czytelniku,   tak   jak   ja,   miłośnikiem   książek   poświęconych   zjawiskom 

paranormalnym, z pewnością czasem przerywasz czytanie i zastanawiasz się: „Czemu mnie się nie 
trafiają takie przeżycia?” Daję ci do rąk kolejną książkę na temat tych zjawisk, ale jest w niej coś, 
co różni ją od pozostałych. Otóż dzięki zastosowaniu opisanych tu technik, duża część czytelników 
będzie mogła przeżyć wizjonerskie spotkanie z ukochaną osobą, którą zabrała śmierć. Zalecam 
jednak   każdemu,   kto   szuka   wizjonerskiego   spotkania   za   pomocą   tej   metody,   uprzednie 
przestudiowanie niniejszej książki w całości w celu dogłębnego zrozumienia procesu.

Chcę także podkreślić, że w tej pracy nie ma nic na temat mediów ani seansów spirytystycznych. 

Media twierdzą, że posiadają pewną szczególną zdolność, która umożliwia im kontaktowanie się z 
duchami zmarłych w imieniu swoich klientów i przekazywanie informacji w obie strony. Klient 
musi przyjąć, że taka zdolność istnieje naprawdę i że medium, z którego usług korzysta, naprawdę 
ją posiada. Mediumizm pozwala – w najlepszym wypadku – na kontakt pośredni. W gruncie rzeczy 
samo   słowo   „medium”   sugeruje,   że   komunikowanie   się   zachodzi   za   pośrednictwem   kogoś 
trzeciego.

Procedura opisana w tej książce jest inna pod tym względem, że umożliwia zainteresowanym 

bezpośrednie spotkanie ze zjawą i osobistą ocenę, jak dalece realne było to przeżycie.

Jako   istoty   ludzkie   odczuwamy   różne   niepokoje.   Istnieje   jeden   strach,   którego   nigdy   nie 

pokonamy   –   jest   to   nasz   strach   przed   śmiercią.   To   źródło   naszego   największego   niepokoju 
wewnętrznego; granica, której nigdy nie przekroczymy.

Jako   społeczność   czujemy   się   wygodnie,   umieszczając   śmierć   na   odpowiednim   miejscu. 

Rozmieściliśmy cmentarze w taki sposób, aby śmierć usunąć sobie sprzed oczu. Oglądamy filmowe 

background image

horrory,   żeby   przypominały   nam   o   grozie   śmierci.   I  nie   rozmawiamy   zbyt   często   o   śmierci   z 
wyjątkiem sytuacji, kiedy jest to absolutnie konieczne.

Wszystkie te rygory mają na celu przekonanie nas, że istnieje świat żywych oraz świat martwych 

i że ci, którzy znajdują się w jednym z nich, nie mogą przedostać się do drugiego. Koniec, kropka.

Z moich doświadczeń wynika, że istnieje jednak strefa pośrednia między tymi dwoma światami. 

Z logicznego punktu widzenia w tym obszarze niczego nie ma. Jest to po prostu strefa pomiędzy 
życiem a śmiercią.

Nie ulega wątpliwości, że w żywej świadomości występują określone zjawiska, sugerujące – jak 

się wydaje – nasze trwanie także po śmierci. Do zjawisk tych należą przeżycia ze stanów bliskich 
śmierci,   pojawianie   się   osób   zmarłych   oraz   wyprawy   szamanów   do   świata   duchów.   Są   one 
postrzegane jako stany przejściowe między życiem a śmiercią i na swój sposób mają do czynienia z 
oboma tymi stanami, ale też i z żadnym z nich. Krótko mówiąc, określają to, co można by nazwać 
Królestwem Pośrednim.

Istnienia tego Królestwa Pośredniego nie da się dowieść naukowo. A jednak prawdą jest, że 

znaczna część ludzi, poważnie myślących i wrażliwych w osądach, doświadcza takich przeżyć, 
które pozwalają im wierzyć, że to, co nazywamy śmiercią, jest zaledwie przejściem do innego 
wymiaru świadomości, zwanego życiem po śmierci.

Biorąc to pod uwagę,  wywoływanie  wizji  poprzez wpatrywanie się w  zwierciadło  można  z 

pewnością zaliczyć do metod wkraczania do Królestwa Pośredniego, i to wkraczania w sposób 
bezpieczny.

Teraz więc opowiem o tym, co stało się moją życiową przygodą. Umożliwiłem wielu osobom 

udział w wizjonerskich spotkaniach, nazwanych przyzywaniem zjaw. Widzieli swoich ukochanych 
zmarłych,   rozmawiali   z   nimi   i   uświadamiali   sobie   istnienie   Królestwa   Pośredniego,   o   którym 
przedtem mogli jedynie czytać. Sam rozmawiałem ze swoją zmarłą babką, która wydawała mi się 
tak realna jak każdy inny, żywy człowiek. Odkryłem też nowe znaczenia w niektórych dziełach 
klasyki literatury i nauki, a także podróżowałem do tajemniczych starożytnych budowli, mających 
po   dwa   tysiące   lat,   których   zadaniem   było   umożliwienie   ludziom   kontaktu   z   ich   zmarłymi 
krewnymi.

Będziesz zatem, Czytelniku, podążać śladem intrygującej tajemnicy.

2. 

Charakter wizji

Czasami fantazją definiuję jako opowieść kogoś,

kogo w rzeczywistości nigdy nie widziałem.

Michael Harner

W   zbiorach   literatury   naukowej   znajdują   się,   głęboko   zakopane,   liczne   studia   poświęcone 

spotkaniom ze zmarłymi.

Pierwsze takie studium, o którego istnieniu wiem, to „Spis halucynacji”, przeprowadzony w 

1894   roku.   Autor   tej   fascynującej   pracy   Henry   Sidgwick,   członek   Towarzystwa   Badań 

background image

Psychicznych   w   Anglii,   opracował   odpowiedzi   siedemnastu   tysięcy   respondentów   na   bardzo 
osobiste   pytanie:   „Czy   zdarzyło   się,   abyś   kiedykolwiek,   będąc   przekonany,   że   nie   śnisz,   miał 
głębokie   przeświadczenie,   że   widzisz   lub   czujesz   dotknięcie   żywej   istoty   lub   nieruchomego 
obiektu, albo też słyszysz jakiś głos, a to wrażenie, według twojej najlepszej wiedzy, nie zostało 
wywołane przez żaden zewnętrzny czynnik materialny?”

Jeśli padła na to pytanie odpowiedź twierdząca, jeden z 410 ochotników pracujących przy tym 

badaniu   przeprowadzał   bezpośrednią   rozmowę   z   ankietowanym.   Ponad   2000   osób   udzieliło 
odpowiedzi pozytywnej. Po odrzuceniu ewidentnych przypadków snów i majaków pozostały 1684 
osoby, które doznały widzenia zjaw.

Widzenia  te  miały,  według relacji,  łagodny  przebieg  i  trwały  krótko,  przeważnie  krócej  niż 

minutę. Wiele zjaw widziano w środowisku podobnym do lustra. Przykładem może tu być spisana 
w 1885 roku relacja „pani W”. Opowiada ona, że zobaczyła odbicie w oknie górnej części postaci 
mężczyzny o „bardzo bladej twarzy oraz ciemnych włosach i wąsach”:

„Pewnego wieczoru około ósmej trzydzieści weszłam do salonu, żeby wziąć coś z kredensu, i 

nagle,   obróciwszy   się,   zobaczyłam   tę   samą   twarz   w   oknie,   na   tle   zamkniętych   okiennic. 
Ponownie   była   to   tylko   górna   część   postaci,   która   wydawała   się   nieco   skulona.   Światło 
dochodziło tylko z korytarza oraz jadalni i nie padało bezpośrednio na okno; widziałam jednak 
dokładnie rysy twarzy i wyraz oczu... Za każdym razem byłam w odległości około dwóch czy 
trzech metrów od tej postaci”.

Ludzie,   którzy   spisywali   opowiadane   im   przeżycia,   nie   potrafili   ich   wyjaśnić.   Mieli   jednak 

swoje teorie na ten temat. Na przykład, że zmarła osoba pozostawiła coś z siebie w określonym 
miejscu i to coś komunikowało się w jakiś sposób z żywymi. Albo że te widzenia zjaw były tylko 
halucynacjami. W każdym razie Towarzystwo Badań Psychicznych doszło do wniosku, że nie ma 
jednoznacznych dowodów „działania pośmiertnego”.

Badacze  stwierdzili, że  nie mają wyboru i muszą  nazwać te widzenia „halucynacjami”, nie 

pozostawiają one bowiem żadnych materialnych śladów. Nie rozważali takiej możliwości, którą 
później wysunął Andrew Lang w dziele zatytułowanym „Sny i duchy”. „(Niektóre) halucynacje są 
zwykłe   i   niezamierzone   –   pisał.   –  Ale   pomiędzy   nimi   a   marzeniami   sennymi   istnieje   jakby 
halucynacja na jawie, którą niektórzy ludzie wywołują celowo. Taki charakter ma na przykład 
wpatrywanie się (w zwierciadło)”.

Wizjonerskie przeżycia

Wyrazistość i sugestywność zjaw skłoniła mnie do uznania, że pasują one do kategorii przeżyć 

paranormalnych, znanych jako wizje. Przykładem może być tu wizja świętego Piotra, który ujrzał 
Chrystusa na drodze do Damaszku, albo głosy aniołów, które usłyszała Joanna d'Arc i które w 
końcu doprowadziły do przejęcia przez nią komendy nad armią francuską.

Takie wypadki nazywane są wizjami spontanicznymi, co oznacza, że ludzie doświadczają ich 

bez świadomego dążenia do tego. W jednej chwili wszystko jest normalnie, a moment później 
następuje wizja.

Zdumiewająco   dużo   spontanicznych   zjaw   zmarłych   widzi   się   w   lustrach   lub   innych 

powierzchniach rzucających odbicie. Ponadto wiele widuje się w nocy lub na takim tle jak pusta 
ściana, a także o zmroku na wolnym powietrzu.

Pewna kobieta opowiedziała mi na przykład, że widziała zjawę swojej babki wyłaniającą się z 

lustra na końcu korytarza. Zdumiona obserwowała, jak zjawa szła w jej stronę, a potem znikła w 
otwartych drzwiach jednego z pokoi. Inna kobieta powiedziała mi, że patrzyła na kryształowy 
żyrandol w swojej jadalni i w jednym ze zwisających z niego kryształów, zobaczyła ludzi, zajętych 

background image

rozmową.

Tego typu  wizje  przytrafiały się  bardzo różnym  osobom.  Abraham  Lincoln,  na przykład,  w 

czasie pobytu w domu w Springfield (stan Illinois) zobaczył w lustrze swoje odbicie podwójnie: 
jedno przedstawiało go leżącego na sofie, a drugie było blade i mizerne, jakby osoby martwej lub 
umierającej.

Dla mnie dziwne są nie wizje, które miał prezydent Lincoln, ale fakt, że mówił o nich. Gdyby 

obecnie   prezydent   Stanów   Zjednoczonych   zaczął   mówić   o   takich   przeżyciach,   z   pewnością 
musiałby się pożegnać ze swoją karierą polityczną. Prezydent Lincoln mówił jednak o swoich snach 
i wizjach bez skrępowania.

Anatole   France   opowiada,   jak   jego   cioteczna   babka   ujrzała   lustrzaną   wizję   umierającego 

Robespierre'a mniej więcej w tym samym czasie, kiedy został on postrzelony w szczękę. W nocy 27 
lipca 1794 roku patrzyła w zwierciadło i nagle krzyknęła: „Widzę go! Widzę go! Jaki on blady! Z 
ust płynie mu krew! Ma roztrzaskane zęby i szczękę! Chwała Bogu. Ten krwiożerczy potwór nie 
będzie już pił niczyjej krwi prócz własnej”. A potem zemdlała.

Czasami relacjonowano też zbiorowe wizje zmarłych. Większość najlepszej dokumentacji tego 

typu przypadków pochodzi od badaczy zjawisk paranormalnych, którzy są bardzo skrupulatni w 
zbieraniu informacji.

Jednym   z   takich   badaczy   był   sir   Ernest   Bennett,   pierwszy   sekretarz   Towarzystwa   Badań 

Psychicznych w  Anglii.  Intrygował go niewyjaśniony charakter  wielu zjawisk  paranormalnych, 
zwłaszcza tych, które zdarzają się spontanicznie. Dużo pisywał do periodyków naukowych na temat 
paranormalności i starannie dokumentował poszczególne badania jej przejawów. Wśród opisanych 
przez niego zdarzeń są także przykłady wizji zbiorowych, czyli takich, kiedy więcej niż jeden 
człowiek widzi zjawę tej samej osoby w tym samym czasie. Oto jeden z podanych przez niego 
przypadków, związany z powierzchnią podobną do lustra:

„3 grudnia 1885 roku
5   kwietnia   1875   roku   ojciec   mojej   żony,   kapitan   Towns,   zmarł   w   swojej   rezydencji   w 

Crankbrook, niedaleko Sydney, w stanie Nowa Południowa Walia.

Mniej więcej sześć tygodni po jego śmierci moja żona weszła około dziewiątej wieczorem do 

jednej z sypialni. Towarzyszyła jej młoda dama, panna Berthon. Kiedy weszły – a lampa gazowa 
paliła   się   przez   cały   czas   –   ze   zdumieniem   zobaczyły   odbite   w   lśniącej   powierzchni   szafy 
ubraniowej oblicze kapitana Townsa. Było go widać zaledwie do pasa – głowa, ramiona i tylko 
część rąk. Właściwie wyglądał jak zwykły portret robiony do medalionu, tyle że normalnych 
rozmiarów. Jego twarz była mizerna i blada, taka jak przed śmiercią. I miał na sobie szare 
flanelowe   okrycie,   w   którym   zazwyczaj   sypiał.   Zdziwione   i   na   wpół   przerażone   tym,   co 
zobaczyły, obie panie pomyślały w pierwszej chwili, że w pokoju zapewne wisi jego portret, i że 
ukazało się im odbicie. Ale nie było tam takiego obrazu.

Kiedy tak stały patrząc i dziwiąc się, do pokoju weszła siostra mojej żony, panna Towns, i 

zanim żona ze swoją towarzyszką zdążyły zareagować, wykrzyknęła:

–   Wielkie   nieba!   Widzicie   tatusia?   –  Akurat   przechodziła   tamtędy   jedna   z   pokojówek. 

Zawołano ją i spytano, czy coś widzi, a ona odpowiedziała natychmiast:

–   Och,   panienko!  To   pan!   –  Wtedy   posłano   po   Grahama,   starego   kamerdynera   kapitana 

Townsa, i on też od razu wykrzyknął:

– Och, niech Bóg nas ma w opiece! Pani Lett, toż to kapitan! – Wezwano też majordoma, a 

potem jeszcze panią Crane, pielęgniarkę mojej żony, i oboje powiedzieli, co widzą. W końcu 
posłano po panią Towns, która – widząc zjawę – zbliżyła się z wyciągniętą ręką, ale w miarę jak 
przesuwała dłonią po powierzchni szafy, postać stopniowo znikała i nie pojawiła się już nigdy 
więcej, choć przez długi czas po tym wydarzeniu w pokoju ciągle ktoś przebywał”.

background image

Odmienieni pod wpływem wizji

To oświadczenie zostało podpisane przez C.E.W. Letta, zięcia kapitana, i występowało łącznie ze 

złożonymi pod przysięgą oraz podpisanymi oświadczeniami pozostałych świadków.

W tym wypadku Bennett nie zajął się zbadaniem wpływu tego wizjonerskiego przeżycia na 

ludzi, którzy zobaczyli zjawę, ale przypuszczam, że efekt musiał być ogromny. Wielu ludzi, z 
którymi pracowałem, twierdzi, że takie wizje prowadzą do złagodzenia lub nawet ukojenia żalu. 
Ludziom, którym ułatwiłem widzenie, pomagało to przede wszystkim uleczyć ich smutek bądź 
poprawić stosunki ze zmarłym. Przeżycie spotkania ze zjawą nie należy do przerażających ani 
niepokojących. Wydaje mi się to fascynujące, jako że filmy i książki nauczyły nas wszystkich bać 
się duchów. Od najdawniejszych czasów zresztą tego rodzaju historie są tematem przerażających 
opowieści o duchach, które powracają ze świata zmarłych, aby dobrać się do żywych, ale prawda o 
widzeniu zjaw jest zupełnie inna. Badacze, którzy zajmują się tym problemem, odkryli, że związane 
z nim przeżycia nie są straszne. Zdumiewające, na to zgoda, ale osoba, która widzi ducha, wcale nie 
umiera  ze   strachu.  Typowy  dla  widzeń   jest   poniższy  opis  spontanicznej   wizji   lustrzanej,  która 
nastąpiła w chwili, gdy wdowa przypadkowo wpatrywała się w podobną do lustra szybę okna 
pokoju hotelowego. Na zewnątrz było ciemno, a w szybie odbijało się słabe światło z pokoju, 
tworząc przejrzystą głębię w jej lśniącej powierzchni.

„Przytrafiło   mi   się   to   wkrótce   po   śmierci   mojego   męża,   który   zginął   w   wypadku 

samochodowym. Było już nad ranem, leżałam w łóżku, wpatrując się w okno. Nadal panowały 
ciemności; nie mogłam więc wyglądać na zewnątrz. Okno było jakby czarnym kwadratem. Nie 
przypominam sobie, abym wówczas rozmyślała o czymś szczególnym; po prostu patrzyłam w 
okno.

Nagle dostrzegłam biegnącego ku mnie mężczyznę. Miał na sobie strój kąpielowy, a jego 

włosy   były   mokre,   zupełnie   jakby   biegł   z   plaży.   Poczułam   dreszczyk   emocji,   ponieważ 
rozpoznałam w tym mężczyźnie mojego zmarłego męża! Biegł wprost ku mnie i uśmiechał się. 
Czułam   jego   zapach   i   wiedziałam,   że   gdybym   wyciągnęła   rękę,   mogłabym   dotknąć   jego 
wilgotnych włosów.

– Tutaj jest wspaniale – powiedział. Uśmiechał się radośnie i to napełniło mnie szczęściem. 

Opowiedziane tu przeżycie pomogło mi pokonać smutek, ponieważ martwiłam się, że musiało 
go bardzo boleć, kiedy uderzył go samochód”.

W tym przypadku żona mogła zamknąć koło, ponieważ zobaczyła, iż jej mąż nie cierpi w życiu 

pozagrobowym. Jej widzenie, jak wiele innych, wywarło na nią pozytywny wpływ, gdyż pozwoliło 
jej   pokonać   żal.   Pozostaje   jedynie   przyjąć,   że   planowane   widzenia   powinny   przynosić   jeszcze 
bardziej pozytywne efekty.

Naturalna więź

Wizje występują w bardzo różnych formach i jest wiele sposobów ich wywoływania, a mimo to 

należą do najbardziej niezwykłych zjawisk umysłu ludzkiego. Bardziej niezwykłe jest być może 
jedynie to, że są one tak rzadko badane przez psychologów.

Wielu z nas wychowało się na opowieściach o wizjach biblijnych. Kto spośród osób znających 

Biblię   nie   zdumiewał   się,   czytając   o   kręgach   ezechielowych   lub   drabinie   Jakuba   albo   wręcz 
zapoznając się z całą Księgą Apokalipsy? Nic dziwnego, że wielu z nas uważa tych starożytnych 
wizjonerów za jednostki nieprzeciętne, obdarzone rzadką i tajemniczą mocą obcowania z istotą 
boską.

Współcześnie   wielu   ludzi   ma   skłonności   do   przypisywania   wizjom   cech   patologicznych. 

background image

Wychodzą oni z założenia, że osoby, które mówią że mają wizje, są schizofrenikami, bredzą lub 
wręcz   –   że   są   to   socjopaci.  Taka   postawa   ulega   obecnie   zmianie,   odkąd   coraz   więcej   badań 
demograficznych   wskazuje,   że   przeżycia   wizjonerskie   są   zjawiskiem   rozpowszechnionym   w 
normalnych społecznościach. Całe rzesze ludzi miewały wizje, ale ci, którym się to zdarzyło, po 
prostu niechętnie przyznawali się z obawy, że mogą zostać uznani za nienormalnych.

Ponieważ wizje osób zmarłych są jedną z form przeżyć wizjonerskich, musimy przyjrzeć się 

niektórym   powszechnie   spotykanym   rodzajom   wizji,   zwłaszcza   tym,   które   można   wywołać 
znanymi metodami. Odnosi się to do czterech z nich: pareidolii, inkubacji snów, hipnagogii oraz 
wizji zwierciadlanych.

Osnute tajemnicą wizje pareidolii

Tak powszechne zjawisko, jakim jest widzenie twarzy w chmurach, może służyć za przykład 

złudzenia optycznego, znanego jako pareidolia. Zaliczane jest do złudzeń, ponieważ występuje w 
tym wypadku bodziec zewnętrzny – chmura – który wzbogacony wskutek interpretacji prowadzi do 
powstania mającego znaczenie obrazu na niebie.

Jeśli wpatrując się w chmury, wskażę portret Jerzego Waszyngtona, stojąca obok mnie osoba 

najprawdopodobniej zobaczy ten sam obraz. Szczególną, wyróżniającą pareidolię cechą jest to, że 
złudzenia nie znikają, kiedy patrzymy na nie.

Ponieważ tego typu złudzenia wzrokowe wywoływane są przez czynnik zewnętrzny, mogą być 

pokazywane innym. Cała grupa ludzi może więc uzgodnić, co przedstawia dany obraz. Wyjaśnia to 
przyczynę   niektórych   złudzeń   grupowych,   podczas   których   wiele   osób   dostrzega   nagle   twarz 
Chrystusa na murze kościoła lub też Matkę Boską na ściance zbiornika ropy naftowej. Wystarczy, 
że ktoś patrząc na jakiś wzór dostrzeże zarys twarzy Chrystusa – lub kogokolwiek innego – a znajdą 
się ludzie, którzy od razu zobaczą to samo.

A jeśli już obraz taki zostanie dostrzeżony, praktycznie nie ma możliwości przekonania ludzi, że 

wzór ten naprawdę istniał tu od dawna. Ci, którzy dobrze znają dane miejsce, odnoszą wrażenie, 
jakby ta wizja pojawiła się nagle, znikąd. „Przejeżdżałem obok tego zbiornika na ropę niemal 
codziennie od dwudziestu lat – twierdziłby taki wizjoner. – Gdyby Matka Boska była tu wcześniej, 
z całą pewnością zauważyłbym ją. Wiem, że pojawiła się dopiero teraz”.

Często gdy rozejdzie się wieść o takim objawieniu, zaczynają masowo przybywać pielgrzymi. 

Ludzie odwiedzający miejsce objawienia zazwyczaj odnoszą się do niego z pełnym szacunkiem, 
niezależnie od tego, czy wierzą w łaskę boską, czy też nie. Choć sceptycy zapewne podchodzą z 
rezerwą.

Podobne twory wyobraźni dotyczą nie tylko tematyki religijnej. Na niektórych terenach pustyni 

egipskiej występują złoża sody i skamieniała roślinność, które wyglądają jak skalny las. Podróżni 
przejeżdżający przez tę okolicę opowiadają, że widzieli tam zwłoki zmumifikowanych gigantów 
lub olbrzymie żaglowce.

Pareidolia   stanowi   podstawę   różnych   wróżb.   Hawajscy   kahunowie   czasami   zadawali   sobie 

pytania, a następnie wpatrywali się w chmury, oczekując, że ułożą się one we wzór, który będą 
mogli   zinterpretować   jako   odpowiedź.   Kapnomancja,   czyli   wróżenie   z   dymu,   jest   nadal 
praktykowana przez niektórych rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej. W średniowiecznej 
Europie była zwyczajowo uprawiana przez matrony i dziewice. Także wróżenie z fusów od herbaty 
opiera się na nadawaniu znaczenia obrazom powstającym z układu listków herbacianych.

Od czasu do czasu pareidolia stawała się przyczyną widzenia zjaw zmarłych bliskich. Weźmy na 

przykład przeżycie generała George'a Pattona, który w czasie pobytu na polu walki we Francji miał 
zdumiewającą  wizję  swoich  przodków. Wspomniał  o tym  epizodzie  w  pamiętnikach  spisanych 
przez jego siostrzeńca, Freda Ayera juniora, zatytułowanych „Zanim wyblakną kolory”.

background image

„– Jestem przekonany, że przodkowie zawsze nam towarzyszą. Obserwują nas. I oczekują od 

nas bardzo wiele.

– Co przez to rozumiesz? – spytałem.
– No cóż, to coś takiego, o czym albo się wie, albo nie. Ale czasami można nawet dostrzec. 

Kiedyś we Francji przygwoździł nas niemiecki ostrzał, zwłaszcza ciężkiej broni maszynowej. 
Leżałem na ziemi, śmiertelnie przerażony, i bałem się unieść głowę. Ale w końcu odważyłem się 
i   spojrzałem   w   chmury,   podświetlone   na   czerwono   tuż   przed   zachodem   słońca.   I   wtedy 
dostrzegłem,   najzupełniej   wyraźnie,   ich   głowy:   głowy   mojego   dziadka   i   jego   braci.   Nie 
poruszali   ustami;   nie   odzywali   się   do   mnie.   Patrzyli   tylko,   nie   tyle   z   gniewem,   ile   raczej 
nieszczęśliwi   i   naburmuszeni.   W   ich   oczach   mogłem   wyraźnie   odczytać   wyrzut:   Georgie, 
Georgie, rozczarowujesz nas, leżąc tak plackiem. Pamiętaj, że wielu Pattonów zginęło, ale nigdy 
nie było wśród nas tchórza.

Zerwałem się więc, złapałem karabin i wydałem rozkazy. I w końcu pułkownik George i inni 

nadal znajdowali się w tym samym miejscu, ale już uśmiechnięci. Oczywiście wygraliśmy tę 
bitwę”.

A  skoro   już   jesteśmy   przy   generale   George'u   Pattonie,   z   pewnością   jednym   z   najbardziej 

poważanych i odnoszących największe sukcesy generałów w historii amerykańskiej wojskowości, 
warto zauważyć, że wierzył on głęboko w istnienie duchów. Częściowo wiara ta była skutkiem 
częstych wizyt, jakie składał mu na polu walki jego zmarły ojciec. Według tego, co powiedział 
Ayerowi:

„Ojciec miał zwyczaj przychodzić wieczorem do mojego namiotu, siadać i rozmawiać ze mną. 

Zapewniał mnie, że sobie poradzę i będę odważny w bitwie, która miała się rozegrać następnego 
dnia. Był zupełnie realny, zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy widywałem go w jego gabinecie w 
domu w Lakę Yineyard”.

Leczenie inkubacją snów

Wszyscy   znamy   kaduceusza,   tajemniczy   emblemat   zawodu   lekarskiego.   Owinięte   wokół 

uskrzydlonej laski dwa węże spoglądają na nas z drzwi karetek pogotowia, ze ścian szpitalnych i 
wywieszek na drzwiach gabinetów lekarskich. A jednak tylko nieliczni znają pochodzenie tego 
symbolu. Aby je poznać, musimy cofnąć się do czasów starożytnej Grecji, do świątyń Asklepiosa, 
w których następowała inkubacja snów.

Asklepios   był   autentyczną   postacią,   szanowanym   lekarzem,   który   po   śmierci   uzyskał   status 

boski.   W   całym   kraju   na   jego   cześć   powstawały   sanktuaria.   Było   ich   łącznie   trzysta,   a 
najsłynniejsze   mieściło   się   w   Epidauros.   Funkcjonowały   one   jako   swoiste   Kliniki   Mayo,   te 
świątynie inkubacji snów.

Do celów leczniczych wywoływano w tych świątyniach fantastyczne przeżycia wizjonerskie. 

Jeśli dotknęła kogoś nieznośna choroba lub taka, której żaden uzdrowiciel nie potrafił uleczyć, 
należało udać się do świątyni Asklepiosa. Pacjenci przeżywali tam sny i wizje, które miały leczyć 
ich dolegliwości. Przy odrobinie szczęścia mogli nawet skonsultować się w takim śnie z samym 
legendarnym lekarzem.

Główne centrum uzdrowicielskie w Epidauros mogło udzielić schronienia i nakarmić ogromne 

rzesze ludzi, którzy zawsze czekali na swoją kolej. Centralną budowlą kompleksu świątynnego był 
olbrzymi gmach, abaton, otoczony dziedzińcem. Kiedy nadchodziła ich kolej, pielgrzymi wchodzili 
na teren dziedzińca i spali tak długo, aż nawiedził ich bardzo szczególny sen, taki, w którym zjawiał 
się Asklepios w swojej futrzanej czapie, z kaduceuszem w dłoni, i zapraszał ich do abatonu.

Wtedy   pacjent   mógł   wejść   do   świątyni,   rozległej   sali   wypełnionej   wąskimi   łóżkami, 

background image

nazywanymi klini. Łóżka te wyglądały jak sofy z epoki wiktoriańskiej, z jednego końca uniesione 
pod kątem około 45 stopni, tak by głowa i tułów spoczywały nieco wyżej niż biodra i nogi. To od 
tych greckich klini wywodzi się współczesny termin „klinika”.

Kaduceusz – emblemat zawodu lekarskiego.

Wierzono,  że  Asklepios   zjawiał  się  w  nocy osobiście  w   abatonie. Troskliwie  opiekował  się 

chorymi   i   mówił,   jak   ich   leczyć,   a   ponoć   zawsze   robił   to   wszystko   w   futrzanej   czapie   i   z 
kaduceuszem   w   dłoni.   W  wielu   odnotowanych   przypadkach   jego   zalecenia   i   metody   leczenia 
spowodowały wyzdrowienie pacjentów.

Wdzięczni pacjenci płacili kamieniarzom, aby wykuli na kolumnach informacje o ich chorobie, 

wizji i ozdrowieniu, by inni mogli dowiedzieć się o tych cudach. Nawet dziś, po więcej niż dwóch 
tysiącach lat, opisy klinicznych przypadków, które się zachowały, stanowią fascynującą lekturę:

Mężczyzna, który miał sparaliżowane palce u ręki, z wyjątkiem jednego, przybył do boga jako 

pacjent. Patrząc na wota w świątyni wyraził niewiarę w skuteczność leczenia i kpił z inskrypcji. Ale 
podczas snu miał wizję. Wydawało mu się, że kiedy grał w kości pod murem świątyni i nadeszła 
właśnie jego kolej, pojawił się bóg, pochylił szybko nad jego dłonią i rozprostował mu palce. Kiedy 
bóg odszedł na bok, pacjentowi wydało się, że opuścił dłoń i zaczął rozprostowywać palce, jeden po 
drugim. Kiedy wyprostował już wszystkie, bóg spytał go, czy nadal nie dowierza inskrypcjom na 
kolumnach w świątyni. Pacjent odparł, że już nie będzie w nie wątpił. „Ponieważ przedtem nie 
dowierzałeś opisom leczenia, które wcale nie są niewiarygodne, odtąd powinieneś nazywać się 
Niedowiarkiem” – stwierdził bóg. O świcie pacjent opuścił świątynię zdrowy.

Ambrozja z Aten, ślepa na jedno oko. Przybyła do boga jako pacjentka. Początkowo krążyła po 

świątyni, wyśmiewała niektóre opisy uzdrowienia jako niewiarygodne i niemożliwe. Bo jak niby 
kulawy czy ślepy mógł zostać uleczony tylko dlatego, że miał sen? A gdy zasnęła, przeżyła wizję. 

background image

Wydało się jej, że bóg stanął przy niej i powiedział, że uzdrowi ją, ale będzie musiała mu zapłacić, 
ofiarowując świątyni świnię ze srebra dla upamiętnienia swej ignorancji. Powiedziawszy to, rozciął 
gałkę jej chorego oka i wlał do środka jakieś lekarstwo. Kiedy nadszedł dzień, kobieta opuściła 
świątynię zdrowa.

Pewien mężczyzna śnił, że zmarł dźgnięty mieczem w brzuch przez Asklepiosa; za pomocą 

nacięcia mężczyzna ten został wyleczony z wrzodu, który miał w brzuchu.

Pandarus z Tesalii, ze znamieniem na czole. We śnie miał wizję: wydawało mu się, że bóg 

obwiązał   mu   opaską   czoło   w   miejscu,   gdzie   miał   znamię,   po   czym   nakazał   mu   z   chwilą 
opuszczenia abatonu zdjąć opaskę i złożyć ją w ofierze świątyni. Kiedy nadszedł dzień, mężczyzna 
wstał,   zdjął   opaskę   i   zobaczył   swoją   twarz   wolną   od   znamienia.   Podarował   świątyni   opaskę; 
znajdowało się na niej znamię, które poprzednio miał na czole.

Inkubacja snów nie była wyłącznie greckim wynalazkiem. Istnieją przekazy na jej temat w wielu 

rozsianych po całym świecie kulturach, takich jak starożytnego Egiptu, Mezopotamii, Kanaanu czy 
Izraela. Najlepszym biblijnym przykładem jest sen Salomona w świątyni na wzgórzu Gibeonu, do 
której udał się, aby złożyć Bogu ofiarę. To tam „ukazał się Pan Salomonowi w nocy”, pytając, co 
mógłby dać synowi Dawida.

„Daj zatem słudze twemu rozumne serce, abym mógł sądzić lud twój, abym mógł rozróżnić 

między dobrem a złem; któż bowiem jest w stanie sądzić twój tak wielki naród?”

To z tego spotkania we śnie z Bogiem wynikła mądrość Salomona, który rządził całym Izraelem.
Rytuał   inkubacji   snów   był   niezwykle   istotny   w   Japonii,   gdzie   przetrwał   aż   do   XV   wieku. 

Pielgrzymi, dręczeni problemami, których nie byli w stanie rozwiązać, udawali się do świętego 
miejsca w nadziei, że dany im będzie przez boga sen podpowiadający rozwiązanie problemu. 

Przetrwało wiele relacji z takich wizji sennych i są one identyczne co do formy z tymi, które 

zachowały się w Grecji. We śnie petenta pojawiają się jakieś istoty i uzdrawiają tak jak w abatonie; 
stosowana przez nie kuracja może także obejmować swoisty zabieg chirurgiczny.

W Japonii rytuał ten sięga bardzo odległych czasów, bo IV lub V wieku n.e. Uprawniony do 

nawiązywania   kontaktu   z   innym   wymiarem   był   wówczas   jedynie   cesarz   i   inkubacja   stanowiła 
ważny aspekt jego duchowych zobowiązań. W pałacu cesarskim znajdowała się sala do inkubacji i 
specjalne łoże, zwane kamudoko.

Nawet obecnie wymagane jest, aby podczas ceremonii konsekracji nowego cesarza, znajdowało 

się łoże zwane shinza, identyczne co do kształtu z klini Asklepiosa. Cesarz nie używa łoża w czasie 
uroczystości,   a   zatem   pierwotna   funkcja   tego   sprzętu   została   już   zapomniana.  Ale   nie   ulega 
wątpliwości, że w starożytnych czasach, łoże było niezbędne w czasie tej ceremonii właśnie do 
inkubacji snów.

Rzecznicy   współczesnej   psychologii   głębi   zapewne   przekonywaliby,   że   te   wizje   stanowiły 

epizody   z   zakresu   wewnętrznej   łączności   duchowej   śpiącego   z   wyższymi   poziomami   jego 
świadomości, ale nie da się w pełni zrozumieć wielu zagadek wiążących się z inkubacją snów.

Osoby przeżywające to zjawisko, bardzo wyraźnie odróżniają owe nawiedzenia od zwykłych 

snów. W rzeczywistości w relacjach ze starożytnej Grecji, wielu śniących twierdziło, że ich wizje 
następowały   w   stanie   pośrednim   między   snem   a   czuwaniem.   To   prowadzi   nas   do   kolejnego 
fascynującego typu stanu wizjonerskiego, który pewni ludzie mogą osiągać celowo.

Senna rzeczywistość hipnagogii

Hipnagogia tradycyjnie uważana jest za „stan częściowego uśpienia”, stan pomiędzy normalną 

świadomością czuwania a snem. Osoba znajdująca się w stanie hipnagogii widzi to, co podsuwa jej 
podświadomość. Czasami mogą to być po prostu jaskrawe blaski kolorów lub też bardzo ostre 
sekwencje   senne.   Innym   razem   te   wyraźniejsze   niż   w   rzeczywistości   obrazy   mają   niezwykle 
wielkie znaczenie.

background image

Stan hipnagogii osiąga się, kiedy znajdująca się w nim osoba chodzi i wykonuje normalnie 

swoje czynności. Hipnagogia chodząca była wykorzystywana do wyjaśniania rzekomego widzenia 
„ludków” w Irlandii i „wróżek” w innych częściach świata. Wyjaśnia także dziwaczne zjawisko, 
znane jako „znikający człowiek”, kiedy to jakaś osoba widzi w nocy idącego ulicą w jej stronę 
kogoś, kto nagle znika.

Słynny   angielski   pisarz   Charles   Dickens   pozostawił   relację   z   takiego   właśnie   przeżycia. 

Opowiedział   swojemu   znajomemu,   że   szedł   pewnej   nocy   jedną   z   ulic   Londynu,   kiedy   nagle 
usłyszał odgłos biegnącego z tyłu konia. Odwrócił się i zobaczył człowieka usiłującego opanować 
wierzchowca,   który   poniósł.   Dickens   schronił   się   w   bramie,   aby   ustąpić   drogi.   Kiedy   jednak 
wyjrzał z bramy na ulicę, nie dostrzegł ani konia, ani jeźdźca. Nie było nikogo.

Znaczna liczba normalnych ludzi przeżywa bardzo wyraźne obrazy we śnie. Czasami przybierają 

one postać kolorowych wyobrażeń, czasami zaś wydarzeń surrealistycznie zniekształconych.

Stany   hipnagogiczne   były   wykorzystywane   przez   niektórych   genialnych   twórców   do 

rozwiązywania najróżniejszych problemów. Do tych, którzy wykorzystywali tę technikę w procesie 
twórczym, należał Thomas Edison – szukając rozwiązania jakiegoś problemu, często zapadał on w 
biurze w drzemkę.

Kłopotliwe było dla niego jedynie to, że bardzo łatwo przechodzi się ze stanu hipnagogii w 

głęboki sen. A śpiąc, człowiek zapomina przeżyte wizje. Aby poradzić sobie z tym problemem, 
Edison   drzemał  trzymając  w   dłoniach   stalowe  kulki.  Po  obu  bokach  swojego  krzesła   umieścił 
metalowe miednice. Kiedy zaczynał zapadać w głęboki sen, kulki wysuwały mu się z dłoni i z 
hałasem uderzały o miednice. Wtedy budził się, zachowując w pamięci swoje przeżycia ze stanu 
hipnagogii.

Moje własne doświadczenia z wpatrywaniem się w zwierciadło

Po   przeprowadzeniu   kilku   seansów   wpatrywania   się   w   zwierciadło,   w   czasie   których 

wywoływano   zjawy,   zdecydowałem   się   spróbować   tego   na   sobie   samym.  W  efekcie   nastąpiło 
osobiste spotkanie, które całkowicie zmieniło moje spojrzenie na życie.

Na   początku   stanąłem   wobec   swoistego   dylematu.   Nie   wiedziałem,   czy   powinienem 

uczestniczyć jako  podmiot  w tych  badaniach. Występowanie  w  roli uczestnika  eksperymentu  i 
przeżycie widzenia mogło bowiem spowodować, że utraciłbym zdolność do obiektywnych ocen. 
Ograniczając zaś  swój udział tylko do roli badacza, mogłem oceniać relacje innych z bardziej 
neutralnej pozycji.

Z drugiej strony pokusa doświadczenia tych wrażeń osobiście była bardzo silna, ponieważ od 

dziecka fascynowało mnie wszystko, co wiązało się ze świadomością, i zawsze bardzo chciałem 
wiedzieć, jak to jest, kiedy widzi się zjawę.

Po wysłuchaniu relacji kilku uczestników moich seansów uległem pokusie i sam się wybrałem w 

podróż do Królestwa Pośredniego.

Najbardziej niepokojącą cechą obserwowanych przeze mnie spotkań ze zjawami było to, że ich 

uczestnicy nabierali przeświadczenia, iż wizjonerskie odwiedziny są zjawiskiem rzeczywistym, a 
nie wytworami fantazji. Było to tym bardziej zdumiewające, że do moich eksperymentów celowo 
wybierałem ludzi bardzo solidnych i rozsądnych. Zakładałem, że nikt z nich nie uzna, iż jego 
spotkanie było rzeczywiste. Oczekiwałem, że stwierdzą, iż wizja przypominała marzenia senne – 
ale   okazało   się   coś   zupełnie   odwrotnego.   Jeden   po   drugim   uczestnicy   wizjonerskich   spotkań 
uparcie twierdzili, że naprawdę obcowali ze swoimi zmarłymi krewnymi. „Wiem, że to była moja 
matka”   –   powiedział   jeden   z   nich.   Dosłownie   wszyscy   opisywali   swoje   przeżycia   jako 
„najprawdziwsze z prawdziwych”.

Byłem przekonany, że jeśli sam zobaczę zjawę, moje odczucia będą inne. Jeśli sam przeżyję coś 

takiego – myślałem – nie dam się tumanić twierdzeniami, że to coś realnego.

background image

Na   obiekt   moich   wizji   wybrałem   babkę   ze   strony   matki.   Urodziłem   się   w   czasie   II   wojny 

światowej, a w dniu moich urodzin ojciec został wysłany za ocean. Nie wracał przez osiemnaście 
miesięcy, wskutek czego matka mojej matki przejęła na siebie wiele obowiązków rodzicielskich. 
Robiła to doskonale i zawsze uważałem, że była cudowną, kochaną, mądrą i wyrozumiałą osobą, 
która wywarła wielki wpływ na moje życie. Po jej śmierci często mi jej brakowało i niejednokrotnie 
miałem ochotę ponownie spotkać się z nią – niezależnie od tego, jaką postać przybrała obecnie.

Pewnego   dnia   przez   wiele   godzin   przygotowywałem   się   do   wizjonerskiego   kontaktu. 

Przypomniałem sobie mnóstwo związanych z nią wspomnień i wpatrywałem się w jej fotografię, 
przywołując silne poczucie ciepłej dobroci mojej babki.

Następnie udałem się do miejsca, które nazywałem kabiną widzeń, i w przymglonym świetle 

zacząłem   się   wpatrywać   w   wielkie   lustro,   ustawione   w   taki   sposób,   że   spoglądałem   jakby   w 
trójwymiarową głębię. Siedziałem tak przez co najmniej godzinę, ale nie poczułem ani śladu jej 
obecności.   W   końcu   zrezygnowałem   i   uznałem,   że   jestem   w   jakiś   sposób   uodporniony   na 
wizjonerskie spotkania.

Później,   kiedy   już   otrząsnąłem   się   z   tego   przeżycia,   miałem   spotkanie,   które   zaliczam   do 

najbardziej   wstrząsających   zdarzeń   w   moim   życiu.   Było   to   coś   takiego,   co   niemal   całkowicie 
zmieniło moje pojmowanie rzeczywistości. Teraz rozumiem uczucia wyrażane przez wielu z tych, 
którzy widzieli zjawy, i wiem, co mają na myśli mówiąc, że nie są już tacy sami jak dawniej.

Doświadczenia te mają w sobie coś niewypowiedzianego, co powoduje, że trudno ująć je w 

słowa. Mimo to pragnę opisać mój własny kontakt wizjonerski, ponieważ wydaje mi się ważny, 
jako przekaz z pierwszej ręki:

Siedziałem   sam   w   pokoju,   kiedy   nagle   najzupełniej   normalnie   weszła   jakaś   kobieta.   Od 

pierwszego wejrzenia wydała mi się znajoma, ale nastąpiło to tak szybko, że potrzebowałem chwili, 
aby zebrać myśli i uprzejmie ją przywitać. W ciągu niespełna minuty uświadomiłem sobie, że tą 
osobą była moja babka ze strony ojca, która umarła kilka lat wcześniej. Pamiętam, że uniosłem ze 
zdumienia dłonie do twarzy i wykrzyknąłem: „Babciu!”

Patrzyłem jej prosto w oczy, przejęty grozą pod wpływem tego, co widziałem. Bardzo uprzejmie 

i ciepło oznajmiła mi, kim jest, używając przy tym takiego zdrobnienia mojego imienia, którym 
jedynie ona mnie nazywała, gdy byłem dzieckiem. Kiedy zdałem sobie sprawę, kim jest ta kobieta, 
do głowy napłynęło mi natychmiast mnóstwo związanych z nią wspomnień. Nie wszystkie były 
dobre. W gruncie rzeczy wiele było zdecydowanie nieprzyjemnych. O ile moje wspomnienia o 
babce ze strony matki są pozytywne, o tyle z matką ojca było zupełnie inaczej.

Jednym ze wspomnień, które mi się wówczas nasunęły, były jej irytujące oświadczenia: „To 

moje  ostatnie  Boże  Narodzenie!”  Mówiła  tak  każdego  roku  przed  świętami  przez  co najmniej 
dwadzieścia lat.

Nieustannie  ostrzegała  mnie  też,  kiedy  byłem  mały,  że  pójdę  do piekła,  jeśli  będę  naruszał 

którykolwiek   z   licznych   zakazów   boskich,   naturalnie   w   takiej   formie,   w   jakiej   ona   je 
interpretowała.  A  kiedyś   wymyła   mi   usta   mydłem   za   wypowiedzenie   słowa   którego   ona   nie 
aprobowała. Innym razem, kiedy byłem jeszcze mały, całkiem poważnie poinformowała mnie, że to 
grzech latać samolotem. Była z natury zrzędliwa i do wszystkiego nastawiona negatywnie.

