6 LUKU nUAHDMLLO
a len ma pozostać żywy i wolny w cala] awej ekspresji .. znaczenia, która nadawałoby mu wartość.
Otóż, chociaż pilnia poazuklwalam, nie udało mi sio odkryć tego maczania w Ssaiciu Postaciach. I dlatego są-dziłem, te nie warto było oiywiać ich.
Myślałem sobie: „l tak jut przygnębiłem moich czytelników setkami 1 setkami nowel: dlaczego miałbym przygnębiać ich jaszcza opowiadaniem smutnych przygód tych sześciu nieszczęśliwców?”
I myśląc tak, oddalałem Ja od siebie. Albo raczej czyniłem wszystko, żeby Je oddalić.
Ale nie daje się na prótno tycia postaci. Twory mego umysłu, tych sześcioro, tyło jut tyciem, które było ich własne, I jut nie moje, tyciem, którego Im odmówić nie było jut w mojej mocy.
Muszę przyznać, że gdy Ja trwałem w postanowieniu wygnania ich z mego umysłu, oni, prawie całkiem jut oderwani od kanwy narracyjnej — postacie powieści wyszły cudem ze stronic książki, która Je zawierała — tyli dalej na swój rachunek: wybierali pewne pory dnia, by stawić się znów przede mną w samotności mej pracowni 1, raz jeden, raz drugi, to znowu dwoje na raz, przychodzili kusić mnie, przedkładać mi tę czy ową scenę do przedstawienia lub opisania, efekty, które można by z niej wydobyć, nowe zainteresowanie, które mogłaby wzbudzić pewna niezwykła sytuacja, i tak dalej.
Ustępowałem na chwilę i za każdym razem to moje przyzwolenie, to moje poddanie się na moment wystarczało, żeby oni zaczerpnęli nowych sił do życia, żeby ich istnienie stawało się bardziej oczywiste i żeby przez to właśnie zwiększyła się ich siła oddziaływania na mnie. I tak stopniowo stawało się dla mnie coraz trudniejszym uwalnianie się od nich, podczas gdy im było coraz łatwiej kusić mnie znowu. Aż w pewnej chwili stali się moją
prawdziwą i rtoczywiitą obNilę. Tak było do momentu, gdy nagle blyanąl mi sposób wyjścia z tego.
„Dlaczego — rzekłem sobie — nie miałbym przedstawić taj tak nowej przygody autora1 2 który wzbrania sią ożywić kilka postaci2 co urodziły sią żywe w jego fantazji, i przygód tych postaci, która, mając jut wlane w siebie tycie, nie godzą się, by wyłączono je ze świala sztuki? Oderwały sią jut ode mnles tyją na własny rachunek: mogą mówić i poruszać siąi stały sią wfąc jut dzięki sobie samym, w tej walce, jaką musiały stoczyć ze mną
0 swe tycie, postaciami dramatycznymi, postaciami, które same mogą sią poruszać I mówić) widzą sią jut jako takie) nauczyły sią bronić przeciwko mnie — nauczą się jeszcze bronić przeciwko innym. A zatem pozwólmy im Iść tam, dokąd zwykły iść postacie dramatyczne, by tyć — na sceną. I patrzmy, co z tego wyniknie.2'
Tak uczyniłem. I naturalnie wynikło to, co musiało wyniknąć) mieszanina tragizmu i komizmu, f anta styczności
1 realizmu, w sytuacji o charakterze humorystycznym9 całkiem nowej i zawiłej jak nigdy) dramat, który sam poprzez sią dziąki swym postaciom oddychającym, mówiącym i poruszającym sią, noszącym go i przeżywającym w sobie, chce za wszelką ceną znaleźć sposób, żeby wystawiono go na scenie; i ta komedia bezużytecznych zachodów, by wystawić go na scenie jako improwizację. Najpierw zdziwienie tych nieszczęsnych aktorów trupy teatralnej, którzy rano mają próbę sztuki 2 na scenie po-
* Termin „humorystyczny'2 nie jest tu użyty w obiegowym znaczeniu, w języku polskim zbliżonym do „komiczny”. W tekście Pirandella przymiotnik umoristlco pochodzi od u mor ii mo — terminu określającego jedną z kategorii estetyczno-egzystencjal-nych, którą dokładniej omówiono we Wttąpie.
W oryginale włoskim stosuje się tu termin commedla, który oznacza zarówno komedię, jak i ^sztuką dramatyczną w ogó-