background image

BANK BOGA I BANKIERZY PAPIEŻA – Mario Guarino (e-book) 

 

 

Autor: Mario Guarino 

Przekład: Bogdan Nowosad 

BANK BOGA I BANKIERZY PAPIEŻA 

Afery i skandale watykańskiej kasy 

 

Od wydawcy 

Przedstawiamy naszym Czytelnikom kolejna pozycję z serii poświęconej Kościołowi, jego historii, 
problematyce i ludziom. Autorem książki jest Mario Guarino – włoski dziennikarz z tygodnika 
ekonomicznego Il Mondo – opisujący mniej lub bardziej kompromitujące Watykan sprawy – nie tylko 
zresztą finansowe. Bowiem, jak to się w życiu zdarza, i tu zapach pieniądza miesza się nieraz z wonią 
krwi. 

Z uwagi na to, że opowieść autora jest bogato uzupełniana cytatami z włoskiej publicystyki oraz 
ilustrowana przykładami nie zawsze powszechnie znanych osobistości tamtejszego kleru i świata 
polityki – Wydawca uznał za właściwe dokonanie pewnych skrótów, zwłaszcza pominięcie tych 
fragmentów książki, w której obce polskiemu Czytelnikowi realia mogą utrudniać lekturę. Z tych 
samych względów zrezygnowano z wielu glos i odsyłaczy, zastępując je omówieniem w tekście 
głównym. Pominięto wreszcie rozdział o przygotowaniach milenijnego jubileuszu uznając, że to już 
dziś i tak musztardowy deser. 

Niezwykle skomplikowany i pokrętny obraz finansów kościelnych, jaki nam autor na przykładzie 
swojego kraju serwuje, wzbudza w czytelniku refleksje, jak też te problemy prezentują się w życiu 
publicznym – i w Kościele – takich krajów, jak USA, Niemcy, Francja, Hiszpania czy wreszcie, – co nas 
najbardziej ciekawi – jak to wygląda w Polsce. 

Do wielu tutaj poruszanych zagadnień będziemy mieli okazję wkrótce powrócić przy lekturze książki 
Roberta A Haaslera „Polowanie na papieża”, którą w dwudziestą rocznicę zamachu proponujemy 
naszym Czytelnikom. 

Wiele obiecujemy sobie też po wydaniu pozycji Christophera Hitchensa o Matce Teresie z Kalkuty, 
która to książkę będziemy chcieli przedstawić ocenie naszych Czytelników także jeszcze w tym roku. 

Jak zawsze dziękujemy serdecznie za nadsyłane listy oraz uwagi i propozycje nie tylko wydawnicze. 

WATYKAN, FINANSE, BANKIERZY 

Papieska kasa 

background image

11 lutego 1929 roku Benito Mussolini i kardynał Pietro Gasparri podpisują w Rzymie – pomiędzy 
państwem włoskim i Stolicą Apostolską – Traktaty Laterańskie. Historyczne porozumienie składa się z 
trzech części: z właściwego traktatu, z konkordatu i z umowy finansowej. Zgodnie z postanowieniami 
tej ostatniej Włochy zwalniają od podatków i ceł towary importowane przez nowo powstałe Państwo 
Watykańskie – Citta del Vaticano. Ponadto umowa przewiduje odszkodowanie za wszelkie straty 
finansowe, których Stolica Apostolska doznała w wyniku zjednoczenia Włoch. W artykule 1 
oszacowane są te straty na kwotę 750 milionów lirów, a dodając równowartość pięcioprocentowych 
obligacji państwowych, odszkodowanie to zamyka się łącznie – w przeliczeniu na warunki obecne – 
kwotą ponad 2000 miliardów lirów. 

Jeszcze tego samego roku Traktaty Laterańskie zostały ratyfikowane i tego samego dnia, 7 czerwca, 
papież Pius XI powołał Administrację Specjalną dla działań religijnych ( Amministrazione speciale 
delle Opere di religione) przekształcona później w Administrację Dóbr Stolicy Apostolskiej 
(Amministrazione del patrimonio della sede apostolica – APSA). No9wa instytucja wyłoniona została z 
dotychczas istniejących struktur Watykanu, których zadaniem było administrowanie olbrzymim, 
powiększonym jeszcze przez reżim Mussoliniego, majątkiem watykańskim. 

Kierownictwo nową instytucją objął laicki finansista, brat jednego z biskupów, Bernardino Nogara. 
Dysponując papieskim upoważnieniem, co praktycznie uwalniało go od wszelkiej kontroli, Nogara 
natychmiast rozpoczął serię operacji spekulacyjnych na rynku złota i dewiz, a także – na rynku akcji. 
Zlecając nabycie pakietów kontrolnych i udziałów mniejszościowych w wielu włoskich spółkach 
najróżniejszych branż – w przemyśle tekstylnym, w telekomunikacji, w transporcie kolejowym, w 
produkcji cementu, w energetyce, w wodociągach – Bernardino Nogara naprawdę pojawiał się 
wszędzie. Kiedy w 1935 roku Mussolini gotując się do inwazji na Etiopię potrzebował broni, spore jej 
zasoby zostały mu dostarczone przez jedną z fabryk amunicji, którą Nogara zakupił dla Watykanu. 

W wyniku postanowień drugiego konkordatu, zawartego 20 lipca 21933 roku pomiędzy Watykanem i 
Niemcami, Stolica Apostolska dostaje kolejny zastrzyk finansowy; Pius XI uzyskuje wtedy od nowego 
kanclerza Niemiec, Adolfa Hitlera, potwierdzenie otrzymania Kirchensteuer, czyli 
pięcioprocentowego podatku od dochodów, który obywatele niemieccy obowiązani byli płacić na 
rzecz kościołów: katolickiego i zreformowanego. 

Po śmierci Piusa XI, który zmarł 10 lutego 1939 roku (Achille Ratii był papieżem od 6 lutego 1922 r.), 
na tron Piotrowy wybrany został Eugenio Pacelli – jako Pius XII. Pierwsze lata jego pontyfikatu 
przypadają na trudny okres drugiej wojny światowej (1939-1945), i chociaż pożoga wojenna 
wykrwawiała kontynent europejski, kasa Stolicy Apostolskiej napełniała się dzięki „eksterytorialności i 
neutralności” Państwa Watykańskiego. 

Wiele źródeł historycznych wykazuje, że Watykan uczestniczył w przetrzymywaniu majątku 
zrabowanego w czasie wojny Żydom i innym podbitym narodom. I tak w lipcu 1997 roku 
opublikowano dokumenty (zebrane w roku 1946 przez agenta skarbowego USA Emersona Bigelowa), 
z których wynika, że w watykańskiej kasie znalazły się setki milionów franków szwajcarskich, które 
naziści i ich pobratymcy pod wodzą Ante Pavelića zagarnęli w Chorwacji w latach 1941 – 1945. Wiele 
o tych sprawach opowiada w dziesięciotomowej Kriminalgeschichte des Christentum (Historii 
kryminalnej chrześcijaństwa) niemiecki historyk Karlheinz Descher, który poddał też wnikliwej 
analizie życie prywatne papieża, stwierdzając miedzy innymi, że Pius XII umarł z majątkiem w 

background image

wysokości 80 milionów marek w złocie i dewizach, a jego trzej krewniacy zgromadzili podczas 
dziewiętnastu lat pontyfikatu swego wuja 120 milionów marek. 

Dnia 27 czerwca 1942 roku Pius XII przekształca dotychczasową Administrację Specjalną dla Działań 
Religijnych w Instytut Działań Religijnych (Istituto per le Opere di religiione – IOR). Akt założycielski 
IOR wyjaśnia, ze nie chodzi o nadanie nowej nazwy dawnej strukturze administracyjnej, ale o 
ustanowienie najprawdziwszego banku watykańskiego, któremu nadana zostanie oddzielna 
osobowość prawna, a którego celem nie jest już tylko samo administrowanie majątkiem Stolicy 
Apostolskiej, ale „strzeżenie i zarządzanie środkami pieniężnymi oraz dobrami zbytymi lub 
powierzonymi instytutowi przez osoby prywatne i prawne w celach prowadzenia działalności 
religijnej i szerzenia miłosierdzia chrześcijańskiego”. 

I jakkolwiek formalne kierowanie instytutem powierzone zostało przedstawicielowi watykańskiego 
kleru (od 24 stycznia 1944 roku był nim biskup, a potem kardynał Alberto Di Jorio), to rzeczywiście 
prowadzenie spraw banku watykańskiego pozostawało nadal w kompetencji Bernardino Nogary, do 
którego, jeszcze przed końcem wojny, dołączył przedstawiciel rzymsko – papieskiej arystokracji, 
znany adwokat i makler, książę Massino Spada. 

Tuż po wojnie zawiadowany przez Nogarę i Spadę IOR nabywa znaczące pakiety akcji w takich dużych 
firmach, jak: Generale Immobiliare, Ceramche Pozzi, Pastificio Pantanella, Condotte d’ AcQua itd. 
Wchodzi także – chociaż już bez większych inwestycji – w branżę ubezpieczeniową ( Assicurazioni 
Generali, RAS), na rynek telekomunikacji (SIP) oraz do budownictwa (Italcementi). W ten sposób w 
zarządach, w których watykański bank posiadał pakiet kontrolny lub tylko pewną liczbę udziałów, 
znaleźli się cieszący się osobistym zaufaniem przedstawiciele papieża. 

Tak się stało choćby w przypadku Carla, Marcantonia i Giulia, trzech kuzynów Piusa XII. Giulio, na 
przykład, reprezentował interesy Watykanu w takich dużych firmach, jak Banco di Roma czy Societa 
Italiana Gas, a także w zakładach farmaceutycznych Serono czy spółkach Esercizio Navi oraz Condil – 
Tubi Opere Idrauliche e Affini. Warto też dodać, że minister finansów Włoch, Giulio Adreotti, zwolnił 
w 1957 roku obywatela Włoch, Giulio Pacellego, od obowiązku płacenia podatków ze względu na 
status dyplomaty nadany mu przez Stolicę Apostolską. 

Prowadzony przez duet Nogara – Spada IOR był zresztą niezmiernie aktywny w przechwytywaniu 
dających kontrolę pakietów akcji najróżniejszych banków. I tak w roku 1946 bank watykański nabył 
większościowy pakiet akcji Banca Cattolika del Vaneto, a nieco później udało mu się odkupić 51 
procent akcji Banco di Roma per la Svizzera (przy czym reszta, a więc 49 procent, pozostawała nadal 
własnością Banco di Roma, który należał wprawdzie do państwa włoskiego, ale w którym IOR 
posiadał też pewne udziały). W nabytych przez Watykan instytucjach kredytowych były 
reprezentowane także interesy lokalnych kurii, które w ten sposób zapewniały sobie szczególnie 
korzystne warunki obsługi bankowej i otrzymywania kredytów – i to nie tylko na działania zwykłego 
zarządu, ale i na realizację tzw. specjalnych „zbożnych uczynków”. 

W roku 1958 zmarł Bernardino Nogara, który był w istocie mózgiem działania IOR. Wkrótce potem 
umiera też Pius XII. Dnia 28 października papieżem zostaje wybrany Angelo Roncalli – Jan XXIII. 

Nowy papież, dawny patriarcha Wenecji, bardzo się różnił od swojego poprzednika. Wprowadzając w 
życie model apostolstwa opartego na miłości i ukierunkowanego na masy, Jan XXIII czynił często 

background image

wyłom w tradycjach watykańskich, stąd zwano go „dobrym papieżem”. Zaznaczyło się to również w 
dziedzinie finansów. Papież nakazał IOR zaprzestania działalności spekulacyjnej, a potrzeby finansowe 
swojego pontyfikatu wolał zaspakajać przez upowszechnianie w całej światowej wspólnocie 
katolickiej systemu datków i darowizn. Tak wiec podczas pięciu lat panowania papieża Roncallego 
IIOR ograniczał się do czynności zwyczajnego zarządzania. 

Po śmierci Jana XXIII (zmarł 3 czerwca 1963 roku), papieżem wybrany został syn przedsiębiorcy 
bankowego z Brescii – Giovanni Battista Montini (Paweł VI). Podobnie jak Pacelli, również i Montini 
był arcybiskupem w Mediolanie, i podobnie jak Pius XII również i Paweł VI będzie prowadził 
watykańskie interesy z dużym, wolnym od jakichkolwiek zahamowań rozmachem. 

Zaraz po wyborze papież Montini musiał zająć się poważnym kryzysem finansowym. Kwoty 
dobrowolnych datków, hojne dzięki popularności Jana XXIII przekazywane dotąd przez wiernych, po 
śmierci „dobrego papieża” poważnie się zmniejszyły: z poziomu 19 miliardów lirów spadły do kwoty 
poniżej 5 miliardów i nie były już w stanie zaspakajać potrzeb finansowych Watykanu. Co więcej, 
papieskie kasy poważnie odczuły skutki nowego włoskiego ustawodawstwa podatkowego – od 
grudnia 1962 roku podatek od zysków z dywidend akcyjnych wzrósł do 30 procent. W Watykanie 
zrodziła się więc myśl całkowitego zwolnienia z opodatkowania operacji prowadzonych na rynkach 
finansowo – giełdowych i, o ile chadecja wyrażała na to zgodę, to socjaliści, którzy uczestniczyli 
wtedy, w centro – lewicowym rządzie Aldo Moro, sprzeciwiali się przyznaniu tego niesprawiedliwego 
przywileju. Sprawa ta stała się przedmiotem delikatnych negocjacji dyplomatycznych, które będą się 
ciągnąć latami już to z powodu niestabilności kolejnych włoskich rządów, już to z powodu uporu 
Watykanu w poddaniu się obowiązkowemu prawu. 

Ostatecznie kwestię rozstrzygnięto w 1968 roku, kiedy to rząd oświadczył, że Watykan zobowiązany 
jest płacić podatki od zysków z posiadanych akcji, i że do końca roku powinien on rozpocząć spłatę 
zaległości skarbowych. W wyniku tej decyzji Watykan miał w ratach spłacać na rzecz włoskiego 
fiskusa zaległości w wysokości 6,5 miliarda lirów (około 85 miliardów dzisiejszych lirów). Wobec 
takiego obrotu spraw Stolica Apostolska – aby uniknąć opodatkowania przez włoskiego fiskusa – 
decyduje się przenieść posiadany akcjach majątek poza terytorium Włoch. Zadanie przeprowadzenia 
tej, ocierającej się o nielegalność, operacji otrzymuje znany z różnorodnych machinacji sycylijski 
finansista, przyjaciel Pawła VI i jego doradca z Mediolanu, Michele Sindona. 

Mediolańska mafia 

Michele Sindona urodził się w Messynie 8 maja 1920 roku. W 1942 roku uzyskał dyplom magistra 
prawa. Na okupowanej przez angielskie i amerykańskie wojska Sycylii zarabiał na życie handlując z 
aliantami i z Cosa nostra: alianckim dowódcom wojskowym odsprzedawał zboże i cytrusy, które 
wcześniej dostarczał mu mafijny boss Baldassarre Tinebra. 

Podczas studiów uniwersyteckich Sindona pracował przez dwa lata w urzędzie skarbowym w 
Messynie, co dało mu pewne obeznanie w dziedzinie przepisów podatkowych. Pod koniec wojny 
przeniósł się do Mediolanu, gdzie przybył z listem polecającym podpisanym przez arcybiskupa 
Messyny. W roku 1947 otworzył kancelarię doradztwa podatkowego – znajdowała się ona w samym 
centrum Mediolanu, tuż obok siedziby Izby Skarbowej. Sindona był katolikiem, ale niezbyt 
pryncypialnym. Wyspecjalizował się za to w znakomicie opłacanej sztuce wynajdywania luk w prawie 

background image

podatkowym, dogłębnie też poznał zasady funkcjonowania europejskich rajów podatkowych. W 1950 
roku utworzył swoją pierwszą zagraniczną spółkę – Fasco Ag w Lichtensteinie. 

W roku 1955 dokonał Sindona całej serii spekulacji budowlanych na przedmieściach Mediolanu. W 
tym właśnie czasie arcybiskup Giovanni Battista Montini zamierzał zrealizować swój plan budowy 
domu spokojnej starości. Katolicki Sindona nie tylko przekazał mu do dyspozycji działkę, ale też i 
znalazł niezbędne do realizacji budowy kapitały. Inwestycję ukończono w roku 1959, i arcybiskup 
mógł zainaugurować funkcjonowanie domu pod wezwaniem Matki Boskiej, natomiast Sindona został 
doradcą finansowym mediolańskiej kurii. Stał się nie tylko zaufanym Montiniego, ale także powiązał 
interesami z ekscelencją Pasquale Macchim, wpływowym sekretarzem wielce wpływowego prałata. 

Kościelne związki Sindony nie ograniczały się jedynie do arcybiskupstwa mediolańskiego, w swych 
kontaktach dotarł wkrótce do Watykanu. Mógł tam zresztą liczyć na poparcie dalekiej krewnej, Anny 
Rosy, będącej bratową biskupa Amleto Tondiniego, latynisty z watykańskiego Sekretariatu Stanu. 

W roku 1960 Sindona uzyskał status bankowca właśnie dzięki transakcji przeprowadzonej z papieskim 
bankiem: jego zagraniczna spółka Fasco Ag – za pośrednictwem księcia Massino Spady – nabyła 
kontrolny pakiet udziałów w mediolańskiej instytucji kredytowej Moizzi & C. W krótkim czasie 
Sindona wyrugował pozostałych współwłaścicieli i zmienił nazwę banku na Banca Privata Finanziaria. 
Następnie odsprzedał pakiet akcji IOR. Była to w istocie pierwsza z wielu operacji bankowych, które 
Sindona i IOR wykonali wspólnie. I tak, na przykład, w 1964 roku IOR odstąpi Sindonie większościowy 
udział w Finabanku (Banque de Financement w Genewie), ale zatrzymała dla siebie 29 procent akcji, 
co sprawi, że IOR stanie się wspólnikiem wszystkich pozostałych operacji dokonywanych przez 
sycylijskiego finansistę. 

