background image

 

 

Eugeniusz Wawrzyniak 

 

Żądło frontu N 

 

 
Było słoneczne popołudnie wrześniowego dnia 1943 roku. "Jędrek", ubrany w podniszczony 
uniform, jaki noszono wówczas w niemieckich zmilitaryzowanych przedsiębiorstwach 
budowlanych: spodnie koloru feldgrau, trochę kusą zieloną marynarkę, wypłowiałą furażerkę, 
która kiedyś też była zielona, i rozchlapane wojskowe buciory z cholewami - stanął na 
wysepce tramwajowej. 
W jednej kieszeni miał "Sonderausweis", czyli specjalną legitymację, a w drugiej 
zaszyfrowany meldunek, który polecono mu dostarczyć na Powiśle w Warszawie. Na wpół 
wojskowe firmowe ubranie, w jakie niemiecki okupant stroił obcokrajowców, oraz "żelazny" 
dokument miały uchronić konspiratora przed szalejącymi wówczas w Warszawie łapankami i 
niespodziewanymi rewizjami. 
Zaryzykował i wsiadł do zatłoczonego tramwaju pierwszym pomostem od strony 
motorniczego, gdzie nad wejściem wisiała tabliczka z napisem "Nur für Deutsche". Przeszedł 
do oddzielonego barierką przedziału dla Niemców i oparł się o nią, obrócony

 

 

 
tyłem do dalszej części wagonu. W pewnym momencie poczuł, że coś go łaskocze w łydkę! 
Gdy się to powtórzyło, sięgnął odruchowo do cholewy, za którą namacał zwitek papieru. 
Chwila wahania i popchnął go dyskretnie głębiej. Niemal równocześnie siedząca po 
"polskiej" stronie tuż przy barierce dziewczyna poderwała się gwałtownie, przepchnęła 

background image

bezceremonialnie w tył wagonu i wyskoczyła w biegu z tramwaju. "Jędrek" popatrzył za nią 
podejrzliwie i na najbliższym przystanku wysiadł z tajemniczym zwitkiem. Okazało się, że 
dzielna nieznajoma wzięła go za Niemca i zaczęła wsuwać mu za cholewę antyhitlerowską 
gazetkę, przeznaczoną głównie dla niemieckich żołnierzy. 
Pomyłka wynikła z tego, że kolporterka nie rozróżniała niemieckich uniformów. Gdyby 
wydarzenie zaobserwował, jakiś Niemiec, mogłoby i to skończyć się źle tak dla dziewczyny, 
jak i dla Jędrka". Dla niej każdy mężczyzna w mundurze jest Niemcem - pomyślał młody, 
konspirator. W wiele lat później podrzuconą gazetkę skojarzył sobie z akcją "N". 
Konspiracja w konspiracji W połowie 1940 r. przy Komendzie Głównej Związku Walki 
Zbrojnej został utworzony VI Oddział, nazywany skrótowo BIP (Biuro Informacji i 
Propagandy), kierowany przez mjr. "Dyrektora" 
 

 
(Tadeusz Kruk-Strzelecki), a następnie przez płk. dypl. "Prezesa" (Jan Rzepecki). 
Głównym zadaniem tej komórki było podtrzymywanie ducha w społeczeństwie i 
oddziaływanie ideowopolityczne na żołnierzy ZWZ/AK przez wydawanie podziemnych pism, 
m.in.: "Biuletynu Informacyjnego", "Agencji Prasowej", "Wiadomości Polskich". W grudniu 
1940 r. powstał przy BIP Referat "N" (Niemcy), szerzący dywersję psychologiczną wśród 
Niemców, przede "wszystkim zaś w wojsku *. Chodziło o sianie zamętu i niepokoju, 
budzenie niewiary w ostateczne zwycięstwo oraz wywoływanie uczucia strachu przed 
odpowiedzialnością za swe czyny. Do Referatu "N", oprócz ZWZ i ZHP - Szare Szeregi, 
weszły: ZOR (Związek Odbudowy Rzeczypospolitej) oraz PZW (Polski Związek Wolności). 
Od października 1941 r. uzyskał on status Samodzielnego Podwydziału "N" i działał w 
zasadzie do wybuchu Powstania Warszawskiego. 
Głównym ośrodkiem akcji enowej była Warszawa, gdzie znajdował się największy w 
okupowanej Europie konspiracyjny zespół poligraficzny TWZW (Tajne Wojskowe Zakłady 
Wydawnicze). Składał się on z 12 zakładów, m.in. z: drukarni prasowej obcojęzycznej, 
dziełowej, służby pomocniczej. 
 
Tu właśnie zaczęły wychodzić pisma redagowane w poprawnej niemczyźnie i sugerujące 
czytelnikom, 
 

* Źródła: Encyklopedia U Wojny światów*;', Warszawa 1975; Akcja JV", Warszawa 1972, CA KC PZPR oraz relacje 
uczestników wydarzeń z opisywanego terenu. 
 

 
że wydają je opozycyjne grupy niemieckiego podziemia. Prasę "N" podrzucano różnymi 
sposobami do koszar, szpitali, Soldatenheimów (domy żołnierza), na front i do Rzeszy. 
Wymownym świadectwem skuteczności akcji "N" był fakt zaangażowania się niemieckiego 
kontrwywiadu w poszukiwaniu jej inspiratorów i wykonawców. 
Trudno dzisiaj wymienić wszystkie tytuły czasopism, broszur, ulotek itp. drukowanych w 
TWZW. Ich nakład w 1941 r. osiągnął ponad milion egzemplarzy. Bardziej znane tytuły to: 
"Die Ostwache" ("Straż Wschodnia") - przeznaczona głównie dla Niemców przebywających 
na terenie Generalnego Gubernatorstwa, "Der Hammer" ("Młot") - zmieniony następnie na 
"Der Durchbruch" ("Przełom"), obydwa przeznaczone dla cywilnej ludności niemieckiej 
zamieszkałej w Rzeszy, "Der Soldat" ("Żołnierz") zmieniony w styczniu 1942 r. na "Der 
Frontkämpfer" ("Bojownik Frontowy") - wyłącznie dla niemieckich żołnierzy. Były także 
pisemka satyryczne, jak "Erika" oraz trójkolorowy "Der Klabautermann" (legendarna zjawa 
na tonącym statku).

 

Drukowano również różne odezwy , ulotki, broszury, jak: "Der grösste 

background image

Lügner der Welt" ("Największy kłamca świata" - chodziło tu o Hitlera), "Der rotę Terror" 
("Czerwony terror"), zmieniony następnie na "Marterpfahl" ("Męczeński pal") - pozornie 
niemiecki periodyk antyradziecki, a w istocie ilustrowany rejestr niemieckich zbrodni, 
"Solda-

 

 

 

tenbund-Hindenburg"    ("Związek   Żołnierzy   -Hindenburg"), "Bilder für die Truppe" 
("Obrazki dla wojska").Rozpowszechniano także sfałszowane zarządzenia Oberkommando 
der Wehrmacht (Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych), "Urlauber Merkblatt" ("Wskazówki 
dla urlopowicza"), gdzie podawano dezorientujące żołnierzy informacje o obowiązkach 
podczas spędzania urlopu itp. Natomiast pisemko "Gesundcheits-Merkblatt der N.S. - 
Ärztebundes" ("Wskazówki lekarskie") informowało m.in. o stosunkach żon żołnierzy 
frontowych z funkcjonariuszami NSDAP i SS.

 

Ukazała się także odezwa "National 

Sozialistische Frauenschaft Ortsgruppe Köln" ("Narodowosocjalistyczna Organizacja Kobiet 
w Kolonii"), w której niemieckie, kobiety zwracały się do swych najbliższych na froncie, aby 
protestowali przeciw zmuszaniu ich żon, sióstr, córek i narzeczonych do współżycia 
seksualnego z członkami nazistowskiej partii oraz łączenia się z cudzoziemcami pochodzenia 
aryjskiego. Zalecano tam także, aby żołnierze frontowi bezwzględnie domagali się 
regularnych urlopów. Tytuł odezwy brzmiał: "Unsere lieben-Frontsoldaten!" ("Nasi kochani 
żołnierze frontowi!").

 

Duży ferment siały ulotki: "Unser Bundesgenosse - Italien" ("Nasz sprzymierzeniec - 
Włoch"), "Unser Bundesgenosse - Japan" ("Nasz sprzymierzeniec - Japończyk"), "Ein Verrü

 

ckter an der Macht" ("Szaleniec u władzy"), "Die Neuordnung Europas" 
 

 
("Nowy ład w Europie 
Oesterreichischer Freiheitsfront"   ("Austriacki   Front   Wolności”) Der Windmacher"  
("Szarlatan")  oraz  rozsyłane  volksdeutschom fikcyjne powołania do wojska. Były także 
pisemka i ulotki szerzące dywersję psychologiczną w językach: włoskim "Guera Mondiale" 
("Wojna światowa"), "Europa nuova da Hitler" ("Nowa Europa Hitlera"), węgierskim 
"Magyar Katona!" ("Węgierski żołnierzu!"), czeskim, hiszpańskim, rosyjskim i polskim ("Die 
Zukunft - Przyszłość", przeznaczona dla volksdeutschów nie znających dobrze języka 
niemieckiego). Pismo to, w przeciwieństwie, do innych jednoznacznie twierdziło, że jest 
wydawane przez polskie podziemie, i prowadziło m.in. rejestr tych, których czeka kara za 
zbrodnie przeciwko narodowi polskiemu. 
Materiały do tych pism były opracowywane na podstawie odpowiednio spreparowanych 
artykułów niemieckiej prasy, a ich styl i słownictwo odpowiadało narzeczom występującym 
w języku niemieckim. Tłumaczyli je i redagowali ludzie konspiracji, którzy od dzieciństwa 
mieli do czynienia z tym językiem i chodzili do niemieckich szkół. Opracowywali je także 
tłumacze i dziennikarze - germaniści. 
Podrzucano również żołnierzom Wehrmachtu, jadącym na front wschodni, artystycznie 
podrobione przez znakomitego rysownika "Malarza", "Miedzę"   | (Stanisław   Tomaszewski)   
banknoty   5-ostmarkowe v(niemieckie pieniądze wydawane na okupowanych   j terenach 
wschodnich). W treść napisów na banknotach wplatano m.in. teksty: "Pięć ostmarek otrzyma 
odszkodowania Twoja rodzina, gdy zginiesz na froncie. Hitlerowska rzeźnia", "Szanuj życie - 
myśl o swoich dzieciach", "Szanuj swoje życie i wolność". 
Pierwszym szefem Centralnej Redakcji "N" był "Notecki" (Jan Kawczyński), aresztowany 13 
lipca 1942 r. i po śledztwie, które nic nie wniosło, osadzony w Oświęcimiu. Zmarł wkrótce po 
zakończeniu działań wojennych na gruźlicę, której nabawił się w obozie. 

background image

Akcja "N" ze zrozumiałych względów nie była szerzej znana społeczeństwu polskiemu. 
Chodziło wszak o to, aby obejmowała głównie niemieckie społeczeństwo i wojsko. Ludzie 
pracujący w akcji "enowej" byli dokładnie sprawdzani i musieli składać drugą przysięgę - 
była to więc jakby konspiracja w konspiracji. 
Kolporterzy "enowej" prasy przechodzili specjalne przeszkolenie, na którym pouczano ich 
między innymi, jak się mają zachowywać w razie ujęcia z prasą "N". Zeznania musiały być 
nie zmieniane i nie wolno było zdradzać się znajomością niemieckiego języka, chyba że 
kolportera ujęto na terenie Rzeszy. Poza tym istniała tzw. żelazna zasada, aby kolporter 
"enek" nie miał przy sobie gazet czy pisemek w języku polskim. 
Prasa "N" wysyłana była z Warszawy głównie do stolic dystryktów (okręgi) w Generalnym 
Gubernatorstwie, tj. do Krakowa, Radomia, Lublina i Lwowa. 
 

 
Przerzucano ją także do Wiednia, Hamburga, Berlina itd. Można bez przesady stwierdzić, że 
rozpowszechniana była od zaplecza frontu wschodniego aż do granicy niemiecko-francuskiej. 
Po rozbiciu w maju 1943 r. niemieckiego "Afrika Korps" i wyrzuceniu Niemców z Afryki 
głośną akcją "enową" było pisanie na murach słowa "Victoria" (zwycięstwo). Po raz pierwszy 
uczynili to Anglicy, a zaraz po nich podjęła akcję prasa "N". Natomiast od września tego 
samego roku zaczęto w Polsce pisać na murach słowo "Oktober" (październik) w celu 
przypomnienia niemieckiej klęski i kapitulacji w czasie I wojny światowej w 1918 roku. 
Obok napisu rysowano często swastykę wiszącą na szubienicy lub dopisywano słowo 
"kaputt" (stracony, zniszczony, unicestwiony). Niemcy podjęli szybko kontrakcję, dopisując 
przed słowem "Oktober" liczbę "26" oraz uzupełnienie: "Vier Jahre GG", co miało znaczyć: 
"26 października - cztery lata Generalnego Gubernatorstwa". Reakcja "enowska" była 
natychmiastowa. Przed słowem "vier" dopisywano "nur", czyli "tylko". Cały więc napis 
zmieniał sens. 
Odpowiedzią okupanta na polską "Victorię" było masowe rozpowszechnianie niemieckich 
napisów i plakatów "V", co miało symbolizować zwycięstwo Trzeciej Rzeszy. Niemiecka 
kontrpropaganda przybrała wówczas nie spotykane wcześniej rozmiary. Na kilku placach i 
skwerach Warszawy ustawiono olbrzymie mapy ilustrujące front wschodni, na których co 
kilka dni zaznaczano, jakie nowe tereny zajął  
 

10 

 
Wehrmacht. W kinach letnich oraz stałych wyświetlano kroniki wojskowe. W trakcie przerw 
w projekcji spiker chełpliwie ogłaszał: "Niemcy walczą i zwyciężają na wszystkich frontach". 
Na kotłach parowozów rysowano od czoła olbrzymią literę "V", a po obu jego bokach 
umieszczano plansze z napisami: "Räder müssen rollen für den Sieg" ("Koła muszą się toczyć 
aż do zwycięstwa"). Podziemie dopisywało więc, gdzie tylko mogło, do litery "V" słowa 
"Vaterland verloren" ("Ojczyzna ginie"). Malowano także rozchyloną brzytwę w kształcie 
litery "V,, z wyciągniętą ku niej ręką opatrzoną swastyką i dopisywano: "Tonący brzytwy się 
chwyta".

 

Autorami tych napisów byli głównie harcerze. z Szarych Szeregów działający w Referacie 
"N". Oni także, jeszcze w ramach "małego sabotażu", przerobili napis nad niemieckim biurem 
werbunkowym mieszczącym się w lokalu przedwojennej kawiarenki "Moja maleńka", przy 
zbiegu ulic Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Napis, wołający wielkimi literami: "Jedźcie z 
nami do Niemiec", przemalowano na: "Jedźcie sami do Niemiec". Głównym wykonawcą tego 
śmiałego czynu był phm. "Rudy" (Jan Bytnar). Używał przy tym specjalnego pisaka własnej 
konstrukcji, nazwanego wiecznym piórem. Na ów pomysłowy pisak składała się niewielka 

background image

blaszana banieczka z wystającą przy dnie rurką z wojłokowym knotem. Wlewana do 
banieczki farba spływała po knocie, umożliwiając pisanie. Dodatkowe wyposażenie 
"wiecznego pióra", dającego się ukryć pod 
 

11 

 
marynarką, stanowiło kilka nasadzanych na siebie na I wzór składanej wędki patyków 
(segmentów), które po złożeniu sięgały do około 4 metrów *. 
Kim oni byli?                            
Zanim utworzono na terenie Warszawy Referat "N", już w 1940 r. w kilku rejonach 
okupowanego [ kraju  podjęto  próby samorzutnego odbijania  na powielaczach oraz 
drukowania odezw i ulotek przeznaczonych w zasadzie dla niemieckich żołnierzy ' i 
volksdeutschów. Miały one także podnosić ducha w polskim społeczeństwie. 
I tak, na przykład w nocy z 15 na 16 maja 1940 r. w Tomaszowie Mazowieckim i jego 
okolicy zostały rozrzucone ulotki w języku polskim zatytułowane: o "Orędzie angielskie do 
Polaków". Wykonało je powstające tutaj podziemie. Z uwagi jednak na daleko posuniętą 
konspirację nie udało się dotychczas i ustalić, kto redagował ulotkę oraz kto ją drukował | i 
kim byli kolporterzy. 
Według niepotwierdzonych informacji miały one, być dziełem "Okierskiego" (Tadeusz 
Nizwald), "Koguta" (Jan  Klimkiewicz), "Czarnego"  (Adam  Barczak) i kilku dalszych osób 
z podziemnych grup: ZAP (Związek Armii Polskiej), ZPN (Związek Polski 
 

* O tej akcji napisano w podziemnym "Biuletynie Informacyjnym" nr 17 z 30 kwietnia 1942 r. 

 

12 

 
Niepodległej), ZOR (Związek Odbudowy Rzeczypospolitej), które w marcu 1940 r. przeszły 
pod komendę ZWZ, a następnie AK.                               
Ulotki rozrzucono na polach i w ogrodach między ul. Nowowiejską i Michałówkiem, na 
terenie fabryki sztucznego jedwabiu oraz na terenach pobliskich wsi: Zawada, Godaszewice, 
Chorzęcin. Już od wczesnego świtu Niemcy starali się skrupulatnie je wyzbierać, grożąc za 
ich posiadanie surowymi represjami - aż do kary śmierci włącznie. Kilkanaście nieostrożnych 
osób aresztowano. 
W ulotce zamieszczono wzmiankę, że zrzucono ją z angielskich samolotów, co szczególnie 
zaniepokoiło volksdeutschów. 
A oto treść pierwszej strony ulotki: 
"Orędzie angielskiego Polaków 
Polacy! My, lotnicy angielscy, przynosimy Wam następujące orędzie: 
Nie zapomniano o Was. Sojusznicy Wasi wiedzą o Waszych cierpieniach i o tym, że duch 
Wasz, pozostaje niezłomny. 
Niezadługo nadejdzie dzień, kiedy znowu stanowić będziecie o swoich losach i przystąpicie 
do odbudowy Waszej Ojczyzny. Wasi brytyjscy i francuscy sprzymierzeńcy zdecydowani" są 
w swoim postanowieniu, że niepodległość Narodu Polskiego musi być przywrócona, a Polska 
- zająć z powrotem należne Jej miejsce wśród wolnych i równych państw Europy. 
Rząd Polski istnieje i urzęduje chwilowo na ziemi sprzymierzonej z Wami i z Nami Francji, a 
głównym 
 

13 

 

background image

jego zadaniem jest odbudowa polskich sił zbrojnych f pod kierownictwem Naczelnego 
Wodza, który jest? równocześnie Szefem Rządu Polskiego, Generała; Władysława 
Sikorskiego. 
Armia polska formowana jest we Francji. Flota polska współdziała z bratnią flotą brytyjską. 
Lotnictwo polskie przygotowuje swoje eskadry we Francji i w Anglii". 
Strona druga ulotki głosiła: 
"Siły zbrojne Polski rosną z dnia na dzień i zewsząd, z Ameryki,  z wszystkich  zakątków 
świata s przybywają Polacy, aby w patriotycznym uniesieniu zaciągnąć się do szeregów. 
Gdy wybije właściwa godzina, polskie siły zbrojne przybędą do Polski i przyniosą Wam 
wyswobodzę-: nie z pęt najeźdźców. 
Wielka Brytania, Francja i Polska walczą wspólnie i przeciw barbarzyńskiej tyranii, w 
obronie wolności i sprawiedliwości. Siły nasze rosną z dnia na dzień z godziny na godzinę i 
zwycięstwo nasze jest ponad! wszelką wątpliwość. 
Wasi ciemięzcy nie mają odwagi ujawnienia Wam prawdy, więc my ją Wam zanosimy z 
dalekiego Londynu. 
Wiemy, jak cierpicie moralnie i fizycznie. Ale wytrwajcie! 
Bądźcie odważni, niezłomni, cierpliwi, aż nadejdzie dzień wyzwolenia. 
Jesteśmy nad ziemią Waszą po raz pierwszy, ale 
 

14 

 

nie ostatni! Przybędziemy znowu, podobnie jak odwiedzamy Pragę i Wiedeń. 
Pamiętajcie! 
Jeszcze Polska nie zginęła!" 
Władze okupacyjne w Tomaszowie Mazowieckim, pragnąc zapewnić spokój i zbagatelizować 
niespodziewane uderzenie propagandowe, komunikowały na specjalnych zebraniach 
zorganizowanych dla volks- i reichsdeutschów, że ulotki przyleciały na balonikach. Po kilku 
dniach ogłoszono, że rozrzucały je tajne organizacje i Żydzi. Ale wśród niemieckiej ludności, 
przede wszystkim zaś u miejscowych volksdeutschów, rozbudziły się mieszane uczucia. 
Zaczęło ich dręczyć pytanie - czy obrali właściwą drogę. Prysnęły bowiem zapewnienia 
Göringa, że żaden wrogi samolot nie pojawi się nad terytorium 1000-letniej Rzeszy.

 

Pierwsza wzmianka o tej akcji została zamieszczona w 1968 r. w przygotowanej do druku 
pracy nieżyjącego już Kazimierza Kucharskiego ps. "Garda". Przez kilka lat był on na terenie 
Tomaszowa Mazowieckiego... zakładnikiem. Już na przełomie 1940/41 r. z jego 
jednopiętrowego domku usunięto mieszkańców i lokale przekazano esesmanom. Na 
pierwszym piętrze zamieszkał hauptsturmführer (kapitan) Peter Macher - wiedeński prawnik, 
a teraz szef miejscowego Sipo (Sicherheitspolizei - policja bezpieczeństwa). Wezwał on 
"Gardę", którego Niemcy zostawili jako hausmeistra (dozorca), i oświadczył, że znana mu 
jest jego działalność w ZWZ. Nie blefował, 

 

15 

 

przedstawił bowiem kilka na to dowodów, i dał Polakowi do wyboru: albo obóz, albo rola 
zakładnika z rodziną za jego, Machera, życie i dalsze pełnienie funkcji dozorcy: "Garda" 
przyjął to drugie. W ten sposób uratował życie swoje i rodziny, a mając zapewnioną pewną 
swobodę, prowadził skrupulatne notatki dotyczące wydarzeń na terenie Tomaszowa, 
ukrywając je w budynku zamieszkanym przez szefa Sipo. 
Tragicznie zmarły w 1974 r. Kazimierz Kucharski - "Garda", pozostawił unikalne materiały 
dotyczące również akcji "N". Wynika z nich, że w październiku 1941 r. w zorganizowanym 
już Obwodzie Tomaszów Mazowiecki ZWZ, wchodzącym w skład Inspektoratu Rejonowego 
Piotrków Trybunalski, podległym Okręgowi Łódź, odbyło się spotkanie w sprawie 

background image

rozwinięcia działalności komórki "N". Miało ono miejsce w Tomaszowie Mazowieckim, a 
uczestniczyli w nim komendant Obwodu Tomaszów Mazowiecki kpt. "Zbigniew", 
"Franciszek" (Julian Walewski), komendant główny ZOR ze sztabu BIP ZWZ "Kowalik", 
"Tadeusz" (Tadeusz Źenczykowski), komendant IV Okręgu ZOR "Bolesław" (Bolesław 
Trenda) i dowódca miejscowej grupy ZOR "Chaber" (Mieczysław Remisz). Na kierownika 
komórki "N" w Obwodzie Tomaszów Mazowiecki został wyznaczony "Chaber", a na jego 
zastępcę "Siwy" (Bronisław Okrojek). Grupa "Chabra" już na początku lipca 1941 r. włączyła 
się w szeregi ZWZ w Tomaszowskiem razem ze swoją komórką "N", która do chwili 
 

16 

 

opisanego spotkania cały czas podlegała grupie "Chabra", prowadząc wstępne działania 
związani z kolportażem "enowej" prasy. 
"Siwy" z zapałem przystąpił do pracy, kładąc nacisk na konieczność pozyskania nowych 
kolporterów. Zwerbował wkrótce kilku chłopców, byłych harcerzy, i trzy młode kobiety. 
Punkt rozdzielczy prasy, dostarczanej z Warszawy przez "Hankę", "Krysię" (nazwisko nie 
ustalonej zainstalowano przy ul. Żeromskiego, gdzie mieszkał "Siwy". 
Chłopcy podrzucali pisma do wagonów kolejowych jadących z wojskiem na front wschodni, 
do bram obiektów zajmowanych przez wojsko oraz pozostawiali w sieniach domów i furtkach 
posesji zamieszkanych przez Niemców i volksdeutschów. Jedna z kobiet kolporterek 
pracowała w stołówce Organizacji Todta przy ul. Jeziornej, a druga w restauracji 
"Altdeutsche Gaststätte" przy ul. Prezydenta !. Mościckiego. Podrzucały one prasę "enową" w 
, umywalniach, ubikacjach lub kładły ją na stolikach. Trzecia kolporterka, trudniąca się 
handlem, podczas przejazdów przez Spałę pozostawiała tam w skrzynce kontaktowej pewną 
liczbę egzemplarzy. W Spale przez cały okres niemieckiej okupacji stacjonował sztab 
niemieckich wojsk (Ober Ost) okupujących Polskę. Stała tam także silna i dość liczna 
jednostka ochrony sztabu, stąd podrzucanie na ten teren "enowej" prasy było uzasadnione.

 

W zbiorach Kazimierza Kucharskiego zachował się 
   

17 

 

adresowany do niego list "Chabra" z 28 lutego 1960 r. A oto jego treść: 
"Na odprawie z przedstawicielami Okręgu Warszawskiego AK w Warszawie w 1942 r. 
objąłem kierownictwo akcji "N" (propaganda przeciwniemiecka) na terenie Tomaszowa 
Mazowieckiego. Punkt kontaktowy zorganizowałem na ul. Żeromskiego u sierż. Okrojka 
(zginął w obozie). 
Pisma i ulotki przywoziła warszawska kolporterka ps. "Krysia". Wszystkie pisma miały 
charakter dywersyjny i podważały wiarę w zwycięstwo. Z wyjątkiem jednego, 
przeznaczonego specjalnie dla volksdeutschów "Kennst Du die Wahrheit" (Czy znasz 
prawdę? - E.W.), wychodziły w języku niemieckim. Przywoziła więc "Krysia": "Die 
Ostwache", "Der Hammer", "Der Soldat", "Der Frontkämpfer" i satyryczne, bogato 
ilustrowane pisma: "Der Klabautermann", "Der Windmacher" i "Erika". Pisma te w różny 
sposób dostawały się w ręce odbiorców.