Kiedy   jednak   wpatrywałem   się   w   oczy   tej   zjawy,   bardzo   szybko   zdałem   sobie   sprawę,   że 

nastąpiła w niej pozytywna przemiana. Stała przede mną i czułem płynące od niej ciepło oraz 
miłość, jakąś  empatię i  współczucie,  których zrozumienie przekraczało moje możliwości. Była 
zdecydowanie w dobrym humorze, roztaczała szczególną aurę cichej radości i spokoju.

Nie rozpoznałem jej w pierwszej chwili dlatego, że wyglądała bez porównania młodziej niż w 

chwili śmierci; w rzeczywistości nawet młodziej niż wtedy, kiedy się urodziłem. Nie przypominam 
sobie, abym kiedykolwiek widział jej fotografie z okresu, kiedy była w tym samym wieku co, jak 
mi   się   wydawało,   w   czasie   naszego   spotkania.  Ale   nie   jest   to   istotne,   ponieważ   nie   tylko   po 
wyglądzie ją rozpoznałem. Miałem wrażenie, że znam tę kobietę raczej dzięki jej wykluczającej 
pomyłkę obecności i licznym wspomnieniom, które wymienialiśmy i omawialiśmy szczegółowo. 

background image

Krótko mówiąc, ta kobieta na pewno była moją zmarłą babką. Rozpoznałbym ją wszędzie.

Chcę z naciskiem podkreślić, że to spotkanie wydało mi się absolutnie naturalne. Tak jak w 

przypadku innych osób, które eksperymentowały z wywoływaniem zjaw, również moje spotkanie z 
babką   nie   miało   pod   żadnym   względem   charakteru   niesamowitego   czy   dziwnego.   Było   to 
najnaturalniejsze i najmilsze spotkanie, jakie miałem z nią kiedykolwiek.

Spotkanie skupiało się wyłącznie na kwestii naszych stosunków. Przez cały czas zdumiewał 

mnie   fakt   przebywania   w   obecności   kogoś,   kto   zmarł,   ale   jednocześnie   w   żaden   sposób   nie 
przeszkadzało to w naszej rozmowie. Stała tuż przede mną i niezależnie od tego, jak bardzo czułem 
się zaskoczony, po prostu zaakceptowałem jej obecność i rozmawiałem z nią.

Dyskutowaliśmy o dawnych czasach, o poszczególnych wydarzeniach z mojego dzieciństwa. 

Przypomniała   mi   o   kilku   incydentach,   których   nie   pamiętałem.   Ujawniła   także   pewną   bardzo 
osobistą sprawę – dotyczącą sytuacji mojej rodziny – która była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, 
ale po retrospekcji uznałem, że bardzo wiele wyjaśnia. Osoby, których to dotyczy, nadal żyją, 
dlatego   postanowiłem   zachować   tę   wiadomość   dla   siebie.   Powiem   tylko,   że   dowiedziałem   się 
czegoś, co ma dla mnie bardzo istotne znaczenie, i czuję się o wiele lepiej po usłyszeniu tego od 
niej.

Napisałem usłyszeniu, mając na myśli niemal dokładne znaczenie tego słowa. Jedyną różnicę 

stanowiło to, że w porównaniu z okresem przed śmiercią jej głos był nieco bardziej szorstki, jakby z 
megafonu, dzięki czemu wydawał się wyraźniejszy i donośniejszy. Inni, którzy przeżywali podobne 
spotkania wcześniej niż ja, mówili o porozumiewaniu się telepatycznym, bezpośrednio z umysłu do 
umysłu.   W   moim   przypadku   było   podobnie.   Choć   przez   większość   czasu   rozmawialiśmy   za 
pomocą słów, niekiedy zdawałem sobie sprawę, że czytam w jej myślach, i mogłem stwierdzić, że 
to samo odnosiło się do niej.

W żadnym wypadku nie wyglądała na ducha ani nie była przezroczysta. Pod każdym względem 

robiła wrażenie autentycznej osoby, z krwi i kości. Jej wygląd nie różnił się od wyglądu innych 
ludzi, z jednym tylko wyjątkiem: otóż otaczało ją coś, co wyglądało jak światło czy załamanie 
przestrzeni, jakby była odseparowana lub odcięta od materialnego otoczenia.

Z jakiegoś powodu nie pozwalała mi się jednak dotknąć. Trzy lub cztery razy sięgałem ku niej, 

aby ją uściskać, ale za każdym razem unosiła ręce i powstrzymywała mnie gestem. Tak uparcie nie 
chciała, abym jej dotykał, że uszanowałem to życzenie.

Nie mam pojęcia, ile trwało nasze spotkanie. Miałem wrażenie, iż przez długi czas, ale byłem tak 

zaabsorbowany,   że   nie   spojrzałem   nawet   na   zegar.   Biorąc   pod   uwagę   myśli   i   uczucia,   jakie 
wymieniliśmy,   musiało   trwać   kilka   godzin,   ale   wydaje   mi   się,   że   zapewne   było   krótsze,   jeśli 
rozpatrywać je w kategoriach tego, co uznajemy za czas rzeczywisty.

A jak się skończyło? Pozostawałem pod tak silnym wrażeniem, że po prostu powiedziałem jej do 

widzenia.   Uzgodniliśmy,   że   znowu   się   zobaczymy,   i   po   prostu   wyszedłem   z   pokoju.   Kiedy 
wróciłem, nie było po niej śladu. Zjawa mojej babki znikła.

Wydarzenie   to   uzdrowiło   nasze   stosunki.   Po   raz   pierwszy   w   życiu   doceniłem   jej   poczucie 

humoru   i   zdałem   sobie   sprawę,   co   przeszła   za   życia.   Kocham   ją   teraz   jak   nigdy   przed   tym 
spotkaniem.

Pod   wpływem   tego   przejścia   nabrałem   też   trwałego   przeświadczenia,   że   to,   co   nazywamy 

śmiercią, nie jest końcem życia.

Zdaję sobie sprawę, dlaczego ludzie zakładają, że kontakty ze zjawami to halucynacje. Jako 

weteran   w   dziedzinie   odmiennych   stanów   świadomości,   mogę   jednak   powiedzieć,   że   moje 
pojednanie z wizją babki było w zupełności spójne z rzeczywistością postrzeganą przeze mnie 
przez całe życie w stanie czuwania. Gdybym chciał pomniejszać znaczenie tego spotkania, traktując 
je jako halucynację, musiałbym chyba uznać za halucynację i całą resztę mojego życia.

background image

„Potrzeba spotkania” jako powód widzenia

Moje   spotkanie   pozwoliło   mi   zrozumieć,   dlaczego   ludzie   pragnący   zobaczyć   zjawę, 

niekoniecznie widzą tę, o którą im chodziło. Na podstawie własnego doświadczenia wierzę, że 
widzi się tę osobę, z którą spotkanie jest potrzebne.

W moim przypadku kontakty z babką ze strony matki układały się pozytywnie, podczas gdy z 

babką   ze   strony   ojca   miewaliśmy   pewne   nieporozumienia.   Ogólnie   większe   korzyści   płyną 
zapewne z pojednania z ludźmi, do których ma się żal czy pretensje.

Dla wielu uczestników eksperymentów osoba, którą pragną zobaczyć, jest też osobą, z którą 

spotkanie jest potrzebne. W tym wypadku eksperyment przebiega zgodnie z planem. Jeśli jednak 
tak nie jest, potrzeba może przeważyć.

Ponadto jeden szczegół mojego przeżycia powoduje, iż jestem winien publiczne przeprosiny 

dawnej koleżance, doktor Elisabeth Kubler-Ross. W 1977 roku Elisabeth opowiedziała mi o swoim 
spotkaniu ze zmarłą znajomą. Na ile sobie przypominam, było to tak, że Elisabeth szła pewnego 
dnia korytarzem w kierunku swojego gabinetu, kiedy nagle dostrzegła jakąś kobietę stojącą obok.

Obie panie zaczęły rozmawiać i Elisabeth zaprowadziła tę drugą do swojego gabinetu. Po chwili 

pochyliła się ku niej i z ogromnym zdumieniem stwierdziła: „Ja panią skądś znam!” W kobiecie tej 
rozpoznała panią Schwartz, pacjentkę, z którą bardzo się zżyła przed jej śmiercią kilka miesięcy 
wcześniej. Pani Schwartz przedstawiła się jej i obie kobiety rozmawiały przez pewien czas.

Kiedy   Elisabeth   opowiedziała   mi   tę   historię,   pamiętam,   że   głośno   zaprotestowałem:   „Daj 

spokój! Jeśli to był ktoś, kogo tak dobrze znałaś, jak mogłaś nie rozpoznać jej już na samym 
początku?”

Teraz, po tych wszystkich latach, mogę powiedzieć, że rozumiem, dlaczego tak się stało. Wiem 

zarówno z własnego doświadczenia, jak i doświadczeń innych osób, że zmarli, którzy wracają w 
postaci zjawy, nie wyglądają dokładnie tak samo jak przed śmiercią. Co dziwne – choć zapewne nie 
tak bardzo, jak mogłoby się wydawać – robią wrażenie młodszych i mniej przygnębionych, ale 
mimo to można ich rozpoznać.

Wyniki   moich   własnych   przeżyć   i   wczesnych   doświadczeń   sugerują,   że   wpatrywanie   się   w 

zwierciadło stanowi naturalne ogniwo pomiędzy spontanicznym pojawianiem się a wywoływaniem 
zjaw zmarłych.

Dalsze badania przekonały mnie, że wpatrywanie się w zwierciadło było stosowane w dawnych 

czasach   i   dawało   zdumiewające   rezultaty.   To   właśnie   dowody   historyczne   spowodowały,   że 
zainteresowałem się tym jeszcze bardziej.

Tępienie praktyk wpatrywania się w zwierciadło

W trakcie moich poszukiwań naukowych uświadomiłem sobie, iż wpatrywanie się w zwierciadło 

było przez wieki okładane takimi zakazami i tak zniesławiane, że do czasów obecnych przetrwało 
jedynie jako pozostałość po istotnym elemencie rzeczywistości społecznej, jakim niegdyś było. Jest 
echem   odległej   przeszłości,   zdławionym   przez   tych,   którzy   okrzyknęli   je   przesądem,   zamiast 
spróbować zrozumieć jego znaczenie i potęgę.

Niewdzięczną istotę wpatrywania się w zwierciadło doskonale obrazuje tragiczna opowieść o 

Kennecie MacKenzie. Żył on w Szkocji w XV wieku i był uznawany za tak biegłego w tej sztuce, 
że miejscowa królowa (a było ich wiele w społeczeństwie feudalnym) najęła go do szpiegowania 
swojego męża, który udał się na kontynent europejski w odwiedziny. MacKenzie wpatrywał się w 
swoje zwierciadło i zobaczył, jak śledzony uwodzi beztrosko inną kobietę.

To, co zobaczył, okazało się prawdą, ale MacKenzie popełnił błąd mówiąc o tym królowej. 

Zdenerwowała się bowiem tak bardzo na wieść o wizji, że kazała wrzucić MacKenziego głową w 

background image

dół do beczki z wrzącą smołą.

Tak właśnie traktowano tych, którzy praktykowali wpatrywanie się w zwierciadło.
Prowadząc badania ustaliłem co najmniej siedem przyczyn tępienia praktyki wpatrywania się w 

zwierciadło. Wymienię te przyczyny i przeanalizuję, starając się określić, czy są one uzasadnione, z 
indywidualnego bądź też zbiorowego punktu widzenia.

Strach przed podświadomością

Wydaje się, że są takie obszary umysłu, z których istnienia w normalnych okolicznościach nie 

zdajemy sobie sprawy. Freud, Jung i inni pionierzy psychologii wyznaczyli szereg takich obszarów, 
a ich następcy zapewne będą kontynuować tę pracę. Na wyjaśnienie czeka jeszcze bardzo wiele 
tajemnic umysłu ludzkiego.

Jedno, co wiemy z całą pewnością, to że na ogół pojawia się niepokój, kiedy zagraża nam, iż z 

podświadomości do świadomości przedostanie się jakaś nieprzyjemna myśl, przykre wspomnienie 
lub impuls. Freud nazwał to powszechnie występujące odczucie niepokojem sygnalnym.

Niektórzy ludzie unikają wpatrywania się w zwierciadło między innymi ze strachu, że treści 

zawarte w podświadomości, mogą przy tej okazji nagle wtargnąć do świadomości. A ludzie boją 
się, że jeśli te nie uświadamiane sobie dotąd wspomnienia czy uczucia wyjdą na jaw, stanie się coś 
okropnego. Niektórzy obawiają się, że te emocje ich zdominują, lub że utracą oni kontrolę nad sobą 
albo też nieodwracalnie się skompromitują.

Nie uświadamiane sobie wcześniej myśli faktycznie ujawniają się w trakcie wpatrywania się w 

zwierciadło,   ale   ich   pojawienie   się   wcale   nie   jest   takim   strasznym   przeżyciem,   jak   to   sobie 
niektórzy wyobrażają. Zazwyczaj mają one korzystny skutek, przyczyniają się do naszego rozwoju 
wewnętrznego.

Choć niektórzy potępiają wpatrywanie się w zwierciadło jako czynność, która przywołuje groźne 

myśli czy odruchy, moje doświadczenie przekonuje, że raczej należałoby je za to chwalić. Dobrą 
ilustracją mojego stanowiska może być opowieść klasyka badań w tej dziedzinie W. R. Hallidaya, 
zrelacjonowana w jego książce z 1913 roku zatytułowanej „Greckie wróżby”. Jest to jedyna relacja, 
którą   odnalazłem   w   trakcie   siedmiu   lat   pilnych   badań,   mówiąca   o   niekorzystnym   zjawisku 
psychicznym, związanym z wpatrywaniem się w zwierciadło.

Halliday w swojej pracy nazywa wpatrywanie się w zwierciadło „szalbierstwem” i oświadcza, że 

„prowadziło   do   poważnych,   nieraz   tragicznych   skutków   wśród   osób   o   niskim   poziomie 
wykształcenia, które nie mają wystarczających możliwości uświadomienia sobie tego faktu.  The 
Manchester   Guardian  
z   28   października   1909   roku   opublikował   sprawozdanie   ze   śledztwa 
przeprowadzonego   przez   koronera   w   sprawie   żony   listonosza   z   Cardiff,   która   popełniła 
samobójstwo, trując się gazem. Jej ojczym złożył zeznanie, że tydzień wcześniej wróciła ona do 
domu po wizycie u wróżbity i powiedziała: »Kiedy poprosił, abym spojrzała w kryształową kulę, 
zobaczyłam siebie, siedzącą na krześle i świadomie wdychającą gaz«”.

Halliday   wyciąga   z   tej   smutnej   opowieści   jednoznaczny   wniosek,   że   należałoby   zabronić 

wpatrywania   się   w   zwierciadło.   Ja   natomiast   jestem   przekonany,   iż   większość   psychiatrów 
uznałaby, że – wbrew temu, co sugeruje Halliday – to nie wizja, jaką zobaczyła w kryształowej kuli, 
popchnęła   ową   kobietę   do   samobójstwa.   W   rzeczywistości   bowiem   przeważnie   związek 
przyczynowy   jest   odwrotny:   jej   wizja,   a   najprawdopodobniej   także   wizyta   u   wróżbity,   były 
skutkami   depresji,   przeżywanej   przez   tę   kobietę.   Żona   listonosza   zapewne   była   na   granicy 
popełnienia samobójstwa przed pójściem do wróżbity. To, co zobaczyła w kryształowej kuli, było 
jedynie odbiciem myśli tkwiących w jej podświadomości.

Z relacji zacytowanej przez Hallidaya można więc wyciągnąć wniosek, że wpatrywanie się w 

zwierciadło   daje   pewne   możliwości   jako   metoda   wykrywania   i   diagnozowania   zaburzeń 
psychicznych i emocjonalnych, w tym wypadku – depresji.

background image

Powody teologiczne

Przez wieki duchowni zakazywali wpatrywania się w zwierciadło, uważając, że wyzwala to 

działanie sił nieczystych.

Liczne rady i instytucje kościelne utwierdzały to przekonanie. Już w V wieku synod zwołany 

przez św. Patryka uznał, że każdy chrześcijanin, który wierzy w możliwość zobaczenia w lustrze 
ducha,   powinien   zostać   obłożony   klątwą   i   wykluczony   z   Kościoła,   póki   nie   odwoła   swoich 
poglądów i nie odprawi pokuty.

W IX wieku we Francji arcybiskup Hinmarus potępił hydromancję, czyli wpatrywanie się w 

wodę w celu wywołania wizji. W 1398 roku wędrowni wróżbici wpatrujący się w zwierciadło, 
zwani speculari, zostali przez paryską Katedrę Teologii obwołani sługami szatana.

Inkwizytorzy rzymscy osadzili w więzieniu hrabiego Cagliostro, zarzucając mu niedozwolone 

praktyki, w tym zwłaszcza wpatrywanie się w zwierciadło. Tego typu zarzuty stawia się także we 
współczesnym świecie. Według relacji prasowych z 1979 roku dwie kobiety zostały wykluczone z 
Kościoła   baptystów   w   miejscowości   Independence   (stan   Missouri),   ponieważ   przepowiadały 
przyszłość, posługując się kryształową kulą.

Trwałość   instytucji   religijnych   zależy   w   znacznym   stopniu   od   wpajania   rygorystycznych 

poglądów ideologicznych na temat ciała umysłu i ducha swoich wyznawców. Wyraża się to w 
zniechęcaniu   ich   do   samodzielnego   szukania   przeżyć   duchowych,   najczęściej   z   obawy,   że 
psychiczny pionier w danej kongregacji, który będzie badał ukryte rejony własnego „ja”, może 
dokonać odkryć trudnych do pogodzenia z oficjalnymi doktrynami.

Jeśli chodzi o przestrzeganie członków wspólnot religijnych przed kuszącymi nas z lustra siłami 

diabelskimi, to podejrzewam, że jest ono próbą utrzymywania strachem jedności ideologicznej lub 
zamaskowanym   przejawem   tych   samych   obaw   przed   podświadomością,   które   omawiałem 
wcześniej.

Jestem pewien, że nie do mnie będzie należeć ostatnie słowo na temat diabłów. I z głębokim 

przekonaniem twierdzę, że nie mam najmniejszego zamiaru okazywać lekceważenia poważnym 
myślicielom, którzy wierzą w istnienie obiektywnego zła. W odniesieniu do kwestii szczególnej, 
jaką jest tu wpatrywanie się w zwierciadło, mogę tylko powiedzieć, że powstaje istotna teologiczna 
anomalia, kiedy władze Kościoła wiążą podobne praktyki z działaniem demonów, ponieważ co 
najmniej   jedna   z   najświętszych   postaci   biblijnych   najprawdopodobniej   stosowała   pewną   formę 
wpatrywania   się   w   zwierciadło   w   celu   nawiązania   kontaktu   z   Duchem   Świętym.   Otóż   Józef 
wpatrywał się w srebrny kubek, który wszędzie ze sobą woził.

Jest jednak także co najmniej pięć fragmentów w Biblii, w których potępia się wywoływanie 

duchów, przy czym w trzech przypadkach wypowiedziane na ten temat słowa są przypisywane 
samemu Bogu. Są to:

„Nie będziecie się zwracać do wywoływaczy duchów ani do wróżbitów. Nie wypytujcie ich, 

bo staniecie się przez nich nieczystymi; Ja, Pan, jestem Bogiem waszym”.

Trzecia Księga Mojżeszowa, 19:31

„(I przemówił Pan...) Kto zaś zwróci się do wywoływaczy duchów i do wróżbitów, (...) to 

zwrócę swoje oblicze przeciwko takiemu i wytracę go spośród jego ludu”.

Trzecia Księga Mojżeszowa, 20:6

„A jeżeli mężczyzna albo kobieta będą wywoływać duchy lub wróżyć, to poniosą śmierć. 

Ukamienują ich, krew ich spadnie na nich”.

Trzecia Księga Mojżeszowa, 20:27

background image

Nie ma wątpliwości co do znaczenia tych fragmentów. Czytając je jednak w kontekście całych 

dwóch rozdziałów, z których zostały wybrane, mniej dotkliwie odczuwam fakt, że pogwałciłem 
słowo Boże, niż to, iż odkryłem kolejny z tych obszarów, gdzie starożytne wartości kolidują ze 
współczesnością. Tak bowiem przedstawiają się te same fragmenty w szerszym kontekście:

I przemówił Pan do Mojżesza: „...Nie będziesz twego bydła parzył z odrębnym gatunkiem. 

Twojego pola nie będziesz obsiewał dwojakim gatunkiem ziarna i nie wdziewaj na siebie szaty 
zrobionej z dwóch rodzajów przędzy... Nie będziecie strzygli włosów dookoła waszej głowy, ani nie 
podcinaj końca twojej brody... Nie będziecie... czynić nacięć na ciele swoim ani nakłuwać napisów 
na   skórze   swojej;  Jam   jest  Pan...  Nie  będziecie  zwracać  się  do  wywoływaczy   duchów  ani  do 
wróżbitów. Nie wypytujcie ich, bo staniecie się przez nich nieczystymi; Ja, Pan, jestem Bogiem 
waszym... Nie czyńcie nikomu krzywdy w sądzie ani co się tyczy miary, ani wagi, ani objętości. 
Będziecie mieli wagi rzetelne, odważniki rzetelne, efę rzetelną, hin rzetelny... Kto zaś zwróci się do 
wywoływaczy duchów i do wróżbitów, by naśladować go w cudzołóstwie, to zwrócę swoje oblicze 
przeciwko takiemu i wytracę go spośród jego ludu... Mężczyzna, który cudzołoży z żoną swego 
bliźniego, poniesie śmierć, zarówno cudzołożnik, jak i cudzołożnica”.

I tak dalej. Kiedy fundamentaliści wyciągają biblijne obiekcje co do duchów i zjaw, natychmiast 

sięgam po Biblię i odczytuję we właściwym kontekście te fragmenty, na które się powołują. Życie 
wedle   nauk   choćby   tylko   w   tym   zakresie,   jaki   zacytowałem,   oznaczałoby,   że   prawdziwi   ich 
wyznawcy nie mogą nosić ubrań wykonanych z mieszanych włókien, obcinać włosów, golić bród, 
mieć tatuażu, sadzić więcej niż jeden gatunek roślin na jednym polu i tym podobne.

Wpatrujący się w zwierciadło jako szarlatani

Wpatrywanie się w zwierciadło kojarzono z sofizmatyką oraz oszustwami i zapisy historyczne 

nie   pozostawiają   wątpliwości,   że   częściowo   było   to   uzasadnione.   Wiadomo,   że   niektórzy 
samozwańczy wróżbici czytający z lustra świadomie okłamywali ludzi, czerpiąc z tego korzyści 
osobiste.

Znajduje to swoje odbicie także w literaturze popularnej. Kto z nas nie zna fałszywego wróżbity 

z „Czarnoksiężnika z Oz”, który za pomocą umieszczonych za kulisami specjalnych urządzeń, 
wydobywał parę, łomot i odgłosy gniewu? „Jestem czarnoksiężnikiem” – wykrzykiwał ten zwykły 
śmiertelnik, wywołując swój obraz, wielki i przerażający, na olbrzymim ekranie kinowym.

Trochę to przypomina sprawę katolickiego biskupa Hipolita. Według słów uznanego naukowca, 

E.   R.   Doddsa   –   Hipolit   w   swoim   zbiorze   przyrządów   do   sztuczek   magicznych   miał   także 
urządzenie,   które   mogło   być   stosowane   do   wywoływania   fałszywych   efektów   wzrokowych   i 
słuchowych:   kocioł   wody   ze   szklanym   dnem   umieszczony   nad   małym   świetlikiem.   Osoba 
wpatrująca  się w  ten kocioł widziała (a  zapewne i  słyszała) w  jego  głębi  demony, którymi w 
rzeczywistości byli pomocnicy magika znajdujący się w pomieszczeniu poniżej.

Ze   względu   na   podobne   nadużycia   społeczeństwo   uważało   za   słuszne   ustanowienie   praw 

chroniących ludzi przed pozbawionymi skrupułów wróżbitami, ale nie może to usprawiedliwiać 
powszechnego zakazu wpatrywania się w zwierciadło.

W   rzeczywistości   fakt,   że   opinia   publiczna   jest   błędnie   poinformowana   co   do   istoty   wizji 

zwierciadlanych, powoduje, iż tym łatwiej szarlatanom oszukiwać swoje ofiary. Mogą bowiem 
przypisywać sobie posiadanie niezwykłej mocy stosując prostą sztuczkę, jaką jest wywoływanie 
tych zjawisk.

Mnie także zdarzało się, że przychodzili do mnie ludzie, którzy uważali wpatrywanie się w 

zwierciadło za oszustwo. Mieli jednak tyle odwagi, by spróbować, i w końcu przekonywali się, że 
ich wysiłki prowadziły do sukcesu.

Na   przykład   po   wykładzie,   jaki   wygłosiłem   na   ten   temat   w   Seattle,   pewien   sceptycznie 

nastawiony   lekarz   oświadczył,   że   wizje   zwierciadlane   to   po   prostu   efekt   sugestii.   Dawał   do 

background image

zrozumienia, że właściwie myślący ludzie nie mogli doświadczać takich wizji. Skłoniłem go do 
towarzyszenia mi w drodze do hotelu, zaprosiłem do pokoju, zasłoniłem okna i przyciemniłem 
światło. Posadziłem go pod takim kątem do lustra w pokoju, aby uzyskał wyraźną głębię obrazu, 
nakłoniłem do rozluźnienia się i wpatrzenia w zwierciadło. Po kilku minutach stwierdził, że w 
zwierciadle  dostrzega  chmury,  a  chwilę  później  – że  pojawiły  się  figury geometryczne.  Kiedy 
zaczęły się pojawiać twarze, przerwał sesję.

– Rozumiem, o czym pan mówił – powiedział, wstrząśnięty przeżyciem. – To się sprawdza.

Konflikty z nowoczesną techniką 

We  współczesnym   świecie  nasze   życie   codzienne  jest   tak  silnie  zintegrowane   z  wytworami 

techniki, że większość z nas prawdopodobnie nie przetrwałaby bez otaczających nas maszyn.

To   uzależnienie   od   techniki   spowodowało   takie   przyspieszenie   tempa   życia,   jakie   byłoby 

niewyobrażalne sto lat temu. Szybsze tempo życia zniechęciło w efekcie ludzi do korzystania z 
radości przebywania w innych stanach świadomości, co w wielu wypadkach wymaga uspokojenia 
się i myślenia w sposób odmienny od tego, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni.

Wytwory   techniki   przejęły   niektóre   funkcje   poprzednio   spełniane   przez   wpatrywanie   się   w 

zwierciadło. Urządzenia, takie jak telewizor czy telefon, oraz niektóre zawody, takie jak psychiatra, 
pozbawiły ludzi woli i potrzeby sięgania w głąb swojej podświadomości w celu zarówno wejrzenia 
w nią, jak i rozrywki.

Wpatrywanie się w zwierciadło wymaga od nas innego nastawienia psychicznego niż to, jakie 

narzuca   nam   obecne   życie   codzienne.   Dlatego   też   przygotowanie   do   eksperymentu   obejmuje 
zwolnienie tempa życia i właściwie próbę wejścia, o ile to możliwe, w inny wymiar czasu.

Stworzyłem otoczenie pozwalające ludziom na oderwanie się od dwudziestego wieku i cofnięcie 

do okresu, kiedy czas biegł wolniej, w tempie bliższym odmiennym stanom świadomości, które 
usiłujemy wzbudzić. Będziesz musiał zrobić to samo we własnym otoczeniu, aby we właściwy 
sposób wywołać zjawę.

Wpatrywanie się w zwierciadło jako metoda nienaukowa

Metoda   naukowa   to   wyspecjalizowany   sposób   przeprowadzania   obserwacji,   myślenia   i 

wyciągania wniosków, który w znacznym stopniu zależy od mobilizacji, koncentracji i krytycznego, 
jak też refleksyjnego stanu umysłu.

Ponieważ znaczna część naszego otoczenia we współczesnym świecie jest efektem stosowania 

metod   naukowych,   nie   ma   nic   dziwnego   w   tym,   że   myślenie   naukowe   zostało   oficjalnie 
usankcjonowane. Wielu ludzi uważa wszelkie inne metody myślenia za wadliwe w jakiś sposób i 
budzące wątpliwości.

Można   przytoczyć   wiele   argumentów   w   obronie   takiego   stanowiska;   rzut   oka   za   siebie,   na 

historię, wystarczy bowiem, abyśmy poczuli się głęboko wdzięczni za to, że pojawiła się myśl 
naukowa.

Jednakże   współczesny   naukowy   sposób   widzenia,   oparty   na   myśli   krytycznej,   odnosi   się 

pogardliwie   do   odmiennych   stanów   świadomości.   Większość   naukowców   wierzy,   że   stan 
krytyczno-refleksyjnego   czuwania   jest   sprzymierzony   z   prawdą,   podczas   gdy   inne   stany 
świadomości   są   nierzeczywiste,   oszukańcze,   a   nawet   iluzoryczne   lub   halucynacyjne.   Ponieważ 
wpatrywanie   się   w   zwierciadło   oparte   jest   na   stanie   czuwania   hipnagogicznego,   naukowcy 
przeważnie odrzucają je niejako z założenia.

Bliższa analiza postępu naukowego ujawnia jednak, że w niezliczonych przypadkach uczeni 

czerpali inspirację właśnie ze stanu hipnagogicznego. Do grona tych uczonych należą: Thomas 

background image

Edison, Kekule i Kartezjusz. Ten ostatni stworzył to, co obecnie nazywa się metodą naukową, za 
pomocą której przeprowadza się wszystkie udane eksperymenty naukowe – właśnie w wyniku serii 
snów na jawie! Sny Kartezjusza to cudowny przykład współdziałania intelektu interpretacyjnego 
współdziałającego z tym, co oferuje podświadomość.

W pierwszym śnie wiatr tańczył wokół Kartezjusza, który brnął przed siebie ulicą, starając się 

dotrzeć   do   kościoła,   aby   odmówić   modlitwę.   Nagle   Kartezjusz   zauważa,   że   minął   nie 
pozdrowiwszy   znajomego,   i   usiłuje   zawrócić,   ale   wiatr   mu   to   uniemożliwia.   Potem   widzi 
następnego   człowieka,   stojącego   przed   kościołem,   który   mówi   mu,   że   inny   z   jego   znajomych 
oczekuje go w kościele, aby dać mu melon. Kartezjusz budzi się i dochodzi do wniosku, że sen był 
dziełem demona zła. Modli się do Boga o opiekę i ponownie zasypia.

W drugim śnie słyszy głośny dźwięk, który rozpoznaje jako uderzenie pioruna. Natychmiast 

rozbudzony, widzi w pokoju tysiące iskierek.

W trzecim śnie znajduje na swoim stole słownik, a obok niego tomik poezji, zatytułowany 

Corpus Poetarum. Otwiera zbiorek i czyta słowa: „Jaką ścieżką powinienem podążać przez życie?” 
Nieznany mężczyzna ofiarowuje mu wersety, które zaczynają się od słów tak i nie.

Kiedy Kartezjusz budzi się, dochodzi do wniosku, że te trzy sny były inspirowane przez Ducha 

Świętego. Dwa pierwsze stanowiły ostrzeżenie w kwestii jego sposobu życia aż do tamtego dnia, to 
znaczy do 10 listopada 1619 roku. Trzeci był symbolem zachęcającym do podjęcia misji, jaką miało 
stać się skierowanie nauk na ścieżkę wiedzy.

Teraz   można   już   zrozumieć,   co   miał   na   myśli   Kartezjusz,   kiedy   napisał:   „Pewnego   dnia 

postanowiłem potraktować także i siebie jako obiekt badań”. Dla Kartezjusza metoda naukowa stała 
się „naturalnym światłem rozsądku”.

Wpatrywanie się w zwierciadło a rzeczywistość „oficjalna” 

Choć zgadzamy się z poglądem, że każdy ma swoją własną, odrębną rzeczywistość, prawdą jest i 

to, że istnieje „oficjalnie uznana” koncepcja rzeczywistości.

Wielcy   filozofowie   i   naukowcy,   których   myśli   ukształtowały   współczesny   pogląd   na   świat, 

wytyczyli wyraźną granicę między tym, co „realne” i co „nierealne”. Granica ta sprawdza się w 
większości, jednakże problemy powstają wówczas, gdy coś poza nią wykracza. Sny chociażby są 
przez wielu myślicieli uważane za klasyczny przykład czegoś nierealnego. Także dzieci w procesie 
wychowania uczy się, że sny są nierealne.

Moim zdaniem niektórych ludzi zdumiewają takie zjawiska, jak wpatrywanie się w zwierciadło, 

ponieważ podają one w wątpliwość zakorzenione w naszej kulturze pojęcie tego, co jest realne, a co 
nie. Faktycznie czasami ludzie, którzy mają wizje, czują się zaskoczeni tym, co się dzieje. Ale kiedy 
myślą o tym, odnajduj ą wartości w obrazach, które widzieli. Podobnie jak w przypadku snów, 
również wizje zwierciadlane mają swoje głębokie znaczenie.

Każdy   ma   własną,   niepowtarzalną   rzeczywistość.   Z   mojego   punktu   widzenia   wizje 

zwierciadlane   nie   są   „nierealne”.   Są   one   raczej   środkiem   pozwalającym   skuteczniej   poznawać 
prawdziwą rzeczywistość.

Bulwarowa gra

Obecnie   wpatrywanie   się   w   zwierciadło   traktowane   jest   jako   zabawa   salonowa  lub   jedna   z 

atrakcji   wesołego   miasteczka   bądź   nędznych   uliczek.   A   przecież   jest   to   cenne   narzędzie 
terapeutyczne w pokonywaniu smutku i osiąganiu wyższych szczebli poznania samego siebie. A 
nawet traktowane tylko jako sposób spędzania wolnego czasu, wpatrywanie się w zwierciadło jest 
pełnoprawną formą rekreacji i fascynujących ćwiczeń.

background image

Wierzę, że doskonaląc sztukę wpatrywania się w zwierciadło, można zdemokratyzować proces 

wizjonerski.   Nie   będą   już   potrzebne   długie   godziny   terapii   w   celu   rozpoznania   problemów 
psychologicznych, które wynikają z podświadomości. Do najgłębszych emocji człowieka może 
bowiem dotrzeć terapeuta biegły w sztuce wpatrywania się w zwierciadło.

Ostrzeżenie dla dociekliwych

Jeśli planujesz, Czytelniku, zgłębianie tego zagadnienia, ostrzegam cię, żebyś był przygotowany 

na zetknięcie się z gniewnymi reakcjami ze strony twojego otoczenia. Reakcja taka była dla mnie 
absolutnym  zaskoczeniem.  Ludzie  bowiem   często   chwalą  mnie  za   odwagę,   jakiej  ich   zdaniem 
wymagało   badanie   i   pisanie   na   temat   przeżyć   w   stanie   bliskim   śmierci,   nigdy   też   nie   byłem 
lekceważony   przez   sceptycznych   naukowców   ani   lekarzy,   i   nie   dokuczano   mi   tak   bardzo   za 
badania, które prowadziłem wcześniej.

Sprawa   wygląda   jednak   zupełnie   inaczej   w   przypadku   moich   obecnych   badań.   Kiedy 

powiedziałem pewnemu psychologowi o planach przeprowadzenia tych badań, oświadczył: „To 
będzie koniec twojej kariery!” Pewna znajoma intelektualistka scharakteryzowała mój projekt jako 
„głupi i śmieszny” i nawet zabroniła mi mówić na ten temat w jej obecności.

Najbardziej złowieszcza reakcja nastąpiła w grudniu 1991 roku, kiedy zabrano mnie do szpitala 

z powodu niezwykle wysokiego poziomu tyroksyny, w stanie zwanym hipertyroksynizmem. Nadal 
nie potrafię zrozumieć, dlaczego mi się to przytrafiło. Brałem pastylki z tyroksyną od 1985 roku, 
kiedy ustalono, że mój organizm nie wytwarza wystarczających ilości tego ważnego hormonu. Z 
jakiegoś powodu dawka okazała się nagle zbyt duża i zacząłem majaczyć. Zatrzymano mnie w 
szpitalu, aby lekarze mogli ustalić odpowiednią dla mnie dawkę syntyroksyny, czyli syntetycznej 
formy tyroksyny.

W czasie pobytu  w szpitalu  popełniłem błąd,  spytałem bowiem  lekarza, czy  mógłby zrobić 

fotokopię streszczenia wypowiedzi, którą przygotowałem na temat wpatrywania się w zwierciadło. 
Zamierzałem   przedstawić   wyniki   moich   badań   członkom   międzynarodowego   instytutu 
oświatowego,   musiałem   więc   wysłać   im   fotokopię   mojego   przemówienia,   aby   mogli   je 
przygotować do szykowanego do druku biuletynu z konferencji.

Kiedy lekarz wrócił, oświadczył mi oschłym tonem, że zrobił fotokopię również dla siebie. 

Powiedział, że jest to dla niego żywy dowód, iż „sięgnąłem dna”. Pomimo że wiedział o przebytym 
przeze mnie hipertroksynizmie, postawił diagnozę, iż cierpię na chorobę maniakalno-depresyjną, i 
zalecił, mi branie litu!

Odmówiłem przyjmowania nowego leku i symptomy choroby ustąpiły po kilku dniach, kiedy 

poziom tyroksyny wrócił do normy. Kilka miesięcy później, kiedy wygłosiłem swoje przemówienie 
do wychowawców, zostało ono bardzo dobrze przyjęte.

To zdarzenie uświadomiło mi wprost, że fundamentaliści to ludzie, którzy zawsze żywią obawy i 

odrazę,   gdy   chodzi   o   koncepcje   takie   jak   wpatrywanie   się   w   zwierciadło.   Fundamentaliści 
wszelkiego rodzaju, czy to chrześcijanie, czy Żydzi, psychiatrzy czy psychologowie, to ludzie o 
sparaliżowanej percepcji, obsesyjnie upierający się przy nieelastycznym systemie wyznawanych 
wartości.   Protestują   przeciwko   nowym   ideom   i   wynalazkom,   które   kolidują   z   ich   sztywnymi 
przekonaniami.   Fundamentaliści   religijni   sięgają   wtedy   po   starą   śpiewkę:   „To   dzieło   szatana!” 
Fundamentaliści psychologii mają także swój niezmienny argument: „Nigdy tego nie widziałem, 
więc to nie może być prawda”.

Wydaje   mi   się   zupełnie   oczywiste,   że   u   podłoża   takiej   postawy   leży   brak   poczucia 

bezpieczeństwa. Zamiast mieć otwarte głowy i pragnąć poznania odpowiedzi na to, co nieznane, 
fundamentaliści – jak można sądzić – żarliwie bronią się przed wątpliwościami i niepewnością. Nie 
przyjmują do wiadomości, że na temat pewnych aspektów psychologii człowieka wiemy bardzo 
mało.   I   z   pewnością   nie   życzą   sobie,   aby   ludzie   wiedzieli,   jak   wspaniale   mogą   się   bawić 
psychologią,   zwłaszcza   czymś   takim   jak   wpatrywanie   się   w   zwierciadło,   co   umożliwia   im 

background image

rozwiązywanie własnych problemów w przyjemny sposób i samodzielnie.

Miecz obosieczny

Mogłoby się wydawać, że moje prace nad wywoływaniem zjaw są doceniane przez gorących 

zwolenników praktyk z zakresu paranormalności. Ale to niezupełnie prawda. Wielu z nich wyrażało 
zaniepokojenie moją pracą. Być może wyczuwali, że badania, które mogły potwierdzić poglądy na 
temat zjaw, jednocześnie niosą w sobie groźbę ich zaprzeczenia. Taka postawa jest nieuczciwa. My, 
zwolennicy badania paranormalności, musimy liczyć się z ewentualnością, że pielęgnowane przez 
nas doktryny okultystyczne, zostaną sprawdzone eksperymentalnie w celu uzyskania odpowiedzi na 
pytanie, czy zjawy zmarłych mogą być rejestrowane w warunkach laboratoryjnych.

Jest całe mnóstwo naukowców, którzy wolą, żeby odmienne stany psychiczne nie były badane. 

Ci ludzie, których Aldous Huxley nazwał „głosicielami potwornych konsekwencji”, twierdzą, że 
jeśli nadamy choćby cień wiarygodności takim praktykom, jak na przykład wpatrywanie się w 
zwierciadło, wywołamy poważne ryzyko odrodzenia się całej gamy magicznego myślenia, które 
może spowodować gigantyczny krok wstecz, ku średniowieczu.

Nie   ma   żadnego   powodu,   aby   miało   się   tak   stać.   Jeśli   chodzi   o   podobnie   kompleksowe, 

fascynujące i budzące niepokój zjawisko jak wpatrywanie się w zwierciadło, zadowalająca wydaje 
się   jedynie   w   pełni   szczera   i   uczciwa   analiza.   Poza   tym   dalsze   badania   przekonały   mnie,   że 
stosowanie w czasach historycznych wpatrywania się w zwierciadło dawało zaskakujące rezultaty. 
Nie   co   innego,   lecz   te   właśnie   historyczne   świadectwa   spowodowały,   że   zagadnienie   to 
zainteresowało mnie jeszcze bardziej.

3. 

Wpatrywanie się w zwierciadło – rys historyczny

Poznaj siebie.

Starożytny aforyzm ze świątyni w Delfach

Mieszkańcy starożytnej Grecji byli odważnymi i utalentowanymi podróżnikami po Królestwie 

Pośrednim,   ale   tylko   nieliczni   wykazali   się   większą   pomysłowością   niż   mądry   i   wielbiony 
Salmoksis. Był on człowiekiem, który wywołał pośmiertną zjawę... samego siebie!

Salmoksis  żył przed 500 rokiem p.n.e. w Tracji. Z nie znanych nam powodów  jako młody 

człowiek popadł w niewolę. A jako niewolnik miał to szczęście, że trafił do służby u Pitagorasa. Ten 
wielki   myśliciel   starożytnej   Grecji   twierdził,   że   liczby   są   zasadniczym   i   pierwiastkami 
Wszechświata. I wierzył w życie pozagrobowe.

Najwyraźniej spędzał dużo czasu na rozmowach o tym ze swoim niewolnikiem. Kiedy bowiem 

Salmoksis został wyzwolony, także zdecydowanie wierzył w życie pośmiertne.

Salmoksis opuścił Trację na kilka lat, po czym wrócił, ale już jako bogacz. Zaraz po powrocie 

zbudował   amfiteatr.   Przeznaczył   go   na   miejsce   dyskusji   nad   zagadnieniami   związanymi   z 
parapsychologią.   Ponieważ   Salmoksis   potrafił   wspaniale   dramatyzować   swoje   prezentacje,   nie 
wątpię, że był to swoisty teatr umysłu.

background image

Wygłaszał  tam  mowy  o  życiu  po  śmierci.  Zapewniał   swoich   słuchaczy,   że  nie   ma   powodu 

obawiać się umierania. Po śmierci trwa życie – mówił – przedstawiając argumenty przekonujące o 
istnieniu duszy.

Lud Tracji kochał Salmoksisa, a ten kochał swoich rodaków. Stał się wielkim ich dobroczyńcą. 

Gdziekolwiek jechał, rozpoznawano go, i nie ma żadnej wzmianki w źródłach historycznych, w 
której określono by tego człowieka jakimś nieprzychylnym słowem.

Wygłaszał mowy o życiu po śmierci przez wiele lat. I przez cały czas kopał podziemną komnatę. 

Właściwie   było   to   coś   więcej   niż   komnata,   raczej   podziemny   dom.   Zapewne   zbudował   swoją 
siedzibę   przy   podziemnym   źródle   i   zaopatrzył   ją   w   kurczęta,   wielkie   zbiorniki   oliwy,   a   także 
wspaniały zbiór cennych papirusów oraz kaganki, żeby mieć przy czym czytać.

Kiedy podziemny dom był już gotowy, Salmoksis na oczach licznych świadków zamknął się w 

nim.   Musiało   to   odbyć   się   niezwykle   uroczyście.   Choć   nie   ma   żadnego   sprawozdania   z   tego 
wydarzenia, domyślam się, że Salmoksis przemawiał na temat życia po śmierci, a potem wszedł do 
wykonanej przez siebie samego miniatury Podziemi, dokąd – jak wierzyli Grecy – udawali się 
zmarli. Ku przerażeniu i żałości tłumu wejście zostało zasłonięte kamienną płytą. Zupełnie jakby 
ich wielki przyjaciel zmarł.

Salmoksis   przebywał   w   podziemiach   przez   długi   czas.   Według   relacji   Herodota   mógł   tam 

spędzić nawet i trzy lata.

Na powierzchni ludzie martwili się o niego. Płakali i wyczekiwali go. Niektórzy dzień po dniu 

chodzili   do   jego   teatru   i   prosili   bogów   o   powrót   Salmoksisa.   Myślę,   że   scena   tych   wydarzeń 
przypominała   tasiemcową   telepowieść:   „Czy   on   żyje?   Czy   to   możliwe,   aby   pozostawał   w 
podziemiach tak długo? – zapewne się dopytywali. – Czy zobaczymy go jeszcze kiedyś? Myślisz, 
że on tam jeszcze żyje?”

Rozpaczali po nim, jakby naprawdę umarł. I w gruncie rzeczy wielkim odkryciem Salmoksisa 

było to, że rozłąka jest śmiercią.

