background image

ERAZM MAJEWSKI 
NAUKA O CYWILIZACJI 
III 
NARODZINY i ROZWÓJ DUCHA NA ZIEMI 
WYDANIE POŚMIERTNE 
POD REDAKCJĄ 
PROF. M. MASSONIUSA 
Placet? Pare. 
Non placet? exi. 
SENECA. 
Nil sciri siquis putat, id quoque nescit, an sciri possit, quoniam nil scire fatetur. 
LUCRETIUS IV 470. 

DO CZYTELNIKA

 

Oddając do druku ostatnie dzieło męża mego i rozstając się z rękopisem, nad 

którym  zmarły  pracował  niemal  do  ostatniej  godziny,  do  ostatniego  tchu, 
poczuwam  się  do  obowiązku  podzielenia  z  czytelnikami  następującą  jeszcze 
informacją. 

W  notatkach  ś.  p.  Erazma  Majewskiego,  w  stosach  raczej  tych 

nieprzeliczonych  notatek,  jakie  zmarły  przy  każdej  swej  pracy  naukowej 
nagromadzał,  znalazłam  na  jednej  kartce  tyczące  się  właśnie  ostatniego  dzieła 
polecenie:  "Najlepszemu  i  najserdeczniejszemu  przyjacielowi  Marjanowi 
Massoniusowi poświęcam tę ostatnią pracę". Ponieważ uczony ten, profesor Uniw. 
Stefana Batorego w Wilnie, podjął się najłaskawiej mozolnego trudu ostatecznego 
układu  dzieła  i  przygotowania  go  do  druku,  przeto  korzystam  z  okazji,  aby 
najwierniejszemu druhowi i przyjacielowi ś. p. Erazma, oddanemu mu całą duszą i 
całem  sercem,  powiernikowi  wszystkich  planów  i  myśli,  wszystkich  ideałów 
współwyznawcy,  prof.  Massoniusowi,  jeszcze  raz  wyrazić  słowa  najgłębszej 
wdzięczności za wszystko, co przez tyle, tyle lat dobrego i zacnego ś. p. mężowi 
memu  wyświadczył,  wytrwale  i  niezłomnie  podtrzymując  w  latach  ciężkiej  i 
bezlitosnej choroby Jego ochotę i zapał do pracy, krzepiąc Jego wiarę w życie, w 
ludzi, w wiedzę, w prawdę i piękno. Oddając drogocenny dla mnie rękopis w ręce 
prof.  Massoniusa,  gorąco  dziękuję  Mu  za  to,  co  tak  już  rzadko  spotyka  się  w 
dzisiejszych czasach, za szczerozłote uczucie silniejszej nad miłość przyjaźni. 
L. MAJEWSKA 

PRZEDMOWA

 

"Narodziny Ducha na ziemi" stanowią w porządku chronologicznym czwarty, 

w porządku logicznym trzeci tom głównego dzieła ś. p. Erazma Majewskiego p. t. 
"Nauka o Cywilizacji". 

Ta czterotomowa całość jest dziełem i wynikiem jego życia. Zawiera w sobie 

to,  co  swemu  Narodowi  i  ludzkości  miał  do  powiedzenia.  Inne,  liczne,  różnej,  a 
nieraz  wielkiej  wartości  jego  prace,  bardzo  różnorodne,  tworzone  w  znojnym 
trudzie, z niesłychaną sumiennością, na podstawie rozległej erudycji, - są w części 

background image

wysoko  cennemi  przyczynkami  do  nauki,  w  części  pracami  systematycznemi, 
niekiedy  nawet  nowe  otwierającemi  widnokręgi,  w  części  wreszcie  pracami, 
popularyzującemi wiedzę. To dzieło jest słowem jego życia, jest ziszczeniem celu, 
dla którego żył. 

Porządek  logiczny  jest  taki:  I  "Prolegomena",  II  "Teoria  człowieka  i 

cywilizacji",  III  "Narodziny  Ducha  na  ziemi",  IV  "Kapitał".  Chronologicznie 
"Kapitał" (1-sze wydanie 1914) poprzedził "Narodziny Ducha". 

Po  wyjściu  z  druku  "Teorji  człowieka  i  cywilizacji"  autor  zdawał  sobie 

wyraźnie sprawę z tego, że dzieło nie jest ukończone. Ale plan jego dalszego ciągu 
nie  przedstawiał  mu  się  wyraźnie.  Widocznem  dla  niego  na  razie  było  tyle,  że 
chodzi  o  filogenezę  człowieka,  Jako  istoty  duchowej,  (ale  nie  człowieka 
jednostkowego,  jeno  człowieka  jako  części  społeczeństwa),  o  psychologię 
filogenetyczną społeczeństwa, czyli właściwie narodu. 

W  pierwszych  dwóch  tomach  problemat  społeczno-psychologiczny  był 

traktowany  w  większej  mierze  statycznie,  w  mniejszej  tylko  dynamicznie.  Z 
konieczności  dynamicznego  ujęcia  tego  problematu  w  całości  autor  zdawał  sobie 
sprawę  od  początku,  i  częściowe  wywody  psycho-filogenetyczne  są  w  obu  tych 
tomach  obficie  rozsiane.  Ujęcie  ich  w  systematyczną,  spójną  całość  miało  być 
zadaniem tomu następnego. 

Zadanie  takie  siłą  rzeczy  skazywało  ten  tom  następny  na  pewną  ilość 

powtórzeń tego, co było w dwóch pierwszych. Powtórzeń tych nie uważał autor za 
żadne szczególne niebezpieczeństwo - i, jak sądzę, miał słuszność. Chodziło tylko 
o to, aby wszystko ująć w całość organiczną. 

Zaraz  po  wyjściu  z  druku  "Teorji  człowieka  i  cywilizacji"  (1912)  zabrał  się 

Majewski do pracy przygotowawczej nad tomem następnym. Praca ta, jak to było 
w  jego  zwyczaju,  polegała  początkowo  na  gromadzeniu  luźnych  narazie  notatek, 
zawierających  w  sobie  częściowo  materjał  do  całości  syntetycznej,  częściowo 
poprawki i uzupełnienia do pierwszych tomów. 

Tymczasem  okoliczności  społeczne  i  polityczne  -  coraz  wyraźniej 

zarysowujące się symptomy głębokich zmian ekonomicznych - zmieniły plan jego 
pracy pod względem chronologicznym. 

Rodowód  i  krytyka  struktury  społecznej,  ujęte  ze  stanowiska  jej  podłoża 

ekonomicznego, już w pierwotnem założeniu miały stanowić część końcową jego 
dzieła. Nowe okoliczności skłoniły go do przesunięcia w czasie, do zajęcia się teraz 
zaraz  tem,  co  miało  pierwotnie  iść  po  tomie  III-cim.  Wynikiem  tego  przebyło 
opracowanie  tomu,  który  pod  tytułem  "Kapitał"  ukazał  się  w  I-szem  wydaniu  w 
1914 r. i który tym sposobem stał się chronologicznie III-cim, zamiast być, jak to z 
jego treści wynika, IV-ym. 

"Kapitał" zdobył znaczne powodzenie i miał za życia autora 5 wydań. Każde ż 

nich wymagało ze strony Majewskiego czynnego spółdziałania. Po jego wyjściu z 
druku  w  1-szem  wydaniu  Majewski  powrócił  do  przerwanej  niemal  w  samym 
początku  pracy  nad  tomem  w  zasadzie  III-cim,  a  który  teraz  stawał  się  IV-ym,  i 
któremu nadał tytuł: "Narodziny Ducha na ziemi". 

Od  pracy  tej  odrywały  go  potrosze  nowe  ciągle  wydania  "Kapitału",  tak,  że 

szła  ona  w  tempie  wolniejszem  tego,  któreby  odpowiadało  żelaznej  i  rzadkiej  w 

background image

naszym  Narodzie  pracowitości  Majewskiego.  Niebawem  jednak  przyszło  coś  bez 
porównania gorszego: W r. 1918 nastąpił ciężki atak sercowy, który zdrowie jego 
podkopał radykalnie, i którego ciężkie skutki przetrwały do końca jego życia. 

Fizycznie był Majewski zawsze dość wątłym, a od bardzo wczesnej młodości 

pracował, jak olbrzym. Siebie nie żałował  i  nie oszczędzał  nigdy. Krótkie  chwile 
wypoczynku,  które  sobie  skąpo  wymierzał,  w  jego  własnych  oczach 
usprawiedliwiały  się  tylko  tem,  aby  tego  narzędzia,  za  jakie  siebie  w  służbie 
Ojczyźnie  zawsze  uważał,  nie  popsuć  przedwcześnie.  Do  nadmiaru  pracy  doszły 
jeszcze  głębokie  wstrząśnienia  tej  "chwili  wielce  osobliwej",  która  z  początkiem 
wojny nastała: Nastąpiła katastrofa. 

Katastrofa  ta  w  niczem  nie  osłabiła  jego  umysłu.  Jego  potężny,  twórczy  i 

ścisły rozum do ostatniej chwili życia pozostał równie jasnym i sprawnym, jak nim 
był  zawsze.  Ale  bardzo  już  osłabione  zdrowie  uniemożliwiło  mu  dotychczasową 
intensywność pracy i znacznie zwolniło jej tempo. To sprawiło, że praca nie została 
skończona.  Była  już  w  chwili  śmierci  autora  dość  blizką  końca,  i  niewątpliwie, 
gdyby Majewski, w tym nawet, w którym był, stanie zdrowia, rok jeszcze przeżył, 
toby ją skończył. 

Ale  Bóg  zrządził  inaczej.  Wdowie  autora,  która  jest  zarazem 

spadkobierczynią jego puścizny literackiej, nie pozostaje nic innego, jak wydać ją 
w tym stanie, w jakim po jego śmierci pozostała. 

Zresztą niewykończenie pracy sprowadza się niemal wyłącznie do tego, że nie 

została ona ostatecznie uporządkowaną. Oprócz powtórzeń niezbędnych, w naturze 
rzeczy  leżących,  są,  wcale  zresztą  nieliczne,  takie,  które  mogłyby  być  i 
prawdopodobnie  byłyby  przez  autora  usunięte.  Są,  również  nieliczne,  miejsca, 
których  związek  z  resztą  nie  został  do  zupełnej  i  ostatecznej  jasności 
doprowadzonym.  Są  drobne  luki  i  opuszczenia.  Braki  te  ujmują  cokolwiek 
przejrzystości  i  jednolitości  dziełu,  ale  zasadniczej  jego  wartości  nie  zmniejszają. 
Teza naczelna jest wyrażona z dostateczną precyzją, zgromadzone na jej poparcie 
dowody  doprowadzone  do  wyraźnej  postaci,  ilustracje  i  wyjaśnienia  obfite  i 
przejrzyste. 

Jest  ośm  rozdziałów,  które  stanowią  niezbędną  część  całości,  ale  których 

miejsca nie zostały przez autora dokładnie wyznaczone. Zostały one wyodrębnione 
z  tekstu  i  stanowią  Il-gą  część  niniejszej  książki.  Znajduje  się  pomiędzy  niemi  i 
jeden  z  najwyżej  wartościowych  nietylko  tego  tomu,  lecz  i  całego  dzieła: 
"Tajemnica artyzmu przedhistorycznego". 

Niektóre drobne wyjaśnienia, które wydały się niezbędnemi, znalazły miejsce 

w  umieszczonych  pod  tekstem  dopiskach  redakcji.  Od  przypisków  autora 
wyróżniają się one przez wzięty w nawiasy znak: (Red.). 

 

Tak w tym tomie jak i w poprzednich, niema żadnej dążności metafizycznej. 

Tytuł "narodziny Ducha" nie znaczy wcale, aby autor chciał kogoś przekonać albo 
sam mniemał, że "Duch" jest wytworem takich lub innych faktów biologicznych. 
Cel  dzieła  jest  ściśle  i  wyłącznie  naukowy:  chodzi  o  wykazanie  tych  warunków 
naturalnych,  w  których  pojawienie  się  na  ziemi  i  rozwój  istoty,  zwanej  "homo 

background image

sapiens", jest możliwe i konieczne. Chodzi o wykazanie przyczyn, dla których nie 
istnieje  na naszej  ziemi  i  istnieć  nie  może  "elephas  sapiens",  "canis  sapiens",  ani 
"apis  sapiens", a dla których  "homo  insipiens"  musiał  przekształcić się na "homo 
sapiens". Nic ponadto. O "istocie" Ducha, o jego ostatecznem pochodzeniu, o jego 
transcendentalnym stosunku do materji - niema tu ani słowa. 

 

Jak z zamieszczonej na czele tego tomu notatki pani profesorowej Erazmowej 

Majewskiej  widać,  książka  ta  miała  być  mnie  dedykowaną.  Nie  próbuję  wyrażać 
uczucia,  które  we  mnie  ten  zamiar  autora  budzi.  Chciałbym,  aby  niniejsza 
przedmowa  i  moja  czynność  redakcyjna  były,  choć  bardzo  słabym  i  nikłym, 
wyrazem mego bezgranicznego przywiązania dla ś. p. Erazma i bezgranicznej czci 
dla jego wielkiego dzieła i jego bohaterskiego życia. 
Marjan Massonius. 

Wilno, w Czerwcu 1923. 

SŁÓWKO WSTĘPNE

 

Nie  znajdując  nigdzie  należytego,  a  dodałbym:  należycie  szczerego 

traktowania kwestji działalności i genezy człowieka, jako człowieka, jako jestestwa 
zupełnie  wyjątkowego  na  ziemi,  charakteryzującego  się  żywotem  w  społecznej 
formie  bytu  i  w  cywilizacji  -  odważyliśmy  się  na  próbę  badania  samodzielnego, 
poczynając  od  podstaw.  Postanowiliśmy  zapomnieć  o  dotychczasowych  próbach 
wyjaśnień  i  pójść  własną  drogą,  obierając  za  jedyne  narzędzie  badania  metodę 
analityczną, która oddała już naukom przyrodniczym tyle usług, jak żadna inna, i to 
usług wprost nieocenionych. 

Zastosowanie tej metody odsłoniło nam rzeczy nieobojętne dla nauki. Wynik 

poszukiwań złożyliśmy w dwóch tomach "Nauki Cywilizacji", a poniekąd nawet i 
w tomie trzecim. Jednak rozległy temat nie został tam wyczerpany. Gdy wiec czas 
pozwolił  nam  dostrzec  to  i  owo  wyraźniej,  pragniemy  tu  cześć  poruszonych 
tematów rozwinąć, pozostawiając resztę, wiążącą się w osobną całość, do następnej 
pracy.  Dotkniemy  tu  niektórych  punktów  ponownie,  lubo  bez  krępowania  się 
dawnym  biegiem  myśli.  Chodzi  nam  bowiem  o  uzupełnienie  badania  przez 
poruszenie tematów, wcale tam jeszcze nie dotkniętych. 
E. M. 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

I. ZAGADKA WŁADZ DUCHOWYCH CZŁOWIEKA

 

Od  głębokiej  starożytności  człowiek  był  przedmiotem  podziwu  dla  samego 

siebie.  Przenikliwe  umysły,  pomimo  nieznajomości  anatomji  i  fizjologji  ciała, 
dawno  dostrzegły,  że  te  władze  psychiczne,  ten  rozum,  te  umiejętności,  te 
przerozmaite dążności, które cechują samego tylko człowieka na ziemi, nie mogą 
być  wyprowadzane  z  samego  ustroju  cielesnego,  na  wzór  zwierzęcych. 

background image

Spostrzeżono,  że,  choć  organizacją  ciała  i  uposażeniem  zmysłowem  równiśmy 
mniej więcej zwierzętom, jesteśmy czemś dużo więcej. 

Najrozumniejszym tedy wnioskiem, jaki się nastręczał logicznemu umysłowi 

na gruncie spostrzeżenia tej nienaturalności albo nadnaturalności władz duchowych 
i  dążeń  ludzkich,  musiała  się  stać  koncepcja  obcego  ciału  pierwiastku 
metafizycznego, który wstępuje w ciało w chwili narodzin lub poczęcia. 

To wczesne rozpoznanie obecności ducha w  ciele ludzkiem  i  uznanie ducha 

za czynnik zaświatowy, a następnie płynąca z tej racji szczera i głęboka adoracja 
tego  pierwiastku  niepochodnego  (boski  pierwiastek  w  człowieku),  nie  może  nie 
budzić podziwu dla przenikliwości umysłów, którym obce przecież były zdobycze 
wiedzy  późniejszej,  w  stokroć  jaskrawszy  sposób  uwydatniające  nadnaturalność 
umysłu ludzkiego. 

Podziwu tego nie zmniejsza fakt, że coś analogicznego do mądrości, które w 

nas  działa,  coś  podobnego  do  woli  i  uczuć  ludzkich  dostrzeżono  także  i  w  całej 
przyrodzie,  nie  wyłączając  nawet  nieożywionej.  I  to  bowiem  było  świadectwem 
umiejętności wyprowadzania z obserwacji logicznych wniosków. Badawczy umysł 
ludzki,  nie  orjentując  się  jeszcze  w  zawiłym  natłoku  zjawisk  przyrody,  w 
nieustającym ruchu i działaniach nie tylko tworów ożywionych, ale także przyrody, 
którą  mianujemy  "martwą",  nie  mógł  poprzestać  na  przypuszczeniu  jakiegoś 
bezrozumu w całej tej nieustającej, ale skoordynowanej akcji, dookoła człowieka. 
Rozumując więc przez analogję, dopatrzył się w otaczającym świecie tego samego 
pierwiastku,  który  zauważył  i  odróżnił  w  samym  sobie,  i  odtąd  utracił  spokój 
zwierzęcy. Wyobraźnia, tedy wspierana rozsądkiem, a pozbawiona jeszcze głębszej 
znajomości  świata,  napełniła  ziemię  przeróżnemi  duchami  czyli  tajemniczemi 
istnościami  o  przymiotach  nie  tylko  ludzkich,  ale  nawet  nadludzkich. 
Uduchowiono więc od dawna zarówno wnętrze  ziemi, skały  i wody, jak chmury, 
wiatry,  pioruny.  Nawet  świat  roślin  i  zwierząt  nabrał  tajemniczości,  przedtem 
niedostrzeganej.  Że  zaś  człowiek  musiał  się  obracać  wśród  tych  niezrozumiałych 
dlań  potęg,  że  czuł  się  od  nich  wielostronnie  zależnym,  że  musiał  przed  jednemi 
bronić  się,  inne  wyzyskiwać,  podzielono  duchy  zewnętrzne  względem  człowieka 
na dwie kategorje: przyjaznych ludziom i nieprzyjaznych, na dobre i złośliwe, na 
jasne  i  ciemne.  I  odtąd,  czując  się  bezbronnym  wobec  złych  potęg,  nauczył  się 
człowiek  wchodzić  z  niemi  w  kompromisy.  Złe  usiłował  przebłagać,  dobrym 
oddawał się pod opiekę. W ten sposób już w czasach głęboko przedhistorycznych 
powstała pierwsza wiedza naiwna. Utrzymywała się ona w tym charakterze przez 
wieki  bez  wyjątku  wszędzie.  Naokoło  tej  samej  osi  osnuwały  się  najrozmaitsze 
rozwinięcia tej samej zasadniczo myśli. 

Dopiero  zwolna  zaczęło  się  dostrzeganie  przyczyn  naturalnych  dla  zjawisk 

niezrozumiałych.  Od  tej  chwili  miejsce  pierwotnego  naiwnego  animizmu 
(uduchowiania  przyrody)  zajął  naturalizm.  Wiara  w  duchy  piorunów,  wiatrów, 
drzew,  zwierząt  potężnych  i  t.  d.  zaczęła  w  przodujących  umysłach  ustępować 
wierze  w  porządek  "naturalny"  świata.  Wówczas  człowiek  zwrócił  ponownie 
uwagę na własne swe władze umysłowe, na swoją mądrość... i... nastąpił rozłam w 
pojęciach.  Gdy  jedni,  pomimo  wszystkie  zdobycze  wiedzy,  nie  czuli  się  w 
możności  rozwiązać  zagadki  wyjątkowości  człowieka  i  cierpliwie  dociekali 

background image

stosunku ludzkich zjawisk duchowych do fizycznych sił świata oraz do oczywistej 
mądrości, wcielonej w świat rzeczy - inni zaczęli nie tylko coraz mocniej wątpić o 
nienaturalnej  zagadkowości  ludzkich  władz  duchowych,  ale  uznali  je  wręcz  za 
prosty wynik naturalnego wydoskonalenia się organizmu ludzkiego. 

Zdobycze  anatomji  i  fizjologji  zwierząt  oraz  ludzi,  porównawcze  badanie 

przeróżnych  organizmów  zwierzęcych  narzucały  coraz  silniej  przekonanie  o 
zasadniczej  identyczności  organizmu  ludzkiego  z  organizmami  zwierzęcemi. 
Różnice  tedy  w  psychice,  jakkolwiek  bardzo  rażące,  uznano  już  tylko  za  różnice 
stopnia, za ilościowe, nie zaś za jakościowe. Zwłaszcza ewolucjoniści wieku XVIII 
i  XIX-go  wyobrazili  sobie,  że  w  ten  sposób  zagadkę  człowieka  rozwiązali  i 
położyli kres wszelkim wątpliwościom i sporom. 

Po  świetnych  syntezach  Lamarcka,  Darwina  oraz  ich  kontynuatorów  cała 

wyjątkowość  człowieka,  tkwiąca  w  jego  rozumie,  mądrości,  w  jego 
nadzwierzęcych  władzach  oraz  ideałach,  została  uznana  za  naturalny  wynik 
rozwoju gatunkowego, za naturalny wynik szczęśliwie skomplikowanej organizacji 
ciała,  przedewszystkiem  zaś  wydoskonalenia  się  systemu  nerwowego  i  jego 
centralnego organu: mózgu. 

Wymowny  wyraz  tej  wiary  znajdujemy  jeszcze  w  1869  r.  u  znakomitego 

antropologa, Broki, który z okazji nieustannych debatów na temat pokrewieństwa z 
rodem małp powiada: "Non, 1'homine n'est pas un singe, car il s'éleve au dessus du 
singe  de  toute  la  distance,  qui  sépare  1'ébauche  du  type  achevé".  Wyższość 
psychiczna  nasza  została  uznana  tylko  za  skutek  szeregu  zmian  organicznych, 
korzystnych dla typu, człowiek zaś sam za najdoskonalsze dzieło prostego rozwoju. 

Zamykano  oczy  na  pewne  rażące  nawet  fakty,  które  mogłyby  ostrzec,  że 

jednak  całej  prawdy  nie  docieczono  -  i  nauka  pozytywna  spoczęła  na 
niezasłużonych laurach. Wiara zaś w nieomylność tłumaczeń ewolucjonistycznych 
stała się tak niezachwianą, że wszystkie nauki humanistyczne poczęto opierać, niby 
na  pewnej  opoce,  na  przyrodniczym  materjalizmie.  Psychologja  szczyci  się,  że 
przeniknęła  już  mechanikę  najzawilszych  przejawów  życia  duchowego,  a  pod 
względem  pewności  podstaw  stała  się  już  wprost  osobną  tylko  gałęzią  nauk 
przyrodniczych.  Nie  spostrzega  jednak,  że,  ustaliwszy  doświadczalnie  pewien 
szereg  pewników,  sprzeniewierza  się  im  następnie  na  całej  linji.  Przestała 
mianowicie  dostrzegać  zagadkowość  ludzkich  władz  umysłowych  w  stosunku  do 
naturalności podstaw, na których się oparli

psychologowie.

 

Nastało  znieczulenie  na  najjaskrawszą  zagadkowość  umysłu  ludzkiego,  o 

którą właśnie psychologowie zdają się najmniej troszczyć, mianowicie na stosunek 
rozumu  ludzkiego  i  wogóle  inteligencji  do  mowy,  choć  już  w  starożytności 
kładziono wielki nacisk na mowę. Wszak jeszcze pitagorejczyk Philolaus nauczał, 
że człowieka różni od zwierząt mowa i "logos", czyli rozum. 

Żadna teorja dzisiejszej psychologji nie odpowie na kardynalne pytanie: czem 

się  to  dzieje,  że  u  człowieka  zmysły  mogą  dawać  rozum,  niezmiernie  rozmaity 
jakościowo oraz ilościowo, mądrość nabywalną, u zwierząt zaś tylko to niezmienne 
(w obrębie gatunku), co sami mianują zaledwie instynktem. Czem się to dzieje, że 
u  człowieka  dają  w  wyniku  "umysły"  o  niezmiernie  rozmaitej  skali,  jakości  i 

background image

rozległości, u zwierząt zaś skromne struktury psychiczne zawsze niemal jednakie w 
obrębie całego gatunku? 

Wszak  uposażeniem  zmysłowem  jesteśmy  napewno  prawie  równi 

przynajmniej zwierzętom, które są nam najbliższe organizacją ciała. Nie posiadamy 
ani jednego zmysłu więcej, żaden nie jest doskonalszy od zmysłów zwierzęcych, a 
pomimo  to  jesteśmy  psychicznie  czemś  o  wiele,  wiele  więcej,  niż  zwierzętami. 
Posiadamy  rozległą  wiedzę,  przeróżne,  a  w  sumie  niezliczone  umiejętności; 
przedewszystkiem  zaś  łatwo  nabywamy  taką  przenikliwość  umysłu,  z  którą  nie 
mogą mierzyć się władze zwierzęce nawet w odległem porównaniu. Stworzyliśmy 
sobie cały świat cywilizacji materialnej,  - której całkowicie są pozbawione nawet 
najbliższe nam organizacją zwierzęta, podobnie jak i najdalsze. 

Czemże się to dzieje? Gdzie źródło tej wyjątkowości władz i mocy ludzkich? 
Na to niema jasnej i stanowczej odpowiedzi. 
Według ewolucjonistów zarówno odłamu Lamarck'a, jak Darwina - człowiek 

jest dziełem prostej ewolucji, która na jego terenie ma się odbywać przeważnie w 
kierunku psychicznym, staje się zaś coraz prędszą w miarę doskonalenia się mózgu 
przez  coraz  forsowniejsze  jego  używanie,  wreszcie  przez  dobór,  odrzucający 
zmiany  niekorzystne  dla  danego  typu,  utrwalający  zaś  korzystne  przez 
dziedziczność. 

W  tem  oświetleniu  człowiek  zaczął uchodzić i  musiał  uchodzić nie tylko  za 

najdoskonalsze dzieło prostego gatunkowego rozwoju, ale i za dzieło najpóźniejsze 
historycznie.  Zjawienie  się  zaś  dopiero  niedawne  potęgi  duchowej  dobrze  się 
wiązało  z  przekonaniem  o  młodości  fizycznego  typu  ludzkiego.  Trzeba  bowiem 
dodać,  że  wiarę  w  młodość  i  niejako  skończoność  naszego  typu  cielesnego, 
zaszczepioną  jeszcze  przez  wielkiego  Cuviera,  rzecznika  niezmienności  typów, 
popierał  przez  czas  długi,  a  nawet  dotąd  popiera  zupełny  brak  prawdziwie 
paleontologicznych szczątków człowieka. Więc też nawet opozycja, która powstała 
przeciw  ewolucjonizmowi  Darwina,  zrazu  namiętna  i  pewna  siebie,  dała  za 
wygraną  i  w  usiłowaniu  ratowania  z  rozbicia  tego  przynajmniej,  co  się  dawało 
uratować,  pocieszała  się  spostrzeżeniem,  że  z  duchem  teorji  rozwoju  dobrze  się 
zgadza tradycja o najpóźniejszem stworzeniu człowieka. 

Otóż sprawa nie przedstawia się bynajmniej tak prosto. 
Kto baczniej przyjrzy się cechom psychiki ludzkiej, ten łatwo może spostrzec, 

iż  cały  gmach  rozumowań  ewolucjonistów  stoi  na  piasku  niedość  głębokiego 
ujmowania całej kwestji. 

Najważniejszym faktem, który powinienby dawno zreflektować uporczywych 

ewolucjonistów  -  jest  stosunkowo  zbyt  mała  różnica  między  uposażeniem 
zmysłowem  zwierząt  a  człowieka,  a  nawet  zupełny  brak  jakiejkolwiek  przewagi 
naszej w tym względzie. 

II. 

CZŁOWIEK 

WCIELENIEM 

NAJJASKRAWSZYCH 

SPRZECZNOŚCI

 

Pomimo,  że  ludzie  budową  ciała  różnią  się  między  sobą  tak  niewiele,  jak 

różnią  się  niewiele  między  sobą  w  obrębie  swego  gatunku  konie,  słonie,  wróble, 

background image

muchy,  to  przecież  człowiek  jest  wcieleniem  najjaskrawszych  sprzeczności, 
niespotykanych  w  całej  naturze  ożywionej,  pomimo  że  i  ta  dostatecznie  już  jest 
najeżona sprzecznościami. Mówimy tu oczywiście o sprzecznościach psychicznych 
i  funkcjonalnych,  o  niezmiernych  różnicach  nie  tylko  w  uzdolnieniach 
nabywalnych,  ale  i  w  tem,  co  nazywamy  zwykle  naturą  i  charakterem  danego 
osobnika, rodu, narodu, lub całej mniej lub więcej licznej warstwy społecznej. I tak 
np.  przedstawiciele  warstwy  najwyżej  oświeconej  bez  względu  na  to,  do  jakiego 
ludu  i  narodu  należymy,  wstydzimy  się  normalnych  funkcji  ciała,  związanych  z 
odżywianiem się i rozradzaniem. 

Czujemy  się  szczęśliwi  w  sferze  ideałów,  biegunowo  sprzecznych  z 

instynktami  ciała.  To  jest  bardzo  znamienne,  bo  świadczy  o  nadcielesności  tego 
kompleksu  władz,  który  nazywamy  duszą  ludzką.  Z  tego  powodu  zdawaćby  się 
mogło, żeśmy z gruntu czemś innem i lepszem od przedstawicieli niższych warstw 
mniej oświeconych w narodzie. Ale to nieprawda, bo przecież tylko pewna część 
osobników  naszego  rodu,  i  to  znikoma,  a  należąca  do  wszystkich  warstw 
społecznych,  dąży  wytrwale  ad  astra  i  wyłamuje  się  z  pod  przemocy  instynktów 
zwierzęcych.  Inni  natomiast,  bez  względu  na  społeczną  przynależność,  potrafią 
folgować najbrutalniejszym popędom w stopniu nieznanym nawet u najdzikszych, 
najdrapieżniejszych i najokrutniejszych 

zwierząt.

 

Jednak  nawet  i  ci,  pomimo  łakomstwa,  obżarstwa,  opilstwa,  rozpusty, 

krwiożerczości,  drapieżności,  okrucieństwa  i  t.  d.,  sprzecznych  z  duchowością, 
bynajmniej nie utracają przez to tych władz czy właściwości, które ich wyniosły i 
wynoszą ponad zwierzęta. Co więcej, hołdowanie poziomym i brutalnym żądzom 
cielesnym i uduchowienie nie dzielą ludzi, jakby,  teoretycznie biorąc, być mogło, 
na jakieś dwie osobne odmiany, arcyzwierzęcą a arcyludzką, bezwzględnie ujemną 
i bezwzględnie dodatnią, ponurą i świetlaną, albowiem w każdym rodzie, w każdej 
rodzinie, a nawet często w jednym i tym samym osobniku, w różnym tylko czasie, 
występują  obok  siebie  albo  mogą  występować  spotęgowana  aż  do  karykatury 
zwierzęcość i wzniosła anielskość. 

Uczynki nasze umiemy już oddawna dzielić bardzo stanowczo na złe i dobre, 

ale i tutaj nie uniknęliśmy zamętu i sprzeczności, charakteryzujących naszą naturę, 
albowiem  elastyczność  tych  kompasów,  które  nazywamy  etyką,  prawem, 
sumieniem,  honorem  i  obowiązkiem,  bywa  tak  wielka,  że  równa  się  ich 
nieobecności.  Potrafimy  przecież  nie  tylko  mianować  dobrem  to,  co  inni  za  złe 
uważają,  ale  ogromna  większość  ludzi  przez  cały  długi  ciąg  dziejów  ludzkości 
postępuje  całkiem  świadomie  wbrew  własnym  zasadom,  co  świadczy,  że 
sprzeczności sięgają nawet do głębi natury każdego. 

Więc,  jakkolwiekbyśmy  rozumowali  nad  kwestją  dobra  i  zła,  moralności  i 

niemoralności,  poziomości  i  szczytności  natury  ludzkiej  itd.,  jedno  przeziera  z 
wielką jasnością, mianowicie, że w człowieku zjawił się na ziemi wprawdzie jakiś 
potężny  czynnik  obcy  niższej  naturze,  ale,  rzecz  dziwna,  nie  tylko  wcale  nie 
skasował  on  w  nas,  w  ciałach  naszych,  w  popędach,  natury  zwierzęcej,  ale  z 
największą pewnością spotęgował ją i wyjaskrawił. Uczynił nas pomimo naszego 
człowieczeństwa  jak  gdyby  zwierzętami  w  potędze,  a  równocześnie  zwierzętami 
uniwersalnemi,  i  nie  tyle  w  dobrem,  ile  we  wszelkich  ujemnościach  natury 

background image

ożywionej.  Pomyślmy  tylko!  Gdy  dobre  zwierzę  zawsze,  w  każdych 
okolicznościach  pozostaje  jednako  i  zawsze  dobrem,  łagodne  łagodnem, 
mądrzejsze  od  wielu  innych  zawsze  mądrem,  a  głupie  i  tępe  zawsze  głupiem  - 
jeden tylko człowiek, a właściwie cały ród nasz bez wyjątku reprezentuje doprawdy 
całą orkiestrę, całą gamę tonów, całą tęczę kolorów, całą skalę moralnych wartości, 
od najbardziej dodatnich, iście niebiańskich, aż do szatańskich. 

Dziś, w zaraniu wieku XX-go, następcy wspaniałego w. XIX, który słusznie 

był  dumny  z  wielostronnych  i  płodnych  jak  nigdy  w  dobrodziejstwa  triumfów 
ludzkości,  niemal  na  wszystkich  polach  dodatniej  działalności  ludzkiej  stoimy  u 
moralnego  bankructwa  ogromnej  części  właśnie  najdumniejszego  odłamu  całej 
ludzkości.  Rzekomo  najlepsza  jej  część,  a  właściwie  tylko  najdumniejsza,  zdała, 
niestety, jak niemożna gorzej, egzamin ze swej wyższości. Głosiła się przecież na 
świat cały, jako rasa istnych nadludzi. 

I cóż się okazało? 
Wszak  to  przecież  ta  rzekoma,  elita  ludzkości,  naród  Kanta,  który  odsłonił 

najwyższe szczyty obowiązku cnotliwości, właśnie ten naród, o ironjo, okazał się 
uosobieniem  najbardziej  szatańskich  przeciwieństw  wszelkiej  cnotliwości.  Rzec 
można,  stał  się  on  kwintesencją  zła  w  ludzkości,  ludem  zbrodniczym  w  stopniu 
dotąd w całej przeszłości, mimo licznych upadków, nieosiągniętym. Wszak to ten 
naród  odważył  się  głosić  za  swą  najwyższą  zasadę  kierowniczą  przemoc  przed 
prawem  (Macht  vor  Recht),  najbrutainiejsze  zaprzeczenie  wszechczłowieczej  a 
elementarnej moralności. Zapanowanie tego opacznego hasła zepchnęłoby przecież 
moralnych bankrutów znowu do dawnych nizin. 

Więc zachodzi pytanie, skądże się w nas wziął ten dodatni wynik, tak głęboko 

przeobrażający  naszą  brutalną  naturą?  Gdyby  wypłynął  w  sposób  naturalny  z 
organizacji,  z  ciał  naszych,  jako  prosty  wynik  stałego  "doskonalenia  się"  natury 
zwierzęcej,  nie  mógłby  pod  żadnym  pozorem  być  sprzeczny  z  podstawowemi 
instynktami  wszystkich  ciał  zwierzęcych,  a  więc  i  własnego  ciała,  następnie  zaś 
musiałby  się  tu  i  ówdzie  w  świecie  form  zwierzęcych  już  ujawnić  w  jakiemś 
odchylaniu  się  owych  instynktów  od  instynktów  rodowych,  powszechnie 
panujących u tych zwierząt. 

Gdyby  zaś  znowu  miał  być  w  naszym  rodzie  przeobrażeniem  się  dawnej, 

normalnej natury w coś z nią sprzecznego, to i wówczas zastąpiłby już w całości 
dawne  instynkty,  panujące  w  stadjum  przedczłowieczem,  a  w  takim  razie  nie 
powinno być w naszej naturze znowu tych strasznych a zasadniczych sprzeczności, 
które na każdym kroku rzucają się nam w oczy. 

Skoro  więc  sprzeczności,  któremi  najeżona  jest  cała  nasza  cywilizacja,  nie 

tylko  istnieją,  ale  wyjaskrawiają  się,  i  to  w  tempie  coraz  przyspieszającem  się, 
potęgują się, do stopnia jeszcze choćby przed dziesiątkiem lat nieprzeczuwanego, 
to  tego  jakiegoś  nowego  dobroczynnego  czynnika  nie  możemy  wywodzić  z  ciał 
naszych,  ani  pojawienie  się  jego  przypisywać  jakiejś  normalnej  ewolucji  ciał 
naszych, bo  naturalnej  racji  takiej  ewolucji  w  naszej  przyrodzie nie było.  To  jest 
jasne i nie wymaga osobnego uzasadniania. 

Oto dlaczego wielcy myśliciele musieli szukać źródła tego czynnika zewnątrz 

nas. Oto dlaczego musieli go uznać za zjawisko pozacielesne, supranaturalne, może 

background image

nawet  metafizyczne,  stając  mimowoli  w  sprzeczności  ze  wszystkiemi  wynikami 
nauk  przyrodniczych  i  dla  rozjaśnienia  sprawy  niewiele  zyskując.  Chcąc bowiem 
uniknąć  jednej  niekonsekwencji,  trzeba  było  popaść  w  drugą,  co  zaś  ważniejsza, 
znowu  stanąć  wobec  zagadki.  Jakże  bowiem  wytłumaczyć  nietylko  ścieranie  się 
zwierzęcości  z  uduchowieniem,  pochodzącem  z  zewnątrz,  czyli  ścieranie  się 
zmysłowości z wyższym pierwiastkiem metafizycznym, sprzecznym z cielesnością, 
ale  jeszcze  czem  wytłumaczyć  tę  uporczywość  i  siłę,  z  jaką  ciało  i  jego  żądze 
przeciwstawiają się jakiejś potędze pozacielesnej, a może pozafizycznej? 

Bezsilność  nauki  na  tym  punkcie  stała  się  zapewne  głównym  powodem  do 

odróżnienia nie tylko w człowieku, ale następnie 

w całej już przyrodzie 

zgoła już 

metafizycznych pierwiastków dobra i zła, miłości i nienawiści, "ducha" i "materji". 
I  oto  Ormuzd  i  Aryman  ścierają  się  ze  sobą  w  świecie niemal  jednako  potężni, i 
tylko  w  optymizmie,  stanowiącym  nie  wysychające  źródło  otuchy,  poczytujemy 
boski  pierwiastek  dobra  za  silniejszy  oraz  za  pierwotny  i  spodziewamy  się 
ostatecznie jego zwycięstwa. 

Lecz  nawet  w  tak  szerokiej  koncepcji  wcale  nie  znajduje  zaspokojenia 

natarczywe  pytanie:  dzięki  jakim  okolicznościom  jeden  tylko  nasz  ród  na  Ziemi 
został  uprzywilejowany,  a  poniekąd  i  upośledzony  tajemniczym  pierwiastkiem, 
który  go  wprawdzie  wyniósł  na  jakiś  wyższy  szczebel  bytu,  ale  bynajmniej  nie 
zapewnia  mniejszej  sumy  cierpień,  ani  mniejszej  sumy  bez  przerwy 
powtarzających  się  nikczemności,  niżeli  na  niższych  i  najniższych  stopniach? 
Zaprawdę  samo  piekło,  które  wyśnił  genjalny  Dante,  zbladło  wobec 
uszlachetnionych synów owego wspaniałego początku XX-go w. 

I  w  całej  naszej  wiedzy  nie  znajdziemy  objaśnienia  tych  rzeczy 

niezrozumiałych. Dlatego też już tylko systemy religijne, jako zupełnie niezależne 
od wiedzy pozytywnej, jako oparte na dogmatach i tajemnicach, dają na te pytania 
odpowiedzi. - Ktoby jednak szukał ich albo potwierdzenia, albo wytłumaczenia w 
nauce,  ten  dozna  zawodu.  Ani  filozofja,  ani  nauki  biologiczne  nie  tłumaczą  nam 
zagadki: wyjątkowości człowieka, widniejącej w jego wygórowanym psychizmie, 
w faktycznej nierówności osobników i t. d. i t. d. 

III. TEORJA ROZWOJU NIE TŁUMACZY WYJĄTKOWOŚCI 

LUDZKICH WŁADZ DUCHOWYCH

 

Gdyby  wysokie  zdolności  psychiczne  pozostawały  rzeczywiście  w  prostym 

stosunku do stopnia rozwoju półkul mózgowych, jak to powinno wynikać z teorji 
rozwoju, to mózg ludzki powinienby się pod względem rozwoju bezmiernie różnić 
nie  tylko  od  mózgów  wszystkich  pokrewnych  nam  rodów  zwierzęcych,  lecz  od 
mózgów  paleolitycznych,  tymczasem  kilka  niedawnych  wykopalisk  czaszek 
napewno paleolitycznych dowodzi, że mózgi paleolityczne albo wcale nie różniły 
się rozwojem i budową od mózgów ludzi nam spółczesnych, i to stojących nawet 
na  najwyższym  szczeblu  duchowej  potęgi,  albo  tak  niewiele,  że  owe  różnicę  nie 
wystarczają do wyjaśnienia różnic intelektualnych. 

Gdy  zaś  zważymy, że  w  żadnym  mózgu niema nic nagle darowanego przez 

przyrodę,  bo  każdy  nowy  gram  jego,  przybywający  do  wagi  dawnej,  musiał  być 

background image

okupywany  przez  liczne  pokolenia  wielkim  mozołem  i  w  ścisłej  łączności  z 
przeobrażeniami  w  całym  systemie  nerwowym,  a  więc  w  ścisłej  łączności  z 
ukształtowaniem  wszystkich  zmysłów,  to  łatwo  się  będzie  zgodzić,  że  nie  mógł 
powstać  nagle  w  czasach  głęboko  przedhistorycznych  (np.  paleolitycznych)  jakiś 
bardzo  rozwinięty  mózg,  gotowy  do  nader  skomplikowanych  funkcji,  a  przecież 
wcale  tak  nie  funkcjonujący,  lecz  przeciwnie,  przez  liczne  dziesiątki  tysięcy  lat 
funkcjonujący  w  sposób  bardzo  prymitywny.  I  również  w  czasach  ostatnich  nie 
zaszły żadne takie zmiany w mózgu ludzkim nagłe a ważne, któreby odpowiadały 
ogromnym  zmianom,  zaszłym  faktycznie  w  psychice.  Wszelkie  obserwacje, 
prowadzone  zarówno  nad  mózgami  zwierząt,  jak  ludzi,  przeczą  podobnym 
przypuszczeniom. 

Jeśli  uwzględnimy  te  fakty,  to  pozostaje  przyznać,  że  jeszcze  stoimy  wobec 

zagadki. 

Loeb  w  swoim  "Wstępie  do  fizjologji  i  psychologji  porównawczej"  wręcz 

przyznaje,  że  "masa  mózgu  nie  wykazuje  żadnego  związku  ze  stopniem 
inteligencji"  (dopóki  nie  spada  u  osobnika  do  rozmiarów  patologicznych  lub 
potwornych). (Patrz przekł. pols. str. 200.) 

Sam przyznaje, że u zwierząt zdolność do kojarzeń (psychicznych) jest bardzo 

mała - u człowieka dopiero zadziwiająco wielka (1. c. 221 - 222), i nie znajduje dla 
tej różnicy żadnego wytłumaczenia. Podobną myśl wypowiada 

N. S. Shaler. 

"Gdy 

dochodzimy  do  człowieka,  mówi  on,  zdaje  się,  jak  gdyby  odwieczne 
podporządkowanie ducha ciału było zniesione, umysł rozwija się z nadzwyczajną 
szybkością, gdy tymczasem budowa ciała pozostaje niezmienna bez względu na to, 
co w niej jest istotnem". 

Rzeczywiście,  kompromitująco  podobny  do  mózgu  wielu  małp,  mózg  nasz 

jest  mało  co  większy  od  ich  mózgów,  a  te  różnice,  jakie  faktycznie  istnieją, 
doprawdy  nic  nie  tłumaczą.  Mózg  nasz  nie  rozrósł  się  wcale  od  czasów 
paleolitycznych,  tymczasem  patrzmyż,  dokąd  zaszedł  w  krótkim  stosunkowo 
okresie  ostatnich  kilku  tysięcy  lat  rodzaj  ludzki.  Małpy,  mimo  rażącego 
podobieństwa  ich  budowy  do  naszej,  mimo  że  są  równie  starożytnemi,  jak  my, 
rodami na ziemi, nie zdobyły się na nic więcej ponad to, na co zdobywali się ich 
przodkowie  mniej  lub  więcej  odlegli.  Zastój,  podobny  do  "zastoju"  na  całej  linji 
zwierzęcej,  jest  ich  udziałem,  tymczasem  u  nas,  zwłaszcza  w  ostatnich  paru 
tysiącoleciach,  każde  niemal  pokolenie  inaczej  myśli,  co  innego  wykonywa  i  do 
czego  innego  dąży!  Każde  robi  swoje  własne  odkrycia  i  wynalazki,  każde  nowe 
pokolenie  zadziwia  własnych  ojców  coraz  bardziej  imponującemi  dziełami,  choć 
ród nasz wcale nie zmienia się  fizycznie, choć mózgi dzisiejsze  nie są ani  trochę 
większe od mózgów naszych przodków z przed lat kilkunastu tysięcy! 

Jeżeli  więc  ewolucja  taka  jak  nasza,  dziwnie  galopująca,  a  równocześnie 

obywająca się bez odpowiednio wielkich zmian anatomicznych, nie dotyka wcale 
zwierząt,  to  jedno  z  dwojga  staje  się  pewnem:  albo  zwierzęta,  nie  wyłączając 
najpodobniejszych  nam  zoologicznie,  -  nie  podlegają  wcale  ewolucji,  -  albo  ta 
nasza,  równie  dziwna,  jak  bezprzykładna  -  i  objawiająca  się  tylko  w  sferze 
duchowej, - nie jest już wcale ewolucją. Tertium non datur. Skoro zaś przyrodnicy 
dość zgodnie utrzymują, że wszystko, co żyje, jest dziełem ewolucji, to musimy się 

background image

już zgodzić, że ten osobliwy zaiste "postęp", na jaki patrzymy w naszym świecie, 
nie  może  być  wynikiem  ani  prostej  ewolucji,  choćby  wyjątkowo  przyspieszonej, 
ani  nawet  jakiegoś  skoku,  w  rodzaju  mutacji,  bo  naprzód  jużby  go  anatomowie, 
zoologowie  i  paleontologowie  zauważyli,  a  następnie  sprzeciwia  się  takiemu 
przypuszczeniu  istnienie  zupełnie  zdrowych  na  ciele  głupców  i  ludzi  bardzo 
tępych. 

Tłumaczenie istnych cudów ludzkiej psychiki prostą i regularną ewolucją jest 

tedy  niedopuszczalne,  zwłaszcza  jeszcze  i  dla  kilku  odrębnych,  a  jednako 
poważnych  racji.  Między  innemi  przeczy  temu  choćby  ogromna  niejednakowość 
władz  psychicznych  u  różnych  osobników  naszego  rodu  w  tem  samem  nawet 
społeczeństwie I przy tych samych nawet kształtach mózgu i czaszki, - a następnie 
ich niedziedziczność. 

A  toż  gdyby  potężne  władze  psychiczne  ludzkie  miały  być  rzeczywiście 

wynikiem tylko rozwoju naturalnego, - to już po tylu wiekach żywota w cywilizacji 
powinnibyśmy wszyscy rodzić się dziś jednako rozumnymi, czy mądrymi, bo tak 
przecież jednakowemi rodzą się zwierzęta. Każde w swoim gatunku jest obdarzone 
własną mądrością rodową i wrodzoną, jakby przyrosłą do jego postaci, każde ma 
własny  charakter  specyficzny,  tak  ustalony  w  szeregu  niezliczonych  pokoleń,  że 
nieuniknione  różnice  indywidualne  zamykają  się  w  niezmiernie  szczupłych 
granicach. 

Mózg  lisa  zawsze  decyduje  o  istnieniu  niezmiennych  władz  psychicznych 

lisich, mózg wilka - o wilczych. Lis nie może nabyć psychiki wilka, choćby chował 
się między wilkami, ani odwrotnie. U zwierząt charakter i władze psychiczne płyną 
w  sposób  konieczny  z  samego  ustroju  zarówno  mózgu,  jak  całego  ciała,  jak  z 
odziedziczonych właściwości. Nawet najstaranniejsza tresura czy kultura niewiele 
może  odchylić od  typu  normalnego, gdzie zaś  odchyla,  np. u  psa,  tam  w  parze  z 
odchyleniami  idą  zaraz  odpowiednie  zmiany  w  całej  postaci  (rasy  psów).  Zatem 
psychika zwierzęca, odchylona od dawnej normy, okazuje się zaraz psychiką całej 
rasy albo odmiany zoologicznej. 

Tymczasem u ludzi spotykamy się z innym stanem rzeczy. Tu psychiczność 

wcale nie chodzi w parze z fizycznością. Samo posiadanie pod czaszką zdrowego 
mózgu ludzkiego wcale nie decyduje ani o charakterze, ani o jakości, ani o zakresie 
władz umysłowych osobnika. 

My  ani  w  ciągu  dojrzewania,  ani  po  długich  latach  żywota  nie  stajemy  się 

jednakowo mądrymi i równymi sobie 

psychicznie.

 Głowy mędrców i prostaków w 

zasadzie  są  prawie  jednakowe,  ale  funkcje  psychiczne  zarówno  jednostek,  jak 
całych  ludów  wcale  nie  zdradzają  tej  równomierności,  która  powinna  być 
następstwem prostej ewolucji ludzkiego systemu nerwowego. 

Wyższości  też  oraz  bogactwa  psychiki  ludzkiej,  możliwej  tylko,  ale 

występującej nie u wszystkich  jednostek, w  żaden  sposób nie można poczytywać 
za  proste  następstwo  wysubtelnienia  się  systemu  nerwowego,  podobnie,  jak 
niższości oraz ubóstwa psychik zwierzęcych  - nie można tłumaczyć odpowiednio 
prostszą  budową  i  odpowiednio  mniejszą  subtelnością  mózgów.  Przecież 
obserwacja obyczajów i zmyślności zwierząt, trudna wprawdzie (oparta jedynie na 
widomych  reakcjach  na  bodźce  i  na  porównywaniu  ich  z  własnemi  naszemi 

background image

reakcjami),  nie  wykazała  żadnych  braków  zasadniczych  w  zmyślności  zwierząt, 
oczywiście wyższych, bliższych człowiekowi. Nie brak im ani jednej podstawowej 
władzy (psychicznej) ludzkiej. Powiadają np. psychologowie, że myśl jest dziełem 
pamięci,  podległem  prawom  uwagi.  Ależ  pamięć,  ów  podstawowy  warunek 
wyższego  życia  duchowego,  niczem  nie  bywa  gorsza  u  zwierząt  od  naszej. 
Mechanizm psychiczny jest podobny w głowach ludzkich i zwierzęcych. Zwierzęta 
także operują abstrakcjami, one nawet instynktownie rozumują, czyli, nie wiedząc 
o tem, wiążą pojęcia w sądy i sądy w 

rozumowania i wnioski.

 

Zwierzętami,  zwłaszcza  wyższemi,  poruszają  zasadniczo  te  same,  tylko  bez 

porównania mniej skomplikowane uczucia i dążenia, które są motorami czynności 
ludzkich.  Skądże  więc  ta  bezmierna  różnica  między  obu  typami  psychik?  Skąd 
uporczywa ograniczoność i coś podobnego do zastoju z jednej strony, z drugiej zaś 
istne  cuda  jakiegoś  dziwnie  rozwiniętego,  przenikliwego  i  zróżnicowanego 
psychizmu, i to, powtarzam, - tylko możliwe, ale wcale niekonieczne u osobników 
ludzkich? Przecież ten sam mózg ludzki, jednakowy anatomicznie w całym rodzie 
Homo, na wszystko wystarcza, lub też może mieścić inteligencję zaledwie mało co 
wyższą od zwierzęcej, pozostając mimo to i zdrowym, i normalnym. Może się w 
nim  mieścić  umysłowość  tępa  i  prostacka,  równie  dobrze,  jak  genjalna  i  głęboko 
filozoficzna.  Mądrość  kupca,  rolnika,  rzemieślnika,  prawnika,  lub  też  wszystkie 
razem.  Największa  dobroć  i  prawość  zarówno,  jak  złośliwość  i  przewrotność.  W 
jednym  rodzie,  w  jednej  rodzinie,  a  nawet  w  jednym  i  tym  samym  osobniku 
spotykają  się  najjaskrawsze  kontrasty:  spotęgowana  zmysłowość  i  spotęgowana 
człowieczość, brutalność i subtelność, tępa głupota i genjalność, podłość i zacność. 
Taka  właściwość  tego  samego  systemu  nerwowego  nie  daje  się  już  wyjaśnić 
prawami  prostego  rozwoju,  i  ktoby  się  przytem  upierał,  dowodziłby  tylko  złego 
orjentowania się w zjawiskach. 

I  otóż,  jak  na  dłoni,  bezsilność  uniwersalnej,  zdawałoby  się,  teorji,  a 

jednocześnie  nieścisłość  samej  definicji  człowieka,  którego  zoologowie  nazwali 
"sapiens".  Dobry  przyrodnik  powinienby  się  pierwszy  na  tem  poznać,  że  to 
nieprawda. Człowiek jest tylko zdolny do zostania mądrym, i to w najrozmaitszych 
kierunkach. Definicja "mądry" tak samo daleka jest od prawdy w zastosowaniu do 
całego rodu, jak daleka byłaby formuła, że człowiek to jestestwo dobre. Wprawdzie 
człowiek  bywa  jestestwem  bardzo  dobrem  i  poczciwem,  czasem  anielskiem,  ale 
równie często bywa potwornie złem w najrozmaitszych rozumieniach tego pojęcia. 
Ród  nasz  wciela  w  sobie,  pomimo  jednakowej  postaci,  wszystkie  dodatnie,  ale  i 
wszystkie  ujemne  uzdolnienia  i  charaktery,  dostrzegane  w  świecie  zwierząt,  a 
nawet podnosi je do potęgi. 

Sam  jeden  mógłby  zastąpić  na  ziemi  całą  przebogatą  galerję  typów 

zwierzęcych.  Ciągle  ten  sam  -  i  ciągle  inny!  Wszędzie  ten  sam  i  wszędzie  inny! 
Przed  taką  wielostronnością  dynamiczną,  idącą  w  parze  z  jednakowością 
morfologiczną  i  fizjologiczną,  powinien  skapitulować  rozsądny  ewolucjonista  i 
powinien przyznać, że ma tutaj do czynienia ze zjawiskiem, do którego naukowego 
wytłumaczenia ramy jego teorji są stanowczo za ciasne. 

background image

Nie!  w  naszym  rodzie  musiało  dokonać  się,  niezależnie  od  pospolitej 

ewolucji,  której  podlegają  wszystkie  organizmy,  jeszcze  coś  takiego,  co  się  nie 
odbywa w żadnym więcej. 

Zagadka władz umysłowych człowieka i wogóle zagadka cywilizacji wynikłej 

z tych władz, jest bardziej skomplikowana, niżby się to wydawało i przyrodnicy jej 
nie przeniknęli. 

Doprawdy,  niema  w  tem  nic  dziwnego,  że  nikt  jeszcze  nie  wystawił 

prawdziwie,  zrozumiałej  teorji  prostego  rozwoju  psychiki  ludzkiej  ze  zwierzęcej, 
bo  to  byłoby  sprzeczne  z  faktami.  Przepaści  faktycznej  miedzy  zwierzęciem  a 
człowiekiem  nie  zapełnią  żadne 

rozumowania  ewolucjonistyczne. 

Wprawdzie 

wpadano  już  na  przeróżne  domysły,  ale  żaden  nie  ziścił  nadziei  ich  twórców, 
widzieliśmy  np.  że  pokładano  duże  nadzieje  w  pomyśle,  że  to  może  żywot  ludzi 
społem  jest  przyczyną  wszystkich  "wyższości"  naszego  rodu.  Otóż  gdyby  nawet 
tak być miało - to i wówczas zagadka pozostawałaby nadal zagadką, albowiem sam 
żywot  społem,  sama  nasza  towarzyskość,  wcale  inna,  niż  towarzyskość  zwierząt, 
należy do faktów równie zagadkowych, jak nasz psychizm, właśnie z powodu jego 
wyjątkowości, albo wyjątkowości jego skutków. 
iiiii

 

Pomimo,  że  nauka dzisiejsza,  zarówno  jak  wczorajsza,  wciąż  jeszcze  uważa 

społeczność  naszą  za  jedno  z  pospolitą  gromadnością  (właściwą  wielu  gatunkom 
zwierzęcym),  to  jednak  społeczności  ludzkiej  nie  można  nawet  wyprowadzać  z 
instynktu  gromadnego.  To  są  zjawiska  zupełnie  różne!  Staraliśmy  się  to 
udowodnić 

już w Prolegomenach.

 

Patrzmyż,  czy  nasze  współżycie  można  porównać  ze  spółżyciem  zwierząt 

gromadnych? Wszak tu i tam mamy objawy wprost sprzeczne. 

W  gromadach  zwierzęcych  panuje  instynktowa  solidarność.  Przyjazna 

obojętność  jest  tam  regułą.  Tymczasem  ludzie  pozostają  ze  sobą  w  ciągłych 
zatargach i w stosunkach często gorszych od tych, jakie panują między wrogiemi 
sobie  rodzajami  zwierząt.  Jednak,  i  to  jest  godne  zaznaczenia,  że  mimo  to  nie 
rozbiegają się, ale żyją dobrowolnie w tem piekle, które sobie sami wytworzyli, bo 
ono naprzemian bywa dla nich także rajem, co zaś najważniejsza, ono jedno daje 
im to, co jest niezbędne dla bytu ludzkiego. 

Że "gromada" ludzka musi być zasadniczo czemś innem, niż zwierzęca, tego 

jaskrawo  dowodzi  jeszcze  inny  fakt. Oto,  gdy  byt  zwierząt  staje się  w  stłoczeniu 
coraz  trudniejszy,  a  gęstość  gromady,  przechodząca  pewną  miarę,  prowadzi,  dla 
samego  braku  środków  do  życia,  do  jej  rozproszenia  lub  unicestwienia,  w 
gromadach  ludzkich widzimy  coś  całkiem  przeciwnego. Zjawiska czysto  ludzkie, 
całkiem  obce  bytowi  zwierzęcemu,  a  jednak  najściślej  związane  z  naszym  bytem 
gromadnym,  zjawiska,  które  pospolicie  nazywamy  społecznemi,  w  miarą 
zagęszczania się ludności zyskują jeszcze na sile. - Najbujniej i najwszechstronniej 
rozwijają  się  przecież  w  potwornych  i  wieki  trwających  skupieniach,  zwanych 
wielkiemi  miastami.  Tu  są  właśnie  najtęższe  kuźnie  "cywilizacji",  tu  duchy 
nabierają  największej  mocy  i  rozległości,  tu  wszystko,  co  ludzkie,  najwyżej 
wystrzela,  ale  jednocześnie  tu,  obok  kryształowej  czystości,  toczą  się  największe 
brudy i męty. Tu ludzie różnią się między sobą najbardziej. I nie uciekają od siebie, 

background image

powtarzam,  ale  jeszcze  z  zewnątrz,  ze  słabszych  skupień,  ciągną  do  miast  wciąż 
nowe ich zastępy. 

Czem się to dzieje? Oto znowu dlatego, że w tej pozornej gromadzie stają się 

czemś  więcej,  specjalizują  swe  uzdolnienia  całkiem  nieznane  w  gromadach 
zwierzęcych  i  zjednoczonemi  siłami  wytwarzają  sobie  mnóstwo  przedmiotów, 
nieznanych  i  niepotrzebnych  zwierzętom,  które  jednak  ludzie  uważają  za  tak 
pożądane i konieczne, że bez nich czują się wprost nieszczęśliwi. 

Ludzie znajdują zaspokojenie swych potrzeb tylko w związku ze sobą, tylko 

w  społeczności,  tu  bowiem  dopiero  zjawia  się  rzecz  bezprzykładna,  mianowicie 
twórczość  materjalna,  mająca  za  cel  zaspokajanie  pragnień  i  potrzeb 
nadzwierzęcych, 

I cóż za potęgę rozwija nasz ród w tej twórczości! 
Patrzmy  na  spółczesne  dzieła  nasze,  na  to  imponujące,  nawet  obytemu  z 

cudami nowożytnej techniki, powiązanie tysięcy dążeń i działań ludzkich i tysięcy 
machin  potężnych,  które  sobie  zjednoczonemi  siłami  wytwarzamy,  -  w  jedno 
zgodne  i  sprawne  funkcjonowanie  choćby  np.  wielkiego  jakiegoś  zakładu 
metalurgicznego,  gdzie  roztopione  żelazo  strumieniem  wypływa  z  pieców, 
przerabiane  bywa  natychmiast  w  stal,  którą  porywają  kolejno  setne  urządzenia  i 
maszynerje i, w stanie do białości rozpalonym, niby wosk miękki, w lot urabiają w 
szyny  lub  blachy.  Kolosalnej  wagi  rozżarzone  bloki  i  bryły  dźwigane  są, 
przesuwane,  przenoszone,  krajane,  gięte  i  rozpłaszczane  bez  dotknięcia  ręką 
ludzką,  ale  z  nieuchronną  pewnością,  siłą  i  dokładnością.  Stosunkowo  nieliczni 
robotnicy kręcą się w tem cudownem piekle pośród kolosalnych młotów, dźwigni, 
walców,  trybów  i  kleszczy,  niby  wątłe  robaczki,  obce  potędze  owych  stalowych 
olbrzymów,  wykonywających  w  sposób  zupełnie  rozumny,  choć  automatyczny, 
najbardziej  skomplikowane  czynności,  do  których  wykonywania  byłyby  za  słabe 
tysiące ramion ludzkich. A przecież ci robotnicy wespół z inżynjerami, wydającymi 
polecenia,  pomimo  nicości  własnych  sił  fizycznych  w  stosunku  do  ogromu 
dokonywającej się tu pracy, są naprawdę jedynym motorem tej pracy. Oni to, nie 
zaś  martwe  machiny,  prowadzą  całe  to  dzieło  olbrzymów.  Więc  pytam:  czemuż 
tylko osobniki rodu Hominis znalazły w sobie moc do rządzenia temi machinami? 
Czemuż  tylko  one  zbudowały  sobie  tak  tytaniczne narzędzia,  których  działalność 
nie stoi w żadnym rozsądnym stosunku do sił ich dłoni i ramienia? Czemuż, gdy 
goryl,  lub  orangutang  posługują  się  dziś,  jak  zawsze,  -  co  najwyżej  naturalnym 
kawałkiem  drzewa  lub  kamieniem,  podjętym  z  ziemi,  człowiek  od  pewnego,  i  to 
niedawnego,  czasu  powołał  do  istnienia  cały  rozległy  "świat",  stanowiący 
naprawdę osobną a ogromną w swej rozmaitości nadbudowę. 

IV. 

PRÓŻNE 

WYSIŁKI 

HUMANISTÓW 

ROZWIĄZYWANIU  ZAGADKI  LUDZKICH  WŁADZ 
PSYCHICZNYCH

 

Nie  znajdując  u  przyrodników  objaśnienia,  skąd  się  wziął  wielostronny 

genjusz ludzki, bystrzejsi humaniści usiłowali na swój sposób zagadkę rozwiązać. 

background image

Usiłowania  te  można  podzielić  na  trzy  typy.  Na  dociekania,  wychodzące  z 

jakiegoś twierdzenia, które przyjęto odrazu za pewnik lub zasadę,  - na dociekania 
metodą przeważnie indukcyjną, - i na dociekania z logicznem zastosowaniem obu 
metod, dedukcyjnej i indukcyjnej. 

Prace, dające się zaliczyć do typu pierwszego, nie mogą posiadać charakteru 

ściśle  naukowego,  bo  wnioski  ich  wypływają  z  założeń,  opartych  zawsze  na 
pierwszem  twierdzeniu  aprjorycznem,  czyli  na  dowolności,  odbierającej 
wiarogodność wnioskom. 

Również i sama indukcja niewiele dać może. 
Więc tylko poszukiwania trzeciego typu zasługują na miano naukowych. 
Wprawdzie  i  ta  złożona  metoda  badania  prowadzi  tylko  do 

prawdopodobieństw,  ale  innej  drogi  zdobywania  wiedzy  niema,  i  musimy 
zadawalniać się prawdopodobieństwami, pocieszając się tem, że cały postęp nauki 
polega  na  ustawicznem  zwiększaniu  owego  prawdopodobieństwa  drogą 
nieustannych uzupełnień i poprawek. 

Dopiero więc wzajemne dopełnianie się indukcji i dedukcji umożliwia pochód 

nauki,  co  tak  plastycznie  sformułował  Schmoller,  mówiąc,  że  te  dwie  metody  to 
jakby para nóg człowieka, niezbędna mu do poruszania się naprzód. 

Otóż  ten  odłam  humanistów,  który  nie  uznaje  pewników  apriorycznych, 

usiłując  doszukać  się  warunków,  jakie  umożliwiły  pra-człowiekowi 
zdystansowanie  pod  względem  psychicznym  wszelkich  innych  jestestw,  począł 
przerzucać mosty nad przepaścią, dzielącą człowieka od zwierzęcia. 

W tych usiłowaniach najczęściej nie porzucano gruntu nauk przyrodniczych, 

żywiąc  nadzieję,  że  to,  co  się  nie  udało  czystym  przyrodnikom,  może  się  udać 
umysłom,  zaprawionym  do  badania  zjawisk,  skomplikowańszych  od  zjawisk 
czysto fizycznych i biologicznych. 

Gdy  jedni  dowodzili,  że  główną  przyczyną  wystąpienia  ludzkich  zjawisk 

duchowych, więc cywilizacji, jest tylko przemoc silniejszych czy dzielniejszych w 
gromadzie  (Hobbes),  -  inni  dopatrywali  się  przyczyny  cywilizacji  w  czemś 
biegunowo  przeciwnem,  bo  właśnie  w  sympatji  "podobnych"  (Grotius).  Jeszcze 
inni  za  taki  czynnik  uznali  poprostu  naśladowanie  się  wzajemne  osobników, 
gromadnie  bytujących,  (Tarde),  byli  zaś  tacy,  którzy  wszystko  wyjaśniali  albo 
walką  ras  albo  podbiciem  rasy  słabszej  i  wyzyskiwaniem  jej  sił  na  korzyść  rasy 
dominującej,  albo  podziałem  pracy,  wspólnością  interesów,  albo  jakąś  dążnością 
do  doskonalenia  się  (C.  Ward),  mistyczną,  bo  wymagającą  uznania  celowości  w 
przyrodzie, i t. d. 

Osią wielu pomysłów stała się znowu myśl, że wyższości rodu naszego muszą 

być następstwem spółżycia w gromadzie i tych wielkich korzyści, które powinnyby 
wynikać z wzajemnego uzupełniania się osobników i wspierania się w gromadzie, 
jako  też  tarć,  powstających  na  skutek  przemocy  lub  spółzawodnictwa.  Myśl  taka 
podobała  się,  zwłaszcza  przyrodnikom,  więc  do  studjów  nad  gromadami 
zwierzęcemi  celem  podpatrzenia  w  nich  choćby  najsłabszych  pierwocin 
skomplikowanych  zjawisk  psychicznych,  występujących  wyraźnie  tylko  w  rodzie 
hominis,  rzucił  się  szereg  wybitnych  przyrodników  (Van  Beneden,  Romanes, 
Savage, Darwin, Lubbock, Wallace i wielu innych). 

background image

Poczęto  też  oglądać  się  za  najpierwotniejszemi  formami  "bytu  społem"  w 

rodzie ludzkim. 

Filozofowie,  etnologowie,  historycy,  prawnicy,  psychologowie,  każdy  w 

swoim  zakresie,  postawili  sobie  za  obowiązek  docierać  do  pierwocin  tych 
instytucyj,  które  ich  interesowały.  Na  całej  linji  rozwinęła  się  gorączkowa  i, 
zdawało  się,  obiecująca  działalność.  Posypały  się  studja  specjalne.  Każdy  z 
badaczów  zajął  się  stroną  najbardziej  mu  znaną,  celem  zaś  wszystkich  stało  się 
odnalezienie najprostszych form zjawisk "społecznych". 

