background image
background image

  JERZY CEPIK

(Robert D. Bart,TOM 1)

DWIE CZASZKI

1985

background image

„KB”

ROZDZIAŁ I

Moje   studia   nad  Kodeksem   Watykańskim  wlokły   się   bardzo   długo.   Obrastały 

przypisami   i   aneksami   w   sposób   niepokojący.   Czułem   się   zakurzony   jak   książki   w 

bibliotece starego profesora Giulia Orlani. To mnie także niepokoiło. Jestem wprawdzie 

archeologiem z wyboru, ale spostrzeżenie młodziutkiej Claudii Orlani, córki profesora, iż 

jestem zupełnie, ale to zupełnie oderwany od życia, trochę mnie jednak zdenerwowało. 

Przyszedłem już do siebie po kryzysie, o którym nie chciałem myśleć (choć wiedziałem, 

że od pewnych myśli uwolnić się niepodobna) i mała, jasnowłosa Claudia podobała mi 

się   nadzwyczajnie.   Tego   wieczoru   dużo   się   śmiała,   była   rozbawiona.   Z   rosnącym 

rozdrażnieniem wsłuchiwałem się w tłumione ścianami starego domu odgłosy rozmów. 

Ten   młody   idiota,   Paoli,   przyszedł   oczywiście   punktualnie,   jak   zapowiedział. 

Wymuskany fircyk uniwersytecki. Oczywistej że Claudia woli jego niż mnie. „On ma 

dwadzieścia pięć, a ty czterdzieści pięć, capito?” Wszystko jasne. Chciałem sobie dodać 

animuszu, wpatrując się w przysłany mi przez ciotkę Augustę egzemplarz mojej książki o 

sztuce  Azteków, wydanej  w oficynie  „Johnson & Johnson”, lecz  nastrój  mój  się nie 

background image

poprawił. Na kolację tedy powlokłem się w wymiętej koszuli i starych dżinsach. Claudia 

spojrzała na mnie oczami bez wyrazu, ale zaraz potem te oczy zamgliły się, gdy Paoli 

powiedział coś przeraźliwie banalnego. Wątróbka, której właśnie skosztowałem, stanęła 

mi w gardle. „Jesteś beznadziejny, Robercie”, pomyślałem. Znacznie później, w jakże 

innych   okolicznościach   miało   się   okazać,   że   jest   wprost   przeciwnie.   Ale   skąd   teraz 

mogłem o tym wiedzieć?

Skąd   mogłem   wiedzieć,   że   pod   koniec   tego   gorącego,   parnego   wieczoru   w 

Rzymie otrzymam list, który wplącze mnie w najdziwniejszą ze spraw, z jakimi dotąd 

miałem do czynienia.

List datowany był w Londynie. Charakter pisma mówił wszystko. Adres rzucony 

byl na kopertę jakby cięciami tępej szpady. Oczywiście, ciotka Augusta. Taka łagodna, a 

zawsze   chce   uchodzić   za   gorszą.   Rozkładając   w   świetle   lampy   różowy   arkusik,   już 

czułem jego zgryźliwą treść. W Londynie, a przynajmniej w pobliżu Muzeum Księcia 

Alberta, mamy teraz pewnie mgłę i musi padać deszcz. Zła pogoda zawsze źle wpływa na 

moją ciotkę!

Drogi Robertku... -  zaczynał się ten list. „Robertku”! Dobre sobie. Czterdzieści 

pięć lat, sześć stóp i dwa cale wzrostu, sto osiemdziesiąt funtów wagi, jeśli na wikcie 

Orlanich nie przytyłem. Ciotka przesadza w swoich instynktach macierzyńskich!

Od  otwartego   okna  powiało   chłodem.   Chyba  nie   zwróciłem  uwagi  na   to,  jak 

długo siedziałem przy biurku. Za oknem padał rzęsisty deszcz. Wyszedłem na balkon, 

powoli nabiłem moją starą fajkę, potarłem zapałkę, puściłem kłąb dymu. Rzym z okna 

willi  Orlanich  wyglądał   tajemniczo,  rozmazany,   niby  na  starej  rycinie.  Deszcz   padał 

coraz   mocniej.   W   salonie   wyła   jakaś   kwadrofoniczna   piosenkarka.   Claudia   i   Paoli 

pewnie tańczą, przytuleni jak dwie gumy do żucia... Już o tym nie myślałem, gdyż ciotka 

Augusta donosiła mi, że stary James Garrick zaprasza mnie do Johannesburga. Sławny 

antropolog i archeolog Garrick... Cóż, popełniłem kiedyś nierozważnie kilka artykułów 

na temat kopalnych istot południowoafrykańskich. Grzech młodości. Profesor Garrick 

nawet   o   tym   nie   wie,   na   szczęście.   Wróciłem   do   pokoju,   jeszcze   raz   przeczytałem 

ostatnie zdanie:...Podobno Garrickowi zaginęła jakaś skorupa, bezcenna czaszka czy coś  

takiego... - pisała ciotka. Rozczulająca staruszka. „Skorupy” profesora Garricka są z całą 

pewnością bezcenne.

background image

Postanowiłem, że z rana zadzwonię do biura „Alitalii”. Nie cierpię samolotów i 

moje   ograniczone   zaufanie   budzi   jedynie   wynalazek   Stephensona,   jeśli   chodzi   o 

przenoszenie się z miejsca na miejsce bez używania samochodu. Ale list ciotki Augusty 

zaintrygował mnie.

Siedziałem  w starym,  wolterowskim fotelu,  paliłem  fajkę, zdawało  mi  się, że 

słyszę głos ciotki: „Za dużo palisz, Robertku”, deszcz padający za oknem usypiał mnie. 

Ale nie zasnąłem. Weszła Claudia, było już chyba bardzo późno. Pocałowała mnie w 

policzek. Nigdy dotąd tego nie robiła. Ale nawet nie zdziwiłem się. Myślami byłem już 

daleko.

Następnego dnia zawiozłem Claudię moim starym, rozklekotanym fordem na Via 

del  Oca, do eleganckiej  restauracji  „La Lampara”.  Claudia  była  urocza,  zamyślona  i 

ciągle   mi   się   przypatrywała.   Tego   też   dotąd   nie   robiła.   Powiedziałem   jej,   że   muszę 

opuścić Rzym. Jej oczy zrobiły się okrągłe. Dotknęła mojej ręki.

Jest mi przykro, Robercie - szepnęła tak jakoś dziwnie. Mnie było przykro 

wczoraj.

Zostanie twój Paoli.

Ten kretyn! - mruknęła.

Uśmiechnąłem się lekko. Czułem się coraz lepiej.

Stan   mojego   samopoczucia   miał   poprawić   się   jeszcze   bardziej,   gdyż   już   w 

Londynie   ujrzałem  nową sublokatorkę   ciotki.  Ale  to  także   było  jeszcze  przede  mną. 

Teraz, kiedy siedzę przy moim wysłużonym remingtonie i piszę te słowa, wiem” że Joy 

Galson, dziewczyna o zielonych oczach, jest moim przeznaczeniem. Tylko jedno pytanie, 

Robercie: czy ty jesteś tym samym dla Joy? Do diabła, oto jest pytanie.

Ale muszę wrócić do mojego opowiadania.

Obiad zjadłem jeszcze u profesora Orlaniego. Orlani był zgryźliwy jak zawsze, 

małomówny jak zawsze. W pewnej chwili, popijając swoje chianti, powiedział:

-  Byłeś   tu bardzo  pracowity,   mój   chłopcze.   Brak ci   jednak  systematyczności. 

Rzucać

 

naukę

 

dla

 

jakiejś

 

tam

 

kryminalnej

 

afery.

Też coś! Rasowy naukowiec...

Ciągnął dalej zrzędliwie. Słuchałem, nie słuchając. Ach, ci Włosi są tak przemiłe 

niedyskretni.   Orlani   na   pewno  nie   odmówił   sobie   przyjemności   przeczytania   mojego 

background image

listu.

Godzina   zeszła   mi   na   pakowaniu,   bagażu   i   porządkowaniu   rękopisów. 

Następnego dnia powitałem już mglisty wieczór londyński, kopcąc zawzięcie fajkę w 

moim   gabinecie   i   czytając   ostatnią   książkę   Jamesa   Garricka   dotyczącą   jego   badań 

antropologicznych   w   Afryce.   O  Kodeksie   Watykańskim  już   nie   myślałem.   Staruszek 

Orlani   ma   rację.   Chyba   nie   będę   rasowym   naukowcem.   Stanowczo   brak   mi 

systematyczności.

Ciotka   Augusta   także   czytała   coś   w   saloniku.   Mówię   „coś”,   ponieważ 

podejrzewam,   że   Augusta   najchętniej   oddaje   się   wspomnieniom   o   panu   Marchu. 

Popiersie tego dżentelmena stoi na kominku w saloniku. Pan March kochał ciotkę. Atoli 

zanim się pobrali, wyjechał z ważną misją do Indii. Tam, jak każdy dżentelmen, oddawał 

się   polowaniom.   Oczywiście   po   godzinach   trudnej   służby   dla   korony   brytyjskiej. 

Pewnego razu zachciało mu się polować na tygrysa i ciotka Augusta dostała potem list, 

że po panu Marchu znaleziono w kilka dni później tylko fajkę. „Ta fajka - powiedział 

wtedy mój ojciec, były pilot polski w British Air Force, potem niezły lekarz z dyplomem 

edynburskim i znawca ludzi-ta fajka była najlepszą częścią pana Marcha!” Nie znałem 

pana Marcha, ale ojcu uwierzyłem na słowo. Ciotka mawiała od tamtego czasu, że ojciec 

mój jest potworem, a jego pacjenci to wampiry.

Nie   wiem,   jak   długo   siedziałem   nad   dziełem   profesora   Garricka.   Zegar   w 

saloniku zdawał się tykać coraz głośniej. Byłem zmęczony. Poszedłem do kuchni, aby 

zaparzyć sobie kawę. Ktoś tam był. Ta dziewczyna, której ciotka wynajęła pokój.

- Robert Bart - burknąłem.-Dobry wieczór... czy już może dzień dobry?

- Joy Galson. Dobry wieczór - powiedziała spokojnie dziwnym głosem. Podniosła 

oczy i przez sekundę patrzała na mnie. Były to

najpiękniejsze oczy, jakie widziałem w moim dosyć długim życiu. Miałem zdać 

sobie   z   tego   sprawę   trochę   później,   zajęty   czaszkami   Garricka   i   zagadkowymi 

morderstwami w Makapansgat i Sterkfontein.

ROZDZIAŁ II

Nie byłem potem pewien, czy ja pytałem, a ona mówiła, czy też było odwrotnie. 

background image

Zdaje się jednak, że to ja mówiłem, a ona słuchała, przyjaźnie, ale dystansem. O sobie 

mówiła   z   poczuciem   humoru,   ale   było   w   niej   coś   nieokreślonego,   co   sprawiało,   że 

czułem, iż muszę traktować ją poważnie. To nie była tylko urocza gąska jak Claudia 

Orlani. Zanim udaliśmy się do naszych pokoi, Joy podała mi rękę. Nasze dłonie spotkały 

się przez chwilę, a ja już wiedziałem, że jest to nasze spotkanie pierwsze, ale nie ostatnie. 

Joy   Galson,   studentka   Uniwersytetu   Londyńskiego,   duża   inteligencja,   swobodnie 

formułuje myśli, ma wyobraźnię, dużo czyta i zdaje się, że pisze wiersze, choć przyznała 

się tylko do tego, że smaży krótkie reportaże do „Women’s Week’

;

. Uwaga: umie myśleć 

logicznie. Jeszcze jedna uwaga: jest urocza. Chyba tak...

Z tymi myślami zasnąłem.

Około   dziesiątej   rano   dnia   następnego   zadźwięczał   ostro   dzwonek   u   drzwi 

wejściowych.   Zanim   odłożyłem   maszynkę   do   golenia   i   wyszedłem   z   mojej   małej 

łazienki, usłyszałem kroki Joy. Porusza się lekko, szybko i cicho. Na dole szczęknął 

zamek. Raz, drugi, potem Joy wbiegła po skrzypiących schodach na górę. Zapukała do 

moich   drzwi.   Spieszyła   się.   Zauważyłem   tylko,   że   jasne,   falujące   włosy   miała 

przewiązane zieloną wstążką że jej oczy są jeszcze bardziej zielone w świetle dnia i że jej 

mała, smukła dłoń podaje mi niebieską depeszę.

- Afryka puka do drzwi! - rzuciła wesoło, przyjaźnie i podała mi blankiet. - Ktoś 

uszkodził przesyłkę...

Istotnie, depesza była otwarta. Spojrzałem na podpis. Depeszował James Garrick. 

„Staruszek musi się mocno denerwować”, pomyślałem. Joy spytała:

Wyjazd?

Chyba tak.

Zabiera pan z sobą fajkę?

Nie zrozumiałem. Musiałem zrobić niemądrą minę. - Bo ten biedny pan March w 

Indiach... - rzuciła i już jej niebyło. Roześmiałem się. Ten dzień dobrze się zaczyna.

Był 13 sierpnia. Wychodząc z domu pośliznąłem się na froterowanej

posadzce i omal nie kopnąłem Sir Francisa Drakę. Sir Francis, dystyngowany 

czarny kot ciotki Augusty, odwrócił się ode mnie z niesmakiem, a odchodząc, otarł się o 

zieloną spódnicę Joy. Sir Francis toleruje ciotkę Augustę, mnie lekceważy całkowicie, a 

background image

ja odpłacam mu tym samym. Teraz zauważyłem, że Joy wpadła mu w oko. Ładując się 

do sportowego morrisa Joy, pomyślałem, że nawet mogę go polubić. Kota, nie morrisa. 

Joy prowadziła trochę za szybko, ale pewnie. Przez całą drogę milczeliśmy. Czułem, że 

polubię tę dziewczynę. Była spokojna i naturalna, bez cienia kokieterii. Przed bankiem 

wypełzłem   z   morrisa   jak   z   ciasnej   konserwy,   Joy   machnęła   mi   ręką,   dodała   gazu, 

czerwony bąk pomknął ulicą, a ja wkroczyłem niechętnie do świątyni pieniądza, wiedząc, 

że mam na koncie ledwie dwieście pięćdziesiąt funtów. Garrick wspomniał w depeszy o 

finansowej dyspozycji dla mnie. Ciekaw byłem, czy jest równie hojny jak sławny... W 

ogóle ciekaw byłem,  dlaczego starszy pan tak nagli mnie do przyjazdu. W pierwszej 

depeszy, która nie zastała mnie w Londynie, sir Garrick zapraszał mnie do Afryki w celu 

wyjaśnienia zaginięcia dwu czaszek z jego cennej kolekcji. Teraz powtarzał to i dodawał 

zdecydowanie:  Proszę   się   spieszyć,   sprawy   moje   wymagają   pańskiej   uwagi,   czekam,  

Garrick.

Opuszczając   mroczny,   staroświecki   hall   podzielony   boksami   pamiętającymi 

chyba czasy królowej Wiktorii, byłem  bogatszy o tysiąc dwieście funtów zaliczki na 

„koszta operacyjne”. Sprawa zapowiadała się ciekawie.

Po   południu   zadzwonił   do   mnie   doktor   Comelius   Horn.   Na   zlecenie   tego 

człowieka prowadziłem kiedyś pierwszą moją sprawę jako prywatny detektyw. Doktor 

Florn mieszkał kiedyś w południowej Afryce i dorobił się tam znacznego majątku. W 

Londynie   Horn   zajmował   elegancki   dom   w   Albany   i   uchodził   za   doświadczonego 

kolekcjonera. Wiedziałem też, że nie prowadzi już prywatnej praktyki lekarskiej.

Czy pan mnie sobie przypomina? - zabrzmiał w słuchawce jego wysoki głos.

Bardzo dobrze, doktorze Horn.

- Być może nie wie pan, że znałem kiedyś profesora Garricka... 

Milczałem.

- ...Mój stary przyjaciel ma jakieś kłopoty. Poleciłem mu pana. Wskazałem mu 

nawet, proszę wybaczyć, adres pańskiego banku...

Wybaczam-powiedziałem   bez   cienia   nieszczerości,   pomyślawszy   o   stanie 

mojego konta. Więc w taki sposób Garrick odnalazł mój bank. Nie lubi działać 

na ślepo. Ale przemilczałem to. Lubię słuchać, lubię, gdy inni mówią, to daje 

dobre rezultaty, o czym przekonałem się już nieraz.

background image

Więc   pan   się   zgadza?!   -   wołał-do   słuchawki   doktor   Horn.   Był   wyraźnie 

zadowolony.

Tak - odparłem spokojnie.

Doskonale,   panie   Bart.-Wysoki   głos   Corneliusa   Horna   zamilkł   na   chwilę, 

potem   jego  właściciel   dorzucił  lekko:  -  Wydaję  dzisiaj  małe  przyjęcie  dla 

garstki przyjaciół... Wie pan, paru antykwa-riuszy, kolekcjonerów, kilka osób 

ze świata artystycznego. Gdyby pan zechciał zaszczycić  mój dom, byłbym 

szczęśliwy. Przy okazji: czy gra pan w brydża? Oczywiście, z pewnością...

Nie   cierpię   gry   w   karty   -   odparłem   chyba   niegrzecznie,   ale   miałem   swój 

powód. Czułem, że rozpoczyna się jakaś gra.

Nic nie szkodzi! - Horn roześmiał się. Jego śmiech był afektowany, prawie 

kobiecy,   ale   mnie   nie   zwiódł.   Znałem   Corneliusa   Horna   na   tyle,   że   nie 

lekceważyłem go. - Nic nie szkodzi. Utnie pan sobie miłą godzinkę albo dwie, 

studiując moje nowe nabytki. Autentyczne tolteckie. Oczywiście, proszę nie 

wyobrażać sobie, że wywiozłem je z Jukatanu.

Pańskie zaproszenie sprawia mi zaszczyt. Przyjdę.

Czyżby tak inteligentny człowiek jak Horn popełnił aż dwa błędy? Najpierw, że 

pośredniczył między mną a Garrickiem, a teraz, że wabi mnie okazami swojej kolekcji?

Robercie Bart. Od tej chwili zalecisz sobie ostrożność.

Doktor   Cornelius   Horn   mógł   wywołać   wrażenie   człowieka   zniewieściałego. 

Otyły,   okrągłych   kształtów,   wypielęgnowane,   pulchne   ręce,   białe   palce   upstrzone 

pierścionkami, różowe policzki pod błękitnymi, rozmarzonymi oczami, miękkie ruchy, 

małe stopy w czerwonych sandałach, wysoki głos, długie włosy, na szyi złoty łańcuszek z 

małą   gemmą   spoczywającą   na   tłustej   piersi,   wreszcie   to   fioletowe,   perfumowane 

kimono...  Znałem go, a mimo  to poczułem się trochę nieswojo, podając mu dłoń na 

środku   japońskiego   salonu   o   brązowej,   lakierowanej   podłodze   i   białych   ścianach, 

obwieszonych   drzeworytami.   W   mojej   szarej,   twedowej   marynarce   i   spodniach   z 

wypchanymi  kolanami  poczułem  się jeszcze gorzej, gdy w zaproponowany mi  przez 

gospodarza fotel zapadłem się tak, że z tego siedziska wystawała mi tylko głowa. A Horn 

z promiennym uśmiechem podawał mi już drinka. Potem usiadł na ławie, nad którą stał 

na półeczce posążek uśmiechniętego Buddy, i przyglądając mi się zamglonymi oczami 

background image

spytał nagle:

Czy zna się pań na diamentach, panie Bart?

Trochę. Niewiele. To nie moja specjalność.

Racja. Archeologia, sztuka... zdaje się, że i filozofia? Też ją uprawiam... No i 

łamigłówki kryminalne. Czy pan dobrze na tym wszystkim zarabia?

Lubię stare plymouthy - odparłem wymijająco.

To rzeczywiście piękne wozy - pokiwał rozumiejąco głową. Potem powiedział 

jakby  do   siebie:   -   A  ja,   wie   pan,   widziałem   diament   wart   pewnie   pięćset 

tysięcy... Krótko mówiąc, pan nie jest bogaty.

Bez szlifu? - spytałem o diament, pomijając ostatnią uwagę.

Otóż to. Bez tego, co może nadać kamieniowi ręka dobrego artysty szlifierza 

w Amsterdamie.

Pięćset tysięcy dolarów? - chciałem się upewnić.

Ależ nie - westchnął Horn, jakby mówiąc do dziecka. - Funtów.

Nieprawdopodobne, doktorze.

Ależ nie - zaprzeczył znowu łagodnie. Jego rozmarzone oczy rozbłysły nagle 

ostro, tylko na chwilę, ale nie uszło to mojej uwadze. - Nie istnieją rzeczy, 

sprawy...   nieprawdopodobne.   Chodzi   tylko   o   to,   żeby   nie   dziwić   się   zbyt 

często.   Myślę,   że   dobrze   pana   oceniłem,   sądząc,   że   niewiele   może   pana 

zadziwić. Wie pan - przysiadł się bliżej i całkiem utonął w piankowej kanapie, 

z   głębi   dochodził   do   mnie   tylko   jego   głos-wie   pan,   doszedłem   kiedyś   do 

następującego wniosku i byłbym zachwycony, gdyby pan zechciał podzielić 

mój   pogląd.   Otóż   wyobrażam   sobie,   że   na   przykład   lekarze   to   ludzie   w 

gruncie   rzeczy  bezradni,   policjanci   to  ludzie  w  gruncie   rzeczy  cyniczni,  a 

naukowcy to ludzie w gruncie rzeczy dociekliwi i bezinteresowni. Śmieszny 

pogląd. O co mi chodzi? O pańską dociekliwość i o zaspokojenie pańskiej 

bezinteresowności.

Nie rozumiem.

Rozumie pan, doktorze Bart. Albo zrozumie...

Drzwi   obciągnięte   haftowanym   płótnem   rozsunęły   się   cicho.   Do   japońskiego 

background image

salonu weszła kobieta. Była bardzo młoda, dość ładna, ale ubrana tak, że od razu było 

widać, iż najchętniej zagląda do salonu mody „Sally Mee”, szokującego nawet kobiety 

wyemancypowane. Horn westchnął:

Cyntia, dziecię moje, teraz pragnę być w towarzystwie pana Barta.

Znikam koteczku, ale pamiętaj, że goście już się schodzą!

Ona jest miła, a ja jestem stary - powiedział gdy wyszła. Przemilczałem i to. 

Ze   szkatułki   stojącej   na   stoliczku   pokrytym   laką   wyciągnąłem   pall   maila, 

zapaliłem.   Horn   podsunął   mi   kryształową   karafkę.   Przyciągnął   stoliczek   z 

butelkami.   Wybrałem   johnnie   Walkera.   Czekałem.   Kobieca   dłoń   Horna 

sięgnęła   po   cygaro,   wysupłała   je   z   delikatnej   bibułki,   rozgrzewała   je   nad 

płomieniem   długiej   zapałki,   potem   z   głębi   kanapy   uniosło   się   kilka   kół 

błękitnego dymu i głos Corneliusa Horna:

Profesor Garrick nie wyobraża sobie, naturalnie, że istnieją ludzie dyskretni 

bezinteresownie.

Podzielam jego pogląd w części dotyczącej innych ludzi.

Otóż to. Dlatego wybrałem pana! - roześmiał się Cornelius Horn.

Ma pan na myśli uczciwość zawodowca?

Wolałbym   raczej   słowo   „solidność”,   jeśli   pan   nie   ma   nic   przeciw   temu. 

Uczciwość bywa wieloznaczna. Czy pan to zauważył?

Wielokrotnie. Ale bywają wyjątki, doktorze.

Nieopłacalne - powiedział Horn ukryty w głębi swojej kanapy. Jego głos nie 

zabrzmiał   już   tak   jowialnie.   -   Stary   Garrick   też   liczył   na   wyjątek...   taki 

wyjątek.   I   rozczarował   się.   Czy   uwierzy   pan,   że   ja   nigdy   nie   bywam 

rozczarowany?

Szczęśliwy człowiek - powiedziałem.

Tylko   spokojny.   Umiarkowany   hedonista,   nic   więcej.   Ale   kiedy   wreszcie 

zapyta pan, o co mi właściwie chodzi?

O co panu właściwie chodzi? - spytałem. Zdusiłem papierosa w kryształowej 

popielnicy.   Nie   lubię   papierosów,   nie   lubię   kryształowych   popielnic,   a   ta 

wyglądała   dosyć   rażąco   w   tym   japońskim   salonie.   Nabiłem   moją   fajkę   i 

background image

wypuściłem   w  stronę   kanapy  kilka   niebieskich   kółek   dymu.   Prince   Albert 

także nie pasował do tego salonu, ale miałem  to w nosie. Cornelius Horn 

zakaszlał z wyrzutem, kompozycja perfumów i tytoniu raziła jego powonienie. 

- Więc o co panu właściwie chodzi? - powtórzyłem pytanie.

Jest   wiele   możliwych   odpowiedzi,   mister   Bart...   Na   przykład:   oszustwo, 

przywłaszczenie autorstwa, dwie kradzieże, pięćset tysięcy funtów, zagrożenie 

życia.

To wszystko?

O,   nie.   Być   może,   a   nawet   bardzo   prawdopodobne,   że   gdzieś   już,   mroki 

ludzkiej myśli kryją zło i mord. I mord, doktorze...

Wyraził swoją myśl kwieciście, ale jasno zmierzał do celu.

- A jaki jest pański udział w tych... no, kłopotach? 

Cornelius   Horn   znowu   roześmiał   się   pogodnie.   Przez   chwilę   milczał,   potem 

powiedział wymijająco:

Czy obserwował pan kiedyś lisa? Biegnie zawsze tam, dokąd chce i zawsze z 

uniesionym ogonem, aby go nie zabrudzić. Ciekawe stworzenie, prawda?

Sprytne, przebiegłe i inteligentne - zgodziłem się.

I takie powinno być moje miejsce w tej sprawie - powiedział nagle twardym 

głosem   Horn.   Wyskoczył   z   zadziwiającą   lekkością   z   kanapy,   podszedł   do 

mnie i ścisnął mi ramię z niewiarygodną siłą.

Nasza rozmowa, dotąd przypominająca grę w ping-ponga, skończyła się. Teraz 

stary spryciarz przejdzie do ataku. Właśnie chciał coś powiedzieć, kiedy drzwi salonu 

rozsunęły się znowu. Zapomniałem dodać, że było już dosyć późno; Horn w pewnym 

momencie naszej rozmowy nacisnął guzik i złotawa zasłona zamknęła okno wychodzące 

na ogród, a pomiędzy kanapą i fotelem zapłonęło słabe światło w przeźroczystej, różowej 

muszli. Teraz pomyślałem, że to znowu Cyntia przyszła do swojego koteczka. Ale to była 

Joy. Gdy teraz o tym myślę, pamiętam dobrze, że serce uderzyło mi mocniej. Dlaczego ta 

dziewczyna tak mnie zainteresowała? Zdaje się, że nie uchodzę za kobieciarza, chociaż 

znam wiele kobiet. Joy,  a zauważyłem  to już u ciotki  Augusty,  Joy miała  styl.  Czy 

umiałbym to określić? Teraz już tak. Dokładnie. Wtedy wiedziałem, że wprowadza do 

świata,   w   którym   się   pojawia,   jakieś   jaśniejsze   światło,   pastelowy   ton.   Jasne   włosy 

background image

falujące   wokół   głowy,   opanowane   ruchy   delikatnych   rąk,   spokojny   urok   twarzy   o 

leciutko rozstawionych kościach policzkowych, w głębi oczu iskierki, jakieś zmieniające 

się światło... Obaj z Hornem milczeliśmy. Cornelius patrzył na Joy w milczeniu z głową 

przechyloną na lewe ramię. Pomyślałem, że przygląda jej się jak dziełu sztuki. Do diabła, 

byłaby piękna nawet w pokutnym worku. A miała teraz długą, jasną spódniczkę, białą 

bluzkę zapiętą wysoko pod szyją, krótki, brązowy żakiecik i jasne buciki na wysokim 

obcasie.

Klasa! - powiedział Cornelius Horn. Joy zaśmiała się lekko. Powiedziałbym - 

a może już to powiedziałem? - że miała muzyczny śmiech. Tak, zdałem sobie 

sprawę, ona jest bardzo piękna i... tak, jest czujna. Dlaczego? Czego się boi?

Idźcie   -  powiedział  nagle  Horn.  -  Ja  -  dodał  -  ja  pojawię   się  później.  To 

„pojawię” rozśmieszyło Joy, widziałem, że kąciki jej ust drgnęły leciutko.

Kiedy zasunąłem drzwi japońskiego gabinetu, spytałem:

Skąd tu się wzięłaś?

Wiedziałam, że tu będziesz.

Skąd?

Może w to nie uwierzysz, ale miewam przeczucia - roześmiała się.

Znasz Horna? Tego typa?

Robiłam z nim kiedyś wywiad. A potem byłam jeszcze dwa razy, a może trzy.

Tutaj?!

Ton mego głosu musiał być śmieszny, bo odparła:

- Purytanin! - I znowu zaśmiała się cicho.-Robercie Bart, jesteś, wydaje mi się, 

mężczyzną nie z tego świata.

- Nie wiem, kiedy mówisz poważnie, a kiedy żartujesz. - Powiedziałem to lekko, 

aby nie wyczuła urazy w moim głosie.

- Chciałbyś mnie od razu zrozumieć. A po co?

I   nie   czekając   mojej   odpowiedzi,   poszła   przede   mną   jasno   oświetlonym 

korytarzem. Jej stopy sunęły lekko i szybko po puszystym, pomarańczowym dywanie.

Wypiłem tego wieczoru dużo. Nie lubię alkoholu, ale mam mocną głowę. Jeśli 

doktor Horn, nalewający mi szczodrze, sądził, że uśpi moją uwagę, to myli! się. Poza tym 

udawałem, że dobrze się bawię. W falach grzmiące; muzyki tańczyłem nawet z Cyntią, 

background image

która   z   każdą   chwilą   wydawała   mi   się   coraz   okropniejszą   kocicą.   Joy   piła   tylko 

szampana, była w różowym nastroju i chyba bawiła się świetnie.

Ma powodzenie - mruknął Cornelius Horn, podchodząc do mnie i Cyntii.

Jest dosyć ładna - odparłem i przełknąłem łyk brandy.

No, ujdzie - syknęła Cyntia.

Joy posłała mi ponad głowami tańczących lekki uśmiech i kilka

spojrzeń. Poczułem się raźniej, mimo że adorował ją nieustannie jakiś młody, łysy 

człowiek   o   mocno   wywatowanych   ramionach,   okrągłej   chłopięcej   twarzy,   ciemnych 

oczach zdziwionego dziecka, ciągle poprawiający olbrzymią muszkę u szyi, godną raczej 

taniego wodewilu czy jeszcze tańszego musicalu. Z aparatury stojącej w kącie pokoju lub 

raczej   sali   rozległej   niby   nawa   wiejskiego   kościółka,   wionął   wiedeński   walc.   Łysy 

młodzieniec przywarł zdecydowanie do Joy.

Cały czas dążył do zwarcia! - szepnęła blisko mojego ucha Cyntia. Musiała 

mnie obserwować. Horn skinął na służącego w białym fraczku, ujął pulchnymi 

paluchami dwa duże kieliszki złocistej brandy.

Proszę teraz za mną! - rzucił krótko.

Krętym korytarzem zaprowadził mnie do małego pokoju. Zanim tam wszedłem, 

przystanąłem przed dwoma obrazami wiszącymi na białej ścianie. Cornelius Horn, idący 

przede   mną   cicho,   z   kocim   wdziękiem,   mruknął   z   pozorowaną   obojętnością,   nie 

odwracając głowy:

- Renoir i Cezanne. Wprawdzie akty nie interesują mnie, ale styl, kompozycja i 

kolorystyka

 

 

dobre,

 

musi

 

pan

 

przyznać.

Idziemy.

Wszedłem   za   nim.   Zamknął   starannie   drzwi   obite   czerwoną   skórą.   Krętymi 

schodami poprowadził mnie na galerię, stanęliśmy przed drzwiami osłoniętymi solidną 

kratą.   Do   otwarcia   jej   Horn   użył   trzech   małych   kluczy   uruchamiających   zamek 

elektryczny. Zanim pchnął mahoniowe drzwi, powiedział:

-   Lubię   tu   przychodzić,   kiedy   odczuwam   potrzebę   samotności   albo   gdy  chcę 

rozmawiać z kimś, kogo lubię. Proszę...

Wszedłem za nim. Nie od razu gotów jestem ufać ludziom, którzy mi mówią, że 

mnie lubią. Przyjąłem podany mi kieliszek i rozejrzałem się.

background image

Niewielu oglądało moją galerię meksykańską. Pan jest znawcą! - roześmiał się 

przymilnie tym kokieteryjnym śmiechem, którego nie lubiłem. Zmienny jak 

salamandra, pomyślałem. Ale tylko wtedy, kiedy tego chce.

Zanim pan obejrzy sobie te drobiazgi, przyniosę coś, ponieważ czuję, że pan 

mi ciągle nie ufa, mister Bart - odezwał się Horn, jakby czytając w moich 

myślach. Wyszedł i dość szybko wrócił z sąsiedniego pokoju. Podał mi dwa 

arkusiki   papieru.   Na   obu   -   dwa   krótkie   teksty.   Jeden   napisany   okrągłym, 

kobiecym pismem, a drugi męskim kanciastym. Przeczytałem oba.

Poznaje pan?

To, jeśli mnie pamięć nie myli, dokładna treść depesz jakie otrzymałem od 

profesora Garricka.

Mój przyjaciel poinformował mnie nawet o tym, jak pan widzi. Możemy więc 

pomówić swobodnie.

Możliwe, że panu ufam. Bardzo możliwe - powiedziałem.

Dobra odpowiedź! - Cornelius Horn skinął z zadowoleniem głową.

Ci, którzy znali  zbiory doktora Horna, mówili  o nich  prawie  z zawiścią.  Nie 

dziwię się teraz, kiedy i ja je znam. Takich ąbiorów mogłoby mu pozazdrościć nawet 

meksykańskie Museo Nacional de Antropologia. Wiem, co mówię, gdyż pracowałem tam 

kiedyś jako młody stypendysta i miałem okazję poznać kilkadziesiąt pięknych kolekcji... 

Japońskie salony, perfumowane kimona, impresjoniści (zgromadził ich znacznie więcej, 

niż   widziałem   po   drodze),   zniewieściały   styl   bycia,   to   mogły   być   kaprysy   starego 

bogacza,   ale   tu,   w   tym   sanktuarium,   chodził   za   moimi   plecami   Horn-ekspert   i   z 

pewnością Horn-zimny drań, który musiał użyć wielu sposobów, aby mieć to, co miał. 

Pięć jasno oświetlonych  pokoi wypełnionych skarbami azteckiej sztuki i dziełami ich 

poprzedników,   oraz   wspaniała   biblioteczka   z   dziełami   godnymi   biblioteki   British 

Museum!

Opadłem   na   jeden   z   miękkich   foteli.   Mój   mały   zbiór   rzeźb   azteckich   jakże 

nędznie   się   prezentuje   na   tym   tle.   Horn   siedział   naprzeciwko   mnie.   Palił   cygaro,   w 

pewnej   chwili,   gdy   już   uznał,   że   czas   przerwać   milczenie,   strząsnął   srebrny   stożek 

popiołu do wnętrza naczynia dźwiganego przez figurkę wyobrażającą chyba boga ognia.

Bóg Huehueteotl? - zapytałem. Horn pokiwał głową.

background image

Kultura Teotihuacanu?

Och, tak.

Trzeci wiek naszej ery?

Brawo... Tak sądzę - poprawił się i westchnął. - Gdyby to był trzeci wiek, 

mógłbym powiedzieć, że ofiara nie poszła na marne. - Powiedział to takim 

tonem,   że   wzdrygnąłem   się.   Patrząc   mi   w   oczy,   prowokacyjnie   postukał 

końcem   cygara   w   naczynie,   znów   strząsnął   odrobinę   narosłego   popiołu. 

Profanacja   sztuki?   Cóż,   mógł   sobie   widać   na   to   pozwolić.   Wzruszyłem 

ramionami   i   popiół   mojego   papierosa   strząsnąłem   do   naczynia   boga 

Huehueteotla równie obojętnie jak Horn.

Grubas pokiwał głową.

Teraz wiem, że naprawdę możemy porozmawiać o Afryce! - powiedział cicho 

i z naciskiem.-Pan wydaje mi się odpowiednim człowiekiem.

Do rzeczy więc. Straciliśmy już sporo czasu, doktorze.

Och, nie sądzę, nie sądzę. Poznaliśmy się bliżej, poznał pan moją kolekcję... I 

może pan jeszcze wrócić do Joy Galson... Piękna dziewczyna, hę? Rasowa. 

Cóż, ja mam tylko mojego koteczka, Cyntię. Nawet Cornelius Horn nie może 

mieć wszystkiego. Ale znając się na ludziach, mógłbym powiedzieć, że może 

ma pan pewne szanse u Joy. Mógłbym powiedzieć, gdyby mnie pan zapytał.

Pomyślałem sobie, że mógłbym go trzasnąć w szczękę.

- Spokojnie - rzekł Horn, patrząc mi w oczy. - Zresztą, pan jest zawsze spokojny. 

To też mi odpowiada. Więc... do Afryki, mister Bart. Zresztą co to za Afryka! Świat 

białych znienawidzony przez świat czarnych. „British Airways” zawiozą pana wygodnie 

do   Johannesburga.   Na   uniwersytecie   Witwatersrand   otrzyma   pan   adres   profesora 

Garricka.   Potem   zajmie   się   pan   jego   sprawami.   Jakież   to   sprawy?   Zaginięcie   dwu 

czaszek z jego kolekcji „brakujących ogniw”, to ostatnio. Zaginięcie rękopisu podobno 

ważnej pracy. To rok temu. I problem otwarcia pewnego sejfu, z którego zginął mały 

przedmiot wartości pięciuset tysięcy funtów. Co może się wydarzyć w czasie pańskiego 

pobytu w Afryce Południowej, to pańska sprawa. Na tamtejszą policję bym nie liczył. 

Zresztą stary Garrick nie lubi policji i unika rozgłosu. To dziwak, zobaczy pan. I na 

emeryturze, więc sądzę, że jego dziwactwa pogłębiają się. Wszystko jasne?

background image

Nie. Chciałbym wiedzieć, co w tej sprawie interesuje pana.

Koniecznie?

Jeśli pan skłamie, być może sam dojdę prawdy.

Słusznie. Dostrzegłem, że jest pan inteligentny. I chyba bardzo uparty? Tak 

sądzę. A więc... Interesuje mnie przedmiot wart parę ładnych tysięcy funtów. 

Kiedyś... Ale mniejsza o wspomnienia. I proszę czasem telefonować do mnie, 

koszty nie grają roli.

Może   to   zrobię,   ale   nie   przyrzekam,   że   będę   zbyt   rozmowny.   Cena 

przedmiotu, jaką pan wymienił, czyni mnie podejrzliwym.

Słusznie. Ma pan już jakiś pogląd?

Pogląd? Widzę tylko  parę mglistych  szczegółów, i to takich, które pan mi 

przedstawił. Lubię patrzeć na sprawy własnymi oczami. Tak, pojadę..

Jeśli dziś zdecyduje się pan wyruszyć we czwartek, znajdzie pan jutro u siebie 

bilet i kartę rezerwacyjną na lot numer 144. Mam nadzieję, że pański boeing 

727 szczęśliwie wyląduje w Johannesburgu. Widzi pan, wiem nawet i to, że 

nie lubi pan podróżować samolotami. Niech pan nie lekceważy Corneliusa 

Horna, którego ciekawi tyle spraw.

Zapamiętam - odparłem.

Jeszcze drinka?

Z przyjemnością.

Z   panem   pije   się   doskonale.   Nie   cierpię   ludzi   mających   słabe   głowy.   Są 

ordynarni. No i prowokują kłopoty.

Wróciłem tą samą drogą, którą przyszedłem z Hornem. Mahoniowe drzwi były 

otwarte, żelazna krata rozsunęła się przede mną cicho i znowu zamknęła.

ROZDZIAŁ III

W   Gibraltarze   przesiedziałem   trzy   dni.   Tutejsi   urzędnicy   nie   ufali   mojemu 

pozwoleniu na posiadanie broni i przekazali kilka pytań do Scotland Yardu w Londynie, 

Wykorzystywałem   ten   czas   dosyć   śmiesznie,   przyglądając   się   tutejszemu   lotnisku, 

background image

którego długi pas

tutejszych plantatorów. Mówi, że czarny albo już jest winien, albo będzie winny. I 

niech pan tak na mnie nie patrzy, Bart, mówię, jak jest. Żyjemy w Republice Południowej 

Afryki. A mnie, jeśli chce pan wiedzieć, intetesują fakty. Jestem policjantem. Pan też, do 

diabła, więc myślmy o faktach!

Dobra - skinąłem głową.

I... niech pan myśli ostrożnie, Bart. Przybył pan z Londynu.

Co z tego? - spytałem naiwnie, choć wiedziałem, co mi odpowie.

Anglicy zdradzili nas. Nie podoba im się apartheid!

Anglicy zawsze oddzielają sentymenty od polityki, Gregson.

Coś o tym wiem, bo sam jestem Anglikiem-mruknął pojednawczo Gregson. - 

Ale niech pan będzie ostrożny.

Ostrzega   mnie?   Przed   kim?   Przed   czym?   I   jaką   wiadomość   chciał   ukryć   w 

ostatnich sekundach swego życia profesor?... Co oznaczały te cyferki czy liczby:

37732000, 526762000 2435, 77, 78, 79 po 1

Wyrzucam papierosa, nabijam fajkę, słucham Gregsona i zdaję sobie sprawę, że 

jestem   w   posiadaniu   ważnego   klucza.   Jakie   otworzę   nim   drzwi,   tego   jeszcze   nie 

wiedziałem. Podejrzenia, parę faktów, domysły,  tyle na razie... I zapewne rozmowa z 

Emmą   Garrick,   która   zadecyduje,   czy   sprawa   mordu   popełnionego   w   „Carolinie” 

pozostanie w rękach tutejszej policji. Stop, Robercie, popełniłeś drugi błąd. Czekałeś na 

wezwanie Garricka. Teraz powinieneś być uparty.

- Ładny wieczór - powiedział Fred Gregson, jakby nic się nie stało.

Rzeczywiście, musieliśmy chyba siedzieć dość długo na werandzie, bo odgłosy 

policyjnej krzątaniny w bungalowie przycichły.

- Pan mnie chyba nie słuchał, Bart, i nie widział pan, że dwa razy odwołano mnie 

stąd. Miał pan zamknięte oczy. Czyżby pan spał? Musi pan mieć mocne nerwy. Co do 

mnie, chciałbym się już znaleźć w domu.

Nie  chciałem  mu  powiedzieć,  o czym  myślałem.  Ani  o depeszy,  którą  chyba 

wyślę do Londynu.

Wszedłem do bungalowu. Gregson poszedł za mną. Tomai także wstał. Usiadł na 

krześle w hallu, gdy Gregson i ja weszliśmy do gabinetu. Wiedziałem, że chce być blisko 

background image

mnie. Miałem do niego zaufanie, „na zapas”, jak powiedziałaby pewnie ciotka Augusta. I 

powiem, że nie straciłem tego zaufania potem, kiedy Tomai załamał się i wpakował mnie 

w trudną sytuację. Lecz o tym napiszę później. Więc staliśmy w gabinecie Garricka. 

Fotel przy biurku był już pusty. Ktoś starł już z blatu stróżkę krwi...

Profesor - powiedział Gregson - otrzymał cios w płuco, agonia trwała około 15 

minut tak twierdzi lekarz...

Czy pobrano próbkę krwi z biurka, komisarzu?

Pomyśleliśmy o tym, Bart... Który z nas zadzwoni do „Wilmy”?

Pan tego jeszcze nie zrobił?

Nie, bo co?

Czy nikt inny nie zawiadomił Emmy Garrick, że jej mąż został zamordowany?

Nie wydałem takiego polecenia.

To dobrze... A kto poprowadzi dalsze śledztwo?

Gregson, chcę pana prosić, aby pan teraz nie dzwonił do „Wilmy”.

Zrobione, Bart. Ale o co panu chodzi?

Chciałbym patrzeć na Emmę Garrick, gdy pan powie jej o śmierci męża.

Czy pan zwariował, Bart?! Pan sądzi...

Ależ nie - podniosłem rękę gestem łagodnego protestu, gdyż wiedziałem, co 

chce jeszcze powiedzieć. - Pan i ja po prostu zbieramy fakty, a ja chcę tylko 

wiedzieć, czy Emma Garrick kochała swojego męża. Przecież nie mogę jej o 

to zapytać wprost.

Psycholog! - prychnął lekceważąco Gregson. - No, dobrze, Bart.

I jeszcze jedno, komisarzu. Pan poprowadzi śledztwo, ja jestem outsiderem. 

Ten, który mnie tu zaprosił, nie żyje, a nie wiem, czy wdowa wyrazi zgodę...

Rozumiem. Mówię po raz drugi: zgoda. Ułatwię panu życie, Bart. Ale będę 

chciał wiedzieć, co pan robi, co pan zamierza i co pan już wie.

W taki sposób ten facet tylko utrudni mi życie, pomyślałem.

- Mówię: zgoda.

Miałem troszeczkę inne plany, bo właśnie zacząłem przypuszczać, że wyjdzie mi 

to na zdrowie.

background image

Czy wasz lekarz ustalił czas popełnienia zbrodni?

Około 10.30.

Czy ludzie tego 0’Hary nie zauważyli w tym czasie jakiegoś samochodu w 

pobliżu farmy?

0’Hara twierdzi, że na drodze do farmy widziano w tym czasie zielonego jeepa 

z płóciennym daszkiem. To wszystko. Pan i Tomai przyjechaliście tu takim 

samym wozem, ale później - odparł Gregson, akcentując ostatnie słowo.

Nasz   jeep   jest   więc   poza   podejrzeniem,   słyszysz,   Tomai?   Zwłaszcza   - 

dodałem pogodnie - że pan komisarz był tu przed nami...

Gregson wyjął z kieszeni bluzy cygaro, odgryzł koniuszek. Podałem mu ogień. 

Spojrzał na mnie.

- Myślę, Bart, że powinien pan być ze mną w dobrej przyjaźni, zwłaszcza że nie 

mam poczucia humoru. I proszę cały czas pamiętać, że licencja prywatnego detektywa 

wydana w Londynie może być u nas warta mniej niż papier, na którym ją wydrukowano!

Ależ Gregson, pan istotnie nie ma poczucia humoru!

Tak jest. Chłopcy - zwrócił się do policjantów stojących przed bungalowem - 

zwijamy manatki. Zamknąć wszystkie drzwi, nałożyć pieczęcie.

Wracaliśmy do „Wilmy”. Zrobiłem w myśli krótkie podsumowanie: po pierwsze, 

ktoś w tym kraju dobrze wie, po co przyjechałem i czego chcę. Po drugie, wciąż nie 

wiem, dlaczego ukradziono mi broń, aby strzelać z niej do Johna Morse’a. Po trzecie, nie 

wiem, kim jest Morse i czy jeszcze żyje. Po czwarte, z kim związany był Pieter Vries z 

„Hiltona”. Po piąte, siedziałem sobie w „Wilmie”, zajmując się lekturami i pływaniem w 

nowym basenie Garricków, gdy w „Carolinie” zamordowany został profesor. Do diabla. 

Ktoś, kto za tym stoi, musi mieć duże możliwości.

W gęstej ciemności dojechaliśmy do rezydencji Garricków. Cały dom wydawał 

się uśpiony. Tylko na piętrze w jednym z okien widać było światło żółtego abażuru. Było 

to okno pokoju Emmy Garrick. Wysiedliśmy z wozów. Wokół słychać było tylko granie 

cykad.  Nad naszymi  głowami  w koronach drzew coś się poruszyło.  Komisarz  zadarł 

głowę.

- To małpy, proszę pana - odezwał się Tomai. - Pan profesor każe... kazał mi do 

nich strzelać, ale one wciąż tu przychodzą...

background image

Popatrzyliśmy znowu w stronę okna sypialni pani Garrick. Gregson mruknął ni to 

do mnie, ni do siebie:

-   Nie   cierpię   takich   rozmów.   Zwłaszcza   gdy   muszę   coś   takiego   powiedzieć 

kobiecie. Chodźmy, Bart. Chciałbym to już mieć za sobą.

Jeśli Emma Garrick grała, to była w owej chwili dobrą aktorką. Przyjęła nas w 

tym samym pokoju, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy. Gregson przez chwilę 

milczał. Niezależnie od sytuacji, w jakiej się znalazł, patrzał na nią z podziwem. Mogłem 

to zrozumieć, gdy później poznałem jego żonę. Gdy Gregson zaczął mówić, ja, stojąc 

poza   kręgiem   światła   lampy,   obserwowałem   ją.   Dlaczego   nie   było   mi   jej   żal?   Była 

piękna w sukni koloru starego złota, spiętej wąskim, srebrnym paskiem, smukłe białe 

ręce   spoczywają   spokojnie   na   poręczach   fotela,   ciemne   oczy   patrzą   z   chłodną 

grzecznością   na   Gregsona,   głowa   otoczona   dwiema   falami   kasztanowych   włosów 

odchyla się do tyłu, komisarz mówi, nie słucham tego, patrzę na Emmę, oto teraz zrywa 

się gwałtownie z fotela, jest blada jak płótno, jest wstrząśnięta, zamyka oczy i bez słowa 

osuwa się na dywan. Gregson klęka nad nią, rzucając swój kapelusz z szerokim rondem, 

ja wychodzę  z cienia,  naciskam  dzwonek, wbiega Ukele, krzyczy,  nadchodzi  szybko 

Tomai, słyszę jakiś ruch na tyłach domu, krzyk Ukele obudził służbę. Gregson trzyma w 

ręku karafkę, spryskuje wodą twarz Emmy. Jest nią zajęty. Ja cicho wchodzę na schody, 

nikt na mnie nie patrzy, odnajduję sypialnię Emmy, wchodzę, szybko przeszukuję biurko, 

mały sekretarzyk. Nic.

Przy telefonie leży notatnik - chyba nic nie znaczące notatki. Dwie ostatnie kartki 

z zapisanymi numerami i nazwiskami. Przepisuję te numery do mojego notatnika. Jest 

numer doktora Holdena. Podnoszę słuchawkę, wykręcam ten numer, służący mówi, że 

pan doktor bawi od rana na terenach klubu golfowego „Oaza”.

- Czy wolno wiedzieć, kto dzwoni? Mógłbym przekazać...

Odkładam,   milcząc,   słuchawkę   na   widełki.   Wychodzę   na   korytarz,   notatnik 

Emmy położyłem dokładnie tak, jak leżał przedtem. Głośno trzasnąłem drzwiami mojego 

pokoju, spokojnie schodzę na dół.

- Gdzie pan był, do diabła? - pyta Gregson. - Ona jest wciąż nieprzytomna...

- Zaniosłem do swojego pokoju sztucer, komisarzu.

Emma Garrick otwiera oczy. Teraz dopiero spojrzała na mnie, to trwało może 

background image

sekundę. Ale dojrzałem w jej oczach błysk, który mógł być błyskiem wrogości. A może 

się mylę? Do diabła, ten Cornelius Horn wrobił mnie w prawdziwą kabałę! Masz przed 

sobą, Robercie, mnóstwo rozbitych skorup. Spróbuj teraz coś z nimi zrobić, zanim ktoś 

nie dostarczy ci następnej porcji.

Emma już siedzi w fotelu, jest roztrzęsiona. Mówi:

- Boże, czy to prawda?... Czuję się strasznie, panowie pojmują... Niewątpliwie 

pan   Bart   znajdzie   czas,   aby   przyjechać   tu   jutro.   Są

sprawy, które muszę uregulować. Chciałabym teraz pozostać sama.

Bez wątpienia daje ci do zrozumienia, że możesz się wynosić, Rob, pomyślałem. 

Spojrzałem na Gregsona. Pamiętał.

Proszę pani -

:

  powiedział. - Wolałbym, aby pan Bart tu pozostał. Jest wiele 

spraw do wyjaśnienia, które chciałbym omówić tu, na miejscu. Mam nadzieję, 

że pani zgadza się ze mną.

To prośba urzędowa, prawda?

Tak - skłonił się Gregson.

Cóż,   w   takiej   sytuacji   nie   mogę   protestować   -   zakończyła   sprawę 

zrezygnowanym tonem. Wstała, wsparła się na ramieniu Ukele i opuściła nas.

Służba także się wyniosła. Zostaliśmy sami.

Jest pan zadowolony?

Tak, komisarzu. Dziękuję.

Niech pan pamięta o naszej umowie.

Skinął mi głową. Po chwili usłyszałem warkot zapuszczanego silnika. Zostałem 

sam. Nie chciało mi się spać.

Na zewnątrz pogrążonego w ciszy domu przekrzykiwały się jakieś ptaki, coraz 

głośniej   grały   cykady.   Wyjrzałem   przez   okno.   Niebo   było   teraz   czyste,   nad   kępą 

wysokich drzew wisiał pomarańczowy wielki księżyc jak fragment teatralnej dekoracji... 

Ciekawe, co teraz zrobi Gregson. A ten plantator 0’Hara? Warto przyjrzeć mu się bliżej. 

Być   może   jego  informacja   nie   ma   żadnej   wartości.   Stop.   Jeszcze   jedno:   ta   kartka   z 

numerami. Czy profesor chciał coś w ostatniej chwili ukryć?

A poza tym ten telegram od Joy. Wywiad z Garrickiem? „Women’s Week” ma 

zdaje   się   niewiele   czytelników,   a   w  każdym   razie   robi   bokami,   więc   wycieczka   do. 

background image

Afryki na koszt redakcji nie wchodzi w rachubę.

Czy zrobiłem  uwagę, że  kiedy zostałem  sam,  wygasiłem  w pokoju wszystkie 

światła? A więc siedziałem w ciemności i kombinowałem sobie różne sprawy. Potem 

poszedłem na chwilę do mojego pokoju po ślepą latarkę. Biblioteka, pracownia i sala 

zbiorów   Garricka   mieściły   się   na   parterze.   Mnie   na   razie   interesowała   biblioteka. 

Właśnie tam, jak się spodziewałem, znalazłem  sejf-jedna z szaf bibliotecznych  miała 

ukryte w tylnej ściance wąskie drzwi do maleńkiego pokoiku, w którym stała stalowa 

skrzynia. Był to solidny grat szwedzkiej roboty z czterema zamkami szyfrowymi, chyba 

zbyt  skomplikowanymi  jak na moje umiejętności. Poza sejfem w pomieszczeniu tym 

stało tylko zwykłe, drewniane krzesło.

Zobaczyć wszystkie gwiazdy, to wcale nie przesadne powiedzenie. Ja je ujrzałem. 

Zastanawiałem się właśnie, stojąc przed sejfem, ilu ludzi może wiedzieć o tym sekrecie 

Garricka... i czy wie o nim również Emma Garrick. Ona prawdopodobnie tak. Czy wie 

także,   co   jej   mąż   przechowywał   w   sejfie?   Sejf...   Pomyślałem   sobie,   że   gdzieś   w 

Johannesburgu   czy   Cape   Town   powinienem   znaleźć   tego   faceta,   który   umie   ze 

zdumiewającą łatwością otwierać takie szafy. Poznałem go kiedyś w kiepskich dla niego 

okolicznościach w Londynie. Potem mój przyjaciel z Yardu wspomniał mi, że człowiek 

ten wyjechał na południe Afryki. Jeżeli Emma Garrick nie zna szyfru zamków, to właśnie 

on, Harry Roberts, mógłby mi może oddać przysługę, ostatecznie jeszcze mi nie spłacił 

pewnego   długu   wdzięczności...   No   więc   właśnie   to   pomyślałem   sobie,   gdy   nagle 

purpurowe światło zalało mi oczy, potem wir ostrych, pulsujących błysków... i poczułem 

ostry ból w głowie. Czułem jeszcze, że się osuwam na podłogę, że moja lewa ręka dotyka 

czegoś miękkiego, to dywan, dobrze, nie zostawię śladów, bo na podłodze zawsze jest 

tyle kurzu...

Straciłem przytomność. Kiedy ją odzyskałem, odruchowo sięgnąłem po broń, z 

którą ostatnio nie rozstawałem się. Kabura pod lewą pachą była pusta. Czułem się jak 

wypchany piaskiem worek, w głowie huczało, jakby obracały się tam młyńskie kamienie. 

Kto mnie tak urządził?

Żółte  światełko pojawiło się nade mną.  Chciałem  się podźwignąć, ale w tym 

światełku dojrzałem rękę pochylającą broń z grubym cygarem tłumika. Światełko zniżyło 

się, omiotło moją twarz. Usłyszałem westchnienie, ktoś klęknął przy mnie.

background image

Bardzo mi przykro, panie Bart... naprawdę...

Kim pan jest, u diabła - szepnąłem z wysiłkiem. Ból pulsował mi wciąż pod 

czaszką.

Ach, Boże. Morse. John Morse. Czy może pan wstać?

Pan żyje?

Mój chwilowy stan usprawiedliwiał naiwność pytania.

Jak najbardziej - upewnił mnie Morse. - Może pan wstać? - powtórzył swoje 

pytanie.

Czy ja wiem... Będę się starał, jeśli pan pozwoli... Uderzył mnie pan dosyć 

fachowo, Morse!

Dobrze, dobrze, jeszcze raz przepraszam.

Pochylił się, podniósł moją latarkę z podłogi, zgasił ją. Zgasił też swoją. Pomógł 

mi wstać w ciemności. Zrobił dwa kroki w stronę drzwi, wrócił.

Zdawało mi się, że słyszałem jakiś szelest.

Co pan tu robi, Morse? - spytałem, rozcierając tył głowy.

To samo, co i pan! - zachichotał cicho. - Węszę.-I mogę powiedzieć, że wdał 

się   pan   w   grubszą   awanturę.   Ja   też   zresztą...   Przeczuwam   zagrożenie.   To 

wszystko nie skończy się na jednym morderstwie.

Myśli pan o profesorze Garricku?

Właśnie. Czy pan miewa przeczucia?

Ja nie. Miewa je moja ciotka.

Ach,   czy   mówi   pan   może   o   pewnej   zacnej   kobiecie,   która   kiedyś   znała 

niejakiego pana Marcha?

To   zaczynało   być   interesujące.   Nastawiłem   uszu,   jednak   Morse   nie   rozwinął 

swojego pytania. Dodał tylko:

- Czy panu naprawdę odpowiada klimat tego kraju? 

- Bo co?

Jeszcze mógłby się pan wycofać ze sprawy, w której ja tkwię już od kilku lat. 

Wyobrażam sobie poza tym, że pani Garrick uważa pana za intruza.

Jest pan dobrze poinformowany.

background image

Lepiej, niż pan przypuszcza. I wiem też, że jest pan dosyć uparty. Mówiono 

mi to.

Jakbyśmy   mieli   wspólnych   znajomych   -   mruknąłem.   Czułem   jeszcze   ból 

łagodniejący pod czaszką.

Istotnie, panie Bart, mamy ich. Inspektor Dawson z Yardu opowiadał mi o 

panu.

Nadinspektor Dawson był jedną z mniej znanych postaci Scotland Yardu. Jego 

praca nie rzucała się w oczy, ale w Interpolu znano dobrze to nazwisko. Dawson był 

moim przyjacielem. Rozmawiałem z Dawsonem, nim opuściłem Londyn. Nie wspomniał 

słowem o panu Morse. Spokojne wyznanie małego „komiwojażera” sprawiło, że czułem, 

iż mam teraz przed sobą nie łamigłówkę, ale szachownicę, której wszystkie pola ukryte 

są w głębokim cieniu.

- Jak pan tu wszedł... do tego domu? - zapytałem.

Mały dżentelmen roześmiał się w ciemności, jakby oczekiwał tego pytania.

- Mogę to panu powiedzieć. Pomógł mi Tomai. Widzi pan, ja pomogłem mu 

kiedyś w Transwalu. Mógł tam mieć poważne kłopoty,

gdybym   nie   dostarczył   mu   dobrego   alibi.   Był   jednym   z   tych,   którzy 

demonstrowali w Pietersburgu przeciwko białym. Atmosfera była niedobra, po masakrze 

w Soveto, rozumie pan...

Dobra. To jedna sprawa.

Jest jeszcze druga?

Po co przybył pan do Johannesburga? Morse milczał przez chwilę. Wreszcie 

powiedział:

-   Myślę,   że   mogę   panu   zaufać.   Więc   krótko   mówiąc,   jestem   pracownikiem 

wydziału zajmującego się w Yardzie walką z międzynarodowym przemytem.

Gwizdnąłem cicho. Był to wydział Dawsona. Sprawa była poważna. Ciekawe, 

czy Morse’a interesuje taki Cornelius Horn? Czy wie coś o czymś, co jest warte pięćset 

tysięcy funtów?

- Panie Bart - Morse przysunął się tak blisko, że czułem na twarzy jego oddech 

- ...Myślę jeszcze, że nie powinien pan spuszczać z oka tego sejfu. Ma pan tu pewną 

swobodę działania. Do zobaczenia!

background image

Wyszedł cicho. Po chwili i ja opuściłem pokoik z sejfem, zamykając ruchomą 

część   szafy   bibliotecznej.   Przy   schodach   natknąłem   się   na   Tomai.   Posłyszałem   jego 

szept, podszedł do mnie.

Czy mister Morse powiedział coś o mnie, proszę pana? - spytał niepewnie.

Tak. Ale bądź spokojny. Mnie interesuje morderstwo w „Carolinie”.

Oczywiście, bardzo interesowało mnie również parę innych spraw. To jasne, że 

śmierć   profesora   Garricka   była   tylko   jednym   elementem   skomplikowanej   sprawy,   w 

której poruszałem się dotąd po omacku. Przede wszystkim muszę wysłać telegram do 

Londynu. Nie do doktora Horna, oczywiście. Potem ten sejf. A notatka znaleziona w 

dłoni Garricka? I jeszcze parę innych spraw, jak na przykład wizyta na uniwersytecie w 

Johannesburgu.

Od   tamtych   wydarzeń   minął   tydzień.   Czy   dobrze   spożytkowałem   ten   czas? 

Jeszcze nie wiedziałem. Jeśli chodzi o Emmę Garrick, to owego wieczoru była wręcz 

czarującą gospodynią. Przyjęcie, jakie urządziła dla przyjaciół i znajomych domu, mogła 

uważać za udane. Początkowo mówiono oczywiście tylko o znakomitym nieboszczyku, a 

smutek malujący się na twarzy Emmy dodawał jej niewątpliwego uroku. Holden ciągle 

był w jej pobliżu. Urodziwy truteń, tak go osądziłem, co nie znaczy, że lekceważyłem go. 