Kiedy w 1963 roku Montini wstępuje na tron Piotrowy, sprowadza ze sobą do Watykanu nie tylko 
biskupa Macchiego, ale całą grupę osobistości z lombardzkiej kurii: stanowić będą krąg 
współpracowników, który szybko w kurii rzymskiej zyska przydomek „mediolańskiej mafii”, co było w 
końcu o tyle uzasadnione, że widywany wśród nich Sindona, występujący w charakterze doradcy z 
zewnątrz, rzeczywiście kojarzył się z mafią. W istocie Paweł VI usiłował podreperować sytuację 
finansową Watykanu poprzez intensyfikację i ekspansję działań finansowych Stolicy Apostolskiej. 
Dokonał formalnej reorganizacji finansów watykańskich: w 1967 roku utworzył Prefekturę do spraw 
Gospodarczych, która miała zajmować się koordynacją struktur finansowych i struktur 
administracyjnych Watykanu. Kierowanie tą instytucją powierzył kardynałowi Egidio Vagnozziemu. 
Jednakże prefektura nie sprawowała faktycznie żadnej władzy nad IOR, który choć formalnie 
nadzorowany był przez komisję złożoną z kilku kardynałów, to w rzeczywistości pozbawiony był 
wszelkiej kontroli. Zadanie wzmożenia aktywności IOR powierzył papież Sindonie, z którym miał 
współpracować watykański ekspert finansowy Massino Spada, podczas gdy formalnie IOR – em 
kierowali Luigi Mennini i Pellegrino De Strobel. 

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych Sindona nie zajmuje się już jedynie watykańskimi finansami, 
ale świadczy też usługi doradcy podatkowego, miedzy innymi dla włosko – amerykańskiego mafijnego 
bossa Joe Doto – znanego FBI jako Joe Adonis, – który w Mediolanie był ukrytym właścicielem firmy 
Milbeton, a posiadał także sieć supermarketów Stella. Usługi doradcze okazały się zapewne na tyle 
skuteczne, że skłoniły mafijnego bossa do powierzenia sycylijskiemu finansiście innych bardziej 
ryzykownych i bardziej delikatnych operacji finansowych. 

background image

Na zlecenie Adonisa Sindona udał się do Stanów Zjednoczonych (sam boss miał tam sporo 
problemów z policją) i w Nowym Jorku został przyjęty przez mafijny klan Vito Genovese. Na zlecenie 
rodziny Genovese Sindona prowadził sprawy kilku spółek przygotowując kanały do prania brudnych 
pieniędzy. Mówiono, że w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych Sindona organizował pranie 
brudnych pieniędzy mafijnej organizacji Meyera Lasky’ego i jego prawej ręki Santo Trafficante, która 
to organizacja miała podobno uczestniczyć w przygotowanym przez CIA planie zamordowania Fidela 
Castro. 

Sycylijski finansista, pełniący jednocześnie funkcję doradcy Watykanu i doradcy włosko – 
amerykańskiej mafii, rychło zabłysnął wkrótce także i w USA stając się w krótkim czasie bohaterem 
północnoamerykańskiego rynku finansowego. Prestiżowe czasopisma, takie jak Time i Business 
Week, poświeciły mu sporo miejsca podkreślając jego oszałamiający sukces i przydając mu epitet 
„superdynamicznego specjalisty od interesów”. Sukces ten wynikał przede wszystkim z biznesowych 
układó0w łączących Sindonę z Dawidem M. Kennedym (prezesem Continental Illinois Bank, któremu 
Sindona sprzeda 22 procent udziałów Banca Privata Finanziaria) oraz z adwokatem Richardem 
Nixonem, który – wybrany potem na prezydenta USA – powierzy pieczę nad skarbem państwa 
wspólnikowi Sindony, Davidowi M. Kennedy’emu. Układy te wynikały prawdopodobnie z wspólnego 
upodobania do kręgów międzynarodowej masonerii. Szwagier Sindony, Francesco Bellantonio, był 
kiedyś wielkim mistrzem wspólnoty masońskiej Piazza del Gesu, a sam Sindona należał do tajnej łozy 
Giustizia e Liberta. Latem 1973 roku zostanie także członkiem tajnej Loży P2, którą kierował Licio 
Gelli. A David M. Kennedy I Richard Nixon także byli związani z środowiskami masońskimi w USA. 

Jednakże w Ameryce poczynania Sindony dosyć szybko wzbudziły podejrzenia. W piśmie przesłanym 
1 listopada 1967 roku przez szefa waszyngtońskiej policji, Freda J. Douglasa, do policji kryminalnej w 
Rzymie Sindona, Daniel Antohony Porco, Ernest Gengarella i Rolf Vio (wspólnicy sycylijskiego 
finansisty w wielu operacjach o posmaku afer) określeni zostali jako „indywidua zamieszane w 
nielegalny handel środkami uspokajającymi, pobudzającymi i halucynogennymi, prowadzony 
pomiędzy Włochami i USA a być może także i z innymi regionami Europy” 

Ale, podczas gdy w USA Sindona podejrzewany był już o związki z mafią i udział w międzynarodowym 
handlu narkotykami, to we Włoszech mógł on nadal spokojnie oddawać się swoim podejrzanym 
operacjom finansowym. Mógł tak czynić dzięki doskonałym stosunkom z politykami chadecji i 
rekomendacji i wynikającej z faktu powiązania z Watykanem oraz osobistej znajomości z papieżem. 
W roku 1968 znajomość ta staje się wręcz zażyłością. Rzeczywiście Paweł VI, którego zamiarem było 
uchronić przed opodatkowaniem we Włoszech spore pakiety posiadanych przez Watykan akcji, 
polegał na Sindonie. 

Spór z włoskim fiskusem sprawił też, że ujawniono realne wartości posiadanego przez Stolicę 
Apostolską majątku w akcjach. W roku 1967 wartość ich szacowano na blisko 100 miliardów lirów 
(obecnie około 1300 miliardów), przy czym wartość tę posiadały wyłącznie akcje podlegające 
opodatkowaniu. Znawcy problematyki obliczają, że w tym samym czasie pełna wartość realna 
inwestycji Watykanu we włoskie akcje wynosiła ponad 202 miliony dolarów. Do tego należałoby 
także dodać wartość posiadanych w Rzymie nieruchomości, a także inwestycji poczynionych poza 
granicami Włoch. 

Realizacje delikatnego zadania uporania się z włoskim fiskusem powierzył papież sycylijskiemu 
finansiście. A ten oczekiwań papieża nie zawiódł. Jak pisze, Luigi Di Fonzo w opracowaniu Saint 

background image

Peter’s Bank (Bank Świętego Piotra), Sindona przedstawił Ojcu Świętemu swój plan „należy 
wyprowadzić inwestycje z Włoch na rynki, gdzie eurodolary zwolnione są z opodatkowania; w 
operacjach tych trzeba posłużyć się siecią banków typu off-shore (posiadających siedzibę w strefie 
podatkowych rajów). Papieża to niepokoił, ale tak naprawdę to decyzję już podjął: przekazał Sindonie 
podpisany przez siebie dokument, na mocy, którego powierzono mu kontrolę nad zagranicznymi 
inwestycjami Watykanu. Obydwaj uklękli i zmówili modlitwę. Potem Sindona chwycił dłoń Pawła VI i 
ucałował papieski pierścień. 

Inne źródła utrzymują, że w rzeczywistości watykańskie pełnomocnictwo dla Sindony nie miało 
podpisu papieża, ale sygnował je kardynał, Sergio Guerri, odpowiadający za działalność Administracji 
Dóbr Stolicy Apostolskiej – APSA, co przecież i tak nie zmienia istoty faktów. 

Jednakże konieczne było, aby zewnętrzny reżyser watykańskich operacji miał swój odpowiednik w 
samym Watykanie, żeby postać tę cechowała taka sama zręczność i brak skrupułów. W związku z tym 
Paweł VI postanowił, że kierowanie IOR zostanie powierzone osobie cieszącej się jego całkowitym 
zaufaniem, a zarazem wielostronnie utalentowanemu prałatowi – jego ekscelencji biskupowi Paulowi 
Casimirowi Marcinkusowi. 

Paul Marcinkus urodził się 15 stycznia 1922 roku, w Cicero (na przedmieściach Chicago w czasach Al. 
Capone’a). Na księdza został wyświecony w roku 1947, a w 1950 roku przyjechał do Rzymu, gdzie 
studiował prawo kanoniczne w Uniwersytecie Gregoriańskim, a później został słuchaczem Papieskiej 
Akademii Kościelnej – szkoły przygotowującej kadry dla dyplomacji watykańskiej. Tam dostrzegł go 
kardynał Giovanni Benelli, czyli „Numer dwa” kurii watykańskiej, który powołał go do kierowanych 
przez siebie urzędów w Sekretariacie Stanu. 

Paweł VI, który zyskał przydomek pierwszego w historii papieża podróżującego, udał się w 1964 roku 
z misja apostolską do Izraela. Podróż ta okazała się organizacyjną klęską, zwłaszcza w zakresie 
zapewnienia papieżowi ochrony osobistej. Wobec tego organizację następnej podróży papieskiej, 
tym razem do Indii powierzono Paulowi Marcinkusowi. Pochodzący z Chicago prałat, który znał biegle 
cztery języki, pojechał z papieżem oficjalnie jako tłumacz, ale zarówno jego imponująca postura, jak i 
zachowanie, kiedy eskortował Ojca Świętego, sugerowały, że prawdziwą rolą było pełnienie funkcji 
osobistego ochroniarza Pawła VI. Potwierdza to fakt, że kiedy podczas kolejnej wizyty papieskiej – na 
Filipinach w 1970 roku – pewien niezrównoważony malarz rzucił się na papieża z nożem, nóż ten 
osobiście wyrwał mu właśnie Marcinkus. 

Kariera Marcinkusa jest dosyć podobna do kariery Sindony – była piorunująca. W grudniu 1968 roku 
Paweł VI mianuje go sekretarzem IOR. Miesiąc później Marcinkus zostaje biskupem diecezji Orte, a 
wkrótce potem zostaje mu powierzona prezesura watykańskiego banku. Jak usłyszeli to odeń, 
Mennini, Spada i De Strobel, a więc kolejni prezesi IOR, Marcinkus nie czuł się ekspertem w dziedzinie 
finansów, ale – dzięki pomocy super fachowca Sindony – była to wada do usunięcia. 

Wiosną 1969 roku duet Sindona – Marcinkus uaktywnia się celem dokonania sprzedaży akcji spółki 
Societa Generale Immobiliaria (SGI), od lat będącej oczkiem w głowie Watykanu, jako że Watykan 
posiadał w niej 38 procent udziału o wartości szacowanej wtedy na 30 miliardów lirów. Oficjalnym 
uzasadnieniem tej operacji było znaczne zadłużenie spółki. I oto Sindona oświadcza, że skłonny jest 
zakupić posiadany, przez IOR pakiet tej spółki płacąc po dolarze za każdą akcję, – co stanowiło 
wówczas cenę dwukrotnie wyższą od ceny rynkowej. W rzeczywistości jednak sycylijski finansista nie 

background image

dysponował środkami na zakup całego pakietu i zakupił tylko jego część, natomiast resztę, 
pozostającą w posiadaniu IOR, przeniósł Marcinkus do spółki mającej siedzibę w luksemburskim raju 
podatkowym, co sprawiło, że papiery te nie podlegały już opodatkowaniu na rzecz fiskusa włoskiego. 

Machinacje duetu Sindona – Marcinkus w odniesieniu do pozostającej w posiadaniu IOR spółki SGI 
opierały się w istocie na pewnym oszustwie, w którym uczestniczył Charles Bludhorn – żydowski 
finansista austriackiego pochodzenia, stojący na czele imperium, Gulf and Western Industries, 
właściciel szybów naftowych, hoteli, kopalni, a nawet wytwórni filmowej Paramount. W USA 
działalność aferzysty Bludhorna obciążona była dużymi podejrzeniami o związek z mafijno – 
żydowskim syndykatem, na czele którego stali Meyer Lansky, Harry Stromberg i Mickey Cohen. 
Bludhorn był wspólnikiem Sindony w Continental Finanse (spółce, która miała największy udział w 
kierowanym przez Kennedy’ego Continental Illinois Bank). 

Wspominany wcześniej Di Fonzo pisze, że Bludhorn gotów był nabyć akcje SGI za kwotę ośmiu 
milionów dolarów, ale nie mając gotówki zaproponował, że nabędzie je płacąc nie dolarami, lecz 
pięćdziesięcioprocentowym udziałem w spółce kapitałowej, która posiadała 230 tysięcy metrów 
kwadratowych terenu należącego do wytwórni filmowej Paramount. Teren ten miał być w przyszłości 
przeznaczony na działki pod budowę domków. Kontrahenci dogadali się, i w ten sposób Bludhorn stał 
się jednym z głównych akcjonariuszy SGI, a pierwsza operacja na rzecz Watykanu prowadzona przez 
tandem Sindona – Marcinkus, znalazła szczęśliwe zakończenie. 

W istocie chodziło jednak tylko o stworzenie pozorów, bowiem jakiś czas po podpisaniu umowy 
wyszło na jaw, że ta operacja, jak zresztą wiele innych firmowanych przez Bludhorna, opierała się na 
ukrytym matactwie; jeszcze dzisiaj obecnie wiele osób zadaje sobie pytanie, czy wtedy naprawdę 
wykorzystano dobrą wiarę takich dwóch super spryciarz jak Sindona i Marcinkus, czy też uczestniczyli 
oni w oszustwie na zasadzie wspólników. A oszustwo stało się oczywiste w momencie, gdy 
emisariusze z Watykanu przybyli do Los Angeles, aby przejąć w posiadanie grunt, który okazał się 
obłożony długami i hipoteką, a sama okolica w ogóle nie nadawała się do zabudowy. Jak wykazało 
późniejsze dochodzenie przeprowadzone przez Security and Exchange Comission (instytucję 
kontrolną z ramienia amerykańskich giełd), transakcja z Bludhornem była fikcyjną operacją, która 
miała generować zysk w wyniku przechodzenia przedmiotu sprzedaży z rąk do rąk. 

Poczynając od tej operacji duet Sindona – Marcinkus rozpoczął długą serię machinacji akcyjnych, 
zabiegów księgowych, spekulacji i oszustw podatkowych. Było to finansowe piractwo, w których już 
wkrótce miał uczestniczyć trzeci bohater: katolicki bankier i mason w jednej osobie – Roberto Calvi. 

Piracka trójca 

 

Roberto Calvi urodził się 13 kwietnia 1920 roku w Mediolanie. Dyplom z ekonomii i handlu uzyskał na 
Uniwersytecie im. Bocconiego (szefa biura propagandy w uniwersyteckiej federacji faszystów w 
Mediolanie). Podczas II wojny światowej razem z Navarą walczył w oddziale artylerzystów na froncie 
wschodnim. Kiedy w 1944 roku został zwolniony z wojska, rozpoczął pracę w Lecco, w „laickim” 
oddziale Banca Commerciale (gdzie urzędnikiem był też jego ojciec), jednak dwa lata później – może 
dlatego, że był żarliwym katolikiem – przeszedł do Banco Ambrosiano, mediolańskiej instytucji 
kredytowej zwanej bankiem dla księży. Banco Ambrosiano został utworzony w 1896 roku przez 

background image

biskupa Giuseppe Toviniego, działającego na polecenie kardynała Andrea Ferrari. Na początku wieku 
bank kojarzony był z propagowaniem działalności religijnej i dobroczynnej – kredytował instytucje 
religijne, dobroczynne, kongregacje religijne. Kontrole nad nim sprawowała mediolańska kuria. 
Celem utrzymania opinii banku katolickiego umieszczono w statucie zapis, na mocy którego jego 
akcjonariuszami mogli być posiadacze świadectwa chrztu oraz wydawanego przez proboszcza 
zaświadczenia o praktyce religijnej. 

W roku 1958 Calvi awansował na asystenta dyrektora generalnego banku Carlo Alessandro Canesi, a 
w 1965 roku – kiedy Canesi został powołany na stanowisko prezesa zarządu – Calvi został dyrektorem 
naczelnym. Pod koniec 1970 roku, kiedy to współpracował już z Sindoną i z dwoma przepotężnymi 
braćmi masonami: przyszłym przywódcą Loży P2 Licio Gellim i Umberto Ortolanim, otrzymał funkcję 
dyrektoria generalnego Banco Ambrosiano. Nick Tosches, w Il mistero Sindona (Tajemnica Sindony) 
powołując się na opinie Sindony pisze, że Calvi posiadał osobowość człowieka zdecydowanego w 
dążeniu do władzy i bogactwa, i prosił Sindonę o pomoc w uzyskaniu pozycji, jaką już Sindona 
posiadał, chciał być sam dla siebie panem. Wtedy Sindona postanowił, że zrobi wszystko, aby go 
wspierać. Poinstruował go, jak utworzyć sieć instytucji finansowych w Luksemburgu, na Bahama, w 
Kostaryce, w Vaduz. Instytucje te cieszyły się poparciem banku Ambrosiano, a jednocześnie 
korzystały z luksusu poufności, jaki oferowały wymienione kraje. 

W Boże Narodzenie 1969 roku, w kancelarii mecenasa Umberto Ortolani, odbyła się historyczna 
kolacja, w której poza gospodarzem uczestniczyli: Calvi, Sindona, Gelli. Celem spotkania było 
ustalenie wspólnej strategii i określenie rodzaju pomocy, jaką każdy z uczestników mógłby okazać 
Calviemu w zrobieniu przezeń kariery w Banco Ambrosiano. Ortolani był twórcą włoskiej agencji 
prasowej, prezesem zrzeszenia dziennikarzy włoskich za granicą, pozostawał w znakomitych układach 
z Fanfanim i Andreottim, posiadał też świetne stosunki z Watykanem. Sindona obiecywał, że będzie 
wspierał Calviego z zewnątrz oraz że chętnie zostanie wspólnikiem w prowadzonych w przyszłości 
interesach. Gelli natomiast deklarował wsparcie ze strony polityków każdego szczebla. 

