background image
background image
background image
background image

Tytuł oryginału: 

PASSAGE BY NIGHT 

Ilustracja na okładce: 

ED SALTER 

Opracowanie graficzne: 

DARIUSZ CHOJNACKI 

Redaktor 

EWA MARKOWSKA 

Redaktor techniczny: 

JANUSZ FESTUR 

Copyright © 1964 by Hugh Marlowe. 

Published in the arrangement with Prava i Prevodi, 

International Licensing Agency, Belgrade. 

All rights reserved 

For the Polish edition 

Copyright CO by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 

' Warszawa 1991 

ISBN 83-85079-28-9 

background image

Dedykuję tę książkę 

wujowi Bobowi 

background image

ROZDZIAŁ I 

„Grace Abounding" 

Manning obudził się niespodziewanie z głębokiego snu 

pozbawionego marzeń. Wrócił do rzeczywistości w tym 
samym momencie, w którym otworzył oczy. Patrzył przez 
chwilę w sufit kabiny. Na całym ciele czuł kropelki potu. 

Miał na sobie tylko dżinsy mocno sfatygowane przez 

słońce i słoną wodę. Spojrzał na zegarek, opuścił nogi na 
podłogę, siadł i wbił wzrok w bose stopy, myśląc o dokucz­
liwym bólu, który usadowił się gdzieś za prawym okiem. Po 

chwili usłyszał w zejściówce czyjeś kroki. 

Człowiek, który wszedł, był Murzynem w nieokreślo­

nym wieku. Jego bystre, inteligentne oczy tkwiły w pozna­

czonej bliznami i pomarszczonej przez lata pracy na morzu 
twarzy. Miał na sobie purpurową kurtkę, sponiewieraną 
czapkę z daszkiem i jasnoniebieskie drelichy. 

Manning spojrzał w górę i spytał grobowym głosem: -

Seth, kim ja, do diabła, jestem? 

Marynarz uśmiechnął się. - Jeden z tych twoich dni, 

co! Lepiej zajmij się przez chwilę szklaneczką rumu, a ja 
zaparzę nieco świeżej herbaty. 

- Niezły pomysł. A gdzie podział się nasz klient? 

- Pan Morrison popłynął do rafy na ryby. Powiedział, 

że będę mu tylko przeszkadzał. Mam nadzieję, że będzie dziś 

miał więcej szczęścia niż wtedy z tym tuńczykiem. Z pewnoś­

cią nie jest rybakiem. 

background image

Za sto pięćdziesiąt dolarów dziennie może robić, co 

zechce, jeśli o nas idzie, i lepiej, żebyś o tym nie zapominał -

powiedział Manning. 

Podążając za Sethem wspiął się po trapie zejściówki. 

Przystanął na górze i oparłszy nogę o reling spoglądał na 

zatokę. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną o po­

tężnych ramionach. Miał brązowe włosy rozjaśnione przez 

słońce, twarz pokrywał mu dwudniowy zarost. Spalona 

słońcem skóra obciągała ciasno kości, uwydatniając spo­

kojne, pozbawione emocji oczy. 

Jakąś milę dalej z zatoki wychodził dwumasztowy jacht, 

kierując się północno-wschodnim szlakiem do Nassau. Tuż 

obok niego płynął na północ niewielki wodolot, promienie 

słońca załamywały się na jego srebrzystoniebieskim kad­

łubie. 

Jimmy Walker wozi turystów na Eleutherę -

stwierdził Seth, podając Manningowi herbatę. - Nieźle 

zarabia w tym sezonie. 

- I sporo wydaje - odparł Manning. - Co wieczór 

większość zastawia w „Caravel". 

- Tak... Myślę, że to nie rum go tam przyciąga... 

- Czasem wydaje mi się, że lubisz kłopoty, Seth. -

Manning wylał za burtę resztę zawartości szklanki. - Czas, 

bym poszukał Morrisona. Nie możemy pozwolić, żeby się 

zgubił. Moja reputacja nie zniosłaby tego. 

- Gdybyś ją tylko miał - stwierdził poważnie Seth 

i pomógł Manningowi założyć akwalung, mocując sprzączki 

i dociągając paski. 

- Gdzie jest kusza? - spytał Manning. 

Seth wzruszył ramionami. - Jedną zniszczyłeś w ze­

szłym tygodniu, a drugą wziął pan Morrison. 

Pewnie upoluje własną prawą stopę. 

Manning naciągnął maskę na twarz i skoczył do czystej 

wody. Przez chwilę nie poruszał się, sprawdzając działanie 

background image

zaworu powietrza, po czym ruszył w dół szerokim łukiem. 

Nurkowanie miało dlań od niepamiętnych czasów nie­

zastąpiony urok. Światło słoneczne, załamywane przez fale, 

lśniło między barwnymi pasmami trawy morskiej, pokrywa­

jącej dno grubym kobiercem, migotało odbite od muszli 

i rozgwiazd, układając się na białym piasku. 

Rafę tworzył las koralowców powyginany w fanta­

styczne kształty - złe i niebezpieczne. Czarne skały wysta­

wały nad powierzchnię wody niczym kolumny zrujnowanej 

świątyni. Kilka wielkich srebrzyście pręgowanych okoni 

walczyło ze sobą między krzewami koralowymi. Manning 

znieruchomiał na chwilę, żeby na nie popatrzeć, potem 

mocno zamachnął się płetwiastą stopą i popłynął dalej. Ryby 

uciekły w popłochu. 

Minął koralowce i po chwili stracił z oczu dno. Gdzieś 

dalej, w głębinie, ławice tęczowych ryb wypełniały błękitną 

przestrzeń lśniącymi obłokami zmieniającymi barwę przy 

każdym ruchu. 

Właśnie rozproszyły się w srebrny deszcz, przestraszone 

gwałtownym pędem kilku makreli uciekających przed reki­

nem. Manning usunął się nieco, a mimo to poczuł jeszcze 

jakby muśnięcie niewidzialnej ręki, kiedy rekin przepływał 

tuż obok niego. Poczekał chwilę, uczepiony postrzępionego 

końca szczeliny, z twarzą przy ścianie. Parę sekund później 

spostrzegł wynurzającego się z zielonej mgiełki Morrisona. 

Amerykanin trzymał w jednym ręku pistolet harpu­

nowy, w drugim kuszę, na której tkwił srebrny okoń. 

Manning podążył za nim w górę. Morrison spostrzegł go, 

zawisł na chwilę nieruchomo i uśmiechając się, potrząsnął 

upolowaną rybą. Z jego prawego ramienia sączyła się 

brązowa strużka krwi, zostawiając w zielonej wodzie długie, 

ciemne pasma. Manning zbliżył się i stwierdził, że górna 

część ramienia jego klienta jest nieprzyjemnie poszarpana 

przez korale. 

background image

Amerykanin uśmiechnął się szeroko i wzruszył ramio­

nami, jakby chciał powiedzieć, że to nic takiego. W tej samej 

chwili jego oczy rozszerzyły się alarmująco. Gdy Manning 
zaczął się obracać, coś uderzyło go w plecy z tak oszałamia­

jącą siłą, że zatrzymał się dopiero na skalnej ścianie, którą 

przed chwilą opuścił. W podświadomości zarejestrował tylko 
srebrzystoniebieski błysk. Okręcił się i dostrzegł barakudę 
wielkości co najmniej ośmiu stóp znikającą w ciemności. 

Morrison odbezpieczył pistolet harpunowy i ruszył 

w dół, w zieloną głębię, ciągnąc za sobą kuszę na linie. 

Manning wyciągnął nóż i podążył za nim. Złapał kuszę 

i załadował ją. Spostrzegł, że Morrison próbuje wcisnąć się 
w wąską szczelinę między skałami. 

W tym momencie wróciła barakuda. Błysnęła w wodnej 

mgle i zawisła może dwadzieścia stóp od Amerykanina. 

W chwilę później dołączyła do niej druga. 

Brązowe pasemko krwi było coraz gęściejsze i Manning 

nie miał wątpliwości, że w ciągu kilku sekund ściągnie tu 
znacznie więcej śmiertelnie niebezpiecznych ryb. Skierował 
się w górę, celując w białe podbrzusze najbliższej barakudy. 
Strzelił, a ryba rzuciła się w agonii, wyrywając mu kuszę 
z rąk. Przewróciła się na grzbiet, bijąc ogonem tak mocno, że 

woda wokół zawrzała jak w kotle. Morze zabarwiło się 

krwią. 

Manning podpłynął do Morrisona i pomógł mu wydo­

stać się ze szczeliny. Kiedy się odwrócił, druga barakuda 

zbliżała się właśnie do swojej towarzyszki. Opuszczona dolna 
szczęka odsłaniała zachodzące na siebie mordercze zęby. 
Woda zawirowała i po chwili barakuda ukazała się ich 
oczom ponownie. Z pyska wystawały jej poszarpane kawałki 
skóry i kości. Gdy z mroku zaczęły wynurzać się kolejne 
smukłe, srebrne kształty. Manning chwycił Morrisona za 

ramię i pchnął w górę, ku powierzchni. 

Płynęli przez płycizny, ponad błyszczącymi zielonymi 

10 

background image

i czerwonymi koralowcami, aż ukazało się nad nimi dno 
Grace Abounding.

 Wówczas wynurzyli się na powierzchnię. 

Morrison pierwszy wspiął się po trapie, Seth pomógł mu 

pokonać reling. Kiedy Manning wdrapał się na łódź, zoba­
czył, że Amerykanin leży bez sił na pokładzie z szeroko 
rozrzuconymi ramionami. 

Manning odsunął maskę i zdjął akwalung. Seth spojrzał 

na niego pytająco. - Mieliście kłopoty? 

- Pan Morrison zadrasnął się w ramię i para barakud 

zwietrzyła w tym swój interes. 

Morrison siadł, a Seth zbadał go i potrząsnął głową. - -

Mówiłem panu, że trzeba uważać na te cholery, panie 
Morrison. Nie wolno sobie pozwolić na upływ krwi, kiedy 

poluje się na ryby. Większość tych wodnych koleżków 
zostawi pana w spokoju, ale nie wtedy, gdy poczują krew. 

- Spróbuję o tym pamiętać - obiecał Morrison. 

Manning pomógł mu wstać. - Chodźmy na dół. Zajmę 

się pańskim ramieniem. Seth musi wracać do swojej ro­
boty. 

Morrison usiadł na jednej z koi z ręcznikiem przerzu­

conym przez ramiona. Drżał lekko. Manning wydostał 
z szafki butelkę rumu, napełnił szklaneczkę i podał ją 
gościowi. Amerykanin przełknął i uśmiechnął się z podzięko­
waniem. - Miałem nadzieję, że te wszystkie historie o re­
kinach i barakudach atakujących nurków to bzdury wyssane 
z palca. 

Dotąd dopóki ryby nie poczują krwi odparł 

Manning, delikatnie przemywając głębokie rozcięcie. 
I jeszcze jedno. Niech pan zawsze załaduje kuszę zaraz po 
strzale. Nigdy nie wiadomo, kiedy może być potrzebna. 

Nic sądzę, bym jeszcze kiedyś o tym zapomniał. 

Morrison skrzywił się. 

W drzwiach pojawił się Seth. Kapitanie, zbliża się 

Bonaventura. 

11 

background image

- Zostań tutaj zdecydował Manning i dodał, zwra­

cając się do Morrisona. - To mój stary przyjaciel. Muszę 

zamienić z nim kilka słów. 

Otworzył szufladę, wyjął z niej niewielką, płaską paczu­

szkę i wyszedł na pokład. 

Bonaventura

 była starą dalekomorską łodzią rybacką. 

Niegdyś ozdabiało ją malowidło wyobrażające drużynę 

piłkarską w biało-zielonych strojach, teraz to arcydzieło 

schodziło z drewna jak zwiędła skóra, odsłaniając nagie 

burty. Pomost sternika unosił się dobre dziesięć stóp nad 

pokładem i kiedy łódź zawracała, kołysał się niebezpiecznie 

z boku na bok, jak gdyby nie mógł się zdecydować, gdzie 

wypada jego środek ciężkości. 

Na pokładzie było dwóch ludzi. Młody chłopiec w płó­

ciennych spodniach, opalony na ciemny brąz, i szczupły, 

łysiejący mężczyzna w średnim wieku. Obaj trzymali w rę­

kach bosaki. W chwili gdy odbijacze obu łodzi uderzyły 

o siebie, Manning znalazł się na łodzi swego przyjaciela. 

W zagłębieniu pokładu leżało kilka dużych ryb, trzy czy 

cztery tuńczyki i para wahoo. Nad martwymi pyskami 

unosiła się brzęcząca chmara much. Ze sterówki wychylił się 

Sanchez, uśmiechając się szeroko. - Chodź na górę, amigo. 

Miał około sześćdziesiątki, ale jego ciało wysuszone na 

wiór przez słońce i morze było ciągle silne i muskularne. 

Kiedy Manning wspiął się po trapie, Sanchez właśnie 

kończył rozlewać gin do dwóch szklanek nie pierwszej 

czystości. Odwrócił się i podał mu jedną. 

- Twoje zdrowie - wzniósł toast po hiszpańsku, 

z uroczystą powagą. 

- I twoje -- odparł Manning płynnie w tym samym 

języku. -- Co tam w Hawanie? 

-- To co zawsze. Stary odwrócił się i splunął przez 

okno. - Przedtem jeszcze mieliśmy nadzieję, ale teraz, kiedy 

Ameryka przyrzekła się nie wtrącać... 

12 

background image

Manning przełknął swój gin. - Co powiesz na mały 

zakład? Stawiam sto dolarów amerykańskich, że za rok od 
dzisiaj Castro nie będzie już rządził na Kubie. 

Stary zaśmiał się, splunął w dłoń i przybił zakład. - Nie 

mogę odmówić. - Wzniósł szklankę. - Za Castro. Niech się 
ugotuje w piekle. 

Wyjął z szuflady pudełko smukłych cygar i poczęstował 

Manninga. - Co z Marią? Ciągle śpiewa w tym klubie... 

„Caravel"? 

Manning przytaknął. Wyjął z kieszeni kurtki niewielką 

paczuszkę i rzucił ją na stół do map. 

To list od niej. Jak się czuje jej matka? 

Sanchez westchnął. Nie najlepiej, amigo. Nic mów 

o tym Marii. Ma dosyć własnych zmartwień. Z kieszeni 

kurtki wydobył poplamioną kopertę i przesunął ją po stole 

w stronę Manninga. - List od starej kobiety. Napisała, 
oczywiście, że wszystko w porządku. Chce, żeby Maria tak 
myślała. 

- Ciągle nie ma szans, żeby ją stamtąd wyciągnąć? 

Sanchez potrząsnął głową. - Niemożliwe. Jej stan na 

to nie pozwala. 

Klepnął Manninga po ramieniu. - W przyszłym roku 

będzie lepiej. Wrócicie oboje, ty do tego skradzionego 
interesu, Maria do domu... Wszystko będzie jak dawniej. 

Manning pokiwał głową. - Wszystko się zmienia. 

Sanchez. Przeszłość nie wraca. Nigdy. 

- Może i masz rację. - Sanchez westchnął i podał 

Manningowi rękę. Wracaj z Bogiem, amigo, i powiedz 
Marii, żeby na siebie uważała. W zeszłym tygodniu zabito 
w Hondurasie dwóch naszych ludzi. Zastrzelili ich na ulicy. 

Fidel ma długie ręce. 

Nie martw się. Na Kubie może być Bogiem, ale tutaj 

nic nie znaczy. - Manning wszedł na trap. - Spotkamy się 
za miesiąc. 

13 

background image

W chwili gdy Manning przeskoczył na Grace Aboun­

ding,

 na pokładzie ukazał się Morrison, a tuż za nim Seth. 

Amerykanin przystanął i zapalił papierosa. Kiedy podniósł 

głowę, Bonawentura odwróciła się już w stronę morza, 

ukazując swoją nazwę, a także nazwę macierzystego portu 

wypisane na rufie. 

- Hawana? - Morrison zdziwił się. - Nie wie­

działem, że kubańskie łodzie wypływają tak daleko na 

północ. 

- Gdy łowią tuńczyka albo wahoo, muszą - odparł 

Manning. - Od wybuchu rewolucji zdani są całkowicie na 

własne siły. Żadna inna łódź nie podpłynie do nich bliżej niż 

na milę. Mają brzydki zwyczaj konfiskowania w imię 

rewolucji wszystkiego, co im wpadnie w ręce. 

- Mam wrażenie, że słyszałem gorycz w pana głosie? 

- Jasne. Miałem w Hawanie małą firmę ratowniczą. 

Fidelistas

 skonfiskowali ją, jak zresztą - wszystkie inne w 

mieście. Zdążyłem ocalić tylko Grace Abounding. 

- Nie przepada pan za naszym przyjacielem Castro? 

Manning wzruszył ramionami. - Jest dość inteligent­

ny. Potrafił przeprowadzić rewolucję przy pomocy osiem­

dziesięciu dwu ludzi, ale już zaczyna się to rozpadać. Taki 

stan jak teraz nie może trwać wiecznie. 

- Ma pan na myśli interwencję Rosjan. 

- Mam na myśli coś znacznie ważniejszego, przynaj­

mniej z jego punktu widzenia. Zwykłych, brudnych chło­

pów - guagiros. Obiecano im, że po rewolucji dostaną 

ziemię, a tak się jakoś złożyło, że większość tego, co im 

przydzielono, to dziewicza dżungla albo skały. Można 

powiedzieć, że ludzie zaczynają tracić cierpliwość. 

- Może dzięki temu odzyska pan swoją firmę szybciej, 

niż się pan tego spodziewa? 

- Nadzieję należy mieć zawsze. - Manning spojrzał 

na zegarek. Jeżeli ruszymy teraz, w Johnstown znajdziemy 

14 

background image

się przed zmrokiem. Postawi mi pan tego obiecanego drinka, 

bo choć nie złapaliśmy tuńczyka, dzisiejsze popołudnie było 

pełne emocji. 

- Z największą przyjemnością - zgodził się Morri­

son, schodząc pod pokład. 

Seth wybrał kotwicę, a Manning wszedł do sterówki 

i uruchomił silniki. W chwilę później płynęli w stronę zatoki 

pełną parą. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Spanish Cay 

Do Spanish Cay dotarli późnym wieczorem. Plaża 

tworzyła białą linię obrzeżoną palmami ostro odcinającymi 

się od oślepiająco pomarańczowych skał. 

Gdy Grace Abounding wpływała do przystani w Johns­

town, jej pasażerowie mogli podziwiać dalekomorski krążo­

wnik zbliżający się do kanału. Po wodzie niósł się w za­

padającym zmierzchu czyjś beztroski śmiech, wesoły i dźwię­

czny, przeplatając się z warkotem silnika. 

Manning zredukował szybkość i skierował łódź w stro­

nę falochronu z tłuczonego kamienia, który stanowił wscho­

dnią ścianę przystani. Na murze siedział wysoki, przystojny 

Murzyn w mundurze policji kolonialnej i palił papierosa. 

Podniósł się i złapał cumę rzuconą przez Setha. 

Manning wyłączył silniki, narzucił na siebie starą mary­

narską kurtkę i wyszedł na pokład. Morrison już na niego 

czekał. Kiedy wspięli się na falochron po zardzewiałym, 

żelaznym trapie, młody policjant siedział znów w tym samym 

miejscu, jakby się nigdy stamtąd nie ruszał. 

Uśmiechnął się szeroko, ukazując komplet mocnych 

białych zębów. - Udało się coś złapać, panie Manning? 

Manning potrząsnął głową. - Ani sztuki, Joe. 

Odwrócił się do Morrisona. - Miał już pan okazję spotkać 

sierżanta Howarda? Pełni służbę w imieniu imperium bry-

16 

background image

tyjskiego albo tego, co z niego tutaj zostało. Trzyma nas 

wszystkich w ryzach. 

Morrison skinął głową. - Widzieliśmy się przez chwilę 

wczoraj, zaraz po przylocie. Może przyłączy się pan do nas, 

sierżancie, i pokrzepi drinkiem? 

- Jeśli idzie o mnie, to trochę za wcześnie. Pewnie 

znajdę was później. 

Zapraszamy powiedział Morrison i ruszył wzdłuż 

falochronu, zostawiając sierżanta pogrążonego w rozmowie 

z Sethem. 

Szli wzdłuż brzegu w milczeniu, wsłuchani w dziwny, 

pulsujący rytm goombay, miejscowej wersji calypso. Zbliżyli 

się do „Caravel" - budynku stojącego tuż za przystanią, 

którego tarasy przyjemnie ocienione migdałowcami zachę­

cały do wypoczynku. 

Ten niedrogi nadmorski hotel, własność marynarza, 

przyciągał wielu ludzi, których źródła utrzymania były co 

najmniej wątpliwe. W sezonie „Caravel" odwiedzali też 

turyści, poszukujący tutaj niepowtarzalnej atmosfery. Ceny 

wzrastały proporcjonalnie do liczby turystów, ale stali goście 

ciągle zaglądali w to miejsce. 

Poza urządzeniem małego kasyna niewiele zmieniono 

w oryginalnym wystroju lokalu. Pod sufitem wciąż się 

obracały staromodne wentylatory usiłujące zastąpić klima­

tyzację, a w ścianach tkwiły długie podświetlone akwaria, 

w których mieniły się tropikalne ryby. 

Nieduży parkiet otaczały gęsto ustawione stoliki, w wię­

kszości już zajęte, jako że na wyspie panował zwyczaj 

wczesnego jadania wieczornego posiłku. W rogu pomie­

szczenia kilku mężczyzn grało calypso na niewielkim po­

dium, tuż obok znajdowało się sklepione przejście przesło­

nięte kotarą z koralików i muszelek. Kilka par poruszało się 

w rytm muzyki. 

Manning i Morrison przepchnęli się przez tłum i Ame-

2 Nocne. 

17 

background image

rykanin zamówił dwie porcje ginu. Przy końcu baru sie­

dział Jimmy Walker, widniała przed nim opróżniona w po­
lowie szklaneczka. Miał na sobie starą kurtkę Królew­
skich Sił Powietrznych bez naszywek. Beret od munduru 
zsunął mu się do przodu ocieniając młodą twarz i beztroskie 
oczy. 

Na widok Manninga wyszczerzył zęby w uśmiechu. -

Widziałem was, jak kotwiczyliście. Dobrze poszło? 

Manning pokręcił przecząco głową. - A jak twoje 

interesy? 

Nie mogę narzekać. Płynąłem dziś z Nassau z kom­

pletem pasażerów. 

Nigdy nic zrozumiem, jak ty to robisz, że stary 

Walrus

 jeszcze utrzymuje się na wodzie stwierdził Man­

ning. - Chcesz jeszcze coś wypić? 

Walker opróżnił szklaneczkę i potrząsnął głową. 

Muszę jeszcze zatankować na nabrzeżu. Zabieram kilka 

osób z powrotem do Nassau, chcą złapać o północy lot do 
Miami. Powiedz Marii, że przykro mi tracić jej występ. 

- Powiem -- przyrzekł poważnie Manning. 

- Jestem pewien. - Walker uśmiechnął się zuchwale, 

odwrócił i zniknął między gośćmi. 

Manning poczęstował Morrisona papierosem. 

Wątpię, czy chciałbym go lepiej poznać - stwierdził 

Amerykanin. - Jest chyba zbyt zadziorny. 

Jest jeszcze młody, i tyle odparł Manning. -

Wydaje mu się, że się zakochał. 

- A nie? 

- Kto go tam wie? Znalazł się w tym wieku, kiedy 

człowiek kocha się w każdej napotkanej kobiecie. 

- Jestem szczęśliwy mogąc powiedzieć, że jest to faza, 

z której nigdy nie wyrosłem. Morrison opróżnił swoją 
szklaneczkę. Pójdę wziąć teraz prysznic. Jeżeli ma pan 
ochotę, możemy później razem coś zjeść. 

18 

background image

Manning pokręcił głową przecząco. - W każdym razie 

dziękuję. 

- Może innym razem. - Morrison wyjął portfel 

i położył na ladzie kilka banknotów. - Mała zaliczka na 
początek. 

Manning przeliczył pieniądze i zmarszczył brwi. -

Umawialiśmy się na sto pięćdziesiąt dziennie. Jest o sto za 

dużo. 

- Mam wrażenie, że jestem panu winien co najmniej-

nową kuszę. - Morrison uśmiechnął się. - O której 
spotkamy się rano? Wciąż mam zamiar złapać tuńczyka. 

- Nie ma sensu płynąć zbyt wcześnie. Niech pan 

będzie przy falochronie o ósmej. 

- Będę czekał. 
Amerykanin ruszył przez tłum, a Manning wetknął 

pieniądze do tylnej kieszeni i zamówił dużą porcję rumu. 
Kiedy przypalał nowego papierosa, niespodziewanie za­
brzmiał werbel. Parkiet opustoszał w jednej chwili, światła 
przygasły, a z przejścia za muzykantami wychynął jakiś cień. 

Przez salę przeleciał cichy szmer, jakby wszyscy obecni 

wstrzymali oddech. Maria Salas miała na sobie czarne, 
wąskie spodnie ze skóry, białą jedwabną koszulę zebraną na 
piersiach w węzeł, a na głowie czarny kapelusz z szerokim 

rondem podgiętym nieco ku górze, ocieniającym jej twarz. 

Przez chwilę stała bez ruchu, jak gdyby na coś czekając, 

i tylko jej palce poruszały się delikatnie po strunach gitary. 
Potem zaczęła śpiewać. 

Nie miała prawdziwie pięknego głosu, ale było w nim 

coś jak dotyk zmierzchu, jak umierająca fala, coś. co 
wzruszało i chwytało za gardło. Prawdopodobnie nie więcej 

niż pół tuzina osób spośród siedzących na sali rozumiało, 
o czym dziewczyna śpiewa, lecz nikt się tym nie przejmował. 

Manning przypomniał sobie pierwsze wspólne spotka­

nie w gorące czerwcowe popołudnie. Statek rybacki wypeł-

19 

background image

niony od dziobu po rufę uciekinierami z Kuby dryfował 
bezwładnie po zatoce. Ogromna cierpliwość i spokój dziew­

czyny, które w takiej sytuacji były czymś aż przerażającym, 
przyciągnęły jego uwagę. 

Nie była piękna. Opalona skóra miała oliwkowy odcień, 

a czarne, niemal granatowe włosy przytrzymywała szkar­
łatna tasiemka. Jednak teraz, w estradowym kostiumie, 
wyglądała tak, że żadna inna kobieta na sali nie mogła się 
z nią równać. 

Kiedy piosenka ucichła, przez chwilę w powietrzu 

zawisła rozedrgana cisza, potem nagle zerwała się burza 
oklasków. Dziewczyna przyjmowała aplauz jak torero na 
placu w stolicy Meksyku, stojąc mocno na prostych nogach 
ze złączonymi stopami i trzymając kapelusz w wyciągniętej 
prawej ręce. 

Manning zamówił drugą szklaneczkę rumu. 
Maria śpiewała teraz flamenco tańcząc i wybijając rytm 

wysokimi obcasami hiszpańskich butów. Zakończyła pieśń 
ostrym, szorstkim akcentem, który dotarł aż do dna duszy 
każdego ze słuchających. 

Tym razem aplauz trwał znacznie dłużej. Dziewczyna 

zniknęła za koralikową zasłoną i po chwili ukazała się 
ponownie. Stanęła wyprostowana, ze złączonymi stopami. 
Obracała się powoli, wędrując wzrokiem po wszystkich 
obecnych. Wreszcie napotkała wejrzenie Manninga. 

Podniósł szklaneczkę w jej stronę, a ona skinęła lekko 

głową. Zaśpiewała jeszcze raz, pod koniec utworu tańczyła, 
zbliżając się coraz bardziej do zasłony. Wreszcie zniknęła za 
nią, ciągle śpiewając, jej głos zginął w oddali. 

Muzycy zaintonowali kolejne goombay, a Manning 

opuścił swoje miejsce przy barze i przepchnął się do kasyna. 

Było jeszcze dosyć wcześnie i pomieszczenie świeciło pus­
tkami. Dwie czy trzy osoby stały przy ruletce, ale krupier 
stawiał sobie pasjansa dla zabicia czasu. 

20 

background image

Właściciel „Caravel", Kurt Viner, siedział za biurkiem 

w głębi sali, licząc wpływy z poprzedniego wieczora. Kie­

rownik sali kręcił się w pobliżu. Kurt Viner był szczupłym, 

siwiejącym Niemcem koło pięćdziesiątki. Miał na sobie białą 

wieczorową marynarkę, a potrafił nosić ją tak, że roztaczał 

dookoła siebie wrażenie dyskretnej, arystokratycznej ele­

gancji. 

Zauważył wchodzącego Manninga i pozdrowił go ge­

stem ręki. - Jak leci, Harry? 

Manning wyjął dwieście pięćdziesiąt dolarów, które dał 

mu Morrison, i rzucił je na biurko. - Mała zaliczka. Zdaje 

się, że miałem tu ostatnio jakieś niewielkie zaległości? 

Viner wstał i skinął na kierownika sali. 

- Zapisz to na konto pana Manninga. Gdybyś mnie 

potrzebował, będę w biurze. - Odwrócił się do Mannin­

ga. - Zapraszam cię na drinka, Harry. Z dala od tego 

hałasu. - Minął obite na zielono drzwi w rogu sali, 

a Manning podążył za nim. 

Pokój, do którego weszli, był urządzony z dużym 

smakiem we współczesnym stylu szwedzkim. Ściany ze 

świeżych bel drewnianych zdobiły ręcznie malowane tapety, 

pod oknem mieścił się niewielki narożny barek. Manning 

usiadł na jednym ze stołków, a Viner wsunął się za kontuar. 

- Morrison musi być niezłym klientem. Kim on jest? 

- Prawdziwym estetą czy kimś w tym rodzaju -

odparł Manning. - Co za różnica? Wszyscy są tacy sami. 

Brzuchaci biznesmeni w średnim wieku z kupą pieniędzy, 

szukający rozrywki. Zaraz po przyjeździe rozpakowują 

bagaże, ubierają się niczym bohaterowie Hemingwaya i idą 

na nabrzeże, spodziewając się, że znajdą tam tuńczyka na 

srebrnym talerzu. 

- Za którego przyzwoicie zapłacą, pamiętaj o tym -

dokończył Viner. - I to w dolarach. To bardzo praktyczna 

waluta w dzisiejszych czasach. 

21 

background image

To fakt, który biorę pod uwagę. 
Zdaje się, że nie przepadasz za Morrisonem. 

- Straciłem przez niego kuszę. Co prawda zapłacił mi 

za nią. choć wie, że jestem ubezpieczony. Może jest trochę 
lepszy niż inni. 

- Z pewnością. Dwieście pięćdziesiąt dolarów dzien­

nie to bardzo dobra zapłata, jakkolwiek by liczyć. - Viner 
zawahał się, a potem dodał wolno: - Wiesz, Harry, zawsze 
możesz u mnie korzystać z kredytu, ale zdaje się, że ostatnio 
masz kłopoty z zarobieniem na życie. 

- A masz jakiś pomysł? 

Niemiec powtórnie napełnił swoją szklaneczkę. - Pły­

wasz czasami do Miami, prawda? 

Manning pokiwał głową. - No i co? 

- Grace Abounding nie jest taka mała. Mógłbyś zabie­

rać pasażerów. 

Manning zmarszczył brwi. Masz na myśli kubań­

skich uciekinierów? Nielegalnych imigrantów? Czy ty masz 
pojęcie, czym to grozi? 

- Zapłata może być wysoka. 

- Jasne. Pięć lat w pierdlu. To wybrzeże aż się roi od 

małych stateczków, szczególnie od czasu kryzysu kubań­
skiego. Swoją drogą czemu się tym interesujesz? Przecież nie 
potrzebujesz pieniędzy. 

Możesz przyjąć, że czuję się z nimi w jakiś sposób 

związany. Kilka lat po wojnie sam byłem uciekinierem. -

Viner uśmiechnął się. Przemyśl to, Harry. Moja oferta jest 

aktualna. 

Manning opróżnił szklaneczkę i wstał. - Myślę, że dam 

sobie radę w jakiś inny sposób. W każdym razie dziękuję ci. 
No, na razie. 

Wyszedł z biura i przez kasyno ruszył w kierunku baru. 

Na moment zawahał się, a potem zawrócił, wszedł do hallu, 

minął recepcję i wspiął się po schodach na pierwsze piętro. 

background image

Zupełnie niespodziewanie zdał sobie sprawę z pa­

nującego tu spokoju. Idąc szerokim korytarzem wyłożonym 

grubym dywanem słyszał kobiecy śmiech, dziwnie odległy 

i nierealny. Muzyka dobiegająca z parteru mogłaby równie 

dobrze pochodzić z innego świata. 

Otworzył drzwi na końcu korytarza i wszedł do pokoju. 

Pomieszczenie, pogrążone w cieniu, rozjaśniała jedna tylko 

nocna lampka umieszczona na niewielkim stoliku. Okna na 

taras były szeroko otwarte, a zasłony lekko falowały poru­

szane podmuchami wiatru. 

Na tarasie w plecionym trzcinowym foteliku siedziała 

dziewczyna szczelnie zawinięta w kosmaty szlafrok dla 

ochrony przed wieczornym chłodem. 

- Hallo, Harry - powiedziała miękko. 

Manning wyciągnął papierosy i zapalił zapałkę, trzy­

mając ją w zagłębieniu dłoni. Dziewczyna nachyliła się nieco, 

a jej rysy wyostrzone przez blask ognia sprawiły, że wyglą­

dała jak płaskorzeźba. Oczy przypominały ciemne sadzawki. 

Jak minął dzień? -- zapytała. 

- Nie gorzej niż zazwyczaj. To wspaniałe życie, dopó­

ki ma się na nie siły i ochotę. - Nie zdołał usunąć goryczy ze 

swojego głosu i dziewczyna potrząsnęła głową ze smutkiem. 

-- Nie możesz tak dalej żyć, Harry. Nic możesz ciągle 

myśleć tylko o przeszłości. Miałeś kiedyś w Hawanie nie­

wielki interes, ale go straciłeś. Dlaczego nie możesz tego 

zaakceptować, zamiast wciąż żyć z dnia na dzień, mając 

nadzieję, że jakiś cud przywróci ci to, co straciłeś. 

Nikt nie musi się mną przejmować - odparł. 

Jakoś żyję. 

- Tylkojakoś. - W jej głosie pojawił się ślad złości. - -

Co to za życie dla człowieka takiego jak ty? W Hawanie 

zaczynałeś od zera. Dlaczego nic możesz zacząć jeszcze raz? 

- Może jestem zmęczony - odparł. - Pamiętaj, to 

było piętnaście lat temu. - Zamilkli na chwilę. - Właśnie 

23 

background image

rozmawiałem z Vinerem. Chce, żebym szmuglował ucie­

kinierów na Florydę. Szybki nocny przerzut i żadnych 

pytań. 

Przestraszona wychyliła się do przodu. - Nie zgodziłeś 

się?! 

- Nie przejmuj się - odrzekł spokojnie. - Ciągle 

jeszcze mam trochę oleju w głowie. - Z kieszeni kurtki 

wyciągnął kopertę i rzucił jej na kolana. - List od twojej 

matki. 

Maria zerwała się na równe nogi i pobiegła do sypialni. 

Patrzył przez moment, jak gorączkowo otwiera kopertę 

w świetle lampy, potem odwrócił się i oparł o balustradę. 

Po chwili dziewczyna wróciła. Stanęła tuż koło niego 

i spytała: - A Sanchez? Jak on się ma? 

- Wyglądał zupełnie nieźle. 

- Mówił coś? 

Manning spojrzał w dół, próbując wyczytać coś z jej 

oczu, ale twarz dziewczyny okrywał cień. 

- Powiedział tylko, że dwóch waszych ludzi zamordo­

wano w Hondurasie w zeszłym tygodniu. Kazał mi przeka­

zać, żebyś była ostrożna. Ten Castro ma długie ręce. 

- Więc powinien uważać - odparła - bo może je 

łatwo stracić. 

Manning zachmurzył się. - Czy ty jesteś w coś 

zamieszana, Mario? W coś, o czym powinienem wiedzieć? 

- W nic, czym mógłbyś się martwić, Harry. - Uśmie­

chnęła się. - Naprawdę. 

Manning odwrócił się i oparł ponownie o balustra­

dę. Stała przy nim tak blisko, że ich ramiona stykały się 

leciutko za każdym razem, kiedy się poruszyła. Od morza 

nadchodził świeży powiew, znad przystani podnosiła się 

leciutka mgła. 

Manning czuł spokój, ale i zniecierpliwienie, zdawał się 

szczęśliwy i niezadowolony jednocześnie. To był paskudny 

24 

background image

dzień, a przeszłość zbyt łatwo opanowywała jego myśli. 

Westchnął i wyprostował się. 

Maria spojrzała na niego. Jej twarz tworzyła w ciemno­

ści białą, rozmazaną plamę. 

- O czym myślisz? 

- O życiu - powiedział. - Niczego nie można być 

pewnym. Niczego. 

Przysunęła się do niego bliżej i zacisnęła dłonie na 

klapach kurtki. Objął ją i przytulił. Gdzieś na horyzoncie 

morze wykwitało białymi obłoczkami piany. 

- Będzie sztorm, jeszcze przed świtem. 

Dziewczyna spojrzała na morze i zadrżała z zimna. -

Chodźmy do środka, Harry. Następny występ mam dopiero 

o jedenastej. Za trzy godziny. 

Delikatnie wyswobodziła się z jego ramion i wróciła do 

pokoju. Stał jeszcze przez chwilę, patrząc na morze, gdy 

wtem podmuch wiatru obudził gdzieś na szczycie dachu 

dźwięki podobne do niesamowitego lamentu, napełniając go 

uczuciem irracjonalnego niepokoju. Odwrócił się szybko 

i poszedł za nią. 

Leżał uwięziony w mrocznym śnie, budząc się co jakiś 

czas i podświadomie czując, iż wiatr staje się coraz potę­

żniejszy, a gdzieś daleko, na pełnym morzu, uderzył poje­

dynczy grom zwielokrotniony głuchym pogłosem. 

W pewnej chwili wyciągnął rękę i zdał sobie sprawę, że 

jest sam. Odrzucił pościel i sięgnął po zegarek. Minęła 

jedenasta. Jakiś czas siedział marszcząc brwi, aż przypomniał 

sobie, że to piątek i Maria ma jeden występ więcej. Widocznie 

zdecydowała się go nie budzić. 

Podniósł się energicznie, wszedł do łazienki i odkręcił 

prysznic. Lodowate igiełki wody masowały mu skórę. Kiedy 

się ubierał, czuł się rześki i wypoczęty. 

25 

background image

O jedenastej trzydzieści zszedł na dół. Wiatr stukał 

okiennicami wzdłuż całego tarasu. W kasynie było jeszcze 
kilka osób, ale bar świecił pustkami. 

Na wysokim stołku siedział tylko Morrison. Sączył gin 

i przeglądał jakieś stare czasopismo żeglarskie. Zerknął 
w górę i uśmiechnął się. - Witam. Co pan powie na drinka? 

Manning ogarnął spojrzeniem opustoszały parkiet. -

Co tu się dzieje? Kiedy skończył się występ? 

Dzisiaj nie było nocnego występu - powiedział 

Morrison. Gwałtowny podmuch wiatru uderzył o frontową 

ścianę budynku. - Wygląda na to, że chciałby tu wejść. 

Manning obrócił się w stronę drzwi i poczuł, że znów się 

w nim obudził nieuchwytny, irracjonalny niepokój. Z drzwi 
prowadzących do kasyna wynurzył się Viner, niosąc pod 
pachą kasetkę z pieniędzmi. Kiedy przechodził koło baru. 
Manning przytrzymał go za ramię. 

Co się, do diabła, tutaj dzieje? Maria powiedziała 

mi, że ma występ o jedenastej. Gdzie ona jest? 

Viner postawił kasetkę na barze i westchnął ciężko. -

Może lepiej się napij, Harry. 

Zanim Manning zdążył powiedzieć cokolwiek, na ze­

wnątrz dał się słyszeć krzyk, a w chwilę później frontowe 
drzwi rozwarły się szeroko, rzucone podmuchem wiatru aż 

na ścianę. 

Człowiek, który zataczając się wpadł do środka, dyszał 

ciężko, jak po długim biegu. Jego płaszcz ociekał wodą. 
Dotarł do baru i wsparł się o niego, z trudnością łapiąc 
świszczący oddech. 

Był to Saunders, marynarz, który w czasie sezonu 

pływał niedużym statkiem czarterowym. 

Viner wszedł za bar, nalał rumu do szklaneczki i prze­

sunął ją po blacie w stronę przybyłego. Wypij to i opanuj 
się. Co się stało? 

Jimmy Walker wypłynął na tej swojej kupie złomu 

26 

background image

na morze. - Saunders pociągnął łyk rumu i zakrztusił się. -

Byłem jakieś dwie mile dalej, przy Blackstone Reef. Tam jest 

taki prąd, że morze rwie jak rzeka! I jeszcze ten wiatr! 

- Dobra, nieważne - przerwał Manning. - Co się 

stało? 

- Żebym tak był zdrów, jeśli wiem. Piekielny łoskot. 

Kiedy spojrzałem, szedł w wodę jak kamień. 

- I nie ruszył pan na pomoc? - zapytał Morrison. 

- Moją balią? Proszę pana, zrobiłem, co mogłem, żeby 

się tu dostać w całości. Pomyślałem sobie, że najlepsze, co 

mogę zrobić, to sprowadzić pomoc. Prawdziwą pomoc. 

Rozległ się nagły brzęk tłuczonego szkła. To Viner 

upuścił butelkę rumu, którą dotąd trzymał w ręku. Zachwiał 

się lekko i oparł o bar. Jego twarz była zupełnie biała. 

- Na miłość Boską, opanuj się - powiedział Ma­

nning. - Bierz płaszcz i zmywamy się stąd. 

- Nic nie rozumiesz, Harry. Maria była na tej łodzi. 

Manning zamarł w pół kroku, gapiąc się na niego. Czuł 

ogarniający go powoli lodowaty chłód. W tej samej chwili 

niebo otworzyło się z łoskotem piorunu i na „Caravel" 

spadły strugi ulewnego deszczu. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Ciemne wody 

Kiedy Grace Abounding opuszczała przystań, deszcz 

przybrał jeszcze na sile. Manning zwiększył szybkość maksy­

malnie i statek wspinał się na fale przypływu z taką siłą 

i zręcznością, aż Joe Howard został daleko w tyle na swej 

starej policyjnej łodzi motorowej. Manning był dziwnie 

spokojny. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogliby 

przybyć za późno. Chciało mu się palić, ale nie mógł znaleźć 

żadnego papierosa. Morrison podał mu swojego i przypalił. 

- Jakie mają szanse? 

- Dość duże - odparł Manning. - Dam głowę, że 

stary Walrus i Jimmy płynęli z kompletem pontonów i innych 

takich rzeczy na wypadek jakichś kłopotów. Jimmy zawsze 

o to dbał. Zdaje się, że to nawyk ze służby wojskowej. 

- A co z rafami, przy których łódź poszła na dno? 

- Tego się obawiam. 

Saunders wyjął z ust fajkę i przytaknął: - Morze robi 

różne niespodzianki w czasie takiej pogody. 

Grace Abounding

 wspięła się na kolejną falę i nagle, 

pchnięta niespodziewanie silnym bocznym podmuchem, 

zsunęła się w przepaść między falami. 

Morrisona i Saundersa gwałtownie rzuciło na bok, 

tylko Manning, który zdążył uchwycić koło sterowe, zdołał 

utrzymać się na nogach. Szybko ustawił łódź w poprzednim 

28 

background image

położeniu, przygotowując ją na przyjęcie uderzenia nastę­
pnej góry wodnej. 

W świetle kompasu Morrison wyglądał na chorego 

i przerażonego. - Czy to się często zdarza? 

- Zazwyczaj nie częściej niż raz - odparł sucho 

Manning. 

Drzwi od salonu otworzyły się, wypuszczając trochę 

światła. Po chwili w zejściówce pojawił się Seth, niosąc 

termos z herbatą i kubek. 

Ludzie, co za pogoda! Dawno już nie było tak źle. 
Nie musi pan nas o tym przekonywać - stwierdził 

Morrison. - Jak się czuje Viner? 

Ma kłopoty z żołądkiem, jak zwykle. Równie do­

brze mogliśmy go zostawić na suchym lądzie. 

Manning przełknął łyk parzącej herbaty i podał kubek 

Saundersowi. Nad pokładem świeciły czerwone i zielone 
lampki sygnalizacyjne, a poza nimi były już tylko noc 
i morze. 

Kilka minut później przestało padać i na niebie pokazał 

się księżyc, przeświecając między szybko sunącymi chmu­
rami. Wiatr zamarł i sztorm skończył się tak samo nagle, jak 
zaczai. 

Grace Abounding

 płynęła gładko przed siebie, połykając 

morze rozciągające się aż po horyzont. Za rufą zostawiła 
smugę falującej wody osrebrzonej promieniami księżyca. 

Niespodziewanie nad dźwięk silnika wzbił się głuchy 

łoskot i tuż za rufą wykwitła pięćdziesięciostopowa fontanna 
wody. 

-- Co to było? - przestraszył się Morrison. 

Bąbel powietrza wyjaśnił Saunders. - Zawsze się 

tak robi w czasie takiej pogody. Pod nami jest rafa. A w rafie 
pełno dziur. 

W miarę jak zbliżali się do celu, rozmowa zamierała. 

Fale rozpryskiwały się o wielki, postrzępiony wał wyniesiony 

29 

background image

co najmniej trzydzieści stóp nad powierzchnię wody i spy­
chały łódź w tym kierunku. Manning obrócił powoli koło 
sterowe, szukając drogi między skałami. Fale uderzały teraz 
o stępkę, wydając puste, klaszczące dźwięki. Woda pieniła się 
wzbijana wysoko w powietrze, a pomiędzy fontannami piany 
widniały czarne, postrzępione fragmenty rafy. 

Gdy zwolnili, sterowanie stało się trudniejsze, łódź 

dryfowała w stronę dużej, zielonej płyty skalnej. Manning 
i Seth, siłując się z kołem sterowym, zdołali ominąć jej 
południowy kraniec i schronić się od zawietrznej kamien­
nego bloku. 

Ciemna woda oblewała skały i podwodne rafy koralowe 

doskonale widoczne w jasnym świetle księżyca. Po Walrusie 
nie było ani śladu. Seth otworzył przednią szybę, a Manning 
zapalił reflektor punktowy, powoli obracając łódź. Strumień 
światła ciął ukośnie wodę, docierając aż do skał. 

Nagle Saunders krzyknął nerwowo i zamilkł. 

W świetle reflektora błysnął kawałek srebrnego kadłu­

ba. Seth pobiegł na rufę i spuścił kotwicę, a Manning 

wyłączył silniki. Morrison i Saunders wyskoczyli na pokład, 
Manning podążył tuż za nimi. Amerykanin pierwszy dotarł 
do relingu i krzyknął przerażony. 

Manning wrócił do sterówki, obrócił reflektor i poczuł, 

że robi mu się niedobrze. W ostrym, jasnym świetle widać 

było wyraźnie kipiel morską utworzoną przez kilkadziesiąt 
rekinów kłębiących się na niewielkiej przestrzeni jak psy, 
które poczuły kawał świeżego mięsa. Wielka, groźna głowa 
najeżona ostrymi zębami wynurzyła się nad powierzchnię 
i zanim zniknęła z powrotem, uciekając przed współtowarzy­
szami, można było dostrzec, że z jej zatrzaśniętych szczęk 
wystawało poszarpane ludzkie ramię. 

Manning zeskoczył na pokład, pobiegł na dól do kabiny 

i po chwili wrócił, niosąc automatyczny karabin Garanda. 

Narastało w nim uczucie przejmującej, gorzkiej, bezsilnej 

30 

background image

złości. Stanął przy relingu i zaczął strzelać. Słał serię za serią 
w słoną wodę, w kłębowisko śliskich rekinich ciał. 

Morze zagotowało się, kiedy dotychczasowi mordercy 

stali się ofiarami. Krew tworzyła czerwone fontanny, grudy 
rekiniego mięsa i ludzkiego ciała dryfowały po powierzchni 

wody, ryby wiły się i rzucały, wszystko to nasuwało na myśl 

scenę z przerażającego nocnego koszmaru. Nawet morze 
zdawało się krzyczeć w agonii. 