Powoli usuwam cienie z mojej szachownicy i wszystko może teraz być bardzo ważne... 

Muszę Poza tym przyznać, że odczułem dziwną radość, gdy Joy Galson zadzwoniła do 

mnie z Johannesburga. Ona też była teraz w „Wilmie”, gdyż pani Garrick zgodziła się 

pomówić z nią o pracach swojego męża.

W   małym   salonie,   połączonym   rozsuwanymi   drzwiami   z   bawialnią,   duszą 

towarzystwa   powoli   rozgrzewającego   się   szkocką   z   lodem   po   uczczeniu   pamięci 

profesora   Garricka,   był   ten   facet   z   plantacji,   0’Hara.   Siedząc   z   moją   szklaneczką 

szkockiej w kącie, mogłem przyjrzeć mu się bliżej i posłuchać, co mówi. Ciekawy typ. O 

masakrze w Soveto mówił z takim ożywieniem, jakby chodziło o strzelanie do dzikich 

kaczek na wrzosowiskach Sommerset. W pewnej chwili 0’Hara rzucił mi złe spojrzenie, 

wypił już sporo, więcej, niż mogła to znieść jego głowa, i powiedział:

My tutaj, panowie, lubimy porządek i spokój. Śmierć profesora, to sprawa dla 

naszej znakomitej policji, która już na pewno ustali, że sprawcą musiał być 

jakiś kolorowy. Nie inaczej!

background image

Nie jestem tego pewien - rzekłem spokojnie.

Do diabła z pańską pewnością! - warknął 0’Hara.

Pan Bart nie wierzy w nasze poczucie sprawiedliwości, panie 0’Hara. Jeszcze 

jeden z tych, którzy nam nie ufają.

Popatrzyłem   na   tego   faceta.   Suchy,   gładko   wygolony,   krótko   ostrzyżony.   W 

zakończonych zgrubieniami palcach (ten drobiazg może oznaczać jakąś wadę serca, tak 

sobie pomyślałem) trzymał  ostrożnie wysoką szklankę, jego okulary jak dwa okrągłe 

lusterka   w   złotych   oprawach   zamigotały   raz   i   drugi.   Wątłe,   długie   ciało   leżało   w 

głębokim fotelu.

Storch. Joachim Storch z Grunau. Dyrektor Spółki Uranowej.

Miło mi - mruknąłem bez przekonania. Grunau? To na zachodzie Republiki, 

gdzie obchodzi się jeszcze imieniny cesarza Wilhelma i urodziny fuhrera III 

Rzeszy...   Nowy   znak   zapytania   na   mojej   szachownicy.   Joachim   Storch. 

Spółka   Uranowa.   Sprawa   top   secret   Republiki.   Ten   Joachim   Storch   mógł 

sobie   powiedzieć,  że  jest z  Grunau.  Jutro  czy za  tydzień   mógłbym  o  nim 

usłyszeć w Hamburgu, Rotterdamie, Paryżu czy Londynie. Profesor Garrick 

miał   interesujące   znajomości.   Doktor   Cornelius   Horn   zbyt   oględnie   chyba 

wyraził myśl, że profesor jest człowiekiem bogatym. Myślę sobie, że ktoś, kto 

znał dyrektora  Spółki Uranowej, musiał  być  człowiekiem bardzo bogatym. 

Prywatne życie profesora Garricka zaczynało być coraz ciekawsze. No i ten 

sejf, o którym, zdaje się, Emma Garrick nic nie wie.

Tak   więc...   tak   więc   będę   musiał   posłużyć   się   kluczem   mojego   przyjaciela, 

Harry’ego Robertsa, zwanego też Spluwaczką. Nie mia-łem cienia wątpliwości, że Harry 

znajdzie mi’ taki klucz. Ale jara sprowadzić tu tego goryla o rękach artysty?

Tymczasem przyjąłem wyzwanie Storcha i piłem z nim, rzec mogę, o wiele za 

dużo. Facet był  wątły,  ale głowę miał pierwsza klasa. Pojawienie się Emmy Garrick 

sprawiło, że mogłem wymknąć się na chwilę do ogrodu, aby zaczerpnąć tchu. Ale Storch 

poszedł za mną.

Papierosa? - spytał, jakby cały czas pił wodę sodową.

Chętnie.

Zapaliliśmy. Nie zachęcałem go do rozmowy. Zaczął sam.

background image

Nasza urocza, choć pogrążona w smutku gospodyni mówiła mi, że miał pan tu 

spełnić pewną prywatną misję...

Istotnie.  Ale teraz  nie  wiem,  na co  mógłbym  się przydać.  Zostałem  tu  na 

życzenie policji.

Tak...   Przykra   sprawa.   Gdyby   pan   chciał   mnie   odwiedzić   na   zachodnim 

wybrzeżu, byłbym bardzo rad. A może zobaczymy się w Johannesburgu, jeśli 

nie   miałby   pan   nic   przeciw   temu?   Często   uciekam   z   Griinau.   Za   dużo 

interesów, za dużo kłopotów, a i nasze rezerwaty łowieckie nie są tak piękne 

jak te w Transwalu, Trochę interesuję się archeologią...

Doprawdy?

Tak. Pieniądze nie przesłoniły mi jeszcze świata. Więc, panie Bart?

Lekkie   kroki   za   naszymi   plecami.   To   była   Joy.   Ogarnęło   mnie   przedziwne 

uczucie, gdy wsunęła poufale rękę pod moje ramię. W słabym świetle stylowych lamp 

tarasu jej wielkie, zielone oczy błyszczały zagadkowo. Mocno zapragnąłem pocałować te 

oczy, ale cóż, przedstawiłem jej tylko Storcha. Skinęła mu głową, nie puszczając mojego 

ramienia.

- Telefon do ciebie, Rob - powiedziała. - Chodź. Przepraszamy pana - rzuciła 

przez ramię Storchowi.

Przed drzwiami do dużego salonu zawahałem się.

Słuchaj. Chcę przyjąć ten telefon w gabinecie Garricka. Wejdź do salonu i 

przełącz rozmowę. Lewy, czerwony taster, dobrze?

Jakiś mały flirt? - zaśmiała się. - Nie boisz się, że podsłucham?

Tak, jakiś mały flirt. I boję się... A poza tym tam są goście i z pewnością 

będziesz dbała o pozory, młoda damo.

0’kay, będę dbała o pozory. Bądź spokojny.

W   gabinecie  nie   było  nikogo.  Na  biurku   paliła  się  mała   lampka.   Podniosłem 

słuchawkę.

Od razu rozpoznałem głos pana Morse’a.

- Bart, proszę słuchać i nic nie mówić, mam mało czasu... Wpadłem na niezły 

trop. Myślę, że i panu rozjaśni się w głowie, gdy pogawędzimy. Chciałbym pogadać już 

teraz, ale nie powinien pan urywać się z tego przyjęcia. Jutro w nocy spotka mnie pan na 

background image

farmie „Sonora”. Czterdzieści mil od „Wilmy”. Proszę spytać Tomai, on wie, może mu 

pan   ufać,   kończę,   już   idą...   Proszę   nie   chodzić   bez   broni,

nawet jeśli oni się mylą...

Suche   stuknięcie,   Morse   już   odłożył   słuchawkę   na   widełki.   Mały   pan   był 

wyraźnie zdenerwowany. W co my właściwie gramy?

Jeszcze stałem przy telefonie, gdy ktoś dotknął mojego ramienia. Odwróciłem się. 

To   była   Joy.   Była   cudownie   pociągająca.   Stała   tak   blisko,   że   nagle   objąłem   ją   i 

pocałowałem.

Coś ważnego? - spytała cicho.

Tak. Ty - odpowiedziałem i pocałowałem ją znowu. Przez sekundę wahała się, 

czułem to dobrze, ale oddała mi pocałunek. Jakże mało o niej wiem, jak mało. 

Czy może powinienem jej nie ufać, tak jak nie ufam Corneliusowi Hornowi?

ROZDZIAŁ V

Tej   nocy   „Wilma”   płonęła   wszystkimi   światłami.   Stojąc   w   ogrodzie, 

przyglądałem   się   rozległemu   domostwu.   Czułem   się   jak   posiadacz   dziecinnego 

kalejdoskopu, który z rozrzuconych strzępów różnych faktów usiłuje ułożyć jakąś całość. 

I gdzie teraz jest Morse, kto go śledzi czy kogo on śledzi? Ta mała foka z sumiastymi 

wąsami   z   pewnością   wie   więcej   niż   ja...  Joy  pewnie   musiała   uciec   od  tej   okropnej, 

wścibskiej, szarej myszy, żony Freda Gregsona, bo znowu była przy mnie. Na ramionach 

miała leciutki kaszmirowy szal. Widziałem, że drży z zimna. Objąłem ją. Nie opierała się 

ani przez chwilę. Pomyślałem że jest rozczulająco ufna, ale gdy dotknęła dłonią mojej 

lewej piersi, już najeżyłem się nieufnością jak stary kocur.

Co tam masz? - spytała, dotykając wypukłości na mojej marynarce.

Portfel - skłamałem.

Po chwili, skarżąc się, że jej zimno, wsunęła wąską dłoń pod marynarkę.

No   -   powiedziałem-dobrze.   Chciałaś   to   wiedzieć,   prawda?   Webley   kaliber 

czterdzieści pięć. Zadowolona?

Krzywdzisz mnie, Rob... - szepnęła.

Może, Joy. Zdaje się jednak, że musimy porozmawiać.

background image

O   mnie?   -   zaśmiała   się   cichutko.   -   Już   wtedy,   w   domu   twojej   ciotki 

wiedziałam,   że   stanąłeś   na   mojej   drodze.   Po   prostu   wiedziałam.   Jestem 

czarownicą i wyczuwam różne rzeczy, wiesz?

O tobie. Porozmawiamy o tobie, ale trochę inaczej, niż sądzisz.

Jesteś niedobry.

Jestem.

Kto do ciebie telefonował?

Przyjaciel.

Nie ufasz mi?

Zadałem sobie to samo pytanie i jeszcze nie znam odpowiedzi.

Bardzo cię lubię, Rob... Wierz mi.

Ja   ciebie   też,   Joy.   Lecz   to   wcale   nie   wyjaśnia   mi,   co   robisz   na   południu 

Afryki... I kim jest dla ciebie doktor Cornelius Horn.

Ciepła dłoń Joy, spoczywająca w mojej, zesztywniała. Przez mgnienie chwili.

Na razie wystarczy - powiedziałem. - Zdaje mi się, że czasem bywasz małą 

kłamczucha. O tym też pogadamy.

Teraz? - spytała, przechylając głowę i patrząc mi w oczy.

Teraz wrócimy do gości pani Garrick.

Urocza stypa! - powiedziała.

Wracając do wielkiego living roomu zastanawiałem się, w jaki sposób uda mi się 

tej nocy opuścić „Wilmę”, nie zwracając niczyjej uwagi.

O północy miałem już nieźle w czubie, a przynajmniej dobrze udawałem, że tak 

jest. Właśnie wtedy zaczepił mnie doktor Holden i oznajmił mi, że Emma Garrick chce 

ze mną mówić.

Teraz? - zdziwiłem się. – Pojmuję - pokiwałem pijacko głową - pani Garrick 

chce mi oznajmić, że mój weekend w Afryce ma się już ku końcowi...

Ależ   wręcz   przeciwnie   -   zaśmiał   się.-Pani   Garrick   chce   z   panem   omówić 

wszystkie sprawy, a także...

Czy nie za późno? - wybełkotałem. - Tatuś już w grobie, a może mogłem mu 

pomóc...

background image

Jaki tatuś? - spojrzał na mnie z nie skrywanym niesmakiem.

Profesor - zatoczyłem ręką trzymającą kieliszek szeroki łuk, jakbym chciał 

wziąć wszystkich na świadków, że to właśnie miałem na myśli. - Zdaje się, 

panie... a! panie Holden, że tatuś był starszy od słodkiej Emmy?

Był. Ale pan jest pijany. Jutro pogadamy! - warknął i znikł między gośćmi.

Dziwię   się   niektórym   Hindusom,   usuwającym   ze   swej   drogi   troskliwie 

najróżniejsze   pluskwiaki,   aby   ich   broń   Boże   nie   zdeptać.   Przyznaję,   ja   chętnie 

nadepnąłbym na doktora Holdena, i nawet czułem, że wkrótce to uczynię.

Właśnie miałem wymanewrować paru gości i wymknąć się do mojej samotni na 

pierwszym piętrze, gdy podeszła do mnie Joy. Przepadam za jej towarzystwem, ale teraz 

chciałem być sam. A Joy już przedstawiała mi starą jejmość niezwykłej postury, odzianą 

w suknię z czegoś, co mogło przywodzić na myśl starą kotarę zdartą z ponurych okien 

gotyckiego zamczyska. Starsza pani przedstawiła się sama, zanim Joy zdołała otworzyć 

usta.

Jasmina Willingbottom! - oznajmiła stanowczo i przyjrzała mi się bacznie, 

jakby   chciała   wiedzieć,   czy   nie   mam   zamiaru   się   roześmiać.   Ale   zanim 

zdążyłem   pomyśleć,   że   nazwisko   jej   jest   równie   zabawne,   jak   ona   sama, 

oznajmiła głosem osoby doskonale znającej przyszłość:

Myślę,   że   zostaniemy   przyjaciółmi,   panie   Bart!   Znałam   dobrze   profesora 

Garricka! W każdym razie lepiej niż Emma!

Jasmina Willingbottom powiedziała to wszystko w tonie wykrzyknikowym, jakby 

czytała komunikat wojenny. Potem skinęła nam z godnością głową i odeszła. Antyczny 

turban chwiał się na jej głowie jak różany palankin na maszerującym słoniu. Zostawiłem 

zdziwioną   Joy   i   odruchowo   poszedłem   za   Jasminą.   Ująłem   ją   delikatnie   za   ramię. 

Odwróciła się.

Chciałbym z panią porozmawiać w moim pokoju.

Młody, bezwstydny człowieku!... - Tym razem jej szare oczy były wesołe i 

przyjazne. Już byłem pewien, że pozwoli mi zrealizować mój mały pomysł.

Wspaniale! - wyszczerzyłem zęby. - Idziemy do mnie?

Prowadź, smarkaczu!

Kiedy znaleźliśmy się w moim pokoju, wskazałem jej jedyny fotel, sam usiadłem 

background image

na łóżku. Spojrzała na mnie z dezaprobatą, więc wstałem.

- Nie o to chodzi - rzekła. - Kto mnie tu poczęstuje szkocką z lodem i bez wody?!

Natychmiast spełniłem jej życzenie. Rozpogodziła się. Spytałem, sącząc trunek:

Jaki pani ma samochód, Jasmino?

Ford model 1949. Wiekowy jak ja! Pan jest archeologiem prawda?

Tak, ale...

Wiem! Zarabia pan na życie, wtrącając się w cudze sprawy! Wie pan? Mój 

mąż, Filip, też był archeologiem. A może paleontologiem w Johannesburgu. 

Mam przyjaciół na tamtejszym uniwersytecie! James Garrick był jednym z 

nich   i   zależy   mi   na   wyświetleniu   zagadki   jego   śmierci!   Chcę,   żeby   pan 

porozmawiał z doktorem Edmundem Appje-tonem z wydziału antropologii!

Widzę, że pani interesuje się moją osobą. Dlaczego?

Śmierć Garricka, oto powód. Wiem, po co pan przybył tu z Londynu. Jestem 

pewna, że czuje się pan niepewnie na tutejszym gruncie. Emma, ta słodka 

samiczka, wypaplała mi to i owo. Więc ja, stara baba, zainteresowałam się 

panem.   Mam   wpływy!   Będzie   panu   potrzebna   moja   pomoc!   Czuję   to   w 

kościach, młodzieńcze! Jeszcze jedną szkocką! Czy ma pan broń? Doskonale, 

ja też ją mam, automatyczny schmeisser 365, co pan na to?

Bije jak diabli, można go ukryć w dłoni, zdaje się.

Dobrze! - pochwaliła mnie i poprosiła o trzeciego scotcha. - A teraz: czego 

pan ode mnie oczekuje?

Chciałbym się dzisiaj za godzinę ukryć w bagażniku pani forda.

Małe randez-vous?

Z mężczyzną, proszę pani.

Upadek obyczajów! Za moich czasów chodziło o kobietę! No, dobrze. Pan mi 

ufa?

Nie ufam nikomu i dziwię się, że pani budzi moje zaufanie.

Z wzajemnością. Dobra. Właź pan do mojego bagażnika. Kiedy mam opuścić 

stypę?

Za godzinę. Czy pani zna tutejsze okolice?

background image

Jak własną puderniczkę i konto w banku.

A zatem, pani Willingbottom... - nachyliłem się do jej ucha  i powiedziałem 

jak najciszej, gdzie muszę spotkać się z panem Morse.

Oczywiście,   jego   nazwiska   nie   wymieniłem.   Potem   jeszcze   spytałem   ją,   czy 

często bywa gościem w „Wilmie”.

Tak. Teraz jednak, gdy pojawił się tu ten modny bawidamek, Holden, rzadziej. 

Nie cierpię go!

Czy on ma jakieś osiągnięcia naukowe?

Skąd!   Zdobędzie   pewnie   katedrę   jako   administrator   służby  medycznej.   To 

karierowicz. Nic z uczonego. Kobiety i awanse oto Holden! Ale myślę też, że 

dobrze czułby się w Amazonce!

Zrobiłem zdumioną minę, bo Jasmina dodała;

Jako okaz piranii! Tak, tak...

Dobrze. A co pani myśli o Tomai?

Opowiedziałem jej scenkę z owej nocy, Tomai kroczący jak w transie z długim 

nożem w rękach...

Ach, nonsens! Tomai wprawdzie ukończył  misyjną szkołę, z wierzchu jest 

chrześcijaninem, ale to szczery poganin z plemienia Soso. Doktor Appleton 

opowie panu coś więcej o obyczajach tego ludu. Poza tym Tomai uwielbiał 

Garricka! James był przyzwoitym człowiekiem!

To znaczy, proszę pani?...

Słuszne pytanie! - roześmiała się głośno. - Być przyzwoitym to w dzisiejszych 

czasach pojęcie wieloznaczne... No więc, młodzieńcze, profesor Garrick nie 

był rasistą i nie popierał idei tych facetów z Pretorii. Ale też nie mieszał się do 

polityki! Co to to nie!

- Czy nie sądzi pani, droga Jasmino...

Położyła   palec   na   ustach,   przeszła   cicho   od   fotela   do   drzwi,   otworzyła   je 

zdecydowanym, szybkim ruchem ręki. Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że będzie to 

ktoś   inny,   ale   była   to   Joy.   Nie   wydawała   się   bynajmniej   zaskoczona.   Jasmina 

Willingbottom przyjrzała jej się krytycznie bez słowa.

Chciałam tylko zapytać, czy państwu czegoś nie potrzeba... - głos Joy był 

background image

absolutnie spokojny.

Dziękuję, nie - odparłem. Skinęła mi głową i odeszła swoim szybkim, lekkim 

krokiem,   jej   pantofelki   sunęły   bezszelestnie   po   grubym   dywanie.   Jasmina 

zamknęła drzwi.

Ładna jest ta mała! - O, tak-przyznałem.

I bardzo młoda!

Niestety - bąknąłem. Jasmina zaśmiała się. Podeszła do mnie i poklepała mnie 

po ramieniu.

Niech   pan   uważa,   mister   Bart.   Kobiety   potrafią   być   bardzo   zdecydowane, 

kiedy już coś postanowią!

?...

Ona jeszcze pana nie kocha, ale myślę, że pan ją interesuje!

Jest pani jasnowidzem.

Tylko starą kobietą, która dużo rozumie, Bart. Jak jej na imię?

Joy. Joy Galson. Ale naprawdę...

W porządku, pana sprawa. Nawiasem mówiąc - dodała Jasmina - nie dziwię 

się   tej   Joy.   Pan   budzi   zaufanie,   Bart.   I   niech   pan   nie   oczekuje   dalszych 

komplementów. Proszę mi lepiej powiedzieć, jak pan się zmieści w kufrze 

mojego forda?

Nie jestem wymagający. Proszę tylko włożyć tam jakiś koc. I niech pani po 

drodze omija wszystkie dziury.

Jasne. Idę na dół. Pożegnam szczęśliwą wdowę. Coś mi mówi, że kiedy Emma 

znajdzie się dziś sama w swoim pokoju, nie uroni już ani jednej łzy, panie 

Bart. No, dobrze! Potem zajrzę do wozu, przełożę koc do tyłu i wrócę na 

drinka. Pan w tym czasie będzie już w bagażniku, jasne?

- Pani jest aniołem, Jasmino.

A pan być może nadużywa mojego zaufania, glino!

Tylko prywatny glina - zastrzegłem się. - Głównie zajmuję się archeologią, a 

moja ostatnia książka...

Jasmina podeszła do mnie i popatrzyła na mnie prawie karcąco. Żachnąłem się.

background image

Och, niech pani tak na mnie nie patrzy. Przypomina mi to moją babkę: „Rob, 

nie kłam. Rob, bądź poważny i trzymaj  się prosto. Rob, zachowuj się, jak 

należy”...

A pan oczywiście nie lubi zachowywać się, jak należy.-Położyła mi ręce na 

ramionach. - Chcę wiedzieć, czy pan wyjaśni tę zbrodnię!

Albo to zrobię, albo wywiozą mnie z tego kraju w zalutowanej’ konserwie, 

pani Willingbottom. Daję słowo.

No... wierzę ci, młody człowieku.

ROZDZIAŁ VI

Zwinięty w bagażniku forda, uchyliłem pokrywę. Widziałem, jak Jasmina żegna 

Emmę Garrick. Emma pocałowała ją w policzek, Jasmina oddała ten pocałunek z miną 

bardzo   cierpliwego   grzechotnika,   było   to   widoczne   nawet   w   świetle   ogrodowych 

lampionów. W porządku. Ja też nie lubię Emmy. Potem Jasmina mocowała się przez 

chwilę   z   drzwiami   wozu,   nim   zatrzasnęła   je,   klnąc   w   sposób   zgoła   nieprzyzwoity. 

Weteran koncernu Forda ruszył  z piskiem opon, a ja modliłem się, byśmy wyjechali 

przynajmniej za bramę. Wyjechaliśmy.  Trzęsłem się jak samotna sardynka w puszce, 

albowiem   sędziwa   dama   dusiła   gaz   z   zawziętością   rajdowca.   Wypadliśmy   na   szosę, 

czułem to, bo przestałem szczękać zębami. Z kabiny dobiegał mnie teraz śpiew Bessie 

Smith, oczywiście z kasety, bo Jasmina, choć bardzo inteligentna, na pewno nie umie 

naśladować Bessie; no a jeśli chodzi o radio, to w tym kraju nikt nie ośmieliłby się puścić 

„czarnego głosu” w eter.

Ciekawe,   co   się   stało,   że   Morse   fatyguje   mnie   na   nocne   spotkanie.   Facet   z 

pewnością nie histeryzuje... Cornelius Horn mówił mi w Londynie zbyt mgliście, tak... 

Co mnie miało spotkać w Afryce? Oszustwo, przywłaszczenie autorstwa, dwie kradzieże, 

sprawa pięciuset tysięcy funtów i zagrożenie życia. Każda z tych spraw starczyłaby na 

jedną dobrą robótkę. A tymczasem: trupa już mam, zagrożenie życia też, o kradzieży 

jeszcze nie rozmawiałem, o oszustwie i przywłaszczeniu nic jeszcze nie wiem, a ktoś, 

kogo jeszcze nie znam, wie o mnie więcej, niż sam bym tego chciał. Leżę skulony w 

kufrze forda, webley 45 uciska mi żebro, gdzieś czeka na mnie tajemniczy pan Morse, a 

background image

Jasmina pruje afrykańską ciemność ze zdecydowaniem czarownicy zdążającej na sabat. 

Dobra, zobaczymy.

Nim zobaczyłem Morse’a, Jasmina musiała gwałtownie zahamować. Usłyszałem 

serię z pistoletu maszynowego, potem wyraźnie napięte głosy. To lotny patrol wojskowy. 

Albo partyzanci. Nie, ci nie zapuszczają się tak daleko od północnej granicy, to wojsko, 

bez   wątpienia.   Jeśli   każą   Jaśminie   otworzyć   bagażnik   i   zobaczą   mnie   zwiniętego   w 

kłębek, wygarną do mnie ze wszystkich luf, zanim poproszą o bilet wizytowy.

Sekundy wlokły się jak godziny, zamilkł nagle głos Bessie Smith.

Dokumenty... Kto i dokąd!

Jasmina Willingbottom, wdowa po sir Filipie. Musieliście słyszeć, chłopcy, o 

sir Filipie, co?

Musieli słyszeć, bo pytający odparł grzecznie, bardzo grzecznie:

Tak jest, madam... tak jest!

Nnno, chłopcy. Kogo szukacie?

Coloredów,   madam   Willingbottom.   Paru   z   nich   zwiało   wczoraj   z   Elsies 

River* po zamordowaniu białego policjanta...

U mnie ich przecież nie znajdziecie, chłopcy.

Oczywiście, madam, - tak jest, skądże znowu, madam.

No to niech pan usunie swoich goryli z drogi. Strzeliłam o jednego drinka za 

dużo u Garricków i muszę się przewietrzyć. Jak nazwisko?

Gibs, madam.

Wprawdzie nie znam ministra obrony, ale pan Le Grange, minister policji, 

bywa u mnie. Wspomnę o panu, Gibs!

Będę   szczęśliwy,   madam   -   głos   złagodniał   jak   u   faceta   prowadzonego   do 

pudła. - Oczywiście, ma pani przy sobie broń, madam? Noce bywają u nas 

niebezpieczne...

-Nie tylko noce, ale proszę nie martwić się, Gibs, jestem Afrykanerką i umiem 

strzelać. Dobranoc!

Jasmina   kopnęła   gaz,   silnik   zawył,   ruszyliśmy.   Minęło   może   kilka,   a   może 

kilkanaście minut, gdy zatrzymaliśmy się znowu. Pokrywa bagażnika uniosła się, ciemna 

postać Jaśminy zakryła okrągły, wielki jak w operetkowej dekoracji księżyc.

background image

Może pan wyprostować kości, chłopcze!

Z przyjemnością. Nieźle ich pani załatwiła.

Byłby kłopot, gdybym załatwiła ich źle, co?

Chyba tak.

Nnno. Myślę, że kieliszek sherry dobrze nam zrobi.

Wolałbym coś mocniejszego - wyznałem.

Wstrętny alkoholik  - zaśmiała  się nani Willingbottom i podała  mi  srebrny 

podróżny kubeczek.

Czy pan jest rzeczywiście archeologiem, Bart?

-   Studia   w   Anglii   i   Stanach,   praktyka   w   Ameryce   Południowej   i   Włoszech, 

doktorat   w   Londynie,   kilka   książek   na   tematy   nieważne   w   dzisiejszych   czasach   i 

całkowity brak perspektyw na zrobienie kariery naukowej.

Dlaczego, Bart? Jestem ciekawa!

Proszę   bardzo.   Jestem   leniwy.   Dowiedziałem   się   również   w   Rzymie   od 

pewnego   poważnego   uczonego,   że   jestem   niepoważny.   Studiowałem   tam 

Kodeks Watykański,  a wystarczyła jedna depesza mojej ciotki, abym znalazł 

się tutaj, Bóg wie po co.

Kodeks Watykański to coś z papiestwem?

Nie. To coś z Aztekami. Jest pani ignorantką.

- A pan jest rzeczywiście niepoważny. No, jeszcze po jednym? 

Wypiliśmy jeszcze po jednym. Gdzieś z głębin ciemności doleciał

nas okropny chichot. Jasmina przycisnęła do piersi rękę.

Wstrętna hiena!

Wszyscy jesteśmy myśliwymi. Ona też.

Jeszcze jedno pytanie, młody człowieku...

Bez ceregieli, proszę bardzo - skinąłem głową.

Pana studia, podróże... hm... Pan jest bogaty?

Gdzież tam. Ojciec mój był lekarzem.

Więc był zamożny?

Dokładnie to samo wyobrażała sobie moja matka, ale szybko dowiedziała się, 

background image

że poślubiła altruistę. Mimo to nie miałem zbyt trudnego dzieciństwa. Jeśli 

prawdą   jest,   że   trudności   kształtują   charakter,   to   mój   jest   chyba   słabo 

ukształtowany.

Czy pan zawsze kpi z ludzi, zarozumialcze?

Tylko wtedy, kiedy się bronię, madam.

No, dobrze, Bart, na razie wyczerpałam pytania ankietowe. Możemy jechać! 

Aha, może pan usiąść obok mnie - dodała, widząc, że wchodzę bez słowa do 

bagażnika. - To był chyba jedyny patrol na drodze do „Sonory”.

Na wszelki wypadek wybieram niewygody. Czy zna pani dobrze drogę do tej 

farmy?

Tak.

Więc proszę uważnie posłuchać...

Resztę tych czterdziestu mil przejechaliśmy szybko. Gdy usłyszałem włączone 

przez Jasminę radio, uniosłem pokrywę bagażnika, sprawdziłem webleya  w pochwie. 

Wóz   zwolnił,   Kiedy   mijał   ciemne   zabudowania   farmy,   omiatając   je   przez   sekundy 

światłami, byłem gotów. Światła zgasły nagle, wyskoczyłem. Przekoziołkowałem kilka 

razy w ciemności, przywarłem do ziemi. Jasmina dodała gazu. Leżałem do chwili, kiedy 

warkot   silnika  zupełnie   ucichł.  Byłem   sam.  Czy na   pewno?   I  czy  Morse  już   jest  w 

„Sonorze”...

Popełzłem wzdłuż drucianego płotu, w stronę zabudowań. Kiedy znalazłem się 

przy żelaznej furcie, przesunąłem palcami po zawiasach, nim podniosłem się z kolan. W 

gąszczu   podchodzącym   ku   werandzie   zagwizdał   jakiś   ptak,   odpowiedziało   mu 

skrzeczenie z lewej strony, potem usłyszałem trzepot skrzydeł. Podniosłem się z kolan, 

ale zrobiłem tylko dwa kroki, bo otrzymałem cios w czoło. Już myślałem, że przyjdzie mi 

stoczyć walkę godną Rudobrodego Kurosawy, i zaraz roześmiałem się, wyczuwszy pod 

stopą... tak, stare grabie! Zaraz potem dojrzałem jarzący się w ciemnościach werandy 

punkcik i sięgnąłem pod pachę. Morse, ta stara foka, lubi chyba kiepskie dreszczowce. 

Jeśli to oczywiście on, a nie ktoś, kto chciał zapolować na mnie.

Dobry wieczór! - rzuciłem nonszalancko w ciemność, jednocześnie bacznie 

obserwując jarzący się punkcik i wytężając słuch: tylko na kinowym ekranie 

zawodowy killer strzela z kamiennym spokojem do ofiary. Tak naprawdę facet 

background image

zawsze musi uczynić jakiś ruch...

Dobry wieczór - usłyszałem głos Morse’a i odetchnąłem z ulgą. Wszedłem po 

skrzypiących stopniach na werandę. - Czy nie przyszło panu do głowy, Bart, 

że ktoś mógł mnie zmusić, abym tu pana zwabił?

Myślałem   o   tym,   ale   po   pierwsze,   chciałem   pana   zobaczyć,   a   po   drugie, 

zawiasy   tej   furty   w   płocie   są   dobrze   naoliwione,   a   przecież   facet,   który 

chciałby mnie tutaj kropnąć, nie zadawałby sobie takiego trudu. Logiczne?

Nie za bardzo, Bart. Musiałem mu przyznać, że ma rację.

O czymś pan jednak zapomniał, Morse.

O czym?

Że miałem tu być jutro.

Prawda... do diabła, lubi pan działać na własną rękę. Jeszcze nie wiem, czy to 

będzie dobre dla nas obu. Czy Tomai wie, że pojechał pan do „Sonory”?

W ogóle go o to nie pytałem. Tomai jest na pewno zacnym

człowiekiem,   ale   nie   potrafię   wyobrazić   sobie,   by   umiał   okłamać   takiego 

inspektora Gregsona. A chyba nie chce pan, by Gregson powiedział panu dzień dobry?

Słusznie, raczej bym nie chciał teraz zetknąć się z Gregsonem. Nie mogę ufać 

tutejszej policji... z pewnych względów...

Rozumiem. Zanim pan wyruszył do Afryki, powiedziano panu w centrali, że 

będzie pan tu zdany na własne siły, dla dobra sprawy, oczywiście.

Nic się przed panem nie ukryje - mruknął zgryźliwie Morse. - Tak, mogę 

kontaktować   się   z   tutejszymi   urzędnikami   tylko   w   ostateczności.   Ale 

wspomniał pan, że Gregson interesuje się Tomai? To niedobrze!

Nie. Gregson jeszcze nie zajął się Tomai. Ale chyba się nim zajmie, więc 

lepiej, że Tomai nie wie o naszych kontaktach.

Słusznie, nie pomyślałem o tym. Jak pan tu trafił?

W starym fordzie pani Jaśminy Willingbottom. Słyszał pan to nazwisko? - 

spytałem,   nie   oczekując   potwierdzającej   odpowiedzi.   Ale   Morse   był 

najwyraźniej dobrze poinformowany.

Tak. To żona Filipa Willingbottoma, członka Towarzystwa Królewskiego w 

background image

Londynie.   Doktor   Willingbottom   pojawił   się   w   Johannesburgu   zwabiony 

odkryciami profesora Garricka. Obaj za prace w Makapansgat i Sterkfontein 

otrzymali katedry na uniwersytecie Witwatersrand, a jako obywatele brytyjscy 

szlachectwo. Ale niechże pan siada, Bart.

Usiadłem na trzcinowym  fotelu. Morse znikł za drzwiami. Wrócił po chwili i 

podał mi zimną jak lód butelkę coli. Musiał się tu czuć jak u siebie w domu. Zaśmiał się, 

jakby czytał w moich myślach.

- Pewien mój przyjaciel, mieszkający w Durban, wynajmuje „Sonorę”, lecz bywa 

tu bardzo rzadko. Jedynie w okresie polowań.

To ostatnie słowo Morse wymówił takim tonem, że teraz ja się zaśmiałem.

Takich polowań jak nasze, panie Morse?

Może takich, może innych. Różnych. Mówię to, mam głęboką nadzieję, do 

bliskiego przyjaciela nadinspektora Dawsona z Yardu!

-> Rozumiem. A teraz do rzeczy. Pani Willingbottom będzie wracała tą samą 

drogą za mniej więcej godzinę.

Zapaliłem fajkę. Morse mówił. Słuchałem uważnie.

W roku 1930, a więc pięćdziesiąt  lat temu,  kilka  młodych,  przedsiębiorczych 

mężczyzn założyło w południowej Afryce, w Transwalu, spółkę górniczą. W tamtych 

czasach było to jeszcze możliwe. Panowie March, 0’Hara, Garrick, Horn i jeszcze jeden 

udziałowiec,   którego   nazwiska   Morse   nie   zna,   utopili   w   tej   spółce   wszystkie   swoje 

kapitały. W Johannesburgu uznano ich już za przegranych, a potem zaczęto mówić, że 

uratował ich chyba jakiś cud. Bankruci, którzy już pakowali manatki, stali się z dnia na 

dzień bogaczami. Spieszyli się na tym swoim złożu kimberlitowym, wiedząc, że bogate, 

potężne spółki górnicze wkrótce wyciągną swoje macki. I nie mylili się. Nie próbowali 

się nawet targować, kiedy zaproponowano im sprzedaż ich terenów górniczych, zresztą 

za   dobre   pieniądze.   Wie   pan,   ci   faceci   z   wielkich,   międzynarodowych   spółek   nie 

przebierają w środkach. Więc spółka „Orion” rozleciała się, a jej niedawni właściciele 

zaczęli kombinować w inwestycjach. Mieli już pieniądze. Zwłaszcza że podobno mieli 

więcej, niż wiedzieli urzędnicy ministerstwa skarbu i podatków...

Diamenty?

Właśnie. A między nimi jeden ogromnej wartości, Bart. Gdybym powiedział, 

background image

na ile go szacowano między znawcami, pomyślałby pan, że jestem pijany.

No   to   ja   panu   powiem,   chociaż   jestem   zupełnie   trzeźwy.   Pięćset   tysięcy 

funtów.

Coś koło tego - westchnął Morse. - Bez szlifu, oczywiście.

A ze szlifem?

Cygaro pana Morse wykonało gwałtowny ruch w powietrzu.

- W Amsterdamie mówiono, że być może dwa razy tyle. Pojmuje pan?

Dwa razy tyle w dolarach czy w funtach? Morse westchnął znowu.

W funtach, Bart, w funtach. Rzecz nie do wiary, a jednak.

Co się stało z właścicielami tego fantu?

Nie   żyją,   a   fortuna   przeszła   na   spadkobierców.   Natomiast   tamten   diament 

zaginął. Profesor Garrick mógłby nam wiele powiedzieć.

O czym?

Pan Morse zbliżył swoją twarz do mojej twarzy, jakby bał się, że podsłucha nas 

noc:

O   aktywach   dawnej   spółki   i   interesach   nowej.   O   diamencie   ogromnej 

wartości...   i   o   przemycie,   międzynarodowym   przemycie,   proszę   pana.   To 

dosyć   skomplikowana   siatka:   Durban,   Kapsztad,   Johannesburg,   Londyn   i 

Amsterdam. Przypuszczamy, że centralą siatki jest teraz Londyn...

A do niedawna była „Wilma”, nieprawdaż?

Więc pan już wie?! - zawołał stłumionym głosem pan Morse.

Domyślam się tylko paru rzeczy.

No to musi pan domyślać się czegoś jeszcze, Bart.

Tak jest - skinąłem głową. - Jestem znajomym doktora Corneliusa Horna.

To syn jednego z udziałowców „Oriona”. Jak pan go ocenia?

Jest bardzo inteligentny. I chyba niezbyt moralny, prawda?

Moralność!...   -   ogienek   cygara   pana   Morse’a   wykonał   w   ciemności 

skomplikowane pas. - Cóż to w ogóle jest na tym świecie? Może pan wie?

Jeśli pan nie wie, to co pan tu robi, Morse?

Wykonuję moją robotę, Bart.

background image

I   dla   tych   kilkuset   funtów   podejmowanych   co   miesiąc   w   kasie   Yardu 

rezygnuje   pan   z   bezpieczeństwa,   ciepłych   pantofli   i   spokoju   rodziny 

naturalnie.

No, dobrze, jeśli pan chce - zaśmiał się cicho Morse. - Urodziłem się po to, by 

walczyć z wiatrakami. Zadowolony? Poza tym zarabiam tysiąc miesięcznie. 

Jestem milionerem.

W każdym razie nie rewolwerowcem na służbie państwowej. Obaj wiemy, że 

gdzieś ta sfatygowana moralność się ukrywa, dlatego robimy to, co robimy.

Może. Ale nie lubię deklaracji.

Ja też nie. A wracając do Horna?

Istotnie,   jest   pan   bliski   prawdy.   Doktor   Cornelius   Horn   nie   jest   zbytnio 

moralny. Nie interesuje mnie w tym przypadku jego życie prywatne, ale to, co 

pozwala   mu   tak   żyć   prywatnie.   Jego   majątek.   Jego   interesy.   On   nie   ma 

czystych   rąk.   Ale   cóż,   mamy   podejrzenia,   nie   mamy   dowodów.   Pan   jest 

archeologiem, prawda? Widział pan jego kolekcję?

Widziałem.

Na ile pan ją ocenia?

Jako archeolog twierdzę, że jej wartość nie jest wymierna, nie da się określić 

żadnym czekiem, jest olbrzymia. Natomiast na targowisku kolekcjonerów czy 

w warunkach dobrze zorganizowanej aukcji, na przykład w Nowym Jorku, 

cóż... to są grube miliony.  Aha, czy wie pan, kiedy zlikwidowano interesy 

„Oriona”?

Wiosną   1939   roku.   Ale   ostatnim   z   żyjących   udziałowców   był   profesor 

Garrick. Reszta nazwisk to spadkobiercy.

Emma Garrick?

Wkrótce będziemy to wiedzieć. Pan sądzi...

Nic nie sądzę. Chcę wiedzieć, czy Emma Garrick mogła zyskać na śmierci 

męża, no i ile.

Postaram się zaspokoić pańską ciekawość. A na razie jeszcze kilka faktów, za 

które,   nie   wątpię,   postawi   mi   pan   kiedyś>   drinka.   Po   pierwsze,   na   ziemi 

background image

należącej do 0’Hary o pięć mil od plantacji w buszu ktoś znalazł skorupy...

Skorupy? Jakie skorupy?

Prawdopodobnie szczątki czaszek.

Ludzkich?

Bart! Nie chciałbym spotkać faceta, który by nosił na karku taką czaszkę

Wciągnąłem   głęboko   powietrze.   Chwyciłem   rękę   Morse’a   i   ścisnąłem   ją   tak 

mocno, że syknął z bólu. Jeśli by to były owe słynne „brakujące ogniwa” z kolekcji 

profesora, to... do diabła, miałbym już coś istotnego w mojej kolekcji wydarzeń i, być 

może, mógłbym zrozumieć, dlaczego Emma Garrick stanęła między mną, a mężem,

gdy znalazłem się w Johannesburgu. Bo ta kobieta bez wątpienia przeszkodziła 

mi   w   spotkaniu   z   profesorem,   miałem   takie   odczucie.   I   jeszcze   jedno.   Morse   z   - 

pewnością wie dużo o doktorze Corneliusie Hornie, więc co wie o nim i o Joy?  To 

pytanie zostawię sobie na później.

Gdzie są teraz te skorupy? - spytałem cicho, choć przecież oprócz nas nikogo 

tu nie było.

W tym domu. Pomyślałem też, że warto je trochę zadekować, tak na wszelki 

wypadek, rozumie pan.

Bardzo dobrze.

Wprawdzie   „Sonora”   należy   do   kogoś   bardzo   wpływowego,   ale   tutejsza 

policja jest dość często nieobliczalna.

Pan oczywiście wie, że komisarz Gregson jest wściekły, że jego ludzie jeszcze 

nie natrafili na pański trop?

Poradzę sobie, jeśli już złoży mi tu wizytę. Choć wolałbym unikać policji jak 

najdłużej.   Z   pewnych   względów.   Liczę,   że   pan   nie   pokaże   mu   drogi   do 

„Sonory”. Ale, ale... pokażę panu te skorupy!

Przez chwilę go nie było. Czekałem. Miałem jeszcze kilka pytań.

Gdy wrócił z dużym pudłem pod pachą, stał przez chwilę przy mnie milcząc. 

Chyba nasłuchiwał. Potem powiedział, żebym poszedł za nim. Znaleźliśmy się w dużym, 

wygodnie urządzonym pokoju myśliwskim. Pan Morse wskazał mi jeden z foteli przy 

kominku, obok stolika z lampą rzucającą słabe światło. Okna były szczelnie zasłonięte. 

Usiedliśmy,   Postawiłem   na   podłodze   przed   sobą   pudło   podane   mi   przez   Morse’a. 

background image

Wyjąłem z tego pudła wszystko co tam było, ułożyłem na stoliku. Były to rzeczywiście 

szczątki  dwu czaszek. Ale szczątki  dwu gipsowych odlewów. Odlewów wykonanych 

niewątpliwie przez mistrza.

Dziwne, prawda? - raczej stwierdził niż zapytał pan Morse. - Ktoś wykonał 

gipsowe odlewy, ktoś porzucił je w buszu, ktoś je potrzaskał...

Może   jedna   i   ta   sama   osoba.   Czy   słyszał   pan   o   kolekcji   czaszek   starego 

profesora?

Tak.   I   wiem,   że   pana   zaproszono   do   „Wilmy”   w   związku   z   pewnymi 

kłopotami. Garricka.

Dziwię się, że Dawsona trzymają jeszcze w Yardzie. To gaduła!

Mniejsza o to. Czy te skorupy mogły należeć do kolekcji Garricka?

Jestem   prawie   pewien...   że   dotyczą   jego   znalezisk.   Dziwi   mnie   tylko,   że 

staruszek ściągnął mnie do Afryki w sprawie gipsowych odlewów... nie, to 

niemożliwe. Będę chyba miał kilka pytań do specjalistów. No i do Emmy 

Garnek. Panie Morse, kto znalazł te skorupy?

Powiedzmy, że nie ja. Ale należą do pana.

Dziękuję. Jeszcze jedno: skąd pan dzwonił do „Wilmy” i co

miały oznaczać słowa: „Oni już idą, niech pan nie chodzi bez broni”, czy coś 

takiego? O kim pan mówił?

Powiem   panu.   Dzwoniłem   z   „Caroliny”.   Wtedy   zobaczyłem,   jak   ci   dwaj 

wysiadają z samochodu...

To znaczy kto?

Zastępca Gregsona, niejaki Frost... Nazwiska drugiego nie znam, ale właśnie 

ten drugi strzelał do mnie w Johannesburgu!

To rzeczywiście ciekawe...

Jeszcze jak... - westchnął Morse.

A do mnie nikt dotąd nie strzelał. To także bardzo ciekawe. I to, że wymienił 

pan nazwisko March. Czy to ma coś oznaczać?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Ale niech pan się ma na baczności. Jak pan wróci 

do „Wilmy”?

background image

Spojrzałem na zegarek. Jasmina powinna już wracać. Wyszliśmy na werandę. 

Daleko   w   ciemności   pojawiły   się   dwa   punkciki,   przez   chwilę   rosły   i   rosły,   potem 

zakaszlał silnik wozu, tak, to był ford pani Willingbottom. Wydawało mi się, że Morse’ 

mógłby mi powiedzieć znacznie więcej, ale już nie pytałem.  Na jutro albo raczej na 

dzisiaj, bo za dwie godziny słońce wyłoni się szybko zza czarnej linii ziemi, będę miał 

dwie sprawy. Pierwsza, to porozmawiać z Emmą. Druga, to zadzwonić do Johannesburga 

i   umówić   się   z   profesorem   Edmundem   Appletonem,   antropologiem   i   przyjacielem 

Jaśminy.

Ford Jaśminy zatrzymał się na drodze. Morse dotknął mojego ramienia.

Jest pan tu bezpieczny? - spytałem.

Na razie tak. Tutaj... tak - odparł z naciskiem, jakby chciał zaznaczyć, że nie 

może powiedzieć więcej.

Jasmina zatrzymała forda o pół mili od małego parku otaczającego od zachodu 

posiadłość Garricków. Wysiadłem z wozu i poszedłem wąską ścieżką prowadzącą do 

domu   wzdłuż   pola   golfowego,   w   cieniu   wysokich   krzewów   magnoliowych.   Moją 

czujność uśpiło zapewne to, że myślałem, co powiedział mi Morse, a także o gipsowych 

odlewach, które niosłem w pudle pod pachą.

Cichy,   suchy   trzask   ostrzegł   mnie.   Odwróciłem   się   szybko.   Cień   krzewów 

zgęstniał w jednym miejscu. Przypadłem do ziemi, gdy w tamtym miejscu zapalił się 

mały ognik. Strzał był  równie  cichy jak dźwięk, który przed sekundą ostrzegł mnie. 

Zgięty nad ziemią, rzuciłem się tam, nie puszczając - mojego pudła, dopiero w ostatniej 

chwili, gdy zderzyłem się z tym człowiekiem, rzuciłem pudło, poderwałem się z ziemi, 

celując   lewą,   potem   prawą   piętą   nieco   powyżej   środka   cienia.   Wysokość   oceniłem 

dobrze,   źle   wymierzyłem   odległość.   Napastnik   upadł,   ale   moje   uderzenie   nie   było 

dostatecznie mocne. Poderwał się i rzucił do ucieczki. Nie biegłem już za nim. Atakując, 

chciałem tylko uprzedzić następny strzał, no i nie chciałem  stracić cennego prezentu 

Morse’a.

Gdzieś w pobliżu zaświstał przeciągle jakiś ptak, może ptak...

Przyklęknąłem, nasłuchując. Cisza. Czekałem. Widziałem skraj pola golfowego. 

Tam   właśnie   przeskoczył   ten   człowiek.   Był   już   daleko.   Dopiero   wtedy   wyjąłem   z 

kieszeni   ślepą  latarkę   i  nacisnąłem   guzik,  w prawej  trzymając   webleya.   W  wysokiej 

background image

trawie coś zabłysło znanym oksydowanym połyskiem. Broń. Policyjny special 38, ale z 

tłumikiem. Sprawdziłem magazynek. Był pełny. Więc jednak mój skok nożycowy trochę 

się udał, wytrąciłem tamtemu to ładne, groźne narzędzie...

Lubię   kierować   się   rozumem,   logiką,   instynkty   i   przeczucia   pozostawiam 

kobietom, ale ostatecznie nikt nie jest tak zupełnie wolny od przeczuć, które jak już 

kiedyś zauważyłem, czasami poprzedzają roztropnie wykalkulowany wniosek. No więc 

coś mówiło mi, że to zdarzenie miało w sobie coś teatralnego. Teatralnego, Rob? Co 

masz na myśli, chłopcze? Poświeć latarką ostrożnie tuż przy ziemi, chociaż wydaje ci się, 

że napastnik nie miał wspólnika. Zawodowiec mógłby się uśmiać czytając to, ale na 

przykład   archeolog   mnie   zrozumie.   Kiedyś   na   Yukatanie   odnalazłem   mały   ułamek 

rzeźby,  tak mały,  że właściwie nie mówił nic, a mnie wydało się, że jeśli pogrzebię 

jeszcze w ziemi, mogę znaleźć coś, co może być rzeźbą boga Czaka z czasów rozkwitu 

kultury   Puuc.   I   rzeczywiście   tak   było.   Stary   doktor   Erskine,   kierownik   ekspedycji, 

powiedział mi wtedy: „Ma pan więcej szczęścia niż rozumu, człowieku!” Ostatecznie 

możliwe, specjalizowałem się przecież w kulturze Azteków, a nie Majów. No tak, Rob, 

oto łuska pocisku do ręcznej armatki special 38, tak, ma wokół czerwony pasek. Ślepy 

nabój. Więc nie chciano mnie zabić? Tylko postraszyć? Komu, u diabła, zależy na tym, 

żeby mnie wciąż straszyć? Zaczynałem bvć zły, trochę zły, gdyż na ogół rzadko wpadam 

w gniew. Ale wtedy, daję słowo, bywam już bardzo nieprzyjemny.

W „Wilmie” znalazłem się jak intruz, omijając, rzecz jasna, pole golfowe. Na 

taras mojego pokoju wspiąłem się po starym bluszczu. W samą porę. Ledwie bowiem 

zdołałem   doprowadzić   się   do   porządku,   zastukała   do   drzwi   Jasmina   Willingbottom. 

Mówię: „zastukała”, bo nie chcę mówić tu źle o manierach kobiety. Po prostu kropnęła 

pięć razy pięścią w drzwi, wołając odrobinę za głośno:

- Bart! Chcę się z panem napić! Czuję się uroczo! Gdzie pan się podziewa, stary 

pijaku!

Uzgodniliśmy,   że   zapuka   do   mnie,   gdy   zapalę   papierosa   na   tarasie   (po 

opuszczeniu  forda   miała  sobie  „odpoczywać”  w  ogrodzie).   No,  uczyniła  to  z   pewną 

przesadą, ale niewątpliwie słyszano ją na dole, a o to mi chodziło. Odpowiedziałem coś 

tam,  chowając broń w komodzie  i przekręcając  w niej  staroświecki,  ogromny klucz, 

godny kasy króla Attyli rzuconej podobno w nurty rzeki gdzieś w dalekiej Pannonii. 

background image

Ległem na łóżku. Nie chciało mi się palić fajki. Zaciągnąłem się papierosem. Przestałem 

palić papierosy, odkąd ujrzałem Claudię w Rzymie. Przy niej wydawałem się sam sobie 

starcem, więc rzuciłem nikotynę, która podobno postarza. No więc leżę i palę papierosa

(Claudia już o mnie pewnie zapomniała w towarzystwie tego przy-głupka, tego 

uniwersyteckiego   mydłka   i   osła   z   trudem   żującego   mądrości),   słyszę,   jak   Jasmina 

odchodzi. Potem znowu pukanie, energiczne, ale w sam raz. To Gregson.

- Hej, Rob, jest pan tam? Potrzebujemy faceta do brydża! Tylko niech mi pan nie 

mówi, że ma pan migrenę, do licha! Słyszę to co drugi dzień od mojej żony!

Żona Gregsona. Dobry Boże! Gdybym miał taką żonę, zaciągnąłbym się do Legii 

Cudzoziemskiej,   nie,   popełniłbym   jakąś   zbrodnię   i   krzesło   uratowałoby   mnie   przed 

prześladowaniami ze strony tej istoty płci żeńskiej, lecz nie mającej nic wspólnego z 

kobietą..

Nie,   nie   mam   migreny   -   warknąłem.   -   Wymieszałem   za   wiele   różnych 

drinków i muszę po prostu ochłonąć. Jasne?

Jasne,   Rob!  -  zaśmiał  się  poufale  Gregson.  -  Zejdź  jednak   na  dół.  Chyba 

umiesz grać w brydża?

Jak zawodowy szuler. Ostrzegam cię.

Jesteśmy dżentelmenami, Rob - gruchał za ścianą Gregson. - Nie proponuję ci 

pokera, stary...

Albo miał też w czubie, albo udawał.

Wolę pokera w ciemnym kąciku. Co na to policja?

Okay. Mam do przegrania dwie setki. A potem brydż, łotrze!

Okay, Fred, potem brydż.

Odszedł. Zdusiłem papierosa w popielniczce, gdy znowu zapukano do drzwi.

- Niech stracą wszelką nadzieję, którzy tu wchodzą - zacytowałem. - Dante, wers 

pierwszy

 

z

 Pieklą.

 -

 

I

 

zaraz

 

pożałowałem,

ponieważ za drzwiami usłyszałem śmiech Joy.

Mimo to powiedziałem sobie: milcz, serce moje. Albowiem pomyślałem, że albo 

Gregson, albo ona mają jakiś cel w tym, aby sprawdzić, czy rzeczywiście jestem tutaj. 

Każdy dobry szachista przyzna mi rację, jeśli wtrącę w tym miejscu, jak nieprzyjemne 

jest,   gdy   potrafimy   przewidzieć   pięć,   sześć   ruchów   przeciwnika,   a   nie   znamy 

background image

następnego...   albo   kiedy   zbyt   długo   musimy   czekać   na   nasz   ruch.   A   takim   moim 

następnym ruchem jest Joy. Wciąż nie wiem, co o niej myśleć. Ale dość. Wsuwam pudło 

ze skorupami czaszek pod łóżko, wstaję i otwieram drzwi. Zielone ogniki oczu Joy są jak 

dwa niezwykłe światełka, na które nabierze się każdy gamoń. Ja też mam ochotę nabrać 

się na nie. Przyciskając do czoła mokry ręcznik, wpuściłem ją do pokoju, wyjaśniając:

Przedwczesny   kac.   Nigdy   tego   nie   miewam.   Wybacz.   I   przyjmij   do 

wiadomości, że uroczo wyglądasz. Wręcz zjawiskowo.

Przyjmuję. Czy dawno czytałeś Dantego?

Dawno. W czasach, gdy wyglądałem znacznie lepiej niż teraz.

Więc   zapomniałeś,   że   dantejskie   ostrzeżenie   o   utracie   nadziei   pochodzi   z 

pieśni trzeciej, wers dziewiąty.

A wers pierwszy pieśni pierwszej, erudytko?

„W połowie drogi żywota”... i tak dalej, i tak dalej. - Aluzja do staruszka, hę?

Skądże! Jesteś bohaterem moich dziewczęcych snów, panie Bart. Które z nich 

zastanawiało się, gdzie mnie wywiało? Gregson, czy Joy? A może oboje?

Na   dole   towarzystwo   znacznie   się   ożywiło,   gdy   pani   domu,   przeprosiwszy 

wszystkich,   udała   się   do   siebie.   W   barze   nikt   z   mężczyzn   nie   pilnował   wysokich, 

lśniących   chromem   stołków,   może   dlatego   że   były   tu   jedynym   dysonansem   na   tle 

mahoniowej   boazerii,   foteli   pokrytych   jasną   tkaniną   i   szarego   dywanu.   Ściany   nad 

boazerią   oświetlało   dyskretne   żółte   światło,   Joy   wyglądała   pięknie   w   białoczarnej 

sukience z ażurową koronką rękawów ledwie skrywających jej złote ramiona. Zdążyłem 

wypić w jej towarzystwie martini, gdy już porwał mnie Gregson, a moje miejsce u boku 

Joy zajął Holden.

Następnego   dnia   albo   raczej   tego   samego   dnia   o   świcie   byłem   już   na   polu 

golfowym. Odszukałem miejsce, gdzie widziałem przebiegającą w nocy postać, potem 

miejsce, gdzie znalazłem special 38. Facet mający taką broń i strzelający z tak bliska nie 

miał   prawa   nie   trafić.   Więc   dlaczego   żyję?   Morse’a   chciano   zabić,   wszystko   na   to 

wskazuje.  Mnie  tylko  ostrzegano.  Tylko.   Obaj  zajmujemy  się  właściwie  tym  samym 

problemem, jeżeli dobrze kojarzę to, co już wiem. Tymczasem ja otrzymuję tylko kolejne 

ostrzeżenia. Ciekawe. Stop. Ciekawe jest również coś innego: nazwisko March i to, że 

Morse niby mimowolnie połączył je z moją ciotką, ale ponieważ moja ciotka przyjmuje 

background image

każdy   wystrzał   gaźnika   samochodowego   na   ulicy   jako   niewątpliwy   sygnał 

rozpoczynającej się rewolucji wszechświatowej przewidzianej przez utopistów, pozostaje 

poza moją łamigłówką. Tylko ten „dodatkowy” March...

Poranek  zapowiadał   się  rześko i  wesoło.  Usiadłem  na  trawie.  Z  tego  miejsca 

doskonale widziałem wschodnią stronę domu, taras i otwarte drzwi mojego pokoju na 

piętrze. Zapaliłem papierosa i czekałem, nastawiwszy przedtem szkła mojej zeissowskiej 

lornety. Dźwigającą się jakby z głębi ziemi kulę słońca miałem za sobą, na drzwiach 

mojego pokoju wisi wąskie, kryształowe lustro w czarnej ramie, muszę dojrzeć choćby 

drobny błysk, jeśli ktoś zechce te drzwi otworzyć. I tak było. Podniosłem szybko lornetę. 

Niestety, nie rozpoznałem mojego gościa, wśliznął się bardzo szybko. Miałem nadzieję, 

że   rozpoznam   go,   gdy   będzie   wychodził,   ale   przeszkodzono   mi   w   tym.   Usłyszałem 

mocny tętent - przez pole golfowe biegła energicznie Jasmina Willingbottom, miała na 

sobie granatowo-pomarańczowy dress i wyglądała jak majestatyczny, stary struś. Biegła 

wprost na mnie machając ręką.

Czy pani ćwiczy jogging? - spytałem, gdy stanęła przede mną.

Niech   pan   się   nie   wygłupia,   Bart!   -   wydyszała   stara   dama.   -   To   prawda, 

miałam zamiar pobiegać, zawsze to robię rano, ale właśnie stało się coś w 

domu...

Skleroza - powiedziałem do siebie, ale głośno.

Jak pan śmie! - oburzyła się nie na żarty pani Willingbottom.

Nie, nie, mówię o sobie, głośno myślę, proszę pani. W nocy w pobliżu tego 

miejsca ktoś do mnie strzelał. Właśnie teraz zastanawiałem się, czemu nie 

trafił, gdy przypomniałem sobie, że użył ślepych naboi. Mam sklerozę, jasne?

Jasne, proszę bardzo, jeśli pan chce.

A co się stało w domu? Czyżby pani Garrick umarła z żalu po zmarłym mężu? 

Pardon, po zamordowanym...

Ona? Raczej ma się dobrze, chociaż udaje smutną. Tomai powiedział mi, że 

panna Gaison zamknęła się w swoim pokoju i nie otwiera drzwi.

Zapewne ma powody. Co powiedziała?

Nie odzywa się w ogóle, proszę pana. Jestem pewna, że coś się stało.

Czy pani widziała się z nią dzisiaj?

background image

O tak, nasze pokoje mają wspólny taras, rozmawiałam przez chwilę z panną 

Gaison   na   tarasie.   Mówiła,   że   chce   popływać   i   pograć   w   tenisa.   Nie 

wspominała o wyjeździe. Raczej szykowała się do rozmowy z panią Garrick.

Czy samochód, którym jeździ panna Gaison, stoi przed domem?

Właśnie. Stoi!

To interesujące. Gotów byłbym się założyć, że Usiłowała już pani zajrzeć do 

pokoju panny Gaison od strony tarasu, ale ponieważ tamte drzwi są zamknięte, 

a tych od korytarza nie umie pani otworzyć, więc przybiegła pani do mnie.

Dokładnie tak. Czuję coś w powietrzu, panie Bart.

Morderstwo, gwałt czy porwanie? Zapewne czytuje pani do poduszki powieści 

kryminalne?

Impertynent. No, chodźmy wreszcie...

Jasima odwróciła się i pobiegła w stronę domu. Nie powiem, że wyglądała jak 

olimpijska gazela Wilma Roberts, ale z pewnością miała niezłą kondycję.

W hallu pierwszego piętra czekała już Emma Garrick. Jasmina popędzała mnie 

swoim pohukiwaniem, bym się spieszył, mimo to zdołałem zanotować w pamięci, że ten 

kącik, do którego dotąd nie zaglądałem - jako że oryginalna myśl architekta umieściła go 

w końcu korytarza - miał tapety koloru nieba jakie oglądałem kiedyś w prowansalskim 

miasteczku   Sisteron   w   Alpach,   dywan   był   szarosrebrny,   fotele   i   kanapa   w   kolorze 

brzoskwiniowym,   na   kanapie   zaś   pani   Garrick   siedziała   w   szlafroczku   koloru 

brzoskwiniowego.  Z   boku  na  białym  stoliku   biały  alabastrowy  wazon  z  czerwonymi 

różami. Najpierw pomyślałem, że pani Garrick lubi upodabniać się do swego otoczenia 

jak   zwierzątko   przybierające   ochronne   barwy,   a   potem   dodałem   myśl,   że   jest   w   tej 

kobiecie   jakaś   tajona,   silna   zmysłowość,   skrywana   i   prowokująca   zarazem.   Mogę 

zrozumieć doktora Holdena, tego trutnia, ale jak Emma Garrick złowiła starego Garricka 

zajętego nieustannym

wymierzaniem czaszek należących podobno do naszego łańcucha ewolucyjnego?