Wynikła  stąd  jednostronność  studjów,  jak  również  ich  nierównomierność. 

Jedne  kwestje  pociągały  zbyt  wiele  umysłów,  stając  się  jakgdyby  dominującemi, 
choć były tylko modnemi, inne, może ważniejsze, spoczywały w zaniedbaniu. 

Wszystkie  tego  rodzaju  studja  i  spory  właściwie  nie  docierały  do  jądra 

zagadnienia  socjologicznego,  gdyż  właściwie  chodziło  w  nauce  o  kwestję 
podstawową: co przetworzyło nieczłowieka w człowieka i proste gniazdo rodzinne, 
bądź stado - w społeczeństwo? 

Czynnikiem  przetwarzającym  nie  mogła  tu  być  żadna  forma  spółżycia, 

albowiem każda z tych form trafia się w rodzie ludzkim. 

Nie spostrzeżono się, że tutaj niezrozumiały skutek czegoś nieznanego wzięto 

za przyczynę. Wyobrażono sobie, że gromady zwierzęce, a społeczeństwa ludzkie 
pierwotne, to niemal synonimy. 

Złudzenie, i to ciężkie złudzenie! 
Nie tylko stada i gromady, ale nawet i tak zwane "społeczeństwa" zwierzęce 

wcale nie są tem samem, czem społeczeństwa ludzkie. Nic też dziwnego, że, skoro 
nie  dobadano  się  przyczyny  tej  formy  bytu,  którą  mianujemy  "społeczną",  samo 
społeczeństwo  jest  dotychczas  pojęciem  mętnem  i  nieustalonem.  Powie  kto,  że 
ostatecznie niejasność ta jest rzeczą obojętną, ale tak być nie może. Nauka, mająca 
za przedmiot jakieś naturalne zespoły ludzi, winna wiedzieć przedewszystkiem: co 
sprawiło,  że  od  pewnego  czasu  jestestwo  niespołeczne,  pra-człowiek,  stało  się 
społecznem?  Jeśliby  socjologja  nie  była  tego  pewną,  wiedziałaby  stanowczo  za 
mało. 

Wszak  o  człowieczeństwie  naszem  decydują  przecież  władze  psychiczne. 

Pytanie: co je wywołało i co podtrzymuje, nie może być obojętne w socjologji. 

V.  WSZYSTKIE  PODSTAWOWE  ZAGADKI  PSYCHIKI 

LUDZKIEJ  DOMAGAJĄ  SIĘ  ROZWIĄZANIA  JUŻ  W 
SFERZE ZWIERZĘCEJ.

 

Od czasu Hartleya psychologowie dzisiejszej doby, z Jamesem i Wundtem na 

czele,  wypracowali  teorje  kojarzenia  się  stanów  psychicznych  (teorie  asocjacji  i 
apercepcji),  zrozumieli,  że  wiązanie  się  wyobrażeń  w  łańcuchy  jest  procesem 
fundamentalnym, zachodzi bowiem w taki sam sposób w głowie zwierzęcia, jak w 
ludzkiej. Rozumieją, że najprostsze nawet wyobrażenie jest już zjawiskiem bardzo 
złożonem.  Zbadali,  jak  powstają  jasne  i  dokładne  wyobrażenia,  ile  ich  może 
znaleźć się równocześnie w polu widzenia, a ile w polu świadomości, czyli ile ich 
może  być  "percypowanych"  a  ile  "apercypowanych".  Wykładają  nam,  że 

background image

nieprzerwane  pasmo  wyobrażeń  skojarzonych  płynie  w  nas  bez  udziału  woli  i 
świadomości.  Powiadają,  że  wrażenia,  kombinując  się  jedne  z  drugiemi, 
wytwarzają  te  wszystkie  pojęcia,  do  jakich  człowiek  jest  zdolny.  -  Powtarzają  za 
Lockem,  że  wszystkie  pojęcia  pochodzą  z  doświadczenia  (drogą  obserwacji  i 
rozwagi). Dokonali wielu ważnych i ciekawych odkryć, zrozumieli (o tyle, o ile to 
wczoraj było możebnem) czem jest pamięć, wola, uwaga itd.  - i nie zadano sobie 
pytania: więc skądże w obu głowach, zwierzęcej i ludzkiej, tak bardzo odmienne są 
skutki procesów zasadniczo tych samych. 

Właściwie zadawano sobie i  takie pytanie, ale zaspokojono  się przyznaniem 

człowiekowi "większej zdolności" do skojarzeń! 

Wynikałoby  z  tego,  że  ludzka  inteligencja  jest  wynikiem  jedynie  tylko 

"większej zdolności" w kojarzeniu wrażeń i wyobrażeń. 

I  w  samej  rzeczy,  pragmatysta  James  wyraźnie  utrzymuje,  że  człowieka  od 

zwierząt różni przedewszystkiem zdolność przetwarzania potoku surowych wrażeń 
zmysłowych "na hierarchję pojąć" (A pluralistic Universe). Zdolność ową zalicza 
do "najwspanialszych znamion naszych". 

Doprawdy, zdumienie ogarnia człowieka, który już wyrwał się z mroków, nie 

pozwalających  dostrzec  wielkiej  i  zasadniczej  różnicy,  jaka  zachodzi  między 
wyobrażeniami,  a  tem,  co  w  filozofji  i  psychologji  nazywamy  pojęciami,  -  jak 
można oba te elementy myślenia brać niemal za jedno. 

Jest  wprost  niezrozumiałem,  komu  jeszcze  mogą  wystarczać  przestarzałe 

deklamacje  na  temat  gatunkowej  czyli  wrodzonej  "doskonałości"  naszej  psychiki 
wobec  faktu,  że  mózg  zwierząt  produkuje  zawsze  tylko  mądrość  gatunkową,  w 
której  niewiele  można  zmienić  i  niewiele  dodać,  ludzki  zaś  -  to  jakgdyby  puste 
zrazu,  ale  otwarte  naczynie,  w  którem  może  być  łatwo  umieszczona  bogata 
zawartość psychiczna, jedna z tysięcy możliwych i niezmiernie różnych. 

Już  ta  jedna  różnica  mogłaby  nas  ostrzec,  że  nasza  mądrość  nie  płynie,  na 

podobieństwo intelektu zwierzęcego, z samego ustroju, jakby być powinno (gdyby 
była prostą właściwością gatunku). 

Komuż zresztą może wystarczać wywodzenie cudów człowieczości z jakiejś 

"towarzyskości",  gdy,  powtarzam,  widzimy  w  wiekuistej  stagnacji  gatunki 
odwiecznie towarzyskie, z drugiej zaś strony osobniki ludzkie, a nawet całe ludy, 
na  bardzo  dużych  stopniach  uduchowienia.  Czyż  tu  bytowanie  społem  coś 
tłumaczy? 

Więc  już  samo  "społeczeństwo"  z  jego  bezprzykładnem  zróżnicowaniem 

uzdolnień i czynności ludzkich, z jego nieprzewidywalnością, ze wznoszeniem się 
lub opadaniem jego cywilizacji, okazuje się zagadką. 

Wszak w żadnym organizmie, w żadnym typie czy gatunku zwierzęcym lub 

roślinnym  nie  powstaje  ani  przeobraża  się  nic  ważnego  bez  dostatecznych 
powodów biologicznych, a tymczasem dla utrzymania się osobników ludzkich na 
łonie  przyrody  niepodobna  dostrzec  żadnej  potrzeby  (biologicznej)  takich  władz 
psychicznych, jakie od pewnego czasu zaszły w naszym rodzie i które stanowią coś 
w rodzaju "nadfenomenu". 

Nie można tego tłumaczyć gorszem uposażeniem od "natury", bo zwierzętom 

"wyższym"  nie  brak  ani  jednej  podstawowej  władzy  psychicznej  z  liczby 

background image

właściwych człowiekowi. Pomijam, że u wielu rodzajów i gatunków sprawność to 
tych, to innych zmysłów bywa nawet większa od sprawności naszych, ważniejszem 
bowiem  jest  to,  że  cały  system  nerwowy  funkcjonuje  tak  samo  jak  u  nas.  Proces 
asocjacji  stanów  psychicznych,  apercepcja,  możność  wspominania  doświadczeń 
przeżytych, złożoność wyobrażeń, uczuć i popędów itd. wszystko to jest w gruncie 
podobne do naszych. 

Zdolność orjentowania się przewyższa w wielu rodzajach i gatunkach o całe 

niebo ludzką; dość wspomnieć gołębie, psy, konie i ptaki przelotne. A gdy jaskółka 
w zwinnych zwrotach ściga wymykającą się zdobycz czteroskrzydłą i dopada jej w 
tym punkcie przestworza, gdzie droga owadu ściganego krzyżuje się z jej własną 
drogą, t. j. w tem miejscu, dokąd zmierzała jaskółka, choć tam owadu jeszcze nie 
było,  to  dokonywa  ona  tak  samo  precyzyjnej  pracy  psychofizycznej  i  z  lepszą 
orjentacją przestrzenną, jaką wykonywa rozumem obdarzony myśliwy, gdy trafia w 
locie  jaskółkę.  Więcej  powiem,  jaskółka  rozwiązuje  zadanie  w  zasadzie  podobne 
do  zadania  astronoma,  gdy  ten  odnajduje  jakąś  planetę  na  sklepieniu  nieba  tam 
właśnie,  gdzie  znaleźć  się  powinna.  Niech  nas  nie  zbija  z  tropu  ta  różnica,  że 
astronom  dokonywa  pracowitego  obrachunku  na  podstawie  poznanych  wcześniej 
elementów  ruchu  planet,  jaskółka  zaś  obchodzi  się  bez  tego  wszystkiego.  Oba 
rozwiązania są pomimo wszystkie różnice jednako "cudowne", cała zaś różnica w 
tem  spoczywa,  że  jaskółka  czyni  to  nieświadomie  i  tylko  przez  wprawę  na 
instynkcie odwiecznym opartą, tak samo zresztą, jak myśliwy, astronom zaś przez 
świadomą pracę, wspierającą się na bardzo wydoskonalonej wiedzy. 

Gdy  zaś  jeszcze  raz  zważymy,  że  wysoka  inteligencja  wielu  członków 

społeczeństwa, ich przenikliwy rozum i wiedza, mające charakteryzować w sposób 
specyficzny  człowieka,  nie  towarzyszą  naszej  organizacji  tak  koniecznie,  jak  to 
bywa  z  każdą  psychiką  rodzajową  zwierzęcą,  to  znaczy,  nie  towarzyszą 
człowiekowi  ani  zawsze  ani  wszędzie,  to  łatwo  zrozumieć,  że  nie  mogą  one  być 
przypisywane samej organizacji ciał naszych, ani rzekomemu wydoskonaleniu się 
na drodze prostej ewolucji. 

Po  bezstronnem  przeto  rozważeniu  zwierzęcych  sprawności  psycholog  musi 

przyjść  do  przekonania,  że  wszystkie  podstawowe  zagadki  psychologji  ludzkiej 
istnieją już w całej pełni w sferze zwierzęcej i tam domagają się rozwiązania, jako 
ogólnie biologiczne, nie zaś specjalnie ludzkie. 

 

Uwaga!

 

[Fizyczny  typ  ludzki  mógł  uchodzić  za  wyjątkowo  dobry  podkład  dla 

pojawienia się "ducha", a również i za najpóźniejsze, a stąd najdoskonalsze dzieło 
prostego rozwoju, tylko dopóki świat uczony nie odkrył dowodów z jednej strony 
jego  ogromnej  dawności,  z  drugiej  bardzo  dawnych  krzemieni  otłukiwanych  w 
sposób, narzucający przekonanie, że są dziełem jestestw, posiadających kończyny, 
uzdolnione  do  takich  złożonych  czynności,  jakie  tylko  ręka  ludzka  zdolna  jest 
wykonywać. Tylko póki nie dokonano tych odkryć, względna młodość wszystkich 
cywilizacji bardzo dobrze wiązała się z ustalonem przekonaniem o zjawieniu się na 
ziemi dopiero w czasach niedawnych cielesnego typu Hominis. 

background image

Byłoby  wprawdzie  naturalniejszem,  bo  zgodniejszem  z  wymaganiami  teorji 

ewolucji,  gdyby  zamiast  owych  niezmiernie  starych  krzemieni  odkryto  w 
warstwach  mioceńskich,  a  nawet  oligoceńskich,  jedynie  tylko  same  szczątki  ciał 
praludzkich,  ale  koniecznie  mocno  jeszcze  "zwierzęce",  t.  j.  zaledwie  trochę 
podobne  do  dzisiejszych  ludzkich,  krzemienie  zaś  w  warstwach  znacznie 
późniejszych;  ale  cóż,  kiedy  rzeczywistość,  nie  licząca  się  z  teorjami,  przyniosła 
coś przeciwnego. 

Z  jednej  więc  strony  wyłonił  się  z  odkryć  archeologicznych  brak  epoki 

niewątpliwie zwierzęcej, bo nie było już na nią wprost miejsca w czasie, z drugiej 
wystąpiło  zaraz  natarczywe  pytanie:  więc  cóż  trzymało  uformowany  już  od  tak 
dawna  typ  ludzki  w  uporczywej  stagnacji  umysłowej,  której  dowodem  ciągle 
niemal jednakie "narzędzia" krzemienne? I czemuż dopiero ród ludzki wydobył z 
siebie  prawie  nagle  nowe  i  tak  wybitnie  wyższe  oraz  szybko  wzrastające 
uzdolnienia? Na takie pytanie prawy przyrodnik nie znajdywał już odpowiedzi. 

W  podobnej  sytuacji  nie  tylko  obrońcy  tradycji  biblijnej  o  niedawnem 

stworzeniu człowieka, ale już i sami przyrodnicy podnieśli gorący i zgodny protest 
przeciwko  odkryciom,  które  podkopywały  ich  ustalony  sposób  widzenia.  Skąd 
człowiek w tak dawnych epokach geologicznych? Jak to być może, aby przeszłość 
najwyżej wydoskonalonego rodu ziemskiego, istnej "korony stworzenia", wypadło 
rachować  może  nawet  na  miljony  lat!  Korzystając  tedy  z  faktu,  że  krzemienie, 
przypisywane  istocie  inteligentnej,  znaleziono  odrazu  w  bardzo  starej  warstwie 
geologicznej (akwitańska), a nie towarzyszyły im żadne więcej szczątki np. kości 
ludzkie,  mogące  ich  sprawę  zdecydować,  -  zakwestionowano  przedewszystkiem 
ogromną  starożytność  owych  krzemieni.  Pomawiano  odkrywców  o  omyłkę, 
podawano w wątpliwość albo pochodzenie owych krzemieni z warstw tak starych, 
albo  samą  starość  pokładów,  z  których  je  wydobyto.  Gdy  jednak  odkrycia 
archeologiczne,  początkowo  nieliczne  i  rzeczywiście  niezbyt  jeszcze  pewne  pod 
względem stratigraficznym, poczęły się mnożyć, wtedy posypały się dowodzenia, 
że tylko przypominają takież krzemienie znacznie późniejsze, będące rzeczywiście 
dziełem ręki ludzkiej.] 

Uwaga!

 

 

VI. ROLA ZMYSŁÓW.

 

Lubo już w Prolegomenach do "Nauki o Cywilizacji" rozważaliśmy: na czem 

polega  tak  płodne  w  następstwa  i  tak  wyjątkowe  w  świecie  zwierzęcym 
wyzyskanie  zmysłów  i  mózgu  praludzkiego,  i  lubo  to  rzecz  szeroko  znana,  to 
jednak dla uniknięcia możliwych a mimowolnych nieporozumień pozwolimy sobie 
przypomnieć tu choćby w kilku słowach podstawowe pojęcia z fizjologji zmysłów, 
inaczej  wiele pozornie  drobnych kwestji,  które wypadnie nam  poruszyć,  mogłyby 
ujść uwagi czytelnika. 

Wiadomo,  że  wszelki  organizm  zwierzęcy  wrażliwość  swoją  na  świat 

otaczający  zawdzięcza  specjalnym  zakończeniom  nerwów,  mianowicie  t.  zw. 
ciałkom  nerwowym,  rozmieszczonym  po  całej  powierzchni  ciała.  Zakończenia  te 

background image

oraz ich szczególne zgrupowania w pewnych okolicach powierzchni naszego ciała 
znamy  właśnie  pod  nazwą  zmysłów.  Nienajszczęśliwszy  to  zaprawdę  wyraz,  bo 
przedstawia  naturę  zmysłów  jaknajgorzej.  Wszak  narzuca  on  nam  od  pierwszego 
wejrzenia  pojęcie  jakiejś  zmyślności,  czegoś  od  myśli  idącego  -  zamiast  choćby 
tylko  przygotować  nas  do  trafnego  rozumienia,  co  to  słowo  ma  oznaczać.  Każdy 
przecież  zmysł  daje  nam  jakąś  władzę,  jakąś  zdolność  organizmu,  mamy  w  nim 
jakąś  czułość  specjalną,  ale  zupełnie  niezależną,  zarówno  od  myśli  naszych,  od 
zdolności myślenia o czemś, ani tem mniej od jakiejś "zmyślności", bo przecież te 
ostatnie  rzeczy  biorą  początek  w  tej  władzy,  nie  zaś  odwrotnie.  Myśli  biorą 
początek w zmysłach, nie zaś zmysły w myślach naszych, w zmyślności. 

Jeśli  chcemy  mówić  o  istnieniu  zmysłów:  słuchu  i  wzroku,  to  istotę  tych 

zmysłów  będziemy  sobie  odrazu  wyobrażać  lepiej,  gdy  podstawimy  sobie  na 
miejsce tych słów władzą słyszenia, władzę widzenia, albo też zdolność słyszenia, 
zdolność  widzenia.  "Zmysł"  słuchu,  wzroku  nic  nam  nie  mówi,  albo  b.  niewiele, 
choćby o swem przeznaczeniu, gdy tymczasem władza słyszenia, władza widzenia, 
"zdolność  słyszenia",  "zdolność  dostrzegania"  czegoś  mówi  stanowczo  więcej  i 
wyraźniej,  choć  jeszcze  zbyt  mało  do  tego,  abyśmy  właściwie  rozumieli  rolę  i 
znaczenie tych przedziwnych narządów, które nazywamy zmysłami, a bez których 
równibyśmy byli nieczułym kamieniom. 

Wrażenia,  czyli  odczucia  drobniutkich  ruchów  (fal)  powietrza,  lub  eteru 

przenoszą się od owych zmysłów po włókienkach komórek nerwowych do mózgu, 
i dopiero tam zachodzi właściwe ich odczuwanie, czy rozumienie. Każdy zmysł ma 
na samej korze masy mózgowej odpowiednie grupy komórek, przyjmujące od tego 
zmysłu  specjalne  podniety  do  ogólnej  świadomości,  która  powstaje  w  jakiś 
tajemniczy sposób 

w substancji mózgowej.

 

Do niedawna rozróżniano u człowieka oraz u zwierząt najwyższych tylko pięć 

sposobów  odczuwania  świata  otaczającego,  znano  pięć  zmysłów.  Przekonano  się 
jednak, że jest ich więcej, mianowicie oprócz zmysłu dotyku, smaku, powonienia, 
słuchu i wzroku zostały rozpoznane jeszcze: zmysł do odczuwania mechanicznego 
ucisku, zmysł temperatury, zmysł bólu, a także zmysł statyczny (równowagi ciała). 
Właśnie najbardziej podstawowemi wrażeniami, jakie organizm odbiera od świata, 
jest  odczuwanie  mechanicznego  ucisku  przy  zetknięciu  z  ciałami  stałemi  i  wodą, 
następnie odczuwanie  bólu  oraz  zmian  temperatury. Gdy wiemy, że  każdy  zmysł 
jest  specjalnem  przeobrażeniem  i  zgrupowaniem  ciałek  nerwowych  i  ma  w  swej 
całości  za  zadanie  możliwie  najlepsze  orjentowanie  organizmu  w  środowisku,  to 
rozumiemy, że ciałka dotykowe, rozmieszczone na języku (głównie na jego tylnej 
części), połączone ze specjalnemi gruczołami, składają się na zmysł smaku. Ciałka 
te czułe są tylko na płyny, więc roztwory różnych ciał rozpuszczalnych (głównie w 
wodzie).  Czułość  ta,  czyli  ten  zmysł  chroni  od  pomyłek  przy  przyjmowaniu  do 
wnętrza ciała materjałów, odnawiać mających zużyte, zniszczone części ciała. 

Ciałka dotykowe, rozmieszczone w błonie śluzowej jamy nosowej, pozwalają 

odbierać  wrażenia  już  z  większej  odległości,  gdyż  reagują  na  gazy,  pary  i  pyły, 
przymieszane  do  powietrza,  którem  ciało  się  odżywia  oraz  oczyszcza.  Dają  nam 
one wrażenia różnych woni przyjemnych oraz przykrych. Pierwsze po największej 

background image

części organizm otrzymuje od przedmiotów pożytecznych, ostatnie bywają często 
przestrogą przed szkodliwością. Odczucia te należą do kategorji instynktów. 

Zmysł  słuchu  pozwala  odczuwać  tak  subtelne  drgania  powietrza,  czyli  tak 

drobne  fale  powietrza,  że  nie  działają  one  wcale  na  te  ciałka  dotykowe,  które  są 
rozmieszczone  na  powierzchni  organizmu.  Zmysł  ten  pozwala  całemu 
organizmowi  rozróżniać  rozmaitą  długość  fal  wibracji  powietrza,  dając  wrażenia 
szmerów, dźwięków, tonów. Informuje on tedy o pewnej kategorji ruchów i zmian, 
zachodzących w dużej nawet odległości w środowisku. 

Jeszcze  subtelniejsze ruchy  (fale)  już  nie powietrza,  ale  eteru,  ruchy,  dające 

organizmowi wrażenia światła i barw, pozwala odczuwać narząd wzroku. Że zaś te 
ruchy, te fale eteru przenoszą się z ogromną szybkością w środowisku, przeto ów 
zmysł pozwala odczuwać (rozpoznawać) pośrednio bardzo odległe od ciała bodźce, 
a  tem  samem  i  przedmioty,  np.  procesy  fizyczne,  dokonywające  się  w 
odległościach,  niedosiężnych  dla  wszystkich  innych  zmysłów,  np.  (u  człowieka) 
zjawiska zachodzące na słońcu itp. 

Zmysł  słuchu,  a  zwłaszcza  wzroku,  oba  najbardziej  skomplikowane  i 

najczulsze,  możnaby  powiedzieć  najsilniej  wydoskonalone,  oddają  organizmowi 
największe  usługi.  Z  tego  też  powodu  z  pełnią  i  ogromną  rozmaitością  wrażeń, 
dostarczanych  przez  słuch  i  zwłaszcza  wzrok,  nie  może  się  mierzyć  żaden  inny 
zmysł. 

Jednak, powtarzam, bez obecności w mózgu ogromnego kompleksu komórek, 

komunikujących się z temi komórkami zmysłowemi, które są czynne na obwodzie 
ciała,  organizm  nie  mógłby  być  informowany  o  świecie  zewnętrznym  nawet 
pomimo  ogromnej  czułości  komórek  zmysłowych.  Ilustrując  to  na  jednym 
przykładzie,  trzeba  powiedzieć,  że  bez  obecności  w  mózgu  komórek, 
komunikujących się przedewszystkiem ze wzrokowemi, nie moglibyśmy odbierać 
czyli  przyjmować  do  świadomości  podrażnień  optycznych.  Nie  byłoby  w  naszej 
świadomości  wcale  wrażeń  barwnych  i  świetlnych.  Bez  osobnych  komórek 
słuchowych  w  mózgu  nie  moglibyśmy  odbierać  podrażnień  akustycznych  itd. 
Pamiętajmy, że ośrodki czuciowe oka w mózgu wyrobiły się i wyczulały w szeregu 
pokoleń  każdego  organizmu  tylko  pod  działaniem  snopów  równowartościowych 
wibracji  optycznych,  dostających  się  przez  soczewkę  oka  na  czułą  płaszczyznę 
siatkówki.  Dopiero  pęk  nerwów,  łączących  oko  z  mózgiem,  przenosi  wiernie 
wszystkie choćby najsubtelniejsze, podrażnienia świetlne do mózgu, i tam dopiero 
w  odpowiednich  centrach  na  korze  mózgowej  powstaje  z  mozajki  oddzielnych 
odczuć  bardzo  licznych  komórek  wzrokowych,  rozłożonych  na  siatkówce,  obraz 
optyczny  w  płaszczyźnie,  bardzo  bogaty  w  szczegóły.  Ten  ostatni  obraz  jest 
odczuciem  świata  zewnętrznego,  zharmonizowanem  przez  wielokrotne  korekty, 
możliwe dzięki pomocy innych zmysłów. 

Tak  więc  bez  podniet  z  zewnątrz,  czyli  bez  różnowartościowych  wibracji 

eteru, na które są czułe komórki oka, możeby nie było ani oka, ani odpowiedniej 
części  mózgu,  która  służy  funkcji  widzenia,  ani  w  mózgu  nie  powstawałaby 
świadomość światła, barw i obrazów. Bez różnowartościowych wibracji powietrza, 
które  pochwytuje  zmysł  słuchu,  nie  byłoby  ani  ucha,  ani  w  mózgu  świadomości 
dźwięków. 

background image

W  mózgu  to dopiero w  tej  przedziwnej  masie komórek, składających  się na 

obie  półkule  mózgowe,  dokonywa  się  niezmiernie  ważny,  ale  do  tej  pory  wielce 
tajemniczy proces kojarzenia się wielkiej masy oddzielnych wrażeń zmysłowych w 
niezmiernie  złożone  wyobrażenia  o  świecie  zewnętrznym.  Tam  dopiero  wrażenia 
poszczególnych zmysłów, zbiegając się i uzupełniając się wzajem, w ostatecznym 
wyniku  sumują  się  i  zlewają  w  pełne  odczuwanie  świata,  więc  w  wyobrażenia 
przedmiotów,  ich  grup,  szerokich  obrazów,  w  odczuwanie  odległości  w  czasie  i 
przestrzeni, w odczucia ruchu itd. 

Cała  ta  złożona  działalność  zmysłów  czyli  wyspecjalizowanych  nerwów 

czucia,  można  powiedzieć,  składa  się  na  odpowiednie  rozumienie  niezmiernie,  a 
nawet  niepojęcie,  urozmaiconych  bodźców,  wychodzących  od  przyrody 
zewnętrznej  względem  osobnika.  A  ponieważ  ta  rozmaicie  wyspecjalizowana 
wrażliwość ciała ma za ostateczne zadanie podtrzymywanie życia osobnika i jego 
potomstwa,  przeto  łączy  się  z  odpowiedniem  oddziaływaniem  ciała  na  świat 
zewnętrzny,  czyli  na  jego  bodźce.  Wypadkowa  całej  tej  podwójnej  działalności, 
wysubtelniona  i  korygowana  w  osobnikach  dzięki  zjawisku,  które  nazwano 
dziedzicznością,  składa  się  na  tę  sumę  typowych  dla  każdego  ustroju  żywego 
złożonych  procesów  psychicznych,  które  nazywamy  najogólniej  wrażliwością  na 
świat,  oraz  z  temi  skutkami  doświadczenia  przodków,  które  nazywamy 
instynktami. 

 

Została  nam  do  omówienia  bardzo  ważna  i  ciekawa  kwestja,  która  rzadko 

przychodzi do głowy - mianowicie kwestja pamięci. Poruszanie jej, ponieważ nie 
nastręcza  zapewne  żadnych  wątpliwości,  zdawałoby  się  zbytecntem,  ale  tak  nie 
jest. Kwestja pamięci stanowi przecież do dziś nie tylko jedno z najciemniejszych, 
ale i najdonioślejszych zagadnień naukowych. Aby się z tem zgodzić, dość będzie 
zreflektować się, że literalnie nicby nie przyszło organizmowi z posiadania choćby 
najczulszych zmysłów, - gdyby wrażenia, które odbiera jestestwo żywe - miały dla 
organizmu przepadać bez śladu z chwilą ustania odpowiednich pobudzeń zmysłów. 
Zwierzę nie korzystałoby z przeżytych doświadczeń, samo zjawisko doświadczenia 
nie  istniałoby  wcale,  gdyby  to,  czego  przez  wrażliwość  zmysłów  organizm 
każdochwilowo doznawał w tak zwanej teraźniejszości, t. j. w chwilce, której nie 
było  i  która  natychmiast  mija,  ustępując  coraz  nowej  teraźniejszości  mijającej, 
gdyby, powtarzam, to, czego organizm kolejno doznaje, gdyby to wszystko zapadło 
w  przeszłość  bez  pozostawienia po  sobie w  organizmie  jakiegoś  śladu. Gdyby  to 
wszystko nie pozostawiało w nim gdzieś śladu nie tyle w nerwach, ile w mózgu, w 
takim  razie  cały  organizm,  nawet  przypuszczając  możliwość  wytworzenia  się  w 
nim zmysłów, nie odnosiłby z ich posiadania najmniejszej korzyści. Byłoby zresztą 
czystą  niemożliwością  wyrobienie  się  a  istnienie  czułych  zmysłów  bez  tej 
cudownej własności organizmu i mózgu, którą nazywamy pamięcią. Skoro tak jest, 
skoro  zjawisko  pamięci  istnieje,  przeto  musimy  przyjąć,  że  wszystkie 
oddziaływania świata zewnętrznego na żywy organizm zostawiają w nim zupełnie 
wyraźne  i  względnie  trwałe  ślady.  Powstawanie  zaś  takich  śladów  jest  możliwe 
tylko  w  tym  razie,  gdy  w  organizmie,  w  jego  mózgu,  zachodzą  zmiany  fizyczne, 

background image

odpowiednie  otrzymanym  pobudzeniom.  Otóż  nie  może  być  najlżejszej 
wątpliwości, że to zachodzi, inaczej nic z tego, co się dzieje w organizmie żywym, 
jako jego sprawa życiowa, dziaćby się nie mogło. 

Jest  tedy  faktem,  że  w  tajemniczej  masie  mózgowej,  w  sferze  niemal 

ultramikroskopowej, dokonywają się bez przerwy procesy, dające mniej lub więcej 
trwałe przebudowy. Ażeby  sobie  cały  proces  zapamiętywania uzmysłowić,  trzeba 
go  sobie  przedstawić  w  ten  sposób,  jakby  wszystko,  co  oddziaływa  na  organizm 
żywy,  zapisywało  się  w  masie  mózgowej  wiersz  po  wierszu,  niby  na  długiej 
wstędze papieru, kończącego się dopiero ze śmiercią osobnika. "Wstęga ta zapisana 
jest  kolejno  wiersz  po  wierszu  wszystkiemi  doznanemi  wrażeniami  wszystkich 
zmysłów, przerywana rytmicznie tylko przez pauzy snu oraz nieprzytomności. I nie 
to jest najcudowniejszem, że się te wrażenia zapisują i na długo trwają, ale raczej 
to,  że  zdrowy  osobnik  może  sobie  przypominać  bez  trudu  -  i  to  zwykle 
momentalnie  te  przeżycia,  te  właśnie  wrażenia  z  sumy  niegdyś  doznanych,  - 
których przypomnienie sobie jest w danej chwili dla niego potrzebne, pożyteczne, 
ważne życiowo. 

Dopiero,  gdy  będziemy  mieli  na  uwadze  tę  ostatnią  okoliczność,  wówczas 

zdołamy  pojąć  całe  niezmierne  skomplikowanie  tego  mechanizmu,  którym  jest 
mózg  nie  tylko  ludzki,  ale  nawet  i  mózg  byle  zwierzątka.  -  Albowiem  przecież 
nawet  i  tam  pamięć  oddaje  zasadniczo  te  same  usługi.  Skomplikowanie  zaś 
mechanizmu pamięci, lubo znacznie mniejsze niż człowieka, jest tak wielkie, że do 
tej pory nauka stoi i wobec niego zupełnie bezradna. 

 

Zanim skończymy to poniekąd nawiasowe przypomnienie, niech nam wolno 

będzie  dorzucić  jeszcze  parę  uwag,  których  zapamiętanie  może  się  przydać  przy 
rozpatrywaniu  kwestji  będących  przedmiotem  dalszych  rozdziałów.  Więc 
przedewszystkiem  pozwolę  sobie  zaznaczyć,  że  zmysły  nasze  bardzo  łatwo  i 
niemal  ciągle  wprowadzają  nas  w  błąd,  czyli,  jak  się  to  zwykle  mówi,  podlegają 
złudzeniom. O takich złudzeniach dużo i szeroko w nauce się rozprawiało. Udziela 
się  często  przestrogi,  aby  nie  dowierzać  zmysłom.  Jest  to  zupełnie  słuszne, 
wiadomo  bowiem,  że  dopiero  dłuższe  doświadczenie  koryguje  w  życiu  fałszywe 
obrazy, skłaniając nas do właściwego ich przyjmowania i oceniania. Aby dać jeden 
przykład,  przypomnimy,  że  wszystkie  przedmioty,  które  nam  zmysł  wzroku 
ukazuje,  naprawdę  rysują  się  w  oku  odwrotnie,  i  dopiero  doświadczenie 
zaprowadza  rychło  umowny  porządek,  zgodny  z  porządkiem,  który  nam  inny 
zmysł,  np.  dotyku,  odsłania.  Otóż  w  tym  punkcie  musimy  wnieść  małe 
uzupełnienie  tej  sprawy  i  małą  poprawkę.  O  złudzeniach  zmysłowych  mówi  się 
wogóle  niewłaściwie.  Słusznie  zwrócili  na  to  uwagę  już  Kant,  a  po  nim  Huxley, 
Johannes Müller i inni, że złudzeń zmysłowych niema, są bowiem właściwie tylko 
złudzenia  umysłowe.  Jakkolwiek  zmysł  wzroku  nie  jest  w  stanie  zmienić  swego 
pobudzenia,  to  jednak  umysł  może  objaśniać  je  sobie  rozmaicie,  t.  j.  rozumieć. 
Właśnie dlatego dziecię bardzo prędko widzi wszystko w normalnym porządku, nie 
zaś odwrócone, jak się to mówi, do góry nogami. 

VII. ROLA AUTOMATYZMU W PROCESIE PSYCHICZNYM.

 

background image

Przekonaliśmy  się,  jak  cudowną  władzą  jest  nasza  sztuka  używania  słów. 

Zanim  skończymy  błyskawiczny  przegląd  pewnych  właściwości  naszego 
organizmu,  z  któremi  tak  zżyliśmy  się,  że  ich  nie  dostrzegamy,  musimy  jeszcze 
zwrócić  uwagę  na  trzy  niepośledniej  wagi  właściwości,  a  mianowicie:  wprawę, 
pamięć, automatyzm. Wszystkie one są w bardzo blizkim stosunku. 

Zjawisko  pamięci  i  zjawisko  wprawy  nie  są  tem  samem,  jednak  role  ich  są 

zbliżone:  wprawa  przechodzi  nawet  łatwo  w  czynność  automatyczną,  bez  której 
wyobrazić  sobie  nie  można  istnienia  żadnej  żywej  istoty,  choćby  była  obdarzona 
doskonale funkcjonującemi zmysłami. 

Graniczy  ona  dość  blisko  jeszcze  z  trzecią,  mianowicie  z  automatyzmem 

psychologicznym, a właściwie z automatyzmem psychicznym, jako z właściwością 
wszelkiego  organizmu  zwierzęcego,  która  wiąże  się  nader  ściśle  z  tą  b.  ważną  i 
należącą do podstawowych funkcji żywego organizmu, którą nazywamy odruchem 
albo czynnością instynktową. 

Do  roli  zmysłów  i  pamięci  ściśle  zbliżona  jest  rola  wprawy,  przechodzącej 

łatwo  w  czynność  automatyczną,  podobną  do  tej,  jaką  są  czynności  zmysłów. 
Wprawa  polega  na  tem,  że  wszelka  czynność  dokonywa  się  za  każdem  jej 
powtórzeniem  coraz  łatwiej,  prędzej  i  sprawniej,  tak  że  po  szeregu  takich 
powtórzeń,  dokonywanych  świadomie,  przechodzi  wreszcie  w  czynność  napół 
tylko  świadomą,  czysto  automatyczną,  odruchową.  Nawet  już  bez  powtarzania 
owych  czynności  zautomatyzowanych  pamięć  pozwala  nam  wykonywać  te 
czynności  nawet  po  upływie  dość  długiego  czasu  ze  znaczną  biegłością, 
zmniejszoną  tylko  nieco,  zależnie  od  długości  przerwy  w  dokonywaniu  tej 
czynności. Wiemy np., ile mozołu pochłania nam uczenie się gry na fortepianie czy 
na skrzypcach. Pamiętamy, że po kilkakrotnem powtórzeniu tego samego trudnego 
nawet ustępu przychodzi on w końcu z łatwością, po długiem zaś nieużywaniu swej 
sztuki, gra przychodzi nam znowu z 

coraz większą trudnością.

 Mówimy wówczas, 

żeśmy wyszli z wprawy. I tak jest ze wszystkiemi naszemi biegłościami, a nawet z 
tem, co nazywamy umiejętnościami. Zarówno dowolne, jak i automatyczne, ruchy 
w ostatniej instancji okazują się często tylko odruchowemi, jak to wciąż widzimy, 
gdy  z  roku  na  rok  udaje  się  ściślejszemi  badaniami  wykazywać  odruchowość  w 
coraz  liczniejszych  sprawach,  poprzednio  za  dowolne  lub  automatyczne 
uznawanych.  W  ustroju  wyżej  rozwiniętego  zwierzęcia  niema  ani  jednej  sprawy, 
któraby  nie  ulegała  wpływowi  woli  odruchu,  albo  raczej  któraby  ostatecznie  nie 
pozostała jedynie 

odruchową.

 

Boć i to, co my sprawą dowolną zowiemy, jest przecież także tylko skutkiem 

spraw odruchowych. 

Pewne  czynności  lub  ruchy,  odruchowo  lub  dowolnie  rozpoczęte,  mogą  w 

dalszym  ciągu  stać  się  całkiem  automatycznemi,  np.  chodzenie  w  zamyśleniu,  w 
stanie zupełnej bezprzytomności, nucenie, gwizdanie i t. p. 

Podczas  głębokiego  rozmyślania  nad  zawiłemi  kwestjami,  czynności,  zrazu 

dowolne,  później  odbywają  się  i  kończą  całkiem  automatycznie,  i  to  często  ku 
wielkiemu zdumieniu osobnika, rozbudzonego ze swej zadumy, lub zamyślenia. 

To,  co  zowiemy  biegłością,  jest  sprawą  ruchową,  która,  uprawiana  i 

powtarzana nawykowo, staje się niejako bezwiedną i jakby napozór automatyczną, 

background image

gdy  tylko  zjawią  się  potrzebne  warunki,  t.  j.  gdy  podziałają  pewne  podniety, 
wywołujące jako odpowiedź pewne skutki. Tu należy mustra, jazda konna, taniec, 
pisanie, śpiewanie, gra na instrumentach muzycznych, a nawet zręczne wygłaszanie 
przemówień okolicznościowych i t. p. 

Podobnie, jak biegłości, zachowują się też czynności celowe, występujące za 

nagłą, niespodzianą pobudką, np. podczas niebezpieczeństwa, przyczem wszystko 
odbywa  się  jak  należy,  pomimo  braku  rozwagi,  jak  mówią  instynktowo,  lub  też 
dowcipne wyrażenia, we właściwym czasie wypowiedziane, zdumiewające często 
trafnością  swego  konceptu,  podczas  gdy  wypowiadający  je  nie  wie  nawet,  jakim 
sposobem  mu  się  to  udało.  Zwykle  zdaje  się  nam,  że  to,  co  wypowiadamy, 
układamy  każdochwilowo  ze  słów,  ale  tak  być  nie  może.  Wprawdzie  świadome 
dobieranie  słów  w  czasie  rozmowy  miewa  miejsce  b.  często,  ale  bywa  to  już 
czynnością  wtórną,  której  towarzyszą  pewne  wysiłki,  pewna  praca  świadoma 
mózgu. My jakąś konstrukcję myślową, związaną ze słowami i utrzymującą się na 
słowach, posiadamy już i wtedy, gdy chcemy wypowiedzieć ją inaczej, niż się nam 
w  głowie  wyłoniła.  My  wówczas  tylko  korygujemy  i  dopasowujemy  część 
materjału, napływającą spontanicznie do głowy, i czynimy to, mając na względzie 
interes czy to słuchacza, czy nasz własny. 

Świadome  dobieranie  słów  do  myśli  zachodzi  u  mówców,  nauczycieli  i 

pisarzy,  usiłujących  dokładniej  wyłożyć  trudny  przedmiot  lub  wywołać  silniejsze 
wrażenie.  Ale  mówienie  pospolite,  najpospolitsze,  że  tak  powiem  codzienne, 
spontaniczne  stoi  poniekąd  poniżej  tej  sztuki.  Ludzie  wypowiadają  się  tak  samo 
bez pracy wkładanej w stylizowanie napoły bezwiedne, jak wprawni pisarze kreślą 
łańcuchy liter, składające się na ich słowa. Podobnie, jak ręka pisarza sama kreśli 
łańcuch  liter  zgodnie  z  intencją  piszącego,  który  wówczas  nie  myśli  ani  o 
następstwie  liter,  ani  o  ich  formie,  tak  usta  mówiącego  wyrzucają  szeregi  słów, 
nieraz bardzo długie i pełne porządnej treści zgodnie z intencją jego, ale zgoła bez 
udziału jego woli i świadomości w wypowiadaniu słów w takiej a nie innej kolei. 

Nie  tylko  główny  zrąb  treści,  ale  i  forma  "powiedzianego"  powstaje  w 

mówiącym  niemal  bez  jego  wiedzy  zanim  jeszcze  wypowie  on,  co  ma 
wypowiedzieć,  i  inaczej  być  nie  może.  Gdyby  bowiem  mówiący  koniecznie 
potrzebował  świadomie  dobierać  słów  do  odruchowo  pomyślanego,  z  pewnością 
odczuwałby  prawie  zawsze  niedostateczną  trafność  wielu  słów,  których  użyje, 
zatrzymałby  się  i  usiłowałby  nawijające  się  słowa  zastępować  lepszemi,  czyli 
mówiłby powoli, z namysłem i pracą. - To samo dotyczy słuchającego. Gdyby on 
potrzebował zdanie, które usłyszy, uprzednio, zanalizować dla zrozumiałości i do 
każdego  słowa  dobierać  treść  w  tem  tylko  zdaniu  stosowną,  wówczas  nie 
zrozumiałby tego szeregu słów ani tak szybko, jak się to pospolicie dzieje, ani tak 
dokładnie,  a  przedewszystkiem,  i  co  jest  w  tej  sprawie  najważniejsze  i 
najcudowniejsze, tak zgodnie z intencją mówiącego. 

Myśl  wywołana  przez  "usłyszane"  to  wcale  nie  wyrozumowana  suma  treści 

słów  branych  oddzielnie,  ale  to  odrazu  pełna  całość,  w  której  często  próżnoby 
szukać  bezpośredniej  zależności  logicznej  od  znaczenia  słów  branych  oddzielnie. 
Zważmyż, że słowa mają przeważnie wiele znaczeń, wprawdzie przenośnych, ale 
właśnie  z  tego  powoda  bardzo  rozmaitych  i  niepodobnych  wzajem.  Słowo 

background image

"Ziemia" inne ma znaczenie w zdaniu "rzuci coś o ziemię", a inne w zestawieniu ze 
słowem  urodzajna,  inne  w  zdaniu  "kochaj  ziemię  ojców",  inne  w  zdaniu  "ziemia 
jest  pyłkiem  w  morzu  nieskończoności".  To  samo  zachodzi  na  całym  obszarze 
słownika. 

Gdy  tedy  nabyta  już  w  jakiejś  czynności  lub  sztuce  wprawa  pozwala  nam 

zwracać kolejno wysiłki w coraz innych kierunkach lub na coraz inne przedmioty, 
przeto  umiejętnie  stosowana  praca  i  usilność  pozwolą  nam  coraz  więcej  umieć  i 
wiedzieć. 

Jak  cudownym  magazynem  duchowych  skarbów  są  mózg  nasz,  nerwy  i 

mięśnie,  to  można  ocenić,  gdy  spojrzymy  na  rozległy  dobór  umiejętności, 
człowieka  wielostronnie  utalentowanego.  Co  za  skomplikowany  automatyzm  jest 
czynny w takim człowieku, łatwo ocenić, gdy przeliczymy jego wszystkie władze, 
jego wszystkie umiejętności i wiadomości, pozwalające mu w każdym przypadku, 
na  każdem  miejscu  i  w  każdej  chwili  wyzyskać  w  sposób  właściwy  jeden  z 
niezliczonych jego duchowych skarbów osobistych. 

Dodać  zaś  i  to  należy,  że  każde  takie wyzyskanie dokonywa  się prawie bez 

wysiłku  i  z  minimalną  stratą  czasu,  co  świadczy  o  jakiejś  niezmiernej  prostocie 
całej  machiny,  na  której  gruncie  dokonywa  się  nasz  proces  umysłowy,  pomimo 
niepojęcie wielkiego skomplikowania tej żywej machiny, jaką jest każdy z nas. Nie 
trzeba przytem zapominać, że całe te nieraz bardzo szerokie uzdolnienia nie tylko 
nie  należą  do  rzadkości,  ale  przeciwnie,  są  zjawiskiem  niezmiernie 
rozpowszechnionem  i  pospolitem  w  każdem  społeczeństwie,  zwłaszcza  w 
jego 

warstwie  przodującej. 

Zrozumienie  zdania  w  drobnym  ułamku  sekundy  nie 

jest  ani  jakąś  mechanicznie  wytworzoną,  ani  wyrozumowaną  sumą  treści  słów 
użytych  w  zdaniu.  Konstrukcja  psychiczna,  wywołana  przez  usłyszane,  nie  jest 
również jakąś średnią wypadkową treści oddzielnych słów. Zrozumienie zdania jest 
najczęściej przyjęciem do świadomości odrazu całości zdania. 

Więc czemże się to dzieje, że się tak łatwo i błyskawicznie rozumiemy, i to, 

rzecz  iście  zadziwiająca,  rozumiemy  trafnie?  Otóż  tem,  że  w  cudownych 
magazynach  naszego  mózgu,  w  tem  wielkiem  nagromadzeniu  wszystkich 
przeżytych  treści  psychicznych,  w  przebogatych  pokładach  naszej  pamięci  tkwią 
już  niezliczone  gotowe  najrozmaitsze  całostki  psychiczne,  mocno  już  złożone, 
które znamy pod mianem przeróżnych zapamiętanych oraz rzekomo zapomnianych 
myśli, tekstów, wspomnień, zdarzeń przeżytych. Wszystko w odpowiedniej chwili, 
pod  wpływem  odpowiedniego  bodźca,  z  błyskawiczną  szybkością  zaczyna 
przyjmować i oddawać dalej i dalej, wspomnienia i od nich coraz dalsze pobudki, 
kojarzące  się  nieraz  w  najdziwniejszy,  a  zawsze  w  niespodziewany  sposób,  i 
dopiero  w  któremś  z  bardzo  licznych  ogniw  tego  długiego  łańcucha  elementów 
zapamiętanych, czyli elementów pamięci, wyłoni się na powierzchnię świadomości 
w jakiejś myśli, dla samego osobnika, w którym dokonała się ta bezwiedna praca, 
najmniej spodziewanej, ale odrazu zadawalniającej. 

Nie  trzeba  przypominać  -  czytelnikowi,  bo  to  rzecz  już  dobrze  znana,  że  te 

długie  wędrówki  skutków  pierwszego  podrażnienia  w  postaci  długiego 
zygzakowato przebiegającego łańcucha zazębiających się jedna o drugą jednostek 

background image

psychicznych wspomnień, przebiega w mózgu naszym niby jak uderzenie pioruna 
w drobnym ułamku sekundy. 

VIII. ZADANIE NASZE.

 

Przyrodnicy  ewolucjoniści  wiążą  wytworzenie  się  psychiki  ludzkiej  z 

bezprzykładnem  wydoskonaleniem  się  mózgu,  jako  bezpośredni  skutek 
powiększania się jego, ale oczywiście pod wpływem tych tylko czynników, które 
wywoływały  i  wywołały  wszelkie  inne  przeobrażenia  w  świecie  organizmów. 
Innych czynników nie dostrzegali, a nawet nie chcieli widzieć. 

My  jednak  nie  możemy  zadowolnić  się  takiem  objaśnieniem,  albowiem 

zjawiło się zaraz pytanie: dlaczegóż zwierzęta nie miałyby używać swych mózgów 
w  tym  stopniu,  aby  im  się  rozrastał  choćby  w  zbliżonym  stopniu  w  sposób 
analogiczny do ludzkiego doskonalenia się tego organu? 

Również  wśród  humanistów  panuje wielka  rozbieżność  sądów, a dotyczy  to 

wszystkich części złożonego pytania. 

Wszystkie np. zasadnicze pytania, dotyczące genezy i zalet oraz wad psychiki 

ludzkiej, są bardzo rozmaicie rozwiązywane. 

Kto  jednak  gładko  niby  wyjaśni  jeden  szereg  faktów,  ten  łacno  zapomina  o 

innych, niemniej ważnych, stojących w zupełnej opozycji z owemi wyjaśnieniami. 
Weźmy jeden przykład. 

Henryk Bergson przedstawia psychikę zwierzęcą i ludzką, jako dwa całkiem 

rozbieżne rozwiązania przez przyrodę tego samego problematu. 

Zdaniem  jego,  w  rodzie  ludzkim  miało  zajść  jakieś  nagłe  zboczenie  z 

normalnej  drogi  rozwojowej,  i  ono  to  wytworzyło  psychikę  całkiem  różną  od 
zwierzęcej  już  nie  tylko  ilościowo,  ale  wręcz  jakościowo.  Człowieka  różni  od 
najwyżej  nawet  rozwiniętych  zwierząt  obecność  intuicji,  która  ma  być 
przeciwstawieniem  i  niejako  zastąpieniem  instynktu.  Tu  przypomnę,  że  instynkt 
według  Bergsona  ma  być  niejako  "intuicją  przeżywaną"  (vecu  plutot  que 
representee), gdy intuicja ludzka - intuicją "wyobrażeniową". 

Niema w tem nic dziwnego, że B. zauważył "nagłe zboczenie", jakiś "skok", 

bo  przecież  gruntowną  odmienność  rozumu  ludzkiego  od  instynktów,  a  nawet 
choćby  rozumów  zwierzęcych  wszyscy  widzą,  i  nie  można  jej  nie  widzieć. 
Chodziłoby  więc  o  wyjaśnienie:  co  sprawiło,  że  b.  wygodne,  ale  ubożuchne 
wrodzone  "jasnowidzenie  nieświadome"  (instynkt)  zostało  w  rodzie  ludzkim 
zastąpione  "przez  przyrodę",  nagle  przez  gruntownie  coś  innego.  Gwałtowny 
przeskok od "nieświadomego jasnowidzenia" do rozumnego jasnowidzenia domaga 
się  wytłumaczenia  i  naukowego  uzasadnienia,  boć  "natura"  nie  zna  zboczeń 
bezprzyczynowych.  Tego  jednak  nasz  filozof  nie  dokonał,  a  nawet  nie  próbował 
objaśnić zrozumiałemi czynnikami. 

Możnaby  się  spodziewać,  że  mimo  to  w  efektownej  koncepcji  tkwi  coś  z 

prawdy, gdyby myśl Bergsona nie była sprzeczna z faktami. Faktem zaś jest, że my 
wcale  nie  jesteśmy  pozbawieni  instynktów.  Posiadamy  wszystkie  przed-ludzkie, 
nie utraciliśmy prawie niczego na rzecz czegoś nowego, tylko na tem, co już było i 
zostało, przybyła jakaś nadbudowa, i to jeszcze jaka! 

background image

Okazało  się  tedy  koniecznem  zbadanie:  co  za  warunki  mogły  wywołać 

naturalne wystąpienie tego rodzaju inteligencji, jak ludzka? 

Aby nie szukać bez planu, chwyciliśmy się drogi wyłączań i postanowiliśmy 

uprzytomnić  sobie  stosunek  wzajemny  trzech  najważniejszych  cech  świata 
ludzkiego  oraz  ich  stosunek  do  odpowiednich  zjawisk  świata  zwierzęcego. 
Postawiliśmy tedy sobie pytanie: 

1.  Czem różni się społeczeństwo od zwykłego stada? 
2.  Czem psychika ludzka od zwierzęcej? 
3.  Czem bujna twórczość materjalna ludzka od skromnej twórczości niektórych 

zwierząt? 

1)  Na  pierwsze  z  tych  pytań  znaleźliśmy  już  w  "Prolegomenach"  całkiem 

stanowczą  odpowiedź,  mianowicie,  że  gdy  stado,  a  nawet  pseudospołeczeństwa 
zwierzęce  są  prostemi  nagromadzeniami  osobników,  funkcjonujących  jednakowo 
przy jednakowości morfologicznej (niejednakowo zaś tylko przy niejednakowości 
morfologicznej),  to  społeczeństwo  odznacza  się  zróżnicowaniem  osobników,  ale 
tylko psychicznem i funkcjonalnem, bez morfologicznego, t. j. odznacza się wielką 
różnorodnością  uzdolnień  oraz  czynności  pomimo  cielesnej  jednakowości 
osobników.  Prócz  tego  osobniki  społeczne  odznaczają  się  również  zdolnością  do 
dalszego różnicowania się funkcjonalnego, ale zawsze bez potrzeby przeobrażania 
się morfologicznego, czy też fizjologicznego (patrz Prol. r. III-V). Ta jedna różnica 
zakreśla  nam  bardzo  wyraźną  linję  demarkacyjną  między  stadem  a 
społeczeństwem. 

2) Co się tyczy psychiki, wystarczy podnieść przedewszystkiem nabywalność, 

a  następnie  niejednakowość  naszego  poznania,  naszych  władz  umysłowych, 
wreszcie ich ogromną rozmaitość, zarówno pod względem jakości, jak rozległości. 
"Rozum"  nasz,  umiejętności  i  uzdolnienia  nie  dojrzewają  biologicznie,  nie 
rozszerzają się i nie doskonalą się same przez się, z wiekiem, z dojrzewaniem ciała, 
na wzór  "rozumów"  zwierzęcych, niejako wrodzonych  i  instynktownych. Równie 
ważną  cechą  jest  ogromna  szerokość  i  głębokość  naszego  poznania,  a  także 
niezmiernie  rozległa  skala,  w  której  mieszczą  się  nasze  uczucia  i  dążenia,  ale  to 
wszystko  tylko  jako  rzecz  możliwa,  nie  zaś  konieczna,  jak  u  zwierząt. 
Pozostawiając  w  zawieszeniu  kwestję,  czem  się  to  dzieje,  skończmy  z  trzeciem  i 
ostatniem pytaniem. 

3) Nie nastręcza ono żadnych niejasności. 
Ogromna  większość  zwierząt  wcale  nie  ujawnia  twórczości  materjalnej,  u 

pozostałych ogranicza się ona do zaspokajania potrzeb, związanych zaledwie tylko 
z bardzo prymitywną ochroną ciała lub rodu, przez budowanie gniazd i kryjówek 
dla siebie lub potomstwa. Jeżeli zaś zreflektujemy się, że ta skromna twórczość nie 
zdobywa się przez wszystkie pokolenia na nic odmiennego, że zaspakaja wciąż te 
same ograniczone potrzeby temi samemi środkami i w ten sam wiecznie sposób, to 
mamy  wiele  racji  do  odmówienia  jej  niemal  w  całości  cech  tego,  co  nazywamy 
twórczością, mając na myśli twórczość naszą. Ludzka bowiem twórczość odznacza 
się  przedewszystkiem  ogromnem  urozmaiceniem  jej  dzieł,  czyli  wyników.  Ona 

background image

zaspakaja jeszcze mnóstwo potrzeb, zgoła obojętnych dla zachowania osobnika lub 
rodu, a pozatem zaspakaja mnóstwo zachceń i urzeczywistnia mnóstwo pomysłów, 
których z zoologicznego punktu widzenia wcale nie można nazwać potrzebami. 

Drugą  bardzo  wyraźną  cechą  ludzkiej  twórczości  będzie  posługiwanie  się 

narzędziami  sztucznemi,  zwłaszcza  zbiorowe  i  bardzo  skomplikowane,  a 
prowadzące  do  niezmiernie  rozmaitych  wyników.  Pod  tym  względem  twórczość 
ludzka objawia charakter najzupełniej bezprzykładny na Ziemi, w czem zbiega się 
z takimże charakterem psychiki. 

Trzecią, równie uderzającą cechą jest niespółmierność dzieł ludzkiego rozumu 

i ręki z siłami naszych ciał, co tłumaczy się przez to, że rozum ludzki wprowadza 
wielką  i  coraz  większą  ilość  martwych  sił  przyrody  w  działanie  na  korzyść 
człowieka. 

Skoro tedy społeczeństwo nie może być uważane za coś równego, a choćby 

blizkiego stadu, przeto nie mogło go być przed pojawieniem się psychiki, oraz sił 
psychicznych  charakterystycznych  tylko  dla  jestestw  społecznych.  Społeczeństwo 
nie  mogło  zjawić  się  wcześniej  także  i  dlatego,  że  najcharakterystyczniejszą 
przecież  cechą  osobników  społecznych  jest  właśnie  zróżnicowanie  funkcjonalne, 
ale, powtarzam, bez morfologicznego, takie zaś zróżnicowanie może wypływać już 
tylko  ze  zróżnicowanej  psychiki.  Z  tego  samego  powodu  i  twórczość  materjalna, 
wielce  urozmaicona,  nie  mogła  powstać  w  żaden  sposób  przed  zjawieniem  się 
psychiki, tak bardzo "innej" od zwierzęcej. 

Zostało więc od razu już tylko ostatnie pytanie: czy czasem owa zadziwiająca 

psychika  specjalnie  ludzka  nie  mogła  zjawić  się  niezależnie  od  zawiązania  się 
społeczeństwa  oraz,  czy  jego  twórczość  nie  mogła  się  zjawić  niezależnie  od 
twórczości zwierzęcej i, czy ona to właśnie, ta psychika, nie dała początku obu tym 
zjawiskom: społeczeństwu oraz jego twórczości? Z punktu widzenia przyrodników 
wypadałoby, że tak być mogło, i taką możliwość usiłowano uzasadniać na rozmaite 
sposoby. Z naszego jednak sylogizmu wypada, że to rzecz niemożliwa. 

Skoro  więc  mądrość  ludzka  nie  może  być  bezpośrednim  darem  natury, 

związanym z organizacją ciała na wzór instynktu, przeto musi być ona zjawiskiem, 
związanem dopiero i tylko ze społeczną formą bytu oraz z jej następstwami jakimś 
węzłem wzajemnej zależności. 

Gdy  zaś  okazało  się,  że  żadne  z  trzech  rozpatrywanych  zjawisk  nie  mogło 

samo jedno lub w łączności z drągiem wywołać pozostałego trzeciego, stało się już 
jasnem,  że  są  to  zjawiska  społzależne,  ale  zależne  od  jakiegoś  nieznanego  nam 
czynnika, będącego wspólnym warunkiem wszystkich. 

Zwężając stopniowo pole poszukiwań metodą wyłączań, w końcu znaleźliśmy 

ów czynnik. 

Poważnem zwężeniem pola poszukiwań stało się z jednej strony stwierdzenie 

ogromnej  starożytności  rodu  naszego,  już  ukształtowanego  w  sposób  bardzo 
zbliżony do postaci spółczesnej człowieka, z drugiej zaś stwierdzenie długotrwałej 
i  zgoła  nienaturalnej  w  tych  warunkach  nieobecności  psychiki  ludzkiej,  a,  już 
conajmniej niezrozumiałego zastoju w jej rozwijaniu się, czy powstawaniu. 

background image

Stwierdzenie owej ogromnej starożytności cech fizycznych ludzkich w rodzie 

naszym nastąpiło poniekąd niespodzianie, to znaczy wbrew oczekiwaniom, wbrew 
temu, co mogłoby być nazwane normalnym biegiem rzeczy. 

IX.  MOWA  WYRAZOWA  KONIECZNYM  WARUNKIEM 

LUDZKICH WŁADZ PSYCHICZNYCH

 

Gdy  poodpadały  nam  różne  "możliwości",  o  których.  traktowaliśmy  wyżej, 

odpowiedź  na  to  pytanie:  czy  psychika  ludzka,  tak  gruntownie  odmienna  od 
zwierzęcej, mogła zjawić się w stadjum przedspołecznem rodu naszego, nie mogła 
już brzmieć inaczej, jak: negatywnie (p. Prolegomena, r. XIV-XIX). 

Stało się aż nadto jasnem, że musi w grę wchodzić jakiś czynnik, dotychczas 

nierozpoznany w świecie ludzkim, albo niedoceniony. 

Czynnik tem osobliwy, a ważny, że łączy osobniki a jednocześnie różnicuje je 

psychicznie i nie tylko psychicznie, ale i funkcjonalnie. Czynnik ten powinien być 
koniecznie fizycznym. Tak wypada z naszego sylogizmu. 

Cóż może być takim czynnikiem? 
Choćbyśmy  dla  innych  racji  nie  byli  odrazu  wyłączyli  jakichś  całkiem 

wyjątkowych  właściwości  (w  Prolegomenach)  naszego  mózgu  oraz  psychiki  z 
rządu  możliwych  "przyczyn",  "społeczeństw"  i  cywilizacji,  wypadłoby  tego 
dokonać  po  teoretycznem  stwierdzeniu  fizyczności  owego  "czynnika",  albowiem 
proces psychiczny, który się toczy w mózgach, nie mógłby przecież sam w sobie 
być owym poszukiwanym łącznikiem. 

Przeciwnie,  przecież  dla  samego  istnienia,  jakiejś  łączności  psychicznej 

osobników  społecznych  potrzebne  jest  coś  fizycznego,  coby  sprzęgało  osobniki 
związkowe ze sobą. 

I  otóż  takim  łącznikiem  dla  psychik  osobniczych  okazały  się  nam  fale 

głosowe,  czyli  sygnalizacja  akustyczna.  Innemi  słowy  -  mowa  wyrazowa,  (na 
wyższym  zaś  szczeblu  w  rozwoju  społeczeństw  jeszcze  i  pismo,  czyli  forma 
optyczna łącznika akustycznego). 

Zdawałoby  się,  że  sygnalizacja  akustyczna,  zjawisko  pozornie  bardzo 

niewinne, a przytem dość pospolite i w świecie zwierząt, oczywiście wyższych, jak 
np.  ssaków,  a  zwłaszcza  ptaków,  nie  może  być  tak  ważnym  i  koniecznym 
warunkiem  związku  osobników,  którego  następstwem  tak  całkiem  nowe  a 
wyjątkowe  zjawisko  jak:  inteligencja  ludzka,  bo  wszak  bardzo  wiele  zwierząt 
wyższych komunikuje się przecież między sobą za pomocą sygnałów głosowych, a 
mimo to wciąż pozostają tylko zwierzętami. 

Aby spostrzec, że mamy tu do czynienia tylko z pozorną przeszkodą logiczną, 

dość  zreflektować  się,  że  jakiś  materjał  na  tak  wyjątkowy  w  naturze  zwierzęcej 
łącznik  między  ludźmi,  choćby  bardzo  surowy,  czyli  jakaś  uboga  zwierzęca 
sygnalizacja,  powinien  był  istnieć  i  w  rodzie  ludzkim,  w  jego  stadjum 
przejściowem. Rozwinąć się bowiem w łącznik mogło tylko coś, co istniało pierwej 
wśród członków gromady w postaci nieskomplikowanej i nie stanowiło jeszcze 

łącznika.

 Inna rzecz, że do takiej przemiany tego czegoś, to znaczy głosów 

zwierzęcych, potrzebne były jeszcze warunki, sprzyjające ich

komplikowaniu 

background image

się.

 Tak samo przecież materiał na psychikę ludzką oraz podstawowe jej warunki 

powinny były istnieć i rzeczywiście były gotowe właśnie w postaci skromnej 
psychiki zwierzęcej, opartej na zmysłach zwierzęcia.

 

Z jakiegoż jednak powodu jeden tylko ród ludzki doszedł do wyrobienia sobie 

prawdziwej mowy? 

Za główny warunek tego zdarzenia uczuliśmy się zmuszeni w Prolegomenach 

uznać  uchronienie  się  naszego  rodu  od  popadnięcia  w  jedną  z  tych  licznych,  a 
niebezpiecznych  na  dalszą  metę  jednostronności  w  sposobie  życia,  a  przeto  i  w 
rozwoju  ciała,  w  których  ugrzęzła  z  biegiem  czasu  większość  jego  krewniaków, 
zamykając sobie drogę do normalnego poniekąd i 

wielostronnego trybu życia.

 

Komplikowanie  się  bardzo  ubogiej  zrazu  sygnalizacji  w  mowę  wyrazową 

mogło  nastąpić  dopiero  przy  współdziałaniu  warunków  odpowiednio 
sprzyjających.  Urozmaicanie  się  jednak  coraz  większe  sygnalizacji  zaczęło 
przeobrażać w biegu licznych pokoleń pierwotną prostą, półświadomą wrażliwość, 
w  coraz  mocniej  komplikującą  się  psychiką.  Ta  oczywiście  dalej  komplikowała 
mowę, co znowu w następnych pokoleniach wywoływało u jestestw związkowych 
rozwój psychiki - i tak w kółko. 

I oto człowiek, jako człowiek prawdziwy, okazał się nam przedewszystkiem 

wytworem  i  równocześnie  podstawowym  elementem  społeczeństwa,  a  dopiero  i 
jedynie dzięki temu zdolnym myśleć całkiem inaczej, niż zwierzęta. 

W  przedstawieniu  powyższem  zaszła  drobna  niby  poprawka  w 

przyjmowanym  dawniej  łańcuchu  "przyczyn"  i  "skutków",  a  jednak  ukazała 
człowieka w odmiennem świetle. Dopiero też ona, jak się o tem niżej przekonamy, 
wyjaśnia w sposób naturalny wszystkie właściwości ducha ludzkiego, jak również 
"dobre" i "złe" strony człowiecze. 

X.  UNUSHOMO  -  NULLUSHOMO  (MĄDROŚĆ  LUDZKA 

ZJAWISKIEM SPOŁECZNEM)

 

Teraz  możemy  już  zarysować  różnicę  między  mechanizmem  zwierzęcym  a 

ludzkim.  Zwierzę  trzeba  sobie  przedstawić  jako  całostkę  psychiczną,  otwartą  na 
świat  przez  swą  wrażliwość,  ale  tylko  do  przyjmowania  bodźców  od  świata 
zewnętrznego  i  do  osobistego  na nie reagowania  czynami,  działalnością.  Zwierzę 
prawie  nic  ze  siebie,  ze  świata  swych  wrażeń  nie  komunikuje  podobnym  sobie. 
Osobnik zaś ludzki po nauczeniu się mowy staje się całostką psychiczną, otwartą 
zarówno dośrodkowo jak i odśrodkowo. Człowiek nie tylko przyjmuje bodźce, ale i 
wysyła  niezmiernie  skomplikowane  do  podobnych  sobie.  Ta  właśnie  możność 
oddawania z siebie swych stanów psychicznych innym osobnikom i to oddawanie 
stanów  nie  tylko  uczuciowych,  co  byłoby  najłatwiejszem,  i  co  w  słabym  stopniu 
zachodzi  wśród  zwierząt  między  osobnikami  jednego  gatunku,  ale  stanów 
intelektualnych,  stanowi  moment  decydujący  o  psychicznej  łączności  ludzi  z 
ludźmi. Właśnie takiej łączności nie  znają zwierzęta, nie wyłączając nawet t. zw. 
gatunków towarzyskich, jak bobry, mrówki lub pszczoły. 

Czem  się  to  dzieje?  Oto  tem,  że  człowiek  odbiera  jeszcze  takie  bodźce, 

których  zwierzęta  nietylko  nie  znają,  ale  które  są  najzupełniej  obce  światu 

background image

zwierzęcemu.  Bodźce  te  człowiek  odbiera  tylko  od  ludzi,  nie  zaś  od  pozostałej 
przyrody zewnętrznej. 

Cała  więc  niezgłębiona  przepaść  między  zwierzęciem  a  człowiekiem  w  tem 

spoczywa i stąd płynie, że do liczby bodźców, otrzymywanych przez osobnika od 
przyrody  zewnętrznej,  przybyła  w  świecie  ludzkim  jeszcze  specjalna  a  bardzo 
bogata kategorja bodźców, wysyłanych jedynie tylko przez ludzi do ludzi. 