Kiedy ostatni pocisk przepadł w głębinie, Manning 

rzucił na pokład bezużyteczny karabin potykając się o niego. 

Przez krótką chwilę wszyscy stali spoglądając na siebie 

bezradnie. Wreszcie Seth wszedł do sterówki i wyłączył 
reflektor. 

Manning znikł w salonie, siadł przy stole i zapalił 

papierosa. Przed nim stała pusta szklaneczka. Sięgnął po 
butelkę. W tym momencie wszedł Viner. Szybko zatrzasnął 
za sobą drzwi, przez chwilę stał opierając się o nie plecami, 
potem podszedł do Manninga i osunął się na sąsiednie 
krzesło. Włosy miał jeszcze mokre od deszczu i był bardzo 
blady. 

- Co tam się dzieje na zewnątrz spytał spokojnie 

Manning. - Skończyło się już? 

Viner potrząsnął głową i schował twarz w dłoniach. 

Manning wlał do szklaneczki nieco rumu i podsunął Niem­

cowi. - Wypij trochę. To ci dobrze zrobi. 

Viner znowu potrząsnął głową. - Wolałbym raczej 

papierosa. 

Manning wetknął mu jednego w rękę. Niemiec przypalił 

go, zaciągając się głęboko. W salonie panowała cisza 
i całkowity spokój. Tylko pył wodny rozpryskujący się 
o szyby dzwonił o nie leciutko. 

Manning pierwszy przerwał ciszę: - Dokąd płynęła? 

Do Miami? 

Viner skinął głową. - Dostała list od kubańskich 

31 

background image

uciekinierów. Prosili ją, by ruszyła w trasę po całych Stanach 

i zebrała nieco pieniędzy dla ich organizacji. 

- Ale dlaczego nic mi nie powiedziała? 

- Myślała, że tak będzie lepiej. Wiesz, szybkie zer­

wanie... 

Manning poruszył głową. - Nie rozumiem. Nic nie 

rozumiem. Musiał być jakiś inny powód. Coś prawdziwego. 

Coś z sensem. 

- W porządku, Harry - ustąpił Viner - powiem ci 

wprost. Kiedy zjawiłeś się na Spanish Cay, tonąłeś w czarnej 

rozpaczy z litości nad samym sobą. Mogłoby się wydawać, że 

jesteś jedynym, który w jakiś sposób ucierpiał z powodu tej 

kubańskiej afery. Potem pojawiła się Maria. Osiągnęła tyle, 

że przestałeś zalewać się w trupa, ale w zamian stała się 

jedyną podporą twojego życia. Zdecydowała, iż nadszedł już 

czas, abyś znowu stanął na własnych nogach i nauczył się żyć 

na swój własny rachunek i na swoją własną odpowiedzial­

ność. 

Manning przyglądał się Vinerowi, lekko zmarszczywszy 

brwi. Potem opróżnił szklaneczkę, wstał i wyszedł. Saunders, 

Morrison i Seth siedzieli w sterówce, rozmawiając przyci­

szonymi głosami. Minął ich i zatrzymał się przy relingu. 

Myślał o niej, o tej gdzieś tam, w ciemnej wodzie. I wiedział, 

że wszystko, co mówił Viner, było prawdą. 

Powoli nadchodził dzień. Stopniowo pojawił się nie­

śmiały, perłowy blask, można już było odróżnić szarość mgły 

podnoszącej się znad wody od ciemnych, srebrnych kropli 

deszczu. 

Skończył się nocny koszmar. Morze unosiło się nie­

wielkimi wypukłościami, pieniąc się u podstawy rafy. Wiatr 

ucichł. Rekiny odpłynęły. 

Łódź policyjna kotwiczyła zaledwie dwadzieścia, trzy­

dzieści jardów dalej. Joe Howard wynurzył się ze sterówki 

i podniósł rękę, dając tym samym znak, że się do nich 

32 

background image

wybiera. Zrzucił ponton za rufę, wskoczył do niego i mocno . 

odepchnął. 

Kiedy wspinał się po trapie na Grace Abounding, jego 

pogodna zazwyczaj twarz była wyjątkowo poważna. 

- Zawiadomiłem Nassau. Wysyłają nam łódź rato­

wniczą i kilka innych z różnym sprzętem. Powinni tu być 

koło południa. 

Manning potrząsnął głową. - Niepotrzebnie. Sam 

zejdę na dół. 

- Nie bądź idiotą, Harry - sprzeciwił się ostro Viner, 

wychodząc ze sterówki. Za nim szli pozostali. 

- To moja sprawa. 

Seth pokręcił głową bez przekonania. - Nic po tobie 

tam na dole, Harry. Może jest tam jakiś rekin albo dwa, 

kręcą się, bo mają nadzieję, że coś znajdą, i tyle. 

- Sam sprawdzę. - Manning zwrócił się do Howar­

da. - Przepraszam, Joe, ale tak musi być. 

Młody policjant westchnął i rzekł do Setha: - Przynieś 

zapasowy akwalung. Pójdę z nim. - A potem skrzywił się 

zmęczony w uśmiechu i powiedział do Manninga: - To ja tu 

jestem na służbie, racz o tym pamiętać. 

- Obaj zwariowaliście czy co? - zdenerwował się 

Morrison. 

Manning zignorował go. Zajął się zdejmowaniem wierz­

chniej odzieży, a kiedy Joe Howard poszedł za jego przy­

kładem, uśmiechnął się do Amerykanina uspokajająco. -

Niech pan się nie martwi, panie Morrison. Robiliśmy to już 

wcześniej. 

Zostawili na sobie koszule i kalesony dla częściowej 

chociażby ochrony przed zimną wodą. 

Seth przyniósł skafandry oraz resztę sprzętu do nurko­

wania i razem z Saundersem pomógł im się ubrać. 

Nikt nie usiłował podtrzymywać rozmowy. Manning 

desperacko nie wierzył w to, co się zdarzyło. Uznał wszystko 

3 Nocne... 

33 

background image

za zły sen. Sen, z którego mógł się obudzić w każdej chwili, 

wyciągnąć rękę w ciemności i tuż obok siebie znaleźć Marię. 

Woda była tak zimna, że zetknięcie z nią bolało prawie 

jak uderzenie, co wróciło Manninga do rzeczywistości. 

Najpierw zanurzył się tuż pod powierzchnię i sprawdził 

działanie zaworu powietrza. Potem, nie czekając na Ho­

warda, popłynął w dół przez mętną, szarą przestrzeń. 

Zarys wodolotu wynurzył się z cienia niemal od razu. 

Walrus

 osiadł na połaci trawy morskiej, ciągnącej się aż do 

nasady skał podwodnych. Manning płynąc w stronę wraku 

czuł, jak cofające się fale szarpią jego ciałem, pchając go 

prosto na skały i widoczne u ich podstawy jaskinie. 

Główna część szkieletu Walrusa pozostała nienaru­

szona, ale rufa razem z komorą bagażową całkowicie 

zniknęły, w miejscu tym ziała ciemnością nieregularna 

dziura. Poskręcany i sczerniały metal wyglądał tak, jakby 

rozerwała go potężna eksplozja. Kiedy Manning oglądał 

postrzępione krawędzie, nadpłynął Joe Howard. Jego lekko 

zmarszczone brwi zdradzały niepokój. Manning poklepał 

młodego człowieka uspokajająco po ramieniu i wpłynęli do 

środka wraku. Wszystkie siedzenia tkwiły na swoich miej­

scach, drzwi do kabiny pilota dały się odsunąć bez wysiłku, 

ale nigdzie nie widać było ciał. Pasażerowie i załoga zniknęli 

bez śladu. 

Howard wsunął się do kabiny. Manning wypłynął na 

zewnątrz i czekał na sierżanta przytrzymując się kadłuba. 

Właśnie wschodziło słońce. Pierwsze blade promienie prze­

bijały się przez szarą wodę, ale tu na dnie panowała jeszcze 

nienaturalna martwota. 

Seth miał rację. Nie było czego szukać. Maria Salas 

zniknęła razem z innymi podróżnymi tak dokładnie, jak 

gdyby nigdy nie istniała. Manning miał już zamiar wypłynąć 

na powierzchnię, kiedy Joe pojawił się za nim i stuknął go 

w ramię. 

34 

background image

Wskazał dłonią jasne liście paproci rosnących u pod­

nóża skały, które teraz odchylił prąd odpływu. Manning 

natychmiast pojął znaczenie tego gestu. Morze, nacierając na 

skałę od wielu wieków, wyżłobiło u podstawy klifu ogromną 

jaskinię. Możliwe, że prąd wessał tam jedno czy nawet kilka 

ciał, zanim znalazły je rekiny. 

Manning odepchnął się od wodolotu i skierował ku 

skale. Wejście do jaskini stanowiło ciemną szramę w skalnym 

bloku, mającą nie więcej niż trzy stopy wysokości. Manning 

wpłynął do środka i czekał na Joego Howarda. 

Jaskinia, pełna małych tęczowych rybek, wznosiła się 

nad głową nurka niczym katedra. Poranne słońce wślizgi­

wało się przez otwór w skale i wędrowało przez wodę 

migoczącymi promieniami. 

Wszystko wydawało się dziwnie spokojne i w pewien 

szczególny sposób odcięte od zewnętrznego świata. U we­

jścia do jaskini pojawił się Joe Howard. Przestraszona tym 

wtargnięciem ławica tęczowych rybek rozprysnęła się na 

boki, odsłaniając niespodziewanie ciało zawieszone w wo­

dzie tuż pod samym sklepieniem jaskini. 

Był to Jimmy Walker. Choć miał na sobie kamizelkę 

ratunkową, wypełnioną powietrzem, unosił się w wodzie 

z twarzą skierowaną do dołu. Jego oczy były zamknięte, 

a mięśnie rozluźnione, wydawało się, że odpoczywa. Nie 

znać było żadnych śladów skaleczeń. Manning i Howard 

ruszyli w jego kierunku, wzbudzając popłoch wśród kolo­

rowych rybek. Każdy chwycił ciało za jedno ramię i skiero­

wali się do wyjścia. 

Na głębokości dwudziestu stóp zatrzymali się na kilka 

minut, by wyrównać ciśnienie, a potem wynurzyli się po­

woli tuż za rufą Grace Abounding. Pierwszy spostrzegł ich 

Saunders. Krzyknął do pozostałych, ale gdy zdał sobie 

sprawę z tego, co oznacza obciążenie, głos uwiązł mu 

w krtani. 

35 

background image

Seth umocował na burcie trap, potem zszedł niżej 

i chwycił Walkera za kamizelkę. Morrison pomógł mu 

wyciągnąć ciało. Kiedy Manning wdrapał się na pokład, 

Jimmy leżał już na wznak tuż obok sterówki. 

- Nawet nie draśnięty. - W głosie Saundersa poja­

wiła się nutka lęku. - Czemu go nie ruszyły? 

Manning podniósł maskę i wyjął z zębów gumową 

końcówkę ustnika. - Znaleźliśmy go pod skałą. Musiał być 

jeszcze przytomny, kiedy wodolot osiadł na dnie. Wygląda 

na to, że tej nocy była bardzo silna fala. Wepchnęła go pod 

skałę, gdy tylko wydostał się z kabiny. 

- A jakim cudem w kamizelce jest powietrze? 

- Pewnie otworzył ją odruchowo. Zdał sobie sprawę, 

gdzie jest, i miał nadzieję, że uda mu się wypłynąć na 

powierzchnię przez skalny komin. - Ciarki przeszły Man-

ningowi po plecach na myśl o tym, co musiał czuć Jimmy 

Walker tam na dole, samotny w ciemnościach, nie mogąc 

liczyć na żadną pomoc. 

- Co z resztą? - spytał Morrison. 

- Nie znaleźliśmy nikogo więcej - odparł Joe Ho­

ward. - Wygląda na to, że doszło do eksplozji. 

Amerykanin zmarszczył brwi. - Któryś z silników? 

Joe Howard potrząsnął przecząco głową. - Cokolwiek 

to było, znajdowało się w luku bagażowym. Rufę zmiotło bez 

śladu. Statek musiał pójść na dno jak kamień. 

Zapadła cisza. Saunders głęboko wciągnął powietrze. 

Po chwili Seth zapytał wolno: - Chodzi ci o to, Joe, że to nie 

był wypadek? 

Manning rzucił akwalung na pokład, wziął w rękę 

ręcznik i przykrył nim twarz Jimmy'ego Walkera. Kiedy się 

wyprostował, był niewiarygodnie spokojny. - Dokładnie 

o to mu chodzi. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Człowiek zwany Garcia 

Kiedy Manning wszedł do pokoju, od razu zwrócił 

uwagę na łóżko. Stało nie zasłane, z rozrzuconą pościelą, tak 

jak je zostawił opuszczając pokój zeszłej nocy. Podszedł 

bliżej i dotknął delikatnie wgłębienia w poduszce. Tam gdzie 

leżała głowa Marii. 

Potem przeszukał pokój. Zaczął od szafy, kolejno 

przejrzał wszystkie szuflady, następnie przetrząsnął każdą 

półkę, zajrzał w każdy kąt. Znalazł wiele swoich rzeczy, 

przedmiotów codziennego użytku, ale nic, co by należało do 

Marii. Nawet chusteczki do nosa. Tak jakby nigdy jej tu nie 

było. 

Przez chwilę stał na środku pomieszczenia, wsłuchując 

się w ciszę, w końcu zdjął bluzę, wszedł do łazienki, odkręcił 

prysznic i zmył sól z twarzy i ciała. Gdy przekładał przez 

głowę świeżą koszulę, otworzyły się drzwi i wszedł Joe 

Howard. Usiadł w nogach łóżka, z kieszeni na piersiach 

wyjął kawałek papieru. - Mam tu listę pasażerów. Tylko 

czworo: Maria, jakiś amerykański biznesmen Fallon, pani 

Norah Hamilton, angielska turystka, i człowiek nazwiskiem 

Perez. 

Manning odwrócił się powoli. Lekko zmarszczył brwi. -

Kubańczyk? 

- Mieszkał w „Old Ship Tavern". Przebywał tu około 

37 

background image

dwóch tygodni. Niewysoki mężczyzna w średnim wieku, 

chodził z laską. 

Manning przytaknął. - Pamiętam go. Mocno utykał 

na prawą nogę. 

- Nic dziwnego - stwierdził Howard. - Mógł się 

uważać za szczęśliwca, że w ogóle ma nogi. Kilka miesięcy 

temu w Vera Cruz agent Castra podłożył mu bombę. 

Naprawdę nazywał się Miguel de Rodriguez. Jeden z lepiej 

znanych emigrantów kubańskich. Zbyt dobrze szło mu 

organizowanie opozycji przeciw reżimowi Castra w stanach 

Ameryki Środkowej. 

- A co robił tutaj? 

- Najwyraźniej wracał do zdrowia, to by tłumaczyło 

przybranie fałszywego nazwiska. Nassau poinformowało 

mnie o jego przybyciu, ale nie wiedziałem, że miał zamiar 

wyjechać tej nocy. Ktoś jednak o tym wiedział. 

- I podłożył bombę w luku bagażowym. 

- To było dosyć łatwe. Walrus cumował z dala od 

innych łodzi przez kilka godzin, i to już po zapadnięciu 

zmroku. Oczywiście zamachowiec nie miał wątpliwości, że 

zginą pozostali pasażerowie, ale odnoszę wrażenie, że ludzie 

tego pokroju zupełnie się tym nie przejmują. 

Manning uświadomił sobie, że drżą mu ręce. Zapalił 

papierosa i stanął w oknie. - Co teraz? 

- Komisarz chce, żebym natychmiast popłynął do 

Nassau. Przy odrobinie szczęścia powinienem wieczorem 

być z powrotem. Dam ci znać, jeżeli się czegoś dowiem. -

Joe podszedł do drzwi i przystanął z wahaniem. - Maria 

była bardzo miłą dziewczyną, Harry. Przykro mi. Cholernie 

przykro. 

Drzwi zamknęły się cicho. Manning przez chwilę stał 

nieruchomo, patrząc na przystań i myśląc o wszystkim, 

co się ostatnio zdarzyło. Potem sięgnął po czapkę i zszedł 

na dół. 

38 

background image

Bar był pusty. Zajrzał na taras i znalazł tam Vinera 

jedzącego spóźnione śniadanie. Przysiadł się, a Niemiec 

przywołał pstryknięciem palców kelnera. - Zjesz coś, 

Harry? 

Manning potrząsnął głową. - Wystarczy kawa. 

Kelner przyniósł drugi kubek, napełnił go i zaraz się 

oddalił. Viner nieco zakłopotany zajął się jedzeniem. Man­

ning zapalił papierosa i siedział zapatrzony w ciemny masyw 

wyspy Andros iskrzący się w mglistym upale. 

Viner skończył jeść i ostrożnie obsadził papierosa 

w eleganckiej, srebrnej cygarniczce. - Kawa ci wystygnie. 

Manning opróżnił kubek i napełnił go powtórnie. -

Gdzie jest Morrison? Zdaje się, że rano miałem zabrać go na 

morze. 

- Doszedł do wniosku, że ze względu na zaistniałe 

okoliczności nie będziesz tym zainteresowany. Zdecydował 

się popłynąć do Nassau. Joe wziął go ze sobą. 

- Mówił ci o Rodriguezie? 

Niemiec skinął głową. - To się nie trzyma kupy, Harry. 

Zabić człowieka, którego ma się za swojego wroga, to nic 

trudnego, ale takie postępowanie to już coś całkiem innego. 

Mogliby tylko sobie zaszkodzić. 

- Może chcą trochę nas wszystkich nastraszyć -

zastanawiał się Manning. - Pokazać, że pilnują swoich 

spraw. Myślę, że Joe nie miał racji, gdy rozważał sposób 

umieszczenia bomby na Walrusie. 

Viner wyglądał na zdziwionego. - Wydaje mi się, że 

jego teoria ma solidne podstawy. 

- Z początku również tak sądziłem, ale przemyślałem 

wszystko. Od kiedy jeden z jego pomocników usiłował 

przemycić nieco heroiny do Vera Cruz, i Jimmy ledwo z tego 

wyszedł, zawsze sam nadzorował załadunek. I zawsze spraw­

dzał luk bagażowy. Na pewno zauważyłby, gdyby ktoś się 

tam włamał. 

39 

background image

- A więc bombę wniesiono na pokład w bagażu. 

Prawdopodobnie sam Rodriguez. 

Manning pokiwał głową. - Ktokolwiek to był, nic 

o tym nie wiedział. Bombę umieszczono w bagażu już 

w hotelu. Wiele osób miało możliwość podłożenia ładunku. 

Kelnerzy, pokojówki i tak dalej. Mimo wszystko trudno mi 

uwierzyć, żeby Rodriguez dał się tak zaskoczyć. Taki 

człowiek jak on żyje tylko dlatego, że jest bardzo ostrożny. 

- Najwyraźniej tym razem był niewystarczająco ostro­

żny - stwierdził Viner. - Ale nawet gdyby bomba znajdo­

wała się w bagażu kogoś innego, nie powinno być trudności 

ze znalezieniem winnego. Należałoby zacząć od sprawdzenia 

ludzi zatrudnionych w hotelach w ciągu ostatnich dwóch 

tygodni. 

- Dobra myśl - zgodził się Manning. - Czy któryś 

z pasażerów mieszkał tutaj? 

Viner potrząsnął głową. - Wiemy, że Rodriguez miał 

pokój w „Old Ship Tavern". Możemy zacząć od zadania 

kilku pytań tam właśnie. Znasz właściciela równie dobrze 

jak ja. Bill Lumley zrobi dla nas wszystko, co będzie mógł. 

Manning przełknął resztę kawy i wstał. - Mam lepszy 

pomysł. Ty pójdziesz do Billa i pogadasz z nim, a ja zajrzę do 

biura portowego i poproszę o jeszcze jeden odpis listy 

pasażerów. W ten sposób dowiemy się, gdzie mieszkało 

dwoje pozostałych. 

Viner kiwnął głową. - Spotkamy się w „Old Ship 

Tavern". A co na to policja? 

Manning wzruszył ramionami. - Joe wróci dopiero 

późnym wieczorem, jeśli będzie miał odrobinę szczęścia. Do 

tej pory nasz ptaszek może już wyfrunąć z klatki. Wolałbym, 

żeby mu się to nie udało. 

- Ja również - zgodził się Viner. 

Manning zostawił Niemca, pokonał kilka stopni i ruszył 

wzdłuż brzegu do biura. Na falochronie siedział Seth 

40 

background image

i rozmawiał z dwoma żeglarzami. Na widok Manninga 

zeskoczył z muru i przeciął zakurzoną drogę. - Wypływamy 

dzisiaj, Harry? 

Manning potrząsnął przecząco głową. - Nie sądzę. 

Czuł się tak, jakby tkwił gdzieś głęboko pod wodą. 

Wszystko wydawało się dziać w zwolnionym tempie. Skądś 

z bardzo daleka docierały doń stłumione dźwięki. Nawet 

własny głos brzmiał obco, i znów odniósł osobliwe wrażenie, 

że to wszystko to tylko sen, z którego powinien się za wszelką 

cenę obudzić, a wtedy wszystko stanie się inne. 

Biuro było ciemne i chłodne. Czarny urzędnik popija­

jący wodę z lodem odstawił pośpiesznie szklankę na widok 

Manninga i zwrócił się do niego uprzejmie: - Czym mogę 

służyć, panie Manning? 

- Chciałbym rzucić okiem na listę pasażerów -

powiedział Manning. - Tę, którą pokazał pan sierżantowi 

Howardowi. 

Gdy urzędnik przerzucał stertę papierów zaścielającą 

biurko, tylne drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł 

młody Murzyn. Zdjął kurtkę. Tymczasem pierwszy męż­

czyzna znalazł to, czego szukał. 

- Oto ona, panie Manning. Ta, której kopię wziął 

sierżant Howard. Oczywiście nie ja sporządzałem oryginał. 

To Bill, on był na nocnej zmianie. 

Bill wysunął się do przodu, spojrzał na listę i przyta­

knął: - To ta, panie Manning. Ostateczna wersja, którą 

sporządziłem po wyjściu pana Walkera. 

- Ostateczna wersja? Co to znaczy? 

- Cóż, czasami ludzie nie zgłaszają się przed odpły­

nięciem - wyjaśnił urzędnik. - W takich przypadkach 

pomijamy ich w ostatecznej wersji. 

Manning poczuł, że robi mu się zimno. Nagle wszystko 

stało się jasne. Pochylił się nad kontuarem i zapytał powo­

li: - Czy tej nocy ktoś się nie zgłosił? 

41 

background image

Urzędnik przytaknął: - Pan Garcia. Zarezerwował 

miejsce około południa, ale nie stawił się na czas. 

- A co z jego bagażem? 

- Był już w wodolocie. Mówiłem mu, że musi tu być 

o siódmej. Pan Walker lubił mieć wszystko przygotowane 

zawczasu. 

- Mówił pan o tym sierżantowi Howardowi? 

Młody urzędnik zaprzeczył: - Nie widziałem go. 

Spałem. O wypadku dowiedziałem się pół godziny temu. 

Dlatego przyszedłem. 

Manning odwrócił się powoli i stanął twarzą w twarz 

z Sethem. - Wiesz, co to znaczy? 

Seth skinął głową z wolna. - Pewno właśnie opuszcza 

wyspę. Musiał wszystko zaplanować znacznie wcześniej. 

Manning potrząsnął głową. - Nieważne. Zejdź szybko 

na przystań. Spróbuj dowiedzieć się, jaki jeszcze statek 

wypływał wczoraj w nocy, prawdopodobnie do Nassau. To 

nie powinno być zbyt trudne. Ja złapię Vinera. Spotkamy się 

na łodzi. 

Seth puścił się biegiem w stronę nabrzeża, a Manning 

wrócił tą samą drogą, którą przyszedł. Budynek „Old Ship 

Tavern" stał kilkaset jardów dalej. Kiedy Manning zbliżył się 

do niego, ujrzał Vinera stojącego przed głównym wejściem. 

Niemiec rozłożył ręce w geście wyrażającym bezrad­

ność. - Nie mamy szczęścia, Harry. Bill Lumley nie 

przyjmował żadnych nowych pracowników od zeszłego 

sezonu. Cała obecna obsługa to tutejsi wyspiarze. Pracują 

z nim od lat. 

- Ja miałem trochę więcej szczęścia - stwierdził 

Manning. - Na liście pasażerów brakowało jednego czło­

wieka. Nazywa się Garcia. Nie zgłosił się na czas przed 

odpłynięciem i został na lądzie, ale jego bagaż był już 

w wodolocie. 

- Myślisz, że on tu jeszcze jest? 

42 

background image

- Z pewnością nie. Posłałem Setha, żeby się czegoś 

dowiedział w porcie. 

W tej samej chwili usłyszeli głośny okrzyk. Obrócili się 

obaj i zobaczyli Setha ciężko biegnącego w ich stronę. Wielki 

Murzyn dyszał, a po jego twarzy spływał pot. 

- Miałeś rację, Harry. Zeszłej nocy Manny Johnson 

wiózł kogoś do Nassau, i wygląda na to, że to był nasz 

człowiek. Ten gość przyszedł do baru Flo wczoraj koło 

siódmej wieczorem i Manny już tam czekał. Flo powiedział, 

że mieli umówiony kurs. Trasę ustalili już dwa dni wcześniej, 

ale Manny chciał odwołać wycieczkę przez tę pogodę. Flo 

mówi, iż wypłynęli tylko dlatego, że Garcia przyrzekł 

podwoić stawkę. 

Manning poklepał Setha po ramieniu. - Dobra robota, 

stary. Idź, zbierz cumy. Ruszamy stąd. I to szybko. 

Seth pobiegł wzdłuż falochronu. Manning zwrócił się do 

Vinera. - Możesz sprawdzić pozostałe dwa hotele na 

wypadek, gdybyśmy się mylili. Ale nie sądzę, żeby to było 

potrzebne. - I niemalże w tej samej chwili skierował się do 

przystani. 

- Bądź ostrożny, Harry. Ci ludzie ostro grają -

powiedział ochryple Niemiec. 

Manning odwrócił się. Na jego ustach pojawił się 

z wolna drapieżny uśmiech. - Mam nadzieję. 

Pobiegł do łodzi, zeskoczył na pokład i wszedł do 

sterówki. Seth wciągnął cumy. Manning włączył silniki na 

pełną moc i kiedy Grace Abounding odbiła od brzegu, 

skierował ją ku wyjściu z zatoki. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Rzucanie uroków 

Wczesnym popołudniem dotarli do Nassau. Gdy Grace 

Abounding

 wpływała na zielone płycizny Athol Island, z por­

tu wychodził właśnie biały transatlantyk oblepiony tury­

stami, którzy chcieli rzucić ostatnie spojrzenie na New 

Prowidence. 

Nabrzeże roiło się od niewielkich łodzi wypełnionych 

wszelkim dobrem, od warzyw i ryb począwszy, na drobiu 

i pasażerach skończywszy. Płycizna przypominała raczej 

plac targowy niż cokolwiek innego. Tubylcy tworzyli pstro­

katy, hałaśliwy tłum, trajkoczący bez przerwy i przekrzyku­

jący się nawzajem. Tu i tam wybuchały krótkotrwałe sprze­

czki przy dobijaniu targu. 

Przycumowali do starego falochronu z drugiej strony 

przystani i ruszyli w stronę Bay Street, szukając łodzi 

Manny'ego Johnsona. Znaleźli ją po półgodzinie. Manning 

zeskoczył na pokład i zajrzał do kabiny, ale nikogo nie 

znalazł. Kiedy wynurzył się z powrotem, Seth rozmawiał 

z siedzącymi na murze dwoma rybakami zajętymi oporzą­

dzaniem wędek. 

- Wygląda na to, że Manny zrobił niezłą trasę dziś 

w nocy. Rozrzucał forsę na prawo i na lewo. 

- A teraz leży pewnie jak kłoda i odsypia pijaństwo 

w jakiejś zapchlonej norze. 

- Nigdy nie umiał zatrzymać przy sobie pieniędzy, jeśli 

44 

background image

tylko mógł się urżnąć. A może już się wyspał i zaczął od 

nowa? 

- Możliwe. Zacznij od tamtego końca Bay Street, ja 

od tego. Pytaj wszędzie, gdzie się da. Ktoś musi wiedzieć, 

gdzie on jest. - Manning spojrzał na zegarek. - Spotkamy 

się tutaj za dwie godziny. 

Seth zniknął w tłumie w jednej chwili, a Manning wybrał 

trasę wzdłuż nabrzeża, zaglądając do wszystkich napotka­

nych barów. Wszystko wskazywało na to, że traci czas. 

Manny Johnson najwyraźniej odwiedził zeszłej nocy wszy­

stkie możliwe bary, ale nikt nie miał najmniejszego pojęcia, 

gdzie mógłby znajdować się teraz. 

Kiedy Manning wrócił do łodzi, minęła już czwarta. Był 

zmęczony i spocony, a gdzieś w tylnej części czaszki czuł 

uporczywy, tępy ból. Zapalił papierosa, rozciągnął się na 

leżaku i obserwował przystań, zastanawiając się, czy Seth 

miał więcej szczęścia w poszukiwaniach. Po chwili obrócił 

się, żeby spojrzeć na nabrzeże, i niespodziewanie dostrzegł 

Morrisona idącego ulicą w jego kierunku. 

Na twarzy Amerykanina pojawił się szeroki uśmiech. -

Nie wiedziałem, że pan tu dzisiaj będzie. 

- Ja również - odparł Manning. - Tak wyszło. 

- Przepraszam, że nie zjawiłem się na spotkanie, ale 

uważałem, że w wyniku zaistniałych okoliczności nie będzie 

pan już zainteresowany przedłużeniem umowy. Kiedy Joe 

Howard powiedział, że płynie do Nassau, pomyślałem, że 

mógłbym sobie zrobić małą wycieczkę. Właściwie nie miałem 

dotąd okazji, by zwiedzić to miejsce. 

- Nassau to prawdziwe miasto - rzekł Manning. -

Mamy tu dobrze rozwinięte życie nocne i kasyno pierwszej 

klasy. 

- Brzmi interesująco. - Morrison wytarł chusteczką 

twarz z potu. - Tylko trochę tu za gorąco, żeby było 

naprawdę komfortowo. Co pan powie na drinka? 

45 

background image

Kątem oka Manning dojrzał Setha, przepychającego się 

przez tłum, i zawahał się. - Nie, dziękuję. Mam parę spraw 

do załatwienia. Może innym razem. 

Zostawił Amerykanina i zwrócił się do Setha: - Jak 

poszło? 

Olbrzym pokiwał głową. - Kosztowało to coś niecoś 

zachodu, ale udało się. Ma pokój w hotelu niedaleko stąd. 

A czego chciał Morrison? 

- Proponował mi drinka. Miałem zamiar skoczyć 

z nim na jednego, ale chyba w niczym nam to nie pomoże. 

W ciągu pięciu minut dotarli do celu. Był to podni­

szczony budynek mieszkalny zamieniony przez marynarzy 

na hotel. Nie był to ten rodzaj przedsiębiorstwa, w którym 

pracowałby recepcjonista. Weszli do ciemnego, ponurego 

holu i wspięli się po drewnianych schodach. Seth otworzył 

drzwi na końcu korytarza i zajrzał do środka. 

Wewnątrz unosił się przerażający smród. Manning 

podszedł do okna i uniósł żaluzję. Przez kilka chwil stał tam, 

oddychając chłodnym powietrzem znad przystani, potem 

odwrócił się i spojrzał w dół na Manny'ego Johnsona, który 

leżał na plecach z otwartymi ustami, wykręcony na bok. 

Zmięte, poplamione prześcieradła okrywające go do połowy 

zwisały aż na podłogę. Manning przysiadł na krawędzi 

łóżka, wyprostował śpiącego i poklepał go delikatnie po 

twarzy. 

Stary otworzył oczy i przez chwilę gapił się na Manninga 

demonstrując szczególny rodzaj wytrzeszczu. Potem coś 

zaskoczyło w jego głowie i na twarz wypełzł uśmiech. -

Harry Manning! Co ty tu robisz, do diabła? 

- Nie mam teraz czasu na tłumaczenie, Manny. Po­

trzebuję informacji, i to szybko. - Manning podał mu 

papierosa i ogień. - Ostatniej nocy wiozłeś kogoś ze Spanish 

Cay. Człowieka zwanego Garcia. 

Stary potarł kciukiem nabiegłe krwią oczy i przyta-

46 

background image

knął. - Zgadza się. A co chcesz od niego? Jest ci winien 

pieniądze? 

Manning zignorował pytanie. - Wiesz, dokąd się udał? 

- A skąd mam wiedzieć? Wybulił jak wielki pan 

i zniknął. 

- Wziął taksówkę? 

Manny potrząsnął głową. - Nie. Kazał nieść swoje 

bagaże jednemu z tych dzieciaków, które się włóczą po 

nabrzeżu. 

- Co to za dzieciak? 

- Trudno go przegapić. Ciągle tam gdzieś krąży. 

Odziany w jedną z tych amerykańskich futbolowych koszu­

lek. Pewnie od jakiegoś turysty. Żółta, a na plecach duża 

liczba dwadzieścia dwa. Sięga mu do kolan. 

Manning spojrzał pytająco na Setha, a ten skinął gło­

wą. - Znam tego chłopaka. 

Manning wstał. - Dzięki, Manny. Trochę nam po­

mogłeś. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł sta­

ry człowiek. - A teraz, gdybyś był tak uprzejmy wynieść 

się stąd do diabła, może mógłbym się jeszcze trochę prze­

spać. 

Chłopiec siedział na nabrzeżu kilka jardów od łodzi 

Manny'ego. Mógł mieć najwyżej dwanaście lat. W ręku 

trzymał prowizoryczną wędkę, a obok niego leżał zwinięty 

w kłębek mały, czarny pies. Żółta futbolowa koszulka, którą 

miał na sobie, żywo kontrastowała z hebanową skórą. 

Seth uśmiechnął się do niego szeroko. - Dobrze idzie? 

Chłopiec potrząsnął przecząco głową. - Żerują gdzie 

indziej. Nie mam dzisiaj szczęścia. 

- Może mógłbyś mieć. - Manning wyczarował skądś 

banknot jednofuntowy i złożył go między palcami. 

47 

background image

Oczy chłopca stały się bardzo, bardzo okrągłe. - Czego 

pan sobie życzy? 

- Znasz pana Johnsona ze Spanish Cay? 

Chłopiec przytaknął: - To jego łódź tam cumuje. 

- Ostatniej nocy przewoził pasażera - powiedział 

Manning - który wynajął cię do niesienia bagażu. Chcę 

wiedzieć, dokąd poszedł. 

- Za jednego funta? 

Manning pokiwał głową, a chłopak uśmiechnął się 

uradowany. - To bardzo proste, proszę pana. 

Zwinął linkę, wędkę wetknął w rękę siedzącemu tuż 

obok chłopakowi. Potem podniósł się, szturchnął nogą psa 

i ruszył wzdłuż Bay Street. 

Manning i Seth z trudnością nadążali, przeciskając się 

zatłoczonym pasażem, za biegnącym truchtem chłopcem. 

Mały skręcił w wąską alejkę, a oni podążyli za nim przez 

labirynt bocznych uliczek. W końcu zatrzymali się na rogu 

niewielkiego skwerku otoczonego zewsząd zniszczonymi 

drewnianymi domami. 

Chłopiec wskazał jeden z nich w drugim końcu placu. 

- To ten, proszę pana. Tutaj przyszedł. Zapłacił mi na 

tylnym podwórzu. Myślę, że to był Kubańczyk, bo ta pani, 

która mu otworzyła drzwi, mówiła do niego Juan. 

Manning dał chłopcu funta. Mały przyklepał go i uś­

miechnął się szeroko. 

- Jeżeli kiedykolwiek jeszcze będzie pan chciał coś 

załatwić, wystarczy mnie zawołać. Jestem zawsze na dole, na 

nabrzeżu. - Gwizdnął na psa i pobiegł z powrotem tą samą 

drogą, którą tu przyszli. 

Manning zwrócił się do Setha. - Chcę, żebyś został 

tutaj. Daj mi dziesięć minut, a potem spróbuj się rozejrzeć. 

Seth zmarszczył brwi. - Może nadszedł czas, by 

zawiadomić policję, Harry? Pozwólmy im się tym zająć. 

Manning zignorował go i ruszył przez skwer. Ponieważ 

48 

background image

frontowe drzwi domu zabito deskami, poszedł wąskim 

chodnikiem, który zaprowadził go na tylne podwórko, 

zarzucone pustymi puszkami i odpadkami wszelkiego ro­

dzaju. 

Wszedł po czterech kamiennych stopniach prowadzą­

cych do drzwi i zapukał. 

W głębi rozległy się kroki i po chwili drzwi uchyliły się 

na kilka cali. 

- Kto tam? - rozległ się kobiecy głos. 

- Szukam Juana - rzekł Manning. - Juana Garcię. 

Jestem jego starym przyjacielem. 

Dobiegł go brzęk łańcucha i drzwi otworzyły się. 

- Lepiej niech pan wejdzie - powiedziała kobieta, 

cofając się w głąb korytarza. 

Manning zamknął drzwi i podążył za nią marszcząc nos, 

bo w pomieszczeniu królował stężały smród kuchennych 

wyziewów i moczu. Kobieta otworzyła inne drzwi, zapaliła 

światło i wprowadziła go do pokoju. Miejsce to było 

niespodziewanie czyste, na podłodze leżał dywan, a pod 

przeciwległą ścianą stało podwójne łóżko. 

Przewodniczka Manninga była wysoką, dobrze zbudo­

waną kobietą, zbliżającą się do niebezpiecznej granicy wieku. 

Jej skóra miała kawowy odcień, a grube wargi zdradzały 

mieszane pochodzenie. W pewien prosty, surowy sposób 

ciągle jeszcze była przystojna. Na jej twarzy pojawił się nagle 

uśmiech. - Jestem dziewczyną Juana. Hannah. Mogę coś 

dla ciebie zrobić? 

W jej głosie brzmiało jawne zaproszenie. Manning 

wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie, dziękuję. 

- Czy to interesy? 

- Możesz to tak nazwać. 

- To miło. 

Usiadła na łóżku i uśmiechnęła się. - Daj papierosa 

i powiedz mi coś o tym. 

4 Nocne... 

49 

background image

Wskazała dłonią miejsce obok siebie i Manning usiadł 

posłusznie. Założyła nogę na nogę i wówczas jaskrawy 

szlafrok, który miała na sobie, rozchylił się ukazując czarne 

pończochy i wypukłe ciało nad nimi. 

- Byłam pewna, że znam większość przyjaciół Juana. 

Jak to się stało, że nigdy dotąd się nie widzieliśmy? 

- Dużo podróżuję - odparł Manning. - Nigdy nie 

siedzę długo w jednym miejscu. Mówiłaś, że kiedy wróci? 

Kobieta wypuściła w stronę sufitu obłok dymu i opadła 

na wznak w poprzek poduszek. 

- Nic takiego nie mówiłam. Jeśli chcesz wiedzieć, nie 

było go w mieście kilka tygodni. Wrócił dopiero zeszłej nocy. 

- O której wyszedł dziś rano? 

- Koło dziesiątej. - Wzruszyła ramionami. - Musia­

łam iść po zakupy, i kiedy przyszłam, już go nie było. 

Zostawił wiadomość, że wróci wieczorem. 

Manning pokręcił głową. - Nie sądzę. 

Zmarszczyła brwi. - Co usiłujesz przez to powiedzieć, 

kochanie? 

- Że uciekł od ciebie - odparł Manning. 

Kobieta usiadła energicznie i rzuciła mu wściekłe spo­

jrzenie. - Człowieku, nie wiesz, co mówisz! 

- Dokąd poszedł? 

- Nie powiedział. 

- Ale się domyślasz? 

Przeciągnęła się z widoczną przyjemnością, rozkładając 

ramiona na boki. Mógł podziwiać wypukłość piersi, odzna­

czających się wyraźnie pod cienkim szlafrokiem. Wstała. -

Chcesz drinka? 

Skinął głową. Kobieta podeszła do kredensu, wyjęła 

butelkę ginu, dwie szklanki i napełniła je. Wróciła i podała 

mu jedną. 

- Przeszło od miesiąca zachowuje się dziwnie. Ciągle 

napomyka, że ma na oku jakiś duży interes, który uwolni nas 

50 

background image

od kłopotów do końca życia. Ale nigdy nie chciał mi 

powiedzieć, o co chodzi. 

- Dowiedziałaś się czegoś? 

Wypiła trochę ginu i potrząsnęła głową. - Nie, ale 

śledziłam go kilka razy. Zawsze szedł w to samo miejsce. 

- Gdzie? 

- Dlaczego miałabym ci to powiedzieć? 

Wyjął portfel i przesunął jej przed oczami pięciofuntowy 

banknot. Złapała go szybko i wepchnęła głęboko w wąską 

szczelinę między piersiami. Jej twarz zmarszczyła się w uś­

miechu. - Chodził do wróżki znanej jako mama Diamond. 

Mieszka w domu przy Grant Street, na dole, koło przystani. 

- I nigdy nie dowiedziałaś się, po co tam chodził? 

Potrząsnęła głową. - Nie mogłam mu powiedzieć, że 

go śledziłam. Obciąłby mi uszy. 

Manning skończył swój gin i wstał. - Dzięki za drinka, 

ale muszę już iść. 

Położyła się znowu w poprzek łóżka, nie odrywając od 

niego oczu. - Po co ten pośpiech? Juan nie wróci wcześniej 

niż za kilka godzin. 

- Gdybym ja był na twoim miejscu, nie liczyłbym na 

to - powiedział Manning i delikatnie zamknął za sobą 

drzwi. Kobieta została w pokoju sama z otwartymi ze 

zdumienia ustami. 

Kiedy wracał przez dziedziniec, zapadał już zmierzch. 

Skręcił w boczną uliczkę i odnalazł Setha. 

- Jak poszło, Harry? 

Manning pokiwał głową. - Myślę, że nieźle. Słyszałeś 

kiedyś o wróżce zwanej mama Diamond? 

Seth spojrzał na niego z niepokojem. - Oczywiście, 

każdy ją zna. Czy jest w coś zamieszana? 

- Nie jestem pewien, ale tak to wygląda. Wiesz, gdzie 

można ją znaleźć? 

- Tak, mieszka na dole, niedaleko przystani. - Seth 

51 

background image

zawahał się i dodał: - Ta kobieta oznacza kłopoty, Harry. 

Nie opłaca się mieszać w jej sprawy. Wielu ludzi już się o tym 

przekonało. 

Manning zapalił papierosa i uśmiechnął się beztrosko. 

- Boisz się, że mogłaby rzucić na mnie urok? 

Na twarzy Murzyna pojawiły się kropelki potu, a jego 

oczy w jednej chwili stały się zupełnie białe. 

- Ludzie mówią, że potrafi zadawać uroki, Harry. Że 

potrafi przywołać diabła. Mówią też, że może wyprowadzić 

z morza topielca. 

Manning zdał sobie sprawę z nagłego irracjonalnego 

chłodu, który przeniknął jego duszę, jak gdyby gdzieś tam 

ktoś spacerował po jego grobie, ale zdołał się uśmiechnąć. 

- Chodź, dowiemy się, czy to prawda. 

Kiedy dotarli na Grant Street, było już niemal ciemno. 

Dom otoczony był białym drewnianym płotem wysokim na 

sześć stóp. Manning otworzył furtkę i poszli ceglaną ścieżką. 

Zatrzymali się w głębi, u stóp rozchwianych drewnianych 

schodów. 

Manning odwrócił się do Setha. - Zostań tutaj, lecz 

postaraj się nie rzucać w oczy. Jeżeli posłyszysz jakiś hałas, 

kopnij w drzwi. 

Seth rozpłynął się w ciemności bez słowa, a Manning 

wspiął się na schody i zapukał do drzwi. Po kilku chwilach 

w korytarzu zaszurały czyjeś kroki, a w mlecznym szkle 

rozbitej szyby pojawił się zarys postaci. Drzwi otworzyły się 

z cichym skrzypieniem i w Manninga wbiły się oczy starej 

kobiety. 

Miała ona na głowie czerwoną chustę zawiązaną na 

kształt turbanu. Jej pomarszczona skóra przypominała 

barwą stary papier, po obu stronach twarzy zwisały z uszu 

długie, błyszczące kolczyki. Jednak najdziwniejsze były jej 

52 

background image

oczy: doskonale czarne, z nieodgadnionym blaskiem gdzieś 

na samym dnie. 

- Mama Diamond? 

- Czego pan sobie życzy? - głos kobiety był dziwnie 

martwy. 

- Chciałbym, aby poświęciła mi pani kilka minut. 

- Czy chodzi panu o poradę gwiazd? 

- Tak, właśnie tak. Powiedziano mi, że pani może mi 

pomóc. 

W końcu skinęła głową. - Proszę wejść. 

Hol był mroczny i przesycony zapachem kadzidła, który 

nieprzyjemnie drażnił gardło. Kobieta odsunęła ciężką aksa­

mitną zasłonę i otworzyła znajdujące się za nią drzwi. 

Pokój był skąpo umeblowany, a jedyne światło po­

chodziło od lampy stojącej na niewielkim stoliku. Man­

ning usiadł, a kobieta zajęła miejsce naprzeciw niego. Na 

blacie, tuż koło niej, leżało kilka książek i blok czystego 

papieru. 

- Proszę podać mi datę swoich urodzin, miejsce 

i dokładny czas. Czas jest najważniejszy. 

Podał informacje, których żądała, i patrzył ponad jej 

ramieniem, jak cienie wypełzające z kątów usiłują stłumić 

światło lampy. Zastanawiał się, jaki powinien być jego 

następny ruch, a w końcu zdecydował, że poczeka jeszcze 

i wysłucha wróżby. 

Kobieta zajrzała do kilku książek robiąc notatki na 

leżącym przed nią papierze. Wreszcie skinęła głową. - Czy 

wierzy pan w siły nadprzyrodzone? 

- Inaczej nie byłoby mnie tutaj. 

- Jest pan oburęczny. 

Przez chwilę Manning czuł się kompletnie wytrącony 

z równowagi. 

- Skąd pani to wie, do diabła? 

- Wiele osób urodzonych pod znakiem Skorpiona 

53 

background image

dysponuje tą umiejętnością. - Zajrzała do notatek. - Życie 

stanowi dla pana często pole walki. 

- Nie musi mnie pani o tym przekonywać. 

Skinęła poważnie głową. - Mars, Słońce i Neptun, 

oddziałując na siebie wzajemnie, spowodują zasadnicze 

zmiany w pana losie. Nierzadko jest pan też swoim naj­

większym wrogiem. 

Wbrew sobie Manning zaśmiał się szorstko. - Myślę, 

że to cholernie cudowne. 

Stara kobieta spojrzała na niego poważnie. Jej oczy 

błysnęły w świetle lampy. - Czy śmieszy pana to, co mówię? 

- Coś w tym rodzaju. 

Ostrożnie ułożyła książki jedna na drugiej. - Prze­

praszam, czy mógłby pan powtórzyć, kto pana tu skierował? 

- Nie wspominałem o tym - odparł Manning. - Ale 

jeśli pani pyta... To był Juan Garcia. 

Jej oczy wpatrywały się w niego bez zmrużenia. - Nie 

znam nikogo o tym nazwisku. 

- A gdyby tak rzuciła pani okiem w swą magiczną 

kulę, może znalazłaby go pani, czyhającego gdzieś w jakimś 

ciemnym kącie? 

- Myślę, że lepiej będzie, jeśli pan już stąd sobie 

pójdzie - powiedziała spokojnie kobieta. 

- A ja myślę, że robi pani duży błąd. 

Łagodny powiew chłodniejszego powietrza przesunął 

się po jego karku i w tej samej chwili trzasnęły drzwi. Ktoś się 

odezwał: - To pan robi duży błąd, panie Manning. 

Człowiek, który wszedł w krąg lampy, miał na sobie 

płócienny garnitur, a twarz ocieniał mu panamski kapelusz. 

Spojrzenie jego było twarde, zimne i tak samo groźne, jak 

rewolwer kaliber 38, który trzymał w prawym ręku. 

- Co za niespodzianka - rzekł miękko Manning. -

Juan Garcia, jak się domyślam? 