Z chwilą nominacji Calviego na dyrektora Banco Ambrosiano pierwotny watykański zamysł 
wywinięcia się z zobowiązań wobec włoskiego fiskusa nabrał nowych, zupełnie realnych kształtów. 
Strategicznym celem stało się utworzenie katolickiego Lobby finansowego, które zdolne byłoby 
konkurować z międzynarodowym środowiskiem finansistów laickich na takim poziomie, który 
umożliwiałby nie tylko samo zabezpieczenie interesów doczesnych Kościoła, ale i wywierania nacisku 
na zachodnie gremia polityczne, by budować szeroki front zaporowy wobec komunizmu. Projekt 
wydawał się skrojony na miarę cieszącego się zaufaniem papieży Sindony – który nie tylko, że był 
uznanym finansistą, ale też jako związany z włoską chadecją, znał wpływowych polityków 
administracji amerykańskiej, miał kontakty z włosko – amerykańską mafią oraz z międzynarodowymi 
środowiskami masonerii, a wszyscy oni byli zagorzałymi antykomunistami. Jednakże sycylijski 
finansista wiedział już wtedy, że dla realizacji ambitnego planu same jego banki oraz IOR nie 
wystarczą, i że niezbędne będzie współdziałanie z mediolańskim „bankiem księży”. Od początku 
istnienia Banco Ambrosiano wśród jego akcjonariuszy, byli także: Papieski Instytut do spraw 
Zewnętrznych, spółka Fabrica del Duomo (Warsztaty Katedralne), bank San Paolo di Brescia, Instytut 
Figlie del Sacro Cuore di Gesu (Instytut Córek od Świętego Serca Jezusowego), Seminarium 
Arcybiskupie w Mediolanie. I rzeczywiście, pod kierownictwem Calviego, Banco Ambrosiano bardzo 
szybko osiągnął w świecie międzynarodowej finansjery najlepszą pozycję spośród wszystkich 
prywatnych banków włoskich. 

background image

Jedna z pierwszych operacji wykonanych przez trio Sindona – Marcinkus – Calvi dotyczyła spółki 
akcyjnej Compendium, mającej siedzibę w Luksemburgu. Spółka ta pozostawała pod kontrolą IOR i 
grupy finansowej Sindony działającego przez Fasco Ag. W listopadzie 1970 roku 20 procent akcji 
Compendium zostało sprzedanych szwajcarskiemu bankowi del Gottardo (pakiet większościowy 
dający kontrolę nad bankiem należał do IOR i do Ambriosiano), kolejne 40 procent zostało zbyte 
bankowi Ambriosiano, a pozostałe 40 procent akcji pozostało w Fasco Ag, a więc w gestii Sindony. 
Operacja została dokonana na terytorium raju podatkowego w Nassau (na Bahama). Następnie w 
marcu 1971 roku, kontrolowana przez Ambrosiano spółka Compendium utworzyła spółkę o nazwie 
Cisalpine Overseas Bank, będącą instytucją kredytową z siedzib a w Nassau. Prezesem spółki został 
kardynał Marcinkus. 

Operacja Compendium zapoczątkowała niebezpieczną, utkaną przez trójcę Sindona – Marcinkus – 
Calvi, sieć pogmatwanych transakcji miedzy spółkami. Wszystko odbywało się na zasadzie domina: 
dokonywane w zawrotnym tempie operacje kupna – sprzedaży akcji zawsze kończyły się tym, że 
pakiety docierały do jakichś spółek akcyjnych z siedzibą w Liechtensteinie, na Bahama lub w innym 
raju podatkowym. Ruchom akcji towarzyszyły ruchy kapitałów wysyłanych i przyjmowanych przez 
Banca Cattolica del Veneto, Cisalpine Overseans Bank, Centrale Finanziaria, Bastogi, amerykański 
Franklin Bank oraz Credito Varesino. 

Afera ze spółką Finambro dobrze obrazuje styl działania trzech katolickich bankierów. Dysponując 
kwota nie mniejszą niż 200 milionów (ówczesnych) dolarów, co do pochodzenia których nikt w 
tamtych czasach nie był w stanie otrzymać żadnych wyjaśnień, Sindona dokonuje prania tych 
pieniędzy tworząc inne spółki, by pod ich szyldem nabywać niewielkie banki, w które inwestuje 
„niebudzące podejrzeń” kapitały, a te urastają już później do zawrotnych kwot. W przypadku spółki 
Finambro dwaj ukryci wspólnicy Sindony – Calvi i Marcinkus – w ogóle się nie ujawniają. Do 
utworzonej 26 października 1972 roku spółki weszli: Cosimo Viscuso (handlarz mebli z Palermo) i 
Maria Sebastiani (gospodyni domowa), wnosząc kapitał założycielski w wysokości jednego miliona 
lirów. Wkrótce 6 czerwca 1973 roku, Finambro przekształca się w spółkę akcyjną, a także dwukrotnie 
podwyższa swój kapitał zakładowy: za pierwszym razem do kwoty 500 milionów lirów, a za drugim – 
zaraz potem – do 20 miliardów lirów. Po otrzymaniu zezwolenia komisji do spraw kredytów i 
oszczędności spółka Finambro, która do tej pory nie prowadziła żadnej działalności, nabywa pakiet 
akcji Banca Generale di Credito, niewielkiej instytucji kredytowej, powstałej z inicjatywy znanego 
konstruktora budowlanego Renzo Zingone (zresztą pierwszego męża Donatelli Pasquali, która wyjdzie 
powtórnie za mąż za przyszłego premiera Lamberto Dini). Transakcja odbyła się za cenę dwu 
miliardów lirów. 

Interesujące, że prowadzone w późniejszym czasie śledztwo pozwoliło ustalić, iż miejscowość 
Trezzano sul Naviglio, będąca miejscem spotkań wielu pochodzących z Sycylii mafiosów (miedzy 
innymi rodzin Ciulla, Carollo i Guzzardi), stanowiła jednocześnie centrum dowodzenia realizowanych 
akcji porwań znanych osobistości. 

Tak więc, wobec zawrotnego – notowanego na mediolańskiej giełdzie – sukcesu spółki będącej 
własnością Cosimo Viscuso, pojawiło się pytanie, kto naprawdę stoi za sycylijskim handlarzem. Czyją 
jest marionetką? 

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. I to właśnie sam Sindona dał do zrozumienia, że 
faktycznym właścicielem spółki Finambro jest tylko i wyłącznie on sam. Fakt, że spółka to jego 

background image

własność, dość szybko znalazł swoje potwierdzenie. 2 sierpnia 1973 roku odbyło się nadzwyczajne 
spotkanie akcjonariuszy Finambro, które przyjęło uchwałę o kolejnym podwyższeniu kapitału spółki z 
kwoty 20 miliardów do poziomu 160 miliardów. Ruch ten został jednak zastopowany, ponieważ 
włoski Urząd do spraw Obrotu Dewizowego stwierdził, że do kasy Finambro dokonała wpłaty 
poważnych kwot jedna z luksemburskich instytucji kredytowych. Spółką tą była Capisec Holding S.A., 
którą urząd zidentyfikował jako podmiot kontrolowany przez znany już tercet: Sindona – Marcinkus – 
Calvi. 

Układ istniejący pomiędzy trzema katolickimi bankierami od samego początku jawi się jako rodzaj 
przestępczej zmowy. Sindona powiększa własne imperium, przy czym udaje mu się prać i lokować 
ogromne pieniądze, przekazywane przez mafijne sycylijsko – amerykańskie grupy przestępcze. Calvi z 
kolei wykorzystuje kapitały Banco Ambrosiano do nabywania na własny rachunek kolejnych, coraz 
większych pakietów akcji banku, zamierzając stać się jego jedynym właścicielem. Marcinkus 
natomiast dokonuje operacji pozwalających ratować majątek watykański przed opodatkowaniem go 
przez włoskiego fiskusa, co ma wpływ na rozwój doczesnych spraw papiestwa. 

Ale finanse Kościoła zyskują jeszcze inne korzyści dodatkowe: IOR pobiera nie tylko lichwiarskie 
prowizje od dokonywanych przez znane trio transakcji, ale też inkasuje ogromne zyski z eksportu 
włoskich kapitałów. Samo przesyłanie pieniędzy odbywa się zresztą pozornie legalnie dzięki zasadzie 
eksterytorialności Państwa Watykańskiego wobec Włoch. Sam Sindona tak później o tym powie: „IOR 
otwierał konto we włoskim banku. Klient włoskiego banku wpłacał na to konto gotówkę, a IOR 
zajmował się już przekazywaniem pieniędzy przez klienta walucie do określonego banku za granicę. 
Wykonując tę operację IOR pobierał prowizję, która była nieco wyższa od ogólnie praktykowanych. 
Władze włoskie ani bank centralny nigdy się do tego nie wtrącały… Kiedy biskup Marcinkus zrozumiał, 
na czym polegała cała ta operacja, mógł się przekonać, że stosowany przez IOR do przesyłania 
pieniędzy system był rodzajem przestępstwa dokonanego” 

W dokonywanych w latach 1971 – 1973 finansowych kombinacjach Sindona i Marcinkus zdobyli się 
także na obracanie fałszywymi, sfabrykowanymi przez mafię obligacjami na kwotę półtora miliarda 
dolarów. Fakty te zaczęły wychodzić na jaw pod koniec 1971 roku, przy okazji prób przejęcia kontroli 
nad holdingiem o nazwie Societa Italiana perle strade ferrate meridionali (Włoska spółka 
eksploatacyjna kolei południowych – znana jako Bastogi). Spółka ta w rzeczywistości prowadziła 
interesy w branżach: obrotu nieruchomościami, górniczej, chemicznej, produkcji cementu itd. Dosyć 
szybko poznano, kim był ten, kto zamierzał posilić się tym ogromnym tortem: był to Michele Sindona 
– w spółce z Marcinkusem. 

Wkrótce do rozpowszechniających się z tej okazji w środowisku bankierów pogłosek dochodzi nowa – 
oto Sindona i Marcinkus zamierzają ulokować w kilku niemieckich bankach pakiet amerykańskich 
obligacji wartości stu milionów dolarów. I banki godzą się podobno wypłacić w zamian gotówkę 
potrzebną na zakup 50 procent udziałów kapitałowych w spółce Bastogi. Gdy prezes spółki, Tullio 
Torchiani, usiłował dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej, wszelkie próby napotykają 
początkowo ze strony niemieckich banków na mur milczenia. Wkrótce jednak Torchiani i inni 
europejscy bankierzy nie mają już wątpliwości, że nie są to tylko pogłoski. Ale mimo to nie było łatwo 
ani nikt nie był na tyle mocny, aby ów mur milczenia obalić. W końcu jednakże intryga ujawniła się i 
próba zawładnięcia spółką Bastogi zakończyła się fiaskiem. Coraz powszechniej też zaczęto mówić, że 

background image

obligacje te były fałszywe i że zostały przekazane do kasy pancernej watykańskiego banku, gdzie 
strzegł ich Marcinkus. 

Podążając śladem pierwszego pakietu fałszywych obligacji, niedługo potem, wiosną 1973 roku, agenci 
FBI odkryli, że włoski kombinator Mario Foglini ulokował część tych obligacji w Handelsbanku w 
Zurichu – na rachunku prałata watykańskiego monsignora Mario Fornasariego. Druga ich część trafiła 
na rachunek jednego z oddziałów Banco di Roma. 

Dodać warto, że w niecały rok później także Banco di Roma stanie się dla klanu Andreottiego 
punktem oparcia dla próby ratowania chwiejącego się imperium Sindony. Wtedy prezesem zarządu 
banku zostaje mianowany Mario Barone, przyjaciel zarówno Sindony jak i Andreottiego, i to wówczas 
wdrożona będzie „strategia ratunkowa”, która okaże się prawdopodobnie odpowiedzialna za 
ogromne straty banku związanego z włoskimi bankami Sindony. 

Foligni oświadczył później, że pierwsze lokaty obligacji stanowiły wymagany przez Marcinkusa test 
potwierdzenia wiarygodności tych walorów. Ujawnił też w szczegółach całą operację i kulisy prób 
przejęcia przez Sindonę, co doprowadziło śledczych do watykańskich poczekalni. 

Z końcem kwietnia 1973 roku agenci FBI przesłuchali Marcinkusa. Prezes papieskiego banku 
stwierdził, że z Sindoną utrzymywał „wyłącznie kontakty dotyczące mało istotnych spraw 
handlowych”, zaprzeczył, że miał cokolwiek wspólnego z fałszywymi walorami, a także sugerował, że 
cała sprawa spowodowana jest pomówieniami ze strony osób, które jemu, pierwszemu 
amerykańskiemu prałatowi z tak wysoka pozycją w hierarchii watykańskiej, zazdroszczą osiągnięcia 
znaczącego sukcesu osobistego (dwa lata później, w 1975 roku, w wywiadzie dla dziennikarza Time 
Paula Horne’a Marcinkus stwierdzi, że „nigdy nie utrzymywał w ogóle kontaktów handlowych z 
Sindoną”). Amerykańscy śledczy zdawali się uwierzyć w kłamliwe oświadczenia biskupa, bowiem w 
lipcu 1973, kiedy przedstawili zarzuty szesnastu osobom (w tym także Foligniemu), w tym gronie nie 
znaleźli się ani sam Marcinkus, ani inni dygnitarze z IOR. Niektórzy uważają, że śledztwo FBI zostało 
zablokowane właśnie, dlatego, że w sprawie obrotu fałszywymi papierami pojawił się wątek 
watykański. 

Poczynania trójki, Sindona – Marcinkus – Calvi znalazły się też pod lupą władz federalnych USA. Oto 
komisja kontrolna giełd amerykańskich (Security and Exchange Commission) prowadząc dochodzenie 
w sprawie działalności pewnej dziwnej spółki o nazwie Fiduciary Investment Service, która usiłowała 
nabyć pakiet akcji korporacji Vecto Offshore Industries z Los Angeles, odkryła liczne ślady aktywności 
zespołu Sindona – Marcinkus – Calvi. Okazało się, że Fiduciary Investment działa jako spółka 
powiernicza na rzecz Continental Illinois Bank z Chicago, który z kolei był parawanem innej, 
działającej w Luksemburgu spółki akcyjnej Zelinka Holding, będącej właścicielem tajemniczego 
Amincor Bank z Zurichu. W tej sytuacji wspomniana komisja wydała zakaz nabycia akcji Vecto przez 
Fiduciary Investment, uzasadniając decyzję faktem, że operacja ta stanowiła machinację grupy 
finansowych aferzystów, wśród których prym wiódł zarządca IOR Luigi Mennini, przy czym sam, 
Amincor Bank (związany z grupą Sindona – Marcinkus) określono jako „wysoce podejrzany ośrodek 
działalności finansowej”. 

Początek końca 

 

background image

W pierwszych miesiącach 1974 roku międzynarodowy rynek akcji znalazł się w złej koniunkturze. 
Sindona musiał stawić czoła sytuacji, w której notowania jego spółek gwałtownie spadały i dawał się 
odczuwać brak pieniędzy. Taki feralny zbieg dwóch kryzysów mógł przynieść fatalne skutki dla 
finansowego imperium zbudowanego przez osobistego doradcę Pawła VI. 

Poszukując wyjścia z trudnej sytuacji, Sindona liczył na uzyskanie pomocy ze strony swoich ojców 
chrzestnych – polityków włoskich, a więc klerykalno – prawicowej frakcji Fanfaniego i chadecji 
Andreottiego, oraz polityków amerykańskich, czyli administracji Nixona. Jednakże rok 1974 był 
politycznie trudnym okresem także dla protektorów Sindony. I chociaż sycylijski finansista wpłacił do 
kasy chadecji ponad dwa miliardy na wsparcie popieranej żarliwie przez Watykan kampanii anty 
rozwodowej, to jednak 12 marca chadecja batalie przy urnach wyborczych przegrywa i przezywa 
głęboki kryzys polityczny. W Ameryce pozycja przyjaciół Sindony jest jeszcze gorsza: latem wybucha 
afera Watergate i 8 sierpnia Richard Nixon zmuszony jest opuścić Biały Dom. 

Pozbawiony politycznego wsparcia zarówno we Włoszech jak i w USA, znalazł się Sindona w trudnej 
sytuacji. A wkrótce stało się jeszcze gorzej. Oto 27 września sąd w Mediolanie wszczyna 
postępowanie likwidacyjne Banca Privata. Na likwidatora wyznaczono mecenasa Giorgio Ambrosoli. 
Niecały tydzień później w Stanach Zjednoczonych sąd orzeka niewypłacalność Franklin Bank, a 14 
października, sąd mediolański również ogłasza stan niewypłacalności Banca Privata. 