 

Kolporterzy moi podrzucali je do wagonów jadących na front wschodni. Jedna z nich np., 
pracująca jako kelnerka w kasynie oficerskim na Pilicznej, stale zaopatrywała swoich gości w 
odpowiednią lekturę. Inna, pracująca jako sprzątaczka w Organizacji Todta na Jeziornej, jak 
tylko otrzymywała swój przydział, przypinała pinezkami egzemplarze w ustępach 
uczęszczanych przez oficerów i żołnierzy oraz zostawiała ukradkiem w kantynie żołnierskiej. 
Jaka była reakcja Niemców? Raz zrewidowano wszystkich przechodzących ulicą obok 
wartowni na 

background image

18 

 

Jezioranej mężczyzn, drugi - wszystkich przechodzących zatrzymano i po rewizji i śledztwie 
zwolniono następnego dnia. Gros Niemców odnosiło się do tego obojętnie, jeśli nie z 
sympatią, że są ludzie, którzy ryzykując życie walczą w ten sposób, podważając już i tak 
zachwiany autorytet władców III Rzeszy i wiarę w zwycięstwo. 
Sam widziałem, jak Niemcy przyzwyczajają się do "cudów" z kolportażem pism, dosłownie 
czekali na świeże wiadomości, jeden z moich chłopców popisywał się brawurą. Na ul. 
Spalskiej stanęła ciężarówka, a szofer wstąpił na piwo. Na platformie stał żołnierz i rozglądał 
się, jakby czekał na kogoś. Chłopiec podbiegł i bezczelnie patrząc na Niemca rzucił mu 2 
pisma. Żołnierz udał, że tego nie widzi, nogą jednak popchnął pisma w kąt, a następnie 
rozglądając się schylił się i schował je do kieszeni. Na zwróconą chłopcu uwagę, że nie 
powinien tak ryzykować, uśmiechnął się i powiedział: "Druhu, przecież to mój stały 
odbiorca". Na tejże ulicy koło przejazdu kolejowego był skład węgla. Pilnowali go żołnierze, 
którzy mieli tam swoją wartownię. Gdzieś koło 16.00 zamykano bramę składu, a wartownik 
wchodził do I środka. Zaprowadził mnie tam kiedyś kolporter i ze ; słowami: "Niech druh 
patrzy, jak rybka bierze", wsunął pod bramę kilka pism. Nie upłynęła minuta, kiedy na 
naszych oczach zniknęły po tamtej stronie bramy. "Abonenci czekali" śmiał się chłopiec. 
Nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś się tym zainteresował, 
 

19 

 

żeby wyjrzał na ulicę. Wszystko było "Okay". Między kolporterami miałem kolejarzy i 
kobiety, które I pracując w różnych instytucjach trudniły się kolportażem. Najwięcej jednak 
pociechy miałem z młodzieży harcerskiej, która miała tysiąc i jeden sposobów, jak dostarczyć 
Niemcom lekturę. Pracy tej od- f dawali się z entuzjazmem i wywiązywali z niej bez | zarzutu. 
Choć była ona bardzo niebezpieczna, nikt i z nich przez cały czas mojej z nimi pracy nie 
dostał się w ręce Niemców. Należą im się słowa uznania. 
"Chaber" 
 Mieczysław Remisz-Chaber".  
 

Pierwsze rzuty "enowej" prasy dostarczanej do [ spalskiej skrzynki kontaktowej przejmowała 
komórka wywiadu ZWZ. Zorganizował ją w lutym 1941 r. i "centralny wywiadowca na 
Spałę" - "Szary" (Roman Wojewódzki). Do jej zadań należało: składanie I meldunków o 
sztabie stacjonującym w Spale, starszych  oficerach,  sporządzanie szkiców  spalskiego  
osiedla, ruchów niemieckiego garnizonu itp. "Szary" j od blisko roku miał tam swoich ludzi, 
których obecnie zespolił w prężną komórkę wywiadowczą. Składała się ona z dziewięciu 
osób, a każdy wywiadów- | ca, zamiast przyjąć stosowany w konspiracji pseudo-nim, został 
zaszyfrowany symbolem literowo-liczbowym od "W-51" do "W-59". Zaszyfrowanymi 
wywiadowcami byli: Leonard Poborc z dwiema córkami 
 

20  

 

Ireną i Haliną, Stanisław Caban również z dwiema córkami Janiną i Danutą, Ignacy 
Stadziński vel Stadnik z synem Alfredem oraz Stefan Dąbrowski. Poborc przed wojną był 
komendantem strzelców, stanowiących ochronę prezydenta Rzeczypospolitej podczas jego 
pobytu w Spale. 
Jednym ze strzelców był Caban, natomiast Stadziński i Dąbrowski pełnili funkcje 
kamerdynerów prezydenta. Dwaj ostatni pozostali na przedwojennych stanowiskach, z tym że 

background image

Stadziński pracował w pałacu zajmowanym teraz przez gen. Kurta Ludwiga von Gienantha, 
który przejął dowództwo niemieckich wojsk okupacyjnych w Polsce po gen. Johannesie 
Blaskowitzu, a Dąbrowski w budynku "Rogacz" przemianowanym przez Niemców na 
"Savoy". 
Poborc został dozorcą grupy porządkowej w spalskich koszarach, a Caban palaczem w 
miejscowej kotłowni. Dziewczęta zaś, Halina Poborcówna oraz Janina i Danuta Cabanówny, 
były zatrudnione jako kelnerki w kasynie. Irena Poborcówna, znająca niemiecki, pracowała w 
biurze. Cabanówny i Poborcówny były ciotecznymi siostrami. Młody Alfred Stadziński nie 
pracował. Łącznikami między komórką wywiadu w Spale a Komendą Obwodu Tomaszów 
Mazowiecki byli dwaj robotnicy budowlani "Wilk" (Mateusz Turski) i "Skiba" (Wincenty 
Stachurski), przywożeni i odwożeni w grupie innych robotników. 
Kolportowanie "enowej" prasy nie stanowiło głównego zadania spalskiej komórki 
wywiadowczej. 
 

21 

 

Zajmowała się ona przede wszystkim przeznaczoną! na spalenie w kotłowni makulaturą 
biurową, którą I teraz w większości przesyłano do Tomaszowa Mazowieckiego. Tam 
dokładnie przeglądano pogniecione kalki maszynowe, brudnopisy dokumentów! służbowych, 
listów, instrukcji, rozkazów, szkiców! itp. Prostowane, prasowane i sklejane papiery 
wysyłano przez Inspektorat Rejonowy Piotrków Trybunalski dalej, do Okręgu Łódź. Tam 
materiały gruntownie studiowano; przynosiły one niejednokrotnie! rewelacyjne wiadomości. 
Jednak nie przemyślany! i sprzeczny z zasadami pracy wywiadu postępek Stadzińskiego - 
wykradzenie jakiegoś ważnego dokumentu z teczki gen. von Gienantha, zapoczątkował 
dekonspirację spalskiej komórki wywiadowczej  i punktu odbioru "enowej" prasy oraz 
całkowite ich  zlikwidowanie. 
Brak dokumentu zauważył szef sztabu mjr Wedel.  Zaalarmował bezzwłocznie Abwehrę 
(wojskowy wywiad i kontrwywiad), a ta z kolei ekspozyturę Sipo i SD w Tomaszowie 
Mazowieckim (Sicherheitspolizei und   Sicherheitsdienst  -   policja  bezpieczeństwa I i służba 
bezpieczeństwa SS). 2 października 1941 r. jadącą z robotnikami do Spały ciężarówkę 
dopędził j gestapowski łazik. Z grupy robotników funkcjonariusze Sipo od razu wyłuskali 
"Wilka" i "Skibę", których przewieźli do swojej siedziby w Tomaszowie Mazowieckim na ul. 
Zapiecek. Znaleziono przy nich ] materiały obciążające w postaci podziemnej prasy '? 
 

22 

 

w języku polskim ( nie byli oni bowiem kolporterami prasy "enowej"). 
Należy sądzić, że rola zatrzymanych łączników była znana od pewnego czasu ekspozyturze 
tomaszowskiego Sipo i SD - czekano tylko na odpowiedni moment, aby przystąpić do 
generalnej akcji. Natychmiast bowiem aresztowano w Spale osiemnaście osób spośród 
polskiego personelu i zabrano do Radomia. 13 października przywieziono z powrotem do 
Spały zwolnionych z tej grupy dziesięć osób. W Radomiu natomiast zatrzymano w śledztwie 
dwóch łączników, "Wilka" i "Skibę", oraz Halinę Poborcównę, Ignacego i Alfreda 
Stadzińskich, Stefana Dąbrowskiego i jedną osobę o nie ustalonych personaliach. 
Tym samym samochodem przewieziono do Radomia następnych jedenaście aresztowanych 
osób, spośród których zwolniono cztery, a Cabana i jego dwie córki: Danutę i Janinę, 
Leonarda Poborca z córką Ireną oraz dalsze dwie osoby o nie ustalonych danych zatrzymano. 
Dla komórki wywiadu w inspektoracie piotrkowskim był to cios na nie spotykaną dotychczas 
skalę z uwagi na to, że komórka spalska znajdowała się na terenie dowództwa niemieckich 
wojsk okupacyjnych w Polsce. Jej działalnością interesował się szef wywiadu Okręgu Łódź 

background image

ZWZ/AK - ówczesny mjr "Gertruda" (Zygmunt Walter-Janke). Komórka wywiadu w Spale, 
oddająca olbrzymie usługi pol- 

23 

 
skiemu podziemiu, przestała nagle istnieć bez nadziei na rychłą odbudowę. 
W niespełna rok po pierwszych spalskich aresztowaniach, tj. 2 października 1942 r., cztery 
siostry: Irenę i Halinę Poborcówny oraz Danutę i Janinę Cabanówny, rozstrzelano w obozie 
koncentracyjnym w Ravensbruck. Po pozostałych członkach spalskie-go wywiadu oraz 
aresztowanych z nimi innych osobach zaginął wszelki ślad. Najprawdopodobniej podzielili 
los czterech dzielnych sióstr. 
Po spalskiej wsypie Niemcy przystąpili do frontalnego ataku na Obwód Tomaszowski 
ZWZ/AK. Nastąpiły dalsze aresztowania, ale na ślad powiązań z akcją "N" nie udało im się 
natrafić do końca woj- 
O aresztowaniach w Spale tak pisał w swoim meldunku komendant Obwodu Tomaszów 
Mazowiecki kpt. "Zbigniew" (Julian Walewski) *: "Wykaz strat 
(...) Ponadto w dniu 2 X 4" aresztowano z obsługi w Spale 18 osób. 13 X 41 aresztowano z 
obsługi w Spale 11 osób. Razem 29 (...)". 

Opisany wyżej Obwód Tomaszów Mazowiecki, wraz z Obwodami: Piotrków Trybunalski, 
Opoczno i Rawa Mazowiecka, wchodził w skład Inspektoratu 
 

* AWIH, sygn,III /37/133, k. 23. 24 
 

24 

 

Rejonowego Piotrków Trybunalski z Okręgu Łódź I ZWZ/AK. 
W tomiku niniejszym przedstawiono również kolportaż prasy "enowej" w Obwodzie 
Koluszki-Brzeziny, wchodzącym w skład Inspektoratu Rejonowego Łódź, także z Okręgu 
Łódź ZWZ/AK. Przypomniano ponadto przebieg akcji "N" w jednej z dzielnic Radomia - na 
Zamłyniu, z Okręgu Kielce 7WZ/AK, graniczącego od północy z Okręgiem Łódź. 
Osnowę poszczególnych rozdziałów stanowią głównie relacje uczestników tych wydarzeń 
oraz bogate dokumenty, zachowane w CA KC PZPR w Warszawie. 
 

Celne ciosy 

 
W dniu 10 kwietnia 1941 r. uciekł do Wielkiej Brytanii Rudolf Hess. Przedostał się tam 
myśliwskim samolotem Me 110, startując z lotniska pod Monachium. Był on jednym z 
głównych przywódców hitlerowskich Niemiec i cieszył się dużym zaufaniem Hitlera. Pełnił 
funkcję jego zastępcy w NSDAP, którą faktycznie kierował. Po dojściu Hitlera do władzy I 
wszedł w skład jego rządu jako minister bez teki. Rudolf Hess urodził się w 1894 r. w 
Aleksandrii jako syn niemieckiego kupca. W I wojnie światowej walczył jako ochotnik na 
froncie niemiecko-francuskim, gdzie zetknął się z Hitlerem, z którym związał swoje życie na 
wiele długich lat. Odbył przeszkole- 
 

25 

 

nie lotnicze i został pilotem wojskowym. Był jednym i z głównych wykonawców "puczu 
monachijskiego" - nieudanej próby przejęcia władzy przez Hitlera na czele bojówek SA 
(Sturmabteilungen - oddziały szturmowe) w dniach 8-9 listopada 1923 r. I Uwięziony razem z 
Hitlerem, miał mu pomagać w pisaniu "Mein Kampf" ("Moja walka"). Od 1923 r. i był jego 
osobistym sekretarzem. W 1939 r. został! wyznaczony drugim (po Göringu) następcą Hitlera.   

 

background image

Na temat powodu ucieczki Hessa do Wielkiej Brytanii krążyły różne wersje. Jedna z nich 
głosiła, jakoby miał on za zadanie w porozumieniu z Hitlerem i nakłonić rząd brytyjski do 
zawarcia ugody z III Rzeszą przed jej uderzeniem na ZSRR. 
Tę delikatną misję miały ułatwić Hessowi szerokie koneksje wśród brytyjskiej arystokracji 
oraz tamtejsi  przeciwnicy Związku  Radzieckiego, a także jego mocna pozycja w 
hitlerowskim rządzie. 
Pierwsze  komunikaty niemieckie po zniknięciu Hessa informowały, że wystartował on na 
awionetce i  prawdopodobnie uległ wypadkowi   Gdy jednak wydało się, że wylądował w 
Anglii i tam został aresztowany, a następnie internowany do końca wojny, I minister 
propagandy w rządzie Hitlera dr Joseph Paul Goebbels  zaczął  rozpowszechniać uporczywą  
informację, jakoby Hess był psychicznie chory i dlatego uciekł, zdradzając Hitlera. 
Już wkrótce po tym niecodziennym wydarzeniu w satyrycznym podziemnym pisemku "Lipa" 
został zamieszczony stosowny wierszyk: 
 

26 

 

SOS - uciekł pies Nazywa się Hess  
Odprowadzić sukinsyna  
Za nagrodą do Berlina. 
 
W referacie "N" za zgodą KG ZWZ (Komenda Główna Związku Walki Zbrojnej) 
postanowiono wykorzystać ucieczkę Hessa jako pretekst do akcji, która by sugerowała 
członkom nazistowskiej partii istnienie w jej szeregach antyhitlerowskiej opozycji. Mimo iż 
Hitler był przywódcą oraz ideologiem NSDAP, Hess faktycznie sprawował w niej 
kierownictwo. 
Należało więc opracować odpowiednią odezwę fikcyjnego "Ruchu Rudolfa Hessa" 
skierowaną do "uczciwych i patriotycznych" członków nazistowskiej partii. Przygotowanie 
takiej odezwy polecono opracować redaktorowi pisma "Der Soldat" przeznaczonego dla 
Wehrmachtu -- "Kowalczykowi" (Zygmunt Ziółek). 
Praca nie była łatwa. Teksty przemówień Hessa, wydane drukiem, znane były szerokim 
kręgom członków jego partii. Odezwa musiała więc zawierać zwroty i argumenty takie, 
jakimi Hess wcześniej operował. 
Po kilkumiesięcznej pracy, w pierwszej dekadzie lipca 1941 r., rozkolportowano odezwę, 
przetłumaczoną na niemiecki przez niezawodnych konspiracyjnych germanistów. 
Nawoływano w niej "partyjnych przyjaciół" do tworzenia patriotycznych komórek  pod  
nazwą  "NSDAP -  EB"  (Emeuerungsbe- 
 

27 

 

wegung - Ruch Odnowy). W odezwie analizowano także niewybaczalne błędy Hitlera, który - 
na przykład atakując Związek Radziecki - spowoduje klęskę niemieckiego państwa, a 
członków NSDAP narazi na okrutne represje. 
Przypominano tam również słowa Hitlera, który zawsze twierdził, że Niemcy nie mogą 
wygrać wojny prowadzonej na dwa fronty, co już kiedyś uporczywie podkreślał Hess. 
Odezwa była zakończona buńczucznym: "Heil Hess!" (Niech żyje Hess!), a nie jak wszędzie 
dotychczas: "Heil Hitler!" 
W sumie wydano sześć odezw, z których ostatnia nosiła datę z czerwca 1943 r., a miejsce 
wydania - Monachium. Krytykowano w nich ostro polityczne posunięcia Hitlera. Ponieważ 
odezwy kierowano głównie do członków nazistowskiej partii, umiejętnie podsycano w nich 
niechęć do generalicji, która walczyła głównie o "stołki" w Oberkommando der Wehrmacht. 

background image

Jedna z odezw zatytułowana: "Volksgenossen! Der Frieden ist in greifbarer Nähe!" 
("Towarzysze! Pokój jest osiągalny!") opatrzona była zdjęciem Hessa i omawiała jego 
rzekome porozumienie z rządami Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Zapewniano 
ponadto, że w powojennych Niemczech obejmie władzę nowy, narodowosocjalistyczny rząd, 
który otrzyma kredyty i wydźwignie kraj na szczyt potęgi gospodarczej w Europie,  

 

Ostatnia odezwa zawierała skrótową syntezę po- 
 

28 

 
przednich pięciu odezw oraz nadal nawoływała do zakładania "Komórek Hessa". 
"Niemcy stoją na bezdrożu - pisano - (...) w tej ostatniej godzinie (należy) obrać właściwą 
drogę dziejową, która wprowadzi nas znowu do grona wielkich narodów białej rasy jako 
równorzędnego partnera. Dzięki zrządzeniu losu mamy takiego Niemca,  który  może 
narodowi wskazać tę drogę -  jest nim Rudolf Hess!" 
I dalej: "Nawet w najśmielszych marzeniach nie śniło się nam, że tak się ten ruch rozwinie. 
Nasza idea pozyskiwała sobie okręgi jeden po drugim. W wielu miastach obsadziliśmy 
zwolennikami Hessa kluczowe stanowiska w aparacie partyjnym. Z niecierpliwością oczekują 
oni na sygnał do ogólnej czystki". 
Odezwę kończyło zdanie: "Ratujcie Rzeszę, wstępujcie w nasze szeregi!" oraz: "Heil Hess! 
NSDAP -  Ruch Odnowy". 
Jest niewątpliwe, że akcja ta w jakimś stopniu podkopała pozycje hitlerowskich bonzów i 
osłabiła ich autorytet. Wiadomo bowiem, że prasa "N" docierała do wielu jednostek 
Wehrmachtu, głównie na wschodnim froncie. Wiadomo również, że wielu żołnierzy 
zaszokowanych ich treścią oddawało znalezione "enki" swym dowódcom. W taki więc 
sposób wydumane i celowo wyolbrzymiane informacje szły wyżej, a o to także chodziło. Byli 
jednak i tacy, którzy przekazywali znalezione lub otrzymane gazetki  

 

29 

dalej. W tej samoistnej konspiracji zdarzały się również i wpadki, kończące się sądami 
polowymi, Rudolf Hess przeżył wojnę i po zakończonym internowaniu, na mocy wyroku 
Międzynarodowego trybunału Wojskowego w Norymberdze, został skazany w 1946 r. na 
karę dożywotniego więzienia. Nie podlegał żadnej amnestii. Zmarł w więzieniu 17 sierpnia 
1987 r. - podejrzany o samobójstwo. 
 

 

O zakończeniu "Akcji Hess" przystąpiono do preparowania kolejnej fikcyjnej opozycji - tym 
razem w wojsku. 
Kierownictwo Referatu "N" stanęło przed nie lada problemem.  Spośród około 2000 
niemieckich generałów należało wytypować takiego, który by spełnił  wszystkie  warunki  
jako  "przywódca  spisku" Wehrmachcie.   Po  wielu  propozycjach   zapadła decyzja, że 
przywódcą tego fikcyjnego spisku został feldmarszałek Walter von Reichenau*. Już po kilku 
tygodniach "wywrotowej" działalności feldmarszałka w Wehrmachcie ukazał się 19 
stycznia1942 r. w "Nowym Kurierze Warszawskim", nazwanym przez Polaków 
"szmatławcem" lub "gadzinówką" komunikat: ,Zgon marszałka von Reichenau. Główna 
Kwatera Naczelnego Wodza, 19 I - w 
 

* Niektóre dane z życiorysu v. Reichenaua autor zaczerpnął z: Michał Wojewódzki, Akcja Reichenau, Warszawa 1984. 

 
 

30 

background image

 
dniu 17 bm. zmarł na udar serca (w oryginale jest napisane: "schlaganfall", a więc apopleksja, 
udar mózgowy - przyp. E. W.) głównodowodzący jednej z armii lądowych - marszałek polny 
Walter von Reichenau. Kanclerz Hitler wydał z tej racji rozkaz dzienny do niemieckich 
wojsk". 
Dzienniki niemieckie wychodzące w Reichu podały pełny tekst rozkazu oraz zamieściły 
zdjęcie feldmarszałka z opisem jego zasług dla "Tysiącletniej Rzeszy". Informowały także, że 
z rozkazu führera pogrzeb odbędzie się na koszt państwa, a w kondukcie żałobnym znajdą się 
przedstawiciele wojska i rządu z marszałkiem Hermannem Göringiem i feldmarszałkiem 
Gerdem von Rundstedtem na czele. 
Jak wynikało z kolejnych informacji, śmierć von Reichenaua nastąpiła podczas podróży 
służbowej z frontu wschodniego do Rzeszy. 
Wielu jednak publicystów wysuwa sugestię, że został on po prostu zlikwidowany, do czego 
przyczyniła się także działalność prasy "enowej". 
Wybór von Reichenaua na "organizatora" spisku został podyktowany tym, że był on jednym z 
bardziej znanych i uzdolnionych generałów niemieckich. W czasie przejmowania władzy 
przez Hitlera w 1933 r. należał do grupy tych generałów, którzy go popierali, stąd cieszył się 
jego sympatią i dużym zaufaniem. Pozwoliło to później polskiemu podziemiu z Referatu "N" 
przedstawić go jako człowieka, który w trosce o dobro ojczyzny odsunął się od zgubnej 
polityki swego wodza. 
 

31 

 
Kariera von Reichenaua przebiegała dość sinusoidalni jakby określił matematyk - ale zawsze 
upadał on na "cztery łapy". Gdy tylko Hitler w 1933 r. garnął władzę, von Reichenau 
proponował mu rozbudowę skierowanej przeciw Polsce "obrony wschodnich granic" 
(Grenzschutz Ost), która miała " składać głównie z paramilitarnych oddziałów SA. d 1 lutego 
1933 r. był już generałem-porucznikiem odpowiednik generała dywizji). Natychmiast po 
śmierci niemieckiego prezydenta, feldmarszałka Paula Hindenburga von Beneckenirffa  
(2 sierpnia 1934 r.), Hitler przy poparciu armii, której dużą rolę odgrywał von Reichenau, 
połączył dwa stanowiska - kanclerza i prezydenta, i obje jako führer (wódz). Tego samego też 
dnia Reihenau wprowadził zawczasu opracowaną przez siebie nową formułę" przysięgi 
wojskowej, jej tekst był krótki i w obliczu Boga zobowiązywał żołnierza ) bezwzględnego 
posłuszeństwa führerowi Adolfowi Hitlerowi (imiennie) z gotowością do poświęcenia życia. 
Od tego czasu armia niemiecka, występująca dotychczas jako Reichswehra (Obrona 
Państwa), przyjęła nazwę Wehrmacht (Siły Zbrojne). W 1935 r. Reichenau odszedł ze 
stanowiska szefa urzędu Ministerstwa Wojny, ale już 1 października 36 r. awansował na 
generała artylerii w Wehrmachcie. 
Trzy lata później dowodził 10 armią polową w agresji na Polskę, wyprowadzając potężne 
natarcie z jonu Kluczborka (wówczas Kreuzburg) przeciwko 
armii "Kraków" i "Łódź". To właśnie jeden z batalionów podporządkowanej mu 19 dywizji 
piechoty już 2 września wziął krwawy odwet na mieszkańcach miejscowości Parzymiechy 
pod Działoszynem, gdzie żołnierze polskiej 30 DP stawili napastnikowi twardy opór. 
Kiedy 3 września czołówki 10 armii wdarły się do Częstochowy, zaczęły się mordy, gwałty i 
rabunki cywilnej ludności, które trwały kilka dni. Po zajęciu miasta, 4 września 1939 r., 
Reichenau wydał brzemienny w skutkach rozkaz, który w majestacie niemieckiego prawa 
zezwalał na rozstrzeliwanie 3 polskich zakładników za każdy akt sabotażu i nakazywał 
bezwzględne traktowanie ludności cywilnej oraz zatrzymywanie wszystkich mężczyzn 
zdolnych do służby wojskowej i zamykanie ich w obozach. Rozkaz polecał także 
dokonywanie rewizji domowych i konfiskatę radioodbiorników oraz wszelkich wojskowych 

background image

przedmiotów. Zgodnie z tymi zaleceniami już 4 września przeprowadzono publiczną 
egzekucję w Częstochowie, a 8 września 1939 r. aresztowano kilka tysięcy Polaków w 
miejscowości Końskie, spośród-których około 60 bez sądu rozstrzelano. 
Również 8 września straż przednia 4 DPanc, wchodzącej w skład 10 armii, przedarła się na 
przedmieścia Warszawy (Ochota i Wola). Tu jednak Niemcy natrafili na bardzo silną obronę i 
plan von Reichenaua zajęcia stolicy Polski z marszu nie powiódł się. Niemcy dobijali się do 
bram Warszawy jeszcze dwadzieścia dni. 
 