Mężczyzna potrząsnął głową i w tym krótkim mo-

54 

background image

mencie jego zęby błysły olśniewającą bielą. - Obawiam się, 

że nie, senór. Nazywam się Pelota. Biedny Juan w tej chwili 

właśnie odbywa przejażdżkę na Kubę i głęboko wierzy, że 

zostanie tam wynagrodzony za swój drobny występ na 

Spanish Cay. - Westchnął ciężko. - Macie takie porze­

kadło: Każdego czeka nagroda w niebie. 

- I tam właśnie uda się Garcia, żeby ją otrzymać? -

spytał Manning. 

Pelota potrząsnął głową. - Nie musi podróżować aż 

tak daleko, przyjacielu. Mamy swój mały raj tutaj, na ziemi. 

Zwie się Isle of Tears. 

Mama Diamond przerwała im ostrym głosem. - Dosyć 

tych nonsensów. Ten człowiek jest niebezpieczny. Nie chcę, 

żeby przebywał w moim domu. Tego nie było w umowie. 

Pelota cisnął w jej stronę wściekłe spojrzenie, a Manning 

wykorzystał tę chwilę, żeby zrzucić ze stołu lampę. Pokój 

pogrążył się w ciemnościach. Manning jednym, długim 

skokiem schronił się za sofą z końskiego włosia. Pelota 

strzelił dwa razy. Dwa pomarańczowe ogniki rozświetliły na 

chwilę pomieszczenie. 

Manning przyklęknął na jedno kolano, a Pelota krzy­

knął: - Lepiej wyjdź, Manning, nie masz szans. 

W tej samej chwili drzwi odskoczyły odrzucone siłą 

kopnięcia i strumień jasnego światła wdarł się z korytarza, 

wyłaniając z ciemności postać Peloty. Mężczyzna odwrócił 

się błyskawicznie, ale gdy podnosił broń, pojedynczy pocisk 

ugodził go w środek czoła. Siła wybuchu rzuciła go na plecy 

obok starej kobiety. 

Kiedy Manning wyprostował się, górne światło było już 

zapalone. W drzwiach stał Morrison z rewolwerem w ręku, 

a tuż za nim Viner i Joe Howard. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Człowiek z CIA 

Kiedy Manning wyszedł z biura komisarza, natknął się 

na Setha i Vinera siedzących na ławce w poczekalni. Murzyn 

miał z jednej strony głowy opatrunek i wyglądał na zmęczo­

nego i chorego. 

Zmusił się do uśmiechu. - Wszystko w porządku, 

Harry? 

Manning skinął głową. - Jak się masz? 

- Nie najlepiej. Nawet nie widziałem, kto mi przy­

łożył. Myślisz, że coś z niego wyciągną? 

- Z Peloty? - Manning potrząsnął głową. - Kilka 

minut temu dzwonili ze szpitala. Nie żyje. Komisarz i Mor­

rison właśnie zastanawiają się, co dalej. 

- No tak. Ciągle nie mogę dopasować Morrisona do 

tego wszystkiego - stwierdził Viner. - Kim on w końcu 

jest? 

- Pracuje w CIA - powiedział Manning. - Najwy­

raźniej spodziewali się od pewnego czasu kłopotów w tych 

okolicach i wysłali go, żeby spróbował coś przewąchać. 

- Podejrzewałem to od momentu, kiedy spotkałem go 

w kwaterze policyjnej razem z Joem Howardem - stwierdził 

poważnie Viner. - Wybacz, Harry, ale wpychanie się w sam 

środek kłopotów razem z tobą nie wydawało mi się naj­

lepszym wyjściem z sytuacji. Wynająłem łódź motorową 

i popłynąłem za tobą. 

56 

background image

- Dobrze zrobiłeś - odparł Manning. - To tłumaczy 

moje spotkanie z Mornsonem na nabrzeżu. Zdaje się, że nas 

śledziliście? 

Viner przytaknął: - Cały czas. Właśnie kiedy weszli­

śmy do ogrodu mamy Diamond, zaczęła się strzelanina. 

Dlatego się włamaliśmy. 

- Niezły ptaszek z tej czarownicy - powiedział Man­

ning. - Kiedy sprowadzali ją ze schodów, rzuciła na mnie 

urok. 

- Wyciągnęli z niej coś? 

- Nic nie wiedziała. Jej dom stanowił tylko punkt 

kontaktowy. Robiła to dla pieniędzy, to wszystko. 

W tym momencie otworzyły się drzwi biura komisarza 

i stanął w nich Morrison. Uśmiechnął się szeroko. - Nie 

wiem jak wy, chłopaki, ale ja mam ochotę na drinka. 

- Niezły pomysł - zgodził się Manning. 

Wyszli w chłodną noc i ruszyli w stronę nabrzeża. Kiedy 

dotarli do rogu Bay Street, Seth pociągnął Manninga za 

rękaw. - Jeżeli nie masz nic przeciwko, pójdę na łódź, 

Harry. Nie czuję się najlepiej. 

- W porządku - zgodził się Manning. - Prześpij się 

trochę. Będę nieco później. 

Patrzyli za nim przez chwilę, jak oddalał się ruchliwą 

ulicą, potem minęli kawałek pasażu i wstąpili do pierwszego 

napotkanego baru. Według zwyczajów obowiązujących w 

Nassau było jeszcze dość wcześnie i dlatego lokal świecił 

pustkami. Kiedy Morrison zamówił drinki, usiedli przy 

stoliku w zacisznej loggi w rogu sali. 

- Co teraz? - spytał Manning. 

Morrison wzruszył ramionami. - Wygląda na to, że 

znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. Pelota nie żyje, a nasz 

jedyny ewentualny informator podąża właśnie z bożą pomo­

cą na Isle of Tears. 

- Co to za miejsce? - spytał Manning. 

57 

background image

- Mała wyspa na terytorium Kuby, jakieś sto trzy­

dzieści mil na południe od Andros. Główny port zwie się San 

Juan. Niegdyś było to ulubione miejsce rybaków daleko­

morskich. Po rewolucji zabroniono im tam przypływać. Jak 

słyszałem, miasto chyli się ku ruinie. 

- Pelota uważał, iż jest tam coś zupełnie specjalnego. 

- Bo jest - odparł Morrison. - Stara forteca prze­

kształcona w zakład karny dla więźniów politycznych. To 

ostatnie miejsce pobytu tych wszystkich, których trzeba się 

pozbyć. Jak dotąd, nikt nie przeżył tam tyle, by doczekać 

zwolnienia. 

- Więc to miał na myśli Pelota, kiedy powiedział, że 

Garcia otrzyma swoją nagrodę tu, na ziemi. 

Morrison skinął głową. - Trudno przewidzieć, co się 

przytrafi temu cwaniaczkowi. Jeżeli będzie miał szczęście, 

dostanie kulkę. 

Przez chwilę panowała cisza, a potem Viner spytał, 

ostrożnie dobierając słowa: - Proszę mi wybaczyć, panie 

Morrison, ale mam wrażenie, że sprawa jest znacznie 

poważniejsza, niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. Czy 

mam rację? 

Morrison zyskał na czasie zapalając papierosa. Kiedy 

podniósł wzrok, jego twarz przybrała ponury wyraz. 

- Stany Zjednoczone w porozumieniu z Wielką Bry­

tanią założyły na Wyspach Bahama kilka baz militarnych. 

- Ma pan na myśli te, które powstały w związku 

z projektem Canaveral? 

Morrison przytaknął. - Na wyspach Grand Bahama, 

San Salvador i kilku innych są stacje, które w swoim 

wyposażeniu mają między innymi mózgi elektroniczne. Ich 

zadaniem jest przeprowadzanie badań nad zachowaniem się 

w czasie lotu rakietowych pocisków samonaprowadzających 

i sondażowych. 

- To żadna tajemnica. Wszyscy o tym wiedzą. 

58 

background image

- Trzy tygodnie temu jedna z nich stała się celem 

sabotażu. 

- Utrzymywaliście piekielną ciszę wokół całej spra­

wy - stwierdził Manning. 

- Musieliśmy. Możecie sobie chyba wyobrazić roz­

miary afery światowej, gdyby to się wydało. 

- Sądzi pan, że byli to ci sami ludzie, którzy spowodo­

wali ostatnie wydarzenia? - zapytał Viner. 

Morrison pokiwał głową. - Jesteśmy przekonani, że 

mają swoją bazę na Wyspach Bahama. 

Manning gwizdnął przeciągle. - Siedemset wysp i dwa 

tysiące raf koralowych. Jest gdzie szukać. 

- W dodatku cała operacja musi być przeprowadzona 

w ścisłej tajemnicy. Nie możemy sobie pozwolić na naj­

mniejsze potknięcie. Za kilka tygodni nasz prezydent spotka 

się z waszym premierem i wtedy oczy całego świata będą 

zwrócone na tę okolicę. 

- To pewnie Rosjanie, jak zwykle - zasugerował 

Viner. 

- Nie sądzę. Od czasu kubańskiego kryzysu ekono­

micznego muszą pilnować, by nie doszło tam do wrzenia. 

Najprawdopodobniej jest to efekt działania jakiejś grupy 

kubańskich fanatyków. To jedyni ludzie, którym między­

narodowa afera przyniosłaby czysty zysk. Ich stosunki 

z Moskwą nie układały się ostatnio najlepiej. Może próbują 

pokazać swoją siłę? 

- A Garcia to jedyny ślad, jaki macie? - spytał 

Viner. 

- I właśnie w tej chwili ląduje w San Juan. 

Manning poszedł do baru i zamówił sobie dużą porcję 

rumu. Wrócił i zaczął ze zmarszczonymi brwiami: - Wia­

domo, że macie swoich agentów na Kubie. Dlaczego któryś 

z nich nie mógłby pojechać do San Juan i sprawdzić, co da się 

wyciągnąć z Garcii? Z tego, co wiemy, wynika, że równie 

59 

background image

dobrze może on siedzieć w tej chwili w najlepszym hotelu 

i cieszyć się urodą życia. 

- Nie sądzę. - Morrison potrząsnął głową. 

- W każdym razie warto to sprawdzić. 

- Od czasu kryzysu trzymamy się od nich z daleka. 

Teraz, tak jak Rosjanie, nie możemy sobie pozwolić na żadną 

awanturę. Jankes na Kubie w dzisiejszych czasach działa jak 

czerwona płachta na byka. 

- A Anglik? 

Morrison zmarszczył brwi. - Musi być pan szalony. 

- Nie rozumiem, dlaczego pan tak uważa. Stosunki 

między Wielką Brytanią a Kubą nie są doskonałe, ale 

znacznie lepsze niż ze Stanami. 

- Zamierza pan osobiście ukręcić sobie pętlę na szyję. 

Manning wzruszył ramionami. - Wszystko, czego 

potrzebuję, to wiarygodny pretekst. 

- Nie możemy panu pomóc. Nie możemy panu pomóc 

w żaden sposób. Może pan polegać tylko na sobie. 

- Kto powiedział, że proszę o jakąkolwiek pomoc? 

Jeżeli się tam wybiorę, to tylko z pobudek osobistych. Mam 

tak samo dobry powód jak pan, żeby rozprawić się z tymi 

ludźmi. 

Morrison potrząsnął głową. - To atrakcyjna oferta, 

Manning, nie mogę zaprzeczyć, ale nic z tego nie będzie. Po 

pierwsze, nie może pan tak zwyczajnie popłynąć sobie do San 

Juan. W chwilę po zejściu na ląd trafi pan do celi. 

- Wiem, że nie zawsze tak jest - wtrącił Viner. -

Znam mieszkańców wysp, obywateli brytyjskich, którzy 

dość często pływają do San Juan i jak dotąd zawsze wracali. 

Morrison zwrócił się w jego stronę i zmarszczył brwi. 

- Czy jest pan pewien tego, co mówi? 

Viner wyjął papierosa i umieścił go w cygarniczce. 

- Moje interesy obejmują dosyć zróżnicowane dzie­

dziny, panie Morrison. Niekiedy prowadzą mnie w zupełnie 

60 

background image

niespodziewane miejsca. - Zapalił papierosa i wydmuchnął 

obłok .dymu. - Na południowym krańcu Andros leży 

niewielki port rybacki Harmon Springs. Ludzie, którzy tam 

żyją, to Grecy utrzymujący się z rybołówstwa. Napłynęli oni 

w te okolice znad Morza Egejskiego czterdzieści lat temu. 

Teraz zamienili się w rybaków dalekomorskich. Niektórzy 

z nich ciągle jeszcze pływają do San Juan z tuńczykami 

i wahoo. Kubańczycy chętnie widzą ich u siebie, ponieważ 

dostawy dużych ryb zostały w dzisiejszych czasach ograni­

czone. Grecy otrzymują za nie dobrą cenę. 

Morrison zwrócił się do Manninga. - Czy pan o tym 

wiedział? 

Manning skinął głową i rzekł: - Nigdy nie byłem 

w Harmon Springs. Mieszkańcy tamtego rejonu nie są 

specjalnie gościnni. Do tej pory rozmawiają między sobą po 

grecku i przestrzegają starych obyczajów. Ale to nie są źli 

ludzie. Poza tym nie wiem, co mogłoby wyprowadzić 

z równowagi Greka na morzu. Są najlepszymi marynarzami 

pod słońcem. 

- Skąd pan tyle o nich wie? 

- W czasie wojny trzy lata pełniłem służbę na Morzu 

Egejskim. 

Kiedy Morrison zwrócił się do Vinera, jego twarz 

wyrażała odrobinę nadziei. - Czy ma pan tam jakieś 

kontakty? 

Viner potrząsnął głową. - Niestety, nie. Większość 

z tego, co panu powiedziałem, znam ze słyszenia, mogę 

jednak gwarantować, że te informacje są prawdziwe. Ale to 

wszystko. 

- Jeśli o mnie chodzi, wystarczy - stwierdził gładko 

Manning. 

Morrison przez kilka chwil siedział nieruchomo, utkwi­

wszy wzrok we własnej szklaneczce. Kiedy podniósł oczy, był 

zupełnie spokojny. 

61 

background image

- Mogę dać panu pieniądze. Ile tylko będzie pan 

potrzebował. Ale tylko tyle. Jeżeli zdecyduje się pan tam 

wybrać, zrobi to pan wyłącznie na własną odpowiedzialność. 

My nic o panu nie wiemy. 

Manning wstał i podszedł do okna. O szybę rozpryski­

wały się drobne kropelki deszczu, a przelotny wietrzyk znad 

morza kojarzył mu się z zawodzeniem wiatru w takielunku 

kutrów rybackich zacumowanych u nabrzeża. Niespodzie­

wanie nerwowy dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Uśmiechnął 

się do siebie i powrócił do stołu. 

- Jeżeli mam się wybrać do Harmon Springs, muszę 

znaleźć niezły pretekst... Napijmy się jeszcze po jednym 

i zobaczmy, co nam się uda wymyślić. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Strzeżcie się Greków 

Następnego dnia tuż przed południem Grace Abounding 

wpływała do Harmon Springs. Przy sterze stał Seth, pomagał 

mu Saunders, a Manning odziany w lekki garnitur z tro­

pikalnego samodziału i panamski kapelusz uplasował się 

przy relingu. 

Kiedy okrążali zakrzywiony cypel zatłoczony białymi 

domami, jednomasztowa łódź z żaglem wydętym przez 

bryzę, wypływająca na morze, minęła ich tak blisko, iż 

Manning widział wyraźnie wielkie oczy wymalowane na jej 

dziobie dla ochrony przed złymi mocami. Podniósł rękę w 

geście pozdrowienia, ale człowiek przy rumplu zignorował 

go zupełnie. 

Saunders splunął za burtę. - Pieprzone bękarty, Harry. 

Połowa z nich buduje łodzie na własną rękę, bo tylko takie 

uważają za wystarczająco dobre. 

Silniki zaczęły się krztusić, kiedy zwolnili przed wej­

ściem do przystani. Kilka łodzi dalekomorskich cumowało 

przy falochronie, a na białym, piaszczystym półwyspie leżały 

jaskrawo wymalowane caiques. Rybacy siedzący wokół nich 

zszywali pozrywane oka sieci, a w pobliżu, na płyciznach, 

bawiły się nagie dzieci. 

Wszystko to zdawało się nie z tego świata i Manning za 

sprawą przedziwnego wybryku wyobraźni miał przez chwilę 

63 

background image

wrażenie, że cofnął się o kilka lat, do czasów wojny, kiedy to 

służył na Morzu Egejskim. 

Po chwili Manning wszedł do kabiny. Na stole leżały 

dwa aparaty fotograficzne w skórzanych pokrowcach. Prze­

wiesił je przez ramię. Osłonił oczy ciemnymi okularami, wziął 

w rękę płócienny worek i wydostał się na pokład. 

Zbliżali się właśnie do falochronu. Nieco później silniki 

zgasły i wszystko znieruchomiało w upale. Dwóch młodych 

ludzi stało nie opodal, opierając się o barierkę i paląc 

papierosy, a nieco dalej trzej podstarzali mężczyźni drzemali 

w słońcu. Żaden z nich nie uczynił najmniejszego wysiłku, by 

złapać cumę rzuconą przez Saundersa. Stary zaklął, przelazł 

przez reling, podniósł linę i owinął ją wokół pachołka 

cumowniczego. 

- Zawszone bękarty - wymamrotał. 

Manning dołączył do niego, a ze sterówki wyszedł Seth. 

- Rozejrzymy się tutaj z godzinkę lub dwie, Harry. 

Sprawdzimy tylko, co tu się dzieje. 

Manning potrząsnął głową. - Będę ostrożny, Seth, nie 

przejmuj się. 

Stał przez chwilę wyczekująco, aż Seth westchnął 

i schronił się do sterówki. W chwilę później silniki wróciły do 

życia. Saunders odwiązał cumę i skoczył na łódź. 

Manning poczekał, aż Grace Abounding opuści przy­

stań, potem podniósł worek. Trzej mężczyźni siedzieli 

w dalszym ciągu naprzeciwko, przyglądając mu się z cieka­

wością, dwaj młodzi przerwali rozmowę. Minął ich, a jego 

kroki rozbrzmiały głuchym echem na drewnianych deskach 

pomostu, i wydostał się na brzeg. 

Niewielkie miasteczko wydawało się dziwnie zastygłe, 

jak gdyby czekało, aż coś się wydarzy. Niespodziewanie 

gdzieś w pobliżu rozległ się śpiew. Manning ruszył za 

dźwiękiem głosu i trafił do baru na rogu jednej z bocznych 

ulic. W wejściu siedział na krześle młody chłopak, opierając 

64 

background image

nogi o futrynę. Śpiewał niskim głosem, delikatnie trącając 

palcami struny bouzouki. 

Nie zamierzał ustąpić miejsca. Manning zmierzył go 

wzrokiem spoza ciemnych okularów, następnie przedostał 

się ostrożnie nad jego wyciągniętymi nogami do środka. 

Pomieszczenie było ciemne i chłodne. Królował w nim 

wysoki, marmurowy bar. Przy niewielkim stoliku siedziało 

nad szklaneczkami trzech mężczyzn. 

Barman był w średnim wieku; twarz koloru mahoniu 

pomarszczył już czas, ale błękitne oczy wciąż jeszcze jaśniały 

życiem, a zmarszczki wokół ust zdradzały pogodne usposo­

bienie. 

Kiedy Manning skierował się w jego stronę, w pomie­

szczeniu zapadła cisza. Manning rzucił worek na ziemię, 

aparaty umieścił na marmurowym blacie. 

- Wypiłbym drinka. Byle dużego i zimnego. 

Mężczyzna za barem uśmiechnął się, postawił na blacie 

wysoką szklankę i wrzucił do niej kilka kostek lodu. 

- Dziennikarz? 

Manning przytaknął. - Chciałbym zatrzymać się tu­

taj dzień lub dwa. Szukam pokoju. Czy może mi pan po­

móc? 

- Oczywiście. Mam wolny pokój. Nic specjalnego, ale 

jedzenie jest dobre. 

Chłopak siedzący w przejściu szarpnął struny bouzouki 

wydobywając z nich ostry, nieprzyjemny akord. Mężczyźni 

tkwiący przy stole roześmieli się. Jeden z nich zawołał po 

grecku: - Hej, Dimitri, chyba nie podoba ci się ten facet? 

Zdaje się, że stracisz wszystkie względy u dziewcząt. Koniec 

z migdaleniem się na plaży po zmierzchu! 

- Dlaczego się nie zamkniesz? - odparł rozeźlony 

chłopak. 

Byli to typowi, surowi ludzie morza, tacy, jakich można 

znaleźć wszędzie. Pracowali bardzo ciężko i niełatwo akcep-

5 Nocne. 

65 

background image

towali obcych. Manning odwrócił się, zdjął okulary i przy­

jrzał się im spokojnie. Uśmiechy na ich twarzach nieco 

przybladły. Pochylili się ku sobie i mruczeli coś przyciszo­

nymi głosami. 

Kiedy Manning sięgnął po drinka, jeden z mężczyzn 

odezwał się głośno po grecku: - Tak... Dimitri potrafi tylko 

kłapać" zębami. Ale kiedy trzeba działać, okazuje się

r

 że to 

gaduła w ślicznych ciuszkach. 

Młodzieniec zerwał się na równe nogi. Przez chwilę 

wydawał się wahać, a potem ruszył wzdłuż baru, rozmyślnie 

trącając Manninga w łokieć w chwili, gdy ten podniósł do ust 

szklankę. Rum chlusnął na bar szeroką strugą. Manning 

odstawił naczynie i odwrócił się do chłopaka. 

- Teraz postawisz mi drugiego. 

- Postaw sobie sam. 

Manning wymierzył mu policzek zewnętrzną stroną 

otwartej dłoni, tak że chłopak zatoczywszy się oparł o ścianę. 

- Nie będę cię prosił po raz drugi. 

Chłopak wsunął rękę do tylnej kieszeni. Kiedy skoczył 

do przodu, w prawej dłoni ściskał nóż o sześciocalowym 

ostrzu. Manning błyskawicznie usunął się na bok. Chwy­

cił napastnika za nadgarstek i wykręcił mu rękę na plecy, 

aż nóż wypadł z bezwładnej dłoni. Niemal tym samym 

ruchem popchnął chłopaka na stolik, a ten przewracając się 

roztrącił na boki siedzących przy nim mężczyzn i ich 

szklaneczki. 

- Nigdy nie wysyła się chłopca, by wypełnił zadanie 

mężczyzny - powiedział Manning po grecku. 

Przez moment zaległa grobowa cisza. Kiedy mężczyźni 

zaczęli się podnosić, zza kontuaru wysunął się barman 

trzymając w ręku drewnianą pałkę. 

- Pierwszemu, który go dotknie, rozwalę czaszkę. 

Chcieliście się zabawić, lecz nic z tego nie wyszło. Niech to się 

tak skończy. 

66 

background image

Mężczyźni z ociąganiem zajęli swoje miejsca, a chłopak 

odwrócił się i wyszedł. Barman uśmiechnął się do Manninga 

i wyciągnął do niego dłoń. 

- Nikoli Aleko. Jak na Anglika mówi pan nieźle po 

grecku. 

- W czasie wojny spędziłem trzy lata na Morzu 

Egejskim, ale to było już dawno. Nazywam się Manning. 

Harry Manning. 

- Napije się pan jeszcze, panie Manning? Na koszt 

firmy. 

- Na mój - sprzeciwił się Manning. - Kolejka dla 

wszystkich. 

Przystawił do stolika czwarte krzesło i usiadł. Trzej 

mężczyźni uśmiechnęli się do niego. 

- Ktoś, kto mówi po grecku tak dobrze jak pan, musi 

być w porządku - stwierdził jeden z nich. - Zapali pan? 

Aleko podał drinki i wszyscy wznieśli je do góry 

z uroczystą powagą w niemym toaście. Kiedy Manning 

odstawił szklankę, jeden z mężczyzn zapytał: - Przyjechał 

pan na ryby? 

- Niezupełnie. Jestem reporterem. Właśnie dostałem 

zlecenie z dużego amerykańskiego magazynu na zrobienie 

paru zdjęć. 

- W Harmon Springs? 

Manning zaprzeczył. - Na Kubie. Chcą, bym popłynął 

do miejsca zwanego San Juan. Mam tam zrobić kilka zdjęć, 

zobaczyć, co się zmieniło od czasu rewolucji. 

Wyspiarze popatrzyli po sobie zdziwieni, potem jeden 

z nich wzniósł szklaneczkę. 

- Życzę panu szczęścia, przyjacielu. Będzie go pan 

potrzebował. 

- Są jakieś specjalne powody? 

- W dzisiejszych czasach nikt nie pływa do San Juan. 

To miejsce zapomniane przez Boga. 

67 

background image

- W Nassau mówiono coś innego. Słyszałem, że 

tutejsze łodzie pływają tam dosyć często. 

- Tak było w zeszłym roku. Od tego czasu wiele się 

zmieniło. 

Manning wyjął portfel. - Mam dość dużą pulę na 

wydatki. Dobrze zapłacę. 

Mężczyzna, który reprezentował podczas rozmowy całą 

trójkę, zaśmiał się sucho. - Mamy takie powiedzenie, 

przyjacielu: Jeśli potrzebny ci ktoś, kto zechce narazić życie 

za pieniądze, szukaj biedaka. 

Pozostali dwaj roześmieli się hałaśliwie i jeden z nich 

dorzucił: - Mógłby spróbować z Papą Melosem. Znalazł się 

w takiej sytuacji, że zrobi wszystko. 

Manning wstał i zbliżył się do baru. - Słyszałeś 

wszystko? 

Aleko skinął głową. - Mówią prawdę. Przed kryzysem 

wiele naszych łodzi zawijało do San Juan, żeby sprzedać 

tuńczyki. Kubańczykom nie wolno było wypływać na pół­

noc, więc braliśmy za ryby dobrą cenę. Od czasu kryzysu 

wszystko się zmieniło. 

- Chcesz powiedzieć, że Kubańczycy zabronili wam 

przypływać? 

- Niezupełnie -- zaprzeczył Aleko. - Ale nikt nie 

chce ryzykować. Nigdy nie wiadomo, co nowego wymyślą. 

Żaden z nas nie chce stracić łodzi. 

- A kto to jest Papa Melos? 

Aleko uśmiechnął się. - Wspaniały stary człowiek. Ma 

kuter motorowy, Cretan Lover. Jego jedyny chłopak, Yanni, 

utonął w zeszłym roku. Została mu tylko córka, Anna. 

Ładna dziewczyna. Wysłał ją do szkoły do Stanów. Do 

Vassar. Zna pan to miejsce? 

Manning uśmiechnął się. - Słyszałem o nim. To miła 

miejscowość. 

- Wydawał na jej naukę wszystkie pieniądze, a od 

68 

background image

czasu, kiedy zginął chłopak, kłopoty robiły się coraz większe. 

Dziewczyna przyjechała trzy miesiące temu, dowiedziała się 

o wszystkim i nie chciała już wracać. Od tego czasu stanowi 

załogę Cretan Lover. 

- A co łowią? Tuńczyki? 
Aleko potrząsnął głową. - Teraz już nie. Jakieś dziesięć 

mil na zachód od Blair Cayjest rafa koralowa. Stary znalazł 

tam macicę perłową. Ostatnio tam nurkuje. 

- W jego wieku? - rzekł Manning z niedowierza­

niem. - Jak głęboko? 

- Piętnaście, może dwadzieścia sążni, w dodatku 

skafander, którego używa, ma co najmniej czterdzieści lat. 

- To jakiś szaleniec. 

- Nie chce stracić swojej łodzi, i tyle. Poza nią i Anną 

nic mu już na tym świecie nie zostało. 

- Sądzi pan, że zainteresuje się moją propozycją 

i popłynie do San Juan? 

Aleko wzruszył ramionami. - Zdesperowany człowiek 

jest zdolny do wszystkiego. 

- Ma pan świętą rację. - Manning podniósł worek 

i wziął aparaty. - Chciałbym rzucić okiem na ten pokój, jeśli 

nie ma pan nic przeciwko temu. 

Kiedy Manning podążał za Aleko wzdłuż białego 

korytarza, zupełnie niespodziewanie uświadomił sobie z ab­

solutną pewnością, że znalazł rozwiązanie dręczącego go 

problemu. 

Aleko miał niewielką, dwunastostopową łódź, którą był 

skłonny wynająć. Dwie godziny później, po zmianie ubrania 

i zjedzeniu jednego z najlepszych posiłków w ostatnim czasie, 

Manning wypłynął z zatoki i skierował łódź na zachód 

wzdłuż południowego krańca wyspy. 

Gładkie jak szkło morze i bezchmurne niebo zlewały się 

69 

background image

w jedno na horyzoncie. Manning zapalił papierosa, siadł na 

obrotowym krześle i z jedną ręką opartą na kole sterowym, 

rozmyślał nad dziejami Papy Melosa. Co sprawia, że czło­

wiek walczy nawet wtedy, gdy wszystkie okoliczności obra­

cają się przeciwko niemu? Na tak postawione pytanie nie 

było odpowiedzi. Jedni walczą do ostatniego tchu. Inni idą 

na dno od razu. 

W ciągu czterdziestu minut Manning okrążył Blair Cay 

i zobaczył łódź zakotwiczoną w zatoce około ćwierci mili od 

brzegu. Zwolnił, by do niej podpłynąć, mając od jakiegoś 

czasu w uszach przytłumiony, rytmiczny warkot pompy 

mechanicznej tłoczącej powietrze w dół, przez błękitną wodę, 

do człowieka, który go potrzebował. 

Trudno było uwierzyć, by ktokolwiek mógł jeszcze 

używać staromodnego, brezentowego skafandra razem z 

tym całym osprzętem do dostarczania powietrza, linami 

bezpieczeństwa, w erze płetwonurków i kompresorów po­

wietrza. Najprostszy akwalung był lepszy pod każdym 

względem, choćby dlatego, że nurek miał całkowitą swobodę 

ruchów. 

Kiedy Manning podpłynął bliżej, zobaczył dziewczy­

nę. Była raczej niewielkiego wzrostu, miała na sobie jask-

rawoczerwoną koszulę i płócienne spodnie, długie włosy 

związała na plecach. Obracała ramię uchwytu liny bez­

pieczeństwa, wyciągając ojca na powierzchnię, a była tym 

zajęciem tak zaabsorbowana, iż nie spostrzegła podpływa­

jącej łodzi. 

W pewnej chwili ramię dźwigu przestało się obracać. 

Dziewczyna szarpnęła uchwyt z całej siły, a potem podeszła 

do relingu i wyjrzała. Zawróciła błyskawicznie do dźwigu 

i zawisła na nim całym ciężarem. Nic to jednak nie dało. Bez 

chwili namysłu odwróciła się i skoczyła do wody. 

Manning wyłączył silniki i siłą bezwładu dopłynął do 

Cretan Lover.

 W pośpiechu zawiązał cumę, podbiegł do 

70 

background image

dźwigu i z całej siły pociągnął za uchwyt. Urządzenie nawet 

nie drgnęło. Podszedł do relingu i zobaczył, że dziewczyna 

wynurzyła się tuż koło drewnianego trapu, ciężko łapiąc 

oddech. Rozpuszczone włosy tworzyły w wodzie wokół niej 

czarnogranatową aureolę. Wyciągnął rękę i pomógł jej 

wdrapać się na pokład. 

- Co tam się stało na dole? 

Dziewczyna była przerażona. - Nie mogę się do niego 

dostać! Nie mogę go dosięgnąć! 

- Jak głęboko zszedł? 

- Pięćdziesiąt stóp, może więcej. Muszę jeszcze spró­

bować. 

Z trudnością podniosła się na nogi i odwróciła w stro­

nę relingu. W tej chwili powierzchnię morza rozerwał 

ogromny pęcherz powietrza. Manning usiadł, zdjął buty 

i kurtkę. 

- Zostaniesz tutaj, przy dźwigu. Lina musiała się 

zaczepić gdzieś o skały. Jak dam sygnał, zaczniesz ją 

wciągać. 

Wdrapał się na dach sterówki, przez kilka sekund stał na 

jej skraju, zmuszając się do wciągnięcia w płuca jak najwię­

kszej ilości powietrza, potem skoczył. 

Kiedyś, na Caymans, schodził bez akwalungu nawet 

do stu stóp głębokości, ale to było dziesięć lat temu. Dziesięć 

lat ciężkiego życia. Dziesięć lat staczania się po równi 

pochyłej. 

Im głębiej, tym mniej jest promieni czerwonych i po­

marańczowych, jako że woda filtruje światło słoneczne. Na 

głębokości pięćdziesięciu stóp, na poziomie urwiska, Man­

ning odniósł wrażenie, iż znalazł się w swoistej strefie 

neutralnej. Widoczność była ciągle doskonała, ale kolory 

stały się przygaszone, miały jesienne odcienie. 

Jakieś sześćdziesiąt stóp pod wodą lina okręciła się 

dookoła guzowatego szpicu koralowego, wciskając się je-

71 

background image

dnocześnie w szczelinę. Manning uwolnił ją pośpiesznie 

i popłynął dalej. 

Znalazł starego człowieka na szerokim występie tuż 

przy urwisku. Skafander, który nurek miał na sobie, rozcię­

ty był przez ostre jak brzytwa skały koralowe, gdyż męż­

czyzna usiłował najwyraźniej sam się oswobodzić. Woda 

wypełniła już niemal całą przestrzeń wewnątrz kombine­

zonu, tylko ciśnienie powietrza tłoczonego z pokładu łodzi 

do spiżowego hełmu zatrzymywało ją na poziomie klatki 

piersiowej. 

Manning miał już kłopoty ze wzrokiem. Rzucił prze­

lotne spojrzenie na twarz za szybą, upewniając się, że 

mężczyzna żyje, i pociągnął za linę bezpieczeństwa, dając 

znać dziewczynie, że może już uruchomić dźwig. A potem 

popłynął w górę, ciągnąc za sobą starego człowieka. 

Ciśnienie w uszach stało się nie do zniesienia, tak że tuż 

obok głowy Manninga zdawały się bić melodyjnie ogromne 

dzwony. Ciężkie fale dźwięku obijały się o niego, powodując 

ból fizyczny. 

Daleko nad sobą Manning dojrzał zarys kadłuba Cre­

tan Lover.

 Niespodziewanie uświadomił sobie, że działa już 

lina bezpieczeństwa, więc zostawił nurka i po chwili wydostał 

się na powierzchnię w chmurze maleńkich, szampańskich 

bąbelków. 

Udało mu się wynurzyć tuż koło trapu. Zawisł na nim 

przez chwilę, ciężko chwytając oddech. Z trudem przebrnął 

przez reling. Dziewczyna bez przerwy obracała uchwyt 

dźwigu, nawijając na bęben linę bezpieczeństwa. Jej twarz 

pokrywał pot. 

- Wypływa!- krzyknęła. - Wypływa! 

Manning czuł w płucach niewyobrażalny ból, miał 

wrażenie, że wielka dłoń ugniata mu klatkę piersiową. 

Walcząc z ogarniającymi go ciemnościami ze wszystkich sił 

ciągnął linę. 

72 

background image

Stary mężczyzna wynurzył się tuż obok trapu. Manning 

wyciągnął go wspólnie z dziewczyną, a potem zatoczył się 

i upadł na pokład. 

Widział jeszcze, jak dziewczyna odkręca spiżowe nakrę­

tki z hełmu ojca, ale jej obraz zamazywał się coraz bardziej, 

a jej głos docierał do niego jak gdyby z przeciwnego końca 

długiego tunelu. Przez chwilę zdawało mu się, że nurkuje 

w bardzo ciemnej wodzie. Potem stracił przytomność. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

„Cretan Lover" 

Manning opróżnił kubek, a Anna Melos natychmiast 

napełniła go ponownie. Kawa była tak gorąca, że aż parzyła 

usta. Manning czuł, jak przepływa przez przełyk i dociera do 

żołądka, a wraz z nią wraca w niego życie. 

Dziewczyna wróciła do kuchni. Obserwował ją ponad 

krawędzią kubka. Miała szczupłą, chłopięcą sylwetkę, bez 

odrobiny sexu, ale ładnie wykrojone, pełne usta sugerowały 

zmysłowość. 

Odwracając się przyłapała jego spojrzenie i posłała mu 

uśmiech. - Już lepiej? 

Skinął głową. - Nie było czasu na dekompresję. Stąd te 

wszystkie kłopoty. Jeśli nie robi się tego zbyt często, nie ma 

żadnych ujemnych skutków. 

- Niezbyt często - podkreśliła. - Kiedy miałam 

dwanaście lat, mój wuj, Alexias, zmarł na chorobę keso­

nową. Nie był to specjalnie miły widok. 

W zejściówce dały się słyszeć kroki i po chwili dołączył 

do nich ojciec dziewczyny. Miał około siedemdziesiątki. 

Posiwiałe włosy i białe wąsy odcinały się wyraźnie od śniadej 

skóry. 

Siadł i zaczął napełniać tytoniem starą fajkę wyrzeź­

bioną w korzeniu wrzośca. 

- Jak pan się czuje? - zapytał Manninga. 

74 

background image

- Myślę, że przeżyję. 

- To było naprawdę coś. Zdaje się, że znalazłem się co 

najmniej siedemdziesiąt stóp pod wodą. Niewielu ludzi 

potrafi nurkować bez akwalungu aż tak głęboko. 

- Och, spotkałem paru takich - odparł Manning. -

Na Caymans nurkuje się nawet do stu pięćdziesięciu stóp, ale 

wtedy pływacy przyczepiają sobie ołowiane ciężarki, żeby 

szybciej schodzić w dół. 

- Dużo pan nurkował? Mam na myśli prawdziwe 

nurkowanie. 

- Owszem, sporo, ale zawsze z akwalungiem. Nigdy 

w życiu nie wsadziłby mnie pan w to cudo, które miał pan na 

sobie. - Manning uśmiechnął się. - Jedyny pożytek 

z dzisiejszego wydarzenia to to, że pański skafander do 

niczego się już nie nadaje. 

- Skafander? - Papa Melos wzruszył ramionami. -

Zawsze mogę go załatać. 

Anna, która przygotowywała w kuchni kanapki, wybie­

gła do nich. - Nie, Papa. Nigdy więcej. 

- A chcesz, żeby Mikali zabrał łódź? - Zamknął w 

swoich rękach jej dłonie. - Musimy z czegoś żyć, Anno. Co 

mogę innego robić? 

Dziewczyna odwróciła się szybko i zagadnęła Ma-

nninga rozmyślnie zmieniając temat. - Dobrze, że zjawił się 

pan akurat na czas. 

- To nie był przypadek - odparł Manning. -

Szukam kogoś, kto mógłby podrzucić mnie do San Juan. 

Nikoli Aleko powiedział, że moglibyście być tym zaintereso­

wani. 

- San Juan na Isle of Tears? - Stary człowiek 

zmarszczył brwi. - Po co chce pan tam płynąć? 

- Jestem fotografem. Robię reportaż o Kubie dla 

amerykańskiego magazynu. Poinformowano mnie, że łodzie 

z Harmon Springs czasami pływają do San Juan z tuńczy-

75 

background image

kami. Służyłem na Morzu Egejskim w czasie wojny i mówię 

trochę po grecku. Sądziłem, że mógłbym tam popłynąć jako 

członek załogi. 

- Tak... Oczywiście... Kiedyś tam pływałem. Wszyscy 

tam pływaliśmy. Dobrze nam płacono za tuńczyki. Ale od 

czasu kryzysu wiele się zmieniło. Teraz trudno jest przewi­

dzieć, z której strony padnie cios. Mogą nawet skonfiskować 

łódź. - Papa Melos potrząsnął głową. - Chciałbym panu 

pomóc, panie Manning, ale... nie tym razem. 

Manning sięgnął po kurtkę i wyciągnął z niej portfel. 

Otworzył go i wyjął zwitek banknotów. 

- Pięćset dolarów? Tysiąc? Niech pan wymieni cenę. 

Dziewczyna z sykiem wciągnęła powietrze między zę­

bami. - Papa, dzięki tym pieniądzom mógłbyś zwrócić 

Mikali wszystko, co mu jesteś winien, i skończyłyby się nasze 

kłopoty. 

Stary człowiek patrzył na pieniądze jak zahipnotyzo­

wany. Po chwili jednak wolno pokręcił głową. 

Jeżeli popłynę do San Juan, prawdopodobnie i tak 

stracę łódź. A na to, by zapłacić Mikali, mam jeszcze czas do 

końca miesiąca. 

Manning ułożył twarz w uprzejmy uśmiech. - Niech 

pan się nie przejmuje. Na pewno znajdę w Harmon Springs 

kogoś, kto zechce trochę zarobić. 

Wyszedł na pokład, stanął przy relingu i patrzył 

w kierunku wyspy, zastanawiając się, co, u diabła, ma teraz 

zrobić. Chwilę później dołączyła do niego dziewczyna. 

- Bardzo mi przykro - powiedziała. - Czuję, że 

jesteśmy panu winni bardzo wiele, ale ta łódź to całe życie 

mojego ojca. Nie może znieść myśli, że mógłby ją stracić. 

Czy sądzi pani, iż naprawdę zdoła tyle zarobić, żeby 

zapłacić temu... Mikali? spytał Manning. 

Dziewczyna potrząsnęła głową i odwróciła się w stronę 

morza, a jej szczupłe ramiona opadły w wyrazie bezradności. 

76 

background image

Przez krótki moment Manning poczuł w sobie zupełnie 

irracjonalne uczucie tkliwości. Tak jak gdyby dziewczyna 

była małym dzieckiem postawionym przed czymś, z czym 

zupełnie nie mogła sobie poradzić i w czym on musiał jej 

pomóc za wszelką cenę. 

. W ciszę morza wtargnął odgłos silnika motorówki i po 

chwili zza Blair Cay ukazała się łódź płynąca w ich kierunku. 

Dziewczyna uniosła głowę, patrzyła przed siebie jakiś czas, 

a potem pospiesznie zeszła na dół. 

Wróciła na pokład z ojcem. Stary człowiek oparł się 

o reling, na jego twarzy pojawił się grymas. 

- Wygląda na łódź Mikali. Ciekaw jestem, czego chce. 

Motorówkę prowadził Dimitri, ten sam młody chłopak, 

którego Manning tak brutalnie potraktował w barze. Mikali 

był mocno zbudowanym, krępym osobnikiem. W swoim 

czasie musiał być silnym mężczyzną, ale z upływem lat obrósł 

w tłuszcz. Pod pachami lnianej marynarki widniały wielkie 

plamy potu. Wgramolił się po trapie na pokład, zostawiając 

Dimitri przy sterze. 

- Czego chcesz, do diabła? - spytał Papa Melos po 

grecku. 

Mikali osuszył chusteczką do nosa łysiejącą czaszkę. 

- Nie odzywaj się do mnie takim tonem, stary szakalu. 

Usiłuję cię złapać od trzech dni. Za każdym razem mi 

uciekałeś. 

- Nie mam ci nic do powiedzenia. Nic aż do końca 

tego miesiąca. 

- I jesteś w błędzie - stwierdził Mikali. - Prze­

dłużenie, którego ci udzieliłem, zależało wyłącznie od mojej 

dobrej woli. - Popatrzył znacząco na Annę. - Miałem 

nadzieję, że możliwe jest jakieś sensowne porozumienie, ale 

teraz widzę, że nie ma takiej możliwości. 

Stary człowiek żachnął się gwałtownie. - Mów, co 

masz do powiedzenia, i zejdź z mojej łodzi. 

77 

background image

- Chciałeś powiedzieć, z mojej łodzi. - Mikali wydo­

był z kieszeni jakiś papier i trzymając go w wyciągniętej ręce 

mówił dalej: - To jest nakaz zajęcia mienia. Do południa 

w najbliższy piątek masz mi zwrócić moje pieniądze. Tysiąc 

dwieście dolarów. 

Stary człowiek krzyknął gniewnie, wyrwał dokument 

z ręki Mikali i zamierzył się na niego prawą pięścią. Jednak 

różnica wieku działała na jego niekorzyść. Mikali z łatwością 

zablokował uderzenie, złapał starego za koszulę i uderzył na 

odlew w twarz. 

Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie i ruszyła naprzód 

z rozcapierzonymi palcami. Mikali odrzucił ją z taką siłą, że 

zatoczyła się i upadła na pokład. Kiedy podniósł rękę, by 

uderzyć starca jeszcze raz, Manning złapał go za ramię 

i wykręcił tak, aż stanęli twarzą w twarz. 

- A może byś tak spróbował ze mną? - zapropono­

wał. - Jestem, zdaje się, mniej więcej tej samej wagi. 

Mikali otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nie 

zdążył, bo w tej samej chwili Manning wpakował mu w nie 

zaciśniętą pięść. Kiedy tłuścioch zatoczył się do tyłu, Man­

ning uderzył go ponownie, tak że siła ciosu przeniosła Greka 

przez reling. Uderzył w wodę z głośnym plaśnięciem 

i zniknął pod powierzchnią. Po chwili wypłynął kilka stóp od 

motorówki. Dimitri złapał go za kołnierz i próbował wcią­

gnąć przez rufę. 

Manning zsunął się po trapie, przeskoczył do moto­

rówki i pomógł chłopakowi. Mikali opadł na tylne siedzenie. 

Ubranie przylepiło mu się do tłustego ciała, z rozciętych ust 

sączyła się krew. Manning wyjął portfel i odliczył dwanaście 

studolarowych banknotów. Wepchnął je do kieszeni na 

piersi Greka. 

- Uważaj wszystkie długi za spłacone, Mikali. Jeżeli 

jeszcze kiedykolwiek będziesz niepokoił tego człowieka, 

złamię ci nos. - Odwrócił się do chłopaka. - A ty jesteś 

78 

background image

świadkiem. Mikali dostał swoje pieniądze. Nie zapomnij 

o tym. 

Wrócił na trap. Dimitri uruchomił silnik i ruszył 

szerokim łukiem. Manning patrzył za nimi, aż zniknęli, 

a potem odwrócił się. 

Stary człowiek siedział na ławce w sterówce i napełniał 

fajkę. Kiedy uznał, że jest w niej już wystarczająca ilość 

tytoniu, zapalił, wypuścił obłok dymu i wzruszył ramionami. 

- A więc płyniemy do San Juan? 

- Jest pan tego pewien? - spytał Manning. 

Papa Melos skinął głową. - Nic innego mi nie pozo­

stało. Uratował pan moje życie, moją łódź... Widać tak chce 

przeznaczenie. 

- A co z panią? - Manning zwrócił się do dziewczyny. 

Stała przy relingu po przeciwnej stronie pokładu, od­

wrócona plecami. Obróciła się i popatrzyła na niego poważ­

nie. 

- Nie wydaje mi się, żebyśmy mogli wybierać. Jeste­

śmy dumnymi ludźmi, panie Manning. Mamy zwyczaj 

spłacać swoje długi. 

Przez chwilę Manning miał szaloną ochotę powiedzieć 

im prawdę. Uprzedzić ich, że jeżeli zgodzą się z nim 

popłynąć, narażą się na znacznie więcej niż utratę łodzi. 

Zaraz jednak uświadomił sobie wszystkie powody, dla 

których się tu znalazł. Wzruszył ramionami. 

- Nie mam nic przeciwko temu. Jeżeli jesteście gotowi, 

możemy ruszać. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Na południe od Andros 

Manning nie wiedział nawet, kiedy zasnął. Z tego, że 

spał, zdał sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy się obudził. 

Spojrzał na zegarek i zaskoczony stwierdził, że była już 

trzecia rano. Zrzucił kurtkę i wyszedł z kabiny. 

Nad wodą unosiła się lekka mgiełka, a Cretan Lover 

płynęła naprzód bez żadnych przeszkód. Księżyc schował się 

gdzieś za chmury, ale granatowe niebo usiane było klejno­

tami gwiazd, które odbijały się w morzu tworząc przedziwną 

poświatę. 

Manning ruszył wzdłuż pokładu ładunkowego, mijając 

trzy pokaźne tuńczyki złapane poprzedniego popołudnia, 

i wszedł do sterówki. 

Papa Melos stał przy kole sterowym. Wyglądał dziwacz­

nie w świetle kompasu. Jego głowa zdawała się oddzielona 

od reszty ciała. 

- Wszystko w porządku? - spytał Manning. 

- Nie może być lepiej. - Usunął się na bok, pozwa­

lając Manningowi podejść do steru, a sam oparł się o drzwi 

napełniając fajkę. 

- O której dotrzemy do San Juan? 

Stary wzruszył ramionami. - Jeżeli pogoda się utrzy­

ma, jutro przed południem. 

