SKORPION ART
BANANA SPLIT POLSKA
TELEWIZJA POLSKA S.A.
WALDEMAR KRZYSTEK
scenariusz filmu fabularnego
MAŁA MOSKWA
REŻYSERIA – WALDEMAR KRZYSTEK
lipiec 2007
SKORPION ART Sp. z o.o.
00-162 Warszawa ul. Dzielna 6/32
tel./fax: 841 61 71, 851 11 04, 841 12 11 w. 228
e-mail:
skorpion@softmark.com.pl
2007 rok
Na czarnym tle pojawia się napis:
Wojska radzieckie stacjonowały w Polsce – jako
wyzwoliciele i socjalistyczni sojusznicy – prawie
pięćdziesiąt lat: od końca Drugiej Wojny Światowej do
roku 1993.
W Legnicy mieścił się najpotężniejszy i najbardziej
wysunięty na zachód garnizon Armii Czerwonej. Tutaj
też znajdowało się dowództwo wojsk ZSRR
zgrupowanych na terenach Czechosłowacji, NRD i
Polski. W latach sześćdziesiątych radzieccy żołnierze i
cywile zakwaterowani w Legnicy stanowili prawie
połowę mieszkańców miasta. Wtedy właśnie Legnicę
nazwano „Małą Moskwą”.
Ściemnienie.
SCENA 1.
PLENER. RADZIECKIE LOTNISKO
WOJSKOWE – BUNKIER JURY. LATO. RANO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Z góry widać tylko kilkanaście podobnych do siebie pagórków
porośniętych krzakami i młodymi drzewami. Z mniejszej wysokości można
zauważyć, że między pagórkami wiją się raz węższe, raz szersze betonowe
drogi. Jedną z nich mknie radziecki gazik. Samochód mija wielkie bunkry
samolotowe po lewej stronie i hamuje przy takich samych po prawej. Potężne
połowy stalowych drzwi jednego z nich właśnie rozsuwają się na boki z
chrzęstem suwnic. Obsługa naziemna czeka z boku ukryta pod siatkami
maskującymi rozwieszonymi nad wjazdem do bunkra.
Z gazika wysiada wojskowy pilot–oblatywacz, JURA. Jest w lotniczym
kombinezonie, podobnie jak jego kolega, DRUGI PILOT. Na końcu z gazika
wysiada KIEROWCA. Zapala papierosa i opiera się o maskę. Jura patrzy na
niego z irytacją.
J U R A : (ostro)
Musisz teraz palić ? Nie masz nic lepszego do roboty ? W
sztabie czekają na każdy samochód! Rusz się, żołnierzu!
K I E R O W C A : (gasi papierosa)
Tak jest. I przepraszam… (patrzy w dal za plecami Jury)
Wasza żona przyszła, towarzyszu lejtnancie. Tak mi się wydaje
– kończy zdumiony.
Jura w pierwszej chwili chce się odwrócić, ale nie robi tego.
J U R A :
Nie zmieniajcie tematu.
Podchodzi do nich Drugi Pilot i uśmiechnięty oświadcza ze szczerym
podziwem.
D R U G I P I L O T :
Jura, Wiera przyszła. Jak ona się tu przedarła? Przez tyle
posterunków? Zuch dziewczyna ! No co tak stoisz, zamurowało
cię ? Autentycznie, Wiera, popatrz !
Jura dopiero teraz odwraca się. Na tle czystego nieba nad pasem startowym
stoi Wiera, jego żona. Wiera patrzy na niego. Czeka. On patrzy na nią. Wiera
stoi bez ruchu, tylko troszeczkę drżą jej wargi. Nagle odwraca się i szybko
rusza betonową drogą w stronę pasa startowego. Kołuje po nim samolot. Jura
patrzy na Wierę. Bez słowa, bez gestu. Wiera przyspiesza. Z boku nadlatuje
wojskowy śmigłowiec... jakby miał ją zaatakować.
D R U G I P I L O T :
Co ona robi ? Wartownicy w zonie pasa startowego mają rozkaz…
Wiera z betonowej drogi skręca w lewo. Ulga.
K I E R O W C A :
Idzie do sztabu. Może ją podwiozę, towarzyszu lejtnancie ? Przed
chwilą kazaliście jechać do sztabu, to…
Jura patrzy na znikającą za drzewami Wierę.
J U R A :
Obejdzie się. Żona lubi spacerować. Możesz skończyć palenie,
pojedziesz później.
Kierowca i Drugi Pilot patrzą na Jurę zaskoczeni. Patrzą na siebie, ale
niczego już nie komentują. Jura odwraca się i rzuca żartobliwie:
J U R A :
A my, w powietrze, towarzyszu Drugi Pilocie ! Dla zwycięstwa.
Drzwi schronu stoją już otwarte na oścież. Obsługa techniczna wchodzi do
bunkra, w którym lśni nowiutki MIG najnowszej generacji. Drugi Pilot jeszcze
tylko pyta Jurę.
D R U G I P I L O T :
Po co ona tam idzie ?
SCENA 2.
PLENER. RADZIECKIE LOTNISKO
WOJSKOWE – PAS STARTOWY. LATO. NOC.
LATA SZEŚĆDZIĘSIĄTE.
Jednocześnie lądują trzy wojskowe śmigłowce z radzieckimi znakami
rozpoznawczymi. Z ich wnętrza wyskakują żołnierze w pełnym uzbrojeniu.
Natychmiast ruszają do czekających na nich samochodów. W stronę
helikopterów ruszają karetki wojskowego pogotowia.
Na lewym pasie kołuje MIG-20 z czerwoną gwiazdą ZSRR. Z innego
MIG-a właśnie wysiada JURA i jego DRUGI PILOT. Do samolotu podjeżdża
cysterna, podchodzi obsługa naziemna. Jeden z MECHANIKÓW pyta
Drugiego Pilota.
M E C H A N I K :
No i jak tam jest ?
D R U G I P I L O T :
Czesi tylko płaczą i wołają Lenina na pomoc. (śmieje się)
Oporu praktycznie nie ma. Nogą tupniesz, już podnoszą ręce.
M E C H A N I K :
Chcieli wojnę, to mają ! A ostrzegaliśmy ich... !
Do rozglądającego się nerwowo Jury podbiega DOWÓDCA.
J U R A :
Kazałeś się meldować...
Dowódca odciąga go kilka metrów w stronę śmigłowców. Ich potężne łopaty
wirują hucząc niemiłosiernie. Dowódca mówi trzymając twarz tuż przy twarzy
Jury.
D O W Ó D C A :
Wiera nie żyje ! (najbliższy śmigłowiec startuje) Nie wierz … !
J U R A : (przekrzykuje łoskot)
Co ? !
Dowódca waha się, ale w końcu nie kończy zaczętego zdania, tylko już
spokojniej powtarza.
D O W Ó D C A :
Wiera nie żyje.
Na twarz Jury pada ostre światło reflektora ze wznoszącego się śmigłowca.
Na moment robi się jasno jak w dzień. Jura zasłania oczy. Ciemność.
SCENA 3.
PLENER. RADZIECKIE LOTNISKO
WOJSKOWE – PAS STARTOWY I BUNKIER
JURY. JESIEŃ. DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Pierwsze co uderza – to cisza. I pustka. Lotnisko jest już od lat
nieużywane. Płyta niszczeje, budynki wokół popadają w ruinę. Jura, starszy o
ponad trzydzieści lat, stoi samotnie w tym samym punkcie pasa startowego.
Rozgląda się spokojnie wokół. Uśmiecha się gorzko, gdy widzi stary napis
propagandowy głoszący, że
„Zwycięstwo socjalizmu naszym celem”. Wokół
tablicy z napisem są tylko ruiny i pustka.
Na tym tle pojawia się tytuł filmu :
MAŁA MOSKWA
RESZTA NAPISÓW POCZĄTKOWYCH
SCENA 4.
PLENER. CMENTARZ. JESIEŃ. DZIEŃ.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Jura idzie między jednakowymi żołnierskimi grobami, ułożonymi w
równych zadbanych szeregach, nad którymi góruje nowoczesny pomnik
poległych.
Dalej są grobki dziecięce, wszystkie też prawie takie same i tak samo
jak żołnierskie z czerwoną gwiazdą nad nazwiskiem
Za cmentarzykiem dziecięcym leżą dorośli Rosjanie pochowani tu w
latach 50-tych i 60-tych. Jura odnajduje grób swojej żony, Wiery. Staje przed
nim. Patrzy na jej fotografię, na daty urodzin i śmierci : 27 VIII 1943 - 25
VIII 1968.
SCENA 5. WNĘTRZE. BIURO CMENTARZA W LEGNICY.
JESIEŃ. DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Jura wchodzi do biura. Pomieszczenie jest duże, wielopokojowe, w stylu
kaplicy. Jura wita się po rosyjsku. PRACOWNICA odpowiada mu po polsku i
pyta o co chodzi.
J U R A : (po rosyjsku)
Chciałbym wnieść opłatę za przedłużenie utrzymania grobu.
Pracownica popisuje się bardzo z siebie zadowolona.
P R A C O W N I C A :
Nie rozumiem po rosyjsku. Polski, niemiecki – proszę bardzo.
J U R A : (po rosyjsku)
Chcę zapłacić, żeby nie zlikwidowano grobu…
P R A C O W N I C A :
Eine moment.
Wstaje od swojego biurka i podchodzi do progu drugiego pokoju. Woła do
kogoś z jeszcze dalszego pokoju.
P R A C O W N I C A :
Panie Władku, jakiś Ruski coś chce. (do Jury) Kolega jest
starszy, to umie. Od wczoraj to się chyba worek z wami
rozwiązał: jak nie piszą, to przyjeżdżają.
W drzwiach staje wezwany PAN WŁADEK. Witają się i rozmawiają po
rosyjsku.
P A N W Ł A D E K :
Słyszałem, co pan mówił. Utrzymanie grobu można opłacić na
20 lat.
J U R A :
Ile to kosztuje ?
P A N W Ł A D E K :
454 zł.
J U R A :
W dolarach ?
P A N W Ł A D E K : (liczy)
Prawie 120.
J U R A :
A na pięćdziesiąt lat ? Albo nawet dłużej ?
P A N W Ł A D E K :
Na dłużej nie można. Dwadzieścia lat to maksimum. Miejsca są
w cenie, zwłaszcza w starej części cmentarza, dlatego musimy
mieć regularne potwierdzenie, że danym grobem ktoś się
jeszcze interesuje.
J U R A :
Czekam na przyjazd córki. Naradzimy się i jutro przyjdziemy
wszystko załatwić.
P R A C O W N I C A : (do Pana Władka podając kopertę)
Może by nam pomógł rozszyfrować ten list ?
P A N W Ł A D E K :
Właśnie. Czytam po rosyjsku jako tako, ale ta pani ma taki
charakter pisma, że ni w ząb nie mogę jej odczytać.
Jura najpierw ogląda kopertę i podpis nadawcy.
J U R A :
Znałem ją. Aleksandra Matwiejewna, pielęgniarka w naszym
szpitalu, anioł dla noworodków. (czyta:) „Mam dwie prośby. U
was leży mój jedyny syneczek, Stiopa. Zanim urośnie jego
siostra i zarobi pieniądze – zatrzymajcie grób syneczka mojego.
Nataszka wszystko popłaci jak przyjedzie brata odwiedzić. Ja już
nie dam rady, a mąż mój umarł w zeszłym roku. Teraz druga
prośba. Wyryjcie na pomniczku Stiopy mojego prawosławny
krzyż. Głęboko, żeby długo było widać. Przesyłam na to pięć
dolarów. Wierzę, że jesteście dobrymi ludźmi i nie oszukacie
tych, co w biedzie proszą...” (przerywa czytanie) Dalej
pozdrawia, dziękuje, pisze, że w Legnicy spędziła najpiękniejsze
lata życia, co wspomni, to płacze.
P A N W Ł A D E K :
Tylko co my za pięć dolarów możemy zrobić ?
P R A C O W N I C A :
Ledwo na dobrą wódkę dla kamieniarza wystarczy.
P A N W Ł A D E K : (zmienia temat)
Dokumenty sprawdzę na jutro rano. I najważniejsze: jak się
nazywała pochowana?
J U R A :
Wiera Fiedorowna.
Pan Władek podnosi oczy na Jurę z nagłym zainteresowaniem.
P A N W Ł A D E K :
Pan jest jej .. kim pan jest dla pochowanej ? Musimy to mieć w
ewidencji opłat.
J U R A :
Mężem.
Pan Władek przygląda mu się z uwagą i lekkim uśmiechem.
J U R A :
Pamięta pan ją ?
Pan Władek potakująco kiwa głową.
SCENA 6.
PLENER. POLA Z LINIĄ KOLEJOWĄ. LATO.
NOC. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Księżyc oświetla ciągnące się w dal płaskie pola. Widok ten zostaje
gwałtownie i z łoskotem zasłonięty wtaczającym się w kadr pociągiem.
Wagony zatrzymują się z chrzęstem trącego o siebie żelastwa. Zastygają
bezgłośnie. Teraz przed naszymi oczyma widoczna jest wisząca przy
drzwiach wagonu tabliczka informacyjna pociągu napisana po rosyjsku.
Dowiadujemy się z niej, że jest to pociąg relacji Moskwa – Brześć – Legnica.
SCENA 7.
WNĘTRZE. WAGON SYPIALNY -
KORYTARZ. LATO. NOC. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Odbicie Wiery w szybie korytarza. Pociąg gwałtownie hamuje
. Z
przedziału wybiega na korytarz Wiera
i
pyta idącego od przedziału do
przedziału radzieckiego KONDUKTORA.
W I E R A :
Dlaczego stoimy ? Co się stało ?
K O N D U K T O R : (spokojnie)
A co się miało stać ? Czekamy na wjazd do Legnicy.
Konduktor budzi pasażerów następnego przedziału. Wiera natychmiast
przysuwa się do okna i rozgląda na wszystkie strony.
W I E R A :
To już jesteśmy w Polsce ? Miałeś mnie obudzić na granicy...
Wiera jednocześnie usiłuje otworzyć okno, ale nie daje rady.
K O N D U K T O R : (ostro)
Okna nie ruszaj. Nie wolno ! Teraz przez pięć lat to się na tę
Polskę jeszcze tyle napatrzysz, że ci bokiem wyjdzie. A tak
przynajmniej wyspana jesteś. (odchodzi do kolejnego
przedziału) Chociaż ja na miejscu twojego męża spać bym ci
nie dał ! (uśmiecha się znacząco)
W I E R A :
A idź, ty... !
Konduktor w odpowiedzi zaczyna śpiewać „Ty pocałuj mienia, ty mój... „ Na
korytarz wychodzi Jura. Zapala papierosa.
W I E R A :
Słyszałeś ?
J U R A :
Przecież nie kłamie. Cały pociąg wie, że mam najładniejszą
żonę...
W I E R A : (żartobliwie nadąsana)
... wśród pilotów.
J U R A : (również żartobliwie)
Nie, w całej Legnicy.
Oboje śmieją się i cmokają sympatycznie. Wiera zaczyna przez okno
wpatrywać się w krajobraz na zewnątrz. Jej twarz odbija się w szybie,
ale jest
to odbicie Córki: z papierosem, w innym uczesaniu i makijażu.
Zaskoczona
Wiera
aż macha ręką jakby coś
sprzed siebie
odgarniała.
J U R A : (śmiejąc się)
Co zobaczyłaś ?
Odbicie znikło. Wiera odpowiada dopiero po chwili, wcześniej sprawdza jak
wygląda odbicie Jury w szybie korytarza: normalnie.
W I E R A :
Nie powinieneś palić. Palenie, tak jak i picie u mężczyzn…
J U R A : (ostro)
Przestań !
W I E R A : (szybko)
Przecież ja nie przeciwko tobie. Ja tylko chcę mieć męża,
który…
J U R A :
Możesz sobie w każdej chwili zmienić na lepszego. Choćby na tego
konduktora. Masz wybór, słyszysz jak się wszystkim podobasz !
(syczy jej do ucha) Nie cierp ! Nie lituj się, tylko zmień jak już
dłużej nie możesz wytrzymać !.
Jura gwałtownie odwraca się i wraca do przedziału. Wiera zostaje sama. Po
chwili znowu patrzy w swoje odbicie w szybie wagonu. I nagle Jura wraca.
Przytula ją czule. Szepcze:
J U R A :
Nie zmieniaj. Mów i rób co chcesz, tylko nie zmieniaj.
Wiera całuje go namiętnie… A Konduktor gdzieś w przedziale śpiewa swoje
„Ty pacałuj mienia, ty mój gałubczik…”
SCENA 8.
PLENER. BOCZNICA CELNA STACJI W
LEGNICY. LATO. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Pasażerowie pociągu wysiadają z wagonów i po zrobieniu kilku kroków
wsiadają do autobusów podstawionych po drugiej stronie rampy. Mają ze
sobą bardzo mało bagażu. Generalnie są to ludzie młodzi, a wszyscy
przyjezdni mężczyźni są w mundurach. W ogóle cały teren bocznicy jest
wypełniony radzieckimi żołnierzami, którzy przyjmują przybyły transport.
Wiera z Jurą wsiadają do wskazanego autobusu. Wiera – cały czas
rozglądająca się wokół – natychmiast zajmuje miejsce przy oknie.
Otwiera się brama rampy. Wyrusza z niej konwój składający się z trzech
autobusów eskortowanych z przodu i tyłu wojskowymi gazikami,
ambulansem
i ciężarówką z wojskiem na pace. Brama rampy zamyka się za konwojem
. Za
nimi zostaje gmach dworca PKP w Legnicy.
SCENA 9.
PLENER. ULICE LEGNICY. LATO. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Konwój jedzie najkrótszą drogą w stronę wojskowego osiedla. Na
skrzyżowaniach stoją radzieccy „regulowszczicy” i zapewniają jego jak
najszybszy przejazd. Trasa pokazuje miasto zniszczone i szare, chociaż ze
śladami dawnej świetności. Niektóre budynki są od czasu wojny ciągle
jeszcze spalone i wpół zburzone. Mimo to Rosjanom oglądane miasto podoba
się, Wierze nawet bardzo.
SCENA 10.
PLENER. OSTATNIA ULICA MIASTA. LATO.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Armijne osiedle jest w całości ogrodzone. Na jego teren wjeżdża się
przez bramę ze szlabanem i wartownią.
Ostatnia polska ulica przed bramą wjazdową, ulica Okrężna, obstawiona
jest polskimi wyrostkami i dziećmi. Ci pierwsi patrzą czy może przyjechały
jakieś fajne ruskie dziewczyny do podrywania, dzieci czekają zaś na ruskich
oficerów, żeby prosić ich o wojskowe odznaczenia i ordery. Rosjanie uchylają
okna, by wyraźnie słyszeć, co mali Polacy wykrzykują w ich stronę.
Rozbawieni odpowiadają im, żeby przyszli jutro to dostaną nawet medale za
waleczność ! Na razie jedna z oficerskich żon rzuca chłopakom torebkę
cukierków. Ośmiela to chłopaków jeszcze bardziej, biegnąc za autobusem
wołają „legnickim” rosyjskim.
C H Ł O P A K I : (przekrzykując się)
Pan, rzućcie szapku ! Dajtije furażku z wielikoj zwiezdoj !
Sigariety u was jest ? Towariszczi, konfiet bolsze niet ?!
Z autobusu słychać, że jutro, że wszystko będzie jutro... Autobus oddala się.
Wśród polskich dzieci niespodziewanie pojawia się około pięćdziesięcioletni
Pan Bala
. Wbiega między dzieciarnię rycząc i bijąc ich gdzie popadnie.
P A N B A L A
: (do dzieci)
Wy kurwy małe ! U Ruskich żebrzecie ! By was krew zalała !
Do domu, gnoje ! Nie macie co jeść ?! (wydziera jednemu z
chłopaków cukierek) Głodny jesteś, szmaciarzu ?!
Dzieciarnia rozpiechrza się. Tylko dwóch najstarszych chłopaków uśmiecha
się pogardliwie i wykrzykują:
C H Ł O P A K I :
Panie Bala, panie Bala, wóda mózg ci rozpierdala !
Pan Bala
zaczyna wymachiwać pięściami, ale niecelnie.
C H Ł O P A K II :
Panie Bala, panie Bala, wóda oczy ci wypala !
Chłopaki bezczelnie śmieją się z niego nie dając się nawet musnąć, gdy ten
usiłuje ich uderzyć. Nagle wszystko ucina się jak nożem... Dzieciaki
rozpryskują się po domach, gdy jeden z nich krzyczy, że za pięć minut
zaczyna się „Zorro”.
Tymczasem wartownicy otwierają bramę wjazdową i konwój wjeżdża na
teren osiedla.
SCENA 11.
PLENER. RADZIECKIE OSIEDLE WOJSKOWE.
LATO. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Autobusy z Rosjanami zatrzymują się przy głównej ulicy osiedla. Za
ostatnim samochodem zamyka się szlaban i dwóch wartowników staje na
środku jezdni.
Przyjezdni Rosjanie wysiadają. Wiera z Jurą jako jedni z pierwszych
.Rozglądają się wokół. Poza nimi, przyjezdnymi, i plutonem
rozprowadzającym nie ma tu nikogo.
Wokół jest martwo i cicho. Drzewa są przycięte, aż do konarów. Ulice i domy
są puste: osiedle wysiedlono dwa dni temu, a oni je dopiero teraz zasiedlą.
Ktoś z kwatermistrzostwa daje im adres i ŻOŁNIERZA do niesienia walizek.
Ruszają.
Domy stoją z otwartymi oknami i czekają na nowych lokatorów zupełnie
jak w 1945. Wiera i Jura podchodzą pod ostatnią bramę w starej
poniemieckiej kamienicy.
W I E R A :
Ładne miejsce.
Nagle przez otwarte okno wylatuje stara miednica, gazety i gruz, który ktoś z
pokoju na parterze szufluje na stertę śmieci w ogrodzie. Eskortujący ich
żołnierz tłumaczy.
Ż O Ł N I E R Z :
Towarzysz z ostatniej zmiany śmietnik sobie w pokoju urządził.
Ale spokojnie, to u waszych sąsiadów. Do jutra wszystko będzie
zdezynfekowane.
W I E R A : (do Jury)
Będziesz miał najczystszy i najładniejszy dom na tej ulicy.
Jura cmoka ją. W tym momencie podchodzi do nich wojskowe małżeństwo z
Armenii, lejtnant SAJAT i jego żona, NOWA, która jest w wysokiej ciąży.
Witają się.
S A J A T :
Wy też tutaj ?
Jura potakująco kiwa głową.
W I E R A :
Ciekawe, ilu nas jeszcze do tego chleba ?
Eskortujący ich żołnierz uśmiecha się.
Ż O Ł N I E R Z :
Wy – we czwórkę dwa pokoje na dole. Górę zajmie kapitan-
lekarz, przyjeżdża następnym transportem. Do tego strych,
piwnica - luksus macie. A jeszcze jest druga brama prosto na
podwórko, wielkie jak lotnisko. Nawet jak by się pięcioro dzieci
wam urodziło, to i tak będziecie żyć tutaj jak w pałacu.
Wiera rzuca krótkie spojrzenie na Jurę.
SCENA 12A. WNĘTRZE. DOM WIERY. LATO. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wchodzą do domu.
Pokój Sajata i Nowej jest jeszcze w połowie
zawalony śmieciami. Dwóch żołnierzy będzie miało co robić do wieczora
. Na
szczęście pokój Jury i Wiery jest nieco większy, więc mogą służyć Ormianom
tymczasową gościną. Kuchnia i łazienka są wspólne. We czwórkę mają
jeszcze skrytkę pod schodami, gdzie można trzymać stare buty, walizki, itp.
W I E R A : (do Sajata i Nowej)
Dzisiaj śpijcie u nas, zapraszam.
SCENA 12B.
WNĘTRZE. DOM WIERY. LATO. NOC. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Pierwsza noc w nowym domu jest bardzo ważna. Wiera usiłuje się
przytulić, ale Jura tylko się uśmiecha i delikatnie odsuwa jej rękę. Wiera łatwo
nie ustępuje. Szamotanina jest coraz głośniejsza, skrzypi też łóżko, więc
oboje nagle nieruchomieją. To samo zrobili Sajat i Nowa leżący na łóżku pod
oknem. Dwie pary leżą nasłuchując się nawzajem i nagle... Wiera parska
śmiechem. Po sekundzie – śmieją się już wszyscy, a Sajat apeluje.
S A J A T :
Towarzysze, bądźcie uprzejmi spać, a nie głupoty wam w głowie
!
Śmieją się jeszcze bardziej. Wiera razem z nimi, ale widać, że tylko udaje.
SCENA 13.
PLENER. PARK PRZED RADZIECKIM
KLUBEM OFICERSKIM. JESIEŃ. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Radziecki Klub Oficerski z dużą salą taneczną znajduje się w niskim, ale
rozległym budynku poniemieckiego Teatru Letniego umiejscowionego na
skraju największego parku w mieście. Żołnierze radzieccy wieszają dekoracje
do balu, na którym oficerowie obu armii, wraz z rodzinami, mają uczcić
pięćdziesiątą rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej. Wokół budynku
powiewają czerwone flagi ZSRR. Widać też wielki napis po rosyjsku
przypominający daty 50-tej rocznicy (1917 – 1967) i drugi głoszący, że
socjalizm zwycięży na całym świecie. Z porozwieszanych głośników
retransmitowany jest program Radia Moskwa poświęcony tej rocznicy, a
szczególnie wierności leninowskim ideom, które nakazują walczyć do
ostatniego tchu z międzynarodowym imperializmem, z hegemonią USA i
niemieckim rewizjonizmem ! W tle słów słychać „Międzynarodówkę”.
Żołnierze rozładowywują ciężarówki z kanapami. Wnoszą je do budynku
Klubu.
SCENA 14.
WNĘTRZE. RADZIECKI KLUB OFICERSKI.
JESIEŃ. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Na środku holu stoi olbrzymie popiersie Lenina. Wyżej wisi – zasłaniając
dwa okna – olbrzymi obraz przedstawiający szturm Pałacu Zimowego. Nad
nim i pod nim umocowano hasła głoszące wieczną chwałę Rewolucji i jej
Wodza. Są również flagi, emblematy...
Dwóch polskich żołnierzy ustawia rocznicową dekorację w postaci kilku
plansz i gablot spiętych u góry hasłem wypisanym na biało czerwonym tle:
„Zwycięstwo Rewolucji Październikowej – naszym zwycięstwem”.
Reszta żołnierzy obu armii zajęta jest wnoszeniem kanap, otoman, sof,
a nawet małych tapczanów do dwóch wyznaczonych sal. Pracę tę nadzoruje
radziecki lejtnant Sajat i jego polski kolega, młody podporucznik MICHAŁ
JANICKI. Obaj oficerowie zaglądają do sali po lewej stronie holu. Jest ona
prawie całkowicie zastawiona meblami przeznaczonymi do spania. Wnoszona
kanapa zostaje z trudem ustawiona pod ścianą. Sajat liczy zgromadzone
sprzęty. Michał – też.
S A J A T :
W porządku. Dwadzieścia jeden.
M I C H A Ł :
A dokładnie dwadzieścia.
S A J A T :
Jedną kanapę nasz pułkownik potrzebował do domu.
Zniszczona w czasie transportu – tak się napisze. W wojsku
straty muszą być: w sprzęcie, w ludziach. Chodźmy do męskiej.
Sala męska jest większa i z obliczeń Michała wynika, że stoi w niej
czterdzieści sztuk mebli tak jak i poprzednio przeznaczonych wyłącznie do
spania. Są to przeważnie solidne, poniemieckie sprzęty obite dobrymi
materiałami, ale jest też kilka ewidentnych antyków.
M I C H A Ł : (kończąc liczenie)
Wychodzi mi czterdzieści. A ile jest naprawdę ?
S A J A T :
Zgadza się. Czterdzieści. Nie ma pomyłki.
M I C H A Ł :
Nie wierzę.
