background image

 

LUCY

 

MAUD

 

MONTGOMERY 

 

 

 

D

ZIEWCZĘ Z SADU

 

P

RZEŁOŻYŁA 

W

ŁADYSŁAWA 

W

IELIŃSKA

 

 

background image

Młodzieńcze zamiary  

Wczesne  słońce  wiosennego  poranka  zalewało  światłem  złocistym  jak  miód  i  jak 

miód  łagodnym  czerwone,  ceglane  budynki  college'u  w  Queenslea  oraz  otaczające  je 

boiska.  Jego  promienie  poprzez  nagie,  okryte  pąkami  klony  i  wiązy  rzucały  na  ścieżki 

delikatne rysunki, złote i brązowe, budząc pieszczotliwie do życia żonkile, które wychylały 

się z ziemi pod oknami garderoby dziewcząt. 

Kwietniowy  wiaterek,  świeży  i  łagodny  -  przywiany  jakby  znad  rozłogów 

wspomnień,  a  nie  z  mrocznych  ulic  miasta  -  szumiał  w  wierzchołkach  drzew  i  kołysał 

pędami  bluszczu,  spowijającego  front  głównego  budynku.  Wiatr  ten  śpiewał  o  wielu 

rzeczach,  ale  każdemu,  kto  go  słuchał,  wydawało  się,  że  słyszy  pieśń  najbliższą  swemu 

sercu.  

Studentom, którym “Karol Stary”, dostojny dyrektor college'u w Queenslea, wręczył 

właśnie  dyplomy  w  obecności  podziwiającej  ich  rzeszy  rodziców,  sióstr,  narzeczonych  i 

przyjaciół,  śpiewał  on  zapewne  o  radosnych  nadziejach,  błyskotliwym  powodzeniu  i 

wielkich czynach. Śpiewał o młodzieńczych marzeniach, które nie spełnią się może nigdy, a 

które mimo to snuć warto.  

Niechaj bowiem Bóg ma w swej opiece tego, kto nie żywił nigdy podobnych marzeń 

- i nie opuszczał swej Alma Mater bogaty w zamki na lodzie, jako właściciel licznych włości 

na księżycu. Człowiek taki został pozbawiony prawa, należnego mu z urodzenia!  

Tłum wypłynął z wejściowego hallu i rozproszył się po boisku, niknąc w pobliskich 

uliczkach.  

Eryk Marshall i Dawid Baker poszli razem.  

Pierwszy otrzymał dyplom wydziału humanistycznego, będąc przy tym najlepszym z 

uczniów.  

Drugi  zaś  przybył,  by  wziąć  udział  w  zakończonej  dopiero  co  uroczystości,  zaś 

wyróżnienie Eryka napawało go dumą. 

Łączyła  ich  obu  dawna,  wypróbowana  i  trwała  przyjaźń,  chociaż  Dawid  był  o 

dziesięć lat starszy od Eryka wiekiem, a o sto lat znajomością walk i trudności życiowych, 

które postarzają człowieka o wiele szybciej i skuteczniej, niż przemijanie czasu.  

Zewnętrznie obaj mężczyźni, mimo, iż łączyło ich pokrewieństwo, byli zupełnie do 

siebie niepodobni. 

Eryk  Marshall  wysoki,  barczysty,  muskularny,  szedł  krokiem  lekkim,  swobodnym, 

który świadczył o niewyczerpanej sile i energii. 

background image

Był on jednym z tych mężczyzn, na widok których bardziej upośledzeni śmiertelnicy 

nie mogą oprzeć się zdziwieniu, czemu wszystkie dary fortuny przypadły w udziale jednej 

osobie.  Był  nie  tylko  zdolny  i  przystojny,  lecz  posiadał  ów  nieokreślony  osobisty  urok, 

zupełnie niezależny od zewnętrznej urody czy zalet umysłu. 

Miał  spokojne,  szaroniebieskie  oczy,  ciemnokasztanowe  włosy  o  złotym  połysku  - 

gdy padło na nie światło słońca - oraz wydatny podbródek. 

Był  synem  człowieka  bogatego  i  miał  za  sobą  pogodną  młodość  oraz  wspaniałe 

widoki  na  przyszłość.  Uważano  go  za  człowieka  trzeźwego,  nie  ulegającego  żadnym 

romantycznym mrzonkom i rojeniom.  

- Obawiam się, że Eryk Marshall nie popełni nigdy czynu nierozważnego - wyraził 

się  o  nim  jeden  z  profesorów,  który  zwykł  był  wypowiadać  dosyć  zagadkowe  sentencje.  - 

Lecz jeśli uczyni to kiedykolwiek, uzupełni jedyny swój brak. 

Dawid  Baker  był  niski  i  krępy.  Miał  ciemne  oczy,  bystre  i  przenikliwe,  a  twarz 

pociągającą mimo brzydkich, nieregularnych rysów. Zabawne skrzywienie ust stawało się 

zależnie  od  jego  woli  żartobliwe,  ironiczne  lub  ujmujące.  Głos  brzmiał  na  ogół  cicho  i 

melodyjnie,  jak  u  kobiety,  ale  nieliczne  osoby,  które  widziały  Dawida,  ogarniętego 

słusznym gniewem i usłyszały dźwięki, wydobywające się wówczas z jego ust, nie śpieszyły, 

by go ponownie wyprowadzić z równowagi.  

Był on lekarzem, specjalistą chorób gardła  i  strun głosowych i zaczynał cieszyć się 

sławą  w  kraju.  Był  członkiem  sztabu  lekarskiego  College'u  Medycznego  w  Queenslea  i 

szeptano  sobie,  że  niebawem  zostanie  powołany  do  Mc  Gill,  aby  objąć  tam  poważne 

stanowisko.  Swój  sukces  wywalczył  sobie  poprzez  trudności  i  przeszkody,  które 

odstraszyłyby większość ludzi.  

W  roku,  w  którym  urodził  się  Eryk,  Dawid  Baker  był  gońcem  w  wielkim  składzie 

okręgowym  Marshall  i  Spókła.  W  trzynaście  lat  później,  wyróżniony  zaszczytnie,  uzyskał 

dyplom  College'u  Medycznego.  Wówczas  pan  Marshall,  który  łożył  na  jego  naukę  tyle 

tylko,  ile  ambitny  chłopak  godził  się  przyjąć,  wysłał  go  na  dalsze  studia  do  Londynu  i 

Niemiec.  

Dawid zwrócił z czasem wydane na niego pieniądze co do grosza,  lecz nie przestał 

żywić głębokiej wdzięczności dla tego zacnego, szlachetnego człowieka, a syna jego kochał 

miłością więcej niż braterską. Z bacznym, żywym zainteresowaniem śledził postępy Eryka 

w College'u. Teraz, gdy Eryk ukończył wydział humanistyczny,  pragnął, aby  poświęcił się 

studiom prawniczym lub lekarskim. Toteż doznał wielkiego zawodu, gdy Eryk postanowił 

ostatecznie pracować u ojca.  

background image

- Marnujesz swoje zdolności - mruczał Dawid, gdy podążali razem do domu. - Jako 

prawnik zdobyłbyś rozgłos i wybiłbyś się. Twój język, łatwość formułowania myśli, to cechy 

adwokata  i  sprzeciwiasz  się  po  prostu  Opatrzności,  chcąc  posługiwać  się  nim  w  celach 

handlowych. Krzyżujesz niezręcznie zamiary losu. Gdzie twoje ambicje, człowieku?  

- Na właściwym miejscu - roześmiał się Eryk. - Są inne niż twoje, ale w tym naszym 

młodym,  zasobnym  kraju  znajdzie  się  pole  dla  wszelkiego  ich  rodzaju.  Tak,  wstępuję  do 

firmy ojca. Przede wszystkim było to jego serdeczne życzenie odkąd przyszedłem na świat i 

zawiódłby  się  boleśnie,  gdyby  się  stało  inaczej.  Chciał,  abym  ukończył  college,  gdyż  jest 

zdania, że każdy człowiek powinien otrzymać takie wykształcenie, jakie może osiągnąć, ale 

teraz, gdy zdobyłem je, pragnie mieć mnie w swej firmie.  

- Nie sprzeciwiłby się, gdybyś chciał poświęcić się czemuś innemu. 

-  O  nie.  Ale  rzecz  w  tym,  Dawidzie,  że  ja  tego  nie  pragnę.  Nie  cierpisz  interesów, 

więc nie możesz pojąć, że ktoś mógłby je lubić. Wielu jest na świecie prawników - aż zbyt 

wielu  może  -  ale  nie  będzie  nigdy  nadmiaru  porządnych,  uczciwych  ludzi  interesu, 

gotowych  podjąć  się  rzeczy  poważnych  dla  dobra  ludzkości  i  rozbudowy  swego  kraju, 

projektować  wielkie  przedsięwzięcia  i  przeprowadzać  je  rozumnie  i  odważnie,  kierować  i 

zarządzać, stawiać sobie wielkie cele i osiągać je. Ale dam temu lepiej spokój, bo robię się 

gadatliwy. Ambicje, człowieku! Nie mogę ich wprost opanować! Chcę, by okręgowy skład 

Marshall i Spółka stał  się  znany od oceanu po ocean... Ojciec rozpoczął pracę jako ubogi 

chłopak z folwarku w Nowej Szkocji. Stworzył placówkę, znaną już teraz w całej prowincji. 

Chcę rozwijać ją dalej. Za pięć lat będzie znana na wybrzeżu, za dziesięć w całej Kanadzie. 

Pragnę, aby firma Marshall i Spółka odegrała poważną rolę w handlu Kanady. Czyż nie są 

to ambicje równie chwalebne, jak gdybym usiłował dowieść w sądzie, że czarne jest białe, 

lub  odkrył  nową  chorobę  o  dziwacznej  nazwie,  ku udręce  biednych  istot, które umarłyby 

inaczej spokojnie w błogiej nieświadomości tego, co im dolegało?  

-  Jeśli  zaczynasz  robić  kiepskie  dowcipy,  to  lepiej  zmieńmy  temat  -  rzekł  Dawid, 

wzruszając  ramionami.  -  Z  równym  skutkiem  mógłbym  przypuścić,  sam  jeden,  atak  do 

twierdzy, co starać się odwieść cię od raz powziętego zamiaru. Ależ ta ulica dała mi się we 

znaki! Co też skłoniło naszych ojców, aby wznieść miasto na stokach wzgórza? Nie jestem 

już taki rześki i szczupły jak dziesięć lat temu, w dniu otrzymania dyplomu. Skoro mowa o 

dyplomie, ileż to dziewcząt było na twoim kursie! Ze dwadzieścia, jeśli się nie mylę. Kiedy 

ja kończyłem studia, były na naszym kursie tylko dwie panny - pierwsze w ogóle studentki. 

Niemłode,  bardzo  srogie,  kanciaste  i  poważne.  I  nawet  za  swych  najlepszych  lat  nie 

potrzebowały  z  pewnością  zaglądać  często  do  lusterka.  Ale  wiesz,  były  to  bardzo 

background image

wartościowe  niewiasty  -  o  tak,  bardzo.  Sądząc  po  tym  szeregu  dziewcząt  dzisiaj,  czasy 

zmieniły  się,  biorąc  odwet.  Była  tam  jedna  studentka,  nie  mogąca  mieć  ponad  lat 

osiemnaście - cała jak ze złota, płatków różanych i kropel rosy.  

-  Wyrocznia  przemawia  głosem  poety  -  zaśmiał  się  Eryk.  -  To  Florencja  Percival, 

najlepsza matematyczka. Uważana jest przez wielu za najpiękniejszą na swoim kursie. Ja 

jestem  odmiennego  zdania.  Nie  przepadam  za  jasnowłosą,  dziecięcą  urodą  -  wolę 

Agnieszkę Campion. Czy zauważyłeś ją? Wysoka, ciemnowłosa z warkoczami i twarzą niby 

barwny kwiat o aksamitnym puszku. Ukończyła z wyróżnieniem wydział filozofii. 

-  Zauważyłem  ją  -  rzekł  Dawid  z  naciskiem,  obrzucając  przyjaciela  przenikliwym 

spojrzeniem. - Przyjrzałem się jej wyjątkowo uważnie, bo ktoś za mną wyszeptał jej imię, 

dodając,  że  panna  Campion  to  prawdopodobnie  przyszła  pani  Erykowa  Marshall.  Wobec 

tego nie spuszczałem z niej oczu.  

-  To  plotki  -  oświadczył  Eryk,  a  w  głosie  jego  zabrzmiało  niezadowolenie.  - 

Agnieszka i ja jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale nic poza tym. Lubię ją i podoba 

mi  się  bardziej,  niż  wszystkie  znane  panny.  O  ile  jednak  istnieje  przyszła  pani  Erykowa 

Marshall,  nie  spotkałem  jej  dotąd.  Zresztą  nie  zacząłem  jej  nawet  szukać,  ani  nie 

zamierzam w ciągu najbliższych lat. Mam inne sprawy na głowie - zakończył lekceważącym 

tonem, za który - nikt nie mógł wątpić - poniesie kiedyś zasłużoną karę, o ile Kupido nie 

był równie głuchy jak ślepy.  

-  Spotkasz  pewnego  dnia  swą  przyszłą  żonę  -  oświadczył  Dawid  krótko.  -  I  wbrew 

twej pogardzie ośmielę się przepowiedzieć, że o ile los nie ześle ci jej niebawem, wybierzesz 

się  wkrótce  sam  na  poszukiwanie.  A  teraz  mała  rada,  o  synu  twej  matki!  Uzbrój  się  w 

zdrowy rozsądek, starając się o żonę. 

- Czy myślisz, że mógłbym się go wyzbyć? - zapytał ubawiony Eryk. 

-  Nie  dowierzam  ci  -  rzekł  Dawid,  potrząsając  z  powagą  głową.  -  Prócz  nizinnej, 

szkockiej  krwi,  masz  w  sobie  również  trochę  krwi  celtyckiej  po  babce,  góralce.  A  nie 

wiadomo  nigdy,  jak  wpłynie  to  na  mężczyznę  i  do  czego  go  doprowadzi,  zwłaszcza  w 

sprawach sercowych. Możesz równie dobrze stracić głowę dla jakiejś głupiej, czy swarliwej 

kobietki, która pociągnie cię urodą i unieszczęśliwi na całe życie. Zapamiętaj sobie proszę, 

że gdy wybierzesz żonę, zastrzegam sobie prawo wydania o niej szczerego sądu.  

- Wydawaj jakie chcesz sądy, ale ostatecznie rozstrzygnie moje zdanie, ono jedynie.  

-  Tam  do  licha!  Ty  uparta  latorośli  upartego  rodu!  -  mruknął  Dawid,  patrząc  nań 

serdecznie.  -  Wiem  o  tym,  i  tak  długo  nie  będę  o  ciebie  spokojny,  aż  nie  zobaczę  cię 

ożenionym z odpowiednią dziewczyną. Łatwo ją znaleźć. Na dziesięć dziewcząt w naszym 

background image

kraju  dziewięć  nadaje  się  do  królewskich  pałaców.  Ale  zawsze  trzeba  się  liczyć  z  tą 

dziesiątą. 

-  Jesteś  nielepszy  od  bajkowej  “Przezornej  Alicji”,  która  martwiła  się  przyszłością 

swych nie narodzonych dzieci - oświadczył Eryk.  

- Niesłusznie się z niej śmiano - powiedział Dawid poważnie. - My, lekarze, wiemy 

coś o tym. Może martwiła się zanadto, ale w zasadzie miała rację. Gdyby ludzie troszczyli 

się  więcej  o  swe  nie  narodzone  dzieci,  przynajmniej  na  tyle,  by  zapewnić  im  należyte 

dziedzictwo, tak pod względem fizycznym, jak umysłowym i moralnym - a nie martwiliby 

się  o  nie  po  ich  urodzeniu,  byłoby  o  wiele  przyjemniej  żyć  na  świecie,  a  rasa  ludzka 

osiągnęłaby większy postęp w jednym pokoleniu, niż udało się jej to przez całe dzieje. 

-  Jeśli  zaczynasz  dosiadać  swego  ulubionego  konika,  o  dziedziczności  przestaję  z 

tobą dyskutować, Dawidzie. Co zaś do tego, abym się pośpieszył i ożenił, czemuż...  

Eryk  miał  już  na  ustach  słowa:  “Czemu  ty  sam  nie  dasz  mi  przykładu  i  nie 

wyszukasz sobie odpowiedniej żony?” Ale powstrzymał się. Wiedział, że życie Dawida kryło 

jakiś  dawny  ból,  którego  nawet  uprzywilejowany  przyjaciel  nie  powinien  był  dotykać 

nieodpowiednimi żartami. Zmienił więc swe pytanie na: - Czemu nie zostawisz tej sprawy 

bogom, do których ona należy. Myślałem, Dawidzie, że wierzysz mocno w przeznaczenie. 

- Owszem, do pewnego stopnia - powiedział Dawid ostrożnie. - Wierzę - jak mówiła 

jedna  z  moich  ciotek  -  że  co  się  ma  stać,  to  się  stanie,  a  co  nie  ma  się  stać,  zdarza  się 

czasami. I właśnie takie niepożądane wydarzenia psują bieg rzeczy. Eryku, uważasz mnie 

za starego zrzędę, ale znam świat lepiej niż ty i wraz z Arturem Tennysonem wierzę, iż “nie 

ma  na  ziemi  bardziej  przebiegłego  władcy  nad  młodzieńcze  uczucie  dla  dziewczyny”. 

Chciałbym widzieć cię bezpiecznym miłością kobiety wartościowej i to jak najprędzej. To 

wszystko.  Żałuję,  że  panna  Campion  nie  jest  twoją  wybraną.  Podobała  mi  się.  Musi  być 

dobra,  dzielna  i  prawa,  a  ma  oczy  kobiety,  której  miłość  warto  zdobyć.  Poza  tym  jest  z 

dobrej rodziny i otrzymała staranne wychowanie  i wykształcenie  - trzy rzeczy niezbędne, 

gdy chodzi o wybór kobiety, która ma zająć miejsce twej matki, mój przyjacielu.  

-  Masz  rację  -  rzekł  Eryk  niedbale.  -  Nie  mógłbym  ożenić  się  z  kobietą,  nie 

odpowiadającą  tym  warunkom.  Ale  jak  powiedziałem,  nie  kocham  się  w  Agnieszce 

Campion  -  i  gdybym  się  kochał,  byłoby  to  daremne.  Jest  właściwie  zaręczona  z  Larrym 

Westem, pamiętasz Westa?  

- Ten szczupły, długonogi chłopiec, z którym przyjaźniłeś się tak bardzo przez dwa 

pierwsze lata w Queenslea? Co się z nim stało?  

background image

-  Musiał  opuścić  college  po  dwóch  latach  ze  względów  finansowych.  Dobija  się 

wykształcenia własnymi siłami. Przez dwa ostatnie lata był nauczycielem w jakiejś zapadłej 

miejscowości na wyspie Księcia Edwarda. Zdrowie nie bardzo biedakowi dopisuje - nie był 

nigdy zbyt silny, a uczył się bez wytchnienia. Od lutego nie miałem od niego wiadomości. 

Pisał  wtedy,  iż  obawia  się,  że  nie  będzie  mógł  dotrwać  do  końca  roku  szkolnego.  Mam 

nadzieję, że nie da się jednak chorobie. To taki szlachetny człowiek i wart nawet Agnieszki 

Campion. No, jesteśmy na miejscu. Wejdziesz, Dawidzie?  

-  Nie  mam  dziś  czasu.  Muszę  iść  do  północnej  dzielnicy,  do  pacjenta,  który  ma 

niezwykłą  chorobę  gardła.  Nikt  nie  może  dojść,  co  to  takiego.  Wszyscy  doktorzy  łamią 

sobie nad tym głowy i ja także. Ale dojdę co mu jest, byleby tylko żył wystarczająco długo.  

background image

Los rozstrzyga  

Stwierdziwszy, że ojciec nie wrócił jeszcze z college.u, Eryk udał się do biblioteki i 

usiadł, by przeczytać list, który znalazł na stole w hallu. 

List był od Larry'ego Westa. Już po pierwszych kilku wierszach twarz Eryka utraciła 

wyraz roztargnienia. Odbiło się na niej zaciekawienie. 

-  Eryku,  zwracam  się  do  ciebie  z  prośbą  -  pisał  West.  -  Otóż  wpadłem  w  ręce 

Filistynów - czyli doktorów. Nie czułem się zbyt dobrze przez całą zimę, ale trzymałem się, 

mając nadzieję dotrwać do końca roku szkolnego. W zeszłym tygodniu moja gospodyni - 

święta w okularach i perkalowej sukni - spojrzała na mnie przy śniadaniu i powiedziała z 

wielką  łagodnością:  “Musi  pan  pojechać  jutro  do  miasta  i  zasięgnąć  porady  lekarza”. 

Pojechałem  zgodnie  z  jej  nakazem.  Pani  Williamson  trzeba  słuchać.  Ma  niemiły  zwyczaj 

uprzytamniania  człowiekowi,  że  to,  co  ona  mówi,  jest  zupełnie  słuszne  i  że  byłoby 

doprawdy  niemądrze,  nie  zastosować  się  do  jej  rady.  Człowiek  wie,  że  jutro  będzie  sam 

tego zdania, co ona dziś. W Charlottetown udałem się do lekarza. Opukał mnie, obejrzał, 

przykładał  różne  przyrządy  i  wsłuchiwał  się.  A  w  końcu  oświadczył,  że  muszę  przerwać 

pracę “natychmiast, od razu” i wyruszyć czym prędzej w okolice, gdzie nie ma wiosną, jak 

na wyspie Ks. Edwarda, północno-wschodnich wiatrów. Do jesieni nie wolno mi zupełnie 

pracować. Tak brzmiało jego orzeczenie, a pani Williamson je popiera. Będę uczył jeszcze 

do  końca  tego  tygodnia.  Potem  rozpoczynają  się  trzytygodniowe  wakacje  wiosenne. 

Chciałbym, żebyś przyjechał tu i objął moje miejsce w lindsayskiej szkole na ostatni tydzień 

maja  i  cały  czerwiec.  Kończy  się  wówczas  rok  szkolny  i  będzie  wielu  nauczycieli, 

ubiegających  się  o  tę  posadę,  ale  teraz  nie  mogę  znaleźć  odpowiedniego  zastępcy.  Mam 

kilku uczniów, którzy przygotowują się do egzaminów wstępnych do Akademii Królowej i 

nie  chciałbym  sprawić  im  zawodu  lub  pozostawić  ich  na  łasce  jakiegoś  trzeciorzędnego 

nauczyciela,  mającego  skąpe  wiadomości  z  łaciny,  a  jeszcze  mniejsze  z  greki.  Przyjedź  i 

obejmij szkołę do końca roku, ty wypieszczone dziecię dostatku. Bardzo dobrze to ci zrobi, 

gdy przekonasz się, jak bogatym czuje się człowiek, zarabiając 25 dol. miesięcznie własnym 

trudem,  bez  niczyjej  pomocy!  Ale  bez  żartów.  Mam  nadzieję  Eryku,  że  będziesz  mógł 

przyjechać, bo do nikogo poza tobą nie mogę się zwrócić. Praca nie jest ciężka, choć wyda 

ci  się  zapewne  jednostajna.  Rozumie  się,  że  ta  mała  osada  farmerów  na  północnym 

wybrzeżu  jest  miejscowością  bardzo  spokojną.  Wschód  i  zachód  słońca  to  najciekawsze 

wydarzenia dnia powszedniego. Ale ludzie są tu poczciwi i gościnni. A wyspa Ks. Edwarda 

w  czerwcu  to  coś,  czego  nie  widuje  się  często,  chyba  że  w  pięknych  snach.  W  stawie  są 

pstrągi,  a  na  przystani  znajdziesz  zawsze  starego  rybaka,  który  zabierze  cię  chętnie  na 

background image

połów homarów lub ryb. Zostawię ci moje mieszkanie. Będzie ci tam wygodnie i niedaleko 

do  szkoły.  Pani  Williamson  to  najmilsza  istota  na  świecie  i  jedna  z  tych  staroświeckich 

gospodyń  -  nie  do  opłacenia  -  które  raczą  człowieka  mnóstwem  tłustych  potraw.  Mąż  jej 

Robert,  czyli  Bob,  jak  go  zwą  powszechnie  mimo  jego  60  lat,  to  typ  jedyny  w  swoim 

rodzaju. Zabawny stary gaduła, lubiący wygłaszać dowcipne uwagi i wtykać wszędzie swój 

nos.  Wie  wszystko  o  każdym  mieszkańcu  Lindsay  na  trzy  pokolenia  wstecz. 

Williamsonowie  są  bezdzietni,  lecz  Bob  ma  starego  kota,  który  jest  jego  ulubieńcem  i 

dumą.  Kot  ten  nazywa  się  Tymoteusz  i  tak  trzeba  go  wołać  i  mówić  o  nim.  Jeśli  dbasz  o 

dobrą  opinię  u  Roberta,  nie  powinieneś  nazywać  przy  nim  jego  ulubieńca  “kotem”  lub 

choćby  “Tymkiem”.  Nie  przebaczyłby  ci  tego  nigdy  i  uważałby,  że  nie  nadajesz  się  na 

kierownika  szkoły.  Zajmiesz  mój  pokój,  niewielką  izdebkę  nad  kuchnią  z  sufitem,  który 

opada  z  jednej  strony  odpowiednio  do  nachylenia  dachu  i  o  który  uderzysz  głową 

niezliczone  ilości  razy,  dopóki  nie  nauczysz  się  pamiętać  o  jego  istnieniu.  Znajdziesz 

również  lustro,  które  zmniejszy  ci  jedno  oko  do  rozmiarów  ziarnka  grochu,  nadając 

drugiemu  wielkość  pomarańczy.  Braki  te  wynagradza  natomiast  wielka  ilość  ręczników. 

Pokoik ma też okno, wychodzące na zachód, skąd będziesz oglądał codziennie lindsayską 

przystań i zatokę, cudownie piękną. W chwili, gdy piszę, słońce zachodzi ponad nią i widzę 

“morze ognia i płynnego szkła”. Statek odpływa, niknąc w złocie i czerwieni widnokręgu. 

Wielkie,  ruchome  światło  na  krańcu  wybrzeża  za  przystanią  zapłonęło  właśnie.  Mruga  i 

rzuca błyski, niby sygnał alarmowy, “wysłany z czarodziejskiej krainy spoza spienionych fal 

niebezpiecznych mórz”. Zadepeszuj, czy możesz przyjechać i jeśli tak, bądź w Lindsay 23 

maja.  

Pan  Marshall-senior  wszedł  do  pokoju  w  chwili,  gdy  Eryk  w  zamyśleniu  składał 

otrzymany list. 

Pan  Marshall  wyglądał  raczej  na  duchownego  lub  filantropa  niż  na  bystrego, 

sprytnego i trochę surowego, chociaż sprawiedliwego i uczciwego człowieka interesu, jakim 

był  w  istocie.  Miał  okrągłą,  różową  twarz,  siwe  wąsy,  piękną  siwą  głowę  i  wydatne  usta. 

Jedynie w jego niebieskich oczach tlił się błysk, który sprawiał, że człowiek, chcący okpić 

go przy załatwianiu interesu, namyśliłby się dobrze, zanim spróbowałby to uczynić. Łatwo 

było stwierdzić, że Eryk odziedziczył urodę i wyróżniającą się postawę po matce. Jej portret 

wisiał na ciemnej ścianie między oknami. Umarła młodo, gdy Eryk miał dziesięć lat. Mąż i 

synek byli do niej głęboko przywiązani, a szlachetna, wyrazista i tchnąca słodyczą twarz na 

portrecie  świadczyła,  że  kobieta  ta  była  godna  ich  miłości  i  czci.  Tę  samą  twarz,  tylko  o 

rysach męskich miał Eryk. Kasztanowate włosy okalały jego czoło w podobny sposób. Zaś 

background image

oczy przypominały zupełnie oczy matki, zwłaszcza gdy był poważny i gdy pojawiał się w ich 

głębi podobny wyraz tkliwej zadumy.  

Pan Marshall był bardzo dumny z wyróżnienia Eryka w szkole, ale nie zamierzał mu 

tego okazać. Kochał syna ponad wszystko na świecie i pokładał w nim nadzieje i ambicje.  

-  No,  dzięki  Bogu,  już  po  wszystkim  -  oświadczył,  siadając  w  swym  ulubionym 

fotelu. 

-  Czy  program  uroczystości  nie  był  interesujący?  -  zapytał  Eryk,  myśląc  o  czym 

innym. 

-  Większość  była  nic  nie  warta  -  rzekł  ojciec.  -  Jedyne,  co  mi  się  podobało,  to 

łacińska modlitwa, którą odmówił “Karol” i te ładne  dziewczęta, podchodzące kolejno po 

swoje dyplomy. Łacina, oto moim zdaniem, język nadający się do modlitwy - przynajmniej 

jeśli  ktoś  ma  taki  głos,  jak  nasz  “Karol  Stary”.  Słowa  płynęły  gładko  i  sam  ich  dźwięk 

przenikał  mnie  do  głębi.  A  dziewczęta  wyglądały  jak  kwiaty,  nieprawda?  Najładniejsza 

była,  moim  zdaniem,  Agnieszka.  Słyszałem,  że  masz  wobec  niej  poważne  zamiary.  Mam 

nadzieję, że to prawda?  

- A niech to! - rzekł Eryk na wpół gniewnie, na wpół ze smutkiem. - Zmówiliście się 

z Dawidem, by skłonić mnie do małżeństwa, choćby wbrew mojej woli?  

- Nie poruszałem wcale tej sprawy z Dawidem - zapewnił pan Marshall. 

- NIe lepszy jednak jesteś od niego. Całą drogę z College'u do domu nie szczędził mi 

odnośnych pouczeń. Ale czemu tak ci pilno, tatku, bym się ożenił?  

-  Bo  pragnę  mieć  w  domu  jak  najprędzej  kogoś,  kto  stworzy  w  nim  prawdziwe 

ognisko  domowe.  A  nie  mieliśmy  go  od  czasu  śmierci  twej  matki.  Dosyć  mam  już 

gospodyń.  I  zanim  umrę,  chciałbym  widzieć  twoje  dzieci  na  moich  kolanach,  Eryku. 

Jestem już starym człowiekiem.  

- Cóż, twoje życzenie jest zrozumiałe, ojcze - powiedział Eryk łagodnie, spojrzawszy 

na portret matki. - Ale nie mogę przecież pójść i ożenić się tak, z miejsca. Obawiam się też, 

że nawet w dzisiejszych czasach nie miałoby sensu ogłoszenie, iż szukam żony.  

- Nie kochasz się w nikim? - zapytał pan Marshall z miną człowieka, który puszcza 

cierpliwie mimo uszu puste żarty młodzieży.  

- Nie. Nie spotkałem jeszcze kobiety, która by przyśpieszyła bicie mego serca.  

- Nie rozumiem doprady, jacy wy, młodzi, jesteście dzisiaj - mruknął ojciec. - Zanim 

doszedłem do twego wieku, kochałem się ze sześć razy. 

background image

- Owszem, mogłeś “kochać się”. Ale nie kochałeś nigdy  żadnej kobiety, dopóki nie 

poznałeś mojej matki. Wiem o tym, ojcze. A stało się to dopiero, gdy nie byłeś już pierwszej 

młodości.  

- Jesteś zbyt wymagający. W tym rzecz.  

- Nie przeczę. Jeśli ktoś miał taką matkę jak moja, wymaga bardzo dużo od kobiety. 

Ale dość o tym. Przeczytaj, proszę, ten list. Od Larry'ego. 

- Hm! - mruknął pan Marshall, przeczytawszy list. - No i cóż, pojedziesz?  

- Tak, o ile nie masz nic przeciwko temu. 

- Sądząc z tego, co pisze Larry, będzie tam dosyć nudno.  

-  Prawdopodobnie.  Ale  nie  jadę  tam  w  poszukiwaniu  wrażeń,  tylko  chcę  pomóc 

Larry'emu i zobaczyć wyspę.  

- Jest rzeczywiście warta tego - przyznał pan Marshall. - Gdy jestem latem na wyspie 

Księcia  Edwarda,  rozumiem  starego,  szkockiego  wyspiarza,  którego  spotkałem  kiedyś  w 

Winnipeg. Opowiadał stale o “Wyspie”. Raz ktoś zapytał go: “O jakiej wyspie pan mówi?” 

Spojrzał  na  owego  ignoranta,  po  czym  rzekł:  “No  przecież  o  Wyspie  Księcia  Edwarda! 

Jakaż tu jest inna wyspa?” Jedź więc, skoro masz ochotę. Potrzebny ci odpoczynek po tej 

orce przed egzaminami, zanim weźmiesz się do pracy u mnie. Ale uważaj, chłopcze, abyś 

czego nie zbroił. 

-  Nie  wyobrażam  sobie,  abym  w  takiej  miejscowości  jak  Lindsay  miał  wiele 

sposobności - zaśmiał się Eryk. 

-  Dla  próżnujących  rąk  diabeł  znajdzie  tyleż  zajęcia  w  Lindsay,  co  gdziekolwiek 

indziej.  Największa  tragedia,  o  jakiej  słyszałem,  wydarzyła  się  na  folwarku,  odległym  o 

piętnaście  mil  od  kolei,  a  o  pięć  od  najbliższego  składu.  Spodziewam  się  jednak,  że  jako 

godny syn twej matki, zachow_asz się, jak przystało porządnemu człowiekowi i dobremu 

chrześcijaninowi.  Najgorsza  rzecz,  jaka  może  ci  się  przytrafić  -  według  wszelkiego 

prawdopodobieństwa  -  to  to,  że  jakaś  niemądra  niewiasta  pościeli  ci  na  noc  w  pokoju 

gościnnym. A wówczas niech Bóg ulituje się nad tobą!  

background image

Nowy nauczyciel  

Pewnego  popołudnia  miesiąc  później  Eryk  wyszedł  ze  starego,  bielonego  wapnem 

budynku  szkolnego  w  Lindsay  i  zamknął  drzwi,  na  których  wyrżnięte  były  niezliczone 

litery. Drzwi te, z podwójnych desek, mogły oprzeć się wszelkim atakom oraz pociskom, na 

jakie byłyby wystawione. Uczniowie Eryka rozeszli się przed godziną, lecz on pozostał, aby 

przygotować ćwiczenia z łaciny dla tych, którzy byli bardziej zaawansowani w nauce.  

Słońce  rzucało  z  ukosa  ciepłe,  żółte  smugi  przez  gęstwinę  klonowego  lasu, 

znajdującego  się  po  zachodniej  stronie  budynku,  a  mroczna,  zielona  przestrzeń  pod 

drzewami  rozkwitała  złociście.  Dwie  owce  skubały  bujną  trawę  w  odległym  kącie  boiska. 

Dzwonek  u  szyi  krowy,  pasącej  się  gdzieś  w  lesie,  dźwięczał  cicho  i  melodyjnie  w 

kryształowym  powietrzu,  które  pomimo  swej  łagodności  zachowało  jednak  pewną 

orzeźwiającą surowość i ostrość właściwą kanadyjskiej wiośnie.  

Wydawało  się,  że  cały  świat  pogrążył  się  w  tej  chwili  w  miłym,  niczym  nie 

zakłóconym świecie.  

Obraz ten tchnął sielskim spokojem. 

“Aż zbyt sielskim” - pomyślał młody człowiek, wzruszając ramionami, gdy stanął na 

zniszczonych  schodkach  i  spojrzał  dookoła.  Zastanawiał  się,  jak  zdoła  wytrzymać  tu  cały 

miesiąc i uśmiechnął się z lekka. 

“Dopiero by się ojciec śmiał, gdyby wiedział, że mam już tego dość” - pomyślał, idąc 

przez boisko ku długiej, czerwonawej drodze, biegnącej obok szkoły. 

“No, w każdym razie jeden tydzień już minął. Przez pięć dni zarabiałem na życie, a 

to coś, czym nie mógłbym się dotąd pochwalić, choć mam już dwadzieścia cztery lata. Bawi 

mnie  ta  myśl.  Za  to  nauczanie  w  lindsayskiej  powiatowej  szkole  nie  jest  stanowczo 

zabawne  -  a  przynajmniej  nie  w  takiej  jak  ta,  gdzie  uczniowie  sprawują  się  przesadnie 

grzecznie i nie ma nawet tradycyjnego urozmaicenia, jakim byłoby ukaranie nieznośnych, 

wrzaskliwych  chłopaków.  W  tutejszej  instytucji  wychowawczej  wszystko  idzie  jak  w 

zegarku. Larry musiał mieć doprawdy wybitny dar uczenia i organizowania. Czuję się tylko 

trybem  w  sprawnie  działającej  maszynie,  która  porusza  się  sama.  Wiem  jednak,  że  są 

uczniowie,  którzy  nie  pojawili  się  dotąd  w  szkole  i  według  tego,  co  o  nich  słyszałem, 

niełatwa z nimi będzie sprawa. Może oni wniosą pewne ożywienie. No i jeszcze kilka takich 

wypracowań jak Janka Reid, a moja praca zawodowa nabrałaby uroku.” 

Śmiech Eryka obudził echo, gdy skręcał na drogę u stóp stromego wzgórza.  

Na  dzisiejszej  lekcji  zadał  swym  uczniom  z  czwartego  oddziału  wypracowanie  na 

temat dowolny. 

background image

Janek  Reid,  rozsądny,  rzeczowy  malec,  całkowicie  pozbawiony  poczucia  humoru, 

usłuchał  rady,  udzielonej  mu  szeptem  przez  łobuza,  sąsiada  w  ławce  i  wybrał  temat 

“Zaloty”. 

