background image

ALEKSANDER SOŁZENICYN

LENIN W ZURYCHU

Rozdziały Przełożył: PAWEŁ HERZOG

EDEIT10NS SPOTKANIA.

Aleksander Sołżenicyn Lenin w Zurychu

Przełożył Paweł Herzog

ISB

Dyrektor wydawnictwa: Piotr Jegliński

Copyright © Aleksander Sołżenicyn

Copyright © for this edition Editions Spotkania, 1990

00-265 Warszawa

ul. Piwna 44

Druk: Opolskie Zakłady Graficzne Zam. 843/90. 12.000 egz. obj. 13 ark. dr.

SPIS TREŚCI

Z WĘZŁA I

Sierpień Czternastego          (22)   ...........................................     9

Z WĘZŁA II

Październik Szesnastego      (38)   ..........................................    31

Październik Szesnastego      (44)   ..........................................    49

Październik Szesnastego      (45)   ..........................................    62

Październik Szesnastego      (47)   ..........................................    79

Październik Szesnastego       [48)   ..........................................    91

Październik Szesnastego       (49)   .........................................    107

Październik Szesnastego       (50)   .........................................    116

background image

Z WĘZŁA III

 Marzec Siedemnastego (L-l) ........................................    129

Marzec Siedemnastego (L-2) ........................................    149

Dokumenty ...........................................................    162

Marzec Siedemnastego (L-3) ........................................   164

Dokumenty   ..........................................................     180

Uwagi autora....................................................................    181

Informacja (rewolucjoniści i osoby zbliżone)    .....................    183

Przypisy    ............................................................................    201

Z WĘZŁA I SIERPIEŃ CZTERNASTEGO

22

Tak, tak, tak, tak! To jest wada, ta żyłka hazardu, ten upór, gdy pochłonięty 
jedną linią, nagle ślepniesz i głuchniesz na to, co cię otacza i 
najprymitywniejszego, dziecinnego niebezpieczeństwa nie dostrzegasz tuż obok 
siebie! Jak kiedyś z Julkiem Martowem (i to kiedy! — niemal tuż po męce 
trzyletniego zesłania, po ledwie podjętej decyzji wyjazdu za granicę!) z 
koszykiem bibuły, z listem, w którym sympatycznym atramentem ukryto 
informacje o planach , .Iskry” — przechytrzyli, przekonspirowali: w trakcie 
podróży trzeba się było przesiąść do innego pociągu, nie pomyśleli, że ten będzie 
jechał przez Carskie — i wzbudzili podejrzenie, zostali aresztowani przez 
żandarmów i tylko dzięki zbawiennej rosyjskiej bezmyślności policja dała im czas
na pozbycie się kosza, a w liście odczytała tylko tekst pozorujący, nie znalazła 
dość czasu, żeby potrzymać go nad ogniem — dzięki temu uratowana została 
,,Iskra”!

Albo jak później: w pełnej napięcia, trwającej rok wewnątrzpartyjnej walce 
większości składającej się z dwudziestu jeden przeciwko mniejszości złożonej z 
dwudziestu dwóch — przegapili, niemal nie spostrzegli całej wojny z Japonią.

Z tą jest podobnie (nawet o niej nie myślał — nie pisał, i na Jau-resa nie 
zareagował). A dlatego, że: rozpełzła się powszechna zaraza jednoczenia się, w 
ostatnich latach ogarnęła całą rosyjską socjaldemokrację — jednoczenie się dla 
samego jednoczenia to dla proletariatu rzecz najbardziej niebezpieczna i 
szkodliwa! Ugodowość i zjed-noczeniowość to idiotyzm, zguba partii! I 
inicjatywę przejęli przywódcy niedołężnej Międzynarodówki — o n i nas będą 
godzić! Oni nas będą jednoczyć! Wzywają na najbardziej obrzydliwą 
konferencję zjednoczeniową do Brukseli — i jak się wyrwać? jak uniknąć? — 

background image

Cała uwaga, całe napięcie było skierowane tylko na to — i niemal nie słyszał 
strzału do arcyksięcia!... Wypowiedziała wojnę Austria Serbii — jakby nie 
zauważył. I nawet kiedy Niemcy wypowiedziały Rosji! — jakby to był drobiazg... 
Puścili wiadomość, jakoby niemieccy s-d przegłosowali udzielenie kredytów na 
wojnę —

bluff, nas nie nabiorą, chcą tylko narobić zamieszania wśród socjalistów. Tak, 
tak, tak właśnie cię wciąga, kiedy cały jesteś pochłonięty walką, trudno się 
zatrzymać, opamiętać. Tak, tak, tak, miał dziesięć dni, żeby przemyśleć swą 
dwuznaczną sytuację tuż przy rosyjskiej granicy i czym prędzej zmykać z tego 
cholernego, nikomu już teraz nie potrzebnego Poronina, i z całych tych zabitych 
Austro-Węgier — jakże można pracować w walczącym kraju. Od razu trzeba 
było czmychnąć do błogosławionej Szwajcarii — neutralny, bezpieczny, wolny 
kraj, mądra policja, należyty porządek! — To nie! Nawet się nie ruszył, ciągle 
zaprzątały go stare, przedwojenne problemy, a tymczasem zaczęło się między 
Austrią i Rosją, i już następnego wieczoru, w czasie ulewnego deszczu, zapukał 
wachmistrz żandarmerii.

A tak w ogóle — to nie ma dyskusji, do wojny dojść musiało!

—  była przepowiedziana, przewidziana. Ale — nie w tym właśnie momencie, nie 
w tym roku. I — dał się zaskoczyć... I — wpadł...

Gładko wygolona, sympatyczna, wręcz delikatna twarz Hane-ckiego — teraz 
taka spokojna, a z jaką pasją krzyczał na sędziego w Nowym Targu! a jak pędził 
arbą! — nie opuścił w biedzie.

Po peronie — do parowozu i z powrotem. Do parowozu — i z powrotem.

A do odjazdu jeszcze piekielnie dużo czasu, prawie pół godziny, i jeszcze 
wszystko może się zdarzyć. Chociaż tu, na stacji, tak spokojnie przechadza się 
żandarm, nikt się już nie odważy.

Dialektyka: żandarm — może być źle, ale może być i dobrze.

Ogromne czerwone koło parowozu, niemal na wysokości człowieka.

I jakbyś nie był czujny, przewidujący, nieufny — usypia to przeklęte, w gruncie 
rzeczy mieszczańskie, beztroskie życie przez siedem kolejnych lat. I w cieniu 
czegoś potężnego, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, opierasz się, jak o ścianę, 
o potężną, litą opokę

— a to ni z tego, ni z owego, usuwa się, a to okazuje się być tylko wielkim, 
czerwonym kołem parowozu, obracanym przez długi, nie osłonięty niczym drąg 
— i już zbyt późno uświadamiasz sobie, że z całkiem innej strony, znowu 
dopadło cię głupie niebezpieczeństwo.

Ale dlaczego — właśnie jego, ledwie zaczęła się wojna? W pierwszej chwili nawet 
roześmiał się: cóż mogło ich zaniepokoić? — co jak co, ale dla austriackiej policji 

background image

jest poza wszelkim podejrzeniem. (Przeprowadził się nawet do Krakowa, 
usłyszawszy od Haneckie-go, że władze austriackie zamierzają popierać wszystkie 
siły anty-carskie). Rewizja. Miał rosyjskie adresy, konspiracyjne notatki (co za 
pech, zawsze wpadają), ale ich właśnie cymbał wachmistrz akurat nie zauważył, 
rzucił się za to na rękopis o kwestii agrarnej: zbyt wiele cyfr! Zaszyfrowane! 
Zabrał rękopis. Szkoda, ale niech tam. Jed-

10

nakże policja głaszcze zawsze pod włos i na najgładszym grzbiecie coś się wtedy 
nastroszy: Lenin obawiał się tylko o rosyjskie adresy, a tymczasem wachmistrz 
szukał, szukał — i znalazł browninga z nabojami! Lenin ze zdumieniem 
spoglądał na Nadię, nie wiedział, nie pamiętał tego cholernego rewolweru, nie 
wziąłby go nigdy do ręki, przecież nawet strzelać nie umiał, przecież do głowy by 
mu nawet nie wpadło, żeby posługiwać się zwykłą bronią ręczną. Gdzieżby??? 
(Okazuje się, że jakiś arcygorliwy rosyjski towarzysz, idiota, namawiał, a 
Nadieżda, ofiara, wzięła.)

Żyjesz — sam siebie z dystansu nie obserwujesz, nie rozumiesz. I proszę, z 
punktu widzenia żandarma osiedlił się tuż przy rosyjskiej granicy: z Rosji do 
niego przyjeżdżają; pieniądze przysyłają z Rosji, i to niemałe; dużo chodzi po 
górach, pewnie sporządza jakieś plany. W Nowym Targu uprzedzano 
wszystkich: zatrzymujcie podejrzanych, robią zdjęcia dróg, zatruwają studnie. 
Szpieg! A tu — jeszcze rewolwer! Jutro stawić się na poranny pociąg, 
pojedziemy do Nowego Targu.

Spirala głupoty! Mur głupoty! Najgłupszy, najprymitywniejszy, najbardziej 
bezmyślny błąd — jak wtedy z Carskim Siołem. (I tak samo jak w 95-tym roku 
— przygotowywali wydanie gazety, nie wydali nawet jednego numeru, od razu 
wpadli... Tak, tak, tak, tak! — Na więzienie rewolucjonista zawsze powinien być 
przygotowany (nawiasem mówiąc, lepiej tego uniknąć) — ale przecież nie tak 
głupio! Ale przecież nie tak haniebniej Ale przecież nie tak nie w porę pozwolić 
sobie skrępować ręce! Śmierdząca policyjna cela w Nowym Targu! Zapleśniałe 
Austro-Węgry! — sąd wojenny?!?

Żadne zewnętrzne niepowodzenie, klęską, podłość i nikczem-ność wrogów — nic 
i nigdy tak nie zatruwa serca, jak własny, choćby najmniejszy błąd, doskwiera 
dniem i nocą, zwłaszcza w celi. Swojego błędu nie da się wytłumaczyć 
obiektywnie, dlatego nie sposób go zatrzeć, zapomnieć, a tylko: mogło go nie być! 
mogło nie być! mogło nie być!!! — ale był, przez własną nieostrożność! Sam się 
pomyliłeś — i nie wyrzucisz tego z siebie biegając przez jedenaście dni od ściany 
do ściany po podłodze z płytek, nie pozbędziesz się tego przez leżenie na 
skrzypiącej siatce łóżka; ciągle cię to gryzie i pali: mogło nie być! — mogło nie 
być!! — sam narobiłeś — sam wpadłeś!!

I jeszcze teraz, na 23 minuty do odjazdu pociągu, dopiero raz odezwał się 
dzwonek — wyjechać by stąd jak najprędzej!

A Hanecki — po partyjnemu Kuba, pewny siebie, o wyglądzie kupca, wymyślna, 
przypominająca sznureczek linia wąsów i oczy uparte, pełne spokoju, nie mogą 

background image

nie zachwycać, w krytycznym momencie nie opuścił, nie zmiękł, nie poddał się, 
tylko jak buldog wczepił się w policyjne spodnie. I natychmiast po rewizji — 
właśnie do niego, a nie do Griszki Zinowiewa, pojechał Lenin na rowerze —

11

i nie popełnił błędu. Aby zachować twarz, starał się jeszcze zrelacjonować 
zdarzenie kompletnie je bagatelizując, jakby to był śmieszny, przykry przypadek.
(Ale wewnętrznie był autentycznie przerażony: czas przecież wojenny, kto się 
tam będzie zastanawiał? — rozstrzelają! zakatrupią jak nic — i diabli wzięli, 
przez głupotę, całą partię i — diabli wzięli światową socjalistyczną rewolucję!) 
Ale Kuba — zrozumiał, jakie to niebezpieczne! Nie podjął konwencji żartu, 
niefrasobliwości, tylko wyrzucił z siebie jak z fontanny nazwiska — 
socjaldemokratów! posłów do parlamentu! działaczy społecznych! — do których 
trzeba natychmiast pisać, wyjaśniać, molestować!! Domagać się interwencji!!

Jeszcze tego samego wieczoru słał Hanecki pierwsze telegramy, i Uljanow 
telegraficznieprosił policję w Krakowie, by potwierdziła jego pełną lojalność 
wobec cesarstwa Austro-Węgier, rankiem z Nowego Targu Lenin nie wrócił, więc 
Hanecki — w ciągu dnia nie ma pociągu — dwukółką popędził do 
funkcjonariuszy policji, do sędziego śledczego (sam narażając się przecież na 
ryzyko, bo i Grisza potem został aresztowany, mogli więc i Kubę) i jeszcze dwie 
dziesiątki listów w różne strony i od razu do Krakowa, i miał tam spotkania 
(przecież dla każdego urzędnika potrafi zmyślić na poczekaniu jakąś historyjkę), 
i telegrafował do Wiednia. Każdy Słowianin na jego miejscu miałby dosyć, 
zrezygnowałby, dał sobie spokój, ale Hanecki z niezwykłym uporem, tioszcząc się 
jak o rodzonego brata — nie rezygnował. A po powrocie z Krakowa przedarł się 
nawet do więzienia, załatwił widzenie i już zlecał mu Lenin kolejne zadania: 
walczyć o natychmiastowy wyjazd do Szwajcarii!

Ponaglani telegraficznie przez Haneckiego socjal-demokratyczni posłowie do 
parlamentu Yictor Adler i Diamand, zwrócili się do kanclerza oraz do 
ministerstwa spraw wewnętrznych, poręczyli na piśmie za rosyjskiego socjil-
demokratę Uljanowa, który jest wrogiem rządu rosyjskiego i to bardziej 
zawziętym niż sam kanclerz Austro-Węgier. I krakowska policja otrzymała 
dyrektywę:,,Uljanow mógłby wyświadczyć nam ogromne przysługi w obecnych 
warunkach”. A mimo to jeszcze prze; jedenaście dni nie chcieli go wypuścić, 
dopiero 6 sierpnia, sprytiie...

Ale nawet po tym Arszytkim tydzień spędzony w Poroninie po wyjściu z 
więzienia wcale nie okazał się spokojny. Tego, co udało się wmówić 
austriackiemu kanclerzowi i niezbyt rozgarniętym austriackim arystokratom,nie 
byli w stanie pojąć galicyjscy chłopi, tępi, jak wszyscy chłopi na świecie — czy to 
w Europie czy w Azji, czy w Ałakajewce. Dli tępych mieszkańców Poronina ten 
cudzoziemiec, nawet po zwonieniu, mimo wszystko pozostawał teraz — 
szpiegiem! Zdumiewające! Niepojęte! Chłopki wracały z kościoła i, czy to same z 
siebie, CZT też, natknąwszy się na Nadię i dla niej, roz-

12

background image

wrzeszczały się na całą ulicę, że skoro władza wypuściła, to one same wyłupią mu 
oczy! same wyrżną mu język!... Nadia wróciła do domu blada, roztrzęsiona. I jej 
strach udzielał się, zarażał: a co? — mogą wyłupić, wcale by się nie zdziwił. A 
co? — mogą wyrżnąć, to wcale nie wykluczone! Po prostu: przyjdą z widłami i 
nożami... T a-k i e g o potwornego przerażenia nie przeżył Lenin nigdy w życiu. 
Jeszcze nigdy i od nikogo, czegoś takiego nie... A czyż mało to historia zna 
wybuchów odrażającej wściekłości pospólstwa! Nie można się przed nią ustrzec 
nawet w państwie cywilizowanym, nawet w więzieniu jest bezpieczniej, niż wobec 
ciemnej tłuszczy...

Odczuwać trwogę wobec zagrożenia — to nie panika, to mobilizacja.

Takie właśnie posępne i pełne udręki były ostatnie dni i godziny w Poroninie. 
Tak bezpieczna i spokojna przez dwa ostatnie lata wieś sprężyła się jakby do 
skoku. Już nawet z domu nie wychodzili, źle spali, źle jedli, nerwowo się 
pakowali. Lenin starał się wybierać spośród papierów i książek to, co 
najpotrzebniejsze, ale nie panował nad sobą, nie mógł się skoncentrować, a i 
nazbierało się tych papierzysk z sześćdziesiąt pudów. A przecież dopiero tej 
wiosny przeprowadzili się na dobre z Krakowa!

A w ogóle, jak mógł się tak ociągać, tu, przy samej rosyjskiej granicy?! Tu nawet 
Koza; y mogą wpaść — i już go mają.

Dopiero teraz, stojąc obok zielonkitkiego, czystego pociągu, na peronie, gdzie w 
obecności żandarma i urzędników kolejowych żaden nieprzewidziany wybuch 
zemsty nie mógł już się wydarzyć — emocje zaczęły wreszcie opadać. I wszystkim 
wracał humor. Poranek też był wesoły, słoneczny, bezchmurny. Nie prowadzono 
załadunku żadnego sprzętu wojennego, nie jechali z nimi zmobilizowani 
żołnierze, peron i pociąg wyglądały jak w zwykły letniskowy dzień. Mimo, że 
bilety sprzedawano bez ograniczeń tylko do Nowego Targu, a do Krakowa 
potrzebne już było zezwolenie policji.

W związku z tym wagony były niemal puste. Nadia i teściowa siedziały już w 
środku, wyglądały przez okno. Odprowadzało ich kilku towarzyszy, stali pod 
oknem. A Włodzimierz Iljicz, wziąwszy Jakuba pod rękę, w tę i z powrotem 
chodzili wzdłuż peronu, obaj dokładnie tego samego, niewysokiego wzrostu, obaj 
szerocy w ramionach, tylko Iljicz z racji swej budowy, a Kuba z powodu tuszy.

Kiedy widzi się, że człowiek jest w tych sprawach taki zdolny, trzeba też 
wcześniej przysłuchiwać się temu, co mówi, nawet jeśli sprawia to wrażenie 
marzycielstwa. Znał Jakuba od dawna, od II Zjazdu, i to tylko ze spraw polskich, 
ale dopiero w tym roku, latem pokazał się z innej strony i stał się człowiekiem 
najważniejszym. W ogóle było to szczere złoto; niebywale sumienny — i we 
wszystkich sprawach poważnych dyskretny, nikt obcy słowa z niego nie wy-

13

ciągnie. W lipcu i sierpniu, w okolicach Poronina chodzili stale razem na spacery 
po górach i omawiali jego pasjonujące projekty finansowe. Istny fajerwerk. Być 

background image

może dzięki swemu burżuazyjnemu pochodzeniu, Hanecki miał w sprawach 
finansowych niebywałego nosa i spryt — rzadka, niezwykle pożyteczna cecha dla 
rewolucjonisty. Problem widział w sposób właściwy: pieniądze — to nogi i ręce 
partii, bez pieniędzy każda partia jest bezsilna, to czcza gadanina. Nawet partia 
reprezentowana w parlamencie potrzebuje dużych pieniędzy — na kampanie 
wyborcze. A cóż dopiero partia rewolucyjna, podziemna, która musi 
organizować kryjówki, lokale konspiracyjne, transport, literaturę i broń, szkolić 
bojowców, utrzymywać kadry i w odpowiednim momencie dokonać przewrotu?

I cóż tu przekonywać! Wszyscy bolszewicy rozumieli to od II Zjazdu, od 
pierwszych samodzielnych kroków: bez pieniędzy — nie ma ruchu, pieniądze 
decydują o wszystkim. Pierwszym sposobem było — wyciągać datki od 
rosyjskich bogaczy, od Mamontowa, od „piernika” Konowałowa, sam Sawa 
Morozow dawał po tysiąc miesięcznie, tyle właśnie trzeba na utrzymanie 
Komitetu Petersburskiego, ale inni odpalali nieregularnie, zależnie od 
kupieckiego humoru, inteligenckiego uznania (Garin Michajłowski dał dziesięć 
tysięcy jednorazowo) — a dalej znów chodź i proś. Lepsza była inna metoda, 
brać samemu. Tu wydusić jakiś spadek, jak u fabrykanta Szmidta, albo członka 
partii wżenić w spadkobierczynię, albo też w górach Uralu wykiwać bandę 
Łbowa — wziąć od nich pieniądze, a broni nie przywieźć. Czy też bardziej 
systematycznie — przez rozwijanie środków wojskowo-technicznych: w Finlandii 
chcieli się zająć drukiem fałszywych pieniędzy, Krasin już miał nawet papier ze 
znakiem wodnym, i produkował bomby dla eksów. Zaczęli te eksy niezwykle 
szczęśliwie: ale na V Zjeździe przez świętoszkowatość Ple-chanowa Martowa 
zostały one zakazane, jednak nie sposób było się zatrzymać, i w Tyflisie Karno i 
Koba triumfalnie zagarnęli jeszcze 340 tysięcy państwowych pieniędzy. Tylko, że 
przeholowali, w głowach im się poprzewracało, zaczęli szeleszczące carskie 
pięćsetki wymieniać w Berlinie, w Paryżu, w Sztokholmie, trzeba było ostrożniej, 
a carskie ministerstwo rozesłało numery, Litwinów wpadł, i Sarra Rawicz 
wpadła w Monachium, i na domiar złego nieumiejętnie wysłała gryps z 
więzienia, i przechwycili. Zaczęli szukać wśród genewskich bolszewików, złapali 
trzynastu, a Karpińskiego i Sie-maszkę wpakowaliby z wyrokiem, gdyby nie 
pomogli liberałowie w parlamencie. Jednak najgorzej ze wszystkich, najpodlej, 
ze swą fałszywą obłudą i podłąpryncypialnością rozgadał się Kautsky, cóż za 
nikczemny pomysł: urządzać „socjalistyczny sąd” nad rosyjskimi bolszewikami i 
bezmyślnie kazać palić wszechmocne pięćset-rublowe banknoty! (Już na sam 
widok tego świętoszkowatego, si-

14

wiutkiego staruszka w grubych okularach — niedobrze się człowiekowi robi, 
jakby żabę połknął.) Warn to dobrze, niemieccy robotnicy są bogaci, składki 
wysokie, partia legalna, a nam??? (Ale oczywiście nie wszystko spalili, tacy głupi 
już nie są.) A potem wymyślili kolejną bzdurę, złośliwego starca uczynili 
arbitrem finansowym między bolszewikami i mieńszewikami (nie dało się 
uniknąć manewru zjednoczeniowego, to co, znaczy pieniądze też niby do 
wspólnej kasy, a przecież mieńszewicy to golcy: całego spadku po Szmidtcie 
ukryć się nie dało, część dali Kautsky’emu na arbitraż — to potem przy 
kolejnym rozłamie, nie chciał ich bolszewikom zwrócić).

background image

I oto latem tego roku Hanecki zaraził Lenina projektem: utworzyć w Europie 
własne przedsiębiorstwo handlowe, albo wejść na zasadzie partnera do już 
działającego — a część zysków, co miesiąc, bezpiecznie przekazywać partii. I nie 
była to tak typowa rosyjska maniłowszczyzna, każdy proponowany krok 
zadziwiał precyzyjną kalkulacją. Kuba sam go nie wymyślił, pomysł zrodził się w 
genialnej głowie Parvusa, to on słał do Kuby listy z Konstantynopola. Niegdyś 
biedak, jak wszyscy socjal-demokraci, pojechał do Turcji organizować strajki, 
pisał teraz bez ogródek, że jest tak bogaty, jak tylko chce (krążą słuchy, że 
bajecznie) i że nadszedł wreszcie czas, żeby wzbogaciła się także partia. Pisał 
słusznie: aby mieć pewność, że bez wątpliwości uda się obalić kapitalizm, trzeba, 
żebyśmy sami stali się kapitalistami. Socjaliści powinni najpierw stać się 
kapitalistami! A socjaliści śmiali się, Róża, Klara i Liebknecht okazali Parvusowi 
swą pogardę. Ale być może przedwcześnie. Wobec realnej finansowej siły 
Parvusa szyderstwa więdły.

Między innymi właśnie przez te projekty Haneckiego przegapili wybuch wojny.

Analizowali je i teraz, w ostatnich minutach. I jak się kontaktować. Wkrótce się 
przecież zobaczą: Zinowiew pojedzie w ślad za Leninem, a za nim także Hanecki, 
jak tylko wyłga się od służby w armii austriackiej.

W tym momencie rozległ się dzwonek. Iljicz zwinnie wskoczył na stopień — bez 
kapelusza, niemal całkiem łysy, w znoszonym ubraniu, z wyraźnie niespokojnym 
spojrzeniem, z zaniedbaną, nie przystrzyżoną bródką — rzeczywiście wyglądał 
trochę na szpiega. Chciał mu to żartem powiedzieć Hanecki, ale wiedząc, że 
Lenin nie ma poczucia humoru, powstrzymał się.

Zresztą i on, ze swymi smutnymi, czujnymi oczami, z twarzą kupca, w 
przybrudzonym garniturze, kogóż przypominał, jak nie szpiega?...

Z groźną miną, w wysokiej czerwono-czarnej czapce z daszkiem stał zawiadowca 
stacji. Trzykrotne uderzenie w dzwon. Kierownik pociągu dał sygnał trąbką i 
wskoczył w biegu.

15

I machali odjeżdżającym. I ci machali z otwartych okien.

Mimo wszystko żyło im się tu nieźle. Spokojnie, bez pośpiechu, nie to, co w 
zwariowanym Paryżu. Ileż się Lenin poniewierał po całej Europie — a nie stał się 
Europejczykiem. Warunki życia powinny być trudne, wtedy ma się lepszy 
nastrój działania.

I ileż tu przeżyli niepokojów. Radości.

Rozczarowań.

Malinowski...

background image

Wraz z peronem, ze stacyjką — zniknęli ci, co pozostali. I nawet Hanecki, jaki by 
nie był z niego zasłużony, niezawodny towarzysz partyjny — teraz, z kolejnego 
etapu życia, znikał. Bardzo możliwe, że na którymś z następnych znowu okaże się 
najważniejszym, najpotrzebniejszym z ludzi i właśnie do niego arcypilnie polecą 
pisane w bezsenne noce listy z podwójnymi i potrójnymi podkreśleniami, ale póki 
co, na dziś, doskonale zrobił to, co do niego należało, i znikał.

Nigdy nikt tego nie sformułował, ale istniało niewzruszone prawo walki 
rewolucyjnej czy, może, w ogóle rozwoju ludzkości, które Lenin wielokrotnie 
obserwował: w każdym okresie pojawiają się, stają się bliscy jeden czy dwoje 
ludzi, których poglądy w danym momencie są właściwie najbliższe, to oni są 
najbardziej interesujący, ważni, pożyteczni właśnie teraz, skłaniają właśnie dziś 
do największej otwartości, dyskusji i wspólnych działań. Ale niemal żaden z nich 
nie jest w stanie utrzymać tej pozycji, bo sytuacja codzienna się zmienia i my 
powinniśmy dialektycznie zmieniać się wraz z nią

— ą nawet szybciej, nawet ją wyprzedzając, na tym właśnie polega polityczny 
geniusz! Jest rzeczą oczywistą, że ten, tamten, ów, kiedy trafiają w orbitę Lenina, 
natychmiast wciągają się w jego działalność, realizują to, czego się od nich 
wymaga w określonym momencie i do tego odpowiednio szybko, wszystkimi 
środkami, nawet własnym kosztem. I jest to oczywiste, bowiem robi się to nie dla 
Włodzimierza Iljicza, tylko dla sprawczej siły, którą on uosabia, on sam — jest 
tylko jej nieomylnym drogowskazem, który zawsze doskonale wie, co jest słuszne 
właśnie dzisiaj, a nawet wieczorem nie zawsze słuszne jest to, co było słuszne z 
rana. Ale gdy tylko ci ludzie konkretnego etapu zaczynali stawać okoniem, kiedy 
przestawali rozumieć potrzebę i pilność powierzanych im zadań, wskazując na 
sprzeczne uczucia, które nimi kierują czy też komplikacje w życiu osobistym

— w sposób równie oczywisty należało usunąć ich z głównej drogi, pozbyć się, 
zapomnieć, a niekiedy nawet —jeśli trzeba — zwymyślać i przekląć — ale nawet 
pozbywając się ich i przeklinając Lenin działał w imię siły, która nim 
powodowała.

Taką pozycję najbliższych i jednomyślnych utrzymywali przez dłuższy czas 
zesłańcy znad Jenisieju, ale wyłącznie dlatego, że tery-

16

torialnie nikogo bliżej nie było. Taką pozycję zajmował — mogłoby się wydawać 
— Plechanow, ale wystarczyło zaledwie kilka spotkań, by dając Leninowi surową 
i okrutną nauczkę — zniszczył wszystko. Taką, wręcz niebezpiecznie, 
niedopuszczalnie bliską pozycję miał przez długie lata Martow. Ale i on nawalił. 
(Od czasu Martowa właśnie zapamiętał sobie z goryczą na całe życie: między 
ludźmi w ogóle nie może być mowy o tego rodzaju stosunkach jak ,,przyjaźń” — 
niezależnych od stosunków politycznych, klasowych i materialnych.) Bliski był 
Krasin — póki robił bomby. Bliski był Bogdanów, póki zdobywał dla partii 
pieniądze, ale to się skończyło, a on, nie zdając sobie sprawy, że stoi nad 
przepaścią, nadal pretendował do kierowania — i przepadł. A tymczasem w wir 
wpadli następni wierni — Kamieniew, Zinowiew... Malinowski...

background image

Trzymał się w pobliżu i dotrzymywał kroku tylko ten, który w sposób właściwy 
rozumiał interes partii i tylko do momentu, póki rozumiał. Ale gdy konkretne i 
pilne zadanie dobiegało końca, na ogół kończyło się również zrozumienie i 
wszyscy ci niedawni współpracownicy pozostawali beznadziejnie wrośnięci w 
martwą, nieruchomą ziemię jak przydrożne słupki, i zostawali z tyłu, i 
przepadali, i wylatywali z pamięci, a czasem przy kolejnym zakręcie pędzili na 
spotkanie z ogromną siłą, ale już jako wrogowie. A zdarzali się też zwolennicy, 
bliscy na tydzień, na dzień, na godzinę, na jedną rozmowę, jedno spotkanie, 
jedno zlecenie — i Lenin z pełną otwartością i ogromną pasją tłumac*zył im 
wagę spraw, które były dziś najistotniejsze, każdy z nich był w tym momencie 
najważniejszym człowiekiem na świecie — a godzinę później już o nich nie 
myślał i nie miało najmniejszego znaczenia, kim byli i po co byli. Tak rzecz się 
miała z Walentynowem, który wydawał się niezwykle bliski, gdy’ przyjechał po 
raz pierwszy z Rosji, mimo że od pierwszej chwili niepokoił swą tępotą, 
twierdząc, że jakiś wykonany przez niego ślusarski drobiazg jest dla niego, 
robotnika, ważniejszy nawet od walki politycznej. I wkrótce potwierdziło się, 
zabrakło mu charakteru w sporze z Martowem, a tym samym, tak czy owak, nie 
różnił się niczym od mieńszewików.

Pociąg zjeżdżał coraz niżej, wijąc się wokół gór, a zboczami biegły w górę i w dół 
ścieżki i drogi obok wsi, stogów i pól. I póki jeszcze widać górską dróżkę, 
wzrokiem wspinasz się po niej, jakbyś biegł na własnych nogach. Sporo 
wędrował po okolicach Poronina, ale tu nie był.

I — usiadł na ławce. Pomyśleć, albo czymś się zająć — tylko nie wpaść w 
sentymentalizm.

I jego rodzina, po spojrzeniu, sposobie poruszar miawszy wszystko, nie 
zawracała mu głowy przyzier gami i nie zaprzątała jego uwagi, siedząc bez ruchu 
/a twojej ławce.

2 —

Lenin w Zurychu

Wszystkie te męczące lata Dziewięćset Ósmego, po klęsce rewolucji, były do 
siebie podobne: ladzie odchodzili i byli odsuwani. Odeszli wpieriediści1, 
otzowijg^ ultimatyści3, machiści4, bogostroiciele5... Łunaczarski, Ba^aroW| 
Aleksiński, Brilliant, Rożków, Krasin, Liadow, Mienżinski, ^ozowski, Manuilski, 
Górki... Cała stara gwardia, stworzona w okresią rozłamu z mieńszewikami. I 
były takie chwile, w których zdawało sie mu/ 2e nie zostanie już nikt, że cała 
partia bolszewików to tylk^ on z dwiema kobietami i jeszcze około dziesięciu 
podrzędnych wyjadaczy, którzy przychodzili jeszcze na bolszewickie zebrania w 
Paryżu. Spróbujesz wyskoczyć na zebraniu ogólnym - swoich nie t^a j z mównicy 
mogą cię wyrzucić. Odchodzili - wszyscy, jeden ^o drugim i jakąż trzeba było 
mieć pewność swoich racji, żeby nie zwątpić, nie pobiec za nimi, wyciągając rękę 
ku zgodzie, tylko przewidując przyszłość, wytrwać i wiedzieć: sami wrócą, sami 
się opamiętają, a ci co nie wrócą — niech idą do diabła.

Szósty i Siódmy to wcale jeszc^ze nie była klęska, całe społeczeństwo było jeszcze 
w stanie wrzer^ia/ burzyło się, było wciągane w wir wydarzeń. Lenin siedział w 

background image

K^okkale i czekał, i czekał na drugą falę. Ale już od Ósmego, kiedy ca^y kraj 
opanowała reakcyjna zgraja, a podziemie zdawało się oburr^ierać( działalność 
ograniczała się do legalnej krzątaniny, w związkach zawodowych, w kasach 
zapomogowych, a wraz z podziemiem obumierała, nabierała cieplarnianego 
charakteru także emigracja.,.. Tam jest Duma, legalna prasa, więc i każdy 
emigrant starał sie drukować tam...

Oto dlaczego — wspaniale, ze wybuchła wojna! Prawdziwe szczęście, że 
wybuchła! Tam wszystkich ich teraz zdławią, likwidatorów, znaczenie legalnej 
d^iałainos-ci gwałtownie spadnie, a znaczenie i siła emigracji, przeciwnie, 
wzrośnie! Punkt ciężkości rosyjskiego życia społecznego znó\y przenosi się na 
emigrację!!!

Wszystko to Lenin zrozumiał jjuż w nowotarskim więzieniu. (Na-diu! Przez 
Nowy Targ już przejechaliśmy? Nie zauważyłem.) Jeszcze w celi, przezwyciężając 
strach łr nie pozwalał by jego osobiste niepowodzenie przesłoniło mu wieli ki 
sukces powszechny, przyjął do wiadomości i przystąpił do analizy wojnyr która 
ogarnęła całą Europę. A wszelka analiza w mózgu IJLenina prowadziła do 
formułowania gotowych haseł - stworzenie^ hasła dla konkretnego momentu 
historycznego było celem wszelkich przemyśleń. I ponadto - przełożenie swych 
wniosków na powszechnie stosowany marksistowski język: w żadnym innym nie 
r^^iiby go zrozumieć zwolennicy

i wyznawcy.

.- I wszystko, do czego doszed^ ._ zaraz po wyjściu z więzienia przedstawił 
najpierw Haneckiem^u; trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że skoro wojna się 
jużzaczęła„l( to nie należy się od niej odżegny-

18

wać ani podejmować działań dla jej powstrzymania, tylko — wykorzystać! 
Trzeba obalić typowy dla popów pogląd zakorzeniony niekiedy także w umysłach 
proletariuszy, że wojna to nieszczęście czy grzech. Hasło ,,pokój za wszelka cenę” 
— to hasło popów! Jakąż więc linię w istniejącej sytuacji powinni realizować 
rewolucyjni demokraci całego świata? Przede wszystkim: obalić mit, że winę za 
wybuch wojny ponoszą państwa Centralne! Ententa będzie teraz skomleć, że 
,,my, niewinni, zostaliśmy napadnięci”. Do głowy przychodzą im nawet takie 
pomysły, że „dla dobra demokracji” należy bronić republiki rentierów. Należy 
obalić, zmiażdżyć tę tezę! Co to za różnica — kto na kogo napadł pierwszy? 
Należy propagować tezę, że winne są w różnym stopniu wszystkie rządy. Istotne 
jest nie ,,kto winien?”, ale w jaki sposób możemy najlepiej wykorzystać tę wojnę. 
„Wszyscy są winni” — inaczej nie sposób prowadzić działań prowadzących do 
obalenia caratu.

Przecież ta wojna to szczęście! — przyniesie ona ogromne korzyści dla 
międzynarodowego socjalizmu: jednym uderzeniem oczyści ruch robotniczy z 
nawozu czasów pokoju! Zamiast dotychczasowego podziału socjalistów na 
oportunistów i rewolucjonistów, podziału niezbyt precyzyjnego, 
pozostawiającego furtkę dla wrogów, prowadzi ona w skali międzynarodowej do 

background image

wyraźnego rozłamu: na patriotów i antypatriotów. My jesteśmy antypatriotami!

I skończą się wreszcie pomysły Międzynarodówki o „zjednoczeniu” bolszewików 
z mieńszewikami! Zalecili dalsze szukanie możliwości pogodzenia — na kongresie 
sierpniowym w Wiedniu — w lipcu płonęło już pięć frontów! Teraz już się nawet 
nie zająkną. Teraz już różnice są zbyt znaczne, o zgodzie nie ma co mówić! A w 
lipcu — jak przycisnęli, jakby chwycili za gardło: nie dostrzegamy rozbieżności, 
które uzasadniałyby rozłam! Przysyłajcie delegację dla zawarcia ugody! Godzić 
się z mieńszewickim bydłem! A teraz, kiedy przygotowaliście kredyty — wasza 
Międzynarodówka też jest skończona! Nie ma już dla was ratunku, jesteście 
martwym ciałem! Długo jeszcze będziecie udawać, że żyjecie, ale trzeba obwieścić 
pełnym głosem: jesteście martwi! A wyjazd Inessy do was, do Brukseli — to 
ostatnie nasze spotkanie z wami, dość!

W tym momencie teściowa zorientowała się, że zostawili jedną z walizek. Rzucili 
się sprawdzać, liczyć, pod ławkami i na górnych półkach — nie ma! Co za wstyd! 
Jak z pożaru! Włodzimierz Iljicz stracił humor. Bez porządku w rodzinie i w 
domu — nie sposób pracować. To może wydać się śmieszne, ale porządek w 
sprawach domowych to jeden z elementów całej działalności partyjnej. Nie 
mając odwagi robić wymówki Jelizawiecie Wasiljewnej — ta potrafiła 
odpowiedzieć, więc szanowali się wzajemnie, pozyskiwał j ą nawet drobnymi 
prezentami — powiedział parę słów do słuchu Nadii. Cóż

19

r

z niej za pożytek, skoro nie potrafi nawet przyzwoicie przyszyć guzika, wywabić 
plamy, sam to lepiej robi. Jak się jej nie powie, to mu nawet chustki do nosa nie 
zmieni.

Błędów nie wybaczał nigdy. Błędu nikomu nie był w stanie zapomnieć, do 
śmierci.

Odwrócił się do okna.

Pociąg wyginał się i powoli zjeżdżał z gór. Raz szary, raz biały dym z parowozu 
przelatywał chwilami obok okien. Nawet gór miał już dosyć przez tę emigrację.

A po Nadii spływało wszystko jak po gęsi: zapomnieliśmy, trudno, nie będziemy 
przecież wracać. Napiszemy z Krakowa, prześlą pocztą.

Nadia wiedziała dobrze, nieraz już to wykorzystywała, jeśli weźmie się winę na 
siebie, bez robienia mu wyrzutów, że to także jego wina — Wołodia uspokoi się i 
złość minie. Najbardziej przeżywa, kiedy okazuje się, że on także zawinił.

Postarzały, posępny, z niewyrównanymi, zaniedbanymi wąsami i brodą, z 
gęstymi, rudymi brwiami, śniadym czołem, spoglądał przez okno, ale z ukosa, nic 
nie widzącym wzrokiem. Każdą jego minę Nadia doskonale znała. Teraz nie 

background image

tylko nie wolno mu było się sprzeciwiać, ale wręcz odezwać się, zaprzątnąć 
uwagę, choć by słowem, nawet skierowanym do matki. Trzeba było dać mu tak 
posiedzieć, pogrążyć się we własnych myślach, żeby w milczeniu mógł zrzucić z 
siebie wszelkie zmartwienia — zapomnieć o nowotarskim szaleństwie i o 
niebezpieczeństwach związanych z pobytem w Po-roninie, o walizce. W takich 
chwilach wychodził zwykle na samotny spacer, albo w milczeniu siedział i 
rozmyślał o niczym pół godziny i w ciągu pół godziny jego czoło się wygładzało, z 
kącików oczu znikały drobne, gniewne zmarszczki, zostawiając tylko te stałe — 
głębokie.

Międzynarodowy rozłam wśród socjalistów dojrzewał od dawna, ale dopiero 
wojna ujawniła go z całą mocą i uczyniła nieodwracalnym. I — arcywspaniale! I 
choć mogłoby się wydać, że masowa zdrada socjalistów osłabia front 
proletariuszy, ale nie: dobrze, że zdradzili! Tym łatwiej teraz obstawać przy 
swojej, niezależnej linii.

A jeszcze przed miesiącem? Jak się wykręcać. Pomysł: posłać do Brukseli Inessę 
zamiast siebie! Jako przewodniczącą delegacji!! InessęH! Z jej cudownym 
francuskim! Z jej nieznanym sposobem bycia! — opanowaniem, spokojem, z 
ledwo ukrywanym poczuciem wyższości. (Francuzi z prezydium zostaną podbici 
od razu. A Niemcy nie będą zbyt dobrze rozumieli — i bardzo dobrze! A ty po 
każdym wystąpieniu żądaj od Niemców przekładu.) To jest posunięcie! Ależ 
potracą głowy te ultrasocjalistyczne osły!... I już — cały płonie: prędzej! pisać! 
dowiedzieć się, czy pojedzie? Czy może? Odpoczywa

20

z dziećmi nad Adriatykiem? — drobiazg, znaleźć kogoś do dzieci, wydatki 
opłacimy z partyjnej kasy. Pracuje nad artykułem o wolnej miłości — bez obrazy 
(stuprocentową działaczką partyjną kobieta nigdy nie będzie, zawsze jakieś 
głupstwa stają na przeszkodzie): ten rękopis może zaczekać. Jestem przekonany, 
że należysz do ludzi, którzy są silniejsi, odważniejsi, gdy spoczywa na nich 
odpowiedzialność... Bzdury, bzdury, nie wierzę pesymistom!... Doskonale sobie 
poradzisz!... Jestem przekonany, że potrafisz być wystarczająco arogancka!... 
Wszyscy będą wściekli (i bardzo się z tego cieszę!), że mnie nie ma i zapewne 
zechcą się na tobie odegrać, ale nie mam wątpliwości: doskonale potrafisz 
pokazać im swoje pazurki!... A damy ci nazwisko... Piętrowa. A niby po co 
zdradzać swe prawdziwe nazwisko likwidatorom? Ja też jestem „Pietrow” — 
nikt tego nie pamięta, ale ty pamiętasz. I w ten sposób, dzięki pseudonimom, 
wystąpimy wobec ludzi jako jedność — jawnie i zarazem nie jawnie. Ty w rzeczy 
samej będziesz mną.) Przyjacielu drogi! Bardzo cię proszę, zgódź się! Jedziesz?... 
Jedziesz!... Jedziesz!!! Oczywiście, musimy sprawę omówić dokładniej. I 
arcyspieszyć się. Likwidatorom należy po prostu łgać: obiecaj im, że być może 
później przyjmiemy wspólną rezolucję. (A tak naprawdę nigdy niczego 
oczywiście nie przyjmiemy! Ani jednej ich propozycji!) I: na temat choroby 
dzieci, kłam, że dzieci chore, że z ich powodu nie możesz zbyt długo zostać. 
Europejskich socjalistów, te kanalie mieszczańskie trzeba przekonać, że 
bolszewicy to najbardziej realistyczna partia ze wszystkich w Rosji. Dorzuć im 
tam o związkach zawodowych, o kasach samopomocy

background image

— to na nich robi arcywrażenie. Tych co będą zadawali pytania — z miejsca 
obcinaj, zbijaj z tropu, odrzucaj! Bądź stale w ataku! Różę

— ciągnij za język, udowodnij, że nie ma realnej partii, realna jest natomiast 
opozycja Haneckiego. Zrozumiałaś wszystko? Jedziesz?... Ściskam dłoń! Very 
truły... Twój...

Tu Hanecki trochę namącił — postawił ultimatum (w gruncie rzeczy słuszne): 
250 koron na wyjazd do Brukseli, inaczej nie jedzie. A partyjne fundusze trzeba 
oszczędzać. (A bo to jeden Hanecki! — wielu jest takich, których można by 
wykorzystać, ale nie wolno marnować pieniędzy...) A pod nieobecność 
Haneckiego parszywa polska opozycja zdradziła, poszła na zgniłe, idiotyczne 
porozumienie z Różą i Plechanowem.

...Mimo wszystko załatwiłaś sprawę lepiej, niż ja mógłbym to zrobić. Mało, że nie 
znam języka, to jeszcze niewątpliwie wybuchnąłbym! Nie wytrzymałbym 
komedianctwa! Nawymyślałbym im od łajdaków! A u ciebie wszystko wypadło 
spokojnie, twardo, odparowałaś wszystkie ataki. Oddałaś partii ogromną 
przysługę! Posyłam ci 150 franków. (Pewnie za mało? Daj znać, o ile więcej 
wydałaś. Wyślę.) Napisz: czy bardzo jesteś zmęczona? Strasznie zła? Dlacze-

21

go jest ci „ogromnie przykro” pisać na temat tej konferencji?... A może jesteś 
chora? Co to za choroba? Odpowiedz, bo nie zaznam spokoju.

Inessa to jedyny człowiek, którego nastrój się udziela, wciąga, nawet na 
odległość. A nawet — na odległość mocniej.

Acha: w związku z wojenną cenzurą trzeba na razie zrezygnować z tego „ty”. 
Może to dać pretekst do szantażu. Socjalista musi być przewidujący.

Od rozpoczęcia wojny korespondencja uległa zakłóceniu, teraz powinny dotrzeć 
listy do Poronina. W każdym razie po odesłaniu dzieci do Rosji Inessa powinna 
wrócić do Szwajcarii. A może już tam jest.

Kobiety rozmawiały cicho, o tym jak sobie poradzą w Krakowie. Nadia 
zaproponowała, żeby mama i Wołodia posiedzieli z bagażem, a ona tymczasem 
pójdzie do gospodyni, u której mieszkała Inessa: dobrze byłoby jeszcze dziś się 
tam wprowadzić.

Powiedziała — a sama patrzyła jakby obok Wołodii przez okno. Nie zareagował, 
nie odwrócił się, nie odezwał, a mimo to, z poruszenia żyłek na skroniach i 
powiek, Nadia zorientowała się, że słyszał — i aprobuje.

Wygodnie, szybko, bez szukania — owszem. Ale też wynajmowanie akurat tego 
pokoju, w którym mieszkała Inessa — nie było konieczne. I jeszcze tylko to, że 
Wołodia nie lubił tego okresu, kiedy trzeba przyzwyczajać się do nowych 

background image

warunków, zwłaszcza na krótko. Tylko to usprawiedliwiało ją przed matką.

Wobec matki zawsze czuła się upokorzona. Kiedyś — bardziej, teraz — mniej. 
Ale teraz także.

Mimo wszystko Nadia starała się przyjąć na całe życie zasadę: nie odciągać 
Wołodii z obranej drogi ani na milimetr. Zawsze ułatwiać mu życie — i nigdy go 
nie krępować. Być przy nim stale i w każdym momencie, ale nigdy nie narzucać 
się, kiedy nie jest mu potrzebna.

Raz wybrałaś — bądź konsekwentna. Zaprzęgłaś się — to ciągnij. O rywalce — 
nie pozwól sobie na jedno przykre słowo, nawet jeśli ciśnie się na usta. Witaj ją 
radośnie, jak przyjaciółkę — żeby nie zepsuć nastroju Wołodii ani nie narazić na 
szwank jego pozycji wśród towarzyszy. Wlecz się na spacery i siadaj poczytać — 
we troje...

Kiedy się to wszystko zaczęło, a nawet wcześniej, gdy studentka Sorbony z 
czerwonym piórkiem na kapeluszu (na co nigdy nie poważyłaby się żadna z 
rosyjskich rewolucjonistek), choć dwukrotnie już była mężatką i miała pięcioro 
dzieci, po raz pierwszy weszła do ich paryskiego mieszkania, a Wołodia unosił się 
zza biurka — jak za podmuchem wichru, stanęło przed oczami Nadii wszystko, 
co bę-

22

dzie, wszystko, jak będzie. I własna bezsilność, żeby temu przeszkodzić. I swój 
obowiązek — nie przeszkadzać.

Nadia pierwsza też zaproponowała: usunie się. Nie mogła przecież wziąć na swe 
barki odpowiedzialności za to, że stanie się przeszkodą w życiu takiego człowieka. 
I bez tego miał dość kłopotów. I jeszcze nie raz podejmowała próbę — rozstać 
się. Ale Wołodia, po namyśle, powiedział: „zostań”. Zdecydował. I — raz na 
zawsze.

Więc — potrzebuje jej. I rzeczywiście, z nikim nie byłoby mu lepiej. Łatwiej było 
pogodzić się ze swoją sytuacją, mając świadomość, że do takiego człowieka nawet 
pretendować nie może jedna kobieta. Powołaniem jest już sam fakt, że obok 
innych i ona może być mu pożyteczna. Wraz z inną. A nawet — w wielu 
przypadkach bardziej niż ta druga.

A pozostając — zostałaś, żeby nigdy nie przeszkadzać. Nie okazywać bólu. A 
nawet starać się go nie odczuwać. A żeby ten ból się wypalił, obumarł — nie 
trzeba go sobie oszczędzać, niech rani, niech pali. I konsekwentnie, skoro ze 
względów praktycznych wygodnie było zatrzymać się w pokoju zajmowanym do 
niedawna przez Ines-sę, należało w nim się zatrzymać i nie myśleć o tym, kiedy, 
jak długo i jak Wołodia spędzał tu czas.

Tylko, że przed matką...

background image

Wkrótce Kraków. Wołodia promieniał. To znaczy dobrze mu się myślało.

Nie, doskonale poradziłaś sobie w Brukseli, nie żałuj. Szkoda, że nie zdążyłaś 
nawiązać korespondencji z Kautskym, jak ci... (Korespondowałabyś z nim we 
własnym imieniu, a listy prywatnie — pisałbym ja.) Cóż to za podły typ! 
Nienawidzę go i gardzę nim — bardziej niż kimkolwiek! Cóż za obrzydliwa i 
podła hipokryzja!... Szkoda, wielka szkoda, że nie zaczęliśmy tej gry, ale byśmy 
mu pokazali!

Poweselał, zaczął sobie nawet Wołodia pogwizdywać. I, nie wspomniawszy już o 
walizce: zjemy coś? I — wyciągnął scyzoryk — zawsze miał go przy sobie.

Rozłożyli serwetkę, wyjęli kurczaka i jajka na twardo, butelkę mleka, galicyjski 
chleb, masło zawinięte w pergamin, sól w pudełeczku.

I Wołodia zaczął żartować, że ma teściową kapitalistkę i że kala jego rewolucyjną 
biografię.

A w rzeczy samej, trzeba było zająć się sprawami finansowymi i to jak 
najszybciej. W krakowskim banku leżały duże pieniądze — któż się spodziewał 
tej wojny! — spadek po nowo,czerkaskiej ciotce Nadii, siostrze Jelizawiety 
Wasiljewnej, ponad 4.000 rubli. I teraz miały ulec sekwestracji jako majątek 
wrogich cudzoziemców, a to ci wpadka! Za wszelką cenę trzeba wyrwać im te 
pieniądze, znaleźć

23

r

odpowiednio sprytnego człowieka. I dobrze je ulokować — w zlocie, a część 
można w szwajcarskich frankach. I wywieźć ze sobą.

I od razu — do Wiednia, nie zwlekając. I jak najszybciej załatwić wizy i 
poręczenia na wyjazd do Szwajcarii, i jechać tam. Austro-Węgry to kraj 
walczący, mało to się może zdarzyć. Teściowa ma legalny rosyjski paszport, 
Nadia także, choć przeterminowany. Ale Lenin nie ma żadnego.

A jednak ta oportunistyczna Międzynarodówka miała pewne zalety — nigdy nie 
odmawiała pomocy w sprawach ludzkich. I w każdym kraju — jakby mieli 
swoich ministrów. Teraz na przykład, nalegał Kuba, należałoby złożyć wizyty 
Adlerowi i Diamandowi (mimo, że już w depeszy zapewniał o swej serdecznej 
wdzięczności), jeszcze raz osobiście podziękować za zwolnienie i pod żadnym 
pozorem nie zachować się arogancko. Uśmiechał się Wołodia krzywo, z 
przylepionymi w kącikach ust resztkami żółtka i białka: no i proszę, jaki 
subtelny zwrot: zmurszali rewizjoniści, mieszczańskie kanalie, a trzeba do nich 
jechać i jeszcze nadskakiwać. W gruncie rzeczy tak właśnie powinno być: nie 
stać ich na pryncypialną linię, to niech przynajmniej pomagają w życiu. Oto 
konkretna, realna platforma dla tymczasowego, taktycznego porozumienia z 
nimi. Także później, w Szwajcarii, nie można będzie obejść się bez tej zgrai: bez 

background image

poręczenia nie wpuszczą, a któż inny poręczy? Robert Grimm to chłopaczek, 
poznaliśmy go zeszłego roku w Bernie, kiedy leżałaś w szpitalu.

Lenin nic sobie nie robił z kpin, nie przygnębiały go upokorzenia, nie wstydził się 
niczego — a mimo wszystko przykro, mając czterdzieści cztery lata, płaszczyć się 
przed młodszymi, być od wszystkich zależnym, nie mieć własnej siły.

Gdyby w 908 nie wyjechali z Genewy do Paryża — nie musieliby się teraz starać 
o powrót do Szwajcarii, jakoś by tam siedzieli dalej spokojnie i bezpiecznie — i 
do tego ze swoją typografią i kontaktami, i z całą resztą. I powiedz, co za diabeł 
pociągnął nas wtedy do Paryża?

(Gdybyśmy nie pojechali do Paryża — nie poznałbym Inessy.)

A nawet w zeszłym roku, gdy leczyliśmy twojego Basedowa u Kochera i 
zobaczyliśmy, co znaczy prawdziwa medycyna (sam Wołodia także czytał wtedy 
książki na temat tej choroby, sprawdzał) — trzeba było pomyśleć i od razu 
zostać w Bernie. A co. Skoro trzeba przeżyć carat, a nie ma się już lat dwudziestu 
pięciu, to dla rewolucjonisty zdrowie staje się także jego bronią. I własnością 
partii. I należy o nie dbać, nie żałując na to partyjnych pieniędzy. Trzeba żyć 
tam, gdzie są doskonali lekarze, a nawet jak najbliżej największych znakomitości 
— gdzież więcej, jak nie w Szwajcarii? Przecież nie sposób leczyć się u Siemaszki, 
to śmieszne!... Nasi rewolu-

24

cyjni towarzysze jako lekarze — to osły, czyż można powierzyć im grzebanie się 
w naszym ciele?

I do dziś nie wyzdrowiałaś. Musisz być bliżej Kochera.

Ależ, Wołodia, a ta okropna mieszczańska atmosfera Szwajcarii, pamiętasz jak 
nam przeszkadzała ta stęchlizna! Przypomnij sobie, jak się od nas wszyscy 
odsunęli po tyfliskim eksiel — bo patrzcie państwo, prawo mają tak 
nieskazitelne, że nie mogą znaleźć przestępstw przeciw prywatnej własności!... I 
to są socjal-demokraci?!

To wszystko prawda, ale w Szwajcarii taka wpadka jak w Nowym Targu nie 
byłaby możliwa. A Siemaszkę i Karpińskiego uwolniliśmy bez najmniejszego 
wysiłku.

A jakie mają biblioteki, jak dobrze się pracuje! — i dawniej, a teraz, w czasie 
wojny! Niezwykły wprost komfort i wygody życia.

Czysty, zadbany kraj, malownicze góry, sympatyczne pensjonaty, przejrzyste 
jeziora z ogromną ilością wodnego ptactwa.

Rezerwuar rosyjskiej rewolucji.

background image

I dzięki neutralności kraju tylko stąd można będzie utrzymywać kontakty 
międzynarodowe.

Myślmy, myślmy dalej: cóż za radość — nigdy dotąd nie spotykana, powszechna 
wojna w Europie! Na taką właśnie wojnę czekali, ale się jej nie doczekali Marks i 
Engels. Taka wojna, to najlepsza droga do światowej rewolucji! To, czego nie 
udało się wzniecić, rozpalić w Piątym Roku — rozpali się teraz samo. 
Najbardziej sprzyjający moment!

Narastało także przeświadczenie: oto wydarzenie, dla którego poświęciłeś życie. 
Dwadzieścia siedem lat politycznego samokształcenia, książki, broszury, partyjne 
kłótnie, obojętne, wręcz niechętne przyglądanie się pierwszej rewolucji. Dla 
wszystkich działaczy Międzynarodówki — gwałciciel porządku, rozzuchwalony 
sekciarz, słaba, nieliczna, rozpadająca się grupka mieniąca się partią — a ty 
czekałeś, nawet o tym nie wiedząc, na tę właśnie chwilę. I ta chwila nadeszła! 
Kręci się ciężkie zamachowe koło — jak czerwone koło parowozu — i nie wolno 
stracić tej potężnej energii. Nigdy jeszcze nie stawał przed tłumem, jeszcze ani 
razu nie wskazał masom, dokąd mają zmierzać — jak więc przekazać im energię 
tego koła, swego serca, porwać ich wszystkich, ale nie tam, gdzie ciągnie ich dziś, 
tylko — w przeciwną stronę?

Kraków.

Ubierali się, szykowali się do wyjścia.

Ubierał się zamyślony, nie bardzo zdając sobie sprawę, że to już Kraków i co 
należy robić.

Swoje bagaże ponieśli sami, bez numerowego.

Tłum oszołamiał, odwykli, a do tego jeszcze tłum to szczególny, wojenny. Ludzi 
na peronie — pięć razy tyle co w dni powszed-

25

nie, i pięć razy bardziej zaaferowani, i wszyscy się spieszą- Zakonnice, które niby 
nie mają tu nic do roboty — przepychają się, wciskają wszystkim święte obrazki 
i druczki z modlitwami. Lenin cofnął rękę z odrazą. Przy pasażerskim peronie 
tam gdzie należy — wagon towarowy, i niosą do niego, wnoszą jakieś potężne 
skrzynie; napis: proszek na pchły. Przepychają się żołnierze, cywile, kolejarze, 
pasażerowie. Przez tłum na peronie — powoli, z trudem, niemal łokciami. A na 
murze dworca transparent, żółta tkanina i czerwone litery.