S A J A T :
I nie śmie zniknąć ani jedna sztuka. (cicho) Wszystkie są dla
generała.
Michał przygląda się swemu radzieckiemu koledze bardzo podejrzliwie.
Obaj oficerowie wychodzą z męskiej sali. Wchodzą do głównej sali
balowej. Dobiegają z niej dźwięki sprawdzanych mikrofonów, głośników i
strojącego instrumenty zespołu muzycznego. Wnętrze jest już przygotowane
do zabawy. Głównym elementem oprawy plastycznej jest zdjęcio-makieta
olbrzymiej lokomotywy pędzącej prosto na patrzących. Jej przód ozdobiony
jest radzieckim sierpem i młotem oraz literami CCCP. Podpis pod
lokomotywą brzmi: ”ZSRR – lokomotywą dziejów”. Zespół muzyczny
wreszcie jest zestrojony i odpowiednio nagłośniony. Muzycy z fantazją i z
maksymalną głośnością wykonują swój ulubiony utwór. Teraz już wszyscy
wiedzą, że sala jest gotowa do rocznicowego balu. Nadchodzący z holu oraz
innych zakamarków żołnierze biją grającym muzykom brawo. Oficer
polityczny sprawdza mikrofon pukając palcem w sitko. Słychać to głośno.
Oficer dmucha w mikrofon i mówi:
P O L I T R U K :
Międzynarodowy pociąg światowej rewolucji...
Wraz z jego słowami pojawia się gwałtownie narastający łoskot zbliżającego
się pociągu.
SCENA 15A.
PLENER. DWORZEC PKP W LEGNICY -
PERON. JSEIEŃ. DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Jednocześnie dudnią potężne dworcowe megafony.
G Ł O S Z M E G A F O N U :
... typu Inter City relacji Hamburg Altona – Kraków Główny
wjedzie na tor 7 przy peronie 3. Uwaga, uwaga międzynarodowy
pociąg...
Z hukiem zbliża się do dworca w Legnicy zapowiadany pociąg. Teraz
megafony dudnią swój komunikat po niemiecku: Achtung! Achtung !
International Expresszug…
SCENA 15B.
WNĘTRZE. KORYTARZ W POCIĄGU. JSEIEŃ.
DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Na korytarzu jednego z wagonów pierwszej klasy stoi młoda kobieta.
Pali papierosa i patrzy na zbliżające się miasto i stację z przejmującym
smutkiem. Jest to CÓRKA Wiery i Jury, też Wiera. Nosi imię po matce,
odziedziczyła po niej również urodę, ale poza tym jest jej całkowitym
przeciwieństwem. Jeszcze młoda, ale już jest zgorzkniała i cyniczna.
Arogancka i pozbawiona radości życia. Generalnie mówi po niemiecku, tylko z
ojcem - po rosyjsku. Wiera jest też bogata, a w porównaniu do swego ojca –
rażąco bogata.
SCENA 15A.
PLENER. DWORZEC PKP W LEGNICY -
PERON. JSEIEŃ. DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Łoskot ustaje. Pociąg zatrzymuje się, megafon obwieszcza jego odjazd
za cztery minuty. Jura wypatruje córki wśród wysiadających pasażerów.
Zauważa ją. Córka stoi na peronie i rozgląda się niepewnie, wygląda jak
dziewczynka, która się zgubiła i zaraz się rozpłacze ze strachu. Jura
najbardziej kocha ją, gdy jest właśnie taka jak teraz. Córka zauważa go
szybko i ...natychmiast zmienia się jej wyraz twarzy, prostuje się cała, znowu
jest zdecydowaną, pewną siebie i energiczną kobietą.
Po zdawkowym przywitaniu oboje ruszają z peronu w stronę wyjścia do
miasta.
SCENA 15 C. PLENER. DWORZEC PKP W LEGNICY -
TUNEL I HOL. JESIEŃ. DZIEŃ.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Idą długim tunelem w towarzystwie innych pasażerów.
J U R A :
A jak w firmie ? Dogadujesz się z Niemcami ?
C Ó R K A :
To oni muszą dogadywać się ze mną. Łaski nie robią, to my mamy
gaz… żebym nie zapomniała, muszę im podać jak najszybciej
nazwę i namiary hotelu. Już coś wybrałeś ?
J U R A :
Jest jeden zwyczajny i drogi, i jeden bardzo elegancki i bardzo
drogi. Urządzili go w naszym dawnym armijnym Domie Prijoma.
C Ó R K A :
Oficerskie pijatyki, kolacyjki... ? Bywałeś tam ?
J U R A :
Tuż przed wyjazdem. Raz i krótko.
C Ó R K A :
To teraz pobędziemy tam dłużej. W życiu powinno być
elegancko i przyjemnie. A nie w jednych spodniach do śmierci. A
propos, przysłałam ci dwie pary nowych, dlaczego nie włożyłeś ?
(brak odpowiedzi) Mają w tym mieście taksówki ?
J U R A :
Nie popisuj się.
C Ó R K A :
Mamy więc żyć i wyglądać jak lumpy, żeby było w twoim stylu i
żebyś nie miał kompleksów !
J U R A :
Mówię o taksówkach.
C Ó R K A :
Proszę, obrońca Polaków się znalazł. Wszystko co mają to
ukradli. Niemcom albo nam ! A już na pewno samochody !
Wchodzą do holu głównego stacji, ich słowa brzmią coraz głośniej:
J U R A : (ostro)
Niemcy ci to powiedzieli ?
C Ó R K A :
Twoja żona, przez sen. Spałam całą drogę, a ona opowiadała mi
o Polakach. Zwłaszcza o jednym…
Nuci melodię ”Ostatniego walca”. Ojciec milknie boleśnie ukłuty.
C Ó R K A : (z fałszywą troską)
Przepraszam, już przestaję.
SCENA 15 D. PLENER. DWORZEC PKP W LEGNICY – PLAC
PRZED. JESIEŃ. DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Plac przed budynkiem dworca jest zadbany, a taksówki oczekujące na
pasażerów otaczają go jak obwarzanek. Idąc do jednej z nich Jura pokazuje
córce sąsiadującą z dworcem rampę towarową.
J U R A :
Tutaj przyjechaliśmy.
C Ó R K A :
Tak z boku? Jakby po kryjomu?
J U R A :
Normalnie, jak to wojskowy eszelon.
Wsiadają do taksówki. Córka po niemiecku zamawia kurs i podaje adres.
Kierowca, po niemiecku, odpowiada.
K I E R O W C A :
Nie ma takiej ulicy.
C Ó R K A :
Urodziłam się pod tym adresem.
K I E R O W C A : (z przekąsem)
Niemka urodzona na ulicy Mariana Buczka, polskiego komunisty
? W mieście Legnica ? (śmieje się) Kiedy to było możliwe ?
C Ó R K A :
Za cara Chruszczowa, pasuje ?
Kierowca śmieje się jeszcze bardziej. Przechodzi na polski.
K I E R O W C A :
Od razu wiedziałem, że z pani to farbowana Niemka, ale że z
Ruskiej – to pierwszy raz widzę.
SCENA 16.
PLENER. RADZIECKIE OSIEDLE WOJSKOWE.
ULICA PRZED DOMEM WIERY. JESIEŃ.
DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Podjechali pod wskazany adres na dawnym radzieckim osiedlu.
C Ó R K A :
Tutaj ?
Ojciec kiwa tylko głową. Wysiada, wpatruje się. Córka nie wysiada, popija z
piersiówki.
C Ó R K A : (do kierowcy)
Postoimy trochę.
K I E R O W C A :
Ten pan też tutaj mieszkał ?
C Ó R K A :
Mieszkał. W ogóle dużo Ruskich tu mieszkało. Przecież to wy,
Polacy, nazywaliście to miasto „Małą Moskwą”. Już nie
pamiętacie ?
K I E R O W C A :
Za młody jestem...
Ojciec otwiera samochód i wsuwa głowę.
J U R A : (po rosyjsku)
Nie wysiądziesz ?
C Ó R K A :
Stąd też widać: ładne miejsce.
Ojciec gwałtownie prostuje się i odwraca się. Córka jednak wysiada z
samochodu.
C Ó R K A :
Ducha zobaczyłeś ?
J U R A :
„Ładne miejsce” – dokładnie to samo powiedziała Wiera, jak
pierwszy raz je zobaczyliśmy...
C Ó R K A : (bardzo uprzejmie ale dobitnie)
Nie mam z nią nic wspólnego ! Ani nie mówię, ani nie myślę, ani
nie żyję tak jak ona ! Już dawno to ustaliliśmy. (z przekąsem:)
„Ładne miejsce”.
J U R A :
Byliśmy tutaj również bardzo szczęśliwi.
C Ó R K A :
Szkoda tylko, że tak krótko, prawda ? Słynny październikowy bal
odbył się ledwo miesiąc po waszym przyjeździe. (cedzi)
Dlatego nawet mi nie mów o
waszym
„szczęściu” ! Kurewstwo i
podłość – to są jedyne odpowiednie słowa (wskazuje dom) w
tym „ładnym miejscu”.
Córka wściekła wsiada z powrotem do taksówki.
SCENA 17.
WNĘTRZE. RADZIECKI KLUB OFICERSKI.
SALA. JESIEŃ. NOC. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Iza, polska uczestniczka Październikowego Konkursu Przyjaźni,
śpiewa finałowy refren: „MYH za cenoj nie pastaim” Okudżawy
. Żegnana
gromkimi brawami ze sceny schodzi polska uczestniczka konkursu.
Do mikrofonu podchodzi Wiera. Za nią dekoracja z olbrzymią
lokomotywą. Jeszcze brzmią brawa przeznaczone dla jej poprzedniczki, gdy
KONFERANSJER zapowiada:
K O N F E R A N S J E R :
A teraz ostatnia już uczestniczka naszego październikowego
konkursu, Wiera. Prosimy bardzo o piosenkę, a jury – o uwagę.
Proszę.
Robi się cicho. Stremowana Wiera przełyka ślinę. Jest pięknie uczesana i
ubrana (nikomu nie przeszkadza, że wzoruje się na Elżbiecie Czyżewskiej).
Orkiestra zaczyna grać... piosenkę Ewy Demarczyk „Grande Valse Brillante”.
Pierwszą zwrotkę i refren Wiera śpiewa po rosyjsku. Na rozbawionej widowni
wybór utworu budzi zdziwienie, ale gdy nagle Wiera zaczyna śpiewać drugą
zwrotkę po polsku – to już jest szok. Polsko – radzieckie jury patrzy po sobie
zaskoczone. Konferansjer zaczyna cichutko nucić utwór razem z Wierą. Po
chwili robi to już cała sala. Nawet nie znający piosenki Rosjanie nadążają
dzielnie za śpiewającymi.
Brawa jakie otrzymuje Wiera przechodzą wszelkie wyobrażenie.
Gratulacje zbiera też Jura. Siedzący z nim przy stoliku Sajat i Nowa szaleją z
radości.
Podporucznik Michał Janicki jest tego wieczoru członkiem jury. Od
początku występu wpatruje się w Wierę z najwyższą uwagą. Jest nią
zafascynowany. Teraz cieszy się, że jej śpiew podoba się nie tylko jemu.
Sajat, z którym się znają od rana, ostentacyjnie pokazuje mu, że wygrać ma
Wiera.
PRZEWODNICZĄCY JURY ucisza na chwilę brawa i zabiera głos. Mówi po
polsku.
P R Z E W O D N I C Z Ą C Y J U R Y :
Proszę nam powiedzieć, zanim ogłosimy werdykt, jak to się
stało, że śpiewa pani polską piosenkę i w dodatku również po
polsku ?
W I E R A : (po rosyjsku)
Ewę Demarczyk usłyszałam w polskim radio jeszcze u nas.
Od tego dnia zaczęłam... na nią polować. Ona podoba mi się
niezwykle, wprost tak... (nie wie jak to wyrazić) A gdzie
nauczyłam się śpiewać po polsku ? Też z radia. Trzeba
poznawać język sąsiadów... a i miałam nadzieję, że kiedyś tu
przyjadę.
P R Z E W O D N I C Z Ą C Y J U R Y :
Pięknie się pani nauczyła ! I bardzo dobrze, że pani przyjechała
! Jednogłośnym werdyktem jury ogłaszam, że zwyciężyła pani
w naszym (uśmiecha się) międzynarodowym konkursie
„Melodie przyjaźni”. Nagrodę, Wielką Srebrną Broszę, wręczy
porucznik Michał Janicki, najmłodszy członek naszego jury. Salę
proszę o kontynuację braw !
Michał podnosi się zza stołu i niosąc ze sobą etui podchodzi do Wiery.
Skinąwszy głową wita się. Następnie otwiera etui, pokazuje wszystkim broszę
i wręcza ją Wierze. Wiera dziękuje, podaje mu rękę, on ją całuje w dłoń.
Uśmiechają się do siebie przez chwilę, odrobinę za długo jak stwierdzono
później, i Michał wraca na miejsce, a Wiera słyszy chóralne: bis ! bis ! bis !
Pół godziny później prawie wszystkie pary wirują na parkiecie. Tańczący
Wiera i Jura nadal odbierają od innych par gratulacje i dowody sympatii. Jura
jest bez przerwy nazywany szczęściarzem. Tymczasem Jura bardziej niż
szczęśliwy jest... wstawiony.
Po skończonym tańcu, mimo że orkiestra zaczyna następną melodię,
Wiera z Jurą wracają do stolika. Gdy siadają, podchodzi do nich porucznik
Michał Janicki i szarmancko prosi o pozwolenie zatańczenia z Wierą. Jura
oczywiście zgadza się. Siada przy stoliku, czeka już na niego Sajat i
Dowódca. Wypijają. Wszyscy na sali są już podchmieleni i rozbawieni. Jura
rozgląda się wśród par szukając Wiery.
D O W Ó D C A : (z uśmiechem)
Pilnuj, pilnuj, bo ci ją zjedzą. Niejednemu tu cieknie na nią
ślinka.
Michał bardzo dobrze tańczy, Wiera też, więc taniec sprawia im
naprawdę przyjemność. Michałowi bardzo podoba się młoda Rosjanka.
Tańczą oczywiście walca.
M I C H A Ł :
Przepraszam, zapomniałem się przedstawić: Michał Janicki.
W I E R A :
Piękne imię, panie Michale.
M I C H A Ł :
Naprawdę ?
W I E R A :
Nawet był u was taki słynny żołnierz, pan Michał Wołodyjowski.
M I C H A Ł :
A jak moje „piękne” imię brzmi po rosyjsku ?
W I E R A :
Misza.
M I C H A Ł :
Proszę tak do mnie mówić. „Drogi Misza”.
Wiera tylko uśmiecha się pobłażliwie. On kontynuuje niezrażony. Stara się też
bardziej do niej przytulić.
M I C H A Ł :
Albo na przykład: Misza, jak wspaniale pan tańczy...
Wiera jest nim coraz bardziej rozbawiona. Udaje, że zgadza się.
W I E R A :
Drogi
Misza
, powinien pan założyć szkołę.
M I C H A Ł :
Tańca i śpiewu. I już wiem, kto będzie pierwszym nauczycielem... pani,
mistrzyni walca. (schyla przed nią głowę).
W I E R A : (z uśmiechem)
Myślałam o szkole uwodzenia. I z całą pewnością nie mam
zamiaru być w niej ani nauczycielką, ani uczennicą. Może mnie
pan teraz odprowadzić do męża ? - kończy poważnie.
Niespodziewanie słyszą:
J U R A : (obcesowo)
Nie musi. Sam przyszedłem. Zatańczymy jeszcze raz,
Wieroczka ?
W I E R A :
Naturalnie.
Ponieważ ich walc został tak bezceremonialnie przerwany, Michał kłania się,
całuje ją w dłoń, znowu jakby odrobinę za długo i dziękuje za taniec.
W I E R A : (do Jury)
Pozwól jeszcze tylko, że ci przedstawię: to jest pan Michał, był w jury,
wręczał mi nagrodę.
J U R A :
Przecież widziałem.
Michał wyciąga dłoń w stronę męża Wiery.
M I C H A Ł :
Porucznik Michał Janicki, bardzo mi przyjemnie.
J U R A :
Po prostu: Jura. Czy „przyjemnie” ? Pożyjemy, zobaczymy – dorzuca
pół żartem, pół serio.
M I C H A Ł :
U nas się mówi: nie chwali się dnia przed zachodem słońca.
J U R A :
Też dobrze. Czyli już się znamy, zaraz się napijemy, ale teraz
będziemy z żoną tańczyć, jeśli pan pozwoli, poruczniku.
Michał żołnierskim skinieniem głowy „odmeldowuje się”. Jura z Wierą ruszają
do tańca. Niestety. Jura już przy pierwszym kroku potyka się i ląduje na
kolanach. Szybko jednak prostuje się (przy znacznej pomocy Wiery) i już bez
problemów zaczynają tańczyć.
Do Michała podchodzi DOWÓDCA MICHAŁA, typ antypatycznego blondyna.
Przez moment przygląda się Michałowi uważnie, w końcu odzywa się:
D O W Ó D C A M I C H A Ł A :
Brawo, poruczniku, trafnego dokonaliście wyboru, dziewczyna jest
rzeczywiście prima sort.
M I C H A Ł :
To była jednogłośna decyzja całego jury, niemniej dziękuję,
obywatelu…
D O W Ó D C A M I C H A Ł A :
Daj spokój, jesteśmy na tańcach, nie na mustrze. Z piciem tylko
ostrożnie.
Dowódca Michała odchodzi nie czekając na odpowiedź.
Rosjanie z Sajatem na czele zapraszają Michała do stolika i wznoszą z
nim toast. Nowa wraca do towarzystwa z toalety chwaląc ich czystość i kafelki
ułożone w piękny wzór. Michał przygląda się tańczącej z mężem Wierze. Po
chwili Michał prosi do tańca uśmiechającą się wciąż do niego Nową. Grają
typową „przytulankę” i Nowa natychmiast to wykorzystuje bardzo ściśle
przywierając do Michała. Zważywszy jej wysoką ciążę, wygląda to
nieelegancko. A jakby i tego było mało, zadaje w dodatku dziwne pytanie:
N O W A :
Czy to prawda, że wszyscy Polacy to
chrześcijanie
?
I to oficjalnie ? W
kościołach ?
M I C H A Ł : (zaskoczony)
Prawie wszyscy.
N O W A :
A pan ?
M I C H A Ł : (waha się)
Ja też. A pani ? – pyta żartobliwie, by zmienić temat.
N O W A : (
uśmiecha się tylko
)
Kiedyś większość Ormian… mogła tak jak wy. Ale teraz już nie.
Ma pan
rodzinę ?
M I C H A Ł :
Jestem kawalerem...
Michał zauważa, że Wiera z Jurą wracają do stolika.
N O W A : (szybko)
Nie w tym sensie. Rodziców, siostrę...
M I C H A Ł :
Mam mamę. Ojciec zginął...
N O W A :
Ona też jest
wierząca
?
M I C H A Ł :
W stu dwudziestu procentach. Ale czy w tańcu musimy
rozmawiać o tym, że religia to opium dla mas, a teoria realnego
socjalizmu
już dawno udowodniła, że Boga nie ma ?
N O W A :
Przepraszam pana, (skrywając grymas bólu) strasznie kopie
ten mój mały bohater.
Nowa uśmiecha się przepraszająco. Gdy siadają do stolika, Sajat wymienia z
Nową szybkie porozumiewawcze spojrzenie. Zauważa je tylko Wiera. Jura
jest coraz bardziej pijany i już mało co widzi. Nowa nie czuje się najlepiej,
Sajat decyduje się odwieźć ją służbową wołgą do domu. Ma wrócić za pół
godziny.
Przy stoliku zostają we trójkę Wiera, Jura i Michał, który coraz bardziej
natarczywie i poważniej przygląda się Wierze. Któryś z oficerów prosi ją do
tańca. Odchodząc od stolika Wiera prosi Jurę, by już więcej nie pił.
Gdy Wiera wiruje już na parkiecie Michał nalewa im po solidnej porcji i wznosi
toast za zdrowie nieobecnych. Michał nie pije do końca, Jura to zauważa.
J U R A :
Ty, co ? Chory ?
M I C H A Ł :
Na służbie. Razem z Sajatem.
J U R A :
No to za smutny los tych co na służbie. Za ciebie i za Sajata.
Śmieje się. Wypija. W tym momencie do ich stolika podchodzi polski
szeregowiec – DYŻURNY. Melduje się i prosi do holu. Michał przeprasza Jurę
i odchodzi z żołnierzem od stolika.
D Y Ż U R N Y :
Melduję panie poruczniku, że kapitan Wolniewicz szarpie się z Ruskim.
M I C H A Ł :
Ruski jest w jakim stopniu ?
D Y Ż U R N Y :
Oficer.
M I C H A Ł :
Chujowo.
SCENA 18.
WNĘTRZE. RADZIECKI KLUB OFICERSKI.
HOL. JESIEŃ. NOC. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Kapitan WOLNIEWICZ, polski oficer frontowy i do tego wielki chłop,
którego koledzy nazywają „Żubr”–Wolniewicz, chodzi rozjuszony tam i z
powrotem. Zauważa nadchodzącego Michała. Pokazuje ręką drzwi sali
męskiej.
W O L N I E W I C Z :
Poruczniku, proszę natychmiast otworzyć te drzwi, bo je
rozpieprzę ! Nie wkurwiajcie mnie wszyscy po kolei !
Wystarczy mi już ten jeden kacap !
Wolniewicz podchodzi do drzwi sali męskiej i krzyczy do kogoś po ich drugiej
stronie.
W O L N I E W I C Z :
Towariszcz gieroj Sowietskowo Sojuza, wychodi ! Budiem
dalsze goworit ! (ryczy:) Przecież cię nie zabiję, sukinsynie !!
Ja nie jestem NKWD z Katynia... !
Michał krzyczy głośno, by zagłuszyć słowa kapitana.
M I C H A Ł :
Marynia, panie kapitanie, odpoczywa obok, tu jest męska sala.
Następnie szybko syczy mu prosto w twarz:
M I C H A ł :
Niech się pan opanuje z tym Katyniem, zamkną nas wszystkich
! Co on panu zrobił ?
W O L N I E W I C Z :
Poruczniku, bo zaraz jeszcze
i
panu przypierdolę ! W usta mnie
pocałował, jak pan nie wie, co nam Ruscy zrobili !
SCENA 19.
WNĘTRZE. RADZIECKI KLUB OFICERSKI.
SALA MĘSKA. JESIEŃ. NOC. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Po drugiej stronie drzwi stoi przestraszony POLITRUK, w stopniu
radzieckiego lejtnanta, a obok niego – radziecki SZEREGOWIEC–DYŻURNY.
Politruk aż pochyla głowę, by dokładnie słyszeć słowa zza drzwi
, ale słów nie
można rozróżnić.
P O L I T R U K :
Co on mówił ? Słyszysz ?!
(Szeregowiec
nie słyszy
) Gdzie są
nasi? Nikt nie widzi, co tu się dzieje ?
Politruk odskakuje od drzwi, bo Wolniewicz znowu je zaatakował, że aż
jęknęły.
P O L I T R U K :
Gdyby wyłamał drzwi, staniesz z przodu. Nie można dopuścić do
zhańbienia naszego munduru... przede wszystkim
oficerskiego.
Politruk rozgląda się nerwowo wokół.
Jeden z pijanych oficerów radzieckich
porusza się. Politruk podbiega do niego z nadzieją, że go obudzi. Tarmosi go,
ale bez skutku, ten jest pijany na amen.
P O L I T R U K :
A okno w rogu sprawdziłeś ? I te obok zasłony ?
Politruk rusza w stronę tych okien.
S Z E R E G O W I E C – D Y Ż U R N Y :
Wszystkie sprawdzałem, obywatelu lejtnancie. Żadnym nie wyjdziemy.
Politruk omijając śpiących na otomanach i kanapach oficerów obu armii
dochodzi do okien i sprawdza je jeszcze raz. Są zabite na głucho, a gęste
szprosy są dodatkową zaporą. Żołnierz nie kłamał. Przy okazji Politruk
znajduje metrowy kawałek grubej listwy. Wraca z nią do drzwi. Sala męska
jest wypełniona
prawie
w całości „odpoczywającymi” oficerami
obu armi
.
Wolniewicz
ponownie
napiera na drzwi, te aż trzeszczą. Politruk staje z boku.
Szeregowiec–Dyżurny patrzy na niego zaniepokojony jego wojowniczymi
planami.
P O L I T R U K :
Teraz możesz wejść, polski bandyto.
Politruk przymierza listwę w dłoni i staje gotowy do ataku. Głosy po drugiej
stronie cichną, Politruk jest zaskoczony i wtedy nagle drzwi otwierają się.
Politruk błyskawicznie bierze zamach i uderza. Wchodzący Michał robi unik,
jednocześnie popycha drzwi i listwa łamie się o nie. Drzwi zaś uderzają
Politruka w twarz. Natychmiast z nosa bucha mu krew.
M I C H A Ł :
Przepraszam, towarzyszu lejtnancie, nie wiedziałem co się
dzieje i... chciałem się tylko zasłonić. Niech pan odchyli głowę...
P O L I T R U K : (wściekły)
Waszą sobie odchylcie ! Sojusznicy ! Krew by was zalała !
Szeregowiec–Dyżurny podchodzi z wodą i ręcznikiem. Politruk moczy ręcznik
i przykłada do krwawiącego nosa.
P O L I T R U K :
(do Szeregowca) Idi w kibinimatieri. (do Michała) Jutro moje
dowództwo chce mieć dokładny raport z agresywnego
zachowania polskiego oficera wobec oficerów i żołnierzy Armii
Czerwonej ! Jasne ? Długotrwale agresywnego ! I
słyszałem, co wykrzykiwał !
M I C H A Ł :
Nic o tym nie wiem. Właśnie wszedłem i ... stało się. Za co
jeszcze raz przepraszam, ale nie było to umyślne, a już na
pewno nie... długotrwałe.
Michał patrzy mu bezczelnie prosto w twarz. Chwilę mierzą się wzrokiem.
P O L I T R U K :
My się jeszcze spotkamy, poruczniku. I już dzisiaj radzę być
ostrożnym.
Jeden z radzieckich oficerów budzi się. Pyta co się dzieje.
P O L I T R U K :
Polacy jak zwykle mordy za wysoko podnoszą !
Wściekły wychodzi z Sali krzycząc do radzieckiego Szeregowca–Dyżurnego,
że samochód ma być migiem !
SCENA 20.
PLENER. PODJAZD PRZED KLUBEM.
ŚWIT. JESIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Sajat pomaga wsiąść Politrukowi do samochodu. Drugim odjeżdża
polski pułkownik. Sajat bardzo uprzejmie życzy Politrukowi miłej jazdy.
Samochód odjeżdża. Z budynku na podjazd wytacza się Jura podpierany
przez Wierę.
S A J A T :
Za pół godziny będę miał pierwszy wolny samochód. Wróćcie do klubu.
W I E R A :
Będzie dalej pił. Pójdziemy przez park.
S A J A T :
Może i racja, spacer dobrze mu zrobi. Za godzinę zobaczymy
się w domu. Zajrzyjcie tam do mojej.
Wiera odrywa Jurę od ściany i ruszają w stronę parku.
SCENA 21.
PLENER. PARK MIEJSKI. JESIEŃ. ŚWIT.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Park jest kompletnie pusty, chociaż tu i ówdzie widać ślady minionej
nocy pozostawione przez innych balowiczów. Na ławce błyszczy złotem
wojskowa czapka z emblematem CCCP. Dalej, zaczepiony o gałąź, powiewa
królewski diadem z Jabloneksu, a czerwony kotylion zdobi tabliczkę z
napisem „Szanuj zieleń”.
Wiera holuje swego męża z dziwnym spokojem i beznamiętną wprawą,
jakby była już przyzwyczajona do takich sytuacji. Jura właśnie zatrzymuje się i
nie chce iść dalej.