Twarz  Eryka  drgała  od  śmiechu,  ilekroć  przypomniał  sobie  w  ciągu  dnia  zdanie, 

którym Janek rozpoczął. “Zaloty, to rzecz bardzo przyjemna, ale wiele osób posuwa się w 

tym za daleko”. Dalekie wzgórza i lesiste wyżyny wyglądały lekko i powiewnie, przybrane w 

delikatne, wiosenne szaty. 

Młode klony, pokryte zielonymi liśćmi cisnęły się aż na skraj drogi po jednej stronie, 

a  za  drzewami  ciągnęły  się  szmaragdowe  pola,  skąpane  w  słońcu,  ponad  którymi 

przesuwały się cienie chmur.  

Daleko poniżej pól drzemał spokojnie błękitny ocean wzdychając we śnie szumem, 

brzmiącym  nieustannie  w  uszach  tych,  którzy  mieli  szczęście  narodzić  się  tam,  skąd 

dochodzi jego głos. Od czasu do czasu spotykał Eryk chłopca na koniu, bosego, w barwnej 

koszuli, albo gospodarza, który jechał wozem i witał nauczyciela skinieniem głowy, wołając 

wesoło:  

- Dzień dobry panu!  

Młoda  dziewczyna  o  różowej,  okrągłej  twarzy,  z  dołeczkami  na  policzkach  i  o 

ładnych,  ciemnych  oczach,  pełnych  nieśmiałej  zalotności,  minęła  Eryka,  a  spojrzenie  jej 

mówiło  wyraźnie,  że  nie  byłaby  wcale  przeciwna  zawarciu  bliższej  znajomości  z  nowym 

nauczycielem. 

W  połowie  drogi  w  dół  zbocza  spotkał  Eryk  wlokącego  się  powoli,  starego  siwka, 

zaprzężonego do wozu, który pamiętał zapewne lepsze dni. Powoziła kobieta. Sądząc z jej 

wyglądu była to jedna z tych bezbarwnych istot, które nie zaznały serdecznego wzruszenia 

w całym swym życiu. 

Zatrzymała konia i skinęła na Eryka sękatą rączką wyblakłej parasolki o sterczących 

drutach.  

Młody człowiek usłuchał wezwania i podszedł. 

- To pan jest nowym nauczycielem? - zapytała. 

Eryk potwierdził. 

-  Dobrze,  że  pana  spotkałam  -  rzekła  kobieta,  podając  mu  rękę  w  bardzo 

wycerowanej, bawełnianej rękawiczce, która kiedyś musiała być czarna. - Wielka to szkoda, 

że  pan  West  wyjechał.  To  był  naprawdę  dobry  nauczyciel.  Najpoczciwszy  w  świecie 

człowiek, muchy by nie skrzywdził. Ale mówiłam mu zawsze, ile razy go widziałam, że musi 

być chory. Pan to wygląda zdrowo, o tak - chociaż nie zawsze można sądzić po wyglądzie. 

background image

Miałam  brata,  taki  był  jak  pan  i  zginął  w  katastrofie  kolejowej  w  młodym  wieku.  Mam 

chłopaka,  którego  przyślę  panu  do  szkoły  w  przyszłym  tygodniu.  Powinien  był  pójść  już 

teraz, ale zatrzymałam go w domu, żeby mi pomógł przy sadzeniu kartofli. Bo jego ojciec 

nie  chce  pracować,  nic  nie  robi  i  nie  można  go  zapędzić  do  roboty.  Sandy  -  na  imię  ma 

Edward Aleksander, po obu dziadkach - nie ma chęci do nauki. Nie lubi szkoły. Ale będzie 

chodził, bo uważam, że czas, aby nauczył się czegoś więcej. Wiem, że będzie pan miał z nim 

kłopot.  Jest  głupi  jak  but,  a  uparty  jak  osioł  króla  Salomona.  Ale  niech  pan  pamięta,  że 

trzymam z panem. 

Ile razy będzie potrzeba, spraw mu pan porządne lanie i przyślij mi przez niego parę 

słów na karteczce, a dołożę mu drugie tyle. Są ludzie, co biorą zawsze stronę swych dzieci 

jak  się  w  szkole  zdarzy  awantura,  ale  ja  do  nich  nie  należę  i  nigdy  nie  należałam.  Na 

Rebekę Reid może pan zawsze liczyć. 

- Dziękuję. Nie wątpię w to - powiedział Eryk swym najbardziej ujmującym głosem. 

Twarz jego ani drgnęła. Uśmiechnął się dopiero, kiedy mógł to uczynić bezpiecznie. 

I  pani  Reid  odjechała,  doznając  łagodniejszego  niż  zwykle  uczucia.  Trudy  i  bieda, 

znoszone  przez  długie  lata  oraz  przeżycia  z  mężem,  który  nie  chciał  słyszeć  o  pracy, 

uczyniły  jej  serce  twardym,  mało  wrażliwym  wobec  przedstawicieli  odmiennej  płci.  Ale 

zachowanie się młodego nauczyciela podobało jej się. 

Eryk  znał  już  z  widzenia  większość  mieszkańców  Lindsay.  Lecz  u  stóp  wzgórza 

natknął się na mężczyznę i chłopca, których widział po raz pierwszy. Siedzieli na nędznym, 

staroświeckim  wozie  i  poili  konia  w  potoku,  szemrzącym  radośnie  w  zagłębieniu  pod 

małym drewnianym mostkiem. 

Eryk  przyjrzał  im  się  z  pewnym  zaciekawieniem.  Różnili  się  zupełnie  od  ogółu 

mieszkańców  Lindsay.  Zwłaszcza  chłopak  wyglądał  stanowczo  na  obcokrajowca  pomimo 

wełnianej koszuli i spodni z samodziału, stanowiących, zdaje się, zwykłe odzienie do pracy 

miejscowych chłopaków. 

Był on gibki i smukły, miał pochyłe ramiona i chudą, jedwabisto gładką, brunatną 

szyję, którą osłaniał rozpięty kołnierzyk koszuli. Włosy jego były gęste, lśniące i czarne, a 

ręka zwisająca z wozu, niezwykle długa i wysmukła. Twarz o rysach pięknych, choć trochę 

grubych,  była  barwy  oliwkowej,  tylko  policzki  okrywał  mocny  rumieniec.  Usta  miał 

czerwone  i  kuszące  jak  u  dziewczyny,  a  oczy  wielkie,  czarne,  o  miłym  spojrzeniu.  Był  w 

ogóle  niezwykle  urodziwy,  lecz  twarz  miała  wyraz  posępny.  Chłopak  ten  przywodził 

Erykowi  na  myśl  jakieś  stworzenie  o  wężowych  czy  kocich  ruchach,  wygrzewające  się  na 

słońcu z leniwym wdziękiem, ale gotowe w każdej chwili do nieoczekiwanego skoku. 

background image

Towarzysz jego był to mężczyzna lat około 65-#70. Miał stalowoszare włosy, długą, 

gęstą i siwą brodę, twarz o ostrych rysach i głęboko osadzone, orzechowe oczy, ocienione 

krzaczastymi,  najeżonymi  brwiami.  Był  najwidoczniej  wysoki,  ale  przygarbiony,  bo 

wyglądał  niepozornie  i  raczej  odpychająco.  Na  zaciśniętych  ustach  o  surowym  wyrazie 

uśmiech nie gościł chyba nigdy. 

Tak,  myśl  o  uśmiechu  nie  kojarzyła  się  z  tym  człowiekiem  i  wydawała  się  w 

najwyższym  stopniu  niedorzeczna.  A  jednak  twarz  jego  nie  miała  w  sobie  nic 

odpychającego,  przeciwnie,  przyciągała  uwagę  Eryka,  który  chlubił  się  swą  znajomością 

fizjonomii.  Był  on  przekonany,  że  człowiek  ten  nie  jest  zwykłym  lindsayskim  farmerem, 

wesołym  i  gadatliwym,  jak  ci,  których  dotąd  spotykał.  I  jeszcze  długo  po  tym,  gdy  stary 

wóz, wlokąc się pod górę, oddalił się wraz z dziwacznie dobraną parą, Eryk widział przed 

sobą  mężczyznę  o  surowej  twarzy  i  gęstych  brwiach  oraz  czarnowłosego  chłopaka  o 

czerwonych ustach.  

background image

Pogawędka przy wieczerzy  

Dom  Williamsonów,  u  których  mieszkał  Eryk,  wznosił  się  na  szczycie  następnego 

wzgórza.  

Erykowi było tam tak dobrze, jak przepowiedział Larry. 

Williamsonowie,  na  równi  z  pozostałymi  mieszkańcami  Lindsay,  uważali  Eryka  za 

biednego  studenta  z  Kolegium,  który  szedł  przez  życie  o  własnych  siłach,  podobnie  jak 

Larry West.  

Eryk pozostawił ich w tym mniemaniu, chociaż nie przyczynił się doń niczym.  

Gdy Eryk wrócił ze szkoły, Williamsonowie siedzieli w kuchni przy wieczerzy.  

Pani  Williamson  była  ową  “świętą  w  okularach  i  perkalowej  sukni”,  jak  ją  nazwał 

Larry  i  Eryk  lubił  ją  bardzo.  Była  to  drobna,  siwowłosa  kobieta.  Na  szczupłej,  łagodnej 

twarzy  o  szlachetnych  rysach  widniały  głębokie  ślady  przeżytych  cierpień.  Mówiła  ona 

zazwyczaj niewiele, przy czym nie posługiwała się nigdy wiejską gwarą.  

Jedyną  rzeczą,  która  zastanawiała  zawsze  Eryka  było,  że  ta  kobieta  poślubiła 

Roberta Williamsona. 

Uśmiechnęła się po macierzyńsku do Eryka, gdy usiadł przy stole, powiesiwszy swój 

kapelusz na bielonej ścianie. 

Brzozowy  gaj,  widoczny  za  oknem,  jaśniał  w  zachodzącym  słońcu  migotliwą 

wspaniałością  barw,  a  w  gęstym  poszyciu  tworzyły  się  za  każdym  podmuchem  wiatru 

złociste fale.  

Robert  siedział  na  ławie  naprzeciw  młodego  nauczyciela.  Był  to  niewysoki,  chudy 

staruszek w zbyt obszernym ubraniu. Mówił głosem piskliwym i cienkim, jak i on sam.  

Drugi  koniec  ławy  zajmował  Tymoteusz,  układny  i  łaskawy,  ze  śnieżną  piersią  i 

białymi  łapkami.  Robert  dzielił  się  z  nim  każdym  kęsem,  a  Tymoteusz  jadł  łagodnie, 

mrucząc na znak podzięki. 

-  Czekaliśmy  na  pana,  jak  pan  widzi  -  odezwał  się  Robert.  -  Coś  pan  dziś  późno 

wraca.  Zatrzymał  pan  któregoś  z  chłopców?  Kiepska  to  kara  dla  nich  i  dla  pana. 

Nauczyciel, którego mieliśmy cztery lata temu zamykał chłopców w szkole, no i szedł sobie 

do  domu.  A  za  godzinę  musiał  wracać,  żeby  ich  wypuścić  -  o  ile  jeszcze  tam  byli.  Bo 

zdarzało  się,  że  ich  nie  zastawał.  Tomek  Ferguson  wywalił  kiedyś  drzwi  i  wydostał  się. 

Wstawiliśmy potem nowe, z podwójnych desek, którym nie dali rady.  

- Zostałem dłłużej, bo miałem trochę roboty - rzekł Eryk krótko. 

- I rozminął się pan z Aleksandrem Tracy. Był tu. Chciał się dowiedzieć, czy pan gra 

w szachy. Powiedziałem mu, że tak, więc zostawił dla pana karteczkę, żeby pan przyszedł 

background image

do niego któregoś wieczora i zagrał z nim. Tylko nie wygrywaj pan za często, choćbyś pan 

mógł.  Musi  pan  z  nim  dobrze  żyć,  bo  on  ma  syna,  który  może  panu  nawarzyć  piwa,  jak 

zacznie  chodzić  do  szkoły.  O,  Seth  Tracy  to  urwis,  któremu  psoty  milsze  są  niż  jadło. 

Próbuje wojować z każdym nowym nauczycielem i dwóch wygryzł po prostu ze szkoły. Ale 

w panu West trafiła kosa na kamień. Za to z chłopakami Wilhelma Tracy nie będzie pan 

miał najmniejszego kłopotu. Sprawują się dobrze, bo matka powtarza im każdej niedzieli, 

że pójdą prosto do piekła, jak nie będą grzeczni. 

To  skutkuje.  Czemuż  pan  nie  je?  Przecież  pan  wie,  że  nie  zapraszamy  do  jedzenia 

tak, jak pani Adamowa Scott, kiedy ma stołowników: “Pan już pewnie nie będzie tego jadł? 

-  ani  pan?  -  ani  pan?”  Matko,  Alek  opowiadał,  że  stary  Jerzy  Wright  używa  sobie  za 

wszystkie czasy.  

Jego  żona  pojechała  odwiedzić  siostrę  w  Charlottetown,  więc  jest  sam  na 

gospodarstwie po raz  pierwszy, odkąd  się ożenił przed czterdziestu laty. No i korzysta ze 

swobody,  jak  powiada  Alek.  Pali  fajkę  w  bawialnym  pokoju  i  przesiaduje  do  jedenastej, 

czytając różne powieści. 

- Czy nie spotkałem pana Tracy? - zapytał Eryk. - Taki wysoki mężczyzna o siwych 

włosach i mrocznej, surowej twarzy?  

-  Nie.  Alek  jest  wesoły  i  tęgi,  a  rosnąć  przestał  zanim  jeszcze  na  dobre  zaczął. 

Domyślam  się,  że  mówi  pan  o  Tomaszu  Gordon.  Widziałem  go,  jak  jechał  drogą.  Co  do 

niego  nie  ma  obawy,  żeby  zanudzał  pana  zaproszeniami.  Tak,  Gordonowie  nie  są 

towarzyscy, o co to, to nie. 

Matko, przysuń panu herbatniki.  

- A co to za chłopak z nim jechał? - zapytał Eryk z ciekawością. 

- Neil - Neil Gordon. 

-  Szkockie  imię,  a  ta  twarz  i  oczy...  Spodziewałbym  się  raczej,  że  nazywa  się 

Giuseppe, albo Angelo. Chłopak wygląda na Włocha.  

- No nic w tym dziwnego, bo też nim jest. Trafnie pan odgadł. Tak jest proszę pana, 

Włoch.  I  trochę  za  wiele  ma  w  sobie  z  Włocha,  myślę,  żeby  się  to  mogło  podobać 

przyzwoitym ludziom. 

- Skądże ten włoski chłopak o szkockim imieniu wziął się tutaj, w Lindsay?  

-  Ano  widzi  pan,  to  było  tak.  Będzie  temu  lat  dwadzieścia  dwa  -  dwadzieścia  dwa 

matko, czy dwadzieścia cztery? Nie, dwadzieścia dwa - bo to było w tym samym roku, kiedy 

urodził  się  nasz  Jim.  A  gdyby  był  żył,  miałby  biedak  dwadzieścia  dwa  lata.  Otóż  proszę 

pana,  dwadzieścia  dwa  lata  temu  zjawiło  się  tu  dwoje  włoskich  handlarzy  wędrownych. 

background image

Roiło się wtedy od nich w okolicy. Nie było dnia, żebym nie poszczuł psem przynajmniej 

jednego.  Tych  dwoje  to  było  małżeństwo.  Zaszli  oni  do  Gordonów  i  kobieta  zległa  tam. 

Jana  Gordon  wzięła  ją  do  domu  i  zaopiekowała  się  nią.  Na  drugi  dzień  kobieta  urodziła 

dziecko i umarła. A mężczyzna zbiegł, zabierając swój tobół i nie widziano go odtąd więcej. 

Dziecko 

pozostało na opiece Gordonów. Radzono im, aby oddali je do przytułku - byłoby to 

najrozsądniejsze.  Cóż,  kiedy  Gordonowie  nie  lubili  słuchać  rad.  Stary  James,  ojciec 

Tomasza i Jany żył jeszcze wtedy i powiedział, że nie wyrzuci dziecka ze swego domu. Był 

to człowiek samowolny i lubił rządzić. Ludzie mawiali, że ma żal do słońca, bo nie wschodzi 

i nie zachodzi według jego woli. Dość, że dziecko zostało u nich. Ochrzcili je, dając mu na 

imię Neil. Dbali o chłopca. Posyłali go do szkoły, brali ze sobą do kościoła i chowali go jak 

swego. Niektórzy ludzie uważają, że byli dla niego za dobrzy, a to nie zawsze wychodzi na 

dobre z takimi przybłędami, bo “co we krwi, wyjdzie zawsze na jaw”, jeśli pozostawić temu 

swobodę. Słyszałem, że Neil jest obrotny i dobry pracownik. Ale tutejsi ludzie nie lubią go. 

Mówią,  że  można  mu  ufać  najwyżej,  póki  się  go  ma  na  oku.  To  pewne,  że  jest  strasznie 

porywczy i jak chodził do szkoły, omal nie zabił chłopca, do którego czuł niechęć. Zaczął go 

dusić, aż tamten zsiniał na twarzy i musiano odciągnąć Neila siłą.  

- Ależ, ojcze, wiesz przecież, że dokuczali mu okropnie - wtrąciła pani Williamson. - 

Biedak nacierpiał się porządnie, kiedy chodził do szkoły. Dzieci przezywały go i obrzucały 

czym popadło.  

-  O  tak,  zalały  mu  porządnie  sadła  za  skórę  -  przyznał  jej  mąż.  -  Neil  gra  bardzo 

pięknie na skrzypcach i lubi towarzystwo. Chodzi często do przystani. Ale powiadają, że jak 

nie ma się do kogo odezwać, staje się mrukiem. Nic dziwnego, będąc u takich Gordonów! 

Wszystko to dziwacy, jakich mało. 

- Ojciec, nie powinieneś tak mówić o sąsiadach - zganiła Roberta żona. 

- Ech,  matko, toć wiesz, że mówię prawdę -  gdybyś tylko chciała być szczera. Cóż, 

kiedy  ty  jesteś  taka,  jak  stara  ciotka  Nancy  Scott.  Nie  zganisz  nikogo,  chyba,  że  już 

koniecznie musisz. 

Wiadoma  to  rzecz,  że  Gordonowie  nie  są  tacy,  jak  inni,  nie  byli  nigdy  i  nie  będą. 

Jedyni  to  chyba  dziwacy,  jakich  mamy  w  Lindsay,  nie  licząc  starego  Piotra  Cooka,  który 

chowa dwadzieścia pięć kotów. Pomyśl pan tylko! Biedne myszy nie mają tam co robić. Ale 

poza tym, to nie ma wśród nas dziwaków, a w każdym razie, nie zauważyliśmy jakoś, aby 

byli. Za to muszę przyznać, że jesteśmy bardzo nieciekawi. 

background image

- A gdzie Gordonowie mieszkają? - zapytał Eryk, który przywykł trzymać się pewnej 

kolejności pytań, poprzez zbaczające na manowce gawędy Roberta.  

- Tam dalej, pół mili od drogi do Radnor, oddzieleni gęstym lasem od reszty świata. 

Bywają tylko w kościele - o, tam zawsze - ale nigdzie więcej i nikt nie przychodzi do nich. 

Jest  tam  stary  Tomasz,  jego  siostra  Jana,  siostrzenica  ich,  no  i  Neil.  Dziwni  to  ludzie, 

mrukliwi, drażliwi. Nie cofnę tego, matko.  

No, daj swemu staremu filiżankę herbaty i nie zważaj na to, co plecie.  

Ale  kiedy  już  mowa  o  herbacie,  czy  wiesz,  że  Adamowa  Palmer  i  Jimowa  Martin, 

były w zeszłą środę razem na herbacie u Fosterowej Reid?  

- Co ty mówisz? Myślałam, że się gniewają - zauważyła pani Williamson, zdradzając 

odrobinę kobiecej ciekawości. 

- A jakże, a jakże. Tylko, że obie wybrały się do pani Foster jednego dnia. I żadna nie 

chciała  wyjść,  żeby  nie  ustąpić  drugiej.  Więc  zostały,  siedząc  w  dwóch  przeciwległych 

końcach  pokoju.  Pani  Foster  powiada,  że  nie  spędziła  jeszcze  nigdy  tak  przykrego 

popołudnia. Mówiła to do jednej, to do drugiej. A one rozmawiały z nią o sobie nawzajem. 

Pani  Foster  powiedziała,  iż  myślała,  że  zostaną  cały  wieczór,  bo  żadna  nie  chciała  iść  do 

domu przed drugą. W końcu Jim Martin przyszedł, pytając o żonę. Myślał, że ugrzęzła po 

drodze w bagnie. No i poszły sobie nareszcie. Ale pan nauczyciel nic nie je. Niech pan nie 

zważa  na  mnie,  wziąłem  się  do  jedzenia  jeszcze  zanim  pan  przyszedł,  no  i  pilno  mi  do 

roboty. Mój chłopak poszedł dziś do domu. Słyszał o północy krakanie kruka, więc chce się 

dowiedzieć, kto umarł w jego rodzinie. A wie, że ktoś musiał umrzeć. Słyszał już raz nocą 

krakanie kruka, a na drugi dzień dano mu znać, że umarł jego krewniak w Souris. Matko, 

jeśli  pan  nauczyciel  nie  chce  już  więcej  herbaty,  to  dasz  może  trochę  śmietanki  dla 

Tymoteusza?  

background image

Urocze zjawisko  

Eryk wyszedł tego dnia na przechadzkę przed zachodem słońca. 

O ile nie udawał się na wybrzeże, lubił dalekie wędrówki przez lindsayskie lasy i pola 

pełne kwiecia.  

Większość  domostw  Lindsay  wznosiła  się  wzdłuż  głównej  drogi,  biegnącej 

równolegle do wybrzeża, albo też w pobliżu sklepów na tak zwanym “Rogu”. 

Za nimi ciągnęły się pola, przechodząc w pustkowia lasów i pastwisk. 

Eryk skręcił na południowy zachód od domu Williamsonów. Po raz pierwszy wybrał 

się  w  tę  stronę  i  podążał  żwawo  naprzód,  rozkoszując  się  urokami,  jakie  lato  roztaczało 

wokół niego na ziemi, niebie i w powietrzu. Odczuwał je silnie, radował się nimi i poddawał 

im się tak, jak każdy człowiek nie zepsuty i zdrowy.  

Zachodzące  słońce  przebijało  rubinowymi  strzałami  mroki  jodłowego  lasu,  w 

którym właśnie się znalazł. Ruszył długą, czerwonawą aleją. Brunatne podłoże uginało się 

miękko  pod  stopami.  A  kiedy  wyszedł  spomiędzy  drzew,  oczom  jego  ukazał  się  widok, 

który  go  zadziwił.  Przed  nim  leżał  sad,  najwidoczniej  zaniedbany  i  opuszczony.  Sady  nie 

zamierają jednak łatwo. I ten oto, który kiedyś był zapewne ślicznym zakątkiem, zachował 

swą urodę i teraz. Nie stracił nic ze swego piękna pomimo łagodnego smętku, co przenikał 

go, zda się - smętku spowijającego wszystkie miejsca, które były ongiś widownią radości, 

zabaw,  młodego  życia,  gdzie  serca  biły  żywo,  krew  krążyła  szybciej,  oczy  jaśniały  i 

rozbrzmiewały wesołe głosy. Cienie tych uczuć i przeżyć trwają niejako w swych dawnych 

przybytkach przez wiele lat. Sad był długi, rozległy, otoczony starym, rozwalonym płotem z 

desek, które słońce spaliło na kolor srebrzystoszary w ciągu wielu minionych lat.  

Wzdłuż płotu rosły w równych odstępach wysokie, sękate sosny, a wieczorny wiatr, 

łagodniejszy  niż  ten,  co  wiał  nad  pachnącymi  grzędami  Libanu,  śpiewał  w  ich 

wierzchołkach  pieśń  starą  jak  świat,  mającą  moc  przenoszenia  duszy  wstecz  ku 

zamierzchłym czasom.  

Od wschodu rósł gęsty, sosnowy las. Najpierw młode drzewka, ledwie wychylające 

się spomiędzy trawy, potem stopniowo coraz wyższe,  aż do strzelistych weteranów leśnej 

gęstwiny - zwarte i równe, tworzące jakby spadzisty, zielony mur, tak cudownie jednolity, 

że powierzchnia jego wydawała się sztucznie przystrzyżona.  

Większa część sadu była zarośnięta bujną trawą. Lecz w tym końcu, gdzie stał Eryk, 

zobaczył czworobok, wolny od drzew, który był zapewne kiedyś ogrodem kwiatowym. Znać 

było  jeszcze  dawne  ścieżki,  o  brzegach  wyłożonych  kamykami  i  wielkimi  krzemieniami. 

background image

Rosły tam dwa krzaki bzu. Jeden kwitnący fioletowoczerwono, drugi biało. Pomiędzy nimi 

znajdowała się grządka, na której kwitły gwiaździste narcyzy.  

Najlżejszy  podmuch  wiatru  rozpylał  ich  silny,  przenikliwy  zapach  w  powietrzu, 

przesiąkniętym rosą. Pod płotem rosły krzewy róż, lecz na róże było jeszcze zbyt wcześnie. 

Dalej ciągnął się właściwy sad, trzy długie rzędy drzew, rozdzielone zielonymi alejkami, a 

każde  drzewo  było  okryte  cudownym,  różowym  kwieciem.  Czar  tego  zakątka  owładnął 

nagle  Erykiem  silniej,  niż  cokolwiek  dotąd.  Eryk  nie  podlegał  romantycznym  nastrojom. 

Lecz  ów  sad  przyciągał  go  nieznacznie,  wabił  ku  sobie  i  Eryk  nie  miał  się  już  nigdy 

wyzwolić z jego uroku. Wszedł do sadu przez dziurę w płocie i tak, nie wiedząc o tym, udał 

się na spotkanie wszystkiego, czym życie miało go obdarzyć.  

Ruszył środkową alejką, pomiędzy długimi, wijącymi się gałęziami, które okrywało 

delikatne kwiecie o różowych środeczkach.  

Gdy doszedł do południowego krańca sadu rzucił się  na trawę w rogu płotu, gdzie 

rósł jeszcze jeden krzak bzu, a wokoło paprocie i fiołki. 

Z  tego  miejsca  widział  część  domu,  odległego  o  jakieś  ćwierć  mili;  szary  dach 

wychylał  się  z  ciemnego,  jodłowego  lasu.  Sprawiał  wrażenie  ponurej,  samotnej  siedziby  i 

Eryk nie wiedział, kto ją zamieszkiwał.  

Ku zachodowi widok był rozległy; na dalekie pola, oraz mgliste, błękitnawe przerwy 

między  wzgórzami.  Słońce  zachodziło  właśnie  i  zielone  łąki  w  oddali  tonęły  w  złocistym 

świetle. 

W poprzek długiej doliny, pogrążonej w cieniu, wznosiły się jakby wzgórza, zalane 

promieniami zachodzącego słońca, a na niebie utworzyły się jeziora barwy szafranu i różu.  

Opadająca rosa orzeźwiła powietrze, przepojone zapachem mięty, bijącym z grządki, 

na którą Eryk stąpnął.  

W pobliskim lesie gwizdały raszki, dźwięcznie, łagodnie, urywanie.  

“Jest  to  prawdziwe  siedlisko  dawnego  spokoju”,  zacytował  Eryk,  patrząc  wokoło 

zachwyconym wzrokiem.  

“Mógłbym  usnąć  tutaj,  śnić  i  mieć  widzenia.  Co  za  niebo!  Czyż  może  być  coś 

cudowniejszego niż ten delikatny, kryształowy błękit na wschodzie i te wątłe, białe obłoki, 

podobne do koronki? Jakże upajająca  i oszałamiająca jest woń bzów! Ciekaw jestem, czy 

można by się odurzyć tym zapachem. A te jabłonie! Ale co to?”. 

Eryk zerwał się, nadsłuchując.  

background image

Poprzez ciszę, zmieszane z szumem wiatru wśród drzew oraz nawoływaniem raszek, 

podobnym  do  głosu  fletu,  przypłynęły  cudowne  tony  muzyki,  tak  piękne  i  niezwykłe,  iż 

Eryk powstrzymał oddech w zdziwieniu i zachwycie. Czy śnił?  

Nie,  słyszał  naprawdę  dźwięki  skrzypiec,  na  których  grał  ktoś  natchniony  przez 

ducha harmonii.  

Nigdy jeszcze nie słyszał podobnej muzyki i wyczuwał instynktownie, że ta melodia 

rozbrzmiewała po raz pierwszy.  

Miał wrażenie, że ta cudowna muzyka dobywała się wprost z duszy niewidocznego 

skrzypka,  wypowiadającej  się  po  raz  pierwszy  tymi  lekkimi,  delikatnymi  tonami  -  duszy 

oczyszczonej ze wszystkiego, co zmysłowe i ziemskie.  

Była to melodia nieuchwytna, dziwnie odpowiadająca porze i miejscu. 

Brzmiało w niej westchnienie wiatru w lesie, poszept traw, kiedy opada na nie rosa, 

czyste myśli lilii, radość kwiatów jabłoni.  

Zawierała w sobie dawny śmiech, śpiew, łzy, wesołość i szloch, jakich świadkiem był 

ten sad za minionych lat. A prócz tego słychać w niej było żałosny krzyk skargi, jak gdyby 

istoty uwięzionej, rwącej się ku wolności i pragnącej się wypowiedzieć.  

Z  początku  Eryk  słuchał  jak  urzeczony,  bez  ruchu  i  w  milczeniu,  przejęty 

zdumieniem. Następnie ogarnęła go zupełnie zrozumiała ciekawość. Któż w Lindsay mógł 

tak grać na skrzypcach? I kto grał w ten sposób właśnie tu, w tym starym, opuszczonym 

sadzie?  

Wstał  i  poszedł  długą  białą  alejką,  powoli  i  jak  najciszej,  nie  chcąc  przerwać 

grającemu.  

Skoro  dotarł  do  wolnej  przestrzeni  ogrodu,  przystanął  pod  wpływem  ponownego 

zdumienia.  

Pod  wielkim,  rozłożystym  krzakiem  bzu  stała  stara,  krzywa,  drewniana  ławka.  Na 

ławce  siedziała  młoda  dziewczyna,  grająca  na  starych,  brunatnych  skrzypcach.  Oczy  jej 

spoglądały w dal. Nie zauważyła Eryka.  

On  zaś  stał  chwilę,  patrząc  na  nią.  Obraz  jej  utrwalił  się  w  jego  wzroku,  aż  po 

najdrobniejszy szczegół i nie mógł już być wymazany z pamięci. Aż po ostatni dzień swego 

życia  Eryk  Marshall  będzie  mógł  przywołać  widok,  jaki  ujrzał  wówczas  -  ciemna  zieleń 

jodłowego lasu, sklepienie nieba, jaśniejące łagodnym blaskiem, poruszane wiatrem kiście 

bzu, a w tym otoczeniu dziewczyna na starej ławce, grająca na skrzypcach. 

W  ciągu  dwudziestu  czterech  lat  swego  życia  spotkał  on  setki  ładnych  kobiet, 

mnóstwo przystojnych i kilka naprawdę pięknych.  

background image

Ale pojął od razu ponad wszelką wątpliwość, że nie widział nigdy ani nie wyobrażał 

sobie istoty tak czarownej jak to dziewczę z sadu. Uroda jej była tak wyjątkowa, że w chwili 

pierwszego  zachwytu  zabrakło  mu  po  prostu  tchu.  Każdy  rys  jej  owalnej,  podobnej  do 

kamei,  twarzy  tchnął  wyrazem  bezwzględnej,  niepokalanej  czystości,  jaką  widujemy  u 

aniołów i Madonn na obrazach starych mistrzów - czystości wolnej od najlżejszej ziemskiej 

zmazy. Gęste, kruczoczarne włosy, przedzielone nad czołem, spływały na ramiona w dwóch 

ciężkich, lśniących warkoczach.  

Oczy  miała  niebieskie,  lecz  Eryk  nie  widział  nigdy  oczu  o  takiej  bartwie.  Był  to 

odcień,  jaki  miewa  morze  w  spokojnym,  łagodnym  świetle,  które  następuje  po  pięknym 

zachodzie  słońca.  Oczy  te  jaśniały  jak  gwiazdy,  zapalające  się  nad  lindsayską  przystanią, 

kiedy  gasła  wieczorna  zorza;  przesłonięte  były  długimi,  czarnymi  rzęsami,  a  ponad  nimi 

znaczyły się łuki delikatnie nakreślonych brwi.  

Cera jej miała czystą i delikatną barwę płatka białej róży.  

Bladoniebieska sukienka, bez kołnierzyka, odsłaniała wysmukłą szyję. Rękawy były 

odwinięte  powyżej  łokci  i  może  najpiękniejszą  w  całej  jej  postaci  była  ręka,  wodząca 

pewnie  smyczkiem  -  harmonijna  w  kształcie  i  wielkości,  biała,  o  różowych  paznokciach. 

Długa,  zwisająca  kiść  bzu  dotykała  lekko  włosów  dziewczyny,  rzucając  ruchomy  cień  na 

twarz, podobną do kwiatu. Było w niej coś bardzo dziecięcego, choć musiała mieć za sobą z 

osiemnaście słodkich wiosen.  

Zdawało  się,  że  gra  na  wpół  świadomie  tak,  jakby  myślami  była  daleko  w  pięknej 

krainie niebiańskich snów.  

Ale  teraz  oderwała  wzrok  od  “ogni  zachodzącego  słońca”  i  spojrzenie  jej  pięknych 

oczu padło na Eryka, stojącego bez ruchu, tuż przed nią, w cieniu jabłoni.  

I nagle zaszła w niej zatrważająca zmiana.  

Wszelki  ślad  rumieńca  znikł  z  jej  twarzy,  poczęła  drżeć  jak  lilia,  chwiejąca  się  na 

wietrze. 

- Przepraszam panią - odezwał się Eryk pośpiesznie. - Przykro mi, że przestraszyłem 

panią.  Ale  grała  pani  tak  pięknie,  że  zapomniałem  o  tym,  iż  pani  nie  zauważyła  mojej 

obecności. Proszę mi wybaczyć.  

Urwał zaniepokojony, bo zrozumiał, że twarz dziewczyny wyrażała przerażenie - nie 

przestrach  dziecinnie  nieśmiałej  istoty,  która  sądziła,  że  jest  sama,  ale  najprawdziwsze 

przerażenie. Zdradzały to jej drżące, zbielałe wargi i szeroko otwarte, niebieskie oczy, które 

wpatrzyły się w oczy Eryka z takim wyrazem, jaki miewają dzikie stworzenia, schwytane w 

potrzask. 

background image

Zabolało  go,  że  kobieta  mogła  patrzeć  w  ten  sposób  na  niego,  który  tak  bardzo 

poważał zawsze kobiety. 

- Proszę się nie bać -  rzekł łagodnie, jak  do  dziecka,  chcąc rozproszyć  jej obawy.  - 

Nie zrobię pani nic złego. Jest pani zupełnie bezpieczna.  

I przejęty pragnieniem, by ją uspokoić, uczynił mimo woli krok naprzód. Wówczas 

ona zerwała się i nie wydawszy dźwięku, uciekła z sadu.  

Przez dziurę w płocie od północy wypadła na dróżkę, biegnącą skrajem sosnowego 

lasu, nad którą dzikie czereśnie tworzyły łuki, bielejące mgliście w zapadającym zmroku.  

Zanim Eryk zdołał się opamiętać, stracił ją z oczu pomiędzy sosnami.  

Nachylił się i podniósł smyczek. Czuł się głupio i było mu przykro.  

-  Czy  mnie  zaczarowano?  -  rzekł  do  siebie  z  pewnym  zniecierpliwieniem.  “Czy  to 

możliwe, aby była tutejszą dziewczyną? I dlaczego, na Boga, widok mój tak ją przeraził? nIe 

uważałem się za człowieka szczególnie szpetnego, ale ta przygoda nie zwiększy z pewnością 

mej próżności.  

Może dostałem się do zaczarowanego sadu i zostałem przemieniony w potwora?  

Tak, ten zakątek ma w sobie coś niesamowitego, jeśli się nad tym zastanowić.  

Wszystko  może  się  tu  zdarzyć.  Nie  jest  to  zwykły  sad,  w  którym  mają  rodzić  się 

jabłka na sprzedaż, to oczywiste.  

I im prędzej stąd umknę, tym lepiej.” 

Rozejrzał się jeszcze raz, uśmiechając się niewyraźnie. 

Światło  dnia  gasło  szybko  i  sad  był  pełen  ciszy  i  miękkich,  rozpościerających  się 

cieni.  Zdawało  się,  że  mruga  sennymi  oczyma,  radując  się  dziecinnie  zakłopotaniem 

młodego człowieka. 

Eryk położył smyczek na ławce. 

“No cóż, nie pójdę przecież za nią. To bezcelowe. I nie mam nawet do tego prawa. 

Ale wolałbym, doprawdy, żeby nie uciekła z tak widocznym przerażeniem. Takie oczy jak 

jej,  powinny  wyrażać  jedynie  serdeczną  ufność.  Czemu  -  czemu  -  czemu  tak  się 

przestraszyła? I kto - kto - kto to może być?” 