Po   raz   pierwszy   jest   pan   tam,   gdzie   trzeba!   -   powiedziała   ostro.   Paliła 

papierosa w długiej bursztynowej cygarniczce i zaciągała się nerwowo.

Powiedzmy, że po raz drugi. Dziś bowiem byłem na przykład dokładnie tam, 

gdzie ktoś do mnie strzelał, proszę pani.

background image

Jej   oczy   patrzały   na   mnie   szeroko,   niewinnie.   Jeśli   przed   chwilą   była 

zdenerwowana, teraz już odzyskała panowanie. Brawo!

Strzelano do pana na terenie mojej posiadłości?!

Tak, łaskawa pani, ale to drobiazg.

Odwróciłem   się   na   pięcie,   drzwi   pokoju   Joy   były   o   kilka   kroków   dalej. 

Zapukałem raz, drugi, trzeci. Cisza.

- Niech pan wyważy drzwi! - domagała się Jasmina.

- To bardzo ładny mahoń. Wolę wejść przez taras. 

Przebiegłem przez pokój Jaśminy. Drzwi pokoju Joy wychodzące na

taras   były   zamknięte,   firanki   zasunięte.   Zawsze   noszę   przy   sobie   skórzaną 

sakiewkę,   a   w   niej   kilka   drobiazgów   ułatwiających   mi   wejście   do   zamkniętych 

pomieszczeń.  Wycięcie  szyby i otwarcie  drzwi nie było  trudne. Poprosiłem  Jasminę, 

Emmę i Tomai, aby weszli tam ze mną. Pokój oczywiście był pusty, łóżko starannie 

zasłane,   przybory   toaletowe   na   swoim   miejscu,   podobnie   dwie   walizki,   maszyna   do 

pisania, w szafie trochę bielizny i odzieży. Wyglądało na to, że Joy po prostu gdzieś 

wyszła.

- Żadnych śladów uprowadzenia - powiedziała Jasmina.

Pani   Willingbottom   ma   bujną   wyobraźnię.   Wracam   do   siebie   -   oznajmiła 

Emma.

Czy panna Galson rozmawiała już z panią...

Ma pan na myśli wywiad dotyczący mojego męża? Jeszcze nie. Gdy wróci, 

sama poproszę ją o rozmowę, pragnę już spokoju, a ten dom nagle staje się... Z 

panem też pragnę pomówić, panie Bart.

Liczyłem na to, proszę pani.

A więc za godzinę w moim pokoju. Odesłałem Tomai. Zostałem w pokoju Joy 

z Jasmina.

Co dalej? - zapytała rzeczowo. - Jestem przekonana, że...

- Że coś się stało. Spokojnie. Tymczasem niech pani wraca do siebie. Chciałbym 

się tu jeszcze rozejrzeć.

Kiedy zostałem sam, szybko przejrzałem notatnik Joy leżący obok maszyny. Nie 

zawierał niczego, co mogłoby mnie interesować. Zabrałem natomiast kilka kalek z biurka 

background image

i   wiklinowego  kosza  stojącego  w  kącie  pokoju.  Dochodząc  do  drzwi,  spojrzałem   na 

podłogę.   Padało   na   nią   ukośnie   słoneczne   światło.   Tak,   zauważyłem   lekki   odcisk 

męskiego buta, nieznaczny czerwony nalot. Tych śladów było kilka. Wyjąłem z kieszeni 

małą lupę, przyjrzałem się czerwonym drobinom. Skąd mogły pochodzić? W pobliżu nie 

było  ani takiej  ziemi  - mówię  o otoczeniu  „Wilmy”  - ani żadnej  substancji o takim 

zabarwieniu na terenie rezydencji Garncków, byłem tego pewien, ponieważ obejrzałem 

sobie   ten   teren.   Kort   tenisowy?   Miał   jaśniejszą   powierzchnię.   I   nie   była   to   ziemia 

naturalnie.   Natomiast...   tak,   widziałem   taką   ziemię,   zapewne   żelazistą,   w   pobliżu 

„Caroliny”. Kim był mężczyzna, który tu wszedł? Z pewnością był tu dzisiaj niezbyt 

dawno, bo pokoje sprzątane są codziennie  rano. Czy był  to ten sam człowiek, który 

wszedł również do mojego pokoju? Pochyliłem się, by zajrzeć pod łóżko, i zauważyłem 

notesik w skórzanej oprawie. Powinienem był go tam zostawić, może powinienem. Na 

wszelki wypadek zabrałem.

Jak się miało okazać, była to dobra decyzja.

W moim pokoju niczego nie ruszono. Skorupy w pudle były na swoim miejscu. 

Special 38 leżał sobie spokojnie, a raczej wisiał za tylną ścianką szuflady komody, bo 

tam go właśnie schowałem, licząc na odwiedziny. Czego szukał nieznany gość: broni, z 

której do mnie strzelano? Skorup wręczonych mi przez Morse’a? Nie ruszył niczego. 

Broni nie znalazł? Skorupy nie interesowały go? Powiedzmy, że został spłoszony.

Miałem   jeszcze   trzydzieści   minut   do   rozmowy   z   Emmą.   Zamknąłem   drzwi, 

położyłem   się   na   łóżku   i   przejrzałem   notesik   Joy.   Było   tam   kilka   interesujących 

szczegółów oraz kilka adresów londyńskich. Pierwszy z nich znałem dobrze, drugi dał mi 

wiele   do   myślenia,   a   trzeci   dotyczył   pewnej   damy   z   „Palladium”,   to   taki   londyński 

odpowiednik paryskiej „Olimpii”. Wreszcie zanim poszedłem do pani Garrick, zdjąłem 

kilka odcisków palców z policyjnego speciala, schowałem w plastikowych okładkach. Na 

wszelki wypadek.

Poszedłem do Emmy. Pudło ze skorupami miałem pod pachą. Pokój, w którym 

zostałem   przyjęty,   utrzymany   był   w   tonacji   różowej.   Emma   też.   Uroczy   kameleon. 

Pozwoliła mi usiąść. Usiadłem. Nie prosiła, bym zapalił. Zapaliłem. Nie poczęstowała 

mnie   drinkiem.   Sam   nalałem   sobie   pół   szklaneczki   brandy,   bezceremonialnie 

pogrzebałem ręką w kubełku z lodem. Z błogim westchnieniem opróżniłem szklaneczkę i 

background image

napełniłem   ją   w   ten   sam   sposób   powtórnie.   Stary   kawał.   Dawno   zauważyłem,   że 

zachowując   się   jak   człowiek   źle   wychowany,   często   usypiam   czujność   moich 

rozmówców.

To, co powiedziała Emma Garrick, było zaskoczeniem. Zesztywniałem. Nie, / to 

nie miało nic wspólnego ze sprawą, która mnie sprowadziła do Johannesburga, chociaż 

Emma   zdawała   się   to   sugerować   w   chwilę   potem.   No   więc   przypomniała   mi   nagle 

sprawę o której chciałem zapomnieć.

- Znałam pańską żonę - oznajmiła mrużąc oczy.  Gdzie i kiedy mogła poznać 

Laurę? Wtedy gdy Laura mawiała już o mnie: „Mój mąż grzebie w starych skorupach, a 

ja   w   starych   butelkach”?   U   lorda   Brocke   w   Ely,   starego   kolekcjonera   i   miłośnika 

średniowiecznej   architektury,   gdzie   ja   podziwiałem   katedrę   i   opactwo,   a   Laura   piła 

więcej,   niż   wypadało   w   towarzystwie   żywych   eksponatów   starej   arystokracji?   Na 

prywatny zjazd archeologów i antropologów w Ely przyjechała z Londynu porschem 

pożyczonym od przyjaciółki, już wstawiona. Przywiozła pięć mandatów za przekroczenie 

szybkości, walizkę z białymi sukniami i pudło z kapeluszami w kolorze liliowym, także 

pożyczonymi,   „bo   mój   mąż,   proszę   państwa,   dożywotnio   zapoznany   geniusz   nauki, 

wylicza mi każdego pensa”. Dopiero wtedy przypomniała sobie o naszej córeczce Dianie, 

skulonej w kącie wozu, patrzącej dziwnie nieruchomymi oczami na matkę. Na kolacji w 

jadalni   pamiętającej   czasy   Elżbiety   I   pojawiła   się   w   żółtych   spodniach   i   fioletowej 

bluzce.   Brooke   dłużej   niż   zwykle   szukał   wtedy   swego   monokla,   usiłując   ukryć 

zmieszanie. Gdy przybyliśmy do Doliny Meksyku, ja pochłonięty byłem myślą, że stary 

Vaillant nie ma racji dowodząc, iż cywilizacja Ameryki Środkowej rozwijała się in situ, 

bez   impulsów   zewnętrznych,   że   dowody   dostarczone   chociażby   przez   Ekholma 

pozwalają   przyjąć   istnienie   kontaktów   poprzez   Pacyfik.   Był   to   problem   wymagający 

czasu   i   długich   badań,   na   razie   chciałem   uzupełnić   moją   kolekcję   rzeźb   w   stylu 

olmeckim. Kopałem w Tres Zapotes, La Venta i San Lorenzo. W Tres Zapotes Laura z 

godnością   obnosiła   swoją   trzeźwość,   w   La   Venta   oznajmiła,   że   ma   cholernie   dosyć 

klimatu i prohibicji, jaką jej narzuciłem. W San Lorenzo po ostrej wymianie zdań wzięła 

mojego willisa i odjechała. Spotkaliśmy się dopiero w Acapulco, gdzie Laura była znowu 

modelką   jak   w   Londynie.   I   jak   tam-otoczona   playboyami.   A   potem   ten   wypadek 

samochodowy. Laura wyszła z niego cało. Z wszystkich opresji wychodziła zawsze cało 

background image

jak dzika, zwinna kotka. Sparaliżowaną Dianę odwiozłem do Londynu. Potem napisałem 

kilka   bzdur   dla   wydawców   i   kilkadziesiąt   artykułów,   by   móc   umieścić   Dianę   w 

szwajcarskiej klinice. Porzuciłem Laurę, nie zwracając uwagi na to, co mówiła o mnie, a 

co   dla   każdego   człowieka   z   mojego   środowiska  mogło   być   very  shocking.   Może   to 

spowodowało,   że   pewnego   razu   doktor   Cornelius   Horn   namówił   mnie   na   „maleńką 

robótkę kryminalną”, jak nazywał propozycję rozwiązania pewnej afery, w którą sam nie 

chciał się mieszać, a ja wiedziałem, dlaczego nie chce...

Bardzo   możliwe,   łaskawa   pani   -   odparłem   teraz   lekko.   -   Moja   żona   była 

modelką. Dosyć znaną. I była moją żoną.

Była? O ile wiem, jest jeszcze pańską żoną - rzekła Emma.

Proszę pani, jest pewna różnica pomiędzy kobietą i mężczyzną, kiedy oboje 

mówią, że coś jest albo coś było. Tę sprawę kobiety traktują instytucjonalnie, 

a mężczyźni, rzekłbym, faktograficznie. Z tego punktu widzenia Laura Bart 

była moją żoną. A teraz słucham panią w sprawie, o której chciała pani ze mną 

mówić.

Pierwszą rundę z Emmą  wygrałem.  Nie przeczę  jednak, że jeśli chciała mnie 

zdenerwować, to w znacznym stopniu udało jej się to.

-   Mam   dla   pana   kilka   pytań   -   powiedziała   Emma.   Nie   lubi   mnie,   to   pewne. 

Dlaczego? Że nie łaszę się do niej jak doktor Holden? Że

wbrew jej woli siedzę tu, a nie w Johannesburgu? Nie ufa mi, to zrozumiałe, jeśli 

ma  coś na sumieniu  albo jeśli kobiecym  instynktem przeczuwa, że nie jestem takim 

barankiem, na jakiego chcę wyglądać. Uśmiechnęła się nagle i umiejętnie uśmiechem 

smętnej   wdowy   i   czarującej   kobiety.   -   Policja   nic   dotąd   nie   wie   albo   nie   chce   mi 

powiedzieć   niczego   o   śledztwie.   Pan   też   milczy,   a   mój   mąż   został   zamordowany. 

Pytałam Gregsona, cóż, to człowiek, który na pewno wie, jak zachowywać się w Elsies 

River, ale wyjaśnienie przyczyn zamordowania Jamesa przerasta jego możliwości...

-   Policja   -   przerwałem   -   ma   swoje   metody.   Poza   tym   nie   lekceważyłbym 

Gregsona. Jest ambitny i uparty...

Tak, nie wolno lekceważyć Gregsona. Dlaczego pomyślałem o tym dopiero teraz?

Na stoliku przed Emmą leżała książka oprawna w żółtą skórę.

- Właśnie miałam ją podarować pannie Galson – powiedziała Emma. - To ostatnia 

background image

praca mojego męża. Zapewne zna ją pan? -

Nie o tym chciała mówić. Wziąłem książkę do ręki. The Missing Key, Brakujący  

klucz. To mogło mieć związek z zaginionymi „skorupami” profesora.

Czy mógłbym otrzymać jeden egzemplarz? - spytałem.

Spełnię tylko życzenie męża. Chciał, aby pan przeczytał tę pracę.

Dlaczego?

Przywiązywał   ogromne   znaczenie   do   swojej   kolekcji   czaszek.   Nie   była   to 

mania kolekcjonera. Twierdził, że dokonał niezwykłego odkrycia.

Czy rozmawiał z panią o tym odkryciu?

Nie. Miał zamiar wygłosić przed sesją jesienną odczyt na uniwersytecie w 

Johannesburgu.   Powtarzał,   że   będzie   to   szok   dla   wielu   jego   kolegów 

antropologów.

Rozumiem.

Pani   Garrick   rzuciła   mi   szybkie   spojrzenie.   Zapaliła   papierosa,   potem 

powiedziała:

Mój mąż nie był lubiany przez kolegów uniwersyteckich...

Dlaczego?

Mówiono, że zbyt wiele czasu poświęca interesom...

Profesor Garrick?!

...był członkiem rady nadzorczej „De Beers”, panie Bart. I sądzę, że wiedział, 

jak należy się tam zachować. Wielki człowiek interesu pozostawał w cieniu 

wielkiego antropologa, lecz w końcu, rozumie pan, o takich sprawach zaczyna 

się mówić.

Pokiwałem   głową.   „De   Beers”.   Wielka   spółka   diamentowa   o   światowym 

znaczeniu,   siedziba   w   Johannesburgu,   centrala   handlu   diamentami   w   Londynie. 

Staruszek Garrick umiał wydobywać z tego

ciasta, jakim jest życie, niezłe okruchy. A ja sądziłem, że wyciągnąłem od niego 

czy raczej od Corneliusa Horna zbyt wysoką zaliczkę.

Proszę   mi   powiedzieć,   czy   profesor   osobiście   postanowił   powierzyć   mi 

sprawę kradzieży czaszek ze swej kolekcji?

background image

O ile wiem, przyjął sugestię doktora Horna. List Corneliusa dotyczący pana 

przekonał męża, że powinien powierzyć tę sprawę panu.

Czy państwo znali bliżej doktora Horna?

Bywał u nas corocznie na polowaniach, panie Bart.

Pani znała go bliżej?

Co za pytanie!

Powiedziała pani: „list Corneliusa”.

Ach, tak. No, cóż, doktor Horn był  w „Wilmie” więcej niż człowiekiem z 

towarzystwa. Był przyjacielem domu.

Jak   doktor   Holden?   -   rzuciłem   pytanie,   otwierając   książkę   Garricka   i   nie 

patrząc na Emmę,  choć wiedziałem,  że ona teraz mnie  obserwuje. Wszedł 

Tomai pchając przed sobą mały stoliczek. Przyrządził nam martini, wyszedł. 

Nie ponowiłem tamtego pytania. Zadałem Emmie dwa inne:

Czy   profesor   związany   był   również   ze   Spółką   Uranową?   -   Wciąż 

przeglądałem The Missing Key, niekiedy głos mówi więcej niż wyraz twarzy.

Nie wiem.

I jeszcze jedno: dlaczego pani mąż nie przyjął mnie, gdy przyjechałem do 

„Wilmy”?

Mówił, że musi przemyśleć pewne sprawy... Zawsze był bardzo zamknięty. - 

Teraz podniosłem głowę. Emma patrzyła mi prosto w twarz z nieokreślonym 

uśmiechem. Nagle dodała: - Nigdy nie byliśmy szczęśliwym małżeństwem, 

choć miałam... prawie wszystko.

Młodość myśli inaczej niż starość. Dlatego zapewne przebywała pani często w 

towarzystwie doktora Holdena?

Był współpracownikiem mojego męża - rzuciła Emma, zbyt pośpiesznie, jak 

mi się zdawało.

Czy profesor i doktor Holden prowadzili wspólnie wykopaliska?

Tak.   W   Sterkfontein   i   w   Makapansgat.   -   Emma   patrzyła   wciąż   na   mnie 

uporczywie, jakby na coś czekając. Nie była spokojna, była napięta. Gregson 

prychnąłby wzgardliwie, gdybym mu coś powiedział o intuicji. W jego fachu 

background image

liczą się fakty, a ja jestem w tym fachu tylko amatorem. No więc pozwoliłem 

sobie zlekceważyć zasady fachu: zrobiło mi się nagle żal tej siedzącej przede 

mną kobiety.

Panie Bart... - zająknęła się - nie zapytał  pan jeszcze, o czym  chciałam  z 

panem mówić albo co chciałam panu powiedzieć.

Umie nad sobą panować, ale żyje w ciągłym napięciu, pomyślałem.

- Słucham panią.

Zanim zapaliła papierosa, wyrzuciła z siebie jednym tchem:

Zanim   poznałam   Jamesa,   mojego   przyszłego   męża...   pracowałam   w 

„Palladium”   w  Londynie.  Nie,   nie  byłam  tylko   tancerką  i   śpiewaczką  bez 

specjalnego   talentu,   byłam,   jak   to   się   mówi,   dziewczyną   do   wszystkiego. 

James o tym nie wiedział. - Zrobiła nieokreślony ruch ręką. - W tym kraju nikt 

o tym nie wie. Jak pan sądzi, czy to, co powiedziałam w tej chwili, może mieć 

jakieś znaczenie w tej sprawie?

Jeszcze   nie   wiem   -   odpowiedziałem,   patrząc   na   nią.   -   Muszę   to   sobie 

przemyśleć.

Dlaczego to powiedziała? To jasne: aby uprzedzić pytania, które i tak nastąpią. A 

jeśli rzeczywiście nikt w tym kraju nie znał przeszłości pani Garrick? W takim razie co 

naprawdę chciała mi przez to powiedzieć? Przemknęła mi przez głowę myśl, że Emma 

jest   szantażowana.   Bogata   młoda   kobieta   u   boku   starca.   Zakochuje   się   w   kimś,   kto 

poznaje jej niebezpieczny sekret? Inna możliwość: rozpoznaje ją ktoś, kto kiedyś bywał 

w   „Palladium”.   Dawny   klient?   Czy   ta   urocza   istota   mogła   mieć   taką   przeszłość? 

Spokojnie,   Bart,   wszystko   jest   na   tym   świecie   możliwe.   Przede   wszystkim   pani 

Willingbottom musi zapoznać mnie z kimś z uniwersytetu Witwatersrand, kto może mi 

powiedzieć coś więcej nie tylko o Garricku, ale również o doktorze Holdenie.

Tomai   powiedział   mi   -  podjęła   Emma,   bardzo   już   opanowana,   jej   smukłe 

palce spokojnie trzymały papierosa, ta krótka spowiedź dobrze jej zrobiła. - 

Tomai powiedział mi, że strzelano dzisiaj do pana w „Wilmie”. Słyszałam 

strzał, lecz sądziłam, że to któryś ze strażników...

Więc „Wilma” ma strażników?

Ależ tak. Wie pan, boję się dzikich zwierząt i koloredów. Ci ostatni są teraz 

background image

tacy nieopanowani. Bogu dzięki, że nie stało się panu nic złego. Wiem, jestem 

egoistką. Kiedy pan przyjechał, myślałam, że pana nie polubię. Teraz myślę 

inaczej   i   proszę,   aby   pan   nie   opuszczał   „Wilmy”...   przynajmniej   do 

zakończenia tej strasznej sprawy.

Wszedł  znowu  Tomai,  sunąc  cicho  jak  duch  na  swoich  płaskich  stopach,   jak 

wtedy   gdy   ujrzałem   go   w   nocy   z   długim   sztyletem   w   ręku.   Podał   mi   telegram. 

Poprosiłem Emmę, by pozwoliła mi go przeczytać. Depesza była milutka:

Jesteśmy  z papą  w drodze do  Afryki   na wycieczkowcu  stop  do zobaczenia  w  

Johannesburgu stop Claudia.

Orlani musiał trochę zapłacić za tę depeszę. Zanim opuściłem Londyn, dzwonił 

do mnie z Rzymu i mówił, że chciałby mnie znowu widzieć ze względu na Claudię, którą 

chciałby uchronić „przed tym anarchistą Paoli”, Odpowiedziałem mu wtedy, że Rzym 

jest zbyt piękny, żeby o nim zapomnieć, a Claudia zbyt roztropna, aby zwrócić uwagę na 

tego idiotę z Uniwersytetu Rzymskiego. Co prawda nie

bardzo   wierzę   w   rozsądek   młodych   dziewczyn,   ale   co   miałem   powiedzieć 

Orlaniemu? A teraz kiedy miałem zobaczyć Orlanich, smagła, smukła jak młodziutka 

topola Claudia żywo stanęła mi przed oczami. Do diabła, Bart, pomyśl  raczej o tym 

całym galimatiasie tutaj i o zniknięciu Joy Galson!

Schowałem depeszę do kieszeni.

Pani Garrick - spytałem-czy pani ma broń?

W tym kraju mają ją wszyscy biali, proszę pana.

No tak, oczywiście.

I ja na pewno dzisiaj nie strzelałam, jeśli o to chodzi! Zdawało się, że jest 

lekko wzburzona.

Czy panna Galson wspominała, że zamierza opuścić „Wilmę”?

Nie.

Pani jej dzisiaj nie widziała?

Nie.

Znowu nie patrzyłem na nią, czasami lepiej rozumiem tylko głos. Przyglądałem 

się obrazowi na ścianie przede mną. Tajemnicze, głębokie, kobiece piękno, znałem to 

dzieło. Nieznana kobieta z kolekcji Cuenoda w Szwajcarii namalowana przez Leonarda 

background image

da Vinci.

- Dobra kopia - powiedziałem.

- Późna, ale rzeczywiście dobra - przyznała Emma. – Kupiłam ją w Paryżu. Mój 

mąż nie interesował się malarstwem.

Ciekawe, Bart, jak to inteligentne stworzenie trafiło kiedyś do „Palladium”.

Wracając do sprawy: pani nie chce, aby wyniósł się z „Wilmy”?

Nie, nie!

I nie chodzi o to, że Gregson chce, bym tu został?

Ależ nie.

Dlaczego?

Nie wiem. Boję się.

- Czego?

Odwróciła głowę. Zadzwoniła na Tomai. Podał nam jeszcze raz martini z lodem. 

Podziękowałem   Emmie   za   papierosa,   zapaliłem   moją   starą”   fajkę,   wysłużonego 

petersona.   Sam   Peterson   już   dawno   nie   żyje,   ale   świat   zna   jego   fajki   i   hasło:   „The 

thinking man smokes peterson”. I ja dałem się na nie nabrać. No, dobrze. Teraz sprawa 

tych „skorup”.

Postawiłem pudło na dywanie pomiędzy mną i Emmą. Wyjąłem rozłupane kaloty, 

złożyłem je o tyle, o ile się dało. Emma westchnęła.

- To są te czaszki...?

Ma pani na myśli  okazy z kolekcji profesora Garricka? Nie. Są to bardzo 

dobre   odlewy.   O   ile   wiem,   tak   dobre   odlewy   wykonuje   się   tylko   na 

zamówienie jakiejś pracowni antropologicznej. Pani Emmo, jeśli mogę tak do 

pani mówić...

Ależ proszę.

Cóż za zmiana w jej zachowaniu!

-   Pani   Emmo,   czy   sądzi   pani,   że   czaszki   z   kolekcji   profesora   Garricka   były 

oryginałami?

- Nie znam się na tym. Zaryzykowałem:

-   Ja   bym   się   na   tym   poznał,   ale   pani   utrudniła   mi   wtedy   dostęp   do   męża. 

Powiedziała   pani   przed   chwilą,   że   profesor   nie   chciał   mnie

background image

przyjąć,   bo   chciał   przemyśleć   jakieś   sprawy.   To   nieprawda!   On   nie   wiedział,   że   ja 

przyjechałem, że już jestem!

Powiedziałem to krótko i twardo. Poskutkowało.

Tak. Nie wiem, skąd pan to wie, ale tak było. Nie powiem, dlaczego.

Popełniła pani wielki błąd. Proszę spojrzeć na te dwa odlewy. Jeden z nich to 

czaszka   istoty  kopalnej,   a  druga,  łaskawa  pani,  była   własnością  człowieka 

współczesnego i nawet ktoś kiedyś przedziurawił ją kulą.

Nie rozumiem. Czy może mi pan wyjaśnić...

Jeszcze nie, proszę pani. Jednakże, ponieważ pani zaufała mi,  mówiąc  o... 

Londynie, proszę o coś.

Słucham?

Nie   chciałbym,   aby   policja,   no   i   Fred   Gregson,   dowiedzieli   się   o   tych 

skorupach, zanim ja będę wiedział coś więcej. Czy mogę prosić o dyskrecję?

Przyrzekam - skinęła głową.

Potem zadzwonił  Gregson. Zawiadomił  mnie, że przyśle ludzi, którzy zabiorą 

Tomai do Johannesburga.

-„Tkwimy   w   martwym   punkcie,   Bart,   a   Tomai   był   ostatnim   z   tych,   którzy 

widzieli

 

Garricka

 

żywego.

 

Musimy

 

przycisnąć

 

tego

gówniarza.

Odparłem,   że   nie   sądzę,   aby   Tomai   mógł   podnieść   rękę   na   swego   pana,   to 

porządny człowiek.

Po   pierwsze,   Bart,   wcale   nie   powiedziałem,   że   podejrzewamy   Tomai.   Po 

drugie, nie nazywaj w tym kraju Murzyna człowiekiem, bo jakiś biały facet 

może się zdenerwować i umrzesz przedwcześnie. Nie grożę. My nie lubimy 

czarnych, a czarni nie lubią nas, cholernie się nie lubimy, rozumiesz? I jeszcze 

jedno, przyjacielu. Czy byłeś kiedyś w Afryce?

Tak - odparłem - byłem. W Kenii.

Co tam robiłeś, Bart, stary koniu?

Praktyki studenckie, wykopaliska, no wiesz, takie sprawy, dawne dzieje.

A jak ci się podobała Kenia, Bart?

background image

Cóż, ładniej tam, niż tutaj.

Dobra, dobra. No, uważaj, żeby Tomai nie prysnął. To wszystko, cześć!

Tomai odjechał po południu w towarzystwie dwu facetów w koszulkach khaki 

rozpieranych   przez   potężne   bicepsy.   Takie   typki   mogą   się   przestraszyć   tylko 

prawdziwego goryla wyłażącego z dżungli. Tomai siedział między nimi nieruchomo jak 

hebanowy posąg.

Ukele uciekła w głąb palmowej alei, aby nie patrzeć, jak zabierają jej Tomai. Nie 

widziałem   jej   aż   do   wieczora,   gdy   pojawiła   się   w   domu,   aby   pełnić   swe   zwykłe 

powinności. Ukele miała charakter: oblepiła dokładnie głowę i warkocze gęstą kredową 

papką i paradowała z tą przedziwną piramidą na głowie, z twarzą równie nieprzeniknioną 

jak jej Tomai. Ukele musiała pochodzić z Nigerii, może z plemienia Kikujusi. Widziałem 

kobiety i mężczyzn z tego plemienia, używali kredy do ozdabiania ciał podczas ngomy 

czyli   uroczystości   tanecznych.   Używanie   kredy  w   tym   celu   było   surowo   zabronione 

przez  władze   w Johannesburgu,  w  Nigerii   zresztą   też.   Ukele  jakby  mówiła:  „Jestem 

zbuntowana, nie podoba mi się to” Emma nie zwróciła na tę demonstrację uwagi. Ja 

uśmiechnąłem   się   porozumiewawczo   do   dziewczyny.   Odpowiedziała   chmurnym,   ale 

wdzięcznym spojrzeniem.

Współczułem Ukele, gdyż wiedziałem, że ci z policji mają dość sposobów, aby 

zmusić faceta do podpisania każdego zeznania.

Do   wieczora   zajęty   byłem   pomiarami   czaszek   i   konstruowaniem   najbardziej 

zwariowanych   hipotez.   Jednego   byłem   pewien.   Tomai   jest   niewinny.   Nie   miałem 

dowodów, ale nie  były  mi  one potrzebne.  W  tym  przypadku.  Nie miałem  czasu, by 

zainteresować się tym, czy w warsztacie - „Wilma” miała własny, dobrze wyposażony 

warsztat   -   naprawiono   już   skrzynię   biegów   w   moim   wozie   (były   jakieś   kłopoty   z 

nadbiegiem).   Jasmina   mówiła   przy   kolacji   tylko   o   Joy.   Stara   dama   powinna   pisać 

powieści kryminalne. Była zaskoczona, gdy Joy Galson zajechała z piskiem opon

1

 przed 

dom, cała i zdrowa. Usiadła do kolacji świeża jak poranek, tylko jej oczy bardziej jeszcze 

błyszczały w ciemnych obwódkach zdradzających zmęczenie albo zdenerwowanie.

Co słychać w Johannesburgu? - spytałem.

Piękna   pogoda.   Proszę   o   sok   pomidorowy   i   sucharki.   Wyjechałam 

samochodem ogrodnika.

background image

Czy miałaś dzisiaj gości w „Wilmie”?

Nie-jej zdziwienie było szczere.

W takim razie ktoś przeszukiwał twój pokój. Ktoś, kto interesuje się również 

„Carołiną’”. Może jednak trochę kurczęcia i wina?

Podziękowała, naraz zasępiona. Trąciłem Jasminę Willingbottom:

Będzie pani musiała zmienić pierwszy rozdział krwawej powieści o porwaniu 

angielskiej dziewicy-szepnąłem.I

Szkoda, łotrze - rzuciła mi spojrzenie godne lady Makbet ostrzącej kuchenne 

noże przed dokonaniem zbrodni.

W  nocy,  gdy „Wilma”  pogrążyła  się już we śnie  i tylko  z ogromnego  parku 

Garricków niósł się śpiew cykad, zająłem się tym, o czym przez cały czas myślałem. Nie 

byłem pewien wyniku, więc ustanowiłem na stole mały, składany mikroskop (zawsze 

wożę go z sobą). No tak, teraz

miałem o czym rozmyślać. Odciski palców na broni, z której do mnie strzelano, i 

odciski na notatniku Joy były identyczne.

Te odciski należały do Joy Galson.

Przyznaję,   że   zmąciło   mi   to   nieco   rysującą   się   z   wolna   koncepcję   różnych 

zdarzeń.

ROZDZIAŁ VII

Chociaż wcale go o to nie pytałem, rozparty w fotelu Gregson oznajmił mi, że 

Tomai jeszcze nie śpiewa. Milcząc pakowałem drobiazgi.

Wynosisz się, Rob?

Tak, ale niezbyt daleko.

Gdzie? - węszył.

Nie  bój  się,  nie  zwiewam  -  zażartowałem.   - Jadę  na  zachodnie  wybrzeże. 

Właśnie otrzymałem zaproszenie od Storcha w imieniu Spółki Uranowej.

Do diabła-kiwnął głową z uznaniem Gregson - ma się te stosunki!

Nie jadę sam. Panna Galson jedzie ze mną. Gregson myślał o czymś przez 

chwilę.

background image

Oczywiście zawadzisz o Johannesburg?

Naturalnie, Greg.

Dobra. Więc wpadnij do mojego biura w kwaterze Policji.

Z panną Galson?

Gregson   wyszczerzył   zęby   w   uśmiechu,   którego   mógłby   mu   pozazdrościć 

podstępny Jago.

Do Johannesburga ciągnąłem ostro moim wozem, który po naprawie spisywał się 

znakomicie. Obowiązkowo, aby nie przyczepiała się policja, rzuciłem na tylne siedzenie 

sztucer („w tym kraju, panie Bart...” i tak dalej, znałem już to na pamięć). Możliwe, że 

dlatego nie położyłem go na przednim siedzeniu, bo chciałem mieć przy sobie Joy. Przez 

całą drogę milczeliśmy. Joy paliła papierosa, potem czytała książkę Desmonda Morrisa, 

ja zawzięcie ssałem starą fajkę.

Podobno rewelacja - mruknęła, gdy byliśmy w połowie drogi.

Ty? Zgadzam się-odmruknąłem. Błysnęła nagle drobnymi, mocnymi ząbkami.

Ależ nie, Morris! Poza tym dziękuję za komplement.

Uważam go za idiotę.

Było   w   tej   książce   kilka   miejsc,   pod   którymi   nie   podpisałbym   się   nawet   po 

pijanemu.

W Johannesburgu Joy postanowiła w moim towarzystwie odwiedzić uniwersytet, 

choć w „Wilmie” mówiła, że ma kilka pilnych spraw w mieście. Weszliśmy więc razem 

do   gabinetu   przyjaciela   Jaśminy,   profesora   Edmunda   Appletona.   „Jaki   śliczny 

Edmondo!” zakpiłaby na pewno Claudia Orlani. W rzeczy samej, Appleton pod pewnym 

przynajmniej względem przypominał coś ze swoich okazów leżących na długich pólkach, 

jego czaszka robiła wrażenie nagiej, a kalota była tak pięknie wysklepiona, że gdybym 

nie   miał   czegoś   innego   na   głowie,   zaproponowałbym   mu   serię   pomiarów   i   badań 

porównawczych. Szepnąłem to Joy, która parsknęła śmiechem. Appleton zdawał się nie 

zwracać na nią uwagi, w ogóle wydawał się tak stary, przezroczysty i zbutwiały, jakby 

specjalnie   dla   nas   opuścił   rodzinny   grobowiec.   Ale   jego   nieduża   figurka   z   taką 

szybkością i zwinnością sunęła po drabinie przesuwającej się wzdłuż półek przy pomocy 

silniczków elektrycznych, że stary banał, iż pozory mylą, nabrał w tym miejscu nowej, 

soczystej  treści. Kiedy wreszcie usiadł przed nami  za wielkim biurkiem, odgrodzony 

background image

barierą wybranych czaszek, dostrzegłem, że ma młodzieńczo błyszczące oczy. Palił fajkę. 

Łysy gnom z życzliwym uśmiechem. Przez chwilę przypatrywał się mojej towarzyszce z 

widocznym upodobaniem. Dopiero potem spytał o cel naszej wizyty. Kiedy wymieniłem 

nazwisko Jaśminy, Appleton rozpromienił się.

- Ona zawsze wtyka nos w dziwne sprawy! - zawołał. - O cóż więc chodzi?

Tak zwięźle, jak potrafiłem, przedstawiłem mu sprawę, która sprowadziła mnie 

do Południowej Afryki. Appleton wiedział oczywiście o śmierci Garricka. Pisano o tym 

w gazetach. Czy był z nim zaprzyjaźniony? Tak, do pewnego czasu widywali się często, 

byli   przyjaciółmi,   potem   Garrick   stal   się   w   swoich   poglądach   naukowych   zbyt 

apodyktyczny, zbyt pewny siebie...

Czy można rozumieć przez to, że mylił się w czymś? - przerwałem.

Raczej wysnuwał zbyt daleko idące wnioski. Ale miał osiągnięcia.

A czy miał również wrogów, profesorze?

Nawet Chrystus ich miał, młody człowieku.

Pani   Willingbottom   liczy   na   mnie,   oczekuje,   że   znajdę   przyczyny   śmierci 

profesora Garricka... Chcę powiedzieć, że może być dla mnie cenne wszystko, 

co mógłby mi pan powiedzieć o profesorze.

Biedny James. Lubiłem go. Ostatnio nie chciał ze mną rozmawiać nawet przez 

telefon. Zdziwaczał. Przyjmował niewiele gości i raczej nie ze świata nauki. 

Jasmina należała do uprzywilejowanych. Był bogaty, ale nie wiem, czy pensja 

uniwersytecka  i honoraria z odczytów  i publikacji przyczyniły  się do jego 

bogactwa. Mówiono, że ma również głowę do interesów.

A co pan sądzi o doktorze Holdenie?

Holden? To jego współpracownik. Młody, zarozumiały, zawistny. Zawistny, 

powiadam!

Czy zna pan kolekcję czaszek Garricka, profesorze?

Oczywiście. - Appleton powoli przecierał szkła okularów, potem przyjrzał mi 

się z dobrotliwym uśmiechem.

Wiesz - powiedziała potem Joy, kiedy zamknąłem ciężkie, zdobne w mosiężne 

klamki   drzwi   gabinetu   Appletona   i   szliśmy   długim,   cichym   i   chłodnym 

korytarzem ku schodom - wiesz, tam sobie pomyślałam, że pan Appleton mógł 

background image

się nazywać na przykład Moriarty. Nie miałem pojęcia, że czytała Doyle’a. 

Wziąłem   ją   za   rękę,   potem   objąłem   palcami   jej   szczupłe   famie,   nie 

zaprotestowała, przeciwnie, lekko uniosła łokieć, przyjaźnie i ufnie, szedłem z 

nią,   a   Joy   z   burzą   jasnych   włosów   wokół   głowy,   zielonooka,   ściągała 

spojrzenia   wszystkich   mijających   nas   studentów,   nawet   dziewczyn. 

Wsiedliśmy do samochodu, ostro nacisnąłem na pedał gazu, tak że tył wozu 

zatańczył na ulicy... To było potem, na razie - gabinet Appletona. Joy siedząca 

skromniutko z buzią w ciup, z dłońmi złożonymi na kolanach jak studentka 

przed   decydującym   egzaminem,   i   ja,   rozkładający   na   biurku   skorupy 

znalezione, a w każdym razie wręczone mi przez Morse’a. Nie było jednak 

pomiędzy   nimi   czaszki,   która   nie   należała   do   istoty   kopalnej.   Ten   odlew 

zostawiłem   w   „Wilmie”   w   prywatnym   sejfie   Emmy   (która   wydawała   się 

wdzięczna   za   okazane   jej   zaufanie).   Profesor   Appleton   obrzucił   wzrokiem 

złożoną czaszkę, a ściślej jej gipsowy odlew. Na biurku zadzwonił telefon. 

Uczony   gnom   pomknął   po   krótkiej   wymianie   zdań   ku   drzwiom, 

przeprosiwszy nas na chwilę.

Uważaj - powiedziała Joy.

Na co? - zdziwiłem się.

Staruszek jest inteligentny. Obserwuje nas jak pająk siedzący w środku swojej 

sieci. Popełnisz błąd i bęc! przepadniesz!

Appleton wrócił równie szybko, jak wybiegł. Zanim ‘się pojawił, powiedziałem 

do Joy:>

- Czy wiesz, że gdy ty ulotniłaś się z „Wilmy”, strzelano tam do mnie?

Oczy Joy zrobiły się okrągłe. Była naprawdę przestraszona.

Powiedziała   mi   to   pani   Willingbottom,   ale   ona   mówi   czasami   różne 

zwariowane rzeczy, Rob. Więc to prawda?!

Tak. Ale strzelano ślepym nabojem. I sądzę, że z okna twojego pokoju, Joy - 

zbujałem. - Czy potrafisz mi to wyjaśnić?

Potrząsnęła bezradnie głową. 

- Powiedz mi przynajmniej, dlaczego bez słowa wyjechałaś do Johannesburga.

Pomyślałam...   ale   to   zupełnie   głupie...   nie,   nie   powiem.   Sięgnąłem   do 

background image

kieszeni, podałem Joy jej notatnik.

Szukałam go! - zawołała. - Rob, jesteś paskudny.

- Ktoś inny też szukał. Znalazłem ja. Przypadkiem. Joy, powiedz, czy interesuje 

cię przeszłość Emmy Garrick? Czy telegrafowałaś do Londynu, by ktoś tam sprawdził 

parę nazwisk, adresów?

-Jakich nazwisk, o czym ty mówisz? - szepnęła, bo zamek u drzwi już lekko 

zaskrzypiał.

- Nazwisk dziewcząt z „Palladium”- odszepnąłem. 

Profesor Edmund Appleton siedział już za swoim olbrzymim biurkiem.

Joy   siedziała   sztywna,   chyba   zagniewana.   Kobiety   nie   lubią,   gdy   mężczyźni 

trochę orientują się w ich sprawach.

Co pan chce wiedzieć o tym odlewie, mister Bart? - spytał Appleton.

Kończyłem archeologię i trochę liznąłem antropologii...

Doktorek   z   ambicjami,   hę?   -   orzekł   mały   gnom.-Ten   odlew   -   powiedział, 

jakby już zapomniał o swej szczypcie ironii-ten odlew został wykonany przez 

fachowca, doktorze...

Zanim o tym pomówimy, mam kilka pytań, profesorze.

Słucham cierpliwie.

Czy profesor Garrick rozmawiał z panem o mnie?

Tak,   Odwiedził   mnie,   nie   pamiętam,   kiedy   to   było.   Prosił,   bym   panu 

powiedział, że oczekuje pana w swej samotni, w „Carolinie”. Miał pan tam 

pojechać bezpośrednio z Johannesburga.

A   więc   instrukcja   Horna   była   dosyć   dokładna.   Dlaczego   Emma   wprowadziła 

mnie   w   błąd   depeszą,   którą   otrzymałem   na   pokładzie   samolotu,   a   potem   rozmową 

telefoniczną, gdy przybyłem już do hotelu?

Czy   książka   Garricka,   wie   pan,  The   Missing   Key,  była   ostatnią   pracą 

profesora?

Ach,   nie.   Obiecał,   że   zadziwi   światek   antropologów   czymś   zupełnie 

sensacyjnym. Miał podobno gotowy rękopis.

Czy mówił również o zaginięciu tego rękopisu?

background image

Nic o tym nie wiem, doktorze Bart.

Albo mi  się wydawało, albo mały człowieczek  skurczył  się, spojrzał na mnie 

baczniej. Jeśli tak, to trwało to ułamek sekundy.

- Mówiono mi również w Londynie, że Garrick kolekcjonuje drogie kamienie?

Horn   dał   mi   to   tylko   do   zrozumienia,   lecz   nie   powiedział   wprost.   Appleton 

uśmiechnął się.

-   Jeśli   zechcemy   tak   nazywać   lokatę   kapitału,   to   bardzo   możliwe,   że 

kolekcjonował, ale ja nie należałem do tych, którym mógł pokazywać takie zbiory. - 

Appleton podkreślił ostatnie słowo. - Może pani Garrick mogłaby powiedzieć coś więcej 

na   ten   temat.   –   dobrotliwy   uśmiech   objął   całą   twarz   gnoma   siecią   drobniutkich 

zmarszczek. Wyglądał jak prehistoryczny lisek ostrożnie wysuwający mordkę z nory. 

Śmieszne skojarzenie, nie wiem wcale, jak wyglądały prehistoryczne lisy. Wiem tylko, 

że Emma  miała swój cel, opóźniając moją wizytę  u Garricka, moją rozmowę z nim. 

Dlaczego to zrobiła? Czy gdybym zjawił się w „Carolinie”, profesor Garrick nie zostałby 

zamordowany?   I  jeszcze   jedno:  ona   ukrywała   coś   przed   nim,   a   on  nie   miał   do  niej 

zaufania...

Czy wie pan, jak układały się stosunki Garricka z Holdenem?

Wiem   tylko,   że   Holdena   nie   wymieniono   w  The   Missing   Key  i   że 

prawdopodobnie nie został współautorem ostatniej pracy Garricka.

Ale prowadzili wspólnie wykopaliska?

Tak.   W   Sterkfontein   i   Makapansgat.   Tam   gdzie   Dart   i   inni   pracowali   na 

najstarszych stanowiskach australopiteków.

Zastanawiam się, czy odlew tej czaszki mógł być wykonany przez któregoś z 

tutejszych naukowców...

Nie sądzę - odparł Appleton oglądający skorupy. - Nie widzę tu znaczka ani 

numeru żadnej z naszych pracowni. Poza tym Garrick sam doskonale radził 

sobie z takimi rzeczami. I wreszcie proszę wziąć pod uwagę, że stary James - 

słowa   „stary   James”   powiedział   Appleton   takim   tonem,   jakby   sam   był 

młodym   doktorantem   mającym   w   nosie   wszystkie   autorytety   świata   -   z 

pewnością nie oddałby swojego skarbu przed opublikowaniem zapowiadanej 

rewelacji naukowej.

background image

Skarbu? Ma pan na myśli tę czaszkę? - wskazałem na to, co przyniosłem.

Oczywiście. ‘

Pan zna ten odlew, profesorze.

Nie widziałem go nigdy w życiu, młody człowieku.

Ale powiedział pan, że zna kolekcję Jamesa Garricka!

Tego   odlewu   tam   nie   było.   Ani   oryginału...   ale   mówiliśmy,   zdaje   się,   o 

doktorze Holdenie? Ma swoje laboratorium w prawym skrzydle na czwartym 

piętrze.

- Zanim go odwiedzę, proszę mi coś powiedzieć, o tym odlewie. 

Joy powiedziała mi potem, że Appleton objął długimi palcami

czaszkę z taką miłością, jakby obejmował ukochaną istotę, urzeczywistniony sen.

- Jeżeli Garrick chciał zadziwić świat nauki zapowiedzią publikacji niezwykłego 

odkrycia, to sądząc po tym, co pan mi przywiózł, mogę powiedzieć, że miał szansę. Jeśli 

oryginał   istnieje,   chcę   powiedzieć,   jeżeli   odlew   nie   jest   próbą   fałszerstwa,   to,   Boże 

święty,

 

chodzi

 

o

rewelację, doktorze Bart!

Joy wyciągnęła ze skórzanej torby przewieszonej na ramię notatnik oprawny w 

krokodylową skórę. Pstryknęła srebrnym długopisem.

Czy wolno mi notować, panie profesorze? - spytała, patrząc gnomowi w oczy. 

Skinął łaskawie głową. Ze strony Joy był to stary trick: wyciągnęła z torby 

notatnik, a jednocześnie włączyła ukryty w niej magnetofon. Już w „Wilmie” 

przesłuchałem kilka razy tę taśmę, zanim wyruszyłem tam, gdzie Garrick miał 

dokonać swojego odkrycia.

Oczywiście, może pani notować i publikować - w tym miejscu muszę dodać, 

że   Joy   przedstawiła   się   Appletonowi   jako   dziennikarka   z   Londynu.   - 

Naturalnie, nie potrzebuje pani ubiegać się o autoryzację. Garrcik nie lubił 

reklamy,  ja ją popieram.  Poza tym  sądzę, że trzeba oddać publicznie hołd 

dokonaniom mojego wielkiego kolegi... Szkoda tylko, że nie przywiózł pan 

drugiej czaszki - spojrzał na mnie szybko, szkła jego okularów zabłysły ostro.

Znalazłem tylko ten odlew - skłamałem - i wcale nie wiem, czy chodzi o to, co 

prasa nazwała już „tajemnicą dwóch czaszek”. Czy Garrick mówił panu coś o 

background image

drugiej czaszce?

Raczej półgębkiem o obu znaleziskach. Nawet nie prosił mnie o konsultację. 

Może doktor Holden widział oryginały. Ale do rzeczy, bo czas jest abstrakcją 

tylko   w   ujęciu   filozoficznym.   Czy   był   pan   kiedyś   w   Sterkfontein   czy 

Makapansgat?

Nigdy.

Profesor Appleton rozparł się w fotelu, a raczej zsunął się tak z oparcia, że zza 

wielkiego   biurka   wystawała   tylko   jego   nienaturalnie   duża   czaszka   obciągnięta   żółtą 

skórą,   gładką   jak   powierzchnia   kuli   bilardowej.   Znowu   zadzwonił   telefon,   Appleton 

podniósł  słuchawkę, po czym  wybiegł  z  gabinetu  z szybkością  pająka  pędzącego  po 

zdobycz.   Profil   Joy   rysował   się   wyraźnie   na   tle   bocznego   wysokiego   okna.   Był   to 

wyjątkowo ładny profil. Powiedziałem Joy, że chyba ją trochę kocham.

- Cholerny bigamista! - prychnęła.-Nie lubię facetów żonatych, dostawiających 

się

 

do

 

dziewcząt

 

oczekujących

 

tylko

 

poważnych

propozycji.

Pająk już wrócił, bez zdobyczy. Wskoczył na fotel. Rozpoczął zwięzły wykład, 

połączony  z  umiejętną  demonstracją  rekonstrukcji  małpoludów  wykonanych  zapewne 

przez   Rosena   i   Heima;   miałem   w   Londynie   rekonstrukcje   tych   dostojnych   głów   i 

popiersi, na których tle jedna ze skorup, ta którą przywiozłem z „Wilmy’, przypominała 

czaszkę   małej   małpy.   Tymczasem   Appleton   promieniał   mając   przed   sobą   coś,   co 

zdumiało go bez wątpienia, i” kogoś, kto coś niecoś rozumie’ w tym labiryncie wiedzy o 

istocie studiów wewnątrzczaszkowych, zewnętrznych problemach kaloty i fragmentach^ 

skorup,   na   których   gnom   z   zamkniętymi   prawie   oczami   wskazywał   miejsca   sfery 

słuchowej, czuciowej, ruchowej, sfery pamięci i sfery wzrokowej, bruzdy równoległej i 

bruzdy półksiężycowatej.

- Ta czaszka nie należy ani do młodego szympansa, ani do goryla, doktorze Bart 

Proszę

 

zwrócić

 

uwagę

 

na

 

jej

 

kulistość

 

i

 

stosunek

przodomózgowia do tyłomózgowia, na móżdżek To jest większa sensacja niż odkrycie w 

Beczua

 

na

 

lądzie,

 

niż

 

czaszka

 

z

 

Hearts

Yalley... Tak, proszę, pana, mały wycinek naszej sawanny na północ, zachód i południe 

od

 

Johannesburga

 

jest

 

więcej

 

wart

 

niż

 

cała

 

historia

background image

Anglii! - zmierzył mnie takim wzrokiem, jakby wołał: „Spróbuj zaprotestować, idioto!”

- Czy ta czaszka, profesorze, jest starsza od znalezisk w Taungs, Makapansgat, 

Sterkfontein czy Potgietersrust?

- Czy starsza?  Ależ, człowieku, to jest starsze od wszystkiego,  co nazywamy 

australopitekami, istotami ludzkimi najstarszymi, jakie zna nauka, i to coś, doktorze Bart, 

stoi   pomiędzy   odkryciem   z   Taungs   i,   być   może,   istotą   nazwaną   kiedyś   Proconsul 

africanus,   jeśli   ta   istota   rzeczywiście   reprezentowała   nas   przed   kilkudziesięcioma 

milionami lat! Proszę spojrzeć na otwór potyliczny w podstawie czaszki, łączący mózg z 

rdzeniem kręgowym... ten mały facet chodził już w postawie wyprostowanej na długo 

przed istotą z Taungs...

Słuchałem i myślałem. Appleton twierdził, że nie widział tej czaszki w zbiorach 

Garricka. Zatem nie znał warstwy archeologicznej, w której Garrick dokonał odkrycia. 

Nie miał w ręku oryginału, nie dokonał pomiarów radioizotopowych... bez wątpienia jest 

znakomitym anatomem i antropologiem, a jednak... A druga czaszka, ta, której ja nie 

mam,  jeśli oczywiście istniała w zbiorach Garricka, zamiast tej przestrzelonej? Jest - 

była? - młodsza czy jeszcze starsza? Młodsza? To także byłaby rewelacja, nowy pomost 

pomiędzy „nimi” i „nami”. Gipsowy odlew leżał na piersi Appletona długie palce sunęły 

po nim.

- Proszę spojrzeć, ani śladu wału nadoczodołowego, twarz nie jest wysunięta jaku 

antropoidów, a żuchwa? arcydzieło! Żadnych kłów, jak naiwnie wyrażał się Darwin, co 

za osioł... Pediatra byłby tu rozczulony, ach! mieć oryginał! O umarłych nie mówi się źle, 

ale stary Garrick był łotrem, jeśli nauce zostawił tylko ten gipsowy odlew...

Nie, nie zapytam go, skąd jest tak pewien, że odlew pochodzi z kolekcji Garricka.

Pan nigdy nie kopał z Jamesem Garrickiem, profesorze?

Niestety. Kiedy Garrick wkraczał na jakiś trop, lubił pracować sam.

Nawet doktor Holden nie wie w takim razie, gdzie Garrick mógł znaleźć to, o 

czym teraz mówimy?

Prawdopodobnie - skinął wielką głową gnom.

W takim razie - westchnąłem - jestem chyba jedynym  facetem na świecie, 

który wie, w jakiej warstwie spoczywał przez miliony lat oryginał...

Właściwie dlaczego to powiedziałem? Joy popatrzyła na mnie ze zdumieniem. 

background image

Natomiast reakcja Appletona była zupełnie inna. Skurczył się, jakby sprężył do skoku zza 

ogromnego biurka. Pobladł. Teraz zauważyłem, że ma sine powieki i paznokcie. Choruje 

na serce,

- Gdzie to jest, doktorze? - wyszeptał, przełykając ślinę.

- Najpierw sam się tam pofatyguję, panie profesorze. 

Dobrodusznie patrzące oczy Appletona rozbłysły za okularami jak

blask stalowej klingi. Chwila. Już jest sobą. Krząta się, podaje mi drinka, Joy 

prosi   o   sok   pomarańczowy   z   odrobiną   brandy,   oryginalne   upodobania,   czemuż   nie 

odwrotnie? Kobiety robią wszystko na opak. Prawie leżąc w głębokim skórzanym fotelu, 

słucham   wykładu   Appletona.   Joy   czasem   coś   notuje...   Jestem   prawie   pewien,   że   w 

kolekcji’ Garricka była i druga, bezcenna czaszka, nie ta, którą zostawiłem w „Wilmie”. 

Mój   przyjaciel   z   Yardu   powiedziałby   teraz:   „intuicja,   mój   stary”.   A   taki   Gregson? 

Gregson postukałby się pewnie w okrągły łeb pokryty ryżą szczeciną i wrzuciłby do gęby 

nową gumę do żucia.

I jeszcze pomyślałem, czy Ukele śledzi swoją panią tak pilnie, jak przyrzekła, 

chodzi o te skorupy w sejfie. Emma była dobrą białą panią, ale gdy nie powiedziała nic, 

kiedy policja zabierała Tomai, Emma jest złą białą lady, przeklętą Afrykanerką, białym 

diabłem.

- Oczywiście - powiedział spokojnie profesor Appleton - oczywiście, najpierw 

pan, doktorze, pofatyguje się tam.

O co mi chodzi, kiedy tak podniecam tego gnoma? Stanowczo, Bart, nie masz 

metody, powiedziałby mi inny mój przyjaciel, komisarz Yilleforce z Paryża. Pracujesz na 

ślepo, Masz psi węch.

Czy może mi pan wypożyczyć ten odlew? Powiedzmy na tydzień...

Niestety, sam chciałbym nad nim popracować, profesorze.

W „Wilmie”? - zagadnął.

Tak. Jeśli pani Garrick nie wymówi mi pokoju.

Mógłbym przysłać któregoś z moich asystentów, wie pan, chodzi o pomiary i 

fotografie,  chociaż  to  tylko  odlew,  a  nie  oryginał.  Czy sądzi  pan,  że  pani 

Emma zechce przyjąć w tej sytuacji jeszcze jednego gościa?

- Sądzę że pani Willingbottom,załatwi to z całą pewnością.

background image

- Ach, ta Jasmina! Poczciwe dziecko. Zadzwonię do niej dzisiaj. 

Zdaje się, że byli w jednym wieku. Mniejsza oto. Appleton chwycił przynętę, i to 

błyskawicznie, jak głodny szczupak. Chce mnie mieć na oku.

Staruszek   Appleton   ma   oryginalny   sposób   prowadzenia   wykładu,   wprowadza 

mnóstwo dygresji, w których czasem się gubi albo chce robić wrażenie zagubionego, bo 

powraca z precyzją do punktu wyjścia. Kiedy skończyliśmy rozmowę, byłem porządnie 

zmęczony, Joy chyba też. Pożegnaliśmy Appletona. Przedtem poprosiłem go o polecenie 

mi jakiegoś etnografa, który mógłby mi objaśnić niektóre obyczaje ludów Afryki, tej 

części Afryki, zwłaszcza Transwalu. Z Transwalu pochodzi Tomai i chciałem wiedzieć, 

jakich obrzędów dokonywał owej nocy, skupiony jak czarny bóg, trzymając w rękach 

straszliwe narzędzie zbrodni... o zbrodni i Tomai pomyślałem przez chwilę wtedy, gdy 

ujrzałem martwego Garricka. Teraz skreśliłem Tomai z listy moich podejrzanych, ale 

muszę   wiedzieć   wszystko   o   wszystkich,   a   wiem,   że   Tomai   coś   kryje.   Ciekawe,   jak 

potraktują go podczas przesłuchań. Te słowa, które Tomai wymówił owej gwiaździstej 

nocy przed rzeźbą upiornego ptaka, dziwne słowa, kogoś musiały przecież dotyczyć: 

„Niech go zabije błyskawica, która spada jak orzeł, niech mu wywróży śmierć!” Gdybym 

to powiedział Gregsonowi, miałby o czym myśleć.

Profesor   Hopkins,   który   przyjął   mnie   z   polecenia   Appletona,   wysłuchał   bez 

szczególnego zainteresowania tego, co mu powiedziałem. Oczywiście pominąłem to, że 

moje pytania krążą wokół konkretnego człowieka, wokół Tomai. Odpowiedź Hopkinsa 

była zwięzła i krótka, co mnie dosyć ucieszyło, bo Joy czekała tym razem na korytarzu.

Ptak, którego mi pan opisał, doktorze, przypomina mi rzeźbę, którą widziałem 

ongiś w Cape Town, jedną z czterech rzeźb steatytowych, które stary Posselt 

znalazł w roku 1888 ponad doliną Zimbabwe. W kilka lat później ekspedycja 

Benta   znalazła   tam   jeszcze   sześć   takich   ptaków.   Powstała   wtedy   teoria   o 

fenickim  czy egipskim pochodzieniu  pewnych  kultów w tej części  Afryki, 

„teoria Astarte” i „teoria Amona”. Nie chcę się o tym wypowiadać szerzej...

Czy   obecnie   -   przerwałem   spiesznie   -   praktyki,   o   których   panu 

opowiedziałem,   mogą   mieć   jakiś   związek   z   planowaniem,   na   przykład, 

zabójstwa człowieka?

Trzeba   by   postawić   pytanie,   czy   kiedykolwiek   miały   taki   związek.   Wciąż 

background image

niewiele  wiemy   o  pewnych   sprawach.  Na  przykład   ludy  Bantu   wierzą,  że 

można kierować błyskawicami rzeźbiąc ptaka, który u nich wyobraża właśnie 

błyskawicę. Taką błyskawicę przy pomocy odpowiednich praktyk kultowych 

można skierować w dowolne miejsce. Mielibyśmy więc do czynienia w tym 

przypadku z wpływaniem na bieg wydarzeń za pomocą praktyk kultowych i 

magicznych.   Ale   posługiwanie   się   nożem,   o   czym   pan   mówił,   doktorze, 

komplikuje sprawę.

Czy   zdaniem   pana   profesora   zabiegi   magiczne   wykonywane   przed   rzeźbą 

ptaka-błyskawicy mogą poprzedzać akt zemsty?

Przelew krwi?... - spytał Hopkins, unosząc wysoko brwi.

Morderstwo - uściśliłem.

Znane mi fakty przeczą takiej możliwości, doktorze.

A życzenie, aby kogoś miało spotkać coś złego?

Hm... w zasadzie nie można tego wykluczyć.

Czy   słyszał   pan,   profesorze   Hopkins,   o   zamordowaniu   profesora   Jamesa 

Garricka? - spytałem nabijając fajkę.

Ależ tak! Biedny James, przyjaźniliśmy się trochę w Anglii.

Na uniwersytecie czy...

Tak, w Oxfordzie. To dawne czasy, proszę pana.

Czy Garrick mógł mieć wrogów pośród swojej służby?

Wśród czarnych? Wykluczone. Był dla niech ojcem, a jego osobisty służący, 

Tomai, wie pan - Hopkins ściszył głos - zawdzięcza mu życie czy wolność. 

Garrick wspomniał mi kiedyś o tym w dyskrecji, kiedy jeszcze przyjeżdżał z 

„Wilmy” i prowadził wykłady w Witwatersrand.

Chciałem   jeszcze   odwiedzić   doktora   Holdena.   Appleton   uprzedził   go 

telefonicznie o tym. Holden przyjmie mnie o dwunastej, mam trochę czasu, a Hopkins 

gotów jest dać mi gruntowny wykład o hamerkopach czyli rzeźbach ptaków-błyskawic i 

obyczajach   plemienia   Soso,   ale   to   nie   wyjaśni   mi,   komu   Tomai   życzył   tamtej   nocy 

śmierci. Trochę gawędzimy o wykopaliskach w Oranje, Transwalu, kraju Suazi i Rodezji, 

Hopkins   zaprasza   mnie   do   odwiedzienia   stanowisk   archeologicznych   w   rejonie 

background image

Zimbabwe, przyjmuję zaproszenie tym gorliwiej, że Joy już się na pewno denerwuje na 

korytarzu. Ostatnie pytanie:

- Co pan sądzi, profesorze, o doktorze Holdenie?

Hopkins patrzy na mnie, jeszcze wyżej unosząc brwi. Nie lubi obcesowych pytań, 

przez chwilę milczy.

Z naukowego punktu widzenia jego prace są niewątpliwie...

Nie o to mi chodzi. Doktor Holden interesuje mnie od strony prywatnej.

Hopkins   jakby   zesztywniał,   jego   uprzejmość   niknie   pod   chłodną   maską 

dżentelmena z Oxfordu.

To jest pytanie godne policjanta, doktorze.

Sądzę, że dobrze pan to określił. Moja obecność w Republice Południowej 

Afryki nie ma charakteru naukowego. Interesują mnie okoliczności śmierci 

profesora Garricka. Miałem wykonać dla niego pewną misję, niestety, zanim 

zdołałem spotkać się z nim, został zamordowany, jak pan wie.

Zatem  bawi   pan  u  nas  nie  jako  archeolog?  Pańskie  prace  na  temat   kultur 

Mezoameryki...