Nieuchronna jest reakcja łańcuchowa: 7 stycznia 1975 roku szwajcarski sąd wydaje wyrok o upadłości 
Finabank w Genewie – jego dwoma właścicielami są sycylijski bankrut i IIOR. W poufnej notatce 
włoskich służb specjalnych (SID) z 163 stycznia 1975 roku podaje się, że „sytuacja księgowa Sindony 
wykazuje >>dziurę<>uprzywilejowanych obywateli<>Śmieszne i absolutnie nie do 
pomyślenia<>Loggia Ecclesia<>Loggia Unita d’Inghilterra<>Anonima Sequiestri<>z 
zewnątrz<>Pensja<>nabożna zasłona<>tak<>tak<>jednostki biologiczno – psychologiczno – 
duchowej<>Uzdrawiajcie chorych<>obmyślone<>bohatera<< zmienia zawód i rolę oraz porzuca to, 
co robił. Nie odczuwa obowiązku wytłumaczenia się wobec kogokolwiek – a tym kimkolwiek są tu 
obywatele – mimo że powinien byłby się wytłumaczyć; następnie to jemu stawiane są zarzuty, a 
mimo to wydaje się prosperować, wydając dziś jakieś oświadczenie lub coś dementując, a godząc się 
jutro na jakieś spotkanie, wydając decyzje o charakterze politycznym”. Po czym, aby dopełnić obrazu, 
redaktor naczelny L’Osservatore Romano ujął się za osobistością, która „stworzyła kawałek historii”, 
to znaczy Giulio Andreottim. „Chce się znaleźć i osadzić faktycznych zabójców Pecorelliego [pod tym 
zarzutem, miedzy innymi, stanął przed sądem Andreotti], czy też dać upust politycznym urazom 
wobec osób i temu, co one reprezentowały?”. 

Reakcja Agnesa była elementem prawdziwej kampanii przeciwko prokuraturze, która ośmieliła się 
prowadzić śledztwo i oskarżać przed sądem wpływowe osobistości, kampanii, która nabrała formy 
groteski usiłując oskarżać i prokuratorów i sędziów. 

Celestine Bohlen w Herald Tribune z 26 grudnia 1996 roku porównała L’Osservatore Romano do 
ówczesnej Prawdy – organu partii komunistycznej byłego ZSSR: „Niekompletny serwis informacyjny, 
pomijanie niewygodnych tematów, brak możliwości, aby dziennikarze byli w stanie wyrazić 
ewentualny protest, realne zagrożenie ekskomunika dla tych, którzy ośmielają się powiedzieć coś 
poza wspólnym chórkiem… L’Osservatore Romano czytany jest, podobnie jak Prawda, ze względu na 
informacje, których nie zamieszcza…”. 

background image

Katolickim wydawnictwem książkowym, które z maleńkiej firmy stało się bardzo dużym 
przedsiębiorstwem – jest Piemme z Asti. Chociaż prowadzone przez arcykatolickiego Pietro Marietti 
(47 lat, syn założyciela) wydawnictwo jest formalnie od Stolicy Apostolskiej niezależne, to jednak 
wydaje się wcale takim nie być: „O wszelkich naszych decyzjach, które podejmujemy w sposób 
zupełnie niezależny, powiadamiamy Sekretariat Stanu. Nigdy nie zdarzyło się, żeby wyraził sprzeciw. 
Jesteśmy otwarci na wszystko, co dotyczy świata katolickiego… Nasza oficyna jest wydawnictwem 
katolickim, które działa jak wielkie firmy laickie”. 

Firma Marietti, założona w 1920 roku, prawie przez cały wiek miała – wraz z dwoma innymi 
wydawnictwami na świecie – wyłączność na wydawanie łacińskich pozycji liturgicznych z papieskim 
imprimatur. Potem, od 1983 roku, uległa pokusie działalności handlowej, i pod nowa nazwą Piemme 
przeżywała boom, którego istotnym elementem było wydawanie wielonakładowych przedruków i 
kalendarzy pisanych przez siostrę Germanę. W grudniu 1996 roku zakonnica podała wydawnictwo do 
sądu, zarzucając mu naruszenie praw autorskich. Sąd wydał wyrok dla Piemme niekorzystny i nakazał 
siostrze wypłatę sporego odszkodowania (756 milionów lirów – oprócz kwot, które zapłacono jej już 
wcześniej). 

Wydawnictwo Piemme wydało szereg bestsellerów napisanych przez kardynałów i biskupów 
(Martiniego, Biffiego, Maggioliniego), księży (Davida Marii Turoldo), jezuitów (Pintacuda, Sorge) i 
autorów preferujących katolicyzm. 

Z zasady nie wydajemy – oświadczył Marietti – jedynie pozycji wychwalających przemoc oraz tych, 
które zawierają bezpodstawne ataki na Kościół. Kilka miesięcy temu odrzuciliśmy opracowanie 
niemieckiego teologa Eugena Drewermanna. 

Wydawnictwo Piemme to dzisiaj ogromny biznes. Były harcerz Marietti i jego współpracownicy 
wydają się niestrudzeni: sprzedają książki z różnymi gadżetami, miliardy lirów płacą za telewizyjne 
kampanie reklamowe, przeznaczają wielomilionowe kwoty na pozyskiwanie czytelników, organizują 
gigantyczne imprezy, wydają wysokonakładowe czasopismo, które wysyłają nauczycielom (wpływając 
tym na dobór lektur szkolnych) i przez specjalnie utworzone w tym celu stowarzyszenie organizują 
dla nauczających kursy doskonalenia zawodowego. 

Od 1992 roku w zarządzie wydawnictwa, którego członkami są Marietti, Carlo Cavanna, a także 
Lorenzo De Petris i Fernando Caligaris, zasiada również trzech Hiszpanów: Jorge Teig Delkader, Javier 
Francisco Larrea Carretero i Manuel Pacual Gonzalez Rubio, reprezentujący Jose Luisa Cortesa 
(dyrektora wydawnictwa Piemme junior, wydającego książki dla dzieci). Wszyscy czterej są członkami 
fundacji Fundacion Santa Maria – katolickiego zgromadzenia, którego wydawnictwo 
zmonopolizowało w Hiszpanii rynek książek dla dzieci. Wydawnictwo Piemme planuje utworzyć jego 
odpowiednik we Włoszech, to znaczy zamierza zarabiać kolejne miliardy na książkach i katolickich 
materiałach audiowizualnych, które będą „kształtować” umysł przyszłych ludzi dorosłych. Z 
papieskim błogosławieństwem. 

Poczynania spółki Piemme stanowią jedynie mały strumyk rwącej rzeki katolickiej działalności 
edytorskiej. Biznes ten koncentruje się przede wszystkim w wielkich księgarniach religijnych: ponad 
setka takich księgarni znajduje się we Włoszech, około osiemdziesiąt z nich należy do grupy San Paolo 
– Paoline. Sprzedaje się tam zarówno beletrystykę jak i eseje, których wprawdzie nie spotyka się na 

background image

laickich listach bestsellerów, ale które znajdują się na honorowym miejscu listy miesięcznika Letture 
wydawanego przez firmę San Paolo. 

Z rzadka tylko Stowarzyszenie Wydawców Katolickich (UECI) podaje liczby sprzedanych egzemplarzy, 
ale kiedy to robi, to prezentuje nakłady naprawdę imponujące. Pozycje takie, jak Krótkie modlitwy 
przed kolacją czy Pomówmy w rodzinie o telewizji, których autorem jest Carlo Maria Martini, dawno 
już przekroczyły – każda z nich – nakład miliona sprzedanych egzemplarzy. Tak jak sprzedano ponad 
milion egzemplarzy Hipotez na temat Jezusa, których autorem jest katolicki historyk Vittorio Messori. 
Jednak absolutne pierwszeństwo w rozmiarach sprzedaży przypada liturgicznej antologii noszącej 
prosty tytuł Modlitwy. Według UECI pozycja ta sprzedała się prawie w trzech milionach egzemplarzy. 

 

Superstar mass mediów 

 

Sobota, 25 listopada 1995 roku, Watykan, Sala im. Pawła VI. – I oto senator Giulio Andreotti! – 
zaanonsował biskup Florenzo Angellini. Obecni – sala wypełniona specjalnymi gośćmi – witali go 
ponad pięciominutową owacją na stojąco. Dostojnicy, biskupi i kardynałowie klaskali z entuzjazmem. 
Wśród nich był również Jan Paweł II, który z zadowoleniem wszystkiemu się przyglądał. Wiedział, 
przez jak długie lata Giulio Andreotti oddawał nieocenione przysługi zarówno Kościołowi, jak i jego 
politycznemu ramieniu – Chrześcijańskiej Demokracji. Ani dla długiej ławy purpuratów, ani dla Ojca 
Świętego nie miało żadnego znaczenia, że przeciwko podeszłemu wiekiem chadeckiemu senatorowi, 
który przez lata był bohaterem najbrudniejszych intryg w świecie władzy, toczył się właśnie proces o 
jego związki z mafią (w sądzie w Palermo) i o zabójstwo Mino Pecorelliego (w Perugii). Pięć minut 
rzęsistych braw ze strony przedstawicieli Boga było wręcz równoważne „boskiemu rozgrzeszeniu” dla 
pięciokrotnego premiera Włoch. 

13 grudnia 1995 roku z mównicy przy ołtarzu w bazylice Świętego Piotra – zgodnie ze scenariuszem 
obmyślonym przez mistrza ceremonii liturgicznej biskupa Piero Mariniego – przemawiał w ramach 
spotkania z młodzieżą akademicką student, Maurizio Anastasi. I – niespodziewanie – przy 
marmurowej ciszy zajętej przez prałatów ławy student wypomniał papieżowi, w jego obecności, ową 
owację na cześć Andreottiego oraz bezwarunkowe poparcie, którym ekspremier cieszy się wśród 
watykańskiej hierarchii. Po skończonej przemowie, aby uniemożliwić wyemitowanie materiału, służby 
papieskie zarekwirowały kasetę z nagraniem uroczystości, wykonanym przez katolicką stację 
telewizyjną Telepace. 

Ale wróćmy do momentu i miejsca wspomnianej przez studenta owacji. 

Senator Andreotti i biskup Angellini promienieją z radości. Bo faktycznie, tych dwóch to świetni 
przyjaciele, i to od dawna. To o tym właśnie solidarnym związku opowiadał Mino Pecorelli w czerwcu 
1978 roku – o historii wspólnej religijnej wiary, ale przede wszystkim o historii wspólnych interesów i 
obopólnych wzajemnych przysług. 

W czasach tych monsignore Angellini skupiał godności: biskupa tytularnego Messyny, honorowy tytuł 
commendatore Ducha Świętego, pełnomocnika papieskiego do niesienia posługi religijnej w 

background image

szpitalach i klinikach Rzymu, krajowego asystenta kościelnego przy zrzeszeniu włoskich lekarzy 
katolickich. 

Monsignore Angellini – pisał Pecorelli – jest osobistością nad wyraz znaną w kręgach farmaceutów i 
lekarzy. W Ministerstwie Zdrowia mówi się, że jest jego domownikiem od chwili swego urodzenia. 
Jest przyjacielem ministrów, sekretarzy, podsekretarzy, a wydaje się, że i niektórych sekretarek też. 
Jest tak wpływowy i tak się go boją, że jego wizyty w Ministerstwie Zdrowia są przyjmowane z 
honorowym komitetem powitalnym i z orkiestrą. Od niepamiętnych czasów jest przyjacielem 
Andreottiego,, a szczególnie czczony jest przez ludzi u steru ministerstwa. Mówi się, że jemu, z racji 
powiązań braterską przyjaźnią, jak i z racji wspólnoty interesów, a także zważywszy na jego żarliwą 
katolicka wiarę i bogobojność, nawet profesor Poggiolini, dyrektor generalny departamentu 
farmaceutyki niczego nie umiałby odmówić. 

Głośno mówiono o firmach farmaceutycznych, które dzięki zabiegom wpływowego Angelliniego, 
pozostającego w politycznym układzie z jeszcze bardziej wpływowym Andreottim, uzyskały podwyżkę 
cen na swoje lekarstwa. 

Prawdziwe powody – pisał Pecorelli – oprócz zawiadującego firmą, zna tylko biskup Angellini i kilka 
innych osób. Na przykład warto byłoby o to spytać Ferruccio De Lorenzo, ówczesnego podsekretarza 
w Ministerstwie Zdrowia i prezesa Krajowej Federacji Izb Lekarskich. 

Pecorelli, który także był członkiem Loży P2, mówił w ten sposób o swoich „braciach”: Paggiolinim i 
De Lorenzo, biskupie Angellinim, (którego nazwisko widniało na liście domniemanych członków Loży 
Watykańskiej) i o Andreottim – zanim zaistniał skandal z lat dziewięćdziesiątych. Bohaterami tego 
skandalu byli właśnie Poggiolini i Francesco De Lorenzo. 

W połowie lat dziewięćdziesiątych biskupAngellini był w Watykanie ciągle jeszcze potęgą: należał do 
najbardziej żarliwych zwolenników wcielania się papieża w rolę supergwiazdy mass mediów. I 
faktycznie, Jan Paweł II został obwołany przez media żyjącym pomnikiem. Naukowiec Alfonso Maria 
Di Nola (były wykładowca historii religii w uniwersytecie trzeciego wieku w Rzymie) określił go 
„papieżem przeciętnym, o niezbyt wysokim poziomie intelektualnym, niezdolnym do objęcia 
znaczenia obecnych czasów, ponieważ z pozycji niewyobrażalnego otwarcia przechodzi do typowych 
dla teologii średniowiecza pozycji ideologicznego zamknięcia”, a który swoją ogromną popularność i 
charyzmę zawdzięcza wizerunkowi, który czyni z niego papieża – idola: jest piękny, jest silny, jest 
idolem, porusza instynkt Erosa i instynkt Życia, wyzwala Kościół od ponuractwa, wydaje się otwartym 
na świat, bo ma basen i wyjeżdża na narty”. To papież „średniowieczny” przebrany w strój 
„nowoczesności”, papież, który oczekując nadejścia święta „pierwszego milenium ery 
telemediatycznej” – to jego własne słowa – podjął decyzję, czego żaden jego poprzednik nie ośmielił 
się dotychczas uczynić: użyczył watykańskiego emblematu w celu reklamowania produktów 
handlowych. 

Stało się tak w październiku 1995 roku po ostatniej wizycie Jana Pawła II w Stanach Zjednoczonych, 
kiedy to zezwolił kilku firmom na wykorzystanie emblematu papieskiego dla celów handlowych. 
Według amerykańskiego dziennika finansowego Wall Street Journal, rynek USA zostanie wkrótce 
zalany masą towarów z watykańskim znaczkiem: koszulkami, pocztówkami, biżuterią, zegarkami i 
wszelkiego rodzaju gadżetami. 

background image

Bezwstydna operacja handlowa, upowszechniana za pomocą reklamowych spotów, prowadzona jest 
przez Archiwum Watykańskie. 

Uznawane jest ono za jedno z najbardziej istotnych i największych na świecie. Przechowuje zbiory 
książek, dzieł sztuki, prace naukowe, około miliona egzemplarzy książek. Ponadto posiada tysiące 
druków, obrazów i narzędzi naukowych.. 

Oblicza się, że interesy te przyniosą do kasy IOR około 20 milionów dolarów rocznie. 

To legalny sposób uzyskania pieniędzy – oświadczył Leonard Boyle, kustosz Biblioteki Watykańskiej. 
Zresztą zważywszy na szczupłość środków, zmuszeni jesteśmy trzymać w zamknięciu większą część 
dzieł, które posiadamy. 

Jednakże jakiś czas później Boyle został zdjęty ze stanowiska i zastąpiony przez ojca Raffaele Farina 
(byłego rektora uniwersytetu salezjanów). L’Osservatore Romano pisał o tym, jak o najzwyklejszym 
wydarzeniu; w rzeczywistości ojciec, Boyle, który przeszło trzydzieści lat szefował bibliotece, w 
którego gestii pozostawała księgarnia watykańska, drukarnia i zbiory samego papieskiego dziennika – 
został przeniesiony na emeryturę bez żadnego uprzedzenia, w czasie, kiedy przebywał za granicą, i to 
rok wcześniej niż powinien (wiek emerytalny ustawiono na 75 lat). „Według tego, co sam prefekt 
wyznał swoim przyjaciołom, zdjęcie go ze stanowiska miało miejsce w tym samym czasie, kiedy sąd 
watykański wydał postanowienie o zamknięciu sklepiku, gdzie handlowano wszelkimi produktami 
(kopiami pergaminów, reprodukcjami, pamiątkami) z biblioteki, a także barku. Pozornie bez żadnego 
wyraźnego powodu papiescy sędziowie polegający na sprzedaży wszelkich materiałów wytwarzanych 
przez Bibliotekę Watykańską. Wierząc w to, o czym głośno w Watykanie mówiono, zablokowanie to 
należy łączyć z seria przegranych spraw sądowych, wytoczonych przez spółki wydawnicze, z którymi 
Stolica Apostolska zawarła niegdyś umowy o wyłączności na reprinty książek i reprodukcję 
dokumentów. Wydaje się, że biblioteka wielokrotnie nie dotrzymywała tych umów, dlatego też 
poszkodowane firmy zażądały zapłaty kar umownych na łączną kwotę około 12 miliardów lirów”. 

Po archiwum kolej przyszła na muzeum, które udzieliło zgody na korzystanie z jego znaku wraz z 
osobistym błogosławieństwem Jana Pawła II. W listopadzie 1995 roku spółka Clementoni z Recanati 
podpisała ze Stolica Apostolska umowę, na mocy, której nabyła prawa do produkcji puzzli 
przedstawiających sławne dzieła Watykańskiego Muzeum – obrazy Michelangela, Rafaela, Perugina… 
Spółka Clementoni, pracująca nad poszerzeniem oferty o licencjonowane przez Stolicę Apostolską 
gry, będzie mogła sprzedawać swe towary również, a raczej – przede wszystkim – z okazji jubileuszu 
roku 2000, kiedy to miliony pielgrzymów nawiedzą Rzym i inne pełne zabytków włoskie miasta. 

Chociaż on sam stał się supergwiazdą masmediów, to jednak Jan Paweł II nie szczędzi słów krytyki 
wobec środków masowego przekazu. Na przykład w trakcie niedzielnego spotkania 28 stycznia 1996 
roku na placu Świętego Piotra papież grzmiał: 

„Wolność słowa nie jest celem samym w sobie… Prasa powinna być na usługach prawdy, solidarności 
i pokoju… Informacja łatwo poddaje się rynkowy gierkom”. Dwa miesiące później wezwał do 
wyłączania telewizora przynajmniej p[przez jeden tydzień w trakcie Wielkiego Postu oskarżając mały 
ekran o „działanie na szkodę życia rodzinnego, rozpowszechnianie fałszywych i poniżających wartości 
i wzorców zachowań. Teraz już seks i przemoc jest nawet w telewizyjnych programach dla dzieci”. 

background image

Medialna supergwiazda podoba się wszystkim. Nawet powszechnie znanemu tradycyjnemu 
„księżożercy” – nobliście Dario Fo. 