J U R A : (bełkocząc)
Wracamy tańczyć. Jestem zmęczony i muszę tańczyć.
W I E R A : (pokazuje głową)
Na tamtej ławce odpoczniemy, raz-dwa, idziemy.
Jura rusza, tylko że z powrotem w stronę Klubu. Wiera zatrzymuje go.
Szamoczą się dłuższą chwilę i dosyć gwałtownie.
W I E R A :
Bal już się skończył, wszyscy poszli do domu. Uspokój się, ty
durniu !
Jura wyrywa się, Wiera krzyczy.
W I E R A :
Wyszliśmy ostatni ! Stój !
Jura chcąc się wyszarpnąć traci równowagę i przewraca się. Próbuje
podnieść się, ale mu się to nie udaje. Wiera pochyla się nad mężem, ujmuje
go pod ramię... i nagle widzi, jak za jego plecami pojawiają się męskie nogi.
Wiera gwałtownie prostuje się. Przed nią stoi Michał. Uśmiecha się jakby
nigdy nic.
M I C H A Ł :
Dzień dobry. Pomogę pani.
Wiera jest całkowicie zaskoczona pojawieniem się Michała i jednocześnie
zawstydzona, że obcy człowiek widzi jej męża leżącego bezradnie na ścieżce
i ją męczącą się z nim. Michał podnosi Jurę, ten bełkocze coś o wódce.
Michał uspokaja go, że ma ze sobą butelkę, muszą tylko gdzieś usiąść.
Ruszają alejką w stronę rzeki.
W I E R A : (wybucha)
Upił mi pan męża i proszę, wstyd na całe miasto. Bardzo dobrze,
że pan przyszedł, teraz niech pan go dźwiga, polski kolego.
M I C H A Ł :
Miała pani do mnie mówić Misza.
Rozmawiają idąc po obu stronach pijanego Jury.
W I E R A : (ostro)
To pan chciał, żebym tak mówiła, nic więcej !
M I C H A Ł :
A pani nie chce ?
Wiera uważa, że odpowiedź jest oczywista.
M I C H A Ł :
W takim razie też nie będę używał pani imienia.
W I E R A : (z ironią)
Chyba się zabiję z rozpaczy.
M I C H A Ł :
Wiera w ogóle do pani nie pasuje. Do osoby tak nieufnej i pełnej
zimnego dystansu...
Michał sadza Jurę na ławce. Poprawia mu czapkę i przekręcony płaszcz.
Wiera stoi obok ławki. Za nimi jest park, przed nimi most i droga do
radzieckiego osiedla.
W I E R A :
Ciekawe jakie według pana pasuje ?
M I C H A Ł :
Mała Moskwa. Podoba się pani ?
Wiera odwraca się do niego z lodowatym spojrzeniem. Michał uśmiecha się
do niej ciepło niezrażony jej zachowaniem.
M I C H A Ł :
A w ogóle wszystkiego najlepszego z okazji... urodzin, żeby
była pani szczęśliwa i nie żałowała ani jednego dnia ze swego
życia.
W I E RA :
Pan dalej o Rewolucji ? Bo dzisiaj nie są moje urodziny.
M I C H A Ł :
Ale kiedyś będą. A ponieważ dzisiaj jestem obok pani, to
korzystam z okazji, bo kto wie, gdzie będę... kiedy będą
naprawdę.
Michał całuje ją w dłoń, w policzek ... Wiera stoi jak sparaliżowana. Michał
całuje ją jeszcze raz, tym razem w usta. Wiera nadal nie reaguje, tylko patrzy
na niego szeroko otwartymi oczami. Michał nieruchomieje i odsuwa się. Jest
zdziwiony jej obojętnością.
W I E R A : (ostentacyjnie uprzejmie)
Zadowolony pan ? Jeśli chodzi o mnie, było to wyłącznie
obraźliwe.
M I C H A Ł : (z bezczelnym uśmiechem)
Przepraszam, ale nie żałuję. A pretekst rzeczywiście...
obraźliwie kretyński.
Jura śpi na ławce między nimi. Michał patrzy na niego.
M I C H A Ł :
A teraz naprawdę muszę pani pomóc. Nie doniesie go pani do
domu.
W I E R A :
Nie potrzeba. Pana nie było i też jakoś dawałam sobie radę.
Dziękuję.
M I C H A Ł :
Ale nie w Polsce i nie z wartownią na początku ulicy. (podnosi
Jurę) Znam skrót od strony poligonu.
W I E R A : (bardzo poważnie)
Nie może pan, polski oficer, iść w polskim mundurze do
radzieckiej strefy wojskowej. Nielegalnie i po kryjomu.
M I C H A Ł :
Mogę. Ale miło, że się pani o mnie niepokoi. Dobry początek –
uśmiecha się bezczelnie.
W I E R A :
Niepokoję się o siebie. I o męża. Nie chcę zostać aresztowana i
skończyć na Kołymie. A tak będzie jeżeli nas złapią razem.
M I C H A Ł :
Nie złapią. Wasi wartownicy też dzisiaj świętują. (podnosi Jurę i
chwile czeka) Modli się pani czy idziemy ? Na jaką ulicę ?
Wiera chwilę patrzy na niego bez słowa. Nie wiadomo co postanowi.
SCENA 22.
PLENER. POLIGON WOJSKOWY PRZED
RADZIECKIM OSIEDLEM WOJSKOWYM.
JESIEŃ. ŚWIT. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Tereny radzieckiej jednostki wojskowej i przylegającego osiedla
wojskowego ogrodzone są podwójną linią wysokiej siatki zwieńczonej drutem
kolczastym. Pas ziemi między jednym a drugim ogrodzeniem
wypalany co
miesiąc
przeznaczony jest dla wartowników i wojskowych patroli. Dzisiaj ich
tutaj nie ma, dokładnie tak jak przypuszczał Michał.
Na wale ziemnym
okalającym teren góruje budka wartownicza z pojedynczym żołnierzem – to
jedyna niemiła niespodzianka.
Prowadzeni przez
Michała
Wiera i Jura
obchodzą zagrożenie i
przechodzą w pośpiechu na teren osiedla w miejscu
osłoniętym z jednej strony potężnym magazynem stojącym po radzieckiej
stronie i plątaniną krzaków po stronie polskiej.
Jura ma się już trochę lepiej, ale bez podpórki pewnie by nie uszedł. Michał
prowadzi go przodem, Wiera idzie za nimi. Nic nie mówi, tylko patrzy na obu
mężczyzn. W pewnym momencie Michał zatrzymuje się i sadza Jurę na
powalonym drzewie.
M I C H A Ł : (dysząc ze zmęczenia)
Sama nie dałaby pani rady.
W I E R A :
Z pana, widzę, doświadczony specjalista od pomagania pijanym
Rosjanom.
M I C H A Ł:
I od przedzierania się do waszych domów.
Wiera dochodzi do nich i rozgląda się po okolicy.
W I E R A :
Dom jest już blisko – pokazuje głową kierunek.
Michał podnosi się, ale nie patrzy w kierunku, który wskazała, tylko na nią.
M I C H A Ł :
Właśnie. Zaraz pani tam zniknie i co ?
W I E R A :
I co ?
Michał nie odpowiada. Wiera rozgląda się wokół.
W I E R A :
Chce pan żebyśmy tu zostali ? – parska śmiechem.
M I C H A Ł :
Chcę, żebyśmy odstawili Jurę i żeby pani tu wróciła...
W I E R A: (celnie i precyzyjnie)
A po co mam tutaj wracać ?
M I C H A Ł : (ze straceńczą bezczelnością)
Żeby mi podziękować za pomoc.
W I E R A :
Teraz panu podziękuję. Nie mogę teraz ?
Michał podchodzi do niej i delikatnie przyciąga ją do siebie. Ona patrzy mu
odważnie w oczy. Przyciąga ją jeszcze bliżej. Chce ją pocałować.
W I E R A :
Tak byle jak, prawie w błocie, na takiej zimnicy ? Po to mam
wrócić ?
M I C H A Ł :
Przecież nie mieszkacie sami, to gdzie ?
Wiera odsuwa go zdecydowanie. Uśmiecha się.
W I E R A :
Po prostu nigdzie, panie zdobywco. (ironicznie) Zaszczyca
mnie pan swoją propozycją, ale jednak nie skorzystam.
Michał czuje się ośmieszony i wystawiony do luftu. Wiera ujmuje lewe ramię
męża, Michał - prawe i ruszają w stronę domu.
M I C H A Ł :
To miała być nauczka ?
W I E R A :
Wolę być dla pana zacofaną kacapką niż ruską suką, na którą
się gwiżdże, żeby przybiegła.
SCENA 23.
PLENER. RADZIECKIE OSIEDLE WOJSKOWE.
DROGA PRZEZ OGRÓDKI i DOM WIERY OD
TYŁU. JESIEŃ. ŚWIT. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Idą w milczeniu. Trzydzieści metrów dalej, za zakrętem
drewnianego
płotu
, jest
podwórko domu Wiery.
Wiera, Michał i holowany Jura zbliżają się
do zakrętu. Nie rozmawiają ze sobą. Michał wie, że jest już bez szans i nawet
nie próbuje tego zmienić.
Wychodzą zza zakrętu i idą wzdłuż płotu i
przyciętych topól.
Nagle Wiera odwraca się do niego i błyskawicznie pociąga
go za rękę
do najbliższej bramy.
Robi to tak niespodziewanie, że Michał z
Jurą przewracają się na trawę. Wiera w sekundę jest przy nich.
Pomaga im
podnieść się i schować w bramie a dokładnie we wnęce przed schodami do
piwnic. Stoją tam skuleni i przytuleni do siebie.
Widząc, że Jura chce coś
powiedzieć,
Wiera
zatyka mu usta dłonią. Patrzy przerażona na Michała. On
dopiero teraz słyszy zbliżające się kroki kilku mężczyzn. Ktoś chrząka. Ktoś
się poślizgnął i klnie bez żenady po rosyjsku. Michał bardzo ostrożnie
wychyla
głowę i patrzy w stronę
podwórka. Wzdłuż płotu i
dzie trzyosobowy patrol
radzieckiej żandarmerii wojskowej w pełnym uzbrojeniu. Dobrze, że bez psa.
Dowódca patrolu rozgląda się wokół. Widocznie usłyszał hałas jak upadali
albo jak wbiegali do bramy
. Na szczęście nie widzi ich…
Michał oddycha z
ulgą… i wtedy słyszą, że ktoś na górze otwiera drzwi, zamyka je i zaczyna
schodzić na dół. Może do piwnicy ? Wiera drętwieje. Michał patrzy na nią
spięty. Oparty o ścianę Jura zdaje się nie zdawać sobie sprawy z zagrożenia.
Usiłuje co prawda otworzyć oczy, ale bez rezultatu. Kroki schodzącej osoby
są coraz bliższe… Na szczęście ten ktoś nie idzie do piwnicy, tylko wychodzi
na zewnątrz, na podwórko. Tam natyka się na patrol. Słychać jak się witają.
D O W Ó D C A P A T R O L U : (off)
A to wy, Aleksandro Matwiejewna, dzień dobry.
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A : (off)
Dzień dobry. A kto, myśleliście ?
D O W Ó D C A P A T R O L U : (off) (śmieje się)
Jakiś szpieg ! I że uciekł do waszego domu. A wy nawet w święto, tak
rano do pracy ?
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A : (off)
Noworodki nie wiedzą, że mamy święto.
D O W Ó D C A P A T R O L U : (off) (znowu śmiejąc się)
Już obywatele, a jeszcze nie świadomi !
Aleksandra Matwiejewna i patrol oddalają się.
Michał odprowadza ich
wzrokiem. Wiera też ich obserwuje.
W I E R A :
Mogą zaraz wrócić z drugiej strony. Drzwi od
naszej
piwnicy powinny
być otwarte.
Szybciej
!
Michał wykonuje „rozkaz” Wiery. We trójkę przeskakują
wzdłuż muru do
bramy domu Wiery.
SCENA 24A.
WNĘTRZE. DOM WIERY. JESIEŃ. RANO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Na szczęście drzwi od piwnicy są
rzeczywiście
otwarte. Wchodzą
na
schody
. Nagle oboje nieruchomieją słysząc straszne jęki i wołanie o pomoc.
Wiera, a Michał za nią, wpadają do pokoju. Nowa pół leży, pół siedzi na łóżku,
krwawi, widząc Wierę krzyczy:
N O W A :
Wołaj tego lekarza z góry, przyjechał w nocy. Wal w drzwi,
chyba jest głuchy. (zauważa Michała) Polak niech stąd ucieka !
Zwariowaliście ?!
Michał i Wiera błyskawicznie cofają się do przedpokoju. Nowa znowu jęczy.
Jura posadzony wcześniej na krześle przewraca się na podłogę i to go lekko
otrzeźwia. Michał chce mu pomóc.
W I E R A :
Zostaw go, teraz nie ma czasu. Uciekaj z powrotem przez
piwnicę.
Michał nie ma innego wyjścia. Na chwilę jeszcze tylko zatrzymuje się przed
Wierą.
M I C H A Ł : (z uśmiechem)
Przepraszam.
W I E R A :
Paka, panie Michale.
M I C H A Ł :
Zobaczymy się jakoś ?
W I E R A :
Oczywiście.
M I C H A Ł :
Ale kiedy ?
W I E R A :
Może w maju ? Pewnie będzie wspólny bal z okazji Dnia Zwycięstwa.
M I C H A Ł :
To za pół roku !
W I E R A :
Idź już !
Wiera biegnie schodami na piętro ściągnąć na pomoc sąsiada – lekarza.
Michał cofa się na schody do piwnicy, ale jeszcze nie odchodzi. Odwraca
głowę i z uwagą przygląda się śpiącemu Jurze, bo coś go tknęło. Czeka.
Wydaje mu się, że Jura nie jest wcale tak kompletnie pijany… Dopiero po
chwili
Michał cichutko rusza w kierunku piwnicy, by wyjść tą samą drogą od
strony podwórka.
Od początku zasiedleń całe piętro nad nimi było przeznaczone dla
lekarza. Teraz Wiera nie wie, do których drzwi ma pukać, stuka więc we
wszystkie i woła, żeby doktor otworzył. Bez skutku. Woła więc i puka jeszcze
głośniej. Nagle otwierają się jedne z drzwi i wychodzi z nich wściekły sąsiad.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Nie jestem żadnym lekarzem ! Dajcie mi wszyscy spokój !
W I E R A :
Nowa krwawi, trzeba jej pomóc !
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Nie rozumiesz ?! Nie jestem lekarzem !
W I E R A :
To kim jesteś ?
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Zadzwonię po pogotowie...
Michał dobiega do drzwi na podwórko, otwiera je i nagle nieruchomieje.
Zza załomu budynku biegnie w jego stronę radziecki żołnierz z
kałasznikowem gotowym do strzału. Od strony ulicy słychać innych żołnierzy
wołających z przejęciem.
Ż O Ł N I E R Z I : (off)
Otwierać drzwi ! Natychmiast otwierać drzwi !
Michał widzi następnego żołnierza wbiegającego na podwórko. Przez chwilę
stoi jak skamieniały. Od strony ulicy słychać:
Ż O Ł N I E R Z II :
Kto wzywał pomocy ? Otwierać drzwi ! Co się tu dzieje ?
G Ł O S Z O K N A :
To krzyczał ktoś z tego mieszkania na dole, towarzysze. Tam się coś
dzieje !
Michał ma odciętą drogę ucieczki i na ulicę, i na podwórko. Może się tylko
ukryć w piwnicy. Zbiega tam.
Przed domem Wiery od strony ulicy stoi trzech żołnierzy z patrolu
żandarmerii wojskowej. Przyjechali gazikiem. Wiera otwiera okno w pokoju
Nowej i krzyczy do nich.
W I E R A :
Wezwijcie pogotowie ! Nowa krwawi ! Trzeba ją ratować !
Z pokoju słychać wołającą o ratunek Nową. Niespodziewanie do pokoju
Nowej wchodzi Jura, podchodzi do okna…
Michał biega po piwnicy szukając miejsca do ukrycia się. Chowa się za
starym kredensem. Nagle na górze robi się cicho. Przestraszony Michał
podnosi głowę. Nasłuchuje. Po chwili wyraźnie słychać, że ktoś schodzi do
piwnicy… Zapala się światło. Michał czeka na to, co się stanie jak na wyrok.
Nagle staje przed nim… Wiera. Mówi szybko:
W I E R A :
Możesz uciekać. Żołnierze odjechali, Jura zna ich dowódcę. Nasz
sąsiad z góry to jakaś ważna szycha. Pogotowie już jedzie.
Masz minutę. Spiesz się.
Wiera odwraca się i odchodzi. Michał dogania ją, dziękuje i całuje w rękę.
Patrzą sobie w oczy znowu odrobinę za długo…jak zwykle od początku ich
znajomości.
C Ó R K A :(off)
Gdybyś
od samego początku
nie okazał się tchórzem,
towarzyszu lejtnancie, może nasze życie potoczyłoby się
inaczej, nie tak wrednie.
Trzeba było
dać Polaczkowi w mordę
jak tylko podszedł do twojej żony.
SCENA 24B.
PLENER. DOM WIERY OD TYŁU I DROGA DO
OGRÓDKÓW DZIAŁKOWYCH. JESIEŃ. RANO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał ucieka z podwórka, przebiega przez ulicę i znika w ogródkach
działkowych. Wiera odprowadza go wzrokiem.
SCENA 25.
WNETRZE. RESTAURACJA HOTELU
DAWNEGO DOMU PRIJOMA. JESIEŃ. NOC.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Twarz Córki wykrzywiona jest pogardliwym grymasem.
C Ó R K A :
Ale
do tego
trzeba być mężczyzną, a nie lotnikiem –
alkoholikiem!!! Sentymentalnym i łzawym.
Jura z Córką siedzą przy stoliku w eleganckim lokalu. Córka jest wyraźnie
podpita i coraz bardziej agresywna, ojciec stara się ją uspokoić.
J U R A : (prosząco)
Wiero... Dawanie w mordę w mojej sytuacji nic by…
C Ó R K A : (parska)
Dawanie zawsze coś daje ! – śmieje się wulgarnie i głośno.
A ty
umiałeś tylko patrzeć jak z nią tańczy, jak ją przytula…
Obrzydlistwo!
J U R A :
Wiero, ciszej, proszę. Wiero…
C Ó R K A : (przedrzeźniając go)
Wiero… Wiero... Mówisz jakby koza beczała. Beee ! (beczy na
całą salę) Powinieneś jeszcze nosić capią bródkę, Juroooo !
(śmieje się)
Kelnerzy i towarzystwo przy sąsiednim stoliku przyglądają się z dezaprobatą
pijanej Rosjance wrzeszczącej na bardzo sympatycznego i trzeźwiutkiego
Jurę. Młoda Wiera wypija kieliszek wódki. Pyta rzeczowo i spokojnie:
C Ó R K A :
A jak robili to pierwszy raz, wiedziałeś gdzie i kiedy… ?
Jura wstaje gwałtownie i odchodzi od stolika. Młoda Wiera krzyczy za nim.
C Ó R K A :
Urodziłam się po to, żebyś nie mógł zapomnieć !
Widząc pełne dezaprobaty spojrzenia osób siedzących przy mijanym przez
Jurę stoliku, krzyczy do nich wskazując ojca.
C Ó R K A :
Ten pan miał zostać Gagarinem, ale przegrał ostatni test. I od
tego czasu cały czas przegrywa ! Nawet z najgorszymi
szmaciarzami !
Jura nie zwraca uwagi na jej słowa i spokojnie wychodzi. Po sekundzie
wybiega za nim jeden z KELNERÓW.
K E L N E R :
Przepraszam pana, przepraszam...
Jura orientuje się, że chodzi o niego i zaskoczony odwraca się do młodego
chłopca w smokingu.
K E L N E R :
Rozumie pan troszeczkę po polsku ? Bo ja po rosyjsku dużo, tylko
mówię nie za bardzo…
J U R A :
Troszeczkę. Przepraszam, że moja córka...
K E L N E R :
Niech sobie krzyczy, jesteśmy przyzwyczajeni. Ja chciałem
zapytać... pan naprawdę przegrał z Gagarinem ?
J U R A :
To nie była żadna walka. Po prostu było nas kilku, tak samo
przygotowanych i zawsze gotowych, ale polecieć mógł tylko
jeden. I poleciał Gagarin.
K E L N E R :
Kurcze, pomyśleć, że pan go znał osobiście...
Z restauracji słychać głośny śpiew młodej Wiery. Kelner bagatelizująco
uśmiecha się do Jury, że to nic takiego.
K E L N E R :
Muzykalna jest.
J U R A :
Po matce. Głos też ma jak ona, śliczny. Przepraszam, muszę już
iść, dobranoc.
K E L N E R :
Dobranoc. Bardzo się cieszę, że pana spotkałem. Jeszcze tylko
sekundka. Kiedy pan poleciał ? Bo z tej pierwszej grupy
treningowej w końcu polecieli wszyscy...
J U R A :
Nie zostałem kosmonautą. Wróciłem do swojego pierwszego
zawodu pilota – oblatywacza.
K E L N E R : (wyrywa mu się)
Też fajnie, ...ale jednak szkoda, co?
J U R A :
Kto to wie ?
Jura odwraca się i rusza schodami do pokoju. Za nim niesie się pijacki śpiew
córki.
SCENA 26.
PLENER. RADZIECKIE LOTNISKO
WOJSKOWE - BUNKIER JURY. JESIEŃ.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Szeregowiec radzieckiej armii biegnie z budynku Komendantury w
stronę bunkrów.
Bunkier przeciwatomowy dla najnowszego MIG-a jest już otwarty.
Lotniskowy ciągnik holowniczy wyciąga z jego wnętrza samolot i ciągnie go
na pas startowy. Obok otwierają się potężne, stalowo-betonowe, drzwi
kolejnego bunkra.
Żołnierz zatrzymuje się przed mechanikami przygotowującymi do lotu
samolot. Pyta o coś. Ci pokazują mu, gdzie ma iść.
Jura i jego Dowódca palą papierosy osłonięci siatką wiszącą nad
podjazdem manewrowym przed hangarem. Świeci słońce, rozmowa jest tylko
pozornie spokojna.
D O W Ó D C A :
Konkurs był zatwierdzony, reprezentanci – też, niedopatrzenie
może dotyczyć tylko repertuaru. „Piosenki znane z radia i
estrady”, chuj wie, co to znaczy. Ty wiedziałeś, co Wiera chce
śpiewać ?
J U R A : (przecząco kiwa głową)
To Polacy mają pretensje czy nasi ? Przed kim mam się bronić
? (Dowódca wzrusza ramionami) Może chodzi o to, że Wiera
słuchała polskiego radia ? Jakby nasze było gorsze…
Dowódca zauważa biegnącego w ich stronę Szeregowca.
D O W Ó D C A :
Nie wiem. Wiem tylko, że w trybie nagłym musiałem wystawić ci
aktualną ocenę...
Dowódca wskazuje biegnącego coraz bliżej Szeregowca.
D O W Ó D C A :
... resztę powie ci polityczny.
Z daleka widzimy jak szeregowiec dobiega do nich. Melduje się... Nagle
słychać kilka jednoczesnych serii z broni maszynowej. Prawie natychmiast w
powietrze wzbija się olbrzymie stado ptaków. Przestraszony Szeregowiec
chowa się za pilotami, ci uspokajają go.
J U R A :
Spokojnie,
Młody,
to tylko
pluton alarmowy płoszy ptaki
przed
lotami. Dla bezpieczeństwa.
Następnie Jura z Szeregowcem ruszają w stronę Komendantury.
SCENA 27.
WNĘTRZE. SZTAB PGWR. GABINET
POLITRUKA. JESIEŃ. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Politruk przyjmuje Jurę na stojąco. Jest zniecierpliwiony i spieszy się.
P O L I T R U K :
Polacy przysłali oficjalne pismo. Domyślacie się o co im chodzi ?
J U R A :
O występ Wiery. Ale naprawdę nie wiem, co mogło ich urazić... ?
P O L I T R U K : (przerywa mu)
Chcą, by wasza żona zaczęła śpiewać z ich orkiestrą i (czyta:)
„w krótkim czasie przygotowała się do udziału w Festiwalu
Piosenki Rosyjskiej i Radzieckiej w Zielonej Górze jako
reprezentantka naszego miasta”. Co wy na to ?
J U R A :
Sam nie wiem... To chyba wielki zaszczyt reprezentować całe
miasto. I nas, i Polaków... I że nie wybrali swojej, tylko naszą
Wierę...
Zza okna dolatuje dźwięk startującego samolotu i eskadry helikopterów.
P O L I T R U K :
Nie możemy obrażać Polaków. Niech żona pośpiewa z miesiąc,
półtora a później odmówi. Pod byle pretekstem. I bez żadnego
się tam bratania. Z Polakami wystarczy nam oficjalna przyjaźń.
Wybrane piosenki mają być u mnie do zatwierdzenia na dzień
przed pierwszą próbą. I powtarzam: generalnie niech będzie
ostrożna.
Jura kiwa potakująco głową i jeszcze tylko pyta.
J U R A :
Kto podpisał to pismo ?
Politruk jest zaskoczony jego pytaniem. Rzuca okiem na kartkę.
P O L I T R U K :
Pół miasta. Miejska Rada Narodowa, Komitet Partii, Dom Kultury...
Pełna gala.
SCENA 28.
WNĘTRZE. SZTAB PGWR. GABINET
TOWARZYSZA KAPITANA. JESIEŃ. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Sąsiad z góry, Towarzysz Kapitan, siedzi na tle portretu Feliksa
Dzierżyńskiego i czyta list polskich władz w sprawie udziału Wiery w Festiwalu
w Zielonej Górze. W tym czasie Politruk wyjaśnia.
P O L I T R U K :
Skoro tak zapytał, to kazałem oprócz treści listu przetłumaczyć
też podpisy pod nim i rozpoznać autorów. Jeden z nich, Michał
Janicki, jest nam bardzo źle znany.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Wam... osobiście ?
P O L I T R U K :
Osobiście. Człowiek aktywnie agresywny. Wręcz – wrogi.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Żeby to nie były tylko słowa, muszę mieć raport. Napiszcie. A co
do Wiery, macie rację – póki co niech śpiewa, ale nie za długo !
Pismo Polaków zatrzymuję. Ich podpisy mogą się jeszcze kiedyś
przydać. Wszystko. – odpowiada widząc zdziwienie Politruka.
SCENA 29.
PLENER. ULICE I RYNEK. JESIEŃ.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Radziecki UAZ mija legnicki PeDeT i po chwili parkuje między starą
fontanną a schodami do miejskiego Ratusza. Z samochodu wysiada Wiera w
asyście radzieckiego ŻOŁNIERZA. Wchodzą do Domu Kultury.
SCENA 30.
WNĘTRZE. BUDYNEK DOMU KULTURY.
JESIEŃ. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
W głównej sali trwa próba chóru kameralnego jednej ze szkół średnich.
Ćwiczą „Wieczorny dzwon”. Chłopcy wpatrują się w idącą Wierę z
największym zachwytem. Wiera z Żołnierzem dowiadują się od Pracownika,
że soliści ćwiczą niżej. Żołnierz postanawia wrócić do samochodu, ustalają
tylko, o której wróci Wiera. Pracownik prowadzi ją korytarzem, a później już
tylko pokazuje dalszą drogę. Wiera rusza sama – wszystko to widzimy z
daleka i bez słów, gdyż całe wnętrze wypełnione jest chóralnym śpiewem.
SCENA 31A.
WNĘTRZE. SALA PRÓB. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE. JESIEŃ.
„Jaki śmieszny jesteś pod oknem…” – Śpiewa po polsku, piękna
licealistka, IZA. Michał Janicki gra jedną ręką na fortepianie i cały czas
upomina dziewczynę, żeby nie zwalniała. Przerywają, gdy wchodzi Wiera.