33 

 
Dzisiaj na miejscu barykady zbudowanej wówczas na ul. Grójeckiej, gdzie zatrzymano 
Niemców, stoi monumentalny obelisk z kilkumetrowych cyfr odlanych z betonu. Na wysepce 
jezdni dominuje rok"1939", natomiast po jednej stronie chodnika ustanowiono datę 
pierwszego szturmu na Warszawę "8 IX", a po drugiej stronie datę zawieszenia broni "27 IX". 
Na obydwu datach wmurowano tablice z  jednobrzmiącym tekstem: 
"W tym miejscu żołnierze Wojska Polskiego, Robotniczych Batalionów Obrony Warszawy, 
straży  obywatelskiej i mieszkańcy Ochoty walcząc na barykadzie zatrzymali nacierające 
wojska niemieckie i w nierównym boju bohatersko bronili dostępu do i Warszawy w dniach 
od 8 IX do 27 IX 1939 roku". 
W październiku 1939 r. von Reichenau objął dowództwo nad 6 armią, która w trzy lata 
później, dowodzona przez feldmarszałka Friedricha von Paulusa  (b. szefa sztabu w armii  
Reichenaua), uległa zagładzie pod Stalingradem. 
Gdy w maju 1940 r. Hitler uderzył na Belgię i Holandię,   Reichenau   przyjmował kapitulację   
Belgii.!. Wniósł również swój wkład w rozbicie głównych sił| alianckich i kapitulację Francji 
w czerwcu 1940 r. I 19 lipca tego samego roku Hitler mianował go marszałkiem polnym. 
'Von Reichenau brał także udział w przygotowaniu uderzenia   na  Wielką  Brytanię  
(operacja   "Seelöwe" - Lew Morski). On także, jako jeden z pierwszych wyższych 
dowódców, opracował rozkaz wykonawczy

 

 

34 

 
 do planu Hitlera o likwidowaniu na miejscu komisarzy Armii Czerwonej, rozstrzeliwaniu 
dziesięciu zakładników za akty sabotażu i inne drakońskie zalecenia w planowanej inwazji na 
ZSRR. 
Jego wspaniale uzbrojona 6 armia polowa uderzyła na ZSRR z kierunku Lwowa i walnie się 
przyczyniła do szybkiego zajęcia Kijowa oraz do przesunięcia linii frontu poza Charków, aż 
po rzekę Mius. Sława Reichenaua rosła, stosowana przez niego taktyka dawała pożywkę 
niemieckiej propagandzie o osławionym "Blitzkriegu" (wojna błyskawiczna). 1 grudnia 1941 
roku Hitler mianował Reichenaua dowódcą Grupy Armii "Południe" w miejsce 
zdymisjonowanego Rundstedta. I to był jego zmierzch - w styczniu 1942 r. Reichenau już nie 
żył. Samolot lecący do Rzeszy, na którego pokładzie znajdował się von Reichenau, rozbił się 
podczas przymusowego lądowania na lotnisku polowym pod Lwowem. Feldmarszałek został 
ciężko ranny w głowę, a towarzyszący mu oficerowie wyszli z opresji z różnymi obrażeniami. 
Nie wiadomo jednak do końca, jakie były okoliczności jego śmierci. Oficjalnie bowiem zmarł 
na udar mózgowy... 
W czasie gdy von Reichenau otrzymał w grudniu 1941 r. nominację na dowódcę Grupy Armii 
"Południe", w Referacie "N" praca nad spreparowaniem "spisku feldmarszałka" szła pełną 
parą. Po dłuższych przygotowaniach ukazał się specjalny 25 (fikcyjny) numer pisma "Der 
Soldat", z datą 15 grudnia 1941 r., gdzie opublikowano artykuł  zatytułowany: "Der 
 

background image

35 

 
Entscheidungentgegen" ("Ku rozstrzygnięciom" lub "Podjęcie decyzji"). Na czołowym 
miejscu była zamieszczona fotografia w generalskim mundurze, a pod nią podpis "Walter von 
Reichenau". 
Treść zamieszczonego artykułu została zredagowana w Centralnej Redakcji przez zespół, 
którym kierował redaktor pisma "Der Soldat" - "Kowalczyk" (Zygmunt Ziółek). Tekst polski 
został przekazany tłumaczom-germanistom. 
W artykule podkreślano zasługi niemieckiego żołnierza, który doprowadził do szczytu potęgę 
militarną Niemiec niszczoną teraz przez obłąkańcze plany Hitlera. 
"Po śladach żołnierza w krajach zawojowanych idzie polityk partyjny, morderca z gestapo i 
łotr w brunatnej koszuli z lepkimi łapami złodzieja" - pisano w "Der Soldat". Dalej 
następowała analiza zgubnej polityki prowadzonej przez nazistowską partię, którą kieruje jej 
przywódca duchowy - Adolf Hitler. Nawiązywano również do 1918 roku, kiedy załamało się 
morale całego narodu niemieckiego, a ówczesny führer - Wilhelm, uciekł z kraju (Jego 
polityka doprowadziła do wybuchu I wojny światowej. W listopadzie 1918 r. zbiegł do 
Holandii i abdykował - przyp. E.W.), lecz mimo takiego krachu armia niemiecka zdołała się 
odrodzić. Artykuł kończył się stwierdzeniem:

 

"Także i teraz Reichenau bierze udział w zmaganiach na froncie wschodnim. Jego oficerowie 
i żołnierze są z nim  związani  ścisłym  koleżeństwem. 
 

36 

Niech ten nasz głos, który dotrze do niego, będzie nową gwarancją, że droga, którą mu los 
wyznaczył, będzie drogą każdego niemieckiego żołnierza. 
Razem z Reichenauem - do innych, lepszych Niemiec". 
Następny "Der Soldat" wyszedł już po szokującej śmierci von Reichenaua i został oznaczony 
także fikcyjnym numerem (większym) 29 i datą 24 stycznia 1942 r. 
Był to już ostatni numer tego pisma. Jego miejsce zajął nowy tytuł "Der Frontkampfer" 
("Bojownik Frontowy" lub krótko "Frontowiec"). Chodziło bowiem o to, aby zasugerować 
niemieckiej służbie bezpieczeństwa i czytelnikom, że śmierć Reichenaua jest równoznaczna z 
rozbiciem generalskiej opozycji. Równocześnie ze zmianą tytułu "Der Soldat" zmieniono 
nazwę pisma "Der Hammer" ("Młot") na "Der Durchbruch" ("Przełom"). Posunięcie to miało 
zasugerować niemieckim czynnikom oficjalnym ścisłe powiązanie pism "Der Soldat" i "Der 
Hammer", które po rozbiciu wywodzącej się z wojska i spośród robotników opozycji zostały 
zlikwidowane. 
We wspomnianym ostatnim numerze "Der Soldat" zamieszczono na czołowym miejscu 
artykuł zatytułowany "Wojna między partią a Wehrmachtem! Nasza nadzieja spoczęła w 
grobie!" Gloryfikowano w nim działalność polityczną i wojskową nieżyjącego 56-letniego 
feldmarszałka i opłakiwano jego przedwczesną śmierć. 
 

37 

 
Nigdy dotąd żaden rewolucyjny tyran nie poczynał sobie ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi 
i współpracownikami tak krwawo i z taką zaciekłością jak Adolf Hitler - opanowany 
obłędnym przekonaniem, że za pomocą mordu i tylko mordu może utrzymać się przy władzy. 
Zaczęło się to wszystko od historycznej już nocy z 29 na 30 czerwca 1934 roku, która była 
krwawym upojeniem oszalałego Cezara (Chodzi tu o "noc długich noży", podczas której 
Hitler krwawo rozprawił się ze swymi przeciwnikami z SA, a przede wszystkim z ich szefem 
Ernstem Rohmem - przyp. E.W.). 

background image

Przecież po ucieczce Rudolfa Hessa do Anglii wyciął w pień jego współpracowników i 
przyjaciół, rozniecając w ten sposób ogień zagłady pod stopami każdego Niemca". 
Dalej następowały opisy ukrytych tarć między partią a Wehrmachtem: . 
"(...) wierzymy, że tylko Wehrmacht jest jedynym czynnikiem władzy w Niemczech, 
mogącym położyć kres zarówno obłędnym hitlerowskim planom opanowania świata, jak i 
hołocie partyjnej (...)". * 
Artykuł kończył się wezwaniem: "Gdzie jest jednak mściciel? Zbudź się, narodzie niemiecki! 
Ten, 
 

* W okresie władzy Hitlera kluczowe stanowiska obsadzone były przez członków jego partii, nazywanej nazistowską (od skrótu 
niemieckiego wyrazu "narodowosocjalistyczny" - Nationalso-zialisten, czyli "nazi"). 

 

38 

 
któremu byłeś dotychczas ślepo posłuszny, pewnego dnia i ciebie poświęci swemu obłędowi, 
tak jak już nie raz poświęcił Twoich najlepszych synów". 
Referat "N" wyszukiwał coraz nowe zdarzenia, które pozwalały jątrzyć i podjudzać przeciw 
sobie różne grupy, osoby i formacje w niemieckim społeczeństwie. Krach osławionego 
"blitzkriegu" powodował, że wielu zagorzałych zwolenników Hitlera od zwykłego żołnierza 
do wyższych oficerów sztabowych zaczęło tracić zaufanie do "geniuszu i nieomylności" 
swego führera. Przeciętny żołnierz frontowy patrzył już innym okiem na tych w "górze", 
którzy tam, w vaterlandzie, mają ciepłe posadki i w zaciszu domowym oczekują końca wojny, 
który on ma im wywalczyć. Reakcja takiego człowieka musiała być jednoznaczna, gdy brał 
do ręki pisemka z cytowanymi niżej artykułami, w których aż nazbyt dużo miejsca 
poświęcano "dekownikom" ze zmilitaryzowanej nazistowskiej partii Hitlera.

 

Oto co pisał m.in. "Der Soldat" nr 7 z 15 września 1941 r.: 
"Koledzy!                   
(...) My tu walczymy w pierwszej linii, przelewamy krew i umieramy - oni tam, te hordy 
policji, małpy partyjne i buhaje, kradną, rabują i bogacą się w obrzydliwy sposób (...). 
Obejrzyjcie sobie tę hałastrę bonzów partyjnych (...). A obejrzyjcie sobie tych 
 

39 

 
buhajów. Pysk zawsze pełen gadania o poczuciu obowiązku i innych bzdurach". 
Był to "list" do gazetki od wymyślonego H. Müllera. Zaś "Der Frontkampfer" z sierpnia 1942 
r. przeprowadzał analizę, z której wynikało, że nigdy jeszcze Niemcy w swojej długiej historii 
nie stali przed dylematem, czy służyć ojczyźnie, czy nazistowskiej partii. Powinniśmy sami 
rozwiązać ten problem - pisano - i dokonać właściwego wyboru, który by rozstrzygał nie 
tylko o losie ojczyzny, ale i ich własnym.                                                      

 

Natomiast "Der Soldat" (wznowiony) nr 10 z października 1943 r. pod wymownym tytułem 
"Skrócenie frontu - zdrada Himmlera", stawiał na piedestał feldmarszałka Fritza  Ericha 
Mansteina von  Lewiński -  dowódcę  Grupy  Armii   "Süd"   na  froncie wschodnim, 
podobnie jak dwa lata temu von Reichenaua. Ową  zdradą  miało być wyprowadzenie dwóch 
dywizji Waffen SS na odpoczynek z południowego odcinka frontu, wskutek czego musiały 
się również wycofać na określoną głębokość inne jednostki wojsk lądowych Wehrmachtu. 
Takie "przesunięcia" zdarzały się Niemcom coraz częściej od cza su klęski pod Kurskiem, ten 
manewr posłużył jednak jako pretekst do ukazania ostrych konfliktów między celowo   
chwalonym  Mansteinem i  pogardzanym Himmlerem.                                                               

 

W demaskowaniu różnego rodzaju dekowników przodowały satyryczne pisemka ilustrowane:  
"Der Klabautermann i Erika. Redagował je, do chwili 
 

background image

40 

 

aresztowania, szef komórki redakcyjnej "Zelga" (Stanisław Smoleński) oraz "Malarz", 
"Miedza" (Stanisław Tomaszewski), opracowujący głównie nienaganną szatę graficzną. Po 
aresztowaniu "Zelgi" redagowanie tych periodyków powierzono, od listopada 1942 r., 
"Kozakiewiczowi" (prof. dr Kazimierz Kumaniecki), szefowi Centralnej Redakcji po 13 lipca 
1942 r., tj. po aresztowaniu jego poprzednika - "Noteckiego" (Jan Kawczyński). Szatę 
graficzną do tych i do wielu innych "enek" opracowywał nadal "Miedza". 
Satyryczne pisemko "Erika" dołączane było często przez kolporterów do niemieckiego bogato 
ilustrowanego czasopisma o tej samej nazwie i podrzucane lub wysyłane pocztą. Chodziło o 
to, by niemiecki odbiorca był przekonany, że obnażający cwaniactwo oraz nieuczciwość 
wysoko postawionych obywateli III Rzeszy dodatek jest wydawany legalnie. 
"Der Klabautermann" nie miał natomiast odpowiednika w niemieckiej prasie i był 
kolportowany podobnie jak i inne "enki". A oto dowcipy w swoistym stylu, zamieszczone w 6 
numerze tego pisma z września 1942 r. 
 Na tytułowej stronie napis: "Zima 1942 - 43 i jej rezultat. Pod napisem rysunek 
przedstawiający dwóch opatulonych i słaniających się po śniegu niemieckich żołnierzy obok 
leżącego w hełmie trupa, a niżej parafraza wiersza Heinego o napoleońskich grenadierach, 
która tak została przełożona na polski w unikalnej książce Akcja "N" (s. 618): 
 

41 

 
Do Niemiec ciągną dwaj grenadierzy, 
a z Rosji to drogi szmat. 
Marzą o domu i ciepłej kwaterze, 
mróz im dokucza i wiatr. 
Niemiecka armia już nie istnieje 
na skutek śmiertelnych strat. 
Tych dwóch tylko wraca, a wiatr mroźny wieje 
Heil Hitler! Heil Himmler! Heil Stab! 
 
Następną stronę otwiera 6 karykaturalnych rysunków ukazujących przygody hauptmanna 
Fanfarona: 
1.  W koszarach podczas wysławiania führera,

 

2.  W czasie prowadzonej przez niego morderczej musztry "padnij" - "powstań", 
3.  Na spacerze z "dziewczynkami", 
4.  Na "zasłużonym" urlopie przy sznapsie i wspominkach o swych bohaterskich czynach 
frontowych, 
5.  W natarciu (ukryty w okopie), 
6.  Odznaczany przez Hitlera wysokim orderem na tle dwóch obandażowanych, jednonogich 
żołnierzy o kulach. 
Dalej rysunek przedstawiający dwie siostry miłosierdzia trzymane pod ręce przez esesmana, a 
przed nimi dwie kurtyzany prowadzące rozmowę: "Jak tu człowiek może zarobić na kawałek 
chleba? Dobrze urodzone dziewczyny z czerwonymi krzyżami prześcigają nas tak dalece, że 
nikt nie chce nas widzieć. I my również będziemy musiały zmienić ubiór". 
Obok na uschniętym drzewie siedzi kruk o ludz- 
 

42 

 

background image

kiej twarzy, przed nim leży  zbita z połamanych desek swastyka, a na każdym z jej ramion 
widoczne napisy: "Grabież, Mord, Głód, Niewolnictwo". 
Stronę kończy dialog Hitlera z Mussolinim, siedzących po wojnie w Brennerze w domu 
wariatów, który specjalnie dla nich zbudowano. 
"Mussolini: Mój kochany, wszyscy wierzą, że byłem Mussolinim, ale w rzeczywistości 
jestem Cezarem. Zachowaj to jednak przy sobie, zabito by mnie bowiem po raz drugi. Hitler: 
Ja również nie jestem Hitlerem, lecz Napoleonem. Ale to jest tajemnica państwowa. Inaczej 
Anglicy by mnie zesłali na Wyspę Św. Heleny". 
Trzecią stronę otwiera rysunek zatytułowany "Fabrykant aniołów". W obłokach fruwają 
duchy. - ofiary Hitlera: Reichenau, Todt, Udet i Mölders. Pod nimi w kabalarskich szatach, 
upstrzonych swastykami i trupimi czaszkami, Hitler z Himmlerem. Obok łóżko z leżącym 
feldmarszałkiem Fedorem von Bockiem, a poniżej treść rozmowy:

 

"Hitler: A więc na kogo kolej w zaświaty? Himmler: Myślę, że teraz na Bocka. Zbyt wiele 
odniósł sukcesów". 
Stronę zamyka rysunek roznegliżowanej dziewczyny leżącej na sofce przy niej jakiś działacz 
hitlerowski z opaską "Siłą do uciechy". Rysunek nosi tytuł: "Z frontu pracy", a pod nim 
dialog: "Ona: Więc, Robercie, kiedy kupisz mi szykowne futro? On: Poczekaj nieco, mój 
skarbie. W najbliższym czasie, na nadchodzącą zimę, urządzimy drugą 
 

43 

 

zbiórkę  ciepłych  futer dla  frontu.  Będziesz więc mogła sobie wybrać wówczas coś 
pięknego". 
W "Der Soldat" nr 9 z 28 października 1941 r. zamieszczono zręcznie spreparowane 
wiadomości o matactwach i nadużyciach dokonywanych przez funkcyjnych pracowników 
administracji cywilnej, funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, policji, członków 
nazistowskiej partii oraz o nowych kłamstwach führera. Znalazły się tam także materiały 
stanowiące jakby odpowiedź na wątpliwości przeciętnego niemieckiego żołnierza. Sens 
artykułu zatytułowanego "Bajdurzenia Hitlera" jest taki: Do końca wojny jest jeszcze daleko, 
naród niemiecki dostaje zamiast masła armaty, upust krwi trwa, a młodzież niemiecka będzie 
musiała krwawić może jeszcze na innych polach walk. Bo jeśli nawet wojska niemieckie 
wejdą przed zimą do zgliszcz Moskwy, to co dalej?

 

Po tej ostatniej bitwie przezimują w bezkresnych stepach Rosji centralnej. Front skostniałby 
wtedy w wojnę pozycyjną na okres 5-6 miesięcy, a Związek Radziecki miałby czas i 
możliwość przygotowania ofensywy wiosennej. Przyznał to przecież "Deutsche Allgemeine 
Zeitung" w artykule z 16 września br., gdzie napisano, iż "Sowieci rozbudowali o tysiące 
kilometrów za Moskwą ośrodki przemysłowe i zbrojeniowe, których nie można lekceważyć". 
Dalej w artykule stawiano pytanie, czy führer wyda, rozkaz prowadzenia kampanii zimowej. 
Trudno sobie wyobrazić okropności takiej wojny. Znamy

 

 

44 

 
przecież z historii wodza, który zapoznał się z rosyjską zimą. Nazywał się Napoleon. W 
zwycięskiej kampanii rozbił rosyjskie armie znacznie szybciej od Niemców. Zajął Moskwę, 
ale zastał tam tylko dymiące zgliszcza. Jego geniusz zawiódł wobec "generała mroza", 
którego teraz chciałoby się ośmieszyć. "Grande armee" poszła w diabły, podobnie jak pójdzie 
obłąkańcza idea Hitlera, który wtrącił Niemcy w awanturę, z której nie ma wyjścia. 
Improwizuje więc dalej, od zwycięstwa do zwycięstwa, od pogorzeliska do pogorzeliska, od 
ruiny do ruiny. Dlatego dla uczciwego Niemca istnieje tylko takie hasło: Koniec z tym. 
Koniec z Hitlerem! 

background image

W kolejnym artykule zatytułowanym: "Tak oni sobie żyją" autor pisze, że im dłużej trwa 
wojna, im więcej pochłania ofiar, tym częściej nasuwa się dręczące pytanie: komu ona 
przynosi korzyści? Czy olbrzymie ofiary, składane bez przerwy przez naród niemiecki, znajdą 
uzasadnienie w osiągniętych celach? Następnie autor wylicza, jakie ofiary poniosły 
dotychczas Niemcy w tej strasznej i beznadziejnej wojnie: 
"Zginęło dotychczas 2 miliony żołnierzy na rozmaitych frontach (ofiary w cywilnej ludności 
wynoszą 300 000), tyleż mamy rannych, z których co najmniej 30 % pozostanie kalekami i 
niezdolnymi do pracy. Większa część zachodnich miast leży w gruzach, ludność tamtejsza 
więcej czasu spędza w schronach niż w ocalałych jeszcze mieszkaniach. Żyje z nerwami 
rozstrojonymi, wypompowana psychi- 
 

45 

 

cznie i fizycznie, niezdolna do oporu. Dzieci nasze powysyłano do różnych krajów. Gdyby 
nam się nie powiodło, są one zdane na samowolę Czechów, Słowaków, Polaków, Rumunów, 
Serbów itd. My sami pracujemy w kraju 12 do 14 godzin za nędzne wynagrodzenie, z którego 
potrąca się oprócz podatków wysokie daniny na Niemiecki Czerwony Krzyż, pomoc zimową, 
dary dla żołnierzy i na cele partyjne. Biada temu, kto podczas pracy się uskarża. Znajdzie się 
w ciągu 24 godzin w obozie koncentracyjnym, rodzinie odbierze się prawa i stawi pod stały 
nadzór policyjny. O ile chodzi o zaopatrzenie w środki do życia, to wyglądamy jak w roku 
1917. Według ostatniego zarządzenia ministra wyżywienia ludność cywilna otrzymuje 1 kg 
ziemniaków na osobę, przy czym muszą one być gotowane w łupinach, jeżeli tak się ma 
sprawa z najważniejszym produktem, jak wobec tego musi wyglądać sprawa z pozostałymi 
produktami. Końca wojny nie widać, aczkolwiek Hitler przyrzekł ostateczne zwycięstwo na 
1940 rok. Czarne chmury ukazują się na horyzoncie. Życie Niemców na okupowanych 
terenach jest zagrożone". 
Z dalszych rozważań autora wynika, że podczas gdy znaczna część niemieckiego narodu 
zdaje się upadać pod ciężarem codziennych coraz większych i cięższych ofiar, kiedy pogarsza 
się sytuacja z wyżywieniem, a dziennie ginie około 2400 ludzi i dwa razy tyle zostaje 
rannych, spora część niemieckiego społeczeństwa prowadzi całkiem wygodne, bezpieczne 
 

46 

 
i syte życie. Są to panowie w brązowych i czarnych mundurach (zmilitaryzowani 
funkcjonariusze administracji państwowej i nazistowskich jednostek paramilitarnych), mający 
świetne stanowiska na zajętych terenach jako urzędnicy administracyjni, funkcjonariusze 
partyjni, służba specjalna. Handlują czym tylko mogą: złotem i drogimi kamieniami, 
ubraniami, meblami i żywnością, wysyłają skrzynie ze skradzionymi rzeczami do swych 
rodzin. Dalej autor z nietłumioną irytacją wylicza: "Ale asy spośród nich mają rodziny przy 
sobie i pędzą cudowne życie. Tak więc na terenach okupowanych można żyć pierwsza klasa. 
Otrzymuje się pensję zasadniczą (400-500 DM), dodatki za rozłąkę, diety i Bóg wie co 
jeszcze - wynoszą one dodatkowo co najmniej 500 DM miesięcznie i gwarantują one, wobec 
niskiego parytetu pieniądza krajów okupowanych, królewskie życie. Stołuje się w 
luksusowych kasynach, domach niemieckich, wspólnych kuchniach za tanie pieniądze. 
Żywność na zajętych terenach przydziela się po cenach urzędowych w dużo większej ilości 
niż w Rzeszy. Otrzymuje się przeciętnie takie artykuły, które w Rzeszy zna się od wielu 
miesięcy tylko ze słyszenia. Kawiarnie i restauracje niemieckie są wieczorami przepełnione. 
Prowadzi się tutaj życie sybaryty, jakiego paskarze w tej wojnie nie znali. Odznaczają się 
tutaj, rzecz oczywista, panowie w mundurach koloru gówna, panowie w czapkach z trupimi 
czaszkami, panowie w mundurach różnych urzędników. Ma się oczywiście, Bogu 

background image

 

47 

 
dzięki, przyjaciół we wszystkich okupowanych krajach i z nimi się uprawia ożywiony handel. 
Ze wschodu wysyła się słoninę, masło, kiełbasę, futra i skórę, a otrzymuje się z Francji 
doskonałe wina, najpikantniejsze sery, herbatę, kawę, likiery, jedwabną bieliznę, pończochy. 
W ten sposób idea narodowo-socjalistyczna zostaje harmonijnie zrealizowana". 
Kończąc opis wygodnego życia uprzywilejowanych osób z hitlerowskiego aparatu 
administracyjnego określa się ich: wybrańcami losu, pretorianami ducha wodzostwa, 
obrońcami niemieckiego honoru, ludźmi przestrzegającymi czystości szeregów i rasy.                                     
Z całego artykułu przebija nuta drwiny i rozczarowania wobec rzeczywistości. Jego autor 
kończy takimi oto wnioskami: walczcie dalej, krwawcie dalej,, pracujcie aż do utraty sił. 
Wynik tego będzie taki, że szerzyciele poglądu narodowosocjalistycznego będą mogli długo i 
spokojnie żyć na tyłach krwawiącej armii niemieckiej. Oni wiedzą także, 4D co Hitler 
prowadzi wojnę, bo my, żołnierze, nie wiemy. 
W artykule "Dlaczego nam się o tym nie mówi?" przytaczano z kolei wiele nieprawdziwych 
danych liczbowych i faktów, które dezorientując czytelnika siały zamęt i niepokój. 
Przypominano w nim, że Hitler zapowiedział pobicie Rosji jeszcze przed nastaniem zimy. 
Łatwo to jednak powiedzieć, trudniej wykonać. Nie ma mowy o zlikwidowaniu radzieckiego 
przemysłu wojennego oraz armii. Będzie ona uzupełniana nowymi wojskami, świetnie 
wyposażo- 
 

48 

nymi w broń i sprzęt dostarczane w olbrzymich ilościach zarówno z ośrodków 
przemysłowych ZSRR, jak i ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii przez Persję, 
Archangielsk, Murmańsk i Władywostok. To, co głoszą Hitler i Goebbels, można włożyć 
między bajki. Tylko przemysł Rosji carskiej rozmieszczony był w europejskiej części, 
obecnie większość jego gigantycznych zakładów znajduje się za Uralem, głównie na Syberii. 
Odkryto tam nowe pokłady rudy żelaznej, węgla, miedzi, cynku, ołowiu i innych cennych 
kopalin, dzięki czemu przemysł mógł ciągle zwiększać produkcję zbrojeniową. 
Autor tego artykułu - podobnie jak autorzy wielu innych materiałów o pokrewnej tematyce - 
posłużył się świadomie liczbami wyolbrzymionymi, których i tak żaden niemiecki czytelnik 
nie mógł sprawdzić, choć musiał zapewne pozostawać pod ich wrażeniem. Wysokość 
produkcji walczących stron - warto przypomnieć - stanowiła w tamtych latach tajemnicę. 
Tym łatwiej można było podsuwać dane fikcyjne, nie pozbawione jednak cech 
prawdopodobieństwa, o co wyraźnie zatroszczył się autor omawianego artykułu, z 
wykształcenia niewątpliwie ekonomista. Świadczy o tym fachowe powoływanie się na 
wszystkie radzieckie pięcioletnie plany gospodarcze, które stawiały sobie za cel m.in. 
rozbudowanie przemysłu zbrojeniowego. Drogą logicznej dedukcji autor dochodził do 
nowych ustaleń, przytaczając niepokojące dla Niemców dane procentowe i przeliczeniowe w 
tonach i sztukach. Nie 
 

49 

 
popełnił przy tym żadnego błędu, pisząc, że w republikach azjatyckich znajdowało się 
wszystko, czego tylko mógł potrzebować wydajnie pracujący i sprawnie kierowany przemysł 
zbrojeniowy, poczynając od surowców podstawowych aż do najbardziej deficytowych, 
których Niemcy nie posiadali. 
Nader trafnie zaznaczył autor geograficzne położenie wielkich kombinatów, nie narażonych 
na ataki bombowców Luftwaffe. Cóż z tego, że Göring chełpił się swą potęgą w powietrzu, 

background image

skoro te obiekty były dla jego samolotów nieosiągalne. Z nutą ironii pisze autor o "całkowicie 
zniszczonych" armiach marszałków Woroszyłowa, Timoszenki i Budionnego, jak głosiła 
goebbelsowska propaganda. W rzeczywistości, znanej dobrze frontowym żołnierzom, 
walczyły one nadal, co więcej - rosły w siłę, wprowadzając do działań świeże, znakomicie 
uzbrojone i wyposażone oddziały.