Zostawmy je - atakuję. - Siedzi przed panem prywatny detektyw Robert D. 

Bart. Może to potwierdzić pani Emma Garrick, a także tutejsza policja. Oto 

moja licencja.

Hopkins przygląda się przez chwilę mojej karcie licencyjnej.

...Mógłbym odpowiedzieć tylko prywatnie - zastrzega się.

O to właśnie mi chodzi.

No więc... Cóż, nie jest tajemnicą, że doktor Holden bardziej przyjaźnił się z 

żoną Garricka niż z nim samym, chodziły takie słuchy, mnie to zresztą nie 

obchodziło...   Holden,   no,   krótko   mówiąc,   jest   hazardzistą,   trochę   także   w 

nauce, bo buduje pośpiesznie teorie...

Żądny sukcesu?

O tak, właśnie - przytaknął Hopkins. - Poza tym pasjonują go kobiety, karty i 

wyścigi konne. <

To kosztowne rozrywki-zauważyłem.

background image

Tak. Niewątpliwie.

Było jasne, że Hopkins nic więcej mi już nie powie. Podał mi rękę tak ostrożnie, 

jakby obawiał się, że zaraz wyciągnę z kieszeni kajdanki.

W sekretariacie starsza pani z fryzurą godną buszu wręczyła mi karteczkę od Joy: 

Jestem głodna, znajdziesz mnie w tutejszym snack-barze.

Drzwi gabinetu  Ryszarda  Roberta Holdena  były  obite  brązową skórą, on sam 

siedział za niedużym biurkiem na tle okna przysłoniętego białymi żaluzjami. W kącie 

pokoju na szafie z rocznikami londyńskiego „Lancet” szumiał różowy wentylator. Drzwi 

w przeciwległej ścianie były otwarte, prowadziły do laboratorium. Dzień był wyjątkowo 

upalny jak na tutejszy klimat. Osunąłem się w skórzany fotel, wszystkie fotele w tym 

pokoju   oraz   kanapa   obciągnięte   były   skórą.   Przede   mną   siedział   facet   z   pewnością 

zadowolony z siebie. Gładko ogolona twarz z cieniami  sinawego zarostu, okulary w 

cienkiej złotej oprawie, na prawej ręce cienka złota bransoleta, pewnie z grupą krwi, na 

lewej ręce ciężki złoty zegarek. Tylko zęby nie były złote, a gdy Ryszard Robert Holden 

wyciągnął   do   mnie   rękę   na   powitanie,   bez   wątpienia   była   to   ręka   silnego, 

wysportowanego   mężczyzny.   Przyjrzałem   mu   się   z   podziwem.   Był   świeży,   jakby 

wyskoczył z kąpieli. Ja w przepoconej koszuli i wymiętej wiatrówce czułem się tu prawie 

jak   intruz,   zwłaszcza   gdy   z   przyległego   laboratorium   wyszła   smukła   czarna   gazela. 

Dziewczyna   miała   długie   nogi   i   krótki   biały   fartuszek   troszkę   rozpięty   w   miejscu 

dzielącym wysokie piersi. Rzuciła Holdenowi długie spojrzenie, na mnie nie zwróciła 

najmniejszej uwagi, włożyła coś do metalowej szafy z kartotekami i odpłynęła do białego 

laboratorium jak czarny sen.

To moja pomocnica, robi doktoratów Londynie, a tu przebywa na praktyce - 

objaśnił mnie Holden swobodnie, zapalając wonnego lorda.

Czarny naukowiec na uniwersytecie Witwatersrand? - upewniłem się.

Tak, rozumiem pańskie zdziwienie.  Było z nią trochę kłopotu, to zupełnie 

wyjątkowa historia. Pragniemy utrzymywać dobre stosunki z Uniwersytetem 

Londyńskim,   więc   rada   Wydziału   Antropologii   dała   pannie   Simpson 

dyspensę,   zresztą   unieważnioną   ku   naszemu   żalowi   przez   tutejsze 

ministerstwo.  Panna Simpson  wyjeżdża  w przyszłym  miesiącu  do Anglii... 

Ale, ale, czym mogę panu służyć, panie doktorze?

background image

Kilka drobnych pytań, mam nadzieję, że pójdzie nam szybko.

W jakiej sprawie?

W sprawie morderstwa popełnionego na profesorze Garricku.

O tym  nie   nam  nic   do  powiedzenia,  poza   tym  co   powiedziałem   już  panu 

Gregsonowi.

Pozwoli pan jednak, że postawię pytania.

Proszę.

Pan jest lekarzem czy antropologiem?

Lekarzem   internistą.   Na   uniwersytecie   prowadzę   badania   teoretyczne.   W 

mieście mam prywatną praktykę. Antropologią zaraził mnie profesor Garrick.

Czy pamięta pan dzień, w którym profesor został zamordowany?

Tak. Otrzymałem telefon pani Garrick, będąc w klubie golfowym „Oaza”.

Czy przebywał pan tam przez cały dzień?

Chyba   do  wieczora.   Emma...   pani   Garrick   nie   chciała,   bym   przyjechał   do 

„Wilmy”, była wstrząśnięta tym strasznym wydarzeniem, rozumie pan...

Doskonale rozumiem. Czy pani Garrick dzwoniła do pana w dniu popełnienia 

morderstwa?

Tak.

O której godzinie?

Chyba po południu. Tak, siedziałem wtedy z kolegami w barze.

To dziwne.

Dlaczego?

Ponieważ panią Garrick zawiadomiono o śmierci męża późno w nocyi panie 

doktorze.

Lewa strona męskiej ogorzałej twarzy Holdena zadrgała przez sekundę,

Och - powiedział spokojnie - widocznie coś pomyliłem. Tak. Byłem w klubie 

„Oaza”   przez   cały   dzień,   ale   telefon   otrzymałem   następnego   dnia.   Tak,   z 

wszelką pewnością!

Oczywiście ma pan alibi, jeśli chodzi o dzień spędzony w „Oazie”?

Z pewnością. Czy to ważne?

background image

Możliwe.

Odpowiadał swobodnie, ja nie naciskałem. Nie, nie widział odlewu czaszki, który 

wzbudził takie zainteresowanie Appletona. Tak, przed mniej więcej dwoma miesiącami 

dowiedział się o zniknięciu dwu czaszek z kolekcji Garricka. Najpierw wspomniał o tym 

sam  Garrick,  potem  pani   Emma  mówiła,   że  jej  mąż  jest  czymś,   zapewne  kradzieżą, 

bardzo wzburzony. Nie, nie pomagał profesorowi w przygotowaniu jego ostatniej pracy, 

nie widział nawet fragmentów rękopisu. Ostatni raz pracował z profesorem w Kromdraai, 

znaleźli   tam   różne   ciekawe   szczątki,   ale   nie   przekraczające   odkryć   Darta,   wszystkie 

miały około miliona lat, tak, przywykliśmy tu już do takich sensacji. Tak, prowadził 

zajęcia   ze   studentami   w   zastępstwie   Garricka.   Profesor   rzadko   pojawiał   się   już   na 

katedrze.  Czy teraz liczy na tę katedrę?  Możliwe,  ale nie gorączkuje się, ma  pewne 

propozyje z Uniwersytetu Londyńskiego, ma już dość tego cholernego kraju, w którym 

każdy biały, jadąc na partię golfa do sąsiadów, musi przedtem uzbroić się po zęby. Poza 

tym oczywiście jest to bardzo piękny kraj, biali dokonali tu wielkich rzeczy. Nie, nie jest 

członkiem rządowej Partii Nacjonalistycznej, ale gdyby otrzymał katedrę Garricka albo 

stypendium potrzebne do kontynuacji prac, musiałby rozważyć ten problem. Czy dawno 

zna panią Garrick...

Poznałem ją na przyjęciu u znajomych w Johannesburgu, potem oczywiście 

widywałem ją Często w „Wilmie”, gdy pracowałem z profesorem.

Pan bywa w Londynie?

Raz do roku. Wyścigi w Ascot. Wie pan, lubię konie.

Czy tam również widywał pan panią Garrick?

- Do diabła! - Holden zdenerwował się po raz pierwszy. - Zadaje pan niewłaściwe 

pytania, panie Bart!

Więc zadam jeszcze jedno: czy pan lubi panią Garrick?

Odmawiam   odpowiedzi!   I   skończmy   już   tę   rozmowę,   mam   dużo   pracy. 

Nacisnął guzik na biurku. Czarne bóstwo wpłynęło do gabinetu.

Proszę mi przynieść ostatnie odlewy i pomiary kości z Jaskini Palenisk, panno 

Simpson.

Te, które wykonałam dla Union Archaeological Survey?

Tak!... Żegnam, panie Bart.

background image

Tylko   do   widzenia.   -   Dla   pamięci:   ilu   ludzi   w   Johannesburgu   potrafi 

wykonywać takie odlewy? musisz się o tym dowiedzieć, ciekawe też, czy pani 

Garrick wie o istnieniu tej czarnej gazeli, panny Simpson?

Nie pojmuję - prychnął z wyższością - nie pojmuje, jak człowiek nauki może 

wykonywać prace, no, niezbyt czyste, doktorze.

Ma pan na myśli moją praktykę prywatnego gliny? Cóż, denerwuje mnie, gdy 

czasami stajnie są brudne.

Herakles za szylinga.

Pan lubi wydawać więcej? - Spojrzałem mu w oczy. Pobladł ze złości, mimo 

to uśmiechnął się i podał mi rękę. Jest bardziej twardy, niż przypuszczałem.

Już w drzwiach:

Zupełnie ostatnie pytanie dzisiaj. Czy w Ascot bywa pan tylko widzem?

Co pan ma na myśli, u diabła?!

To,   że   pewne   pasje   są   niezwykle   kosztowne.   Zawsze   ciekawi   mnie,   skąd 

ludzie biorą na to forsę.

Cicho zamknąłem drzwi.

W   snack-barze   znalazłem   Joy.   Piła   kawę.   Zamówiłem   hamburgera   i   piwo 

imbirowe.

Przystojny facet ten Holden - powiedziałem przy stoliku.

Możliwe. Poza tym jest na lodzie. Słyszałem, że odmówiono mu pomocy w 

fundacji Wenner-Gren**. Na Witwatersrand miejsca zbyt długo nie zagrzeje, 

więc pozostaje tylko Londyn. Poza tym to przystojny playboy.

Skąd wiesz o tej fundacji? - zainteresowałem się.

Zadałem   to   pytanie,   gdy   już   spełniłem   obietnicę   i   siedzieliśmy   w   małej 

kawiarence w pobliżu uniwersytetu, a Joy w skupieniu smakowała poziomkowe lody. 

Nad   górną   wargą   Joy   błyszczały   drobniutkie   kropelki   potu,   jej   zielone   oczy 

przypatrywały mi się przyjaźnie. Ile jeszcze muszę się o niej dowiedzieć?

Skąd wiesz o tej fundacji?

Powiedziała mi panna Simpson, gdy umawiała mnie z doktorem Holdenem.

Reportaż wyraźnie rozszerza się, czyżby już chodziło o powieść? - pomyślałem.

background image

Ta czarująca czarna gazela?

Ładna, prawda? I niegłupia. Nie tak głupia jak Emma Garrick!

Tak?... Czy wiesz, że doktor Holden ma twarz asymetryczną?

Nie. A co to znaczy?

To, że jedna strona twarzy wygląda inaczej niż druga.

Jakie to może mieć znaczenie?

Jeszcze nie wiem.

...Rob, powiedz, czy ty traktujesz mnie poważnie?

Śmiertelnie poważnie.

Jej   oczy  zawisły  nieruchomo   w  powietrzu   jak  dwa   zielone   motyle.   Śmieszne 

porównanie, za chwilę zacznę pisać wiersze.

Od dawna kłamiesz, Rob?

Od   dziecka.   Tak   twierdzi   moja   ciotka,   zacna   stara   Augusta.   Zanim 

pojechaliśmy do głównego urzędu pocztowego, zauważyłem

Gregsona. Siedział za kierownicą odkrytego policyjnego landrovera. Pokiwał mi 

rękę, zezując na Joy. Na szybie mojego wozu znalazłem nieprzemakalną żółtą kartkę, 

mandat za nie opłacone parkowanie. Gregson popatrzył  na mnie tak, jakby mi chciał 

powiedzieć: To nie moja sprawa, nie mój resort! Mruknąłem do Joy:

Co za rozrzutność i automatyzm cywilizacji. To, co dobre w Londynie czy 

Waszyngtonie, jest idiotyczne w kraju, w którym prawie nie pada deszcz. Co o 

tym sądzisz?

Nic, jestem zmęczona.

Na poczcie nadałem depeszę do Londynu, zawiadamiając ciotkę Augustę i jej 

kota, że czuję się znakomicie. Przyrzekłem rychły powrót, choć wcale nie byłem tego 

pewien. Potem zamówiłem rozmowę z moim przyjacielem Dawsonem z Yardu. Miałem 

dla niego trochę roboty.  Poza tym  zapytałem  go, co sądzi o panu Morse. Nigdy nie 

zaszkodzi sprawdzić faceta, nawet gdy budzi takie zaufanie jak ta mała wąsata foka. 

Dawson od razu wiedział, o kogo chodzi. Przynajmniej z tej strony nic mi nie grozi, bo 

to, co powiedział mi o sobie Morse, było prawdą.

Wracaliśmy   do   „Wilmy”,   gdy   noc   otwierała   nad   miastem   swoje   przepaście 

background image

obsiane gwiazdami. Wydawało mi się, że przez jakiś czas jechał za nami jakiś landrover. 

Rzuciłem okiem na tylne siedzenie, leżał tam przepisowo sztucer pożyczony mi przez 

Emmę.

Stajesz się nerwowy, Rob? - spytała Joy z głową na moim ramieniu. Była 

śpiąca.

Możliwe, że wieczorem i w nocy bywam tu nerwowy, bo chodzi tu nie tylko o 

jednego trupa, ale o dużą forsę i Bóg wie o co jeszcze.

Czy duża forsa to mała rzecz, Rob?

Czasami,  moja panno, ważniejsze bywają ambicje. Kto szuka piekła, moja 

miła, ten niech szuka ambicji.

Joy zadrżała. Ale była to może sprawa wieczornego chłodu.

Tej nocy nie mogłem spać. Zszedłem do biblioteki Garricka, z puszką zroszonej 

chłodną mgiełką coca-coli chodziłem wzdłuż szaf z książkami. Nie wiedziałem, czego 

szukam,  o co mi  chodzi. Wziąłem  jakąś książkę Le Gros Clarca i znalazłem  w niej 

stronicę starego atlasu

antropologicznego z roku 1900. Zabytek. Ale na marginesie widniała notatka:

Nie ma wątpliwości, to jest starsze od australopiteka, a mimo to ogólne cechy  

morfologiczne korzystniejsze niż u poprzednika, są dowody, że posługiwał się ogniem,  

kopać w Kalkbank...

Usiadłem, drżącymi palcami nabiłem fajkę. „To” mogło być ogniwem pomiędzy 

australopitekiem   i   proconsulem!   Ale   Kalkbank?   Miejsce   raczej   odległe   od   doliny 

Makapansgat... Wziąłem z półki atlas Goodalla-Darby’ego. Tak, około 110 kilometrów 

od doliny...

To  dobrze, że  Jasmina  nocowała  dziś w „Wilmie”.  Poszedłem  do jej  pokoju. 

Jasmina otworzyła mi drzwi, pomrukując coś, były to zapewne bardzo brzydkie słowa. 

Na głowie miała olbrzymią wieżę papilotów. Z kieszeni pikowanego szlafroka wystawała 

perłowa   kolba   małego   colta.   Na   stoliku   pod   nocną   lampką   leżała   książka   Biggersa. 

Krótko   mówiąc,   zapytałem   Jasminę,   czy   zna   charakter   pisma   Jamesa   Garricka. 

Oczywiście   mogłem   się   przyjrzeć   jego   rękopisom   rano,   ale   teraz,   teraz   byłem 

niecierpliwy.

Jasmina skinęła głową. Spojrzała na notatkę, która mnie tak zafrapowała.

background image

- Tak-powiedziała. - To pismo Jamesa. O co chodzi?

- Droga przyjaciółko, na razie o nic, tylko o milczenie. Nikomu ani słowa.

Zbliżamy się do celu? - spytała starsza pani, oblizując wargi.

Powolutku - odpowiedziałem. - Powolutku.

Kładłem się spać z pewną wątpliwością. W Kalkbank, o ile dobrze pamiętałem, 

odkryto stanowiska sprzed zaledwie 15 czy 20 tysięcy lat. Stanowiska paleolitycznych 

myśliwych...

Następnego dnia rano w jadalni przy śniadaniu:

-   Joy,   jak   myślisz,   czy   panna   Simpson   pracuje   już   długo   w   tutejszym 

uniwersytecie?

- Pół roku. Zdaje się, że chce zrobić doktorat z antropologii. 

Wychodzę. Telefonuję do Appletona. Pytam go, czy jeszcze pamięta skorupy, 

które mu pokazałem. Oczywiście wiem, że pamięta. Zadaję drugie pytanie: czy odlew 

czaszki tego antropoida jest stary, czy też może...

- Sądzę - odpowiada Appleton - sądzę, że to świeża robota. Dziękuję profesorowi 

za informację, odkładam słuchawkę. Wracam

do stołu. Ukele podaje mi śniadanie, jak sobie życzyłem, bekon na jajkach, a nie 

odwrotnie, do tego grzanki, masło i mocną kawę. Potem dzwoni do mnie Gregson. Mówi, 

że   w   biurze   notarialnym   „Van   Stessen”   policja   zajęła   się   na   polecenie   sędziego 

testamentem profesora Garricka.

Wszystko dziedziczy Emma Garrick! - zakończył krótką relację Gregson.

Dużo tego?

Cholernie dużo, Bart. Nie przypuszczałem, że ci naukowcy potrafią robić taką 

forsę. Zanieś nowinę pięknej wdowie, Bart!

Zaniosę. A co z Tomai?

Siedzi   sobie   -   Gregson   roześmiał   się   tak   gromko,   że   odsunąłem   od   ucha 

słuchawkę. - Kiedy już zmięknie w celi, przyciśniemy go na przesłuchaniu. 

Nie mam żadnych szczególnych podejrzeń, po prostu węszę, przyjacielu. Aha, 

i powiedz pani Garrick, że ją odwiedzę, by zadać kilka pytań.

Emma przyjęła wiadomość z opanowaniem. Naturalnie, mówiła, to. nie jest dla 

niej zaskoczenie, w pewnym sensie, oczywiście, bo James wspominał o tym testamencie. 

background image

Nie   wiedziała   natomiast,   że   jej   mąż   posiadał   duży   majątek.   A   czego   chce   od   niej 

Gregson?

Wkrótce otrzyma pani poważny spadek, a więc... no więc pojawią się zapewne 

atrakcyjne dla policji przesłanki, nim zostaną sprawdzone wszystkie możliwe i 

niemożliwe - kluczyłem, ale Emma od razu pojęła o co chodzi.

Chodzi o to, że pojawia się motyw zbrodni, prawda?

Nie jedyny w tej sprawie, proszę się nie przejmować.

Potem Ukele powiedziała mi, że jej pani dzwoniła do Johannesburga. Dwa razy. 

Chciała koniecznie rozmawiać z doktorem Holdenem. Powiedziała mi też, że jej pani ńie 

interesowała   się   swoim   sejfem   znajdującym   się   w   małym   pokoju   przylegającym   do 

sypialni (od owej chwili, kiedy ktoś strzelał do mnie, Emma zażądała, by Ukele była 

zawsze w pobliżu).

Wieczorern,   siedząc   sam   w   małym   saloniku   na   dole,   słuchałem   muzyki. 

Wybrałem sobie z płytoteki  Pasję św. Jana  Bacha. Dziwne, lecz nie wywarła na mnie 

żadnego   wrażenia.   Czyżby   nasza   wrażliwość   i   nasz   smak   zmieniały   się   wraz   z 

szerokością geograficzną? Zastanawiałem się nad tym, gdy przyszła Joy. Ona także nie 

mogła spać. Noc była parna, powietrze omalże dotykalne. W pewnej chwili usłyszeliśmy 

szelest, który bardzo szybko przemienił się w ulewę. Ciężką, gęstą, prawie lepką. Joy 

pociągnęła mnie za rękę, wybiegliśmy do ogrodu, a ta zwariowana dziewczyna zaczęła 

tańczyć w deszczu, który sprawił, że w swej lekkiej sukience była prawie naga, kiedy na 

chwilę przywarła do mnie. Zrzuciła pantofle, bosa i półnaga oddalała się i przybliżała w 

strugach  deszczu. Wreszcie  oparła  się na moim  ramieniu.  Powiedziałem,  że  chyba  z 

powodu zbliżającej się ulewy byłem taki rozkojarzony i nie mogłem słuchać Bacha. Joy 

wybuchnęła śmiechem.

- Bart, jesteś staroświecki i śmieszny. Jesteś w Afryce! Kup sobie bęben! Tańcz! 

Boże, lubię żyć... żyć za wszelką cenę!

Nie   pisałem   o  pogrzebie   sir  Jamesa  Garricka,   który  odbył   się,  kiedy  Główna 

Kwatera Policji wydała zwłoki wdowie. Na tym pogrzebie był ktoś, kto wtedy stał za 

mną... tak, ten człowiek też użył wtedy słów: „za ^szelką cenę”... Do kogo wtedy mówił i 

czy w ogóle ważne jest, że to Powiedział? Miewamy przeczucia, Bart, to źle. Albo się 

starzejemy,

background image

albo powinniśmy zostać szamanem, tak jest. I kupić wielki bęben. Ta dziewczyna 

ma rację.

- Żyć za wszelką cenę - powtarzałem leżąc potem na łóżku. Nagle, gdy zdawało 

się, że już zasypiam, szeroko otworzyłem oczy. - Nie...-wyszeptałem - nie... to przecież 

niemożliwe!

Bowiem to, co mi przyszło do głowy, było zbyt absurdalne, zbyt nieludzkie!

Fred Gregson zaprosił mnie do Głównej Kwatery Policji. Jestem obecny przy 

którymś przesłuchaniu Tomai./Murzyn siedzi wyprostowany, szeroka pierś podnosi się 

szybko, ręce na które patrzę, nieznacznie drżą. Jeden z przesłuchujących zdejmuje mu 

kajdanki.

Papierosa, Tomai?

Dziękuję, sir - mówi Tomai ostrożnie.-Czy mogę prosić o wodę?

Szklankę wody? Biedakowi chce się pić. Dajcie mu wody!

Ile masz lat, Tomai? - to Gregson.

Urodziłem się w roku 1925, proszę pana...

Gdzie?

W Inhambane, proszę pana.

Długo służyłeś u profesora Garricka?

Dziesięć   lat...   albo   i   więcej,   proszę   pana.   Mój   pan   pozwolił   mi   ukończyć 

szkołę misyjną.

Widziano cię w Pietersburgu, w Soweto też, czarnuchu. Wrzeszczałeś: „precz 

z białymi”. Nienawidzisz białych?

Nie, nie, proszę pana! - broni się Tomai. - Nigdy nie byłem w Pietersburgu i 

nie brałem udziału w tym, co się działo w Soweto.

A działo się coś? - jeden z detektywów podsuwa mu pod nos krótką i grubą 

palkę. Tomai patrzy na mnie rozpaczliwie, ja wiem, że tam był. Milczę. Tomai 

dziękuje mi wzrokiem.

Nie wiem, ja nic nie wiem, proszę pana!

Znasz Pietera Vriesa?

Nie, proszę pana.

background image

To   biały.   Jedni   mówią,   że   popełnił   samobójstwo,   a   inni,   że   został 

zamordowany. Kierownik Działu Depozytów w hotelu „Hilton”. Twoja pani 

bywała w tym hotelu, a ty widywałeś Vriesa!

Nie   znam   pana   Vriesa,   przysięgam.   Do   Działu   Depozytów   zanosiłem 

kosztowności mojej pani, proszę pana.

Teraz znowu Gregson:

Tomai, dziecko moje, powiedz: znasz białego człowieka, Anglika nazwiskiem 

Morse?

Nie, nie, nie znam nikogo takiego. - Znowu spojrzenie w moją stronę. Milczę.

Nie widziałeś go nigdy w Transwalu? Ani w Johannesburgu? Zastanów się, 

Tomai... Pan Vries został zastrzelony.  Do pana Morse strzelano z pistoletu 

pana   Barta.   Sir   Garrick   został   zamordowany.   Vries   strzelał   z   pistoletu 

wykradzionego z hotelowego sejfu. Co wiesz o panu Vriesie, Tomai?

Naprawdę nic, proszę pana, jestem czarny i nie wolno mi przyjaźnić się z 

białymi.

Vries ukradł pistolet... a może ty ściągnąłeś ten długi nóż z kolekcji twego 

pana, no wiesz, ten, którym twój pan został zamordowany?

To bez sensu! - wtrąciłem z mojego kąta przy oknie osłoniętym kremowymi 

żaluzjami, wpatrując się w wirujące pomarańczowe kolo wentylatora. - Fred, 

czy mogę cię prosić o chwilę rozmowy?

O co chodzi? - spytał Gregson, gdy znaleźliśmy się na korytarzu.

Powiedz, czy twój zastępca nazywa się Frost?

Zgadza się. Bo co?

Zapytaj go, w czyim towarzystwie śledził Morse’a. Kim był ten drugi facet.

Co chcesz przez to powiedzieć?

Że ten drugi gość, kumpel Frosta, strzelał do Morse’a w Johannesburgu.

Do diabła... bzdury! Hej, Bart, skąd wiesz coś takiego?

Śniło mi się. Fred. Naprawdę. Czasami miewam sny. Tak czy owak Tomai nie 

ma nic wspólnego z przygodą pana Morse.

Gregson   pchnął   drzwi   do   pokoju,   pocierając   w   zamyśleniu   szeroką   szczękę. 

background image

Poszedł   do   sąsiedniego   pokoju,   oddzielonego   szklaną   ścianą.   Powiedział   coś   do 

intercomu, po czym wrócił.

-   Tomai-powiedział   powoli.-Jesteś   ostatnim   facetem,   który   widział   profesora 

Garricka.

 

Nie

 

pamiętasz

 

niczego,

 

co

 

mogłoby

 

pomóc

policji?

Prawdopodobnie ostatni, pomyślałem. W złą godzinę.

-   Ostatnim?...-wykrztusił   nagle,   ku   mojemu   zdumieniu,   Tomai,   opuszczając 

głowę.

 

-

 

Ostatnim

 

człowiekiem,

 

panie,

 

był

 

pan

Bart...

Gregson otworzył usta, dolna szczęka opadła mu,-jakby żuł ołów, a nie gumę do 

żucia.   Ja   musiałem   wyglądać   nie   lepiej.   Wciągnąłem   oddech   tak   głęboko,   jakby 

Johannesburg leżał nie na wysokości 1700 metrów, ale przynajmniej na wysokości Mont 

Blanc.

Co   powiesz   na   to,   Bart?   -   mruknął   wreszcie   Gregson,   bawiąc   się 

automatycznym ołówkiem. Ja myślałem w tej chwili o czymś innym. O tym, 

że kiedy poprzedniej nocy nie mogłem zasnąć, przyszła mi do głowy pewna 

absurdalna myśl, sprowokowana słowami Joy. Spojrzałem na Tomai. Unikał 

mojego wzroku.

Powiedz no, Tomai - powiedziałem spokojnie - powiedz, czy profesor Garrick 

wiedział, że czekam w „Wilmie” na jego wezwanie?

Tak, panie - szepnął Tomai, wciąż nie patrząc na mnie.

Tomai!  Sądzę,   że   sir   Garrick   nie   wiedział   nawet   o   moim   przybyciu   do 

Johannesburga!

Tomai   poszarzał   na   twarzy,   ale   trzymał   się   mocno.   A   ja   nie   miałem   jeszcze 

żadnych dowodów. Spojrzałem na Gregsona.

Możesz   mnie   wsadzić   do   ciupy,   Fred.   Proszę   bardzo.   Twierdzi   się   tu,   że 

byłem ostatnim...

Zawsze mogę cię wsadzić do ciupy, przyjacielu. Mamy tu dużo miejsca.

A o co byłbym oskarżony?,

W każdym  razie nie o zabójstwo Garricka. I dlatego pozwalam  ci jeszcze 

włóczyć się po naszym pięknym kraju. Ale utrudnianie śledztwa policji może 

background image

cię   drogo   kosztować,   ostrzegam.   Wyprowadźcie   Murzyna!   -   warknął   do 

dwóch agentów stojących za krzesłem Tomai.

Mamy go odpowiednio potraktować? - spytał jeden z nich, uśmiechając się. - 

Co, szefie?

Nie, na razie nie.

Kiedy zostaliśmy sami, Gregson rzucił pytanie, patrząc w okno:

Jak myślisz: czy ten Tomai jest więcej wart na wolności, czy w celi?

Do przynęty w żelaznej klatce zwierzyna nie podchodzi, prawda?

Tak właśnie myślę, przyjacielu. Tomai pozostawiony przez nas w spokoju był 

może komuś na razie obojętny. Tomai aresztowany i przesłuchiwany, potem 

zwolniony, może kogoś zainteresować. Gdyby nie to, że chciał zwrócić uwagę 

na ciebie, nie pomyślałbym o takiej małej grze. Kazałem go tu przywieźć z 

powodu śmierci Vriesa, no i w ogóle, żeby wydusić cokolwiek. Stoimy w 

miejscu. Przyjaciele pani Garrick domagają się zamknięcia sprawy, jeśli dalej 

będziemy tacy ślamazarni. Oczywiście na razie nie mówią o tym poważnie, 

przecież   morderstwo   to   morderstwo.   Ale   nie   życzą   sobie,   bym   niepokoił 

wdowę, a ja właśnie chcę jej złożyć wizytę. Chcesz być przy tym?

Prawdopodobnie proponował mi to, bo chciał mieć świadka, nie jakiegoś glinę, 

ale właśnie mnie, gościa „Wilmy”.  Gregson wie więcej, niż chce mi powiedzieć, tak 

sobie pomyślałem. Nie mam mu tego za złe, ja też nie jestem szczery i zasadniczo ufam... 

cholera, komu ja tu właściwie ufam? ‘

Wentylator szumiał cicho. Powoli sączyliśmy piwo z puszek.

Powiedziałeś,   że   lady   Garrick-nazwałem   ją   tak   po   raz   pierwszy,   jakby 

przedtem nie należało jej się to - powiedziałeś, że ona ma możnych przyjaciół?

Jeszcze jakich! Jednego z nich poznałeś. To Joachim Storch.

- Przyjemny facet. Garson roześmiał się.

Fred... Czy w „Carolinie” policja nie znalazła żadnych odcisków palców?

Absolutnie żadnych. Ktoś tam musiał pracować bardzo fachowo.

Powiedzmy ktoś, kto przywykł pracować w rękawiczkach.

Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał leniwie Gregson. Było gorąco.

background image

Tak sobie myślę. Nic. Głupstwo.

Rzeczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem, o co mi chodzi. Nabijając fajkę, 

zadałem Gregsonowi jeszcze jedno pytanie:

Powiedziałeś mi, że lady Garrick dziedziczy znaczną fortunę. Czy to duże 

pieniądze?

Fortuna, mój drogi.

Ile?

- Oficjalne odczytanie testamentu odbędzie się w biurze van Stessena. Chodzi o 

dwie farmy, ziemię, różne udziały, kolekcję drogich kamieni zdeponowaną w tutejszym 

banku i gotówkę. Dowiesz się, jeśli chcesz być obecny przy odczytaniu ostatniej woli 

profesora.

Ale tak między nami, ile?

Wartość niektórych części spadku wzrosła od czasu, gdy Garrick pisał swój 

testament. Tak mniej więcej, myślę,  że ponad dwa miliony.  Szepnął mi to 

stary van Stessan.

Randów? - chciałem się upewnić.

Nie. W funtach i dolarach. Gwizdnąłem cichą.

Czy to jedyny testament profesora?

Spojrzał na mnie leniwie spod opuszczonych powiek.

A znasz inny?

Naturalnie, że nie. Kiedy Garrick spisał ten dokument?

Cztery lata temu.

Pomyślałem sobie, że jeśli Cornelius Horn nie bujał mnie w Londynie, trzeba by 

tu doliczyć jeszcze pięćset tysięcy funtów za pewien diament...

W pokoju obok zacharczał intercom. Gregson poszedł tam. Wrócił po chwili.

Ten facet, nasz agent, który rzekomo strzelał do Morse’a, jest na urlopie u 

rodziny w okolicach Durban. Ściągniemy go i pogadamy z nim. 

Nie wierzysz w to, co ci powiedziałem?

Uwierzę, jak powtórzy to sam Morse. Ale gość nas unika. Nie wiesz, gdzie 

mógłbym złożyć mu wizytę?

background image

Odparłem, że nie mam pojęcia. Rzeczywiście, kończył się sierpień, a ja wciąż 

niewiele   wiedziałem.   Teraz   w   biurze   Gregsona   wypiłem   cudownie   zimne   piwo   i 

zbierałem się do wyjścia, ocierając pot z czoła.

- Wpadnij do nas tak pomiędzy październikiem i majem, miewamy wtedy więcej 

deszczu. Wracasz do „Wilmy”?

Przedtem chciałbym się umówić z asystentką doktora Holdena.

Któż to? - spytał Gregson, wachlując się gazetą.

Panna Geraldine Simpson, piękna czarna gazela.

- Słyszałem, że ten typek ma szczęście do kobiet. Cześć. Umówiłem się z panną 

Simpson telefonicznie w jej mieszkaniu.

Geraldine   mieszkała   w   pobliżu   Elsies   River   w   małym   domku   otoczonym 

wysuszonym   trawnikiem   i   paroma   drzewami.   W   tej   dzielnicy   nie   było   czarnych, 

mieszkali   tu   chyba   sami   Hindusi.   Tyle   Geraldine   powiedziała   mi   przez   telefon. 

Umówiliśmy   się   na   piątą,   bowiem   panna   Simpson   musiała   ukończyć   jakąś   pracę   w 

laboratorium.   Kiedy   zatrzymałem   wóz   przed   domkiem,   zobaczyłem   tam   już   żółtego 

forda. Drzwi otworzyła mi młodziutka mulatka o nogach Josephine Baker.

Dzień dobry - powiedziałem.-Jestem umówiony z panną Simpson...

Nie ma jej w domu, proszę pana.

Nie wróciła z uniwersytetu?

Ależ   tak,   wróciła.   Powiedziała   mi,   że   oczekuje   kogoś   o   piątej.   Potem 

zadzwonił   telefon,   moja   przyjaciółka   rozmawiała   z   kimś.   Była   trochę 

rozdrażniona, gdyż zawezwano ją do jakiejś pilnej pracy w Sterkfontein.

O której rozmawiała przez telefon?

Chyba około trzeciej...

Czy to jej samochód stoi przed domem? 

O tak, ale przyjechano po nią innym wozem. Geraldine kazała pana przeprosić 

i wyszła. Mówiła jeszcze, że wróci za dwa, trzy dni.

Jakim wozem odjechała?

Zieloną simką... Nie, twarzy kierowcy nie widziałam.

Czy rzeczywiście powiedziała, że wróci za dwa, trzy dni?

background image

Trochę długo, prawda? Sama byłam zdziwiona, ale Geraldine powiedziała, że 

wróci zapewne małą awionetką amerykańskiej misji archeologicznej.

Zadzwoniłem z mieszkania Geraldine do profesora Appletona. Nie, zaprzeczył, w 

tym   roku   misja   amerykańska   nie   prowadzi   badań   w   Sterkfontein,   nie,   ani   w 

Makapansgat. Dziwne, panna Simpson musiałaby coś o tym wiedzieć. Połączyłem się z 

laboratorium   doktora   Holdena.   Nie   było   go.   Wyjechał   do   Pretorii,   na   wykłady   na 

tamtejszym uniwersytecie. Wróci za tydzień.

To był poniedziałek. W środę zatelefonował do mnie Gregsón. Zawiadomił mnie, 

że strażnik rezerwatu narodowego Makapansgat znalazł na jednej z hałd, przy drodze do 

Spanje, zwłoki czarnej dziewczyny. Nie ma wątpliwości, że chodzi o Geraldine Simpson. 

Została   zabita   strzałem   w   tył   głowy.   Siadów   gwałtu   nie   stwierdzono,   rabunek   też 

wykluczony. Lekarz twierdzi, że Geraldine Simpson nie żyła już, gdy ktoś porzucił ją na 

hałdzie.

Skąd dzwonisz, Fred? - spytałem cicho.

Ze   stacji   studenckiej,   jest  

v

tu   telefon.   Przypominam   sobie,   że   chciałeś 

rozmawiać z tą Simpson. Spóźniłeś się.

Kiedy dokonano zabójstwa?

Lekarz twierdzi, że musiało to się stać we wtorek rano.- Teraz badamy teren.

- Mogę przyjechać? 

- Jasne, Bart.

Potem   zwłoki   Geraldine.   Geraldine   skulona,   jakby   spala,   z   tyłu   głowy   mała 

plamka   krwi.   Przybrudzona   biała   spódniczka   i   błękitna   bluzka,   obok   biała   torba   z 

paskiem   do   przewieszenia   przez   ramię,   białe   pantofle   i   biała   chustka   na   głowę,   w 

błękitne grochy.

- Tak ją znalazła policja? - pytam.

Nie,   badaliśmy   ciało   -   odpowiedź   lekarza.   Spokojne,   rutynowe   ruchy   nad 

narzędziami.

Zastrzelono ją z browninga kaliber 7,65 z niewielkiej odległości, strzelano z 

tyłu - mówi Gregson.

Opowiadam mu o tym, co słyszałem od przyjaciółki panny Simpson. Fred jest 

wyraźnie zainteresowany, notuje coś. Dobra, mówi trzeba szukać zielonej simki, chociaż 

background image

ktoś, kto przyjechał po Geraldine, mógł wypożyczyć wóz.

Czwartek. Jest zielona sinica. To własność pastora Edmondsona. Ukradziono ją 

sprzed plebanii. Porzucono na drodze do Swartkrans. Żadnych odcisków palców.

Piątek. Jadę do Pretorii. Tak na wszelki wypadek. Doktor Holden chyba miał coś 

z panną Simpson. Do diabła, ktoś, kto zastrzelił z zimną krwią taką dziewczynę, musi być 

niezłym   sukinsynem.   Nie,   Holden   ma   bardzo   piękne   alibi.   Regularne   wykłady   na 

uniwersytecie, nie mógłby wyrwać się do Johannesburga ani do Makapansgat. Zbyt wiele 

świadków.   Jednego   można   kupić,   dwóch   może   się   mylić,   ale   tyle   studentów?   Nie, 

Holden był cały czas w Pretorii.

.Sobota. Wracam do Johannesburga. Dzwonię do drzwi domku panny Simpson. 

Otwiera

 

mi

 

znowu

 

dziewczyna

 

z

 

nogami

 

Josephine

Baker.   Wchodzę.   Pytam,   gdzie   mieszkanie   Geraldine.   Nie   spieszę   się.   Przeszukuję 

wszystko.  Policja, która już była  przede mną, zrobiła to niedbale, nawet nie założyli 

pieczęci. Dla nich śmierć czarnej dziewczyny,  zabójstwo czarnej dziewczyny nie jest 

niczym

ważnym. Ba, gdyby chodziło o morderstwo dokonane na białej dziewczynie...

Pani jest przyjaciółką Geraldine?

Od dwóch lat, proszę pana.-patrzy na mnie z lękiem. Oni wszyscy mówią do 

nas białych „proszę pana”. Niech to diabli, co za kraj...

A nie od pół roku?

Dlaczego od pół roku? - zdziwienie na twarzy dziewczyny.

Panna   Simpson   pracowała   na   tutejszym   uniwersytecie   pół   roku,   zanim 

przyjechała z Londynu...

Musiałem sobie źle dopowiedzieć informację Joy. Honey, przyjaciółka Geraldine 

mówi, że przyjechały tu obie z uniwersytetu w Durban.

- Profesor Garrick, sir Garrick-poprawia – zarekomendował tu Geraldine, widząc 

jej prace przy odlewach w Durban...

Niedziela.   Zajeżdżam   wieczorem   na   farmę   Jaśminy.   Nie   jestem   sam.   Panna 

Honey Urubu leżała przez całą drogę z Johannesburga na podłodze wozu, do którego 

wsiadła,   wybiegłszy   bocznym,   wyjściem   z   uniwersytetu,   prowadzącym   do   starego 

gmachu Wydziału Medycznego pamiętającego jeszcze czasy pierwszych wielkich odkryć 

background image

antropologicznych w tej części Afryki. Miałem pewność, że nikt tego nie widział. Jeśli 

ktoś ją śledził, to stracił ją z oczu na uniwersytecie. Panna Honey patrzała na mnie z 

niedowierzaniem,   gdy   powiedziałem   jej,   że   ktoś,   kto   przyjechał   w   poniedziałek   po 

Geraldine, teraz może przyjechać po nią, jeśli zostanie w mieście.

Dlaczego? - spytała, robiąc wielkie oczy.

Ależ dlatego, że pani widziała Geraldine po raz ostatni w domu, pani widziała 

zieloną simkę i tego człowieka za kierownicą...

Ależ ja nie widziałam twarzy, proszę pana!

Ale on o tym nie wie, więc na wszelki wypadek kaliber 7,65 może znowu 

przemówić, rozumiesz, dziewczyno?

Lady Jasmina Willingbottom rozumiała to doskonale.

- Panna Honey Urubu - rzekła - może u mnie pozostać, jak długo tego będziesz 

chciał,

 

synu.

 

Mam

 

dobre

 

okulary,

 

ostre

 

psy

 

i

nabite karabiny. U mnie nikt obcy nie może się włóczyć, nikogo nie toleruję na moim 

gruncie.

 

Panna

 

Urubu

 

zostanie

 

moją

 

pokojówką.

I przysięgam, że nie wypuszczę jej z domu.

Honey   Urubu   chciała   zaprotestować,   ale   kilka   słów   o   śmierci   Geraldine 

przywróciło jej przytomność umysłu.

Wiadomość,   jaką   otrzymałem   z   Johannesburga,   zaskoczyła   mnie.   Gregson 

informował mnie, że Tomai stanie przed sądem pod zarzutem zamordowania swojego 

pana, sir Jamesa Garricka.

Tomai ma przecież alibi! - zawołałem do słuchawki.

Masz na myśli zeznanie 0’Hary? Zmienił je. Tomai był ostatnim, który widział 

profesora, 0’Hara przypomniał to sobie dokładnie.

Nie zapytałem już, dlaczego Tomai zeznał w kwaterze policji, że to ja miałem być 

tym ostatnim człowiekiem. Gregson też o tym nie wspomniał. Komuś widać zależało na 

tym, by ukręcić łeb całej sprawie. 0’Hara? To jeszcze jeden orzech do zgryzienia.

Gdy   opuszczałem   posiadłość   Jaśminy,   panna   Honey   coś   sobie   przypomniała. 

Pobiegła   do   wyznaczonego   jej   przez   lady   Willingbottom   pokoju   i   wróciła   stamtąd 

trzymając w dłoni mały kluczyk.

Co to jest, Honey?

background image

Kluczyk, naturalnie.

Do czego, głuptasku?

- Gdy Geraldine wyjeżdżała w poniedziałek, dała mi ten kluczyk i powtórzyła 

kilka razy, że „on pasuje do sejfu numer 40 na dworcu lotniczym”. Tak powiedziała, 

proszę pana.

- Dziękuję ci, Honey. Nikomu o tym ani słowa, jeśli chcesz żyć, dziewczyno.

Skinęła poważnie głową. Była przestraszona.

Pojechałem do Johannesburga na dworzec lotniczy. W sejfie, numer 40 znalazłem 

mały notatnik oprawny w czerwoną skórę.

ROZDZIAŁ VIII

Pani Garrick wzruszyła  ociężale  ramionami,  kiedy Gregson powiedział  jej, że 

Tomai   stanie   przed   sądem,   oskarżony   o   zamordowanie   jej   męża.   Kąciki   jej   ust   na 

chwilkę opadły w dół w uśmiechu, który powinien powiedzieć komisarzowi, że policja 

nie jest tu dobrze oceniana.

To nonsens, panie komisarzu - powiedziała cicho.

Tomai przyznał się, łaskawa pani.

Wyobrażam sobie, że nie mogło być inaczej... Co mu grozi?

Niezależnie od tego, czy prokurator udowodni zbrodnię w afekcie, czy też 

inne motywy czynu, wyrok może być tylko jeden. Kara śmierci.

Pani Garrick zadrżała. Widziałem to.

Czy pani widziała męża, zanim do „Caroliny” pojechał doktor Bart?.

Nie. Telefonował, że jest bardzo zajęty.

Czy profesor wiedział o przybyciu doktora Barta do „Wilmy”?

Tak.

Byłem pewien, że kłamie. Milczałem. Gregson też nie rozwijał tej kwestii.

Jeszcze jedno pytanie, łaskawa pani...

Proszę. - Zaciągnęła się tak łapczywie dymem z papierosa, że i ja miałem 

ochotę zapalić, ale wolałem ją obserwować.

background image

Czy profesor spisał tylko jeden testament?

Nigdy nie słyszałam o innym.

Może sporządził coś takiego w Londynie? Państwo bywali w Londynie?

W   ostatnim   czasie   mąż   nie   opuszczał   kraju.   Ja   wyjeżdżałam   co   roku,   ale 

najczęściej przebywałam na południu Francji, gdzie mamy... mieliśmy małą 

willę.-Rzuciła mi krótkie spojrzenie spod rzęs. Wiedziałem, co ją niepokoi.-

Czy mogę zapytać,’ kiedy nastąpi odczytanie testamentu mojego męża?

Wkrótce   zawiadomimy   panią.   To   wszystko.   -   Gregson   pożegnał   Emmę, 

zginając swój gruby kark. Wyszedł do wozu. Zostaliśmy sami. Wtedy znowu 

spojrzała na mnie.

Pan nie mówił komisarzowi o... o tym, co... co panu powiedziałam, prawda?’

O „Palladium”? Nie - odparłem zgodnie z prawdą.

Dziękuję panu.

- Nie trzeba. To przecież pani osobista sprawa. 

Uśmiechnęła się do mnie. Do diabła, urocza kobieta. Zbyt urocza jak na żonę 

starszego pana zajmującego się antropologią.

- Co pani sądzi o sytuacji Tomai? - spytałem.

-   To   oskarżenie   wydaje   mi   się   nonsensowne.   Ale   oni   mają   chyba   jakieś 

argumenty, prawda?

Harry Roberts, czyli mój stary znajomy Harry Spluwaczka, mieszkał w Durban, a 

nie   w   Cape   Town.   Zawiadomił   mnie   o   tym   telegraficznie   jego   wspólnik.   Harry   był 

zdziwiony,  kiedy do niego zadzwoniłem. Nie mogłem mu oczywiście powiedzieć, że 

szukając   go,   skorzystałem   z   informacji   przysłanych   mi   z   Londynu   przez   Dawsona. 

Postanowiłem polecieć do Durban samolotem z Johannesburga. Przy okazji chciałem się 

tam   czegoś   dowiedzieć   o   Geraldine   Simpson.   Akurat   Joy   pokazała   mi   z   triumfem 

opublikowany w Johannesburgu w „The Star” artykuł o profesorze Garricku ze zdjęciem 

sir Jamesa pośrodku kolumny. W prawym górnym rogu, w małym kwadraciku widniała 

fotografia autorki.

Co sądzisz o moim wywiadzie z Emmą Garrick?- spytała.

Jesteś   fotogeniczna.   A   poza   tym   miałaś   to   chyba   napisać   dla   „Women’s 

Week”?

background image

Tu zapłacili mi więcej.

Szczera dziewczyna, lubię takie-powiedziałem bez przekonania. Znałem kilka 

kobiet, które też lubiły pieniądze i zawsze w końcu mówiliśmy sobie „cześć”.- 

Twój pobyt w Afryce dobiega zatem końca?

Zobaczymy - odparła wymijająco Joy.

Lecąc   do   Durban,   zadawałem   sobie   kilka   pytań:   czy   Emma   Garrick   wie   o 

istnieniu ukrytego sejfu Garricka, czy biedny Tomai powiedział coś o tym policji, a także 

czy dobrze robię, pozostawiając tu Honey Urubu... Nie wiedziałem, co robi Morse i gdzie 

teraz jest facet, który do niego strzelał, ów kumpel agenta Frosta. A Frost też byt dla 

mnie problemem. Zanim zamówiłem miejsce w samolocie do Durban, zadzwoniłem do 

Gregsona w sprawie tego człowieka.

Wyobraź sobie, Bart - powiedział Gregson posępnym głosem - wyobraź sobie, 

że ten Frost też gdzieś przepadł. Wydano rozkazy odszukania obu agentów.

Czy Frost miał polecenie śledzenia Morse’a?

- Oczywiście, Bart. Ktoś dzwonił do nas anonimowo, że Morse nie ma czystej 

kartoteki. Tego, co się potem stało, nie rozumiem.

Ani ja. Cześć.

Cześć, przyjacielu.

Aha, muszę się przyznać, że Joy chciała polecieć ze mną do Durban. „W celach 

dziennikarskich”. Wymówiłem.się brakiem gotówki. Czeki bankowe się kończą, ruch w 

interesie jest, ale nie ma dopływu gotówki.

- A takiej dziewczynie jak ty byłoby wstyd zafundować piwo. Była najwidoczniej 

złego

 

mniemania

 

o

 

mnie,

 

więc

 

dodałem

 

pocie

szająco, że wycieczki nad ocean nie będzie.

- A swoją drogą robisz karierę, Joy. O „Women’s Week” jakoś nie słychać poza 

ulicą, na której redakcja osiadła niby na mieliźnie. A w „The Star” publikowano kiedyś 

po  raz   pierwszy  zdjęcia   i  teksty  o  odkryciu  australopiteków.   Najpierw  tamto,  potem 

rewelacje

 

Garricka,

które rzekomo zaginęły, teraz twój artykuł i nawet twoje zdjęcie” mała dziewczynko z 

Taungs!

 

Widzę

 

w

 

tym

 

przyczynowość,

 

rzekłby

 

tu

pewien Kandyd lub inny Panglos. Do zobaczenia.

background image

Uciekłem z pokoju, ścigany ciskanymi z pasją poduszkami.

Kto leciał nad południem Afryki i coś niecoś wie o przeszłości tego obszaru, 

zdaje sobie sprawę, że wpompowano tu ogromne pieniądze, by biali mogli się jako tako 

urządzić tam, gdzie jak powiedział ktoś z przesadą, wszystko składa się z veldu**, a cała 

reszta   to   fatamorgana.   Biali   wczepili   się   w   tę   krainę,   na   północy   mało   gościnną, 

wyżynną,   suchą,   a   im   dalej   na   południe,   tym   gościnniejszą   swoim   klimatem 

podzwrotnikowym,   wreszcie   morskim.   Wielkim   Urwiskiem,   ciągnącym   się   od 

uprzemysłowionego Transwalu ku Oranje, maszyna  spływała  ponad zielonymi  lasami 

parkowymi,   żółtymi   sawannami,   plantacjami   i   pastwiskami   ku   Natalowi,   ziemia 

przeklinana przez czarnych  i błogosławiona przez białych, ziemia prawa i bezprawia, 

twardej   pracy   i   niezmierzonych   bogactw   ukrytych   pod   ziemią,   dobywanych   w 

kopalniach,   wytwarzanych   w   wielkich   zespołach   fabryk,   na   ogromnych   plantacjach 

pszenicy i trzciny cukrowej, tytoniu i kukurydzy, na pastwiskach pełnych owiec i bydła... 

Ziemia - bezcenny klejnot dla białych, raj utracony dla Murzynów i koloredów. Ile krwi 

popłynęło i jeszcze popłynie, aby biały człowiek utrzymał w swoich rękach tę krainę 

mlekiem   i   miodem   płynącą?   Historia   nigdy   nie   oddaje   pełnej   sprawiedliwości 

ograbionym.   A   ograbionymi   byli   tu   pradawni   mieszkańcy   Afryki   leżącej   pod 

zwrotnikiem Koziorożca  - Buszmeni,  teraz zepchnięci  ku pustyni  Kalahari.  Najpierw 

wybijani, tępieni przez napływowe ludy murzyńskie, teraz oglądani w rezerwatach jak w 

ogrodach zoologicznych.

Myślałem o tym wszystkim, ale nie tylko - nie przybyłem do tego kraju jako 

misjonarz czy filantrop, jestem archeologiem, który kiedyś zajął się też przestępstwami, i 

stoję (na razie oczywiście siedzę w samolocie lecącym  do Durban) przed faktem, że 

zamordowano już dwie osoby, że morderca prawdopodobnie nie poprzestanie na tym, a 

ja czuję się jak ktoś, komu zabrano okulary i wpuszczono do nieznanego domu, gdzie 

panują zupełne ciemności...

Samolot kładąc się na lewe skrzydło zatoczył wielki łuk nad ziemią i oceanem. 

Ziemia wydawała  się nieskończona na zachodzie  i północy,  ocean był  nieskończony, 

ciemnoniebieski,   cicha   potęga   rozciągająca   się   pod   olśniewającym   słońcem.   Kiedy 

wysiadłem ze stojącej na pasie maszyny, sam w tłumie podróżnych, uznałem, że klimat w 

Durban   jest   zupełnie   europejski.   Oddychałem   tu   swobodnie   jak   dziecko   jeszcze   nie 

background image

zmęczone długim biegiem przez życie.

W nocy śniła mi się Afryka, południe, stałem przed gromadą ludzi bez twarzy i 

mówiłem, że systemy nawadniania są tu lepsze, niż je mieli starożytni Inkowie. Potem 

pojawił   się   przede   mną   profesor   Garrick   i   objaśniał   mi,   że   jego   czaszki   są   tak 

rewelacyjne,   ponieważ   sulcus   lunatus   i   sulcus   paralellus   są   rozdzielone   substancją 

mózgową   w   stopniu   wyższym   niż   u   australopiteka!   Wołając,   że   to   jest   niemożliwe, 

obudziłem się. Nade mną cichutko szumiał wielki wentylator.

Zapaliłem nocną lampkę na stoliku przy łóżku. Otworzyłem notatnik Garaldine 

Simpson. Tam też pomiędzy cennymi dla mnie zapiskami było tych kilka słów:

interesujące sulcus lunatus i paralellus, bruzda półksiężyccrwata Oddzielona od  

równoległej bardzo znacznie, prawie niewidoczna, J. G. powiedział, że nie widział tego u  

żadnej małpy człekokształtnej ani u australopiteka, to fantystyczne.

Tak... ja też zauważyłem to na odlewie wręczonym mi przez Morse’a, przecież 

odkrycie Graftona Elliota Smitha o bruzdach półksiężycowatej i równoległej w mózgu 

ludzkim   wbijano   mi   do   głowy   na   uniwersytecie   w   Londynie...   Potem   uwaga   panny 

Simpson: J. G.boi się. J. G. James Garrick? Czego boi się J. Garrick i co wiedziała piękna 

czarna gazela?

Zasnąłem   wreszcie,   zapadałem   w   miękkie   otchłanie   snu,   kołysany   cichym 

pomrukiem dochodzącym przez okno, które otworzyłem chwilę przedtem. To mruczał 

ocean. Niektórzy architekci mają niezłe pomysły, lokując hotele w pobliżu morskiego 

brzegu.

Gdy   otworzyłem   oczy,   długi   prostokąt   okna   jaśniał   światłem   dnia,   a   nad 

ażurowym tarasem kołysały się pierzaste wachlarze palm, do sułtańskiego przebudzenia 

brakowało   mi   tylko   smagłej   niewolnicy,   ale   zamiast   niej   na   wprost   łóżka   siedziała 

wyniosła, ciężka bryła mięsa, antropoid ze złego snu czy ucieleśnione odkrycie Jamesa 

Garricka?...

Oprzytomniałem   w   jednej   chwili.   Machinalnie   sięgnąłem   pod   poduszkę. 

Antropoid   roześmiał   się   chrapliwie   i   rzucił   w   moim   kierunku   coś,   co   było   moim 

specialem.

Spokojnie, Bart, bez kawałów. W Londynie byliśmy kumplami.

Roberts?!...

background image

Czyli   Harry   Spluwaczka   -   przytaknął   olbrzym.-Zapomniałeś   o   swoim 

telegramie?

- Ale jak tu wszedłeś? - spytałem głupio. 

- No wiesz, co za pytanie!

Zjechaliśmy   windą   do   hotelowego   ogrodu.   Usiedliśmy   na   ławce   w   pobliżu 

małego basenu kąpielowego. Harry strzyknął śliną, błysnąwszy złotą plombą.

- Mała sprzeczka, Harry?

Co? Aha! - zorientował się. - Tak, jakiś facet wybił mi kiedyś jedynkę, gdy 

gadaliśmy o interesach.

Drogo zapłacił?

Mowa! - Potężne muskuły Harrego napięły białą koszulkę.

Więc jesteś teraz przedsiębiorcą, Harry - zacząłem.

Sprzedaję galanterię damską i męską, wszystko legalnie, tu inaczej nie można, 

policja jest cholernie wszystkiego ciekawa. Mam kilka sklepów w tym kraju. 

Bardzo porządne sklepy.

Ale w Londynie było lepiej?

Inaczej, panie Bart.

I naprawdę jesteś porządnym obywatelem? ‘- No chyba.

Nie powiem, że się marnujesz. Uczciwy dochód to dobra rzecz.

O tak - przyznał bez przekonania.

O kasach, sejfach i zamkach już zapomniałeś?

Całkowicie-przyjrzał mi się trochę baczniej.

Znam jedną... Nie do zdobycia. Błysnął oczami, jakbyśmy mówili o kobiecie.

Bujasz pan.

- Wcale nie, Harry. Ale wiem, że tutejsza policja ma fioła na punkcie drobnych 

wykroczeń.

Przyznał mi rację. W barze zamówiłem coś do picia. Wypiliśmy, zapłaciłem.

Było mi miło. Cześć.

Cześć, panie Bart.

Poszedłem   wolno   do   samochodu.   Wkładałem   kluczyk   do   stacyjki,   gdy   Harry 

background image

Spluwaczka władował się na przednie siedzenie. Co za kolos! Mógłby trzymać Gregsona 

przy piersi jak oseska.

Nie ma takiej, która by nie było moja - powiedział, czekając, aż zaprotestuję, 

co też uczyniłem. Teraz go już miałem.

Co to za dom, panie Bart?

Bogaty, Harry.

Jak tam wejdę?

Coś wymyślę... A jak sobie wyobrażasz nagrodę?

Zbieram   tylko   dolary   amerykańskie.   Powiedzmy,   pięćset?...   Błyskawicznie 

przeliczyłem moje zasoby’.

Powiedzmy, 150, Harry.

W porządku. Dla pana niech będzie tyle. A utrzymanie?

Od tej chwili jesteś na moim wikcie.

Ale w Durban pan jest moim gościem.

Jechaliśmy   w   stronę   uniwersytetu   dla   koloredów.   Na   jasnym   niebie   krążyły 

groźne, wielkie ważki, hucząc skrzydłami. Było ich dużo. Spytałem Harrego o przyczynę 

tego   zamieszania   w   powietrzu.   Objaśnił   mnie,   że   kolorowi   studenci   od   dwóch   dni 

strajkują.   I   są   jakieś   nowe   niepokoje   w   dzielnicy   slumsów.   Policja   patroluje   miasto 

również z helikopterów. Istotnie, uniwersytecki campus otoczony był przez policjantów i 

wozy z ryczącymi megafonami, wyloty armatek wodnych skierowane były na główną 

bramę, zapach gazów łzawiących jeszcze wisiał w powietrzu. Pałki, rewolwery i pistolety 

maszynowe  w rękach  strażników ładu, czujne wilczury na napiętych  smyczach,  a za 

ogrodzeniem śpiewające’ i krzyczące gromady młodzieży zepchniętej na teren uczelni. 

Karetki pogotowia odjeżdżały z rannymi, wycie syren przybliżało się i oddalało. Profesor 

van Dirxen, siedział spokojny w swoim gabinecie (policja wpuściła mnie tam za jego 

zgodą i po otrzymaniu mojego zapewnienia, że biorę na siebie odpowiedzialność za to, 

co może mnie czekać na terenie „kolorowej uczelni”, Harry pozostał w wozie, paląc 

długie cygaro w złotej opasce).

Doprawdy - mówił - uniwersytet  w Durban jest jedną z kilku najlepszych 

uczelni w Afryce, czego ci młodzi koloredzi jeszcze chcą? Praw? Jeszcze do 

background image

tych   praw   nie   dorośli!   Poza   tym   powiadam   panu,   że   południe   Afryki 

pozostanie białe na zawsze! Co pan o tym sądzi, doktorze?

Trochę się znam na przeszłości...

Ma   pan   rację.   Wszystko   jest   w   rękach   Opatrzności,   która   wymierzy 

sprawiedliwość tym, co zbudowali bogactwa tego kraju.

Wprawdzie nie to miałem na myśli, ale nie podjąłem kwestii. Interesowała mnie 

biedna Geraldine Simpson. Zanim wyjechała do Johannesburga, studiowała etnografię i 

medycynę. Jakiś czas pracowała u Dirxena w wydziale preparatów.

Widzi pan, doktorze Bart, bardzo niechętnie mówię o tym, ale teraz, gdy sir 

Garrick nie żyje i kiedy policja poszukuje sprawców czy sprawcy morderstwa, 

nie mam prawa milczeć.

Panna Simpson też została zamordowana.

Ach,   mój   Boże!   No   więc...   Sir   James   Garrick   przez   dwa   lata   chętnie 

odwiedzał naszą uczelnię, wie pan...

Nie wiem. Słucham, profesorze?

Krótko mówiąc, odkąd poznał pannę Simpson. Musiał pan słyszeć o naszym 

ustawodawstwie. Jest bardzo nietolerancyjne wobec łączenia się ludzi białych 

i kolorowych i...

Chce pan powiedzieć, że profesor Garrick i panna Simpson...?

Spotykali   się   u   mnie   w   domu.   Testem   starym   kawalerem   i   człowiekiem 

dyskretnym, ale to nie mogło trwać długo. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o 

tym, nie pomogłaby nawet pozycja sir Jamesa. Więc panna Geraldine musiała 

opuścić Durban. James załatwił jej pracę na uniwersytecie Witwatersrand, w 

pracowni doktora Holdena.

To, co powiedział mi Dirxen, wyjaśniało pewne uwagi w notatniku Geraldine.

Czy prócz, pana, profesorze, ktoś inny wiedział o tym, o tej przyjaźni?

W Durban nikt. A czy w Johannesburgu, nie wiem, doprawdy.

Była między nimi nie tylko różnica koloru skóry, ale poważna różnica wieku - 

zauważyłem.