- Czy są jakieś ograniczenia długości pobytu tam, na 

miejscu? 

80 

background image

- Nigdy przedtem nie było, ale jak już mówiłem, 

mogło wiele się zmienić. 

- Będziemy mieli jakieś kłopoty ze znalezieniem kupca 

na ryby? 

- Nie sądzę. Nie na tuńczyki tak piękne jak te, które 

mamy. - Papa Melos przytknął zapałkę do główki fajki. -

Dobrze pan sobie radzi ze sterem. Znacznie lepiej, niż można 

by się tego spodziewać. To zastanawiające. Jak na reportera 

jest pan zupełnie niezłym marynarzem. 

- Przez całe życie pływałem na małych łodziach, 

a podstawy wyniosłem z marynarki. 

- Ale to było dawno - stwierdził Papa Melos. -

Jeszcze przed tymi wszystkimi zmianami. 

W jego głosie brzmiało pytanie. Nie wypowiedziane, ale 

wyraźne. Manning zignorował je. 

- Pewnych rzeczy się nie zapomina. 

- Ma pan rację. - Stary ziewnął. - Chyba pójdę się 

przespać. Wrócę tu o siódmej. 

Ruszył wzdłuż pokładu mrucząc coś do siebie. Manning 

zapalił papierosa, wyciągnął składane krzesło, ustawił je pod 

ścianą i rozsiadł się wygodnie, trzymając ster w pewnych 

rękach. 

Jedno tylko niepokoiło go, kiedy myślał o tym, co ma do 

zrobienia po przybyciu do San Juan. Wiedział, że będzie 

musiał dostosować się bardzo szybko do nie znanych 

warunków. Lekki, ironiczny uśmiech podniósł w górę kąciki 

jego ust. I pomyśleć, że czuł się tak, jakby przez całe życie nie 

robił nic innego. 

Z wolna wracał myślą przez splątane ścieżki pamięci do 

ludzi i zdarzeń, które dawno odeszły w zapomnienie, zado­

wolony, że jest w tej chwili samotny na morzu. Że jest z nim 

tylko noc i łódź. Zdawało mu się, że świat przestał istnieć. 

Drzwi otworzyły się niemal niedosłyszalnie, jakby 

w opozycji do odgłosu uderzeń deszczu o szybę. Manning 

6 Nocne..-

81 

background image

poczuł zapach kawy rozchodzący się w porannym powietrzu, 

a oprócz tego jakąś inną, bardziej subtelną woń. 

- Jak to się dzieje, że nie może pani wytrzymać w łóżku 

o tak wczesnej godzinie? - zapytał. 

- To najwspanialsza pora dnia - odparła, rozstawia­

jąc drugie krzesło. Podała mu kubek z kawą i kanapkę. Jedli 

w milczeniu, ale cisza im nie przeszkadzała. Ich kolana 

stykały się leciutko. Kiedy skończyli, poczęstował ją papiero­

sem i dalej siedzieli bez słowa, wsłuchując się w krople 

deszczu dźwięczące o szybę niczym maleńkie młoteczki. 

- Pan lubi morze, prawda? - zapytała niespodzie­

wanie. 

- Tak, sądzę, że tak - odparł ostrożnie. - Morze jest 

jak kobieta - kapryśne i niepewne, co nie znaczy, że mniej 

kochane. 

Dziewczyna uśmiechnęła się. - Jest pan najdziwniej­

szym reporterem, jakiego kiedykolwiek spotkałam. 

Tak jak podczas rozmowy z ojcem, Manning wyczuł 

w głosie dziewczyny nie wypowiedziane pytanie. I to sprawi­

ło, że nagle zdał sobie sprawę, iż znalazł się na niebezpie­

cznym gruncie. 

- Miałem w Hawanie niewielką firmę ratowniczą, 

która w ramach działalności ubocznej zajmowała się również 

zdjęciami podwodnymi. Kiedy nadeszła rewolucja, musia­

łem zostawić wszystko i w ostatniej chwili udało mi się uciec, 

tak jak większości tych cholernych ludzi, którzy nie wiedzieli 

jeszcze, co tam tak naprawdę w trawie piszczy. Udało mi się 

uratować tylko to, co miałem na sobie. Poza tym straciłem 

wszystko. 

Manning mówił z goryczą w głosie, ale nie potrafił 

wyrazić tego inaczej. Dziewczyna pochyliła się impulsywnie 

w jego stronę i położyła mu dłoń na ramieniu. Kiedy się 

odezwała, jej głos był pełen ciepła, sympatii i współczucia. 

- Bardzo mi przykro. 

82 

background image

- Niepotrzebnie. I tak miałem więcej szczęścia niż 

większość tych biedaków, którzy czekając, aż coś złego 

przydarzy się Castrowi, zaczepili się w okolicach Miami. 

Znałem odpowiednich ludzi, a to zawsze pomaga. Udało mi 

się zupełnie nieźle ułożyć sobie życie w roli wolnego strzelca. 

- A ta przejażdżka do San Juan dużo dla pana znaczy? 

- Więcej niż cokolwiek innego w świecie - odpo­

wiedział poważnie. 

- Cieszę się, że zgodziliśmy się tam popłynąć. 

Nagle zrobiło mu się wstyd tych wszystkich kłamstw 

i oszustw. Uświadomił sobie, że wciąga tę dziewczynę i jej 

ojca wprost w wielkie niebezpieczeństwo, miesza w sprawy, 

z którymi nie mieli nic wspólnego. Przez moment ogarnęła go 

przemożna chęć, żeby powiedzieć wszystko, całą prawdę, ale 

dziewczyna ubiegła go: - Nie ma nic wspanialszego niż rejs 

małą łodzią po morzu w taką noc jak dzisiaj, prawda? 

Wszystkie kłopoty stają się wtedy zupełnie nieważne. 

Twarz jej stanowiła niewyraźną plamę, którą z ciemno­

ści nocy wyłoniło słabe światło kompasu, a co na swój sposób 

dodawało jej dziwnej tajemniczości i sprawiało, że wyglądała 

nadspodziewanie ładnie. 

- Jest pani miłą dziewczyną - powiedział. - Nikoli 

Aleko mówił mi, że była pani w Vassar. 

Dziewczyna skinęła głową. - Wróciłam dopiero kilka 

miesięcy temu. Ten wyjazd to pomysł mojego ojca. Dostał 

niewielki spadek, a ponieważ jak większość Greków uważał, 

że nie ma na świecie nic ważniejszego niż nauka, zdecydował, 

iż powinnam się kształcić w Stanach. Twierdził, że tylko 

najlepsi są wystarczająco dobrzy. 

- Co zamierzała pani robić? 

W tym roku miałam rozpocząć studia w Oksfordzie. 

Chciałam zostać prawnikiem. 

- A teraz... 

- W zeszłym roku utopił się mój brat, Yanni. Tata 

83 

background image

napisał do mnie o tym. Zapewniał, że nie ma powodu, abym 

wracała do domu. Że wszystko jest już załatwione i nic tu po 

mnie. 

- I została pani. 

- Sądząc z jego listów było to najrozsądniejsze wyj­

ście. 

A kiedy w końcu przyjechała pani do domu, okazało 

się, że jest zupełnie inaczej. 

- Coś w tym rodzaju. - Dziewczyna pochyliła się do 

przodu i przycisnęła twarz do szyby usiłując przebić wzro­

kiem noc. - Pewnie nie zrozumie pan tego, ale nie znalazłam 

już swojego ojca. Znalazłam starego, zniszczonego życiem 

człowieka, szybko staczającego się coraz niżej. A przecież nie 

pamiętam, by kiedykolwiek staro wyglądał. - Westchnę­

ła. - Musiał pożyczyć pieniądze pod zastaw łodzi, żeby 

utrzymać mnie w college'u. Najwyraźniej pieniądze ze spad­

ku musiały się skończyć, jeszcze zanim zginął Yanni. 

- Pani ojciec sądził, że uda mu się związać - koniec 

z końcem, zarabiając na życie nurkowaniem? 

- Zdesperowany człowiek podejmuje tylko desperac­

kie działania - odparła niemal tymi samymi słowami, 

których użył Aleko. - Oczywiście jest jeszcze wyjście, które 

zaproponował nam Mikali. 

-- Mogłaby pani rozmawiać ze mną poważnie. 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tworzymy zam­

kniętą społeczność i żyjemy zgodnie z dawnymi obyczajami. 

Małżeństwa zawierane ze względów finansowych są ciągle 

wśród nas dość częste. To mój ojciec nie wyraził na nie zgody. 

- Mogłem się tego, cholera, domyślić. - Manning 

uniósł się niespodziewanie gniewem. - Musi istnieć jakieś 

lepsze wyjście niż zamążpójście. 

- Ależ jest... - zgodziła się dziewczyna. - I pan je 

nam zaoferował. 

Nie mógł wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi, więc 

84 

background image

siedzieli w milczeniu, a na zewnątrz stopniowo zamierał 

deszcz, przez szyby sączyły się do kabiny pierwsze promienie 

światła. Nadchodził dzień, a wraz z nim poranna mgła 

i zimny wiatr, ale Manning nie zwracał na to uwagi. 

Anna opadła na oparcie w półśnie. Nieświadomość 

starła z jej twarzy wszystkie kłopoty, ból i zmęczenie. 

Manning siedział cicho, przyglądając się jej przez chwilę, 

i niespodziewanie z pewnym rodzajem zdziwienia stwierdził, 

że dziewczyna jest piękna. Doszedł do wniosku, iż nigdy nie 

przyjrzał się jej uważnie. 

Otworzyła oczy, popatrzyła na niego, a na jej twarzy 

pojawił się uśmiech. - Dzień dobry, Harry - powiedziała. 

Oddał jej uśmiech, absurdalnie zadowolony, że zwróciła 

się doń po imieniu. - To była długa noc. 

- Lepiej pójdę przygotować śniadanie. - Wzięła 

w rękę tacę, podeszła do drzwi i przystanęła z wahaniem. -

Możliwe, że to jedyna okazja, kiedy mogę porozmawiać 

z tobą sam na sam. 

Czekał na jej dalsze słowa czując, jak serce zamienia się 

w nim w kamień. 

- Cokolwiek się stanie w San Juan, dałeś nam nadzie­

ję. I za to będę ci zawsze wdzięczna. 

Potem odeszła, a on został w sterówce, patrząc na drzwi 

bujające się tam i z powrotem, wsłuchując się w jej kroki 

oddalające się po pokładzie. Kiedy otwierał okno, żeby 

wpuścić chłodne, poranne powietrze, drżały mu ręce. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Isle of Tears 

San Juan drzemało w popołudniowym upale. Minęli 

betonowy bunkier usytuowany na końcu cypla i wpłynęli w 

wąski kanał. Po bokach rozciągały się skaliste urwiska 

wyniesione sto stóp ponad powierzchnię wody. Na szczycie 

jednego z nich widniała stara hiszpańska forteca. 

Papa Melos wychylił się z okna sterówki i machnął ręką 

w jej kierunku. - To więzienie dla skazańców politycznych. 

Słyszałem kilka przerażających historii o tym, co się tam 

dzieje. 

- Jestem gotów w nie uwierzyć. 

Manning przyjrzał się budowli. Miała co najmniej 

czterysta lat, a jej wygląd zewnętrzny sugerował, że niewiele 

zmieniło się od czasu, kiedy ją zbudowano. Od inkwizycji do 

Castra. Westchnął i potrząsnął w zamyśleniu głową. - Czas 

to zamknięty krąg. Nie ma początku ani końca. 

San Juan było typowym, niewielkim kubańskim portem 

rybackim, ale w przystani cumowało tylko kilka łodzi 

i zewsząd wyzierały oznaki upadku i rozkładu. Nawet 

kubańska flaga nad ratuszem wyglądała w upale jak zmięta 

szmata. 

Papa Melos wyłączył silniki i dał znak Manningowi, 

żeby - opuścił kotwicę. Przez chwilę jeszcze Cretan Lover 

posuwała się naprzód siłą bezwładu, potem z ledwie odczu­

walnym szarpnięciem zatrzymała się jakieś pięćdziesiąt, 

86 

background image

sześćdziesiąt jardów od falochronu z kruszonego kamienia, 

który tworzył południową ścianę przystani. 

Stary człowiek wyłonił się ze sterówki i podszedł do 

Manninga stojącego przy relingu. 

- Musimy tu zaczekać na kapitana portu. 

Z kabiny wyszła Anna. Na głowie miała jedwabną 

szarfę zawiązaną w taki sposób, jak czyniły to miejscowe 

kobiety, oczy przesłaniały ciemne okulary. Zatrzymała się 

obok nich, dotykając ramieniem Manninga. 

- Co o tym myślisz, Harry? - spytała z niepokojem. 

- Nie ma się czego obawiać. Wszystko będzie w po­

rządku. - Starał się, by jego głos brzmiał pewnie. 

Chcąc przekonać samego siebie, dotknął delikatnie 

rękojeści rewolweru kaliber 38 zatkniętego za pasek pod 

koszulą. 

Kiedy tak stali przy relingu, czekając na kapitana, 

spomiędzy dwóch zacumowanych nie opodal kutrów wyło­

niła się niewielka łódź wiosłowa. Siedziało w niej dwóch 

ludzi: wioślarz i pośpieszający go gruby, brodaty urzędnik 

w wymiętym mundurze khaki. 

Papa Melos wydał z siebie cichy okrzyk ulgi. - Dzięki 

Bogu, ciągle jeszcze ten sam człowiek jest kapitanem portu. 

Nazywa się Luis Raphael. Jest tak samo genialny jak gruby. 

- To może być ważne - zgodził się Manning. 

Kiedy łódź przybiła do trapu, spocona twarz Raphaela 

rozjaśniła się w uśmiechu. Zwrócił się do nich po angielsku, 

wymawiając słowa z amerykańskim akcentem: - Wielkie 

nieba! Papa Melos! Rozpoznałem łódź, ale nie mogłem 

uwierzyć własnym oczom! Ile to już czasu... 

Papa Melos wychylił się za reling i podał mu rękę. 

- Luis, przyjacielu, cieszę się, że cię widzę. - Odwrócił 

się wskazując Annę. - To moja córka. To o niej zawsze ci 

opowiadałem. 

Raphael promieniał. - Cała przyjemność po mojej 

87 

background image

stronie, seniorita. - Zwrócił się ponownie do starego czło­

wieka. - A jak się ma Yanni? 

- Utonął sześć miesięcy temu w czasie wielkiego 

sztormu u wybrzeży Andros - odparł spokojnie stary 

i skinął w stronę Manninga. - Dlatego wziąłem ze sobą 

Alexiasa. 

Raphael był prawdziwie strapiony. Przeżegnał się szy­

bko. - Niech spoczywa w pokoju. 

Wchodzisz na pokład? 

Kubańczyk potrząsnął głową. - Zacumuj łódź koło 

falochronu, tam się spotkamy. Myślę, że powinniśmy uczcić 

to spotkanie małym drinkiem. 

- Czy Bayo prowadzi jeszcze hotel? 

Raphael przytaknął. - Interes już nie ten sam, co 

niegdyś, ale jakoś daje sobie radę. Nastały ciężkie czasy. 

- Dla wszystkich - zgodził się Papa Melos. -

Zobaczymy się na nabrzeżu. 

Raphael wydał krótki rozkaz wioślarzowi, który na­

tychmiast zawrócił łódź. Papa Melos odwrócił się do Man­

ninga i uśmiechnął. 

- Myślę, że wszystko będzie dobrze. 

- Rzeczywiście wszystko na to wskazuje - przytaknął 

Manning. - A kto to jest Bayo? Można mu zaufać? 

Stary człowiek z przekonaniem pokiwał głową. -

Miejscowi ludzie są zbyt gorliwymi katolikami, by mogli stać 

się komunistami. Tutaj Castro się przeliczył. Na wyspie jest 

wielu takich jak Raphael i Bayo. Zwykli ludzie, którzy godzą 

się z tym, co się stało, bo muszą jakoś żyć. Mają żony 

i rodziny. Ale to wcale nie znaczy, że im się to podoba. 

I pewnego pięknego dnia Castro dowie się o tym i zapłaci za 

wszystko. 

Papa Melos wrócił do sterówki, włączył silniki, a Man­

ning wybrał kotwicę i ruszył na dziób, by przygotować cumy. 

Kiedy przybijali, Raphael stał już na nabrzeżu, 

88 

background image

rozmawiając z kilkoma mężczyznami o nieokreślonym wy­

glądzie. Manning rzucił cumę, którą owinęli wokół pa­

chołka. Papa Melos wyłączył silniki. 

Kamienne nabrzeże znajdowało się zaledwie kilka stóp 

od burty, więc Manning skoczył na nie i pomógł Annie 

wydostać się na ląd. Raphael zdjął czapkę i pocałował 

dziewczynę w dłoń. 

- Miło mi panią poznać. Pani ojciec jest moim przyja­

cielem od wielu lat. - Zerknął na pokład, dostrzegł tuńczyki 

i westchnął głęboko. - I chyba równie długo nie widzieliśmy 

tutaj tak pięknego połowu. Nie będziecie mieli żadnych 

kłopotów ze sprzedażą. 

- Na to właśnie liczyłem - powiedział Papa Melos. 

Poszli razem wzdłuż nabrzeża. 

- Dlaczego tak długo się nie pokazywałeś? - spytał 

Raphael. - Już chyba od pół roku nie przybijają tu łodzie 

z Harmon Springs. 

- Prawdę mówiąc, nie byliśmy pewni, czy jesteśmy 

tu mile widziani - odparł Papa Melos. - Spójrzmy 

prawdzie w oczy. Od czasu kryzysu bardzo wiele się u was 

zmieniło. 

- Ale my nie zmieniamy naszych przyjaciół - stwier­

dził Raphael. - Jest wielka różnica między Grekami z Har­

mon Springs a jankeskimi szpiegami z Miami. Możesz mi 

wierzyć. 

- Miło to słyszeć. Myślę, że kiedy opowiemy in­

nym, jak zostaliśmy przyjęci, zaczną tu znów przypły­

wać. 

- O niczym innym nie marzymy. 

Napis umieszczony nad wejściem do budynku głosił 

„HOTEL" i był tak samo rozchwiany i zniszczony jak cały 

front budowli. W środku znajdowało się kilka drewnianych 

stołów, ale nie było jeszcze żadnego klienta. Manning 

domyślił się, że sala ożywa pod wieczór. 

89 

background image

Pomieszczenie było chłodne, mroczne i uderzająco 

czyste. Ściany pomalowano na biało, a na podłodze leżały 

plecione maty. W rogu sali, koło baru, nad którym na 

drewnianych półkach widniały równe rzędy butelek, stało 

więcej stołów i krzeseł. 

Niewielki żylasty mężczyzna rozparł się na blacie baru 

i pogrążył w lekturze miejscowej gazety. Prawą stronę jego 

twarzy zniekształcała nieregularna blizna, jedno oko skry­

wała czarna przepaska. 

- Hej, Bayo! Popatrz, kogo tu mamy! - zawołał 

Raphael. 

Bayo zerknął zdziwiony. Kiedy spostrzegł Papę Melosa, 

na jego twarz wypłynął uśmiech zachwytu. Rzucił gazetę 

i zamaszystym krokiem wymaszerował zza baru. 

- Papa Melos! - wykrzyknął po angielsku, potrzą­

sając energicznie ręką starego człowieka. - Serce mi rośnie 

na twój widok. 

Papa Melos położył dłoń na ramieniu niewielkiego 

Kubańczyka i zmarszczył brwi. - Bayo, co się stało z twoją 

twarzą? 

Bayo wzruszył ramionami, uśmiech na jego twarzy 

nieco przygasł. 

- Nic takiego, przyjacielu. Trzy miesiące temu miałem 

wypadek. Przywiozłeś jakieś ryby? 

Stary człowiek przytaknął: - Trzy tuńczyki. 

- Potrzebował jakiegoś pretekstu, żeby zobaczyć, jak 

nam się żyje - wtrącił Raphael. 

Wszyscy się uśmiechnęli. Papa Melos przedstawił Annę 

i Manninga. 

- Moja córka i Alexias Stavrou. Pracuje teraz na mojej 

łodzi. 

- A Yanni? Co z Yannim? 

- Utopił się sześć miesięcy temu - odparł spokojnie 

Papa Melos. 

90 

background image

Przez twarz małego Kubańczyka przebiegł bolesny 

skurcz. Instynktownie chwycił starego za rękaw. - To był 

dobry chłopiec. 

- Jak nikt inny - zgodził się Papa Melos. - Niech się 

dzieje wola boża. 

Niezręczną ciszę, jaka zapadła po tych słowach, przer­

wał Raphael. Rzucił kapelusz na stół i podsunął hałaśliwie 

krzesło Annie. 

- Przyszedł czas na wino. Koniec ze smętnymi roz­

mowami. Prosimy o najlepszą z twoich butelek, Bayo. 

Bayo przytaknął energicznie: - Mam kilka butelek 

Chablis rocznik '57. Trzymam je w lodzie specjalnie dla 

pułkownika Rojasa, ale on zjawi się tu dopiero wieczo­

rem. - Mały Kubańczyk zniknął na zapleczu. 

Manning zwrócił się do Raphaela. - Kto to jest ten 

pułkownik Rojas? 

Raphael zaniepokoił się wyraźnie. - Jest komendan­

tem fortecy, którą zamieniono na więzienie dla przestępców 

politycznych. Od czasu afery w Zatoce Świń przebywa tam 

wielu ludzi. 

- Kim on jest? Policjantem? Żołnierzem? 

Zanim Kubańczyk nachylił się do ucha Manninga, 

odruchowo rozejrzał się dookoła. - Powiadają, że z DIER, 

senior. Tajna policja wojskowa. W obecnej dobie może ona 

na Kubie pozwolić sobie na więcej niż ktokolwiek inny. 

- A co się przydarzyło Bayo? - spytał Papa Melos, 

który skończył właśnie ubijać tytoń w fajce. - Jego twarz 

wygląda jak siekany kotlet. 

- Trzy miesiące temu przywieziono nową grupę wię­

źniów do fortecy. Strażnicy byli wyjątkowo brutalni. Praw­

dziwi barbudos. Z tych, co będą smażyć się w piekle. 

Upili się i zaczęli demolować hotel. Kiedy Bayo usiłował 

ich powstrzymać, jeden z nich ciął go przez twarz. Bayo 

stracił oko. 

91 

background image

- Milusińscy - podsumował Manning. 

Raphael wzruszył ramionami. - W dzisiejszych cza­

sach najmądrzej jest nie mieszać się do niczego, senior. 

Dobrze pan zrobi pamiętając o tym. 

- Pewnie ma pan rację. - Manning poczęstował go 

papierosem. - Czy to jest jedyny hotel w mieście? 

- Był jeszcze jeden, ale zamknęli go w zeszłym mie­

siącu. Nie ma już turystów przyjeżdżających na ryby. 

- A w tym hotelu są jacyś goście? 

Raphael uśmiechnął się. - Nie sądzę, żeby Bayo miał 

jakichkolwiek gości od trzech miesięcy co najmniej. Jeżeli 

obawia się pan, że może mieć trudności z wynajęciem 

pokoju, to naprawdę pan przesadza. Będzie ich pan miał 

wiele do wyboru. 

Bayo wrócił z zaplecza. Przez lewe ramię przerzu­

cił czystą, białą serwetę. Niósł tacę, na której stała butelka 

wina i pięć szklaneczek. Ustawił tacę na stole i podniósł 

butelkę. 

- To napój godny bogów. Zobaczcie, jak wspaniale 

schłodzone. 

- Doskonale, mój drogi Bayo. Doskonale. Musiałeś 

wiedzieć, że właśnie się do ciebie wybierałem. 

Człowiek, który wypowiedział te słowa doskonałą an­

gielszczyzną, dokładnie wypełniał sobą drzwi. Twarz ocie­

niał mu panamski kapelusz, a groteskową postać na wpół 

skrywała zwisająca z potężnych barków poplamiona potem 

marynarka z białego lnu. 

Gdy ruszył przez salę, wymachując trzcinową laseczką, 

na twarzy Bayo pojawił się wyraz absolutnego przerażenia. 

Z osłabłej nagle dłoni małego Kubańczyka wyślizgnęła się 

butelka wina. Manning złapał ją zręcznie i postawił na stole. 

Dziękuję panu bardzo - odezwał się potężny 

mężczyzna. - Szkoda byłoby stracić tak dobre wino. Ale, 

ale... cóż ja widzę? Jest tylko pięć szklaneczek... Bayo! 

92 

background image

Bayo oddalił się w pośpiechu, a Raphael z pobladłą 

twarzą wstał i wskazał przybyłemu krzesło. - Miejsce dla 

pana, pułkowniku. 

- Dziękuję ci, przyjacielu. 

Opadł na nie ze sieknięciem. 

- Anglicy powiadają, że oprócz nich tylko wściekłe 

psy wychodzą na południowe słońce. Przyznaję im całkowitą 

rację. A czy pan się ze mną zgadza? - zwrócił się wprost do 

Manninga. 

- Oto wymarzone lekarstwo. - Manning nalał nieco 

wina do jednej ze szklaneczek i posunął ją w kierunku nowo 

przybyłego. 

- Dziękuję panu bardzo, seńor, ale picie w samotności 

nie należy do dobrych manier. Raphael, przedstaw mnie 

swoim przyjaciołom. 

- Oczywiście, pułkowniku Rojas. 

A więc to był Rojas. Raphael wybełkotał imiona swoich 

gości. Bayo wrócił z zaplecza i Manning rozlał wino do 

sześciu szklaneczek. 

Pot przesiąkał przez marynarkę pułkownika wielkimi 

plamami. Ściekał wzdłuż zmarszczek po twarzy. Mężczyzna 

wyjął z kieszeni chusteczkę, otarł czoło i zdjął kapelusz. Był 

zupełnie łysy. Te włosy, które pozostawiła mu natura, 

zostały dokładnie wygolone. Ale najbardziej przyciągającym 

uwagę szczegółem w tej postaci były oczy: zimne, twarde, 

w ciągłym ruchu i całkowicie pozbawione litości. 

- Biedny Bayo, przestraszyłem cię, co? Aż podskoczy­

łeś! - Twarz Bayo skurczyła się, a Rojas zaczął się śmiać 

chrapliwie. Jego ciało trzęsło się przy tym jak galareta. -

Och, to już nie ten sam człowiek od czasu tego małego 

wypadku latem. 

Anna pochyliła się do przodu, w jej oczach mignął zły 

błysk. Manning położył jedną rękę na jej ramieniu, a drugą 

sięgnął po butelkę. - Jeszcze trochę wina, pułkowniku? 

93 

background image

Rojas podniósł szklaneczkę do ust i z widoczną przy­

jemnością wciągnął w nozdrza wydobywający się z niej 

aromat. 

- Znakomite! Cóż za wspaniały bukiet! - Odstawił 

naczynie i z kieszeni na piersiach wydobył długie hawańskie 

cygaro. - Dotarły do mnie słuchy, że macie tuńczyki, 

kapitanie. 

Papa Melos skinął głową. - Właśnie dlatego tu jeste­

śmy. Przed kryzysem często zaglądaliśmy tu z towarem, 

pomyślałem sobie, że rozejrzę się i sprawdzę, czy jesteśmy 

jeszcze potrzebni. 

Na twarzy Rojasa malowało się prawdziwe rozbawie­

nie. - Ależ przyjacielu! Czyż są jakieś niesnaski między 

naszymi narodami? Mamy na pieńku tylko z Amerykanami 

i tymi, którzy im pomagają. 

Przez chwilę zalegała niezręczna cisza. 

- No, to teraz wszystko jest już na szczęście jasne -

ucieszył się Manning. 

Rojas przytknął zapałkę do cygara i wydmuchnął 

w powietrze obłok niebieskiego dymu. - A więc tuńczyki są 

jedynym powodem waszego przybycia? 

Stary człowiek zwilżył językiem wyschnięte wargi. -

Ależ... tak, oczywiście - odparł wykrzywiając twarz w uś­

miechu. 

- Dziwne... - powiedział wolno Rojas. - A ja 

sądziłem, że obecny tu seńor Manning miał zamiar zrobić 

kilka zdjęć. 

Z gardła starego człowieka wydobyło się coś na kształt 

suchego szlochu, Manning odruchowo wsunął rękę pod 

koszulę, sięgając po broń. 

Rojas wolno potrząsnął głową. - Nie sądzę, żeby to 

było najlepsze wyjście. 

Jakiś twardy i zimny przedmiot trącił Manninga w bok 

głowy, a gdy skierował wzrok w tamtą stronę, tuż przed 

94 

background image

oczami znalazł wylot lufy ręcznego karabinu maszynowego. 

Człowiek, który trzymał tę zabawkę, wyglądał na kompe­

tentnego. Miał na sobie dopasowany mundur khaki, czarny 

beret i brodę stosowną do wyglądu. 

Manning położył ręce na stole. Żołnierz obmacał go 

i wyciągnął spod koszuli rewolwer. Rojas nalał sobie kolejną 

szklaneczkę wina i wolno popijał trunek małymi łyczkami. 

- Tak, to naprawdę wspaniałe. Najlepszy rocznik od 

czasu wojny. Bayo chłodzi dla mnie codziennie kilka butelek. 

- Nie sądziłem, że jest pan w stanie spostrzec różni­

cę - zauważył Manning. 

W oczach potężnego mężczyzny pojawił się na chwilę zły 

błysk, a całe ciało zesztywniało w napięciu. Zaraz jednak 

wybuchnął śmiechem. Odrzucił do tyłu głowę i drgał 

w spazmach śmiechu. Kiedy wreszcie się uspokoił, w oczach 

miał łzy. 

- Mój drogi senior Manning - odezwał się ocierając 

jednocześnie oczy jedwabną chusteczką. - Wie pan, myślę, 

że dzięki panu naprawdę będę mógł się zabawić. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Człowiek w kazamatach 

Kiedy jeep wydostał się z wąwozu, Manning mógł po 

raz pierwszy podziwiać fortecę w całej jej okazałości. Trwała 

zawieszona efektownie na skalnym balkonie, wystającym 

z górskiego zbocza niczym półka. Pod nią było już tylko 

stustopowe urwisko ginące w morzu. 

Manning siedział na tylnym siedzeniu w asyście uzbro­

jonego strażnika. Rojas zajął miejsce obok kierowcy. 

Ściany starodawnej fortecy podziurawione były kulami 

armatnimi. Brama stała otworem. Przy wartowni zatrzymali 

się na chwilę, a gdy żołnierz podniósł drewniany szlaban, 

ruszyli dalej. 

- To bardzo efektowny widok, prawda, senior Man­

ning? - Rojas uśmiechnął się z zadowoleniem. 

Manning przesunął wzrokiem po wspaniale sklepio­

nych łukach i groźnych wieżach nad nimi. - Wyglądałoby 

lepiej, gdyby w okolicach bramy zatknąć kilka głów na 

włóczniach. 

- To zapewne stary angielski zwyczaj. Żeby ośmielać 

innych. Czy chciałby pan tu rzeczywiście widzieć czyjąś 

głowę? 

- Na początek Kurta Vinera. 

Rojas zachichotał. - To jest właśnie to, co mi się 

w panu podoba. Dąży pan prosto do celu. Mówi to, co myśli, 

bez owijania w bawełnę, i w dodatku trafia pan w sedno. 

96 

background image

- Nie musiałem się specjalnie wysilać - stwierdził 

Manning, kiedy jeep ruszył znowu. - Nie mógł to być nikt 

inny. 

- Logicznie wydedukowane. To ogromna przyjem­

ność zmierzyć się z człowiekiem inteligentnym. 

Jeep zatoczył półkole i zahamował ostro tuż przed 

łukowato wykończonymi drzwiami. Wszyscy pasażerowie 

wysiedli. Rojas zwrócił się do kierowcy. 

- Kiedy zjawi się porucznik Motilina z tym starym 

człowiekiem i dziewczyną, powiedz mu, żeby zabrał ich 

prosto do mojego biura. Ja przyjdę później. 

Rojas ruszył w górę po schodach, a za nim podążał 

Manning w eskorcie dwóch żołnierzy. Szerokie stopnie 

ginęły gdzieś w mroku. Po lewej stronie pojawiły się drzwi, 

które z pewnością prowadziły do pokoju wartowników. 

Pułkownik otworzył je i wszedł do środka. 

Dwóch żołnierzy grało przy stole w karty, a młody 

sierżant leżał na wąskiej pryczy z gazetą w ręku. Jeden 

z grających zaklął i rzucił karty. Drugi zaśmiał się i zgarnął ze 

środka stołu stos monet. Wtem spostrzegli Rojasa. 

Zerwali się na równe nogi, któryś przewrócił krzesło. 

Sierżant pośpiesznie podniósł się z pryczy i podszedł bliżej 

dopinając nerwowo guziki munduru. 

Strzelił obcasami i zasalutował. - Co pan rozkaże, 

pułkowniku? 

- Weź klucze i zaprowadź nas na dół. Chcę zobaczyć 

człowieka w kazamatach. 

Młody sierżant zdjął z deski pęk kluczy i ruszył przo­

dem. Włączył światło i otworzył solidne, pancerne drzwi, 

które fala jasności wyłoniła z cienia. 

Za drzwiami ginęły w mroku, opadając w dół, szerokie 

kamienne schody. Sierżant przekręcił kolejny przełącznik 

i ruszył przodem. Manning zdał sobie nagle sprawę z pa­

nującego chłodu. Wstrząsnął nim dreszcz. Po ścianach 

7 Nocne... 

97 

background image

sączyła się woda, z kamiennego stropu krople spadały 

monotonnie sprawiając, że płyty schodów stały się zdradli­

wie oślizłe i niebezpieczne. 

Rojas szedł zadziwiająco pewnie. Gdy dotarli do końca 

schodów, zatrzymał się na chwilę i zapalił cygaro. - To 

najstarsza część fortecy. Rok 1523. Jak się panu podoba? 

- Może by pan wreszcie skończył te grzecznościowe 

rozmówki i przeszedł do rzeczy - zaproponował Manning. 

- Właśnie do tego zmierzam - oznajmił Rojas. -

Niech mi pan powie, jakiego użył pan pretekstu, by zachęcić 

Papę Melosa do przypłynięcia do San Juan? Przypuszczam, 

że powiedział mu pan, iż chce pan tu zrobić trochę zdjęć. 

Mam rację? 

- Jest pan cholernie dobrze poinformowany. 

Rojas zachichotał. Śmiech odbił się pełnym grozy echem 

od kamiennych ścian. - Tak, oczywiście. Ależ ze mnie 

głupiec. 

Sierżant zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami obi­

tymi żelazną blachą i pośpiesznie otworzył zamki. Wyjął 

z kieszeni latarkę, podał ją Rojasowi i ustąpił na bok. 

- Pan przodem, przyjacielu - powiedział Rojas, 

wskazując gestem drogę. 

Manning zanurzył się ostrożnie w wilgotną ciemność. 

Pod stopami czuł nieprzyjemne zimno rozpryskującej się 

wody. Kiedy Rojas zapalił latarkę, wielki szczur wystraszony 

niespodziewanym blaskiem pierzchnął spod ściany i znikł 

w jakiejś dziurze. 

Gdzieś z rogu pomieszczenia dobiegł ich cichy jęk. 

Światło latarki przesunęło się po ścianie i zatrzymało na 

człowieku leżącym na wąskiej pryczy i okrytym kompletnie 

zniszczonymi łachmanami. Tonął on we własnych odcho­

dach, a był tak słaby, że z trudnością mógł unieść głowę. 

- To jest człowiek, którego pan szukał, senior Man­

ning - wyjaśnił Rojas. - Juan Garcia. 

98 

background image

Manning spojrzał na Garcię i poczuł, że robi mu się 

niedobrze. Skóra leżącego mężczyzny była sucha i pomar­

szczona jak na trupie. Jedynie oczy zdradzały, że kołacze się 

w nim jeszcze życie. Zaschnięta krew pokrywała niemal całą 

twarz, a usta obrzmiały tak bardzo, że stały się niemal 

niewidoczne. 

- Juan, słyszysz mnie? - odezwał się Rojas po 

hiszpańsku. - Senior Manning chciałby ci zadać kilka pytań. 

Chory rozwarł usta i oczom patrzących ukazała się 

gnijąca rana, ropiejące mięso pozbawione skóry. Gdzieś 

z głębi tej rozkładającej się czeluści wydobył się jęk zwierzę­

cego bólu. 

Rojas odwrócił się do Manninga i westchnął z ubole­

waniem. - Przykro mi, senior Manning. Zdaje się, że stracił 

język. 

Potem zaczął śmiać się tak głośno, aż zadrżało jego 

tłuste ciało. Dźwięk rozchodził się między wysokimi ścia­

nami, odbijał echem wzdłuż korytarza i ginął w ciemno­

ściach. Nawet strażnik wydawał się czuć nieswojo, niespo­

kojnie przebierając palcami po kolbie ręcznego karabinu 

maszynowego. Manning zawrócił. Rojas skinął na sierżanta, 

ten zamknął drzwi i wszyscy trzej podążyli z powrotem. 

Kiedy znów się znaleźli w pokoju wartowników, poru­

cznik Motilina stał właśnie przy oknie, na przemian popi­

jając kawę i paląc papierosa. Rojas opadł na krzesło za 

stołem, usadowił się twarzą do drzwi i zdjął kapelusz. -

Ładnie pachnie ta kawa. 

Motilina pstryknął palcami i na ten znak jeden z żoł­

nierzy pośpiesznie napełnił gorącym płynem drugi kubek. 

- Dziewczyna i starzec są na górze? 

- W poczekalni przed pana biurem. 

- Nie zabiorą mi dużo czasu - powiedział Rojas. -

Ale najpierw chciałbym zamienić kilka słów z panem Man-

ningiem. 

99 

background image

- Jeszcze coś, pułkowniku? 

Roj as skinął głową. - Ten człowiek w podziemiach, 

Juan Garcia. Nie będzie nam już potrzebny. Zabierz go 

na zewnątrz i zastrzel. Ach, i zostaw tu ze mną dwóch 

ludzi. 

Twarz Motiliny nie wyrażała żadnych emocji. Stuknął 

służbiście obcasami, zasalutował i wydał niezbędne rozkazy. 

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Rojas wskazał Mannin-

gowi krzesło naprzeciw siebie. Wyjął kolejne czarne cygaro 

i zapalił je uważnie. 

- Zanim zaczniemy rozmawiać - odezwał się Man­

ning - wyjaśnijmy sobie jedną kwestię. Stary i dziewczyna 

nie mieli pojęcia, po co naprawdę się tu zjawiłem. Sprzeda­

łem im bajeczkę o reporterze szukającym ciekawego tematu 

dla amerykańskiego magazynu, i kupili ją. 

- Popełnili poważne wykroczenie przeciwko prawu. 

Są wrogami naszego państwa. - Rojas wrzucił zapałkę do 

kubka porucznika. Zgasła z sykiem. - Swoją drogą, nie są 

specjalnie ważni. A pan jest. Chciałbym panu zadać kilka 

pytań. 

- Traci pan czas. 

- Nie sądzę. Jestem dość dobrze poinformowany, 

sporo wiem o 'panu i pana przyjaciołach. Jest jednak kilka 

faktów, które mógłby mi pan wyjaśnić. Ten człowiek z CIA, 

Morrison. Wysyłając pana z tego rodzaju misją musiał podać 

panu jakieś kontakty. Adresy osób, do których mógłby się 

pan zwrócić o pomoc w razie potrzeby. 

- Niech pan zapyta Kurta Vinera - odparł Man­

ning. - Może on będzie umiał panu pomóc. Ja nie. 

- Z pewnych przyczyn technicznych, które są, jak 

sądzę, jasne dla nas obu, jego meldunek był dość krótki. 

Mam nadzieję, że pan wypełni luki... 

Manning wzruszył ramionami. - Jak już mówiłem, 

traci pan czas. 

100 

background image

Manning zdał sobie sprawę niespodziewanie, że czarne 

oczy przeciwnika wpatrują się w niego bez zmrużenia. To 

spojrzenie było bardzo zimne, twarde i stanowcze. Rojas 

uniósł dłoń i pstryknął palcami. 

W jednej chwili dwaj żołnierze ruszyli spod ściany, 

zbliżyli się do Manninga i wykręcili mu ręce za oparciem. 

- Sądzę, że nadszedł już czas, aby pan zrozumiał, iż 

jestem człowiekiem, który zna się na rzeczy - powiedział 

Rojas. 

Zaciągnął się głęboko, pochylił do przodu i przytknął 

rozżarzony koniec cygara do prawego policzka Manninga. 

Manning skręcił się z bólu. Próbował odwrócić twarz na bok, 

przesunąć choć kawałek, ale żołnierze przyciskali krzesło do 

stołu z całej siły. Wreszcie zaczerpnął jak najwięcej powietrza 

w płuca i zacisnął kurczowo pięści. Rojas przestał się 

uśmiechać. Manning utkwił w nim nieruchome spojrzenie. 

Twarz pokryły mu kropelki potu, pobladłe wargi lekko 

drżały. 

W końcu ból stał się nie do zniesienia. Manning 

krzyknął rozpaczliwie i z całych sił odepchnął się od stołu. 

Jeden z żołnierzy, zaskoczony tym ruchem, puścił go i opadł 

na kolano. Krzesło odsunęło się do tyłu. Manning zerwał się 

na równe nogi, z całej siły wpakował pięść w klęczącego 

żołnierza i rzucił się w kierunku drzwi. W chwili kiedy już 

dotykał klamki, drugi żołnierz obrócił się płynnym ruchem 

i trafił go lufą karabinu w krzyż. 

Manning zwalił się pod ścianę. Jego ciałem wstrząsały 

fale bólu, nie mógł złapać oddechu. Niewyraźnie, poprzez 

szumiący w uszach ból, zdał sobie sprawę, że w pokoju 

rozbrzmiewa głośny śmiech Rojasa. 

- Uparty naród ci Anglicy - powiedział po hiszpań­

sku - ale jeszcze zmądrzeje. Zabierzcie go na górę. 

Manning padając uderzył głową o ścianę i rozciął sobie 

skórę. Krew spływała mu z czoła przesłaniając oczy. Otarł ją 

101 

background image

wierzchem dłoni. Żołnierze poderwali go brutalnie na nogi 

i wszyscy razem podążyli za Rojasem. 

Pokonali kilka kamiennych stopni i poszli wzdłuż 

korytarza wyłożonego wielkimi kamiennymi płytami. Przed 

drzwiami w odległym końcu korytarza stał wartownik. 

Kiedy zbliżyli się, otworzył je szybko. 

Anna i jej ojciec siedzieli na drewnianej ławie pod 

ścianą. Rojas minął ich, otworzył następne drzwi, wszedł 

i zamknął je za sobą. Jeden z żołnierzy popchnął Manninga 

naprzód. Wartownicy zostali przy drzwiach. 

Manning usiłował myśleć, ale jego mózg ciągle jeszcze 

nie funkcjonował jak należy. Zatoczył się na ścianę, omal nie 

stracił równowagi, ale w końcu udało mu się stanąć, 

opierając o otynkowany kamień. 

- Jak się czujesz, Harry? - spytała z niepokojem 

Anna. 

- Byle jak. Ci tutaj nie nadają się na niańki. 

Z rozcięcia na czole znów popłynęła krew, żywa 

plama czerwieni zakwitła na białym tynku kamiennej ścia­

ny. Manning osunął się na ławę i zmusił usta do uśmie­

chu. 

Papa Melos był wściekły. - Lepiej, żeby pamiętali, że 

jesteśmy brytyjskimi obywatelami. Nie mogą nas tu trzymać 

bez końca. Nic złego nie zrobiliśmy. 

- Ten rodzaj argumentacji był dobry w średniowie­

czu - stwierdził Manning. - Rząd brytyjski nie będzie 

chciał się w to mieszać. 

- Jeszcze zobaczymy. 

Anna zmięła chusteczkę do nosa i przyłożyła ją do 

zakrwawionego czoła Manninga. Uśmiechnął się do niej 

i zapytał: - Boisz się? 

- Nie tak bardzo, jak powinnam. 

Wziął w ręce jej dłoń i powiedział z zakłopotaniem: -

Tak mi przykro, Anno. Wciągnąłem was w ten cały bałagan 

102 

background image

i w dodatku nie mam zielonego pojęcia, jak się z tego 

wydostać. 

- To nie twoja wina, synu - wtrącił się Papa Me-

los. - Wiedzieliśmy, co robimy. 

Zanim Manning zdołał cokolwiek odpowiedzieć, drzwi 

od gabinetu pułkownika otworzyły się i stanął w nich mały 

urzędniczyna o zniszczonym wyglądzie w wymiętym gabar­

dynowym garniturze. 

Skinął na nich głową. - Do środka. Wszyscy. - Wstali 

i poszli za nim, wartownicy deptali im po piętach. 

Pokój wyłożony boazerią był skromnie umeblowany. 

Na środku znajdowało się potężne biurko, podłogę od ściany 

do ściany zakrywał dywan. Rojas stał przy oknie. Kiedy 

weszli, odwrócił się, z kamienną twarzą podszedł do biurka 

i siadł za nim. Przerzucił kilka kartek, potem spojrzał na 

Manninga. - Jakiś czas temu zadałem panu pytanie. 

Wówczas nie wydawał się pan skłonny do współpracy. 

- Od tamtego czasu nic się nie zmieniło - stwierdził 

spokojnie Manning. 

Rojas podniósł pióro, napisał coś na leżącym przed nim 

bloku papieru i odłożył pióro na biurko. 

- Rozważyłem wasze wyjaśnienia - zwrócił się do 

Papy Melosa - bardzo uważnie i jestem gotów uwierzyć, że 

byliście tylko nieświadomym narzędziem w ręku tego 

człowieka. Wziąłem pod uwagę wszystkie zaistniałe oko­

liczności i postanowiłem, że tym razem będę wyrozumiały. 

Ty i twoja córka będziecie puszczeni wolno. Poprzestaniemy 

na konfiskacie łodzi. 

Stary człowiek drgnął, a potem stał, kiwając głową to 

w prawo, to w lewo, jak gdyby nie mógł zrozumieć, co 

powiedział Rojas. 

Anna szybko przesunęła się do przodu i wściekła 

pochyliła nad biurkiem. - To nieprawdopodobne! Przecież 

nic nie zrobiliśmy! Nic! 

103 

background image

Rojas uniósł brwi w wyrazie zdumienia. - Umożliwi­

liście amerykańskiemu agentowi przedostanie się na teren 

naszego kraju. Agentowi nieprzyjacielskiego narodu! I to ma 

być nic? 

Dziewczyna cofnęła się, jakby popchnięta fizyczną siłą. 

Odwróciła się powoli i spojrzała na Manninga. - Harry? 

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Rojas zaczął się śmiać 

ochryple. 

- A więc uwierzyła pani w tę jego historyjkę, moja 

droga? Co za nieszczęśliwy zbieg okoliczności! 

Anna złapała Manninga za koszulę i krzyczała, usiłując 

nim potrząsnąć. 

- To nieprawda, Harry! To niemożliwe! Nie mamy nic 

poza tą łodzią! Nic więcej na świecie! Powiedz mu, że to 

nieprawda! 

- Przykro mi, Anno. 

Z całej siły uderzyła go otwartą dłonią w twarz. Potem 

z drugiej strony. Nawet nie próbował się bronić. Rojas 

warknął coś w kierunku wartowników, którzy na ten znak 

odciągnęli dziewczynę. Jeden z nich wypchnął ją za drzwi, 

drugi popchnął za nią Papę Melosa. Stary szedł jak automat, 

wlokąc nogi po podłodze. Rojas roześmiał się. - Zadziwia­

jące. Jak niewiele potrzeba, żeby złamać człowieka. 

- Na litość boską, niech pan odda im łódź i pozwoli 

odejść - odezwał się Manning. 

- Żeby uspokoić pańskie sumienie? - Rojas potrzą­

snął głową. - Człowiek musi płacić za swoje błędy. 

- Ale co z nimi będzie? Jak dotrą do domu? 

- To już ich problem. - Rojas uśmiechnął się leciu­

tko. - Dziewczyna jest dosyć atrakcyjna. Na pewno zdoła 

coś wymyślić. - Telefon stojący na biurku rozdzwonił się 

hałaśliwie. Rojas podniósł słuchawkę i skinął na dwóch 

żołnierzy, którzy właśnie wrócili. - Wyprowadzić go. Zajmę 

się nim później. 