Jakież zadania spełniają owe bodźce? Zadaniem ich - budzić w osobniku, do 

którego  są  skierowane  nie  tylko  proste  stany  uczuciowe  (bo  te  potrafi  budzić  w 
podobnych  mu  osobnikach  swemi  ubożuchnemi  sygnałami  i  zwierzę),  ale 
przedewszystkiem i wspomnienia przedmiotów, stosunków, działań, zdarzeń i t. d., 
i to takie mniej więcej, jakie chciał obudzić osobnik wysyłający. 

I to jest najważniejsze. Aby się i ten nieprawdopodobny z pozoru proces mógł 

dokonywać,  potrzebne  tu  jest,  ale  i  wystarczające  wtajemniczenie  w  znaczenie 
sygnałów. Sygnały te nie mogą być rozumiane instynktownie, jak to ma miejsce u 
zwierząt,  które,  jak  np.  wszystkie  ptaki  śpiewające,  rodzą  się  ze  swoją  ubogą 
sygnalizacją, zarówno jak rodzą się z instynktami. Bodźce te nabierają właściwego 
znaczenia  dopiero,  gdy  osobnik  odbierający  został  wpierw  o  ich  znaczeniu 
specjalnem poinformowany przez innych. Mają więc znaczenie społeczne, nie zaś 
zoologiczne, i znaczenie warunkowe, wymagające wtajemniczenia. 

Gdy  to  wtajemniczenie  raz  zostało  dokonane,  przynosi  ono  już  niezmiernie 

ważne następstwa. Z możności bowiem dowiadywania się za ich sprawą o obcych 
wrażeniach  i  o  wyobrażeniach  sygnalizowanych  za  pomocą  owych  specjalnych 
bodźców,  oraz  z  możności  komunikowania  innym  wrażeń  własnych  wynika  w 
rezultacie głęboka łączność psychiczna intelektualna osobników ludzkich. Wynika 
jeszcze  coś  więcej,  mianowicie  możliwość  kojarzenia  osobistych  wrażeń  i 
wyobrażeń w wyobrażenia wspólne wszystkim osobnikom, które zostawały ze sobą 
w komunikacji psychicznej przez mowę. I zachodzi nie tylko możność kojarzenia 
wrażeń  i  wyobrażeń  osobniczych  we  wspólne  czyli  w  zgodne  społecznie 
wyobrażenia,  bo  to  byłoby  za  mało,  ale  w  coś  zupełnie  nowego,  mianowicie  w 
pojęcia, lecz o tem nieco później będziemy mówić. 

Podstawowe  zadanie  bodźców  -  sygnałów,  słów,  wysyłanych  od  ludzi  do 

ludzi  i  łączących  ludzi  w  związek  psychiczny,  polega  tedy  przedewszystkiem  na 
umożliwieniu  porozumiewania  się  w  zakresie  stanów  psychicznych  nie  tylko 
uczuciowych,  ale  i  intelektualnych,  tj.  przedmiotowych.  Na  wstępie,  i  to  jest 
najważniejsze,  na  umożliwieniu  wytwarzania  bardzo  skomplikowanych  procesów 
psychicznych,  procesów,  których  nie  mogłaby  budzić  sama  wrażliwość  zmysłów 
osobnika. 

Wprawdzie potrzeby życiowe niektórych zwierząt "wyższych", jak np. wielu 

ssaków  i  ptaków,  zmusiły  je  także  do  wyrobienia  sobie  niejakich  środków 
porozumiewania  się.  W  tym  właśnie  celu  wyrobiły  się  u  nich  władze  wysyłania 
sygnałów  głosowych,  oddziaływających  na  inne  osobniki  przez  nerwy  słuchu. 
Jednak  sygnały  te  stanowią  bardzo  niedokładne  środki  porozumiewania  się, 
ponieważ są bardzo nieliczne, a nadto tylko u niewielkiej liczby gatunków doszły 
do jakiej takiej rozmaitości. 

background image

Ale  i  tam  wcale  nie  mogą  one  wzbudzać  skomplikowanych  stanów 

psychicznych przedmiotowych (wyobrażeń, a zwłaszcza pojęć), co najwyżej proste 
stany  podmiotowe,  a  więc  wzruszenia,  uczucia  i  żądze.  Ilość  tych  bodźców  - 
sygnałów ograniczona jest tam bezpośredniemi potrzebami organizmu, mianowicie 
dążnością  do  zachowania  życia  własnego  i  życia  rodu  swego  przez  dążność  do 
stanu  zadowolenia  i  unikania  cierpienia.  Wydawanie  i  rozumienie  ich  odbywa 
się 

refleksyjnie,

 co  najlepiej  świadczy,  że  jest  to  zjawisko  całkiem  odmienne  od 

zjawiska prawdziwej mowy. 

Tylko w  jednym  rodzie ludzkim  zaszło ogromne zwiększenie się  ilości  tych 

sygnałów  (słów),  wywołując  społeczne  stadjum  bytowania.  Umożliwiło  to 
wywoływanie  za  ich  pomocą  coraz  skomplikowańszych  stanów  psychicznych 
przedmiotowych (wyobrażeń). 

Gdy  ujawniła  się  w  gromadkach  ludzkich  ogromna  użyteczność  praktyczna 

takich  sygnałów  (słów),  wówczas  podtrzymywanie  ich,  pomnażanie  i  uściślanie, 
czyli  podnoszenie  słów  do  godności  wyrazów  przerobiło  z  biegiem  czasu  tę 
sygnalizację z elementarnej i ubogiej mowy wzruszeń, uczuć nieskomplikowanych 
i takichże żądz, w środek komunikowania własnych wyobrażeń, następnie nawet w 
narzędzie  do  wytwarzania  pojęć,  t.  j.  treści  psychicznych  zupełnie  obcych 
zwierzętom, niemożliwych u nich, a zresztą i niepotrzebnych. 

I oto od owego czasu mowa taka zaczęła stawać się z jednej strony wiązadłem 

między  osobnikami,  wiązadłem  psychicznem,  pozwalającem  wnikać  im  coraz 
lepiej  w  stany  psychiczne  cudze,  czyli  lepiej  się  odczuwać,  niż  odczuwają  się 
zwierzęta,  -  z  drugiej  przerobiła  ich  pod  względem  psychicznym  -  przez 
rozszczepienie  doznań  niezłożonych  i  monotonnych  w  niezmierną  rozmaitość  - 
przerobiła, powtarzam, w coś zupełnie nowego dla świata. 

Dzięki  mowie  wrażliwość,  normalna  dla  wyższych  ssaków,  może  się 

przetwarzać w tak głębokie i subtelne odczucia otaczającej rzeczywistości, że pod 
tym względem ludzie mogą zostawiać za sobą daleko cały świat zwierzęcy i stawać 
się  w  prawdziwem  tego  słowa  znaczeniu  jestestwami  rozumnemi  i  świadomemi 
siebie i świata. 

Całą  tę  nadzwierzęcą  i  nadzmysłową,  albo  przeciwzmysłową  przenikliwość, 

tem  charakterystyczną,  że  nabywalną,  nie  zaś  wrodzoną,  ród  ludzki  zawdzięcza 
związaniu się w koła społeczne. Owe koła są to już poniekąd jakgdyby pewne nad-
zoologiczne całostki psychofizyczne, złączone każda własnym systemem sygnałów 
w oddzielne koło. 

Źlebyśmy  jednak  byli  zrozumiani,  gdyby  czytelnik  nabywalność 

nadzwierzęcego  stanu  władz  psychicznych,  o  którym  mówimy,  że  nie  jest 
wrodzony,  -  wziął  za  jedno  z  nieobecnością  głębokich  zmian,  zachodzących 
stopniowo, z biegiem czasu w mózgu praludzkim i wogóle w całym jego systemie 
nerwowym.  Stale  praktykowane  kojarzenie  wyobrażeń  czysto  zmysłowych  z 
elementem językowym (ze słowami) rozwinęło mózg ludzki przez wzbogacenie go 
właśnie o te części, które są niezbędne do takich kojarzeń. 

Częste powtarzanie się takich skojarzeń przekazywało potomkom przez dwa 

tajemnicze zjawiska: wprawy i dziedziczności coraz dogodniejszy aparat nerwowy 
ze wszystkiemi jego nowemi uzdolnieniami do funkcjonowania po ludzku. Jednak, 

background image

powtarzam,  my  dziedziczymy  tylko  żywy  aparat,  niezbędny  do  myślenia  po 
ludzku.  Wyobrażeń  i  pojęć  nie  dziedziczymy.  Dziedziczymy  subtelne  narzędzie, 
nie zaś dzieło jego. 

 

Odkrycie poszukiwanego łącznika fizycznego między ludźmi, czyli przyczyny 

społeczeństw, jako przyczyny społecznej, zaliczamy do najważniejszych zdobyczy 
naszych.  I,  jak  to  najczęściej  bywa,  nie  zaszło  tu  odnalezienie  rzeczy  nieznanej, 
lecz  poprostu  wyjaśnienie  roli  czynnika  powszechnie  znanego.  Był  on  nawet 
wysoko ceniony, ale zawsze tylko w charakterze narzędzia do komunikowania się 
gotowych dusz. Rola jego nigdy nie została jeszcze należycie doceniona w Nauce z 
powodu  głęboko  zakorzenionych  idei,  mających  to  zbyt  mało  wspólnego  z 
przyrodniczym  światopoglądem,  to  znowu  zbyt  niewolniczo  stosujących  teorje 
rozwoju  organicznego  tam  nawet,  gdzie  fakty,  jaskrawo  rzucające  się  w  oczy, 
ukazywały jej niedostateczność. 

Geneza  ducha  ludzkiego  nie  jest  ani  tak  pozioma  (i  związana  z  ciałem 

osobnika),  jak  to  mniemali  przyrodnicy  obozu  materjalistycznego,  ani  znowu  tak 
"zaświatowa",  substancjalna  i  metafizyczna,  jak  utrzymywali  ich  przeciwnicy, 
filozofowie  szkół  idealistycznych.  Lecz  doprawdy  znacznie  mniej  mylili  się  ci, 
którzy powołali do życia wszystkie Olimpy, niżeli ci, którzy duszę osobnika chcieli 
ograniczyć  do  funkcji  fizjologicznej  mózgu,  i  to  mózgu  odosobnionego, 
osobniczego. 

Nie  negujemy  niepojętego  i  iście  metafizycznego  pierwiastku  świata, 

przejawiającego  się  w  zjawiskach  duchowych,  ale  niewolno  nam  zapominać,  że 
tkwi  on  w  każdem  żyjącem  w  całej  pełni  swej  tajemniczości, więc  nicbyśmy  nie 
zyskiwali dla nauki, powołując się bezpośrednio na ten pierwiastek w usiłowaniach 
zgłębienia  kwestji  ukazania  się  w  pewnym  czasie  na  pniu  człowieczym  tych 
zjawisk psychicznych, które mianujemy 

duchowemi.

 

XI. 

WPŁYW 

KOŁA 

SPOŁECZNEGO 

NA 

JEGO 

UCZESTNIKÓW

 

W  tem  miejscu  nie  będzie  zbytecznem  wejrzenie  w  mechanizm 

psychofizyczny  takiej  całostki,  którą  nazwiemy  kołem  społecznem,  złożonem  z 
osobników ludzkich. Wydaje mi się to nawet koniecznem, trzeba bowiem zapełnić 
przestrzeń,  dzielącą  osobniki,  czemś,  co  może  je  łączyć  i  to  podobnie,  jak  są 
złączone w jednym mózgu czuciowe części mózgu, z motorycznemi (ruchowemi) 
w całość psychofizyczną. 

Osobniki  społeczne,  jak  już wspominaliśmy, różnią się tem od zwierzęcych, 

że są całostkami otwartemi względem siebie obustronnie. One nie tylko przyjmują 
bodźce,  wywołujące  skomplikowane  wrażenia,  ale  także  i  wysyłają  takie  bodźce, 
które  mogą  wywoływać  w  innych  osobnikach  tego  samego  koła  wrażenia  mniej 
więcej podobne do tych, jakie wysyłający chciał obudzić. 

Od  chwili,  gdy  taki  warunek  może  być  urzeczywistniony,  "koło  społeczne" 

odrazu  nabiera  charakteru  zindywidualizowanej  całostki  psychicznej.  Na  całostkę 
tę składa się pewna mniejsza lub większa ilość osobników, związanych ze sobą w 

background image

jeden aparat nie tylko bierny, ale i czynny. Aparat ten podobny jest zasadniczo do 
każdego  aparatu  mózgowego,  w  którym  czuciowe  centry  połączone  są  z 
motorycznemi w jedną całość. Takie powiązanie niesie dla osobników należących 
do "koła" skutki bardzo doniosłe. 

Pomimo,  że  mechanizm  mózgowy  tych  osobników  zostaje  prawie  taki  sam, 

bo  został  wzmocniony  tylko  o  elementy,  niezbędne  do  funkcjonowania 
odśrodkowo,  -  psychika  tych  osobników  staje  się  czemś  o  wiele  wyższem  od 
psychiki zwierzęcej. 

Wiemy, że mózg pra-człowieczy został wzbogacony o "elementy" nieobecne 

w  mózgu  zwierzęcym.  Otóż  wypada  zaznaczyć,  że  te  nowe  elementy  w  mózgu  i 
wogóle  w  organizmie  ludzkim,  jako  ludzkim,  nie  są  natury  czysto  zoologicznej, 
które  zawdzięczalibyśmy  czystej  przyrodzie  "wydoskonalającej"  organizmy  w 
"walce  o  byt"  na  łonie  przyrody.  Zawdzięczają  one  swe  powstanie,  rozrost  i 
ukształtowanie właśnie komunikowaniu się ze sobą osobników społecznych przez 
mowę,  przez  słowa.  W  jaki  sposób  one  powstały  i  w  jakich  granicach  zmieniły 
ludzki  mózg  i  wogóle  cały  aparat  nerwowy,  to  wyjaśniliśmy  już  w 
"Prolegomenach";  nie  będzie  jednak  od  rzeczy  przypomnienie  t.j.  przedstawienie 
ludzkiego  procesu  komunikowania  się  na  rysunku  schematycznym, 
wyobrażającym,  dla  prostoty,  koło  społeczne  najszczuplejsze  z  tych,  jakie  być 
mogą, bo złożone tylko z dwóch osobników C. i D. 

Powtórzymy tu w najkrótszym zarysie to, co było już na tym rysunku szerzej 

wyłożone,  chodzi  bowiem  tylko  o  wyjaśnienie  skutków  wysyłania  bodźców  od 
jednego mózgu do drugiego. 

Nad sprawą przyjmowania słów nie będziemy się zastanawiali, ponieważ jest 

zupełnie podobna do sprawy przyjmowania wszelkich bodźców, na które są czułe 
zmysły  nasze.  Inna  rzecz,  że  nawet  samo  przyjmowanie  szmerów  mowy  nie  w 
charakterze  zwykłych  szmerów,  ale  w  charakterze  słów,  wymaga  istnienia  w 
mózgu specjalnego już kompleksu komórek czułego na owe słowa, wyrzucane już 
w  charakterze  wyrazów  do  słuchającego.  Ten  kompleks  powstał,  jako  reakcja 
"żywego",  pod  działaniem  takich  właśnie  specjalnych  bodźców.  Części  mózgu, 
przyjmujące  i  rozumiejące  "mówione",  powiedziane,  wyrobiły  się  tylko  pod 
działaniem  specjalnych  bodźców,  wydawanych  przez  ludzki  aparat  mowy  - 
podobnie, jak np. wzrokowe części mózgu organizm zwierzęcy wyrobił sobie pod 
wpływem podniet, odbieranych od świata przez nerwy oczu. 

I  podobnie  jak  bez  istnienia  fal  świetlnych  i  specjalnych  zakończeń 

nerwowych  czułych  na  nie  -  nie  byłoby  w  mózgu  czuciowych  centrów 
wzrokowych, tak samo bez istnienia specjalnych fal "mówionego", branych nie w 
charakterze dźwięków, ale w charakterze znaków dla rzeczy, słów - wyrazów, nie 
mogłyby  się  wytworzyć  na  powierzchni  mózgu  czuciowe  centry  mowy, 
przyjmujące słowa jako wyrazy, czyli nie mogłyby powstać narzędzia do myślenia 
po ludzku. 

Ponieważ nie mogłoby być w kole społecznem fal "mówionego" bez istnienia 

aparatu, który je wydaje t. j. wysyła, aparatu zaś samego również nie mogłoby być 
bez motorycznych części mózgu, rządzących mówieniem, tych zaś bez czuciowych 
części,  przyjmujących  fale  "mówionego"  -  przeto  staje  się  jasnem,  że  fale 

background image

"mówionego"  łączą  dwa  centry  mowy,  czuciowy  i  ruchowy  dwu  lub  więcej 
osobników w całość pełną i zamkniętą. W osobnikach więc A i B tkwią, jak gdyby 
dwa drzewa, odwrócone do siebie korzeniami. Korzenie obu reprezentują mózgowe 
nerwy ruchu (a'), korony mózgowe nerwy czucia (b'). Korzenie jednego mieszczą 
się w mózgu pierwszym (A), a korona w drugim (B); drugiego zaś drzewa korzenie 
mieszczą  się w  mózgu drugim  (B), a korona w pierwszym. Pień każdego  drzewa 
wychodzi przez aparat mowy, przez usta (a), wchodzi zaś przez aparat słuchu (b) 
do  mózgu  drugiego  osobnika.  W  każdym  zaś  mózgu  korzenie  jednego  i  korona 
drugiego  drzewa  związane  są  ze  sobą  w  całość  doskonalą,  taką,  jak  gdyby  były 
jednem drzewem, bo i są niem w osobniku rzeczywiście. 

 

Jedno  drzewo  bez  drugiego  nie  mogłoby  ani  powstać,  ani  istnieć.  Funkcja 

przyjmowania bodźców nie mogłaby powstać sama jedna bez równoważnej funkcji 
wysyłania takich bodźców. Podział pracy w każdem drzewie jest następujący: Gdy 
korona przyjmuje do świadomości mowę cudzą, czyli jest czuciowem siedliskiem 
mowy, albo zmysłowem (b'), korzenie kierują funkcjami własnego aparatu mowy, 
czyli są siedliskiem motorycznem mowy (a). 

Komunikacja  obu  siedlisk  w  jednym  mózgu  dokonywa  się  przez  istnienie 

doskonałych połączeń wewnętrznych między niemi, komunikacja zaś obu mózgów 
dokonywa się przez fale mówionego, czyli przez fale słów, ale prąd komunikacyjny 
płynie od b' do a', nie zaś odwrotnie. Mamy tu prąd kołowy nieustanny i 

wzajemną 

zależność mózgów.

 

Z tego, co tu zostało wyłożone, wypływa wniosek, że nieco większą objętość 

ludzkich  półkul  mózgowych  należy  przypisać  głównie  (choć  nie  jedynie) 
obustronnym  funkcjom  mowy.  Te  części  mózgu  i  systemu  nerwowego,  które 
rządzą mówieniem i rozumieniem "mówionego" wytworzyły się dopiero w okresie 
społecznym bytu naszego typu zoologicznego pod wpływem stale praktykowanego 
kojarzenia  wyobrażeń  czysto  zmysłowych  z  elementem  językowym.  Zatem  ten 
ostatni jest przyczyną powstania tych części masy mózgowej, których nie posiadają 
zwierzęta. Aparat do wydawania głosu, wysubtelniony w aparat mowy, jest dopiero 
u  człowieka  narzędziem  do  wytwarzania  i  podtrzymywania  łącznika  fizycznego, 
wiążącego  ludzi  w  społeczeństwo,  warunkiem  społecznej  formy  bytu,  oraz 
psychiki, zgoła niemożliwej u zwierząt. 

 

 

Rysunek,  na  którym  przedstawiliśmy  proces  komunikowania  się  dwóch 

członków  koła  społecznego,  nie  daje  jeszcze  wyobrażenia  o  wielkiem 
skomplikowaniu stosunków interpsychicznych, a przez to i psychik osobniczych. 

Dopiero,  gdy  sobie  narysujemy  koło,  złożone  choćby  z  pięciu  lub  sześciu 

uczestników,  otrzymamy  obraz  najdrobniejszego  społeczeństwa,  czyli  pewnej 
najmniejszej całostki socjalnej. Tu bowiem dopiero, choćby w tak szczupłem kółku 
jednego  gniazda  (rodziny)  znajdujemy  konieczny  warunek  koła:  mianowicie  jego 
trwałość  t,  j.  ciągłość,  dłuższą  od  trwałości  jednego  pokolenia.  Tu  bowiem  na 

background image

miejsce  wymierających  członków  przybywają  osobniki  nowe,  dostające  się  zaraz 
pod wpływ pozostałych przy życiu dziedziców całej przeszłości koła. 

Na  tym  dopiero  rysunku  okazuje  się  naocznie,  że  psychika  czysto  ludzka 

każdego  uczestnika  formuje  się  pod  wpływem  wszystkich  pozostałych.  Tutaj 
dopiero  widać,  czemu  pojęcia  coraz  późniejszych  członków  koła  mogą  się 
komplikować i doskonalić coraz bardziej. Oto poprostu z powodu nagromadzania 
się  przez  obcowanie  w  kole  społecznem  doświadczeń  i  obserwacyj  osobników, 
które uprzednio i kiedykolwiek należały do koła i zdołały oddziałać na pozostałych. 

Przecież  rozrost  korony  i  korzeni  w  jednym  mózgu  związkowym  wywołuje 

podobny  rozrost  w  tych,  które  się  z  nim  komunikowały  przez  pień  czyli  przez 
mowę.  Źródło  tedy  ludzkiego  poznania  każdego  z  członków  koła  tkwi  już  nie  w 
jego własnych zmysłach i nie w jego mózgu i nie w dziedzicznie przekazywanym 
instynkcie, ale w tej nie przepadającej ani na chwilę, to znaczy nie przerywającej 
się,  skomplikowanej  siatce  fal  "mówionego",  która,  łącząc  fizycznie  członków 
koła,  podtrzymuje  tegoż  ciągłość  oraz  indywidualność,  pomimo  ustawicznych 
zmian  częściowych,  jakie  w  niem,  pod  wpływem  doskonalenia  się  ich  wiedzy, 
zachodzą. 

Źródłem  mądrości  członków  koła  jest  tedy  trwałość  koła  przez  ciągłość 

społeczną łącznika. Ten podtrzymuje wyniki doświadczenia wszystkich członków 
koła,  tak  żyjących  jak  minionych,  i  wiąże  ich  w  pewną  ciągłość  psychiczną  ze 
wszystkiemi tej łączności skutkami. 

Na  rozwój  oraz  jakość  psychiki  osobnika  składa  się  oddziaływanie  (przez 

mowę)  wszystkich  komunikujących  się  z  nim  osobników  pośrednio  zaś  jeszcze  i 
wszystkich osobników, które wpływały na tamte. 

Tak więc do liczby zwykłych bodźców, na które czułe są zwierzęta, przybył 

tylko  element  językowy,  mowa,  i  on  to  umożliwił  wyzyskiwanie  aparatu 
mózgowego  w  sposób  brzemienny  w  nieobliczalne,  choć  napewno  nie  szukane 
skutki. 

Narazie poprzestaniemy na tych uwagach, zastrzegając sobie, po załatwieniu 

się  z  tematem  pilniejszym,  powrót  do  tematu  koła  społecznego,  celem 
wyprowadzenia  z  niego  ważnych  konsekwencyj,  których  wszakże  poruszanie  w 
tem miejscu byłoby przedwczesne. 

XII. CO TO SĄ SŁOWA?

 

Na  czem  polega  doniosłe  w  skutkach  wyzyskanie  przez  gromadę  ludzką 

pospolitej  wrażliwości  zwierzęcej,  to 

wyłożyliśmy  już  dawniej,

tu  przypomnimy 

pokrótce,  że  zwierzę  kojarzy  w  swej  głowie  same  tylko  obrazy  zmysłowe  swego 
środowiska,  i  to  w  sposób,  odpowiadający  jego  bardzo  skromnym  potrzebom 
życiowym.  Jego  nieskomplikowany  świat  psychiczny  jest  bezpośredniem 
odczuciem tylko świata przyrody, która roztacza się przed zmysłami zwierzęcia w 
postaci panoramy kinematograficznej, opartej na podstawie wszystkich zmysłów. 

Z człowiekiem (w społeczeństwie) dzieje się coś znacznie więcej. Na niego, 

oprócz  środowiska  naturalnego  działają  od  niemowlęctwa  dźwięki  mowy 
otoczenia,  powiązane  i  pokojarzone  z  fragmentami  panoramy  środowiska  przez 
nauczanie. 

background image

Cała  różnica  mimo,  że  jest  wieka  w  skutkach,  polega  na  tem,  że  zwierzę 

kojarzy w swej głowie obrazy samej tylko przyrody, czyli wrażenia i wyobrażenia 
osobiste,  bezpośrednie  w  sposób,  wyrobiony  przez  licznych  przodków,  a 
przekazywany dziedzicznie wszystkim osobnikom tegoż rodu, człowiek zaś może 
kojarzyć  z  tamtą  kategorją  obrazów  jeszcze  i  maleńkie  obrazy  zmysłowe 
(słuchowe),  słowa,  niby  gesty  "słyszane",  wychodzące  od  innych  osobników  pod 
postacią rozmaitych kombinacyj dźwięków. 

Aby  ocenić  zdumiewające  skutki  tego  niewinnego  niby  dodatku,  który  w 

społeczeństwie  przybył  pod  postacią  znaków  akustycznych,  Czyli  takich  gestów, 
które  działają  na  słuch,  -  wystarczy  przyrównać  je  do  znaków  algebraicznych  w 
matematyce. 

Same przez się puste, posiadają one jednak w tej gromadzie ludzkiej, która się 

niemi  posługuje, umowne znaczenie,  całkiem  niezależne  od skromnej  roli  nic nie 
mówiących kombinacyj głosek. 

Jednak  lepiej  będzie  przyrównać  te  dźwięki  nie  do  znaków  algebraicznych, 

ale  do  klawiszy  fortepianowych;  obrazy  zaś  przyrody  przyrównać  do  samych 
dźwięków, które wydają struny fortepianowe. 

Skoro zgodzimy się na taką przenośnię, wówczas spostrzeżemy, że tylko takie 

obrazy, które otrzymujemy  przez zmysły  bezpośrednio  od  natury,  od środowiska, 
mają dla nas własne dla nich i stałe odpowiedniki w zewnętrznej przyrodzie, czyli 
w  panoramie,  otaczającej  osobnika.  (Ten  element  będą  w  naszym  przykładzie 
reprezentować struny fortepianowe.) 

Dźwięki zaś mowy, czyli słowa, utożsamione tutaj tylko z klawiszami, same 

przez  się  są  puste,  nie  posiadają  same  przez  się  żadnej  treści  myślowej, 
pozaakustycznej.  Ale  też,  rzecz  oczywista,  nikt  nie  bierze  słów  w  prostem 
znaczeniu brzmień, (czyli wyobrażeń jedynie fonetyczno-akustycznych), w jakiem 
bierze się dźwięki muzyki lub śpiewu bez słów. Chyba że się nie rozumie mowy. 
To  są  rzeczywiście  proste  tabliczki  kościane,  powtarzam,  nieme,  dopóki  ich  nie 
połączymy ze strunami brzmiącemi. 

Jednak  od  chwili,  gdy  taki  klawisz  (czyli  sygnał)  przyczepimy  w  swojej  i 

czyjejś  głowie  do  jakiejkolwiek  struny  (czyli  do  przedmiotu  lub  jego  cechy),  to 
znaczy, gdy przyczepimy pustą zrazu formę dźwiękową, fonemę, jak ją nazywają 
lingwiści,  do  jakiegokolwiek 

obrazu  zmysłowego  pozajęzykowego, 

ów  klawisz 

odrazu 

nabywa 

treści 

swej 

struny, 

czyli 

nabywa 

treści 

obrazu 

zmysłowego, 

przyczepionego  doń  i  wtedy  dopiero  staje  się  naprawdę  wyrazem 

(czegoś), nie zaś pustym dźwiękiem. Staje się on (tak jak każdy gest), znakiem dla 
rzeczy,  będącej  przedmiotem  wyobrażenia  (wyrazem),  staje  się  narzędziem 
(klawiszem) do wyrwania owego obrazu z panoramy ogólnej, w której tkwi. Staje 
się narzędziem do wyrwania z pamięci osobnika wspomnienia rzeczy, o którą nam 
w danej chwili chodzi. Staje się już, mówiąc językiem lingwistów, morfemą. Ma to 
kolosalne 

znaczenie dla osobników.

 

Za  pociśnięciem  tego  klawisza  mogę  już  wywołać  dźwięk  struny  z  nim 

złączonej,  czyli  za  wymówieniem  pewnej  kombinacji  szmerów  mogę  wywołać  z 
czyjejś pamięci złączony z tą formą dźwiękową fragment obrazu przyrody z jego 
naturalnego  miejsca,  jakie  zajmuje  w  naturze  czy  panoramie  świata,  i  mogę 

background image

wprowadzić  go  (pod  postacią  wyrazu)  w  pole  świadomości  osobnika.  Za 
pociśnięciem  zaś  drugiego  klawisza,  wyrywającego  z  innej  struny  fortepianowej 
inny jakiś dźwięk, czyli za wymówieniem drugiej kombinacji dźwięków, związanej 
już  z  innym  obrazem,  mogę  ów  obraz,  choćby  najodleglejszy  w  naturze  od 
tamtego, ustawić w czyjejś świadomości obok obrazu poprzedniego, czyli mogę go 
wyrwać z jego miejsca naturalnego w panoramie środowiska i skojarzyć nie tylko 
w swojej, ale i w cudzej wyobraźni z pierwszym. 

Trzeba  tylko,  aby  i  ów  drugi  obraz  zmysłowy  został  wpierw  skojarzony  w 

parkę z jakimś innym materjałem językowym, czyli ze słowem. 

Za  pomocą  różnych  kombinacyj  głosek,  które  stały  się  słowami,  mającemi 

każda swą treść określoną, czyli które stały się wyrazami czegoś, mogę tak samo, 
jak  zapomocą  gestów,  tylko  o  wiele  łatwiej  i  dokładniej,  -  dokonywać  analizy 
materjału, którego mi dostarczają zmysły, a potem dowolnej syntezy. Co zaś jest w 
tej  operacji  najważniejszem,  mogą  zakomunikować  innemu  osobnikowi  moje 
osobiste  skojarzenia  przedmiotów,  dokonane  w  mej  myśli  czyli  dokonaną 
przezemnie  jakąś  analizę  oraz  syntezę  materjału,  wyrwanego  z  ogólnego  obrazu 
przyrody zewnętrznej. 

Zwierzę, gdyby nawet było w stanie dokonać w swej myśli podobnej analizy i 

syntezy,  co  jest  jednak  niemożliwe,  nie  jest  w  stanie,  nie  posiadając  mowy, 
zakomunikować  dokładnie  wyników  swej  analizy  innemu  osobnikowi.  Z  tego 
powodu dla gromady zwierzęcej zawsze przepada praca myślowa osobnika, choćby 
najbystrzejszego,  pozostając  wyłączną  własnością  tylko  tego  jednego  osobnika, 
póki on żyje. 

 

Jednak  (trzeba  sobie  to  dobrze  uświadomić),  o  ogromnej  doniosłości 

operowania wyrazami czyli parkami, złożonemi każda z dźwięku i z obrazu natury, 
albo z klawisza i struny brzmiącej, - dla zdobywania głębszego poglądu na świat od 
poglądów  zwierzęcych,  decyduje  wcale  nie  sama  możność  dowolnego  wiązania 
krótkich  znaków  fonetycznych  z  jakimkolwiek,  dowolnie  czy  naprędce  obranym, 
obrazem rzeczy lub jej części. Decyduje o tem dopiero fakt, że połączenia słów z 
obrazami istnieją już gotowe w narodzie. 

My przecież nie według własnego widzimisię kojarzymy znaki fonetyczne z 

obrazami,  nie  według  własnego  widzimisię  przeobrażamy  fonemy  w  morfemy, 
słowa w wyrazy. 

To  nasze  ludzkie  otoczenie  (koło  społeczne)  podaje  nowoprzybywającemu 

osobnikowi  gotowe  już  skojarzenia  pewnych  słów  z  pewnemi  przedmiotami. 
Znaczeń slów-wyrazów trzeba się uczyć; nie można ich na własną rękę wymyślać, 
nie można języka na własną rękę tworzyć. 

Fortepian  jest  już  gotowy.  Pozostaje  przystąpić  do  gotowego  instrumentu, 

zapoznać  się  z  treścią  muzyczną  każdego  klawisza,  a  potem  nauczyć  się  grać 
wprawnie. 

Jakoż każdy człowiek w ten sposób rozpoczyna swoją rolę w społeczeństwie. 

Dziecię, które po okresie bezładnego bełkotania zaczyna mówić, - zamęcza zwykle 
swe otoczenie pytaniami: co to? 

background image

Wiele matek zachwyca się wtedy rozumem swej pociechy, jej ciekawością do 

wszystkiego, ale błędem byłoby mniemać, że dziecię pragnie koniecznie rozumieć 
rzeczy, o które pyta. 

Ono  nie  zadaje  wcale  pytań,  które  miałyby  na  celu,  jak  to  sobie  niektórzy 

wyobrażają,  rozumienie  związku  rzeczy,  ich  przeznaczenie  itp.  Ono  tylko 
zapoznaje  się  z  dźwiękami  klawiszów,  na  których  ma  grać.  Potrzebuje  tylko 
dowiedzieć się: jak się "to" nazywa? 

Więc  też  wychowawca  najczęściej  zaspakaja  w  zupełności  tę  pierwszą 

ciekawość i potrzebę., gdy na pytanie, mające za przedmiot zegarek, da odpowiedź 
lakoniczną: zegarek, nie zaś dłuższe i małozrozumiałe dla dziecka objaśnienie, do 
czego "to" służy, a na pytanie co do książki odpowie: "to książka". 

Tłumaczyć  dziecku  w  pierwszym  okresie  zdobywania  słownika  głębsze 

znaczenie i przeznaczenie zegarka, książki, rzeczy i stosunków skomplikowanych i 
obojętnych  dla  dziecka,  byłoby  zgoła  bezpotrzebne,  bo  w  tej  fazie  rozwoju 
potrzeba  dziecku  głównie  materjału  językowego,  potrzeba  słów,  aby  umożliwić 
porozumiewanie się w zakresie dla niego koniecznym, a potem dalsze zdobywanie 
coraz nowego materjału językowego. 

XIII. 

NADSPODZIEWANE 

SKUTKI 

OPEROWANIA 

CZĘŚCIOWEMI 

PODOBIEŃSTWAMI 

RZECZY 

PONAZYWANYCH. P0WSTANIE POJĘĆ I SĄDÓW.

 

Nie  będzie  zbytecznem 

przypomnieć, 

na  czem  polega  niezmierna  doniosłość 

mowy  wyrazowej  oraz  niezbędność  jej  dla  uświadamiania  sobie  przedmiotów,  a 
następnie przeróżnych  stosunków  między  niemi. Jeśli  skojarzę raz za przewodem 
innego człowieka z dźwiękiem "gruszka" przedmiot jadalny i smaczny, wyrastający 
na  pewnym  gatunku  drzewa,  to  już  moja  psychika  została  wzbogacona  wyrazem 
"gruszka". 

Odtąd,  ilekroć  usłyszę  dźwięk  "gruszka",  tyle  razy  wyłoni  mi  się  z  pamięci 

konkretny, choć niepełny, obraz (czyli wyobrażenie) gruszki. Znaczy to, że cudza 
wola  może  wywołać  w  mej  głowie  wyobrażenie  przedmiotu,  nieobecne  w  mych 
myślach. 

Jeśli następnie skojarzę z dźwiękiem "jabłko" podobną rzecz, wyrastającą na 

innem drzewie, a z dźwiękiem "wiśnia" inną jeszcze rzecz, wyrastającą na drzewie 
wiśniowem, wówczas zbogaciłem swą psychikę nowemi wyrazami: jabłko i wiśnia. 
Ale  choćbym  w  ten  sposób  wszystkie  przedmioty,  podpadające  pod  zmysły, 
ponazywał,  -  jeszcze  nie  zdobędę  przez  to  psychiki  ludzkiej,  gdyż  nie  zdobędę 
pojęć ogólniejszych, niezbędnych do myślenia po ludzku, do myślenia rozumnego. 
Do  tego  potrzeba  zdobyć  uogólnienia,  muszą  być  wprowadzone  do  materjału 
myślowego  pojęcia  abstrakcyjne.  O  co  tu  chodzi,  to  zaraz  na  przykładzie 
objaśnimy. 

Jeżeli wszystkie trzy obrazy, gruszki, jabłka, wiśni, nauczyciel mój skojarzy z 

jednym dźwiękiem nowym "owoc", to wówczas, gdy ktoś będzie chciał wywołać w 
mej głowie myśl o wszystkich tych rzeczach jadalnych, bez różnicy, w wyobraźni 
mej zjawi się na dźwięk tego słowa mimowoli, automatycznie i na krótką chwilę 

background image

wyobrażenie  któregokolwiek  z  tych  owoców,  jak  wiemy  z  psychologji,  zwykle 
niezupełne,  ale  wystarczające.  Zmysłowy  obraz  taki  zniknie  natychmiast, 
pozostawiając  po  sobie  niepochwytny  cień,  jakieś  niewyraźne  uogólnienie 
"owocu". I to nam najzupełniej wystarcza, a nawet chodzi o to, aby wyłoniły się z 
pamięci  tylko  słabe  pozory  rzeczywistości,  szczątkowe  wyobrażenie 
rzeczywistości,  nie  zaś  pełne  i  żywe  obrazy  rzeczy,  albowiem  dopiero  wtedy 
oszczędzam  sobie  i  innym  świadomego  i  kolejnego,  a  bezpotrzebnego, 
przywoływania do pamięci wszystkich znanych mi owoców jadalnych. 

Co za korzyść wypływa ze zdobycia wyrazu ogólnikowego "owoc"? Oto moje 

wyobrażenia zarówno gruszki, jak jabłka i wiśni nabrały pełności, której przedtem 
nie posiadały, otrzymały bowiem naturalny związek ze sobą na mocy pewnej liczby 
cech  wspólnych  wszystkim,  pomimo  pewnej  liczby  cech,  właściwych  tylko 
każdemu  z  tych  owoców  oddzielnie.  W  ten  sposób  wszystkie  one  z  prostych 
wyobrażeń  stały  się  już  pojęciami  czyli  abstrakcjami  od  rzeczywistości, 
pożytecznemi  uogólnieniami.  Dzięki  uświadomieniu  sobie  różnic  i  podobieństw 
między owocami zaczynam głębiej ujmować naturę każdego z tych owoców. Mogę 
dokonywać  licznych  analiz  w  obrazie  każdego  z  tych  owoców,  a  następnie 
logicznych syntez, opartych na uprzedniej analizie. 

Myśl  moja  wnika  odtąd  rozsądnie  i  rozumnie  w  naturę  każdego  z  tych 

owoców,  rozsądzam  i  rozumuję  czyli  rozważam  liczne  różnice  i  podobieństwa,  a 
dokonało tego posiadanie dla tych samych rzeczy dwu słów: jednego szczególnego 
(gruszka  itd.),  drugiego  ogólnego  (owoc).  Mogę  odtąd  rozumować:  "jabłko, 
gruszka i wiśnia, - trzy niepodobne do siebie rzeczy, są owocami, czyli są do siebie 
zasadniczo  podobne".  Mogę  odtąd  te  różne,  a  mimo  to  podobne  rzeczy 
porównywać wielostronnie i wynajdywać coraz nowe między niemi podobieństwa i 
różnice. Mogę o nich formować sądy. 

Praktyka życiowa i wiadomości, zdobyte w rozumowaniach nad temi trzema 

owocami,  rychło  nastręczą  nam  nowe  uogólnienia  i  skojarzenia  pewnych  części 
przyrody, których zwierzęta nie są zdolne w myśli kojarzyć ze sobą. 

Zacznę mianowicie kojarzyć z ogólnym wyrazem "owoc" rzeczy, coraz mniej 

podobne  do  gruszki,  jabłka  i  wiśni,  ale  mimo  to  obdarzone  pewnemi  wspólnemi 
cechami, rozpoznanemi w tych owocach na podstawie poprzednio ugruntowanych 
sądów,  więc  np.  zacznę  do  owoców  zaliczać  orzechy,  szyszki  sosnowe,  ziania 
zboża  itd.  Przez  złączenie  z  jednem  słowem  "owoc"  wielu  tych  rzeczy,  pomimo 
coraz  większych  między  niemi  różnic,  zyskuję  jeszcze  głębsze  pojęcie,  już  nie 
proste  wyobrażenie,  o  każdym  z  owoców  i  wogóle  zyskuję  głębszy, 
"rozsądniejszy" pogląd na świat roślinny oraz na całą przyrodę. 

Ale my możemy za pomocą słów także bardzo łatwo oddzielać liczne części 

jednego  i  tego  samego  owocu  i  łączyć  je  z  odpowiedniemi  częściami  wszelkich 
innych  znowu  w  osobne  pojęcia  ogólne,  abstrakcyjne,  niezmiernie  użyteczne  dla 
rozszerzania naszej wiedzy o świecie. 

W  gruszce  i  jabłku  dokonamy  np.  przy  pomocy  nowych  osobnych  słów 

szczegółowej  analizy,  nazywając  np.  powierzchowną  warstwą  "skórką",  głębszą 
"miąższem",  ziarna  zaś,  znajdujące  się  wewnątrz  jabłka  i  gruszki,  nazywając 
"nasieniem". Analiza taka poprowadzi nas potem do odnajdywania we wszystkich 

background image

innych  owocach  podobnych  czyli  takich  samych  części,  jednak  tylko  zasadniczo 
podobnych,  bo  w  każdym  owocu  nieco  odmiennie  ukształtowanych.  Z 
porównywania  różnych  owoców,  mianowicie  ze  zbliżania  owoców  odległych  od 
siebie lub mało podobnych, oddzielania zaś bliskich lub bardzo podobnych płynie 
w  zysku  coraz  głębsze  ich  poznawanie,  "rozumienie",  zgoła  niedostępne  dla 
zwierząt. 

Owoc z określnika zaledwie kilku znanych mi rzeczy jadalnych i smacznych, 

wyrastających  na  roślinach,  stał  się  już  określnikiem  bardzo  szerokiego  pojęcia, 
wprawdzie  abstrakcyjnego,  ale  całkiem  realnego,  bo  odpowiada  mu  w  naturze, 
która  nas  otacza,  ogół  najrozmaitszych  owoców  najrozmaitszych  roślin,  czyli 
bardzo liczna klasa rzeczy, mających cechy wspólne. To samo stało się ze słowem i 
pojęciem "nasienie". 

Wyobraźmy  sobie  teraz  taki  sam  proces,  dokonany  na  tle  wyrazów  i 

przedmiotów:  róża,  fijołek  i  słonecznik.  Złączyliśmy  te  obrazy  ze  wspólnem  im 
słowem "kwiat" w abstrakcyjne pojęcie "kwiatu" na roślinie. 

Dokonawszy  takiego  uogólnienia,  możemy  znowu  na  mocy  prostej 

obserwacji, że owoc powstaje na tych miejscach drzewa, czy rośliny zielnej, gdzie 
poprzednio  pojawiał  się  kwiat,  związać  dwa  abstrakcyjne  pojęcia  "kwiatu"  i 
"owocu"  w  stosunek  zależności  przyczynowej,  zyskując  nowy  głęboki  pogląd  na 
zjawiska  przyrody,  zyskując  pojęcie,  dla  umysłu  zwierzęcego  i  ludzkiego  tępego 
całkiem niedostępne. 

Widząc  kwiat  na  drzewie  jabłoni,  będę  mógł  sobie  powiedzieć:  tu  wyrosną 

jabłka, notabene, jeśli kwiat przedwcześnie nie opadnie. Wytworzę sobie trafny sąd 
o pewnej kategorji zjawisk przyrody. 

Co  tu  powiedziano  -  to  dotyczy  wszystkich  przedmiotów,  przymiotów, 

stosunków,  procesów  i  t.  d.,  podpadających  pod  zmysły.  Jeśli  je  wszystkie 
ponazywam z osobna, wówczas mogę później kojarzyć je w dowolne kombinacje, 
to  znaczy,  mogę  je  klasyfikować  według  pewnych  cech  wspólnych  wszystkim  i 
układać  przerozmaite  o  nich  sądy,  i  to  głębokie,  bo  oparte  na  wielostronnem 
porównywaniu i dopatrywaniu się w nich wielu podobieństw i wielu różnic. Mogę 
rozdzielać i łączyć coraz inaczej materjał, dostarczany przez wzrok, słuch oraz inne 
zmysły,  za  każdem  zaś  celowem  i  trafnem  przegrupowaniem  tego  materjału 
zyskuję  jakieś  użyteczne  spostrzeżenia  i  odkrycia.  Za  każdym  razem  nowy  jakiś 
szczegół  w  mem  środowisku  przedstawia  mi  się  wyraźniej  i  zrozumiałej,  budząc 
nowe zaciekawienia i prowadząc do nowych rozjaśnień. Tego bez słów nigdy nie 
bylibyśmy w stanie dokonywać. 

Mogąc myśleć i rozmawiać, powiadamiać i objaśniać, zaczynamy rozsądzać i 

rozumieć mnóstwo takich stosunków i zjawisk, które zwierzęta tylko widzą, ale nie 
zdają sobie wcale z nich sprawy. 

Cóż dziwnego, że w porównaniu do ludzkiej, głębokiej i mądrej obserwacji, 

zwierzęca bywa zawsze powierzchowna i głęboko naiwna. Jeśli zaś zwierzęta jako 
tako  orjentnją  się  w  natłoku  rzeczy,  pierwszy  raz  widzianych  i  niezrozumiałych, 
dopomaga  im  w  tem  odziedziczony,

refleksyjny, 

niewyrozumowany  wstręt  do 

rzeczy  szkodliwych,  jakiś  lęk  przed  niemi,  zaś  pociąg  do  rzeczy  potrzebnych, 
wreszcie zupełna obojętność dla zjawisk praktycznie obojętnych. 

background image

Dla nas świat zlewa się w ciągłość nie tylko przestrzenną, ale i logiczną, pełną 

treści zrozumiałej, dla zwierząt pozostaje jakgdyby płasko malowaną panoramą, na 
której  tle  tylko  mała  cząstka  przyrody,  bezpośrednio  ważna  dla  nich  życiowo, 
stanowi  świat  cokolwiek  lepiej  znany  i  ciekawy,  ale  działający  jedynie  na  ich 
stronę uczuciową, bo inna jest zaledwie zaczątkowo wyrobiona. 

Dla  nas  niezliczone  przedmioty,  składające  się  na  panoramę  świata,  a 

działające na zmysły, mogą się stać jakgdyby przezroczystymi, tak dobrze możemy 
dowiadywać  się,  przez  łączenie  ich  w  typy  i  klasy,  co  one  wewnątrz  muszą 
zawierać;  dla  zwierząt  wszystkie  pozostają  w  całej  ich  istocie  zawsze  nieznane  i 
tylko albo miłe, albo wstrętne, albo obojętne. 

 

Utarło się mniemanie, że pojęcia o świecie, im są ogólniejsze  - tem stają się 

dalsze  od  rzeczywistości.  Byłoby  to  tylko  wówczas  słuszne,  gdyby  tylko  takie 
pojęcia  pozostawały  na  placu  w  naszym  umyśle.  Skoro  jednak  obok 
najogólniejszych  pozostają  wszystkie  mniej  ogólne,  włącznie  aż  do 
najszczegółowszych i zgodnych ze świadectwami zmysłów, - to owe coraz większe 
uogólnienia  należy  uważać  nie  za  coraz  dalsze  od  rzeczywistości,  ale  raczej  za 
coraz  obszerniejsze  szufladki,  przeznaczone  do  klasyfikowania  nieprzebranej 
rozmaitości  form  świata  według  ich  cech  wspólnych,  celem  możliwie 
najekonomiczniejszego myślenia. 

"Zwierzę" np. to nie jest pojęcie dalsze od rzeczywistości, niżeli np. "ryba" i 

"motyl" i nie dalsze, niżeli w szufladce "motyl" jeszcze węższa klasa "ćmy". To są 
właśnie  głębsze  ujęcia  rzeczywistości,  bo  pozwalają  ogarniać  w  krótkim  rzucie 
myśli  niezmierną  rozmaitość  świata  i  porządkować  ją  w  szeregi,  grupy  i  typy 
rozmaitej  rozległości,  ale  zawsze  o  charakterze  powszechniejszym.  Pozwalają 
orjentować  się  w  labiryncie  wrażeń  i  wyobrażeń  i  odrazu  oceniać  konkretne 
przedmioty  nawet  pierwszy  raz  widziane,  przez  zakwalifikowanie  ich  od 
pierwszego  wejrzenia  do  właściwej  im  klasy.  Zawsze  bowiem  znajdzie  się  w 
pamięci coś dobrze nam znanego, co przez porównanie rzuca światło na wszystko, 
mniej  znane. I klasa "zwierzę"  i klasa "owoc" i  klasa "kwiat"  i klasa "człowiek", 
wszystkie obejmują rzeczywistość, tem tylko różną od klas "wyżła", "pomarańczy", 
"Chińczyka" lub "kowala", że są klasą ogólniejszą, a tem samem obszerniejszą. 

Alboż Syrjusz nie jest gwiazdą, wyżeł psem, ssakiem i zwierzęciem, a kowal 

człowiekiem? 

Gdzież tu odchylenie od rzeczywistości? To nie są czyste wytwory myślowe, 

któreby  nie  miały  w  przyrodzie  odpowiedników,  ale  właśnie  głębsze,  t.  j. 
trafniejsze,  więc  niejako  mądrzejsze  ujęcia  rzeczywistości.  Są  to  wprawdzie 
zupełne  abstrakcje  od  rzeczywistości,  ale  właśnie  one  umożliwiają  nam  jej 
prawdziwe poznanie, tak bardzo różne i tak bardzo wyższe, od powierzchownego i 
zanadto  urozmaiconego  jej  obrazu,  dostarczanego  nam  przez  zmysły  osobiste. 
Wiedza,  którą  nabywamy  od  innych  dzięki  posiadaniu  mnóstwa  pojęć  ogólnych, 
ukazuje nam rzeczywistość właśnie lepiej, bo pełniej i głębiej. Jeżeli zaś jeszcze nie 
ukazuje w sposób zupełnie dostateczny i zgodny z tą rzeczywistością, to, pomijając 
niedoskonałości  zmysłów,  dzieje  się  to  bardzo  często  jedynie  z  powodu  niedość 

background image

trafnego,  gdyż  zbyt  pochopnego  i  powierzchownego  kojarzenia  wyobrażeń  i 
wytwarzania  pojęć.  Zbliżenia  niestosowne,  domysły  nietrafne  bierzemy  wówczas 
za prawdą, więc nic dziwnego, że rychło poznajemy się na pomyłkach i usiłujemy 
poprawiać  nasze  poglądy,  albo  też  dopiero  następne  pokolenie  wprowadza 
poprawki, których my niezdolni byliśmy wprowadzić. 

Poszukiwanie  częściowych  tylko  podobieństw  i  staranne  uogólnianie  czyli 

praca syntezująca i analizująca, jest nie tylko najważniejszem zadaniem nauki, ale 
charakterystyczną  cechą  myślenia  ludzkiego  i  warunkiem  rozumienia 
rzeczywistości, czyli warunkiem Rozumu i Mądrości. 

Jedynie  tylko  ostatnie  i  najobszerniejsze  uogólnienia  takie  np.,  jak  materja, 

energja,  wola,  brane  w  znaczeniu  naukowem,  nie  zaś  potocznem,  można  nazwać 
czystemi  wytworami  myślowemi,  ponieważ  docieramy  tutaj  do  tak  wielkiej 
jednorodności,  że  staje  się  ona  przeciwną  oczywistości,  która  zawsze  jest 
nieprzebraną rozmaitością. 

Takie  uogólnienia  stanowić  mogą  treść  jedynie  już  tylko  filozoficznego 

myślenia, czyli najgłębszych dociekań w poznawaniu świata. 

Aby  skończyć  z  elementami  mowy  w  najgrubszym  zarysie,  musimy  dodać 

jeszcze słów kilka. 

Wspomnieliśmy, że do form dźwiękowych, oznaczających przedmioty realne, 

przyłączają  się  rychło  formy  posiłkowe,  przeznaczone  jedynie  tylko  do 
umożliwienia  wyrażania  przeróżnych  stosunków  między  rzeczami.  Ta  kategorja, 
znaków  językowych  jest  wprost  niezbędna  do  tworzenia  sądów  i  wogóle  do 
jasnego  wypowiadania  się.  Tu  należą  takie  wyrazy,  jak  "jest",  "być",  "duży"  i 
"mały",  słowa,  oznaczające  ilość  (liczebniki),  zaimki  (ja,  ty,  on,  wy),  spójniki, 
słowem, cały materjał językowy, który się wyrobił dla ułatwienia porozumiewania 
się,  dla  ekonomicznego  rozmawiania  o  rzeczach,  o  stosunkach  między  niemi,  do 
komunikowania żądań naszych, uczuć i myśli. 

XIV.  ZDUMIEWAJĄCE  ZALETY  POZORNYCH  WAD 

MOWY

 

Jeżeli  wzrok  każdego  ssaka  nie  tylko  rozróżnia  niezmierną  mnogość 

barwnych  punktów,  ale  i  momentalnie  łączy  je  w  obrazy,  to  i  słuch,  gdy  tego 
okazała  się  potrzeba,  uzdolnił  się  do  równie  momentalnego  rozróżniania 
przerozmaitych  zestawień  dźwięków  oraz  szmerów  i  do  składania  ich 
automatycznego w oddzielne słowa, oraz w całe ich łańcuchy. 

Więc  nie  to  nas  powinno  dziwić,  że  bardzo  szczupły  zapas  kilkudziesięciu 

głosek wystarcza do nazywania nieprzeliczonych przedmiotów, jakie mogą uderzać 
naszą uwagę, czyli do tworzenia odpowiedniej ilości słów odrębnych. Jeżeli "słów" 
mogą  być  liczne  miljony  (bo  nawet  są  w  ogólnej  sumie  miljony),  jeżeli  rzeczy, 
które  rozróżniamy  w  przyrodzie,  oraz  przeróżnych  ich  stosunków  wzajemnych 
znowu są niezliczone miljony, powinno nas dziwić raczej coś innego. 

Powinnaby  nas  dziwić  wielka  prostota  i  ubóstwo  języków  ludzkich,  czyli 

mała  ilość  słów,  wystarczających  ludziom  do  porozumiewania  się  i  to 
wystarczających najzupełniej. 

background image

Teoretycznie  rzecz  biorąc,  mowa  mogłaby  być  o  wiele  trudniejsza  do 

władania,  i  nawet  powinnaby  być bardziej  skomplikowaną,  niżeli  jest  faktycznie. 
Stosunkowo  bowiem  do  nieprzebranej  mnogości  rzeczy,  uderzających  o  nasze 
zmysły w świecie, czyli do nieograniczonego bogactwa treści świata, którą mowa 
musi odróżniać i oddawać w sposób łatwy, stosunkowo do ogromu zadań, którym 
musi zadośćczynić, my mamy w każdym języku uderzająco mały zapas słów. A i z 
tego niewielkiego zapasu ogromna większość ludzi w narodzie zna i używa tylko 
małą jego cząstkę, jakieś parę tysięcy lub kilka tysięcy słów, i ta ilość najzupełniej 
im wystarcza. 

Więc  powtarzam,  powinna  nas  uderzać  dopiero  prostota,  a  nawet  wręcz 

ubóstwo języków i tę dopiero winniśmy sobie uprzytomnić i wyjaśnić, zwłaszcza, 
gdy  się  zorjentujemy  w  ogromie  zadań,  którym  zadośćczyni  tak  ograniczony 
system znaków, zwany językiem. 

Wszak  te  łańcuchy  wibracji  powietrza,  przez  które  porozumiewamy  się,  nie 

tylko  łączą  nasze  dusze  i  pozwalają  im  ze  sobą  obcować,  ale  jeszcze  stanowią 
jedyną zewnętrzną i materjalną stronę wszelkiej ludzkiej treści duchowej! 

Czemże  się  to  dzieje,  że  stosunkowo  niewielki  zasób  znaków  akustycznych 

nie tylko łączy podobnych z podobnymi, co byłoby jeszcze zrozumiałe, nie tylko 
pozwala rozwiniętym duszom rozwijać mniej rozwinięte, ale równie dobrze łączy 
najmniej nawet podobne do siebie psychiki? 

Myśmy  tylko  zobojętnieli  na  ten  nieustający  cud,  ponieważ  jest  zjawiskiem 

codziennem, ale kto głąbiej wnika w rzeczy, ten musi zapytać: Czem się to dzieje, 
że  jednak  dla  wszystkich  w  narodzie  mowa,  jeden  ograniczony  system  i  zapas 
znaków,  a  również  jedne  i  te  same  zwroty  mówionego,  ograniczone  i  ubogie  w 
porównaniu  do  rozległości  i  nieskończonej  rozmaitości  pojęć  ludzkich,  mogą 
służyć  do  wyrażania  nie  tylko  już  istniejących,  ale  i  do  wytwarzania  wszelkich 
nowych myśli? Czem się to dzieje, że język zawsze złożony z bardzo ograniczonej 
ilości słów i mówione z nich układane, zamiast niwelować myśli w narodzie, służą 
wyśmienicie także do ich rozwoju rozbieżnego, a pomimo to - łączą wszystkich ze 
wszystkimi, bez względu na nieskończoną rozmaitość indywidualności duchowych 
i bez względu na to, że to samo "powiedziane", nawet przy tym samym stole budzi 
różne  myśli,  albo  różne  uczucia,  zależnie  od  psychicznej  indywidualności 
osobników? 

Nad  taką  właściwością  może  przejść  do  porządku  tylko  obserwator  bardzo 

powierzchowny. Umysł głębszy, uderzony zagadkowością tego pospolitego faktu, 
musi dążyć do zrozumienia: czem się to dzieje? 

I  zrozumianoby  to  znacznie  wcześniej,  gdybyśmy  nie  podlegali  bardzo 

uporczywemu  złudzeniu,  że  nawet  bardzo  wyrobiona  mowa  (język)  jest 
niezdarnym  pośrednikiem  dusz  i  formą,  która  krępuje,  a  nawet  rujnuje  porządek 
myślenia. 

Na każdym niemal kroku odczuwamy pewną trudność podkładania myśli pod 

wyrazy,  pewną  trudność  dobierania  słów.  Odczuwamy  na  każdym  kroku  pewną 
nieodpowiedniość  mnóstwa  "wyrazów",  których  "musimy  używać  już  tylko 
dlatego, że są raz zaprowadzone i niema lepszych". Uskarżamy się, że powiedziane 
prawie  nigdy  nie  oddaje  dokładnie  naszych  myśli  oraz  stanów  psychicznych. 

background image

Słyszy się też skargi, że mowa jest "zbyt uboga" w znaki. Dostrzegamy, słowem w 
językach  istniejących  mnóstwo  wad  i  braków  ciężkich  i  przykrzymy  je  sobie, 
osładzając niezadowolenie myślą, że możnaby i należałoby zaprowadzić raz jakiś 
doskonalszy język sztuczny, któryby uwolnił nas od dolegliwości posługiwania się 
naturalnemi, ale bardzo niedoskonałemi językami. 

Podobne  skargi  najdosadniej  świadczą,  że  najważniejszych  zalet  mowy 

ludzkiej zupełnie nie doceniamy, i to tak dalece, że uważamy je wprost za wady. 
Nie wniknęliśmy należycie w tajniki mechanizmu porozumiewania się mówieniem, 
a przez to i w tajniki duszy ludzkiej. Nie doceniamy podziwu godnej praktyczności 
mowy  ludzkiej  w  ogólności,  i  ogromnej  większości  języków  w  szczególności. 
Krytykujemy  rzekome  wady  języków  pochopnie,  my  nieliczni,  cośmy  się  wdarli 
już na wysokie szczyty poznania, (które tylko jej zawdzięczamy) i, niebaczni oraz 
niewdzięczni, nie chcemy wiedzieć, co każdy z nas winien właśnie tej, a nie lepszej 
mowie. Nie przychodzi nam nawet na myśl, że, gdyby mowa wyrazowa była taka, 
jakbyśmy tego teoretycznie pragnęli, straciłaby może dawno całą swą wartość lub 
dużą  część  wartości.  Zapominamy  bowiem,  że  ona  jest  naturalnem  dziełem 
tysiącoleci, dziełem, które wyrobiło się zgodnie z ułomną organizacją ciał naszych, 
a nie wbrew niej, że dziś mamy w niej dzieło użyteczne dla wszystkich w narodzie, 
w każdym czasie i w każdej okoliczności, nie zaś dla pewnej tylko jego cząstki lub 
kategorji, dla pewnej chwili i dla 

pewnych potrzeb.

 

Ot,  rozważmy  dla  przykładu  jedną  wadę  rzekomą  każdego  języka,  jego 

ubóstwo  w  wyrazy,  na  które  najgłośniej  skarżą  się  umysły,  bogate  w  myśli  i 
tęskniące do dokładniejszego języka. 

Złudzenie! Właśnie pierwszym warunkiem zadziwiającej praktyczności mowy 

jest  zasada  oszczędności,  przeprowadzona  na  całym  obszarze  języka,  warunkiem 
praktyczności jest jej ubóstwo zarówno w pierwiastki głosowe, jak w słowa z nich 
układane,  bo  na  tem  ubóstwie  polega  główna  zaleta  języka:  powszechna  jego 
użyteczność w narodzie. 

Zdawałoby  się,  że  na  tej  ekonomji  cierpi  dokładność  albo  subtelność  myśli, 

ale to nieprawda. Widzieliśmy przecież, że podstawową zaletą mowy jest możność 
uogólniania. Gdyby też jakimś wysiłkiem stworzono język idealnie bogaty w znaki, 
taki język odrazu przestałby być środkiem porozumiewania się: naprzód, bo niktby 
nie mógł nim władać, następnie, choćby jakaś uparta grupa ludzi, stworzywszy taki 
język, zdołała nim władać, wówczas napewno przestałaby się rozumieć. 

Chcąc  wprowadzić  idealną  ścisłość  (formalną)  wyrażania  się,  wypadłoby 

powołać do istnienia może sto razy, a może tysiąc razy więcej słów, a zwłaszcza 
rzeczowników, niżeli ich liczą dobre i bogate języki istniejące, tak zaś ogromnego 
zapasu  znaków  nie  objęłaby  już  żadna  pamięć,  choćby  nawet  starczyło  życia  na 
zapoznanie się z niemi, co jest również nieprawdopodobne. Próżnemby więc było 
wytwarzanie  takiego  mnóstwa  znaków,  z  których  ogółem  nikt  nie  mógłby  się 
zapoznać,  a  cóż  dopiero  pamiętać  wszystkie  i  w  nadarzonej  potrzebie  -  władać. 
Doprowadzając  zaś  rozumowanie  to  do  ostatecznej  ścisłości,  musielibyśmy 
powiedzieć, że w tych warunkach żadna mowa zgoła nie mogłaby istnieć, gdyż dla 
każdego "to" musiałby być osobny wyraz, który tylko jeden raz mógłby być użyty. 

background image

Ale  przypuśćmy,  że  dokonała  się  taka  niemożliwość.  Wówczas  każda  myśl, 

czy  to  dotycząca  rzeczy  konkretnych,  czy  pojęć  abstrakcyjnych,  "wyrażona" 
zupełnie  dokładnie,  musiałaby  stać  się  niezrozumiałą  dla  drugiego  osobnika  i  to 
nawet  niebardzo  uboższego  duchowo,  albowiem  w  gromadzie,  zróżnicowanej 
psychicznie i funkcjonalnie, niema przecież całkowicie podobnych do siebie pojęć 
abstrakcyjnych,  myśli  i  stanów  psychicznych.  Więc  "powiedziane"  odbiłoby  się 
zrazu od słuchającego całkiem głucho, albowiem nie byłby on w stanie nastroić się 
do  należytego,  a  błyskawicznego  rozumienia  mowy  cudzej.  Nawet  gdyby  dla 
słuchającego nie był całkiem obcy ten zapas słów, to jest znowu niepodobieństwem 
ze  względu  na  ograniczoność  pamięci,  aby  on  dość  szybko  mógł  przyjąć  je  do 
świadomości  jako  wyrazy,  i  to  w  tej  chwili  stosowne,  nie  zaś  jako  same  słowa, 
czyli kompleksy dźwięków. 

Mowa,  idealnie  bogata  w  znaki,  zwane  pospolicie  słowami,  byłaby 

niemożliwą fizjologicznie, a przytem 

nie prowadziłaby do celu.

Mowa musi zadość 

czynić wielu sprzecznym warunkom niezmiernie trudnym do osiągnięcia w jednym 
systemie. 

Cała wartość rozmawiania naszego polega właśnie na tem, że jest ono bardzo 

szablonowe,  że  mowa  nasza  jest  systemem  bez  porównania  prostszym  od  tych 
procesów psychicznych, które ma w danej chwili wyrażać. Ona musi być łatwa do 
owładnięcia  nawet  dla  najmniej  bystrych  osobników;  musi  być  powszechna  w 
narodzie, aby łączyć nie tylko równych sobie, ale najwyższe nawet inteligencje z 
najniższemi,  bo  tylko  przez  to  nie  przestanie  być  zrozumiałą  zarówno  dla  tych, 
którzy  dopiero  rozpoczynają  swój  rozwój  duchowy,  jak  dla  tych,  którzy  zawsze 
pozostają na jego szarym końcu. Musi być bardzo stałą, aby nie zmieniała się zbyt 
prędko w biegu pokoleń, równocześnie zaś musi być giętka, aby nie tylko podążała 
za rozwojem myśli w osobniku i w narodzie, ale aby była podatna do rozwoju i do 
pełnienia zarówno najbardziej skomplikowanych, jak też i najprostszych usług. Nie 
powinna  niwelować  indywidualności,  ale  raczej  winna  sprzyjać  rozbieżnemu 
rozwojowi  psychicznemu  osobników,  bo  to  jest  warunkiem  potęgi  społecznej. 
Mowa musi być wyraźna, czyli słowa-wyrazy muszą być dostatecznie niepodobne 
do siebie, aby nie dawały powodów do przesłyszeń się i omyłek. 

Jest  to  zbieg  warunków  tak  trudny  do  pogodzenia  w  jednym  systemie,  że, 

doprawdy, trzeba przyjść do przekonania, iż sama natura rozwiązała już zadanie w 
sposób,  któryby  mógł  przynieść  zaszczyt  najgenjalniejszej  twórczości  mędrca, 
wpatrzonego w idealny cel swych usiłowań. Co mówię? Genjusz ludzki mógłby już 
zaledwie  skopjować  tylko  naturę,  pójść  pokornie  śladem  jej  twórczości,  ale 
lepszego  jakiegoś  systemu,  opartego  na  innych  zasadach;  nie  byłby  zdolny 
wytworzyć,  z  tych  samych  powodów,  dla  których  żaden  chemik  niewładny  jest 
wytworzyć  ustroju  żywego.  Więc  dopiero,  gdy  sobie  uprzytomnimy,  że  język, 
zbudowany  zaledwie  conajwyżej  z  tysiąca  podstawowych  słów-pierwiastków, 
służy wszystkim w narodzie i do wszystkich potrzeb, zgodzimy się, że ten rzekomo 
niewygodny  chaos  i  łatanina,  to najcenniejsza i  iście cudowna w  swych  skutkach 
tkanka,  nie  pozwalająca  się  narodowi  rozsypać  na  oddzielne  grupy  lub  atomy. 
Najcudowniejszem  zaś  jest  to,  że  doskonale  nadąża  za  rozwojem  jednostki,  jak 
całego narodu. 

background image

Język  nie  tylko  nadąża;  on,  taki,  jakim  jest,  sprzyja,  a  przynajmniej  jest  w 

stanie sprzyjać obu tym rozwojom w jednako dostatecznej mierze. 

Czem  się  to  dzieje?  Oto  tem,  powtarzam,  że  jest  strukturą 

dostatecznie 

konserwatywną, 

aby  zapewnić  narodowi  i  jego  psychice  ciągłość 

przez wieki, a dostatecznie giętką i plastyczną, aby jednostkom i narodom, a w nich 
wszystkim  grupom  odrębnym  potencjalnie  i  funkcjonalnie  zapewnić  swobodny  i 
nieograniczony rozwój psychiczny. 