O tak. On, starszy pan, a ona młodziutka studentka.

background image

Miłość, sądzi pan?

Może z jego strony jakieś zaślepienie, ucieczka w przeszłość, poszukiwanie 

młodości   albo   raczej   oszukiwanie   samego   siebie.   Z   jej   strony   chyba   chęć 

zrobienia kariery. Geraldine Simpson miała głowę na karku. Ale proszę wziąć 

pod uwagę, że jest to opinia starego kawalera.

- Czy sądzi pan, profesorze, że lady Emma Garrick wiedziała o tym stosunku?

Stanowczo nie. James mówił mi, że jego żona nic o tym nie wie i nie powinna 

wiedzieć.

Zależało mu na żonie?

Van Dirxen popatrzył na mnie ponad opuszczonymi na czubek nosa okularami.

Chyba bardziej chodziło mu o spokój Geraldine Simpson. I swój, naturalnie. 

Lady Garrick jest kobietą impulsywną.

I piękną.

Niewątpliwie.   Ale   gdy   stary   mężczyzna   spotyka   młodziutką   dziewczynę, 

gotów jest chyba na wiele, doktorze Bart. Tak myślę.

Panie   profesorze,   czy   sir   James   Garrick   miałby   jakieś   kłopoty,   gdyby   tak 

zwana   opinia   publiczna   dowiedziała   się   o   stosunku   łączącym   go   z   panną 

Simpson?

Jesteśmy w Południowej Afryce! To powinno panu wystarczyć za odpowiedź. 

Poza tym na pewno mój przyjaciel nie mógłby już w naszym kraju wykładać. 

Jego   życie   osobiste   i   towarzyskie,   hm...   sądzę,   że   mimo   swojej   pozycji 

musiałby opuścić kraj. Wie pan, chociaż kocham ten kraj, który uważam za 

swoją ojczyznę, i choć, przyznam, jestem za pewnymi formami segregacji, to 

nie potępiam Garricka. Nie potrafiłem mu tylko wbić do głowy, że komplikuje 

sobie życie.

Czyż nie chodziło tylko o przygodę?

Możliwe i nawet pewne, że była to przygoda dla Geraldine

Simpson. Dla Jamesa, mój Boże, była to może ostatnia miłość? Nie wiem. Czy 

policja znalazła sprawców śmierci panny Simpson?

Jeszcze nie. Wie pan, życie Murzyna nie jest tu w cenie.

background image

Prawo   pod   tym   względem   jest   jedno   -   zaprzeczył   van   Dirxen.   -   A   gdzie 

dokonano zbrodni?

W Makapansgat. To znaczy porzucono tam ciało.

Właśnie tam, dobry Boże...

Tak.   Właśnie   tam,   gdzie   wciąż   znajdujemy   kopalne   szczątki   naszych 

prehistorycznych przodków. Czy nie sądzi pan, profesorze, że pod pewnymi 

względami nie różnimy się niczym od tamtych naszych krewnych? Upłynęło 

tyle tysięcy lat, milion lat, więcej niż milion lat, a my wciąż jeszcze bywamy 

mordercami. Zadajemy sobie ból, gwałt i śmierć. I wcale nie jestem pewien, 

czy znalibyśmy wartość dobra i zła, gdyby nie tamte nasze umiejętności.

Czyżby   chciał   pan   powiedzieć,   doktorze,   że   my,   ludzie,   jesteśmy   przykrą 

pomyłką   natury?   -   spytał   profesor   van   Dirxen,   ściskając   moją   dłoń.   Nie 

odpowiedziałem już na to pytanie.

Po przylocie do Johannesburga odebrałem mój wóz z garażu i zawiozłem Harrego 

do   Heidelbergu,   a   raczej   w   jego   okolice,   gdzie   pani   Willingbottom   miała   swoją 

posiadłość. Jakieś pięćdziesiąt mil dobrej drogi. Na gościnności Jaśminy nie zawiodłem 

się, zostawiłem więc tam mojego przyjaciela i trochę niespokojny ruszyłem do „Wilmy”, 

żeby   przygotować   jak   dobry   impresario   wejście   antropoida   z   Durban.   Jechałem   zaś 

niespokojny,   ponieważ   Jasmina   oznajmiła   mi,   że   już  kilka   razy   od  chwili   przybycia 

panny Honey Urubu widziała przejeżdżający w pobliżu farmy szary samochód. Było też 

kilka pomyłkowych telefonów.

Bart, jeszcze trochę, a zacznę sypiać z karabinem pod głową!

Wojna   burska   wciąż  trwa,   co?  -  zażartowałem,  aby ją  uspokoić.  Ale   pani 

Willingbottom nie dała się na to nabrać. Miała dobry węch. Przyrzekłem jej, 

że   jak   tylko   załatwię   jedną   sprawę   w   „Wilmie”,   natychmiast   wrócę   i 

zastanowimy się, co zrobić z panną Honey. Do tej chwili nikt obcy nie może 

widzieć panny Urubu. - Nikt, lady Willingbottom.

Skinęła energiczne głową. Gdy się żegnałem, wyszła na chwilę z salonu i wróciła, 

trzymając w palcach małą kartkę, nie, to była koperta, zaklejona koperta. Jasmina podała 

mi ją tak, jakby to była głodną pirania. Niemniej oczy mojej przyjaciółki płonęły kobiecą 

ciekawością. Był to list do mnie. Krótki:

background image

Dzień   dobry,   doktorze   Bart.   Wkrótce   się   zobaczymy,   mam   nadzieję.  

Dowiedziałem się, że w Sterkfontein znaleziono zwłoki mężczyzny. Zastrzelono go z tyłu z  

broni kaliber 7,65. Zapewne zainteresuje pana fakt, że jest to niejaki George Lang, ten  

sam typ, który strzelał do mnie w Johannesburgu. Czy pan coś z tego rozumie? Jeśli  

będzie pan rozmawiał z komisarzem Gregsonem, proszę mu nie wspominać, że jesteśmy  

w kontakcie. Sam się ujawnię. John Morse.

Sterkfontein leżało na południe od Makapansgat, gdzie znaleziono ciało Geraldine 

Simpson.

Obejrzałem kopertę. Miała stempel poczty w Johannesburgu. Do licha, ten Morse 

trzyma mnie cały czas na muszce. Mógł wysłać list do „Wilmy”, tymczasem odkrył, że 

przyjaźnię się z Jasminą Willingbottom.

Coś ważnego, młodzieńcze? - dopytywała się Jasmina.

W każdym razie bardzo interesującego. Czy pani kiedykolwiek przyjaźniła się 

z małą wąsatą foką udającą mężczyznę?

No wie pan! Nigdy w życiu!

I bardzo słusznie. Pochwalam. Wkrótce zobaczy mnie pani znowu.

Szczerze   mówiąc,   cały   czas   byłem   na   siebie   wściekły.   To   znaczy,   od   chwili 

zakończenia   rozmowy  z   Dirxenem.   Geraldine   Simpson   mogła   mi   powiedzieć   bardzo 

wiele, z pewnością, a ja zaledwie spojrzałem na nią w gabinecie doktora Holdena. Byłem 

skończonym głupcem. A teraz nowa przeszkoda w mojej szaradzie: jakiś George Lang. 

Czy to się trzyma kupy? Czy wciąż myślę o jednej sprawie, jednej?

Droga przyjaciółko - powiedziałem, siedząc już w wozie - droga przyjaciółko, 

musi   pani   dopilnować,   aby  goryl,   którego   przywiozłem   z   Durban,   też   nie 

wychodził z domu. To bardzo ważne.

Co mu grozi?

- Policja mogłaby go zamknąć w ogrodzie zoologicznym.

- Jasne, młodzieńcze!

W „Wilmie” wziąłem kąpiel, zjadłem kolację, wypiłem dwa głębsze szkockiej i 

kombinując,   jak   sprowadzić   Harrego   Spluwaczkę,   obejrzałem   w   towarzystwie   Joy 

londyńską   transmisję   muzyki   nowej.   Nowość   miała   polegać   na   tym,   że   jakiś   typek 

wrzucał piłeczki pingpongowe do fortepianu, starając się trafić w struny, potem z wyciem 

background image

rzucił   się   na   klawisze   i   powyrywał   je   z   nadspodziewaną   zręcznością   obłąkanego 

dentysty.

- Cóż - bąknąłem do Joy, czyszcząc fajkę.

- Hm - odparła, ziewając dyskretnie. 

Wysilając inteligencję dorzuciłem:

Ale nie mogę zgodzić się z tezą komentatora muzycznego z Pretorii, że nasza 

biała rasa podleje nawet w sztuce. Wariaci dosiadali pegazów w każdej epoce. 

Poza tym pieniądze nigdy nie śmierdzą. No, prawie nigdy. 

Rzekłeś, Wespazjanie. A jednak szkoda tego fortepianu. Jak myślisz, czy to 

był pleyel?

Gdzie   tam!   Facet   nie   odróżnia   fortepianu   od   bębna.   Wybrali   mu   Srata   z 

saloonu licytowanego w Teksasie.

Uspokoiłeś mnie co do przyszłych losów białej rasy - powiedziała z powagą 

Joy. - Wyłączę telewizor. Mam ochotę na spacer. Co ty właściwie robiłeś w 

Durban?

Chciałem   odpowiedzieć   pytaniem:   Dlaczego,   Joy,   odciski   palców   na   twoim 

notatniku i na broni special 38, porzuconej wtedy, kiedy do mnie strzelano przy kortach, 

są identyczne z twoimi odciskami, z którymi zapoznałem się troszkę wcześniej? Ale nie 

spytałem   o   to.   Stary   błaźnie!   Dopiero   teraz   przypominasz   sobie   to,   co   zauważyłeś, 

oglądając tamtą porzuconą broń: special 38 miał pełny magazynek, więc strzelano do 

ciebie z innej broni, a special 38 został podrzucony!  Po co? Kto chce zwrócić moje 

podejrzenie na Joy, zapomniawszy o magazynku, i dlaczego pomyślałeś o tym teraz? 

Bart, idioto, jesteś przepracowany albo skończony pod każdym względem, najlepiej załóż 

farmę drobiu. Ale i tu okaże się zapewne, że brak ci talentu i zawodowej rutyny, bo jaja 

będziesz sprzedawał zielone, a kury granatowe. A przecież ktoś inny także musi już być 

przepracowany, bo gdyby miał świeży umysł, to podrzucając speciala nie zapomniałby o 

usunięciu dwu naboi, no i zadbałby o to, by porzucone łuski pochodziły z tej samej 

broni... zaraz... no, niekoniecznie z tymi łuskami, to stało się wtedy szybko, a poza tym, 

może nie szukałem zbyt dokładnie? Teraz jest już za późno. Ktoś inny przeszukał w tym 

miejscu za mnie trawę.

Joy - zapytałem - Joy, czy umiesz strzelać?

background image

Trochę-odpowiedziała, smarując grzankę dżemem malinowym.

Jaki kaliber odpowiada ci najbardziej?

7,65,   panie   doktorze   -   odparła   z   grzeczną   miną   zawsze   przygotowanej 

uczennicy.

Interesujące. Z takiej broni zabito pannę Simpson.

Ale mnie przy tym nie było, więc bliższych szczegółów się nie dowiesz.

Jasne. Joy, czy widziałaś kiedyś taki policyjny rewolwer, special 38?

Możliwe.

W jakich okolicznościach?

Nie pamiętam, Robercie. Czy to ważne?

Nie odpowiedziałem. Ktoś, kto podrzucił special, jest może mordercą Garricka, 

Możliwe, że wie, dlaczego zginęła Geraldine Simpson Możliwe, że poluje teraz na pannę 

Honey  Urubu.  Możliwe,  że  wie  już  o sierżancie  Langu  porzuconym   w  Sterkfontein. 

Możliwe, możliwe.. Czy postępuję uczciwie i roztropnie, pozwalając, aby tygrys krążący 

coraz wścieklej znów sprężył się do skoku?

Nie, tego się nie da opisać. Uczty, w której uczestniczyłem! oglądając przy pracy 

prawdziwego natchnionego artystę. Harry, jesteś! wirtuozem! Jeszcze teraz widzę twój 

trochę przerośnięty profil przybliżający się do szwedzkiej kasy pancernej i twoje dłonie 

dotykające jej czule niby strun harfy. W wąskim strumieniu światła wywołanym przez 

moją elektryczną latarkę, w małym pokoiku ukrytym za biblioteką sir Jamesa Garricka, 

wyszlachetniałeś, przyjacielu, i już nie miałem sumienia sądzić, że jesteś chodzącym, tak 

jest! żywym okazem istot, które wyginęły milion lat temu... Obaj byliśmy napięci, Harry 

i ja. Ja tylko jako widz, on jako artysta. Ja oglądałem kształt zewnętrzny zjawiska, Harry 

słyszał   wszystko,   muskając   palcami   albo   raczej   magnetyzując   swoim   kasiarskim 

geniuszem tarcze i pokrętła, numery i otaczającą je metalową, nieprzeniknioną strukturę. 

Wsłuchiwał się w to, co było ukryte przede mną, widział to, czego ja nie widziałem, niby 

muzyk,   który   ma   czytać   prima   vista   tabulaturę   nie   z   tego   świata,   jak   poliglota 

odczytujący pismo przysłane z gwiazdozbioru Strzelca. Wielki Harry Spluwaczka przy 

pracy. To było coś! Doskonałe połączenie się człowieka z ukrytym przed jego oczami 

skomplikowanym   mechanizmem,   wzbudzanym   umiejętnie   do   życia,   analizowanym 

ruchami właściwymi  i niewłaściwymi,  palce wzbudziły lekki szmer, coś jak strojenie 

background image

instrumentów, ciche, dalekie granie muzyki, którą rozumiał tylko Harry, w jego mózgu 

jak   na   kartach   perforacyjnych   wprowadzanych   do   urządzeń   komputerowych   musiały 

pojawiać   się   setki,   setki   kombinacji   mechanizmów   i   ich   kompozycji   technicznych, 

właściwie   ten   eksperyment   nie   powinien   był   się   udać,   człowiek   i   mechanizmy 

odgrodzeni byli stalową płytą grubości pięciu centymetrów, ochrona zamków i szyfrów 

była jeszcze grubsza. Mówi się, że nie ma szyfru, który nie dałby się złamać. Tak, ale 

przedtem trzeba ten szyfr zobaczyć.  I Harry już go widział, jego palce poruszały się 

delikatnie i pewnie, coraz pewniej, pieściły i czarowały to szwedzkie monstrum, które 

wreszcie szczęknęło z rezygnacją, zawirowało koło ryglowe przypominające ster starego 

żaglowca, ciężkie drzwi poddały się. Harry pociągnął je lekko, potem odszedł na bok. 

Wyciągnął paczkę lordów, chciał zapalić.

Nie pal - poprosiłem go. - Sądzę, że policja też tu trafi. Poza tym, Harry, jesteś 

wielki.

Och...-zaprotestował   słabo   i   nieszczerze.-Nie   zajrzysz   do   środka?   Pełno   tu 

papierów. O! widzę nawet dwie paczki banknotów. Szalenie by pasowały do 

mojej małej kolekcji. Pozwolisz, przyjacielu?

Nie. Niczego nie ruszaj.

Zanim   zająłem   się   zawartością   sejfu   Garricka,   podałem   Harremu   kawałek 

papieru, ten sam, który wyjąłem z dłoni Jamesa Garricka w Carolinie”.

Czy to był ten szyfr, Harry?

Myślisz o sejfie? - rzucił okiem na kartkę. - ...Nie, to nie to, z Pewnością nie 

to, przyjacielu.

Schowałem   kartkę   do   pugilaresu   i   przystąpiłem   do   roboty.   Najpierw   gruby 

notatnik. Ten będzie mój. Teki z manuskryptami. To notatki do The Missing Key, tak, z 

całą   pewnością,   potem   trzy   grube   bruliony   innej   pracy.   Spojrzałem   na   datę 

rozpoczynającą pierwszy brulion.

Garrick   zaczął   go   pisać   w   maju   zeszłego   roku.   Ostatni   zeszyt   pijany   był   w 

kwietniu tego roku. To także postanowiłem zabrać i przestudiować w swoim pokoju. 

Potem pakiecik listów przewiązanych sentymentalną wstążką. Tak. To listy od panny 

Geraldine.   Z  pewnością   będą  rzeczowe.  Tak,  były   i  kopie  wierszy  sir Jamesa.   Boże 

miłosierny, czy my, mężczyźni, pozostajemy dziećmi nawet wtedy, gdy zbliżamy się do 

background image

granicy   życia?   Jeśli   tak,   to   mój   śmieszny   sentyment   do  Claudii   Orlani   jest  zupełnie 

wytłumaczony.

Co to? - zapytał Harry Spluwaczka. Trzymałem właśnie w ręku wąski skrawek 

papieru.   Były   na   nim   zapisane   te   same   cyfry   co   na   skrawku   papieru   z 

„Caroliny”. Ta wskazówka musi być zatem ważniejsza, niż sądziłem. I jeszcze 

coś leżało w kącie sejfu. Biała, duża koperta. Była zaklejona. Otworzyłem ją 

bez   wahania   i   wyjąłem   ze   środka   skrawek   papieru   z   odręczną   notatką: 

Johannesburg Bank of South Africa 29 05115.

Co to może oznaczać, Harry? - spytałem mojego przyjaciela.

Oczywiście   numer   skrytki   bankowej,   to   dwie   pierwsze   cyfry.   Następne   to 

numeracja szyfru zamka.

Dzięki, Harry. Marnujesz się w handlu krawatami. A teraz zamknij ten sejf i 

spróbujmy z niego usunąć ślady naszych palców.

Przewidujesz, że zajmą się nim gliny?

Chyba tak.

Harry wziął swoje honorarium w dolarach, jak ustaliliśmy. Aha, może drobiazg, 

ale wyjaśniam, że do „Wilmy” ściągnąłem go z posiadłości Jaśminy Willingbottom w 

Heidelbergu, a służbie lady Emmy Garrick przedstawiłem go jako hydraulika, gdyż udało 

mi się przedtem zepsuć hydrofor i pomoc takiego fachowca była niezbędna. W dwa dni 

później  Harry Spluwaczka  był  już zapewne w Durban. A komisarz  Fred Gregson w 

„Wilmie”. Emma Garrick nic nie wiedziała o sejfie męża, ale wiedział o nim Tomai. 

Tomai musiał dużo mówić w Johannesburgu, policja wie, jak rozmawiać z czarnymi... 

Gregson z dużą pewnością siebie wskazał fachowcom drogę do sejfu profesora. Pocięli 

oni szwedzki antyk palnikami i nic w nim nie znaleźli. Fred odjechał wściekły do miasta, 

a z nim jego sfora. O mały włos, a byłby mnie ubiegł. Stanowczo pracuję zbyt powoli. 

„Słabo kojarzysz, chłopcze”, powiedziałby mój ojciec, jak mawiał zawsze, kiedy chciał 

mnie sprowokować do pracy, znając moje lenistwo.

Jeszcze tej nocy, kiedy Harry uporał się z sejfem, czytałem bruliony i notatki 

Garricka. Mimo wszystko przyjemnie jest żyć w czasach, gdy nauka nie błądzi już w 

zupełnych   ciemnościach,   nosząc   przed   sobą   triumfalnie   ogarek   światła.   Coś   niecoś 

dowiedzieliśmy się od czasu W. Okena, który wyobrażał sobie, że wszystko powstało z 

background image

jakiegoś praśluzu. Cuvier twierdził, że małpa jest zredukowanym człowiekiem. Goethe 

chyba   do   końca   życia   wierzył,   że   wszystkie   rośliny   powstały   z   jednej   prarośliny,   a 

wszystkie szkielety kręgowców z jednego archetypu. Lamarckowi już coś innego świtało 

w głowie, gdy odchodził od

modnej Naturphilosophie. Ale tak między nami mówiąc, cóż to zmienia? Odkąd 

Tomasz Malthus ogłosił w roku 1798 swoje dzieło Essay on Population, jego teoria stała 

się podstawą darwinowskiej teorii walki o byt. Można się naturalnie sprzeczać czy dajmy 

na   to,   postęp   geometryczny   2,   4,   8,   16   w   populacji   ma   jakiś   związek   z   postępem 

arytmetycznym 2, 4, 6, 8 w przyroście żywności, ale fakt pozostanie faktem, że tamtej 

populacji zabrakło kilku jednostek żywieniowych, a to jest jakże naturalne w świecie 

natury. A w świecie stosunków społecznych? Otóż właśnie z tej przyczyny ja, Robert 

Bart,   siedzę   teraz   na   południu   Afryki   i   zastanawiam   się   nad   zagadkami   zbrodni 

popełnionych przez ludzi na ludziach. Tutaj czytelnik może powiedzieć, że w takim razie 

można   na   to   machnąć   ręką   i   wrócić   do   Londynu   do   zagadek   archeologicznych 

rozwiązywanych w zaciszu gabinetu pełnego książek, starych rycin, map, kilku marin i 

kolekcji mezoamerykańskich rzeźb, bo już wiemy - i zawsze wiemy - że ktoś zabija po 

to, by zabrać coś, czego na ogół jest mniej niż ludzi, którzy chcieliby to mieć. Tak. A 

jednak pozostanę,  jest bowiem interesujące  skonfrontować wizerunki  obserwowanych 

ludzi i to, co o nich wiemy, z tym, czego o nich nie wiemy i co oni za wszelką cenę 

pragną ukryć, co jest ukryte jak jadowity wąż w ciemnej norze ludzkiej psychiki.

Bruliony Garricka, choć nie były kompletne, pozwoliły mi wyrobić sobie pogląd 

o doniosłości jego odkrycia. Ale nadal nie wiedziałem wielu rzeczy, a przede wszystkim 

nie miałem jeszcze pewności co do tego, kto jest mordercą. Dalej: gdzie kończyła się dla 

Garricka nauka, a zaczynał biznes i gdzie znakomity sir James ukrył owe dwie czaszki. 

Oryginały   odkrytych.   Wreszcie   -   co   miał   oznaczać   odlew   czaszki   współczesnego 

mężczyzny z dziurą po kuli. Do właściciela tej czaszki oryginalnej) strzelono z tyłu...

Tak   samo   zginęła   Geraldine   Simpson.   Tak   samo   zginął   jakiś   Lang,   który   w 

Johannesburgu polował na pana Morse. Czy te fakty mają jakiś związek? Oczywiście, to 

tylko niektóre fakty i pytania pojawiające się w mojej szaradzie w zależności od tego, co 

nagle wydało mi się jasne czy logiczne, a co znowu musiałem usuwać na bok, mając do 

czynienia z nowym elementem w grze. Inaczej byłoby trudno wyjaśnić, dlaczego bez 

background image

powiedzenia   słowa   Emmie   Garrick   czy   Joy   wsiadłem   do   wozu   i   pojechałem   do 

Heidelbergu. Zależało mi na rozmowie z Honey Urubu, dlatego nie zważałem na to, że 

na   liczniku   mam   siedemdziesiąt   >pięć   mil.   Była   akurat   sobota,   wymijałem   z 

niefrasobliwością   pijaka   karawany   wlokących   się   gdzieś   samochodów.   Weekend, 

szczęście, że nie napotkałem policji i szczęście, że ten kraj posiada wspaniałe drogi. 

Naturalnie   nie   byłem   ani   trochę   wstawiony.   Po   prostu   Honey   Urubu   musi   mi   coś 

powiedzieć.

Domostwo   Jaśminy   Willingbottom,   solidnie   wiktoriańskie,   postawione   zostało 

zapewne przez jakiegoś Anglika związanego z południem Afryki interesami, a z Anglią 

sentymentem   do   mgły,   przeziębień   i   katarów   właściwych   tej   nieforemnej   tratwie 

przycumowanej   do   wybrzeży   zachodnich   Europy.   Oczywiście   miało   kamienną 

podmurówkę   i   brakowało   mi   tylko  \v  owej   chwili,   gdy   z   lekkim   chrzęstem   opon 

zajeżdżałem   przed   ciężkie   dębowe   drzwi   po   drodze   wysypanej   żółtym   żwirem, 

brakowało mi,  mówię, jakichś wrzosowisk w pobliżu (nie widziałem ich również po 

drodze)   i   eleganckiego   towarzystwa   wracającego   właśnie   z   polowania   na   lisa.   „Ci 

Anglicy są niepoprawni, cały świat chcieliby urządzić po swojemu” - wyznała mi kiedyś 

przed parunastoma dniami Jasmina tonem komunikatów wojennych. Zapewne miała na 

myśli swój dom, ona, która już czuła się Afrykanerką. Wyłączyłem radio, sprawdziłem 

zatrzaski   drzwi   jak   ktoś,   kto   mając   w   pamięci   lektury   dzieciństwa,   wyobraża   sobie 

Afrykę pełną włóczących się lwów, gepardów i lampartów, podczas gdy ten kraj jest tak 

naprawdę pełen włóczących się czarnych i białych ludzi, którym dzikie zwierzęta na ogół 

schodzą z drogi. Wysiadłem, zamknąłem powoli drzwi z prawej strony wozu, czekając na 

pojawienie się służby, ale ponieważ nikt nie wyszedł mi na spotkanie, pomaszerowałem 

po   chrzęszczącym   żwirze   w   stronę   wejścia.   Podniosłem   rękę   do   dzwonka,   kiedy 

zauważyłem, że dębowe drzwi są lekko uchylone. Trochę mnie to zdziwiło, wiedziałem, 

że starsza pani jest osobą ostrożną... Spojrzałem przez ramię za siebie. Dom Jaśminy 

Willingbottom stał na wzgórzu otoczonym drzewami. Poza tym zielonym pierścieniem 

widziałem   z   mojego   miejsca   daleką   szosę   i   sunące   po   niej   w   stronę   Yereeniging 

kolorowe   pudełka  samochodów   wyglądające  jak  zabawki.  Gdzieś   na  początku   drogi, 

którą   przyjechałem,   wlókł   się   zielony   samochodzik,   unosząc   za   sobą   czerwony   pył. 

Ująłem   lekko   mosiężną   gałkę,   pchnąłem   dębowe   drzwi   i   wszedłem   do   chłodnego, 

background image

obszernego   hallu.   Od   drzwi   prowadził   ku   schodom   puszysty,   czerwony   dywan. 

Bawialnią z prawej i biblioteka z lewej strony hallu były puste, mogłem to widzieć, nie 

ruszając  się  z miejsca,  drzwi  do tych   pomieszczeń   też  były   otwarte.  Białe   drzwi  do 

kuchni za schodami były zamknięte. W korytarzach z lewej i prawej strony panowała 

cisza. Wszedłem na schody. Głos, którego nie znałem, zatrzymał mnie w pół drogi.

Witamy w Heidelbergu, panie Bart... nie, nie, proszę nie podnosić prawej ręki 

tak zdecydowanie, pod lewą pachą ma pan z pewnością broń. O tak, teraz 

lepiej, obie ręce powoli i spokojnie w górę, dłonie na kark... dobrze Co prawda 

nie   oczekiwałem   pana   tutaj,   ale   gdy   dostrzegłem   przez   lornetkę   pański 

samochód, pomyślałem, że niepotrzebnie włóczy się pan po Afryce, nie będąc 

Afrykaninem. Proszę na górę. I bez kawałów!

Kim pan jest, u licha? - rzuciłem pytanie, nadając mojemu głosowi spokojne 

brzmienie.

Mogę to panu powiedzieć, bo sądzę, że wszystko się tu dla pana skończy. 

Nazywam się Frost. Mówi to coś panu?

Nic - skłamałem. Frost i Lang. Lang został zastrzelony, znaleziono jego ciało. 

Frost żyje. Obaj polowali na pana Morse. Do

diabła!

Na zakręcie schodów rzuciłem krótkie spojrzenie do tyłu. Frost miał pistolet z 

tłumikiem.   Przy   drzwiach   gabinetu   Jaśminy   stanęliśmy   na   chwilę   przed   sobą.   Frost 

popatrzył  mi zimno w oczy.  Zimno i obojętnie. Przyjemny facet. Średniego wzrostu, 

szczupły, kwadratowe ramiona, długa szczęka, rude włosy z długimi bokobrodami. Nie 

mogłem niczego ryzykować, czując wciskającą się w mój brzuch długą, oksydowaną 

lufę. Frost uśmiechnął się, pokazując dwa szeregi równych, białych zębów.

- Jest pan rozsądny, doktorze - powiedział leniwym, łagodnym głosem. Otworzył 

lewą

 

ręką

 

drzwi.

 

Pchnął

 

mnie

 

do

 

gabinetu.

 

W

niewielkim pokoju umeblowanym  starymi  mahoniami o czerwono-brunatnym  połysku 

znajdowały

 

się

 

już,

 

jak

 

przypuszczałem,

 

obie

panie. Lady Willingbottom i Honey Urubu. Jasmina siedziała na kanapie, miała przed 

sobą koszyk z wełną, a w dłoniach druty poruszające się szybko jak dwa wyostrzone 

rapiery. Wydawała się pochłonięta pracą. Honey Urubu stała przy oknie, popielata ze 

strachu. Niebieskie, trochę wodniste oczy Frosta spojrzały na tę scenę.

background image

- Co dalej? - zapytałem. 

Frost wzruszył ramionami.

-   Miałem   się   właśnie   zdecydować,   gdy   pan   przyjechał.   Źle   pan   zrobił. 

Świadkowie są zawsze niewygodni. To określa moją odpowiedź.

Przysunął się do mnie i wyłuskał mi spod pachy mojego webleya.

Ja nic nie wiem! - wrzasnęła Honey Urubu.

Cicho,   głupia!   -   warknęła   Jasmina   Willingbottom.   Druty   w   jej   rękach 

zamigotały jeszcze szybciej.

Nie wiem, nie wiem... - powtarzała Honey i zaczęła płakać. - Niczego nie 

widziałam, proszę pana.

Honey - powiedziałem - Honey, przestań płakać. Teraz możesz powiedzieć. 

Przecież pan Frost zacznie strzelać. Czy to on właśnie przyjechał po Geraldine 

Simpson? No, Honey, powiedz, zanim pomaszerujemy do nieba. Czy ten pan 

zabrał pannę Simpson do Sterkfontein?

- Niech pan się zamknie, doktorze, szkoda fatygi... ale zaspokoję pana ciekawość, 

zanim nacisnę spust. Tak, to ja zabrałem Geraldine. I jeśli chce pan wiedzieć, to ja ją 

zastrzeliłem. Za dużo wiedziała, doktorze.

O czym? - spytałem.

Długa sprawa.

Frost miał wciąż leniwą, obojętną twarz zawodowca wykonującego swoją robotę 

bez najmniejszej emocji. Kiedy podnosił lufę broni ku Honey Urubu, rzuciłem pytanie, 

które, jak mi się zdało, mogło mi pomóc.

Czy wie pan, Frost, że pański kumpel, Lang, został znaleziony w Sterkfontein?

Znaleziony? - Frost spojrzał na mnie zimno, ale w jego oczach dostrzegłem 

błysk zainteresowania. - Co pan przez to rozumie?

Znaleziony   z   przestrzeloną   czaszką.   Kaliber   7,65.   Ale   to   już   jest   bez 

znaczenia, prawda?

A więc wie pan coś o Langu, jak przypuszczano. Ale kłamiesz, doktorku. 

Lang żyje!

Nie kłamię. I widzę, że interesuje pana to, co powiedziałem. Czy wie pan, 

poza tym, że jest pan poszukiwany?

background image

Bzdura. Kto mnie szuka?

Policja! - roześmiałem się. - Policja, która chce wyjaśnić usiłowanie zabójstwa 

niejakiego Johna Morse. Ale czemu się denerwujesz, Frost?

Przełożył broń do lewej ręki, prawą zapalił papierosa. Honey wpatrywała się jak 

sparaliżowana w wylot lufy. Już się zdecydowałem. Zresztą nie miałem innego wyjścia.

- Zanim zaczniesz strzelać, Frost, zechciej zaspokoić ciekawość skazańca. Coś w 

rodzaju

 

ostatniej

 

prośby.

 

Dlaczego

 

uprowadziłeś

Geraldine Simpson? Na czyje polecenie?

Ostatnio za dużo piłem. Programowo, aby ktoś, kto mnie śledzi, bo wciąż miałem 

wrażenie, że jestem śledzony, oceniał mnie niżej, niż na to zasługuję. Zapytałem Frosta, 

czy mogę usiąść. Skinął głową mówiąc, że nie nabiję sobie guza padając, kiedy on strzeli. 

Schylając się, sprężyłem mięśnie, poderwałem się, pewnie o sekundę za późno, czułem 

się ociężały, ale moje nogi frunęły w powietrze, stopy uderzyły tam, gdzie chciałem, w 

tętnice szyjne Frosta. Kiedy padał do tyłu, zaryzykowałem salto i trzasnąłem go potężnie 

w klatkę piersiową. Żle. Miałem uderzyć w miejsce pomiędzy żołądkiem i mostkiem 

ciosem porażającym  pionowo i promieniście.  Mimo  to  mój  przeciwnik  zwalił  się na 

podłogę. Nie czekałem na jego reakcję, byłem przy nim, prawą piętą uderzyłem go w 

nerkę, podniosłem się w pionie i ulokowałem lewą stopę w jego brzuchu. W ułamek 

sekundy wcześniej dostrzegłem jego broń zakreślającą łuk w powietrzu. Żelastwo spadło 

pomiędzy Jasminę  i Honey.  Ale Jasmina  siedziała  z otwartymi  ustami, podtrzymując 

dłońmi opadły podbródek, jakby bała się zgubić sztuczną szczękę, jeśli ją miała. Honey 

śmiała się głupkowato, jej śmiech przypominał coś jakby połączone z głośną czkawką 

gdakanie kury. Była w szoku. Podniosłem się z klęczek. Odwróciłem się od Frosta. Ach, 

te kobiety! Żadna z nich nie podniosła leżącej spluwy z tłumikiem. No tak, przemknęło 

mi przez głowę, gdy padałem z nagle podciętymi nogami, Frost wziął mnie chwytem 

nożycowym. Odporny typ albo ja się starzeję. Nie, Bart, to niemożliwe, nie starzejesz się 

jeszcze: albo archeologia, albo kryminalne robótki. Po prostu zaniedbałeś pożytecznych 

ćwiczeń!...   Leżąc   na   łokciu,   zdołałem   kopnąć   Frosta   w   kolano.   Ryknął   z   bólu. 

Poprawiłem w drugie. Zawył, ale nie puścił broni.

- Ty gnojku! - wystękał, celując w moją głowę.-Ty zasrany gnojku!

Jeszcze chwilę, Frost... - wystękałem. - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 

background image

Na czyje polecenie porwałeś Geraldine Simpson?

Usłyszysz, nim skonasz, gnojku. Kazał mi to zrobić...

Jeszcze teraz  pamiętam  zdumiony wyraz  jego twarzy.  Oczy wpatrujące się w 

przestrzeń za moimi plecami. Rozrzucone ramiona i ciało padające do tyłu jak podcięte 

niewidzialną  kosą. Potem uświadomiłem  sobie potężny łoskot wystrzału.  Frost wciąż 

skłaniał się do tyłu jak na zwolnionym filmie, z jego szyi trysnęła krew na morelowy 

dywan.

Patrzcie państwo! - usłyszałem głos. Był to głos Freda Gregsona.

Przybyłem w samą porę, na szczęście! -: Rzeczywiście, Fred.

Co to wszystko ma znaczyć? - powiedziała wreszcie Jasmina.

Sam chciałbym wiedzieć - odparłem, dźwigając się z podłogi.

I ja, lady Willingbottom - powiedział Gregson, chowając broń. Spojrzałem na 

Jasminę.

Bała się pani - mruknąłem. Przy oknie Honey Urubu osuwała się na podłogę. 

Fred był już przy niej. Druty pani Wollingbottom znowu zamigotały wściekłe.

Smarkaczu!   Słyszałam   kroki   na   dole,   gdy   ten...   ten   pies   chciał   nas 

wymordować. Modliłam się, aby nie były to kroki drugiego mordercy! Ale 

Opatrzność czuwała nad nami, chłopcze!

A jej wysłannikiem był nasz drogi komisarz Gregson.

Tak   właśnie   musiało   być!   -   wielki   kok   na   czubku   jej   głowy   zatrząsł   się 

energicznie. Panna Urubu przychodziła już do siebie na kanapce pod oknem. 

Wyjąłem ze zmiętego pudelka papierosa i zapaliłem.

Czy mogę dostać drinka? - spytałem.

-   Wszyscy   się   chętnie   napijemy   -   zawyrokowała   Jasmina.   Gregson   wyszedł. 

Wrócił po chwili, niosąc przed sobą tacę z butelką

sherry i kieliszkami, a pod pachą butelkę szkockiej. Jasmina, mówiąc że przez 

całe życie nie lubiła słodyczy, napiła się szkockiej. Honey sączyła sherry, wyglądała jak 

przestraszona   kotka,   ale   już   czuła   się   lepiej,   siedząc   z   założonymi   nogami. 

Poczęstowałem   ją   papierosem,   zaciągnęła   się   głęboko,   Jasmina   zdradziła   nam   swoje 

powołanie do zdecydowanego życia, prosząc o podanie cygara z kasetki na kominku. 

Podsuwając jej pod nos zapalniczkę, spytałem:

background image

Jasmino, czy możemy przystąpić do wyjaśnień?

To oczywiste, chłopcze! - skinęła głową. - Zaczynaj.

Dobrze. Dlaczego została pani dzisiaj sama w domu, pani i Honey?

Wysłałam służbę do mojej sąsiadki, pani Janssen mieszkającej o dwie mile 

stąd.

Dlaczego?

Pani   Janssen   wydaje   dzisiaj   przyjęcie,   a   jej   czarna   służba   nie   jest   tak 

wyszkolona jak moja.

Rozmawiałyście panie?

Dzwonił jej zarządca, Monk.

Pani go zna?

Skądże!

Monk leży w szpitalu  w Johannesburgu - wtrącił Gregson. - Musiała pani 

rozmawiać z kimś innym.

Skąd wiesz, Fred, że Monk, zarządca farmy pani Janssen, jest w szpitalu? 

Znasz go?

Wstąpiłem po drodze do pani Janssen na filiżankę kawy. Powiedziała mi, że 

bez Mońka, który choruje, nie może sobie poradzić ze służbą.

To, co powiedział Fred, było logiczne. W ogóle, wszystko, co mówi Fred, trzyma 

się kupy.

Oczywiście nie możesz  mi  powiedzieć,  w jakim celu złożyłeś  wizytę  pani 

Willingbottom?

Oczywiście   mogę.   Szukaliśmy   Honey   Urubu.   Przepadła   po   zamordowaniu 

Geraldine Simpson. Mogła coś wiedzieć...

Na przykład: widziała mordercę?

To nie jest wykluczone, Bart.

Pani Willingbottom - zignorowałem Freda, zwracając się do Jaśminy, choć nie 

miałem prawa zadawać jej oficjalnych pytań. - Po co przybył tu ten Frost? Co 

mówił?

Wie pan, po co przybył. Co mówił? Chodziło mu o pannę Urubu. Powiedział, 

background image

że widziała go z pewnością, gdy przyjechał po pannę Simpson, więc musi ją 

zabić. A mnie zabije, ponieważ nie toleruje świadków w swoim fachu. Potem 

pan przyjechał.

Zatem Frost powiedział: „nie toleruję świadków”. Ciekawe.

Ukrywał się zręcznie - wtrącił Gregson - ale byliśmy na jego tropie. Za dzień, 

dwa byłby nasz...

Ale dzisiaj przedsiębiorca pogrzebowy w Heidelbergu musiałby przygotować 

trzy trumny. No, przybyłeś w samą porę, choć przypadkowo. Powiedz mi, czy 

wiesz już, kto zamordował Langa?,

Zapewne Frost...

I ja tak sądzę. A dlaczego? Jakie miał motywy?

Obaj zamieszani byli w przemyt... A przemyt to nie sprawa mojego wydziału.

Powiedz mi coś jeszcze, Fred.

O co chodzi? - spytał.

Czy Geraldine Simpson została zgwałcona przed śmiercią?

Nie.   Lekarz   policyjny   wykluczył   taką   możliwość.   Lang   i   Frost   byli 

zawodowcami.»

Rozumiem. Nigdy nie robili tego, co nie było potrzebne?

Otóż   to,   doktorze...   Gdzie   pani   ma   telefon,   lady   Willingbottom?   Muszę 

wezwać ekipę policyjną z centrali.

Gregson wyszedł z pokoju, kołysząc potężnymi barami. Jego koszula

była   pod   łopatkami   zupełnie   przepocona.   Kiedy   wrócił,   powiedziałem, 

napełniając sobie kieliszek:

Fred, poprzyj  moje  podanie o wizę do Kenii. Mam już dość tej  cholernej 

sprawy.   Chyba   zabiorę   się   do   archeologii.   Podobno   w   Kenii   odkopano 

jakiegoś   jegomościa,   który   liczy   sobie   kilka   milionów   lat.   Wprawdzie 

zachował się we fragmentach, ale to mnie interesuje.

Strasznie   krwawił   -   usłyszeliśmy   nagle   głos   Jaśminy.   -   Przypatrywała   się 

leżącemu na dywanie Frostowi.

Strzał w aortę zawsze wywołuje taki efekt, proszę pani - powiedział Fred.

background image

Ach   tak?   No   tak   -   skinęła   głową   Jasmina.   Diabelnie   opanowana   kobieta. 

Interesujące.

Zanim ci z głównej Kwatery Policji zabrali ciało Frosta, obskoczyli strwożoną 

Honey. Zadali jej mnóstwo pytań w sprawie panny Sim-pson. Honey patrzyła na nich 

okrągłymi oczami, mówiąc wciąż, że nic nie wie, że nigdy nie widziała Frosta, że nie 

widziała twarzy człowieka, który przyjechał po jej przyjaciółkę, że z Geraldine łączyła ją 

przede wszystkim praca, że panna Simpson nigdy nie mówiła jej nic o swoich sprawach 

osobistych, to znaczy takich, które mogłyby nie podobać się policji, panna Simpson była 

porządną dziewczyną i Honey Urubu też jest porządną dziewczyną. Nie, panna Simpson 

nigdy nie wydawała dużo pieniędzy,  czasami wyjeżdżała do Durban, do rodziny,  tak 

mówiła, potem przestała wyjeżdżać. Tak, doktor Holden bywał u panny Simpson, ale 

zawsze wychodził po kolacji... Mówiła, mówiła, Gregson świdrował ją oczami, ale nic 

więcej nie mógł z niej wydobyć, nawet gdy powiedział, że przesłuchają ją jeszcze raz w 

Johannesburgu.

Co o niej sądzisz, Rob? - spytał Gregson, gdy wyszliśmy przed dom.

Honey   Urubu?   Głupiutka.   Panna   Simpson   przewyższała   ją   o   kilka   klas. 

Tracicie czas. Ona nic więcej nie wie poza tym, że „przyjaźniła się z panną 

Simpson”.

- Chyba masz rację.

Jednego nie byłem pewien. Że teraz, gdy Lang i Frost nie żyją, Honey Urubu nic 

nie grozi. Po odjeździe policji Honey usiadła przy mnie, wykorzystując chwilę, gdy lady 

Willingbottom wyszła. Przyznała się, że „wtedy” widziała Frosta za kierownicą wozu.

Dlaczego nie powiedziałaś o tym policji?

Czarni boją się białej policji.

A   czemu   nie   powiedziałaś   im,   że   Geraldine   spotykała   się   z   profesorem 

Garrickiem? - spytałem wprost.

Wargi Honey zacisnęły się stanowczo, ale oczy spojrzały na mnie błagalnie.

Wciąż się bała. Czego?

- Czy pani znała Frosta? - zwróciłem się do Jaśminy.

- Ależ skąd!

Wstała,   podeszła   do   szafki   pod   oknem,   wyjęła   stamtąd   srebrną   tackę   z 

background image

kieliszkami   i   butelką   chartreuse.   Fred   Gregson,   który   wrócił   na   chwilę,   przełknął   to 

jednym łykiem, jakby miał do czynienia z tanim rumem. Lady Willingbottom popatrzyła 

na niego ze zgorszeniem. Honey smakowała trunek powoli i łakomie jednocześnie, jak 

mała   dziewczynka   lubiąca   przedłużać   działanie   rzeczy   przyjemnych.   Przymrużonymi 

oczami patrzyła przed siebie, smakowała każdą kropelkę. Milczeliśmy. Ciekaw byłem, 

czy Gregson zada jeszcze Honey jakieś pytania, ale on milczał nawet wtedy, gdy Jasmina 

zaczęła   znowu,   mówić   o   Froście,   Gdy   wreszcie   wstał,   popatrzył   na   nas   przeciągle, 

obciągnął   na   biodrach   pas   z   rewolwerem,   powiedział   do   mnie,   czy   tak   sobie,   przed 

siebie:

- Sam nie wiem, czy to dobrze, kiedy musimy komuś zawdzięczać życie.

Po chwili usłyszeliśmy warkot zapuszczanego silnika.

Siedziałem   w   domu   Jaśminy   do   wieczora,   gdy   z   farmy   pani   Janssen   wróciła 

czarna służba. Honey chciała jechać ze mną do „Wilmy” i uznałem, że będzie to teraz 

dobre   rozwiązanie,   chociaż   wcale   nie   miałem   pewności,   czy   jest   już   poza 

niebezpieczeństwem, jeśli wie coś, czego nie chciała mi powiedzieć. Bo Honey Urubu 

nie chciała mi odpowiedzieć na jedno pytanie, z którym przybyłem do Heidelbergu.

Chciałem   tylko   wiedzieć,   czy   profesor   Garrick   i   doktor   Holden   wiedzieli,   że 

Geraldine   Simpson   zwodzi   ich   obu.   Albo   inaczej:   czy   śliczna   czarna   gazela   była 

przyjaciółką Holdena, tylko Holdena.

- Nie wiem, proszę pana, naprawdę nie wiem, przysięgam!

Przecież mieszkałyście razem! - warczałem nad kierownicą. - Musiałaś coś 

widzieć, słyszeć! Nie było żadnych zwierzeń?

Żadnych!

Byłem na Honey wściekły:

Ty czarny kłamczuchu!

Biali też kłamią - syknęła.

Ty mała żmijko - mimowolnie roześmiałem się. Honey błysnęła olśniewająco 

białymi zębami.-A więc jednak kłamiesz, Honey!

Emma. Potrafi być cudownie łagodną kobietą. Włóczę się po jej domu, robię co 

dzień   porządek   w   barku,   wydaję   polecenia   Ukele   (sprawa   Tomai   przeciąga   się   w 

Johannesburgu,   jeszcze   nie   stanął   przed   sędziami,   a   Fred   nic   mi   nie   chce   o   nim 

background image

powiedzieć), flirtuję z Joy Galson, która także siedzi w „Wilmie” i smaży jakiś nowy 

artykuł dla afrykańskiej „Star”, i ulokowałem na poddaszu moją Josephine Baker. Staję 

się   bezczelny,   czując   się   prawie   domownikiem.   Tak   naprawdę   to   czuję   się   jak 

spuszczony   ze   smyczy   pies,   który   biegnie   po   tropie   i   zawyje   dopiero   wtedy,   gdy 

dopadnie ofiary.

- Twój artykuł dla „Star” będzie nędzny-mówię do Joy, nie przejmując się, że 

tracę u niej szansę. Myślę teraz o czymś innym.

-   Dlaczego   tak   mówisz,   Rob?   Jesteś   obrzydliwie   zarozumiały,   z   góry   wiesz 

wszystko,   wszystko   rozumiesz!   Typowy   męski   zarozumialec!   Kiedy   wreszcie 

zrozumiesz, że wcale nie jesteś taki mądry? Nudzisz mnie, chłopcze. Cześć! - Joy trzaska 

drzwiami, wychodząc.

Co   tydzień   przyjeżdża   Jasmina.   Od   kilku   lat.   Chodziły   razem   z   Emmą   do 

pobliskiego kościoła. Teraz Jasmina chodzi z Joy, dostojna jak średniowieczny donżon, a 

Joy przy niej jak mała zaczepna Joanna d’Arc. Pobożna Joy. Jakoś nie mogę uwierzyć w 

jej irracjonalizm. Ale wszystko jest możliwe. Jak to, że w tydzień po smutnym przypadku 

Frosta Jasmina powiedziała, że bywała z Garrickiem w Kalkbank.

Czyżby tam wykopała pani swojego męża? - pytam.

Jesteś cynicznym łotrem, Robercie Bart! - uderzyła mnie białą rękawiczką. - 

Mówiłam ci już, że mój mąż i sir Garrick przyjaźnili się i czasami razem 

pracowali.

Czy pani mąż miewał duże osiągnięcia naukowe?

Sam pan wie, że nie! Przecież zna pan te ich książki, komunikaty i tak dalej. 

Garrick miał zawsze dużo szczęścia... Cholernie dużo! Ale, ale, przywiozłam 

panu butelkę chartreuse, młody pijaku.

Dlaczego sądzisz, że mój artykuł będzie zły? - pyta Joy.

Bo innego nie wydrukują tu, jeśli chodzi o stosunki społeczne na południu 

Afryki. W zeszłym tygodniu byłem w sprawie Tomai w Johannesburgu. Źle, 

mówię   ci,   Joy.   21e,   gdy   policja   szczuje   ludzi   psami,   bije   ich   twardymi 

pałkami,   masakruje,   obrzuca   gazami   łzawiącymi.   Zajrzyj   do   historii.   Nikt 

nigdy   nie   porozumiał   się   z   nikim,   używając   przemocy   i   rezerwując   sobie 

prawo do jedynej słuszności i jedynej prawdy.

background image

Biali tu mówią, że Murzyni lepiej czuliby się na drzewach.

A co na to Pan Bóg, ty mała rasistko?

Przepraszam cię, ale jestem za prawami dla wszystkich ludzi! - oburzyła się 

Joy.

Jesteś zatem taką samą utopistką, jak ja, kochanie.

Znowu przyjeżdża Holden. Widzę, że Emma nie jest szczęśliwa. Rzekłbym, że 

Holden nie działa na nią tak jak wtedy, gdy widziałem ich po raz pierwszy. Ukele patrzy 

z podziwem na doktora. Mówi, że „on musi być bardzo bogaty”.

Dlaczego tak sądzisz? - pytam.

Pan Holden jeździ takimi eleganckimi samochodami, proszę pana.

Czyżby często je zmieniał, Ukele?

Nie wiem, proszę pana. Ale poprzednio pan Holden miał długi zielony wóz, a 

teraz ma taki sam, tylko żółty.

Pewnie lubi jeździć wozami tej samej marki.

Pewnie tak, proszę pana. Musi być  taka sama  marka i taki sam numer na 

tabliczkach, prawda?

Ukele   patrzy   mi   w   oczy   tak   niewinnie,   że   mógłbym   ją   obedrzeć   ze   skóry   i 

wrzucić do kopca z termitami.

Odwiedził  „Wilmę”  Joachim Storch ze Spółki Uranowej. Poznałem go trochę 

wcześniej   (chyba   już   o   tym   wspomniałem?)   i   teraz   wydał   mi   się   tak   samo 

niesympatyczny   jak   poprzednio.   Storch   ponowił   swoje   zaproszenie,   bym   odwiedził 

wreszcie zachodnie wybrzeże, zwłaszcza okolice Cape Town i zatokę Table Bay, gdzie 

moglibyśmy trochę pożeglować.

- Czyż to nie jest przyjemne, panie doktorze, bawić się żaglami na szlaku, gdzie 

kiedyś płynęli Diego Cao, Bartolomeu Diaz i Vasco da Gama? Zmagania tych żeglarzy z 

„nieznanym” dawno już przestały służyć Portugalii. Teraz, doktorze Bart, służą takim jak 

my.

 

Musi

 

pan

mnie odwiedzić nad zatoką Table, koniecznie!

Chciałem mu powiedzieć, że nie wszystko na tym świecie służy „takim jak my” i 

że ostatecznie ani on nie jest taki jak ja, ani odwrotnie, gdy zainteresowało mnie coś, co 

rzucił mimochodem, jakby się tym specjalnie nie interesując:

background image

Spotka pan u mnie kogoś, kto pana niewątpliwie zainteresuje.

A któż to taki?

Przybysz ze starej Anglii! - zaśmiał się Storch. - Oryginał i kolekcjoner. Nie 

potrzebuję dodawać, że bogaty.

Widziałem wielu bogatych ludzi, na ogół bywają albo nudni, albo zabawni.

Mój gość pasjonuje się archeologią amerykańską, ale zdaje się, że ostatnimi 

czasy   interesuje   go   również   sztuka   Afryki.   Doktor   Cornelius   Horn   to 

nieprzeciętny człowiek.

Bardzo długo zapalałem moją fajkę, zanim zapytałem:

Czy doktor Hocn odwiedzi również Johannesburg?

Ach nie. Sprowadzają go do mnie interesy. Poza tym - Storch nachylił się do 

mnie   konfidencjonalnie   -   poza   tym   interesuje   go   jachting   i...   no... 

dziewczynki. Bez przesady, rzecz prosta.

Oczywiście.

W Johannesburgu, po odwiedzinach u Appletona na uniwersytecie, zamówiłem 

rozmowę   z   Londynem.   Dawson   naturalnie   trwał   na   swoim   posterunku   w   Yardzie. 

Następnego dnia otrzymałem od niego depeszę, że doktor Cornelius Horn wyjechał z 

Anglii.   Ściśle   mówiąc   odleciał   do   Pretorii   samolotem.   Czyżby   chciał   mi   osobiście 

przypomnieć, że miałem do niego telefonować? Nie wiem, dlaczego przypomniała mi się 

pewna   mała   mysz   londyńska,   która   zdecydowała   się   wejść   do   klatki   z   zatrzaskiem, 

ścigana przez kota, którym był dystyngowany sir Francis Drakę, pupil ciotki...

Storch, zanim opuścił „Wilmę”, zadał mi jedno pytanie. Dwa pytania.

Czy wciąż upiera się pan, doktorze, przy wyjaśnieniu sprawy Garricka?

Tak.   Wziąłem   za   to   pieniądze,   a   nie   lubię   ich   brać   za   darmo.   Chociaż 

przyznam, że moje honorarium topnieje, a sprawa stoi w miejscu.

Spółka   Uranowa   mogłaby,   powiedzmy,   wynagrodzić   pańskie   trudy.   Widzi 

pan,   sir   Garrick   był   naszym   udziałowcem   i   zamknięcie   tej   sprawy,   tego 

morderstwa, byłoby dobrze widziane. Rozumiemy się?

Niestety. Nie rozumiem.

- Szkoda. Mimo to lubię pana. Taki gość jak pan byłby przydatny Spółce. Proszę 

background image

o tym pamiętać!

Potem ja zadałem pytanie Emmie Garrick:

Po co przyjechał pan Storch? Popatrzyła na mnie ze zdumieniem.

Czy sądzi pan, że ma pan prawo o to pytać?

Byłoby lepiej dla pani, gdybym usłyszał odpowiedź.

Dobrze. Podpisałam pewne papiery. Pan Storch przywiózł mi je w związku z 

tym,   że   sąd   w   Pretorii   zezwolił   mi   już   na   dysponowanie   udziałami   mego 

zmarłego męża. Jestem jedyną  spadkobierczynią  i dysponentką majątku  sir 

Jamesa Garricka. Właśnie przejęłam jego udziały w Spółce Uranowej.

Pani Emmo...

Wkrótce wyjadę na kilka dni, aby spotkać się z prawnikami Spółki, no i z 

moim adwokatem w Johannesburgu.

- Szczęśliwe zakończenie. Gratuluję. I powtórzę jeszcze raz jedno pytanie: czy 

jest pani pewna, że nie istnieje inny testament sir Garricka?

O tak! - powiedziała Emma stanowczo.

I   jeszcze   jedno   -   strzelam   na   chybił   trafił.   -   Czy   pani   poznała   pannę   Joy 

Galson dopiero w „Wilmie”?

Zdziwienie Emmy było tak szczere, że pomyślałem sobie: pudło...

Johannesburg w dzień później. Zabieram się z Emmą i Joy. Lady Emma udaje się 

na spotkanie z prawnikami, Joy ma jakieś sprawy w redakcji „Star”. Ja mam interes do 

Appletona.   Chodzi   mi   o   pewne   eksponaty   Garricka   zdeponowane   na   Wydziale 

Medycznym uniwersytetu i kilka innych, znajdujących się, jak wynika z jego notatnika, 

w Muzeum Południowoafrykańskim w Kapsztadzie. Interesowały mnie też pewne jego 

artykuły opublikowane w „Naturę” i w „British Medical Journal”. Emma  prowadziła 

znakomicie swojego forda, niewiele operowała biegami, pewnie wkrótce zajeździ tego 

mustanga, ale może sobie na to pozwolić, ma kupę pieniędzy, a w każdym razie wkrótce 

będzie je ostatecznie miała. Joy, która sama świetnie prowadzi, zapięła pas, ja uważnie 

wpatrywałem   się   w   drogę   znikającą   błyskawicznie   pod   srebrnym   bolidem   Emmy, 

zastanawiając się, w jaki sposób wydobędę się z tej masy żelastwa, jeśli już stanie się 

najgorsze. Ale Emma dowiozła nas do Johannesburga. Elegancka, spokojna. Tak, bardzo 

opanowana. Kiedy jest prawdziwa w swoich nastrojach? Emma słaba, Emma przerażona, 

background image

Emma zalękniona i osamotniona, Emma zimna jak sopelek lodu? Do diabła!

W Johannesburgu poprosiłem, aby Emma zawiozła mnie w pobliże

Wydziału Medycznego. Wysiadłem, umawiając się, że będę na nią czeka! przy 

wieżowcu, w którym mieściły się biura firmy „Yan Stessen”. O piątej. Joy powiedziała, 

że do tej godziny także załatwi swoje sprawy. Odjechała z Emmą. W istocie rzeczy nie 

chciałem   się   widzieć   z   Appletonem   i   nie   interesowały   mnie   opisy   jego   eksponatów 

zdeponowanych   w   Kapsztadzie.   Gdy   samochód   Emmy   znikł   za   zakrętem   alei, 

wskoczyłem   do   stojącej   na   postoju   taksówki   i   kazałem   kierowcy   jechać   w   pewnej 

odległości za wozem lady Garrick. Widziałem, jak Joy wysiada przed biurami redakcji 

„Star”, potem czekałem na Emmę w pewnej odległości od lśniącego niklem i szkłem 

wejścia   z   rzucającą   się   w   oczy,   z   prawej   strony,   tablicą   z   napisem   „Van   Stessen. 

Prawnicy”.  Emma  nie  zabawiła  tam  długo. Ruszyła  ostro  swoim  bolidem,  ja za nią. 

Zatrzymała wóz przed kawiarnią „Van Loo”. Wszedłem tam w chwilę potem. Emma nie 

zauważyła mnie. Chciałem sprawdzić moje przypuszczenie. Nie myliłem się i nie byłem 

zdziwiony,   ujrzawszy   wchodzącą   Joy   Galson.   Siedziałem   za   marmurowym   filarem, 

osłonięty pierzastą kurtyną palmy. Emma nie była zaskoczona widokiem Joy, przeciwnie, 

wskazała palcem na zegarek. Więc były umówione. Obie wolały rozmawiać tutaj, a nie w 

„Wilmie”, Rozmawiały chyba dosyć ostro, gdyż Emma wydawała się wzburzona i paliła 

papierosa za papierosem. Twarzy Joy nie widziałem.

ROZDZIAŁ IX

Heidelberg jest uroczą mieściną w stylu kolonialnym, zamieszkałą w dużej części 

przez ludzi pamiętających pielgrzymki do pomnika Cecila Rhodesa, wkompowanego w 

skaliste   zbocze,   ozdobionego   kolumnadą   i   strzeżonego   przez   dwa   rzędy   lwów   na 

poboczu schodów. Nigdy nie byłem w Rodezji i nie szedłem po owych schodach ku 

kolumnadzie, więc tylko na podstawie ilustracji podejrzewałem, że owa kolumnada u 

góry schodów przypominać  miała  potomnym  ołtarz Zeusa w Pergamonie  (bez fryzu, 

oczywiście, i z poprawką, że arcydzieło to można obejrzeć nie w Azji, ale w Berlinie)... 

Nigdy też  nie  byłem  tak pijany,  by nie  wiedzieć,  co czynię,  a  mimo  to w uroczym 

Heidelbergu kilku gości wmówiło mi, że jestem pijany, chociaż piłem tylko piwo szibuku 

background image

produkowane dla czarnych przez białych, no i dostałem wycisk. Był wieczór, okna w 

domu Jaśminy Willingbottom świeciły do mnie przyjaźnie.

Zatrzymałem wóz, aby zapalić papierosa i pomyśleć o paru sprawach, gdy ktoś 

otworzył drzwi, czyjeś ręce wyciągnęły mnie na drogę, ktoś warknął, że to z pewnością 

ten gówniarz, który najpierw pił w barze, potem zaczepiał dziewczyny przed kościołem, 

stara świnia,

potem włóczył się z Murzynkami, kawał gnojka! Ciężkie łapska waliły we mnie 

jak w bęben. Mój żołądek i splot słoneczny są wytrzymałe, ale bez przesady, zwłaszcza 

gdy doliczyć  sierpowe poparte całym  ciężarem ciała. Póki trzymałem  się na nogach, 

zredukowałem napastników o najbliższą dwójkę i bez wątpienia przyczyniłem  się do 

złamania jednej ręki, wybicia jednej szczęki, o czym mógł świadczyć charakterystyczny 

dźwięk, i zgniecenia jednego kolana, o czym mogło świadczyć wycie wijącego się na 

ziemi mężczyzny. Potem ktoś trzasnął mnie w tył głowy, wykręcono mi ręce, rzucono na 

maskę   wozu,   na   ziemię,   i   straciłem   przytomność   pod   kopniakami.   Gdy   świadomość 

odpływała ode mnie, usłyszałem jeszcze głos:

- Laat die donker vrek!

Otworzyłem oczy w bibliotece jaśminy Willingbottom. Zacna dama wlewała mi 

w usta jakiś płyn, w którym rozpoznałem brandy. Pod czaszką waliły mi tysiące młotów, 

a książki na półkach pływały jak ryby w akwarium. Usłyszałem:

Zawezwę lekarza! Zaraz!

Dziękuję   pani.   Z   przestępcami   miałem   już   dzisiaj   do   czynienia.   Jasmina 

poklepała   mnie   po   ramieniu   i   uśmiechnęła   się   pokrzepiająco   skautowskim 

uśmiechem.

-   Ma   pani   piękną   protezę,   dobra   robota...-wykrztusiłem   i   znowu   straciłem 

przytomność. Zapadając znów w ciemną głębię, usłyszałem tamten głos, mówiący: „Laat 

die donker vrek”... zdaje sie, że już kiedyś słyszałem podobny głos... gdzie?