Michał rzuca jej radosne „serwus”, patrzy na zegarek i mówi do Izy:
M I C H A Ł :
Musisz być skupiona na śpiewie, a nie bujać w obłokach. Nuty i
tempo, tempo i nuty, bo musi być czysto i równo. W piątek
zaczniemy od tego samego miejsca. Czołem.
Iza patrzy z niechęcią na rywalkę i w ostentacyjnym pośpiechu wychodzi.
Michał i Wiera zostają sami. Michał uśmiecha się do niej.
W I E R A :
Wymyśliłeś ten konkurs ?
M I C H A Ł :
Nie, wymyśliłem ciebie w tym konkursie.
Wiera rozgląda się po wnętrzu chodząc od okna do okna.
W I E R A :
Gorzej, ale też dobrze. (zaczyna cichutko nucić „Jaki
śmieszny jesteś pod oknem” i lekko tanecznie wirować po całej
sali)
M I C H A Ł : (poważnie)
I jeszcze raz przepraszam za moje ostatnie zachowanie. To się
już więcej nie powtórzy.
Wiera powstrzymując uśmiech zaczyna śpiewać refren nuconej piosenki.
Głośno, wyraźnie i po rosyjsku:
W I E R A :
„Więc dróg poznaj sto, aby dojść do mych ust...”
Michał jest zdezorientowany słowami piosenki i prowokującym, jak mu się
wydaje, zachowaniem Wiery.
M I C H A Ł :
Ludzie kiedyś mieli dużo czasu dla siebie. Wszystko mogło
trwać tyle, ile trzeba. Zbliżali się do siebie powoli. Bez
pośpiechu, bez chamstwa, nie na skróty.
Wiera się tylko uśmiecha, a po chwili wyjaśnia.
W I E R A :
Żołnierz ma notować co i jak długo śpiewam. Obojętne co, byle głośno,
byle usłyszał.
Wiera głową pokazuje mu okno. Michał podchodzi i ostrożnie wygląda.
SCENA 31B.
PLENER. WIDOK Z OKNA SALI PRÓB.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE. JESIEŃ.
Rzeczywiście żołnierz siedzi pod oknami i właśnie zerka w górę. Dopiero gdy
Wiera zaczyna śpiewać, uspokaja się i wraca do oglądania przechodniów.
SCENA 31A.
WNĘTRZE. SALA PRÓB. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE. JESIEŃ.
Wiera śpiewa pięknie. Michał wpatruje się w nią zachwycony. Zaczyna jej
akompaniować na fortepianie Wiera powtarza refren: „Więc dróg poznaj
sto…” i patrzy na grającego Michała. On gra coraz piękniej, dodaje do melodii
własne improwizacje. Wiera przestaje śpiewać i tylko słucha popisu
muzycznego Michała.
SCENA 32.
WNĘTRZE. RESTAURACJA HOTELU
DAWNEGO DOMU PRIJOMA. JESIEŃ. NOC.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Młoda Wiera jest ostatnim gościem restauracji. Już nie je, nie pije, tylko
siedzi przy stoliku i pustym kieliszku. Obserwują ją dwaj KELNERZY, wśród
nich ten, którego już znamy.
K E L N E R :
Tak już od godziny. I co jakiś czas tylko płacze.
S T A R S Z Y K E L N E R :
Może obudzimy jej ojca ?
W tym momencie młoda Wiera sama otrząsa się z letargu i krzyczy:
C Ó R K A :
To nie jest mój ojciec ! Jestem parszywym międzynarodowym
bękartem. (zaczyna się histerycznie śmiać) Gorszym niż
pociąg przyjaźni. Rachunek. A mnie samą poproszę do pokoju.
Seriami w ptaki, rozumiecie ?
K E L N E R :
Mniej więcej.
C Ó R K A :
Strzelali dla bezpieczeństwa. Zawsze strzelają dla
bezpieczeństwa.
Cicho płacze z głową pochyloną między ramionami.
SCENA 33 A. PLENER. OSTATNIA ULICA MIASTA.
JESIEŃ. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Piękny, mocny koń pojawia się w wylocie ulicy Okrężnej, za nim –
charakterystyczny wóz załadowany beczkami piwa powożony przez PANA
PIWKO. Wóz jedzie do budki z piwem na ulicy Sobieskiego czyli o jedną
przecznicę od rosyjskiego osiedla. Jest śliczny późnojesienny dzień i tylko
szary mur z ponurą wartownią dzielący w poprzek ulicę Okrężną psują ten
piękny widok.
Idący ulicą w stronę budki z piwem Michał zauważa Pana
Piwko. Obaj witają się serdecznie. Pan Piwko robi miejsce obok siebie i
Michała wskakuje na kozioł. Jadą razem śmiejąc się.
SCENA 33 B. PLENER. ULICA RADZIECKIEGO OSIEDLA
WOJSKOWEGO. JESIEŃ. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Nowa z dzieckiem w wózku spaceruje po radzieckiej stronie ulicy
Okrężnej. Przez rozdzielający ulicę betonowy płot i szlaban obserwuje
„piwny” pojazd. Jednocześnie rzuca kontrolne spojrzenia na ich dom. Nowa
jest podenerwowana. Jej mąż, Sajat, wychodzi właśnie na ulicę. Wóz z piwem
skręca w ulicę Sobieskiego. Sajat, widzimy go tak pierwszy raz, ubrany jest
w cywilne, kupione już w Polsce, ubranie. Sajat
z daleka
uśmiecha się z
animuszem do żony.
Wojskowy samochód wyjeżdża z osiedla. Nagle
zatrzymuje się, żołnierz na służbie biegnie do samochodu. Rozmawia z
dowódcą pojazdu. Następnie biegnie do wartowni. Samochód zawraca.
Sajat
przepuszcza manewrujący samochód i
rusza w stronę bramy wyjściowej z ich
osiedla.
Na wartowni pokazuje przepustkę i wychodzi.
SCENA 33 C. PLENER. OSTATNIA ULICA MIASTA. JESIEŃ.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Sajat wychodzi z budynku wartowni na polską stronę ulicy Okrężnej i
skręca w ulicę Sobieskiego czyli tam, gdzie pojechał Pan Piwko z dostawą
piwa.
SCENA 34.
PLENER. BUDKA Z PIWEM. JESIEŃ.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Budka jest zielona. Teren wokół niej to dawny ogródek należący do
spalonego w czasie wojny domu (tam właśnie piwosze chodzą załatwiać
swoje potrzeby). Piwoszy jest kilku, jedni piją piwo na stojąco, inni na
siedząco. Są jeszcze przysyłane z sąsiednich domów dzieci, które kupują dla
rodziców piwo do baniek (takich jak na mleko).
Michał jest w mundurze. Czeka paląc papierosa. Pan Piwko właśnie
wtoczył na wóz ostatnią pustą beczkę. Siada na koźle i żegna się z
towarzystwem, szczególnie serdecznie z Michałem, z którym widać jest
bardzo zaprzyjaźniony.
Wóz odjeżdża. Z tej samej strony nadchodzi Sajat. Odszukuje
wzrokiem Michała. Witają się z daleka. Sajat kupuje od razu cztery kufle piwa
i siada przy Michale. Jest niezwykle zadowolony, że Michał przyszedł i będą
mogli się napić.
Między piwoszami pojawia się Pijak. Jest już na bani, tym bardziej
chce pić dalej, a pieniędzy nie ma jak zwykle. Wita się z wylewną
serdecznością prawie z każdym i prawie każdego hipnotyzuje prośbą o kufel
piwa. Michał stawia mu, żeby się nie przyczepił do Sajata.
Godzinę później stolik Michała i Sajata zostaje zastawiony kolejnymi
pełnymi kuflami. Obaj oficerowie są już na niezłym rauszu. Sajat już lekko
bełkocze, ale czujnie ścisza głos.
S A J A T :
Muszę ci coś ważnego powiedzieć...
M I C H A Ł :
Już mi sto razy mówiłeś. I same ważne rzeczy. Chodźmy lepiej
sikać.
S A J A T :
Bardzo dobry pomysł.
Michał i Sajat przez furtkę za budką wchodzą na teren „spaleniaka” i coraz
bardziej spiesząc się znikają za ocalałą ścianą wypalonego w czasie wojny
budynku. Stoją obok siebie siurając z wielką ulgą i rozkoszą. Sajat kończy
pierwszy, ale nie rusza się z miejsca.
S A J A T :
Michał.
M I C H A Ł :
Tak ?
S A J A T :
Tak chcemy mu dać na imię.
M I C H A Ł : (wątpiąco)
Michał ?
S A J A T :
Na twoją cześć. Proszę cię, żebyś się zgodził.
M I C H A Ł :
Nie jestem żadnym gierojem ani gwiazdą ani... no nie wiem...
kimś kto zasługuje. To jest jakby cię ktoś nagle poprosił o
autograf. Pierwsze co pomyślisz: pomyłka...
S A J A T : (przerywa mu)
Ale to nie jest pomyłka. Więc ?
Michał ciężko wzdycha. Kończy siusiu.
M I C H A Ł :
I jeszcze zechcesz, żebym był dla małego przykładem.
S A J A T :
Nie zdążysz. Najdłużej możemy tu być pięć lat i wracamy w
Sowietskij Sojuz. Krótko: tak czy nie ?
M I C H A Ł :
Daj przynajmniej rozporek spokojnie zamknąć !
S A J A T :
Zapinaj ! Bo to jeszcze nie koniec.
M I C H A Ł :
Słusznie ludzie mówią: nie pij z Ruskimi. No dobra, wal, nerwów
oszczędź.
S A J A T :
Michał... Muszę ci zaufać, chociaż znamy się ledwo – ledwo, ale
też nie mam czasu, żeby czekać. Michał, kurwa mać, jak ja bym
chciał, żebyś ty był taki, jakim ja o tobie myślę !
SCENA 35.
PLENER. ULICE RADZIECKIEGO OSIEDLA
WOJSKOWEGO. JESIEŃ. WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Na pierwszej przecznicy czeka na niego żona z dzieckiem w wózku.
Sajat podchodzi do nich.
Ktoś przechodzi obok.
To starsza ekspedientka ich sklepu.
Kłaniają się
sobie.
Ekspedientka na szczęście nie przystaje na długo. Gdy odchodzi
Sajat
jeszcze raz dyskretnie patrzy na boki. Ruszają przed siebie.
S A J A T :
Na początku przestraszył się i podejrzewał, że coś
kombinujemy. Ale w końcu uwierzył. Za tydzień znowu się z nim
spotykam. Może nawet u niego w domu. Omówimy szczegóły.
Dobrze idzie, prawda ?
N O W A :
Oby tak dalej. Jeszcze coś ?
S A J A T :
Jurę i Wierę prosił, żeby pozdrowić. I ciebie. Zaraz list do ojca
napiszę, że może być spokojny, wykonam co kazał...
N O W A :
Bo musisz się oczywiście pochwalić ?! Ale ty głupi jesteś ! Pół
słowa napiszesz, a cała rodzina w obozie zgnije !
Nowa rusza w stronę domu. Chwilę idą w milczeniu. Dziecko zaczyna
płakać…
Ze swojej bramy wychodzi Aleksandra Matwiejewna. Czujnie patrzy
w stronę płaczącego niemowlaka. Nowa krzyczy z daleka:
N O W A :
Wszystko w porządku, Aleksandro Matwiejewna, jest tylko
głodny
.
Aleksandra Matwiejewna uśmiecha się sympatycznie.
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A : (żartuje)
Tylko go nie nakarmcie tuszonką !
Śmieją się.
SCENA 36.
PLENER. RADZIECKIE LOTNISKO
WOJSKOWE– PAS STARTOWY. DZIEŃ.
JESIEŃ. WIATR. WSPÓŁCZEŚNIE.
Przez pustą płytę lotniska jedzie wynajęta przez młodą Wierę taksówka.
Zatrzymuje się. Jura wysiada pierwszy, córka – po chwili. Młoda rozgląda się
wokół z kpiącym uśmiechem. Wokół znane nam już ruiny wojskowych
instalacji dawnego lotniska oraz ślady po nieaktualnych już hasłach
propagandowych o ZSRR, socjalizmie i Układzie Warszawskim.
Wiera pierwsza, za nią Jura – wsiadają z powrotem do taksówki. Jadą prosto
olbrzymim pasem startowym ciągnącym się aż po horyzont. Gdy znikną,
widać już tylko olbrzymią betonową powierzchnię.
SCENA 37.
PLENER. RADZIECKIE LOTNISKO
WOJSKOWE. BUKIER JURY. JESIEŃ. WIATR.
DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Taksówka mija pomnik z czerwona gwiazdą, ledwo już widoczną i
jedzie betonową droga prowadzącą z lotniska do komendantury. Popękana,
porosła trawą i małymi drzewkami jest jednak ciągle tą samą drogą, na której
Jura po raz ostatni widział Wierę żywą.
Z góry widać kilkanaście podobnych do siebie pagórków porośniętych
krzakami i drzewami. Między pagórkami wiją się raz węższe, raz szersze
betonowe jezdnie. Są zniszczone, poprzerastane trawą i drzewkami.
Taksówka jedzie do znanych nam już okolic dawnego „bunkra Jury”.
Taksówka zatrzymuje się w tym samym miejscu, w którym kiedyś stanął
radziecki gazik z Jurą i Drugim Pilotem. Wysiada Jura, wysiada Córka, a za
nimi Kierowca, który zapala papierosa i opiera się o maskę samochodu…
Wszystko prawie tak samo jak kiedyś. Jura idzie kilka kroków do przodu,
rozglądająca się wokół Córka również.
J U R A :
Od piątej rano siedzieliśmy przy maszynach w pełnej gotowości
bojowej. Trzy eskadry. Byłem gdzieś w tym miejscu (pokazuje
stare oznakowanie w betonie pasa startowego). Wiera wyszła
od strony magazynów amunicji. Stanęła tutaj. (pokazuje).
Patrzyłem na nią. Ona stała bez ruchu i też tylko patrzyła. Tak
dziwnie jakoś... Chciałem do niej krzyknąć, najchętniej
podbiegłbym (do córki, krzycząc:) tak, chciałem i powinienem
podbiec, ale wtedy byłem równie bezwzględny i głupi jak ty
dzisiaj ! I tak samo mówiłem sobie: dobrze jej tak, ma za swoje !
Córka nie reaguje. Nadal się tylko ironicznie uśmiecha. Nie biorą jej
sentymentalne występy ojca.
J U R A : (spokojniej)
Wiera skręciła w stronę komendantury... i więcej jej już żywej
nie zobaczyłem. Specjalnie szła właśnie tędy, wybrała dłuższą
drogę, żebym mógł ją zobaczyć. Nie chciała odejść bez słowa.
Chociaż z daleka, ale mówiła do mnie „cześć”.
I przepraszała.
Ona też cierpiała.
Córka nagle cofa się, gwałtownym ruchem otwiera drzwi taksówki i prosi
Kierowcę, by zrobił im zdjęcie. Podaje mu aparat, pokazuje gdzie ma stanąć,
sama ustawia ojca i siebie na tle ruin lotniska i stert gruzu. Cały czas tłumaczy
o co jej chodzi.
C Ó R K A :
To trzeba koniecznie uwiecznić ! Ja z ojcem na pierwszym
planie, za nami cały ten sypiący się bardak. Tyle, proszę pana,
zostało z „cierpienia” mojej matki, dumy mojego ojca, głupoty
Politruka i marzeń całego narodu. Betonowe ruiny. To muszą
być piękne zdjęcia, bo fotografuje pan największy cmentarz
świata ! A takich nagrobków nigdzie pan nie zobaczy ! Nawet
Egipt przy nich wysiada. Przeciwatomowy, betonowy bywszyj
Sowietskij Sojus !
Jura stoi z lekko spuszczoną głową. Córka przygląda się mu rozgrzana do
walki.
C Ó R K A : (agresywnie)
Coś nie tak ? Mylę się ?!
J U R A :
Nie. Masz rację, tylko że tu nie ma z czego się cieszyć. A ty
wręcz triumfujesz.
C Ó R K A :
Bo nie jestem łzawą kacapką. A jak już się o wszystkim,
oficjalnie! (kpi), dowiedziałeś i zanim ją tu (pokazuje) widziałeś
po raz ostatni – rozmawialiście? Co jej powiedziałeś ? Zgodziłeś
się na rozwód?
I żebym została z nią w Polsce?
J U R A :
Dowiedziałem się o jedenastej w nocy, a o piątej rano musiałem
być na lotnisku. Nie chciałem w sześć godzin decydować o
całym swoim życiu.
C Ó R K A :
Po prostu bałeś się. A ona się zdecydowała. A ty się bałeś postawić
sprawę jasno ! Wiesz, dlaczego ?
J U R A :
Bo ją kochałem. I byłaś ty. Dlatego się bałem.
C Ó R K A :
Czyli znowu wszystko przeze mnie ?! Niech was szlag trafi !!! I wasze
małżeństwo !
Wściekła rusza do taksówki.
Jura idzie w stronę bunkrów.
Kierowca
przygląda się im obojętnie. Córka trąbi klaksonem z maksymalną głośnością.
Jura mija miejsce, w którym stała Wiera patrząc na niego i podchodzi do
„swojego” dawnego bunkra. Nie ma już potężnych, metalowych drzwi
przesuwanych na boki. Odsłonięte, żebrowane wnętrze wygląda jak brzuch
wieloryba zasuszonego przed laty. W głębi bunkra, przy jego tylnej ścianie
Jura znajduje stary guzik od munduru polowego radzieckiego szeregowca.
Czyści go, by chociaż trochę błyszczał.
SCENA 38.
WNĘTRZE. DOM WIERY. JESIEŃ.
POPOŁUDNIE/WIECZÓR.LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Tylko Sajat i Nowa wiedzą, że ten dzień jest niezwykły i wyjątkowy. Ich
synek płacze od samego ranka. Tulą go na przemian oboje i powtarzają mu,
że nie ma się czego bać. Nowa przymierzając mu
niezwykle zdobną
czapeczkę i kaftanik uspokaja swego pierworodnego:
N O W A :
Ty się nie drzyj, tylko ciesz ! Szczęście cię spotyka jakiego twój
ojciec i matka nie mieli.
Mały nie daje się jednak przekonać i dalej płacze.
Wszystko jest już gotowe.
Sajat i Nowa są już odświętnie ubrani.
W
takim dniu nie ma mowy o spóźnieniu ! I wtedy... do ich pokoju puka sąsiad z
góry, Towarzysz Kapitan. Zdrętwieli,
zaraz szybko „uzwyczajniają” swoje
ubrania i
otwierają drzwi z gościnnymi uśmiechami.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale właściwie co za różnica,
prawda ? Każdy dzień dobry, żeby wreszcie z sąsiadami
porozmawiać. I wyjaśnić stare pomyłki, na przykład tę, że jestem
lekarzem (śmieje się) i może nawet ginekologiem...
Co robić, zwłaszcza gdy Towarzysz Kapitan wyciąga butelkę syberyjskiej
„Pszenicznej” ? Nowa biegnie do kuchni zakąski przygotować, Sajat – za nią
po szkło. I tylko się trzęsą oboje jakby już byli oskarżeni. Syczą szeptem po
ormiańsku:
S A J A T :
Niucha. Coś podejrzewają i niucha, kacap jeden.
N O W A :
Widzisz, na szczęście listu nie napisałeś. A niucha, bo taki ma
zawód. Pij z nim i tylko śpiewaj ! Żadnych rozmów !
S A J A T :
Za godzinę musimy iść ! Pijany będę...
W drzwiach kuchni staje Towarzysz Kapitan.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Dajcie spokój, ja nie przyszedłem do was jeść. Starczy chleb i
ten polski boczek. Dobrze wędzą, nie sądzicie ?
S A J A T :
Macie rację, Towarzyszu Kapitanie, ale takiej słoniny jak u nas
to jednak nie mają !
Mija godzina. Są już po pierwszej butelce. Sajat przynosi następną.
Towarzysz Kapitan czuje się dobrze w ich gościnie. Nawet płaczący cały czas
niemowlak w ogóle mu nie przeszkadza. Nowa co jakiś czas przeprasza za
synka, ale sąsiad odpowiada, że nie ma za co. Nawet żartuje.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
A może głodny ? Albo chce się z nami napić ?
Śmieją się razem. Nowa co rusz to tylko zerka na zegarek w kuchni. W końcu
idzie dokroić chleba, zamyka drzwi i... aż się bije po twarzy, żeby się
uspokoić. Wchodzi Sajat z pustym półmiskiem. Znowu przechodzą na
ormiański.
N O W A :
Już trzeba jechać, co robimy ?
S A J A T :
Jedź ty.
N O W A :
Jak ? Nagle wyjdę ? Z dzieckiem, po nocy ? Zaraz będzie wiedział, że
dzieje się coś ważnego.
S A J A T :
Miesiąc czekaliśmy na termin.
Nagle oboje słyszą, że ktoś otwiera drzwi mieszkania. Do przedpokoju
wchodzi Wiera. Sajat i Nowa patrzą sobie w oczy. Sajat kiwa głową, że tak.
Wiera właśnie zdejmuje swój długi, jasny płaszcz, kiedy słyszy:
N O W A :
Wieroczka, kochana, z nieba nam spadasz ! Z Towarzyszem
Kapitanem siedzimy, a mały wyje jak zacięta syrena. Ratuj,
kochana. Idź z nim na spacer !
Wiera jest zaskoczona, Nowa zaś wpatruje się w nią z tak strasznym
napięciem, że Wiera aż czuje się zaniepokojona. Wiesza płaszcz na
wieszaku.
N O W A :
Błagam cię, idź z nim. Sajat i ja nie możemy...
W I E R A :
Ręce tylko umyję, dobrze?
N O W A :
Akurat ubiorę go.
Nowa zabiera malca z pokoju. Sajat z Towarzyszem Kapitanem siedzą przy
stole.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Nie jestem lekarzem tylko wojskowym specjalistą.
S A J A T :
W sensie technicznym.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
W sensie psychologicznym.
S A J A T :
U nas ? W naszej armii ?
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Tak. W naszej. Wszędzie, gdzie są ludzie trzeba się im
przyglądać i starać się ich zrozumieć. Taki przykład: obywatele
radzieccy pasjami czytają książki. Na pozór wydaje się, banał.
Ale nie dla specjalisty. On pyta: a dlaczego tyle czytają, głównie
zresztą powieści ? Czy to czasami nie jest ucieczka od
rzeczywistości ? W jakiś inny świat ? Niby duchowy ? Może
lepszy ? Sami przyznacie, że sprawę warto zbadać.
S A J A T :
Czyli jednak lekarz ! (wypijają)
Nowa w tym czasie ubiera syna. Wygląda on w swym haftowanym stroju
przepięknie, a już zupełnie zachwycający jest becik, w którym Nowa zanosi go
do wózka.
SCENA 39.
PLENER. SKWER PRZED DOMEM WIERY.
JESIEŃ. WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE
.
Wiera jest już gotowa do drogi. Nowa wychodzi z nią przed dom. Zapadł
już zmierzch. Oświetla ich tylko słaba żarówka znad drzwi. Tlą się ostatnie
liście.
N O W A :
Teraz szybko jedź z nim na Sobieskiego róg AL. Tam będzie
czekał na was Michał.
Tu masz przepustkę (wręcza jej).
Wciągam cię w to, ale tak się zrobiło, że nie można inaczej. Jak
się będziesz bała, wróć ! (dłońmi ściska twarz Wiery jak w
imadle i syczy) Ufam ci jak siostrze, ale jak zdradzisz – zabiję !
W I E R A :
Nic nie rozumiem... puść !
N O W A :
Michał ci wytłumaczy. Zrozumiesz – zdecydujesz !
Nowa popycha ją razem z wózkiem w stronę furtki. Jeszcze tylko pyta.
N O W A :
Wódkę macie ?
W I E R A :
W szafie. Wiesz...
N O W A :
Dzięki... Gnaj, tam już czekają.
SCENA 40.
WNĘTRZE. DOM WIERY. JESIEŃ. WIECZÓR.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE
.
Nowa wraca do ich pokoju z wódką od Wiery.
N O W A :
Nareszcie będzie trochę spokoju od tych wrzasków !
S A J A T :
A i Wiera wprawi się w niańczeniu !
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Czyżby w ciąży była, że treningu potrzebuje ?
S A J A T :
Która to wie... przez pierwszy miesiąc ?
Sajat rechocze, sąsiad – za nim. Ale Towarzysz Kapitan nadal drąży temat.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Ale swoją drogą czy to nie dziwna sprawa, że dzieci jakoś nie
mają ? Młodzi, dobrze zarabiają, mieszkanie mają – co im
przeszkadza ?
Sajat i Nowa nie wiedzą.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Może czekali, żeby w Polsce się urodziło ? Niektórzy tak robią...
jakby to miało jakieś znaczenie. (śmieje się) A przecież kurica
nie ptica, Polsza nie zagranica !
Wypijają.
SCENA 41 A.
PLENER. OSTATNIA ULICA
MIASTA. JESIEŃ. WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera wychodzi przez wartownię i prowadzi wózek prosto ulicą
Okrężną. Znika z oczu wartownika.
SCENA 41 B.
PLENER. ULICE LEGNICY. JESIEŃ.
WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał jest zaskoczony widząc Wierę. Podchodzi do niej szybko
wyprowadza z kręgu światła ulicznej latarni.
M I C H A Ł :
Gdzie oni są ? Już jesteśmy spóźnieni ! Co się dzieje ?
W I E R A :
Nie wiem
„co się dzieje” ?
To ty masz mi wszystko
wytłumaczyć.
Z taksówki przygląda się im MATKA MICHAŁA. Wyglądają jak młode
małżeństwo z pierwszym dzieckiem... Po chwili młodzi kończą rozmowę, idą
w stronę taksówki. Michał pcha wózek. Matka wysiada, Michał przedstawia jej
Wierę. Panie podają sobie dłonie.
M A T K A M I C H A Ł A :
Syn codziennie o pani opowiada, proszę niech pani wsiada.
Pojedziecie z Michałem, schowam tylko wózek w domu i zaraz
dojadę. (wskazuje kierowcę) Pan Czesiu jest na sto procent
zaufany, nie ma obawy. Ormianie dojadą osobno ?
M I C H A Ł :
Jeśli dadzą radę. Później ci wytłumaczę.
Matka Michała cały czas wpatruje się w milczącą Wierę jakby chciała ją zjeść.
Zauważa obrączkę na jej palcu.
M A T K A M I C H A Ł A :
Pani jest, widzę, mężatką ?
W I E R A :
Tak. I Rosjanką. Dlatego tłumaczę Michałowi, że to jest niemożliwe,
żebyśmy razem…
M I C H A Ł :
Plan był inny, ale teraz nie mamy wyboru.
W I E R A : (nie jest przekonana)
Jeszcze raz powtarzam: jestem Rosjanką, czyli rozumiecie ? Inny
kościół.
M A T K A M I C H A Ł A : ( uśmiecha się)
Ale to nie ciebie będziemy chrzcili! A reszta i tak jest tajemnicą! Jedźcie
już, Pan Bóg nie będzie na nas czekał w nieskończoność.
Taksówka z młodymi i dzieckiem rusza. Matka Michała jeszcze chwilę patrzy
na odjeżdżających i rusza z wózkiem do domu. Wózek jest duży i ciężki,
rzeczywiście do taksówki nie zmieściłby się żadną miarą.
SCENA 42.
WNĘTRZE. KOŚCIÓŁ - ZAKRYSTIA. JESIEŃ.
WIECZÓR.LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
KSIĄDZ, bardzo już zniecierpliwiony, co zdąży kilka kroków odejść,
zaraz zawraca z powrotem do drzwi, otwiera je i patrzy na zewnątrz.
K S I Ą D Z :
Kochani, o osiemnastej mam nabożeństwo... może więc po ?
Wiera przecząco kiwa głową, szybko i kategorycznie. Michał w lot rozumie.
M I C H A Ł :
Dziecko nie może być tak długo poza domem.
K S I Ą D Z :
Ale mamusia pańska... nie nadchodzi. A jest już oficjalnie
wpisana, była rano u spowiedzi.