Przez całą drogę do domu, mijając pola i pastwiska, które zaczynało srebrzyć światło 

księżyca, rozważał tę tajemnicę.  

“Zaraz... Zaraz... - przypominał sobie. - Williamson opowiadał mi któregoś wieczora 

o  lindsayskich  dziewczętach.  Jeśli  dobrze  pamiętam,  powiedział,  że  w  powiecie  są  cztery 

ładne dziewczyny. Jak się nazywają? Flora Woods, Melissa Foster - nie, Mellissa Palmer - 

Emma Scott i Jennie May Fergusson. Czy może być jedną z nich? Podobne przypuszczenie 

background image

jest oczywistą stratą czasu i nie prowadzi do niczego. Ta dziewczyna nie może być żadną 

Florą,  Melissą  czy  Emmą,  a  Jennie  May  nie  biorę  w  ogóle  pod  uwagę.  Tak,  działają  tu 

jakieś czary. Jestem tego pewny. Lepiej więc zapomnieć o wszystkim.”  

Eryk stwierdził jednak, że było to niemożliwe. Im bardziej starał się zapomnieć, tym 

lepiej pamiętał. 

Śliczna twarz dziewczęcia stawała mu wciąż przed oczami, a otaczająca ją tajemnica 

nie dawała mu spokoju.  

Wiedział  wprawdzie,  że  pytając  Williamsonów  o  dziewczynę,  znajdzie 

prawdopodobnie rozwiązanie zagadki, lecz ku własnemu zdziwieniu stwierdził, że trudno 

mu się na to zdobyć.  

Nie  mógł  pytać  Roberta  Williamsona,  który  wymieniłby  zapewne  imię  dziewczyny 

wśród powodzi drobnych plotek, tyczących jej samej, oraz wszystkich jej krewnych, aż po 

trzecie i czwarte pokolenie. 

Jeśli kogoś zapyta, to panią Williamson. Chciał jednak wyjaśnić tajemnicę sam, o ile 

to się da. Miał poprzednio zamiar udać się  następnego popołudnia do przystani. Jeden  z 

rybaków obiecał wziąć go na połów.  

Lecz zamiast tego znowu powędrował nazajutrz polami na południowy zachód. 

Odnalazł sad z łatwością - a obawiał się prawie, że go nie znajdzie. Był to ten sam 

zakątek, wonny, zarosły trawą i nawiedzany przez wiatry. Nie zastał tam jednak nikogo, a 

smyczek znikł z ławki. 

“Może  wróciła  tu  po  niego  przy  świetle  księżyca”  -  pomyślał  Eryk  i  wyobraźnia 

stawiała mu przed oczy wiotką, dziewczęcą postać, skradającą się z bijącym sercem wśród 

cieni drzew i blasku księżyca. 

“Ciekaw jestem, czy przyjdzie tu dziś, czy też wystraszyłem ją na zawsze. Ukryję się 

w tym gąszczu jodeł i poczekam.”  

Czekał dopóki się nie  ściemniło, lecz w sadzie nie  zabrzmiały tony skrzypiec i nikt 

się  nie  zjawił.  Zawód,  jakiego  doznał,  był  tak  bolesny,  że  go  to  zdziwiło,  a  co  więcej  - 

zaniepokoiło. 

“Cóż  za  niedorzeczność  przejmować  się  do  tego  stopnia  tym,  że  dziewczyna,  którą 

widział  przez  pięć  minut,  nie  zjawiła  się!  Gdzież  podział  się  jego  zdrowy  rozsądek? 

Mężczyzna  lubi  popatrzeć  na  ładną  twarz  -  to  rzecz  zrozumiała.  Lecz  czyż  to,  że  jej  nie 

zobaczył  było  dostatecznym  powodem,  aby  życie  wydawało  mu  się  teraz  nudne,  jałowe  i 

bezcelowe?” Nazwał się głupcem i poszedł do domu niezadowolony z siebie. 

background image

Znalazłszy  się  w  swym  pokoju,  wziął  się  zapamiętale  do  rozwiązywania  równań 

algebraicznych,  postanowiwszy  wybić  sobie  z  głowy  wszelkie  daremne  rojenia  o 

zaczarowanym  sadzie,  bielejącym  w  świetle  księżyca  i  o  jego  długich  alejach, 

rozbrzmiewających tonami muzyki duchów leśnych. 

Następnego dnia wypadała niedziela i Eryk był dwukrotnie w kościele. 

Ławka Williamsonów była jedną z bocznych w głębi kościoła i ci, co w niej siedzieli, 

mieli twarze zwrócone ku całemu zgromadzeniu. 

Eryk przyglądał się każdej dziewczynie i kobiecie wśród obecnych,  lecz nie dojrzał 

twarzy,  która  niby  gwiazda  przyświecała  jego  pamięci  na  przekór  sile  woli  i  zdrowemu 

rozsądkowi.  

Zobaczył  Tomasza  Gordona,  siedzącego  samotnie  w  swej  długiej,  pustej  ławce  w 

głębi kościoła. A Neil Gordon śpiewał na chórze, zajmującym pierwszy rząd galerii.  

Neil  miał  głos  silny  i  melodyjny,  choć  nie  szkolony,  który  wzbijał  się  ponad  głosy 

innych śpiewaków, bardziej nikłe, przeciętne i głuszył je. Ubrany był starannie w wełniany 

szaroniebieski garnitur z białym kołnierzykiem i krawatem. Ale Eryk pomyślał leniwie, że 

nie było mu w nim tak do twarzy,  jak w  codziennym ubraniu, w jakim widział go po raz 

pierwszy. 

Wystrojony  zbyt  odświętnie,  wyglądał  pospolicie  i  odbijał  silniej  od  swego 

otoczenia. 

Przez dwa dni Eryk nie pozwalał sobie myśleć o sadzie. W poniedziałek wieczorem 

wyjechał na połów, a we wtorek poszedł zagrać w szachy z Aleksandrem Tracy. Aleksander 

wygrał  wszystkie  partie  z  taką  łatwością,  że  stracił  raz  na  zawsze  wszelki  szacunek  dla 

młodego Marshalla. 

-  Grał,  jakby  myślał  nie  wiadomo  o  czym  -  skarżył  się  żonie.  -  Nie  będzie  z  niego 

szachisty - nigdy w życiu.  

background image

Dzieje Kilmeny  

W  środę  po  południu Eryk  wybrał  się  znów  do  sadu.  I  tym  razem  doznał  zawodu. 

Wrócił więc do domu, postanowiwszy zapytać otwarcie o wyjaśnienie tajemnicy.  

Szczęście było dlań łaskawe, gdyż zastał panią Williamson samą. Siedziała w kuchni 

przy oknie od zachodu i robiła na drutach długą, szarą skarpetkę. Popatrzyła na Eryka ze 

spokojną  serdecznością  wielkimi  oczyma  o  szczerym  spojrzeniu.  Lubiła  pana  Westa,  lecz 

Eryk zjednał ją sobie bardziej, gdyż oczy jego były podobne do oczu małego synka, którego 

pochowała przed wielu laty na lindsayskim cmentarzu. 

-  Proszę  pani  -  odezwał  się  Eryk  z  udaną  obojętnością.  -  W  zeszłym  tygodniu 

zaszedłem  przypadkiem  do  starego,  opuszczonego  sadu,  tam  za  lasem.  Uroczy,  dziki 

zakątek. Czy nie wie pani, do kogo on należy?  

-  Myślę,  że  to  dawny  sad  Connorsów  -  odpowiedziała  pani  Williamson  po  chwili 

namysłu.  -  Zapomniałam  o  nim  zupełnie.  Będzie  ze  trzydzieści  lat,  odkąd  Connorsowie 

opuścili Lindsay. Dom ich i stodoły spaliły się, więc sprzedali ziemię Tomaszowi Gordon i 

przenieśli  się  do  miasta.  Oboje  już  nie  żyją.  Pan  Connors  był  dumny  ze  swego  sadu. 

Niewiele było wówczas sadów w Lindsay, choć teraz prawie każdy ma sad.  

-  Jakaś  młodziutka  dziewczyna  grała  tam  na  skrzypcach  -  powiedział  Eryk, 

stwierdzając  z  niezadowoleniem,  że  musiał  się  przemóc,  aby  wspomnieć  o  niej  i  że  krew 

napłynęła  mu  przy  tym  do  twarzy.  -  Przelękła  się  bardzo,  zobaczywszy  mnie  i  uciekła, 

chociaż  nie  sądzę,  bym  uczynił  lub  powiedział  coś,  co  mogłoby  ją  przestraszyć.  Nie  mam 

pojęcia, kto to mógł być. A pani nie wie?  

Pani  Williamson  milczała  chwilę.  Odłożyła  robotę  i  spoglądała  przez  okno,  jakby 

rozważając  poważnie  jakąś  sprawę.  W  końcu  odezwała  się,  a  w  głosie  jej  brzmiał  ton 

żywego zainteresowania: - Przypuszczam, że była to Kilmeny Gordon, proszę pana.  

- Kilmeny Gordon? Siostrzenica Tomasza Gordon, o której wspomniał pani mąż. 

- Tak. 

- Trudno mi uwierzyć, by ta dziewczyna mogła należeć do rodziny Gordonów.  

- Jeżeli nie Kilmeny, to nie wiem, kto to mógł być. W pobliżu sadu nie ma innego 

domu, a słyszałam, że ona gra na skrzypcach. O ile to ona, udało się panu zobaczyć kogoś, 

kogo niewiele osób w Lindsay widziało. A i tych parę nie widziało jej z bliska. Ja sama nie 

widziałam jej nigdy. Nic dziwnego, że biedaczka uciekła. Nie przywykła do widoku obcych. 

- Rad jestem, jeśli to był wyłączny powód jej ucieczki - rzekł Eryk. - Przyznam się, że 

przykro  mi  było  widzieć  dziewczynę  tak  przestraszoną  moim  widokiem,  jak  ona.  Zbladła 

okropnie i nie wyrzekłszy słowa, uciekła przerażona. 

background image

-  No,  odezwać  się  w  każdym  razie  nie  mogła  -  powiedziała  pani  Williamson 

spokojnie. - Kilmeny Gordon jest niema.  

Eryk milczał chwilę, zaskoczony. 

“Ta  piękna  istota  dotknięta  takim  kalectwem?  Okropność!”  I  jednocześnie  doznał 

dziwnego uczucia osobistego żalu i rozczarowania.  

-  A  więc  nie  mogła  to  być  Kilmeny  Gordon  -  zaprzeczył  w  końcu.  -  Dziewczyna,  o 

której  mówię,  grała  cudownie  na  skrzypcach.  Nigdy  nie  słyszałem  podobnej  muzyki.  To 

niemożliwe, by głuchoniema tak grała.  

- Ależ nie jest wcale głucha, proszę pana - odpowiedziała pani Williamson, patrząc 

przenikliwie na Eryka przez szkła okularów, po czym podjęła znów swą robotę. 

-  To  właśnie  dziwne.  Chociaż  wszystko,  co  się  jej  tyczy,  dziwniejsze  jest  jedno  od 

drugiego.  Słyszy  zupełnie  dobrze,  rozumie  wszystko,  co  się  do  niej  mówi.  Ale  sama  nie 

mówi  wcale  i  jak  opowiadają,  nie  mówiła  nigdy.  Co  prawda,  to  nikt  wiele  o  niej  nie  wie. 

Jana i Tomasz nie wspominają nigdy o siostrzenicy i Neil nie chce o niej mówić. Może pan 

być  pewny,  że  próbowano  go  pytać,  ale  nie  można  z  niego  wydobyć  słowa  o  Kilmeny  i 

wpada w złość, gdy się nalega. 

-  Dlaczego  nie  można  o  niej  mówić?  -  zapytał  Eryk  niecierpliwie.  -  Cóż  to  za 

tajemnica ją otacza?  

- Smutne to dzieje, proszę pana. Myślę, że Gordonowie uważają jej życie za rodzaj 

dopustu  Bożego.  Co  do  mnie,  uważam,  że  chowano  ją  okropnie.  Gordonowie,  to  bardzo 

dziwni ludzie, panie Eryku. Pamięta pan, robiłam mężowi wymówki, kiedy tak powiedział, 

ale  to  prawda.  Dziwnie  bardzo  postępują.  I  pan  widział  naprawdę  Kilmeny?  Jak  ona 

wygląda? Słyszałam, że jest ładna. Czy to prawda?  

- Moim zdaniem jest bardzo piękna - rzekł Eryk krótko. - Ale jak ją wychowano? I 

dlaczego?  

- No, właściwie to mogę opowiedzieć panu całą tę historię. Kilmeny jest siostrzenicą 

Jany  i  Tomasza  Gordonów,  córką  ich  młodszej  siostry,  Małgorzaty.  Stary  James  Gordon 

pochodził ze Szkocji. Jana i Tomasz urodzili się w Starym Kraju i przyjechali tu jako małe 

dzieci. Gordonowie nie byli nigdy zbyt towarzyscy, jednak zachodzili niekiedy do sąsiadów, 

a  i  ci  bywali  u  nich.  Byli  to  ludzie  dobrzy  i  uczciwi,  tylko  trochę  dziwacy.  Pani  Gordon 

umarła w kilka lat po przybyciu do Lindsay, a w cztery lata później James Gordon pojechał 

do Szkocji i wrócił z drugą żoną. Była dużo młodsza od niego i bardzo ładna, jak mi matka 

często opowiadała. Była serdeczna, wesoła i lubiła życie towarzyskie. Odkąd przybyła, dom 

Gordonów  zmienił  się  zupełnie.  Nawet  Jana  i  Tomasz  rozruszali  się  i  ożywili  znacznie. 

background image

Kochali  swą  macochę,  jak  mi  mówiono.  Ale  w  sześć  lat  po  wyjściu  za  mąż  druga  pani 

Gordon  umarła  również.  Umarła  po  urodzeniu  Małgorzaty.  Mówią,  że  Jamesowi  o  mało 

serce  nie  pękło.  Małgorzatę  wychowała  Jana.  Ona  i  Tomasz  ubóstwiali  po  prostu 

dziewczynkę,  a  ich  ojciec  także.  Znałam  niegdyś  dobrze  Małgorzatę  Gordon.  Byłyśmy 

rówieśniczkami  i  trzymałyśmy  się  razem  w  szkole.  Przyjaźniłyśmy  się  bardzo,  dopóki  nie 

zerwała ze wszystkimi. Była zawsze trochę dziwną dziewczyną, ale lubiłam ją; jednak wiele 

osób odnosiło się do niej z niechęcią. Taka już była. Wzbudzała w ludziach albo nienawiść, 

albo  miłość  ku  sobie.  Wyrosła  na  bardzo  ładną  pannę  -  wysoką  i  postawną  jak  królowa. 

Miała  długie  i  grube,  czarne  warkocze,  a  mocno  czerwone  usta  i  policzki.  Każdy,  kto  ją 

zobaczył, oglądał się za nią. Zdaje mi się, że pyszniła się trochę swoją urodą. I była dumna - 

ach,  jaka  dumna!  Chciała  zawsze  przodować  we  wszystkim  i  lubiła  okazywać  swoją 

przewagę. Była przy tym ogromnie stanowcza. Skoro raz coś postanowiła, nie odstąpiła od 

tego na włos. Lecz serce miała gorące i szlachetne. Śpiewała cudownie i była bardzo zdolna. 

Wystarczyło  jej  rzucić  na  coś  okiem,  a  już  się  tego  nauczyła.  Lubiła  też  ogromnie  czytać. 

Kiedy  o  niej  opowiadam,  staje  mi  tak  żywo  przed  oczyma,  jaką  była,  jak  wyglądała,  co 

mówiła i robiła - widzę każdy jej ruch. Wydaje mi się prawie, że jest tu w pokoju, a nie na 

cmentarzu. Proszę zapalić lampę. Czuję się jakoś nieswojo.  

Eryk  wstał  i  zapalił  lampę,  trochę  zdziwiony  niezwykłym  u  pani  Williamson 

zdenerwowaniem. Taka była zawsze spokojna i opanowana!  

- Dziękuję panu. Teraz jest lepiej. Nie będzie mi się już wydawało, że Małgorzata jest 

tu i słucha tego, co mówię. Przed chwilą wrażenie to było tak silne! Uważa pan pewno, że 

zatrzymałam  się  zbyt  długo  przy  Małgorzacie,  ale  dochodzę  już  do  Kilmeny.  Nie 

zamierzałam mówić tyle o Małgorzacie, lecz opanowała jakoś moje myśli. Otóż Małgorzata 

ukończyła  szkołę,  wstąpiła  do  Akademii  Królowej  i  dostała  dyplom  nauczycielki.  Zdała 

bardzo dobrze, ale wiem od Jany, że płakała przez całą noc po ogłoszeniu wyniku, bo nie 

zajęła pierwszego miejsca. Potem zaczęła uczyć w szkole w Radnor. I tam poznała Ronalda 

Frasera. Małgorzata nie miała dotąd nigdy kawalera. Gdyby chciała, mogła mieć każdego z 

lindsayskich chłopaków. Ale nie spojrzała nawet na żadnego. Mówiono, że nikt nie był dla 

niej  dość  dobry,  lecz  to  nieprawda.  Ja  znałam  powód,  bo  rozmawiałyśmy  z  Małgorzatą 

nieraz  o  tych  rzeczach,  jak  to  zwykle  między  dziewczętami.  Nie  uznawała  chodzenia  z 

chłopcem, o ile to nie był ktoś, kto podobałby się pod każdym względem. A takiego nie było 

w  Lindsay.  Ronald  Fraser  był  nietutejszy,  pochodził  z  Nowej  Szkocji  i  mało  co  o  nim 

wiedziano.  Był  wdowcem,  choć  całkiem  jeszcze  młody.  Prowadził  sklep  w  Radnor  i 

powodziło mu się dobrze. Był naprawdę przystojny i miał miły sposób bycia, który kobiety 

background image

lubią. Opowiadano, że wszystkie dziewczęta w Radnor kochały się w nim. Ale i najgorszy 

jego wróg nie mógł powiedzieć, że się z nimi zadawał. Nie zwracał na nie uwagi. Gdy tylko 

zobaczył Małgorzatę, zakochał się w niej i ona w nim. Następnej niedzieli przyszli razem do 

kościoła  w  Lindsay  i  wszyscy  mówili,  że  będzie  z  nich  para.  Małgorzata  wyglądała 

prześlicznie tego dnia. Trzymała zwykle głowę do góry, ale tym razem nachyliła ją z lekka, a 

oczy miała spuszczone. 

Ronald  Fraser  był  bardzo  wysoki,  blondyn,  oczy  miał  niebieskie.  Tworzyli 

najładniejszą  parę,  jaką  zdarzyło  mi  się  widzieć.  Lecz  staremu  Gordonowi,  Tomaszowi  i 

Janie nie podobał się Fraser.  

Widziałam  to  jasno,  kiedy  byłam  raz  u  nich,  a  Ronald  odprowadził  Małgorzatę  w 

piątek  wieczór  z  Radnor  do  domu.  Małgorzata  mogła  zrobić  z  nimi  prawie  wszystko,  co 

chciała, tacy byli z niej dumni i tak ją kochali. Uprosiła ich więc w końcu. Ojciec opierał się 

najdłużej, ale ostatecznie ustąpił i zgodził się, aby wyszła za Ronalda Frasera. Wesele było 

huczne - zaproszono wszystkich sąsiadów. Małgorzata lubiła zawsze pokazać się. Ja byłam 

druhną. Pomagałam jej ubierać się, ale trudno jej było dogodzić, bo chciała wyglądać jak 

najładniej - dla Ronalda. Piękną była panną młodą. Cała w bieli, z czerwonymi różami we 

włosach. Nie chciała białych kwiatów; mówiła, że przypominają jej zanadto kwiaty żałobne. 

Wyglądała jak malowanie. Widzę ją w tej chwili wyraźnie taką, jaką była owego wieczora. 

Rumieniła się i bladła na przemian, patrząc wzrokiem pełnym miłości na Ronalda. Jeżeli 

kiedykolwiek dziewczyna kochała mężczyznę całym sercem, to czyniła to Małgorzata. We 

mnie  budziło  to  prawie  lęk.  Uwielbiała  go  tak,  jak  powinno  się  uwielbiać  jedynie  Boga, 

proszę pana. A to bywa zawsze ukarane, sądzę. Zamieszkali w Radnor i przez krótki czas 

wszystko szło dobrze. Małgorzata miała ładny dom, była wesoła i szczęśliwa. Ubierała się 

pięknie i przyjmowała sporo gości. A potem - zjawiła się pierwsza żona Frasera, która go 

odszukała. Nie umarła wcale, jak się okazało. Stał się okropny skandal! Straszne rzeczy, ile 

było gadania  i plotek.  Każdy, kogo się spotkało, opowiadał  co innego i trudno było dojść 

prawdy. Niektórzy twierdzili, iż Ronald wiedział przez cały czas, że jego żona żyje i oszukał 

Małgorzatę.  Ale  nie  posądzam  go  o  to.  Przysięgał,  że  nic  nie  wiedział.  Podobno  nie  był 

bardzo  szczęśliwy  z  pierwszą  żoną.  Jej  matka  wywoływała  nieporozumienia  pomiędzy 

nimi. Potem żona pojechała do matki, do Montrealu i jak zawiadomiono Ronalda, umarła 

tam  w  szpitalu.  Może  dał  temu  zbyt  pochopnie  wiarę,  ale  jestem  pewna,  że  uwierzył 

naprawdę.  Żona  twierdziła,  że  umarła  inna  kobieta  tego  samego  nazwiska  i  kiedy  ona 

dowiedziała się, iż Ronald uważa ją za umarłą, postanowiła wraz z matką pozostawić go w 

background image

tym  mniemaniu.  Lecz  usłyszawszy  o  jego  powtórnym  ożenieniu  się  uznała,  że  lepiej,  by 

znał prawdę.  

Cała ta sprawa była dość dziwna i nie można mieć ludziom za złe, że nie uwierzyli w 

to zbyt skwapliwie. Ja nie wątpiłam nigdy w jej prawdziwość. Małgorzata myślała inaczej. 

Była  przekonana,  że  Ronald  oszukał  ją  i  wiedział  dobrze,  iż  nie  może  uczynić  jej  swą 

prawowitą małżonką. Straciła do niego zaufanie i znienawidziła go tak silnie, jak przedtem 

kochała.  Ronald  wyjechał  z  pierwszą  żoną  i  w  niecały  rok  później  przyszła  wiadomość  o 

jego  śmierci.  Podobno  pękło  mu  po  prostu  serce.  Małgorzata  wróciła  do  domu  ojca.  Od 

dnia, kiedy przekroczyła jego próg, opuściła go dopiero, gdy wyniesiono ją w trumnie trzy 

lata temu. Żywa dusza nie ujrzała jej więcej. Poza jej własną rodziną. Wybrałam się do niej, 

ale  Jana  powiedziała  mi,  że  nie  chce  mnie  widzieć.  Postępowanie  Małgorzaty  było 

niemądre. Nie uczyniła przecież nic złego. I wszyscy żałowali jej i gotowi byli dopomóc w 

miarę możliwości. Lecz myślę, że współczucie raniło ją równie głęboko, jak uczyniłaby to 

przygana, bo była tak dumna. Powiadają, że ojciec przyjął ją źle. Jeśli to prawda, postąpił 

niesprawiedliwie.  Jana  i  Tomasz  też  bardzo  odczuli  nieszczęście  siostry.  Znajomi,  którzy 

bywali  u  Gordonów,  przestali  wkrótce  zachodzić  do  nich,  gdyż  zrozumieli,  że  nie  są  mile 

widziani. Stary James Gordon umarł tej jeszcze zimy. 

Nie  podniósł  już  nigdy  głowy  po  tym  skandalu.  Zrzekł  się  od  razu  piastowanej  w 

kościele godności i nikt nie zdołał go skłonić do cofnięcia tego postanowienia.  

Kilmeny urodziła się na wiosnę, lecz nie zobaczył jej nikt, prócz duchownego, który 

ją ochrzcił. Nie brano jej nigdy do kościoła, ani nie posyłano do szkoły. Rozumie się, że nie 

zdałoby  się  to  na  nic,  posyłać  ją  do  szkoły,  skoro  była  niema.  I  Małgorzata  nauczyła  ją 

pewno  wszystkiego,  czego  tylko  mogła.  Ale  to,  że  nie  brano  jej  nigdy  do  kościoła,  było 

okropne. I że trzymano ją z daleka od dzieci i młodzieży. 

I wstyd to doprawdy, że nie uczyniono nic, aby przekonać się, dlaczego nie mówiła i 

czy nie dałoby się jej uleczyć.  

Małgorzata Gordon umarła trzy lata temu i całe Lindsay było na jej pogrzebie. Lecz 

nikt  jej  nie  zobaczył.  Wieko  trumny  było  przyśrubowane.  Nie  ujrzano  też  Kilmeny. 

Byłabym  ją  chętnie  zobaczyła  ze  względu  na  Małgorzatę,  ale  Małgorzaty  nie  chciałam 

widzieć. Widziałam ją po raz ostatni, jako pannę młodą, gdyż zaraz po weselu wyjechałam 

na jakiś czas z Lindsay i kiedy wróciłam do domu, stał się właśnie ten skandal. Pamiętałam 

Małgorzatę  dumną,  szczęśliwą  i  nie  mogłabym  patrzeć  na  jej  martwą  twarz  i  straszną 

zmianę, jaka musiała w niej zajść. 

background image

Myśleliśmy,  że  może  po  śmierci  matki,  Tomasz  i  Jana  nie  będą  trzymali  Kilmeny 

ciągle w domu. Ale zawiedliśmy się. Przypuszczam więc, że zgodzili się z Małgorzatą, by ją 

tak  chować.  Często  żal  mi  było  biednej  dziewczyny  i  uważam,  że  rodzina  postąpiła 

niesłusznie  wobec  niej,  nawet  jeśli  jej  kalectwo  miało  tajemniczą  przyczynę.  Życie  jej 

musiało być bardzo smutne.  

Oto dzieje Kilmeny, proszę pana. Opowieść moja wydała się panu pewnie długa. Ale 

kiedy  tak  opowiadałam,  przeszłość  dla  mnie  odżyła.  Jeżeli  pan  nie  chce,  by  pana 

zanudzano pytaniami o Kilmeny Gordon, niech pan lepiej nie wspomina, że pan ją widział. 

Eryk  wcale  nie  miał  takich  zamiarów.  Dowiedział  się  wszystkiego,  czego  chciał,  a 

nawet jeszcze więcej.  

“A  więc  ta  dziewczyna  wplątana  jest  w  smutny  dramat  -  rozmyślał,  udając  się  do 

swego pokoju. - I jest niema! Co za szkoda! Kilmeny! To imię pasuje do niej. Jest równie 

urocza i niewinna jak bohaterka starej ballady: - “Piękną była Kilmeny”. Następny wiersz 

jest mniej odpowiedni, gdyż oczy jej nie patrzyły bynajmniej ze spokojnym opanowaniem, 

a w każdym razie nie wówczas, kiedy mnie dostrzegły. - Usiłował nie myśleć o dziewczynie, 

lecz  na  próżno.  Wspomnienie  jej  pięknej  twarzy  miało  w  sobie  moc  przyciągającą,  której 

nie mógł się oprzeć.  

Następnego wieczora wybrał się znowu do sadu.  

background image

Najpiękniejsza z kobiet  

Skoro Eryk wyszedł z jodłowego lasu i znalazł się w sadzie, serce jego zabiło mocno, 

a  krew  uderzyła  mu  gwałtownie  do  twarzy.  Pośrodku  kwiatowego  ogrodu  zobaczył 

Kilmeny, nachyloną nad grządką narcyzów. Widział tylko jej jasny, dziewczęcy profil.  

Przystanął, nie chcąc spłoszyć jej znowu.  

Gdy podniosła głowę, spodziewał się, że drgnie i ucieknie, lecz nie uczyniła tego. 

Przybladła tylko z lekka i stała bez ruchu, przypatrując mu się bacznie.  

Widząc to, podszedł powoli ku niej i kiedy był tak blisko, iż słyszał jej przyśpieszony 

oddech, dobywający się z rozchylonych, drżących warg, rzekł bardzo łagodnie:  

- Proszę się mnie nie bać. Przychodzę jako przyjaciel i nie chciałbym niepokoić pani, 

ani narzucać się jej.  

Wahała się jakby przez chwilkę. Potem sięgnęła po małą tabliczkę, która wisiała u jej 

paska,  napisała  coś  szybko  na  niej  i  podała  mu  ją.  Przeczytał  słowa,  skreślone  drobnym, 

wyraźnym pismem. 

- Nie boję się już pana teraz. Mama mówiła mi, że wszyscy obcy mężczyźni są bardzo 

źli i niebezpieczni. Ale nie wydaje mi się, aby pan był taki. Myślałam dużo o panu i żałuję, 

że uciekłam wtedy.  

Czytając  to,  zdał  sobie  sprawę  z  jej  całkowitej  niewinności  i  prostoty.  Spojrzał 

uważnie w jej oczy, wciąż jeszcze zmącone i rzekł:  

-  Za  nic  na  świecie  nie  uczyniłbym  pani  krzywdy.  Nie  wszyscy  mężczyźni  są  źli, 

chociaż  niestety,  jest  wielu  takich.  Nazywam  się  Eryk  Marshall  i  jestem  nauczycielem  w 

tutejszej  szkole.  A  pani  jest  pewnie  Kilmeny  Gordon?  Grała  pani  tak  pięknie  owego 

wieczora, że odtąd stale pragnąłem móc usłyszeć panią. Czy zagrałaby mi pani?  

Nieokreślony lęk znikł tymczasem z jej oczu i nagle uśmiechnęła się. Był to uśmiech 

wesoły,  dziewczęcy,  nieodparty,  który  rozjaśnił  jej  spokojną  twarz,  niby  promień  słońca, 

muskający pogodną toń jeziora.  

Następnie napisała: - Żałuję bardzo, ale nie mogę dziś grać. Zostawiłam skrzypce w 

domu.  Przyniosę  je  jutro  po  południu  i  zagram  panu,  jeżeli  pan  zechce.  Chętnie  zrobię 

panu tę przyjemność. 

Znów ów ton niewinnej szczerości!  

Jakim  była  dzieckiem  -  pięknym,  nieświadomym  dzieckiem  -  które  nie  umiało 

zupełnie ukrywać swych uczuć. 

Lecz czemuż miałaby je ukrywać? Były tak piękne i czyste, jak ona sama.  

Eryk uśmiechnął się do niej równie szczerze.  

background image

- Nie umiem wypowiedzieć, jak bardzo bym pragnął. Jeśli będzie ładnie, przyjdę na 

pewno jutro po południu. Ale w razie mgły lub niepogody, proszę zostać w domu. Zagra mi 

pani kiedy indziej. Czy dałaby mi pani parę kwiatków?  

Skinęła głową, znowu z lekka się uśmiechając i poczęła zrywać narcyze, wybierając 

starannie najpiękniejsze.  

Przypatrywał  się  z  zachwytem  jej  wdzięcznym,  gibkim  ruchom.  Każdy  z  nich  był 

poezją. Wyglądała niczym uosobienie Wiosny - jakby wcieliły się w nią wszystkie lśnienia 

młodych liści, blask poranków i przemijająca słodycz kwiatów tysiącznych wiosen.  

Kiedy podeszła ku niemu rozpromieniona z rękami pełnymi kwiatów, przyszedł mu 

na myśl wiersz ulubionego poety:  

“Czerwonobiały kwiat, 

 co lekko z opadających wychyla się osłonek, 

 oto, przy Bożym gościńcu jedyna dla mnie dziewczyna.” 

  

W  następnej  chwili  ogarnął  go  gniew  na  samego  siebie.  Ostatecznie  była  tylko 

dzieckiem - i to dzieckiem, żyjącym z dala od ludzi wskutek smutnego kalectwa.  

Nie powinien pozwalać sobie na niedorzeczne myśli. 

- Dziękuję pani. Narcyze to najczarowniejsze kwiaty, jakimi wiosna nas darzy. Czy 

pani wie, że białe narcyzy nazywają się po łacinie poeticus? 

Na twarzy jej odbiło się zaciekawienie i zadowolenie.  

-  Nie,  nie  wiedziałam  -  odpisała.  -  Czytałam  nieraz  o  narcissus  poeticus  i 

zastanawiałam się, jak też wygląda. Ale nie przyszło mi na myśl, by mógł to być mój drogi 

biały narcyz. Kocham bardzo kwiaty. To moi dobrzy przyjaciele.  

- Jak mogłaby pani nie żyć z nimi w przyjaźni? - rzekł Eryk. - Może pani usiądzie tu 

na  ławce  -  gdzie  siedziała  pani  owego  wieczora,  kiedy  panią  tak  przestraszyłem.  Nie 

miałem  pojęcia,  kim  pani  jest.  Chwilami  myślałem,  że  śniła  mi  się  pani  tylko,  chociaż  - 

dodał  półgłosem  tak,  iż  go  nie  słyszała  -  nie  mógłbym  ujrzeć  we  śnie  równie  czarującej 

istoty.  

Usiadła na ławce obok niego, patrząc mu śmiało w twarz. W spojrzeniu jej nie było 

zuchwałości - a jedynie całkowita, dziecięca ufność.  

Gdyby w jego sercu taiło się coś złego - jakaś myśl podstępna - do której nie chciałby 

się przyznać, nie ukryłaby się ona przed tymi oczyma i musiałby się jej zawstydzić.  

Lecz on mógł patrzeć w nie bez obawy.  

Potem Kilmeny napisała:  

background image

-  Przestraszyłam  się  bardzo.  Uważał  mnie  pan  pewno  za  strasznie  głupią.  Ale  nie 

widywałam mężczyzn, oprócz wuja Tomasza, Neila i handlarza jaj. A pan jest inny - ach, 

zupełnie,  zupełnie  inny.  Bałam  się  wrócić  tu  następnego  dnia.  A  jednak  miałam  ochotę 

przyjść.  Nie  chciałam,  by  pan  myślał,  że  jestem  dzika.  Rano  posłałam  Neila  po  smyczek. 

Nie mogę obejść się bez smyczka. Jestem niema, wie pan? Czy panu przykro?  

- Tak, i to bardzo, ze względu na panią. 

- Miałam na myśli, czy wolałby mnie pan, gdybym mówiła tak, jak wszyscy? 

- Nie. Pod tym względem nie stanowi to dla mnie żadnej różnicy, Kilmeny. Ale czy 

pozwoli mi pani mówić sobie po imieniu?  

Spojrzała na niego zdziwiona i napisała:  

- A jak miałby mi pan mówić? Przecież nazywam się Kilmeny. Wszyscy mówią mi po 

imieniu.  

- Ale ja jestem człowiekiem zupełnie obcym dla pani. Może życzy pani sobie, abym 

mówił jej panno Gordon?  

- O nie. Nie chcę - napisała szybko, a twarz jej przybrała wyraz zakłopotania. - Nikt 

mi tak nie mówi. Nie czułabym się wtedy sobą. A pan nie wydaje mi się obcym. Dlaczego 

nie miałby mi pan mówić Kilmeny? Czy istnieje jakiś powód?  

- Żaden, o ile mi pani pozwoli.  

Śliczne ma pani imię - właśnie takie, jakie pani powinna mieć.  

-  Cieszę  się,  że  podoba  się  ono  panu.  Czy  pan  wie,  że  dano  mi  imię  mojej  babki, 

która  nazywała  się  tak,  jak  bohaterka  pewnej  ballady?  Cioci  Janie  nie  podoba  się  moje 

imię,  chociaż  lubiła  moją  babcię.  Ale  cieszę  się,  że  panu  podoba  się  moje  imię  i  ja  także. 

Obawiałam się, że nie będzie mnie pan lubił dlatego, że jestem niema. 

- Wypowiada się pani za pośrednictwem muzyki.  

Twarz jej wyraziła zadowolenie.  

-  Jak  pan  to  dobrze  rozumie  -  napisała.  -  Tak,  nie  mówię  i  nie  śpiewam  jak  inni 

ludzie, ale moje skrzypce mówią za mnie. 

-  Czy  pani  sama  komponuje  to,  co  pani  gra?  -  I  widząc,  że  nie  zrozumiała  jego 

pytania, Eryk wyjaśnił: - Miałem na myśli, czy ktoś nauczył panią tej melodii, którą pani 

wtedy grała.  

- Nie. Zagrałam ją, siedząc tu i rozmyślając. Tak było zawsze. Gdy byłam mała, Neil 

nauczył mnie trzymać skrzypce i smyczek, a reszty nauczyłam się już sama. Moje skrzypce 

należały dawniej do Neila, ale podarował mi je. Neil jest bardzo miły i dobry dla mnie, ale 

wolę pana. Niech mi pan opowie coś o sobie. 

background image

Z każdą chwilą Kilmeny budziła w nim większy podziw.  

Jakże była urocza! Każdy jej ruch, sposób patrzenia, trzymania głowy - wszystko w 

niej było takie naturalne, niewymuszone, a jednocześnie czarujące.  

I jak łatwo można się było z nią porozumieć, pomimo tego, że była niema.  

Pisała  tak  szybko  i  wprawnie,  a  oczy  i  uśmiech  nadawały  jej  ruchliwej  twarzy  tyle 

wyrazu, że nie odczuwało się prawie wcale braku głosu.  