Jedem Russ — ein Schuss!*

Nie chodziło wcale o nich, a jednak ciarki przechodziły po grzbiecie.

W budynku dworca — ścisk i duchota. Znaleźli jakieś miejsce

background image

— z boku, na podwyższeniu, przy bocznej ścianie, w kącie. TU było jeszcze 
tłoczniej i dużo kobiet. Nadia pojechała do gospodyni, u której mieszkała kiedyś 
Inessa. Włodzimierz Iljicz pobiegł kupić prasę i wracał pogrążony w lekturze, 
wpadając na ludzi, tu przysiadł wreszcie na twardej walizce, przyciskając 
łokciami plik gazet złożonych na kolanach.

W prasie nie było nic szczególnie radosnego: zarówno o bitwie galicyjskiej, jak o 
Prusach Wschodnich pisano enigmatycznie, z czego wynika, że Rosjanom szło 
nienajgorzej. Ale — walki we Francji! Ale

— wojna w Serbii! — któż z poprzedniego pokolenia socjalistów mógł

0  tym marzyć?

A — potracą głowy. Potrafią tylko krzyczeć: „Pokój! Pokój!” A ci, co nie są 
„obrońcami ojczyzny”, w najlepszym razie będą paplać

1 jazgotać — „skończyć z wojną!”.

Jakby to było możliwe. Jakby ktoś był w stanie gołymi rękami zatrzymać 
rozpędzone koło parowozu.

Ci wstrętni, zapluci, mali socjaliści z drobnomieszczańską skazą, by pozyskać 
masy będą bredzić: pokój, pokój! a nawet przeciw aneksji. l wszystkim wyda się 
to naturalne: przeciw wojnie, a wiec ,,za pokojem”?... Właśnie w nich trzeba 
będzie uderzyć przede wszystkim.

Któż z nich jest na tyle przewidujący, żeby poważyć się na tę wielką decyzję: nie 
zaprzestać wojny — tylko ją rozszerzać! Tylko przerzucać ją! — do swego 
własnego kraju.

Nie będziemy mówić otwarcie: „chcemy wojny” — ale jej chcemy.

Idiotyczne i zdradzieckie hasło: „pokój”! I jakąż wartość ma wyprany z 
jakichkolwiek treści, niepotrzebny nikomu „pokój”, jeśli

Widzisz, że Ruś — naciskaj spust!

26

nie przekształci się go natychmiast w wojnę domową, a do tego bezlitosną?! Toć 
jak zdrajcę należy piętnować każdego, kto nie opowie się za wojną domową!

A najważniejsze — trzeźwo ocenić układ sił, trzeźwo przyjrzeć się — kto jest 
teraz czyim sojusznikiem? Nie z popią głupotą między frontami wznosić ręce do 
nieba. Ale od pierwszej chwili uznać Niemcy — nie za jedno z państw 
imperialistycznych, tylko za potężnego sojusznika. Aby dokonać rewolucji, 
potrzebne są karabiny, potrzebne są pułki, potrzebne są pieniądze i musimy 

background image

szukać tych, kto jest zainteresowany, żeby nam je dać. I należy szukać 
możliwości rokowań, upewnić się dyskretnie: jeśli Rosja znajdzie się w trudnej 
sytuacji i zaproponuje zawarcie pokoju — czy możemy mieć gwarancję, że 
Niemcy nie zgodzą się na rokowania, nie rzucą rewolucjonistów rosyjskich na 
pastwę losu?

Niemcy! Cóż za siła! Jaka broń! I jakie zdecydowanie — zdecydowane uderzenie 
przez Belgię! Nic ich nie obchodzi, kto i jak będzie skamlał. Właśnie tak trzeba 
bić. Skoro się już zaczęło. I to zdecydowanie widoczne w rozkazach dowódców — 
nie ma ani odrobiny tego rosyjskiego niezgulstwa. (A nawet to zdecydowanie, z 
jakim chwytają i wrzucają do celi w Nowym Targu. A tym bardziej to, z którym 
jednak wypuszczają.)

Niemcy bez wątpienia wygrają tę wojnę. Tak więc — jest to najlepszy i 
naturalny sojusznik w walce z caratem.

A-a, wpadłeś, drapieżny ścierwniku z herbu! — Łapa jest już w potrzasku, nie 
wyrwiesz się! Sam chciałeś tej wojny! O-k-ro-ić cię teraz — do Kijowa! do 
Charkowa! do Rygi! Wytłuc z ciebie wielkomocarstwowego ducha, żebyś zdechł! 
Tyle tylko potrafisz — gnębić innych, nic więcej! Amputować Rosję ze 
wszystkich stron. Polsce, Finlandii — niezależność! Krajom nadbałtyckim — 
niezależność! Ukrainie — niezależność! Kaukazowi — niezależność! Żebyś 
zdechł!...

Tłum na dworcu zafalował, dopłynął tu, aż do wyjścia na peron, dalej nie 
puszczała policja. Co to? Wjechał pociąg. Pociąg z rannymi. Być może pierwszy 
pociąg, z pierwszej wielkiej bitwy. Tłum rozsuwano — żeby sznur oczekujących 
powozów sanitarnych i aut mógł podjechać jak najbliżej. Potężni, posępni 
sanitariusze w pośpiechu wynosili z pociągu do powozów nosze za noszami. A 
kobiety napierały, przedzierały się ze wszystkich stron, i między głowami, i przez 
ramiona wpatrywały się pełnym przerażenia wzrokiem we fragmenty szarych 
twarzy między bandażami i prześcieradłami, w obłędnym strachu, że rozpoznają 
kogoś bliskiego. Niekiedy rozlegał się lament, oznaczający poznanie albo 
pomyłkę, i tłum zwierał się jeszcze bardziej i pulsował jak żywy organizm.

Z podwyższenia, gdzie siedzieli Uljanowowie, było widać — mimo odległości — 
bardzo dobrze. Lenin jednak wstał i podszedł bli-

27

żej wyjścia.

Brakowało powozów i noszy, a tymczasem, podtrzymywał” przez siostry 
miłosierdzia, z peronu wychodzili także na własnyc” nogach — bladzi, w szarych 
kitlach i w ciemnoniebieskich płasz~ czach, grube warstwy bandaży na głowach, 
szyjach, ramionach, r?~ kach, i tak szli, jedni ostrożnie, inni śmielej — i oto już 
do nich, te~ raz już do nich! zaczęli cisnąć się oczekujący, kłębił się tłum i takLe 
tym razem ludzie krzyczeli przeraźliwie i radośnie, i obejmowa.1-i całowali, 
swoich i obcych, odbierali od sióstr, niosąc górą ich ple” caki — a jeszcze wyżej, 
ponad wszystkimi głowami, z dworcoweJ restauracji w kierunku rannych 

background image

płynęły na wyciągniętych w gór^ ramionach kufle piwa pod białymi czapami 
oraz na białych talerzar11 pieczyste.

Stał przed wyjściem na peron — rześki, podekscytowany, w cz<ir” nym 
meloniku, z niepodstrzyżoną, rudą bródką, z uważnym sp^J” rżeniem spod 
uniesionych brwi, z przenikliwym, badawczym wzi°” kiem i z jedną ręką 
wysuniętą do przodu, z palcem wykręcony01 w górę, niby podtrzymując duży 
kufel, a w grdyce coś mu bulgota” ło i drżało, jakby sam był w okopach i 
kompletnie zaschło mu w gardle bez tego kufla. Jego oczy spoglądały złośliwie, 
raz przymiu” żonę, kiedy indziej rozszerzone, wychwytując z tej sceny wszystr0’ 
co się działo.

Dynamiczny umysł rozświetliła nagle radosna myśl — zrods113 się jedna z tych 
najsilniejszych, najbardziej bystrych i bezbłędny0” decyzji całego życia! Kłębi 
się zapach drukarskiej farby z gazet, za~ pach krwi i lekarstw w poczekalni — i 
nagle jak szybujący w gó-ze orzeł spostrzegasz maleńką, jedyną jaszczurkę 
prawdy, i zaczyn/ p1 bić serce, i spadasz kamieniem w dół, chwytasz ja za 
trzęsący sie ogon, znikający już w szczelinie między kamieniami — i wyciągć82-
wyciągasz, wyciągasz. I w górę, rozwijasz jak wstążkę, jak tran#f” rent z hasłem: 
...,,PRZEKSZTAŁCIĆ W DOMOWA!”-, iwłajf1^ ta wojna, i właśnie ta wojna 
— to kres wszystkich rządów Europ^--

Stał przy wyjściu na peron, ponad wszystkimi, z uniesioną”0 góry ręką — jakby 
zajął już miejsce, z którego będzie mówił, aleme decydując się jeszcze na 
rozpoczęcie przemówienia.

Każdego dnia, o każdej godzinie, na każdym miejscu — gnrw~ nie, 
bezkompromisowo protestować przeciw tej wojnie! Ale! (im”3” nentna 
dialektyka) — życzyć jej — żeby trwała! Robić wszystk> ~ żeby się nie 
skończyła! Wciągać się w nią i zmieniać siei Takiej /°J~ ny — nie wolno 
przegapić, nie wolno zmarnować!

Taka wojna — to prezent historii!

28

Z WĘZŁA II PAŹDZIERNIK SZESNASTEGO

38

Kegel-klubem nazywano ich zebrania w restauracji Stussihof, mimo, że nie było 
tam kręgielni.

— ...Szwajcarski rząd rzecznikiem interesów burżuazji... „Kegel-klub” — to 
nazwa ironiczna: że ich polityka nie prowadzi do niczego sensownego, że więcej 
wokół niej szumu, niż to wszystko warte.

—  ...Szwajcarski rząd — pionkiem wojennej kliki...

background image

Ale sami też przyjęli tę nazwę z zadowoleniem; będziemy zwalać światowy 
kapitalizm jak kręgle!

(To on ich wychował. On wyleczył ich z religii. On wpoił im stosunek do 
przemocy w historii.)

— Rząd Szwajcarii bezwstydnie zaprzedaje interesy mas ludowych finansowym 
magnatom...

Minęło już kilka lat od czasu, gdy Nobs zorganizował dyskusyjny stół w 
restauracji przy placu Stussihof. Zbierał młodych aktywistów. Z czasem zaczął tu 
przychodzić także Lenin.

(W tej butnej Szwajcarii — ileż trzeba było znieść upokorzeń. Berneńscy s-d w 
ogóle traktowali Lenina z góry. Gdy ubiegłej wiosny przeprowadzał się do 
Zurychu, próbował organizować spotkania rosyjskich emigrantów i prowadzić 
dla nich wykłady — rozpłynęli się, nie przychodzili. Wówczas przeniósł swe 
zabiegi na młodych Szwajcarów. Mogłoby się wydawać, że w wieku lat 
czterdziestu siedmiu przykro wyławiać i urabiać pojedynczych, gołowąsych 
zwolenników, ale nawet dla jednego nie należy żałować czasu, jeśli odrywa się go 
od oportunisty Grimma.)

— ...Rząd Szwajcarii płaszczy się przed europejską reakcją i dławi 
demokratyczne prawa narodu...

Prostoduszny, o szerokiej twarzy ślusarz Platten (ślusarz, żeby było bardziej 
proletariacko, ale po złamaniu ręki został kreślarzem) siedzi po przeciwnej 
stronie stołu. Wchłania, wchłania całym sobą to, o czym się mówi, takie to 
trudne. Twarz pełna napięcia i przygryzione z wysiłku miękkie, grube wargi 
pomagają oczom, pomagają uszom — nie przepuścić jednego słowa.

31

— ...Szwajcarska socjal-demokracja powinna okazać swemu rządowi całkowity 
brak zaufania...

Wydłużony stół — dla dobrego szwajcarskiego towarzystwa. Bez obrusa, 
heblowany, z dziurami po sękach, wyszlifowany talerzami i rękami przez sto i z 
górą lat. Rozmieścili się wygodnie całą dziewiątką na dwóch ławkach, a jedno 
miejsce i tak zabierał słup. Jedni siedzą przy niewielkiej zakąsce, inni przy piwie 
udając, że przyszli do restauracji, zresztą Szwajcarzy nawet nie potrafią inaczej. 
Każdy płaci za siebie. A na słupie — lampka.

Najbardziej energiczną twarz, trójkątną, pociągłą, z opadającymi na boki, 
niesfornymi włosami — ma Willi Miinzenberg. Niemiec z Erfurtu. Rozumie 
wszystko bez wysiłku, dla niego to jeszcze za mało. Niespokojne, długie ręce 
wyciągnąłby po więcej, zresztą na wiecach wykrzykuje głośno to samo.

background image

(Jeśli idzie o młodych, w Zurychu się udało. Siedzi ich tu teraz sześciu i każdy z 
nich to młodzieżowy przywódca. To nie to, co w Czternastym: posłali Inessę do 
działaczy szwajcarskiej lewicy — Nai-ne poszedł na ryby, a Graber rozwieszał 
bieliznę, żonie pomagał i nikogo nic nie obchodziło.)

—  ...Należy nauczyć się nie dowierzać własnemu rządowi... Lenin — na rogu, 
przy słupie, słupem częściowo zasłonięty. A

Nobs — ostrożny, przymilny kot — spogląda z ukosa, z przeciwległego rogu. 
Żeby tylko nie narazić się na jakieś niebezpieczeństwo. Sam to wszystko 
zainicjował — czy aby teraz sam tego nie żałuje? Wiekiem pasuje do nich, 
wszyscy tu mają około trzydziestki, ale ze względu na znaczenie w partii, solidny 
wygląd ą nawet dość pokaźny brzuszek — różni się od nich, jest inny.

Nad każdym stołem lampka w innym kolorze. Nad Kegel-klubem — czerwona. I 
purpurowe światło na wszystkich twarzach — na szerokim, szczerym obliczu 
Plattena, na czarnych włosach i wykrochmalonym kołnierzyku fircykowatego, 
zarozumiałego Mi-mioli, na potarganych, nietkniętych grzebieniem kędziorach 
Radka, siedzącego z nieodłączną fajką w stale rozchylonych, wilgotnych ustach.

— ...We wszystkich krajach należy wzbudzać nienawiść do swego rządu! Tylko 
takie działanie można uważać za socjalistyczne...

(Tylko z młodzieżą warto pracować, nie ma w tym nic poniżającego, to 
dalekowzroczność. Zresztą, nawet Grimm nie jest stary, o jedenaście lat młodszy 
od Lenina, a już brał udział w walce o władzę. Nie jest głupi, ale teorią nawet nie 
próbuje się zajmować. Powstania zbrojnego nie chce, ale coś „lewicowego” 
chętnie by dziobnął. Gdy w Czternastym Leninowi udało się przyjechać do 
Szwajcarii dzięki możliwościom Greulicha i zostać tu za poręczeniem Grim-ma 
— spotkali się i przegadali pół nocy. Grimm zapytał: ,,A co by

32

p#n zalecił w obecnej sytuacji szwajcarskim s-d?” Dla sprawdzenia, n# co 
tamtego stać, wypalił: ,Ja — obwieściłbym natychmiast woj-nę domowąl”. 
Grimm się wystraszył. Niemożliwe, pomyślał — żarty...)

—  ...Neutralność kraju to burżuazyjne oszustwo i bierne podporządkowanie się 
imperialistycznej wojnie...

Ogromne napięcie — pełne męki skupienie na twarzy Plattena j w jego 
zakłopotanym spojrzeniu.

Jakież to trudne, jakież to trudne — przyswoić sobie wielką naukę socjalizmu! 
Jakże te wspaniałe formuły nie pokrywają się z twoim ograniczonym, skąpym 
doświadczeniem. I wojna — oszustwo, i neutralność — oszustwo, i neutralność 
to, tak czy owak wojna?... A spojrzysz na kolegów — wszystko rozumieją, i 
wstyd się przyznać, więc udajesz.

background image

(A nie był to wcale pusty frazes: jadąc przez Austrię wszystko to w ogromnym 
napięciu przemyślał. W Berlinie sformułował jako tezy, później zawarł je w 
Manifeście KC, a jeszcze później obronił w lozańskim sporze z Plechanowem. 
Można doskonale znać marksizm, ale w konkretnym przypadku — nie znaleźć 
wyjścia, ten kto je znajduje — robi autentyczne odkrycie. Jesienią 14-ego, kiedy 
4/5 socjalistów całej Europy stanęło w obronie ojczyzny, a 1/5 bojaźli-wie ryczała 
,,pokój, pokój” — Lenin, jedyny w światowym socjalizmie, dostrzegł i pokazał 
wszystkim: jesteśmy za wojną — ale inną! —i to natychmiast!!)

Kufel piwa stoi także przed Leninem, choć nie znosi tego typu ludzi — 
szwajcarskich polityków przy piwnym stole, ale taki tu zwyczaj. Broński senny 
jak zawsze, nic go nie wyprowadzi z równowagi. A Radek — czarne baczki 
biegnące od ucha do ucha pod brodą, rogowe okulary, bystre spojrzenie, zęby 
mu wystają spod górnej wargi i przesuwa, bez przerwy przesuwa językiem 
czarną dymiącą fajkę — wszystko to już słyszał, wszystko wie, ciągle mu za mało 
i za wolno.

—  ...Nędzne dążenia nędznych państw, żeby stać na uboczu wielkich bitew 
historii świata...

Wewnętrzną walkę toczy ze sobą Platten, starając się nie pokazać tego po sobie. 
Cel światowej rewolucji jest wręcz oczywisty, ale jakże trudno dostosować go do 
swojej Szwajcarii. Rozum jest za: skoro zdołaliśmy się ocalić od światowej jatki, 
to nie osiadać na laurach, tylko nawoływać do walki w sprawach społecznych. A 
dusza niemądra: jak dobrze, spokojnie się żyje, chłopskie chaty przylepione do 
górskich zboczy, wszyscy mężczyźni — w domach i cztery razy kosi się trawy na 
łąkach, nawet na najbardziej stromych górskich stokach, a zebrane siano 
wypełnia po dachy wysokie stodoły, i całymi dniami, ze wszystkich stron słychać 
dźwięk dzwoneczków

3 —

Lenin w Zurychu

33

uwieszonych na szyjach krów i owiec, jakby same góry dzwoniły.

—  ...Ciasny egoizm uprzywilejowanych maleńkich narodów... Powolny krok 
pastuchów. Z rzadka — ogłuszające trzaśniecie

bata na kamienistej drodze — i niesie się echo aż na tamtą stronę gór. Długie na 
dwadzieścia krów poidła przy górskich źródłach. Zmienne wiatry na 
rozkołysanych trawach, wędrujące mgły skłębione nad lesistymi wąwozami, a 
gdy słońce przerwie padające deszcze bywa i tak, że tęcza nie ma gdzie się 
rozwinąć, więc wyrasta prosto w górę kolorowym słupem. I na samotnym, 
górskim hotelu spokojny napis: „Pod płaszczem ojczyzny schroni się każdy 
śmiertelnik”.

— ...Przemysł, związany z turystyką... Wasza burżuazja frymar-czy urokami 

background image

Alp, a wasi oportuniści jej w tym pomagają...

Nie wytrzymał, nie zdołał ukryć swych wątpliwości Platten, zdradziła go ufna, 
szczera twarz.

I Lenin — zauważył! I z rogu stołu, wśród młodzieży jedyny stary, wyglądał na 
grubo po pięćdziesiątce — żywo, energicznie, z ukosa jak celnym trafieniem 
szpady, celne słowo to klucz agitacji:

—   Republika   lokajów   — oto czym jest Szwajcaria!

Radek zarechotał, zręcznie, wesoło manipulując fajeczką, za każdym razem 
inaczej trzymając ją palcami, z powagą wciąga swój ważny dym. Willi — z 
uśmiechem szuka wzroku Nauczyciela, długie ręce wykręca nerwowo — mocniej! 
mocniej!

A czyż Platten dyskutuje? Platten jest tylko skonsternowany. Sam kraj może i 
przywodzi na myśl elegancki hotel, ale lokaje na ogół służalczy, nadskakują, 
natomiast Szwajcarzy są powolni, pełni godności. Tutaj nawet żony ministrów 
nie mają lokajów, same trzepią dywany.

(Nawiasem mówiąc, Szwajcaria nie zna przypadku zaginięcia listu. I doskonale 
zorganizowane biblioteki: do dalekich górskich pensjonatów wysyła się książki 
bezpłatnie i szybko.)

— ...Ochłapy rzucane posłusznym robotnikom w postaci reform społecznych, 
żeby tylko nie obalili burżuazji...

Z tą naradą grzebali się trzy godziny i wreszcie zwołali na piątek, 21 wieczorem 
— tuż przed samym Zjazdem partii, w przeddzień. I niezwykle pomógł, bardzo 
przydał się Radek.

(Radek, kiedy jest dobry, to dobry — arcyprzyjacielski. Dziś nie sposób się bez 
niego obejść. I — jak mówi, jak pisze po niemiecku i każdy polityczny zakręt 
wydaje się z nim łatwy, niczego nie trzeba mu wkładać łopatą do głowy. Hultaj, 
ale błyskotliwy, tacy są niezwykle potrzebni. A zdarzało się, że bywał obrzydliwy. 
W Bernie przestali się nawet spotykać, porozumiewali się listownie, a od lutego 
— zerwali na zawsze, w Kientalu jego wystąpienie było wręcz prowokacyjne.)

34

—  ...Naród szwajcarski cierpi coraz potworniejszy głód i ryzykuje, że zostanie 
wciągnięty w wojnę i zginie w imię kapitalistycznych interesów...

Nobs ma sceptyczny wyraz twarzy z powodu bursztynowej cygarniczki, która 
sama trzyma się na wardze.

(I jakże miał, on jeden w całej Europie, podejmować walkę o odrodzenie 
Międzynarodówki, a raczej ojej rozbicie i o utworzenie Trzeciej? Raz ściągać 

background image

swych bolszewików zza granicy, kogo się da. Kiedy indziej, z pomocą Grimma — 
trzy dziesiątki kobiet, całą Międzynarodową Socjalistyczną Konferencję Kobiet, 
a samemu brać udział nie wypada, a pokierować trzeba — więc w tym samym 
Domu Ludowym przesiedzieć trzy dni w kawiarni, a Inessa, Nadia i Zinka Lilina 
biegały do niego z meldunkami i prosiły o instrukcje.)

—  Iść na rzeź w imię obcych interesów? Czy też ponieść największe ofiary dla 
socjalizmu, w interesie dziewięciu dziesiątych ludzkości?...

(To znów — zajmować się Międzynarodową Socjalistyczną Konferencją 
Młodzieży, nawet piętnastki ludzi nie dało się zebrać, głównie dezerterzy z 
poboru, niemal na pewno nastawieni antywojen-nie, i po raz kolejny trzy dni 
przesiedzieć w tej samej kawiarni, a Inessa i Safarow przybiegają po instrukcje. 
To właśnie wtedy zjawił się Willi.)

Masz dopiero dwadzieścia siedem lat — a od siedemnastego roku życia 
bezustanny młodzieżowy kocioł: spotkania, organizacje, konferencje, 
demonstracje. ...I wśród równych odkrywasz nagle w sobie głos i brawurę, i 
odnosisz sukces — słuchają cię — i jak na szafot po schodkach, żeby lepiej 
widzieli — wchodzisz, wchodzisz, i oto —jesteś już — stałym mówcą, delegatem, 
sekretarzem... I przywódcy partii już starają się przeciągnąć cię na swoją stronę i 
buntują, żebyś nie słuchał tego Azjaty z jego dzikimi pomysłami, a ty właśnie od 
niego, od niego i płomiennego Trockiego, dowiadujesz się tego, co słuszne i 
ważne!

—  ...,,Obrona ojczyzny” — to tylko oszukiwanie narodu, a nie żadna  „wojna  o  
demokrację”.  Z punktu widzenia  Szwajcarii również...

Dwadzieścia siedem lat! — i za sobą przedwczesna śmierć matki, cięgi od 
macochy, cięgi od ojca, usługiwanie w ojcowskiej knajpie, gra w karty z gośćmi i 
rozmowy o polityce, potem u macochy przy balii do prania, ciągły wstyd z 
powodu podartej odzieży, zbyt dużych butów, i jako czeladnik szewski 
zaangażować się w propagandę, i mając zaledwie lat dwadzieścia emigrować do 
Zurychu, żeby tu, pracując w aptece, wziąć udział we wszystkich walkach 
klasowych...

Pod czerwoną lampą pełna wiary i zaufania, wierna i stanow-

35

cza twarz Munzenberga. Wąski, spiczasty podbródek zdradza silny, 
wypróbowany charakter. Ściągnięte brwi wyrażają gotowość przyjęcia 
rewolucyjnych idei. Już nie raz działał według wskazań Lenina i odnosił sukcesy. 
Organizował dzień młodzieży na Ziirichbergu, ściągnął ponad dwa tysiące, a 
potem z „Międzynarodówką” na ustach, pod czerwonymi sztandarami i z 
transparentami „precz z wojną” poprowadził ich przez miasto. Do Kientalu 
został już zaproszony i wraz z Leninem podpisał rezolucję lewicy.

— ...„Obrona ojczyzny” — to obłudne hasło. Prowadzi ono do rzezi robotników i 

background image

drobnego chłopstwa...

Niezgrabny Szmidt z Winterthuru z końca ławki daje wyraz swemu zaskoczeniu i 
przez cały rząd siedzących woła:

— Ale naszego kraju wojna przecież objąć nie może, jesteśmy neutralni...

— Ależ przystąpienie Szwajcarii do wojny możliwe jest w każdej chwili!

Nobs podgryza bursztynową cygarniczkę pod jasnym, puszystym wąsem. 
Uśmiecha się sympatycznie, jak kot, a nieufne oczy i sterczący kosmyk włosów 
wyrażają niedowierzanie.

—  Oczywiście, odmowa obrony ojczyzny wymaga niezwykle wysokiej 
świadomości rewolucyjnej!

(Całe życie przywódca mniejszości, całe życie z garstką przeciw wszystkim — 
więc i taktyka musi być ostra. A taktyka jest następująca: jak najwięcej wywalić 
z rezolucji popieranej przez większość — i mimo to jej nie przyjąć: albo 
wciągniecie nasze stanowisko do protokołu, albo opuszczamy salę!... Ależ 
jesteście w mniejszości — jakim więc prawem dyktujecie?... Wobec tego 
opuszczamy obrady! Rozłam! Skandal! Wstyd!... Tak było na wszystkich tych 
konferencjach i nie zdarzyło się, żeby większość nie uległa. Wiatr zawsze wieje od 
skrajnej lewicy! — i nie ma na świecie socjalisty, który mógłby to zlekceważyć. 
Stąd właśnie brała się niepewność Grimma, z powodu której tak pospiesznie 
postanowił zwołać Zimmerwald.)

—  ...Ani grosza na stałą armię, nawet w Szwajcarii!...

— Jak to, nawet w czasie pokoju?

—  Nawet w czasie pokoju socjalista ma obowiązek głosować przeciw kredytom 
wojskowym burżuazyjnego państwa!

(Długo czekał Lenin na zaproszenie do Zimmerwaldu i cierpiał z tego powodu, 
obawiając się, że Grimm go nie wezwie — a narzucać się nie wypadało. A w 
ogóle, cóż to będzie za konferencja? Zbierze się kupa gówna i znowu 
„opowiadamy się za pokojem i przeciw aneksjom”. Chcemy pokoju — nie mógł 
słuchać tych słów!... A tymczasem dyskretnie robił wszystko, żeby wśród 
delegatów znalazło się jak najwięcej jego zwolenników: tych, którzy występują 
przeciw swemu rządowi — oni właśnie będą stanowić zalążek lewicowej Mię-

36

dzynarodówki!... Ale udało się ściągnąć zaledwie osiem takich osób: ich troje, z 
Griszką i Radkiem, Platten, jeden Łotysz i trzech Skan-dynawów. Ale też cała 
„stara” Międzynarodówka, pięćdziesiąt lat po jej utworzeniu, pomieściła się na 
czterech furmankach, którymi woźnice powieźli konferencję w góry, żeby 
uniknąć zainteresowania władz, a władze nawet tego nie zauważyły: ani — 

background image

przyjazdu delegatów do Szwajcarii, ani nawet — wyjazdów z powrotem, 
dowiedziały się dopiero z zagranicznej prasy.)

—  Ale specyfika Szwajcarii...

— Nie ma żadnej specyfiki! Szwajcaria — to taki sam imperialisty czny kraj jak 
inne!

Platten — aż się żachnął, twarz szczera, a zaskoczenie marszczy czoło. Rodzi się 
podświadomy bunt: maleńka ta nasza Szwajcaria, to prawda — ale czyż nie 
specyficzna? I od początku, od zjednoczenia trzech kantonów — kogóż to 
zagarnęliśmy siłą? Ale — ogromnym wysiłkiem umysłu zmusza się, zmusza do 
przyjęcia postępowej idei. Duże, silne, bezbronne ręce — dłońmi do góry na 
stole.

(Przy pomocy samego tylko Plattena, cóż z niego za wdzięczny materiał, można 
by kompletnie odmienić organizację Zurychu. Gdyby tylko więcej czasu 
poświęcał na samokształcenie.

— Tak więc my, zimmerwaldzka lewica, osiągnęliśmy pełną jednomyślność —   
odrzucamy   obronę ojczyzny!

Nie wszyscy, niezguły, zrozumieli:

— Ale przecież odrzucając obronę ojczyzny, doprowadzamy do tego, że kraj 
będzie bezbronny?

— Takie stawianie problemu jest z gruntu niesłuszne! Właściwe natomiast jest 
następujące: albo damy się zabijać w interesie im-perialistycznej burżuazji, albo, 
za cenę mniejszych ofiar, dokonamy socjalistycznego przewrotu w Szwajcarii; 
jest to jedyna metoda, by naród Szwajcarii wyzwolić od drożyzny i głodu!

(W Zimmerwaldzie niemal nie występował, kierował swą lewicą z ukrycia. Tak 
było najrozsądniej. Przecież Radek powie co trzeba! — inteligentnie, zręcznie, z 
dużą swobodą, z pewnością siebie. A obowiązkiem przywódcy jest konsolidacja 
swych nielicznych zwolenników. Wróg — to dopiero połowa wroga. Ale ten, 
który był z nami i nagle od naszej linii odstępuje — to wróg podwójny! W takich 
właśnie należy uderzać przede wszystkim! A jeszcze lepiej — przewidywać i w 
przerwach między posiedzeniami organizować spotkania swoich i wbijać im do 
głowy to, co trzeba.)

—  ...Haniebność pacyfizmu polega właśnie na tym, że wyraża on marzenia o 
pokoju bez socjalistyczej rewolucji.

Radek ma wesołe, żywe usposobienie: wszystkie kieszenie wypchane gazetami, 
książkami, jedzeniem na pierwszy dzień, gdyby nagle wybuchła rewolucja — już 
jest na to przygotowany, już może

37

background image

się w nią włączyć. A — ciekawe jak!

(Trzeba jednak uważać na tego krętacza: w każdej chwili może się przestawić, 
zdradzić. Alboż to nie kręcił, namawiając Grimma i Plattena do zgody, podczas 
gdy należy ich zawsze na siebie napuszczać.)

—  ...Przewrót jest absolutnie niezbędny, aby pozbyć się wszelkich wojen...

— A Broński — jakby drzemał. Brońskiego mogłoby tu nawet nie być, tylko robi 
frekwencję. Kiedy trzeba — przegłosuje. A kiedy trzeba — nawet powie, co 
trzeba.

(To prawda, że głupi. Ale — jest nas tak niewielu, każdy kiedyś się przyda.)

—   ...Tylko ustrój socjalistyczny zdoła uwolnić ludzkość od wojen...

Nobs — wygląda jakby popierał, wyraz oczu i ust świadczy o aprobacie, a uszki 
— zasłuchane, a czoło bez jednej zmarszczki. Jakby nie było — naczelny 
redaktor najważniejszej lewicowej gazety i z łatwością wspina się na szczyty 
partyjnej władzy. Bardzo, bardzo jest im tu potrzebny.

Ale i oni są mu potrzebni. Nobs doskonale zdaje sobie sprawę, że wiatr zawsze 
wieje z lewicy. Bo choć jest ich garstka, zaledwie kilku ludzi, a przecież są w 
stanie spowodować zwrot całej szwajcarskiej partii! Tylko nie wolno dać im 
wejść sobie na głowę.

— ...To niekonsekwencja: dążyć do zakończenia wojny i odrzucać socjalistyczną 
rewolucję...

(Lenin jednak nie wytrzymał i w odpowiedzi na list Liebknech-ta do 
Zimmerwaldu krzyknął: „WOJNA DOMOWA - DOSKONALE!” Ostrożność 
jest dobra w 9/10, w tej 1/10 należy z niej rezygnować. Iść do okopów z 
proletariackim hasłem: bratajmy się! W wojsku propagować walkę klasową! 
Skierować broń — przeciw swoim! NADESZŁA EPOKA BAGNETU! 
Oczywiście, dla emigranta w neutralnym kraju to dość ryzykowne, ale — zawsze 
jakoś się udawało. A w Zimmerwaldzie nikczemny, podły Niemiec Ledebour: 
„Pan może tu podpisywać — nic panu tu nie grozi, a im? Niech pan jedzie do 
Rosji! — i podpisuje stamtąd!” Oto poziom argumentów!...)

— ...Szwajcarska partia uparcie ogranicza się wyłącznie do działań legalnych i 
nie robi nic, aby przygotować się do rewolucyjnej walki mas...

Od kontuaru, gdzie stoją dwie pękate, stare beczki i dziesiątki kolorowych 
butelek, kelner o nieokrzesanym szwajcarskim obliczu flegmatycznie roznosi do 
stołów złociste szklanice, bordowe kielichy i szklanki. Inny, od kuchennego 
okienka — żółte deseczki z na-struganymi brunatnymi wędlinami oraz talerze z 
pieczystym i rybą — nazbyt obfite, jakby poczwórne szwajcarskie porcje, 
wchłaniają

background image

38

niespiesznie szwajcarskie brzuchy. A jeszcze, na małych palnikach, obok każdego 
żarłoka podgrzewa się druga połowa porcji.

—  ...Socjalistyczne przeobrażenie Szwajcarii jest całkiem realnie i stanowczo 
niezbędne. Kapitalizm ostatecznie dojrzał do tego, by zastąpić go socjalizmem — 
i to natychmiast!...

(Na ostatnim posiedzeniu Zimmerwaldu, trwającym od południa do późnej nocy, 
lewica szalała przy każdej poprawce, za każdym razem domagała się zaznaczenia 
swego „odrębnego stanowiska” w protokole — i tym sposobem wyraźnie 
przesuwała rezolucję na lewo. Ani Wojny Domowej, ani Nowej 
Międzynarodówki nie zdołał oczywiście, przeforsować. Ale stworzona została 
zimmerwaldzka lewica jako odłam międzynarodowy, a Lenin był teraz jego 
przywódcą, a nie jakimś rosyjskim sekciarzem. Większość w kierownictwie mieli 
jednak centryści, ale sławą tej konferencji stał się Grimm, co potwierdziła cała 
światowa prasa. Ma ledwie trzydziestkę, a już się znalazł w Komitecie 
Wykonawczym Międzynarodówki, bo trzymał z oportunistami. Przez całe 
dwadzieścia lat, w czasie których Lenin po Szwajcarii i jeździł, i w niej mieszkał 
— nikt tu o żadnym Grim-mie nawet nie słyszał.)

Sympatyczna, pociągła twarz Willego. Zgadza się, zgadza się ze wszystkim, ale 
najważniejsze, że dobrze zrozumiał: jak robić? Od czego zaczynać?

— W Szwajcarii konieczne będzie wywłaszczenie... maksimum... nie więcej niż 
trzydzieści tysięcy burżujów. No i, oczywiście, od razu zdobyć wszystkie banki. I 
Szwajcaria stanie się proletariacka.

Spod słupa z boku obserwuje ich Lenin, z ogromną wewnętrzną pasją, 
spojrzeniem atakującym, z głową pochyloną — i już wie, kogo na ile przekonał. 
Przerzedzona rudzizna na czubku głowy jest bardziej widoczna pod czerwoną 
lampą.

—  Podcinać gałęzie panującego dziś ustroju społecznego — w praktyce! l to już 
teraz!

Oto właśnie najtrudniejszy krok dla wszystkich socjalistów na świecie. 
Zmarszczył się Nobs, jakby go coś zabolało. Nawet robo-ciarz z Winterthuru się 
skrzywił. I Mimiolę dusi obręcz wysokiego wy krochmalonego kołnierzyka.

Dobry ten nasz Uljanow — ale trochę za ostry. Równie ostrych — nie tylko w 
Szwajcarii, nie tylko we Włoszech, ale na całym świecie nie ma.

Trudno im, trudno. Przelotnym spojrzeniem Lenin omiata wszystkie te, tak 
różne, już swoje, a ciągle jeszcze nie przekonane głowy.

A wszyscy oni boją się narazić na jego miażdżącą ironię.

background image

(Istnieje taka zasada: jeśli coś wchodzi z trudem — zwiększyć skalę trudności, a 
wówczas to, co przedtem wydawało się trudne,

39

wychodzi znacznie łatwiej.)

I przez stół, do sześciu Szwajcarów, we wszystkich sześciu kierunkach bez 
namysłu, zaatakował głosem pełnym napięcia, ale niezbyt mocnym, bo czy to w 
środku, w piersiach, w krtani, czy w ustach tracił go i potykał się na ,,r”:

—  A drogą prowadzącą do tego celu — jest    nie    tylko rozłam!   To nic innego 
niż mieszczańskie mizdrzenie się, jakoby w szwajcarskiej s-d mógł istnieć 
„wewnętrzny pokój”!

Zadrżeli. Zamarli. A on:

— Burżuazja wyhodowała sobie socjal-szowinistów, swe obrończe psy! I o jakiej 
ż jedności z nimi może być mowa?

(A skoro już zaczął — atakował jedno i to samo miejsce, ten sam punkt, 
zmieniając tylko trochę słowa. Jest to podstawowa zasada propagandy i 
nauczania.)

— Ta mazgajska skłonność do „pojednania” — to choroba nie tylko 
szwajcarskich, nie tylko rosyjskich, ale wszystkich socjaldemokratów świata. Dla 
fałszywej jedności wszyscy gotowi są zrezygnować z pryncypiów. A tymczasem 
bez całkowitego organizacyjnego zerwania z socjal-patriotami nie sposób zbliżyć 
się do socjalizmu — ani o krok!!!

I jakby to ich nie szokowało, cokolwiek by sobie pomyśleli — ale pewność siebie 
nauczyciela działa na klasę: nawet jeśli cała klasa się z nim nie zgadza — 
przyznają rację nauczycielowi, tak czy inaczej. Więc —jeszcze bardziej 
gardłowo, i coraz bardziej niecierpliwie i nerwowo:

— Problem rozłamu — to problem zasadniczy! Wszelka ustępliwość w tej 
sprawie to   zbrodnia!     Każdy, kto w tej sprawie waha się —   wróg   
proletariatu!   Prawdziwi rewolucjoniści — nigdy nie obawiają się rozłamu!

(Decydować się na rozłam — zawsze! Decydować się na rozłam — na każdym 
etapie naszej walki! Decydować się na rozłam dotąd, aż pozostaniesz w 
najmniejszej nawet grupce — ale Centralny Komitet! I niech wśród tej garstki 
znajdą się najbardziej przeciętni, nawet najmniejsi, ale — wierni, a można 
osiągnąć — wszystko!!!)

—  W skali międzynarodowej — wszystko dojrzało do rozłamu! Istnieją już w 
pełni wiarygodne dowody rozłamu wśród socjalistów niemieckich. I nadszedł 
wreszcie czas, by zerwać ze zwolennikami Kautsky’ego u siebie i wszędzie, w 

background image

każdym kraju.   Zrywać   z Drugą Międzynarodówką — i tworzyć Trzecią!

(Wszystko to zostało sprawdzone — już na początku stulecia. W ten sam sposób 
poraził i pognębił ekonomistów promieniem ,,Co robić”, pomysłem stworzenia 
grupki zawodowych konspiratorów. Tak też, jednym ruchem, zrzucił z siebie, 
publikując ,,Krok-Dwa kro-

40

ki”, obmierzły worek mieńszewizmu. Nie pragnie władzy, ale nie może nie 
kierować, skoro wszyscy inni kierują tak nieporadnie. Nie może przecież 
pozwolić, by marnowały się, przepadały jego niezrównane talenty przywódcze.)

I wszystko to — jakby t u się zrodziło, właśnie teraz, przy tym stole, jak odkrycie 
dokonane w mgnieniu oka, któremu ulegasz bez reszty: przez rozłam własnej 
partii— do zwycięstwa rewolucji!!

I oniemiał Nobs — od mdlącego strachu, nawet nie mruknął. Odrzucisz — też 
stracisz? Być może — najlepsze miejsce jest tu, przy tym stole?

I łapa Plattena znieruchomiała obejmując szklankę piwa. O, ileż jeszcze 
trudności będzie się piętrzyć na drodze socjalisty!

I Mamiola pokonał uciskający go kołnierzyk, uwolnił się, wreszcie się od niego 
uwolnił. Ale sposępniał.

I pogodnie, ze zdziwieniem uśmiechał się półgębkiem Willi. Jeśli o niego chodzi 
— jest gotów. I to on — poprowadzi młodzież. On — powtórzy im to wszystko z 
trybuny.

I — dalej, głowa potężna, skoro mur już przebity, mocniej! mocniej!

— W mej książce „Imperializm” dowiodłem ostatecznie, że we wszystkich 
przemysłowych krajach Europy nieunikniona jest rewolucja i to w najbliższym 
czasie!

A tam — jeszcze dwóch, chcieliby wierzyć, ale jak to? Budzi się człowiek, jak co 
dzień, w swoim pokoju, i co? Z samego rana ma wyjść na swoją ulicę — i robić 
rewolucję? — Jak? Kto by ich tego nauczył? Przecież czegoś takiego jeszcze nie 
było.

— Ale w Szwajcarii...

— A co — w Szwajcarii? Wspaniały strajk w Zurychu w Dziewięćset 
Dwunastym! A — tego lata: wspaniała demonstracja Wille-go na 
Bahnhofstrasse! Chrzest krwią!

Tak, to duma Willego.

background image

—  I ilu rannych!

Nie tyle nawet pierwszego sierpnia, co trzeciego, w obronie poległych. Miękną:

—  Ale mimo wszystko... W Szwajcarii?...

Jak można — jemu — nie uwierzyć. Z każdym młodym — jak z równym sobie, z 
całą powagą, nie tak, jak ci świeżo upieczeni przywódcy, którzy opędzają się od 
maluczkich. Nie szczędząc sił dla nikogo, dyskutując, atakując pytaniami do 
granic ich wytrzymałości...

—  Ale jednak — w Szwajcarii...

Radek, w czasie, kiedy to sobie wszystko wyjaśniali, zdążył przeczytać 
wyciągnięte ze swych wypchanych kieszeni dwie gazety, prze-kartkował książkę, 
a oni ciągle jeszcze nie mogli zrozumieć?

41

I kierując na nich trzonek swej fajki:

— A wasz własny ubiegłoroczny zjazd partii... Przecież podjęliście rezolucję w 
sprawie rewolucyjnej działalności mas! No! I — co?

I — co?... Cóż z tego, że podjęli. Podjąć nie trudno.

—  A przecież w Kientalu też!

Pięciu z nich było w Kientalu, wśród nich Nobs i Munzenberg, pięciu jest tutaj, a 
tam było ich dwunastu na czterdziestu pięciu. I znów grozili, że rozbiją, że 
opuszczą obrady, wychodzili z sali i wracali. I większość uległa mniejszości, i 
przesuwali, przesuwali rezolucję coraz bardziej na lewo, na lewo: tylko zdobycie 
władzy politycznej przez proletariat jest gwarancją pokoju!

Wszystko — jak być powinno, ale czegóż to nie ma w rezolucjach...

—  A u nas w Szwajcarii...

I jakąż trzeba mieć cierpliwość, żeby nie wybuchnąć przy tych zakutych łbach! I 
w kolejnym wybuchu niepojętego olśnienia — pozbawionym emocji, ochrypłym, 
z trudem artykułowanym głosem!

— A czy zdajecie sobie sprawę, że SZWAJCARIA — to najbardziej rewolucyjny 
kraj świata??!

I ledwo nie pospadali z ławek, ze stołu, wraz ze szklankami, widelcami, aż 
lampka na słupie zaczęła się kiwać od podmuchu głosu, i Nobs podtrzymywał 
palcami cygarniczkę, żeby mu nie wypadła...

background image

(A on — widział! Widział w Zurychu, już wkrótce, w niedalekiej przyszłości 
barykady — jeśli nawet nie na bankowej Bahn-hofstrasse, to w pobliżu dzielnicy 
robotniczej, tam gdzie Dom Ludowy, na Helvetiaplatz!)

I — jednym rażącym spojrzeniem mongolskich oczu, i głosem pozbawionym 
wprawdzie soczystej głębi, ale za to ostrym, przypominającym kałmucką szablę 
(tylko wyszczerbioną na ,,r”|:

— Ponieważ Szwajcaria — to jedyny kraj na świecie, w którym żołnierzom daje 
się do domu, do rąk własnych — i broń, i amunicję!

I...?

—  A   co   to  jest   rewolucja   — wiecie? Rewolucja to: zdobyć banki! Dworzec! 
Pocztę-telegraf! I największe przedsiębiorstwa! I to wszystko, rewolucja 
zwyciężyła! A czegóż do tego potrzeba? Tylko broni! A broń właśnie — macie!

Wszystko, cokolwiek Fritz Platten usłyszał od tego człowieka, który był jego 
losem i przeznaczeniem — mroziło krew w żyłach...

A Lenin przestał już przekonywać, tylko żądał stanowczo — od tych 
nieposłusznych, nieinteligentnych oferm.

— I na cóż czekacie? Czego wam brakuje? Powszechnego szkolenia wojskowego? 
Nadszedł już czas stawiać żądania! W tym celu...

42

Improwizował. Między jednym a drugim zdaniem myślał, co mówić dalej, 
między jedna a drugą myślą obserwował ich, ale mówił równym głosem:

— Oficerowie — wybierani przez naród. Dowolnych... stu ludzi może zażądać 
szkolenia wojskowego! Z instruktorami opłacanymi przez państwo. Właśnie 
prawa obywatelskie istniejące w Szwajcarii, panująca tu efektywna demokracja 
— kolosalnie ułatwiają rewolucję!

Opierał się o stół i jakby na skrzydłach wzlatywał w górę, stąd, z salki 
restauracyjnej Stiissihof — poszybuje za chwilę nad pięcio-kątnym, zamkniętym, 
średniowiecznym placem, wielkości sporej sali, przeleci nad komiczną postacią 
rycerza stojącego z flagą w środku fontanny, zatoczy łuk tuż przed sterczącymi 
balkonami, obok fresku dwóch szewców, którzy na wysokości drugiego piętra 
stukają młoteczkami siedząc na swych zydelkach, obok herbów na frontonach 
czwartego i nad czerwonymi dachówkami starego Zurychu, nad górskimi 
pensjonatami, tymi wykwintnymi szaletami republiki lokajów:

— Bezzwłocznie rozpocząć agitację w wojsku! Tłumaczyć żołnierzom i 
poborowym, że dla wyzwolenia robotników najemnych od niewolnictwa użycie 
broni jest konieczne i zgodne z prawem!... Drukować ulotki propagujące 

background image

bezzwłoczny socjalistyczny przewrót w Szwajcarii!

(Dla cudzoziemców bez paszportu rady nieco ryzykowne, ale to jest właśnie ta 
1/10, bez której nie można marzyć o zwycięstwie.)

— Już dziś trzeba przejmować kierownictwo we wszelkich organizacjach klasy 
robotniczej! Domagać się od przedstawicieli partii w parlamencie, by publicznie 
proklamowali socjalistyczną rewolucję! przymusowe wywłaszczenie fabryk, 
zakładów przemysłowych i ziemi!

Jak to — tak po prostu, iść i odbierać ludziom ich własność? Bez ustawy? Ci 
nierozgarnięci Szwajcarzy nie mogą się nadziwić.

— Aby wesprzeć elementy rewolucyjne swego kraju — należy bez jakichkolwiek 
barier finansowych naturalizować cudzoziemców! Przy najmniejszych nawet 
posunięciach rządu zmierzających do wojny — tworzyć nielegalne organizacje 
robotnicze. A w razie wojny...

Pełni odwagi przywódcy młodych, Miinzenberg i Mimiola:

—  ...Odmawiać służby wojskowej!

(Nawiasem mówiąc, Munzenberga i Radka, jako dezerterów z armii niemieckiej i 
austriackiej, prawo nie pozwala odesłać do tych krajów.)

Nicz-cz-czego nie zrozumieli? Kpiące, pozbawione jednak złości, spojrzenie 
Lenina. Nie ma rady — obniżając lot coraz niżej, obok szewców, z niewolniczą 
starannością wystukujących swą robotę, nad

43

błękitną kolumną fontanny, i — nura do restauracji, z powrotem tutaj:

—  Ależ w żadnym wypadku nie odmawiać, co wam przyszło do głowy?! 
Zwłaszcza w Szwajcarii: dają broń — brać!! Żądać demobilizacji — tak, ale — 
zachowując broń! I z bronią — na ulicę! I — ani godziny spokoju w kraju. 
Strajki! Demonstracje! Tworzenie oddziałów robotniczych! Wreszcie —   zbrojne
powstanie!!!

Wysokie czoło Plattena. Aż się cofnął, jak po ciosie.

—  Ale w okresie, gdy toczy się powszechna wojna... czy państwa ościenne...  
pogodzą się z rewolucją w  Szwajcarii? Będą interweniować...

A na tym właśnie zasadza się sens idei Lenina! — na szczególnej, 
niepowtarzalnej specyfice Szwajcarii:

—  I to jest właśnie wspaniałe! W momencie gdy cała Europa walczy — w 
Szwajcarii barykady! W Szwajcarii — rewolucją! W Szwajcarii — trzy główne 

background image

języki europejskie! I w tych trzech językach, na trzy różne strony roz-leje się 
rewolucja po Europie! Sojusz elementów rewolucyjnych obejmie proletariat całej 
Europy! W jednej chwili narodzi się solidarność klasowa w trzech krajach 
ościennych! Nawet gdyby zdecydowały się na interwencję — to rewolucja 
wybuchnie wówczas w całej Europie! Oto dlaczego SZWAJCARIA -jest  DZIŚ 
CENTRUM ŚWIATOWEJ REWOLUCJI!!!

Osmaleni czerwonym płomieniem siedzieli kegel-klubowcy jak porażeni. 
Munzenberg wysunął ostry trójkąt odważnej twarzy — do przodu, ku 
płomieniowi. Przypaliło także puszystość Nobsowi. Mi-miola — już zerwałby 
swój krawat i poprowadziłby swych pełnych temperamentu Włochów, nie 
zważając na żadne przeszkody. Broń-ski ze swą obłudną melancholią sprawia 
wrażenie, jakby też był już gotów do walki. Radek — kręci się, oblizuje wargi, 
pełne żaru oczy za okularami: gdybyż tak było — jakich rzeczy można by 
dokonać!

(Kegel-klub to zalążek III Międzynarodówki)

—   Wy   —   stanowicie   czołowy   oddział   szwajcarskiego proletariatu!...

A rezolucję na jutrzejszy zjazd partii szwajcarskiej Radek ma już gotową. Gdyby 
tak Nobs ją wydrukował... Hm-m-m...

A — kto ją przedstawi na zjeździe?... Hm-m-m...

Zbliża się godzina zamknięcia restauracji, zaczęli się rozchodzić.

Plac Stiissihof oświetlały trzy uliczne latarnie i wiele okien z każdej strony. I bez 
trudu można było odczytać tabliczkę, że niedaleko stąd zginął w bitwie 1443 roku 
burmistrz Stussi. A jego rodzinny dom stał na tym wygwizdowie już sześćdziesiąt 
lat przedtem.

44

Więc zapewne był to Stiissi — ten komiczny szwajcarski rycerz w zbroi i w 
niebieskich skarpetkach. Cienkie strumienie wody spadały głośno do 
niebieskawego zbiornika. Było sucho, jak zwykle tutaj, zimno.

Rozchodzili się, dyskutując jeszcze na placu, wyłożonym równiutko drobnymi 
kamykami. Plac sprawiał wrażenie zamkniętego ze wszystkich stron i nie znając 
szczelin wąskich uliczek, można by pomyśleć, że to koniec, że nie ma stąd 
wyjścia, że nigdy nie zdołasz się wydostać. Jedni odchodzili w dół, po 
brukowanym, wyboistym stoku i dalej niewielką uliczką w kierunku nabrzeża. 
Inni skręcali przy piwiarni „Franciszkanin”. A Willi odprowadzał swego mistrza 
tą samą ulicą, ale w przeciwną stronę, mijając mieszczący się na następnym rogu 
kabaretu ,,Wolter”, gdzie całą noc szalała bohema, i na wąskiej uliczce mijali 
prostytutki, które nie znalazły sobie jeszcze klientów. A od kabaretu „Wolter” — 
stromo pod górę, aż do najstarszej w mieście latarni zawieszonej na żeliwnym 
słupie, potem uliczką — schodami, gdzie rozstawiwszy ramiona można niemal 

background image

dotknąć przeciwległej ściany, i gdzie z ledwością mieścili się, idąc obok siebie — i 
dalej w górę, ciągle w górę.

Lenin — mocnymi alpinistycznymi obcasami po kamieniach.

Willi pragnął przejąć od swojego mistrza jak najwięcej pewności. Ciągle miał w 
pamięci tę bijatykę, latem tego roku na Bahnhofstrasse

— ale przecież nic to nie dało, wszystko zostało po staremu, jak dawniej, ciągle 
kuszą te same witryny i ciągle bawi się to samo mieszczaństwo, a robotnicy nadal 
są posłuszni wobec swych ugodowych przywódców.

—  Ale przecież naród — nie przygotowany?...

Na ostrym zakręcie uliczki, spod ciemnej czapki, w słabym świetle padającym z 
czyichś, nie pogrążonych dotąd we śnie okien

—  głos cichy, ale ostry jak szpada:

— To prawda, „naród” jest nieprzygotowany. Ale to nie oznacza, że mamy 
prawo odkładać początek.

I zdając sobie sprawę ze swych sukcesów odnoszonych na trybunach, mimo że 
nie raz doświadczył uczucia triumfu na hałaśliwych wiecach młodzieży:

—  Ale przecież stanowimy tak nieliczną mniejszość!

I z mroku, zatrzymawszy się, coś, czego nie zdradził nawet tym najlepszym, 
zebranym w Kegel-klubie:

— A większość — jest zawsze głupia, i czekać aż nią będziemy nie wolno. 
Zdecydowana mniejszość powinna działać — i dopiero po tym staje się 
większością.

45

r

Następnego ranka rozpoczął się zjazd — w sali Kupieckiej, na przeciwległym 
brzegu rzeki. Lenin jako przywódca partii zagranicznej został zaproszony do 
przekazania pozdrowień. A Radek, jako przedstawiciel polskiej socjal-
demokracji, także. Dwóch naszych, jeden po drugim.

Pierwszego ranka nie wszyscy delegaci jeszcze dojechali, nie było jeszcze tłumnie, 
lepiej więc wypadło wystąpienie. (Lenin nie był przyzwyczajony do tłumów, nie 
zdawał sobie sprawy, co znaczy przemawiać od razu do tysięcy: zdarzyło mu się 
to tylko raz na wiecu w Petersburgu, i mowę mu odjęło.)

I gdy tylko stanął przed salą — zrozumiał, że musi być ostrożny. I podobnie jak 

background image

w Zimmerwaldzie, i jak w Kientalu, nie próbował nawet mówić rzeczy 
najistotniejszych — nie, całą pasję swych przekonań, w sposób naturalny, 
zachowywał na zamknięte spotkania ludzi o tych samych poglądach. Tu, 
oczywiście, ani nie agitował przeciw rządowi Szwajcarii ani przeciw bankom. 
Stojąc przed tą, formalnie socjal-demokratyczną, ale w istocie burżuazyjną masą 
zadowolonych z siebie, opasłych Szwajcarów, którzy rozsiedli się przy stolikach, 
Lenin zorientował się natychmiast, że go tu nie rozumieją, nie zrozumieją i 
właściwie nie ma im nic do powiedzenia. Nawet próba przypomnienia im ich 
własnej, ubiegłorocznej, wręcz rewolucyjnej rezolucji — jakoś nie chciała mu 
przejść przez gardło, a i można było tym wszystko zepsuć.

I jego pozdrowienia wypadłyby całkiem krótko, gdyby nie wspomniał 
niepotrzebnie o strzale oddanym przez Fritza Adlera (przed dwoma tygodniami 
sekretarz austriackiej s-d partii zastrzelił premiera Austro-Węgier, w okresie 
wojny — szefa cesarskiego rządu!). To zabójstwo poruszyło wszystkich, wiele się 
o tym mówiło, a i samemu Leninowi też zależało na tym, żeby wyrobić sobie 
opinię w tej sprawie, wypytywał więc o okoliczności: pod czyim wpływem to 
zrobił (czy aby jego żona nie jest rosyjską eserką?). l analizując w głębi duszy tę 
sprawę (ich odwieczny spór z eserami), Lenin tu, na zjeździe, połowę swego 
wystąpienia, czego nie powinien był robić, poświęcił terrorowi... Oświadczył, że 
wysłane przez KC partii włoskiej gratulacje dla terrorysty zasługują na pełną 
sympatię, jeśli uznać to zabójstwo za sygnał przekazany socjal-demokratom, by 
porzucili swą oportunistyczną taktykę. I dokładnie wyjaśnił i bronił rosyjskich 
bolszewików, którzy wypowiadali się przeciw terrorowi indywidualnemu: 
wyłącznie dlatego, że terror powinien być działaniem masowym.

Ale nie! Sobotnie posiedzenie poszło dobrze, rokowało nadzieje! Większość 
oklaskiwała Plattena i 76-letni, z piękną siwizną papa Greulich zaczął żartować, 
że „partia znalazła nowych ulubieńców”. (No, jeszcze tego by brakowało, 
zwymyślać by was wszystkich po

46

szwajcarska od ostatnich. Przecież — natychmiast po zdobyciu władzy — 
powiesimy was!) Dobrze, rozwijało się wszystko po ich myśli! Lenin nabrał 
humoru i poczuł się jak stary wojskowy koń w czasie bitwy. A później — 
rozsądny Nobs nie odmówił odczytania rezolucji Kegel-klubu (przygotowanej 
przez Radka). Zjazd — powinien kierować się uchwałami Kientalu. (Tępawi 
Szwajcarzy są w stanie bezmyślnie to przegłosować, nie mając nawet pojęcia, 
jakie decyzje tam podjęto, a potem będzie za późno. A potem — ich własną 
uchwałą — ich samych załatwić. Załatwić Grimma!)