 

"Tak więc sen Hitlera o powaleniu Sowietów - konkluduje autor w zakończeniu swego 
artykułu - jest tylko urojeniem zbankrutowanego awanturnika, który chce ukryć przed całym 
narodem zbliżającą się wielkimi krokami nieuchronną klęskę i zmusić do nadludzkiego 
wysiłku kwiat niemieckiego wojska. Mamy tego dosyć. Dosyć już wojny i brodzenia w 
rosyjskim błocie! Chcemy wspólnie zbierać owoce naszych zwycięstw. Chcemy mieć 
wreszcie spokój i iść do domu". 
Prasa "enowa" zajęła się również... tańcem. Ten sam numer "Der Soldat", w artykule "Tańczy 
się!", 
 

50 

 
za wiedeńską gazetą "Neuer Wiener Tageblatt" informuje, że w pięknym naddunajskim 
mieście zorganizowano pod kuratelą partii nazistowskiej okręgowe kursy dla nauczycieli 
tańca, na które uczęszcza 500 młodych mężczyzn. 
Artykuł opowiada o niejakim Kurzie, który jako przedstawiciel krajowego kierownictwa 
kultury paple coś o "zwyrodnieniu, które należy usunąć", ażeby - naturalnie "w sensie 
narodowym" - wpoić na to miejsce "czystą i jasną" ideologię. Wtedy nauczyciele pokazują, co 
potrafią: oto walce nadreńskie i tyrolskie będą tupane jak za dobrych pokojowych czasów. Z 
kolei kierownik okręgowy inżynier dyplomowany Bücher mówi o "poważnej pracy", jaką 
koledzy po fachu wykonują od początku wojny.

 

Artykuł kończy się gorzkim podsumowaniem tej imprezy, która jest wielkim 
nieporozumieniem w czasie, gdy trwa straszna wojna: 
"Tak, my tańczymy tu także, zgadza się. Ale to jest inny taniec - taniec ognia i śmierci. I to 
podczas gdy 500 zdrowych, podskakujących chłopców o tysiące kilometrów za frontem mówi 
o "poważnych zadaniach", a tłustobrzucha partyjna świnia w gównianobrązowym uniformie 
rozkoszuje się tym i bije brawa". 
W apelu "Do rannych kolegów" - zamieszczonym także w tym samym numerze - czytamy, że 
od grupy rannych na wschodnim froncie otrzymano poufną drogą apel z prośbą o 
opublikowanie. 
"Opublikowany w przedostatnim numerze "Żoł- 
 

51 

 
nierza" artykuł pt. "Ranny - uzdrowiony - zdolny do służby" przemówił nam do serca. 
My, ranni, przeszliśmy przez piekło frontu i martyrologię lazaretów polowych i transportów 
rannych. Teraz my, gdy na koniec umieszczono nas w trochę godniejszych warunkach, może 
nawet w lazarecie w ojczyźnie, mamy czas i sposobność uprzytomnić sobie, dlaczego i za co 
poszliśmy na wojnę i musieliśmy tyle wycierpieć. 
I nie tylko mamy czas, mamy także moralny obowiązek, w momencie gdy każdy rodak 
obawia się nie tylko myśleć, a tym bardziej wypowiedzieć, do jakich wniosków doszedł już 
od dawna każdy Niemiec nie opętany chorobą partyjną.. 
Mieliśmy dotąd dostateczną sposobność poznać całą "uwolnioną zjednoczoną Europę". 
Wierny z własnego doświadczenia, że zdanie: "Zwycięstwo Niemiec - wolnością Europy" jest 
najgłupszym i najpospolitszym szwindlem, jaki kiedykolwiek podano. Zresztą każdy może 
wpaść na tym szwindlu, gdyż ci wszyscy Norwegowie, Belgowie, Holendrzy, Francuzi, 

background image

Polacy, Czesi, Rumuni, Serbowie itd. czekają tylko, ażeby nas podstępnie napaść, gdy tylko 
przyjdzie stosowna na to chwila". 
I sposobność taka nadchodzi - czytamy dalej --pobiliśmy wprawdzie drobne narody, a nawet 
potężną Francję, ale teraz, gdy wystąpiono przeciwko Rosji, sprawa stała się znacznie 
trudniejsza. Kosztuje to nas dużo krwi i potu. Pamiętajmy, że Anglia ze swoimi koloniami i 
dominiami oraz potężna Amery- 
 

52 

 
ka jest jeszcze w ogóle nie ruszona. Jest ona dopiero w początkowym stadium rozruchu 
swojego potężnego przemysłu wojennego. Dużo by nas kosztowało powalenie tych kolosów i 
nie wiadomo, czyby nam się to udało. Ale tak naprawdę to my wcale nie chcemy ich 
powalić... 
"Przede wszystkim nie chcemy dalej walczyć! Nie chcemy, żeby kulturalni biali ludzie 
wzajemnie się zabijali lub czynili kalekami. My po prostu nie chcemy w tym brać udziału. 
I wierzcie nam - inni również tego nie chcą. Wszyscy chcą pokoju, żeby podać sobie ręce i 
zbudować nowy rozsądny świat, gdzie takie dziwolągi i kandydaci do zakładu dla 
obłąkanych, jak "piękny Adolf" albo straszydło Göring, obwieszony orderami, nie mieliby 
miejsca".

 

Omawiając dalej poruszone problemy autor cytowanego artykułu dochodzi do wniosku, że 
pokoju nie zawarto dlatego, by brunatne świnie, korzystając z koniunktury, mogły nadal 
prowadzić swe zbójeckie wyprawy. Podejmowali je przeciwko całym narodom rzekomo w, 
imię ich uszczęśliwiania, łamiąc przy tym dane słowo, jak to miało na przykład miejsce z 
Czechosłowacją. 
Zrobić z tym koniec - domagają się ranni żołnierze. Stoimy teraz u szczytu potęgi i warunki 
pokoju będą dla nas szczególnie dogodne. Ale najpierw należy usunąć Hitlera i jego szaleńczą 
ideę narodowego socjalizmu. 
Dalej "ranni żołnierze" oświadczali, że walczyli i 
 

53 

 
cierpieli i nie można im teraz zarzucić, iż są markierantami, hurapatriotami czy 
malkontentami Nie są także kawiarnianymi politykami, bo zakosztowali dostatecznie nędzy 
tego świata i mają niezaprzeczalne prawo do rzucenia swego ważkiego głosu na szalę 
niemieckiej historii. 
Jeszcze nie nadeszła odpowiednia chwila - "pisali" - ale zbliża się już wielkimi krokami. Nie 
powrócimy więcej na front! jest to nakaz chwili. Musimy pozostać tutaj. Już niedługo 
ojczyzna będzie nas potrzebować do nowych wielkich zadań. 
A jak jest w kraju? W kolejnym zamieszczonym w omawianym "Der Soldat" artykule pt.: "Z 
Ojczyzny" stwierdza się, że na wojennej arenie Niemcom wiedzie się znakomicie. Zdobyto 
już prawie całą Europę z najbogatszymi krajami. Tym narodom, które zamiast armat miały 
przede wszystkim masło, myśmy to masło zrabowali - mówi gorzko autor artykułu. 
Rabowano, co tylko wpadło w ręce. Wydawać by się więc mogło, że wszystkiego winno być 
teraz w Niemczech w bród i bez ograniczeń. Ale prawda jest zupełnie inna. 
"Weźmy np. kartę odzieżową. Została ona zmniejszona ze 150 do 120 punktów. Można 
powiedzieć, że to nic szczególnego, ale przyjrzyjmy się temu bliżej: 20 ostatnich punktów jest 
bezterminowych, będą one ogłoszone za ważne, "gdy pozwoli na to sytuacja 
zaopatrzeniowa". A zatem pozostaje właściwie tylko 100 punktów. I znowu karta odzieżowa 
jest ważna nie na rok, jak dotychczas, lecz na 16 miesię- 
 

background image

54 

 
cy. Na jeden więc rok wypada tylko niepełne 75 punktów zamiast 150. A więc w tej 
zawoalowanej formie karta odzieżowa jest zredukowana o 50%. I jeszcze coś: kiedy trzeba 
kupić większy przedmiot, powiedzmy za 80 punktów, należy czekać ponad rok na ważność 
odcinka. A zatem w praktyce dla każdego, kto liczy na kartę odzieżową, na razie przez rok nie 
ma nic. Lecz Göring np. bez żadnej karty odzieżowej może wdziać na swój tłusty brzuch 
kilka ładnych, nowych uniformów.

 

O wspomnianych punktach odzieżowych, całkowicie rozwiewając iluzję, można jeszcze 
powiedzieć, że wiele artykułów, które dotąd były w wolnej sprzedaży, teraz można otrzymać 
tylko na punkty. Oto przykłady: kapelusze filcowe, gumowa i robocza odzież, nakolanniki, 
paski, a przede wszystkim towary wełniane - słowem wszystko, co jest potrzebne na obecną 
zimę bez węgla. Można więc ostatecznie powiedzieć, że w początku trzeciego roku naszej 
zwycięskiej, błyskawicznej i grzmiącej wojny karta odzieżowa zmalała do 1/4". 
Taki jest rezultat naszej przewidującej gospodarki zapasami - czytamy dalej. - Führer jednak 
twierdzi, że jest zaopatrzony na dalsze lata wojny. Sprawa nie wygląda wcale tak dobrze, bo 
w Zagłębiu Ruhry wprowadzane są karty na wyroby tytoniowe. Otrzymuje się na nie od 5 do 
6 papierosów dziennie albo 1 do 2 cygar. Za to angielskich bomb możną tam skosztować bez 
ograniczeń - ironizuje autor. - Niedługo zaś mieszkańcy Zagłębia Ruhry będą 

 

55 

 
otrzymywać również i bomby amerykańskie. Można zatem zadać pytanie, na co jeszcze 
czekamy? 
Końcowe zdania artykułu nawołują do pokoju, póki nie jest za późno, i stwierdzają, że można 
go zapewnić, jeśli banda nazistów zostanie przegnana w diabły. 
Uporczywie podawane informacje, choć rozdmuchiwane, opierano na faktach, z którymi 
spotykał się na co dzień każdy obywatel III Rzeszy. Gdy więc przeciętny frontowy żołnierz, 
któremu codziennie śmierć zaglądała w oczy, czytał tego rodzaju artykuły, jego "zapał 
bojowy" automatycznie stygł. Zdarzały się przecież nie odosobnione wypadki dezercji z 
Wehrmachtu, i to nie tylko żołnierzy z rodzin mieszanych. Ludzie ci szli do partyzantki lub 
będąc w wojsku wiązali się z podziemiem polskim, radzieckim, jugosłowiańskim itd. 
Nie ulega bowiem wątpliwości, że wiadomości takie, jak tutaj przytaczane, w miarę 
przedłużania się "blitzkriegu" wpływały destrukcyjnie na wielu dotychczasowych 
zwolenników Hitlera, którym coraz częściej wymykało się stwierdzenie "Hitler kaputt!". 
Fragmenty omówionych tu kolejnych pięciu artykułów, zamieszczonych w tymże "Der 
Soldat", w znacznym stopniu podważały wiarygodność hitlerowskiej propagandy natrętnie 
wychwalającej niemieckie sukcesy gospodarcze, militarne czy administracyjne. 
Oto w artykule "Obcy robotnicy w Rzeszy" podawano na przykład, że owych robotników, 
którzy 
 

56 

 
w większości zostali tu zwiezieni przymusowo, jest 5,5 mln. Są wśród nich: Polacy, Rosjanie, 
Serbowie, Chorwaci, Słowacy, Bułgarzy, Czesi, Duńczycy, Norwegowie, Belgowie, Francuzi, 
Włosi, Rumuni. Ludzie ci, zatrudnieni w przemyśle wojennym i na roli, są bardzo wrogo 
nastawieni do Niemców i dlatego mało wydajni. Ponadto zdarzają się wypadki dokonywania 
przez nich zabójstw i sabotaży. Więc bezpieczeństwo na terenie Rzeszy nie jest najlepsze i 
nietrudno przewidzieć, jakie mogą być tego skutki. 
Natomiast z artykułu "Z terenów okupowanych" można się było dowiedzieć, że: 

background image

"Jeszcze nigdy prasa nie była, a przede wszystkim kierownictwo narodu, tak zakłamane jak 
obecnie. Żyjemy w urojeniu "Zjednoczonej Europy", podczas, gdy wokół nas wrze. A winien 
temu jest tylko Adolf Hitler, którego mania wielkości wyczarowała wizję niemieckiego 
panowania nad wszystkimi narodami Europy, wbrew woli samego narodu niemieckiego. I tu 
trochę silnego światła, które nam szybko, jak błyskawica, uświadomi groźne wydarzenie. 
"Giorhale d'ltalia", włoski organ, podał w 5 numerze z października 1941 r. listę strat za 
miesiąc wrzesień. Na froncie gręcko-albańskim wymienia się 378 zabitych i 124 rannych, to 
jest więcej niż straty w Libii za ten sam okres. A myśmy myśleli, że tam już dawno spokój. 
Prasa szwajcarska podała, że w Jugosławii wojna z bandami przybrała charakter regularnych 
walk. Szczególnie  ciężka  miała   być walka  pod   Sabez, 
 

57 

 
80 km na wschód od Belgradu. "Stampa", wielkie pismo włoskie z Turynu, podaje w wydaniu 
z 11 bm., że Włosi przy pomocy niemieckich oddziałów odparli 4 silne ataki powstańców. 
Miały tutaj brać udział bombowce, tankietki i ciężka artyleria. 6000 ludzi z okolicznych 
miejscowości przeprowadzono do obozów koncentracyjnych. Jednocześnie w Montenegro 
utworzył się rząd uznany przez powstańców. 
Gdzie indziej położenie nie jest lepsze. Znajdujące się pod niemiecką kontrolą pismo 
"Martin" łamie ręce, że "bezmyślni szowiniści popełniają akty sabotażu, podpalają fabryki, 
uszkadzają tory kolejowe, niszczą zbiory, oblewając je żrącymi płynami". I zdarzyło się np., 
że duży transport cukru z cukrowni w Villers-Fancon (Dep. Sommy) 10 000 ton okazał się 
niezdatny do użytku, gdyż był zmieszany z solą. Rozstrzelano wprawdzie dyrektora i 11 
urzędników, ale kto zwróci cukier? 
W Poitiers wyleciała w powietrze fabryka. W okolicy Melun aż 9 rozmaitych fabryk stało się 
pastwą płomieni. I tak wygląda francuska współpraca z niemieckim ruchem odnowicielskim? 
- zapytuje "Martin". 
Sztokholmska "Svenska Dagbladet" podaje, że w Bergen (Norwegia) dalszych 34 członków 
związków narodowych zostało zesłanych do obozów koncentracyjnych, a 20 rybaków i 
innych żeglarzy rozstrzelano z powodu aktów sabotażu. 
A co się dzieje właściwie w Protektoracie Czech i Moraw? Nie wiemy, ponieważ prasa 
niemiecka musi 
 

58 

 
mieć pysk zamknięty. Ustalono jednak, że'tam w Pradze doszło do walk ulicznych. Został tam 
posłany najgorszy pies - SS, Heydrich, gdyż szlachetny pan von Neurath jest za dobrym 
Niemcem, aby maczać palce we krwi i przejść do historii jako morderca. 
Heydrich jest naturalnie asem swego rodzaju; około 7 tysięcy Czechów zostało postawionych 
pod ścianą i rozstrzelanych w ciągu kilku dni. W tej liczbie premier czesko-słowackiego 
rządu Elias i burmistrz Pragi. 
Prawdziwy niemiecki człowiek, a nie blond rasowe straszydło z łaski Hitlera, odsuwa od 
siebie ze wstrętem ten stan rzeczy. My nie chcemy z tym mieć hic wspólnego. Oczekujemy 
całym sercem końca tego straszaka hackenkreuza. 
Heil Hitler -do diabła!!". 
Idziemy dalej naprzód - czytamy w artykule "O czym milczą sprawozdania Naczelnego 
Dowództwa Sił Zbrojnych?" Jesteśmy już w Odessie, w Wiaźmie. Jutro prawdopodobnie 
będziemy w Leningradzie i Moskwie, w Rostowie i Tulę, a potem jeszcze dalej. Ale im 
bardziej idziemy do przodu, tym bardziej rozciągają się niezmierzone połacie rosyjskich 

background image

stepów. Czeka nas idący w miliony naród fanatyków, z których Sowiety stale czerpią nowe 
rezerwy. 
Czy ktoś z nas-zobaczy Ural? Czy przetrwamy zimę w tym okropnym kraju? 
Dalej autor artykułu stwierdza, że od września prasa niemiecka nie pisała o porażkach ani 
stratach. Sprawozdania mówiły niezmiennie o zwycięstwach, 
 

59 

 

ale brak wiadomości na temat, czym zostały one okupione - informuje autor - i dalej 
wyszczególnia z nazw i numeracji dywizje oraz pułki, które zostały rozbite lub doszczętnie 
zniszczone. 
Na zakończenie podaje, że dane dotyczą tylko części strat, o których redakcja pisma 
dowiedziała się przed rozpoczęciem wielkiej ofensywy na Moskwę. A jej efektem staną się 
niezwykle żyzne rosyjskie stepy zroszone niemiecką krwią...      
We "Wzruszającej wiadomości" podała dalej "enka", że Narodowosocjalistyczny Związek 
Kobiet w Brunzlau zebrał 23 cetnary ziół jako herbatę dla rannych. Ale wiadomo, że ani 
Ribbentrop, ani Go-ring nie pijają takiego wywaru. Prawdziwa bowiem cejlońska herbata 
smakuje nieporównanie lepiej. A jeśli do tego jest ładna porcja zdobycznego kawioru, 
dostarczonego z frontu specjalnym samolotem, to pozazdrościć tylko takiego przyjęcia. 
Dla rannych bowiem w zupełności wystarczy - czytamy - wspomniana herbata rumiankowa. 
"Na zdrowie, koledzy!" 
W szczególnie dramatycznej formie obrzydzał Niemcom wojnę artykuł "Ucz się marznąć", w 
którym opisywane były okropności frontu wschodniego. Wilgoć, głód, zimno, masy śniegu, 
gwałtowne opadanie słupka w termometrze. Kilkugodzinne leżenie w błocie lub mokrym 
śniegu pod wściekłym ogniem. Jest dopiero jesień, lecz na środkowym froncie oraz na 
północnym, pod Leningradem, panuje już temperatura 5 stopni poniżej zera. Wkrótce 
 

60 

 
nadejdą straszliwe rosyjskie zawieje i burze śnieżne, przed którymi nie ochroni żadne futro, a 
i tych na ogół brak. 
Podczas gdy temperatura styczniowa wynosiła w Berlinie 10 stopni poniżej zera, rosyjska 
jesień i zima jest nie do zniesienia. W tym klimacie mogą wytrzymać tylko ci, którzy się tu 
urodzili i stale mieszkają. 
W tej straszliwej walce z rosyjskim "generałem mrozem" na nic się zdadzą kliny, kotły, 
wyrównywanie frontu - przekonuje autor artykułu. Taka taktyka może być stosowana w 
okresie letnim. A teraz ciągle idzie na gorsze i jak będzie za miesiąc lub dwa? Nazistowska 
równość jest taka: my krwawimy na froncie - bonzowie partyjni grabią i szykują sobie 
dostatni żywot. 
Dywersyjna propaganda, która nastawiała wszystkich przeciwko wszystkim: wojsko przeciw 
partii, administrację cywilną przeciw administracji wojskowej itd., a także ukazywała 
stosunki i stosuneczki panujące w różnych środowiskach hitlerowskiego aparatu władzy, 
zaczęła z czasem dawać wyniki. Niektórzy angielscy publicyści, współtwórcy "czarnej 
propagandy" (odpowiednik polskiej propagandy "enowej"), uważają, że to właśnie ona dała 
pewną zachętę do przygotowania generalskiego spisku, którego wynikiem był nieudany 
zamach na Hitlera 
 

61 

 

background image

z 20 lipca 1944 r. Dokonał go jednooki i jednoręki inwalida wojenny płk Klaus von 
Stauffenberg przez podłożenie bomby zegarowej w "Wolfschantze" (Wilczy Szaniec). 
Reakcja Hitlera, który ocalał przysłowiowym cudem, była okrutna i natychmiastowa. Na jego 
rozkaz przystąpił do akcji cały aparat bezpieczeństwa SS Himmlera, "najwierniejszego z 
wiernych". Wtrącono do więzień, a później powieszono bądź rozstrzelano i zgilotynowano 
dziesiątki oficerów i kilkunastu generałów podejrzanych o udział w spisku. Wyrok śmierci nie 
ominął admirała Wilhelma Canarisa, do niedawna nietykalnego szefa Abwehry. Niektórych 
spiskowców, obciążonych zarzutem bezpośrednich przygotowań do zamachu stanu, Hitler 
rozkazał "powywieszać jak bydło". Rozkaz wykonano dosłownie, tracąc ich na hakach 
rzeźniczych. Filmowa kronika tej makabrycznej egzekucji była wyświetlana w kwaterze 
głównej führera. 

 

Sprzężenie zwrotne 

 
Wspomniany w jednym z poprzednich rozdziałów Obwód Koluszki-Brzeziny, określany 
również jako Brzeziriy-Koluszki, pokrywał się z powierzchnią przedwojennego powiatu 
brzezińskiego. Ponieważ jednak w Spale pod Tomaszowem Mazowieckim stacjonował sztab 
niemieckich wojsk okupacyjnych, Tomaszów i jego najbliższe okolice po Ujazd i Po- 
 

62 

 
pielawy wydzielono z terenu wspomnianego obwodu i włączono do powstającego 
podziemnego Obwodu Tomaszów Mazowiecki, który miał dodatkowo obserwować ruchy 
niemieckiego sztabu w Spale. Obwód ten leżał na terenie GG i tak jak Koluszki--Brzeziny 
podlegał Okręgowi Łódź ZWZ/AK. 
W dniu 9 listopada 1939 r. Obwód Koluszki-Brzeziny został ostatecznie przedzielony przez 
okupanta sztuczną granicą biegnącą wzdłuż rzek Mroga i Mrożyca, skręcającą powyżej 
miejscowości Nagawka na zachód w kierunku Strykowa. W ten sposób teren Rzeszy zetknął 
się tu z okupacyjnym tworem nazwanym Generalnym Gubernatorstwem. 
Warunki życia na terenach przyległych do owej granicy były zupełnie odmienne niż w innych 
regionach okupowanego kraju. Był to pas, w którym obowiązywały szczególnie zaostrzone 
rygory wobec społeczeństwa polskiego. 
Okupacyjna siedziba powiatu Brzeziny znalazła się w tym właśnie mieście, a więc po stronie 
Warthegau (Kraj Warty), czyli w Rzeszy, pierwszy zaś komendant Obwodu Koluszki-
Brzeziny - por. "Królik", "Angora" (Edward Pluta), zamieszkał w Koluszkach na terenie GG. 
Koluszki stały się więc automatycznie miejscem stacjonowania komendy tego obwodu. 
Przez większą część okupacji obwód podlegał Inspektoratowi Rejonowemu Łódź, a od 2 
października 1944 r. jego rejony położone na terenie GG weszły w skład Podokręgu Piotrków 
Trybunalski, utworzonego głównie z Inspektoratu Rejonowego Piotr- 
 

63 

 
ków Trybunalski, który podlegał bezpośrednio rozkazom KG AK w Warszawie. 
Koluszki stanowiły jeden z ważniejszych w kraju węzłów kolejowych. Miało to szczególne 
znaczenie dla powstającego tu podziemia i przyszłych akcji. Koluszkowski węzeł łączył 
bowiem Łódź przez Źakowice (GG) i Gałkówek (Rzesza) z bocznicą w Regnach (mieściły się 
tu duże magazyny bomb lotniczych, w tym iperytowych, złożonych w Luftmunitions  
Anstalt-Regny), Piotrków Trybunalski przez stację Rokiciny, Warszawę przez Rogów i 
Skierniewice, Tomaszów Mazowiecki przez Słotwiny i Ujazd. Poza tym istniały dwa 
połączenia, tzw. żeberka, pozwalające ominąć Koluszki na trasie Łódź - Piotrków oraz druga 

background image

"mijanka" na nasypie od Różyc do Słotwin, łącząca szlak łódzki z Tomaszowem 
Mazowieckim. Istnienie tych połączeń miało istotny wpływ na względnie bezpieczny 
kolportaż prasy "enowej", którą tędy przerzucano. 
Na polecenie komendy obwodu w kwietniu 1940 r. były zawiadowca stacji Koluszki "Leo" 
(Leonard Duklewski) zorganizował grupę kolejową Związku Odwetu, liczącą początkowo 12 
osób. Stanowiła ona szkieletowy pluton kolejowy, który dość szybko rozrósł się do ponad 30 
osób. Większość z nich stała się następnie wyspecjalizowanymi kolporterami prasy "enowej". 
To właśnie oni podrzucali dostarczane z Warszawy "enki" do niemieckich transportów 
wojskowych jadących na front wschodni lub powracającym stam- 
 

64 

 
tąd rannym i urlopowiczom. Najwięcej prasy podrzucano w Słotwinach i Gałkówku, gdzie na 
bocznych torach manewrowało zawsze kilka składów transportowych, w tym nierzadko z 
wojskiem kierowanym na front wschodni. 
Poszczególni członkowie tej grupy przygotowywani byli podczas szkolenia do obserwacji 
transportów wojskowych i ustalania sposobu podrzucania "enek". Bezpośrednim 
kierownikiem tych akcji był "Sęp" (Mieczysław Kotliński), jego zaś zwierzchnikiem dowódca 
koluszkowskiego węzła, wyższy urzędnik kolejowy "Roman" (Feliks Krych), b. dowódca i 
organizator tutejszego ZO. W Gałkówku akcją kierował "Poraj" (Tadeusz Szczepaniak). 
Teren Obwodu Koluszki-Brzeziny, jak wspomniano, stanowił rodzaj szerokiego pasa 
granicznego między Rzeszą a GG. Okoliczność ta stwarzała szczególne warunki dla 
podziemia i miejscowej ludności. Tereny przygraniczne ułatwiały bowiem rozwój przemytu, 
a ponadto dawały możliwość przerzutu ludzi, amunicji, broni, materiałów wybuchowych oraz 
dokumentów i prasy podziemnej, w tym prasy "enowej". 
Przerzucanie "enowej" bibuły powierzano tu z oczywistych względów kolejarzom. 
Łącznikiem między punktem wysyłkowym z Warszawy a Obwodem Koluszki-Brzeziny był 
por. "Leszek", "Bolesław" (red. Antoni Szadkowski), który kolportażową akcję prowadził 
kanałami zorganizowanymi przez Polski Związek Wolności. Do obwodu przyjeżdżał także, 
 

65 

 
z polecenia "Leszka", z transportami bibuły kolejarz "Mały Stasio" (nazwisko nie ustalone). 
Poza wymienionymi żołnierzami podziemia z godnym podziwu samozaparciem i 
poświęceniem prowadzili na tutejszym terenie akcję "IM" następujący kolporterzy: "Marian", 
"Miłosz" (Antoni Marczyk), "Natron" (Tadeusz Pluta), "Gruda" (Włodzimierz Kaczanowski), 
"Szpak" (Kazimierz Bilek), "Przemsza" (Tadeusz Musiał), "Wisus" (Ryszard Domaradzki), 
"Kos" (Franciszek Kubiś), "Zagłada" (Michał Mirski), "Bratek" (Wacław Szewczyk), "Trak" 
(Stanisław Pawelec), "Dzik" (Stanisław Koplin), "Wilk" (Kazimierz Nowakowski), 
"Burchard" (Franciszek Kwiatosz), "Cis" (Kazimierz Dziewiszek), "Grażyna" (Barbara 
Dziewiszek) i inni. 
Duże zasługi na tym odcinku podziemnej pracy położył także por. "Brewa" (inż. Edward 
Głowacki), który od października 1941 r. do stycznia 1942 r. był p.o. komendanta Obwodu 
Koluszki-Brzeziny, a w okresie marzec - październik 1944 r. piastował funkcję komendanta 
tego obwodu. 
A oto tytuły napływającej tu z Warszawy i kolportowanej przez wyszczególnione osoby prasy 
"enowej": "Der Hammer", "Der Durchbruch", "Der Soldat", "Der Frontkämpfer", "Der 
Ostwall" ("Wał Wschodni"), "Der Klabautermann", "Die Zukunft - Przyszłość", "Der grösste 
Lügner der Welt", "Bilder für die Truppe", "Soldaten-Kameraden" ("Koledzy-Żołnierze"), 
"Kennst Du die Wahrheit?" oraz wiele aktualnych ulotek.