Siedzieli  w  sadzie,  dopóki  długie,  słabe  cienie  drzew  nie  dosięgły  ich  stóp.  Słońce 

tylko  co  zaszło.  Dalekie  wzgórza  odcinały  się  purpurowo  na  tle  bladoszafranowego  nieba 

po zachodniej stronie oraz przejrzystego błękitu od wschodu. Z tej strony, nad sosnowym 

lasem,  widniały  chmury  białe,  spiętrzone  wysoko  na  podobieństwo  śnieżnych  gór,  a  ich 

zachodnie brzegi gorzały różowym blaskiem, niby szczyty Alp o zachodzie słońca. W górze 

było jeszcze zupełnie jasno - jasnością niezmąconą, nieskażoną żadnym cieniem. Lecz na 

dole,  w  sadzie,  światło  dnia  znikło  już  prawie,  ustępując  miejsca  zielonemu  półmrokowi, 

który był przepojony zapachem kwiatów jabłoni i mięty oraz balsamiczną wonią sosen.  

Eryk opowiedział Kilmeny o sobie i o życiu w wielkim, nieznanym jej świecie, który 

zaciekawiał ją żywo, jak każdą młodą dziewczynę. 

Zadawała mu wiele pytań - pytań jasnych i wyraźnych, które zdradzały, że miała już 

o tym określone pojęcia i poglądy. 

Lecz  widać  było  jasno,  że  nie  uważała  tego  życia  za  coś,  w  czym  mogłaby  brać 

kiedykolwiek sama udział. Zainteresowanie jej było zainteresowaniem spokojnym, z jakim 

słuchałaby  opowieści  o  baśniowej  krainie  lub  o  wielkim  państwie,  które  znikło  dawno  z 

powierzchni ziemi.  

Eryk przekonał się, że czytała wiele poezji oraz książek historycznych, a także kilka 

podróżniczych i biografii. Powieści nie znała natomiast nawet ze słyszenia i nie wiedziała, 

co to słowo oznaczało.  

Co  ciekawsze,  miała  sporo  wiadomości  z  dziedziny  polityki  i  bieżących  wydarzeń, 

dzięki tygodnikowi, który prenumerował jej wuj. 

- Za życia mamy - napisała - nie czytałam gazet ani wierszy. To ona nauczyła mnie 

czytać i pisać. Przeczytałam całą Biblię wiele razy i kilka książek historycznych. Po śmierci 

mamy, ciocia Jana dała mi wszystkie jej książki. Miała ich bardzo dużo. Były to przeważnie 

nagrody, które dostała, kiedy chodziła do szkoły, a niektóre otrzymała od swego ojca. Czy 

pan zna historię moich rodziców?  

- Tak. Pani Williamson opowiedziała mi ją. Była ona przyjaciółką pani matki.  

background image

-  Jestem  rada,  że  słyszał  pan  tę  historię.  Jest  bardzo  smutna  i  nie  chciałabym  jej 

opowiadać,  a  znając  ją,  lepiej  pan  wszystko  zrozumie.  Ja  dowiedziałam  się  o  tym  przed 

samą śmiercią mamy. Opowiedziała mi wtedy wszystko. Zdaje mi się, że przypisywała ojcu 

winę  za  całe  nieszczęście.  Ale  przed  śmiercią  doszła  do  przekonania,  że  była 

niesprawiedliwa  wobec  niego,  gdyż  on  wierzył  w  śmierć  żony.  Powiedziała  mi,  że 

umierając, ludzie widzą wszystko o wiele jaśniej, więc zrozumiała swą omyłkę w stosunku 

do  ojca.  Chciała  powiedzieć  mi  jeszcze  wiele  innych  rzeczy,  lecz  nie  zdążyła  już,  gdyż 

umarła  tej  samej  nocy.  Dopiero  w  długi  czas  potem,  zdobyłam  się  na  przeczytanie  jej 

książek. I wówczas wydały mi się piękne. Była to jak gdyby muzyka, wyrażona słowami.  

- Przyniosę pani kilka książek do czytania, jeśli pani chce - rzekł Eryk.  

Jej wielkie, niebieskie oczy rozbłysły zaciekawieniem i radością.  

- O, dziękuję. Bardzo bym chciała. Przeczytałam swoje tyle razy, że umiem je prawie 

na pamięć. Rzeczy naprawdę piękne nie mogą się sprzykrzyć, ale czasem miałabym ochotę 

przeczytać coś nowego.  

- Czy nie czuje się pani nigdy samotna?  

-  O  nie!  Skądże?  Mam  zawsze  dosyć  roboty.  Pomagam  cioci  Janie  przy 

gospodarstwie. Umiem bardzo wiele rzeczy - kreśląc szybko te słowa, spojrzała na niego z 

dumą. - Umiem gotować i szyć. Ciocia mówi, że jestem bardzo dobrą gospodynią, a ona nie 

jest  skora  do  pochwał.  A  kiedy  jej  nie  pomagam,  mam  moje  kochane  skrzypce.  Nie 

potrzebuję  innego  towarzystwa.  Ale  lubię  czytać  i  wiedzieć  o  wielkim  dalekim  świecie,  o 

tym, co się tam dzieje i o ludziach, którzy tam żyją. Musi tam być naprawdę cudownie. 

- A czy nie chciałaby pani pojechać i zobaczyć te cuda na własne oczy i poznać owych 

ludzi? - zapytał z uśmiechem. 

Zorientował się jednak, że dotknął ją, choć nie rozumiał czym.  

Schwyciła  ołówek  i  napisała  pośpiesznie  i  z  taką  stanowczością,  że  wydawało  się 

prawie, jakby wykrzyknęła te słowa namiętnie na głos.  

-  Nie,  nie  nie!  Nie  chcę  wyjeżdżać  z  domu.  Nie  chcę  widzieć  obcych,  ani  żeby  oni 

mnie widzieli. Nie zniosłabym tego.  

Eryk sądził, że należało może przypisać to świadomości kalectwa. Chociaż nie była 

pod tym względem, jak się wydawało, przewrażliwiona.  

I pisząc swe uwagi, czyniła niejednokrotnie wzmianki o nim. A więc przyczyną był 

może cień, ciążący nad jej urodzeniem? Czy w swej niewinności zdawałaby sobie jednak z 

tego sprawę?  

background image

Młody  człowiek  doszedł  w  końcu  do  wniosku,  że  był  to  po  prostu  chorobliwy  lęk 

wrażliwego dziecka, wychowanego w niezwykłych i nieodpowiednich warunkach. 

Wreszcie cienie, coraz dłuższe, ostrzegły go, że czas iść do domu. 

- Nie zapomni pani przyjść jutro zagrać mi? - zapytał, wstając niechętnie. 

Odpowiedziała  szybkim,  lekkim  skinieniem  lśniącej,  ciemnej  głowy  oraz 

wymownym uśmiechem. 

Patrzył  za  nią,  gdy  szła  przez  sad.  “Księżycowej  urody  i  jak  on  lekko  stąpając”,  a 

potem drożyną, wysadzoną dzikimi czereśniami. Na zakręcie przy sosnach zatrzymała się i 

skinęła mu ręką. 

W  domu  zastał  Eryk  Roberta,  posilającego  się  w  kuchni  chlebem  i  mlekiem.  Gdy 

młody nauczyciel wszedł gwiżdżąc, uśmiechnął się do niego przyjaźnie. 

- Był pan na przechadzce, co? - zapytał. 

- Tak - odpowiedział Eryk i zupełnie bezwiednie wyrzekł to zwykłe słowo głosem tak 

radosnym, że wyczuł to nawet Robert.  

Pani  Williamson,  która  krajała  chleb  na  końcu  stołu,  odłożyła  nóż  i  bochenek. 

Spojrzała na młodzieńca, a w oczach jej pojawił się wyraz lekkiego zaniepokojenia.  

Zastanawiała się, czy był w sadzie Connorsów - i czy spotkał znowu Kilmeny.  

- Nie natrafił pan chyba na kopalnię złota? - zażartował Robert. - Bo taką ma pan 

minę.  

background image

U bramy raju  

Gdy  Eryk  przyszedł  nazajutrz  po  południu  do  starego  sadu  Connorsów  zastał 

Kilmeny,  oczekującą  go  na  ławce  pod  krzewem  białego  bzu.  Skrzypce  spoczywały  na  jej 

kolanach.  Ujrzawszy  go,  ujęła  je  i  poczęła  grać  delikatną,  zwiewną  melodię,  w  której 

brzmiał  jak  gdyby  śmiech  kwiatów.  Skończywszy,  opuściła  smyczek  i  spojrzała  na  niego 

pytającym wzrokiem. Policzki miała zarumienione.  

- Co panu ta muzyka powiedziała? - napisała. 

-  Mniej  więcej  coś  w  tym  rodzaju  -  odpowiedział  Eryk  i  uśmiechnął  się, 

dostosowując  do  jej  wesołości.  -  Witaj  mój  przyjacielu.  Piękny  dziś  dzień.  Niebo  jest 

błękitne, a kwiaty jabłoni pachną słodko. Wiatr i ja przebywaliśmy tu we dwoje; wiatr jest 

dobrym  towarzyszem,  a  jednak  rada  jestem,  żeś  przyszedł.  W  taki  dzień,  jak  ten,  dobrze 

jest żyć i przechadzać się po pięknym, białym sadzie. Witaj, mój przyjacielu.  

Klasnęła w dłonie. Przypominała zadowolone dziecko.  

- Bardzo pan pojętny - napisała. - Właśnie to chciałam wyrazić. Rozumie się, że nie 

myślałam  tymi  samymi  słowami,  ale  tak  czułam.  Czułam,  iż  cieszę  się,  że  żyję.  A  kwiaty 

jabłoni, biały bez i drzewa radują się razem ze mną, że pan przyszedł. Pan jest pojętniejszy 

niż  Neil.  Przeważnie  nie  może  zrozumieć  mojej  muzyki,  a  ja  jego.  Czasami  budzi  ona  we 

mnie  strach.  Wydaje  mi  się,  że  jest  w  niej  coś  niemiłego,  co  usiłuje  mną  owładnąć,  a  od 

czego pragnę uciec.  

Myśl  o  tym,  że  ów  urodziwy  chłopak,  niskiego  pochodzenia,  widywał  Kilmeny 

codziennie, rozmawiał z nią, siedział razem przy stole, mieszkał pod jednym dachem i że 

takie współżycie wytwarzało między nimi poufałą zażyłość - myśl ta była mu niemiła. Nie 

chciał o tym myśleć i wyciągnął się na trawie u nóg dziewczyny. 

- A teraz - rzekł - proszę mi grać. Będę leżał i słuchał pani gry. 

“I patrzył na panią” - mógłby dodać.  

Nie potrafiłby powiedzieć, co było większą przyjemnością.  

Zachwycał  się  jej  pięknością,  cudowniejszą  od  najbardziej  uroczej,  widzianej  na 

obrazach.  

Twarz jej była nieskazitelna w barwie i linii. A gra jej  przenikała  mu do duszy. To 

dziecko, mówił sobie, ma wielki talent. 

Lecz talent ów marnował się zupełnie.  

I Eryk przyłapał się na tym, iż myślał z urazą o ludziach, będących jej opiekunami.  

Oni  ponosili  odpowiedzialność  za  jej  dziwne  życie.  Uczynili  dziewczynie  wielką, 

niepowetowaną  krzywdę.  Czyż  mieli  prawo  skazywać  ją  na  takie  życie?  Kto  wie,  czy  nie 

background image

można  było  wyleczyć  jej,  gdyby  zajęto  się  tym  w  porę.  Obecnie  było  prawdopodobnie  za 

późno. 

Przychodząc  na  świat,  otrzymała  od  natury  królewski  dar  urody  i  talentu,  lecz 

samolubne  i  niewybaczalne  ich  zaniedbanie  pozbawiło  go  wszelkiej  wartości.  Co  za 

cudowną  melodię  wyczarowywała  ze  starych  skrzypiec  -  na  przemian  wesołą  i  smętną, 

radosną i smutną, melodię, jaką mogły śpiewać gwiazdy poranne, przy której mogły pląsać 

wróżki, igrające wśród zielonych wzgórz lub na żółtym piasku, melodię, która mogła żalić 

się  nad  grobem  pogrzebanej  nadziei.  Następnie  dźwięki  popłynęły  jeszcze  łagodniejszym 

strumieniem. Słuchając ich, Eryk pojął, że cała dusza i istota dziewczyny ujawniały się w tej 

muzyce  -  piękno  i  czystość  jej  myśli,  sny  dzieciństwa  i  dziewczęce  marzenia.  Nie  taiła 

niczego.  Nie  mogła  też  zapobiec  ujawnieniu  swych  uczuć,  gdyż  czyniła  to  nieświadomie. 

Wreszcie odłożyła skrzypce i napisała:  

-  Zagrałam,  jak  umiałam,  aby  zrobić  panu  przyjemność.  Teraz  kolej  na  pana.  Czy 

pamięta  pan,  co  mi  pan  wczoraj  obiecał?  Dotrzymał  pan?  -  Eryk  podał  jej  dwie 

przyniesione książki - współczesną powieść i tomik wierszy, których nie znała.  

Co  do  pierwszej,  wahał  się  trochę,  lecz  książka  była  tak  piękna  i  wartościowa,  iż 

sądził, że nie naruszy w najlżejszym stopniu jej niewinności. 

Co do wierszy, nie miał żadnych wątpliwości. Wypowiedział się w nich jeden z tych 

wielkich,  natchnionych  duchów,  które  przechodząc  przez  życie,  czynią  z  miejsca  swego 

urodzenia  i  pracy  prawdziwie  Błogosławioną  Krainę.  Przeczytał  jej  kilka  wierszy.  Potem 

opowiadał jej o swych szkolnych latach i przyjaciołach. Chwile mijały bardzo szybko. 

Cały świat przestał dla niego istnieć poza tym sadem cienistym, gdzie opadały płatki 

kwiatów i szumiał wiatr. 

W  pewnej  chwili,  gdy  opisywał  jej  jakieś  szkolne  wyczyny,  podczas  niezliczonych 

waśni  między  fuksami  a  starszymi  uczniami,  klasnęła  swoim  zwyczajem,  w  dłonie  i 

roześmiała się głośno. Był to śmiech jasny, dźwięczny, srebrzysty. Zadziwiło go, że mogła 

tak się śmiać, będąc niemą. Co pozbawiło ją głosu i czy nie dałoby się jej wyleczyć? 

- Kilmeny - odezwał się poważnie, po namyśle, patrząc na nią, gdy tak siedziała, a 

czerwonawe  światło  słońca  rzucało  poprzez  gałęzie  bzu  jak  gdyby  garść  rubinów  na  jej 

nieosłoniętą,  ciemną  głowę  -  czy  mogę  zapytać  panią  o  okoliczności  pani  kalectwa?  Nie 

będzie pani przykro mówić o tym ze mną?  

Potrząsnęła głową przecząco.  

-  O  nie  -  napisała.  -  Rozumie  się,  iż  żałuję,  że  jestem  niema,  ale  przywykłam  do 

myśli o tym i nie boli mnie ona wcale.  

background image

-  A  więc,  proszę  mi  powiedzieć...  Czy  pani  wie,  dlaczego  pani  nie  może  mówić, 

chociaż cieszy się pani pełnią zdrowia i zdolności umysłowych?  

-  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego.  Zapytałam  raz  mamę.  Powiedziała  mi,  że  to  kara, 

zesłana  na  nią  za  ciężki  grzech,  jaki  popełniła.  A  wyraz  jej  twarzy  był  taki  dziwny,  że 

przestraszyłam się i nie mówiłam o tym więcej ani z nią, ani z kimkolwiek innym.  

- A czy żaden doktór nie badał pani strun głosowych i języka?  

- Nie. Pamiętam, że kiedy byłam bardzo mała, wuj Tomasz chciał pojechać ze mną 

do  doktora,  do  Charlottentown,  aby  przekonać  się,  czy  nie  można  by  mnie  leczyć,  ale 

mama sprzeciwiła się temu. Powiedziała, że nie zda się to na nic. I zdaje mi się, że i wuj tak 

myślał. 

- Śmiech pani jest taki naturalny. Czy może pani wydać jeszcze jakiś inny głos?  

- Tak, czasem. Gdy jestem zadowolona, albo  przestraszona, wydaję  lekkie okrzyki. 

Ale tylko, kiedy o tym zupełnie nie myślę. Jeżeli staram się wydać głos, to nie mogę tego 

uczynić. 

Wydało się to Erykowi jeszcze bardziej niezwykłe. 

- A próbuje pani czasem mówić, wypowiadać słowa? - nalegał. 

-  O  tak.  Bardzo  często.  Wypowiadam  słowa  w  myśli  tak,  jak  je  słyszę  wymawiane 

przez  innych,  ale  nie  mogę  wyrzec  ich  głośno.  Proszę  nie  patrzeć  na  mnie  tak  smutnie. 

Jestem  zupełnie  szczęśliwa  i  nie  odczuwam  tak  bardzo  tego,  że  nie  mówię  -  może  tylko 

wtedy,  gdy  nie  mogę  nadążyć  ze  spisywaniem  moich  myśli.  Niektóre  ulatują  mi  w  tym 

czasie.  

Muszę panu jeszcze zagrać, żeby pana rozweselić.  

Roześmiała się ponownie, ujęła skrzypce i jakby przekomarzając się z nim, zagrała 

krótką i figlarną melodię. 

Patrzyła  na  Eryka  ponad  skrzypcami  świetlistymi  oczyma,  wyzywając  go  do 

wesołości.  

Młody  człowiek  uśmiechnął  się.  Lecz  wyraz  zamyślenia  powracał  na  jego  twarz 

jeszcze kilkakrotnie w ciągu tego dnia.  

Szedł do domu, pogrążony w myślach. Wypadek Kilmeny był stanowczo niezwykły. 

Im dłużej nad nim rozmyślał, tym bardziej wydawał mu się zagadkowy.  

“Przecież to doprawdy szczególne, że może wydawać głos tylko wtedy, gdy o tym nie 

myśli - zastanawiał się. - Chciałbym, aby Dawid mógł ją zbadać. Ale przypuszczam, że to 

wykluczone. Ci jej srodzy opiekunowie nie zgodzą się nigdy na coś podobnego”. 

background image

_ kobiecości  

Przez  następne  trzy  tygodnie  Eryk  Marshall  miał  wrażenie,  iż  żyje  życiem 

podwójnym,  tak  odmiennym  jedno  od  drugiego,  jak  gdyby  posiadał  dwie  różne 

osobowości.  

W  jednym  był  sumiennym,  gorliwym  nauczycielem  w  lindsayskiej  szkole 

powiatowej;  rozprawiał  o  teologii  z  Robertem  Williamsonem;  bywał  u  rodziców  swych 

uczniów i w uroczystym stroju spożywał z nimi kolację, chodził czasem na wiejskie tańce i 

nic  o  tym  nie  wiedząc,  siał  spustoszenie  w  sercach  lindsayskich  dziewcząt.  Lecz  to  życie 

było jakby snem tylko. 

Żył naprawdę jedynie w tym drugim, które spędzał w sadzie, zarosłym trawą, gdzie 

chwile  ociągały  się  niejako,  rozmiłowane  w  tym  zakątku,  a  czerwcowe  wiatry  igrały 

swobodnie wśród jodeł. Tutaj spotykał się codziennie z Kilmeny.  

W tym starym sadzie upływały im wspólnie godziny cichego szczęścia.  

Razem  przemierzali  krainę  dawnego  romantyzmu.  Czytali  razem  książki  i 

rozmawiali o wielu rzeczach. A kiedy im się to sprzykrzyło, Kilmeny brała do ręki skrzypce 

i sad rozbrzmiewał jej czarownymi, fantastycznymi melodiami.  

Przy  każdym  spotkaniu  przenikało  go  uczucie  radosnej  niespodzianki,  gdy 

uprzytamniał sobie jej piękność. Z dala od niej, wydawało mu się niemożliwe, aby była tak 

piękna,  jaką  pozostała  mu  w  pamięci.  Lecz  ujrzawszy  ją  znów,  stwierdzał,  że  jest  jeszcze 

piękniejsza. Nauczył się odnajdywać w jej oczach wyraz nietajonej radości, który zapalał się 

w nich na dźwięk jego kroków.  

Przychodziła  prawie  zawsze  pierwsza  i  widać  było,  że  cieszy  się,  iż  przyszedł. 

Okazywała szczere rozradowanie dziecka, które wita miłego towarzysza zabaw.  

Za każdym razem była w innym usposobieniu.  

Raz poważna, to znów wesoła, pełna godności, lub zamyślona.  

Ale zawsze czarująca. Stary ród Gordonów mógł sobie być dziwaczny i osobliwy, lecz 

miał chociaż tę jedną latorośl, w której wszystko było wdziękiem i harmonią. Serce i umysł, 

które nie zetknęły się z brudem świata, były równie piękne jak jej twarz.  

Niema  i  wychowana  z  dala  od  ludzi,  odgrodzona  od  życia  tym  podwójnym 

osamotnieniem, nie poznała jego brzydkich stron. Była bystra i zdolna. Często też uwagi jej 

tryskały dowcipem i humorem.  

Potrafiła  być  kapryśna  -  a  nawet  czarująco  przekorna.  Niewinna  złośliwość 

przebłyskiwała czasem w niezbadanej głębi jej niebieskich oczu. Ironia nie była jej również 

obca.  Wobec  mało  znaczącego  przejawu  młodzieńczej  zarozumiałości  czy  męskiej 

background image

wyższości,  umiała  przyciąć  Erykowi  uszczypliwym  zdaniem,  skreślonym  jej  ładnym 

pismem.  Przyswajała  sobie  szybko,  skwapliwie  i  gruntownie  myśli  zawarte  w  czytanych 

wspólnie  książkach,  wybierając  zawsze  najpiękniejsze  i  najprawdziwsze,  a  odrzucając 

błędne,  kłamliwe  i  bez  znaczenia  z  niezawodną  intuicją,  która  budziła  podziw  Eryka. 

Władała jakby włócznią Ithuriela, który badał nią wszystko, oddzielając śmiecie od złota. Z 

zachowania  i  wyglądu  była  jeszcze  dzieckiem,  lecz  raz  po  raz  przejawiała  się  w  niej 

prawdziwa  kobieta.  Przelotny  wyraz  twarzy,  znaczący  uśmieszek  zawierały  całą  kobiecą 

wiedzę i odwieczną mądrość. 

Eryka zachwycał sposób w jaki się uśmiechała. Uśmiech rodził się zawsze gdzieś w 

głębi  jej  oczu  i  zalewał  jej  twarz,  niby  skrzący  się  potok  co  wypływa  z  mroku  na  światło 

słońca. Młody człowiek dowiedział się o niej wszystkiego. Opowiedziała mu swe skromne 

dzieje z całą swobodą. Wspominała często wuja i ciotkę, do których była wyraźnie bardzo 

przywiązana. O matce pisała rzadko. Eryk pojął 

 nie tyle z tego, co pisała, ile z tego, co przemilczała, że Kilmeny kochała wprawdzie 

matkę,  lecz  bała  się  jej  trochę.  Nie  istniała  pomiędzy  nimi  swobodna,  piękna  zażyłość, 

łącząca matkę i dziecko. O Neilu pisała z początku często. Lubiła go widocznie. 

Później przestała wspominać o nim.  

Z  cudowną  bystrością  dostrzegała  i  rozumiała  każdą  przelotną  zmianę  wyrazu  w 

twarzy,  czy  głosie  Eryka,  zauważyła  więc  może  to,  z  czego  Eryk  nie  zdawał  sobie  sam 

sprawy - że przy wzmiankach o Neilu, wzrok jego stawał się chmurny i posępny.  

Raz zapytała go naiwnie:  

- Czy tam w świecie jest wielu ludzi takich, jak pan?  

- Ależ, tysiące - roześmiał się Eryk. 

Spojrzała  na  niego  poważnie,  po  czym  zaprzeczyła  szybkim,  stanowczym  ruchem 

głowy.  

- Wątpię w to - napisała. - Niewiele wiem o świecie, ale sądzę, że nie ma tam dużo 

takich ludzi, jak pan.  

Pewnego popołudnia, gdy dalekie wzgórza przywdziały purpurową szatę, a złocista 

mgła  wypełniała  przerwy  pomiędzy  nimi,  Eryk  przyniósł  do  sadu  cienką,  zniszczoną 

książkę, zawierającą historię miłosną. 

Po raz pierwszy czytał Kilmeny tego rodzaju utwór, gdyż w pierwszej powieści, jaką 

jej przyniósł, temat miłości był poruszony tylko z lekka, stanowiąc sprawę drugorzędną. A 

to był piękny romans, ślicznie napisany.  

background image

Czytał  go  Kilmeny  leżąc  w  trawie  u  jej  nóg.  Słuchała  obejmując  kolana  rękami,  a 

oczy miała spuszczone.  

Opowiadanie było niedługie i kiedy je skończył, zamknął książkę i spojrzał pytająco 

na swą towarzyszkę. 

- Czy podoba się pani? 

Sięgnęła powoli po tabliczkę i napisała. 

- Owszem, podoba mi się. Ale było mi także przykro. Nie wiedziałam, że człowiekowi 

może  się  podobać  coś,  co  sprawia  mu  przykrość.  Nie  wiem  dlaczego  było  mi  przykro. 

Wydało mi się, że utraciłam coś, czego nigdy nie posiadałam. Niemądre uczucie, prawda? 

Ale wie pan, nie zrozumiałam dobrze tej książki. Mowa w niej o miłości, a ja nie wiem nic o 

miłości.  

Mama powiedziała mi kiedyś, że miłość jest przekleństwem i powinnam modlić się, 

abym  jej  nie  zaznała  w  swym  życiu.  I  wyrzekła  to  z  taką  powagą,  że  uwierzyłam  jej.  A 

pańska książka uczy, że miłość jest błogosławieństwem. Najcudowniejszą i najwspanialszą 

rzeczą w życiu. Komu więc mam wierzyć? 

-  Miłość  -  miłość  prawdziwa  -  nie  jest  nigdy  przekleństwem,  Kilmeny  -  rzekł  Eryk 

poważnie. - Istnieje też miłość fałszywa, będąca przekleństwem. Może twoja matka sądziła, 

iż poznała właśnie takie uczucie i że ono zniszczyło jej życie. I tak popełniła omyłkę. Nie ma 

na  świecie  -  ani  też  w  niebie  -  jak  sądzę  -  nic  tak  prawdziwie  pięknego,  cudownego  i 

błogosławionego jak miłość. 

- A czy pan kochał kiedy - zapytała Kilmeny. 

Porozumiewając  się  przy  pomocy  pisma,  nie  mogła  bawić  się  w  omówienia,  lecz 

wyrażała się wprost, co było niekiedy kłopotliwe.  

Pytanie  to  zadała  z  całą  prostotą,  bez  żadnego  zakłopotania.  Nie  znała  żadnego 

powodu,  dla  którego  nie  miałaby  rozmawiać  z  Erykiem  o  miłości  tak,  jak  o  innych 

sprawach, o muzyce, książkach, podróżach.  

- Nie - odpowiedział Eryk - szczerze, jak mniemał. - Lecz każdy z nas ma jakiś ideał i 

spodziewa się spotkać go kiedyś.  

“Ideał kobiecy z młodzieńczych marzeń”.  

Sądzę, że i ja mam swój w jakimś tajemnym, niedostępnym zakątku mego serca. 

- Pański ideał kobiecy będzie pewno piękny, jak bohaterka tej książki?  

-  O  tak.  Kobieta  brzydka  nie  mogłaby  mi  się  podobać  -  rzekł  Eryk,  śmiejąc  się  i 

usiadł.  -  Nasze  ideały  są  zawsze  piękne,  bez  względu  na  to,  jakimi  okażą  się  w 

rzeczywistości. Ale słońce już zachodzi. Czas mknie po prostu w tym czarodziejskim sadzie. 

background image

Przypuszczam,  że  pani  zaczarowuje  mijające  chwile.  Pani  imienniczka  z  ballady  była 

dziewczęciem  niezwykłym,  o  ile  dobrze  pamiętam.  Siedem  lat,  spędzonych  w  krainie 

duszków,  było  dla  niej  tym,  czym  pół  godziny  na  powierzchni  ziemi  dla  zwykłych  ludzi. 

Pewnego dnia obudzę się, przekonany, że byłem tu godzinę i spostrzegę, że jestem starym 

człowiekiem  o  siwych  włosach,  w  zniszczonym  ubraniu,  podobnie  jak  w  baśni,  którą 

czytaliśmy  onegdaj.  Czy  pozwoli  pani  ofiarować  sobie  tę  książkę,  nie  mógłbym  już  nigdy 

czytać  jej  w  innym  miejscu  niż  tu.  Byłoby  to  profanacją.  Książka  ta  jest  stara,  Kilmeny. 

Nowa,  pachnąca  sklepem,  nie  nadawałaby  się  dla  pani,  choć  byłaby  najpiękniejsza.  Była 

własnością  mojej  matki,  która  czytała  ją  i  lubiła.  O  widzi  pani  -  oto  są  jeszcze  zasuszone 

płatki róż, które do niej włożyła. Napiszę tu pani imię - to śliczne,  wdzięczne  imię, jakby 

stworzone  dla  pani  -  “Kilmeny  z  Sadu”  i  datę  pięknego,  czerwcowego  dnia,  w  którym 

przeczytaliśmy  ją  razem.  A  kiedy  pani  na  nią  spojrzy,  przypomni  pani  sobie  mnie  i  biały 

pąk, rozchylający się na krzaku obok pani oraz szelest wiatru w wierzchołkach jodeł.  

Podał jej książkę, ale ku jego zdziwieniu, potrząsnęła głową i zarumieniła się. 

- Nie chce pani przyjąć tej książki? Dlaczego?  

Sięgnęła po ołówek. Tym razem nie pisała szybko jak zwykle, lecz zupełnie powoli.  

- Proszę nie gniewać się na mnie. Nie potrzebuję niczego, aby pamiętać o panu, bo 

nigdy pana nie zapomnę. Ale wolałabym nie przyjąć tej książki. Nie chcę czytać jej po raz 

drugi. Jest o miłości, a po cóż mam wiedzieć o miłości, nawet jeśli jest taka, jak pan mówi. 

Nikt mnie nie pokocha. Jestem zbyt brzydka.  

-  Pani!  Brzydka!  -  wykrzyknął  Eryk  i  byłby  wybuchnął  śmiechem  na  tę  myśl,  lecz 

spojrzawszy na jej odwróconą twarz, spoważniał. 

Malował  się  na  niej  wyraz  bolesnej  goryczy  taki,  jaki  widział  już  przedtem,  gdy 

zapytał ją, czy nie chciałaby zobaczyć świata na własne oczy.  

- Kilmeny - rzekł ze zdziwieniem - przecież pani nie uważa się chyba naprawdę za 

brzydką?  

Skinęła głową, nie patrząc na niego, po czym napisała:  

- Och, wiem, że jestem brzydka. Wiem o tym od dawna. Mama mówiła mi, że jestem 

bardzo brzydka i że nikt nie zechce na mnie patrzeć. To bardzo przykre. Świadomość mojej 

brzydoty  boli  mnie  bardziej  niż  to,  że  jestem  niema.  Uważa  pan  pewno,  że  to  bardzo 

niemądrze z mej strony, ale tak jest. I dlatego nie wracałam przez tyle dni do sadu, nawet 

kiedy  przezwyciężyłam  już  swój  strach.  Nie  mogłam  znieść  myśli,  że  pan  będzie  uważał 

mnie za brzydką. Dlatego też nie chcę nigdzie bywać, ani widywać ludzi. Patrzyliby na mnie 

tak, jak patrzył kiedyś handlarz jaj, gdy z ciocią Janą podeszłam do jego wozu na wiosnę, 

background image

po śmierci mamy. Tak się we mnie wpatrywał! Wiedziałam,  że to  dlatego, iż wydawałam 

mu się tak brzydką i odtąd chowałam się zawsze, ile razy przyjeżdżał. 

Usta Eryka zadrgały.  

Pomimo współczucia  dla istotnego cierpienia, widniejącego w jej  oczach, nie  mógł 

oprzeć  się  uczuciu  rozbawienia,  tak  niesłychana  była  myśl,  że  ta  piękna  dziewczyna 

uważała się zupełnie poważnie za brzydką. 

- Ależ, Kilmeny, czy widząc się w lustrze, uważa się pani za brzydką?  

-  Nie  przeglądałam  się  nigdy  w  lustrze  -  napisała.  -  Nie  widziałam  nawet,  że  taka 

rzecz istnieje. Dopiero po śmierci mamy, przeczytałam o tym w książce. Wtedy zapytałam 

ciocię  Janę,  a  ona  powiedziała,  że  mama  stłukła  wszystkie  lustra  w  domu,  kiedy  byłam 

jeszcze  niemowlęciem.  Ale  widziałam  moją  twarz  odbitą  w  łyżkach  i  okrągłej,  srebrnej 

cukiernicy cioci. I jest brzydka - bardzo brzydka.  

Eryk ukrył twarz w trawie.  

Nie  był  w  stanie  powstrzymać  się  od  śmiechu,  ale  nie  chciał  za  nic,  aby  Kilmeny 

dostrzegła, że się śmieje.  

Owładnęła  nim  jakaś  przekorna  zachcianka  i  nie  pośpieszył  wyjaśnić  jej  prawdy, 

choć takim był pierwszy jego odróch.  

Zamiast tego rzekł powoli, skoro odważył się wreszcie spojrzeć na nią.  

- Nie uważam, by pani była brzydka, Kilmeny.  

- Kiedy ja jestem tego pewna - zaprzeczyła. - Nawet Neil tak uważa. Mówi, że jestem 

dobra i miła, ale gdy go zapytałam, czy wydaję mu się bardzo brzydką, odwrócił głowę i nie 

odpowiedział  nic,  więc  wiem  jakiego  jest  zdania.  Ale  nie  mówmy  o  tym  więcej.  Bo 

odczuwam wtedy żal i nie mogę się już niczym cieszyć.  

Zagram panu coś na pożegnanie i proszę się nie obrazić, że nie chcę przyjąć pańskiej 

książki. Czułabym się nieszczęśliwa, czytając ją. 

-  Nie  obrażę  się  -  odpowiedział  Eryk  -  i  myślę,  że  przyjmie  ją  pani  kiedyś  -  gdy 

pokażę pani coś, co chciałbym, aby pani zobaczyła. I niech się pani nie przejmuje swoim 

wyglądem. Piękność nie jest wszystkim. 

-  Lecz  znaczy  wiele  -  napisała  naiwnie.  -  Ale  pan  lubi  mnie,  chociaż  jestem  taka 

brzydka, prawda? Lubi mnie pan, dlatego, że ładnie gram?  

- Lubię panią bardzo, Kilmeny - rzekł Eryk i zaśmiał się. 

Lecz w głosie jego zadźwięczała bezwiedna tkliwość. Kilmeny wyczuła to i sięgnęła 

po skrzypce, uśmiechając się z zadowoleniem.  

background image

Grała też, gdy odchodził i przez całą drogę mrocznym, pachnącym żywicą, jodłowym 

lasem dźwięki jej muzyki towarzyszyły mu, niby jakiś niewidzialny, opiekuńczy duch.  

-  Piękna  Kilmeny!  -  szeptał  -  i  Boże  drogi,  to  dziecko  sądzi,  że  jest  brzydkie.  Ona, 

mająca  twarz  bardziej  uroczą  od  jakiejkolwiek  twarzy,  wyśnionej  przez  artystę. 

Osiemnastoletnia  dziewczyna,  która  nie  spojrzała  nigdy  w  lustro!  Ciekaw  jestem,  czy 

istnieje  taka  druga  w  którymkolwiek  z  cywilizowanych  krajów  świata!  Kto  wie,  czy 

Małgorzata Gordon była całkiem przy zdrowych zmysłach? dziwne, że Neil nie powiedział 

Kilmeny prawdy. Może nie chce, by ją poznała.  

Eryk  spotkał  Neila  kilka  dni  wcześniej  na  wiejskiej  zabawie,  gdzie  chłopak 

przygrywał do tańca na skrzypcach. 

Z  ciekawości  zawarł  z  nim  znajomość.  Z  początku  Neil  był  rozmowny  i  uprzejmy. 

Lecz  gdy  tylko  Eryk  napomknął  zręcznie  o  Gordonach,  wyraz  jego  twarzy  i  zachowanie 

uległy zmianie.  

Stał  się  czujny,  podejrzliwy,  prawie  wrogi,  a  spojrzenie  wielkich,  czarnych  oczu 

sposępniało.  Pociągnął  smyczkiem  po  strunach  tak,  jakby  chciał  zakończyć  rozmowę, 

dobywając  z  nich  niemiły  dźwięk.  Jasne  było,  że  od  Neila  nie  będzie  się  można  niczego 

dowiedzieć o Kilmeny i jej srogich opiekunach. 

background image

Zmącenie wód  

Pewnego  wieczora  pod  koniec  czerwca  pani  Williamson  siedziała  w  kuchni  przy 

oknie.  

Robota  na  drutach  leżała  nie  tknięta  na  jej  kolanach.  Nie  zwracała  też  uwagi  na 

Tymoteusza, chociaż zwinął się pieszczotliw_ie u jej nóg na dywaniku i mruczał głośno.  

Wsparła głowę na dłoni i patrzyła przez okno ku dalekiej przystani. 