Karol zaczął mówić do ludzi, do mas, do osób, które cierpią… Podróżując wiele zrozumiał. Chyba 
zrozumiał to, że pokazywano mu sztuczne miasta i kraje, miejsca „podrasowane”, gdzie rzeczywistość 
była… pieczołowicie ukryta, a bieda na czas jego pobytów dokładnie zakamuflowana. Chyba 
zrozumiał też, że wśród tych zafałszowań były również i takie, że przed nim czy obok niego stawali 
autentyczni bandyci, łobuzy, łajdaki, którzy ściskali jego dłoń… 

Uroczystym napomnieniom na temat mediów towarzyszą fakty zadziwiające. Jak, na przykład, 
zdarzenie z marca 1996 roku, kiedy papież zdecydował się wystąpić w pewnym filmiku 
reklamowanym dla telewizji (trwającym 45 sekund, emitowanym w wielu krajach, gdzie katolicyzm 
cieszy się dużym poparciem). Ojciec Święty pokazywany jest w trakcie samotnego spaceru (w 1984 
roku w kanadyjskim lesie), ma żwawą minę – choć podpiera się laską – i odmawia różaniec po łacinie 
– wraz z innymi głosami spoza kadru i śpiewem chóru Radia Watykańskiego. Spot reklamuje zestaw 
dwu płyt CD – lub, do wyboru, audiokaset – zatytułowanych Jan Paweł II i Papież z różańcem, oraz 
podręcznik, różaniec i mały plakat… 

Reklamowany spot, zrealizowany przez amerykańską spółkę Alliance Entertainment Corporation, 
został przedstawiony po raz pierwszy 21 marca 1996 roku w siedzibie Radia Watykańskiego przez 
biskupa Franco Ceriottiego (dyrektora urzędu d/s komunikacji społecznej CEI) i przez ojca Pasquale 
Borgomeo (dyrektora generalnego radia); obaj pospiesznie uprzedzili, że inicjatywa pozbawiona jest 
jakiejkolwiek formy kokieterii, dewocyjności i „kultu jednostki”… Po czym setki tysięcy pakunków ze 
wspomnianymi zestawami (w sprzedaży w cenie 79 tysięcy lirów) zostało skierowanych do diecezji, 
parafii i rozsianych po całym świecie zgromadzeń zakonnych. 

Gigantyczna operacja handlowa – określona przez organizatorów z rzadkim do prawdy brakiem 
krytycyzmu jako wyjątkowo duchowa – uzyskała wsparcie masowej i superkosztownej kampanii 
reklamowej w najbardziej nakładowych czasopismach. Pod sugestywnym tytułem „W każdym domu, 
aby trafić do każdego domu” i ze zdjęciem papieża odmawiającego w skupieniu różaniec widniał 
reklamowy slogan: „Ojciec Święty modli się wraz z Tobą w skupieniu Twojego domu. Po raz pierwszy 
na dwóch płytach CD lub Na dwóch kasetach audio”, po czym następowało zaproszenie, aby 
natychmiast zamówić zestaw Papież z różańcem wysyłając kupon pod wskazany adres. 

Według angielskiego dziennika Sunday Telegraph w listopadzie 1995 roku spółka McKenzie’s 
Smokehouse zawarła z Watykanem porozumienie, którego pozazdrościli jej wszyscy konkurenci: 
chodziło o umowę na dostawę wędzonego łososia na papieski stół. Dwieście kilogramów cenionej ze 
względu na smak ryby z dołączeniem szampana miało urozmaicić posiłki Jana Pawła II i jego 
otoczenia. 

Rok później dostawy, realizowane dotąd przez szkocka firmę, zostały nagle wstrzymane: Stolica 
Apostolska nie zapłaciła odpowiednich faktur i zalegała na kwotę 6 milionów lirów. Na pytanie 
jednego z dziennikarzy kardynał Rosario Jose Castillo Lara wyraził przypuszczenie, że powodem tego 
stało się najprawdopodobniej jakieś zwyczajne „techniczne niedopatrzenie”. 

Jednakże w sprawie papieskiego stołu, warto jeszcze zaakcentować dbałość o szczegóły. I tak, od 
1996 roku, obsługa kredensowa Ojca Świętego wpada w zachwyt nad pucharami w stylu „Leonardo”. 

background image

Artystycznie wykonane kielichy są owocem nowej umowy handlowej zawartej pomiędzy Stolicę 
Apostolską i sieneńskim przedsiębiorstwem Calp. Tym razem papież nie reklamuje już przedmiotów 
związanych z religią. W ogłoszeniach reklamowych na stronach L’Osservatore Romano i Avvenire (a 
także w innych gazetach) firma ze Sjeny pisze: „Pragnąc oddać hołd Ojcu Świętemu, mistrzowie w 
produkcji szkła artystycznego z firmy Calp wykonali cenną monstrancję, a dla jego prywatnych 
apartamentów serwis pucharów w stylu Leonardo z serii Da Vinci Crystal”. Kryształowa monstrancja, 
która osiągnęła metr wysokości i wagę osiemnastu kilogramów, została ręcznie oszlifowana, co 
kosztowało kilka miesięcy pracy. Wraz z setka zrobionych na zamówienie kielichów ozdobionych 
papieskim emblematem, monstrancja została podarowana papieżowi 28 marca 1996 roku z okazji 
jego podróży do Sjeny. Pastersko – handlowa wizyta była reklamowana na całych stronach katolickich 
gazet (jakżeby nie) tekstem: Jego Świątobliwość papież Jan Paweł II wybrał firmę Calp, aby nieść 
swoje błogosławieństwo całemu światu pracy. 

Umberto Trezzi, dyrektor toskańskiej firmy, w sprawie tej wizyty powiedział: 

„Zleciliśmy przeprowadzenie tej małej kampanii informacyjnej podobnie jak setki innych firm podczas 
papieskiej wizyty. Co więcej, aby nie wykraczać poza przyjętą konwencję, sprawdziliśmy, jak robili to 
inni, a biorąc pod uwagę fakt, że papież przyjeżdża do nas, byliśmy szczególnie wrażliwi na formę. 
Nasze reklamy ukazały się zresztą za zgodą i diecezji, i episkopatu”. 

Ale jakie były warunki finansowe umowy miedzy Stolicą Apostolską i firmą Calp – o tym się nie mówi. 

W trakcie wizyty w Sjenie Ojciec Święty spotkał się z krytyką grupy młodzieży, która zarzuciła mu, że 
Stolica Apostolska sprzeciwia się używaniu prezerwatyw jako metodzie prewencyjnej. Prezerwatywy i 
środki antykoncepcyjne są także przedmiotem sporu pomiędzy Watykanem i Unicefem (agendą ONZ, 
której zadaniem jest promowanie inicjatyw na rzecz dzieci). Dnia 4 listopada 1996 roku nuncjusz 
apostolski Renato Martino, który kierował stałą misją Watykanu przy ONZ, w trakcie „Konferencji na 
rzecz promowania rozwoju” ogłosił drastyczną redukcję rocznego budżetu przekazywanego na 
Unicef. W oficjalnej nocie wystosowanej przez misje papieska wytłumaczono, że składka roczna jest 
symbolicznym gestem, za pomocą, którego Kościół katolicki potwierdza fakt uczestnictwa w pracy 
takich organizacji, które – jak Unicef – zajmują się dziećmi. W nocie precyzuje się ponadto, że 
fundusze przekazywane przez Stolicę Apostolską pochodzą ze zbiórek pieniężnych przeprowadzonych 
wśród katolików, dlatego też działalność organizacji, które z tych subwencji korzystają, nie powinny 
być rozbieżne z odczuciami katolików. No to, czym w końcu Unicef zawinił? Oto – wyjaśnia 
watykańska nota – chodzi o wykorzystywanie środków na promowanie tego rodzaju działalności, jak 
„popularyzowanie podręcznika Narodów Zjednoczonych na temat środków antykoncepcyjnych 
stosowanych post coitum” albo też medycznych środków wywołujących poronienie, a także 
wykorzystywanie swoich pracowników w akcjach rozdawnictwa środków antykoncepcyjnych w 
krajach Trzeciego Świata. A zatem jest to retorsja, która warta jest toastu pucharami „w stylu 
Leonardo”. 

 

xxx 

 

background image

Kontrast miedzy teologicznym obskurantyzmem papieża Wojtyły i jego „nowoczesnością” w 
dziedzinie interesów i masmediów jest przeogromny. Z jednej strony polski papież jest zwolennikiem 
archaicznej, zamkniętej i nietolerancyjnej doktryny, a z drugiej – uczestnicząc w „społeczeństwie 
spektaklu”, godząc się na działanie Kościoła na modłę wielkiego biznesowego holdingu, kreuje 
wizerunek pontyfikatu „nowoczesnego”. 

I tak papież Wojtyła, który aborcji i rozwodom grozi anatemami, który na homoseksualistów rzuca 
klątwę, a kobietom odmawia prawa do kapłaństwa, który potępia stosowanie wszystkich bez wyjątku 
metod antykoncepcji, jest tym samym papieżem, który zerka na „asów włoskiej giełdy”, gdzie w 
rubryce publikowanej od września 1996 roku przez tygodnik Affari & Finanza, wśród posiadaczy 
największych pakietów, Jan Paweł II z portfelem 93 miliardów lirów znajduje się na 51 miejscu, tuż za 
właścicielem nieruchomości z półświatka – Salvatorem Ligresti. Głowa katolickiego Kościoła jest 
głuchy i ślepy na wszelkie teologiczne otwarcie, ale jako udziałowiec spółki IMI (w której IOR posiada 
0,84 % udziału) jest zainteresowany zyskami ze spółek Eni, Aeroporti di Roma, Banco San Paolo, a 
nawet Mediaset. Jan Paweł II, który demonizuje związki miedzy osobami tej samej płci, upatrując zło 
nawet w fakcie ich legalizowania na gruncie prawa cywilnego, jest tym samym papieżem, który od 
1996 roku podróżuje superluksusowym Mercedesem S500 Landaulet. 

Za czasów papieża Wojtyły niestosowności i sprzeczności w poczynaniach Kościoła 
Rzymskokatolickiego jest aż nazbyt dużo. Przykładem niech będzie wystawna ceremonia 
zorganizowana w grudniu 1996 roku przez księdza Santino Spartę (dziennikarza Radia 
Watykańskiego) w parafii Świętej Anny, wewnątrz watykańskich murów. Podczas tej wydawniczo – 
towarzyskiej imprezy ksiądz Sparta przedstawił swoją książkę zawierającą „wyznanie wiary” 
dokonane przez wiele osobistości ze świata sceny. Wśród wielu tekściarzy, tancereczek, showmanów, 
aktoreczek, dziennikarzy i śpiewaków, kuriozalną była obecność i wypowiedź byłej bohaterki filmów 
erotycznych Edwige Fenech, która wyznała, że zdobyła ją osobowość Jezusa i to „on sprawił, że czuje 
się jego córką i córką Matki Boskiej, wobec której mój Anioł Stróż służy mi za pośrednika”. 

Udział w „nowoczesności” udowadnia również tygodnik Famiglia Cristiana, który nawet dedykował 
swoją okładkę showmanowi Fiorello, mającemu niedawno kłopoty z prokuraturą z powodu 
narkotyków. Wydawany przez paulinów tygodnik nie waha się wskazywać młodzieży showmana jako 
pozytywny wzór do naśladowania, bowiem zadeklarował on w wywiadzie decyzje unikania skandali w 
życiu prywatnym (później dopiero okaże się, że dwa tygodnie wcześniej Fiorello swoim talentem 
urozmaicał wieczór uczestnikom zorganizowanej przez chwalących Boga paulinów morskiej wycieczki 
do Ziemi Świętej). 

Z pozycji supergwiazdy kapitalistycznych masmediów, dumny antykomunista Wojtyła rozszerza 
marketing dusz również na młodzież, która – jako te zbłąkane owieczki – lgnie do „demonicznej” 
muzyki rockowej. „Dzisiaj piosenkarze są nowymi autorytetami od porozumiewania” – stwierdził 
papież, a Stolica Apostolska zorganizowała w Bolonii 27 września 1997 roku najprawdziwszy koncert 
Hope music (muzyki nadziei) z udziałem, za zawrotnym wynagrodzeniem, legendarnej gwiazdy 
muzyki pop – Boba Dylana. Być może wszystko to dlatego, że dla Rzymskokatolickiego Kościoła dusze 
młodych ludzi są prawdziwą zgryzotą. Oto – według przeprowadzonego we Włoszech sondażu, 
opublikowanego w kwietniu 1997 roku – 68% dziewcząt i chłopców, którzy ukończyli 14 lat, ani nie 
chodzi już do kościoła, ani nie uczestniczy w grupach parafialnych, ani też nie uczęszcza na lekcje 
religii; odsetek tych, którzy odmawiają modlitwę zmniejszył się o 31%, a uczestnictwo w 

background image

nabożeństwach aż o 68%. Wszystko to zdaniem ekspertów, jest konsekwencją złego przykładu ze 
strony rodziców, a ogólniej – „rozrywek” życia codziennego, a zwłaszcza telewizji i muzyki. 

„Merkantylny modernizm” wojtyłowskiego pontyfikatu powołuje jednak czasem też nieprzyjemne 
incydenty. W czasie, gdy 16 lutego 1996 roku papież namawiał usilnie księży i biskupów, aby 
rozpowszechniali Ewangelię przez Internet, Stolica Apostolska była zmuszona napiętnować dosyć 
kłopotliwa inicjatywę, która podjęła niemiecka spółka o nazwie Lazarus Gesellschaft (dosłownie 
spółka Łazarza). W sierpniu 1996 roku firma ta przekazała do sprzedaży płytę CD, która po 
wprowadzeniu jej do cd-romu stawała się „multimedialnym spowiednikiem”, zaprogramowanym na 
udzielenie rozgrzeszenia za wszystkie grzechy. Na płycie znajdowała się lista około dwustu grzechów, 
przy czym za każdy z nich przewidziano inny rodzaj pokuty. Maksymalna kara (50 Ojcze Nasz i tyle 
samo Zdrowaś Mario) groziła temu, kto splamił się zabójstwem. Płyta CD podaje też adresy 
spowiedników, z którymi można skontaktować się przez Internet, a także i „prawdziwych” księży. 

Watykan określił tę inicjatywę mianem „dyskusyjnej operacji handlowej, która nie ma nic wspólnego 
z rzeczywistym znaczeniem sakramentu spowiedzi”. Jednakże Peter Seyel – dyrektor ekumeniczno – 
humanitarnej organizacji z Kolonii – odpowiedział na ten zarzut: „Na miłość Boską, wyprodukowane 
przez nas oprogramowanie nie jest i nie będzie przedstawiane jako surogat spowiedzi. Sakrament 
zawsze był i pozostanie pewnym wzajemnym stosunkiem pomiędzy dwiema osobami, i tak też musi 
pozostać. Za pomocą płyty CD staraliśmy się jedynie udzielić pomocy w poruszeniu sumienia każdego 
z nas”. 

Również i sam Wojtyła – superstar nie oparł się pokusie informatyki: papież jest bohaterem płyty CD, 
która ukazała się – podobnie jak wcześniejsza książka – pod tytułem Przekroczyć próg nadziei i 
sprzedawana była przez wydawnictwo Mondadori New Media. Jak entuzjastycznie zapowiadała 
należąca do Berlusconiego Panorama, płyta wymaga oprogramowania Windows i Windows 95, 
będzie kosztować 59 tysięcy lirów i będzie do nabycia w księgarniach i sklepach komputerowych 
całego świata – przy czym jej pierwszy pokaz odbędzie się na Targach Książki we Frankfurcie, gdzie 
Jan Paweł II – w wersji elektronicznej – będzie gwiazdą stoiska Mondadori. 

A jednocześnie interesującym przykładem hipokryzji Jana Pawła II było jego wystąpienie we wrześniu 
1996 roku, kiedy to z balkonu rezydencji w Castelgandolfo wydawał się wykazywać swój dystans 
wobec cywilizacji informatycznej masmediów. 

Dobra wytwarzane przez cywilizację przemysłową – mówił papież – mogą uczynić nasze życie 
wygodniejszym, ale nie zrealizują potrzeb serca. Telewizja i informatyka, w pewnym sensie niosą 
świat do naszych domów, ale to nie zawsze zapewnia głębię i spokój stosunków międzyludzkich… 
Wiele osób manifestuje, zatem pilną potrzebę powrotu do korzeni, mocne pragnienie ciszy, 
kontemplacji, poszukiwania absolutu. Wśród tylu słów – często ściągających na manowce i pustych – 
szuka się słów potrzebnych do życia. 

Ale to są też tylko słowa – fakty mówią coś przeciwnego. Stolica Apostolska otworzyła swój własny 
portal na tym mediatycznym stworzonym przez Internet bazarze, na którym się znajduje wszystko – 
od informacji dziennikarskich do nowości technologicznych, od seksu do sportu, od acid music do 
najbardziej pogmatwanych gier elektronicznych. I watykański portal jest faktycznie gigantyczny: 
działa dniem i nocą, informacje podawane są w ośmiu językach, a wszystko to dzięki trzem potężnym 
komputerom nazwanym – od imion biblijnych trzech archaniołów - Raffaele, Michele i Gabriele. To 

background image

Ojciec Święty tak zdecydował – potwierdziła Judith Zoobelein, amerykańska zakonnica 
odpowiedzialna za działanie całego działu Internetowa rewolucja dotarła dzisiaj już wszędzie, a zatem 
i Kościół musi w niej uczestniczyć. 