Obudziłem się z głową na ramieniu Joy Galson. Prowadziła wóz, ostro jak zawsze 

i lepiej niż lady Emma. Spytałem, dokąd jedziemy.

Do „Wilmy”. Przyjechałam, gdy starsza pani opowiedziała mi przez telefon, 

co się wydarzyło. Nieźle narozrabiałeś, Rob.

Nieźle - zgodziłem się ulegle.-Nie - zaprotestowałem po chwili-nie, przecież 

background image

zostałem napadnięty. Proszę o papierosa.

Joy zapaliła papierosa, wsunęła go w moje opuchnięte wargi.

Szybko jechałaś?

Dlaczego? Szybko.

Stanowczo czuję, że przepadasz za mną.

Jesteś głupi i masz gorączkę.-Joy mimowolnie roześmiała się. - Robercie Bart, 

jesteś zupełnie niemożliwy.

Zgadza się.

... Powiedz, czy ta awantura w Heidelbergu to przypadek? Policja szukała tych 

łobuzów, ale bez skutku.

Myślę,  że to nie był  przypadek.  Bo piwem szibiku nie można  upić nawet 

myszy.   Poza   tym   nie   uwodzę   czarnych   piękności.   Mój   typ   to   szczupła 

blondynka. Taka jak ty.

Po co pojechałeś do pani Willingbottom?

Na kawę z koniakiem. Poza tym ona pali cygara, wiesz, kiedy nikt nie widzi. 

Przede mną nie ma tajemnic, więc chciałem wypalić z nią jedno cygarko. I 

chciałem zapytać, czy jej mąż starł się kiedyś z Garrickiem. No, wiesz, na 

gruncie zawodowym, przy łopacie i jakiejś rewelacyjnej kości z czasów, gdy 

nasi antenaci łazili jeszcze na czworakach.

Tylko tyle? - Joy nie spojrzała na mnie, biorąc ostro zakręt, nawet dodała gazu 

wcześniej, niż to konieczne. Moja ciężka jeszcze głowa poleciała w prawo, ale 

zaraz  grzecznie  wróciła   na ramię  Joy.  W  oczach   dziewczyny  pojawiły się 

złotawe iskierki, gdy rzuciła mi krótkie spojrzenie.

Jesteś już dostatecznie przytomny, żeby siedzieć prosto!

Przeciwnie, Joy. Czuję się coraz gorzej.

Pani Willingbottom ma rację. Jesteś sympatyczny, ale bezczelny.

Zgadza się. Lubisz Emmę Garrick?

O co ci chodzi?

Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, drogie dziecko.

Jest dla mnie miła jako pani domu.

background image

Tylko w „Wilmie”?

Poza   „Wilmą”   nie   widuję   jej.   Z   wyjątkiem   naszej   krótkiej   podróży   do 

Johannesburga. Nie była jednak zbyt rozmowna w samochodzie, pamiętasz?

Kłamiesz, Joy. Dlaczego?

- Tak. Oczywiście.

Telefon   od   Appletona.   Profesor   wysyła   swojego   asystenta   do   „Wilmy”, 

obiecałem przecież, że udostępnię mu jeden z odlewów kolekcji Garricka do opisania i 

sfotografowania. Appleton uparcie wypytuje o drugą kopię, a „jeśli znajdą się oryginały, 

to, na miłość boską, natychmiast powiadomić uniwersytet”. Dzwonił też profesor van 

Dirxen   z   Durban.   „Wybieram   się   do   Johannesburga,   wie   pan,   pewne   sprawy   na 

uniwersytecie.   Moglibyśmy   się   spotkać,   porozmawiać.   Znam   pewną   niemiecką 

restauracyjkę^   gdzie   podają   niezłe   mozelskie   wino”...   Odpowiadam,   że   może   być 

mozelskie, byle nie takie jak to, które podano mi w szwajcarskiej restauracji przy 56 

ulicy w Nowym Jorku. Dobrze, poczekam na następny telefon. Sądzę, że van Dirxen 

chciał mi powiedzieć coś innego, zawahał się w ostatniej chwili. Czy prawdopodobne, by 

dzwonił   z   Durban   do   „Wilmy”,   tylko   po   to,   by   zaprosić   mnie   na   szklaneczkę 

mozelskiego   w Johannesburgu  (lubię  mozelskie   w szklaneczce   z  cienkiego   szkła,  na 

małym kacu)...? Nie nalegałem, by powiedział mi, o co chodzi, wiem: mając przed sobą 

tylko słuchawkę telefonu, tak łatwo powiedzieć „nie”...

Z moich notatek z tego czasu:

Odezwał się Morse, mamy się spotkać tam, gdzie wręczył mi odlewy, wskazana  

ostroż ność; mimo ż e Lang i Frost nie żyją, żyje ktoś, kto groź nie wpływa na rozwój  

sytuacji.   Sprawa   diamentu   profesora   Garricka,   co   Morse   o   nim   wie?   List   od   niego  

przyniósł Monk, zarządca farmy pani Jannsen, milczący gość, powiedział tylko tyle,że  

miał do załatwienia jakąś sprawę w Rustenburgu, rodzintia, wstąpił po drodze. Trochę to  

z drogi. Ciekawe. Nowe pytanie, psiakrew, nowe nazwisko. Morse musi mieć zaufatiie do  

Mońka. Poza tym wiadomość od Freda Gregsona. Tomaijest w fatalnej sytuacji. Mogą  

go skazać na podstawie poszlak, to im wystarczy.

Wszystko dzieje się z dnia na dzień, a wydaje mi się, że tkwię już w tym od lat. 

Boże święty, chyba polubię spokojny tryb życia, już chciałbym się znaleźć w Meksyku, 

choćby   w   cichych   ruinach   Teoti-huakanu,   i   pogadać   o   rzeczach   abstrakcyjnych   i 

background image

wariacko niepotrzebnych, na przykład, czy Totonakowie z Veracruz zbudowali Teoti-

huakan przed wzniesieniem Tajin, czy po? Pokłócić się z moim dawnym profesorem, 

Gilbertem,   czy   Milion,   Drewitt   i   Spratling   „mieli   zasadniczo   rację”   w   sprawie 

chronologii miasta, czy nie mieli.

Gregson był znowu w „Wilmie”. Prawda, że jestem zbyt ruchliwy i mogę stać się 

dla policji persona non grata.

Z   biblioteki   Garricka   wyciągnąłem   trochę   książek   o   kopalinach 

południowoafrykańskich.   Ściśle   jednak   mówiąc,   interesują   mnie   diamenty.   A   jeszcze 

ściślej-ich   cena.   Przyznaję,   że   byłem   w   tych   sprawach   zielony,   nie   dowierzając 

Corneliusowi Hornowi. 500 000 funtów to nie jest tak dużo, jeśli idzie o piękny diament. 

Widzę   za   dużo   różnych   problemów   w   jednej   sprawie.   Jak   w   kiepskiej   powieści 

kryminalnej... Czy możliwe, by komuś zależało na tym, aby woda była wciąż mętna? 

Aby wszystko było tak niejasne i nic nie rzucało się szczególnie w oczy, nic i nikt? Same 

drobiazgi, jak ten z notatnika Garricka: Jasmina nie chce pieniędzy. Co to znaczy? Albo 

Monk, nowa postać. Kto to jest? Morse musi wiedzieć. Albo Cornelius Horn. Jeszcze 

trzymam słuchawkę i myślę o nim. Jest w Pretorii. Zadzwonił do mnie do „Wilmy”.

Dzień dobry w Afryce, doktorze Bart! Wkrótce się zobaczymy.

Nie wątpię doktorze Horn.

Poznał pan mój głos?

Suchy daleki trzask rozłączonej rozmowy. Corrida. Goście zajmują trybuny, facet 

z muletą wyjdzie za chwilę na arenę. Ole! Ole! Czy ja mam być tą ofiarą, która przyjmie 

cios szpady? Zobaczymy. Szkocka z lodem bez wody i fajka. Trzeba pomyśleć. Czuję, że 

ostateczne  rozwiązanie jest blisko, chociaż  nie znam jeszcze szczegółów scenariusza. 

Jeszcze jeden telefon:

- Więc jak, doktorze, kiedy wpadnie pan do Cape Town na mój jacht? Zdaje się, 

że wcześniej obiecałem polowanie, ale w Cape Town mają piękną pogodę, telegrafował 

mój kapitan. Przyjedzie pan? Znakomicie!

Pojadę.   Przedtem   muszę   pogadać   z   Morsem.   I   przestudiować   książki   o 

diamentach.

Czuję, że mam mało czasu. Powietrze jest ciężkie jak przed burzą. W czytaniu 

przeszkodziła   mi   Jasmina.   Przywlokła   się   swoim   rozklekotanym   fordem,   śliczna 

background image

maszyna, prosto z muzeum, za chwilę wyskoczą z niej Charlie Chaplin i Edna Purviance, 

szczęśliwi  kochankowie.  Lady Willingbottom  i lady Emma  rozmawiają  w salonie na 

parterze  o johannesburskiej  policji i  sir Garricku. Jasmina  ma  kiepskie  mniemanie  o 

Gregsonie „i tych jego kumplach” z Głównej Kwatery.

Gregson?!   To   jednokomórkowiec!   W   jego   głowie   pływa   jedynie 

protoplazma’.   -   woła   Jasmina,   jakby   właśnie   odeszła   od   mikroskopu   i 

preparatu o nazwie „gregson”.

Och, lady Willingbottom...-mówi łagodnie Emma. Leży na kozetce w pozie 

rannej łabędzicy śpiewającej ostatnią pieśń. Jest uroczo blada i roztargniona.

- Doktor Bart to także kawał idioty - wyrokuje Jasmina. 

Wyobrażam sobie, że kieruje wzrok na drzwi, jakby wiedziała, że ktoś za nimi 

stoi i podsłuchuje. Na mnie, siedzącego w kącie, nie zwraca uwagi.

Ciekawe,   zastanawiam   się,   ciekawe,   ile   może   kosztować   Emma   Garrick,   to 

znaczy, jak bogaty musiałby być mężczyzna, by uczynić ją szczęśliwą. Sir James dał jej 

wszystko prócz szczęścia, a ona nie dała mu nawet tego, jeśli jeździł do Durban do panny 

Simpson, a potem nawet sprowadził ją do Johannesburga.

Co pani zrobi z tą Honey Urubu? - pyta Jasmina. - Chyba nie zostanie tu jako 

panna do towarzystwa?

Och,   wyobrażam   sobie   miny   naszych   przyjaciół,   gdyby   to   się   stało,   lady 

Jasmino! Nie, panna Urubu jest tu czymś w rodzaju pokojówki do czasu, aż ci 

wspaniali mężczyźni rozwikłają to, co zagmatwane.

Wyjechałem na spacer rowerem, ale zostawiłem go w kępie krzewów na krańcu 

parku, starą ścieżką, potem przez łachy zżółkłej trawy i zdziczałych nagietek dobiegłem 

do   drogi.   Do   „Sonory”   przyjechałem   autostopem.   Morse   już   na   mnie   czekał.   Zaraz 

spytał, czy mam przy sobie broń. Potwierdziłem.

To dobrze. Chyba zbliżamy się do końca sprawy. To znaczy ja z pewnością. 

Czy jest pan pewien, że nie śledzono pana?

Tak. Czy wciąż coś nam tu grozi, panie Morse?

Jest ktoś, poza naturalnie tymi, których poznałem w Johannes-burgu i którzy 

już nie żyją. Tak, mam na myśli Frosta i Langa. Komisarz Gregson otrzymał 

publiczną   pochwałę   za   uratowanie   życia   pani   Willingbottom   i   panu.   Przy 

background image

okazji   wspomnieli   o   „pewnej   czarnej   dziewczynie,   której   komisarz   także 

ocalił życie”.

Jakieś uczulenie tych od apartheidu?

Nie, nie sądzę. Ze względu na panią Garrick policja nie chce, aby dziennikarze 

trafili do Honey Urubu, a przez nią do delikatnej sprawy „Garrick - Geraldine 

Simpson”.

Nie sądziłem, że wie pan o tym, panie Morse.

O romansie starego Garricka? Tak. Wiedziałem.

Mógł mi pan zaoszczędzić podróży do Durban!

Nigdy nie wiadomo, co jest dla nas dobre, a co nie - zaśmiał się Morse.

Wspominał pan o kimś, kto jest dla nas wciąż groźny. Któż to jest, do licha?

Tego jeszcze nie wiem. A pan?

Wciąż siedzę nad szaradą. Możliwe, że widzę już jakiś trop. Ale, ale, kimże 

jest Monk poza tym, że jest administratorem u pani Janssen w Heidelbergu?

Mogę   panu   powiedzieć.   To   Anglik.   Agent   Scotland   Yardu.   Jest   nam 

potrzebny. Potrzebny tam, gdzie jest.

Hm...   ciekawe.   Dobrze.   Pomówmy   teraz   o   diamentach.   Co   pan   wie   o 

diamencie Garricka?

To mnie właśnie interesuje... ale jeszcze moje pytanie: niech mi pan powie, 

czy pośród pana znajomych był ktoś, kto zdziwił się, widząc pana w dobrym 

zdrowiu po przygodzie w Heidelbergu? Mam na myśli pobicie.

Więc i to pan wie.-

Monk jest niezłym obserwatorem i słuchaczem. Więc?

Przyznaję,   że   nie   zwróciłem   uwagi...   to   ciekawe...   pomyślę   o   tym, 

przyrzekam.

Nie bardzo wiedziałem, czy to żołądek czy raczej serce podchodzi mi do gardłu. 

Z twarzą przylepioną do iluminatora wpatrywałem się w cień samolotu szybko sunący 

nad   ziemią;   wyglądał   jak   ptak   szukający   miejsca   spoczynku.   Cóż   to   za   wynalazek! 

Jeszcze mam w oczach wyżyny Transwalu, a już myślę o kolacji, patrząc na żyzne ziemie 

Kraju   Przylądkowego.   Zielone   wybrzeże   nagle   tonie   w   nieogarnionej   przestrzeni 

background image

Atlantyku. Kołowanie. Gasnący szybko świst silników, szary mercedes Storcha przed 

dworcem lotniczym.  Autostrada i boczna droga ocieniona  podwójnymi  rzędami  palm 

wiodąca do willowej dzielnicy Milnerton i yacht-clubu. Chcę myśleć o tym, jaki jest 

powód mojej podróży, czego chce Storch, i wciąż myślę o rozmowie z Johnem Morse w 

„So-norze”.

- Tak, proszę pana. Kimberley, Johannesburg i potem w niezrozumiały sposób 

„Wilma”. Jak oni to robią? Nie wiem... A potem Rue Pelican w Antwerpii albo Nieuye 

Achter Gracht w Amsterdamie

i   tajne   giełdy   klubów   diamentowych   w   „Vereenigung”   czy   „Beurs   voor 

Diamenten-Handeł”...

W Amsterdamie - rzekłem.

Nie   -   pokręcił   głową   Morse.   -   W   Antwerpii.   Z   pominięciem   spółki 

południowoafrykańskiej „De Beers” w Londynie.

Ale, do licha, kogo pan podejrzewa!

...Kilka osób - uśmiechnął się ostrożnie Morse. - Ta branża... no, mogę tak 

powiedzieć,   choć   należą   do   niej   ludzie   różnej   klasy...   a   więc   ta   branża, 

doktorze, jest dyskretna. Nie zna żadnych pokwitowań piśmiennych, żadnej 

korespondencji,   obowiązuje   tylko   słowo.   I   nic   więcej.   A   zatem   żadnych 

śladów. Do czasu, oczywiście, bo ktoś kiedyś musi przecież popełnić błąd.

Chce mi pan wmówić, że w milionowych interesach wystarczy słowo? Nigdy 

żadnego oszustwa?

<-   Prawie   nigdy.   W   branży   obowiązuje   kodeks   postępowania.   Znowu   nie   na 

piśmie. Kto się wyłamie, zostaje ukarany. Kara jest zawsze bezwzględna, może mi pan 

wierzyć.

Czy branża omija Londyn?

Tylko spółkę diamentową „De Beers” w Londynie.

Interesuje   mnie,   jaką   rolę   mógłby   mieć   w   tym   interesie   doktor   Cornelius 

Horn...

Myśli pan o nim często?

Bo co?

Och,   nic   takiego   -   odparł   w   zadumie   Morse   i   ostrożnie   obciął   koniuszek 

background image

długiego cygara. - Nic właściwie. Poza tym...^

Poza tym, że przyleciał do Pretorii, a odleci do Cape Town.

Właśnie - pan Morse skinął głową tak spokojnie, jakby to, co powiedziałem, 

było dla niego oczywiste. Pomyślałem sobie, że mała foka także nie próżnuje.

Szary   mercedes   zarzucił   ciężko   na   skrzyżowaniu,   tuż   -   przed   jego   maską 

przemknęła   jakaś   furgonetka,   kierownica   zawirowała   w   rękach   faceta   w   szarym 

mundurze, zaklął, szara czapka sfrunęła z jego głowy na moje kolana, ciężki wóz wtoczył 

się z piskiem opon w stromo opadającą uliczkę, po obu jej stronach stały dwa rzędy 

żółtych domków otoczonych zielonymi żywopłotami, w dole uliczki zamigotała woda, 

pędziliśmy z coraz większą szybkością, wątpię, czy mercedes popłynie jak jacht, jeśli 

wpadniemy do zatoki.

- Zatoka, psiakrew, hamulce - warczy człowiek przy kierownicy, zapinam pas, 

żółte domy przemieniły się w dwie długie linie, ludzie rozbiegają się przed nami jak 

nakręcone zabawki, kilka samochodów wtoczyło się na chodniki, kierowca przechyla się 

przez moje ramię, osuwa się na podłogę. Stacyjka, wyciągnąć kluczyk; uwolniony z pasa, 

jestem już przy kierownicy, oba hamulce rzeczywiście nie działają, dwa ostre zakręty, 

przy   drugim   wóz   uderza   tyłem   o   mur   jakiegoś   ogrodu,   staje.   Zapalam   papierosa, 

zgniatam   go, wciągam   kierowcę  na  siedzenie,  szukam  pulsu  na  jego  ręce,  potem  na 

tętnicy   szyjnej.   Z   oddali   nadciąga   jęk   policyjnych   syren,   potem   nadjeżdża   karetka 

pogotowia. Głos lekarza, mówiący, że kierowca nie żyje. Zawał.

Zawał? Zgoda. Jednocześnie przypadek z hamulcami.

Tego   wieczoru   jestem   na   małym   przyjęciu   w   bungalowie   Storcha   na   terenie 

yacht-clubu. Nudne rozmowy, trochę picia. Siadam do brydża, ale wciąż myślę o tym, co 

się zdarzyło. Po północy zostaję sam z Joachimem Storchem. Rozmawiamy o jutrzejszej 

wyprawie jachtem, mała wyprawa z Milnerton do Tygerbergu. Życząc mi dobrej nocy, 

mój gospodarz informuje mnie:

Mój   szofer   dostał   zawału   serca,   telefonowano   do   mnie   ze   szpitala   w   tej 

sprawie.

Ach tak...

Tak. Mam też wiadomość z policji. Ktoś celowo uszkodził hamulce w moim 

wozie. Co pan na to, doktorze Bart?

background image

Patrzymy sobie w oczy. W spojrzeniu Storcha nie ma nic, co mógłbym uznać za 

wrogość.

- Ostatecznie - mówię-ostatecznie, jeśli ktoś chce koniecznie ze mną skończyć, to 

dlaczego   chciał   to   zrobić   w   Cape   Town?!   Mógł   to   zrobić   w   Johannesburgu   czy   w 

„Wilmie”, prawda?

Może - odpowiada powoli Storch - może ów ktoś nie wiedział wcześniej o 

tym, co znajduje się w moim posiadaniu. A teraz skojarzył sobie to, co mam, z 

tym, że zaprosiłem tutaj pana.

Mogę zapytać, jaki skarb pan posiada?

Pogadamy o tym jutro. Ale, ale, czy wie pan, że w tym mieście znajduje się 

również pański londyński przyjaciel?

To znaczy? - spytałem nieufnie.

Doktor Cornelius Horn. Przyleciał samolotem z Pretorii. Wczoraj.

Panie Storch - nalałem sobie szkockiej, wrzuciłem do szklanki kilka kostek 

lodu - czy nie moglibyśmy pogadać teraz?

Rozumiem, że nie ma pan do mnie zaufania, cóż, prawie się nie znamy... ale 

mamy wspólnych znajomych, nie, nie, nie Hor-na, myślę o Johnie Morse... I 

myślę   o   farmie   „Sonora”.   Wie   pan,   ta   chałupa   należy   do   mnie.   -   Storch 

uśmiechnął się, pokazując duże żółte zęby. - Cóż pan na to? Proszę i mnie 

nalać szkockiej.

Wypiliśmy w milczeniu.

O ile dobrze zrozumiałem, Morse korzysta z pańskiej opieki?

Powiedzmy,  że z opieki moich  przyjaciół, gdyż  interesy trzymają  mnie  na 

zachodnim   wybrzeżu   -   odparł   Storch,   powoli   cedząc   słowa.   -   Do   jutra, 

doktórze.   Spotkamy   się   przy   śniadaniu   o   dziewiątej.   A   teraz   mój   służący 

wskaże panu sypialnię. Czuję, że pan mi nie ufa, więc powiem coś jeszcze...

Słucham?

- Otóż jutro porozmawiamy o drugim testamencie profesora Jamesa Garricka. No, 

idę. Jestem zmęczony! Dobranoc.

Będę miał o czym rozmyślać tej nocy.

Do licha, wciąż nasuwają mi się jakieś pytania! - powiedziałem ze śmiechem. 

background image

-   Czy   pamięta   pan,   kiedy   profesor   Garrick   spisał   testament   znany   lady 

Emmie?

Nie byłem, jak pan wie, obecny przy odczytaniu tego dokumentu w biurze 

„Van Stessen”. Ale przywiozłem potem różne papiery pani Emmie. To też pan 

wie. Była  między  nimi  kopia testamentu.  James  Garrick  spisał  go w roku 

1976.

Tak. A teraz mamy rok 1980. Czy ten drugi dokument...

O ile wiem, nosił datę 1978.

Pan go nie ma?!

Garrick zabrał go, było to chyba w maju... tak, jakoś wiosną. Dobranoc.

Dobranoc, panie Storch.

W dokumencie z roku 1976 James Garrick zapisał wszystko swojej młodej żonie 

Emmie. W roku 1978 musiał zmienić testament, bo po cóż pisałby inny, gdyby nie chciał 

zmienić ostatniej woli? Tak. Na czyją rzecz zmienił tę wolę? Znowu czegoś nie wiem. A 

„tak jakoś wiosną” tego roku, 1980, zabrał ów drugi dokument od Storcha. Dlaczego? 

Może   dlatego,   że   stracił   głowę   dla   Geraldine   Simpson?   Ba.   Jeśli   sporządził   trzeci 

testament, to chyba rzucę tę robótkę, kupię mały ogródek i zacznę sadzić kapustę, to w 

sam raz na moje możliwości intelektualne. Ciotka ma  rację, mówiąc mi pobłażliwie: 

„Robertku”... Stop, myślę jeszcze, kiedy zasypiam. Stop, jest jeszcze ktoś, komu James 

Garrick mógł był oddać przysługę, zmieniając testament z roku 1976. Oto prawdziwa 

pułapka, w jaką wpadają często ludzie skądinąd mądrzy i zdawać by się mogło, nawet 

rozsądni,   miraż   bogactwa,   pieniędzy   dających   niezależność,   władzę   nad   innymi, 

przyziemna   chciwość   spadająca   na   ludzi   jak   zakaźna   choroba,   rozszerzająca   się   jak 

dżuma, pochłaniająca nowe i nowe ofiary, winnych i niewinnych, a teraz dodaj do tego 

zranione   ambicje,   nazywamy   to   miłością   własną,   zawiść   rodzącą   się   powoli   w 

ciemnościach duszy... Do licha.

Budzę się rano ze świadomością, że w nocy zasnąłem o jedną chwilę za wcześnie, 

zanim doszedłem do wniosków zupełnie jasnych.

A poranek nad Table Bay jest świeży i niewinny jak uśmiech dziecka. Świecie, 

jesteś piękny! Czy ludzie nie zasługują na tyle piękna? Stanowczo zasługują! Cokolwiek 

powiedzieć   i   cokolwiek   się   dzieje,   w   taki   poranek   obojętnie   pod   jaką   szerokością   i 

background image

długością geograficzną - bywam optymistą. Można mnie wtedy łatwo nabrać.

Storch jednak nie jest rano optymistą, bo kiedy otrzymuje telefon od Corneliusa 

Horna   oznajmiającego:   -7-   Siedzę   już   w  Cape   Town   i   wpraszam   się   na   śniadanie   - 

odpowiada, że właśnie wypływa w morze i zaprasza dopiero na kolację. Widać, chce ze 

mną porozmawiać bez świadków.

Wyszliśmy z basenu yacht-clubu na silniku volvo-penta, morze było gładkie, od 

zachodu   nadlatywał   leciutki   wiatr,-   zbyt   słaby,   by   warto   było   stawiać   żagle.   Dzień 

zapowiadał się pogodnie, szczyt Góry Stołowej rysował się wyraźnie na czystym niebie, 

na którym nie wisiała ani jedna chmurka. Przepłynęliśmy zatokę do Milnerton na silniku, 

potem   do   Tygerbergu   na   żaglach,   a   nocą,   przy   wciąż   pięknej   pogodzie   do   wysepki 

Robben, gdzie Storch miał jedną ze swych małych posiadłości. Tam zrzuciliśmy żagle. 

Przyrządziliśmy posiłek z zapasów zapewne skrupulatnie uzupełnianych w białej willi z 

szerokim tarasem ocienionym wieńcem palm.

Następnego   dnia   w   Robben,   po   śniadaniu   i   kąpieli   w   małej   zatoczce,   Storch 

spokojnie przy drinku zaatakował temat. Pogoda zmieniła się, było słonecznie, ale ocean 

wzdymał się gniewnie, radio w Cape Town nadawało komunikaty. W Zatoce Walkera 

wysoka fala, szkwały idą z południa. Potem muzyka. Dla sentymentalnych Anglosasów 

melodie   Youmansa   i   piosenki   Binga   Crosby,   dla   Holendrów   i   Niemców   ludowe 

orkiestry. - Kiedy opuszcza pan Afrykę, doktorze?

Kończę już niedużą robótkę - odparłem żartem.

Może   byłoby   lepiej,   gdyby   pan   nie   kończył.   Zresztą...   sam   nie   wiem. 

Mówiłem panu wczoraj o testamencie profesora Garricka, tym z 1978 roku...

Zna pan jego treść, panie Storch?

Oczywiście. Do pewnego czasu James Garrick nie miał przede mną żadnych 

tajemnic. - Storch wlepił we mnie swoje bezbarwne oczy. - Pewnie chce pan 

wiedzieć, kogo Garrick ustanowił ostatecznie spadkobiercą?

To jasne.

Dobrze. Powiem panu, choć nie wiem,  czy kiedykolwiek znajdzie pan ten 

drugi testament. Ale proponuję interes.

Jaki?

James Garrick był właścicielem jednego z najpiękniejszych diamentów, jakie 

background image

widziałem w życiu. Horn pewnie mówił panu o tym... - Storch spojrzał na 

mnie,   a   ponieważ   milczałem,   ciągnął   dalej:   -   Kiedyś   robiliśmy   wspólne 

interesy, wie pan, sir Garrick miewał nie tylko naukowe pasje, w ostatnim 

czasie   interesowały   go   pieniądze,   miał   udziały   w   Spółce   Uranowej,   w 

towarzystwie „De Beers”...

To diamenty? - przerwałem.

Tak. Powiedziałem, że Garrick był właścicielem wspaniałego diamentu, ale to 

półprawda. Sir Garrick szantażował Spółkę Uranowa, dowiedziawszy się o 

dostawach plutonu dla Pretorii. W owym czasie mieliśmy trudności polityczne 

w   świecie,   rząd   w   pewnych   sprawach   nie   szukał   rozgłosu,   chodziło   o 

„zbrojenia specjalne”, nic więcej o tym nie mogę powiedzieć. James Garrick 

otrzymał   zapłatę,   jakiej   żądał.   Diament   wartości   pół   miliona   funtów   bez 

szlifowania.

Diament zginął. Chcę wiedzieć, w jaki sposób. John Morse, który śledzi drogi 

przerzutu diamentów z Afryki do Europy, zajmuje się tą sprawą. Jeżeli pan coś wie o 

niej, spółka „De Beers” miałaby dla pana czek... czek na piękną sumę, doktorze Bart. „De 

Beers” chce mieć ten diament. To jedna strona transakcji, jaką ja panu w imieniu „De 

Beers” proponuję.

A druga strona? - zapytałem, nie okazując zainteresowania.

Chodzi o skrawek papieru, doktorze, o kawałek papieru zapisany cyframi.

Jaką wartość ma ten kawałek papieru i dla kogo?

Dla Spółki Uranowej. Pewne dokumenty, które James Garrick zdobył i które 

były   cholernie   obciążające   dla   rządu   w   Pretorii,   jeszcze   spoczywają   w 

ukryciu. Ten kawałek papieru to numery kluczy sejfowych w dwóch wielkich 

bankach. Wiemy już, w jakich, i musimy mieć ukryte tam papiery, musimy je 

mieć w sposób cichy, dyskretny i zresztą jedynie możliwy, gdyż naruszanie 

tajemnicy sejfów oficjalnie w ogóle nie wchodzi w grę.

Skąd pan wie, że James Garrick zapisał numery sejfowe na skrawku papieru?

Pokazał mi go na przyjęciu w „Wilmie” z daleka i zaraz wrzucił do ognia na 

kominku. Wiem, wiem, powie pan, że Garrick blufował. Nie. Wiem, że nie, 

ponieważ   jestem   pewien,   że   wszedł   w   posiadanie   tajnych   dokumentów, 

background image

których nie mógł trzymać u siebie!

Panie Storch... Czy popełnię duży błąd, jeśli powiem, że sir James Garrick 

ściągnął owe dokumenty z pańskiego gabinetu?

Do diabła, niech pan nie zadaje niebezpiecznych pytań!

Miał pan powód, aby zabić Garricka.

Ale go nie zabiłem, nie było mnie w pobliżu. Poza tym,  niczego bym nie 

osiągnął,   zabijając   Garricka.   Ten   człowiek   stał   się   dla   nas   niebezpieczny 

podwójnie dopiero po śmierci, gdyż nie wiemy, w czyje ręce wpadną pewne 

papiery. Pojmuje pan?!

Oczywiście...

Więc?

Nie jestem tak głupi, jak pan może przypuszczać, panie Storch. Jeśli znajdę te 

dokumenty, to nawet na nie nie spojrzę. Jeszcze mi życie miłe!

Znakomicie!   -   wykrzyknął   Joachim   Storch.   W   jego   spłowiałych   oczach 

pojawił się jakiś przyjazny błysk.

O   diamencie   jeszcze   nic   nie   wiem,   coś   przypuszczam...   Ale   notatkę   z 

numerami, o których pan mówił, chyba widziałem.

Człowieku! Co pan z nią zrobił?

Przedtem usłyszę, kto jest spadkobiercą Jamesa Garricka,

Naturalnie   -   powiedział   niecierpliwie   Storch   -   jego   córka   z   pierwszego 

małżeństwa, Joy Galson.

Do diabła! - teraz ja wykrzyknąłem. Storch popatrzył na mnie.

Nie wiedział pan, że Garrick miał córkę?

Mniejsza o to. Będzie pan miał swój kawałek papieru!

Teraz tym bardziej - powiedział Storch, wpatrując się we mnie.

- Nie rozumiem...

...Wnioskuję, doktorze, iż pan wie, gdzie jest ten świstek papieru, i daję słowo, 

że nie opuści pan tego kraju, jeśli nie zobaczę tego, na czym zależy wielu 

ludziom. Gdzie to jest?

Powiedzmy... w „Wilmie”.

background image

Dobrze. Zobaczy mnie pan w „Wilmie”. Wierzy pan w Boga?

Czasami tak, a czasami nie.

Więc niech pan wierzy i niech pan się modli, żeby ta kartka nie zginęła.

Zrobię to. - Nalałem sobie soku pomarańczowego,  wpatrując się w morze 

biegnące  z oddali  koronkami  fal  ku plaży.  Poprzednio  nie  widziałem  tego 

jachtu z czerwonymi żaglami. Płynął w stronę przystani. Storch też zwrócił na 

niego uwagę. Poszedł po lornetkę. Wrócił po chwili, przyłożył szkła do oczu.

Zapomniałem, że zgodziłem się zjeść kolację z Hornem. On nie zapomniał. 

Będziemy go tu mieli.

- Panie Storch. Czy nie męczy tu pana samotność? - spytałem. 

Zrozumiał od razu, o co mi chodzi. Roześmiał się.

- Nie, ani trochę. O milę stąd mieszka moja służba... no i paru przyjaciół. A tam - 

wskazał

 

w

 

kierunku

 

otwartego

 

morza

 

-

 

widzi

 

pan

ten   stary   szkuner   z   pochyłymi   masztami?   -   Podał   mi   lornetkę.   –   To   nie   zabytek 

muzealny,   lubię   stare   graty   i   pływam   na   nich   czasami,   a   ten

jest nawet moją własnością. Szybkość ponad 9 węzłów i 500 metrów żagla, kapitan i 

kilku ludzi załogi. Wychodzą zawsze w morze, kiedy ja siedzę tutaj.

Poszedłem na przystań, aby przyjąć cumy. Żylasty, rudy facet stał przy sterze, 

gapiąc się na mnie jednym okiem; Cornelius Horn szybko zwijał kliwer, kecz uderzył 

łagodnie burtą o nabrzeże. Horn dał susa z pokładu, góra cielska śmignęła w powietrzu, 

pulchna łapa pochwyciła moją dłoń w stalowy uścisk. Od strony willi zbliżał się do nas 

Storch, szedł cicho w swych białych tenisówkach, Horn ruszył mu na spotkanie. Miał 

wygląd tłustego, drapieżnego kota. Przy obiedzie mówił tylko  o rzeźbach, które jego 

agenci zakupili dla niego w Nigerii i Kenii, cudowne dziewczynki, wszystkie z hebanu, 

godne najlepszych muzeów. Więc o takich „dziewczynkach” mówił Storch? Potem do 

mnie:

- Jak zdrowie, doktorze?

Znakomicie. Już pan wie o wypadku?

Jestem z natury ciekawy, a ludzie są z natury gadatliwi, zwłaszcza w Afryce. 

Miał pan podobno szczęście?

Trochę. Jak pan widzi.

background image

A sprawa Jamesa Garricka? Nie posuwamy się naprzód, co?

Wkrótce ją skończę - strzeliłem.

Ręka Corneliusa Horna, niosąca do ust szklankę, na chwilę zawisła nieruchomo w 

powietrzu.

- Znakomicie! - powiedział. - Cieszę się, że nie zawiodłem przynajmniej lady 

Garrick,  zlecając   panu  kłopoty  profesora...  W Londynie,   proszę  panów,  słyszałem  w 

moim klubie parę głupstw na temat sir Jamesa. Czyżby naprawdę ktokolwiek posądzał 

wielkiego

uczonego o sprawy niegodne dżentelmena? Naprawdę?

- Możliwe - rzekłem - że opinia klubowa nie myli się zbytnio. Ale James Garrick 

nie popełnił ich sam.

Powiedział   pan   to   z   dużą   pewnością   siebie.   Zna   pan   może   wspólników 

profesora?   -   powiedział   z   łagodnym   uśmiechem   Horn,   gapiąc   się   w 

rozsłonecznione niebo.

Daję panu słowo, że pogadam sobie z nimi.

Cornelius   Horn   spojrzał   na   mnie   w   zamyśleniu.   Joachim   Storch   patrzył   na 

Corneliusa Horna: Ja gapiłem się w niebo.

Daleko pan już zaszedł, panie Bart? - spytał Horn.

Niezbyt. Ale drobiazgi mam już za sobą. Na przykład sprawa spółki „Orion”...

Powiedziałem   to,   mając

 

nadzieję,   że   John   Morse   wie   o   tym   więcej,   niż   mi 

powiedział... Spojrzałem na Horna. Jest pewien skuteczny cios, można go zadać z każdej 

pozycji stojącej zaciśniętą pięścią albo dwoma zgiętymi palcami (ta druga możliwość 

wymaga jednak wielu ćwiczeń ręki), celując w splot słoneczny. Horn był przez sekundę 

blady jak po paraliżującym ciosie poniżej mostka, ale zaraz złapał oddech. Doskonały 

przeciwnik, muszę przyznać. Prowokuję. Jakiś węzeł w tej poplątanej sieci musi trzasnąć. 

Tylko czy tym węzłem jest na przykład Cornelius Horn?

- Pańska córka - Horn nagle zmienia temat - bawi, jak słyszałem, w szpitalu; jakiś 

wypadek samochodowy, doktorze?

Kiedy chodzi o moją córkę, staję się czujny jak nie wiem co...

Nie ma jej w Anglii. W porę usunąłem ją ze sceny.

Touche! - syczy przez żółte zęby Storch, jakbyśmy skrzyżowali szpady.

background image

Zanim   opuściłem   Robben,   zacisze   Storcha,   i   Cape   Town:   Miałem   za   sobą 

trzydniowy sztorm na pokładzie jachtu Storcha. Do licha! Horn, który był wtedy z nami, 

mógł mnie z łatwością wylać za burtę, gdy wplątałem się w linki zerwanego przez wicher 

foka. Ale Cornelius Horn rzucił się na mnie, przydusił do pokładu, kiedy fala z grzmotem 

przechodziła ponad nami. Po chwili, przylepieni do fokmasztu, spojrzeliśmy sobie w 

oczy. Bardziej odczytałem z jego ust, niż słyszałem słowa rwane przez wichurę: - Trzeba 

uważać, Bart! Ktoś w „Wilmie” mógłby po panu płakać!

Tak, mógł mnie wylać. Storch, przywiązany do steru, byłby tylko wdzięcznym 

świadkiem przed każdym sądem. Potem w Cape Town obejrzałem sobie „dziewczynki” 

Horna.   Bardzo   piękne   rzeźby,   w   Europie   będą   warte   kupę   forsy.   Otrzymałem 

przyrzeczenie Strocha, że wyjaśni mi jedną sprawę: dlaczego właściwie zapraszał mnie z 

„Wilmy”   na zachodnie  wybrzeże?   Przecież  to,  co  mi  powiedział,  mógłby  wydusić   z 

siebie, bawiąc u Emmy! - Pogadamy o tym w „Wilmie” - Dobrze. Pogadamy. Poznałem 

też jeszcze jedną twarz Corneliusa Horna. Ten człowiek uwielbiał przeszłość, tę samą, 

tak jest, którą wielbiło tylu jeszcze ludzi w tym kraju, ludzi wspominających radosne 

chwile snów o potędze III Rzeszy, tu, w tym kraju, gdzie wiele miasteczek przypomina 

atmosferą mieściny nadreńskie, a wielkie rocznice „tamtych” dni wpisane są do wielu 

kalendarzy. Cornelius Horn uparł się, że musi mieć w swoim archiwum kopię Der Wille  

zur Macht.

To był film! Zrobiony przez kobietę! Widział pan ten majstersztyk, doktorze 

Bart?

Nie, ale słyszałem o reżyserze. Nazywała się Leni Riefenstahl, prawda?

Będzie   pan   miał   ten   film,   panie   Horn   -  przyrzekł   mu   Storch.   -  Osobiście 

przywiozę go do „Wilmy”.

Der Wille  zur Macht. Wola  mocy.  To pasowało do Corneliusa Horna. Jestem 

pewny, że do poduszki często czyta Nietzschego.

- Czyta Nietzschego i gardzi landrynkami! - powie o nim Joy. Kobiety miewają 

zwariowane, ale zaskakująco trafne skojarzenia.

Moja krótka dziwaczna misja w Cape Town była skończona. Dobrze, że odbyłem 

ją na koszt Storcha czy kogoś, kto stał  za nim.  Wracałem  bogatszy o kilka nowych 

problemów, które wydłużały listę ludzi,  jakich podejrzewałem.  Czułem się teraz  tak, 

background image

jakbym siedział na stosie potłuczonej porcelany: z tego śmietnika muszę wybrać tylko 

kilka   skorupek   i   skleić   z   nich   jedyną   filiżankę,   z   której   ktoś   wypije   swoją   cykutę. 

Drobiazg.   Aby   się   odprężyć,   odwiedziłem   sławne   Muzeum   Oceanograficzne, 

reklamowane w prospektach turystycznych.

Wpadłem na lepszy pomysł, gdy w porcie ujrzałem tego samego pasażera, który 

wychodził   w   morze   z   Gibraltaru,   „Achille   Lauro”.   Przyglądałem   mu   się   wtedy   w 

towarzystwie pana Morse, a teraz odwiedziłem Claudię Orlani i jej ojca na pokładzie 

„Achille”. Stary Orlani był trochę niezdrów, wycieczka do Durban i Johannesburga nie 

doszła do skutku. Kaszlący Orlani nudził mnie serdecznie, zwłaszcza że nie zapomniał 

powtarzać, iż nie jestem typem rasowego naukowca.

Porwałem   Claudię   wypożyczonym   samochodem,   dziewczyna   uwielbiała 

wariacką jazdę stromymi ulicami. Stary koniu, przyznaj, jej kasztanowe włosy, brązowe 

oczy,   śliczna   karnacja   i   figura,   no   i   ten   czar   młodości,   uroda   życia,   której   na   imię 

Claudia... Przez owe chwile w Cape Town byłem jej przyjacielem, powiernikiem, kolegą, 

ale   brązowe   oczy   Claudii   patrzały   na   mnie   teraz   inaczej   niż   podczas   pożegnania   w 

Rzymie. Jak na mężczyznę. Cudownie zgodziła się ze mną, że Paoli jest skończonym 

kretynem   i   w   ogóle   typem   niebezpiecznym,   czyta   manifesty   Marinettiego,   Gabriela 

d’Annunzio   i   powiada,   że   Czerwone   Brygady   zwyciężą:   nowe   życie   odrodzi   się   z 

powszechnej anarchii i udręk, o jakich nie miał pojęcia naiwny Dante! Claudia trzymała 

mnie za rękę, mała dziewczynka i śliczna kobieta, mówiła, że nie pojedzie do Durban, 

zatrzyma ojca w Cape Town, muszę powrócić z nimi na pokładzie „Achille Lauro” do 

Europy.   -   Musisz,   Robercie...   -   Oto   głos   syreny,   przywiąż   się   do   masztu,   biedny 

Odyseuszu! Za dwa tygodnie „Achille” odpływa do Europy. Mam dwa tygodnie.

Kiedy to piszę, myślę, że spotkanie z Claudią i parę innych rzeczy, jak choćby 

rozmowa ze Storchem na zachodnim wybrzeżu czy przyjazd Corneliusa Horna, może się 

wydawać   nieprawdopodobne.  Mówię:   „może  się  wydawać”,  gdyż   tak  nie  jest.  Życie 

dyktuje scenariusze jakże często bez naszego udziału, gra toczy się przed widownią w 

umownych   sytuacjach,   a   często   poza   sceną,   za   niewidzialną   kotarą,   wedle   reguł 

znoszących wszelkie jedności czasu i miejsca. Zresztą z mojej pamięci i notatek dobędę 

te   momenty,   które   wskażą,   iż   „nieprawdopodobne”   też   należy   do   logiki   wydarzeń. 

Zupełnie natomiast nieprawdopodobna była odpowiedź Claudii na moje pytanie:’

background image

Kto   właściwie   jest   odpowiedzialny   za   waszą   podróż   wycieczkowcem   do 

południowej Afryki? Twój ojciec, czy ty?

Ty - odpowiedziała, wpatrując się uważnie w coś ponad Górą Stołową.

Ja, Claudio?

Popatrzyła   na   mnie   tak,   jakby   chciała   powiedzieć:   dlaczego   wy,   mężczyźni, 

jesteście czasem tacy tępi? Lecz może wydawało mi się tylko.

Telefonowałam do twojej ciotki do Londynu. Gdy powiedziała mi, że nie wie, 

kiedy   przyjedziesz,   i   że   być   może   zrobisz   tu   jakąś   karierę   jako   plantator 

orzeszków ziemnych, wybrałam się i już. Dopuścisz mnie do interesu?

Smarkula.

Pokazała mi język. Roześmialiśmy się prawie jednocześnie.

Do   Johannesburga   wróciłem   samolotem   w   towarzystwie   Horna.   W   czasie 

podróży mówił tylko o swoich „dziewczynkach” i paru innych nabytkach afrykańskich. 

Ostatnio, mówił, Afryka interesuje go przede wszystkim jako kolekcjonera. Osobliwy 

typ:   brakowało   mu   wieńca,   liry   i   togi   bramowanej   purpurą,   gdy   powiedział   mi   na 

lotnisku, że ostatnio nie jest dobrym rozmówcą, drobne kłopoty, „czuję się jak Neron, 

któremu nikt nie chce oznajmić, że Rzym już płonie!” A to, co usłyszałem od Storcha, 

podczas pożegnania w Cape Town, znów wprowadziło nowy element do łamigłówki:

-   Mała   wiadomość,   doktorze   Bart...   Cornelius   Horn   pytał   mnie   o   testament 

profesora Garricka. O drugi testament!

Czy Horn mówił tak, jakby wiedział o istnieniu drugiego testamentu?

Nie. Jest zawsze czujny. Tylko przypuszczenia, przyjacielska ciekawość. Nic 

więcej.

W Johannesburgu byłem senny, a mój mózg spragniony był odrobiny kofeiny, 

choć wypiłem dwie kawy na pokładzie DC. Mimo to nie chciałem pozostać ani godziny 

w   mieście.   Horn   znowu   miał   jakąś   sprawę   do   załatwienia,   może   dlatego   że   wyczuł 

niechęć   w   moim   głosie,   gdy   zaproponowałem   mu,   że   zabiorę   go   moim   wozem 

czekającym na parkingu.

Jestem,   przyjacielu,   jak   aktor,   któremu   spieszno   do   następnej   sceny   - 

powiedział zagadkowo, uśmiechając się jak tybetański posążek Buddy.

Hamlet twierdził, że każdy aktor jeździ na ośle.

background image

Czy dodał, że także wtedy gdy jedzie do kobiety? - spytał Horn łagodnym, 

kobiecym głosem.

Asystent   Appletona   był   młodzieńcem   gadatliwym,   no,   był   gadułą,   jakich   nie 

cierpię. Ale kopał kiedyś w Kalkbank. Więc zaprosiłem go na małą podróż do Kalkbank. 

Nie potrzebowałem mówić. Gdyby ogłoszono gdzieś konkurs tandetnej retoryki, chłopak 

wziąłby   główną   nagrodę:   hamburgera,   puszkę   piwa   imbirowego   i   puszkę   syropu 

klonowego.  Spytałem  potem  Joy,  czy widziała  katedrę  w Tarragonie.  Tak,  to jest w 

Katalonii.   Byłem   tam   jako   student,   a   w   drodze   powrotnej   musiałem   sprzedać   nowe 

dżinsy i aparat fotograficzny, aby nie zginąć z głodu. Więc - ta katedra: jej twórcy byli 

genialni, portal i fryz są klasycznym przykładem jedności formy i skali. Cudo. U stóp 

schodów, a jest dokładnie siedemnaście stopni...

Liczyłeś? - pytała Joy.

Jasne. Siedzą tam zawsze dziewczynki, no, wiesz...

Łobuz - śmiała się Joy.

Więc opowiadałem, że u stóp schodów jest kamienna studnia z dwiema głowami 

nad lustrem wody, a w każdej głowie mosiężną rączka ze szpimtem, kurek do wody, choć 

wolałbym do wina. Ten chłopak od Appłetona miał chyba wodę w głowie, wystarczyło 

odkręcić kurek, ale wiedział, gdzie Appleton i Garrick, oraz ich przyjaciel Willingbottom 

kopali   w   Kalkbank,   a   ja   musiałem   sprawdzić   notatkę   z   atlasu   Garricka,   nie   mającą 

pewnie   żadnego   znaczenia.   Trzeba   się   tam   rozejrzeć   na   wszelki   wypadek,   chociaż... 

dlaczego w notatnikach, które znalazłem w dwu sejfach profesora, powtarzało się słowo 

„Kalkbank”? I dlaczego asystent Appłetona dwa razy telefonował do uniwersytetu, zanim 

wyruszyliśmy w drogę moim wozem?

Jak już pisałem wcześniej, stanowisko archeologiczne Kalkbank leży około 110 

kilometrów   na   północny   zachód   od   doliny   Makapansgat.   Badacze   nie   odkryli   tu 

stanowisk   starszych   niż   stanowiska   myśliwych   ze   środkowego   paleolitu.   10   000   lat 

wobec odkrycia Garricka to tylko drobny żart. Na stanowiskach w Kalkbank studenci z 

Witwatersrand   wciąż   wykopują   kości   zwierząt   upolowanych   przed   15   000   lat. 

Najistotniejszą cechą stanowisk ze środkowego paleolitu odkrytych w roku 1950 było to, 

że  przekonano  się tam,  iż myśliwi  papeolitu  i  australo-piteki  polowały tymi  samymi 

metodami  na podobne zwierzęta  i używały podobnych  narzędzi  wykonanych  z kości 

background image

zwierząt, a przecież chodziło o różnicę 1 miliona lat!

W   Kalkbank   uciąłem   sobie   pogawędkę   z   niejakim   doktorem   Thomasem, 

kierownikiem   obozu   studenckiego,   który   (doktor   Thomas)   powiedział   mi,   że 

wykopaliska z Kalkbank nie zostały jeszcze w pełni opracowane, jako że w tym kraju 

znalezisko   sprzed   15   000   lat   mało   się   liczy.   Tak   samo,   przyznałem   Thomasowi, 

egiptolodzy zajmujący się Starym Państwem gardzą znaleziskami z epoki Ptolemeuszy, 

jasna rzecz.

TT

 - Oczywiście te kości z Kalkbank spoczywają jeszcze w skrzyniach. Poza 4000 

fragmentów inne czekają na zmiłowanie, grubo pokryte gliną. Nawet nie mamy czasu ich 

oczyścić. Mam na myśli nowe nabytki.

Czy nie widzi pan możliwości odkrycia tu starszych stanowisk?

Ma   pan   na   myśli   Austrałopithecinae?   Nie.   Najstarsze   pokłady   poniżej 

stanowisk ludzkich są puste.

A zatem, pomyślałem  sobie, a zatem,  panie Bart, słowa „kopać w Kalkbank” 

mogą oznaczać tylko jedno. Coś w tej sprawie zaczęło mi świtać w głowie. Oczywiście 

asystent profesora Appletona nie był przy mojej rozmowie z Thomasem. W odległości 

dwudziestu kroków zachwycał się jakimiś kośćmi. Co chwila wydawał entuzjastyczne 

okrzyki. Spojrzałem pytająco na Thomasa. Powiedział:

-  Och,  nie   ma  tam  nic   ważnego.  Same   rupiecie  postkranialne,   mamy   tu  tego 

mnóstwo, panie doktorze.

Nie wiem, jak zwiódł mnie asystent Appletona. Nie mógł przecież słyszeć mojej 

rozmowy   z   Thomasem.   Następnego   dnia   rano   wyniósł   się   z   „Wilmy”,   kłaniając   się 

niezręcznie   jak   sztubak.   Musiałem   nie   docenić   jego   zmysłu   obserwacji   i   sprawności 

mózgu małego gnoma z Witwatersrand.

Na   farmie   pojawił   się   Gregson,   pani   Emma   przyjęła   nas   po   raz   pierwszy   w 

różowym   saloniku   z   tarasem   wychodzącym   na   ogród.   Komisarz   oznajmił,   że 

dochodzenie   przeciwko   Tomai   jest   zakończone,   jeśli   zostanie   wyznaczony   proces, 

rozprawa potrwa krótko. Wyrok? Może być tylko jeden.

Po   wyjeździe   Gregsona   Joy   powiedziała   mi,   że   komisarz   przyjechał 

„uperfumowany”.

Co to znaczy?

background image

No, był „nagrzany”.

- Do licha, dziewczyno, powinnaś dostać klapsa za brzydkie słowa.

Miałem coś innego do roboty niż zastanawiać się, dlaczego Fred Gregson po raz 

pierwszy pojawił się podchmielony.

Pomknąłem moim gratem do Johannesburga. Z Appletonem widziałem się tylko 

na uniwersyteckim korytarzu. Powiedziałem mu, że mam jakąś etnograficzną historyjkę 

do profesora Hopkinsa. Mruknął mi coś i pomknął przed siebie jak pająk spieszący do 

swojej zdobyczy.  Potem z okna gabinetu Hopkinsa widziałem, jak wsiadał do swego 

samochodu. Z Hopkinsem uciąłem nudnawą rozmowę o obyczajach ludzi w Kalkbank. - 

O ile można to zrekonstruować - zastrzegał się mój rozmówca.

Pożegnałem   go,   korytarz   był   pusty.   Kiedy   chcę,   jestem   dość   wprawnym 

włamywaczem. Nie spieszyłem się zresztą. Była sobota, późne popołudnie. Nie wiem 

dlaczego,   dość,   że   puste   gmaszyska   uniwersyteckie   robią   na   mnie   zawsze   wrażenie 

dostojnych   domów   pogrzebowych.   Tylko   dwa   stare,   cierpliwe   kleszcze   naukowe   jak 

Hopkins i Appleton mogły tu jeszcze siedzieć, ale Appleton poszedł już sobie, a Hopkins 

szedł właśnie korytarzem, uginając się pod brzemieniem manuskryptów i pogwizdując 

cichutko Tipperary. Oto, co powinno cię trzymać przy życiu, Bart. Nauka i jeszcze raz 

nauka,   albo   jak   powiada   w   chwilach   zwątpienia   we   mnie   ciotka   Augusta:   „umrzesz 

gdzieś pod płotem”. Przyglądałem się Hopkinsowi przez szparę w drzwiach magazynu 

zbiorów antropologicznych. Potem siedziałem bez ruchu. Nie paliłem. Gdzieś na dole 

trzasnęły drzwi, zawarczał silnik samochodu.

Byłem zupełnie sam w długiej, wysokiej sali. Jej ściany obudowane były półkami 

o znacznej głębokości. W połowie wysokości tego przybytku biegła wąska galeryjka, u 

sufitu zaś wisiał wózek elektryczny z dwoma krzesełkami poniżej i powyżej galeryjki. 

Pośrodku sali stało kilka stołów i krzeseł, ekran i aparat do wyświetlania przeźroczy. 

Jedna z dłuższych ścian sali miała kilka załomów. Ściemniało się szybko. Zasłoniłem 

szczelnie okna i zapaliłem małą lampkę stołową. Usiadłem na dolnym krześle wózka i 

nacisnąłem guzik. Zapalił się mały reflektorek przy poręczy, przesunąłem dźwignię na 

pozycję   „naprzód”   i   zacząłem   sunąć   wzdłuż   półek.   Za   szybko.   Musiałem   poszukać 

dźwigni redukcyjnej. Minęło kilkanaście minut, zanim zdołałem zorientować się, gdzie 

złożono   zbiory   z  roku   1975.  W   notatkach   profesora   Garricka   ta   data   powtarzała   się 

background image

najczęściej,   lecz   dotyczyła   wykopalisk   w  Sterkfontein   i   Makapansgat,   a   ja   szukałem 

skrzynek z materiałem odkrytym w Kalkbank.

Sunąłem   w   półmroku   wzdłuż   ścian,   a   przed   moimi   oczami   sunęły   skrzynki 

opatrzone   zawiłą   numeracją,   która   mnie   nie   obchodziła,   odczytywałem   tylko   fiszki, 

czasem zaglądałem do karty informacyjnej w skrzynce, czasem porównywałem numery i 

fiszki z księgami inwentarzowymi, które rozłożyłem na stole. Z ciekawości zajrzałem do 

najstarszych znalezisk, już opracowanych, z czasów Standera i Ma-

sona,   jak   poinformowały   mnie   fiszki.   Były   to   kości   antylop   i   dzików,   oraz 

wspaniałe   kawały   kości   żyraf   porąbane   kamienną   siekierą.   Siekierę   załączono 

skrupulatnie do kości, było to kamienne, imponujące narzędzie mordu i pracy. Do licha, 

jak subtelna granica dzieliła (dzieli?) mord i pracę i jak niewiele istota ludzka, sądząc z 

tych setek i setek dowodów zostawionych przez łowców paleolitu, zmieniła się w ciągu 

miliona lat pod względem bytowania, jepi nie intelektu. Czego w gruncie rzeczy było 

potrzeba tak naprawdę, aby dziko ryczący jegomość z hordy australopiteków przemienił 

się w subtelnego artystę z czasów kultury magdaleńskiej w Europie i twórcę najstarszych 

kamiennych ksiąg saharyjskich... Skrzynki z kośćmi lwów, hien, lampartów, koni, jeleni, 

wspaniałe kości łokciowe używane pewnie ongiś jako sztylety, kości kończyn tylnych 

jako  całkiem   niezłe  maczugi,  narzędzia  zbadane  przez   Libby’ego   metodą   izotopową, 

narzędzia z Kalkbank porównywalne z narzędziami z Makapansgat, identyczne mimo 

różnicy miliona lat. Gdyby mój bzik naukowy rozwinięty był w stopniu silniejszym, niż 

był,   prawdopodobnie   zapomniałbym   pośród   tych   skarbów   o   celu   mojej   wizyty   w 

magazynie, lepiej uporządkowanym niż niejeden cmentarzyk Homo sapiens w wieku XX 

naszej ery.

Znaleziska   Trevora   Jonesa,   katalogi   zdjęć   porównawczych   z   Czou-koutien, 

przemysłów mezolitycznych w Magos, opisanych w portugalskim „Geological Services”, 

okazy sfotografowane w British Museum, okazy opracowane przez miss de Vet i Jamesa 

Kitchinga, zbadane przez Brooma i Oakleya. Thomas kpił ze.mnie. Wydawało mi się, że 

zgromadzone   w   magazynie   kości   mogłyby   posłużyć   do   wzniesienia   jeszcze   jednej 

piramidy   egipskiej.   W   pierwszym   załomie   ściany   zatrzymałem   wózek,   potem 

pomknąłem   dalej,   ale   zaraz   wróciłem,   zatrzymałem   go,   podniosłem   krzesełko, 

wzmocniłem strumień światła. W głębi półki stały trzy skrzynki, a na trzech fiszkach 

background image

napis:  Kalkbank   1975,   materiał   powtarzalny,   nie   opracowany,   częściowo   w   brekcji.  

Istotnie,   w   dwu   skrzynkach   ułamki   kości   przemieszane   były   z   gliną   i   kwarcytem, 

częściowo   oblepione   jeszcze   gliną   twardą   jak   kamień.   Te   nie   interesowały   mnie. 

Otworzyłem trzecią skrzynkę i powoli, żeby upewnić się, co zawiera, zdjąłem wierzchnią 

warstwę   kości,   sam   drobiazg,   pod   tym   była   aluminiowa   blacha,   którą   podniosłem, 

uchwyciwszy   za   dwa   pierścienie.   Na   spodzie   spoczywały   trzy   czaszki.   Pierwsze 

spojrzenie na układ szczęk, uzębienie, linię wału nadoczodolowego i luk zębodołowy 

upewniło mnie, że mam do czynienia z dwoma egzemplarzami, które zginęły z kolekcji 

sir   Jamesa   Garricka.   Tc   było   cholernie   stare,   znacznie   starsze   od   egzemplarzy 

znajdowanych w Makapansgat i Sterkfontein!...

Obok leżała trzecia czaszka. Bez wątpienia należała do jegomościa, który jeszcze 

niedawno mógł przemawiać przeciwko gabinetowi Jej Królewskiej Mości, podwyżkom 

cen na szynkę i jaja albo za powszechnym pokojem i rozbrojeniem. To nie był gość 

kopalny. Chyba że

przyjąć, iż wykopano go z grobu poświęconego przez pastora. Tak. W części 

potylicznej był ten sam otwór po kuli, co w odlewie darowanym mi przez Johna Morse. 

Miałem zatem oryginały!

- Mam je! Mam was^ moje drogie dziatki. Wujaszek Robert ma nosa!

Zjechałem na dół. Aha. W skrzynce była również mała kartka, kawałek bristolu. 

Nie   wiem,   czemu   od   razu   schowałem   ją   do   kieszeni   marynarki.   Odruchowo.   Jak 

kleptoman.

Usiadłem na podłodze. Ułożyłem przed sobą trzy czaszki. Wyjąłem z kieszeni 

mały termos. Nalałem do kubka kawy. Wypiłem ją z przyjemnością. Czy powiedziałem, 

że z drugiej kieszeni wyciągnąłem piersiówkę i nalałem czegoś do kawy?  Nie? Ktoś 

powiedział, że każdy kandydat na pijaka jest wstydliwy niby dziewica orleańska. Nie 

jestem   ani   kandydatem,   ani   habilitowanym   pijakiem,   po   prostu   czasem   jak   każdy 

dżentelmen...

- Mam was, moje piękne-powtórzyłem z lubością.

Za sobą usłyszałem cichy śmiech. Odwróciłem się powolutku. Ujrzałem profesora 

Appletona. Trzymał przed sobą bardzo duże śmiercionośne żelazo pamiętające pewnie 

czasy  wojny  burskiej.  Jego  oczy  były  cokolwiek   obłąkane.   Podniosłem   się  powoli  z 

background image

podłogi. Appleton cofnął się o krok.

Jak pan tu wszedł? - spytałem spokojnie.

Czuł się pan zbyt pewnie i zapomniał zamknąć drzwi. Proste.

Czego pan ode mnie chce?

Appleton popatrzył na czaszki. Wskazał je wysuniętą szczęką.

Szukałem ich. - Przysunął sobie nogą krzesło. - Bez rezultatu. Kiedy pojawił 

się pan i gdy ujrzałem ten gipsowy odlew, postanowiłem po prostu siedzieć 

cicho i czekać. Wie pan. Czekać jak pająk. Byłem pewien, że pan zaprowadzi 

mnie   do   tych   skorup.   My,   uczeni,   miewamy   intuicję.   Nie   miałem   tylko 

pojęcia, że Garrick schowa swoją zdobycz tuż pod moim nosem. Przyzna pan, 

że to było genialne. Tu, pośród rzeczy w gruncie rzeczy bezwartościowych już 

dla antropologa.

Nie bierze pan pod uwagę przypadku, ktoś mógł zajrzeć głębiej, niż trzeba.

Toteż myślę, że Garrick ukrył tu swój skarb tymczasowo. Jak pan sądzi? Czy 

ja zabiłem Jamesa Garricka?