“Muszę  z  nim  pomówić  -  rozmyślała  -  choć  przykra  to  dla  mnie  rzecz.  Nie  lubię 

wtrącać  się  do  cudzych  spraw.  Moja  matka  mawiała  zawsze,  że  w  dziewięćdziesięciu 

dziewięciu  wypadkach  na  sto,  nie  wynika  z  tego  nic  dobrego.  Ale  uważam  to  za  swój 

obowiązek.  Byłam  przyjaciółką  Małgorzaty  i  powinnam  chronić  jej  córkę  w  miarę  mych 

możliwości. Jeżeli pan Marshall pójdzie tam znowu, aby się z nią zobaczyć, powiem mu, co 

o tym myślę.”  

Na górze Eryk gwizdał, chodząc po swym pokoju. Po chwili zszedł. Myślał o sadzie i 

dziewczynie, która będzie tam na niego czekała. 

Mijając niewielkie frontowe drzwi, usłyszał, że pani Williamson woła go. 

- Panie Eryku, proszę wejść do mnie na chwilę.  

Eryk wszedł do kuchni.  

Pani Williamson spojrzała na niego prosząco. Na jej zwiędłych policzkach ukazał się 

rumieniec, a głos jej drżał. 

- Panie Eryku, chciałabym pana o coś zapytać. Może będzie pan uważał, że wtrącam 

się do nie swoich spraw. Ale nie pytam, aby się wtrącać. O nie! Tylko uważam to za swój 

obowiązek. Rozważałam tę sprawę długo i wydaje mi się, że powinnam pomówić z panem. 

Czy wybiera się pan znowu do sadu Connorsów, aby spotkać się z Kilmeny?  

Przez chwilę rumieniec gniewu płonął na twarzy Eryka. Nie tyle słowa, ile ton, jakim 

pani Williamson je powiedziała, zaskoczył go i wywołał jego niezadowolenie.  

- Tak - rzekł chłodno. - I cóż z tego?  

-  W  takim  razie  -  oświadczyła  pani  Williamson  bardziej  stanowczo  -  muszę  panu 

powiedzieć, że nie postępuje pan dobrze. Podejrzewałam przez cały czas, że pan tam chodzi 

codziennie,  ale  nie  wspominałam  o  tym  ani  słowem,  nikomu.  Nawet  mojemu  mężowi. 

Proszę mi jednak powiedzieć, czy wuj i ciotka Kilmeny wiedzą, że spotykacie się w sadzie?  

- No tego - ja - ja - nie wiem - rzekł Eryk trochę zmieszany. - Ale pani Williamson, 

nie podejrzewa mnie pani chyba o żadne złe, czy krzywdzące zamiary wobec Kilmeny?  

-  Broń  Boże.  Pomyślałabym  tak  o  niejednym  mężczyźnie,  ale  nigdy  o  panu.  Nie 

przyszłoby  mi  nawet  na  myśl,  by  pan  mógł  wyrządzić  rozmyślnie  krzywdę  jej,  czy  też 

background image

jakiejkolwiek  innej  kobiecie.  A  jednak  może  pan  ją  skrzywdzić.  Niech  pan  się  tylko 

zastanowi.  Bo  jestem  pewna,  że  nie  pomyślał  pan  o  tym.  Kilmeny  nie  zna  świata  ani 

mężczyzn i gotowa myśleć za wiele o panu. A to mogłoby ją unieszczęśliwić, bo nie ożeni 

się pan przecież z dziewczyną, która jest niema. Nie powinien więc pan widywać się z nią 

tak często i to w ten sposób. Niech pan przestanie chodzić do sadu. 

Młody człowiek wyszedł bez słowa z kuchni i udał się na górę do swego pokoju. 

Pani Williamson podjęła z westchnieniem swą robotę. 

-  No,  Tymoteuszu,  jestem  zadowolona,  że  się  już  rozmówiłam  -  rzekła.  - 

Przypuszczam,  że  to,  co  powiedziałam,  wystarczy.  Pan  Marshall  jest  młodzieńcem 

szlachetnym, tylko trochę nierozważnym. Teraz, kiedy otworzyłam mu oczy, jestem pewna, 

że postąpi, jak powinien. Nie chcę, by córka Małgorzaty była nieszczęśliwa.  

W  kuchennych  drzwiach  pojawił  się  Robert  i  przysiadł  na  schodkach,  by  wypalić 

spokojnie wieczorną fajkę.  

Wypuszczając  kłęby  dymu,  opowiadał  żonie  o  starszym  Tracy,  o  kawalerze  Marii 

Alicji Martini, o nagrodzie, jaką Jake Crosby wyznaczył za jaja, o ilości siana zebranego z 

łąki  na  wzgórzu,  o  cielęciu  starej  Molly,  z  którym  miała  kłopot  i  o  zaletach  kur  z  rasy 

Brahma i Plymouth Rock.  

Pani  Williamson  nie  słuchała  go  prawie  i  wtrącała  niekiedy  jakieś  słowo  na  chybił 

trafił.  

- Co się stało naszemu nauczycielowi, matko? - zapytał wreszcie Robert. - Słyszę, że 

chodzi tam i z powrotem po swoim pokoju, jakby był uwięziony. Nie zamknęłaś go chyba 

przez pomyłkę?  

- Może martwi się zachowaniem Seth~a Tracy w szkole? 

Pani Williamson wyraziła to przypuszczenie, gdyż wolała, aby jej gadatliwy mąż nie 

domyślał się prawdy o Eryku i Kilmeny.  

- Głupstwo. Nie ma się czym przejmować. Seth da spokój, jak się tylko przekona, że 

nie poradzi nauczycielowi. A dobry z niego nauczyciel - jak rzadko. Lepszy nawet od pana 

Westa,  a  to  nie  byle  co.  Opiekunowie  szkolni  spodziewają  się,  że  pozostanie  na  dalsze 

półrocze. Chcą go o to zapytać jutro, na szkolnym zebraniu i podwyższyć mu płacę. 

Na górze zaś, w małym pokoju na poddaszu, Eryk Marshall znajdował się we władzy 

przemożnego i najsilniejszego wzruszenia, jakiego doznał w życiu. Przemierzał pokój tam i 

z powrotem, zaciskając usta i ręce.  

Wreszcie padł wyczerpany na krzesło, przy oknie, walcząc z naporem uczuć.  

background image

Słowa  pani  Williamson  zerwały  zwodniczą  zasłonę.  Stanął  twarzą  w  twarz  wobec 

świadomości,  że  kocha  Kilmeny  Gordon  miłością,  która  pojawia  się  tylko  raz  i  nie  mija. 

Dziwił się, iż mógł być tak długo ślepy. Zrozumiał, że pokochał ją od pierwszego razu, gdy 

ujrzał  ją  tam  w  starym  sadzie,  w  majowe  popołudnie.  I  wiedział,  iż  musi  wybrać  jedno  z 

dwojga, albo przestać bywać w sadzie, albo pójść tam jako starający się i oświadczyć się o 

rękę  Kilmeny?  Światowa  przezorność,  będąca  dziedzictwem  po  licznych  pokoleniach 

rozważnych przodków o trzeźwych umysłach, silna była w Eryku i nie poddał się on łatwo 

ani też prędko nakazom swej miłości.  

Przez  całą  noc  staczał  walkę  z  nowymi  uczuciami.  Groziły  one  zagłuszeniem 

“zdrowego rozsądku”, którego Dawid nakazywał mu nie wyzbywać się, gdy będzie starał się 

o żonę.  

Czyż małżeństwo z Kilmeny Gordon nie byłoby czynem nierozsądnym pod każdym 

względem?  

Z  kolei  wezbrało  w  nim  i  opanowało  go  coś  silniejszego,  większego  i  bardziej 

żywotnego, niż mądrość lub nierozwaga.  

Kilmeny, piękna, niema Kilmeny, była jak pomyślał raz mimo woli, tą “jedyną” dla 

niego dziewczyną. 

Nic ich nie rozłączy. Nie mógł znieść nawet myśli o tym, że miałby nie zobaczyć jej 

więcej. I śmiał się sam z siebie, iż brał w ogóle pod uwagę podobną możliwość.  

“O  ile  pozyskam  miłość  Kilmeny,  poproszę  o  jej  rękę”  -  postanowił,  patrząc  przez 

okno w stronę ciemnego wzgórza na południowym zachodzie, za którym znajdował się sad.  

Na  niebie  jaśniały  jeszcze  gwiazdy,  lecz  odblask  świtu,  pojawiającego  się  na 

wschodzie, srebrzył już wodę w zatoce.  

-  Kalectwo  jej  uczyni  mi  ją  tylko  droższą.  Nie  mogę  pojąć,  że  miesiąc  temu  nie 

znałem  jej  wcale.  Wydaje  mi  się,  że  była  zawsze  częścią  mego  życia.  Ciekaw  jestem,  czy 

moja  nieobecność  zasmuciła  ją  -  o  ile  czekała  na  mnie.  Czy  żywi  dla  mnie  jakieś  głębsze 

uczucie? Jeśli tak, to nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy i moim wdzięcznym zadaniem 

będzie nauczyć ją, czym jest miłość, a żaden mężczyzna nie miał uczennicy bardziej uroczej 

i niewinnej.  

Na  dorocznym  szkolnym  zebraniu  opiekunowie  poprosili  Eryka,  aby  pozostał  w 

Lindsay jako nauczyciel do końca roku. Zgodził się bez wahania. 

Tegoż wieczora wstąpił do pani Williamson, gdy zmywała w kuchni naczynia. 

- Idę do sadu Connorsów, pani Williamson, zobaczyć się z Kilmeny.  

Spojrzała na niego z wyrzutem. 

background image

- Cóż, proszę pana, nie mam nic więcej do powiedzenia. I sądzę, że gdybym nawet 

miała, nie zdałoby się to na nic. Wie pan jednak, co o tym myślę. 

- Mam zamiar ożenić się z Kilmeny, o ile zdołam pozyskać jej uczucie.  

Wyraz zdumienia pojawił się na twarzy poczciwej kobiety. Patrzyła chwilę badawczo 

w spokojne, szare oczy Eryka i na stanowczy wyraz jego ust. Po czym odezwała się głosem 

niepewnym:  

-  Czy  uważa  pan,  że  to  mądrze?  Kilmeny  jest,  zdaje  się,  ładna.  Wiem  o  tym  od 

handlarza  jaj.  I  nie  wątpię,  że  to  dobra,  miła  dziewczyna.  Ale  nie  nadaje  się  na  żonę  dla 

pana - przecież jest niema.  

- Nie stanowi to dla mnie żadnej różnicy.  

- A co powie pańska rodzina?  

- Mam tylko ojca. Skoro zobaczy Kilmeny, zrozumie. Ona jest dla mnie wszystkim. 

-  A  więc  nie  ma  o  czym  mówić,  dopóki  pan  jest  tego  zdania  -  odpowiedziała  pani 

Williamson  spokojnie.  -  Na  pana  miejscu  miałabym  pewne  obawy.  Ale  wy  młodzi,  nie 

myślicie nigdy o tych rzeczach.  

- Moją jedyną obawą jest, że nie pokocha mnie - rzekł Eryk poważnie.  

Pani  Williamson  obrzuciła  przystojnego,  barczystego  młodzieńca  bacznym 

spojrzeniem. 

- Wątpię, by znalazło się wiele kobiet, które powiedziałyby panu “nie”. Życzę panu 

powodzenia  w  pańskich  zamiarach,  chociaż  nie  mogę  oprzeć  się  myśli,  że  postępuje  pan 

nierozważnie.  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  pan  miał  przykrości  z  Tomaszem  i  Janą.  Nie 

wiadomo  nigdy  jak  oni  postąpią,  tak  się  różnią  od  innych  ludzi.  Ale  niech  pan  usłucha 

mojej rady i pójdzie do nich od razu. Niech się pan nie spotyka z Kilmeny bez ich wiedzy.  

- Rozumie się, że zrobię tak, jak mi pani radzi - rzekł Eryk poważnie. - Byłbym to 

uczynił wcześniej. Nie pomyślałem o tym po prostu. Może już wiedzą... Kilmeny mogła im 

powiedzieć.  

Pani Williamson potrząsnęła stanowczo głową:  

-  Nie,  proszę  pana.  Nie  uczyniła  tego.  Gdyby  o  tym  wiedzieli,  nie  pozwoliliby  jej 

nigdy  spotykać się  z panem w  sadzie. Znam  ich  zbyt dobrze,  abym mogła przypuścić coś 

podobnego  choć  przez  chwilę.  Niech  pan  pójdzie  do  nich  i  powie  im  to,  co  pan  mnie 

powiedział.  Tak  będzie  najlepiej.  I  strzeż  się  pan  Neila.  Gotów  spłatać  panu  brzydkiego 

figla, jeżeli tylko będzie mógł - jestem tego pewna. Nie można ufać tym obcokrajowcom - a 

on jest tak samo obcy, jak jego rodzice - chociaż chowano go nie inaczej, niż nasze dzieci. 

Wyczuwam zawsze tę jego obcość, kiedy widzę go, śpiewającego w kościele.  

background image

-  Nie  obawiam  się  Neila  -  rzekł  Eryk  lekceważąco.  -  Nic  dziwnego,  że  kocha 

Kilmeny, któż mógłby jej nie kochać.  

-  Przypuszczam,  że  każdy  młody  człowiek,  który  jest  taki,  jakim  młody  człowiek 

powinien  być,  powie  to  samo  o  swojej  wybranej  -  zauważyła  pani  Williamson  z  lekkim 

westchnieniem. 

I gdy Eryk wyszedł, patrzyła za nim z niepokojem, dopóki nie znikł jej z oczu.  

“Miejmy  nadzieję,  że  wszystko  skończy  się  dobrze  -  rozmyślała.  -  I  że  on  nie 

popełnia wielkiego błędu, a jednak - obawiam się czegoś. Kilmeny musi być bardzo ładna, 

skoro go tak oczarowała. No cóż, niewiele to pomoże, że będę się tym martwiła. Wolałabym 

jednak, aby nie był nigdy trafił do tego sadu i nie spotkał Kilmeny.”  

background image

Zakochany  

Kilmeny była w sadzie, gdy Eryk nadszedł. Przystanął na chwilę w cieniu jodłowego 

lasu, aby pomarzyć, patrząc na jej piękność.  

Sad  zalała  ostatnio  powódź  kwitnącego  kminku  i  Kilmeny  stała  wśród  tego  morza 

koronkowego kwiecia, falującego wokół niej na wietrze.  

Miała  na  sobie  skromną  niebieską  sukienkę,  tę  samą,  w  której  zobaczył  ją  po  raz 

pierwszy.  

Jedwabny strój nie mógłby uwydatnić lepiej jej urody. Uwiła sobie wianuszek z na 

wpół  rozchylonych  białych  pąków  róż  i  włożyła  go  na  swe  ciemne  włosy,  gdzie  delikatne 

kwiaty nikły przy pięknie jej twarzy.  

Skoro Eryk przedostał się do sadu przez dziurę w płocie, pobiegła mu na spotkanie, 

uśmiechnięta, wyciągając ku niemu ręce.  

Ująwszy dłonie Kilmeny, spojrzał jej w oczy tak, że po raz pierwszy nie wytrzymała 

jego wzroku. Spuściła oczy, a gorący rumieniec zabarwił biel jej policzków i szyi.  

Serce Eryka zabiło żywiej, gdyż rumieniec ten był pierwszym zwiastunem rodzącego 

się uczucia.  

- Cieszy się pani, że przyszedłem? - zapytał cichym, znaczącym głosem. 

Skinęła głową i napisała z pewnym zakłopotaniem.  

-  Tak.  Dlaczego  pan  pyta?  Przecież  pan  wie,  że  cieszę  się  zawsze,  gdy  pan 

przychodzi.  Obawiałam  się,  że  pan  nie  przyjdzie.  Nie  przyszedł  pan  wczoraj  i  było  mi 

bardzo smutno. A w sadzie nie było już wcale miło. Nie mogłam nawet grać. Próbowałam, 

ale skrzypce łkały tylko. Czekałam dopóki się nie ściemniło, a potem poszłam do domu. 

-  Żałuję  bardzo,  że  sprawiłem  pani  zawód.  Nie  mogłem  przyjść  wczoraj.  Kiedyś 

powiem pani dlaczego. Zostałem w domu, aby nauczyć się czegoś nowego. Przykro mi, że 

odczuła pani moją nieobecność - a raczej cieszy mnie to. Czy rozumie pani, jak ktoś może 

doznawać przykrości i radości z tego samego powodu?  

Skinęła ponownie głową.  

Odzyskała swą zwykłą swobodę. 

- Dawniej nie zrozumiałabym tego, ale teraz rozumiem. Czy nauczył się pan już?  

- O tak i to dokładnie. A skoro zrozumiałem wszystko dobrze, przekonałem się, że to 

cudowna  rzecz.  Muszę  nauczyć  tego  kiedyś  i  panią.  Usiądźmy  na  ławce,  Kilmeny.  Chcę 

pani coś powiedzieć. Ale najpierw, czy dostanę od pani różę?  

Kilmeny podbiegła do krzewu i po starannym namyśle, wybrała prześliczny, na wpół 

rozkwitły pąk i zerwała go dla Eryka. Pąk był biały, lekko zaróżowiony.  

background image

- Dziękuję pani. Jest tak piękny jak - jak pewna moja znajoma.  

Na twarzy Kilmeny pojawił się przy tych słowach wyraz zamyślenia. Skierowała się 

ku ławce, idąc przez sad ze zwieszoną głową. 

- Kilmeny - odezwał się Eryk poważnie  -  chcę poprosić panią o coś. Pójdziemy  do 

pani domu i przedstawi mnie pani wujowi i ciotce.  

Podniosła  głowę  i  wpatrzyła  się  w  niego  z  niedowierzaniem,  jak  gdyby  zażądał  od 

niej czegoś zupełnie niemożliwego, a kiedy zrozumiała, widząc jego poważną minę, że nie 

żartuje,  w  oczach  jej  pojawił  się  wyraz  trwogi.  Potrząsnęła  głową  nieledwie  gwałtownie, 

czyniąc jak gdyby namiętny, podświadomy wysiłek, aby przemówić.  

Po czym schwyciła ołówek i napisała z gorączkowym pośpiechem:  

-  Nie  mogę  tego  zrobić.  Niech  mnie  pan  o  to  nie  prosi.  Pan  tego  nie  rozumie. 

Gniewaliby się bardzo. Nie chcą, aby ktokolwiek bywał u nich. I zabroniliby mi przychodzić 

tutaj. Och, pan nie chce chyba tego naprawdę? 

Erykowi  było  żal  Kilmeny,  gdyż  spojrzenie  jej  wyrażało  smutek  i  zmieszanie. 

Ująwszy jej smukłe dłonie w swoje ręce, rzekł jednak stanowczo.  

-  Owszem,  Kilmeny,  chcę  tego.  Nie  powinniśmy  spotykać  się  tu,  tak,  jak  to 

czyniliśmy, bez wiedzy i zgody pani opiekunów. Pani nie może tego zrozumieć, lecz proszę 

wierzyć temu, co mówię.  

Patrzyła  w  jego  oczy  pytająco,  żałośnie.  To,  co  w  nich  wyczytała,  przekonało  ją 

widocznie,  pobladła  bowiem  silnie,  a  na  twarzy  jej  pojawił  się  wyraz  przygnębienia. 

Uwolniwszy swe ręce, napisała powoli: 

-  Muszę  panu  wierzyć,  skoro  pan  mówi,  że  nie  powinniśmy  tego  robić;  ale  nie 

wiedziałam, że rzecz tak przyjemna, może być czymś złym. Lecz jeśli tak jest, nie będziemy 

się  tu  więcej  spotykali.  Mama  mówiła  mi,  żebym  nie  robiła  nigdy  rzeczy  złych.  Nie 

wiedziałam, że w tym jest coś złego. 

-  Pani  nie  postąpiła  źle.  To  ja  zawiniłem  trochę,  bo  wiedziałem  lepiej,  a  raczej 

powinienem był wiedzieć. Nie pomyślałem po prostu - jak powiadają dzieci. Pewnego dnia 

zrozumie  pani  wszystko.  A  teraz,  chodźmy  do  wuja  i  ciotki.  Pomówię  z  nimi  i  potem 

będziemy mogli spotykać się swobodnie, czy tu, czy gdzie indziej.  

Potrząsnęła głową.  

- Nie - napisała. - Wuj i ciotka każą panu odejść i nie wracać więcej. I nie pozwolą 

mi przychodzić tutaj. Nie będę przychodziła, jeśli nie powinnam, ale do nich nie ma po co 

iść.  Nie  wspominałam  im  o  panu,  bo  wiedziałam,  że  zabronią  mi  widywać  się  z  panem. 

Lecz teraz żałuję, skoro było w tym coś złego.  

background image

- Muszę pójść do nich - oświadczył Eryk stanowczo. - Jestem przekonany, że obawy 

pani nie sprawdzą się, gdy wyjaśnię wujowi i ciotce wszystko.  

Kilmeny, bynajmniej nie pocieszona, napisała: 

- Pójdziemy więc, skoro pan nalega, ale wiem na pewno, że to bezcelowe. Tylko nie 

dziś, bo nie ma ich w domu. Wyjechali do Radnor po zakupy. Pójdziemy jutro. A potem nie 

zobaczę pana więcej.  

Dwie wielkie łzy spłynęły z jej pięknych, niebieskich oczu i padły na tabliczkę. 

Usta  Kilmeny  drżały  jak  u  dziecka,  któremu  zbiera  się  na  płacz.  Odruchowo,  Eryk 

objął ją i przyciągnął ku sobie tak, iż głowa jej opadła na jego ramię. A gdy wsparta o niego, 

zapłakała  cicho  i  żałośnie,  przywarł  ustami  do  czarnych,  jedwabistych  splotów, 

przystrojonych  wianuszkiem  z  pąków  róż.  Nie  widział  dwojga  gorejących  oczu,  które 

patrzyły na niego spoza płotu. 

Płonął w nich szalony gniew i nienawiść.  

To Neil Gordon, skulony pod płotem, śledził ich, zaciskając ręce i dysząc ciężko.  

-  Kilmeny,  moja  droga,  proszę  nie  płakać  -  rzekł  Eryk  tkliwie.  -  Zobaczymy  się 

znowu.  Obiecuję  to  pani,  cokolwiek  by  się  stało.  Nie  sądzę,  by  wuj  pani  i  ciotka  byli  tak 

nierozsądni,  jak  się  pani  obawia,  lecz  gdyby  nawet,  nie  przeszkodzą  mi  spotykać  się  z 

panią.  

Młoda dziewczyna podniosła głowę i otarła łzy z oczu.  

-  Nie  zna  ich  pan  -  napisała.  -  Zamkną  mnie  w  moim  pokoju.  Zawsze  mnie  tak 

karali, gdy byłam mała. I zrobili to raz, nie tak dawno temu, gdy byłam już duża.  

- W takim razie jakoś panią uwolnię - zaśmiał się Eryk. 

Zdobyła się na uśmiech, ale bardzo słaby.  

Przestała płakać, nie odzyskała jednak humoru.  

Eryk opowiadał coś wesoło, a ona zamyślona i roztargniona, nie słuchała go prawie.  

A kiedy poprosił ją, by zagrała, potrząsnęła głową. 

-  Nie  potrafię  zagrać  dziś  żadnej  melodii  -  napisała.  -  Pójdę  do  domu.  Boli  mnie 

głowa i nie mogę jakoś zebrać myśli. 

-  Dobrze,  Kilmeny.  Tylko  proszę  się  nie  martwić,  mała  dziewczynko.  Wszystko 

będzie dobrze. 

Nie  podzielała  widocznie  jego  pewności,  bo  zwiesiła  znowu  głowę,  gdy  szli  razem 

przez sad.  

background image

Przy drożynie, wzdłuż której rosły dzikie czereśnie, przystanęła i spojrzała na niego 

z wyrzutem, podczas gdy jej oczy napełniły się łzami. Wydawało się, iż żegna się z nim bez 

słów.  

Ulegając  odruchowi  czułości,  którego  nie  mógł  pohamować,  Eryk  objął  ją 

ramieniem i ucałował jej czerwone, drżące usta.  

Kilmeny  szarpnęła  się  w  tył,  wydając  lekki  okrzyk.  Palący  rumieniec  opłynął  jej 

twarz. W następnej chwili uciekła szybko, ciemniejącą drożyną.  

Słodycz tego mimowolnego pocałunku pozostała na wargach Eryka i upajała go, gdy 

podążał ku domowi.  

Wiedział,  że  pocałunek  ów uczynił  z  Kilmeny  kobietę.  Czuł,  że  oczy  jej  nie  spojrzą 

już  nigdy  w  jego  oczy,  z  taką  jak  dotąd  niezmąconą  szczerością.  Kiedy  spojrzy  w  nie 

następnym razem, zobaczy w nich świadomość tego pocałunku. 

Tego wieczora Kilmeny pozostawiła za sobą w sadzie swe dzieciństwo.  

background image

W pętach miłości  

Udając  się  nazajutrz  do  sadu,  odczuwał  Eryk  pewne  zdenerwowanie.  Nie  wiedział 

jak go przyjmą Gordonowie, a to, co o nich słyszał, było stanowczo niezachęcające.  

Nawet pani Williamson, kiedy uprzedził ją, dokąd się wybiera, patrzyła na niego jak 

na kogoś, zamierzającego stawić czoło lwu w jego jaskini.  

Nie umiała powiedzieć mu nic lepszego, jak tylko, że spodziewa się, iż nie będą zbyt 

nieuprzejmi. Eryk liczył, że zastanie Kilmeny w sadzie, choć spóźnił się zatrzymany przez 

jednego z opiekunów. Nie dojrzał jej jednak nigdzie.  

Doszedł  aż  do  dróżki  wysadzonej  dzikimi  czereśniami,  lecz  skręcając  na  nią, 

zatrzymał się nagle, przestraszony.  

Zza  drzew  wyszedł  Neil  Gordon  i  stanąwszy  przed  nim,  mierzył  go  płonącymi 

oczyma. Usta miał skrzywione pod wpływem gwałtownego wzburzenia tak, iż w pierwszej 

chwili nie mógł dobyć głosu.  

Eryka  przeniknął  lęk,  gdyż  zrozumiał  natychmiast,  co  zaszło.  Neil  wykrył,  że  on  i 

Kilmeny spotykali się w sadzie i doniósł o tym Tomaszowi i Janie Gordon. Młody człowiek 

uświadomił sobie, jak źle się stało, że wydarzyło się to, zanim zdążył z nimi pomówić.  

Opiekunowie Kilmeny uprzedzą się do niego jeszcze bardziej. 

Gdy tak rozmyślał, gniew Neila znalazł nagle ujście w potoku gwałtownych słów.  

- Przyszedł pan znowu, aby się z nią spotkać! Ale nie ma jej tu - nie zobaczy jej pan 

więcej! Nienawidzę pana - nienawidzę - nienawidzę... - Głos jego przeszedł w przeraźliwy 

krzyk. Postąpił o krok naprzód, z wściekłością, jakby chciał rzucić się na Eryka. 

Ten spojrzał mu w oczy bez drgnienia, ze spokojnym wyzwaniem, o które dziki jego 

gniew rozbił się niby spienione fale o skałę.  

-  A  więc  naraziłeś  Kilmeny  na  przykrość,  Neilu?  -  odezwał  się  Eryk  wzgardliwie.  - 

Szpiegowałeś ją pewno. I powiedziałeś jej wujowi i ciotce, że widuje się tu ze mną. No cóż, 

wyręczyłeś  mnie  tylko.  Zamierzałem  powiedzieć  im  to  sam,  dziś  wieczorem.  Nie  wiem, 

jakie kierowały tobą pobudki? Zazdrość o mnie? Czy złośliwość wobec Kilmeny?  

Jego pogarda podziałała na Neila skuteczniej, niż uczyniłby to jakikolwiek przejaw 

gniewu.  

- Niech pana o to głowa nie boli - mruknął chłopak ponuro. - Nic panu do tego, co 

zrobiłem i dlaczego. I nie ma pan także po co łazić tutaj. Kilmeny nie przyjdzie tu więcej.  

-  W  takim  razie  zobaczę  się  z  nią  u  niej  w  domu  -  rzekł  Eryk  ostro.  -  Neilu, 

zachowując się w ten sposób, okazałeś się niemądrym i niesfornym chłopcem. Idę właśnie 

do wuja i ciotki Kilmeny, aby wyjaśnić im wszystko.  

background image

Neil zabiegł mu drogę. 

-  Nie  -  nie  -  niech  pan  tam  nie  idzie!  -  błagał.  -  Och,  proszę  pana,  niech  pan 

odejdzie! Zrobię dla pana wszystko, co pan zechce. Kocham Kilmeny. Kochałem ją zawsze. 

Dałbym  za  nią  życie.  Nie  mogę  patrzeć  na  to,  gdy  pan  tu  przychodzi,  aby  mi  ją  odebrać. 

Jeśli pan to zrobi - zabiję pana! Chciałem zabić pana wczoraj, gdy zobaczyłem, jak pan ją 

pocałował. O tak, widziałem pana. Śledziłem was, szpiegowałem - jeśli pan woli.  

Poszedłem za nią - podejrzewałem coś. Była taka inna - taka zmieniona. Nie chciała 

nosić kwiatów, które dla niej zrywałem. Zapominała jakby o tym, że istnieję. Wiedziałem, 

że coś stanęło między nami. A to pan. - Tu zaklął. - O, pożałuje pan tego!  

Podniecał się, wpadając znów we wściekłość - niepohamowaną wściekłość włoskiego 

wieśniaka,  gdy  natrafia  na  przeszkody  w  urzeczywistnianiu  swych  serdecznych  pragnień. 

Zerwała ona wszelkie hamulce, nałożone przez wychowanie i środowisko.  

Pomimo gniewu i doznanej przykrości poczuł Eryk współczucie dla Neila. Neil był 

jeszcze bardzo młody, a czuł się nieszczęśliwy i nie panował nad sobą.  

- Neilu, posłuchaj mnie - rzekł spokojnie. - Mówisz niemądrze. Nie od ciebie zależy, 

kto ma być lub nie, przyjacielem Kilmeny. Opamiętaj się i wracaj do domu jak przyzwoity 

człowiek.  Nie  boję  się  wcale  twoich  pogróżek.  I  będę  wiedział,  jak  mam  z  tobą  postąpić, 

gdybyś się nadal wtrącał do moich spraw i nie dawał spokoju Kilmeny. Nie należę do osób, 

które można tym odstraszyć.  

Powstrzymywana siła w jego wzroku i głosie podziałała hamująco na chłopaka.  

Neil  odwrócił  się  niechętnie  i  mruknąwszy  jeszcze  jedno  przekleństwo,  znikł  w 

gęstwinie sosen. 

Eryk poszedł dalej dróżką, wijącą się skrajem lasu do siedziby Gordonów. Pomimo 

swego  zewnętrznego  opanowania,  był  trochę  przejęty  tym  nieoczekiwanym  i  przykrym 

spotkaniem. 

Na myśl o Kilmeny serce jego biło żywiej. Co się tam z nią działo?  

Sprawozdanie Neila, o tym co wiedział, było z pewnością przesadne i nieścisłe i jej 

krewni musieli się bardzo na nią gniewać.  

Biedactwo!  Przyśpieszył  kroku,  zapominając  prawie  o  spotkaniu  z  Neilem.  Nie 

przywiązywał  wielkiego  znaczenia  do  gniewnego  wybuchu  zazdrosnego  chłopaka. 

Ważniejsze było, że swą nierozwagą naraził Kilmeny na przykrości.  

Wkrótce  młody  nauczyciel  znalazł  się  przed  domem  Gordonów.  Dom  był  stary  ze 

zwisającym okapem i dymnikami, pokryty gontami, które wystawione przez długie lata na 

wiatr  i  słotę,  przybrały  ciemnoszarą  barwę.  Okna  dolnego  piętra  były  zaopatrzone  w 

background image

wyblakłe,  zielone  okiennice.  Za  domem  był  las,  a  niewielkie  podwórze  od  frontu  było 

starannie utrzymane, choć rosła na nim tylko trawa.  

Niskie  drzwi  wejściowe  oplatał  natomiast  bujny  krzew  wczesnej,  pnącej  róży, 

pękiem  krwawoczerwonych  kwiatów  stanowiąc  niezwykłe  przeciwieństwo  do  ogólnej 

szarzyzny  otoczenia.  Usiłował  on  niejako  opanować  ponury,  stary  dom,  aby  wnieść  doń 

nieznaną tu radość i życie.  

Eryk zapukał do drzwi, zastanawiając się, czy nie ukaże się w nich Kilmeny. Ale w 

chwilę później otworzyła mu starsza kobieta, cała sztywna od rąbka ciemnej sukni, aż po 

czubek  głowy,  o  włosach  czarnych,  które  pomimo  kilku  szarych  nitek  były  jeszcze  gęste  i 

bujne.  Miała  pociągłą,  bladą  twarz,  trochę  zniszczoną  i  pokrytą  zmarszczkami,  lecz 

odznaczającą się pewnym surowym pięknem rysów, którego ani wiek, ani zmarszczki nie 

zatarły  całkowicie.  A  głęboko  osadzone,  jasnoszare  oczy  umiały  widać  patrzeć  życzliwie, 

chociaż w tej chwili zmierzyły Eryka z nie tajoną niechęcią. Prosty krój sukni uwydatniał 

kanciastość  postaci.  Lecz  ruchy  jej  i  postawa  były  pełne  godności,  która  podobała  się 

Erykowi.  W  każdym  razie  wolał  jej  szorstkość,  pozbawioną  uśmiechu,  niż  pospolitą 

gadatliwość. 

Uchylił kapelusza.  

- Czy mam zaszczyt mówić z panną Gordon? - zapytał. 

- Jestem Janina Gordon - odpowiedziała kobieta sucho.  

- Chciałbym pomówić z panią i pani bratem.  

- Proszę wejść. 

Usunęła się na bok i powiodła go ku niskim, brunatnym drzwiom na prawo.  

- Niech pan wejdzie i spocznie. Pójdę po Tomasza - rzekła chłodno i wyszła na dwór 

przez hall.  

Eryk wszedł do bawialnego pokoju i usiadł, jak mu powiedziano.  

Znajdował się w najbardziej staroświeckim pokoju, jaki zdarzyło mu się widzieć. 

W  zestawieniu  z  tymi  solidnymi  stołami,  których  drewno  ściemniało  ze  starości  i 

stało się lśniące, garnitur miękkich mebli z bawialnego pokoju pani Williamson wydawał 

się rażąco nowoczesny.  

Malowaną  podłogę  zaściełały  okrągłe  dywaniki  z  plecionki.  Na  stole,  stojącym 

pośrodku, znajdowała się lampa, oraz leżała biblia i kilka książek teologicznych, mających 

tyleż  lat,  co  i  meble.  Na  ścianach,  wyłożonych  do  połowy  drewnem,  a  powyżej  obitych 

ciemnymi,  wzorzystymi  tapetami,  wisiały  wyblakłe  sztychy,  przedstawiające  przeważnie 

osoby  o  wyglądzie  duchownych,  w  perukach,  płaszczach  i  pasach.  Lecz  nad  wysokim 

background image

czarnym  kominkiem  w  czerwonym  blasku,  jaki  zachodzące  słońce  rzucało  przez  okno, 

wisiał portret, który przykuł uwagę Eryka, usuwając w cień całą resztę. 

Było to “kredkowe” powiększenie z fotografii, przedstawiające młodą dziewczynę. I 

pomimo prostego wykonania stawało się łatwo ośrodkiem zainteresowania w tym pokoju. 

Eryk domyślił się od razu, że musiał to być portret Małgorzaty Gordon. Nie przypominał 

wprawdzie  wdzięcznej,  uduchowionej  twarzy  Kilmeny,  lecz  w  zarysie  brwi  i  podbródka 

zaznaczało  się  nieomylne  podobieństwo.  Twarz  na  portrecie  była  bardzo  piękna. 

Małgorzata  miała  widać  ciemne,  aksamitne  oczy  i  piękną  cerę.  Eryka  czarował  jednak 

raczej wyraz twarzy niż jej piękno. Nie widział dotąd nigdy twarzy, świadczącej o większej i 

bardziej nieugiętej sile woli. Małgorzata Gordon nie żyła i spoczywała w grobie. Portret był 

dziełem  tanim,  bez  artystycznej  wartości,  przy  tym  oprawiony  w  okropną  pluszową  i 

złoconą ramę. A jednak moc bijąca z tej twarzy, panowała wciąż jeszcze nad otoczeniem, 

jakąż musiała więc być potęga takiej indywidualności za życia?  

Młody człowiek zrozumiał, że ta kobieta mogła i przeprowadzała wszystko to, czego 

chciała,  nieugięcie  i  nieustępliwie.  Narzuciłaby  swe  życzenia  wszystkiemu  i  wszystkim 

wokół  siebie,  urabiając  ich  według  swej  woli,  wbrew  im  samym  i  bez  względu  na  ich 

sprzeciw.  

Wiele w wychowaniu i usposobieniu Kilmeny stało się dla niego zrozumiałe. 

“Gdyby  ta  kobieta  powiedziała  mi,  że  jestem  brzydki,  uwierzyłbym  jej  -  pomyślał 

sobie. - I to nawet mając lustro, które przeczyłoby temu. Nie przyszłoby mi nigdy na myśl, 

by  zaprzeczyć  jej  lub  poddawać  w  wątpliwość  to,  co  by  powiedziała.  Dziwna  siła,  jaką 

tchnie ta twarz, jest doprawdy niezwykła w zestawieniu z pięknem młodzieńczych rysów. 