104 

background image

Mały urzędniczyna siedział w kącie przy biurku i mo­

notonnie skrzypiąc piórem zapełniał kartki papieru. Man­

ning spoczął na ławie pod ścianą i czekał. Bolało go właś­

ciwie wszystko, jednak najbardziej dokuczał mu krzyż. 

Dotknął delikatnie opuchniętego miejsca i skrzywił się 

z bólu. 

Zastanawiał się, jak poradzą sobie Anna i jej ojciec, 

żałował, że nie może im pomóc. Na razie nie mógł pomóc 

nawet sobie. Dwóch wartowników tkwiło po obu stronach 

drzwi niewzruszenie. Urzędniczyna ciągle coś pisał. Słońce 

opadało coraz niżej i wydłużało cienie. 

Jeden z żołnierzy zapalił światło. Wkrótce otworzyły się 

drzwi biura i stanął w nich Rojas. Trzymał w ręku laseczkę 

i panamski kapelusz. 

Popatrzył na Manninga i uśmiechnął się. - Tak właśnie 

przypuszczałem. Wiedziałem, że coś się za tym kryje. Za­

bierzcie seniora Manninga do Sekcji Specjalnej. Niech Cie-

naga zamknie go w Jamie. Jutro zajmę się tym więźniem 

osobiście. 

- Ale, panie pułkowniku, w Jamie jest już jeden 

więzień - zauważył mały urzędnik. 

Rojas zmarszczył brwi. - Kto? 

Człowieczek rzucił na Manninga ukradkowe spojrzenie 

i wyszeptał kilka słów prosto do ucha swojego szefa. Rojas 

wybuchnął ochrypłym śmiechem, nałożył kapelusz i zsunął 

rondo na oczy. 

- No proszę! Wsadzić ich razem. Stworzymy w ten 

sposób sytuację nieco groteskową, ale za to pełną najróżniej­

szych możliwości. - Otworzył drzwi i odwrócił się jeszcze na 

chwilę. - Do jutra, Manning. Rozważ to, o czym mówiłem. 

Strażnicy postawili Manninga na nogi i wywlekli 

z pokoju. Poprowadzili go do końca korytarza, a potem 

w górę, ciosanymi w kamieniu schodami. Na ich szczycie 

drogę przegradzała potężna żelazna krata. Znajdujący się po 

105 

background image

drugiej stronie strażnik zmierzył ich uważnym spojrzeniem, 

potem otworzył zamek. Ruszyli wzdłuż szerokiej sieni, minęli 

kilkoro drzwi, za którymi najwyraźniej znajdowały się cele 

więzienne, i zatrzymali przed następną żelazną bramą. 

I znów uzbrojony strażnik obejrzał ich dokładnie, zanim 

otworzył drzwi. 

Szli przez chwilę zaciemnionym korytarzem, aż wydo­

stali się na krużganek. Pomiędzy filarami, od sklepienia do 

posadzki, rozpięto drucianą siatkę, a daleko w dole można 

było dojrzeć główny hall fortecy. 

Łukowaty strop podparty był ogromnymi dębowymi 

belkami, poczerniałymi ze starości, wyrastającymi z wąskich 

kamiennych występów znajdujących się po obu węższych 

stronach wielkiego hallu. Naprzeciwko widniał bliźniaczy 

krużganek, tyle że bez siatki. 

Doszli do końca krużganku i zatrzymali się przed 

kolejną żelazną bramą. Żołnierz, który ją otworzył, spojrzał 

z zaciekawieniem na Manninga, a potem wskazał drzwi po 

lewej i zawołał: - Cienaga! Przyprowadzili ci jeszcze jed­

nego. 

Człowiek, który wynurzył się z pokoju, był niski 

i przysadzisty. Miał bardzo szerokie ramiona i tak długie 

ręce, że palcami dotykał niemal kolan. Jego twarz wydała się 

Manningowi jedną z najbardziej brutalnych, jakie kiedy­

kolwiek widział, długie tłuste włosy zwieszały się po obu jej 

stronach sięgając ramion. Nos tego człowieka zmiażdżono 

niegdyś tak dokładnie, że stał się niemal płaski. Mikrosko­

pijne oczka rzucały wrogie błyski. 

Zbliżając się mocował przy pasku od spodni pęk klu­

czy. - Co my tu mamy? 

- Anglik - odparł jeden ze strażników. - Pułkownik 

Rojas chce, żebyś umieścił go w Jamie razem z tym drugim. 

Powiedział, że będzie z nim rozmawiał jutro. 

- Anglik, co? - Cienaga wciągnął powietrze w płuca 

106 

background image

i niespodziewanie strzyknął śliną w twarz Manninga. -

Świnia. 

Manning poczuł na policzku chłodną strużkę i coś 

w nim pękło. Cała zgromadzona w nim bezsilna wściekłość 

eksplodowała w jednym ciosie, którym trafił Kubańczyka 

prosto w szczękę. 

Sekundę później zareagowali obaj żołnierze. Lufa jed­

nego karabinu spadła na tył głowy Manninga, druga ześliz­

gnęła się po skroni. Przez chwilę czuł palący ból, potem 

pogrążył się w ciemnościach nieświadomości. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Proszę wejść, 

towarzyszu Orłow 

Manning wychynął z czarnej czeluści i znalazł się 

w krainie cieni. Leżał na żelaznej pryczy, z której usunięto 

materac. Sprężyny wbijały mu się boleśnie w plecy. 

Na zewnątrz było niemal zupełnie ciemno, lecz słabe 

promyki szarego światła przedostawały się przez wąską 

szczelinę w kamiennej ścianie, nadając pomieszczeniu kon­

kretne kształty. Panował tu przenikliwy chłód. Manning 

uniósł się z wysiłkiem i spuścił nogi na podłogę. Przeszył go 

nagły ostry ból. Pomacał delikatnie głowę i znalazł na skroni 

zaschniętą krew. 

- Jest tu ktoś? - zapytał ochryple. 

- Ach, Anglik... - odezwał się czyjś głos z leciutkim 

obcym akcentem, którego Manning nie mógł rozpoznać. -

Interesujące. 

- Taak... Na pewno - wymamrotał Manning. -

A kim pan jest, do diabła? 

Mężczyzna zbliżył się i usiadł obok. - Siergiej Orłow, 

major 31 Regimentu Wojsk Inżynieryjnych. 

- Rosjanin? - zdumiał się Manning. 

- Gruzin - poprawił Orłow. - A to subtelna różnica. 

- Tak, wiem. - Manning wyciągnął rękę. - Nazy­

wam się Harry Manning. Mamy odmienne przekonania 

polityczne, ale wygląda na te, że w tej chwili tkwimy w tym 

samym kotle. A tak w ogóle to gdzie jesteśmy? 

108 

background image

- W celi zwanej Jama - poinformował Orłow. - Jest 

dość nieprzyjemna. Umiejscowiona pomiędzy najgrubszymi 

ścianami fortecy. Jeżeli wydaje się panu, że teraz jest tu 

zimno, to niech pan zaczeka do świtu. Poza tym nie dają tu 

jedzenia, nie ma światła ani materacy. 

- Jednym słowem, rodzaj wstępnego zmiękczenia? 

Rosjanin pokiwał głową. - Obawiam się, że tak. 

Szkoda, że nie może pan zobaczyć, jakie tu wszystko 

eleganckie. Musi pan na tę przyjemność poczekać do świtu. 

Manning sięgnął odruchowo do kieszeni na piersiach 

i wyjął zapalniczkę. - Dziwne, że mi tego nie zabrali -

stwierdził i pstryknął. 

Z mroku wyłoniła się trójkątna twarz o skórze lekko 

naciągniętej na wysokich kościach policzkowych. Czarne 

oczy rozsiewały bursztynowe błyski i zdawały się nieustannie 

zmieniać kolor w migającym świetle. Ruchliwe, pełne usta 

ocienione brodą emanowały nadzwyczajną żywotnością. 

- Pewnie zapomnieli pana przeszukać w ferworze 

bicia - domyślił się Orłow. - Czy sądzi pan, że to możliwe, 

żeby razem z zapalniczką zostawili panu jakiegoś papierosa? 

Manning wsadził rękę do kieszeni w spodniach i wycią­

gnął z niej skórzaną papierośnicę. Było w niej sześć papiero­

sów. Jednego włożył sobie w usta, drugiego podsunął 

Rosjaninowi. Potem stanął na środku celi, pstryknął zapalni­

czką i wzniósł ją nad głową najwyżej, jak tylko mógł. 

Pomieszczenie miało około piętnastu stóp kwadrato­

wych, chropowate, grube ściany i podłogę wyłożoną kamien­

nymi płytami. Długa, wąska szczelina w ścianie, która pełniła 

rolę okna, mierzyła nie więcej niż dziewięć cali szerokości. 

Dwie żelazne prycze stanowiły jedyne umeblowanie. Drew­

niane drzwi obito stalą. Jedynym urozmaiceniem na ich 

powierzchni było niewielkie, okratowane okienko. Manning 

rzucił okiem na korytarz. 

- Cichutko tutaj. Spokojnie... 

109 

background image

- Tak, do chwili, kiedy ktoś znowu oszaleje i zacznie 

krzyczeć. 

- A wtedy, jak się domyślam, nasz przyjaciel Cienaga 

wkracza do akcji i tak długo wypróbowuje swoje ciosy, aż 

pośle takiego delikwenta do piekła. 

Orłow potrząsnął głową. - On nigdy nie wchodzi 

do celi bez uzbrojonego strażnika, a na nocnej zmianie jest 

sam. 

- A więc biedaczysko wrzeszczy do ostatniego tchu, 

do utraty przytomności. 

- Owszem. A Cienaga bardzo to lubi. Często stoi pod 

celą, przyglądając się takiemu przez kratki. 

Manning odwrócił się od drzwi i jeszcze raz poświecił 

wysoko nad głową zapalniczką. Wówczas dopiero spo­

strzegł, że na wysokości około dziesięciu stóp nad posadzką 

biegły od ściany do ściany solidne dębowe belki. W każdą 

z nich wbito w równych odstępach stalowe haki. 

- Ciekaw jestem, do czego to ma służyć. 

- Można się domyślić - stwierdził Orłow. - Ale 

wolałbym być daleko stąd w tym momencie, w którym 

pułkownik Rojas zechciałby nam to zademonstrować. 

Manning wsunął zapalniczkę do kieszeni i usiadł. -

A swoją drogą, co pan tu, do diabła, robi? 

- Jakieś trzy miesiące temu jechałem na konferencję 

sztabową wzdłuż wybrzeża w prowincji Camaguey, gdy 

raptem samochód ześliznął się ze skał do morza. Dziwne, że 

w ogóle przeżyłem. Usiłowałem dopłynąć do brzegu, ale była 

zbyt silna fala. Ciągle znosiła mnie na otwarte morze. 

- I co dalej? 

- Uratował mnie kuter rybacki i przywiózł tutaj. 

Kiedy Rojas skontaktował się z Hawaną i poinformował ich, 

że jeszcze żyję, kazali mu trzymając język za zębami położyć 

na mnie łapę. 

- Nic nie rozumiem. 

110 

background image

- Jestem inżynierem wojsk rakietowych. No, wie 

pan... naukowiec w mundurze. Specjalista od pocisków. 

Dlatego od razu wysłano mnie na Kubę. 

- Ach, rozumiem - połapał się Manning. - Nie mają 

pocisków, ale mają przynajmniej człowieka, który jest 

ekspertem od konstruowania tych zabawek? 

- Dokładnie tak - zgodził się Orłow. - Obawiam się 

tylko, że pułkownik Rojas i ja zupełnie odmiennie zapatru­

jemy się na tę sprawę. 

- Przyszło mi na myśl, że Moskwa nie będzie specjal­

nie zadowolona z takiego obrotu rzeczy - powiedział 

Manning. 

- No cóż, małe niedomówienie. - Orłow westchnął 

i potrząsnął głową. - Nigdy nie zrozumiem, dlaczego 

musieliśmy związać się z tymi nieszczęśnikami. Jeden 

z najgłupszych błędów Nikity. 

- I mnie się tak wydaje. 

- A pan? - zapytał Orłow. - Jak pan się tu znalazł? 

Ze względu na okoliczności Manning nie uważał za 

stosowne utrzymywanie prawdy w tajemnicy, więc opowie­

dział całą historię. 

Kiedy skończył, Orłow pokręcił głową. - Rojas jest 

zdecydowany wykorzystać nas w sobie tylko wiadomy 

sposób, a daję głowę, że jego metody pozostawiają wiele do 

życzenia. 

Manning podniósł się, podszedł do drzwi i wyjrzał na 

korytarz. W zasięgu wzroku miał tylko bramę z żelaznych 

prętów, prowadzącą na krużganek, i światło padające spod 

drzwi pokoju Cienagi. 

- Po co ta siatka między kolumnami? 

- Kilka miesięcy temu jeden z więźniów prowadzo­

nych na przesłuchanie skoczył z balustrady. Rojas nie był 

zadowolony. Kazał wychłostać strażników, którzy go pil­

nowali. 

111 

background image

- Zauważyłem, że po drugiej stronie hallu jest taki sam 

krużganek. Ale bez siatki. 

- Z tamtej strony są kwatery oficerskie. Z początku 

trzymali mnie tam w jednym z pokoi. Traktowali mnie 

zupełnie nieźle, dopóki nie stałem się niewygodny. 

- Zmiana warunków ma panu rozjaśnić w głowie? 

- Tak by to można ująć, tyle że Rojas tym razem źle 

trafił. Moi rodzice zginęli w czasie wojny, a ja w piętnastym 

roku życia walczyłem już w partyzantce. Pułkownik Rojas 

może sobie na mnie połamać zęby. 

- Myślał pan kiedykolwiek, jak stąd zwiać? 

Orłow zaśmiał się miękko. - Owszem, często, ale to 

niemożliwe. Nawet jeżeli udałoby się komuś wydostać z celi, 

miałby jeszcze do pokonania co najmniej cztery bramy, 

a każda z nich jest zamknięta i dobrze strzeżona. 

- A jeżeli temu komuś udałoby się ominąć te bramy? 

- Nie rozumiem. 

Manning podszedł do łóżka i usiadł na nim. - Główny 

strop jest podtrzymywany przez potężne belki, które opiera­

ją się o kamienny występ, a występ ten biegnie przez całą 

szerokość hallu. 

- Więc? 

- Sprawny mężczyzna mógłby przedostać się po tym 

występie do kwater oficerskich. 

- Chciał pan powiedzieć, zdesperowany mężczyzna. 

Ten występ ma może dziewięć cali szerokości i znajduje się 

jakieś osiemdziesiąt stóp nad posadzką. 

- Byłby pan skłonny spróbować? 

- Oczywiście, ale zapomniał pan jeszcze o jednym. 

Przede wszystkim musielibyśmy wydostać się z celi i dotrzeć 

na krużganek. Jak zamierza pan tego dokonać? 

- Trzeba tu ściągnąć Cienagę i uwolnić go od ciężaru 

kluczy. 

- Już panu mówiłem - przypomniał spokojnie Or-

112 

background image

łow. - Cienaga nigdy nie wchodzi do celi bez eskorty, 

a nocami jest sam. Nawet gdybyśmy zainscenizowali jakieś 

zamieszanie czy bijatykę, żeby go tu przyciągnąć, będzie stał 

przy okienku i przyglądał się nam z największym zaintereso­

waniem. 

- A jak pan sądzi, co by się z nim stało, gdyby jeden 

z jego więźniów popełnił samobójstwo? Jeden z najważniej­

szych więźniów? 

- Rojas zdarłby z niego skórę. 

- No właśnie. - Manning wstał, pstryknął zapalni­

czką i uniósł ją do góry. - A więc, co zrobi Cienaga, kiedy 

zajrzy przez okienko i zobaczy, że jeden z nas wisi na haku 

tam w górze? 

- Wpadnie do środka - odparł automatycznie Ro­

sjanin. 

Po chwili, gdy znaczenie wypowiedzianych przez niego 

słów dotarło do jego świadomości, zerwał się podekscyto­

wany na równe nogi. - Na Boga, to jest to, Manning! Tak 

długo, jak długo będzie istniała najmniejsza szansa ratunku, 

będzie musiał działać, będzie musiał tu wejść! Będzie myślał 

wyłącznie o tym, co mu zrobi Rojas, jeżeli więzień zginie. 

I o niczym innym! 

- Tak właśnie sądziłem - przyznał skromnie Man­

ning. - Obawiam się tylko jednego. Hałasu. Na pewno 

będzie się bronił. 

- Nikt nie zwróci na to najmniejszej uwagi. Mówiłem 

już panu, że każdej nocy zdarzają się tu awantury. 

- No to w porządku. Teraz jeszcze musimy wymyślić, 

jak tego dokonać bez uszczerbku dla zdrowia. 

- To nie powinno być zbyt trudne. Jestem mniejszy niż 

pan, więc zajmę honorowe miejsce pod sufitem. Pan będzie 

histerycznie krzyczał pod drzwiami. Proszę dać mi swój 

pasek. 

Manning podał Rosjaninowi żądany przedmiot, potem 

8 Nocne... 

113 

background image

zapalił gazowy płomyk, żeby ten mógł w jego świetle 

poczynić niezbędne przygotowania. 

Orłow obwiązał się własnym paskiem wokół klatki 

piersiowej tuż pod pachami i zakrył go koszulą. Później 

dopiął do pierwszego paska pasek Manninga i na drugim 

jego końcu uformował pętlę. W końcu wyszczerzył zęby w 

szerokim uśmiechu. - W Bogu nadzieja, że nie jestem zbyt 

ciężki. 

Manning odwzajemnił uśmiech. Mimo że znali się tak 

krótko, zawiązała się między nimi prawdziwa przyjaźń. 

Orłow był energicznym i odważnym człowiekiem. Do tego 

jeszcze sprawnym fizycznie i wiecznie w dobrym nastroju, 

który zdawał się nigdy go nie opuszczać. Po prostu nie 

można było go nie lubić. 

- Teraz plecy, proszę - zarządził. 

Manning schylił się i naprężył. Orłow wspiął się szybko 

na jego plecy, a potem, bardzo ostrożnie balansując, prze­

sunął aż na ramiona. Manning trzymał zapalniczkę w wy­

ciągniętej ręce jak mógł najwyżej. Po chwili ciężar na jego 

ramionach zelżał. Odwrócił się i spojrzał w górę. 

Orłow trzymał się jedną ręką belki, podczas gdy drugą 

usiłował zarzucić na hak skórzaną pętlę. Musiał być nieprze­

ciętnie silny. Wreszcie wsunął pętlę na miejsce, wziął głęboki 

oddech i powoli rozluźniając uścisk opuścił się niżej. Jego 

ciało kołysało się w takt niesamowitego, pełnego gro­

zy skrzypienia drewnianej belki. Kiedy Rosjanin zwiesił 

bezwładnie głowę na bok, obraz stał się zadziwiająco reali­

styczny. 

- Jak wyglądam? 

- Cholernie dobrze - ocenił Manning. - Tak trzy­

mać. 

Wrzucił zapalniczkę do kieszeni, odwrócił się i z całej 

siły zaczął walić w drzwi zaciśniętymi pięściami. Kiedy 

dźwięk odbił się echem wzdłuż korytarza, Manning przywarł 

114 

background image

twarzą do okratowanego okienka i krzyknął rozpaczliwie po 

hiszpańsku: - Cienaga, na miłość boską, pomocy! On się 

wiesza! 

Chwilę później drzwi na końcu korytarza otworzyły się 

gwałtownie. Strumień żółtego światła rozdarł ciemności. 

Kiedy w przejściu stanął Cienaga z latarką w ręku, Manning 

zdwoił wysiłki. - Na litość boską, pośpiesz się! On się zabije! 

Cienaga roześmiał się szorstko. - Zabije się, co? No, 

no... To coś nowego. 

Spłaszczona twarz zamajaczyła w okienku. Manning 

odsunął się nieco na bok. Sekundę później snop jasnego 

światła przeciął mrok i znieruchomiał na postaci Rosjanina, 

jego ciało kołysało się rytmicznie tam i z powrotem, oczy 

były puste, bez wyrazu, spomiędzy zębów wysunął się 

bezwładny język. 

Cienaga krzyknął przerażony. Strumień światła zniknął 

na chwilę za drzwiami, moment później dał się słyszeć zgrzyt 

klucza w zamku i drzwi otwarły się na oścież. Cienaga wpadł 

do celi. W tej samej sekundzie Orłow uniósł ręce, przytrzymał 

się belki i z całej siły kopnął nadbiegającego w twarz 

złączonymi nogami. 

Kubańczyk zatoczył się na ścianę. Latarka wypadła mu 

z ręki i potoczyła po podłodze. Potrząsając głową zaczął 

zbierać się do kupy, gdy Manning, chcąc mu zadać osta­

teczny cios, ruszył do walki. Zamierzył się kolanem w 

zmasakrowaną, zakrwawioną twarz, lecz nie zdążył zrobić 

nic więcej. Długie, małpie ramiona owinęły się wokół niego 

i zaczęły go dusić. 

Rozpaczliwie usiłował się uwolnić, zanim przeciwnik 

zdołałby zeń wydusić resztkę powietrza, ale nie miał wielkich 

szans. Na szczęście na scenę wkroczył Orłow. Skierował 

światło latarki prosto w twarz Cienagi i wymierzył jeden 

jedyny cios, tuż za prawym uchem. Strażnik przewrócił 

oczami, tak że widoczne pozostały tylko białka, i rozluźnił 

115 

background image

uścisk. W chwilę potem stracił przytomność. Orłow trącił go 

w skroń czubkiem buta. 

Klucz tkwił ciągle w zamku, a wraz z nim wszystkie 

pozostałe. Manning i Orłow zamknęli szybko drzwi do celi, 

potem chwilę lub dwie stali nasłuchując uważnie, ale nic się 

nie działo. Krużganek tonął w nikłym blasku zakurzonych 

żarówek, forteca zdawała się pogrążona w sennym spokoju. 

Manning sprawdzał kolejne klucze, aż wreszcie trafił na 

właściwy i otworzył bramę. Obaj mężczyźni pośpiesznie ją 

minęli i zamknęli za sobą starannie. 

Jedna tylko żarówka zawieszona w połowie wysokości 

oświetlała hall. Strop ginął w ciemnościach. Druciana siatka 

nie stanowiła żadnego problemu. Naparłszy nań wspólnie, 

zdołali odciągnąć ją od ściany na tyle, iż bez większych 

trudności przecisnęli się przez powstałą w ten sposób szparę. 

Pierwsza belka wyrastała z występu jakieś trzy stopy na 

lewo od nich. Manning wziął głęboki oddech i ostrożnie 

pokonał przeszkodę. Było to zadziwiająco proste zadanie. 

Zaczekał, aż Orłow dołączy do niego, a potem odwrócił 

twarz do ściany, rozłożył ramiona i cal za calem zaczął 

posuwać się naprzód. 

Upływ czasu zdawał się nie mieć żadnego znaczenia. 

Poruszali się jak automaty przesuwając nogę za nogą. 

W pewnym momencie Manning ze zdziwieniem stwierdził, że 

dotyka palcami następnej belki. Odpoczywał kilka sekund, 

czekając na Orłowa. Po chwili Rosjanin zjawił się koło niego. 

Twarz miał mokrą od potu, ale zdobył się na uśmiech. -

Ruszajmy. Nie będziemy tu przecież sterczeć całą noc. 

Minęli jeszcze trzy belki. Manning czuł w uszach własne 

tętno, oddychał coraz głośniej. Nagle usłyszał, jak na dole, 

w hallu, otwierają się jakieś drzwi. Przywarł nieruchomo do 

ściany i spojrzał w dół z niepokojem. W ciszy rozległy się 

pojedyncze kroki. W mdłym świetle żarówki ukazał się jakiś 

żołnierz. Przystanął, zapalił papierosa i zniknął za którymiś 

116 

background image

drzwiami. Manning znów rozpoczął żmudne przesuwanie 

stóp cal po calu. Po kilku minutach dobrnął do balustrady 

i osunął się po drugiej stronie. 

Kiedy Orłow dołączył do niego, odpoczywali przez 

chwilę ukryci w cieniu, uważnie nasłuchując. Gdzieś w oddali 

otwarto jakieś drzwi, przez kilka sekund, dopóki nie zam­

knięto drzwi na powrót, słychać było czyjś śmiech. 

- Pamiętam, jak mnie tędy prowadzili - powiedział 

Orłow. - Na końcu tego korytarza jest winda towarowa, 

która zjeżdża aż na sam dół, do kwater szeregowców. Chyba 

najlepiej będzie spróbować tamtędy. Przez zaplecze. 

Manning zaaprobował plan skinieniem głowy i puścił 

Rosjanina przodem. Drzwi windy, nowe i błyszczące, wyda­

wały się dziwnie nie na miejscu. Manning wdusił przycisk 

i w tym samym momencie uświadomił sobie z pewnym 

rozbawieniem, że na wysokości jego nosa znajduje się 

tabliczka z marką producenta, na której wyraźnie napisano 

„Made in Detroit". Był pewien, że to czegoś dowodzi, tylko 

nie mógł sobie uprzytomnić czego. 

Kiedy wreszcie pojawiła się winda, weszli szybko do 

kabiny i zjechali w dół. Gdy dźwig zaczął hamować, 

Manning uczuł w żołądka dziwną pustkę, spowodowaną 

strachem. Nic się jednak nie zdarzyło. Drzwi rozchyliły się 

bezszelestnie, ukazując przestronną piwnicę, w której nie 

było żywego ducha. Manning i Orłow ruszyli do wyjścia, 

a potem skręcili w długi, jasno oświetlony korytarz. Drzwi 

pokoju znajdującego się po ich lewej stronie były lekko 

uchylone. Dochodziły zza nich przytłumione głosy. Manning 

kątem oka zarejestrował, że przy stole siedzi jedząc kilku 

żołnierzy, i podążył pośpiesznie za Orłowem. 

Przy którychś z dalszych drzwi Rosjanin przystanął na 

chwilę, nasłuchując uważnie. Kiedy Manning dołączył do 

niego, pchnął je i znaleźli się wewnątrz. Pomieszczenie 

wyglądało na kwaterę sześciu ludzi. Na ustawionych wzdłuż 

117 

background image

ścian łóżkach leżała złożona w kostkę pościel. W kącie na 

stojaku stały ręczne karabiny maszynowe, a w szafkach przy 

łóżkach znajdowała się cała kolekcja mundurów różnych 

rozmiarów i innych przedmiotów należących do wojsko­

wego wyposażenia. 

- Jak radzisz sobie z hiszpańskim? - zainteresował się 

Orłow. 

- Mówię dość płynnie. 

- No to mamy przed sobą prostą drogę na zewnątrz. 

Narzucili na siebie wojskowe opończe i mundurowe 

czapki z daszkami. Każdy z nich zaopatrzył się w ręczny 

karabin maszynowy. Wrócili na korytarz i ruszyli szybko 

przed siebie. Wspięli się po kilku kamiennych stopniach 

i znaleźli w wąskim przejściu prowadzącym do niewielkiej 

sieni. 

Tuż przy wyjściu znajdowała się niewielka oszklo­

na wartownia. Znudzony strażnik przeglądał gazetę pa­

ląc leniwie papierosa. Manning i Orłow skierowali się 

w jego stronę swobodnym krokiem, broń przerzuciwszy 

przez ramię. Kiedy mijali biuro, Manning uniósł dłoń 

w geście pozdrowienia. Strażnik niedbale machnął ręką 

w odpowiedzi. 

Na dworze padał deszcz. Zeszli po kilku schodach na 

szeroki dziedziniec i z wolna zanurzyli się w ciemność. 

- Wszystkie drogi zbiegają się tutaj - zauważył 

Orłow. - A my mamy jeszcze przed sobą główną bramę. To 

jedyne stąd wyjście. 

Manning dotknął ramienia Rosjanina i wskazał przed 

siebie. Kilka jardów dalej, przed oświetlonymi drzwiami, stał 

jeep. 

- Kasyno oficerskie - wyszeptał Orlow. 

- Nie mogło wypaść lepiej - ocenił Manning. -

Większa szansa, że nikt nas o nic nie zapyta. 

Szybko pokonali resztę dziedzińca. Manning zajął miej-

118 

background image

see za kierownicą i włączył stacyjkę. Rosjanin siadł obok 

niego i ruszyli. 

Spodziewali się, że zaraz wybuchnie rwetes, rozlegnie 

sygnał alarmowy, ale nic takiego nie nastąpiło. Manning 

skierował się do bramy. Wszystko okazało się śmiesznie 

łatwe. Kiedy znaleźli się w odległości dwudziestu jardów od 

wyjazdu, wartownik podniósł szlaban. Kilka chwil później 

gnali przez noc na złamanie karku w dół, do San Juan. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

Ze szponów tyrana 

Kiedy skręcili w stronę wybrzeża, znad przystani pod­

niosła się leciutka mgła rozwiewana przez wiatr. Mimo że 

w wielu oknach paliły się światła, ulice były opustoszałe. 

Manning, zahamowawszy kilka jardów od domu Bayo, 

uświadomił sobie, że miasto jest nienaturalnie spokojne. 

- Jest pan pewien, że pańscy przyjaciele są tutaj? -

spytał Orłow. 

- Mam nadzieję. Nie wiedziałbym, gdzie ich szukać, 

gdyby tak nie było - odparł Manning. - Niech pan tutaj 

zostanie. A ja zorientuję się, jak stoją sprawy. 

Zbliżył się ostrożnie do hotelu i zajrzał do wnętrza przez 

okno. Bayo stał za barem i czytał gazetę. Trzech starszych 

mężczyzn grało w karty przy stole w rogu sali. Poza tym 

pomieszczenie było puste. 

Manning wrócił do Orłowa czekającego przy jeepie. -

Ani widu, ani słychu. Miejmy nadzieję, że jednak gdzieś 

tu są. 

Ruszyli wąską alejką biegnącą z boku budynku i skręcili 

w brukowane podwórze. Tylne drzwi nie były zamknięte na 

klucz. Weszli do środka i znaleźli się w dużej, biało otynko­

wanej kuchni. Niewielki czarno-biały szczeniak śpiący dotąd 

w koszyku w jednym z rogów pomieszczenia rzucił się na nich 

znienacka, wściekle ujadając. Manning schylił się, żeby go 

pogłaskać, i w tej samej chwili pojawił się Bayo. 

120 

background image

- Hej, wy tam, czego tu chcecie? - zapytał ze złością 

i w tym samym momencie rozpoznał Manninga. Zamknął za 

sobą drzwi, oparł się o nie i przeżegnał szybko. - Matko 

Najświętsza, miej mnie w swojej opiece! 

- Nie masz się czego obawiać - powiedział Manning 

po angielsku. - Chcę tylko wiedzieć, co się stało z Papą 

Melosem i Anną. 

Bayo był prawdziwie przerażony. - Gdy tylko Rojas 

dowie się, że wam pomogłem, natychmiast mnie zabije. 

- Jeśli będziesz mądry, nie dowie się o niczym. 

Kubańczyk uczynił widoczny wysiłek, aby się poz­

bierać, potem przeciął kuchnię na ukos i otworzył jakieś 

drzwi. 

- Tutaj. 

Papa Melos leżał na łóżku pod ścianą z zamkniętymi 

oczami i lekko rozchylonymi ustami. Na pościeli obok niego 

sterczała pusta butelka po rumie, druga, opróżniona do 

połowy, walała się po podłodze w wielkiej kałuży, tak że całe 

pomieszczenie cuchnęło alkoholem. 

Orłow pochylił się nad leżącym, podniósł mu powieki 

i zbadał puls. Odwrócił się i potrząsnął głową. - Żyje, ale 

będzie w tym stanie przez ładne parę godzin. 

Manning kopnął pod ścianę plączącą się pod nogami 

butelkę i odwrócił się do Bayo. 

- Jak długo to trwa? 

- Już kilka godzin. Usiłował zobaczyć się jeszcze raz 

z pułkownikiem Rojasem w sprawie łodzi, ale nie wpuszczo­

no go za bramę. Potem stwierdził, że łódź zabrano do 

przystani i postawiono na niej wartowników. Wtedy wrócił 

tu i zaczął pić. 

- A co z dziewczyną? 

- Robiła, co mogła, żeby go uspokoić, ale nie chciał jej 

słuchać. 

- Gdzie jest teraz? 

121 

background image

- Poszła do pułkownika Rojasa błagać go, żeby 

zwrócił ojcu łódź. 

- Ten człowiek nie zna litości. Nie odciąłby własnej 

matki ze stryczka - powiedział Manning. 

- Kto go tam wie, senior. - Bayo wzruszył ramio­

nami. - Anna jest bardzo ładna, a nikt nie wątpi, że 

pułkownik ma słabość do młodych dziewcząt. 

Manning poczuł, jak coś ścisnęło mu gardło. Zwilżył 

językiem wargi i najspokojniej, jak mógł, zapytał: - Gdzie 

on mieszka? W fortecy? 

Bayo pokręcił głową przecząco. - Ma hacjendę jakieś 

ćwierć mili za miastem. Bardzo ładną, senior. W pięknym 

ogrodzie. 

- Są tam wartownicy? 

- Tak, jeden stoi przy bramie, a trzech jest zawsze w 

środku. I jeszcze prawa ręka pułkownika, porucznik Moti­

lina. On też mieszka w tym domu. Jest osobiście odpowie­

dzialny za jego bezpieczeństwo. 

Manning zamyślił się na chwilę. 

- Chce pan tam złożyć wizytę? - domyślił się Orłow. 

Manning skinął głową powoli. - Wezmę jeepa. Jeżeli 

nie wrócę w ciągu godziny, radzę panu ukraść jakąś łódź 

i zjeżdżać stąd, gdzie pieprz rośnie. 

- Jeżeli mamy uciec, to uciekniemy razem. Nawiasem 

mówiąc, stęskniłem się trochę za Rojasem. Chętnie bym go 

jeszcze zobaczył. 

Manning uśmiechnął się. - A więc lepiej zabierzmy 

starego ze sobą. Od tej chwili musimy działać szybko, a nie 

chciałbym zostawić go na tej wyspie. - Zwrócił się do 

Bayo. - Jesteśmy tu jeepem. 

- Pomogę go nieść, senior - podchwycił właściciel 

hotelu. 

Bayo przerzucił sobie starego przez ramię i wszyscy 

ruszyli przez podwórze, a potem wąskim przejściem obok 

122 

background image

domu do jeepa stojącego przed frontowymi drzwiami. Bayo 

złożył starego człowieka na podłodze za przednim siedze­

niem, a Orłow i Manning szybko zajęli swoje miejsca. 

Manning zapalił silnik i wyciągnął rękę na pożegnanie. 

- Wielkie dzięki, Bayo. 

- Mamy takie porzekadło, senior. Bądź cierpliwy, 

a ujrzysz orszak żałobny swego wroga. Niech was Bóg 

prowadzi. 

Kubańczyk odwrócił się i zniknął w przejściu. Manning 

ruszył ostro przed siebie. 

Brama z kutego żelaza strzegąca hacjendy stała otwo­

rem. Lampa zwieszająca się nad nią z kamiennego łuku 

kołysała się na wietrze, tak że co chwila białe światło 

rozpraszało mrok w innej części parku. 

Z drewnianej budki wyszedł wartownik i rozkazującym 

gestem podniósł dłoń. Manning zwolnił, ale nie zatrzymał 

samochodu. - Ważna wiadomość dla pułkownika Roja-

sa! - wykrzyknął, a wartownik machnął ręką przyzwalająco 

i schował się do swej budki. 

Ogród tonął w orgii zapachów. Drzewa palmowe 

unosiły swoje rozczochrane głowy ponad dachem hacjendy, 

łagodnie chwiejąc się w powiewach chłodnej bryzy. Czarne 

kontury liści rysowały się wyraźnie na tle nocnego nieba. 

Podjazd niespodziewanie skręcał. Manning nacisnął 

hamulce i zatrzymał jeepa na wprost frontowych drzwi. 

Manning i Orłow wspięli się po kilku schodkach 

i znaleźli w rozległym, przyjemnie chłodnym hallu. Wszędzie 

panował spokój. Zza drzwi po lewej stronie dobiegł ich czyjś 

głos nucący popularną piosenkę - guaracha. 

Przybył Fidel, 
Przybył Fidel, 

123 

background image

Uwolnił nas, Kubańczyków, 

Ze szponów tyrana. 

Orłow otworzył drzwi i zobaczył dwóch mężczyzn 

w rozpiętych mundurach grających w szachy przy stole na 

środku pokoju. Trzeci siedział w nogach łóżka i trącał 

palcami struny gitary. 

- Wstawać! - rozkazał Manning po hiszpańsku. 

Wszyscy trzej podnieśli się z wolna, zakładając ręce na 

kark. Dwóch spośród nich było jeszcze młodymi chłopcami, 

tylko ten z gitarą miał nieco więcej lat życia za sobą 

i obserwował napastników z wyrazem chłodnego spokoju na 

twarzy. 

- Gdzie Motilina? - spytał Manning. 

Żaden nie odpowiedział. Manning skoczył do przodu 

i wbił lufę karabinu w żołądek chłopaka stojącego najbliżej. 

- Gdzie on jest? - powtórzył. 

- Nic nie mów - odezwał się ten od gitary. - Nie 

zajdą daleko. 

Orłow przerzucił karabin do lewej ręki, zrobił krok 

naprzód i uderzył mężczyznę w twarz. Ten zatoczył się do 

tyłu, z nosa pociekła mu krew. 

- W kuchni - wyrzucił z siebie chłopak. - To na 

drugim końcu korytarza, koło schodów. 

- Służba? 

Chłopak potrząsnął głową. - Mają wychodne. 

- Jakiś czas temu przyszła tu młoda dziewczyna. Co 

się z nią dzieje? 

- Jest z pułkownikiem. Zastrzegł sobie, żeby mu nie 

przeszkadzać. 

- Zrozumiał pan wszystko? - Manning zwrócił się do 

Orłowa. 

Rosjanin potwierdził. - Większość. Niech pan idzie po 

dziewczynę. Ja zajmę się tymi trzema. 

124 

background image

Manning ruszył szybko przez hall. Przy schodach 

prowadzących na piętro skręcił w boczne przejście i na jego 

drugim końcu dostrzegł smugę światła wydobywającą się 

spod drzwi. Stał przez chwilę nasłuchując, potem ostrożnie 

nacisnął klamkę. Motilina, zwrócony plecami do drzwi, 

smażył jajka. Sięgając po kromkę chleba, obrócił się i do­

strzegł Manninga. 

- Kim jesteś? - Zmarszczył brwi z dezaprobatą. -

Czego tu chcesz? 

W tym samym momencie Manning ruszył do przodu, 

zamachnął się i trafił Kubańczyka kolbą karabinu w szyję. 

Motilina wydał z siebie charkot, opadł na stół, a potem 

zsunął się na podłogę i zastygł w bezruchu. 

Manning otarł pot z twarzy i wyszedł z kuchni. Gdzieś 

w pobliżu słyszał szmer głosów. Ruszył wzdłuż korytarza, 

skręcił za róg i przystanął przed jakimiś drzwiami. Przez 

chwilę panowała za nimi cisza, potem rozległ się okrzyk bólu 

i rechot Rojasa. Manning otworzył drzwi i wszedł do środka. 

Pokój był urządzony z dużym smakiem. Podłogę pokry­

wały miękkie indyjskie kobierce. W stojących otworem 

francuskich oknach wraz z podmuchami leciutkiej bryzy 

poruszały się firanki. 

Na otomanie przy kominku leżała Anna, a Rojas, 

zwaliwszy się na nią, obmacywał jej młode ciało. Dziewczyna 

jęknęła i Rojas zachichotał znowu. Manning przesunął się 

cicho po mięsistym dywanie, zbliżył do otomany i stuknął 

Rojasa w ramię. Kiedy ten odwrócił się zdziwiony, Manning 

jednym szarpnięciem ściągnął go z dziewczyny i z całej siły 

władował pięść w tłustą gębę. 

Rojas opadł na powrót na otomanę. Anna wygramoliła 

się spod przygniatającego ją cielska i podeszła do Manninga. 

Miała rozerwaną przy szyi sukienkę i plamki krwi na ustach, 

ale poza tym wydawała się cała i zdrowa. 

- Żadnych pytań - rozkazał Manning. - Wyjdź. 

125 

background image

Dziewczyna ruszyła w kierunku drzwi. Manning posu­

wał się wolno tyłem, cały czas trzymając na muszce Rojasa. 

Kubańczyk pozostał na swoim miejscu z ręką na rozciętej 

wardze. Manning zrobił jeszcze krok do tyłu i znalazł się na 

korytarzu, gdzie opierając się o ścianę czekała już na niego 

Anna. 

- W porządku? - zapytał. Skinęła głową. 

- Wiedziałam, co robię. 

- Na tylnym siedzeniu jeepa zaparkowanego przy 

schodach naprzeciwko drzwi wejściowych jest twój ojciec. 

Dziewczyna odwróciła się i pośpieszyła wzdłuż kory­

tarza. Manning wrócił do pokoju. Rojas zdołał się już 

pozbierać, stał dość pewnie na własnych nogach i właśnie 

sięgał po telefon znajdujący się na małym stoliczku do kawy 

umieszczonym tuż przy otomanie. 

- Nie radziłbym. 

Rojas wyprostował się powoli. Na jego twarzy nie znać 

było śladu emocji. - Nie zdołasz wydostać się z tej wyspy, 

Manning. 

Manning otworzył ogień. Kule z plaśnięciem grzęzły 

w ciele Kubańczyka. Gdy obrócił się on wokół własnej osi, 

długa seria rzuciła go na otomanę tak, że rękaw marynarki 

stanął w płomieniach. 

Biegnąc wzdłuż korytarza Manning słyszał strzelaninę. 

Orłow wycofywał się tyłem z pokoju wartowników waląc 

z biodra. Razem zbiegli po schodach i wskoczyli do jeepa. 

Anna była już z tyłu, skuliwszy się obok ojca. Manning 

zapalił silnik i ruszył z piskiem opon. 

Kiedy minęli zakręt podjazdu, ujrzeli wartownika nad­

biegającego od bramy. Manning przyśpieszył i skręcił gwał­

townie kierownicę. Przerażony wartownik odskoczył na bok 

i wylądował w gęstych krzakach. 

Kiedy minęli bramę, Manning zwrócił się do Orło­

wa: - Co tam się stało? 

126 

background image

Rosjanin wzruszył ramionami. - Ten od gitary chciał 

zostać bohaterem i usiłował ściągnąć broń ze stojaka. A co 

z Roj asem? 

- Spotkał go przykry wypadek. 

Anna pochyliła się do przodu i położyła rękę na 

ramieniu Manninga. 

- Nic z tego nie rozumiem, Harry. Co się właściwie 

wydarzyło? 

- Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Porozmawiamy 

sobie, jak już będziemy na środku morza na pokładzie 

Cretan Lover. 

- Możemy zabrać łódź? 

- No, w każdym razie będziemy się o to bardzo starać. 

A przy okazji, to jest Siergiej Orłow. We dwóch opuściliśmy 

fortecę. 

Rosjanin obdarzył dziewczynę czarującym uśmiechem 

i wyciągnął do niej rękę. - Jak się czuje pani ojciec? 

Zanim Anna zdążyła zebrać myśli, Manning z rykiem 

silnika minął wybrzeże, zmienił biegi i skręcił na falochron. 

Zahamował na końcu i wyskoczył z pojazdu. 

Mgła była już nieco rzadsza. Pełzła po powierzchni 

wody mlecznymi smugami. Cretan Lover kotwiczyła w głębi 

przystani, jakieś pięćdziesiąt jardów od nich. Manning zaczął 

szybko rozpinać guziki wojskowej opończy. 

- Zamierza pan płynąć? - spytał Orłow. 

Manning skinął głową. - Nie ma czasu na szukanie 

łódki. Poza tym na pokładzie są wartownicy, a ja nie 

chciałbym się specjalnie reklamować. 

Manning zanurzył się w zimnej wodzie i popłynął 

w kierunku łodzi, rozcinając powierzchnię morza silnymi, 

spokojnymi ruchami. Gdy znalazł się zaledwie kilka stóp od 

Cretan Lover,

 spoza murów fortecy wydobył się przedziwny, 

nieziemski ryk zwielokrotniony przez zamierające echo. Było 

oczywiste, że to syreny ogłaszają alarm. 

127 

background image

Żołnierz pilnujący łodzi wybiegł ze sterówki i wychylił 

się za reling. 

Manning nabrał powietrza głęboko w płuca i przepłynął 

pod łodzią. Zdarł sobie nieco skórę na plecach, ocierając się 

o kil, ale wynurzył się po drugiej stronie tuż przy trapie. 

Wdrapał się nań szybko, cicho przebył pokład i popchnął 

strażnika, tak że ten nie dotknąwszy nawet relingu znalazł się 

w wodzie. Potem ruszył na rufę i najszybciej jak tylko mógł 

zaczął wybierać własnymi rękami kotwicę. 

Na wybrzeżu akcja pościgowa rozwinęła się w całej 

pełni. Na drodze prowadzącej z fortecy zabłysły światła 

samochodowe. Niespodziewanie nad powierzchnią wody 

pojawiła się wreszcie kotwica. Manning rzucił ją na pokład 

i pobiegł do sterówki. 

W pierwszym momencie, kiedy włączył starter, silnik nie 

zaskoczył. Spróbował jeszcze raz, desperacko wduszając 

przycisk. Nagle silnik kaszlnął i ożył. 

Kiedy Manning płynął wzdłuż falochronu, dwa jeepy 

skręcały już na przystań. Burta zatrzeszczała ostrzegawczo, 

protestując przeciwko energicznemu zetknięciu z kamien­

nym nabrzeżem. Anna zeskoczyła na pokład i natychmiast 

odwróciła się, by złapać ojca, którego Orłow ostrożnie 

opuszczał na dół. Po chwili Rosjanin dołączył do nich 

i Manning skierował łódź na morze, zostawiając za rufą 

pienisty szlak. 

Byli już w kanale, kiedy Orłow dotarł do sterówki. -

Myśli pan, że popłyną za nami? 

Manning zaprzeczył: - Nie mają tu nic wystarczająco 

szybkiego. Jedno, co mnie naprawdę martwi, to ten bunkier 

przy wyjściu z kanału. Jeżeli ktokolwiek tam jest, możemy 

mieć kłopoty. 

- Sprowadzę tamtych dwoje do kabiny - zaofiarował 

się Orłow - a potem wrócę tutaj. Może parę kulek 

w odpowiedzi ostudzi trochę bojowe zapały tych wojaków. 

128 

background image

Manning wbił wzrok w mgłę. Minęli już fortecę, zosta­

wiając ją po lewej stronie. Niemalże naprzeciwko pojawił się 

ciemny zarys cypla wybiegającego w otwarte morze, gdy 

nagle, z prawej strony, przeszył powietrze kolorowy strumień 

pocisków smugowych. 

- Ciężkie karabiny maszynowe! - krzyknął Orłow 

i ruszył do kabiny. - Płyń dalej! Zajmę się nimi! 

Łódź zadygotała, gdy strumień pocisków dosięgnął jej 

kadłuba. Orłow wychylił się przez iluminator i odpowiedział 

ogniem z ręcznego karabinu maszynowego. Jeszcze przez 

moment Kubańczycy ostrzeliwali ich, potem, zupełnie nie­

spodziewanie, wszystko ucichło. 

Kilka chwil później Cretan Lover wyszła na pełne 

morze. 

9 Nocne... 

background image

ROZDZIAŁ XIV 

Exuma Sound 

Po wodzie mknęły grzywiaste fale, wywołane przez silny 

wschodni wiatr, który dął równomiernie od morza, niosąc ze 

sobą kłębki mgły. Widoczność poprawiała się z minuty na 

minutę i wkrótce zza chmur ukazał się księżyc. 

Manning zerknął na mapę i zmienił kurs o kilka 

rumbów, gdy do sterówki wrócił Orłow. 

- Co tam na dole? 

- Stary jest ciągle nieprzytomny. Zajęła się nim teraz 

dziewczyna. 

- Nic im się nie stało? 

- Na szczęście nie. Kule wszystko podziurawiły, ale 

Anna miała tyle rozumu, żeby położyć się na podłodze. 

- To mądra dziewczyna. 

Rosjanin zgodził się i spojrzał na mapę. - Dokąd teraz 

płyniemy? 