W końcu po trzech latach zjawił się ponownie. Wyszedł z podziemi ku radości obywateli Tracji i 

znowu włączył się w tok życia.

Herodot,   pierwszy   znany   historyk,   opisał   to  wydarzenie,   przypominające   historię   Łazarza,   i 

zinterpretował je następująco: „I tak oto udowodnił im prawdziwość słów swoich. Śmierć nie jest 
powodem do rozpaczy”.

Kiedy analizujemy to stwierdzenie z racjonalnego punktu widzenia, wydaje się ono całkowicie 

absurdalne.  Ale   kiedy   podejdziemy   do   niego   emocjonalnie,   okazuje   się   prawdziwe.   Salmoksis 
faktycznie udowodnił, że „śmierć nie jest powodem do rozpaczy”.

Świadkowie „społecznej śmierci Salmoksisa” odczuwali żałobę zupełnie tak samo, jak gdyby 

umarł naprawdę. Niektórzy zapewne zaprzeczali, że naprawdę od nich odszedł; inni czuli gniew z 
powodu utraty dobrego przyjaciela. Jeszcze inni, być może, składali jakieś obietnice bogom w 
zamian za przywrócenie go z Podziemi.

Kiedy powrócił, ich żal i niepokój ustąpiły. Po tak kojącym przeżyciu mieszkańcy Tracji nie 

mogli już być przekonani, że śmierć jest powodem do zmartwienia.

Salmoksis dokonał zamknięcia cyklu żałoby dla mieszkańców Tracji. Zrobił to samo, co można 

osiągnąć poprzez wpatrywanie się w zwierciadło, tyle że w inny sposób. Przeszedł przez strefę 
pośrednią,, jaka istnieje pomiędzy życiem a śmiercią.

Owocne podróże wewnętrzne

Starożytna   kultura   stanowiła   żyzny   grunt   dla   tego   rodzaju   wypraw   wewnętrznych.   Z 

historycznych   zapisów   wyraźnie   wynika,   że   Grecy   akceptowali   założenie,   iż   w   określonych 
warunkach można wywoływać duchy zmarłych, a nawet obcować z nimi.

W tym celu stawiano psychomantea, wyrocznie zmarłych, w których można było przekraczać 

background image

granicę między naszym światem i tym drugim.

Z drugiej strony Homer dał nam obrazowy opis ceremonii przywoływania zmarłych, która nie 

wymagała skomplikowanych sprzętów i rytuałów, jakimi posługiwano się w wyroczniach zmarłych. 
Zgodnie z zaleceniami udzielonymi mu przez boginię Kirke, Odyseusz popłynął do wyroczni, która 
była przeznaczona do spotkań z duchami. Dzielny podróżnik wykopał tam płytki dół, który napełnił 
krwią zwierząt ofiarnych, jałówki i barana, po czym wpatrzony w ów zbiornik, porozumiewał się z 
duchami.

„Zaczęły wychodzić z Erebu dusze umarłych. Młode kobiety i pacholęta, i starcy, którzy wiele 

wycierpieli, panny nieletnie noszące w sercu świeży ból, rzesze mężów poległych w boju Aresa od 
mieczów spiżowych, a mających na sobie zbroje zbroczone – wielki tłum kroczył w stronę rowu z 
niesłychanym lamentem: zielony lęk mnie zdjął”.

W trakcie tego spotkania z duchami Odyseusz przeprowadził rozmowę ze swoją matką, która – o 

czym   nie   wiedział   –   zmarła   w   odległej   krainie.   Odyseusz   poddał   myśl,   że   jej   śmierć   była 
gwałtowna lub może spowodowana długotrwałą chorobą, ale matka zaprzeczyła. „Nie zabiła mnie 
w pokoju niechybna łucznica swoimi cichymi strzałami ani nie przyszła na mnie jakaś choroba, 
która zabójczym wycieńczeniem wypędza duszę z ciała – odparła matka – ale tęsknota za tobą, 
myśl o tobie, mój jasny Odysie, twoja czułość zabrała mi słodkie jak miód życie”.

„Tak mówiła, a moje myśli walczyły z pragnieniem, by uścisnąć duszę mojej matki nieboszczki. 

Trzykroć biegiem do niej, gnany popędem serca, trzykroć umykało mi z rąk coś, co było podobne 
do cienia lub snu”.

Domyślam   się,   że   to   krew   stworzyła   odblaskową   powierzchnię,   w   której   Odyseusz   widział 

lustrzane wizje zmarłych. W czasach Homera czytelnicy wiedzieli o takich praktykach i rozumieli 
to, co Odyseusz robił. Poeta Homer, który opowiedział heroiczną historię Odyseusza, nie musiał 
wyjaśniać   swoim   ówczesnym   czytelnikom   procesu   wpatrywania   się   w   zwierciadło   ani   trochę 
bardziej szczegółowo, niż współczesny pisarz swoim obecnym czytelnikom – oglądania telewizji.

Wykopaliska wyroczni zmarłych

Znaczące jest to, że Homer kazał temu zdarzeniu rozegrać się nad rzeką Acheron, w pobliżu 

grodu Kimeryjczyków. Herodot pisał o wyroczni zmarłych, która najwyraźniej mieściła się w tym 
samym   miejscu.   Instytucja   ta,   znana   jako   psychomanteum,   znajdowała   się   w   mieście   Efyra   w 
Epirze, w zachodniej Grecji.

Strabon, starożytny grecki geograf, także twierdził, że Kimeryjczycy sprawowali pieczę nad 

wyrocznią   zmarłych.   Jego   zdaniem   mieszkali   oni   w   podziemnych   glinianych   siedzibach, 
połączonych   tunelami.   Według   pradawnego   zwyczaju   ci,   którzy   mieszkali   w   bezpośrednim 
sąsiedztwie wyroczni, nigdy nie wychodzili na światło dzienne, lecz opuszczali swoje siedziby 
wyłącznie nocą. Homer musiał widocznie uważać ich zajęcie za ponure, ponieważ użalał się nad 
nimi, mówiąc: „Ohydna noc na zawsze rozpościera się nad tymi nieszczęsnymi śmiertelnikami”.

W końcu lat pięćdziesiątych naszego stulecia Sotiris Dakaris, grecki archeolog, zlokalizował i 

zaczął odsłaniać wykopalisko. Okazało się, że wyrocznia była skomplikowaną budowlą podziemną, 
labiryntem przejść i sal, prowadzących w końcu do długiej, obszernej komnaty, w której ukazywały 
się zjawy.

W   tej   właśnie   komnacie   Dakaris   odnalazł   resztki   ogromnego   brązowego   kotła,   otoczonego 

balustradą. Uznał, iż balustrada ta miała powstrzymywać osoby odwiedzające wyrocznię przed 
nadmiernym   zbliżaniem   się   do   kotła,   i   wyciągnął   wniosek,   że   kapłani   prowadzący   wyrocznię 
chowali się w tym kotle i występowali w roli duchów osób, które goście spodziewali się zobaczyć.

Ja interpretuję to odmiennie.
Zwyczaj używania kotłów, mis, miseczek, filiżanek i innych naczyń wypełnionych płynem jako 

zwierciadła do wpatrywania się jest starożytną praktyką, rozpowszechnioną w wielu kulturach. Jeśli 

background image

naczynia te wykonano z metalu, można je było wypolerować, tak, że przy wpatrywaniu się, dawały 
jeszcze lepszy efekt.

Zgaduję,   że   środek   kotła   był   zapewne   wypolerowany,   a   zjawy   mogły   się   ukazywać   w 

odblaskowej powierzchni wypełnionego wodą naczynia. Okrągły kształt umożliwiał kilku ludziom 
otoczenie go i równoczesne wpatrywanie się w jego głębię. Duże rozmiary kotła pozwalały na 
widzenie zjaw wielkich, ludzkich rozmiarów, jako że rozmiar wizji są bezpośrednio zależne od 
rozmiarów zwierciadła.

Phillipp Yandenberg pisał o gruntownych i długotrwałych przygotowaniach, jakim poddawano 

ludzi udających się do wyroczni. Byli, praktycznie biorąc, więzieni przez miesiąc w podziemiach i 
prowadzani przez ciemne korytarze i sale, zanim pozwolono im wejść do komnaty zjaw, gdzie ich 
długotrwałą samotność w ciemności przerywało migoczące światło ognia, rzucającego tajemnicze 
cienie na ściany. Te długotrwałe przygotowania ludzi udających się do komnat zjaw są, moim 
zdaniem, kolejnym dowodem, że kotła nie wypełniali oszukańczy kapłani.

Po wpatrywaniu się w kocioł i zapewne przeżyciu spotkania ze zjawami, osoby odwiedzające 

wyrocznię, były okadzane siarką, tradycyjnie stosowaną do oczyszczenia tych, którzy mieli kontakt 
ze zmarłymi. Następnie wyprowadzano gości na zewnątrz, na światło dzienne, i dalej do rzeki na 
rytualną kąpiel.

Wpływ na Platona

Jeśli relacja Yandenberga jest prawdziwa, może nasuwać ekscytujące domniemanie: czy nie jest 

możliwe, że Platońska urzekająca alegoria jaskini, stanowi parodię wyroczni zmarłych w Efyrze? 
W Rzeczypospolitej ten starożytny filozof pisał o ograniczeniach wiedzy ludzkiej i o naszej ogólnej 
nieznajomości realnego świata. Posłużyć się alegorią, aby uświadomić nam, że to jest tak, jakbyśmy 
żyli w jaskini i nie wiedzieli, jakie cuda leżą tuż nad nami, na powierzchni ziemi. Wyrocznia w 
Efyrze   dostarcza   wielu   podobnych   wyobrażeń.   Ludzi   więzi   się   w   podziemnych   jaskiniach, 
migoczący ogień rzuca cienie na ściany, obsługa robi, co może, aby przekonać swoich klientów, że 
cienie   są   rzeczywiste,   a   kiedy   w   końcu   więźniów   się   uwalnia,   najpierw   prowadzi   się   ich   na 
powierzchnię ziemi, a następnie do wody.

Platon był znakomitym parodystą, a swój talent demonstrował zwłaszcza w dialogach. Pisał 

nawet paszkwile na swoich kolegów filozofów, spośród których część znana jest dzisiaj wyłącznie 
dzięki karykaturom Platona.

Wyrocznia zmarłych w Efyrze najwyraźniej funkcjonowała za życia Platona, i choć znajdowała 

się  na  odludziu,  istnieje  mnóstwo  dowodów,  że  zjeżdżały  tam  wielkie  tłumy.  Nie  ma  powodu 
sądzić, że ktoś tak dobrze poinformowany jak Platon nic nie wiedział o wyroczni. Nie można też 
wątpić, że tak popularna atrakcja była wodą na jego młyn.

Czy   mogło   być   tak,   że   to   o   wyroczni   zmarłych   w   Efyrze   pisał   Platon   w   „Księdze   VII” 

„Rzeczypospolitej”? Proszę rozważyć ten fragment:

„Następnie   przyrodzone   nasze   zdolności,   ze   względu   na   zdatność   i   niezdatność   nabycia 

wiedzy, przyrównaj do takiego oto stanu.

Wystaw sobie tedy ludzi jakoby w podziemnym, do skały podobnym mieszkaniu, mającym 

rozwarte ku światłu wejście, ciągnące się bez przerwy wzdłuż całej jaskini; tutaj przebywają oni 
od swego dziecięctwa z więzami na nogach i szyjach, tak iż się z miejsca nie ruszają i tylko 
przed siebie patrzą, a z powodu więzów niezdolni głowy obrócić; światło zaś przybywa im od 
ognia gorejącego z góry, daleko poza nimi; a pomiędzy tym ogniem a spętanymi wiedzie droga 
na wysokości; wzdłuż tejże wyobraź sobie murek wybudowany na wzór parapetu, który kuglarze 
ustawiają przed widzami, a ponad którym pokazują swe dziwy”.

background image

Przypuszczam, że ta budząca dreszcz grozy alegoria jest w pewnym stopniu parodią wyroczni 

zmarłych   w   Efyrze.   Dwie   sytuacje   są   wyraźnie   zbieżne   w   kilku   punktach.   W   obu   dziwni 
mieszkańcy   podziemnego   świata   nigdy   nie   widzą   światła   dziennego.  Anonimowi   pomocnicy 
nakłaniają więźniów do uwierzenia, że cienie rzucane przez migoczący ogień na ścianę jaskini są 
rzeczywiste. Uwięzieni są w końcu wypuszczani na wolność i prowadzeni najpierw na światło 
słoneczne, a następnie do wody.

Są także wzmianki w tekście sugerujące, że Platon napisał satyrę na wyrocznię zmarłych. W 

początkowej części „Rzeczypospolitej” Sokrates zapewne robi aluzję do wysłania przez Periandra 
delegacji   do   Efyry,   w   celu   przywołania   jego   żony   z   Podziemi.   Dialog   zaczyna   się   od   próby 
zdefiniowania sprawiedliwości jako oddawania innym tego, co się od nich otrzymało. Sokrates 
obala tę definicję, mówiąc, że musiał ją zaproponować Periander lub ktoś  taki jak on. Jest tu 
zawarta zupełnie wyraźna ironia: Periander był człowiekiem zdecydowanie nieuczciwym, który 
przeszedł wszelkie granice wzywając żonę ze świata zmarłych po to, aby być w stanie oddać coś 
przyjacielowi, który powierzył mu to pod opiekę.

Większość analiz tej alegorii koncentruje się na położeniu więźniów, ale Sokrates wspomina 

także   innych   mieszkańców   jaskini   –   to   znaczy   pomocników,   którzy   wytwarzają   cienie   w   celu 
oszukania   więźniów.   Myślę,   że   ci   pomocnicy   to   właśnie   przewodnicy,   którzy   prowadzali 
odwiedzających po zakamarkach wyroczni w czasie poszukiwania przez nich wizji, podczas gdy 
więźniami   są   właśnie   ludzie   odwiedzający   wyrocznię.   Możliwe,   że   tymi   przewodnikami   byli 
Kimeryjczycy, którzy zwyczajowo przebywali zawsze w ciemnościach.

Podejrzewam, że pisząc ten słynny mit, Platon miał na myśli wyrocznię zmarłych w Efyrze. 

Niestety wiele wątpliwości pozostaje bez odpowiedzi z powodu nieszczęśliwych wydarzeń, które 
przytrafiły się Efyrze.

W 280 roku p.n.e. Pyrrus, król Epiru, wyruszył na czele armii liczącej dwadzieścia pięć tysięcy 

ludzi na bohaterską wyprawę i pokonał armię Rzymian. Rok później znów pokonał Rzymian, ale 
stracił   w   tej   wojnie   tak   wielu   żołnierzy,   że   jego   armia   została   niemal   wybita.   „Jeszcze   jedno 
zwycięstwo – zauważył wówczas – i będziemy pokonani”. Stąd właśnie wywodzi się określenie 
„pyrrusowe zwycięstwo'”, oznaczające, że nawet wygrywając, można stracić.

Odważne zwycięstwa Pyrrusa były taką zniewagą dla Rzymian, że sto lat później najechali oni 

na Epir i zniszczyli siedemdziesiąt miast. Wśród nich znalazła się i Efyra. Choć ruiny wyroczni 
istnieją   do   dziś,   relacje   z   wydarzeń,   jakie   miały   tam   miejsce,   przepadły.   Dla   nas,   ludzi 
dwudziestego   stulecia,   pozostały   ruiny   i   nieliczne   źródła   historyczne,   literackie   oraz 
antropologiczne – wszystkie bardzo interesujące, ale będące zaledwie echem przeszłości.

Przewodnik podróżnika po królestwie pośrednim

Ci, których wciągnie ten temat, mogą zechcieć odwiedzić wyrocznię zmarłych w Efyrze. Nawet 

dziś leży ona na uboczu, w górzystym rejonie Grecji. W czasach starożytnych podróże do wyroczni 
zmarłych były niewyobrażalnie męczące. Z założenia chodziło o ciężką próbę, tak długa podróż 
bowiem z pewnością zwiększała emocje związane z oczekiwaniem na wizje.

Moja żona i ja mieliśmy ogromne trudności z odnalezieniem wyroczni zmarłych, kiedy w marcu 

1993 roku odwiedziliśmy Grecję, żeby spędzić dzień w najstarszym w dziejach naszej cywilizacji 
psychomanteum.

Aby dostać się tam z Aten, najpierw polecieliśmy na północ, do miasta Ioannina. Spędziliśmy 

tam   noc,   a   z   rana   pojechaliśmy   autobusem   do   Prevezy.   Jazda   trwała   dwie   godziny,   po   czym 
natychmiast przesiedliśmy się do autobusu jadącego do małego miasteczka Kanaliki.

Wyprawy   autobusem   w   ten   rejon   nie   sadła   ludzi   lękliwych.   Znaczna   część   drogi   wiedzie 

wąskimi   serpentynami,   a   pasażerowie   widzą   przez   okna   przepaście   sprawiające   wrażenie 
bezdennych.

background image

Ale taka podróż to nie tylko strach. Można też zobaczyć piękne krajobrazy i barwne sceny z 

życia greckich wsi.

Po   dotarciu   na   koniec   do   miasteczka   Kanaliki   wzięliśmy   taksówkę   do   necromanteionu,   jak 

nazywają   go   miejscowi.   Znajduje   się   on   jakieś   sześć   kilometrów   za   miastem,   na   szczycie 
wysokiego wzgórza, poniżej kaplicy bizantyńskiej zbudowanej w średniowieczu, być może po to, 
by   budowla   chrześcijańska   zasłoniła   wyrocznię.  Wyrocznia   pozostawała   ukryta   przez   setki   lat. 
Ostatnio odkopano ją i większość ruin jest teraz wyraźnie widoczna.

Kierowca podwiózł nas tuż pod bramę stalowego ogrodzenia, które otacza starożytne ruiny. 

Poprosiliśmy go, aby wrócił po nas, co okazało się doskonałym pomysłem, ponieważ nie ma tam 
telefonu.

Nie   było   żadnych   innych   zwiedzających.   Byliśmy   z   żoną   zupełnie   sami   w   miejscu 

uwiecznionym przez Odyseusza i Orfeusza, odwiedzanym przez tysiące ludzi pragnących ujrzeć 
swoich utraconych bliskich. Z błogosławieństwem Sokratesa, pełnego humoru dżentelmena, który 
od blisko dwudziestu pięciu lat opiekował się wyrocznią, mogliśmy swobodnie wędrować wśród 
szczątków dawnej wyroczni.

Pozbawiona dachu, ukazywała labirynt korytarzy i izb, po których krążyli przed wiekami petenci 

czekający   na   wprowadzenie   do   komnaty   zjaw.   Wszystkie   pomieszczenia   wyroczni   są   nadal 
widoczne.   Usiedliśmy   w   części   mieszkalnej   kapłanów   –   zwanych   psychopompami   –   którzy 
zarządzali tym przybytkiem. Ich pokoje byty wielkie, według standardów starożytnych, a jednak 
mierzyły nie więcej niż trzy metry na trzy. Opuściwszy siedzibę kapłanów i wędrując po labiryncie 
korytarzy, usiłowałem sobie wyobrazić, jak to miejsce mogło wyglądać dwa tysiące lat temu, kiedy 
było ciemne jak jaskinia i przesycone pełnym grozy wyczekiwaniem. Co robili ludzie w czasie 
spędzanych tu długich tygodni? O czym myśleli i rozmawiali? Mimo że lubię być sam, wzdragałem 
się na myśl o tak długotrwałym i otępiającym wyczekiwaniu.

Pokoje, w których sypiali klienci wyroczni, były łatwe do odnalezienia. Tak samo jak komnata 

zjaw. Było to największe pomieszczenie w labiryncie, o wysokich ścianach, przestronne. Mogłem 
sobie  bez trudu wyobrazić, jakim wstrząsem  dla zmysłów  musiało  być znalezienie się  tam po 
spędzeniu blisko miesiąca w mroku. W tej majestatycznej komnacie pochodnie rzucały na ściany 
migotliwe   blaski,   kiedy   ubrani   w   togi   kapłani   podprowadzali   swoich   klientów   do   wielkiego 
wypolerowanego kotła. Ustawiwszy ich wokół, polecali im wpatrywać się w lśniący metal, aż ujrzą 
wizję osoby, którą pragnęli zobaczyć.

Stojąc pośrodku tej komnaty, tam gdzie musiał znajdować się kocioł, mogłem sobie wyobrazić, 

czego   świadkami   byli   kapłani,   kiedy   klienci,   jeden   po   drugim,   dostrzegali   swoje   wizje.   Na 
podstawie   moich   doświadczeń   z   pracy   we   własnym   psychomanteum,   oddalonym   o   tysiące 
kilometrów od tego miejsca, wiedziałem, jaka radość i zaskoczenie malują się na twarzach ludzi na 
widok magicznych wizji, znałem okrzyki zachwytu, gdy krewni i najdrożsi powracali jeszcze na 
chwilę. Patrząc z góry na ruiny uświadomiłem sobie, jakim wyczynem architektonicznym musiało 
być   to   psychomanteum   dla   starożytnych   specjalistów.   Zbudowali   je   z   wielką   starannością,   tak 
bardzo dokładnie, że przetrwało do dziś i świadczy o ogromnym znaczeniu, jakie przypisywano w 
tej kulturze wywoływaniu duchów zmarłych ludzi.

Od religii do królowej Elżbiety

Ponieważ   zachowały   się   tylko   nieliczne   relacje   na   temat   wpatrywania   się   w   zwierciadło, 

niemożliwe jest napisanie na ten temat szkicu historycznego, w którym nie byłoby luk. Inaczej niż 
w przypadku takich dziedzin jak chemia lub filozofia, nie istnieje tu ciągła tradycja, sięgająca setek 
lat wstecz.

Praktyka wpatrywania się w zwierciadło zdaje się pojawiać cyklicznie to tu, to tam, po czym 

niknie   z   pola   widzenia,   przypominając   raczej   rozproszone   wybuchy   niż   nieprzerwaną   linię 
przekazu. Mimo wszystko, jeśli już się pojawia, często prowadzi do interesujących skutków.

background image

Mogę co najwyżej przedstawić serię krótkich epizodów, gdy wpatrywanie się w zwierciadło 

odegrało   rolę   w   historii   ludzkości.  Te   epizody   zostały   zaczerpnięte   z   literatury,   mitów,   religii, 
polityki i życia codziennego. Choć w tym rysie historycznym pojawią się luki obejmujące setki lat, 
wskaże   on   wyraźnie,   że   praktyka   wpatrywania   się   w   zwierciadło   w   celu   wywołania   duchów 
odgrywała ważną rolę w życiu ludzkim od najwcześniejszego okresu historii człowieka. Ta rola 
była tak ważna, że ani Kościół, ani państwo nie były w stanie stłumić owych praktyk.

Już w Starym Testamencie, w „Pierwszej Księdze Samuela”, znajdujemy wzmianki o wróżbach. 

Król Saul nakazuje wypędzenie wszystkich mediów i spirytystów z Izraela, jak też domaga się kary 
śmierci dla każdego, kto odważy się wywoływać duchy. Ale kiedy sam potrzebuje porady zmarłego 
króla Samuela, udaje się w przebraniu do pewnej kobiety w En-Dor, znanej jako medium, która 
niechętnie ulega jego namowom i przywołuje ducha Samuela. En-Dor znaczy „fontanna z Dor”. 
Wioska leży na górze podziurawionej jak sito licznymi jaskiniami. Zarówno jaskinie, jak i fontanny 
– o czym się wkrótce przekonamy – mają związek z wywoływaniem duchów.

Duch   Samuela   najwyraźniej   wyjawia   kobiecie,   kim   jest   Saul,   ponieważ   ta   zupełnie 

niespodziewanie nydaje przejmujący krzyk i zwraca się do króla ze słowami: „Dlaczego mnie 
oszukałeś? Wszak ty jesteś Saul!”

Dopiero po zapewnieniu, że nie stanie się jej żadna krzywda, kobieta ujawnia Saulowi obecność 

Samuela. Zobaczywszy zmarłego króla, Saul pada na ziemię i zwraca się do niego: „Jestem w 
ciężkiej niedoli – mówi. – Filistyńczycy wojują ze mną, a Bóg odstąpił ode mnie i już nie daje mi 
odpowiedzi ani przez proroków, ani przez sny; przywołałem więc ciebie, abyś mi oznajmił, co mam 
czynić”.

W  odpowiedzi   Samuel   wygłasza   przerażające   proroctwo,   które   się   spełnia:   „Dlaczego   tedy 

pytasz   mnie,   skoro   Pan   odstąpił   od   ciebie   i   stał   się   twoim   wrogiem?   Pan   uczynił   ci,   jak 
zapowiedział przeze mnie: Pan wydarł władzę królewską z twojej ręki i dał ją innemu, Dawidowi. 
Ponieważ nie usłuchałeś głosu Pańskiego i nie wywarłeś zapalczywego gniewu Pana na Amaleku, 
dlatego   uczynił   ci   to   Pan   w   dniu   dzisiejszym.   Nadto   wyda   Pan   Izraela   wraz   z   tobą   w   ręce 
Filistyńczyków i jutro będziesz ty i twoi synowie ze mną. Również i obóz izraelski wyda Pan w 
ręce Filistyńczyków”.

Jakiego rodzaju medium używa kobieta do wywołania ducha Samuela? Choć w Biblii nie mówi 

się   wyraźnie   o   tym,   jaką   metodę   zastosowała,   być   może   użyła   czegoś   w   rodzaju   zwierciadła, 
jakiegoś lśniącego obiektu, który mógł ukazać lustrzany obraz zjawy. Być może to w przejrzystej 
głębi takiego odbicia nastąpiło spełnienie bolesnego pragnienia króla Saula, by spotkać zjawę.

To do używania przez Józefa srebrnej czary jako zwierciadła nawiązywał jego sługa, gdy mówił: 

„Czyż nie jest to jedno, w czym mój pan pije i w czym faktycznie wróży?” W dalszym wersie Józef 
wychwalał swe talenty, stwierdzając: „Czyż nie wiesz, że człowiek taki jak ja może naprawdę 
wróżyć?”

Antropolodzy   i   inni   badacze,   którzy   poznawali   kultury   plemienne,   opisują   metody 

konsultowania się z duchami podobne do opisanych w Starym Testamencie.

Tradycja szamańska

Na przykład na Syberii tunguscy szamani stosowali miedziane zwierciadła, aby „umiejscawiać 

duchy”.   W   ich   języku   słowo   „zwierciadło”   wywodzi   się   ze   słowa   „dusza”   lub   „duch”,   toteż 
zwierciadło było uznawane za miejsce pojawiania się duchów. Szamani ci twierdzili, że wpatrując 
się   w   zwierciadło,   potrafią   zobaczyć   duchy   zmarłych   ludzi.   Zresztą   słowo   „szaman”   pochodzi 
właśnie z języka Tunguzów. Zadaniem szamana było rozwiązywanie problemów, które wyłaniały 
się w życiu codziennym całej społeczności, jak też poszczególnych osób. Swego czasu Malgasze z 
Madagaskaru wywoływali duchy zmarłych podczas zawiłych ceremonii grupowych. Do obyczajów 
tego   ludu   należały   rozmowy   o   widzianych   zjawach   swoich   zmarłych   bliskich,   jak   też   otwarte 
dyskusje   o   kontaktach   z   tymi   duchami.   Szamani   plemienni   rozpoczynali   takie   ceremonie, 

background image

nawiązując kontakt z duchami poprzez zwierciadło.

Podobnie  jak  we  fragmencie  eposu Homera,  w  którym  opisana  jest  wizja  Odyseusza,  krew 

służyła jako medium do wpatrywania się Indianom z plemienia Paunisów w Ameryce Północnej. 
Stosowana przez nich metoda wpatrywania się w zwierciadło była podobna do greckiej. Kiedy 
członek plemienia zabił borsuka, starszyzna plemienna przetrzymywała zwierzę do nocy, po czym 
obdzierano je ze skóry. Krew zlewano do misy i przy świetle księżyca ustawiano wokół niej dzieci, 
aby wpatrywały się w swoje odbicia w tak powstałym zwierciadle. Jeśli ujrzały siebie z siwymi 
włosami, oznaczało to długie życie; jeśli obraz był ciemny i niewyraźny, dziecko miało zachorować 
i umrzeć; jeśli nie ukazywało się żadne odbicie, dziecko miało pewnego dnia zginąć z ręki wroga.

Afrykanie z Fezu do wypatrywania wizji używali naczynia z wodą. We współczesnym Egipcie 

używa się zbiorniczka z atramentem – niemal tak samo, jak Odyseusz posługiwał się krwią. Dee 
Halde, podróżnik, który na początku XVIII wieku pojechał do Chin, napisał później, że taoistyczni 
wróżbici   obserwowali   w   kotłach   z   wodą  wydarzenia   zachodzące   w   całym   imperium.   Zulusi   z 
Afryki   czcili   należące   do   ich   wodza   naczynie,   które   po   napełnieniu   wodą   służyło   do   wróżb. 
Szamani na północy strefy równikowej w Afryce rozpoznawali choroby pacjentów, wpatrując się w 
kociołek z wodą.

Do najbardziej intrygujących należy praktyka wpatrywania się w zwierciadło uprawiana przez 

plemię Nkomi z Przylądka Lopez. Otóż stosuje sieje w czasie rytualnego przyjmowania chłopca do 
grona mężczyzn, a przebiega to w następujący sposób: po długim poście nowicjusza zamyka się w 
szałasie. W jednym końcu szałasu stoi drewniana statua. Pod nią umieszcza się kości człowieka 
zmarłego dawno temu, przed statuą zaś ustawia się zwierciadło.

Nowicjusz ma za zadanie tak długo wpatrywać się w zwierciadło, aż zobaczy w nim twarz 

człowieka.   Następnie   musi   opisać   swoją   wizję.   Jeżeli   trafnie   opisze   zmarłego,   którego   kości 
umieszczono pod statuą, zostaje dopuszczony do kolejnego etapu ceremonii.

W najnowszej książce na temat leczniczych właściwości roślin, Richard Evans Schultes oraz 

Albert Hoffman – chemik, który odkrył LSD – opisują plemię Bwiti z Afryki Zachodniej, które 
utrzymuje   kontakt   ze   zmarłymi   krewnymi   stosując   w   tym   celu   pewne   ziele   i   zwierciadło. 
Członkowie  tego   plemienia   zjadają  duże   ilości   rośliny  zwanej   iboga,   po  czym  wpatrują  się  w 
zwierciadło.

Członkowie   tego   plemienia   powiedzieli   antropologom,   że   kombinacja   rośliny   i   zwierciadła 

„otwiera   głowę”,   wskutek   czego   ich   dusze   mogą   przenieść   się   do   „ziemi   zmarłych”.   Jeden   z 
praktykujących ten rytuał, napisał krótki wiersz o swoich przeżyciach, w którym możliwie najlepiej 
wyraża słowami to, co się wówczas z nim działo:

Czułem się tak, jakbym został przeniesiony daleko,
w głęboką puszczę,
aż doszedłem do bariery z czarnego żelaza.
Przy tej barierze, niezdolny do jej przekroczenia,
Dostrzegłem tłum czarnych ludzi
Również nie mogących jej przestąpić.
W dali... było bardzo jasno.
Powietrze mieniło się kolorami...
Nagle mój ojciec zstąpił z góry
w postaci ptaka.
Nadał mi wówczas imię Eboka
I umożliwił lot za nim
ponad żelazną barierą.  

background image

Zwierciadło Ala ad-Aina, nimfy Numy

Temat   duchów   wywoływanych   ze   zwierciadeł,   pobudzał   także   wyobraźnię   literacką 

przedstawiciel i kultur innych niż grecka. Wydaje mi się zupełnie oczywiste, że kilka spośród 
opowieści w „Księdze tysiąca i jednej nocy”, zawiera opisy wizji lustrzanych. Na przykład historia 
Ala ad-Dina i jego lampy mówi właśnie o przyzywaniu duchów. Odmiennie niż w tej pracy, w 
historii Ala ad-Dina mamy do czynienia nie z duszami zmarłych, lecz z duchami innego rodzaju – 
dżinnami.   Te   złowieszcze   stwory   mogły   spełniać   życzenia   osób,   którym   udało   sieje   uwolnić, 
pocierając lampę, gdzie byty uwięzione.

W „Księdze tysiąca i jednej nocy” osobą, która dokonała tego jako pierwsza, jest matka Ala ad-

Dina, która polerowała lampę piaskiem, by jej przywrócić blask i móc ją sprzedać. W trakcie tej 
czynności z lampy wydostał się gigantyczny dżinn, „o przerażającym wyglądzie i wielkiej postaci”.

„Powiedz, czego chcesz ode mnie – zagrzmiał. – Jestem twym sługą i sługą tego, w którego 

posiadaniu znajduje się lampa”.

Matka Ala ad-Dina była tak przerażona, że błagała swego syna: „Proszę cię, mój chłopcze – na 

mleko, które z mej piersi ssałeś – wyrzuć tę lampę i ten pierścień, bo one nas wpędzą w wielką 
biedę!”

To   oczywiste,   że   polerując   metalową   lampę,   matka   Ala   ad-Dina   spowodowała   powstanie 

odblaskowej powierzchni, w której dżinn mógł być widziany jako wizja lustrzana. Następnie wizja 
ta pozornie opuściła powierzchnię odblaskową i pojawiła się w świecie materialnym.

W dawnych czasach metalowych lamp używano również do wróżb; praktyki takie nazywano 

larnpadornancją. Mam przywiezioną z Indii starą brązową lampę na tłuszcz wielorybi i rozumiem 
przyczyny, które spowodowały powstanie takiej tradycji. Odkryłem bowiem, że po wypolerowaniu 
staję się ona doskonałym zwierciadłem, świetnie nadającym się do wpatrywania.

Wszystko   to   każe   mi   uwierzyć,   że   obraz   dżinna   wydostającego   się   z   butelki,   najprawdo-

podobniej pochodził z wpatrywania się w zwierciadło.

Istoty zwane nimfami pojawiły się w rzymskich mitach przy opowieści o Numie, drugim królu 

Rzymu. Podobnie jak wszyscy Rzymianie, wierzył on we wróżki wodne, które wyłaniały się z 
krystalicznie czystej wody w fontannach. Kiedy czytamy komentarz świętego Augustyna, staje się 
dla nas zupełnie oczywiste, że Egeria to byt lustrzany. W swym dziele „O państwie Bożym” św. 
Augustyn napisał: „Bo i sam Numa, do którego nie posłano żadnego proroka Bożego i żadnego 
świętego anioła, zmuszony został do uprawiania hydromancji, by w wodzie zobaczyć obrazy bogów 
lub raczej mamidła demonów i usłyszeć od nich co powinien ustanowić i czego przestrzegać w 
dziedzinie religijnych obrzędów i ofiar”.

Celtyckie mity o wpatrywaniu się w zwierciadło

Celtycki manuskrypt z dwunastego wieku opowiada o wydarzeniu z życia Lludda, jednego z 

pierwszych   królów   Brytanii,   kiedy   to   wykorzystano   wpatrywanie   się   w   kocioł   w   celu   ujęcia 
kłopotliwych smoków. Smoki te wydawały tak przeraźliwe odgłosy, że „mężczyźni bledli i tracili 
siłę,   kobiety   roniły,   chłopcy   i   dziewczęta   odchodzili   od   zmysłów,   a   wszystkie   zwierzęta   oraz 
drzewa,  ziemia, wody stawały  się jałowe”.  Tak więc smoki  te zagrażały  przyszłości  królestwa 
Lludda i władca musiał znaleźć sposób, by się ich pozbyć. W tym celu odbył naradę ze swoim 
bratem,   królem   Francji,   który   powiedział,   że   można   by   wyczarować   smoki   w   kadzi   z   winem 
miodowym i uwięzić je w jedwabnej materii.

„Natychmiast owiń wokół nich materię – powiedział brat Lludda – i zakop je w kamiennej 

skrzyni, i pokryj ją ziemią, w miejscu, jakie uznasz za najbezpieczniejsze w swoim królestwie”.

Lludd   postąpił   zgodnie   z   tą   sugestią:   okrył   beczkę   wina   miodowego   jedwabną   tkaniną   i 

wpatrywał się w nią, póki nie ukazały się zjawy smoków. Kiedy w końcu zostały zawinięte w 

background image

jedwab, Lludd je zakopał.

Opowieść o Lluddzie stanowi jedno z ogniw w ciągnącym się przez wieki łańcuchu historii 

wpatrywania się w kocioł, które pojawia się jako kluczowa scena w „Makbecie” Szekspira, kiedy to 
trzy czarownice gotują według starej receptury wywar i z jego wrzących oparów wywołują zjawy.

W   źródłach   średniowiecznych   można   znaleźć   opisy   rytuałów   wywoływania   duchów,   które 

ujawniały   zainteresowanym   informacje,   jakich   nie   dało   się   zdobyć   w   inny   sposób.   W   roli 
wróżbitów   występowali   młodzi   chłopcy;   to   im   duchy   przekazywały   wieści.   Procedury 
przywoływania   duchów   zmarłych   włączano   czasami   do   zbiorów   materiałów   medycznych,   co 
pozwala przypuszczać, że stosowali je również lekarze. Można się zastanawiać, czy nie służyło to 
czasem kojeniu żałoby.

Niektóre   z   tych   technik   pojawiają   się   we   wspaniałej   tragedii   Goethego,   poświęconej 

legendarnemu doktorowi Faustowi. W trakcie opowieści poznajemy metody upatrywania się w 
zwierciadło. Są to metody służące do wykrywania złodziei, podróży poza ciałem, rozpoznawania 
chorób, a nawet przyzywania dziewięciu duchów powietrza poprzez wpatrywanie się w szklankę 
napełnioną wodą źródlaną.

Swego rodzaju doktor Faust żył w osiemnastym wieku pod postacią hrabiego Cagliostro. Stał się 

międzynarodową sensacją ucząc ludzi, jak wpatrywać się w dające odbicie powierzchnie i widzieć 
obrazy. Jeden z pisarzy pozostawił relację o duchu Cagliostra, o tym, jak pojawił się i prowadził z 
nim rozmowę w „kryształach i pod szklanymi dzwonami”.

Wróżbita zwany 007

Zapewne   do   najbardziej   fascynujących   opowieści   o   magicznych   sztuczkach   należy   historia 

Johna Dee, znanego angielskiego uczonego i wynalazcy z czasów elżbietańskich, urodzonego w 
1527 roku. Ślubował on poświęcić swoje życie nauce i studiował całymi dniami, codziennie, przez 
cały okres młodzieńczy. Jego trud przyniósł efekty. Mając zaledwie dwadzieścia kilka lat wykładał 
już na licznych uniwersytetach, zwłaszcza we Francji, gdzie szanowano jego dziwactwa.

Był   także   pełnym   poświęcenia   wynalazcą,   którego   prace   czasem   jego   samego   wpędzały   w 

kłopoty. Kiedy uczniowie wystawiali komedie Arystofanesa, Dee postanowił uatrakcyjnić spektakl, 
budując aparaturę do specjalnych efektów – gigantycznego insekta, który wyglądał, jakby latał. 
Owad rozbawił większość ludzi, którzy go widzieli, a niektórych nawet wystraszył. Kiedy bowiem 
uruchomiono aparaturę, co bardziej zabobonni spośród widzów zerwali się na nogi z okrzykiem: 
„Czarodziej!”

Oskarżenia o uprawianie czarów towarzyszyły Johnowi Dee przez całe życie. Pewnego razu tak 

bardzo zniecierpliwiły go prześladowania, że poprosił, aby go osądzono w celu załatwienia tego 
problemu raz na zawsze. Jak napisał w swojej petycji do króla, „proces zniechęciłby tych chorych 
umysłowo, bezmyślnych, złośliwych i godnych pogardy prostaków'', którzy zatruwali mu życie. 
Dodał nawet, iż chętnie zgodzi się na ukamienowanie, jeśli ktoś udowodni mu, że istotnie jest 
czarodziejem czy też wywołującym diabły.

Mając dwadzieścia kilka lat, Dee był już uczonym o międzynarodowej sławie i ekspertem w 

dziedzinie   technik   i   sprzętu   nawigacyjnego.   Napisał   jeden   z   klasycznych   podręczników   do 
matematyki i wynalazł przyrząd pomagający żeglarzom odczytywać mapy.

Dla   królowej   Elżbiety   pracował   jako   swego   rodzaju   prywatny   wywiadowca.   Jak   mówiono, 

królowa była zafascynowana jego oczami, wobec czego nadała mu przydomek Oczy. W nawiązaniu 
do   tego,   podpisując   tajne   raporty   dla   niej,   Dee   stawiał   obok   siebie   dwa   kółka,   co   miało 
przedstawiać oczy, a nad nimi i z boku znak przypominający siódemkę, zapewne jego szczęśliwą 
liczbę. W rezultacie podpis wyglądał jak 007, czyli numer ewidencyjny Jamesa Bonda, również 
pracownika królewskich tajnych służb.

Badając   przedmioty   przywiezione   z   Meksyku   przez   Hiszpanów,   Dee   znalazł   zwierciadło   z 

background image

obsydianu, które najwyraźniej służyło Aztekom do wróżenia. Ze zdumieniem odkrył, że dostrzega 
w nim wizje, i wkrótce zaczął wykorzystywać to odkrycie w swojej pracy dla królowej, która nawet 
udała się pewnego dnia z wizytą do jego domu, aby zobaczyć owo niezwykłe zwierciadło.

Jego   siedziba   była   właściwie   połączeniem   muzeum,   biblioteki   i   ośrodka   badań   nad 

świadomością. Miał tam wiele najróżniejszych interesujących przedmiotów oraz księgozbiór, jeden 
z   najlepszych   w   kraju.   Pomimo   swoich   powiązań   z   dworem   i   wysokiej   pozycji   w   świecie 
akademickim, nadal przez niewykształconych mieszkańców Londynu uważany był za czarodzieja. 
Pewnego   razu   ci   zabobonni   ludzie   zostali   podjudzeni   przez   zazdrosnych   członków   dworu 
królewskiego do rozruchów przeciw Johnowi Dee. Zaatakowali i spalili jego dom, w czasie gdy 
właściciel   przebywał   w   podróży   poza   granicami   kraju.   W   jednym   z   opisów   tego   wydarzenia 
znajduje się informacja, że Dee z oddali, za pomocą obsydianowego zwierciadła, obserwował swoje 
płonące księgi. Podobno przyjął to ze stoickim spokojem; zresztą i tak nie był w stanie nic zrobić.

W domu, który został zniszczony, Dee miał specjalną komnatę służącą do wywoływania wizji 

zwierciadlanych. Skrupulatnie opisywał swoje wizje w szczegółowym i obszernym manuskrypcie, z 
którego do dziś zachowała się tylko część. Opisuje w nim duchy, które najpierw pojawiały się w 
zwierciadle, a potem jak gdyby wychodziły zeń i przebywały w komnacie.

Jeden z tych duchów, młodej kobiety o imieniu Madimi, pojawiał się regularnie i jakby krążył po 

pokoju. Dee pisał również, że przybysze odzywali się, a nawet prowadzili z nim rozmowy. Na 
przykład jedna z tych istot – zwanych przez Dee aniołami – wygłosiła następującą ponadczasowo 
słuszną sentencję: „Ignorancja była nagością, przez którą znosiłeś pierwsze cierpienia, a pierwszą 
plagą, która nawiedziła człowieka, był głód wiedzy... głód wiedzy przeszkadza ci zdobywać wiedzę 
o sobie samym”.

Uczeni  dawno  odrzucili  relacje  Johna  Dee,  uznając   je  za   nieprawdziwe,   ale  ja  uważam,   że 

wywoływał on mądrość i byty z głębin swojej podświadomości.

Dee nie sądził jednak, że tak było. Ten wielki naukowiec usiłował wykorzystać wszystko, co 

było w jego mocy, aby dotrzeć do Boga. Miał nadzieję, że dzięki kontaktom z aniołami, uda mu się 
na nowo połączyć katolików i protestantów w jednej wierze chrześcijańskiej, wierze powszechnej 
miłości. Pomimo ostrzeżeń ze strony przywódców obu Kościołów, że ryzykuje postawienie go pod 
sąd jako heretyka, Dee nadal publikował swoje konwersacje z aniołami.

Jego wiara w to, że za pośrednictwem obsydianowego zwierciadła rozmawia z aniołami, nie 

zyskała mu przychylności na dworze. Jakub I, który w 1603 roku odziedziczył koronę po Elżbiecie, 
był   bardzo   wyczulony   na   wszystko,   co   pachniało   czarami.   Ponieważ   Dee   był   lojalnym   sługą 
królowej Elżbiety, nowy król oddalił wprawdzie zarzuty o uprawianie przez Dee wróżbiarstwa, 
wysuwane przez niektórych przedstawicieli kleru, ale pozbył się go z dworu królewskiego.

Skazany na ostracyzm przez pozostałych uczonych, Dee zmarł w 1608 roku. Ostatnie dni spędził 

pod opieką córki, która musiała czasami sprzedawać jego cenne księgi, aby zdobyć pieniądze na 
jedzenie.

Po jego śmierci starannie przygotowany manuskrypt zawierający opis badań wpatrywania się w 

zwierciadło zaginął na długie lata. Odnalazł się w końcu w sklepie rybnym w Londynie, gdzie 
używano wyrywanych z niego kartek do pakowania ryb. Zapewne nic by się z tego manuskryptu 
nie uchowało, gdyby jeden z uczonych nie przeczytał przypadkowo zapisków na papierze, w który 
była zawinięta kupiona przez niego ryba.