Duma i upór, oto jej cechy charakterystyczne. No, Kilmeny nie przypomina wcale matki z 

wyrazu, a bardzo mało z rysów”. 

Wejście  Tomasza  i  Jany  Gordon  przerwało  jego  rozważania.  Tomasza  odwołano 

widocznie  od  pracy.  Skinął  tylko  głową  w  milczeniu,  po  czym  usiadł  wraz  z  siostrą 

naprzeciwko Eryka.  

- Przyszedłem do pana, panie Gordon, w sprawie pańskiej siostrzenicy - rzekł Eryk 

bez  wstępów,  pojmując,  że  z  tym  srogim  rodzeństwem  najlepiej  przystąpić  od  razu  do 

rzeczy.  -  Spotkałem  pańskiego  -  spotkałem  Neila  Gordona  w  sadzie  Connorsów  i 

dowiedziałem się, że powiadomił pana o tym, iż widywałem się tam z Kilmeny. 

Umilkł na chwilę. Tomasz Gordon skinął ponownie głową, lecz nie odezwał się i nie 

spuszczał  spokojnego,  przenikliwego  wzroku  z  zapłonionej  twarzy  młodego  człowieka. 

Jana siedziała bez ruchu w wyczekującej postawie. 

background image

- Obawiam się, że na tej podstawie powziął pan niekorzystne mniemanie o mnie - 

podjął  znów  Eryk.  -  Nie  sądzę  jednak,  bym  na  to  zasłużył.  Jeśli  pan  pozwoli,  wyjaśnię 

wszystko.  Spotkałem  pańską  siostrzenicę  przypadkowo  w  sadzie,  trzy  tygodnie  temu  i 

usłyszałem  ją  grającą.  Muzyka  jej  zachwyciła  mnie  i  odtąd  zacząłem  przychodzić  po 

południu  do  sadu,  aby  jej  posłuchać.  Nie  przyszło  mi  na  myśl,  bym  czynił  jej  tym 

jakąkolwiek krzywdę. Uważałem ją po prostu za dziecko i to dziecko podwójnie dla mnie 

święte, wskutek swego kalectwa. Lecz ostatnio... ostatnio... doszedłem do przekonania, że 

nie postępuję całkiem uczciwie, zachęcając ją do podobnych spotkań. Wczoraj wieczorem 

poprosiłem Kilmeny, aby poszła ze mną do państwa i przedstawiła mnie panu i swej ciotce. 

Bylibyśmy  przyszli  zaraz,  lecz  państwa  nie  było  w  domu.  Wobec  tego  umówiliśmy  się  na 

dziś.  

-  Powiedziała  nam  to  samo  -  odezwał  się  Tomasz  Gordon  powoli,  silnym, 

dźwięcznym głosem. - Nie uwierzyliśmy jej. Ale pańskie słowa zgadzają się z tym, co ona 

mówiła.  I  zaczynam  sądzić,  że  byliśmy  dla  niej  zbyt  surowi.  Lecz  to,  co  mówił  Neil, 

brzmiało  nieładnie  i  rozgniewało  nas  bardzo.  Nie  mamy  powodu,  by  dowierzać  zbytnio 

obcym  mężczyznom.  Być  może,  iż  nie  miał  pan  nic  złego  na  myśli.  Skłonny  jestem  w  to 

wierzyć. Ale te spotkania muszą się skończyć.  

-  Mam  nadzieję,  że  pozwoli  mi  pan  widywać  pańską  siostrzenicę,  panie  Gordon  - 

rzekł Eryk pośpiesznie. - Czy mógłbym odwiedzać ją tutaj? Nie wymagam, aby pan nabrał 

do mnie zaufania jedynie na podstawie moich własnych zapewnień. Mogę się powołać na 

osoby, zajmujące poważne stanowiska w Charlottentown i Queenslea. Jeśli pan zwróci się 

do nich...  

-  To  zbyteczne  -  rzekł  Tomasz  Gordon  spokojnie.  -  Wiem  o  panu  więcej,  niż  pan 

sądzi. Znam dobrze pańskiego ojca ze słyszenia i poznałem go nawet kiedyś. Wiem, że jest 

pan synem człowieka zamożnego, chociaż zachciało się panu być nauczycielem w wiejskiej 

szkole.  Lecz  skoro  nie  zdradzał  się  pan  z  tym,  pomyślałem  sobie,  że  nie  chce  pan,  aby 

wszyscy wiedzieli, jak się rzecz ma naprawdę, no i milczałem także. Nie słyszałem o panu 

nic  złego  i  nic  też  złego  nie  myślę,  teraz  kiedy  wiem,  że  nie  namawiał  pan  Kilmeny,  aby 

spotykała  się  z  panem  bez  wiedzy  swych  bliskich.  Nie  jest  pan  jednak  odpowiednim 

towarzyszem  dla  niej  mimo  wszystko,  a  raczej  -  tym  bardziej.  Im  rzadziej  będzie  pana 

widywała, tym lepiej.  

Młody  człowiek  o  mało  nie  zerwał  się  z  krzesła,  chcąc  zaprzeczyć  Tomaszowi  z 

oburzeniem.  Przypomniał  sobie  jednak  w  porę,  że  może  mieć  jedynie  wtedy  nadzieję 

zdobycia Kilmeny, gdy doprowadzi jej wuja do zmiany zdania.  

background image

Jak  dotąd  poszło  mu  lepiej,  niż  się  spodziewał.  Nie  wolno  mu  zniweczyć 

zniecierpliwieniem i brakiem rozwagi tego, co już osiągnął.  

-  Dlaczego  pan  tak  uważa,  panie  Gordon?  -  zapytał,  opanowując  się  z  pewnym 

wysiłkiem.  

-  No,  najlepiej  stawiać  sprawę  jasno.  Gdyby  pan  tu  przychodził  i  widywał  często 

Kilmeny, zaczęłaby może myśleć zbyt wiele o panu. I podejrzewam, że trochę złego już się 

stało. A potem pan wyjedzie i ona zostanie ze złamanym sercem, gdyż odczuwa wszystko 

głęboko.  Była  dotąd  szczęśliwa.  Wiem,  że  ludzie  mają  nam  za  złe  sposób,  w  jaki  była 

chowana, ale nie wiedzą oni wszystkiego. Tak było dla niej najlepiej - wziąwszy wszystko 

pod uwagę. I nie chcemy, aby ją ktoś unieszczęśliwił.  

- Ależ ja kocham pańską siostrzenicę i pragnę się z nią ożenić, o ile zdołam pozyskać 

jej wzajemność - odezwał się Eryk spokojnie. 

Tym razem słowa jego wytrąciły ich w końcu z równowagi.  

Oboje drgnęli i wpatrzyli się w niego, jakby nie dając wiary świadectwu swych uszu.  

- Ożenić się! Z Kilmeny! - wybuchnął Tomasz niedowierzająco. - Nie mówi pan tego 

chyba poważnie. Przecież ona jest niema.  

- Nie wpływa to na moją miłość dla niej, chociaż boleję nad tym głęboko ze względu 

na  Kilmeny.  Mogę  tylko  powtórzyć  to,  co  już  powiedziałem,  panie  Gordon.  Pragnę,  aby 

Kilmeny została moją żoną. 

Tomasz pochylił się naprzód z widocznym zakłopotaniem i utkwił wzrok w podłogę, 

ściągając krzaczaste brwi i uderzając końcami stwardniałych palców, jednym o drugi. Był 

najwidoczniej zaskoczony nieoczekiwanym obrotem rozmowy i wahał się, co odpowiedzieć.  

- A co pański ojciec powiedziałby na to? - zapytał w końcu. 

-  Ojciec  mój  twierdził  zawsze,  że  mężczyzna  powinien  żenić  się  według  własnego 

upodobania  -  rzekł  Eryk  z  uśmiechem.  -  Gdyby  miał  ochotę  zmienić  zdanie,  sądzę,  że 

widok  Kilmeny  nawróciłby  go.  Ale  ostatecznie  rozstrzyga  przecież  w  tej  sprawie  moje 

zdanie? Ukończyłem studia i nie lękam się pracy. Mogę zapewnić Kilmeny utrzymanie za 

parę  lat,  nawet  gdybym  musiał  polegać  wyłącznie  na  własnych  siłach.  Daj  mi  pan  tylko 

możność zdobycia jej - to wszystko, o co proszę.  

- Nie wiem, czy to będzie dobrze, proszę pana - rzekł Tomasz, potrząsając głową. - 

Rozumie  się,  że  pan...  pan...  -  chciał  powiedzieć  “kocha”,  lecz  szkocka  powściągliwość 

zatrzymała  się  uparcie  przy  tym  strasznym  dla  niej  słowie  -  że  panu  podoba  się  teraz 

Kilmeny, ale jest pan jeszcze bardzo młody, a młodzieńcze upodobania są zmienne. 

background image

- Moje nie zmieni się - przerwał Eryk gwałtownie. - To nie jest upodobanie, panie 

Gordon. To miłość, pojawiająca się w życiu tylko jeden jedyny raz. Tak, jestem młody, ale 

wiem, że nie ma dla mnie innej dziewczyny - tylko Kilmeny i - nie będzie nigdy. Nie mówię 

tego  nierozważnie,  bez  zastanowienia.  Przemyślałem  tę  sprawę  wszechstronnie.  A  wynik 

jest  jeden:  kocham  Kilmeny  i  chcę  tego,  do  czego  każdy  uczciwy  mężczyzna  -  kochający 

kobietę prawdziwie, ma prawo - chcę mieć możność zdobycia jej wzajemności. 

-  No  cóż!  -  Tomasz  Gordon  odetchnął  głęboko,  westchnął  prawie.  -  Być  może... 

Skoro  takie  są  pańskie  uczucia...  Nie  wiem...  bywają  rzeczy,  którym  nie  należy  się 

sprzeciwiać. Może nie powinniśmy... Jano, co mu odpowiedzieć?  

Jana Gordon nie odezwała się dotąd ani słowem. Siedziała sztywno wyprostowana 

na krześle, pod patrzącym uporczywie portretem Małgorzaty, sękate, zniszczone pracą ręce 

zaciśnięte były mocno na rzeźbionych poręczach, a oczy jej przywarły do twarzy Eryka. Z 

początku patrzyły nieufnie i wrogo, ale w miarę, jak rozmowa postępowała naprzód, traciły 

stopniowo ten wyraz i spojrzenie ich stało się prawie łagodne. Teraz, gdy brat zwrócił się 

do niej, pochyliła się naprzód i odezwała się z żywością:  

- Czy pan wie, że na urodzeniu Kilmeny ciąży plama?  

- Wiem, że jej matka była niewinną ofiarą bardzo smutnej omyłki, proszę pani. Nie 

uznaję istotnej winy tam, gdzie nie było świadomie  wyrządzonej krzywdy. Zresztą, gdyby 

nawet, Kilmeny nie byłaby temu winna i nie zmieniłoby to w niczym moich uczuć dla niej.  

Wyraz  twarzy  Jany  Gordon  uległ  nagłej  zmianie,  która  przeobraziła  ją  zupełnie. 

Surowe usta złagodniały, a szare oczy opromieniła powstrzymywana czułość. 

-  A  więc  -  rzekła  prawie  radośnie  -  skoro  nie  zraża  się  pan  ani  tym,  ani  jej 

kalectwem, czemuż mielibyśmy panu odmówić. Może pańscy znajomi powiedzą, że nie jest 

pana warta, ale ona jest... jest... - dorzuciła nieledwie wyzywająco. - To dobra dziewczyna, 

szczerego  serca  i  nie  znająca  zła.  Jest  wesoła,  roztropna  i  niebrzydka.  Słuchaj  Tomaszu, 

niech będzie tak, jak pan sobie życzy.  

Tomasz Gordon wstał, jakby uważał, że wobec tego rozmowa jest  skończona, a on 

zrzucił z siebie odpowiedzialność. 

- A więc dobrze, Jano, jeśli uważasz, że to rozsądnie. Niechaj Bóg czuwa nad panem 

tak,  jak  czuwa  nad  nią.  Dobranoc  panu.  Zobaczymy  się  znowu.  Może  pan  przychodzić 

kiedy  i  na  jak  długo  pan  chce.  Ale  ja  muszę  wrócić  teraz  do  roboty.  Zostawiłem  konie  w 

polu. 

- Pójdę na górę i powiem Kilmeny, że może zejść - rzekła Jana spokojnie.  

Zapaliła lampę na stole i wyszła z pokoju.  

background image

W chwilę później zjawiła się Kilmeny. Eryk wstał i podszedł żywo ku niej, lecz ona 

podała  mu  tylko  rękę  z  wdziękiem  i  godnością  i  choć  patrzyła  mu  w  twarz,  unikała  jego 

wzroku. 

- Widzi pani, że miałem jednak słuszność - rzekł Eryk, uśmiechając się. - Pani wuj i 

ciotka  nie  odprawili  mnie.  Przeciwnie,  byli  dla  mnie  bardzo  mili  i  zgadzają  się,  bym 

widywał panią, gdzie i kiedy chcę.  

Kilmeny uśmiechnęła się i podeszła do stołu, by napisać na swej tabliczce:  

- Ale wczoraj gniewali się strasznie i nagadali mi okropnie. Taka byłam przerażona i 

nieszczęśliwa! Uważali, zdaje się, że zrobiłam coś bardzo złego.  Wujek powiedział, że  nie 

spuści mnie już nigdy z oczu. Gdy ciocia Jana przyszła na górę i powiedziała mi, że pan jest 

tutaj  i  mogę  zejść,  ledwie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Patrzyła  na  mnie  przy  tym  tak  jakoś 

dziwnie.  Poznałam,  że  nie  gniewa  się  już  wcale.  Była  jakby  zadowolona,  a  jednocześnie 

smutna. Ale cieszę się, że nam przebaczyli.  

Nie przyznała się, jak bardzo była rada i jak się czuła nieszczęśliwa na myśl, że go 

więcej nie zobaczy. Wczoraj jeszcze opowiedziałaby mu wszystko szczerze i bez zastrzeżeń.  

Lecz  wczoraj  odległe  było  dla  niej  o  lata  całe  -  lata,  w  ciągu  których  przejęła  swe 

dziedzictwo  kobiecej  godności  i  powściągliwości.  Pocałunek,  jaki  Eryk  wycisnął  na  jej 

ustach,  to  co  usłyszała  od  wuja  i  ciotki,  łzy  wylane  po  raz  pierwszy  w  bezsenną  noc  - 

wszystko połączyło się - aby ujawnić jej własną istotę.  

Nie  śniło  się  jej  nawet,  że  kochała  Eryka  Marshalla  lub,  że  on  ją  kochał.  Lecz 

przestała już być dzieckiem, w którym można widzieć tylko miłego towarzysza. Stała się - 

chociaż zupełnie nieświadomie - kobietą, o którą należy starać się i zdobywać ją - kobietą, 

wymagającą z łagodną, wrodzoną dumą należnych jej hołdów.  

background image

Urocza dziewczyna  

Eryk  był  odtąd  stałym  gościem  w  domostwie  Gordonów.  Stał  się  wkrótce 

ulubieńcem Tomasza i Jany, zwłaszcza tej ostatniej. Polubił ich oboje, gdy przekonał się, że 

pod  powłoką  zewnętrznych  dziwactw  byli  to  ludzie  prawdziwie  wartościowi  i  szlachetni. 

Tomasz  Gordon  był  zadziwiająco  oczytany  i  mógł  zawsze  dotrzymać  Erykowi  pola  w 

dyskusji, skoro tylko zapalił się dostatecznie, aby stać się wymownym. 

Eryk  ledwie  go  poznał,  ujrzawszy  go  po  raz  pierwszy  tak  ożywionym.  Jego 

przygarbiona postać wyprostowała się, zapadłe oczy rozbłysły, twarz zapłonęła rumieńcem, 

głos zabrzmiał donośnie, niby trąbka, a z ust jego popłynął potok słów, który porwał cięte 

dowodzennie Eryka, niby źdźbła słomy, unoszone na falach górskiego strumienia. Eryk był 

niezmiernie rad z własnej porażki, lecz Tomasz zawstydził się,  że  zapomniał tak dalece o 

zwykłej powściągliwości i ograniczał potem przez tydzień swe uwagi do słów “tak” i “nie”, 

albo w ostateczności do krótkiego stwierdzenia, że zanosi się na zmianę pogody. 

Jana  nie  poruszała  nigdy  w  rozmowie  spraw,  tyczących  się  Kościoła  i  państwa. 

Uważała, że przekraczają one zakres zainteresowań kobiety.  

Lecz przysłuchiwała się z czujnym zainteresowaniem w oczach, gdy Tomasz i Eryk 

zarzucali  się  wzajemnie  faktami,  statystyką  i  poglądami,  a  w  rzadkich  wypadkach,  kiedy 

przewaga była po stronie Eryka, uśmiechała się z chytrym zadowoleniem. 

Neila  widywał  Eryk  nieczęsto.  Młody  Włoch  unikał  go,  a  gdy  spotkali  się 

przypadkowo, przechodził obok niego, patrząc ponuro w ziemię.  

Eryk  nie  przejmował  się  wielce  zachowaniem  się  chłopaka.  Natomiast  Tomasz 

Gordon,  rozumiejąc  pobudki,  które  skłoniły  Neila  do  wyjawienia  tego,  co  zobaczył  w 

sadzie,  oświadczył  Kilmeny  bez  ogródek,  że  nie  powinna  odnosić  się  do  Neila,  jak  do 

równego sobie, co czyniła dotychczas. 

- Moja droga, byłaś zbyt dobra dla chłopaka i przewróciło mu się w głowie. Trzeba 

mu wskazać jego właściwe miejsce. Obawiam się, że wszyscy byliśmy dla niego za dobrzy.  

Większość  sielankowych  godzin,  jakie  Eryk  spędzał  z  Kilmeny,  upływała  jednak  w 

starym  sadzie.  Ogrodowa  jego  część  była  teraz  jednym  gąszczem  róż  -  róż  purpurowych, 

jak słońce o zachodzie, różowych, jak pierwszy rumieniec jutrzenki, białych, niby śnieg na 

szczytach gór - róż w pełni rozkwitłych i róż w pąkach, których piękno przewyższała jedynie 

urocza twarz Kilmeny. Ich płatki opadały, tworząc jedwabiste stosy wzdłuż starych ścieżek 

lub  przywierały  do  bujnej  trawy,  wśród  której  leżał  Eryk  i  marzył,  podczas  gdy  Kilmeny 

grała.  

background image

Eryk postanowił sobie, że gdy zostanie jego żoną, nie zaniedba niczego, aby rozwijać 

jej  cudowny  talent.  Jej  zdolność  wyrażania  uczuć  pogłębiała  się  i  wzrastała,  zdaje  się,  z 

każdym  dniem  w  miarę,  jak  rozwijała  się  jej  dusza,  a  serce  dojrzewało,  nadając  tym 

uczuciom  nowe  odcienie  i  bogactwo.  Każdy  dzień  był  dla  Eryka  jak  gdyby  stronicą 

natchnionej  idylli.  Nie  marzył  nigdy  o  tym,  by  miłość  mogła  być  tak  potężna,  a  świat 

równie  piękny.  Zastanawiał  się,  czy  świat  jest  dość  rozległy,  by  pomieścić  jego  radość,  a 

wieczność  dosyć  długa,  by  mogła  wyczerpać  tę  radość.  Całe  jego  życie  ograniczało  się 

obecnie  do  tego  sadu,  gdzie  starał  się  pozyskać  serce  swej  ukochanej.  Wszystkie  inne 

ambicje,  plany  i  nadzieje  ustąpiły  miejsca  dążeniu  do  tego  jedynego  celu,  którego 

osiągnięcie wzmogłoby ich wartość tysiąckrotnie, podczas gdy klęska pozbawiłaby je racji 

istnienia.  Dawny  jego  świat  wydawał  mu  się  daleki,  a  sprawy  tego  świata  poszły  w 

zapomnienie. 

Ojciec,  dowiedziawszy  się,  że  objął  szkołę  w  Lindsay  na  rok,  napisał  mu  list, 

wyrażający zdumienie, zapytując go, czy oszalał. Czy może wchodzi w grę jakaś dziewczyna 

- pisał - aby przykuć cię na rok do takiej dziury jak Lindsay. Miej się na baczności, Eryku. 

Byłeś  dotąd  zawsze  rozsądny.  A  mężczyzna  musi  popełnić  choć  jedno  głupstwo w  życiu  i 

skoro nie uczyniłeś tego w latach chłopięcych, może ci się to przydarzyć teraz.  

Dawid napisał również, czyniąc mu wymówki z większą powagą. Nie wyraził jednak 

podejrzeń, jakie z pewnością żywił - w to Eryk nie wątpił.  

“Poczciwy Dawid! Drży ze strachu, że robię coś, czego nie mógłby pochwalić, ale nie 

powie słowa, aby skłonić mnie do zwierzeń”.  

Nie  mogło  pozostać  długo  tajemnicą  w  Lindsay,  że  “Pan  Nauczyciel”  bywał  u 

Gordonów  “w  poważnych  zamiarach”.  Pani  Williamson  zachowała  milczenie  o  tym,  co 

wiedziała.  

Gordonowie  nie  powiedzieli  nic  nikomu,  a  jednak  wieść  się  rozeszła,  wywołując 

zdziwienie, zdumienie oraz mnóstwo gadaniny.  

Jedna,  czy  dwie  niebaczne  osoby,  odważyły  się  wyrazić  samemu  nauczycielowi, 

jakiego są zdania o jego rozumie, lecz po raz drugi już nie wracały do tematu.  

O Kilmeny krążyły setki pogłosek, wielce przesadnych, w miarę jak podawano je z 

ust do ust.  

Potrząsano  znacząco  i  poważnie  głowami  i  większość  osób  uznała,  że  to  wielka 

szkoda. 

Nauczyciel był miłym młodzieńcem. I mógłby chyba wybrać sobie dziewczynę jaką 

chciał. A tu masz, zawrócił sobie głowę tą cudaczną, niemą siostrzenicą Gordonów, którą 

background image

wychowano  jak  pogankę.  Cóż,  jak  mężczyzna  zaczyna  szukać  żony,  nie  wiadomo  nigdy, 

kogo sobie upatrzy. A  widać,  że Neil Gordon nierad z tego, o nie!  Strasznie był smutny i 

ponury ostatnimi czasy i nie chciał śpiewać w kościele.  

Takie oto słychać było uwagi i ploteczki.  

Dla  dwojga  młodych  w  starym  sadzie  nie  miało  to  najmniejszego  znaczenia. 

Kilmeny nie wiedziała nawet nic o tym gadaniu.  

Lindsay  było  dla  niej  światem  tak  samo  nieznanym,  jak  rodzinne  miasto  Eryka. 

Myśli jej błądziły swobodnie po królestwie wyobraźni, lecz nie stykały się nigdy z drobnymi 

przejawami  rzeczywistości,  od  której  odgradzały  ją  wyjątkowe  warunki,  w  jakich  żyła. 

Rozwinęła się wśród nich, podobna do pięknego kwiatu, jedynego w swoim rodzaju.  

Bywały  chwile,  gdy  Eryk  żałował  prawie,  że  nadejdzie  dzień,  kiedy  będzie  musiał 

zabrać  ją  w  świat  z  tej  samotni,  do  której  małość  i  zło  nie  miały  dostępu.  A  świat  ów 

okazywał  się  przy  bliższym  poznaniu  takim  samym  Lindsay  -  w  większych  tylko 

rozmiarach, ale o jednakowej ciasnocie uczuć, myśli i poglądów.  

Eryk  pragnął  zachować  Kilmeny  na  zawsze  dla  siebie  w  tym  starym  sadzie, 

osłoniętym jodłami, gdzie kwitły róże.  

Pewnego  dnia  pozwolił  sobie  na  spełnienie  zachcianki,  jaką  powziął,  gdy  Kilmeny 

powiedziała, że uważa się za brzydką.  

Wstąpił do Jany i poprosił ją, by mu pozwoliła kupić do ich domu lustro, aby mógł 

być pierwszym, który ujawni Kilmeny jej zewnętrzny wygląd.  

Jana miała z początku pewne wątpliwości.  

-  Od  szesnastu  lat  nie  mieliśmy  w  domu  lustra,  proszę  pana.  I  nie  było  ich  nigdy 

więcej, niż trzy - jedno w pokoju gościnnym, mniejsze w kuchni i lustro Małgorzaty. Stłukła 

je wszystkie w dniu, kiedy dostrzegła, że Kilmeny będzie ładna. Mogłam była kupić lustro 

po jej śmierci. Nie pomyślałam jakoś o tym. No i nie potrzeba, aby dziewczyna mizdrzyła 

się ciągle przed lustrem. 

Lecz Eryk tłumaczył i dowodził tak przekonywająco, że w końcu Jana oświadczyła:  

-  No,  dobrze,  rób  pan,  jak  pan  uważa.  Przeprowadziłby  pan  to  zresztą  i  tak.  Bo 

należy  pan  do  ludzi,  co  zawsze  dopną  swego.  Ale  to  nie  to  samo  co  człowiek,  który  musi 

zawsze postawić na swoim. - Bogu dzięki - dodała po cichu.  

W następną sobotę wybrał się Eryk do miasta i kupipł lustro, które mu się bardzo 

podobało.  Kazał  je  dostarczyć  do  Radnor,  skąd  Tomasz  przywiózł  paczkę  do  domu,  nie 

wiedząc, co zawiera, gdyż Jana uważała, że nie trzeba mu tego mówić.  

- To prezent dla Kilmeny od pana Eryka - wyjaśniła bratu. 

background image

Po  podwieczorku  wyprawiła  siostrzenicę  do  sadu,  a  Eryk  przekradł  się  do  domu 

Gordonów, idąc gościńcem, a potem boczną drożyną. 

Następnie wraz z Janą wypakował lustro i zawiesił je w bawialnym pokoju. 

-  Nie  widziałam  jeszcze  tak  wielkiego  lustra  -  rzekła  Jana  z  powątpiewaniem,  jak 

gdyby nie ufała, mimo wszystko, jego połyskliwej głębi i bogato ozdobionej ramie. - Mam 

nadzieję, że nie uczyni jej próżną. Kilmeny jest bardzo ładna, ale może lepiej dla niej, by o 

tym nie wiedziała.  

- Nie przyniesie jej to żadnej szkody - zapewnił Eryk z ufnością. - Jeśli przekonanie 

o  swej  brzydocie  nie  wpłynęło  ujemnie  na  dziewczynę,  nie  uczyni  tego  wiara  we  własną 

piękność.  

Jana nie zrozumiała jednak tej uwagi. 

Wytarła  starannie  odrobinę  kurzu  z  gładkiej  powierzchni  i  patrząc  na  bynajmniej 

niepiękne odbicie, jakie tam ujrzała, zamyśliła się, marszcząc czoło. 

- Nie mogę pojąć, dlaczego Kilmeny przypuszcza, że jest brzydka.  

- Powiedziała jej to matka - odezwał się Eryk z pewną goryczą. 

- Ach tak? - Tu Jana rzuciła szybkie spojrzenie na portret siostry. - Więc to dlatego? 

Małgorzata  była  dziwną  kobietą.  Uważała  widocznie,  że  jej  własna  uroda  stała  się 

przyczyną nieszczęścia. A ona była urodziwa. Ten portret nie jest dobry. Nie podobał mi się 

nigdy.  Był  zrobiony  zanim  poznała  Ronalda  Frasera.  Żadne  z  nas  nie  uważało  wtedy,  by 

podobieństwo było wielkie. Ale w trzy lata później - o tak, wówczas, było zupełne. Twarz jej 

nabrała właśnie takiego wyrazu.  

- Kilmeny nie jest podobna do matki - odezwał się młody człowiek, spoglądając na 

portret  z  tym  samym  uczuciem  oczarowania  i  niechęci  jednocześnie,  z  jakim  patrzył  nań 

zawsze. - Czy jest podobna do ojca?  

-  Nie  bardzo,  choć  przypomina  go  w  niejednym.  Wdała  się  w  babkę  -  matkę 

Małgorzaty. Ona także nazywała się Kilmeny. Była przystojna, miła i dobra. Kochałam ją 

bardzo. Umierając, powierzyła mi swe maleństwo. Prosiła abym była mu matką. Starałam 

się  nią  być.  Ale  jednak  nie  mogłam  ochronić  jej  życia  od  zgryzoty  i  myślę  czasem,  że  nie 

zdołam ochronić również Kilmeny. 

- Będzie to moim zadaniem - rzekł Eryk. 

- Nie wątpię, że uczyni pan wszystko, co pan będzie mógł. Ale może się zdarzyć, że w 

końcu zazna zmartwienia właśnie przez pana.  

- Nie z mojej winy w każdym razie, ciociu Jano.  

background image

- O nie. Nie mówię, że będzie pan temu winien. Lecz serce moje miewa niekiedy złe 

przeczucia.  Cóż,  jestem  starą,  niemądrą  kobietą.  Rób  pan,  jak  pan  uważa.  Może  pan 

przyprowadzić  Kilmeny  i  pokazać  jej  to  cacko,  skoro  pan  chce.  Nie  będę  się  do  tego 

wtrącała.  

Jana udała się do kuchni, a Eryk poszedł po Kilmeny. Nie zastał jej w sadzie. Znalazł 

ją dopiero po dłuższym poszukiwaniu. Stała pod bukiem w polu za sadem, oparta o płot, 

przyciskając  ręce  do  policzków.  Trzymała  w  rękach  białą  lilię,  zerwaną  w  sadzie.  Nie 

podbiegła  ku  niemu,  gdy  szedł  przez  pastwisko,  jakby  to  uczyniła  dawniej.  Czekała  bez 

ruchu,  aż  znajdzie  się  tuż  przy  niej.  Na  pół  czule,  na  pół  ze  śmiechem  zaczął  Eryk 

deklamować wyjątek z ballady o jej imienniczce:  

“Kilmeny piękna, Kilmeny miła, 

 powiedz, ach powiedz, gdzieżeś chodziła? 

 Szukaliśmy cię długo, po polach i gajach, 

 w ciemnej pieczarze i przy ruczajach. 

 Jakżeż ta biała szata zdobi cię mile! 

 Skądże to niesiesz róż tak pięknych tyle, 

 Kilmeny piękna, Kilmeny miła, 

 powiedz, ach powiedz, gdzieżeś chodziła?” 

  

Tylko że ma pani w rękach lilię, a nie róże.  

Ale mogę mówić dalej i przytoczyć dwa następne wiersze:  

“A ona wdzięcznym spojrzeniem nas darzy, 

 nie ma jednak uśmiechu na jej twarzy.” 

  

Czemu patrzy pani tak poważnie?  

Kilmeny  nie  miała  przy  sobie  tabliczki,  więc  nie  mogła  odpowiedzieć.  Lecz  Eryk 

odgadł po wyrazie jej oczu, że przeciwstawiała z goryczą piękności bohaterki ballady swą 

własną domniemaną brzydotę.  

-  Chodźmy  do  domu,  Kilmeny.  Chcę  pani  coś  pokazać.  Nie  widziała  pani  jeszcze 

nigdy,  czegoś  równie  uroczego  -  odezwał  się,  a  w  oczach  jego  jaśniało  chłopięce 

zadowolenie.  -  Proszę  włożyć  muślinową  sukienkę,  tę,  którą  pani  miała  na  sobie  zeszłej 

niedzieli  i  upiąć  włosy  tak,  jak  wtedy.  Niech  pani  nie  czeka  na  mnie  i  pobiegnie  prędko. 

Tylko proszę nie wchodzić do bawialnego pokoju, dopóki nie przyjdę. Chcę narwać trochę 

lilii. 

background image

Gdy  Eryk  wrócił  do  domu  Gordonów  z  naręczem  białego  kwiecia  o  długich 

łodygach,  które  kwitło  właśnie  w  sadzie,  Kilmeny  schodziła  po  wąskich,  stromych 

drewnianych schodach, zasłanych pasiastym, ręcznie tkanym chodnikiem.  

Ciemne  drzewo  i  mrok  starego  hallu  uwydatniały  wspaniale  jej  cudowną  urodę. 

Miała  na  sobie  kremową  sukienkę,  która  należała  kiedyś  do  jej  matki.  Nie  poczyniono  w 

niej  żadnych  zmian,  gdyż  w  domu  Gordonów  nie  stosowano  się  do  mody  i  Kilmeny  była 

przekonana,  że  sukienka  jest  bez  zarzutu,  a  było  jej  ślicznie  w  tym  pięknym,  stylowym 

stroju.  

Niewielkie  wycięcie  odsłaniało  okrągłą,  białą  szyję,  a  rękawy  były  długie,  bufiaste; 

piękne  jej  ręce  wychylały  się  z  nich,  niby  kwiaty  ze  swych  osłon.  Długie  warkocze  upięła 

Kilmeny wokół głowy na kształt korony. A z boku zatknęła białą różę.  

“Oddał szczęście, bogactwo 

 którem został obdarzony, 

 za jeden pocałunek 

 na ustach jej złożony.” 

  

-  powiedział  Eryk  szeptem,  patrząc  na  Kilmeny,  gdy  schodziła.  Głośno  zaś  rzekł:  - 

Niech pani weźmie te lilie do ręki, tak, aby kwiaty opadły pani na ramię - o, w ten sposób. 

A teraz proszę podać mi rękę i przymknąć oczy. I nie otwierać ich, aż powiem, że można.  

Powiódł ją do bawialnego pokoju, przed lustro.  

- Proszę spojrzeć - rzekł wesoło.  

Kilmeny otworzyła oczy i spojrzała prosto w lustro, gdzie niby uroczy obraz w złotej 

ramie zobaczyła odbicie swej postaci.  

Chwilę trwała w oszołomieniu, po czym zrozumiała wszystko. Lilie wysunęły się z jej 

rąk  na  podłogę.  Pobladła  i  z  lekkim  mimowolnym  okrzykiem  przesłoniła  twarz  rękami. 

Eryk odsunął je gwałtownym ruchem. 

-  Kilmeny,  czy  uważa  się  pani  i  teraz  za  brzydką?  Oto  zwierciadło  wierniejsze,  niż 

srebrna cukierniczka ciotki Jany. Niech pani patrzy. Czy wyobrażała sobie pani kiedy istotę 

piękniejszą, niż pani sama, śliczna Kilmeny?  

A  ona  zapłoniła  się  teraz,  rzucając  ukradkiem  nieśmiało,  promienne  spojrzenie  w 

lustro.  

Uśmiechając się, ujęła tabliczkę i napisała naiwnie. 

- MyśLę, że jestem ładna. Nie umiem panu powiedzieć jak się z tego cieszę. To takie 

okropne  wierzyć,  że  się  jest  brzydką.  Można  pogodzić  się  ze  wszystkim,  ale  z  tym  nigdy. 

background image

Było  mi  zawsze  tak  samo  przykro,  ile  razy  o  tym  pomyślałam.  Ale  dlaczego  mama 

powiedziała mi, że jestem brzydka? Czy była naprawdę tego zdania? A może wyładniałam, 

kiedy dorosłam. 

- Matka pani przekonała się pewnie, że piękność nie zawsze jest błogosławieństwem, 

więc  uważała,  że  lepiej,  aby  pani  nie  wiedziała,  iż  została  nią  pani  obdarzona.  A  teraz 

wróćmy  do  sadu.  Nie  marnujmy  w  domu  tego  wyjątkowego  wieczora.  Dzisiejszy  zachód 

słońca będziemy pamiętali przez całe życie. A lustro pozostanie tutaj. Jest pani własnością. 

Tylko  proszę  nie  przeglądać  się  w  nim  zbyt  często,  bo  ciotka  Jana  nie  będzie  z  tego 

zadowolona. Obawia się, że stanie się pani próżna.  

Kilmeny roześmiała się swym melodyjnym śmiechem, który budził w Eryku zawsze 

to samo zdziwienie, że będąc niema mogła tak się śmiać. Po czym rzuciła ręką pocałunek 

swemu odbiciu w lustrze i skierowała się ku drzwiom.  

Idąc  do  sadu,  spotkali  Neila.  Przeszedł  obok  nich,  patrząc  w  inną  stronę,  lecz 

Kilmeny zadrżała i przybliżyła się odruchowo do Eryka.  

- Nie rozumiem wcale, co się dzieje z Neilem - napisała gorączkowo. - Nie jest wcale 

miły,  jak  dawniej  i  czasem  nie  odpowiada,  gdy  do  niego  mówię.  I  patrzy  na  mnie  tak 

dziwnie. A poza tym jest ponury i stawia się wujowi i ciotce.  

-  Niech  się  pani  nie  przejmuje  Neilem  -  odpowiedział  Eryk  niedbale.  - 

Prawdopodobnie  jest  zły  z  powodu  tego,  co  mu  powiedziałem,  gdy  się  przekonałem,  że 

śledził nas. 

Wieczorem przed udaniem się na górę, Kilmeny wśliznęła się do bawialnego pokoju, 

aby przejrzeć się raz jeszcze w tym cudownym lustrze przy słabym świetle trzymanej w ręce 

świeczki.  

Stała tam jeszcze, pogrążona w marzeniach, gdy w cieniu drzwi ukazała się surowa 

twarz ciotki Jany. 

- Czy rozmyślasz nad tym, jak ładnie wyglądasz? Ale pamiętaj, że pięknym jest ten, 

kto pięknie czyni - odezwała się z  mimowolnym podziwem, gdyż  dziewczyna, której oczy 

jaśniały, a policzki były zarumienione, wyglądała tak pięknie, że patrząc na nią nawet Jana 

nie mogła pozostać obojętna. Kilmeny uśmiechnęła się z lekka. 