Drobiazg? Wcale nie! — tak właśnie toczy się historia: od jednej wywalczonej 
rezolucji do drugiej, przez nacisk mniejszości — ściągać, stale ściągać wszystkie 
rezolucje — na lewo! na lewo!

I kolejny krok: w sobotę wieczorem, jak uradzono w Kegel-klubie, zebrali 
oddzielnie, w tajemnicy (zapraszając każdego osobno), w innym, nie zjazdowym, 
prywatnym domu — wszystkich młodych delegatów na zjazd: zakładając z góry, 
że młodość zawsze skłania się ku lewicy. Plan był prosty: wraz z nimi opracować 

background image

(przedstawić im przygotowaną zawczasu, Radek przyniósł ją ze sobą) rezolucję, 
którą jutro, w niedzielę, w swoim imieniu przedstawią zjazdowi i przeforsują.

Temu prywatnemu spotkaniu młodych przewodniczył oczywiście Willi — z całą 
swobodą autentycznego przywódcy, z wesołym, rześkim głosem i zmierzwionymi 
włosami — a obok stał Radek, cały w kędziorach, w zuchowatych, wesołych 
okularach, odczytywał swą rezolucję, wyjaśniał, odpowiadał na pytania. (O, 
mówca z niego świetny, ale — pióro! ale pióro! — nie ma na nie ceny!) A Lenin, 
jak zwykle, tak jak lubił, siedział skromnie z boku i tylko uważnie słuchał.

I wszystko byłoby dobrze: młodzi delegaci słuchali z uwagą rosyjsko-polskiego 
towarzysza i potakiwali.

Wszystko byłoby dobrze, ale wydarzyła się niezwykle nieprzyjemna historia: nie 
pomyśleli, nie wpadło im do głowy, żeby zamknąć drzwi. I przez te zamknięte 
drzwi weszły, w pierwszej chwili nawet tego nie zauważyli — dwie plotkary, dwie 
wstrętne baby: pani Błock, przyjaciółka samego Grimma, i Dinka Smidowicz, 
przyjaciółka Mar-towa. A skoro już wlazły, nie można ich przecież wyrzucić, 
zaczną jazgotać, zrobi się skandal, zrobi się skandal! A przenieść się nie ma 
gdzie! I tak już widziały, słyszały — Radka, który referował i natychmiast, 
oczywiście, zorientowały się, że rezolucję szwajcarskiego zjazdu — opracowują 
Rosjanie.

Ach, cóż za cholerny pech! Ach, co za straszna wpadka! Jakież podłe babska, 
nędzna intryga! Oczywiście, pierwsze co zrobiły, to doniosły wszystko 
Grimmowi. A ten, cham i łajdak, ostatnie bydlę, uwierzył tym głupim babom! I 
wywołał ohydną aferę, w swojej ,,Ber-

47

ner Tagwacht” wydrukował podłe, absolutnie niezrozumiałe dla 99 procent 
czytelników aluzje: kilku jakichś cudzoziemców, oceniając nasz ruch robotniczy 
przez pryzmat swych własnych interesów, którym absolutnie obojętne są sprawy 
Szwajcarii, usiłuje nie zważając na nic sztucznie wywołać w naszym kraju 
rewolucję!...

Brednie! Arcyordynarne świństwo! I to ma być — robotniczy przywódca?

I na zjeździe rezolucja Nobsa została wyśmiana. Gdy zaproponował podjęcie 
uchwały, by odtąd wybierać do parlamentu tylko tych posłów, którzy 
opowiadają się przeciw obronie ojczyzny, Greu-lich zaczął pękać ze śmiechu: 
gdybyśmy posłali takich posłów, to przez swój temperament mogliby trafić do 
kręgielni.

I zjazd — rechotał.

I rozpatrzenie kientalskiej rezolucji także odłożono — na luty Siedemnastego.

Cóż za tragiczny los! Ileż poświęcił sił, wieczorów, argumentów, rewolucyjnego 

background image

dynamitu! — i same nic nie warte banały pełne głupoty, oportunizmu, czcza 
gadanina, kurz z lamusa historii.

I w tej zatęchłej Szwajcarii też triumfuje bakcyl drobnomiesz-c/ańskiej tępoty.

A mieszczański świat — stoi jak stał, choć powinien leżeć w gruzach.

48

44

Uljanowowie mieszkali dokładnie pośrodku drogi między biblioteką kantonalną i 
miejską, a do Zentrallstelle z literaturą społeczną tylko niewiele dalej, i do każdej 
z nich — bez zbytniego pośpiechu

— szło się pięć-siedem minut. Wszystkie otwierano o dziewiątej, ale dziś 
zmuszony był wyjść czterdzieści minut za wcześnie: głupio, upokarzająco uciec 
przed tym kudłatym oberwańcem, krewnym Ziem-laczki, żeby oszczędzić siebie 
— nie zdenerwować się, słuchając jego prymitywnej gadaniny i nie zepsuć sobie 
przez to całego dnia.

Obiektywnie mówiąc, w rewolucyjnej emigracji nie sposób ustrzec się przed 
takimi typami — tymi niechlujnymi młodzieńcami o nerwowym spojrzeniu, co 
to, wprawdzie nierozgarnięci, ale w każdej sprawie niezwykle pewni siebie, aby 
tylko pokazać, że mają własne zdanie. Są wiecznie głodni, bez grosza, mogliby 
zarobić choćby na przepisywaniu, w Zurychu nie ma wręcz kogo zasadzić do 
przepisywania, ileż ambarasu było z kopią zaginionego „Imperializmu”:

— ale nic z tego, nie mają ani wykształcenia, ani przyzwoitego charakteru pisma, 
a chcieliby być od razu i tylko redaktorami. Jedyne o czym myślą, to gdzie by tu 
bezpłatnie coś zjeść. A nawet to, przy budżecie Uljanowych, jest także 
niedopuszczalnym obciążeniem, wetnie taki dwa jajka, a do tego cztery kanapki. 
Od obiadów odstawili go stanowczo, zaczął więc zjawiać się wczesnym rankiem, 
zawsze pod byle pretekstem, niby zwrócić czy pożyczyć gazetę, książkę, w istocie 
na śniadanie. (Przed chwilą, wychodząc, powiedział Nadii: w żadnym wypadku 
nie dawaj mu jeść, szybciej się odzwyczai!) Żeby jeszcze cokolwiek zjadł i poszedł 
sobie, ale nie, uważa za stosowne odwdzięczyć się — fontanną połapanych gdzieś, 
nic nie wartych idei, wyjaśniać pryncypialne problemy, a wszystko to niezwykle 
agresywnie i z ogromną pewnością siebie.

Od takich wizyt, od tego uśmieszku wtajemniczenia i wyższości smarkacza 
Włodzimierz Iljicz od rana był chory. W ogóle wszelkie nieoczekiwane zakłócenie 
normalnego życia, a zwłaszcza niefor-

— Lenin w Zurychu

49

tunny nieproszony gość, bezcelowa strata czasu — były najbardziej meczące i 

background image

wytrącały go z rytmu pracy. A najbardziej przykre jest bezsensowne tracenie 
nerwów i siły argumentacji nie na konferencji, nie w broszurze, nie w toku 
dyskusji z ważnym przeciwnikiem partyjnym, tylko ot tak sobie, dla jakiegoś 
durnia, który nie myśli nawet serio tego, co mówi. Emigranci liczą każdy grosz, 
ale zmarnowanie całego dnia — to dla nich żaden problem. A Lenin — prze-
chorowywał każdą straconą godzinę! I nawet spotkanie, rozmowa czy sprawa, 
które później ocenia się jako ważne i potrzebne — w momencie zaskoczenia, jeśli 
nie były wcześniej planowane, wywołują rozdrażnienie.

Istnieje jednak etyka emigracji i jesteś bezbronny wobec takich gości, nie możesz 
po prostu pokazać im drzwi, albo nie wpuścić: wśród emigrantów natychmiast 
zaczyna krążyć plotka, która poważnie zaszkodzi twojej reputacji, w jednej 
chwili oskarża cię o zarozumialstwo, jaśniepaństwo, partycjuszostwo, wodzostwo, 
dyktaturę... Emigracja — to wściekłe gniazdo, które przez cały czas porusza się i 
syczy. I oto człowiek zmuszony jest wszystkich tych arogantów, każdego, kto 
tylko był łaskaw opuścić Rosję ja uciec z Syberii to fraszka, i wszyscy uciekają za 
granicę, a tu utrzymuj ich na rachunek partii) nie tylko przyjmować, ale jeszcze 
wymyślać dla nich zajęcia. I nagle widzisz, że taki łajdak już po roku 
rzeczywiście staje się współpracownikiem jakiegoś pisma, choćby miało ono 
ukazać się tylko raz.

I tak właśnie wygląda sprawa z Żenieczką Bosz, urodzoną in-trygantką — 
dlaczego nie wyjeżdża do Rosji, przecież się wybierała? A tu nie ma nic do 
roboty, ale stale będzie czegoś szukać i chce, żeby dla niej szukali. Straszna plaga 
emigracji — wymyślanie zajęć dla emigrantów.

Oczywiście, jak tylko wybuchnie rewolucja — w jej szerokim nurcie każde z tych 
chłopaczków i dziewczynek będzie miało co robić, każde będzie wręcz 
niezastąpione, i będzie ich brakowało. Ale jak dotąd rewolucji nie ma, jest 
tłoczno, bidnie — i te chłopaczki są nie do zniesienia.

Męcząca sytuacja. Ile to już? Dziewięć lat od chwili, gdy uciekli z Rosji, aby 
uniknąć klęski? Szesnaście od nieszczęsnego pierwszego spotkania i kłótni z 
Plechanowem? Dwadzieścia jeden od głupiej wsypy w Petersburgu? Ta 
niezwykle wyczerpująca sytuacja, gdy palisz się do działania, przesuwałbyś góry 
albo kontynenty, tyle się nazbierało, tak cię rozpiera, a nie masz jak tej energii 
spożytkować, nie można przekazać jej ludziom, nie podporządkowują się partie, 
tłumy i kontynenty, ale każde po swojemu bezmyślnie pcha się i krąży, nie 
wiedząc co robić — a tylko ty wiesz! — ale na nic cała twoja energia, i na nic 
koncepcja, wszystkie siły tracisz na przekonywanie piątki młodych Szwajcarów 
w Kegel-klubie. I całe szczęś-

50

cię, że są, bo jeszcze nie tak dawno na zebraniach zjawiało się dwóch 
Szwajcarów, dwóch Niemców, jeden Polak, jeden Żyd, jeden Rosjanin i siedzieli, 
rzucali dowcipy — klęska, upadek, dość tej zabawy!

Kiedy znalazł się już na Limmatquai, mógł mieć niemal pewność, że tym razem 
ma krewniaczka z głowy, teraz —już go nie przy-dybie. I powoli ustępowało 

background image

obronne, pełne niechęci rozdrażnienie.

Stalowe, ale porwane o białawych brzegach chmury sprawiały, że światło dnia 
wydawało się zimne i groźne.

Ogromne wystawowe szyby wypychały się na ulicę z natrętnie poukładanymi na 
suknach i aksamitach przeróżnymi wyrobami dla próżniaków — jubilerskimi, 
perfumeryjnymi, galanteryjnymi, bie-liźniarskimi — republika lokajów nie 
mogła w sposób bardziej wyzywający pokazać swego nietkniętego wojną luksusu.

Oddalając się ze wstrętem od tego złotego, atłasowego i koronkowego 
paskudztwa — nienawidził tych rzeczy, ale bardziej jeszcze ludzi, których te 
rzeczy pociągają — Lenin poczekał, aż przejedzie tramwaj, tuż przed tramwajem 
przeleciał pies, ale nic mu się nie stało

—  przeszedł na drugą stronę ulicy i ruszył wzdłuż rzeki.

Przy Fraumunsterskim moście poczekał, aż przejadą: samochód, dorożki, 
rowerzysta z długim koszem na ramionach — i już miał przed sobą miejską 
bibliotekę, chętnie wstąpiłby tu, ale jeszcze zamknięta.

Dalej trzeba iść naokoło, bo między biblioteką i wodą nie ma przejścia: jej 
gmach, dawny kościół Wasserkirche, nazywał się tak właśnie dlatego, że wcinał 
się w rzekę. Już przed 400 laty bezkompromisowy Zwingli zabrał go księżom i 
przekazał na cele społeczne.

A oto i on sam stoi przed zarekwirowanym kościołem, na wysokim postumencie z 
czarnego marmuru, z zadartym nosem, z książką w ręku i mieczem, opartym 
między stopami. Lenin zawsze spoglądał na niego z uznaniem. Co prawda 
książką jest biblia, ale tak czy owak, jak na XVI wiek to niebywała stanowczość, 
mogliby się od niego uczyć dzisiejsi socjaliści. Doskonałe połączenie, książka i 
miecz. Książka, której kontynuacją jest miecz.

Clausewitz: wojna — to polityka, w której pióro zastąpione zostało, wreszcie, 
przez miecz. Wszelka polityka prowadzi do wojny i tylko na tym polega jej 
wartość.

Do zimnego porannego powietrza dokładała się jeszcze wilgoć od rzeki. Podobno 
nigdy nie zamarza. Jakoś się to kojarzyło: Rosja

—  zima, emigracja — zawsze bez zimy. Przechylił się przez balustradę, w 
szerokim rozlewisku u ujścia rzeki, przy obu brzegach, cumowały w kilku 
rzędach łódź przy łodzi — z masztami, bez masztów, z kajutami albo pod 
brezentem. Maszty — kiwały się.

Keskula skarży się: ktoś z ludzi zbliżonych do KC po prostu ukradł pieniądze 
przeznaczone na druk broszury. Trzeba było da-

51

background image

wać jeszcze raz. Skandal!

Woda — ciemna, niezbyt przejrzysta. I widoczne szare kamienie na dnie.

Trzy aspekty wojny według Clausewitza: działania racjonalne pozostają domeną 
rządu, fantazję twórczą pozostawia się dowódcom, nienawiść — ludowi.

Na starannie poukładanych kwadratowych płytach nadbrzeżnego chodnika — aż 
gęsto od klonowych liści (umyślnie nie sprzątają). A na jednym z drzew 
utrzymały się jeszcze kłujące szyszeczki — owoce.

Wszystko obłędnie drożeje, wkrótce żyć nie będzie za co. A papier drożeje 
najbardziej! A Szlapnikow zupełnie nie potrafi wymagać, nie umie wyciągnąć 
pieniędzy — od Gorkiego, od Boncza. Siłą trzeba wyrywać. Niech płacą, i to 
więcej niż dotąd.

Przez całe życie z rodzinnych funduszy pomagała mama — w wyjazdach 
zagranicznych, w Petersburgu, ile by nie przetrącił, nie musiał myśleć o 
zarabianiu, mógł się prawidłowo odżywiać w więzieniu, przetrwać wszystkie 
etapy zsyłki, nie poznać etapowych więzień, z emigracji w każdej chwili poprosić 
o pieniądze — niemal cudem, zawsze zdołała przesłać. Ale od ostatniego lata 
mamy nie ma, nigdy już nie poprosisz.

Stado czarnych kaczek o białych główkach kołysało się, kołysało — aż nagle 
wzbiło się w górę i rozpryskując wodę — przemknęło tuż nad taflą — 
wylądowało. I — znów wszystkie razem. I spokojnie płyną z powrotem.

Ale choć mogłoby się zdawać, że Clausewitz wyjaśnił najbardziej zasadnicze 
prawa wszelkich wojen, mimo wszystko nie da się jednak zrozumieć praw 
rządzących wojną, która właśnie się toczy. I praw tej wojny, którą trzeba 
rozpocząć.

Co zrobić, żeby przynajmniej Szwedom nie oddawać długu? Szlapnłkow 
powinien zwrócić się w tej sprawie do Brantinga: jest przecież przedstawicielem 
Rosji, jemu bardziej wypada.

Zawodowy rewolucjonista nie powinien zaprzątać sobie głowy myśleniem, za co 
ma żyć. Partyjna kasa powinna z góry, na dłuższy czas, zapewnić partyjną 
,,dietę” dla najważniejszych członków KC.

Z wielkiego mostu mieszczki rzucały kaczkom pokrojone kawałki chleba. Kaczki 
przypływały niemal natychmiast, te i jakieś inne, zielonogłowe, z żółtymi, 
dziobami. I szaroniebieskie.

Żeby drukowali nas w ,,Letopisi” — trzeba rozbić blok machis-tów z okistami6. 
Tam, w otoczeniu Gorkiego, intryganci pracują przeciw nam.

A dwie-trzy kaczki przefruwają tuż nad wodą, jedna goni drugą, rozpryskując 

background image

skrzydłami i nogami wodę.

Czekać na pieniądze od Gorkiego — a do tego jeszcze uniżenie

prosić tego cielaka arcybezcharakteru, żeby zechciał wybaczyć ataki na 
Kautsky’ego, podlizywać mu się i wyrzucać z książki te najważniejsze i 
najcelniejsze ciosy, jakie zdołał w niej zadać.

Ach, jak przyjemnie byłoby popływać łódka, powiosłować. Ani razu się nie 
wybrali, a przecież mówili o tym. A teraz — nie wcześniej niż na wiosnę. W 
górach wspinaczka i wędrowaniem, w Zurychu — chodzeniem po mieście — 
tylko tak mógł Lenin rozładować swa skumulowaną energię. Ale pozostawało 
jeszcze napięcie barków, a to można by — wiosłowaniem. I jeszcze ten zaginiony 
rękopis „Imperializmu”, wysłany latem, bardzo go niepokoił. A co 
najdziwniejsze, w odpowiedzialnym za to wszystko wydziale poczty, nie sposób 
trafić na żaden ślad — jak kamień w wodę! Angielska cenzura zaczęła robić 
rzeczy absurdalne, francuska zachowuje się bezczelnie i nie dziwota, że 
„Imperializm” zwrócił na siebie uwagę, bo przecież i jego autor — nie jest 
jednym z tysięcy przeciętnych emigrantów, na których policja nie zwraca 
najmniejszej uwagi. Niewykluczone, że już go śledzą. Może teraz, na bulwarze, 
też mają go na oku. Nie zna tu dnia ani godziny. Przecież na pierwsze (no, 
powiedzmy, na drugie) skinienie ambasadora rosyjskiego lub francuskiego mogą 
mu urządzić sąd wojenny, albo deportować ze Szwajcarii za pogwałcenie 
neutralności. Wystarczyłoby tylko posłuchać przy sąsiednim stoliku, co mówi w 
Kegel-klubie.

Wlókł się, szedł powoli wzdłuż płotu, nad samą wodą, z biegiem rzeki, w 
wytartym meloniku, poprzecieranym płaszczu, jak najuboższy mieszkaniec 
Zurychu, z ceratową torbą na zakupy (a on — z zeszytami, konspektami, 
wycinkami). I doszedłszy do wielkiego mostu, cierpliwie czekał, aż przejedzie 
jakiś bogaty powóz, i powolne, czterokonne wozy ciężarowe, i jednokonny 
tramwaj o trzech dużych lustrzanych oknach, z odzianym w uniform woźnicą na 
przednim pomoście.

Dlatego też trzeba niekiedy palić szczególnie niebezpieczne brud-nopisy, 
przechowywać ważne dokumenty u statecznych Szwajcarów, znów podpisywać 
się jakimś wymyślonym nazwiskiem Frei, a w listach między Zurychem-Bernem-
Genewą korzystać od czasu do czasu z pomocy chemii. I to w neutralnym kraju! 
Jak u siebie, pod okiem żandarmów... A przepisany po raz wtóry „Imperializm” 
wklejać w okładkę jakiejś książki, żeby dotarł.

Przeszedł przez długi most. Znalazł się nad jeziorem, na szerokim bulwarze, 
również przysypanym grubą warstwą zbrązowiałych, klonowych liści.

Od jeziora jeszcze silniej ciągnęło wilgocią i rześkim chłodem.

Tu pływały łabędzie — białe i szaroniebieskie. A raczej nie pływały — tylko jak 
wyrzeźbione siedziały na wodzie. Czasem na pły-ciźnie nurkowały, to jeden, to 
drugi! Dziobem wyciągały coś z głę-

background image

53

biny, przebierając łapami, a biały kuperek sterczał do góry. Potem długo 
otrząsały wężowate szyje.

Z lewej, za plecami, spoza gmachu opery, wyjrzało blade słońce. Ale było zimne, 
jego promienie nie grzały.

A widok wody uspokajał. I przestrzeń. Opada napięcie. I kiedy opada, mija — 
dopiero wtedy zdajesz sobie sprawę, w jakim napięciu i pośpiechu ciągle żyjesz.

Rozległe jezioro. To tu, to tam rybacy stoją na kotwicach. A po drugiej stronie, 
nad całym jeziorem ciągnie się wydłużony, łagodnie opadający, lesisty Uetliberg. 
Gdzieniegdzie — białe plamy: w górach spadło pewnie trochę śniegu i tak już 
leżał, nie stopniał.

Rozległe jezioro, przypomina genewskie.

Rozkoszny plusk genewskiego jeziora — zapamięta na całe życie. To tam przeżył 
największe życiowe załamanie: idol spadł z piedestału.

Z jakimś, młodzieńczym jeszcze, uniesieniem, a nawet miłością jechał wówczas 
do Szwajcarii na pierwsze spotkanie z Plecha-nowem, by otrzymać od niego 
koronę uznania. Jeszcze przed przyjazdem wysłał do niego, do „Wołgina”, list z 
Monachium, z wyrazami przyjaźni. Wtedy to po raz pierwszy wpadł na pomysł, 
żeby podpisać się „Lenin”. A wystarczyłoby mu tylko, żeby się starzec nie chełpił,
wystarczyłoby tylko, żeby jedna wielka rzeka uznała inną i razem ogarnęły całą 
Rosję.

Młodzi, pełni sił, po latach zesłania, uniknąwszy niebezpieczeństw, wyrwawszy 
się z Rosji — wieźli im, starym, zasłużonym rewolucjonistom, projekt ,,Iskry” i 
nowego pisma, projekt wspólnych działań na rzecz rewolucji! Aż głupio 
wspomnieć — jeszcze wierzył w powszechne zjednoczenie z ekonomistami, nawet 
bronił Kaut-sky’ego przed Plechanowem — brzmi to dziś jak dowcip! Jakże 
naiwnie sądził wówczas, że wszyscy marksiści stanowią jedność i mogą zgodnie 
działać. Myśleli: sprawimy im radość; my, młodzi, ich następcy.

A tymczasem tu jedyną myślą było: jak utrzymać władzę i zachować 
przywództwo. Okazało się, że projekt ,,Iskry” i rozpalenie płomienia rewolucji w 
Rosji były Plechanowowi absolutnie obojętne — interesowało go wyłącznie to, 
żeby pozostał jedynym przywódcą. I właśnie dlatego robił uniki i przedstawiał 
Lenina jako śmiesznego ugodowca i oportunistę, siebie zaś — jako niezłomnego 
rewolucjonistę. I dał mu lekcję, wykazał wyższość polityki rozłamowej: kto 
nawołuje do rozłamu — zawsze reprezentuje twardszą linię.

Czyż można zapomnieć te noc w wiosce Wiezanac — wysiedli z Potriosowem z 
genewskiego parowca jak chłopcy, którym sprawiono tęgie baty, którzy się 
sparzyli i zostali upokorzeni — i w ciemnościach chodzili z jednego końca wsi na 

background image

drugi, krzyczeli coś w złości,

54

wściekali się, wstydzili się za siebie — a nad nimi, na nocnym niebie, nad 
jeziorem i nad górami bez chwili przerwy szalały błyskawice, ale deszcz nie 
padał. Tak było przykro, że chwilami chciało się wręcz płakać. I diabelny chłód 
ściskał serce.

Po tej gorzkiej nocy Włodzimierz Iljicz stał się innym człowiekiem. Dopiero po 
tej nocy stał się taki jaki jest, stał się sobą.

Ta sroga nauczka sprawiła, że Lenin przyjął na całe życie zasadę: nigdy nikomu 
nie wierzyć, nigdy nikomu nie okazać krzty sentymentalizmu.

Ktoś obok zaczął karmić mewy — podrywały się z wody, łapczywie i gwałtownie 
nadlatywały, zataczały koło, chwytały w locie, wrzeszczały, biły się — i już 
właziły tu, na balustradę, niemal wprost na ciebie. I na sąsiadów.

Opędził się od jednej. Poszedł dalej.

Jak długo pozostają w pamięci przypadkowe zdarzenia, sentymentalne 
wspomnienia. To samo jezioro genewskie, tylko ono oddzielało ich od siebie, nie 
znali się jeszcze, gdy on, stając się kimś, przyjmował delegatów na II Zjazd, 
starał się ich poznać, wybadać, zyskać poparcie, a ona rodziła piąte dziecko, już z 
młodszym mężem — po raz pierwszy czytała pracę nieznanego jej Iljicza , 
.Rozwój kapitalizmu”, niczego jeszcze nie przeczuwając.

I — minęło dalszych pięć lat, ciągle jeszcze się nie poznali, choć nie raz bywała w 
Genewie. I w tej samej Genewie na niezapomnianej „Damie Kameliowej” 
ogarnął go smutek — po raz pierwszy zwątpił w swe życie. A w Davos, właśnie 
wtedy, umierał jej mąż. I w kilka zaledwie miesięcy później, w Paryżu — 
przyszła.

Wiał tu niezwykle silny wiatr, od jego podmuchów jezioro pokryło się ciemnymi 
falami.

Postawił torbę przy nabrzeżnej balustradzie, podniósł kołnierz i stał tak, 
zapatrzony w jezioro. Zrobiło się zimno. Nawet według głupiego kalendarza 
rosyjskiego jest już 25 października, po europejsku — 7 listopada. A Inessa 
ciągle siedziała na daczy w Zuren-bergu i marzła tam, pewnie żeby się przeziębić. 
Albo żeby go zirytować.

Albo ukarać.

Zwlekała nawet z odpowiedzią na listy. Pozbawiała wiadomości o sobie. Raz nie 
odpowie, innym razem się spóźni. I już tak się starasz: dobierasz słowa; 
oczywiście, skoro nie ma pani ochoty odpowiedzieć... czy też ma pani ochotę nie 
odpowiadać... nie będę się naprzykrzał pytaniami!...

background image

We wszystkich kontaktach, wobec wszystkich ludzi, Lenin zawsze starał się 
dostosować do ich poziomu. A tu — nie mógł, tu — odpowiedniego poziomu nie 
było. Mógł tylko żartami pokrywać niepokój. Prosić.

55

Dobrze byłoby się nauczyć wytrzymywać to milczenie z drugiej strony. Czekać 
cierpliwie na odpowiedź. Ale właśnie to jest najtrudniejsze: zwłaszcza wtedy, 
kiedy nie można się spotkać, rodzi się szczególna potrzeba pisania, podzielenia 
się! A przecież i sprawy tego wymagają.

I choćby teraz, nie czekając na jej odpowiedź, napisać do niej, bez żadnych 
pretensji, kilka czułych słów. (Nie, czułych — nie wolno, uczuć ujawniać nie 
należy, w czasie wojny wszystkie listy są cenzurowane, pisze się tak, jak w 
obecności policjanta, przy służbowym stole. Nie wolno dawać broni przeciw 
sobie.)

Tak — był uzależniony od jej kar. Inessa była jedynym człowiekiem na świecie, 
wobec którego odczuwał i uznawał swą zależność. Najmniejszą, gdy pochłonięty 
był kolejną walką. Największą, kiedy bywali razem.

Nie — kiedy nie bywali...

Wszystko, co w swym życiu jadł, pił, wkładał na siebie i w ogóle wszystkie inne 
dobra — nie były mu do niczego potrzebne, traktował ja wyłącznie jako środki, 
pozwalające podtrzymywać siebie dla sprawy. I letnie, miesięczne wakacje i 
górskie spacery, w Karpatach albo z Sórenbergu na Rothorn, widoki Alp czy też 
cała tabliczka czekolady zjedzona na stoku Zurichbergu, podobnie jak 
przysyłane przez mamę wołżańskie bałyki — nie stanowiły zbytku, zwykłej 
przyjemności dla ciała, były tylko sposobem na podniesienie sprawności mózgu. 
Zdrowie to siła rewolucjonisty.

I tylko spotkań z Inessa, nawet tych służbowych, potrzebował jakby specjalnie 
dla siebie, dla tego euforycznie bezmyślnego, lekkiego, wesołego, jakiegoś 
cielęcego niemal nastroju, nawet jeśli odwracały jego uwagę od spraw 
zasadniczych, pozbawiały sił i rozpraszały.

Wszystkich spotkanych kiedykolwiek mężczyzn i kobiety Lenin oceniał wyłącznie 
przez pryzmat sprawy, tylko przez ich stosunek do sprawy — i odpowiednio ich 
traktował. Tak, jak wymagała tego sprawa, i tylko do tego momentu, póki tego 
wymagała. Tylko Inessa, choć także wtargnęła w jego życie dzięki sprawie, 
inaczej być nie mogło, żadna postronna osoba nie mogłaby nawet się zbliżyć — 
ale istniała jakby tylko dla niego, po prostu dla niego, istota dla istoty.

Inessa odkrywała przed nim coś, czego się nawet nie spodziewał, czego sobie nie 
uświadamiał i o czym nigdy by się nie dowiedział. Dyskutował z nią o „wolnej 
miłości” — i jakże mocną, szczelną, logiczną sieć zastawił przeciw jej niezbyt 
określonym poglądom — nie do przejścia? Ale gdzie tam! Jak ciemna woda z 
głębi jeziora swobodnie wpada i przelewa się przez rybacką sieć, tak i Inessa ze 

background image

swym poglądem na „wolną miłość” w żaden sposób i nigdzie nie

56

dawała się zatrzymać przez analizę klasową: powstrzymywana — przechodziła 
bez wysiłku, bywała obrażona — ale nie pokonana.

Zrobiła kiedyś na nim wstrząsające wrażenie dzięki temu, że w wymiernym, 
określonym, prawidłowym świecie — kazała mu nie zważając na nic iść za sobą, 
niby przez ten sam świat, a jakby inny, nawet nie przeczuwany, i szedł jak 
nieufny, zachwycony pierwszoklasista, bojąc się wypuścić rękę, która go wiodła 
— i jak dziecko jej wdzięczny, każdym nerwem, z psim oddaniem, że wszystko to 
przed nim odkryła — i robiła to nadal, póki cieszył się jej względami.

Akurat od tej strony, od południowego zachodu, z Sórenbergu, poprzez 
pomarszczoną taflę jesiennego jeziora, nawet w poświstach listopadowego 
wiatru, c/yż nie odczuwał płynącej do niego stamtąd jej przychylności? 
Spojrzenia przymrużonych oczu? Bieli zębów w rozchylonych uśmiechem 
ustach?

Dlaczego go karała? Dlaczego nie chciała przyjechać do Clarens, gdzie ciepło? W 
Sórenbergu w ubiegłym roku śnieg spadł w połowie października. Okropnie 
zimno. Znad dachu teatru z pouty-kaną na nim mitologią, uskrzydlonymi 
figurami grającymi na trąbach, nagle z pełną siłą rozbłysło słońce — takie zimne 
tutaj, i pomarańczowe tam, na wzgórzu Uetliberg, gdzie już dotarło, a w dole, 
gdzie piętrzyły się domy i zielonkawo szara kopuła z dzwonnicą, było nadal 
pochmurno.

Szczęśliwe dni w Longume, Brukseli, Kopenhadze, Krakowie... I w Bernie także. 
Szczęśliwe lata. Siedem lat.

Nie umiejąc żyć bez zajęcia nawet pięciu minut, żeby się nie zirytować, nie 
zmęczyć bezczynnością — z Inessą spędzał po wiele godzin z rzędu. I nie potępiał 
się za to, nie starał się z tęgo otrząsnąć, ale bez reszty ulegał tej słabości. I oto 
najwyższy stopień: kiedy masz do niej bezgraniczne zaufanie, kiedy chciałoby się 
jej opowiedzieć wszystko, więcej, niż któremukolwiek z mężczyzn. Jej błyskotliwe 
reakcje — i błyskotliwość rad! — jakże mu ich brak od pół roku. Od kwietnia. 
Od Kientalu...

Czyżby w Kientalu coś się załamało? Wtedy tego nie zauważył.

Z Berna koniecznie trzeba było wyjechać: tam dominował Grimm, więc nigdy 
nie zdołałby zebrać kręgu zwolenników. Dobrze, że wyjechał. Ale wyjeżdżając, 
czyż mógł przewidzieć, że przestaną się widywać?

W Kientalu niczego nie zauważył. W Kientalu toczyła się taka wspaniała, 
sześciodniowa walka!

Jedyny człowiek, którego urazić łatwo, ale naprawić tego już nie sposób: można 

background image

go stracić na zawsze. To uzależnienie, nigdy i wobec nikogo dotąd nie 
odczuwane, stawia go niekiedy w sytuacji wręcz śmiesznej. Liczyć się z jej 
nieszczęsnym zamiłowaniem do pisania artykułów teoretycznych. Krytykując je 
nie mówić wprost te-

57

go, co myśli, ale wyrażać swe opinie niezwykle ostrożnie, niekiedy’ nawet łgać — 
cóż mógłbym mieć przeciw zamieszczeniu tego arty-; kułu? Jestem oczywiście 
,,za” — a dopiero później wymyślać jakiś niezależny powód, który stanął na 
przeszkodzie. Wszelkie zarzuty wobec niej, a nawet poprawki polityczne 
sprowadzić łagodnie niemal do pochwał. Tolerować jej samowolę w przekładach: 
ni z tego, ni z owego ni? przekłada tekstu Lenina, tylko — zmienia sens! Tylko — 
wręcz cenzuruje: myśl, która jej się nie podoba — wyrzuca! Komuż można na to 
pozwolić. A jej — tylko łagodnie, niezwykle uprzejmie zwrócić uwagę. Przez 
uprzedzającą grzeczność schlebiać. Napisał do niej list dłuższy niż zwykle — od 
razu usprawiedliwić się: coś mi się zdaje, że strasznie dużo naplotłem?...

Ale nawet schlebianie jej nie upokarza. Wobec niej nic nie upokarza.

A ona może karać właśnie tak jak to robi — nie pisać. Nie odpowiadać.

A kiedy się uprze, że czegoś nie zrobi — nie da się przekonać.

Biały stateczek odbił się od przystani i napędził tu fale. Na falach kołysały się 
dwa niewrażliwe na zimno białe łabędzie. Jakby na zawsze zastygły z wygiętymi, 
nieruchomymi szyjami.

Zimno. Wziął torbę, poszedł dalej wzdłuż parkanu.

O ile w obecności Inessy naginał swą wolę, o tyle na odległość był w stanie niemal 
całkowicie się od niej wyzwolić.

Ostre światło na przemian pochmurnego i słonecznego poranka nad zimnym 
jeziorem.

Odkąd siebie pamiętał, odczuwał istniejący w sobie mechanizm obronny. Każde 
niepowodzenie, strata czasu, przejaw słabości kumulują się w nim, aż wreszcie 
następuje rozładowanie i wówczas rzuca go w działalność tak ogromna siła, że 
nie potrafi się jej oprzeć.

Nie pozwalając sobie na niepotrzebne przeżywanie, możesz sprawniej działać.

Kiedy byli od siebie daleko — stać go było na rozsądek.. To rozsądek właśnie 
sprawiał, że do wszystkich stresów, jakie miał w życiu nie dochodziły następne. 
Połączyć się z Inessą na zawsze? — to nie byłoby życie, tylko ciągły rozgardiasz. 
Jest za bardzo zmienna, samodzielna, absorbująca. A przecież są jeszcze jej 
dzieci, zupełnie obce życie. I jeszcze przez te dzieci komplikować, wydłużać 
drogę, którą zmierzą} — nie mógłby tego zrobić, nie miał prawa..

background image

Życie z Nadią to najlepszy wariant i dobrze uczynił, że kiedyś się nań 
zdecydował. Jakubowa była i bardziej energiczna i ładniejsza — ale nigdy by tak 
nie pomagała. Powiedzieć o niej wspólniczka to zbyt mało. Nadia nawet w 
najmniej ważnych sprawach nigdy nie czuła, nie myślała inaczej niż on. 
Widziała, jak cały świat tarjga, szarpie, drażni nerwy Iljicza, sama więc nie tylko 
nie rozdrażniała, ale

58

wręcz łagodziła, ochraniała, osłaniała. Na wszelkie jego załamania j wybuchy 
reagowała podobnym załamaniem, które jednak wyrażało się zupełnie inaczej, 
godnie. I jakaż była elastyczna! Kiedy Radek zachował się nikczemnie — była 
wobec niego oschła i nieprzystępna, gdy zjawiał się po jakimś pretekstem, nie 
wpuszczała go za próg; ale kiedy Radek stał się wspaniałym towarzyszem 
partyjnym, prawdziwym sojusznikiem — jakaż była dla niego życzliwa i 
sympatyczna. Nie zakłada sobie tego, nie uprzedza się, wtedy można nawet 
popełnić błąd — ale zawsze na wszystko reaguje tak jak Iljicz. Życie z nią nie 
powoduje dodatkowych stressów.

Inessa nie jest również oszczędna, co także nie jest bez znaczenia, nie potrafi 
prowadzić rozsądnego, skromnego trybu życia, dość często wydziwia. Ni z tego, 
ni z owego musi się ubierać zgodnie z obowiązującą modą. Natomiast Nadia pod 
względem zapobiegliwości, oszczędności — nie ma sobie równych. I sama 
rozumie, nie trzeba jej przekonywać, że każdy dodatkowy, wolny frank — to 
dodatkowy czas na myślenie i pracę. A przy tym, co niezwykle u kobiet rzadkie, 
nigdy się nie wygada, nie przechwala, nie wyniesie z domu nawet słowa, jeśli wie, 
że ma o tym nie mówić. Sama zresztą doskonale wie, kiedy trzeba milczeć.

A wobec takich zalet rewolucjoniście nie wypada okazywać zażenowania przed 
ludźmi, że żona jest nieładna, czy niezbyt inteligentna, czy też o rok od niego 
starsza. Osiągnięcie sukcesu zewnętrznego wymaga możliwie najmniejszego 
rozpraszania się na sprawy osobiste, najmniejszego odwracania uwagi od 
problemów zasadniczych, maksymalnej koncentracji wysiłków prowadzących do 
celu. Dla istnienia Lenina jako polityka związek z Krupską jest absolutnie 
wystarczający i rozumny.

Co prawda, cały czas we troje, we troje — czy to, kiedy umówiwszy się na rogu 
sąsiednich ulic, szli do lasu pod Bernem; na górskich wyprawach pod Sórenberg 
po alpejskie róże lub grzyby (tylko do oddalonych górskich szałasów, gdzie 
czasem nocowali — szli z Inessa we dwoje); siedząc w cieniu obok pensjonatu 
nad książkami — on i Nadia, a Inessa — godzinami przy fortepianie; czy na 
rozgrzanym przez słońce górskim stoku, na pniach — on i Nadia zawsze z 
książkami, a Inessa — po prostu, odchylona do tyłu, rozkoszująca się wiosennym 
słońcem jak dziewczynka w obecności starszych; wreszcie w czasie tych długich 
godzin, kiedy obu kobietom opowiadał o swych ideach, planach, przyszłych 
artykułach — ileż razy zdarzało mu się jednym rzutem oka ogarniać to, co 
nieporównywalne, i wręcz ze zdumieniem i niedowierzaniem myśleć, że to, co tak 
nieprawdopodobne i, zdawałoby się, niemożliwe, mogło trwać latami. A przecież 
trwało! Jeśli Nadia pisała do kogokolwiek długie, szczegółowe, pełne przyjaźni 

background image

listy, to właśnie do Inessy. Jeśli o kim-

59

kolwiek opowiadała wszystkim dookoła i zawsze niezwykle pozytywnie — to o 
Inessie. I tylko w listach do matki Wołodii (bo przecież matka Nadii wszystko to 
widziała na własne oczy), w listach do teściowej, opisując całe życie z Wołodią i 
wszystkie sprawy — jedynie w tych listach pisała tak, jakby byli zawsze we 
dwoje. Bardzo taktownie.

Aż nagle, jedna po drugiej, matki umarły. Jelizawieta Wasiljew-na — po 
influenzie, ubiegłej wiosny w Bernie, Maria Aleksandrow-na — tego lata w 
Petersburgu. Do pensjonatu w górach, gdzie mieszkali, w pobliżu Flumsu, pocztę 
przynosiły juczne osiołki, one też z opóźnieniem przyniosły telegram o śmierci 
akurat z drugą rocznicę wybuchu wojny, w dniu święta narodowego Szwajcarii 
— jedno z tych nielicznych, idiotycznych tutejszych świąt, kiedy na wszystkich 
wzgórzach rozpalają ogniska, puszczają rakiety i strzelają. Siedzieli sobie 
wieczorem, patrzyli na te ogniska i przy akompaniamencie tych salutów żegnali 
matkę. Może nawet i łatwiej tak, na odległość.

Jeśli oboje dobiegacie do pięćdziesiątki. I oto umierają obie matki i czujecie się 
jeszcze starsi. Bliżsi sobie. I — oboje jesteście rewolucjonistami. To, chyba, 
nawet...

Na ukos przez jezioro, właśnie stamtąd, od strony Sórenbergu, płynęła 
motorówka — z dużą prędkością, z uniesionym w górę dziobem, rozcinając tafle 
wody, zostawiając za sobą trójkątną płaszczyznę piany i metalicznym łoskotem 
rozbijając ciszę.

I coś w niej było! — pędziła i rozgarniała, stamtąd tutaj pędziła i rozgarniała, 
rozcinała, i bezceremonialnie zadarty dziób wystawiając — zakłóciła 
rozmyślania, tok myśli, ostrym hukiem — i myśli przeskoczyła — i ponad całą 
społeczną analizą, ponad wszystkimi argumentami, i spojrzał na wszystko 
inaczej, zwyczajnie, po prostu, co dotąd jakoś mu się nie udawało:

przecież gdyby wolną miłość uzasadnić teoretycznie, nie dać się przekonać, 
dlaczegóż by jej nie uprawiać?...

Wszelkie aspekty stosunków między burżuazją i proletariatem przeanalizował, 
przewidział i jej wymienił — i tylko to nie wpadło mu do głowy: skoro nie 
widzieli się od Kientalu — a przecież są tak blisko! — i od pół roku nie 
przyjeżdża, i jego nie wzywa, i już niemal przestała pisać — to znaczy, że w 
tegoroczne lato... jest z kimś innym...

Niby dlaczego przez cały czas wyobrażał sobie, nie brał pod uwagę innej 
możliwości, niż ta, że jest sama?...

Tu świeciło jeszcze blada we słońce, ale tam nad Uetlibergiem sunęły, sunęły z 
dużą szybkością gęste, sinoszare chmury — opadając mgłą w doliny. Zasnuwały 

background image

szybko górę, zbocza, dzwonnicę i nadciągały nad ten brzeg Zurychu.

Jakież to proste?... I dlaczego zdołał ogarnąć, przemyśleć pro-

60

blem ze wszystkich stron — tylko tego nie brał pod uwagę?

Nie, to niemożliwe! Towarzysz i przyjaciel! Jak wspaniale walczyli w Kientalu z 
centrystami...

Chwycił rękami za zimne pręty parkanu — i przez ten parkan, przez jezioro, 
ponad Uetlibergiem, ponad wszystkimi, wszystkimi dzielącymi ich górami, 
zawyć: Inessa! Nie opuszczaj mnie! I-nessa!...

Napisać, natychmiast, nie zważając na upokorzenie — cokolwiek — żeby tylko 
musiała odpowiedzieć. A przecież pocztę otwierają wcześniej niż bibliotekę — 
ach, że też się nie domyślił! pocztę otwierają o ósmej, trzeba było pójść i napisać! 
A teraz już za późno.

A teraz za późno; już walili, walili w dzwony jak wściekli, jak szaleni! — jakby w 
całym mieście kuli żelazo. Dudnią dzwony Frau-miinsteru nad pocztą, dudni 
podwójny Grossmiinster powyżej szyldów na wszystkich piętrach Belleyue — a 
ileż jeszcze kościołów w tym Zurychu!

Mgła i chmura z tamtej strony jeziora opadały już i na ten brzeg, zrobiło się 
ponuro.

Zgrabiałymi palcami wyciągnął z kieszonki kamizelki zegarek

— no tak, skoro walą w swoje wiadra — znaczy dziewiąta, po dziewiątej. I na 
poczcie nie był, i stracił czas, i przeszedł kawał drogi

— teraz nawet najszybszym krokiem poważnie się spóźni na otwarcie 
kantonalnej. Źle zaczął dzień. Chciał dobrze, a zaczął źle.

Trudno, list później, trzeba pracować.

Ruszył szybkim krokiem — barczysty, niewysoki, nie zwracając niemal uwagi na 
mijanych przechodniów. Miejska jest tuż, pod bokiem, można i tu, ale 
czasopisma i książki potrzebne dziś do pracy leżą odłożone w kantonalnej. I 
pędził, pędził tym obrzydliwym, mieszczańskim bulwarem, na który wylatywały z 
mijanych drzwi delikatesowe i cukiernicze zapachy, mające zwabić tych i tak już 
sytych, do sklepów, gdzie stawali na głowie, żeby wcisnąć komuś dwudziesty 
pierwszy rodzaj szynki i sto pierwszy gatunek ciasta. Przyciągały wzrok witryny 
pełne czekolad, wyrobów tytoniowych, serwisów, zegarków, antyków. Na tym 
czyściutkim nadbrzeżnym bulwarze tak trudno wyobrazić sobie przyszły tłum z 
siekierkami i pochodniami, rozwalający te szyby w drobny mak.

background image

A — trzeba!

Za bardzo się tu wszystko-ustaliło i trwało w bezruchu — my, drzwi, dzwoneczki, 
rygle na drzwiach.

A — trzeba!

Walili w dzwony ze wszystkich stron miasta — wściekle i martwo.

61

45

Niemal proletariacką stanowczość i tu pokazał Zwingli: Kościół Głosiciela na 
Zahringerplatz przeciął na pół między dwiema iglicami, pokazując nam, jak 
mamy postępować, i oto połowę kościoła, które to już stulecie — zajmuje 
biblioteka. Szczególną przyjemność sprawiał fakt, że dwie największe biblioteki 
Zurychu były dowodem triumfu nad religią.

Wszedł w ciszę. Dziewięć wąskich okien zakończonych ostrymi łukami wznosiło 
się na wysokość cztęrech-pięciu pięter. Jeszcze wyżej, na niedosiężnej wysokości, 
ostrołukowe ramiona sklepień zbiegały się po kilka w węzły.

Ale cała ta wysokość pozostała niemal kompletnie niewykorzystana: tylko dwa 
poziomy drewnianych chórów przylepione były do ścian. W przedsionkach 
natomiast, między szafami pełnymi książek, porozwieszano dużą ilość ciemnych 
portretów — nadęci rajcy miejscy i burmistrzowie w kamizelkach i żabotach, 
stale brakowało czasu, żeby je obejrzeć, czy przeczytać podpisy.

Już otwierając ciężkie drzwi Lenin zobaczył, że jego ulubione miejsce na chórze, 
przy środkowym oknie, podobnie jak inne, równie wygodne — są już zajęte. 
Spóźnił się. Pechowo rozpoczął się dzień.

Wpisał się do księgi czytelników — a dyżurnie uśmiechnięty bibliotekarz w 
okularach, zakłopotany, w żaden sposób nie był w stanie odnaleźć jednej z trzech 
odłożonych dla niego stert.

Jedno drobne niepowodzenie nakładało się na inne — mogą ukraść całe godziny 
pracy.

Powodzenie albo niepowodzenie całego roboczego dnia zależało niekiedy od 
najmniejszych drobiazgów, od których ten dzień się zaczyna. I choćby — teraz. 
Spóźniłeś się — a oni robią przerwę nawet nie po połowie dnia, ale już po trzech 
godzinach. I nawet tych trzech godzin już nie ma.

,,Imperializm” był już od dawna gotowy w dwudziestu zeszy-

62

background image

tach, i przepisany, i zgubiony, i przepisany powtórnie — a Lenin jeszcze 
zamawiał stos książek na ten temat. Jakby jeszcze czegoś mu brakowało. A chyba 
nie brakowało. Wszystkie tezy książki były dla Lenina oczywiste jeszcze przed 
napisaniem tych dwudziestu zeszytów. Ostatnio coraz precyzyjniej potrafił 
analizować — wnioski, do których dochodził w swych książkach formułował 
znacznie wcześniej, zanim jeszcze zasiadł do pisania.

Najcelniejsze ciosy, jakie zadał w swej książce — i ma je usunąć? Wstrętny, 
nikczemny, dziadyga z bożonarodzeniowej szopki! Ohydniejszego, bardziej 
podłego hipokryty nie było w całej światowej socjal-demokracji!

Odłożonej dla niego sterty literatury — o Persji — ciągle nie udawało się znaleźć. 
Zaczął już nawet robić notatki na temat Persji. O problemach Wschodu nikt 
dotąd nie myślał, a trzeba się do tego przygotować.

A niech tam, ciosy przygotowane na Kautsky’ego nie przepadną — wstawimy je 
jeszcze gdzieś w innym miejscu.

A przygotowywał jeszcze, opracowywał do najdrobniejszych szczegółów 
zasadnicze tezy dla szwajcarskiej lewicy — jak w sposób metodyczny naprawiać 
to, czego nie zdołali wywalczyć na zjeździe. Tym jednak wygodniej nawet było 
zajmować się w Zentral-stelle, a nie tu.

Nie, to niemożliwe, przecież przez cały czas pomaga i robi przekłady. A nuż 
zjedzie na dół do Clarens — może przyjedzie. Po co zaraz zakładać najgorsze? 
Nie ma najmniejszego powodu.

A poza tym miał wrażenie, że nie dopracował, nie przemyślał do końca artykułu 
przeciw rozbrojeniu. Jest już napisany (miał ze sobą w torbie), ale coś mu nie 
dawało spokoju. To, co najważniejsze napisał: rozbrojenie — to wyraz rozpaczy, 
rozbrojenie — to rezygnacja z wszelkiej myśli o rewolucji; nie jest socjalistą, kto 
uważa, że możliwy jest socjalizm bez rewolucji i dyktatury; w przyszłej wojnie 
domowej będą u nas walczyły kobiety i dzieci od 13 roku życia. Wszystko 
słusznie, ale dręczyło go uczucie, że są tu jakieś konstatacje niezbyt mocno 
uzasadnione. A musi być arcyostrożny, nie wolno mu dopuścić do tego, żeby 
cytaty z jego tekstów można było wykorzystać przeciw niemu — każde 
niebezpieczne stwierdzenie należy uzupełnić o dodatkowe, asekuracyjne 
konteksty. Każde zdanie musi się samo bronić, musi być przemyślane i wyważone
— żeby nikt nie był w stanie się przyczepić, żeby nikt nie mógł znaleźć słabego 
punktu.

A zatem warto było (i nawet zaczął) przejrzeć. I proszę, już na samym początku 
nieprzemyślane zdanie: „Popieramy stosowanie przemocy przez masy”. 
Przyczepią się! Dodać: „...masy — w stosunku do swych ciemiężycięli”.

63

Zresztą, to można robić także poza biblioteką, szkoda czasu.

background image

Zaczął przeglądać tezy dla szwajcarskiej lewicy. Tu czekało go jeszcze sporo 
pracy. Trzeba im wyłożyć kawa na ławę wszystko z najdrobniejszymi 
szczegółami; ulotki — komu dostarczyć do domu? Najbiedniejszym chłopom i 
parobkom. Jakie gospodarstwa rolne podlegają przymusowemu wywłaszczeniu? 
Powiedzmy, powyżej 15 hektarów. Po jak długim pobycie żądać przyznania 
cudzoziemcom szwajcarskiego obywatelstwa? Powiedzmy — po trzech 
miesiącach, i ważne, żeby bez żadnych opłat. Co to znaczy „rewolucyjnie wysokie 
stawki podatków”? To zbyt ogólnikowe, trzeba sporządzić konkretną tabelę: od 
majątku przekraczającego 28 tysięcy franków — przekraczającego 50 tysięcy —
jaki procent? I jak opodatkować gości pensjonatów? Też trzeba im przygotować 
konkretna tabelę, przecież nikt nigdy nie dochodzi do konkretów: jeżeli płaci 5 
franków dziennie

—  to nasz brat, jeden procent, a jeśli płaci 10 franków — od tego od razu 20 
procent...

A w środku ciągle wzbiera, pali jak zgaga, ostatnia podłość Grim-ma i Greulicha. 
Ach, wredni oportuniści, najpodlejsi łajdacy, poczekajcie, postawimy was jeszcze 
pod pręgierzem!

Ciągle coś go rozdrażniało, rozpraszało. Zdarza się: raz ulegniesz

— i już nie ma mowy o tym, żeby się skupić, o systematycznej pracy, a nawet, 
żeby usiedzieć na miejscu.

A jeszcze się nie uspokoił, ileż sił go kosztowała, i ciągle przeszkadzała pracować 
ta ogłupiającą, niedokończona sprzeczka z „Japończykami”. Już napisane 
zostały liczne artykuły i ze dwa tuziny listów, mogło się zdawać, że konflikt został 
zażegnany — a jednak tlił się ciągle.

Nigdy nie udaje się skoncentrować całej energii na jednym zasadniczym 
kierunku, zawsze ujawniają się jacyś przeciwnicy na kierunkach pobocznych, 
wydawałoby się całkiem dziś nieistotnych, ale nieistotnych nie ma, nadejdzie 
taka chwila, kiedy nawet te poboczne kierunki staną się zasadnicze — trzeba 
więc już teraz reagować i z pełną energią odparowywać te, zadawane z boku, 
ciosy. A przecież nie idzie tylko o „Japończyków” jPiatakow ze swoja Boszychą, 
po ucieczce z Syberii przez Japonię), bo z nimi jest także Bucharin. Nie mając 
krzty rozumu, doprowadzili się razem z Radkiem do zbiorowej głupoty, do 
szczytów ogłupienia — to w kwestii imperialis-tycznego ekonomizmu, to znów w 
sprawie samookreślenia narodów, to w traktowaniu pojęcia demokracji. 
Wszystkie te młode prosiaki, nowe pokolenie partii, bardzo są z siebie 
zadowolone, pewne siebie, byłyby gotowe już dziś przejąć kierownictwo, a 
tymczasem zawodzą, zawodzą przy najmniejszych kłopotach w jakiejkolwiek 
sprawie, żaden z nich nie ma odpowiedniej elastyczności. Przy każdym 
koniecznym zwrocie trzeba mieć błyskawiczną orientację i niekie-

64

dy zawczasu skręcać w lewo albo w prawo, przewidując, w którym miejscu 

background image

można ześlizgnąć się z krętej drogi rewolucji.

Podobnie ma się rzecz z demokracją. Bucharin w sposób młodzieńczo 
prymitywny jej nie docenia. Pisze otwarcie: w okresie przejmowania władzy 
trzeba będzie zrezygnować z demokracji. A właś-nje _ nie! Socjalistyczna 
rewolucja nie jest w ogóle możliwa bez walki o demokrację, i należy to 
zakarbować prosiakom na ich różowych nosach. Nie zapominając jednak 
oczywiście o tym, że w konkretnych warunkach, w określonym sensie, w 
określonym czasie. A nastąpi i taki moment, że wszelkie cele demokratyczne będą 
wpływały hamująco na socjalistyczną rewolucję. (To — podkreślić dwukrotnie!) 
Na przykład rewolucja wybuchła, zaczęły się walki, trzeba zdobywać banki — a 
tu podnosi się wrzask: zaraz, zaraz, najpierw ustalcie podstawy prawne 
republiki!!

Tłumaczył im Lenin na wielu stronach — nie, ciągle kręcili nosami! A trzeba 
było tak długo męczyć się z tymi kłótnikami i intrygantami, bo „Japończycy” 
mieli pieniądze na pismo, bez nich nie udałoby się doprowadzić do wydania 
„Komunisty”. Sojusz z nimi miał jednak sens tylko do czasu, póki Lenin miał 
większość w redakcji, bo dać te same prawa durniom? — nigdy! do diabła! 
idiotyzm i psucie całej roboty! lepiej już skompromitować tych durniów przed 
całym światem. Nie chcieliście po dobroci — dostaniecie po pysku!

Z Bucharinem nie wyciągnął sprawy na forum publiczne, wyjaśnił mu co myśli 
— listownie. Ale ten przed wyjazdem tak się na niego rozgniewał — że nawet mu 
nie odpowiedział. Teraz pojechał do Ameryki — pewnie obrażony.

A głębi duszy musi mu przyznać — jest bardzo mądry. Ale ten jego ciągły 
sprzeciw — drażni.

Każda opozycja drażni, zwłaszcza — w kwestiach teoretycznych, od których 
zaczynają się roszczenia do przywództwa.

Ale już Radka, Radka, zafąjdaną duszyczkę, przydałoby się wy-chłostać dla 
ogólnego dobra. Szczyt podłości Radka polega na tym, że cichaczem podburzał 
prosiaków, a sam chował się za plecami zim-merwaldzkiej lewicy. (A przecież już 
w Kientalu usiłował skłócić Lenina z całą lewicą, a z Różą nawet mu się to 
udało.) Radek zachowuje się w polityce jak arogancki, bezczelny kupczyk —jak 
typowa kanalia i łajdak! Za sposób, w jaki pozbył się Lenina i Zinowiewa z 
redakcji „Yorbote” — należałoby dać mu w mordę, albo więcej go nie znać. Kto 
wybacza takie rzeczy w polityce — traktowany jest jak głupiec albo łajdak.

W tym wypadku należało z nim zerwać na zawsze. Tym bardziej, że różnice 
poglądów między nim a Radkiem nie dotyczą spraw ogólnych, ale wyłącznie 
zagadnień rosyjsko-polskich. W sprawach szwajcarskich jednakże Radek i tak 
nie ma innego wyjścia, niż wy-

5 —

Lenin w Zurychu

65

background image

stępować przeciw Grimmowi, musi przyłączyć się jako sojusznik, i to jaki!

Alę w całej tej sprawie wrednie zachował się także Zinowiew, namawiał, żeby 
ustąpić „Japończykom”. I tacy niepewni są wszyscy, nawet na najbliższych nie 
można liczyć.