Prezydenckie wizje zwierciadlane

Także   jeden   z  prezydentów   czerpał  wiedzę   z  wizji  zwierciadlanych.  W nocy  decydującej  o 

wynikach wyborów w 1860 roku, Abraham Lincoln leżał wyczerpany na sofie. Nagle w pobliskim 
lustrze dostrzegł dziwne, podwójne odbicie siebie samego: jedno takie, jak wyglądał naprawdę, i 
drugie, na którym był blady i przypominał ducha.

background image

Lincoln   powiedział   o   tym   swojej   żonie.   Mary.   Pierwsza   Dama   zinterpretowała   tę   wizję 

następująco:   powiedziała,   że   zostanie   wybrany   na   drugą   kadencję,   ale   umrze   przed   jej 
zakończeniem. Wizja zwierciadlana prezydenta i jej interpretacja okazały się prorocze.

Zdumiewające, jeśli weźmie się pod uwagę powszechność chęci ponownego spotkania się z 

bliskimi zmarłymi, że umiejętności wpatrywania się w lustro niemal zaginęły. Jednym z powodów 
tego stanu rzeczy jest zapewne to, że ci, którzy praktykują tę działalność, zachowują w tajemnicy 
stosowane techniki.

Fakt, że po wywoływaniu duchów w Efyrze następowało okadzenie i rytualna kąpiel, świadczy, 

iż pomocnicy, kimkolwiek byli, zdawali sobie sprawę z niezbędności tych rytuałów dla ułatwienia 
osobom wywołującym zjawy powrotu do rzeczywistości. Ujmujący gest kobiety z En-Dor, która 
zaprosiła Saula na poczęstunek, zanim wyszedł, świadczy, że i ona rozumiała potrzebę wsparcia po 
takim przeżyciu.

Stosowano   także   represje   na   tle   religijnym.   Organizacje   religijne   o   surowej   doktrynie 

zniechęcały ludzi do szukania osobistych przeżyć w królestwie duchów. Ponieważ wpatrywanie się 
w zwierciadło daje ludziom dostęp do ich duchowego wszechświata, przywódcy różnych religii (nie 
tylko chrześcijaństwa, ale i innych religii państwowych) zepchnęli te praktyki do podziemia. Wiele 
religii dawało wyraz pełnemu miłosierdzia zainteresowaniu losem człowieka, paląc na stosie lub w 
inny sposób eliminując tych, którzy naruszali zakazy.

Ważne jest również, aby zauważyć, że każda społeczność surowo traktuje tych, którzy łamią 

konsens. Niewiele jest zasad dotyczących życia człowieka, czy to poznawczych, czy społecznych, 
które byłyby świętsze niż wyobrażenie, że istnieje nie do pokonania przepaść między światem 
żywych a królestwem zmarłych. Ci, którzy przekraczają tę granicę, narażają się na surową krytykę.

Fałszywa historia

Bardzo prawdopodobne, że jakieś fałszerstwa zapisano jako fakt i nagłośniono po to, by trzymać 

ludzi z dala od miejsc, w których były przywoływane duchy zmarłych. Lub, być może, chętni do tej 
praktyki   nie   potrafili   rozpracować   technik   i   próbowali   je   tylko   naśladować.   Można   znaleźć 
wzmiankę o tym w jednym z fragmentów pracy Hipolita, biskupa Rzymu z II wieku, który tak oto 
pisał w celu potępienia różnych okultystycznych herezji:

„Ale też nie powinienem przemilczeć łotrostw tych czarowników, które polegają na wróżeniu 

za pomocą kotła. W celu stworzenia bowiem zamkniętej komnaty i pomazania sufitu cyjaniną 
(ciemnoniebieską farbą) stosują pewne naczynia z cyjaniną i wznoszą je do góry. Kocioł pełen 
wody umieszczają wszakże na środku podłogi i padające na niego sine odbicie ma przedstawiać 
widok niebios. Ale podłoga też ma pewien ukryty otwór, na którym stawia się kocioł, uprzednio 
wyposażony   w   kryształowe   dno,   podczas   gdy   on   sam   zrobiony   jest   z   kamienia.   Pod   nim 
jednakże,   niewidoczne   dla   obserwatorów,   znajduje   się   pomieszczenie,   gdzie   zbierają   się 
wspólnicy, przybierając postacie bogów i demonów, których magik chce przedstawić”.

Z wielu powodów niektórzy ludzie – zwłaszcza przedstawiciele władz i medycyny – chcieli 

zdławić   praktyki   wpatrywania   się   w   zwierciadło.   Powody   te   sięgają   od   zagorzałego 
fundamentalizmu po strach przed zabobonami.

Nie twierdzę, że wszyscy, którzy praktykują wpatrywanie się w zwierciadło, zawsze byli w pełni 

uczciwi i mieli wyłącznie dobre intencje. W tej dziedzinie wystąpiło tyle samo oszustw, co i w 
każdej innej – od medycyny po hydraulikę.

Czy mamy jednak odrzucać coś pożytecznego tylko z tego powodu, że nieliczni wykorzystują to 

w sposób nieuczciwy albo że nie jest zgodne z poglądami większości? Nie sądzę. Historia pokazuje 
zarówno zalety wpatrywania się w zwierciadło, jak i jego wady. Dowiodła także woli niektórych do 

background image

walki w obronie tego, w co wierzą.

Przychodzi mi tu na myśl nieugięty i ze stoickim spokojem znoszący swój los John Dee. Stawił 

czoło obywatelom Anglii, gdy sam wezwał do sądzenia go za czary. Był nawet więziony przez 
sześć miesięcy za lubieżne, diabelskie praktyki magiczne. A mimo to nadal spędzał czas wpatrując 
się w swoje obsydianowe zwierciadło i dzielnie spisując relacje na temat duchów, które ujrzał w 
jego przejrzystej głębi.

Można by się zastanawiać, dlaczego tak wielki umysł z czasów elżbietańskiej Anglii narażał w 

ten sposób swoją reputację. Czyż jego życie nie było wskutek tego o wiele trudniejsze? Było. Ale 
on poszukiwał wiedzy absolutnej i chciał wiedzieć jak najwięcej o sobie samym i otaczającym go 
świecie.   Śmieszność   z   pewnością   znaczyła   niewiele   dla   człowieka,   który   napisał   w   swoim 
dzienniku:   „Mogę   i   muszę   wyznać   przede   wszystkim,   w   imię   prawdy   i   szczerości,   że   cel 
ostateczny, do jakiego dążę, to nie zaspokojenie ciekawości, lecz czynienie dobra”.

4. 

Współczesne psychomanteum

Ci, którzy śnią za dnia, są świadomi

wielu rzeczy umykających uwadze tych,

którzy śnią jedynie nocą.

Edgar Allan Poe

Po zbadaniu, jaką rolę wpatrywanie się w zwierciadło odegrało w historii, zdecydowałem się 

spróbować doprowadzić do spotkania ze zjawami zmarłych w sposób bardzo podobny do tego, jaki 
stosowali Grecy.

Wymyśliłem procedurę, dzięki której, według mnie, zjawy zmarłych można było wywoływać 

wśród   żywych   ludzi.  Ale   czy   procedura   ta   była   bezpieczna?   Skonsultowałem   się   z   doktorem 
Williamem Rollem, jednym z czołowych w świecie ekspertów w dziedzinie zjaw zmarłych, który 
poinformował mnie, że ani razu nie zdarzyło mu się, aby kogokolwiek spotkała krzywda ze strony 
zjawy. W rzeczywistości, przeciwnie niż się to przedstawia w filmach i książkach grozy, odkrył, iż 
takie przeżycia są korzystne i łagodzą rozpacz lub nawet powodują, że zupełnie mija.

Pierwszym moim zadaniem stało się stworzenie odpowiedniego otoczenia, w którym mógłbym 

prowadzić swój eksperyment. W tym celu przemieniłem pomieszczenie na górze starego młyna w 
Alabamie   w   nowoczesne   psychomanteum.   Była   to   uwspółcześniona   wersja   wyroczni   zmarłych 
istniejących w starożytnej Grecji, chodziło mi bowiem o osiągnięcie tego samego efektu, to znaczy 
umożliwienia ludziom widzenia zjaw zmarłych.

Urządziłem pokój, który miał służyć za izbę zjaw. W jednym końcu powiesiłem na ścianie lustro 

o wymiarach: sto dwadzieścia centymetrów długości i sto pięć centymetrów szerokości. Dolna 
krawędź lustra znajdowała się metr nad podłogą.

Przygotowałem też wygodny głęboki fotel, któremu obciąłem nogi, wskutek czego zagłówek 

znalazł się również na wysokości około metra nad podłogą. Fotel został ustawiony w odległości 
około metra od lustra i lekko odchylony do tyłu. Chodziło mi przy tym o wygodę, ale i o to, by 

background image

wpatrujący się w zwierciadło nie mógł widzieć własnego odbicia. W efekcie odchylenia fotela 
powstało   wrażenie   przejrzystej   głębi   w   lustrze,   które   odbijało   jedynie   ciemności   panujące   za 
wpatrującą się osobą. W ten sposób otrzymałem krystalicznie przejrzysty mrok.

Ten   przejrzysty   mrok   gwarantowała   czarna   aksamitna   zasłona,   zwieszająca   się   z   sufitu   i 

udrapowana   wokół   fotela.   Odpowiednio   zakrzywiony   pręt,   na   którym   wisiała,   powodował,   że 
draperia otaczała fotel i lustro, dzięki czemu powstała osłonięta jakby grota czy komnata. Wewnątrz 
tej komnaty widzeń, bezpośrednio za fotelem, ustawiłem małą lampkę ze szkła witrażowego, z 
piętnastowatową   żarówką.   Kiedy   w   pokoju   gasiło   się   lampy,   a   zewnętrzne   światło   nie   mogło 
przedostać się przez żaluzje i grube kotary, jedynie ta maleńka lampka rozjaśniała pomieszczenie.

Ten prosty pokój z przyćmionym światłem, ciemne otoczenie i przejrzysta głębia lustra tworzyły 

idealne warunki do wpatrywania się w zwierciadło. Byłem gotów do doświadczalnego sprawdzenia 
moich teorii.

Wstępne badania

Pytanie,   jakie   zadałem   sobie   na   wstępie,   było   proste:   Czy   istnieje   metoda   umożliwiająca 

widzenie   zjaw   zmarłych   bliskich   osób   przez   normalnych,   zdrowych   ludzi?   Aby   otrzymać 
odpowiedź   na  to  łatwe  pytanie,  wybrałem  dziesięć   osób,  które   miały  ochotę   poświęcić   na  ten 
eksperyment tyle czasu, ile było potrzeba.

Jak w większości badań tego rodzaju, przyjąłem następujące kryteria doboru kandydatów:

- musieli to być ludzie dojrzali, interesujący się zagadnieniami świadomości człowieka;
- musieli być zrównoważeni emocjonalnie, dociekliwi i umiejący wyrazić swoje myśli;
- żaden z kandydatów nie mógł mieć zaburzeń emocjonalnych czy psychicznych (to dlatego, by 

zmniejszyć prawdopodobieństwo, że eksperyment mógłby spowodować szkodliwą reakcję);

-   żaden   z   kandydatów   nie   mógł   być   zwolennikiem   okultyzmu,   ponieważ   takie   skłonności 

mogłyby skomplikować analizę wyników.

Skontaktowałem się z licznymi osobami, o których wiedziałem, że spełniają powyższe kryteria. 

Byli wśród nich prawnicy, psychologowie, lekarze, studenci z ostatnich lat i ludzie innych profesji.

Wszystkim   kandydatom   wyjaśniłem   szczegółowo   istotę   eksperymentu.   Powiedziałem   im,   że 

będziemy   próbowali   wywołać   zjawy   zmarłych   osób,   z   którymi   byli   blisko   związani   i   które 
chcieliby ponownie zobaczyć. Poprosiłem ich następnie, aby wybrali kilka pamiątek, przedmiotów 
należących niegdyś do zmarłych i mocno z nimi związanych. Mieli przynieść te przedmioty ze sobą 
do psychomanteum w dniu wywoływania przez nich zjaw.

Potem ułożyłem harmonogram sesji, tak by mieć pewność, że będę pracował tylko z jedną osobą 

na raz. Każdą z osób uczestniczących prosiłem, aby w wyznaczonym dniu przybyła o dziesiątej 
rano i przyniosła ze sobą pamiątki, a nawet album z fotografiami, jeśli to możliwe. Prosiłem także, 
aby uczestnicy eksperymentu przychodzili w swobodnych, luźnych ubraniach i wygodnych butach.

Uzgodniliśmy, że mogą zjeść lekkie śniadanie, ale prosiłem, aby powstrzymali się od picia kawy, 

herbaty lub innych napojów zawierających kofeinę.

Po przybyciu na miejsce kandydat szedł ze mną na rozluźniający spacer po okolicy. W czasie 

przechadzki   rozważaliśmy,   dlaczego   dana   osoba   chciała   zobaczyć   określonego   zmarłego. 
Uprzedzałem też uczestnika eksperymentu, że nie ma żadnej gwarancji, iż zjawa się ukaże. To 
naturalnie było prawdą. Nie mogłem obiecać, że zjawa się ukaże, ale miałem też głębsze powody, 
by tak mówić. Chciałem usunąć wszelkie napięcie wywołane uczestnictwem w eksperymencie. 
Mogło ono bowiem spowodować niepokój i zmniejszyć szansę widzenia zjawy.

Po   spacerze   jedliśmy   lekki   lunch,   na   który   składała   się   zupa,   sałatka,   jakiś   owoc   oraz   sok 

owocowy lub bezkofeinowy napój gazowany. Następnie zasiadaliśmy do trwającej dłuższy czas 

background image

rozmowy, w czasie której szczegółowo mówiliśmy o wszystkim, co wiązało się ze zmarłą osobą i 
stosunkami łączącymi zmarłego z uczestnikiem eksperymentu. Rozważaliśmy sprawy takie, jak 
charakter zmarłego, jego wygląd, zwyczaje – dosłownie wszelkie aspekty osobowości.

Zazwyczaj uczestnik eksperymentu przynosił ważne i wzruszające pamiątki. W czasie naszej 

konwersacji przedmioty te leżały przed nami i mój rozmówca często ich dotykał. Niektóre z nich 
były naprawdę poruszające. Jeden z panów przyniósł sprzęt do łowienia ryb, należący niegdyś do 
jego ojca. Pewna kobieta przyjechała z kapeluszem swojej zmarłej siostry. Przedmioty te służyły 
jako rozbudzające wspomnienia, namacalne pamiątki po zmarłych.

Zanim niektórzy z uczestników wchodzili do komnaty zjaw, polecałem, by położyli się na łóżku 

skonstruowanym przez jednego z moich pracowników. Łóżko to, pozwalające na spoczywanie w 
pozycji półleżącej, wyposażone w głośniki, pomaga wraz z muzyką w doznaniu uczucia głębokiego 
relaksu. Używała tego łóżka mniej więcej polowa osób.

Przygotowania   trwały   aż   do   zmierzchu.   Wtedy   uczestnika   eksperymentu   wprowadzano   do 

pomieszczenia, w którym miał wpatrywać się w zwierciadło, włączano małą lampkę, a pozostałe 
światła   w   pokoju   gaszono.   Osoba   uczestnicząca   w   eksperymencie   otrzymywała   polecenie 
wpatrywania się intensywnie w lustro i rozluźnienia się. oczyszczenia swoich myśli ze wszystkiego 
prócz wspomnień o zmarłej osobie. Mogła pozostawać w tym pomieszczeniu tak długo, jak tylko 
chciała, ale prosiłem, aby nie miała przy sobie zegarka, pokusa zerkania nań jest bowiem bardzo 
silna.

Przez cały czas w sąsiednim pokoju siedział mój asystent, gotów służyć pomocą, gdyby to się 

okazało   potrzebne.   Kiedy   uczestnik   eksperymentu   wychodził,   przeprowadzaliśmy   szczegółową 
dyskusję,   w   czasie   której   opowiadał,   co   mu   się   przytrafiło.   Umożliwialiśmy   mu   analizowanie 
wszystkich swoich uczuć i omawianie przeżycia tak długo, aż poczuł, że nie ma już zupełnie nic do 
dodania. Czasami relacjonowanie odczuć trwało ponad godzinę. Zwracałem szczególną uwagę na 
to,   aby   nie   przeszkadzać   ani   nie   ponaglać.   Rozmowa   kończyła   się   dopiero   wtedy,   kiedy   sam 
uczestnik eksperymentu uznał, że jest skończona.

„Zobaczyłem autentyczną osobę”

Typowym przypadkiem był mężczyzna, który chciał zobaczyć swoją zmarłą matkę. Przyszedł do 

mnie po wysłuchaniu pogadanki o możliwościach wynikających z wpatrywania się w zwierciadło, 
którą wygłosiłem w New Jersey.

Powiedział mi, że jego matka zmarła przed rokiem i że bardzo za nią tęskni. Ojciec osierocił go 

we wczesnym dzieciństwie i matka wychowywała syna samotnie. Wskutek tego łączyła go z matką 
niezwykle silna więź i po jej śmierci głęboko rozpaczał.

Zapytałem   o   jego   życie.   Miał   czterdzieści   parę   lat   i   pracował   na   wysokim   stanowisku   w 

renomowanej   firmie   biegłych   księgowych   w   Nowym   Jorku.   Nigdy   nic   był   leczony   z   powodu 
jakichkolwiek zaburzeń psychicznych.

Pomyślałem, że idealnie nadawał się na uczestnika mojego eksperymentu badawczego. Nie tylko 

był chętny i rozumiał, o co w tym chodzi, ale też spełniał kryteria, jakie ustaliłem dla kandydatów 
do moich badań.

Czułem się poruszony, kiedy zaproponował, że przyjedzie i spędzi dzień u mnie. Kiedy zjawił 

się   na   swoją   sesję,   postępowaliśmy   zgodnie   z   programem,   który   wcześniej   tu   opisałem.   Rano 
poszliśmy na spacer i rozmawialiśmy o tym, dlaczego chce zobaczyć swoją zmarłą matkę. Zawsze 
uważałem podobne ćwiczenie za niezwykle skuteczny środek wyzwalania myśli danej osoby. Jest 
nawet grupa psychologów, którzy spacer i bieganie traktują jako stały element terapii. Podobnie 
było w przypadku tego pana. Podczas spaceru zaczął opowiadać o swojej matce. I kiedy mówił o jej 
poświęceniu jako osoby samotnic wychowującej dziecko, wyraźnie widziałem, że wspomnienia te 
bardzo go wzruszyły.

background image

– Pod koniec życia była bardzo chora – rzekł. – Sądzę, że chcę ją ponownie zobaczyć między 

innymi dlatego, iż pragnąłbym się przekonać, czy jest szczęśliwa tam, gdzie się teraz znajduje.

Po lunchu obejrzeliśmy album z fotografiami jego i matki, przyglądając się temu, jak oboje 

starzeli się z upływem lat. Na wczesnych zdjęciach widać było krzepką, szczęśliwą kobietę, ale pod 
koniec   albumu   stało   się   widoczne,   jak   bardzo   wyniszczyły   ją   życie   i   choroba.   Na   niektórych 
fotografiach twarz mężczyzny była przytulona do twarzy matki. Choć uśmiechał się, można było 
Łatwo dostrzec, że pogarszający się stan jej zdrowia bardzo go martwi.

Oglądaliśmy też pamiątki, które przywiózł ze sobą. Był to sweter, który nosiła pod koniec życia, 

a także kapelusz z jej młodych lat.

– Ubrania mają swoją pamięć – powiedział mężczyzna, wyjaśniając, dlaczego wybrał właśnie to. 

– Chciałem wziąć ze sobą coś, co by mi przypominało, jak się czuła, a nawet jak się poruszała.

Wieczorem   zaprowadziłem   go   do   izby   zjaw   i   wyjaśniłem   mu   całą   procedurę.   Następnie 

zostawiłem go samego. Mniej więcej godzinę później wyszedł. Uśmiechał się, a po policzkach 
spływały mu łzy. Był uszczęśliwiony tym przeżyciem, jak mówił. Usiedliśmy w moim biurze i 
opowiedział mi, co zobaczył:

„Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że osoba, którą zobaczyłem w lustrze, była moją matką! 

Nie wiem, skąd przyszła, ale jestem pewien, że widziałem autentyczną osobę. Patrzyła na mnie z 
lustra. Nie potrafię powiedzieć, w co była ubrana, ale wiem, że miała siedemdziesiąt kilka lat, 
była  mniej więcej w  tym  samym wieku, w  jakim umarła. Wyglądała  jednak  na zdrowszą  i 
szczęśliwszą niż pod koniec życia.

Nie   poruszała   ustami,   ale   mimo   to   mówiła   do   mnie   i   wyraźnie   słyszałem   jej   słowa. 

Powiedziała:

– Jest mi tu doskonale. – Czułem mrowienie w dłoniach i przyspieszone bicie serca. Potem 

zdecydowałem się powiedzieć coś do niej.

– Cieszę się, że cię widzę – odezwałem się.
– I ja też – odparła. I to wszystko. Po prostu znikła”.

Przeżycie to pomogło mu odzyskać spokój ducha po śmierci matki.
– Po tym, co zobaczyłem i usłyszałem, wiem, że już nie cierpi, tak jak w swoich ostatnich dniach 

– powiedział. – Już samo to spowodowało ustąpienie wielkiego napięcia, w jakim żyłem.

Uczestnik tego eksperymentu był pewien, że jego matka naprawdę pojawiła się w lustrze, choć 

nie potrafił powiedzieć, skąd przybył jej obraz. Mogła to być jakaś forma jego pamięci lub też 
naprawdę duch jego matki, jak powiedział. Ale jakakolwiek była odpowiedź na to pytanie, nie 
umiał jej udzielić.

– Nie rozumiem dokładnie przyczyny, ale wiem, że naprawdę widziałem moją matkę.

Zadziwiające rezultaty

Jeszcze zanim pierwszy uczestnik eksperymentu ukończył swoją sesję, zakładałem, że tylko 

niewielka   część   –   może   jeden   na   dziesięciu   –   będzie   miała   wizje.   Sądziłem   też,   że   wszyscy 
uczestnicy będą wątpili w „rzeczywisty” charakter spotkania i nie będą pewni, czy to, co przeżyli, 
było czymś „realnym”, czy też jedynie dokonało się w ,.ich umysłach”.

Wyniki   doświadczeń   okazały   się   jednak   diametralnie   różne   od   tego,   co   początkowo 

przewidywałem. Już po przeprowadzeniu dziesięciu osób przez proces  ułatwiania wizji zdałem 
sobie  sprawę, że  możliwe  jest  powszechne  powielanie  doświadczeń  ludzi  w   zakresie  widzenia 
duchów osób zmarłych. Spośród dziesięciorga uczestników, którzy przy mojej pomocy przeszli 
przez cały proces, pięcioro zobaczyło wizje swoich zmarłych krewnych. Później, po udoskonaleniu 

background image

sprzętu   i   techniki   ułatwiania   wizji,   osiągałem   nawet   lepsze   wyniki.  A  jednak   ciągle   wracam 
myślami do wczesnych badań i podziwiam te pierwsze przypadki.

„Przekaż mojej mamie, że mam się dobrze”

Jednym   z   moich   ulubionych   uczestników   na   tym   wczesnym   etapie   badań   był   lekarz   z 

Zachodniego Wybrzeża, który przyjechał, aby spotkać się ze swoją zmarłą ciotką. Zamiast tego 
nastąpiło zupełnie nieoczekiwane spotkanie z jego nieżyjącym siostrzeńcem. Spotkanie postawiło 
go   w   bardzo   niezręcznej   sytuacji.   Choć   było   jedynie   przeżyciem   słuchowym,   uczestnik 
eksperymentu   miał   głębokie   przeświadczenie,   że   rozmawiał   z   chłopcem.   Oto   jak   opowiadał   o 
swoim przeżyciu:

„Właściwie   wcale   nie   planowałem   spotkania   z   moim   siostrzeńcem   w   tym   pokoju   zjaw. 

Przebywałem   tam,   jak   mi   się  wydawało,   dość  długo.   Kiedy   tak   siedziałem   usiłując   na   siłę 
wywołać wizję, nie przychodziło nic, co mógłbym uznać za znaczące. Aż nagle przestałem się 
wysilać, po prostu siadłem wygodnie i rozluźniłem się. Cóż, najwyraźniej nie jestem w stanie 
przeżyć wizji, pomyślałem.

I właśnie w tej samej chwili bardzo silnie poczułem obecność mojego siostrzeńca, który 

popełnił samobójstwo. Byłem bardzo z nim zżyty, nosił zresztą to samo imię co mój ojciec i ja.

No więc miałem to bardzo silne wrażenie jego obecności i bardzo wyraźnie słyszałem jego 

głos. Mówił do mnie. Pozdrowił mnie i prosił o przekazanie prostej wiadomości. Powiedział:

– Przekaż mojej mamie, że mam się dobrze i bardzo ją kocham.
Było to silne przeżycie. Wiem, że był przy mnie. Nic nie widziałem, ale bardzo wyraźnie go 

czułem, jego obecność w pobliżu. Ten głos, to coś zupełnie innego niż usłyszenie własnych 
myśli, nic jest też dokładnie tym samym, co normalne słyszenie głosu. To jakby mówienie do 
psychiki. Nie potrafię precyzyjnie stwierdzić, co to takiego, ale umiem powiedzieć, czym nie 
jest.   To   taka   szczególna   forma   porozumienia.   Jestem   pewien,   że   porozumiewałem   się   z 
siostrzeńcem”.

To wizjonerskie spotkanie stworzyło dylemat interpersonalny dla lekarza. Był zupełnie pewien, 

że   naprawdę   obcował   ze   swoim   zmarłym   siostrzeńcem.   Czuł   się   także   zobowiązany   postąpić 
zgodnie z tym, co obiecał, to znaczy przekazać siostrze wiadomość podaną mu przez chłopca. Nie 
był jednak pewien, jak siostra zareaguje na to i czy nie pomyśli, że zwariował.

Powiedział   mi   wówczas,   że   postanowił   przekazać   siostrze   wiadomość   w   sposób   okrężny: 

mówiąc jej, że miał bardzo sugestywny sen. Kiedy rozmawiałem z nim osiem miesięcy później, był 
już zdecydowany powiedzieć siostrze całą prawdę o tym, jak doszło do spotkania z jej synem. 
Okazało się, że przyjęła jego przeżycie z pełnym zrozumieniem.

„On mnie przytulił”

Pewna kobieta przyszła, żeby zobaczyć swojego dziadka. Przyniosła album z fotografiami i, 

przeglądając go, otwarcie opowiadała o swojej miłości do dziadka. Choć weszła do izby zjaw 
oczekując, że ujrzy swojego dziadka, żadne z nas nie było przygotowane na to, co się wydarzyło. 
Nic tylko widziała go i rozmawiała z nim, ale dziadek wyszedł z lustra i pocieszał ją, kiedy zaczęła 
płakać.

„Byłam   taka   szczęśliwa,   kiedy   go   zobaczyłam,   że   zaczęłam   płakać.   Przez   łzy   nadal 

widziałam go w lustrze. A potem odniosłam wrażenie, że się do mnie zbliżył, i musiał chyba 

background image

wyjść z lustra, ponieważ następnie poczułam, że obejmuje mnie i przytula. Miałam wrażenie, 
jakby mówił: „Wszystko dobrze, nie płacz”.

Zanim to zrozumiałam, już go nie było. Ale nadal czuję jego dotyk. Czuję też ciepło, jakby 

ktoś mnie przytulał.

To cudownie, że mogłam znowu go zobaczyć. Wyglądał na szczęśliwego, to dobrze. Mimo że 

tęsknię za nim, cieszę się, bo wiem, że mu dobrze, tam gdzie jest”.

Zaskoczyło mnie to, że czuła, jak dziadek ją obejmuje, choć dotykowe spotkania z duchami są 

zjawiskiem dość szeroko występującym w badaniach parapsychologicznych. W jednym z badań 13 
procent kontaktów ze zmarłymi miało charakter dotykowy, to znaczy uczestnicząca w nich osoba 
odnosiła   wrażenie,   że   była   dotykana   przez   ducha.   Jest   to   typowe   u   wdów,   które   czują   dotyk 
zmarłych mężów, często kiedy leżą w łóżku w nocy lub nad ranem. Choć znałem publikowane w 
literaturze naukowej wyniki badań na temat „czucia” duchów, nie oczekiwałem, że przytrafi się to 
uczestniczce mojego eksperymentu. Przytrafiło się to zresztą nie tylko jej, ale także i innym.

„Żyjesz tak, jak trzeba”

Przykładem kontaktu słuchowego może być przeżycie pewnej kobiety z Ameryki Południowej, 

która przyjechała do mojego psychomanteum w nadziei na ujrzenie zjawy męża, który umarł na 
atak serca przed rokiem, w wieku czterdziestu kilku lat.

Rankiem w dniu swojej śmierci zgłosił się do szpitala z silnym bólem w klatce piersiowej. 

Lekarze zrobili mu różne podstawowe badania, ale nie dostrzegli żadnej nieprawidłowości w pracy 
serca. Wypisali go więc ze szpitala i wrócił do domu. Parę godzin później szykował się wraz z 
rodziną do obiadu, kiedy nagle złapał się za pierś i upadł martwy na podłogę.

Żona nie była przygotowana psychicznie na śmierć męża. Nagle znalazła się w roli jedynego 

żywiciela czwórki dzieci.

Rozmawialiśmy o tym, czego spodziewa się po spotkaniu. Głównym problemem, jak mówiła, 

było upewnienie się, czy jej mężowi jest dobrze w życiu pozagrobowym. Chciała też wiedzieć, czy 
akceptuje to, jak ona radzi sobie ze sprawami rodzinnymi. Jej życie wypełniło się napięciem, jako 
samotna matka miała bowiem mnóstwo zajęć. Napięcie wykrzywiało jej twarz, kiedy opowiadała o 
swoim życiu po utracie męża.

– Nigdy nie wiem, czy postępuję słusznie, ale nie mam czasu zastanawiać się nad tym – mówiła. 

– Nie umiem się też odprężyć. Chodziłam do różnych poradni i lekarzy, ale nie potrafili mi pomóc.

Po przejściu przez zwykłą procedurę zaprowadziłem ją do izby zjaw. A oto jej własne słowa na 

temat tego, co się zdarzyło:

„Zobaczyłam chmury i światła, i jakiś ruch z jednej strony lustra na drugą. W tych chmurach 

pojawiały się światła, które zmieniały kolory. Przez moment myślałam, że go zobaczę. Ale to nie 
było   w   ten   sposób.   Zamiast   tego   nagle   poczułam   jego   obecność.   Nie   widziałam   go,   ale 
wiedziałam, że stoi tuż przy mnie. I wtedy usłyszałam, że mówi. Powiedział:  »Rób lak dalej, 
żyjesz tak, jak trzeba, i dobrze wychowujesz dzieciaki.«

A potem oglądaliśmy w zwierciadle wspomnienia z naszego wspólnego życia. Przeżywaliśmy 

je jeszcze raz. Na przykład widziałam nas w sali porodowej, kiedy towarzyszył mi przy porodzie 
jednego z naszych dzieci. Czułam się taka szczęśliwa, że był ze mną, kiedy to się działo, i teraz 
przeżywałam tamta scenę zupełnie tak, jakbyśmy ją jeszcze raz przeżywali. Widziałam też wiele 
innych rzeczy, które robiliśmy wspólnie, i patrząc na nie teraz, czułam się równie szczęśliwa jak 
dawniej, kiedy byliśmy razem.

Czy byłam przestraszona? Absolutnie nie. Wprost przeciwnie, czułam się tak odprężona jak 

nigdy od czasu, gdy umarł. Wiedziałam, że nie zdarzy się nic złego. Byłam razem z mężem, więc 

background image

co złego mogło mi się przytrafić?

Miałam wrażenie, że był z nami przez cały ubiegły rok. Wiedziałam, że umarł, ponieważ 

widziałam to, ale naprawdę czułam się tak, jakby był z nami. Nigdy jednak nie odczuwałam jego 
obecności tak silnie jak tutaj. Przeżywaliśmy ponownie te same chwile co wtedy, gdy jeszcze 
żył.

Teraz chciałabym powtórzyć to jeszcze raz. Czułam go blisko, ale chciałabym następnym 

razem w izbie zjaw sprawdzić. czy mogę go faktycznie zobaczyć”.

Następnego dnia próbowała ponownie wywołać wizję. Była nawet swobodniejsza w stosowaniu 

ustalonych   technik   i   efekty   były   o   wiele   lepsze   niż   poprzedniego   dnia.   Tym   razem   zupełnie 
wyraźnie słyszała głos męża. Choć nie widziała go, czuła, że stał tuż przy niej.

„Zobaczyłam   kolejne   sceny   z   naszego   wspólnego   życia,   ale   tym   razem   było   inaczej. 

Widziałam coś, jakby na moment pojawił się jego obraz w lustrze, bardzo wyraźnie natomiast 
słyszałam, że mówił do mnie. Zupełnie jakby był w pokoju i kiedy ja pomyślałam jakieś pytanie, 
on mi natychmiast odpowiadał.

Było mu żal mnie, że mam takie ciężkie życie. Ale powiedział, że właśnie to muszę teraz 

robić, i że nie powinnam wszystkiego tak bardzo przeżywać.

Byłam ogromnie zadowolona. Chciałam go przytulić, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Ale i 

tak cudowna jest świadomość, że on jest z nami, kiedy go potrzebujemy”.

Uczestniczka  obu tych eksperymentów  odczuła natychmiast  ulgę,  znacznie osłabło  napięcie, 

które przedtem bruzdami żłobiło jej twarz. Uśmiechała się radośnie, choć przed sesjami uśmiech 
wogóle nie gościł na jej twarzy.

W jej przypadku wizje spowodowały dwa skutki. Po pierwsze, przekonała się, że mąż już nie 

cierpi   i   pozytywnie   odnosi   się  do   miejsca,   w   którym   przebywa.   „Wiem,   że   jest   mu   dobrze   – 
powiedziała. – Zapewnił mnie o tym w czasie naszego spotkania”. Świadomość tego była dla niej 
bardzo ważna, zwłaszcza że zmarł nagle i w bólach. Przeżycie, jakie miała w izbie zjaw, zaspokoiło 
więc jej pragnienie, by cierpienia męża znalazły swój kres.

Kontakt z mężem potwierdził również, że postępowała słusznie jako matka. Od jego śmierci ta 

kobieta, prócz obowiązku wychowania czwórki dzieci, pracowała na dwóch posadach. Dźwigała 
ten straszny ciężar, jakim jest rola samotnej matki, cały czas zastanawiając się, czy jej postępowanie 
znalazłoby  aprobatę  w  oczach  męża.  Teraz  wiedziała,  że  tak. W  czasie  obu  sesji  mąż  wyraził 
przekonanie, że wychowuje dzieci najlepiej, jak może, i w taki sposób, jaki on w pełni akceptuje.

„Teraz mogę być pewna tego, co wcześniej budziło moje wątpliwości – powiedziała mi. – Wiem, 

że jest ze mną i przez cały czas stara się mi pomóc”.

Ta  uczestniczka  eksperymentu  opuściła  psychomanteum   czując   ogromną   ulgę.  Pod  wieloma 

względami bolesny poprzedni rok jej życia zakończył się dla niej. Była rozluźniona i pewna siebie, 
gotowa stawić czoło przyszłości.

„Czuję   się   pokrzepiona   i   mam   wrażenie,   że   już   potrafię   żyć   z   inną   wizją   przyszłości   – 

powiedziała. – I nie muszę się już martwić”.

„Czuję się dobrze i kocham cię”

Inny uczestnik, chirurg, dążył do spotkania z matką, która zmarła w 1968 roku. Czuł, że jest 

winien matce ogromną wdzięczność za swe powodzenie w życiu. Bardzo za nią tęsknił i często 
zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby matka nie umarła. Chcąc po prostu jeszcze raz 
ją zobaczyć, wszedł do izby zjaw. Po wyjściu powiedział:

background image

„Wszedłem do kabiny lekko zaniepokojony, nie wiedząc dokładnie, czy mi to zrobi dobrze. 

Siedziałem tam dość długo, usiłując rozluźnić się psychicznie i osiągnąć właściwy stan. W końcu 
odprężyłem się tak bardzo, że jak sądzę, zacząłem zapadać w drzemkę. W tym stanie wpatrując 
się w lustro, dostrzegłem przesuwającą się przez nie jakby mglistą smugę. Następnie z tej mgły 
uformowała się postać i usiadła na jakiejś sofie.

Najpierw zobaczyłem jedynie zarys postaci, nie widziałem żadnych szczegółów. Potem, może 

minutę później, zaczęty się pojawiać pewne rysy tej postaci. I to nie od razu. Było to raczej jak 
obrazy komputerowe, które widuje się w telewizji. Twarz jakby wypełniała się od góry do dołu, a 
po jakimś czasie wiedziałem: to moja matka.

– Jak się masz? – spytałem.
Jej   usta   nie   poruszyły   się,   ale   porozumiewaliśmy   się   psychicznie   i   w   ten   sposób   mi 

odpowiedziała:

– Czuję się dobrze i kocham cię.
Zadałem jej następne pytanie:
– Czy miałaś bolesną śmierć?
– Wcale nie – usłyszałem, jak mówi. – Przejście do śmierci było łatwe.
Początkowo werbalizowałem moje pytania, mówiłem je na głos. Ale nim zdążyłem wyrazić w 

słowach kilka następnych pytań, napływała już odpowiedź. Nie było słychać słów; po prostu 
wiedziałem, co ona mówi.

Zadałem jej następne pytania, już tylko w myślach:
– Co sądzisz o kobiecie, którą zamierzam poślubić?
– To bardzo dobry wybór – odpowiedziała. – Powinieneś bardzo się starać kontynuować ten 

związek i nie postępować tak jak dawniej. Staraj się być bardziej wyrozumiały.

Zadałem jej może dziesięć pytań, po czym nagle znikła i nie mogłem już z nią rozmawiać. 

Starałem się ściągnąć ją z powrotem, ale było we mnie tyle emocji, że nie mogłem tego zrobić. 
Zanim wszystko się skończyło, ogarnęło mnie wielkie wzruszenie”.

Zdumienie wynikami

Te pierwsze przypadki zdumiały mnie. Choć każdego roku miliony ludzi widują zjawy swoich 

zmarłych,   badacze   zawsze   utrzymywali,   że   wizje   te   następują   spontanicznie   i   nie   można   ich 
wywołać.   Wizjonerskie   spotkania   następują   niezależnie   od   czyjejkolwiek   woli   –   twierdziła 
większość uczonych.

Myślałem, że to prawda, ale miałem pewne wątpliwości. A teraz udało mi się wywołać wizje w 

warunkach klinicznych.

Jak starożytni Grecy, urządziłem psychomanteum, do którego mogli przychodzić ludzie, aby 

porozumieć się z duchami zmarłych. Było oczywiste, że po odpowiednich przygotowaniach ludzie, 
stosując te techniki, mogli widzieć zjawy zmarłych bliskich im osób.

Uznałem  to   za  emocjonujące  i   użyteczne  odkrycie.  Ludzie,  których   smuci   utrata   ukochanej 

osoby, mogli bardziej bezpośrednio pokonywać swój ból. Zamiast opowiadać psychoterapeucie, co 
czują w związku z utratą partnera czy dziecka, mogli rozmawiać bezpośrednio z tą ukochaną osobą.

Dzięki badaniom nad stanami bliskimi śmierci wiem, że zobaczenie zmarłej ukochanej osoby 

może być niezwykle skutecznym środkiem terapeutycznym. Kontakt ze zmarłymi krewnymi to 
jeden  z  elementów   przeżyć   w  stanie  bliskim  śmierci,  które  powodują,  że   nie  jest   to  doznanie 
przerażające czy powodujące uraz. Jak świadczą badania naukowe, doznania ze stanów bliskich 
śmierci powodują zmianę w życiu ludzi w ten sposób, że mniej obawiają się oni śmierci. A mniej 
się   boją   między   innymi   dlatego,   że   widzą   zmarłych   krewnych,   którzy   są   szczęśliwi   w   życiu 
pośmiertnym.

background image

Łagodzenie rozpaczy następuje zarówno na skutek widzenia zjawy, jak też odczuć w stanie 

bliskim   śmierci   i   pod   tym   względem   oba   przeżycia   są   podobne.   Wizjonerskie   spotkania   ze 
zmarłymi   bliskimi   osobami   nie   są   przerażające.   Wręcz   przeciwnie,   są   to   raczej   pozytywne 
doznania, które dają ludziom nadzieję i poczucie, że zmarły miewa się dobrze, jest szczęśliwy i 
duchem pozostaje przy nich.

Na przykład pewien mężczyzna z Pensylwanii utracił w wypadku swoją ukochaną córkę. Poszła 

popływać w jeziorze z grupką przyjaciół i utonęła. Mężczyzna ów udał się nad jezioro i czekał, aż 
nurkowie wydobędą jej ciało. Następnie towarzyszył jej w drodze do kostnicy i poczynił wszystkie 
przygotowania do pogrzebu.

Dwa dni później, kiedy właśnie miała zostać pochowana, mężczyzna wiązał akurat przed lustrem 

krawat, gdy nagle obok niego wyłoniła się zjawa zmarłej córki. Była nadal ubrana w kostium 
kąpielowy i ociekała wodą, zupełnie jakby dopiero co została wydobyta z jeziora. Stanęła obok ojca 
i położyła mu rękę na ramieniu. Następnie pocałowała go w policzek, powiedziała: „Do widzenia” i 
znikła.

Historię tę opowiedziała mi druga córka tego mężczyzny, która uparcie twierdziła, że kiedy jej 

ojciec wyszedł z łazienki i opowiedział rodzinie o tym niezwykłym przeżyciu, na jego ramieniu i 
policzku widoczny był wilgotny ślad.

– Opowiadał tę historię aż do śmierci – powiedziała ta kobieta. – Ludzie pytali, czy to zdarzenie 

nie wywołało w nim trwogi, ale zaprzeczał. Był bardzo szczęśliwy, że zobaczył ją jeszcze raz.

Podekscytowany możliwościami, jakie stwarzało wpatrywanie się w zwierciadło, zdecydowałem 

się poprowadzić dalsze badania w tej dziedzinie.

5. 

Teatr Umysłu

Badaj to, za co jesteś wyszydzany,

że chcesz badać.

Źródło nieznane 

Wiosną 1990 roku, zdając sobie sprawę, że jest mi potrzebne specjalne pomieszczenie, w którym 

mógłbym prowadzić dalsze badania nad wpatrywaniem się w zwierciadło, zdecydowałem się, jak 
już wspomniałem, zamienić stary młyn na odpowiednie do tego celu pomieszczenie. Nazwałem je 
Teatrem Umysłu. W tym teatrze połączyłem całą gamę elementów – malarstwo, muzykę, zabawę, 
relaks, twórczą aktywność, ćwiczenia fizyczne, obcowanie z naturą, stany hipnagogiczne, złudzenia 
wzrokowe,   stymulację   intelektualną   i   humor   –   tak   by   tworzyły   atmosferę   w   naturalny   sposób 
sprzyjającą powstawaniu odmiennych stanów świadomości.

Teatr ten jest tak różnorodny, że jednocześnie pełni funkcję świątyni, salonu wróżbity, ośrodka 

ucieczki duchowej, muzeum sztuki, szkoły, biblioteki i miejsca rozrywki. Na dodatek przywodzi na 
myśl niektóre z dawno zapomnianych instytucji świata starożytnego, takich jak greckie wyrocznie 
zmarłych, świątynie inkubacji snów Asklepiosa oraz Museion, czyli prawzór naszych muzeów, 
gdzie   ludzie   szli   szukać   inspiracji   u   muz.  Wszystko   to   zostało   połączone   w   taki   sposób,   aby 

background image

stworzyć otoczenie, w którym może dojść do wizjonerskich spotkań.

Czynniki umożliwiające osiągnięcie odmiennych

stanów świadomości

Moja strategia zakładała włączenie możliwie największej liczby czynników, o których wiadomo, 

że ułatwiają przejście do odmiennych stanów rzeczywistości. Ogólnym celem Teatru Umysłu jest 
kształcenie, rozrywka, rozwój duchowy i terapia prowadząca do łagodzenia żalu poprzez odmienne 
stany świadomości. Oto czynniki sprzyjające osiąganiu tych stanów:

Piękno przyrody

Cuda   przyrody   mogą   spowodować   mistyczne   i   inne   przeżycia   duchowe.   Piękno   przyrody 

rozbudza bardzo silne emocje gdzieś głęboko wewnątrz istoty ludzkiej.

Aby zapewnić potężną dawkę kontaktu z przyrodą, Teatr Umysłu mieści się w dawnym młynie 

nad strumieniem, w odosobnionym wiejskim zakątku Alabamy. Liczne dzikie zwierzęta przychodzą 
nad strumień, którego brzegi widać z okien salonu, a bujna zielona puszcza izoluje od cywilizacji, 
jest również dla przebywających tu osób miejscem spacerów i zbliżenia z naturą.

Zmiana poczucia czasu

Ludzie, którzy przeżywają odmienne stany świadomości, często opowiadają, że w trakcie tych 

doznań mają zaburzenia poczucia czasu. Aby pomóc uczestnikom sesji zagubić się w czasie, proszę 
ich, aby nie nosili zegarków. Dbam także o to, aby żadne zegary nie znalazły się w zasięgu ich 
wzroku.   Niekiedy   ustawiam   na   podwórzu   zegar   słoneczny   jako   subtelne   przypomnienie 
prymitywniejszych metod określania czasu.