- Postaram się pamiętać o tym - napisała. - Ale tak się cieszę, że nie jestem brzydka, 

ciociu. To chyba nic złego, że się z tego cieszę, prawda?  

-  Nie  dziecko,  nie  sądzę  -  przyznała  ciotka.  -  Mając  ładną  twarz,  należy  być  za  to 

wdzięcznym;  któż  może  wiedzieć  o  tym  lepiej,  niż  ten,  co  nie  posiadał  nigdy  urody. 

background image

Pamiętam  dobrze,  że  nie  byłam  ładna  i  za  młodu.  Pan  Marshall  uważa,  że  jesteś  bardzo 

piękna - dodała, patrząc przenikliwie na siostrzenicę. 

Kilmeny  drgnęła  i  twarz  jej  spłonęła  szkarłatnym  rumieńcem.  Rumieniec  ten  i 

wyraz,  jaki  zabłysnął  w  jej  oczach  wyjaśnił  Janie  wszystko,  co  chciała  wiedzieć.  Z 

tłumionym westchnieniem powiedziała siostrzenicy dobranoc i wyszła. 

A  Kilmeny  pobiegła  na  górę  do  swego  ciemnego  pokoiku,  wychodzącego  na  las  i 

rzuciła się na łóżko, kryjąc pałającą twarz w poduszkę.  

Słowa ciotki ujawniły jej ukrytą tajemnicę własnego serca.  

Zrozumiała,  że  kocha  Eryka  Marshalla  -  a  świadomości  tej  towarzyszył  dziwny 

niepokój. Bo czyż nie była niema?  

Przeleżała aż do świtu, wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w ciemność.  

background image

Zmiana nastroju  

Przy  następnym  spotkaniu  zauważył  Eryk  zmianę  u  Kilmeny  -  zmianę,  która  go 

zaniepokoiła.  

Kiedy zaproponował, by poszli do sadu wydało mu się, że przystała na to niechętnie. 

Następne  dni  utwierdziły  go  w  jego  spostrzeżeniach.  Coś  stanęło  między  nimi.  Miał 

wrażenie,  że  Kilmeny  oddaliła  się  od  niego  tak,  jak  gdyby  za  przykładem  imienniczki  z 

ballady przebywała siedem lat w krainie, “gdzie deszcz nie pada nigdy ani wiatr nie wieje” i 

powróciła wolna oed wszelkich ziemskich uczuć. Eryk spędził z tego powodu ciężki tydzień, 

lecz postanowił położyć koniec niepewności i postawić sprawę jasno. Pewnego popołudnia, 

siedząc  z  nią  w  sadzie,  wyznał  jej  swą  miłość.  Był  już  sierpień,  na  polach  dojrzewała 

pszenica.  W  sadzie  zapadł  wcześniej  delikatny,  fioletowy  zmierzch,  jakby  stworzony  dla 

miłości, a z oddali dochodził szum wzburzonego morza, bijącego o skaliste wybrzeże.  

Kilmeny  siedziała  na  ławce  tam,  gdzie  zobaczył  ją  po  raz  pierwszy.  Grała  mu,  lecz 

nie  była  zadowolona  ze  swej  muzyki  i  marszcząc  lekko  czoło,  odłożyła  skrzypce.  A  może 

bała się grać - bała się zdradzić, ujawniając w muzyce swe nowe uczucia.  

Trudno było temu zapobiec, przywykła bowiem od tak dawna przelewać wszystkie 

swe wzruszenia w jakąś melodię. Konieczność powściągania się drażniła ją, a smyczek stał 

się nieposłusznym narzędziem w jej ręku.  

W tej chwili pragnęła - bardziej niż kiedykolwiek - móc mówić. Słowa osłoniłyby ją i 

zataiły to, co niebezpieczne milczenie mogło zdradzić.  

Cichym,  poważnym  głosem  powiedział  jej  Eryk,  że  kocha  ją  -  że  pokochał  od 

pierwszego wejrzenia, kiedy zobaczył Kilmeny w starym sadzie. Mówił nieśmiało, lecz bez 

obawy, gdyż sądził, że ona go kocha i nie spodziewał się odmowy.  

- Kilmeny, czy chcesz być moją żoną? - zapytał w końcu, ujmując jej ręce.  

Młoda  dziewczyna  słuchała,  nie  patrząc  na  niego.  Z  początku  rumieniec  okrył  jej 

twarz,  lecz  teraz  pobladła  silnie.  Kiedy  skończył  i  czekał  na  jej  odpowiedź,  wyrwała  mu 

nagle swe ręce i zakrywszy nimi twarz, zalała się łzami, szlochając bezgłośnie. 

- Kilmeny, najdroższa, czy cię zatrwożyłem? Przecież widziałaś z pewnością, że cię 

kocham.  Czemuż  mnie  nie  kochasz?  -  rzekł  Eryk  obejmując  ją  ramieniem  i  usiłując 

przyciągnąć ku sobie.  

Lecz ona potrząsnęła smutnie głową i zaciskając usta, napisała:  

- Tak, kocham pana, ale nie zostanę nigdy pańską żoną, dlatego, że jestem niema.  

background image

- Och, Kilmeny! - odezwał się Eryk z uśmiechem, pewny wygranej. - Nie stanowi to 

dla mnie żadnej różnicy. Wiesz dobrze, najmilsza, że to nie ma najmniejszego znaczenia. 

Bylebyś ty mnie kochała.  

Młoda dziewczyna potrząsnęła jednak ponownie głową. Na bladej twarzy pojawił się 

wyraz wielkiej stanowczości.  

-  Nie,  to  nie  wystarcza  -  napisała.  -  Wyrządziłabym  panu  wielką  krzywdę, 

wychodząc za pana i nie uczynię tego, gdyż zanadto pana kocham, aby zrobić coś, co byłoby 

ze  szkodą  dla  pana.  Pańscy  znajomi  uważaliby,  że  postąpił  pan  bardzo  nierozsądnie  i 

mieliby  słuszność.  Rozmyślałam  nad  tym  wiele,  odkąd  zrozumiałam  wszystko  ze  słów 

ciotki  Jany.  I  wiem,  że  postępuję  słusznie.  Przykro  mi,  że  nie  zrozumiałam  wcześniej, 

zanim mnie pan tak bardzo pokochał.  

- Kilmeny, cóż za niedorzeczność uroiłaś sobie w tej swojej kochanej, czarnej głowie. 

Czyż nie wiesz, że unieszczęśliwisz mnie na całe życie, jeśli nie zechcesz być moją żoną?  

-  Tak  się  panu  zdaje  teraz.  I  wiem,  że  będzie  panu  ciężko  z  początku.  Ale  potem 

wyjedzie  pan  i  po  pewnym  czasie  zapomni  pan  o  mnie.  A  wtedy  przekona  się  pan,  że 

miałam słuszność. I ja będę bardzo cierpiała, lecz lepsze to, niż gdybym miała zmarnować 

panu życie. Niech pan nie nalega i nie prosi, gdyż nie zmienię swego postanowienia.  

Mimo to Eryk nalegał i prosił.  

Z początku cierpliwie i z uśmiechem, tak, jak się przekonuje kochane, lecz niemądre 

dziecko,  a  potem  z  całą  powagą,  gwałtownie  i  zapalczywie,  skoro  zaczął  zdawać  sobie 

sprawę,  że  Kilmeny  nie  żartuje.  Wszystko  na  próżno.  Młoda  dziewczyna  bladła  coraz 

silniej,  a  oczy  jej  zdradzały,  jak  dotkliwie  cierpiała.  Nie  próbowała  nawet  przeczyć  mu, 

słuchała tylko cierpliwie, ze smutkiem i potrząsała głową. Żadne jego dowodzenia, prośby i 

błagania nie zdołały zachwiać jej postanowieniem ani o włos. Nie tracił jednak nadziei. Nie 

mógł uwierzyć, by było ono nieodwołalne. Był przekonany, że jej miłość dla niego zwycięży 

ostatecznie  i  wrócił  do  domu  bynajmniej  nie  przygnębiony.  Nie  rozumiał,  że  opierała  się 

tak stanowczo jego naleganiom właśnie dzięki sile swej miłości, podczas gdy żywiąc uczucie 

mniej głębokie, uległaby im może. I dlatego była nieustępliwa, nie chcąc uczynić tego, co 

uważała za wyrządzenie mu krzywdy.  

background image

Dawne, smutne dzieje  

Następnego  dnia  wybrał  się  Eryk  znowu  do  Kilmeny  i  ponowił  swe  prośby,  lecz 

również na próżno.  

Wszelkie  jego  tłumaczenia  i  dowodzenia  były  bezskuteczne  wobec  jej  smutnej 

stanowczości.  Skoro  musiał  w  końcu  uznać,  że  nic  nie  zdoła  zachwiać  jej  postanowienia, 

zwrócił się w swej rozpaczy do Jany Gordon.  

Wysłuchała  go  ze  współczuciem.  Była  najwidoczniej  bardzo  zawiedziona.  Gdy 

skończył, potrząsnęła głową.  

-  Ogromnie  mi  przykro.  Nie  umiem  panu  wyrazić  jak  bardzo.  Spodziewałam  się 

czegoś  zupełnie  innego.  Co  tam,  spodziewałam  się!  Modliłam  się  o  to.  Tomasz  i  ja 

starzejemy się. Od dawna już gnębi mnie myśl - co będzie z Kilmeny, gdy nas nie stanie. 

Odkąd pan zaczął bywać u nas, miałam nadzieję, że znajdzie w panu opiekuna. Lecz skoro 

Kilmeny powiada, że nie wyjdzie za pana, obawiam się, że nie odstąpi od tego.  

-  Ależ  ona  mnie  kocha!  -  wykrzyknął  młody  człowiek.  -  I  gdyby  pani  i  jej  wuj 

pomówili z nią... spróbowali ją przekonać... może potrafiliby państwo wpłynąć na nią...  

- Zrobimy to, rozumie się, ale to nic nie pomoże. Kilmeny jest tak samo stanowcza 

jak jej matka, kiedy sobie coś umyśli. Była zawsze dobra i przeważnie posłuszna, ale ze dwa 

razy przekonaliśmy się, że potrafi być uparta. Po śmierci jej matki chcieliśmy wziąć ją do 

kościoła. Nie dała się namówić. Wtedy nie rozumieliśmy dlaczego. Ale teraz domyślam się, 

że  to  dlatego,  iż  uważała  się  za  brzydką.  Nie  chce  wyjść  za  pana,  bo  kocha  pana  bardzo. 

Obawia się, że będzie pan żałował, iż ożenił się z niemową. Może ma i słuszność...  

- Nie mogę się jej wyrzec - oświadczył Eryk z uporem. - Trzeba coś przedsięwziąć. 

Może dałoby się ją uleczyć jeszcze i teraz? Czy myślała pani kiedy o tym? Przecież nie badał 

jej żaden lekarz, który mógłby ocenić jej przypadek?  

- Nie, proszę pana. Nie byliśmy z nią nigdy u lekarza. Kiedy zaczęliśmy się obawiać, 

że  nie  będzie  w  ogóle  mówiła,  Tomasz  chciał  pojechać  z  nią  do  Charlottentown,  aby  ją 

zbadano.  Martwił  się  okropnie,  gdyż  był  bardzo  przywiązany  do  dziecka.  Ale  Małgorzata 

nie chciała o tym słyszeć. A z nią na próżno było się spierać.  

Mówiła, że dziecko ponosi karę za grzech, jaki ona popełniła i żadne starania tu nie 

pomogą.  

- I państwo ulegliście wobec tak chorobliwego urojenia? - zapytał zniecierpliwiony 

Eryk.  

background image

-  Proszę  pana,  nie  znał  pan  mojej  siostry.  Musieliśmy  ulec.  Nikt  nie  mógł  się  jej 

przeciwstawiać. Dziwna to była kobieta - straszna pod pewnymi względami od czasu swego 

nieszczęścia. Baliśmy się jej sprzeciwiać, ażeby nie postradała zmysłów.  

- A czyż nie mogliście zawieźć Kilmeny do doktora bez wiedzy matki?  

-  To  było  niemożliwe.  Małgorzata  nie  puszczała  jej  od  siebie  ani  na  krok,  nawet 

kiedy  dorosła.  Zresztą,  prawdę  mówiąc,  to  i  my  sami  nie  wierzyliśmy  bardzo  w  to,  aby 

można było uleczyć Kilmeny. Bo przyczyną jej kalectwa był grzech.  

-  Ciotko  Jano,  jakżeż  ciotka  może  mówić  coś  podobnego?  Jakiż  tu  był  grzech? 

Wasza siostra sądziła, że jest prawowitą żoną Ronalda Frasera. O ile on wiedział, że tak nie 

jest, a nie ma na to dowodu - to on popełnił grzech. Ale nie wierzy ciotka chyba, aby jego 

niewinne dziecko miało pokutować za to?  

-  Nie  miałam  tego  na  myśli,  proszę  pana.  Małgorzata  zawiniła  czym  innym.  A 

chociaż  nie  lubiłam  nigdy  Ronalda,  muszę  oddać  mu  sprawiedliwość  -  jestem  pewna,  że 

kiedy żenił się z Małgorzaatą uważał się za człowieka wolnego. Nie, chodzi tu o rzecz inną, 

o  wiele  gorszą.  Dreszcz  mnie  przenika,  ilekroć  o  tym  myślę.  Och,  proszę  pana,  Pismo 

Święte powiada słusznie, że dzieci cierpią za winy ojców. W całej tej księdze nie ma słów 

prawdziwszych. 

-  Cóż  to  wszystko  znaczy,  na  miłość  boską?  -  wykrzyknął  Eryk.  -  Proszę  mi 

powiedzieć. Muszę znać całą prawdę o Kilmeny. Niech mnie ciotka nie dręczy dłużej.  

-  Opowiem  panu,  chociaż  będzie  to  rozdrapywaniem  dawnej  rany.  Żadna  osoba 

żyjąca nie wie o tym, prócz mnie i Tomasza. I kiedy usłyszy pan wszystko, zrozumie pan, 

dlaczego Kilmeny nie mówi i dlaczego nie da się zapewne nic dla niej uczynić. Nie zna ona 

prawdy  i  niech  jej  pan  tego  nigdy  nie  powie.  Nie  nadaje  się  to  dla  niej,  zwłaszcza,  że 

dotyczy jej matki. Proszę mi obiecać, że nie powtórzy jej pan tego, cokolwiek by zaszło.  

-  Obiecuję.  Niech  ciotka  mówi...  Niech  ciotka  mówi  -  rzekł  młody  człowiek 

gorączkowo.  

Jana zacisnęła ręce na kolanach, jak gdyby chcąc zebrać siły do podjęcia przykrego 

zadania.  Wyglądała  bardzo  staro  w  tej  chwili.  Bruzdy  na  jej  twarzy  pogłębiły  się  i 

uwydatniły bardziej.  

- Siostra moja, Małgorzata, była dziewczyną dumną i hardą. Ale nie chciałabym, aby 

pan sądził, że była niemiła. O, nie. Byłoby to krzywdą wobec jej pamięci. Miała wady jak 

my wszyscy, ale serce gorące i była wesoła, żywa. Kochaliśmy ją wszyscy. Wnosiła radość i 

szczęście  do  naszego  domu.  Tak,  proszę  pana,  zanim  spadło  na  nią  nieszczęście, 

Małgorzata była ujmującą dziewczyną. Śpiewała od rana do nocy, niczym skowronek. Być 

background image

może rozpieściliśmy ją trochę - i pozwalali zbyt często, by robiła to, co chciała. Cóż, zna pan 

dzieje  jej  zamążpójścia  za  Ronalda  Frasera  i  wie  pan  co  się  stało  później,  więc  nie 

potrzebuję  o  tym  mówić.  Znam,  a  raczej  znałam  dobrze  Elżbietę  Williamson  i  wiem,  że 

cokolwiek  panu  powiedziała,  była  to  tylko  szczera  prawda.  Ojciec  nasz  był  człowiekiem 

bardzo  dumnym.  Tak,  proszę  pana.  I  Małgorzata  odziedziczyła  dumę  nie  po  kim  innym. 

Nieszczęście jej było dla niego wielkim ciosem. Kiedy się o nim dowiedział, nie odezwał się 

do nas ani słowem przez trzy dni. Siedział w kącie, zwiesiwszy głowę i nie tknął jedzenia, 

ani  picia.  Był  przeciwny  temu,  by  Małgorzata  wyszła  za  Ronalda  i  kiedy  powróciła 

sromotnie do domu, nie zdążyła jeszcze przekroczyć progu, gdy zaczął jej wymyślać. Widzę 

ją  w  tej  chwili,  jak  stoi  w  drzwiach,  blada  i  drżąca,  trzymając  się  ramienia  Tomasza,  a 

wyraz  smutku  i  wstydu  w  jej  wielkich  oczach  przemienia  się  w  gniew.  Słońce  zachodziło 

właśnie i przez okno padł czerwony promień wprost na jej pierś, niby krwawa plama. 

Ojciec powiedział jej coś obelżywego, proszę pana. I chociaż to mój ojciec - muszę 

powiedzieć,  że  był  zbyt  surowy  dla  niej,  złamanej  nieszczęściem.  Nie  zawiniła  przecież 

niczym  prócz  odrobiną  uporu  w  sprawie  swego  zamążpójścia.  Lecz  ojciec  sam  tego 

pożałował. Tak, słowo to nie padło jeszcze z jego ust, a już go żałował. Lecz zło stało się. 

Nie  zapomnę  nigdy  wyrazu  twarzy  Małgorzaty!  Prześladuje  mnie  jeszcze  teraz  po 

nocach.  Tyle  w  nim  było  gniewu,  oburzenia  i  wyzwania!  Ale  nie  odpowiedziała  nic. 

Zacisnęła ręce i poszła bez słowa do swego dawnego pokoju, powstrzymując się jedynie siłą 

woli,  aby  nie  wypowiedzieć  gwałtownych  uczuć,  które  się  w  niej  burzyły.  I  od  tego  dnia, 

proszę  pana,  aż  do  urodzenia  Kilmeny,  nie  wyrzekła  słowa.  I  nie  mogliśmy  jej  niczym 

ułagodzić.  A  byliśmy  dla  niej  dobrzy,  serdeczni  i  nie  czyniliśmy  jej  żadnych  wymówek. 

Siedziała  w  swym  pokoju  i  wpatrywała  się  w  ścianę  takim  okropnym  wzrokiem.  Ojciec 

błagał ją, żeby się odezwała i przebaczyła mu, ale ona nie dała nawet poznać po sobie, że go 

słyszy.  Nie  doszłam  jeszcze  do  najgorszego,  proszę  pana.  Ojciec  zachorował  obłożnie. 

Małgorzata nie odezwała się do niego. I pewnej nocy - a było coś około godziny jedenastej, 

gdy Tomasz i ja czuwaliśmy przy nim, nagle ojciec powiedział: “Jano, idź na górę i powiedz 

małej - nazywał tak zawsze pieszczotliwie Małgorzatę - że umieram i chcę, żeby przyszła do 

mnie  i  przemówiła,  zanim  odejdę  z  tego  świata”.  -  Poszłam,  proszę  pana.  Małgorzata 

siedziała  w  swoim  pokoju  -  a  zimno  tam  było  i  ciemno  -  wpatrując  się  w  ścianę. 

Powtórzyłam jej słowa ojca. Nie drgnęła nawet. Prosiłam i płakałam. Zrobiłam to, czego nie 

uczyniłam  dotąd  wobec  żadnej  ludzkiej  istoty  -  uklękłam  przed  nią  i  zaklinałam  ją  na 

zmiłowanie,  jakiego  spodziewała  się  dla  siebie,  aby  zeszła  do  naszego  umierającego  ojca. 

background image

Nie  chciała,  proszę  pana!  Nie  poruszyła  się,  ani  nie  spojrzała  na  mnie.  Musiałam  wstać, 

zejść na dół i powiedzieć staruszkowi, że ona nie przyjdzie.  

Tu Jana Gordon załamała ręce. Wspomnienie to było dla niej prawdziwą męką.  

- Kiedy ojciec to usłyszał, rzekł tylko bardzo łagodnie: “biedna mała, byłem dla niej 

zbyt surowy. Nie należy brać jej tego za złe. Ale nie mogę stanąć przed jej matką, dopóki 

nasza  mała  nie  przebaczy  mi,  że  ją  tak  skrzywdziłem.  Tomaszu,  pomóż  mi  wstać.  Muszę 

pójść  do  niej,  skoro  nie  chce  przyjść  do  mnie”.  Widzieliśmy,  że  nie  ma  co  mu  się 

sprzeciwiać.  Podniósł  się  z  łoża  śmierci,  a  Tomasz  pomógł  mu  przejść  przez  hall  i  po 

schodach. Szłam za nimi ze świecą. Ach, proszę pana, nie zapomnę tego nigdy - te straszne 

cienie,  jęk  wichru  na  dworze  i  ciężki  oddech  ojca.  Tak  doprowadziliśmy  go  do  pokoju 

Małgorzaty.  Stanął  przed  nią  cały  drżący,  a  siwe  włosy  opadały  mu  wokół  zapadniętej 

twarzy.  I  prosił  Małgorzatę,  by  mu  przebaczyła  -  przebaczyła  i  odezwała  się  do  niego 

jednym bodaj słowem, zanim stanie przed jej matką. I nie uczyniła tego - proszę pana, nie 

uczyniła!  

Głos Jany przeszedł nieledwie w krzyk.  

-  A  jednak  chciała  przemówić,  przyznała  się  potem,  że  chciała.  Lecz  upór  był 

silniejszy.  Opanowała  ją  jak  gdyby  jakaś  zła  moc,  nie  dając  jej  się  odezwać.  Z  równym 

skutkiem mógł ojciec zwracać się do obrazu. Och, straszne to było i okrutne! widziała, że 

ojciec umiera i nie wyrzekła słowa, o które prosił. Oto był jej grzech, proszę pana - za ten 

grzech  padła  klątwa  na  nie  narodzone  dziecko.  Gdy  ojciec  zrozumiał,  że  nie  odezwie  się, 

przymknął oczy i byłby upadł, gdyby go Tomasz nie podtrzymał.  

“Jesteś okrutna, moja mała” powiedział tylko. Były to jego ostatnie słowa. Tomasz i 

ja sprowadziliśmy go na dół, ale zanim doszliśmy do jego pokoju, oddał ostatnie tchnienie. 

W  miesiąc  po  tym  urodziła  się  Kilmeny  i  kiedy  Małgorzata  przytuliła  do  piersi  swoją 

dziecinę, wyzwoliła się spod władzy złej mocy. Przemówiła, rozpłakała się i była znowu taka 

jak  dawniej.  Ach,  jak  płakała.  Błagała  nas,  abyśmy  jej  przebaczyli.  Przebaczyliśmy  jej 

chętnie i z całego serca. Lecz ten, wobec którego zgrzeszyła najciężej, odszedł i żadne słowo 

przebaczenia  nie  mogło  dojść  jej  z  grobu.  Moja  biedna  siostra  nie  zaznała  już  nigdy 

spokoju sumienia. Ale była dobra, łagodna i uległa dopóty - dopóki nie zaczęła się obawiać, 

że  Kilmeny  nie  będzie  mówiła.  Myśleliśmy  wtedy,  że  postrada  zmysły.  I  właściwie  to  nie 

była  już  odtąd  nigdy  zupełnie  normalna.  A  teraz  wie  pan  wszystko  i  jestem  rada,  że  już 

skończyłam. Otóż Kilmeny nie mówi, ponieważ jej matka nie chciała mówić.  

Eryk słuchał tej niesamowitej opowieści z twarzą pobladłą ze zgrozy.  

background image

Był  przerażony  ponurym  tragizmem  tego  bezlitosnego  prawa,  będącego 

najokrutniejszą  i  najbardziej  tajemniczą  rzeczą  na  Bożym  świecie,  a  nakazującego,  ażeby 

niewinny  ponosił  karę  za  grzech  winnego.  I  chociaż  zamierzał  walczyć  przeciwko  temu, 

wkradło  się  do  jego  serca  smutne  przekonanie,  że  wiedza  ludzka  będzie  istotnie  bezsilna 

wobec kalectwa Kilmeny. 

- To, co mi ciotka opowiedziała, jest straszne - odezwał się posępnie.  

Powstał  i  zaczął  chodzić  niespokojnie  tam  i  z  powrotem  po  ciemnej,  zacienionej 

kuchni, gdzie się znajdowali.  

- I jeśli uparte milczenie matki spowodowało rzeczywiście to, że Kilmeny jest niema, 

obawiam się, iż tak, jak ciotka powiada, nie da się tu nic zrobić. Ale może ciotka się myli. 

Mógł to być po prostu dziwny zbieg okoliczności. Może dałoby się ją uleczyć? W każdym 

razie  trzeba  spróbować.  Mam  w  Queenslea  przyjaciela,  który  jest  doktorem,  bardzo 

wybitnym  specjalistą  chorób  gardła  i  narządów  głosowych.  Nazywa  się  Dawid  Baker. 

Sprowadzę go tu, żeby zbadał Kilmeny.  

-  Niech  pan  robi,  jak  pan  uważa  -  zgodziła  się  Jana,  lecz  głos  jej  nie  wyrażał 

najsłabszej  nadziei,  tak,  jak  gdyby  pozwalała  Erykowi  próbować  rzeczy  zupełnie 

niemożliwej.  

- Trzeba będzie powiedzieć doktorowi Bakerowi co jest przyczyną kalectwa Kilmeny, 

a raczej, co uważacie za przyczynę.  

Przez twarz Jany przebiegł skurcz.  

- Czy to konieczne, proszę pana? Ciężko to opowiadać taką rzecz obcemu. 

- Proszę się nie obawiać. Powiem mu tylko to, co jest ściśle konieczne, aby zrozumiał 

należycie  ten  wypadek.  Wystarczy,  gdy  będzie  wiedział,  że  Kilmeny  jest  niema,  zapewne 

dlatego, iż przez kilka miesięcy przed jej urodzeniem stan umysłu jej matki był chorobliwy, 

przy  czym  zachowywała  ona  uparte  milczenie  pod  wpływem  pewnej  głębokiej  osobistej 

urazy. 

- Dobrze, niech pan robi tak, jak pan uważa, że będzie najlepiej.  

Widać było jednak wyraźnie, że Jana nie wierzyła, by jego starania dały jakikolwiek 

wynik. 

Twarz  Kilmeny  zaróżowił  natomiast  blask  nadziei,  kiedy  Eryk  powiedział  jej,  co 

zamierza przedsięwziąć. 

- Ach, czy myśli pan, że mógłby przywrócić mi mowę? - napisała skwapliwie.  

- Nie wiem, Kilmeny. Mam nadzieję, że tak i wiem, że uczyni on wszystko, co jest w 

ludzkiej mocy. Czy obiecujesz wyjść za mnie, najdroższa, jeśli cię uleczy?  

background image

Skinęła  głową.  Ten  drobny,  poważny  ruch  miał  w  sobie  uroczystość  świętej 

obietnicy.  

- Tak - napisała. - Jeśli będę mówiła jak inni, wyjdę za pana.  

background image

Orzeczenie Dawida Bakera  

W  następnym  tygodniu  przybył  do  Lindsay  Dawid  Baker.  Przyjechał  po  południu, 

kiedy Eryk był w szkole.  

Powróciwszy do domu, Eryk stwierdził, że w ciągu godziny Dawid zdobył serce pani 

Williamson, zaskarbił sobie łaski Tymoteusza i zasprzyjaźnił się z Robertem. 

Dawid przyjrzał się przyjacielowi ciekawie, gdy znaleźli się obaj sami w pokoiku na 

górze.  

-  No,  Eryku,  chciałbym  dowiedzieć  się  o  co  chodzi.  Czy  masz  jakieś 

nieprzyjemności?  Piszesz  do  mnie,  zaklinając  mnie  w  imię  przyjaźni,  abym  przyjechał 

natychmiast. Zgodnie z tym zjawiam się niezwłocznie. I zastaję cię w doskonałym zdrowiu. 

Wytłumacz mi, czemu zwabiłeś mnie tutaj.  

- Chcę cię prosić o przysługę, którą tylko ty możesz mi oddać, Dawidzie - odezwał się 

Eryk  spokojnie.  -  Nie  chciałem  wdawać  się  w  szczegóły  listownie.  Poznałem  w  Lindsay 

młodą dziewczynę, którą pokochałem. Poprosiłem ją, aby została moją żoną, lecz chociaż 

nie  jestem  jej  obojętny,  odmówiła  mi,  ponieważ  jest  niema.  Chcę,  abyś  ją  zbadał  i 

stwierdził  przyczynę  jej  kalestwa  i  czy  da  się  je  uleczyć.  Słyszy  doskonale  i  jest  zupełnie 

zdrowa  i  normalna  pod  każdym  innym  względem.  Ażebyś  mógł  zrozumieć  lepiej  ten 

wypadek, opowiem ci najważniejsze wydarzenia z jej życia.  

Po czym zaczął swą opowieść. 

Dawid Baker słuchał poważnie, z uwagą, nie spuszczając oczu z twarzy przyjaciela. 

Nie  zdradził  niczym  zdziwienia,  ani  też  niepokoju  jaki  odczuł,  dowiadując  się,  że  Eryk 

zakochał się w dziewczynie niemej, o dziwnej przeszłości. Niezwykłość wypadku Kilmeny 

obudziła  jego  zawodowe  zainteresowanie.  Wysłuchawszy  całej  historii,  wsunął  ręce  w 

kieszenie i począł przechadzać się po pokoju. W końcu stanął przed Erykiem i odezwał się:  

-  A  więc  zrobiłeś  to,  czego  się  obawiałem  przez  cały  czas.  Nie  kierowałeś  się 

zdrowym rozsądkiem przy wyborze przyszłej żony.  

-  Jeśli  nawet  tak  było,  to  kierowałem  się  czymś  lepszym  i  szlachetniejszym,  niż 

zdrowy rozsądek - rzekł Eryk ze spokojem.  

Dawid wzruszył ramionami.  

- Niełatwo ci będzie przekonać mnie o tym, Eryku.  

- Owszem, zupełnie łatwo. Mam jeden argument, który przekona cię od razu - a jest 

nim sama Kilmeny Gordon. Lecz nie czas teraz rozprawiać o tym, czy postąpiłem mądrze, 

czy też nie. Chcę wiedzieć - co sądzisz o wypadku, jaki ci opowiedziałem?  

Dawid zamyślił się, ściągając brwi. 

background image

- Nie bardzo wiem, co o tym myśleć. Jest bardzo ciekawy i niezwykły, ale nie jedyny 

w swoim rodzaju. Słyszałem o wypadkach, że wpływy działające przed urodzeniem dziecka, 

wywołały podobny skutek. Ale nie przypominam sobie w tej chwili, czy którykolwiek z nich 

został uleczony. Nie mogę nic powiedzieć, dopóki jej nie zbadam.  

Nazajutrz  rano  Eryk  udał  się  z  Dawidem  do  Gordonów.  Gdy  zbliżali  się  do  sadu, 

przypłynęły  ku  nim  poprzez  pachnący  żywicą  jodłowy  las  dźwięki  muzyki  -  było  to  jak 

gdyby namiętne wołanie, pełne smutku i skargi, a jednocześnie pełne cudownej słodyczy i 

przejmującej wymowy. 

- Co to? - wykrzyknął Dawid zdziwiony.  

-  To  Kilmeny  gra  na  skrzypcach  -  odpowiedział  Eryk.  -  Ma  wielkie  zdolności 

muzyczne i improwizuje przepiękne melodie.  

W sadzie Kilmeny powstała z ławki, idąc na ich spotkanie. Jej piękne, świetliste oczy 

były  szeroko  rozwarte,  a  twarz  zarumieniona  pod  wpływem  podniecenia,  wywołanego 

nadzieją i jednocześnie obawą. 

- O Boże! - szepnął Dawid.  

Nie  mógł  ukryć  swego  zdumienia  i  Eryk  uśmiechnął  się,  widząc  to.  Nie  uszło 

bowiem uwagi Eryka, że do tej chwili uchodził w oczach Dawida za człowieka niezupełnie 

przy zdrowych zmysłach.  

- Kilmeny - rzekł - oto mój przyjaciel, doktor Baker.  

Kilmeny uśmiechnęła się i podała Bakerowi rękę. Stojąc w blasku porannego słońca 

obok grządki swych siostrzyc, lilii, była tak piękna, że można było oniemieć na jej widok. 

Dawid,  któremu  nie  brakło  bynajmniej  pewności  siebie  i  który  był  na  ogół  wymowny  w 

towarzystwie kobiet, skłonił się przed nią w milczeniu, onieśmielony, niczym uczniak. Lecz 

Kilmeny  była  czarująco  swobodna.  W  jej  zachowaniu  nie  było  śladu  zmieszania,  a  tylko 

pełna  wdzięku  nieśmiałość.  Eryk  uśmiechnął  się,  przypominając  sobie  swe  pierwsze 

spotkanie z nią. I zdał sobie nagle sprawę jak wielkie uczyniła postępy od tego czasu i jak 

bardzo się rozwinęła. Uczyniwszy ręką zapraszający ruch, skierowała się młoda dziewczyna 

ku drożynie, wysadzonej dzikimi czereśniami, a obaj mężczyźni poszli za nią przez sad.  

-  Eryku,  ona  jest  niewypowiedzianie  piękna!  -  odezwał  się  Dawid  półgłosem.  - 

Wczoraj, jeśli mam być szczery, byłem dosyć niepochlebnego zdania o twoim rozsądku. A 

teraz ginę z zazdrości. To najbardziej urocza istota, jaką zdarzyło mi się widzieć.  

Eryk  przedstawił  Dawida  Gordonom  i  pośpieszył  do  szkoły.  Na  bocznej  dróżce 

natknął  się  na  Neila  i  prawie,  że  się  przeraził  błysku  nienawiści,  jaki  dojrzał  w  oczach 

młodego  Włocha.  Lecz  chwilowa  trwoga  ustąpiła  miejsca  litości.  Twarz  Neila  wychudła  i 

background image

wynędzniała. Oczy zapadły się i błyszczały gorączkowo. Postarzał się jak gdyby o lata całe 

od  dnia,  gdy  Eryk  zobaczył  go  po  raz  pierwszy  nad  strumieniem.  Pod  wpływem 

niespodziewanego  odruchu  współczucia  młody  nauczyciel  przystanął  i  wyciągnął  rękę  do 

chłopaka.  

- Neilu, czy nie możemy żyć w zgodzie? - rzekł. - Przykro mi, że  jestem przyczyną 

twego cierpienia.  

- W zgodzie! - Nigdy!  - rzucił Neil gwałtownie. - Odebrałeś mi pan Kilmeny. Będę 

pana zawsze nienawidził. I odpłacę się panu jeszcze. 

Oddalił  się  szybko,  a  Eryk  poszedł  do  szkoły,  wzruszywszy  ramionami  i  przestał 

myśleć o tym spotkaniu. Dzień wydał mu się nieskończenie długi. Kiedy wrócił do domu na 

obiad,  Dawida  jeszcze  nie  było.  Dopiero  wieczorem,  gdy  wszedł  do  swego  pokoju  zastał 

przyjaciela wyglądającego oknem.  

-  No  więc?  -  rzekł  niecierpliwie,  skoro  Dawid  obrócił  się  ku  niemu,  zachowując 

jednak  milczenie.  -  Cóż  mi  powiesz?  Nie  trzymaj  mnie  w  niepewności.  Nie  zniosę  tego 

dłużej. Dzisiejszy dzień wydał mi się wiekiem. Czy stwierdziłeś, co jest przyczyną kalectwa 

Kilmeny?  

- Przyczyny nie ma żadnej - odpowiedział doktor Baker powoli, opadając na krzesło 

przy oknie.  

- Co chcesz przez to powiedzieć?  

- Jedynie to, co mówię. Wszystkie jej narządy głosowe są w zupełnym porządku. I co 

się ich tyczy, nie ma żadnego powodu, aby nie mogła mówić.  

- No więc czemu nie może mówić? Czyżbyś sądził, że... że...  

- Sądzę, że nie zdołam wyrazić mego wniosku trafniej, niż powtarzając słowa Jany 

Gordon.  Kilmeny  nie  mówi,  ponieważ  jej  matka  nie  chciała  mówić.  Oto  wszystko. 

Przyczyna  jest  natury  psychicznej,  a  nie  fizycznej.  Wiedza  lekarska  jest  bezsilna  w  tym 

przypadku.  Istnieją  w  moim  zawodzie  wybitniejsi  specjaliści  ode  mnie  Eryku,  ale  jestem 

przekonany,  że  gdybyś  zasięgnął  ich  rady,  powiedzieliby  ci  to  samo,  co  ja,  ni  mniej,  ni 

więcej. 

-  W  takim  razie  nie  ma  nadziei  -  rzekł  Eryk  z  rozpaczą.  -  Nie  możesz  nic  dla  niej 

uczynić.  

Dawid zdjął z oparcia  krzesła szydełkową serwetkę, wyobrażającą skradającego się 

lwa i rozpostarł ją na kolanach.  

background image

- Nic nie mogę dla niej uczynić - powtórzył, wpatrując się chmurnie w tę artystyczną 

robótkę. - Wątpię, by ktokolwiek zdołał ją uleczyć. Ale nie twierdzę bynajmniej, że nie ma 

dla niej nadziei wyzdrowienia.  