M I C H A Ł :
I to ona jest matką chrzestną, bardzo dobrze.
K S I Ą D Z :
Ktoś musi stanąć obok pana... nawet per procura.
M I C H A Ł :
Właśnie.
Obaj patrzą na Wierę, ona – na nich.
SCENA 43.
WNĘTRZE. KOŚCIÓŁ. JESIEŃ. WIECZÓR.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Odbywa się ceremonia chrztu. Mały Michał przestał już płakać i tylko
rozgląda się po raczej ciemnym i pustym wnętrzu kościoła św. Trójcy.
Michał trzyma małego na rękach, on jest jego ojcem chrzestnym. Wiera,
stojąca tuż obok Michała – matką chrzestną per procura.
K S I Ą D Z :
Jeżeli z ziemi tak srodze doświadczanej przez
materialistycznego antychrysta przychodzą do nas jej synowie i
przez pamięć nakazów ojców swoich dają nam, zdobywszy się
na wielką odwagę, dzieci swoje, byśmy je w domu bożym
przyjęli do bożej rodziny – to w takiej chwili szczęście
przepełnia moje serce. Czuję się jakbym króla chrzcił i jeszcze
pełniej rozumiem świętość sakramentu, w którym dzisiaj
uczestniczymy (pauza) Podejdźcie bliżej, rodzice chrzestni.
Michał i Wiera robią trzy kroki w stronę ołtarza. Oboje są szczerze wzruszeni.
Słychać dzwonki, rozlegają się dźwięki organów.
K S I Ą D Z :
Mocą przyznanej mi władzy, w imieniu Boga Jedynego...
Ksiądz łamiącym się głosem wypowiada stosowne formuły i wykonuje rytualne
czynności. Mały Ormianin płacze wniebogłosy. Wiera stoi ze ściśniętym
gardłem, patrzy na dziecko. Patrzy na Michała. On patrzy na nią. Wiera jest
bardzo wzruszona. Z daleka wyglądają jak młoda para przed ołtarzem,
zwłaszcza ona w tym swoim długim jasnym płaszczu… zupełnie jak w ślubnej
sukni.
SCENA 44.
WNĘTRZE. DOM WIERY. JESIEŃ. WIECZÓR.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Sajat, Nowa i Towarzysz Kapitan są ciągle jeszcze przy stole. Sajat
śpiewa starą ormiańską pieśń, podnosi głos przy refrenie swej pieśni.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Co to jest ?
N O W A :
U nas śpiewa się tak w domu, w którym urodził się chłopak.
Towarzysz Kapitan chce coś powiedzieć, ale Nowa ucisza go. Zdumiony
Towarzysz kapitan zamyka się.
Sajat wstaje śpiewając. Nowa z trudem
powstrzymuje płacz... w końcu przegrywa: łzy płyną jej po twarzy, a ona
zaczyna się śmiać ze szczęścia. Po chwili też wstaje i śpiewa razem z
mężem.
SCENA 45.
WNĘTRZE.
KOŚCIÓŁ
. JESIEŃ. WIECZÓR.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Ksiądz mówi wzruszony:
K S I Ą D Z :
Nadaję ci imię Michał.
Mały Ormianin płacze.
K S I Ą D Z :
(...) Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. *
Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. * I oczekuję
wskrzeszenia umarłych. * I życia wiecznego w przyszłym
świecie. Amen.
Wiera i Michał patrzą na Księdza, na dziecko… Są również wzruszeni.
SCENA 44 A. `WNĘTRZE. DOM WIERY. JESIEŃ. WIECZÓR.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N : (żartobliwie)
Upiliście się, towarzysze sąsiedzi i szalejecie !
Sajat z Nową śpiewają. Kończą. Całują się zapłakani.
Towarzysz Kapitan
przygląda się im podejrzliwie.
SCENA 46.
PLENER. ULICE MIASTA. JESIEŃ.
WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał niosący małego Michała i Wiera wychodzą z kościoła i ruszają do
jego domu
taksówką pana Czesia.
Ledwo
taksówka znika za rogiem ulicy,
gdy – nie widząc
jej
– do
kościoła zbliża się spóźniona Matka Michała. Wchodzi do wnętrza.
SCENA 47.
PLENER / WNĘTRZE. ULICA I KLATKA
SCHODOWA MIESZKANIA MATKI MICHAŁA.
JESIEŃ. WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Taksówka pana Czesia odjeżdża.
Michał i Wiera
idą
do niskiej
kamienicy, w której znajduje się mieszkanie Matki Michała. Wiera zatrzymuje
się .Patrzy na okna kamienicy.
M I C H A Ł :
Proszę, wchodź.
W I E R A :
Przyprowadź wózek.
M I C H A Ł :
Coś ty, zaraz przyjdzie Sajat i Nowa. Mama przygotowała mały
poczęstunek...
W I E R A :
Oni już nie przyjdą. Jeżeli do tej pory nie przyszli…
M I C H A Ł : ( udaje ,że nie wie, o co chodzi )
Boisz się mojej mamy ?
Wiera tylko patrzy na niego bez słowa, bez gestu,
M I C H A Ł : (żartobliwie)
To chyba samej siebie ? Wchodź. Na minutkę. Dosłownie.
Wchodzą do kamienicy. Klatka schodowa jest pusta i prawie ciemna. Oboje
zatrzymują się. Patrzą na siebie. Michał pierwszy robi krok w jej stronę.
Niezdarnie, bo z małym Michałem na rękach, przytula Wierę. Całują się.
Przerywają, patrzą na siebie. Wiera przytula się do niego. Znowu się całują.
W I E R A :
Oddaj wózek, pójdę już.
M I C H A Ł :
Jeszcze nie. (znowu ją całuje)
W I E R A :
Proszę cię.
Wiera odsuwa się. Chwilę stoi ze spuszczoną głową.
W I E R A :
Jak ty mnie traktujesz ?
MI C H A Ł :
Normalnie. Po prostu zapraszam cię.
W I E R A : ( zauważa przytomnie)
W ciągu ostatnich dwóch godzin nic nie jest normalnie.
M I C H A Ł :
Ale przynajmniej nie mieszkamy wysoko. Proszę cię…
Idą na górę.
SCENA 48.
WNĘTRZE. MIESZKANIE MATKI MICHAŁA.
JESIEŃ. WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał przekazuje nowo ochrzczonego Wierze, sam otwiera drzwi ich
mieszkania i od progu woła.
M I C H A Ł :
Mamo, już jesteśmy ! Mamo ! (odwraca się do Wiery) Nie ma jej...
Wiera z dzieckiem stoją w przedpokoju. Jest cicho.
M I C H A Ł :
Wchodź dalej, nie stój tak !
Wiera przygląda się mu chwilę, zsuwa buty z nóg i wchodzi do pokoju.
Mały grzecznie śpi ułożony na wersalce. Wiera, ciągle jeszcze w
płaszczu, siada przy stole. Michał rusza w jej stronę. Ona spuszcza głowę i
kuli się cała.
M I C H A Ł :
Tak się zachowujesz, że zaraz będę się bał nawet spojrzeć na
ciebie, żeby cię nie urazić. O dotknięciu to już w ogóle nie ma
mowy.
W I E R A :
Mam skakać z radości i rzucać się na ciebie ? I jeszcze
zaprowadziłeś mnie do waszego kościoła...
M I C H A Ł :
Całkowity przypadek.
Kto chciałby
zaczynać tak serio. Od
chrztu... i organowej muzyki. Te… rzeczy powinny się zdarzać
jakby przy okazji, prawie po koleżeńsku, a nie od razu katedra
strzelista.
W I E R A :
Właśnie.
M I C H A Ł :
Co „właśnie” ?
Wiera nie odpowiada. Po chwili wstaje z krzesła.
W I E R A :
Pomożesz mi znieść wózek ? Towarzysz Kapitan już się
pewnie dziwi, że ten spacer trwa tak długo.
Wiera bierze niemowlaka na ręce, cmoka go. Michał podchodzi do niej i
znowu chce ją pocałować. Wiera odsuwa się.
W I E R A :
Nie.
Michał kiwa głową, że dobrze.
SCENA 48 A. PLENER. ULICA PRZED MIESZKANIEM MATKI
MICHAŁA. JESIEŃ. WIECZÓR LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera z Michałem wychodzą z bramy na ulicę. Michał przekazuje jej
rączkę wózka. Na szczęście ochrzczony Ormianin śpi. Jest cicho i spokojnie.
W I E R A :
Pożegnaj swoją mamę. Szkoda, że się rozminęłyśmy.
Wiera nie daje mu szansy na kolejną próbę pocałowania jej i szybko rusza
przed siebie. Michał chwilę patrzy na nią i wraca do bramy. Nagle oboje
słyszą czyjeś szybkie i głośne kroki. Zamierają. Do Wiery podchodzi… Jura.
Patrzy na nią, patrzy na Michała. Oboje czają się przyłapani. Wiera patrzy na
stojącego już krok od niej Jurę. Ten szybko przejmuje wózek od żony.
J U R A :
Musisz szybko wracać. Przysłali mnie Ormianie. Za długo cię nie ma.
Jura z wózkiem rusza przed siebie. Wiera po chwili – za nim. Jura jeszcze
tylko raz patrzy na Michała stojącego przed bramą.
SCENA 49.
PLENER. ULICA PRZED MIESZKANIEM
MATKI MICHAŁA. JESIEŃ.
WIECZÓR
.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Jura i Córka Ida ulicą.
J U R A : (spokojnie)
Bała się.
Pewnie czuła, że coś zaczyna się dziać, że zmierza to
wszystko w złą stronę, bała się tego, ale… szła dalej.
C Ó R K A :
Wszyscy ciągle tylko baliście się i baliście ! Imperium
śmierdzących tchórzy. Kurestwo nazwać kurestwem to taki
szczyt odwagi ?
Zatrzymują się. Teraz widzimy, że doszli pod charakterystyczną kamienicę, w
której mieszka Michał z matką. Wygląd budynku niewiele się zmienił, tylko w
jednym mieszkaniu świeżo wymieniono okna, pojawiły się też dwie satelitarne
anteny. Córka przygląda się kamienicy krytycznie i prycha ironicznie:
C Ó R K A :
Moje gniazdo rodzinne ! (z fałszywą słodyczą) Aż jestem
wzruszona.
Córka kieruje się w stronę kamienicy. Jura chwyta ją za rękę.
J U R A :
Teraz pewnie mieszkają tam obcy ludzie. Jego matka już wtedy
była starszą panią, a minęło ponad trzydzieści lat...
Córka wyrywa się z dużą siłą.
C Ó R K A :
Idziemy ! Chociaż powąchamy to co było. Jakieś ślady na pewno
zostały !
Ostro rusza do bramy. Jura po chwili idzie za nią.
SCENA 50.
WNĘTRZE. MIESZKANIE MATKI MICHAŁA –
KLATKA SCHODOWA. JESIEŃ. DZIEŃ.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Córka zdecydowanie i szybko idzie schodami w stronę mieszkania
Michała. Jej kroki dudnią od parteru po strych.
Córka zatrzymuje się przed drzwiami. Wisi na nich stara tabliczka: B i M
Janiccy. Wiera jeszcze z rozpędu puka w drzwi. Prawie natychmiast jeszcze
raz. Czeka. Jura przyspieszając kroku dochodzi do niej. Córka podnosi rękę,
by zastukać jeszcze raz... ale zamiast tego niespodziewanie odwraca się i
ucieka. Jura zostaje sam pod drzwiami mieszkania Michała. Zza drzwi nie
dobiega żaden dźwięk. Otwierają się drzwi piętro wyżej, ktoś z dzieckiem
wychodzi na klatkę. Te dźwięki płoszą Jurę. Szybko schodzi do bramy.
SCENA 51.
PLENER / WNĘTRZE. RADZIECKIE OSIEDLE
WOJSKOWE. SKWER PRZED DOMEM I DOM
WIERY OD TYŁU. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE. POCZĄTEK ZIMY.
Pada deszcz ze śniegiem. Błoto. Michał cały czas się rozglądając idzie
do domu Wiery przejściem od strony ogródków działkowych wzdłuż
betonowego muru. Zatrzymuje się. Patrzy na dom Wiery. Mocniej ujmuje
torbę, którą niesie i rusza.
Prawie od początku obserwuje go ktoś ukryty w środku domu. Nawet
przesuwa się od okna do okna, by lepiej widzieć.
Michał wchodzi na podwórko. Jest już przy drzwiach od piwnicy, kiedy
te nagle otwierają się. Po drugiej stronie stoi Jura. Patrzy na zaskoczonego
Michała.
M I C H A Ł :
Dobrze, że cię zastałem… Cześć.
Jura wychodzi za próg i zamyka za sobą drzwi. Stoi przed nimi jakby je
tarasował.
J U R A :
Do mieszkania nie możesz wejść. Wykluczone.
M I C H A Ł : (przekonywująco, prawie się wpraszając)
Mam coś dla ciebie. Jura… tylko na chwilę.
J U R A :
Powiedziałem, że nie.
Jura nie ukrywa swojej niechęci do Michała. Zachowuje się wręcz
odpychająco. Michał patrzy na niego. Jest bardzo nieprzyjemnie.
J U R A :
Sąsiad z góry wrócił. Mógł cię zobaczyć.
M I C H A Ł :
Czapkę ci przyniosłem.
Michał wyciąga z torby galową wojskową czapkę.
M I C H A Ł :
Od razu chciałem ci oddać, zaraz po… balu, ale ciągle się nie
składało. W parku znalazłem jak wracałem od was. Proszę.
J U R A :
To nie jest moja. Mam swoją w domu. A to ci się przypomniało…akurat
teraz.
M I C H A Ł :
Co mam z nią zrobić ? Ktoś zobaczy, jeszcze mnie oskarżą… o
handel.
J U R A :
To wyrzuć. Albo dobrze schowaj. Na pamiątkę. Spotkania.
M I C H A Ł :
Będę musiał (chowa czapkę do torby). A przy okazji Wiera już dwa
razy pod rząd opuściła próby. Czekaliśmy wszyscy…
J U R A :
Źle się czuła. Ale dzisiaj poszła. Na dziesiątą.
Obaj jednocześnie patrzą na zegarki.
M I C H A Ł :
No proszę, a ja tu z tobą się zagadałem. Pędzę. Czołem, Jura, i
przepraszam za najście.
J U R A :
Nic się nie stało. Ale lepiej, żebyś tu więcej nie przychodził.
Jura dopiero teraz podaje mu rękę. Michał odwzajemnia uścisk.
J U R A :
Tylko nie biegnij, to dopiero będzie podejrzane.
Michał uśmiecha się i potakująco kiwa głową. Odchodzi w stronę ogródków.
Jura zostaje przy drzwiach i patrzy na odchodzącego Polaka, właściwie nie
odchodzącego, tylko idącego na spotkanie z jego żoną…
Za nim na podwórko
wjeżdża gazik z radzieckim oficerem. Na szczęście Michał już skręcił za mur.
Gazik jedzie w głąb podwórka.
SCENA 52.
WNĘTRZE. DOM KULTURY. SALA PRÓB.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE. POCZĄTEK
ZIMY.
Sala prób jest pusta. Wiera zamyka klawisze fortepianu. Przysiada
obok. Jest zamyślona i poważna. Chwilę czeka. Nagle podnosi się i rusza w
stronę drzwi.
SCENA 53.
PLENER. ULICE I RYNEK LEGNICY. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE. POCZĄTEK ZIMY.
Michał szybkim krokiem mija legnicki Pedet wymijając slalomem
przechodniów z parasolami i w ortalionowych płaszczach. Przy starej
fontannie stoi radziecki gazik z żołnierzem – kierowcą.
Michal przyspiesza. I
wtedy niespodziewanie drogę zachodzi mu jego dowódca. Uśmiecha się do
Michała. Ten wita się z nim regulaminowo.
D O W Ó D C A M I C H A Ł A :
Czołem, poruczniku. W jednostce oficer dyżurny melduje, że jesteście
na próbie, a wy co ?
M I C H A Ł :
Musiałem na chwilę wyskoczyć…
D O W Ó D C A M I C H A Ł A :
Kwiaty kupić naszym solistkom ? Czy czekoladki ?
M I C H A Ł :
Jeszcze nie zasłużyły.
D O W Ó D C A M I C H A Ł A :
Dużo zależy od nauczyciela. Może za mało się staracie ? Nie wolno się
oszczędzać. Czołem, poruczniku.
Dowódca odchodzi. Michał chwilę się mu przygląda i rusza z powrotem w
stronę ratusza.
Na schodach Michał rusza już biegiem przeskakując po dwa
stopnie. Przez cały czas pada deszcz ze śniegiem.
SCENA 54.
WNĘTRZE. DOM KULTURY – KORYTARZ
PRZED SALĄ PRÓB. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE. POCZĄTEK ZIMY.
Michał widząc Sprzątaczkę zwalnia i najspokojniej jak może dochodzi do
drzwi sali prób… Naciska klamkę, drzwi są zamknięte. Niemożliwe ! Naciska
jeszcze raz, mocniej i szarpiąc. Zamknięte. Michał odwraca się do
Sprzątaczki.
M I C H A Ł :
Pani Heniu, widziała pani tę Rosjankę ? O dziesiątej miała być na
próbie…
S P R Z Ą T A C Z K A H E N I A :
Była. Kręciła się tu… Pewnie zaraz wróci. Bardzo sympatyczna pani…
Jednocześnie pani Henia kończy zbieranie swoich sanitarnych maneli i rusza
na dół.
M I C H A Ł :
Gdyby ją pani zobaczyła, to proszę jej powiedzieć, że już
czekam.
S P R Z Ą T A C Z K A H E N I A :
Przecież sama widzę.
Pani Henia znika za zakrętem korytarza. Michał niespodziewanie słyszy, że w
zamkniętych drzwiach przekręca się klucz. Ktoś je otwiera od środka. Michał
delikatnie naciska klamkę. Drzwi otwierają się. Michał, po chwili zaskoczenia,
wchodzi do środka.
SCENA 55A.
WNĘTRZE. SALA PRÓB. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE. POCZĄTEK ZIMY.
W sali prób jest Wiera. Czeka na niego. Michał uśmiecha się do niej i
zaczyna banalnie:
M I C H A Ł :
Przepraszam za spóźnienie, myślałem, że już zrezygnowałaś…
W I E R A :
Ale jednak nie.
Wiera zamyka za nim drzwi i przekręca klucz. Patrzy na niego.
W I E R A :
Masz rację, takie rzeczy powinny zdarzać się jakby przy okazji,
po koleżeńsku, jakbyśmy się wygłupiali i żartowali... żeby
później nie było się czym przejmować.
Są blisko siebie, prawie się dotykają, ale ciągle jeszcze jakby przypadkowo,
żeby się nawzajem nie spłoszyć.
W I E R A :
U nas jest taka… właśnie koleżeńska gra. W kolory. Żółty –
rozchodzimy się, zielony – przytulamy, czerwony – całujemy,
czarny - ... wiadomo, najgorsze. Jeżeli chłopak i dziewczyna
powiedzą jednocześnie ten sam kolor, to jest zgoda i robią to co
powiedzieli. Jeżeli różne kolory – nic. Grasz ?
Michał kiwa głową, że oczywiście. Wiera spokojnie odwraca się do niego
plecami i już ciszej dodaje.
W I E R A :
Ale kolory nazywamy po rosyjsku.
M I C H A Ł :
Dobrze. Kiedy ?
W I E R A :
Jak powiem: trzy – cztery.
Michał kiwa głową, że rozumie. Robi się cicho. Wiera waha się przez
sekundę, ale w końcu decyduje się.
W I E R A :
(głośno) Trzy – cztery ! (cicho) Czarny.
M I C H A Ł : (równocześnie z nią)
Czarny.
Powiedzieli to oboje, ale teraz jakby ich ta decyzja sparaliżowała, stoją bez
ruchu. W końcu Michał delikatnie dotyka jej ramion i odwraca ją w swoją
stronę. Całuje jej skroń, oko... – jest cały czas bardzo ostrożny, bo boi się, że
Wiera zaraz wszystko odwoła i ucieknie. A wtedy ona zaskakuje go:
podchodzi do okna, patrzy w dół i spokojnie oświadcza.
W I E R A :
Żołnierz się s
chował. Możemy.
Następuje scena miłosna. Wiera nie jest pruderyjna ani fałszywie wstydliwa.
Skoro się zdecydowała, jest w swym erotycznym zachowaniu śmiała i otwarta.
Akt miłosny, który obserwujemy nie jest jednak ani wulgarny ani prymitywny,
jest tylko coraz bardziej namiętny i wciągający obie strony. Na końcu Wiera
zaczyna płakać. Nie wiadomo czy z wielkiej rozkoszy, czy może ze strachu
przed tym co właśnie zaczęli robić, z przeczucia nieuniknionego nieszczęścia.
Gdy Michał chce ją utulić i uspokoić, wyrywa się gwałtownie i wypłakuje do
końca stojąc twarzą do ściany. Michał jest zaskoczony jej zachowaniem.
Jednocześnie nie może od niej oderwać wzroku: nawet tyłem do niego, stojąc
nago przy ścianie wygląda pięknie. Mówi jej o tym. Wiera nie reaguje. Jakby
go już nie słyszała. Michał podchodzi do płaczącej Wiery, delikatnie dotyka jej
ramienia.
M I C H A Ł :
Dlaczego... płaczesz ?
Wiera nadal stojąc do niego plecami mówi cicho.
W I E R A :
Tobie – co tam. Później powiedzą: wziął co dała. Spadniesz jak kot na
cztery łapy.
Wiera wciąż nie odwraca się do niego, tylko spuszcza głowę i nadal płacze.
M I C H A Ł :
Nie chcesz się już więcej spotykać ?
W I E R A :
Chcę. (pauza) Jestem Rosjanką. Jestem mężatką. I to jest właśnie
najgorsze… że chcę.
Michał boi się, że robi się za poważnie, za ważne staje się to, co się stało.
Odwraca ją do siebie, uśmiecha się.
M I C H A Ł :
Ja też chcę. Podobasz mi się. I jako babka, i jako wokalistka.
I znowu się uśmiecha, szczerze mówiąc głupkowato. Wiera patrzy mu w oczy,
później – w okno.
W I E R A :
Teraz muszę śpiewać. Przestało padać. Otwórz okno, niech żołnierz
słucha.
Michał otwiera okno, patrzy na chmury.
SCENA 55B.
PLENER. WIDOK Z OKNA SALI PRÓB. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE. POCZĄTEK ZIMY.
Michał patrzy za okno –widzi żołnierza
SCENA 55A.
WNĘTRZE. SALA PRÓB. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE. POCZĄTEK ZIMY.
Wiera powoli, najpierw cicho, później coraz głośniej i coraz bardziej
agresywnie zaczyna śpiewać piosenkę Demarczyk „Pocałunki” do słów
Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej. Jednocześnie ubiera się drżąc z zimna.
Wiatr zacina deszcz ze śniegiem do środka sali prób.
W I E R A :
„Wciąż się śmiejesz, lecz coś tkwi poza tym,
patrzysz w niebo na rzeźby obłoków.
SCENA 56 A. PLENER. MOST I NASYP W LEGNICY.
DZIEŃ. ZIMA. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
W I E R A : (off)
...przecież ja jestem i niebem i światem,
sam mi mówiłeś przeszłego roku...”
Wiera idzie na kolejne spotkanie z Michałem. Droga prowadzi przez most i
nasyp
SCENA 56 B. PLENER. PARK Z FONTANNAMI I MUSZLĄ
KONCERTOWĄ W LEGNICY. DZIEŃ. ZIMA.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera idzie dalej - parkową aleją obok muszli koncertowej i między zimowymi
klombami i wyłączonymi fontannami.
SCENA 56 C. PLENER. PRZED DOMEM PANA PIWKO.
DZIEŃ. ZIMA. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Pan Piwko odjeżdża w stronę miasta, a Michał, który dostał od niego
klucze, otwiera drzwi wejściowe i zostawia je uchylone.
Wiera dochodzi do ogrodu przed domem, rozgląda się kontrolnie i
prawie biegiem wpada do środka.
SCENA 57.
WNĘTRZE. DOM PANA PIWKO. DZIEŃ I
POPOŁUDNIE. ZIMA. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Rzucają się na siebie natychmiast, ledwo Wiera zdążyła zamknąć drzwi.
Z przedpokoju idą do pokoju, tam się kochają. W offie słychać refren
„Pocałunków”.
Właśnie skończyli się kochać, a Wiera już się podnosi i sięga po bluzkę.
Michał zatrzymuje ją delikatnie w łóżku.
M I C H A Ł :
Zawsze od razu wstajesz i ubierasz się. Zostań chociaż minutę.
W I E R A :
Po co ?
M I C H A Ł :
Przytulimy się…
W I E R A : (uśmiecha się)
Jeszcze raz
M I C H A Ł : (siada)
Chcę z tobą porozmawiać ! Rozmawiać i rozmawiać – mówi po
rosyjsku. Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej. Wszystko,
żadnych tajemnic. Masz mi opowiedzieć dzień po dniu, całe
swoje życie – kończy po rosyjsku.
W I E R A :
Ale po co ci to ? To jest nudne, co myślałam, o czym marzyłam, jakie
czytałam książki. Albo jaka byłam głupia jak miałam 10 lat, a
jaka brzydka gdy miałam 15.
M I C H A Ł :
Chcę to wiedzieć…W szczegółach i z drobiazgami. Poza tym lubię
słuchać jak mówisz. Masz piękny głos, używasz tak delikatnie
brzmiących wyrazów…
W I E R A :
Misza… przecież ty prawie nie rozumiesz tego, co ja mówię. Ani o
czym. Twój rosyjski jest tylko trochę lepszy niż mój polski. My
rozmawiamy ze sobą jak postaci w mini-rozmówkach. Przyjdź.
Pocałuj mnie. Pójdę już … - ostatnie zdanie mówi po polsku.
M I C H A Ł :
Nie pójdziesz – „poprawia” ją. Bardzo dużo rozumiem. Nie wszystkie
słowa, masz rację, ale to nic nie szkodzi. Bo tak naprawdę
najważniejsze jest to jak mówisz, jak patrzysz…
W I E R A :
Polak z Polką muszą zjeść beczkę soli, żeby się dobrze poznać, a
Polak z Ruską ?
Wiera zatrzymywana przez Michała, teraz wstaje i zaczyna się ubierać. Po
chwili jeszcze dodaje.
W I E R A :
A najbardziej boję się jednego, że tobie się myli polskie „lubię cię” z
naszym „lublju tiebie”.
M I C H A Ł :
Nie bądź taka bojaźliwa (uśmiecha się czule i całuje ją). Mam dla ciebie
nowe płyty. Ostatni Bitelsi i jedna francuska. A jutro zapraszam
cię do kina.
Płyty są to oczywiście plastikowe pocztówki. Michał włącza tę francuską : ”
Nathalie” Gilberta Becaud i śmiejąc się mówi:
M I C H A Ł :
Przemarznięty Francuz zachwyca się Rewolucją Październikową i
Placem Czerwonym. A w Polsce Związek Radziecki się nie
podoba.
SCENA 58.
PLENER. ULICA PRZED KINEM „PIAST” W
LEGNICY. WIECZÓR. ZIMA. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera stoi w cieniu po drugiej stronie ulicy, Michał – tuż przed kinem w
długiej kolejce po bilety. Jest w cywilnym ubraniu. Co jakiś czas dyskretnie
zerka na Wierę i uśmiecha się do niej. Nagle Michał zauważa idącą po drugiej
stronie ulicy, prosto na Wierę, piękną licealistkę Izę. Wiera odwraca się, by
tamta jej nie zauważyła. Na darmo. Michał widzi jak Iza zatrzymuje się przy
Wierze.
I Z A :
Dobry wieczór, pani (Wiera odpowiada z uśmiechem) Wybiera
się pani do naszego kina ?
W I E R A : (po rosyjsku)
Właśnie się zastanawiam...
I Z A :
Sama?