 

background image

 

66 

 
W urzędach pocztowych na terenie Obwodu Koluszki-Brzeziny pracowali na ogół polscy 
urzędnicy. Wśród nich znajdowali się również ludzie związani z akcją "N", którzy dostarczali 
nazwiska i adresy reichs- i volksdeutschów,   zamieszkałych  w   Niemczech i w GG. Także i 
do nich wysyłano prasę "enową", i to często z nadspodziewanymi skutkami. Oto  wielu   
zagorzałych   i   brutalnych   niemieckich urzędników, a nawet żandarmów, radykalnie 
zmieniało swój stosunek do Polaków - stawali się bardziej   ludzcy   i   przystępni.   Również   
powracający z frontu żołnierze niemieccy zaczynali coraz śmielej pomstować na 
bezsensowną wojnę. 
Było to kolejne potwierdzenie, że propaganda "enowa" okazała się groźną i skuteczną bronią. 
Obwód Koluszki-Brzeziny, stanowiący ważny punkt przerzutowy, nie odnotował żadnej 
wpadki. Stąd właśnie, z okolic Koluszek, odbywał się przerzut prasy do Łodzi. W punkcie 
przerzutowym pracowała p. König, która dostarczała prasę p. Kaizer. Z tej trasy korzystał 
także kurier Szarych Szeregów Nowak podczas swych rajdów na tereny Rzeszy.

 

W wytycznych KG ZWZ z 21 listopada 1941 r. do inspektorów rejonowych w sprawie 
struktury organizacyjnej poszczególnych komórek "N" pisano, że w związku z 
zawiadomieniem Komendanta Sił Zbrojnych w Kraju o mającym nastąpić w najbliż- 
 

67 

 
szym czasie rozwinięciu akcji komórki "N", należy jak najszybciej przygotować obsadę 
personalną. W związku z tym polecano, aby na szczeblu powiatu komórka taka składała się z 
kierownika i kierownika technicznego, przy czym jeden z nich musiał znać język niemiecki. 
Należało także zorganizować dobrze zakonspirowany zespół kolporterski. Poszczególne 
grupy kolporterskie miały liczyć 3-5 osób. 
Przewidywano również nasilenie propagandy ulicznej, czyli rozrzucanie ulotek, nalepek, 
napisów itp. i w związku z tym polecano utworzenie w poszczególnych rejonach sprawnego i 
dobrze zorganizowanego aparatu tego rodzaju propagandy. 
Załączano "Wytyczne kolportażu" i "Kolportowanie tajnej prasy" w celu pouczenia zespołów 
kolporterskich. 
Wynikami pracy Referatu "N" interesował się szczególnie Komendant Sił Zbrojnych w Kraju 
gen. "Grot" (Stefan Rowecki). Świadczy o tym m.in. jeden z jego raportów organizacyjnych 
nr 154/111 z 13 września 1942 r., skierowany do Naczelnego Wodza w Londynie - gen. broni 
Władysława Sikorskiego: 
"(...) Wielką niewiadomą, utrudniającą skupienie wysiłku, będzie zawsze nieznana postawa 
wojska (niemieckiego). Gdybyśmy dość wcześnie uzyskali pewność, że się ono bić nie 
będzie, moglibyśmy rozwiązać szereg trudności. Stąd zlecenie pogłębiania i wykorzystania 
rozdźwięku istniejącego między 
 

68 

 

wojskiem a partią i administracją cywilną. Stąd dotychczasowa działalność komórki "N" 
zostanie natężona do maksimum przed powstaniem". 
Natomiast ponad rok wcześniej, przygotowując pierwszą wersję powstania powszechnego w 
Polsce, tak pisał do gen. Sikorskiego w meldunku nr 54 z 5 lutego 1941 r.: 
"Głównym naszym sprzymierzeńcem będzie rozkład wewnętrzny armii niemieckiej i 
pragnienie żołnierza do powrócenia cało do domu. Dążyć więc będziemy do tego, aby: 
a)  rozkład ten przyspieszyć i pogłębić 

background image

b)  wpoić w masę żołnierską przeświadczenie, że tylko za cenę złożenia broni będą mogli 
powrócić do kraju. 
Osiągnięcie tych celów winniśmy uzyskać przez propagandę (działanie naszej komórki "N"). 
Zadaniem jej również będzie wytworzenie takiego rozdziału między obydwoma naszymi 
przeciwnikami, a mianowicie policją i wojskiem, by to ostatnie zdecydowanie odżegnało się 
od współpracy z oddziałami policji". 
Z powyższej korespondencji jednoznacznie wynika, że "enowa" prasa konsekwentnie 
realizowała zalecenia gen. "Grota" i dążyła do wytworzenia konfliktów w hitlerowskim 
aparacie władzy. Świadczą o tym cytaty z poszczególnych publikacji "enowych". 
O sposobach kolportażu prasy "N" dowiedzieć się można z zachowanej "Korespondencji 
szefa BIP". 
 

69 

 
Również tam zawarta jest krytyczna wypowiedź na temat lekceważącego stosunku do 
podstawowych zasad konspiracji. 
W piśmie z 2 lutego 1943 r. jednoznacznie stwierdza się, że komórki "N" są ogniwem 
strukturalnym Oddziału VI we wszystkich Obwodach i podlegają wyłącznie ich kierownikom. 
Korzystają z pomocy innych oddziałów, w tym zwłaszcza Oddziału II (wywiad i 
kontrwywiad), ale wykonują swe zadania własnymi siłami. 
O rażących potknięciach w przestrzeganiu konspiracji dowiadujemy się z meldunku 
"Kazimierza" do "Borysa" - szefa BIP Obszaru Cegielnia (początkowy kryptonim 
Warszawskiego Obszaru AK - przyp. E.W.). Oto w pewnym wypadku osoba przynosząca 
materiał po wejściu do lokalu pytała o kolporterkę, podając jej prawdziwe nazwisko. Inna 
osoba, która przyszła z materiałem, podała hasło "przychodzę z wizytą". Nie było ono z nikim 
ustalone, a przynosząca nie znała pseudonimu odbiorczyni materiału. 24 lutego 1943 r. 
łączniczka po przyniesieniu materiału oświadczyła, że jej kierownik zagroził zlikwidowaniem 
skrzynki dlatego, że nie odbierano bibuły. Ostatnio osoby dostarczające materiał zmieniają się 
za każdym razem - nikt ich nie wprowadza ani nie zapoznaje z lokalem ani z personelem. W 
celu utrzymania stałej łączności między wysyłającymi materiał a moim punktem odbioru - 
pisał dalej "Kazimierz" - Iza, moja główna kolporterka, podała 
 

70 

 
jednej osobie swoje prawdziwe nazwisko oraz telefon, z którego korzysta teraz około 5 osób. 
Dalej następuje analiza wspomnianych wyżej uchybień w tej jakże niebezpiecznej pracy i 
wniosek o je; poprawę. Punkt 1 i 2 meldunku - czytamy - dekonspiruje lokale służbowe i teraz 
jestem w trakcie likwidowania drugiego już mieszkania. Opisane zachowanie się łączniczek 
wymownie świadczy o braku elementarnego przygotowania do wykonywanej pracy. 
Wysyłanie materiału przez coraz to nowe osoby jest niedopuszczalne i stwarza duże ryzyko w 
prawidłowym funkcjonowaniu naszej pracy. Zajście podane w p. 3 jest dla mnie - pisał 
"Kazimierz" - niejasne i absurdalne. Ustalone przeze mnie dni odbioru materiału "N" to środy 
i czwartki w godz. 16.30 - 17.30. Dyżury w tych terminach winny być przestrzegane i 
wyklucza się wszystkie uchybienia. Stawiane nam zarzuty nie wymagają żadnych komentarzy 
z uwagi na warunki i okoliczności naszej pracy - pisze dalej "Kazimierz" - wobec czego 
proszę Pana o 'możliwie natychmiastowe zlikwidowanie niebezpiecznych niedociągnięć i 
przywrócenie jak najdalej idącej ostrożności. 
We wspomnianych dokumentach znajduje się ciekawa korespondencja niejakiego "K" do 
"Borysa", dotycząca funkcjonowania kolportażu prasy "N". "K" stwierdza, że opinia o 

background image

obniżeniu poziomu pracy w "N" w okresie ostatnich trzech miesięcy (I kwartał 1943 r.) 
wypływa z nieznajomości stanu z poprzedniego okresu, a więc braku możliwości po- 
 

71 

 
równania, negatywnego nastawienia do osób pracujących w tym dziale oraz tendencyjnego 
obniżania opinii o poziomie pracy akcji "N". Stan, jaki obecnie istnieje, nie jest - zdaniem "K" 
- gorszy od stanu sprzed trzech miesięcy. Jest on nawet znacznie lepszy, chociaż 
demagogiczne byłoby stwierdzenie, że praca osiągnęła szczyt doskonałości. Otrzymany 
materiał odpływa w teren regularnie mimo trudności komunikacyjnych i dużego ryzyka. Nie 
było dotychczas żadnych wpadek kurierów terenowych ani konieczności zniszczenia z jakichś 
względów materiału, mimo że ostatnie miesiące stanowiły w GG dość burzliwy okres. 
Zapotrzebowanie terenu na materiał wzrosło z 2600 egzemplarzy w końcu 1942 r. na 3600 
miesięcznie. Obniżenie się poziomu pracy nastąpiło tylko u "góry" - stwierdza kategorycznie 
"K". Na uzasadnienie tego przytacza, następujące dane i fakty: 
"Przy zapotrzebowaniu tygodniowym 650 egz. otrzymałem: w miesiącu październiku ub.r. 4 
razy - razem 3040 szt., w miesiącu listopadzie ub.r. 4 razy - razem 4740 szt., w miesiącu 
grudniu ub.r. 3 razy - razem 2895 szt. 
Przy zapotrzebowaniu tygodniowym 900 egz. otrzymałem: w miesiącu styczniu br. 3 razy - 
razem 1935 szt., w miesiącu lutym br. 2 razy - razem 2070 szt., w miesiącu marcu br. 3 razy - 
razem 2747 szt. 
Z powyższego wynika, że materiał nie jest nadsyłany ani regularnie, ani w dostatecznej 
ilości". 
Dalej czytamy, że z uwagi na źle wyszkolony per- 
 

72 

 
sonel kolporterski trzeba było zlikwidować dwa lokale konspiracyjne. Poza tym ciągłe 
zmiany kolporterów (nie przedstawionych) i podawanie nie umówionych haseł oraz 
wymienianie prawdziwego nazwiska kolporterki odbierającej nie może wpływać na 
harmonijny i bezpieczny tok pracy. Podane fakty nie świadczą - według "K" - o obniżeniu u 
niego poziomu pracy. 
Z kolei z pisma "Andrzeja 663" do "Jacha" z "Cegielni" dowiadujemy się o braku 
odpowiedzialności niektórych kolporterów. Oto z terenu nadeszły wiadomości od pracujących 
na pocztach ludzi z konspiracji, iż wysyłane listy ("enki") są chaotycznie wrzucane do 
skrzynek, co całkowicie zawala robotę. Jako przykład podano meldunki z terenu: 
 
1. 10 IX rb. do skrzynki w Pruszkowie wrzucono jednocześnie 83 listy. 
2.  27 IX rb. do tej samej skrzynki wrzucono jednocześnie 197 listów. 
3.   Między 30 IX a 5 X rb. wrzucano do skrzynki w Ursusie od 20 do 80 listów w ciągu      
jednego dnia. 
4.  8 X rb. wrzucono do skrzynki w Brwinowie jednego dnia 200 listów. Tak bezmyślne 
pozbywanie się powierzonych do wysyłki listów miało swoje następstwa: 
a) 27 IX rb. listy w Pruszkowie zostały zabrane z poczty na posterunek żandarmerii przez 
specjalnie wezwanych żandarmów. 
 

73 

 
b) Poczty w Pruszkowie, Ursusie Błonie i Grodzisku otrzymały specjalnych urzędników, 
których zadaniem w myśl okólnika jest: 

background image

1.   Kontrolowanie wszystkich listów, które przekraczają normalną wagę. 
2.   Kontrolowanie wszystkich listów, które nie posiadają nadawcy. 
3.   Kontrolowanie wszystkich listów, jakie im się wydadzą podejrzane". 
W notatce "Andrzej 663" ponadto informuje, że do jednej skrzynki nie wolno wrzucać więcej 
niż trzy listy, w wyjątkowych wypadkach pięć. 
O pracy i planach komórki "N" mówią także "Wytyczne propagandowe" Referatu "N". Jedno 
ze sprawozdań "Borysa" zawiera podsumowanie działalności komórek "N", trudności 
kolportażowych oraz planu pracy na pierwsze półrocze. Czytamy tam, że należy usprawniać 
organizacyjnie komórki "N" oraz utrzymywać ilość wysyłanych w teren materiałów 
"enowych" na dotychczasowym poziomie. Praca w komórce "N", lekko zahamowana po 
wprowadzeniu ograniczeń w ruchu kolejowym, obecnie powróciła już do normy. 
Powróćmy jednak do rozważań rzekomych niemieckich żołnierzy frontowych i robotników. 
W pierwszym numerze "Der Frontkämpfer" z kwietnia 1942 r. (oficjalnie nr 7) pisano m.in. o 
wątpliwych sukcesach Japończyków na Dalekim Wschodzie, które w żaden sposób nie 
zmienią parszywej sytuacji armii niemieckiej w Europie. Roztrząsano 

 

74 

 
tam ponadto ważki problem przyszłości Niemiec, konkludując, że jeśli nie padnie się nad 
Wołgą, to na pewno stanie się to na Uralu albo na Kaukazie. Oczywiście Hitler tego nie widzi 
albo nie chce widzieć, bo dla zaspokojenia swojej pychy gotów jest poświęcić wszystko i 
wszystkich. Ale Hitler i jego klika - pisano dalej - to nie naród niemiecki. Dlatego żołnierze 
nie chcą walczyć dalej, żądają pokoju i przekazania władzy Rzeszy w ich ręce, bo tylko ten 
ma prawo decydować o losie Ojczyzny, kto poświęca dla niej i dla ludu krew. 
Rówieśnik "Der Frontkämpfera" "Der Durchbruch" nawiązywał w tym czasie także w 
numerze pierwszym (oficjalnie nr 8) do 1-majowego święta, zamieszczając rysunek 
przedstawiający robotnika z młotem i żołnierza z karabinem, dzierżących wspólnie robotniczy 
sztandar. Natomiast w numerze 14 tego pisma z lipca 1942 r. w artykule "Sami zaprowadzimy 
porządek" pisano m.in. o tym, że miliony niemieckich robotników stoją zwarcie przy 
sztandarze z bronią i młotami w garściach. Napis na sztandarze głosi: "Pokój - Wolność - 
Sprawiedliwość"; zasady te wprowadzą własnymi rękami niemieccy robotnicy.

 

O tym, jak groźną bronią okazała się propaganda "enowa", pisał w swych wspomnieniach 
gen. Bór-Komorowski - następca gen. "Grota". 
"Pojawienie się chociażby tylko jednego wydawnictwa tej niby-prasy podziemnej alarmowało 
gestapo całego okręgu. Spotkał nas nawet zaszczyt cyto- 
 

75 

 
wart i a w tajnych rozkazach sztabu niemieckiego, w których ostrzegano dowódców 
poszczególnych armii przed drukami pochodzącymi rzekomo z Rzeszy, a w rzeczywistości 
produkowanymi we wrogich kuchniach. Nigdy jednak Niemcy nie odważyli się przyznać, że 
te "kuchnie" znajdowały się w Polsce, czy też że jakikolwiek z ujarzmionych narodów mógł z 
powodzeniem wymierzyć im cios w dziedzinie, 'którą uważali za swoją specjalność: w 
propagandzie". 
 

 

Wczesną wiosną 1942 r. do komendanta dzielnicy Zamłynie AK w Radomiu ppor. "Bończy" 
(Kazimierz Załęski) zgłosił się jego bliski kolega "Bronisław" (dr wet. Aleksander Sielicki). 
W poufnej rozmowie poprosił o pomoc w kontynuowaniu i rozwijaniu akcji "N" na tym 
terenie. "Bronisław" został niedawno mianowany na miejsce "Zimnego" (Kazimierz Pa-

background image

szyński) szefem VI Referatu BIP w Obwodzie Radom, wchodzącym w skład Inspektoratu 
Rejonowego Radom w Okręgu Kielce, i szukał "melin" oraz kolporterów dostarczanej z 
Warszawy bibuły w języku niemieckim. 
Pierwszą skrzynkę kontaktową zorganizował "Bończa" w podległej mu dzielnicy Zamłynie, 
przy ul. Drewnianej 3, gdzie mieszkał "Topola" (Stanisław Tyczyński). Tutaj kierowano 
bezpośrednio przywożoną z Warszawy przez kurierów prasę, którą prze- 
 

76 

 
rzucano następnie do punktu rozdzielczego mieszczącego się w garbarni "Triumf", przy ul. 
Garbarskiej 95, na ręce Mieczysława Borkowskiego. Rozdziałem gazetek do kolportażu 
zajmował się "Sum" (Władysław Piskorz), kierując je do niemieckich żołnierzy-
rekonwalescentów leczących się w radomskich szpitalach oraz do żołnierzy jadących na front, 
dla których utworzono specjalną "komórkę kolejarską" kierowaną przez pracownika kolei 
"Szymka" (Jan Pawlik). 
Tytuły dostarczanych gazetek to głównie: "Der Soldat", "Erika" oraz "Der Frontkampfer". 
Umieszczano je w transportach wojskowych i towarowych kierowanych na front wschodni. 
Drugim kanałem były warsztaty remontowe podległe Wehrmachtowi; tu prasę "enową" 
wkładano do naprawianych samochodów. Komórką tą kierował phm. "Lemiesz" (Henryk 
Jarosz), od lipca 1943 r. hufcowy dzielnicy Zamłynie z równoczesnym awansem na głównego  
hufcowego Chorągwi Radom. Trzecim kanałem kolportażowym był Heerespferdelazarett 
(lazaret dla koni wojskowych), na Wacynie położonej w tejże dzielnicy. Wyleczone tu i 
wysyłane z powrotem na front konie ładowano do wagonów kolejowych, umieszczając w 
nich także bele prasowanego siana, w które kolporterzy wsuwali prasę. 
W miejscowości Siczki pod Radomiem istniały baraki koszarowe dla grup żołnierzy, którzy 
przechodzili do kolaboranckich jednostek RONA (Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja   
Armija). Tam także 
 

77 

 

podrzucano "enową" prasę. Wydana po rosyjsku, nawoływała do dezercji z bronią i pełnym 
ekwipunkiem i łączenia się z polskimi partyzantami. Plonem tej akcji była ucieczka około 50 
uzbrojonych żołnierzy tych jednostek. Wiosną 1944 r. dotarli oni do lasów kozienickich i tam 
dołączyli do oddziałów partyzanckich AK ppor. "Huragana" (Kazimierz Aleksandrowicz) i 
ppor. "Longina" (Jerzy Dąbkowski). 
Dużym wyczynem powiązanych z akcją "N" radomskich "Szarych Szeregów" z harcerskiego 
roju dh. "Mikrego" (Michał Wietrzyński) hufca phm. "Lemiesza" było zdobycie w okresie 
1940 - 1941 roku około 10 000 adresów volks- i reichsdeutschów zamieszkałych w tzw. 
dystrykcie radomskim. Było to głównie zasługą dh. "Reni", "Helenki" (Regina Barszcz-
Bąkowska), która pracowała w księgowości niemieckiej firmy "Fisch und Geflugel Zentrale 
H. Kiciński (Centrala ryb i drobiu H. Kicińskiego) przy ul. Reichsstrasse 14 w Radomiu. 
"Renia" w czasie swych czynności służbowych zdobyła rejestr nazwisk i adresów 
wspomnianych volks- i reichsdeutschów zaopatrujących się głównie w tym właśnie sklepie. 
Rejestr został przekazany dh. "Mikremu", który jeden odpis przekazał do "Pasieki" w 
Warszawie, a drugi ulowi "Rady" * w Radomiu. 
Podobnie jak to miało miejsce w Warszawie, na zdobyte adresy zaczęto wysyłać 
zawiadomienia, na- 
 

* "Pasieka" - kryptonim Głównej Kwatery "Szarych Szeregów". "Rady" - kryptonim radomskiej Chorągwi "Szarych 
Szeregów". 

 

background image

78 

 

kazy itp. w oryginalnych urzędowych kopertach z wroną , również zdobytych w niemieckich 
urzędach. I tak na przykład jedno z zawiadomień nakazywało stawienie się mężczyzn w 
gmachu dystryktu radomskiego celem wcielenia do służby wojskowej. Powiadomieni 
przybywali tłumnie z plecakami, tobołkami i walizami, co sprawiło, że przed gmachem 
dystryktu powstał niesamowity bałagan: wartownicy polecali przybyłym udać się z powrotem 
do domów, ale nie odnosiło to skutku, ponieważ stale przybywało "wzywanych", którzy 
podtykali wartownikom pod nos "urzędowe pisma". 
Akcja ta miała miejsce w połowie 1943 r. i wywołała wśród Niemców, zwłaszcza zaś wśród 
volksdeutschów, duże zaniepokojenie. Zrozumieli, że ich dane personalne znalazły się w 
posiadaniu polskiego podziemia... 
Wysyłano również zarządzenia dotyczące kolejności ewakuacji poszczególnych środowisk 
narodowościowych w obliczu zbliżającego się frontu. Była ona następująca: reichsdeutsche, 
następnie inne grupy etniczne i na końcu volksdeutsche. Miejscowe władze niemieckie miały 
poważne kłopoty z opanowaniem paniki, a volksdeutsche buntowali się jako traktowani 
najgorzej. O nieprawdopodobnych sposobach ewakuacji pisało również specjalne pismo 
"enowe" dla volksdeutschów, o czym dalej. 
Zimą 1943/44 roku wysyłano zarządzenia w sprawie pomocy zimowej dla niemieckich 
żołnierzy walczących na wschodnim froncie. Zawiadamiano 
 

79 

w nich o zbiórce darów w zupełnie nie przygotowanym do tego Urzędzie Dystryktu. I znowu 
powstał bałagan, tym bardziej że miejscowa mniejszość niemiecka wcale nie miała ochoty 
rozstawać się ze swoimi futrami, kożuchami i inną ciepłą odzieżą. 
Organizowano jeszcze inne akcje, jak np. przesyłanie do żołnierzy frontowych wiadomości o 
śmierci ich najbliższych podczas dywanowych nalotów na Hamburg, Berlin, Drezno itd. 
W akcji rozsyłania nienagannie spreparowanych zawiadomień i zarządzeń wyróżniła się 
drużyna harcerek z roju dh. "Mikrego", a wśród nich: "Marysia" (Maria Barszcz), "Krysia" 
(Barbara Podhajna), "Niezapominajka" (Zofia Stępień) i inne. 
Niemieckie władze okupacyjne dość szybko zorientowały się, kto przysparza im kłopotów, 
ale przeciętny obywatel II! Rzeszy obwiniał o bałagan i chaos bardzo sprawną dotychczas 
niemiecką administrację. A o to właśnie, o zachwianie wiary i sianie nieufności, chodziło 
autorom i wykonawcom akcji "N". 
Wczesną wiosną 1942 r. przybył do Radomia "Brzeziński" (mgr Zygmunt Koszla), który 
zagrożony w Warszawie aresztowaniem dostał tutaj pod przybranym nazwiskiem pracę na 
Wydziale Weterynarii, podległym radomskiemu kreislandratowi (starosta powiatowy). Tu 
również był zatrudniony szef miejscowego Referatu "N" doktor weterynarii "Bronisław", 
przedwojenny kolega "Brzezińskiego" jeszcze, z okresu studiów. 
 