Debiut wirtualnego papieża miał miejsce w czasie Świąt Wielkanocnych 1997 roku przy okazji 
udzielanego Urbi et orbi błogosławieństwa. Dwa tygodnie później – cieszył się papieski rzecznik 
prasowy Jaquin Navarro Valls – już dwa miliony 386 tysięcy osób z siedemdziesięciu krajów świata 
odwiedziło strony Stolicy Apostolskiej, gdzie mogło odczytać treść papieskiej przemowy. Na nasz 
elektroniczny adres nadeszło 4678 wiadomości w dziesięciu różnych językach i to w czasie jednego 
tylko tygodnia. 

Co może znaleźć katolik dryfujący po papieskim portalu? Treści papieskich przemówień, dokumenty 
Stolicy Apostolskiej (zarówno te z przeszłości, jak i obecne), encykliki, informacje na temat 
Jubileuszu… Szkoda tylko, że aby się na te strony dostać, trzeba zapłacić 15 tysięcy lirów. A więc 
znowu biznes, który dostarczy do kas Watykanu dziesiątki miliardów lirów rocznie. 

Jan Paweł II to prawdziwy motor watykańskich, rozlicznych interesów, nawet tych dokonywanych 
niejako w sposób pośredni. Tak było choćby w przypadku Vittorio Gassmana i Moniki Vitti, przyjętych 
przez papieża w dniu 6 listopada 1997 roku. Z tej okazji dwójka aktorów przekazała Ojcu Świętemu 
płytę CD Towarzysze podróży, na której Gassman recytuje około piętnastu wierszy napisanych przez 
Karola Wojtyłę (z tłem muzycznym autorstwa Olimpio Petrassi). Natomiast Monica Vitti nagrała wraz 
z Alberto Sordi (uczestnikiem reklam telewizyjnych CEI) kolejne piętnaście liryków papieża, 
opublikowanych na CD z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocy. 

W księgarniach sprzedawane są także płyty CD wytwarzane przez organizacje i osoby z kręgów 
bliskich Stolicy Apostolskiej. Jedna z takich płyt W poszukiwaniu szczęścia, przeznaczona dla dzieci w 
wieku od 8 do 13 lat, powstała z inicjatywy rzecznika prasowego Opus Dei – Giuseppe Corigliano i 
dostojnika mediolańskiej kurii – księdza Luca Bagatin. Jej cena – 80 tysięcy lirów. Dorośli natomiast 
mogą nabyć za 99 tysięcy lirów Żywą historię Całunu Turyńskiego, przygotowana przez Emanuelę i 
Maurizia Marinellich, opublikowana przez wydawnictwo San Paolo. 

Wśród inicjatyw fonograficzno – religijnych nie pominięto także i głosu samego papieża. Na płycie CD 
Hymn for the World, Jan Paweł II odmawia modlitwę za pokój, a w tle słychać chór i orkiestrę Santa 
Cecilia, którą dyryguje Koreańczyk Myung Whum Chung. Inne pozycje wykonywane są przez Andrea 
Bocellego i Cecilię Bartoli. 

I kolejne modlitwy, kolejna płyta CD, ale tym razem z odrobiną suspense, bowiem całą operację 
otacza nimb tajemnicy. Chodzi o album, w którym papież śpiewa kilka modlitw. Pomysł, żeby nagrać 
papieża śpiewającego, pochodzi od pewnego oboisty Andrea Mariottiego – opowiada Francesco 
Battistini. Przedsięwzięcie zyskało poparcie ze strony ojca Pasquale Borgomeo, dyrektora Radia 
Watykańskiego, jezuity z Neapolu, który od 19 lat w otoczeniu papieża zajmuje się strzeżeniem praw 
autorskich każdego słowa Jana Pawła II… NO i papież śpiewa. Na płycie CD znajduje się około 
czterdziestu minut modlitwy. Łacińskim inwokacjom z Praefatio towarzyszy śpiew chórów 
prawosławnych i popisy gitarowe w stylu Pink Floyd. Pater noster przy akompaniamencie perkusji. 
Victimae Pascalis w rytmie nowojorskiego rapu. Płytę emitowało ciągle to samo wydawnictwo 
paulinów. Produkt dyskograficzny miał ambicję dostać się na szczyty list przebojów. 

background image

Wojtyła – superstar nie sprzeciwia się też swojej obecności nawet na dużym ekranie. Krzysztof 
Zanussi wyłowił dziełko napisane przez Jana Pawła II w młodości i przy pomocy biskupa Jana Chrapka 
(również przyjaciela Wojtyły) wykrzesali z tego film Brat naszego Boga. Produkcję filmu ukończono w 
marcu 1997 roku. To dzieło kinematografii jest, jak można się spodziewać, również wspaniałym 
interesem – prawa do rozpowszechniania filmu zostały już wykupione przez telewizje wielu krajów… 

Ale jest też coś więcej i znacznie gorszego. Oto papież – gwiazdor użycza swojego wizerunku 
najbardziej pogańskiej i obrazoburczej spośród wszystkich merkantylnych dziedzin – reklamie. Rzecz 
przydarzyła się 16 czerwca podczas meetingu zorganizowanego w Mediolanie przez klub Santa 
Chiara. W debacie poświęconej reklamie, zainspirowanej właśnie papieskim dokumentem Etyka w 
reklamie papież wziął udział za pośrednictwem nagrania na kasecie video. Przy stole konferencyjnym, 
jako przedstawiciel papieża, zasiadał arcybiskup John Foley, obok którego znaleźli się reprezentanci 
mediów Berlusconiego: Giulio Malgara (prezes zrzeszenia reklamodawców) i Giuliano Adreani 
(pełnomocny członek zarządu firmy Pubitalia, działającej z ramienia Mediaset), Alberto Contri (prezes 
włoskiej konfederacji środków masowego przekazu), Mauro Miccio (prezes firmy Ferpi) i Antonello 
Perricone (pełnomocny członek zarządu firmy Sipra). 

W kwietniu 1997 roku na stronach kilku czasopism ukazało się ogłoszenie reklamowe 
przedstawiające papieża i wypowiedziane przez niego słowa: „Konieczne jest, aby etapem 
przygotowania do Świętego Jubileuszu była praca w każdej rodzinie”. Niżej – po facsimile papieskim – 
następowała reklama lansująca czasopismo Tertium Millenium, które miało być oficjalnym organem 
Wielkiego Jubileuszu: „Wielkiej watykańskiej inicjatywie na rzecz przygotowań do Wielkiego 
Jubileuszu roku 2000”. 

Te ogłoszenia to mieszanka wiary i biznesu. „Jubileusz roku 2000! U progu światowego wydarzenia, 
które zaznaczy przyszłość milionów ludzi, również i Ty przyjmij zaproszenie papieża do starannego 
przygotowania się do niego! Dla wiernych, którzy pragną pogłębić własne przeżycie związane z wiarą, 
Watykan stworzył…”, i dalej „Pytaj o Tertium Millenium przez cały rok korzystając z niepowtarzalnej 
oferty, którą gwarantuje Ci 25 procent zniżkę. Przedstawiając poniższy kupon zapłacisz tylko 69 
zamiast 90 tysięcy lirów. Złap w lot tę niepowtarzalną okazję i powiedz o niej także drogim Ci 
osobom! Będziesz w ten sposób świadkiem…”. Zakończenie jest w iście handlowym stylu: „Gratis 
kaseta video Odkrycie Chrystusa na nowo…Dodatkowo otrzymasz prezent”. Kupon na prenumeratę i 
przyjmowanie datków zaadresowany jest do wydawnictwa Piemme, które zachwala siebie sloganem 
„jakość naszych czasów”. Amen. 

 

DOKUMENTY 

 

Clara Calvi zeznaje… 

 

W ramach śledztwa prowadzonego w sprawie śmierci bankiera Roberto Calvi mediolańscy 
prokuratorzy Bruno Siclari i Pierluigi Dell’Osso przyjęli zeznania złożone przez panią Clarę Canetti, po 
mężu Calvi. Śmierć katolickiego bankiera, a jednocześnie masona, którego znaleziono 18 czerwca 

background image

1982 roku powieszonego pod mostem Brackfriars w Londynie, (co, zdaniem tamtejszej prokuratury, 
było aktem samobójstwa), obciąża osoby z kręgów: Loży P2 – mafii – Watykanu. 

Oto fragmenty zeznań wdowy Calvi. 

 

19 października 1982 roku. 

 

Mój mąż, jak powiedziałam już wcześniej, około roku 1971 nawiązał znajomość z panem Minciaroni 
Aladino, przedsiębiorcą budowlanym, z którym spotykał się w Rzymie. Aladino był dobrym 
przyjacielem Francesco Consentino, sekretarza generalnego Izby Deputowanych. Sądzę, że mąż 
poznał Minciaroniego – poprzez pana Mario Valeri Manera – w Wenecji podczas ceremonii wręczania 
nagrody Campiello… W tym czasie mąż często jeździł do Rzymu i pewnego razu zabrał mnie tam ze 
sobą. Wzięliśmy pokój w Grand Hotelu i mąż powiedział, że chce przedstawić mi Umberto Ortolani i 
Licio Gelli, z którymi spotykał się dość często w tamtym okresie, i którzy byli ważnymi osobistościami. 
Podjęliśmy wyżej wspomnianych, Gellego i Ortolaniego, kolacją w restauracji hotelowej. Po kolacji 
przyszli do nas Minciarioni, Cosentino i niejaki Firrao, i w tym gronie wszyscy zaczęliśmy rozmawiać o 
trwającym właśnie kryzysie rządowym [jak się okazało Minciaroni i Cosentino byli członkami Loży P2, 
tak samo zresztą jak Ruggero Firrao, który wówczas pełnił funkcję dyrektora generalnego w 
Ministerstwie Handlu Zagranicznego]. 

Panowie ci mówili ze sobą o różnych kandydatach na stanowiska w rządzie, a z treści wypowiedzi 
można było wnioskować, że byli dobrze zorientowani w środowiskach politycznych i dobrze znali 
rządzące tymi środowiskami mechanizmy. Tego samego dnia miałam też sposobność poznać inne 
osoby… Mąż przedstawił mi Lorisa Crobi [członek Loży P2, prezes spółki „Condotte”], Gaetano 
Stammati [członek Loży P2, chadek i senator] oraz dziennikarza Cesare Zappulli… 

Owi Gelli i Ortolani podejmowali działania, aby ułatwiać mojemu mężowi nawiązywanie kontaktów, o 
których sądził, ze ich potrzebuje ze względu na swoja pracę. Gelli i Ortolani pośredniczyli także w 
niektórych interesach, ale co to były za interesy, nie umiem tego sprecyzować…. 

Sądzę, że w tym okresie [w roku 1971] mąż przystał do masonerii. Powiedział mi sam on o tym, ale 
później, twierdząc, że został „wtajemniczony” w Genewie. W tych latach mąż prowadził różne 
interesy i utrzymywał intensywne kontakty z bankiem watykańskim IOR, a w szczególności z Luigim 
Menninim, który w tym banku był najbardziej wpływowym specjalistą. W zakres kontaktów 
wchodziły również spotkania w gronie rodzin. Częste były także kontakty z prezesem IOR biskupem 
Marcinkusem, który – w wyniku decyzji mojego męża, i właśnie ze względu na ścisłe i częste kontakty 
pomiędzy bankiem IOR i bankiem Ambrosiano – wszedł do zarządu zagranicznej wspólniczki banku 
Ambrosiano – firmy Overseas z Nassau na wyspach Bahama. Z tego też powodu widywaliśmy często 
Marcinkusa w Nassau, gdzie bywał naszym gościem podczas wszystkich zebrań zarządu. 

Później w zbliżeniu się mojego męża do kręgów kościelnych miał swój udział wspominany już 
Ortolani, bardzo z tymi kręgami związany, szczególnie, że był dobrym przyjacielem zmarłego 
kardynała Lercaro. Pragnę podkreślić, że w tym okresie, jak zresztą i później, mąż bywał w Watykanie 

background image

bardzo często i utrzymywał kontakty ze zmarłym papieżem Pawłem VI. Były to stosunki na tyle zażyłe, 
że mąż mógł się do niego udawać z wizytą nie potrzebując żadnej uprzedniej formalności… 

Niedługo potem [20 maja 1981] nastąpiło aresztowanie mojego męża. Skontaktowałam się z 
przebywającą wtedy w Genui adwokatką Lagosteną Bassi… Adwokatka zgodziła się przyjść do mnie 
do domu, gdzie została na obiedzie wraz z towarzyszącym jej synem. Na moją prośbę udzieliła mi 
wskazówek, jak powinnam się zachować; zasugerowała, abym nic absolutnie nie mówiła w trakcie 
ewentualnego przesłuchania i żebym robiła wrażenie takiej z kategorii „żon idiotek”, która o niczym 
nie wiedziała… Pożegnałyśmy się i, chociaż nie udzieliłam adwokatce żadnego pełnomocnictwa, w 
kilka miesięcy później adwokatka przesłała mi rachunek na 2 miliony lirów, który odpowiednio 
uregulowałam… 

 

20 października 1982 

 

W dniu następnym [po aresztowaniu Roberto Calvi] ja, córka, syn, Pazienza, Mazzotta i Ciarrapico, 
pod eskortą prywatnej ochrony, udaliśmy się do gabinetu szacownego Andreottiego. O ile pamiętam, 
jego gabinet znajdował się dosyć blisko naszego domu w Rzymie, dlatego poszliśmy tam pieszo. Na 
gorę weszliśmy tylko ja, córka i Carrapico, który to spotkanie umówił, a inni czekali na nas na dole. 
Nie pamiętam, czy z nami poszedł również Pazienza, czy tez czekał razem z innymi na dole. Od razu 
zostaliśmy przyjęci przez szacownego Andreottiego, którego miałam już okazje dawniej kilka razy 
spotkać w domu pani Marii Angiolillo [wdowy po założycielu rzymskiego centroprawicowego Il 
Tempo], u której bywałam czasami razem z mężem. W jej domu spotykaliśmy także pana Piccoli, jego 
żonę i wielu wpływowych polityków, głównie z kręgów chadecji. Tam wielokrotnie miałam możliwość 
spotkania kardynałów Casaroliego i Silvestriniego. 

Premier Andreotti powiedział mi, że włoski bank centralny zamierza narzucić bankowi Ambrosiano 
dwóch komisarzy i dodał, że Cuccia z Mediobanca zaoferował się kupić udziały Ambrosiano, żeby 
przyjść z pomocą przyjacielowi Calviemu. Premier Andreotti powiedział jeszcze, że on doradzał, aby 
komisarzem w Ambrosiano został prezes Banca Popolare di Novara, Venini i pan Orazio Bagnasco. 
Poprosił mnie, bym powiedziała to mężowi, aby usłyszeć jego zdanie… Mąż odpowiedział, że jeśli do 
banku wprowadzą Veniniego i Bagnasco, to on będzie skończony [w 1995 roku, Lino Venini stanie 
przed sądem z powodu doprowadzenia do krachu spółki Sasea]. 

Zaraz po aresztowaniu mojego męża otrzymałam grzecznościowy telefon od żony premiera Craxiego. 
Podała mmi swój telefon w Rzymie, na wypadek gdybym potrzebowała się z nią skontaktować. 
Mówiłam o tym wszystkim również z Piecenzą i z Ciarrapico, i wtedy powstał pomysł pójścia do 
premiera Craxiego. Ciarrapico sugerował mi, żebym powiedziała bez ogródek „panie premierze, 
trzydzieści iliardó9w to nie żart”. Nigdy nie słyszałam od mojego męża nic na ten temat, ale uznałam 
za stosowne polegać na sugestiach Ciarrapico, który wydawał się być pewny tego, co mówił, dając mi 
do zrozumienia, że mogłam spokojnie i bez obaw powiedzieć zasugerowane mi zdanie. 