Żeby wreszcie skończyć z tymi bucharinowskimi sztuczkami — trzeba było spór 
przenieść do samej Rosji i dobić „Japończyków” na rosyjskiej ziemi. Zlecono to 
Szlapnikowowi. Ale Szlapnikow to też niezły krętacz, a zwłaszcza ta jego 
Kołłontaj. (A propos, zęby nie zapomnieć: dobrze byłoby wcisnąć ja na 
skandynawską konferencję neutrałów, no, choćby w charakterze tłumaczki 
któregoś z delegatów — i w ten sposób wybadać ich plany!)

Iluż ich jest, tych pseudosocjalistycznych gmatwaczy, wszędzie, i w krajach 
walczących, i neutralnych, i u nas. A czymże lepszy jest Trocki ze swymi, niby 
pełnymi dobrych intencji, bzdurami — „nie ma zwycięzców, ani pokonanych”? 
Cóż to za brednie. Nie, to tylko szukanie łatwej popularności, a ty się staraj, żeby 
carat został jednak pokonany, nie pozwól mu się wymknąć! Nie można 
występować „przeciw każdej wojnie”, socjalista przestaje wówczas być socjalistą.

Gdzie jest teraz Szlapnikow — nie wiadomo: siedzi jeszcze w Sztokholmie? Czy 
może już pojechał do Rosji? Do Szwecji listy docierają przez okazję, dzięki 
Keskuli i jego ludziom, a poza Szwecją? Tam już kompletna ciemność, o żadnej 
regularności nie ma mowy. Szlapnikowa ciągle coś zatrzymuje, do Rosji jeździ 
rzadko, za każdym razem trwa to strasznie długo, okropnie jest nieruchawy. A 
powiem mu — zaraz się obraża. A gdyby on nie jeździł — w ogóle nie ma kto. 
Więc, żeby czuł się dowartościowany — trzeba było dokooptować go do KC.

W tym momencie do stolika, przy którym siedział Lenin, podszedł bibliotekarz i, 
szeptem prosząc o wybaczenie, położył przed nim plik materiałów dotyczących 
Persji.

Dziękuję! Niespełna pół godziny do przerwy, a ten mi Persję przynosi! No i co, 
zabierać się teraz także do tego?

Oczywiście, do KC kompletnie nie dorasta, jeśli idzie o poziom — daleko mu do 
Malinowskiego. Ale właśnie na jego miejsce. Od tytułów „członka KC”, 
„przewodniczącego Biura d/s Rosji” zakręciło się w głowię, zasmakował. I albo 
wtrąca się do międzynarodowych rozmów z socjalistami, odsuwając Litwinowa, 
albo pcha się z idiotycznymi radami w każdym niemal liście: dlaczego nie 
przeprowadzacie się do Szwecji? Zarozumiały, że wytrzymać trudno, a 
napyskować nie można, bo to przecież ktoś, więc trzeba odpowiadać i to, według 
wszelkich reguł, z szacunkiem.

Praca wyraźnie mu nie szła. Zbyt wiele myśli kłębiło się w gło-

66

wie, nie mógł się skupić, nie był w stanie wciągnąć się w nudną, feudalną 

background image

gospodarkę Persji.

Ach, Malinowski, Malinowski! Niespełniony rosyjski Bebel. Jakże on pracował! 
Jak potrafił oddziaływać na masy! Cóż to była za postać, osobowość! — 
samorodny robotniczy przywódca, autentyczny symbol rosyjskiego proletariatu. 
Takiego właśnie robotniczego przywódcy brakowało Leninowi w partii — do 
pomocy, jako uzupełnienie, żeby idee wprowadzać w czyn mas. Za to właśnie 
Lenin go lubił, że doskonale potrafił dostosować się do wyznaczonej mu roli i 
zawsze w takim entuzjazmem, bez dyskusji — robił to, co do niego należało! Z 
punktu widzenia burżuazji miał za sobą tak zwaną kryminalną przeszłość — 
kilka kradzieży — ale to tylko świadczyło o jego proletariackim, 
nieprzejednanym stosunku do prywatnej własności, dowodziło 
nieposkromionego charakteru. I choć nadmiernie podejrzliwi towarzysze zaczęli 
kopać pod nim dołki — Lenin utwierdzał się tylko w zaufaniu do niego: 
wyobrazić sobie jego jako prowokatora? wykluczone! (Teraz zresztą także.) 
Jakież płomienne przemówienia wygłaszał w Dumie, jak zręcznie w ramach 
frakcji odciął się od mieńszewików. I Lenin nie tylko z przyjemnością włączył go 
w skład KC, ale wystarczyło, żeby Malinowski kogoś zapro-tegował — tak było 
ze Stalinem — włączał tego polecanego. Kiedy mieszkali w Poroninie, nie było 
chętniej widzianego gościa z Rosji, niż Malinowski. Poza tą ostatnią, straszliwą, 
majową nocą, kiedy zjawił się bez uprzedzenia po swym samowolnym, nagłym 
odejściu z Dumy. Ale przecież przyjechał, nie uciekł! Gdyby nie był czysty — 
czyżby śmiał się tu zjawić?... I przez całą noc omawiali tę sprawę. 
Malinowskiemu i tak nie można było niczego udowodnić (a czy w ogóle — warto 
było?). Któż mógłby uwierzyć w tę idiotyczną wersję, że ochrana sama uznała za 
„niewygodne”, żeby jej informatorem był jeden z najwybitniejszych mówców 
Dumy i poleciła mu, żeby odszedł? Co za bzdura, cóż to, ochrana jest tak głupia, 
żeby działała wbrew własnym interesom?... Utworzyli więc wraz z Kubą i Gri-szą 
coś w rodzaju sądu partyjnego — i uniewinnili Romana Mali-nowskiego. I 
poręczyli za jego lojalność przed Międzynarodowym Biurem Socjalistów.

Mimo to jednak, bez szumu, na jakiś czas się rozstali. Z powodów osobistych.

Takiego pomocnika Lenin już mieć nie będzie... Szlapnikow? Nie-e.

A tymczasem — zbliżała się przerwa. I kiedyż ci Szwajcarzy zdążą zgłodnieć, już 
o 12 obiadu im się zachciewa?

Ale Lenin nie raz już zwrócił uwagę, że urzędujący dziś bibliotekarz nie zawsze 
wychodzi na obiad. Podszedł do niego, zapytał. Nie wychodzi. A czy mógłby 
popracować w czasie przerwy? Może.

67

Prawdziwy sukces. Nie tyle ze względu na obiad, ile na dekoncentrację. Przy 
pustym żołądku lepiej się pracuje. I godzinę zarobił.

Teraz można było popracować, bez pośpiechu. A może nawet byłoby lepiej — już 
teraz zaopatrzyć się w prasę. Ze względów oszczędnościowych Lenin nie kupował 
i nie prenumerował ani jednego tytułu, a przecież trzeba trzydzieści, czterdzieści 

background image

czytać, wszystkie te ,,Arbeiter” i wszystkie „Stimme”.

Pozbierał wszystkie jakie były, przyniósł na stolik.

Lektura prasy to jeden z najważniejszych, codziennych obowiązków. To kontakt 
ze światem. Lektura prasy zmusza do odpowiedzialności, uporu i walki, pozwala 
dokładnie poznać wrogów. Rozsiani po całym świecie socjaliści, socjal-patrioci, 
centryści, nie wspominając już o przeróżnych burżuazyjnych osłach, wszyscy 
gromadzą się jakby wokół ciebie w czytelni i wymachują rękami, huczą, krzyczą, 
każdy swoje, a tym wyłapujesz to wszystko — i ripostujesz, dostrzegasz słabe 
miejsca — i bez wahań w nie bijesz. Czytać prasę — to także sporządzać z niej 
notatki. Przez analogię, przez skojarzenie, przez sprzeciw, przez niezgodność i w 
ogóle w sposób niepojęty krzeszą się iskry myśli, rozlatują się w różne strony, w 
prawo i lewo, na oddzielne karteczki, na poliniowane kartki zeszytów i na 
marginesy, i każdą myśl, póki nie zgasła, trzeba zdążyć wpleść płonącą nitką w 
papier, żeby tliła się i czekała na swój czas, inną — do konspektu, jeszcze inną — 
umieścić od razu w liście, który zaczął właśnie pisać, żeby nie umknęło celne 
sformułowanie. Jedne myśli — pomogą samemu lepiej zrozumieć, inne — staną 
się argumentem w dyskusji, przygwożdżą, uderzą, trzecie — będą najlepszą 
formą przekonania tych mniej rozgarniętych, czwarte — pozwolą stworzyć 
wspólną płaszczyznę teoretyczną z tymi zwłaszcza, którzy są daleko, nawet w 
Rosji.

Vandervelde i Branting, Huysmans i Jouhaux, Plechanow i Po-triosow, 
Ledebour i Haase, Beuer i Bernstein, obaj Adlerowie, nawet Pannekoek i Roland 
Goltz — wszystkich ich uważał Lenin za irytujących oponentów z najbliższego 
otoczenia, niezależnie od tego, gdzie się zagnieździli — w Holandii, Anglii, 
Francji, Skandynawii, Austrii czy Petersburgu — byli w zasięgu jego wzroku, 
słuchu, powiązany był z nimi wszystkimi w jeden, pulsujący, nerwowy węzeł — 
we śnie i na jawie, w czasie lektury, przy jedzeniu i na spacerze.

A czytelnia opustoszała, okazuje się, że już zaczęła się przerwa. Bibliotekarz 
wyszedł za szklane drzwi, w głąb magazynu. Lampy na wszystkich stolikach były 
zgaszone, świątynia-czytelnia majestatycznie pogrążyła się w półmroku i 
grobowej ciszy. Korzystając z tej niezwykłej okazji, dla rozładowania 
nadmiernego wewnętrznego napięcia, Lenin zaczął szybkim krokiem chodzić po 
prostej, po najdłuższej prostej, jaka była w tej sali, od drzwi wejściowych pod 
drew-

68

nianą galerią — do dwóch poprzecznych, kamiennych, długich schodków przed 
dawnym ołtarzem. Wyliczył, że było to pięćdziesiąt kroków, a drogi nie 
przegradzały ani półki, ani stoliki.

Wszystkie problemy zgłębiał na przechadzkach po ulicach i górach, a mieszkał 
zawsze w pokoikach ciasnych, maleńkich, pochodzić nie było gdzie. Teraz, w tym 
szybkim, jakby kogoś gonił, chodzeniu krokiem myśliwego, roztrącając, 
roztrącając w myślach Hil-ferdingów, Martowów, Greulichów, Longuetów, 
Presmanów i Czcheidzów, nie pozwalając im sklecić zdania, w pół słowa 

background image

przerywając, osadzając w miejscu i wprawiając w popłoch właśnie w tym rytmie 
zwariowanego wahadła — odpierał, odpierał ataki swych wrogów.

Uwalniał się od wrogów.

I coraz bardziej był gotów do systematycznej pracy.

I wreszcie nadeszła ta chwila — w połowie sali poczuł: dość!

I usiadł do pracy.

To, co pomyślał na temat Inessy jest niesłuszne. Nie ma podstaw, żeby tak 
myśleć.

Nie! Siedział nie przy swoim stoliku. Teraz to wszystko — książki, gazety, 
zeszyty, trzeba przenieść na chór, do stołu, przy którym zawsze pracuje. Trzeba 
było nieść na dwie raty.

Lekkie poskrzypywanie schodków w gotyckiej, mrocznej ciszy.

I nagle poczuł potworne zmęczenie. I niemal zwalił się na swoje krzesło.

W głowie tak jakoś...

A mimo, że nie jadł obiadu, głodu wcale nie czuł. Mógł jeść bardzo mało, energia 
wytwarzała się w nim niemal bez jedzenia.

Tuż przy oknie, na razie bez lampy. Ale dzień pochmurny.

Czytał prasę. Czytał na temat ogólnej sytuacji wojennej. I nie było powodu do 
radości.

Ale i nie tak źle, jak w sierpniu, w tym strasznym momencie, kiedy 
niespodziewanie do wojny przystąpiła świeża Rumunia, gigantycznie 
wzmacniając sojuszników i wydawało się — że teraz Rosja się już wywinie. Ale 
Niemcy znalazły dość sił, żeby rozbić także Rumunię, jakby od niechcenia, a to 
było zdumiewające, nie sposób było tego przewidzieć dwa miesiące wcześniej. A 
mimo to, również wbrew wszelkim przewidywaniom, Niemcy nie zdołały wygrać 
całej wojny w Europie. Na froncie zachodnim zakorkowało się mocno i 
beznadziejnie. Ale i na wschodnim — zdumiewające, ale i na wschodnim 
żadnego zwycięstwa nie przyniósł Szesnasty Rok. Przed rokiem carat już był 
nadłamany, już niemal obalony — a oto znów stał na nogach i nie ustępował ani 
na jotę! Największa nadzieja, największe zwycięstwo — rozpłynęło się, 
rozmydliło, oddaliło.

W jednym maleńkim punkcie głowy, tylko w tym jednym, w

69

background image

okolicy   lewej   skroni,   powstała  jakby   pustka.   Źle.   Był   zbyt 
podekscytowany.

I choć ta niebywale krwawa wojna ciągnie się już trzeci rok — nie wygląda na to, 
żeby wszystkie narody się przebudziły. Ale, jak zwykle, najbardziej beznadziejny 
ze wszystkich jest naród rosyjski. To właśnie on ponosił największe ofiary. To 
właśnie stosy rosyjskich ciał parły przeciw niemieckiej organizacji i technice. O 
froncie wschodnim w ogóle piszą mgliście, nieprecyzyjnie, korespondentów tam 
nie ma, wiedzą mało i interesuje ich mało, a prasa Ententy wręcz wstydzi się 
takiego sojusznika, stara się pisać jak najmniej, często za to podaje liczby ofiar. 
Te właśnie liczby Lenin zawsze wynajdywał i paznokciem podkreślał — z 
zadowoleniem i zdumieniem. Im większe były liczby, tym większa radość: 
wszyscy ci zabici, ranni i wzięci do niewoli wypadali jak kołki z 
absolutystycznego częstokołu i osłabiali monarchię. Ale te same liczby 
doprowadzały go jednocześnie do rozpaczy, że na całym świecie nie ma narodu 
bardziej bezmyślnego niż rosyjski. Granice jego cierpliwości nie istnieją. Każde 
świństwo, każdą podłość przełknie i jeszcze będzie dziękował i wielbił swego 
kochanego dobroczyńcę.

Może by zapalić lampę? Litery jakby się rozpływały.

Nie dające się zapalić rosyjskie drwa! Do historii przeszły już najwspanialsze 
pożary buntów — solnych, wywołanych w okresie epidemii cholery, 
miedzianych, Razina, Pugaczowa. Czy stać by ich było choćby na zagarnięcie 
sąsiedniego, położonego w pobliżu i znanego od lat majątku, przecież żaden 
proletariat ani żadni zawodowi rewolucjoniści nie zdołają nigdy poruszyć tej 
ciemnej, chłopskiej masy. Zdeprawowana, osłabiona przez prawosławie, straciła 
jakby pasję do siekiery i ognia. Bo jeśli już taką wojnę znosi i nie buntuje się — 
cóż wart jest ten naród?

Przegrana sprawa. Nie będzie w Rosji rewolucji.

Zasłonił oczy dłońmi i tak siedział.

W środku — jakby coś ciążyło. Czy to ze zmęczenia, czy ze smutku.

Czytelnicy powoli zaczynają się schodzić. Ktoś — przechodząc, zaczepił o jego 
stół. Spadła książka. Zapalają lampki.

A może przecież być jeszcze gorzej: carat już uwalnia się z potrzasku? Przez 
zawarcie separatystycznego pokoju? (Podkreślić trzy razy!) I Niemcom, skoro nie 
są w stanie wygrać wojny na dwa fronty — cóż innego pozostaje?

I to jest straszne — straszne. I — nic gorszego być nie może. Wtedy — wszystko 
stracone. I światowa rewolucja. I rewolucja w Rosji. I całe życie Lenina, 
ogromna praca dwudziestu lat.

Taką wiadomość — o przygotowaniach do separatystycznego pokoju, o tajnych 

background image

rokowaniach toczących się już oficjalnie między

70

Niemcami i Rosją, i że w zasadniczych sprawach oba mocarstwa już się dogadały 
— zamieściła ostatnio gazeta Grimma „Berner Tag-wacht”. Wiadomość 
sygnowana była — K.R. Nie warto nawet pytać tego spryciarza Radka, żeby 
domyślić się, że to on. (Ale jak zdołał przekonać Grimma?!) I znając dość dobrze 
jego przebiegły charakter, można mieć pewność, że nie podsłuchał rozmowy 
dyplomatów, nie dotarł do tajnych dokumentów, nawet o uszy nic podobnego 
mu się nie obiło, tylko wylegując się przez pół dnia w łóżku, z gazetami na 
kołdrze, gazetami pod kołdrą i książkami pod łóżkiem, wysmażył, jak to potrafi, 
coś ,,od naszego korespondenta” z Norwegii albo z Argentyny.

Ale nie w tym rzecz, jak powstała właśnie ta informacja. I nie w tym, że 
ambasador rosyjski w Bernie ją dementuje — bo niby co ma robić?... Rzecz — w 
porażającej wiarygodności: dla cara to doprawdy doskonałe wyjście! Właśnie 
tak trzeba! Właśnie tak zrobiłby Lenin na jego miejscu!

I dlatego trzeba — uderzyć! Uderzyć jeszcze raz w to samo miejsce! Bić na 
alarm! Powstrzymywać! Uprzedzić! Nie pozwolić na to, żeby carat zdołał wyrwać 
z potrzasku nietknięte łapy!

Oczywiście, po Mikołaju II i jego rządzie można się spodziewać wszystkiego 
najgłupszego. Bo przecież i tej wojny nie można było się spodziewać po nich, 
gdyby mieli choć trochę rozsądku — a jednak ją rozpoczęli! A jednak — zrobili 
nam taki prezent!

Niewykluczone więc, że i tym razem uda się ich jeszcze nastraszyć rozgłosem — i 
powstrzymać?

Separatystyczny pokój! Oczywiście, wyjątkowo zręczne wyjście. Ale mimo 
wszystko: sami na to nie wpadli.

Tak czy inaczej: w Rosji nie da się nic zrobić. Któż tam czyta ,,Socjal-
Demokratę”? A Milukowa i Szingariowa wszyscy. W Rosji słychać tylko 
kadetów. I proszę — jak przyjmowana była ich delegacja na Zachodzie. Car 
domyśli się, trochę ustąpi, odda kilka ministerstw Guczkowowi i kadetom — a 
wtedy już nie będzie na nich żadnej rady, nic im już nie zrobisz.

Cóż więc można ulepić z rosyjskiego skwaśniałego ciasta? A on, czy musiał się 
urodzić w tym kraju łyka?! I tylko dlatego, że masz w sobie jedną czwartą 
rosyjskiej krwi, przez tę ćwiarteczkę, uwiązał cię los do tej nędznej rosyjskiej 
kolaski! Cwiarteczką krwi, ale ani charakterem, ani wolą, ani skłonnościami, w 
najmniejszym stopniu nie czul się związany z tym rozmemłanym, rozmazanym, 
wiecznie pijanym krajem. Nie znał Lenin nic bardziej odrażającego niż to 
typowo rosyjskie spoufalanie się, te knajpiane łzy żalu, te lamenty, niby to 
złamanych, zmarnowanych charakterów. Lenin był jak struna, był jak strzała. 
Od pierwszego spojrzenia doskonale oceniał sytuację, okoliczności i potrafił 

background image

podać dobry, a nawet jedyny śro-

71

dek prowadzący do celu. I cóż go łączyło z tym krajem? Bo przecież nie ten 
półtatarski język. Mógłby bez trudu opanować nawet trzy europejskie języki, 
gdyby się nieco postarał. Z Rosją — wiązało go dwadzieścia lat konkretnej, 
rewolucyjnej działalności! I tylko tyle. Ale teraz, po utworzeniu zimmerwaldzkiej 
lewicy, jest już dostatecznie znany w środowisku światowych socjalistów i może 
przejść do nich. Socjalizm — nie ma narodowości. Trocki — na przykład — 
pojechał do Ameryki i dobrze zrobił. I Bucharin także. Pewnie też należałoby 
wyjechać do Ameryki.

Nie, coś z nim jednak nie tak. Nie tak dzień się zaczął, nie tak się potoczył. Jakby 
jego ciało, sam korpus, klatka piersiowa nie nadążały za pospieszną pracą 
umysłu — i tuż przy lewej skroni odczuwał pustkę, i jakaś dziura zmęczenia 
otworzyła się w środku — a cała cielesna powłoka zaczęła zapadać się w tę 
dziurę.

Zbiegło się zbyt wiele naraz, i nagle poczuł, że nie uda mu się dziś solidnie 
popracować, że robi wszystko niechętnie, wbrew sobie, rozdrażniony, 
przygnębiony, wręcz smutny.

A w ogóle polityk to ktoś absolutnie niezależny od wieku, uczuć, warunków, ktoś 
kto o każdej porze roku i dnia jest zawsze gotów działać, przemawiać, walczyć. I 
Lenin ma tę doskonałą, nie dającą się niczym zakłócić gotowość, niewyczerpaną 
energię — ale nawet on raz czy dwa razy do roku miewał dni, w których ta 
energia opadała — do przygnębienia, wyczerpania, prostracji. I takich dni aż do 
wieczora nie daje się poprawić, trzeba tylko jak najwcześniej położyć się i mocno 
zasnąć.

Mogło się wydawać, że Lenin doskonale panował nad swym umysłem, nad swoją 
wolą — ale wobec tych stanów przygnębienia nawet on był bezsilny. 
Bezwzględna prawda, jasna perspektywa, rozpoznany układ sił — i nagle 
wszystko traciło ostrość, zaczynało szarzeć, obsuwać się, wszystko odwracało się 
od niego szarym, tępym zadem.

A utajona gdzieś w środku, wiecznie przyczajona choroba wyłaziła nagle nie 
wiadomo skąd, jak szydło z worka.

Wyłaziła ku skroni.

Tak. Zawsze wybierał drogę bez kompromisów, bez zacierania różnic zdań — i w 
ten sposób tworzył zwycięską siłę. Był o tym przekonany, przeczuwał, że 
zwycięską. Że jest rzeczą ważną utrzymanie złożonej z kogokolwiek, dowolnie 
małej grupy, ale — ściśle scentralizowanej. Ugodowość i skłonność do 
jednoczenia się już od dawna okazały się zgubne dla partii robotniczej. Godzić 
się — z rzecznikami rozbrojenia? Godzić się z tymi z „Naszego Słowa”7? Godzić 
się z rosyjskimi zwolennikami Kautsky’ego? Z nikczemnikami z mieńszewickiego 
OK? Pójść na lokajską służbę do socjal-szowinistów? Padać w objęcia 

background image

socjalistycznych głupich Jasiów? Nie,

72

do diabła! — mała mniejszość, ale twarda, wierna, swoja!

A jednak z upływem czasu pozostawał niemal samotny, zdradzony i opuszczony 
— a wszelkiej maści zjednoczeniowcy czy roz-brojeniowcy, likwidatorzy, czy ci 
,,od obrony ojczyzny”, szowiniści czy bezpaństwowcy, funta kłaków nie warci 
literaci i cała ta parszywa, pozbawiona charakteru mieszczańska zgraja — 
wszyscy zbierali się gdzieś tam w ścisłym gronie. I jego mniejszość wyglądała 
niekiedy tak, że już nikogo przy nim nie było jak w przygnębiającym, samotnym 
908, po wszystkich poniesionych klęskach. Także tu, w Szwajcarii, to był 
najgorszy, najcięższy rok. Inteligencja w panice porzucała szeregi bolszewików 
— tym lepiej, przynajmniej partia pozbywała się drobnomieszczańskiego 
plugastwa. Wśród tej obrzydliwej inteligencji Lenin czuł się szczególnie 
upokorzony, mały, zagubiony, do rozpaczy doprowadzało go poczucie, że tonie w 
ich błocie, byłoby idiotyzmem upodobnianie się do nich. Wszelkie gesty i słowa, 
nawet wyzwiska są dobre — byleby tylko nie upodobnić się do nich!... Ale nie 
został już prawie nikt, doszło już do tego, że trzeba było zatrzymać, zostawić przy 
sobie przynajmniej dziesięciu, piętnastu zwolenników! — i tylko po to, tylko żeby 
upolować piętnastu bolszewików, nie oddać ich machistom, gnać po materiały do 
Londynu i pisać trzysta stron filozoficznej pracy, której nawet nikt nie 
przeczytał, ale Bogdanowa — skompromitował! Strącił z przywództwa! A potem 
w słotną jesień ciągle chodzić, chodzić dygocąc z zimna wzdłuż jeziora 
genewskiego i z pewnością swych racji powtarzać, że nie upadliśmy na duchu i 
zmierzamy do zwycięstwa.

I nawet z tymi mądrzejszymi, jak Trocki i Bucharin, nie można znaleźć 
wspólnego języka. I na tych nielicznych, którzy pozostali przy nim, jak 
Zinowiew, także nie można polegać w dłuższej perspektywie niż miesiąc — tak 
słabe ma nerwy, tak niepewne przekonania. (Gdzie tam, przecież żadnych 
przekonań ten Griszka nie ma.)

I nie udało się stworzyć siły. Cała jego droga, 23 lata bezustannych kampanii — 
przeciw politycznej głupocie, frazesom, oportunizmowi, cały ten trudny los pod 
gradem nienawiści — co mu przyniosły prócz izolacji? Tylko siłą inercji trzymał 
się swej linii — rozłamów, piętnowania, odcinania się, ale sam znużony, zdawał 
sobie sprawę, że ugrzązł, że autentycznego sukcesu — już nigdy nie osiągnie.

Samotność.

I nawet opowiedzieć, porozmawiać, usłyszeć swój głos — po prostu nie ma z 
kim...

Co za dzień... Nic się nie układało, nic nie wychodziło, bezowocnie odsiadywał 
godziny.

Sterty książek, sterty gazet... A przez lata emigracji całe stosy papierów, bel, libr 

background image

— przeczytanych, przejrzanych, zapisanych...

73

Za młodych lat — miało się nieodparte poczucie zbliżającej się rewolucji, prosta i 
krótka wydawała się prowadząca do niej droga. Powtarzał wszystkim: 
„Powszechna wiara w rewolucję, to już początek rewolucji”. Szczęśliwe nadzieje!

Ale ostatnich dziewięć lat, po drugiej emigracji — czymże były wypełnione, 
nabite, natłoczone? Wyłącznie papierami, kopertami, pakietami, banderolami, 
korespondencją zwykłą, pilną — ileż, ileż czasu traci się na same listy (a i 
franków na znaczki, ale to z kasy partyjnej)? Niemal całe życie, połowa każdego 
dnia — w tych niekończących się listach, nikt nie mieszka blisko, zwolennicy 
porozrzucani po całym świecie i trzeba z daleka nimi kierować, trzymać na 
wodzy, dawać rady, wypytywać, prosić, dziękować, uzgadniać rezolucje (to 
wszystko z przyjaciółmi, przez cały czas nie zaprzestając nawet na chwilę 
bezlitosnej walki z tłumami przeciwników!) — i właśnie ten dzisiejszy, konkretny 
list zawsze wydaje się najważniejszy, najbardziej pilny (a bywa, że już nazajutrz 
— pusty, spóźniony, błędny). Obłożyć się projektami artykułów, korektami, 
protestami, poprawkami, recenzjami, konspektami, tezami, lekturami i 
notatkami z prasy, całymi stosami gazet, niekiedy wydaniami swoich 
miesięczników, po kilka numerów, nie więcej — i ani jednej autentycznej 
sprawy, aż trudno uwierzyć i wyobrazić sobie, że przez ten świat przywalony 
stertą papierów i banderol zdoła się przebić społeczny ruch — ku upragnionej, 
wymarzonej władzy w państwie i wtedy trzeba będzie wykazać się innymi 
zaletami, nie tym tuzinem lat spędzonych w czytelniach.

Kończył właśnie czterdziesty siódmy rok życia — nerwowego, jednostajnego, 
stale tylko atramentem, atramentem po papierze w jednodniowych, 
jednotygodniowych wybuchach wrogości i sojuszów, sporów i porozumień — 
arcyważnych, arcytaktycznych, ar-cymisternych — i wszystko to z politykami o 
tyle mniejszymi od siebie, i wszystko w bezdenną beczkę, bez zwłoki, w 
bezustannym napięciu, bez rezultatu. Dzieło jego ruchliwego, pełnego zwrotów, 
nieustabilizowanego życia zostało przywalone stosem śmieci, przez które nie 
sposób przebrnąć.

I oto — opadały ręce, i nie miał już sił, i chyba jest już kompletnie wyczerpany.

A choroba — ciążyła w środku, niekiedy promieniowała i dokuczała. Nie 
wydawała najmniejszego dźwięku, nie wdawała się w dyskusję, a groźniejszego 
od niej przeciwnika — nie było.

Nieszczęście, którego się już nie pozbędzie.

Jedyne, do czego został stworzony — wpłynąć na bieg historii — nie było mu 
dane.

I wszystkie jego niezrównane zdolności (teraz doceniane już przez wszystkich w 
partii, ale sam znał je lepiej i wyżej cenił), cały

background image

74

jego spryt, przenikliwość, zręczność umysłu, całe bezużytecznie pre-zycyjne 
zrozumienie wydarzeń zachodzących na świecie nie były w stanie przynieść mu 
nie tylko politycznego zwycięstwa, ale nawet stanowiska przynajmniej posła do 
parlamentu maleńkiego kraju, jakie miał Grimm. Czy nawet — wziętego 
adwokata (zresztą, adwokat — wstrętne zajęcie, w Samarze przegrał wszystkie 
sprawy). Czy choćby dziennikarza.

I tylko dlatego, że urodził się w tej przeklętej Rosji.

Ale mając nawyk uczciwego wykonywania nawet najbardziej żmudnej, 
niewdzięcznej pracy, nadal zajmował się opracowaniem szczegółowych 
instruktażowych tez dla szwajcarskich lewicowych Zimmerwaldczyków. Na 
temat drożyzny, na temat tragicznej sytuacji gospodarczej mas. Jakie 
maksymalne wynagrodzenie ustalić dla urzędników. I w jaki sposób kontrolować 
partyjne organy prasowe, l jak rugować z partii reformistów od Grutliego...

Nie! Praca mu nie szła... Nic z tego, co sobie zakładał nie wychodziło i pozostała 
pustka. Rozbolała go głowa. Oddychał ciężko. Od samego patrzenia na papiery 
robiło mu się niedobrze. Do rana atak powinien minąć, ale teraz tak go wszystko 
mierziło, że marzył tylko, żeby się położyć, choćby na podłodze.

I — karygodnie skracając dzień pracy (zresztą, niewiele czasu już pozostało), 
zmuszał się, żeby powrzucać zeszyty, rękopisy do swej torby na zakupy, zamykał 
z trzaskiem książki, składał gazety w paczkę, coś stawiał na półkach, coś zaniósł 
bibliotekarzowi, ostrożnie nogami po schodkach, żeby nie wywalić się z tą całą 
stertą.

Przed wyjściem naciągnął na siebie ciężkie palto, włożył byle jak melonik, ruszył 
z wysiłkiem przed siebie.

Przemierzana codziennie droga nie zmuszała do wysiłku ani nóg, ani oczu; jakoś 
się szło.

Zapadał mrok, a do tego mgła. W oknach sklepów i restauracji już paliło się 
światło.

Po wąskiej uliczce ktoś toczył potężną beczkę, a za nią jeszcze taczka. Nie da się 
ominąć.

Nie będzie ci wcale łatwo wydostać się z tej zamkniętej, maleńkiej, gnuśnej, 
mieszczańskiej Szwajcarii, i przyjdzie dokonać żywota przy Kegel-klubie.

Przez okno sklepu widać, jak niklowana maszynka rytmicznie kroi równe 
plasterki apetycznej szynki. I cała witryna zawalona różnymi gatunkami mięsa. 
Kupiec kolonialny ze szwajcarskim samozadowoleniem wyszedł na próg swego 
sklepu i każdemu z przechodniów — znajomym i nieznajomym — odważał swe 

background image

bezpłatne ,,grót-zi”! W trzecim roku wojny sklepy ciągle były pełne towaru, tylko
ze względu na łodzie podwodne bardzo podskoczyły wszystkie ceny. A burżuje 
stali — i ,,przebirali”.

75

Dobrze przynajmniej, że z powodu zimna nie wystawiali kawiarnianych stolików 
na chodniki — bo to siedzą, rozwaleni, gapią się na przechodniów, a ty ich 
omijaj, klnąc pod nosem. Przez całe swe emigracyjne życie Lenin nienawidził 
kawiarni — tych zadymionych przybytków gadulstwa, skąd wychodziło 9/10 
rewolucyjnych frazesów. A w okresie wojny, której granica przebiegała tuż, tuż, 
napłynęła do Zurychu kolejna fala mętnego towarzystwa, nawet pokoje przez 
nich podrożały, awanturnicy, kombinatorzy, spekulanci, studenci-dezerterzy i 
inteligenccy gadacze, którzy swymi filozoficznymi manifestami i artystycznymi 
protestami nawoływali jakoby do buntu, sami nie wiedząc, przeciw czemu. I 
wszystko — w kawiarniach.

Zapewne, podobny dobrobyt jest także w Ameryce. Wszędzie górne warstwy 
klasy robotniczej wolą się bogacić i nie robić rewolucji. Ani tam, ani tu nikt nie 
potrzebował jego ogromnej energii, jego potężnego rozmachu.

Mógłby cały świat rozpłatać, wysadzić z posad i przebudować — urodził się za 
wcześnie, tylko na swoją udrękę.

Środek Spiegelgasse wygląda jak duży garb, leży na swoim oddzielonym 
wzgórzu. Od siebie — dokąd byś nie szedł — ostro w dół. Do siebie, skąd byś nie 
wracał — stromo pod górę. I kiedy idzie się zamaszyście, w dobrym nastroju — 
nawet się tego nie zauważa. Ale teraz — wlókł się z wysiłkiem. Nie szedł, tylko 
powłóczył nogami.

Wąskie, kretę schody starej kamienicy przesiąknięte zastarzałymi zapachami. 
Już ciemno, a jeszcze nie zapalił światła, szedł po omacku.

Drugie piętro. Wielojęzyczny zgiełk, ciężkie zapachy mieszkania.

I własny pokój, jak dwuosobowa więzienna cela. Dwa łóżka, stół, krzesła. 
Żelazny piecyk, rura wchodząca w ścianę, nie napalone (a już pora). 
Przewrócona skrzynka na książki pełni rolę stolika pod naczynia (z powodu 
permanentnych przeprowadzek nie kupowali mebli).

Przy resztkach dziennego światła Nadia jeszcze pisała, siedząc przy stole. 
Odwróciła się. Zdziwiła.

Ale, nawykła do panującego półmroku, dostrzegła na 50-letniej twarzy Lenina 
żółto-szarą cerę i ciężkie, martwe spojrzenie — i nie zapytała, dlaczego tak 
wcześnie.

Znała już te okresy, kiedy wpadał w apatię — niekiedy na dni, a czasem — na 
kilka tygodni. Kiedy był zbyt wyczerpany ciągłym napięciem, czy też, gdy w toku 

background image

bezustannej walki odmawiał posłuszeństwa nawet jego żelazny organizm. Takie 
załamanie nerwowe nastąpiło po II Zjeździe, po ,,Krok-Dwa kroki”, po V-ym, i 
to nie raz.

Melonik ciążył na głowie, stare palto na plecach. Z wysiłkiem ściągnął je z 
siebie... Nadia pomogła zdjąć... Powlókł za sobą przez

76

pokój nogi i torbę z zeszytami.

Znalazł jeszcze siły, żeby rzucić okiem na to, co Nadia pisała, podniósł bliżej 
oczu. Wydatki.

Powiększał się, ciągle rozrastał się ten przygnębiający słupek liczb.

W 908 mimo, iż było ponuro, mimo, że samotnie, ale za to pieniędzy w bród, po 
tyfliskim eksie. Konto w ,,Credit Lyonnais”. Z nudów chodzili wieczorami na 
koncerty, jeździli do Nicei na uro-lop, podróżowali, hotele, fiakry, w Paryżu 
wynajęli mieszkanie za tysiąc franków, z lustrem nad kominkiem.

Usiadł na łóżku.

Usiadł — i skurczył się, zmalał. I zapadł się na sprężynach i głowa opadła w 
ramiona, szyja niemal znikneła; potylica — na plecach, podbródek — na piersi.

I jedną ręką, przed sobą, przytrzymywał się krawędzi stołu.

Jedno oko przymknięte. Usta półotwarte. Nad wargą sterczała nieregularna 
szczecinka gęstych wąsów. I spłaszczony nieco nos wysunięty do przodu.

I tak siedział. Minutę. Drugą. Trzecią.

—  Położysz się? Rozebrać? — swym miękkim, a jednocześnie drewnianym 
głosem pytała Nadia.

Milczał.

— Dlaczego nie przyszedłeś na obiad? Nie mogłeś się oderwać od pracy?

Przytaknął z wysiłkiem.

— Zjesz teraz? — ale jej głos nie obiecywał nadmiernych luksusów, do dziś nie 
nauczyła się gotować.

Nie ma to jak kiedyś, w Szuszenskoje! I napalone, i ugotowane, i usmażone, na 
tydzień baran, faski marynatów, bekasy, cietrzewie na stole, mleka w bród, i do 
blasku wypucowane wszystko przez młodziutką służącą.

background image

Na czubku głowy Iljicz już niemal kompletnie wyłysiał, tylko z tyłu miał jeszcze 
włosy, niezbyt gęste. (I sami też jeszcze pogorszyli sprawę w 902; pożałowali 
pieniędzy na lekarza, posłuchali rady niedouczonego rosyjskiego medyka; 
wysypkę na głowie leczyli jodem, i włosy się posypały.)

Nadia podeszła bliżej. Cicho, ostrożnie pogłaskała.

Kilka głębokich, długich zmarszczek przecięło całe szerokie czoło, z góry na dół.

Iljicz westchnął spazmatycznie — jakby przytłoczony ciężarem ponad siły. I w 
kompletnej apatii, nie unosząc nawet głowy, nie widząc żony, tylko wpatrzony 
gdzieś przed siebie, nad stołem, wycieńczony do cna.

—  Skończy się wojna — wyjedziemy do Ameryki.

77

To do niego niepodobne.

— A zimmerwaldzka lewica, co z nią? A nowa Międzynarodówka? — wyglądała 
odrażająco niechlujnie.

Westchnął Iljicz. I głuchym, chrapliwym, słabym głosem:

— W Rosji już widać, do czego to wszystko zmierza. Do rządów kadetów. Car — 
z kadetami się dogada. I zacznie się banalny, nudny, burżuazyjny rozwój na 
jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat. I — żadnych nadziei dla rewolucjonistów. My 
— już nie dożyjemy.

A co? Wyjechać, to wyjechać. Głaskała resztki jego rzadkich włosków.

Nagle — zastukała gospodyni: ktoś do nich przyszedł, chciałby wejść.

Jeszcze tego brakowało! Też sobie znaleźli porę! Nadia nie pytając go nawet o 
zdanie poszła — odprawić i wypędzić.

A wróciła skonsternowana:

- Wołodia! Sklarc! Z Berlina...

78

47

Z kim się tylko chce, można nawiązać stałą, tajną łączność, bez osobistych 
kontaktów, tworząc łańcuszek stałych pośredników — dwóch, a jeszcze lepiej 
trzech. Twój pośrednik prócz ciebie spotyka się jeszcze z dwudziestoma ludźmi, i 
tylko jeden z nich jest następnym w łańcuchu; ten spotyka się z kolejnymi 

background image

dwudziestoma — już jest czterysta możliwości. Wyśledzić tego nie jest w stanie 
żadna policja i żaden Burcew.

Arcyostrożny Lenin miał kilka takich linii.

Latem ubiegłego roku, po spotkaniu z Parvusem w Berlinie, Lenin posłał mu, do 
Skandynawii, Haneckiego — na dyrektora jego biura handlowo-rewolucyjnego. 
W ten sposób rozwinął swe powołanie handlowe niestrudzony w poszukiwaniach 
Hanecki — a jednocześnie nawiązana została bezpośrednia stała łączność z 
Parvusem. Jednakże przerwała się linia między Kopenhagą i Zurychem — i 
łącznikiem uczyniono Sklarca, jednego z udziałowców kantoru Parvusa, 
berlińskiego kupca, który swobodnie mógł jeździć zarówno do Danii, jak i do 
Szwajcarii. Ustalono jednak, że przyjeżdżając do Zurychu, nie powinien 
osobiście spotykać się z Leninem, tylko przysłać tu Dorę Dolinę, przyjaciółkę 
Brońskiego. I fakt, że oto sam zjawił się w tym mieszkaniu oznaczał albo 
naruszenie konspiracyjnej dyscypliny albo nadzwyczajne okoliczności.

Jakże nie w porę! Nie tylko nie miał sił, ale nie był w stanie precyzyjnie myśleć, a 
nawet serce odmawiało posłuszeństwa. I za późno, żeby go odprawić: i tak już 
przyszedł, widziano go na ulicy, na schodach, w mieszkaniu.

Żeby wyjść na spotkanie Sklarca, nie wystarczyło podnieść się z łóżka. Trzeba 
było przy pomocy bezsilnych nóg podnieść, jakby z głębokiej studni, hen, wysoko 
w górę — osłabione ciało. I dopiero tam, wystawiwszy głowę, zobaczyć tego 
malutkiego, energicznego Żyda, z tych tak charakterystycznych Żydów z 
południowego zachodu.

Ale przekonanego o swej ważności, coraz bogaciej ubranego i

79

palto takie, i kapelusz (położył go, bezczelny, na jedynym stole, przy którym 
jadali i pracowali, a zresztą, gdzie miałby go tu położyć?), a w ręku — lekki 
korni woj ażerski kuferek z krokodylej, a może hi-popotamiej skóry, trudno 
zgadnąć.

Dobrze przynajmniej, że bez tych ceremonialnych niemieckich „Wie geht’s”, bez 
tego sztucznego uśmiechu wyrażającego radość ze spotkania. Ukłonił się 
oficjalnie i z ważną miną wyciągnął na powitanie swą małą rączkę. Rozejrzał się 
ostrożnie czy są bezpieczni, czy nie ma świadków. A tymczasem — Nadia też 
wyszła. Zostali sami.

Mimo wszystko dlaczego — od razu tutaj, sam.

A — proszę. Z głębokiej wewnętrznej kieszeni — koperta.

Wytworna, z bladozielonego papieru, z odciśniętym herbem, gruba, wypchana.

Jak Parvusowi nie wstyd, nawet w drobiazgach chełpić się swym bogactwem! 

background image

Choćby ta koperta. A kiedy przyjeżdżał do Zurychu — zatrzymywał się w 
najdroższym „Baur au lać”. W Bernie, idąc przez salę taniej, studenckiej 
stołówki (obiad — 65 rappenów), i rozglądając się za Leninem puszczał dym z 
najdroższego cygara.

I z tym człowiekiem, kiedyś, w Monachium zaczynali,,Iskrę”...

No i co z tego, że list? Nie można było przez Dorę? Z tych zaskakujących, 
krótkich odwiedzin trzeba tłumaczyć się potem przed towarzyszami.

Sklarc jest nawet zdumiony, jak kiepsko wychowany jest pan Uljanow. Tak się 
spraw nie załatwia. Było powiedziane: zniszczyć, przed wyjściem.

I pokazuje palcami: że niby zapałką o draskę i podpalić kopertę.

Też coś! Nigdy nie postępuję inaczej. Swoje już w życiu spaliliśmy!...

Więc ma czytać. Sytuacja dla konspiratora normalna. Lenin także powinien 
zadbać o to, żeby jego list z odpowiedzią po przeczytaniu został zniszczony. Jeden 
taki kawałeczek papieru może przekreślić całe życie politycznego działacza.

Ani noża, ani nożyczek pod ręką, pusty stół. A Nadia w kuchni. Oderwawszy róg, 
Lenin wsadził gruby, wskazujący palec i pociągnął jak nożem do przecinania. 
Rozrywało się, zostawiając za sobą z obu stron postrzępione brzegi, jakby pies 
rwał zębami — a niech was licho, do diabła z tą waszą wytwornością. O ileż 
przyjemniej trzymać w rękach najtańszą kopertę, pisać — na najtańszym 
papierze.

Wyciągnął. Koperta grubą, bo papier — jeszcze wytworniejszy i grubszy. I 
zapisany — szerokim zamaszystym pismem, duże odstępy między wierszami, i 
tylko po jednej stronie. Właśnie w taki sposób spraw się nie załatwia. Zapomniał 
już, jak ,,Iskrę” wysyłali do Rosji — na supercienkim papierze.

80

Uwaga. Opanować nerwy, myśleć jaśniej (ciągle jeszcze nic nie miał w ustach od 
porannej herbaty). Skoncentrować się.

Sklarc — nie chce przeszkadzać, nie, wcale nie jest taki bezceremonialny. Bez 
niepotrzebnego gadania, nie zdejmując palta, zmierza w stronę tego krzesła pod 
oknem. I tylko miękki, szary kapelusz, z wciśniętym dla fasonu denkiem, zostawił 
na stole.

I swego kuferka nie doniósł do okna, postawił na środku pokoju, na podłodze.

Uprzejmość uprzejmością, ale w pochmurny dzień akurat czytać byłoby lepiej 
tam, pod oknem. Ale Sklarc już zajął to krzesło, wyciągnął z kieszeni pogniecione 
ilustrowane czasopismo, otworzył z poważną miną.

background image

A tu, cóż, zapalić lampę? Zapałek nigdzie nie widać. A Nadia w kuchni.

O, lampa już się pali! Obok kapelusza — stoi i pali się małym krótkim 
płomieniem. Nadia? Zdaje się, że nie zapalała. Czyżby wtedy, kiedy usłyszał 
draśnięcie — Sklarc? Więc to on...? Dziwne.

Gruby welinowy papier z herbami. A zapisane — wszystkiego trzy kartki. I — 
jedna linijka na czwartej, reszta jest czysta.

I w charakterze pisma Parvusa nie było nic szczególnego — odpychającego, 
władczego czy bezczelnego, i nic nie mówiący podpis - „dr Gelfond”.

Ale z listu jakby wartkim strumieniem tryskała na coraz bardziej rozpalone ręce, 
wlewała się w żyły, mieszała się z krwią Lenina i zwalczała ją hipopotamia krew 
Parvusa. Nie dopuszczając jej ponad łokcie, Lenin upuścił list na stół, jakby 
ciążył. I sam opadł na krzesło, ledwo żywy.

Przez dwadzieścia lat swego życia-walki poznał Lenin różne rodzaje 
przeciwników — wyniośle-ironicznych, szyderczych, podstępnych, podłych, 
upartych, wytrwałych, nie mówiąc już o tych zachłystujących się retoryką, 
zachowujących się jak donkiszoci, ospałych, nieroztropnych, płaczliwych i 
wszelkie inne łajno. Z niektórymi męczył się latami, nie wszystkich pokonał, nie 
wszystkich zniszczył, ale zawsze czuł swą niewątpliwą przewagę nad nimi w 
precyzyjnej ocenie sytuacji, wiedział, że jest na tyle sprytny i zdolny, by w 
ostatecznym rachunku pokonać każdego.

Tylko wobec tego tracił pewność siebie. Nie był przekonany, czy dotrzymałby mu 
pola, gdyby Parvus był wrogiem.

Ale wrogiem Parvus nie był niemal nigdy, był prawdziwym sprzymierzeńcem, 
wiele razy w życiu proponował, narzucał się, pragnął zostać sojusznikiem, a 
zwłaszcza rok temu i teraz, oczywiście, także.

Ale i na ten sojusz Lenin nigdy nie mógł przystać.

Czytał. Oczy biegały po linijkach, ale sens jakoś nie wchodził

‘ — Lenin w Zurychu

81

do głowy. Czuł się kiepsko.

Wszystkich socjal-demokratów świata Lenin znał doskonale, wiedział, jakim 
kluczem ich otworzyć, albo jak ich traktować, tylko Parvus nie dawał się 
otworzyć, nie sprzeciwiał mu się, a jednak stał na jego drodze... Paryus nie 
mieścił się w żadnej klasyfikacji. Nigdy nie należał ani do bolszewików, ani do 
mieńszewików (a nawet naiwnie usiłował ich pogodzić). Był rosyjskim 

background image

rewolucjonistą, ale mając dziewiętnaście lat przyjechał tu z Odessy — i od razu 
wybrał drogę zachodnią, postanowił zostać socjalistą typowo zachodnim, nie 
wracać już nigdy do Rosji, i żartował sobie!,,Szukam ojczyzny tam, gdzie można 
ją kupić za niewielkie pieniądze”. Jednakże za niewielkie jej nie kupił i 
dwadzieścia pięć lat szwendał się po Europie jak Ahas-wer, nie otrzymawszy 
nigdzie obywatelstwa. Dopiero w tym roku dostał niemieckie — ale za zbyt 
wielką cenę.

Przypadkiem oczy ześlizgnęły się na kuferek Sklarca — ciężki, wypchany, jak on 
go może udźwignąć? Sam jest malutki, po co?

No właśnie, zbyt słabe światło i dlatego czytanie mu nie idzie. Przysunął lampę 
jak najbliżej do listu.

Tu, przy samym końcu dwa punkty są jasne. Dwie skargi. Jedna na Bucharina-
Piatakowa za ich zbyt gorliwe śledztwo w sprawie niemieckiej siatki w Szwecji, 
nie można przecież rozpuszczać tych głupich dzieciaków, trzeba ich powściągnąć. 
A druga — na Szlapni-kowa: postępuje według swego widzimisię, 
współpracować nie chce, odrywa się, a w Petersburgu dla naszych sił jedność jest 
niezbędna. Niech nie odtrąca naszych przedstawicieli, napiszcie mu.

Przybrał nazwisko Parvus — mały, ale był niewątpliwie wielki, stał się jednym z 
najpoważniejszych publicystów niemieckiej socjal-demokracji (był niemniej 
zdolny — niż Lenin). Pisał błyskotliwie marksistowskie artykuły, wzbudzał 
zachwyt Bebla, Kaut-sky’ego, Liebknechta, Róży i Lenina (jak wspaniale 
rozprawiał się z Bernsteinem) i podporządkował sobie młodego Trockiego. I ni z 
tego, ni z owego — porzucał swe gazety, wywalczone pozycje publicysty, 
wyjeżdżał, uciekał, to — zaczynał handlować sztukami Gor-kiego (i okradł go), 
to znów — pogrążał się w nicość. Miał niezwykły dar przewidywania, to on 
pierwszy, jeszcze w XIX wieku, podjął walkę o 8-godzinny dzień pracy, ogłosił 
strajk powszechny jako główną metodę walki proletariatu — ale gdy tylko jego 
postulaty przekształcały się w praktykę, w konkretne działania, zdobywały 
poparcie — ich organizacją już się nie interesował, odpadał, znikał: na swej 
drodze potrafił być tylko pierwszy i jedyny.

Przeczytał już cały list do końca, ale nie zdołał nawet zorientować się, w jakim 
został napisany języku — niemieckim czy rosyjskim? W obu. Jedno zdanie — 
tak, inne — tak. Tam gdzie po rosyjsku — z błędami ortograficznymi.

82

I wiele cech Paryusa wywoływało sprzeciw. Zawzięty rewolucjonista, nie zadrży 
mu ręka, żeby burzyć imperia — a jednocześnie namiętny handlowiec, ręce mu 
się trzęsły przy liczeniu pieniędzy. Chodził w dziurawych butach, wytartych 
spodniach, ale już w 901 roku w Monachium powtarzał Leninowi: trzeba się 
wzbogacić! — pieniądze to potęga! Albo: jeszcze w Odessie, za Aleksandra III 
sformułował tezę, że wyzwolenie Żydów w Rosji jest możliwe tylko przez obalenie 
caratu — i natychmiast stracił zainteresowanie dla spraw rosyjskich, uciekł na 
Zachód, raz tylko przyjechał nielegalnie i to towarzysząc lekarzowi, ekspertowi 
od spraw głodu, opublikował pracę pt. ,,Głodująca Rosja, wrażenia z podróży”. I 

background image

jakby bez reszty pogrążył się w niemieckiej socjal-demokracji. Ale gdy tylko 
wybuchła wojna japońska, niemal niezauważona przez genewskie koła 
emigracyjne, Parvus pierwszy stwierdził, że jest to: „Krwawa jutrzenka wielkich 
wydarzeń”.

Za mało światła. Podkręcił knot — a ten tylko żarzył się i kopcił. A-a, pusta, nie 
ma nafty, nie nalała.

I w tym samym 904 przewidział: państwa przemysłowe doprowadzą do wojny s 
wiaro we/! Parvus zawsze wyskakiwał — no nie, ze względu na tuszę raczej 
wysuwał się do przodu — zęby jako pierwszy wysnuwać prognozy i to na dalszą 
niż wszyscy inni przyszłość. Niekiedy bardzo słuszne, na przykład to, że przemysł 
rozsadzi granice międzynarodowe. Albo: że w przyszłości nie da się oddzielić 
wojny od rewolucji, a wojny światowej od światowej rewolucji. I na temat 
imperializmu w gruncie rzeczy zdołał wszystko powiedzieć przed Leninem. A 
czasem — wyskakiwał z jakąś brednią: że cała Europa osłabnie i zostanie 
ściśnięta w kleszczach supermocarstw, Ameryki i Rosji; że Rosja — to nowa 
Ameryka, brak jej tylko szkół i wolności. Albo wbrew podstawowym założeniom 
marksizmu proponował, by zrezygnować z nacjonalizacji przemysłu, bo rzekomo 
okaże się to niekorzystne. Czy też plótł monstrualne bzdury, że partia 
socjalistyczna zdobywszy władzę może obrócić ją przeciw większości narodu i 
zlikwidować związki zawodowe. Ale zarówno wtedy, kiedy odnosił sukcesy, jak i 
wówczas, gdy doznawał porażek, zawsze dzięki swej niezwykłej pozycji i 
masywnej, nieco słoniowatej postaci przesłaniał połowę socjal-demokratycznego 
horyzontu i jakoś tak już było, że zawsze stawał na drodze Leninowi — 
przesłaniając wprawdzie nie całą drogę, tylko jej połowę, ale tak, że nie można 
było Parvusa ominąć nie zderzywszy się z nim. Nie był przeciwnikiem, zawsze 
sojusznikiem, ale takim, że uważaj, żeby ci boku nie uszkodził. Był jedynym na 
świecie niezrównanym rywalem — i na ogół odnosił sukcesy, był zawsze na 
przedzie. Nigdy — wróg, zawsze — z wyciągniętą do zgody ręką — a ręki tej 
przyjąć nie było można.

83

Cóż za kufer? Wielki prawie jak świnia.

A wiele spraw między nimi potoczyłoby się inaczej, gdyby nie Piąty. W całej 
rewolucji Piątego Roku Lenin nie brał u i nic dla niej nie zrobił — wyłącznie 
przez Parvusa: ten przez caty czas maszerował pewnie, nie zbaczając z 
wytkniętej drogi — odebrał mu wszelką ochotę działania i wszelką inicjatywę. 
Ledwie przebrzmiała Krwawa Niedziela, Parvus natychmiast obwieścił: tworzyć 
rząd robotniczy! Ta błyskotliwość, ta żywiołowość propozycji nawet Leninowi 
zaparła dech w piersi: przecież niemożliwe, żeby decydowało się to tak szybko i 
tak zwyczajnie! I polemi-zow#ł z Parvusem w „Wpieriod”, że hasło jest 
niebezpieczne, przedwczesne, że należy — w sojuszu z drobną burżuazją, przez 
rewolucyjni demokrację, że proletariat jest zbyt słaby! A Parvus i Trocki 
wysmażyli natychmiast broszurkę i rozkolportowali ją wśród genewskiej 
emigracji, bolszewików i mieńszewików jednocześnie, jak wy-ZWaJ1ie: w Rosji 
nie ma tradycji parlamentarnych, burżuazją jest słaba, Jiierarchia 
biurokratyczna marna, chłopstwo ciemne, niezorga-nizowane, i proletariat wręcz 

background image

nie ma innego wyjścia, jak objąć przywództwo rewolucji. A socjal-demokraci, 
którzy nie podejmą inicjatywy proletariatu, staną się pozbawioną jakiegolwięk 
znaczenia

sekta-

Ale cała genewska emigracja nie zareagowała, drętwiejąc jakby \^ oczekiwaniu 
na ziszczenie się tego proroctwa, i tylko Trocki pogjiał do Kijowa, potem do 
Finlandii, żeby przed ostatnim skokiem znaleźć się jak najbliżej, Parvus zaś 
popędził już na pierwszy sygnał o październikowym strajku powszechnym, który 
przecież proroczo przewidział jeszcze w ubiegłym stuleciu. Żaden z nich nie był 
ani bolszewikiem, ani mieńszewikiem, nie obowiązywała ich jakakolwiek 
dyscyplina, obaj więc działali bez zahamowań.

Jak duża świnia. Nadął się, przegrodził pokój. A Sklarc pod ok-neni jakby 
zmalał.

No cóż, nie przyznasz tego w prasie, nie powiesz na żadnej konferencji w 
najściślejszym nawet gronie: tak, myliłem się wtedy. I wiara w siebie, i polityczna 
dojrzałość, i umiejętność oceny sytuacji przychodzą nie od razu, lecz z wiekiem, z 
doświadczeniem. (Choć parvus jest zaledwie o trzy lata starszy.) Tak, myliłem się 
wtedy, nie ze wszystkiego zdawałem sobie sprawę i odwagi zabrakło. (Ale naWet 
najbliższym zwolennikom nie wolno tego powiedzieć, żeby nie odbierać im wiary 
w przywódcę.) A jak można było się nie pomylić? Dłużyły się miesiące, miesiące 
tego burzliwego roku, wszędzie zaczynał się ferment, zbierało się na burzę, a 
prawdziwa rewolucja nie wybuchła. I ciągle jeszcze nie można było pojechać, i 
tu, w Genewie, ogarniała go wściekłość: i cóż te jołopy, nic tam nie robią, 
dlaczego nie biorą się jak należy za rewolucję? Więc — pisał,

84

pisał, wysyłał do Rosji: już od pół roku gadacie o bombach — i ani jednej nie 
zrobiliście, ani jednej! Niech każdy, kto i jak potrafi, natychmiast zaopatrzy się 
w broń! — w rewolwery, w noże, w szmaty nasączone naftą dla podpalania. I 
oddziały nie mają na co czekać, nie będzie żadnego specjalnego szkolenia 
wojskowego. Niech każdy oddział zacznie samodzielne szkolenie — choćby robiąc 
zamachy na policjantów! Inny niech zabije szpicla! Trzeci wysadzi posterunek 
policji! Czwarty zrobi zamach na bank! Te napady mogą oczywiście 
doprowadzić do sytuacji skrajnych, ale to nic! — dziesiątki ofiar opłacą się z 
nawiązką, zyskamy przez to setki doświadczonych żołnierzy!...