80 

 
"Brzeziński" został wprowadzony do siatki "N" i mianowany zastępcą Referatu VI w 
Obwodzie Radom i równocześnie szefem kolportażu w tym obwodzie. Ważnym ogniwem w 
kolportowaniu prasy "enowej" była tu komórka kolejowa kierowana przez "Szymka". Jej 
kolporterzy po prostu podrzucali dywersyjną prasę do niemieckich transportów jadących na 
wschód. Ponieważ wiele z nich nie zatrzymywało się na stacji kolejowej w Radomiu, 
"Brzeziński" postanowił rzucać z dwóch ówczesnych radomskich wiaduktów niewielkie 
pakiety gazetek do odkrytych wagonów towarowych. 

background image

Jeden z wiaduktów znajdował się w obrębie miasta przy ul. Słowackiego, niedaleko dworca 
kolejowego, i był dobrze widoczny z pobliskich magazynów niemieckich ze stałym 
posterunkiem wojskowym. Panował tu wzmożony ruch samochodowy i pieszy, co niekiedy 
ułatwiało, a niekiedy utrudniało akcję "zrzutową". W odległości około 1,5 km od wiaduktu 
linia kolejowa rozwidlała się w kierunku wschodnim, na Dęblin, i północnym - na Warszawę. 
Drugi wiadukt, położony nad tą linią przy ul. Kozienickiej, znajdował się z dala od centrum 
miasta. Było tu co prawda bezpieczniej, ale też i pociągów przejeżdżało znacznie mniej. 
"Brzeziński" postanowił osobiście sprawdzić możliwości dokonywania zrzutów z obu tych 
wiaduktów. Podczas jednej z prób został ostrzelany przez konwojenta transportu, ale wyszedł 
z tej opresji bez szwanku. Wypadek ten pozwolił "Brzezińskiemu" 
 
 

81 

 
wyciągnąć logiczny wniosek, że "enowy" pakiecik gazet, nazywany "desantem", należy 
zrzucać z tej strony wiaduktu, od której nadjeżdża pociąg. Umożliwiało to lepszą obserwację 
tzw. breków obsadzanych przez konwojentów oraz utrudniało tym ostatnim strzelanie po 
wyjechaniu pociągu poza wiadukt. 
Najwięcej - bo aż około 80 procent "enowej" prasy, rozprowadziła w Obwodzie Radom 
tutejsza komórka kolejowa (wraz ze zrzutami z wiaduktów). 
Jesienią 1943 r. w radomskim Referacie "N" nastąpiły aresztowania. Gestapo ujęło szefa 
referatu "Bronisława" i jego zastępcę "Brzezińskiego", którego po ciężkim śledztwie 
rozstrzelano na Firleju w Radomiu. "Bronisław" uniknął egzekucji, ale został osadzony w 
Oświęcimiu i tam doczekał końca wojny. Obydwaj nie wydali nikogo i na nich urwał się 
łańcuszek prowadzonego śledztwa. 
A oto jak wspomina swój udział w akcji "N" jeden z najmłodszych kolporterów z Piotrkowa 
Trybunalskiego, wchodzącego w skład Inspektoratu Piotrkowskiego z Okręgu Łódź, 13-letni 
wówczas Włodzimierz Lewandowski. Jego matka "Toska" (Maria Lewandowska) działała w 
ZWZ/AK, prowadząc równocześnie punkt rozdziału prasy "enowej" przy al. Lipowej 29 (po 
wojnie al. Bieruta). Na początku 1943 r. chłopak został oficjalnie wprowadzony do tej pracy 
jako kolporter. Z polecenia ppor. "Felusia" 
 

82 

 
(Józef Krasuski) pouczono go o obowiązkach związanych z kolportażem i po przyjęciu 
pseudonimu "Kusy" przystąpił do wykonywania zleconych mu zadań. Zaczynał jako 
kolporter od wrzucania do skrzynek pocztowych w Piotrkowie Trybunalskim, Sulejowie, 
Przygłowie, Wolborzu antyhitlerowskich ulotek w języku niemieckim. Ulotki w zaklejonych 
kopertach adresowane były różnymi charakterami pisma do volks- i reichsdeutschów. 
Po aresztowaniu przez gestapo ojca Włodzimierza Lewandowskiego w 1942 r. jego matka 
przejęła po mężu kiosk z gazetami stojący przy al. Lipowej, w którym oprócz tzw. 
szmatławców w języku polskim sprzedawano głównie niemiecką prasę. Chłopiec dostawał 
stąd oficjalne niemieckie periodyki, jak: "Soldaten Zeitung", "Völkischer Beobachter" itp., 
wkładał w nie "enowe" gazetki ("Der Soldat" oraz "Der Hammer") i wrzucał do skrzynek 
listowych w domach zamieszkanych przez Niemców. Gazety z "wkładkami" sprzedawał 
również na dworcu kolejowym odjeżdżającym niemieckim żołnierzom. Pozostałe, nie 
sprzedane gazety podrzucał w przedziałach pociągów "Nur für Deutsche", głównie na trasie 
Piotrków - Częstochowa.

 

background image

Z polecenia sierż. "Olszowego" (nazwisko nie ustalone) dostarczył znajomemu niemieckiemu 
podoficerowi Herbertowi kilkadziesiąt kopert z "enowymi" ulotkami opatrzonymi znaczkami 
pocztowymi z podobizną Himmlera. W marcu 1944 r. gestapo aresztowało kilka osób 
 

83 

 
z komórki. Zatrzymano również Włodzimierza Lewandowskiego i jego matkę, ale na ślad 
powiązań z akcją "N" nie natrafiono. Mimo to matkę wywieziono do obozu w Ravensbruck7, 
a chłopca na przymusowe roboty do Stobnicy pod Piotrkowem Trybunalskim, skąd po 
pewnym czasie udało mu się zbiec. 
Reakcja gestapo 
W latach 1941-1942 zarówno gestapo, jak i Oberkommando der Wehrmacht podejrzewały, że 
prasa "N" wydawana była przez Niemców - przeciwników Hitlera. Wprawdzie już we 
wrześniu 1941 r. przeprowadzone przez gestapo ekspertyzy ujawniły, że zecerami nie są 
Niemcy (błędy w literach gotyckich), ale treść przypisywano w tym okresie autorom ze 
środowisk niemieckich. 
Na temat "enek" przechwyconych przez gestapo z siedzibą w Wiedniu pisze m.in. Stanisława 
Lewandowska w artykule: Egzemplarze druków akcji N" w aktach gestapo w Wiedniu, 
zamieszczonym w "Dziejach Najnowszych" z 1980 r. Z cytowanych tam meldunków w 
języku niemieckim wynika, że w drugiej połowie 1942 r. wiadomo już było, kto jest 
inicjatorem tak skutecznej akcji dywersyjnej. Jednak przeciętny Niemiec nie wiedział tego, co 
gestapo i policja czy Oberkommando der Wehrmacht. 
A oto  tłumaczenie sprawozdania  nr  7 gestapo 
 

84 

z Wiednia za okres 21-24 lipca 1942 r., dotyczącego przejęcia przez tamtejszą placówkę 
"enowych" pism "Der Trontkampfer" i "Der Klabautermann": 
"Firma Friedrich August Clauss, Wiedeń 50 ul. Schnellongasse 12, otrzymała nadesłaną 
pocztą: dwie ulotki o antypaństwowej treści w niebieskiej firmowej kopercie. Koperta 
zawierała stempel warszawski z 28 lipca 1942 r. Zgodnie z analizą obydwie ulotki mogły być 
wydrukowane we wrogim państwie. Jedna z ulotek, zatytułowana "Der Frontkämpfer" nr 15 z 
lipca 1942 r., ma format znormalizowany, składa się z 4. stron i jest wydrukowana na białym 
gazetowym papierze. Na str. 2 zamieszczono zdjęcie marszałka polnego gen. Bocka".

 

Z dalszej części meldunku dowiadujemy się, że w artykule tego pisma (nazywanym ulotką) 
zatytułowanym "Rozstrzygnięcie zbliża się" zawarto stwierdzenie, iż marszałek Rzeszy  
Göring w porozumieniu ze wszystkimi dowódcami niemieckich sił zbrojnych wystąpił w 
lipcu br. z propozycją do führera, aby zawrzeć pokój z Anglosasami, a potem walczyć z nimi 
przeciwko bolszewikom. Te porozumienia powinny utorować drogę Rudolfowi Hessowi oraz  
szwedzkim przyjaciołom z królem Gustawem V na czele. Zgodnie z poglądem Göringa sami 
Niemcy nie będą w stanie pokonać Rosji sowieckiej. Planowi temu sprzeciwili się bardzo 
ostro: Himmler, Ribbentrop oraz uprzywilejowani przez gestapo dowódcy: marszałek polny 
Keitel i generałowie Haider oraz Jodl.   Himmler   natomiast   zaproponował   porozu- 

 

85 

 
mienie z bolszewikami. Sam wódz wydaje się popierać pogląd Himmlera. 
Artykuł kończy się następującymi słowami: "Dla nas, żołnierzy frontowych, myśl o przyjaźni 
z bolszewikami oraz prowadzenie wojny po ich stronie jest w zasadzie nie do odrzucenia. 
Pragniemy pokoju właśnie na froncie wschodnim, aby w ten sposób uratować życie naszych 
żon i dzieci! Chcemy i pragniemy kwitnących, postępowych Niemiec, a nie pożarów, nie 
masowych grobów w naszej ojczyźnie. Chcemy popierać każdego rozsądnego człowieka, 

background image

który chce zawrzeć pokój, jeżeli politycy i przywódcy chcą się kłócić z sobą, w dalszym ciągu 
mogą to czynić. My, bojownicy frontowi, położymy kres wojnie bez nich, każdy na swoim 
odcinku, żołnierz z żołnierzem!". 
Oprócz wspomnianego artykułu wiodącego - czytamy dalej - ulotka przynosi jeszcze dalsze 
materiały, które zatytułowano: "Generałowie przeciwko Hitlerowi!", "Nasza ofensywa i 
partyzanci", "Anglosasi uzyskali panowanie nad morzem", "Pogróżki Goebbelsa", "Broń SS i 
front wschodni!", "Widmo wojny gazowej", "O czym nam się nie mówi", "Mroczna 
przyszłość Rzeszy". 
Druga ulotka - pisano we wspomnianym sprawozdaniu - ma nazwę "Der Klabautermann". To 
obelżywe pismo jest wydrukowane na białym papierze gazetowym, bogato ilustrowane, ma 4 
strony i znormalizowaną wielkość. Strona tytułowa przedstawia na biało-czarno-czerwonym 
druku rysunek 
 

86 

 

zburzonego niemieckiego miasta, pod którego gruzami leżą zabite cywilne osoby, a obok nich 
stoją grabarze niemieckich żołnierzy. Na dole podpis: "Ojczyzna pozdrawia front - front 
pozdrawia ojczyznę". Strony 2, 3 i 4 podają różne dowcipy destrukcyjnej treści ozdobione 
karykaturami. Dowcipy są skierowane przeciwko führerowi, marszałkowi Go-ringowi i 
ministrowi Goebbelsowi.

 

Z następnego sprawozdania za okres 13-15 października dowiadujemy się, że 16 sierpnia 
1942 r. na męskim oddziale Zakładu Kąpielowego Clusiusa w Wiedniu, przy ul. 
Clussiusgasse 12, znaleziono 4-stronicową antypaństwową ulotkę z napisem "Der 
Frontkampfer". Ma ona nr 12 i datę z 20 maja 1942 r. Przekazana została przez Urząd 
Propagandy Rzeszy w Wiedniu tutejszym władzom. 
Ulotka zawiera kilka artykułów. W pierwszym z nich, zatytułowanym "Nie pozwolimy się 
zagazować", przedstawiono niemiecki sposób prowadzenia wojny jako prymitywny i 
zasugerowano, że wódz zmierza wielkimi krokami do wojny gazowej i gromadzi olbrzymie 
zapasy bomb gazowych na froncie wschodnim. Stwierdzono też, iż wyposażenie niemieckiej 
armii, która powinna podczas wojny gazowej zapewnić opiekę pozostającym w ojczyźnie, 
mimo szerzonej propagandy jest absolutnie niewystarczające. 
W drugim artykule pt. "Głodowa ofensywa" czytamy, że dalsze prowadzenie wojny 
przeciwko Związkowi Radzieckiemu jest trudne i nie ma wido- 
 

87 

 
ków powodzenia. Przy dalszym posuwaniu się niemieckich wojsk zagraża im widmo głodu. 
Jednocześnie wzywa się do zakończenia walki. 
W artykule "Ofiarny Goebbels" zamieszczono komentarz, że minister Rzeszy dr Goebbels źle 
traktuje ofiary angielskich nalotów, przekazując im zamiast pomocy rzeczowej 500 
radioodbiorników. Natomiast w artykule "Drugi front" mówi się o istnieniu takiego frontu 
biegnącego od przylądka Nordcap do Bordeaux. Należy się więc liczyć że wszystkimi 
konsekwencjami tego faktu, a jako jedyne wyjście z sytuacji zaleca się natychmiastowe 
zawarcie pokoju. 
W artykule "Czy jesteśmy w stanie zwyciężyć" czytamy, że istnieje taka możliwość, ale jeśli 
wziąć pod uwagę statystykę, według której produkcja niemieckich samolotów stale się 
zmniejsza, a wrogów wzrasta, sprawa jest beznadziejna. Zaś w artykule "Czego nam się nie 
mówi" opisane jest rzekomo niesłychanie złe wyżywienie w Rzeszy oraz bliski jej rozpad. 
Dalszy artykuł pt. "Pyrrusowe zwycięstwo" przedstawia ogromne straty niemieckich 
oddziałów podczas przebijania się na półwysep Kercz, a w ostatnim artykule, dotyczącym 

background image

okupowanych krajów, przedstawione są w sposób zniekształcony trudności, z jakimi 
spotykają się tam Niemcy. 
Trzecie sprawozdanie pochodzi z 12-15 marca 1943 r. i dotyczy przejęcia przez placówkę 
gestapo w Wiedniu dywersyjnego pisma. Ze sprawozdania dowiadujemy się, że w grudniu 
1942 r. na poczcie 
 

88 

 
w Wiedniu przez przypadek został przejęty 25 numer dotychczas nie znanego nielegalnego 
pisma-ulotki pt. "Przełom". Ulotka jest drukowana na papierze gazetowym, ma wymiary 15,5 
x 22 cm i składa się z 4 stron. W pierwszym artykule zatytułowanym "Tajemnice z Bad 
Wiesse" autor informuje - czytamy - o rzekomych spotkaniach marszałka Rzeszy z 
marszałkiem polnym gen. von Blombergiem w jego willi w Bad Wiesse. W spotkaniach 
bierze także udział minister Rzeszy Schwerin-Krosigk i jakaś czwarta osoba. Spotkania te 
mają, zdaniem autora, charakter spisku. 
W drugim artykule: "Pearl Harbor i amerykańskie upiory" autor sugeruje, jakoby zatopione w 
tym porcfe okręty Ameryka postawiła ponownie w stan gotowości. W kolejnym artykule: 
"Japoński agent wywiadu w niemieckich siłach zbrojnych" autor informuje o domniemanej 
działalności szpiegowskiej Japończyków w Niemczech. A w ostatnim artykule: "i cóż 
powiesz na to..." autor dodaje kilka podtytułów w postaci: "Stosunek do podkomendnych", 
"Kolega donosi nam", "Pogłoski o grożącym zawarciu pokoju z Rosją", "Informują nas z 
Monachium". 
Z analizy stylu, treści i wykonania wynika, że w ulotce "Przełom" chodzi o sianie wrogiej 
propagandy - komentuje sprawozdanie gestapo. Dalej stwierdza się, że przechwycona ulotka 
znajdowała się w zielonoszarej, podrzędnego gatunku, kopercie z adresem napisanym 
odręcznie: "Do A. Dietricha, Miinchen 13, Agnesstr. 55". List został nadany 12 lu- 
 

89 

 
tego 1943 r. w Wiedniu z Urzędu Pocztowego nr 1. Jako nie doręczony wrócił tam i został 
otworzony w celu ustalenia nadawcy. 
jak wynika z cytowanych sprawozdań, ekspertyza "enowych" pism przeprowadzona przez 
gestapo w Wiedniu jednoznacznie doprowadziła do ustalenia, że są one wydawane w bliżej 
nie określonym wrogim państwie. Dziwne się jednak może wydawać stwierdzenie w 
sprawozdaniu za okres 13-15 października 1942 r., że: "(...) ulotka prawdopodobnie została 
przewieziona z zagranicy balonem lub samolotem". Czyżby niemiecka służba bezpieczeństwa 
nie chciała uwierzyć w możliwość przenikania na teren III Rzeszy kolporterów tej prasy? 
Należy sądzić, że tak masowość przesyłek kurierskich i pocztowych, kierowanych do różnych 
miast i ludzi, jak i odpowiedź na pytanie, dlaczego nielegalną prasę otrzymują te, a nie inne 
osoby, stanowiła dla gestapo wielką niewiadomą. Zagadnieniom tym poświęcano wiele pracy, 
do której zaangażowano olbrzymi sztab niemieckiej służby bezpieczeństwa. A rozwiązanie 
zagadki było takie: "enowe" punkty rozdzielcze wybierały po prostu przypadkowe adresy na 
terenie Rzeszy z książek telefonicznych. 
Dużej pomocy w kurierskim ruchu, w tym także kolporterom "enowej" prasy, udzielała mało 
na ogół znana Komenda Terytorialna ZWZ/AK w Berlinie o kolejnych kryptonimach: 
"200/206", "Blok", "Fa- 
 

90 

 

background image

ust". Utworzona została w połowie 1940 r. i koordynowała działalność sabotażową Polaków 
wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec. Mimo kilkakrotnych wpadek 
poszczególnych członków tej komendy udawało się jej na nowo organizować kontakty i 
działalność dywersyjno-sabotażową. Były także punkty kontaktowe i w innych niemieckich 
miastach, m.in. w: Wiedniu, Linzu i Hamburgu. Tam także docierali "enowi" kurierzy, 
głównie z Warszawy i Łodzi. 
Rozsyłane, podrzucane i przewożone kurierskimi szlakami "enki" stanowiły lekturę dużej 
klasy nie tylko pod względem treści. Prawie każde z tych pism stosowało odmienne style 
językowe, tak bardzo rozpowszechnione na terenie Niemiec, charakteryzujące dane 
środowisko czy region. Poszczególne tytuły starano się więc dostarczać do tych właśnie 
środowisk, których potoczna mowa odpowiadała używanemu w tych wydawnictwach 
językowi. Utwierdzało to przeciętnego obywatela III Rzeszy, że autorami tekstów są Niemcy 
doskonale znający środowisko i jego codzienne troski. Odpowiednio spreparowane przez 
redaktorów "enowej" prasy materiały przekonywały tych ludzi o istnieniu na terenie Niemiec 
oraz w wojsku zorganizowanej opozycji walczącej o "kwitnące Niemcy". 
Egzemplarz "Der Hammer", nr 21 z 24 listopada 1941 r., tak informował swoich czytelników 
o po- 
 

91 

 
czynaniach Hitlera w artykule zatytułowanym: "Łączność aż do śmierci". 
Naziści   przed   objęciem   władzy   uchodzili   za szczególnie radykalnych. Dziś jest już 
jasne, że był to tylko manewr polityczny Hitlera, który w przemówieniach   do   robotników   
obiecywał   obalenie ustroju kapitalistycznego. Przyświecały mu bowiem dwa cele. Po 
pierwsze chciał przyciągnąć masy robotnicze do realizacji swoich egoistycznych  planów, a 
po drugie była to próba wywarcia nacisku na warstwy posiadające. Przemysł ciężki dostrzegał 
korzyści, które będzie mógł osiągnąć przy pomocy Hitlera. Dlatego otworzono przed nim 
szafy pancerne koncernów i banków. Najlepszym chyba interesem okazał się przemysł 
wojenny Kruppa. Wyzyskiwane masy robotnicze zagroziły potężnemu kapitalizmowi 
śmiertelnym uderzeniem. Dlatego wojna, chociażby chwilowo, ratowała go przed zagładą. 
Tak więc Hitler, aby się utrzymać przy władzy, będzie sobie wysoko cenił kapitalizm, mając 
świadomość, że przewrót socjalistyczny w dosłownym sensie nigdy nie pomoże jemu i jego 
ludziom. 
W dalszym ciągu tej analizy oraz w innych aktualnych rozważaniach zamieszczono w tym 
numerze następujące wezwanie: "Naziści prowadzą kraj do upadku - Niemcy, obudźcie się!", 
"Tą samą drogą, na tym samym arkuszu, prześlijcie nam wszystkie wasze spostrzeżenia, 
uwagi, życzenia i krótkie notatki.  Unikajcie wymieniania nazwisk i określania 
 

92 

 
swoich oddziałów oraz pododdziałów. Gestapo czyha!". 
Natomiast w następnym numerze tego pisma, tj. w 22 z 31 grudnia 1941 r., opublikowano 
m.in. takie hasła: "Ty wiesz dokładnie, komu zawdzięczasz wojnę... Pokój zależy od ciebie", 
"jesteś urodzony, by żyć i spać, a nie po to, aby przedwcześnie zdechnąć". 
W zachowanych aktach gestapo znajdują się także inne dokumenty dotyczące podziemnej 
prasy. Napisane są w języku niemieckim, ale dodano także niezbyt poradne ich tłumaczenia 
na polski. Oto treść jednego z meldunków: 
 
"V-5a                                              Łódź 1.12.1944 r. 
Meldunek 

background image

30.11.1944 r. przybyło do mojego mieszkania 5 osób, które przejeżdżając z jednostki w 
Piotrkowie zostało tu przysłanych i złożyło następujący meldunek: 
"Gazeta Łódzka" drukuje nielegalną gazetę "Nowy Czas", przy czym przy drukowaniu są 
zatrudnieni Polacy i ewentualnie pełniąc straż powietrzną (winno być straż OPL - przyp. E. 
W.) muszą współpracować przy drukowaniu. 
Gazeta jest przemycana z drukarni w pończochach. Polacy drwią sobie z jej treści i dają prze-
szmuglowane gazety znajomym do czytania. Istnieje możliwość, że ruch oporu otrzymuje je 
w ten sposób do rąk. 
Te 5 osób przyniosło egzemplarz z 23.11.1944 r. nr 
 

93 

 
78, który oni muszą zwrócić, gdyż pożyczają gazety do czytania i żądają zwrotu, jak zostało 
stwierdzone, ukazują się w tej gazecie artykuły, które dosłownie ukazały się w "Gazecie 
Łódzkiej" w dniach 1.11, 4.11 i 8.11.1944 r. (patrz załącznik). 
Zaznaczam ponadto, że 5 osób otrzymało gazetę jako nielegalne pismo od Polaków do 
czytania i natychmiast na podstawie treści stwierdzono, że jest ona redagowana przez 
Niemców, co wśród ironicznego śmiechu zostało stwierdzone. 
Urzędnik kryminalny (podpis nieczytelny)" 
Według meldunku "urzędnika kryminalnego" pismo "Nowy Czas" było drukowane 
potajemnie w niemieckiej drukarni "Litzmannstadter Zeitung" ("Gazeta Łódzka") na terenie 
Łodzi i redagowane przez Niemców. Po przeczytaniu choćby dwóch pierwszych artykułów 
zatytułowanych: "Cześć naszym bohaterom" i "Nie chcemy zmarnować naszej własnej krwi" 
zgodzi się z tą opinią także współczesny polski czytelnik. 
Pierwszy z nich wymienia sześciu ludzi o polskich nazwiskach z bliżej nie określonej 
organizacji podziemnej, którzy padli w walce - również z bliżej nie określonymi - "wrogami" 
o wolną ojczyznę. Drugi artykuł szeroko omawia działania "naszej organizacji", która stale 
rośnie w siłę mimo niezwykle ciężkich warunków pracy i prześladowania, jest tam również 
mowa o Wolnej Polsce, socjalizmie, nie- 
 

94 

 
litościwych szponach zbójców ze wschodu i zachodu itd. Treść artykułu, rzekomo 
antyhitlerowska, pomija jednak rejestr niemieckich zbrodni, by bez ogródek zaatakować 
Armię Czerwoną i jej dowódców. I tu autor artykułu, przechodzi do sedna sprawy, pisząc: 
"Od pewnego czasu krążą niepomyślne pogłoski o tworzeniu polskich dywizji przez rząd 
niemiecki, które mają wspólnie walczyć przeciwko bolszewikom. Wymienia się po cichu 
pewne koła, które przez stanowisko Moskwy podburzają przeciwko powstaniu 
warszawskiemu, by były teraz gotowe do czynu zbrojnego za Trzecią Rzeszę. (...) Walka 
przeciw bolszewikom przemawia żywo do nas Polaków. Każda ręka drży, by chwycić za broń 
i rozbić czerwonych (...). 
Przetłumaczony egzemplarz pochodzi z kutego 1944 r., a więc z okresu, kiedy w niemieckich 
sztabach wojskowych zaczynała kiełkować myśl o utworzeniu polskich jednostek 
wojskowych na niemieckiej służbie. Mieli się w niej znaleźć młodzi Polacy z terenów 
Generalnego Gubernatorstwa "ochotniczo" werbowani w stolicy GG - w Krakowie, na wzór 
hiszpańskiej "Błękitnej Dywizji" oraz innych "ochotniczych" jednostek wojskowych z 
podbitych krajów Europy. 
Należy też zaznaczyć, że w krakowskim biurze werbunkowym czuwali funkcjonariusze 
gestapo oraz kripo, których zadaniem było wyłuskiwanie różnych podejrzanych szukających 
tam swoistego azylu. 

background image

 

95 

 
Wydawanie "Nowego Czasu" miało więc stanowić coś w rodzaju odpowiedzi na prowadzoną 
przez polskie podziemie akcję "N". Cóż, nie udała się Niemcom ta próba. Polski odbiorca, do 
którego była skierowana gazeta "Nowy Czas", od razu zorientował się w jej autorstwie... . 
 

Przeciw kolaborantom i volksdeutschom 

 
Osobny rozdział stanowi propaganda "enowa" adresowana do volksdeutschów, a także 
kolaborantów i agentów zamieszkujących na polskiej ziemi. Jak już wspomniano we wstępie, 
dla volksdeutschów drukowano specjalny miesięcznik "Die Zukunft - Przyszłość" (12 x 18 
cm). Był on drukowany po polsku, nie wszyscy bowiem volksdeutsche dostatecznie 
opanowali język niemiecki. W tytuł tej "enki" wpleciona była wymowna pętla z grubej liny. 
W odróżnieniu od pozostałej prasy "enowej" ów miesięcznik jednoznacznie informował, że 
jest wydawany przez polskie podziemie i że wkrótce nastąpi rozliczenie ze zdrajcami. 
Naczelnym redaktorem tego pisma była "Nowicka" (Halina Auderska). 
Głównym celem gazetki było przekonanie volksdeutschów, że weszli na złą drogę, jednakże 
Polska daje im ostatnią szansę i przyjmie ich z powrotem do siebie, jeśli zmienią swój 
dotychczasowy wrogi stosunek do Polaków. Nieskorzystanie zaś z tej szan- 
 

96 

 
sy będzie miało tragiczny w skutkach koniec. Na każdej gazetce pod tytułem "Die Zukunft - 
Przyszłość" ze/ stylizowaną pętlą był również dwujęzyczny napis "Zeitung für die Deutsche 
in Polen - Pismo dla Niemców w Polsce". Oddajmy więc głos dokumentom, z których 
wybrano niektóre ciekawsze fragmenty artykułów. I tak w numerze 1 ze stycznia 1943 r. w 
artykule "Jakie jest jutro volksdeutschów?" czytamy, że ludzie ci postawili na zwycięstwo 
państw osi i sądzili, że będą ciągnąć z tego korzyści zarówno w czasie wojny, jak i po jej 
zwycięskim zakończeniu. W chwili zrywania z polskością musieli wierzyć w zwycięstwo 
Rzeszy Niemieckiej i może na początku wojny ich rachuby były uzasadnione. Obecnie 
jednak, w przeddzień całkowitej klęski Niemiec, dalsze stanie u ich boku pędzie wprost 
samobójstwem. Naród niemiecki - czytamy dalej - ginąc pociągnie ich za sobą w otchłań, a po 
zwycięstwie aliantów żaden kraj nie poda im ręki. Muszą więc zmienić swoje stanowisko już 
teraz, zaraz, dziś!