Nie,   profesorze   Appleton.   Panu   zależało   na   tych   drobiazgach,   a   martwy 

Garrick nie mógłby pana do nich zaprowadzić.

Ma pan słuszność. Szalałem, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci.

Jasne. Czy mógłby pan odłożyć broń?

Ani na chwilkę, doktorze. Zechce pan cofnąć się o kilka kroków.

A jeśli tego nie zrobię?

W całym gmachu jesteśmy tylko ma dwaj, Bart.

Jednak - uczyniłem lekki ruch ręką - jednak to żelastwo robi z Pewnością 

ogromny hałas... I co by powiedziała na pańskie zachowanie lady Jasmina 

Willingbottom, pańska przyjaciółka, żona sir Willingbottoma...

Dosyć. Niech mu ziemia lekką będzie, do Willingbottoma nic nie miałem poza 

tym, że był głupi i poślubił tę starożytną wieżę Jasminę, zdradzając męską 

przyjaźń.   Czy   pan   uwierzy,   że   ten,   hm,   kobieton   nazwał   mnie   kiedyś 

zredukowanym człowiekiem?!

Dziwna obelga, prawda? - przysunąłem się o krok do Apple-tona.

background image

Takie tam powiedzenie Buffona o małpach...

A co pan jej odpowiedział? - spytałem łagodnie, tak łagodnie, jakbym miał do 

czynienia   z   dzieckiem   siedzącym   na   górze   dynamitu   i   bawiącym   się 

zapałkami.

Ja? Nazwałem ją starą małpą. Teraz jesteśmy przyjaciółmi, ale Appleton nigdy 

niczego nie zapomina. Jamais de la vie!

Bień ententu.

Appleton na chwilę opuścił lufę. Byłem gotów. I w całkiem niezłej formie, bo 

przeleciałem   w   powietrzu   odległość   dzielącą   mnie   od   małego   gnoma   i   jednym 

uderzeniem stopy wytrąciłem mu broń z ręki. Ale on zaimponował mi, w każdym razie 

zrobił   to,   czego   nie   zrobiłoby   wielu   młodych   i   sprawnych   mężczyzn.   Nie   wpadł   w 

panikę, nie rzucił się po rewolwer, nie uciekał, nie zesztywniał, zaskoczony atakiem. 

Błyskawicznie ocenił sytuację, szanse moje i jego, dał nurka pode mną, dopadł czaszek, 

porwał je zwinnie z podłogi, owinął szczelnie ramieniem i skoczył na drabinkę wózka, 

przesuwając   reduktor   na   pełną   szybkość.   Uczepiłem   się   wózka,   podciągnąłem   nogi, 

Appleton kopnął mnie w twarz, wczepiłem się palcami w szczeble drabinki. Appleton 

piszczał, nie wiem, czy ze strachu, czy z wściekłości, jego chudziutkie odnóża wirowały 

nad moją głową, deptały po moich palcach, spychał mnie, ukryłem głowę pod fotelem, 

wózek  coraz  szybciej   sunął   wzdłuż   ściany,   pisk starucha  wibrował  w moich   uszach, 

wózek przesunął się na wygiętej łukowato szynie, uderzyłem prawym barkiem o ścianę, 

twarde kanty półek odrzuciły mnie na zewnątrz, wózek wpadł w drugi wiraż, Appleton 

wrzeszczał,  darł  się niesamowicie,  gdy zdołałem  unieść się na rękach, ujrzałem  jego 

twarz papierowo bladą, wykrzywioną spazmem furii, do diabła, ten mały horror przestał 

być śmieszny, waliłem całym ciałem w pokryte półkami ściany, słabłem, jeszcze jeden 

celny   kopniak   wymierzony   w   moją   głowę   rzucił   mnie   na   podłogę.   Straciłem 

przytomność.

Gdy   się   ocknąłem,   w   magazynie   panowała   grobowa   cisza,   przerywana 

miarowymi   uderzeniami.   Wózek   z   fotelem   wisiał   przy  jednym   z   zasłoniętych   okien. 

Profesor Appleton siedział na podłodze, powoli, rytmicznie, podnosił rękę uzbrojoną w 

młotek i... walił w leżące między kolanami skorupy czaszek, mrucząc:

-Na proch! na proch! na proch

background image

Podźwignąłem się. Podszedłem do niego, odebrałem mu młotek. Nie bronił się. 

Zaczął nagle płakać. Siadłem obok niego. Jedna z czaszek była jeszcze nie tknięta, ta z 

otworem po kuli. Zapaliłem papierosa. Przyjął go ode mnie, zaciągnął się łapczywie.

Dlaczego pan to zrobił? - spytałem. - Czy te czaszki można zrekonstruować?

Zrobiłem to - odparł, nie patrząc na mnie - zrobiłem to, bo te czaszki należały 

do mnie. Nie do Garricka. Willingbottom też był tego samego zdania. Pyta 

pan, czy można je zrekonstruować? Ależ człowieku! Rozbiłem je fachowo, 

rozumiesz? Fachowo!

W skrzynce była także dokumentacja, jak sądzę.

Może była. Gdzie jest teraz, zapewne nigdy się nie dowiemy. A jeśli idzie o 

kartę,   którą   pan   schował   do   kieszeni,   to   spaliłem   ją.   Widzi   pan   tę   kupkę 

popiołu w popielniczce na stole?

Dlaczego pan to zrobił, profesorze?

Powiem to panu. Jeżeli idzie o kartkę bristolu, to było na niej napisane coś, co 

dotyczyło   trzeciej   czaszki.   Tę   czaszkę   panu   zostawiłem.   Może   pan   teraz 

pomyśleć   o   niej   cokolwiek.   Hamlet   znał   grabarza,   grabarz   znał   Yoricka   i 

wiedział, jak umarł komediant. Pan nie wie nic. Cha cha cha!

ROZDZIAŁ X

- Kiedy to znaleźliśmy - opowiedział mi następnego dnia Apple-ton - były to dwie 

masy wapnia i czerwonego piaskowca, brekcja, krótko mówiąc, nie obiecywaliśmy sobie 

niczego. Garrick, Willingbottom i ja. Oniemieliśmy dopiero wtedy, gdy udało nam się 

oddzielić kości od brekcji. Zresztą, powiem panu, że Garrick wcale nie palił się do tej 

roboty.   Zawiódł   go   instynkt,   tak   jest!   Ja   i   Willingbottom   zabraliśmy   się   do   tego. 

Mieliśmy już dosyć materiału szkieletowego, aby ocenić odkrycie. Naturalnie, wie pan, 

są   kłopoty   z   chronologią,   ale   nie   w   takich   przypadkach;   mieliśmy   porównawcze 

znaleziska   ze   złóż   wapiennych   Buxton   w   Taungs,   w   Sterkfontein,   Makapansgat   i 

Kromdraai. Te dwie czaszki należały do osobnika męskiego i żeńskiego, fenomenalny 

przypadek. Położenie wielkiego otworu potylicznego, poprzez który, jak pan wie, mózg 

łączy   się   z   rdzeniem   kręgowym,   było   identyczne   jak   u   australopiteków,   a   więc 

background image

właściciele   tych   czaszek   chodzili   ongiś   w   pozycji   wyprostowanej!   Ale   byli   od 

australopiteków starsi. Czaszki, uzębienie, potem kości kończyn, bo te znaleźliśmy także, 

wszystko, rozumie pan, wszystko wskazywało na to, że odkryte przez nas istoty należały 

do człowiekowatych...

Wykluczyliście możliwość przynależności do kręgu pongidów całkowicie?

Małpy   człekokształtne?   Wykluczone.   Działaliśmy   jak   we   śnie,   ale   nie 

zaniedbaliśmy zbadać warstwowo złoża. Wie pan pewnie, o co chodzi: kiedy 

Roy   Chapman   Andrews   kopał   w   Mongolii,   nie   znalazł   tam   istot   ludzkich 

spoza   środkowego   paleolitu,   czyli   kultury   mustierskiej,   znalazł   za   to   jaja 

dinozaurów sprzed 150 milionów lat! Prace Weidenreicha w Czoukoutien to 

dziecinna zabawa! Niech pan przestanie myśleć o tym, co panu powiedziałem, 

gdy ujrzałem odlewy. Teraz panu powiem. Istoty ludzkie, które znaleźliśmy...

Gdzie?

...które znaleźliśmy, miały bez wątpienia 5 milionów lat. Gdzie kopaliśmy? O 

nie, młody człowieku. Ja tam jeszcze powrócę...

Więc wpadliście w euforię?

Jeszcze jaką! A ten łotr, Garrick, zdążył zrobić dokładny raport, opracowania, 

zdjęcia   i   odlewy,   zanim   ja   i   Willingbottom   połapaliśmy   się,   o   co   chodzi. 

Prawie   w   tym   samym   czasie   Garrick   zwołał   konferencję   dziennikarską   w 

hotelu „Carlton”, w tym samym hotelu, w którym ja teraz panu to wszystko 

opowiadam.   W   tym   samym   hotelu,   w   którym   w   roku   1925   książę   Walii 

oglądał   pierwsze   sensacyjne   znaleziska   archeologiczne   zdające   się 

potwierdzać, że istota ludzka, jak wyobrażał to sobie Darwin, wywędrowała w 

świat Afryki. Dzisiaj nie jesteśmy już tak pewni tej afrykańskiej kolebki, ale 

jak dotąd w antropologii wszystko w nauce zaczyna się u nas!... Widzi pan - 

ciągnął Appleton - nazwiska tamtych odkrywców roku 1925 stały się sławne 

na   całym   świecie,   obiegły   kulę   ziemską.   Ja   i   Willingbottom   zostaliśmy 

okradzeni. Willingbottom  załamał  się, chorował przez cały rok czy dłużej, 

potem umarł. Ja myślałem, że oszaleję i chyba od tamtego czasu jestem jak 

pan zauważył, trochę nerwowy. Nic jednak nie mogłem zrobić...

Przecież   Appleton   i   Willingbottom,   dwaj   pokrzywdzeni   przyjaciele,   mogli 

background image

zaskarżyć Garricka. Co stało na przeszkodzie, panie profesorze?

Wszystko.   Najpierw   pierwszeństwo   ogłoszenia   odkrycia   bez   wymieniania 

nazwisk współodkrywców. To się liczy. Garrick miał też mocniejszą pozycję 

w Johannesburgu. Świat jest również światem różnych interesów, niech pan o 

tym pamięta, jeśli chce pan robić karierę...

Chyba nie zechcę.

I nie będzie to głupia decyzja, człowieku!... Po trzecie: Garrick miał nas w 

ręku. To znaczy mnie, ale Willingbottom musiał też milczeć.

Dlaczego?

W   tym   samym   sławetnym   anno   1975   polowaliśmy   w   Transwalu. 

Przypadkowo   zabiłem   człowieka.   Powiadam   panu,   to   był   przypadek.   Gdy 

policja przybyła na miejsce, nie znalazła już zwłok.

Sądzono, że z trupem uporały się dzikie zwierzęta. O tak, jedno zwierzę. James 

Garrick! Tylko on wiedział, gdzie ukryte są zwłoki. On spreparował czaszkę, oryginał 

dołączył do dwu egzemplarzy kopalnych, a pośród swoich zbiorów umieścił dwa odlewy, 

aby nam, mnie i Willingbottomowi wciąż przypominały tamto zdarzenie.

Ale jeśli to był przypadek?

Strzał w tył głowy, kaliber 7,65, popularny, ale nie na polowaniu. Wie pan, to 

było o zmierzchu, słońce zachodzi tu w Afryce szybko, jakieś draby zbliżyły 

się   do   naszego   obozu   z   północy.   Kiedy   posłyszałem   pierwsze   strzały, 

zerwałem się z polowego łóżka, wypadłem z namiotu, ktoś, wydawało mi się, 

ucieka  ścieżką.  Strzeliłem.  I zabiłem.  Był  to jeden z  uczestników naszego 

polowania. Złodzieje, którzy nas chcieli podejść, uciekli w popłochu. Garrick 

wykorzystał sytuację. Tym bardziej, że...

Że co, profesorze?

Że moje stosunki z tamtym człowiekiem były dosyć napięte.

Dobrze. Proszę teraz opowiedzieć mi coś o Jaśminie Willingbottom.

Po co? Ona nie ma z tym nic wspólnego. Nie cierpię jej i lubię ją, może pan to 

sobie   wyobrazić?   Ona   mnie   też   lubi,   ta   niezatapialna   galeria...   wie   pan, 

Wenecjanie budowali galery o podwójnych komorach - dodał bez związku i 

zaśmiał się nagle. - Pochowała Willingbottoma i dobiera się do mnie. Czy 

background image

potrafi pan sobie wyobrazić nasze małżeńskie łoże? Ukryłaby mnie chyba w 

swoich papilotach. Ale kto wie, może powiem „tak”.

Czy Jasmina Willingbottom wiedziała o... o wszystkim?

Tak. Ze względu na mnie, ze względu na fakty, no i ze względu na to, że 

Garrick, prócz czaszki i szkieletu tamtego człowieka miał jeszcze zeznania 

jednego z przewodników.

Ten przewodnik żyje?

I ma się dobrze. Garrick zadbał o to. Facet nazywa się 0’Hara.

Do diabła! I pan nie chce ruszyć tej sprawy?

- Nie. Powiedziano by tylko, że kieruje mną zawiść zawodowa, jakże obrzydliwa 

po śmierci sir Jamesa Garricka.

Niech mi pan powie jeszcze jedno.

Słucham.

Dlaczego lady Willingbottom nazywała Garricka swoim przyjacielem?

Tak mówiła? No, cóż, przyjaźnili się. A potem bywała w „Wilmie” już tylko 

po to, by zdobyć jakieś dowody mojej niewinności czy winy Garricka. Kiedy 

Garrick   został   zamordowany,   Jasmina   była   tam...   przypadek...   Ukradła 

odlewy,   ale   porzuciła   je,   kiedy   zorientowała   się,   że   nie   są   to   oryginały. 

Biedaczka nie wiedziała, co czyni.

W każdym razie umie kłamać. Niech pan uważa, gdy wyzna panu miłość.

Appleton podszedł do mnie. Siedziałem nieruchomo w fotelu.

Co pan teraz zrobi? - zapytał.

W jednej sprawie nie będę milczał.

Ma pan na myśli człowieka, którego przypadkowo zabiłem?

Nie. Opowie pan historię dwu czaszek w miejscu i dniu, jakie panu wyznaczę. 

Będzie to co prawda tylko pośredni dowód prawdy, ale to mi wystarczy.

Ależ tak! - krzyknął Appleton, ściskając moją rękę. - To mogę zrobić...

A   czy   może   pan   również   powiedzieć,   dlaczego   nie   zniszczył   pan   czaszki 

człowieka zabitego w buszu?

Jestem niewinny, mówiłem.

background image

Pozornie to się zgadza. Garrick wyprowadził pana w pole, nienawiść rosła, 

nastąpił niekontrolowany wybuch nerwów. Tak. Ale dlaczego w takim razie 

spalił pan kartkę bristolu, której ja nie zdołałem przeczytać? Powiem panu, 

profesorze. Było tam napisane coś, co pana kompromitowało i co rzeczywiście 

pozwoliło   Garrickowi   trzymać   pana   w   szachu.   Pan   zabił   tego   człowieka 

umyślnie,   nie,   nie   Garricka,   tego   osobnika,   którego   nie   znam.   To   sprawa 

pańskiego sumienia.

Cicho   zamknąłem   za   sobą   drzwi   hotelowego   apartamentu   i   pomaszerowałem 

korytarzem wyłożonym grubym, szarym dywanem, po którym kroczył może kiedyś sam 

książę   Walii,   „Carlton”   to   przecież   konserwatywna   firma.   Zostawiłem   Appletona   w 

zupełnym bezruchu, jego dłonie zaciskały się kurczowo na poręczach fotela, na który 

opadł,   gdy   miałem   wyjść.   To   mnie   utwierdziło   w   przekonaniu,   że   nie   myliłem   się. 

Trzecia czaszka została w tamtym apartamencie, na stoliku, ale to rzeczywiście nie była 

już moja sprawa. Czułem niesmak, ale nie po papierosach czy fajce. Czasami czujemy 

taki niesmak, gdy musimy zbliżyć się do jakiegoś człowieka.

Jasmina  przyjęła  mnie w Heidelbergu ze zdecydowaniem osoby,  która rzuciła 

kości i przekroczyła  Rubikon. Tym  razem wyglądała  jak gotycka  twierdza, na której 

szczycie   oszalały   architekt-fryzjer   zdecydował   się   ułożyć   fryzurę   w   kształcie   małej, 

rokokowej katedry. Imponujące zjawisko złego smaku albo wyzywającego stosunku do 

życia. Od razu zaatakowałem ją od czoła i z flanki. Nie miała czasu ochłonąć.

Appleton nie kłamał. Ta kobieta nie cierpiała Garricka. Przyznała się do tego, gdy 

zagrałem bezczelnie, mówiąc, że mam w ręku dowody na temat „przyjaźni” Appletona, 

Garricka i Willingbottoma, oraz gdy powiedziałem zwięźle, co z tej przyjaźni w końcu 

wynikło. Jasmina rzuciła głową jak stary koń zaprawiony w szarżach.

W porządku. Skłamałam! Czy pójdę za to do ciupy?

Ach, cóż za słowo w ustach damy - odparłem. - U pani wszakże nie razi. 

Dodaje pani młodzieńczości. A do ciupy pani nie pójdzie. Ostatecznie chodzi 

tu tylko o odlewy czaszek i o wyprowadzenie w pole prywatnego gliny. Poza 

tym chroni panią metryka urodzenia.

Gbur!

Czy pani wiedziała, w jaki sposób Garrick szantażował dawnych przyjaciół?

background image

Tak. I milczałam. Czy za to coś mi grozi?

Ta sprawa nie interesuje mnie. Niech pani to sobie wyjaśni w cichej a szczerej 

rozmowie ze Stwórcą. Appleton i tak dopadnie Garricka, obojętnie, gdzie to 

będzie:   w   niebie,   w   czyśćcu   czy   w   piekle.   O   innych   sprawach   jeszcze 

porozmawiamy. Poza tym jedno pytanie, lady Jasmino, jeśli pani pozwoli... 

Czy pani widywała kosztowności należące do lady Emmy Garrick?

Klejnoty i tak dalej?... - burknęła pani Willingbottom.

No, właśnie, klejnoty i tak dalej.

Kilka razy.

Zauważyła pani coś ciekawego?

Ha? Pan ma na myśli ten legendarny diament Garricka? Jeśli go miał, to tylko 

on wie, gdzie go szukać. Nie, tego ja nigdy nie widziałam.

Gregson nie odzywał się. Miałem od niego tylko jeden telefon: - Leżę w łóżku, 

nic  ważnego, korzonki,  psiakrew! - Więc  z zachowaniem  ostrożności pojechałem  do 

„Sonory”. John Morse siedział tam z paroma facetami, którzy na mój widok wynieśli się 

od razu. Nie pytałem, co to za jedni, Morse nie mówił. Ja opowiedziałem mu o rozmowie 

ze Storchem.  I nie doszliśmy do porozumienia  w jednej sprawie: czy Storch kłamał, 

opowiadając  mi  historyjkę  o diamencie,  czy też  kamień  ten należał  do udziałowców 

„Oriona”.

Wie pan-powiedział w zamyśleniu Morse-wie pan, gdy spotykam się czasem z 

niektórymi ludźmi, to chciałbym potem myć ręce do siódmej skóry.

Rozumiem. Czasami odczuwam to samo. I niech pan sobie przemyśli to, co 

powiedziałem.

O diamencie, Storchu i „Orionie”? Przemyślę.

No to cześć.

Cześć. Spieszy się pan?

Jasne. Znudziła mnie Afryka.

- Wie pan - dodał Morse - wie pan, jeśli chodzi o te przerzuty diamentów, to z 

trasy, o której kiedyś mówiłem, musimy wykreślić Durban. 

Jasne - zgodziłem się. Morse popatrzył na mnie zdziwiony.

background image

A cóż pan może o tym wiedzieć, do licha?

Intuicja,   panie   Morse.   Byłem   tam   i   widziałem   człowieka,   którego   pan   z 

pewnością podejrzewał.

No, kogo?

Profesora Dirxena, oczywiście. /

A dlaczego wykluczył pan tę figurę, hę?

Tak   sobie,   bez   asa   ukrytego   w   rękawie.   Dirxen   to   typowa   uniwersytecka 

fujara. Nie pasuje do talii, którą ktoś puścił w ruch, prawda?

W rzeczy samej! - Morse zaśmiał się i szturchnął mnie przyjaźnie łokciem w 

bok. - Dirxen po prostu nie pasuje do gry.

Do tej gry - poprawiłem.

Jest jeszcze inna? - zainteresował się Morse i skubnął wąsa.

Sam nie wiem, znów tylko intuicja.

Gdy   wróciłem   do   „Wilmy”,   przez   chwilę   nie   myślałem   o   tych   wszystkich 

sprawach. Leżąc na łóżku w moim pokoju, przyglądałem się depeszy od ciotki Augusty.

Ciotka  zawiadamiała  mnie,  że firma  „Johnsonie Johnson”, która wydała  moją 

książkę   o   sztuce   Azteków,   przysłała   wreszcie   czek   na   okrągłą   sumę   i   zapowiada 

możliwość   publikacji   przez   „Larousse’a”   w   Paryżu.   Wyobrażam   sobie   radość   ciotki 

Augusty, myśląc teraz o moich sukcesach zapewne zapomni nakarmić Sir Francisa Drakę 

i gdy wkroczę w domowe progi, potknę się o jego czarne, dystyngowane zwłoki.

Zacna Augusta, bardzo ją lubiłem. Nie pamiętała mi nigdy, że moja matka, którą 

zmarła w Anglii, była Polką, i że ona sama jest spokrewniona ze mną tylko poprzez 

drugą   żonę   mojego   ojca.   Niepotrzebnie   przyjąłem   propozycję   Corneliusa 

Horna.Stanowczo czas powrócić do Anglii, ujrzeć znowu przecudny poranek otulony 

gnijącą mgłą, wsunąć trochę owsianki i połknąć znaną od lat porcję jaj na bekonie, a 

potem pomknąć do księgarni MacMillana i szperać w stosach książek, i kupić coś, czego 

potem nigdy nie będę czytać.

Bart, twoja dusza jest rozdarta, masz w sobie wszystko, aby być równie dobrym 

odludkiem, mężem czy starym kawalerem, żeby nie liczyć małżeństwa z Angielką pijącą 

pierwszego drinka pod porannym prysznicem. Tak czy owak ,,Johnson Cs: Johnson” to 

dwa   anioły,   będę   mógł   spokojnie   pojechać   do   Szwajcarii,   aby   odwiedzić   córkę   w 

background image

sanatorium. A potem jeszcze raz zakochać się w górach. Usiadłem gwałtownie na łóżku. 

Tak. To pewne. Rozmowę z panem Morse rozegrałem ku mojemu zadowoleniu..

Dirxena   możemy   skreślić   z   naszej   gromadki.   Przygoda   z   Appleto-nem   też 

wyjaśniała wiele. Geraldine Simpson zapisała  sobie, że J. G. boi się. James  Garrick. 

Kogo się bał? Nie panny Simpson, gdyż był w niej zakochany, załóżmy, że nie jej się 

obawiał. Więc kto zaczął szantażować Garricka? Panna Simpson została zamordowana, 

gdy jej przyjaciel już nie żył. Więc? Przynajmniej jeszcze dwaj ludzie mogli źle życzyć 

sir Garrickowi.

Rzeczywistość   znów   sprowadziła   mnie   na   ziemię   w   kłębowisko   spraw   jakby 

wypełzłych z puszki Pandory.

Zanim wróciłem do „Wilmy”, raz jeszcze spytałem Morse’a, dlaczego powiedział 

mi kiedyś, że „Sonorę” wynajmuje ktoś z Durban.

- Chciałem pana trzymać z daleka od Storcha, Granau i Spółki Uranowej. Storch 

to groźny gość, ale już wiem, że porozumiał się z panem w Kapsztadzie.

W porządku. Lubię wyjaśniać drobiazgi. Zanim buduję system, potrzebne mi są 

głupstwa.

- Dla świętego spokoju, panie Morse - powiedziałem mu jeszcze - sprawdźmy coś 

obaj na własną rękę, dobrze?

- Gdzie?

W   Londynie.   W   Centrali   Yardu.   Kim   był,   mógł   być,   jakiś,   powiedzmy, 

Galson. Wszystko, co o nim wiedzą, dobrze?

W porządku. Lecz jeśli fantazja nasza nie da się owładnąć?*

A jeśli oczom da świadectwo?

Zaczynam się spieszyć. Zaczynam się dusić w „Wilmie”. Skończyć z tą sprawą, z 

tymi   ludźmi.   Pojechać   do   Szwajcarii...   Tak,   czułem   się   kiepsko,   pewnie   dlatego   że 

miałem telefon z Londynu:

Dzwonię z mieszkania ciotki Augusty, Rob.

Dzień dobry.

To była Laura, moja żona.

Kiedy wracasz? Czy wciąż grzebiesz w starych skorupach?

A ty wciąż interesujesz się butelkami?

background image

Już  nie.  Wcale  nie  piję.  Rob, wracaj, pojedziemy   razem  do  naszej   Diany. 

Rob!... - Milczę. - Robercie, czekam na ciebie!

Mam   tu   jeszcze   jedną   sprawę,   Lauro,   poza   tym   do   Szwajcarii   chciałbym 

pojechać sam. Daruj.

Rozumiem.   -   Łagodny   głos   napina   się   jak   cięciwa   łuku.   -   Ta   kobieta   w 

Johannesburgu... jest ode mnie  młodsza  o dwadzieścia  lat! Och, nie pytaj, 

mam faceta, który ci się przygląda, wiem wszystko. Jeśli nie wrócisz...

Czyżbyś   nie   otrzymała   jeszcze   zawiadomienia?   Chcę   mieć   rozwód, 

postanowiłem.

Kilka niezrozumiałych słów, chrypliwie wyrzucone przekleństwo, potem płacz. 

Jestem trochę bezradny wobec płaczącej kobiety, więc nie odkładam słuchawki. Szept, 

napięty, wibrujący:

- Zniszczę ciebie i tę dziwkę Galson. Powiedz, jest dobra... Położyłem słuchawkę. 

Laura   zadzwoniła   jeszcze   raz,   chciała,   byśmy   ostali   przy   separacji.   Nie.   Choćby 

adwokaci   Laury   mieli   mnie   wykończyć   finansowo,   będę   miał   ten   rozwód.   I   to   bez 

względu na to, czy jakaś inna kobieta mnie zechce.

Mam nadzieję, że Diana przyjmie moją decyzję spokojnie.

Mój telefon do szefa firmy prawniczej „Van Stessen”:

- Dzień dobry. Dzwonię z polecenia pana Joachima Storcha ze Spółki Uranowej, 

tak. Moje nazwisko Bart. Pan Storch chciałby się z panem widzieć w ważnej sprawie za 

tydzień na farmie „Wilma”, tak, nie myli się pan, to posiadłość Garricków, przepraszam, 

teraz   należy   do   lady   Emmy   Garrick.   Czy   może   pan   przyjechać?   Tak,   to   będzie   5 

września. Zadzwonię jeszcze 4 września. Do widzenia.

Mam nadzieję, że van Stessen nie zadzwoni  do Storcha. Bo chodzi o bardzo 

prostą pułapkę na grubego zwierza.

Emma. Przyjmuje mnie w małym  gabinecie. Nie znałem jeszcze tego pokoju. 

Białe żaluzje, białe tiulowe firany, białe niskie meble ze złotymi okuciami, na ścianie 

srebrne   lustro,   na   podłodze   puszysty   dywan   w   odcieniu   czerwieni.   Raczej   ładna 

garsoniera   niż   gabinet,   godna   kogoś,   kto   kiedyś   bywał   zbyt   często   w   „Palladium”. 

Dziwne wrażenie. Czyżbym miał dowiedzieć się jeszcze czegoś nowego? Przyszedłem 

nie w porę chyba. Oczy Emmy były dziwnie wilgotne, przed nią siedziała Joy, a ręce 

background image

Emmy zaciskały się mocno, dłonie Emmy zaciskały się mocno na dłoniach Joy. Bardziej 

czule   niż   mocno.   Joy   podniosła   się   szybko,   nie   patrząc   na   mnie   wyszła.   Emma 

powiedziała niskim głosem:

Przed chwilą przyniesiono mi telegram od pana Joachima Storcha. Będzie tu 

w „Wilmie” 5 września w ważnej sprawie. Dodaje jeszcze, aby pan załatwił 

resztę. Czy pan coś z tego rozumie?

Tak, proszę pani. Rozmawiałem z panem Storchem telefonicznie.

Istotnie,   zamówiłem   rozmowę   ze   Storchem   w   tym   samym   dniu,   w   którym 

gadałem   ze   Stessenem.   Niech   przyjeżdża   5   września,   mam   bowiem   zamiar   kończyć 

sprawę. Nie, nie mam bezpośrednich dowodów, ale może ktoś zdradzi się, taka sztuka, w 

której może ktoś zdradzi się w tym małym afrykańskim Elsynorze...

Emma   kazała   mi   usiąść   przy   sobie.   O   czym   rozmawialiśmy?   Nie   pamiętam. 

Pamiętam,   że   była   kusząca,   zbyt   kusząca.   Ale   cały   czas   czułem,   że   jest   zimna,   jak 

kobieta, która odpycha ręce mężczyzny, bo po prostu boi się mężczyzn. A może ich nie 

cierpi? Przez resztę nocy zadawałem sobie to pytanie.

4 września pan Morse i ja otrzymaliśmy z Londynu wiadomości. To było ważne. 

Wiadomość o człowieku nazwiskiem Galson. Tylko że to wcale nia pasowało do tego, co 

powiedział mi Storch w Cape Town.

Pierwszy   zjawił   się   neroniczny   Cornelius   Horn.   Z   biblioteki   Jame’a   Garricka 

wygrzebał   wszystkie   prace   Wagnera,   Nietzschego,   Hustona,   Chamberlaina   i 

Schopenhauera.   Tak,   ten   człowiek   dowodził   swoim   istnieniem,   że   woła   jest 

podstawowym pierwiastkiem rzeczywistości. Wieczorem buszował w płytotece, a rano 

już   z   jego   pokoju   grzmiał   głos   Zygfryda,   cwałowały   Walkirie,   muzyka   opowiadała 

ciężkim wirem nieuchwytnej materii o złocie Renu i Nibelungach.

- Gdyby można cofać zegary nie o minuty czy godziny, a o stulecia - wyznał przy 

obiedzie

 

-

 

wtedy

 

życie

 

miałoby

 

sens.

 

Prawo

służące wszystkim jest straszne dla wybitnych jednostek.

Emma  sygnowała  wszystkie  zaproszenia,  jakie wysłałem.  Chodziło  przecież  o 

zakończenie „sprawy Jamesa Garricka”.

Appleton zjawił się w, starym czarnym surducie zapiętym po samą szyję. Dźwigał 

background image

potężny parasol, również czarny, zapewne wielce modny w czasach króla Edwarda VII. 

Wysiadł z samochodu prowadzonego przez asystenta.

W godzinę po nim pojawił się Joachim Storch. Wysunął swoje długie ciało z 

ogromnego, klimatyzowanego lincolna, podszedł do mnie i powiedział:

Przyjechałem prosto z lotniska. Nie wziąłem kąpieli i ominął mnie lunch. Czy 

pamięta pan swoje słowa? Ten świstek papieru zapisany liczbami znajduje się 

w „Wilmie”, czy tak? Jeśli to prawda, wyjadę stąd jako pański przyjaciel. Jeśli 

to nieprawda, pan nie opuści Afryki.

Myślę, że dostanie pan to, czego pan chce, panie Storch. Ten kawałek papieru. 

Nie wiem tylko, w jaki sposób ja zdobędę drugi testament Garricka.

To jest mi najzupełniej obojętne, człowieku!

Piękny dzień. Miałem ich wszystkich w „Wilmie”. Storcha, Apple-tona, nawet 

Hopkinsa. Emmę, Jasminę Willingbottom, Joy, Honey Urubu, Corneliusa Horna, doktora 

Holdena, van Stessena. Po obiedzie zjawił się Fred Gregson. Nie przybył tylko profesor 

Dirxen z Durban, ale przysłał depeszę, że zjawi się 6 września. Nie przybył również John 

Morse, ale miałem nadzieję, że nie sprawi mi zawodu.

Joachim Storch dotrzymał przyrzeczenia. Zdobył gdzieś kopie filmów, których 

Horn nie miał w swej prywatnej kolekcji. Jakoś po herbacie podanej w dużym salonie 

położonym   we   wschodniej   części   domu   służba   zaciemniła   okna,   ktoś   ustawił   aparat 

projekcyjny. Taśmy nie były nawet zdarte, były to dobre kopie. Różni ludzie lubią to 

sobie czasem oglądać-powiedział mi Storch. Zgaszono rozetowe pająki wiszące u sufitu. 

Silnik projektora szumiał cicho, z głośnych fanfar poprzedzających stare kroniki filmowe 

wyłaniały się twarde słowa, a gdy znikał wizerunek dumnego orła, jak z cmentarzysk 

powstawała znów świetność i potęga III Rzeszy. Doktor Cornelius Horn palił papierosa 

za papierosem, pomrukując coś do siebie. Gdy operator założył na aparat taśmę, na której 

kiedyś utrwalono gigantyczne demonstracje na polach Tempelhofu z okazji robotniczego 

święta 1 Maja, zorganizowane przez Goebbelsa i zatwierdzone przez Reich-stag, ja też 

musiałem przyznać, że propaganda zła może fascynować. Czy zresztą czegoś takiego nie 

zapisał gdzieś Tomasz Mann? Całe Niemcy ogarnięte jedną ideą, obrazy przedstawiające 

ideę jedności dziesiątków milionów, delegacje berlińskie w sile półtora miliona ludzi, 

dzieci,   robotnicy,   żołnierze,   róże   dla   starego   prezydenta   Hindenburga   i   zachwyt   dla 

background image

kanclerza   Hitlera,   potężny   ryk   pieśni  Horst-Wessel-Lied  i   mowa   kanclerza,   którego 

inteligentni   kamerzyści   sfilmowali   na   tle   wyłaniającego   się   zza   chmur   słońca,   niby 

człowieka-boga, niby nowe przeznaczenie świata. Potem kronika z 10 maja, gdy na Franz 

Josephplatz   zapłonął   wielki   stos   wywleczonych   z   bibliotek   książek,   nocny   sabat 

czarownic, tańczący wokół stosu młodzi ludzie wyjący: - Palę Henryka Heinego! - Palę 

Zygmunta Freuda! - Palę Stefana Zweiga!... - Palę... palę... - I filmy wybitnej reżyserki 

umarłego reżimu, Leni Riefenstahl, a na koniec to, czego oczekiwał doktor Cornelius 

Horn   szczególnie:   film   Leni   zatytułowany  Der   Wille   zur   Macht,  tytuł   Zaczerpnęła 

oczywiście z Nietzschego, ale to nic, owe taśmy zmontowane z kronik wielkiego zjazdu 

w Norymberdze w roku 1934, a potem sławna Olimpiada z 1936 roku, pełne uwielbienia 

dla Wodza, wirtuozeria zdjęć, dźwięku i montażu, zaprawdę doskonałe efekty kunsztu 

wyzyskanego w niewłaściwym celu sprawiły, że kiedy znów zapłonęły rozetowe pająki u 

sufitu, siedzieliśmy przez długą chwilę w milczeniu. I przyznam, że nie chciałbym wcale 

wiedzieć, o czym każda z obecnych osób myślała.

Tylko doktor Cornelius Horn nie krył swego zachwytu. Przechadzał się między 

nami ze zręcznością starej baletnicy wciąż dbającej o dobrą formę i wybuchał gejzerami 

zachwytu. Joachim Storch przyglądał mu się, poruszając tylko głową jak czujna kobra. 

Emma szeptała coś do Joy, Profesor Appleton siedział z twarzą napiętą, profesor Hopkins 

wydawał się niewzruszony. Hołden zakrzątnął się przy drinkach, a Gregson odsłonił okna 

i otworzył  je. Powolutku zaczęły się rozmowy.  Było  jeszcze sporo czasu do kolacji. 

Pojawiła się Ukele i szepnęła coś do ucha Honey Urubu siedzącej skromnie w kącie, 

jakby przestraszonej, że siedzi sama pośród białych. Honey dała mi znak. Podszedłem do 

niej.

- Jacyś panowie czekają na pana w hallu - powiedziała. 

Wróciłem po kilkunastu minutach. Właśnie ocknął się stary van Stessen i zapytał, 

o   czym   właściwie   chce   z   nim   rozmawiać   pan   Storch.   Storch   popatrzył   na   niego   ze 

zdumieniem. Oznajmiłem więc, że nikt z obecnych nie musiał przybyć na zaproszenie 

lady   Garrick,   było   ono   wszak   nieformalne,   ale   jest   doskonałą   okazją   do   zamknięcia 

sprawy, która sprowadziła mnie do Afryki. Spojrzałem na Gregsona. Podniósł okrągłą, 

krótko ostrzyżoną głowę, spojrzał na mnie.

Jeśli idzie o zamordowanie profesora Garricka - rzekł spokojnie - to szkoda 

background image

było fatygi. Sędziowie w Johannesburgu uznali wczoraj winnym tej zbrodni 

tutejszego służącego, Tomai. Tomai otrzymał karę śmierci.

Ale   wyrok   -   odparłem-nie   będzie   wykonany.   Gdyż,   drogi   przyjacielu, 

aresztowany został pan 0’Hara.

- Cóż to za bzdura? Wychodzę! Wracam do Johannesburga!

Jeden z tych facetów, których przed chwilą widziałem, stanął w drzwiach. Boże 

drogi, jakież oni potrafią mieć kamienne twarze, gdy mówią:

- „Wilma” jest otoczona i nikomu nie radzę jej opuszczać.

Przeczekałem szmer podnoszących się głosów i po chwili mogłem zacząć moją 

opowieść, nie, krótkie wprowadzenie, które miało doprowadzić do zakończenia sprawy.

- Teraz - zacząłem - teraz, gdy obejrzeliśmy już sobie coś, co wydarzyło się w 

przeszłości   i   niezależnie   od   nas,   a   mam   na   myśli   filmy

budzące taki zachwyt doktora Horna, proponuję przyjrzeć się wydarzeniom, w których 

wielu

 

z

 

państwa

 

miało

 

swój

 

udział,

 

jedni

 

jako

aktorzy, inni jako mniej czy bardziej czynni statyści... W roku 1970, a więc na 5 lat przed 

dokonaniem

 

decydujących

 

odkryć

 

w

 

Południowej

Afryce, za które profesor James Garrick otrzymał tytuł baroneta, poznał on w Londynie, 

w

 

okolicznościach,

 

które

 

można

 

pominąć,

pannę Emmę Winter, dwudziestoletnią dziewczynę, w której zakochał się i którą wkrótce 

poślubił.

 

James

 

Garrick

 

miał

 

wtedy

 

sześćdziesiąt

lat. Różnica wieku była kolosalna, ale profesor Garrick był bogatym człowiekiem i to 

oczarowało Emmę Winter...

- Niedopuszczalna insynuacją - zareagował karcąco Gregson.

- Nie zwracam na to uwagi, panie komisarzu - powiedziała lady Emma.

A  więc  pierwszy  akt  miałem  jakby  gotowy,   bo  aktorzy  zaczęli  mówić   swoje 

kwestie. Zaczęło się.

- ...Bogactwo nie mogło przesłonić faktu, że sir Garrick nie był odpowiednim 

partnerem dla młodziutkiej dziewczyny...

- Byli wspaniałym małżeństwem! - przerwał mi doktor Cornelius Horn.

Ha, nie powiem!  - zawołała  lady Willingbottom,  która miała  tego  dnia na 

głowie skomplikowaną budowlę ze strusich piór.

background image

Jestem   ponad   wszelkie   insynuacje   -   odezwała   się   cicho   Emma.   Bardzo 

opanowana.  - Pani  Willingbottom,  nie  wypieram   się, że  lubiłam  bywać  w 

towarzystwie.

Dajmy spokój naszej  pięknej gospodyni  - podniósł się głos Horna. - Daję 

panu,   doktorze-Bart,   pytanie   za   sto,   albo   nie,   za   tysiąc   funtów:   po   co   ja 

właściwie przyleciałem do Afryki? - Horn śmiał się.

Ponieważ Londyn wydał się panu zbyt ciasny. Wyjaśnimy to później. Także i 

to, że objawił pan nagle dosyć różne od dotychczasowych zainteresowania. 

Czy   mogę   zatem   prosić,   aby   pan   mi   nie   przerywał?   Doskonale,   dziękuję. 

Kontynuuję. James Garrick kochał swoją żonę do czasu. A może się mylę? 

Może kochał ją do ostatniej chwili swego życia, ale była to zapewne gorzka 

miłość   oszukiwanego   starca.   Bo   James   Garrick   wiedział,   że   na   widowni 

pojawił   się   młody,   przystojny   mężczyzna.   Jest   nim   naukowiec   z 

Johannesburga,   doktor   Ryszard   Robert   Holden.   I   on   nie   może   oprzeć   się 

wdziękom Emmy Winter-Garrick.

To kłamstwo! - tym razem reakcja lady Emmy była ostra.

Czy mam przypomnieć, to, co mi pani sama wyznała? Milczenie. Lady Emma 

Garrick   siedziała   w   fotelu   na   tle   ściany,   na   której   wisiał   piękny   pejzaż 

Sisley’a. Piękne kobiety lubią piękne przedmioty i czasami upodabniają się z 

pięknem, jakimś przedziwnym prawem mimikry. Lady Emma jednak gorąco 

pragnęła, bym pominął tamtą rozmowę, na chwilę zapomniała o grze. Bardzo 

chciałbym   to   uczynić,   lecz   nie   z   pobudek   etycznych.   Kobiety   znają   wiele 

sposobów zarzucenia pętli na szyję mężczyzny, a mężczyźni tak łatwo wierzą, 

że to gest pieszczoty; mimo woli spojrzałem na Joy Galson i ciągnąłem dalej:

Holdenowi zależy na karierze, jest zdolny, lecz nie lubi pracować, a mając 

poparcie   Emmy   u   profesora   Garricka,   może   szybciej   otrzymać   katedrę. 

Holden,   pewny   siebie,   jeden   z   tych   mężczyzn,   za   którymi   kobiety   wodzą 

oczami, dobrze zna swoje ofiary. Tak mu się zdaje. W postępowaniu kobiet 

jest   wiele   irracjonalności.   Potrafią   one   przejść   obojętnie   obok   mężczyzny, 

nawet gdyby umierał, ale potrafią też sprzedać dla niego ostatnią koszulę. Jeśli 

zechcą,   potrafią   zniszczyć   mężczyznę.   Doktor   Holden,   zaślepiony 

background image

dotychczasowym powodzeniem i nie przewidując najmniejszych komplikacji, 

doszedł do wniosku, że jest kochany bezgranicznie. I może początkowo ze 

strony lady Garrick było to jakieś uczucie...

Jest pan podły, Bart! Jak pan może tak mnie poniżać! - powiedziała Emma. 

Była wzruszająco bezbronna.

Mógłbym pana teraz zabić. Niestety epoka pojedynków należy do przeszłości. 

A   szkoda,   był   to   dla   dżentelmena   jedyny   sposób   wymierzania 

sprawiedliwości!   -   krzyknął   napiętym   głosem   doktor   Holden.   Pokiwałem 

głową:

Przyjmuję wyzwanie, doktorze, niech pan słucha dalej... Uczucie lady Garrick 

musiało   być   okupione   ofiarami.   Pan   Holden   lubił   kobiety.   Lubił   je   w 

Johannesburgu,   na   uniwersytecie,   w  Londynie,   w   Ascot,   w   Prowansji   też, 

gdzie zaglądał, gdy pani Garrick bawiła tam na wakacjach. Poza tym wysoko 

grał  w karty,  stawiał  na  konie  i  stawiał  na  kobiety.   Wysoko  przegrywał  i 

zaciągał coraz to nowe długi, które płaciła lady Garrick...

Mój   instynkt   i   znajomość   ludzi   pozwalały   mi   szarżować,   ale   nie   całkiem, 

poruszałem   się   częściowo   w   ciemności.   Informacje   inspektora   Dawsona,   mojego 

przyjaciela, pomagały mi w prowadzeniu tej gry. I coś jeszcze...

Wszystko, co pan dotąd powiedział, jest kłamstwem - powiedziała spokojnie 

Emma. - To jest po prostu prowokacja. Nie ma pan żadnych dowodów, panie 

Bart.

Mam.

Jakie?

Informacje z bardzo pewnego źródła. A poza tym notatnik pani męża, złożony 

w   sejfie   Bank   of   South   Africa,   numer   sejfu   29,   klucz   szyfrowy   5115. 

Czerwony notatnik Geraldine Simpson ukryty w sejfie na dworcu lotniczym, 

sejf   numer   40.   Myślę,   że   obecna   tu   miss   Honey   Urubu   miała   zostać 

zamordowana przez niejakiego Frosta nie tylko dlatego, że rozpoznała go, gdy 

przyjechał po Geraldine, ale przede wszystkim dlatego, że Frost i ktoś jeszcze 

nie wiedzieli, czy panna Simpson powierzyła coś pannie Urubu, na przykład 

ten kluczyk albo jakieś notatki. To uwaga na marginesie. Honey i ja żyjemy 

background image

dzięki komisarzowi Gregsonowi...

Mam u ciebie kolację ze szkocką, Bart! - odezwał się Gragson i zobaczyłem 

przyjazny gest jego ręki. No, mogłem jechać dalej.

Pani Emma płaciła wydatki Ryszarda Roberta Holdena, ale profesor Garrick 

dowiedział   się   o   tym.   Zazdrosny   i   bogaty   mąż   ma   wiele   sposobów 

dowiedzenia się prawdy. Jeżeli tylko chce, a profesor Garrick bardzo chciał. 

Najpierw milczał, bo kochał żonę. Płacił. Dawał jej coraz więcej pieniędzy, bo 

nie chciał  jej stracić. Potem... bo pragnął uniknąć skandalu. Jego pierwsze 

małżeństwo  też   nie  było   udane.  Pisał  o  tym  wszystkim   zwięźle   w  swoich 

notatkach   i   zwierzał   się   miss   Geraldine   Simpson,   którą   poznał   na 

uniwersytecie   w   Durban.   Możliwe,   że   mimo   wszystko   chciał   jeszcze   ufać 

żonie...

Przyglądałem się ludziom, których zaprosiłem do „Wilmy”. Zdaje się, że o ile 

przedtem   byli   zmieszani   tym,   co   mówię,   teraz   zaczynali   słuchać   coraz   uważniej. 

Podjąłem znowu:

...Możliwe,  że  jeszcze  kochał  i chciał  ufać. Możliwe,  że chciał  wybaczyć. 

Milczeć. Zauważył jednak, że jego żona zaczyna prowadzić podwójną grę, że 

zwróciła   uwagę   na   innego   mężczyznę.   I   oto   sytuacja   komplikuje   się. 

Holdenowi zależy na Emmie:  ona jest piękna i bogata, on jest próżny jak 

każdy kobieciarz i ubogi. Łaknie kariery, wciąż potrzebuje pieniędzy. Czy i on 

zauważył   zainteresowanie   Emrny   innym   mężczyzną?   Nie   sądzę.   Emma 

Garrick była wspaniałą aktorką, sam to widziałem podczas pierwszych chwil 

mojego   pobytu   w   „Wiłmie”.   Holden   mógł   wierzyć,   że   jest   kochany. 

Przyjmijmy teraz, że podczas czułego sam na sam dowiedział się od Emmy, że 

Garrick poznał inną kobietę. Młodą dziewczynę. Czarną dziewczynę. Jeździ 

do Durban, spotyka się z nią. O, kobiety też potrafią dowiedzieć się tego, 

czego chcą. Jeśli stary, sławny sir James Garrick traci głowę dla Geraldine 

Simpson, to może zdarzyć się, że Emma Garrick straci pieniądze, a doktor 

Holden   straci   kochankę   i   konto.   Wprawdzie   Garrick   nie   może   przepisać 

testamentu na czarną dziewczynę, ale może wycofać kapitały i oddać je w ręce 

panny   Simpson.   Emma   Garrick,   która   oczekiwała,   że   otrzyma   po   mężu 

background image

wszystko, w krótkim czasie może stać się kobietą ubogą...

Moja   pozycja   społeczna,   panie   Bart...   -   zaczęła   Emma   wyniośle   i   nagle 

urwała. Patrzeliśmy sobie w oczy. Ona i ja pamiętaliśmy, co powiedziała mi o 

„Palladium”   (a   wiedziała   jeszcze   o   „Palladium”   Joy   Galson).   Przyrzekłem 

wtedy, że będę milczał, i pamiętam niedawny wieczór, gdy Emma była dla 

mnie tak czarującą kobietą, ale nie jestem ani Holdenem, ani Garrickiem, ani...

-   Krótko   mówiąc   -   powiedziałem   twardo   -   profesor   James   Garrick   powinien 

umrzeć.   Ponieważ   zaś   nie   zanosiło   się   na   to,   że   umrze

śmiercią naturalną, powinien zostać zamordowany!

W dużym salonie zapanowała zupełna cisza. Fred Gregson wstał i zamknął okno. 

Natychmiast włączyły się urządzenia klimatyzacyjne, bo po chwili w salonie panował już 

przyjemny chłód.

Pan majaczy - powiedziała drżącym głosem Emma. - Ja nie zamordowałam 

męża!

Naturalnie, proszę pani.

Jestem   niewinny   -   odezwał   się   niespodzianie   wysokim   głosem   nerwowo 

doktor   Holden.   -   Mam   niezbite   alibi.   Gdy   otrzymałem   wiadomość   o 

zamordowaniu profesora, przebywałem na terenie klubu golfowego „Oaza”. I 

byłem tam przez cały dzień, panie Bart! - Holden wstał. Jego przystojna twarz 

była trochę blada. Popatrzyłem na niego z udanym zdziwieniem.

Przecież   o   nic   pana   nie   oskarżam,   niechże   pan   siada...   A   poza   tym 

rzeczywiście   ma   pan   alibi.   Potwierdził   to   nie   tylko   pański   służący. 

Powiedziano   mi   to   również   w   klubie,   dokąd   zatelefonowałem.   I   byłbym 

uwierzył   -   teraz   poszedłem   za   uderzeniem,   Holden   mi   to   ułatwił,   potrafi 

panować nad sobą słabiej niż na to wygląda. - Byłbym uwierzył, gdyby nie 

nasza   rozmowa   na   uniwersytecie.   Czy   pamięta   pan,   o   co   pana   wówczas 

zapytałem?   Nie?   Przypomnę   panu.   Zapytałem,   gdzie   pan   był   w   dniu 

zamordowania Garricka. Odpowiedział pan: „w klubie „Oaza”,. Spytałem, czy 

pani Garrick zawiadomiła pana o zamordowaniu jej męża w tym samym dniu. 

Odparł   pan:   „tak,   po   południu”.   Zauważyłem,   że   to   dziwne,   ponieważ   o 

zamordowaniu sir Garricka zawiadomiono lady Emmę wieczorem, zrobiliśmy 

background image

to my, komisarz Fred Gregson i ja. Wtedy przypomniał pan sobie, że pani 

Emma   zadzwoniła   do   pana   dopiero   następnego   dnia.   Ale   w   to   już   nie 

uwierzyłem. A dzisiaj, teraz, przed chwilą, powiedział pan, że wiadomość o 

morderstwie otrzymał pan w „Oazie”...

Przypuszczałem, że Holden się załamie, ale ciekaw byłem reakcji kogoś innego.

Jestem niewinny! - krzyknął Holden. Patrzał bezradnie na mnie, na Emmę, na 

wszystkich. Emma zapaliła papierosa, powiedziała powoli:

Nie   przypuszczałam,   że   możesz   być   do   tego   zdolny,   Ryszardzie.   Bo 

rzeczywiście,   skąd   wiedziałeś   o   zamordowaniu   mojego   męża,   jeśli   ja 

dowiedziałam się o tym dopiero wieczorem?

Holden stał nieruchomo jakby zamieniony w biblijny słup soli. Mógł teraz coś 

powiedzieć. Jeszcze milczał. Kobiety mają nad nami, mężczyznami, wielką władzę mimo 

wszystko. Włączyłem się znowu do gry:

- Zdaje się, że rozumiem, co pani chciała powiedzieć. Ale pani wniosek jest zbyt 

daleko

 

posunięty.

 

Doktor

 

Holden

 

nie

 

dokonał

 

tego

morderstwa!

Twarz Emmy dziwnie poszarzała. Kąciki ust opadły, wykrzywiły się w jakimś 

kapryśnym grymasie dziecka, któremu zepsuto grę. Jaką grę?

Więc jestem niewinny... - powiedział Holden, jakby do tej chwili nie był tego 

pewien. Opadł na fotel równie szybko, jak się poderwał. Nie był to już piękny, 

męski, wysportowany Holden.

Tego   bym   też   nie   powiedział,   panie   Holden-uderzyłem.   Czasem   trzeba 

powtórzyć cios, by osiągnąć to, czego się chce.

Bart - odezwał się Gregson - Bart, rób swoje albo wyjedź, jeśli nie masz nic 

więcej do powiedzenia. Holden jest winien czy nie? Zamordował czy nie? 

Wiedział o morderstwie, zanim dowiedziała się o tym lady Garrick, czy nie? 

No więc? Albo winny, albo wspólnik. Idę do telefonu...

Po co, Fred?

Aby wydać odpowiednie dyspozycje, Bart.

Jeszcze zostań. Oto dalsze przypuszczenia: Holden nie zabił profesora. Jednak 

powiedziano mi w „Oazie”, że choć rano pojawił się na polu golfowym, to 

background image

przez   kilka   godzin   nie   widziano   go   potem.   Wiem,   wiem,   jego   znajomi   z 

uniwersytetu zeznali najpierw coś innego, potem jednak, gdy ich przyciśnięto, 

tak, poza twoimi plecami, Fred, zmienili swoje zeznania.

A przed kim, u diabła, zeznawali ci ludzie?

...Przede   mną,   proszę   pana.-Małego   wzrostu,   szczupły   inspektor   Dawson 

wcale nie wyglądał na wygę ze Scotland Yardu współpracującego na co dzień 

z Interpolem. Przypominał raczej skromnego księgowego, którego z powodu 

oszczędności   budżetowych   zapowiadanych   co   miesiąc   przez   rząd   Jej 

Królewskiej  Mości właśnie wywalono  z pracy.  Ci, którzy uwierzyli  w ten 

wygląd,   żałowali   tego   przez   długie   lata.-Przede   mną,   proszę   pana.   Jestem 

Dawson   z   Yardu.   Tutejsza   policja   poprosiła   nas   o   współpracę.   -   Dawson 

usiadł skromnie w kącie obok Honey Urubu. Ze stoliczka obok wziął szklankę 

i nalał sobie wody sodowej, pił powoli. Gregson rozparł się leniwie w fotelu, 

zaznaczając w ten sposób, że przyjął do wiadomości to, co usłyszał, i że się 

nudzi. Powiedziałem:

Doktor Holden był w dniu morderstwa w „Carolinie”.

Nie, nie! - wrzasnął Holden, zdesperowany.-Bzdura, gdzie dowody? Byłem u 

panny Simpson!

Lady Emma Garrick popatrzyła na Holdena jakby z pewnym uznaniem.

- No tak - rzekłem.-Ale tego nie można już udowodnić, bo panna Simpson nie 

żyje.

 

Z

 

pewnością

 

wie

 

pan,

 

że

 

została

 

również

zamordowana.

Do diabła, człowieku... - Holden zakrztusił się gniewem - czy chce mi pan 

wmówić, że zamordowałem Geraldine?!

Ależ   nie.   Ale   był   pan   W   „Carolinie”.   Na   sztylecie,   którym   zamordowano 

Garricka, znalazłem odciski pańskich palców.

Nie była to prawda, ale każdy metoda jest dobra, gdy prowadzi do celu. Holden 

już odzyskał przytomność umysłu. Roześmiał się.

- Rozumiem - powiedział, zapalając papierosa i zaciągając się głęboko. - Chce 

mnie pan wrobić. Ale nic z tego. W „Carolinie” na sztylecie czy czymś tam nie było 

moich odcisków palców. Bo mnie tam nie było, panie Bart.

background image

Dałem znak agentowi policji przy drzwiach salonu. Wyszedł. Wrócił po chwili, a 

z nim dwoje ludzi, 0’Hara, sąsiad Garricka, i Ukele.

Chodź tu, Ukele - powiedziałem. Podeszła, cała drżąca.

Niech   pan   podejdzie,   panie   0’Hara   -   skinąłem   na  niego...   Gregson   zapalił 

cygaro i pogrążył się w kontemplacji aromatycznego dymu. Cornelius Horn 

wychylił   się   do   przodu,   był   wyraźnie   zainteresowany,   nie,   raczej 

zaciekawiony. Emma i Joy przyglądały mi się bacznie. Lady Willingbottom 

bawiła się swoim lorgnon w złotej oprawie. Stary Stessen kiwnął mi ręką.

Do rzeczy, młody człowieku, mój czas jest cenny, bardzo cenny!

Tak  jest...  Panie   0’Hara,   czy  pamięta   pan  swoje  zeznania   złożone   w dniu 

zamordowania profesora Garricka?

Tak, proszę pana.

O godzinie 9 rano tego dnia widział pan w pobliżu „Caroliny” zielonego jeepa 

z płóciennym daszkiem? Tak pan zeznał!

Mówiłem   nieprawdę...   Był   to   duży,   sportowy   wóz   należący   do   doktora 

Holdena.

Dlaczego złożył pan fałszywe zeznanie?

Przypomniałem sobie, że to nie był jeep. To był wóz pana Holdena.

0’Hara krył kogoś, lecz to, co powiedział, na razie wystarczyło.

Czy widział pan doktora Holdena wchodzącego do „Caroliny”?

Widzieli go moi ludzie, widziałem i ja. Pan Holden zostawił wóz przy drodze 

parkowej i poszedł w stronę „Caroliny”.

To było po godzinie 9?

Tak. Komisarz Gregson przyjechał około 11. Brązowym fordem.

O to nie pytałem. Ale ciekawe, jak doktor Holden opuścił „Carolinę”. Widział 

go pan wychodzącego?

Tak. Przed przyjazdem komisarza Gregsona. Przed godziną 11.

Czy służący Garricka, Tomai, był tego ranka w „Carolinie”?

Nie.   Pomyliłem   się,   zeznając,   że   był.   Był   dnia   poprzedniego,   a   w   dniu 

popełnienia morderstwa nikt go nie widział.

background image

Wiedziałem, że 0’Hara nie powie więcej. Holden raz jeszcze zerwał się z fotela.

- Niczego mi pan nie udowodni, nie miałem nic wspólnego ze śmiercią Garricka. 

Ten 0’Hara kłamie! Kłamie, mówię panu!

Skinąłem na Ukele i poprosiłem, aby powiedziała, czy pan Holden miał zielony 

wóz w dniu śmierci jej pana.

O tak, jeszcze następnego dnia miał taki wóz, a potem jego wóz był już żółty, 

proszę pana.

Ten sam, Ukele, ten sam wóz?

O tak, proszę pana, nawet numery wozu były te same, te na tablicach.

Panie Holden-zwróciłem się do niego - proszę mi powiedzieć, dlaczego kazał 

pan przemalować swój wóz wkrótce po śmierci profesora, a zrobiono to w 

pewnej   stacji   przy   drodze   do   Thabazimbi?   Nie   pytam   już,   dlaczego 

zdecydował się pan na wybieg tak naiwny.

Holden ukrył twarz w. dłoniach.

Byłem tam - powiedział zduszonym głosem. - Byłem w „Carolinie”. Około 

9.30,   albo   trochę   wcześniej.   Garrick   już   nie   żył,   gdy   wszedłem   do   jego 

gabinetu. Klucz do drzwi wejściowych dała mi Emma... pani Garrick.

Rozumiem. Mógł pan wejść, nie zapowiadając wizyty, i nie przeszkodził w 

tym panu również specjalnie tresowany pies sir Garricka. To zwierzę znało 

pana. Zatem przeszukał pan gabinet i...

Nie, nie, tylko półki i biurko, nie wiem, po co zresztą...

A ja domyślam się, doktorze Holden. Potem wyszedł pan z domu?

Wybiegłem!

A morderca był jeszcze wewnątrz. Mógł pana zabić, ale pańska wizyta była 

mu   na   rękę.   Myślał   szybko   i   doszedł   do   wniosku,   że   będzie   mógł   pana 

szantażować.

Czym?

To  proste.  Pan,  załóżmy,   dowiedział   się o  pewnych   wydarzeniach  z  życia 

pewnej londyńskiej damy. Kiedy przestała ulegać pańskiemu wpływowi, a z 

jej strony był to kaprys, który ustąpił wyrafinowanemu, zimnemu planowi, 

background image

sam chciał pan ją szantażować. Usłyszał pan jednak, że profesor wie więcej, 

niż   się   panu   zdawało.   Poza   tym   jest   pan   człowiekiem,   który   potrzebuje 

pomocy tej damy. I oto uświadamia pan sobie na miejscu zbrodni, że jest pan 

w pułapce, że musi pan już milczeć, bo sądził pan przecież, że jest ostatnim, 

który widział profesora. Nie wie pan, kiedy Garricka zamordowano, mógłby 

pan to może określić jako lekarz, ale wpada pan w panikę. Może uświadamia 

pan sobie, że ktoś jest od pana lepszym graczem. Musi pan milczeć, cokolwiek 

pan  wie,  gdyż   od  tego  milczenia  zależy   pańska  przyszłość.  Czy  chce  pan 

mówić dalej? Milczenie może panu tylko zaszkodzić - dodałem, widząc jego 

wahanie.

Cokolwiek pan teraz zechce powiedzieć, może to być użyte przeciwko panu, 

doktorze Holden,- odezwał się łagodnie Dawson.

Holden skinął głową. Już nie chciał kluczyć.