Jeżeli język posiada te zalety, jeżeli jest równocześnie trwałym i zmiennym, 

sztywnym i plastycznym, konserwatywnym i postępowym, jednako użytecznym na 
niskim  i  wysokim  stopniu  rozwoju  psychicznego,  jeżeli  ten  sam  wystarcza 
prostaczkom i genjuszom oraz tytanom myśli, jeśli wiąże jednych z drugimi, tak że 
genjusz nie obraca się w próżni, a prostaczek może rozróść się w tytana ducha, albo 
przynajmniej odczuwać część tego, co tamten czuje, to czegóż więcej żądać? Jeżeli 
na  tem  samem  rusztowaniu  osnuwa  się  i  utrzymuje od  wieków  całokształt  ducha 
narodu ze wszystkiemi jego oryginalnościami, jeżeli duch w narodzie rozrasta się i 
potężnieje, - to czegóż więcej potrzeba? 

Aby  zaś  ocenić,  co  można  wydobyć  z  kilku,  tembardziej  zaś  kilkunastu 

tysięcy  słów,  wystarczy  porównać  to  bogactwo  z  ubóstwem  środków  malarskich 
lub muzycznych. 

Zapas  "wyrazów"  (słownik)  -  to  tylko  farby  i  barwy.  Malarze rozporządzają 

zaledwie kilkudziesięciu kolorami, a ileż dzieł sztuki już wytworzyli zawsze z tych 
samych  barw,  z  tego  samego  materjału.  Temi  samemi  środkami  budzą  oni  wciąż 
nowe wrażenia,  nowe  uczucia,  nastroje,  nowe stany świadomości  i  twórczość ich 
daleka  jest  od  wyczerpania.  Z  tych  samych  ograniczonych  środków  wciąż  będą 
powstawać nowe dzieła, nowe treści. 

Zwróćmy się do muzyki, a ujrzymy to samo. Zapas słów to tylko zapas strun, 

brzmiących w jakimś instrumencie. 

Czyż z trzydziestu zaledwie strun harfy nie wypływają tysiące melodji? Czy 

można wyczerpać wszystko, co dusza ludzka zdolna wydobyć z tego instrumentu 
przez kombinowanie dźwięków? 

Jestże  więc  to  cudem,  że  przy  pomocy  tak  bogatego  w  struny  instrumentu, 

jakim jest niemal każda mowa ludzka, układał się i będzie układać, póki człowiek 
istnieć będzie, bezmiar subtelnych wyrazów uczuć i myśli, zarówno podobnych do 
tych, które już przed wiekami były wypowiedziane, jak coraz nowych i głębszych? 

W  malarstwie  i  muzyce  ilość  możliwych  kombinacji,  składających  się  na 

dzieło sztuki, może być rachowana na miljony, cóż dziwnego, że tutaj moglibyśmy 
dorachować się miljardów - i przekonać się, że tworzenie nowych myśli może iść, 
praktycznie rzecz wyrażając, w nieskończoność? Oto dlaczego nawet empirycznie 
ujęto ten stosunek w słuszne twierdzenie, że myśl ludzka nie ma granic. 

Prosty  rachunek  potwierdza,  że  ludzkość  nie  wypowiedziała  jeszcze  nawet 

drobnej  cząstki  tego,  co  środkami  już  istniejącemi  może  być  w  mowie  ludzkiej 
rozsądnie wyrażone. To jest narzędzie do nieograniczenie głębokiego poznawania 
świata.  Wystarcza  ono  również  do  tego,  aby  żadna  dusza  nie  była  do  drugiej 
podobna. 

background image

Tak silny nacisk został tu położony na prostotę i praktyczność mowy ludzkiej, 

że  wypada objaśnić,  w  czem  te zalety  widzimy, i  dzięki  jakim  warunkom  są  one 
możliwe. 

Otóż  pierwszym  warunkiem  praktyczności  mowy  jest  zupełny  brak  związku 

naturalnego między słowem a jego treścią. Dźwięk, otrzymujący charakter słowa, 
ma  za  zadanie  rzecz,  do  której  został  przywiązany,  tylko  "znaczyć"  czyli 
przywoływać  z  pamięci  do  świadomości.  A  wiemy  już,  że  przywodzi  prawie 
zawsze  bardzo  niepełny  obraz  tej  rzeczy,  bo  tylko  to,  co  pozostało  w  pamięci 
osobnika ze szczegółów niegdyś zauważonych. Ważna to okoliczność, bo zapewnia 
ogromną oszczędność w myśleniu. 

Drugim  warunkiem  jest  nader  ograniczona  ilość  słów  podstawowych  i 

powiązanie  ich  z  najważniejszemi  praktycznie  dla  każdego  człowieka  rzeczami, 
czynnościami i stosunkami. 

Następnie  łatwość  kojarzenia  takich  krótkich  słów  w  dobrze  uchwytne 

"wyrazy  złożone",  mocno  wzbogacające  nader  ubogi  podstawowy  słownik. 
Dokonywamy tego przez używanie przystawek, wstawek i końcówek. 

Jeżeli  z  każdego  pierwiastka  łatwo  się  wytwarza  po  kilkadziesiąt  wyrazów, 

cóż  dziwnego,  że  mamy  w  ogólnej  sumie  słów-wyrazów  dziesiątki  tysięcy? 
Właściwie bowiem mamy podstawowych bardzo niewiele - reszta są to pochodne, 
bardzo  łatwe  do  napoły  mechanicznego  objęcia  i  zapamiętania.  Tajemnica  tedy 
praktyczności mowy spoczywa przedewszystkiem w szczupłej ilości pierwiastków 
(morfem),  w  łatwości  składania  z  nich  nowych,  a  logicznie  bliskich  tamtym 
wyrazów złożonych, a także w długowieczności w narodzie znaczeń oraz słów, i w 
łatwości nadawania istniejącym już wyrazom nowych znaczeń. 

Trzecim warunkiem praktyczności i prostoty mowy jest łatwość przerabiania 

nazwy  rzeczy  czyli  rzeczownika  w  przymiotnik  lub  w  czasownik  przez  drobną 
zmianę końcówki. 

Mamy  np.  wyraz  "ziele".  Ponieważ  dominującą  cechą  jest  barwa,  możemy 

wszelki  przedmiot  tej  samej  barwy  nazwać  zielnym  czyli  zielonym,  wszelką  zaś 
czynność zabarwienia na ten kolor zielenieniem. Z tej samej racji mamy od nieba 
przymiotnik 

niebieski, 

od stół - stołowy i stołować i t. d. 

Dalszym warunkiem użyteczności i praktyczności mowy jest długowieczność 

w narodzie słów oraz ich znaczeń. 

Nicby  ludziom  nie  przyszło  z  władzy  wymawiania  skombinowanych 

sygnałów, które nazywamy słowami, gdyby te formy głosowe oraz treść im nadana 
nie miały trwałości w narodzie. 

Nie  wiedzielibyśmy  prawie  nic  o  przeszłości,  głębszej  nad  trzy  pokolenia, 

gdyby  szereg  dźwięków  "Kraków"  nie  oznaczał  zawsze  tego  samego  miasta, 
leżącego nad rzeką, którą od wieków związano z szeregiem dźwięków, brzmiących 
"Wisła", i gdyby nie dało się to samo powiedzieć o wszystkich imionach własnych, 
pospolitych i t. d. 

Dawni językoznawcy tłumaczyli sobie długowieczność słów oraz ich znaczeń 

dobrowolną  zgodą  ludzi  na  używanie  tych  samych  słów.  Tak  opaczne  pojęcia 
można  usprawiedliwić  jedynie  zaślepieniem  na  najjaskrawszy  fakt,  że  jesteśmy, 
jako  osobniki,  zupełnymi  niewolnikami  mowy,  która  trwa  ponad  nami,  związana 

background image

od wieków i tysiącoleci ze światem rzeczy oraz stosunków między niemi. Przecież 
każdy  na  mocy  własnego  doświadczenia  wie  najpewniej,  że  nie  umawiał  się  z 
nikim  co  do  znaczenia  ani  co  do  brzmień  słów,  które  opanował  w  dzieciństwie. 
Zgodność  naszej  mowy  płynie  z  musu.  Tu  jest  prosta  konieczność.  Ludzie  czy 
chcą, czy nie chcą, muszą tak mówić jak mówią. Ktoby chciał i potrafił zbuntować 
się  przeciw  swemu  językowi,  przestałby  być  rozumiany,  wytrąciłby  się  ze 
społeczeństwa. Jednak w praktyce rzecz to równie niemożliwa, jak - wyskoczenie z 
własnego ciała. Trwałość mowy, t. j. słów i ich treści utrzymuje się dzięki temu, że, 
gdy  chodzi  o  słowa,  każdy  rozmyślnie  i  świadomie  usiłuje  jaknajdokładniej 
naśladować dźwięki słyszane, gdy zaś chodzi o treść słów, oznaczających pojęcia, 
nie  zaś  realne  przedmioty,  usiłuje  możliwie  wiernie  domyślać  się  tej  treści 
psychicznej,  jaką  jego  otoczenie  nadaje  słowom.  Dzięki  tej  potrzebie  i  dążności, 
zasób  znaków głosowych, odkąd  zaczął  się  tworzyć,  odtąd  mógłby  trwać  już bez 
przerwy,  związany  możliwie  wiernie  z  zasobem  wyobrażeń  i  pojęć  w  kapitał 
psychiczny narodu. 

Ale ideał teoretyczny mowy ludzkiej, trwałość formy słów oraz ich znaczeń 

jest niedościgły z przyczyn naturalnych. Dają się one ująć w dwie kategorje. 

Naprzód uniwersalnej mowy nigdy nie było i być nie mogło. Ród ludzki nie 

zaczął  stawać  się  ludzkim  w  jednym  tylko  czasie  i  miejscu  na  ziemi.  Mowa  nie 
wyszła z jednej kolebki; było ich mnóstwo. Szczepy, wychodzące dopiero z bytu 
przed-ludzkiego,  oddzielone  od  siebie  puszczami  i  przeszkodami  fizycznemi,  nie 
mogły urabiać  znaków  mowy  z jednakowych  kombinacyj dźwięków, ani  układać 
zdań  w  jednakowy  sposób.  Również  nie  mogły  dźwięki  podobne  otrzymywać 
jednakowych wszędzie znaczeń. Każde kółko społeczne urabiało wyrazy zupełnie 
niezależnie i wręcz przypadkowo. Żadna także mądrość nie towarzyszyła tworzeniu 
się  mowy.  Wszystko  powstawało  i  nagromadzało  się  bez  planu,  wszystko  jest 
utworem  naturalnym.  Każde  koło  społeczne  wytwarzało  swą  mowę  oddzielnie,  a 
łączenie  słów  w  łańcuchy  dokonywało  się  również  w  sposób  niejednakowy.  Cóż 
dziwnego, że mowy rozwijały się w różnych krajach i częściach świata na zupełnie 
różnych zasadach, całkiem zależnie od pierwszych przypadkowych skojarzeń. 

Niezależnie  od  zalet  i  wad  języków  żywych,  żaden  język  nie  posiada  tej 

trwałości, jakąby można teoretycznie przypuszczać. 

Naprzód forma słów przekształca się w uściech każdego ludu nieznacznie, ale 

statecznie skutkiem drobnych 

niedokładności w wymawianiu.

 

Jednak  nie  tylko  niedokładności  w  naśladowaniu  dźwięków  przeobrażają 

materjał językowy w sposób różny. Przyczynia się do tego w niemniejszym stopniu 
stale  manifestująca  się  dążność  do  upraszczania  i  skracania  słów,  dążność 
powszechna i naturalna nie tylko na terenie języka, ale w całej przyrodzie. Wyraża 
się  ona  wszędzie  w  szukaniu  dróg  najprostszych,  w  kroczeniu  po  linjach 
najmniejszego  oporu.  Z  mater  robi  się  merę,  z  komoń  -  koń,  z  zuchwała  -  zuch, 
Wasza Miłość przez Waszmość skraca siew Waść, z "jest" robi się gwarowe "je", a 
we  francuskim  i  włoskim  z  łacińskiego  "est"  skraca  się  do  samego  tylko  "e",  z 
Lugdunum  robi  się  Lyon,  z  Augustodunum  -  Autun,  z  Civitas  Aurelianorum  - 
Orlean i t. d. 

background image

Jeżeli  jednak  zważymy,  ile  to  pokoleń  pracuje  nad  zniekształceniem  słów  i 

mimo  to  nie  może  ich  przerobić  do  niepoznania  tak  łatwo,  jakby  się  zdawało,  to 
mamy prawo podziwiać trwałość słów. Ale i nieznaczne zmiany robią swoje, gdy 
się z biegiem czasu sumują, więc mnóstwo słów nie dochodzi do takiej starości. 

I  wówczas,  gdy  porównamy  pochodne  słowa  w  różnych  językach  z  ich 

pierwotną  formą,  trudno  nieraz  uwierzyć,  że  to  przeróbki  jednego  i  tego  samego 
słowa. I również, jeśli porównamy znaczenie jakiegoś słowa z czasów dawnych ze 
znaczeniem  bieżącem  -  różnice  okażą  się  niekiedy  nie  do  uwierzenia  wielkie. 
Wyraz "szkoda" oznaczał dawniej niebezpieczeństwo, zgorszenie i stratę, - obecnie 
ostał  się  tylko  przy  ostatniem  znaczeniu.  Pieleszem  nazywano  niegdyś  tylko 
legowisko  dzikiego  zwierza,  później  nabrał  znaczenia  ludzkiego  gniazda 
rodzinnego,  pierwotny  zaś  sens  został  zapomniany.  Księgi  były  to  dawniej  tylko 
klocki  albo  deseczki  bukowe,  na  których  wyrzynano  karby.  Było  to  to  samo,  co 
rosyjskie buhwy. Gdzież im do dzisiejszych ksiąg papierowych! To samo jest i w 
niemieckim,  gdzie  nazwa  książki:  Buch  pochodzi  od  Buche,  czyli  od  deski 
bukowej. 

Nasz kałamarz pochodzi w prostej  linji od łacińskiego  calamarius, ale cóż  z 

tego,  kiedy  znaczenie  jego  zostało  zabawnie  odwrócone.  U  Rzymian  było  to 
pudełeczko do przechowywania trzcinek do pisania (zwanych calamus scriptorius), 
naczyńko  zaś  do  atramentu  Rzymianie  zwali  atramentarium,  jako  że  zawierało 
atramentum scriptorium vel librarium. Calamarius był to więc nasz piórnik. 

Słowo Kodeks (łac. codex) oznaczało pierwotnie tablicę drewnianą do pisania 

(od caudex), później księgę, foljał oprawny w okładki drewniane, zanim stało się 
synonimem "zbioru praw". 

Na  całym  obszarze  każdego  jeżyka  dokonywa  się  proces  przeobrażania  się 

zarówno  form  jak  znaczeń  w  kierunkach  niekiedy  najbardziej  fantastycznych,  W 
miarę przeobrażania się warunków bytu ludu, pojęć, zajęć i t. d. wyrazy, dawniej 
potoczne i niezbędne, idą w zapomnienie, jako zbyteczne, np. skomroch (kuglarz), 
oje  (dyszel),  trzem  (pałac),  urębny  (piękny),  natomiast  ze  starego  materjału 
wytwarzają się przez drobne przeróbki fonetyczne wyrazy nowe. 

W  miarę  rozradzania się i  szerzenia  się jednego  ludu  i  w  miarę  jak  kresowi 

jego  przedstawiciele  utrącają  zwolna  kontakt  z  całością,  poczyna  się  rozbieżne 
przeobrażanie  się  jednego  języka  na  szereg  gwar.  Wzajemne  podobieństwo  tych 
gwar z każdem stuleciem zaciera się coraz bardziej. Wprawdzie sporo jeszcze słów 
trwa nadal w słabo zmienionej postaci, ale nagromadza się coraz więcej elementów 
językowych swoistych dla każdego kresowego obszaru, coraz więcej odmienności 
fonetycznych i semazjologicznych. 

Najmniejszym  zmianom  podlega  zwykle  forma  i  treść  słów,  oznaczających 

rzeczy  i  stosunki,  o  które  wszyscy  ciągle  uderzamy,  bo  tu  jest  nieprzerwana 
ciągłość. Ale i to nie ratuje już wzajemnej zrozumiałości ludów odleglejszych od 
siebie wobec faktu, że na każdem terytorjum wyrobiło się z biegiem czasu o wiele 
więcej  nowego  materjału  fonetycznego  jak  również  treści  czysto  lokalnych,  pod 
wpływem czysto lokalnych dla każdego ludu kolei rozwojowych, oraz potrzeb. 

Wszak  u  każdego  ludu,  który  duchowo  rozwija  się,  wciąż  przybywa 

wyobrażeń  i  pojęć,  więc  zapas  słów,  wystarczający  przed  wiekami,  byłby  mocno 

background image

niedostateczny.  Nie  wszystkim  zaś  nowym  pojęciom  mogą  służyć  stare  stówa 
stosowane  w  przenośni.  Zatem  dla  nowych  pojęć  potrzebne  nowe  słowa  i  takie 
właśnie  bywają  wytwarzane  wprawdzie  ze  starego  materjału,  ale  u  każdego  ludu 
mniej  więcej  niezależnie.  Pierwiastki  zostają  przeważnie  te  same,  ale  kojarzą  się 
one ze sobą rozmaicie, dając początek coraz nowym słowom złożonym. 

I tu dopiero zaczyna się nieskończony szereg niespodzianek. 
Poza  nieliczną,  stosunkowo,  kategorją  takich  słów  złożonych,  których 

dzisiejsze  znaczenie  wiąże  się  dość  blisko  i  całkiem  zrozumiale  z  dawnem 
znaczeniem  głównego  ich  składnika,  (jak  to  widzieliśmy  na  wyrazach  s-praw-
iedliwość,  nie-śmiert-elność,  świat-ło,  świecz-nik),  istnieje  o  wiele  liczniejsza 
kategorja  słów,  których  aktualnego  znaczenia  niepodobnaby  domyślić  się  przez 
porównywanie  z  podobnie  brzmiącemu  słowami.  Są  to  słowa,  których  pierwotny 
sens  został  w  narodzie  zapomniany.  W  tych  warunkach,  lubo  złożone  ze  starych 
pni,  wszystko  jedno  swojskich  czy  obcych,  odgrywają  rolę  nowych  znaków,  do 
których  została  przywiązana  jedna  tylko  treść  nowa,  ich  własna.  Nie  zamącą  już 
wyobraźni nowego  pokolenia treść,  jaką miały  w  dawnych wiekach  lub  u  innych 
ludów.  Całe  słowo  stanowi  już  kartę  czystą,  na  której  wypisana  jest  tylko  jedna 
treść  jej  aktualna,  mająca  kurs  w  narodzie.  Całe  takie  słowo  staje  się  prostym 
symbolem  swojej  rzeczy,  brzmienie  jego  nie  narzuca  już  żadnej  więcej  treści 
ubocznej . Słowa takie są elementem cennym, nadają bowiem zewnętrznej stronie 
języka tę bujność, przejrzystość i bogactwo, którychby mowa nie posiadała, gdyby 
wszystkie słowa wiązały się treściowo ze znaczeniem swych składników, więc pni, 
czy rdzeni. 

Ta  kategorją  słów  stanowi  niezmiernie  cenny  materjał  dla  historyków 

cywilizacji,  o  ile  ich  pokrewieństwa  etymologiczne  i  semazjologiczne  wyśledzi 
ostrożny i biegły lingwista. 

Aby stało się jasnem, o jakiej kategorji słów mówimy, pozwolimy sobie rzecz 

oświetlić na paru przykładach. 

Oto mamy wyraz biuro, który przywodzi nam dziś do wyobraźni tylko obraz 

całego  lokalu,  mieszczącego  pisarzy  jakiegoś  urzędu  czy  przedsiębiorstwa 
handlowego.  Któż  się  dziś  domyśli,  że  wyraz  ten,  (bure,  bureau)  pierwotnie 
oznaczał  we  Francji  tylko  pewien  gatunek  sukna,  którem  pokrywano  stół  do 
pisania?  W  dążeniu  do  lakonizmu  Francuz  zaczął  cały  stół,  nakryty  suknem, 
nazywać bureau, później zaś wyraz ten przeszedł na cały pokój, w którym mieściły 
się  stoły  urzędników,  w  końcu  nawet  na  cały  lokal  lub  dom,  obejmujący  biura 
jakiejś instytucji. W takiem znaczeniu przeszedł on żywcem  do licznych krajów i 
języków  i  dziś  już  znamy  go  tylko  w  tem  ostatniem  znaczeniu.  Lokalna  nazwa 
odmiany  sukna  oddawna poszła w niepamięć,  -  zostało  tylko  słowo,  przywiązane 
do nowej treści. 

Podobnych historji wyśledzono już tysiące, a dalsze tysiące oczekują jeszcze 

na  odcyfrowanie.  I  nie  jest  to  trud  jałowy,  bo,  powtarzam,  odsłania  tak  samo 
historję  ludów  niepisaną,  jak  hieroglify  i  napisy  klinowe,  ale  odsłania  historię, 
częstokroć o wiele starszą od tekstów klinowych. 

Oto  weźmy  jeszcze  przykład,  wyraz  natchnienie,  któremu  znaczeniowo 

odpowiada grecki empneusis, łaciński wyraz inspiratio. Każdy z tych wyrazów jest 

background image

niby  zupełnie  czem  innem,  a  jednak  nie  tylko  znaczeniowo  i  nie  tylko  dziś  jest 
ściśle tem samem. One i historycznie są wszystkie tem samem. 

Wyraz  polski  "natchnienie"  wiąże  się  przez  tchnienie  z  wyrazem  i  pojęciem 

ducha, duszy, tchnienia, oddechu. 

Wyraz grecki "empneusis" wiąże się tak samo przez pneuma - duch i powiew 

z pneo = wieję, dmę, dmucham. 

Wyraz "inspiratio" pochodzi od 

spiritus 

(franc. esprit), co znaczy duch, ten zaś 

powstał, jako wyższa abstrakcja, również od prostego spiro - tchnę. 

Nie  zawadzi  tu  dodać,  że  i  wyraz  psyche,  oznaczający  w  greckim  duszę, 

pochodzi  od  tego  samego  pierwiastku  spu  =  dąć,  tchnąć,  podobnie,  jak  łaciński 
wyraz  anima  =  dusza,  wiąże  się  z  greckim  anemos  =  wiatr.  Stąd  jasne,  że  i 
francuski  wyraz  l'âme  =  dusza  płynie,  skrócony,  ze  wspólnego  z  anemos  źródła, 
krewni się z powiewem, z czemś niewidzialnem, a jednak realnem. 

Dopiero  na  takich  próbkach  przekonywamy  się  o  niezmiernej  trwałości 

zarówno form dźwiękowych jak ich znaczeń. Nawet tu, gdzie już niema i nie może 
być  żadnych  pokrewieństw,  tu,  gdzie wyrazy  greckie  od  łacińskich,  słowiańskich 
dzieli tysiące lat odrębnej przeszłości, nawet i tu ujawniają się prawie te same drogi 
rozwojowe  i  wiodą  nas  do  głęboko  przedhistorycznej  wspólnej  przeszłości  tych 
ludów, odsłaniając prastarą wspólność pojęć, urabianych na tych samych obrazach 
zmysłowych. Ale, powtarzam, gdyby języki nie były tak starożytnemi, tylko wciąż 
odmładzającemi  się  tworami,  nie  tracącemi  swej  starości,  nie  byłoby  tych 
potężnych  dusz.  zdolnych  rozważać  świat  w  jego  niezgłębionych  cudach.  Myśl 
nasza nie dojrzewałaby, zostawałaby wciąż młodą, bezsilną, krótkowzroczną, taką, 
jaką była przed tysiącami lat. Myśl bowiem nasza, wiedza i mądrość zrośnięte są z 
mową tak, jak roślina z nasieniem albo jak korona drzewa z jego korzeniami, więc 
jedno bez drugiego nie mogłoby trwać dłużej, niż przez jedno ludzkie pokolenie. 

XV.  O  WAŻNOŚCI  OPEROWANIA  PRZENOŚNIAMI  I 

SKRÓCENIAMI

 

Jednak  najważniejszą  może  zaletą  mowy  jest  nieograniczona  swoboda 

nadawania  każdemu  niemal  rzeczownikowi,  przymiotnikowi  lub  czasownikowi 
nowej treści bez odbierania mu mimo to treści dawnej. 

Dzieje  się  to  pod  hasłem:  nie  obciążać  pamięci  balastem  słownikowym  i 

zostawiać  domyślności,  co  tylko  można.  Dzięki  tej  bezwiednej  dążności  nogi  ma 
również stół i szafa, nie tylko człowiek oraz zwierzęta. Grzbiet posiada i książka, a 
nawet góra. Boki ma tysiące rzeczy nieożywionych, serce ma i dzwon. Jasne może 
być nie tylko światło i barwa, ale również i rozumowanie, dowód, pojęcie. Mamy z 
tego  powodu  "jasne  głowy",  "jasnych  panów",  jasne  perspektywy.  Człowiek 
pierwotnie mierzył długość pewnych przedmiotów własnym łokciem. Gdy uznał za 
dogodniejsze  sporządzić  sobie  odpowiedniej  długości  miarę,  przeniósł  "żywcem" 
nazwę łokcia na kijek, służący do mierzenia. Tak powstał "garniec" z pospolitego 
garnka, tak stopa, siąg czyli sążeń, długość, objęta rozpostartemi rękami, i t. p. 

Kwitnąć  mogą  nie  tylko  kwiaty,  ale  interesy,  rumieńce,  a  nawet  narody, 

Zamkniętym  może  być  nie  tylko  dom,  pokój,  ale  i  charakter.  Nawet  serce,  choć 

background image

zawsze  lewe,  może  być  prawe.  Choć  zawsze  jest  czułe,  może  być  w  przenośni 
nieczułe,  a  nawet  bardzo  dobrze  kamienne.  Może  być  twarde,  miękkie,  złamane, 
wielkie i t. d. 

Ale  to  są  tylko  najprostsze  przenośnie.  Posiłkowanie  się  częściowemi 

analogjami  daje  nam  możność  wyrażania  każdej  myśli,  choćby  "najgłębszej" 
środkami  prostemi,  to  jest  z  pomocą  słów,  kojarzonych  początkowo  z  prostemi 
obrazami  zmysłowemi.  Aby  dać  jeden  przykład,  wystarczy  przypomnieć 
rzeczownik żar i pokrewny mu przymiotnik gorący. Właściwie gorącym może być 
węgiel "żarzący się", metal, rozgrzany przy ognia, gorącą może być woda świeżo 
ugotowana,  potrawa  i  t.  d.,  ale  w  dosłownem  znaczenia  nie  może  być  gorącą 
modlitwa,  spojrzenie,  miłość.  Tymczasem  przymiotnik  ten  bardzo  dobrze  maluje 
nam w przenośni przymioty modlitwy "żarliwej" lub miłości. Przymiotów tych nie 
oddalibyśmy  lepiej  w  licznych  innych  wyrazach,  a  stanowczo  nie 
zobrazowalibyśmy jakimś osobnym ad hoc utworzonym wyrazem. 

Możemy  "zapalić  się"  do  czegoś,  mimo,  że  nie  płoniemy  rzeczywistym 

płomieniem.  Możemy  "mrozić"  kogoś  "chłodnem"  obejściem,  "zimnem" 
spojrzeniem,  pomimo,  że  niema  to  żadnego  związku  z  temperaturą  fizyczną. 
Używamy z najlepszym skutkiem wyrazów, kojarzonych ze stosunkami fizycznemi 
do określania stosunków mniej fizycznych lub całkiem nie zmysłowych. Możemy 
"strzelać"  oczkami,  "spiorunować"  kogoś  spojrzeniem,  "podnieść"  kwestję, 
"zamknąć"  dyskusję,  "rozpływać  się"  w  ogólnikach,  "obudzić"  nadzieje, 
"oczarować" kogoś, "zabić" w opinji, "związać" "słowem" t. j. przyrzeczeniem czy 
przysięgą.  Charakter  czyjś  może  być  "brudny",  spojrzenie  "słodkie".  Ktoś  może 
być "podszyty" "tchórzem". Kołyszą się nie tylko dzieci w kołyskach, ale i zboża 
na polu i okręty na morzach. Chwieją się nie tylko trzciny i drzewa, ale i trony. 

Oto tysiące przenośni, których używamy z najlepszym skutkiem, pomimo, że 

dobieramy pozornie najniestosowniejszych wyrazów do obleczenia danej myśli w 
mowę.  Ale  to  są  właśnie  najpraktyczniejsze  sposoby  wyrażania  się,  bo  krótkie  i 
wyraźne, a właściwie obrazowe. 

Cale mówienie ludzkie, a więc i myślenie opiera się na rusztowaniu prostych 

obrazów zmysłowych. Zdaje się to zbytecznem, a jednak, ktoby chciał obejść się w 
wyrażaniu  pojęć  bez  obrazów  rzeczy  lub  cech  grubo  zmysłowych,  długoby  się 
napracował,  aby  w  końcu  upewnić  się,  że  ani  tak  krótko  i  jasno,  ani  wogóle  w 
żaden sposób nieobrazowy nie da się tych myśli wyrazić. 

Zdolność  dostrzegania  i  wyzyskiwania  częściowych  podobieństw  (analogij) 

między  rzeczami  oraz  ich  stosunkami  jest  najpotężniejszem  narzędziem  do 
budowania,  rozszerzania  i  wyczulania  duszy  ludzkiej.  Myśl  czepia  się 
charakterystycznych,  niepełnych  obrazów  czysto  zmysłowych,  ale  na  skrzydłach 
metafory  ulata  ponad  ich  poziom  w  postaci  wyłącznie  ludzkich  pojęć  oraz  idei, 
jako twór, właściwy tylko światu dusz ludzkich. Z elementów zmysłowych tworzy 
się świat umysłowy. 

Lecz  do  tego,  ażeby  się  on  propagował  od  głowy  do  głowy,  niezbędny  jest 

system znaków, opartych o obrazy zmysłowe. Ażebyśmy się mogli porozumiewać 
w sprawach subtelnych i coraz subtelniejszych - niezbędne są słowa, związane już 
w  pierwszem  dzieciństwie  każdego  (pod  kierunkiem  starszych)  z  takiemi,  a  nie 

background image

innemi  przedmiotami,  podpadającemi  pod  zmysły.  Ażeby  powstawały  abstrakcje 
od  świata  zmysłowego,  konieczne  są  obrazy  zmysłowe.  Bez  nich  nie  byłoby 
abstrakcji,  umysł  bowiem  (a  w  nim  wyobraźnia)  nie  może  ani  obracać  się,  ani 
istnieć  w  absolutnej  próżni.  On  cały  opiera  się  na  wrażeniach  i  wyobrażeniach 
zmysłowych. 

Wówczas dopiero, gdy mamy dla wierzchołka góry czy drzewa wyraz szczyt, 

możemy  ziszczenie  się  jakiegoś  trudnego  do  spełnienia  się  pragnienia  nazwać 
wymownie  a  krótko  "szczytem  marzeń";  wtedy  także  niezwykłe  czyjeś 
powodzenie, szczęście można określić krótko, jako szczyt powodzenia, szczęścia. 
Dopiero też w takich warunkach mógł się zjawić, jako dalsza faza rozwoju języka 
polskiego  i  myśli,  pochodny  rzeczownik  "zaszczyt",  czasowniki  "zaszczycać", 
"szczycić się" i przymiotnik 

"szczytny".

 

Zachwyty  zachwytami,  a  ja  tu  dostrzegam  tę  samą  ostrożność  i  obawę 

niespodzianek, jaka cechuje każde żyjątko, każde rozumne i zdrowe zwierzę, gdy 
kroczy po nieznanym terenie. Dostrzegam również prostotę, a raczej wywijanie się 
skomplikowania  z  prostoty,  powszechną  cechę  form  płynnych  w  całym  świecie, 
więc  z  góry  i  tu  spodziewaną,  jeśli  nie  mamy  uważać  mowy  za  dzieło  gotowej  i 
nadludzkiej mądrości, za dar nadprzyrodzony. 

Dostrzegam  pięcie  się  w  górę  krok  za  krokiem,  nie  zaś  skoki,  wogóle 

przeciwne  naturze.  Natura  nie  pali  za  sobą  mostów,  bo  ma  czas.  Kwiat  nie 
wyskakuje z gałązki gotowy z dziś na jutro, ale powoli i stopniowo rozwija się z 
pączka zrazu zaledwie dostrzegalnego. 

Abstrakcje  rozwijają  się  z  konkretów,  pojęcia  z  wyobrażeń,  całkiem 

niewidocznie  i  dopiero,  gdy  minie  długa  serja  postaci  przejściowych,  zachwycają 
nas  swą  głębią  i  "pełnią  ducha"  oraz  pozorną  niezależnością  od  wyobrażeń 
zmysłowych. 

Nawet samo pojęcie duszy opiera się na czysto zmysłowem wyobrażeniu, na 

rusztowaniu  zmysłowego  pojęcia  "tchnienia",  powiewu  powietrza  przy  dychaniu, 
oddychaniu.  Dech  był  pierwszym  szczeblem,  na  którym  osnuła  się  myśl  o 
niedostrzegalnej  wzrokiem,  niematerjalnej  istności,  która  w  nas  przebywa. 
Popierało  tę  myśl  spostrzeżenie,  iż póty  żyjemy,  póki  oddychamy,  a więc  śmierć 
jest utratą tchu. Z chwilą śmierci ulatuje z człowieka tchnienie, dech, duch. 

Proszę,  niech  kto  spróbuje  sobie  wyobrazić  duszę  bez  uciekania  się  do 

jakiegokolwiek zmysłowego podkładu. Niemaerjalne wyobrażenie sobie duszy jest 
"czystem niepodobieństwem", 

Nie  może  być  inaczej,  jakże  bowiem  określić  rzeczy  i  stosunki, których  nie 

można  zobaczyć,  usłyszeć  w  sposób  dostępny  dla  naszej  wyobraźni,  gdy  ta 
wyobraźnia musi się opierać na obrazach - czyli na wyobrażeniach zmysłowych? 

Ale uspokójmy swoje skrupuły i nie wstydźmy się uzmysłowień oraz żadnych 

przenośni,  bo  one  tak  niezbędne  dla  istnienia  świata,  pojęć,  a  więc  świata 
duchowego, jak są niezbędne dla naszego istnienia ciała nasze oraz ich wszystkie 
organy.  Tylko  wiązanie  obrazów  zmysłowych  ze  słowami  daje  nam  drabinę 
materjalną, po której myśl wznosi się do coraz szerszych abstrakcyj. Wznosi się zaś 
ona na coraz wyższe poziomy znowu tylko dlatego, że posługuje się ograniczoną 
liczbą  znaków  dla  nieograniczonej  liczby  znaczeń.  Dopiero  gdyby  chciała  dla 

background image

wszystkich  znaczeń  posiadać  oddzielne  znaki,  upadłaby  pod  brzemieniem 
materjalnego  balastu,  którego  żadna  już  pamięć  nie  byłaby  zdolna  objąć,  co  zaś 
ważniejsze,  nie  miałaby  się  tam  czego  czepiać  ani  wyobraźnia  ani  fantazja,  jako 
władza twórcza. 

 

Język, a przezeń myśl bogaci się nie tylko przez nieograniczone zwiększanie 

się ilości prawdziwie nowych znaków-symbolów czyli słów prostych i złożonych, 
ale także przez lekkie zmiany w brzmieniu już dawniej używanych, które przez to 
stają się podstawowemi dla zrozumiałości całej serji ich odmian. 

Tego  rodzaju  konserwatywność  oraz  ekonomja  słownika  daje  nam  wielkie 

korzyści. Pomimo, że bardzo prozaiczne bywają początki wielu słów, określających 
pojęcia  abstrakcyjne,  to  przecież  ta  prozaiczność  wcale  nie  przeszkadza  do 
należytego  użytkowania  tych  słów  w  sensie  zupełnie  odległym  od  ich  sensu 
pierwotnego lub podstawowego. 

Słowo, wyraz, nie mówi wszystkiego o przedmiocie, nie może i nie powinien 

mówić  wszystkiego.  On  tylko  podsuwa  jedną  cechą  ważną,  w  zestawieniu  zaś  z 
drugim wyrazem zmysłowo dlań niestosownym - natychmiast traci swą pierwotną 
jaskrawość,  zmysłowość.  Wtedy  myśl  prześlizguje  się  po  wywołanych  obrazach, 
bierze  z  nich  tylko  cząstkę,  potrzebną  w  danej  chwili,  i  kojarzy  momentalnie  z 
cząsteczkami  innych  obrazów  zmysłowych  w  całość  idealną,  która  może  być  już 
całkiem obca światu zmysłowemu i "dosłowności". 

W  takich  warunkach,  w  procesie  porozumiewania  się,  rozmawiania, 

dopuszczalne są wszelkie skrócenia zdań, zapewniające oszczędność słów i czasu. 

"Korona"  wyraziła  swe  niezadowolenie.  "Parter  i  loże"  biły  brawo.  Cały 

"dom" stanął na "nogach". Wypiłem dwie "filiżanki". Oto metonymje, które ciągle 
popełniamy z najlepszym skutkiem. Dosłownie i logicznie - nonsensy, w przenośni 
doskonałe  wyrażenia  się,  bo  krótkie  i  jasne.  To  też  do  człowieka,  któryby  się  w 
nich nie orjentował, stosujemy inną dobitną przenośnię: trzeba mu "łopatą" kłaść w 
głowę! 

Cała  nasza  mowa  -  to  splątany  łańcuch  najniespodziewańszych  przenośni, 

przeważnie  grubo  -  zmysłowych,  pomimo,  że  wyrażają  abstrakcje,  częstokroć 
bardzo górne - szerokie lub subtelne. 

Nie  tylko  mowa  potoczna,  ale  i  mowa  uczonych,  i  to  na  całym  obszarze 

wiedzy,  stoi  na  przenośniach  zmysłowych.  Najbardziej  nawet  abstrakcyjne  nauki 
nie stanowią tu wyjątku, nawet filozofja, która, zdawałoby się, operuje przeważnie 
najczystszemi  już  abstrakcjami,  i  ta  literalnie  stoi  na  najbardziej 
zmysłowych 

obrazach i przenośniach.

 

Takich zdań możnaby wypisywać setki i tysiące z tej książki, jak również z 

każdego traktatu naukowego, tylko w stopniu znacznie niższym, bo Bergson, trzeba 
przyznać,  w  tym  względzie  wpadał  w  przesadę  -  jak  to  często  bywa  u 
przedstawicieli rasy semickiej. - Nie tylko traktaty naukowe, ale zwłaszcza poezja - 
poprostu  stoją  na  takich  przenośniach  (metaforach)  oraz  skróceniach.  Bez  nich 
poezja utraciłaby cały swój wdzięk, całe piękno, całą idealność. Bez nich - stałaby 

background image

się  suchą,  zimną,  rozwlekłą  i  pedantycznie  nudną,  ciężką,  najczęściej  zaś  wprost 
niezrozumiałą, zwłaszcza dla umysłów mniej wyszkolonych. 

Wniknijmy  w  pierwszy  lepszy  tekst  poetycki,  a  nastawiwszy  swą  uwagę  na 

poszukiwanie  przenośni,  odkryjemy  co  parę  wierszy  -  znowu  przenośnie, 
wprawdzie  prozaiczne,  ale  w  zestawieniu,  w  skojarzeniu  -  wdzięczne,  a  nawet 
piękne. 

DO MŁODYCH.

 

Szukajcie prawdy jasnego płomienia, 
Szukajcie nowych, nieodkrytych dróg, 
Za każdym krokiem w tajniki stworzenia 
Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia 
I większym staje się Bóg. 

  

Choć otrząśniecie kwiaty barwnych mytów, 
Choć rozproszycie legendowy mrok, 
Choć mgłę urojeń zedrzecie z błękitów, 
Ludziom niebiańskich nie zbraknie zachwytów, 
Lecz dalej sięgnie ich wzrok. 

  

Każda epoka ma swe własne cele 
zapomina o wczorajszych snach. 
Nieście więc wiedzy pochodnię na czele, 
I nowy udział bierzcie w wieków dziele, - 
Przyszłości podnoście gmach! 

  

Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy. 
Choć macie sami doskonalsze wznieść: 
Na nich się jeszcze święty ogień żarzy, 
miłość ludzka stoi tam na straży, 
I wy winniście im cześć! 

  

Ze Światem, który w ciemność już zachodzi 
Wraz z całą tęczą idealnych snów, 
Prawdziwa mądrość niechaj was pogodzi: 
wasze gwiazdy, o zdobywcy młodzi, 
W ciemnościach pogasną znów! 
Wybierając  z  przeczytanego  wiersza  słowa,  któreśmy  podkreślili  dla 

zwrócenia na nie uwagi, natrafiamy na cały szereg przenośni zmysłowych, więc na 
jasny płomień prawdy, choć wiemy, że prawda nie ma ani płomienia, ani jasnego. 
Dusza ludzka za każdym krokiem rozprzestrzenia się, dosłownie nonsens, ale przy 
odrobinie fantazji myśl jasna. Dalej mamy otrząsanie idealnych kwiatów, a jednak 
barwnych. W poetyckiej przenośni epoka może śnić, a nawet o czemś zapominać, 
są to personifikacje tak czystego pojęcia jak 

pojęcie epoki, i t. d.

 

Rozkosz i ból, co pierś nam wzdyma, 
Mijają, tak, jak szybkie łodzie, 

background image

Chwil kilka drży ich ślad na wodzie, 
Uciekły już - i już ich niema... 

  

Mijają ludzkie pokolenia, 
Jak fale, gdy wiatr morzem zmęci, 
I niemasz godów ich pamięci, 
I niemasz bólów ich 

wspomnienia.

 

Ale weźmy jeszcze piękniejszy dowód słuszności uwag naszych. 
Patrzmyż, z czego się składa przedziwne piękno Parysa: 
"Jak łódź wesoła, gdy uciekłszy z ziemi, 
Znowu po modrym zwija się krysztale 
pierś morza objąwszy, wiosły lubieżnemi 
Szyją łabędzią buja ponad fale: 
Tak Arab...": 
Co  słowo  -  to  przenośnia,  to  niespodzianka,  to  przedziwne  skrócenie,  ale 

właśnie dlatego interesuje, porywa i raduje. 

"Już płynie w suchem morzu koń mój i rozcina 
Sypkie bałwany piersiami delfina. 
Coraz chyżej, coraz chyżej, 
Już po wierzchu żwir zamiata. 
Coraz wyżej, coraz wyżej 
Już nad kłąb kurzu wylała. 
Czarny mój rumak, jak burzliwa chmura, 
Gwiazda na czole jego, jak jutrzenka błyska, 
Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra, 
A nóg białych polotem błyskawice ciska...
Całe  piękno  wizji  poety  wypływa  nie  z  prostych,  pospolitych  słów,  ale 

dopiero z ich przedziwnych skojarzeń; cały zapał, natchnienie i polot wyraziły się 
tylko  w  tych  cudnych  porównaniach,  mistrzowskich  skróceniach  i  kontrastach; 
targają  one  wyobraźnią  słuchacza  i  porywają  go  w  wymarzony  świat 
wyidealizowanej  rzeczywistości.  Ośmdziesiąt  słów  tylko,  słów  pospolitych,  -  a 
gdzież  to  one  nas  wynoszą,  ileż  obrazów  budzą!  Miały  ukazać  samą  pustynię  i 
jeźdźca - a powiedziały nam tak wiele, nastroiły duszę na tak górny ton! 

Weźmy  inną  próbkę,  choćby  przekleństwo  Balladyny.  Ta  sama  metoda,  bo 

innej niemasz wcale: 

"Niechaj  z tego  trądu  lęgną się w  mózgu  gryzące robaki, w  sumieniu  węże: 

niech  kąsają  wiecznie,  aż  umrzesz  wewnątrz,  a  zgniłemi  znaki  okryta  chodzić 
będziesz jako żywe trupy..." 

Gdy  myśli  i  uczucia  społeczne  wznoszą  się  do  najwyższego  napięcia  w 

osobniku,  gdy  potrzebują  wyładowania  i  uzewnętrznienia  w  słowach,  czyżby 
mogły  czekać,  aż  ów  osobnik  stworzy  nieistniejące  jeszcze  wyrazy  dla  ich 
uzewnętrznienia?  Wszelki  wysiłek  taki  byłby  i  próżny  i  nieużyteczny,  bo 
natchniona  mowa  indywidualna  nie  byłaby  przez  innych  zrozumiana,  nie  byłaby 

background image

już  mową.  A  także,  czyż  mogą  rozpraszać  się  w  tysiącu  słów,  dobieranych 
pedantycznie wzorem prozy profesorskiej? 

Duch  wyjątkowo  bogaty,  pełny,  bujny,  w  chwili  silnego  napięcia  uczuć,  w 

chwili "natchnienia" chwyta się słów prostych, przenośni zmysłowych, a mimo to - 
porywa słuchacza tam, gdzie sam chce wybiec. Nie dobiera słów "górnych", bo nie 
znalazłby ich, a gdyby je wytworzył, zostałby niezrozumiany: on porywa to, co ma 
"pod ręką" - i wznosi się, mimo prostoty środków, do najwyższej abstrakcji. 

Ale  też  trzeba  sobie  uświadomić,  że  tajemnica  estetycznego  powodzenia 

poety, czy mówcy spoczywa nie tylko w darze trafnego operowania analogjami, ale 
głównie  w  wyjątkowym  darze  dostrzegania  analogij  niepospolitych,  odległych,  a 
mimo to łatwo narzucających się wyobraźni słuchacza lub czytelnika. 

Tak  dusza  Konrada  w  najwyższej  ekstazie  radzi  sobie  tylko  ramionami, 

skrzydłami,  zachodem,  wschodem,  promieniami,  a  jednak  dociera  do  Nieba  i  z 
Bogiem rozmawia. 

"Tak! czuły jestem, silny jestem i rozumny! 
Nigdym nie czul jak w tej chwili; 
Dziś mój zenit, moc moja dzisiaj się przesili, 
Dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny: 
Dziś najsilniej wytężę duszy mej ramiona... 

 

Zrzucę ciało i tylko jak duch wezmę pióra... 
Potrzeba mi lotu! 
Wylecę z planet i gwiazd Kołowrotu 
Tam dojdę, gdzie graniczą Stwórca i natura. 
I mam je, mam je, mam tych skrzydeł dwoje: 
Wystarczą: od zachodu na wschód je rozszerzę 
Lewem o przeszłość, prawem o przyszłość uderzę 
I dojdę po promieniach uczucia - do Ciebie! 
I zajrzę w uczucie Twoje. 
O Ty! o którym mówią, że czujesz na niebie! 
Jam tu, jam przybył: widzisz, jaka ma potęga: 
Aż tu moje skrzydło sięga! 

 

Najwyższy na niebiosach: Ciebie tu szukałem 
Ja, najwyższy z czujących na ziemnym padole. 
Nie spotkałem Cię dotąd, - żeś Ty jest, zgaduję, 
Niech Cię spotkam i niechaj Twą wyższość uczuję. 
Ja chcę władzy! daj mi ją, lub wskaż do niej drogę... 

 

Ja chcę duszami władać, jak Ty niemi władasz. 

 

Ja kocham cały naród! Objąłem w ramiona 
Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia, 
Przycisnąłem tu do łona. 

 

background image

Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić, 
Chcę nim cały świat zadziwić... 
Nie mam sposobu - i tu przyszedłem go dociec. 
Przyszedłem zbrojny całą myśli władzą, 
Tej myśli, co niebiosom Twe gromy wydarła, 
Śledziła chód Twych planet, głąb morza rozwarła:... 
Zbierzmy  w  mały  słowniczek  użyte  tu  wyrazy,  a  przekonamy  się,  że  poeta 

wziął  najpospolitsze narządzie,  to  samo, którem  posługują się  pospolite dusze do 
potrzeb poziomych, - nic nie dodał - tylko po mistrzowsku go użył. On tego tylko 
dokonał,  że  zmusił  słuchacza  do  kroczenia  w  ślad  za  sobą,  do  stąpania  po 
wschodach  przenośni  i  porównań,  "przycisnął  go  do  łona"  i  dźwignął  w 
nadobłoczną  krainę,  nawet  nie  na  własnych,  bo  już  na  słuchacza  samego 
skrzydłach. Utorował mu jeno drogę, odkrył  mu jego własne skrzydła... Powiada: 
"nie mam sposobu", a przecież właśnie znalazł "sposób" jedyny, ale wystarczający, 
i  słuchacz  nie  spostrzegł  się  nawet,  jak  prostemi  środkami  dusza  jego  została 
porwana zuchwale aż pod tron najwyższej Abstrakcji. 

I jak tu wierzyć drugiemu wielkiemu poecie, Słowackiemu, który w liście do 

Zygmunta  Krasińskiego  uskarża  się  na  materjalną  zaporą  między  duchem  a 
duchem. "Oto jest list, pisze on, oto jedna z kar piekielnych, litera martwa i papier 
martwy, 

między duchem, a duchem".

 

Co  za  niesłuszna  skarga,  jak  głębokie  nieporozumienie.  Przecież  cały  ten 

duch, złorzeczący literze "martwej", jest jej dziełem, a rzekoma zapora - jedynym 
łącznikiem. Sam poeta zresztą, zaprzeczył bezwiednie swym niebacznym słowom 
w innej chwili jasnowidzenia, gdy kreśli wzruszającą w swej prostocie, a głęboko 
prawdziwą uwagę w innym liście: 

"Ta kartka wieki tu będzie płakała, i łez jej staniej"

 

Tu dopiero prawdę powiedział. Póki narodu stanie, a czułości w sercach, jego 

kartki będą wyciskać łzy żyjącym, będą najrealniejszym łącznikiem między duszą 
poety, a duszami jego czytelników. 

 

Łatwo jest zrozumieć, z jakiego powodu możemy być wzajemnie zrozumiali, 

nawet  pomimo  ogromnych  różnic  psychicznych  między  rozmawiającymi,  to 
znaczy  pomimo  szerokiej  inteligencji  z  jednej  strony,  ubóstwa  myśli  z  drugiej; 
pomimo górności jednych osobników, a poziomości innych. 

Oto dlatego, że przy układaniu zdań posługujemy się znakami, które zostały 

naprzód przyczepione do rzeczy i stosunków ogólnie znanych i podpadających pod 
zmysły,  następnie  zaś  przenoszone  z  powodu  częściowych  analogij  na  rzeczy  i 
stosunki  coraz  bardziej  odległe,  ale  zawsze  nieco  podobne.  Choćby  ktoś  w  tych 
warunkach nie zrozumiał naszej myśli dokładnie, w całej pełni, to przecież pojmie 
ją,  jak  dla  siebie,  dostatecznie,  a  pojmie  dlatego,  żeśmy  go  nie  postawili  nad 
przepaścią  słów  dlań  niezrozumiałych,  więc  pustych,  ale podaliśmy  mu  wszędzie 
mostek,  po  którym  zbliżył  się  do  naszej  myśli  o  tyle,  o  ile  to  było  dla  niego 
możliwem. Myśl nasza stała się dlań zrozumiała w granicach jego pojętności. 

background image

Słowo  jest,  jak  drabina,  postawiona  pionowo.  Im  wyższe  szczeble,  tem 

wyższe i szersze abstrakcje, ale u dołu zawsze tkwi obraz powszechnie zrozumiały, 
bo pierwotny i zmysłowy. Każdy wspina się po tej drabinie tak wysoko, jak zdoła 
go podnieść własna umysłowość. I tak, z różnych szczebli rzucamy sobie te same 
słowa,  pojmowane  wprawdzie  rozmaicie,  ale  najczęściej  w  stopniu, 
umożliwiającym jakie takie porozumienie. 

"Uczciwość" np. będzie pojmować dziesięciu ludzi na dziesięć sposobów, ale 

każdy zrozumie przykazanie "bądź uczciwym" w stopniu dla niego odpowiednim i 
dostępnym. Gdybyśmy zaś mieli dziesięć słów lub więcej na każdy stopień i rodzaj 
uczciwości  -  dopiero  wówczas  przestalibyśmy  się  rozumieć.  Nie  moglibyśmy  się 
nawet  przestrzegać,  czy  umoralniać,  bo  żądanie  kaznodziei  wobec  słuchaczów  z 
różnych  poziomów  umysłowych  i  etycznych,  gdyby  nawet  było  ogólnie 
zrozumiałe,  byłoby  dla  jednych  zbyt  wygórowanem, dla  innych  niedostatecznem. 
Uczciwość niższego stopnia byłaby dla, subtelniejszego wprost nieuczciwością. 

To  samo  dotyczy  wszelkich  uogólnień,  jak  również  całej  nomenklatury 

naukowej  i  technicznej.  Słowa:  zarodek,  zalążek,  komórka,  atom,  równanie, 
instynkt, intuicja będą miały dla osobnika dopiero wtedy właściwą treść, gdy mu ją 
podadzą w szeregu słów objaśniających, a więc będą miały taką, jaka osobnikowi 
została podsunięta w  ten  sposób.  Słowa  takie  stają  się  już najekonomiczniejszym 
wyrazem  całych  omówień  i  pojęć,  bardzo  dalekich  od  świata  najpospolitszych 
wyobrażeń i pojęć. 

Cóż dziwnego, jeżeli w takich warunkach nie posiadamy jednakowych pojęć, 

na  temat  takich  słów,  jak  zasługa,  kapitał,  energja,  Bóg,  cnota  i  t.  d.? 
Wynagrodzeniem  tej  niedogodności  jest  nie  tylko  możność,  ale  i  łatwość 
doskonalenia pojęć, rozszerzania ich i zwężania, stosownie do nowych potrzeb. A 
byłoby  to  wręcz  niemożliwe  przy  stałej  jednoznaczności  słów,  t.  j.  gdyby  dla 
każdego nowego pojęcia trzeba było zaraz tworzyć całkiem nowe słowa. 

Co  za  sens  ze  wszystkiego, cośmy  tu  starali  się wyłożyć?  Oto, że  względne 

ubóstwo Języka t. j. ograniczony zapas słów nie może być przeszkodą dla rozwoju 
pojęć,  a  tem  samem  dla  rozszerzania  się  naszego  poznania.  Przeciwnie,  tego 
rodzaju ubóstwo mowy, zarówno jak prostackie jej podstawy, są koniecznym tego 
wszystkiego warunkiem. 

XVI. CZEM JEST PIĘKNE MÓWIENIE

 

Sami  lingwiści  składają  mimowoli  dowód,  że  nie  uważają  mówienia  za 

funkcję  jakiegoś  wyjątkowo  sprawnego  aparatu,  ale  za  następstwo  myślenia  przy 
pomocy  słów,  gdy  mówienie  (i  myślenie)  nazywają  sztuką,  O  ile  pod  słowem 
"sztuka"  zechcemy  rozumieć  nieprzeciętną  biegłość,  wymagającą  oprócz  wprawy 
jeszcze  pewnych  wrodzonych  zdolności,  to  mówienie  trzeba uważać  poniekąd  za 
sztukę,  oczywiście,  mówienie  dobre.  Jakoż  mamy  różnej  wartości  mistrzów 
mówienia,  a  zarazem  myślenia.  I  to  na  wszystkich  poziomach  bytu  społecznego, 
poczynając od ludu, a kończąc na najsubtelniejszych mózgowcach. Zupełnie jak w 
muzyce,  gdzie  jedne  dusze  wydobywają  z  tego  samego  instrumentu  cudne 
symfonje,  inne  wdzięczne  melodje,  gdy  jeszcze  inne  wprost  brutalne  kakofonje. 
Wszystko zależy nie od strun, ani od budowy instrumentu, ale od umiejętności jego 

background image

użycia  oraz  od  biegłości,  na  którą  się  składa  w  równej  mierze  wrodzone 
"uzdolnienie", jak i nabywalna wprawa. 

Nie tylko mówienie do innych, ale samo myślenie dla siebie, o ile ja usiłuję 

być  jasnym,  jest  tem  samem,  jest  umiejętnością  i  trudną,  i  niejednako  dla 
wszystkich  dostępną,  bo  nawet  dla  siebie  musimy  przeprowadzać  tę  samą  pracę 
porządkującą, jaką podejmujemy, aby komuś wyrazić swe myśli. 

Niedarmo  też  cenimy  wielkich  mówców,  jasno  wykładających  profesorów, 

wielkich  prozaików  i  poetów.  Cenimy  ich  właśnie  z  tego  powodu  i  za  to,  że 
wznoszą  się  na  trudno  dostępne  dla  przeciętnych  umysłów  wyżyny  umiejętności 
używania mowy, umiejętności składania z różnobarwnych kostek jasnych obrazów. 
Cenimy ich za to, że to, co mówią, bywa dla słuchaczy lub czytelników, pomimo 
trudności przedmiotu, źródłem wyraźnych myśli. 

Gdy  słucham  świetnego  wykładu,  mózg  mój  zdaje  się  wcale  nie  pracować, 

wszystko  idzie  prosto  do  głowy.  Wychodzę  z  wykładu  wcale  nie  zmęczony,  z 
głową pełną nowych dla mnie myśli. Przeciwnie, jeśli słucham marnego wykładu, 
mój  aparat  myślenia  (mózg  i  nerwy)  ciężko  pracuje,  wychodzę  zmordowany, 
oszołomiony, i nie mogę zdać sobie sprawy nawet z części zasłyszanego. 

Bardzo  być  może,  iż  obaj  mówcy  jednako  dobrze  znali  swój  przedmiot,  ale 

dla  wywołania  zgoła  odmiennych  skutków  wystarczyło,  że  jeden  umiał  dobrać 
słów najwłaściwszych dla koła słuchaczów, drugi był pod tym względem niedbały 
lub  niezdolny.  Pierwszy  wykonał  sam  za  słuchaczów  pracę,  niezbędną  do 
wywołania szeregu żądanych myśli, więc oszczędził im trudu, drugi zwalił na nich 
całą  ciężką  pracę  domyślania  się  treści  niektórych  nieznanych  im  słów, 
błyskawicznego  uzupełniania  w  myśli  braków  i  korygowania  niedokładności 
wykładu. 

Jeżeli też uczniowie (rozumieć tu należy uczniów normalnie przygotowanych, 

nie zaś wszystkich), nie rozumieją dobrze profesora, a czytelnicy gubią swe myśli 
w ciężkiem, zawile pisanem dziele, najczęściej winnym jest profesor i pisarz, nie 
zaś tępość uczniów lub czytelników. 

Otóż  ta  umiejętność  wysłowiania  się  stanowi  o  całej  wartości  społecznej, 

logicznej i artystycznej naszego umysłu. Nie to bowiem oddziaływa na innych, co 
sami  czujemy,  co  myślimy  lub  czego  chcemy,  lecz  to,  co  zdołaliśmy  dla  innych 
jasno wyrazić. Tylko to należy nadal do narodu i cywilizacji. 

O  tem,  że  nie  myślimy  słowami,  ale  słów  dobieramy  wedle  potrzeby, 

nietrudno  przekonać  się  i  na  drodze  przymierzenia  teorji  do  faktów.  Wystarczy 
przypomnieć  fakt,  znany  powszechnie,  że  nie  wszyscy  w  jednem  środowisku 
mówimy  w  jednaki  sposób,  a  nawet  każdy  z  nas  nie  zawsze  mówi  w  sposób 
jednakowy.  Wszystko  zależy  nie  tylko  od  indywidualnego  temperamentu, 
usposobienia, uzdolnień jak również od nastroju chwilowego, ale także od woli, i to 
jest decydujące. 

Znamy wszyscy ludzi, mówiących, gdy tego sami chcą, uroczyście, "górnie" i 

"z  namaszczeniem",  albo  "ozdobnie"  i  wytwornie  albo  znowu  żartobliwie, 
archaicznie. Mówców uroczystych, namaszczonych, figlarnych, chętnie słuchamy, 
zwłaszcza na uroczystościach, niekiedy  znowu, zwłaszcza w  życiu  powszedniem, 
bywa to ckliwe, a nawet nieznośne. 

background image

Zdobywamy  się  według  woli  na  sposoby  mówienia  kwieciście,  obrazowo, 

przenośniami  i  t.  d.  Wprawdzie  każdy  z  tych  sposobów,  czy  stylów  płynie  z 
usposobienia,  ale  bywa  także nabywalnym "stylem"  i  manjerą.  Każdy  z własnego 
doświadczenia  może  wskazać  palcem  osobniki  dowcipne.  Mowa  ich,  gdy  chcą 
tego, albo gdy  znajdują się w  odpowiednim  nastroju, odznacza się osobliwemi, a 
niespodziewanemi zestawieniami słów i wyobrażeń, wiązanych z niemi najczęściej. 
Zestawienia  te  bywają  tak  niespodziewane,  często  przeciwne  naturze  rzeczy,  a 
jednak w części tak trafne i uderzające, tak łatwo trafiają nam do wyobraźni, i tak 
nowe rzucają oświetlenie na przedmiot, że aż olśniewają. Skojarzenia, momentalnie 
wywołane w naszej wyobraźni przez ich mowę, tak są niezwykłe, że uderzają nasze 
nerwy,  budząc  błyskawicznie  i  odruchowo  jakiś  silny  stan  uczuciowy,  więc  albo 
wesołość, zawstydzenie, gniew najczęściej bezsilny, jeśli ostrze dowcipu dotkliwie 
w nas ugodziło, a nie umiemy równą bronią momentalnie odparować ciosu. 

Cóż  to  jest?  To  jest  także  tylko  umiejętność  użycia  swego  zapasu  słów  w 

sposób niepospolity. Sposób ten bywa przeważnie darem natury, płynie ze swoistej 
organizacji umysłu, ze zdolności dostrzegania w rzeczach najmniej spodziewanych, 
częściowych  podobieństw  bez  względu  na  istniejące  między  zestawionemi 
rzeczami  ogromne  i  zasadnicze  różnice.  Polega  na  zgrabnem  uwydatnieniu  i 
wyzyskaniu  tych  podobieństw  i  na  wywołaniu  u  słuchacza  lub  słuchaczów 
zestawień  wprost  komicznych,  potwornych  i  aż  śmiesznych  w  swej  zasadniczej 
nienaturalności.  Ale  i  ten  sposób  mówienia  zwykle,  że  tak  powiem,  wrodzony, 
może  także  być  nabyty,  oczywiście  tylko  do  pewnego  stopnia.  Znamy  przecież 
dobrze takie "silenie się na dowcip", i dowcipy robione, jak to mówią "na zimno", 
pewną metodą, wieńczone często dość znacznem powodzeniem. Gdy zapasu słów i 
umiejętności  mówienia  można  rozmaicie  używać,  świadczy  to  dostatecznie,  że 
prawdziwie dobre mówienie mamy prawo nazwać sztuką. Układanie słów wymaga 
pewnej pracy, z natury rzeczy twórczej, pewnego wysiłku, który bywa tem większy 
im ta praca toczy się z większą świadomością jej ważności. Czemże jest naprawdę 
sama  poezja,  jeżeli  nie  sztuką  pięknego,  estetycznego  wyrażania  się,  jeżeli  nie 
czemś  pośredniem  między  muzyką,  a  mową  zwykłą,  bo  w  niej  uczucia  i 
pierwiastek  rytmiczności  w  doborze  słów  grają  rolę pierwszorzędną,  zapewniając 
jej  jednak  tę  wyższość  nad  muzyką,  że  w  niej  najpełniej  i  najmocniej  może  się 
wyrażać  wszystko,  co  duszę  ludzką  wypełnia  i  porusza,  o  wiele  pełniej  niż  w 
muzyce i sztukach plastycznych. 

Zatem  mowa  to  tylko  środek  podtrzymywania  wiedzy  i  uczuć  już 

rozwiniętych,  to  narządzie  do  przekazywania  i  nabywania  żądanych  stanów 
psychicznych, a zarazem do tworzenia obrazów, całkiem pozbawionych w realnym 
świecie odpowiedników, czyli środek do tworzenia sobie świata wymyślonego lub 
urojonego. 

XVII.  CO  Z  NAS  CZYNI  NIEMILKNĄCY  ROZGWAR,  W 

KTÓRYM ŻYJEMY?

 

Jak  widzimy  ze  wszystkiego,  co  zostało  wyżej  powiedziane,  zewnętrzną  i 

jedynie  trwałą  społecznie  stroną  procesu,  który  się  w  każdej  gromadzie  ludzkiej 

background image

toczy w postaci rozumnych myśli naszych, jest nie mowa, nie język, ale dopiero to, 
co wyrażamy w języku, którym myślimy, więc szeregi słów powiązanych ze sobą 
w  pewnym  porządku,  bynajmniej  niezależnym  od  trafu,  ale  w  danej  chwili  i 
miejscu  poniekąd  koniecznym.  Zapas  tedy  słów  i  umiejętność  układania  ich  w 
zdania  jest  tylko  środkiem,  łączącym  ludzi w  coś podobnego do jakiegoś  jednego 
obszernego  systemu.  Ale  na  tem  kończy  się  rola  mowy  jako  języka,  występuje 
bowiem  na  plac  coś,  co  się  ma  do  mowy,  jako  naszej  władzy  tak,  jak  dzieło  do 
narzędzia. 

Język to tylko ogół środków do myślenia i mówienia, to zasób, który umieją z 

wszelkich  tekstów  wydzielać  lingwiści  dla  studjów  swoich.  To  słownik  narodu, 
gramatyka  i  składnia.  To  tylko  narzędzie  do  rozkawałkowania  obrazów 
zmysłowych  i  do  układania  obrazów  idealnych  z  tych  sztucznie  porozdzielanych 
cząstek.  Jest  to  tylko  cenny  zapas  znaków,  które,  wprowadzone  w  zetknięcie  z 
wyobrażeniami,  dostarczonemi  przez  zmysły,  rozbijają  cały  ten  materjał 
psychiczny na fragmenty, aby z nich następnie można było układać najrozmaitsze 
obrazy idealne. 

To  wszystko  każdy  z  nas,  będąc  uczestnikiem  swojego  własnego  koła 

społecznego,  dostaje dopiero  ze  zdań  całych,  przechodzących  z  ust  do  ust  oraz  z 
pokolenia w pokolenie. 

Mówienie nasze składa się poniekąd z cegiełek, które są podatne do układania 

ich  jedna  przy  drugiej  według  praw  składni  i  gramatyki,  ale  budowlą,  do  której 
wzniesienia  potrzebne  były  owe  cegiełki,  jest  dopiero  to,  co  składa  się  z  tych 
cegiełek  na  mówienie  nasze,  na  te  pytania  i  odpowiedzi,  na  owe  teksty,  których 
wzajem słuchamy, które przyjmujemy do świadomości i oddajemy sobie jako nowe 
"wypowiadane". 

Tylko całe zdania są fizycznemi odpowiednikami tych wszelkich sądów, idei, 

poglądów,  nauk  i  t.  d.,  które,  lubo  nienowe  w  społeczeństwie,  jednak  w  nowo 
przybywających  głowach  ludzkich  wciąż  powstają  jako  nowe.  Wszelkie  sądy, 
poglądy,  nauki  i  t.  d.  są  przecież  psychicznemi  odpowiednikami  i  skutkami 
działania  na  nas  gotowych  już  tekstów,  bynajmniej  zaś  nie  oddzielnych  i  bez 
związku  z sobą zostających  słów. Cały  dorobek  intelektualny  minionych  pokoleń 
jednego  rozległego  koła  społecznego,  rozumianego  w  najszerszem  tego  słowa 
znaczeniu jako naród, spoczywa poza mózgami naszemi t. j. zewnątrz nas, w tak a 
nie  inaczej  układanych  i  wypowiadanych  formułach.  Zdaniom,  które  brzmią  w 
rozmowach  naszych, odpowiadają w naszych głowach pełne myśli nasze, te żywe 
iskierki, z których składa się nasza myśl świadoma każdochwilowo siebie i świata, 
materjał językowy jest tylko środkiem do wyrażania tych myśli. Przecież ten sam 
materjał, te same słowa, za każdem ich poprzestawianiem (byleby ono było zgodne 
z wymaganiami gramatyki i składni), mogą budzić coraz inne myśli. 

Oto mamy cztery wyrazy, cztery dźwięki artykułowane, związane z obrazami 

zmysłowemi:  ziemia,  słońce,  krążyć  i  naokoło.  Jest  to  materjał  językowy,  a 
powiedzmy krócej - cząstka języka, cząstka tego, co sobie rzucamy w rozmowach. 
Logiczną cząstkę "rozgwaru" otrzymamy dopiero wtedy, gdy ułożymy te wyrazy w 
zdanie. Tylko owo zdanie będzie odpowiadać mądrym myślom naszym o słońcu i 
ziemi, wcale zaś nie sam materjał językowy, z którego się składa. 

background image

Jeżeli  powiem:  "ziemia  krąży  naokoło  słońca",  otrzymuję  w  takiem 

ustawieniu  wyrazów  głębokie  ujęcie  stosunku  całej  ziemi  do  całego  słońca. 
Króciutkie zdanie, a jednak do ustawienia wyrazów w ten, a nie inny sposób ród 
ludzki doszedł dopiero w XVI wieku po długiej pracy duchowej licznych pokoleń i 
niezliczonych  głów,  ostatnio  zaś  po  przenikliwej  pracy  genjalnej  jednostki: 
Kopernika. Słowa, potrzebne do sformułowania tej myśli, istniały przez wieki, ale 
myśl,  zawarta  w  tem  ustawieniu  słów,  zjawiła  się  dopiero  w  pewnym  czasie  i  w 
pewnej  głowie.  Przed  nią  w  oświeconych  głowach  panowała  przez  wieki  inna 
kombinacja  tych  samych  słów.  Powtarzano  i  uczono,  że  "słońce  krąży  naokoło 
ziemi". 