Bez tłumacza?
Tak dobrze mówi już pani po polsku ? Brawo,
jaka pani zdolna! Ale pewnie to również zasługa nauczyciela,
prawda ?
Michał widzi, że Iza na dobre przyczepiła się do Wiery, on tymczasem jest już
prawie przy kasie i zaraz powinni wchodzić na widownię. Gdy Michał płaci za
dwa bilety, Iza na szczęście już odchodzi. Michał idzie na drugą stronę ulicy,
zapala papierosa. Wiera stoi obok. Udają, że się nie znają.
M I C H A Ł :
Czego chciała ?
W I E R A :
Dowiedzieć się, kto będzie mi tłumaczył dialogi z filmu na
rosyjski.
M I C H A Ł :
Mała suka. Widziała mnie ?
W I E R A :
Nie, dlatego poszła.
Michał dyskretnie podaje jej bilet.
M I C H A Ł :
Wejdź pierwsza, zaraz dołączę.
W I E R A :
W kinie oczywiście siedzimy obok siebie przypadkowo. Nie znamy się
?
M I C H A Ł :
Tak.
SCENA 59.
PLENER. ZIMOWY OGRÓD HOTELU W
DAWNYM DOMU PRIJOMA. JESIEŃ. DZIEŃ.
WSPÓŁCZEŚNIE.
C Ó R K A :
Kiedy ich w końcu przyłapano ?
Część hotelowej restauracji jest całkowicie przeszklona. Kilka stolików
ustawiono między olbrzymimi roślinami. Przy jednym z nich siedzi Córka. Pije
wino. Jura siada po drugiej stronie stołu.
J U R A :
W sześćdziesiątym ósmym... Dokładnie w czasie interwencji w
Czechosłowacji.
C Ó R K A : (złośliwie)
Dokładnie w czasie agresji na Czechosłowację, chciałeś
powiedzieć !
Jura zgodliwie kiwa głową, że jest jak ona mówi. Córka pije wino.
C Ó R K A :
Po co mnie tutaj ściągnąłeś ? W imię czego przez tyle lat
upierałeś się, żebyśmy w końcu przyjechali tu razem ?
J U R A :
Grób Wiery jest daleko od nas, w obcym państwie...
C Ó R K A : (przerywa mu)
Ona tak wybrała.
J U R A :
... nie chcę, żeby był grobem samotnym, bez jednego
wspomnienia o nim...
C Ó R K A : (ostro)
To ja całe
dzieciństwo
byłam samotna.
Jak ja jej strasznie
współczułam, że umarła ! Kochałam ją najmocniej jak tylko
można, żeby w grobie nie było jej aż tak zimno… (załamuje się) i
strasznie. I
jak głupia tęskniłam za nią,
nawet chciałam umrzeć
żeby być z nią,
aż dowiedziałam się
od babci prawdy, że mama
(ironicznie) „popełniła samobójstwo”. Przez Polaka. I żebym tak
nie płakała, bo nie ma za kim, a tylko się wykańczam. Babcia
mnie ratowała, żebym nie zwariowała z żalu. T
akie są moje
wspomnienia o mojej mamusi! (dopija wino i nalewa sobie
drugie tyle) Byłam na jej grobie...wcześniej?
J U R A :
Zdążyliśmy raz. Po śmierci Wiery dostałem czterdzieści osiem
godzin, żeby odwieźć cię do Związku, do mojej mamy. Gdy
wróciłem, nie było już tematu ani Wiery, ani jego. Było:
wykonywać, bez prawa zadawania pytań ! Pewnie dlatego, że
cisnęły się ich tysiące, bo nikt nie wierzył w wersję oficjalną.
C Ó R K A :
Jakich „pytań” ? Jakie „tysiące” ?! Wszystko jest jasne: zdradziła cię i
zostawiła. Nie ma żadnych innych wersji.
J U R A :
Dlaczego jej tak nienawidzisz ? Ja mam sto razy więcej
powodów, ale…
C Ó R K A : (przerywa mu spokojnie)
Mnie wystarczy
ten
jeden. I jest ciągle świeży. Zostawiła mnie !
Wyrzuciła ze swojego życia jak śmieć ! Ważniejszy dla niej był
„miłosny zawód” – szydzi. Aż musiała się zabić z rozpaczy.
Właściwie powinnam zrobić to samo ! Też przeżyłam „miłosny
zawód”: porzucona przez matkę zostałam sama na tym
świecie.
Z tobą…
jako pocieszycielem !
Jura milczy.
SCENA 60.
PLENER. ULICA PRZED MIESZKANIEM
MATKI MICHAŁA. JESIEŃ. WIECZÓR.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Zapala się światło w jednym z pokoi mieszkania Matki Michała. Ale tylko
na chwilę. Córka Jury stoi po drugiej stronie ulicy i obserwuje kamienicę. Gdy
światło w pokoju gaśnie, zapala się światło na klatce schodowej. Córka
obserwuje rozjaśniony pion okien klatki schodowej. Otwierają się drzwi
kamienicy. Córka wpatruje się w postać starego mężczyzny wychodzącego z
budynku. Człowiek ten kuleje na prawą nogę. Córka nie może przełknąć śliny,
tak zaschło jej w gardle z przejęcia. Boi się, ale jednak rusza przed siebie.
Idąc drugą stroną ulicy wyprzedza starca, za skrzyżowaniem przechodzi
przez jezdnię i teraz idzie już prosto w jego kierunku. Widzi go dziesięć
metrów przed sobą. Osiem, sześć... Jednak strach ostatecznie zwycięża:
Córka z powrotem przechodzi na drugą stronę ulicy. Staruszek nie zwraca na
nią uwagi. Ogląda się dopiero wtedy, gdy słyszy, że ktoś za jego plecami
biegnie. To ucieka Córka.
SCENA 61.
WNĘTRZE. POKÓJ W HOTELU W
DAWNYM DOMU PRIJOMA. JESIEŃ. NOC.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Jura dopiero szarpnięty drugi raz budzi się i otwiera oczy. Przestraszony
patrzy na Córkę, która głośno mówi.
C Ó R K A :
To mógł być on, widziałam go ! Wyszedł z tego mieszkania. Dlaczego
ja nie wiem, że on żyje ? Dlaczego ?
Cisza panująca w hotelu potęguje głośność jej słów.
J U R A :
Nie byłem pewny
.
Nam w
tedy oficjalnie podano, że zginął w wypadku
samochodowym tuż za czeską granicą… Chociaż różnie się o
tym mówiło… Nawet, że sam się zabił…
C Ó R K A : (wchodzi mu w słowo)
Kuleje, ale poza tym ma się dobrze.
Wstaje i zaczyna krążyć po pokoju.
J U R A :
Poznał cię ?
C Ó R K A :
Nie, popatrzył i poszedł dalej.
J U R A :
Czyli to nie on. Na pewno. Jesteś dokładnie taka sama jak Wiera.
Poznałby cię.
C Ó R K A :
Nie jestem taka jak Wiera ! A on może nie chciał mnie poznać
? Bo po co ? Jest jak jest i niech już tak zostanie. Nie zmienimy
tego.
Wychodzi z pokoju ojca. Jeszcze tylko rzuca kpiąc gorzko.
C Ó R K A :
Urządziliście mi życie, że tylko was… po rękach całować, kochani
rodzice.
SCENA 62.
PLENER. ULICE I RYNEK LEGNICY.
WIOSNA. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Radziecki gazik jedzie z koszar w stronę centrum miasta tą samą drogą,
którą zawsze wozi Wierę na próbę (nie widzimy kto jest w środku gazika).
Kwitną forsycje. Kwiaciarki z ogrodowymi kwiatami namawiają mężczyzn do
kupowania kwiatów dla swoich pań…
SCENA 63A.
PLENER. WIDOK Z OKNA SALI PRÓB.
WIOSNA. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał patrzy przez okno - widzi gazik z żołnierzem
SCENA 63B.
WNĘTRZE. SALA PRÓB. WIOSNA. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał słysząc otwierające się drzwi odwraca się z uśmiechem.
Ma dla
Wiery wiosenne kwiaty.
Zamiast Wiery niespodziewanie widzi... Politruka.
P O L I T R U K :
Ale się pan ucieszył na mój widok, jak miło ! Warto było
osobiście się pofatygować.
Politruk chodzi po sali zaglądając w każdy kąt. Czuje się jak u siebie.
M I C H A Ł :
Dzień dobry. Przyjechał pan ocenić postępy Wiery ?
P O L I T R U K :
Wierzymy, że nasza Wiera jest coraz lepsza, bez sprawdzania !
Tym bardziej jest nam przykro, że musi zrezygnować z prób i
występu.
M I C H A Ł :
Jak to „musi” ? Tak sama z siebie „musi” ?
P O L I T R U K :
W pewnym sensie...
Michał ze zrozumieniem kiwa głową.
P O L I T R U K :
... jest zmuszona. (uśmiecha się) Nasza Wiera jest w ciąży...
Michał znieruchomiał z wrażenia i w ciszy czeka na dalsze słowa Politruka.
P O L I T R U K :
... niestety zagrożonej. Została natychmiast zatrzymana w
szpitalu na, to się nazywa, podtrzymaniu ciąży. Widzę, że jest
pan zaskoczony, nawet bardzo. Szok, co ?
M I C H A Ł : (opanowuje się)
Prace w toku, nic nie wspominała... – trudno się nie dziwić.
P O L I T R U K :
A niech pan sobie wyobrazi nasze zdziwienie, wprost olbrzymie !
Bo przecież wiemy dlaczego Jura nie poleciał w kosmos.
Wspominał czasami ?
M I C H A Ł :
Rzadko rozmawiamy, tyle co na uroczystościach.
P O L I T R U K :
Wstydliwy. Jura jest niepłodny. To zdecydowało. W kosmos
mogą latać tylko najlepsi i naprawdę w 100 % zdrowi. Państwo
radzieckie bada swoich obywateli wszechstronnie i gruntownie.
Teraz nie wiadomo co o tym wszystkim myśleć ? Czy pomyliła
się Centralna Komisja Lekarska... czy co ?
Politruk uśmiecha się do Michała prowokacyjnie. Michał wytrzymuje jego
spojrzenie.
M I C H A Ł :
W Polsce powiedzielibyśmy, że to cud i cieszylibyśmy się.
P O L I T R U K :
My się też cieszymy, ale w ZSRR w cuda nie wierzymy. To
wszystko, pożytecznie było znowu się z panem spotkać.
M I C H A Ł :
Dziękuję za informacje. Jak długo Wiera będzie w szpitalu ?
Chciałbym się z nią pożegnać... szkoda, że nie wystąpi.
P O L I T R U K :
Lekarze mówią, że może wystarczy miesiąc, a może potrzebne
będą trzy. Najważniejsze, żeby się urodziło zdrowe dziecko !
Jak nie liczyć, na festiwal nie zdąży ! Do widzenia.
Politruk wychodzi,
SCENA 63B.
WNĘTRZE. SALA PRÓB. WIOSNA. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał podchodzi do okna, widzi ten sam co zawsze radziecki gazik. Politruk
wsiada, gazik odjeżdża.
SCENA 63B.
WNĘTRZE. SALA PRÓB. WIOSNA. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał odprowadza ich wzrokiem, później patrzy w górę. Nagle, prawie
biegiem, rzuca się do drzwi. Po drodze sięga po płaszcz… i zatrzymuje się.
Musi się opanować. Po chwili uśmiecha się. Ma pomysł.
SCENA 64.
PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY -
SPACERNIAK. WIOSNA. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Widok z góry, przez okno sali oddziału położniczego: w szpitalnym
parku wybudowano spacerniak. Jest to fragment terenu otoczony wysokim
murem. Do środka wchodzi się i wychodzi wąską, metalową furtką. Siedmiu
pacjentów w piżamach i szpitalnych szlafrokach kończy właśnie spacer. Pod
eskortą dwóch żołnierzy, jeden ma broń, drugi prowadzi psa, podchodzą do
furtki i wychodzą ze spacerniaka. Żołnierz z psem, który wyszedł pierwszy,
zatrzymuje kolejno wychodzących pacjentów i dopiero, gdy na zewnątrz są
już wszyscy kieruje ich prosto do budynku szpitala. Idzie z nimi prowadząc
psa na krótkiej smyczy.
Żołnierz z bronią krzyczy za nim, żeby dał klucz od furtki, na co słyszy
bagatelizujące: - Jutro się zamknie !
Całej tej scenie przygląda się Wiera stojąca na wąskim tarasie przed
swoją salą. Gdy odchodzący od furtki Żołnierz z bronią patrzy na nią, Wiera
cofa się do sali.
SCENA 65.
WNĘTRZE. RADZIECKI SZPITAL
WOJSKOWY - SALA ODDZIAŁU
POŁOŻNICZEGO. WIOSNA. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jura idzie długim szpitalnym korytarzem. Co kilka metrów sprawdza
numery mijanych sal. W końcu zatrzymuje się przed właściwą. Ustępuje drogi
przechodzącemu lekarzowi. Odsuwa się by mogła przejść ciężarna.
Ostatecznie decyduje się. Wchodzi do sali. Wiera leży w łóżku. Jura siada
obok niej. Jest zdruzgotany. Chwilę siedzą w milczeniu.
W I E R A :
Jura...
J U R A :
Nic nie mów. Teraz nie powinniśmy się denerwować, dziecko
wszystko słyszy.
Wierze płyną łzy po policzkach.
J U R A :
Mam tylko jeden warunek: ten ktoś nie ma prawa zobaczyć
dziecka. Nigdy. Musisz mi to obiecać.
Ani razu!
W I E R A :
A ty zechcesz je zobaczyć ?
J U R A :
Poproszę lekarzy, żeby zatrzymali cię tutaj jak najdłużej,
najlepiej do końca ciąży.
Będziesz odizolowana.
W I E R A :
Jura, przepraszam cię, ale… (kiwa przecząco głową)
Jura wstaje i wychodzi bez pożegnania.
W I E R A : (głośniej)
Nie mogę ci
tego
obiecać... Jura, proszę, posłuchaj... !
Jura już od dawna nie słyszy jej słów, jest już daleko.
SCENA 66.
PLENER. TARGOWISKO. WIOSNA. DZIEŃ.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Marcowy, zimny dzień. Plac targowy. W każdy piątek życie aż na nim
kipi, w środy ruch jest trochę mniejszy. Jest środa, więc milicyjny samochód
bez problemu wjeżdża między prowizoryczne stragany pierwszych handlarzy.
Wysiadają z niego dwaj mundurowi i jeden cywil w kajdankach. Idą w głąb
placu. Ich pojawienie się wywołuje mały popłoch. Ludzie szybko coś chowają,
głównie radzieckie aparaty fotograficzne, zegarki, wojskowe lornetki, kawior.
Niektórzy natychmiast się oddalają. Tylko starzy Żydzi handlujący używanym
żelastwem, które zawsze może się do czegoś przydać i chłopi z furmankami
załadowanymi ziemniakami i kapustą zachowują spokój.
Patrol milicyjny
zmierza prosto do Pana Bali.
M I L I C J A N T I :
Obywatel Bala Jan ?
P AN BALA :
Tak.
M I L I C J A N T :
Jesteście oskarżeni o osłabianie zdolności obronnej Związku
Radzieckiego. Dokumenty poproszę.
P AN BALA :
Ja ? W jaki sposób, panie władzo ?
M I L I C J A N T I:
Ten obywatel (pokazują cywila, z którym przyjechali) został
zatrzymany z radziecką lornetką wojskową najnowszego typu.
Kupił ja u was (pokazuje lornetkę)
P AN BALA :
U mnie ? Ja handluję tylko jabłkami. Gdzieżby zresztą Ruscy
sprzętem handlowali, a zwłaszcza że to jest przydział
komandirskij (pokazuje oznakowanie na lornetce) Może
obywatel ją gdzieś znalazł i trzeba jak najszybciej odwieźć im
zgubę na lotnisko...
Gdy Michał zbliża się, Milicjanci kończą rewizję straganu. Oddają
Panu
Bali
dokumenty i odchodzą w stronę samochodu. Pijak odprowadza ich
wzrokiem i zauważa Michała. Daje mu znak, by podszedł.
P A N B A L A:
Będę miał w piątek, ale nie tutaj, sam widzisz – pokazuje głową
odchodzących milicjantów.
M I C H A Ł :
To gdzie ?
P A N B A L A :
Około szóstej przed spółdzielnią ?
M I C H A Ł :
Może być. Czego
chcieli
? Bo coś strasznie wkurwieni byli.
P A N B A L A :
Lornetki.
Chłopaka tylko szkoda. Ruscy wrobią go we wszystko co
sprzedali w ostatnim miesiącu.
W tym czasie
Pan Bala
wyciąga sznurek wpuszczony w spodnie. Na jego
końcu jest sakiewka.
Pan Bala
trzyma w niej owinięte w papierki i wycenione
precjoza jubilerskie.
P A N B A L A :
Nie wolisz kolii ? Mam ekstra.
M I C H A Ł :
Nie.
P A N B A L A :
No to wybieraj, chociaż osobiście polecam ci to (pokazuje pierścionek).
Prawdziwe białe złoto, a kamień nazywa się „Serce pustyni”.
Powiem szczerze, tanio dostałem, niedrogo oddam.
M I C H A Ł :
Od Ruskich ? Takie cacko ?
P A N B A L A :
(potakuje)
Jeden pułkownik dał w zastaw i już się nie zgłosił.
Michał z coraz większym przekonaniem ogląda złoty pierścionek. Podoba mu
się.
P A N B A L A :
Rozmiar czapki jeszcze mi tylko podaj.
SCENA 67.
WNĘTRZE. RADZIECKI SZPITAL
WOJSKOWY -SALA ODDZIAŁU
POŁOŻNICZEGO. WIOSNA. WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera leży z zamkniętymi oczami, jakby spała, ale przecież nie śpi.
Podchodzi do niej PACJENTKA I.
P A C J E N T K A I :
Wiera, nie możesz cały czas leżeć z zamkniętymi oczami.
Popatrz chociaż trochę na świat.
P A C J E N T K A II : (śmiejąc się)
Bo nawet nie widzisz jak ci brzuch rośnie !
Wiera nie reaguje. Leży obojętna i obolała. Koleżanki pacjentki rezygnują ze
swoich wysiłków dodania jej otuchy i wracają do łóżek. Pacjentka I po drodze
otwiera okno, wciąga głęboko powietrze.
P A C J E N T K A I :
Wiosna, miłe panie, trzeba o następnych dzieciach myśleć. Kraj
jest po wojnie, potrzebuje ludzi. A i przyjemność jakaś z tego
zawsze jest!
Pacjentka II śmieje się lubieżnie, koleżanki jej dogadują, ale już po chwili
zajmują się gazetami i listami. Wtedy Wiera niespodziewanie słyszy, że na
zewnątrz ktoś cichutko gwiżdże jej ulubioną melodię
„Jaki śmieszny jesteś
pod oknem”
. Wiera przechyla głowę, by się upewnić, że to nie omam...
SCENA 68.
PLENER. ULICA ZŁOTORYJSKA. WIOSNA.
WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jura idzie na tle charakterystycznego muru radzieckich koszar. Spieszy
się. Tuż za bramą radzieckiej jednostki samochodowej przechodzi na drugą
stronę ulicy i wchodzi w długą aleję zamkniętą na końcu wielką metalową
bramą z czerwoną gwiazdą, wartownią i kolejnym murem. Jura idzie w stronę
wartowni. Jeszcze bardziej przyspiesza.
SCENA 69 A. PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY -
OGRÓD SZPITALNY. WIOSNA. WIECZÓR.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Michał i Wiera całują się tak zachłannie, że jeszcze chwila, a udusiliby
się nawzajem. Wiera jest szczęśliwa, a Michał wzruszony i uradowany.
M I C H A Ł :
Wykrakałaś to swoje „Więc dróg poznaj sto...”.
Wiera uśmiecha się i ogląda go z wszystkich stron dotykając munduru.
W I E R A :
Autentyczny ! Skąd wziąłeś nasz mundur ? Sajat ci pożyczył ?
M I C H A Ł :
Gdzie Sajat, a gdzie ja ? (pokazuje małego i dużego) Zresztą
pożyczek nie znoszę. Kupiłem !
Wiera patrzy zdziwiona.
M I C H A Ł :
Mogą Cię tu trzymać nawet kilka miesięcy, przyda się nie raz, nie dwa.
SCENA 69 B. PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY –
BRAMA GŁÓWNA. WIOSNA. WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jura mija salutujących wartowników przy głównej bramie i skręca w
stronę potężnych budynków szpitala. Idzie nadal bardzo szybko. Jest czymś
wzburzony i głęboko poruszony.
SCENA 69 C. PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY –
OGRÓD SZPITALNY. WIOSNA. WIECZÓR.
LATA SZEŚDZIESIĄTE.
Wiera pyta z niedowierzaniem i wielką nadzieją jednocześnie.
W I E R A :
I będziesz tu do mnie tak przychodził ?
M I C H A Ł :
Chyba, że mnie wygonisz.
Wiera przytula się do niego. Jest wzruszona.
W I E R A :
Mogą cię złapać, albo ktoś cię rozpozna...
M I C H A Ł :
Jakby się ludzie cały czas bali, to do dzisiaj nie zeszliby z
drzewa.
W I E R A :
Ale nie trzeba od razu schodzić na trawnik prosto pod oknami
Polikliniki. Chodź.
Wiera prowadzi go w głąb szpitalnego ogrodu.
SCENA 69 D. PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY –
SPACERNIAK. WIOSNA. WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Gdy wychodzą zza ściany jednego ze szpitalnych budynków, mają
przed sobą oświetlony placyk. Nagle zaczynają szczekać psy. Zamknięte
gdzieś w budach, wywęszyły ich. Wiera i Michał szybko kryją się w nocnym
cieniu starych krzaków i wysokich drzew. Idą dalej. Po kilku krokach zaczyna
majaczyć przed nimi wysoki na trzy metry betonowy mur. Michał jest
zaskoczony.
M I C H A Ł :
Co to jest ?
W I E R A :
Spacerniak.
M I C H A Ł :
W szpitalu ?
W I E R A :
Obok jest oddział dla umysłowo chorych. Przyprowadzają ich tutaj w
ciągu dnia.
W tym czasie obchodzą jeden bok muru i dochodzą do wąskiej, metalowej
furtki. Nie jest zamknięta na klucz. Mogą wejść do środka, a tam już ich nikt
nie znajdzie. Natychmiast zaczynają się znowu całować, więc Michał nie ma
szansy, żeby zobaczyć, gdzie się schowali.
SCENA 69 E. PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY –
BUDYNEK POLIKLINIKI. WIOSNA. WIECZÓR.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jura idąc między budynkami dwóch innych oddziałów dochodzi do
placyku przed oddziałem położniczym. Nad ładnymi, szerokimi drzwiami
widać napis Poliklinika. Na podjeździe przed wejściem stoi wojskowa karetka
pogotowia, z której dwóch sanitariuszy prowadzi na oddział kobietę, w
wysokiej ciąży. Jura wchodzi do środka jeszcze bardziej przyspieszając.
Słychać płacz noworodków.
SCENA 69 F. PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY –
SPACERNIAK. WIOSNA. WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera stoi przed Michałem i wpatruje się w niego jakby cały czas nie
wierzyła, że przyszedł, że jest obok niej.
W I E R A :
W niedzielę jest najmniej ludzi, po kolacji to już zupełnie pustki.
A teraz już idź. Proszę cię , idź...
M I C H A Ł :
Jest jeszcze jeden drobiazg. Dosłownie.
Michał z kieszeni wyciąga pluszowe etui. Podaje jej. Wiera otwiera i widzi
pierścionek „Serce pustyni”.
W I E R A :
Michał ...może lepiej nic nie będę mówiła... (ogląda na palcu)
Jest piękny.
M I C H A Ł :
Miało być żartem i po koleżeńsku, ale już nie jest. Wiero, to jest
oficjalny zaręczynowy pierścionek. Musisz powiedzieć czy go
przyjmujesz ?
Wiera natychmiast całuje go. Płacze.
W I E R A :
Sto razy i jeszcze sto. (znowu ogląda) Tylko gdzie ja go
schowam? W szpitalu zaraz zauważą. W domu Jura...
M I C H A Ł :
Wcześniej czy później będą musieli zauważyć. Jeżeli się
zgodzisz.
Michał patrzy na nią poważnie. Wiera czeka na jego dalsze słowa.
M I C H A Ł :
Jeżeli trzeba będzie wystąpię z wojska. Wyjedziemy na drugi
koniec Polski. Skończyłem średnią szkołę muzyczną, wrócę do
konserwatorium, jednocześnie będę pracował – damy radę !
Wiera milczy, Michał zaczyna się bać, że ona tego nie chce.
M I C H A Ł :
Oczywiście nie teraz ! Teraz najważniejsze jest, żebyś
szczęśliwie urodziła i się nie denerwowała... Ale chcę, żebyś
już od dzisiaj wiedziała... że nie jesteś sama.
Przytula ją.
W I E R A :
Czy to się uda ?
M I C H A Ł :
To już się udało... skoro tak pytasz.
Widzimy ich z góry – przytulonych i szczęśliwych - jak stoją na środku
kwadratowego trawnika otoczonego trzymetrowym betonowym murem
posypanym tłuczonym szkłem. Zza muru słychać bliskie szczekanie kilku
dużych psów.
Jest to widok z balkonu sali Wiery, taki sam jak wtedy, gdy
Wiera patrzyła na wychodzących ze spacerniaka umysłowo chorych
pacjentów. (sc. 64)
SCENA 70.
WNĘTRZE. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY
- SALA ODDZIAŁU POŁOŻNICZEGO .
WIOSNA. WIECZÓR. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera wraca do sali. Jest w zupełnie innym nastroju niż jeszcze godzinę
temu, tym bardziej zaskakuje ją smutek, przygnębienie i łzy koleżanek.
Podchodzi do drzwi balkonowych, zamyka je.
W I E R A :
Co się stało ? Dziewczyny... Same mówiłyście, wiosna jest
trzeba się cieszyć!
Pacjentka I ledwo może wyksztusić.
P A C J E N T K A I :
Był twój mąż...
W I E R A :
(cicho)
I co ? Mów.
P A C J E N T K A I :
Obleciał korytarze, sprawdził na balkonie, teraz
poszedł cię
szukać na zewnątrz
.
Powiedział nam ...dzisiaj zginął w
katastrofie Jurij Gagarin.
Rozumiesz,
Jurij Gagarin nie żyje.
SCENA 71.
WNĘTRZE. DOM WIERY. WIOSNA.
WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jura siedzi w ich pokoju jak skamieniały. Ciężko oddycha po biegu.
Nagle wstaje i z bezwzględną chłodną metodycznością zaczyna rozwalać
wnętrze. Tłucze i łamie wszystko co się da rozbić i połamać. Wpadają Sajat i
Nowa.
S A J A T :
Opanuj się ! Piloci rzadko dożywają emerytury. Taki macie
zawód.
N O W A :
A co dopiero kosmonauci, Jura, sam wiesz.
Oplatają go sobą z dwóch stron. Uwięziony tak Jura uspakaja się i zaczyna
mówić.
J U R A :
Poszedłem jej powiedzieć, kiedyś go poznała... Jurij nachwalić
się jej nie mógł... był nią zachwycony.
S A J A T :
Siadaj, napijemy się.
J U R A :
Nie.
S A J A T :
Trzeba się napić za spokój przyjaciela.
J U R A :
Nie mogę. Gagarin wymyślił, że jak któryś z nas zginie, to drugi
nie tknie już wódy. Ani grama. (milczy) Poszedłem do szpitala,
żeby ją uprzedzić …i pocieszyć, gdyby w radio usłyszała
komunikat... a ona ... po prostu już jej nie było. Poszła…
Sajat i Nowa rozumieją, że jest jakiś problem w małżeństwie sąsiadów, ale nie
orientują się dokładnie jaki. Może Nowa wie trochę więcej...