Nie   tylko   czasomierze   są   tu   anachroniczne,   ale   i   cały   wystrój.   Wszędzie   znajdują   się 

staroświeckie   meble,   a   ogromna   kolekcja   dziewiętnastowiecznych   kart   stereoskopowych   jest 
swoistym oknem na dawno minioną przeszłość.

Wszystko to, łącznie z młynem, który został zbudowany w 1839 roku, powoduje dezorientację 

świadomości i podświadomości i popycha człowieka ku wcześniejszej epoce.

Uczestnicy sesji mówią, że czują się, jakby żyli w przeszłości. Niektórzy z nich utrzymują,, iż 

jest to tak, jakby zostali przeniesieni przez zegar czasu z ery techniki do epoki o jakieś sto lat 
wcześniejszej.

Sztuka a odmienne stany świadomości

Wszelkiego rodzaju dzieła sztuki mogą także wywoływać odmienne stany świadomości. Pewna 

włoska lekarka, psychiatra, rozpoznała zjawisko, które nazwała „syndromem Stendhala”. To dziwne 
schorzenie   jest   podobne   do   załamania   nerwowego   i   następuje   wówczas,   gdy   ludzie   mają   do 
czynienia z wybitnymi dziełami sztuki. Syndrom Stendhala najczęściej daje się zaobserwować we 
Florencji, we Włoszech, i dotyczy przede wszystkim turystów z krajów o silnym etosie pracy. 
Kiedy dotrą do Florencji, budzą się w nich niezwykłe emocje na widok wspaniałych dzieł sztuki w 
tym mieście. Niektórzy przechodzą lekkie załamanie nerwowe. Po kilku dniach leczenia powracają 
do zdrowia. Najwyraźniej piękno dziel sztuki oglądanych po ciężkiej pracy, pozbawionej wrażeń 
wyższego rzędu, powoduje wystąpienie swoistego przeładowania umysłu.

background image

Odmienne stany świadomości odnotował także u muzyków pianista koncertowy Erik Pigani. 

Wielu   sławnych  muzyków,  z  którymi  osobiście   rozmawiał,  doznawało  niezwykłych  przeżyć  w 
czasie   wykonywania   wspaniałych   utworów   muzycznych.   Niektórzy   opowiadali,   że   mieli   takie 
uczucie, jakby skąpani byli w blasku.

Pigani zainteresował się odmiennymi stanami świadomości wśród muzyków, gdy sam doznał 

wrażenia w czasie koncertu, że oto nagle unosi się nad scenę i obserwuje własny występ.

Wszystko   to   przekonuje   mnie,   że   sztuka   i   muzyka   stymulują   liczne   odmienne   stany 

świadomości, takie jak na przykład doznania pozacielesne.

Podjąłem   więc   próbę   wykorzystania   sztuki   jako   czynnika   powodującego   powstawanie 

odmiennych   stanów   świadomości   w   Teatrze   Umysłu.   W   całym   budynku   poumieszczano 
prowokujące i niezwykłe obrazy oraz rysunki. Albumy sztuki znajdują się w widocznych miejscach 
w poczekalniach, gdzie uczestników eksperymentu nakłania się, by uważnie je oglądali.

Dzielą sztuki i dekoracje wybrano nie tylko ze względu na ich piękno, ale także po to, by 

wywoływały zaskoczenie, szok lub uczucie bezsensu. W ogóle przedmioty w Teatrze nie są do 
siebie dopasowane, ponieważ dopasowanie rzeczy wywołuje poczucie jednostajności, stabilności i 
przewidywalności. Na przykład każde naczynie porcelanowe używane do posiłków jest inne. Talerz 
może   być   ze   zwykłego,   taniego   kompletu,   podczas   gdy   ceramiczna   filiżanka   przypomina   kiść 
wielkich niebieskich winogron. W salonie wysoki drewniany Indianin stoi obok witrażowej lampy. 
Obrazki są także bardzo różne, poczynając od anielskich plakatów Maxfielda Parrisha po klasyczne 
scenki z kreskówek o Kaczorze Donaldzie. W efekcie umysły klientów absorbują nieustannie nowe 
bodźce, powodując stan ciągłego zdumienia.

Stymulacja poprzez wiedzę i humor

Mam   ogromna   bibliotekę   obejmującą   prócz   książek   również   inne   materiały   na   temat 

odmiennych stanów świadomości, zjawisk paranormalnych i spirytyzmu. Ponieważ wiedza zawsze 
była ważnym kanałem, za pomocą którego ludzie szukali porady duchowej i oświecenia, zachęcam 
uczestników sesji do wertowania książek.

Dbam jednak o to, aby intelektualne aspekty naszego programu nie dominowały nad elementami 

zabawy.   Humor   bowiem   ma   silny   związek   z   nastrojem   twórczym.   Sama   wesołość   może   być 
uznawana za odmienny stan świadomości, gdyż radosne uczucia, jakie ze sobą niesie, mają skutek 
odurzający i bezpośrednio rozluźniają szkieletowe mięśnie ciała.

Bezsensowność   humoru   często   prowadzi   do   nowego   wejrzenia   w   głąb,   a   nawet   lepszego 

zrozumienia   samego   siebie.   Humor   pomaga   także   uczestnikowi   sesji   odprężyć   się   przed 
czekającymi go przeżyciami, czyli widzeniem ze zmarłą bliską osobą.

Rozbudzanie zmysłu zabawy

Niektórzy ludzie traktują zabawę jako etap rozwoju, który przechodzimy, zanim staniemy się 

dorośli. Wielu dorosłych ludzi zapomniało, jak można się bawić, a zamiast tego wypracowało sobie 
śmiertelnie poważne podejście do życia.

Tacy   ludzie   często   mają   problemy   z   przejściem   do   odmiennych   stanów   świadomości.   Nie 

potrafią   dostrzec,   że   istnieje   wyraźna   więź   między   zabawą   a   zjawiskami   paranormalnymi. 
Odkryłem   jednak,   że   parapsychologia   i   paranormalność   są   przynajmniej   równie   blisko 
spokrewnione z królestwem zabawy, humoru i rozrywki, jak i z królestwem badań naukowych.

Głosząc ową tezę, nie zamierzam wcale ośmieszać czy pomniejszać znaczenia parapsychologii. 

Przeciwnie: uważam, że przyjmując takie podejście, można wzbogacić badania parapsychologiczne. 
Pomimo skłonności niektórych bardzo poważnie nastawionych osób do pomniejszania znaczenia 
humoru, zabawy i rozrywki, dziedziny te należą do najważniejszych dla człowieka. Co więcej, 

background image

twórcza zabawa stanowi jedno z ważnych źródeł odkryć.

Moim zdaniem powiązanie między parapsychologią i rozrywką wyzwala tę dziedzinę w nowy 

sposób,  potencjalnie   umożliwiając   jej   bardziej   eleganckie   odgrywanie   istotnej   roli   w   sprawach 
ludzkich. Różnorodne dzieła sztuki, które są jednocześnie jakąś formą rozrywki – czy to poezja, czy 
muzyka, malarstwo, rzeźba lub dramaturgia – od dawna służą do ukazywania, ale też rozwoju życia 
duchowego ludzi.

W   gruncie   rzeczy   parapsychologia   jest   systematycznym   badaniem   zjawisk   paranormalnych. 

Parapsychologia, tak jak i sztuka, może wywierać potężne i krzepiące skutki, silnie rozbudzając 
uczucia grozy, zdumienia, nadziel i ciekawości oraz pomagając nam zrozumieć niepojęty charakter 
wszechświata, w którym żyjemy.

Podświadome   założenie,   że   badanie   zjawisk   paranormalnych   jest   zabawą,   może   wyjaśnić, 

dlaczego fundamentaliści gardzą tym polem badawczym. Ponadto dziedziny, które mają posmak 
zabawy czy humoru, nie należą do ich mocnych stron.

W   wyniku   mojego   przekonania,   że   zabawa   jest   silnie   powiązana   z   paranormalnością, 

wprowadziłem ją w subtelny sposób do procesu wpatrywania się w zwierciadło. W salonie, w 
którym   odbywają   się   pierwsze   sesje   mające   „oswoić”   uczestników,   siedzi   się   w   wielkich 
hamakowatych fotelach zwisających z sufitu. Jeśli uczestnikom nie jest w nich wygodnie, mogą 
siedzieć na wypełnionych grochem poduszkach, leżących na podłodze.

W zasięgu ich rąk są rozrzucone zabawki, które u dorosłych wywołują podobne reakcje jak u 

dzieci. Są wśród tych zabawek kalejdoskopy, zestawy do sztuk magicznych, układanki, książki z 
kolorowymi obrazkami i inne przedmioty.

W całym budynku jest także wiele luster, które symbolizują dążenie do zrozumienia samego 

siebie. Jednocześnie lustra często występują jako element zabobonów, toteż ich widok wywołuje 
oddźwięk w niższych poziomach umysłu.

Wpatrywanie się w zwierciadło może sprzyjać wnikaniu we własną duszę i zrozumieniu samego 

siebie.   Mam   w   swoim   Teatrze   Umysłu   kilka   normalnych   luster,   a   także   cały   zestaw   luster   z 
gabinetów śmiechu, pozwalających ludziom widzieć swoje sylwetki zniekształcone, dzięki czemu 
jeszcze bardziej odrywają się od nawyku normalnego postrzegania rzeczywistości.

Droga do psychiki

Zamierzonym efektem tych różnych elementów nie jest wprowadzanie uczestników na siłę we 

frywolny czy wesoły nastrój, ale otwarcie drogi do ich własnej psychiki, pozwolenie im na badanie 
innych   wymiarów   ich   umysłów   poprzez   bezpieczne   wyzbywanie   się   niektórych   najdłużej 
trwających zahamowań. Jak opowiadał jeden z uczestników, relacjonując swoje przeżycia: „Było to 
jakby przekraczanie bariery czasu i wchodzenie w inny świat. Miałem wrażenie, że czas stał się 
nierzeczywisty”.

Stworzenie  Teatru   Umysłu,   z   jego   naciskiem   na   sztukę,   antyki,   naturę,   rozrywkę   i   zabawę, 

wpłynęło nie tylko na zwiększenie się ilości wizji, jakie przeżywano, ale też na ich lepszą jakość. 
Ten   sukces   uświadomił   mi   potężną   rolę,   którą   nastrój   odgrywa   w   medycynie,   zwłaszcza   w 
dziedzinie tak zawiłej jak psychologia człowieka.

W przypadku wpatrywania się w zwierciadło, odpowiedni nastrój kształtuje się pod wpływem 

otoczenia, w jakim się ten proces odbywa. Otoczenie to można uważać za rytualne, ponieważ 
narzuca zachowanie, które prowadzi do głębokiego rozluźnienia.

Dopiero tak rozluźnionego uczestnika sesji można zaprowadzić do izby zjaw, gdzie wpatruje się 

w zwierciadło, w którym pojawiają się wizje.

Prowadzę badania nad wpatrywaniem się w zwierciadło w Teatrze Umysłu od 1990 roku. W tym 

czasie   obserwowałem   bezpośrednio   ponad   trzysta   osób   oraz   wysłuchałem   ich   relacji   z   tego 
przeżycia.

background image

Wielokrotnie uczestnicy wpatrywali się w zwierciadło po to, by wywołać wizję ukochanej osoby, 

która   zmarła,   i   na   tym   zagadnieniu   koncentruję   się   w   tej   książce.   Innym   moim   gościom 
wpatrywanie   się   w   zwierciadło   pomagało   pogłębiać   zrozumienie   samego   siebie,   stanowiące 
element procesu psychoterapii innowacyjnej.

Te inne zastosowania wpatrywania się w zwierciadło omówię w dalszej części książki. Teraz 

ograniczę się do zrelacjonowania niektórych bardziej zaskakujących odkryć, które wiążą się ze 
spotkaniami z wizjami zmarłych.

Wielu uczestników sesji widzi inną zmarłą osobę niż ta, którą spodziewali się zobaczyć. 

Wszyscy byli przygotowani na zobaczenie konkretnej osoby. A jednak około jednej czwartej z nich 
widziało kogoś innego.

Wizje jawiły się nie tylko w zwierciadle.  Mniej więcej w dziesięciu procentach przypadków 

uczestnikom sesji wydawało się, że wizje wychodzą z lustra i przebywają w pobliżu. Uczestnicy 
sesji często mówili, że zjawy ich dotykały, lub czuli, że stały tuż obok. Należało oczekiwać, że to 
się zdarzy, ponieważ doktor Dee pisał o zjawach wyłaniających się z jego zwierciadła. W jednym 
przypadku   wszakże   zjawa   zmarłej   osoby   jednoznacznie   zabroniła   uczestnikowi   spotkania 
dotknięcia jej.

Wyszedł wprost z lustra

Przykład obu tych zjawisk, to znaczy spotkania osoby nie oczekiwanej oraz zjawy wychodzącej 

z lustra, związany jest z pewnym biznesmenem, który sam określił siebie jako zainteresowanego 
sceptyka. Przyjechał do Teatru Umysłu, aby podjąć próbę spotkania ze swym ojcem, który umarł, 
kiedy uczestnik sesji miał zaledwie dwanaście lat. Bardzo podziwiał ojca i powiedział, że dopiero 
dwadzieścia lat temu pokonał uczucie osamotnienia, jakie zrodziło się w nim po śmierci rodzica.

Spędziliśmy cały dzień na przygotowaniach do tego spotkania, przeglądając fotografie rodzinne i 

patrząc na zdjęcia mebli, jakie wykonał ojciec. Wspominaliśmy także miłe przeżycia z dzieciństwa, 
spacery   po  parku  i  wyprawy  do  domu  babki   na  wsi. Wieczorem   wszedł   do  izby  zjaw.  Kiedy 
wyszedł, miał do opowiedzenia zdumiewającą historię:

„Siedziałem w izbie przez pewien czas, nim złapałem, o co chodzi. Zgodnie z tym, co pan 

mówił, jeśli próbuje się wywołać wizję lub siedzi cały czas zastanawiając się, czy dojdzie do 
niej, to nic się nie dzieje. Już zamierzałem wstać i wyjść, ale pomyślałem: Posiedzę jeszcze 
chwilkę, i rozluźniłem się. Myślę, że wszystko zaczęło się właśnie wskutek tego rozluźnienia; w 
każdym razie rozpoczęło się mniej więcej wtedy, gdy przestałem się martwić, czy mi się uda.

Zobaczyłem mgłę i, mówiąc szczerze, przez moment wydawało mi się, że będziemy musieli 

zadzwonić po straż pożarną, ponieważ miałem wrażenie, że to dym. W końcu zrozumiałem, że 
widzę go w lustrze, ale przedtem przez moment myślałem,, że to pożar. A potem zobaczyłem 
kolory, całe lustro wypełniły kolorowe plamy, później zaś zacząłem widzieć sceny. Niektóre były 
z   mojego   dzieciństwa.   Bardzo   realistyczne,   trójwymiarowe   sceny   otaczały   mnie   dokoła. 
Niektóre z nich rozpoznawałem, pochodziły z mojego życia, ale innych nie.

Jedna   z   nich   pokazywała   mojego   ojca   dawno   temu,   siedzącego   na   stopniach   ganku. 

Pamiętałem to, więc chodziło pc prostu o wspomnienie, ale wspomnienie bardzo wyraźne, tuż 
przede mną. Mogłem go niemal dotknąć. Ale nie czułem obecności ojca; była to po prostu 
projekcja obrazu z mojej pamięci.

Były także sceny z miejsc, w których nigdy nie byłem i których nie widziałem. Bardzo 

pięknych miejsc. Nie wiem, gdzie one mogą być ani co to było, ale miałem wrażenie, że te sceny 
były wszędzie wokół mnie, a zatem – że byłem w lustrze.

Od momentu, gdy wszedłem do lustra, czułem się odświeżony, jakby to było jakieś nowe ja. 

Wiedziałem, że ktoś tam ze mną jest, ale nie miałem pojęcia kto. Następnie zobaczyłem kształt, 

background image

postać  tworzącą  się  w  lustrze.  Widziałem  ją  wyłaniającą  się  po  kawałku. Wyglądało,  jakby 
poruszała się w stronę światła.

To, co teraz powiem, może zabrzmieć dziwnie, ale miałem wrażenie, że to ja byłem tym w 

lustrze, a on był osobą wychodzącą z izby zjaw.

Mężczyzna, który się wyłaniał, zdecydowanie był w izbie zjaw. Przez chwilę wydawało mi 

się, że jestem w lustrze, ale potem także i ja wróciłem do izby i ten mężczyzna, mniej więcej 
mojego wzrostu, był tam ze mną. Jego ruchy miały charakter ciągły. Poruszał się w stronę 
światła, prosto z lustra do izby zjaw, płynnym ruchem. Po prostu wyszedł. To ja byłem tym, 
który przenosił się do lustra i z powrotem przez chwile, zanim wreszcie pozostałem w pokoju i 
ponownie siedziałem w fotelu.

Musiałem chyba podskoczyć z wrażenia, kiedy dostrzegłem, kim jest ten mężczyzna. Okazało 

się, że to mój dawny wspólnik. Był o jakieś dwa lata młodszy ode mnie i pracowaliśmy razem 
przez   piętnaście   lat.  Aż   kiedyś   jego   żona   przyszła   do   domu   i   znalazła   go   martwego   pod 
prysznicem. Zmarł na atak serca.

Był wówczas całkiem młody, miał trzydzieści osiem lat osieroci] czwórkę dzieci.
To zabawne, ale w czasie kiedy pracowaliśmy razem, nie uważałem go za przyjaciela. Po 

prostu byliśmy wspólnikami w przedsiębiorstwie. Ale kiedy umarł, całkiem się rozkleiłem. Żona 
później powiedziała mi, że moi bliscy obawiali się, czy nie trzeba będzie mnie oddać na jakiś 
czas do szpitala.

W każdym razie kiedy przyszedł do izby zjaw, widziałem go całkiem wyraźnie. Stał jakieś 

pół metra ode mnie. Byłem tak zdumiony, że nie wiedziałem, co mam robić. On tu stał, tuż obok. 
Dorównywał mi wzrostem, a ja widziałem go od pasa w górę. Był w pełni ukształtowany i wcale 
nie przezroczysty. Poruszał się, a kiedy to robił, widziałem, że jego głowa i ramiona przesuwają 
się swobodnie w dowolnym kierunku.

Wyglądał   tak   jak   przed   śmiercią,   a   może   trochę   młodziej.   Robił   takie   wrażenie,   jakby 

wszystkie skazy znikły, i był bardzo ożywiony.

Był zadowolony ze spotkania ze mną. Ja byłem zaskoczony, ale on wcale nie wyglądał na 

zdziwionego. Miałem wrażenie, że wiedział, co się dzieje. Chciał mnie uspokoić. Mówił mi, 
żebym się nie martwił, że jest mu dobrze. Wiem, że miał na myśli to, że znowu będziemy razem. 
Jego żona też już nie żyje, a on przesłał mi myśl, że jest razem z nim, ale z jakiegoś powodu nie 
mogłem jej zobaczyć.

Nie słyszałem żadnych słów ani żadnego hałasu. Ta cała wymiana zdań odbywała się w 

myślach, nie było potrzeby używania słów.

Zadałem mu kilka pytań. Chciałem się czegoś dowiedzieć o jego córce, która mnie zawsze 

bardzo martwiła. Utrzymywałem kontakty z pozostałą trójką jego dzieci i pomagałem im. Ale 
miałem problem z jego drugą córką. Wyciągnąłem do niej rękę, ale ona z jakiegoś powodu 
obwiniała mnie o śmierć swojego ojca. Kiedy dorosła, powiedziała mi, że za dużo pracowaliśmy. 
Spytałem go więc, co mam robić, a on dał mi absolutnie uspokajającą odpowiedź na to, o co 
pytałem, i to mi wyjaśniło pewne sprawy.

Kiedy nadszedł koniec spotkania, po prostu szybko znikł, a ja wstałem z fotela. Drżałem 

lekko, kiedy wychodziłem, ponieważ byłem bardzo podekscytowany. Czułem, że to był on. Jeśli 
o mnie chodzi, wyglądało to zupełnie tak, jakby tu był.

Nie miałem żadnego doznania, że był tu mój ojciec, ale mój wspólnik był z pewnością. Nie 

wiedziałem,   co   mam   robić,   jak   się   zachować.   Ale   czuję,   że   zawarłem   pokój   z   moim 
wspólnikiem”.

Mężczyzna ten upierał się, że zjawa nie była zjawą, że to naprawdę był jego wspólnik. Opierał to 

przekonanie na informacjach, jakie uzyskał w czasie tej wizji. Były to odpowiedzi na pytania, które 
go trapiły od lat. A po trwającym kilka minut spotkaniu ze zjawą wspólnika wreszcie je poznał.

background image

– Nadal chciałbym zobaczyć mojego ojca – powiedział. – Ale najwyraźniej potrzeba zobaczenia 

dawnego wspólnika była o wiele silniejsza, niż przypuszczałem.

Jakieś   pół   roku   później   ten   sam   mężczyzna   powiedział   mi,   że   przeżycie   w   moim 

psychomanteum nadal ma na niego wielki wpływ. Powtórzył swoje oświadczenie, że umożliwiło 
mu   ono   zawarcie   pokoju   ze   zmarłym   wspólnikiem,   i   powiedział,   że   wyzbył   się   zmartwień 
związanych z jego rodziną.

Nadal,   jak   mówił,   często   myślał   o   wizycie   w   psychomanteum   i   był   zupełnie   pewien,   że 

naprawdę tamtego dnia przebywał w towarzystwie swojego przyjaciela.

Dochodziło do konwersacji. Ani razu w czasie moich badań nie przeszło mi przez myśl, że 

uczestnicy   eksperymentu   mogliby   porozumiewać   się   ze   zjawami,   które   spotykali   w 
psychomanteum. A jednak niemal w połowie przypadków mówiono o złożonych komunikatach. Od 
kilku słów wsparcia i zapewnienia o miłości po długie i pełne zaangażowania przekazy, a nawet 
rozmowę.

W około 15 procentach przypadków uczestnicy sesji stwierdzali, że słyszeli głos zmarłej osoby. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że słyszeli go w taki sposób, jak słyszy się własne myśli. Chodzi o to, 
że słyszeli ten głos tak, jakby naprawdę był słyszalny. Inni mówili o porozumiewaniu się w sposób 
przypominający telepatię, jakby uczestnik i zjawa natychmiast rozumieli wzajemnie swoje myśli i 
uczucia, bez potrzeby wyrażania ich słowami.

Wizje pojawiają się później.  W przybliżeniu 25 procent tych, którzy dążyli do spotkania ze 

zmarłą bliską osobą, widziało się z nią dopiero po opuszczeniu psychomanteum. Oznacza to, że 
mieli wizję dopiero po powrocie do pokoju w hotelu lub do domu czy – jak w moim przypadku – 
kiedy   wszedłem   do   innego   pomieszczenia.   Zazwyczaj   do   takiego   spotkania   dochodzi   w   ciągu 
dwudziestu czterech godzin.

Uświadomiłam sobie, że mam wizję

Na przykład jedna ze znanych dziennikarek, osoba sześćdziesięciokilkuletnia, przyszła do Teatru 

Umysłu w nadziei, że spotka się tam ze swoim synem, który mniej więcej przed rokiem popełnił 
samobójstwo.

Jak wynika z jej niezwykłej relacji, nic się nie działo przez kilka godzin, do czasu, aż opuściła 

psychomanteum:

„Zobaczyłam zjawę mojego syna kilka godzin po wyjściu z izby zjaw i do dziś widzę ją 

równie   wyraźnie,   jak   ten   dzbanek   do   kawy,   na   który   w   tej   chwili   patrzę.  Widzę   tę   twarz. 
Gdybym była malarką, namalowałabym ją.

Kiedy   wróciłam   do   hotelu,   w   którym   się   zatrzymałam,   przeprowadziłam   kilka   rozmów 

telefonicznych.   Czułam   się   bardzo   podekscytowana   po   całym   dniu   spędzonym   w   Teatrze 
Umysłu i chciałam zadzwonić do domu. Potem położyłam się do łóżka i mocno zasnęłam.

Nie wiem dokładnie, która była godzina, kiedy się obudziłam, ale wiem, że wyraźnie czułam 

czyjąś obecność w pokoju, między odbiornikiem telewizyjnym a toaletką.

Najpierw był zupełnie pozbawiony wyrazu i wpatrywał się we mnie. Byłam tak przerażona, 

że serce waliło mi ze sto razy na sekundę. Cieszę się, że leżałam w łożu królewskich rozmiarów, 
bo chyba spadłabym na podłogę, taka byłam przerażona.

Przez głowę przeleciała mi myśl: O Boże, musi być jakieś inne wejście do pokoju! – tak 

bardzo był prawdziwy, kiedy tam stał.

To nie był sen. Byłam absolutnie rozbudzona. Widziałam go wyraźnie, całe jego ciało z 

wyjątkiem   stóp.   Patrzyłam   na   niego,   a   on   na   mnie.   Nie   wiem,   jak   długo   to   trwało,   ale 
wystarczająco długo, żebym zdążyła się przestraszyć, a nie należę do strachliwych.

background image

Potem nagle uświadomiłam sobie, że mam wizję, że to mój syn. Początkowo nie poznałam 

go, ale kiedy pozbierałam myśli, zdałam sobie sprawę, że to był on. W gruncie rzeczy dokładnie 
przypominał siebie, tak jak wyglądał dziesięć lat wcześniej.

Po tym wszystkim poczułam się bardzo spokojna. Nabrałam pewności, że mojemu synowi 

jest   dobrze   i   że   mnie   kocha.   Był   to   dla   mnie   punkt   zwrotny.  To   było   naprawdę   cudowne 
przeżycie”.

Spotkania są uznawane za „rzeczywiste”. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że wizjonerskie 

spotkania były odbierane jako wydarzenia rzeczywiste, a nie fantazje lub sny. Jak dotąd niemal 
wszyscy   uczestnicy   zapewniali   mnie,   że   ich   spotkania   były   absolutnie   realne,   i   że   naprawdę 
znajdowali się w obecności swoich ukochanych, których zabrała im śmierć.

Osoby,   które   przeżyły   takie   spotkania,   na   długo   pozostają   pod   ich   wrażeniem.  Choć 

uczestnicy sesji poddają się temu doświadczeniu w warunkach klinicznych, myślę, że staje się ono 
dla nich pozytywnym doznaniem duchowym, które ma wpływ na ich dalszy los. Istnieją wszelkie 
tego przesłanki:

Dochodzi do zjawiska paranormalnego, które podważa fundamenty poczucia rzeczywistości 

uczestnika spotkania.

Jest to pozytywne przeżycie, reakcja na głęboką potrzebę duchową.

Zmienia pogląd uczestniczącej osoby na znaczenie życia.

Moje obserwacje i intuicja podpowiadają mi, że zmiany, jakie następują u osób, które wpatrują 

się w zwierciadło, są podobne do tych, jakie zachodzą u ludzi, którzy przeżyli stan bliski śmierci. 
Stają się oni lepsi, bardziej wyrozumiali i mniej obawiają się śmierci.

„Czułam się taka szczęśliwa, że chciałam krzyknąć z radości”

„Realność”   tych   przeżyć   i   głębię   uczuć,   jakie   wyzwalają,   ilustruje   wypowiedź 

dwudziestosześcioletniej kobiety, która przyszła spotkać się ze swóją ulubioną ciotką Betty. Razem 
z resztą rodziny martwiła się, że ciotka, która umarła w samotności, i mogła cierpieć, nie będąc w 
stanie wezwać pomocy w swoich ostatnich godzinach. Także i ta kobieta przeniosła się do lustra w 
czasie przeżywanej wizji.

„Początkowo, siedząc tam (w izbie zjaw), byłam zdenerwowana, ale szybko się opanowałam. 

Właściwie nie oczekiwałam, że mi się to przydarzy. Wie pan, to są takie rzeczy, które zawsze 
przydarzają się komuś innemu. Ale to naprawdę zaczęło się od razu. Wizje, jeśli to właśnie były 
one, wydawały się tak wyraźne jak rzeczywistość. Nie było w nich nic nierealnego, ale to z całą 
pewnością bardzo trudno wytłumaczyć.

Zobaczyłam  wizję  najpierw   w   lustrze,  to   znaczy   najpierw   jakieś  kolorowe   wzory  i  małe 

błyszczące iskierki czy plamki światła. Zobaczyłam gęstą mgłę, jak nadciąga i wypełnia całe 
lustro, zupełnie jakby za oknem kłębiła się chmura, a po tej mgle pojawiło się ostre światło. 
Zobaczyłam   to   światło   gdzieś   daleko   i   małe,   krótkotrwałe   scenki,   a   potem   moją   uwagę 
przyciągnęła ścieżka i wiedziałam, że mam nią pójść, w każdym razie dokądś w tym kierunku.

Ruszyłam tą drogą. Nie mogę powiedzieć, że weszłam w lustro, ponieważ nie zauważyłam 

momentu przechodzenia przez nie, ale wiem z całą pewnością, że byłam w innym wymiarze. 
Światło i różne sceny rozgrywające się wokół mnie – ale nie zwracałam na nie uwagi, ponieważ 
wiedziałam, że muszę iść tą ścieżką.

Szłam nią i zobaczyłam troje ludzi stojących po mojej lewej stronie, podeszłam więc do nich 

bliżej i wtedy zobaczyłam, że to była moja babcia oraz moja ulubiona ciocia Betty i jeszcze ktoś 

background image

trzeci, kogo nie rozpoznałam, ale z pewnością była to jakaś kobieta.

Ciocia Betty w jakiś sposób wskazała mi, że tą trzecią osobą była moja prababka Harriet, i 

wtedy poznałam ją, ponieważ widziałam jej fotografie. Ale ona wcale nie wyglądała jak ze 
zdjęcia. Wyglądała o wiele żywiej niż na fotografiach, które widziałam, albo niż potrafiłam sobie 
wyobrazić. I robiła wrażenie zupełnie młodej, choć była bardzo stara, kiedy umarła. Odkąd 
byłam małą dziewczynką, pamiętam, że zawsze w rodzinie opowiadano o niej różne historie. Ta 
kobieta miała naprawdę silną osobowość.

Czułam   się   taka   szczęśliwa,   że   chciałam   krzyknąć   z   radości.   Tak   mi   było   dobrze,   że 

widziałam Betty i moją babkę. Wydawało się, że one obie tak dużo rozumiały, jeśli pojmuje pan, 
co chcę przez to powiedzieć. Jakby wiedziały o wiele więcej niż wtedy, kiedy żyły.

Przez   całe   to   spotkanie   rozpierała   mnie   radość.   Byłam   taka   szczęśliwa.   Nie   miałam 

najmniejszej   wątpliwości,   że   one   tam   są   i   że   je   widzę,   i   to   spotkanie   było   tak   realne   jak 
wszystkie inne spotkania. Nie mogłam tylko dosięgnąć ich z miejsca, w którym stałam.

Powiedziały mi, że wszystko jest w porządku i mają się dobrze. To dla mnie ogromna ulga. 

Teraz już mogę powiedzieć, że nie martwię się o ciotkę. Była naprawdę odprężona i spokojna.

Gdybym   tylko   potrafiła   opisać   panu   to   światło.   Nigdy   przedtem   nie   widziałam   czegoś 

takiego. Nie weszłam w to światło. Widziałam wszystko z pewnej odległości. Nie słyszałam też 
żadnych głosów, po prostu wiedziałam, co starały się mi powiedzieć. Przypominało mi to, co 
kiedyś słyszałam o czytaniu z myśli.

Rozmawiałam   też   krótką   chwilę   z  babcią.   Byłam   jedną   z  jej   pierwszych   wnuczek,   więc 

łączyła   nas   szczególna   więź.   Babcia   też   powiedziała,   że   ma   się   dobrze.   Było   to   po   prostu 
radosne spotkanie.

One wszystkie wyglądały jak normalni ludzie. Widziałam je wyraźnie, blisko, ale nie tuż 

obok. Wiedziałam, że nie mogę z nimi zostać, ale uświadomiłam sobie, że one nadal żyją, i że 
kiedyś spotkam je znowu. Nie widziałam ich stóp, tylko sylwetki od kolan w górę.

To spotkanie nie trwało bardzo długo. A potem po prostu wróciłam do fotela, a wizje w 

lustrze bardzo szybko znikły. Z pewnością dał mi pan bardzo dużo do myślenia. Nigdy nie 
uwierzyłabym w coś takiego. A jednak nie ulega wątpliwości. że to było rzeczywiste. Stały 
przede mną i to na pewno były one”.

Czternaście miesięcy po wizycie ta sama kobieta powiedziała mi, że później miała jeszcze dwie 

krótkie wizje swojej ciotki Betty. Żadna z nich nie była tak wyraźna, jak ta, którą przeżyła w 
psychomanteum, ale w obu przypadkach czuła obecność ciotki. Jej wizyta w psychomanteum i to, 
co działo się potem, zmieniły jej nastawienie do zjawisk paranormalnych. O ile dawniej wątpiła w 
życie pozagrobowe, o tyle obecnie jest przekonana, że po śmierci życie trwa nadal.

Czy te przemiany są trwałe? Nie wiem; jeszcze przez kilka lat będę musiał obserwować ludzi, 

którzy wpatrywali się w lustro, żeby móc odpowiedzieć na to pytanie. Mogę tylko stwierdzić, że 
skuteczne wywołanie wizji prowadzi przynajmniej do krótkotrwałych zmian osobowości.

Różnorodność przeżyć

Moje analizy różnych zjawisk i procentowe obliczenia częstotliwości wizji możliwe były do 

wykonania stopniowo, w miarę jak do psychomanteum przychodzili klienci. Zapamiętałem to jako 
okres nieustannych, nabrzmiałych wspomnieniami spotkań z ludźmi wrażliwymi i osiągającymi 
swój cel.

Fascynujące   było   obserwowanie   rozsądnych   ludzi   relacjonujących   na   świeżo,   bezpośrednio 

wrażenia   z   tego,   co   wydawało   im   się   autentycznym   wydarzeniem   o   niezwykłym   charakterze. 
Przeglądam ich notatki teraz i czuję, że są to niezapomniane opowieści.

background image

„Oni na kogoś czekali”

Jednym   z   pierwszych   uczestników   mojego   eksperymentu   był   siedemdziesięciokilkuletni 

mężczyzna,   który   przez   długi   czas   i   z   dużym   powodzeniem   robił   karierę   w   psychoterapii. 
Wspominam o tym, żeby podkreślić, że człowiek ten do głębi i od dawna rozumiał umysł ludzki.

Przygotowywaliśmy się przez cały dzień, mając nadzieję, że uda mu się może spotkać z ojcem, 

który zmarł przed trzydziestu laty. Patrzyliśmy razem na wyblakłe fotografie i przeglądaliśmy stare 
dokumenty. Rozmawialiśmy o miłych i tych nieco mniej przyjemnych wspomnieniach o jego ojcu. 
Przed zmierzchem zaprowadziłem go do izby zjaw. Kiedy wyszedł stamtąd, mniej więcej półtorej 
godziny później, był wyraźnie wzruszony, ale szczęśliwy po tej swojej zdumiewającej podróży do 
Królestwa Pośredniego.

„Minął pewien czas, nim to się zaczęło, ale nie wiem jak długi. W pewnej chwili wydało mi 

się, że w lustrze zaczyna się kłębić mgła, jakby wirował delikatny pył. A potem to znikło i 
zobaczyłem przepływające wokół jakieś kształty, jakby wzory geometryczne. Poczułem lekkie 
drgnięcie czy wstrząs, zawrót głowy, trochę tak, jakby miało mi się zakręcić w głowie, ale nic się 
nie stało.

Ruszyłem przed  siebie, ale nie  poruszałem  się chwiejnym krokiem, tylko  gładko,  niemal 

jakbym się przesuwał. Wszedłem wprost do lustra i sunąłem przed siebie.

Wkrótce dostrzegłem coś w ciemności, w oddali. To znaczy nie panowała zupełna ciemność. 

Wszystko było podświetlone, ale w dali widziałem miejsce wyraźnie jaśniejsze od innych, które 
w porównaniu z nim wydawały się ciemne. Poruszałem się przez ten nie tak jasny obszar w 
stronę najjaśniejszego miejsca, a w miarę jak się zbliżałem, zacząłem dostrzegać, że była to jakaś 
budowla. Nie potrafię powiedzieć, co to było. Widziałem wszystko wyraźnie, ale nie umiem 
opisać słowami.

Była to jakby platforma czy scena. Pomyślałem o peronie na stacji kolejowej, gdzie oczekuje 

się   kogoś,   kto   ma   przyjechać   pociągiem;   peronie   zalanym   ciepłym,   jasnym   żółtawo-białym 
światłem.

Nadal zbliżałem się w tamtą stronę, usiłując zobaczyć, co to jest, i zastanawiając się, co u 

licha się dzieje, aż wreszcie zobaczyłem dwoje ludzi na owej platformie, wpatrujących się w dal, 
jakby na kogoś czekali. A kiedy zbliżyłem się do nich, rozpoznałem moich kuzynów, z którymi 
byłem bardzo związany, Harry'ego i Ruth.

Zupełnie niespodziewanie zacząłem wchodzić czy raczej czułem, że wchodzę na platformę, a 

oni w tym samym momencie rozpromienili się i podeszli do mnie, ale na pewną odległość. Nie 
wiem, jak to wyrazić, ale przez cały czas jakaś barykada czy tarcza dzieliła ich i mnie. Nie 
widziałem   niczego   takiego,   ale   wyczuwałem   jakąś   przeszkodę.   Miałem   wrażenie,   że   nie 
powinienem przechodzić nad nią czy przez nią, tak samo zresztą jak i oni.

Oboje   natychmiast  mnie  poznali.  Kiedy   ich  zobaczyłem,  wyglądali  tak,   jakby  czekali  na 

kogoś, i wydaje się, że czekali na mnie. Nie powiedzieli mi  »cześć«, ale z całą pewnością 
przywitali się ze mną. Doskonale wiedzieli, że tam jestem.

Czułem się taki radosny. Wyglądali o wiele młodziej niż wtedy, kiedy umarli, raczej byli tacy, 

jak za naszych młodych lat, kiedy wszyscy byliśmy przyjaciółmi. Dostrzegłem jednak różnicę. 
Wyglądali trochę inaczej, można powiedzieć, że zdrowiej, a może raczej jakby mieli w sobie 
mnóstwo energii albo żywotności.

Zrozumiałem, iż chcą mi powiedzieć, że jest im dobrze i że ucieszyli się ze spotkania ze mną, 

jak też że pewnego dnia znowu będziemy razem. Nie słyszałem jednak żadnych słów. Było to 
jedynie porozumiewanie się za pomocą myśli.

Czułem się szczęśliwy i wiedziałem, że oni odczuwają to samo. A potem nagle pociągnęło 

mnie do tyłu i zobaczyłem, jak zostają w dali, po chwili zaś poczułem, że siedzę znowu w 

background image

fotelu”.

Kiedy spytałem go, jak odbiera to spotkanie, powiedział, że w niczym nie przypominało snu. 

Wydawało mu się zupełnie rzeczywiste i był przekonany, że przebywał razem ze swymi kuzynami. 
Co najmniej dwa razy wspomniał przy tym, że kiedy ich ujrzał, wyglądali tak, jakby na niego 
czekali.

Ta   opowieść   ma   smutne   zakończenie.   Kilka   miesięcy   później   znajomy   tego   mężczyzny 

skontaktował   się   ze   mną,   by   mnie   poinformować,   że   ów   mężczyzna   zginął   w   wypadku 
samochodowym. Kiedy szykując notatki do tej książki wyjąłem zapiski na temat jego przypadku, 
zacząłem się zastanawiać, czy wizja oczekujących go kuzynów nie była swego rodzaju zapowiedzią 
jego śmierci.

„Widziałam go tuż przed sobą”

Czterdziestokilkuletnia kobieta, która chciała zobaczyć swojego zmarłego ojca, opowiadała o 

spotkaniu stanowiącym typowy przykład eksperymentu poza lustrem, kiedy postać, jak się zdaje, 
wylania się ze zwierciadła i wchodzi do izby zjaw:

„Kiedy tam weszłam, byłam trochę przestraszona. Nie wiem dlaczego, ponieważ od ponad 

miesiąca czekałam na to wydarzenie, może więc było to pod wpływem uczucia, że w końcu 
nadszedł ów dzień.

Kiedy w gabinecie przeglądaliśmy pamiątki po tacie, czułam, jak ogarnia mnie coraz silniej 

przekonanie, a nawet mogę powiedzieć: pewność, że go zobaczę. To było tak, jakbym wiedziała, 
że on tam będzie. Kiedy pokazywałam panu pudełko na biżuterię, które zrobił dla mnie na 
urodziny, czułam, że to zupełnie pewne.

Ale wejście do izby zjaw spowodowało, że byłam nieco przestraszona. To, co miałam zrobić, 

było dla mnie trochę dziwne. Ludzie z mojej pracy nigdy by nie uwierzyli, że zrobiłam coś 
takiego. Samej mi trudno w to uwierzyć, tyle że mam tak dużo spraw do wyjaśnienia z ojcem, że 
niemal cały czas myślałam o nim, odkąd umarł.

Ale   kiedy   już   weszłam   do   pokoju,   myślę,   że   całkiem   niedługo   zaczęłam   widzieć   różne 

rzeczy. Najpierw widziałam kolory i ładne chmury, a potem co pewien czas przelatywały mi 
przed oczami minione sceny.

Pamiętam,   że   widziałam   wtedy   małą   wioskę,   która   wyglądała   jak   angielska,   a   może 

francuska, ale była stara, było to bardzo stare miejsce. Miałam wrażenie, jakbym zaglądała w 
przeszłość.

Tamtejsi   ludzie   mieli   na   sobie   staromodne   stroje.   Sądzę,   że   średniowieczne   lub   jeszcze 

wcześniejsze. Widziałam jednego mężczyznę przechodzącego tuż obok mnie, tuż przed moimi 
oczami. Poganiał stado krów i miał zmartwiony wyraz twarzy. Nie mam pojęcia, skąd się to 
wzięło. Nie jestem dziewczyną ze wsi.

Wszystkie te scenki migały mi pośpiesznie, ale kiedy w lustrze pojawił się mój ojciec, było to 

zupełnie co innego. Nie przeleciał przez obraz jak tamci. Po prostu nagle zjawił się i zaczęłam 
patrzeć bezpośrednio na jego twarz.

Mówił do mnie i jak zwykle był zabawny. Zapytał:
– Czemu, u licha, chcesz ze mną rozmawiać, dziewczyno?
Nie   mogę   powiedzieć,   że   słyszałam   głos,   tak   jak   słyszę   rozmowę   z   panem,   ale   było   to 

głośniejsze   niż   myśli.   Nie   mogę   też   powiedzieć,   że   potrzebowaliśmy   słów.   Potrafię   tylko 
powiedzieć, co próbował mi przekazać.

Zawsze   był   opryskliwy,   ale   w   bardzo   zabawny   sposób.   Zawsze   żartował   albo   miał   coś 

background image

zabawnego do powiedzenia. Było to więc pytanie w jego stylu.

Był radośnie uśmiechnięty, kiedy go zobaczyłam. Niezależnie od tego, jak niewiarygodnie to 

zabrzmi, był ze mną w tym pokoju; wiem, że tu był.

Wyglądało tak, jakby stał jakiś metr ode mnie, ale potem się zbliżył. Nie widziałam go w 

lustrze; widziałam go tuż przed sobą.

Przeprowadziliśmy bardzo osobistą rozmowę, głównie o matce, ale mówiliśmy też i o innych 

sprawach rodzinnych. Wydawało się to najnaturalniejsze w świecie, przypominało jedną z tych 
rozmów, które zazwyczaj prowadziliśmy w salonie, gdy byłam młodą dziewczyną, a nawet i 
wtedy, kiedy wyszłam już za mąż. Tyle że teraz on nie żyje!

Widziałam   jedynie   jego   głowę,   klatkę   piersiową,  aż   do   pasa.   Nie  pojawiła   się   cała   jego 

postać, ale widziałam go równie wyraźnie, jak teraz pana. Czułam jednak, że było coś między 
nami, jakaś energia czy coś takiego. Mówię o tym, ponieważ bałam się, że jeśli wyciągnęłabym 
rękę, aby go dotknąć, on by zniknął.

Siedziałam   bez   ruchu   przez   długi   czas,   tocząc   z   nim   rozmowę.   Wydawał   się   trochę 

rozbawiony, jakby myślał, że jestem niecierpliwa domagając się rozmowy z nim już teraz, nie 
czekając na śmierć. To była zmiana, ponieważ przedtem zawsze ja byłam tą cierpliwą, a on 
chciał, żeby wszystko było natychmiast, i ciągle pośpieszał. Kiedy myślę o tym, dochodzę do 
wniosku, że może droczył się ze mną za to, że byłam niecierpliwa, tak jak ja przedtem się 
droczyłam z nim.

Rozmawialiśmy bardzo długo, może z pół godziny. Ale to tak szybko minęło.
Oto co mi powiedział na koniec:
– A teraz już idź i ciesz się życiem. – Zrobiło mi się tak wspaniale, kiedy to powiedział. 

Poczułam gwałtowny przypływ ulgi i optymizmu. Nie sądzę, abym od chwili jego śmierci czuła 
się tak dobrze. To było tak, jakby coś się w tym momencie zamknęło. I minął cały ból po jego 
śmierci. A zaraz potem zniknął i pozostało już tylko lustro”.