Ten  sam  język,  te  same  słowa,  tak  samo  zbudowane  zdanie  i  równie 

prawidłowe gramatycznie, ale myśl wprost przeciwna tamtej. 

Cóż  skłoniło  ludzi  do  przestawienia  słów  celem  przeinaczenia  myśli?  Nie 

rozwój  języka,  ale  gruntowna  zmiana  pojęć,  a  mówiąc  szczegółowiej,  rozwój 
wiedzy,  która  w  narodzie  trwa  tylko  w  zdaniach,  lubo  przez  język.  Do 
przestawienia tych słów, które to przestawienie nic w języku nie zmienia, skłoniła 
ludzi tylko dokładniejsza obserwacja, większe doświadczenie, głębsze rozpoznanie 
stosunku  ziemi  do  słońca.  Dawna  obserwacja,  utrzymująca  się  w  mówionem, 
okazała  się  Kopernikowi  zbyt  powierzchowną.  Uzbierane  doświadczenie  wieków 
wykazało mylność dawnego widzenia rzeczy i poprawiło je. Czy jednak byłoby to 
możliwe  bez  wiekowej  ciągłości  skomplikowanych  pojęć  przez  trwałość  zdań, 
czyli  "mówionego"  wypowiadanego?  Tu  zaszła  zmiana  pojęć,  utrzymujących  się 
jedynie w formie "powiedzianego", czy napisanego, nie zaś zmiana w języku, który 
jest środkiem równie dobrym do wyrażenia bądź tego, bądź drugiego, bądź całkiem 
innego poglądu na stosunek ziemi do słońca. 

Odkrycie Kopernika streszcza się w czterech słowach, których nikt przed nim 

tak, jak on, nie ustawił, ale za to nikt po nim nie ustawi już w innym porządku, bo 
to  byłoby  fałszem.  Pewien  stosunek  w  przyrodzie  został  rozpoznany  przez 
skomplikowane  czucie  ludzkie  (które  nazywamy  rozumem,  mądrością), 
wysubtelnione  zbiorową  pracą  niezliczonych  pokoleń,  i  został  wyrażony  oraz 
przekazany  dalszym  pokoleniom  w  czterech  krótkich  słowach,  ustawionych 
koniecznie w takim, nie zaś innym, porządku. 

Czemże się to dzieje, że nawet nie posiadając odnośnej wiedzy, dobrze sobie 

wyobrażamy przeróżne stosunki w świecie, zbadane już przez innych? 

Oto zawsze tem samem, mianowicie podziwu godną praktycznością naszego 

środka  do  porozumiewania  się,  zmuszającą  nas  zawsze  do  opierania  wszelkich 
pojęć na znanych obrazach zmysłowych, czyli zmuszającą do schematyzowania, 

do 

upraszczania.

 

Wszelkie wiadomości, jak widzimy, i umiejętności nasze utrzymują się poza 

mózgami  tylko  w  gotowej  postaci  "wyrażonego"  i  tylko  w  tej  postaci,  jako 
"zrozumiane"  i  "zapamiętane"  przelewają  się  z  głowy  do  głowy  i  z  pokolenia  w 
pokolenie. 

Zdanie,  raz  sformułowane  przez  Kopernika,  wywoła  już  w  każdej,  choćby 

najmniej uczonej, głowie złożony obraz zmysłowy, podobny w zasadzie do obrazu, 
który po raz pierwszy powstał w głowie Kopernika. Będzie to zawsze obraz idealny 

background image

i fantastyczny, bo podobnej rzeczywistości nikt nie widział i nie zobaczy własnemi 
zmysłami,  ale  będzie  on  odpowiadał  szablonowo  rzeczywistości,  więc  będzie 
szablonowo  realnym.  Ziemia  i  słońce  są  zbyt  ogromne,  abyśmy  mogli  naocznie 
dostrzec krążenie kuli ziemskiej dokoła słonecznej. Ale natura języka, mianowicie 
zmysłowość czy naoczność wyobrażeń, jakie nasuwa, ułatwia nam zmniejszenie w 
myśli obrazu rzeczywistości i umożliwia oglądanie oczyma duszy tego, czego oczy 
cielesne nie dojrzą. Każdy jest w możności olbrzymią kulę ziemską, której kształtu 
dociekli  astronomowie,  zastąpić  sobie,  w  wyobraźni  małą  gałką,  kulę  słoneczną 
zastąpić większą gałką, krążenie mniejszej przyrównać do krążenia choćby samego 
człowieka  dookoła,  przedmiotu  dowolnie  obranego,  i  obraz  idealny  jest  gotowy. 
Zamajaczy on w każdym umyśle, przygotowanym do przyjęcia tego szeregu słów, i 
każdy  to  zrozumie  w  całości  oraz  zaakceptuje,  jako  godne  wiary.  Czemu  zaś 
całkiem nowe dla nas wyobrażenie uznamy za godne wiary? Dlatego, że cała nasza 
wiedza  opiera  się  na  zaufaniu  w  prawdomówność  innych.  Kto  nie  ufa  i  zechce 
sprawdzić  twierdzenie,  zawarte  w  zdaniu  Kopernika,  ten  znajdzie  na  to  sposób, 
tylko  będzie  musiał  podjąć  wielką  pracę  nauczenia  się  naprzód  wiedzy 
astronomicznej.  Więc  większość  ludzi  woli  w  danej  chwili  przyjąć  na  wiarę 
twierdzenie,  przez  co  oszczędza  sobie  całych  lat  ciężkiego  mozołu.  Każdy  woli 
korzystać  w  dobrej  wierze  z  gotowego  owocu  prac  cudzych  już  wykonanych, 
pocieszając  się  tem,  że  choć  sam  nie  może  upewnić  się  o  wiarogodności 
twierdzenia, wyręczają go inni, znający się na rzeczy, którzyby w razie omyłki błąd 
sprostowali. Skoro zaś od paruset lat, pomimo wielokrotnych sprawdzań, nikt tego 
nie sprostował, są wielkie szansę, że musi to być zgodne z rzeczywistością. 

Jeśli  też  wiedza  ludzi  bardzo  wykształconych  bywa  tak  głęboka,  że  aż 

niejednych  zdumiewa,  to  stała  się  taką  wcale  nie  przez  samą  możność  naszą 
komunikowania  sobie  wzajemnie  własnych  wyobrażeń,  albo  też  wywoływania 
żądanych  wyobrażeń  w  głowie  cudzej,  ale  dopiero  przez  nagromadzanie  się  i 
uzupełnianie  się doświadczenia  nieprzeliczonych  osobników,  związanych  ze  sobą 
w społeczeństwo. 

Suma  mądrości,  przedziwnej  wiedzy,  subtelnych  uczuć  i  skomplikowanych 

żądz, dążeń i działań w narodzie, to wypadkowa, wynik niezliczonych a cennych 
spostrzeżeń,  odkryć  i  sprostowań,  to  owoc  niezmarnowanych  wysiłków  i 
niezliczonych  aktów  twórczych  lepszych  przedstawicieli  wszystkich  pokoleń 
minionych, z których każde dorzucało coś nowego, a trafnego do nagromadzonego 
już  plonu  doświadczeń.  Owo  doświadczenie,  utrwalone  w  zdaniach  w  tem,  co 
stanowi  w  społeczeństwie  niemilknący  rozgwar,  dostaje  się  potomkom  prawie 
darmo, w gotowej postaci, przez nauczanie i wychowanie, ostatecznie zaś choćby 
tylko  przez  osłuchanie  się,  czyli  mimowolne  nabywanie  wiedzy  i  dążeń  od 
otoczenia. 

Jeżeli  w  mojej  głowie  mogą  się  powtórzyć  (oczywiście  z  nieuniknionemi 

odchyleniami)  te  myśli,  które  sformułowały  się  niegdyś  w  głowach  Kopernika, 
Platona,  Kartezjusza  czy  Śniadeckiego,  to  dzieje  się  to  tylko  dlatego,  że  całe  i 
nieskażone  teksty,  wypowiedziane  lub  napisane  przez  tych  myślicieli,  nie 
przebrzmiały, nie zaginęły, ale ciągle utrzymywały się gdzieś w społeczeństwie i w 
końcu doszły do mnie. 

background image

Tylko  teksty,  brzmiące  w  narodzie,  dają  nam  władzę,  niedość  że 

pozazmysłowego widzenia, co cudze oczy oglądały, niedość że przemyślania tego, 
co  przemyślały  cudze  głowy,  ale  wypowiadania  tego,  czego  jeszcze  nikt  nie 
wypowiedział, co nasza dopiero praca i nasze doświadczenie nam odsłoniły. Tylko 
utarte sposoby układania słów w pewne szeregi są jedynym środkiem, aby się cud 
myślenia po ludzku, myślenia rozległemipojęciami dokonywał. 

XVIII.  OGROMNA  OSZCZĘDNOŚĆ  MYŚLENIA.  SŁOWA 

CZY ZDANIA?

 

Skoro  oceniamy  właściwie  stosunek  mowy  do  rozgwaru,  oraz  do  literatury, 

skoro wiemy, że tylko ów niemilknący rozgwar podtrzymuje cały gmach psychiki 
w narodzie i w indywiduach, boć bez niego zaraz w następnem pokoleniu nicby się 
w  głowach  nie pozostało  z tego, co wszystkie pokolenia ubiegłe  narodu  myślały, 
czuły  i  chciały,  teraz  czas  przejść  do  kwestji  niezmiernej  łatwości  wchłaniania 
przez  nowego  osobnika  -  ducha  jego  ludzkiego  otoczenia,  następnie  do 
błyskawiczności  procesu  psychicznego,  toczącego  się  w  głowie  ludzkiej  -  czyli 
błyskawiczności  skojarzeń  wyobrażeń  językowych  z  pozajęzykowemi,  -  wreszcie 
do faktu, że myślenie nasze toczy się w wielkiej mierze wprost bez udziału pracy i 
woli naszej. 

 

Przyczyna  łatwości  układania  się  porządnych  łańcuchów  słów  w  każdej 

głowie  ludzkiej  musi  być  jedna  i  jest  jedna.  Zachodzi  to,  powtarzam,  głównie 
dzięki temu, że myślimy zdaniami. To właśnie jest przyczyną krystalizowania się 
naszych nieidentycznych procesów psychicznych względnie bardzo łatwo w formy 
podobne,  co  nam  umożliwia  momentalne  rozumienie  się  wzajem.  Myślimy  po 
części  całemi  gotowemi  zdaniami,  po  części  zaś  zdaniami  już  tylko  jako 
schematami.  To  jest  fakt,  którego  nikt  nie  obali,  choć  mało  kto  się  nad  nim 
zastanawiał. 

Nigdy nie było tak, aby ludzie posiłkowali się samemi tylko odosobnionemi 

słowami  i  nie  wiązali  ich  odrazu  w  zdania,  choćby  one  miały  być  najkrótsze  i 
najprostsze.  Słowa,  tworzone  z  głosek  i  sylab,  służyły  odrazu  do  tych  samych 
celów  praktycznych,  do  których  służą  teraz  i  służyć  będą  w  przyszłości, 
mianowicie  do  wyrażania  wzruszeń,  żądań  i  sądów.  Co  do  wzruszeń  rzecz  nie 
wymaga objaśnienia,  podobnie  jak  i  co  do  żądań.  Inaczej  rzecz  się  ma  z  sądami. 
Mowa  mogła  sobie  być  zrazu  bardzo  niedoskonała  i  uboga,  ale  odrazu  musiała 
oddawać i oddawała zasadniczo te same usługi, jakie oddaje teraz. 

Ludzie odrazu tworzyli zdania. Choćby zdanie składało się z dwuch słów, a 

nawet  z  jednego,  jest  ono  formacją  prawie  tak  pierwotną,  jak  słowo,  związane  z 
jego treścią pozajęzykową. 

Wszystkie  nasze  wypowiedzenia  się,  prócz  wykrzykników  (słów 

emocjonalnych), są  już  sądami,  choćby  sprowadzonemi  do  prostego  oznajmienia, 
że coś jest albo coś się dzieje. 

Tylko  szeregi  zdań  (podległe  ustawicznym  zmianom,  pomimo  pozorów 

monotonji),  nie  zaś  szeregi  słów,  ujmowanych  w  odosobnieniu,  podtrzymują  ów 

background image

całokształt  myśli,  uczuć  i  dążeń  narodu,  który  podlega  również  ustawicznym 
zmianom i rozwojowi. 

Tylko świat niezliczonych zdań, sądów, układanych tak a nie inaczej, nie zaś 

sieczka oddzielnych wyrazów, oddziela nas od przyrody przejrzystą zasłoną, która 
staje się niejako szybą, ukazującą nam tę przyrodę zawsze w sposób odmienny od 
obrazu, którybyśmy otrzymali od samych zmysłów. 

Więcej  jeszcze.  To  zdania  i  ich  szeregi  przywołują  nam  z  pamięci  obrazy 

przedmiotów nieobecnych i zdarzeń minionych, sprawiając, że stajemy co moment 
oko  w  oko  z  przedmiotami  oraz  stosunkami  nigdy  niewidzianemu  a  nawet 
niewidzialnemi, a rysują nam je tak wyraźnie, jakbyśmy je oglądali. 

To świat zdań, nie zaś słów, czyni nas stuocznymi Argusami! 
Co rozumiemy pod określeniem, że myślimy gotowemi schematami, to niżej 

będzie wyjaśnione. Tymczasem pilno nam zaznaczyć, że gdybyśmy musieli myśleć 
oddzielnemi słowami, czyli samemi elementami mówienia i myślenia nigdyby nie 
dochodziło do takich rezultatów, jakie nam rzeczywistość przedstawia. 

Zważmy przecie, że materjał językowy (słownik) daje wprost nieograniczone 

pole  do  najprzeróżniejszych  skojarzeń.  Jakiemże  więc  prawem  mowa  i  myśli 
każdego  z  nas  z  osobna  płyną  w  czasie  rozmowy  łożyskiem  względnie  bardzo 
wąskiem,  tak  wąskiem,  że  z  pośród  tysiąca  kombinacyj,  jakie  mogłoby  czyjeś 
"powiedziane"  narzucić  słuchającemu,  wpadamy  w  rozmowie  prawie  zawsze  na 
jedną, i właśnie na tę, na którą wpaść powinniśmy? 

My  w  rozmowie,  powtarzam  to  z  naciskiem,  przecież  nie  analizujemy 

usłyszanego.  Świadczy  o  tem  dostatecznie  błyskawiczność  zrozumienia.  My  nie 
pracujemy  nad  dostosowywaniem  treści  słów  do  treści  zdania,  to  znaczy  do  tej 
treści, jaką słowo powinno mieć w tem zdaniu. My  wypowiedziane przyjmujemy 
do świadomości jak należy. 

Psychologowie  powołują  się  tutaj  na  "wyjątkowe  zdolności"  w  kojarzeniu 

wrażeń  i  wyobrażeń,  ale  największe  nawet  zdolności  nie  mogłyby  wystarczać, 
gdybyśmy przyjmowali do świadomości oddzielne słowa, czyli gdybyśmy myśleli 
samemi  słowami.  I  nie  jest  potrzebne  to  przypuszczenie,  zwłaszcza,  że 
wyjątkowemi  zdolnościami  poprostu  starano  się  ominąć  trudności  zdania  sobie 
sprawy z "łatwości" naszego myślenia. 

W  podświadomych  zwykle głębinach  naszej  jaźni  spoczywają lub kłębią się 

bez  udziału  woli  wcale  nie  same  słowa  i  obrazy,  najrozmaiciej  pokojarzone  ze 
sobą,  ale,  powtarzam,  niezliczone  gotowe  i  rozległe  związki  słów  i  obrazów,  raz 
przeżyte  i  niby  zapomniane,  a  jednak  niezatarte  i  zdolne  za  sprawą  jednego 
dawnego bodźca wyłonić się znowu kiedyś nawet w całości, i to ze zdumiewającą 
dokładnością. 

Gdy  tedy  bogactwo  słów  sprzyja  powstawaniu  nieograniczonej  ilości 

wyobrażeń,  pojęć,  wiadomości,  dążeń  i  t.  d.,  myślenie  zdaniami,  jak  widzimy, 
mocno ogranicza tę swobodę i umożliwia wspólność naszych wyobrażeń, pojęć i t. 
d.,  z  drugiej  zaś  strony  ogromnie  ułatwia  rozumne,  a  szybkie  myślenie,  i  to  w 
sposób  właściwy  sferze  społecznej,  do  której  należymy.  Więc  dopiero  te 
obszerniejsze  od  słów  jednostki  myślenia,  czyli  całe  zdania  formują  nasze 
psychiczne  indywidualności,  utrzymując  je,  pomimo  to,  w  wąskich  łożyskach 

background image

psychiki,  charakterystycznej  zawsze  naprzód  dla  narodu  całego,  a  następnie  dla 
sfery społecznej, do której osobnik należy. 

W niezmiernie bogatym w szczegóły procesie psychicznym w osobniku - nie 

słowa,  ale  zdania  są  elementami  stałemi  pośród  elementu  zmiennego  i  wciąż 
nowego.  (Nasze  podświadome  procesy  psychiczne  intelektualne  składają  się 
przeważnie  ze  zdań).  To  zdania,  zasłyszane  i  zapadające  w  gotowej  formie  w 
podświadome głębiny  naszej  jaźni,  a  nie co  innego,  łączą  nas przez  upodobnianie 
myśli i wiadomości, pomimo, że skomplikowane warunki życia w społeczeństwie 
wciąż nas różnicują. 

Zdania tedy, jak widzimy, składają się nie tylko na szatę naszych myśli, ale 

także na formą naszych dusz. 

Jeśli  się  nam  zdaje,  że  słowa  miewają  po  kilka,  a  czasem  po  kilkanaście 

znaczeń, jest to złudzenie. Słowa miewają u każdego mnóstwo znaczeń, albowiem 
treść  czyli  znaczenie  każdego  w  danym  czasie  i  miejscu  zawsze  zależy  od 
pozostałych  słów  w  zdaniu.  Znaczenie  ich  u  każdego  osobnika  bywa  i  musi  być 
nieco odmienne, ponieważ zabarwia się indywidualnym sposobem reagowania oraz 
indywidualnym  zasobem  wspomnień,  wpływających  zawsze  na  indywidualne 
rozumienie tego samego. Regestrować więc te znaczenia w słowniku i w abstrakcji 
od  zdań  byłoby  jałowym  pedantyzmem,  bo  właściwej  treści  takiej  niepodobna 
uchwycić inaczej, jak dopiero w tem zdaniu i nie w żadnem innem. Tylko tutaj, w 
tym składzie słów, przemawia ono do nas w specjalny sposób, poza tem taka jego 
treść  nie  może  się  utrzymać  ani  w  słowie  odosobnionem,  ani  w  innem  zdaniu. 
Złudną  byłaby  też  nadzieja  pedanta  wyczerpania  w  najobszerniejszym  słowniku 
wszystkich  znaczeń  wszystkich  słów,  bo,  pomijając,  że  miały  już  one  mnóstwo 
zastosowań, my jeszcze ciągle wkładamy nowe treści w te same ramki. 

Jednak  zdolność  chwytania  w  lot  tych  rozmaitych  znaczeń  oraz  ich  odcieni 

nie  dowodzi  ani  wielkiej  domyślności  naszej,  ani  fantazji,  ani  erudycji.  Jest  to 
prosty skutek normalnej pamięci i osłuchania się. 

Zresztą osobnik nie bywa narażony na dźwiganie całego balastu przeróżnych 

znaczeń, możliwych oraz  istniejących  w narodzie.  Zwykle każdy  z nas posługuje 
się  stosunkowo  bardzo  niewielką  ilością  zestawień,  i  one  to  stanowią  udeptane 
ścieżki oraz gotowe formy, najkrócej wyrażające równie ograniczone co do ilości 
myśli. 

Każda gromada ludzka, każdy fach i każda specjalność posługuje się słowami 

i  zdaniami  sobie  tylko  właściwemi.  Urabiały  je  liczne  wieki  i  praktyka  całego 
żywota, nie dziw więc, że są dogodne, bo dzięki wprawie już odruchowo tak, a nie 
inaczej  zrozumiałe.  One  też  stanowią  o  indywidualności  zarówno  osobnika,  jak 
sfery jego, (a nawet narodu). 

Aby sobie unaocznić potężną rolę rozgwaru, będącego środowiskiem, jakiego 

nie zna zwierzę, nie będzie tu zbytecznem wrócić do naszego "koła społecznego" 
(rozdz. XVII). 

Każdy  z  nas  obcuje  blisko  z  pewną  tylko  ograniczoną  ilością  osobników, 

związanych  pokrewieństwem,  przyjaźnią  lub  interesem.  Zaraz  zobaczymy,  jak 
wiele waży to obcowanie. 

background image

Wyobraźmy sobie, że takie kółko składa się tylko z 25 osobników. Umieśćmy 

się  w  środku  tego  koła  i  połączmy  się  z  jego  uczestnikami  linjami  wzajemnych 
wpływów przez rozmawianie. Ponieważ zaś członkowie naszego kółka rozmawiają 
nie  tylko  z  nami,  ale  także  i  ze  sobą  w  naszej  obecności,  zaś  przy  słuchaniu 
cudzych rozmów umysł zachowuje się niemal tak samo, jak przy słuchaniu tego, co 
do  nas  mówią,  więc  wypada  dodać  do  linji  oddziaływań  bezpośrednich  jeszcze 
także wpływy pośrednie rozmów i opowiadań, toczonych w naszej obecności, lubo 
bez naszego czynnego udziału. 

Gdy  wniesiemy  w  nasze  koło  wszystkie  linje  wpływów  bezpośrednich  i 

pośrednich,  powstanie  do  podziwu  gęsta  siatka,  przedstawiająca  sumę 
oddziaływań, kształtujących naszą duszę od chwili wyjścia z niemowlęctwa. 

Obraz, któryśmy tu narysowali (patrz rys. 3-ci), jest jednak uzmysłowieniem 

tylko  ilościowych  oddziaływań  i  tylko  najbliższego  kółka  na  każdego  osobnika. 
Aby  go  uczynić  bliższym  rzeczywistości,  musimy  wziąć  pod  uwagę  jeszcze  i 
jakość oddziaływań. Otóż trzeba pamiętać, że każdy z owych 25-ciu uczestników 
koła,  któreśmy  narysowali,  w  odosobnieniu  od  reszty  narodu,  jest  ze  swej  strony 
także  centrem  własnego  kółka,  jest  i  był  wystawiony  na  wpływy,  które  innych 
uczestników  nie dosięgały,  i  z  tego  powodu  nie  może on  -  być  całkiem  podobny 
(psychicznie) do pozostałych. Z tego również powodu całe społeczeństwo musimy 
sobie  wyobrazić  jako  zbiór  drobnych  kółek,  gęsto  zachodzących  na  siebie. 
Wszyscyśmy w narodzie w łączności pośredniej ze sobą, ale w prostym stosunku 
społecznej  odległości  kółek  od  kółek.  I  wszyscyśmy  skutkiem  tego w  mniejszym 
lub większym stopniu różni, niejednakowi. 

Największy  wpływ na kształtowanie się duszy  wywiera kółko bezpośrednie, 

jednak  dużą  rolę  odgrywają  niezliczone  wpływy  nawet  bardzo  dalekich  kółek, 
dosięgające  nas  pośrednio,  przez  dorywcze  choćby  obcowanie  albo  pośrednio 
przefiltrowane przez otaczającą nas psychosferę. 

 

Jeszcze  raz  okazuje  się,  że  świat,  odczuwany  własnemi  zmysłami  (czyli 

zmysłowy  obraz  świata)  przesłania  nam  nie  tylko  gęsta  sieć  wpływów 
interpsychicznych, któreśmy wyobrazili na rysunku, ale jeszcze takichże wpływów 
bardzo odległych. 

To  też  nie  trzeba dowodzić,  że  nawet  bez  uczenia  się  celowego  powstaje w 

nas  mnóstwo  gotowych  i  wprost  narzuconych  nam  pojęć  oraz  idei,  panujących 
zarówno  w  szczupłem  kółku  bezpośredniem  każdego  człowieka,  jak  również 
pochodzących  zdaleka.  Cóż  zaś  dopiero  powiedzieć  o  tych  wpływach,  gdy 
uwzględnimy celowe poszukiwanie wiedzy i szukanie jej w sferach trudniących się 
specjalnie  przechowaniem  duchowych  zdobyczy  oraz  ich  pomnażaniem  (szkoły, 
uniwersytety, bibljoteki publiczne). Cóż więc dziwnego, że w narodzie tyle sfer i 
poziomów,  coraz  bardziej  obcych  sobie  w  miarę  społecznej  ich  odległości.  Lubo 
zjednoczeni  jedną  mową,  jesteśmy  rozdzieleni  na  mnóstwo  typów  psychicznych 
(umysłowych,  uczuciowych  i  twórczych),  a  nawet  na  niejednakowe 
indywidualności duchowe. 

 

background image

Sumując wynik otrzymany już w tej materji, w "Teorji Człowieka", wypada 

powtórzyć, że ogólna suma poznania w narodzie jest niewypowiedzianie pełniejsza 
od  jakiegokolwiek  osobniczego  najuniwersalniejszego  poznania  i  rozumu,  że  nikt 
nie  jest  w  stanie  wziąć  w  siebie  wszystkiego,  co  tętni  w  narodzie,  bo  ono  za 
rozległe  i  zbyt  urozmaicone  na  jedno  krótkie  życie  osobnika  i  na  drobną  jego 
pojemność,  bo  zresztą cząstka nigdy nie może  mieścić w  sobie całości, do  której 
należy.  Każdy  bierze  w  siebie  tyle  od  narodu,  ile  wziąć  zdoła  mimowolnie  i 
własnowolnie. Bierze tylko to, co dochodzi do niego, a również, czego rozmyślnie 
szuka.  Zwykle  dostaje  mu  się  część  drobna  z  nieogarnionej  całości,  lecz  i  ta 
odrobina  wystarcza  do  uczynienia  go  jestestwem  na  ziemi  wyjątkowem,  bo  on 
widzi świat zupełnie inaczej i pełniej, niżeli widzą go zwierzęta, albowiem nawet w 
najgorszym  razie  widzi  jeszcze  światy  urojone  lub  kombinacje,  jakie  możemy 
tworzyć z materjału poznania zmysłowego. 

Jestże  to  wszystko  przeciwne  naturze?  Bynajmniej!  Trzeba  tylko  chcieć 

spojrzeć  na  całe  to  zjawisko  oczyma  przyrodnika.  Teraz  wszystko  się  objaśnia. 
Czemś całkiem innem, niż zwierzęciem, jesteśmy przez język. Myślimy, czujemy i 
działamy  po  ludzku  tylko  dzięki  przynależności  do  realności  D  z  naszych 
"Prolegomenów",  do  całostki  obszerniejszej  od  wszelkich  organizmów,  następnie 
zaś dzięki przynależności do własnej sfery w narodzie. 

Znaleźliśmy  między  niepoznawalnem,  przed  którego  potęgą  i  niezgłębioną 

tajemnicą  się  korzymy,  a  grubem  zwierzęcem,  świat  pośredni,  całkiem  realny. 
Znaleźliśmy świat całostek jednojęzycznych, przytwierdzonych do gruntu, który je 
żywi i podtrzymuje. Znaleźliśmy świat form duchowych, utrzymujący się zewnątrz 
osobników w "wypowiedzianem", w duchu zaś wewnątrz osobników. 

Źródło  tego  wszystkiego  w  więzi  społecznej,  która  nas  łączy  przez 

różnicowanie, a gdyby nie różnicowała, nie byłaby więzią. 

Żaden z nas, jako człowiek, nie jest możliwy bez wielkiej całości, do której 

należymy.  Jak  bowiem  nie  może  powstać  w  świecie  samo  jedno  piórko, 
ukształtowane i ubarwione tak, a nie inaczej, dopóki nie powstanie ptak cały, tak 
nie  może  być  człowieka  -  bez  ludu  całego.  Źródło  "człowieczości"  naszej  mieści 
się  w  owym  rozgwarze,  brzmiącym  w  Narodzie,  od  tysięcy  lat  niestłumionym, 
który odbiera wprawdzie całostkom zwierzęcą wolność, ale za to wydobywa z nich 
uzdolnienia, nieznane organizmom wolnym. 

Choć ciałem jesteśmy bardzo do siebie podobni, psychicznie i funkcjonalnie 

dzielą  nas  głębokie  przepaści,  tem  głębsze,  im  naród,  do  którego  należymy, 
jest 

bardziej zaawansowany w rozwoju.

 

Źródłem tych różnic - stanowisko osobnika w tym związku oraz osobiste jego 

zalety  i  wady.  Żywot  bowiem  w  społeczeństwie  urabia  osobniki  na 
indywidualności  psychiczne,  tak  samo,  jak  czysta  przyroda  urabia  zwierzęta  w 
szeregu  pokoleń  w  ich  naturalnych  środowiskach  na  odmiany,  gatunki  i  rodzaje 
zoologiczne. Cała różnica, że ten urabia dusze, tamten tylko ciała oraz instynkty. 

Następstwem zrozumienia roli "rozgwaru" w procesie myślenia stała się tedy 

poprawka, że wszystko w człowieku, co przyrodoznawstwo odrzuciło humanistom 
do badania i o czem pomimo to humaniści sądzili, że bierze początek w osobniku, 

background image

w  duszy  jego,  płynie  z  tej  cząstki,  społeczeństwa,  z  którą  zostaje  osobnik  w 
bezpośredniej komunikacji. 

Zjawiska te,  które,  jako obce przyrodoznawstwu, odrzucono humanistom  do 

badania, nie są wcale organizmowemi, biologicznemi, nie są także gromadnemi, ale 
w  przyrodniczem  znaczeniu  tego  słowa  nad-organizmowemi,  nadbioiogicznemi. 
Biorą  początek  dopiero  w  odwiecznym  związku  organizmów,  w  całości  zwanej 
ludem lub narodem. Niemasz jednak w tych zjawiskach nic bardziej tajemniczego 
od prostych zjawisk biologicznych. Są zjawiskami wprawdzie rządu wyższego, ale 
podlegają  tym  samym  metodom  badania,  jak  wszystkie  przedmioty  nauk 
przyrodniczych. 

Oto jądro teorji naszej. 

 

Z  powyższego  wynika,  że  naturalnemi  całostkami  rzędu  wyższego  od 

organizmów są zbiorowiska ludzkiej posługujące się od kolebki jednym wspólnym 
dla nich językiem. 

Socjologja nie umiała wyznaczyć ścisłych granic dla pojęcia "społeczeństwa", 

Narodu. Tutaj jasnem się staje, że te granice wyznacza język, i tylko język. 

Całostkami rzędu wyższego są ludy, a o ile chodzi o ludy, które wyniosły się 

na wyższe stadja rozwoju duchowego, - takiemi całostkami naturalnemi są narody. 

Państwa  o  ludności  wielojęzycznej  -  są  to  już  przypadkowe  i  nienaturalne 

mieszaniny  osobników,  należących  do  odpowiedniej  liczby  ludów,  czy  narodów. 
Nie  dziw  też,  że  skład  tak  świeżych  i  nieprzetrawionych  mieszanin  etnicznych 
bywa zwykle zmienny, burzliwy i nietrwały. 

Trudność  pogodzenia  się  z  takiem  widzeniem  rzeczy  wynikała  z 

nieuświadamiania  sobie  najzupełniejszej  realności  owego  matecznika  dla  dusz, 
którym jest powtarzam, ów rozgwar, brzmiący bez przerwy w Narodzie, od tysięcy 
lat  ani  na  chwilę  nie  stłumiony,  a  którego  drugą  postacią,  dalszym  ciągiem,  a 
zarazem  wyborem  i  koncentracją  tego,  co  najcenniejsze,  jest  literatura  w 
najszerszerszem tego słowa pojmowaniu. 

XIX.  OSOBLIWY  STOSUNEK  CZŁOWIEKA  DO  JEGO 

DZIEŁ. MATERJALNA POTĘGA DUCHA.

 

Załatwiliśmy  się  dopiero  z  połową  zagadnienia,  które  nas  tutaj  zajmuje, 

gdyśmy  zrozumieli  w  głównych  zarysach  genezę  i  naturę  inteligencji  ludzkiej, 
gdyśmy  doszli,  że  cała  psychika  ludzka,  cała  wiedza,  wszystkie  nasze  ideały  są 
zjawiskiem  społecznem  i  odwiecznym  produktem  współmyślenia,  współczucia  i 
współdziałania  osobników,  związanych  jednym  systemem  słów  i  tekstów. 
Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia pytanie: czem jest w stosunku do ducha naszego, 
a więc i do nas samych cała materjalna strona cywilizacji: nieprzeliczone w swej 
rozmaitości przedmioty, wytwarzane przez ludzi. 

Zarazem jakie ich stanowisko w Przyrodzie. 
Zdawałoby się, że skoro mamy odpowiedź na pytanie, dotyczące psychiki, to 

mamy w jego rozwiązaniu odpowiedź i na drugie. 

background image

Jednak skoro dążymy do gruntownego zrozumienia zjawisk społecznych, nie 

może nam wystarczyć sama pewność, że jest to twórczość ducha. 

Pewność  ta  otwiera bowiem przed nami  nową  zagadkę, równie doniosłą pod 

względem przyrodniczym, jak filozoficznym. 

Proces  psychiczny,  toczący  się  w  osobniku  ludzkim  nie  może  być  przecież 

uważany za źródło energji i w znaczeniu fizycznem. 

Powstaje  tedy pytanie,  jakiem  prawem  i  jakim  sposobem  proces psychiczny, 

toczący się w mózgach naszych, wpływa jednak bardzo silnie na takie a nie inne 
działanie sił fizycznych. Bo, że wywiera taki wpływ, jest to aż nadto pewne. 

Wszak  dzieła  naszego  rozumu  nie  powstają  niezależnie  od  naszej  woli  i 

naszych  pomysłów.  Duch  nasz  musi  być  przeto  realnym  czynnikiem  w  świecie 
materji i sił fizycznych. Ale jakiem prawem i w jaki sposób? Oto kwestja. 

Większość myślicieli omijała przezornie to zagadnienie; wprawdzie inni, jak 

Alfred  Fouillée,  prawili  nam  O  ideach-siłach,  ale  z  punktu  widzenia 
przyrodniczego mogło to być brane tylko w przenośnem znaczeniu. Nie stanowi to 
jednak wcale racji, abyśmy i my mieli pójść ich śladem. 

Kwestja ta zajmowała już nas w "Teorji człowieka i cywilizacji", a zwłaszcza, 

"Kapitale",  ale  nie  została  tam  jeszcze  wyczerpana  i  zamknięta,  czas  więc 
niedomówienia  uzupełnić,  i  wysnuć 

prawowite  konsekwencje. 

Kwestję  tę  trzeba 

nam  ująć  pod  mianem  kwestji  realnej  twórczości  ducha.  W  tym  celu  rozpatrzmy 
naprzód fakty. Pierwszym jest powstawanie wszelkich dzieł ludzkich materjalnych 
koniecznie nakładem sił fizycznych. 

Znamy dwa źródła tych sit. Pierwsze bije z samego organizmu ludzkiego. Jest 

to energja mięśniowa ciał naszych czyli pewien jej nadmiar, nie marnujący się tak 
bezużytecznie, jak się marnuje stale 

u zwierząt.

 

Istnieje też drugie źródło energji, zawsze gotowe do pracy, i bez porównania 

ważniejsze,  bo  wprost  niewyczerpane.  Są  to  siły  całkiem  zewnętrzne  względem 
organizmu  ludzkiego  czyli  siły,  które  możemy  dowolnie  przybierać  sobie  do 
pomocy, siły zarówno martwe jak pochodzące z żywych organizmów ludzkich, lub 
zwierzęcych, jak tośmy już objaśnili w "Kapitale". 

Jedna  część  tych  sił,  mianowicie  martwe  siły  przyrody,  pracują  (na  rzecz 

człowieka)  w  postaci  narzędzi  sztucznych,  będących  dziełem  naszego  rozumu,  i 
wiedzy,  nauk,  druga  w  postaci  tych  sił  przyrody,  które  ujarzmia  właśnie  za 
pośrednictwem owych narzędzi i machin mądrość nasza. 

Narzędzia więc sztuczne trzeba uważać za najprawdziwsze uzupełnienia ciał 

naszych  niezmiernie  cenne,  bo  wielostronne  i  nie  dające  się  wcale 
zastąpić 

własnościami naszych organizmów.

 

Narzędzia te są tylko w bardzo drobnej części dziełem ludzkich sił fizycznych 

i na to zwracam 

szczególną uwagę czytelnika.

 

Jeżeli  spojrzymy  nie tylko  na proste narzędzia pracy,  rzemieślnicze,  służące 

jednemu osobnikowi, więc na młoty, dłuta, piły, obcęgi, noże, świdry, tygle i t. d., 
ale na b. złożone machiny oraz całe ich komplety, więc na wiatraki, młyny wodne, 
młoty hydrauliczne, lokomotywy, dźwignie, podnoszące całe wagony, walcownie, 
formujące  grube  płyty  stalowe,  tak  łatwo,  jakby  były  z  ciasta  lub  z  wosku,  -  to 
łatwo ocenimy, że wobec fizycznej potęgi tych przeróżnych narzędzi, pracujących 

background image

dla  człowieka  i  zgodnie  z wolą  człowieka,  wobec  ich  pracy, własne  mizerne siły 
ciał  ludzkich  odgrywają  stosunkowo  drobną  i  w  miarę  postępu  techniki  coraz 
drobniejszą  rolę.  Odgrywają  one  poprostu

rolę  dodatku, 

dodatku  wprawdzie 

koniecznego,  ale  mocno  niewystarczającego  do  wywołania  skutków,  osiąganych 
przez  wspólną  działalność  sił  ludzkich,  czyli  pracy  mięśni  ludzkich,  oraz  sił 
przyrody,  ujarzmianych  przez  owe  machiny  w  ruchu.  I  otóż  pamiętajmy,  że 
ogromna większość sił tych wcale nie dałaby się zastąpić siłami ciał naszych. 

Tak  jest  z  siłami  chemicznemi,  tak  z  siłami  ciał  zwierzęcych,  które  w 

hodowli, rolnictwie i t. p. skierowujemy w żądanym kierunku. Organizmy tedy, tak 
zwierzęce,  jak  roślinne,  podobnie  jak  martwe  machiny,  pracują  za  nas  i  dla  nas 
same, kierowane tylko władzą naszych rozumów, nie zaś ciał. 

Lubo  więc  pierwszem  i  niezbędnem  źródłem  ftzycznem  materjalnej 

twórczości  narodu  są  oczywiście  siły  fizjologiczne  ciał  naszych,  to  jednak 
najważniejszem i niezastąpionem źródłem jest dopiero przyroda, która nas otacza. 
Bierzemy  od  niej  w  miarę  postępu  techniki  coraz  więcej,  tak,  że  przy  coraz 
doskonalszych  machinach  stosunek  między  ilością  ludzkiej  siły  fizycznej, 
zużywanej  przy  pracy,  a  ilością  siły  wywieranej  przez  działalność  narzędzi 
sztucznych, które nam nasz genjusz pobudował, a więc oszczędzanej człowiekowi, 
staje  się  coraz  nierówniejszy.  Udział  sił  ciał  ludzkich  w  przypadkach  daleko 
posuniętego  udoskonalenia  machin,  oraz  umiejętnego  podziału  pracy  staje  się 
wprost znikomy. Właściwie też dopiero praca martwych sił przyrody, puszczonych 
w ruch przez nagromadzoną mądrość ludzką, wytwarza nam ten ogrom dzieł, który 
składa  się  na  materjalne  bogactwo,  dorabiane  bez  przerwy  w  coraz  większej 
obfitości i w coraz większej ilości zużywane ku zaspokojeniu bezgranicznych, bo 
wciąż rosnących potrzeb i pożądań ludzkich. 

Więc staje przed nami w całej nagości pytanie: cóż zniewala owe przeróżne 

siły przyrody zewnętrznej do pracy za nas, choć dla nas i

na nasze żądanie? 

My już 

wiemy,  co  zniewala,  ale  fizyk,  myślący  logicznie,  na  tak  postawione  pytanie 
musiałby  odpowiedzieć:  nie  wiem  (ponieważ  myśl  naszą,  zarówno  jak  wolę, 
wyeliminował ze świata fizycznego). 

Dopiero  też  odkrycie  nadbiologicznego  charakteru  społeczeństwa, 

naturalnego  związku  osobników  ludzkich  przez  mowę  i  mówione,  daje  nam 
logiczne i ściśle naukowe 

rozwiązanie trudności.

 

Skoro prosta psychika zwierzęcia rozkazuje, skutecznie siłom fizjologicznym 

ciał  żywych,  to,  gdy  uznamy  narzędzia  sztuczne  za  przedłużenia  ciał  naszych,  a 
rozgwar  "mówionego"  za  fizycznego  dostarczyciela  rozumu  i  mądrości  ludzkiej, 
jak  również  naszych  zamierzeń,  -  cała  zagadkowość  naszej  władzy  nad  siłami 
przyrody  zewnętrznej  maleje  i  blednie  wobec  faktycznej  władzy  życia  nad 
martwemi siłami przyrody. 

Wówczas, gdy ujmuję rękojeść młota hydraulicznego, cały ów młot staje się 

dla mej duszy, a więc i dla mej woli, przedłużeniem mego ciała. Więc gdy poruszę 
ową rękojeścią mechanizm młota, wówczas siły czysto fizyczne, nagromadzone w 
młocie,  wyprowadzone  ze  sztucznej  równowagi  stosunkowo  drobniutkim 
wysiłkiem  mięśni,  niby  wielka  bryła,  pchnięta  po  pochyłości,  stają  się  już  siłami 
mego powiększonego ciała i prostą newtońską siłą ciążenia wykonywają pracę, do 

background image

jakiej  ów  młot  przeznaczyła  ludzka  wiedza  i  wola,  będące  integralną  cząstką 
interpsychiki mego narodu. 

Budując sobie tedy sztuczne mechanizmy, my, jestestwa społeczne, myślące 

pojęciami,  oraz  mądre  i  wzbogacone  doświadczeniem  wszystkich  techników, 
dobudowujemy sobie właściwie czynne ciało, nad którem fizjologiczne siły nasze 
mają  władzę.  Gdy  zaś  duch  nasz  posiada  władzę  nad  członkami  własnego  ciała 
żywego,  przeto  ta  jego  władza  przenosi  się  w  najnaturalniejszy  sposób  jeszcze 
także na owe uzupełnienia ciał naszych. 

Wszystkie  tedy  owe  mechanizmy,  zwiększające  i  urozmaicające  naszą 

twórczość,  wypadnie  uznać  poprostu  za  produkty  i  uzupełnienia

żywego  ciała 

narodu. 

Więc siły obce ciałom naszym wybiera i zniewala myśl i wola ludzka, ale 

przedewszystkiem głęboka wiedza nasza, czynnik czysto społeczny. 

Oddawnaśmy przywykli  uważać genjusz  ludzki  za  źródło  dzieł  naszych, nie 

troszcząc  się  o  niezgodność  tej  jego  roli  z  przyrodniczym  światopoglądem,  i 
widzimy,  że  lotna  wyobraźnia  wyprzedziła  naukę,  nie  myląc  się  wcale.  Teraz 
rozumiemy,  jakiem  prawem  duch  nasz  zdolny  jest  rządzić  siłami,  które  sobie 
przybiera. 

Dzieje  się  to  prawem  fizjologicznem,  a  dopiero  na  jego  gruncie  prawem 

społecznem.  Mądrość  ludzka,  rozum  nie  oddziaływa  wprawdzie  bezpośrednio  na 
przyrodę  zewnętrzną,  ale  to  zgoła  niepotrzebne,  skoro  rozporządza  siłami 
fizjologicznemi,  nad  któremi  ma  władzę  natury  biologicznej,  a  elastyczne 
środowisko  (powietrze,  eter)  łączy  osobnicze  siły  fizjologiczne  specjalnemi 
bodźcami  mówionego  lub  napisanego  ("wyrażonego")  w  skoordynowaną 
działalność zbiorową, społeczną. 

Przy  stwierdzonym  realnym  udziale  sił  mięśniowych  staje  się  już  prostem 

zadaniem  fizycznem  wyzyskiwanie  martwych  lub  żywych  sił  przyrody 
zewnętrznej,  a  więc  wyzyskiwanie  bądź  niewyczerpanego  źródła  energji 
słonecznej, bądź bezwładności materji, w ten sposób, aby (własnemi) siłami samej 
przyrody  zewnętrznej  względem  nas,  przy  nader  małym,  powtarzam,  nakładzie 
własnych  fizjologicznych  sił  ciała  (odgrywających  rolę  pierwszego  pchnięcia),  - 
wyprowadzać  dowolnie  wielkie  siły  obce  z  równowagi,  pozwalając  im  następnie 
wracać do równowagi, czyli odnawiać się, i tak w kółko. W ten sposób rozum nasz 
i  genjusz  nie  tylko  wytworzyły  nam  w  narzędziach,  które  sobie  budujemy, 
jakgdyby nowe zmysły sztuczne (np. dla elektryczności, magnetyzmu, chemizmu), 
ale zaprzęgają do pracy coraz większą ilość materji świata i przebudowują wytwory 
czystej  przyrody  (zgodnie  z  celami  naszemi,  zgodnie  z  ideałami  naszemi)  -  w 
wytwory - cywilizacji. 

XX.

 

Aparaty,  narzędzia  i  przerozmaite  wytwory  materjalne  cywilizacji  stały  się 

dalszym  ciągiem  wielkiego  ciała  narodu:  martwa,  przyroda,  przeformowywana 
przez nas, złączyła się ze strukturami ciał naszych w jedną wielką całość, podległą 
w  coraz  wyższym  stopniu  naszej  interpsychice.  Istnemi  przedłużeniami  a  nawet 
ulepszeniami  naszych  nerwów  usznych  i  nerwów  siatkówki  uczyniliśmy  druty, 
rozpięte na setki mil daleko, i fale aparatów Marconiego. Przedłużeniami naszych 

background image

wibracyj mówionego uczyniliśmy telefony, książki i listy; chemikaljom, czułym na 
zmiany światła, kazaliśmy chwytać obrazy, które zapragnęliśmy oglądać, aparatom 
martwym kazaliśmy chwytać dźwięki, a nawet posyłać wibracje głosu naszego do 
osób  o  setki  i  tysiące  kilometrów  od  nas  odległych.  Wszystko  to  uczyniliśmy 
przedłużeniami naszych zmysłów, naszych ciał, o tyle tylko dziwacznemi, że one 
są  przedłużeniami  nie  tylko  jednego  "mojego"  ciała  albo  "jego"  ciała,  ale  ciał 
"naszych",  to  jest  tyłu  "nas"  razem  lub  po  kolei,  ilu  zechce  korzystać  z  tych 
przedłużeń i uzupełnień. 

Przez  książkę,  pisaną  lub  drukowaną,  przeobraziliśmy  znikome  wibracje 

"mówionego" w bodźce nieskończenie trwalsze, optyczne - i obcujemy z myślami 
pradziadów, a przemawiamy do prawnuków, których jeszcze niema, ale gdy będą i 
jeśli będą - będą nas słyszeli dzięki transformacji wrażeń wzrokowych na słuchowe 
i będą nas rozumieli. 

Przez  uczynienie  pewnej  części  przyrody,  która  nas  otacza,  uzupełnieniem 

żywego ciała narodu, sam czas stał się nierealną rzeczą dla dusz naszych i tak samo 
-  przestrzeń,  bo  poznanie  nasze  i  świadomość  wybiegają  daleko  poza  granice 
znikomości ciał naszych i poza donośność zmysłów osobistych. Możemy słyszeć i 
widzieć  to,  co  działo  się  gdzieś  daleko  od  nas  i  niegdyś.  Wiemy  o  mnóstwie 
procesów, które dokonywają się w różnych miejscach, choć tych miejsc wcale nie 
widzimy. Wiemy nie tylko o tem, co się stało przed tysiącami lat, ale nawet co się 
powinno stać za tysiące lat, jeśli nie zajdą okoliczności nieprzewidziane; i wiemy 
to  na  tych  samych  zasadach  i  z  tą  samą  pewnością,  z  jaką  o  innych  rzeczach 
wiemy,  co  się  stanie  za  minutę  lub  godzinę.  W  pewnych  kierunkach  możemy 
Kosmos  uważać  za  tak  dobrze  znany,  jak  znamy  domek  własny,  i  to  nie  w 
granicach czterech ścian oraz krótkiej chwili naszego żywota, ale w granicach setek 
i tysięcy stuleci (geologja), a nawet miljonów stuleci i miljardów mil (astronomja, 
astrofizyka, chemja, fizyka). 

Oto  skutki  skomplikowania  się  prostej  zwierzęcej  wrażliwości  organizmów 

wolnych we wrażliwość jestestw społecznych, w umysł i mądrość nabywalną. 

Do  bezwiednych  i  bezwolnych  instynktów  zwierzęcych  przybyła  wiedza  i 

dążności ludzkie. Do pospolitej płodności fizjologicznej przybyła wyższa płodność 
potężna: twórczość materjalna, realizująca ideały nasze. Gdy zwierzęta odtwarzają 
w  materji  bezwiednie,  bezwolnie  tylko  swe  własne  formy,  my  realizujemy  w 
materji  jeszcze  nasze  niezliczone  i  wciąż  coraz  nowe  pomysły,  gdy  stają  się 
naszemi  ideałami.  Gdy  zwierzęta  są  tylko  odtwórcami  własnych  kształtów  -  my 
stwarzamy  sobie  dodatkowy  świat  struktur  przedtem  niebywałych  w  świecie 
ziemskich  realności,  potrzebny  tylko  nam,  a  wywołany  przez  nasze  myśli,  naszą 
wiedzę i naszą wolę, świat, który, zanim zostaje zrealizowany, zjawia się w nas w 
postaci idei. 

Oto  niematerjalna  potęga  wrażliwości,  skomplikowanej  w  myśli,  uczucia  i 

dążności łudzicie. 

 

Zachodzi teraz pytanie: czy ta nasza niematerjalna moc jest bezprzykładna w 

przyrodzie? Nie. Ona nawet zdolna oświetlić pewną twórczość, która nie pozwala 

background image

się zrozumieć, dopóki stoimy na gruncie pojęć fizycznych, stanowiących podstawę 
dzisiejszej  nauki,  a  zdaniem  wielu  przyrodników,  jej  alfę  i  omegę.  Czynnik,  w 
skutkach  zupełnie  podobny  do  twórczej  potęgi  ducha  ludzkiego,  tkwi  w  każdym 
procesie biologicznym. 

Niedawno  wyraziliśmy  się,  że  cała  zagadkowość  materjalnej  władzy  ducha 

blednie wobec faktu, że w każdym organizmie jakiś czynnik niematerjalny równie 
skutecznie, rządzi siłami fizjologicznemi. Nie powiedzieliśmy, że ta zagadkowość 
znika, bo ona tylko blednie, ponieważ cofa się głębiej, do podstaw swoich i staje 
się największą w nauce zagadką całej natury ożywionej, zagadką życia. 

Ta potęga korzeniami tkwi w życiu i z życia wyrasta. 

XXI. SŁÓWKO O WOLI LUDZKIEJ. CHARAKTER.

 

Mam nadzieję, że przez odsłonięcie społecznego charakteru poznania, rozumu 

ludzkiego,  a nawet  i  sił  naszych,  możemy  już  łatwo  pojąć  przyczyny  ogromnego 
skomplikowania  uczuć  ludzkich,  wzruszeń,  nastrojów  i  usposobień,  (ponieważ 
wszystko  to  jest  społecznem  skomplikowaniem  prostszych  czuć  i  uczuć 
zwierzęcych). 

Teraz nieobojętnem będzie  z wielu  względów  omówić  choć w krótkości  ten 

czynnik,  który  nazywamy  wolą.  Aby  zorjentować  się,  czem  ona  jest  właściwie, 
wystarczy cofnąć się do jej podstaw i zapytać, czem jest wogóle wola, i czy istnieje 
na  tym  poziomie  psychicznym,  z  którego  pra-człowiek  wzniósł  się  do  godności 
Człowieka. 

Nie ulega wątpliwości, że i w zwierzętach istnieje to, co w zastosowaniu do 

człowieka  nazywamy  wolą.  Mieści  się  to  w  kompleksie  psychicznym,  który 
nazywamy instynktem, a zarazem charakterem zwierzęcia, lub wprost naturą jego. 
Źródłem  jej,  a  zarazem  następstwem  ustrój  taki,  a  nie  inny,  uformowany 
odwiecznie  na  tle  takich,  a  nie  innych  warunków,  w  których  upływa  życie  danej 
formy. Każdy osobnik tego samego gatunku w tych samych warunkach zachowuje 
się  prawie  jednakowo.  Znaczy  to,  że,  jeżeli  rozumuje,  to  proces  ten  ma  przebieg 
podobny u wszystkich, kończy się jednakowem postanowieniem. Wola zwierzęca 
odznacza  się  ogromną  prostolinijnością.  Dążnością  zwierzęcia  jest  tylko 
zaspokojenie potrzeb ciała, poza tę metę wola zwierzęcia nie wybiega. 

Zachodzi  teraz  pytanie,  czem  się  różni  wola  ludzka,  dająca  zgoła  inne,  bo 

nieskończenie  urozmaicone  skutki?  Zasadniczo  powinna  być  ona  przecież 
instynktowną,  lub  prawie  instynktowną  dążnością  do  zaspakajania  potrzeb 
osobnika i rodu. Skoro  jednak  z psychiką  ludzką powstały w nas  nowe potrzeby, 
tak  duchowe  jak  materjalne,  więc  musimy  orzec,  że  wola  nasza  ma  za  zadanie 
zaspakajanie  także  i  potrzeb  duszy,  czyli  potrzeb  bytu  w  społeczeństwie, 
cywilizacyi.  Nic  też  dziwnego,  że  różni  się  ona  tak  bardzo,  tak  zasadniczo  od 
zwierzęcej,  mianowicie  dziwnie  wielką  nieprzewidywalnością,  że  od  wieków 
została uznana za nieskrępowaną przemożnie instynktami. 

Stało  się  to  zapewne  nie  tylko  dla  przeciwstawienia  jej  woli  zwierzęcej, 

wyznaczonej przez ich organizacje i jednolity charakter w obrębie całego gatunku. 
Człowiek może chcieć w tych samych okolicznościach tak rozmaicie, iż najczęściej 
trudno przewidzieć: co postanowi? 

background image

Możnaby  przypuszczać,  że  różnica  spoczywa  tylko  w  znacznie  większej 

złożoności,  czyli  w  ogromnej  ilości  możliwych  motywów,  w  porównaniu  do 
motywów zwierzęcych, a w konsekwencji przyjść do przekonania, że ma się ona do 
zwierzęcej  tak,  jak  poznanie nasze  i  uczucia do  zwierzęcych,  czyli, że  będzie  się 
różnić  tylko  większem  urozmaiceniem,  większem  rozbiciem  się  na  mnóstwo 
tonów,  zawartych  w  rozległej  skali.  I  takie jest  powszechne w  nauce  mniemanie. 
Ale tak być nie może. 

Złożoność  woli  ludzkiej  jest  zjawiskiem  innem,  niż  złożoność  pojęć  lub 

uczuć. Różnica leży nie tylko w skomplikowaniu i w zróżnicowaniu. Ona leży w 
podwójności  zadań  woli  ludzkiej  i  płynącej  stąd  wiecznej  sprzeczności 
wewnętrznej. 

Skoro cała psychika ludzka i uczucia są skomplikowanym produktem życia w 

ścisłej  łączności  psychicznej,  skoro  płyną  ze  społeczeństwa,  to  trzeba  to  samo 
powiedzieć i o woli naszej. 

Wola czysto ludzka, jako zjawisko społeczne (nie zaś biologiczne), musi mieć 

za  zadanie  już  co  najmniej  podtrzymywanie  społeczeństwa;  zadowalanie  jego 
potrzeb, czyli dobro społeczne. 

Jednak człowiek odczuwa bardzo żywo własne potrzeby tak ciała, jak duszy. 

Więc  niezależnie  od  woli  społecznej,  czyli  instynktu  samozachowawczego 
społeczeństwa,  działają  w  nim  wole:  najprzód  organizmowa,  czyli  gatunkowa  w 
postaci  najpierwotniejszych  instynktów,  następnie  osobnicza,  jako  świadoma,  a 
choćby półświadoma dążność do zadowolenia siebie, do własnego "dobra". 

Działają w nas tedy dwie wole, jeżeli odrzucimy na stronę tę trzecią, czysto 

zwierzęcą,  t.  j.  najprymitywniejsze  instynkty.  Jednej  ostatecznym  i  choćby 
nieuświadomionym  celem  albo  dobro  własne,  albo  zadowolenie  popędów  chwili, 
drugiej dobro społeczeństwa, czyli dobro bliźnich. Nie zawsze kierują one w jedną 
stronę,  najczęściej  są  ze  sobą  sprzeczne.  Wynikają  więc  między  niemi  kolizje. 
Nazywamy to ścieraniem się dwóch popędów, egoistycznego z altruistycznym. 

Właściwie jest to ścieranie się dwóch egoizmów: osobniczego ze społecznym, 

niższego z wyższym, szczuplejszego z rozleglejszym. 

Ponieważ takie ścieranie się toczy się na tle uczuć indywidualnych i poznania 

(rozsądku, rozumu), rozwiniętych aż do wystąpienia zjawiska świadomości, przeto 
musi się wyrażać wahaniem się, wybieraniem, rozterką wewnętrzną, kończy się zaś 
postanowieniem.  Skoro  zaś  możemy  postanawiać  rozmaicie,  przywykliśmy 
postanowienie nazywać aktem wolnego wyboru. 

W  gruncie  jednak  rzeczy  postanowienie  jest  poprostu  zwycięstwem 

mocniejszego elementu nad słabszym. 

Równocześnie  chce  w  nas  jakgdyby  dwie  istoty:  uspołeczniona  i  nie  tyle 

społeczna, ile dbająca o siebie, altruistyczna i egoistyczna. Weźmy przykład: czuję 
się dziś niezdrowym, a mam iść do biura. Popęd organiczny, egoizm prosty, woła: 
zostań; popęd społeczny, czyli egoizm złożony, społeczny, woła: idź. Stąd walka, 
w której zwycięża raz duch, drugi raz ciało. Nudzi mię ktoś czczą gadaniną, tak, że 
w końcu gniewa. Popęd egoistyczny woła: daj to poznać nudziarzowi i uwolnij się 
od niego, popęd społeczny nakazuje słuchać uprzejmie i czekać cierpliwie końca. 
Znalazłem  pieniądze,  gdy  nikt  tego  nie  widział.  Jeden  głos  woła  we  mnie: 

background image

zatrzymaj  sobie;  drugi:  szukaj  poszkodowanego.  Postanowienie  będzie  aktem 
przewagi  bądź  strony  społecznej,  bądź  grubo  egoistycznej.  Nie  będzie  to  zależeć 
ani  od  przypadku,  ani  od  siły  woli,  ale  raczej  od  osobistego  charakteru,  czyli  od 
indywidualnej psychiki, ustalonej i działającej w znacznej mierze

refleksyjnie.

 

Wymówiwszy  wyraz  "charakter",  wkraczamy  do  samego  jądra  kwestji  woli 

ludzkiej, będącej przedmiotem nieskończonych sporów. 

Odczuwana  przez  nas  wolność  wyboru  płynie  tylko  z  nieznajomości  tego 

wszystkiego,  co  się  w  nas  w  chwili  wybierania  odbywa  bez  udziału  naszej 
świadomości,  niemal  automatycznie.  Złudzenie,  że  tu  jest  wolny  wybór,  płynie 
tylko z naszej nieznajomości wszystkich ścierających się czynników oraz ich siły. 
Walki bowiem, toczącej się w nas z wielką szybkością, bywamy najczęściej tylko 
częściowym świadkiem z powodu błyskawiczności percepcji i apercepcji, opartych 
na  automatyzmie  psychicznym,  na  refleksyjności  skojarzeń,  trafiających  się 
dostatecznie często. Ścieranie się dwuch sprzecznych dążeń odbywa się z tą samą 
prędkością, z jaką przebiega proces kojarzenia się obrazów z wyrazami. Złudzenie 
zaś swobody postanowienia płynie z pozorów naszej zupełnej świadomości, która 
jednak  bywa  cząstkowa,  pomimo,  że  przedstawia  się  nam  tak,  jakgdyby 
była 

pełna. 

Pozatem  złudzenie  owo  płynie  jeszcze  i  ze  zbyt  słabej  zawsze 

znajomości własnego charakteru. To ostatnie zaś jest całkiem prostem następstwem 
okoliczności,  że  charaktery  ludzkie  są  przecież  niesłychanie  skomplikowane  i 
podlegają  bezustannie  zmianom  pod  wpływem  wszystkich  przeżyć.  Zupełna  to 
prawda, że najtrudniej poznać siebie samego, i ta druga, że my i cały świat z każdą 
chwilą jesteśmy inni. 

Przed wiarą w pełną swobodę naszych postanowień mogłaby nas ostrzec sama 

łatwość, szybkość i odruchowość postanowienia u ludzi "z charakterem", u których 
świadomość  czynów  własnych  bywa  bodaj  najpełniejsza.  Człowiek  bowiem  z 
charakterem, skrępowany przeróżnemi t. zw. obowiązkami, musi w danej sytuacji 
chcieć  jak  chce,  lubo  (napozór)  chce  dobrowolnie,  albowiem  stał  się  oddawna 
niewolnikiem  przeróżnych  nakazów  i  zakazów,  które  przyjął  za  swoje,  i  które 
rzeczywiście  stały  się  jego  zasadami.  Ma  on  wrażenie,  że  sam  z  siebie  chce,  jak 
chce,  odczuwa  nawet  przyjemność  z  poczucia  tej  swobody,  ale  niema  w  tem  nic 
dziwnego, ani mistycznego, boć o wyborze decyduje już nie co innego, tylko jego 
własny  charakter,  jego  "ja".  Cała  rzecz  w  tem,  że,  biorąc  sprawę  gruntownie, 
znajdujemy ją nie tak prostą, jakby się wydawała, musimy uznać ów charakter za 
naturalną  wypadkową:  1)  żywota  wszystkich  społecznych  przodków  jego,  2) 
bezpośrednich wpływów jego własnego koła społecznego, 3) pośrednich wpływów 
najrozmaitszych kół dalszych, wreszcie 4) własnej pracy nad sobą. 

Tylko  ostatni  czynnik  otwiera  furtkę  faktycznej  niezależności  naszej  od 

społeczeństwa, i on też decyduje o własnej wartości społecznej naszego "ja". Jest to 
bardzo ważne. 

XXII. CZEM SĄ WŁAŚCIWIE DZIEŁA NASZEJ FANTAZJI

 

Wspomnieliśmy  parokrotnie  o  fantazji,  wypada  więc  objaśnić,  co  pod  tem 

słowem rozumiemy. Oto trzeba sobie uprzytomnić, że umysł ludzki nie jest jakąś 
władzą,  natychmiast  i  bez  trudu  odtwarzającą  bliskie  do  prawdy  obrazy  świata 

background image

zewnętrznego,  jak  np.  zmysł  wzroku  lub  czuła  klisza  fotograficzna,  niewolniczo, 
musowo i mechanicznie oddające to, co przyjmują. Jest to aparat twórczy. Dawna 
psychologja odróżniała, na skutek zaobserwowania tej twórczości, obok wyobraźni 
jeszcze t. zw. fantazje.. Było to spostrzeżenie bardzo trafne i doniosłe, gdyż istotnie 
to,  co  nazywamy  fantazją,  jest  czynnikiem  w  całem  tego  słowa  znaczeniu  i 
twórczym,  i  niezbędnym  do  tego,  aby  tak  względnie  prędko  i  łatwo  można  było 
dochodzić  do  tego  stanu  naszych  władz  psychicznych,  z  którego  wznosić  się 
będziemy wciąż wyżej. Gdy bowiem samej wyobraźni możemy przypisywać tylko 
odtwarzanie możliwie dokładne rzeczywistości zewnętrznej, fantazja, jako władza 
twórcza, układa - niezależnie od tamtych skojarzeń - całkiem dowolne obrazy. W 
tej  twórczości  fantazja,  poczęści  intencjonalnie,  poczęści  nawet  bez  takiego 
zamiaru, wytwarza sobie świat urojony. 

Owocem  tej  władzy  (twórczej),  bardzo  charakterystycznej  dla  naszego 

umysłu,  nie  tylko  spółczesnego,  ale  i  przedhistorycznego,  są  wszystkie  poglądy 
spółczesnych  nam  warstw  nieoświeconych  w  narodzie,  twory  odwiecznej 
przeszłości,  wszelkie  mity,  baśnie,  wierzenia,  cały  cudowny  świat  nad 
przyrodzony, oraz ogromna część tego, co ujmujemy pod nazwą literatury pięknej. 
Ciekawość, jak ten świat wygląda, co kryje się poza tem, co zmysły nam ukazują, 
zmusza niemal każdy ruchliwszy, żądniejszy wiedzy umysł do zastanawiania się, u 
niecierpliwych  zaś  a  bystrych  osobników  wywołuje  poprostu  żywiołowe 
improwizacje.  Ale  nawet  i  wtedy,  gdy  rozpoczyna  się  praca  naukowa,  oparta  na 
najszerszej  wiedzy  oraz  na  rozumowaniu,  skrępowanem  niezłomnemi  prawidłami 
logiki,  rola  fantazji  wcale  się  nie  kończy.  Postęp  wiedzy  naprawdę  możliwy  jest 
dopiero  przy  spółdziałaniu  nie  tylko  myśli  logicznej,  ale  i  fantazji.  Ta  bowiem 
wyprzedza  myśl  ścisłą  i  wskazuje  jej  nowe  cele  i  zadania.  Często  w  sposób 
szczęśliwy stawia ona zagadnienia, dojrzewające już do rozwiązania, ale tylko przy 
pomocy  fantazji  twórczej.  To  też  bez  jej  udziału  trudno  wyobrazić  sobie  choćby 
jedną śmielszą hipotezę naukową, lub wynalazek. Zbudowanie pierwszego aparatu 
lotniczego  poprzedzić  musiały  fantastyczne  marzenia  o  skrzydłach  ludzkich.  W 
nauce  mamy  już  nie  obraz  zjawisk,  lecz  gruntowną  ich  anamorfozę,  właściwie 
nawet  nie  anamorfozę,  będącą  rozmyślnem  przekształceniem  obrazu 
rzeczywistości,  ale  raczej,  powiedzielibyśmy,  anamorfozę  mimowolną,  dającą 
obrazy  nie  intencjonalnie  skażone.  Gdy  raz  rozpoczęła  się  w  odległej  przeszłości 
taka  praca  i,  ciągle  korygowana  przez  umysły  najzdolniejsze  i  najprzenikliwsze, 
oczyszczała  zwolna  naukę  z  elementu  fantazyjnego,  odtąd  rozpoczęto  się 
rozrastanie  się  rozległych  systemów  myślowych,  tak  znaczne,  że  z  konieczności 
musiały już rozpadać się na osobne dziedziny wiedzy. Wtedy rozpoczął się ten sam 
dobroczynny  proces  twórczy  i  porządkujący,  który  w  świecie  organizmów  (w 
łańcuchu  filogenetycznym)  zauważyliśmy  na  zmyśle  wzroku,  mianowicie  coraz 
wierniejsze  i  szczegółowsze  oglądanie  rzeczywistości.  To  samo  dotyczy  naszych 
"trafnych" pojęć o świecie. Skoro po wielokrotnem skorygowaniu zgadzają się one 
częściowo  z  formami  świata,  to  oba  światy,  subjektywny,  powstający  w  naszym 
umyśle, i objektywny nie muszą być sobie całkiem obce. Obu tym kategorjom są 
wspólne jedne Prawa Natury. 

background image

Nasze  poznanie,  jeszcze  obfitujące  w  nietrafności,  przeformowuje  się  coraz 

zgodniej  z  naturą  przedmiotów  poznawanych,  zmysły  narodu  coraz  dokładniej 
dostrzegają świat, jakim jest. Ze złudzeń, w które wtrącają nas ustawicznie, oprócz 
niedogodności  mowy,  zmysły  osobnicze,  wytworzone  do  niższych  potrzeb,  - 
struktury myślowe coraz wierniej odbijają Naturę (przez pracę twórczą wyobraźni). 
Dawna  niedokładność  poznania  ustępuje,  i  świat  metodycznych  systemów 
naukowych, nasz Rozum skoncentrowany, owoc doświadczenia pokoleń i rozwagi, 
krystalizuje się coraz zgodniej z porządkiem rzeczy, o których myślimy. 