Umówiłam się, zatem na spotkanie z panią Craxi w Rzymie, w hotelu [San Raphael], gdzie mieszkała 
razem z mężem. Udałam się tam wraz z moją córką i moim bratem pod eskortą tych samych, co 
zawsze, prywatnych ochraniarzy… Zostaliśmy uprzejmie przyjęci przez panią Craxi, a nieco później 

background image

dołączył do nas pan Formica, z którym przez pewien czas rozmawiałam na tarasie mieszkania na 
osobności, a pani domu rozmawiała wtedy z moją córką i z moim bratem. Od razu powiedziałam obu 
politykom, że oczekiwałam z ich strony, że udzielą mojemu mężowi pomocy i włączyłam także owo 
zdanie, że trzydzieści miliardów to nie żart. Obydwaj panowie na moje oświadczenie nie zareagowali 
nawet mrugnięciem oka i nie zrobili żadnych komentarzy, odpowiedzieli tylko, że zamierzali pomóc 
mojemu mężowi, bo jest ich przyjacielem. Ja ze swej strony dodałam, że to, co powiedziałam, to nie 
było moje własne zdanie, ale że zostało mi przekazane przez kogoś innego. Pamiętam, że 
powiedziałam także, że dopóki będzie tam Cuccia z Mediobanca, to mój mąż będzie prześladowany i 
dodałam – co chyba także było wcześniej zasugerowane mi przez Ciarrapico – że „Pan, szanowny 
panie premierze, działając przez swego De Michelisa, może w półgodziny odprawić Cuccię”. 
Przypominam sobie, że pan Craxi odpowiedział, że w półgodziny to nie jest to możliwe, ale w dwa 
miesiące – tak. Przy okazji powiedziałam też, że w sytuacji, w której się znalazłam, byłam skłonna 
nawet doprowadzić się do śmierci głodowej… Rozstaliśmy się, kiedy na to moje stwierdzenie 
odpowiedziano, że nikt nie potraktuje tego poważnie. Wyszłam w poczuciu, że pomoc zostanie mi 
udzielona i muszę powiedzieć, że później dochodziło do licznych kontaktów ze strony pani Craxi, 
która odwiedzała mnie w moim mieszkaniu. Kilkakrotnie pani Craxi przynosiła mi powycinane z gazet 
artykuły pana Craxi, w których brał on w obronę mojego męża… Kilka dni przed wszczęciem procesu, 
[który przeciwko osobom oskarżonym o doprowadzenie do krachu banku Ambrosiano – rozpoczął się 
10 czerwca 1981 roku] udałam się na widzenie do więzienia do mojego męża. Byłam wtedy w 
towarzystwie mojej córki i Alessandro Menniniego. Na rozmowę poszłyśmy dwie, ja i moja córka, 
której ojciec kazał zapisać do załatwienia różne rzeczy. Miedzy innymi powiedział córce, żeby zapisała 
drukowanymi literami na kartce następujące zdanie: „Ten proces oznacza postawienie pod sąd IOR”. 
Powiedział nam też, żeby spytać Menniniego, czy kapelan więzienny, który poprosił go o rozmowę, 
zrobił to, aby przedyskutować kwestię dotyczące IOR. Dodał, że od lutego 1981 roku błagał na 
wszystkie możliwe sposoby kierownictwo IOR, aby za wątki związane z IOR, o których będzie mowa 
na procesie, wzięło na siebie odpowiedzialność. Powiedział jeszcze, żebym szybko udała się do 
Rzymu, aby zobaczyć się, z Marcinkusem, i żebym dowiedziała się, czy to możliwe jest to, czego do tej 
pory nie mógł doprosić się on sam, to jest żeby IOR potwierdził, że to on dokonał transakcji z Toro, w 
sprawie, której prowadzono śledztwo, a przynajmniej żeby zwolniono Banca Gottardo z tajemnicy 
bankowej, co umożliwiłoby złożenie zeznań tym wszystkim, którzy tej transakcji dokonali. Muszę 
przyznać, że słysząc to wszystko, zaczynałam rozumieć różne rzeczy dotyczące stosunków pomiędzy 
bankiem Ambrosiano i IORem i znalazłam wyjaśnienie dla faktu, że Alessandro Mennini, syn szefa 
IOR, w tym okresie zawsze był gdzieś w pobliżu mnie. 

Po wyjściu z więzienia zastałam Menniniego w jeszcze gorszym humorze niż wcześniej, gdy 
zostawiłyśmy go samego. Jak tylko spostrzegł, że ja i moja córka wsiadłyśmy do samochodu, on tez do 
niego wskoczył, a córka pokazała mu kartę, na której zapisała zdanie podyktowane jej przez ojca. Ja, 
w nawiązaniu do tego zdania, zapytałam go wtedy, czy kapelan więzienny, który chciał rozmawiać z 
moim mężem, miał rzeczywiście przedyskutować wyżej wspomniane sprawy. Mennini wydawał się 
dosłownie przerażony i na moje pytanie powiedział: „Tego słowa nie należy wypowiadać nawet w 
konfesjonale”. A zaraz potem Mennini chwycił do rąk kartkę, by ją podrzeć, ale ja ją mu z rąk 
natychmiast wyrwałam… 

Uprzedziłam również i mojego syna Carla, który przebywał w Waszyngtonie, o tym, czego 
dowiedziałam się od mojego męża o IOR. Syn, jak mi to potem powiedział, skontaktował się z 
Watykanem wysyłając teleks, w którym prosił Marcinkusa o oddzwonienie do niego o danej godzinie. 

background image

Marcinkus punktualnie o wskazanej godzinie oddzwonił, a mój syn opowiedział mu o tej sprawie, ale 
otrzymał jedynie niejasne i wymijające odpowiedzi. Mój syn wysłał tez teleksy do kardynała 
Casaroliego i do kardynała Silvestriniego, prosząc ich o interwencję, zaklinając ich na wszystko, co 
święte, aby spowodowali ujawnienie prawdy. Od Pazienzy dowiedziałam się, że też rozmawiał z 
Marcinkusem i że przekonał go, aby podjął działania. Pazienza powiedział mi także potem, że poprzez 
swoich znajomych ze służb specjalnych dowiedział się, ze Marcinkus i Luigi Mennini z całą pewnością 
przekroczyli w wielkiej tajemnicy granicę i udali się do Lugano, do Szwajcarii, celem wydania 
dyspozycji bankowi Gottardo, aby zezwolił szwajcarskim prokuratorom przejrzeć dokumenty banku 
mimo tajemnicy bankowej, i żeby kierownictwo banku poświadczyło, że to nie mój mąż był 
wszystkiemu winien. Miała miejsce także rozmowa telefoniczna pomiędzy Alessandro Menninim i 
moim synem, który czynił wyrzuty jemu samemu i IOR za to wszystko, co przydarzyło się ojcu. 

Ja sama otrzymałam telefon od Olgiatiego, który prosił o0 możliwość złożenia mi wizyty, i ja się na nią 
zgodziłam. Olgiati przyszedł do mnie w towarzystwie, Menniniego, którego zupełnie nie oczekiwałam. 
Mennini opowiedział mi o rozmowie telefonicznej z moim synem i spytał, czy sama chciałabym cos 
dodać. Twardym tonem odpowiedziałam, że nie, i Mennini, wściekły, poszedł sobie. Olgiati 
powiedział mi wtedy, że źle zrobiłam, bowiem potrzebowaliśmy pomocy Menniniego w sprawie 
dostępu do poświadczających niewinność męża dokumentów z Banca del Gottardo. Odpowiedziałam, 
ze doszła do mnie już wiadomość, że Marcinkus i Luigi Mennini pojechali do Szwajcarii do 
wspomnianego banku. Kilka dni później Alessandro Mennini pojechał – w imieniu IOR, a nie banku 
Ambrosiano, którego był pracownikiem – do Lugano, żeby odebrać postanowienia szwajcarskiego 
wymiaru sprawiedliwości, w których poświadczano, że mój mąż nie miał nic wspólnego z tą sprawą. O 
ile wiem, to Mennini przekazał te postanowienia bezpośrednio adwokatom mojego męża, którzy 
bronili go przed sądem. 

W trakcie trwania procesu chodziłam wielokrotnie do więzienia do męża korzystając z widzeń, które 
mi przyznano. W czasie jednego z takich widzeń, opowiedziałam mężowi, to, co powiedziałam panu 
Craxi, to jest to zdanie, które zasugerował mi Ciarrapico. Mój mąż powiedział mi, że miał już dość 
poświecenia dla innych, i że – o ile ta sytuacja nie zmieni się natychmiast – jest całkowicie 
zdecydowany powiedzieć na rozprawie w sądzie rzeczy, które wiedział na temat IOR i polityków. 
Sądzę, że słowa te powtórzyłam przez telefon żonie pana Craxi, z która utrzymywałam częsty kontakt. 

Muszę powiedzieć, że przez cały czas trwania procesu ciągle wydzwaniała do mnie pani Angiolillo, 
która prosiła o kolejne informacje i przekazywała mi ze swej strony różne wiadomości. Pani Angiolillo 
przekazywała mi pozdrowienia od Piccolego i mówiła mi, że robiła, co mogła na rzecz mojego męża i 
że chodziła na rozmowę w jego sprawie do Banca d’Italia, do jego prezesa, a przede wszystkim do 
dyrektora generalnego Diniego. Muszę przyznać, że potem, po wyjściu z więzienia, mój mąż dał pani 
Angiolillo najpierw 10 milionów lirów, a potem kolejne 50 milionów lirów, z okazji Bożego Narodzenia 
– tym razem korzystając z pośrednictwa mecenasa Gregori z Rzymu. Były to pieniądze za to, co pani 
Angiolillo zrobiła dla męża – była ona znana z tego, że w swoim domu organizowała spotkania 
pomiędzy biznesmenami, działaczami i innymi, przyjmując w zamian pieniężne gratyfikacje… 
Powiedziałam Pazienzy, że dowiedziałam się od pani Angiolillo, że była ona u prezesa banku 
centralnego Ciampiego i u dyrektora Diniego, a Pazienza skontaktował się z panią Angiolillo, żeby 
dowiedzieć się czegoś więcej. Pani Angiolillo pogniewała się na mnie za to, że Pazienzy o tym 
powiedziałam… 

background image

Pani Angiolillo przekazała mi także, że Ciampi i Dini pragnęli powiadomić mojego męża, że podział 
grupy dokona się za pięć lat, tak jak chciał on sam, a zatem, ze może pozostawać spokojny i nie 
martwić się. Pragnę podkreślić, że kiedy kierownictwo Banca d’Italia objęli Ciampi i Dini, mój mąż 
powiedział mi, że dowiedział się od Gellego, ze tych dwóch było przyjaciółmi, że należeli obaj do Loży 
P2 i że to sam Gelli przyczynił się do ich nominacji. Gelli powiedział mu też, że Dini otrzymał 
polecenie, aby Calviemu nie stwarzał problemów i żeby był dla niego przyjazny, i muszę powiedzieć, 
że mąż, od samego początku, był zadowolony ze sposobu, w jaki traktował go Dini, który przyjmował 
go, kiedy mąż chciał, także i w sposób prywatny i w tajemnicy przed innymi [nazwisk Carlo Azeglio 
Ciampiego i Lamberto Diniego nie było w zarekwirowanych Licio Gelliemu dokumentach Loży P2; nie 
było także nazwiska Carlo De Benedettiego, o którym w swych zeznaniach mówi wdowa Calvi] Mój 
mąż mówił mmi, że Dini pozostawał w bardzo bliskich związkach z niejakim Battistą z Loży P2 i że 
Battista dawał mu miliard, półtora miliarda lirów za każdą załatwiona sprawę, (którą mu Dini 
załatwił). 

 

21 października 1982 roku. 

 

Proces [przeciwko oskarżonym z banku Ambrosiano] skończył się i mąż mój został tymczasowo 
zwolniony z aresztu, ale przebywał jeszcze w szpitalu w Lodi. Wyszedł kilka dni później i 
potwierdzono, że ma nadal pełnić funkcję prezesa zarządu banku Ambrosiano… Dość szybko po 
wypisaniu ze szpitala [Calvi próbował popełnić samobójstwo] mąż zaczął znowu często jeździć do 
Rzymu, zawsze mu w tym towarzyszyłam… 

W Rzymie widywałam się z Marcinkusem i z dyrektorem włoskiego banku centralnego Dinim; z nim 
widywał się w wielkiej tajemnicy, jak zresztą przez cały ten okres, a także i później – na przykład w 
przeddzień święta Wniebowzięcia. Mąż opowiadał mi, że jego stosunki z Dinim układały się bardzo 
dobrze i że Dini z nim współpracował, natomiast z Marcinkusem stosunki stały się fatalne. Marcinkus 
nie przyjmował już do wiadomości, że wobec banku Gottardo powinien był nadal zachowywać takie 
stanowisko, jak to obiecał uczynić wcześniej. Według słów mojego męża, Marcinkusowi bardzo 
zależało, aby tajemnice Banca del Gottardo nie wyszły na jaw. Mąż mawiał wtedy: „Księża każą mi 
zapłacić za wszystko, a nawet za wszystko już płacę”… 

Z czasem zaczęło się pojawiać nazwisko niejakiego Hilarego Franco, papieskiego kapelana, 
monsignora, z którym mój mąż, nawiązał kontakt i z którym miał kilka różnych spotkań w Rzymie. 
Mąż mówił mi, że ten Hilary Franco trzymał jego stronę i że często, aby podtrzymać go na duchu, 
powtarzał mu pewne zdanie po angielsku, które dosłownie brzmiało: „Jesteś pod moją całkowitą 
ochroną”. Właśnie w tym czasie, jak mi opowiadał mąż, miewał on bezpośrednie kontakty z 
papieżem. Nie jestem w stanie opisać, w jakich okolicznościach, dokładnie, kiedy i na jakich 
warunkach odbywały się te kontakty. Mogę jedynie przytoczyć usłyszane od męża słowa: „Papież 
powiedział mi, że jak tylko rozwiążemy nasz problem, powierzy mi całość watykańskich finansów, 
żebym je mógł uzdrowić”. 

 

24 października 1982 roku 

background image

 

Kiedy po nominacji [Carlo] De Benediettego na stanowisko w banku Ambrosiano minął już jakiś czas, 
zaczęły się pierwsze zatargi miedzy nim a moim mężem. Mąż mówił, że ten De Benedetti początkowo 
był z nim zgodny i można się było dogadać, ale później, jak już dostał się do banku, zaczął siać zamęt i 
nawiązał bliskie stosunki z Rosone [wiceprezesem], z którym nieustannie spotykał się na obiadach i 
kolacjach. Pewnego razu mój mąż powiedział mi nawet, że widziano dokumenty, które potwierdzały, 
że De Benedetti należał do Loży P2 i przypomniał mi fakt, iż kiedyś pokazywał mi w Buenos Aires 
pewna kamienicę, o której mówił, że są w toku rozmowy na temat jej sprzedaży przez firmę Olivetti 
na rzecz banku Ambrosiano. 

Wtedy, gdy mój mąż przypomniał mi ten epizod z kamienicą i kiedy wspomniał o członkostwie De 
Benediettego w Loży P2, odpowiedziałam: „A więc za ta umową sprzedaży musiał stać Gelli”, a 
wówczas mój mąż powiedział mi: „Oczywiście, że tak, był pośrednikiem”. Mąż powiedział mi tez, że 
wspomniał De Benedettiemu o jego przynależności do loży i dodał, że potem przez jakiś czas De 
Benedetti wydał się zdezorientowany, ale że później nastąpił z jego strony cały ciąg zdarzeń – na 
przykład jego pisma do prezydenta Włoch pana Pertiniego i zaraz potem wyjazd do Genewy, czego, 
według słów mojego męża, nigdy nie robił, ponieważ ze swoja rodziną, która mieszkała w Genewie, 
widywał się we Włoszech i kazał dzieciom przyjeżdżać do siebie. Zatargi pomiędzy moim mężem i De 
Benedettim pogłębiały się coraz bardziej. 

Jakiś czas później – przebywaliśmy wtedy w Drezzo – chciałam wrócić do tematu z De Benedettim i 
spytałam męża, czy to była prawda, że istniały faktycznie dokumenty potwierdzające przynależność 
De Benediettego do Loży P2, i dlaczego tych dokumentów nie ujawniono. Na to mój mąż – który już 
wtedy, kiedy po ich rozmowie De Benedetti pojechał do Genewy, wyraził opinię, ze najpewniej 
pojechał do Ortolaniego, a nie żeby zobaczyć się z rodziną – odpowiedział mi, że dokumenty te 
istniały na pewno, ponieważ były w posiadaniu obu braci Vitalone [chodzi o chadeckiego 
deputowanego – Claudio Vitalone i o jego brata – adwokata Wilfredo]. 

 

25 października 1982 roku 

 

NA początku wiosny [prawdopodobnie 1982] mąż powiedział mi, że zamierza pojechać do Hiszpanii. 
Byłam bardzo zdziwiona i spytałam go, po co tam chce jechać, ale najpierw mój mąż uśmiechał się 
robiąc przekorna minę, a potem odpowiedział, że w Hiszpanii Opus Dei, które tam jest bardzo bogate, 
posiada ogromną władzę. Było to pierwszy raz, kiedy mąż wspomniał mi o Opus Dei i kiedy 
powiedział, że Opus Dei może rozwiązać problemy finansów Watykanu i że Opus Dei mogło 
przeważyć szalę w walce o władzę w łonie Watykanu pomiędzy dwiema frakcjami, które od lat ze 
sobą konkurowały – frakcją opowiadającą się za prowadzeniem Ostpolityk i frakcją ją zwalczającą, 
będącą skrzydłem konserwatywnym. 

Mój mąż wyjaśnił mi, że miał ułatwić działania Opus Dei, ponieważ jedynie w ten sposób mogły być 
rozwiązane jego własne problemy z bankiem IOR, a także i problemy finansowe Watykanu. 
Powiedział mi, że zmieniłoby to gruntownie polityczne stosunki w obrębie samego Watykanu, 
ponieważ Opus Dei uzyskując silniejszą pozycję, dałoby przewagę skrzydłu konserwatywnemu. O 

background image

podróży do Hiszpanii nie było już więcej między nami mowy… W tym czasie Carboni nagle przestał w 
ogóle dzwonić i przez około tydzień nie dał znaku życia. Kiedy znowu się pojawił, to znaczy przyjechał 
do nas do Drezzo, powiedział mi, że porozumiał się z biskupami – masonami… Carboni utrzymywał 
wówczas stałe kontakty zarówno z masoneria jak i z dostojnikami watykańskimi… 

Mogę dodać, że już od jakiegoś czasu słyszałam, jak mój mąż mawiał, że „sprawa posuwała się do 
przodu dzięki wspólnym wysiłkom”. Mąż dodawał, że zakończenie sprawy, będzie dla niego sporym 
plusem w procesie apelacyjnym, który miał się odbyć w Mediolanie. Wyjaśnił mi, że był zmuszony 
przyspieszyć moment zakończenia sprawy, bo proces apelacyjny już wkrótce miał się zacząć, i kiedy 
już wyjaśnią się wszystkie rzeczy z IOR, to z pewnością wynik procesu będzie dla niego pozytywny… 

Mój mąż podszedł do mnie i widząc, że czytam artykuł, w którym mowa była o końcu Ostpolityk, 
powiedział mi dosłownie: „To ja wykończyłem Ostpolityk. Jeżeli w trakcie następnych dwóch tygodni 
Andreotti nie podstawi mi nogi, to wszystko będzie w porządku”. Nie minęło dużo czasu, a mój mąż 
zaczął mi wspominać o sporych zatargach, które zaczęły się otwarcie pojawiać miedzy mim a panem 
Andreottim… Potem powiedział mi o wyraźnym grożeniu mu śmiercią bezpośrednio przez samego 
Andreottiego. I już wtedy samopoczucie i humor mojego męża stale się pogarszały… W tym, co do 
mnie mówił, często pojawiało się zdanie, „jeżeli mnie zamordują”, i często powtarzał „to już koniec”. 
Od maja panowała w domu atmosfera przygnębienia i strachu… W rytmie uzależnionym od rozwoju 
wypadków w Watykanie, gdzie toczyła się ostra walka miedzy przeciwnymi frakcjami, a która 
dotyczyła bezpośrednio stosunków pomiędzy IOR i bankiem Ambrosiano – u nas w domu chwile 
zupełnej beznadziei przeplatały się z euforią. 