Pod pewnym względem relacja tej kobiety bardzo przypomina opis wywoływanej wizji, który 

mi przedstawiła inna, pięćdziesięcioparoletnia kobieta. Proszę zwrócić uwagę na podobieństwa:

„Mama wyszła z lustra”

„Zobaczyłam wizję mojej mamy wiele lat temu, jeszcze zanim próbowałam wpatrywać się w 

zwierciadło. Matka popełniła samobójstwo w 1975 roku. Mój dziadek, jej ojciec, był pastorem, 
wychowano mnie więc w przekonaniu, że samobójstwo to absolutnie niewybaczalny grzech. 
Kiedy zatem matka zmarła, byłam bardzo przygnębiona tym, że ją utraciłam, ale jeszcze bardziej 
faktem, że utraciłam ją na zawsze.

Kiedy   wchodziłam   na   nabożeństwo   w   domu   pogrzebowym.   byłam   naprawdę   głęboko 

zrozpaczona. Ale jakiś cichy głos – nazywam to cichym głosem Boga – przemówił do mnie i 
spojrzałam w górę, na prawo, w stronę sufitu. Zobaczyłam tam wizję mojej matki i Chrystusa, 
trzymających się za ręce i odchodzących ode mnie. Była to wizja kolorowa, zupełnie naturalna. 
Oboje oglądali się przez ramię, po czym uśmiechnęli się do mnie i znikli.

Od tego zaczęły się moje poszukiwania duchowe. W tym momencie zdałam sobie bowiem 

sprawę, że mówiono mi wiele rzeczy, które są nieprawdą.

Niecały rok później został zabity mój mąż, Bili. Byliśmy małżeństwem od dziesięciu lat. Po 

jego śmierci wpadłam w głęboką depresję. Od tego czasu wędruję po ścieżkach spirytyzmu.

Przez   długie   okresy   medytowałam   i   starałam   się   osiągnąć   odpowiednio   głęboki   stopień 

medytacji, aby móc porozumieć się z mężem. Tak więc nie byłam ani trochę zaniepokojona, 
wchodząc do izby zjaw.

background image

Nie   wiem,   jak   długo   tam   przebywałam,   zanim   coś   zaczęło   się   dziać,   może   dziesięć   lub 

piętnaście minut, a może krócej. Ale po pewnym czasie przestałam widzieć lustro, a w zamian 
zobaczyłam mamę.

Najpierw widziałam ją z dużej odległości i dostrzegałam jedynie jej twarz. Potem, w miarę 

jak się zbliżała, coraz bardziej przypominała ducha, ale nie w niepokojący sposób. Nie była taka 
jasna i nie tak rzeczywista. Ponadto otaczał ją jakby dym.

Uśmiechnęła się i nazwala mnie Ptaszynką, czyli tak, jak zwracała się do mnie, kiedy byłam 

młoda.

– Ptaszynko – powiedziała – przyszłam się z tobą zobaczyć, bo Bili nie mógł. Jestem trochę 

bardziej zaawansowana, a on musi się jeszcze dużo nauczyć. Studiuje. Ale wszystko jest u niego 
w porządku, kocha cię i ma się dobrze.

W tym momencie odniosłam wrażenie, że matka wyszła z lustra. Odebrałam to tak, jakby 

była tuż przy mnie. I miała cudowny wyraz twarzy. Promieniała.

Zrobiło mi się bardzo ciepło, nie wiem, czy dlatego, że byłam tak bardzo podekscytowana, 

czy to wskutek otaczającej ją energii. Jej głos brzmiał inaczej niż nasze, kiedy rozmawiamy. 
Przez   długie   lata   pracowałam   jako   telefonistka   w   spółce   prowadzącej   połączenia 
międzynarodowe.   Kiedy   łapało   się   sygnał   z   satelity,   dźwięk   miał   inną   jakość.   I   tak   chyba 
mogłabym najlepiej opisać głos matki.

To, co się zdarzyło, nie jest wytworem mojej wyobraźni. Było to najzupełniej realne i pełne 

szlachetnej prostoty.

Najzabawniejsze jest, że mama była tak blisko, iż mogłabym jej dotknąć. Nie wiem, co by się 

stało, gdybym spróbowała to zrobić. Byłam tak oczarowana i tak bardzo skupiałam się na tym, 
co miała do powiedzenia, i na kontakcie wzrokowym, że nie pomyślałam o wyciągnięciu do niej 
ręki. Żałuję teraz, że tego nie zrobiłam; ciekawe, co by się wówczas stało.

Nie wydaje mi się, abym mówiła do niej na głos. Sądzę, że po prostu mówiłam w myślach, 

ale naprawdę nie jestem pewna. Odpowiadała mi tak szybko, że nie sądzę, abym miała czas 
mówić. Przeważnie zresztą ona mówiła do mnie. Czułam się trochę jak w stanie oszołomienia, 
byłam zdumiona i wpatrzona we wszystko, co się dzieje.

Spędziłam w izbie zjaw może trzydzieści albo czterdzieści minut. Kiedy spotkanie dobiegło 

końca, cała scena zamgliła się i matka znikła”.

To przeżycie zmieniło na lepsze los tej kobiety. Odprężyła się i stała się swobodniejsza. W 

chwilach napięcia, kiedy medytuje, zdarza się jej widywać matkę. „Zazwyczaj widzę mamę wtedy, 
kiedy mam jakieś trudne problemy. Pociesza mnie, mówiąc: – W porządku. – Albo: – Wszystko 
będzie dobrze. – Cieszę się, że jest w pobliżu”.

„Oni wszyscy wyglądali na pełnych życia”

Młody  mężczyzna,  dwudziestosześcioletni,  usiłował   dotknąć   otaczających  go  zjaw   zmarłych 

krewnych. Przyszedł do psychomanteum w nadziei, że zobaczy siostrę, która umarła. Oto jego 
historia, tak jak ją opowiedział:

„Siedziałem tam i nagle wydało mi się, że tych troje ludzi weszło wprost do pokoju i znalazło 

się wokół mnie. Wyglądało, jakby wyszli z lustra, ale czułem, że coś takiego nie mogło się 
zdarzyć, byłem więc bardzo zaskoczony. Nie wiedziałem, co się dzieje.

Przez moment myślałem, że to pan stroi sobie ze mnie żarty. Wyciągnąłem więc szybko rękę, 

usiłując dotknąć ich, ale moja dłoń trafiła w zasłonę.

Nadal ich widziałem. Przyjrzałem się całej trójce. Była tani moja siostra Jill, ale też jeszcze 

background image

dwie osoby, mój przyjaciel Todd i mój dziadek. Wszyscy wyglądali jak żywi, kiedy tak stali, 
patrząc na mnie.

Nie słyszałem żadnych głosów ani właściwie nie porozumiewałem się z nimi. To się działo 

tak szybko, a ja byłem taki zszokowany. Nie powiedzieli nic, ale wyglądali tak dobrze; miałem 
wrażenie, iż usiłują mi przekazać, że mają się doskonale.

Światło wokół nich było inne, nie takie jak zwykłe. Byli podświetleni. Wydawali się bardzo 

szczęśliwi. To było zupełnie rzeczywiste. Czułem ich obecność. Jakby byli tam, w pokoju, razem 
ze mną”.

Ten  mężczyzna  mógłby  pewnie  zrozumieć  niepowodzenie  Odyseusza,  który  próbował  objąć 

swoją matkę. Od tego czasu zastanawia się, jaki przebieg miałoby to spotkanie, gdyby nie próbował 
dotknąć zjaw. Planuje teraz powtórzyć doświadczenie, tym razem już pozwalając wizjom działać po 
swojemu.

Wizje „na wynos”

Czterdziestoczteroletnia   kobieta   przyszła   do   psychomanteum,   żeby   zobaczyć   się   ze   swoim 

mężem, który zmarł przed dwoma laty. Przygotowywaliśmy się przez cały dzień, rozmawiając o ich 
związku. Wieczorem weszła do izby zjaw. Po godzinie wyszła rozczarowana, mówiąc, że widziała 
tylko jakieś niewyraźne zarysy kogoś, chyba mężczyzny. Nie doszło do żadnej rozmowy, a obraz 
zniknął bardzo szybko.

W tej historii interesujące jest jednakże nie to, co przydarzyło się uczestniczce w izbie zjaw. 

Podobnie jak kilka innych osób, miała wizję „na wynos”, ukazującą się później.

A oto jej opowieść:

„Kiedy tam byłam, myślałam, że widzę coś z prawej strony w zwierciadle. Spojrzałam na 

lustro i starałam się skoncentrować, ale obraz zniknął. Potem zaczęłam się wpatrywać ponownie 
i zobaczyłam coś, co wyglądało jak tamta postać, koło mojego prawego ramienia. Kiedy się 
odwróciłam,   żeby   sprawdzić,   znowu   znikło.   Przypominało   jakąś   osobę,   ale   nie   umiem 
powiedzieć, kto to mógł być.

A potem zobaczyłam inny obraz. Wiem, że to był mężczyzna, ale zupełnie mi nie znany. 

Właściwie w pierwszej chwili pomyślałam, że to pan przyszedł sprawdzić, co ze mną.

Ten   mężczyzna   był   jednocześnie   w   lustrze   i   na   zewnątrz   niego.   Wyłonił   się   i   dlatego 

obejrzałam się za siebie, w prawo. To nie przypominało odbicia. Była to autentyczna postać 
wychodząca z lustra, ale kiedy ponownie się obejrzałam, ten ktoś znikł.

Wtedy zrezygnowałam. Zeszłam na dół i czułam się naprawdę rozczarowana, bo myślałam, 

że nic z tego nie będzie.

Następnie poszłam do domu. Już pierwszej nocy miałam niejasne uczucie, że ktoś jest w 

pobliżu. Kładłam się do łóżka i wydawało mi się, że ktoś jest w pokoju. Obudziłam się i nadal 
czułam, że ktoś ze mną jest, ale nie potrafiłam stwierdzić – kto.

Drugiej nocy obudziłam się pod wrażeniem, że w pokoju jest obecny mój ojciec. Mogę 

powiedzieć tyle, że próbował powiedzieć coś do mnie, ale nie zrozumiałam, co to miało być. 
Byłam tak rozbudzona, że nie potrafiłam zasnąć.

Następnej nocy znowu to samo. To była już trzecia z rzędu noc, kiedy zasypiałam i budziłam 

się z uczuciem,, że ktoś jest w pokoju. Tym razem obudziłam się i poczułam zapach wody po 
goleniu, jakiej używał mój ojciec.

Czułam się całkiem rozbudzona i to mi się nie śniło; było to coś bardzo konkretnego, tu i 

teraz.

background image

Popatrzyłam – mój ojciec stał przy drzwiach sypialni. Leżałam w łóżku, wstałam więc i 

podeszłam do niego. Zatrzymałam się w odległości jakichś czterech kroków. Wyglądał zupełnie 
jak mój tata, ale nie robił wrażenia człowieka tak schorowanego, jak tatuś był tuż przed śmiercią. 
Widziałam całą jego sylwetkę; była pełniejsza, niż kiedy umarł. Wyglądał tak, jakby wszystko 
było cudownie.

Nie   słyszałam   jego   głosu,   ale   zrozumiałam,   co   mówił.   Nie   chciał,   żebym   się   martwiła. 

Wyraźnie odniosłam wrażenie, że mówi mi, iż wszystko jest w porządku.

Byłam bardzo przygnębiona, ponieważ tata umarł w samotności. Nie było przy nim nikogo i 

z jego śmiercią wiązało się wiele problemów, takich jak pytanie, czy miał dosyć tlenu, żeby 
przetrzymać noc. Bardzo mnie to gnębiło, ponieważ jestem jego jedynym dzieckiem, a mama i 
tata żyli w separacji.

Ale widząc go tej nocy naprawdę nabrałam przekonania, że wszystko było w porządku, jakby 

mówił mi, że nie muszę się o niego martwić i że jest mu dobrze. Po prostu znałam jego myśli, a 
on znał moje.

A potem zwyczajnie odszedł. Przez długi czas nie mogłam zasnąć. Wydawało mi się, że 

naprawdę był u mnie, i nie chciałam stracić tego uczucia”.

Ta kobieta była trochę zakłopotana swoim przeżyciem. Szykowała się na spotkanie z mężem, a 

zamiast niego zobaczyła zjawę ojca. Teraz zdaje sobie sprawę, że być może wpatrywanie się w 
zwierciadło nie pozwala na dokonywanie wyboru.

– To tak, jakbym miała przed oczami wielką patelnię, zrobiła w niej mały otwór i oświadczyła: 

„Chcę zobaczyć męża” – powiedziała. – A jest tak, że muszę ten otwór zostawić dla każdego, kto 
zechce przyjść do mnie.

Od czasu doświadczenia z wpatrywaniem się w zwierciadło ta kobieta odzyskała spokój, jeśli 

chodzi o ojca. Nie czuje się już winna i niespokojna, kiedy myśli o jego śmierci. „Teraz myśli o nim 
są miłe – powiedziała. – Czuję się z nim naprawdę związana”.

Podobne przeżycie,, przypominające inkubację snów, okazało się dość typowe dla osób, które 

odwiedzały psychomanteum.

Zdarza   się   zwłaszcza   tym,   którzy   przeżyli   mało   bądź   całkiem   nic   w   izbie   zjaw.  Te   osoby 

przeżywają niespodziewane odwiedziny po powrocie do domu.

„Przy łóżku stała Jane”

Kolejna „wizja na wynos” przydarzyła się mężczyźnie pod sześćdziesiątkę, który przed pięciu 

laty utracił w tragicznych okolicznościach córkę. Przyszedł do mnie, ponieważ nie mógł się uporać 
z rozpaczą po jej śmierci.

Nie zobaczył córki w izbie zjaw. Jednakże dwa dni później zadzwonił do mnie i opowiedział o 

fascynującym spotkaniu, które przeżył poprzedniego wieczora.

„Położyłem   się   spać   około   jedenastej   trzydzieści,   tuż   po   wieczornych   wiadomościach,   i 

zasnąłem niemal natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Następne, co pamiętam, to że 
obudziłem się i usiadłem wyprostowany w łóżku. Miałem wrażenie takie samo jak wówczas, 
kiedy Jane wracała z college'u, zjawiała się późno w domu i wchodziła do naszego pokoju. 
Zupełnie tak, jakby wróciła właśnie z zajęć i wpadła powiedzieć: – Cześć!

Wyglądała cudownie. Promieniała, była ślicznie oświetlona. Szczęśliwa i ożywiona. Mówiła 

mi:

– Musisz się uspokoić. Uspokój się na chwilkę.
Nie słyszałem jej głosu, żadnego dźwięku. Ale kierowała te myśli do mnie, a były one tak 

background image

silne, że czułem, jakby to były moje własne myśli,

Przez   zasłony   przenikało   światło   z   ulicy   i   widziałem   ją   bardzo   dobrze.   I   muszę   panu 

powiedzieć, że byłem całkiem rozbudzony przez cały ten czas. A pan wie, że nie należę do tych, 
co to wymyślają niestworzone historie.

To była moja córka. Mówiła mi, że wszystko jest w porządku i czuje się doskonale. Przyszło 

mi do głowy, a może to ona mi powiedziała, że śmierć nie jest wcale czymś takim, jak myślałem. 
Była szczęśliwa i roześmiana. Powtarzała:

– Bądź spokojny. Nie mogę tu długo zostać, ale nie ma powodu do zmartwienia. Jest mi 

doskonale.

I to wszystko. Powiedziała:
– Do widzenia – i znikła”.

Według zegara całe to przeżycie trwało cztery minuty, a kiedy dziewczyna znikła, zrobiła to tak 

błyskawicznie, „jakby ktoś przekręcił wyłącznik”.

Mężczyzna jest przekonany, że to, co widział, nie było zjawą, że to naprawdę była jego córka. W 

rezultacie tego spotkania ból po jej utracie w znacznym stopniu złagodniał. „To nie był sen, lecz 
takie przeżycie, jak spotkanie każdego innego człowieka – powiedział. – Nie wątpię, że pewnego 
dnia znowu się z nią spotkam”.

Zjawy w różnych postaciach

Ze   względu   na   podobne   zdarzenia   przyjąłem   zasadę   informowania   gości   odwiedzających 

psychomanteum, że być może przeżyją wizje dopiero po powrocie do domu.

W gruncie rzeczy przy każdym nowym gościu w Teatrze Umysłu uczę się czegoś nowego na 

temat wywoływania zjaw osób zmarłych i odpowiednio przystosowuję całą procedurę.

Wyjaśniam   także   tym,   którzy   pragną   zobaczyć   zjawy,   że   spontaniczne   wizje   występują   w 

licznych formach i mogą oddziaływać na wszelkie zmysły. Większość z nich jest wizualna, gdy 
naprawdę widzi się zjawę zmarłego. Znaczna część to odczucia słuchowe (według jednego z badań 
– 27 procent), a tuż za nimi lokują się dotykowe (13 procent).

Następne trzy przykłady opisują przeżycia słuchowe.

„Jest zbyt zawstydzony, aby rozmawiać”

Pewna dobiegająca czterdziestki lekarka psychiatra przyszła do psychomanteum w nadziei, że 

zobaczy swojego ojca, który w ostatnich latach życia bardzo agresywnie odnosił się do członków 
swojej rodziny i nieustannie miał do nich jakieś pretensje.

W celu rozbudzenia wspomnień przyniosła zrobiony przez jej ojca drewniany przedmiot i kilka 

zdjęć rodzinnych. Ojciec umarł trzy lata temu, ale kilka lat przed jego śmiercią stosunki między 
nimi   stały   się   bardzo   napięte   i   pełne   konfliktów.   Biorąc   pod   uwagę   charakter   ich   ostatnich 
kontaktów, wyniki jej sesji wpatrywania się w zwierciadło są intrygujące:

„Siedziałam tam dość długo, zanim cokolwiek zaczęło się dziać. Potem dostrzegłam w lustrze 

różne obrazy, kształty i kolory, głównie wzory, A później, po jakimś czasie, ze zdumieniem 
usłyszałam nagle mówiącą, do mnie babcię. Wyraźnie był to jej głos, którego nie słyszałam 
przez wiele lat, od jej śmierci.

– Babciu, to ty? – spytałam.
– Tak – odpowiedziała. A potem dodała: – Jestem tu z Howardem i Kathleen (zmarłymi ciotką 

background image

i wujem), a jest tu również twój ojciec.

– Czy może podejść, żeby porozmawiać ze mną?
– Nie – odparła. – Jest zbyt zawstydzony, aby rozmawiać.
Wierzę, że mój ojciec był zawstydzony z powodu oziębłego stosunku do swoich dzieci przez 

ostatnie   osiem   lat   życia.   Myślę   też,   że   miał   jakieś   paranoiczne   podejrzenia   wobec   swoich 
bliskich, podejrzenia zupełnie bezpodstawne. Wydawało mu się chyba, że chcieliśmy się go 
pozbyć.

Z rozmowy z babcią odniosłam wrażenie, że ojciec teraz już wie, iż wcale nie byliśmy tacy, 

jak przypuszczał. Możliwe też, że wstydzi się swojego postępowania i pewnych rzeczy, które 
powiedział, a były one naprawdę straszne.

Jeśli zaś chodzi o samo przeżycie: Słyszałam, jak liczni schizofrenicy, moi pacjenci, mówili o 

głosach, ale oni najczęściej mówią o głosach, które wydają im polecenia lub krytykują ich, albo 
po prostu o jakichś pomrukach i łoskocie.

Głos   mojej   babki   w   niczym   tego   nie   przypominał.   Brzmiał   dokładnie   tak,   jak   jej   głos. 

Zupełnie jakby stała blisko mnie. Było to jednak dziwne. Wcale się jej nie spodziewałam, a 
mimo to miałam wrażenie, że znajduje się w izbie zjaw, tuż przy mnie”.

„Czułem się zupełnie tak, jakby tu była”

  Kolejnym   gościem   w   mojej   wyroczni   zmarłych,   który   słyszał   głosy   z   zaświatów,   był 

dwudziestokilkuletni   mężczyzna,   który   przyjechał   zobaczyć   się   ze   swoją   przyjaciółką,   zmarłą 
tragicznie, gdy oboje byli nastolatkami. Choć nie widział dziewczyny, przeżycie i tak było dla niego 
satysfakcjonujące.

„Jak sądzę, nie więcej niż po pięciu minutach zacząłem słyszeć głos tej przyjaciółki, która 

utonęła w czasie przejażdżki łodzią. Miałem wrażenie, że ona po prostu mówi do mnie. Nie 
chodzi mi o moje myśli, marzenia na jawie czy wyobrażenia. Nigdy przedtem nie słyszałem 
czegoś takiego.

Po prostu rozmawiała ze mną, powiedziała, że tu, gdzie przebywa, jest cudownie. Słyszałem 

każde jej słowo bardzo wyraźnie, każde z osobna. Brzmiało to trochę specyficznie, jakby z 
echem, albo raczej tak, jakby mówiła przez metalową tubę. Ale z całą pewnością był to jej głos.

Czułem wielki żal po jej śmierci. Zresztą nie tylko ja, wszyscy nasi przyjaciele. Przedtem nikt 

spośród moich kolegów czy z rodziny nie umarł, było to więc moje pierwsze zetknięcie ze 
śmiercią. Żałowałem, że nie mogłem pożegnać się z nią ani powiedzieć, jak mi na niej zależało.

Doznałem więc cudownego przeżycia. Poczułem radość, zupełnie tak jak po spotkaniu z nią. 

Nie widziałem jej, ale czułem się tak, jakby ona tu była”.

„Miałyśmy bezpośredni kontakt emocjonalny”

  Szczególnie   ekscytujące   stało   się   dla   mnie   wywoływanie   wizji   z   następną   uczestniczką, 

ponieważ była ona pierwszą osobą spośród tych, z którymi pracowałem, mającą doświadczenia ze 
stanu bliskiego śmierci. Opowiedziała mi smutną historię. Zaledwie kilka miesięcy po tym, jak jej 
młodsza siostra zginęła w wypadku samochodowym,, ona sama przeszła bardzo ciężki wypadek 
samochodowy, w którym otarła się o śmierć. W efekcie tego wypadku miała przeżycia ze stanu 
bliskiego śmierci i widziała wówczas swoją zmarłą siostrę. Spotkanie nastąpiło, kiedy opuściła 
swoje ciało, i doprowadziło do głębokiego przeżycia emocjonalnego o takim charakterze, jakiego 
nigdy   przedtem   nie   doznała.   „Odkryłam   –   opisywała   tamto   zdarzenie   –   że   ciało   właściwie 
powstrzymuje uczucia. Kiedy wydostałam się ze swojego ciała, moje emocje stały się niczym nie 

background image

skrępowane. Kiedy wydostałam się ze swojego ciała, było zupełnie tak, jakby moje uczucia wyszły 
naprzeciw jej uczuciom. Miałyśmy bezpośredni kontakt emocjonalny”.

Zaintrygowała   mnie   możliwość   wywołania   wizji   w   przypadku   tej   kobiety,   ponieważ 

pozwoliłoby   mi   to   porównać   efekty   wpatrywania   się   w   zwierciadło   z   przeżyciami   ze   stanu 
bliskiego śmierci. A oto opis wywołanej wizji, jaki mi przekazała:

„Najpierw czułam, że lustro się unosi. Unosiło się tak przez jakiś czas. Następnie zobaczyłam 

wychodzące z niego obrazy w formie jakichś kształtów i błysków światła. A potem dostrzegłam 
czerwone światło z zieloną mgiełką w środku. I wtedy usłyszałam moją młodszą siostrzyczkę, 
mówiącą:

– Jestem tu.
– Chciałabym cię zobaczyć – powiedziałam w myślach. A ona odparła:
– No to jestem.
Próbowałam się rozluźnić, ale nie udawało mi się jej zobaczyć. Za to czułam ją! Czułam, jak 

pocałowała   mnie   w   policzek   w   taki   sam   sposób   jak   wtedy,   kiedy   jeszcze   żyła.   I   znowu 
usłyszałam, że mówi:

– Jestem tu.
Nie widziałam jej, ale wiedziałam, że jest w pobliżu. Czułam bijącą od niej miłość. I mignęła 

mi mała scenka. Zobaczyłam nas, jak siedzimy w jej pokoju i słuchamy płyt. W tym momencie 
wyraźnie czułam miłość, ten sam rodzaj miłości, jaki odczuwałam wtedy, kiedy to wszystko 
działo się naprawdę”.

Poprosiłem tę uczestniczkę, aby porównała wizję, wywołaną w procesie wpatrywania się w 

zwierciadło,   ze  swoimi   przeżyciami  ze   stanu  bliskiego   śmierci.   Otóż  w   stanie   bliskim   śmierci 
widziała swoją siostrę, podczas gdy w izbie zjaw jedynie słyszała ją i czuła jej obecność. Ale pod 
względem   emocjonalnym   różnica   była   niewielka,   jak   mówiła.   „To   było   zupełnie   tak,   jakbym 
słyszała autentyczny głos – wspominała. – Słyszałam, jak mówiła. Jakby pochylała się nade mną i 
szeptała do mojego ucha”.

Dla żałoby i wiedzy

Termin „psychomanteum”' rozumiany dosłownie sugeruje, że duchy zmarłych wywołuje się do 

wróżb – aby można im było zadawać pytania o przyszłość lub poznawać to, co jest ukryte przed 
oczami człowieka. Puryści mogą stawiać zarzut, że to, co stworzyłem do celów moich badań, nie 
jest psychomanteum, ponieważ naszym celem nie było wywoływanie duchów, by nam wróżyły. 
Ludzie przychodzili tu (i nadal przychodzą) raczej w nadziei na zaspokojenie swojej tęsknoty za 
towarzystwem   osób,   które   zabrała   im   śmierć.   Niezależnie   jednak   od   różnicy   w   przeznaczeniu 
tamtych starożytnych instytucji i tej współczesnej, którą zbudowałem, podejrzewam, że są podobne, 
jeśli chodzi o ich działanie.

Dzięki mojej pracy nad wywoływanymi wizjami uświadomiłem sobie rolę, jaką żałoba odgrywa 

w życiu człowieka. Grecki historyk Plutarch opowiada wzruszającą historię, która ilustruje mój 
punkt   widzenia.   Wybitny   i   zamożny   człowiek,   Elizjusz,   był   opętany   myślą,   że   zapewne   jego 
młodszy   syn,   który   zmarł,   został   otruty.  W  swojej   udręce   Elizjusz   udał   się   do   miejsca,   które 
znajduje   się   w   obecnych   południowych   Włoszech,   do   tamtejszego   psychomanteum,   które 
najwyraźniej służyło inkubacji snów. Po dopełnieniu określonego rytuału Elizjusz zasnął i miał 
wizję. Pojawił się jego ojciec, zbliżając się do niego. Elizjusz opowiedział ojcu wszystko, co się 
zdarzyło, i błagał go, aby wykrył przyczynę śmierci chłopca. Ojcu Elizjusza towarzyszył młody 
mężczyzna.   Tak   jak   zdarzyło   się   w   kilku   przypadkach   w   moim   psychomanteum,   Elizjusz 
pierwotnie nie rozpoznał młodzieńca, który – jak się okazało – był jego synem. Kiedy go wreszcie 

background image

rozpoznał, syn powiedział mu, że umarł z przyczyn naturalnych.

Wierzę, że nasze powody zainteresowania spotkaniami wizjonerskimi nie różnią się od tych, 

którymi   kierowali   się   starożytni   Grecy.   Jestem   pewien,   że   wówczas,   podobnie   jak   i   obecnie, 
większość ludzi szukała w psychomanteum nie wiedzy, ale przygody, ukojenia, spełnienia życzeń, a 
nawet pocieszenia.

6. 

Sposób odkrywania samego siebie

Wydawało mi się jakbym szedł

przez świat duchów

i czuł się cieniem snu.

Aleksy Tołstoj

Współcześnie   refleksja   i   medytacja   znalazły   się   w   tyle   za   techniką.   Szybkie   tempo   życia 

spowodowało,   że   całkiem   realnie   utraciliśmy   kontakt   z   samymi   sobą.   Walka   o   przetrwanie 
doprowadziła ludzi do stanu, w którym mają kłopoty z poznaniem własnych uczuć. Może im w tym 
dopomóc wpatrywanie się w lustro. Wizje zwierciadlane, powstające z tego rodzaju dowolnego 
wpatrywania się (a nie wywoływania zjaw), czasami prowadzą do wejrzenia w tę głęboką studnię 
wewnętrzną, znaną jako podświadomość.

„Wyczuwałam ogromny strach”

Czterdziestoczteroletnia kobieta, której pokazałem metodę wpatrywania się w lustro, zaczęła 

samodzielnie eksperymentować. Przez całe lata drogą tradycyjnej psychoterapii szukała klucza do 
własnego   dylematu   psychologicznego.   Po   kilku   sesjach   wpatrywania   się   w   lustro   odkryła 
wspomnienie, które doprowadziło ją do znaczącego postępu w zrozumieniu samej siebie. Oto jej 
historia:

„Kiedy próbowałam wpatrywać się w lustro, odkryłam, że narastają we mnie jakieś silne 

uczucia. Stało się oczywiste, że dostosowywałam się do jakichś uczuć, które blokowałam w 
świadomości.

Wyczuwałam   ogromny   strach,   ale   nie   byłam   pewna   przed   czym.   Czasami   dosłownie 

przerywałam sesję, ponieważ bałam się tego, co miałam zobaczyć.

Odkryłam   wreszcie,   że   był   to   strach   przed   samodzielnością   i   dbaniem   o   siebie.  A  także 

przeraźliwie bałam się porażki.

Widziałam różne twarze i różne sytuacje. Każda z nich pokazywała, jak bardzo zżera mnie 

strach.

W czasie jednej z sesji zobaczyłam, w jaki sposób odnoszę się do ludzi. To wszystko zaczęło 

się w moim dzieciństwie i miało związek z tym, że byłam najstarsza i musiałam opiekować się 

background image

pozostałymi dziećmi w rodzinie.

Zobaczyłam siebie przed urodzeniem się moich braci, kiedy byłam oczkiem w głowie dla 

wszystkich. Potem pojawili się moi bracia i to wszystko się skończyło. Ludzie zaczęli zwracać 
uwagę na nich, a nie na mnie. Aby pozyskać uwagę ojca i pochwałę z jego ust, stałam się 
opiekuńcza. W jednym z obrazów widziałam siebie kąpiącą braci, podczas gdy rodzice siedzieli 
w salonie.

Aby   przystosować   się,   zawsze   stawiałam   siebie   na   drugim   miejscu   w   stosunkach   z 

mężczyznami.   Gdy   trzeba   było   ratować   nasz   związek,   to   ja   dokładałam   wszelkich   starań. 
Widziałam sytuacje, kiedy robiłam rzeczy, których nie chciałam; robiłam je tylko po to, aby 
sprawić przyjemność mężczyznom w moim życiu.

A  potem   zobaczyłam   wydarzenie,   które   miało   nadejść   w   mojej   rodzinie.   Moja   cioteczna 

babka kończyła dziewięćdziesiąt lat, a matka i brat planowali przyjęcie w weekend dla niej. W 
zwierciadle   zobaczyłam,   jak   włączam   się   w   to,   przejmując   odpowiedzialność.   Zobaczyłam 
siebie, jak dzwonię do mamy i taty i mówię im, że przywiozę obiad na piątek.

Te obrazy wywołały uczucie bólu. Zdałam sobie sprawę, że w moich związkach rodzinnych ci 

tak zwani przyjaciele i krewni nie przychodzili do mnie dla przyjemności; przychodzili, żebym 
im w czymś pomogła. Dzięki wpatrywaniu się w zwierciadło uświadomiłam sobie, że zostałam 
zanadto obciążona, że nie czerpałam żadnej radości z życia”.

Ta   kobieta   wiele   zmieniła   w   swoim   postępowaniu   po   przeżyciach   wizjonerskich.   Przestała 

dobrowolnie brać na siebie obowiązki, które nie sprawiały jej przyjemności. Zamiast obciążać się z 
własnej woli odpowiedzialnością za zjazdy rodzinne, czerpie z nich przyjemność i pozwala innym 
je organizować. To samo nastąpiło w jej stosunkach z dziećmi, za które wielokrotnie podejmowała 
decyzje. Obecnie pozwala im popełniać błędy, nie angażując się nadmiernie. „Teraz zamiast mówić 
im, co mają zrobić, po prostu rzucam pewne sugestie i nie wtrącam się więcej” – jak powiedziała.

Wizje symboliczne

Ostatnie opisane przeżycie należało do „rzeczywistych”, a nie do symbolicznych wyobrażeń. 

Jest   to   o   wiele   łatwiejsze   dla   doznającej   osoby,   nie   stawia   bowiem   wymagań   w   zakresie 
interpretacji.   Symboliczne   wizje,   pojawiające   się   w   trakcie   wpatrywania   się   w   zwierciadło,   są 
trudniejsze do wyjaśnienia. Jednakże kiedy już się tego dokona, mogą dać tyle samo satysfakcji co 
wizje nie mające treści symbolicznej. Czasami nawet więcej niż wizje, „realne”, pozwalają bowiem 
danej osobie mówić o szerokim wachlarzu spraw z jej życia, które być może wiążą się z tymi 
symbolami.

Jak będzie można się przekonać, następna wizja zwierciadlana jest pełna treści symbolicznej:

„Bardzo boję się węży. Kilka razy w trakcie wpatrywania się przeze mnie w zwierciadło 

pojawiał się wąż.

W czasie jednej z wizji dom, w którym się wychowywałam, został zaatakowany przez węża, 

niemal tak wielkiego, jak sam ten dom. Wąż unosił się, syczał i wysuwał język, jakby zamierzał 
ukąsić. Tuż za tym wężem pojawił się drugi, równie wielki. Ale inny od tego pierwszego. Był 
niebieski, miał cudowne, niebieskie oczy i uśmiechał się.

Patrząc   na   niego   pomyślałam:   Czy   on   nie   jest   cudowny?  Ale   zaraz   poczułam   strach   i 

uciekłam. Nie ufałam mu”.

Omawialiśmy tę wizję po jej skończeniu. Po zdumiewająco krótkim namyśle kobieta stwierdziła, 

że obrazy, które widziała w zwierciadle, wiążą się z zaufaniem.

background image

„To prawie tak jak z moim strachem, że ludzie robią dobre wrażenie, a potem się okazuje, że 

zwracają się przeciwko mnie – powiedziała, nawiązując do różnych osobowości węży. – Nie ufam 
ludziom. Myślę, że są tacy, jak mi się wydaje, a potem okazuje się, że są zupełnie inni. I czuję się 
oszukana”.

„Widziałam pawia”

Inna symboliczna wizja zwierciadlana pojawiła się kobiecie, którą interesowało wpatrywanie się 

w zwierciadło, ponieważ chciała „zobaczyć, co z niego wyjdzie”. Z przyjemnością pomogłem jej, 
ponieważ intrygują mnie wizje, jakie miewają ludzie, kiedy nie szukają czegoś konkretnego. Coś 
takiego daje doskonałe możliwości oceny wyników wpatrywania się w lustro u normalnych ludzi, 
których po prostu interesuje poznawanie samych siebie.

Ta   kobieta   była   dwudziestotrzyletnią   absolwentką   jednego   z   uniwersytetów   na   Południu. 

Twierdziła,   że   nie   była   chowana   bardzo   religijnie   i   nie   interesowała   się   szczególnie   tymi 
zagadnieniami.   Odnoszę   jednak   wrażenie,   że   poszukiwała   jakiegoś   rodzaju   uduchowienia. 
Przekonanie to zrodziło się we mnie na podstawie jej relacji z wizji zwierciadlanej. A oto ta relacja:

„Usiadłam (w izbie zjaw) i przez jakieś pięć minut oddychałam głęboko i rozluźniałam się. 

Potem widziałam jedynie ramę i panującą w głębi lustra nieprzeniknioną czerń. Wpatrywałam 
się w nią przez pewien czas, a potem zaczęły tańczyć w niej cienie. Te cienie wyszły następnie z 
lustra i tańczyły ze mną w pomieszczeniu, w którym się znajdowałam!

Chwilę później obraz w lustrze stał się szary i zamglony. A następnie lustro zaczęło się dzielić 

na segmenty. Część z nich odsuwała się ode mnie, a część zbliżała. Potem przestałam widzieć 
ramę i uświadomiłam sobie, że lustro mnie pochłonęło. Byłam wewnątrz zwierciadła!

Później zobaczyłam pawia. Stał do mnie tyłem, a potem odwrócił się i oszołomiły mnie 

kolory. Uniósł i rozłożył ogon. Był ogromny!

Wydawało mi się, że ma ludzką twarz, choć nie widziałam dokładnie, jak ta jego twarz 

wygląda. A potem za tym pawiem dostrzegłam coś jeszcze. Jakby jakąś czarnoskórą postać na 
ołtarzu ofiarnym. Osoba ta leżała wyciągnięta, jej ręce i głowa zwisały po bokach i wydawało mi 
się, że jest martwa. To był mężczyzna, twarz miał zwróconą w moją stronę, ale zakrywały ją 
włosy, nie mogłam więc zobaczyć rysów.

A potem lustro ponownie wróciło do mnie. Widziałam jedynie wielki trójkąt, taki jak dzwon 

przyzywający na posiłki, oraz mały kawałek metalu, jakiego używa się, aby uderzać w ten 
dzwon. I ten dzwon zaczął dzwonić; dzwonił tak chyba przez kilka minut, powoli jak dzwon 
kościelny. Było to tak odprężające, że niewiele brakowało, a zapadłabym w sen.

Zanim jednak do tego doszło, nagle zorientowałam się, że tańczę z Jezusem Chrystusem! A 

kiedy rozejrzałam się, zobaczyłam, że tańczę na Ostatniej Wieczerzy! Tańczyliśmy wokół stołu, 
a potem przyszła jakaś czarnoskóra kobieta i wyprowadziła mnie”.

Podobnie jak wielu innych, ta uczestniczka również uznała wpatrywanie się w zwierciadło za 

jedno z najbardziej odprężających przeżyć. I choć powiedziała mi, że nie rozumie znaczenia swej 
wizji, myślę, że ona właśnie wtedy usiłowała uporać się z rolą, jaką odgrywa religia w jej życiu. 
Paw, na przykład, jest starożytnym symbolem Chrystusa. Jej opis, że był „ogromny” i przejmująco 
piękny,   jest   sympatyczny   i   sugeruje   mi,   iż   dziewczynę   tę   pociąga   pełne   miłości   przesłanie 
chrześcijaństwa,   będące   podłożem   doktryny,   którą   ta   uczestniczka   sesji   dotychczas   odrzucała. 
Ponadto fakt, że widziała obraz Chrystusa jako postaci religijnej, z którą mogła tańczyć, świadczy o 
tym, że wierzy w jego dobroć i serdeczność.

Czarna osoba na ołtarzu może oznaczać prześladowania. Ponieważ osoba ta pojawiła się łącznie 

z wyobrażeniem pawia-Chrystusa, pozwalam sobie snuć przypuszczenie, że ten czarny człowiek 

background image

przedstawia   jakąś   formę   prześladowania   chrześcijaństwa.   Natomiast   czarna   kobieta,   która 
wyprowadziła ją z Ostatniej Wieczerzy, była zapewne jej nianią z czasów dzieciństwa.

Ta młoda kobieta najprawdopodobniej szuka więcej uduchowienia w swoim życiu i pociąga ją 

motyw dobroci w religii chrześcijańskiej.

Ostatnie   dwa   przykłady   stanowią   ilustrację,   w   jaki   sposób   wpatrywanie   się   w   zwierciadło 

pozwala   ujawnić   się   podświadomości,   myślom   i   uczuciom,   które   tkwią   tuż   pod  powierzchnią. 
Zwykła psychoterapia prowadzi do tego samego. Jedną z zalet wpatrywania się w zwierciadło jest 
jednakże to, iż – jak się wydaje – do osiągnięcia tego celu potrzeba mniej czasu i zazwyczaj 
uzyskuje się bardziej wizualną demonstrację tego, co dzieje się w wewnętrznych sferach naszego 
umysłu.

Wpatrywanie się w podświadomość

Wpatrywanie się w zwierciadło może także pomóc psychoterapeutom odkryć, co się dzieje w 

podświadomości osób szukających u nich pomocy.

Freud  wierzył,  a  wiele  osób  podziela  jego   punkt  widzenia,  że   sny  są  „królewską  drogą  do 

podświadomości”. Uważał, że sny ujawniają motywację kierującą odruchami i działaniami, których 
nasza podświadomość wyrzeka się, gdy czuwamy.

Mam wrażenie, że wizje zwierciadlane także są wskazówkami informującymi o tym, co tkwi w 

naszej podświadomości. Ponieważ obrazy widziane w zwierciadle są w znacznym stopniu tworami 
umysłu   osoby   wpatrującej   się,   stanowią   one   coś,   co   można   by   nazwać   testem   projektywnym, 
analogicznym do słynnych kart Rorschacha czy też testu z kleksami. Próba taka może być bardzo 
pomocna przy ocenie stanu umysłu pacjenta.

Ja sam wykorzystuję wpatrywanie się w zwierciadło przez moich pacjentów do diagnozowania 

licznych objawów, łącznie z konkretnymi niepokojami, depresją i problemami małżeńskimi.

Aby to osiągnąć, proszę uczestnika sesji, aby przestrzegał określonej procedury, tak jak musieli 

czynić kapłani w świątyni inkubacji snów w starożytnej Grecji. Na dzień przed wpatrywaniem się 
w zwierciadło proszę uczestnika o naszkicowanie, co go trapi. Jeśli na przykład ktoś martwi się o 
swoje stosunki z matką, proszę, aby myślał o swojej matce o różnych porach w ciągu dnia. W ten 
sposób, kiedy w końcu dochodzi do wpatrywania się w zwierciadło, obrazy najprawdopodobniej 
pojawią się w nawiązaniu do wcześniejszych myśli uczestnika sesji. Podobnie jak w inkubacji 
snów, obrazy, które się pojawiają, są pełniejsze życia niż rzeczywistość i bardziej symboliczne niż 
zwykłe myśli.

Inaczej   niż   to   jest   w   przypadku   snów   –   które   opowiada   się   psychoterapeutom   po   kilku 

godzinach, jeśli nie kilku dniach od chwili, kiedy pacjent je przeżywał, wskutek czego mogą być 
już nie w pełni pamiętane – wizje zwierciadlane mogą być wytwarzane przez uczestnika w czasie 
sesji,   co   pozwala   na   dostęp   do   materiału   zawartego   w   podświadomości   i   wykorzystanie   go 
natychmiast.

Człowiek z wyspy

Przykładem zastosowania wpatrywania się w lustro jako narzędzia terapeutycznego, może być 

przypadek dość nieokrzesanego studenta ze wsi na Południu. Chłopak ten ochoczo przyznał się do 
swych braków i określił swoich rodziców jako ludzi tego samego pokroju. Jego matka zajmowała 
się domem, a ojciec był agentem ubezpieczeniowym.

Kiedy odbywaliśmy sesję wpatrywania się w zwierciadło, mieszkał nadal u rodziców. Mówił o 

swoich sprawach życiowych obojętnym głosem, bez emocji. Ale pod koniec tej sesji gotów był 

background image

przyznać, że faktycznie miał pewne problemy w domu. A oto co zobaczył:

„Widziałem grupę ludzi na plaży. Palili ognisko i gotowali coś, co przypominało rybę. Nie 

przyglądałem się zbyt uważnie jedzeniu, bo nie interesowało mnie tak Jak tamci ludzie i samo 
miejsce.

Byliśmy na wyspie, i to nie bardzo dużej. Widziałem wzgórza za nami. Miałem wrażenie, że 

mógłbym obejść tę wyspę dokoła w bardzo krótkim czasie.

Byliśmy ubrani w kolorowe stroje, zrobione z materiału, który wyglądał jak papier. Kiedy 

ludzie przechodzili obok mnie, spódniczki, które mieli na sobie, szeleściły jak bibułka. Kolory 
były niezwykle żywe i ostro kontrastowały z intensywną zielenią drzew i czerwienią kwiatów.

W następnej scenie razem z grupą tych ludzi biegaliśmy po płyciźnie przy plaży, zbierając 

ryby, które wyrzucił przypływ. Byliśmy szczęśliwi. Na tej wyspie było też mnóstwo owoców, 
bardzo słodkich i sycących.

W grupie panowała atmosfera plemienna. Nie miałem wrażenia, że ktokolwiek jest moją 

mamą   lub   moim   tatą,   wszyscy   byliśmy   równi   i   życzliwi   dla   siebie.   Najdziwniejsze   ze 
wszystkiego wydaje mi się to, że nie umiałem określić, jakiej jestem płci – męskiej czy żeńskiej. 
Byłem po prostu bardzo młody.

Była tam jedna osoba, z którą czułem się blisko związany. Starzec plemienny, wesoła postać z 

naprawdę   dużym   brzuchem   i   kręconymi   czarnymi   włosami.   Był   moją   ostoją.   Pamiętam,   że 
siedziałem z nim koło plaży, rozmawiałem i czułem się bardzo spokojny, ale nie pamiętam, o 
czym mówiliśmy”.

Zainteresowało mnie to, że w swoim przeżyciu w trakcie wpatrywania się w zwierciadło student 

ów mieszkał na wyspie i nie mógł dorosnąć. Kiedy wspomniałem o tym, zgodził się ze mną. 
Wydawało się to odbiciem jego rzeczywistego życia, w którym rodzice niepokoili się i odnosili z 
niechęcią do możliwości wypuszczenia syna z gniazda oraz poznawania przez niego czegoś, czego 
oni w gruncie rzeczy nie rozumieli. „Nieustannie próbują mnie wciągnąć z powrotem w bagno” – 
powiedział, mając na myśli, że usiłują trzymać go w domu, w roli dziecka.