Jak struktura rośliny układa się zgodnie z kształtami pierwiastków i związków 

chemicznych,  z  których  jest  złożona,  a  nie  wbrew  im  -  tak  struktura  myśli  o 
świecie, struktura Poznania, powtarzam to raz jeszcze, układa się także w sposób 
konieczny zgodnie z kształtami tego, co ją wywołało, nie zaś wbrew temu. Co się 
zaś układa wbrew tym kształtom, to jest niewiedzą, błędem, omyłką i prędzej lub 
później,  pod  wpływem  lepszej  obserwacji,  ustępuje  formom  prawidłowszym.  Co 
się  zaś  układa,  jako  dzieła  czystej  fantazji  i  twórczości  artystycznej,  to  nie 
potrzebuje ustępować przed prawdą przyrody - bo to musi być znowu uważane za 
dalszy  ciąg  już  czystej  twórczości  świata.  Buduje  się  to  jako  całokształt  całkiem 
nowych form, wzbogacając świat o dzieła najwyższej twórczości, wyprzedzającej 
naturę albo uzupełniającej Naturę w jej niby nieograniczonej twórczości. 

Daliśmy się unieść naszej wyobraźni. Są to tylko nasze monistyczne domysły 

na  temat  harmonji  w  świecie.  I  niech  nas  to  jedno  usprawiedliwia,  żeśmy  nie 
odosobnieni.  Już  wiele  na  ten  temat  się  pisało,  różnica  zaś  tu  tylko  w  tem,  że 
wprowadzamy  w  "mówionem"  realne  ogniwo,  łączące  poznanie  z  poznawanem. 
Zapełniamy  lukę,  która  odbierała  dotychczas  stały  grunt  pomysłom  czysto 
filozoficznym.  Z  filozofji  przechodzimy  do  Nauki,  która  jest  tylko  możliwie 
najwierniejszem  odsłanianiem  stosunków  między  rzeczami.  Tu  dotknęliśmy 
dotychczas  niezrozumiałego  stosunku  między  światem  objektywnym  a 
subjektywnym. 

XXIII. O GENJALNOŚCI

 

Zdaje  się,  że  nigdy  nie  doszło  do  należytego  zorjentowania  się  w  tajnikach 

mechanizmu  myślenia,  w  tajnikach  momentalnego  tworzenia  się,  zarówno  w 
mówiącym,  jak  w  słuchającym,  mniej  lub  więcej  rozsądnych,  przedewszystkiem 
zaś stosownych w danej chwili myśli. Zarzut ten utrzymujemy w całej sile, i to, co 
wypowiedziano  na  temat  rozumu  ludzkiego,  wymaga  korekty  mniej  lub  więcej 
gruntownej. 

Aby  najprościej  uwydatnić  bezsilność  dotychczasowych  wyjaśnień, 

najwłaściwiej  będzie  zwrócić  uwagę  na  proces  tworzenia  się  myśli  w  jego 
najtęższym  przejawie,  a  więc  w  głowach  ludzi  genjalnych.  Wszak  i  oni  są  tylko 
ludźmi, więc ich proces myślenia nie może być inny, niżeli proces, zachodzący w 
głowach pospolitych; on tylko może być tam u nich najsprawniejszy, a tem samem 
najcharakterystyczniejszy dla człowieka. 

Gdyby  więc  nauka  zdawała  sobie  sprawę  jasno  z  mechanizmu  ludzkiego 

myślenia, powinno się to wyrazić najdobitniej w sądach o genjalności. 

background image

Zadamy  więc  sobie  pytanie:  czem  jest  genjalność,  i  co  o  niej  myślą 

psychologowie i wogóle głębocy myśliciele. 

Niestety,  tomy  już  o  niej  napisano,  ale  zarówno  w  wyznaniach  ludzi 

genjalnych jak w sądach o istocie ich genjalności, nie znajdujemy zgody. 

Hume powiada, że genjusz jest tylko potężną wyobraźnią. Aleksander Gerard 

określa genjusz  jako  zdolność  wynalazczą.  Cuvier  i  Buffon  orzekli  o  genjuszu  w 
naukach,  że  jest  tylko  uporczywą  i  niezłomną  cierpliwością.  Helvetius,  a  z  nim 
wielu  innych  utrzymują,  że  jest  on  tylko  wytrwałą  uwagą.  Wszystko  to,  zaiste, 
niewiele objaśnia. 

Ale trafiają się definicje, rzucające promyk światła. 
Wielu genjalnych ludzi wyznaje, że tworzą bezwiednie, niby we śnie na jawie. 

Również  i  wielu  psychologów  nazywa  genjusz  twórczością  bezwiedną.  Lamartin 
np. powiada: "że to nie on myśli, ale jego idee myślą za niego". 

"Niemasz nic bardziej bezwiednego, bardziej mimowolnego, powiada Jürgen 

Bona  Meyer,  jak  pomysł  genjalny".  Z  drugiej  jednak  strony  godna  uwagi  jest 
odpowiedź  Newtona,  dana  w  liście  przyjacielowi  na  zapytanie:  jak  doszedł  do 
swego odkrycia. "Myśląc wciąż o tem" - brzmiała odpowiedź. 

Coś  podobnego  mówi  i  Goethe.  "Cóż  ja  zrobiłem?  Wyznaję:  to  tylko,  żem 

spożytkował wszystko, cokolwiek widziałem, słyszałem, spostrzegłem i zebrałem". 

Żeby  nie  przedłużyć  zbytnio  szeregu  wyznań  i  określeń,  skończę  na 

Aleksandrze  Bainie,  który  określa genjusz  jako  szczególną  zdolność  dostrzegania 
analogji miedzy rzeczami, stosunkami i t. d. To samo twierdzi i William James. 

Rozpatrzmy się teraz w tylko co przytoczonych sądach. 
Ponieważ  nie  tylko  genjalni  odznaczają  się  pracowitością,  uwagą  i 

cierpliwością,  nie  są  to  dostateczne warunki  genjalności.  "Zdolność  wynalazcza", 
określenie  dość  niejasne  i  znaczeniowo  bliskie  twórczości,  bywa  udziałem  także 
niegenjuszów.  Również  i  żywa  wyobraźnia  spotyka  się  często  u  zwykłych  ludzi, 
więc nie może decydować o genjalności. 

Zostaje  do  rozpatrzenia  bezwiedność  genjalnej  twórczości  oraz  "zdolność 

dostrzegania analogji". 

Skoro  w  zwykłej  głowie  kojarzenie  się  treści  oddzielnych  słów  zachodzi 

bezwiednie, przeto i to należy do cech ogólnie ludzkich. Na dobrą sprawę niewolno 
tego uważać  choćby  tylko  za  cechę wyłącznie ludzką,  albowiem  i  w  zwierzęcym 
systemie  nerwowym  pełne  odczuwanie  rzeczywistości  dokonywa  się  również 
bezwiednie, będąc wynikiem przedziwnego kojarzenia się wrażeń poszczególnych 
zmysłów. 

A  więc  zostaje  nam  już  tylko  do  rozwiązania  szczególna  "zdolność 

dostrzegania analogji". 

Niestety,  wiemy  z  poprzednich  rozważań,  że  wszelkie  poznanie  -  wszelka 

myśl, to dzieło analizy i syntezy, bądź podanej w formie gotowej przez otoczenie, 
bądź przeprowadzonej siłami własnemi osobnika. Skoro zaś pojęcia, ten niezbędny 
element  myślenia  ludzkiego,  są  właśnie  wynikiem  jakiegoś,  mniej  lub  więcej 
umiejętnego, opracowania stosunków, zachodzących między wyobrażeniami, czyli 
ich  streszczeniem, przeto  zdolność  ta stanowi  ogólną cechę wszystkich umysłów, 
nie zaś tylko genjuszów. 

background image

Pojęcia,  które  powstają  w  naszym  umyśle,  pomimo,  że  są  dziełem  analizy  i 

syntezy,  nie  tworzą  się  dopiero  w  tym  momencie,  w  którym  dochodzą  do  naszej 
świadomości.  Przeważnie  są  one  dziełem  od  wieków  dokonywającej  się  pracy 
spostrzegawczej całego ludu, nie zaś dziełem tych osobników, które niemi operują. 
One są dziełem gotowem, które odbieramy od naszego otoczenia, wraz z tekstami, 
a raczej przez zapamiętanie owych tekstów. One są wynikiem sądów, i to opartych 
na  innych  licznych  sądach,  już  sformułowanych  przez  pracę  innych.  Tylko  od 
czasu do czasu osobnik dorzuca jakieś nowe owoce własnej pracy myślowej, jakieś 
nowe  dzieło  własnej  pracy  analitycznej,  jakąś  nową  a  trafną  syntezę.  Dopiero 
wyjątkowo badawcze i bystre osobniki dorzucają do starego dorobku poważniejsze 
dzieła pracy  i  zdolności  analitycznych,  co  prowadzi  następnie do  powstawania  w 
ich głowie nowych sądów. 

Więc  czemże  odznacza  się  osobnik  genjalny,  jeśli  wypadnie  odrzucić 

wszystkie jego cechy, dostrzeżone przez myślicieli. 

Nie  potrzebujemy  nic  odrzucać.  Przeciwnie,  wystarczy  to  wszystko 

spotęgować i zharmonizować. Jeśli żywość wyobraźni będzie większa, a zdolność 
dostrzegania analogji przenikliwsza, niż u ludzi pospolitych, wówczas i skutki tego 
muszą być większe. Genjusz tedy odznacza się głównie samodzielną i wyjątkową 
twórczością umysłową, zdolnością tworzenia wielu nie tylko nowych ale i ważnych 
połączeń  pojęć.  On  nie  potrzebuje  i  nie  zwykł  poprzestawać  na  myślach 
narzuconych, gdyż one zbyt często nie zadawalają go. Dzięki swej przenikliwości i 
wrażliwości - on sam tworzy, względnie łatwo, nowe i trafne skojarzenia, niekiedy 
olśniewające pospolite umysły niezwykłością. On nieraz dostrzega momentalnie to, 
czego  zwykłe  oczy  nie  widzą,  czego  rozum  całego  narodu  jeszcze  nie  doszedł, 
stwarza, czego fantazja całego narodu jeszcze nie stworzyła. Genjusz odznacza się 
najczęściej  niezwykłą  wrażliwością  i  pobudliwością.  Cóż  więc  dziwnego,  jeżeli 
pod  wpływem  jakichś  silnych  bodźców,  w  tak  zw.  chwili  natchnienia,  albo  w 
trakcie wytężonej pracy myślenia o danem zagadnieniu czy przedmiocie - to, co w 
zwykłych  głowach  dokonywa  się  w  skali  szczupłej  i  bardzo  powoli,  w  głowie 
genjalnej dokonywa się momentalnie na skalę o wiele szerszą i głębszą? 

Była  tu  mowa,  że  wszyscy  mówimy  i  myślimy  zwykle,  bez  specjalnego 

ważenia  słów,  to  znaczy,  wyrzucamy  z  głębi  swej  indywidualnej  duchowości 
bezwiednie  bądź  szeregi  słów  (teksty),  bądź  myśli  pod  wpływem  cudzego 
mówienia.  Jest  to  zjawisko  cerebracji  bezwiednej,  a  ściślej  się  wyrażając, 
automatycznej według nomenklatury psychologów. Również w zwykłych głowach 
bezwiednie  wyłaniają  się  dłuższe  łańcuchy  powiązanych  myśli  -  albo  jako 
"zapamiętane",  więc  teksty  obce,  np.  utwory  poetyckie,  albo  jako  małej  wartości 
kombinacje  oryginalne,  własne,  te  jednak  nie  mogą  się  następnie  ostać  wobec 
krytyki. 

Otóż podobna działalność bezwiedna genjalnego, czyli wyjątkowo sprawnego 

umysłu  tem  się tylko różni, że  gdy proces podświadomy  został opanowany  przez 
pracę badawczą, nieustannie toczącą się w świadomości, - skutki dalszego procesu 
podświadomego  bywają  niezwykłe.  Dlatego  zaś  bywają  niezwykłe,  że  genjalny 
aparat  nerwowy,  rozporządzający  owocami  uprzednio  prowadzonej  świadomie 
pracy, wspartej zaletami umysłu, o których mówiliśmy, nie popełnia tylu omyłek i 

background image

nielogiczności,  na  których  utykał  aparat  nie  tak  doskonały  i  nie  tak  bogaty  w 
bezwiednie "zapamiętane" i czekające tylko na stosowne bodźce, aby się wyłoniło 
na poziom świadomości. Nie zachodzi w takim procesie tyle tarć, przerw i splątań, 
które  uniemożliwiają  podtrzymywanie  się  łańcucha  sylogizmów.  Wypływają  one 
swobodnie,  jakgdyby  były  wynikiem  zwykłego  przemyślenia.  Gdy  więc  później 
przyjdzie  krytyka  i  rozpatrywanie  owocu  tej  bezwiednej  cerebracji,  niewiele  już 
tam  znajdzie  ona  punktów  słabych,  ale  za  to  dużo  tego,  co  w  zwykłej  głowie 
musiałoby  być  wynikiem  niemałej  pracy  świadomej,  i  to  umysłu  bystrego  i 
logicznego. Znajdzie się zaś i to, do czegoby umysł nigdy nie przyszedł. 

Ale czyż zjawia się to wszystko z niczego, z prostych elementów, myślenia? 

Ze  słów  samych  i  oddzielnych?  Nigdy!  przecież  twórczość  genjalna  w  zakresie 
myśli  jako  twórczość  wyjątkowo  sprawna,  nie  bywa  i  nie  może  być  dziedziczną. 
Usposobienie do niej wprawdzie bywa dziełem rzadkiego zbiegu wielu warunków 
organicznych,  to  prawda,  ale  pozatem  cała  wartość  skutków  tej  twórczości  to 
najczęściej  dzieło  wielkiego  nakładu  pracy,  świadomej  źródeł  i  środków,  a 
dokonywanej uprzednio i indywidualnie w ciągu lat całych. Wyjątkowo wrażliwa i 
wzorowa  organizacja wyjątkowo  sprawnie  wchłania  wszystko,  co  na nią  działa  a 
więcej niż przeciętna zdolność do analizy i syntezy wyjątkowo dobrze porządkuje 
otrzymany  materjał.  Więc  cóż  dziwnego,  jeżeli  w  podświadomych  głębinach 
takiego  wzorowego  mózgu  pocznie  się  wiązać  nagle,  pod  wpływem  jakiegoś 
wzruszenia  lub  idei,  długi  łańcuch  skojarzeń  tak  logicznych,  jakgdyby  były 
świadomie i starannie dobierane? 

Goethe  trafnie  powiada,  że  genjusz  jest  "zdolnością  pochwytywania  i 

porządkowania wszystkiego, co na nas działa". "Na każde dzieło moje, mówi on, 
złożyło  się  tysiące  osób,  tysiąc  rozmaitych  rzeczy:  przyczynili  się  do  jego 
powstania  uczony  i  nieuk,  mędrzec  i  głupiec,  dziecię  i  starzec.  Najczęściej,  nie 
podejrzewając tego, znosili mi dary swoich myśli, swoich zdolności i doświadczeń. 
Często  siali  zboże,  które  ja  żąłem".  Ale  i  on  podkreśla  samorzutność  swej 
twórczości.  O  powstaniu  Werthera  tak  pisze:  "ponieważ  dziełko  to  napisałem 
prawie  bezwiednie,  jakby  lunatyk,  więc  z  tego  powodu  podziwiałem  sam  siebie, 
gdym  je  przeglądał,  żeby  coś  zmienić  lub  poprawić".  Można  też  powiedzieć  z 
Bettinellim,  że  "chwila  pomyślna  dla  poety  może  być  nazwana  snem,  ale  snem, 
który się śni w obecności rozumu, śledzącego z otwartemi oczami przebieg jego". 

Genjalne  dzieło  istotnie  powstaje  najczęściej  jako  wytwór  mimowolny, 

jakgdyby  poddany  przez  obcą,  a  tajemniczą  siłę,  która  w  głębi  istoty  ludzkiej 
pracuje.  I  dlatego  genjalna  twórczość  bywała  przypisywana  jakimś  wpływom 
nadludzkim,  nadprzyrodzonym.  Ale  to  zbyteczne.  Jest  ona  właściwie  wynikiem 
uprzedniej,  długotrwałej,  często  ciężkiej  umysłowej  pracy.  Z  owej  to  właśnie 
gleby,  z  dzieła  uprzedniej  uprawy,  z  nagromadzenia  niezliczonych  drobnych 
wyników  myślenia,  powstaje  pod  wpływem  silnego  bodźca,  pod  wpływem 
mimowolnych  a  szczęśliwie  trafnych  skojarzeń,  względnie  dość  nagle,  niby  z 
uśpionego  nasienia,  szereg  myśli,  istotnie  na  poły  nieświadomie,  ale  tak  trafny  i 
dojrzały  że  późniejsze  krytyczne  jego  rozpatrzenie  niewiele  już  może  dodać  lub 
poprawić. Jasny ten snop myśli nazywamy raz odkryciem, to znowu wynalazkiem, 

background image

właściwie  zaś  jest  to  tylko  szczęśliwy  skutek,  powtarzam,  długiej  a  pracowitej 
uprawy normalnej gleby. 

Mechanizm  pospolitego  myślenia  ludzkiego  jest  równie  zadziwiający,  jak 

natchnionego.  Gdybyśmy  więc  należycie  zdawali  sobie  sprawę  z  niezmiernej 
złożoności  wszelkiego  procesu  myślenia,  wówczas  każdy  z  nas,  stojąc  na 
stanowisku  dzisiejszej  teorji  asocjacji,  powinienby  dziwić  się  przedewszystkiem 
własnemu rozumowi, tak szczerze, jak dziwił się sobie Goethe. Różnica to bowiem 
stopnia, nie zaś istoty. 

My  wszyscy  jesteśmy  natchnieni,  ale  treścią  psychiczną  zaczerpniętą  z 

naszego środowiska, którą każdy z nas asymiluje i przerabia w swoisty sposób w 
części świadomie, w większej zaś bezwiednie. 

Jeżeli  więc  samorzutne  i  zdumiewająco  porządne  układanie  się  materjału 

myślenia  w  głowie  genjalnej  zadziwia  uczonych,  to  w  zwykłej  powinnoby  ich 
jeszcze bardziej zdumiewać. 

Jednak  nikt  się  temu  nie  dziwi!  Nikt  się  nie  dziwi,  że  dziecię  już  po  paru 

latach zaczyna z nami rozmawiać wcale dorzecznie, a młodzieniec pilny i "zdolny" 
zaćmiewa  nieraz  osiwiałych  nauczycieli  bystrością  swych  myśli  i  gruntowną 
znajomością tych gałęzi wiedzy, którym oddaje się z "zamiłowaniem". 

Niesłusznie stosujemy tu dwie miary. 

CZĘŚĆ II.

 

I.  SKUTKI  DROBNOŚCI  i  KRÓTKOTRWAŁOŚCI  KÓŁ 

SPOŁECZNYCH.  USTAWICZNE  MARNOWANIE  SIĘ 
DOŚWIADCZENIA ZBIOROWEGO.

 

Wypada  teraz  roztrząsnąć  pewną  b.  ważną  kwestję,  która  może  budzić 

powątpiewanie o trafności całego naszego rozwiązania. 

Chodzi  o  wyjaśnienie  sobie  kwestji  jakgdyby  wielkiej  bezsilności  mowy  w 

pierwotnych stadjach jej tworzenia się. 

Chodzi  o  fakt  jakgdyby  uporczywego  zastoju  w  rozwoju  cywilizacji  wobec 

stwierdzonej  już  ogromnej  starożytności  Człowieka,  jako  postaci  wogóle 
i 

do 

wielkiej starożytności prymitywnych narzędzi krzemiennych. 

Zważmy  tylko.  Skoro  nasz  typ  cielesny  sięga  dość  głęboko  aż  w  czasy 

geologiczne, a mądrości ludzkiej nie mogłoby być przed rozwinięciem się bogatej 
mowy wyrazowej, pytanie: od kiedy ród nasz stał się właściwie człowieczym, zdaje 
się zlewać automatycznie z pytaniem: od kiedy włada mową? 

Możnaby  przypuszczać,  że  Homo  jest  mądrym  już  od  czasu  gdy  zaczął 

używać  narządzi  krzemiennych.  Wynikałoby  z  tego,  że  już  od  setek  tysięcy  lat 
myśli on prawdziwie po ludzku. Takiego mniemania nie możemy podzielać. 

Kto  rozpatrzy  się  w  obłupywanych  krzemieniach  przedplioceńskich,  nad 

wyraz  monotonnych,  i  pomyśli,  że  ciągle  takie  same  były  w  użyciu  w  ramach 
licznych  dziesiątków  tysięcy  lat,  prawie  bez  śladów  postępu,  kto  spostrzeże,  iż 
niema  w  nich  również  dowodów  szerszego  zróżnicowania,  ten  z  zupełnym 
spokojem naukowego sumienia musi przyjść do wniosku, że ani do posługiwania 

background image

się niemi, ani  do  wytwarzania ich  nie były  potrzebne władze  duchowe, właściwe 
prawdziwemu człowiekowi, to jest członkowi społeczeństwa. 

Dla nas wątpliwem  jest  nawet, czy  Homo choćby w  końcu Pliocenu  wszedł 

już  wyraźnie  w  okres  protoczłowieczy.  Dopiero  o  krzemieniach  znacznie 
późniejszych,  więc  paleolitycznych,  możemy  utrzymywać,  że  są  dziełem  istoty 
myślącej po ludzku. 

Lecz  cóż  się  okazuje?  Choćbyśmy  długość  epoki  wyraźnie  ludzkiej  bardzo 

przez tę poprawkę skrócili, to przecież nawet i kilkadziesiąt tysięcy lat bytu gromad 
ludzkich w jakimś kompletnym zastoju wygląda nie tylko dziwnie, ale domaga się 
wytłumaczenia.  Jakiemże  prawem  rozum  jestestw,  już  posługujących  się  tak 
cudownem,  jak  widzimy,  narzędziem,  wywołującem  z  niezłomną  koniecznością 
wysoką  mądrość  ze  wszystkiemi  jej  doniosłemi  skutkami,  miałby  zostawać  tak 
niezmiernie długo w stadjum niemal zupełnej bezsilności? Gdyby to było prawdą, 
cośmy  twierdzili  o  mowie,  to  Cywilizacje  nie  tylko  wyższe,  ale  bardzo  nawet 
wysokie  powinnyby  się  zjawić  na  ziemi  już  conajmniej  o  jakie  sto  tysięcy  lat 
wcześniej,  jeżeli  nie  znacznie  więcej,  a  tymczasem  wiemy  już  dobrze,  że  nic 
podobnego nie było. Niezmiernie więc późne ich wystąpienie, powtarzam, zdaje się 
przeczyć  b.  stanowczo  potędze  uczłowieczającej,  którą  przypisujemy  mowie 
wyrazowej. 

Otóż nie! Złudzeniem byłoby przypuszczenie, że mowa, skoro raz zaczęła się 

zawiązywać, powinnaby już oddawna wywołać wysokie cywilizacje. Złudzenie to, 
w  które  zresztą  wpaść  łatwo,  wypływa  naprzód  z  niedoceniania  ogromnych 
trudności,  związanych  z  wytwarzaniem  się  mowy  wyrazowej,  powtóre  z 
poczytywania zwierzęcego praprzodka naszego za gatunek od początku gromadny, 
czyli  stadny,  wreszcie  z  wyobrażania  sobie,  że  ród  Hominis  był  już  w 
najdawniejszych czasach dość mocno rozrodzony. 

Sprzeczności  układają  się  w  zgodny  obraz  nieuniknionej  kolejności  zjawisk 

dopiero  na  gruncie  pojęcia  fizycznej  tkanki  rozgwaru  ludzkiego,  podtrzymującej 
człowieczość w gromadzie. 

Ogromna  starożytność  postaci  ludzkiej  daje  się  najzupełniej  pogodzić 

zarówno z faktem dość wielkiej dawności mowy bardzo prymitywnej, jak z faktem 
jej długotrwałej bezsilności, i wreszcie z faktem rozwinięcia się cywilizacji dopiero 
w czasach względnie bardzo niedawnych. 

Trzeba  tylko  odrzucić  na  niczem  nie  oparte  mniemanie,  jakoby 

przypuszczenie,  że  gatunek  Hominis  od  początku  był  gromadnym,  cośkolwiek 
objaśniało, ono właśnie zaciemniało nam wiele zjawisk bytu społecznego, całkiem 
niesłusznie wyprowadzanych z jakiegoś stadnego komunizmu. 

Z drugiej znowu strony czas uświadomić sobie, że mowa prawdziwie ludzka, 

bogata w wyrazy, powstawała w cieniu warunków niezmiernie niekorzystnych dla 
jej  bogacenia  się  i  doskonalenia,  skutkiem  czego  musiała  trwać  bardzo  długo  w 
fazie  zaczątkowej,  trzymając  również  i  ród  ludzki  zbyt  długo  w  fazie  bytu  tylko 
napół  człowieczego,  to  jest  w  bycie  zdaje  się  przykrzejszym  od  czysto 
zwierzęcego. 

Wszak  z  ludzką  psychiką  wiążemy  nierozerwalnie  istnienie  pojęć 

abstrakcyjnych, te zaś są przecież dziełem mowy mocno już zaawansowanej, oraz 

background image

długiego  doświadczenia  składanego.  Widocznie  dawni  nasi  przodkowie  nie 
posiadali jeszcze tego niezbędnego warunku wyższej psychiki. Gdyby go bowiem 
raz  posiedli,  jużby  ich  dalszy  rozwój  potoczył  się  z  rosnącą  prędkością. 
Archeologowie dawnoby już odkryli wyraźne i obfite ślady tych cywilizacyj. 

Dopiero  też  zbrojni  pojęciem  stałej  psychosfery,  utrzymującej  się  w 

niemilknącym rozgwarze, możemy wszystkie sprzeczności pogodzić, układając je 
w przebieg naturalny, któremu żaden fakt nie będzie przeczył. 

Przedewszystkiem,  powtarzam,  czas  zerwać  z  przypuszczeniem  zarówno 

wrodzonej  towarzyskości,  jak  łagodności  rodu  naszego,  za  któremi  tak  obstawali 
historycy  i  optymiści.  Pierwotności  bytu  gromadnego  w  naszym  rodzie  przeczy 
wszystko, co obserwujemy u zwierząt. Wszak zwierzęta gromadne odznaczają się 
przedewszystkiem  najpoprawniejszą  towarzyskością  i  dobrym  stosunkiem 
względem  osobników  własnego  gatunku.  Wrogi  stosunek  bywa  tam  zjawiskiem 
sezonowem (okresy godowe). Zwierzęta niegromadne odnoszą się do osobników z 
gniazd sąsiednich przeważnie nieufnie, niekiedy wrogo. Większość ich unika nawet 
osiedlania się w pobliżu. 

Tymczasem  cóż  widzimy  w  rodzie  ludzkim?  Już  starożytni  mędrcy  zgodnie 

twierdzili,  że 

"człowiek  człowiekowi  wilkiem", 

a  życie,  wbrew  niepoprawnym 

optymistom, ciągle to potwierdza. 

Z wyjątkiem jednej miłości macierzyńskiej, która nigdy nie zawodzi (ale nie 

należy  też  ani  do  zjawisk gromadnych, ani  do  społecznych), nieprzyjazny nastrój 
osobników względem siebie i krańcowy egoizm cechują po wszystkie tysiącolecia 
nasze stosunki. Wzajemne mordowanie się wypełnia przecież całą historję rodów, 
szczepów, ludów i narodów. 

Jak  na  gatunek  wszystkożerny,  a  więc  nie  wyłącznie  drapieżny  na  wzór 

jastrzębi  i  kotów,  -  człowiek  jest  stanowczo  zbyt  skorym  do  krwi  przelewu  we 
własnym rodzie. 

Gdyby  nasz  ród  był  z  natury  stadnym,  jak  to  sobie niesłusznie wyobrażano, 

wówczas  głęboka,  a  powiedziałbym,  przyjazna  tolerancja  tkwiłaby  już  we  krwi 
naszej.  Żywot  społem,  który  u  nas  cały  przecież  stoi  na  wymianie  usług,  na 
zobopólnej  użyteczności,  na  uzupełnianiu  się,  nie  tylko  nie  mógłby  zacierać  tej 
cechy,  ale  przeciwnie  utrwalałby  ją  i  wyjaskrawiał,  zwłaszcza  gdy  przecież  cała 
teleologja nasza ma za główny cel rozwijanie miłości bliźniego. Moralność nasza 
byłaby  ukształtowana  inaczej;  miłość  bliźniego  bez  nakazów,  wywołanych 
koniecznością  ochrony  ludzi  przed  ludźmi,  byłaby  praktykowana  tak  chętnie  i 
łatwo, jak jest praktykowany egoizm, zaledwo cokolwiek łagodzony i uśmierzany 
zwartym systemem nakazów i zakazów niezbędnych, aby spółżycie ludzi nie stało 
się trudnem do zniesienia piekłem. 

Doprawdy, trudno już o gorsze stosunki, żyjąc w formie bytu, która narzuca z 

zasady wzajemne pomaganie sobie, i to nie w cudzym bynajmniej, ale we własnym 
każdego  interesie.  Wprawdzie  nie  brak  dialektyków,  którzy  prawią  nam  o 
wrodzonej sympatji wzajemnej, jako twórczyni bytu społecznego (Cabanis, Tarde i 
tylu innych), ale na dialektykę niema rady. 

Aby sprawę ujrzeć we właściwszem świetle, trzeba sobie przypomnieć ważną 

rolę  i  trwałość  tego  zjawiska,  które  przyrodnicy  zbadali  już  dobrze  i  znają  pod 

background image

mianem  instynktów.  Wszystkie  instynkty,  a  jest  ich  nieprzeliczone  mnóstwo,  są 
dziełem powtarzania tych samych czynności w ciągu licznych pokoleń. Czynności, 
będące  zrazu  dziełem  rozmysłu  lub  przypadku,  czynności,  przedtem  niespełniane 
przez osobnika, jeśli tylko okoliczności zmuszały go do ich powtarzania, zaczynają 
dokonywać  się  coraz  łatwiej,  aż  wreszcie  stają  się  tem,  co  w  pospolitej  mowie 
mianujemy drugą naturą, t. z. odruchami i czynnościami instynktowemi. 

Zastanawiając  się  pilnie  nad  sprzecznościami,  tkwiącemi  w  wyżej 

zaznaczonym  stanie  rzeczy,  zrozumieliśmy  nareszcie  dwie  główne  i  zasadnicze 
jego  przyczyny.  Pierwsza  tkwiła  w  dodatnich  i  ujemnych  stronach  instynktów  i 
charakteru  rodu  Proto-Hominis,  druga  w  pewnej  bardzo  ujemnej  stronie  mowy 
wyrazowej.  Lubo  mowa  ta  przeobrażała  zwolna  ród  Proto-Hominis  w  gromadki 
pra-ludzkie,  coraz  bardziej  w  szeregu  pokoleń  uczłowieczające  się,  to  przecież  z 
drugiej  strony  wpływała  niepomiernie  hamująco  na  ten  proces,  czyli,  mówiąc 
innemi  słowy,  bezustannie  niszczyła  własne  dzieło.  Spotykamy  się  tu  znowu  z 
jedną z tych zasadniczych sprzeczności, o których już na wstępie niniejszej pracy 
wspominaliśmy. Powodem wrogiego stosunku między ludźmi były z jednej strony 
ciężkie  warunki  bytu  rodu  bezbronnego  od  natury,  z  drugiej  właśnie  ta  ujemna 
właściwość mowy, o której wspominaliśmy, i za chwilę nią się zajmiemy. Gdyby 
ród Hominis był od początku jestestwem gromadnem i mógł mimo ujemnych stron 
natury  jestestwa  gromadnego  zdobyć  się  na  przejście  do  człowieczości, 
społeczności,  to  raz  poczęte  zawiązki  mowy  statecznieby  się  już  rozwijały, 
ludności w puszczach staleby przybywało, warunki jej bytu staleby się polepszały, 
a cywilizacje o wiele wcześniej doszłyby do tego natężenia, jakie zaszło tu i ówdzie 
dopiero w ostatnich paru tysiącoleciach historycznych, ale pod wpływem całkiem 
nowego  czynnika,  o  którym  jeszcze  będziemy  mówili.  Otóż  trzeba  zauważyć,  że 
ród  Hominis  przez  mowę,  choćby  nawet  bardzo  zaczątkową,  wygnany  z  raju 
zwierzęcości  i  pozbawiony  już  dawnego  spokoju  doskonałych  "niemowów", 
pozbawiony możności instynktowego kroczenia wieczyście utartemi szlaki, żyjący 
w  szczupłych  grupkach  rodzinnych,  rozrzuconych  w  głuchej  puszczy  i  lękliwie 
spozierający  dokoła  siebie,  nie  musiał  być dobrym  materjałem  na  społeczeństwa. 
Żywot  gniazdami,  w  których  najczęściej  sama  tylko  matka  stanowiła  oś,  a 
podrastające  potomstwo  zawsze  zbyt  wcześnie  musiało  opuszczać  gniazdo,  nie 
sprzyjał rozwojowi ani mowy, ani jej

doniosłych następstw. 

Wprawdzie tu i ówdzie, 

w warunkach wyjątkowo korzystnych, ludności mogło znacznie przybywać, ale i tu 
niezgody,  wybuchające  z  lada  powodu,  zbyt  rychło  dziesiątkowały  ludność 
puszczy,  aby  zarówno  zawiązujące  się  kiełki  mowy  jak  doświadczenie  zbiorowe 
mogły rozwijać się przez czas, potrzebny do wydania wyraźnie już dobroczynnych 
owoców.  Gromadki  ludzkie  w  tych  warunkach  wciąż  się  czegoś  dorabiały,  ale  i 
wciąż  traciły,  naprzód:  przez  dzikość  instynktów,  przez  surowość  i  gwałtowność 
swej natury, a następnie z powodu tej podstawowej wady mowy ludzkiej, o którą 
już  potrąciliśmy,  a  która  w  dużej  mierze  niweczyła  własne  dzieło  -  i  w  tem  pół 
tajemnicy zgoła nienaturalnego zastoju. 

Druga połowa tajemnicy spoczywa przedewszystkiem w wybitnym egoizmie, 

który zresztą cechuje wszystkie jestestwa, żyjące w ciężkich warunkach bytu, więc 
żyjące  w  nieustannem  współzawodnictwie,  i  w  pewnej  bardzo  ważnej,  bo 

background image

podstawowej  i  naturalnej  właściwości  mowy  ludzkiej,  w  tej  mianowicie,  że 
pozwala z taką samą łatwością ukrywać przed innymi i maskować myśli, uczucia i 
pragnienia,  z jaką  powołana właśnie została dla ujawnienia ich  innym. Jeżeli  coś 
mam,  lub  wiem  o  czemś,  to  z  równą  łatwością  mogę  na  zapytanie  o  to 
odpowiedzieć:  mam,  jak  nie  mam,  wiem,  jak  nie  wiem,  jeśli  czegoś  pragnę,  z 
równą łatwością mogę drugiemu, który się tą sprawą interesuje, powiedzieć "chcę", 
jak  "nic mię to  nie obchodzi",  lub  "nie chcę"  -  i  słuchacz,  gdy sprawdzić nie ma 
sposobu,  musi  pozostać  w  wątpliwości.  Taka  właściwość  naszego  środka 
porozumiewania się dała ludzkości w rękę doskonałą maskę, poza którą szczelnie 
możemy  ukrywać,  gdy  to  uznamy  za  właściwe,  myśli  i  zamiary  nasze.  Stokroć 
lepiej  możemy  to  czynić,  aniżeli  cały  świat  ożywiony  również  posiłkujący  się 
udawaniem, fałszem, kłamstwem, ale trzeba to ze wstydem przyznać - w znacznie 
skromniejszym  rozmiarze  i  tylko  w  obronie  swego  istnienia.  Ta  tylko  zachodzi 
różnica, ale ważna, między kłamstwem zwierzęcem a ludzkiem, że nasze jest o tyle 
wielostronniejsze  i  doskonalsze,  o  ile  psychika  nasza  jest  bogatsza  i  głębsza  od 
skostniałej  zawsze  w  jednych  formach  psychiki  każdego  gatunku  zwierzęcego. 
Kłamstwo  lisa,  kota,  sowy  zawsze  jest  jednakie,  mało  złożone  i  stałe,  kłamstwo 
człowieka  ma  tysiąc  postaci,  tysiącom  interesów  służy  oraz  sprzyja,  i  nigdy 
nieobecności jego nie można być pewnym. 

Żywot  społem  już  od  chwili  znaczniejszego  zróżnicowania  uzdolnień  i 

czynności  w  gromadzie  czy  gromadce,  dzięki  nierówności  osobników  w 
uzdolnieniach  oraz  zaletach,  już  od  chwili,  gdy,  dzięki  twórczości  materjalnej, 
jednostki  stały  się posiadaczami  dzieł pracy własnej, albo  choćby wspólnej, czyli 
od  chwili  powstania  bogactwa  ludzkiego  i  własności  osobistej,  jak  również 
własności  rodu,  wyolbrzymił  egoizm,  posiłkujący  się  kłamstwem.  Kłamstwo,  o 
którem zresztą byłoby tu zbytecznem rozpisywać się szerzej, bo jest zjawiskiem aż 
nadto  dobrze  znanem  -  przyczyniło  się  najbardziej  do  utrzymania  tego  zastoju,  w 
którym  gromadki  społeczne  trwały  przez  wieki  pracowitego  uczłowieczania  się, 
ale,  wyznać  to  trzeba  otwarcie,  przyczyniło  się  także  do  podtrzymywania  całego 
niewysychającego  morza  nieszczęść  i  nędz,  jakie  trapią  ludzkość,  ściągając  ją 
ustawicznie  w  niziny.  Niestety,  nawet  i  mozolne  uspołecznianie  się,  zachodzące 
mimo wszystko na całej linji rozwoju społeczeństw, walczących zawsze i wszędzie 
z brutalnemi popędami niższych instynktów, nie mogło, z powodu zaznaczonej już 
łatwości kłamania, dość skutecznie walczyć z tem złem. W miarę komplikowania 
się bytu społem, komplikowało ono również wszystkie ujemne środki, spychające 
uszlachetniającą  się  człowieczość  w  niziny,  a  więc  kradzież,  grabież  i  zbrodnię. 
Tak  więc  stało  się,  że  komplikujący  się  żywot  społem,  wystawiony  w  swych 
pierwocinach  na  liczne  niebezpieczeństwa  zewnętrzne,  czyhające  zarówno  ze 
strony  dzikiej  przyrody,  jak  również  dzikich  "bliźnich",  ujawnił  wiele  bardzo 
ujemnych  stron  natury  ludzkiej,  z  których  rzadko  kiedy  zdajemy  sobie  sprawę. 
Jedna  z  nich,  która  na  szczęście  należy  już  prawie  do  przeszłości,  wprost 
uniemożliwiała przez czas długi zlewanie się rozproszonych gromadek w bliskich 
sobie, czyli bliźnich. 

Nie  należy  lekceważyć  jeszcze  jednego  szczegółu,  o  którym  niechętnie 

wspomnimy,  mianowicie...  ludożerstwa.  I  ono  niewątpliwie  w  wybitny  sposób 

background image

opóźniało potęgowanie się zjawisk "społecznych". Pierwotny mieszkaniec puszczy 
nie tylko wrogo odnosił się do obcych przedstawicieli swego rodu, ale także bał się 
ich  i  strzegł,  bo  bardzo  często,  a  zwłaszcza  w  latach  klęsk  żywiołowych,  bywał 
równocześnie  myśliwym  i  zwierzyną.  W  pewnych  warunkach  rzadko  omijał 
sposobność uraczenia się mięsem "wroga", a za wroga uważany był niemal każdy 
obcy.  Nawet  i  później,  gdy  poczucie  wspólności  rodowej  rozszerzyło  się,  i  to 
niewiele wpływało na uspołecznianie się, bo w pojęciu każdego istniały tylko dwie 
kategorje  ludzi:  swoich  czyli  bliskich  rodem,  i  "obcych",  czyli  "wrogów". 
Zamordowanie zdradzieckie "wroga" uchodziło za czyn zupełnie naturalny. 

Komu  ten  obraz  wyda  się  przesadnym  lub  wątpliwym,  temu  radzimy,  niech 

czyta  dzieła  etnografów,  a  tam  znajdzie  mnóstwo  świadectw  takich  samych 
stosunków  międzyszczepowych. Basutowie  (w Afryce),  pomimo, że  żyją w kraju 
bardzo  urodzajnym  i  obfitującym  we  wszelką  zwierzynę,  urządzają  jednak 
formalne  łowy  na  swych  "wrogów",  a  właściwie  na  sąsiednie  plemiona,  w  braku 
zaś wrogów, raz zaprawieni do ludzkiego mięsa, mordują i zjadają nawet własnych 
słabowitych  i  chorych  bliźnich,  dzieci,  a  zwłaszcza 

"kłótliwe  i  leniwe" 

żony, 

zawsze  jednak  pracowitsze  od  mężczyzn,  którzy  wszystkie  ciężary 

gospodarcze na barki kobiet składali. 

Równie  jest  rozpowszechniony  kanibalizm  częściowy,  będący  już  redukcją 

dawniejszego  brutalnego  i  osłonięty  aureolą  przepisów  religijnych.  Polega  on  na 
spożywaniu tylko pewnych określonych części ciała - z wyłączeniem pozostałych, 
które podlegają pogrzebaniu. 

Tybetańczycy  spożywają  starych  rodziców  wprost  dla  okazania  im  czci;  to 

samo czyni w Ameryce połudn. plemię Mundruku. Zresztą to samo czyni tam wiele 
ludów po  części  z łakomstwa, po  części  "przez uszanowanie"  nieboszczyków  lub 
tradycji.  Niam-niamczycy  są  kanibalami  nie  tylko  z  nienawiści  do  wroga,  ale  z 
łakomstwa.  Herrera  opowiada  o  mieszkańcach  Kolumbji,  że  u  tego  ludu  żywi  są 
grobami  umarłych,  gdyż  mąż  zjada  żoną,  brat  siostrę  lub  brata,  syn  ojca, 
tembardziej zaś 

chciwi są jeńców.

 

Takich faktów etnografowie i wiarogodni podróżnicy przytaczają mnóstwo 

ze 

wszystkich części świata.

 

Jeżeli  wiemy  na pewno o  praktykowaniu  ludzkich  ofiar u  Egipcjan,  Żydów, 

Babilończyków,  Fenicjan,  Kartagińczyków,  Greków,  Rzymian,  Belgów,  Gallów, 
Germanów,  Słowian,  Traków,  Indów  i  t.  d.,  to  możemy  być  pewni,  że  są  to 
przeżytki, zostają w  ścisłym  związku  z dawniej panującym  tam  kanibalizmem. U 
ludów starożytnego Meksyku cała kultura ociekała krwią ofiar ludzkich. 

Więc, gdzie się zwrócić, wszędzie to samo. Niema prawie ludu, któryby mógł 

być  postawiony  jako  wyjątek.  Wszyscyśmy  rodem  gorzej  niż  kainowym,  i  to 
wystarczająco wyjaśnia powolność niezmierną w zawiązywaniu się cywilizacji. 

Przed kilku laty w dość licznem gronie wybitnych uczonych zdarzyło się nam 

roztoczyć  ponury  obraz  względnie  niedawnego  a  dość  powszechnego  w  rodzie 
ludzkim,  zwłaszcza  w  okresach  głodowych,  kanibalizmu.  Całe  grono  erudytów 
jednogłośnie  zaprzeczyło  wówczas  tym  okropnościom,  a  zwłaszcza 
przedhistorycznej nekrofagji. Pomawiano poważne źródła, które o tem donosiły, o 
przesadę, a wierzących tym świadectwom - wprost o naiwność. 

background image

Nie  upłynął  jeszcze  lat  dziesiątek  od  tego  sporu,  a  straszna  rzeczywistość 

doby  powojennej  w  Europie  zadała  kłam  tym  twierdzeniom  i  w  okropny  sposób 
zrehabilitowała wydrwioną wiarogodność źródeł, na której się oparli erudyci. 

Doszczętny  rozkład  Rosji  z  jej  bezprzykładną  w  dziejach  klęską  głodu, 

najjaskrawiej  zaświadczył  o  zupełnej  możliwości  takich  faktów,  oraz  masowych 
ich  objawów,  które  przewyższyły  nawet  to,  co  zdarzało  się  w  zamierzchłej 
przeszłości w stadjach uspołecznienia, uważanych za najniższe. 

"Rzeczp." No 134 z dn. 18/IV 1922 r. 

LUDOŻERSTWO NA UKRAINIE. 

Charkowska  gazeta  sowiecka:  "Pomoszcz"  w  numerze  z  d.  18  kwietnia  p.  t. 

"Braknie  słów"  podaje  następującą  korespondencję  z  Nikopolu  (gub. 
Jekaterynosławska), niegdyś jednej z najżyźniej szych miejscowości na Ukrainie: 

"Ludożerstwo  przybiera  w  mieście  i  okolicach  charakter  systematyczny.  Na 

ulicach  wśród  białego  dnia,  ludzie  napadają  na  ludzi.  Napadnięty  może  się 
uratować tylko wówczas, jeśli na krzyk ktoś pośpieszy wczas z pomocą. 

W tych dniach zginęło dwoje dzieci, idących do wsi Dowgalówka. Chłopiec, 

który dokonał napadu na 8-letnią dziewczynkę, oświadczył otwarcie: 

Jestem głodny, więc chciałem ją zjeść. 
Na  rynku  aresztowano  kobietę,  która  niosła  mięso  mocno  podejrzane  z 

wyglądu. 

Niejaka  Rybaczewowa,  która  niedawno  pogrzebała  męża  i  dwoje  dzieci, 

zabiła swe ostatnie dziecko, dziewczynkę ośmioletnią. Serce i wątrobę usmażyła i 
zjadła. 

Okropny,  mrożący  krew  w  żyłach  fakt:  Nawpół  obłąkana  kobieta  wiezie  na 

wózku zwłoki swej córeczki. Za wózkiem idzie milicjant. Dokoła wzburzony tłum. 
Słychać okrzyki: "Powiesić, zabić tę gadzinę!" 

Kobieta odpowiada z całym spokojem: 
-  Cóż  to  kogo  może  obchodzić.  To  moje  dziecko,  robię  co  chcę.  Tak,  czy 

inaczej musiała umrzeć, nie dziś to jutro. 

Lekarz rządowy stwierdził, że istotnie w swem ostatniem twierdzeniu kobieta 

ta miała słuszność. 

20-letni Zajcew i jego 12-letnia siostra zjedli: dwie siostry, małego brata, starą 

matkę  i  4  obce  osoby,  które  wciągnięte  były  do  ich  mieszkania.  Zresztą  Zajcew 
zmarł  z  głodu,  a  wszystko  ujawniła  jego  siostra.  Między  innemi  stwierdzono,  że 
rodzeństwo to handlowało ludzkiem mięsem. 

Na  ulicach  ludzie  padają  z  głodu,  stojąc  w  ogonkach  w  oczekiwaniu,  na 

polewkę z mąki i wody. Padają jak muchy, błagając o pomoc. Dzieci, przechodząc 
ulicą, drżą ze strachu, drżą, kładąc się spać, drżą we śnie. 

O  g.  8-ej  wieczorem  miasteczko  wygląda  jak  wymarłe.  Ludzie  obawiają  się 

ukazywać wieczorem na ulicy. 

Po wsiach zaś tak się dzieje: w Łapińcach znaleziono trupa, który smakował 

bardzo wieśniakom. Potem zaczęto zabijać ludzi i jeść. 

W  Dowhalówce  zarżnięto  8-letnią  dziewczynkę,  w  Szołochowie  matkę  z 

dziećmi  -  zjedzono  dwoje  dzieci.  W  Nowopawłowsku  stwierdzono  dwa  wypadki 
ludożerstwa. 

background image

Oddział sanitarno-ratunkowy w Borysówce uciekł stamtąd po rozdaniu całego 

zapasu mąki". 

A  takich  wiadomości  możnaby  przytoczyć  dziesiątki.  Przeczytajmy  choćby 

jeden  ustęp,  których  pełne  są  gazety  rosyjskie,  opisujące  fakty  kanibalizmu,  a 
wtedy zrozumiemy, że to, co przekazali nam historycy o ludożerstwie, musiało być 
najczystszą prawdą. 

Przypominamy  te  fakty  nie  aby  zohydzać  swój  ród,  bo  cała  "zbrodniczość" 

pra-przodków  była  naiwna  i  bezwinna.  Nam  chodziło  o  ukazanie  przeszkód  na 
drodze do uspołeczniania się. 

 

Surowe  warunki  bytu  oraz  okrutny  charakter  gatunku  Hominis  trzeba 

uzupełnić trudnościami organicznemi, związanemi z powstawaniem i bogaceniem 
się mowy. 

Dziś  trudno  jeszcze  pogodzić  się  z  myślą,  aby  na  wyrobienie  się  tak 

użytecznej mowy wyrazowej, jakiej obecnie wszyscy łatwo się uczymy, trzeba było 
na ziemi licznych tysięcy lat. Zapominamy bowiem, że każdy z nas przychodzi do 
mowy  już  niezmiernie wydoskonalonej, ale z równie wydoskonalonym  aparatem, 
służącym do mówienia. Co zaś najważniejsze, przychodzimy do społeczeństwa, od 
którego  możemy  odrazu  brać  dużo,  dając  ze  swej  strony  zwykle  bardzo  mało. 
Tymczasem  praludzie  musieli  sobie  wyrabiać  zarówno  aparat  do  mówienia,  jak 
materjał na mowę, i to bez świadomego dążenia do doskonalenia mowy. 

Taki rozwój i mowy i doświadczenia składanego musiał być o wiele, o wiele 

powolniejszym, niż się zdaje. 

Wprawdzie  bliższe  sąsiadowanie  gniazd  przytrafiało  się  z  czasem  coraz 

częściej,  ale  i  to  nie  zmieniało  sytuacji,  zaczątkowe  bowiem  i  nieliczne  pojęcia, 
oparte  na  zbyt  ubogich  mowach,  dawały 

zbyt  nikłe  korzyści. 

Niezmiernie  młoda, 

bo  wciąż  rwąca  się  tradycja  rzadko  sięgała  dalej,  niż  do  kilku  pokoleń  wstecz. 
Wszystko więc, co zdobył dany ród spostrzegawczością nielicznych bystrzejszych 
osobników,  tonęło  niezmiernie  często  w  niepamięci.  Działo  się  to  zaś  z 
najrozmaitszych przyczyn, których dzika przyroda i dzikość instynktów nastręczały 
niemało. 

A jeszcze i o jednem nie należy zapominać. 
Tylko  językoznawcy, dobrze obeznani  z  fizjologją mowy,  wiedzą, ile trzeba 

było  celowych  wysiłków,  aby  dojść  do  posiadania  materjału  głosowego 
(samogłosek i spółgłosek), jako tako podatnego do formowania choćby nielicznych 
słów,  czyli  dźwięków  artykułowanych  a  wyraźnych.  A  tymczasem  wysiłki  takie 
długo  były  przecież  całkiem  zbyteczne.  W  obrębie  gniazda,  na  domowy  użytek, 
wystarczała przecież mowa byle jaka, bo i dziś taka wystarcza, choćby bełkotanie 
mało urozmaicone i nieustalone. Zżycie się ze sobą członków niewielkiej gromadki 
pozwalało na posługiwanie się niezmiernie prostemi środkami porozumiewania się 
akustycznego.  Reszty  dopełniała  wyrazista  mimika.  Poza  gniazdem  zaś  stosunki 
ograniczały  się  do  wrogiego  najczęściej,  a  co  najmniej  nieufnego  i  mrukliwego 
spotykania  się  mężczyzn,  oraz  choćby  do  sympatycznego  spotykania  się  płci 
odmiennych, ale to ostatnie znowu nie wymagało rozwiniętej mowy. 

background image

Zresztą,  i  tu  dosięgamy  punktu  najważniejszego,  mowa  nie  oddawała  w 

stosunkach z dalszymi właściwych usług, ponieważ wobec wielkiego rozproszenia 
ludności  nie  mogło  być  jednej  mowy  nawet  w  odległości  kilku  mil  od  gniazda. 
"Języków",  niezmiernie  niedogodnych,  krótkotrwałych  i  z  konieczności 
niepodobnych  do  siebie,  było  nieprzeliczone  mnóstwo  na  ziemi,  więc  jedynym 
niezawodnym  pośrednikiem  między  "obcymi  sobie"  była  wciąż  jeszcze  tylko 
mimika  oraz  gestykulacja.  Rzadko  zawiązywały  się  między  dalszymi  obcymi 
stosunki trwalsze i przyjaźniejsze, któreby mowę rozwijały. 

Niech  sami  ewolucjoniści  orzekną,  ile  ćwiczeń  celowych  było  potrzeba  na 

wyrobienie  ludzkiej  krtani,  wiązadeł  głosowych  i  całej  muskulatury  miękkich 
części  całej  jamy  ustnej  oraz  twarzy,  aby  mogły  wydawać  wyraźne  i  żądane 
dźwięki (fonemy) w warunkach, wyłączających konieczność bądź celowego, bądź 
forsownego ćwiczenia tych mięśni. 

To też do wydawania jako tako ustalonych głosek (samogłosek i spółgłosek) 

niezbędnych dla istnienia słów o trwałych znaczeniach ród ludzki przyszedł bardzo 
późno. 

Od  czasu  rozpoczęcia  Ćwiczeń  w  tym  kierunku  aparat  mowy  musiał  ulec 

bardzo poważnym modyfikacjom. Prajęzyki przedpaleolityczne nie mogły posiadać 
ani trzeciej części tych głosek, które dziś każdy łatwo wymawia, nawet zaś dojrzały 
człowiek  ówczesny  nie  miał  choćby  w  cząstce  tej  sprawności  w  formowaniu 
dźwięków i szmerów, jaką odznacza się spółczesne nam dziecię już w drugim roku 
żywota. Aparat mowy niezdolny był jeszcze do wyraźnego wydawania potrzebnych 
w danej chwili spółgłosek. Bardzo długo mógł wydawać tylko dźwięki zamknięte, 
nawet zaś te dźwięki nie miały żadnej stałości i przechodziły zależnie od przypadku 
jeden  w  drugi,  np.  b  w  p,  skutkiem  czego  mowa  długo  musiała  być  zawodnem, 
mętnem i mało usług oddającem 

bełkotaniem przeważnie gardłowem.

 

Złóżmy teraz w jedną całość rzadkość zaludnienia, znikomość gniazd, krótko 

trwałość  rodów,  ubóstwo  i  chaotyczność  "mów"  pierwotnych,  krótkotrwałość 
doświadczenia  zbiorowego,  skąd  poziomość  i  bardzo  nieliczny  zakres  pojęć,  -  a 
otrzymamy  czynniki,  które  musiały  trzymać  bardzo  długo  ród  ludzki  na  proto-
społecznem stadjum bytu. Trzeba zaś dodać, że nie było także żadnej gwałtownej 
potrzeby  ani  bardziej  rozwiniętej  mowy,  ani  tak  licznych  i  szerokich  pojęć,  bez 
jakich dziś żadne społeczeństwo istnieć nie może. 

Jak  niskim  być  musiał  poziom  umysłowy  tych  dawnych  dzieci  puszczy,  to 

można  ocenić  tylko  przez  porównacie  dzisiejszych  ludów  o  bardzo  niskim 
poziomie  ich  "cywilizacji"  z  temi  dawnemi  gromadkami,  niewątpliwie  jeszcze 
znacznie  słabiej  uposażonemi  we  wszystkich  kierunkach.  Przypomnijmy  więc 
sobie  leśnych  mieszkańców  wybrzeży  Amazonki.  Uderzają  oni  wszystkich 
podróżników niezmiernie szczupłą ilością pojęć, a powiedzmy otwarcie naturalną 
głupotą. Niezdolni są oni nic przewidywać ani zastanawiać się nad czemśkolwiek. 
Podobnie  jak  zwierzęta,  żarłoczni,  gdy  mogą  się  nasycić,  umieją  ścierpieć  z  tępą 
obojętnością bardzo  ostre braki. W  chwilach, gdy  im  nic nie dokucza,  oddają się 
dziecinnej  prawie  radości,  którą  objawiają,  jak  nasz  pies  domowy,  skokami  i 
głośnemi  wybuchami  śmiechu  bez  żadnego  innego  powodu.  Pędzą  oni  żywot 
prawie  bez  myślenia  i  starzeją  się,  nie  wyszedłszy  z  dzieciństwa,  którego 

background image

zachowują wszystkie wady. A przecież od stanu przedhistorycznego dzielą ich już 
liczne  tysiącolecia.  Żyją  oni  właściwie  już  na  stopniu  cywilizacji  kamienia 
gładzonego,  posługują  się  łukiem  i  zatrutemi  strzałami.  Co  jeszcze  godne 
zaznaczenia, to ich skłonność do okrucieństw, rys, świadczący o dziecinnej prawie 
niepoczytalności umysłowej. Jedzą wszystko, co może być jadalne, w czem znowu 
nie różnią się od dzieci. 

Jeśli  więc  rozwój  zjawisk  społecznych  w  owych  odległych  czasach,  mimo 

wszystko,  zachodził,  lubo  bardzo  powolnie,  działo  się  to  głównie  przez  prostą 
trwałość tego, co raz się złożyło. 

Ubogie środki porozumiewania się zawiązywały  się w biegu pokoleń  po sto 

razy, aby rychło przepadać wraz z rodami. Pokolenia, odradzające się z ocalałych 
od  zagłady  osobników,  zaczynały  wszystko  znowu  niemal  od  początku,  ale 
również nie na długo. 

Mózgi jednak uzdatniały się statecznie do kojarzenia obrazów zmysłowych w 

sposób niedostępny dla zwierząt. Potomkom przychodziło coraz łatwiej zaczynanie 
ab ovo dzieła, przerywanego niezliczonemi klęskami życiowemi. 

Tak  trzeba  sobie  przedstawiać  pierwsze  i  najdłuższe  czasy  trwania  rodu 

ludzkiego. 

II.  JAK  DAWNO  TEMU  CZŁOWIEK  POCZUŁ  W  SOBIE 

DUSZĘ?

 

Od  kiedyż  tedy  można  uważać  członka  przedhistorycznych  gromad  już 

niewątpliwie  za  jestestwo,  obdarzone  rozumem  nadzwierzęcym?  Co  za  kryterja 
mogą nam  pomóc do  wyrokowania,  gdy  chodzi o przeszłość, po której  pozostały 
nam bardzo skąpe ślady? 

Dwa  takie  kryterja  widzimy;  pozwolą  nam  one  oznaczyć  choćby  w  grubem 

przybliżeniu granice., od której zaczyna się człowiek prawdziwy. 

Pierwsze  mamy  w  kulcie  zmarłych,  drugie  w  rysunkach,  rzeźbach  i 

malowaniu farbami; w tem, co pospolicie nazywamy pierwocinami sztuki. 

Naszem  zdaniem  o  człowieku  można  mówić  dopiero  od  czasów,  gdy  mowa 

jego,  choćby  niezmiernie  uboga  i  niedogodna,  jednak  pozwalała  na  wytworzenie 
się i trwałość pewnej ilości pojęć abstrakcyjnych. 

Grzebaniem  swych  zmarłych  człowiek  zaświadcza  najwyraźniej  o  wierze  w 

życie pośmiertne, o lęku przed duchami zmarłych, a więc o odróżnieniu w sobie i w 
bliźnich duszy, będącej czemś odrębnem od ciała. 

Przez  długi  czas  nie  znaliśmy  żadnych  śladów  grzebania  nieboszczyków  w 

epokach dawniejszych od epoki neolitycznej, która sięga w przeszłość nie głęboko, 
bo  najwyżej  na  10  tysięcy  lat  wstecz.  Co  do  głębszych  epok  zostawaliśmy  w 
zupełnej  niewiadomości;  zdawało  się  też,  że  paleolitycy  nie  grzebali  swych 
zmarłych. 

Dopiero  od  lat  trzydziestu  sytuacja  wyjaśniła  się,  choć  wciąż  jeszcze 

posiadamy niezmiernie skąpe dowody grzebania zmarłych w epokach 

starszych od 

neolitu. 

Pierwsze  i  najstarsze  ślady  grobów  znaleziono  na  gruncie  Francji 

południowej w warstwach, należących do epoki musteryjskiej. 

background image

Francuskiemu archeologowi, Rivierowi, a następnie długiej polemice, jaka się 

zawiązała  na  tle  jego  odkryć,  wreszcie  szczęśliwym  wykopaliskom 
uzupełniającym, zawdzięczamy niemal zupełną pewność, że ludność musteryjska, 
zamieszkująca  nisze  skalne  i  groty  w  okolicach  Ventimiglji  oraz  Mentony, 
zdobywała się niekiedy na grzebanie swych zmarłych. 

Dwanaście  grobów,  odkrytych  w  pięciu  niszach  skalnych,  znanych  pod 

ogólną  nazwą  grot  Grimaldi,  ustaliły  fakt  co  do  epoki  musteryjskiej  oraz 
auryniackiej. 

Ludność musteryjska grot Grimaldi nie była rasowo jednolita. Jedna jej część 

rasowo  była  zbliżona  do  typu  Homo  primigenius,  odmiany  neandertalskiej,  jak 
wiadomo,  odznaczającej  się  wielu  cechami  pierwotnemi,  zwłaszcza  zaś  niskiem 
czołem  i  bardzo  wydatnemi  łukami  brwiowemi.  Pomimo  ogólnego  podobieństwa 
ma  ona  tyle  cech  jej  tylko  właściwych,  że  odróżnia  się  ją  w  nauce  pod  osobną 
nazwą rasy Grimaldi, reprezentowanej tutaj w dwóch odmianach. Obie odznaczają 
się bardzo silną budową ciała, potężną muskulaturą, zdecydowaną długogłowością, 
miernym wzrostem, krótkością rąk i nóg, płaskiemi goleniami łukowato wygiętemi 
(platyknemia)  i  tym  podobnemi  cechami,  później  już  niespotykanemi  w  rodzie 
ludzkim.  Proporcje  głowy,  a  zwłaszcza  twarzy  zbliżają  tych  ludzi  do 
długogłowców  murzyńskich,  ale  tylko  zbliżają,  gdyż  naogół  przypominają  oni 
raczej  najniższe  dzisiejsze  typy  ludzkie,  Australczyków  z  jednej  strony, 
Buszmenów  z  drugiej,  z  tą  różnicą,  że  budowa  ich  była  bez  porównania 
mocniejsza,  twarz  zaś  o  wiele surowsza na  skutek wydatności  łuków  brwiowych, 
wybitnego  prognatyzmu  oraz  mocno  cofniętego  podbródka  przy  potężnych 
rozmiarach szczęki dolnej. Wąskość i długość czaszki łączy się tu z twarzą krótką i 
szeroką,  co  nadaje  głowie  wyjątkową  nieharmonijność.  Oceniając  też 
musteryjczyków z grot Grimaldi według naszych pojęć o harmonji postaci ludzkiej, 
trzeba  wyznać,  że  mieli  oni  wygląd  bardzo  "dziki"  i  "mało  ludzki",  a  już 
bezwarunkowo  nie-europejski,  niezgodny  z  dziś  istniejącemi  rasami.  A  jednak, 
rzecz zadziwiająca, obok tak wybitnych cech niższości uderza w nich dobry rozwój 
mózgu, o wiele lepszy niż u dawniejszych neandertalczyków. 

Jeżeli teraz oprzemy się na typie narzędzi krzemiennych, jakie znaleziono w 

grotach  Grimaldi,  które  należały  do  osobników  tam  pogrzebanych,  a  w  zupełnie 
identycznych kształtach znanych z bardzo wielu miejscowości Europy południowej 
oraz zachodniej, jak również z poza Europy, wówczas zdobędziemy pewność, że ta 
sama  ludność  szeroko  była  rozproszona  na  całej  przestrzeni  możliwej  do 
zamieszkiwania w Europie, Afryce północnej oraz 

w Azji zachodniej. 

Okazuje się, 

że rasa Grimaldi nie była jedyną w owej epoce. Słynne resztki ludzkie, znalezione 
w  Chapelle aux  Saints, w  Les Eyzies,  La Férrasie,  La Naulette,  ostatnio  zaś  cały 
szkielet  w  Moustiére  (Homo  musteriensis)  -  ukazują  nam  długogłowca  typu 
Hominis primigenii, ale w różnych odmianach. Niektóre z tych resztek ujawniają 
znacznie pierwotniejsze cechy w budowie głowy i twarzy. Można się też domyślać, 
że i pod względem rozwoju duchowego nie wszędzie i nie wszyscy przedstawiciele 
epoki  musteryjskiej  stali  ha  jednym  poziomie.  Jednolitości  rasowej  tam  nie  było 
pomimo znacznej jednolitości dorobku duchowego i dzieł 

ręki ludzkiej.

 

background image

Ludność  ta  powoli  ustępowała,  jak  to  zwykle  się  dzieje,  miejsca  ludności 

dzielniejszej, której dzielność napewno nie polegała na większej sile fizycznej (bo 
tamta była jej  wcieleniem), lecz na lepszem  dostosowaniu  się do  środowiska,  jak 
również  na  bardziej  rozwiniętej  stronie  duchowej.  -  I  to  decydowało  o  losie 
plemion bardziej zacofanych. 

Że  tam  więcej  było  ducha,  o  tem  świadczy,  prócz  bardziej  urozmaiconych 

narzędzi,  cenna  próbka  zdolności  artystycznych  nowej  ludności,  znaleziona  w 
grocie du Trilobite, którą tu, jako najstarsze dzieło sztuki auryniackiej 

podajemy (p. 

rys...  ). 

Jest  to  rysunek  nosorożca,  wyryty  na  obtoczonym  przez  działanie  wód 

kamieniu  płaskim.  Śmiałość  i  trafność  szkicu  mogą  budzić  podziw  nawet  przy 
dzisiejszych  wysokich  wymaganiach  artystycznych,  jakie  stawiamy  rysunkom, 
wykonywanym piórem lub ołówkiem. O ileż mogą bardziej budzić pochwały, gdy 
się  zważy,  że  te  miękkie  i  okrągłe  linje,  tak  wiernie  charakteryzujące  postać 
nosorożca, wyryła ręka prostego myśliwca w kamieniu, wprawdzie dość miękkim, 
ale  przecież  daleko  mniej  podatnym  do  produkcyj  artystycznych  od  papieru.  Ten 
prosty  szkic,  liczący  najmniej  25.000  lat,  to  lepsze  świadectwo  człowieczości  od 
grobów  i  narządzi!  A  nie  jest  on  wyskokiem  bezprzykładnym  jakiegoś 
wyjątkowego talentu indywidualnego. 

Szkic ten ma dla nauki wyjątkową wartość tylko dlatego, że jest najstarszem z 

dzieł dziś znanych tego rodzaju. Jednak organicznie należy on do stron najbardziej 
charakterystycznych dla młodszej ludności paleolitycznej, którą odznacza 

wybitny 

popęd artystyczny.

 

 

Jakąż  dawność  mamy  przypisać  grobom  i  produkcjom  musteryjskim,  a 

następnie auryniackim?  Bezwzględnej  chronologji  czasów  paleolitycznych nauka, 
niestety, nie zdołała jeszcze ustalić i zapewne nie prędko to nastąpi. Znajdziemy się 
najbliżej  prawdy,  przypisując  grobom  musteryjskim  (należącym  do  środkowej 
części  tej  epoki)  dawność  mało  co  mniejszą,  niż  40.000  lat,  auryniackim  jakieś 
25.000 lat. 

Gdy  zważymy,  że  Musteryjczycy,  a  nawet  przedstawiciele  czasów 

auryniackich  żyli  w  znacznie  gorszych  warunkach  klimatycznych  od  swych 
przodków  mniej  jeszcze  ludzkich,  trudno  się  dziwić  powolności  w  rozwoju 
pierwotnych  społeczeństw,  uwydatnionej  przez  te  dwie  daty.  Wszak  żyli  oni  w 
warunkach  bardzo  zbliżonych  do  bytu  plemion,  koczujących  w  tundrach 
sybirskich.  Jeżeli  jednak  uwzględnimy,  że  spółczesne  nam  plemiona  dalekiej 
północy  rozporządzają  od  dawna  bardzo  rozwiniętą  mową,  bogatą  tradycją 
odwieczną,  szerokiemi  pojęciami  i  rozwiniętą  towarzyskością,  gdy  u 
musteryjczyków wszystko to było w słabych dopiero zaczątkach, to okaże się, że te 
same warunki były dla paleolityków znacznie cięższe, co musiało mocno hamować 
naturalny rozwój zjawisk społecznych. 