Nie, przemęczony umysł nie ogarniał niefortunnego listu. Nic nie zrozumiał. 
Czytał — i nie rozumiał.

...Wydawało się to takie proste: kastet! kij! szmata nasączona naftą! łopata! 
Kostka piroksilinowa! drut kolczasty! gwoździe (przeciw kawalerii) — to 
wszystko broń, i to jaka! A jeśli zdarzy się, że od oddziału odłączy się jakiś 
Kozak — napaść na niego i odebrać szablę! Włazić na wyższe piętra — i 
obrzucać wojsko kamieniami! I oblewać wrzątkiem! Trzymać na górnych 

background image

piętrach kwas, żeby oblewać nim policjantów!

A tymczasem Parvus i Trocki żadnej z tych rzeczy nie robili, tylko przyjechali do 
Petersburga, tylko powołali i utworzyli nową formę władzy: Rady Delegatów 
Robotniczych. I nikogo nie pytali o zdanie, i nikt im w tym nie przeszkodził. 
Autentyczny robotniczy rząd! — I oto już obradował! A przyjechali przecież 
zaledwie jakieś dwa tygodnie wcześniej niż inni — i zdobyli wszystko. 
Przewodniczącym Rady był podstawiony Nosar, głównym mówcą i ulubień-cem 
— Trocki, a pomysłodawca Rady — Parvus — kierował nią z ukrycia. Przejęli 
także słabiutką „Russką Gazetę” — jednokopiej-kową, popularną, narodową w 
tonie, i jej nakład natychmiast wzrósł do pół miliona, a idee dwóch przyjaciół 
popłynęły w naród.

Pod oknem Sklarc siedział na swoim krześle coraz bardziej oddalony, coraz 
drobniejszy, jak ptak z dziobem wetkniętym w ilustrowane czasopismo.

Przez ostatnie dni w Genewie Lenin pisał, opracowywał w pośpiechu — całą 
teorię i praktykę rewolucji, korzystając z najlepszych francuskich źródeł, do 
jakich zdołał dotrzeć w bibliotekach. I słał do Rosji list za listem: trzeba 
wiedzieć, jak liczne mają być grupy bojowe (od trzech do trzydziestu), jak 
kontaktować się z bojowymi komitetami partyjnymi, jak wybierać najlepsze 
miejsca dla walk ulicznych, gdzie magazynować bomby i kamienie. Trzeba 
poznać lokalizację magazynów broni i rozkład zajęć w instytucjach finansowych, 
bankach, nawiązywać znajomości, dzięki którym można będzie przeniknąć do 
nich i je zdobyć. Organizować w sprzyjających

85

okolicznościach napady - to nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek każdego 
rewolucjonisty! Najpiękniejszy chrzest bojowy - to walka z czarnosecińcami: tłuc 
ich, zabijać, wysadzać ich lokale sztabowe! I, w siad za swym ostatnim listem, 
sam pojechał do Rosji. A tam - nic z tych rzeczy. Nie tworzą żadnych grup 
bojowych, nie magazynują ani kwasów, ani bomb, ani kamieni. Ale nawet 
mieszczańska publiczność przyjeżdża posłuchać obrad Rady Delegatów, l frocki 
na mównicy, w uniesieniu, wije się i spala. Jakby stworzeni dla tego legalnego 
życia, on i Parvus olśnili cały Petersburg - w redakcjach, politycznych salonach, 
wszędzie są zapraszani i wszędzie przyjmowani owacyjnie. Tworzyła się nawet 
jakaś frakcja ,,parvusistów”. I żadnych szmat nasączonych naftą, żadnego 
skradania się zza węgła - Parvus albo przygotowywał zbiorowe wydanie swych 
prac, albo kupował bilety na satyryczne przedstawienia teatralne i rozsyłał 
swoim przyjaciołom. Ładna mi rewolucja, jeśli wieczorami słychać nie miarowy 
mocny krok patroli na pustych ulicach, tylko otwierane na ościerz podwoje 
teatrów...

Przebiec by się teraz do okna i z powrotem - ale czarny, wypchany kufer stoi jak 
skrzynia, nie da się przejść! A i sił nie ma w noparh

nogach

W czasie przedwojennej rewolucji Lenin był przytłoczony przez Parvusa, czuł się 

background image

tak jakby go słoń przygniótł do ściany  Siedział na posiedzeniach Rady, słuchał 
bohaterów dnia - i był coraz bardziej przygnębiony. I hasła Parvusa stale 
powtarzano i cytowano. Były absolutnie słuszne: po zwycięskiej rewolucji 
proletariat nie może wypuszczać z rąk broni - tylko czynić przygotowania do 
wojny domowej! Swych sojuszników-liberałów traktować jak wrogów! 
Doskonałe hasła, i on sam nie ma już o czym mówić z trybuny Rady. Wszystko 
toczyło się niemal bez zgrzytów, a nawet na tyle dobrze, że dla przywódcy 
bolszewików nie było już miejsca. Całe jego życie ukie-rowane było na 
działalność podziemna - i nie miał dość sił, żeby wyjść na powierzchnię. Nie 
pojechał także wtedy, gdy wybuchło powstanie w Moskwie, żeby przekonać się, 
czy działano zgodnie z jego genewskimi instrukcjami, czy też nie. Stracił wiarę w 
siebie -i całą rewolucję Lenin jakby przedrzemał i przeżył w ukryciu: przez cały 
czas me opuszczał Kuokkale - 60 wiorst od Petersburga, a jednak Finlandia, me 
złapią. Krupska za to jeździła codziennie do Petersburga po ostatnie wieści. Sam 
nie mógł tego pojąć: przez całe życie mc innego nie robił, tylko przygotowywał 
się do rewolucji, a gdy wybuchła - siły go opuściły, zawiodły.

A tu jeszcze Parvus wyciągnął z ukrycia (zawsze starał się działać z ukrycia, me 
trafiać na fotografie, nie dawać pożytki biogra-tom) i podsunął Radzie, nie 
ujawniając autora, Manifest Finansowy jako jej, Rady, własną rezolucję. Pod 
pozorem prymitywnych, ży-

86

wiołowych żądań prostego ludu — program doświadczonego, biegłego finansisty 
— najpotężniejszy cios wymierzony w ekonomiczne podstawy państwa 
rosyjskiego, żeby, przeklęte, rozleciało się w drzazgi! Odmówić nie można — bo 
przecież to największy, pouczający, rewolucyjny dokument! (Ale i rząd to 
zrozumiał, więc nazajutrz aresztował całą Radę Petersburską. Przez przypadek 
Pąrvus nie brał udziału w posiedzeniu, ocalał, i natychmiast powołał kolejną 
Radę, w innym składzie. Znowu przyszli aresztować — ale Parvus znów nie 
wpadł!)

W lampie nie było nafty — a mimo to paliła się już od godziny, nie zmniejszając 
światła.

Musiały minąć lata, żeby żebra zgniecione przez Parvusa zdołały się 
wyprostować i powróciło przekonanie, że i ty jesteś coś wart. A co najważniejsze, 
trzeba było dostrzec błędy i niepowodzenia Parvusa. Bo nawet temu słonio-
hipopotamowi, gdy nie bacząc na nic parł przed siebie, zdarzały się od czasu do 
czasu potknięcia i wpadki, wyrzucono go z partii za przywłaszczenie pieniędzy, 
zajmował się spekulacją, bez żenady, na oczach wszystkich zabawiał się z 
pulchnymi blondynkami — i wreszcie otwarcie poparł niemiecki imperializm: 
równie otwarcie wypowiedział się w prasie, w przemówieniach i jakby nigdy nic, 
jawnie pojechał do Berlina.

Kapelusz za lampą — poruszył się, ukazując atłasową podszewkę.

Ale nie, leżał spokojnie, tak jak zostawił go Sklarc.

background image

Poprzez Christo Rakowskiego z Rumunii, poprzez Dawida Ria-zanowa z 
Wiednia dochodziły już do Lenina słuchy, że Parvus wybiera się do niego z 
interesującymi propozycjami, tak nonszalancko nie krył swoich planów. Ale 
sława jawnego sojusznika Kajzera wyprzedziła Parvusa, dotarła do Lenina 
zanim Parvus dojechał ze swymi propozycjami, bo musiał się po drodze zabawić 
w Zurychu. Wszyscy od lat przywykli klepać biedę, a tu dawny towarzysz zjawiał 
się jak wschodni pasza, wywołując szok wśród emigrantów, a na dodatek 
rozdawał jeszcze prezenty. I kiedy odnalazł Lenina w berneńskiej stołówce, 
zdołał przecisnąć się ze swym ogromnym brzuchem do stolika w obecności 
dziewięciu towarzyszy, bez żenady oświadczył, że muszą porozmawiać — Lenin 
— bez zastanowienia, bez wahania, natychmiast mu odmówił, traktując go ostro 
i niegrzecznie. Parvus chciał z nim rozmawiać jakby był turystą w pokojowych 
czasach, a nie przybyszem z walczących Niemiec?? (Lenin też chciał! Lenin też 
chciał!) — więc Lenin kazał mu się wynosić! (Słusznie! Tak trzeba!)

Rączka na kuferku przekręciła się z jednej strony na drugą — chlap!

Ale spotkać się z nim — było trzeba! Nie sposób przecież wszys-

87

tkiego załatwiać korespondencyjnie, któryś z listów może wreszcie wpaść w ręce 
wrogów. Lenin szepnął więc coś na ucho Siefeldowi, ten zaś dogonił grubasa, 
podając mu adres, pod który ma się zgłosić. (Siefeldowi zaś Lenin powiedział 
później: nic z tego, odprawiłem rekina z niczym.) I w spartańsko ubogim 
pokoiku Uljanowych gruby Parvus, z brylantowymi zapinkami na wysuniętych 
spod marynarki oślepiająco białych mankietach, siedział tuż obok, na łóżku i nie 
mieścił się, i napierał, spychał Lenina na poduszkę i metalowe oparcie.

Tr-rrach!! — puścił wreszcie kufer — uwalniając łokcie i prostując plecy, 
podniósł się, stanął, ukazując całą swą wysokość i potężne cielsko, w granatowym 
garniturze z kamizelką, z brylantowymi spinkami — i rozprostowawszy nogi, 
stąpnął, przysunął się tu bliżej.

Stał — w swej naturalnej postaci — z wysuniętym mocno do przodu brzuchem, 
wielką jak bania głową, nalaną twarzą buldoga z hiszpańską bródką — i 
wyblakłym, uważnym spojrzeniem przyglądał się Leninowi. Przyjaźnie.

I w rzeczy samej! — dawno już powinni porozmawiać. Ciągle w biegu, ciągle nie 
ma kiedy, albo nie mają kontaktu, albo poróżnieni, i tak trudno się spotkać, 
obserwują przyjaciele, obserwują wrogowie, a konieczna jest najgłębsza 
tajemnica. Ale skoro już tu dotarł, to jednak co innego niż listy, nastąpił moment 
krytyczny, porozmawiać w cztery oczy:

—  Izraelu Łazariewiczu! Zdumiewa mnie, co się stało z waszą nieprzeciętną 
inteligencją. Po co wszystko tak jawnie? Dlaczego postawiliście się w tak 
niezręcznej sytuacji? Sami przecież przekreślacie wszelkie możliwości 
współpracy.

background image

Ani — „dzień dobry”, ani ręki nie wyciągnął (i dobrze, bo Lenin nie miał teraz 
siły wstać i przywitać się, ręka jak sparaliżowana i nawet „dzień dobry” nie 
przechodziło przez gardło), tylko klapnął, ale nie na krzesło, tylko na to samo 
łóżko, na wcisk, niezdarnym swym ciężarem zwaliwszy się na niego, wypychając 
go bokiem z łóżka.

I utkwiwszy swe blade, wyłupiaste oczy w twarzy Lenina, mową niezbyt 
wyraźną, nie jak orator, ale ironiczny rozmówca:

— I ja się dziwię, Włodzimierzu Iljiczu: ciągle zajmujecie się agitacją i 
protestami? Cóż to za głupstwa? — jakieś konferencje, raz z trzydziestoma 
babami w Domu Ludowym, kiedy indziej z tuzinem dezerterów?

I pchał go bezceremonialnie po łóżku, pochylając nad nim chorobliwie rozdętą 
głowę:

— Od kiedy to znaleźliście się ramię w ramię z tymi, co to świat chcą zmieniać 
przy pomocy stalówki-rondówki? Cóż za dzieci z tych

88

socjalistów z ich świętym oburzeniem. Ale wy? Czy możemy poważnie działać — 
chowając się po kątach, ukrywając, po czyjej stronie opowiadamy się w tej 
wojnie?

I choć słowa więzły w gardle, ale w głosie przejaśniało już pod wpływem mocnej 
herbaty. I bez słów rozumieli się doskonale.

Oczywista rzecz, Parvus to nie nikczemnik Kautsky, żeby krzyczeć ,,pokój, 
pokój”, a w wojnę się nie angażować.

— Obaj przecież nie oceniamy wojny z punktu widzenia sióstr miłosierdzia. 
Ofiary krwi i cierpień uniknąć się nie da. Ale najważniejszy jest efekt.

Oczywiście, w zasadzie Parvus miał rację: Rosja musi zostać pokonaną, a do tego 
niezbędne jest zwycięstwo Niemiec, trzeba więc szukać ich poparcia — to 
wszystko prawda! Ale — tylko do tego momentu. Dalej jednak — Parvus się 
zagalopował. Oszołomiony własnymi sukcesami traci głowę, i to nie po raz 
pierwszy.

— Izraelu Łazariewiczu, jedyną rzeczą, jaką socjalista posiada naprawdę, jest 
jego dobre imię. Na utratę dobrego imienia nie możemy sobie pozwolić, bo wtedy 
stracimy wszystko. Mówiąc między nami, jeśli chodzi o nasze wzajemne stosunki 
— to oczywiście, sojusz. Oczywiście będziemy sobie jeszcze nawzajem potrzebni i 
będziemy sobie pomagać. Ale jesteśmy teraz politycznie spaleni... Wystarczy byle 
Burcew — i wszystko stracone. Trzeba więc będzie zdecydować się na publiczne 
ujawnienie naszych rozbieżności, na polemikę w prasie. Niezbyt ostrą... i tylko 
sporadycznie, od czasu do czasu... Tak więc, powiedzmy... — Lenin nigdy nie 

background image

owijał w bawełnę, nawet w cztery oczy, im ostrzej się powie, tym większe 
wrażenie, — no, powiedzmy, na przykład... pozbawiony wszelkich zasad 
moralnych sługus Hindenburga... renegat, brudny lokaj... Zrozumcie sami, nie 
zostawiliście innego wyjścia...

— Ależ drobiazg, bardzo proszę — gorzki uśmieszek przemknął po nalanym 
obliczu Parvusa. — Wiosną otrzymałem w Berlinie milion marek, z tego miliona 
natychmiast wysłałem pieniądze Rakow-skiemu, Trockiemu i Martowowi, a i 
wam do Szwajcarii, nie dostaliście? Ach, nie interesowało was to? To sprawdźcie, 
sprawdźcie u swego kasjera, jeżeli nie zdefraudował... Trocki też pieniądze wziął 
— a ode mnie zdążył już publicznie się odciąć. „Polityczny Falstaff”... Póki co 
jeszcze żyję — a ten już mi napisał nekrolog. Ja nic nie mówię, to oczywiście 
można, ja rozumiem.

I nieruchomym, szklanym wzrokiem patrzył na niego spod uniesionych, rzadkich 
brwi.

Z Trockim poróżnili się wcześniej na temat permanentnej rewolucji. A kochał go 
jak młodszego brata.

Ale z Leninem wiązał wielkie nadzieje i napierał, napierał swą potężną tuszą 
zmuszając go, by odsuwał się coraz bardziej, aż do po-

89

duszki, gdzie oparł się łokciem o zagłówek.

—  A wasze puste hasła nie popękają jak mydlane bańki — bez pieniędzy? Będą 
w garści pieniądze — będzie i władza! A czym będziecie zdobywać władzę? — 
oto nieprzyjemne pytanie. Ale, jeśli mogę wam przypomnieć, w 904 na III zjazd i 
na „Wpieriod”, o ile się nie mylę, wzięliście pieniądze, mimo, że wyraźnie 
wyglądały na japońskie — i co, przydały się? A teraz, o mnie — lokaj 
Hindenburga? — Próbował zdobyć się na uśmiech.

Wszystko odbywało się dokładnie tak, jak poprzednio. A może to właśnie było to 
poprzednie spotkanie?... W pokoju berneńskiej mieszczki? A może w pokoju 
szewca w Zurychu? Albo — w ogóle nie było żadnego spotkania. Jakby wszystko 
to raz już zostało powiedziane i właśnie teraz powtórzone. Nie było stołu ani 
Sklarca — tylko to żelazne, masywne, szwajcarskie łóżko, na którym oni, dwaj 
giganci — unosili się nad światem, brzemiennym w rewolucję, oczekującym 
rewolucji od tych dwóch, ze zwieszonymi nogami — i krążyło w ciemności, raz 
jeszcze. I niewidzialnego światła było zaledwie tyle, żeby widzieć rozmówcę, i 
tylko tyle dźwięku, żeby go słyszeć:

—  To nic, to można... Ja rozumiem...

On — gardził tym światem. Tamtym, gdzieś daleko w dole, pod łóżkiem.

— A ja uważam, że jeśli mamy wojnę przekształcić w domową to każdy sojusznik

background image

jest dobry. No,   ile   macie przy sobie? — kpił. — Nie pytam, wiem, że nie 
wypada. A ja — to znaczy nie ja, tylko dla sprawy — wiosną dostałem milion, a 
latem dostanę jeszcze pięć milionów. I będzie jeszcze nie raz. No, więc jak?

Obaj, i on i Parvus, mieli zawsze w pogardzie emigrację za złudzenia, za 
niepraktyczność, za inteligenckie mazgajstwo, ciągle tylko słowa, słowa. A 
pieniądze — to nie słowa. Tak.

Lenina do furii doprowadzała jego pewność siebie. I zachwycała autentyczna 
siła.

Wybałuszył swe blade oczy, cmoknął wargą, z której sterczały nierówne wąsy:

—    Plan!  Opracowałem ogólny wielki plan. Przedstawiłem niemieckiemu 
rządowi. I na ten plan, jeżeli chcecie, dostanę nawet dwadzieścia milionów! Ale 
najważniejsze miejsce w tym planie zarezerwowałem — dla   was!   A wy...

I dyszał nieświeżym oddechem, prosto w twarz:

A wy?... Czekać?... A ja...

Ta czaszka — nie mniejsza niż u Lenina, pół twarzy — to gołe czoło, pół głowy 
— to ciemię ze słabiutkimi włosami. I — bezlitosna, nieludzka mądrość w 
spojrzeniu:

- A ja - WYZNACZAM REWOLUCJĘ W ROSJI NA 9 STYCZNIA 
PRZYSZŁEGO ROKU!!!

90

48

Jak powstają proste i wielkie plany? Przez podświadome noszenie się z myślami, 
których nigdzie jeszcze w sposób konkretny nie lokujesz. Potem elementy już od 
dawna znane, być może nie tylko tobie, nagle zgodnie zmierzają w określonym 
kierunku i właśnie w twojej głowie łączą się w spójny plan — tak prosty i jasny, 
że dziwne, że nikt nie wpadł na to wcześniej.

Jak to się stało, że taki plan nie powstał wcześniej w niemieckim sztabie 
generalnym, choć to on właśnie pierwszy powinien o tym pomyśleć?

Co prawda niezbyt dobrze rozumieli Rosję. I od jesieni 14 roku, po Marnie, 
uświadomiwszy sobie, że nie zdołają osiągnąć błyskawicznego zwycięstwa, aż do 
jesieni 15 ciągle liczyli na separatystyczny pokój z Rosją, podejmowali rozmaite 
próby nawiązania kontaktów, do głowy im nie przyszło, że Romanowowie 
wszystko odrzucą. I to ich zniechęciło.

A Parvus, wyłączony z najważniejszych wydarzeń, rzucony do brązowo-
błękitnego Konstantynopola, osiągnąwszy upragnione bogactwo, a wraz z nim — 

background image

wszelkie możliwe uciechy cielesne na Wschodzie, gdzie bez trudu można 
zaspokoić każde męskie pragnienie, z dala od wielkiej bitwy (,,w socjalistycznej 
rezerwie”, jak radził mu Trocki) i zabezpieczony przed wszelkimi następstwami 
tej bitwy — nigdy ani w chwilach rozkoszy, ani w chwilach słabości, na moment 
nawet nie zaprzestał swych poszukiwań, rozpoczętych we wczesnej młodości 
właśnie tu, na brzegu Morza Czarnego, tylko po jego przeciwnej stronie.

Nie rezygnował z nich i wcześniej, kiedy wybierał się dopiero na Bałkany, gdzie 
jego książki miały szerszy zasięg, niż książki Marksa i Engelsa. Nie zapominał 
nawet wówczas, gdy stołował się w konstantynopolskich spelunkach i zbierał 
portowych obdartusów na pierwszomajowe demonstracje. A nie zapominał tym 
bardziej, kiedy bogacił się przy młodoturkach, angażując swój geniusz finansisty 
już nie na popieranie siekiery podcinającej pień rosyjski, ale na

91

łopatę ogrodnika wzmacniającego-turecki.

Nie oszołomiły go, nie spowodowały zapomnienia także miliony, które w sposób 
dla wszystkich tajemniczy napłynęły doń szerokim strumieniem. Nie zapominał 
zakładając banki, handlując z mamą-Odessą i niemiecką macochą. Wystrzał w 
Sarajewie odebrał jak smagnięcie batem: Parvus miał w sobie sejsmiczną 
wrażliwość i już wiedział, że — nastąpi trzęsienie ziemi! że — tym razem 
dostanie za swoje stary, głupi niedźwiedź! Nareszcie się zaczęła, jest — Wielka, 
Światowa! Od dawna j ą przepowiadał, dawał jej nazwę, przywoływał — 
najpotężniejsza lokomotywa historii! najszybszy rydwan socjalizmu! Póki tam, w 
całej Europie, socjal-demokracja szalała wokół wojennych kredytów — Parvus 
ani razu nie przemówił. Parvus nie wydrukował ani jednej linijki, nie tracił 
czasu, czas uciekał, wykorzystywał swe prywatne kontakty, żeby przekonać 
władców, że tylko opowiadając się po stronie Niemiec Turcja zdoła wreszcie 
uniknąć bezustannych kapitulacji, starał się szybko sprowadzić urządzenia i 
części zamienne dla tureckich kolei i młynów, zaopatrzyć w zboże tureckie 
miasta, doprowadzić do tego, by Turcja nie tylko jesienią wypowiedziała wojnę, 
ale w możliwie krótkim czasie podjęła realne działania wojskowe na Kaukazie. (I 
identyczne zamiary miał w stosunku do Bułgarii, ją także zdołał przygotować do 
wojny.) Dopiero po dokonaniu tych ważnych przedsięwzięć mógł sobie Parvus 
pozwolić na to, by rzucić się w wir zaniechanej, umiłowanej publicystyki, w 
bałkańską prasę, gdzie rzucił hasło: ,,O DEMOKRACJĘ PRZECIW 
CARATOWI!”

Trzeba to było wyjaśnić, uzasadnić, żeby przekonać możliwie najliczniejszych — 
i sprawne pióro z łatwością krzesało iskry: nie należy stawiać pytania „kto ponosi 
winę za wybuch wojny” i „kto jest agresorem”, światowy imperializm przez całe 
dziesięciolecia przygotowywał tę wojnę i ktoś musiał zaatakować pierwszy, nie 
ma to znaczenia. Nie należy szukać tych nieistotnych powodów, trzeba natomiast 
myśleć na sposób socjalistyczny: jak m y, proletariat całego świata, mamy 
wykorzystać tę wojnę, to znaczy: po czyjej stronie walczyć? W Niemczech — 
działa najsilniejsza na świecie socjaldemokracja, Niemcy to ostoja socjalizmu i 
dlatego dla Niemiec ta wojna jest wojną obronną. Jeśli socjalizm zostanie 
rozgromiony w Niemczech — zostanie rozbity wszędzie. Drogą do zwycięstwa 

background image

światowego socjalizmu jest wojskowe umocnienie Niemiec. A to, że carat 
znajduje się po stronie Ententy wskazuje nam jeszcze wyraźniej, gdzie jest 
prawdziwy wróg socjalizmu: a tego zaś wynika, że zwycięstwo Ententy przyniesie 
całemu światu jeszcze gorszy ucisk. Tak więc partie robotnicze całego świata 
powinny walczyć przeciw carskiej Rosji. Doradzanie proletariatowi by zachował 
neutralność (Trocki) — oznacza wyłączenie się z historii, rewolucyjny

92

kretynizm. Tak więc, zadaniem światowego socjalizmu jest ostateczne rozbicie 
Rosji i rewolucja w tym kraju. Jeżeli Rosja nie zostanie zdecentralizowana i 
zdemokratyzowana — niebezpieczeństwo grozi całemu światu. Niemcy zaś 
ponoszą główny ciężar walki z mo-skalskim imperializmem i ruch rewolucyjny w 
tym kraju powinien na jakiś czas zostać zaniechany. A poza tym zwycięstwo w 
wojnie przyniesie także proletariatowi klasowe zdobycze. ZWYCIĘSTWO 
NIEMIEC TO ZWYCIĘSTWO SOCJALIZMU!

W odpowiedzi na tę publikację pierwsi przyjechali do Parvusa na naradę 
przedstawiciele ,,Związku Wyzwolenia Ukrainy” z Wiednia (wśród nich byli 
znajomi z czasów „Iskry”), a później także nacjonaliści ormiańscy, gruzińscy — 
dla wszystkich bojowników walczących przeciw Rosji drzwi jego 
konstantynopolskiego domu stały zawsze otworem.

Te wytężone poszukiwania Parvusa były magnesem dla innych, którzy dzielili się 
z nim swymi doświadczeniami, a połączenie doświadczeń socjalistów i 
nacjonalistów stanowiło mieszaninę wybuchową, z której rodził się Plan. Dotąd 
wszystkie socjalistyczne programy stale były pełne bredni na temat autonomii — 
nie! Tylko przez rozerwanie i rozczłonkowanie Rosji — można będzie obalić 
absolutyzm, dać narodom od razu — i wolność, i socjalizm.

W okresie, gdy ponosiły klęski pierwsze ekspedycyjne grupy Ukraińców i 
Kaukazczyków (zwerbowali w pośpiechu i ludzi nieodpowiedzialnych i 
awanturników, o konspiracyjnym przedsięwzięciu nagle zrobiło się głośno, pisała 
o nim cała emigracyjna prasa, więc Enwer-pasza wstrzymał ekspedycję), w 
ogromnej, pełnej pomysłów głowie Parvusa dokonywało się ostateczne, 
magnetyczne spojenie żelaznych elementów w jednolity Plan. I tak jak 
mechanika lubi trójkątne łączniki ze względu na ich odporność na deformacje, 
tak elementom socjalistycznym i nacjonalistycznym brakowało trzeciego 
sojusznika — rządu Niemiec: najbliższe cele całej trójki — były zbieżne!

Całe dotychczasowe życie Parvusa było jakby nakierowane na bezbłędne 
stworzenie tego Planu. I Parvusowi, który łączył w sobie, na szczęście, zalety 
teoretyka, polityka i kombinatora — pozostało tylko w grudniu Czternastego 
sformułować plan w punktach, w styczniu przedstawić go ambasadorowi 
Niemiec, otrzymać zaproszenie do Berlina, w czasie spotkania wprawić w 
zdumienie kierownictwo ministerstwa (przez dziewiętnaście lat kraj ten nie rzucił 
mu pod nogi nawet obywatelstwa, zamykał jego redakcje, wypędzał go z miasta 
do miasta, mógł wydać rosyjskiej ochranie — a teraz oczy najwyższych 
dostojników rządowych wpatrywały się przezornie w jego, prorocze), a w marcu 
Piętnastego przedstawić ostateczne, szczegółowe memorandum i otrzymać 

background image

awansem pierwszy milion marek.

93

Plan był następujący: połączyć pod wspólnym kierownictwem wszystkie 
możliwości, wszystkie siły i wszystkie środki, z jednego sztabu prowadzić 
działania państw centralnych, rosyjskich rewolucjonistów i narodów kresowych. 
(Wiedział doskonale, na co się waży — ale był do tego doskonałe przygotowany.) 
Żadnych rozproszonych, nieuzgodnionych improwizacji. Plan przekonywał 
zdecydowanie, że żadne niemieckie zwycięstwo nie będzie ostateczne bez 
rewolucji w Rosji: nierozdrobniona Rosja pozostanie ciągłym zagrożeniem. Ale 
też nie ma takiej siły, która mogłaby samodzielnie zburzyć rosyjską twierdzę, 
można tego dokonać wyłącznie wspólnym, zsynchronizowanym działaniem 
wszystkich: jednoczesnym wywołaniem rewolucji społecznej i narodowej przy 
finansowym i materialnym poparciu Niemiec. Doświadczenie rewolucji 1905 
roku (autor znał ją doskonale!! I dla cesarskiego rządu gwarancja solidności 
doradcy było właśnie to, że nie jest nim jakiś przybłąkany kupiec, tylko Ojciec 
Pierwszej Rewolucji) pozwalają stwierdzić, że wszystkie symptomy powtarzają 
się, wszelkie dane niezbędne rewolucji nadal istnieją, a nawet, w warunkach 
wojny światowej, potoczy się ona jeszcze szybciej, tylko wtedy jednak, jeśli uda 
sieją umiejętnie pobudzić, działaniem z zewnątrz przyspieszyć katastrofę. 
Rozruchy

0 podłożu   społecznym   wybuchną w pierwszej kolejności w zawczasu do tego 
przygotowanych Zakładach Putiłowskich, Obu-chowskim i Stoczni Bałtyckiej w 
Petersburgu, a także w stoczni w Nikołajewie (na południu Rosji autor ma 
szczególnie dobre kontakty). Wyznaczona zostaje data, w Rosji jest już taki dzień 
brzemienny w wydarzenia: rocznica Krwawej Niedzieli. Zacznie się od 
jednodniowego strajku ku czci poległych, jednorazowej ulicznej manifestacji — 
8-godzinny dzień pracy, demokratyczna republika, ale kiedy zaczną rozpędzać, 
stawiać opór, poleje się choćby trochę krwi — płomień ogarnie, zapali wszystkie 
lonty! Jednocześnie rozruchy przekształcają się w strajk powszechny, ,,w imię 
wolności i pokoju’ ‘. Ulotki w największych fabrykach — i przygotowana już na 
tę chwilę broń w Petersburgu i Moskwie! W ciągu 24 godzin wprowadzi się do 
akcji sto tysięcy ludzi! Do strajku natychmiast przyłączą się kolejarze (oni także 
zostaną wcześniej przygotowani), zamrze wszelki ruch na liniach Petersburg-
Moskwa, Petersburg-Warszawa

1 prowadzących na południc wy-zachód. Aby zasięg był powszechny i działania 
zgodne, wysadzi się w powietrze niektóre mosty, tak jak w 905. W kilku 
miejscach trzeba będzie wysadzić mosty również na magistrali syberyjskiej, w 
tym celu należy wysłać tam ekspedycję złożoną z doświadczonych agentów. 
Odrębna część planu dotyczy Syberii: rozlokowane tam wojska są niezwykle 
słabe, w miastach, pod wpływem zesłańców, panują nastroje rewolucyjne. Ułatwi 
to prowadzenie dywersji, a gdy zamieszki się już zaczną —

94

dokonać masowego przemieszczenia zesłańców do Petersburga, dając stolicy 
zastrzyk tysięcy aktywnych agitatorów, żeby propaganda zdołała objąć miliony 

background image

rosyjskich rekrutów. Propagandę będzie także prowadzić cała lewicowa prasa 
rosyjska, którą wzmocni strumień defetystycznych ulotek z emigracji (ich druk 
można bez trudu zorganizować — na przykład w Szwajcarii). Pożyteczna będzie 
każda publikacja, osłabiająca wśród Rosjan wolę oporu i wskazująca, że 
rewolucja społeczna jest wyjściem z wojny. Ostrze propagandy zostanie 
skierowane przeciw armii czynnej. (Istniała także możliwość wybuchu powstania 
we flocie Czarnomorskiej. Jeżdżąc po Bułgarii, Parvus zdołał już nawiązać 
kontakty z marynarzami z Odessy. Podejrzewał zawsze, że „Potiomkina” zrobili 
Japończycy.) Doświadczonych agentów wyśle się również z zadaniem podpalania 
szybów naftowych w Baku, co nie jest zbyt skomplikowane, zważywszy na słabą 
ich ochronę. Dynamikę rewolucji społecznej należałoby wzmocnić także przez 
posunięcia finansowe: rozrzucając z niemieckich samolotów dla ludności 
rosyjskiej fałszywe ruble, a jednocześnie — puścić w obieg międzynarodowy, do 
Petersburga i Moskwy — banknoty o tych samych seriach i numerach — aby 
doprowadzić do załamania międzynarodowego kursu rubla i spowodować panikę 
w stolicach.

I wraz ze wszystkimi swoimi Clausewitzami, Moltkem starszym i Moltkem 
młodszym, z całą ich zarozumiałą strategią i nadętą sztabową precyzją — zakute 
pruskie łby nigdy nie zdobyłyby się na taki rozmach! na taki pomysł!!!

Nigdy nie miały Niemcy doradcy do spraw Rosji, który by tak doskonale znał 
wszystkie jej słabe punkty. (A wobec tego, że nie miały, więc i teraz nie umiały 
tego docenić.)

Ale to jeszcze nie wszystko! Jednocześnie wybuchnie rewolucja narodowa. Jej 
głównym zarzewiem — ruch ukraiński, bez ukraińskiej podpory cały gmach 
Rosji szybko runie. Ruch ukraiński wywoła niemal natychmiast rozruchy 
Kozaków dońskich. Wydaje się oczywiste również poparcie najbardziej do tego 
dojrzałych, świadomych, już niemal wolnych Finów: bez trudu można wysłać do 
nich broń, a za ich pośrednictwem — do Rosji. Polska — jest w każdej chwili 
gotowa do antyrosyjskiego powstania i tylko czeka na znak. Między 
zbuntowanymi Polską i Finlandią ruszy się także Nad-bałtyka. (W innym 
wariancie Parvus przewidywał, że gubernie te chętnie przyłączą się do Niemiec.) 
Nacjonaliści Gruzji i Armenii już dziś realnie, i finansowo współpracują z 
rządami państw Centralnych. Kaukaz —jest rozdrobniony i podburzyć go będzie 
trudniej, ale dzięki pośrednictwu Turcji, poprzez muzułmańską agitację, 
porwiemy go na gazawat, świętą wojnę. I w takim okrążeniu jest rzeczą 
nadzwyczaj wątpliwą, żeby turscy Kozacy chcieli nadstawiać głowy za ca-

95

ra, a nie, jak inni, odłączyć się od Rosji.

I scentralizowana Rosja — runie na zawsze! Walki wewnętrzne wstrząsną Rosją 
aż do fundamentów. Chłopi zaczną siłą odbierać ziemię obszarnikom! Żołnierze 
gromadnie będą uciekać z okopów, żeby zapewnić sobie udział w podziale ziemi. 
(Zbuntują się przeciw oficerom, wystrzelają generałów! — ale tę część 
perspektywy należy ukryć, bowiem może ona wywołać u Prusaków nieprzyjemne 
skojarzenia.)

background image

Jednakże (łapiąc oddech) — to także nie wszystko! nawet to — nie wszystko! 
Potrząsnąwszy Rosją przy pomocy destrukcyjnej propagandy od wewnątrz — 
otoczyć ją także z zewnątrz wrogością światowej prasy! Kampanię antycarską 
podejmie wprawdzie prasa socjalistyczna różnych krajów — jednakże, 
ogarniając wszystko, od lewicy do prawicy, nagonkę podejmie następnie prasa 
liberalna, to znaczy przytłaczająca większość gazet na całym świecie. Prasowa 
wyprawa krzyżowa przeciw carowi! Sprawą szczególnie ważną jest przy tym — 
pozyskanie opinii publicznej Stanów Zjednoczonych. A poprzez zdemaskowanie 
caratu zdemaskowana i osłabiona zostanie jednocześnie cała Ententa!

Oto co zaproponował Parvus Niemcom: zamiast beznadziejnej jatki z udziałem 
wojsk lądowych i artylerii — wyłącznie zastrzykami pieniędzy, bez niemieckich 
ofiar — w ciągu zaledwie kilku miesięcy zostanie wyrwany najsilniejszy 
ludnościowo członek Enten-ty! Jakże miał nie uchwycić się tego programu rząd 
Niemiec!

Co do tego Parvus nie miał wątpliwości. Niepokoiło go raczej to, jak w Berlinie 
zareaguje na ten program! Jak zareagują na ten projekt macocha-partia, dla 
której jego idee zawsze były zbyt głębokie, aby korzystać z nich w masowej 
agitacji, wybiegające zbyt daleko w przyszłość, aby mogli je uznać za realne 
nawet przywódcy; partia, w której obijał się przez dziewiętnaście lat sypiąc jak z 
rękawa pomysłami — i nie otrzymał nigdy żadnego partyjnego stanowiska, na 
żadnym zjeździe nie miał prawa głosu. Przez krótki czas był w tej partii 
bohaterem — kiedy wrócił z Syberii, i wszyscy zaczytywali się jego 
wspomnieniami ,,W rosyjskiej Bastylii”. Później zaszar-gał sobie opinię 
nieszczęsną sprawą Gorkiego i tajna komisja partyjna skazała go na wyrzucenie 
— i piętno to nie zostało zmyte do dziś, mimo pięcioletniej nieobecności. Ale 
najważniejsze było to niepojęte, legendarne, w ciągu jednego zaledwie roku, 
wzbogacenie się, którego ludzie nie potrafią wybaczyć przez swą ograniczoność, a 
soce przede wszystkim. (Zadziwiająca psychologia: gdyby ten majątek był 
dziedziczony — nikt i nigdy nie miąłby najmniejszych pretensji.) Już za samo 
bogactwo powinni byli go znienawidzieć i odtrącić — ale dla okazania swego 
oburzenia znaleźli jednak lepszy powód: stał się wspólnikiem imperialistów! 
Można jeszcze zrozumieć Klarę i Lieb-

96

knechta, ale — Róża! Kiedyś był z nią tak blisko (nawiasem mówiąc, także wtedy 
wstydziła się go — ze względu na powierzchowność?

— zawsze ukrywała ten związek) — a nawet Róża pokazała mu drzwi. W 
międzyczasie umarł Bebel, Kautsky i Bernstein — odłączyli się, byli coraz słabsi, 
a nowe, pewne siebie kierownictwo szukało słabych punktów w postawie 
energicznego socjalisty: a jak zachowa się rząd pruski po zwycięstwie? a niby 
dlaczego pod wpływem rewolucji w Rosji miałby zmięknąć i zmienić na korzyść 
swój stosunek do socjalizmu? a czy aby nie zniszczy za jednym zamachem także 
sił demokratycznych w Anglii i Francji?...

I wszystkie te wątpliwości — były uzasadnione, miały jakiś sens

background image

— ale nikt z nich nie miał w sobie tej porywającej pasji w dążeniu do obranego 
celu, a tylko ona jest w stanie potrząsnąć światem i stworzyć inny, nowy! Nikt, 
niemal nikt w Europie nie był w stanie wybiec myślą naprzód i zrozumieć, że 
rozgromienie Rosji jest dziś kluczem do historii świata! cała reszta — to sprawy 
drugorzędne.

A socjaliści Ententy już podejmowali przeciw Parvusowi kampanię, aby go 
zdemaskować.

Ostrość zarzutów wysuwanych przeciw niemu przez socjalistów zatruwała mu 
całą radość z sukcesu, mimo iż większość z nich nie należała ani do ludzi nauki, 
ani do ludzi realnego czynu. Mieli zbyt wąskie horyzonty, żeby zrozumieć, że 
zmieniające się warunki wymagają gruntownej zmiany metod działania. Byli to 
już — urzędnicy od socjalizmu, zamknięci w korytarzach dogmatów jak w 
grobowcach: nie chodzili, nawet nie czołgali się po tych korytarzach, tylko leżeli 
tam i nie mieli odwagi nawet pomyśleć o jakimkolwiek zwrocie. Już pierwsze 
otwarte apele Parvusa żeby pomagać Niemcom wywołały w nich dziewicze 
przerażenie. Jakże byliby szczęśliwi, gdyby mogli przesiedzieć całą wojnę 
zachowując całkowitą neutralność, ograniczając się tylko do wyrazów moralnego 
oburzenia — na wojnę i na tych, mają odwagę angażować się w nią!...

Ale decydująca dla Planu była rola socjalistów rosyjskich i właśnie ich zadania 
zostały w Planie szczególnie dokładnie opracowane i przedstawione 
niemieckiemu rządowi. Są oni podzieleni, porozbijani na grupki, bezsilni — a 
żadnej z tych grupek nie wolno przeoczyć, wszystkie trzeba wykorzystać. W tym 
celu należy doprowadzić do ich połączenia — zorganizować kongres 
zjednoczeniowy, najlepiej w Genewie. Niektóre z tych grup — Bund, Spiłka, 
Polacy, Finowie — niewątpliwie poprą Plan. Ale nie uda się doprowadzić do 
zjednoczenia bez pojednania bolszewików i mieńszewików. A wszystko to będzie 
zależało — od przywódcy bolszewików, przebywającego obecnie w Szwajcarii.

Tu mogło pojawić się szereg trudności, jak choćby ta, że część rosyjskich 
socjalistów kierując się patriotyzmem nie zechce zaak-

7 —

Lenin w Zurychu

97

ceptować rozbicia rosyjskiego imperium. Ale istniało też pewne zabezpieczenie: 
biedni ci emigranci przez całe dziesięciolecia cierpieli na brak pieniędzy: zarówno
na zwykłe, codzienne potrzeby, żeby mieć co jeść, a zarabiać nie potrafili nigdy, 
jak i na swe bezustanne podróże i zjazdy, a także niekończące się nigdy potrzeby 
publikowania swych elaboratów w broszurach i prasie. Nie oprą się wyciągniętej 
do nich wypchanej sakiewce. Skoro silne, legalne zachodnie partie i związki 
zawodowe są zawsze skore przyjąć pomoc finansową, dajmy na to, dla swych 
pracowników, wszystko jedno — kto na świecie nie chciałby żyć dostatniej, 
cieplej, ładniej, swobodniej? (dyskretna pomoc dla skromnie żyjących 
przywódców również bardzo wzmacnia przyjaźń z nimi) — to jakże mogą 
odmówić emigranci.

background image

Jednak już w drodze do Szwajcarii, Parvus z góry cieszył się na sukces po 
spotkaniu z Leninem. Dawno już przeszła do historii ich współpraca w 
Monachium, nie widzieli się od lat — ale bystry wzrok Parvusa nigdy nie tracił z 
pola widzenia tego jedynego, niepowtarzalnego socjalisty Europy — całkowicie 
bezstronnego, wolnego od uprzedzeń, od pięknoduchostwa, gotowego na każdym 
niezbędnym zakręcie przyjąć każdą metodę, prowadzącą do sukcesu: jedynego 
bezwzględnego realisty w socjalizmie, po Parvusie. Czego brakowało Leninowi — 
to horyzontów. Dziwna, nieznośna ciasnota poglądów rozłamowca sprawiała, że 
tracił swa potężną energię — na drobiazgi, szczegóły, bezsensowne 
odszczekiwanie się, wymyślanie byle komu, kłótnie, podszczypywanie w prasie. 
Powodowała, że spalał się w bezsensownej walce, zatracał w stosach zapisanego 
papieru. Ta ciasnota rozłamowca skazywała go na nieskuteczność w Europie, 
pozostawiała mu wyłącznie sprawy rosyjskie, ale tym samym czyniła 
niezastąpionym dla działań w Rosji! Właśnie teraz!

Teraz, kiedy młodszy współbojownik, Trocki, najbliższy z bliskich, wyrzekł się go 
na zawsze, gdy Trockiego opuściły siły żywotne i ostrość widzenia — jakże 
zachęcająco mamiła Parvusa potężna leninowska gwiazda ze Szwajcarii: 
niezależnie od Parvusa, twierdził dokładnie to samo: że nie warto się 
zastanawiać, kto napadł pierwszy; że carat to ostoja reakcji i powinien zostać 
rozbity w pierwszej kolejności; że... Z różnych zawoalowanych myśli, ukrytych w 
podrzędnych zdaniach i dla nikogo poza nim nie zauważalnych, Parvus domyślił 
się, że Lenin nie zmienił się ani pod względem skromnych wymagań, ani też co do 
swych zasad, że nawet się nie skrzywi zawierając sojusz z Wilhelmem, a choćby i 
diabłem — aby tylko zniszczyć cara. Dlatego właśnie posyłał mu Panras 
zawczasu wieści o interesujących propozycjach: że sojusz zostanie zawarty — nie 
wątpił. Tylko te nieszczęsne, wydumane rozbieżności z mieńszewika-mi, w 
sprawie których Lenin był szczególnie głupio uparty. Ale miliony marek na 
pomoc miały przecież swoją wagę? W memorandum

98

do rządu niemieckiego Paryus wręcz określił Lenina, wraz z jego podziemną 
organizacją obejmującą całą Rosję — jako swoją główną podporę. Uczynić 
Lenina swą prawą ręką, jak w poprzedniej rewolucji Trackiego — oto gwarancja 
sukcesu.

Pewien sukcesu jechał Parvus do Berna i szedł z cygarem w ustach przez 
stołówkę, i był zdumiony demonstracyjną odmową, ale później docenił rozsądną 
taktykę. I na nędznym łóżku napierał, napierał na niepozornego Lenina swym 
wielopudowym ciężarem:

— Przecież musicie mieć   kapitał!   Czym   będziecie zdobywać władzę? Oto 
nieprzyjemne pytanie.

T-to Lenin rozumiał doskonale! Że przy pomocy samych idei nic się nie da 
zrobić, że rewolucji nie da się dokonać nie dysponując siłą, a w naszych czasach 
podstawową siłę stanowią pieniądze, a dopiero z pieniędzy wynikają wszelkie 
inne rodzaje siły — organizacja, broń i ludzie zdolni tą bronią zabijać — 

background image

wszystko to prawda, któż zaprzeczy!

Ze swą niezrównaną lotnością umysłu, nie tracąc czasu na zastanawianie się, ze 
swą zmieniającą się błyskawicznie mimiką — oto właśnie uśmieszek wspólnika, 
który chce coś zaproponować — bez żenady wycofywał się, z lekka grasejując:

— Niby dlaczego — nieprzyjemne? Jeśli do pieniędzy ma się stosunek partyjny 
— dla partii jest to przyjemne. Nieprzyjemnie jest tylko wtedy, jeśli z pieniędzy 
czyni się oręż przeciw partii.

—  Ale, nawiasem mówiąc, coś tam jednak do was dociera — z przyjaznym 
uśmieszkiem przypomniał Parvus — za coś przecież „Socjal-Demokratę” 
wydajecie. A może — brzuch Falstaffa trząsł się ze śmiechu — a może, 
powiedzmy, wobec szwajcarskich agentów podatkowych twierdzicie, że 
przeciwnie, żyjecie z honorariów wypłacanych przez ,,Socjal-Demokratę”?...

Uśmieszek — często gościł na twarzy Lenina, uśmiech — niezwykle rzadko — 
zamiast tego mrużył powieki, chowając jeszcze głębiej i tak już przez samą 
naturę ukryte oczy. I z namysłem dobierał słowa.

— Filantropijne fundusze zawsze skądś napływają. Przyjmowanie 
dobroczynności — jest rzeczą absolutnie partyjną, dlaczegóżby nie?

(A przecież pieniędzy nie jest znów tak mało, wszyscy mogliby żyć nieco 
swobodniej, co też bezwstydnie czynią niektórzy z tych, przez czyje ręce te 
fundusze przechodzą. Wręcz nieprzyzwoicie szasta pieniędzmi Bagocki, nikt nie 
próbuje sprawdzić austriackich pieniędzy u Weissa. Tu jednak nie wolno 
przesadzić, bo można wszystko zepsuć. Niech już będzie jak jest.)

Oka nie ma na czym zatrzymać — ani na wystrzępionej marynarce Lenina, ani 
na połatanym kołnierzyku, ani na spranym obru-

99

się, ani na czymkolwiek w tym pustym pokoju, gdzie zamiast półki z książkami 
— stoją, jedną na drugiej, dwie skrzynki. Ale Parvus ani trochę nie wstydził się 
przed nim swoich brylantów, ani — szewiotu, ani angielskich butów: całe to 
leninowskie biedowanie to tylko gra, partyjna zasadzka, żeby nadawać ton, 
służyć przykładem ,,przywódcy bez skazy”. Ta wydumana, przez lata odgrywaną 
rola — jest świadectwem zarówno ograniczenia, jak i ubóstwa myśli. Ale da się 
to naprawić, Leninowi także będzie można nadać rozmachu.

(A właśnie — nie! A właśnie — nie! Wewnętrzny sprzeciw, potrzeba 
przeciwstawienia się sprawiły, że Lenin sam, zawsze i wszędzie, rezygnował z 
wszelkiego dostępnego mu, będącego w zasięgu ręki zbytku. Dostatek — to co 
innego, dostatek — ma sens, ale zbytek — to początek rozkładu i przez to Parvus 
wpadł. Pieniądze mogą sobie płynąć nawet milionami, ale — na rewolucję, a 
samemu należy ograniczać się do tego, co niezbędne, samemu — liczyć każdy 
rappen i chlubić się tym. I wcale nie po to, żeby się maskować. I tylko w 

background image

niewielkim stopniu po to, żeby dawać przykład innym, których nie można 
zmusić.)

Szybkim spojrzeniem z ukosa, od dołu do góry, Lenin bez wrogości, bez urazy:

— Izraelu Łązariewiczu! Ta wasza bezkrytyczna wiara we wszechwładzę 
pieniądza — zwiodła wąs na manowce. Zrozumcie, zwiodła.

(Bo przy niewielkich wydatkach jest jak w zamkniętym pokoju, jak przy 
zachowaniu pełnej tajemnicy; nic nie przedostaje się na zewnątrz, czujesz się 
pewniej, nigdy się nie rozbestwisz, wszystko ze sobą się łączy i wiąże. A bogactwo 
— przypomina niekontrolowaną paplaninę. Nie! Dyscyplina we wszystkim, w 
tym także. Tylko przy ograniczeniach może się rozwijać i pogłębiać wola 
działania. I nawet: kaucja za prawo pobytu w Szwajcarii, podstawa 
bezpieczeństwa i całej działalności, 1200 franków — maje, ale: nie! nie płacić! — 
zabiegać, pisać — składać oświadczenia o niewypłacalności — prosić o 
wyjątkowe potraktowanie, o 10-krotne zmniejszenie stawki — tracić najlepsze 
godziny na wizyty u prezydenta policji, nawet wtedy, kiedy idzie się z Karlem 
Moorem, w którego kieszeni znajduje się wypchany portfel i wystarczyłoby 
wyciągnąć rękę, żeby wyjął asygnatę. I otrzymawszy wreszcie zniżkę do trzystu 
— zapłacić tylko sto, później długo targować się, a po przeprowadzce do 
Zurychu — nadal nie płacić, tylko pisać i prosić, i korespondować z Bernem: by 
tamtą setkę przesłali do tutejszego kantonu. To Lenin potrafił: zaciskać pasa — 
potrafił. Tylko wtedy — naprawdę dobrze się czuł.)

Sens każdej rozmowy: nie odsłaniając bez potrzeby siebie, wyciągnąć z 
rozmówcy wszystko, do dna.

100

Złośliwym, badawczym spojrzeniem, ze sceptycznym uśmieszkiem:

—  No i po cóż wam osobiste bogactwo? No, proszę mi odpowiedzieć? Proszę mi 
to wytłumaczyć.

Dziecinne pytanie z tych „dlaczego”, na które nawet odpowiadać nie warto. Ależ 
po to, żeby wszelkie ,,chcę” przechodziło w ^mam”. Zapewne odczuwa się 
podobną przyjemność jak siłacz, który czuje siłę i sprawność swych mięśni. 
Potwierdzenie swego miejsca na ziemi. Sens życia.

Westchnął:

— Przecież to ludzkie: lubić być bogatym. Doprawdy tego nie rozumiecie, 
Włodzimierzu Iljiczu?

I — spojrzał. I nagle, patrząc na łysinę, zwiotczałą skórę na skroniach i 
przesadnie uniesione, zbyt wygięte brwi, powziął podejrzenie: rzeczywiście — nie 
rozumie, nie udaje. Przenikający wszystko wzrok, ale z boku — nie widzi nic.

background image

Trzeba do niego łagodniej:

— No, jakby to wam powiedzieć... Tak, jak przyjemnie jest mieć dobry wzrok, 
jak przyjemnie mieć dobry słuch — podobnie jest też z bogactwem...

Czyż Parvus to sobie wykalkulował, czyż wynikało to z jego przekonań — żeby 
stać się bogatym? Nie — była to wrodzona potrzeba, a ciągoty do handlu, 
geszeftu, wykorzystania każdej, znajdującej się w zasięgu wzroku możliwości 
zarobienia nie były założonym programem, lecz działaniem niemal biologicznym, 
podejmowanym niemal nieświadomie — i jednocześnie realizowanym 
bezbłędnie! To był jego instynkt: w każdej chwili czuć każdym nerwem, j a k 
dookoła toczy się życie gospodarcze, gdzie powstają w nim dysproporcje, 
niezgodności, podziały, które aż się proszą, krzyczą — by wsadzić tam rękę i 
wyciągnąć stamtąd zysk. Było to do tego stopnia instynktowne, że swe rozmaite 
interesy finansowe, które obejmowały już dziesięć krajów w Europie, prowadził 
bez jakiejkolwiek księgi rachunkowej, cały ruchomy debet-kredyt — miał w 
głowie.

(Ostatecznie, osobiste bogactwo — to Privatsache, sprawa prywatna, to prawda. 
Ale oczy płonęły i usiłowały wybadać: czy on w ogóle jest socjalistą? Oto 
problem: dwadzieścia pięć lat socjalistycznej publicystyki — a czy aby na pewno 
jest socjalistą?...)

Ale wracając do tematu:

—  Przecież tłumaczę wam! Bogactwo — to władza! Do czego zmierza proletariat 
— do władzy? Moje nazwisko jest głośne od dwudziestu pięciu lat i znaczyło 
więcej niż wasze, a nic mi nie dało. A bogactwo — otwiera wszystkie drogi. 
Weźmy choćby te pertraktacje. Jakiż rząd uwierzy nędzarzowi — da mu miliony 
na projekt? A

101

bogaty — sobie nie weźmie, bo ma własne miliony.

Nieproporcjonalna, niesymetryczna głowa ufnie pochylona na bok i przyjaźnie, 
łagodnie spoglądały na Lenina bezbarwne oczy filozofa:

— Nie przegapcie chwili, Włodzimierzu Iljiczu. Taką szansę życie daje — tylko 
raz.

Tak, to zrozumiałe. Już w pierwszych dniach wojny, kiedy to doświadczył 
niezwykłej wygody — przyjazne, pomocne skrzydło (wówczas — austriackie) w 
mgnieniu oka przeniosło go tam, gdzie trzeba (nie było wówczas ruchu 
pasażerskiego do Szwajcarii, rodzinę Uljanowów przewiózł pociąg wojskowy) 
Lenin olśniony był odkryciem takich możliwości: nie być zależnym, przestać 
wreszcie pływać pośród słów i pojęć, tylko raz na zawsze zerwać z tą bezradną, 
trzęsącą się z zimna emigracją, przylgnąć i przyłączyć się do ruchu 
autentycznych materialnych sił. Jak zawsze i we wszystkim — także pod tym 

background image

względem Parvus go wyprzedził.

— Aby dokonać rewolucji — potrzebne są wielkie pieniądze — przekonywał 
Parvus, napierając ramieniem na ramię, przyjaźnie. — Ale żeby po dojściu do 
władzy utrzymać się — potrzebne będą jeszcze większe pieniądze.

Z innej strony — ale niewątpliwie słusznie.

Z punktu widzenia swych racji najwyższych, najważniejszych, Parvus miał 
niewątpliwie słuszność.

Ale z punktu widzenia swoich najwyższych racji — niewątpliwie słuszność miał 
Lenin.

—  Pomyślcie tylko, gdyby połączyć moje możliwości — i wasze. I mając takie 
poparcie! Przy waszym niezrównanym talencie do rewolucji! — jak długo się 
można obijać po tych emigracyjnych dziurach? Jak długo można czekać na 
rewolucję gdzieś tam, w przyszłości, a kiedy jest tuż obok, chwyta za ramię — nie 
poznać jej?...

E, nie! Nic! Nic — ani wspólna radość, ani ogromna nadzieja, ani, oczywiście, 
pochlebstwo, nie były w stanie ani na jotę osłabić leninowskiej ostrości widzenia! 
Najmniejszą szczelinę rozbieżności — dostrzegał wcześniej i wyraźniej, niż 
potężne masywy platform porozumienia. To nic, że — odsunięty, to nic, że — 
nieudacznik, ale mimo wszystkich sukcesów Parvusa, mimo jego proroctw, nie 
ma najmniejszych wątpliwości: nie, nie tak! albo! nie, niezupełnie tak! I choć 
niczego nie osiągnąłem, słuszność jest po mojej stronie!

Tak, Parvusa to śmieszy, trzęsie się ze śmiechu potężne cielsko, które nie 
odmawia sobie butelki szampana na czczo, i kąpieli, i kolacji z kobietami, jeśli 
reumatyzm nie przykuwa do łóżka:

— Nadal więc macie zamiar zdobywać pieniądze przy pomocy bandytów? 
Będziecie teraz rabować ,,Credit Lyonnais”? Przecież wyrzucą was do Kaledonii, 
towarzysze! Na galery!

102

Wybuchnął śmiechem.

Brwi Lenina uniosły się lekko z wyraźną dezaprobatą. Ale badawcze spojrzenie 
— bez uprzedzeń analizuje problem.