N O W A :
Nie widziałeś jej ? Niemożliwe…
J U R A :
Można powiedzieć… tylko z daleka.
N O W A :
I nie podszedłeś do niej ?
SCENA 69 G. PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY –
SPACERNIAK I PARK SZPITALNY. WIOSNA.
WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jura rozgląda się po skwerze przed budynkiem Polikliniki. Pusto. Idzie
dalej wzdłuż zakratowanych okien, za których słychać szczekające psy. Widzi
przed sobą wysoki mur spacerniaka i wychodzącą zza niego Wierę. Sekundę
po Wierze zza muru wyłania się mężczyzna w mundurze radzieckiego oficera.
Żegnają się, następnie Wiera idzie szybko do budynku szpitala. Oficer
gwiżdże w tym czasie jakąś nie znaną Jurze melodię. Gdy Wiera znika, on też
zaczyna odchodzić. Jura rusza za nim. Chce zobaczyć, kto to jest. Lekko, ale
żeby go nie spłoszyć, przyspiesza.
Placyk przed budynkiem oddziału zakaźnego jest dobrze oświetlony.
Tablice ostrzegają przed wstępem. Michał mija plac światła idąc cały czas w
ciemnościach i dochodzi do ukrytej za krzakami dziury w płocie. Już
bezpieczny odwraca się, by spojrzeć na główny budynek szpitala, w którym
zniknęła Wiera. Jest szczęśliwy. W tym właśnie momencie jego odwróconą
twarz widzi Jura i
jest już pewny: mężczyzną, z którym spotkała się Wiera jest
Polak, Michał Janicki, ubrany w mundur radzieckiego oficera !
SCENA 72.
PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY –
SPACERNIAK. JESIEŃ. DZIEŃ.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Sfora dużych psów biegnie prosto na nich. Jura i Córka stoją bez ruchu.
STRAŻNIK uspokaja swoje stado.
C Ó R K A :
Swoją drogą , skąd ich tutaj aż tyle ? I po co ?
S T R A Ż N I K :
Tu jest sześć hektarów terenu. Ludzie nie upilnują, chyba że Bóg wie
ilu. A psy są wasze. Ruscy je zostawili jak wyjeżdżali. O tego
czasu same się rozmnażają.
Córka, Jura, Strażnik stoją przed murem z metalową furtką dawnego
spacerniaka.
C Ó R K A :
A po co w szpitalu potrzebne były psy ?
S T R A Ż N I K :
Do konwojowania wariatów jak szli tu na spacer.
C Ó R K A :
Możemy wejść do środka ? - pokazuje spacerniak.
S T R A Ż N I K :
Tylko ostrożnie, żeby psy nie wbiegły.
Wchodzą razem na teren spacerniaka zamykając za sobą furtkę. Widzimy ich
z góry otoczonych murem. Córka podchodzi do jednego z drzew, za nią –
Strażnik. Córka przygląda się drutowi kolczastemu gęsto oplatającemu pień
drzewa aż po jego koronę. Słyszy wyjaśnienie:
S T R A Ż N I K :
Żeby wariaci nie uciekali po drzewach. A teraz to się tylko psy ranią.
SCENA 73.
WNĘTRZE. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY
– KORYTARZ I SALA ODDZIAŁU
POŁOŻNICZEGO. JESIEŃ. DZIEŃ.
WSPÓŁCZEŚNIE.
Sfora psów biega ujadając po pustych salach i blisko trzystumetrowym
korytarzu.
C Ó R K A :
(do Jury) Nie pamiętasz, w której leżała sali ? Przecież przychodziłeś
tutaj.
Koleżanka mamy z sali opowiedziała mi jak w
dniu
śmierci Gagarina szukałeś jej (pokazuje:) tu, tam, znowu tu…
(do Strażnika:) Pan wie kiedy zginął Jurij Gagarin ? (Strażnik
przecząco kiwa głową) Dwudziestego siódmego marca
sześćdziesiątego ósmego roku. Stare historie, co ? I nudne.
Jura i Strażnik stoją na skrzyżowaniu pustych korytarzy otoczeni byłymi
salami chorych. Córka chodzi wokół nich. Zagląda do pustych sal i cały czas
mówi, jak przewodnik w muzeum.
C Ó R K A :
Ale nie dla mojego ojca. Dla niego to był naprawdę czarny dzień.
J U R A :
Nie tylko dla mnie. Cały świat wtedy płakał. Rosjanie oczywiście
najdłużej.
C Ó R K A : (ze zjadliwą uprzejmością)
Ale nikt tak jak ty.
SCENA 74.
WNĘTRZE. SZTAB PGWR. GABINET
POLITRUKA. LATO. NOC. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Sajat stoi na środku pokoju. Pracuje staroświecki wentylator. Politruk w
rozpiętym mundurze chodzi sobie tam i z powrotem, zupełnie jakby był na
spacerze.
P O L I T R U K :
Lato u nich w tym roku jak w Moskwie. W dzień żar, w nocy upał.
Pokój jest olbrzymi, można by po nim nawet na rowerze jeździć. Politruk z
jego jednego końca przynosi na biurko dodatkową lampę i włącza ją, z
drugiego końca – służbowy skoroszyt, z którego wyciąga jakiś ozdobny druk,
coś, co wygląda jak dyplom. Sajat obserwuje go bez słowa. Politruk z dużą
dbałością ustawia „dyplom” w świetle przyniesionej lampy. Zadowolony z
efektów swej aranżacji mówi:
P O L I T R U K :
Proszę podejdźcie, towarzyszu, do biurka.
Sajat podchodzi.
P O L I T R U K :
Proszę, spójrzcie. Niebrzydka rzecz, prawda ?
Sajat widzi na blacie biurka polski, sądząc po użytych symbolach, religijny
„dyplom”.
S A J A T :
Jakiś zabytek ? Nie znam polskiego.
P O L I T R U K :
Naprawdę nie poznajecie ? Jeszcze nie macie kopii ? Skandal
! Wprost międzynarodowy.
S A J A T :
Dlaczego miałbym mieć ?
P O L I T R U K :
Ten idiota, polski ksiądz, chwali się waszym ochrzczonym
synem prawie w każdym kazaniu ! Jesteście już symboliczną
rodziną, otuchą dla bojaźliwych i oparciem dla wątpiących !
Alleluja !
S A J A T :
Wymyślił to sobie dla swojej religijnej propagandy, nic więcej.
Powinno się go przywołać do porządku.
P O L I T R U K :
Polacy go przywołają (sięga po „dyplom”) On sporządził dla
waszego syna pamiątkowy akt chrztu, katolickiego chrztu.
Wyznajecie religię naszych odwiecznych wrogów, wystarczy
wymienić Niemców, Francuzów...
S A J A T :
Sfałszowany !
P O L I T R U K :
Ale się na was uwziął ten polski księżulo. I jak on was wypatrzył
? Poznał imię, nazwisko, imię ojca ?
Zapada martwa cisza.
P O L I T R U K : (z troską)
A swoją drogą, parszywe imię wybraliście dla pierworodnego:
Michał ! Oj, towarzyszu, dziecka własnego nie kochacie ? Ale
to wasza sprawa. Weźcie oryginał, skoro nie macie kopii.
Sajat ani drgnie. Patrzy na akt chrztu, na Politruka.
P O L I T R U K :
Inaczej zniszczę.
S A J A T :
Co mam zrobić ?
P O L I T R U K : (ze słodkim uśmiechem)
Chcę wiedzieć wszystko o rodzicach chrzestnych waszego
Miszki. (wylicza:) Wiera , ten Polak..., Jury też nie da się
wykluczyć. I tylko pod tym warunkiem pozwolę wam zostać w
Legnicy, inaczej w czterdzieści osiem godzin pojedziecie na
drugi koniec naszej wielkiej ojczyzny, naprawdę wielkiej,
towarzyszu katoliku. Jeszcze nie wiecie w co wdepnęliście i z
kim, ale się zaraz dowiecie. Na początek mały szczególik o
Jurze, jako mężczyźnie. To nas właśnie naprowadziło na trop.
SCENA 75.
PLENER. RADZIECKIE OSIEDLE
WOJSKOWE – ODLEGŁA ULICA. LATO.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jest upalny, słoneczny dzień. Nowa ze swoim kilkumiesięcznym
synkiem w wózku spaceruje ulicami. Rozgląda się jakby kogoś wypatrywała.
Od strony koszar na rowerze nadjeżdża Sajat. Oboje skręcają w pierwszą
przecznicę. Rozglądają się czy nikt ich nie widzi i nie słyszy.
Nowa odwija kocyk okrywający synka i pokazuje
plik zaadresowanych
po rosyjsku
kopert
spiętych gumką aptekarską.
S A J A T :
Co to jest ?
N O W A :
To są jej listy do córki. Wyjaśnia jej wszystko krok po kroku.
Pisała przez całą ciążę. Taki głupi sentymentalizm. Zawsze ci
powtarzam: nic nie pisać, żadnych śladów !
S A J A T :
Gdzie je trzyma ? A jak zobaczy, że zniknęły ?
N O W A :
Ja mam je na przechowaniu. Zdecydowała, że tak będzie bezpieczniej.
Sajat przez moment patrzy żonie w oczy, ale szybko spuszcza głowę.
N O W A :
Pierwszy trzeba tylko zniszczyć, na szczęście nie numerowała.
S A J A T :
Dlaczego... tylko pierwszy ?
Sajat stuka rulonem listów w mijany płot.
N O W A :
Najpierw opisuje w nim chrzest naszego Miszy, a dopiero dalej
jest o całowaniu się z Michałem i co wtedy poczuła. W
następnych już na szczęście o nas nie wspomina.
S A J A T :
A może powinniśmy zniszczyć wszystkie ?!
Nowa wyrywa mężowi rulon listów, bo boi się, że ten je zniszczy stukając nimi
w sztachety z coraz większą siłą. Wybucha:
N O W A :
Szkoda ci ich, tak ? Bo to taka wielka miłość ! Ty się martw o
rodzinę, o syna. (dyszy) Nie można inaczej, nie rozumiesz? Po
prostu nie można, bo będzie po nas...
Nowa zaczyna płakać, ale widać, że nie zmieni decyzji.
S A J A T :
Nasz syn nosi jego imię…
N O W A :
Dlatego mają razem przepaść ?
SCENA 76.
WNĘTRZE. RADZIECKI SZPITAL
WOJSKOWY - SALA ODDZIAŁU
POŁOŻNICZEGO. LATO. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Do sali z impetem wchodzi Politruk.
P O L I T R U K :
Dzień dobry paniom ! Nasza Wiera podobno leży pod
kroplówką, więc pofatygowałem się do niej osobiście, proszę
bardzo. A tyle złego mówi się o mężczyznach. Będą panie tak
miłe (uśmiecha się triumfująco) udać się na spacer !
P A C J E N T K A II :
A śniadanie ?
P O L I T R U K :
Jest dzisiaj opóźnione, z ważnych powodów. Proszę nie dać się
dwa razy prosić !
W sali jest oprócz Wiery są jeszcze trzy pacjentki, wszystkie czekają na poród
i są w wysokiej ciąży. Powoli zbierają się, by wyjść na korytarz. Wiera otwiera
oczy i mówi normalnym, spokojnym głosem.
W I E R A :
Ninoczka, zaczęło się.
Pacjentka I patrzy na nią zaskoczona. Szybko podchodzi i podnosi
przykrywającą Wierę kołdrę.
P A C J E N T K A I :
Wiera zaczyna rodzić ! (wybiega na korytarz i woła:) Aleksandro
Matwiejewna, wołajcie lekarzy ! Szybko !
Do sali wpada pielęgniarka - położna, Aleksandra Matwiejewna, szybko
orientuje się w sytuacji.
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A : (do Politruka)
Niech pan wyjdzie !
Politruk jest wściekły, że akurat tak się mu Wiera wymyka.
P O L I T R U K :
Ja tylko na dwie minuty !
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A :
Nie rozumie pan, że ona rodzi
, towarzyszu
?!
P O L I T R U K : (wściekły)
Kurwa !
Politruk wychodzi. Do sali wbiega następna pielęgniarka, za nią po sekundzie
– lekarz. Uspokajają salę i przystępują do zwyczajowych czynności.
SCENA 77.
PLENER. ULICA ZŁOTORYJSKA. LATO.
WIECZÓR. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Ulica jest bezludna. Tylko z koszar jednostki samochodowej po lewej
stronie wyjeżdżają wojskowe gaziki, ciężarówki z żołnierzami, ciągnące za
sobą haubice, samochodowe stacje radarowe, wozy pancerne, działa
samobieżne. Powietrze wypełnia huk latających helikopterów. Michał, w
mundurze radzieckiego oficera, idzie szybkim krokiem wzdłuż
charakterystycznego betonowego muru w stronę szpitala.
Michał jest kilkanaście metrów przed boczną uliczką prowadzącą do
szpitala, gdy widzi jak wyjeżdżają z niej trzy wojskowe ambulansy medyczne.
Jednocześnie Michał zauważa, że uliczka do szpitala jest zablokowana.
Warty są nawet w podwojonej obsadzie. Michał rozumie, że coś się dzieje, ale
jest za późno, by się cofnąć, decyduje się więc iść prosto i ominąć
wartowników... jakby nigdy nic.
Jest już kilka kroków za nimi, kiedy słyszy wezwanie do zatrzymania.
Odwraca się. W jego stronę biegnie dwóch żołnierzy z bronią i OFICER
DYŻURNY. Michał zatrzymuje się i uspokaja się, że to jeszcze nic złego, że to
patrol wartowniczy wykonuje po prostu swoje rutynowe obowiązki. Patrol
dochodzi do niego. Oficer melduje się regulaminowo i mówi:
O F I C E R D Y Ż U R N Y :
Towarzyszu lejtnancie, proszę pokazać przepustkę i podać wasz
przydział alarmowy.
Patrzą na siebie. Jeden z szeregowców odzywa się z najwyższym
zdumieniem.
S Z E R E G O W I E C :
Przecież on nie jest nasz !
Żołnierze kierują w jego stronę broń.
SCENA 78.
WNĘTRZE. RADZIECKI SZPITAL
WOJSKOWY - IZBA WYPISÓW. LATO.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Wiera, pełna energii i zdecydowania, zawiązuje becik ze swoją
córeczką. Odprowadzają ją i pomagają koleżanki Pacjentki oraz pielęgniarka
Aleksandra Matwiejewna, która zauważa pierścionek na palcu Wiery.
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A :
Jaki piękny. Nie miałaś go wcześniej...
P A C J E N T K A I : (oglądając dłoń Wiery)
Rzeczywiście cudo.
W I E R A :
Kamień nazywa się „Serce pustyni”. Dostałam za urodzenie
córki.
P A C J E N T K A I :
Ciekawe co byś dostała za chłopaka ?
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A :
Karabin.
Śmieje się. Wiera cmoka w buzię swoją córeczkę i głosem pełnym miłości
oświadcza.
W I E R A :
No, maleńka, miej oczy szeroko otwarte, wychodzimy.
Wiera żegna się z Pacjentką I i Aleksandrą Matwiejewą, z nią szczególnie
serdecznie.
A L E S K S A N D R A M A T W I E J E W N A :
Sama będziesz szła do domu ?
W I E R A :
Widocznie tak trzeba, Aleksandro Matwiejewna.
A L E K S A N D R A M A T W I E J E W N A:
Gdybyś potrzebowała czegokolwiek...
W I E R A :
Wiem.
W letnim płaszczyku, z torbą i becikiem na lewej ręce Wiera wychodzi z Izby
Wypisów, a potem długim korytarzem ze szpitala.
SCENA 79.
PLENER. RADZIECKI SZPITAL WOJSKOWY
– PLAC PRZED ODDZIAŁEM POŁOŻNICZYM.
LATO. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Na podjeździe czeka na nią Jura. Zaczyna szybko się tłumaczyć, jakby
zagadywał swą niepewność: czy mają się pocałować na powitanie, czy nie ?
J U R A :
Cały czas mamy loty albo alarmy, dosłownie nie miałem wolnej
godziny, nawet żeby kupić wózek, przepraszam.
W I E R A : (pogodnie)
Nie szkodzi. Nie jest daleko.
J U R A : (wyciąga rękę)
Daj, pomogę ci...
Nie jest jasne czy myśli o torbie, czy o dziecku ? Wiera wręcza mu torbę.
Przez moment patrzą sobie w oczy. Ruszają do domu. Dosyć długo idą w
milczeniu skwerem przed Polikliniką.
J U R A :
Co teraz będzie ?
W I E R A :
Właśnie, co teraz będzie ?
Idą chwilę w milczeniu.
J U R A :
Musimy porozmawiać…
W I E R A :
Wiem. Jak tylko dojdziemy do domu Nie chcę płakać na ulicy.
J U R A : (po chwili )
Ani ja.
A jednak oczy Wiery zaczynają błyszczeć od napływających łez. Jura to widzi.
SCENA 80.
PLENER. RADZIECKIE OSIEDLE WOJSKOWE
- ODLEGŁA ULICA I ULICA PRZED DOMEM
WIERY. LATO. DZIEŃ. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jura i Wiera niosąca córeczkę idą obok siebie. Nie widzą, że jakieś
dwieście metrów przed nimi w ulicę wjeżdża wojskowa ciężarówka. Toczy się
powoli w ich stronę. Co kilka metrów wyskakują z niej żołnierze w pełnym
wyposażeniu, łącznie z bronią, i z czerwonymi opaskami na ramionach.
Rozbiegają się po obu stronach ulicy. Gdy ciężarówka podjeżdża bliżej
orientujemy się, że po spieszeniu się żołnierze biegną do pojedynczych
domów i ostro pukają do ich drzwi. Dowódcą alarmowego plutonu jest Sajat.
Zauważa on Wierę i Jurę. Ciężarówka ostro rusza w ich stronę. Hamuje też
przed nimi. Z szoferki wyskakuje podenerwowany Sajat.
S A J A T :
Jura, mamy czerwony alarm ! Natychmiast na lotnisko !
Obsługa już przygotowuje twój samolot !
J U R A :
Wiera właśnie wyszła ze szpitala, podrzućmy ją tylko do domu...
S A J A T :
Ochujałeś ?! Czerwony alarm ! Wojna może będzie !
Sajat ani razu nie patrzy na Wierę, ani na dziecko, jakby ich tu w ogóle nie
było. Wiera zaś przygląda się mu coraz uważniej.
J U R A : (ostro)
Dziękuję za powiadomienie, towarzyszu lejtnancie. Zamelduję
się przy maszynie w czasie określonym regulaminem ! Czołem.
Wiera, idziemy.
Jura ujmuje żonę pod ramię i oboje ruszają w stronę domu, teraz już tylko
szybkim krokiem. Sajat patrzy za nimi, później spuszcza głowę. Podbiega do
niego dowódca pierwszej drużyny i melduje, że wszyscy oficerowie z tej ulicy
zostali już powiadomieni.
W całym osiedlu trwa gorączka alarmu. Jura z Wierą idą coraz szybciej,
w końcu dochodzą do ich domu. W oknie widzą Nową, która natychmiast się
chowa.
W I E R A :
Dziękuję, że mnie odprowadziłeś... (uśmiecha się gorzko)
mimo wojny. A teraz uważaj na siebie.
J U R A :
Będę. A ty się o nic nie bój. Jutro porozmawiamy o wszystkim.
Jura patrzy w okno, Wiera – za nim. Nowa stoi za firanką. Myśli, że jej nie
widać.
J U R A :
Chciałbym cię pocałować, na do widzenia, ale może lepiej jak wrócę…
wtedy na dzień dobry, co ?
W I E R A :
Dobrze. Idź już. Pamiętaj, uważaj na siebie.
Jura rusza w stronę lotniska, jeszcze się tylko raz odwraca.
J U R A :
Wybrałaś już imię dla małej ?
Wiera przecząco kiwa głową.
J U R A :
Gdyby ode mnie zależało to: Wiera ! Tylko Wiera !
Odwraca się i już z pełną szybkością biegnie do koszar.
SCENA 81.
PLENER. RADZIECKIE WIĘZIENIE-
POSTERUNEK ZEWNĘTRZNY. ULICA
DOJAZDOWA. BRAMA GŁÓWNA. LATO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Podjeżdża gazik z aresztowanym Michałem. Żołnierze patrolu
wprowadzają go do środka.
SCENA 82.
WNĘTRZE. RADZIECKIE WIĘZIENIE. LATO.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Jego buty są już bez sznurowadeł, zabrano mu pasek i krawat. Na
blacie przed nim leży zawartość jego kieszeni i zegarek. Jeden przedmiot
zwraca szczególną uwagę, jest to... dziecięca grzechotka. Oprócz Michała w
pokoju są jeszcze dwaj oficerowie KGB. Nikt nic nie mówi. Czekają. Po chwili
wchodzi Towarzysz Kapitan. Oficerowie KGB zrywają się do meldowania.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Spocznij. Siadajcie. (obchodzi krzesło z siedzącym Michałem)
Oto nasz szpieg. Sympatyczna buzia, nie uważacie ? Rozkujcie
go.
Wezwany z korytarza wartownik rozkuwa Michała.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Co wiemy ?
O F I C E R K G B I :
Polski oficer, Michał Janicki, z tutejszej jednostki. Skąd ma nasz
mundur, czy szedł do naszych koszar czy do szpitala i po co ? –
nie chce powiedzieć.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Polskie władze powiadomione ?
O F I C E R K G B II :
Dowódca jego jednostki
,
szef ich wywiadu
i Sekretarz Partii
będą
o dziesiątej . Rozpoczęli już śledztwo po swojej stronie.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Jasne. A my co uważamy ?
Oficer KGB I podaje mu kartkę.
O F I C E R K G B I :
To kilka możliwych tropów.
Towarzysz Kapitan czyta. Odkłada kartkę na blat biurka i wtedy zauważa
grzechotkę. Bierze ją do ręki , potrząsa.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
To jego ? (oficerowie potakują) Sprawdzaliście zawartość ?
O F I C E R K G B II :
Nic specjalnego, plastik i groch.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N : (potrząsając grzechotką)
Tak myślałem. (siada przed Michałem) Panie oficerze, znam
pańskie nazwisko od jakiegoś już czasu, ale proszę mnie
upewnić. Czy to pan po służbie, tak społecznie, akompaniuje na
fortepianie śpiewakom ?
Michał jest zaskoczony celnością i wieloznacznością pytania.
Towarzysz
Kapitan zapala papierosa.
M I C H A Ł :
Tak, chórowi i solistom.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Jasne. Czyli trochę artysta, prawda ? (pyta dobrotliwie)
Michał nie odpowiada.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Więc słuchajcie, panie oficerze, kiedy indziej może byśmy z tego
zrobili głupi wybryk, alkoholowe maskarady polskiego artysty,
ale dzisiaj rano wojska Układu Warszawskiego wkroczyły do
Czechosłowacji. Obowiązują nas wojenne procedury śledcze i
wojenny kodeks karny. Będziecie oskarżeni o szpiegostwo.
Oczywiście przez polskiego prokuratora i przed polskim sądem,
chociaż w tym wypadku nie ma znaczenia jakim się posłużymy
językiem.
Towarzysz Kapitan uśmiecha się bawiąc grzechotką.
SCENA 83.
PLENER. TARGOWISKO. LATO. RANO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Pan
Bala wjeżdża pchając swój dziecięcy wózek przerobiony na pojazd
towarowy na pusty jeszcze prawie plac targowy. Podnosi jabłko, które
stoczyło się ze skrzynki prosto do kałuży i częstuje nim konia zaprzęgniętego
do jedynej o tej porze furmanki.
C H ŁO P :
Jasiu, ty musisz mieć straszne wyrzuty sumienia, że ty spać nie
możesz.
P A N B A L A :
A ty ?
C H Ł O P :
A mnie starczy moja baba.
Śmieją się obaj,
Pan Bala
jedzie dalej, w stronę swego straganu.
Jest w połowie drogi, kiedy na plac z dużą szybkością wjeżdża gazik Milicji
Obywatelskiej i zajeżdża
mu
drogę. Z gazika wyskakuje trzech milicjantów i
otaczają
go
. Chłop patrzy zdumiony i przestraszony. Po minucie zakuty
Pan
Bala
ląduje w gaziku, który błyskawicznie odjeżdża. Na prawie pustym placu
zostaje zrewidowany wózek z jabłkami.
SCENA 84.
PLENER. OGRÓD PRZED BUDYNKIEM
DOMU MAŁEGO DZIECKA. RANO. LATO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Kapitan Wolniewicz wychodzi z sierocińca. Pani Kierowniczka w
drzwiach jeszcze raz dziękuje mu, że zechciał przyjść i tak ciekawie
opowiadał. Okna budynku oblepione są dziećmi w różnym wieku. Machają
rękami i krzyczą Wolniewiczowi „do widzenia”. „Żubr”-Wolniewicz odpowiada
im, jest wzruszony ich potrzebą serdeczności i uczuć. Mija ostatnią huśtawkę,
którą wprawia w ruch, przeskakuje nad piaskownicą, za co dzieci biją mu
brawo i w końcu wychodzi na ulicę. Spieszy się do jednostki. Za rogiem czeka
już na niego patrol żandarmerii wojskowej w randze oficerskiej.
K A N A R : (ze zbolałą miną)
Kapitan Wolniewicz ?
W O L N I E W I C Z :
Oślepłeś czy ocipiałeś, poruczniku Szczerba ?
K A N A R :
Proszę się powstrzymać, obraża pan mundur.
W O L N I E W I C Z :
Widzę, że jest jeszcze gorzej, po prostu ochujeliście, poruczniku.
Wolniewicza otaczają żandarmi. Jest ich trzech i wszyscy jego postury.
K A N A R :
Jesteście aresztowani, Kapitanie Wolniewicz, jako podejrzany o
przynależność do międzynarodowej siatki szpiegowskiej, jako
oskarżony o napaść na oficera Armii Radzieckiej, o szkalowanie
ZSRR, prowadzenie agitacji skierowanej przeciwko Układowi
Warszawskiemu i działalności uderzającej w najżywotniejsze
interesy Polski Ludowej.
Porucznik Szczerba opuszcza raportówkę, z której czytał rozkaz. Nie patrzy
Wolniewiczowi w oczy, tylko gdzieś w bok. Żołnierze nie widzą, że od
pewnego momentu stoi koło nich, tyle że po drugiej stronie płotu około
ośmioletni chłopczyk przyglądający się scenie aresztowania z wybałuszonymi
oczami.
W O L N I E W I C Z : (już poważnie)
Kto jeszcze oprócz mnie ?
K A N A R :
Porucznik Michał Janicki, kilku cywili…
W O L N I E W I C Z :
Kurwa, wyście naprawdę ochujeli. Wszyscy!
Wolniewicz odpycha dwóch Żandarmów. Ci ściągają z ramion automaty.
K A N A R : (ostro)
Rano wojska Układu Warszawskiego wkroczyły do
Czechosłowacji. Obowiązują nas regulaminy...
Wtedy słyszą zza płotu rumor. W pierwszej chwili Żandarmi obracają się w
stronę hałasu z wymierzonymi automatami. To chłopiec–sierotka ześlizgnął
się z podmurówki płotu i teraz stoi przestraszony. Żandarmi opuszczają lufy.
S I E R O T K A :
Zapomniał pan kwiatów od nas, proszę.
Chłopiec podaje między żerdziami płotu bukiet ogrodowych kwiatów.
Wolniewicz bierze je poruszony. Żandarmi patrzą po sobie, jest im głupio.
W O L N I E W I C Z :
Dziękuję. Nie bój się, mały, takie mamy ćwiczenia. Biegnij do
pani. A my w swoją stronę, panowie oficerowie !
Wolniewicz dziarskim krokiem rusza w stronę gazika. Nie oglądając się
macha chłopcu otrzymanymi kwiatami ponad głową. Żandarmi drepczą kilka
kroków za nim.
Nagle Wolniewicz zaczyna uciekać. Błyskawicznie przebiega na drugą stronę
ulicy i zbiega w dół wałem nad rzeką. Patrol strzela do uciekającego.