 

Volksdeutsche! - nawoływano - nasza przyszłość, w której powstanie potężna Polska, może 
należeć i do was! Będziecie żyć i pracować bezpiecznie w waszych dotychczasowych domach 
i warsztatach. Tego przegrywające wojnę Niemcy dać wam nie mogą. Nie mamy zamiaru 
mścić się na tych, którzy okażą się życzliwi i lojalni w imię wspólnego jutra! 
Autor artykułu sugeruje, że wobec przegranej Niemiec przyszłość volksdeutschów bez 
pogodzenia 
 

97 

 

się z Polakami jest nie do pomyślenia. Polacy wyciągają ku nim dłoń, jak się ją podaje 
tonącym. Zapewniają, że są skłonni zapomnieć dotychczasowe winy wielu z nich, ale jako 
zwyciężający czują się upoważnieni do dyktowania- im warunków. Muszą więc 
volksdeutsche natychmiast zmienić całkowicie politykę wobec Polaków, zaprzestać ich 
gnębienia i prześladowania oraz ostrożnie roztaczać nad nimi opiekę. Muszą we własnym 
interesie oszczędzać ich życie i mienie, tylko bowiem w ten sposób mogą uniknąć 

background image

wciągnięcia ich na sporządzane już listy wojennych zbrodniarzy. Muszą czynami dowieść 
swej życzliwości dla Polaków. 
W artykule napisano także, iż przyszłość volksdeutschów może być straszna albo pogodna. 
Od nich zależy, czy będą z nami, czy przeciwko nam. Musicie pamiętać - mówiono im - że 
ludność polska to wasi przyszli sędziowie! Ostrzegano ich także, aby nie uprawiali podwójnej 
gry. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam - pisano. Notujemy wszystko. Tylko szczere i 
życzliwe ustosunkowanie się do gnębionej ludności polskiej może uratować volksdeutschów 
od sądu i kary w przyszłości, obecnie zaś od umieszczenia ich nazwisk na listach zbrodniarzy 
wojennych. W końcowym zdaniu stawiano pytanie: "Ze zwycięzcami jutra czy z ginącym 
narodem niemieckim? Wybierajcie!". 
W numerze 2 tej gazetki z lutego 1943 r. podano komunikat, że 13 stycznia komisarz firmy 
Schmall-film mieszczącej się przy ul. Asfaltowej w Warsza- 
 

98 

 
wie - Ludwik Herbert, wydał w ręce niemieckiej policji inż. Andrzeja Honowskiego. Oskarżył 
go o pracę konspiracyjną, w wyniku czego został on z drugim jeszcze Polakiem zabity w 
walce. Denuncjator wyrokiem Wojskowego Sądu Specjalnego został przez Polskę Podziemną 
skazany na karę śmierci. 16 stycznia, informowano dalej, wyrok wykonano w jego 
mieszkaniu przy ul. Walecznych nr 36 w obecności domowników. 
Kolejny-komunikat donosił, że w Oświęcimiu wraz ze zmarłymi paleni są często i żywi. 
Zapamiętaliśmy nazwiska tych zbrodniarzy wojennych (tu wymieniono 5 nazwisk) - pisano. 
Nie unikną kary śmierci! 
Z kolei w artykule "Karząca ręka sprawiedliwości" z kwietnia 1943 r. pisano, że urzędników 
niemieckich wydających polecenia branki lub organizujących łapanki dosięgnie kara. "Żaden 
z nich nie będzie w taki sposób urzędował długo! Uwieńczeniem tego rodzaju kariery, tego 
typu pracy na terenie Polski może być tylko niesławna śmierć". 
W ten sposób - czytamy dalej - zakończył swoje urzędowanie przy ul. Długiej (w Warszawie) 
9 kwietnia naczelnik niemieckiego Arbeitsamtu Hoffmann. Śmierć tego szefa naganiaczy i 
hyclów, zapędzających ludność polską do ciężkich robót w Rzeszy, jest jednym z przejawów 
rozpoczętej akcji odwetowej. Przyszła już pora, aby żądać rachunku od tych Niemców i 
volksdeutschów, którzy prześladują polską ludność. A jak ty myślisz, volksdeutschu? - pytano 
w ma- 
 

99 

 
jowym numerze tego pisma. Czy wiesz, że w twojej obronie nawet nie kiwnie palcem żaden 
Niemiec? "Czy wiesz, że będziesz musiał zdać rachunek z każdego swego kroku i słowa? Czy 
wic,, ?e każde twe posunięcie i każda wypowiedź są przez Polaków notowane? Że twe 
nazwisko figuruje na pewno na odpowiedniej liście, będącej w posiadaniu władz polskich? 
Czy dobrze uświadamiasz sobie, co się stanie z tobą po wojnie i w czasie jej trwania? Wyroki 
tajnych sądów trafiają bez zawodu do rąk zbrodniarzy, zdrajców i przywłaszczycieli 
polskiego mienia. I wykonywane są natychmiast. Chyba wiesz o tym, volksdeutschu? Chyba 
rozumiesz, co cię czeka?". 
W czerwcowym zaś szóstym już numerze "Die Zukunft - Przyszłość" w artykule okolonym 
ramką czytamy, że zbyteczne jest dokładne informowanie volksdeutschów, za co spotka ich w 
najbliższym czasie kara. Jako dowód, że wszystkie ich zbrodnie są notowane, a nazwiska 
wciągane do odpowiednich i rejestrów, podano kilka przykładów. I tak w maju burmistrz 
Mszany Dolnej volksdeutsch (tu Dodano nazwisko) wraz z pewnym posterunkowym policji 
zamęczyli na śmierć rolnika, wieszając go głową na dół i bijąc. Była to kara za sprzedanie 

background image

przez niego pół cetnara ziemniaków Żydowi. W Białostockiem - czytamy dalej - amtkomisarz 
Jasienicy volksdeutsch (w oryginale jest nazwisko) postrzelił bez żadnego powodu wieśniaka 
ze wsi Ruskołęki Stare. Rannego poszczuł psem, który wyrwał mu wnętrzności. Amt- 
 

100 

 

komisarz dobił konającego wystrzałem z rewolweru. Innym razem zastrzelił bez powodu 
głuchoniemego z tej wsi i psychicznie chorą dziewczynę. Każdego dnia popełnia jakąś 
zbrodnię. Już wkrótce poniesie surową karę. Zarówno on, jak i jemu podobni volksdeutsche 
nie będą chyba pytać, "za co?". 
Lipcowy numer tego pisma donosił, że Niemcy rok ;emu rozpoczęli wysiedlanie ludności 
polskiej z Zamojszczyzny. Dzisiaj płacą za to setki kolonistów - volksdeutschów. Za spalenie 
bowiem w czerwcu wsi Sochy i zmasakrowanie jej mieszkańców oddziały Polski Podziemnej 
spaliły wzorcową wieś osadników niemieckich Siedliska (gm. Mokre pow. Zamość). 
Zaalarmowany przez kolonistów garnizon zamojski nie przyjechał. Niemcy nakłaniają swych 
obywateli oraz volksdeutschów do osadnictwa,, nie mają jednak zamiaru zagwarantować im 
bezpieczeństwa - komentowano. Gdy w czerwcu polskie oddziały spaliły wieś Huszczankę w 
odwet za terror szalejący na Zamojszczyźnie, żandarmi z pobliskiego posterunku w 
Skierbieszowie załadowali się na ciężarówkę i popędzili do Zamościa, z dala omijając 
płonącą wieś. 
Śmierć za śmierć, ogień za ogień! - pisano. Płoną niemieckie osady, giną od kul mścicieli 
Niemcy i volksdeutsche - grabiciele ziemi i chudoby zamojskich chłopów. Wkrótce zginą 
wszyscy niemieccy koloniści! Nie uratuje ich nikt i nic. 
Następnie informowano, że od tego numeru będą ogłaszani na "Czarnej Liście" volksdeutsche 
- zdraj- 
 

101 

 
cy Narodu Polskiego. Stopniowi przewinienia, odpowiadać będzie właściwy stopień kary. 
Każdy z wciągniętych na listę otrzyma odpowiedni numer rozpoznawczy w zależności od 
daty zarejestrowania oraz rodzaju przestępstwa. Kto ma na sumieniu zdradę lub krzywdę 
Polaka, nie będzie odtąd spać spokojnie. A zwłaszcza ci (tu wymieniono 16 nazwisk z 
adresami i odpowiednim numerem winy). Wykonawcy wyroków Polski Podziemnej są już 
gotowi do zadania ciosu - ostrzegano - oraz informowano, że samoobrona i opór wzrastają z 
każdym dniem. Nie znajdą zbrodniarze i kaci bezpiecznego zakątka w Polsce. Wszyscy 
krwawo zapłacą za prześladowanie ludności polskiej. W końcowych zdaniach artykułu 
pytano: "A ty, czytelniku, czy zrobiłeś już rachunek sumienia? Warto się zastanowić nad tym, 
co cię czeka. Jakie zgotowałeś sobie Jutro?". 
W notatce zatytułowanej "Nur fur Deutsche" informowano, że z cmentarza w Krasnymstawie 
nakazano zabrać zwłoki wszystkich Polaków, gdyż cmentarz będzie przeznaczony tylko dla 
reichs-i volksdeutschów. Jest to jeden z przykładów profanowania przez Niemców wszystkich 
świętości, ale możemy ich zapewnić - pisano - że tak posunięta przezorność jest zbędna, 
ponieważ ziemi na trupy niemieckie w Polsce wystarczy. Nie zabraknie jej również dla 
volksdeutschów. 
Sierpniowy numer gazetki dla volksdeutschów z 1943 r. przynosił natomiast m.in. obszerny 
opis zlikwidowania  dwóch volksdeutschów i jednego 
 

102 

 

background image

Niemca z podaniem ich nazwisk. 18 lipca br. - pisano - został wytropiony i zastrzelony na 
peronie stacji Józefów k. Otwocka streifenführer SD. 22 lipca o godz. 8 rano w Mińsku 
Mazowieckim został zastrzelony z wyroku sądu komendant policji niemieckiej, morderca z 
zamiłowania. 2 sierpnia został zastrzelony w Policznej, pow. Kozienice, konfident-
volksdeutsch, który śledził głównie czytelników tajnej prasy i kilkunastu ich wydał Niemcom.

 

Tak zginęli trzej i tak zginą inni - komentowano - denuncjatorzy, zdrajcy i mordercy. Ci, 
którzy katowali więźniów, jak i ci, którzy szczuli ich psami - wszyscy, którzy mają na 
sumieniu Polaka. 
Dalej następował dokładny opis śledztwa w sprawie wspomnianego wyżej streifenfuhrera SD 
- volksdeutschą. W czasie odwrotu oddziału, który w marcu br. uwolnił na ul. Bielańskiej 
więźniów przewożonych z al. Szucha na Pawiak (mowa o słynnym odbiciu przez oddział 
Kedywu więźniów pod Arsenałem 26 lii 1943 r.) - czytamy w artykule "Wyrok wykonano" - 
dobrowolnie wziął udział w akcji przeciwko żołnierzom Polski Podziemnej pewien gorliwy 
volksdeutsch. Był restauratorem na ul. Długiej i równocześnie pozostawał na usługach 
gestapo, dorabiając się stopnia streifenführera SD.

 

Podczas wspomnianej akcji zwabił do swej restauracji jednego z żołnierzy podziemia, 
obiecując mu schronienie, i wydał go gestapo. Nie wiadomo, jaką dostał za to nagrodę od 
swoich mocodawców, bo od polskiego podziemia wyrok śmierci. Później 
 

103 

 
ulotnił się on z Warszawy i ukrywał się przez 5 miesięcy w pobliskim Józefowie pilnowany 
przez opłacanych stróżów. Po pewnym czasie rozzuchwaliła go dotychczasowa bezkarność. 
Zaczął więc spraszać do swej kryjówki gości i pić na umór, aby nie myśleć o wyroku. Ale 
podziemie czuwało, został wytropiony i 18 lipca, gdy odprowadzał swych niedzielnych gości 
na stację kolejową, zginął na peronie od polskiej kuli. 
Do "Czarnej Listy" przybyły w tym numerze 32 imiona i nazwiska z ich adresami, a pod nimi 
umieszczono komentarz: "Wszyscy ci volksdeutsche zostali wciągnięci na czarną listę za 
ciężkie przewiny wobec Polaków. Już wkrótce zaciąży nad nimi dłoń sprawiedliwości. Nie 
uratuje ich nikt i nic! Biada winnym". 
A w kolejnym artykule "W szponach lęku" czytamy, że na Niemców w GG padł blady strach. 
Ukazał się bowiem okólnik z 17 czerwca wydany przez Państwowy Sekretariat 
Bezpieczeństwa i Zarządzania, który poucza, że osoby otrzymujące wyroki śmierci wydane 
przez polskie organizacje winny zmienić miejsce zamieszkania, a następnie postarać się o 
przeniesienie na teren Rzeszy. O otrzymanym wyroku i ewentualnym wyjeździe zakazuje się 
kategorycznie powiadamiania innych osób poza przełożonym - czytamy przy końcu okólnika. 
W numerze 9 z września 1943 r. dowiadujemy się, że na "Czarnej Liście" przybyło dalszych 
28 volksdeutschów. Wymieniono ich nazwiska wraz z adre- 
 

104 

 
sami,  według  kolejnych   numerów od  59 do 86, z poniższym komentarzem: 
"Nie ma tłumaczenia i łaski dla zbrodniarzy wojennych! Każdy z nich poniesie taką karę, na 
jaką sobie zasłużył. Czy czujesz, volksdeutschu, zacieśniający się wokół twojej szyi stryczek? 
Zbliża się bowiem koniec wojny! Twój koniec..." 
Kolejny "Die Zukunft - Przyszłość" nr 10, z października 1943 r., dużo miejsca poświęca 
sprawom nasilania się niemieckiego terroru i kontrakcji polskiego podziemia. 
W artykule "Oktober" czytamy, że opór terroryzowanej ludności polskiej wzrasta z każdym 
dniem. Wzrasta także liczba wykonywanych wyroków na tych, którzy się nie opamiętali. 
Oktober - to słowo kryje w sobie groźną zapowiedź. Dalej autor artykułu wymienia osiem 

background image

nazwisk volksdeutschów z Koniecpola, Ręczna, Lubiaszowa i ze stacji Rudnik 
(Częstochowskie), którzy zostali zastrzeleni za denuncjację i prześladowanie ludności 
polskiej. Jeden z nich - komisarz, za to, że 26 lipca kazał powiesić na stacji Rudniki 20 
Polaków. 
W Warszawie zaś 24 września zastrzelono zastępcę komendanta obozu karnego na 
"Gęsiówce" haupt-scharfuhrera Augusta Kretschmanna. Natomiast 5, października około 
godz. 8.00 zginął przed swym mieszkaniem w al. Szucha znany prześladowca Polaków, 
gestapowiec Lechtier. Tak skończy każdy zbrodniarz - pisano. Dzień, w którym nie będzie już   
na naszej  ziemi żadnego Niemca i  volks- 
 

105 

 
deutscha-przestępcy, zaczyna się wyłaniać z mroków. Z tej ciemnej "Zukunft", którą sobie, 
volks-deutschu, zgotowałeś? głosił artykuł. 
Następny artykuł zatytułowany "O jedną bestię mniej" opisuje zlikwidowanie komendanta 
Pawiaka oberscharfuhrera Brückla. Określono go jako niepoczytalnego okrutnika, 
wielokrotnego  mordercę i zwyrodniałego sadystę, który ze straszliwą zawziętością znęcał się 
rnad więźniami. Do jego ulubionych zajęć należało gimnastykowanie więźniów boso na 
gorącym żużlu, zmuszanie do nie kończących się  przysiadów  i  szczucie  ich  policyjnymi  
psami. 7 września o godz. 10.00, gdy Brückl w cywilnym ubraniu wyszedł z żoną na poranny 
spacer - czytamy - dosięgła go polska kula. Padł, nie zdążywszy nawet chwycić za broń. Nie 
pomoże więc zmiana munduru, mieszkania czy nazwiska. Znamy wszystkich naszych 
wrogów i potrafimy się z nimi policzyć! Do "Czarnej Listy" przybyło dalszych 35 nazwisk 
niepoprawnych volksdeutschów z adresami (numery od 87 do 121). Pod listą napisano: 
"Powyższe kanalie będą   volksdeutschowały   w   Polsce   już   niedługo. A ty? Czy stoisz 
nad brzegiem przepaści? Jaka będzie twoja "Zukunft"? „W kolejnym artykule "Volks-
deutschowskie pijawki" autor poucza czytelnika, że nie   wystarczy   nie   mieć   sumienia   
obarczonego, śmiercią Polaka, aby być w porządku. Należy pamiętać, że rabowanie mienia 
ludności polskiej, okradanie polskiego robotnika z głodowych racji, traktowanie polskich 
urzędników wrogo i obelżywie – to 

 

106 

 
także przestępstwa, które będą karane. Odebranie im bowiem przydziału kartofli, tłuszczów, 
skór, opału itp. jest równoznaczne ze skazaniem ich na śmierć z wyniszczenia. Dalej 
następuje opis nadużyć dyrektora administracyjnego fabryki "Wawerna" w Pruszkowie pod 
Warszawą, volksdeutscha Leona S., który systematycznie okradał pracowników-Polaków. 
Sprzedawał na "lewo" ich przydziały i tak się na tym wzbogacił, że aż zwróciło to uwagę jego 
kamratów z dyrekcji i sprawa oparła się o prokuratora. Dyrektor zorientował się, że jest źle. 
Sprzedał więc swój prywatny samochód i "wywiał" z GG. Ale nic mu to nie pomoże - 
stwierdza autor - odpowie on za to przed polskimi władzami. 
Z artykułu "Bombendeutsche" dowiadujemy się, że Polacy mają do czynienia z nowym 
rodzajem Niemców: wyrzucanych z siodła, zdenerwowanych i wściekłych. Są to obywatele 
III Rzeszy, którym bombardowania zniszczyły ich mienie, zostali więc przerzuceni na tereny 
Polski, gdzie mają dostać rekompensatę z "Polengut" (z polskich dóbr). Są to ludzie bezczelni 
i brutalni - czytamy. Nienawidzą Polaków i wszystkiego co polskie, a także chcą sobie u nas 
odrobić swoje straty. Ale my ich uważamy za potencjalnych zakładników, którzy po wojnie 
zostaną odizolowani, aby mogli w spokoju nabrać rozumu, bo są współodpowiedzialni m.in. 
za Oświęcim, Majdanek i Pawiak. 
Natomiast w artykule "I co ty na to, volksdeutschu?" czytamy, że jedna z krakowskich firm 
 

background image

107 

 
przewozowych wywozi na gwałt meble gubernatora Franka. Razem z nimi wywożone są 
również bezcenne obrazy, dywany i antyki wawelskie. W tym czasie gestapo przeprowadziło 
rewizję w mieszkaniu i  biurze  kierownika  robót  na Wawelu  - volksdeutscha Fr. H. 
Znaleziono u niego wartościowe dzieła sztuki, które dołączono do "mebli" gubernatora. Pana 
Fr. H. aresztowano. Im wolno, a wam nie! Więzienia niemieckie przepełnione są volks- 
deutschami. "Die Zukunft - Przyszłość"  nr 11   z  listopada 1943 r. w artykule "Prawo do 
odwetu" informuje, że konferencja moskiewska potwierdziła, iż po zwycięstwie aliantów 
odbędzie się sąd nad zbrodniarzami wojennymi. Sprecyzowano tam także niektóre szczegóły; 
winowajcy dużego kalibru, odpowiedzialni za wywołanie   wojny,   będą   sądzeni   przez  
Trybunał Międzynarodowy,  natomiast  pomniejsi   dostojnicy nazistowscy, gestapowcy i 
}volksdeutsche będą sądzeni przez sądy tych państw, w których dokonywali zbrodni. To, co 
projektują alianci - pisano - u nas jest już faktem dokonywanym. Podziemne sądy polskie 
skazują na śmierć najbardziej szkodliwych; na razie karzą nielicznych, ale najbardziej 
aktywnych zbrodniarzy.      
Prawo do odwetu - czytamy dalej - zdobyliśmy przez krew naszych umęczonych współbraci. 
Teraz daje nam je cały cywilizowany świat. Wszystkie narody i ludy żądają kary dla 
morderców kobiet i dzieci, dla "genialnych" wynalazców komór gazowych. Apokaliptyczna 
bestia musi zginąć! Fale październik 
 

108 

 
kowych represji nie powstrzymają naszego ciosu. Siły Zbrojne w Kraju wykonały w nocy z 
23 na 24 października uderzenia na niemieckie pociągi wojskowe Warszawa - Berlin na stacji 
Płochocin, w rejonie Celestynowa na pociąg pośpieszny jadący do Berlina i w rejonie 
Tłuszcza na pociąg towarowy. Afektem tych akcji zostało zabitych i rannych wielu Niemców. 
Oprócz tego wykonano kilkanaście wyroków na reichs- i volksdeutschach. Jednocześnie 
lotnicy polscy startują z Anglii na loty odwetowe nad teren Rzeszy. "Polska walczy! Polska 
zwycięży!". 
A do "Czarnej Listy" dopisano dalszych 31 imion i nazwisk z adresami (od numeru 122 do 
152) z następującym komentarzem: 
"Odpowiednim władzom polskim znane są zresztą nie tylko miejsca zamieszkania 
powyższych zbrodniarzy i kanalii, ale także ich adresy biurowe. Znajdują się oni pod czujną 
obserwacją i już wkrótce odpowiedzą za swe winy. A może i ty? Ty także?". 
Kolejny artykuł "Volksdeutsche ciszej" analizuje beznadziejną sytuację volksdeutschów. 
Niemcy zaczynają już uciekać z Polski i zwalają wszystko na septembęrdeutschów 
(wrześniowi Niemcy - volksdeutsche, którzy poczuli się Niemcami we wrześniu 1939 r.). 
Polacy zaś zdążyli dobrze przyjrzeć się ich sprawkom, wszystkich zarejestrować i wciągnąć 
na "Czarną Listę". Grunt im się usuwa spod nóg, a za plecami robi się próżnia. Ich 
protektorzy wkrótce z Polski znikną, ale volksdeutsche zostaną! "Czy zdają 
 

109 

 
sobie sprawę z tego, co ich wówczas spotka? - pyta autor. - Rok temu zwrócono im uwagę, 
aby zachowywali się ciszej, aby nie byli tacy butni. Czy trzeba to powiedzieć mocniej i 
soczyściej? Jeśli tak, to postaramy się, aby stali się mniejsi i skromniejsi. A na razie 
przypominamy: "Ciszej, panowie volksdeutsche! Ciszej!" Bo inaczej..." 
W artykule pod dosadnym tytułem "Volksdeutschowski motłoch" ("Das Volksdeutschen 
Gesindel") opisano stosunek reichsdeutschów do volksdeutschów. Wynika z niego, że" z dnia 

background image

na dzień narasta niechęć reichsdeutschów do tych drugich, panoszących się na tutejszym 
terenie. Autor uzasadnia to   przykładami. Oto na zebraniu  Niemieckiej Wspólnoty w 
Kielcach starosta powiatowy Dreschel zwrócił volksdeutschom ostrą uwagę, że brak im 
zrozumienia dla idei narodowosocjalistycznej. Mimo czteroletniej okupacji nie znają dobrze 
języka niemieckiego. Zdarza się, że volksdeutsch zwraca się w urzędzie do polskiego 
tłumacza, by ten pośredniczył w rozmowie. Gorzej przedstawia się sprawa w wojsku, 
ponieważ volksdeutsche nie potrafią się rozmówić z kolegami po niemiecku, a ponadto pisują 
do swych rodzin po polsku! Kończy się to karami z ( wcielaniem do karnych kompanii 
włącznie. Zarzucano też volksdeutschom, że mają za złe władzom niemieckim wysyłanie ich 
dzieci do Rzeszy celem ściślejszego zespolenia z niemiecką ojczyzną. Często się zdarza, że 
gdy do kolonii volksdeutschów zajeżdżają auta po dzieci, rodziny wszczynają dziki la- 
 

110 

 
ment, jakby dzieciom miała się stać jakaś krzywda. A przecież władze mają na względzie 
jedynie ich dobro! - komentuje autor. 
Ogólnie w pojęciu rdzennych Niemców volksdeutsche są elementem niewdzięcznym i 
niepewnym. Zaczynają się obawiać śmierci z ich rąk, bo w obliczu niemieckiej klęski 
volksdeutsche zechcą przejść na polską stronę. Pewien Niemiec stwierdził - czytamy dalej - 
że najbardziej boi się w przyszłości volksdeutschów. Nie wątpi, iż zrozpaczona ludność 
krwawo się z Niemcami rozprawi, ale "volksdeutschowski motłoch" będzie najgorszy. Będą 
oni bowiem chcieli zmyć swe piętno renegatów krwią reichsdeutschów i wykpić się ich 
kosztem. Oni mają zdradę we krwi - kończy swoje rozważania. 
W końcowych zdaniach tego artykułu autor pyta: "Jak sądzisz, volksdeutschu? Jakie uczucie 
żywi względem ciebie udręczona i sterroryzowana ludność polska? Zdaje się, że nie 
potrzebujesz się nawet namyślać nad odpowiedzią! Ty wiesz! Wiesz sam najlepiej, jaką 
straszną zgotowałeś sobie "Zukunft"". 
Do sytuacji reichs- i volksdeutschów nawiązuje artykuł pt. "A to o czym świadczy?". Wynika 
z niego, że ostatnio coraz więcej obywateli niemieckich zabiega o zdobycie takich 
dokumentów, jakie ma ludność polska. Nawet nazistowscy partyjniacy zabiegają o zdobycie 
kennkart, płacąc za to gotówką. 
W komentarzu do tej notki stwierdzono, że karty rozpoznawcze podbitego narodu okazały się 
lepsze od niemieckich paszportów. Stąd wniosek, że Nie- 
 

111 

 
mcy zaczynają wierzyć; iż podbity lud będzie jeszcze górą. 
Ostatni numer gazetki "Die Zukunft - Przyszłość" z grudnia 1943 r., w artykule pt. "Volks-
deutsche zostają!", informuje o ewakuacji Ukrainy. Czytamy w nim, że Niemcy wywieźli 
stamtąd wszystko i wszystkich. Wsie i miasta zostały ogołocone ze stałych mieszkańców, 
zarówno z volksdeutschów, jak i ludności ukraińskiej oraz rosyjskiej. Powyższy fakt obudził 
nadzieję tutejszych volksdeutschów, że w przypadku ewakuacji GG wyjadą oni na zachód. 
Przypuszczenie z gruntu fałszywe. Niemcy bowiem, wycofując się znad Dniepru, mogli 
przerzucić tamtejszą ludność na ziemie polskie. Teraz natomiast, wycofując się znad Bugu, 
nie będą mogli ewakuować za Wisłę nikogo, bo tuż za nią jest już Reich. A tam po 
zbombardowaniu miast nie ma dość pomieszczeń i żywności dla samych Niemców. Poza tym 
wojsko nie życzy sobie wpuszczania na tamten teren elementów niepewnych, a za taki 
właśnie uważana jest cała armia volksdeutschów. 
Celem dalszego pogrążania volksdeutschów autor mówi o jakiejś wydumanej konferencji z 
udziałem przedstawicieli policji i władz. Miała ona mieć miejsce we Lwowie i w jej wyniku 

background image

rozesłano Niemcom przepustki ważne do 31 grudnia 1943 r. Volksdeutschom żadnych 
przepustek nie wydano, zalecono im natomiast zmianę taktyki w stosunku do Polaków. 
Podobne zebranie odbyło się w Tarnowie, gdzie protestującym volksdeutschom    
oznajmiono, że 
 

112 

 
ewakuowanie  ich  do Rzeszy jest  niemożliwe ze względów taktycznych. 
"I warto to było zostawać volksdeutschem?" -pyta autor. 
Opublikowana w tym numerze "Czarna Lista" podawała dalszych 29 nazwisk wraz z 
adresami i z kolejnymi numerami od 153 do 181. Niemal w każdym numerze "Die Zukunft-
Przyszłość" była informacja okolona ramką: "słuchajcie audycji radiowych "Świt" o godz. 9-
tej na fali 26! o godz. 19.10 na fali 31!" 
Styczeń 1944 roku był już drugim rokiem ukazywania się dywersyjnego miesięcznika "Die 
Zukunft - Przyszłość", jej 1 numer, a 13 w ogóle, w artykule "Terror w Polsce" przypominał, 
że Polacy już powzięli decyzję i nie pozwolą uciec z polskiej ziemi żadnemu wojennemu 
przestępcy. Kto zawinił względem Polaków, kto ma ręce zbrukane krwią, ten nie powróci do 
Rzeszy. W samej Warszawie - informowano - jest 13 989 reichsdeutschów i 10 234 
volksdeutschów, których znamy z imienia, nazwiska i działalności. Wiadomo, kto z nich jest 
uczciwy. Tym pozwolimy wyjechać z Polski, pozostali poniosą zasłużoną karę. Mimo iż 
morduje się Polaków, pozostanie dostateczna liczba tych, którzy pomszczą swych rodaków. 
W Polsce jest jeszcze dość drzew na wywieszanie zdrajców, morderców i kanalii spod znaku 
"volks" i "reichs". 