- Słuchaj, Dawidzie, nie jestem usposobiony do rozwiązywania zagadek. Wypowiedz 

się jasno i nie dręcz mnie. 

Dawid  zmarszczył  czoło  w  niepewności  i  wetknął  palec  w  dziurkę,  będącą  okiem 

króla zwierząt.  

-  Nie  wiem,  czy  potrafię  wyrazić  ci  to  jasno.  Nie  jest  to  całkiem  jasne  dla  mnie 

samego.  Ma  się  rozumieć,  że  to  tylko  moja  własna,  mglista  teoria.  Nie  mogę  przytoczyć 

faktów,  które  by  ją  potwierdziły.  No,  krótko  mówiąc,  uważam  za  możliwe  Eryku,  aby 

Kilmeny zaczęła kiedyś mówić - o ile zapragnie tego dość silnie.  

-  Zapragnie!  Ależ,  człowieku,  ona  pragnie  tego  tak  silnie,  jak  tylko  można  chcieć 

czegoś. Kocha mnie całym sercem, a nie wyjdzie za mnie, ponieważ jest niema. Czy sądzisz, 

że ktokolwiek mógłby goręcej pragnąć mówić, niż młoda dziewczyna w tych warunkach?  

- Tak, ale nie mam na myśli tego rodzaju pragnienia, niezależnie od jego siły. Myślę 

o  nagłej,  gwałtownej,  namiętnej  potrzebie  wypowiedzenia  się,  jednocześnie  fizycznej  i 

psychicznej, dość potężnej, ażeby zerwać niewidzialne okowy, pętające jej mowę. O ile by 

się  zdarzała  okoliczność,  która  wywołałaby  tego  rodzaju  silne  pragnienie,  wierzę,  że 

Kilmeny przemówiłaby, a gdyby raz przemówiła, byłaby odtąd zupełnie uleczona - tak, byle 

wypowiedziała choć jedno słowo.  

-  Wszystko  to  wydaje  mi  się  bardzo  niedorzeczne  -  odezwał  się  Eryk  niepewnie.  - 

Przypuszczam, że ty masz pojęcie o czym mówisz, ale ja nie. A w każdym razie znaczy to w 

praktyce, że nie może  ona żywić żadnej nadziei - no i ja też. Nawet jeśli twoja teoria jest 

trafna,  gdzież  prawdopodobieństwo,  że  zdarzy  się  okoliczność  o  jakiej  mówisz?  Kilmeny 

nie zostanie więc nigdy moją żoną. 

-  Nie  dawaj  tak  łatwo  za  wygraną.  Bywały  wypadki,  że  kobieta  zmieniała  swe 

postanowienie. 

-  Ale  nie  taka  kobieta  jak  Kilmeny  -  rzekł  Eryk  ze  smutkiem.  -  Powiadam  ci,  że 

posiada nieugiętą wolę i wytrwałość swej matki, chociaż nie ma w niej ani śladu egoizmu 

lub dumy. Dziękuję ci, Dawidzie, za życzliwość i dobre chęci. Uczyniłeś wszystko, co było w 

twej mocy. Mój Boże, czym by to było dla mnie, gdybyś zdołał ją uleczyć!  

Eryk padł na krzesło, wzdychając ciężko i ukrył twarz w dłoniach. Chwila ta była dla 

niego bolesna jak śmierć. Sądził, że jest przygotowany na rozczarowanie. Nie zdawał sobie 

sprawy jak silna była jego nadzieja, dopóki ta nadzieja nie została mu całkowicie odebrana.  

background image

Dawid westchnął, kładąc szydełkową robótkę na miejsce.  

- Jeśli mam być szczery, Eryku, myślałem sobie wczoraj, że jeśli przekonam się, iż 

nie  uda  mi  się  uleczyć  tej  dziewczyny,  będzie  to  najlepsze  rozwiązanie  sprawy  dla  ciebie. 

Ale  odkąd  ją  zobaczyłem,  dałbym  sobie  uciąć  prawą  rękę,  byle  móc  uczynić  coś  dla  niej. 

Tak,  to  żona  dla  ciebie  -  gdybyśmy  tylko  zdołali  przywrócić  jej  mowę!  I  na  pamięć  twej 

matki!  -  Tu  Dawid  uderzył  pięścią  w  parapet  okienny  z  taką  siłą,  że  wstrząsnął  futryną  - 

jest  to  żona  dla  ciebie  bez  względu  na  to,  czy  będzie  mówiła,  czy  też  nie  -  żebyśmy  tylko 

mogli przekonać ją o tym.  

- Nie przekonamy jej. Nie, Dawidzie, straciłem ją. Czyż powiedziałeś jej to, co mnie?  

- Powiedziałem, że nie mogę nic dla niej uczynić. Nie wspominałem o mojej teorii, 

gdyż nie miałoby to celu.  

- Jak to przyjęła?  

-  Bardzo  spokojnie  i  odważnie  -  z  wdziękiem  wielkiej  damy.  Ale  wyraz  jej  oczu  - 

Eryku,  doznałem  uczucia,  że  popełniłem  zabójstwo.  Pożegnała  mnie,  uśmiechając  się 

żałośnie  i  poszła  na  górę.  Nie  widziałem  jej  więcej,  chociaż  zostałem  na  obiedzie, 

zaproszony przez pana Gordona. Osobliwa to para, ci starzy Gordonowie. Podobali mi się 

jednak.  Mocne  charaktery  o  stałych  zasadach,  wierni  w  przyjaźni,  a  zawzięci  jako 

wrogowie.  Żałowali,  że  nie  mogę  uleczyć  Kilmeny,  ale  widać  było  wyraźnie,  iż  Tomasz 

Gordon uważał moje usiłowania za wtrącanie się do wyroków przeznaczenia.  

Eryk uśmiechnął się bezmyślnie. 

- Muszę tam pójść i zobaczyć się z Kilmeny. Wybaczysz mi, prawda Dawidzie? Masz 

tu książki. Poczytaj sobie.  

U Gordonów zobaczył się Eryk jednak tylko z Janą. Powiedziała mu, że Kilmeny jest 

w swoim pokoju i nie chce go przyjąć.  

- Spodziewała się, że pan przyjdzie i zostawiła mi to dla pana.  

Jana wręczyła mu karteczkę. Zawierała niewiele słów i widniały na niej ślady łez.  

Panie  Eryku  -  przeczytał  -  proszę  nie  przychodzić  więcej.  Nie  powinniśmy  się 

widywać,  gdyż  byłoby  to  jeszcze  bardziej  bolesne  dla  nas  obojga.  Musi  pan  wyjechać  i 

zapomnieć  o  mnie.  Kiedyś  będzie  mi  pan  wdzięczny  za  to.  Będę  pana  zawsze  kochała  i 

modliła się za pana.  

Kilmeny  

- Muszę się z nią widzieć - oświadczył Eryk rozpaczliwie. - Ciotko Jano, proszę mi 

dopomóc i powiedzieć jej, że muszę pomówić z nią. Proszę tylko o chwilkę rozmowy.  

Jana potrząsnęła głową, lecz udała się na górę. Wróciła niebawem. 

background image

-  Kilmeny  powiada,  że  nie  może  zejść.  A  pan  wie,  jaka  ona  jest  stanowcza.  Żadne 

prośby tu nie pomogą. I uważam, iż ma słuszność. Skoro nie chce wyjść za pana, lepiej dla 

niej, by pana nie widywała.  

Eryk zmuszony był wrócić do domu, nie otrzymawszy żadnej innej pociechy.  

Nazajutrz rano odwiózł sam Dawida na stację, gdyż była to sobota. Nie spał całą noc 

i wyglądał tak źle, że przyjaciel zaniepokoił się o niego. Dawid pozostałby chętnie kilka dni 

w Lindsay, lecz groźny stan zdrowia jednego z pacjentów wymagał jego szybkiego powrotu.  

Na peronie zamienił z Erykiem uścisk dłoni.  

- Rzuć tę szkołę, Eryku i wracaj do domu. Nic tu już nie wskórasz, a zamartwisz się 

na śmierć.  

-  Muszę  zobaczyć  się  raz  jeszcze  z  Kilmeny,  zanim  wyjadę  -  brzmiała  odpowiedź 

Eryka.  

Po  południu  poszedł  do  Gordonów.  Ale  wynik  tych  odwiedzin  był  taki  sam,  jak 

poprzedniego dnia. Kilmeny odmówiła widzenia się z nim, a Tomasz powiedział poważnie:  

- Panie Eryku, pan wie, że pana lubię i żałuję, iż Kilmeny tak postanowiła. Może ma 

jednak  słuszność.  Widywałbym  pana  chętnie  często  i  będzie  mi  pana  brak.  Ale  powiem 

panu otwarcie, że tak, jak sprawy stoją obecnie, lepiej, aby pan nie przychodził tu więcej. 

Nic to nie pomoże, a im prędzej przestaniecie oboje myśleć o sobie, tym lepiej dla was. A 

teraz idź pan i niech Bóg ma pana w swej opiece.  

- Czy pan wie, czego pan ode mnie żąda? - rzekł młody człowiek ochrypłym głosem. 

-  Tak  jest,  wymagam  od  pana  rzeczy  niełatwej,  dla  pańskiego  dobra.  Kilmeny  nie 

rozmyśli  się.  Wiemy  już  z  doświadczenia,  jaką  może  być  wola  kobiety.  Cicho  Jano,  nie 

płacz.  Jakież  wy,  kobiety,  jesteście  niemądre!  Czy  myślisz,  że  łzy  zmyją  taki  czyn?  Nie 

zmażą one grzechu, ani skutków grzechu. Straszne to, jak grzech rozrasta się i rozpościera, 

a  w  końcu  niszczy  niewinne  życie,  nieraz  w  długi  czas  po  tym,  gdy  grzesznik  odszedł  już 

zdać sam sprawę przed Bogiem. Proszę pana, jeśli pan usłucha mojej rady, rzuci pan szkołę 

w Lindsay i powróci jak najprędzej do Queenslea.  

background image

Zerwane okowy  

Eryk udał się do domu blady i posępny. Nie przypuszczał nigdy, by człowiek mógł 

tak cierpieć, jak on cierpiał obecnie.  

Co  miał  począć?  Wydawało  mu  się  niepodobieństwem  wieść  życie  dalej  -  czym 

miało być życie bez Kilmeny?  

Ból szarpał jego duszę, pozbawiając go sił, a młodzieńcza nadzieja przemieniły się w 

jego sercu w gorycz i żal.  

Nie potrafił nigdy potem powiedzieć, jak przeżył tę niedzielę i w jaki sposób pełnił w 

poniedziałek swe zwykłe obowiązki. Przekonał się, ile człowiek może przecierpieć i mimo 

to  żyć  dalej  i  pracować.  Miał  wrażenie,  że  ciało  jego  jest  automatem,  poruszającym  się  i 

mówiącym  bez  współudziału  jego  woli,  podczas  gdy  zamknięty  w  nim  udręczony  duch 

doznawał  mąk,  które  wycisnęły  na  nim  niezatarte  piętno.  Z  tej  ogniowej  próby  Eryk 

Marshall  wyszedł  już  jako  mężczyzna,  który  pozostawił  za  sobą  na  zawsze  swe  lata 

chłopięce i patrzył na życie oczyma, sięgającymi w jego głąb i poza nie.  

We  wtorek  po  południu  odbył  się  w  powiecie  pogrzeb  i  zgodnie  z  miejscowym 

obyczajem, dzieci w szkole nie miały lekcji. Eryk poszedł do sadu. Nie spodziewał się zastać 

tam Kilmeny, gdyż przypuszczał, że będzie unikała tego miejsca, aby go nie spotkać. Lecz 

nie mógł przebywać z dala od sadu, chociaż myśl o nim była jedną więcej udręką. Erykiem 

miotały dwa sprzeczne uczucia. Pragnął gwałtownie nie zobaczyć go więcej, a jednocześnie 

nie mógł pogodzić się z tym, by odjechać i opuścić ów dziwny, stary sad, gdzie poznał swą 

ukochaną  i  starał  się  o  nią,  gdzie  widział,  jak  rozwijała  się  i  rozkwitała  w  jego  oczach, 

niczym  rzadki  kwiat  i  w  krótkim  czasie  trzech  miesięcy  stała  się  z  prześlicznego  dziecka 

jeszcze bardziej uroczą kobietą.  

Idąc przez pastwisko koło lasu natknął się na Neila Gordona, który robił płot. 

Chłopak nie spojrzał, gdy Eryk go mijał, lecz wbijał w dalszym ciągu paliki w ziemię. 

Przedtem  Erykowi  żal  było  Neila.  Obecnie  zdał  sobie  sprawę,  że  odczuwa  dlań 

sympatię.  Czy  Neil  cierpiał  tak,  jak  on  cierpiał?  Młody  nauczyciel  widział  w  nim  teraz 

współtowarzysza niedoli. 

Sad  drzemał  cicho  w  silnych,  gorących  promieniach  wrześniowego  słońca,  które 

posiadały niejako moc zgęszczania wszelkich woni, jakie lato nagromadziło w lesie i polu.  

Kwiatów  było  teraz  niewiele.  Większość  lilii,  które  kilka  dni  temu  królowały  tak 

okazale wzdłuż środkowej ścieżki, zwiędła. Trawa zeschła się, była nierówna i zapuszczona. 

Tylko po rogach płonęły niby pochodnie wysokie kwiaty nawłoci, a tu i ówdzie pochylało 

się kilka ciemnopurpurowych astrów.  

background image

Sad zachował swoisty, niezwykły powab, podobnie jak pewne kobiety, które otacza 

atmosfera dawnej piękności i które nie utraciły nic z wrodzonego, niezniszczalnego czaru, 

chociaż młodość ich dawno przeminęła.  

Eryk przechadzał się po sadzie smutny i zgnębiony a w końcu usiadł na pochylonej 

żerdzi płotu w cieniu zwisających gałęzi jodły. Tutaj oddał się bolesnemu rozpamiętywaniu, 

pełnemu gorzkiej słodyczy, przeżywając na nowo wszystko, co wydarzyło się w tym sadzie, 

odkąd  spotkał  tu  po  raz  pierwszy  Kilmeny.  Był  tak  pogrążony  w  myślach,  że  nie  zdawał 

sobie zupełnie  sprawy  z tego, co się wokół niego działo. Nie słyszał więc za sobą odgłosu 

skradających się kroków w jodłowym lesie. Nie widział nawet Kilmeny, która nadchodziła 

powoli i ukazała się na zakręcie dróżki, wysadzonej dzikimi czereśniami.  

Młoda dziewczyna przyszła do sadu, chcąc ukryć swą boleść - o ile to było w ogóle 

możliwe.  Nie  obawiała  się  spotkać  tam  Eryka  o  tej  porze  dnia,  gdyż  nie  wiedziała,  że  w 

powiecie  istniał  zwyczaj  przerywania  nauki  na  czas  pogrzebu.  Wieczorem  nie  poszłaby 

nigdy do sadu, choć tęskniła za nim nieustannie. Sad i wspomnienia - oto wszystko co jej 

obecnie pozostało. 

Wydawało  się,  że  przez  tych  kilka  dni  przeżyła  lata  całe.  Piła  z  kielicha  bólu  i 

cierpienia. Twarz miała bladą i wychudłą. Sine, przezroczyste cienie widniały pod wielkimi, 

myślącymi  oczyma,  z  których  zniknął  wyraz  dziewczęcej  wesołości  i  rozmarzenia,  a  ból, 

znoszony z poddaniem się nadał im osobliwego uroku. 

Tomasz Gordon potrząsnął głową z niepokojem, spojrzawszy na nią tego ranka przy 

śniadaniu.  

“Nie  przetrzyma  tego  -  pomyślał  sobie.  -  Nie  pobędzie  długo  na  tym  świecie. 

Biedactwo! Może tak będzie dla niej najlepiej. Ale dałbym wiele, aby ten młody Marshall 

nie  był  nigdy  zaszedł  do  sadu  Connorsów,  ani  do  naszego  domu.  Och,  Małgorzato, 

Małgorzato, to straszne, że twoja córka ma płacić za grzech, popełniony zanim przyszła na 

świat”. 

Kilmeny  szła  powoli  dróżką,  jakby  we  śnie,  nie  zwracając  na  nic  uwagi.  Skoro 

znalazła  się  przy  otworze  w  płocie,  gdzie  drożyna  wchodziła  w  sad,  podniosła  głowę  i 

zobaczyła Eryka, siedzącego w cieniu drzew po drugiej stronie sadu. Miał głowę schyloną, 

wspartą na dłoniach. Kilmeny przystanęła i krew rzuciła jej się gwałtownie do twarzy, a w 

następnej  chwili  odpłynęła,  pozostawiając  twarz  bladą  jak  papier.  Wyraz  zgrozy  - 

nieopisanej,  śmiertelnej  zgrozy  -  pojawił  się  w  jej  oczach  tak,  jak  ciemne  cienie  chmur 

odbijają się w dwóch błękitnych stawach. Za Erykiem stał Neil, przyczajony, sprężony do 

morderczego ciosu. Nawet z tej odległości widziała Kilmeny wyraz jego twarzy oraz to, co 

background image

trzymał  w  ręce  i  w  nagłym  przebłysku  zrozumienia,  uświadomiła  sobie  znaczenie  tego. 

Wszystko  to  utrwaliło się  w  jej  mózgu,  niby na  kliszy  fotograficznej.  Wiedziała,  że  zanim 

dobiegnie przez sad, aby ostrzec Eryka dotknięciem ręki, będzie za późno. A przecież musi 

go ostrzec... Musi... Musi!  

Przemożne  pragnienie  dobycia  głosu  wezbrało  w  niej  i  zalało  ją  niby  fala  morska, 

znosząc wszelkie zapory z nieodpartą siłą.  

Kiedy  Neil  wzniósł  szybkim  i  mściwym  ruchem  siekierę,  którą  trzymał  w  ręce, 

Kilmeny rzuciła się naprzód przez dziurę w płocie.  

- Eryku, Eryku obejrzyj się... Obejrzyj się za siebie!  

Młody człowiek porwał się zaskoczony, zdumiony, gdy krzyk ten rozległ się w sadzie.  

Nie zdawał sobie zupełnie sprawy, że to Kilmeny go woła, lecz odruchowo usłuchał 

nakazu. 

Obejrzał  się  i  zobaczył  Neila,  który  nie  patrzył  na  Eryka,  lecz  obok  niego,  na 

Kilmeny. Twarz młodego Włocha była szara jak popiół, a oczy jego wyrażały przerażenie i 

niedowierzanie,  tak  jak  gdyby  nadprzyrodzona  siła  przeszkodziła  mu  w  wykonaniu 

morderczego  zamiaru.  Siekiera,  leżąca  u  jego  nóg  tak,  jak  ją  upuścił  pod  wpływem 

niewypowiedzianego strachu, usłyszawszy krzyk Kilmeny, zdradziła Erykowi wszystko. 

Zanim jednak Eryk zdołał się odezwać, Neil zawrócił, krzyknął przeraźliwie głosem 

podobniejszym  do  głosu  zwierzęcia  niż  istoty  ludzkiej  i  uciekł  w  mrok  jodłowego  lasu, 

jakby go ktoś ścigał.  

W  chwilę  później  Kilmeny  padła  w  ramiona  Eryka.  Twarz  miała  zroszoną  łzami  i 

rozjaśnioną uśmiechem.  

-  Ach,  Eryku,  ja  mówię!...  -  Ja  mówię!  Czy  to  nie  cudowne!  Eryku,  kocham  cię... 

Kocham cię!  

Neil sam znajduje wyjście  

To cud! - powiedział Tomasz Gordon ze czcią. Były to jego pierwsze słowa od chwili, 

kiedy  Eryk  i  Kilmeny,  trzymając  się  za  ręce,  wpadli  do  mieszkania  niby  dwoje  dzieci, 

upojonych  radością  i  zdumieniem  i  opowiedzieli  zdyszanym  głosem  rzecz  całą  jemu  oraz 

Janie.  

- Och, nie, jest to bardzo niezwykłe, ale nie żaden cud - rzekł Eryk. - Dawid mówił 

mi,  że  może  się  tak  stać.  Tylko  nie  miałem  nadziei.  Gdyby  tu  był,  wytłumaczyłby  wam 

wszystko. 

Tomasz Gordon potrząsnął głową. 

background image

- Wątpię, by on, czy ktokolwiek inny mógł to wyjaśnić, proszę pana. Ja uważam to 

za cud. Podziękujmy Bogu kornie i ze czcią, iż uznał za stosowne zdjąć klątwę z niewinnej. 

Niechaj wasi doktorzy tłumaczą to, jak chcą, nie będą na pewno bliżsi prawdy. Ja widzę w 

tym rękę Bożą. Jano, wydaje mi się, że śnię. Czy Kilmeny mówi naprawdę?  

-  Naprawdę,  wujku  -  odpowiedziała  Kilmeny,  rzucając  Erykowi  spojrzenie  pełne 

zachwytu. - Nie wiem, jak to się stało, ale uczułam, że muszę przemówić i przemówiłam. A 

teraz jest to takie łatwe. Wydaje mi się, że mogłam zawsze mówić. 

Mówiła naturalnie i swobodnie. Jedynie odpowiednia modulacja głosu sprawiała jej 

niejaką  trudność.  Chwilami  brzmiał  on  zbyt  wysoko,  to  znów  zbyt  nisko.  Ale  wyczuwało 

się,  że  opanuje  go  wkrótce  całkowicie.  Głos  miała  piękny  -  bardzo  czysty,  miękki  i 

melodyjny.  

- Ach, jak się cieszę, że pierwszym słowem, które wypowiedziałam, było twoje imię, 

najdroższy - szepnęła do Eryka. 

- A co będzie z Neilem? - zapytał Tomasz Gordon, otrząsając się z trudem z podziwu, 

w  jakim  był  pogrążony.  -  Co  zrobimy,  gdy  wróci?  Niewesoła  to  sprawa  pod  tym  jednym 

względem.  

Eryk zapomniał prawie o Neilu pod wpływem przemożnego zdumienia oraz radości. 

Świadomość, że uniknął nagłej i gwałtownej śmierci, nie owładnęła dotąd jego myślami.  

- Musimy mu przebaczyć, panie Gordon. Wiem, jakie uczucia  żywiłbym względem 

człowieka, który odebrałby mi Kilmeny. W swym bólu uległ złemu porywowi, lecz pomyśl 

pan, ile stąd wynikło dobrego. 

-  No  tak.  Nie  zmienia  to  jednak  strasznej  prawdy,  że  chłopak  żywi  w  sercu 

mordercze  zamiary  -  i  byłby  pana  zabił.  Wszechmocna  opatrzność  nie  dopuściła,  by 

popełnił  dzisiaj  zbrodnię  i  skierowała  zło  ku  dobremu.  Lecz  zawinił  on  zamiarem  i 

myślami.  A  my  przywiązaliśmy  się  do  chłopca,  wychowaliśmy,  jak  własne  dziecko  i 

kochaliśmy  go  mimo  wszystkich  jego  wad.  Ciężka  to  rzecz  dla  nas  i  nie  wiem,  co  mamy 

uczynić.  Nie  możemy  przyjąć  go  tak,  jakby  się  nic  nie  stało.  Nie  będziemy  mogli  mu  już 

nigdy zaufać.  

Lecz Neil Gordon rozstrzygnął sam swoją sprawę. Kiedy Eryk powrócił tego dnia do 

domu, zastał Roberta Williamsona przy kredensie, raczącego się kawałkiem chleba z serem 

po jeździe na stację. Tymoteusz siedział na stole w swym strojnym aksamitnym futerku i 

spożywał z powagą smaczne kąski, rzucane mu przez Roberta.  

- Dobry wieczór panu. No, rad jestem, że pan jakoś raźniej wygląda. Mówiłem żonie, 

że  to  pewnie  tylko  zwykła  sprzeczka  zakochanych.  Martwiła  się  panem.  Ale  nie  chciała 

background image

dopytywać  się.  Ona  nie  należy  do  tych  osób,  które  czują  się  nieszczęśliwe,  nie  mogąc 

wtykać  ustawicznie  nosa  w  cudze  sprawy.  Ale  cóż  się  tam  stało  dziś  wieczorem  u 

Gordonów, proszę pana?  

Eryk spojrzał ze zdziwieniem. O czymże mógł się Robert tak prędko dowiedzieć?  

- O czym pan mówi? - zapytał. 

-  No,  my  tam  na  stacji,  domyślaliśmy  się,  że  coś  musiało  zajść,  jeśli  Neil  Gordon 

pojechał w taki sposób na wycieczkę.  

- Neil pojechał! Na wycieczkę! - wykrzyknął Eryk. 

-  Ano  tak.  Przecież  pan  wie,  że  pociąg  wycieczkowy  odszedł  dziś  wieczorem.  A  w 

nocy  przesiądą  się  na  statek.  Od  nas  pojechało  ze  dwunastu  chłopaków.  Staliśmy  sobie 

przed stacją i gwarzyliśmy, a tu Lincoln Frame zajechał pędem, a z bryczki wyskoczył Neil. 

Wpadł do kasy, kupił bilet i wsiadł do pociągu, nie zamieniwszy z nikim słowa. A chmurny 

był  jak  noc.  Takeśmy się  zdziwili,  że  żaden  z  nas  nie  odezwał  się,  aż  gdy  go  już  nie  było. 

Lincoln  nie  wiedział  wiele.  Neil  przybiegł  do  niego  o  zmroku,  a  wyglądał,  jakby  uciekał 

przed policją. Chciał sprzedać Lincolnowi czarnego źrebaka za sześćdziesiąt dolarów, jeżeli 

Lincoln zawiezie go na stację tak, aby zdążył na pociąg wycieczkowy. Źrebak był własnością 

Neila i Lincoln miał na niego dawno ochotę, tylko Neil nie chciał przedtem słyszeć o tym. 

Teraz więc Lincoln skorzystał ze sposobności, a ponieważ chłopak przyprowadził źrebaka 

ze  sobą,  zaprzągł  natychmiast  i  zawiózł  Neila  na  stację.  Nie  miał  on  żadnych  rzeczy  przy 

sobie  i  przez  całą  drogę  nie  puścił  pary  z  ust.  Domyśliliśmy  się,  że  musiał  pokłócić  się  z 

Tomaszem. Czy wie pan co o tym? A może był pan tak zajęty swoją dziewczyną, że nie miał 

pan ani uszu, ani oczu dla czegokolwiek innego?  

Eryk  zastanowił  się  szybko.  Doznał  wielkiej  ulgi,  dowiedziawszy  się  o  wyjeździe 

Neila. Nie wróci on więcej i tak było najlepiej dla wszystkich. Robertowi trzeba powiedzieć 

choć część prawdy, bo będzie i tak wkrótce wiadome, że Kilmeny mówi.  

-  Owszem,  były  dziś  pewne  nieprzyjemności  u  Gordonów  -  odezwał  się  młody 

nauczyciel spokojnie. - Neil zachował się bardzo źle i przestraszył okropnie Kilmeny - tak 

dalece, że wydarzyła się rzecz doprawdy zadziwiająca. Kilmeny zdołała przemówić i teraz 

mówi doskonale.  

Robert  odłożył  kawałek  sera,  który  niósł  do  ust  na  końcu  noża  i  wpatrywał  się  ze 

zdumieniem w Eryka. 

- W imię Ojca i Syna!... A to ci dopiero nadzwyczajna rzecz! - wykrzyknął. - Czy pan 

mówi poważnie? Czy też próbuje pan zakpić ze mnie, starego?  

background image

-  Nie,  panie  Williamson.  Zapewniam  pana,  że  to  szczera  prawda.  Doktor  Baker 

mówił mi, że jakiś nagły wstrząs mógłby ją uleczyć i tak się stało. A co do Neila, sądzę, że 

nie wróci więcej i uważam, iż dobrze zrobił.  

Nie chcąc rozprawiać dłużej o tej sprawie, Eryk wyszedł z kuchni. Idąc na górę do 

swego pokoju, usłyszał, jak Robert mruczał sam do siebie w bezradnym zdumieniu:  

- Jak żyję, nie słyszałem czegoś podobnego - jak żyję... A ty, Tymoteuszu, słyszałeś 

kiedy? Ci Gordonowie to nieobliczalni ludzie - co do tego nie ma dwóch zdań. Żeby nawet 

chcieli, nie potrafią postępować tak, jak inni. Muszę zbudzić matkę i opowiedzieć jej o tym, 

bo inaczej nie zasnę.  

background image

Ostateczne zwycięstwo  

Teraz, kiedy wszystko ułożyło się szczęśliwie, Eryk chciał porzucić szkołę i wrócić do 

rodzinnego miasta. Prawda, zobowiązał się “na piśmie”, że obejmuje posadę nauczyciela na 

rok. Lecz wiedział, że opiekunowie zwolnią go, jeśli postara się o odpowiedniego zastępcę. 

Postanowił  pozostać  do  wakacji  jesiennych,  które  wypadały  w  październiku,  a  potem 

wyjechać. Kilmeny obiecała, że pobiorą się na wiosnę. Eryk prosił o wcześniejszy termin, 

lecz odmówiła z łagodną stanowczością, a Tomasz i Jana poparli ją. 

-  Muszę  nauczyć  się  wielu  rzeczy  zanim  będę  mogła  wyjść  za  mąż  -  powiedziała 

Kilmeny. - I chcę przyzwyczaić się widywać ludzi. Odczuwam jeszcze pewien lęk, ile razy 

widzę kogoś obcego, chociaż zdaje mi się, że tego nie okazuję. Będę chodziła do kościoła z 

wujem i ciotką, a także na zebrania Towarzystwa Misyjnego. I wuj powiada, że pośle mnie 

tej zimy do miasta do jakiejś szkoły, o ile byś się na to zgodził.  

Eryk  wyraził  natychmiast  swój  sprzeciw.  Kilmeny  w  szkole!  Nie  mógł  po  prostu 

myśleć o tym bez śmiechu.  

-  Nie  rozumiem  dlaczego  nie  może  nauczyć  się  wszystkiego  czego  jej  potrzeba, 

równie dobrze po wyjściu za mąż, jak przedtem - wyrzekł przed jej wujem oraz ciotką.  

-  Ale  my  chcemy  mieć  ją  u  siebie  jeszcze  przez  zimę  -  wyjaśnił  cierpliwie  Tomasz 

Gordon. - Będzie nam jej okropnie brak, gdy wyjedzie, proszę pana. Nie rozstawaliśmy się 

z nią nigdy, ani na jeden dzień, jest naszą jedyną radością. Bardzo to miło, że pan powiada, 

iż będzie nas odwiedzała kiedy zechce. Ale to zupełnie co innego. Będzie wtedy należała do 

pańskiego  świata,  a  nie  do  naszego.  I  tak  być  powinno  -  nie  chcielibyśmy,  aby  stało  się 

inaczej. Ale pozostaw nam ją jeszcze przez jedną zimę.  

Eryk ustąpił, choć niezbyt chętnie.  

-  Ostatecznie  -  pomyślał  sobie  -  Lindsay  nie  jest  znów  tak  daleko  od  Queenslea,  a 

istnieją przecież statki i pociągi.  

- Czy napisał pan już o wszystkim swemu ojcu? - zapytała Jana z niepokojem.  

Nie,  nie  uczynił  tego  jeszcze.  Ale  wróciwszy  do  domu,  skreślił  dokładne 

sprawozdanie  z  całego  lata  i  wysłał  je  ojcu.  Pan  Marshall  senior  odpowiedział  na  list, 

zjawiając się osobiście.  

W  parę  dni  później  zastał  Eryk  po  powrocie  ze  szkoły  ojca,  siedzącego  w 

czyściutkim,  wymuskanym  bawialnym  pokoju  pani  Williamson.  Sprawę  listu  poruszyli 

jednak dopiero po kolacji. Skoro znaleźli się sami, pan Marshall odezwał się bez wstępów. 

- Eryku, cóż tam z tą dziewczyną? Mam nadzieję, że nie zrobiłeś głupstwa? Bo coś 

mi  się  to  nie  bardzo  podoba.  Dziewczyna,  która  była  niema  od  urodzenia  i  nie  posiada 

background image

prawa  do  nazwiska  ojca  -  dziewczyna  wiejska,  wychowana  w  takiej  miejscowości  jak 

Lindsay!  twoja  żona  będzie  musiała  zająć  miejsce  twej  matki  -  a  matka  była  kobietą 

wyjątkową.  Czy  uważasz,  że  ta  dziewczyna  jest  tego  godna?  To  niemożliwe!  Dałeś  się 

zwieść  ładnej  twarzy,  świeżej  wiejskiej  urodzie.  Spodziewałem  się,  że  wynikną  jakieś 

przykrości z tej twojej zachcianki, aby objąć tutaj posadę nauczyciela. 

- Poczekaj ojcze, aż zobaczysz Kilmeny - rzekł Eryk i uśmiechnął się. 

-  Hm.  To  samo  powiedział  mi  Dawid  Baker.  Otrzymawszy  twój  list,  poszedłem  od 

razu  do  niego,  gdyż  wiedziałem,  że  musi  być  jakiś  związek  pomiędzy  tym  listem,  a 

tajemniczym  pobytem  Dawida  w  Lindsay,  co  do  którego  nie  mogłem  wydobyć  z  niego 

słowa  ani  prośbą,  ani  groźbą.  Powiedział  mi  tylko:  “Niech  pan  poczeka,  aż  pan  pozna 

Kilmeny  Gordon”.  Dobrze,  poczekam  do  tej  chwili,  ale  pamiętaj,  że  będę  patrzył  na  nią 

oczyma  człowieka  sześćdziesięciopięcioletniego,  a  nie  dwudziestoczteroletniego 

młodzieńca. I jeśli nie jest taka, jaką twoja żona powinna być, wyrzekniesz się jej, albo też 

będziesz sobie sam radził w życiu. Jeśli zechcesz bowiem popełnić głupstwo i zmarnować 

sobie życie, nie przyłożę do tego ręki.  

Eryk zagryzł wargi, lecz rzekł tylko spokojnie:  

- Chodź ze mną, ojcze. Pójdziemy teraz do niej.  

Udali się okrężną drogą, gościńcem. 

Nie zastali Kilmeny w domu.  

-  Jest  w  sadzie  -  wyjaśniła  Jana.  -  To  jej  ulubione  miejsce  i  spędza  tam  cały  swój 

wolny czas. Lubi uczyć się w sadzie.  

Ojciec  i  syn  usiedli  i  rozmawiali  chwilę  z  Tomaszem  i  jego  siostrą.  Wyszedłszy  od 

Gordonów pan Marshall odezwał się: 

-  Ci  ludzie  podobają  mi  się.  Gdyby  Tomasz  był  taki,  jak  Robert  Williamson  nie 

czekałbym  nawet,  aby  zobaczyć  twoją  Kilmeny.  Ale  oboje  Gordonowie  są  bez  zarzutu  - 

szorstcy i małomówni, ale znać dobry ród - oraz wrodzoną szlachetność i siłę charakteru. 

Tylko  powiem  szczerze,  że  mam  nadzieję,  iż  twoja  ukochana  nie  ma  takich  ust,  jak  jej 

ciotka.  

- Usta Kilmeny są niby ucieleśniona pieśń miłosna - odpowiedział Eryk z zapałem. 

- Hm - zauważył pan Marshall. - No - dodał po chwili bardziej pobłażliwie - byłem 

także poetą przez sześć miesięcy mego życia, kiedy starałem się o twoją matkę.  

Kilmeny czytała, siedząc na ławce pod krzewami bzu, gdy weszli do sadu. Powstała i 

podeszła nieśmiało na ich spotkanie, gdyż odgadła kim był wysoki, siwy pan, towarzyszący 

narzeczonemu.  Gdy  się  zbliżała,  Eryk  zauważył  z  uczuciem  radosnej  dumy,  że  nie 

background image

wyglądała nigdy bardziej uroczo. Miała na sobie sukienkę ulubionego, niebieskiego koloru, 

uszytą ładnie i skromnie, tak, jak wszystkie jej sukienki. Uwydatniała ona przepięknie linie 

jej smukłej, wiotkiej postaci. Lśniące, czarne warkocze upięte były wokół głowy, a zdobiące 

je dwa dzikie astry jaśniały przy nich, niby bladopurpurowe gwiazdy. Twarz jej była lekko 

zapłoniona  pod  wpływem  podniecenia.  Kilmeny  wyglądała  jak  młodziutka  księżniczka  w 

błyszczącej  koronie,  którą  tworzyły  czerwonawe  promienie  słońca,  padające  poprzez 

listowie starych drzew na jej głowę.  

- Ojcze, oto Kilmeny - odezwał się Eryk z dumą.  

Młoda  dziewczyna  podała  panu  Marshallowi  rękę,  szepcząc  nieśmiało  słowa 

powitania.  On  zaś  ujął  tę  rękę  i  przytrzymał  ją  w  swojej,  wpatrując  się  tak  uważnie  i 

przenikliwie w twarz Kilmeny swemi bystrymi oczyma, że nawet jej szczere spojrzenie nie 

wytrzymało  tego  wzroku.  Po  czym  przyciągnął  ją  do  siebie  i  złożył  z  powagą  delikatny 

pocałunek na jej białym czole.  

- Moja droga - rzekł - cieszę się i jestem dumny, że zgodziłaś się zostać żoną mojego 

syna - a moją bardzo kochaną i szanowaną córką.  

Eryk  odwrócił  się  szybko,  chcąc  ukryć  wzruszenie.  Twarz  miał  rozjaśnioną  jak 

człowiek, który widzi swą przyszłość w najpromienniejszych barwach.