- Na Spanish Cay. Myślę, że Morrison chciałby jak 

najszybciej wiedzieć wszystko o działalności Kurta Vinera. 

- Mamy dosyć paliwa? 

- Przed opuszczeniem Harmon Springs zatankowa­

liśmy do pełna. To pozwoli zrobić nam ponad siedemset 

mil. 

- W porządku - rzekł Orłow. - Teraz oddałbym 

majątek za kąpiel i piętnaście godzin porządnego snu. 

130 

background image

Manning przyjrzał mu się spod oka. - Niczego się pan 

nie obawia? 

- A czego miałbym się obawiać? Władze w Nassau 

mogą mnie tylko odesłać do naszej ambasady, kiedy już 

wysłuchają mojej historii. 

- A jeśli nie zechcą tego uczynić? 

Rosjanin wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Niech pan 

nie sądzi, że o tym nie myślałem. A poza tym ludzie z moimi 

umiejętnościami są wszędzie potrzebni. Mógłbym prawdo­

podobnie nauczyć gentlemanów z Canaveral kilku uży­

tecznych trików. 

- Na Kremlu nie spodobałoby się pańskie podejście 

do tej sprawy. 

Orłow roześmiał się ponownie. - Ale nie jesteśmy 

w Moskwie, prawda? Jeśli ma pan ochotę, mogę pana 

zmienić przy kole sterowym. 

- A da pan radę? 

- Mam trochę doświadczenia. 

- W porządku. Niech się pan teraz trochę prześpi 

i wróci tu za jakieś trzy godziny. Będziemy się zmieniać 

w nocy. 

Kiedy Rosjanin wyszedł, Manning, nagle zupełnie wy­

czerpany, wyciągnął ze ściany siedzenie i opadł na nie bez sił. 

Sterówka wydawała mu się nieznośnie duszna, więc po chwili 

podniósł się ciężko, otworzył okno i wychylił na zewnątrz 

wciągając głęboko w płuca świeże powietrze. 

Skrzypnęły drzwi. Manning nie musiał się odwracać, 

żeby wiedzieć, kto wszedł. 

- Przyniosłam kawę, Harry. 

Wziął kubek i pochłaniał jego zawartość z przyjem­

nością czując, jak wraca w niego życie. 

- Co z ojcem? 

- Wszystko będzie dobrze. Zdarzało mu się to już 

wcześniej. 

131 

background image

- Jeden raz za dużo może go zabić. 

- Mnóstwo rzeczy może zabić człowieka - odparła 

spokojnie. - Papierosa? Znalazłam w kabinie paczkę. 

Manning z przyjemnością poczęstował się jednym. 

Ogieniek, który zadrżał pomiędzy złożonymi dłońmi dziew­

czyny, oświetlił jej twarz migotliwym blaskiem, kiedy się ku 

niemu pochyliła. Nigdy dotąd nie wyglądała tak ślicznie. 

Manning instynktownie wyciągnął rękę i dotknął jej poli­

czka. 

Niemal w tym samym momencie Anna znalazła się 

w jego ramionach. Uniosła twarz do góry. - Dlaczego, 

Harry? Dlaczego? 

Przytulił ją do siebie, drugą rękę położył na kole, 

opowiedział wszystko. O Marii Salas i o tym, jak zginęła, 

o tropie do Nassau i śmierci Peloty. 

Kiedy skończył, dziewczyna zamilkła na chwilę. -

Musiałeś ją bardzo kochać. 

- Teraz nie jestem nawet pewny, co te słowa ozna­

czają - odparł. - Wiem tylko, że staczałem się coraz niżej, 

a ona pomogła mi stanąć na nogi. Coś jestem jej za to 

winien. 

Znowu nastała chwila ciszy, a potem Anna zapyta­

ła: - Co teraz będzie? 

- Płyniemy na Spanish Cay. Muszę jak najszybciej 

opowiedzieć Morrisonowi o Vinerze. 

- A potem, kiedy to wszystko się już skończy? 

- Kto to może wiedzieć? Zdążę się zastanowić. 

Przez jakiś czas jeszcze pozostała w jego ramionach, 

potem wyswobodziła się delikatnie. - Pójdę zobaczyć, jak 

się czuje Papa. 

- Anno, to nie tak - powiedział cicho. - Mam 

o dwadzieścia lat za dużo. 

- Nie byłabym tego taka pewna - odparła i drzwi 

zamknęły się za nią miękko. 

132 

background image

Manning wyciągnął następnego papierosa z paczki, 

którą dziewczyna zostawiła na stole z mapami, zapalił go 

i westchnął ciężko. Życie przypomina koła nachodzące na 

siebie ustawicznie na jeziorze w czasie deszczu. Człowiek nie 

zdoła wygrzebać się z kłopotów wcześniej, dopóki nie 

wpadnie w inne po uszy. Spoczął znowu na krześle, zmie­

nił kurs o jeden rumb na wschód i skupił się na swym za­

jęciu. 

O pierwszej w nocy zmienił go Orłow. Manning mógł 

wreszcie zejść na dół. Papa Melos w dalszym ciągu nie dawał 

żadnych oznak świadomości. Anna pogrążyła się w spokoj­

nym śnie, wsparłszy głowę na ramieniu. Manning opadł na 

wolną koję i wpatrywał się w gródź pozwalając błądzić 

myślom. Ogarniały go ciężkie fale znużenia. W ciągu kilku 

minut zasnął głęboko. 

Manning obudził się, bo ktoś potrząsał go energicznie 

za ramię, a gdy otworzył oczy, ujrzał nad sobą zaniepoko­

joną twarz Anny. Usiadł szybko i wsparł mocno stopy 

o podłogę. 

- Co jest? 

- Z łodzią dzieje się coś złego. Zachowuje się nie tak, 

jak powinna. Siergiej chce, żebyś wyszedł na pokład. 

W tej chwili Manning spostrzegł, że ojciec dziewczyny 

ciężko rozparł się przy stole, trzymając w rękach kubek 

z kawą. 

- Jak się pan czuje? 

Twarz starego człowieka była zszarzała i pomarszczona, 

oczy przypominały czarne dziury, ale zdobył się na słaby 

grymas imitujący uśmiech. 

- Trzeba iść na górę i sprawdzić, co się stało. 

Łódź posuwała się naprzód ociężale, tak że gdy Man­

ning znalazł się w zejściówce, zrozumiał, iż prędkość została 

133 

background image

mocno zredukowana. Kiedy wyszedł na pokład, silny wscho­

dni wiatr rzucił mu w twarz drobne kropelki. Niebo było 

wciąż czyste, widoczność bardzo dobra i wydawało się, że 

księżyc wędrujący w stronę horyzontu jest o cal. 

Rosjanin odwrócił się od koła sterowego, na jego twarzy 

pojawiła się wyraźna ulga. - Nie wiem, co się dzieje, ale coś 

jest nie w porządku. 

Manning przejął ster. Łódź reagowała na rozkazy 

powoli i ospale, choć silnik pracował na pełnych obrotach. 

Po chwili Manning zwrócił się do Orłowa. - Niech pan stara 

się płynąć prosto. Sprawdzę silnik. 

Kiedy ruszył na pokład, w zejściówce pokazała się 

Anna. - Lepiej zajrzyj na dół, Harry. 

Manning zszedł za nią do kabiny i zatrzymał się 

w drzwiach. Woda zalała wewnętrzny pokład co najmniej na 

cal, a Papa Melos pochylał się nad otwartym lukiem. 

Stary odwrócił się zafrasowany i pokręcił głową. -

Nabieramy wody, Harry. I to szybko. Gdzieś musi być 

dziura. 

- To te cholerne karabiny przy wyjściu z San Juan -

stwierdził Manning. - Gdzie pompa? 

- Na rufie - odparła Anna. - Pokażę ci. Niestety, to 

ręczna pompa. 

Manning stęknął i rzekł: - Dobre i to. 

Gdy znaleźli się na rufie, Manning przysiadł i obejrzał 

uważnie pompę w świetle trzymanej przez Annę latarki. 

Potem przystąpił do pracy, poruszając rytmicznie dźwignią. 

Bezbarwna, spieniona woda tryskała na pokład i spływała za 

burtę. 

Manning często zmieniał ręce. Po półgodzinie nastą­

piła zauważalna zmiana w sposobie poruszania się łodzi. 

Manning poprosił Annę, żeby go zastąpiła, i poszedł do 

sterówki. 

- Niech pan trzyma kurs przy pełnej szybkości -

background image

zwrócił się do Orłowa. - Wygląda na to, że podczas 

wychodzenia z San Juan uszkodzono nam kadłub poniżej 

linii wodnej. Pójdę sprawdzić. 

W kabinie Papa Melos pochyliwszy się nad otwartą 

klapą luku wpatrywał się z uwagą w odpływniki. Słysząc 

wchodzącego Manninga, odwrócił się ku niemu. - Tutaj 

ciągle pełno, ale nie jest tak źle, jak było. 

- Zejdę i sprawdzę. 

Pomieszczenie miało nie więcej niż trzy stopy szero­

kości, a woda zalała dno dobre osiemnaście cali ponad 

wręgami. Początkowo Manning posuwał się normalnie, 

trzymając w zębach latarkę, a fetor, jaki zwykle wydziela 

zęza, drażnił mu nozdrza. Po chwili zmuszony był opuścić się 

na kolana. 

W miarę jak łódź pokonywała fale, poziom wody albo 

się podnosił, albo opadał, woda zalewała Manningowi 

twarz, przemaczając go do suchej nitki, a w pewnym 

momencie przykryła go całkowicie. 

Pociski wyszarpały w dziobie kilka dziur, przez któ­

re bez przerwy wlewała się woda. Manning rzucił na 

nie okiem, zawrócił i pokonawszy luk znalazł się w ka­

binie. 

- Jest bardzo źle? - spytał stary człowiek. 

- Mogło być gorzej. A poza tym minęło niemal siedem 

godzin, odkąd wyszliśmy z San Juan, tak więc było dość 

czasu, by stało się to, co się stało. Jeszcze trzy godziny 

i znajdziemy się na Spanish Cay. Tam naprawimy łódź. Nie 

ma się czym przejmować. 

Stary ciągle jeszcze nie czuł się najlepiej. Usiadł i sięgnął 

po dzbanek z kawą, a Manning wyszedł na pokład. Wiatr stał 

się wyraźnie chłodniejszy, chmury raz po raz przesłaniały 

księżyc. Gdy Manning wchodził do sterówki, pierwsze 

krople deszczu zastukały w szyby. 

- No, co tam? - zapytał Orłow. - Bardzo źle? 

135 

background image

- Teraz nabiera wody dosyć wolno. Dlatego tyle czasu 

zabrało mi znalezienie dziur. 

- Ile jeszcze mamy do Spanish Cay? 

- Trzy godziny. 
- W takim razie nie ma się czym przejmować. 

- Nie byłbym taki pewny. Proszę pamiętać, że bok 

kabiny wygląda jak sito. Jeżeli trafimy na złą pogodę, nie 

upłyniemy daleko. 

Orłow zerknął niespokojnie przez okno. - Co pan ma 

na myśli? 

- Umówmy się, że sytuacja jest poważna - odparł 

Manning. - Lepiej będzie, jeśli tutaj zostanę. Niech pan 

pójdzie do Anny i zastąpi ją przy pompie. 

W ciągu następnych trzydziestu minut pogoda raptow­

nie się pogorszyła. Widoczność spadła do zera. Cretan Lover 

chybotała się na fali, pył wodny rozpryskiwał się wzdłuż 

całego jej pokładu, gdy wtem poczęła nabierać wody. 

Papa Melos pojawił się w sterówce, zatrzaskując za 

sobą drzwi. W świetle kompasu wyglądał starzej niż zazwy­

czaj. 

- Jak łódź? 

- Nie najlepiej - odparł Manning. - Myślę, że 

znowu bierze wodę. 

- Zajmę się sterem. Idź i sprawdź. 

Manning wyszedł i ruszył wzdłuż pokładu. W nikłym 

blasku zielonych i czerwonych światełek nawigacyjnych 

mógł dojrzeć, jak Orłow zgarbiwszy się nad pompą pracuje 

rytmicznie w kabinie. 

Gdy zszedł na dół, zobaczył na jednej z koi Annę, która 

desperacko usiłowała zapchać dziury po kulach strzępami 

jakichś starych szmat. Za każdym razem, kiedy fala uderzała 

w burtę, grube na palec strumienie z sykiem wpadały do 

kabiny. Podłogę zalegała już co najmniej sześciocalowa 

warstwa wody. 

136 

background image

- Rób, co możesz - polecił Manning. - Wrócę za 

chwilę. 

Podszedł jeszcze do Orłowa i pochylił się nad nim. Wiatr 

przybrał na sile do tego stopnia, że musiał krzyczeć wprost 

do ucha Rosjanina. - Daje pan sobie radę? 

- Zupełnie nieźle. Szybko płyniemy? 

- Nie bardzo. Pójdę sprawdzić, gdzie jesteśmy. 

Gdy szedł wzdłuż pokładu, wielka fala przewaliła się 

przez reling i spadła nań z taką siłą, że ześlizgnął się aż do 

luku komory silnika, mocno tłukąc ramię. Pozbierał się 

z wysiłkiem i ruszył chwiejnym krokiem do sterówki, kur­

czowo przytrzymując się relingu. 

Kiedy wszedł, stary człowiek odwrócił się ku niemu ze 

zrezygnowaną twarzą. 

- Zużywa całą swą moc, by przeciwstawić się tym 

falom. 

- Woda leje się zewsząd na dole - powiedział Man­

ning. - Anna robi, co może, żeby ją zatamować. Niech pan 

idzie i pomoże jej. Przejmę ster na chwilę. 

Stary zgodził się i wypuścił ster z rąk. Gdy wyszedł, 

Manning osunął się na krzesło i oparł czoło o szybę. Był 

nieludzko zmęczony i bardzo zmarznięty. Zaczynał się bać. 

Wokół nie było nic poza światełkami nawigacyjnymi. Wiatr 

zawodził złowieszczo w ciemności napełniając go przeczu­

ciem ostatecznej przegranej. 

Był zmęczony. Zbyt zmęczony, by jasno myśleć, choć to 

była konieczność. Włączył światło nad stołem z mapami 

i przytrzymując ster jedną ręką, drugą usiłował określić 

pozycję łodzi. 

Z całą pewnością znajdowali się w tej chwili na obszarze 

Exuma Sound, na północ od Eleuthery, ale jak daleko na 

północ? 

Manning pogrążył się w obliczeniach, próbując ustalić 

w przybliżeniu szybkość i milaż. Rezultat pomiarów zdawał 

137 

background image

się wskazywać konieczność zmiany kursu na północno-za­

chodni, ażeby dotrzeć do Spanish Cay, jednak północne 

rejony Exumy najeżone były setkami skał i raf koralowych. 

Przy takiej pogodzie nie mieli wiele szans. 

Manning zdecydował się na wyjście pośrednie i popra­

wił kurs o pół rumbu. Na zewnątrz pojawiły się, pierwsze 

nieśmiałe przebłyski perłowego światła. Można już było 

odróżnić srebrzyste strużki deszczu od ciemności nocy. Pół 

godziny później wstał świt. Manning otworzył okno, żeby 

przyjrzeć się ciężkim ołowianym chmurom pędzącym po 

niebie. 

Wiatr stracił już nieco na sile, fale były niższe i spo­

kojniejsze, ale Cretan Lover posuwała się naprzód z prędko­

ścią nie większą niż kilka węzłów. Za każdym razem, kiedy 

zapadała między dwie fale, Manning miał wrażenie, że już 

nigdy się nie podniesie. 

Drzwi otworzyły się i do sterówki wszedł Papa Melos. 

Był przemoczony do suchej nitki i wyglądał na całkowicie 

załamanego. 

- Nie jest dobrze, Harry. Nie dopłyniemy. 

- Jeżeli nie pomyliłem się w obliczeniach, to powin­

niśmy być niedaleko od jednej z wysp na północy Exumy -

powiedział Manning. - Proszę przejąć ster. Cały czas ten 

sam kurs. 

Orłow nadal pochylał się nad pompą, jego ramiona 

poruszały się jednostajnie, ale wyglądało na to, że nie 

wytrzyma w ten sposób długo. Manning zszedł na dół po 

trapie i znalazł się w wodzie, sięgającej mu już po uda. 

Anna ześlizgnęła się z koi i słaniając się ze zmęczenia, 

dobrnęła do niego. 

- Jest źle, Harry. Łódź tonie. 

Miała wymizerowaną twarz i była lodowato zimna. 

Z haka za drzwiami Manning zdjął swoją kurtkę i okrył 

ramiona dziewczyny. Razem wyszli na pokład. 

H8 

background image

- Idź do sterówki, ogrzejesz się tam trochę - pole­

cił. - Ja pójdę pomóc Orłowowi. 

Wiatr zamarł już niemal zupełnie, a niebo przecierało się 

szybko, jednak morze wciąż jeszcze było wzburzone. Man­
ning pochylił się obok Rosjanina i przejął dźwignię pompy 
nie gubiąc rytmu. 

Orłow rozprostował zdrętwiałe dłonie i pokręcił głową 

z powątpiewaniem. 

- Traci pan czas. Woda wlewa się trzy razy szybciej. 

To już nie potrwa długo. 

W tej samej chwili stanęły silniki. Dał się słyszeć nagły 

syk, jakby gdzieś ulatniał się gaz, i przez wywietrzniki luku 
komory silnika wydostała się chmura pary wodnej. 

Cretan Lover

 przechylała się ciężko na boki w rytm 

nadchodzących fal. 

Papa Melos i Anna wyszli ze sterówki. Stary człowiek 

był bardzo zmęczony i przygnębiony. Dziewczyna pod­
trzymywała go za ramię. 

- Przykro mi - powiedział Manning. - Bardziej, niż 

moglibyście sobie wyobrazić. 

- Zrobiłeś wszystko, co można było zrobić, chłopcze. 

Jesteś dobrym żeglarzem. 

Odczepili łódź ratunkową i zepchnęli ją na wodę. Anna 

z ojcem zajęli miejsce na rufie, a Orłow i Manning usiedli do 
wioseł. 

Morze sięgało już pokładu. Kiedy zaczęli wiosłować, 

woda przykryła deski zieloną kurtyną. Zatrzymali się na 
moment, obserwując ostatnie chwile Cretan Lover. 

Rufa łodzi pogrążyła się już w falach, tylko dziób 

wystawał jeszcze nad powierzchnię wody. Trwał tak chwilę, 

oskarżycielsko wycelowany w niebo, potem gładko wsunął 
się w fale. 

Nie było nic do powiedzenia, więc Manning zaczął 

wiosłować, utkwiwszy wzrok w jakimś punkcie na horyzon-

139 

background image

cie leżącym pomiędzy dziewczyną a jej ojcem, próbując przy 

tym nie patrzeć na żadne z nich. 

Niebo stopniowo błękitniało, na północnym wschodzie 

pojawiła się nisko, tuż nad linią horyzontu, złota kula słońca. 

Niemalże w tej samej chwili zobaczyli ląd. Dwie godziny 

później zabrał ich na pokład stary Saunders, który wypłynął 

tego ranka ze Spanish Cay ze swoim czarnoskórym pomoc­

nikiem na połów tuńczyków. 

background image

ROZDZIAŁ XV 

W „Caravel" 

Płynęli wzdłuż falochronu w kierunku Grace Aboun­

ding.

 Manning widział z daleka, jak Seth zwija linę na rufie. 

Murzyn zaczepił ją na haku na ścianie sterówki, pomachał 

w stronę nadpływającej łodzi i zszedł pod pokład. 

Manning w dalszym ciągu był nieludzko zmęczony, tyle 

że teraz, dla odmiany, było mu gorąco. Zbyt gorąco, żeby 

czekać na pozostałych. Rzucił przelotne spojrzenie przez 

ramię, żeby się upewnić, czy inni podążają za nim, i zeskoczył 

na pokład. Przez chwilę stał rozglądając się dookoła 

i rozkoszując tym, że jest znowu u siebie, potem zszedł niżej 

do chłodnej, klimatyzowanej kabiny. Seth gospodarował 

w małej kuchence, rozchodził się stamtąd zapach kawy. 

- Naszykuj jeszcze cztery filiżanki - powiedział Man­

ning. - Będziesz miał gości. - I opadł na wyłożoną 

poduszkami drewnianą ławę. 

Seth wyszedł z kuchni, podszedł do Manninga i popa­

trzył na niego z dezaprobatą. - Człowieku, wyglądasz, 

jakbyś zwiał z piekła! 

- Nic w tym dziwnego - odparł Manning. - Właśnie 

stamtąd wróciłem. W dzisiejszych czasach nosi ono nazwę 

Kuba. 

Oczy Setha osiągnęły rozmiar spodeczków. - Byłeś 

w San Juan?! Znalazłeś Garcię? 

141 

background image

- Taaak. A raczej to, co z niego zostało. Wyobraź 

sobie, że czekali na mnie z honorami. 

Seth był zdezorientowany. - Ależ to niemożliwe, 

Harry. Tylko nas trzech wiedziało, że chcesz tam dotrzeć. Ja 

z pewnością nie jestem kubańskim szpiegiem. Morrison też 

nim nie może być. Zostaje tylko pan Viner. 

- Właśnie on. 

Zanim Seth zdążył cokolwiek odpowiedzieć, w zejściów-

ce rozległy się kroki i w chwilę potem ukazał się Orłow, 

a zaraz za nim Anna i jej ojciec. 

- To kilkoro przyjaciół, których poznałem w dro­

dze. - Manning dokonał prezentacji. - Myślę, że z przy­

jemnością spróbują twojej kawy. 

Seth pośpieszył do kuchenki, a Anna wraz z ojcem 

zagłębiła się w poduszkach na drugiej ławie. Oboje wyglądali 

na kompletnie wyczerpanych. 

Manning poczęstował Orłowa papierosem i pchnął 

paczkę przez stół w stronę Anny. - Jak się czujesz? -

zapytał. 

Na białej twarzy dziewczyny rysowały się ciemne pół­

księżyce podkreślające oczy, ale zdobyła się na uśmiech. -

Potrzebne mi tylko jedno lekarstwo. Kilka godzin snu. 

- Na rufie jest prysznic i dwie kabiny. Seth cię 

zaprowadzi. W jednej z nich Maria zostawiła kilka sukienek 

i parę innych drobiazgów. Wybierz sobie to, co ci potrzebne. 

Ojciec dziewczyny, pogrążywszy się w całkowitej apatii, 

siedział w kącie skurczony, z ciężko pochyloną głową. 

Dziewczyna przemówiła do niego cichym, miękkim głosem, 

a potem odwróciła się zaniepokojona i spytała Manninga: -

Czy możemy go zabrać do kabiny już teraz? Myślę, że 

powinien się położyć. 

Manning zaczął się podnosić, ale Orłow uprzedził 

go. - Wyręczę cię. - Postawił starego na nogi i zabrał na 

rufę. 

142 

background image

Manning siedział z głową wspartą na dłoniach, a ogro­

mne fale zmęczenia przelewały się przez jego ciało. Kawa 

była tak gorąca, że parzyła usta, ale dzięki niej wstąpiło weń 

życie i umysł mógł sprawnie działać jeszcze przez jakiś czas. 

Kiedy Orłow i Anna wrócili, Seth nalał im świeżej kawy. 

- Widziałeś ostatnio Morrisona? - spytał Manning 

swego pomocnika. 

Seth skinął głową. - Wczoraj wypływaliśmy razem na 

Cat Island, a dzisiaj po południu mam go zabrać do Nassau. 

Cały czas mieszka w „Caravel". W tym samym pokoju. 

- Joe Howard jest w mieście? 

Tym razem Seth potrząsnął głową przecząco. - Dzisiaj 

rano popłynął na Crab Cay z dwoma konstablami. W nocy 

znaleziono tam jakiegoś gościa z nożem w plecach. 

Manning przełknął resztkę kawy i podniósł się. -

Chyba muszę odwiedzić Morrisona. 

Otworzył szufladę z mapami, poszperał chwilę między 

nimi i wyciągnął automatycznego lugera oraz rewol­

wer smith and wesson, kaliber 38, ze skróconą lufą. Przez 

chwilę ważył broń w dłoniach. Ostatecznie zdecydował 

się na lugera, smitha and wessona wrzucił z powrotem do 

szuflady. 

- Spodziewa się pan kłopotów? - spytał Orłow. 

Manning wepchnął lugera za pasek od spodni, osła­

niając go koszulą. - Nigdy nic nie wiadomo. 

- Pójdę więc z panem. 

Anna siedziała przyglądając się im uważnie. Do tej pory 

nie spróbowała nawet kawy. 

- A co z nami, Harry? 

- Na razie zostaniecie tutaj. Ja mam pokój w „Cara­

vel" i Orłow może mieszkać ze mną. Porozmawiam z Mor-

risonem i wrócę tu po rzeczy. Potem możecie odpłynąć, kiedy 

tylko zechcecie. Jeżeli nie dacie sobie rady sami, Seth pomoże 

wam aż do Harmon Springs. 

143 

background image

Na czole dziewczyny pojawiła się pionowa zmarszcz­

ka. - Nie rozumiem. 

- Daję wam łódź - powiedział Manning. - Zwracam 

co najmniej tyle, ile jestem wam winien. 

Gdy Anna krztusząc się własnym oddechem złapała się 

kurczowo brzegu stołu, Manning pchnął lekko Orłowa 

w stronę wyjścia i powiedział: - Idziemy. 

Rosjanin ruszył przodem, a Manning tuż za nim. Gdy 

wspinali się na falochron, Anna potykając się wydostała się 

na pokład. 

- Nie, Harry! Nie! 

- Żadnych sprzeciwów, Anno - powiedział spokoj­

nie. - Tak właśnie będzie. 

Dziewczyna oparła się o sterówkę, przytuliła twarz do 

ściany i rozpłakała się bezradnie. 

Manning odwrócił się i spostrzegł, że Orłow przygląda 

mu się z uwagą. - Myślę, że jesteś wielkim głupcem, 

przyjacielu - powiedział. 

- Niech już tak będzie - odrzekł Manning. - Raz na 

wozie, raz pod wozem. 

Wszystko, każda najmniejsza cząstka jego jestestwa 

zmuszała go do powrotu, do powiedzenia jej, że naprawdę 

tego chce, ale zabrnął już za daleko. Wiele złego wyrządził 

Annie Melos i jej ojcu. Teraz to naprawił. I niech tak to się 

skończy. 

Taras „Caravel" był zatłoczony. Grupki turystów je­

dzących popołudniowy posiłek schroniły się w cieniu migda­

łowców. Na trawniku przed tarasem niezmordowany zespół 

muzykantów grał i śpiewał calypso. 

Recepcjonista spostrzegłszy zbliżającego się Manninga 

uśmiechnął się na powitanie. - Miło mi pana widzieć, panie 

Manning. 

144 

background image

Manning poczęstował się papierosem z pudełka leżące­

go na ladzie. - Pan Viner mówił, że zatrzyma dla mnie 

dawny pokój seniority Marii Salas... 

- Oczywiście, proszę pana. - Urzędnik zdjął klucz 

z tablicy. - Pójdzie pan teraz na górę? 

Manning przytaknął i zapytał: - Jest tu gdzieś pan 

Viner? 

- Wydaje mi się, że jest w swoim biurze. Jeśli pan sobie 

życzy, mogę zadzwonić i sprawdzić. 

Manning potrząsnął głową. - Zobaczę się z nim 

później. Teraz najważniejszą rzeczą na świecie jest dla mnie 

prysznic. 

- Szybko wspiął się na piętro, a Orłow deptał mu po 

piętach, i ruszył wzdłuż wyłożonego dywanem korytarza do 

pokoju, w którym kiedyś mieszkała Maria Salas. Pomie­

szczenie ocieniały okiennice. Łóżko było świeżo pościelone. 

Wszędzie panował miły chłód. Manning stał tam wsłuchując 

się w ciszę, świadomy nierzeczywistości przeżycia, tak że 

w końcu musiał uczynić widoczny wysiłek, by wrócić do 

rzeczywistości. 

- Łazienka z prysznicem jest tam - poinformował 

Orłowa. - Czyste ubrania w szafie. Niech pan korzysta ze 

wszystkiego. 

- Pójdzie pan teraz do Morrisona? 

- Nie ma sensu tracić czasu. 

Pokój Morrisona znajdował się na następnym piętrze. 

Manning pośpiesznie pokonał schody i zatrzymał się przed 

drzwiami. Zapukał delikatnie, otworzył drzwi i wszedł. 

- Postaw to na stole, synu. Zaraz się tym zajmę -

krzyknął Morrison z tarasu. 

Manning czekał przez chwilę. W kącikach jego ust 

zagościł uśmiech. W drzwiach prowadzących na taras stanął 

Amerykanin. Miał na sobie tylko duży ręcznik owinięty 

wokół bioder. W jednym ręku trzymał książkę, w drugim 

10 Nocne... 

145 

background image

okulary przeciwsłoneczne. Gdy spostrzegł Manninga, na 

jego twarzy pojawił się wyraz absolutnego zdziwienia. 

- Ooo... Niech skonam. Myślałem, że to obsługa. 

Rozległo się ponowne stukanie i Manning ukrył się 

szybko w łazience. Słyszał, jak otwierano drzwi, szmer 

głosów, i jak zamknięto je powtórnie. Kiedy wrócił do 

pokoju, Morrison właśnie stawiał na stole tacę, na której 

znajdowała się wypełniona do połowy butelka whisky 

i dzbanek z zimną wodą. 

- Powinien tam gdzieś być kubek do płukania zę­

bów. 

Manning znalazł go, umył i wrócił do sypialni. Morri­

son stał przy oknie spoglądając na morze. Odwrócił się 

i skinął w stronę tacy. 

- Proszę, niech się pan obsłuży. 

Manning nalał pół szklaneczki whisky, dopełnił ją 

lodowatą wodą i przełknął całość dwoma łykami. Potrząs­

nął głową, usadowił się na krześle i znowu sięgnął po bu­

telkę. . 

- Pański wygląd wskazuje, że dużo pan przeszedł -

zauważył Morrison. - Udało się panu zdobyć łódź w Har­

mon Springs? 

- A jakże! I nawet dotarłem do San Juan. - Manning 

przełknął jeszcze trochę whisky. - Strata czasu. Człowiek, 

którego powinienem był szukać od początku, został na 

Spanish Cay. 

Morrison zmarszczył brwi. - Co pan próbuje mi 

powiedzieć? 

- To, że Kurt Viner tkwi w tym wszystkim po same 

uszy. 

Morrison podszedł do szafy, wyjął z niej garnitur 

i czystą koszulę i rzucił wszystko na łóżko. 

- Ja będę się ubierał, proszę przez ten czas opowiadać. 

Wszystko, rozumie pan. Nie wolno opuścić panu żadnego 

146 

background image

szczegółu. Najmniejszy drobiazg może mieć o wiele większe 

znaczenie, niż się pan tego spodziewa. 

Manning przyrządził sobie kolejnego drinka i zaczął 

mówić. Nie trwało to długo, a kiedy skończył, Morrison stał 

przed lustrem i wiązał krawat. 

Sięgnął po płaszcz. - A ten facet... Orłow, jest piętro 

niżej? 

Manning przytaknął i dodał: - Niech pan o nim 

zapomni, to nieważne. Co z Vinerem? Co pan o nim sądzi? 

Morrison pokiwał w zamyśleniu głową. - Trudno 

powiedzieć. Pewnie to płotka. Reszta, ci naprawdę ważni, 

siedzi gdzieś tutaj dobrze ukryta i czeka. 

- Na co czekają? A poza tym, skąd pan wie, że tu 

jeszcze są? 

- W dniu, w którym pan odpłynął, dopuścili się 

sabotażu w następnej bazie. Szkody przekroczyły milion 

dolarów, i żadnego śladu. 

- A więc rozwiązanie nasuwa się samo. Niech pan 

wzywa piechotę morską, marynarkę czy tam kogo jeszcze. 

Przecież musi pan ich znaleźć. 

Morrison potrząsnął głową z powątpiewaniem. - Sam 

pan powiedział: siedemset wysp, dwa tysiące raf i skał. To 

zabrałoby tygodnie, a my nie mamy tyle czasu. Szczyt 

zaczyna się dopiero w przyszłym tygodniu, ale sekretarz 

stanu i minister spraw zagranicznych rozpoczynają wstępne 

rozmowy już jutro w klubie na Lyford Cay, czyli około 

piętnastu mil od Nassau. Przez następne kilka dni te wyspy 

znajdą się w centrum uwagi całego świata. 

- A pan sądzi, że nasi przyjaciele spróbują dokonać 

następnego wyczynu w najbardziej nieodpowiednim mo-

mencie? 

- Coś w tym rodzaju. 

Manning poczuł się lepiej. Uważnie odmierzył jeszcze 

jedną porcję whisky, przełknął ją i wykrzywił twar:z 

14' 

background image

w uśmiechu. - Jest tylko jeden sposób, żeby się czegoś 

dowiedzieć. 

- Jaki? 

- Trzeba zapytać Vinera. 

- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan zamierza? 

Manning skinął głową. - Po drodze przedstawię panu 

Orłowa, ale niech pan nie próbuje ciągnąć go za język. 

Otwiera usta tylko wtedy, kiedy sam ma na to ochotę. 

Kiedy weszli do pokoju piętro niżej, po Orłowie nie było 

ani śladu, ale z łazienki dobiegały odgłosy kąpieli. Manning 

otworzył drzwi i gęste obłoki pary wodnej wydostały się na 

zewnątrz. Potem ukazał się Orłow stojący pod gorącym 

strumieniem wody z błogim wyrazem twarzy. 

- Szczęściarz z pana - zauważył Manning. 

Orłow wyszczerzył w uśmiechu wszystkie zęby. -

Niewiele mi potrzeba. Czy są tu pokojówki? 

- Nie o tej porze. Klimat nieodpowiedni. Na razie 

musi panu wystarczyć towarzystwo Morrisona. Być może 

wspólnie osiągniecie więcej, niż którykolwiek z was zdołał 

dotąd osiągnąć. 

Zostawił ich i zszedł na dół. Miał dziwnie lekką głowę 

i ze zdumieniem uświadomił sobie, że nie jadł od ponad 

trzydziestu sześciu godzin. Nic dziwnego, że whisky tak 

szybko uderzyła mu do głowy. 

Wypoczęci i syci mają nieuzasadnione poczucie bezpie­

czeństwa, dlatego wieczorami kasyno zawsze było zatło­

czone. Manning, przepychając się przez tłum przypadko­

wych hazardzistów w kierunku zielonych drzwi, spostrzegł, 

że niewielki wzrostem kierownik sali zmierza w jego stronę. 

W końcu zbliżył się i uśmiechnął fałszywie. - Szuka 

pan kogoś, panie Manning? 

- A ty cholernie dobrze wiesz kogo. 

- Obawiam się, że pan Viner jest teraz bardzo zajęty. 

Życzył sobie, żeby mu nikt nie przeszkadzał. 

148 

background image

- Dobra, będę się streszczał. - Manning odepchnął 

małego człowieczka na bok, otworzył drzwi i wszedł. 

Viner stał za barem szykując drinki dla dwóch osób. 

Jego gość, siedzący na wysokim stołku, miał koło sześciu 

stóp wzrostu. Pod zmierzwioną czupryną jasnych włosów 

skrywała się nieprzenikniona twarz zeszpecona blizną pod 

okiem. Płowa marynarka skrywała szerokie ramiona. 

Kiedy Manning kopnięciem zatrzasnął za sobą drzwi, 

nastąpiła chwila ciężkiej ciszy. 

- Co jest, Harry? - spytał Viner napiętym głosem. -

Sprawiłeś nam niespodziankę. 

- Jasne, że tak, ty sukinsynu - odparł Manning 

ruszając w jego stronę. 

Na twarzy Vinera pojawił się strach. - Nie rozumiem, 

o czym mówisz, ale byłoby lepiej, gdybyś wyszedł i wrócił 

trzeźwy. 

Manning kopnął mały stolik do kawy w drugi kąt 

pokoju. 

- Lubię znajdować się w tym stanie. 

- Wyrzuć go, Hans - rozkazał Viner. 

- Z przyjemnością, Herr Colonel - odparł Hans 

i podniósł się. 

Manning był zupełnie spokojny. Czuł się tak, jakby 

obserwował z daleka to wszystko, co się tu działo. Zaintry­

gował go Hans. Mógł być z SS albo z Gestapo. Jedno i drugie 

prowadziło do interesujących wniosków na temat przeszłości 

Vinera. 

Niemiec wydawał się bardzo pewny siebie. Kiedy zbliżył 

się na odległość około trzech stóp, Manning wyprowadził 

prosty cios, wkładając weń wszystkie siły. Hans zachwiał się 

jak trzcina poruszona podmuchem wiatru. Manning pod­

skoczył bliżej i kopnął go złośliwie w goleń. Gdy blondyn 

złożył się wpół, Manning ulokował swe prawe kolano w jego 

nie osłoniętej twarzy. 

149 

background image

Drągal leżał na plecach, pojękując cicho, krew spływała 

mu z rozciętej wargi i rozbitego nosa. 

- Wstawaj, Hans! Wstawaj! - rozkazał Viner. 

- Nie sądzę, aby był tak głupi. - Manning wyciągnął 

lugera, siadł na wysokim stołku i przytknął zimny wylot lufy 

do czoła Vinera. - Nie sądzę też, byś mógł kiedykolwiek 

jeszcze porozumieć się z Rojasem drogą radiową. Zostawi­

łem go w nie najlepszym stanie. 

- Nie wiem, o czym mówisz. - Viner próbował 

mówić spokojnie. 

- Upewniłeś się, że będą na mnie czekali, kiedy dotrę 

do San Juan - ciągnął Manning. - Przyczyniłeś się do 

śmierci Marii... Powinienem od razu wpakować ci kulkę 

w brzuch, Viner. 

- Harry, proszę... - zaczął Viner. - Jestem tylko 

narzędziem. Muszę robić, co mi każą. Ci ludzie mają na mnie 

haczyk. 

- Jaki haczyk? 

- W czasie drugiej wojny światowej byłem pułkowni­

kiem SS. W Centrali Krajowych Zarządów Sprawiedliwości 

w Ludwigsburgu mają dowód mojego udziału w pewnym... 

incydencie. Nie ma w tym oczywiście ani cienia prawdy, ale 

sam wiesz, jacy oni są, kiedy już zaczną polowanie na 

czarownice. 

Manning potrząsnął głową. 

- Wiesz, jestem już zmęczony tym, że każdy robi 

mnie w konia, Viner. Mam tego dość. Ci pieprzeni Kubań­

czycy zabrali mi wszystko, co miałem w Hawanie. No, do 

rzeczy. W pokoju na górze przebywa ktoś, za kogo zapłacą 

mi więcej, niż był wart cały tamten zasrany interes. Mam 

rację? 

Viner zawahał się, najwyraźniej chcąc zaprzeczyć, że ma 

jakiekolwiek pojęcie o tym, o czym mówił Manning, ale 

w końcu zdecydował się: 

150 

background image

- Tak, niech cię diabli. 

- Spodziewałem się, że wiesz o wszystkim - stwierdził 

Manning. - A teraz słuchaj, co zamierzam. Orłow nie 

jest zadowolony z pobytu tutaj, bo wie, że władze będą 

usiłowały go naciskać. A ja przyrzekłem, że mu pomogę. I on 

mi zaufał. 

- No, teraz rozumiem - odezwał się Viner. - Byłbyś 

skłonny zawrzeć umowę? 

- I wszystko mi jedno z kim. Z wami, z Rosjanami. 

- Ile chcesz? 

- Sto tysięcy dolarów. To nie jest wygórowana cena, 

nieprawdaż? 

- Muszę mieć czas na skontaktowanie się ze zwierz­

chnikami. 

Manning pokręcił przecząco głową. - Nic z tego. 

Albo sam spotkam się z twoim szefem, albo nici z naszej 

umowy. 

- Jak chcesz. Musimy wypłynąć zaraz po zmierzchu. 

- Jak daleko? 

- Nie dalej niż dwie godziny stąd. 

- Na jedną z wysp Exumy? 

Viner uśmiechnął się. - Mój drogi Harry, czy masz 

mnie za głupka? 

- Niezupełnie. 

- No to wspaniale. Popłyniemy twoją łodzią. Spot­

kamy się na nabrzeżu koło ósmej. 

- Pięknie - zgodził się Manning. - Ale Orłow 

zostaje tutaj. Seth też. Będą mnie ubezpieczać, gdyby miało 

mi się coś przydarzyć po drodze. 

- A co z załogą? - zapytał Viner. 

Hans począł zbierać się z podłogi, trzymając za obolałą 

głowę i pojękując cicho. 

Manning trącił go stopą. - Ten wesoły chłopczyk 

będzie w sam raz. 

151 

background image

Kiedy Manning ruszył do drzwi, Viner zapytał: - A co 

z Morrisonem? Wciąż jeszcze jest tutaj? 

- Owszem. Przed chwilą się z nim widziałem. Powie­

działem mu, że Garcia nie żyje. Że miałem dużo szczęścia 

ocalawszy. 

- Nie wspominałeś mu o mnie? 

- Nie, ale mógłbym. Pamiętaj o tym. 

Manning zamknął za sobą drzwi, przecisnął się przez 

tłum i wrócił na piętro. Orłow siedział w szlafroku na skraju 

łóżka, a Morrison stał przy oknie. 

Obaj spojrzeli na niego wyczekująco. 

- No! Co się stało? - zapytał Rosjanin. 

- Nic specjalnego - odparł Manning. - Zgodziłem 

się pana sprzedać. To wszystko. 

- Zgodził się pan... co? - zdumiał się Morrison. 

- Zamierzam zawrzeć umowę z przyjaciółmi Vinera. 

Umówiłem się z nim na nabrzeżu o ósmej. Płyniemy do ich 

kwatery moją łodzią. 

- A gdzie to jest? 

Manning wzruszył ramionami i ściągnął koszulę. -

Dwie godziny drogi stąd. To wskazuje na którąś z wysp na 

północy Exumy, a w odwrotnym kierunku Cat Island. 

Trudno przewidzieć. 

- A skąd ma pan pewność, że nie poderżną pa­

nu gardła niezwłocznie, gdy tylko znajdzie się pan w ich 

rękach? 

- Orłow zostaje tutaj. Seth też. Viner zatroszczy się 

o załogę. Nie ma się czym przejmować. Odegrałem dość 

przekonującą scenkę. Zażądałem stu tysięcy zielonych, a on 

nawet nie mrugnął. 

Morrison ruszył w kierunku drzwi. - Muszę jeszcze 

załatwić parę spraw, jeżeli mamy zdążyć na czas. 

Manning zatrzymał się przy wejściu do łazienki. -

Wyjaśnijmy sobie jedno, Morrison. Wszystko jest zapięte na 

152 

background image

ostatni guzik. Ale gdy ściągnie pan tu marynarkę albo tajną 

policję, zwęszą smród na kilometr i znikną bez śladu. 

- Muszę zawiadomić Nassau, żebyśmy mogli natych­

miast przystąpić do akcji, gdy tylko dowiemy się, gdzie 

oni są. 

- Mam nadzieję, że to wszystko, co pan zamie­

rza - podkreślił Manning. Wszedł do łazienki i odkręcił 

prysznic. 

background image

ROZDZIAŁ XVI 

Grecki ogień 

Łagodna bryza morska obudziła Manninga z wolna, 

tak że jeszcze przez chwilę leżał na tarasie na płóciennym 

leżaku wpółprzytomny, nie zdając sobie zupełnie sprawy 

z tego, gdzie się znajduje. 

Miał na sobie tylko szorstki ręcznik kąpielowy owinięty 

wokół bioder. Lekko zsunął nogi na ziemię. Upał dzienny już 

zelżał, słońce chowało się za horyzontem. 

Przystanął na chwilę przy oknie, wsłuchując się w rów­

nomierny oddech Rosjanina, potem przemierzył cicho pokój 

wyłożony dywanem i wyjął z szafy czyste ubranie. Właś­

nie wiązał krawat, gdy ciszę przerwał ostry dźwięk tele­

fonu. 

- Manning, słucham - powiedział cicho. 

- Recepcja, panie Manning. Pewna młoda dama chce 

się z panem widzieć. Panna Melos. 

- Proszę jej powiedzieć, że już schodzę. 

Orłow w dalszym ciągu leżał spokojnie, pogrążony 

w głębokim śnie. Manning nałożył lnianą kurtkę i opuścił 

pokój, cicho zamykając za sobą drzwi. 

Anna siedziała na kozetce przy drzwiach wejściowych 

kartkując jakiś magazyn. Miała na sobie obcisłą letnią 

sukienkę bez rękawów, która znakomicie podkreślała jej 

sylwetkę, a długie czarne włosy zebrała razem i przerzuciła 

nad jednym ramieniem. 

154 

background image

- Witam, Anno. 

Wstała i uśmiechnęła się nieśmiało, najwyraźniej brako­

wało jej słów. 

- Cześć, Harry. 

Orkiestra zaczęła właśnie grać w sali jadalnej. Manning 

uśmiechnął się. 

- Jadłaś już? 
Zaprzeczyła. - Nie mogłabym. Spałam kilka godzin, 

a kiedy się obudziłam, byłam pewna tylko jednej rzeczy. 

Wiedziałam, że muszę się z tobą zobaczyć. 

- Jedzenie jest tu doskonałe. A to, co zamierzasz mi 

powiedzieć, może zaczekać, póki czegoś nie skosztujesz. 

Mimo że było dosyć wcześnie, kilka par spożywało już 

wieczorny posiłek. 

Kelner zbliżył się do nich z uśmiechem. - Życzy pan 

sobie stolik w kabinie czy przy parkiecie, panie Manning? 

- Chyba weźmiemy kabinę - zdecydował Manning 

i ruszył za kelnerem między stolikami. 

Gdy już usiedli, Manning odsunął menu z pewną siebie 

miną. - Nie muszę w to zaglądać. Weźmiemy zupę żółwio­

wą, soloną wieprzowinę w ziołach i pieczone banany 

w polewie z brandy. A na początek dwie mrożone wódki. 

Anna pokręciła głową ze zdziwieniem i uśmiechnęła 

się. - Zawsze wiesz, czego chcesz, prawda? 

- Kuchnia okolic Nassau jest znakomita. To wszy­

stko. Jak się czuje twój ojciec? 

- O wiele lepiej. Chciał tu przyjść osobiście, ale mu nie 

pozwoliłam. 

- Jeżeli masz zamiar rozmawiać ze mną o łodzi, to 

tracisz czas. Załatwię wszystkie formalności w pierwszej 

wolnej chwili. 

Dziewczyna potrząsnęła głową. - Nie możemy jej 

przyjąć, Harry. Po pierwsze, jest ona pięć razy więcej warta, 

niż kiedykolwiek była Cretan Lover. A po drugie, rozmawia-

155 

background image

łam z Sethem i wiele się od niego dowiedziałam. Grace 
Abounding

 to wszystko, co masz. 

- A to stawia mnie w takiej samej sytuacji, w jakiej 

znalazł się twój ojciec. Z jednym ważnym wyjątkiem. On jest 

już starym człowiekiem, a ja mam przed sobą jeszcze ładne 

parę lat. 

Anna znowu potrząsnęła głową. - Znam mojego ojca. 

Jest dumny. Nie będzie chciał wziąć łodzi. Zbyt cię lubi. 

- Wy, przeklęci Grecy, wcale się nie zmieniacie. Po­

czynając od Odyseusza. Ta łódź znajdzie się w Harmon 

Springs bez względu na to, czy to się spodoba twojemu ojcu, 

czy nie. Jutrzejszej nocy stanie się jego własnością i skończmy 

już ten temat. 

- Jutrzejszej nocy? - Dziewczyna zmarszczyła brwi. -

Co masz na myśli? 

- Wybieram się na małą wycieczkę z Vinerem. Kilka 

godzin w jedną i kilka godzin w drugą stronę. Nic wielkiego. 

Pochyliła się ku niemu z pobladłą twarzą. - Znowu 

szukasz kłopotów. 

Uśmiechnął się krzywo. - A co mam do stracenia? 

W tym momencie podano zupę i Manning wykorzystał 

ten fakt, by zmienić temat. Anna jadła z wielką przyjemno­

ścią, a Manning złapał się na tym, że przygląda się dziew­

czynie ukradkiem przy każdej sposobności. 