113 

 
Zaś w artykule zatytułowanym:"W Reichu  nie chcą "Voksów"" przypominano, że im 
sytuacja Niemców staje się gorsza, tym gorzej traktują oni volksdeutschów.  Coraz  częściej   
przypominają   Niemcy tzw. voksom, że to oni są głównymi sprawcami wojny. Przecież to w 
ich obronie führer musiał wkroczyć do Polski, by ulżyć w ich rzekomych cierpieniach, ale 
teraz już wiadomo, że to było łgarstwo. Okazuje się, że volksdeutsche nie udzielili także 
żadnej pomocy bezdomnym, chorym oraz zmęczonym długą podróżą Niemcom, którzy 
stracili w Reichu dach nad głową. Rozgoryczenie przeciwko nim wzrasta szczególnie w 
Poznańskiem za brak serca w stosunku do wysiedlonych z terenów bombardowanych. 
Volksdeutsche nie chcieli się z nimi podzielić ani mieszkaniem, ani pożywieniem, ani 
ubraniem, a przecież wszystkiego mają w bród. Jednym słowem nie dali się ograbić 
bombendeutschom - komentuje ironicznie autor.

 

W posiadaniu redakcji - czytamy dalej - znajduje się list pewnego voiksdeutscha, który w 
grudniu wyjechał do Niemiec, aby tam zapewnić sobie schronienie w przypadku ucieczki z 
terenów okupowanych. W liście do żony skarży się wprost na wrogi stosunek do 
volksdeutschów i zapowiada swój rychły powrót do Warszawy. Wszyscy boczą się tu na 
mnie, wolę więc już umrzeć wśród swoich - pisze - niż zginąć w gromadzie, która nas 
nienawidzi, nie ufa nam i nigdy nie pomoże. Autor artykułu stwierdza dalej, że istotnie ich los 
nie przedstawia 
 

114 

 
się różowo. W Polsce zostać nie mogą, Rzesza ich bojkotuje, wynika stąd, że ich przyszłość 
jest żadna. "I warto to było wzywać na pomoc Hitlera i zostać "Voksem"?" - pyta. 
 

background image

 

W niektórych kręgach utarło się przekonanie, że w okresie okupacji, w warunkach 
obowiązywania bezwzględnego prawa wojennego, wyroki polskiego podziemia wydawane 
były bez głębszej analizy osoby obwinionej i zarzucanych jej czynów. Celują w tym niektórzy 
zachodnioniemieccy publicyści, określający wyroki polskiego podziemia jako rażący akt 
bezprawia, ponieważ obwiniony nie miał możliwości obrony zgodnej z procedurą sądową. 
Trudno się zgodzić z takim stanowiskiem. Czyż można sobie na przykład Wyobrazić, aby 
znany polakożerca SS-brigadeführer Franz Kutschera, który wyróżniał się szczególnym 
okrucieństwem i bezwzględnością, zgłosił się do podziemnego Wojskowego Sądu 
Specjalnego, aby umożliwić przeprowadzenie procesu? On to przecież, jako szef SS i policji 
na dystrykt warszawski, zaostrzył represje wobec ludności polskiej. On w okresie od 
października 1943 r. do stycznia 1944 r. wydał rozkaz przeprowadzenia 34 publicznych 
egzekucji, w których zamordowano około 1300 osób. Z jego również polecenia osadzono w 
więzieniach ponad 7000 osób, które czekały na swoją kolej jako zakładnicy. 

 

115 

 
A jak wówczas widzieli Niemcy praworządność na terenach okupowanej Polski? To przecież 
gubernator dr Hans Frank usankcjonował, w majestacie niemieckiego prawa wojennego, 
wszystkie dotychczasowe i przyszłe zbrodnie dokonywane na Polakach rozporządzeniem z 2 
października 1943 r. o sądach doraźnych. Rozporządzenie przewidywało za utrudnianie lub 
przeszkadzanie w "niemieckim dziele odbudowy w GG" tylko jeden rodzaj kary. karę 
śmierci. Kary orzekane były przez trzech funkcjonariuszy policji bezpieczeństwa, najczęściej 
zaocznie, a oskarżonemu nie dostarczano aktu oskarżenia. Nie wolno mu było-mieć także 
obrońcy. 
Natomiast podziemne WSS, po wnikliwej obserwacji i dochodzeniu, wysyłało nierzadko 
najpierw ostrzeżenie do obwinionego, a gdy to nie odniosło żadnego skutku, następowało to, 
co musiało nastąpić - wykonanie wyroku śmierci, o czym informował volksdeutschów niemal 
każdy numer "Die Zuku nft - Przyszłość". 
Treść ostrzeżenia, z polskim godłem państwowym, była napisana w dwóch językach - w 
polskim i niemieckim: 
 
Wojenny Sąd Specjalny                                                                   Mp. dn.............. 
Sędzia Śledczy 
Sprawa nr 
Sonderkriegsgericht 
Unterschuńgsrichter 
Aktenzeichen nr                                  Do ...................... 
 

116 

 
Zawiadomienie 
Z mocy artykułów .......... Polskiego Odwetowego 
Kodeksu Wojennego zostało przeciwko Panu wszczęte śledztwo w sprawie......................... 
O wyniku śledztwa zostanie Pan powiadomiony. Próby utrudniania śledztwa ze strony Pana, 
jak zmiana zamieszkania, nazwiska itp. będą traktowane jako dodatkowe okoliczności 
obciążające. 
Nadmienia się, że Wojenne Sądy Specjalne działają w trybie uproszczonym i za przestępstwa 
przeciwko Państwu i Narodowi Polskiemu oraz obywatelom polskim stosują zaostrzony 
wymiar kary, aż do kary śmierci włącznie. Stosują one również wobec Niemców zasadę 
odpowiedzialności zbiorowej stale praktykowaną przez Niemców wobec Polaków". 

background image

Zakończenie   śledztwa   stanowił   najczęściej   akt oskarżenia.  Kolejność postępowania 
dowodowego przebiegała według ustalonego trybu, usankcjonowanego podziemnym prawem 
wojennym. Spośród wielu dokumentów archiwalnych wybrano typową rozpatrywaną 
wówczas sprawę 19-letniej, niezwykle aktywnej agentki gestapo, która w wieku 16 lat 
przeszła na służbę okupanta. Jej akta zarejestrowane są | pod sygnaturą: 203/IX-7 w CA KC 
PZPR. Autor zna-/ jacy agentkę nie podaje jej pełnych danych personalnych oraz wspólników 
z tej samej "branży", kierując się zasadą humanitarnej ochrony ich żyjących być może rodzin, 
nie mających z tą ponurą sprawą nic  wspólnego. To samo  dotyczy  podobnych  im 
 

117 

 
osób wymienionych na poprzednich stronach. Ich dokładne dane także znajdują się w 
archiwach. A oto treść podstawowych dokumentów dotyczących podziemnego śledztwa: 
 
"Do WSS przy ZG ZWZ 
Akt oskarżenia p-ko J.  
Danucie Z. ur. 3 X 1924 r. w W-wie córce R. i L. z B., prostytutce. 
 
Oskarżam o to: 
 że w czasie od czerwca 1940 r. do czerwca 1943 r. w Warszawie objęła placówkę w służbie 
wroga - zostając konfidentką gestapowca Schola Józefa, dopomagając mu w jego wrogim 
względem społeczeństwa polskiego działaniu. 
Wnoszę o wyrzeczenie względem J. Danuty Z. kary śmierci i pozbawienia jej praw 
publicznych i obywatelskich praw honorowych. 
Uzasadnienie 
1.   "Monika" w informacji swojej ze stycznia 1942 r. podaje, że ). jest kochanką Vd. 
(volksdeutscha- przyp. E.W.), któremu donosi różne wiadomości o Polakach (k.a. 3, pkt. 1). 
2.   "Alfred" w informacji swojej z lutego 1942 r. po- t daje, że J. utrzymuje kontakt z 
następującymi GO. (gestapowcami - przyp. E.W.): G. Zygmuntem, D. Stefanem, Ch. Józefem 
i L. (kobieta - przyp. E.W.) (k.s. 3, pkt. 2). 
 

118 

 
3.   "Monika" w informacji swojej z kwietnia 1942 r. podaje, że J. od 1940 r. utrzymuje 
kontakt z L. Maxem R. i jego żoną (k.a. 3, pkt. 2). 
4.   "Z-11" w informacjach swoich z lipca 1942 r. podaje, że J. utrzymuje kontakt z D. 
Stefanem i S. Józefem (k.a. 4, pkt. 4 i 5). 
W materii tych informacji - miarodajny "993" podaje, że J. utrzymuje kontakt z gestapowcem 
Scholem Józefem i jego agentami: G. Zygmuntem, L Robertem oraz D. Stefanem, którzy 
operują na Marymoncie. 
Tego rodzaju potwierdzenie wiadomości różnych informatorów dotyczących kontaktów J. - 
ze strony "993", nadaje walor i innym wiadomościom dostarczonym przez informatorów. A 
komunikują oni, co następuje: 
1.  "Alfred" - że J. za pośrednictwem G. w 1940 r. wciągnęła do jakiejś "tajnej" organizacji 
cały szereg młodych ludzi, których wykaz nazwisk przekazała następnie do GO., w wyniku 
czego w IV kwartale 1940 r. GO. dokonało masowych aresztowań (k.a. 3, pkt. 2). 
2.  "Monika" - że dziełem J. było denuncjowanie chłopców z "Legionu Młodych", których 
GO. masowo aresztowało na początku 1941 r. 

background image

3.   "Monika" - że J. z L. i jego żoną wkręcili się do organizacji "Wiadomości Polskie", Dział 
Kolportażu, i w końcu grudnia 1940 r. sporządziła listę kilkudziesięciu członków tej org., 
którą następnie przekazała do GO. - w wyniku czego nastąpiły 
 

119 

 
masowe aresztowania na Marymoncie, w styczniu 1941 r. 
Sprostować tu należy pewną pomyłkę "Moniki", najwidoczniej nie orientującej się w 
istniejących organizacjach. Organizacji "Wiadomości Polskie" nie było i nie ma. Istnieje 
natomiast czasopismo pod tym tytułem - wydawnictwa ZWZ. 
Tego rodzaju nieświadomość "Moniki" co do nazwy organizacji, którą zasypała J., 
bynajmniej nie może obalić podanego przez "Monikę" faktu dokonywanych przez GO. 
aresztowań o takiej czy innej nazwie. 
4. Nie podpisany informator - że za sprawą j. został aresztowany w lipcu 1942 r. - por. sap". 
E. vel K. (k.a. 6). 
Powyższa informacja nie podpisanego informatora znajduje potwierdzenie w "Notatce" - 
"993", który ponadto wysuwa supozycję, iż E. vel K. jest identycznym z niejakim H. 
Stefanem Jerzym, który z więzienia został zwolniony po zobowiązaniu się do współpracy z 
GO. (k.a. 5). 
Ta supozycja "993" znajdowałaby swoje potwierdzenie we wcześniejszej informacji "Alfre-
da", który podaje, że H. jerzy z ramienia GO. siedział przez 3 tygodnie na Pawiaku - jako 
konfident, w celu wybadania aresztowanych (k.a. 3, pkt. 2 in fine). Wyżej przytoczone fakty 
najzupełniej uzasadniają 
zarzucaną J. zbrodnię współpracy z wrogiem w cha- 

120 

 
rakterze  konfidentki GO., i  to konfidentki, która "pracowała" b. wydajnie. 
Każdy z przytoczonych wyżej faktów jest dostatecznym uzasadnieniem wyrzeczenia 
względem J. kary śmierci.  
25 VI 43                                                           (-) Sztanca" 
Dalej następują, załączone do aktu oskarżenia, szczegółowe meldunki wywiadowców 
podziemia (informatorów) dotyczące działalności agentki, jej dane personalne oraz wniosek o 
skierowanie sprawy do WSS. 
Jeden z meldunków, nieczytelnie podpisany, naświetla początki działalności agentki. W 
punkcie 1. tego meldunku czytamy, że J. przychodziła często do Ryszarda Z. na jednej z ulic 
Marymontu. Tam 18 listopada 1940 r., z okazji ukończenia egzaminów w Konserwatorium, 
zaproszono 10 kolegów. Podczas przyjęcia przyszła J. Zabawa ciągnęła się całą noc, a potem 
nastąpiły aresztowania jej uczestników. Jednym z powodów było śpiewanie patriotycznych 
piosenek. 
W innej notatce z 15 kwietnia 1943 r. stwierdza się, że J. utrzymywała kontakty z niejakim 
Zygmuntem G., który - jak już wcześniej ustalono - był konfidentem gestapowca Józefa 
Schola, funkcjonariusza Abteilung IV Widerstandbewegung (Oddziału IV zajmującego się 
zwalczaniem Podziemia - przyp. E.W.). Uzyskano tę informację w drodze obserwacji J., 
charakter jej kontaktów z rozpoznanym konfidentem był głębiej ustalany. 
 

121 

 
Z czasem zdołano stwierdzić że J składała swoje donosy na ręce C, ten zaś przekazywał je 
Scholowi, z którym agentka kontaktowała się również bezpośrednio.   Była  to   zatem  
łączność  dwuszczeblowa, z punktu widzenia gestapowca- bardziej, elastyczna i bezpieczna. 

background image

W wyniku denuncjacji j. aresztowany został Stefan Jerzy H., jej przyjaciel, posługujący się 
także "lewymi" papierami dla zachowania dwóch twarzy. Trafił do więzienia pod zarzutem 
rzekomego napadu rabunkowego, skąd niebawem wyszedł po zobowiązaniu się do 
współpracy z gestapo. Swoich stosunków z j. nie zerwał, od tego czasu mogli przypuszczalnie 
współdziałać w tej samej roli. 
W materiałach dotyczących J. znajdują się także informacje o innych konfidentach, którzy 
mieszkali na Marymoncie i kontaktowali się z gestapowcem Scholem. W tej szajce zdrajców 
ciągle występowała )., uczestnicząc nierzadko we wspólnych libacjach. 
Ostatnim dokumentem w sprawie J. jest "Informacja urzędowa", w której podano nazwisko 
oraz imiona agentki, datę i miejsce urodzenia, imiona rodziców z nazwiskiem rodowym 
matki, wyznanie, narodowość i dokładny adres. 
Za swą działalność J. zapłaciła głową. Zorientowawszy się, że jest śledzona, ukrywała się 
przez pewien czas u swego przyjaciela Stefana H. w Kosowie pod Warszawą, ale i tam 
zdołano ją wytropić. W lipcu 1943 r., gdy w biały dzień szła ul. Franciszkańską w Warszawie, 
wyprzedziło ją dwóch młodych ludzi. Ta? - zapytał jeden z nich. Ta! Huknęły celne strza- 
 

122 

 
ły, wykonawcy Wyroku momentalnie zniknęli. Ktoś potem wyszedł z bramy i przykrył ciało 
gazetą, nie zdając sobie zapewne sprawy, kto i za co poniósł śmierć. 
 
 

Epilog 

Latem 1984 r. została zorganizowana w Warszawie przy ul. Koziej 11 wystawą karykatury pt. 
"Akcja "N"", na której eksponowano wiele oryginalnych tytułów prasy "enowej" ocalałej z 
wojennej pożogi. Była tam również opisowa informacja wyjaśniająca cel i zadania tej 
działalności: 
""N" - Niemcy - to kryptonim komórki KG AK, która od kwietnia 1941 r. w ciągu czterech lat 
wydała blisko milion druków dywersyjnych. Sugerowały one żołnierzom i urzędnikom 
niemieckim istnienie opozycji antyhitlerowskiej, ale przede wszystkim miały siać niepokój, 
rodzić niewiarę, wywoływać uczucie zamętu i strachu przed odpowiedzialnością. Różnymi 
drogami i sposobami docierały do adresatów - podrzucane do koszar i-szpitali, wywożone do 
Rzeszy i na front. 
Wydawnictwa "N" uderzały w najbardziej czułe punkty armii niemieckiej i administracji 
okupanta. Ostrzem tej broni był dowcip, szyderstwo, karykatura. Dlatego miejsce specjalne 
zajęło wśród nich pismo satyryczne "Der Klabautermann" redagowane początkowo przez 
Stanisława Smoleńskiego - "Ko- 
 

123 

 
zakiewicza". Jego strona graficzna spoczywała w rękach Stanisława Tomaszewskiego - 
"Miedzy", który ilustrował także wszystkie druki dywersyjne, naśladując manierę znanych 
rysowników niemieckich. 
Fakt, że Oberkommando der Wehrmacht wydawało specjalne rozkazy zalecające czujność i 
kontrakcję, był wymownym świadectwem skuteczności akcji "N" - ważnego fragmentu wojny 
psychologicznej i walki cywilnej polskiego ruchu oporu". I dalej: 
"Czas wojny i okupacji wypełniała nie tylko walka. Z myślą o jutrze obok uczonych i 
artystów tworzyli również plastycy. Jedni włączyli się do "walki bieżącej", inni tę walkę i 
chwilę bieżącą starali się utrwalić. Swymi pracami wyrażali protest przeciw temu, co niosła 
za sobą wojna. Za rysunki "do szuflady" też groziła kara śmierci, w najlepszym wypadku 

background image

obóz koncentracyjny. Przechowywali je więc w różnych skrytkach. W Warszawie największą 
były magazyny "Społem". Tam ukryli swe prace Henryk Chmielewski, Kazimierz Grus, Eryk 
Lipiński i Jerzy Zaruba. Niestety nie wszystkie doczekały wyzwolenia. Spłonęła kolekcja 
karykatur portretowych wykonanych przez Zarubę i Juliana Żebrowskiego w restauracji 
"Styl" na ul. Przeskok. Jednak znajdujące się w piwnicy tego domu prace Grusa i Zaruby 
uratowali właściciele restauracji. Przetrwały też Powstanie Warszawskie rysunki E. 
Lipińskiego - do niedawna uważane za zniszczone - a także prace Aleksandra Świdwińskiego. 
Stanowią one ważny, choć mało znany, dokument 
 

124 

 
czasów pogardy i lat walki, są trwałą i piękną częścią dorobku polskich artystów-plastyków"; 
Wydaje się, że nie od rzeczy będzie również poinformowanie czytelników o mało znanym 
satyrycznym podziemnym piśmie przeznaczonym dla Polaków. Jego zadaniem było 
podawanie mniej lub bardziej fantastycznych informacji w formie satyrycznych wierszyków 
lub felietonów, które miały podnieść ducha w polskim społeczeństwie. Traktowane było jako 
odtrutka na jad' niemieckiej propagandy szerzonej w Polsce. Stanowiło także jakby pewnego 
rodzaju pomost z "Akcją N". 
Pismo to nosiło tytuł "Lipa". Na pierwszej, tytułowej stronie zamieszczony był rysunek 
przedstawiający roześmianą mordkę osiołka, a pod nim napis: "Wesołe pismo. Wychodzi w 
Polsce w dniach grozy". I dalej: "Czytać "Lipę" - owszem, cacy, ale trzeba też współpracy". 
Na kilku numerach był inny, również zachęcający napis: "Nie wystarczy czytać "Lipy" - 
proszę dawać nam dowcipy". Wiele satyrycznych wierszyków oraz dowcipów, krążących w 
okupowanej Polsce, popularyzowała właśnie "Lipa". 
W numerze 7 "Lipy", z 20 czerwca 1941 r., ukazał się-poniższy felietonik pt. "Co było dzisiaj 
najważniejsze". Czytamy w nim, że: 
"Redakcja "Lipy" otrzymała kilka karteczek z pamiętniczka uczennicy szkoły powszechnej 
Maniusi X. Nazwiska nie podajemy ze zrozumiałych względów. W każdym numerze 
postaramy się zamieścić 
 

125 

 
wyjątki   z   pamiętniczka   będącego   charakterystycznym dokumentem chwili. 
Piątek 7.3.41. Dzisiaj był taki dzień, że strach. Nie poszłam do szkoły, bo bolało mnie gardło, 
więc siedziałam w kuchni i pomagałam mamusi. I wtedy przyleciała Antośka z naprzeciwka i 
powiedziała, że dzisiaj nie wolno wychodzić Połakom na ulicę, bo zastrzelili syna Hitlera. 
"Tak, proszę Pani, najwyraźniej powiedzieli przez megafon: jego syna". Mamusia najpierw 
się trochę przeraziła, a potem skrzyczała Antośkę, że głupstwa opowiada, bo Hitler nie ma 
syna, bo on dużo może, a tego jednego nie. Wtedy przyszła ciocia Zosia i powiedziała, jak 
było naprawdę. Że nie wolno chodzić po ósmej wieczorem i że zabili jakiegoś syna, który się 
nazywa Igo Sym. O tym zabitym Symie to mówili wszyscy cały dzień. Niemcy mają za to 
rozstrzelać dużo ludzi i tatuś powiedział wieczorem, że oni robią bezmyślne mordy. Tatuś to 
się jakoś źle wyraził, bo oni przecież nie robią, tylko mają bezmyślne mordy. Naprawdę, 
sama to przecież widziałam - to było dzisiaj najważniejsze. 
Piątek 14.3.41 r. Cały tydzień nic nie pisałam, bo teraz jest w mieszkaniu ciasno, bo mieszka 
na kwaterze niemiecki oficer. Niemiec ma wielki brzuch i strasznie krzyczy, a tatuś mówi, że 
to jest dobrze wychowany Niemiec, bo inni głośniej wrzeszczą. W całym domu jest dużo 
wojska i ustawiają na dachu armatę przeciwlotniczą. Józio mówi, że to dlatego, że Polak zabił 
Igo Syma. W szkole był dzisiaj gruby 
 

background image

126 

 
wizytator niemiecki i dwóch jego pomocników z trupimi główkami. Wszyscy rozmawiali z 
dziećmi bardzo grzecznie, a potem zbili Olesia, bo zapytał, czy te trupie główki to znak, że 
niedługo umrą. Oni powiedzieli, że temu smarkaczowi wybiją z głowy głupie żarty i 
naprawdę bili go po głowie. A Oleś bardzo płakał i krzyczał, że im też wybiją kiedyś z głowy. 
Niemcy aresztowali za to pana kierownika i tatusia Olesia, a dzieciom powiedzieli, że 
Niemcom nikt nic z głowy nie wybije, bo nic w głowie nie mają, tylko to, co powiedział im 
ich führer - to było dzisiaj najważniejsze". 
 

 

W opisanej tu wojnie psychologicznej, prowadzonej z niebywałym powodzeniem przez 
akowskie podziemie, szczególną rolę odgrywała wychodząca prawie regularnie tajna prasa. 
Zarejestrowano ogółem 14 tytułów (oprócz odezw, ulotek, nalepek, listów itp.), które 
podrzucano Niemcom różnymi sposobami. Staranna szata graficzna oraz nienaganny język 
zdezorientowały początkowo gestapo i Oberkommando der Wehrmacht, które przyjęły tę 
akcję jako uderzenie rodzącego się- niemieckiego podziemia. Wzrosła czujność niemieckich 
służb bezpieczeństwa. Jednak próby przeciwdziałania ze strony policji i gestapo nie 
przyniosły nic poza stwierdzeniem, że akcja prowadzona jest przez obcych dywersantów. 
Zdecydowana większość kolporterów 
 

127 

prześlizgiwała się przez zastawiane sidła, dostarczając prasę do wytypowanych odbiorców. 
Wojnę psychologiczną prowadzono coraz skuteczniej. Działo się tak aż do wybuchu 
Powstania Warszawskiego. Tutaj bowiem, w Warszawie, były i mózg i serce prowadzonego z 
takim rozmachem i powodzeniem tajemniczego frontu "N".