Napady na banki jeszcze przed uprawomocnieniem powszechnej ekspropriacji 
kapitałów — teoretycznie nie są żadnym błędem, to — jakby branie pożyczek od 
samych siebie, z przyszłości. W praktyce jednak — różnie bywa. Jeśli bolszewicy 
w latach rewolucji osiągnęli w jakiejś dziedzinie niewątpliwe sukcesy — to 
właśnie w ek-sach. Zaczynali od napadów na kasy biletowe, na pociągi. A już 
pierwsze 200 tysięcy z Gruzji przeobraziło życie partii. A gdyby jeszcze w 907 

background image

zagarnęli w Berlinie z banku Mendelsona 15 milionów (Kanio po drodze został 
aresztowany, nie udało się) — to ho, ho! Metoda ryzykowna, ale niezwykle 
efektywna, w każdym razie nie szarga opinii partii tak, jak kontakty ze sztabami 
obcych państw.

— Szarga? Boicie się wpadki? — także przez szparki przymrużonych oczu i z 
umyślną ironią, lekceważeniem i wyższością pyta Parvus. — A ja wam powiem, 
na podstawie całego swego doświadczenia: przy wielkich... przedsięwzięciach — 
nie wpada się nigdy. Tylko ci, którzy rozmieniają się na drobne — właśnie oni 
wpadają.

Gruboskórny! To co się mówi — ma gdzieś, wali przez świat swymi nogami jak 
słupy, tratując wszystko, co mu staje na drodze.

Prawe oko Lenina patrzy zezem. Ze złością.

Parvus życzliwie. Swymi zimnymi dłońmi chwyta obie ręce Lenina, nieprzyjemny 
zwyczaj, mówi jak oddany przyjaciel (kiedyś o mało nie przeszli na ,,ty”):

— Włodzimierzu Iljiczu, przemyślcie to jeszcze raz! Musicie przecież 
przeanalizować: dlaczego przegraliście już jedną rewolucję? Czy aby nie z 
powodu waszych własnych wad? To ważne ze względu na przyszłość. Uważajcie, 
żebyście nie przegrali następnej.

Skąd ta bezczelna pewność siebie? Po kiego diabła pcha się na nauczyciela? 
Znowu chciałby siebie narzucić jako przywódcę? Samouwielbienie kompletnie go 
oślepia!

Wyrwał ręce! I — z uśmieszkiem, złośliwym, szyderczym uśmieszkiem, z wysoko 
uniesionymi brwiami, gdy dostaje rumieńców, rozkoszując się swym 
triumfującym szyderstwem:

— Izraelu Łazariewiczu! Byłoby lepiej, gdybyście więcej uwagi poświęcili 
analizie — swoich wad. Tamtej rewolucji ja nie przegrywałem, bo nie ja ją 
prowadziłem. Przegraliście ją —   wy.   Co wy sobie wyobrażacie?!

I jeszcze nic nie zostało powiedziane, rzeczowy argument, jeszcze można się 
zatrzymać. Ale zadyszka z powodu tuszy, uciskającej żebra przez tyle lat, ale 
sama natura drwiny popycha dalej niż trzeba (a cóż właściwie posiada prócz 
własnej ambicji? prócz żądzy władzy? prócz bogactwa?):

103

— A w Pietropawłowce — dlaczegoście się tak szybko załamali, z powodu 
pojedynczej celi, z powodu wilgoci? Cóż to za litowanie się nad swym trupem? 
Cóż to za patetyczny, żenujący pamiętnik w guście niemieckiego filistra? I te 
brednie na temat amnestii! Niewiele brakowało, a złożylibyście skargę do cara. 
Czyż to przystoi wodzowi rewolucji? Jakiż z was przywódca rewolucji!

background image

A sam? — maleńki, łysawy, z nastroszonymi brwiami, przenikliwym 
spojrzeniem, o ruchach nerwowych, niespokojnych?

Ale poza nimi dwoma nikt się nie liczył.

Parvus nigdy się nie rumienił, jakby ciecz która krążyła w jego żyłach nie była 
czerwona, tylko — wodnistozielona, i taka sama skóra. I — wcale by się teraz nie 
obraził, ale gdy Lenin posunął się do szyderstwa, a przy tym jeszcze podrygiwał 
— nie mógł się powstrzymać i zapominając o wszystkich jego zaletach odciął się 
nierozsądnie:

— Pomyślałby kto, że walczyliście na barykadach! Pomyślałby kto, że choć raz 
wzięliście udział w ulicznej demonstracji wiedząc; że narażacie się na nahajki! Ja 
przynajmniej uciekłem z wywózki na Sybir! A wy — cóż mieliście uciekać, skoro 
dzięki fałszywemu zeznaniu zamiast północnej Syberii dostajecie Syberyjskie 
Włochy!

(I ledwie się powstrzymał, żeby nie powiedzieć: nie sztuka nawoływać do wojny z 
neutralnej Szwajcarii, a do tego nigdy w życiu nie służywszy w wojsku!)

Gdyby coś równie obraźliwego zarzucono mu publicznie — należałoby 
politycznie zabijać, szkalować aż do zniszczenia. Ale jeśli nie publicznie — można 
zareagować różnie. Można nawet uznać, że ta krytyka nie jest pozbawiona 
pewnej życzliwości. Niewykluczone, że sam też zareagował ostrzej niżby należało, 
taki to już nawyk, w dyskusji.

Ach, niepotrzebnie to powiedział! Nie po przecież jechał do Szwajcarii, żeby się 
kłócić.

Parvus — bardzo może się przydać, jego pozycja jest szczególna, po cóż się z nim 
kłócić?

Lenin — to podstawa całego Planu. Jeśli on się wycofa, kto będzie robił 
rewolucję?

I — znów ten leninowski uśmieszek, ale już inny, nie kąśliwy, tylko — 
porozumiewawczy uśmiech między najmądrzejszymi ludźmi na świecie, i ręka na 
ramię, i niemal szeptem:

— A wiecie? A chcielibyście wiedzieć, jaki był największy błąd, popełniony przez 
was w Piątym Roku? Błąd, który sprawił, że rewolucja została przegrana?

Z pełnym wyrozumiałości samozaparciem uczonego, który gotów jest przyjąć 
każdy, najcięższy nawet zarzut:

—  Manifest finansowy? Pospieszyłem się?

Między pochylonymi ku sobie głowami — pokiwał Lenin pal-

background image

104

cem i uśmiechnął się jak Kałmuk na astrachańskim bazarze zachwalający 
arbuzy:

—  Nie-e. Manifest finansowy — jest genialny! Ale te wasze Rady...

— Moje Rady — jednoczyły całą klasę robotniczą, a nie dzieliły jej, jak to robią 
socjal-demokraci. Moje Rady stopniowo przekształcały się już we władzę. I 
gdybyśmy zdołali wtedy wywalczyć 8-godzinny dzień pracy, tylko tyle! — za 
naszym przykładem wybuchłyby powstania w całej Europie — i to właśnie 
byłaby permanentna rewolucja.

Lenin przebiegle, spod przymrużonych powiek obserwował, jak z każdą chwilą 
ujawniała się coraz silniej miłość własna Parvusa i nie spieszył się, aby mu 
przerwać. A do tego ta przeklęta, mętnia-cka, permanentna rewolucja skłóciła 
całą ich trójkę; w różnych latach, jak na karuzeli, jeden za drugim, opowiadali 
się za nią, a kiedy udawało się im spojrzeć z dystansu, twierdzili z przekonaniem, 
że dwaj pozostali nie mają racji. Dwaj pozostali zawsze albo już, albo jeszcze nie 
byli ze sobą zgodni.

—  Ależ nie! — opędzał się Lenin konspiracyjnym szeptem, z przylepionym do 
ust chytrym i jednocześnie dobrodusznym uśmiechem Azjaty. — Przecież sami 
tak słusznie wówczas pisaliście: nieustająca wojna domową! proletariat nie może 
wypuszczać broni ze swoich rąk! — a przecież była to wasza broń?

Parvus zasępił się. Nikt nie lubi przypominać sobie o swoich błędach.

Ciągle z ręką na ramieniu rozmówcy, pochyliwszy się, z oczami jak szparki i 
przenikliwym spojrzeniem (wiele na ten temat myślał! najwięcej myślał właśnie 
na ten temat!), i teraz jest gotów powiedzieć co o tym myśli:

— Nie trzeba było czekać na żadne Zgromadzenie Narodowe, inne jeszcze poza 
Radami. Zwołaliście Radę Petersburską — i dobrze, to było właśnie narodowe 
klasowe zgromadzenie. A trzeba było...

I jeszcze bardziej konfidencjonalnie, ruszył jakby atakując szczyt, prosto do celu, 
i napięciem na twarzy, i spojrzeniem, i myślą, i słowami:

— A trzeba było od razu, nazajutrz utworzyć przy Radzie zbrojną organizację 
karną. I to — byłaby wasza broni

l — zamilkł, mając przed oczami tylko cel, który sobie wytknął. W tym 
momencie nic nie wydawało mu się równię ważne.

Właściwość oderwanego od życia myśliciela, marzyciela — myślał przez lata, i 
oto, gdy coś wreszcie odkrył, nie było dlań nic ważniejszego, nawet po upływie 
dziesięciu lat. Destrukcyjne emigracyjne życie, dalekie od autentycznego 

background image

działania, od rzeczywistych sił! —

105

żałosny los. Energia wielu, wielu lat została zmarnowana na waśnie, na spory, na 
rozłamy, na wzajemne zagryzanie się — i oto Parvus otwierał przed nim pole 
walki obejmujące cały świat — a on siedział na łóżku jak skurczony suseł i 
uśmiechał się do własnych myśli.

Drugi pod względem siły umysł europejskiego socjalizmu — marnował się w 
emigracyjnej dziurze. Trzeba było go ratować dla niego samego.

Dla sprawy.

Dla Planu.

—  A czy mój Plan rozumiecie? Plan — aprobujecie?!? Trzeba przełamać to jego 
odrętwienie: przysnął? schował się w

swej skorupie? Nic do niego nie dociera.

Przysunął się jeszcze bliżej — i wprost do ucha, przecież musi wreszcie 
zrozumieć:

—  Włodzimierzu Iljiczu! Przystąpicie do naszego sojuszu? Jakby ogłuchł. Oko 
— szklane. Nie odpowiada.

I z ręką opartą na jego ramieniu:

— Włodzimierzu Iljiczu! Nadeszła wasza godzina! Nadszedł czas, by wasze 
podziemie — zaczęło wreszcie działać i zwyciężać! Nie mieliście dotąd sił, to 
znaczy, nie mieliście pieniędzy — teraz ja wam naleję, ile tylko chcecie. Tylko 
otwórzcie te rury, przez które dałoby się wlewać! W jakich miastach — komu 
płacić pieniądze, proszę wymienić. Kto będzie odbierał ulotki, literaturę? Broń 
przewieźć trudniej — ale przewieziemy także broń. I w jaki sposób będziemy 
realizować centralne kierowanie rewolucją? Stąd, ze Szwajcarii, dziwię się, że 
dajecie sobie radę. Chcecie, przewiozę was do Sztokholmu? To bardzo proste...

Przypierał do muru, zarażał swym entuzjazmem! Wysunął się spod jego 
ramienia.

106

49

Doskonale wszystko słyszał i rozumiał. Ale bariera nieufności i obcości 
powstrzymywała Lenina przed całkowitą szczerością.

Na temat Dziewięćset Piątego powiedział mu już wystarczająco dużo.

background image

Jak mógłby nie docenić tego Planu, któż poza nim byłby w stanie go docenić? 
Doskonały, niezawodny program! Przewidywane akcje — możliwe do 
przeprowadzenia, wybrane środki właściwe, zaangażowane siły realne.

Teraz można już było mieć całkowitą pewność: trzeciego, równie potężnego 
umysłu nie było w całej Międzynarodówce. Tylko oni dwaj.

Należało być niebywale ostrożnym. W politycznych pertraktacjach, nawet w 
momentach zupełnie oczywistych — bądź podejrzliwy! Strzeż się zasadzki.

Cóż, Parvus znów go wyprzedził? Nie. Teoretycznie, ogólnie Lenin sformułował 
to samo już w pierwszych dniach wojny. W aspekcie ogólnym — Lenin do tego 
właśnie dążył, właśnie o to walczył. Ale Parvus zadziwiał konkretnym 
działaniem. Finansista.

Temu wspaniałemu programowi Lenin nie był w stanie niczego zarzucić — ani 
błędów, ani braku dobrej woli.

Jest bez zarzutu. Zgodnie z prostą zasadą — największy wróg mego największego
wroga — głównym sojusznikiem na całym świecie okazał się być rząd Kajzera. 
Że taki sojusz jest dopuszczalny, Lenin nie wątpił ani przez chwilę: ostatnim 
głupcem jest ten, kto lekceważy poważne środki w poważnej walce.

Sojusz — tak. Ale jeszcze ważniejsza — ostrożność. Ostrożność — nie jako 
asekuracja, ale jako warunek wszelkiego działania. Bez arcy-arcy-ostrożności — 
diabli wezmą wasz sojusz i cały wasz plan! Nie wolno było dopuścić do tego, żeby 
chór socjal-demokratycznych babć atakował i opluwał was po całej Europie. 
Lenin także sugerował ostrożnie, że co tam. Francja to republika rentierów, nie 
ma jej co żałować. Ale zawsze znał miarę, wiedział gdzie nie dopowiedzieć

107

i ile zapasowych wyjść pozostawić. A Parvus, afiszując się — postawił wszystko 
na jedną kartę i na zawsze stracił polityczną twarz.

Oto kiedy Lenin ocenił jego słabość i swą przewagę nad Parvusem. Parvus 
zawsze umiał lepiej wystartować i maszerował pierwszy, tarasując drogę. Ale na 
długim dystansie nie starczało mu kondycji: nie był zdolny prowadzić Rady 
dłużej niż dwa miesiące, pracować ponad dwadzieścia lat nad tym, żeby 
niemieccy soce zmienili swój sposób myślenia — rezygnował, odpadał. A Lenin 
czuł, że kondycji mu wystarczy — na bieg bez końca, bez wytchnienia, na bieg 
przez całe swoje życie — aż po grób. I nawet zwali się do tego grobu, nie 
osiągnąwszy celu. Ale — nie zrezygnuje.

Sojusz — owszem, chętnie, bardzo proszę. Ale w tym sojuszu być grymaśną 
narzeczoną, a nie wytrwałym narzeczonym. Niech o ciebie zabiegają. Robić 
wszystko, żeby nawet będąc słabszym zachować przewagę i niezależność. Czegoś 
takiego Lenin już nawet dokonał w Bernie. Oczywiście nie poszedł kołatać do 
drzwi niemieckiego ambasadora Romberga, jak Parvus w Konstantynopolu. 

background image

Lenin wszędzie nadawał rozgłos swym tezom, wiedząc doskonale, komu mogą się 
spodobać — i tezy docierały tam, gdzie należało. Romberg sam przysłał do niego 
estońskiego rewolucjonistę Keskulę, żeby ten zorientował się w zamiarach 
Lenina. Cóż, nie rezygnując ze swego prawdziwego programu — obalenie caratu,
separatystyczny pokój z Niemcami, uniezależnienie narodów, wyrzeczenie się 
cieśnin — można było pozwolić sobie na drobne kłamstewko: bez 
sprzeniewierzania się sobie, bez wypaczania swej linii obiecać Rombergowi, że 
rosyjska armia rewolucyjna wejdzie do Indii. Pryncypia nie zostały zdradzone: 
należy przecież atakować brytyjski imperializm, a któż inny miałby to uczynić? 
Kiedyś wejdziemy i tam. Oczywiście, było to drobne ustępstwo, niewielki ochłap, 
zakręt, koła zabuksowały, jednakże niebezpieczeństwa w tym nie było. A i 
Keskula miał spojrzenie i narowy wilcze, charakterem i pracowitością o ileż 
przewyższał rozmemłanych rosyjskich s-d — ale i tu nie przewidywał Lenin 
kłopotów: Estonię i tak trzeba będzie, tak jak wszystkie inne narody, wypuścić z 
rosyjskiego więzienia, linia nie została wypaczona: wykorzystywali się 
wzajemnie, unikając fałszywego kroku-. Wciągnęli do współpracy Artura 
Siefelda i Mojsieja Charitonowa, Keskula wyjechał do Skandynawii i bardzo 
aktywnie tam pomagał, zwłaszcza w działalności wydawniczej, zdobywał 
pieniądze na nasze broszury, pomógł nawiązać kontakty ze Szlapnikowem, a tym 
samym — z Rosją.

Wszystko to nie miało takiego rozmachu jak plan Parvusa, niemniej jednak 
jakiś, choć może niezbyt widoczny, pożytek z tego płynął. Ale za to — oblicze 
polityczne pozostawało czyste.

A Parvus wykazał na dodatek brak cierpliwości (oto kolejna je-

108

go wada). Widząc, że rozmowa nie przebiega po jego myśli, rezygnuje ze swego 
kandydata — z goryczą, z pogardą (a to nie może pomóc w niczym).

—  A więc i wy?... Jak wszyscy? Boicie się rączki zabrudzić? Czekacie?

A tak liczył na Lenina! — już kto jak kto, myślał, ale ten jest po jego stronie! A 
skoro nawet z nim nie sposób się dogadać — to z kim?

I wyciągając ostatnie argumenty, denerwował się, stracił gdzieś swą pewność 
siebie milionera:

— Włodzimierzu Iljiczu. Nie zostawajcie z tyłu. Komu jak komu, ale wam nikt 
tego nie wybaczy. Czyż nie widzicie, nie zrozumieliście jeszcze, że epoka 
rewolucjonistów z paczką bibuły czy bombą własnej roboty — minęła 
bezpowrotnie? Tacy — nie są już w stanie nic zrobić. Współczesny 
rewolucjonista — to gigant, jak my dwaj. Operuje milionami — ludzi, rubli, i 
musi mieć w swym ręku te dźwignie, przy pomocy których można państwo 
zniszczyć albo postawić na nogi. A uzyskać dostęp do tych dźwigni nie jest łatwo, 
zdarza się i tak, że trzeba iść ręka w rękę z szowinistami.

background image

To też prawda. Prawda. Ale...

(Można by zapytać: a jaka jest cena, którą będzie musiała zapłacić rewolucja 
rosyjska za niemiecką pomoc? Ale nie zapytał, zrezygnował, tylko zachował to 
pytanie dla siebie, w pamięci. Naiwnością byłoby liczyć, że ta pomoc będzie 
bezpłatna.

Ale... Przystępując do sojuszu, po pierwsze nie ufaj sojusznikowi. Skoro dałeś się 
wciągnąć w dyplomatyczną grę — w każdym sojuszniku powinieneś widzieć 
oszusta.

Lenin wcale nie drzemał — rozmyślał. Jeżeli już ktoś drzemał, to z pewnością nie 
on, już raczej Parvus — w trakcie berlińskich pertraktacji. Lenin podniósł w tym 
momencie oczy i w jego pytającym spojrzeniu czaił się niepokój. I przesłuchiwał, 
każdym pytaniem waląc jak w bęben:

— Czy rząd Wilhelma naprawdę zechce obalić rosyjską monarchię? Po co im to? 
Im zależy wyłącznie na pokoju z Rosją. A z monarchią rosyjską nadal będą 
chętnie współpracować i żyć w przyjaźni. Wszystkie nasze strajki potrzebne są 
im tylko po to, żeby zastraszyć cara i wymusić na nim pokój. Nic więcej.

Czyżby Parvus tego nie rozumiał? Nie, sprawia tylko takie wrażenie — bogaty, 
odżywiony, wypielęgnowana hiszpanka wyrasta z nalanego podwójnego 
podbródka. A mówiąc szczerze (czasem, do kogoś trzeba też szczerze) cień 
separatystycznego pokoju prześladował go w czasie wszystkich rozmów z 
niemieckim rządem. Pokój między Rosją a Niemcami uśmierciłby całą jego 
Wielką Ideę. I to bezustanne podejrzenie, że nawet dając pieniądze na rewolucję, 
o

109

niczym innym nie marzą jak tylko o separatystycznym pokoju z carem, w 
tajemnicy posyłają kogoś dla nawiązania kontaktów. Tego rodzaju próby 
podejmuje się dyskretnie, bez rozgłosu i należy być na nie przygotowanym — w 
porę je skompromitować, zniweczyć, przecież car nie jest już w stanie zawrzeć 
pokoju! a nawet gdyby, ni stąd, ni z owad, podpisał z wami pokój — wówczas 
władzę w Rosji może przejąć silny, nacjonalistyczny, prawicowy rząd, który i tak 
nie zechce respektować carskich zobowiązań. A wy wzmocnicie tylko jego 
pozycje! ...Wbijać Prusakom do głowy: ależ nie, realny pokój z Niemcami może 
podpisać tylko taki rząd, który cieszy się zaufaniem narodu. Pozwólcież więc 
żeby pokój stał się pierwszym hasłem rewolucji, podstawową troską nowego 
rządu! Takiemu rządowi łatwiej też będzie pójść na ustępstwa: ponieważ nie 
ponosi winy za wojnę. Taki rząd — da Niemcom znacznie więcej...

Widział już ten układ i gotów byłby go nawet sam podpisać przed czasem.

I w tej samej chwili dostrzegł w spojrzeniu Lenina, że i on widział.

Wszystkich szczegółów powiedzieć się nie da (i nie trzeba!): wśród Niemców 

background image

istnieją różne tendencje. Większość jednak przychyla się do opinii, że wrogiem 
numer jeden jest Anglia, gotowi są więc podpisać pokój z Rosją. I, na 
nieszczęście, nawet staats-sekretarz Jahow, Prusak nad Prusakami, mimo, iż 
uważa napór słowiańszczyzny za większe niebezpieczeństwo od Anglii, ale 
patrzcie państwo, nie odpowiada mu plan rozkładu Rosji przez rewolucję. (Nie 
sposób tego wytłumaczyć, pokrętność arystokratycznej tradycji, sceptyczna 
słabość intelektualna, Jahow nie ukrywa swej odrazy do dyplomacji agentów, 
osób zaufanych i maklerów. To, że właśnie taki jest szef ministerstwa spraw 
zagranicznych, szalenie, oczywiście, komplikuje sprawę.)

Ale przy swej wykwintnej brzydocie Parvus potrafi także zdobywać zaufanie 
ludzi. I niemiecki ambasador w Kopenhadze hrabia Brokdorf-Rantzau — już 
został zdobyty, dał się oczarować niezrównaną inteligencją Pąrvusą.

Wszystkie argumenty przeciw katastrofie separatystycznego pokoju! 
Przekonywać wszelkimi możliwymi sposobami: rewolucja w Rosji jest 
nieunikniona, ferment ogarnął cały kraj, objął wojsko, częściowo także oficerów, 
a wykształcona część społeczeństwa jest już w stanie wrzenia, cóż dopiero mówić 
o robotnikach, a nawet przemyśle wojennym — wystarczy zapałka i wszystko 
wybuchnie! Można nawet wyznaczyć konkretną datę — i dotrzymać jej!

Ale wielkogłowy, z potężną łysiną, maleńki, sprytny, z niemal przylepionym do 
ust uśmieszkiem, a z jeszcze mniejszym, jak się zdaje przekonaniem niż Jahow, 
bezlitośnie:

110

— Ale porozumienia jeszcze ciągle nie ma? Brak zgodności? Czy może to 
wszystko tylko pozory?

Odwieczna wyższość tych, którzy nie działają: wypytywać, być niezadowolonym, 
wskazywać braki.

Machając obiema rękami, jakby usiłował powstrzymać wywracające się do tyłu 
workowate cielsko, Parvus łapie wreszcie równowagę, prostuje się:

— Nie na herbowym papierze, oczywiście! Stale coś się w nim zmienia! — i w 
każdej chwili trzeba widzieć wszelkie odcienie i nadawać mu pożądany kierunek.

Nadawać kierunek nawet dla uderzeń strategicznych, wyjaśniać, przekonywać, 
doradzać z naciskiem: tylko nie natarcie na Petersburg! Wywołałoby to 
patriotyczny zryw, cała Rosja zjednoczyłaby się, a rewolucja zgasła. Ale z drugiej 
strony — nie można pozwolić, by car osiągnął jakiekolwiek sukcesy militarne, nie 
wolno zwłaszcza dopuścić go do Dardaneli, stanowiłoby to bowiem 
niepowetowane wzmocnienie jego prestiżu. Najlepiej uderzyć na południową 
flankę: przez sprzymierzoną Ukrainę, odciąć doniecki węgiel — i wtedy Rosja 
jest skończona.

Boją się jeszcze i tego, żeby to trzęsienie ziemi nie spowodowało rezonansu w 

background image

Berlinie. Trzeba więc ich przekonywać, że rewolucja rosyjska nie przeniesie się 
do Niemiec.

— Jak to? jak to? — rzucił się malutki, popychając przy tym brzuchatego, ciągle 
starając się odzyskać swe miejsce na łóżku. — Co też wy?! Zgodziliście się na to, 
że rewolucja ograniczy się do samej Rosji? I — rzeczywiście tak uważacie? — 
ostro, z ironią, dociekliwie, badawczo przypatrywał się, sprawdzał, wręcz z 
oburzeniem, nigdy, dla zasady, nie łagodząc swych ocen: — Przecież to — 
zdrada!

(Nie, Parvus po prostu nie jest socjalistą, to ktoś zupełnie inny!)

Nie ruszając się na krok ze Szwajcarii, nie zetknąwszy się na-‘wet z żadnym 
działaniem, znowu miał rację, atakował, ganił:

Zabrakło wam wyobraźni! Oto, co znaczy brak przewidywania? Czyż rewolucja 
może ograniczyć się do jednego kraju?

No oczywiście, ciągle ta permanentna, ta niekończąca się, zaklęta karuzela, na 
której zmuszeni byli się kręcić, kręcić, ciągle zmieniając miejsca i razić się 
nawzajem pretensjami o to, co było, o to, co będzie, i nikt nigdy nie ma racji.

Czyżby — nawet nie chciał rewolucji w Niemczech? Nawet do niej nie dążył? 
Przecież niemożliwe, żeby to, co o nim piszą było prawdą — stał się niemieckim 
patriotą?

Ale Parvus nie jest przecież dzieckiem, skoro kręci się na tej samej karuzeli. To 
rewolucjonista nowego typu, rewolucjonista milioner, finansisto-przemysłowiec, 
może sobie pozwolić na większą szczerość:

111

— Światowa rewolucja jest w tej chwili niemożliwa, natomiast socjalistyczny 
przewrót w Rosji — tak. Właśnie przeciwko caratowi powinny zjednoczyć się 
wszystkie robotnicze partie świata.

Większa szczerość — to nie znaczy szczerze. Problem jest delikatny, nie da się go 
z pełną otwartością ujawnić w publicznej dyskusji między socjalistami. Ale 
nawet w rozmowie w cztery oczy, współtowarzyszowi — nie każdemu można 
powiedzieć.

Ten okrągłogłowy, ruchliwy, cięty — jest niemal nieuchwytny. Nie da się prawię 
nigdy przewidzieć hasła, z którym wystąpi — zdumiewa wszystkich i zawsze. I 
nigdy nie wiadomo, co naprawdę myśli. Szczególnych zadań socjalizmu w Rosji 
nie rozumie? Czy też ich nie przyjmuje? A może — w ogóle osłabło w nim to 
specyficzne zainteresowanie dla Rosji?

Nawet z Brokdorfem łatwiej omawiać ten problem. (A w ogóle Parvus zauważył, 
że z dyplomatami o wszystkim rozmawia się prościej i łatwiej, niż z socjalistami.)

background image

Pozostaje więc tylko obstawać przy sprawie najważniejszej:

— Wszelkimi sposobami należy teraz zniszczyć — właśnie carat, tylko o tym 
trzeba myśleć!

I — teraz to, co najważniejsze: j a k zniszczyć? Na tym polega właśnie cały sens 
przyjazdu i cały sens tej rozmowy: jakie organizacje w stolicy, jakie organizacje 
podziemne na prowincji zgodzi się teraz Lenin oddać do dyspozycji w okresie 
przygotowań do powstania? Kim i gdzie są ci ludzie z ich doskonałymi 
kontaktami i stałą gotowością do działania? Parvus wiedział przecież, kogo 
rekomendował rządowi Niemiec jako najbardziej zdeterminowanego 
rewolucjonistę rosyjskiego! Wiedział, po jakiego sojusznika tu przyjechał! Przez 
dziesiątki lat mogło się zdawać, że to tylko obłąkany rozłamowiec! Odrzucał 
wszystkich sojuszników, rozdrabniał wszystkie siły, nie chciał słyszeć o partii 
profesorów, nie chciał słyszeć o płynnym rozwoju gospodarczym, ciągle tylko — 
podziemie! tylko — podziemie! partia zawodowych rewolucjonistów! W okresie 
pokoju wydawało się to bzdurą — i Parvusowi, i wszystkim innym — ale teraz, 
gdy toczy się wojna, wyszło wreszcie na jaw, jaki z niego przezorny, 
przewidujący mądrala! Oto armia się przyda. Właśnie licząc na nią prowadzone 
były pertraktacje w Berlinie, licząc na nią opracowany też został Plan.

Ale Lenin w ten sposób nie da się przekabacić, nie da się zawrócić. Swoje widzi 
zawsze i swoje z uporem przeprowadza:

— I jakże w sposób tak prymitywny możecie przenosić sytuację rewolucyjną 
Piątego Roku na sytuację obecną?

Przecież to oczywiste: wojna jest bardziej destrukcyjna, trwa dłużej, zmęczenie i 
rozgoryczenie mas nieporównywalne, organizacje rewolucyjne — silniejsze, 
liberałowie — także, a carat nie umocnił

112

się ani na jotę.

A Lenin ciągle swoje, jego oczy patrzą jakby na wprost, tylko błądząc po liniach 
łamanych:

— Zgoda. Ale jak możecie stąd, z taką pewnością siebie wyznaczać datę 
rozpoczęcia?

— Ależ Włodzimierzu Iljiczu, jakąś datę trzeba przecież wyznaczyć — jako cel, 
dla jedności działań. Bardzo proszę, zaproponujcie inną. Ale 9 stycznia — jest 
datą najlepszą, symboliczną, wszyscy o niej pamiętają i nawet bez naszego 
sygnału wielu ruszy. Łatwiej wyjdą na ulice. A — jak już pierwsi wyjdą, dalej — 
poleci!!!

Ale Lenin wyraźnie się waha, waha się. No oczywiście, można to zrozumieć. 

background image

Ujawnić swoje ukochane podziemie znaczy tyle, co je oddać. Nie bardzo się chce.

Już sam fakt, że Parvus tak gorąco namawia — oznacza, że chce cię wykorzystać.

—  No więc jak, Włodzimierzu Iljiczu? Nadeszła chwila, kiedy trzeba działać!

(O, przejrzałem wasz plan! Wystąpicie teraz w roli tego, kto zjednoczy wszystkie 
ugrupowania partyjne, plus wasza siła finansowa, plus wasz talent teoretyczny, i 
oto mamy przywódcę zjednoczonej partii i drugiej rewolucji? Znowu?!)

Ale — z nieprzeniknionych oczu, ale z ust, z których nie wymknęło się ani jedno 
słowo, ale poprzez łysinę szczelnie pokrywającą czaszkę — z równie nieprzeciętną 
przenikliwością, Parvus wyrwał jednak leninowskie myśli, otworzył je, odczytał i 
odparł znienacka:

— Dlatego właśnie proponuję wam wyjazd do Sztokholmu: żebyście mogli sami 
od początku do końca kierować. Możecie nie podawać mi żadnych nazwisk, 
niczego nie ujawniać — weźcie tylko pieniądze, ulotki i broń — i wysyłajcie! Ja 
— westchnął zmęczony Paryus, ileż się człowiek namęczy w tych politycznych 
rozmowach — ja, Włodzimierzu Iljiczu — nie jestem już ten sam co przed 
dziesięcioma laty. Ja — do Rosji nie pojadę. Ja — uważam się teraz za Niemca.

(Tym bardziej podejrzane. Dlaczego więc mówi ciągle — tylko o Rosji?)

— Mnie zależy już tylko na tym, żeby został zrealizowany Plan. ...Ale 
niewykluczone, że także Plan — rozumie inaczej? Nieuchwytny jak rtęć, nie 
sposób go złapać ani przy pomocy

rąk, ani argumentów.

— To znaczy, że tak jak wy, mamy splamić się otwartą współpracą   z   
niemieckim   sztabem   generalnym?   Rewolucjonista-internacjonalista nie może 
sobie na to pozwolić.

I znowu wymachując raz po raz obiema rękami — przylgnął do

Lenin w Zurychu

113

50

Dobrym konspiratorem jest nie ten, kto chowa się pod ziemię jak mysz, unika 
świata i działalności publicznej. Dobry, zręczny konspirator bierze niezwykle 
aktywny udział w powszednim, normalnym życiu, z jego słabościami i 
namiętnościami, nie ukrywa się, pozornie tkwi na powierzchni wydarzeń i 
zajmuje się czymś absolutnie jawnym, i może poświęcić na tę codzienną 
działalność większość czasu i sił — a jego zasadnicza, skryta działalność toczy się 
obok — i z tym większym powodzeniem, im bardziej organicznie związana jest z 

background image

tą jawną, codzienną. I to jest najbardziej naturalne: działalność konspiracyjną 
prowadzić w bezpośrednim związku z działalnością legalną.

Rozmawiając w ten sposób (Parvus nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w 
działalności podziemnej — kilka miesięcy w 1905 od rozbicia Rady do 
aresztowania, potem od ucieczki z zesłania do ucieczki za granicę), a, co więcej, 
stojąc na stanowisku, człowiek powinien w sposób naturalny zajmować się 
właśnie tym co go pasjonuje, do czego ma powołanie i zdolności — Panras, po 
destrukcyjnej odmowie Lenina w maju 1915, kiedy zaproponował mu wspólne 
robienie rewolucji, decydując się teraz na samodzielną działalność, wymyślił, a 
nawet nie wymyślił, tylko wyszło to samo z siebie: że on i jego współpracownicy 
zajmą się w pierwszej kolejności i przede wszystkim handlem — a rewolucja 
zostanie do tego handlu doczepiona.

I już latem tego roku założył w neutralnej Danii, która jako pierwsze państwo 
zachodnie uzyskała przywilej wolnego handlu — Biuro Importowo-Eksportowe, 
które w sposób naturalny mogło teraz podjąć handel z firmami dowolnego 
państwa — Niemiec, Rosji, Anglii, Szwecji czy Holandii, kupować tam gdzie 
korzystniej i tam gdzie korzystniej sprzedawać. Dyrektorem handlowym tego 
przedsiębiorstwa» został natychmiast, za zgodą Lenina, Hanecki. Skojarzenie 
dwóch tak przedsiębiorczych kupców oznaczało nie tylko podwojenie ich 
zdolności handlowych, ale wręcz ich pomnożenie. A później dołą-

116

czył do nich trzeci, niewiele ustępujący tamtym dwóm — Georg Sklarc (trudno 
byłoby powiedzieć, że znalazł się tam przez zrządzenie losu, został w ramach 
przyjaźni przysłany do współpracy przez wywiad niemieckiego sztabu 
generalnego). Ten Sklarc (po wojnie było o nim w Niemczech głośno, nawet 
dzięki licznym procesom sądowym, w których na dodatek okazał się jeszcze 
wybitnym aktorem) , stał się tym najbardziej potrzebnym trzecim dla tej dwójki 
— także handlowy geniusz, sprytny, pojętny, natychmiast i bez dyskusji gotów 
wykonać każde polecenie, zdecydowany na wszystko i umiejący z każdej sytuacji 
wyjść obronną ręką. (A za sobą ciągnął jeszcze następnych dwóch braci 
Sklarców. Yoldemara, który podjął pracę w samym kantorze handlowo-
rewolucyjnym, oraz Henryka — ten pod pseudonimem Pundik prowadził już w 
Kopenhadze wraz z Ro-manowiczem i Dogopolskim zakonspirowane biuro, 
przechwytując dla niemieckiego sztabu generalnego nielegalny eksport z 
Niemiec.) Przemyślne połączenie działalności gospodarczej i politycznej 
sprawdziło się bardzo szybko: geszeft pracował na rzecz polityki, a polityka 
stwarzała ułatwienia dla geszeftu. Dzięki poparciu niemieckich władz 
wojskowych działalność biura Parvusa stawała się coraz łatwiejsza i jeszcze 
bardziej dochodowa.

Ledwie utworzone Biuro Importowo-Eksportowe w ciągu zaledwie kilku 
miesięcy rozkwitło i kupowało, sprzedawało i przewoziło, nie usiłując nawet 
szukać ścisłej specjalizacji — miedź, chrom, nikiel, gumę, z Rosji do Niemiec 
szczególnie — zboże i żywność, z Niemiec do Rosji przede wszystkim urządzenia 
techniczne, chemikalia, lekarstwa ale także skarpety, i środki antykoncepcyjne, i 
sal-warsan, kawior i koniak, używane samochody (w Rosji udało się załatwić, 

background image

żeby nie podlegały one później konfiskacie na rzecz wojska). W zachodnim 
handlu rozpychało się łokciami także wiele innych podobnych biur, ale w handlu 
z Rosją, na głównym kierunku swej działalności, biuro Parvusa zajęło pozycję 
monopolistyczną. Część towarów przewożono legalnie na podstawię legalnych 
licencji eksportowych. Część zaś — posługując się fałszywymi dokumentami, 
albo wręcz prowadząc kontrabandę; wymagało to nie lada pomysłowości w 
pakowaniu i ładowaniu, zdarzało się, że ktoś wpadał i musiał ponosić 
odpowiedzialność — ale we wszystkim tym kręcili się właśnie Hanecki i Sklarc, 
umożliwiając Parvusowi pozostawanie w ulubionym cieniu i prowadzenie 
wielkiej polityki.

Genialność połączenia ze sobą handlu i rewolucji na tym właśnie polegała, że 
agenci rewolucyjni udając agentów handlowych, na czele z petersburskim 
adwokatem Kozłowskim, jeździli od Parvusa całkowicie legalnie do Rosji, i po 
Rosji, i z powrotem. Ale superge-nialnie załatwiano przesyłanie pieniędzy: 
zadanie zdawałoby się niewykonalne — bez przeszkód i szybko przekazywać 
pieniądze otrzy-

117

mane od niemieckiego rządu w ręce rosyjskich rewolucjonistów — realizowane 
było przez biuro handlowe bez najmniejszych trudności: eksportowało ono do 
Rosji tylko i wyłącznie towary, ale — więcej niż za pośrednictwem biura kupiono 
— a zyski firm współpracujących, takich jak Fabian Klingsland, zgodnie z 
powszechnie obowiązującą zasadą trafiały do banku (Bank Syberyjski w 
Petersburgu), a dalej wewnętrzną sprawą biura była decyzja — wywozić je z 
Rosji, czy nie, dla Rosji było nawet korzystniejsze, żeby pieniądze pozostawały w 
kraju. Mieszkanka Petersburga Żenią Sumenson, pośredniczka Haneckiego w 
dowolnym czasie i dowolną sumę podejmowała i przekazywała rewolucjonistom.

Na tym polegał geniusz Parvusa: import towarów, tak potrzebnych Rosji do 
prowadzenia wojny, przynosił pieniądze na to, by ją z tej wojny wyłączyć!

Dzięki tej samej wytrwale stosowanej metodzie łączenia działalności 
konspiracyjnej z legalną Parvus werbował także rewolucyjnych 
współpracowników firmy. W tym celu zorganizował w Kopenhadze jeszcze jedną 
podległą mu instytucję — Instytut zajmujący się badaniem skutków wojny, dla 
werbowania współpracowników tego instytutu odbywał, nie kryjąc się z tym, 
wiele spotkań, kontaktów i dyskusji z socjalistami. I za każdym razem, gdy 
kandydat wyrażał ochotę i przejawiał zdolności do pracy podziemnej — schodził 
do podziemia i pozostawał w konspiracji. A kiedy okazywał się niezdolny i nie 
nadawał się — nie udzielano mu żadnych wyjaśnień, i rozmowa była całkowicie 
naturalna, i można było zaangażować go jako legalnego pracownika legalnego 
Instytutu: Instytut także nie był fikcją, on również zaspokajał tak 
charakterystyczną dla Parvusa pasję do teoretycznych badań ekonomicznych, 
podobnie jak wydawany w Niemczech, szczodrze dotowany ,,Kołokoł” 
zaspokajał jego zainteresowania socjalistyczne. (Bardzo palił się do tego 
Instytutu Bucharin i rzeczywiście nie było dlań lepszego miejsca, a dla takiego 
instytutu — lepszego współpracownika, ale wybredny i uczciwy Lenin zabronił 
swemu młodemu partyjnemu koledze wiązać się z tym mętnym Paryusem, 

background image

podobnie jak Szlapnikowowi — zakazał jakichkolwiek kontaktów z tym 
podejrzanym Haneckim.)

Wszystko to Parvus zorganizował błyskotliwie — do tego bowiem był stworzony. 
Dalej było już znacznie trudniej: komu przekazywać w Rosji te pieniądze? i jak 
wywołać rewolucję w ogromnej Rosji przy pomocy tuzina handlowych agentów i 
kilku zachodnich socjalistów w rodzaju Krausego? Najłatwiej było w 
Petersburgu, tu istniały liczne kontakty, tu nawet Kozłowski mógł, nie 
wzbudzając najmniejszych podejrzeń, prowadzić kancelarię adwokacką i 
werbować potrzebnych ludzi ze środowisk fabrycznych, tu działała także 
wściekła grupa mieżrajonców8, nie uznająca ani mieriszewików, ani

118

bolszewików, a przez to od dawna najbliższa Parvusowi. I poprzez ich 
współtowarzysza Urickiego mieli z tą grupą dobre kontakty. Mimo podziałów 
istniejących miedzy socjalistami w Petersburgu, Parvusowi udało się stworzyć 
dobry aktyw, zwłaszcza — w Zakładach Putiłowskich. I choć słusznie uważa się, 
że o sukcesie rewolucji w całym państwie decyduje rewolucja w stolicy — to, aby 
mieć pewność, że w tak ogromnym kraju pierwsze uderzenie będzie skuteczne — 
niezbędne były także rozruchy na prowincji. A własne, żywe kontakty miał 
Parvus tylko w Odessie i przez Odessę w Mikoła-jewie. Całego tego niemego, 
zacofanego, ogromnego kraju nie miał kto ruszyć: kilku agentów, nawet nie 
szczędząc grosza, w ciągu kilku zaledwie pozostałych miesięcy nie było w stanie 
stworzyć sieci. A istniejącą już swoją — Lenin zdradziecko ukrył.

Ale Parvus doskonale wiedział, pamiętał z Piątego Roku, także i to: jak dochodzi 
do rozruchów. Do podjęcia strajku, do wywołania niepokojów, do tego aby 
ludzie wyszli na ulicę, nie tylko nie jest niezbędna zgodna decyzja większości, ale 
nawet czwartej części, nawet jednej dziesiątej ludzi nie warto przygotowywać. 
Pojedynczy, ostry okrzyk z tłumu, jeden mówca przy wyjściu z fabryki, dwóch 
trzech zuchów, którzy wzniosą w górę pięści lub kije, to zupełnie wystarczający 
impuls, żeby cała zmiana robotników nie rozeszła się po swych wydziałach, tylko 
wyszła na ulicę. A pozostawały przecież jeszcze — krytykujące władzę rozmowy z 
sąsiadami, szerzenie panicznych plotek (taka plotka jak wyładowanie elektryczne 
uderza dalej bez dodatkowych bodźców), a pozostawało jeszcze rozrzucenie 
ulotek w fabrycznych ubikacjach, palarniach, pod maszynami. Na wszystkie te 
inicjujące akcje w fabryce z pięciotysięczną załogą wystarczy nawet pięciu ludzi, 
a tych zawsze uda się znaleźć, jeśli nawet nie wśród własnych zwolenników, to z 
pewnością można ich kupić w najbliższej knajpie: któryż z knajpianych 
żebraków nie zechce łatwo zarobić?

W innych warunkach te akcje pojedynczych fabryk zapewne nie byłyby 
wystarczające, ale w drugim roku wojny, która kosztowała już tyle ofiar, wobec 
nieoczekiwanego głodu, wobec klęsk na frontach, przy powszechnym fermencie i 
po jednej, już przeżytej przez pokolenie rewolucji — tych kilka akcji wystarczy, 
Parvus był

0 tym przekonany, żeby spowodować lawinę. Jego strategia polegała na tym, by 
wywołać lawinę przy pomocy kilku rzuconych śnieżków. Bez pomocy Lenina, w 

background image

ciągu pozostałych do rozpoczęcia miesięcy więcej osiągnąć nie mógł. Ale już w 
samej dacie — 9 stycznia — kryło się fatum caratu: nawet gdyby nie było 
żadnych agentów

1 ani jednego rubla od Żeni Sumenson — ten dzień nie mógłby minąć spokojnie. 
Warto jednak było mu pomóc.

I tak, oczarowawszy bez reszty hrabiego Brokdorfa-Rantzau, nie-

119

mai dyktując mu jego kopenhaskie raporty do ministerstwa spraw 
zagranicznych, Parvus z pemyrn pokonaniem obiecywał rewolu-

CJę ^SJ1 7 na 9 Stycznia Szesnastego Roku.

Miał nadleje, że tak będzie. Zepsuty trafnością swych, wybiegających daleko w 
przyS2łość przepowiedni, pozostając jednak zwykłym człowiekiem, niezawsze 
poira& oddzielić swe proroctwa od marzeń Niszczycielskiej rosyjskiej rewolucji 
pragnął tak mocno, że można było wybaczyć mu, jeśli w porywie natchnienia 
popełniał

Ale nie mógł mu tego wybaczyć rząd Niemiec, a zwłaszcza staats-sekretarz 
Gotfryd von Jahow.: bez t zawgze fen ironii|

pogardliwie traktujący tego socjalistycznego, brudnego milionera, Jahow 
stwierdził teraz, że Parvus oszukiwał cesarstwo niemieckie, żadnej rewolucji w 
istocie nie przygotowywał, a otrzymane miliony najprawdopodobniej wsadził do 
własnej kieSZeni. Zgodnie z zasadami obowiązującymi w pracy wywiadów za 
tego typu wydatki me żąda się dokładnych rozliczeń. Ale odtąd, w Szesnastym 
Roku, ministerstwo spraw zagraniczriych nie wypłaciło już parvusowi ani

Nie była to kompletna klęska, a nawet - pozornie - wcale nie kieska. Biuro 
Importow0-Eksportowe ciągle działało i było coraz bogatsze. Ministerstwo spraw 
zagranicznych zastąpił życzliwy sztab generalny. Instytut do sPraw badań - coś 
tam zbierał, badał. Parvus aktywme włączył się d0 akcji zaopatrywania Danii w 
tani węgiel, wykorzystał do tego duńskie związki zawodowe, dogadał się jak 
równy z równym z przywódcami duńskich, a potem także niemieckich socjalis 
ów. Otrzymał ^reszcie niemieckie obywatelstwo, o które zabiegał i prosił od 1891 
roku _ i teraZ| w pierws   ch powojennych wyborach niewątpliwie znalazłby się 
wśród liderów socjalistycznej frakcji w parlamencie. Jego „Kołokoł” wychodził 
nadal, agitując Niemcy do patriotycznego socjalizmu. Jego osobiste, i tak już 
nadmierne bogactwo ciągle rosJ0,kapitały ulokowane zostały w pakietach akcji 
we wszystkich niemal krajach neutralnych i, oczywiście, także tam skąd fortuna 
brała swój początek, to znaczy w Bułgarii i Turcji. W arystokratycznej dzielnicy 
Kopenhagi jego willa otoczona była rożnymi dziwolągami i, co tak typowe dla 
nuworysza, chroniona przez złe psy, a gdy chcial gdzieś jechać, pod dom 
podjeżdżał elegancki   Adler    I nawet wpływ na hrabiego Brokdorfa udało mu 
się zachować taki jak dawniej, potrafil swojemu rozmówcy uświadomić całą 
złożoność rewoiucyjnycn zadan { cał^ mechanizm trudności. I poprzez 

background image

Brokdorfa, na ile tylko pozwalało mu dobre wychowanie ~ starał się 
przeszkadzać w podejmowanych znowu przez Niemcy próbach doprowadzenia 
do separatystycznego pokoju z Rosją. I wydawałoby się, że pasmo sukcesow na 
dr°dze tego człowie-

120

ka powinno go w pełni usatysfakcjonować. Ale nie! — tajemniczy niepokój z 
powodu niewykonanego, mimo wszystko, zadania — mimo, że do tego kraju nie 
miał zamiaru wracać — męczył go i gnębił. I w czasie długich kolacji z pruskim 
arystokratą uwzględniając niemiecki punkt widzenia modyfikował i objaśniał 
swój — teraz już nie tyle program, co raczej — polityczny testament, 
nieprecyzyjny zarys przyszłości. Że rewolucja już na samym początku nabierać 
powinna rozmachu, wzorując się na Wielkiej Francuskiej — przez osądzenie i 
stracenie cara: bowiem tylko taka ofiara otwiera przed rewolucją nieograniczone 
perspektywy. Że chłopi powinni mieć prawo swobodnego parcelowania 
majątków — i tylko w ten sposób anarchia nabierze autentycznego rozmachu. A 
gdy anarchia sięgnie szczytu i rozleje się na cały kraj — właśnie wtedy Niemcy 
interweniując zbrojnie mogłyby, przy najmniejszych stratach i maksymalnych 
korzyściach, pozbyć się potężnego wschodniego zagrożenia: zatopić jego flotę, 
rozbroić, zniszczyć umocnienia, po wsze czasy zakazać posiadania armii, 
przemysłu wojennego, a może i, jeszcze lepiej, jakiegokolwiek, osłabić je 
odcinając wszystko, co tylko da się odciąć — i pozostawić jak wyheblowaną, 
gładką deskę, niech zapomni o dziesięciu wiekach popełnianych przez siebie 
łajdactw i zaczyna swą historię od nowa!

Parvus nigdy nie zapominał krzywdy!

Ale dziś nie wiedział, co mógłby jeszcze zrobić.

A cesarski rząd haniebnie szukał możliwości separatystycznego pokoju z tym, 
niezniszczonym ciągle, mocarstwem.

A zdrowie staats-sekretarza von Jahowa pogarszało się, pogarszało z dnia na 
dzień — i późną jesienią Szesnastego Roku, na szczęście, przeszedł w stan 
spoczynku, ustąpiwszy miejsca energicznemu Zimmermannowi, który nie 
odziedziczył po swym poprzedniku niemodnej już niechęci do tajnych agentów i 
politycznych maklerów.

I — porwały go do działania nowe plany! I — co oczywiste — odżyły zadawnione 
pretensje Lenina: a on co!! a on co??

Łóżko — zwaliło się z połamanymi czterema nóżkami na podłogę—a Parvusa 
poderwało, postawiło na słupowate nogi. I, prostując się z trudem, zrobił krok, 
dźwigając wór swego wydelikaconego ciała. Obszedł Lenina dookoła, usiadł z 
drugiej strony stołu, nie zważając na to, że może pobrudzić swe<śnieżnobiałe 
mankiety o niezbyt czystą ceratę Uljanowów.

I uśmiechnął się — już nie jak do kogoś silnego, już nie jak do kogoś równego 

background image

sobie, tylko jak do godnego politowania zwierzątka w norce:

— N-no?... Mówcie: Zimmerwald?... Kiental?.. I lewica głosuje

121

jak należy?... A czegóż dokonała wielka partia przez ostatnie dwa lata w swojej 
ojczyźnie?... Dlaczego nawet śladów działalności nie ma na rosyjskiej ziemi?

Lenin siedział ciągle na łóżku, przygaszony, i ciężka głowa opadała coraz niżej, 
bez słowa.

—  Mówiliście przecież — że pieniądze wam niepotrzebne? Lenin odpowiadał 
przybity, niemal szeptem:

—  My — nigdy tak nie mówiliśmy, Izraelu Łazariewiczu. Pieniądze są bardzo 
potrzebne. Diabelnie potrzebne.

Przecież proponowałem! A wyście odmówili! Lenin — z niezwykłym wysiłkiem:

— Skąd wniosek, że odmówiliśmy? Przyjęcia rozsądnej, umiarkowanej pomocy 
— nigdy nie odmawiamy. I nawet chętnie...

— To, czym zajmujecie się w Szwajcarii, jest tylko dziecinną zabawą — 
chciałoby się triumfować, ale triumfu nie było: Rosja nie przegrywała wojny, 
Niemcy nie wygrywały, ich wspólny, główny sojusznik załamał się.

Lenin z trudem przez ściśnięte gardło:

—  Ale wielka gra jest bardzo kosztowna, także dla grającego. Miał wzrok 
człowieka chorego. Otworzył oczy szerzej niż zwykle

— oczy chore, i jakby po to, żeby się od tej choroby uwolnić, tylko po to, ale 
osłabiony i bez przekonania:

— Ale przecież i wasza rewolucja, Izraelu Łazariewiczu — to też byle co, 
mydlana bańka... I naiwnością było spodziewać się czegoś innego.

Żachnął się wzburzony Parvus i płomyk knota, pod wpływem jego oddechu, 
zachwiał się, skoczył, zakopcił:

—  Przecież w Petersburgu strajkowało    czterdzieści pięć   tysięcy!   A gdybyście 
tak stąd poderwali jeszcze swoich czterdzieści pięć?!

I nie dał Leninowi zaprotestować, że wśród tych czterdziestu pięciu — byli też   
jego.

—  Putiłowskie nawaliły mi z terminem — ale jak już zaczęły, to aż się 
zakotłowało! Zuchy! A Newska Zastawa mnie zawiodła — dlaczegoście jej nie 

background image

poderwali? W Nikołajewie — strajk mi się udał doskonale — 10 tysięcy! i 
żądania wysunęli nie do przyjęcia, powstanie było pewne! — ale także spóźnili 
się o cztery dni. Nie tak łatwo będąc tutaj, wszystko tam zorganizować na 
konkretny dzień. A Moskwa nawet się nie ruszyła! I gdzie wasz moskiewski 
komitet?!

(Lenin też chciałby to wiedzieć!)

A Parvus rozochocił się, chełpił się, jak bogactwem, zaginając palce:

— Jekatierinosławski metalurgiczny — ja poderwałem! I tulską walcownię 
miedzi! I tulską fabrykę amunicji!...

122

Wszystkie te strajki, rzeczywiście, wvbuchłv prawda nie 9-tego, ale - kto je tam 
wywołał kto wał? Stad nie widać, udowodnić nie sposobi ws sobie, mieńszewicy 
też.                                    ws*yscy przypisują

- A jak niewiele brakowało - gdzież byli wasi, Mieżraioncv pomogli mi z pełnym 
oddaniem, wspaniałe chłopaki ale tylko ear stka A wy i mieńszewicy .- ciągle 
tylko odbijacie soblerteclw Może to waszynn, a nie moimi ulotkami, cała Rosj^es 
zastana co?... A -   Cesarzową Marię” ja wysadziłem w powietr^ nie 
zauważyliście? - grzmiał, oczy wychodziły mu z orbTpaTcernfka na Morzu 
Czarnym - nie zauważyliście?!?                  rancerniKa

Wypieszczone, białe dłonie wysunął przed siebie - tvmi ręka mi pancernik 
wysadziłem!                                              y       ęka’

- Dlaczego nie chcieliście się przyłączyć, Włodzimierzu Iliiczu? Gdzież są wasze 
strajki? Gdzież są wasze powstania?™ jakich fab rykach możecie zorganizować 
strajk w określonym dni.,?     7 iS?” mi organizacjami narodowymi 
współpracujecie?...           ‘”    J

Naprawdę nie rozumie?... Z całą j to znaczy, że doskonale sie maskuje trzymać.

Dlaczego się nie przyłączyli!... Oczywiście, można było jakoś mienszewikow 
wmanewrować. I jakoś dałoby się n H     l • -wództwem (chociaż to właśnie, 
właśnie to, najbardzief boH ł iest S” mejsze niż cokolwiek innego!) A...                  
oon i jest trud-

A. . . każdy ma ograniczone umiejętności. Lenin ^ Disał ły. Broszury. Wygłaszał 
referaty. Przemawiał. Agit         * lewicy. Po całej Europie chłostał oportunistów. 
Do zdaje, zdołał poznać problemy przemysłu, rolnictwa T strS zkow 
zawodowych. Teraz, po lekturze Clausewitza, L Już wiedział, co to jest wojna i 
jak przeprowadza się zbrojne ma.   z pełnym przekonaniem mógł to wszystko 
wyjaś^

background image

I tylko jednego nie mógł - zrobić. Tylko nie mógł _1 w powietrze pancernika.

- Ale i teraz nie wszystko jeszcze stracone, Włodzimierzu Tlii czu - pocieszał, 
dodawał mu animuszu Parvus sied7      !f strony stołu. Wyciągnął z kieszonki 
kamizelki złoty zeg^k’ nań pokiwał głową z uznaniem. - Rewolucję -              ‘

stycznia Siedemnastego Roku! Ale teraz już -razem?

No, dlaczego by - nie razem?? Nie rozumiał przenikl ‘ I brakowało już 
argumentów do dalszej rozmowy mu co odpowiadać. W sytuacji, do czego się nie 
Pr mai beznadziejnej - do jakiegoż sojuszu można było albo me przystępować? 
Należało tylko, dla zachowana

l]

nie ‘

123

ukryć swą bezsilność: że żadnej działającej swojej organizacji w Rosji nie ma, 
żadnego podziemia — nie ma. A jeżeli coś istnieje — to rusza się samo, 
niezależnie od niego i w terminach, na które nie ma żadnego wpływu. Co tam jest 
— po prostu nie wie, nie ma regularnych kontaktów z Rosją, nie ma możliwości 
posłania dyspozycji, ani też otrzymania odpowiedzi. Cieszy go, jeśli jeden jedyny 
Szlapnikow zdoła przerzucić przez granicę paczkę , ,Socjal-Demokraty”. Z Anią, 
siostra, korespondowali posługując się sympatycznym atramentem — ale i to się 
urwało. A cóż dopiero mówić o podrywaniu się do walki jakichś narodów? — 
byłoby dobrze, gdyby udało się ocalić choćby cząstkę własnej partii...

A Parvus kiwając się w tę i z powrotem na skrzypiącym krześle z niezmienną 
wielkodusznością:

— A w jaki sposób wasi współtowarzysze przechodzą przez rosyjską granicę? Bo 
chyba — nie na własnych nogach albo łódeczką? Przecież to archaiczne metody, 
XIX wiek, trzeba dać sobie z tym spokój! Bardzo proszę, wyrobimy dla nich 
przyzwoite dokumenty, będą jeździli pierwszą klasą, jak moi...

Parvus może i wygląda szkaradnie, ale chyba tylko dla kobiet, czy na trybunie. 
Jego bezbarwne, wodniste oczy są bezsprzecznie mądre, to akurat Lenin potrafi 
ocenić.