Zamówił jeszcze kawę, przeprosił Annę na chwilę 

i poszedł do pokoju Morrisona. Drzwi były zamknięte na 

klucz. Zapukał delikatnie, ale nie otrzymał żadnej odpo­

wiedzi. Zszedł na dół, zatrzymał się przy recepcji i zapalając 

papierosa zerknął na drewnianą tablicę. Klucz od pokoju 

Morrisona wisiał na swoim miejscu. Manning wrócił do 

restauracji. 

Orkiestra znów zaczęła grać. Manning podszedł do 

stolika, wyciągnął rękę zachęcająco i uśmiechnął się. - Co ty 

na to? 

156 

background image

Anna podniosła się i weszli na niewielki parkiet. Objęła 

go za szyję, opierając jednocześnie głowę na jego ramieniu. 

Tańczyli przytuleni, tak że czuł jej ciało na sobie od piersi aż 

po uda. 

Kiedy muzyka ucichła, znieruchomieli na krótki mo­

ment, potem dziewczyna odsunęła się łagodnie. 

- Gorąco tutaj - powiedziała. 

- Na dworze jest chłodniej - odparł. 

Ogrodowa ścieżka na tyłach hotelu zaprowadziła ich do 

gaju palmowego, który ktoś zaplanował i zasadził wiele lat 

ternu. Stanęli na skraju klifu opadającego aż na białe pasmo 

plaży. 

Morze było czarne na głębinach, purpurowoszare przy 

brzegu, a słońce, znikające już w oddali, zamieniło się 

w płonącą pomarańczową kulę. Niepowtarzalne piękno tego 

widoku było ponad siły ludzkie, tak że Manning poczuł 

smutek, jak gdyby ktoś wyzbył go z uczuć. Dziewczyna 

odwróciła się i spojrzała na niego dziwnie, jakby z oddalenia. 

Wziął ją za rękę i ruszyli w kierunku plaży szeroką ścieżką. 

Manning zatrzymał się, by zapalić papierosa, a kiedy 

podniósł wzrok, dziewczyna obróciła się z wolna i zajrzała 

mu w twarz szeroko rozwartymi, pełnymi miłości oczyma. 

Dziwne światło igrało na jej obliczu. Wyszeptała jego imię 

i potknąwszy się wsparła o niego, i tak jakoś naturalnie, 

łatwo zeszli razem nad brzeg morza. Przyciągnęła jego głowę 

ku sobie, a kiedy jej usta szukały jego ust, wziął ją na ręce 

i zaniósł na plażę. Gdy układał ją w zagłębieniu między 

skałami, jej twarz była wilgotna od łez. 

Trzymając się za ręce wracali do miasta przez palmowe 

ogrody. Dziewczyna przystanęła, by się obejrzeć w świetle 

padającym z jakiegoś okna. Jej sukienka była bardzo 

wygnieciona i poplamiona słoną wodą. 

157 

background image

- Będę musiała się przebrać, jak tylko wrócimy. Nie 

chcę niepokoić ojca. 

Uśmiechnęła się promiennie, a Manning poczuł, jak 

niespodziewanie wzbiera w nim tkliwość. - Żałujesz? 

Dziewczyna potrząsnęła zdecydowanie głową. - A ty? 

Uśmiechnął się i pogładził ją po policzku. - A jak ci się 

wydaje? 

Przeszli skrótami przez ogród na tyłach jakiegoś hotelu. 

Z fontanny ukrytej pomiędzy krzewami dobiegł ich szum 

wody. Powietrze nabrzmiało nocnymi woniami tak mocno, 

że Manning wdychając je, czuł bolesną tęsknotę za czymś, co 

zawsze czekało na niego gdzieś tam w mroku, lecz nigdy nie 

znalazło się tak blisko, by mógł tego dosięgnąć. 

Manning przystanął na chwilę, przypalił papierosa 

i w świetle zapałki, przez kilka sekund zaledwie, widział 

spojrzenie dziewczyny. Patrzyła na niego bez zmrużenia, 

a blask ognia odbijał się w jej źrenicach tak, że nie sposób 

było odgadnąć, co czai się w ich głębi. Kiedy się odezwała, 

zdał sobie sprawę, że jakimś siódmym zmysłem wyczuła jego 

nastrój. 

Położyła mu dłoń na ramieniu. - To, co się stało tam... 

nie ma żadnego znaczenia. Jeśli o mnie chodzi, jesteś tak 

samo wolny jak zawsze. 

- Wiem, Anno. Wiem. 

Miał wrażenie, że czekała na coś jeszcze, ale nie mógł nic 

wymyślić. Nic, co mogłoby ją upewnić... Szli dalej w mil­

czeniu. 

Hotel, w którym Manning mieszkał, tonął w blasku 

świateł, dźwięki rozmów i beztroskiego śmiechu mieszały się 

w nocnej ciszy z tanecznym, pulsującym rytmem goombay. 

Zatrzymali się przy schodach prowadzących do wejścia. 
- Wrócę za chwilę - powiedział Manning. - Muszę 

tylko zamienić dwa słowa z Morrisonem. 

W migotliwym świetle chińskich latarenek rozwieszo-

158 

background image

nych na gałęziach migdałowców nie sposób było odczytać 

wyrazu jej twarzy, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób 

Manning był pewien, że dziewczyna poczuła do niego coś 

w rodzaju niechęci. 

- Wrócę sama - zdecydowała. - Nie mamy zbyt 

wiele czasu. 

Doskonale wiedział, że powinien coś powiedzieć, ale nic 

nie przychodziło mu do głowy. Do czego mógł się przydać tej 

ślicznej, ciemnowłosej dziewczynie? Wszystko, co się zda­

rzyło, zdarzyło się w innym miejscu i w innym czasie. Lepiej 

było to tak zostawić. 

- Zobaczymy się więc na przystani - powiedział. 

Dziewczyna odwróciła się i zniknęła w ciemnościach. 

Manning przystanął na chwilę przy kontuarze recepcjo­

nisty, żeby kupić papierosy. Przy okazji spostrzegł, że klucz 

Morrisona w dalszym ciągu wisiał na tablicy. Zmarszczył 

brwi niezadowolony i poszedł na górę, zastanawiając się, 

jakie to jeszcze, do diabła, atrakcje mógł przygotować na 

dzisiejszy wieczór Amerykanin. 

Kiedy wszedł do swojego pokoju i zapalił światło, 

poczuł coś w rodzaju niepokoju. Po Orłowie nie zostało ani 

śladu. Łóżko było porządnie zaścielone, okna stały otwo­

rem. 

Wrócił na dół i ponownie zatrzymał się przy kontuarze 

recepcjonisty. 

- Widziałeś dziś wieczór tego mężczyznę, który zajmo­

wał mój pokój? 

- Wyszedł jakieś pół godziny temu, proszę pana. 

Manning zmarszczył brwi, gdzieś wewnątrz mózgu 

zapłonęło czerwone światełko. - Był sam? 

- Nie, proszę pana - zaprzeczył urzędnik. - Był 

z panem Morrisonem. Tym amerykańskim gentlemanem 

spod sto piątego. 

Manning odetchnął z ulgą i ruszył do baru. Zapalił 

159 

background image

papierosa i zamówił barcardi. Właśnie barman podał mu 

żądany napój, gdy z tłumu wychynął Viner. 

- Na koszt firmy, George. I to samo dla mnie. -

Odwrócił się do Manninga z uśmiechem, jak zwykle niena­

gannie elegancki w białej wieczorowej marynarce. - Gotów 

jesteś, Harry? 

- Kiedy tylko zechcesz. 

- Mam tu jeszcze kilka spraw do załatwienia. Spotka­

my się na nabrzeżu, tak jak się umawialiśmy, za jakąś 

godzinkę. - Podniósł szklaneczkę, a w kącikach jego ust 

wykwitł lekki uśmiech. - Miejmy nadzieję, że w końcu 

otrzymasz to, czego szukasz. 

- O mnie się nie martw - odparł Manning. - Dam 

sobie radę. 

Skończył drinka, odstawił szklaneczkę i poprzez tłum 

wydostał się na zewnątrz. Kiedy schodził w chłodną noc, na 

jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka, albowiem 

z jakichś niewytłumaczalnych powodów był pewien, że Viner 

naśmiewał się z niego, a on nie wiedział dlaczego. 

Na jednej czy dwóch łodziach paliły się światła, ale 

nabrzeże było puste. Kiedy Manning zbliżył się do Grace 
Abounding,

 usłyszał radio. Była to audycja płytowa nada­

wana najprawdopodobniej w którejś z rozgłośni w Stanach. 

Rozbrzmiewał właśnie „Valse triste". 

Manning przeszedł przez pokład i zatrzymał się w cieniu 

zejściówki, ponownie poddając uczuciu dziwnego smutku. 

Gdy skończyła się płyta, westchnął i zrobił krok naprzód. 

Ktoś kopnął go w plecy, tak że stoczył się po trapie aż na dół. 

Drzwi otworzyły się z impetem i Manning wpadłszy do 

kabiny opadł na kolana. Gdy zamierzał wstać, usłyszał czyjś 

głos: - Ostrożnie, Manning. Ostrożnie. 

W drzwiach stał Hans, trzymając w rękach ręczny 

160 

background image

karabin maszynowy. Anna, jej ojciec i Seth siedzieli po jednej 

stronie kabiny, Morrison i Orłow po drugiej. Gruby wys­

piarz w biało-czerwonym prążkowanym swetrze rozparł się 

z uśmiechem w drzwiach prowadzących do kuchenki. 

Uzbrojony był w ręczny pistolet maszynowy. 

Manning wstał z podniesionymi rękami, Hans przeszu­

kał go z wprawą i znalazł lugera, którego schował do 

kieszeni. Potem odsunął się. Manning mógł się odwrócić. 

W wejściu stał Kurt Viner. 

- A teraz możemy już chyba ruszać - powiedział. 

11 Nocne. 

background image

ROZDZIAŁ XVII 

Zielone światło 

Gdy Grace Abounding opuszczała przystań, kierując się 

w stronę zatoki, Manning zerknął przez ramię i zobaczył 

światła Spanish Cay migoczące w ciemności. Chwilowo nie 

można było nic zrobić. Ogromny czarnuch rozwalił się 

w kącie sterówki, oparłszy lufę ręcznego karabinu maszyno­

wego na przedramieniu, inny mężczyzna usadowił się na 

rufie, trzymając w ręku karabin. 

Po chwili drzwi otworzyły się i wszedł Viner. - Możesz 

zaczekać na zewnątrz, Charlie. Nie sądzę, żeby pan Manning 

zrobił coś nierozsądnego. 

- Nie byłbym tego taki pewny - odparł Manning, 

kiedy tamten wyszedł. 

- Och, ale ja jestem. Hans ma rozkaz otworzyć ogień, 

gdyby tylko zaczęły się kłopoty na pokładzie. Jestem pewien, 

że zdajesz sobie sprawę z tego, ile szkód może narobić choćby 

najkrótsza seria z ręcznego karabinu maszynowego w takiej 

kabinie. 

- A więc chwilowo jesteś górą - zgodził się Man­

ning. - Gdzie płyniemy? 

Viner oparł się na stole do map. - Na Jackson Cay. 

Około dziesięciu mil od południowego krańca Cat Island. 

Znasz to miejsce? 

- Byłem kilka razy w pobliżu, i to wszystko. Sły-

162 

background image

szałem, że jest to własność jakiegoś amerykańskiego milio­

nera. 

- I tak było rok czy dwa lata temu. Papierosa? 

Manning nie mógł znaleźć powodu, dla którego miałby 

odmówić, więc pochylił się do przodu w kierunku płomienia 

zapalniczki. Północno-zachodni podmuch idący znad zatoki 

wniósł przez otwarte okno resztki dziennego ciepła. Nie było 

księżyca, ale niebo, migoczące iskierkami gwiazd, żyło 

własnym życiem. 

Viner odetchnął głęboko, wciągając w płuca orzeźwia­

jące powietrze i śledząc wzrokiem ławicę latających ryb, 

które wynurzywszy się z morza zaraz w nie zapadały, 

wzbijając tumany fosforyzującej wody. 

- Wiesz, Harry, w taką noc jak ta człowiek czuje, że 

dobrze jest żyć. - Powiedział to tak, jakby naprawdę tak 

sądził. 

Manning potrząsnął głową w zamyśleniu. - Zdarzają 

się chwile, kiedy jestem niemal skłonny uważać cię za 

człowieka. 

- Mój drogi kolego. W tym, co tutaj się dzieje, nie ma 

nic osobistego. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. 

Byłeś wystarczająco głupi, żeby mieszać się w nie swoje 

sprawy, i nie najlepiej na tym wyszedłeś. To wszystko. 

- Czyżbyś nie pamiętał Marii i Jimmy'ego Walkera? 

Viner westchnął i wzruszył bezradnie ramionami. - To 

była przykra konieczność. Zupełnie ode mnie niezależna. 

- Tak. Jasne. A skąd wytrzasnąłeś te wszystkie aktu­

alne informacje? 

Viner błysnął zębami w ciemności. - Miałem podsłuch 

w pokoju Morrisona od momentu, kiedy się tu pojawił. 

Siedziałem w swoim biurze i słyszałem każde słowo, które 

wypowiadaliście. Jeżeli masz nadzieję na pomoc z Nassau, to 

możesz o tym zapomnieć. Obawiam się, że pan Morrison po 

opuszczeniu hotelu nie zdążył już nikogo zawiadomić. 

163 

background image

- A Orłow? 

- Nic prostszego. Telefon z recepcji, że chcesz się z nim 

- spotkać na łodzi jak najszybciej. 

Miał rację. To było takie proste. Diabelnie proste. 

Manning stłumił narastającą w nim złość i zmusił się do 

skupienia nad mapą. 

- A więc jesteś pewien, że zapiąłeś wszystko na ostatni 

guzik? 

- Tak sądzę. Czyżbym o czymś zapomniał? 

- Czym się ta podróż zakończy? 

Viner uśmiechnął się. - Obawiam się, że na odpowiedź 

na to pytanie będziesz musiał poczekać. - Otworzył drzwi 

i zwrócił się do Charliego. - Zawołaj tu Paco. 

Tubylec machnął do mężczyzny na rufie, a ten natych­

miast zbliżył się do nich. 

- Co chcesz zrobić? - spytał Manning. 

- Do Jackson Cay prosta droga. Paco może przez 

chwilę potrzymać ster. Wrócisz do swoich przyjaciół. Zawo­

łam cię, kiedy będziesz mi potrzebny. Idź z nim, Charlie. 

Manning ruszył wzdłuż pokładu i zszedł na dół. Seth 

i Anna przygotowywali kawę, Hans siedział pod ścianą przy 

wejściu do kuchenki. Jego palce wybijały uparty rytm na 

kolbie ręcznego karabinu maszynowego. 

Manning zignorował go i pochylił się nad Papą 

Melosem. - Wszystko w porządku, Papa? 

Stary człowiek wyglądał znacznie lepiej niż po opusz­

czeniu San Juan. - Nie musisz się o mnie martwić, chłopcze. 

Daję sobie radę. 

Manning poklepał Setha po ramieniu, a potem skie­

rował się w stronę Orłowa i Morrisona. - Ma któryś 

papierosa? 

Morrison wyłuskał z kieszeni paczkę i podał mu ją na 

otwartej dłoni. - Trochę zmaltretowane, ale jeszcze nadają 

się do palenia. 

164 

background image

Amerykanin był bardzo blady, a z boku jego szyi 

widniał siny ślad po uderzeniu. 

- Wygląda na to, że był pan nieostrożny? - powie­

dział Manning. 

- Przytrafiło się - potwierdził Morrison. 

Manning odwrócił się do Orłowa. - A co z panem? 

Viner coś mówił? 

- To co zwykle w takich chwilach. Jeżeli będę grze­

cznym chłopcem i zrobię, co mi każą, wtedy oni ułatwią mi to 

i owo. 

- Wspaniałomyślna oferta w tych okolicznościach. 

- Tak, wiem. - Orłow westchnął ciężko. - Sęk 

w tym, że nigdy nie zmieniam zdania. 

Z kuchenki wynurzył się Seth z gorącą kawą, za nim 

podążała Anna niosąc tacę pełną kanapek. Kiedy nachyliła 

się, by postawić ją na środku stołu, Hans przesunął ręką po 

jej udzie. Dziewczyna odwróciła się i zamachnęła z impetem, 

ale Niemiec zdążył złapać ją za nadgarstek i wykręcić tak, że 

zmusił Annę do opadnięcia na kolana. 

Zanim Manning zdążył się ruszyć, Orłow zerwał się na 

równe nogi. - Zabieraj łapy, ty świnio! - krzyknął i ruszył 

do przodu. Hans odepchnął dziewczynę i uniósł broń. -

Jeszcze jeden krok i wypruję ci bebechy. 

- No, już! - Orłow zaśmiał się sucho i rozłożył 

ramiona. - Vinerowi się to spodoba. Martwy będę bardzo 

użyteczny. 

Czoło Niemca zwilżyło się potem, przesunął językiem 

między suchymi wargami. - Siadaj i zamknij się. 

- Lepiej zrób pan to, co panu każą. - W zejściówce 

rozległ się głos Charliego. - Zawsze mogę przyłożyć w skroń 

panu tym, co mam w ręku. 

Orłow zignorował go. Wyciągnął rękę do Anny i po­

sadził ją przy stole, uśmiechając się. - To się już nie 

powtórzy, przyrzekam pani. 

165 

background image

Dziewczyna oddała Rosjaninowi ciepły uśmiech, 

a Manning, patrząc na nich, zdał sobie sprawę, że jest o nią 

zazdrosny. Mimo że nie miał do tego żadnego prawa. 

Żadnego. Podszedł do stołu, nalał sobie kawy i wrócił na 

miejsce. 

Orłow siedział przez chwilę przy dziewczynie, rozma­

wiając z nią po cichu, potem wstał, ziewnął, podszedł do ławy 

i zamykając oczy wyciągnął się na plecach obok Setha 

i starego. 

Poza uderzeniami wody w poszycie kadłuba do kabiny 

nie docierały żadne inne dźwięki. Manning założył ręce na 

piersi, spuścił głowę i pogrążył się w fatalistycznych rozważa­

niach. Kurs był już wyznaczony, nie było drogi powrotu. 

Nieuchronny koniec zbliżał się i nikt nie mógł nic zrobić, 

żeby go uniknąć. 

Anna siedziała przy stole z głową opartą na ramionach. 

Przez długi czas Manning myślał, że śpi, gdy wtem odwróciła 

głowę w jego stronę i otworzyła oczy. Patrzyła na niego 

bacznie. Jedna ręka spoczywała wciąż na stole, osłaniając ją 

przed wzrokiem Hansa. Drugą, bardzo delikatnie, otworzyła 

szufladę z mapami. 

W tej samej chwili Manning zrozumiał. Smith and 

wesson. Dostrzegł krótki błysk światła na rewolwerze, gdy 

dziewczyna wyjęła go z szuflady i położyła na kolanach. 

Potem powoli rozpięła sukienkę, schowała broń i zapięła ją 

z powrotem. 

Przez cały ten czas patrzyła na niego spokojnie, a Man­

ning czuł, jak lodowaty strach ściska mu gardło. Ledwo 

dostrzegalnie pokręcił głową. W tej sytuacji broń była 

bezużyteczna. Gdyby tak Hans albo Charlie nacisnął na 

spust, kabina zamieniłaby się w krwawą jatkę w ciągu kilku 

sekund. 

W zejściówce rozległ się czyjś głos, po czym Charlie 

podniósł się i skinął na Manninga. - Pan Viner prosi. 

166 

background image

Pokład zawilgł od fal rozpryskujących się o burty. Viner 

stał przy relingu, patrząc w stronę ciemnego masywu Cat 

Island. Słysząc zbliżającego się Manninga odwrócił się. - To 

już niedaleko, Harry. Chciałbym, żebyś znowu przejął ster. 

Umiejętności Paco są ograniczone. W odpowiednim czasie 

powiem ci, jak płynąć. 

Manning zajął miejsce Kubańczyka. Mimo iż księżyc 

skrył się za chmurami, widoczność była zadziwiająco dobra, 

tak że Manning mógł wskazać dokładnie każdą rafę i każdą 

wyspę, jak gdyby przesuwał palcem po mapie. 

Przepłynęli między dwoma wysepkami, zza których 

wynurzyło się cielsko Jackson Cay. Viner wszedł do ste­

rówki. - Za chwilę ujrzysz migoczące zielone światło. Płyń 

na nie, ale wolno. Ten kanał jest wąski. 

Manning zredukował szybkość i płynął wzdłuż skał 

w kierunku rafy. Na szczycie klifu dostrzegł samotny dom, 

a tuż pod nim mrugające w ciemnościach zielone światło. 

- Jesteśmy bardzo blisko skały - stwierdził. 

- Kanał kończy się jaskinią - odparł Viner. - Nie 

masz się czym przejmować. Po prostu płyń na światło. 

Skały piętrzyły się wysoko z obu stron, nagle morze 

wzburzyło się i łódź wpłynęła w łukowatą ciemność. Zielone 

światło zainstalowane na końcu kamiennego falochronu 

było z pewnością kierowane przez mechanizm zegarowy. Na 

niewielkiej przystani cumowała jedna tylko łódź, czter-

dziestostopowy diesel kremowej barwy z czerwonym pasem 

biegnącym wzdłuż linii wodnej. Gdy Grace Abounding 

podpłynęła bliżej, Paco złapał cumę i zeskoczył na ląd. 

Manning wyłączył silniki, wyszedł na pokład i niespo­

dziewanie poczuł ostry chłód wilgotnego powietrza. 

- Proszę przodem - rzekł Viner i szerokim gestem 

wyciągnął rękę ponad relingiem. 

Gdy Manning znalazł się na falochronie, pozostali 

członkowie wyprawy wyszli z kabiny i dołączyli do niego. 

167 

background image

Ciąg kamiennych schodów ginących w mroku nad ich 

głowami prowadził na ląd. Manning ruszył znużony pod 

górę, depcząc po piętach Vinerowi. 

Na szczycie schodów Niemiec otworzył drzwi prowa­

dzące do wyłożonego kamiennymi płytami przejścia. Ruszył 

przed siebie, otworzył kolejne drzwi i pokonawszy kilka 

stopni wszedł do obszernego hallu. 

Pomieszczenie było urządzone z dużym smakiem, pod­

łogę wyłożono dywanami, na ścianach pyszniła się dębowa 

boazeria. Viner otworzył kolejne drzwi i wszedł do pokoju, 

w którym było dwóch ludzi, bez wątpienia Kubańczyków. 

Jeden z nich siedział przy radiostacji ze słuchawkami na 

uszach, drugi pisał coś za biurkiem. Spostrzegłszy przyby­

łych wstał i uśmiechnął się. - A więc udało się zgarnąć 

wszystkich? - powiedział po hiszpańsku. - Mieliście jakieś 

problemy? 

- To było naprawdę całkiem proste, drogi Vargasie -

odparł Viner w tym samym języku. - Wzięliśmy Ameryka­

nina, zanim zdążył skontaktować się z British Intelligence 

w Nassau. Czy pułkownik chce ich zobaczyć? 

Vargas potrząsnął głową. - Tylko senior Manning 

proszony jest dalej. Pozostałych trzeba na razie odstawić na 

dół. Zechce się pan tym zająć? 

Gdy Viner odwrócił się, by wydać Hansowi i Charliemu 

stosowne rozkazy, Vargas przemierzył pokój, otworzył ko­

lejne drzwi i zamknął je za sobą. Kilka chwil później wrócił. 

- Tędy, senior Manning. 

Kiedy Manning poszedł we wskazanym kierunku, Viner 

ruszył jego śladem, ale Vargas zatrzymał go. - Nie teraz, 

Viner. Pułkownik życzy sobie widzieć seniora Manninga na 

osobności. 

Viner wzruszył ramionami, zawrócił i Manning sam 

wszedł do pokoju. Kiedy drzwi zamknęły się za nim, jego 

oczom ukazał się duży, komfortowo urządzony pokój. 

168 

background image

Ściany pokrywały regały z książkami, a na ogromnym 

kamiennym kominku pogodnie trzaskał ogień. 

Niemal w tym samym momencie Manningowi wydało 

się, że ściany falują i lada chwila zwalą mu się na głowę. 

Starał się oddychać głęboko, walcząc z ogarniającymi go 

ciemnościami, usiłując zachować resztki zdrowego rozsąd­

ku. Gdy odzyskał ostrość widzenia, musiał uznać, że oczy go 

nie myliły. 

Po przeciwnej stronie pokoju za szerokim biurkiem 

siedziała Maria Salas. 

background image

ROZDZIAŁ XVIII 

Celem terroryzmu 

jest terror 

Za nią widniała wygięta w łuk szklana tafla, przez którą 

widać było najdrobniejsze rzeczy. Słychać było też szum fal 

rozbijających się o przybrzeżne skały i czuć woń ogrodowych 

krzewów. 

- Lepiej się czegoś napij, Harry. Nie wyglądasz do­

brze. 

Na niewielkim stoliku stało kilka szklaneczek i butelek 

z różnoraką zawartością. Manning zdecydował się na dużą 

porcję rumu. Opróżnił szklaneczkę jednym haustem, napeł­

nił ją ponownie i obrócił się w stronę Marii. 

Ubrana była w stylu wojskowym. Miała na sobie 

piaskową koszulę, rozchyloną pod szyją, i wąskie spodnie 

khaki. Włosy związała z tyłu czerwoną tasiemką, która 

stanowiła jedyny kobiecy akcent w całej jej postaci. Gdy 

obrzuciła go poważnym spojrzeniem, jej twarz była spokoj­

na, niczym nie zmącona. 

- Muszę przyznać, że wyglądasz nadspodziewanie 

dobrze - powiedział Manning opadając na krzesło po 

przeciwnej stronie biurka. 

- Czego nie mogę powiedzieć o tobie - odparła. 

W tej sytuacji nic dziwnego. Sporo się wydarzyło od czasu, 

kiedy ostatnio byliśmy razem. 

- W łóżku, o ile sobie dobrze przypominam -

170 

background image

stwierdził sucho. - Viner, zanim mnie tu przyprowadził, bez 

przerwy mówił o jakimś pułkowniku. Czyżby to ty? 

- Jestem podpułkownikiem wywiadu Armii Kubań­

skiej - odparła spokojnie. - Dowódcą grupy na Wyspach 

Bahama. 

- Od samego początku? Od tego dnia, kiedy cię 

poderwałem w zatoce na łodzi pełnej uciekinierów? 

- Tak. 

- A Viner? 

- Kiedy już poznałam jego przeszłość, nietrudno było 

go złapać w naszą sieć. 

- A co ze mną? Kiedy ja się w to wplątałem? 

- Ty też byłeś przydatny, Harry. 

Przez chwilę siedział ze zmarszczonymi w zamyśleniu 

brwiami, potem pojął znaczenie jej słów. 

- Ach, oczywiście. Stary dobry Sanchez i listy do 

twojej matki, które przez niego przesyłałem. 

- Nie wszystko da się przekazać przez radio. Nawet 

szyfrem. 

Manning podniósł się, podszedł do stolika i wziął 

butelkę z rumem. 

- A tak dla wyjaśnienia... Co naprawdę stało się tej 

nocy, kiedy wyjechałaś? 

Maria wyciągnęła papierosa ze srebrnego pudełka stoją­

cego na biurku, zapaliła go i odchyliła się na oparcie krzesła. 

- Kilka różnych rzeczy. Likwidacja Miguela de Rod-

rigueza była planowana od kilku dni. Ale ja nie mogłam być 

z tym w żaden sposób powiązana. 

- Więc użyłaś do tego Garcię? 

- Przydał się wreszcie do czegoś. To zdrajca własnego 

kraju. Myślał, że w ten sposób zdoła okupić swój powrót. 

- A dlaczego wszystko wskazywało na to, że byłaś na 

łodzi? 

Maria wzruszyła ramionami. - Robiło się gorąco. 

171 

background image

Wiedzieliśmy, że Morrison jest człowiekiem CIA. Kiedy 

przybył na Spanish Cay, nie byłam pewna, czy nie wpadł na 

mój trop. Gdyby tak, moja śmierć powinna była go przeko­

nać o mojej niewinności. Zresztą, tak czy inaczej, nadszedł 

już czas, bym odeszła. 

Manning począł widzieć rzeczy jasno. - Przekonałaś 

Jimmy'ego Walkera, żeby ci pomógł? 

Maria skinęła głową. - Powiedziałam, że zbyt poważ­

nie potraktowałbyś moje odejście. Że gdybyś wiedział 

o moim wyjeździe do Miami, szukałbyś mnie tam. 

- Więc nawet nie weszłaś na łódź? 

Maria potrząsnęła głową. - Biedny Jimmy. Myślał, że 

będę na niego czekała w jego letnim domu na plaży. 

Następnego dnia miał mnie zawieźć do Vera Cruz. 

Przed oczami Manninga ponownie stanęła na chwilę 

biała twarz okolona włosami łagodnie falującymi w zielonej 

wodzie. Poczęła dławić go złość. 

- On cię kochał, Mario. Czy to dla ciebie nic nie 

znaczyło? 

- Miguel de Rodriguez musiał umrzeć. Był wrogiem 

stanu. Zdrajcą. Według każdego wolnego Kubańczyka. 

- Na łodzi było jeszcze troje ludzi. Oni też musieli 

umrzeć? 

- Pożałowania godna konieczność. Musimy pokazać 

naszym wrogom, że znamy się na rzeczy. 

- I dlatego zamordowałaś niewinnych. 

- Celem terroryzmu jest terror. To jedyny sposób, 

w jaki mały kraj może próbować pokonać imperium. Są to 

słowa Lenina. 

- Ostatni frazes zabrzmiał najlepiej - odparł Man­

ning. - Słuchaj, Mario, puścimy to w niepamięć. - Nagle 

wypełniło go uczucie rozgoryczenia. - Rany boskie! Musieli 

nad tobą nieźle popracować! 

- Nie musieli - odparła z tym samym nienaturalnym 

172 

background image

spokojem. - Pracuję dla narodu. Dla osiągnięcia ostatecz­
nego celu żadna ofiara nie jest zbyt wielka. 

Działanie rumu, świadomość zamknięcia pozbawiły 

Manninga zwykłej odporności, wydało mu się, że wszystko 
drga, zmienia kształty, jak gdyby nie było rzeczywiste. Czuł 
się tak, jakby stał gdzieś z boku i tylko przyglądał się temu 

wszystkiemu niczym jakimś bezsensownym wydarzeniom 
z nocnego koszmaru, nie mającym ani początku, ani końca. 

- Mój ojciec był dobrym człowiekiem - zaczęła. -

Prawnikiem. Pomagał biednym i bronił więźniów politycz­
nych, kiedy nie można było już znaleźć dla nich żadnego 
obrońcy. Gdy miałam trzynaście lat, tajna policja Batisty 
zabrała go pewnej nocy. Nie dotarł nawet do posterunku. 
Powiedzieli, że został zastrzelony podczas próby ucieczki. 

- Nie zamierzam bronić reżimu Batisty - stwierdził 

Manning. - Nie zrobi tego nikt z odrobiną oleju w głowie od 
prezydenta Stanów Zjednoczonych począwszy. 

- Później, jeszcze tej samej nocy, wrócili do naszego 

domu, żeby przejrzeć dokumenty ojca ciągnęła. - Sześciu 
z nich zabrało moją matkę do ogrodu. A ten, który został, 
żeby mnie pilnować, włamał się do barku i kiedy się upił, 
zgwałcił mnie. 

Mówiła dalej, ale Manning już nie słuchał. Zamknął 

oczy walcząc z obezwładniającym go śmiertelnym znuże­
niem. W gardle czuł narastającą gulę, która przeszkadzała 
mu oddychać. Nachylił się nad stolikiem, nalał do szklanki 
zimnej wody i przełknął ją szybko. 

Kiedy podniósł wzrok na Marię, na jej twarzy pojawiło 

się coś w rodzaju litości. To wydarzenie nie miało żadnych 
następstw, Harry. Zdarzyło się tyle lat temu. 

Manning potrząsnął głową. - Ale mogło wydarzyć się 

tej nocy. Czy myślisz, że DI ER posługuje się innymi 
metodami niż tajna policja Batisty? Castro wykorzystał całą 
zgniliznę starego reżimu i jeszcze dodał trochę od siebie. 

173 

background image

Maria poderwała się na równe nogi uniesiona gnie­

wem. - Zabraniam ci tak mówić! Zabraniam! Byłam 

w górach z Fidelem. Wiem, że to wielki człowiek. 

- Pani pułkownik zabrania i wszystko jest już 

w porządku - powiedział miękko. 

Maria wyszła na taras i oparła się o barierkę. Po chwili 

dołączył do niej Manning. Gdy zajął koło niej miejsce, 

odniósł wrażenie, iż unoszą się w powietrzu. Ciemności 

emanowały wonią kwiatów, a wielka czara nieba stykała się 

z morzem. Gwiazdy spoglądały w nieskończoność. 

- Co teraz będzie? - zapytał. 

- Wrócicie do San Juan. Wszyscy. 

- I staniemy przed sądem za zdradę stanu? 

Potrząsnęła głową. - To niemożliwe. 

- Ależ możliwe - sprzeciwił się. - Trzeba rozważyć 

sprawę Orłowa. Jaka szkoda, że nie możesz urządzić jednej 

z tych prawdziwie demokratycznych rozpraw, które są tak 

cenione w obecnych czasach w Hawanie. Zbiera się sąd, 

najlepiej w parku, tak żeby każdy mógł widzieć, iż sprawie­

dliwości stało się zadość. 

- Doczekasz się swojej sprawy. Na Kubie sprawie­

dliwość jest dzisiaj dla wszystkich. 

Szczery fanatyzm był czymś nie do zniesienia dla 

Manninga. Westchnął głęboko i potrząsnął głową zrezygno­

wany. 

- Przekonałaś mnie, Mario. Kiedy ruszamy? 

- Jutro wieczorem. Wyruszymy wszyscy razem. Zada­

nie bojowe zostanie wykonane. 

- Nie śpieszycie się. Z tego, co mówił mi Morrison, 

ostatnio trochę przesadziliście. Zdaje się, że może wam się 

zrobić gorąco. 

- Zanim do tego dojdzie, będzie już za późno. O wiele 

za późno. 

Pomimo wielkiego spokoju, z jakim to mówiła, w głosie 

174 

background image

jej pojawił się dziwny sygnał ostrzegawczy, którego ukrytego 

znaczenia Manning nie mógł zignorować. 

- Powiada się, że nie należy kusić losu zbyt często. 

- Chodzi ci o bazy? - Potrząsnęła głową. - Tym 

razem gra idzie o większą stawkę. 

- A cóż to takiego? 

Uśmiechnęła się po raz pierwszy tego wieczora. - Dean 

Rusk i lord Home. 

Zdawało się, że cały świat wstrzymał oddech. Manning 

spojrzał na jej spokojną, zdecydowaną twarz i niemal 

instynktownie chwycił ją za gardło. 

Nie zrobiła żadnego ruchu, żeby się obronić, gdy wtem 

ostro trzasnęła odbezpieczana broń i z cienia wynurzył się 

wysoki, śniady Kubańczyk w marynarskiej kurtce z ręcznym 

pistoletem maszynowym w rękach. 

Manning rozluźnił uścisk. 

Dziewczyna potrząsnęła głową. - Sądziłeś, że jestem 

szalona? 

Nie czekając na odpowiedź odwróciła się i weszła 

z powrotem do pokoju. Manning stał tam jeszcze przez 

chwilę, wpatrując się w ciemności i rozważając potworność 

tego, czego chciała dokonać. Kiedy wreszcie wszedł do 

środka, Maria znowu siedziała za biurkiem. 

Manning okrążył biurko i stanął przed nią twarzą 

w twarz. - Nie uda ci się, Mario. Nikt nie przedostanie się 

przez te zabezpieczenia, które ci dwaj będą mieli wokół 

siebie. 

- Wszystko jest możliwe, tylko trzeba to dobrze 

zaplanować. - Otworzyła szufladę, wyciągnęła z niej mapę 

i rozprostowała ją na blacie. - Tu jest Nassau. Piętnaście mil 

dalej leży Lyford Cay, gdzie spotkają się Rusk i Home. Jutro, 

koło drugiej po południu, wybiorą się na małą wycieczkę 

jachtem z silnikiem Diesla. O trzeciej rzucą kotwicę przy 

czerwonej boi specjalnie umieszczonej w tym miejscu kanału, 

175 

background image

by obejrzeć pokaz jazdy na nartach wodnych. Jak widzisz, 

znamy ich każdy ruch. 

- I sądzisz, że pozwolą wam zbliżyć się na tyle, byście 

mogli coś przedsięwziąć? 

- Nie musimy nawet tam być - wyjaśniała cierpli­

wie. - Jutro o świcie będę nurkowała przy Lyford Cay. 

- O świcie? -- Zmarszczył brwi. - Nie rozumiem. 

- Jeszcze zrozumiesz, Harry. Zapewniam cię. Będą 

o tym pisały wszystkie gazety. - Przycisnęła brzęczyk na 

biurku. W tej samej chwili otworzyły się drzwi i wszedł 

Vargas. - Seńor Manning nie będzie mi już potrzebny. 

Możesz go umieścić z innymi. 

Manning zrobił krok w jej stronę. - Mario, na litość 

boską, posłuchaj mnie... - Ale tracił czas na próżno. 

Mężczyzna z tarasu wszedł do środka, a Maria przysunęła do 

siebie kartkę papieru i odkręciła pióro. Manning popchnięty 

raptownie obrócił się i ruszył za Vargasem do drugiego 

pokoju. 

Na krawędzi biurka siedział Viner paląc papierosa. 

Uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie. - Życie jest pełne 

niespodzianek, prawda, Harry? 

Manning zignorował tę zaczepkę i poczęstował się 

papierosem z paczki leżącej na blacie. - Ona jest szalona. 

Wszyscy macie nie po kolei, jeśli wam się wydaje, iż zdołacie 

czegoś dokonać. 

Viner podał mu ogień. - Myślę, że możesz być 

zaskoczony, Harry. To naprawdę niezły plan. 

- Musiałby być genialny. 

Człowiek z ręcznym pistoletem maszynowym sztur­

chnął Manninga lufą i ten ramię w ramię z Vinerem ruszył do 

drzwi. Minęli hall i zeszli po schodach na tyłach domu. 

Na dole znajdowała się obszerna, biało otynkowa­

na piwnica, która służyła kiedyś jako skład wina, jasno 

oświetlona gołą żarówką. Dwaj ludzie Vinera, Paco i Char-

176 

background image

lie, siedzieli na podłodze grając w karty, oparłszy broń 

o ścianę. 

Paco zerwał się na równe nogi wyciągając z kieszeni pęk 

kluczy. - Gdzie mam go wsadzić? 

- Razem z jego przyjaciółmi, a jakże! - odparł Vi-

ner. - Znajdziesz tam wszystkich, Harry. Wszystkich poza 

twoją przyjaciółką. Ma do dyspozycji osobną celę. Maria jest 

zadziwiająco purytańska, jeżeli chodzi o te rzeczy. 

Minęli kilkoro drzwi solidnie obitych żelazną blachą. 

W każdych znajdowało się niewielkie zakratowane okienko. 

W jednym z nich mignęła biała twarz Anny. Zatrzymali się 

przy następnych drzwiach. Kiedy je otwarto, Manning 

zdążył dostrzec tylko zarys kilku twarzy, albowiem wep­

chnięto go do środka od razu. Drzwi zatrzasnęły się za nim 

z hukiem... 

Manning zignorował lawinę pytań, by przyjrzeć się 

przez okienko odchodzącemu Vinerowi. Nagle odwrócił się 

i zaśmiał ochryple. 

- Na litość boską, Harry, co się tu dzieje? - zapytał 

Morrison. 

- Cóż... Ironia losu - odparł M anning. - Właśnie do 

mnie dotarło, że dwóch wielkich polityków musi umrzeć, 

ponieważ jakiś pijany wieśniak siedemnaście lat temu zgwał­

cił małą dziewczynkę. 

background image

ROZDZIAŁ XIX 

Podmorski pościg 

Panował przejmujący chłód. Manning siedział pod 

ścianą i palił papierosa Morrisona. Seth i Papa Melos 

zdawali się drzemać, Orłow stał przy okienku i wyglądał na 

zewnątrz, a Morrison chodził bez wytchnienia tam i z po­

wrotem. 

Po chwili przysiadł obok Manninga. - Synu, jeśli stąd 

nie wyjdę, zwariuję. 

- Takie gadanie nic nam nie pomoże. Która godzina? 

Morrison spojrzał na świecące wskazówki zegarka. -

Druga w nocy. 

- Niedługo będą wypływać - stwierdził Manning. -

Jeśli chcą być przy Lyford Cay o świcie. Mają trzy godziny 

drogi. 

- Chciałbym tylko wiedzieć, co zamierzają zrobić, 

kiedy już tam dotrą. 

- Może chcą umieścić minę w kanale. To by pasowało 

do stwierdzenia, że nie będzie ich tam, kiedy coś się stanie. 

- Ale tym kanałem pływa wiele jednostek - sprze­

ciwił się Morrison. - Jeszcze nigdy nie słyszałem o minie, 

która mogłaby wybierać sobie ofiarę. - Zerwał się na równe 

nogi. - Boże! Zimno mi się robi na samą myśl o tym. Czy ci 

szaleńcy nie wiedzą, co robią? Przecież to najprostsza droga 

do rozpętania wojny światowej. Nikt im nie uwierzy, że 

zrobili to na własną rękę. 

178 

background image

- Może właśnie o to im chodzi. Podejrzenie automa­

tycznie pada na Rosjan. 

- A my siedzimy w tej klatce... Co ja bym dał za to, 

żeby mieć teraz broń... - powiedział Amerykanin. 

- Anna ma - poinformował go Manning. - Widzia­

łem, jak na łodzi wyjęła z szuflady mojego smitha and 

wessona. 

- To dlaczego go nie użyła, do cholery? 

- Ciesz się, że była na tyle rozsądna i nie próbowała. 

Nie osiągnęłaby wiele przeciwko ręcznym karabinom maszy­

nowym. A może pan miałby ochotę spróbować? 

- W tym wypadku naprawdę mógłbym. 

Manning odwrócił się do Orłowa, który ciągle pełnił 

wartę przy drzwiach. - Co się tam dzieje? 

- Nic specjalnego. Mają butelkę whisky. Wypili już 

chyba połowę. Tubylec znosi to lepiej niż Paco. 

- Mówi coś ciekawego? 

Orłow wzruszył ramionami. - To co zwykle w takich 

okolicznościach. Doświadczenia z kobietami i tak dalej. 

Wygląda na to, że Paco miał zamiar zabawić się z Anną, ale 

Charlie właśnie skończył mu wyjaśniać, jak niemiłe będą 

konsekwencje, kiedy pułkownik dowie się, że jej dotknął. 

- Dzięki Bogu chociaż za to - westchnął Manning. 

W tej chwili na schodach dały się słyszeć kroki. 

Manning podszedł do okienka i ujrzał, jak Viner, który 

właśnie pojawił się w polu jego widzenia, mówi coś do 

Charliego. Ten pośpiesznie złapał swój karabin maszynowy 

i wspiął się po schodach na górę. Niemiec zbliżył się do drzwi 

ich celi. 

- Sądzę, że mogę cię poinformować, iż właśnie wypły­

wamy, Harry. Ale nie martw się. Wrócimy przed południem. 

- Na twoim miejscu nie liczyłbym na to - powiedział 

Manning. Niemiec zachichotał i odszedł. 

Kilka minut później Manning usłyszał głuchy dźwięk 

179 

background image

zapuszczanych silników dieslowskich, a kiedy przytłumiony 

warkot oddalił się, nastał nienaturalny spokój. Paco wy­

ciągnął skądś butelkę whisky, którą schował pośpiesznie 

przed Vinerem, i podniósł ją do ust. 

Manning odwrócił się i usiadł obok Morrisona. - Na 

miłość boską, niech pan mi da papierosa. 

Siedzieli w ciemnościach i czuli, jak z każdą chwilą siły 

opuszczają ich zmęczone ciała. Nie mogli nic zrobić. Zupeł­

nie nic. I wtedy Paco zaczął śpiewać. 

Zgromadzili się przy okienku, by go obserwować. Był 

bardzo pijany. Złapał butelkę za szyjkę i przytknął do ust. 

Alkohol chlusnął mu na twarz zalewając nawet koszulę. 

Paco wybuchnął pijackim śmiechem. 

Butelka była już pusta. Rzucił nią o ścianę, a potem 

zataczając się dotarł do drzwi celi Anny. Stał przed nimi 

kołysząc się niepewnie na nogach. 

Querida, moja malutka. Bądź dobra dla Paco. 

Chodź tutaj. 

Manning zacisnął kurczowo ręce na prętach, usiłując 

pohamować wściekłość. Po twarzy Paco, tłustej i obrzy­

dliwej, spływał pot zmieszany z whisky. Nagle strażnik 

zaśmiał się, poszperał w kieszeni i wyciągnął z niej pęk 

kluczy. 

- No, oczywiście. Co za idiota ze mnie. 

Z celi Anny nie dobiegał żaden dźwięk. Paco otworzył 

zamek, pchnął drzwi z takim impetem, aż żelazne obicie 

zadzwoniło o kamienną ścianę, i wszedł do środka. 

Anna wydała jakiś nieartykułowany okrzyk, a zaraz 

potem dał się słyszeć wściekły wrzask Paco. W chwilę później 

dziewczyna potykając się wypadła z celi. Sukienkę miała 

rozerwaną od ramienia po talię, ale w prawym ręku trzymała 

smitha and wessona. Kiedy Paco wytoczył się za nią z celi, 

poderwała ramię do góry i strzeliła mu prosto w głowę. 

Musiał umrzeć natychmiast. Dziewczyna przestąpiła 

180 

background image

nad jego ciałem nie patrząc na nie i wyciągnęła z zamka pęk 

kluczy. Za czwartym razem trafiła na właściwy i drżącymi 

z pośpiechu palcami obróciła go w zamku ich celi. Przez 

krótką chwilę popatrzyła w górę na zakratowane okienko 

i napotkała wzrok Manninga. Trwało to tylko sekundę. 

Manning wypadł na zewnątrz i pobiegł przez piwnicę. 

Złapał po drodze ręczny karabin maszynowy, odbezpie­

czył go i ruszył schodami w górę. W połowie drogi natknął się 

na smagłego Kubańczyka, który kilka godzin temu stał na 

tarasie pokoju Marii, biegnącego z gotową do strzału bronią. 

Manning skoczył do tyłu, wystawił zza ściany tylko lufę 

i strzelił. Usłyszał krzyk, potem Kubańczyk ześliznął się ze 

schodów głową do dołu, w końcu wywinął koziołka i znie­

ruchomiał w piwnicy. 

Morrison podniósł jego pistolet. - Co teraz? 

- W pokoju na górze jest radionadajnik. Może spró­

bujemy z niego skorzystać? 

- Ta propozycja brzmi sensownie. 

Manning pokonał biegiem schody i wyjrzał ostrożnie 

zza rogu, upewnił się, że hall jest pusty, i skinął na 

pozostałych. Kiedy dołączyli do niego, przebiegł przez hall 

zatrzymując się pod drzwiami odpowiedniego pokoju. To­

warzyszył mu Morrison. Manning przekręcił ostrożnie klam­

kę i otworzył drzwi z rozmachem. 

Radiooperator był sam. Odwrócił się akurat w chwili, 

gdy Morrison wbiegł na środek. - Rób, co ci każę, to nic ci 

nie będzie. 

Kubańczyk działał bez namysłu. Jego ręka automa­

tycznie sięgnęła po broń opartą o biurko, nie zostawiając 

Manningowi wyboru. Puścił serię, która obróciła mężczyznę 

wokół własnej osi i zostawiła w nadajniku co najmniej tuzin 

dziur. 

W tej samej chwili z drugiego końca korytarza dobiegły 

ich gęste strzały. Zanim Manning zdążył się odwrócić, kule 

181 

background image

zagrzechotały o ścianę. Papa Melos krzyknął z bólu i przy­

cisnął kurczowo zranioną rękę. 

- Zabierz ich pan stąd! - ryknął Manning do Orło­

wa. - Spróbujcie się dostać na łódź. Będę was osłaniał. 

Kiedy na końcu korytarza ukazała się jakaś głowa, 

Manning wystrzelił w jej kierunku długą serię. Za nim Orłow 

i Seth ciągnęli starego człowieka w bezpieczniejsze miejsce, 

przed nimi biegła Anna. 