- Sir James Garrick dowiedział się o moim związku z Emmą dosyć dawno. Gdy 

Emma zaczęła wyciągać od niego coraz większe sumy, które wydawałem ja sam lub 

które wydawaliśmy oboje podczas wakacji spędzonych w Europie, ograniczył wydatki 

dla żony. Potem Emma dowiedziała się o związku męża z Geraldine Simpson. Emma 

bała się o swoją przyszłość. Błagała mnie, bym zabił Garricka, obiecała mi pieniądze, 

których potrzebowałem. Wahałem się. Nie wiedziałem, że prowadzi ze mną jakąś grę, 

sądziłem, że mnie kocha. Potem... kiedy Garrick sprowadził z Durban pannę Simpson i 

ulokował ją w mojej pracowni... no, cóż, zbliżyłem się do niej. Żyliśmy z sobą. Geraldine 

bez skrupułów zdradzała swego „staruszka”, jak o nim mówiła. Ona też chciała mieć jego 

pieniądze   i   potrzebne   jej   było   poparcie   jej   pracy   doktorskiej.   Była   ambitna,   bardzo 

ambitna.  A mnie  łączył  już z Emmą  tylko  interes. Kiedy Garrick dowiedział  się, że 

Geraldine zdradza go ze mną, wpadł we wściekłość, zagroził jawnym skandalem. W 

końcu mógł sobie na wiele pozwolić. Miał za sobą życie, miał sławę, dorobek naukowy, 

fortunę. Ja miałem przed sobą życie i karierę. Tak, zdecydowałem się usunąć Garricka. 

Ale powtarzam, nie ja go zabiłem. Kiedy przyjechałem do „Caroliny”, profesor już nie 

żył.

Czy wie pan, kto był nowym kochankiem Emmy Garrick?

Nie, nie wiem.

background image

Jestem   niewinna!   -   usłyszeliśmy   stanowczy,   opanowany   głos   Emmy.   -   A 

doktor Holden jest łajdakiem. Kłamcą i łajdakiem.

Bez wątpienia,  proszę  pani - powiedziałem  poważnie.-Pan Holden nie  jest 

dżentelmenem... Panie van Stessen - zwróciłem się teraz do starego prawnika - 

mam do pana pytanie.

Byle szybko, panie Bart, bo mój czas jest cenny.

Ten człowiek niewątpliwie dużo już widział i nie ma pewnie takich spraw, które 

mogłyby go szczególnie dziwić.

Tak,   naturalnie,   panie   Stessen.   Czy   rozmawiał   pan   z   komisarzem   Fredem 

Gregsonem o treści testamentu profesora Garricka?

W jakim sensie, młodzieńcze, hę?

No,   czy   wymieniał   pan   jakieś   szczegóły   tyczące   majątku,   akcje,   sumy 

kapitałowe?

Nie-van   Stessen   pokręcił   głową.-Nie.   Policja   dowiedziała   się   o   tym   przy 

otwarciu testamentu.

Fred - zwróciłem się do Gregsona - powiedz mi: jeśli pan van Stessen nie 

mówił ci o takich szczegółach, to skąd ty o nich wiedziałeś, rozmawiając o 

testamencie ze mną?

Gregson strącił ostrożnie długi, srebrny stożek popiołu ze swego cygara do małej 

popielniczki trzymanej w lewej ręce.

Oczywiście z rozmowy z panem Stessenem. Pamiętam doskonale.

Wypraszam   sobie!   -   zawołał   Stessen.   -   Moja   solidność   zawodowa,   firma 

znana w świecie... przenigdy... to jest potwarz!

Panie   van   Stessen   -   odezwał   się   do   prawnika   Fred   dobrodusznie   jak   do 

dziecka. - Mamy dzisiaj wyjątkowo gorący dzień, niech pan się nie unosi, 

proszę bardzo.

Stessen,   który   wstał   z   fotela,   siadł   posłusznie,   rozpiął   kołnierzyk.   Powoli 

zapaliłem   fajkę.   Popatrzyłem   na   Corneliusa   Horna,   wiedziałem,   że   czeka   na   moje 

uderzenie.

Panie   doktorze   Horn.   Chciałbym   teraz   podziękować   panu   za   zlecenie   mi 

sprawy, jakiej dotąd nie miałem.

background image

Znam się na ludziach-odpowiedział cicho Horn, wykonując palcami dłoni taki 

gest, jakby odpędzał natrętną muchę.

Czy zechce pan posłuchać krótkiej opowieści o diamentach?

Zaciekawia mnie pan, doktorze Bart.

Jestem pewien, że pańskie zaciekawienie bardzo wzrośnie.

Jako smakosz wiem dobrze, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ale, doktorze, 

czy pragnie pan wmieszać mnie w morderstwo popełnione w „Carolinie”?

To morderstwo ma wielowarstwowe podłoże, także psychologiczne. Mordercą 

jest jeden człowiek, chociaż sprawców mogłoby być wielu.

Miał pan tu trochę kłopotu. Nawet chciano pana pozbawić życia... Czy jestem 

wśród podejrzanych? Jeśli bawimy się nadal, to chciałbym znać swoją rolę.

Pozna ją pan... Przez chwilę myślałem, że źle mi pan życzy. Była to długa 

chwila,   ale   zacząłem   się   wahać,   gdy   na   pokładzie   jachtu   pana   Joachima 

Storcha podczas tego małego sztormu uratował mi pan właściwie życie. Ale 

do rzeczy. W Londynie, zlecając mi sprawę zaginionych czaszek kopalnych z 

kolekcji   Jamesa   Garricka,   wspomniał   pan   też   o   zaginionym   diamencie 

wielkiej wartości, czy tak?

Tak.   -  Doktor   Cornelius   Horn  uśmiechnął   się,   przez   sekundę   przypominał 

ostrożnego Azjatę zamykającego się w kryjówce uśmiechu.

Czy miał pan na myśli diament znaleziony ongiś na polach spółki „Orion”, czy 

też inny kamień, należący niezbyt dawno jeszcze do spółki diamentowej „De 

Beers”?

A był taki diament, panie Bart?

Zapewniam cię, Corneliusie, że był! - wtrącił się Joachim Storch.

Interesujące doprawdy. Proszę o szczegóły.

Obok nadinspektora Dawsona usiadła mała wąsata foka, John Morse.

-   Szczegóły   dotyczące   nabycia   przez,Garricka   drugiego   diamentu   są   dosyć 

skomplikowane   -   powiedział   Morse.   -   Nie   można   ich   wyjaśnić   bez   zgody   rządu   w 

Pretorii,   a   przynajmniej   bez   zgody   pewnych   agend   rządowych.   Dyrektor   Spółki 

Uranowej i udziałowiec spółki „De Beers”, pan Joachim Storch, mógłby może tylko 

background image

powiedzieć,   że   profesor   James   Garrick   szantażował   pewne   instytucje   rządowe.   Czy

dyrektor Storch może to potwierdzić?

Spojrzałem na Storcha, on popatrzył mi prosto w oczy. Czekał. Pamiętał, że mam 

coś, co on po prostu musi odzyskać. Jeśli prawdą jest to, co powiedział w Cape Town, 

testament, drugi testament sir Garricka ma dla niego znaczenie drugorzędne, a może nie 

ma go wcale. Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjąłem portfel, a z niego 

dwa kawałki papieru z sejfów Garricka. Oba z numeracją:

37732000,526762000 2435,77,78,79 po 1

Podszedłem do Storcha, podałem mu to, spojrzał szybko i równie szybko wstał, 

podszedł do telefonu, powiedział cicho kilka słów, musiały to być ważne słowa, bo kiedy 

kończyłem całe przedstawienie, w „Wilmie” pojawiło się kilku oficerów armii, którzy od 

tej chwili towarzyszyli już Storchowi do końca. To rzeczywiście musiała być sprawa top 

secret i nigdy nie dowiem się o niej więcej, niż powiedział mi Storch.

Jesteśmy przyjaciółmi, Bart, może pan na mnie od tej chwili zawsze liczyć - 

powiedział Storch, wracając od telefonu. Opadł ciężko na fotel, jakby wykonał 

przed   chwilą   pracę   przekraczającą   jego   możliwości.   Otarł   czoło   białą 

chusteczką. Czekałem. Storch zrozumiał, o co mi chodzi. Powiedział powoli, 

wyraźnie, głośno: - Potwierdzam słowa doktora Barta i inspektora Morse’a. 

Sir   James   Garrick,   którego   bardzo   wielu   ludzi   uważało   za   człowieka 

nieposzlakowanego,   był   szantażystą.   Miłośnikiem   wiedzy,   ale   i   sławy,   i 

pieniędzy.  Dodam, że ja też byłem w kręgu osób podejrzanych przez pana 

Barta o zamordowanie  Garricka.  Zależało  mi  bardzo, aby Garrick milczał. 

Wielu ludziom zależało na tym, ale jego śmierć była im bardzo nie na rękę..

Istotnie, podejrzewałem pana, rozmawiałem nawet o tym z inspektorem Morse 

i   prosiłem   nadinspektora   Dawsona,   by   ludzie   z   Yardu   i   tutejszej   Kwatery 

Policji   przyjrzeli   się   pańskiej   działalności   lub   tylko   działalności   pańskich 

urzędników w Transwalu, o ile by to było możliwe, naturalnie. Nawet to, że 

opiekował   się   pan   inspektorem   Morse   w   „Sonorze”,   nie   przekonało   mnie 

jeszcze. Po powrocie z Cape Town i uzgodnieniu poglądów z przyjaciółmi 

skreśliłem pana z listy podejrzanych, panie Storch.

Złote okulary Joachima Storcha błysnęły ku mnie przyjaźnie.

background image

- Gotów jestem zostać nazwany człowiekiem skorumpowanym – powiedział - i 

jeszcze

 

raz

 

proponuję:

 

niech

 

pan

 

przejdzie

 

do

 

nas

do Spółki Uranowej lub do „De Beers”, a nie pożałuje pan, doktorze.

- Oczekuję ataku! - powiedział głośno Horn.

- ...Najpierw krótka opowieść - przyjąłem  wezwanie. - W bibliotece  Garricka 

znalazłem

 

dużo

 

materiałów

 

na

 

temat

 

kopalnictwa

diamentów, a w jego sejfie różne notatki w tej sprawie, wypisy z czasów działalności 

prywatnej  spółki diamentowej  „Orion” w Południowej Afryce. Z notatek tych  można 

wyciągnąć wniosek, że Garrick był  znawcą problemu i właścicielem niezłej kolekcji, 

którą   dysponować   ma   teraz   lady   Emma.   Nie   ma   jednak   w   tej   kolekcji   pierwszego 

wielkiego   diamentu   spółki   „Orion”.   Przepadł.   I   nie   ma   diamentu,   który   spółka   „De 

Beers” ofiarowała baronetowi, broniąc się przed szantażem. Tło tego szantażu nie będzie 

zresztą wyjawione. Jaki był pierwszy sławny diament „Oriona”? Oczywiście nie mieścił 

się pośród takich sław, jak Cullinan - 3024 karaty, Excelsior - 971 karatów, ani nawet 

mniejsze jak Wielki Mogoł, Golkonda, Gwiazda Afryki Południowej, Gwiazda Południa, 

Regent Orłów, Radża z Mattum, Jonkheer - 700 karatów, Jubileusz Reitzu - 633 karaty, 

ale nie był też tak „nieduży” jak Hope mający tylko 44 karaty. Był większy: według 

opisów, które znalazłem w sejfie Garricka, był większy od Gwiazdy Afryki Południowej, 

którą   pierwszy   właściciel,   pewien   pastuch,   sprzedał   za   500   baranów,   a   potem   lord 

Dudley kupił za 300 000 florenów. Miał więcej niż 83,5 karata, doktorze Horn, i chyba 

pomylił się pan in minus, oceniając go bez szlifu na 500 000 funtów szterlingów. Ale nie 

dziwię się pańskiej pomyłce.

Dlaczego?

W zapiskach Garricka, znalezionych w jego sejfie w „Wilmie”... Przerwał mi 

Fred Gregson:

Powiedz, Bart, jak otworzyłeś ten sejf?

Mała sztuczka, nic więcej, przyjacielu. Mogę dodać, że nie spuszczałem go z 

oka.   Pewien   mój   przyjaciel,   teraz   mogę   zdradzić   jego   nazwisko,   Harry 

Roberts, zwany także Spluwaczką, popadł na krótko w tarapaty, gdy wrócił z 

małej   robótki   do   Durban,   ale   dzięki   opiece   inspektora   Morse,   o   którą   ja 

prosiłem, udało mu się przeżyć... Przedtem byliśmy śledzeni, z Durban do 

background image

Johannesburga. Ktoś stracił nasz ślad w Heidelbergu i uprzedziliśmy kogoś w 

„Wilmie”. Nadinspektor Dawson, który nie ma prawa wtrącać się do waszych 

spraw w Głównej Kwaterze Policji, twierdzi, że panuje tam,  w niektórych 

wydziałach, duży bałagan. Ale to tylko prywatna uwaga, Fred.

Przyjmuję ją, Bart!

Więc-zwróciłem   się   znów   do   Horna-więc   pomylił   się   pan   w   ocenie   tego 

diamentu, gdyż według tego, co zapisał Garrick, widział pan ten „drobiazg” z 

odległości kilku kroków... Tak sobie pomyślałem. A potem wpadłem na inne 

przypuszczenie.

Niech pan mówi, Bart, zaczyna mnie pan zaciekawiać.

Powiedział   mi   pan   w   Londynie,   że   diament   Garricka   zaginął,   został 

skradziony. Była to część prawdy. Założyłem sobie, że sir Garrick zaczyna się 

czuć   zagrożony   w   Afryce.   Czym?   Jeszcze   nie   wiedziałem.   Zatem   drogą 

zapewne znaną panu przesyła  odziedziczone po „Orionie” cudo, niebiesko-

biały   diament   nazwany   przezeń   Emmą,   do   Londynu   do   sejfu   doktora 

Corneliusa Horna. Jednocześnie oznajmia, że diament został skradziony, a pan 

wynajmuje   w   Londynie   prywatnego   detektywa,   jakiegoś,   jak   pan   ocenił, 

zdeklasowanego   naukowca,   do   roboty   w   Afryce.   Wszystko   dla   pozorów. 

Godzi się pan na to, ponieważ pan i Garrick jesteście wspólnikami i Garrick 

panu ufa, ponieważ wspólnie obracacie inwestycjami zaczętymi jeszcze przez 

udziałowców „Oriona”. Diament Emma... tak, pan już to sobie postanawia, ten 

diament nie wróci już w ręce Garricka, doktorze Horn...

Jest   pan   rzeczywiście   marnym   gliną,   drogi   doktorze   Bart   -   powiedział   z 

szerokim uśmiechem Horn. - Ale jedźmy dalej, słucham.

Proszę. Jest jeszcze diament, nazwijmy go... „De Beers”, otrzymany drogą 

szantażu od Joachima Storcha. Ten diament także wędruje do Londynu.

Myśli pan, doktorze Bart, że Garrick miałby do mnie tak olbrzymie zaufanie?

Nie, skądże, nie aż takie zaufanie. Dlatego postanawia czuwać szczególnie nad 

tą częścią swego majątku.

W   jaki   sposób?   O   ile   pańska   opowieść   brzmiała   fantastycznie,   o   tyle 

odpowiedź będzie znacznie gorsza!

background image

W pańskiej rezydencji w Albany zamieszkuje panna Joy Galson, prawda?

Więc i to pan już wie.

Wiem. Dwa diamenty - jadę dalej według pańskiego życzenia - spoczywają 

teraz w jednym sejfie, ale prawdopodobnie dwa klucze do dwu zamków tego 

sejfu znalazły się w rękach pana i panny Gał son.

Dlaczego? Płonę z ciekawości. Pana opowieść to powieść!

Ponieważ - odpowiadam - ponieważ sobie nie ufacie i ponieważ panna Joy 

Galson jest córką sir Jamesa Garricka z jego pierwszego małżeństwa.

Przyjrzałem się obecnym w salonie. Widziałem zdumienie na ich twarzach. Horn 

spoglądał na mnie w milczeniu. Gregson odłożył nowe cygaro.

Fantazjuję   dalej:   pewnego   razu   pan   i   panna   Galson   doszliście   do 

porozumienia, gdy oznajmia jej pan, że Garrick zniszczył II testament i...

Panie Bart - posłyszałem głos Emmy - panie Bart, był tylko jeden testament i 

ja, ja jestem spadkobierczynią majątku mojego zmarłego męża...

Zamordowanego, lady Emmo...

Dłonie Emmy spoczywające na poręczach fotela były tak białe, jakby odpłynęła 

nich wszystka krew.

- Poza tym, proszę pani, istnieje rzeczywiście drugi testament, w którym James 

Garrick

 

zapisał

 

wszystko

 

swojej

 

córce,

 

Joy

 

Galson,

pozbawiając oczywiście wszystkiego panią. Myślę też, że panna Galson zdradziła pani tu 

w „Wilmie”, a może w Johannesburgu, tę tajemnicę i że chciała pani dojść z nią do 

porozumienia.

- Same kłamstwa! - uniosła się nagle Emma.-Najpierw pozwala pan, by oczerniał 

mnie

 

doktor

 

Holden,

 

teraz

 

sam

 

pan

 

kłamie

 

o

innym testamencie i o... o tym, że panna Joy jest córką mego męża... Panie van Stessen - 

mówiła dalej Emma wzburzonym głosem, wszystko co powiedziałem, było dla niej zbyt 

niespodziewane, cała gra zaczynała się sypać.-Panie Stessen, przecież istnieje tylko jeden

testament?!

Była coraz bardziej blada. Czyżby rzeczywiście wierzyła w to, co mówi?

Istotnie, lady Emmo, znam tylko jeden testament! - powiedział van Stessen, 

podnosząc się z godnością.-A jeśli ja mówię...

background image

Słyszał pan? - Emma była znowu gotowa podjąć walkę. To wspaniała kobieta.

Zwróciłem się do Storcha:

Panie   dyrektorze   Storch,   czy   może   pan   stwierdzić,   że   widział   pan   drugi 

testament baroneta Jamesa Garricka?

Tak jest, panie doktorze. Przez jakiś czas testament ten znajdował się nawet u 

mnie, a ponieważ James i ja byliśmy udziałowcami w wielu przedsięwzięciach 

i miałem  przez  czas jakiś jego zaufanie,  odczytał  mi  swoją ostatnią  wolę. 

Niestety, potem zabrał ten dokument i nic więcej o tej sprawie nie jest mi 

wiadome.

Widzi pan! - powiedziała Emma z błyszczącymi oczami. - Coś było, czegoś 

nie ma. A do pana, dyrektorze Storch, mam pretensję, że nie powiedział pan 

ani słowa o takim dokumencie, gdy mój mąż został zamordowany! Był pan 

przyjacielem domu.

Gotów jestem ponieść konsekwencje za zatajenie znanych mi faktów, ale z 

drugiej   strony   postępowałem   zgodnie   z   wolą   bardzo   wysokich   czynników 

liczących  na odzyskanie  od sir Garricka pewnej informacji i dokumentów. 

Pomógł mi w tym doktor Bart, więc mogłem już mówić, lady Emmo.

Przez chwilę Emma Garrick siedziała nieruchomo jak ktoś, kogo pokonano w 

pierwszej bitwie. Nagle energicznie uniosła głowę.

Więc gdzie jest ten drugi testament, panie Bart?

Nie wiem - odparłem zgodnie z prawdą.

Wszystko,  co pan mówi, to bluff. Kto panu za to płaci?! Jest pan łotrem, 

któremu ktoś płaci srebrnikami za łotrostwo!

Obrażała mnie i mogła sobie na to pozwolić, choć wiedziałem o jej przeszłości w 

„Palladium”. Pamiętała o naszym wieczorze w „Wilmie” niedawno, i wiedziała, że nie 

jestem łobuzem.

- Jest pan łotrem.

I nagle rozpłakała się.

Joy   Galson   wpatrywała   się   we   mnie   uporczywie.   Ona   zapewne,   -   wierzy,   że 

jestem łotrem.

background image

ROZDZIAŁ XI

Kandelabry płonęły w długiej jadalni, gdy siadaliśmy w milczeniu do kolacji. 

Rozmawiano   mało,   panowie   trochę   za   dużo   pili,   za   mało   jedli.   Wszystkim   ciążyło 

oczekiwanie, napięcie. Obecność w „Wilmie” urzędników policji też nie mogła poprawić 

atmosfery. Emma była w długiej czarnej sukni z umiarkowanym dekoltem, bez rękawów, 

miała   piękne   ramiona   i   rasowe,   drobne   dłonie.   Po   zupie   ala   tortue   kazała   zgasić 

kandelabry i postawić na bieli obrusu świeczniki. Teraz, w półtonach świateł, wyglądała 

jeszcze   piękniej.  Wydawała  się  zupełnie   spokojna.  Zebrała  pochwały  za  kompozycję 

dziczyzny w sosie remoulade, podziękowała jak zadowolona z siebie gospodyni, dała 

znak, by przyniesiono sery i owoce. Ja także mało jadłem, za to burgund utrzymany w 

temperaturze   pokojowej   smakował   mi   nadzwyczajnie.   Bart,   jesteś   rzeczywiście 

łajdakiem, zakłócając spokój tej prześlicznej istoty, ale podejrzewasz, że może zdarzyć 

się   coś,   co   nie   pozwoli   jej   zestarzeć   się   w   więzieniu.   Ręce   Emmy,   jej   delikatne   i 

wysmukłe dłonie nie uczyniły nic złego, jeśli nie liczyć zła, które czynimy bez użycia 

przemocy, jakby samym swoim istnieniem...

Cornelius   Horn   zaczął   sprawę,   wszyscy   czekali,   że   ktoś   zacznie,   wszyscy   z 

wyjątkiem Emmy, takie robiła wrażenie.

- Więc co z drugim testamentem, doktorze Bart? I co ze mną, z panną Joy? - 

rzucił pytanie.

Tak się znowu zaczęło.

Zajmijmy się-podjąłem sprawę - pierwszym  testamentem. Dotyczy on lady 

Emmy. Pan, znając sprawy Garricka, dowiaduje się o jego żałosnym romansie 

z Geraldine Simpson...

Nic o tym nie wiedziałem!

Mam kopie jego listów do Geraldine. Pisze w nich, że jest pan jedynym, nie, 

jeszcze jednym człowiekiem, który wie o jego spóźnionym uczuciu.

Przyjmuję cios. Co dalej? I kto był tym drugim człowiekiem?

W każdym razie nie lady Emma ani doktor Holden... Więc kiedy wysyła mnie 

pan do Afryki, chodzi o odwrócenie uwagi od diamentów. Na oku ma pan 

majątek   Garricka.   Sprawa   zaginionych   czaszek   nie   obchodzi   pana.   Potem 

background image

dowiaduje się pan, że Robert D. Bart nie jest idiotą i robi tu niejakie postępy, 

staje się wścibski, ale to już relacjonuje panu panna Galson.

Po co wysłałem pannę Galson do Afryki?

Ja tego nie powiedziałem. Popełnił pan mały błąd w obronie.

Drań z pana. Przyjmuję uwagę.

Więc: panna Galson ma zbliżyć się do Emmy, do profesora, wpłynąć na niego 

i jego ewentualne decyzje, gdyż przekonał ją pan, że wielki majątek Garricka 

winien należeć do niej po odpowiednim zadość

uczynieniu dla pana. Dziewczyna’ zgadza się. Jest młodą, zdolną studentką w 

Londynie, ale jej konto jest mizerne, dziewczyna nie liczy wydatków, a sumki płynące od 

Garricka za pańskim pośrednictwem, nie są wysokie.

Dotąd nie popełniłem żadnej zbrodni, doskonale, słucham.

Joy   Galson   przybywa   do   Afryki.   Trochę   późno,   gdyż   jej   ojciec   został 

zamordowany.

Panno Galson-zawołał ze śmiechem Horn.-Pan Bart jest zmartwiony, gdyż nie 

może oskarżyć pani o dokonanie zbrodni!

Joy patrzyła na mnie dziwnie.

Panna   Galson   -   ciągnąłem   -   nie   przybywa   do   Afryki,   aby   popełnić 

morderstwo. Ale myślę, że chciała wiedzieć, w jakich okolicznościach został 

zastrzelony strzałem w tył głowy niejaki Roy Galson...

Jakaś nowa postać - odezwał się Fred Gregson. - I skąd wiesz, że facet został 

zastrzelony strzałem w tył głowy? O kim mówisz, Bart?

Mam zapiski Garricka i zeznanie profesora Appletona. Tyle na razie. - Mimo 

wszystko   dobrze   się   stało,   że   po   przygodzie   z   Apple-tonem   wróciłem   do 

magazynu, o czym zdaje się nie wspominałem, i poprosiłem go o pisemne 

zeznanie;   był   tak   oszołomiony,   że   się   zgodził.-Roy   Galson   był   dawnym 

udziałowcem „Oriona”. Ta sprawa też nie dawała mi spokoju. Zajmowało się 

nią również paru ludzi w Johannesburgu i Londynie. Kiedy dyrektor Storch 

powiedział mi, że Joy jest córką Garricka z pierwszego małżeństwa, jeden 

kawałek szarady rozleciał  mi  się. Dopiero dowody znalezione  w Londynie 

przez panów Dawsona i Morse’a pozwoliły ustalić, że Joy jest istotnie córką 

background image

Jamesa   Garricka,   urodziła   się   w   czasie   trwania   jego   pierszego   związku 

małżeńskiego, lecz jej matką była inna kobieta, siostra Roya Galsona, Betty 

Galson.   Sir   Garrick   nie   chciał   dać   córce   swego   nazwiska,   robił   karierę   i 

pieniądze.   Skrupuły   przyszły   później,   ale   i   one   miały   się   rozwiać,   gdy 

czcigodny baronet poznał miss Geraldine Simpson. Krótko mówiąc, proszę 

państwa, Joy poszukiwała tu śladów Roya Galsona, brata swojej matki. Myślę, 

że profesor Appleton mógłby tu coś powiedzieć...

Nie wiem, o czym pan mówi - r - wykrztusił Appleton.

Obaj dobrze wiemy. Wrócę jeszcze do tego. Panie doktorze Horn!

Słucham?

Zdaje się, że pan już nie jest właścicielem obu diamentów Garricka.

Nigdy nie znajdowały się u mnie!

Niestety, były u pana.

Dawson ubrany w smoking wyglądał w tym towarzystwie jak przebrany kelner. 

Ale to co powiedział, zrobiło wrażenie na Corheliusie Hornie.

Wykorzystaliśmy   okazję.   Jechał   pan   już   na   lotnisko   Heathrow,   gdy 

rozejrzeliśmy się w pańskiej posiadłości w Albany. Znaleźliśmy te diamenty.

Wtargnęliście   do   mojego   domu   podczas   mojej   nieobecności?-   zdumienie 

Horna,   to   pomyślałem   już   sobie   później,   było   doskonale   zagrane.-Moje 

wpływy sięgają znacznie wyżej, niż do parlamentu!

Znaliśmy pańskie wpływy i zdawaliśmy sobie sprawę, na co się narażamy. Ale 

udało się. Mamy diamenty.

- No, dobrze... I co dalej? Garrick złożył je u mnie! Pierwszy diament wróci do 

spadkobierczyni, a drugi do kolekcji spółki „De Beers”. - Nadinspektor Dawson usiadł 

niezręcznie,   zakłopotany   jak   aktor,   któremu   pozwolono   zagrać   rolę   zastrzeżoną   dla 

pierwszego garnituru sceny. Cornelius Horn odprężył się w jednej chwili. Przyjął cygaro 

od siedzącego obok Gregsona. Ale było to już później, gdy przeszliśmy do drugiego 

pokoju, gdzie podano nam kawę i nieco mocniejsze trunki.

Z   Appletonem   nie   walczyłem   długo.   Przyznał   się   że   to   on   sprzątnął   kopalne 

ozdoby z kolekcji Garricka.

Ukradł je pan? Te czaszki?

background image

Tak.

Dlaczego?

Nie powiem - odparł zuchwale mały gnom.

Kłamie pan. Zapewne chciał pan ukraść czaszki, dowód wspólnego sukcesu 

naukowego   Garricka,   Appletona   i   Willingbottoma.   Ale   stary   James   był 

chytrym   lisem.   Sam   schował   czaszki   w   magazynie   uniwersytetu 

Witwatersrand   i   ogłosił,   że   został   okradziony.   Pan   mógł   sobie   myśleć 

cokolwiek: że Garrick został okradziony lub nie, ale nie mógł go pan dłużej 

szantażować,   gdyż   nie   był   pan   pewien,   czy   słynne   czaszki   rzeczywiście 

ukradziono. Garrick zaszachował pana w dziecinnie prosty sposób.

Ależ czym? I dlaczego ja miałem go szantażować?

Pan nienawidził go, podobnie jak sir Willingbottom, za to, że przywłaszczył 

sobie   wasze   wspólne   osiągnięcie.   Nie   mógł   pan   się   pogodzić   z   tym,   że 

ominęła   pana   sława.   Oczywiście   czaszki,   o   których   mówimy,   mogły 

interesować pana jedynie w minimalnym stopniu, bo światowy sukces należał 

do sir Garricka...

Do czego pan zatem zmierza?

Pana, profesorze Appleton,  interesowała  tu  trzecia  czaszka,  należąca  przed 

laty do współczesnego człowieka. Wtedy w Witwatersrand nie zniszczył jej 

pan młotkiem. Czy wie pan, jaki wyciągnąłem z tego wniosek? Że śledztwo, 

które przeprowadzono po wypadku na palowaniu, a do tego wypadku przyznał 

się pan, ustaliło jeden fakt: śmierć tamtego przewodnika była rzeczywiście 

następstwem nie-

szczęśliwego   wypadku.   Ale   Garrick   chciał   mieć   pana   milczenie   w   sprawie 

waszego wspólnego odkrycia naukowego. Lubił mieć pewność. Więc zachował czaszkę 

zabitego.   Możliwe,   że   ostatnimi   czasy   pan   zaczął   mu   grozić   skandalem   naukowym, 

poniosły pana nerwy... Wówczas stary James wstawił do swoich zbiorów odlewy czaszek 

kopalnych   i   odlew   czaszki   człowieka,   którego   pan   niechcący   zabił.   Odlewy   mogła 

wykonać panna Simpson, lecz to jest tylko moje przypuszczenie.

-   Joy   -   zwróciłem   się   do   dziewczyny-Joy,   profesor   Appleton   rzeczywiście 

zastrzelił   kiedyś   na   polowaniu   pewnego   człowieka,   a   twój

background image

ojciec rzeczywiście mógł go tym szantażować i zarazem bronił się przed jego szantażem. 

Bowiem zabity zbłąkaną kulą przewodnik był jednym z dawnych udziałowców spółki 

diamentowej „Orion” i nazywał się Galson. Roy Galson. W śledztwie nie uwzględniono 

tego drobnego faktu, który, gdyby wyszedł na jaw, skomplikowałby sytuację profesora 

Appletona. W każdym razie tak zapewne wydawało się Appletonowi i Garrickowi.

Appleton zdobył się na jeszcze jeden wysiłek:

Powiedział pan - zaczął wysokim, nerwowym głosem - powiedział pan, że 

interesowały mnie wszystkie czaszki, a potem, że tylko ta trzecia. Kręci pan, 

doktorze, niczego nie jest pan pewien!

Nie   mogę   panu   tego   udowodnić,   ale   jestem   pewien,   że   chciał   pan   mieć 

wszystkie czaszki... bowiem chciał pan, aby Garrick dopisał pana do swojej 

nowej pracy naukowej.

Tak było-odezwała się lady Emma. - James wyznał mi kiedyś, że Appleton go 

szantażuje,   choć   nie   powiedział   mi   nic   bliższego   ani   tego,   że   profesor 

Appleton miał udział w odkryciu nieznanych istot kopalnych.

Appleton   skurczył   się   w   swoim   fotelu.   Doprawdy   byłem   rad,   że   moja   rola 

dobiegła   już   końca,   prawie   się   kończy.   Czułem   się   tak,   jakby   zamknięto   mnie   w 

pomieszczeniu, w którym zaczyna brakować powietrza.

Wróciliśmy do jadalni. Było już dosyć późno. To dziwne, gdy o tym teraz myślę. 

Graliśmy swoje role jak w teatrze - winni, obwinieni i obwiniam, podejrzani i słuchający. 

Jakby nic się nie stało. Nawet doktor Holden wrócił do formy i siedział obok Joy. Nawet 

Dawson i Morse udawali, że czują się jak goście, nawet snujący się wśród służby Monk, 

który jest podwładnym Morse’a i do niedawna udawał administratora farmy pani Janssen 

z  Heidelbergu,   teraz  udaje  gościa   lady  Emmy.  Tylko  świadomość,   że  nikt  nie  może 

opuścić „Wilmy”, zmusza do pamiętania, że przedstawienie jest prawdziwe i że pośród 

nas znajduje się morderca.

Gregson nie włączał się do sprawy, patrzył na mnie czasem spod

ciężkich   powiek.   Appleton   w   pewnej   chwili,   gdy   służba   roznosiła   drinki, 

przysiadł się do mnie.

Kiedy właściwie zauważył pan, że go okłamuję? - spytał z ciekawością.

Już w czasie naszej rozmowy na uniwersytecie. Była  wtedy ze mną panna 

background image

Galson i ukradkiem nagrała naszą rozmowę na reporterskim magnetofonie. 

Śmiałem się, przesłuchując taśmę. Zapytał mnie pan wtedy o drugą czaszkę 

kopalną. Ja przyniosłem panu tylko jedną w odlewie, a pan wiedział o drugiej. 

Powiedział pan, że znał pan antropologiczną kolekcję Garricka, ale w chwilę 

potem usłyszałem, że nie widział pan nigdy zaginionych czaszek. Zaplątał się 

pan w grze, profesorze.

Przyszła do mnie Joy.

- Jak na mnie teraz patrzysz? - spytała.

‘ - Jak na przewrotną małą szantażystkę, naturalnie.

Wiesz, że taka nie jestem.

Po co spotkałaś się w Johannesburgu w kawiarni „Van Loo” z lady Emmą? 

Byłyście umówione.

Skąd wiesz?

Byłyście  umówione. Ty się spóźniłaś, bo ona wskazała na zegarek. Czego 

chciałaś od niej? Pieniędzy?

Nie wierzyłam Hornowi. Przez cały czas chciałam szczerej rozmowy z Emmą. 

Ostatecznie on był moim ojcem, pomyśl!

Dostaniesz te swoje pieniądze, ja ci to mówię.

...Powiedz, że myślisz o mnie dobrze, Rob.

Myślę,   myślę.   Poza   tym,   kilka   razy   oddałaś   mi   pocałunek.   Czułem,   że 

nieszczerze. Wracasz do Londynu po tym wszystkim? Ktoś czeka na ciebie?

Tak... nie... On jest żonaty.

Rozumiem. Jeśli będziesz miała ochotę kogoś szantażować, zadzwoń do mnie. 

Ja też będę w Londynie.

Oczekiwałem, że profesor Dirxen pojawi się jeszcze tego dnia. Nie przyjechał. 

Zaproszeni do „Wilmy” goście udali się wreszcie na spoczynek do wyznaczonych im 

pokoi.   Van   Stessen   marudził   trochę,   musiał   jednak   ustąpić   wobec   uprzejmego   lecz 

stanowczego   oporu   policji.   Przez   cały   następny   dzień   trwały   szczegółowe 

przesłuchiwania   Emmy,   Holdena,   Appletona,   Horna,   Honey   Urubu,   0’Hary,   Ukele. 

Wszystkie rozmowy protokołowano na miejscu. Może ze względu na Joachima Storcha, 

który pragnął nadać „sprawie Garricka” możliwie najmniejszy rozgłos. Wieczorem lady 

background image

Emma zadysponowała, by służba przygotowała mały bufet, trochę zimnych dań, kawioru, 

owoców.   Kiedy   wniesiono   poncz,   pojawił   się   profesor   Dirxen   z   Durban.   Przyleciał 

samolotem   do   Johannesburga,   a   stamtąd   wynajętym   samochodem   do   „Wilmy”. 

Przedstawiłem go pani domu, niepotrzebnie, bo Emma znała przecież Dincena.

Gość z Durban, trochę zmieszany, powiedział ni to do niej, ni do mnie, ni do 

siebie:

- James prosił mnie, bym nikomu nie wspominał o tym, ale ostatecznie teraz...

Położył przed Emmą dużą żółtą kopertę. Szybko podszedłem i pochwyciłem ją, 

zanim ręka Emmy zdążyła dotknąć papieru.

Co to jest, profesorze Dirxen? - zapytałem głośno.

To... Ehm, no... to jest, doktorze, ostatnia wola Jamesa Garricka.

To   jest   drugi   testament   sir   Jamesa   Garricka!   -   powiedziałem   i   położyłem 

kopertę przed van Stessenem. - Składam ten dokument oficjalnie w pańskie 

ręce. Czy istnieją jakieś przyczyny prawne nie zezwalające na odczytanie go 

teraz, panie Stessen?

Prawnik zaprzeczył. Otworzył kopertę, wyjął z niej jeden złożony arkusz papieru. 

Gdy odczytał tekst i zwięzłe dyspozyje, było już jasne, że cały ruchomy i nieruchomy 

majątek, z wyjątkiem pewnej sumy dla drugiej żony, Emmy z domu Winter, oraz legatów 

dla przyjaciół-cóż, nawet tak bezwzględni ludzie jak baronet James Garrick nie mogą się 

bez nich obejść-przypadł Joy Galson, jego córce.

Panna   Joy   Galson-powiedział   van   Stessen   z   powagą   -   nie   pochodzi   z 

legalnego związku małżeńskiego baroneta Jamesa Garricka. Czy zatem pani, 

lady  Emmo,  zechce  poczynić   kroki  zmierzające   do obalenia  ostatniej  woli 

zamordowanego?

Zdaje się, że w mojej sytuacji to niecelowe? - spytała cicho.

Wydaje mi się, lady Emmo - odparł poważnie Stessen - że ujęła pani sprawę z 

właściwego punktu widzenia.

Lady Emma przyjęła te słowa z lekkim uśmiechem. Tylko w jej oczach pojawił 

się jakiś niepokojący błysk, którego nie mogłem pojąć. Obok mnie Appleton zachowywał 

się tak, jakby wszystko było mu już zupełnie obojętne. Z łakomstwem starca połykał 

małe grzanki posmarowane grubo masłem i kawiorem. Pojawił się jeszcze jeden gość, 

background image

jeden z tych, którzy dotąd trzymali się z daleka. Rozmawiał chwilę z Dawsonem, potem z 

panem Morse i usiadł za plecami Freda Gregsona. Był to nadinspektor Knox z Pretorii.

Czy ma pan jeszcze, panie Bart, coś do powiedzenia? - zapytał.

Tak.   Zmierzam   do   końca   tej   historii.   Właściwie,   proszę   państwa,   każda 

sprawa wydaje się prosta wtedy, kiedy się kończy. Bo czy można zrozumieć 

ocean,   przyglądając   się   jednej   fali,   ocean   ludzkich   myśli,   pragnień 

urzeczywistnianych za wszelką cenę, wciągających ludzi głębiej i głębiej jak 

wielki wir?.:. Przepraszam, będę trzymał się faktów. Sir James Garrick chciał, 

abym otrzymał jego adres od Appletona na uniwersytecie. Czemu? Udawał że 

ma do Appletona zaufanie. Lady Emma ubiegła i mnie i Appletona, i męża, 

nadając depeszę na pokład samolotu, a potem telefonując do „Hiltona”... Kto 

mógł spowodować podrzucenie do mojego pokoju hotelowego kartki, będącej 

pierwszym ostrzeżeniem? Tylko ktoś, kto dowiedział się o decyzji Garricka w 

sprawie   wynajęcia   prywatnego   detektywa,   i   kto   nie   chciał   lekceważyć 

najmniejszego drobiazgu w długim ciągu o wiele ważniejszych spraw. Ten 

ktoś miał duże możliwości i wiedział zawsze to, co chce wiedzieć. I musiał 

mieć wpływ na Emmę. Przyznam, że długi czas zastanawiałem się, kto mógł 

mieć na nią taki wpływ. Ten wpływ był dziwny z psychologicznego punktu 

widzenia.   Wszystko   zdawało   się   dziwne.   W   Johannesburgu   zasadzka   na 

Morse’a i jego zniknięcie. Ukrywanie się w „Sonorze”, skąd kierował swoją 

robotą. Związek pomiędzy nim a Dawsonem z Yardu. Zachowanie się Tomai 

przed   rzeźbą   dziwnego   ptaka   i   jeszcze   dziwniejsze   słowa   Murzyna. 

Zamordowanie   Garricka.   Papierosy.   Chester-fieldy.   Palił   je  Morse,  czasem 

Garrick, jak ustaliłem,  palił  0’Hara, palił  Gregson, czasem  doktor Holden. 

Analiza niedopałków niewiele dała. Zapewnił mnie o tym Morse, który nie 

pojawia   się   w   moim   opowiadaniu   często,   ale   był   bardzo   czynny   w   całej 

sprawie.   Ostrzeżenie   na   korcie   tenisowym,   ten   strzał,   krótka   bójka   i 

podrzucenie speciala kierującego podejrzenia na Joy Galson... Ktoś wykonał 

niezręcznie   czyjeś   polecenie   i   podrzucił   broń   z   odciskami   palców   Joy, 

zapomniawszy o opróżnieniu komory. Było wiele niejasnych punktów, które 

zostały   już   przeze   mnie   przedstawione,   ujmuję   więc   jedynie   sprawy 

background image

skupiające moją uwagę w jednym punkcie. Napad na mnie w Heidelbergu. I 

kto   wtedy   powiedział   jakby   znajomym   głosem:   „Laat   die   donker   vrek”? 

Myślałem o tym. I o tym, że po napadzie tylko jeden człowiek był zdziwiony, 

że   trzymam   się   tak   mocno   na   nogach.   Musiał   wiedzieć,   że   będę   w 

Heidelbergu. Skąd wiedział? Bo miał możność nieustannego śledzenia mnie. 

Śmierć Langa. Śmierć Frosta, zanim decyduje, że zabije Honey Urubu i mnie. 

Były   to   ważne   wskazówki.   A   zamordowanie   Geraldine   Simpson?   Mogło 

oznaczać,   że   morderca   usuwa   z   drogi   wszystkich,   których   podejrzewa,   iż 

wiedzą   cokolwiek   i   w   jakikolwiek   sposób   mogą   mu   zaszkodzić.   Mogło 

oznaczać,   że   miss   Simpson   nie   tylko   rozkochała   w   sobie   starego   Jamesa 

Garricka, polując na jego pieniądze, ale że pracowała także dla mordercy. To 

już jednak wykaże śledztwo. Honey miała zginąć, bo rozpoznała Frosta. Ja 

miałem zginąć, bo stanąłem na drodze wykonawcy wyroków śmierci...

Sądzi pan, że nie Lang i Frost byli głównymi podejrzanymi? - padło pytanie 

Knoxa.

Oczywiście.

Wciąż tylko przypuszczenia - odezwał się Gregson leniwie.

Możliwe... A oto inne wątpliwości, na których budowałem przypuszczenia: 

dlaczego lady Emma i służący Tomai składali sprzeczne zeznania w sprawie 

obecności   Garricka   w   „Wiłmie”   czy   „Carolinie”?   Dlaczego   tak   długo 

izolowano Garricka ode mnie? Bowiem ktoś przekonywał ich że powinni być 

posłuszni. Sądzę też, że sir Garricka przekonywano o konieczności milczenia 

w jeszcze jednej sprawie.

W   jakiej   sprawie?   -   prawie   jednocześnie   rzucili   to   pytanie   Morse   i 

nadinspektor Knox.

W sprawie przemytu diamentów z południowej Afryki na rynek europejski. Tu 

ma zapewne coś do powiedzenia inspektor Morse.

Tylko ogólnie, gdyż śledztwo trwa - odezwała się mała foka. - Z pominięciem 

rynku oficjalnego w tym kraju i praw obowiązujących na rynku diamentowym 

w Europie, co roku przemycano z Afryki do Londynu i dalej na kontynent 

poza   oficjalnymi   giełdami   co   najmniej   sto   tysięcy   karatów.   To   był   wielki 

background image

interes. Przycisnęliśmy w tej sprawie w Londynie doktora Corneliusa Horna. 

Nawet panu, doktorze Bart, nie mogłem o tym powiedzieć. Horn przyznał się, 

że kierował sprawami przemytu w Londynie. Aby uśpić czujność głównego 

szefa operacji diamentowych w Afryce, pozwoliliśmy Hornowi na przylot do 

Afryki.  Jeździł  nawet do Cape  Town, do Joachima  Storcha,  szukając  jego 

pomocy.   Dyrektor   Storch,   który   dowiedział   się   od   nas   o   niektórych 

szczegółach   afery,   odmówił   Hornowi   wszelkiej   pomocy,   niemniej   doktor 

Horn dobrze zagrał rolę, do której przyjęcia został zmuszony. Tyle na razie, 

reszta przed sądem, jeśli pan pozwoli, Bart.V

Horn   -   usłyszeliśmy   głos   Freda   Gregsona   -   Horn,   czy   to   wszystko,   co 

powiedziała ta mała kreatura o tobie, jest prawdą?

Niestety, tak. Wyznaję, że lubię wygodne życie, a przyznanie się do winy daje 

mi pewną, no, minimalną szansę. Wybacz Fred.

Świnia-powiedział spokojnie komisarz Gregson. Musiałem przyznać, że jest 

niezwykle   opanowany.   To,   co   powiedział   Horn,   pozwoliło   mi   wreszcie 

zwrócić się do Gregsona z tym, co chowałem jak asa w,rękawie.

Fred - rzekłem - Fred, przecież to ty kierowałeś tym wszystkim. Do diabła, 

sprawa skończona, bardzo mi przykro.

Swoją drogą, Bart - powiedział Gregson - jesteś jednak głupi. Mylisz się, bo 

jesteś głupi. Ostatnio oceniałem wyżej twoją inteligencję.

Lady Emma uniosła się z krzesła i zapytała, czy może na chwilę wyjść, aby się 

odświeżyć, to wszystko zmęczyło ją tak bardzo... Oczywiście, ci faceci z policji zgodzili 

się. Kto powiedział na cmentarzu podczas pogrzebu Garricka te słowa: „żyć za wszelką 

cenę”? Teraz przypomniałem je sobie po raz drugi. Już wiedziałem. Tymczasem każda z 

obecnych   osób   na   coś   czekała,   nie   wiedząc,   że   to   już   następuje.   Jeszcze   mogłem 

zatrzymać lady Emmę, ale nie uczyniłem tego. Przerwałem milczenie:

- Fred, poza wszystkim będziesz oskarżony o zamordowanie Garricka - mówiąc 

to

 

ujrzałem

 

olbrzymie

 

zdumienie

 

na

 

twarzy

Holdena   i   szybko   oceniłem   zaskoczenie   pozostałych   gości   „Wilmy”,   ale   to   nie   było 

istotne. - 0’Hara zeznał bowiem jeszcze, że byłeś w „Carolinie” już o godzinie 9 rano, 

profesor nie mógł więc telefonować do ciebie w tym czasie. Często bywałeś u Garricka, 

background image

prawda? Ciekawy człowiek ten Garrick. Nie było interesu, w którym nie brałby udziału. 

Pieniądze mącą rozum. Ale ostatnio sir Garrick bał się, zaczął się bać, gdy zakochał się w 

pannie Simpson. Chciał się wycofać. Z kolei ty się bałeś...

- No, dobrze. Koniec zabawy - powiedział, wciąż spokojnie, Gregson. - Nie, nie 

zabiję   nikogo   z   obecnych   -   wyciągnął   spod   pachy   broń-nikogo   nie   zabiję,   tylko 

pozwólcie mi iść do niej, do Emmy. Biedactwo, nie miała odwagi popełnić samobójstwa 

przed tą farsą. Idę. Strzelam, jeśli ktokolwiek się ruszy.

Wstał wolno. Spojrzałem na Appletona, który wtulił się tak mocno w swój fotel, 

że widziałem tylko jego spiczastą brodę. Fred szedł wyprostowany ku schodom w hallu. 

Czekałem na reakcję Knoxa, przed chwilą był tak blisko Gregsona, ale i on wiedział to co 

ja: Gregson strzeli, jeśli ktoś poruszy ręką.

Stanął w drzwiach.

-   Wiesz,   Bart   -   powiedział   z   namysłem   -   wiesz,   nigdy   nie   spotkałem   takiej 

kobiety   jak   Emma.   Widziałeś   moją   żonę?   Ma   ruchliwe,   ptasie   oczy   i   nic   więcej. 

Widziałeś inne kobiety?  Kapryśne  jak małe dzieci,  kłótliwe, nie liczące się z nami  i 

kochające

 

tylko

 

siebie,

 

albo

przywiędłe samiczki. Emma była inna. Kiedy przybyłem pierwszy raz do „Wilmy”, aby 

pogadać z Garrickiem, nasze oczy porozumiały się. Nie wiem, może mnie nawet kocha, 

wiesz jak to jest, to czasami przychodzi albo od razu, albo wcale. To dziwna kobieta. Nie, 

doktorze Bart, nie ja kierowałem tym interesem. Na początku tak, ale potem to ona. I 

powiem   ci,   Bart,   robiła   to   wspaniale.   Cokolwiek   o   niej

pomyślą inni i co ja myślę, bardzo ją kocham i wiem, że jestem jej potrzebny. I ona wie, 

że

 

ja

 

zawsze

 

jestem

 

na

 

miejscu.

 

Byłem

 

na

miejscu, kiedy Garrick chciał odejść, zabrać jej wszystko, wywołać skandal, zamieszkać 

z

 

czarną

 

Simpson,

 

która

 

zresztą

 

informowała

mnie o wszystkim. Owszem, chciał też wycofać się z interesu, wielkiego interesu. Nawet 

Horn

 

nie

 

powie,

 

jak

 

wielkiego,

 

bo

 

nie

 

wie...

Ale   przede   wszystkim   Garrick   groził   skandalem,   a   to   byłoby   zbyt   trudne   dla   mojej 

Emmy...

W oczach Gregsona pojawił się taki sam dziwny błysk jak niedawno w oczach 

Emmy.

background image

...Wiesz - mówił wciąż spokojnie - kiedy czułem czasem, że jestem kochany, 

nie chciałem niczego więcej. Zabiłem Garricka, żeby ona nie miała zmartwień. 

Langa i Prosta usunąłem, to były po prostu pluskwy. Usunąłem Vriesa. Ta 

Simpson   też   musiała   odejść.   Bo   nic   nie   mogło   zakłócić   spokoju   pani   z 

„Wilmy”

1

. Rozumiesz mnie?

Bardzo dobrze, Fred... Czy jesteś zdecydowany iść na górę?

Ależ tak, przyjacielu. Życie bez Emmy nie byłoby interesujące. Ach, słuchaj, 

widziałem   tę   głupią   starą   babę,   tę   Willingbottom,   jak   pędziła   przez   pole 

0’Hary z ukradzionymi skorupami, tak, mam na

myśli   te   czaszki.   Poza   tym   jeszcze   to   powiem:   Garrickowi   zginęła   część 

rękopisów   nowej   pracy.   Odbierzesz   je   od   Holdena   i   Appletona.   Masz   swoje   żniwo. 

Małych złodziei-mruknął do siebie. - Trochę rękopisów zwędził obecny tutaj profesor 

Hopkins,   człowiek,   jak   zapewne   sądziłeś,   nieposzlakowany.   Wiesz,   Bart,   czułem   się 

pewny   w   Afryce,   ale   ludzie   są   tylko   ludźmi   i   popełniają   błędy,   tak   jest,   przyznaję. 

Gdybym na przykład zabił Tomai, ten czarny osioł nie zawezwałby cię do „Caroliny”, a 

ty nie zaskoczyłbyś  mnie i nie widziałbyś  0’Hary.  Gdybym  zabił 0’Harę, dałoby się 

sprawę przeciągnąć. Gdyby Cornelius Horn nie załamał się w Londynie... Ale w końcu 

nie można wygrać z nieuchronnie idącym przed nami losem. Przekonałem się. I szkoda, 

przyjacielu, że nie zabiłem ciebie. Miałem kilka okazji. W Cape Town był to już pomysł 

moich ludzi, bo ja uznałem, że jest cokolwiek za późno na usunięcie cię z drogi... I nie 

martw się nazwiskiem March, nie znałeś tego człowieka!

Na górze padł strzał.

- A jednak uczyniła to. Miała odwagę! - powiedział cicho Greg-son. - Ale nie 

idźcie za mną, nie radzę.

Szaleństwo spada na ludzi nagle albo włada nimi od dawna. Sądzę, że Emma i 

Fred Gregson mieli w sobie szaleństwo. Otwarci tylko dla siebie, lecz kosztem innych 

ludzi. Myślałem o tym, gdy Fred tej nocy podpalił „Wilmę” i zginął w zgliszczach tego 

domu   razem   z   kobietą,   którą   kochał,   nawet   nie   mając   pewności,   czy   ona   kocha 

kogokolwiek poza sobą.

Z Claudią nie chciałem się widzieć. Rankiem, gdy obcy mi ludzie zajmowali się 

tymi, którzy przed dwoma dniami przybyli na zaproszenie Emmy,  i kiedy znaleziono 

background image

ciała   Freda   Gregsona   i   Emmy,   poszedłem   do   ogrodu   nad   basen.   Byłem   brudny   jak 

Odyseusz, który wyspał się na śmietniku. A Joy... Jakby nie zwracając uwagi na świat - 

czyżby   też   była   szalona?   -   kąpała   się   nago   w   basenie.   Kiedy   stanęła   na   trawie, 

pomyślałem sobie, że tak mogła wyglądać księżniczka Nauzykaja, mieszkanka pałacu 

swego boskiego ojca na Krecie.

- Co sądzisz o tym wszystkim? - spytała.

O tobie nagiej? - już mi wróciła przytomność umysłu.

Podaj mi zaraz ręcznik! - krzyknęła Joy.

Proszę bardzo. A poza tym, wiesz... przyszła mi do głowy myśl, że właściwie 

wszyscy   moglibyśmy   być   mordercami   w   tym   przedziwnym   teatrze   cieni 

poruszanym przez potężne, witalne siły kosmosu. Wszyscy aktorzy w naszej 

komedii, czy dramacie, jak wolisz, grali tak, aby doprowadzić zdarzenia do 

finału. Sztuka składała się z kilku aktów, a myśmy grali w niej różne role, 

moja miła. Tęsknisz za Londynem?

Może.

Kochasz tamtego typa?

Gdybym   powiedziała,   że   jeszcze   tak,   byłaby   to   nieprawda,   a   gdybym 

powiedziała, że już nie, to nie byłoby to ścisłe.

Cześć, Joy - powiedziałem. Mój wóz czekał na mnie, a w nim kilka walizek, 

cały dobytek Roberta D. Barta.

W Londynie mój kumpel, Derek Simon, miał wystawę swoich obrazów w galerii 

na   Pall   Mail.   Zrezygnowałem   z   dżinsów,   wbiłem   się   w   jakieś   porządne   ubranie 

oczyszczone   z   kurzu   przez   ciotkę   Augustę   i   poszedłem.   Przedtem   zjadłem   coś, 

przewidując kilka kolejek szkockiej.

Jajka na bekonie? - spytała ciotka.

Bekon na jajkach! - zadysponowałem.

Wystawa udała się. Powiedziałem to szczerze Derkowi, bo lubię jego pejzaże, i 

choć   przybyły   na   wystawę   tylko   dwie   osoby.   Derek   i   ja.   Potem   piliśmy,   potem 

powiedziałem mu o Joy. Bogatej pannie Joy Galson, którą wziąłbym nawet w jednej 

koszuli, co mówię, także bez koszuli. Wróciłem do domu zalany, Ciotka obrzuciła mnie 

spojrzeniami   ciężkiego   kalibru,   ale   milczała.   Złote   serce.   Byłem   już   u   siebie,   gdy 

background image

zadzwonił telefon w hallu. Ciotka zajrzała przez uchylone drzwi.

Ktoś do ciebie. Mruknąłem coś w odpowiedzi.

Robercie... Ona ma miły głos i mówi, że ma na imię Joy... Oprzytomniałem w 

jednej chwili, ciotka dostrzegła to.

Ona jest ładna?

Ależ skąd, ciociu. „Mnich” nie spojrzałby na nią.

Ciotka   lubi   być   straszona,   zwłaszcza   wieczorem,   kiedy   wszystkie   angielskie 

duchy snują się śród londyńskiej  mgły.  Zamyka  się wtedy w swojej sypialni,  zapala 

świecę - koniecznie świecę! - i czyta sławetną powieść, gotycką powieść grozy, Mnicha 

Lewisa.

Telefon w hallu dzwonił niecierpliwie. Zjechałem po poręczy, czując, że ubywa 

mi wiele lat.

Halo!...-króciutko. To była ona. Moje szaleństwo.

Halo? - powiedziałem, udając zdziwienie.

Joachim   Storch   dotrzymał   obietnicy.   Moje   konto   w   londyńskim   banku 

powiększyło   się   o   piękną   sumkę   przekazaną   przez   Spółkę   Uranową   i   „De   Beers”. 

Podpisałem umowę na francuskie wydanie mojej książki i otrzymałem wiadomość od 

lorda   Brooke   z   Ely.   Kopiąc   dla   zdrowia   w   swym   ogrodzie   warzywnym,   znalazł 

starożytną   podobno   skorupę.   Pomyślałem,   że   zacnemu   lordowi   Brooke   mogła   się 

przydarzyć przygoda sir Eyansa: znalazł strusie jajo, które uznał za przepiękną egipską 

wazę   alabastrową!   Ale   zaproszenie   było   tak   miłe,   że   postanowiłem   pojechać. 

Powiedziałem o tym Joy przez telefon.

Zabierz mnie tam-powiedziała po prostu.

Jeszcze nie mam rozwodu, Joy. A adwokaci Laury wytoczyli przeciwko mnie 

zarzuty godne londyńskiej palestry z czasów Ryszarda III.

Nie zależy mi na tym. Zależy mi na tobie, Robercie Bart.

W drodze do Ely, do zamku lorda Brooke, Joy powiedziała mi coś jeszcze. Że 

tamtego typa, czekającego na nią w Londynie, wcale nie kochała i nie chciała ani przez 

chwilę.

Muszę powiedzieć, że lord Brooke był zaszokowany, kiedy przedstawiłem mu 

Joy, lecz nie dlatego że panna Galson nie była moją żoną. Gdy przyglądał się Joy, wciąż 

background image

gubił złoty monokl. Zauważyłem też, że starszy pan zaczynał się jąkać, ilekroć patrzały 

na niego zielone oczy Joy.

W jakiś czas potem odwiedził mnie John Morse. Jeden fakt z tamtej sprawy był 

wciąż dla mnie niejasny. Dlaczego w dłoni martwego Garricka tkwił ten skrawek papieru 

zapisany   cyframi.   Mała   foka   wyjaśniła   mi   to   dzięki   ciągnącym   się   przesłuchaniom 

Corneliusa   Horna.   Horn   i   Gregson   dobrze   znali   swego   wspólnika   i   wiedzieli,   czym 

szantażował   Joachima   Storcha  i   niektóre   instytucje  rządowe.   Gregson  chciał   mieć   w 

rękach to, co Garrick ukradł Storchowi. Posiadając to, Emma, Gregson i Horn czuliby się 

bezpiecznie. Komisarz Gregson wyeliminował z góry niepewnego już wspólnika, ale nie 

zdobył tego, czego szukał, a co było w jego zasięgu. To, że Garrick trzymał ten papier w 

zaciśniętej   dłoni,   mogło   świadczyć,   że   Gregson   zaskoczył   go   swoją   wizytą.   Resztę 

można już sobie wyobrazić.

Według opinii Corneliusa Horna Gregson nie docenił mnie, choć jak powiedział 

John Morse, to właśnie na polecenie Freda Gregsona boy zatrudniony w hotelu „Hilton” 

podrzucił   mi   przyjacielskie   ostrzeżenie.   Emma   była   lepsza.   Najpierw   nie   ufała   mi 

instynktownie, a potem gdy w jej małym  sejfie złożyłem  odlewy czaszek, doszła do 

wniosku, że wiem już dużo.i że powinienem zniknąć. Zrozumiała, że podsuwam przynętę 

i Gregson popełnił błąd, zwlekając z załatwieniem tej sprawy.

To znaczy - z wykonaniem wyroku? - spytałem pana Morse.

Można by to tak ująć - odparł.

Wyjaśniał  mi  też,  dlaczego  Fred Gregson postanowił zaprowadzić Tomai  pod 

szubienicę. Chodziło mu nie tylko o to, aby znaleźć ofiarę i zakończyć sprawę Garricka. 

Dowiedział   się   od   jednej   ze   służących,   opłacanych   przez   0’Harę,   że   Tomai   jest 

przekonany, iż komisarz Gregson prześladuje jego pana, sir Jamesa Garricka. Magiczne 

praktyki Tomai przed kultową rzeźbą ptaka mogły zwrócić czyjąś uwagę, denerwowały 

Emmę, poza tym Tomai nie krył się, że nienawidzi Gregsona, bo przecież modlił się o 

jego śmierć. Jeśli chodzi o moją podróż do Cape Town, wyjaśnił Morse-w zamęcie, jaki

powstał po pożarze „Wilmy”, Joachim Storch nie zdążył powiedzieć mi nic o tym 

- to chodziło o to, że Storch chciał ze mną pogadać o Garricku i Spółce Uranowej na 

swoim   terenie,   z   dala   od   miejsca,   gdzie   mógłby   nami   interesować   się   Gregsbn. 

Wprawdzie ludzie komisarza nie spuszczali mnie z oczu, ale nie mogli już dowiedzieć 

background image

się, że Storch rozmawiał ze mną o sprawie top secret. A poza tym chodziło też o to, aby 

Gregson   myślał   do   końca,   że   doktor   Cornelius   Horn   przyjeżdża   do   Afryki   tylko   w 

sprawach   łączących   go   ze   Storchem   i   ze  mną.  Ani   przez   chwilę   Fred   nie   powinien 

myśleć, że doktor Cornelius Horn mógł zacząć sypać w Londynie. Bo gdyby zaczął się 

domyślać,   może   zdążyłby   zatrzeć   niektóre   ślady   swojej   działalności.   A   działając 

nerwowo, może jednak w ostatniej chwili zdecydowałby się zabić mnie.

Dzięki temu mogłem pojechać do Ely z Joy. A Joy mogła mi w czasie podróży 

wyznać, że to ona otworzyła drugą depeszę wysłaną przez Jamesa Garricka do Londynu 

na mój  adres. Na polecenie  Horna, oczywiście,  który opowiedział  jej o mnie  jako o 

pozbawionym wszelkich skrupułów glinie. - Jeszcze, naturalnie, nie wiedziałam wtedy, 

że postanowię cię zdobyć, Robercie Bart - zakończyła tę sprawę

Joy-

I mogłem zauważyć, że John Morse i ciotka Augusta wydają się sobą oczarowani.

Mogłem   też   wkrótce   potem   podjąć   sprawę   nazwaną   przez   prasę   „sprawą 

etruskiego grobowca”. Jedną z najbardziej mrocznych i niesamowitych, jakie trafiły do 

mojej kartoteki.

„KB”