W trakcie naszej rozmowy uświadomiłem sobie, że starzec plemienny, z którym młodzieniec 

czuł się związany, nie był jego ojcem, przed nim bowiem uczestnik sesji nie odczuwał respektu. Nie 
mógł to też być żaden z jego dziadków, ponieważ obaj umarli przed jego urodzeniem. Podczas 
dyskusji na ten temat chłopak doszedł do wniosku, że starcem z plaży mógł być pewien miły 
policjant z jego rodzinnej wioski, z którym był w dzieciństwie zaprzyjaźniony.

Jedna sesja pomogła temu pacjentowi uświadomić sobie pewne problemy w jego życiu. Dzięki 

wpatrywaniu się w lustro byliśmy w stanie dotrzeć do sedna dylematu jego młodego życia. Chłopak 
rozmawiał   ze   mną   jeszcze   kilkakrotnie   o   znaczeniu   tego,   co   widział   w   krysztale,   po   czym 
zdecydował się wyprowadzić od rodziców i zacząć samodzielne życie.

Wpatrywanie się jako narzędzie do demonstracji

Jako profesor psychologii uznałem wpatrywanie się w zwierciadło za bardzo skuteczny środek 

demonstrowania studentom procesów psychicznych zachodzących w podświadomości. Celem tego 
nie było umożliwianie im spotkania ze zmarłymi krewnymi, ani nawet badanie podświadomych 
uczuć. Miało im to raczej pokazać, że podświadomość jest aktywna nawet wówczas, kiedy sądzą, 
że tak nie jest.

Często organizowałem seanse grupowe i miewałem do czterdziestu studentów wpatrujących się 

jednocześnie w zwierciadło. Taka grupowa demonstracja niemal zawsze zaczyna się od podejścia 
sceptycznego. Dopiero w miarę rozwijania się sesji słyszę, jak studenci posapują ze zdumienia pod 
wpływem tego, co widzą w powierzchni odblaskowej. Pod koniec zajęć większość studentów jest 

background image

oszołomiona tym, czego dokonali i co widzieli. Jeden ze studentów stwierdził, że czuł się tak, jakby 
miał w głowie kamerę wideo. Inna studentka była zdumiona, że jej wspomnienia mogły pojawić się 
jako film trójwymiarowy.

Te grupowe seanse zawsze budziły w studentach ciekawość, dostarczającą im energii na cały 

semestr. Mimo że sam jestem przyzwyczajony do wpatrywania się w tajemnicze zwierciadło, część 
z tych sesji dawała rezultaty, które zdumiewały nawet mnie, uświadamiając mi, jak wiele jeszcze 
nie wiem o podświadomości.

W   czasie   jednej   z   demonstracji   grupa   uczestników   wpatrywała   się   w   zwierciadło. 

Zaobserwowałem, jak jeden z uczestników oddycha głęboko, aby się odprężyć. W miarę upływu 
czasu student ten wpatrywał się w zwierciadło coraz szerzej otwartymi oczami. Później opowiedział 
mi, co widział:

„Próbowałem na siłę wywołać wizję. Potem zniechęciłem się i rozluźniłem. I właśnie wtedy 

poczułem nagle jakby odwrócenie sytuacji: przekręciło mnie o sto osiemdziesiąt stopni i to ja 
siedziałem w lustrze, patrząc na miejsce, w którym byłem dotąd. Właściwie poczułem, że mnie 
coś porywa, i oto byłem w lustrze.

A  potem   przyszły   wizje.   Pamiętam,   że   widziałem   pole,   na   którym   znajdowało   się   całe 

mnóstwo kowbojów i Indian. Widziałem barwy wojenne i kolory ubrań. Była to scena, w której 
Indianie i kowboje ścigali się po równinie, wokół mnie. Ja znajdowałem się wewnątrz tej sceny”.

Skąd wzięły się te obrazy z Dzikiego Zachodu? Nie było to tajemnicą dla tego uczestnika, 

któremu   się   ukazały.   Jako   dziecko   był   oczarowany   kulturą   kowbojów   z   Dzikiego   Zachodu. 
Wszystkie wspomnienia, jakie miał z okresu dorastania, wiążą się z kapeluszem kowbojskim lub 
zatkniętym za pas rewolwerem na kapiszony.

W świetle jego fascynacji Dzikim Zachodem przeżycie to nabrało sensu. Zdumiał go fakt, że 

wizje   były   bardziej   realistyczne   niż   sny   i   sprawiły   mu   więcej   przyjemności.   „Nie   spałem,   a 
znalazłem się w samym centrum akcji – stwierdził. – Sny nie dorównują temu”.

W   czasie   tych   demonstracji   zdarzały   się   też   inne   zdumiewające   sytuacje.   W  jednej   grupie 

siedmioro   studentów   opisało   tę   samą   wizję,   oglądaną   jednak   z   różnych   stron.   Nie   umiem 
odpowiedzieć, dlaczego siedem spośród trzydziestu osób zobaczyło mężczyznę w turbanie. Innym 
razem dwóch studentów przy różnych stolikach ujrzało w swoich zwierciadłach baletnicę. Kiedy 
indziej pewien mężczyzna zobaczył ząb w stanie zapalnym. Gdy o tym powiedział, siedząca obok 
niego kobieta jęknęła i wyjaśniła, że tego ranka wyrwano jej chory ząb.

W  żadnym   z   tych   przypadków   nie   było   podpowiadania   ani   wcześniejszych   dyskusji,   które 

mogłyby doprowadzić do tego rodzaju wizji.

Podobne demonstracje mają tę wartość, że pozwalają dowieść studentom psychologii i innych 

wydziałów,   iż   podświadomość   nie   jest   jakąś   abstrakcją,   ale   rzeczywistym   poziomem   umysłu 
ludzkiego, gdzie kryją się nasze najgłębsze myśli. Ucząc studentów, jak należy wpatrywać się w 
zwierciadło, pomagam im zrozumieć tę trudną koncepcję. Jeden ze studentów ujął to następująco: 
„Aż do tej pory nie wiedziałem, skąd biorą się te wyobrażenia. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że 
obrazy z podświadomości nie byty wymyślane. Ale teraz wiem, jak bardzo są one realistyczne”.

Rzeka wiedzy

William James nazwał podświadomość rzeką zawsze przepływającą przez godziny czuwania 

człowieka. Ten opis budzi lęk, kiedy zdamy sobie sprawę, jak mało wiemy o zawartości tej rzeki. 
Być może wpatrywanie się w zwierciadło, ze swoją potencjalną możliwością włączenia się do tej 
niewidzialnej   rzeki   wiedzy,   może   ujawnić   nasze   najgłębsze   myśli   i   najbardziej   zatarte 
wspomnienia. Jeśli tak jest, to można stosować je jako narzędzie w badaniach psychologicznych; 

background image

narzędzie pozwalające na znaczne skrócenie czasu, jaki pacjent musi spędzić u analityka.

7. 

Tworzenie własnego psychomanteum

Jezioro jest najważniejszym i najbardziej

wyrazistym rysem krajobrazu. Jest to oko ziemi,

w którym widz, wpatrując się w nie,

odnajduje głębię własnej natury.

Henry David Thoreau

Wpatrywanie   się   w   zwierciadło   jest   formą   poznawania   samego   siebie.   I   tak   jak   to   jest   w 

przypadku poznawania czegokolwiek, aby wyprawa mogła się udać, trzeba być w odpowiednim 
nastroju i mieć odpowiedni ekwipunek.

Mój specjalny wystrój pomieszczenia odtwarza wyposażenie historycznych psychomanteów. Od 

czasów   człowieka   pierwotnego   jest   oczywiste,   że   kontrola   nad   wizjami   zależy   od   stworzenia 
wyjątkowego   środowiska,   takiego,   które   całkiem   oderwano   od   codzienności,   by   dramaturgię 
podświadomości udało się wydobyć na powierzchnię.

To właśnie ta potrzeba specjalnego wystroju skłoniła opiekunów psychomanteum w Efyrze do 

stworzenia   kompleksu   podziemnego.   W   tym   gąszczu   grot   i   słabo   oświetlonych   pomieszczeń 
uwidaczniała się podświadomość, kiedy osoby pragnące mieć wizje prowadzono w końcu do izby 
zjaw i pozwalano im wpatrywać się w wypolerowany kocioł pełen wody.

Dom, w którym John Dee kontaktował się z aniołami, posiadał specjalny pokój, który można 

określić jako izbę zjaw. Był wygodny i słabo oświetlony, mieściły się w nim różne zwierciadła, 
poczynając   od   słynnego   zwierciadła   obsydianowego   po   zwykłe   lustra.   Izba   Johna   Dee   była 
podobna   do   wielu   innych,   znanych   z   wcześniejszych   opisów.   Wszyscy,   którzy   zajmowali   się 
wywoływaniem zjaw – we wszystkich kulturach: od czasów greckich po elżbietańską Anglię – 
przeprowadzali swoje próby w starannie zaplanowanych i wyposażonych pomieszczeniach.

Architekci i wykonawcy tych wszystkich wnętrz wiedzieli o czymś, co i dla mnie stało się 

oczywiste.   Zdawali   sobie   sprawę,   że   tak   nasycone   pierwiastkiem   duchowym   i   naładowane 
emocjonalnie spotkania powinny następować w otoczeniu odpowiednio dobranym pod względem 
kryteriów   fizycznych,   psychicznych   i   estetycznych.   Powinno   tak   być   co   najmniej   z   dwóch 
powodów:

Jest odpowiednie i właściwe, aby osoba przechodząca transformatywne przeżycie duchowe 

znajdowała się w otoczeniu przyjemnym i podnoszącym na duchu;

Cechy   charakterystyczne   otoczenia   powinny   być   tak   dobrane,   aby   rozbudzać   odmienne 

stany świadomości u przebywających w nim ludzi.

Oba te czynniki wykorzystywali Grecy, którzy budowali swoje wyrocznie w wyróżniających się 

miejscach,   uważanych   również   za   takie,   gdzie   nasz   świat   styka   się   z   sąsiednim.   Na   przykład 

background image

wyrocznia w Efyrze była według wierzeń współczesnych umiejscowiona w pobliżu wejścia do 
Hadesu.

W  Efyrze   wymagany   efekt   międzywymiarowości   osiągano   przez   zharmonizowanie   licznych 

znanych   metod   odmiany   świadomości   z   pojedynczą,   ujednoliconą   przestrzenią.   Już   sama 
podziemna  lokalizacja wystarczała  do stworzenia atmosfery w  dziwny sposób oddziałującej  na 
psychikę, W tym samym celu Nkomi używali metod pozbawiania czucia i izolacji jednostki, a kult 
Bwiti   stosował   metodę   pozbawiania   snu   i   oszołomienia.   We   wszystkich   trzech   przypadkach 
stosowano wpatrywanie się w zwierciadło jako środek umożliwiający widzenie duchów.

Tworzenie nastroju

Przy   projektowaniu   mojego   ostatniego   psychomanteum   zdecydowałem   się   na   podejście 

wielostronne, przywiązując szczególną wagę do ukazywania związku między zabawą a zjawiskami 
paranormalnymi. Zachęcam do śmiechu, traktując go jako integralną część mojego programu, ale 
nie wprowadzając uczestników w nastrój frywolności czy nadmiernej wesołości. Moim celem jest 
raczej   umożliwienie   im   bezpiecznego   i   wygodnego   odrzucenia   pewnych   swoich   zahamowań   i 
zachęcenie ich w ten sposób do wejścia w odmienny stan świadomości. Oglądając komedie z kaset 
wideo lub nawet czytając wesołe książki, pacjenci nie żartują z doznania, jakie ich czeka, to znaczy 
wywołania   duchów   swoich   zmarłych   krewnych.   Nie.   Działanie   tych   książek   i   filmów   polega 
jedynie na ułatwieniu akceptacji tego, co ma się wydarzyć. W tym sensie dobry humor jest dla 
niektórych ludzi furtką do paranormalności.

Moja strategia opierała się również na włączeniu do tego otoczenia możliwie największej liczby 

czynników, o których wiadomo, że ułatwiaj ą przejście do odmiennych stanów świadomości. Prócz 
dobrego   humoru   czynniki   te   to   także:   przyroda,   zmiana   poczucia   czasu,   sztuka   i   bodźce 
intelektualne oraz, oczywiście, krystaliczne powierzchnie, takie jak lustra. Wspomniałem już we 
wcześniejszym rozdziale, jak wykorzystałem wszystkie te elementy w Teatrze Umysłu. Ale jeśli 
zastanawiacie się, jak byście stworzyli nastrój niezbędny do wywoływania wizji, gdybyście chcieli 
spróbować  sami  wpatrywać  się w   lustro, pozwólcie,  że  dokonam  przeglądu  tych  składników  i 
podsunę wam kilka sugestii:

Przyroda. Ponieważ Teatr Umysłu znajduje się na wsi na dalekim Południu, nie mam problemu 

ze stworzeniem dla swoich klientów relaksującego otoczenia. Wokół rozciągają się lasy i pola, po 
których przyjemnie się spaceruje. Strumień koło mojego młyna, zamienionego w psychomanteum, 
pełen jest żółwi i węży, a ponadto daje kojący szum przepływającej wody.

W otoczeniu o charakterze bardziej miejskim trudno jest o kontakt z naturą. Jeśli mieszkacie w 

takiej   okolicy,   możecie   próbować   wykorzystać   środki   symulujące   naturę.   Większość   sklepów 
ekologicznych sprzedaje kasety magnetofonowe z nagraniami odgłosów przyrody. Może to być na 
przykład szum fal uderzających o brzeg albo deszczu w tropikalnej dżungli. Słuchając tych kaset z 
walkmana w czasie spaceru po parku lub nawet po ulicach miasta, odkryłem, że pomagają one 
osiągnąć stan głębokiego relaksu, jakiego szukam.

Zmiana poczucia czasu.  Zawsze proszę uczestników eksperymentu w Teatrze, aby nie mieli 

przy sobie zegarków. Antyczne dekoracje, jakie ich otaczają, są również pozbawione zegarów. Ma 
to na celu cofnięcie moich gości da wcześniejszej epoki, do czasów, kiedy człowiek nie był tak 
silnie   uzależniony   od   techniki.   Otoczenie   takie   daje   nam   poczucie   historii,   przypomina   o 
wcześniejszych pokoleniach, które przychodziły i odchodziły przed nami. Przypomina także o tym, 
że ludzie doskonale radzili sobie przy wolniejszym tempie życia.

Jeśli   nie   posiadacie   starych   mebli   czy   pokoju   urządzonego   w   jakimś   historycznym   stylu, 

proponuję,   abyście   wprowadzili   się   w   nastrój   przeglądając   album   ze   starymi   fotografiami   lub 
ilustracjami życia w dawnych czasach. Jeśli naprawdę chcecie cofnąć się w czasie, poszukajcie 
sklepu z antykami, w którym będzie przeglądarka stereoskopowa i karty do niej. Ta zapomniana 

background image

metoda oglądania fotografii może być dla was oknem na dawno miniony świat.

Ważne jest także zasłonięcie tarcz zegarów, zarówno po to, by pogłębić wrażenie powrotu w 

przeszłość, jak też w celu wyłączenia współczesnego poczucia czasu. Jeśli konieczne jest śledzenie 
przebiegu czasu, proponuję zastosowanie klepsydry, przyrządu archaicznego, ale skutecznego.

Sztuka. Sztuka sama w sobie jest w stanie u wielu ludzi wywołać odmienny stan świadomości. 

Wspomniałem   wcześniej   o   syndromie   Stendhala,   czyli   postaci   załamania   nerwowego 
występującego u osób mających do czynienia z wybitnymi dziełami sztuki. Mówiłem już także o 
tym,   że   niektórzy   muzycy   opowiadali   o   paranormalnych   przeżyciach,   łącznie   z   uczuciem 
przebywania poza własnym ciałem, w trakcie wykonywania wybitnych utworów.

Wobec tego wykorzystałem zarówno muzykę, jak i sztukę do otwierania umysłów ludzi na tę 

odmienną świadomość. w całym budynku można natknąć się na sztukę, i to nie tylko na tę „ładną”. 
Wybrałem te dzieła, które są zaskakujące, szokujące, śmieszne, niepokojące – wszystko w celu 
stymulowania umysłu w taki sposób, do jakiego nie przywykł.

Nie jest trudno wywołać podobne efekty artystyczne w domu. Można to osiągnąć zmieniając 

obrazy, jakie wiszą obecnie na ścianach. Lub, aby uniknąć związanych z tym kosztów, można po 
prostu   przeglądać   albumy   poświęcone   sztuce   i   osiągnie   się   ten   sam   efekt.   Łatwo   jest   zdobyć 
albumy   z   dziełami   Salvadora   Dali,   Maxa   Ernsta   i   Pabla   Picassa,   a   one   u   większości   ludzi 
oddziaływają stymulujące na głębię psychiki. Spostrzegłem także, iż szczególnie ożywczo działają 
karykatury, zwłaszcza prace Carla Barksa, artysty, który stworzył postać Scrooge'a, wuja Kaczora 
Donalda.

Ukojenie za pomocą piękna jest tylko jednym z powodów uzasadniających wykorzystanie sztuki 

w   czasie   przygotowań   do   wpatrywania   się   w   zwierciadło.   Ważne   jest,   aby   być   zdziwionym, 
zaszokowanym, a nawet mieć poczucie przemieszczenia. Ponadto wzruszenia estetyczne są same w 
sobie   rodzajem   odmiennej   świadomości.   Chcemy   w   ten   sposób   osiągnąć   efekt   oryginalnej 
stymulacji, która wywoła zaciekawienie światem percepcji.

Stymulacja  intelektualna.  Chęć  zdobycia  wiedzy   zawsze  była   ważnym  kanałem,   służącym 

ludziom   do   poszukiwania   kierunków   rozwoju   duchowego   i   oświecenia.   Jak   już   wcześniej 
powiedziałem,   mam   w   Teatrze   Umysłu   obszerną   bibliotekę,   pełną   książek   poświęconych 
odmiennym stanom świadomości, zjawiskom paranormalnym i spirytyzmowi.

Nie uważam wcale, że jedynie książki mogą być źródłem stymulacji intelektualnej. Ponieważ 

wpatrywanie się w zwierciadło ma charakter wizualny, niektórzy ludzie wolą uzyskiwać stymulację 
intelektualną za pomocą środków wizualnych, zwłaszcza jeśli pozwalają one na pewną swobodę 
myśli.

Jedną z metod jej osiągania jest patrzenie przez mikroskop. Zainstalowałem ostatnio łatwy w 

obsłudze mikroskop, dzięki czemu uczestnicy sesji mogą odbywać zdumiewające wyprawy w świat 
mikroskali.

Pewne   możliwości   stwarza   także   świat   w   makroskali.   Jeden   z   astronomów   powiedział   mi 

ostatnio  o  artykule  opublikowanym  w   specjalistycznym  czasopiśmie   na  temat  wielu   uczonych, 
którzy   doznają   przeżyć   pozacielesnych   lub   innych   głębokich   wewnętrznych   wrażeń   w   czasie 
wpatrywania się przez teleskop w rozległe przestrzenie międzyplanetarne i międzygwiezdne.

Pamiątki. I w końcu, jeśli zamierzacie zobaczyć kogoś ze swoich zmarłych bliskich, ważne jest, 

abyście wywołali obraz tej osoby w swoim umyśle. Nie powinno to być trudne. Najskuteczniejszą 
metodą, jaką znam, jest oglądanie fotografii. Album rodzinny, pełen wspomnień, porusza tak samo 
świadomość, jak i podświadomość. Podobny efekt dają rodzinne filmy i kasety wideo.

Wspomnienia o zmarłym bliskim można też wzbudzić za pomocą pamiątek. Bywali u mnie 

ludzie, którzy przywozili ze sobą jakąś część odzieży, kojarzącą im się z danym człowiekiem. 
Przywozili   także   wędki,   narzędzia   stolarskie,   szachy,   fajki,   szklanki,   stare   listy   itp.   Dowolny 
przedmiot kojarzący się z daną osobą jest skutecznym środkiem przywołującym wspomnienia i 

background image

rozbudzającym uczucia.

Łączenie tych czynników

Czynniki  te   mają   służyć  obniżaniu   poziomu   zahamowań,   jakie   ktoś   może   odczuwać  wobec 

wpatrywania się w zwierciadło, jak też wprowadzeniu go w nastrój, który ułatwi przejście umysłu 
do innego wymiaru.

Bardzo chciałbym móc wam podać szczegółowe wskazówki co do tego, ile czasu powinno się 

spędzać nad każdą z powyższych dyscyplin, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Dla niektórych 
godzina   spędzona   na   łonie   natury   to   już   za   dużo,   podczas   gdy   pół   godziny   nad   albumem   z 
fotografiami to zbyt mało. Kiedy przeprowadzam sesję, w zasadzie potrafię ocenić, w zależności od 
poziomu entuzjazmu uczestnika, kiedy nadszedł właściwy moment.

Rada dla tych z was, którzy próbują na własną rękę, jest prosta: nie dopuszczajcie do powstania 

uczucia nudy. Jeśli macie wrażenie, że piętnaście minut oglądania dzieł sztuki wystarczy, to znaczy, 
że tak jest faktycznie. Jeśli macie ochotę spacerować przez godzinę, należy tak właśnie zrobić. To 
samo odnosi się do pamiątek. Jeśli po oglądaniu przez pół godziny starych fotografii czujecie, że 
macie   dość,   prawdopodobnie   nie   ma   po   co   wpatrywać   się   w   nie   dłużej.   Póki   to,   co   robicie, 
stymuluje was, a nie nudzi, tak długo wszystko jest w porządku.

Stan   umysłu   towarzyszący   widzeniu   zjaw   jest   trudny   do   uchwycenia.   Wydaje   się,   że 

oczekiwanie   w   napięciu   wyraźnie   blokuje   przeżycie.   Z   drugiej   strony   ciche   i   pełne   wiary 
nastawienie,   że   wizje   się   pojawią,   zwiększa   prawdopodobieństwo,   że   tak   się   właśnie   stanie. 
Czynnikiem odgrywającym główną rolę jest tu zapewne stan rozluźnienia.

Kiedy już przejdziecie przez te wszystkie etapy i poczujecie się gotowi, możecie rozpocząć 

wpatrywanie się w zwierciadło.

Zwierciadło

Do wpatrywania się stosowano wiele różnych przedmiotów. O kilku z nich wspomniałem już w 

tej książce – o kryształowych kulach, lustrach, wypolerowanym metalu, miskach lub kubeczkach 
wypełnionych wodą, atramentem, krwią lub winem, wypolerowanych lampach, wodach jeziora itp. 
Do wpatrywania się może być wykorzystane niemal wszystko, co wytwarza przejrzystą głębię.

Dawniej ludzie uważali, że wizje zwierciadlane powstają dzięki magicznej mocy zawartej w 

zwierciadle. Przekonanie to utrzymuje się także obecnie. Od czasu do czasu zdarza mi się słyszeć, 
jak sprzedawca w sklepie z kryształami informuje, że kule z kryształu kwarcu są odpowiedniejsze 
do wpatrywania się w nie, ponieważ mają w sobie magiczną moc.

W zasadzie różne substancje używane jako media do wpatrywania się mogą wywoływać różne 

skojarzenia   emocjonalne.   Stąd   hydromancja,   która   była   powszechną   formą   wpatrywania   się   w 
zwierciadło przez całe wieki, przywołuje mitologię związaną z wodą, którą uznaje się za jeden z 
najpowszechniejszych symboli podświadomości. Natomiast kryształ jest najbardziej powszechnym 
symbolem   podświadomego   wyobrażenia   samego   siebie.   A   kamienie,   czasami   polerowane   i 
używane   do   wpatrywania   się   w   nie,   wywołują   podświadomy   obraz   trwałości.   Są   one   także 
powiązane   z   poszukiwaniami   duchowymi   i   intelektualnymi   ludzkości:   mówi   się,   że   Chrystus 
zbudował swój Kościół na opoce, muzułmanie odwiedzają święty kamień w Mekce, kamień z 
Rosetty był kluczem, który otwierał tajemnice starożytnych języków, a John Dee mówił o swoim 
obsydianowym zwierciadle jako o świętym kamieniu.

W tym sensie wybranie określonego rodzaju zwierciadła może mieć pewne znaczenie. Istotnie, 

zwierciadła często stawały się symbolem „własnej jaźni”. Kenneth MacKenzie, szkocki wróżbita z 
piętnastego wieku, utrzymywał, że kryształ, w który się wpatrywał, został upuszczony na jego pierś 
w czasie, kiedy spał, John Dee twierdził, że otrzymał swój „pokazujący kamień” podczas wizyty, 

background image

jaką złożyły mu anioły. Wielu współczesnych wróżbitów w podobny sposób opowiada, jak zdobyli 
swoje zwierciadła.

Zdarza się, że przedmioty, które odbijają wewnętrzną istotę, zaczynamy traktować jako element 

tej istoty. I im głębiej poszukuje się jaźni, tym bardziej prawdopodobne, że tak się właśnie stanie. 
Przedmioty owe stają się symbolem dążenia do poznania samego siebie. Jeszcze jednego dowodu 
na to, że kryształowa kula jest postrzegana jako symbol jaźni, dostarczyli nam satyrycy twierdząc, 
iż kryształowa kula jest „zepsuta”, jeśli odwiedzany przez nich wróżbita widzi obraz, który im się 
nie podoba.

Ostatecznie jednak to umysł osoby wpatrującej się, a nie żadna substancja okultystyczna w 

zwierciadle, jest podstawą wizji. Kryształowe medium to w gruncie rzeczy zwierciadło duszy. To, 
że   nie   zdajemy   sobie   w   pełni   z   tego   sprawy   wpatrując   się   w   zwierciadło,   stanowi   jeden   z 
czynników, który dodaje całemu temu przeżyciu atmosfery niesamowitości. Procesy zachodzące w 
umyśle zyskują aurę tajemniczości poprzez umieszczenie ich w określonej przestrzeni wewnątrz 
zwierciadła.

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, myślę, że ważne jest, aby używać takiego zwierciadła, jakie 

naprawdę uznacie za wygodne. Ja wybrałem lustra. Wam może bardziej odpowiadać inne medium 
spośród tych, o jakich wspominałem. Nie ma znaczenia, którego z nich będziecie używać. Istotne 
jest jedynie to, aby spełniało swoją rolę.

Czynność wpatrywania się

Należy stworzyć takie warunki, aby nikt nie przeszkadzał w czasie waszej sesji. Znajdźcie sobie 

jakieś dogodne miejsce, wyłączcie telefon, możecie nawet -jeśli się to okaże potrzebne – wywiesić 
na drzwiach hotelowy szyldzik: „Proszę nie przeszkadzać”. Ważne jest, abyście znaleźli sobie takie 
miejsce, w którym będziecie mogli się naprawdę odprężyć.

Istotna jest pozycja, w jakiej będziecie prowadzić eksperyment. Usiądźcie na wygodnym krześle, 

które zapewni wam oparcie dla głowy, nawet jeśli czujecie się głęboko rozluźnieni. Tak ustawcie 
krzesło i zwierciadlane medium, abyście mogli wpatrywać się w nie pod wygodnym dla oczu 
kątem.

Zazwyczaj najlepsze jest przyćmione światło padające zza pleców, możecie jednak próbować 

znaleźć jakiś inny, korzystniejszy dla was sposób oświetlenia pomieszczenia. Odkryłem, że bardzo 
pomocne jest stosowanie – zwłaszcza na początku – świec, naturalnych lub elektrycznych. Uważa 
się też, że najwłaściwszą porą do wpatrywania się w zwierciadło jest zmierzch, czyli pora, która – 
jak się wydaje – inspiruje u wielu ludzi odmienne stany świadomości. Później, kiedy dojdziecie do 
pewnej   wprawy,   przekonacie   się,   że   wpatrywanie   się   w   zwierciadło   jest   możliwe   nawet   przy 
jasnym świetle.

Sama technika wpatrywania się jest wyjątkowo prosta. Siedząc wygodnie, należy się rozluźnić i 

wpatrywać   w   przejrzystą   głębię   zwierciadła,   nie   usiłując   dostrzec   tam   niczego.   Niektórzy 
porównują to do patrzenia w dal. Jeśli jest się odpowiednio rozluźnionym, ramiona stają się bardzo 
ciężkie, a w koniuszkach palców czuje się lekkie mrowienie, jakby pod wpływem prądu o niskim 
napięciu. To uczucie mrowienia niemal zawsze sygnalizuje początek stanu hipnagogicznego.

Na   tym   etapie   zwierciadło   najprawdopodobniej   się   zamgli.   Niektórzy   ludzie   twierdzą,   że 

przypomina   ono   wówczas   niebo   w   pochmurny   dzień.   Inni   mówią,   że   staje   się   po   prostu 
ciemniejsze.   Jakkolwiek   by   to   wyglądało,   zmiana   przejrzystości   zwierciadła   sygnalizuje,   że 
wkrótce powinny się pojawić wizje.

Pozwól im płynąć

Ludzie często pytają, czy gdy pojawią się wizje, lepiej jest zadać szczegółowe pytanie czy też 

background image

biernie obserwować, jak się przewijają przed oczami. Wyznaję generalną zasadę, że na początku nie 
powinno się kierować przeżyciem. Zamiast tego należy pozwolić wizjom swobodnie płynąć.

Próba   sterowania   obrazami   stanowi   dodatkowe   utrudnienie,   które   zmniejsza   prawdopo-

dobieństwo, że zobaczy się w zwierciadle jakikolwiek obraz. Kiedy nabierzecie doświadczenia we 
wpatrywaniu się w zwierciadło, wtedy zadawanie szczegółowych pytań waszemu umysłowi przed 
wejściem w trans może być bardzo pomocne, zwłaszcza jeśli celem jest badanie samego siebie lub 
próba zrozumienia samego siebie. Dążenie do kierowania obrazami, kiedy już zaczęły napływać, 
zazwyczaj powoduje, że nikną. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje, ale przypuszczam, że 
świadoma myśl o sterowaniu wyrywa uczestnika ze stanu hipnagogicznego, w jakim następują 
wizje.

Jak   długo   widzi   się   obrazy?   Zazwyczaj   krócej   niż   minutę,   zwłaszcza   jeśli   ktoś   nie   potrafi 

utrzymać stanu rozluźnienia. Niektórzy uczestnicy moich sesji potrafili przy pierwszym podejściu 
utrzymać   obrazy   aż   przez   dziesięć   minut.   Im   więcej   wprawy   osiąga   się   we   wpatrywaniu   w 
zwierciadło, tym dłużej widzi się w zwierciadle wizje.

Czasem można nic nie widzieć, ale słyszeć głos zmarłej osoby lub czuć jej dotyk. Niektórym 

zdarza się mieć wszelkie doznania związane z daną osobą lub miejscem, choć przy tym zupełnie nic 
nie widzą. I jak wiecie już z lektury tej książki, możecie mieć uczucie wchodzenia w zwierciadło 
lub  obrazy mogą  wychodzić z  niego razem z  wami. Jakkolwiek  się zdarzy,  początek i  koniec 
wizjonerskiego przeżycia są bardzo oczywiste.

Spisuj swoje przeżycia

Radzę   zapisywać   swoje   przeżycia   natychmiast   po   zakończeniu   sesji.   Spisujcie   je   możliwie 

najszczegółowiej. Relacjonujcie wrażenia prowadzące do wizjonerskiego przeżycia, jak też to, co 
pojawiło się wam w trakcie wizji i w jaki sposób wyszliście z transu.

Przechowywanie szczegółowych sprawozdań pozwoli wam wiedzieć, czego macie oczekiwać 

następnym razem, kiedy będziecie wpatrywać się w  zwierciadło. Pokaże także różnice między 
poszczególnymi sesjami i ewentualnie umożliwi poznanie metody przeżywania jak najpełniejszych 
doznań.

Spisywanie przeżyć pozwoli wam także je zapamiętać. Opisujcie charakter wizji, łącznie z tym, 

kogo i co widzieliście bądź słyszeliście, a nawet – jak się czuliście wtedy, kiedy mieliście wizję. 
Będziecie mogli dzięki temu odtworzyć później szczegółowy przebieg tego przeżycia.

Nie starajcie się za bardzo

Jeśli wizje nie pojawią się w czasie sesji, należy rozpatrzyć, jakie czynniki mogły wywrzeć na to 

wpływ.

Najczęściej występującą przyczyną braku wizji są zbyt usilne starania. Uczestnicy sesji czasami 

opowiadają, że wizje pojawiają się niespodziewanie wtedy, kiedy już zamierzają zrezygnować albo 
przynajmniej zaczynają igrać z myślą, że zaraz zrezygnują.

Prowadziłem kiedyś zajęcia warsztatowe z grupą ośmiu osób; wszyscy, jak się okazało, byli 

leczącymi   się   z   nałogu   alkoholikami.   Tylko   dwaj   z   nich   mieli   jakieś   wizje   w   czasie   sesji 
wpatrywania się w zwierciadło. Za jedną z możliwych przyczyn tego niepowodzenia uczestnicy 
uznali to, że alkoholicy są „maniakami samokontroli”, wskutek czego nie potrafią się odprężyć i 
uwolnić swoich umysłów. Zasugerowałem, aby następnym razem po prostu „poddali się”, a później 
posiedzieli   jeszcze   trochę   dłużej,   ponieważ   sama   myśl   o   wycofaniu   się   z   eksperymentu   może 
pomóc im się rozluźnić.

Pod pewnymi względami stan umysłu konieczny do przeżyć wizjonerskich jest przeciwieństwem 

tego, jaki jest nam potrzebny, kiedy świadomie chcemy coś zrobić. Jednocześnie utrzymywanie 

background image

pozytywnego  nastawienia, że  uda nam się  zrealizować  nasz  zamiar, jest  bardzo pomocne przy 
wywoływaniu obrazów. Czynnikiem decydującym wydaje się rozluźnienie psychiczne.

Kolejną   powszechną   przyczyną   nieukazania   się   wizji   jest   rozproszenie   uwagi.   Może   ono 

nastąpić na przykład pod wpływem jakiegoś hałasu z zewnątrz lub poczucia niewygody. Wystarczy 
również, że jest zbyt gorąco w pokoju lub zbyt zimno albo dociera do nas za dużo odgłosów. Może 
mieć na to wpływ także dieta. Niektórzy ludzie po prostu nie mogą przeżywać wizji po zjedzeniu 
ciężkostrawnego posiłku. Zalecane jest jednak zjedzenie czegoś lekkiego, gdyż podnosi to poziom 
cukru we krwi i uwalnia od koncentracji uwagi na uczuciu głodu. Ponadto tylko nieliczni ludzie 
potrafią skutecznie wpatrywać się w lustro po wypiciu napoju z zawartością kofeiny, jako że ten 
powszechnie   stosowany   środek   stymulujący   często   wywołuje   nadmierną   nerwowość.   Wykryto 
także   związek   między   dietą   o   dużej   zawartości   potasu   a   skutecznością   wywoływania   wizji.   Z 
drugiej   strony   osoby,   które   spożywają   duże   ilości   wapnia,   przeważnie   nie   mają   łatwości 
przeżywania widzeń. A zatem na dzień przed wpatrywaniem się w zwierciadło należy jeść więcej 
owoców i warzyw, mniej natomiast produktów mlecznych.

Chcę także podkreślić, że ważnym elementem rozluźniania się są ćwiczenia fizyczne. Niech o 

tym   świadczy   fakt,   że   nawet   po   lekkim   treningu   większość   ludzi   czuje   się   znacznie   bardziej 
rozluźniona,   ma   niższe   ciśnienie   krwi   i   wolniejsze   tempo   pracy   serca.   Jeśli   macie   kłopoty   z 
odprężaniem się i uwolnieniem umysłu w  czasie wpatrywania się w zwierciadło, może to być 
skutkiem   braku   ćwiczeń   fizycznych.  Trening   jest   bowiem   jedną   z   najlepszych   znanych   metod 
osiągania   dogłębnego   rozluźnienia   mięśni,   które   umożliwia   wejście   w   stan   wizjonerstwa. 
Oczywiście nim zaczniecie realizować program ćwiczeń, skonsultujcie się ze swoim lekarzem.

Kolejnym czynnikiem, który powoduje, że niektórzy ludzie nie mogą zobaczyć wizji, jest ból 

fizyczny. Zwłaszcza bóle kręgosłupa mogą utrudniać niektórym ludziom już choćby siedzenie w 
wygodnej   pozycji,   żeby   nie   wspomnieć   o   rozluźnieniu   się   i   wpatrywaniu   w   zwierciadło.   Jeśli 
odczuwacie taką dolegliwość, pamiętajcie, że nie stanie się nic złego, jeśli będziecie wpatrywać się 
w zwierciadło w pozycji leżącej.

Czasami po to, aby przeżyć udaną wizję, trzeba po prostu dużo czasu lub wielu prób. Może się 

zdarzyć, że ktoś jest w pełni rozluźniony w czasie procesu wpatrywania się, a mimo to nie ma wizji. 
Namawiam do wytrwałości i kilkakrotnego podejmowania próby. Z mojego doświadczenia wynika, 
że zaledwie nieco ponad 50 procent próbujących osób ma wizję za pierwszym razem. Znaczna 
część pozostałych przeżywa to zjawisko przy drugiej, trzeciej, a nawet dopiero czwartej próbie.

Dlaczego ludzie próbują na nowo po pierwszym niepowodzeniu? Odpowiedzi na to pytanie 

należy zapewne szukać w innych przyjemnościach, jakie daje wpatrywanie się w zwierciadło. Wiele 
osób   twierdzi,   że   przez   całe   swoje   życie   nie   czuło   podobnego   rozluźnienia.   Niektórzy   wręcz 
wpatrują się w zwierciadło głównie dla relaksu, traktując wizje jako interesujący produkt uboczny.

Starajcie się, aby to było zabawne

Jeśli wszystko, co dotychczas powiedziałem, wydaje się bardziej zabawą niż nauką, to znaczy, że 

osiągnąłem swój cel.

Gdzieś po drodze parapsychologia stała się abstrakcją, czymś wydumanym, i niemal straciła 

powiązanie z duszą. Usiłuje być poważną nauką, więc często nie udaje się jej pocieszyć tych, którzy 
odwołują się do niej, kiedy przeżywają jakąś stratę osobistą i smutek.

Jeden   ze   stylów   uprawiania   parapsychologii   upodabnia   ją   do   nauki.   Ja   twierdzę   jednak,   że 

przypomina ona także rozrywkę, humor i zabawę.

Choć ludzie ponurzy pomniejszają znaczenie tych czynników, dobry humor i zabawa należą do 

najważniejszych w życiu człowieka. Ukojenie jakie oferują, może być niezbędne do radzenia sobie 
w życiu, nie mówiąc już o tym, że twórcza zabawa jest ważnym źródłem odkryć.

Parapsychologia może rozbudzić w nas wrażliwość na tajemniczą istotę wszechświata, w którym 

background image

żyjemy, i skłonić do nieustającego zaciekawienia świadomością, za pomocą której doświadczamy 
tego wszechświata.

W efekcie parapsychologia wykorzystuje określone metody lub techniki systematycznych badań, 

tak by służyły celom duchowym. Potrafi wzbudzić potężne uczucie grozy i zdumienia. Choć nie jest 
w stanie dać bezspornych dowodów na istnienie życia po śmierci, pozwala nam mieć nadzieję.

Nie zamierzam sugerować, że parapsychologowie (a obejmuje to i was, jako że wpatrujecie się 

w lustro) zadowalają się czymś, co nie jest w pełni prawdą. Musicie kochać prawdę tak głęboko jak 
naukowcy, choć nie możecie prowadzić równie systematycznych poszukiwań tej prawdy, jak robią 
to profesjonalni badacze.

Odnajdywanie granic

Zamierzonym   efektem   współdziałania   wszystkich   tych   elementów   we   wpatrywaniu   się   w 

zwierciadło   jest   otwarcie   przejścia   dla   umysłu   do   innych   wymiarów.   Dlatego   przyjemne 
potwierdzenie   stanowi   słuchanie   relacji   odwiedzających   mnie   gości,   którzy   porównują   to   do 
„wkraczania w inny świat”.

Ludzie   przestrzegający   opracowanych   przeze   mnie   technik   systematycznie   relacjonowali 

występowanie zdumiewających zjawisk, które tradycyjnie opisywano jako paranormalne. A jednak 
wszystko to osiągnięto dzięki podejściu, które nie rości sobie żadnych pretensji do metafizycznego 
statusu tych przeżyć.

Zachęcam uczestników, aby samodzielnie decydowali o realności i znaczeniu swoich doznań. To 

w tym środowisku – które bez trudu możecie stworzyć we własnych domach – leży klucz do 
wypraw ku najodleglejszym zakamarkom ludzkiej świadomości.

8. 

Przyszłe zastosowania wpatrywania się w zwierciadło

Podświadome życie ma okna

z perspektywy i drzwi wejściowe,

które nieskończenie rozszerzają obszar świata prawdy.

William James

Nasuwa się wiele potencjalnych zalet i zastosowań wpatrywania się w zwierciadło. Mogą one 

doprowadzić   do   lepszego   zrozumienia   zdolności   i   ograniczeń   umysłu   ludzkiego.   Ale   poza 
implikacjami psychologicznymi wpatrywanie się w zwierciadło może też prowadzić do głębszego 
zrozumienia historii i literatury.

Przeanalizujmy najpierw rolę wpatrywania się w zwierciadło w psychologii człowieka.
Zapewne dla badaczy umysłu najważniejsza jest możliwość otwarcia poprzez wpatrywanie się w 

zwierciadło   drogi   prowadzącej   do   odmiennych   stanów   świadomości.   Jeśli   wywoływane   wizje 
zmarłych   okażą   się   identyczne   z   wizjami   spontanicznymi,   wtedy   to   powszechnie   występujące 

background image

zjawisko, które od dawna liczne autorytety uważały za paranormalne, stałoby się przynajmniej 
dostępne badaczom w okolicznościach kontrolowanych.

Nie chodzi mi przy tym jedynie o zbieranie opowieści ludzi, którzy przeżyli coś takiego. Mam 

na   myśli   to,   że   wpatrywanie   się   w   zwierciadło   może   w   końcu   dopomóc   w   poddaniu   tych 
odmiennych   stanów   świadomości   badaniom   laboratoryjnym.   Stanowiłoby   to   ogromny   skok   w 
rozwoju psychologii. Oznaczałoby, że uczestników seansu można by przesłuchać natychmiast po 
lub nawet w czasie przebywania w odmiennym stanie świadomości.

Można   by  w   trakcie   wizji   stosować   elektroencefalografy   i  tomografię   komputerową,   tak   że 

nauka   byłaby   w   stanie   sporządzić   wreszcie   mapy   metabolicznej   aktywności   mózgu   w   czasie 
podobnych przeżyć.

Ponieważ dotychczas niemożliwe było laboratoryjne badanie odmiennych stanów świadomości, 

wielu   sceptyków   twierdziło,   że   ci,   którzy   miewają   przeżycia   paranormalne,   jak   też   osoby   je 
badające,   mają   skłonność   do   „przesadzania”   w   opisach   tego,   co   się   dzieje,   a   nawet,   że   same 
przeżycia   są   wymysłem   ich   uczestników.   Rzecznicy   takiej,   wynikającej   z   niedoinformowania, 
opinii,   rzadko   uwzględniają   fakt,   że   istnieją   całe   rzesze   ludzi,   którzy   widują   duchy,   mają 
doświadczenia   ze   stanu   bliskiego   śmierci   lub   nawet   przeżywają   doznania   pozacielesne.   Choć 
mówimy dosłownie o milionach ludzi zaliczających się do tych trzech kategorii, niektórzy cynicy 
nazywają ich kłamcami lub szaleńcami, przecząc temu, co dla zainteresowanych było realnym 
przeżyciem.

Zjawy „przywiązane do miejsca”

Dzięki wywoływaniu zjaw  w psychomanteach  być może  będziemy w  stanie  wyjaśnić także 

występowanie zjaw „przywiązanych do miejsca”. Są to zjawy, które nawiedzają określone miejsce. 
Czasami pojawiają się tam przez wieki, zwłaszcza jeśli okolica jest spokojna i nie dochodzi w niej 
do większych zmian. Najsłynniejsze miejsca nawiedzone znajdują się w europejskich zamkach, 
starych katedrach i kościołach oraz na odludnych terenach. Zjawy ,przywiązane do miejsca” często 
są ofiarami morderstwa lub innej nagłej, brutalnej śmierci.