Kilka chwil później Rosjanin krzyknął do nich z otwar­

tego przejścia. Manning i Morrison strzelali razem, wyco­

fując się powoli, potem odwrócili się i biegiem wydostali 

poza zasięg ognia. 

Zaryglowali drzwi od wewnątrz i pobiegli przez piwnice 

w kierunku schodów prowadzących do przystani. W dole 

zielone światło dalej migotało monotonnie, a Grace Aboun­
ding

 kołysała się leciutko na wodzie w rytm fal napływa­

jących przez wejście do jaskini. 

Kiedy znaleźli się już na dole, usłyszeli ciężki łomot 

dobiegający od zaryglowanych drzwi. Orłow i Seth deli­

katnie opuścili starego na pokład, Manning rzucił swój 

karabin Rosjaninowi i pobiegł do sterówki. 

Silniki z kaszlnięciem wróciły do życia. W tym samym 

momencie rozległy się krzyki i na górnych stopniach poja­

wiło się kilku mężczyzn. Gdy zaczęli strzelać, Manning cofał 

łódź na pełnych obrotach. Kule strzaskały jedną z szyb 

w oknach sterówki pokrywając ją odpryskami. Orłow 

i Morrison otworzyli ogień w odpowiedzi. W chwilę później 

byli już na morzu. 

Wiał dość silny wiatr, z którym przez stłuczoną szybę 

wpadały krople morskiej wody, mocząc Manningowi głowę 

i ramiona. Chłód i słony smak w ustach przywróciły go do 

życia. Stopniowo zwiększył moc silników do maksimum. 

182 

background image

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i pojawił się w nich 

Seth. - Obejrzałem łódź pobieżnie, Harry. Nie znalazłem 

żadnych uszkodzeń kadłuba. Sterówka dostała chyba naj­

bardziej. 

- Co ze starym? 

- Mogło być gorzej. Kula przeszła na wylot przez 

przedramię. Zajmują się nim córka i pan Orłow. 

- A co z Morrisonem? 

- Próbuje złapać Nassau przez radio. Ostatnio, kiedy 

go widziałem, nie osiągnął zbyt wiele. 

Manning włączył światło i pochylił się nad mapą. 

Niespodziewanie spadło na nią kilka kropel jasnej krwi. Na 

twarzy Setha pojawił się wyraz przerażenia. 

Manning przesunął ręką po twarzy, dopiero teraz 

zdając sobie sprawę z bólu. Najwyraźniej odłamek rozbitej 

szyby rozciął mu policzek. 

- Przyniosę ci plaster z apteczki - powiedział Seth 

i wyszedł na pokład. 

Manning ponownie pochylił się nad mapą. Szybko 

określił aktualną pozycję i naszkicował kurs. Właśnie skoń­

czył obliczenia, gdy wszedł Morrison. 

- Jak tam z radiem? Udało się? 

Amerykanin pokręcił głową. - Wystarczyło zajrzeć do 

środka. Brakuje kilku lamp. Ktoś zadbał o to, żeby nie 

można już było z niego korzystać. Co teraz? 

- To zależy od pana. Wyznaczyłem kurs na Lyford 

Cay przechodzący około piętnastu mil na wschód od Johns­

town Harbour. Jeżeli jeszcze trochę go przesunę, może pan 

stamtąd zawiadomić Nassau. 

- A tamtym zostawić całkowitą swobodę? - Morri­

son potrząsnął głową. - Nie jestem specjalnie szczęśliwy 

z takiego obrotu rzeczy, ale nie możemy tracić czasu na zmia­

nę kursu. Mam niejasne przeczucie, że mogą rzeczywiście 

osiągnąć swój cel. Lepiej będzie, gdy popłyniemy za nimi. 

183 

background image

- W porządku - zgodził się Manning. - Jeżeli 

pogoda się utrzyma, mamy duże szanse złapać ich przed 

świtem. Musimy do nich dotrzeć, zanim skończą to, co chcą 

zrobić, cokolwiek by to było. 

- Jest pan pewien, że możemy ich dogonić? Mają nad 

nami prawie godzinę przewagi, niech pan o tym nie zapo­

mina. 

Manning dotknął z czułością jednej ze ścian sterówki. -

Miałem do czynienia z łodziami od dzieciństwa, Morrison. 

Pływałem na nich od zawsze. Grace Abounding jest najlep­

szym stateczkiem, jaki kiedykolwiek widziałem. Dowiezie 

nas na miejsce o czasie. 

W tym momencie wszedł Seth i przerwał im rozmo­

wę. - Niech pan przejmie ster na chwilę, panie Morrison. Ja 

się zajmę rozciętym policzkiem. 

Manning usiadł i zwrócił twarz do światła. Seth przemył 

rozcięcie gazą zwilżoną środkiem antyseptycznym i zakleił je 

plastrem. 

- Wyglądasz jak nowo narodzony. 

Manning-znowu zajął się kołem sterowym, Morrison 

zapalił papierosa. - A co będzie, jeśli przybędziemy za 

późno? Jeśli będą już pod wodą? Mówiła, że będą nurkować. 

Przypomina pan sobie? 

- Popłyniemy za nimi. - Manning odwrócił się do 

Setha. - Wyciągnij cały sprzęt do nurkowania i sprawdź go. 

Przede wszystkim akwalungi! 

- Mamy trzy, ale nie wiem, co z zapasowymi but­

lami. Pan Morrison korzystał z jednej przez jakąś go­

dzinę. 

- Sprawdź to wszystko i powiedz mi, na czym stoimy. 

Seth skinął głową i wyszedł. Morrison pochylił się nad 

mapą i przesunął palcem po naznaczonym kursie. Był 

zdenerwowany. Podniósł zaniepokojoną twarz i zatrzymał 

spojrzenie na Manningu. 

184 

background image

- Jeżeli naprawdę przyjdzie nam zejść za nimi w dół, 

może być niełatwo. 

Manning wzruszył ramionami. - Widzi pan jakieś inne 

wyjście? Szczerze mówiąc, będzie to największa na świecie 

afera od czasu kryzysu kubańskiego. 

Morrison skinął potakująco głową. - Ma pan rację. To 

jedyna możliwość. 

- Oczywiście, że mam. - Manning wyszczerzył 

w uśmiechu wszystkie zęby. - Niech pan pomoże Sethowi 

z tym sprzętem i przestanie się martwić o wszystko. 

Wiatr znowu wniósł do sterówki drobne kropelki wody, 

Manning otarł wilgoć z oczu, a potem siadł przy kole 

sterowym trzymając go w mocno zaciśniętych dłoniach. 

Księżyc już zaszedł i choć widoczność była doskonała, 

Manning natężał wzrok. Raptem drzwi otworzyły się 

i wszedł Orłow. 

- Jak się czuje Papa Melos? - zapytał Manning. 

- On jest niezniszczalny. Teraz śpi. 

- Dzięki Bogu. Już wystarczająco się nacierpiał w tej 

całej awanturze. 

- A więc zaczynamy podmorską pogoń? 

Manning spojrzał na niego zaskoczony. - Rozmawiał 

pan z Morrisonem? 

Rosjanin przytaknął. - Chciałbym zejść z wami pod 

wodę. Mógłbym się do czegoś przydać. Umiem sobie radzić 

z akwalungiem. 

- W jakim stopniu? 

Orłow wzruszył ramionami. - Moje szkolenie obejmo­

wało między innymi ćwiczenia na morzu. Coś około pięciu 

lat temu. W większości na Morzu Czarnym, ale kiedy już 

znalazłem się na Kubie, również sporo czasu spędzałem w 

wodzie. 

Manning uśmiechnął się szeroko. - Właśnie został pan 

awansowany. 

185 

background image

Orłow odwzajemnił mu się uśmiechem. - Cieszę się, że 

pan się zgodził. Nalegałbym aż do skutku. Teraz, jeśli nie ma 

pan nic przeciwko temu, przejmę ster na jakąś godzinę. Anna 

przygotowała kawę na dole. 

Manning nawet nie próbował protestować. Oczy powoli 

zaczynały mu odmawiać posłuszeństwa, a dokuczliwy ból 

w policzku nie bardzo pozwalał skupić myśli na czym­

kolwiek. Ruszył wzdłuż pokładu i zanim zszedł na dół, 

zatrzymał się na chwilę przy relingu. 

Seth i Morrison sprawdzali sprzęt do nurkowania, 

rozłożywszy go na stole i na podłodze salonu. Znajdowały się 

tam również dwa nowiuteńkie pistolety harpunowe. Man­

ning podniósł jeden z nich i zmarszczył czoło w niemym 

zdziwieniu. 

- A to skąd się tu wzięło? 

- Pan Morrison kupił je, gdy ciebie nie było. 

- Co z butlami? 

Seth pokręcił głową. - Nie najlepiej. Starczy na jakieś 

czterdzieści minut dla każdego akwalungu. Nie dłużej. 

- Będziemy musieli się spieszyć. - Manning zwrócił 

się do Morrisona. - Przy okazji, jeżeli będziemy nurkować, 

Orłow zejdzie z nami. Wygląda na to, że jest czymś w rodzaju 

eksperta. 

- Wspominał mi o tym - odparł Morrison. - Niezły 

facet z tego Rosjanina. 

- Skromnie powiedziane - stwierdził Manning. 

Manning wszedł do kuchenki akurat w tym momencie, 

w którym Anna wychodziła z przedniej kabiny. Miała bladą 

twarz i ciemne półkola pod oczami. 

- Strasznie wyglądasz - powiedział Manning. -

Powinnaś się trochę przespać. 

Nalała nieco kawy do filiżanki i podała mu. - Słysza­

łam rozmowę Morrisona i Siergieja. Wiem, co zamierzacie. 

Nie powinniście tego robić. 

186 

background image

Manning zmarszczył brwi. - Nie rozumiem. 

- Wszyscy powariowaliście. Nawet nie zauważyłeś, 

kiedy przyjąłeś wyzwanie. Ta kobieta cię całkowicie ogłupiła. 

I teraz znowu będziesz ryzykował życie, ponieważ zraniła 

twoją próżność. 

Anna była bliska łez. Manning pokręcił głową w za­

dumie. 

- Ona już nic dla mnie nie znaczy. Gdyby mnie ktoś 

pytał, Maria Salas zginęła przy Blackstone Reef pięć dni 

temu. 

Dziewczyna odwróciła się raptownie i uciekła do kabi­

ny, zatrzaskując za sobą drzwi. Manning skończył kawę 

i wrócił do salonu. Rozciągnął się na jednej z ław. 

Pięć dni temu. Czyżby tylko tyle? Co znaczy czas, gdy 

wydarzenia następują po sobie ustawicznie, zbliżając każde­

go do kresu jego dni, ustanowionego już na początku 

wszechświata. Manning zamknął oczy i pogrążył się w głę­

bokim śnie. 

background image

ROZDZIAŁ XX 

W błękitnym półmroku 

Ranek wstawał szary i chłodny. Mgła pędzona wiatrem 

długimi szarymi pasmami muskała morze unoszące się 

ciężko. Przy sterze tkwił Seth, a Manning stojąc tuż obok 

popijał gorącą kawę. 

Pod wierzchnim ubraniem, złożonym z drelichów i cie­

płego swetra, miał skafander nurka. Za pasek zatknął nóż 

z korkową rękojeścią, a na nadgarstku umieścił manometr 

i kompas. Odstawił kubek, podniósł lornetkę i przyłożył ją 

do oczu. - Nic nie widać, do diabła. Trzeba się było z tym 

liczyć. 

Na pokładzie pojawił się Morrison zawinięty w stary 

wełniany płaszcz i mimo to szary z zimna. - Myślałem, że 

Wyspy Bahama są słoneczne... 

- I takie są, tylko we właściwym czasie. Widział pan 

kiedyś turystów o tej porze? 

Amerykanin zerknął na zegarek. - Piąta rano. Nie 

zdawałem sobie sprawy, że to tak wcześnie. - Rozejrzał się 

niespokojnie, usiłując przebić wzrokiem szarą mgłę. --

Dziesięć godzin do godziny zero. 

Manning odwrócił się do mapy, obliczał przez chwilę 

pozycję, potem rzucił ołówek. - Powiedziałbym, że jesteśmy 

nie dalej jak kilka mil na południowy południo-zachód od 

Lyford Cay. Seth, wyłącz silniki. 

188 

background image

Manning wyszedł na pokład, kiedy Orłow i Anna 

wynurzyli się z zejściówki. Dziewczyna ubrała się w jeden 

z grubych swetrów Manninga zawinąwszy rękawy. Rosjanin 

miał na sobie spodenki kąpielowe i wiatrówkę. 

- Dlaczego się zatrzymaliśmy? - spytała Anna. -

Jesteśmy na miejscu? 

Manning skinął głową. - Niech wszyscy będą cicho. 

Może coś usłyszymy. 

Łódź uniosła się na grzbiecie fali i opadła w wodną 

dolinę. Manning stał przy relingu nasłuchując uważnie. Fale 

zalewały pokład wodą, która po chwili ściekała z niego 

z sykiem. Gdzieś daleko rozległ się huk, przypominający 

odgłos pioruna. 

- Co to za hałas? - zapytał Orłow. 

- To fale morskie załamują się na skałach przy wys­

pie - odparł Manning. 

Morrison, stojący kilka stóp dalej z lornetką przy 

oczach, wydał cichy okrzyk i podekscytowany wskazał jakiś 

punkt przed sobą. - Chyba coś widziałem. Jakieś pół mili 

dalej. 

Manning wziął od niego szkła i wspiął się na dach 

sterówki. Miejscami wiatr przerzedził już mgłę i można było 

się spodziewać, że w ciągu godziny nie pozostanie po niej 

żadnego śladu. 

Manningowi zdawało się przez chwilę, że dostrzegł 

maszt wystający spośród fal. Grace Abounding zapadła się 

w głęboką dziurę, a potem wydźwignęła na wysoki grzbiet 

fali. Manning poprawił ostrość i nagle poprzez strzępki mgły 

zupełnie wyraźnie zobaczył tuż nad wodą czerwoną linię 

żywo kontrastującą z kremowym kadłubem. Za pomocą 

ręcznego kompasu określił przybliżony kierunek i zeskoczył 

na pokład. 

- Dobra, jest tam. - Zajrzał do sterówki i podał 

Sethowi nowy kurs. - Połowa obrotów, dopóki nie dam ci 

189 

background image

znać. Potem gaz do dechy, a jak znajdziemy się koło ich rufy, 

wyłączysz silniki. - Odwrócił się do Orłowa i Morrisona. -

Lepiej się przygotujmy. 

Zeszli na dół. Papa Melos siedział przy stole popijając 

kawę. Prawe ramię miał na temblaku. Manning otworzył 

szufladę z mapami, wyciągnął pudełko naboi kaliber 38 

i rzucił Morrisonowi. - Niech pan weźmie smitha and 

wessona i zostanie w sterówce z Sethem na wypadek jakichś 

kłopotów. - Spojrzał na Orłowa. - Co z resztą broni? 

- W każdej zostało wszystkiego po parę kul. 

- Więc musimy je dobrze wykorzystać. Kiedy zaczną 

strzelać, pan będzie mnie osłaniał. Ja spróbuję dostać się na 

rufę. 

Odbezpieczył ręczny karabin maszynowy. Kiedy się 

odwrócił, Anna położyła rękę na jego ramieniu. - A co 

z Papą i ze mną? 

- Zostaniecie tu na dole - stwierdził. - I niech się 

żadne stąd nie rusza. Będziemy mieli wystarczająco dużo 

innych zmartwień. 

Dziewczyna czekała przez chwilę na jeszcze jakieś 

słowo, na znak, ale bez skutku. Palce zaciśnięte na ramieniu 

mężczyzny rozluźniły uchwyt i Anna odwróciła się. 

- Nie martw się o nas, synu - powiedział Papa Me­

los. - Nic nam nie będzie. 

Manning wbiegł szybko po trapie na pokład i ruszył do 

sterówki. Posuwali się wytrwale naprzód. Silniki pracowały 

z cichym warkotem. 

Manning poprawił kurs o pół rumbu i stał tuż za 

plecami Setha, usiłując przebić wzrokiem gęstą mgłę. Łódź 

przechyliła się lekko. Przez wybite okno wpadł ostry pod­

much wiatru i w tej samej chwili zniknął sprzed ich oczu 

skrawek szarej wilgotnej zasłony, porwany podmuchem. 

Kubańska łódź znajdowała się jakieś dwieście jardów 

od nich, z prawej burty. Żywe kolory odbijały się wyraźnie 

190 

background image

od szarości poranka. Za nią morze ciężko uderzało o skały 

tworząc białe grzebienie ginące we mgle. Manning klepnął 

Setha po ramieniu. 

Łódź zadrżała i zakołysała się gwałtownie, kiedy Seth 

ruszył naprzód na pełnych obrotach. Dźwięk silników 

przeszedł w głęboki warkot. Manning pobiegł na rufę 

z odbezpieczonym karabinem maszynowym w ręku. 

Marynarz w czerwonej kurtce stojący na śródokręciu 

kubańskiego statku zwijał spokojnie linę. Kiedy niespodzie­

wanie wychynęli z mgły, spojrzał przez ramię i krzyknął 

alarmująco. Przebiegł przez pokład i zaczął się wspinać po 

niewielkim trapie do sterówki. 

Manning widział jeszcze, jak Orłow przyklęka przy 

relingu z ręcznym pistoletem maszynowym gotowym do 

strzału, a potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Seth 

wyłączył silniki i tak ustawił ster, że Grace Abounding skręciła 

ostro na prawą burtę zawadzając o rufę kubańskiego 

stateczku. 

Manning przeskoczył reling, pośliznął się na wilgotnym 

pokładzie i przyklęknął. W tej samej chwili w zejściówce 

ukazał się Charlie, strzelający z biodra z ręcznego pistoletu 

maszynowego. Manning posłał w jego stronę długą serię, 

która odrzuciła Kubańczyka z powrotem do kabiny. 

Silniki kaszlnęły, gdyż mężczyzna w sterówce usiłował je 

uruchomić rozpaczliwie. Orłow puścił w okna pomieszczenia 

dwie krótkie serie. Rozległ się przeraźliwy krzyk i marynarz 

runął w przejściu z jedną ręką zwieszającą się na pokład. 

Manning zbliżył się do zejściówki i zawołał po hiszpań­

sku: - Lepiej wyłaźcie! 

Orłow stanął z drugiej strony wejścia. 

- Ostatnie ostrzeżenie! - krzyknął Manning. 

Strumień kul rozłupał krawędź wejścia. Manning od­

skoczył do tyłu unikając linii strzału. Orłow odwrócił się 

i skoczył przez reling na pokład Grace Abounding. Padł na 

191 

background image

brzuch, poczekał, aż łódź uniosła się do góry na grzbiecie 

większej fali i opróżnił cały magazynek, wstrzeliwując się 

przez jeden z iluminatorów do kabiny kubańskiego statku. 

Rozległ się ostry krzyk i strzały raptownie umilkły. 

Orłow wrócił z powrotem na kubańską łódź i odnalazł 

Manninga. 

- Coś mi się wydaje, że to już wszyscy. 

- A to znaczy, żeśmy się spóźnili - stwierdził Man­

ning. - Oni już robią swoje. - Podał karabin maszynowy 

Rosjaninowi. - Niech pan mnie ubezpiecza. Schodzę na dół. 

Charlie leżał z rozrzuconymi ramionami na ostatnich 

sześciu stopniach trapu, palce rąk zagięły mu się niczym 

szpony. Wszystko było czerwone od krwi. Manning prze­

szedł nad nim i wsunął się do salonu. 

Viner leżał twarzą w dół. Jego osmalona marynarka 

wciąż dymiła, krew przesiąkała właściwie zewsząd. Musiał 

dostać w plecy ostatnią serię Orłowa. 

Kiedy Manning odwrócił go na wznak, Niemiec spoj­

rzał na niego szeroko otwartymi oczami, jak gdyby miał 

kłopoty ze wzrokiem, z trudem zwilżył wargi językiem 

i uśmiechnął się słabo. - A mówiłem jej, że powinna 

was zabić, zanim wypłyniemy. - Pokręcił głową, a na 

jego twarzy pojawił się wyraz zdumienia. - Nie mogę 

w to uwierzyć. Począwszy od zakończenia wojny utrzy­

manie się przy życiu stało się dla mnie czymś w rodzaju 

wyzwania. 

- Dopóki Maria się w to nie wmieszała - dokończył 

poważnie Manning. 

- Jeszcze nie przegrałem. - Niemiec na chwilę przym­

knął oczy, chowając ból pod powiekami, potem otworzył je 

znowu. - Maria popłynęła pod rafę z Hansem i trzema 

Kubańczykami. Po drugiej stronie, w kanale, znajduje się 

czerwona boja, przy której dziś po południu zakotwiczą 

jachty. Zamierzają przymocować do niej ładunek. 

192 

background image

- Do boi? A jak go zdetonują? Mówiła przecież, że ich 

tu nie będzie, kiedy to się stanie. 

- Falą radiową wyemitowaną z nadajnika umieszczo­

nego na łodzi. W ten sposób można zdetonować ładunek 

z odległości pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu mil. - Viner 

potrząsnął głową, a na jego twarzy pojawił się tym razem 

wyraz zakłopotania. - Nie chciałbym tak umierać po tych 

wszystkich łatach. Czy to ma jakiś sens, Harry? 

- Zapal sobie - zaproponował Manning. Przypalił 

szybko papierosa, a gdy wyjął go z ust, oczy Niemca 

zamknęły się i życie uciekło z niego razem z ostatnim 

tchnieniem. 

Kiedy Manning podniósł się, w wejściu stali Orłow 

i Morrison. - Słyszeliście wszystko? 

Morrison skinął głową. - Jedno mnie dziwi. Powie­

dział, że popłynęli pod rafę. Co on miał na myśli? 

Zawrócili i wyszli na pokład. - Znam dobrze to miej­

sce - odparł Manning. - Nazywane jest Katedrą. Ciągnie 

się kilka mil na południe. W środku woda wymyła ogromne 

przejście długości około trzystu jardów, sklepione jak 

w kościele. Po drugiej stronie, w kanale, skały obniżają się 

trochę, a potem schodzą tak nisko, jak jeszcze nigdy nie 

nurkowałem. 

Wrócili na pokład Grace Abounding i zaczęli się rozbie­

rać. 

- Jak pan sądzi, ile zajęłoby nam dotarcie łodzią na 

drugą stronę rafy? - spytał Morrison. 

- Przynajmniej pół godziny - odparł Manning. - To 

bardzo trudny teren. Szybciej będzie, jeśli podążymy za nimi 

pod skałą. Seth poprowadzi łódź naokoło i zabierze nas przy 

boi. 

Seth przyniósł akwalungi i od razu zaczęli je zakładać. 

Jeden z pasków uciekł Manningowi na plecy. Usiłował go 

dosięgnąć, ale nie mógł. Podeszła do niego Anna. 

13 Nocne... 

193 

background image

Gdy Manning zaciskał pas na piersi, dziewczyna zapięła 

mu wszystkie inne po bokach. Podniosła maskę i trzymała ją 

w ręku. Miała zupełnie spokojną twarz i jasne oczy. Raz 

tylko jej palce dotknęły go i zostały tak przez chwilę, potem 

dziewczyna odwróciła się i przyłączyła do ojca, który właśnie 

wyszedł na pokład i stał z Sethem przy sterówce. 

Manning i Morrison uzbroili się w pistolety harpunowe, 

a Orłow umocował zapasowy harpun do sześciostopowego 

bosaka, tworząc w ten sposób prymitywną, lecz groźną 

broń. 

Gdy wszyscy byli już gotowi, Manning skinął na Setha: 

- Jest mgła, więc to potrwa dłużej, ale powinieneś dotrzeć 

do boi w ciągu godziny. Tam się spotkamy. 

Było coś komfortowego w tak zdecydowanym stwier­

dzeniu. Manning szybko pokonał reling i zanurzył się 

w zimnej wodzie. 

W mdłym świetle poranka morze było gamą szarozielo­

nych cieni. Manning zaczekał na pozostałych, by razem 

ruszyć w mleczną, fosforyzującą przestrzeń. Prąd wyniósł ich 

prosto na skałę. Jednym silnym machnięciem płetwy Man­

ning ześlizgnął się gładko w dół pod ogromną, łukowato 

sklepioną skałę zwaną Nawą. 

Rafa ciągnęła się w nieskończoność. Światło przebijało 

się ukośnie przez koralowiec, mieniąc się najróżniejszymi 

barwami, tak że zaczęło się im roić, iż płyną przez wspaniałą 

podmorską katedrę. 

Na razie nie dostrzegli żadnego z przeciwników. Jakiś 

czas później woda zaczęła zmieniać kolor, a po kilku 

minutach poczuli uderzenia przeciwnych prądów i znaleźli 

się w kanale. 

Kiedy Manning wynurzył się na powierzchnię, od razu 

dostrzegł boję, czerwoną kropkę na morzu, jakieś trzysta 

194 

background image

jardów dalej. Automatycznie sprawdził kierunek na kompa­

sie i zanurzył się z powrotem. Morrison i Rosjanin czekali na 

niego, a on skinął na nich i poprowadził. 

Morze zmieniało się zaskakująco szybko. Szarość wy­

płowiała i widoczność przejrzyście zielonej wody była do­

skonała. Rafa została pod nimi z lewej strony. Płynęli 

naprzód w tym przedziwnym świecie ciszy płosząc kolorowe 

ławice ryb. 

Manning spostrzegł przeciwników jak gdyby przez 

niewłaściwy koniec teleskopu, lecz bardzo wyraźnie. Wi­

dział łańcuch boi opadający pionowo ku skośnej ścianie 

rafy i pięć postaci zebranych razem tuż pod powierzchnią 

wody. 

Płynął dalej, niezmiennie spokojny, z odbezpieczonym 

pistoletem harpunowym w ręku, mając Orłowa z jednej, 

a Morrisona z drugiej strony. W chwilę później zauważono 

ich. Natychmiast trzy figurki oderwały się od grupy i ruszyły 

w ich kierunku. 

Manning skupił uwagę na środkowym napastniku. 

Musiał ze sobą walczyć, by nie strzelić zbyt wcześnie 

i zaczekać na przeciwnika. Mężczyzna zawisł na chwilę 

w miejscu, być może wyprowadzony z równowagi ich 

nieugiętą postawą, a potem odbezpieczył pistolet i wystrzelił 

w chmurze srebrnych bąbelków. Manning zgiął się wpół 

unikając zranienia, a przepływając pod napastnikiem zwolnił 

swój harpun. 

Ostrze przeszyło mężczyznę na wylot, a jego ciało 

rzucało się w agonii tak gwałtownie, aż wyrwało pistolet 

z zaciśniętych dłoni Manninga. Z lewej strony Morrison 

walczył wręcz ze swoim przeciwnikiem, z prawej Orłow 

pchnął wroga długim ostrzem. Zawahał się przez moment, 

by ruszyć prosto do boi. 

Maria i Hans przymocowywali do niej spory pakunek. 

Długie włosy unosiły się wokół dziewczyny niczym czarna 

195 

background image

chmura, a kiedy obejrzała się i dostrzegła ponad ramieniem 

zbliżającego się Manninga, zafalowały gwałtownie. 

Hans wyciągnął nóż z pochwy przy pasku i ruszył do 

ataku trzymając go w prawej dłoni. Manning czekał z ot­

wartym ostrzem w lewym ręku. Przez chwilę wydawało się, że 

zewrą się w uścisku, ale nagle Manning skręcił, o włos 

unikając cięcia. 

Wynurzył się na powierzchnię, a potem ostro zanurko­

wał. Niemiec płynął sześć stóp niżej, nerwowo rozglądając się 

na wszystkie strony. Manning spadł na niego z góry. Prawym 

ramieniem ścisnął go za szyję i wepchnął nóż pod żebra, 

docierając do serca. 

Niemiec rzucił się w konwulsji, ręce młóciły wodę jak 

w jakimś koszmarnym nocnym horrorze. Gdy Manning 

rozluźnił uścisk, ciało opadło w dół, aż do stóp rafy, 

okręcając się wokół własnej osi. 

Manning począł się obracać, ponieważ zdał sobie 

sprawę, iż woda zawibrowała niebezpiecznie, gdy wtem cios 

w prawe ramię szybko go okręcił. Kiedy tą samą ręką sięgnął 

po harpun, by go wyciągnąć, ból przeszył go na wskroś tak, 

że gwałtownie zaczerpnął powietrza, przezwyciężając własną 

bezsilność. 

Kilka stóp dalej zawisła w wodzie Maria. W ręku 

trzymała pistolet harpunowy, którego ostrze kołysało się na 

linie. Manning wiedział, że go rozpoznała. Machnął płet­

wami z całej siły i ruszył ku niej. 

Dziewczyna puściła broń, odwróciła się i rzuciła do 

ucieczki. W tej chwili Manning uświadomił sobie, że ciągle 

jeszcze trzyma nóż w kurczowo zaciśniętej lewej dłoni. 

Odrzucił go i podążył za nią. 

Czas, świat, wszystko, co się wydarzyło, przestało dla 

niego istnieć. Prawie nie zdawał sobie sprawy z dokuczliwego 

196 

background image

bólu, jaki ogarnął całe jego ciało, i z tego, że krew unosi się 

wokół niego brunatnym obłokiem. 

Dziewczyna wyprzedzała go o jakieś dwadzieścia czy 

trzydzieści jardów, kiedy mijała kraniec rafy. Popłynął za nią 

bez wahania, schodząc pionowo w dół, twarzą do klifu, nie 

tracąc z oczu szczupłej sylwetki w białym kostiumie z falą 

czarnych włosów, pozostającą nieco w tyle. 

W pewnej chwili spojrzał na manometr i stwierdził, że 

znajduje się prawie sto pięćdziesiąt stóp pod powierzchnią 

wody. Wtedy właśnie zaczął tracić panowanie nad sobą. 

Doskonale czuł, jak słabnie z każdym ruchem, jak daje mu 

się we znaki olbrzymi wysiłek, który musiał znieść w ciągu 

kilku ostatnich dni. 

Kiedy wpłynęli pod ogromne sklepienie, wszystkie 

kolory wyblakły. Był za głęboko. Wiedział o tym, a jednak 

jakiś nieprzezwyciężony przymus pchał go dalej. Tak jakby 

dziewczyna miała go zabrać ze sobą, a on nie miał siły się 

oprzeć. 

Ponownie zerknął na manometr na głębokości dwustu 

stóp, a potem wyciągnął rękę w niemym zawołaniu, ale była 

to tylko strata czasu. Gdy ogarnęły go ciemności, szczupła, 

biała postać zniknęła w błękitnym półmroku. 

background image

ROZDZIAŁ XXI 

Uspokojenie 

Było cicho, kiedy Manning obudził się, znajdując siebie 

w nowym otoczeniu. Leżał na wąskim szpitalnym łóżku 

w niewielkim pomieszczeniu, którego ściany i meble lśniły 

nieskazitelną bielą. 

Spróbował usiąść i natychmiast tego pożałował. W le­

wym ramieniu pulsował tępy ból. Ściany zafalowały i coś 

zaszeptało w wiecznej ciszy. Wziął głęboki oddech i spróbo­

wał jeszcze raz. Wtedy otworzyły się drzwi i weszła pielę­

gniarka. 

Była osobą mocno zbudowaną i emanowała matczy­

nym ciepłem. Miała duże, opiekuńcze dłonie. Podeszła 

szybko do Manninga i ułożyła go z powrotem na poduszce. 

- Nie wolno panu tego robić. Nie powinien się pan 

nawet ruszać. 

- Gdzie jestem? - wychrypiał jakiś obcy głos, który 

nie miał z nim nic wspólnego. 

- W szpitalu. W Nassau. Jest pan tutaj już od trzech 

dni. Niech pan leży spokojnie. Zaraz zawołam doktora. 

Pielęgniarka wyszła z pokoju, a on leżał, próbując 

ułożyć fragmenty wspomnień w jakąś logiczną całość, ale 

niestety bez skutku. Bolało go całe ciało, a uporczywe 

brzęczenie w uszach przeszkadzało się skupić. 

Kilka minut później drzwi otworzyły się ponownie 

i ktoś zbliżył się do łóżka. Manning otworzył oczy i ujrzał 

198 

background image

brązową, sympatyczną twarz okoloną stalowoszarymi wło­

sami. 

- Nazywam się Flynn. Zajmowałem się panem. Jak się 

pan czuje? 

- Beznadziejnie. 

Mężczyzna wyciągnął oftalmoskop i obejrzał uważnie 

gałki Manninga. Po chwili chrząknął i schował przyrząd do 

kieszeni. 

- Nie sądzę, żeby nastąpiły jakieś trwałe zmiany. 

- A co się stało? 

- Zatrucie azotem. Kurcze ciśnieniowe. Kiedy przy­

wieziono tu pana trzy dni temu, nie dawałem panu wiele 

szans. Stracił pan morze krwi. A jakby tego było mało, zszedł 

pan o wiele za głęboko. 

Fragmenty układanki wskoczyły na swoje miejsce 

i przez chwilę Manning znów znalazł się tam, bezskutecznie 

sięgając w stronę szczupłej postaci, schodzącej coraz głębiej 

w mroczną wodę. 

- Przypomina pan sobie? 

- Mniej więcej. Mam wrażenie, że to się przydarzyło 

komuś innemu. 

Flynn pokiwał głową. - Narkoza azotowa. Tak zwane 

pijaństwo głębokościowe. Skutki zależą od indywidualnej 

odporności. W pana stanie miał pan mało szans, żeby jakoś 

z tego wyleźć. Całe szczęście, że był w pobliżu pana 

przyjaciel, pan Smith. 

- Smith? - powtórzył Manning bezmyślnie. 

- Mężczyzna, który pana wyciągnął. Musieliśmy 

umieścić go w komorze dekompresyjnej, ale nie na długo. 

Pan przebywał w niej aż dziesięć godzin. 

Orłow. To było jedyne możliwe wyjaśnienie. Prawdo­

podobnie Morrison zdecydował, że lepiej będzie dla Rosja­

nina, jeżeli jego prawdziwa tożsamość pozostanie na razie nie 

ujawniona. 

199 

background image

- Kiedy stąd wychodzę? 

- Dobry Boże! Człowieku, nie wcześniej niż za dwa 

tygodnie. - Flynn roześmiał się. - Niech pan się za szybko 

nie wybiera na zewnątrz. Zadzwonię po pana przyjaciela, 

pana Morrisona. Jak tylko skończę obchód. Przesiadywał tu 

prawie bez przerwy w ciągu tych kilku dni. 

Po wyjściu lekarza Manning leżał wpatrując się w sufit 

i myśląc o Marii Salas. Z całą rozwagą wybrała sposób 

odejścia, ucieczki z życia, ponieważ nie przeprowadziła 

swego ponurego zamierzenia. W ciszy pokoju Manningowi 

wydawało się, że słyszy jej głos, wysoki, pełen brawury, 

powtarzający końcówkę flamenco, gdy znikała w głębinie. 

Ale po chwili nic nie czuł. Zawładnęły nim tylko pustka 

i chłód, które trudno było zrozumieć. 

Raptem otworzyły się drzwi i wszedł Papa Melos. Miał 

na sobie piżamę, a na nią zarzucony błękitny szlafrok. Prawe 

ramię podtrzymywał mu temblak. Przysiadł na brzegu łóżka 

i uśmiechnął się radośnie. 

- Nie mogłem wytrzymać, chłopcze. Kiedy doktor 

powiedział mi, że wreszcie oprzytomniałeś, poczekałem 

tylko, aż pielęgniarka spuści mnie z oczu, i uciekłem. Anna 

obiecała, że przekaże wiadomość Sethowi, gdy wróci na łódź. 

On też pewnie będzie chciał tu przyjść. 

- Anna? - zdumiał się Manning. - Była tu dzisiaj? 

Stary wyglądał na zdezorientowanego i trochę zmiesza­

nego. - Przychodziła tutaj codziennie, Harry. Właśnie mnie 

odwiedziła, kiedy nadszedł doktor i powiedział, że odzy­

skałeś przytomność. - Zdawał się szukać odpowiednich 

słów. - Słuchaj, synu, to nie mój interes, ale wygląda na to, 

że się posprzeczaliście czy coś takiego. Anna ma wiele dumy. 

I nie będzie się pchała tam, gdzie jej nie chcą. 

Zapadła niezręczna cisza, więc Manning spróbował 

zmienić temat. - Jak tam ramię? 

- W porządku, Harry, w porządku. - Stary człowiek 

200 

background image

uśmiechnął się szeroko. - Właściwie wszystko jest w po­

rządku. Zamierzają dać mi nową łódź. Najlepszą, jaką 

można kupić. Pan Morrison powiedział, że sekretarz stanu 

nalegał, by tak było. 

Manning uniósł się i serdecznie uścisnął staremu 

dłoń. - Cieszę się, Papa. Bardzo się z tego cieszę. 

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wkroczyła 

ogromna pielęgniarka w średnim wieku. Papa Melos popa­

trzył na nią z miną winowajcy i wstał. 

- Mogłam to przewidzieć - powiedziała. 

Papa Melos uśmiechnął się do Manninga. - Przypo­

mina mi moją matkę. Gdyby żyła, Panie świeć nad jej duszą, 

byłaby mniej więcej w tym samym wieku. 

Dał nurka pod jej ramieniem i znalazł się na korytarzu, 

a ona podążyła za nim, zamykając za sobą drzwi. 

Wróciła jakiś czas później, przynosząc Manningowi 

posiłek. Kiedy stawiała mu tacę na kolanach, zauważył 

w wazonie przy oknie świeże kwiaty i zapytał, skąd się tu 

wzięły. 

Pielęgniarka uśmiechnęła się. - Zostawiła je panna 

Melos. Każdego dnia przynosi świeże. 

Kiedy kobieta zabrała tacę, Manning leżał, wpatrując 

się w poranne słońce i myśląc o Annie. Zmysły miał 

niezwykle wyostrzone, bardziej wyczulone niż kiedykolwiek. 

Czuł zapach kwiatów i napełniało go to bolesną tęsknotą za 

dziewczyną. 

Drzwi skrzypnęły, cicho uchylone. Manning odwrócił 

się niespokojnie i ujrzał w nich Siergieja Orłowa. Przybysz 

miał na sobie świetnie skrojony ciemnobrązowy garnitur 

z tropikalnego samodziału i okulary przeciwsłoneczne. 

- Pan Smith, jak się domyślam? - zapytał Manning. 

Rosjanin wyszczerzył zęby w uśmiechu, zdjął okulary 

201 

background image

i usiadł w nogach łóżka. - Morrison przyjdzie za kilka 

minut. Rozmawia z doktorem. Jak się pan czuje? 

- Czuję, że nie powinienem się tutaj znajdować -

odparł Manning. - Powiedziano mi, że zszedł pan za mną 

w dół. Właściwie, co się stało? 

- Wykończyłem tego, z którym się biłem, i popły­

nąłem za panem. Nie podobało mi się to, że bardzo pan 

krwawił. 

- Płynął pan za mną cały czas? 

Rosjanin przytaknął. - Bywałem już niżej i nigdy nie 

odniosłem żadnych poważniejszych obrażeń. Tym razem 

musieliśmy po prostu wynurzyć się trochę za szybko. Stąd te 

wszystkie kłopoty. 

- A Maria? 

- Wybrała własną drogę. Kiedy dotarłem do pana, 

ona ciągle płynęła w dół. 

Manning zmusił się, żeby przestać o tym myśleć, 

i poprosił o papierosa. Rosjanin podał mu jednego i przez 

jakiś czas siedzieli paląc w milczeniu. 

- Co będzie teraz? - spytał Manning po chwili. 

- Co ze mną? - Orłow uśmiechnął się. - Wytworzyła 

się bardzo interesująca sytuacja. Oficjalnie jestem martwy. 

A to otwiera przede mną całą gamę fascynujących możli­

wości. 

- Takich jak pozostanie po naszej stronie muru? 

Rosjanin uśmiechnął się szerzej. - No cóż, nie mam 

przed panem nic do ukrycia. Prawdę mówiąc, lecę dziś 

z Morrisonem do Waszyngtonu. Czekaliśmy tylko, żeby się 

z panem zobaczyć. Mam wrażenie, że Morrison jest pewien, 

iż znajdzie mi coś do roboty. 

- Ja też jestem tego pewien - stwierdził poważnie 

Manning. 

Drzwi otworzyły się po raz kolejny i wszedł Morrison. 

Usiadł na skraju łóżka z drugiej strony i uśmiechnął się. -

202 

background image

Co pan, do diabła, usiłował zrobić? Wystraszyć nas wszy­

stkich? - Uścisnęli sobie ręce. 

- Papa Melos był tu przed chwilą i opowiedział mi 

o tej sprawie z łodzią - rzekł Manning. - Chciałbym panu 

za to podziękować. 

- Zasłużył na to. 

- Słyszałem też, że ma pan towarzystwo w drodze 

powrotnej. 

- Chodzi panu o pana Smitha? - Morrison roześmiał 

się. - Nareszcie zmądrzał. - Zawahał się na moment 

i ciągnął dalej: - Cóż, jestem tutaj po to, żeby złożyć panu 

coś w rodzaju oficjalnego podziękowania. 

- Niepotrzebnie - odparł Manning. - Wmieszałem 

się w to wszystko z własnej woli. Z przyczyn osobistych. I pan 

o tym wie. 

- Oczywiście, całe przedsięwzięcie pozostaje tajem­

nicą. Muszę przyznać, że władze zrobiły w tym kierunku 

wszystko, co tylko było możliwe. Mój rząd pragnie wy­

razić panu szczere ubolewanie, że ze względu na okoli­

czności nie może panu podziękować publicznie za to, 

czego pan dokonał. No, ale są inne sposoby. Popro­

szono mnie, bym zawiadomił pana, że zamierzamy zre­

kompensować panu całkowicie utratę firmy ratunkowej 

w Hawanie. 

Manning poczuł pustkę w głowie. Morrison skinął na 

Orłowa i wstał. 

- Wyglądasz na zmęczonego, Harry. Spróbuj zasnąć. 

Wpadniemy jeszcze przed samym wyjazdem. 

Po wyjściu gości Manning leżał patrząc w okno. A więc 

mógł zacząć wszystko od początku. Mógł mieć nie tylko 

łódź, ale wystarczająco dużo pieniędzy, żeby znowu roz­

kręcić interes ratowniczy. Te myśli poruszyły go. Odrzucił 

203 

background image

pościel i spuścił nogi na podłogę. Idąc do szafy czuł się tak, 

jakby płynął. 

Na wieszaku wisiał jego najlepszy, brązowy garni­

tur gabardynowy, na półce leżała czysta bielizna, a na sa­

mym dole stała para butów. Wszystko to przyniosła 

zapewne Anna albo Seth w przewidywaniu dnia, kiedy 

opuści szpital. 

Bluza od piżamy, którą miał na sobie, była jasno-

błękitna i mogła uchodzić za koszulę. Trochę czasu zajęło mu 

założenie garnituru, a to z powodu urażonego ramienia. 

Marynarkę Manning zapiął po prostu na środkowy guzik, 

pozwalając pustemu rękawowi swobodnie dyndać. 

Na korytarzu nie było nikogo. Manning zszedł na dół 

schodami, które znajdowały się na samym środku korytarza. 

Na parterze kręciło się sporo osób, niektóre w kitlach 

lekarskich, ale było też wśród nich wielu pacjentów. Man­

ning ruszył przestronnym, wyłożonym terakotą przedsion­

kiem. Naprzeciw widział szerokie szklane drzwi. 

Portier w uniformie stojący przy wyjściu przyjrzał mu 

się ciekawie. - Życzy pan sobie taksówkę? 

Manning miał na końcu języka „tak", ale w ostatniej 

chwili przypomniał sobie, że nie ma pieniędzy. Potrząsnął 

przecząco głową. - Pierwszy dzień na zewnątrz. Muszę 

trochę poćwiczyć. 

Nie uszedł jeszcze pięćdziesięciu jardów, kiedy zrozu­

miał, że popełnił duży błąd, jednak parł ku przystani, 

trzymając się bocznych uliczek i odpoczywając w cieniu tak 

często, jak to było możliwe. 

Kiedy w końcu wyszedł zza rogu i znalazł się na 

nabrzeżu, pot strumieniem spływał mu po twarzy i wsiąkał 

w bluzę od piżamy, a w ramieniu odezwał się rwący ból. 

Nabrzeże zatłoczone było ruchliwymi ludźmi. Manning 

zagłębił się w tłum, osłaniając zranione ramię. Ktoś zawadził 

o jego rękę koszykiem i Manning z trudnością stłumił okrzyk 

204 

background image

bólu. Przepchnął się do kamiennego murku przy końcu 

przystani. 

Widział już Grace Abounding zakotwiczoną jakieś sto 

jardów dalej, tam gdzie nabrzeże wyginało się łukowato. Na 

rufie stała Anna, nabierając wody do wiadra zamocowanego 

na linie. Wyciągnęła je na pokład i zaczęła go myć. 

Ktoś pociągnął go za pusty rękaw. Manning zerknął 

w dół prosto w twarz małego czarnego chłopca w amerykań­

skiej futbolowej koszulce z numerem dwadzieścia dwa, który 

całą wieczność temu pokazał mu, gdzie mieszka Garcia. 

- Hej, proszę pana, pamięta mnie pan? 

- Nigdy cię nie zapomnę. - Manning wskazał na 

Grace Abounding.

 - Idź i powiedz tej pani, która myje 

pokład, że ją przepraszam, ale dalej już nie dojdę o własnych 

siłach. 

Chłopak był kompletnie zaskoczony. - Czy to wszy­

stko, proszę pana? 

- Powiem ci, co dalej - ciągnął Manning. - Jak już 

jej powiesz wszystko, poczekaj na mnie na łodzi. Założę się 

z tobą o dziesięć szylingów, że będzie warto. 

Chłopak skoczył do przodu i zniknął w tłumie. Manning 

stracił go z oczu natychmiast, więc przysiadł na murku. 

Panował ogromny upał. Manning zamknął oczy walcząc 

z ogarniającą go bezwładnością. Kiedy je otworzył, kilka 

stóp przed nim stała Anna. 

Na jej twarzy walczyły ze sobą niedowierzanie, strach 

i gniew. Pochyliła się nad nim, wyciągnęła z jego kieszeni 

chusteczkę do nosa i otarła mu pot ze skroni i czoła. 

- Ty głupcze! - zagrzmiała. -- Ty cholerny głupcze! 

Co ty zamierzasz zrobić? Popełnić samobójstwo? 

Potrząsnął głową przecząco. - Próbuję przekonać 

jedną upartą Greczynkę, że ją kocham, to wszystko. 

Przysunęła się do niego na chwilę, opierając głowę na 

zdrowym ramieniu, a on pogładził ją po włosach. 

205 

background image

- Czy mamy jakąś szansę, Anno? Jak myślisz? Tylko, 

proszę, odpowiedz szczerze. 

Kiedy spojrzała na niego, na jej ożywionej twarzy znać 

było poruszenie. 

- Wiem jedno, Harry Manningu. Jeżeli nie spróbu­

jemy, będziemy tego żałowali do końca życia. 

Oplotła go ramieniem w pasie i ruszyli razem przez tłum 

w stronę Grace Abounding. 

background image

Spis treści 

Rozdział I - „Grace Abounding" 7 
Rozdział II - Spanish Cay 16 
Rozdział III - Ciemne wody 28 
Rozdział IV Człowiek zwany Garcia 37 
Rozdział V - Rzucanie uroków 44 
Rozdział VI - Człowiek z CIA 56 
Rozdział VII - Strzeżcie się Greków 63 
Rozdział VIII - „Cretan Lover" 74 
Rozdział XI - Na południe od Andros 80 
Rozdział X - Isle of Tears 86 
Rozdział XI - Człowiek w kazamatach 96 
Rozdział XII - Proszę wejść, towarzyszu Orłow  . . . . 108 
Rozdział XIII - Ze szponów tyrana 120 
Rozdział XIV - Exuma Sound 130 
Rozdział XV - W „Caravel" 141 
Rozdział XVI - Grecki ogień 154 
Rozdział XVII - Zielone światło 162 
Rozdział XVIII - Celem terroryzmu jest terror 170 
Rozdział XIX Podmorski pościg 178 
Rozdział XX - W błękitnym półmroku 188 
Rozdział XXI - Uspokojenie 198