Ludzie  ci  odznaczali  się  przecież  wprost  trudną  dziś  dla  nas  do 

odtworzenia 

prostotą uczuć i ubóstwem pojęć. 

wielu rzeczy dziś elementarnych 

dla Tunguza czy Eskimosa, ograniczeni troglodyci nie mogli jeszcze zdawać sobie 
wcale sprawy; bezbronność zaś wobec surowej przyrody była tu większa, niżeli w 

background image

okresie  przedludzkim,  albowiem  wszystko  sprzysięgło  się  wówczas  przeciw 
człowiekowi. 

Każda  zima  była  truduem  do  przetrwania  piekłem,  wyjątkowo  zaś  surowe 

mrozy,  zwłaszcza  zaś  wyjątkowo  gwałtowne  burze  śnieżne,  które  i  za  naszych 
czasów  dziesiątkują  za  jednym  zamachem  stada  zwierząt  w  tundrze  i  stepie,  a  w 
konsekwencji  i  ludność,  -  przynosiły  w  epoce,  o  której  mowa,  daleko  większe 
spustoszenia.  Od  czasu  do  czasu  całe  tysiącokilometrowe  obszary  wyludniały  się 
niemal doszczętnie i po każdej z takich katastrof trzeba było wieków, aby bezludne 
pustkowia  ujrzały  nowe  życie  ludzkie,  o  świeżej  tradycji,  dźwigającej  się  od 
podstaw. Jeśli dziś tundry i kresy zbiedniałych lasów utrzymują zaledwie jednego 
człowieka na kilometrze kwadratowym, cóż mówić o epoce surowych brodaczów o 
duszy dziecięcej, patrzących na świat naiwnie i z lękiem, 

nieznanym u zwierząt?.

 

W paleolitycznej tundrze czy stepie nie było też warunków do skupiania się 

gromad  liczniejszych  na  czas  dłuższy.  Ludność  musiała  żyć  ciągle  jeszcze  w 
wielkiem  rozproszeniu,  cóż  więc  dziwnego,  że  zjawiska  społeczne  nie 
komplikowały się przez tysiącolecia! 

Jednak,  poczynając  od  epoki  auryniackiej, 

mamy  już  dowody 

zbierania  się 

nielicznych mieszkańców stepu w celach myśliwskich. 

Wkrótce potem klimat się oziębił i stał się suchym, co spowodowało zagładę 

zwierząt, które jeszcze 

zdołały przetrwać dotychczas.

 

Koczujące  gromadki  myśliwych  coraz  wyłączniej  szukają  schronienia  w 

czasie surowej zimy, po zacisznych jaskiniach, w które Francja obfituje - i głównie 
w pobliżu tych jaskiń wiodą żywot ciężki, ale bardziej już ludzki, niż poprzednio. 

Czem  się  to  dzieje?  Właśnie  tem,  że  przynajmniej  rody,  które  znalazły  w 

owych jaskiniach ucieczkę, zyskały większą trwałość, skutkiem czego mogły snuć 
bezpieczniej wątłą nić tradycji, dotychczas rwącą się zbyt prędko. 

III. ZAGADKA PRZEDHISTORYCZNEGO ARTYZMU

 

Azyla  te  stały  się  rychło  siedzibą  kultury  wyższej  od  dawnej.  Tu  w  czasie 

długiej  zimy  płonęło  ognisko,  przy  którem  do  chciwej  wyobraźni  młodych 
przemawiały  wspomnienia  i  nauki  starszych,  tu  sporządzano  oręże  i  przedmioty 
codziennego  użytku,  tu  snuła  się  wąska,  ale  trwalsza  niż  dawniej  nić  tradycji. 
Człowiek  "stary"  stawał  się  bezwiednie  przewodnikiem  młodego  pokolenia  i 
pośrednikiem  między  potęgami  mistycznemi,  o  których,  jak  umiał,  prawił,  -  a 
słuchaczami,  wystawionymi  na  złą  i  dobrą  wolę  owych  potęg.  Doświadczony  i 
bystrzejszy  od  innych  starzec  stawał  się  mimowoli  władcą  swej  gromadki.  On 
jeden  wiedział  najlepiej,  co  robić  w  danych  okolicznościach,  czego  unikać,  jak 
przebłagać duchy przyrody oraz duchy przodków, którzy czuwają nad żywymi. 

Z tych jaskiń magdaleńskich wyszedł postęp wszechstronny. 
Podobnie,  jak  w  późniejszych  czasach  wytwarzanie  i  użytkowanie  metali 

wywołało istny przewrót, tak w zaraniu epoki magdaleńskiej potężnym czynnikiem 
postępu  i  bezpieczeństwa  stało  się  obrabianie  narzędziami  krzemiennemi  rogu 
(przeważnie reniferowego) i kości zwierzęcych. Materjał miększy od krzemienia, a 
jednak  nie  tak  kruchy  i  łatwo  dający  się  krajać  i  piłować,  stał  się  niemal 
uniwersalnym  i  pozwolił  na  wyrabianie  takich  narzędzi,  o  jakich  dawniej  nikt 

background image

nawet  nie  marzył.  Wystarczy  nadmienić  o  igłach  kościanych,  opatrzonych 
doskonale  wyrobionem  uszkiem.  Sztuka  zszywania  kożuchów  z  miękkich  skór 
zajęczych,  a  później  i  lisich...  przedłużyła  tym  myśliwym  życie  i  zapewniła 
znacznie  większą  swobodę  ruchów.  Magdaleńczyk  mógł  już  skutecznie  stawiać 
czoło surowej zimie. 

Jaskinia jego stała się naprawdę domowem ogniskiem i bezpiecznym portem. 

Tu  czuwały  duchy  przodków  oraz  opiekuńczych  zwierząt  rodu  (mowa  o 
początkach totemizmu, czci zwierząt). Podobnie, jak nie wygasał żar ogniska, tak 
samo nie wygasał już łatwo duch pokoleń. Myśl w ciągu długich godzin zimowych 
względnej  bezczynności  i  bezpieczeństwa  od  napadów  groźnych  sąsiadów 
zwierzęcych  mogła  się  częściej  odrywać  od  trosk  poziomych  do  czynności, 
dających czysto ludzkie zadowolenie. 

Tu,  jak  już  wyżej  zaznaczyliśmy,  prolongują  się  pierwociny  twórczości 

artystycznej.  Troglodyta  z  epoki  renifera  rzeźbi  i  rysuje  w  twardym  materjale 
prostym rylcem krzemiennym zdumiewająco trafne reprodukcje zwierząt i ozdabia 
niemi narzędzia codziennego użytku. 

Rzecz jednak godna uwagi, że całą tę twórczość cechuje kierunek uderzająco 

jednostronny. 

Z  małemi  wyjątkami  wszystko,  co  znamy,  są  to  tylko  oderwane  szkice  z 

natury  i  prawie  wyłącznie  przedstawiają  rozmaite  zwierzęta.  A  przytem  niema  tu 
wcale  kompozycyj.  Chociaż  dochowała  się  do  dni  naszych  znikoma  cząstka  tych 
dzieł,  to  jednak  po  muzeach  naszych  nagromadziły  się  już  liczne  ich  setki,  a 
zdarzają  się  wśród  nich  dzieła  o  tak  pewnym  i  doskonałym  rysunku,  że  nie 
powstydziłby  się  ich  żaden  dzisiejszy  artysta.  Oto  mamy  np.  rena  w  galopie, 
wyrytego na kawałku łupku. Pochodzi z groty S-t Marcel. A oto pasący się ren, z 
jaskini  Kesslerloch  (Szwajcarja).  Jakiem  życiem  tchnie  głowa  konia  rżącego, 
znaleziona w grocie Mas d' Azil! 

Możnaby  zdumiewać  się  nad  pewnością  oka  i  sprawnością  ręki 

przedhistorycznych  dzieci  surowej  przyrody,  gdybyśmy  te  produkcje  chcieli  i 
powinni  oceniać  z  tego  punktu  widzenia,  z  jakiego  do  dziś  powszechnie  są 
oceniane. 

Ale  nie  możemy  iść  w  tym  względzie  ani  za  zdaniem  artystów,  ani  nawet 

etnologów. 

Łamano  sobie  głowy  nad  przyczyną  tej  jednostronności,  nie  umiano  sobie 

wytłumaczyć,  dlaczego  słabym  dopiero  świtom  ducha  towarzyszą  tak  wybitne 
zdolności  artystyczne,  jakich próżnoby szukać później, pomimo daleko wyższego 
rozwoju  duchowego.  A  przecież  nie  powinnoby  to  dziwić,  gdyby  prahistorycy  i 
historycy sztuki byli cokolwiek lepszymi psychologami. 

Mówiono, że dopiero przyszłość wytłumaczy nam zagadkę zjawienia się tak 

nagle  tak  wybitnych  zdolności  artystycznych.  Składano  je  na  karb  wyjątkowej 
organizacji  mózgu  tej  rasy,  zanik  zaś  dość  nagły  tych  uderzających  produkcyj 
uznawano  za  skutek  wymarcia  rasy  owych  "urodzonych"  artystów-troglodytów. 
Tymczasem żadna z hipotez nie przynosi rozwiązania zagadki, albowiem wszystkie 
mierzyły za wysoko, szukając po niebie tego, co znaleźć można było przy ziemi. 

background image

Dla  nas  rzekomo  wysoki  artyzm  jaskiniowców  świadczy  zupełnie  o  czem 

innem, mianowicie o ogromnej prymitywności ich dusz. 

Aby  to  zrozumieć, wystarczy  zadać  sobie pytanie,  o  czem  marzy  zwierzę w 

chwilach spoczynku? 

Niewątpliwie  przeżywa  ono  wrażenia  doznane.  W  jego  mózgu  przepływają 

obrazy  przedmiotów,  głównie  zwracających  uwagę  jego.  A  więc  kot  marzy  o 
myszy.  On  widzi  nieraz  całkiem  wyraźnie  "oczyma  swej  duszy"  to,  co  wzrok 
realny  tyle  razy  mu  ukazywał,  więc  widzi  mysz,  wysuwającą  się  z  ukrycia, 
uciekającą  w  razie  nagłego  niebezpieczeństwa,  mysz  igrającą  z  innemi,  mysz 
żerującą  i  t.  d.  Kota  nie  -  prawie  nie  obchodzi  reszta  świata,  cała  jego  myśl 
skierowana jest zawsze tylko na te wąskie tematy. 

Coś  podobnego  zachodzi  i  z  bardzo  pierwotnym  synem  puszczy,  którego 

głównem  zajęciem  jest  podchodzenie  i  ściganie  zwierzyny,  a  także  unikanie  i 
tępienie  niebezpiecznych  współmieszkańców  tego  samego  obszaru.  Jego  mało 
obchodzi  reszta  świata,  ale  za  to  zna  on  doskonałe  to,  co  wiąże  się  z  jego 
najistotniejszemi  potrzebami.  Osią  jego  myśli  i  działań  jest  poszukiwanie 
zwierzyny i unikanie drapieżników, bezpośrednich swych sąsiadów. W myślach też 
jego  i  wspomnieniach  przewijają  się najczęściej  i  najżywiej  obrazy  zwierząt,  i  to 
niezmiernie wyraziste, bo po tysiąckroć oglądane w najrozmaitszych okazjach. 

Nie  porównywajmy  też  "myśliwskiej"  wyobraźni  jaskiniowca  z  wyobraźnią 

oraz  z  widnokręgiem  myśli  i  marzeń  choćby  najbardziej  zapalonego  Nemroda 
naszych czasów. Myśl ostatniego, gdy tylko odłoży sztucer, ślizga się przecież po 
tysiącu tematów, dalekich od polowania. To też, jeżeli nawet myśl jego skieruje się 
na temat leśny, żywość obrazów, napływających do wyobraźni, ani w cząstce nie 
posiada  tej  czystości, jaskrawości  i  prawdy,  jak  u  naszego  jaskiniowca. Naszemu 
Nemrodowi zaciera żywość wyobrażeń myśliwskich cala cywilizacja, ów bezmiar 
abstrakcji, który nas spowija i daje szerokość oraz głębię poznania, - tamtemu zaś, 
jak w czystem zwierciedle, rysuje się z całą przepyszną plastyką tylko to, dokoła 
czego  uparta  myśl  ustawicznie  się  obraca.  Nasz  myśliwy,  stosunkowo  zawsze 
bezpieczny, przepełniony pojęciami, dalekiemi od świata przyrody, właściwie bawi 
się tylko od czasu do czasu polowaniem oraz niebezpieczeństwami jego, - tamten, 
zawsze zagrożony, i najczęściej głodny, wciąż walczy ze skupieniem zwierzęcym o 
strawę  i  życie,  myśl  zaś  jego  krąży  przeważnie  dokoła  obrazów  zwierzęcych. 
Różnica jest ogromna! 

Więc gdy w chwilach błogiej bezczynności zapas sił jaskiniowca nie daje mu 

spoczynku,  a  myśl  uboga  błądzi  samopas,  cóż  dziwnego,  że,  jeśli  chwyci  on  dla 
zabawki  za  rylec, wówczas  przeniesie na  kość  zarysy  tego  przedmiotu,  o  którym 
najczęściej marzy, lub przed którym drży. 

Zachwyca  nas  i  dziwi  trafność  konturów  niedźwiedzia,  byka  lub  kozła,  i 

gotowiśmy  uznać  w  rytowniku  artystę  "z  Bożej  łaski",  boć on  nie  pobierał  nauki 
rysowania od  mistrzów  żadnej  szkoły  sztuk  pięknych;  ale i  zachwyt, i  podziw  są 
tutaj  zbyteczne.  On  tylko  dlatego  nie  myli  się  w  zarysach,  bo  bez  porównania 
doskonalej  od  nas  "widzi"  przedmiot  rysowany.  Jemu  model  żywy  wcale  nie 
potrzebny, ani wzorek; dość mu zmrużyć oczy, a wnet ujrzy swój model w pełni 

background image

ruchu,  więc  prowadzi  swój  rylec  z  taką  pewnością,  jakby  rysował  w  ciemni 
optycznej. 

Za  oddzieleniem  tych  produkcyj  od  twórczości  artystycznej  czasów 

historycznych  przemawia  jeszcze,  charakter  tych  szkiców,  w  których  przecież 
nigdy  nie  występuje  kompozycja.  Mamy  w  nich  tylko  proste,  lubo  poprawne, 
uzewnętrznienie  wyobrażeń,  umożliwione  lepszą  od  naszej  pamięcią  kształtów 
zwierzęcych. 

Nie potrzebuję dalej rozsnuwać tych uwag. Czytelnik sam uzupełni brakującą 

resztę. Chodzi już bowiem tylko o wnioski. 

Dla mnie ta właśnie nadzwyczajna trafność rysunku zwierząt i brak wszelkich 

innych  tematów  świadczy  pośrednio,  ale  niezbicie  o  ogromnej  jednostronności 
myśli  magdaleńczyków,  o  skoncentrowaniu  żywej  uwagi  na  niewielką  liczbę 
przedmiotów, o lubowaniu się niemi oraz o doskonałej obojętności na całą resztą, 
która  nam,  dzieciom  skomplikowanej  cywilizacji,  zasuwa  i  przesłania  -  widziane 
często, ale życiowo znacznie obojętniejsze obrazy świata zwierzęcego. 

To wszystko ukazuje nam w troglodycie wcale nie jakiegoś filozofa przyrody 

lub  utalentowanego  "artystę",  ale  urodzonego  drapieżnika  -  marzyciela,  godnego 
towarzysza  niedźwiedzi  jaskiniowych,  hjen  ponurych  i  wilków,  pogromcę  koni 
dzikich,  bawołów,  żubrów  i  turów,  jestestwo  naiwne,  zatrzymujące  żywo  w 
pamięci  konkrety  ulubione,  ale  tylko  z  powodu  niezmiernie  małego  zapasu 
abstrakcji.  Widzimy  w  nim  jestestwo,  wprawdzie  wygnane  już  z  raju  zwierzęcej 
niewiadomości,  ale  znajdujące  się  dopiero  na  progu  drugiej  krainy,  w  której 
potomkowie jego będą oglądali coraz nowe dziwy i sami będą tworzyć coraz nowe 
dziwy. 

 

Brak  czyli  jakgdyby  zanik  zdolności  artystycznych  w  późniejszych  epokach 

jest  powszechnie  tłumaczony  wygaśnięciem  rasy  magdaleńczyków,  ale  to 
zbyteczne  i  niesłuszne.  Naprzód  wśród  jaskiniowców  niema  żadnej  jednolitości 
rasowej.  Co  szkielet  świeżo  odkryty,  to  coś  nowego.  Obok  typów  w  naszem 
rozumieniu  surowych  i  "zwierzęcych",  natrafiamy  na  bardzo  "uszlachetnione"  i 
subtelne  a  jednak  obyczajami  równe  tamtym.  Powtóre  we  Francji  przeważały 
wtedy  rasy  negroidne,  ale  mocniej  prognatyczne  i  silniej  zbudowane  od 
dzisiejszych murzyńskich. Otóż gdyby te rzekomo artystyczne zdolności miały być 
związane z rasą, winnyby się przechować przedewszystkiem wśród murzynów, ale 
także i wśród innych typów europejskich i zaeuropejskich, tymczasem nigdzie nic 
podobnego nie obserwujemy. 

Możnaby tych zdolności oczekiwać nawet wśród ludów dalekiej północy, bo, 

gdy  z  końcem  epoki  magdaleńskiej  stepowy  klimat  Europy  zaczął  się  ocieplać, 
wówczas  wraz  z  roślinnością  tundry  i  stepu  poczęła  się  przesuwać  na  północo-
wschód nie tylko fauna. 

Cóż się wówczas stało z ludnością tundry europejskiej i stepu? Niewątpliwie 

w  znacznej  części  wyemigrowała  za  swą  przyrodą,  najmilszą  jej,  bo  "własną". 
Część  jednak  jej,  jak  to  się  zwykle  dzieje,  pozostała  na  miejscu,  pomimo  że 
równocześnie  z  napływem  fauny  i  flory,  ocalałej  na  ciepłych  pobrzeżach  morza 

background image

Śródziemnego,  przybywały  tu  plemiona  innych  odmian  rasowych,  gdzieś  na 
południu  wyhodowane.  Pomimo  że  te  ludności;  autochtoniczna  i  obce  tępiły  się 
wzajem,  jednak  także  i  wsiąkały  jedna  w  drugą,  niwelując  w  ten  sposób  swe 
kontrasty. Czemuż więc ani na dalekiej północy, ani na miejscu nie mamy jeszcze 
doskonalszych, jak być powinno, śladów "zdolności" artystycznych? 

Oto  dlatego,  że  to  nie  były  wcale  specjalne  zdolności,  ale  znamienne  rysy 

najprymitywniejszej  psychiki  ludzkiej,  które  stępiły  się  i  znikły,  bo  musiały 
zniknąć właśnie wówczas, gdy owa psychika stała się bogatszą. 

 

Jakże  wdzięczny  i  niewyzyskany  dotychczas  materjał  do  potężnej  epopei 

spoczywa w tej rodzącej się ludzkości! 

Lecz  zdaje  się,  że  takiej  nie  doczekamy  się  nigdy.  Tu  trzebaby  wielkiego 

mędrca,  i  poety  o  głębokiej  znajomości  przyrody,  wżycia  się  w  trudne  do 
odtworzenia  warunki  bytu...  i  zstąpienia  przenikliwą  myślą  w  ledwo  dościgłe 
niziny ducha. 

IV.  MĄDROŚĆ  PRZEDPIŚMIENNA.  OGRANICZONOŚĆ 

PAMIĘCI HAMULCEM DALSZEGO POSTĘPU.

 

Mam  przekonanie,  że  pozorna  sprzeczność  naszej  teorji  z  rzeczywistością, 

jaką odsłania Archeologja przedneolityczna, wyjaśniła się. 

Aby  jednak  związać  idealny  obraz  bytu  proto-społecznego  z  obrazem  tego, 

który po nim nastał, nie od rzeczy będzie rzucić okiem na to stadjum cywilizacji, 
które archeologowie charakteryzują zjawieniem się sztuki szlifowania kamiennych 
siekier. 

Dopiero  na  ludności  neolitycznej  Europy,  prowadzącej  już  żywot  osiadły, 

mamy dowód, jak bardzo rozwojowi rozumu sprzyja ciągłość tradycji. 

Większe  urozmaicenie  potrzeb,  nie  poprzestawanie  na  samem  myślistwie, 

uprawianie  choćby  na  maleńkich  pólkach  ziemi  rodzajnej  niektórych  roślin 
użytecznych,  wszystko  to  przygwoździło  człowieka do  jego  zagrody  z  ziemianką 
lub chatką zaciszną i złagodziło dawną surowość. 

Mając  już  potrzeb  znacznie  więcej,  niż  czysto  leśni  myśliwcy,  a  również  i 

środków  do  ich  zaspokojenia,  czyli  żyjąc  w  warunkach  dość  daleko 
zaawansowanego  podziału  pracy,  oraz  żywej  wymiany  usług,  ludzie  osiadli 
potrzebowali się wzajem bardziej, niż dawniej. 

Zwiększona  łatwość  wyżywienia  się  pozwoliła  na  zagęszczanie  się  osad  w 

miejscowościach  sprzyjających.  Zaprowadzono  możliwe  "modi  vivendi"  między 
rodami, sąsiadującemi ze sobą, a korzyści takich kompromisów nie dały na siebie 
długo czekać. 

Stare zjawiska społeczne nabierają mocy, zjawiają się zaś kolejno coraz nowe. 
Odkrycia  i  wynalazki,  w  naszem  rozumieniu  drobne  i  nikłe,  ale  w  swoim 

czasie doniosłe, zapewniają bystrzejszym osobnikom coraz lepsze panowanie nad 
przyrodą,  jak  również  nad  wszystkiem,  co  w  ich  otoczeniu  jest  uboższe  duchem. 
Niebezpieczeństw życiowych ubywa, dobrobyt wzrasta. 

background image

Nierówności duchowe między osobnikami zwiększają się dzięki bystrzejszym 

osobnikom,  inicjatorom  oraz  rozumnym  ich  naśladowcom,  albowiem  ciekawość 
zdolniejszych, specjalizacja i coraz zwiększająca się wymiana usług wzajemnych, 
korzystna dla stron obu, jak również nieunikniony w tych warunkach wyścig, robią 
swoje.  Również  zwiększają się coraz bardziej  nierówności  materjalne posiadania. 
Zamożność pracowitszych i skrzętniejszych wzrasta zwłaszcza pod wpływem coraz 
silniej  przestrzeganego  prawa  własności,  prawa  do  rozporządzania  owocami 
własnej pracy. 

Osiadłe  i  dzielniejsze  rody  przestały  być  ową  wiewiórką  w  obracającej  się 

klatce, co to, choć biegnie ze wszystkich sił naprzód, jednak stoi wciąż w miejscu. 
Dzielniejsze osobniki rozerwały więzy klatki i pociągają swoje ludy w nowe fazy 
rozwoju, w nieznaną przyszłość. 

Skutkiem  tego  ubywa  stopniowo  zacofanych  rodów,  wytrwałych  i 

drapieżnych, a mimo to wiecznie biednych, tępych i ciemnych. Ubywa, gdyż wiele 
osobników z ich łona przystaje do gromad bardziej uspołecznionych. Pociągają je 
liczne  korzyści,  płynące  z  zerwania  z  niespokojnym  bytem  myśliwskim,  co  zaś 
niezdolne  do  takiej  asymilacji,  to  ginie  niepostrzeżenie  w  coraz  nierówniejszej 
walce o byt. Resztki takiej ludności cofają się do niezaludnionych przez neolityków 
okolic. 

Żywot osiadły coraz mocniej spaja osobniki. 
Dopiero  też  w  Neolicie  zjawiają  się  naprawdę  już  godne  tej  nazwy 

społeczeństwa.  Dopiero  też  tutaj  możemy  być  pewni  znacznego  rozwoju  mowy, 
czyli raczej języków. Możemy być pewni wielkiego pomnożenia się pojęć i wogóle 
wzrostu tego, co nazywamy rozumem. 

Skąd  taki  wniosek  wobec  nader  szczupłych  wykopalisk,  któreby  nam 

odsłaniały  i  ilustrowały  ówczesny  stan  cywilizacji  materjalnej,  czyli  jakość  oraz 
ilość materjalnych bogactw ówczesnych? 

O  tem  w  sposób,  nie  budzący  wątpliwości,  świadczą  niektóre  groby, 

zdumiewające  swemi  rozmiarami,  a  także  ogromne  głazy  naturalne,  wstawiane 
pionowo  w  ziemię,  a  zostające  zapewne  w  ścisłym  związku  z  ówczesnemi 
pojęciami i praktykami religijnemi. 

Neolitycy bardzo wiele uwagi poświęcają swym nieboszczykom. Dochodzi do 

tego, że budowa grobów staje się w pewnych okolicach i czasach równie pracowitą, 
jak budowa mieszkań. Mam tu na myśli groby megalityczne. 

Pomimo, że jedynemi narzędziami rzemieślniczemi były siekiera krzemienna, 

takież  dłuto  i  młot  kamienny,  poza  tem  różne  zapewne  bardzo  prymitywne 
przyrządy  drewniane,  kraina,  zamieszkana  przez  neolityków,  pokrywa  się 
tysiącami  skrzyń  grobowych,  zbudowanych,  gdzie  był  materjał  po  temu,  z 
ogromnych  głazów.  Bywały  one  tak  wielkie,  że  trudno  pojąć,  w  jaki  sposób 
zgromadzano  owe  bloki,  a  następnie  ustawiono,  aby  utworzyły  szczelną  komorę, 
mającą przyjąć zwłoki. 

Musiały  już  istnieć  metody  techniczne,  umożliwiające  podobne 

przedsięwzięcia, - i dobra organizacja pracy. Niektóre głazy, jak stwierdzono, były 
przeprowadzane  z  odległości  wielu  kilometrów,  a  bywały  między  niemi,  jak 
wiadomo, ważące po kilkanaście tysięcy kilogramów i nawet więcej. 

background image

Aby przypomnieć, co to za tytaniczne, w stosunku do środków, były roboty, 

wspomnę o kilku największych. 

W Bretanji, klasycznej ziemi megalitów, można oglądać na wyspie Gavr'inis 

tumulus o średnicy 55-60 metrów, pokrywający aleję kamienną dł. 15,5 m., która 
prowadzi do komory grobowej, złożonej z wielkich bloków granitowych. 

W Locmariaquer wznosi się tumulus na 100 m. długi i 10 m. wysoki. 
Jeden  z  najznakomitszych  kurhanów  Bretanji,  Mont  Saint-Michel,  mierzy 

nawet 115 m. dł. na 58 szerokości. Objętość kamieni, użytych do jego wzniesienia, 
oceniają na 35.000 m. sześć. 

Przechodząc  do  monolitów  ustawianych,  zaznaczę,  że  niektóre  dochodzą  do 

10-ciu,  a  nawet  20-tu  m.  wysokości,  np.  w  Locmariaquer,  i  liczą  od  150.000  do 
340.000  kg.  wagi!  Co  to  znaczy,  wystarczy  przypomnieć,  że  największy  z 
obelisków historycznych, sławny  Hatasu w  Egipcie,  mierzy 32  m. wys.,  a  głośny 
obelisk z Luksoru mierzy 23 m. 

Jeżeli  wrócimy  do  S-t  Michel,  ośmielę  się  zapytać:  ilu  ludzi  musiało 

uczestniczyć w usypaniu tego pagórka, zważywszy, że kamienistej ziemi zapewne 
nie brano jeszcze, jak dziś, taczkami, ani ulepszonemi łopatami. Samo jedno takie 
dzieło dostatecznie upewnia, że w ep. neolitycznej istniały już wcale znaczne ludy, 
poczuwające  się  do  jedności  i  posiadające  odpowiednio  poważnych,  mądrych  i 
wpływowych  naczelników.  Komuż  bowiem,  jak  nie  wybitnemu  i  ogólnie 
cenionemu  osobnikowi,  wzniesionoby  pomnik,  wymagający  tak  ogromnego 
nakładu zgodnej pracy? W stosunku do środków można śmiało postawić niektóre 
monumenty  grobowe epoki  kamienia gładzonego, jeżeli  nie wyżej, to  na równi  z 
piramidami Faraonów egipskich. 

Wobec podobnej rozrzutności pracy musimy sobie wyznać, że w neolitycznej 

Europie  stoimy  już  wobec  wielkiej  potęgi,  skoro  porywano  się  na  takie  dzieła, 
bezpośrednio nieużyteczne. Widać, że ludziom ówczesnym pozostawało już sporo 
sił na dzieła zbiorowe, zaspokajające tylko czysto ideowe porywy. 

Grzeszylibyśmy też niedocenianiem duchowej strony neolityków, gdybyśmy z 

ich  dzieł  nie  wyprowadzili  wniosku,  który  dopiero  musi  się  utrzeć  w  świecie 
naukowym,  że  były  to  ludy  wprawdzie  bezimienne  dla  nas,  ale  bardzo  już 
rozwinięte  i  nie  tak  znowu  dalekie  duchowo  od  nas,  jak  się  to  pospolicie 
przypuszcza.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  i  mowy  ich  musiały  być  wysoko 
rozwinięte, zarówno pod względem słownikowym, jak gramatycznym. 

Nie dały też długo na siebie czekać ważne nowe odkrycia, dające ekonomję 

wysiłków,  równoznaczną  z  automatycznem  wzrastaniem  zamożności. Wyjątkowo 
bystre  i  przedsiębiorcze  umysły  nie  spoczywały.  Odkrycie  kruszców  w  rudzie, 
poznanie  ich  własności  i  praktyczne  zastosowanie,  zrazu  czystej  miedzi,  mało 
użytecznej,  potem  nieocenionego  bronzu,  wywołuje  rychło  przewrót  w  całej 
cywilizacji,  zarówno  tych  ludów,  które  się  zdobyły  na  odkrycie,  jak  i  tych,  do 
których wyroby z bronzu zaczęły się dostawać. 

Epokę bronzu  powinnibyśmy  znowu  zacząć  nazywać,  jak  niegdyś  "wiekiem 

złotym", bo to była naprawdę złota epoka umiarkowanego dobrobytu, pozbawiona 
przepastnych  kontrastów  czasów  późniejszych.  Ludzie  żyli  wówczas  życiem  o 
wiele  wszechstronniejszem,  niż  warstwy  najliczniejsze  w  społeczeństwach  o 

background image

wysokiej  cywilizacji,  a  zwłaszcza  niż  mieszkańcy  miast.  Była  tam  pełnia  życia, 
płynąca  z  wielostronnych  uzdolnień,  któremi  każde  ognisko  domowe  musiało 
zaspokajać  swe  bardzo  urozmaicone,  choć  niby  skromne,  potrzeby.  Nie  było 
wysokich szczytów, ale też mniej było nieludzkiej prawie tępości i nędzy czasów 
naszych. 

Przeciętnie  każdy  umiał  zaspokoić  znacznie  więcej  potrzeb  własnych,  niż 

mieszkańcy  miast  dzisiejszych,  podzieleni  na  setne  specjalności.  Każdy  był 
pełniejszym swej epoki człowiekiem. 

Lecz porzućmy te refleksje, bo nie należą do rzeczy, a przytem te czasy nie 

przeminęły jeszcze dla wielu ludów, zwanych egzotycznemi. 

Możemy  też  przerwać  nawet  i  ten  błyskawiczny  przegląd  rozwoju 

społeczeństw, bo zdobyliśmy już, co nam na razie było niezbędne, a mamy jeszcze 
dużo  kwestji  starych  poruszyć,  wiele  nowych  postawić  i  zgłębić.  Nie  piszemy 
zresztą, Historji Cywilizacji, ale raczej pierwszą Historję naturalną ducha ludzkiego 
i społeczeństw. 

Rzut  oka na pierwociny  ducha  i  cywilizacji  przekonał  nas  po  raz  drugi  i  na 

innej drodze, że mądrość ludzka i nasze władze umysłowe to nie jakiś dar natury, 
któryby spływał na osobniki rodu Homo z organizacji ciała, w podobny sposób, w 
jaki  darem  natury  jest  charakter  i  psychika  każdego  zwierzęcia.  To  nie  mózgi 
ludzkie  uzdatniają  się  zwolna  do  wytwarzania  pojęć  coraz  szerszych  i 
subtelniejszych,  jak  to  sobie  wyobrażali  przyrodnicy-mechanicyści,  bo  mózgi 
ludzkie były równie gotowe do tego choćby trzydzieści już tysięcy lat temu,  - ale 
przyrasta i nagromadza się doświadczenie pokoleń w "mówionem", jaśniejąc coraz 
większym blaskiem w głowach osobników ostatniego pokolenia, najzasobniejszych 
w  owo  wchłonięte  doświadczenie  tysiącoleci.  Widzimy  po  raz  drugi,  że  mądrość 
ludzka, to zjawisko czysto-społeczne. 

Myśliciele, którzy mieli odwagę zaglądać głęboko w oczy tej zagadce, którą 

zdawał się stanowić na ziemi człowiek, demon i anioł równocześnie, kameleon o 
tysiącznych barwach i kształtach duchowych, wielka potęga albo nicość, - usiłowali 
w samym człowieku zrozumieć człowieka. 

Teraz w pełni rozumiemy przyczyny ich zawodów i niepowodzeń. Oto punkt 

wyjścia  był  nietrafny.  Przekonaliśmy  się,  że  zagadkę  stanowi  tu  wcale  nie 
człowiek,  ale duch  jego,  a  zagadka ducha ludzkiego  nie  jest  już  zagadką  samego 
człowieka. 

Człowiek czerpie swe promienie duchowe nie z tego pyłka, który nazywamy 

ciałem  jego.  Wprawdzie  podstawa  jego  ducha  w  tych  iskierkach  czucia,  któremi 
migoce  każdy  organizm  żywy,  ale  te  blade,  drobniuchne  iskierki  składały  się  na 
ziemi  zawsze  tylko  jakgdyby  na  mgły  kosmiczne,  zimne  i  ciemne.  Dopiero 
związane,  ściśnięte  i  stopione  razem  wydały  one  słońca  jasne  i  gorące,  bryły 
ważkie,  a  nawet  potężne.  Duch  ludzki  to  nie  atom  samodzielny,  ale  integralna 
cząstka  wielkiego  i  trwałego  kompleksu,  czyli  miljonów  dusz,  zespolonych  w 
jedno ciało. 

Z  tego  dopiero ogniska,  z całego  słońca-ludu dusze promieniują,  już nie jak 

blade i wątłe atomy, rozproszone w pustce, lecz jako promyki, czerpiące swój blask 
i ciepło z procesów, dokonywających się nieustannie w ognisku. 

background image

Jedną z najistotniejszych przyczyn zastoju w tworzeniu się cywilizacji  - i to 

zastoju nie pozornego, lecz rzeczywistego - jest znikomość łącznika akustycznego. 

Dopóki  doświadczenie  ludzkie  może  być  przekazywane  tylko  z  ust  do  ust, 

dopóty w czasie - sięga bezpośrednio tylko na odległość osobistej pamięci osobnika 
i składać się może na ustną tradycję. 

Gdyby pamięć i uwaga były doskonalsze, wówczas w społeczeństwach tylko 

mówiących wiedza i umiejętności mogłyby się wyżej rozwijać. Ale skoro tak nie 
jest,  wszystkie  takie  zdobycze  doświadczenia,  których  rozwój  zależy  od 
dokładności powtórzeń, musiały pozostawać w stagnacji. 

Rzecz prosta, że dopóki chodzi o zwykłe wieści, społeczeństwo niewiele traci 

na tem, że z wieści, gdy przejdzie przez kilkadziesiąt ust, robi się plotka. Jeden coś 
ujmie, drugi coś doda, i już treść, przekazana nie odpowiada pierwotnej. Ale nie tak 
jest,  gdy  chodzi  o  doświadczenie  pokoleń,  o  umiejętności  i  wiedzę  z  trudem 
nabywane.  W  tych  przypadkach  społeczeństwo,  pozbawione  jeszcze  sztuki 
zapisywania,  ponosi  ustawicznie  dotkliwe  straty,  gdyż  najcenniejsze  zdobycze 
pracy osobników najbystrzejszych toną w skażeniu. Wprawdzie potrzeba jest matką 
wynalazków, więc znaleziono sposób pomagania pamięci, ale nie mógł on daleko 
prowadzić,  gdyż  był  tylko  cennym  półśrodkiem.  Oto  wszędzie,  gdzie  to  było 
możliwem,  wystąpiła  zawodnej  pamięci  z  pomocą  zwarta  formuła.  Mądrość  i 
wiedzę pokoleń krystalizowano w krótkich, niezmiennych, a jędrnych sentencjach, 
przysłowiach i przypowieściach. Dzieje zaczęły się utrwalać w pieśni bohaterskiej, 
wiedza  fachowa  w  rymowanych  lub  rytmicznie  ułożonych  formułach  słownych, 
niby w "przepisach", których uczono się na pamięć. Już nie same wyrazy mowy są 
drobnemi  i  nieodmiennemi  jednostkami  myślenia,  ale  przybyły  do  nich  krótkie 
zdania,  z  których  każde  streszczało  jakąś  myśl  gotową,  pojęcie  stałe  lub  grupę 
pojęć,  jakąś  naukę  cenną  lub  wskazówkę.  Osobnik  nie  potrzebował  już  z  trudem 
wyrywać ich z głowy i z trudem ubierać w wyrazy. Przychodziły one do pamięci 
gotowe i nieskażone i łączyły się ze sobą wielorako. 

Całokształt tych formuł stał się dla ludu encyklopedją rozumu praktycznego i 

umiejętności. Formuły te doskonaliły tylko najtęższe głowy, mędrcy bezimienni dla 
nas; ale, niestety, mogły przerabiać i słabe głowy. Więc też wszelki zbyt obszerny 
tekst  specjalny  nie  mógł  przetrwać  długo  ani  szerzyć  się  bez  szkodliwych 
okaleczeń; o ile zaś znowu trwał zbyt długo, hamował postęp, sprzyjając rutynie. 

Dlatego  też  umiejętności,  poczynając  od  pewnej  granicy  skomplikowania, 

przestały się rozwijać. Duch ludzki i twórczość musiały znowu dreptać w miejscu. 
Trzeba  było  dawno  zrobione,  ale  zatrącane  odkrycia  i  wynalazki  odkrywać  na 
nowo, ulepszać po raz setny to, co było już tyle razy ulepszone, ale cofnęło się i 
skaziło.  Tylko  ogólna  mądrość  życia  codziennego,  potocznego  przekazywała  się 
bez  szwanku,  bo  ciągle  znajdowała  żywe  zastosowanie  i  potwierdzenie.  Przeżyła 
też  ona  nawet  języki,  w  których  została  pierwszy  raz  sformułowana  i  do  dziś  w 
przysłowiach,  tych  najstarszych  formułach  mnemonicznych,  budzi  podziw  i 
szacunek  dla głębokości  spostrzeżeń, ujętych  w  lakoniczną  formę,  zawsze  trafną, 
choć najczęściej jaskrawą i naiwną. 

Jak  dalece  trwałą  mogła  być  treść,  zaklęta  w  takich  formułach,  o  tem 

przekonywają przysłowia i  przypowieści. Mądrość odwieczna, skrystalizowana w 

background image

nich, stanowi wraz z obrzędami i praktykami ludowemi najgłębszy pokład wiedzy, 
mądrości i poloru ducha pokoleń dziś żyjących. 

Podziwiamy  dziś  głębokość  spostrzeżeń  i  nauk  praktycznych,  zawartych  w 

lakonicznej  formie  prastarych  przysłów,  przypowieści,  formuł  magicznych,  rad  i 
wierzeń, krążących i dziś z ust do ust wśród ludu, ale rzadko kto domyśla się, czem 
były niegdyś te lapidarne zdania, sądy, przepisy, przestrogi i nauki, zawsze dosadne 
i  trafne.  Toż  to  żywy  zabytek  z  czasów  głęboko  przedhistorycznych,  toż  to 
pomniki,  często  równie  stare,  jak  groby  megalityczne,  choć  zostają  wciąż  żywe  i 
aktualne, jak były tysiące lat temu. 

Przysłowia  ludowe,  nawet  zmodernizowane  i  zlokalizowane,  to  dzieła 

poziomu przedhistorycznego. 

Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Głupich nie sieją! Co głowa, to rozum. 

W czepku się rodził. Wilkiem orać! Czego Bóg nie dał, tego i kowal nie ukuje. Co 
ma  wisieć,  to  nie  utonie.  Łakomy  dwa  razy  płaci.  Gość  i  ryba  trzeciego  dnia 
cuchną. Dobre daleko słychać, a złe jeszcze dalej. 

Takich przysłów jeszcze dziś tysiące krąży i uczy rozumu, a ileż więcej było 

ich  dawniej!  Wszystkie  przecież  bardziej  specjalne,  dopasowane  do  stosunków 
minionych, stawszy się zbytecznemi, zaginęły. 

Dziś  jeszcze  krążą  z  ust  do  ust  do  podziwu  trafne  stare  spostrzeżenia 

meteorologiczne, zamknięte w krótkie rymy. Choć są przystosowane do kalendarza 
chrześcijańskiego, są to pomniki bardzo dawne i dawniej było ich więcej, bo ludzie 
bliżej żyli z naturą i, bardziej od niej zależni, troskliwie ją podpatrywali. 

Uderzającą powszechność wielu przysłów ludowych zwykliśmy kłaść na karb 

zapożyczeń od ludu do ludu. Bywa i tak, ale po większej części są to utwory, mimo 
identycznej  treści,  samodzielne.  To  dzieła  epoki  wiejskiej,  cywilizacji  wiejskiej. 
Jeżeli Chińczyk powtarza: "kó jen sieu kó jen te", a Polak: "jak sobie pościelesz, 
tak się wyśpisz", albo chińska sentencja: "nie sądź ludzi z pozorów" (z miny), "Óu 
y yông máo ciú jen", zgodna jest z naszą, nie znaczy to, aby tu było zapożyczenie. 
Nawet  w  razie  jeszcze  większych  pozorów  zapożyczenia,  np.  w  przysłowiu:  "nie 
widzi  ponad  koniec  swego  nosa"  (Ho  chao  my  mâo,  cze  kú  yen  cien)  będzie  to 
poprostu wynik trafnej obserwacji i oceny ogólnoludzkich wad i przywar. 

Tak  samo  przecież  i  wynalazek  łuku  nie  rozszedł  się  z  jednego  miejsca  po 

świecie, ale był dokonywany może sto razy w różnych okolicach globu. Tak samo 
czółno, warsztat tkacki, lub garncarstwo nie były wynalazkami jednego ludu, choć 
sformułowały  się  w  uderzająco  podobnych  formach.  Dopiero  bardzo 
skomplikowane  wynalazki  i  odkrycia  szerzą  się  z  jednego  ogniska,  a  przecież  i 
takie,  zdarza  się,  że  powstają  w  kilku  miejscach  niezależnie  i  na  niejednakowej 
drodze.  Cóż  więc  dziwnego,  że  elementarne  i  podstawowe  podpatrzenia 
ogólnoludzkich właściwości, mimo różności języków, zgadzają się, gdy przybierają 
postać możliwie najkrótszych formuł. 

V.  SKUTKI  POWSTANIA,  DOSKONALENIA  SIĘ  I 

POWIELANIA PISMA.

 

background image

Łamanie się z trudnościami zadośćuczynienia komplikującym się potrzebom 

bytu  społecznego,  to  znaczy  bytu  osobników,  polegającego  na  wzajemnej  ich 
użyteczności  przez  zróżnicowanie  psychiczne  i  funkcjonalne,  wywołało  wreszcie 
ważny wynalazek. Użyteczność jego była zrazu bardzo wątła, jednak, doskonaląc 
się przez ciągłe usiłowania, wynalazek ten obalił zapory, jakie ułomność pamięci i 
uwagi stawiała komplikowaniu się wiedzy i umiejętności, a również ich szerzeniu 
się. Wynalazek ten związał ludzi stokroć silniej, niż mowa sama. Oto tu i ówdzie 
zaczęła się zjawiać druga forma łącznika społecznego, mianowicie znaki optyczne 
dla  znaków  akustycznych,  czyli  pismo.  Najpierwsze  próby  utrwalenia  myśli  w 
znakach optycznych były to kompozycje rysunkowe, trudne do rysowania i jeszcze 
trudniejsze  do  odczytania,  a  właściwie  do  odgadywania.  Treści  ich  trzeba  było 
mozolnie  domyślać  się,  niby  rebusów,  któremi  bawi  się  nasza  młodzież.  Była  to 
sztuka, dostępna zaledwie dla bardzo nielicznych i bystrych osobników, i z powodu 
niedogodności  niewiele  usług  oddawała.  Dopiero  po  szeregu  ulepszeń  tego,  co 
mimo  ciężkich  braków  oddawało  jednak  w  pewnych  kierunkach  cenne  usługi, 
zaczątki pisma obrazowego przeszły, a raczej rozwinęły się w pismo symboliczne, 
a  właściwie  w  rysowanie umownych  obrazów  szablonowych,  mających  oznaczać 
całe słowa, a nawet i liczby. 

Tego pisma wyrazowego nie można już było odgadywać; trzeba się go było u 

piśmiennych uczyć, i to bardzo pracowicie. 

W końcu u niektórych ludów niepraktyczne "pisanie", a właściwie rysowanie 

symbolami,  wyrazami,  a  nawet  zdaniami,  przeszło  po  szeregu  udoskonaleń  w 
pismo sylabowe. Mianowicie dla każdej najpospolitszej kombinacji głosek ustalono 
osobny  znak.  Znak  taki  był  uproszczonym  rysunkiem  rzeczy,  nazywanej 
kombinacją znaków, składających się na sylabę. 

Nawet  jednak  i  takie  pismo  było  dostępne  tylko  dla  bardzo  nielicznych 

osobników,  ponieważ  i  jego  trzeba  się  było  pracowicie  uczyć  nie  tylko  pisać, 
ale 

nawet i czytać.

 

Jednak dawało ono znaczne korzyści i zapewniało bezwzględną wyższość nad 

niepiśmiennymi.  Z  powodu  tej  wyższości  -  szeroki  ogół,  biorąc  w  swej 
niewiadomości  skutek  za  przyczynę,  uważał  samą  nawet  władzę  czytania  za 
czarodziejski  wynik  wejścia  w  porozumienie  z  duchami  potężnemi.  Osobnik  też 
piśmienny, a w konsekwencji każdy mądrzejszy i władający wiedzą, hermetycznie 
dla  tamtych  zamkniętą,  niedostępną,  uchodził  za  "czarnoksiężnika"  i  bez  trudu 
zyskiwał władzę nad szerszym ogółem. 

Jeśli  też  mowa  cudów  dokazała,  pismo  dokonało  przewrotu  w  dziedzinie 

umysłowej. 

Formuła  i  sztuczki  mnemoniczne  stały  się  już  zbyteczne,  bo  zapisywanie, 

względnie  łatwe  do  odczytywania,  bez  przekręceń  i  omyłek,  zastąpiło  ułomną 
pamięć.  Zaszła  tu  tylko  możność  utrwalenia  (w  czasie)  tego,  co  było  dotychczas 
znikomem, ale przelanie "mówionego" na deskę, skórę, papirus, papier, utrwalenie 
przemijających dźwięków w formę stałą rzuciło drugą nieprzebytą przepaść między 
człowieka a cały świat zwierzęcy. Gdzie człowiek nie mógł dotrzeć głosem lub sam 
przybyć,  tam  posyłał  deszczułkę,  opatrzoną  znakami,  papirus,  skórę  lub  kawałek 
kory drzewnej. Przez tę drobnostkę duch ludzki samą nawet śmierć zwyciężył. 

background image

Łącznik  akustyczny,  stawszy  się  także  optycznym,  sięgnął  daleko  poza 

granice głosu oraz pamięci indywidualnej, jak również społecznej (tradycji ustnej). 
Sztuka  pisania  uczyniła  zbytecznemi  sentencje  i  formuły,  niby  trwałe  w  swem 
skostnieniu,  ale  mimo  to  łatwo  podległe  zniekształceniu.  Wytworzyła  ona  kastę, 
górującą wiedzą nad tłumem i zdolną narzucić ludowi swą wolę. Ponieważ dzięki 
wrodzonej człowiekowi ciekawości, a następnie gorliwej pracy umysłowej wiedza 
tej  kasty  rosła  tak  prędko,  jak  nigdy  dawniej,  przeto  rychło  dała  jej  rzeczywistą 
wyższość  nad  ogółem  niepiśmiennym.  Społeczeństwo,  dawniej  złożone  z  dość 
równych sobie inteligencją jednostek, rozpadło się na stany czy klasy, różniące się 
coraz  bardziej  na  punkcie  wiedzy.  Wiedza  doskonaląca  się  przez  zapisywanie, 
dając coraz większą moc kaście piśmiennej, zazdrośnie strzegącej swej przewagi i 
chętnie  otaczającej  się  nimbem  tajemniczości,  rozszerzyła  drobne  wówczas 
społeczeństwa  w  ludy,  kierowane  już  przez  mędrców,  kapłanów  władnych  i 
możnych. 

W  cieniu  też  świątyń  i  mieszkań  władyków  doskonaliła  się  zwolna,  ale 

statecznie cenna umiejętność pisania, a przez nią wszystkie umiejętności przodków 
piśmiennych. 

Minęły  jednak  tysiącolecia  i  całe  ludy,  zanim  dokonano  nowego  bardzo 

doniosłego  kroku  na  drodze  ulepszania  sztuki  pisania.  Ulepszenie  to  polegało  na 
znakomitem  uproszczeniu.  Na  miejsce  niezliczonych  znaków  dla  całych  sylab, 
które zawsze trudno było spamiętać i określić, jakiś genjusz uznał za dogodniejsze 
wprowadzenie  osobnych  znaków  dla  każdej  głoski.  Wówczas  zamiast  setek 
skomplikowanych  znaków  sylabowych,  zawsze  jeszcze  niewystarczających, 
choćby  ich  było  najwięcej,  wystarczyło  posiadanie  kilkudziesięciu  znaków 
prostszych i łatwych do spamiętania oraz do kreślenia. 

Rozłożono  materjał  językowy  w  piśmie  na  głoski,  czyli  na  najprostsze 

składniki. Po raz pierwszy oparto tu pismo na tej samej zasadzie, na której opiera 
się mowa głośna. Dokonano  analizy  słów do granic ostatecznych, i  dopiero  takie 
znakowanie  optyczne  godziło  się  najdokładniej  i  najprościej  ze  znakowaniem 
mowy  żywej.  Zamiast  uciążliwej  piktury,  posiłkującej  się  uproszczonemi 
rysunkami rzeczy, powstała "literatura", w której stało się już zbytecznem wszelkie 
odgadywanie  treści  rysunków,  bo  głoski  mowy  pisało  się  w  takiej  kolei,  jak  w 
głośnem mówieniu. 

Dopiero  też  takie  pismo  literowe  czyli  fonetyczne  zburzyło  wszystkie 

trudności i pchnęło rozwój duchowy na nowe tory. 

Lud,  w  którego  łonie  najpierwej  zawiązała  się  i  rozwinęła  literatura, 

mianowicie  Egipcjanie,  którzy  przetworzyli  swą  pikturę  (hieroglify)  w  pismo 
hieratyczne oraz demotyczne, zyskał odtąd niebywałą siłę i bezwzględną wyższość 
nad  innemi.  Naturalną  koleją  rzeczy  począł  też  górować  rozumem  i 
doświadczeniem  nad  ludami  tylko  mówiącemi.  Mógł  już  łatwo  wyzyskiwać  i 
wchłaniać w siebie wszystko, co było w jego sąsiedztwie drobniejesz duchem, więc 
słabsze. 

Warstwa  "oświecona",  dominująca,  wiedzą  w  tem  społeczeństwie,  mogła 

narzucać  swą  władzę  nie  tylko  własnemu  ludowi,  ale  także  szeroko  i  daleko 
innojęzycznym niepiśmiennym sąsiadom. 

background image

Rychło  doniosły  wynalazek  przejęły  niektóre  inne  ludy,  a  nawet  uprościły 

znakowanie i poczęły skutecznie rywalizować z Egiptem. 

 

Odkąd  żywe  słowo,  przyczepione  do  martwych  przedmiotów,  uzyskało 

trwałość,  odtąd  człowiek  piszący  zyskał  dla  swych  myśli  nieśmiertelność.  Żywi 
słuchają go oczyma. Martwy papier czy papirus przemawia tak dokładnie, jak żywe 
usta.  Lepiej  nawet,  bo  przemawia  zawsze  jednako  dokładnie  i  tyle  razy,  ilekroć 
zwrócą  się  doń  oczy,  żądne  poznania  jego  treści.  Więc  cóż  dziwnego,  że  odtąd 
rozwój  wiedzy  i  umiejętności  poczyna  się  toczyć  z  coraz  większą  prędkością. 
Wszak doświadczenie wybitnych jednostek nie marnuje się już z ich śmiercią lub z 
braku  dość  pojętnych  uczniów,  ale,  przeciwnie,  przenosi  się  do  licznych  głów, 
władnych  w  rozmaity  sposób  korzystać  z  owego  doświadczenia  i  pomnożone 
przekazać  następcom  oraz  następnym  pokoleniom.  Pismo  utrwaliło  tak  długie 
teksty,  których  już  żadna  pamięć  żywa  nie  mogłaby  bez  skażeń  i  szkodliwych 
przeinaczeń  ani  utrzymać  na  własny  użytek,  ani  przekazać  dalej.  Ono  także 
rozszerzyło  jeden  język  (literacki)  na  większe  obszary,  zaprowadziło  łączność 
między  wybitniejszymi  i  zdolniejszymi;  skupiło  podobnych  z  podobnymi  do 
wspólnej pracy we wspólnych celach i pozwoliło, jak nigdy jeszcze, rozwijać się u 
osobników  specjalnym  uzdolnieniom,  w  narodzie  specjalnym  grupom  oraz 
instytucjom. 

Więc cóż dziwnego, że gdy większość niepiśmienna narodu pozostaje prawie 

ciągle tem samem, czem była, pewna ilość kształcących swą wiedzę i zdolniejszych 
jednostek wysuwa się na czoło narodu i staje się jego mózgiem i władzą? Uczeni, 
złączeni pismem ze sobą i z poprzednikami, coraz głębiej wnikają w zagadnienia, 
których nawet istnienia nie podejrzewają łudzić "prości". 

Składane  doświadczenie  tych  wybitnych  dorzuca  wciąż  nowe  triumfy  do 

dawnych  i  coraz  jaśniej  pozwala  orjentować  się  w  porządku  świata,  do  którego 
poznawania  same  zmysły  nie  wystarczają.  Ciekawość  tego  porządku,  rosnąca  w 
miarę triumfów, uczyniła z mędrców i "uczonych" najcenniejsze narzędzie narodu. 
Oni jedni stali się oczyma, uszami, czuciem, sercem i sumieniem ludu. 

Oni jedni najdalej i najgłębiej widzą i rozumieją. Ponieważ zaś żaden umysł 

nie jest już w stanie dokładnie objąć całkowitej wiedzy, każdy zajmuje się jakąś jej 
cząstką, aby ją skuteczniej doskonalić. 

W  tych  warunkach  mogły  stać  się  najobszerniejsze nawet  traktaty  uczonych 

tem, czem dawniej była krótka i krucha formuła pamięciowa. 

Trwała forma tekstów z jednej strony zapewniała im potrzebną niezmienność, 

z  drugiej  strony,  przez  możność  spokojnego  wmyślania  się  w  ich  treść  i 
wprowadzania poprawek, pozwalała na ulepszenie tej cennej treści, czyli na rozwój 
wiedzy  w  szeregu  nowych  traktatów,  będących  właściwie  naturalnym  dalszym 
ciągiem  poprzednich.  W  ten  niezawodny  sposób  wiedza  mogła  się  pogłębiać  z 
biegiem pokoleń. 

Zjawiły się w świecie dziwne realności. Imię ich książki i bibljoteki. Głucho o 

nich w  systemach  filozoficznych, niema dla  nich  miejsca właściwego w ramkach 
klasyfikacji  realiów,  a  jeżeli  się  o  nich  wspomina,  to  lekko,  mimochodem  i  bez 

background image

należytego  zrozumienia  ich  roli  w  świecie,  ich  stosunku  do  Narodu  i  Cywilizacji 
oraz stosunku narodu oraz cywilizacji do pozostałych zjawisk przyrody. 

Mędrzec  nowożytny  stał  się  indywidualistą;  dumny  ze  swych  uzdolnień,  ze 

swego  mózgu,  wyśpiewał  na  cześć  swego  rozumu  i  mądrości  tysiące  hymnów 
pochwalnych,  a  upojony  dymem  kadzideł,  których  sobie  nie  szczędzi,  całkiem 
zapomniał o książkach i bibljotekach, o maczkiem upstrzonych foljałach i... sławi 
cały ród ludzki, jako ród jestestw mądrych i potężnych. 

A  jednak,  nie  mówiąc  już  o  całym  rodzie  ludzkim,  czy  szczyty  jego 

intelektualne,  bogate  wiedzą,  mądrością  i  potęgą  twórczą,  zostałyby  tem  samem, 
gdyby im jakaś powszechna katastrofa zniszczyła doszczętnie wszystkie bibljoteki, 
owe  dziwne  realności,  o  których  w  swych  hymnach  samochwalczych  zapomniał 
nie tylko prostak, ale nawet filozof? 

Gdy  wiemy,  co  ustna  tradycja  może,  a  czego  nie  może,  zbytecznem  byłoby 

silić  się  na  dowodzenie,  że  choćby  wszystko  inne  zostało,  najbliższe  pokolenia 
opadłyby  niemal  na  protohistoryczny  poziom  bytu.  Jak  dym  rozwiałoby  się  to 
wszystko, co syn epoki uważał poniekąd za przyrodzoną własność i władzę swojej 
duszy, za "dobro", którego "ani ogień, ani woda nie zabierze". Ze zniknięciem tych 
maczkiem  upstrzonych  zeszytów  synowie  "mądrych"  ojców  czerpaliby  tylko  z 
zapamiętanej  przez  ojców  wiedzy.  Ponieważ  zaś  byłaby  ona  zapamiętana 
niedokładnie i bardzo ułamkowo, przeto cały bezmiar dokładnej wiedzy, utrwalony 
w  "zapisanem",  zostałby  stracony  bezpowrotnie.  Żaden  chemik,  fizyk,  biolog, 
historyk,  prawodawca  nie  byłby  w  stanie  przekazać  całej  swej  wiedzy  innym,  a 
również żadnego wiedza osobista nie byłaby wiedzą pełną jego specjalności. Tak 
podana ich wiedza i znacznie gorzej pojęta przez uczniów ich, utraciłaby niezbędną 
precyzyjność, więc uleciałby z ziemi najcenniejszy dorobek tysiącoleci. Wszystko, 
co  stało  na  dokładności  licznych  pokoleń,  trzebaby  zaczynać  od  początku. 
Upłynęłyby liczne wieki wytężonej pracy pokoleń, zanimby się "człowiek" dorobił 
tylko  tego,  co  stracił  przez  zaprzepaszczenie  tych  niepozornych  przedmiotów. 
Powiadają nam filozofowie, że pojęcia poza człowiekiem nie mają żadnego bytu. 
Ściśle biorąc, jest to prawda, ale, ujmując rzecz praktycznie, tkwi w tem orzeczeniu 
niedokładność. Pojęcia nasze, jak i cała wiedza, utrzymując się na "mówionem", są 
jakąś  formą  w  nas,  a  przeto  i  w  świecie  i  mogą  być  poczytywane  za  realności. 
Skoro zaś one nie mogły powstać i nie mogą istnieć w nas bez "mówionego" i bez 
naszej pamięci, czyż więc te realności nie mają jeszcze poza człowiekiem żadnego 
bytu w innej i materjalnej formie? 

Mamy niejakie prawo wyrazić się, choćby w przenośni, że foljały i bibljoteki 

są drugą zewnętrzną i materjalną formą naszej wiedzy, umiejętności, płodów naszej 
fantazji twórczej, a może nawet uczuć i woli. 

Każda  forma  jest  bezustannem  stawaniem  się.  Rozumieją  to  wszyscy,  od 

Heraklita  do  Bergsona.  Więc  i  proces  psychiczny  w  osobniku  oraz  w  narodzie 
płynie  w  nas,  ale  płynie  równolegle  z  płynnym  elementem  "mówionego"  i 
"pisanego".  Oddzielnie  i  niezależnie  od  tego  ostatniego  czynnika  nie  może  się 
toczyć. 

W  tych  warunkach  sam  fakt,  że  z  chwilą  zatraty  literatury  nastąpiłoby 

przerwanie się procesu wiedzy i umiejętności, wskazuje, że zaszłoby tu rzeczywiste 

background image

zabójstwo  formy  procesu,  ciągnącego  się  w  sposób  analogiczny  z  trwaniem 
"żywego", i to przez ubytek czegoś, co stanowi niezbędny warunek dusz w żywych 
ciałach  ludzkich.  Jak z zabitego  organizmu  znika bezpowrotnie życie, i pozostają 
tylko  niższe  procesy  -  tak  ze  społeczeństwa,  w  którem  zniszczonoby  literaturę, 
znikłoby  to,  co  decyduje  o  jego  indywidualności,  twórczości  i  ciągłości.  Całość 
harmonijna uległaby głęboko sięgającemu rozstrojowi i przeobrażeniu się w formę 
znacznie prostszą. 

Pójdźmy zaś jeszcze o krok dalej w przypuszczeniu, któreśmy uczynili co do 

literatury,  i  wyobraźmy  sobie,  że  wraz  z  literaturą  naukową  niziny  narodu 
wymordowałyby  tylko  najwyższych  reprezentantów  wiedzy.  Wtedy  ubytek 
znikomo  drobnej  cząstki  głów  w  narodzie,  jakiegoś  tysiąca  lub  dwóch  tysięcy, 
wystarczyłby do zabicia wiedzy wyższej i mądrości, a więc i siły dotychczasowej 
całego  narodu.  Pozostałe  bowiem  mrowie  opadłoby  już  w  drugiem  pokoleniu  na 
całkiem  przedhistoryczny  poziom  bytu.  Naród  izolowany  i  w  ten  sposób 
okaleczony  śmiertelnie  rozpadłby  się  niechybnie  na  drobne,  ciemne  i  bezsilne 
całostki społeczne, żyjące prymitywnym bytem na gruzach materjalnych szczątków 
cywilizacji, szczątków tak niezrozumiałych dla wnuków, jakby to nie była puścizna 
po własnych dziadach, ale po jakichś całkiem obcych istotach. 

I choćby się z biegiem tysiącoleci znowu wytworzył w tem samem miejscu i z 

tych samych potomków naród mądry i potężny, nie byłby on już ani tem samem, co 
miniony,  ani  naturalnym  dalszym  ciągiem  jego.  Cały  proces  rozwoju  ducha, 
interpsychiki,  odbywając  się  na  nowo,  nie  potoczyłby  się  temi  samemi  drogami. 
Byłby całkiem inny, swoisty tylko dla nowego narodu; jego własny, oparty na innej 
mowie, na innych kojarzeniach wrażeń zmysłowych z symbolami językowemi, na 
innym przebiegu historycznym, rozwojowym. 

VI. MOWA CYFR I JEJ SKUTKI.

 

Teraz  dopiero  nadszedł  czas  na  uzupełnienie  wszystkich  naszych 

dotychczasowych rozważań, przez zwrócenie uwagi na jeszcze jeden czynnik, czy 
element  myślenia  ludzkiego,  którym  dotychczas  nie  zajmowaliśmy  się  wcale. 
Uczyniliśmy  to  rozmyślnie,  aby  rozważań  naszych  nad  doniosłością  mowy 
wyrazowej  w  ogólności  nie  zamącać  przedwcześnie,  więc  bezpotrzebnie  jeszcze 
jednym składnikiem tej mowy naszej, który nabrał wielkiej doniosłości dopiero w 
bardzo zaawansowanem stadjum rozwoju ducha ludzkiego, mądrości i sił naszych, 
skierowanych ku ujarzmianiu sił przyrody na pożytek rodu naszego. Ważnym tym 
czynnikiem jest pewne uzupełnienie mowy naszej czyli języka zupełnie specjalną i 
nową dla przedhistorycznej ludzkości mową cyfr, czyli językiem, mającym służyć 
do wysubtelnienia naszego narzędzia myślenia przez znaki czyli słowa, mające za 
przedmiot świat wielkości i mnogości, świat pojęć matematycznych, mający u swej 
podstawy sztukę rachowania wszelkich, jakichkolwiek jednostek, sztukę, która się 
niejako  ucieleśniła,  czy  uzmysłowiła  w  tym  dziale  naszych  władz  myślenia 
rozumnego,  który  nazywamy  arytmetyką.  Narzędzie  to  czyli  mowa  cyfr, 
rozwinąwszy się w arytmetykę, zabłysło dopiero w ostatnich czasach, jako osobny i 
przedziwny  świat  pojęć  bardzo  subtelnych  i  doniosłych  dla  panowania  nad 
przyrodą, mianowicie w świat pojęć matematycznych. 

background image

Mimo, że ludzkie potrzeby od bardzo dawna powołały do istnienia słowa do 

wyrażania  ilości,  słowa  w  potocznem  życiu  niezbędne,  i  stanowiące  podstawowy 
środek  zarówno  do  rachowania,  jak  do  stworzenia całej  matematyki, to  jednak  ta 
zdolność drzemała przez długie tysiącolecia, i rachowanie jednostek ograniczało się 
do  liczby  palców  u  jednej  raki,  lub  u  rąk  obu.  Czego  było  więcej  niż  5  lub  10, 
wyrażano  to  jednem  pojęciem  "dużo".  Nawet  do  dziś  wiele  ludów  i  wielu  ludzi, 
nawet w społeczeństwach rozwiniętych umysłowo, stoi jeszcze na tem stadjum. 

 

Jest  coś  imponującego  w  kontraście,  jaki  stanowi  prostota  znakowania 

matematycznego  w  stosunku  do  obszerności  i  głębi  pojęć  matematycznych. 
Dziesięć  znaków  dla  dziesięciu  najmniejszych  jednostek,  kilkanaście  znaków, 
określających  stosunki  między  niemi,  i  kilka  liter  alfabetu  -  oto  wszystko,  czem 
dziś posługujemy się w najbardziej skomplikowanych potrzebach w tej dziedzinie 
myśli. Nie dziw, że marzono o skonstruowaniu podobnie "doskonałego" języka dla 
wyrażania  wszystkich  pojęć  -  i  cuda  sobie po  nim  obiecywano.  Niestety, były  to 
mrzonki, oparte na pewnem złudzeniu. "Mowa" cyfr dlatego służy tak doskonale, 
że właściwie jest narzędziem pomocniczem języka słowno-obrazowego i opiera się 
na pewnej kategorji pojęć,, których podstawa tkwi w mowie słowno-obrazowej, a 
rozwinięta  na  tle  praktycznych  potrzeb,  może  operować  w  doskonałej  próżni 
własnemi abstrakcjami i w abstrakcji od wszystkiego, co jest czemkolwiek. Język 
matematyczny stworzył cały własny świat pojęć w tej próżni, ale to świat idealnych 
punktów,  linij,  płaszczyzn  i  figur.  To  świat  nierzeczywisty.  Jego  punkty  są  tak 
nieskończenie  małe,  że  są  już  tylko  abstrakcjami  od  pojęcia  wielkości,  i  takiemi 
muszą pozostawać, bo gdyby nabrały jakiejkolwiek wielkości, już przestałyby być 
punktami matematycznemi, stałyby się jakiemiś bryłami bez masy czyli idealnemi 
figurami. Jego figury są tylko idealne, zarówno jak bryły. 

Środek ten odsłonił nam nieskończoność przestrzeni i czasu, pomimo, że do 

poznawania  świata  realnego  sam  jeden  nic  niewart.  Nie  mając  bowiem  do 
czynienia  z  jakościami,  nie  może  nas  sam  jeden o rzeczywistości  informować, bo 
ona składa się z jakości, wyrażalnych tylko mową słowno-wyrazową. 

Skądże  więc  praktyczna  użyteczność  tego  narzędzia  myślenia,  zdolnego 

napełnić choćby nieskończoną próżnię, ale czemś, co musi zostać niczem, niczem 
więcej, jak tylko czystem pojęciem? 

