background image

Lepszy rasowy czy kundelek?

Miłośnicy psich arystokratów cenią swoich ulubieńców za szlachetność w sylwetce i ruchach, za wysublimowaną 

urodę. Nie mniej liczną rzeszę fanów mają najzwyklejsze, pospolite Burki, chwalone za żelazne zdrowie, odporność na 
każdą pogodę, spryt oraz wyjątkową lojalność.
 

(fot. flickr.com/higgystfc/cc 2.0/at/)

W rezultacie tych przekonań przedstawiciele jednej i drugiej grupy biorą psa z zupełnie mylnych pobudek. Zakładając, że psiak będzie 

automatycznie taki, a nie inny, oddajemy sobie niedźwiedzią przysługę – bo realia bywają bardzo różne. 

Przecenianie pospolitych 

Dość powszechna opinia głosi, że kundelki i mieszańce są zdrowsze, odporniejsze, bardziej długowieczne, a także wierniejsze, 
mądrzejsze, bezgranicznie oddane. 

Poglądy „zdrowotne” mają nawet całkiem sensowne uzasadnienia. Przecież taki pospolity Burek o nieznanym pochodzeniu całe lata tkwi 

przy budzie, znosząc mrozy i upały, jedząc wszystko, co spadnie z pańskiego stołu, podczas gdy jego „wydelikacony” arystokratyczny 
krewniak po wejściu zimą do jeziora zapada na straszne przeziębienie, po zjedzeniu kiełbasy dostaje biegunki, dodatkowo cierpi na 

alergię i chroniczne zapalenie uszu, wypada mu rzepka kolanowa… 

To jednak tylko część prawdy. Patrząc mniej wybiórczo, łatwo zauważyć, że często sytuacja ma się odwrotnie i to właśnie ze 
schorowanym psem rasy wszelakiej trzeba co tydzień biegać do weterynarza, a rodowodowy tryska zdrowiem i u lekarza zjawia się 

tylko przy okazji szczepień czy badań kontrolnych. 

Zostają najlepsi 

Wypada jednak przyznać, że faktycznie kundelki chyba częściej przejawiają fizyczną odporność. Sensownym wytłumaczeniem jest 
proces eliminacji słabszych osobników, który u rodowodowych psów zwykle w ogóle się nie odbywa, bo hodowca dba o nie od 

urodzenia, podając witaminy, dobrej jakości pożywienie, zapewniając ciepło oraz opiekę lekarza weterynarii. Tymczasem urodzone 
gdzieś przy budzie, w kojcu lub „na wolności” szczenięta masowo padają z powodu chorób, zimna czy zakażonych infekcji. Po takiej 

selekcji z całego miotu przeżywa na przykład jeden lub dwa maluchy – najzdrowsze, najsprytniejsze, najbardziej odporne. Biorąc do 
domu takiego psiaka możemy mieć niejaką pewność, że posiada on z natury niezłe zdrowie, podczas gdy rasowy może się trafić 

zarówno silny, jak i cherlawy, często chorujący. 

Z drugiej strony, fatalne żywienie lub niedożywienie w wieku szczenięcym może u zaniedbanego kundelka skutkować w przyszłości 
schorzeniami stawów, skóry, zębów, układu krążenia… 

Brak typu, czyli brak typowych chorób 

Nieco inną kwestią są choroby dziedziczne, charakterystyczne dla konkretnych ras. Miłośnicy kundelków często przekonują, że ich 

podopieczni są z natury zdrowsi, bo przecież nieobciążeni ryzykiem wielu schorzeń, o których ostrzegają hodowcy „elity”. Bernardyny 
oraz boksery notorycznie zapadają na dysplazję i choroby serca, pekińczyki, mopsy, buldogi masowo cierpią na trudności w oddychaniu 

oraz choroby górnych dróg oddechowych, collie i shar pei mają problemy z oczami. Przykłady można mnożyć do woli, bo tak naprawdę 
trudno o rasę, w której nie występowałoby wzmożone ryzyko na jakieś schorzenia. 

Wszystko to prawda. Jednak trzeba pamiętać, że kundelkom trudno przypisać różne choroby nie dlatego, że ich nie ma, tylko z powodu 

braku badań na ten temat. Bo i nie sposób prowadzić takich badań, skoro każdy „wieloras” może być zupełnie inny. I tak z dużą dozą 
prawdopodobieństwa można przewidzieć, że długi, niski psiak na krzywych łapkach zapewne będzie miał problemy z kręgosłupem, ten 

o nadmiarze skóry łatwo dostanie jej zapalenia, a obdarzony karykaturalnie spłaszczonym pyszczkiem – będzie charczał, sapał i szybko 
się zgrzewał. Ale wobec różnorodności populacji kundelków trudno takie tendencje przełożyć na całość grupy. 

1

background image

Urok niespodzianki 

Jeszcze ciekawszym zjawiskiem jest założenie, że kundelek będzie bardziej wierny. Bo przecież „wie”, że gdyby do nas nie trafił, byłby 

w schronisku, na ulicy, pod byle jakim płotem… Otóż nie. To znaczy – być może tak właśnie by się stało, ale jako stworzenie żyjące 
niemal wyłącznie teraźniejszością pies nie zdaje sobie sprawy z tego, jakiego losu być może uniknął. Nie widzi też żadnej różnicy 

między sobą a championem o wybitnym rodowodzie, nie ma zatem powodu do większej (lub też mniejszej) wierności niż on. 

Podobnie jest z inteligencją, sprytem, chęcią współpracy z człowiekiem oraz umiejętnością nauki. Wszystkie te zdolności to cecha 
przede wszystkim osobnicza, dopiero w drugiej kolejności zależna od pochodzenia. I znów – w przypadku konkretnej rasy można 

zauważyć takie czy inne tendencje, choć nie są one żelazną regułą. Na przykład niezależnego, samodzielnego owczarka kaukaskiego 
znacznie trudniej wychować niż czekającego raczej na inicjatywę człowieka sheltie. W genetycznym tyglu, którego efektem jest 

kundelek mało przypominający jakąkolwiek rasę, nie sposób dopatrzyć się konkretnych zasad, ponieważ za dużo zależy od przypadku. 

W rezultacie może nam się trafić zarówno niewiarygodnie mądry, zdrowy, wierny, błyskawicznie uczący się nowych sztuczek psi ideał, 
jak też zwierzak chorowity, skłonny raczej do ucieczek niż dreptania za przewodnikiem, średnio zainteresowany szkoleniem. Tak samo 

zresztą jak wśród rasowców, tyle że w przypadku psa o znanym pochodzeniu możemy przynajmniej zgadywać, jaki będzie w 
przyszłości. 

mb

 

(wp.pl)

2009-11-03 (15:27)

2