Przytoczę relację o typowych zjawach „przywiązanych do miejsca”; pochodzi ona z zapisków 

Gardnera Murphy'ego i Herberta Klemme:

„3   października   1963   roku   pani   Coleen   Buterbaugh,   sekretarka   Sama   Dahla,   dziekana 

Uniwersytetu Wesleya w Lincoln, w stanie Nebraska, została poproszona przez dziekana Dahla o 
zaniesienie   pewnej   wiadomości   profesorowi   Martinowi   (pseudonim)   do   jego   gabinetu   w 
pobliskim budynku C.C. White Building. Około 8.50 rano pani Buterbaugh weszła do tego 
budynku i szybkim krokiem przemierzała długi korytarz, słysząc dochodzące z pomieszczeń 
głosy studentów zasiadających do ćwiczeń na różnych instrumentach, a zwłaszcza na marimbie. 
Wchodząc do pierwszego z pomieszczeń biurowych, po kilku krokach stanęła jak wryta pod 
wpływem bardzo intensywnego odoru – zatęchłego, wręcz nie do zniesienia. Uniosła oczy i 
zobaczyła   postać   czarnowłosej   kobiety   w   bluzce   koszulowej   i   sięgającej   kostek   spódnicy, 
unoszącej   prawą   rękę   ku   górnym   półkom   po   prawej   stronie   starego   regału   z   nutami. 
Przytaczamy relację, złożoną nam przez panią Buterbaugh:

»Kiedy weszłam do pokoju, wszystko było zupełnie normalne. Po jakichś czterech krokach 

nagle poczułam bardzo silny odór. Mówię o bardzo silnym odorze, mając na myśli coś takiego, 
co po prostu osadza na miejscu i niemal dusi. Patrzyłam na podłogę, tak jak to się często robi 
idąc przed siebie, ale gdy tylko ten smród mnie zatrzymał, poczułam, że w pokoju ktoś jest. W 
tym samym momencie uświadomiłam sobie, że nie słyszę dochodzącego z korytarza hałasu. 
Panowała martwa cisza. Uniosłam oczy i coś przyciągnęło mój wzrok w stronę regału przy 
ścianie w sąsiednim pokoju. Popatrzyłam tam i zobaczyłam ją. Stała tyłem do mnie, sięgając 

background image

prawą ręką ku jednej z półek, przy czym wyglądała, jakby zamarła w bezruchu. Absolutnie nie 
zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Przez cały czas, kiedy na nią patrzyłam, nie poruszyła 
się. Nie była przezroczysta, ale wiedziałam, że nie jest realną osobą. I kiedy tak patrzyłam, nagle 
znikła – nie tak fragmentami, po kolei, tylko całe jej ciało na raz.

Aż do momentu jej zniknięcia nie czułam niczyjej innej obecności w tym gabinecie, ale gdy 

tylko zaczęła niknąć, odniosłam znowu wrażenie, że nie jestem sama. Na lewo ode mnie stało 
biurko i wydało mi się, że siedział przy nim mężczyzna. Odwróciłam się w jego stronę, ale nie 
zobaczyłam nikogo, choć nadal wyczuwałam jego obecność. Nie mam pojęcia, kiedy uczucie, że 
jest obecny, znikło, ponieważ spojrzałam w okno za jego biurkiem i tak się przestraszyłam, że 
opuściłam pokój. Nie jestem pewna, czy wyszłam z niego, czy też wybiegłam. Kiedy spojrzałam 
za tamto okno, nie zobaczyłam niczego współczesnego. Ulicy, która znajduje się niedaleko stąd, 
w ogóle nie było ani nowego gmachu Willard House. I wtedy zdałam sobie sprawę, że ci ludzie 
byli nie z mojej epoki, że cofnęłam się w ich czasy.«”

O co chodzi z tymi „przywiązanymi do miejsca” zjawami? Czemu te same duchy widziane są 

przez wielu różnych ludzi, nawet takich, którzy nie znają historii danego miejsca, ani nie wiedzą, że 
jest ono „nawiedzone”?

Stosowanie metod wizji wywoływanych umożliwia poddanie tych spraw badaniom i uzyskanie 

odpowiedzi, które od dawna wymykały się naukowcom.

Wizje zbiorowe

Udoskonalenie   obecnie   stosowanej   metody   powinno   umożliwić   wywoływanie   zbiorowych 

widzeń jednocześnie u kilku uczestników, usiłujących zobaczyć tę samą zmarłą osobę. Istnieją 
udokumentowane przypadki zbiorowych zwierciadlanych wizji zmarłych, a z relacji starożytnych 
Greków wynika, że zjawiska takie następowały w psychomanteach. Pozwala mi to mieć pewność, 
że prowadzone w tym kierunku badania okażą się w końcu owocne,

Pozostawię jednak ten kierunek badań innym. Tak się bowiem składa, że lepiej udają mi się 

kontakty „sam na sam”. Dlatego nie będę prowadził badań nad zjawiskami zbiorowymi. Mam 
nadzieję, że koledzy, którzy osiągają lepsze wyniki w prowadzeniu sesji grupowych, zajmą się tą 
kwestią.   Sukces   tego   przedsięwzięcia   może   pomóc   nam   w   poznaniu   dynamiki   zjawisk   wizji 
zbiorowych.

Przezwyciężanie bólu rozpaczy

Badania nad wywoływaniem zjaw  mogą także rzucić pewne światło na psychologię żałoby. 

Wiadomo,   że   ludzi   pogrążonych   w   otchłani   rozpaczy,   absorbuje   wizerunek   zmarłej   ukochanej 
osoby. Zdarza się, że noszą przy sobie jej fotografię i bardzo często się w nią wpatrują. Jeśli ktoś 
wyjaśnia ukazywanie się zjaw zmarłych jako aspekt zdolności umysłu ludzkiego, wtedy badania 
nad wpatrywaniem się w zwierciadło mogą pomóc nam lepiej zrozumieć proces żałoby – a także 
zmniejszyć ból rozpaczy.

U osób, które mają spontaniczne wizje zmarłych bliskich, powszechne jest odczucie osłabienia 

rozpaczy lub nawet całkowitego jej ustąpienia. To samo mówią o skutkach spotkania ze zjawami 
zmarłych   uczestnicy   sesji   w   psychomanteum.   Wielu   spośród   nich   uważa,   że   to   wydarzenie 
pozwoliło im uzdrowić kontakty z utraconymi kochanymi osobami.

background image

Psychologia historii

Ja   sam   planuję   kontynuować   badania   w   trzech   kierunkach.   Jestem   w   trakcie   wyszukiwania 

materiałów   historycznych,   które   pomogą   mi   przeanalizować   klasyczne   wyrocznie   zmarłych. 
Zamierzam odwiedzić te miejsca w nadziei, że dzięki temu lepiej zrozumiem otoczenie i metody 
stosowane przez starożytnych w celu przywoływania zmarłych.

Na przykład większość osób, które po raz pierwszy słyszą o szamanizmie, zakłada, że szamani to 

oszuści, chorzy psychicznie lub tacy, co posiadają jakieś wyjątkowe zdolności, których większość z 
nas nie ma. Czytaliśmy już, że szamani twierdzili, iż są w stanie za pomocą swoich magicznych 
zwierciadeł udawać się w podróże do świata duchów, gdzie widują się z duchami zmarłych. Jak już 
jednak   wiadomo   z   tej   książki,   wewnętrzny   świat   tych   dawnych   praktyków   plemiennych   jest 
dostępny dla nas wszystkich,

Te   dawne   rytuały   stają   się   łatwiejsze   do   zrozumienia,   jeśli   ktoś   jest   zaznajomiony   z 

wpatrywaniem   się   w   zwierciadło.   Owa   wiedza   rzuca   światło   na   życie   wielu   jednostek,   które 
wywarty wpływ na historię, a także ułatwia poznanie niektórych centralnych instytucji starożytnej 
Grecji.

Pomaga nam to również zrozumieć, w jaki sposób stany wizjonerskie mogą sprzyjać twórczości. 

Obecnie jest zupełnie jasne, że Thomas Edison wykorzystywał stany hipnagogiczne do badania 
swojej   podświadomości   w   poszukiwaniu   licznych   wynalazków,   które   wpłynęły   na   rozwój 
współczesnego człowieka. To samo można powiedzieć o innych wielkich uczonych, wynalazcach i 
myślicielach.   Fakt,   że   takie   dziwy   podświadomego   umysłu   przytrafiły   się   wielkim   postaciom 
historycznym, to wskazówka, że mogły się także przytrafić w innych przypadkach; jest również 
bardzo prawdopodobne, iż można będzie wywoływać je w przyszłości.

Smutna historia plemienia Xhosa

Historia ukazuje nam również, jak to zjawisko może prowadzić do wydarzeń mrożących krew w 

żyłach, kiedy nieoczekiwanie wybucha w kulturze nie przygotowanej do zrozumienia go. Może się 
wydać niepojęte, że niektórych ludzi ogarnia lak silna obsesja na tle wizji zwierciadlanych, iż 
zaczynają  one  rządzić   ich  życiem.   Przypadki  takie  zdarzały   się  jednak   w   historii,   a  jednym   z 
ostatnich było zbiorowe samobójstwo plemienia Xhosa w Afryce Południowej.

Wiele dobrze udokumentowanych relacji z tej tragedii, która rozegrała się w XIX wieku, opisuje 

spontaniczne pojawienie się psychomanteum w prymitywnej kulturze plemienia. W efekcie doszło 
do   powszechnej   obsesji   na   punkcie   wpatrywania   się   w   zwierciadło,   która   doprowadziła   do 
nierealistycznych oczekiwań i eskapizmu wśród najwyższej hierarchii plemienia.

Xhosa   toczyli   wojny   z   kolonistami   europejskimi   od   1778   roku,   a   w   pierwszej   połowie 

dziewiętnastego wieku walczyli z Brytyjczykami. Broń z epoki kamiennej, jaką się posługiwali, nie 
mogła uratować ich przed strzelbami Europejczyków, We wszystkich walkach ponosili więc klęski. 
Najbardziej upokarzającą porażką była wojna rozpoczęta w 1850 roku i trwająca trzy lata, w której 
zginęło szesnaście tysięcy ludzi Xhosa.

Brytyjczyków   samo   zwycięstwo   jednak   nie   zadowoliło.   Jeden   z   kolonialnych   gubernatorów 

zmusił kilku wodzów Xhosa do ucałowania swojego buta, co miało być dowodem totalnej klęski 
tych wojowników.

Jedynym źródłem dumy, jakie im jeszcze pozostało, było ich bydło. Plemię to stanowili urodzeni 

pasterze,   którzy   szanowali   i   cenili   swoje   stada.   Zdarzało   się   nawet,   że   czczono   je   w   czasie 
specjalnych ceremonii. Bydłu nadawano imiona i stanowiło ono popularny temat poezji i pieśni 
plemienia. Xhosa identyfikowali się ze swoimi ulubionymi zwierzętami, podobnie jak Amerykanie 
identyfikują się ze swoimi samochodami. Różnica polegała jednak na tym, że życie plemienia było 
zależne od stada. Bez krów ludowi Xhosa groziła śmierć.

background image

Pewnego jesiennego wieczoru w 1856 roku młoda dziewczyna o imieniu Nongquase wbiegła 

bez tchu do obozu i o powiedziała, że zobaczyła dziesięciu obcych czarnoskórych ludzi w stawie 
koło   rzeki.   Ponieważ   wuj   dziewczyny   był   najważniejszym   szamanem   i   prorokiem   plemienia, 
przypisano tej wizji szczególne znaczenie.

Wuj   udał   się   natychmiast   nad   rzekę   i   zobaczył   w   stawie   tych   mężczyzn.   Ze   zdumieniem 

rozpoznał wśród nich swojego zmarłego brata. Rzecznik tej grupy powiedział, że przybywają w roli 
posłańców z innego świata, mając mu coś do przekazania. A potem zniknęli.

W ciągu następnych kilku tygodni wielokrotnie wysyłano Nongquase nad staw, gdzie prowadziła 

rozmowy z istotami zwierciadlanymi, stojąc po pas w wodzie. Wieść o cudzie rozniosła się po 
okolicy i wkrótce młoda wróżka wraz ze swoim wujem uczyli innych wodzów plemienia Xhosa, 
jak osiągnąć to doznanie. Niektórzy zaczęli sami mieć wizje.

W końcu nad staw przyszedł Kreli, król Xhosa, żeby osobiście przekonać się, co się tam dzieje. 

Także i on wkrótce przeżył spotkanie ze swoim zmarłym synem. Jak później mówił, było to tak 
realistyczne, jakby jego syn zmartwychwstał.

Przeżycie to bardzo głęboko poruszyło króla Kreli. Został zwolennikiem wróżenia ze stawu, 

nawet kiedy ogłoszono proroctwo, że trzeba zabić bydło, aby przodkowie mogli zmartwychwstać.

Nie wszyscy zgadzali się z tym proroctwem, zwłaszcza mieszkańcy odleglejszych części krainy 

Xhosa, którzy poczuli się zlekceważeni tym, że przodkowie pojawiają się w miejscu tak odległym 
od ich wiosek. Dali do zrozumienia, że chcą zobaczyć swoich zmarłych krewnych w pobliżu swych 
siedzib.

I zdarzyło się to dziewięć miesięcy później. Jedenastoletnia córka miejscowego szamana zaczęła 

widywać byty zwierciadlane w stawie w pobliżu rodzinnej wioski. Twierdziła, że spotyka się z 
duchem zmarłego Xhosa, który był wielbiony przez swój lud. Duch przemówił do niej. Powiedział, 
że przodkowie zmartwychwstaną, jeśli bydło zostanie zabite.

W takiej atmosferze rozpoczęło się masowe wybijanie stad. Wkrótce szczątki zabitych zwierząt 

leżały   porozrzucane   w   całej   okolicy.   Brytyjscy   urzędnicy   kolonialni   usiłowali   powstrzymać   to 
szaleństwo   aresztując   wizjonerów,   ale   było   już   za   późno.   Głód,   jaki   nastąpił   wskutek   rzezi, 
zdziesiątkował plemię Xhosa, a przepowiednia, że powrócą zmarli, nie sprawdziła się.

Władze brytyjskie nie zrozumiały psychologicznych motywów zjawiska, które doprowadziło do 

wybicia bydła. Ale my wiemy, że kombinacja wywoływania zjaw i niskiej samooceny sprowadziła 
klęskę na ten dawny lud.

Tarapaty, w jakie wpadło plemię Xhosa, powinny przypominać nam, że wpatrywanie się w 

zwierciadło nie może stać się kultem. Głęboko przemyślana analiza tego procesu pozwoli utrzymać 
doświadczenia wizjonerskie na właściwym miejscu, traktować je jako sposób udzielania ludziom 
pomocy i nie dopuszczać, aby stały się sensem życia.

Odmienne stany świadomości i historia

To oczywiste, że odmienne stany świadomości mogą prowadzić do rozbudzenia zainteresowania 

historią, zainspirować nowe jej rozumienie lub nawet, jak w przypadku Arnolda Toynbee, skłonić 
kogoś do napisania studium na ten temat.

W dziesiątym tomie swojej monumentalnej pracy A Study of History Toynbee poświęca rozdział 

wydarzeniom inspirującym historyków do pisania swoich najlepszych prac. Większość historyków, 
którymi się Toynbee zajmuje, zainteresowała się historią pod wpływem wielkich wojen. Jednakże 
on sam i Edward Gibbon należą do chlubnych wyjątków, zainspirowały ich bowiem przeżycia 
wizjonerskie. Dla Gibbona, który napisał „Zmierzch cesarstwa rzymskiego”, mistyczny moment 
nastąpił,   kiedy   siedział   na   stopniach   Świątyni   Jowisza,   wsłuchując   się   w   litanie   odmawiane 
monotonnym głosem przez bosonogich zakonników. Nagle nowoczesne miasto przemieniło się w 
starożytne ruiny, po czym ponownie wróciło do stanu obecnego. Wizja fizycznego rozkładu skłoniła 

background image

Gibbona do prześledzenia upadku państwa, które było zapewne największym imperium w całej 
historii. Podsumowując przeżycie tego historyka, Toynbee pięknie opisuje istotę takich doznań:

„To rozbudzające wyobraźnię przeżycie było jedynym błyskiem inspiracji, jaki kiedykolwiek 

przytrafił się Gibbonowi. Bez niego ten cudowny geniusz mógłby nigdy nie rozkwitnąć, a to 
sławne nazwisko być może nie znalazłoby swojego miejsca w zapisie intelektualnej historii 
ludzkości. W kategoriach chronologicznych samo to fizyczne wydarzenie, które pociągnęło za 
sobą tak doniosłe konsekwencje, mogło trwać nie dłużej niż ułamek sekundy w skali mniej 
więcej trzydziestu sześciu lat dojrzałego życia intelektualnego tego historyka; jednakże jego 
uważna muza nie przeoczyła tej ulotnej szansy zyskania dostępu do umysłu, który normalnie 
okazywał się nieprzenikniony dla jej podszeptów dzięki pancerzowi wrodzonego sceptycyzmu, 
który   dodatkowo   wzmacniał   aż   nadmiernie   dopasowany   klimat   intelektualny,   panujący   na 
Zachodzie w dziewiętnastym wieku”.

Następnie Toynbee opisuje własne doznanie wizjonerskie, które miało miejsce o zmierzchu, 

kiedy siedział na zboczu wzgórza nad Spartą, po wyczerpującym dniu spędzonym na wędrówce. W 
trakcie   rozmyślań   o   mieście   na   rozciągającym   się   przed   nim   wzgórzu   zaczął   się   w   pewnym 
momencie zastanawiać, czy było tu kiedykolwiek przedtem jakieś inne miasto. Przyszły mu do 
głowy cytaty z  Biblii mówiące, że  „miasto  postawione na  wzgórzu  nie może zostać  ukryte”  i 
„uniosę swe oczy na wzgórza, z których nadejdzie moja pomoc”.

Nagle, jak podaje Toynbee, opisując siebie w trzeciej osobie – „przyglądający się ujrzał tuż 

przed  swoimi oczami  na koronie urwiska, które  zwisało nad  odległym  brzegiem Eurotasu, tuż 
naprzeciw   przypadkowo   wytyczonych   miejsc   Sparty   Pierwszej   i   Sparty   Drugiej,   monument 
sygnalizujący mu położenie prehelleńskiego odpowiednika frankońskiej czy ottomańskiej cytadeli, 
z której blanki murów obronnych wyglądał”.

Wydaje się, że Toynbee zajrzał – a nawet przeniósł się na moment – do przeszłości. Pielęgnował 

w pamięci tę wizję, a nawet twierdzi, że być może nigdy nie stworzyłby swoich monumentalnych 
Studiów nad historią, gdyby nie to przeżycie. Jak napisał, mógł nie stworzyć tych tomów historii – 
„gdyby 23 maja 1912 roku przed jego oczami nie rozciągnął się fizycznie synoptyczny widok ze 
szczytu Mistry, co stało się przeżyciem bardzo osobistym dla przyglądającego się temu widokowi”.

Niewykluczone,   że   dałoby   się   zastosować   wizje   zwierciadlane   do   wyjaśnienia   tego,   jak 

historycy   badają   i   opisują   historię.  Wielu   autorów   zaabsorbowanych   szczegółami   dotyczącymi 
postaci historycznych twierdzi, że prześladuje ich nieustanna obecność opisywanych przez nich 
postaci.

Fakty   takie   podsuwają   mi   myśl,   że   biografowie   mogliby   składać   wizyty   historycznym 

osobistościom w warunkach kontrolowanych, czyli w psychomanteum. Możliwe, że współdziałanie 
czynników świadomości i podświadomości pozwoliłoby wzbogacić rozumienie historii.

Na   pierwszy   rzut   oka   może   się   to   wydawać   dziwaczne,   ale   relacja  Toynbeego   świadczy   o 

wpływie podświadomości i odmiennych stanów świadomości na sposób badania historii.

Nawet Toynbee z tym się zgadza. Ujawnia wpływ pracy Carla Junga na jego własne studia nad 

historią, deklarując:

„C.G.Jung...   otworzył   przede   mną   nowy   wymiar   Królestwa   Życia.   Budząca   podziw 

sumienność, z jaką Jung zbiera materiały o najróżniejszych sprawach do zilustrowania swoich 
tematów, umożliwiła mi odnalezienie własnej drogi do będącej  terra incognita  podświadomej 
otchłani psychiki, dzięki przechodzeniu od tego, co wiadome, ku temu, co nieznane... Pojawienie 
się,   po   podróży   łodzią   podwodną,   przebłysku   świadomego   życia   psychicznego,   które   było 
zanurzone w podświadomości, było równoważnikiem ponownego wyłonienia się...”

background image

W ten sam sposób Toynbee wychwala Platona, twierdząc, że filozof ten instruował przyszłych 

historyków, aby brali to, o czym wiedzą, że jest prawdą, i wędrowali z tym przez świat wyobraźni. 
Jak niezwykle wymownie napisał:

„Platon   nauczył   mnie   na   przykład   nie   wstydzić   się   korzystania   z   wyobraźni   na   równi   z 

intelektem.   Nauczył   mnie,   że   kiedy   w   mojej   podróży   myślowej   dotrę   do   górnej   granicy 
atmosfery dostępnej dla Rozsądku, mam nie wahać się przed tym, by moja wyobraźnia niosła 
mnie wyżej, ku stratosferze, na skrzydłach mitu. Przykład Platona... dał mi odwagę potrzebną do 
rozstania się z towarzystwem zachodnich „zeitgeistów” z początków dwudziestego wieku, dla 
których   wyrocznią   były   miary   i   wagi,   ponieważ   w   tych   samooślepionych   oczach   jedyną 
rzeczywistością była ta, która dała się zmierzyć i zważyć”.

Namawiam   wszystkich   historyków,   zainteresowanych   taką   możliwością,   do   podjęcia   próby 

ujrzenia   wizji   zwierciadlanej.   Wyprawa   ze   świata   znanego   ku   nieznanemu   z   pewnością 
przyniosłaby interesujące rezultaty. Mogłaby również okazać się pożyteczna przy łączeniu luźnych 
wątków wydarzeń, które nie dają się rozwikłać za pomocą tradycyjnych metod badawczych.

Podświadomość   jest   wspaniałym   narzędziem,   umożliwiającym   zrozumienie.   W   tym 

tajemniczym   regionie   umysłu   problemy   są   rozwiązywane   i   wydarzenia   wyjaśniane   na   długo 
przedtem,   zanim   dotrą   do   świadomości.   Po   to,   by   móc   zapukać   do   tych   bogatych   pokładów 
informacji   w   tak   dramatyczny   sposób,   wpatrywanie   się   w   zwierciadło   z   pewnością   stanowi 
potencjalną możliwość dla tych. którzy pragną nawiązać kontakt z przeszłością.

Związki z literaturą

Aż   do   naszych   czasów   nikt   nie   potrafił   do   końca   zrozumieć,   jak   to   się   stało,   że   w 

poszczególnych   kulturach   mogły   powstać   tak   fantastyczne   opowieści.  Ale   w   świetle   obecnie 
posiadanej wiedzy jest całkiem oczywiste, że w wielu mitach, legendach, baśniach, zabobonach, 
praktykach   religijnych,   wydarzeniach   historycznych,   a   nawet   podróżach   poszczególnych   ludzi 
ważną rolę odgrywały elementy wizji zwierciadlanych. Oto zestawienie tych elementów zawartych 
w wielu opowieściach:

Obecność powierzchni lub przedmiotów odbijających. Kocioł Lludda, miedziana butla rybaka, 

Odyseusza dół wypełniony krwią, obsydianowe zwierciadło doktora Dee – wszystkie mają lśniące 
powierzchnie, stwarzające możliwość wpatrywania się w zwierciadło.

Ta powierzchnia lub zwierciadło mogą być przedstawiane jako szczególne albo nawet magiczne. 

Na przykład Kenneth MacKenzie ze Szkocji przebudził się pewnego popołudnia z drzemki i znalazł 
kryształ leżący na jego piersi. Twierdził, że kamień został tam umieszczony przez anioły, i uważał 
go za swoje najcenniejsze zwierciadło.

Może okazać się potrzebny jakiś akt magiczny lub rytualny, aby nadać rangę i obudzić jego moc. 

Mitologie pełne są takich przykładów. Jednym z najszerzej znanych jest zaklęcie wypowiadane 
przez   macochę   królewny   Śnieżki:   „Zwierciadełko,   zwierciadełko,   powiedz   przecie,   kto   jest 
najpiękniejszy w świecie?” – po to, by magiczne zwierciadło wyjawiło swoją opinię. Także Ala ad-
Din musiał potrzeć powierzchnię swojej lampy, aby z jej lśniącej, przejrzystej głębi wydostał się 
dżinn.

Rytuały zawsze odgrywały ważną rolę w wizjach zwierciadlanych. Nie ulega wątpliwości, że 

oczyszczenie powierzchni spowoduje, iż zwierciadło stanie się bardziej lśniące, a zatem lepsze, lecz 
celem rytuału w procesie wpatrywania się w zwierciadło jest także przygotowanie uczestnika do 
wizji. Postępując zgodnie z pradawnym rytuałem, uczestnik jest przekonany, że zasłużył sobie na 
wizję.

Ze zwierciadłem związany jest jakiegoś rodzaju byt. Niemal zawsze w zwierciadle jest obecny 

background image

jakiś  duch – zły  lub dobry. Jest to uchwytne  w  mitach i literaturze,  jak też w  życiu.  Miałem 
uczestników sesji, do których zjawy wychodziły ze zwierciadła.

W  mitach   najpopularniejszy   jest   byt   w   zwierciadłach   złych   wróżek,   byt   taki   jak   ten,   który 

udzielił odpowiedzi, że najpiękniejsza jest Śnieżka. Byt ten został natychmiast roztrzaskany, rozbity 
na tysiące kawałeczków za wyznanie tej brutalnej prawdy. Także dżinn Ala ad-Dina wydobywa się 
z lampy, podobnie jak smoki w celtyckiej opowieści Lludda.

Ludzie   mogą   wkroczyć   do   królestwa   wewnątrz   zwierciadła.   Jak   już   wiemy   z   moich 

eksperymentów,   nie   jest   niczym   niezwykłym,   że   istota   ludzka   wchodzi   do   królestwa 
zwierciadlanego.

Za   pomocą   tego   zjawiska   można   wyjaśnić   fantastyczną   wyprawę  Alicji   w   książce   Lewisa 

Carrolla Co Alicja zobaczyła po drugiej stronie lustra. Pozwala to także wytłumaczyć przeżycie, 
jakiego doznał Odyseusz, kiedy wpatrywał się w świat duchów w rzucającym blaski zbiorniku 
krwi.

W literaturze przykłady takie wydają się udziwnieniem lub czymś niezrozumiałym. Jeśli jednak 

rozumiemy, że tego rodzaju przeniesienie jest elementem wpatrywania się w zwierciadło, staje się 
oczywiste, iż podobne doświadczenia odegrały znaczącą rolę w literaturze.

Wymiana między światem zwykłych ludzi a krainą zamieszkaną przez byty zwierciadlane może 

być niebezpieczna zarówno dla ludzi, jak i dla tych istot. Ponieważ po uwolnieniu z butli dżinn miał 
chęć popełnić morderstwo, rybak musiał uciec się do sztuczki, aby umieścić go ponownie w butli.

Z drugiej strony, smoki w celtyckiej opowieści upijają się miodem pitnym i zostają uwięzione na 

zewnątrz   zwierciadła.   Opowieść   o   nimfie   Numy   przedstawia   coś   pośredniego   –   nimfa   zostaje 
przemieniona w tę samą fontannę, z której wyszła.

W   życiu   także   zdarzało   się,   że   osoby   wpatrujące   się   w   zwierciadło   były   narażone   na 

niebezpieczeństwo. Nie pochodziło ono ze strony wnętrza lustra, ale od otaczających je ludzi, Johna 
Dee przez całe jego długie życie prześladowały oskarżenia o uprawianie czarów. Cagliostro był 
przez niektórych uważany za szarlatana (zresztą bardzo prawdopodobne, że nim był). A biedny 
Kenneth MacKenzie został wrzucony głową w dół do beczki z wrzącą smołą za wyznanie królowej 
prawdy   o   jej   flirtującym   mężu,   którego   zobaczył   w   swoim   zwierciadle   w   towarzystwie   innej 
kobiety.

W legendach ważną rolę odgrywają śmierć i żałoba. Podobnie jak w przypadku wywoływania 

wizji w realnym życiu, śmierć, żałoba i uczucie osierocenia ciążą na wielu opowieściach. Ala ad-
Din   utracił   ojca,   a   Śnieżka   –   matkę.   Odyseusz   popłynął   do   Efyry   tuż   po   śmierci   swojego 
towarzysza   Elpenora.   W   trakcie   wpatrywania   się   w   zbiornik   z   krwią   odkrył,   że   jego   matka, 
Antiklea, zmarła pod jego nieobecność. Jeszcze raz mit i rzeczywistość splotły się, ponieważ żałoba 
to jeden z istotnych powodów, że ludzie pragną doznać wizji zwierciadlanych. I podobnie jak to jest 
w   przypadku   niektórych   postaci   mitycznych,   ujrzenie   zmarłych   bliskich   przynosi   ulgę   także 
ludziom.

Uwaga jest skupiona na rozłące małżeństwa, nieporozumieniach rodzinnych lub niepokojach 

społecznych. Odyseusz podróżuje do wyroczni zmarłych w Efyrze, aby ujrzeć, czy będzie mógł 
wrócić   do   domu,   do   swojej   żony   Penelopy.   Macocha   królewny   Śnieżki   zazdrościła   młodej 
dziewczynie urody i usiłowała ją zamordować. A w rodzinie Ala ad-Dina z całą pewnością doszło 
do nieporozumień z powodu siedzącego w lampie dżinna.

Rozwiązanie tajemnicy puszki Pandory

Dzięki   wizjom   zwierciadlanym   można   zapewne   wyjaśnić   jeden   z   najbardziej   tajemniczych 

mitów, o puszce Pandory.

W tej wersji legendy o Pandorze, która jest nam najlepiej znana, pierwsza kobieta na Ziemi 

otwiera puszkę, z której wydostają się wszelkie możliwe plagi gnębiące ludzkość. Mówimy, że to 

background image

była puszka, opierając się na wersji tej opowieści spisanej przez Erazma z Rotterdamu, uczonego z 
XIV wieku.

Jednakże we wcześniejszej wersji, autorstwa greckiego poety Hezjoda, Pandora nie posiadała 

puszki. Wszystkie duchy wydostały się raczej ze specjalnego rodzaju dzbana, zwanego pyxis. Było 
to   duże   naczynie,   używane   do   różnych   celów.  A  oto   ta   opowieść   w   wersji,   w   jakiej   została 
przedstawiona w „Mitologii Bulfincha”:

„Pierwsza  kobieta  miała  na  imię  Pandora.  Została  stworzona  w   niebiosach,  a  każdy  bóg 

przyczynił się w jakiś sposób do udoskonalenia tego dzieła. Wenus dała jej urodę, Merkury dar 
przekonywania,  Apollo  muzykalność  itd.  Tak  wyposażona,   została   przeniesiona  na   Ziemię  i 
przedstawiona Epimeteuszowi, który przyjął ją z radością, choć jego brat ostrzegał go przed 
Jowiszem i prezentami od niego. Epimeteusz miał w domu dzban, w którym przechowywał 
pewne   szkodliwe   substancje,   dla   których   nie   znalazł   zastosowania,   gdy   przystosowywał 
człowieka   do   jego   nowej   siedziby.   Pandorę   trawiła   ciekawość,   co   też   znajduje   się   w   tym 
dzbanie; pewnego dnia zsunęła więc przykrywę i zajrzała. Z dzbana wydostało się wówczas 
mnóstwo   plag   na   nieszczęsnego   człowieka   –   takich   jak   dokuczające   jego   ciału   podagra, 
reumatyzm i kolka, czy zawiść, złośliwość i mściwość dolegliwe dla jego umysłu. Wszystko to 
wydostało się i rozpełzło po świecie. Pandora pośpiesznie zakryła naczynie, ale niestety cała 
zawartość dzbana umknęła z wyjątkiem jednej rzeczy, która leżała na samym dnie. A była to 
nadzieja. Dzięki temu po dziś dzień, niezależnie od tego, jakie zło nas spotyka, nadzieja nas nie 
opuszcza; i póki jej nie braknie, żadne zło, żeby go było nie wiadomo jak dużo, nie jest w stanie 
do końca nas zniszczyć”.

Myślę,  że  opowieść  o  Pandorze  jest  mocno  związana  z  wizjami  zwierciadlanymi.  Najpierw 

Pandora uaktywniła dzban usuwając pokrywę, co jest wyraźnym nawiązaniem do rytualnego aktu 
nadania znaczenia zwierciadłu. Następnie występują tu byty, które wydostają się z pojemnika, kiedy 
został on otwarty i gdy kobieta do niego zajrzała. Grecki termin, jakim te byty określano, to keres, 
małe   hałaśliwe   i   kłopotliwe   duszki.   Ich   ucieczka   przywodzi   na   myśl   morderczo   nastawionego 
dżinna z butli i smoki, które zakłócają spokój w posiadłości Lludda.

Pandora cierpi z powodu dezaprobaty, jaką musieli znosić także ci, którzy wpatrywali się w 

zwierciadło, i najwyraźniej jest przedstawiana w micie jako czarny charakter. Nieporozumienia, 
jakie   spowodowało   uniesienie   przez   nią   pokrywy,   są   głównym   tematem   tej   opowieści.   Jej 
nieposłuszeństwo prowadzi do poważnego zamieszania na świecie i staje się przyczyną wszelkiego 
zła oraz chorób, znanych ludzkości.

Jest   również   w   tej   historii   ukryte   powiązanie   ze   śmiercią,   które   zostałoby   natychmiast 

wychwycone przez czytelników w starożytności. Tym ogniwem łączącym jest sam dzban pyxis, 
czyli   bardzo   duży   pojemnik,   często   używany   jako   coś   w   rodzaju   trumny,   w   której   grzebano 
biedaków. Dzban należący do męża Pandory, Epimeteusza, był pod pewnym względem szczególny, 
ale pod jakim dokładnie, tego nie wiadomo.

Związek między opowieścią o Pandorze a wpatrywaniem się w zwierciadło nasuwa się jeszcze 

wyraźniej, jeśli wspomnieć rytuał praktykowany w starożytnym Rzymie setki lat po powstaniu 
legendy o Pandorze. Jest to tak podobne do wpatrywania się w dzban, iż nie potrafię powstrzymać 
się przed myślą, że istnieje związek pomiędzy greckim mitem a rzeczywistością.

Otóż   starożytni   Rzymianie   mieli   okrągły   dół,   zwany  mundus.   Zazwyczaj   był   on   przykryty 

wielką   pokrywą   z   cennego   niebieskiego   kamienia,   znanego   obecnie   lazurytu.   Dół   ten   był 
wypełniony   cieczą,   najprawdopodobniej   wodą   lub   winem.   Trzykrotnie   w   roku,   24   sierpnia,   5 
października i 6 listopada, pokrywę zdejmowano w trakcie rytuału, który miał związek z duchami.

Rzymski historyk Yarro twierdzi, że „kiedy otwiera się mundus, otwiera się tym samym wrota 

dla smutnych bogów Podziemia”.

Mam więc nadzieję, że na swój sposób „otworzyłem” dzban Pandory. Ale z tego współczesnego 

background image

dzbana z pewnością wydostaną się rzeczy dobre, takie jak nadzieja i zrozumienie.

Badacze mogą odkryć, że wizje zwierciadlane są źródłem wielu naszych wspaniałych mitów i 

legend. Śmiem twierdzić, że takiej możliwości nie brali pod uwagę ci, którzy badają pochodzenie 
tych opowieści. Ale kiedy czytam literaturę starożytną, znajduję w niej coraz więcej wskazówek 
świadczących o tym, że wizje zwierciadlane wywarły wpływ na opowieści, które wniosły wkład w 
rozwój cywilizacji.

Choć   możliwe   są   liczne   kierunki   badań,   interesują   mnie   głównie   badania   w   warunkach 

klinicznych, kiedy mogę blisko współpracować z ludźmi pragnącymi nawiązać kontakt z bliskimi 
im zmarłymi osobami. To tu dochodzi do wymagających odwagi i zaskakujących przeżyć.

Kobieta,   która   przyszła   na   spotkanie   z   wizją   swojego   syna,   podsumowała   to   lepiej,   niż   ja 

mógłbym   to   uczynić.   Jej   syn   zmarł   dwa   lata   przedtem,   zanim   kobieta   przyszła   do   mojego 
psychomanteum. Umarł na raka, z którym walczył przez kilka lat. Jego walka z chorobą była 
typowa:   rak   cofał   się   i   kiedy   przypuszczano,   że   został   pokonany,   następowało   gwałtowne 
pogorszenie. W końcu po kilku nawrotach chłopak się poddał.

Kobieta ogromnie tęskniła za synem. Przyszła do psychomanteum w nadziei, że zobaczy go 

jeszcze raz i dowie się, czy już nie cierpi.

Przez cały dzień przygotowywaliśmy się do tego spotkania, a potem zaprowadziłem ją do izby 

zjaw.   Wizja,   jakiej   doznała,   była   zadowalająca.   Zobaczyła   wiele   „wizji   wspomnień”,   żywych 
migawek z jego dzieciństwa. Mówiła też o silnym wrażeniu, że syn był obecny razem z nią w izbie.

– Siedział tam ze mną – powiedziała, kiedy wyszła. – Siedzieliśmy razem i razem oglądaliśmy 

wspomnienia z naszego życia.

Po kilku dniach otrzymałem od niej niesamowity telefon. Otóż w kilka dni po wizycie w mojej 

klinice,   obudziła   się   z   głębokiego   snu.   Nie   tak   po   prostu   się   obudziła,   została   „gwałtownie 
rozbudzona. Znacznie przytomniejsza niż normalnie”.

W pokoju zobaczyła syna. Kiedy usiadła w łóżku, aby mu się przyjrzeć, dostrzegła, że ślady 

spustoszeń   spowodowanych   przez   raka   znikły.   Robił   wrażenie   pełnego   energii   i   szczęśliwego, 
zupełnie tak jak przed chorobą.

Kobieta   nie   posiadała   się   z   radości.   Podniosła   się   z   łóżka,   stanęła   przed   synem   i   zaczęli 

rozmawiać.  Według   jej   oceny   rozmawiali   przez   kilka   minut,   wystarczająco   długo,   aby   mogła 
dowiedzieć się, że już nie cierpi i jest szczęśliwy.

Rozmawiali o różnych rzeczach, także o przemeblowaniu domu,, jakie zrobiła po śmierci syna. 

Oprowadziła go nawet po kilku pokojach, w których wprowadziła zmiany, żeby pokazać mu, co 
zostało zrobione.

W końcu uświadomiła sobie, co się dzieje. Rozmawiała ze zjawą swojego zmarłego syna.
– Nie mogłam uwierzyć, że to on – powiedziała mi. – Zapytałam więc, czy mogłabym go 

dotknąć.

Bez chwili wahania zjawa jej syna podeszła do niej i przytuliła ją. A potem, jak stwierdziła 

kobieta, uniosła ją do góry, aż nad swóją głowę.

– Było to wszystko tak niezwykle realne, jakby naprawdę tu stał – powiedziała. – I czuję się tak, 

jakbym mogła zapomnieć o śmierci syna i zacząć od nowa żyć przyszłością.

Zachęcony podobnymi wizjami, ja także zmierzam naprzód.

background image

Bibliografia

Ayer, Fred. Before the Colors Fade. Boston: Houghton Mifflin, 1964.
Barrett,   Sir  William.  Deathbed   Visions:   The   Psychical   Experiences   of   Dying.   The   Colin 
Wilson Library of the Paranormal. Aquarian Press, 1986.
Belo, Jam. Trance in Bali. New York: Columbia University Press, 1960.
Bennett, E. Apparitions and Haunted Houses. London: Faber and Faber, 1939.
Besterman, Theodore. Collected Papers on the Paranormal. Garrett Publications, 1968.
Crystal   Gazing.  A   Study   in   the   History,   Distribution,   Theory   and   Practice   of   Scrying. 
University Books, 1965.
Bulfinch, Thomas. The Age of Fable or Beauties of Mythology. New York: A Mentor Book, 
1962.
Bulgatz,   Joseph.  Ponzie   Schemes,   Invaders   from   Mars   and   More   Extraordinary   Popular  
Delusions and the Madness of the Crowds
. Harmony Books, 1992.
Burton, Richard F. (trans.) Adapted by Jack Zipes. The Arabian Nights. Penguin Books. 1991.
Czapkiewicz Andrzej i in. (przekład). „Księga tysiąca i jednej nocy”. Warszawa, PIW 1974.
Day, John. Aztec: The World of Moctezuma. Denver: Denver Museum of Natural History and 
Roberts Rinehart Publishers, 1992.
Deacon, Richard. John Dee: Scientist, Geographer, Astrologer and Secret Agent to Elizabeth  
I.
 The Garden City Press Limited, 1968.
Dee, Dr. John. A True & Faithful Relation of What Passed for Many Years Between Dr. John 
Dee (A Mathematician of Great Fame in Queen Elizabeth and King James Their Reignes) and  
Some Spirits etc
. Redwood Burn Limited, Trowbridge & Esher, 1974.
Dumas, Francois Ribadeau (przekład na ang. Elisabeth Abbott). Cagliostro. George Allen and 
Unwin Ltd, 1966.
Edelstein, Emma J. and Ludwig Edelstein. Asclepius: A Collection and Interpretation of the 
Testimonies
, t. I, II. Reprint Edition, Ayer Company Publishers, Inc, 1988.
Eliade,   Mircea.  Shamanism:   Archaic   Techniques   of   Ecstasy.   Princeton,   N.J.:   Princeton 
University Press, 1964.
French, Peter. John Dee: The World of an Elizabethan Magus. Dorset Press, 1972.
Gauld, Alan. The Founders of Psychical Research. Routledge & Kegan Paul, 1968.
von   Goethe,   Johann   Wolfgang   (przekład   na   ang.  Abraham   Hayward).  Faust   by   Goethe
Hutchinson & Co. Publishers Ltd.
Goldberg, Benjamin. The Mirror and Man. University Press of Virginia, 1985.
Harrison, Jam Ellen. Prolegomena to the Study of Greek Religion. Princeton, N.J.: Princeton 
University Press, 1991.
Herodotus (przekład na ang. Aubrey de Selincourt).  The Histories. Penguin Books, 1972. 
(Wyd. polskie: Wikarjak Jan, „Historia powszechna Herodota”, Poznań 1961).
Homer (przekład Jana Parandowskiego). „Odyseja”. Warszawa, Czytelnik 1967.
Hultkrantz, Ake (przekład na ang. Monica Setterwall). The Religions of the American Indians. 
University of California Press, 1967.
Jackson, Kenneth Hurlstone (przekład na ang.). A Celtic Miscellany. Penguin Books, 1951.
Kieckhefer, Richard.  Magic in the Middle Ages.  Cambridge, Anglia: Cambridge University 
Press, 1989.

background image

King, Frank. Cagliostro: The Last of the Sorcerers. London: Jarrolds Publishers, 1929.
Lang, Andrew. The Making of Religion. AMS Press, 1968.
Leeds,   Morton   and   Gardner   Murphy.  The   Paranormal   and   the   Normal:   A   Historical, 
Philosophical and Theoretical Perspective.
 The Scarecrow Press. Inc, 1980.
Lindsay,  Charles   (zdjęcia  i   dzienniki)  and  Reimar  Schefold  (esej   historyczny).  Mentawai 
Shaman: Keeper of the Rain Forest.
 An Aperture Book, 1991.
Loewe, Michael and Carmen Blacker (red.). Divination and Oracles. George Allen & Unwin, 
1981.
MacKay, Charles. Extraordinary Popular Delusions and the Madness of Crowds. New York: 
Farrar Straus Giroux, 1932.
MacKenzie, Alexander. The Prophecies of the Brahan Seer. Stirling: Eneas MacKay, 1909.
Mavromatis, Andreas. Hypnagogia: The Unique State of Consciousness Between Wakefulness  
and Sleep
. Routledge & Kegan Paul Ltd, 1987.
Mishlove, Jeffrey. Thinking Allowed. Council Oaks Books, 1992.
Morse, Melvin, M.D, with Paul Perry. Transformed by the Light: The Powerful Effect of Near-
Death Experiences on People's Lives
. New York: Villard Books, 1992.
Panofsky, Dora and Erwin.  Pandora's Box: The Changing Aspects of a Mythical Symbol. 
Princeton, N.J.: Princeton University Press, 1991.
Parke, H.W. Greek Oracles. Hutchinson University Library, 1967.
Pausanias (przekład na ang. Peter Levi). Guide to Greece, t. I, II. Penguin Classics, 1971.
Platon. „Rzeczpospolita”. Nakładem Polskiej Akademji Umiejętności, Kraków 1929.
Rawcliffe, D.H. Occult and Supernatural Phenomena. Dover Publications, 1959.
Schultes, Richard Evans and Albert Hoffman. Plants of the Gods: Their Sacred, Healing and  
Hallucinogenic Powers. 
Healing Arts Press, 1979.
Strabo (przekład na ang.: Horace Leonard Jones). The Geography of Strabo, t. II. Cambridge, 
Mass.: Harvard University Press, Loeb Classical Library, 1917.
Thomas, Northcote W.  Crystal Gazing: Its History and Practice, with a Discussion of the  
Evidence for Telepathic Scrying
. Dodge Publishing Company, 1905; Health Research, 1968.
Toynbee, Arnold. A Study of History. London and New York: Oxford University Press, 1935-
1961.
Trowbridge, W.R.H. Cagliostro: Savant or Scoundrel? The True Role of This Splendid, Tragic 
Figure.
 University Books (bez daty).
Vandenberg, Phillipp. The Mystery of the Oracles. Macmillan Publishing Company, Inc, 1979.

background image

Dr Raymond Moody

Dr Raymond A. Moody, autor bestsellerów „Życie po życiu” 

oraz „Refleksje nad życiem po życiu”, w których relacjonował 
doznania   ludzi   stojących   u   progu   śmierci.   W   swoich 
najnowszych badaniach idzie o wiele dalej: umożliwia żyjącym 
kontakt   z   ich   najbliższymi,   którzy   już   odeszli   z   tego   świata. 
Daleki od mistycyzmu i okultyzmu, swoje relacje przedstawia w 
sposób rzeczowy i przekonywający, a przynajmniej zmuszający 
do zastanowienia. Nie koniec jednak na tym: postępując wedle 
wskazówek   autora   każdy   z   nas   mógłby   ujrzeć   w   zwierciadle 
wizje   swoich   zmarłych   bliskich;   a   kontakt   taki,   według 
obserwacji dr. Moody'ego, przynosi pociechę i ukojenie...