Mój mąż powtarzał z przekonaniem: „jeżeli coś mi się przydarzy, papież będzie musiał podać się do 
dymisji” i dodawał, że Watykan będzie miał takie problemy, że nawet będą zmuszeni przenieść 
siedzibę Watykanu… 

Mąż wspominał mi, że później polecił Carboniemu nawiązać kontakt z ważnymi osobistościami z Opus 
Dei ze Szwajcarii, żeby przyspieszyć działanie Opus Dei dla uregulowania długów IOR. W niedziele 
wieczór, w przeddzień mojego wyjazdu do Waszyngtonu, kiedy weszłam do sypialni, zobaczyłam 
męża, jak leżał na łóżku i wyglądał na bardzo przygnębionego. Podeszłam żeby powiedzieć mu coś 
pokrzepiającego, ale on powiedział mi „jeżeli mnie zamordują”, a później dodał „być może już się nie 
zobaczymy” i zaczął okropnie płakać. Ogromnie mnie to zmieszało i wyszłam, żeby nie zmieniać 
zamiaru wyjazdu, który miał być nazajutrz, i na który on zresztą bardzo nalegał… W ostatniej 
rozmowie telefonicznej, którą odebrałam od męża przed wiadomością o jego zniknięciu, powiedział 
mi, że dzwoni, o ile dobrze zrozumiałam, z naszego domu w Mediolanie. Pamiętam, że powiedział mi, 
mówiąc po angielsku, iż sprawa miała się ku końcowi, i że była to już kwestia godzin. Na koniec 
powiedział po włosku: „Miejmy nadzieję, że wszystko dobrze się skończy”. 

26 października 1982 Clara Calvi opowiedziała o rozmowie telefonicznej odbytej na kilka dni przed 
londyńska tragedią. 

Mąż zadzwonił do mnie do Waszyngtonu tylko jeden raz… Pamiętam, że powiedział mi wtedy, że 
„rzecz idzie do przodu z dużymi oporami, ale jednak do przodu; niestety, w trakcie zaistniały przykre 
incydenty”. Te ostatnie słowa powiedział głosem, w którym wyczuwało się ogromną przykrość. 
Chciałam go spytać mówiąc „Ale ty, ty…”, ale był jakiś defekt na linii i rozmowa została przerwana. 
Zaraz potem mąż zadzwonił znowu mówiąc, że „wkrótce wyjdą na jaw rzeczy niesamowite, ale 

background image

bardzo dla nas korzystne, co może zmienić całe nasze życie”. I to powiedział już z radością. 
Przekazałam mu, że nasz syn otrzymał wyrazy solidarności od dyrektora banku Ambrosiano z 
Managua – Alvaresa, który oświadczył, że jest wyrazicielem słów przyjaźni pochodzących z Ameryki 
Południowej i Ameryki Środkowej. Alvares powiedział też, że ze strony prezydenta Kostaryki 
zgłoszona została nawet oferta przyjęcia go do swego kraju i o wydaniu mu paszportu 
dyplomatycznego. Kiedy przekazałam mu tę informację mąż odpowiedział chłodno „dobrze 
wiedzieć”. I spytał mnie jak ja się czuję, dodając: „Bądź cierpliwa, jeszcze trochę”. Powiedział mi też, 
żebym absolutnie nie ruszała się z domu, gdzie było mi dobrze, i gdzie, powtórzył, pozostawałam pod 
ochroną bardzo wpływowych osób. Ja pytałam ciągle, co się z nim dzieje, ale on nie powiedział nic 
więcej… Dzień później, pamiętam, że było to około godziny wpół do trzeciej popołudniu, w pewnej 
chwili poczułam się źle i całe popołudnie przeleżałam na kanapie w stanie ogromnego przygnębienia. 
Zadzwonił do mnie mój brat, Luciano, który powiedział mi o samobójstwie Corrochera i o decyzji 
kierownictwa banku, Ambrosiano, które zwróciło się z wnioskiem o ustanowienie zarządu 
komisarycznego… Przed pójściem spać ja i moja córka rozmawiałyśmy przez chwilę i ja wyraziłam 
przypuszczenie, że być może mąż załatwił sprawę, którą zajmował się ostatnio, i że może do nas 
wkrótce przyjedzie. W środku nocy zbudził mnie telefon od mojego brata, Luciano, który powiedział 
mi o śmierci mojego męża. Powiedział mi, że martwe ciało mojego męża zostało znalezione w 
Tamizie, w Londynie… Zareagowałam gwałtownie, i owładnięta rozpaczą wybuchłam płaczem… 

 

Dnia 2 listopada 1983 roku dziennik Corriere della Sera publikuje nekrolog zamieszczony przez 
rodzinę Calvi: 

„W to smutne święto zmarłych, Clara, Anna i Carlo Calvi proszą rodzinę i przyjaciół o modlitwę za 
duszę bankiera Roberto Calvi, którego wykorzystano, ścigano i w końcu zamordowano z 
wyrafinowanym okrucieństwem. Rodzina nie zapomni, nie przebaczy, nie pogodzi się z tym, ale prosi 
Boga o sprawiedliwość w tym życiu i w życiu wiecznym”. 

 

9 kwietnia 1997 roku sędzia rzymski Otello Lupaccini wyda postanowienie o zastosowaniu aresztu 
tymczasowego wobec bossa Pippo Calo, byłego kasjera mafii, i wobec Flavio Carboni. Według tezy 
oskarżenia prokuratora Giovanni Salviego obaj zorganizowali zabójstwo Roberta Calviego. Trzymając 
się zeznań trójki skuszonych mafiosów (Buscetta, Calderone i Mannoia) bankier miałby być 
zamordowany na zlecenie Calo i Gelliego, którzy powierzyli mu do zainwestowania ogromne kwoty 
pieniężne, które do nich później nie powróciły. Udusić Calviego miał – według słów bossa Ignazio 
Pullara – Francesco Di Carlo, który temu zaprzeczył (obecnie przebywa w wiezieniu w Londynie za 
handel narkotykami). W trakcie przesłuchania w Nowym Jorku Manoia dodał, że „Calo, Riina i 
Francesco Madonia ulokowali w Rzymie – za pośrednictwem Gelliego – pewne kwoty pieniędzy. O 
pieniądze miał dbać Gelli… Salvatore Inzerillo i Stefano Bontade mieli Sindonę”. 

Anna Calvi wspomina 

 

22 października 1982 roku prokuratorzy Bruno Sinlari i Pierluigi Dell’Osso przesłuchali w ambasadzie 
włoskiej w Waszyngtonie również córkę bankiera Roberto Calviego – Annę. Jej zeznania pozwalają 

background image

poznać kolejne zakulisowe okoliczności skandalu z bankiem Ambrosiano, dotyczące stosunków 
bankiera z IOR i jego osobistych kontaktów z papieżem. Oto wybrane, najważniejsze fragmenty jej 
zeznań. 

W miesiącu maju [roku 1982 na około miesiąc przed śmiercią Calviego], a dokładniej – w drugiej 
połowie maja, mój ojciec przekonał moją matkę, żeby wyjechała z Włoch, powtarzając jej 
wielokrotnie, że ciąży nad nimi poważne niebezpieczeństwo. Pamiętam, że w trakcie ostatniego 
weekendu spędzonego w Drezzo przed wyjazdem matki, która faktycznie wyjechała następnego 
poniedziałku, przyjechał do nas jak zwykle, Carboni. Przyjechał do nas, wtedy w towarzystwie pana 
Pisanu [byłego chadeka, a obecnie prawej ręki Berlusconiego]. Po obiedzie ojciec odszedł na stronę, 
żeby porozmawiać z Carbonim, natomiast matka gawędziła w tym czasie w innym miejscu z panem 
Pisanu. 

Muszę przyznać, że owładnęła mną ciekawość, żeby usłyszeć, o czym to mój ojciec i Carboni mogli 
między sobą w trakcie tych długich, dysput rozmawiać, więc zaczęłam im się za uchylonymi drzwiami 
przysłuchiwać. Usłyszałam – a mówili dosyć głośno – że dyskutowali o czymś, co wiązało się z 
Watykanem. Konkretnie usłyszałam, jak mój ojciec powiedział do Carboniego, żre winien on dać do 
zrozumienia w Watykanie, iż księża powinni zdawać sobie sprawę ze swych zobowiązań, ponieważ w 
przeciwnym razie on o wszystkim opowie. Pamiętam dokładnie, że mój ojciec tę myśl Carboniemu, 
który tego słuchał i potakiwał, powtórzył wielokrotnie. Rozmowę na temat problemów istniejących 
pomiędzy moim ojcem a Watykanem, a w szczególności między ojcem i IOR słyszałam nie po raz 
pierwszy. Słyszałam, jak ojciec wspominał o tym już w czasie jego aresztowania, a także i później, jak 
wielokrotnie mówił, że największym problemem do rozwiązania były jego układy z IOR. 

Pewnego razu powiedział mi właśnie to, że prawdziwym problemem nie były jego perypetie związane 
z toczącymi się sprawami sądowymi, ale właśnie kłopoty z IIOR. Pamiętam, że powiedział do mnie 
wtedy: „Księża nas wykończą”. A potem dodał: „oni sądzą, że w sumie, jeżeli ktoś umrze, nadal jego 
dusza żyje, i dlatego nie stanowi to takiego zła”. Dobrze pamiętam poważny i gorzki ton głosu mojego 
ojca, kiedy mówił mi takie rzeczy… Mówił, że gdyby nie udało mu się rozwiązać ostatniego problemu 
z Watykanem, to będą z tego koszmarne kłopoty. Podkreślał, że pracuje nad problemem, który z 
pewnością wielu osobom spędza sen z powiek, i że te osoby będą chciały wyrządzić nam krzywdę… 

W trakcie jednego z weekendów, który ja i on spędziliśmy w Drezzo – sądzę, że było to w ostatnich 
dniach maja – poprosiłam go o wyjaśnienie, co się tak naprawdę stało. Ojciec odpowiedział mi, że aby 
rozwiązać problem stosunków z IOR opracowali i realizowali pewien plan, który przewidywał 
bezpośrednią interwencję Opus Dei, organizacji, która będzie musiała wyłożyć przeogromną kwotę, 
rzędu ponad tysiąca miliardów lirów, na pokrycie zadłużenia IOR wobec banku Ambrosiano. 

Mój ojciec powiedział, że rozmawiał o tym bezpośrednio z papieżem, który zapewnił go o swoim dla 
niego poparciu i przyzwoleniu. Ojciec dodał też jednak, że w Watykanie istniały przeciwne sobie 
frakcje, które różniły się zupełnie poglądami w kwestii realizacji tego planu, który – jeżeliby miał 
zostać doprowadzony do końca – to stworzyłby zupełnie nowy układ sił w samym Watykanie: a to, 
dlatego, że Opus Dei przejęłoby kontrolę nad IOR, a zatem zyskałoby pozycję dużej przewagi 
wewnątrz Watykanu. I właśnie z powodu tych zatargów i tych wewnętrznych walk ojciec był tak 
zmartwiony. Powiedział mi, że realizacji planu sprzeciwiał się kardynał Casaroli i powiedział jeszcze, 
że gdyby plan nie był realizowany, to doszłoby do bankructwa IOR, a to spowodowałoby również 
krach banku Ambrosiano. Dodał, że Watykan byłby zmuszony w takiej sytuacji sprzedać plac Świętego 

background image

Piotra, a powiedział to tonem, który bardziej niż ironię, wyrażał przygnębienie i powagę. Po 
opowiedzeniu mi tego wszystkiego, ojciec stwierdził, że pieniądze, o które w tym wszystkim chodzi, 
ludzie są w stanie nawet zabijać. 

Rozmowa z ojcem kontynuowana była również przy obiedzie, w trakcie, którego powiedział mi, że 
niedawno rozmawiał z panem Andreottim, który dziwnie do niego mówił i wydawał się nie znać 
ostatnich faktów, a który – przeciwnie – dawał mu do zrozumienia, że wiele wie… Powiedział mi, że 
bardzo się bał Andreottiego, ponieważ wiedział, że związany jest z frakcja istniejącą w łonie 
Watykanu, tą, która walczyła przeciw realizacji planu z Opus Dei… Wyjaśnił mi, że pozycja Marcinkusa 
w Watykanie była dość delikatna, i że przeciw niemu prowadzono wewnętrzne śledztwo z powodu 
realizowanych przez niego nielegalnych transakcji, a także, dlatego, że prowadził niegodne 
duchownego życie prywatne. Mój ojciec powiedział mi, że najprawdopodobniej będą chcieli 
doprowadzić do przeniesienia Marcinkusa, aby pozbawić go funkcji w IOR, na jakąś ważna funkcję w 
Stanach Zjednoczonych. Dodał, że jego proces w Mediolanie skończył się źle, ponieważ IOR nie 
udzielił mu pomocy, mimo że miał taki obowiązek i mimo że był w stanie to zrobić… 

Po południu zauważyłam, że mój ojciec wydobył z jednej z szaf swój rewolwer, który kupił wiele lat 
temu, i zaczął go czyścić. Spytałam go, po co go wyjął…, a on odpowiedział mi dosłownie: „jeżeli 
przyjdą, będę strzelać”, i pokazał mi, jak ładuje się pistolet. Spytałam go, kto w sumie miałby przyjść, 
a on odpowiedział, że w tym czasie wiele osób byłoby zainteresowanych, aby go wyeliminować i 
dodał, że miał już sygnały, że operacja, nad którą pracował, przysparza mu wielu wrogów… Na koniec 
powiedział: „jutro pójdę do Watykanu, usiądę tam i nie pójdę, dopóki nie zdecydują się zrobić w 
końcu to, co zrobić powinni”. 

W sobotę 5 czerwca 1982 roku, bardzo wcześnie rano – sadzę, że było koło piątej może szóstej – 
ojciec przyszedł mnie obudzić i powiedział mi bardzo zdenerwowanym głosem: „Sytuacja się wali i nie 
mogę dłużej tutaj pozostać. Muszę wyjechać i kontynuować moja pracę za granicą, a żeby ja 
kontynuować, muszę być w bezpiecznym miejscu”… 

Wieczorem w poniedziałek 7 czerwca ojciec przyszedł do domu w towarzystwie Carboniego i razem 
zjedliśmy coś na zimno… Ojciec i Carboni nieustannie ze sobą rozmawiali mówiąc o czymś, czego w 
ogóle nie byłam w stanie zrozumieć, ale to dotyczyło, jak mogłam wywnioskować, w gruncie rzeczy 
spraw związanych z IOR… Mój ojciec powiedział mi, żebym wyniosła mu te dwie walizki, które 
spakował w miniona sobotę i które przywieźliśmy ze sobą z Drezzo. Ja po nie poszłam i przekazałam 
je Carboniemu, który zabrał je ze sobą. Po wyjściu Carboniego spytałam ojca, co się dzieje, a on mi 
odpowiedział, ze sprawy zaczęły się okropnie komplikować, że IOR został zamknięty, że 
zbankrutował. Dodał, że biskupi, którzy mieli ocenić działalność Marcinkusa, stwierdzili nie tylko to, 
że Marcinkus dopuścił się rzeczy okropnych, ale że sam IOR musi być zamknięty. Ojciec tez stwierdził, 
że tego, iż Marcinkus zostanie odstawiony na boczny tor, on się spodziewał, ale nie tego, że zostanie 
zablokowany IOR, bo to zrodziłoby fatalne następstwa. I zakończył słowami: „Teraz ty musisz stąd 
wyjechać, nie możemy dłużej tu zostać”. 

Następnego ranka, było to w środę, ojciec przed swoim wyjściem pożegnał się ze mną mówiąc 
głosem szczególnie przybitym:, „jeżeli nie będziesz miała ode mnie wiadomości przez dłuższy czas, to 
się tym nie przejmuj, muszę wyruszyć w podróż…”. 

 

background image

Spis treści 

 

BANK BOGA I BANKIERZY PAPIEŻA 1 

Afery i skandale watykańskiej kasy 1 

Od wydawcy 1 

WATYKAN, FINANSE, BANKIERZY 1 

Papieska kasa 1 

Mediolańska mafia 4 

Piracka trójca 8 

Początek końca 11 

Duszom zmarłych – chwała 15 

PURPURA, KAPTURY, PUCHARY 20 

Masoni za spiżową bramą 20 

Rycerze konnego zakonu 25 

NIERUCHOMOŚCI, TRANSAKCJE, PODATKI 30 

Podatkowy raj 30 

Darowizny 36 

Sposoby robienia po swojemu 38 

Złoty cielec w kościelnej nawie 46 

KRUCHTA, HANDEL, ZYSK 50 

Bohaterowie katolickiego lobby 50 

Sekty pieniądza 58 

BIZNES BOŻEJ OPATRZNOŚCI 64 

Holding leczenia dusz 64 

„Lourdes” ojca Pio 73 

ZBŁĄKANE OWCE, ZBRUKANE HABITY 77 

Celebra nowoczesności 77 

background image

Charyzma pieniądza 85 

MILENIJNY KRAM 89 

Przedsiębiorczy paulini – bracia nożownicy 89 

Superstar mass mediów 98 

DOKUMENTY 105 

Clara Calvi zeznaje… 105 

Anna Calvi wspomina 113 

Spis treści 115