Tylko — uciec by teraz od nich. Żeby się tylko nie domyślił.

Że właśnie — robić — Lenin nie mógł. Wszystko inne potrafił. Jednego tylko nie 
mógł: przyspieszyć ten moment i zrobić.

A Parvus ze swymi milionami, a zapewne także z bronią w portach, ze swą 
konspiracją, trzymając już mocno w garści Zakłady Pu-tiłowskie — ściskał swe 

background image

białe, pulchne dłonie, które jednakże potrafiły robić, i dopytywał się:

— Na cóż więc czekacie, Włodzimierzu Iljiczu? Dlaczego nie dajecie sygnału? 
Jak długo można czekać?

A Lenin czekał — żeby stało się cokolwiek. Żeby jakaś przypadkowa materialna 
fala przeniosła jego wątłą łódeczkę na ląd rzeczy już dokonanych.

Jak na ironię, wszystkie leninowskie idee, którym poświęcił życie, nie były w 
stanie zmienić ani przebiegu wojny, ani przekształcić jej w domową, ani sprawić, 
żeby Rosja przegrała.

Czółenko leżało w piasku jak dziecinna zabawka, a fala nie przypływała...

A list na drogim zielonkawym papierze leżał i pytał: no więc cóż, Włodzimierzu 
Iljiczu? Wezmą wasi udział — czy nie? Wasze konspiracyjne adresy? Wasi 
odbiorcy broni?... Czym dysponujecie realnie, powiedzcie?

Właśnie na pytanie czym — Lenin nie mógł odpowiedzieć, bo nie miał nic. 
Szwajcaria była na jednej planecie, Rosja na innej.

124

Miał tylko... Maleńką grupkę, która nazywała się partia i nie sposób nawet 
wymienić wszystkich jej członków, bo możliwe, że już się odsunęli. Miał tylko... 
„Co robić”, „Krok-Dwa kroki”, „Dwie taktyki”, „Empiriokrytycyzm”, 
„Imperializm”. Miał też — głowę, która w każdej chwili była w stanie 
scentralizowanej organizacji — podsunąć decyzję, każdemu rewolucjoniście — 
szczegółową instrukcję, masom — porywające hasła. I nic więcej nie miał ani 
dzisiaj, ani półtora roku wcześniej. Dlatego też — z wojennej przezorności i ze 
zwyczajnej dumy — nie mógł odsłonić Parvusowi swego słabego miejsca także 
dziś, podobnie jak przed półtora rokiem.

A Parvus przechylony przez stół, z ironią w rybich oczach, z czołem równie 
potężnym jak u Lenina, czekał i żądał odpowiedzi.

Tak umiejętnie przejął inicjatywę: pytać, pytać, wtedy nie trzeba samemu 
wyjaśniać. Ale i on miał powody — dlaczego przez półtora roku milczał, a teraz 
właśnie przyjechał?

Unikając natarczywego, zdziwionego spojrzenia spod uniesionych, bezwłosych 
brwi, Lenin biegał i biegał wzrokiem po liście, zastanawiając się, jak, w sposób 
możliwie zręczny, odmówić pomocy, nie tracąc jednocześnie sojusznika, jak 
ukryć swoją tajemnicę i przejrzeć tajemnicę rozmówcy. Omijając wzrokiem to, 
co w liście było i szukając tego, czego w nim nie było.

Każdy słaby punkt, jak najdrobniejszą szczelinę, Lenin dostrzegał natychmiast.

Nie pytał jeszcze: dlaczego Parvus znowu z taką natarczywością usiłuje go 

background image

przekonać? Czy to znaczy, że sił mu zabrakło? A może — i pieniędzy? Agentura 
osłabła? A może rząd niemiecki nie płaci znowu tak dużo? Och, ciężka to służba, 
kiedy nie ma ucieczki...

Jak dobrze być niezależnym! E-e, wcale nie jesteśmy jeszcze tacy słabi, najsłabsi 
jeszcze nie jesteśmy.

Prawa ręka z ołówkiem jak zwykle sunęła po liście zaznaczając fragmenty, do 
których trzeba będzie odnieść się w odpowiedzi — liniami prostymi, falistymi, 
ogonkami, znakami zapytania, wykrzyknikami... A lewa energicznie pocierała 
czaszkę, a czaszka zbierała argumenty.

Trocki zarzucał swemu byłemu mentorowi lekkomyślność, brak wytrwałości, i że 
przyjaciół opuszcza w biedzie — ale to wszystko sentymentalne bzdury. 
Wszystkie te wady można wybaczyć i nie byłyby one przeszkodą w sojuszu. 
Gdyby Parvus nie popełnił poważnych błędów politycznych. Nie wolno było tak 
ulegać mirażowi rewolucji, publicznie się ujawniając. Nie wolno było robić z 
„Ko-łokoła” kloaki niemieckiego szowinizmu. Wytarzało się hipopota-misko w 
hindenburgskim błocku — i reputację diabli wzięli! I — dla socjalizmu był 
stracony na zawsze.

A — szkoda. A — jakiż to był socjalista!

125

(Był stracony — ale kłócić się, mimo wszystko, nie należy. Jeszcze — ho-ho, jak 
może Parvus pomóc.)

Znad kartki papieru, siedząc z boku przy stole, Lenin śmielej podniósł głowę, by 
spojrzeć na swego niestrudzonego konkurenta. Kontury jego głowy, i bez tego 
niekształtnej, opasłych ramion — zacierały się i kołysały.

Jakby rozpaczał, że nawet z Leninem nie był w stanie dogadać się bez 
niedomówień.

I, z twarzą już niemal niewidoczną, podobną raczej do ciemnej plamy — 
wycofywał się smutny, pochylał, jego sylwetka rozmywała się, niknęła w oknie.

Ale póki nie było jeszcze za późno, Lenin krzyknął w ślad za nim, bez triumfu, 
ale dla zasady:

— Pozwolić się związać w polityce?? Za nic! Oto na czym polega wasz błąd, 
Izraelu Łazariewiczu! Wziąć od innych to, co konieczne? — tak! Ale sobie 
skrępować ręce? — nie!!! To bez sensu, sojusz z kimkolwiek nie może polegać na 
tym, żeby nam krępowano ręce!

Dym przesłonił wszystko, zagarniając i Sklarca, i kufer. I kapelusz, spóźniony, 
zerwał się ze stołu — i poleciał za nim.

background image

Lenin okazał się bardziej przewidujący! To nic, że nie robił żadnej rewolucji, to 
nic, że był bezradny i pozbawiony pomocy, ale widział, że ma rację, że się nie 
myli: idee są bardziej długowieczne niż wszelkie miliony, bez milionów też można 
wytrzymać. To nic, to nic, i te konferencje z babami i dezerterami — też się 
opłacą. Z czerwonym sztandarem Międzynarodówki można nawet następnych 
trzydzieści lat przeczekać.

Zachował skarb największy — dobre imię socjalisty.

Nie, poddawać się jeszcze za wcześnie! I za wcześnie na porzucenie Szwajcarii. 
Jeszcze kilka miesięcy wytrwałej pracy i można będzie dokonać rozłamu w 
szwajcarskiej partii.

A wtedy, po niedługim czasie — rozpocząć tu rewolucję!

I stąd rozniesie się — na całą Europę!

126

Z WĘZŁA III MARZEC SIEDEMNASTEGO

L-1

Miniona zima wypełniona była arcydramatyczną walką i mogłaby zakończyć się 
proletariacką rewolucją w Szwajcarii, poprzez nią i w całej Europie — gdyby nie 
nikczemna zdrada szajki przywódców, którzy zbrukali, obrzucili błotem, 
wyprowadzili na manowce całą partię szwajcarską. A przede wszystkim 
najpodlejszego z podłych, łajdaka, intryganta, tej prostytutki politycznej — 
Grimma. I rozsypującego się ze starości — Greulicha. I innych podłych 
szubrawców.

Charakterystyczna dla powierzchownego, filisterskiego widzenia — a tak właśnie 
widzi większość ludzi, nawet rewolucjonistów — jest właściwość niedostrzegania 
drobnych rys w potężnych górskich masywach oraz niezdawania sobie sprawy, 
że przez taką rysę, jeśli się to potrafi, można rozwalić cały masyw. Wystraszony 
mieszczuch obserwując wojnę toczącą się w całej Europie z udziałem 
milionowych armii i miliony wybuchających pocisków, nie jest w stanie 
uwierzyć, że powstrzymać ten stalowy huragan (czy też zmienić jego kierunek) 
może nawet najmniejsza grupka, ale zdecydowanych na wszystko ludzi. Co 
prawda, niezbędne jest do tego wydarzenie ogromne — rewolucja, która 
objęłaby całą Europę. Ale dla wywołania rewolucji w Europie może wystarczyć 
rewolucja w maleńkiej, neutralnej, ale trójjęzycznej, ale leżącej w sercu Europy, 
Szwajcarii. A w tym celu należy opanować szwajcarską partię 
socjaldemokratyczną. A jeśli nie można jej opanować, to trzeba ją rozbić i 
wyodrębnić z niej część zdolną do walki. A po to, żeby rozbić taką partię jak 
szwajcarska — nie uwierzą w to oportuniści i książkowi teoretycy! — wystarczy 
zaledwie pięciu zdecydowanych członków tej partii i jeszcze ze trzech 
obcokrajowców, którzy są w stanie przedstawić tym miejscowym towarzyszom 

background image

program, przygotować dla nich teksty i tezy wystąpień, pisać dla nich broszury.

A więc, żeby wywrócić do góry nogami Europę, wystarczy niespełna dziesięciu 
wytrawnych, nieugiętych socjalistów! Kegel-klub.

Jesienią w Kegel-klubie przemyślane, w kręgu Kegel-klubu za-

9 —

Lenin w Zurychu

129

częły się też przygotowania do tej pracy. Po niepowodzeniu na listopadowym 
zjeździe szwajcarskiej partii, najpierw jakby tylko po to, żeby młodym dać 
psychologiczną satysfakcję, Lenin sporządził dla nich realne, praktyczne tezy — 
o zadaniach, jakie muszą podjąć w swej walce. Dogłębna, wielomiesięczna praca, 
a nawet lektura marnej szwajcarskiej prasy — wszystko okazało się tu 
przydatne. Później, w związku z tezami, zaczął organizować zebrania 
wyjaśniające dla przedstawicieli młodej lewicy. Rozesłali tezy po całej Szwajcarii.
Pomysł był następujący: żeby przynajmniej jedna, choćby najmniejsza lokalna 
organizacja partyjna przyjęła te tezy — a wówczas, z pełnym uzasadnieniem 
można byłoby żądać opublikowania ich w socjalistycznej prasie — i w ten sposób 
tezy zostałyby poddane jeszcze szerszej dyskusji. Zastanawiali się, jak 
wydrukować tezy w ulotkach, jak je rozkolportować w kilku tysiącach 
egzemplarzy (a wszyscy tylko gadają, nic nie robią, jedni mają chandrę, inni 
udają — nikt nie potrafi rozkolportować z sensem).

A może sami zaczęliby wydawać ulotki? Ale główna podpora, przywódca 
młodzieży, Miinzenberg zrzędził, że literatury i bez tego jest dość. (Jakby 
kiedykolwiek mieli taką literaturę!). Słaba ta szwajcarska lewica, diabelnie słaba.

I niecierpliwe spojrzenie rewolucjonisty dostrzegło inną upragnioną szczelinę, 
bardziej obiecującą i dającą nadzieję na szybszy efekt: zbliżał się kolejny zjazd 
szwajcarskiej partii wyznaczony na koniec stycznia i poświęcony specjalnie 
(zmuszono kierownictwo, żeby wyraziło zgodę) stosunkowi do wojny. Była to 
doskonała okazja, żeby rozbić, skłócić całe to oportunistyczne kierownictwo i na 
oczach szwajcarskich mas zastrzelić je pytaniami, od których wykręcić się nie są 
w stanie; czy jest rzeczą dopuszczalną, żeby Szwajcaria włączyła się do wojny? 
czy jest dopuszczalne, by potomkowie Wilhelma Telia ginęli za międzynarodowe 
banki? Czy jest rzeczą dopuszczalną... itd., itd., wiele tu można zrobić. Taki 
zjazd był szczególnie niebezpieczny dla oportunistów także dlatego, że we 
wrześniu przyszłego, 17-go roku miały się odbyć wybory do parlamentu i jakby 
się teraz nie opowiedzieli — za ojczyzną, czy przeciw — wybory doprowadzą bez 
wątpienia do rozłamu lub wręcz likwidacji partii — tego właśnie nam trzeba!

Oportuniści zorientowali się i zaczęli manewrować; czy nie dałoby się w ogóle 
przesunąć pochopnie obiecanego zjazdu, czy nie dałoby się w ogóle uniknąć 
dyskusji nad problemem wojny, niby, na razie, póki Szwajcaria jeszcze nie 
walczy, albo też zająć się tym problemem dopiero wówczas, gdy wojen już nie 
będzie?

background image

I nie wiedzieli jeszcze, jak zostanie im zadany cios, jak sprawa zostanie 
postawiona: nie po prostu ,,za ojczyzną” czy „przeciw mi-litaryzmowi”, ale — z 
bezwględną stanowczością: nie można wal-

130

czyć przeciwko wojnie inaczej, niż poprzez socjalistyczną rewolucję? Głosować, 
w istocie rzeczy, już nie w sprawie wojny, tylko: za czy przeciw natychmiastowej 
ekspropriacji banków i przemysłu! W Kegel-klubie energicznie przygotowywano 
rezolucję dla zjazdu — Platten napisał, zbyt słabo, Lenin przerobił w imieniu 
Plattena. (Praca niełatwa, ale wdzięczna. Trzeba było wszystkimi 
międzynarodowymi siłami pomóc szwajcarskiej lewicy.) Trzeba było zaostrzyć 
rezolucję we wszystkich kierunkach: natychmiast zdemobilizować szwajcarską 
armię! obrona Szwajcarii to hasło obłudne! Właśnie szwajcarska polityka pokoju 
—jest zbrodnicza! Sukces mógł być kolosalny: taka rezolucja szwajcarskiego 
zjazdu wywołałaby najbardziej entuzjastyczne poparcie klasy robotniczej we 
wszystkich krajach cywilizowanych!

Ale oportuniści przystąpili do działania. Dochodziły już poufne informacje, że 
góra przygotowujeprze/ożenie zjazdu, cóż za bezczelne typy! W takich 
przypadkach — trzeba zadać wyprzedzający cios! Odebrać inicjatywę! Polecili 
więc Brońskiemu, żeby na zebraniu organizacji miejskiej Zurychu uchwalili 
rezolucję — „przeciw zakamuflowanej, zakulisowej agitacji nawołującej do 
przełożenia zjazdu! potępić wszelkie przejawy popadania w socjal-szowinizm!”. 
A mieli jeszcze możliwość drobnej kosmetyki wyników głosowania — i 
doprowadzili do tego, że rezolucja została przyjęta. Doskonałe uderzenie w 
centrystów — przecież okropnie się boją posądzenia’ o szowinizm.

Ale tak się ta szajka rozzuchwaliła, że nawet to ich nie wystraszyło: już 
następnego dnia zwołali prezydium partii i zrzucili maskę. (W posiedzeniu 
prezydium uczestniczyli i Platten, i Nobs, i Miin-zenberg, więc o wszystkim były 
dokładne informacje). Stary Greu-lich zdecydował się nawet na oszkalowanie 
całej organizacji partyjnej Zurychu: że, niby, jest w niej wielu dezerterów, my 
poręczaliśmy za nich i można by się spodziewać, że właśnie w kwestii obrony 
ojczyzny będą oni... A ktoś inny krzyczał: jeżeli partia będzie tak szargała swe 
imię, to my, z Sankt Gallen, wystąpimy z niej! Ci towarzysze nie mają zbyt 
wysokiego mniemania o szwajcarskich robotnikach (a nawet z aluzjami, że to 
cudzoziemcy mącą).. A kolejny wpadł wręcz w szowinistyczną histerię: wynoście 
się z waszymi formułami międzynarodowych kongresów! Dyskutowanie 
problemu wojny w chwili kiedy trwa wojna — to idiotyzm! W takich chwilach, 
krzyczał, cały naród jednoczy się we wspólnym losie. (Ze swymi kapitalistami...) 
Jak można demobilizować armię, skoro broni ona naszych granic? A tak, jeśli 
Szwajcarii zagrozi niebezpieczeństwo, klasa robotnicza wystąpi w jej obronie! 
(Słuchajcie, słuchajcie!) Ale najbezczelniej zachowywał się Grimm. 
Przewodniczący Zimmerwal-du, Kientalu — a taki łajdak w polityce: jak to, 
zacznie się wojna

131

background image

—  a my mamy wywoływać powstanie?... Robił nikczemne aluzje, wymierzone 
przeciw cudzoziemcom i młodym. I, łącząc się z szowinistami, 7 głosami przeciw 
5, ze znikomą przewagą uzyskaną właśnie dzięki jego, Grimma, centrowemu 
głosowi — zjazd został przesunięty na czas nieokreślony (czytaj — do końca 
wojny)... Niesłychana, haniebna decyzja! Grimm zdradził na całej linii.

Ach, oszust, bydlę, zdrajca, szlag trafia! Tym bardziej więc teraz trzeba 
rozpocząć w partii taką wojnę, jakiej jeszcze nie było! Pozostawało tylko jedno 
wyjście: wykończyć Grimma! Wszystkiemu był winien Grimm — i należało go 
natychmiast zniesławić, ujawnić prawdziwe oblicze, zerwać z niego maskę.

I jak w czasie bójki ręka sama szuka jakiegoś przedmiotu, który można by 
chwycić i rzucić w przeciwnika, tak też mózg walczącego polityka wyłapuje 
błyskawicznie możliwości odpowiednich posunięć. Pierwsza myśl, która mu się 
nasunęła: Naine! To niezwykłe, że Naine, niezbyt przecież lewicowy, głosował za 
nami. To znaczy, że najkorzystniej będzie niszczyć Grimma poprzez Naine’a! A 
jak? Napisać do gazety Naine’a list otwarty, publicznie wyzwać Grimma od 
łajdaków i stwierdzić, że nie sposób pozostawać wraz z nim w jednej 
zimmerwaldzkiej organizacji!... Nie, nie tak, niech wszyscy piszą listy otwarte do 
gazety Naine’a, wszyscy, których uda się nam pozyskać — i pod tą lawiną listów 
otwartych i rezolucji protestacyjnych pogrzebać Grimma na zawsze! Każda 
chwila jest droga, należy wszędzie zbierać ludzi lewicy — i nastawiać ich przeciw 
Grimmowi.

Dramatyczny moment. W Chaux-de-Fond przyłączył się wierny Abramowicz. W 
Genewie wahali się Brilliant i Guilbeaux.

A w Zurychu co wieczór zbierała się lewica i młodzież, opracowywali metody 
ataku. I nie było wątpliwości: listy otwarte nie wystarczą. Należy popełnić 
polityczne morderstwo — żeby Grimm już nigdy nie zdołał się podnieść.

I oto co wymyślili. Nie tracąc na to nawet godziny, zebrali się wraz z Krupską, 
Zinowiewem, Radkiem, Levim, wszyscy którzy byli pod ręką — i przez całe 
miasto poszli do Miinzenberga, do domu. I stąd, gdy już wszyscy zdecydowani 
dotarli — Willi zatelefonował i wezwał do siebie Plattena, nie udzielając mu 
żadnych wyjaśnień, tylko — natychmiast! Trzeba było zwabić go w pułapkę, tak, 
żeby się nie zorientował, Platten ostatnio wyraźnie bał się — i Grimma, i 
rozłamu, nie wyciągał wniosków z internacjonalistycznych doświadczeń, 
zachowywał się jak typowy, ograniczony Szwajcar, podobnie zresztą jak Nobs. 
(A dla przypomnienia — skąd się wzięli? W Zimmerwaldzie po prostu zapisali się
do „lewych”...) Tak więc, należało wziąć Plattena z zaskoczenia, złapać za gardło. 
Wszedł

—  i kiedy ujrzał, że Munzenberg nie jest sam, jak się spodziewał,

132

ale czeka na niego sześć osób w ciasnocie małego pokoiku, troje ściśniętych jedno 
przy drugim na łóżku, i wszyscy posępni — na jego dużej, szczerej twarzy, 

background image

niezdolnej do maskowania uczuć, odmalowało się zaskoczenie, trwoga. Szukał 
wzrokiem choćby jednego sprzymierzeńca, jednego człowieka przychylnego! — 
ale nie znalazł. Wepchnęli go, posadzili w kącie — jak najdalej od drzwi, za 
komodą, bez odwrotu, a cała szóstka — ci na krzesłach przesunęli się bliżej, ci z 
łóżka, pochylili się mocniej. I Miinzenberg (tak się umówili)

—  dźwięcznym, nie znoszącym sprzeciwu głosem oznajmił: my, wszyscy tu 
obecni, nasza grupa, postanowiliśmy natychmiast i definitywnie zerwać z 
Grimmem i skompromitować go przed całym światem! Platten ma do wyboru: 
albo z nami, albo z Grimmem. Plat-ten zaczął się wiercić — a ruszyć się nie ma 
gdzie, zdenerwował się, spoglądając po twarzach szukał mniej 
zdeterminowanych, ale nawet Nadia patrzyła na niego wzrokiem jędzy. Platten 
wycierał pot z czoła, szczypał swój zwisający podbródek, prosił o czas do 
namysłu. Mówił, a cała szóstka siedziała bez ruchu, milcząc posępnie, i patrzyła 
na niego jak na wroga (wszystko to wymyślił ten wesołek Radek) — i to było 
najgorsze. Platten stracił głowę, ustępował, mówił: przecież nie trzeba tak 
natychmiast! Wystarczy posłać Grim-mowi ostrzeżenie, uprzedzić, że... Nie!!! 
Decyzja — zapadła!!! I Plat-tenowi pozostaje tylko wybór; albo jest z nami, w 
uczciwym inter-nacjonalistycznym sojuszu, albo — ze swym szwajcarskim 
zdrajcą, a wtedy skompromitujemy jednocześnie ich obu! I odpowiedzieć ma

— już, teraz!

Obiema rękami złapał się Platten za głowę. Siedział tak przez jakiś czas.

Poddał się.

Broszurę, która miała skompromitować Grimma polecono napisać Radkowi. I — 
tej samej nocy, w jedną noc, pykając swą fajeczkę, bez najmniejszego wysiłku 
mógłby napisać, leń. Ale — nie napisał. I jeszcze wiele godzin musiał Lenin 
wędrować z nim po Zurychu, namawiać i musztrować, żeby napisał, i to jak 
najostrzej, jak tylko on to potrafi. Co by nie mówić — dziennikarz z niego 
niezrównany!

Kolejny krok — zaatakowali Grimma na posiedzeniu Międzynarodowej 
Socjalistycznej Komisji. Sam Lenin nie poszedł, żeby się nie narażać, a 
Zinowiew, Radek, Miinzenberg i Levi rzucili się z oskarżeniami, że działalność 
Grimma w Szwajcarii to zbrodnia, hańba, pederastia! — i dlatego właśnie należy 
go wyrzucić z kierownictwa Zimmerwaldu! (Zdetronizować.) Jednocześnie 
przypuszczano atak na Grimma w młodzieżowej, miinzenbergowskiej 
Międzynarodówce. Jednocześnie narodził się pomysł, żeby żądać 
wewnątrzpartyjnego referendum — w sprawie zwołania zjazdu natychmiast,

133

w marcu! A motywacja referendum (sam ją musiał napisać) była najlepsza w 
całej kampanii: że odkładanie zjazdu to klęska socjalizmu*.

I tu się dopiero zaczęło! Cóż to była za rozróba! C-cudownie!! Partyjni 
przywódcy ryknęli z oburzenia, rzucili się dementować — któż zdoła wytrwać w 

background image

socjalizmie wobec ostrego, pryncypialnego oskarżenia z lewicy?! Jeden 
oskarżycielski głos jest w stanie powalić tysiąc oportunistów!

C-cudownie! To się naprawdę udało! Tego — właśnie było trzeba!

A jeszcze na kantonalnym zjeździe partii udało się zebrać dla poparcia rezolucji 
lewicy jedną szóstą wszystkich głosów — było to poważne zwycięstwo!

Ale jednocześnie — szczytowy punkt kampanii. Odtąd zaczęła opadać.

Grimm wściekle zaatakował referendum — i wystraszył naszych młodych.

Ostrożny jak lis Nobs publicznie odcinał się od referendum.

A Platten — a Platten nawet się nie odezwał, mięczak... Tak właśnie można na 
niego liczyć w walce. Nie, nic z niego nie będzie. Nie chce się uczyć, jak należy 
organizować partię rewolucyjną.

I nawet broszury Radka — nie chcieli drukować: „Wydrukujemy — wyrzucą 
nas z partii”. I to się nazywa — lewical Wojacy — od siedmiu boleści!

A Grimm, czując naszą słabość, zorganizował arcyprywatną naradę i zaprosił na 
nią lewicę. Miinzenberg i Broński oczywiście nie poszli. Ale Nobs i Platten 
poleźli... do swego pana.

Nie, już w trzech-czwartych ześlizgnęli się na pozycje socjal-patriotyczne. Nie, 
szwajcarska lewica to arcydrąnie, ludzie bez charakteru.

Gmatwać, tuszować różnice zdań, zamiast je wyostrzać — cóż to za podłość!

A do tego wszystkiego ta skandaliczna historia z Brońskim. Na zebraniu 
organizacji miejskiej wybierano nowe władze, kilku kandydatów zrezygnowało, 
więc objęto głosowaniem tych, którzy na liście zajmowali dalsze pozycje — w 
tym, szczęśliwie, także Broń-skiego. Broński ni z tego ni z owego — wszedł! A 
wtedy rozzuchwaleni przedstawiciele prawicy oświadczyli, że z Brońskim 
współpracować się nie da, w związku z czym oni rezygnują. A Nobs, który 
przewodniczył obradom — zgodził się anulować wybory!

I Platten — przełknął te obelgę.

Lenin siedział na zebraniu — milcząc, ale jego spokój był pozorny! Tej nocy nie 
zasnął nawet na chwilę.

W ogóle od tych codziennych zebrań — nerwy jak postronki, bóle głowy, 
bezsenność.

134

I cała ta szwajcarska partia — sami oportuniści, instytucja dobroczynna dla 

background image

mieszczuchów. Sami urzędnicy, albo przyszli urzędnicy, albo garstka, 
zastraszona przez urzędników.

Odżegnała się cała lewica od naszej pomocy — i w Zurychu, i w Bernie. Tylko u 
Abramowicza sprawy idą dobrze, ale ten jest daleko. A Guilbeaux i Brilliant — 
niezdecydowani.

I przywódcy młodych — nawet silny, stanowczy, nieugięty Munzenberg — poszli 
na kompromis. Miinzenberg! — nawet on odrzucił broszurę Radka! (I wyjechał 
Radek do Davos, podleczyć się — też był wykończony.)

Byłoby to śmieszne, gdyby nie było takie podłe. Wygląda na to, że w Zurychu — 
kłopoty z lewicą już się skończyły.

Ale — nie należy żałować, mimo porażki. Zawsze wiedział, jak przegniłe są 
europejskie partie socjalistyczne. A teraz sam się o tym przekonał, w praktyce.

Żałować nie trzeba. To co zostało zrobione — nie przepadnie. Po nas, nasi 
następcy — stworzą jednak lewicową partię w Szwajcarii!

Na 23 lutego wyznaczono zebranie lewicy — nawet się nie odbyło: po prostu nie 
przyszli, nikomu to nie było potrzebne. Lenin miał zamiar wygłosić referat — 
poszedł na próżno, wrócił wściekły. I wściekłość dławiła go przez całą noc.

Zazdrościł — Inessie, Griszce Zinowiewowi, że gdzieś tam jeździli, wygłaszali 
referaty: tam masz przed sobą nie socjalistycznych mieszczan, tylko — ludzi 
niezepsutych, robotników, tłum, i masz bezpośredni wpływ na masy.

Nie brakowało też innych powodów do przygnębienia. Z Radkiem — na 
przemian przyjaźń i kłótnie (nie da się z nim wytrzymać, kiedy wpada w 
akademizm), a Inessa i Griszka z dużą przykrością przyjęli niesnaski między 
nimi. To znów kłótnia z Usijewiczem. (A z Bucharinem nie przestawali się kłócić, 
całe szczęście, że nie wyszło to na forum publiczne.) A to Szkłowski roztrwonił 
kasę partyjną. A to Inessa wpadła na pomysł, żeby jeszcze raz ,,rozpatrzyć” 
problem obrony ojczyzny — i ileż energii trzeba było stracić na przekonywanie.

W listach. Bo nie przyjechała do Zurychu ani razu.

Wkrótce minie rok...

A to — ni stąd, ni z owad, plotka, że Szwajcaria lada dzień przystąpi do wojny, i 
od razu niepokój, i błyskawiczne kalkulacje; on z Nadią zostanie w strefie 
okupacji niemieckiej, a Inessa niech jedzie do Genewy, w ten sposób znajdzie się 
na terenach zagarniętych przez Francję — i dzięki temu poprawimy kontakty z 
Rosją. Ale nie potwierdziło się: wojny nie będzie. To znów Nadia chorowała — 
bronchit, gorączka, biegał po lekarza, bezustanne kłopoty.

135

background image

Ale nie wolno przecież bezczynnie załamywać rąk. A gdyby tak sami, bez pomocy 
Szwajcarów — zbuntowali szwajcarską armię. I wpadł mu do głowy pomysł: 
napisać ulotkę („rozpalimy rewolucyjną propagandę w wojsku! przekształcimy 
obmierzły mieszczański spokój w klasowe akcje rewolucyjne!”) — ale przy 
zachowaniu absolutnej tajemnicy (można za to nieźle oberwać, wyrzucą ze 
Szwajcarii) — a podpisać: „szwajcarska grupa zimmerwaldzkiej lewicy (niech 
sobie podejrzewają kogo chcą, choćby Plattena) — i rozkolportować okrężną 
drogą, jakby nie od siebie. Inessa szybko przetłumaczy na francuski. Tylko z 
zachowaniem pełnej konspiracji, paląc kalki. (A poczta nie kontroluje listów, to 
zostało sprawdzone.)

Zaczęli to robić. Ale wtedy przyszedł im do głowy kolejny pomysł: a może by tak, 
też sami, tylko nie w swoim imieniu, przygotowali taką ulotkę: poderwać cały 
europejski proletariat do strajku powszechnego w dniu l maja? dlaczego by nie? 
Czyż proletariat nie zareaguje? A w szczytowym momencie wojny — jakaż by to 
była siła potężna! Jakaż demonstracja! A strajk sam przez się spowoduje 
wybuch masowych ruchów rewolucyjnych. Jedna dobra ulotka — i wrzenie w 
całej Europie, co?! Tylko trzeba się pospieszyć, do l maja czasu niewiele — 
prędzej tłumaczyć na francuski, prędzej drukować, jak najprędzej kolportować. 
(I — pełna konspiracja!)

Ale zanim przemyśleli do końca strajk powszechny w Europie, nim 
przetłumaczyli ulotki, niespodziewanie nadszedł list od Kołłon-taj, która z 
Ameryki wróciła do Skandynawii. I do sporządzonego prochu — dodany został 
kolejny zapalnik; okazuje się, że nastąpił rozłam na zjeździe partii szwedzkiej!

Cóż za niespodziewany sukces! Jak można było zapomnieć o swych wiernych 
zimmerwaldzkich współbojownikach? I cóż tam się teraz dzieje w szwedzkich 
głowach — z pewnością kompletny zamęt i niesamowite zamieszanie!

I jak by tu wpłynąć? Jak pomóc? Olśnienie: oto gdzie czeka nas zadanie do 
spełnienia, najważniejsze i wdzięczne: nie w Szwajcarii trzeba robić rewolucję, 
tylko w Szwecji! Zaczynać stamtąd!

Dalej pisała Kołłontaj: szwedzcy młodzi postanowili zwołać na 12 maja zjazd, 
aby powołać do życia nową partię na „zimmerwaldzkich zasadach”. Ach, 
dzieciaki nieopierzone, szczere i niedoświadczone, i któż wam wytłumaczy: 
zasady Zimmerwaldu i Kientalu zostały zdradzone! Zdradzone, wdeptane w 
błoto przez wszystkie niemal partie Europy! Umarł Zimmerwald, umarł i 
zbankrutował! Ale wy — jesteście szczerzy i czyści i za wszelką cenę trzeba 
jeszcze przed zjazdem zrobić wszystko, żebyście zrozumieli, jak trywialna jest 
postawa Kautsky’ego, jak nikczemna jest zimmerwaldzka większość. (Ach, 
czemuż nie jestem tam, z wami?) Nadszedł wreszcie czas, żeby przyciąć pazury 
Brantingowi! Natychmiast trzeba wam przesłać

136

na pomoc moje tezy! Moralnie i politycznie wszyscy ponosimy za was 
odpowiedzialność. Decydujący moment w skandynawskim ruchu robotniczym!

background image

1 cały ten chwilowy pesymizm i załamanie, jakie przezywał po porażkach z 
podłą, pozbawioną charakteru, beznadziejną szwajcarską lewicą — przerodziły 
się teraz w radosną niecierpliwość, żeby podpalić Europę od północy!!! A czasu 
było niewiele, a roboty — bezmiar, a korespondencja przez Niemcy idzie zbyt 
wolno. Ale nareszcie — energiczna, aktywna, rozumna walka! Wracało życie! 
Nowe światło rozjaśniało mroczne sklepienia zurychskich kościołów-czytelni, 
stosy gazet i szorstkie broszurki w Zentrałlstelle: na l maja — ulotkę! na 12 maja 
— tezy i dogadać się! Wszystkie siły — na strajk w Europie i na rozłam w 
Szwecji! Tylko nad młodzieżą warto pracować! My już nigdy niczego nie 
zdołamy zrobić ani zobaczyć! Ale dla nich zaświeci jeszcze szkarłatne słońce 
rewolucji!

2 marca kończył w domu obiad, nagle stukanie. Broński. Trochę nie w porę. (W 
tym niepowodzeniu z lewicą tyle nadziei pokładano w Brońskim, a do tego te 
wybory-niewybory, więc spotkać się teraz z Brońskim nie było zbyt przyjemnie. 
A w nowe projekty nie został jeszcze wprowadzony.) Wszedł — i nie siadając, z 
charakterystyczną ociężałością, jak to on, nieco melancholijnie:

— Nic nie wiecie? - A co?

— Przecież w Rosji... rewolucja... podobno... Piszą...

Ma taki zwyczaj — nigdy nie podnosić głosu, to rozciąganie wypływające jakby z 
niepewności — uniósł Iljicz oczy znad talerza z gotowaną wołowiną, zupę już 
skończył, spojrzał na stojącego spokojnie Brońskiego. Wyglądał jakby przyszedł 
z informacją, że kilogram mięsa potaniał o 5 rappenów. W Rosji? Rewolucja?

—  Co za brednie! Skąd to wiadomo?

Jadł dalej, kroił kawałek w poprzek, żeby mięso razem z tłuszczem. Jak to 
możliwe, tak ni stąd, ni z owad? Brednie jakieś. Maczał kawałki w musztardzie 
na brzegu talerza. I nieprzyjemnie, kiedy przeszkadzają ci w jedzeniu, nie dadzą 
w spokoju.

A Broriski stał, nie zdejmując palta, i mokry pilśniowy kapelusz, o który zawsze 
bardzo dbał — gniótł w rękach. Już z tego było widać, że jest bardzo 
zdenerwowany.

A Nadia po bokach swojej szaro-kraciastej sukni przejechała rękami, jakby 
wycierała:

—  Cóż to znowu, Mojsieju? W jakich gazetach? Gdzie pan to czytał?

—  Depesze. W niemieckich.

— No! Niemieckie, a do tego o Rosji. Łżą. Dojadał spokojnie.

137

background image

O Rosji w europejskiej prasie pisali mało i zawsze coś przekręcali. Nie mając 
własnych, wiarygodnych informacji, trzeba było z dużym trudem wyławiać z niej 
prawdę. A listów z Rosji niemal nie było. Przemknęli, na przykład, dwaj nowi 
Rosjanie, uciekinierzy z niemieckiej niewoli — biegał popatrzeć na nich, 
porozmawiać, to interesujące. O Rosji trzeba było także wspominać w 
referatach, ale nie częściej niż o Komunie Paryskiej, która od dawna już nie 
istniała.

—  I cóż tam konkretnie napisano?

Broński spróbował powtórzyć. I, co charakteryzuje większość ludzi — ale 
zawodowemu rewolucjoniście przynosi wstyd — nie umiał powtórzyć nie tylko 
dokładnych sformułowań, ale nawet precyzyjnie oddać sensu.

— W Petersburgu — ludowe powstanie... tłumy... policja... Rewolucja... 
zwyciężyła...

—  A niby na czym polega zwycięstwo?

—  ...Ministrowie... podali się do dymisji, nie pamiętam...

—  Sami przecież czytaliście? A — car?

—  O carze — nic...

—  O carze — nic? Na czym więc polega zwycięstwo?

Cóż za brednia. A może to nie Brońskiego wina, tylko sama informacja jest taka 
nieprecyzyjna.

Nadia nerwowo przebierając palcami zagniatała fałdy na biuście znoszonej 
sukienki, która wyglądała na jeszcze bardziej znoszoną w półmroku panującym 
w pokoju — na ulicy od rana siąpi deszcz:

—  A jednak — coś w tym jest, Wołodia? Bo niby skąd?

Skąd! Zwyczajna burżuazyjna kaczka dziennikarska, rozdmuchiwanie każdego 
niepowodzenia u przeciwnika. Ileż to już razy ile spraw w toku tej wojny tak 
rozdmuchano.

— Czyż w taki sposób dochodzą wieści o rewolucjach? Przypomnij sobie 
Genewę, Łunaczarskich.

W styczniowy wieczór szli z Nadią ulicą — a z przeciwka Łuna-czarscy, radośni, 
promienni: ,,Wczoraj, dziewiątego, w Petersburgu strzelano do tłumu! Wielu 
zabitych!!” Jak można zapomnieć ten triumfalny wieczór rosyjskiej emigracji! —
popędzili do rosyjskiej restauracji, zebrali się tam wszyscy, siedzieli 
podekscytowani, śpiewali, ileż sił przybyło, jakże się wszyscy ożywili... Długi 

background image

Trocki, wyciągnąwszy jeszcze ręce, biegał, wznosząc toasty, wszystkim 
gratulował, mówił, że jedzie natychmiast. (I pojechał.)

—  Dobra, daj nam herbaty. A może — nie pić?

Iść znowu do czytelni i kontynuować normalną pracę — też chyba nic z tego nie 
wyjdzie: coś jednak dręczy, przeszkadza. Trzeba by sprawdzić. Psuje mu to 
wszystkie plany.

Ale prasa z dzisiejszymi doniesieniami trafi do czytelni dopiero

138

jutro.

A na Bellevue w witrynie ,,Neue Zurcher Zeitung” — wywieszają tylko 
nadzwyczajne.

Dobrze, idziemy.

Nadia niewiele ostatnio wychodziła, po lutowym, niedawnym bronchicie. Została 
w domu. A Iljicz nałożył ciężkie, stare, pocerowane palto, nasadził, jak na 
bałwana, stary melonik — poszli.

Na domu obok — ,,Tu mieszkał poeta Georg Buchner...” Mokrą, wąską uliczką, 
gdzie pulchny, wodnisty śnieg nie stopniał jeszcze pod murami — szybko, niemal 
biegiem, ruszyli pod górę. Skracając drogę, przechodnimi uliczkami — szli w 
stronę Bellevue.

Szwajcarskim zwyczajem wszyscy chodzili z parasolami, z trudem mijając się w 
wąskich uliczkach, ledwie nie wykłuwając sobie nawzajem oczu. Ale Lenin nie 
lubił taszczyć ze sobą parasola: raz się przyda, raz nie. A poza tym ma na sobie 
same stare rzeczy, nie żal. Broński też tak szedł.

Z ,,Neue Zurcher Zeitung” dowiedzieli się mniej więcej tyle, ile wiedział już 
Broński. Aresztowano jakoby tylko ministrów. Aresztowano?... I jeszcze: władzę 
objęli członkowie Dumy. A — car? O carze, ani słowa. Z tego wyraźnie wynika, 
że car jest na wolności, wraz z wojskiem. I zaraz sprawi im łaźnię.

Jeżeli w ogóle to wszystko od ,,a” do ,,z” nie jest łgarstwem.

Nie, coś takiego w dzisiejszej Rosji nie mogło się zdarzyć.

I przy witrynie wcale nie było tłoku, poza nimi — nikogo.

Drobny deszcz siąpił na plac, na jezioro. Chmury równomiernie zasnuwały 
wszystko nad jeziorem i mleczno-szary całun pokrywał cały Uetliberg aż do 
przeciwnego brzegu. Jechały dorożki z podniesionymi czarnymi budami, jeden 
za drugim sunęły czarne parasole. Jaka tam rewolucja!...

background image

A mimo wszystko warto by to wyjaśnić do końca.

Poszli na Hein-platz do kiosku z gazetami, może coś się trafi. Gazet Lenin nie 
kupował nigdy, ale z takiego powodu można, z partyjnej kasy.

Prostoduszny kioskarz oświadczył jednak, że w żadnej nie ma nic takiego — nie 
kupili więc ani jednej.

Dać sobie spokój z tą brednią, iść do czytelni i pracować. A Broński 
zrezygnowany, zdezorientowany, gotów był zdaje się ciągnąć za nim, wałęsać się 
po ulicach albo czekać w deszczu przed witryną na kolejne depesze — 
bezradność typowa dla ludzi bez charakteru. Przejrzał jego zamiary — i rozstał 
się z nim. I znowu, znowu, tysiąckrotnie przemierzanymi uliczkami, nie widząc 
ani domów, ani wystaw, ani ludzi — poszedł w stronę kantonalnej czytelni.

Ale tuż przed strzelistymi oknami — zawahał się.

Coś go powstrzymywało przed wejściem. Jakby miał utknąć w

139

drzwiach. Jakby coś mu nabrzmiało w środku przez te pół godziny — i nie 
puszczało.

A tymczasem deszcz przestał padać.

Postał trochę, zły na siebie. Oczywiście, mógłby się zmusić i wysiedzieć nawet do 
wieczora, ale... wzywała go konkretna, ważna praca — dla Szwedów, a 
tymczasem... Coś go powstrzymywało, nie w porę. I notatki — „marksizm o 
państwie”... A jakoś nie mógł...

Przeciwnie, przyszła mu do głowy niezgodna z jego charakterem, obca, wręcz 
zbrodnicza myśl: pójść do czytelni rosyjskiej. Gniazdo eserowców, anarchistów, 
mieńszewików i wszelkiej rosyjskiej hałastry. Jak gniazdo żmij, starał sieje 
zawsze omijać, nie chodzić po Culmannstrasse, nie oddychać tym powietrzem, 
nikogo nie spotykać, nie widzieć. A teraz pomyślał sobie: przecież tam, z 
pewnością, zebrali się, zbierają się... Wiedzą, nie wiedzą, ale — rozmawiają, będą 
rozmawiać. Można coś usłyszeć. Samemu nic nie mówić, a — czegoś się jednak 
dowiedzieć.

I — wbrew wszelkim swoim zasadom, ciągnęło go do tego obrzydliwego miejsca 
— poszedł.

I rzeczywiście, z zimnej, wilgotnej ulicy do niewielkiego ogrzanego pokoju 
wcisnęło się już ze dwadzieścia osób, w przesiąkniętej wilgocią odzieży, jedni 
siedzieli, inni nie, nawet nie zamierzali siadać — nikt jednak nie milczał, wszyscy 
mówili na raz. Harmider, wrzask i ogólny zgiełk falami przelewał się przez pokój. 
A jakżeby inaczej! — Rosjanie uwielbiają otwierać przed kimś duszę.

background image

Pomylił się tylko co do jednego: sądził — rzucą się na niego, będą zdziwieni, 
potraktują wrogo — nic podobnego. Jedni zauważyli jego przybycie, inni nie, ale 
wszyscy przyjęli go tak naturalnie, jakby był tu stałym gościem.

Lenin komuś odpowiedział (tak, jakby nie odpowiedział). Nikogo wprost o nic 
nie pytał. Usiadł na końcu ławki, w kącie, zdjął melonik. I siedząc słuchał, jak 
tylko on potrafił: wychwytując to, co go interesowało, a czego inni nawet nie 
słyszeli.

Okazuje się, że nikt nie wiedział nic ponadto, co zawierały znane już depesze. 
Jeszcze tylko tyle, że ,,po trzydniowych walkach” zwyciężyła. Wiadomość o tych 
trzech dniach ktoś właśnie przyniósł. Wyglądało to dość wiarygodnie, więc już — 
byli zachwyceni, i już nie mieli najmniejszych wątpliwości. Lenin nie widział 
powodu, by głośno kwestionować: dlaczego więc przez trzy dni nie było żadnych 
informacji? A w ogóle, nikt nie wiedział nic więcej, niż wynikało z depesz, ale 
rzeką słów zalewali całą ogromną przestrzeń wokół tych wieści.

Jeden z obecnych (nigdy go nie widział) w rozluźnionym, starym krawacie, 
podbiegał to tu, to tam, machał rękami jak kogut skrzydłami i myśli nie kończąc, 
mówiąc niewyraźnie — pędził da-

140

lej. A jakaś inna, wysoka, wpatrywała się tylko i wąchała ciągle bukiecik 
świeżych dzwoneczków: ktoś coś do niej mówił, a ona nic — kiwała się tylko w 
zadumie i wąchała kwiatki.

Lenin gardził tą paplaniną niby rewolucjonistów, którzy pełnym głosem 
rozprawiali na temat wolności i rewolucji, nie ogarniając wszystkich, szachowych 
niemal możliwości, w jakich te wydarzenia mogą się rozgrywać, nie zdając sobie 
sprawy, jacy wrogowie i jak zręcznie potrafią je wykorzystać nie tylko w trakcie 
tych wydarzeń, ale już na samym ich początku. Rozprawiali jak o powszechnym 
święcie, jakby wszystko się już dokonało i stało (a co się stało? a co się stać 
powinno? — czy ktoś z nich rozumiał?). Ale co robi car? I jaka armia 
kontrrewolucyjna zmierza na Petersburg? I jak, nie ulega wątpliwości, 
przerażona jest Duma, i że stara się możliwie szybko dogadać z reakcją? I jak 
słabe i niezorganizowane są jeszcze siły proletariatu? — o tym nie myśleli, tych 
odpowiedzi nie poszukiwali. Tylko nagle, wszyscy jakby pogodzeni, 
zapomniawszy o międzypartyjnych różnicach poglądów, te podekscytowane 
damy ze wstążkami na kapeluszach przekazywały sobie nawzajem jakąś radosną 
bzdurę. I oto, godzinę czy dwie później, nie czuli się już przymusowymi 
mieszkańcami Szwajcarii, ale — przedstawicielami ,,wszechrosyjskiej 
wspólnoty”, tylko i wyłącznie — Rosjanami, snuli typowo rosyjskie i 
bezpodstawnie rosyjskie plany, jak wszyscy razem mogliby już teraz, bez zwłoki, 
dostać się do Rosji.

N-no!...

Z tymi amikoszoriskimi pomysłami i maniłowskimi projektami pchali się także 

background image

do Lenina, dosiadali się, jedni — wiedząc kim jest, inni — nie wiedząc, część 
towarzystwa nie miała bowiem nic wspólnego z polityką. Obserwował spod 
przymrużonych oczu tych podekscytowanych, tych pijanych bez wina, te 
szczebioczące damy — nikomu nie odpowiedział ostro, ale też nic nie 
odpowiedział.

A różne rzeczy przychodziły im do głowy: wszyscy emigranci powinni się teraz 
zjednoczyć niezależnie od różnic partyjnych (drob-nomieszczariskie łby, pełne 
śmieci!) i utworzyć ogólno-szwajcarski Rosyjski Komitet Emigracyjny, który 
zająłby się zorganizowaniem powrotu do ojczyzny. I... i... i w jakiś sposób 
wracać, ale jak — nikt nie wiedział, a propozycje padały jedna za drugą. I już na 
dziś wieczór zwoływali komisję przygotowawczą.

Wracać, kiedy nie wiadomo, co się tam dzieje. A niewykluczone, że już pod 
każdą ścianą rozstrzeliwują rewolucjonistów.

Przybywali ciągle nowi ludzie, ale — nie myśli. I wszyscy znowu konfrontowali 
między sobą wiadomości — i nadal nikt nie wiedział nic więcej. I aby uwolnić się 
od tej ich jałowej gadaniny, Lenin wyszedł równie niezauważalnie, jak wszedł.

Na ulicy nie tylko przestało padać, ale wyraźnie przejaśniało,

141

r

chmury przerzedziły się znacznie. Było mniej mokro, ale — nadal — zimno.

Nogi niosły go w dół, w stronę biblioteki i domu.

A może by rzeczywiście — pójść do domu?

W ogóle teraz nie wiadomo, dokąd iść.

Zatrzymał się.

Jeszcze przed dwiema godzinami, przed obiadem, wszystko wydawało się takie 
jasne: doprowadzić do rozłamu w szwedzkiej partii, i w związku z tym 
odpowiednie rzeczy przeczytać, napisać, zrobić. Ale oto zaskoczyło go niepojęte, 
nieprawdopodobne i niepotrzebne wydarzenie i, wydawałoby się, że nawet nie 
poruszyło, nie wytrąciło z równowagi — ale zaczynało już wytrącać. Już 
pochłaniało siły i rozpraszało.

I wrócić do biblioteki — nie był w stanie.

I do domu iść się nie chciało. Od roku wyraźnie nudziło go omawianie 
wszystkiego z Nadią: rozwlekle i z poważną miną wygłaszała takie banały, że 
słuchać hadko. I nic świeżego, oryginalnego nie wynosił z tych rozmów.

background image

A nogi ciągnęły, żeby trochę pochodzić.

Ale — nie ulicami, znudziły mu się, patrzeć już na nie nie mógł. A może by wejść 
na Zurichberg, przecież to dwa kroki.

Dął lekki wiatr — chłodny, ale niezbyt mocny. Nie, tylko nie będzie padało, ale 
wyraźnie przejaśnia się.

W palcie, które w czytelni niemal zupełnie wyschło, Lenin poszedł ostro pod 
górę. W górach i nogi się rozchodzą, i łatwiej o koncentrację, można coś 
przemyśleć.

Im bardziej stromo, im krótsza uliczka — tym bliżej tam, na szczyt. Nogi miał 
silne, jak za młodu. W tę samą stronę szli szybko młodzi chłopcy z tornistrami na 
plecach, z poobiednich lekcji — Lenin dotrzymywał im kroku. I nie miał 
zadyszki, i serce biło równym rytmem.

Gdyby ż tak było ze wszystkim. Ale — głowa... Ale głowę nosił Lenin jak coś 
drogocennego i chorego. Aparat do natychmiastowego podejmowania 
bezbłędnych decyzji, do znajdowania celnych argumentów — aparat ten przez 
podłą mściwość natury był chorobliwie jakby, wielokierunkowo porażony, dając 
o sobie znać w coraz to innych miejscach. Tak zapewne rozwija się pleśń w 
kawałku czegoś żywego — chleba, mięsa, grzyba — zielonkawy nalot i niteczki 
wrastające w głąb: jak gdyby wszystko było jeszcze całe a jednocześnie porażone, 
nie dające się oczyścić, a kiedy boli cię głowa, nie czujesz bólu wszędzie, tylko w 
poszczególnych warstewkach i nitkach. Można by pomyśleć: co boli to trudno, 
każdego czasem boli, wziąć proszek i przejdzie! Ale jeżeli dopuścisz do siebie 
czasem myśl, że boli w sposób szczególny, nieodwracalny, że proszek — tylko 
oszu-

142

ka cię na kilka godzin, a tam niteczki wrastają coraz głębiej — ogarnia cię takie 
przerażenie^ jak w nowotarskim więzieniu: wyrwać się nie sposób! A nie ma na 
tę głowę rady. Wszystko na tym świecie czeka na twoje opinie i decyzje! 
Wszystkim można pokierować zgodnie z twoją wolą! — a sam jesteś już w 
okowach i wyrwać się — nie sposób!

Zdrowe serce, płuca, wątroba, żołądek, ręce, nogi, zęby, oczy, uszy — możesz tak 
wymieniać i pękać z dumy. Ale natura jak nieubłagany, przenikliwy egzaminator 
— wie, że czegoś nie wymieniłeś. Wszystkiego przecież wymienić nie sposób — a 
choroba już dostrzegła puste miejsce i tajemnymi przejściami sączy zniszczenie, 
coraz głębiej, coraz głębiej. A wystarczy drobna rysa, żeby zburzyć cały pomnik 
zdrowia.

I to było powodem, że nie przeżywał już tak mocno zatargów i nieporozumień 
między nimi — które nie wiadomo dlaczego, coraz trudniej było zażegnać w 
chwilach, kiedy usiłował doprowadzić do tego. Przez rok — można się nawet 
odzwyczaić. Ona — była mu potrzebna. Potrzebna. Ale — czy on jej jest równie 

background image

potrzebny?

Być tak blisko i nie przyjechać przez cały rok?

No, oczywiście. Ma kogoś...

Ale ogarniała go apatyczna niemal obojętność.

Od kantonalnego szpitala szedł górą, krętymi uliczkami, gdzie co bogatsi 
szwajcarscy biirgerzy przeprowadzali się w góry, ponad miasto, bliżej lasu i 
nieba, z widokiem na odległe jezioro, i tu budowali sobie wille, małe pałacyki 
burżujów. I każdy myślał tylko o tym, jak swoją upiększyć — jedni ozdobną 
kładką, inni kafelkami, jedni wieżyczkami, inni bramą, werandą, powozownią, 
fontanną, albo nazwą ,,R6ża gór”, ,,Hordevia”, „Nisetta”. I znad wszystkich 
dachów unosił się w górę dym — oczywiście, wszędzie palono w kominkach, żeby 
było przytulniej.

To urządzenie sobie piękna i wygód odgrodzonych parkanami, sztachetami, 
notarialnymi aktami i dogodnymi szwajcarskimi przepisami, wyżej niż inni, żeby 
odseparować się od pospólstwa — wywoływało w nim narastającą wściekłość. O, 
jak cudownie byłoby wparować tu z dołu z całym tłumem i rozwalić te furtki, 
okna, drzwi, kwietniki — kamieniami, kijami, obcasami, kolbami karabinów — 
czy można wyobrazić sobie coś lepszego, weselszego? Czyżby do tego stopnia dała 
się zniewolić i zniechęcić ta masa pokrzywdzonych, że już nigdy nie zdobędzie się 
na bunt? Nie przypomni sobie płomiennych słów Marata: człowiek ma prawo 
wydrzeć innemu nie tylko to, co tamten ma w nadmiarze, alei to, co niezbędne. 
Aby samemu nie zginąć, ma prawo zarżnąć innego i pożreć jego dygocące ciało!

Właśnie ten słynny jakobiński stosunek do świata nigdy nie

143

przebudzi się w proletariacie republiki lokajów, ponieważ ciągle spadają kąski z 
pańskiego stołu, dokarmiają. I omotują go swa pajęczyną oportuniści Grimma.

A — w Szwecji?

A — co teraz w Rosji?...

W Rosji mogłoby być wiele rzeczy, tylko nie ma kto pokierować. Z pewnością 
dziś wszystko zostało już przegrane i topią we krwi — ale depesze potwierdzą to 
dopiero pojutrze.

Nie ze względu na wysokość, tylko z powodu poprawiającej się pogody — było 
coraz widniej. Szedł już po suchych, czystych (nigdy nie bywały brudne ani 
zabłocone), gładkich, równo poukładanych kamieniach chodników i ulic. I jeśli 
nawet zdarza się, że przejeżdżający powóz ochłapie cię wjeżdżając w kałużę, to 
czystą wodą. Na ulicach położonych na stoku — sporo drzew, a wyżej — gęściej, 
a jeszcze wyżej — las.

background image

Tu chodziło się po prostu na spacery, spokojnie i bez pośpiechu. Minęły go 
jedna, potem druga, stateczne, dostojne pary burżu-jów ze złożonymi 
parasolkami i psami na smyczach. Później — dwie starsze damy, jak to zwykle w 
Szwajcarii, bardzo z siebie zadowolone, perorujące głośno. Jeszcze ktoś. 
Podziwiali swe posiadłości. Po chwili nie było już ani przechodniów, ani zgiełku 
życia.

Tuż pod lasem jedna z ulic biegła po stoku, nie opadając ani nie wznosząc się w 
górę. Prowadziła na ogrodzony parkanem taras widokowy. Stąd można było 
przez gałęzie rosnących niżej drzew podziwiać oddaloną zatokę jeziora i całe 
miasto spowite szarą nizinną mgiełką — wieże, kominy, niebieskie, 
dwuwagonowe tramwaje przejeżdżające przez mosty. I aż tu docierał z 
jednostajnie szarych kościołów, ciągle ten sam, mechaniczny, metaliczny, zimny 
dźwięk dzwonów.

I — alejka, pod wysokimi drzewami, wysypana żwirem, z ławeczkami, dróżka 
długości zaledwie dziesięciu kroków, prowadząca do jednej, jedynej samotnej 
mogiły. Kiedy wybierali się z Nadią na wielki, owalny Zurichberg, wchodzili pod 
górę z innej strony i dochodzili gdzie indziej, tu nigdy nie zbłądzili. Podszedł 
teraz do tej mogiły położonej na wysokim, widocznym miejscu.

Stał tu wysoki, sięgający mu niemal do ramion nagrobek z nierównego, 
chropowatego, szarego kamienia, a na wmontowanej w kamień metalowej, 
gładkiej płycie wyryty był napis ,,Georg Buch-ner. Zmarł w Zurychu nie 
dokończywszy poematu Śmierć Danto-na...”

Nie od razu skojarzył, skąd zna to nazwisko, Georg Buchner... Znał przecież 
wszystkich — socjaldemokratów, działaczy politycznych. A — poeta?...

I jak ukłucie: oczywiście — sąsiad. Mieszkał na Spiegelgasse 12,

144

obok, ściana w ścianę, trzy kroki od drzwi do drzwi. Emigrant. Mieszkał po 
sąsiedzku. I umarł. Z niedokończoną ,,Śmiercią Dantona”.

Co za licho. Danton to oportunista. Danton to nie Marat, Dantona nie żal, ale i 
nie o niego chodzi — sąsiad tu leży. On też, z pewnością, chciał stąd się wyrwać, 
wrócić z tego przeklętego, ciasnego, małego kraju. A umarł — w Zurychu. W 
kantonalnym szpitalu, a może i na Spiegelgasse. Nie napisali, na co umarł, może 
też go tak bolała głowa, bolała...