Oto  stąd,  powtarzam,  że  wyrósł  on  tylko  jako  narządzie  pomocnicze  języka 

słowno-obrazowego. 

Dopiero,  gdy  pod  puste  symbole  arytmetyczne  i  algebraiczne  podstawimy 

słowa,  oznaczające  coś  z  rzeczywistości,  wówczas  czyste  pojęcia  matematyczne 
wiążą się ze światem realnym i przez język cyfr stają się narzędziem zdatnem do 
mówienia  o  tej  rzeczywistości.  Mało  powiedzieć  zdatnem!  Stają  się  wtedy 
wymarzonem  przedłużeniem  mowy  słownej,  tak  znakomitem,  że  poznawanie 
pewnej kategorji rzeczywistych stosunków w świecie (dla władających taką mową, 
czyli takiem narzędziem do myślenia o ilościach i - wielkościach przy opieraniu się 
na obserwacji własnej oraz doświadczeniu uprzednio zdobytem), staje się prostem 

background image

poznawaniem  stosunków  liczbowych,  choć  jest  zadaniem  realnem,  t.  j. 
poznawaniem stosunków rzeczywistych w świecie. 

Pod  "pewną  kategorją"  stosunków  rozumiem  stosunki  fizyczne  w  świecie, 

uchwytne  za  pomocą  kilku  pojęć  zasadniczych,  które  powstawały  na  gruncie 
matematyki, jak: przestrzeń, czas, masa, siła, mnogość t. p. 

 

Skąd się wziął ten język? Co go wywołało? 
Henryk  Poincare  sądzi,  że  "harmonijne  widowisko  nocy  gwiaździstej 

wystarczało,  aby  wywrzeć  wrażenie  prawidłowości",  i  sławi  z  tego  powodu 
Astronomję, jako naukę, która najlepiej przysposobiła naszą duszę do pojmowania 
przyrody. "Ona to nauczyła nas, że istnieją prawa natury"... 

"Wyobraźmy sobie, mówi on, w jakim stopniu zmalałaby ludzkość, gdyby nie 

poznała  nigdy  gwiazd,  żyjąc  np.  pod  niebem  ustawicznie  pokrytem  chmurami. 
Czyż w podobnym świecie zostalibyśmy tem, czem jesteśmy?... "Wiemy, czem był 
człowiek przed tysiącami lat, a czem jest dzisiaj. Samotny w otoczeniu przyrody, w 
której wszystko było dlań tajemnicą, przerażając się przy każdym nieoczekiwanym 
objawie sił niepojętych, mógł on w biegu wszechświata upatrywać kaprys jedynie. 
Przypisywał  on  wszelkie  zjawiska  działaniu  mnóstwa  drobnych  duchów, 
fantastycznych  i  wymagających,  i  aby  móc  działać  i  żyć  na  świecie,  starał  się 
zjednać ich sobie środkami, podobnemi do tych, których używa się dla uzyskania 
łaski  jakiegoś  ministra  lub  deputowanego.  Niepowodzenie  nawet  nie  oświecało 
go... Obecnie, nie staramy się już o łaski Przyrody, lecz rozkazujemy jej, albowiem 
odsłoniliśmy kilka jej tajemnic i codzień jeszcze odkrywamy nowe. Rozkazujemy 
jej  w  imię  praw,  których  ona  cofnąć  nie  może,  bo  są  to  jej  własne  prawa;  nie 
zwracamy się do niej z szalonem żądaniem, aby swe prawa zmieniła; przeciwnie, 
sami im się poddajemy. 

"Czyż  zmieniłyby  się  tak  prędko  umysły  nasze,  gdyby  nie  nauka,  idąca  od 

gwiazd?...  Harmonijne  widowisko  nocy  gwiaździstej  wystarczało,  aby  wywrzeć 
wrażenie  prawidłowości,  a  to  już  było  wiele.  Prawidła  te  poznali  stopniowo 
Hipparch,  Ptolomeusz,  Kopernik,  Kepler,  aż  wreszcie  Newton  sformułował 
najstarsze,  najdokładniejsze,  najprostsze  i  najogólniejsze  ze  wszystkich  praw 
przyrody. Wówczas, przykładem tym zachęceni, zaczęliśmy uważniej spoglądać na 
mały nasz świat ziemski, i tu również pod osłoną pozornego nieładu, odnaleźliśmy 
ową  harmonję,  z  którą  zapoznało  nas  badanie  nieba.  Świat  ten  nasz  również  jest 
prawidłowy...  tylko  prawa  jego  tak  zawiłe,  że  oko,  nieprzywykłe  do  innych 
widowisk,  dostrzegałoby  tu  jedynie  chaos  i  królowanie przypadku  lub  kaprysu!... 
Ileż  razy  i  fizycy, przy niepowodzeniach  zniechęciliby  się, gdyby ufności  ich nie 
podtrzymywał świetny przykład triumfu astronomji!... Niedość na tem. Astronomja 
nauczyła  nas,  że  nie  można  się  prawom  przyrody  sprzeciwiać,  ani  wchodzić  z 
niemi w układy; ileż czasu trzebaby na to, aby to zrozumieć? Nauczyła nas ona, że 
prawa  są  nieskończenie  dokładne,  a  jeżeli  te,  które  sami  formułujemy,  są 
przybliżone, to jedynie dlatego, że nie znamy ich dobrze"... "Lecz czyż te prawa nie 
są lokalne...., czy to, co jest prawdą w jednym zakątku świata... nie przestanie nią 
być, gdy się posuniemy nieco dalej?... Na to również odpowiada nam astronomja. 

background image

Spójrzmy  na  gwiazdy  podwójne;  wszystkie  mają  za  orbity  przecięcia  stożkowe... 
Teleskop nie dotarł jeszcze do granic dziedziny, posłusznej prawu Newtona"... 

 

"Newton  to  okazał,  że  prawo  jest  niczem,  jak  tylko  niezbędnym  związkiem 

między  stanem  świata  teraźniejszym  i  jego  stanem  bezpośrednio  późniejszym. 
Astronomja  dostarczyła  nam  po  temu  pierwszego  modelu,  a  gdyby  nie  to, 
błąkalibyśmy się zapewne bardzo długo jeszcze. Ona to najlepiej nauczyła nie ufać 
pozorom. Gdy Kopernik dowiódł, że to, co uważano za najbardziej stałe, znajduje 
się w ruchu, to zaś, co uważano za ruchome, jest w spoczynku... po tym triumfie 
niema  już  tak  zakorzenionego  przesądu,  abyśmy  nie  mogli  go  wykorzenić" 
"Astronomja  nauczyła  nas  również  nie  obawiać  się  wielkich  liczb,  a  to  było 
konieczne  nie  tylko  dla  poznania  nieba,  nie  było  zaś  tak  łatwe,  jak  się  zdaje 
dzisiaj... Co pomyślałby sobie Grek starożytny, gdyby mu powiedziano, że światło 
czerwone drga czterysta tryljonów razy na sekundę? "Wydałoby się mu to czystem 
szaleństwem i nie zniżyłby się nigdy do sprawdzenia... Dlaczego dziś jest inaczej? 
Oto  dlatego,  że  niebo  urosło  przed  naszemi  oczami.  Przywykli  do  rozważania 
nieskończenie  wielkiego,  nauczyliśmy  się  pojmować  nieskończenie  małe.  Dzięki 
temu to wychowaniu wyobraźnia nasza, niby oko orle, którego nie oślepia słońce, 
może spoglądać wprost w oblicze prawdy"... 

..."Jednem  słowem  nikt  nie  uwierzyłby,  jak  użyteczną  dla  ludzkości  była 

wiara  w  astrologję.  Jeżeli  Kepler  i  Tycho-Brahe  żyć  mogli,  to  dlatego,  że 
sprzedawali  naiwnym  królom  przepowiednie,  oparte  na  konjunkturach  gwiazd. 
Gdyby ci możni nie byli tak łatwowierni, wierzylibyśmy może jeszcze, że przyroda 
podlega kaprysowi"... 

Jest  dużo  słuszności  w  słowach  znakomitego  matematyka,  ale  mimo  to 

pozwolę  sobie  jego  trafne  uwagi  i  zachwyt  skierować  pod  innym  adresem.  Dość 
będzie w tym celu zadać sobie pytanie, czy "widowisko nocy gwiaździstej" mogło 
wywierać  wrażenie  prawidłowości  przed  powstaniem  pojęć  matematycznych,  a 
także:  czy  sama  ciekawość  nieba  mogła  wywołać  osobny  język  dla  osobnego 
świata  pojęć  (matematycznych),  których  jeszcze  nie  było,  albo  czy  mogła 
wytworzyć cały świat pojęć, dla których nie było jeszcze języka? 

Co  do  pierwszego  -  nigdy.  Co  zaś  do  drugiego,  to  w  zasadzie  byłoby  to 

możliwe,  ale  pod  warunkiem,  że  ludzie  nie  mieliby  pierwej  pilniejszych  potrzeb 
rachowania jednostek i posługiwania się w tym celu cyframi. Otóż jest to mniej, niż 
prawdopodobne. 

Przecież wszystkie ludy i wszyscy ludzie mieli nad sobą po wszystkie czasy to 

samo  iskrzące  się  gwiazdami  sklepienie  niebieskie,  to  samo  słońce,  codzień 
wschodzące  i  zachodzące,  ten  sam  księżyc  z  jego  perjodycznemi  lunacjami,  a 
jednak  przez  cale  dziesiątki  tysięcy  lat  nie  dało  im  ono  szerszych  pojęć 
matematycznych,  choćby  w  zakresie  tabliczki  Pitagorasa.  Stało  się  nawet 
odwrotnie.  Zamiast  odsłonić  prawa  Natury,  zamiast  ukazać  prawidłowość,  widok 
Nieba,  wytwarzał  przecież  przez  długie  czasy  samą  tylko  mitologję  Nieba,  czyli 
rządy  dowolności, albo  jakiejś  woli  podobnej  do  ludzkiej, którą może  kaprys  lub 
prośba odmienić. Widok nieba, podobnie jak inne uderzające a tajemnicze zjawiska 

background image

przyrody,  rozwijał  długo  tylko  pojęcia  religijne,  biegunowo  przeciwne  pojęciom 
matematycznego ładu i przyczynowości. 

Więc znakomity matematyk popadł w przesadę. Harmonijne widowisko nocy 

gwiaździstej  nie  wystarczało  do  tego,  aby  wywrzeć  wrażenie  harmonji  i  ładu. 
Pojęcia matematyczne nie pogłębiły się "tak prędko" jak on mniema, pogłębiły się 
zaś nie przez obserwacje nieba, tem mniej zaś pod wpływem astronomji. 

Jakżeby  to  być  mogło,  aby  astronomja,  choćby  najelementarniejsza, 

poprzedzać  miała  choćby  cokolwiek  zaawansowaną  zdolność  rachowania. 
"Wychodziłoby to na to samo, jakby kto chciał utrzymywać, że umiejętność pisania 
mogła poprzedzić nauczenie się abecadła. Nie! 

Do  zainteresowania  się  gwiaździstem  niebem  w  sposób  odmienny  od 

dawnego,  a  mianowicie  w  sposób,  narzucony  przez  podstawowe  pojęcia 
arytmetyczne  i  prowadzący  do  niezmiernie  płodnego  w  następstwa  rozpoznania 
prawidłowości  w  świecie,  potrzeba  było  czegoś  innego.  Potrzeba  było  pospolitej, 
życiowej konieczności przeliczania większej ilości przedmiotów nad 10, 12 lub 20. 
Potrzeba  było  wytworzyć  sobie  przedewszystkiem  najprostszą  arytmetykę. 
Potrzeba było praktycznej konieczności dodawania wielu jednostek i odejmowania, 
następnie  dopiero  spostrzeżenia,  że  można  przy  pomocy  osobnych  znaków  dla 
małych ilości - względnie łatwo mnożyć owe małe ilości i dzielić dowolnie wielkie. 
Że  zaś  nawet  takie  najprostsze  czynności  arytmetyczne  były  trudne,  trzeba  było 
długiego  czasu  na  to,  aby  bystrzejsze  umysły  wpadły  na  geometryczne  sposoby, 
ułatwiające takie zadania. I oto zwolna, dopiero pod parciem coraz natarczywszych 
potrzeb  praktycznych,  powstały  u  różnych  ludów  systemy  rachowania,  oparte  na 
uwielokrotnianiu  pewnej  małej  ilości  jednostek,  np.  5,  6,  10,  12  lub  20,  czyli  na 
koncepcji złożonych jednostek i na operowaniu niemi w ten sposób, jakgdyby były 
prostemi. To było jajko Kolumba, zadanie proste, ale dopiero post factum proste. 
To było wyłamanie wrót, prowadzących do całego świata pojęć matematycznych, 
rozwiązanie idealnego zadania, które jednak musiało dojrzewać przez wieki. 

Dopiero  teraz  można  było  ruszyć  z  miejsca.  I  ruszono.  Dawna  zbyteczność 

dokładniejszego  zdawania  sobie  sprawy  z  ilości  większych  ustąpiła  miejsca 
potrzebie  operowania  dowolnie  wielkiemi  ilościami,  ale  zawsze  jeszcze  rzeczy 
konkretnych  i  zmusiła  do  posiłkowania  się  przy  rachunkach  jakiemiś  środkami 
pomocniczemi. 

Operować  liczbami  niemianowanemi,  czyli  czystemi  abstrakcjami 

matematycznemi,  jeszcze  nie  umiano.  Nawet  Egipcjanie  i  Babilończycy  długo 
jeszcze  używali  do  wszelkich  większych  operacyj  rachunkowych  kamyków, 
układanych rzędami, a również i potem nie tylko u Greków i Rzymian, ale jeszcze 
w wiekach średnich w życiu codziennem posługiwano się rachunkiem na palcach. 
Właściwa  bowiem  matematyka,  czysta,  oderwana  od  konkretów,  powtarzam,  nie 
mogła  rozwinąć  się  bez  pisma,  i  to  dogodniejszego,  niż  obrazowe.  Nawet,  gdy 
zaczęto tu i ówdzie posługiwać się pismem, początkowo niepraktyczność znaków 
dla liczb była tak dokuczliwa, że najprostsze działania arytmetyczne były i trudne, i 
niezmiernie powolne. Nie tylko w piśmie hieroglificznem, gdzie znakiem piątki był 
gołąb,  siódemki  kogut,  dziesiątki  podkowa,  i  t.  d.,  ale  nawet  w  piśmie 
hieratycznem,  klinowem,  chińskiem,  w  hebrajszczyźnie,  niezmiernie  było  trudno 

background image

operować  znakami,  ustanowionemi  dla  liczb.  Że  jednak  trzeba  było,  więc 
ułatwianie sposobów rachowania nawet w tych samych społeczeństwach potoczyło 
się  dwoma  łożyskami.  Potrzeby  życia  codziennego  robiły  swoje,  wyższe  zaś 
potrzeby szczupłej kasty najoświeceńszej - swoje, i tak obie strony, w dużej mierze 
niezależnie od  siebie,  każda  na  swój  sposób,  pokonywały  ciężkie  trudności. Dziś 
szczery  podziw  budzą  wspaniałe  nieraz  wyniki  operacyj,  prowadzonych  tak 
niedogodnemi środkami, że dzisiejszy rachmistrz uznałby je wprost za niemożliwe 
do przeprowadzenia. 

Nie astrologów  tedy  i  magów  "potrzeby"  wywołały pierwsze  stadja rozwoju 

pojęć  matematycznych,  niezbędne  do  dostrzeżenia  na  sklepieniu  niebieskiem 
prawidłowości. Przyczyniły się do tego przedewszystkiem potrzeby rzemieślników 
i  kupców,  później  zaś  dopiero  bankierów,  poborców  podatków  i  wogóle  tych, 
którzy  mieli  konkretne,  choć  prozaiczne,  rzeczy  do  obliczania.  Ta  kategorja,  o 
wiele  liczniejsza  od  astrologów,  pracowała  wcześniej  i  niemniej  gorliwie  nad 
ułatwieniem  ciężkich  obliczań  ilości,  długości,  szerokości,  pojemności,  zysków  i 
strat, procentów, długów i cen. Przecież to ci fachowcy, łamiąc się z trudnościami 
działań  arytmetycznych  i  dążąc  do  pożądanych  uproszczeń,  do  ekonomji  pracy  i 
czasu,  zawsze  drogiego  u  kupców,  skonstruowali  już  w  historycznych  czasach 
abacus,  a  u  Chińczyków  suanpan,  przerobiony  później  w  "szczoty"  rosyjskie.  Ci 
ulepszyli potem system linijny znakowania, a w starożytnym Rzymie wprowadzili 
rubryki pozycyjne, które w dalszej znowu praktyce ustąpiły liczbom pozycyjnym, 
pisanym już bez żadnych rubryk, co stało się wielkiem udogodnieniem wszelkich 
rachunków. 

Nawet i pierwsze pojęcia i czynności, które nazywamy astronomicznemi, nie 

mają  właściwie  nic  wspólnego  z  astronomją,  jako  nauką  fizyczną  o  ciałach 
niebieskich. 

Wprawdzie  rachunek  czasu,  miesięcy  i  lat,  różne  systemy  kalendarzowe 

powstały  przez  obserwację  miejsca  wschodów  i  zachodów  słońca  i  faz  księżyca 
(miesiąca),  ale  wywołały  je  potrzeby  praktyczne  i  proste  obserwacje  empiryków. 
Nazywać  je  zastosowaniem  wiedzy  astronomicznej,  nie  zaś  praktycznej 
astrognozji,  stosowanej  do  potrzeb  życia  potocznego,  byłoby  tem  samem,  co 
zaliczać wynalazek łuku albo otrzymywanie ognia przez tarcie do zdobyczy wiedzy 
fizycznej, gdy to była czysta empirja. 

Jednak  i  tu,  i  tam  mozolenie  się  w  celu  uściślania  obserwacyj  dawało  w 

szczupłych kołach "wtajemniczonych" coraz lepsze wyniki. 

Dopiero,  gdy  pod  ręką  praktyków  język  arytmetyki  rozszerzył  się 

automatycznie  i  niespodzianie  w  nieskończoną  ilość  słów-liczb,  -  poczęli 
myśliciele  zastanawiać  się  nad  bezprzykładnemi  właściwościami  liczb  i  na  swój 
sposób rozwijać ten dziwny świat pojęć. Ale zaczęło się to bardzo późno. 

Zaczęto  uprawiać  podnoszenie  do  potęgi,  wyciąganie  pierwiastków, 

rozwiązywanie  równań  algebraicznych,  ale  oparte  jeszcze  nie  na  znakach 
algebraicznych,  lecz  na  idealnych  konstrukcjach  geometrycznych,  w  czem  Grecy 
prym  trzymali,  zaczęto  wynajdywać  wielkości  nieznane  za  pomocą  równań 
(algebraicznych), co znowu nauka zawdzięcza Arabom, i t. d. I dopiero wówczas 
niebo  mogło  stać  się  niewyczerpanym  przedmiotem  myślenia  matematycznego, 

background image

dopiero  wówczas  można  było  dostrzec  w  zjawiskach  niebieskich  matematyczną 
prawidłowość. Jednak dopiero Hindusom, choć najniżej stali w astronomji, udał się 
znaczny  krok  naprzód  w  znakowaniu,  a  ich  system,  przejęty  i  ulepszony  przez 
Arabów,  pozwalając  na  szybsze  doskonalenie  artmetyki,  rychło  wywołał  już 
powstanie  całej  matematyki.  System  ten  polega  na  nadaniu  każdemu  znakowi  z 
liczby  dziesięciu  zmiennej  wartości  pozycyjnej,  zależnej  od  stanowiska  jego  w 
szeregu  znaków.  Jedynka  otrzymała  tu  na  drugiem  miejscu  (licząc  wstecz) 
znaczenie  dziesięciu  jednostek,  na  trzeciem  miejscu  znaczenie  stu,  na  czwartem 
znaczenie tysiąca i  t. d. Gdy  dawniej  trzeba było nielada bystrości  umysłowej do 
wyciągnięcia  np.  pierwiastków  kwadratowych  z  liczb,  dziś  i  przy  tym  systemie 
wykonywa to z łatwością chłopiec dziesięcioletni. 

Wogóle  trzeba  powiedzieć,  że  dopiero  zarzucenie  bardzo  niedogodnych 

sposobów pisania cyfr pozwoliło rozwinąć wyższą arytmetykę i geometrję, a wślad 
za  tem  nauki  fizyczne  w  prawdziwem  tego  słowa  znaczeniu  oraz  wyższą 
matematyką. 

Bezprzykładny  w  nauce  świat  pojęć  czysto  matematycznych,  mający  za 

przedmiot  same  tylko  mnogości,  wielkości  i  figury  matematyczne,  oparty  na 
specjalnej  własnej  symbolice,  okazał  się  przy  współdziałaniu  obserwacji 
wymarzonem narzędziem do poznania stosunków ilościowych i przestrzennych  w 
świecie  realnym.  A  co  to  ma  za  znaczenie  dla  wiedzy,  ocenimy,  gdy  się 
zorjentujemy,  że  cała  nauka  o  świecie  jest  niczem  więcej,  jak  odsłanianiem 
możliwie  najwierniejszem  tylko  stosunków  między  rzeczami  i  ujmowaniem  tych 
stosunków  w  prawa,  czyli  jest  dostrzeganiem  w  świecie  stałego  porządku, 
prawidłowości. 

Rachunki  wyższe,  które  pozwalały  odkrywać  porządek  matematyczny, 

panujący  w  świecie  form  nieożywionych,  a  nawet  częściowo  i  w  świecie  form 
bardziej  skomplikowanych,  są  bardzo  późnym  dorobkiem  umysłów  wyjątkowo 
bystrych.  Dopiero  po  wielkiem  wydoskonaleniu  narzędzia  i  pomnożeniu  pojęć 
matematycznych  można było dostrzec ową  prawidłowość w  świecie fizycznym, i 
przez to jedynie, że operacje matematyczne, pod warunkiem, że nie popełniono w 
nich prostej omyłki, odznaczają się niezachwianą pewnością, czyli, że dają do ręki 
niezawodną  miarę  i  sprawdziany.  Z  tego  to  tylko  powodu  jedna  z  nauk 
doświadczalnych, fizyka, oparta na tak idealnem narzędziu, stała się najściślejszą z 
nauk.  Niewolno  jednak  zapominać,  dlaczego  jest  taką.  Oto  dlatego,  że  poznaje 
najprostsze  stosunki  świata,  które,  rzecz  bardzo  osobliwa,  nie  tylko  dają  się 
najlepiej  wyrażać  w  formułach  matematycznych,  ale  istotnie  są  jakgdyby 
wcieleniem  matematycznej  prawidłowości.  Wszystkie  inne  stosunki,  będące 
przedmiotem  innych  nauk  o  realjach  przyrody,  wymykają  się  z  pod  metod 
fizycznych badania, ale nie dlatego, aby nie były podległe również prawidłowości 
matematycznej,  lecz  jedynie,  że  stanowią  osobne  mikrokosmosy,  niezmiernie 
zawile  i  niedostępne  dla  dostrzegań  środkami  matematycznemi.  Tu  należy  cała 
biologja,  w  której  każdy  oddzielny  organizm  jest  taką  rozmaitością,  jak  cały 
kosmos, ujmowany od strony fizycznej. Gdy jednak fizyka kosmosu zupełnie jest 
dostępna dla obserwacji zmysłowej, owe mikrokosmosy z powodu drobności swej 
przy  wielkiem  skomplikowaniu,  -  wymykają  się  z  pod  metod  fizycznych 

background image

obserwacji. Dlatego nie dają się ujmować w języku matematycznym, nie dają się 
sprowadzać do formuł matematycznych i główny ciężar spada znowu już tylko na 
mowę  wyrazową,  pomimo  że  i  ona  ugina  się  pod  brzemieniem  zadań  nadto 
subtelnych. Ale niema już na to rady. 

Dlaczego tak jest? 
Bo  jest  narzędziem  zbyt  prostem  i  zbyt  trudnem  do  zastosowania  wobec 

skomplikowanej  budowy  oraz  funkcji  "mechanizmów"  żywych.  Język 
matematyczny  odsłania  nam  podwójną  nieskończoność  całego  kosmosu 
nieożywionego, ale staje bezradny wobec drobnej komórki i wobec każdego ustroju 
żywego.  Każdy  bowiem  taki  ustrój  musielibyśmy  badać  osobno  i  wiekami,  jako 
oddzielne  zadanie,  i,  pomijając  już  niedostępność  dla  obserwacji  zmysłowej, 
jeszczebyśmy  się  prawdopodobnie  w  jego  "fizyce"  nie  zdołali  użytecznie 
zorjentować. 

Dopiero  jeszcze  wyżej,  w  świecie  ludzkiej  twórczości  materjalnej  (a 

mianowicie  w  świecie  pomysłów),  odzyskuje  ona  wartość  w  nowym  kierunku. 
(Staje  się  niezbędnem  narzędziem  pomocniczem  ludzkiej  twórczości  realnej.) 
Ułatwiwszy  bowiem  rozpoznawanie  się  w  czystych  stosunkach  przestrzennych, 
ilościowych, bez zajmowania się jakościami, daje nam ogromną władzę nad siłami 
zwłaszcza  martwej  przyrody,  pozwala  nam  bowiem  skutecznie  przeciwstawiać 
jedne siły drugim siłom drobnym tylko nakładem własnych ludzkich sił cielesnych, 
mięśniowych.  Pozwala  zmuszać  przyrodę  jej  własnemi  siłami  do  działań, 
przewidzianych i wyznaczonych przez naszą wiedzę, wole. i rozum. 

I  tylko  dlatego  zgodzę  się  z  twierdzeniem  Poincare'go,  że  astronomja 

przyczyniła się najbardziej do ujęcia porządku świata w ramy praw natury. 

Na  pytanie  jednak,  dlaczego  tak  było,  odpowiedź  będzie  nieco  inna,  niż  u 

naszego  matematyka.  Oto  sklepienie  niebieskie  było  ze  wszystkich  przedmiotów, 
podpadających pod zmysły i zwracających uwagę ludzką, najłatwiejszem polem do 
stawiania sobie doskonale wykonalnych zadań naukowych matematycznych, więc 
najłatwiejszą szkołą dla umysłów logicznych i analitycznych, już władnych myśleć 
kategorjami  matematycznemi.  Sklepienie  gwiaździste,  obracające  się  ciągle  a 
cyklicznie  dokoła  ziemi,  było  jakby  wymarzoną  tablicą,  zapisaną  niezliczonemi 
zadaniami  matematycznemi.  Codzienne  zachodzenie  i  wschodzenie  jednostek  i 
mnogości,  wypisanych  na  tej  tablicy,  zawsze  w  tem  samem  ugrupowaniu  i  w 
niezachwianej  stałości  i  coroczne  powracanie  gwiazd  i  słońca  do  tych  samych 
punktów widnokręgu nie mąciło ciągłości obserwacji owych jednostek i mnogości, 
zaś drobne wyjątki "gwiazd błędnych" (planet), gwiazd "spadających" (meteorów) i 
komet pobudzały do stawiania sobie coraz trudniejszych zadań matematycznych w 
miarę  rozwiązywania  poprzednich.  Jednak  nie  widok  "symetrji  i  ładu  na  niebie" 
zmusił  do  myślenia  abstrakcjami  matematycznemi,  ale  odwrotnie,  dopiero 
myślenie  temi  abstrakcjami  czyli  gotowem  narzędziem  odsłoniło  przedtem 
niedostrzegalny  ład,  panujący  na  niebie.  Różnica  to  ogromna,  albowiem  dopiero 
wówczas  świat  globów  niebieskich  okazał  się  jakby  wcieleniem  praw 
matematycznych. Okazało  się  np.,  że  planety  toczą się po  linjach  eliptycznych,  a 
choć w rzeczywistości toczą się one wcale nie po elipsach, ale po linjach krzywych 
niesłychanie  zawiłych,  tak  zawiłych,  że  nikt  nigdy  nie  zdoła  wiernie  ich 

background image

obrachować  i  odtworzyć,  nie  narusza  to  w  niczem  prawdziwości  twierdzenia,  że 
toczą się po elipsach, albowiem to tylko wpływy innych mas niebieskich perturbują 
ich drogi w sposób, dający się ściśle wyznaczyć, tylko nie dający się z dostateczną 
ścisłością  wyśledzić,  ponieważ  ruch  każdego  ciała  na  niebie  jest  uzależniony  od 
ruchu i wielkości, a także odległości wszystkich innych ciał niebieskich. 

Astronomję słusznie uważają za mistrzynię i przodowniczkę wszystkich nauk 

fizycznych,  ale,  prawdę  powiedziawszy,  niesłusznie  dostaje  się  astronomom 
największy  podziw  dla  ich  przenikliwości.  Tak  dziś,  jak  w  głębokiej  przeszłości, 
jest dużo odkryć niepozornych, na których dokonanie musiało się złożyć znacznie 
więcej  warunków  dzielności  umysłowej,  niżeli  w  dziedzinie  astronomji.  Nie 
zapominajmy bowiem, że w matematyce system liczb, rytmiczność w znakowaniu, 
kwadratowość,  kubiczność  i  potęgi  działają  za  nas  napoły  mechanicznie  przy 
odpowiedniej wyobraźni  i pamięci  wielkiej. Głośny  triumf  Leverriera, polegający 
na  przepowiedzeniu  istnienia  nieodkrytego  jeszcze  Neptuna,  wynikły  z 
obrachowania  wpływów  Saturna  i  Jowisza  na  drogę  Urana,  choć  stokroć 
efektowniejszy  od  odkrycia  np.  przez  Priestleya  tlenu  i  od  stwierdzenia  przez 
Lavoisiera, że właśnie tlen bierze udział najważniejszy w procesie palenia, zdaje mi 
się  być,  jako  dzieło  przenikliwości,  tyleż  wart,  co  tysiące  wcale  nie  głośnych 
odkryć we wszystkich dziedzinach nauki. 

Sprowadziwszy  "zasługę"  astronomji  do  ram  właściwych,  przyznam  na 

zakończenie,  że  matematyka,  do  której  rozwoju  najbardziej  przyczyniła  się 
astronomja,  ma  tę  wielką  wartość,  że  uczy  najlepiej  szukać  analogij  głębokich,  a 
prawdziwych  i  użytecznych,  których  oczy  nie  widzą,  a  tylko  rozum  może 
odgadywać. 

To też szczuplutki język cyfr, mogący jednak rozciągać się w nieskończoność, 

trzeba uznać po piśmie fonetycznem za drugie potężne narzędzie, utrzymujące cały 
ciężar  struktur  intelektualnych,  składających  się  na  wiedzę  wciąż  wyżej  i  coraz 
pośpieszniej wystrzelającą z najdzielniejszych głów mrowia ludzkiego. 

I,  rzecz  osobliwa,  rozkwit  pojęć,  możliwych  tylko  na  tle  tego  zwięzłego 

języka, dokonał się dopiero w kilku ostatnich stuleciach dzięki kilkunastu zaledwie 
umysłom,  wyjątkowo  tęgim  w  matematyce.  I  on  to  w  następstwie  wywołał 
niebywały rozwój wszystkich nauk fizycznych wprost niemożliwy do pomyślenia, 
bez tego języka i tych pojęć, jakie wytworzył. 

VII.

 

To  też,  jak  ze  skromnej  komórki  powstaje  z  czasem  coraz  bujniej 

rozgałęziające  się  drzewo,  tak  z  wątłych  pierwocin  myśli  ludzkiej,  a  właściwie 
myśli społecznej rozrasta się coraz bogatsze w gałęzie drzewo nauk i umiejętności. 
Oba drzewa różnią się tylko figurą. Idealne drzewo wiedzy nie ma ani potężnych 
korzeni,  ani  pnia,  grubego  od  samej  ziemi,  ani  też  korony,  podobnej  do  drzew 
prawdziwych.  To  będzie  postać,  wyrastająca  z  nikłego  korzonka  i  niezmiernie 
cienkiej i długiej łodyżki. Łodyga, wciąż cienka, lekko grubieje ku górze i dopiero 
na wielkiej odległości od ziemi rozgałęzia się na kilka odnóg, równie wątłych, jak 
pierwotny pień. Z tych cienkich gałązek rozchodzą się grubsze i z kolei rozwidlają 
się  w  nieliczne,  ale  coraz  grubsze.  Lecz  tu  kończą  się  czasy  przedhistoryczne 

background image

naszego  drzewa,  z  powstaniem  bowiem  pisma  literowego,  fonetycznego  szczyt 
jego nabiera nagle dążności do nieustannego rozszerzania się.  Staje się on płaską 
zieloną piramidą, ale obróconą ostrym wierzchołkiem ku ziemi. Ku górze kwitnie 
już  płaszczyzna  coraz  szersza,  wiedza  bowiem  ludowa,  pchnięta  z  martwego 
punktu,  rozrosła  się  w  coraz  liczniejsze  Nauki,  na  podobieństwo  kuli  śnieżnej, 
toczonej po miękkim śniegu. Jedno stulecie daje tu więcej, niż dawne tysiącolecia, 
podobnie,  jak  za  naszych  czasów  w  krajach  najwyższej  cywilizacji  jedno 
dziesięciolecie daje więcej, niż ubiegły wiek cały. 

Oto kształt idealnego drzewa Wiedzy sfery najwyższej, ale najmniej licznej w 

narodzie.  Nie  znaczy  to  wcale,  aby  w  narodzie  panowała  jedna  tylko  jego  bujna 
płaszczyzna. Ono całe trwa jeszcze żywe, tylko w różnych sferach. 

Więc cieszmy się i poddawajmy je troskliwym badaniom, póki czas. 
Wprawdzie  dla  praktycznych.  celów  życia  jest  prawie  obojętną  kwestja 

zawiłych  dróg,  po  których  duch  ludzki  wspinał  się  mozolnie  na  wyżyny,  bo  dla 
dalszego wspinania się wystarczyłoby rozporządzanie wiedzą ostatnią. 

Jednak  duch  nie  zadawalnia  się  samemi  praktycznemi  celami.  On  rad 

wiedzieć, nie tylko co jest, ale co było i jak było. Rad zwraca się ku przeszłości i 
usiłuje  poznać  wszystkie  etapy  rozwoju  zarówno  świata  całego  jak  też  rozwoju 
własnego.  Dlatego  też  kwitną  nauki  historyczne,  i  nie  tylko  kwitną,  ale  są 
niezmiernie użyteczne. 

Nie inaczej postępują i nauki przyrodnicze, które w części swej biologicznej 

należą w połowie również do nauk historycznych. 

Przecież  cały  świat  organizmów  żywych  -  istniejących  bez  interwencji 

ludzkiej, to świat długiej przeszłości, dochowany do teraźniejszości. Cała Historja 
Naturalna  -  to  jest  naprawdę  historja  mijającego  stanu  rzeczy.  Gdyby  rośliny  i 
zwierzęta,  żyjące  jeszcze  w  stanie  natury,  zostały  wytępione  wcześniej,  nim  je 
poznać  mogli,  zbadać  i  opisać  zoologowie  i  botanicy,  nauka  byłaby  skazana 
bezwzględnie  na  posiadanie  pojęcia  bardzo  tylko  niedokładnego  o  tych  formach, 
pojęcia, opartego na skąpych danych paleontologicznych oraz na wieści ludowej o 
tych  formach,  niejasnej,  półbajecznej  i  zabarwionej  bujną  wyobraźnią  pokoleń. 
Wówczas nawet paleontologja nie byłaby wcale tem, czem jest dla nas, mogących 
jeszcze  porównywać  dawne  resztki,  wydobywane  z  ziemi,  z  dziś  żyjącemi 
formami. 

Zoologja i botanika nie wspierałyby paleontologji, nie umielibyśmy też sobie 

nawet  wyobrazić  na mocy  bezładnie  i  niedokładnie  dochowanych  ich  odcisków  i 
szkieletów,  jak  wyglądały  w  życiu  owe  minione  postaci.  Zakryte  byłyby  przed 
nami owe liczne, kręte, a tak pouczające drogi rozwoju, które na jednej ze swych 
licznych  gałązek  zostały  uwieńczone  niespodzianie  i  tajemniczo  pojawieniem  się 
człowieka z jego twórczym duchem. 

Więc  tak  samo  bylibyśmy  już  dziś  skazani  na  same  domysły  o  dawno 

minionych  formach,  przez  które  przechodziła  wiedza  ludzka  w  swym  rozwoju, 
gdyby nie owe żywe przeżytki minionej wiedzy, dochowane u ludów, pogrążonych 
w  stagnacji  duchowej,  jak  również  w  łonie  społeczeństw  najwyżej  rozwiniętych, 
wśród ludności niekształconej i stojącej na różnych poziomach wiedzy przeszłej. 

background image

O  duchowej  stronie  ludów  przedhistorycznych,  z  której  wywinął  się  zwolna 

cały  nasz  najdoskonalszy  świat  duchowy  -  nie  wiedzielibyśmy  prawie  nic, 
albowiem domysły swe musielibyśmy opierać wyłącznie na zbyt mało mówiących 
materjalnych  świadectwach  przedhistorycznych,  dobywanych  przez  archeologję  z 
odwiecznych grobów i skąpych ruin dawnych siedzib ludzkich. 

Cieszmy się - i korzystajmy, bo, powtarzam, niedaleki jest już czas, gdy i ta 

resztka  żywej  wiedzy  wieków  dawnych,  a  nawet  dawnych  tysiącoleci,  która  się 
dochowała wśród  "prostego"  ludu, zniknie,  zgłuszona i  zatopiona  falą szerzących 
się i piętrzących najwyżej rozwiniętych form wiedzy. 

Szybko  zmieniające  się  warunki  bytu  i  coraz  łatwiejsza  propaganda 

spółczesnej  wiedzy  (oświata)  wypędzają  one  prastare,  zacofane  i  słabsze  formy 
świata  duchowego  z  najzaciszniejszych  zakątków,  w  których  dotrwały  w  mniej 
więcej  nieskażonej  postaci  w  tradycji  warstw  narodu,  zostających  w  najsłabszem 
zetknięciu  z  rozwiniętą  wiedzą  tej  garści,  która  ją  pielęgnuje  i  posuwa  naprzód. 
Resztki te giną w naszych oczach tem samem nieubłaganem prawem, jakiem socha 
ustępuje  przed  pługiem,  ciągnionym  przez  woły,  a  pług  zwykły  ustępuje  przed 
pługiem  parowym,  jakiem  miejsce  żubrów,  bawołów  i  antylop  zajmuje  rasowe 
bydło  domowe,  miejsce  zaś  odwiecznych  kobierców  tysiącznych  ziół, 
dochowanych  w  puszczach  dziewiczych,  zajmują  monotonne  plantacje  kawy, 
bawełny i roślin najużyteczniejszych. 

Należy  owe  resztki  niknące  utrwalić  w  pamięci,  klasyfikować,  badać  i 

porównywać, bo one mogą nam odsłonić zawiłą i splątaną historję rozwoju ducha 
ludzkiego i cywilizacji w ich najdawniejszych fazach. 

 

Niewolno  nam  pominąć  jeszcze  jednego  środka,  który  stanął  mowie  do 

pomocy  dopiero  w  mocno  zaawansowanem  stadjum  rozwoju  umysłowego.  Jest 
nim  rysunek.  Przyczynia  się  on  potężnie  do  szerzenia  i  rozwijania  wiedzy  i 
wszelkich  umiejętności,  służy  bowiem  do  ekonomicznego  komunikowania  takich 
wyobrażeń,  do  których  wywołania  trzebaby  bardzo  obszernych  omówień,  albo 
nawet  byłoby  ono  wręcz  niemożliwe.  Dając  przed  oczy  obrazy  schematyczne, 
niejako  symbole,  albo  odwrotnie,  bardzo  dokładne  rysunki  tych  rzeczy,  których 
piszący  nie  może  czytelnikowi  ukazać  w  naturze,  ułatwia  wszelką  naukę  o 
konkretach.  Najstaranniejsze  omówienie  nie  dałoby  takiego  wyobrażenia,  jakie 
narzuca  łatwo  i  niemal  odrazu  rysunek.  I  dopiero  dokoła  takiego  obrazu 
schematycznego  mogą być użyteczne słowne uzupełnienia szczegółów, o których 
obraz rzeczy jeszcze nie daje pojęcia (np. mapy geograficzne i t. p.). W szerszem 
zastosowaniu  rysunku  mamy  w  nim  środek  do  komunikowania  nawet  abstrakcji 
oraz pojęć o stosunkach, nie dających się niby przedstawić w rysunku. Tu należą 
wszelkie  figury  i  tablice,  wyobrażające  za  pomocą  linij  krzywych  i  łamanych, 
wniesionych na siatkę skali, wzmaganie się zjawisk lub ich słabnięcie. Wszystko to 
przemawia  do  wyobraźni  stokroć  łatwiej,  niżeli  długie  omówienia,  i  dlatego 
stanowi  ważne  uzupełnienie  środków  nie  tylko  porozumiewania  się,  ale  także 
poznawania. 

background image

Rozwój mechaniki i wogóle techniki, na który patrzymy, i ta skomplikowana 

twórczość, która cechuje nasze czasy, byłyby  wręcz niemożliwe  bez  tego  środka, 
niby  najprymitywniejszego,  a  jednak  niezbędnego  dopiero  na  wysokim  poziomie 
wiedzy, umiejętności i twórczości. 

Jak wiele czynników złożyło się na galopujący rozwój ducha u szczytów koła 

społecznego,  tego  w  krótkim  przeglądzie  nie  zdołamy  wyłożyć.  Wystarczy 
wspomnieć  jeszcze  o  jednym  ważnym  etapie,  o  wynalazku  druku,  czyli  sposobu 
mechanicznego  powielania  tekstów.  Człowiek,  przyoblekający  myśl  swoją  w 
postać  słowa  drukowanego,  przemawia  do  tysięcy  ludzi  przez  lata  i  wieki,  i  to 
przemawia bezpośrednio. Mędrzec uczy ciągle, nawet po śmierci. 

Więc  niech  nas,  dużo  wiedzących,  nie  unosi  zbytnio  pycha.  Cóż  bowiem 

dziwnego,  że  my,  co  dużo  i  z wyborem  czytamy,  jesteśmy  tak  mądrzy  i  władni? 
Osobiście  nędzne  karły,  stajemy  się  nieraz  tytanami  ducha  tylko  przez,  to,  że 
wchłaniamy  w  siebie  kwiat  wiedzy  i  mądrości,  zbierany  przez  najtęższe  głowy 
wiekami i tysiącoleciami. Możemy i musimy widzieć dalej, niż wszystkie ubiegłe 
pokolenia,  ponieważ  stajemy  na  ramionach  mędrców  i  genjuszów  wszystkich 
pokoleń. To nie my, ale wybór narodu przez nas przemawia. 

Nigdy  i  nigdzie nie zbierze  się tak  znakomity  areopag  mędrców razem, jaki 

dziś  każdy  może  mieć  dokoła  siebie  w  skromnej,  ale  dobrze  skompletowanej 
biblioteczce  własnej!  I  mamy  ich,  pierwszych  mędrców,  zawsze  gotowych  do 
wykładu,  cierpliwych,  skupionych  i  wmyślonych  w  to,  co  nas  zajmuje! 
Czemżebyśmy bez nich zostali? 

VIII. O INDYWIDUALNOŚCI PSYCHICZNEJ NARODÓW.

 

Nie  tylko  słowa,  ale  zdania  całe  i  zwroty,  oznaczające  te  same  rzeczy 

podstawowe,  te  same  pojęcia,  mają  w  każdym  języku  szereg  jemu  tylko 
właściwych  znaczeń  przenośnych,  domyślnych,  urobionych  wiekową  praktyką. 
Jeśli zważymy, że cała budowa każdego poszczególnego języka rozwijała się pod 
wpływem  jemu  tylko  właściwych  praktyk,  nietrudno  zrozumieć,  że  formowanie 
niby podobnych myśli dokonywa się w każdym języku różnemi drogami, niekiedy 
biegunowo sprzecznemi. Płynie to ze swoistej każdemu mechaniki myślenia, jeżeli 
się wolno tak wyrazić. Każdy lud dochodził do tych samych abstrakcyj oraz pojęć 
różnemi  sposobami  i  po  innych  szczeblach.  Wyciska  to,  zsumowane,  piętno  na 
całej  psychice  i  charakterze  ludu.  Choć  rzadko  mamy  sposobność  gruntownego 
stwierdzania tych różnic, najczęściej bowiem nie myślimy o nich i nie troszczymy 
się  o  nie,  jest  rzeczą  niewątpliwą,  że  większość  pojęć,  będących  szczególnem 
opracowaniem 

lub 

streszczeniem 

stosunków, 

zachodzących 

między 

wyobrażeniami, mimo pozorów tożsamości, mocno się różni u różnych ludów. 

Warto to objaśnić na paru przykładach, aby Czytelnik nie miał wątpliwości, o 

co  tu  chodzi.  Więc  u  Kafrów  słowo  "ihlati",  oznaczające  podstawowo  "krzak", 
służy  do  nazywania  wszelkiego  schronienia.  Gdybyśmy  więc  wzięli  Kafra  do 
Europy i wytłumaczyli mu przeznaczenie naszych domów i kamienic, nazwałby je 
także  "ihlati".  Zatem  w  jego  umyśle  pojęcie  naszego  domu  oprze  się  na 
fundamencie wyobrażenia krzaka, podobnie jak w umyśle Turka i Tatara opiera się 
na fundamencie namiotu. Nie przyjdzie Kafrowi do głowy, że skojarzenie, według 

background image

niego  całkiem  naturalne,  wielu  innym  ludom  jest  całkiem  obce.  Weźmy  drugi 
przykład,  także  z  języka  Kafrów.  Podwładny  nazywa  się  u  nich  "inia",  co 
dosłownie  i  pierwotnie  oznacza  psa.  Musiało  to  pójść  po  części  z  pogardliwego 
lekceważenia  słabszego,  po  części  jako  wyraz  przekonania,  że  pierwszą  cnotą 
podwładnego  -  wierność.  Czy  ten  Afrykańczyk  zrozumie,  że  odpowiedni  wyraz 
nasz wcale nie razi uczuć podwładnego tak obraźliwem skojarzeniem i nie narzuca 
ideału psiej wierności? Niemiec nazywa słowem "Weibchen" wszelką samicę, ale 
także w sposób pieszczotliwy kobietę, żonę, narzeczoną. Więc gdy w jego umyśle 
pojęcia niewiasty, żony (żenszczyna) kojarzy się przez słowo bezwiednie a ściśle z 
ogólnem pojęciem samicy, samiczki, nas taki synonim raziłby brutalnością, naród 
bowiem  polski  ma  całkiem  osobne  miano  dla  człowieka  płci  żeńskiej,  całkiem 
zaś 

osobne dla zwierząt. 

Musi to mieć niewątpliwie wpływ na to, że Polak odnosi 

się  do  niewiasty  inaczej,  niż  Niemiec.  Takich  swoistych  parenteli  znaczeń  słów 
pełno  w  każdym  języku.  Czyż  to  nie  składa  się  na  odmienność  psychik,  dusz 
każdego ludu? Gdy najsubtelniejsze nawet myśli formują się na słowach, mających 
w  każdym  języku  inną  historję  zarówno  fonetyczną  jak  semazjologiczną,  przeto 
cała  psychika  musi  mieć  w  każdym  narodzie  inne  kształty,  jeżeli  wolno  się  tak 
wyrazić o treści subjektywnej przez analogję z formą realną, która je wywołuje. I 
zjawia się dziwne niezrozumienie sytuacji. Nikt nie bierze za jedno jelenia, wilka, 
lisa  i  hipopotama,  choć  wszystkie  te  formy  wyszły  niegdyś  z  pnia,  wspólnego,  a 
wewnętrzne  w  nich  procesy  toczą  się  względnie  podobnie.  Pomimo  to  bierze  się 
łatwo  za jedno każdego  człowieka bez różnicy:  Chińczyka, Hindusa, Włocha czy 
Polaka.  A  przecież  ludźmi  jesteśmy  nie przez  ciało,  ale  przez dusze nasze, przez 
cywilizację,  więc  każdego  z  tych  osobników  dzieli  tysiące  lat  odmiennego  życia 
duchowego,  odmienne  obyczaje,  język  oraz  ideały,  odmienna  forma  myśli,  t.  j. 
odmienne  drogi,  na  których  kształtują  się  myśli,  uczucia  i  dążenia.  Gdy 
umysłowość  ludów  nawet  wyszłych  ze wspólnej  ojczyzny rozwijała się swoiście, 
niezależnie i rozbieżnie, w innych kolejach zdarzeń i działań, tak codziennych, jak 
niecodziennych,  gdy  nie  tylko  słownik,  ale  i  sposób  łączenia  wyrazów  oraz 
posiłkowanie  się  w  każdej  grupie  innemi  analogjami  dla  tworzenia  pojęć 
abstrakcyjnych,  tych  najbardziej  ludzkich  własności  -  stawało  się  coraz 
odmienniejsze  -  czyż  duch  -  stanowiący  z  językiem  całość  naturalną  -  może  być 
uważany w każdej z tych naturalnych całości za jedno? 

My tylko dlatego możemy mieć na tym punkcie różne zdania, że nie jesteśmy 

w  stanie zajrzeć do głębi duszy nawet  "swojaka". Ale gdyby  takie wnikanie było 
łatwiejsze, przekonalibyśmy się, jak dalece świat duchowy każdego ludu nabrał z 
czasem jemu tylko właściwych kształtów. 

Jaka  przepaść  dzieli  psychikę  ludów,  najlepiej  to  odsłonimy  na  przykładzie 

dwuch  ludów,  pod  względem  lingwistycznym  dość  sobie  bliskich,  więc  na 
przykładzie języków polskiego i niemieckiego. 

Gdy  spróbujemy  przetłumaczyć  wiernie  jakikolwiek  tekst  niemiecki  na 

wyrazy polskie, albo odwrotnie, to zdawałoby się, że, jeżeli podłożymy słowo pod 
słowo, wówczas osiągniemy najdoskonalszą zrozumiałość, ale daleko do tego! 

Przedewszystkiem  spostrzeżemy  w  języku  obcym  mnóstwo  słów  złożonych, 

dla których wcale niema odpowiedników w naszym języku. Trzeba je więc będzie 

background image

zastępować  dwoma  lub  więcej  słowami,  albo  nawet  całemi  zdaniami.  Następnie 
spostrzeżemy,  że  każde  niemal  słowo  polskie  trzeba  pracowicie  dobierać  na 
miejsce  niemieckiego,  albowiem  z  powodu  wieloznaczności  wielu  słów  zarówno 
niemieckich  jak  polskich,  i  to  różnoznaczności,  wytworzonej  niezależnie  w  obu 
językach, więc  tworzącej  się  niezależnie,  rozbieżnie,  chcąc dobrać  najwłaściwsze 
słowo polskie dla oddania treści niemieckiego, trzeba wmyśleó się w treść całego 
zdania,  i  dopiero  wtedy  zdołamy  wybrać  z  pośród  polskich  wyrazów,  możliwych 
do uważania ich za odpowiedniki, słowo najodpowiedniejsze tylko w tem zdaniu. I 
wówczas okaże się, że wybraliśmy takie, którego znaczenie najbardziej w narodzie 
powszechne,  utarte,  wcale  nie  odpowiada  znaczeniu  wyrazu  niemieckiego.  Ma  to 
ten skutek, że Niemiec, nie władający polszczyzną, chcąc przetłumaczyć swój tekst 
na polski język, przy pomocy słownika, nigdyby nie wpadł na myśl użycia właśnie 
tego, najstosowniejszego w tym przypadku, słowa. Wybrałby inne, niby trafniejsze, 
ale dla nas rażąco nieodpowiednie. I vice versa. Dalej natrafimy na takie ustawienie 
słów  niemieckich,  jakiego  w  żaden  sposób  nie  możemy  odtworzyć  w  zdaniu 
polskiem, pod grozą stworzenia dziwoląga. 

Więc  pozostanie  nam  tylko  jedna  droga:  wmyśleć  się  po  niemiecku  w  tekst 

niemiecki  i  dopiero,  gdy  zrozumiemy  ów  tekst  po  niemiecku  -  oddać  myśl  jego 
możliwie wiernie po polsku, nie krępując się już zgoła ani słownikiem ani składnią. 
Czyli  pozostanie  przetopienie  jednej  całości  na  nową  całość  inną.  Żadna  inna 
metoda nie da dobrych wyników: trzeba wyłuskać z tekstu tylko myśl samą i oblec 
ją  następnie  w  słowa  dla  niej  u  nas  najwłaściwsze,  już  bez  krępowania  się 
względami wierności formalnej. 

Weźmy parę przykładów. Oto trzy zdania: 1) Gott hab ihn selig! 2) Jemanden 

selig machen. 3) Der hochselige Konig. 

Ktoby  chciał  dosłownie  tłumaczyć,  a  wziął  ze  słownika  słowo  selig  w 

znaczeniu  święty,  powiedziałby:  i)  Boże!  miej  go  świętym.  2)  Kogoś  świętym 
robić. 3) Wysoko święty król. 

Tymczasem  prawdziwym  odpowiednikiem  pierwszego  zdania będzie:  Panie, 

świeć  nad  jego  duszą,  dla  drugiego  zdania:  Uszczęśliwić  kogoś,  dla  trzeciego: 
Świętej pamięci król, albo Świętej pamięci nieboszczyk król. 

Dla  słowa  Seligmacher  niema  odpowiedniego  słowa  w  naszym  języku. 

Trzebaby  to  oddać  bowiem  przez  zdanie:  "robiący  świętym",  ale  i  to  byłoby  i 
kulawo,  i  niepewnie,  bo  również  dobrze  może  to  znaczyć  "robiący  świętych",  a 
nawet "uszczęśliwiacz". Selig znaczy także nieboszczyk (np. Unser seliger Herr  - 
nieboszczyk nasz pan). Tymczasem, gdy pójdziemy za treścią słowa niemieckiego, 
utartą  praktycznie,  musimy  pod  ten  wyraz  podstawić  polski  odwieczny  wyraz: 
"zbawiciel", dla którego znowu w niemieckim 

niema odpowiednika.

 

Inne 

niemieckie 

słowo 

Seelsorger 

wypadałoby 

przetłumaczyć 

"duszstarownik",  ale  takie  słowo  byłoby  szkaradnym  germanizmem.  Możnaby  to 
oddać  przez  "opiekuna  dusz",  ale  i  to  byłoby  źle.  Natomiast  mamy  u  siebie  inny 
zwrot  czysto  polski:  "ojciec  duchowny",  dla  którego  znów  Niemcy  nie  mają 
odpowiednika,  bo  jakiś  Seelischer  Vater  byłby  dla  nich  dziwolągiem.  "Jemanden 
durch  und  durch  stechen",  dosłownie  "kogoś  przez  i  przez  kłuć",  albo  "przekłuć 
kogoś dwa razy" oddamy dopiero przez zdanie: "przeszyć kogoś na wylot". Gdyby 

background image

to  znowu  Niemiec  chciał  oddać  dosłownie,  musiałby  kogoś  "durchnahen",  co 
byłoby  śmieszne,  gdy  "nahen"  znaczy  szyć  (igłą),  albo  "durchhauen"',  co  byłoby 
również  nie  po  niemiecku.  U  nas  raziłoby,  gdyby  ktoś  poważnie  powiedział,  że 
"przekłuł przeciwnika". I tak jest ze wszystkiem, na całym obszarze tych języków. 

Na  tem  tle  powstają  niekiedy  w  kołach  np.  studenckich  mniej  więcej  znane 

koncepty: przekłady dosłowne z polskiego na niemiecki np. "Auf dem Horne der 
Strasse gab das Pferd die Eiche" (na rogu ulicy koń dał dęba), albo z polskiego na 
rosyjski,  np.:  "Wziat'  piered  siebia  srediny  ostorożnosti"  (przedsięwziąć  środki 
ostrożności), - "Połuszubok so sliwok" (kożuszek ze śmietanki). 

Tych kilka próbek - a możnaby ich, najbardziej rażących, czerpać z każdego 

tekstu  tysiącami,  -  wystarcza,  abyśmy  mogli  wyżej  wypowiedziane  streścić  w 
trzech  twierdzeniach.  Naprzód,  że  o  dosłowności  jakiegokolwiek  przekładu  nie 
może  być  mowy  pod  grozą  wielkich  okaleczeń  treści,  a  nawet  niezrozumiałości. 
Powtóre,  że  dosłowność  przekładu  tem  będzie  niemożliwszą  do  osiągnięcia,  im 
język, w którym się dokonywa przekładu, jest lingwistycznie odleglejszy od języka 
oryginału. Wreszcie, że najłatwiej dokonywa się przekład prozy, i to o treści ściśle 
naukowej, bo tam przewodniczką naszą będzie myśl, nie tylko dająca się dokładnie 
sformułować,  ale  i  przymusowo  dokładna,  jakgdyby  identyczna,  choćby  musiała 
być w innych słowach ujęta. Trudniejsze już do dobrego przekładu są dzieła sztuki 
pisane prozą, najtrudniejsze są utwory poetyckie, zwłaszcza zaś dzieła najwyższego 
polotu poetyckiego. 

Łatwo  pojąć,  dlaczego  tak  jest.  W  pierwszej  kategorji  forma  oryginału 

odgrywa  rolę  ostatnią,  w  trzeciej  ma  ona  wagę  pierwszorzędną,  boć  to  przecież 
równocześnie  jest  dzieło  sztuki,  w  którem  piękno  formy,  rytm  i  zgodność  formy 
obu  z  jedną  myślą,  jednako  wysoki  poziom  są  koniecznym  warunkiem.  Obcość 
języków,  rozbieżność  środków  do  wyrażania  tych  samych  myśli  największe 
stawiają przeszkody w dążeniu do osiągnięcia głównego celu, którym jest potrzeba 
obudzenia  myśli  i  uczuć  oryginału.  Właśnie  w  tej  bardzo  daleko  posuniętej 
odrębności  środków,  któremi  posługują  się  ludzie  odmiennej  mowy,  -  spoczywa 
trudność  przekładania  poezji.  Tu  bowiem  nastręczają  się  tłumaczowi  dwa  tak 
odmienne zadania, że w jednem wykonaniu rozwiązać je całkiem zadowalająco jest 
wprost  niepodobieństwem.  Zwykle  też  trzeba  omijać  trudności  raz  jednym,  to 
znowu  drugim  sposobem,  rezygnując  z  idealnie  doskonałego  rozwiązania  w 
kierunku  dokładności.  Możliwie  doskonałe  zadośćuczynienie  wierności  następuje 
tylko  wówczas,  gdy  tłumacz  jest  sam  bardzo  bogatą  indywidualnością,  zdolną 
wczuć się w intencje autora, a również i ubrać jego myśl w zgoła nową artystyczną 
formę. 

Śmiało też można utrzymywać, że każdy język ma swoje zalety i wady. Tylko 

jedne  mają  wad  wiele,  a  zalet  mało,  inne  znowu  odwrotnie.  I  temu  też  można 
przypisać  różnice  w  rozwoju  duchowym  ludów  -  Gdy  bowiem  języki  lepsze 
stawały  się  coraz  cenniejszem  narzędziem,  gorsze  częstokroć  psuły  się  jeszcze, 
przygniatane ciężarem wad, coraz szkodliwszych na wyższych stadjach rozwoju. 

A  tymczasem  zmienić  coś  gruntownie  a  rozmyślnie  w  języku  jest  tak  samo 

niepodobieństwem, jak zmienić swą postać, choćbyśmy czuli jej niedoskonałości i 
wady.  Nawet  na  najwyższych  stadjach  świadomości  narodu  zmiany  w  języku 

background image

dokonywają  się  bez  udziału  woli  osobników,  bo  wola  jednostek  może  tylko  w 
drobnej  części  usuwać,  co  bardzo  niedogodne,  i  wprowadzać  ulepszenia,  ale 
głównych  wad  żadna  siła  nie  jest  w  stanie  zastąpić  zaletami.  Wady  niezbyt 
szkodliwe  na  nizkich  stadjach  rozwoju  nie  tylko  pozostają  i  nadal  wadami,  ale 
wyolbrzymiają  się  i  stają  się  coraz  dotkliwsze,  pomimo  że  lud,  który  je  znosi, 
wcale  ich  nie odczuwa  i  nie  zdaje  się  cierpieć  od  nich. Dzieje  się  to  tem  samem 
prawem, jakiem żadne zwierzę nie odczuwa braków swej specjalnej organizacji, a 
więc żółw swej powolności, wąż braku nóg i t. d. 

Każdemu zdaje się, że jest równie jak inni uposażony, i gdyby nawet chciał 

wniknąć  krytycznie  w  wady,  mógłby  to  zrobić  tylko  na  drodze  trafnego 
porównywania,  a  tymczasem  nasze  porównywanie  najczęściej  byłoby 
porównywaniem  tego,  co  znamy  dobrze,  z  tem,  co  znamy  bardzo  niedokładnie. 
Nawet dobry poliglota tylko w części mógłby tu być trafnym sędzią, bo i on zawsze 
myśli w jednym języku, choć mówi różnemi, a choćby nawet myślał kilkoma, uda 
mu się to jedynie co do języków pokrewnych. O bardziej tedy obcych wyrobi sobie 
zdanie  subjektywne  i  stronne.  Niema  sposobu  całkiem  objektywnie  i  głęboko 
docenić  zwłaszcza  mniej  bijących  w  oczy  wad  i  zalet  języków.  Występują  one 
tylko  w  skutkach,  w  naturze  duchowej  ludów,  i  wiele  z  tego,  co  bywa 
przypisywane  innym  czynnikom,  należałoby  zapewne  złożyć  na  karb  tego 
niedocenianego. 

Rozwinięcie  tego  wdzięcznego  i  niemal  nietkniętego  tematu  wymagałoby 

zapuszczenia  się  w  zbyt  specjalne  dziedziny,  więc  musimy  pozostawić  to 
językoznawcom. Tutaj ograniczymy się do paru przykładów i spostrzeżeń. 

Cała,  i  to  rozległa,  grupa  języków  wcielających  (inkorporacyjnych)  grzeszy 

nadmiernem  bogactwem  słów  oraz  ich  zbyt  wielką  dokładnością.  Eskimos  z  nad 
zatoki Hudsońskiej nie ma jednego słowa dla określenia mycia, on ma ich tyle, ile 
przedmiotów  może  być  mytych.  innego  użyje,  gdy  mowa  o  stołku,  innego  do 
oznaczenia mycia twarzy, łodzi, łyżki, kociołka i t. d. Mowa jego musi być bardzo 
szczegółowa. 

Gdy  nasz  myśliwy  zacznie  opowiadanie  w  słowach:  "po  pierwszej  ponowię 

trzech  myśliwych  poszło  na  polowanie..."  Algonkińczyk  musi  się  wyrazić  jak 
następuje:  "kiedy  była  zima  (äpepôg)  kiedy  pierwszy  śnieg  upadł  (äaskimepug), 
podczas,  kiedy  pierwszy  śnieg  leżał  (äaskanwig) 

...  i  t.  d. 

Właściwie  są  to  całe 

zdania,  nie  zaś  wyrazy.  Jeden  niby  wyraz  "Wätcikesiyagicisäwa",  dokładnie 
wyłożony, znaczy: "do miejsca, skąd źródło chłodu, biegnie on pośpiesznie". 

Języki  znowu  jednosylabowe,  z  powodu  ogromnego  ubóstwa  sylab-słów, 

radzą  sobie  akcentami.  Język  chiński  ma  pięć  do  dziewięciu  różnych  akcentów. 
Zależnie też od ledwo uchwytnej różnicy w wymówieniu, to samo słowo ma kilka 
znaczeń.  "Czi"  może  znaczyć  "chcieć",  "wiedzieć",  "prosty",  "wyprostowany",  i 
dopiero w zdaniu nabiera dokładniejszego znaczenia, ale właściwie domyślnego. 

Tam  nadmiar  dokładności  morfologicznej,  dla  Polaka  całkiem  obcy,  choć, 

rzecz  szczególna,  dla  Niemca  nierażący,  bo  on  praktykuje  takie  samo  sklejanie 
kilku słów w jedno, - tu znowu ogromny jej brak. Brak ten zmusza do staranności 
w  wymawianiu  i  wymaga  domyślności  znacznie  większej,  niż  w  mowach  np. 
indoeuropejskich. Ma to swoje dobre strony, ale więcej ujemnych. 

background image

Z  powodu  podobnych  swoistości  cały  bieg  i  kształt  myśli  bywa  w  każdym 

języku  odmienny.  Tu  i  tam  skojarzenia  (wyobrażeniowe)  są  zgoła  odmienne. 
Myślenie o tym samym przedmiocie toczy się w całkiem niepodobnych formach. 
To  też  z  powodu  odmiennych  mechanizmów  myślenia  cały  skład  umysłu  w 
każdym narodzie jest inny. 

Jeżeli  sądzimy,  że  myślenie  takie,  mimo  odmiennych  dróg,  prowadzi  do 

podobnych rezultatów, to tylko dlatego, że ujmujemy proces zgruba i od zewnątrz. 
Gdybyśmy  wniknęli  głęboko  w  te  mechanizmy,  jak  to  zaczyna  praktykować 
najświeższej  daty  psychologja  doświadczalna,  ujrzelibyśmy  to  samo  widowisko, 
jakie  zachodzi,  gdy  trzech  rachmistrzów  rozwiązuje  to  samo  zadanie,  ale  trzema 
metodami. Choć wynik będzie ten sam, drogi do niego były inne, - tu prostsza, tam 
zawilsza, ówdzie jeszcze zawilsza i więcej czasu i pracy pochłaniająca, a mimo to 
nie dająca więcej pewności. 

Gdy chodzi o praktyczność, oszczędność, pewność, kwestja metody staje się 

doniosłą,  i  człowiek  rozumny  zawsze  będzie  się  starał  obrać  metodę 
najdogodniejszą. 

Tylko z językiem sprawa ma się inaczej, niż z rachunkiem. Czy chcesz, czy 

nie chcesz, musisz rozwiązywać zadania tą metodą, którą ci podano. Ponieważ zaś 
posługuje  się  taką  cały  naród  i  wszystkie  jego  pokolenia,  przeto  skutki  jej 
niedogodności  sumują  się,  rosną  i,  ledwo  dostrzegalne  w  jednem  pokoleniu, 
urastają  dla  narodu  w  "wielkość",  nieraz  decydującą  o  jego  losach.  Z  drobnych 
ziarnek piasku, gdy się wiekami gromadzą, urastają rozległe mielizny. 

KONIEC 

SPIS ROZDZIAŁÓW.

 

Do czytelnika

 

Przedmowa

 

Słówko wstępne

 

Część pierwsza

 

I. Zagadka władz duchowych człowieka

 

II. Człowiek wcieleniem najjaskrawszych sprzeczności

 

III. Teorja rozwoju nie tłomaczy wyjątkowości ludzkich władz duchowych

 

IV. Próżne wysiłki humanistów w rozwiązywaniu zagadki ludzkich władz psychicznych

 

V. Wszystkie podstawowe zagadki psychiki ludzkiej domagają się rozwiązania już w 

sferze zwierzęcej

 

VI. Rola zmysłów

 

VII. Rola automatyzmu w procesie psychicznym

 

VIII. Zadanie nasze

 

IX. Mowa wyrazowa koniecznym warunkiem ludzkich władz psychicznych

 

X. Unushomo - nullushomo. (Mądrość ludzka zjawiskiem społecznem)

 

XI. Wpływ koła społecznego na jego uczestników

 

XII. Co to są słowa?

 

XIII. Nadspodziewane skutki operowania częściowemi podobieństwami rzeczy 

ponazywanych. Powstawanie pojęć i sądów

 

XIV. Zdumiewające zalety pozornych wad mowy

 

background image

XV. O ważności operowania przenośniami i skróceniami

 

XVI. Czem jest piękne mówienie?

 

XVII. Co z nas czyni niemilknący rozgwar, w którym żyjemy?

 

XVIII. Ogromna oszczędność myślenia. Słowa czy zdania?

 

XIX. Osobliwy stosunek człowieka do jego dzieł. Materjalna potęga ducha

 

XX.

 

XXI. Słówko o woli ludzkiej. Charakter

 

XXII. Czem są właściwie dzieła naszej fantazji?

 

XXIII. O genjalności

 

Część druga.

 

I. Skutki drobności i krótkotrwałości kół społecznych. Ustawiczne marnowanie się 

doświadczenia zbiorowego

 

II. Jak dawno temu człowiek poczuł w sobie duszę?

 

III. Zagadka przedhistorycznego artyzmu

 

IV. Mądrość przedpiśmienna. Ograniczoność pamięci hamulcem dalszego postępu

 

V. Skutki powstania, doskonalenia się i powielania pisma

 

VI. Mowa cyfr i jej skutki

 

VII.

 

VIII. O indywidualności psychicznej narodów