Dobiegają na szczyt wału i strzelają w dół do kluczącego. Wolniewicza.
Wszyscy trzej. Wolniewicz pada.
SCENA 85A PLENER. SZTAB PGWR. WIDOK NA
PODWÓRZE Z GABINETU TOWARZYSZA
KAPITANA. LATO. RANO. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Towarzysz paląc papierosa w oknie widzi idącą podwórzem Wierę.
SCENA 85.
WNĘTRZE. SZTAB PGWR. GABINET
TOWARZYSZA KAPITANA. LATO. RANO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Na blacie biurka leży grzechotka. Wiera zauważa ją, ale nie kojarzy.
Towarzysz Kapitan czeka aż Wiera usiądzie.
Odzywa się dosyć
niespodziewanie… po polsku i w dodatku recytując wiersz:
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
„Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
Lecz widać można żyć bez powietrza !”
Znasz to ? (Wiera tylko patrzy) Tej samej poetki, która napisała
te „Więc dróg poznaj sto…” (uśmiecha się) Ładnie to
śpiewałaś. Gdyby nie ciąża, mogłabyś wygrać ten ich festiwal.
Ale jak mówimy: „wot żizń” (zamyśla się chwilę).
Wiero, żyłaś
ostatnio jak w kokonie, nie widziałaś ani nie słyszałaś, co dzieje
się wokół.
W I E R A :
O wojnie już wiem.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Wojny nie będzie, wygraliśmy zanim się zaczęła. A wcześniej ?
W I E R A :
Byłam w szpitalu.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Właśnie. A dlaczego ?
Wiera milczy.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Co było przed szpitalem ?
W I E R A :
To nie jest sprawa wojska.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Jesteś żoną oficera, wojsko wyraziło zgodę na wasz ślub i od
tego momentu obowiązują cię nasze prawa i nasze zasady.
Rozumiesz?
Wiera nie odpowiada.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Czy wiesz kim jest ten stary Niemiec, do którego chodziłaś...na
spotkania ?
Wiera jest kompletnie zaskoczona. Podnosi wzrok na Towarzysza Kapitana
myśląc, że się przesłyszała.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Jego dwóch synów służyło w Wehrmachcie, młodszy spalił
żywcem pół naszej wsi pod Rostowem, starszy zginął pod
Moskwą. Czy on ma powód, żeby nas lubić ? Albo Polaków,
którzy zabrali mu browar? W imię czego zostawiał wam klucz
od swego domu ? Nie pomyślałaś ?
Wiera jest już pewna, że Towarzysz Kapitan wie wszystko, z najbardziej
wstydliwymi szczegółami.
Towarzysz Kapitan wyciąga z szuflady
charakterystyczne – poprzez swe koperty – listy Wiery do córki spięte
aptekarską gumką.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Wiero, wiem, że lubisz pisać listy... (obserwuje jej reakcję) do
bliskich, więc gdybyś teraz miała opisać swe najbardziej skryte
marzenia i plany – to o czym napisałabyś ?
Wiera rozumie, że mają również jej listy, jeszcze bardziej ją to dobija, ale
odpowiada.
W I E R A :
To nie jest żadna tajemnica, ani „skryte marzenie”. Chcę
poprosić Jurę o rozwód, wystąpić o zmianę obywatelstwa i
prawo pobytu z dzieckiem w Polsce...
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Jako żona Polaka, oczywiście. (Wiera potwierdza)
Najodważniejsze wyznanie miłości jakie słyszałem. Więc
słuchaj, głupia Wiero, mała wielka kretynko. Nigdy nie
dostaniesz polskiego obywatelstwa i nigdy nie będziesz tu
mieszkała, nawet gdybyś Bóg wie jak chciała. Bo my się nigdy
na to nie zgodzimy, nie dopuścimy do tego. I wcale nie chodzi o
ciebie, Jurę i tego Polaka, o cały ten wasz bardak. Tu chodzi o
dobro naszej ojczyzny. Załóżmy teoretycznie, że raz, wyjątkowo
dla ciebie, wyrazimy zgodę. Za tydzień będzie sto takich podań.
Znowu zgodzimy się na pięć z nich, za miesiąc będzie ich
dziesięć tysięcy. Po to jesteśmy obywatelami ZSRR, żeby takim
lawinom zapobiegać.
W I E R A :
Ale ja chcę tylko...
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N : (ryczy)
W kółko tylko: chcę, chcę i chcę ! Gówno nas obchodzi co ty
chcesz. Naucz w końcu się mówić i myśleć: „ja muszę” ! Muszę,
muszę, muszę – bo tak się u nas żyje !
Wiera patrzy mu śmiało w oczy.
W I E R A :
Oni tu mają takie ładne powiedzenie: „Musi to na Rusi, a w
Polsce jak kto chce”.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Wojsko przysłało cię do Polski, ale to nie znaczy, że jesteś w
Polsce! (uśmiecha się) A w tej Polsce oprócz ciebie, kto
jeszcze „chce” tego samego ? Twój pan Michał? Wycofał się
rakiem, przeprosił za kłopoty i żałuje, że „wdał się w taką
przygodę”. O żadnym małżeństwie nawet nie ma mowy! Z
twojej listy żądań został ci więc tylko rozwód. W tej akurat
sprawie macie z Jurą wolną rękę. Proszę bardzo, proś męża,
żeby cię puścił
wolno
... z bachorem ! Bo nie wiadomo, a może
uzna małą za swoją ? I wywali tylko ciebie ? To zależy tylko od
Jury, od jego „chcę”.
Wiera siedzi bez ruchu. Trwa to jakiś czas.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Możesz już iść. Za godzinę lecę do Pragi, nie mam czasu
czekać aż oprzytomniejesz.
Towarzysz Kapitan
sięga po
grzechotkę.
Potrząsa nią kilka razy. Podaje
Wierze.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
To dla dziecka.
Wiera patrzy pogardliwie.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Weź... Polak dał.
SCENA 86.
PLENER. ULICE MIASTA LEGNICY. JESIEŃ.
DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Jura z Córką idą ulicą w stronę cmentarza. Ludzi z chryzantemami,
wieńcami i zniczami jest coraz więcej. Pojawiają się też pierwsze uliczne
stragany oferujące to wszystko co jest potrzebne na Wszystkich Świętych.
C Ó R K A :
On się naprawdę wszystkiego wyparł i wycofał ?
J U R A :
Nie wiem. W pierwszej chwili na pewno się przestraszył. Ty
się śmiejesz, ale wtedy wszyscy się bali. Od Gagarina po
kołchoźnicę. Baliśmy się najbliższej rodziny, przyjaciół,
znajomych i nieznajomych, wszystkich. Nikogo nie można było
być pewnym. Baliśmy się w pracy, w domu, na ulicy,
wszędzie… I ten strach mógł nas zmusić do wszystkiego Nie
wiem ile Polak wytrzymał? Ani co zrobił, albo powiedział ? W
to co oni mówią też nie można wierzyć, oni zawsze kłamią.
C Ó R K A :
Bać się wszystkich, wszędzie, wszystkiego – chwytliwe
mieliście hasło, proletariusze wszystkich krajów.
SCENA 87.
WNĘTRZE. RADZIECKIE WIĘZIENIE. LATO.
DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Do pokoju z zatrzymanym Michałem wchodzą Polacy: CYWIL
z PZPR
,
DOWÓDCA MICHAŁA i OFICER WYWIADU wojskowego. Witają się z
pilnującymi go Rosjanami. Cywil podchodzi do Michała.
C Y W I L :
Proszę to zdjąć. Nie będę obrażał munduru naszych
sojuszników (Michał zdejmuje marynarkę munduru). A teraz
posłuchaj, skurwysynie, aresztowano już
kilka osób
i to jeszcze
nie koniec! Rosjanie uważają, że wpadli na trop potężnej siatki
szpiegowskiej, która przeniknęła do ich struktur dowódczych. A
ich sztabowi w Legnicy podlegają jednostki w NRD,
Czechosłowacji i Polsce. Wczoraj nie w Pradze, tylko tutaj, na
ich lotnisku był cały czeski rząd ! W drodze do Moskwy.
Taki jest szczebel ich działań ! A ty nam tutaj taką aferę
rozpętałeś, bo Ruskę zachciało ci się pierdolić ! Polek ci mało
? Mają gorsze pizdy ?!
Michał zrywa się, błyskawicznie Cywil bije go i ryczy „siad” ! Jednocześnie
otwierają się drzwi i wchodzi Towarzysz Kapitan, za nim Politruk. Rosjanie
stają na baczność. Polacy witają się z nimi służbowo.
Towarzysz Kapitan
zapala papierosa.
Dowódca Michała przygląda się Michałowi ze
współczuciem.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
(do Cywila) Proszę, towarzyszu
sekretarzu
, to jest oficjalne
pismo zapraszające naszą Wierę Fiedorowną do
reprezentowania Legnicy na festiwalu w Zielonej Górze. Pod tym
pretekstem oboje mogli się regularnie i bez wzbudzania
jakichkolwiek podejrzeń spotykać przez prawie rok. Oprócz
Michała Janickiego pismo podpisało jeszcze pięć osób.
C Y W I L :
Sugerujecie...
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Nie. Ale sprawdzić trzeba. Myśmy nie takie procesy w Moskwie
widzieli.
Towarzysz Kapitan kończy palić papierosa, otwiera okno i wyrzuca peta na
podwórko.
P O L I T R U K :
A jak mówią ludzie, jesteśmy w Małej Moskwie.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Wiemy też, że z oskarżonymi współpracowała matka
oskarżonego. Wiera Fiedorowna upiera się, że jej mąż, Jura, o
niczym nie wiedział, ale komu w tym towarzystwie można
wierzyć. To bagno, towarzysze!
O F I C E R W Y W I A D U :
Chryste Panie, Janicki, byłoby lepiej gdybyś się w ogóle nie
urodził.
M I C H A Ł :
Albo żeby mnie już nie było, prawda ?
Michał nagle zrywa się i biegnie prosto w stronę okna. Nikt nie jest w stanie
zastąpić mu drogi czy choćby podstawić nogi. Politruk, prawie jak baba, tylko
wrzeszczy bezsilnie przestraszony. Michał odbija się od podłogi i
po drodze
rozbijając szybę
wylatuje na zewnątrz. W pokoju jest cicho. Politruk i
Dowódca Michała podbiegają do okna. Patrzą w dół. Politruk odwraca się do
pozostałych.
P O L I T R U K :
Leży. Ani drgnie.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N : (podchodząc do okna)
Chyba się za bardzo przestraszył. (do Politruka) Zabrać go stamtąd
jak najszybciej.
Politruk wybiega z pokoju, pozostali podchodzą do okna. Widzą, że Michał
żyje.
C Y W I L :
Jeszcze tylko kwestia techniczna: wpisujemy próbę ucieczki czy
samobójstwa ?
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N : (krzywi się)
„Ucieczka”, „Samobójstwo” – po co takie wielkie słowa ? W końcu to
tylko orkiestrant. Nie wystarczy, że potknął się i upadł ?
Nieszczęśliwy wypadek, po prostu. I nie zdarzył się nawet tutaj.
Dowódca Michała cały czas tkwi przy oknie wpatrując się w dół.
D O W Ó D C A M I C H A Ł A :
To jest mój żołnierz, przejmuje go. Oczywiście, jest aresztowany i po
zakończeniu śledztwa stanie przed sądem. Ale teraz zabieram
go !
Widać, że Dowódca Michała jest absolutnie zdecydowany i nie ustąpi. Cywil z
PZPR tchórzliwie odwraca wzrok. Oficer Wywiadu patrzy to na Dowódcę
Michała to na Towarzysza Kapitana. Jest jasne, że jest to pojedynek tylko
między nimi.
SCENA 88.
PLENER. OSTATNIA ULICA MIASTA. LATO.
RANO. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Widok ulicy Okrężnej przedzielonej w połowie murem z bramą i
wojskową wartownią z emblematami sił zbrojnych ZSRR.
Przed murem, czyli w cywilnej części ulicy, jest jeszcze pusto, cicho i
sielsko. Stary pies ułożył się na chodniku, jego pan podlewa kwiaty przed
domem. Jakaś pani bez pośpiechu zamiata chodnik, a pomagający jej synek
polewa go wcześniej wodą z konewki. Ptaki śpiewają… Nagle gdzieś z boku
pojawia się WIERA. Idzie bardzo szybko. Wygląda jakby od czegoś uciekała,
ale jednocześnie nie chciała tego pokazać, co więc przyspieszy, zaraz
zwalnia, szczególnie gdy kogoś zauważa. Raz jest to babcia drepcząca z
siatką do sklepu, a kilka metrów dalej kobieta rozwieszająca pranie. Poza nimi
ulica jest nadal prawie pusta i jeszcze śpiąca. Zapowiada się piękny,
słoneczny dzień. Dzieci mają wakacje, rodzice – urlopy, gdzie się więc
spieszyć. W taki dzień trzeba się cieszyć życiem, nic więcej. Wiera skręca w
główną ulicę dzielnicy i znika. Znowu widać tylko przedzieloną w połowie ulicę
Okrężną.
SCENA 89.
WNĘTRZE. MIESZKANIE MATKI MICHAŁA.
LATO. DZIEŃ. LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Drzwi otwiera jej Matka Michała. Mieszkanie jest rozbebeszone po
rewizji.
W I E R A :
Dzień dobry, czy pani mnie poznaje ?
Matka kiwa głową, że tak.
W I E R A :
Chcę rozmawiać z Michałem. (Matka nie reaguje) To bardzo ważne.
M A T K A M I C H A Ł A :
Nie ma go...
Matka zaczyna płakać. Wiera bezceremonialnie wchodzi do środka i zamyka
za sobą drzwi, by ich rozmowy nie słyszeli schodzący z góry sąsiedzi.
M A T K A M I C H A Ł A :
Jego jednostkę posłali do Czechosłowacji... Michał miał
wypadek samochodowy w górach. Młodzi Czesi stanęli na
drodze, tuż przy granicy, nie słuchali żadnych wezwań, blokowali
wjazd. Rozkaz był, żeby ich staranować, ale Michał kazał ich
ominąć, ciężarówka stoczyła się z drogi... (płacze)... przed
chwilą mi powiedzieli…
i kazali szykować się na
najgorsze…
Wiera prawie płacze, chce przytulić jego matkę, ale cofa dłoń i tylko pyta
rozglądając się po pokoju, który wygląda jak po przejściu tajfunu.
W I E R A :
Co tu się stało ?
M A T K A M I C H A Ł A :
Szukali jakiegoś pierścionka.
W I E R A :
Kłamią. Coś się stało, ale oni kłamią.
Wiera wybiega z ich mieszkania.
SCENA 90.
PLENER. MOST I PARK. LATO. RANO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Szczytem wału przeciwpowodziowego Pastuch prowadzi kozę i trzy
krowy, między nimi biega mały piesek. Schodzą w stronę rzeki.
Na łąkach nad rzeką jest jeszcze pusto, za wcześnie na kąpiel i
opalanie. Gdy Wiera wchodzi na most, z jego drugiej strony pojawia się...
potężny koń, a za nim - stary Niemiec, Pan Piwko, na swoim wozie z
beczkami piwa. Wiera zatrzymuje się gwałtownie. Dyszy. Oboje są
zaskoczeni tym spotkaniem.
P A N P I W K O :
A ty... wohin gehst du ?
W I E R A :
Do pana.
P A N P I W K O : (rozgląda się wokół)
Zwariowałaś ? Przecież macie zakaz opuszczania koszar. Tu
stań – syczy wskazując miejsce przy wozie, w którym będzie
najmniej widoczna.
W I E R A :
Żony oficerów mogą. Dostałam specjalną przepustkę.
P A N P I W K O :
Akurat ty jedna ? (coraz bardziej zaniepokojony rozgląda się)
Ale Michała i tak nie ma...
W I E R A :
Z panem chciałam porozmawiać... Niech się pan nie boi, wszystko jest
w porządku... Tylko muszę z kimś porozmawiać.
P A N P I W K O :
Od dawna już nie przychodziliście, to klucz ze skrytki zabrałem.
(podaje jej dwa klucze na kółeczku) Wrócę dopiero na
śniadanie, po rozwózce. (pokazuje beczki) Masz czas
zaczekać ?
W I E R A :
Tak. Mam. Będę na pana czekać. (nie kończy i tylko ściskając
klucz mówi:) Dziękuję. Pan to jest dobry człowiek...
(uśmiecha się) chociaż Niemiec i były burżuj.
P A N P I W K O :
Ale śmieszne, skonać można !
Wiera kiwa głową na pożegnanie i rusza przed siebie. Z bocznej alejki
wyjeżdżają dwaj rowerzyści pedałujący do pracy, patrzą na biegnącą kobietę.
Z głównej alei Wiera zbiega trzema schodkami w stronę letniej muszli
koncertowej. Pod jej dachem legnicki zespół big-beatowy próbuje równo i
czysto zagrać „Lolę” The Kings naśladując oryginał odtwarzany z plastikowej
płyty pocztówkowej na adapterze „Bambino”. Wiera po kilku krokach skręca w
prawo. Przy narożnym transformatorze kręci się ktoś z Zieleni Miejskiej.
Wiera jest w połowie drogi między bajecznie kolorowymi klombami, gdy
nagle z obu jej stron wypryskują do wysokości drzew olbrzymie parkowe
fontanny. Rozproszona woda perli się w porannym słońcu zraszając wszystko
w promieniu wielu metrów. Wiera zatrzymuje się. Patrzy wokół siebie. Jest
pięknie. Bardzo pięknie. Wiera płacze idąc w stronę domu Pana Piwko. „Lola”,
grana maksymalnie głośno, wreszcie brzmi równo i czysto.
SCENA 91.
WNĘTRZE. SZTAB PGWR. GABINET
TOWARZYSZA KAPITANA. LATO. RANO.
LATA SZEŚĆDZIESIĄTE.
Do gabinetu Towarzysza Kapitana wchodzi Politruk. Jest
podekscytowany. Mówi od razu od drzwi, ale Towarzysz Kapitan uspokaja go
i każe mówić wolniej.
P O L I T R U K :
Od was wróciła do siebie, później poszła do jego matki, a teraz
jest w domu tego Niemca. Myślę, że nie uwierzyła w
śmiertelny
wypadek
tego Polaczka.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
A ja myślę, że tak. Ona jest z tych, co szybciej uwierzą w
nieszczęście, niż w szczęście. Słowiańska dusza.
P O L I T R U K :
Wszyscy tu jesteśmy Słowianami. (krzywi się) I prawie braćmi.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N : (prycha ubawiony)
Aleś powiedział ! (śmieje się) Obserwujecie ją ?
P O L I T R U K :
Cały czas. Mamy też ucho u niej w domu, u matki tego Polaka i u tego
starego Niemca. Na razie nic ciekawego nie usłyszeliśmy.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Dobrze, jest posłuszna. Uprzedziłem ją, że jak zacznie za dużo
gadać… (śmieje się) Zresztą komu miałaby, głupia, gadać?
Pożali się polskim władzom ? – śmieje się jeszcze bardziej.
P O L I T R U K :
Władzom – nie, ale Polakom, takim zwyczajnym – to kto wie ?
A ci to rozniosą. I będą pamiętać. A po co nam to? Tu jak
najszybciej potrzebna jest cisza i spokój … jak w grobie.
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Dobrze powiedziane. (zastanawia się) Zostawcie mnie.
Politruk wychodzi. Towarzysz Kapitan sięga po telefon i prosi z oficerem
dyżurnym.
SCENA 92.
PLENER. MOST I PARK. LATO. RANO. LATA
SZEŚĆDZIESIĄTE.
Na szczycie wału przeciwpowodziowego, którym niedawno przechodził
Pastuch z kozą i trzema krowami, stoi teraz radziecki gazik wojskowy UAZ.
Wiera wchodzi na most po drugiej stronie rzeki i spiesząc się idzie w
stronę wojskowego osiedla. Jest już na drugim brzegu rzeki, gdy
niespodziewanie wita się z nią znany jej Żołnierz – Kierowca, który ją woził na
próby . Uśmiecha się i jest bardzo miły.
Ż O Ł N I E R Z :
Wsiadajcie (pokazuje samochód), podwieziemy was do domu. W taki
upał niezdrowo jest chodzić po słońcu, a jeszcze tak szybko jak
wy !
Dochodzą do samochodu. Wiera zauważa jego dwóch pasażerów:
Towarzysza Kapitana i jakiegoś nieznanego jej Cywila. Wiera chce się cofnąć.
W I E R A :
Chyba się nie zmieścimy…
T O W A R Z Y S Z K A P I T A N :
Zmieścimy, spokojnie. Zresztą nie jedziemy daleko.
Cywil w tym czasie wysiada z samochodu i wskazuje miejsce Wierze. Nie ma
wyjścia, Wiera wsiada. Nagle odwraca się i zaczyna uciekać. Cywil
błyskawicznie chwyta ją i uderza pięścią w głowę. Wiera wyrywa się. Dostaje
jeszcze jeden cios. Cywil z Żołnierzem – Kierowcą wleką ją do samochodu.
Gazik odjeżdża, ale nie w stronę osiedla, tylko szczytem wału
przeciwpowodziowego w górę biegu rzeki.
Gazik wjeżdża w jakieś kompletnie odludne i dzikie miejsce. Można tu
robić co się tylko chce i nie będzie świadków. Cywil i Żołnierz – Kierowca
wywlekają ciągle nieprzytomną Wierę z samochodu i ciągną po ziemi w stronę
pobliskiego drzewa. Towarzysz Kapitan idzie kilka kroków za nimi.
SCENA 93.
PLENER. ULICA PRZED CMENTARZEM W
LEGNICY. JESIEŃ. DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Kamieniarz właśnie rozkłada narzędzia przy grobie małego Stiopy z
czerwoną gwiazdą nad nazwiskiem.
Jura z Córką dochodzą do bramy cmentarza. Straganów i ludzi jest
tutaj jak na odpuście, trwa zwyczajna krzątanina przed Dniem Wszystkich
Świętych.
Główną aleją Jura z Córką dochodzą do kaplicy, na jej zapleczu
mieści się biuro cmentarza. Jura już z daleka widzi Pana Władka, który
właśnie donosi ostatnie dwie chryzantemy. Dostawia je do pięciu pozostałych
i zaczyna podlewać. Zauważa Jurę i Córkę. Przez chwilę wpatruje się w nią
jak zaczarowany. Witają się.
P A N W Ł A D E K : (wskazując kwiaty)
Wystarczy iść dwie ulice od cmentarza i można kupić za pół
ceny, i nawet ładniejsze. Sprawdziłem w archiwum: utrzymanie
grobu pani Wiery zostało opłacone rok temu na dwadzieścia lat.
J U R A :
Kto opłacił ?
P A N W Ł A D E K :
Nie wiem czy pan pamięta Pana Piwko, tego starego Niemca ?
(Jura kiwa potwierdzająco głową). Zmarł jakoś ostatnio.
Córka wtrąca się, ale już nie tak napastliwie i wrednie jak dotychczas.
C Ó R K A :
Niemiec zapłacił ? Nie ten Polak ? W końcu zabiła się dla niego.
Przynajmniej tyle mógł zrobić.
Córka odchodzi. Jura idzie za nią kiwnąwszy tylko głową Panu Władkowi.
SCENA 94.
PLENER. CMENTARZ W LEGNICY. JESIEŃ.
DZIEŃ. WSPÓŁCZEŚNIE.
Jura i Córka wchodzą na alejkę prowadzącą wzdłuż małych odlanych z
betonu i prawie identycznych grobów dziecięcych. Tylko kilka z nich ma płotek
wokół, albo pionową tablicę. Grób Stiopy taką ma. Pracuje przy nim
kamieniarz. Jura z Córką zatrzymują się przy nim.
J U R A :
Syn pielęgniarki Aleksandry Matwiejewnej. Ona się tobą
zajmowała od urodzenia do naszego wyjazdu. Potem jeszcze
długo pisała, pytała o ciebie, a później kontakt się urwał...
Kamieniarz właśnie kończy rycie pierwszego ramienia krzyża. W jego tle
jeszcze widać ślad po wcześniejszej radzieckiej gwieździe (na innych grobach
widnieją one nadal) Córka i Jura przyglądają się powstającemu krzyżowi, w
końcu Jura odzywa się:
J U R A :
Chodźmy.
Ruszają. Jura głową pokazuje kierunek w jakim znajduje się grób Wiery.
Córka wyszukuje go wzrokiem z największym napięciem. Jura pomaga jej.
J U R A :
Ten wysoki po lewej stronie.
Córka widzi kamienny nagrobek z wysoką, pionową tablicą. Zwalnia, zupełnie
jakby bała się podejść. Pod literami imienia i nazwiska jest mała fotografia
Wiery w porcelanowej oprawie. Wiera patrzy z niej na świat z pogodnym
wyrazem twarzy, nawet lekkim uśmiechem. Córka przygląda się jej fotografii
stojąc dwa kroki przed grobem.
Nagle ze zdziwieniem zauważa, że do grobu jej matki podchodzi jakaś
obca KOBIETA, ma może trzydzieści kilka lat, jest przyzwoicie ubrana,
zadbana. Kobieta ustawia w specjalnie wymurowanym pojemniku doniczkę z
pięknymi białymi chryzantemami. To uruchamia Córkę. Podchodzi do Kobiety
i pyta po rosyjsku.
C Ó R K A :
Pani ją znała ?
K O B I E T A :
Nie, tylko o niej słyszałam. Ale zawsze – jeszcze jako dziecko -
przychodziłam tu z mamą, to i teraz też.
C Ó R K A :
Ciekawe co pani słyszała ?
K O B I E T A :
To co wszyscy: ona się powiesiła z miłości, gdzieś nad rzeką.
Dokładnie nie wiem dlaczego, bo to było za komuny i dzisiaj
mało co można z tego normalnie zrozumieć. Popełniła
samobójstwo i to była największa miłość w naszym mieście.
(porównuje jeszcze raz fotografię Wiery z twarzą Córki) Ale
pani to jest strasznie do niej podobna... (Córka nie odpowiada)
Córka ?
C Ó R K A : (potakuje)
I mam tak samo na imię. Też Wiera.
A co z nim… tym Polakiem
?
K O B I E T A :
Nie wiem. Podobno wyszedł z więzienia i przepadł gdzieś.
Przepraszam, muszę już iść na swoje groby. Fajnie, że pani
przyjechała. Tu na jej grób to dużo ludzi przychodzi, Polaków,
pomodlić się, ale co córka to córka. Do widzenia… (odwraca
się) Może dlatego, że to nasi ją znaleźli ? Trzy dni po…
C Ó R K A :
Do widzenia.
Kobieta odchodzi. Córka zostaje sama przy grobie Wiery. Przeżegnawszy się
znakiem krzyża zaczyna się modlić. Jura patrzy w skupieniu na Córkę.
Alejką nadchodzi kulejący na prawą nogę staruszek. Z wiązanka
chryzantem w ręce. Zatrzymuje się. On też patrzy na modlącą się Córkę. Nie
podchodzi, tylko patrzy z daleka.. Córka czuje czyjś wzrok na sobie. Odwraca
się i widzi starego Michała…
Stary Michał płacze.
Kamieniarz skończył już swą pracę. Na płycie nagrobnej Stiopy widnieje
świeżo wyryty prawosławny krzyż. Grób został też uporządkowany i
oczyszczony. Wygląda jak nowy.
Pan Władek płaci Kamieniarzowi za pracę.
Najpierw wręcza mu dolary przesłane przez Aleksandrę Matwiejewną, a
później plik polskich złotówek.
Następnie Pan Władek zapala Stiopie mały
znicz i przeżegnawszy się odchodzi. Nie chce przeszkadzać w spotkaniu Jury
i Córki ze starym Michałem
.
Córka nadal patrzy na starego Michała… Płacze
.
Pojawia się napis:
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jakie rzeczywiście
miały miejsce w Legnicy jest wyłącznie podobieństwem.
K O N I E C