I cóż tu, doprawdy, robić z tą głową? Ze snem? Z nerwami?

I w ogóle, co będzie dalej? Jeden człowiek nie jest w stanie walczyć przeciwko 
wszystkim, poprawiać wszystkich i wszystkimi kierować.

Niezbyt przyjemne spotkanie.

background image

Cały Zurych, pewnie ze ćwierć miliona ludzi, miejscowych i z całej Europy, tam, 
na dole, jak w mrowisku, pracowali, zawierali transakcje, wymieniali pieniądze, 
sprzedawali, kupowali, jedli w restauracjach, brali udział w zebraniach, szli i 
jechali ulicami — i każdy w swoją stronę, i każdy ze swymi niepozbieranymi, 
nieukierun-kowanymi jak należy myślami. A on — został tu na górze i wiedział, 
potrafiłby nimi wszystkimi pokierować, połączyć ich wolę w jedność.

Tylko nie miał takiej władzy. Mógł tu stać nad Zurychem albo leżeć tu w grobie 
— ale zmienić Zurychu nie mógł. Mieszkał tu już drugi rok i wszystkie wysiłki na 
nic, nic nie zostało zrobione.

Trzy tygodnie temu to miasto bawiło się na swym idiotycznym karnawale: sunęły 
jedna za drugą orkiestry w błazeńskich strojach, oddziały gorliwych doboszy, 
wrzaskliwych trębaczy, to — postaci na szczudłach, to — z długimi, zrobionymi z 
pakuł, metrowej długości włosami, krzywonose wiedźmy i beduini na 
wielbłądach, na kołach jechały karuzele, sklepy, martwe olbrzymy, strzelające 
armaty, które wraz z dymem wypluwały z luf confetti — ile zasiedziałych 
nierobów zajmowało się przygotowaniami, szyciem kostiumów, repetycjami, ileż 
swych nie znających wojny, sytych sił musieli tu włożyć! — gdybyż choć połowę 
tych sił użyć na strajk powszechny!

A miesiąc później, już po Wielkiej Nocy, będzie święto pożegnania zimy, świąt tu 
bez liku — jeszcze jeden pochód, już bez masek i charakteryzacji, parada 
rzemieślniczego Zurychu, tak jak w ubiegłym roku: przeogromne wory z 
przeogromnym ziarnem, ogromne warsztaty, maszyny introligatorskie, kamienie 
szlifierskie, żelazka, na bryczce cała kuźnia pod ułożonym z dachówek dachem i 
w czasie jazdy dmą w miechy i odkuwają młotki, topory, widły, cepy 
(nieprzyjemne wspomnienie, jak kiedyś w Ałakajewce mama zmuszała go, żeby 
został rolnikiem, obrzydzenie go brało na widok tych wideł i cepów); wiosła na 
ramionach, ryby na kijach, buty z cholewami na cechowych sztandarach, dzieci z 
wypieczonymi bochen-

10 — Lenin w Zurychu

145

kami chleba i preclami — można by się nawet pochwalić ta pracą, gdyby to 
wszystko nie nabierało burżuazyjnego charakteru i nie świadczyło tak natrętnie 
o swym konserwatyzmie, gdyby nie było tylko wczepianiem się w przeszłość, 
którą należy zburzyć do cna. Gdyby za rzemieślnikami w skórzanych fartuchach 
nie jechali jeźdźcy w czerwonych, białych, błękitnych i srebrzystych 
kamizelkach, w liliowych frakach i różnokolorowych trójrogach, nie 
maszerowały jakieś kolumny starców — w staroświeckich surdutach i z 
czerwonymi parasolkami, uczeni sędziowie z przesadnie wielkimi złotymi 
medalami, a wreszcie i markizy-hrabiny w barchanowych sukniach i białych 
perukach — zabrakło na nich gilotyny Wielkiej Francuskiej! I znów setki 
trębaczy i dziesiątki orkiestr, wśród nich dęta na koniach, jeźdźcy w hełmach i 
kolczugach, halabardziści i piechota z czasów napoleońskich, ostatniej wojny, 
którą pamiętają — z jakąż ochotą bawią się w wojnę, kiedy nie trzeba 

background image

maszerować na rzeź, a zdrajcy socjal-patrioci nie robią nic, żeby ci ludzie się 
zmienili i rozpoczęli domową!

A i cóż oni tu mają za klasę robotniczą? Ich berneńską właścicielka mieszkania, 
prasowaczka, proletariuszka, kiedy dowiedziała się, że matkę spalili w 
krematorium, nie było pogrzebu, więc nie chrześcijanie — wyrzuciła z 
mieszkania. Inna, za to tylko, że w ciągu dnia zapalili lampę, żeby pokazać 
Szkłowskim, jakie daje jasne światło — też ich wyrzuciła.

Nie, nie da się ich porwać.

Czegóż może dokonać piątka cudzoziemców, nawet jeśli ich idee są 
najsłuszniejsze?...

Skręcił z bulwaru i poszedł stromo pod górę, do lasu. Chmury były teraz 
wyraźnie mniej gęste, na zachodzie miały nawet łagodną, jasnożółtą barwę. 
Można było domyślić się, że tam, za nimi kryje się wieczorne słońce.

I już w lesie. Nieuporządkowany, ale tu i ówdzie poprzecinany alejkami. Na 
przemian z sosnami — jakieś szaro-białe pnie, ale nie brzozy i nie osiki. Mokra 
ziemia zasłana obficie starym listowiem. I brudno tu i poślizgnąć się można, ale w 
alpejskich butach, nie najlepszych na miejskie chodniki, to akurat doskonale.

Szedł stromo pod górę, z wysiłkiem. Był sam. Tam gdzie mokro i błoto 
przyzwoite pary nie spacerowały.

Przystawał, żeby zaczerpnąć tchu.

Na gołych drzewach mokły czarne, puste jeszcze domki dla szpaków.

Nie ma nic trudniejszego, niż przejście z konspiracji do działalności legalnej. 
Przecież nie bez kozery istnieje słowo podziemie: nie ujawniając się, zawsze 
anonimowo, i nagle, ni stąd, ni z owad wyjść na podium i powiedzieć: tak, to ja! 
bierzcie broń, poprowadzę was!

146

Dlatego właśnie tak ciężko poszło mu w Piątym Roku, a Trocki i Parvus 
przechwycili całą rosyjską rewolucję. Jakież to ważne — włączyć się do rewolucji 
w odpowiednim momencie! Spóźnisz się o tydzień — i tracisz wszystko.

Co teraz zrobi Parvus? Ach, należało go potraktować nieco przyjaźniej.

Więc — jechać? Jeżeli wszystko się potwierdzi — jechać?

Tak od razu? Rzucić wszystko? I — przefrunąć w powietrzu.

Za pierwszym wzgórzem teren opadał w wilgotny, ciemny, świerkowy las, a 
biegnąca tędy droga była kompletnie rozmokła, pełna błota. A można było pójść 

background image

samym grzbietem, bez ścieżki — oczywiście tu jest sucho, rośnie trawą i idzie się 
pod sosnami.

No, jeszcze na ten pagórek.

Stąd znowu otwiera się panorama, jeszcze bardziej rozległa. Widać było duży 
fragment spokojnego, szarego jeziora i cały Zurych pokryty jakby potężną czaszą 
powietrza, nie rozrywaną jeszcze nigdy przez artyleryjskie pociski, nie rozcinaną 
wrzaskami rewolucyjnej tłuszczy. A słońce — właśnie zachodziło, ale wcale nie 
nisko, tylko niemal na poziomie oczu — za łagodnie opadająca linię Uetlibergu.

Jak po przebudzeniu z narkozy wypłynęło znowu to, co przygnało go nie w porę, 
w dniu przeznaczonym na pracę — w tę wilgoć w górach: złe samopoczucie, 
wzburzenie, jakie owładnęło nim w rosyjskiej czytelni na ten zgodny, barani ryk, 
że zaczęła się rewolucja.

Jakże łatwowierni są ci wszyscy zawodowi rewolucjoniści, nie ma takiej bujdy, w 
którą by nie uwierzyli.

Właśnie teraz trzeba wykazać szczególną podejrzliwość i ostrożność.

Poszedł dalej przez suche bezdroże, grzbietem góry, po brunatnej trawie, po 
suchych gałązkach. Tu, na górze, spotkać można skaczące wiewiórki, a czasem i 
młodziutkie sarenki wielkości psa migną w oddali, przebiegając drogę.

Wysoko i w ciszy, w czystym powietrzu — z głową było lepiej, znikała uciskająca 
obręcz. Całe zdenerwowanie, wszyscy denerwujący ludzie — znikali, wypadali z 
pamięci, zostali na dole.

Ciężka była ostatnia zima, dała mu się we znaki. Nie może żyć w takim napięciu, 
trzeba się trochę oszczędzać.

A — w imię czego się oszczędzać? Jeżeli ma nic nie robić — to w imię czego się 
oszczędzać?

Alę — i tak długo nie pociągniesz. Z głową kiepsko. Źle.

Wzgórek, po którym szedł, opadał ku poprzecznej żwirowej drodze. No, 
oczywiście, znajome miejsce, obelisk. Ścieżka prowadziła właśnie do niego. Był to 
pomnik ku czci dwóch bitew 1799 roku stoczonych o Zurych między rewolucyjną 
armią francuską i austro-węgierską reakcją.

147

Naprzeciw obelisku Lenin przysiadł na wilgotnej ławce, był zmęczony.

Tak, to prawda, i tu strzelali. Strach pomyśleć: aż tu doszły rosyjskie wojska! i tu 
dosięgła carska łapa!

background image

Miarowy stukot kopyt po bitej drodze dał się słyszeć z góry, spoza garbu drogi. I 
niemal w tej samej chwili, z ciemnego lasu, w niezbyt jasnym świetle 
zapadającego mroku, wyłonił się damski kapelusz opasany wstążką — a po 
chwili także kobieta ubrana na czerwono — i jasno kasztanowy koń. Koń szedł 
stępa, kobieta siedziała wyprostowana — i coś w jej zachowaniu, i w postawie... -
Inessa?!

Zadrżał, zobaczył, uwierzył! — choć było to absolutnie niemożliwe.

Bliżej — nie, nie ona oczywiście, ale — jakieś podobieństwo istniało. W postawie, 
w zachowaniu — duma i poczucie własnej wartości.

Wynurzyła się z mrocznej gęstwiny — w czerwieni, i jechała tak przez wilgotny, 
czysty, bezdźwięczny wieczór.

Ale o swej niezrównanej urodzie najbardziej przekonany był koń — jasno rudy, 
niemal żółty, wymuskany, w strojnej uździe, dostojnie przebierał kopytami.

A amazonka siedziała opanowana albo smutna, nie widząc przed sobą nic prócz 
spadku drogi, nie spojrzała nawet na obelisk, ani na byle jak ubranego, 
wciśniętego w stojącą na dole ławkę, w czarnym meloniku grzyba.

On także siedział nieporuszony, wpatrzony w jej twarz, czarny kosmyk włosów 
spod kapelusza.

Gdyby tak wyzwolić się od myślenia o koniecznych i słusznych zadaniach — 
przecież jest pięknie! Piękna kobieta!

Jej ramiona i talia unosiły się w górę i opadały w dół, ale trzymała się prosto. 
Nogi w strzemieniach umiejętnie amortyzowały unoszoną w górę i opadającą w 
dół postać.

Przejechała w dół, tam droga zakręcała — i jeszcze tylko przez chwilę słychać 
było miarowy stukot kopyt.

Przejechała, coś jeszcze mu zabierając — i zniknęła.

148

L-2

Z licznych dotychczasowych rewolucyjnych prób Lenin wiele się nauczył (tylko 
dla rewolucji bowiem urodził się i żył, cóż mógłby znać lepiej?) i miał swoje 
ulubione postaci, momenty, metody i myśli. A na własne oczy widział tylko jedną 
— ale nie od początku, nie całą, nie w najważniejszych miejscach — i w niej 
właśnie w ogóle nie uczestniczył, wbrew swej woli tylko obserwował, wyciągał 
wnioski i z nich dalsze wnioski.

background image

Ale była jeszcze inna — w innym kraju i za jego niemowlęcych lat, z którą czuł 
serdeczny, nierozerwalny związek. Na myśl o niej serce biło jak na wspomnienie 
imienia ukochanej, odczuwał coś na kształt nie dającej się przezwyciężyć 
słabości, bólu i miłości: jej błędy — bardziej bolą niż czyjekolwiek, jej 
siedemdziesiąt jeden dni, jak te najistotniejsze, decydujące o wszystkim dni 
własnego życia — przeanalizował dokładnie, jeden po drugim. Jej imię zawsze na 
ustach: Paryska Komuna!

Na Zachodzie, jeśli czekano na jego komentarze, jeśli uznawano jego opinie za 
ważne, to — w sprawach rewolucji rosyjskiej piątego roku. Regularnie więc ją 
omawiał, najczęściej — 9 stycznia, w dniu, który na zachodzie wywoływał 
najwięcej skojarzeń (tak i w tym roku, w zurychskim Domu Ludowym ostrzegał 
słuchaczy:,,Europa jest brzemienna rewolucją”!, mając na myśli przede 
wszystkim szwajcarską). Ale o tej, wyrwanej mu niemal z rąk rewolucji mówić 
było przykro (a o wnioskach, jakie z zazdrości wyciągnął oceniając krytycznie 
działalność Parvusa i Trackiego, lepiej było na razie głośno nie mówić). O 
Komunę Paryską natomiast nikt go nie pytał, wielu mogłoby opowiedzieć 
bardziej wiarygodnie, ale samego ciągnęło go, żeby do niej przylgnąć — 
miejscem zbolałym do zbolałego, raną do rany, jakby mogli się nawzajem 
odrodzić. I kiedy wszyscy — ci, co bili i ci, co nie brali udziału, musieli 
pojedynczo, skrycie uciekać z przegranej Rosji — w zgniłą genewską zimę 908 
roku, przygnębiony, skłócony ze wszystkimi współtowarzyszami, rozdrażniony do
gra-

149

nic nerwowej wytrzymałości, samotnie rzucił się do pisania o lekcjach płynących 
z Paryskiej Komuny.

Tak i teraz, w czasie tej nerwowej zimy, wymęczony ciągłą szep-taniną w kręgu 
Kegel-klubu, odczuwał fizyczną wręcz potrzebę, by stanąć przed wielką, 
wypełniona salą, przed masą ludzi. Gdy więc niespodziewanie dostał załatwione 
przez Abramowicza zaproszenie, żeby 5 marca wygłosić w Chaux-de-Fond 
referat w rocznicę Komuny Paryskiej (w okolicy Chaux-de-Fond jeszcze od 
hugenockich czasów mieszkało wielu francuskich uciekinierów, do nich uciekali 
także komunardzi, a teraz żyli tu ich wszystkich potomkowie) — Lenin zgodził 
się z największą przyjemnością.

A tu jak z nieba spadła wiadomość o rosyjskiej rewolucji i z każdym dniem 
dochodziło coś nowego.

Nie minęły jeszcze trzy doby od pierwszych, niepotwierdzonych wieści z Rosji 
(trzy doby — bez chwili przerwy, bo sen nie przychodził przez całe trzy noce, ale 
ustąpił ból głowy, coś nadzwyczajnego! ustąpiły wszystkie objawy choroby, tyle 
sił przybyło nagle!) a ileż w ciągu tych siedemdziesięciu godzin myśli przemknęło 
— przepaliło się i przegrzmiało — przez serce i głowę jak przez szyber wielkiego 
pieca! Wiedząc tak niewiele, odtwarzał z fragmentów, zestawiał obraz za 
obrazem — co się tam dzieje? i na każdy wariant dawał dyspozycje. Te 
dyspozycje przy obecnym jego doświadczeniu były teraz bezspornie słuszne, ale 

background image

za każdym razem obraz okazywał się złudny i kolejne depesze obalały i zmieniały 
treść poprzednich. A własnej wiarygodnej informacji z Rosji — nie miał, nie 
miewał i nie mógł mieć żadnej.

Z wiekiem coraz lepiej siebie poznajesz. Nawet bez inteligenckiego grzebania w 
duszy trudno nie zauważyć niektórych swoich cech. Na przykład inercji. W 
wieku czterdziestu siedmiu lat nie tak łatwo rzucić się w wir wydarzeń. Nawet 
widząc, przewidując właściwe polityczne posunięcia — nie od razu jesteś w 
stanie działać z odpowiednią energią. A kiedy już jej nabrałeś — zatrzymać się 
jest równie trudno.

Porażająca nowina z Rosji nie zdołała go zepchnąć od razu na inny tor, nie 
owładnęła nim w jednej chwili — ale pochłaniała go, pochłaniała coraz bardziej. 
I już pierwszej nocy męczyła go świadomość własnego błędu: dlaczego, dlaczego 
nie przeniósł się do Szwecji już półtora roku temu, kiedy wzywał go Szlapnikow, 
kiedy proponował Parvus? Po co został w tej beznadziejnie tępej, burżuazyj-nej 
Szwajcarii? A przez wszystkie wojenne lata wydawało się to takie oczywiste: za 
nic ze Szwajcarii, przesiedzieć tu do końca. A teraz stało się tak oczywiste: ach, 
trzeba było wyjechać w porę! Żeby doprowadzić do rozłamu szwedzkiej partii, 
czy też, żeby znaleźć się bliżej wydarzeń w Rosji — byle do Sztokholmu! Tam 
można nawet

150

wezwać z Rosji kogoś z naszych, na przykład delegatów do Dumy, jeżeli wrócą z 
Syberii.

I wtedy można było to zrobić nie zwracając niczyjej uwagi — przez Niemcy, 
oczywiście, jedyną mądrą drogą. A teraz, kiedy wszyscy się ruszyli, zaczął się 
harmider, dyskusje — o tym, żeby czmychnąć niezauważenie, nie ma mowy. Ech, 
do diabła!

Jednakże siedzieć bezczynnie nie wolno ani chwili: uda się coś, czy nie uda — 
trzeba zacząć działać! I rankiem 3-go, zaraz po przebudzeniu, postarał się wysłać 
sprawdzonymi kanałami swoją fotografię do paszportu na przejazd — 
Haneckiemu. (Biedny Kuba też swoje przeszedł: w styczniu aresztowano go za 
nielegalny handel, wydalono z Danii.) I natychmiast wysłał telegram, wyjaśniając 
otwartym tekstem (jakby sami się nie domyślili, bez sensu, pospieszył się, 
cierpliwości zabrakło): fotografię wujka (znaczy Lenina) natychmiast przesłać 
Sklarcowł do Berlina, Tiergartenstrasse 9.

Nie zwlekając musiał pogodzić się z całym tym towarzystwem: nikt inny nie mógł 
mu pomóc i wywieźć go stąd.

Ranek 3-go przyniósł także nowe depesze: podobno car abdy-kował!!! (Czy to 
możliwe, żeby tak nagle? bez walki?? cóż go mogło do tego zmusić??? E-e, jest w 
tym jakaś pułapka. A kto na jego miejsce? Nie ma Mikołaja, to będzie inny, 
mądrzejszy.) I utworzono podobno rząd tymczasowy (a czy to aby pewne, że 
aresztowano carskich ministrów) z Guczkowem, Milukowem, a nawet 
Kiereńskim (nikczemnicy spod znaku Louis Blanca, jakże ci fałszywi socjaliści 

background image

uwielbiają sadzać swoje tyłki na burżuazyjnych fotelach).

I — jakiż zapał ogarnął tych emigracyjnych gadaczy — ani jedna gęba nie 
zamknie się od rana do wieczora, beczą jak w euforii. A pomyśleć tylko: przez 
cały tydzień topili Petersburg w robotniczej krwi — i jak zawsze w europejskiej 
historii, 1830, 1848, ta ciągła ufność mas! — oddali pełną władzę tym 
burżuazyjnym draniom, tym Szingariowom-Milukowom. Jakiż to znany, 
wyświechtany szablon!

W emigranckiej bibliotece mogą sobie strzępić języki, ale ty, prawdziwy 
rewolucjonisto — bądź czujny! skoncentruj się! patrz uważnie! Tam teraz tak 
naplączą, wszystko oddadzą w przypływie popiego wzruszenia, przecież nie ma 
tam ani jednego taktycznego umysłu. Dręczyło go — że nie jest tam, że nie może 
się wtrącić, nie może pokierować.

Przez całą zimę nie wspominał ani razu o Kołłontaj, ale oto w ciągu kilku 
zaledwie dni stała się jednym z najważniejszych korespondentów, wydarzenia 
przeniosły się tam, do niej. I zaraz po wysłaniu swej fotografii do Haneckiego 
zaczął pisać list do Aleksandry Michajłownej: wyjaśnić, jak wyglądają nasze 
sprawy. Nasze hasła — oczywiście, bez zmian: przekształcić imperialistyczną w 
domo-

151

wą! A to, że kadeci mają władzę, złapali się, głupcy, to — nawet — nawet — 
dobrze! Doskonale, niech to cudowne towarzystwo zapewni narodowi 
obiecywaną wolność, chleb i pokój! A my — popatrzymy. A my — w zbrojnym 
pogotowiu! Przygotowania zbrojne do wyższego etapu rewolucji. I wobec 
socjalistów-centrystów, Czcheidzego — za grosz zaufania, żadnego łączenia się z 
nimi! My — osobnol tylko osobno! I — nie pozwolimy się wmanewrować w 
żadne próby zjednoczeniowe. A w ogóle będzie największym nieszczęściem, jeżeli 
rząd kadetów zgodzi się na legalną partię robotniczą — to nas szalenie osłabi! 
Miejmy nadzieję, że pozostaniemy nielegalni! A jeżeli nawet zdołają narzucić 
nam legalność, to bez wątpienia zachowamy część podziemia: w podziemiu — 
nasza siła, całkowicie zrezygnować z podziemia — nie możemy! Będziemy musieli 
wydrzeć tym ka-deckim oszustom całą władzę. I dopiero wtedy nastąpi „słynna 
wielka” rewolucja!... Jestem niepocieszony, niepocieszony, że nie mogę 
niezwłocznie pojechać do Skandynawii!

A 4-go z rana wszystkie dotychczasowe informacje okazały się nieaktualne: rząd 
kadetów wcale jeszcze nie zwyciężył, car — wcale nie abdykował, tylko — uciekł, 
tylko — nie wiadomo gdzie się znajduje, a z szablonu wszystkich europejskich 
rewolucji wynika w sposób oczywisty: zbiera swą kontrrewolucyjną zgraję, 
zwołuje swoją Koblencję. A nawet jeśli mu się to nie uda, może wywinąć choćby 
taki numer, na przykład: ucieknie za granicę i ogłosi manifest o 
separatystycznym pokoju z Niemcami! Tak, cóż prostszego! Przecież niezwykle 
przebiegli są ci Romanowowie. (I na jego miejscu tak właśnie należy zrobić, 
doskonałe posunięcie; chłopski car — anioł pokoju!) I natychmiast w całej Rosji 
lud jest pełen uznania dla cara, rząd kadetów chwieje się i ucieka, a Niemcy — 
Niemcy przestają być sojusznikiem naszej rewolucyjnej partii, nie jesteśmy im 

background image

już potrzebni... (O-o-o, z wyjazdem do Rosji trzeba jeszcze spokojnie poczekać, 
nie ma tam jeszcze nic do roboty. I po co właściwie wysłał ten telegram do 
Haneckiego! — cóż za głupota, zblamował się.

Aleksandro Michajłowna, obawiamy się, że nie uda nam się tak szybko wyjechać 
z tej przeklętej Szwajcarii, to bardzo skomplikowana sprawa. Pomożemy 
najlepiej, posyłając wam rady ze Szwajcarii.

Tak więc, towarzyszom, wyjeżdżającym ze Sztokholmu do Rosji, należy dać 
precyzyjny program taktyczny. Można to przedstawić w tezach... Ręka pisze już 
tezy... Dla proletariatu rzeczą najważniejszą jest — uzbroić się, przyda się to w 
każdych warunkach: najpierw w obaleniu monarchii, a później— kadeckich 
imperialistycz-nych grabieżców... A, to to, Grigorij. Chodź, będziesz pomagał, 
siadaj... Nowy rząd nie będzie w stanie dać narodowi chleba, a bez chleba ich 
wolność nie jest nikomu potrzebna. A chleb można tylko ode-

152

brać siłą obszarnikom i kapitalistom. A zdoła tego dokonać tylko rząd robotniczy 
(tylko my)..xTak! dopisać jeszcze do Kołłontaj: zapoznajcie z tymi tezami 
Piatakowa i Jewgienię Bosz. (Takie dziś czasy — nawet prosiaków nie wolno 
lekceważyć. Nikogo teraz lekceważyć nie wolno. Kto by się teraz naprawdę 
przydał — to Malinowski! ach! Obsmarowali człowieka, że nie ma go jak 
zrehabilitować. A tymczasem prowadzi w obozach jenieckich bardzo pożyteczną 
robotę. W styczniu raz jeszcze złożyli oświadczenie w jego obronie. Trzeba go 
ratować, trzeba — przywrócić)... Dalej... Bardzo ważna myśl: nie zapomnieć o 
podburzaniu służby przeciw pracodawcom — bardzo to pomoże w ustanowieniu 
władzy Rad. Co dzisiaj znaczy prawdziwa wolność? To, po pierwsze, że żołnierze 
będą wybierali swoich oficerów. I w ogóle — powszechne zebrania i wybory, 
wybory na wszystkie stanowiska. I zniesienie wszelkiego nadzoru urzędników 
nad życiem, nad szkołą, nad... A wolność, jaką mamy dziś w Rosji jest nad wyraz 
względna. Ale trzeba umieć ją wykorzystać do przejścia na wyższy etap 
rewolucji. I ani Kiereński, ani Gwozdiew nie potrafią wskazać drogi klasie 
robotniczej...! Dobrze, pocztę wkrótce zamykają, trzeba zanieść i wysłać.

Popatrz no, Grigorij, ogłosili amnestię. Amnestia — dla wszystkich, to znaczy 
także swoboda działania dla wszystkich partii lewicowych? Czyżby się 
zdecydowali? Źle. To źle. Teraz legalny Czchei-dze ze swymi mieńszewikami 
będzie mógł się zaktywizować — i zajmie wszystkie pozycje, wszystkie pozycje 
przed nami. I znowu nas wyprzedzą?...

Nie, nie! Nie wolno siedzieć z założonymi rękami, trzeba coś przygotować. I to 
szybko! Pojedziemy czy nie pojedziemy, rewolucja może jeszcze się potoczyć w 
odwrotnym kierunku, ileż razy tak bywało, w nic nie można wierzyć — a my, na 
wszelki wypadek, powinniśmy przygotowywać drogę. I wiesz co... Otóż... Dziś — 
sobota? Źle. A zresztą wszystko jedno: jedź z powrotem do Berna, tak, wracaj 
natychmiast, nie ma nikogo innego: postaraj się złapać w domu Weissa, byłoby 
najlepiej dziś późnym wieczorem, bo gotów jeszcze na niedzielę gdzieś wyjechać. 
Niech natychmiast idzie do niemieckiej ambasady. W poniedziałek! Trzeba 
przecież przerwać ten zaklęty krąg. Dlaczego Romberg sam się nie odzywa i nie 

background image

posyła nikogo? Należy się dziwić. Oni powinni być bardziej zainteresowani niż 
my: my możemy przynajmniej rozważać wybór drogi przez Anglię, ale oni 
przecież nie mają innego wyjścia. I poucz Weissa: pod żadnym pozorem nie ma 
mówić konkretnie o mnie, ani o tobie, że to właśnie my dwaj musimy jechać, 
tylko że spora grupa chciałaby i my między innymi. — Wysondujemy w ten 
sposób —jakie są możliwości... O co należy prosić? Powiedzmy, żeby Niemcy 
ogłosiły publicznie, że gotowe są przepuścić do Rosji wszystkich, którzy... ko-

153

go ciągnie tam umiłowanie wolności. Właśnie tak. Dla nas takie oświadczenie 
byłoby podstawą w pełni możliwą do przyjęcia.

I jeszcze! Przecież wszyscy ci dyplomaci — to tępaki, jeśli idzie o działalność 
rewolucyjną, nie mają pojęcia o nikim ani o niczym. Niech Weiss doda nam 
znaczenia. Niech powie zagadkowo, w ten sposób: ruch rewolucyjny w Rosji jest 
od początku do końca kierowany ze Szwajcarii. Każda ważna akcja najpierw 
musi zostać postanowiona w Szwajcarii. Dosłownie: w Rosji nie podejmuje się 
ani jednego ważnego kroku bez otrzymania naszych dyrektyw. Dlatego też, w 
istniejących warunkach... Zrozumiałeś? No, więc jedź. Ja też muszę jutro skoro 
świt na pociąg, do Chaux-de-Fond, mam tam referat.

Taki dobry nastrój z Komuną miał jeszcze trzy dni temu — i proszę, wszystko na 
nic.

Rankiem, z pośpiechu i roztargnieniu, włożył kompletnie podartą czapkę, nie tę 
— i w Chaux-de-Fond przewodniczący związku zawodowego uznał go za 
włóczęgę, nie chciał wierzyć, że to jest właśnie oczekiwany lektor.

W niedzielne przedpołudnie w klubie zegarmistrzów wygłosił po niemiecku — 
nie z kartki, tylko na podstawie krótkich, swobodnie rozwijanych tez — referat 
,,Czy rosyjska rewolucja pójdzie drogą Paryskiej Komuny?”. Mówił do dwustu 
zebranych, źle ocenił słuchaczy, nie zorientował się, co ich interesuje, czego 
oczekują, jakby stracił wyczucie — nie widział sali, nie czuł papieru w ręce i 
stracił poczucie czasu. Co więcej: stracił serce do swej z dawna ukochanej 
Komuny i oto brnął, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, brnął coraz dalej, już 
łączył dwa doświadczenia dwóch rewolucji, nie tylko w sformułowaniach, ile w 
wybiegających naprzód myślach i uczuciach, dwa doświadczenia — Komuny i 
to, nagle rozkwitłe — złudne? czy może to jedyne, całym życiem 
przygotowywane: żebyśmy nie powtórzyli błędów Komuny, jej dwóch 
podstawowych błędów: nie przejęła w swe ręce banków i była zbyt 
wielkoduszna: zamiast masowego rozstrzeliwania wrogich klas — wszystkim 
darowała życie i zamierzała resocjalizować. Tak więc, największe 
niebezpieczeństwo grożące proletariatowi to wielkoduszność w toku rewolucji. 
Proletariat należy uświadomić, żeby nie obawiał się bezlitosnych, masowych 
represji!

Co z tego zrozumieli zegarmistrze z Chaux-de-Fond trudno powiedzieć, on sam 
odczuwał coraz większą trwogę: przecież czas ucieka! On tu wygłasza referat, a 
tymczasem tam, w Petersburgu, coś nieubłaganie ucieka, ktoś nikczemny i 

background image

niegodny coraz silniej wczepia się we władzę.

Teraz miejsce na mównicy zajął francuski lektor, a Abramowicz zebrał 
wszystkich miejscowych Rosjan i w czasie pozostającym do odjazdu pociągu, 
około 25 minut, Lenin i do nich wygłosił coś w

154

rodzaju referatu — ciągle na ten sam temat, tylko teraz już bez porównań, 
wprost — o tym, co zarówno ich, jak i jego absorbowało, i zakończył bez 
owijania w bawełnę:

— Jeżeli będzie trzeba, nie zawahamy się powiesić na słupach ośmiuset burżujów 
i obszarników!

Pociąg kiwał się z lekka, a on — ciągle myślał i myślał. W Petersburgu nie ma 
prawdziwej siły. Siła — to car z jego aparatem, ale oni zostali wyrzuceni. Siła — 
to armia, ale ta jest przykuta do frontu. A kadeci — to żadna siła. A Rada 
Delegatów — ile jest warta? jak sobie radzi? I poważne niebezpieczeństwo, 
niemal pewność, że opanowują ją teraz mieńszewicy Czcheidzego. W 
Petersburgu — pustka, w Radzie — pustka, i wręcz natrętnie wszystko to czeka 
— domaga się —jego siły. I gdyby jeszcze zdążyć i zdobyć Petersburg — można 
byłoby zmierzyć się i z wojskiem, i z carem.

No więc — jechać? Zdecydować się — jechać???...

Kiwając się w rytmie szybko jadącego pociągu, w wagonie drugiej klasy, Lenin 
siedział przy oknie, obserwując w nim siebie na tle oświetlonego wnętrza 
przedziału. Patrzył, patrzył, nie zauważając nawet, że dawał raz i drugi bilet do 
kontroli, nie słyszał przechodzących pasażerów, ani ogłaszanych nazw stacji — 
myślał.

Jechać?...

Ten stan, kiedy nie widzisz, nie słyszysz — czy tu, w wagonie jest jeszcze ktoś 
poza tobą. Przy oknie — sam, w pociągu — sam. I dlatego Inessa nie jest wcale w 
Clarens, Inessa jedzie z nim razem. Jak dobrze, dawno tak ze sobą nie 
rozmawiali.

Rozumiesz, jechać — absolutnie nie można. I nie jechać — też nie można... Ale, 
wiesz, co? Może na razie pojechałabyś pierwsza? Przecież nic nie ryzykujesz. I 
wszędzie cię przepuszczą. (Propozycja — całkiem niewinna, nie ma tu żadnej 
sprzeczności: jeśli kogoś lubisz — to właśnie jego wysyłasz naprzód, to naturalne, 
ktoś na kim ci najbardziej zależy — to człowiek, któremu, tak jak tobie, zależy 
na sprawie. Tak jest zawsze, a jakże mogłoby być inaczej? I skoro nie odmówiła 
wprost — znaczy, że się zgadza.)

Wkrótce minie rok od ostatniego spotkania. I już jakoś się to rozlatywało... Ale w 
dniu tak pamiętnym, w rocznicę Komuny, szczęśliwy, kiwając się w pociągu 

background image

ramię przy ramieniu z Inessa — ciepło i radośnie poczuł dawną jej bliskość, i to, 
że ciągle jest mu potrzebna. Uczucie było tak silne, że zapragnął powiedzieć jej 
choćby dwa słowa i to natychmiast, bez odkładania do jutra!

I na jednej ze stacji wyskoczył, kupił kartę pocztową. Na następnej — wrzucił do 
skrzynki.

...Droga przyjaciółko!... Przeczytałem o amnestii... Wszyscy marzymy o 
wyjeździe...

Dokładnie — tak: marzymy. To precyzyjne określenie: marzenie!

155

...Jeśli zamierzacie jechać — proszę wstąpić. Porozmawiamy...

No, przecież to oczywiste, trzeba się przecież spotkać... Cóż za olśnienie! 
Przyjedź!...

...Poprosiłbym was o dyskretne zorientowanie się w Anglii, czy mógłbym tamtędy 
przejechać...

Anglia, oczywiście, nie zechce przepuścić: wróg wojny, wróg Ententy. Ale jakby 
ją oszukać, Anglię?

A zresztą, przejazd przez Francję — Anglię — Norwegię — może trwać nawet 
miesiąc. A w tym czasie nowa władza umocni się, znajdzie swą koleinę, potoczy 
się — i już nie zdołasz nią zachwiać, już jej nie obalisz. Trzeba się spieszyć, póki 
nie okrzepła.

Podobnie z wojną: ludzie oswoją się z myślą, że nawet w trakcie rewolucji wojna 
trwa i uznają, że tak być powinno.

Prócz tego: niemieckie łodzie podwodne. Doczekać takiej chwili

—  i teraz ryzykować? Mogą tylko durnie.

Nocą, już u siebie, na Spiegelgasse, niespokojnie spał. I we śnie i na jawie coraz 
natarczywiej dręczyło go pytanie: jechać? Pojechać?...

A ranek przyniósł kolejne depesze, we wszystkich to samo, żadnych sprzeczności: 
car abdykował! nie ma wątpliwości — abdyko-wał! I on, i Michaił, cała dynastia, 
cała szajka abdykowała!!!

Restauracji — nie będzie!!!

I teraz dopiero miał problem: jak? którędy? w jaki sposób? Byle szybciej! Teraz 
nie wolno stracić ani godziny — jak najprędzej tam! Nie spóźnić się! 
Przechwycić ster! Poprawić, pokierować, prędzej!

background image

Dziś Weiss jest u Romberga. Ale to jeszcze, póki co... sondowanie, pytania, 
odpowiedzi... Przemawiał dziad do obrazu — rzucił przed trzema dniami, także 
do Haneckiego, ale żartem. Poważniej

— fotografia do paszportu (dobrze, że posłał): czy mogła już dotrzeć do Sklarca? 
Oczywiście nie. Pojutrze. A potem — będą analizować w ministerstwie, w sztabie 
generalnym. Oni mogliby nawet nie czekać, powinniby się sami domyślić i 
pospieszyć — posłać, zaproponować. Milczą. Tępąki. Biurokratyczna drabina.

Albo drożą się, żeby więcej wyciągnąć? W takim razie — marni z nich politycy. 
Najpierw, na długim odcinku drogi — realny sojusz, separatystyczny pokój. (A 
później, a później... Praskie, junkierskie mózgi oczywiście nie nadążą za spiralą 
dialektyki. Czyż widzą oni choć odrobinę dalej, niż swoje dzisiejsze okopy? Cóż 
wiedzą o światowej rewolucji proletariackiej? Później, oczywiście, wykiwamy 
ich, nie na darmo jesteśmy mądrzejsi. Ale na razie obchodzi ich tylko 
separatystyczny pokój, i jeszcze oderwanie guberni nadbałtyckich, Polski, 
Ukrainy, Kaukazu — a to przecież oddajemy z własnej woli, dawno już o tym 
mówimy.)

I Siefelda nie widać. I Moor się nie odzywa.

Ale — Parvus? wypróbowany mądrala Parvus? — a cóż on? Iz-

156

raelu Łazariewiczu! Siedzę w tej Szwajcarii jak w zakorkowanej butelce! 
Przecież rozumiecie, wy przecież to wiecie, że na rewolucję należy przybyć na 
czas! Dlaczego nie otrzymuję propozycji wyjazdu? Czy coś się w ogóle robi?...

W pokoju na Spiegelgasse —jak w norze, słońca — nigdy w oknie nie widać.

Ta-ak... Ta-ak, nie ma czasu pomyśleć, zawsze coś umknie. Co oni tam, w 
Petersburgu, robią — Kamieniew, Szlapnikow? Na Kamienie wa spada 
historyczna odpowiedzialność. Tezy do nich poszły i to jak dawno... Ale właśnie: 
trzeba je zwięźle powtórzyć w depeszy. Depesza do Sztokholmu, partyjna kasa 
nie zbankrutuje. Nadia, Mojsiej, któreś z nich pójdzie i nada: nasza taktyka — 
ani odrobiny zaufania do nowego rządu! najmniejszego zbliżenia z jakąkolwiek 
partią! tylko — zbroić się! zbroić się!... Okryj się chustą, bronchit!...

A w ogóle, na wszelki wypadek, gdybyśmy się nie doczekali na Niemców, trzeba 
przygotować drogę również przez Anglię. Niech się tym zajmie, powiedzmy, 
Karpiński: niech bierze dokumenty przejazdowe na swoje nazwisko, a zdjęcie 
dolępimy moje. Moje, ale w peruce, bo po łysinie poznają. Napisać do niego, 
pilnie! Pilnie do Genewy! Kto zaniesie na pocztę? Dobrze, sam skoczę.

Silny, coraz zimniejszy wiatr wiał w wąskich uliczkach, w porywach, zwłaszcza 
kiedy dął w twarz — wręcz zatrzymywał w miejscu. A dobrze się idzie — na 
przekór, przeciw! Przywykłem do tego przez całe życie, tak szedłem zawsze — i 

background image

nie żałuję. I innego życia wcale bym nie pragnął!

Ten sam wiatr wepchnął go uliczką pod górę, do domu — i w samą porę: wołają 
go do telefonu na piętro. Któż to może być? Nikt prawie nie zna tego numeru, 
podawał go tylko na wyjątkowe okoliczności.

Ciemnymi schodami.

Inessa! Prosto z Clarensu! Ten głos cudowny —jak fortepianowe pasaże pod jej 
palcami...

— Inesso, jak dawno cię nie słyszałem!... Kochana!... A ja wczoraj z drogi 
posłałem do ciebie kartkę... Trzeba natychmiast jechać, wszyscy powinniśmy 
jechać! Przygotowuję tu różne warianty, któryś z pewnością się sprawdzi. Ale 
należałoby, na wszelki wypadek, zbadać także możliwości przejazdu przez 
Anglię. I może byłoby najlepiej, gdybyś to ty... Co?... Nie wypada?... No, wiesz 
przecież, że nigdy nie zmuszam... Nie jesteś pewna, czy w ogóle pojedziesz? W 
ogóle?... Wahasz się? (Coś się nie klei, nie wiąże się ta rozmowa. Gdy nie 
widujesz kogoś dłużej — zawsze tak jest, trudno się dogadać, a do tego jeszcze 
przez telefon)... A dlaczego nie? Jakże można wytrzymać!... A ja byłem 
absolutnie pewien! Do głowy mi nie... Tak, oczywiście, że nerwy... Tak, nerwy... 
(Przez telefon na temat nerwów

157

nie da się rozmawiać, frank za minutę.) No, dobrze... Jakoś spróbuję, ale...

Ach, byłoby lepiej, żeby w ogóle nie dzwoniła, stracił tylko humor... Zepsuła i 
humor, i cały plan...

Jakże pogorszyły się ich wzajemne stosunki, nie do wiary. I — z jakiego powodu?
I niby dlaczego? Już tak jak on jej idzie na rękę, ustępuje — jak nigdy nikomu...

Zdumiewało go, że we troje — i jakoś się trzyma. I oto właśnie

—  nie utrzymało się.

I tak nieprzyjemnie, przykro po tej rozmowie, nie sposób się zająć czymkolwiek. 
Usiadł przy oknie, gdzie trochę jaśniej, żeby naprędce napisać program działania 
dla Pętersburczyków, przecież sami nigdy i nic... Za oknem wiatr wręcz wył i 
wiało przez wszystkie szpary, których dotąd nie zauważał. Marzec, a może by w 
piecu napalić? Gospodarze powiedzą, że marnujemy węgiel! Narzucił palto.

Zacząć trzeba od analizy sytuacji. Dokładnej sytuacji nie znał i nie był w stanie 
jej odtworzyć na postawie skąpych informacji prasowych, ale dobrze wiedział z 
teorii, że nic innego w Petersburgu dziać się nie mogło... Czy w Rosji dokonał się 
cud? Alę cuda nie zdarzają się ani w przyrodzie, ani w historii, tylko w 
mieszczańskich głowach może powstać złudzenie... Demoralizacja carskiej szajki, 
całe zezwierzęcenie rodziny Romanowów, tych pogromowców, którzy topili Rosję 

background image

we krwi Żydów, robotników... Ośmiodniowa rewolucja... Ale jej próba odbyła się 
w 1905 roku... Wywrócił się wóz monarchii Romanowów, unurzany we krwi i 
brudzie... W istocie to jest właśnie początek powszechnej, wielkiej wojny 
domowej, do której nawoływaliśmy...

Nieudana rozmowa z Inessą — nie pozwalała pracować. Od dzwonka się zaczęło 
— i nie przechodziło. Jakiś brak zrozumienia, nieustępliwość... Dręczy...

Jest rzeczą naturalną, że rewolucja wybuchła najpierw w Rosji. Tego właśnie 
należało się spodziewać. Tego właśnie spodziewaliśmy się. Nasz proletariat — jest 
najbardziej rewolucyjny... Prócz tego przebieg wydarzeń dowodzi wyraźnie, że 
ambasady Anglii i Francji oraz ich agenci brali bezpośredni udział w 
organizowaniu spisku wraz z oktiabrystami i kadetami...

I co, my pojedziemy — a ona zostanie? Zostanie — na zawsze. Przecież 
wydarzenia tak nas mogą porozrzucać, rozdzielić...

W nowym rządzie Milukowa stać tylko na międlenie słodkich profesorskich 
przemówień, a decydują o wszystkim wspólnicy Sto-łypina — wieszaciela... Rada 
delegatów robotniczych musi dążyć do sojuszu — nie tylko nawet z chłopstwem, 
ale w pierwszym rzędzie

— z robotnikami rolnymi i z chłopską biedotą — przeciw bogatym... Ważne jest, 
żeby już dziś skłócać chłopów między sobą i przeciw-

158

stawić biedniejszych — bogatym. Tu jest pies pogrzebany.

No, prawdziwy huragan! I jakby zaczął padać śnieg. Nawet od okna nie dochodzi 
światło, znowu lampę...

Nie, nie uspokoi się, póki znowu nie napisze do Inessy. Od razu trzeba siąść i 
napisać.

...Nie będę przed wami ukrywał, że jestem bardzo rozczarowany. Teraz trzeba — 
wykonać skok, a ludzie nie wiadomo na co „czekają”.. Przez Anglię, pod 
własnym nazwiskiem — niewątpliwie mnie aresztują... A byłem przekonany, że 
wy popędzicie bez wahania... A może zdrowie nie pozwala?... To niech 
przynajmniej Krylenko spróbuje — dowiemy się, jak tam? co się dzieje?

I oto wewnętrzny niepokój minął, napięcie opadło, zaświtała mu natomiast i 
porwała nowa idea, żeby ten list wykorzystać:

... Bo zastanówmy się tylko: w waszym otoczeniu jest tylu socjal-patriotów i 
różnych bezpartyjnych rosyjskich patriotów, a do tego bogatych! — dlaczegóż 
im nie wpadnie do głowy prosty pomysł, żeby jechać przez Niemcy? — to oni 
właśnie mogliby poprosić o wagon do Kopenhagi. Ja tego zrobić nie mogę, ja 
jestem „defetystą”. A oni — mogą. O, gdybym mógł nauczyć tych łajdaków, tych 

background image

durniów, żeby byli mądrzejsi!...Czy nie mogłybyście im tego podpowiedzieć?... 
Sądzicie, że Niemcy nie dadzą wagonu? Założę się, że dadzą! Jestem przekonany! 
Oczywiście, gdyby propozycja wyszła ode mnie albo od was — wszystko na nic... 
A — w Genewie nie ma głupców, którzy by się tego podjęli?...

Do tego właśnie sprowadzał się teraz cały problem: wcale nie trzeba zajmować 
się badaniem sytuacji w Anglii i Francji, nie, należy jechać wyłącznie przez 
Niemcy! Ale: jak, żeby nie od siebie, żeby to wyszło od kogokolwiek innego?...

Gdyby ktoś miał wątpliwości, można go przekonać w sposób następujący: wasze 
obawy — są wręcz śmieszne! Czy robotnicy rosyjscy mogą uwierzyć, że starzy, 
doświadczeni rewolucjoniści prowadzą działalność gwoli przypodobania się 
niemieckiemu imperializmowi? Powiedzą — że „sprzedaliśmy się Niemcom?” 
Przecież o nas, internacjonalistach, i tak od dawna już się to mówi, tylko dlatego, 
że nie popieramy wojny. Ale działalnością swoją udowodnimy, że nie jesteśmy 
niemieckimi agentami. A na razie trzeba — jechać, jechać, choćby przy pomocy 
samego diabła.

Ale — komu zasugerować podjęcie inicjatywy? Bo bez tego, nawet jeśli zdarzy 
się taka możliwość — nie będziemy mogli pojechać. My sami, pierwsi — w swoim
imieniu — nie możemy. W Rosji byłoby nam niezwykle trudno.

I tak przeleciał dzień, nie przynosząc rozwiązania, ani wyjścia...

A przez ten jeden dzień — co tam w Rosji pozawalali?

Tam, w ryczący mrok, oprzeć się o szybę — błysk za błyskiem,

159

niebo rozcinały ukośnie pociski! Tak właśnie jest teraz i w Petersburgu. Wściekle 
wyło w kominie, łomotało na dachu, nigdy tak nie łomotało, wiatr coś zerwał. Ale 
dmucha!

Tak jakbyśmy ostatnie godziny marnowali, ostatnie godziny. Pisać do nich, pisać 
dalej.

— ...Milukow i Guczkow to marionetki w rękach Ententy... To nie robotnicy 
powinni popierać nowy rząd, tylko niech ten rząd , .poprze” robotników... 
Pomóżcie uzbroić robotników — i wolność w Rosji będzie niezwyciężona!... 
Trzeba uczyć naród, by nie wierzył w słowal... Lud nie zechce cierpieć głodu i 
wkrótce się dowie, że chleb w Rosjijesf i można go odebrać.. I w ten sposób 
wywalczymy demokratyczną republikę, a potem także socjalizm...

Wszystko w nim dygotało, ręce i nogi ćmiły z bezczynności. A może by wyjść w tę 
burzę, zmęczyć się łażeniem! Inaczej i tak przecież nie uda się zasnąć. Niech 
wiatr trochę poszturcha, przewieje.

Już na dole, przy schodach — pozapinał się, mocniej wcisnął starą czapkę. 

background image

(Przewodniczący związkowców w Chaux-de-Fond zapytał: ,,0o to za pilot?”)

I od drzwi — jakby go ktoś pchnął, jakby go poniosło. Prawdziwy huragan! A — 
sucho, śniegu mało. Latarnie wszystkie widać, a niebo czarne. Brz-dęk? — 
wywaliło szybkę z ulicznej latarni. Klekocą dachówki, i na głowę może coś spaść.

Wąskie, wąskie, wąskie uliczki starego miasta, gdzie byś nie poszedł — labirynt. 
Możesz tu zabłądzić, jak mysz, to nie to, co ogromne przestrzenie placów w 
Petersburgu.

Rządziło Rosją 40 tysięcy obszarników — czyżbyśmy nie mogli zebrać takiej 
ilości ludzi i rządzić lepiej?...

Na Niederhofstrasse, nocnym deptaku, niemal pusto, wszyscy pochowali się tam, 
za tymi oświetlonymi oknami. I szamocze się w tym wietrzysku bezradny — 
skulony, przygięty, przyciężka, tęga, znajoma sylwetka... Grigorij!

Z dworca? Przyjechał znowu?

— Włodzimierzu Iljiczu, masa ważnych spraw, postanowiłem przyjechać.

—  No, co Weiss? Był u Romberga?

— .Był dzisiaj. Zaraz opowiem. Ten się ucieszył!

Jednego pcha w jedną, drugiego w drugą stronę, rękami utrzymując równowagę 
w podmuchach wiatru, przytrzymując czapki — pobrnęli z powrotem. 
Rozmawiać trudno, ale i powstrzymać się nie sposób.

W Bernie przez cały dzień obradował emigracyjny komitet powrotu do ojczyzny, 
i Grigorij był tam w naszym imieniu. No co, jak?

Nic, tylko czcza gadanina. Analizowali wszelkie warianty i przez państwa 
sojusznicze i przez Skandynawię. A Martow zaproponował

160

—  przez Niemcy!

— Martow??

—  Przez Niemcy!!

—  Martow???

Brakuje powietrza w płucach, żeby krzyknąć.

— Tak! Na wymianę za niemieckich jeńców wojennych w Rosji! - Martow???

background image

—  Otrzymać zgodę Rządu Tymczasowego... Poprzez Grimma

—  zacząć pertraktacje z władzami Szwajcarii...

Co za sukces? Ależ sukces! Julik zaproponował — nie my! tak go nazwiemy — 
plan Martowa! A my — tylko się dołączamy. Pierwsze słowo — zostało 
powiedziane!

11 — Lenin w Zurychu

161

DOKUMENTY

10 marca (23 marca)

Niemiecki ambasador w Bernie baron Romberg —

do MSZ. Szyfrowka. Ściśle poufne.

Wybitni tutejsi rewolucjoniści pragną wrócić do Rosji przez Niemcy, ponieważ 
obawiają się jechać przez Francję ze względu na łodzie podwodne.

10 marca (23 marca)

Staats-sekretarz niemieckiego MSZ Zimmermann —

do Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa.

Ponieważ leży w naszym interesie, żeby w Rosji wzięło górę radykalne skrzydło 
rewolucjonistów, wydaje mi się, że należałoby wyrazić zgodę na ich przejazd.

12

marca (25 marca) Kwatera Główna — do MSZ

Nie mamy nic przeciw zbiorowemu przejazdowi rosyjskich rewolucjonistów pod 
odpowiednim konwojem.

13

marca (26 marca)

Niemiecki MSZ — do ambasadora Romberga. Szyfrówka.

Zbiorowy transport pod ochroną wojska. Data wyjazdu i lista nazwisk powinny 
zostać przedstawione w ciągu 4 dni. Sprzeciw Sztabu Generalnego wobec 
poszczególnych osób — mało prawdopodobny.

14

marca (27 marca)

Ambasador w Bernie Romberg — do Reichskanclerza Bethmanna-Hollwega. 

background image

Ściśle poufne.

Na podstawie szczegółowej rozmowy z naszym rosyjskim zaufanym Weissem 
ustaliłem, w jaki sposób możemy poprzeć rewolucję w Rosji... Za wszelką cenę 
powinniśmy unikać wszystkiego, co

162

mogłoby zostać wykorzystane przez podżegaczy wojennych w Rosji i w krajach 
Ententy. Zwolennicy pokoju w Rosji będą górą... Odpowiedziałem, że jeśli 
Niemcy trzymali się przede wszystkim dynastii carskiej, to dlatego, iż w 
przeszłości tylko z tej strony spotykaliśmy się ze zrozumieniem i poparciem dla 
naszej pokojowej polityki. Skoro jednak obecnie podobne skłonności okazuje 
skrajna lewica, jest nam to także na rękę.

Jeśli idzie o warunki pokoju oświadczył, że jego partia nie będzie prowadzić 
wojny z powodu Kurlandii i zgadza się na utworzenie neutralnej Polski.

Wyjaśnił mi, że kadeci w sojuszu z Ententą dysponują nieograniczonymi 
środkami na propagandę, rewolucjoniści natomiast mają pod tym względem 
poważne trudności. Weiss zabiegał dotąd wyłącznie o nader małe sumy w 
obawie, że operowanie dużymi wywoła wobec niego podejrzenia we własnej 
partii. Obecnie jednak wątpliwości te odpadają. Im większe sumy możemy mu 
zapewnić, tym więcej może on zdziałać dla dobra pokoju. Radziłbym z 
naciskiem, by zaoferować panu Weissowi w każdym razie 30 tysięcy franków 
jeszcze w kwietniu. Chciałby je on wykorzystać w pierwszym rzędzie na 
umożliwienie wyjazdu do Rosji najwybitniejszym towarzyszom partyjnym. 
Uważam, że byłoby rzeczą niemądrą w tym decydującym momencie ograniczyć 
go i przez to odtrącić. Czy mogę mu obiecać także dalsze subsydia?

163

L-3

Od tego wieczoru 6 marca, kiedy na Zurych spadła burza i całą noc waliła na 
stare miasto, a o świcie sypnęła gęstym śniegiem, i zaraz po tym deszczem, a 
potem deszczem ze śniegiem, i znowu śniegiem, i znowu deszczem, a przed 
wieczorem śniegiem i dopiero po kolejnej nocy, pokrywszy bielą całe miasto, 
uspokoiła się — od tej burzliwej nocy i tego dnia, przemierzając i przebiegając w 
tę i z powrotem skąpą jak w więziennej celi powierzchnie swego pokoiku, od 
stołu, gdzie jadali obiady, do półciemnego okna, ciągle nie wypuszczany z klatki 
Szwajcarii, przez niepogodę uwięziony w pokoju i nie mogąc powstrzymać 
narastającego w klatce piersiowej pragnienia, by włączyć się w działanie — 
Lenin nie zdecydował sam, zdecydowało życie: skoro nie może pojechać, to stąd, 
bez zwłoki, trzeba pisać i posyłać bolszewikom do Pitra program działania, pisać 
i wysyłać, wysyłać i pisać bez końca coś w rodzaju listów i zaraz po zakończeniu, 
ile tylko zebrało się tego w ciągu doby, jak najszybciej dać komuś, żeby zaniósł 
na pocztę, a samemu natychmiast do czytania prasy (teraz już kupując wszystko 
jak leci, cały pokój zawalony) i wyszukiwać po kawałeczku z tego, co wyłapali i 
zdołali dostrzec krótkowzroczni zachodni korespondenci i uznały za godne swej 

background image

gazety marne burżuazyjne móżdżki — wyszukiwać i wyłapywać, i oceniać z 
porażającą partyjną przenikliwością — i odkręcać, wyjaśniać tym, którzy nie 
rozumieją, są zgubieni albo niezbyt rozgarnięci. „Obrona nowej republiki 
rosyjskiej” — to oszukiwanie i nabieranie robotników! Hasło ,,a teraz wy obalcie 
swego Wilhelma!”? — jest fałszywe, wszystkie siły należy skierować na obalenie 
burżuazyjnego rządu w Rosji! Rząd Tymczasowy — to rząd zmierzający do 
restauracji monarchii, agentura angielskiego kapitału! I — lepiej doprowadzić 
do rozłamu z kimkolwiek z naszej partii, niż współpracować z Kiereńskim albo 
Czcheidzem, niż ustąpić im choćby na cal!

A z tego odkręcania i wyjaśniania sam wiele korzystał, ale jednocześnie robił coś 
dla partii — uzupełniał brakujące ogniwa i pla-

164

ny organizacji: w odpowiedzi na wspaniały manifest bolszewickiego KC (to — 
Kamieniew, tęga głowa, z pewnością on!) ogłoszony w Pitrze już 28 lutego, a 
który tu dotarł 10 dni później w postaci fragmentu zamieszczonego w 
przypadkowej gazecie — zaproponować im i wytłumaczyć, jak należy się 
organizować (nie tak, jak radził w 905-tym, tylko jak teraz): powszechne 
uzbrojenie mas ludowych! milicja ludowa, w której szeregach znajdzie się cała 
bez wyjątku ludność między 65 a 15 rokiem życia (wciągać wyrostków w 
polityczne życie!) niezależnie od płci (wyrwać kobiety z ogłupiającego 
zajmowania się kuchnią!) — i żeby ta milicja stała się zasadniczym organem 
władzy państwowej! Tylko wtedy, kiedy uzbrojeni będą wszyscy można będzie 
zapewnić absolutny porządek, bezzwłoczny rozdział chleba, a wkrótce potem — 
pokój i socjalizm!

I od wtorku 7-ego do niedzieli 12-ego napisał cztery takie ,, listy z daleka” i 
natychmiast zostały wysłane ekspressem (to co już napisane — tym bardziej pali, 
nie sposób zatrzymać, nie sposób utrzymać) — do kogo? — do Haneckiego, 
mądrego, uroczego, roztropnego Kuby, a on je będzie ekspediował, kierował 
dalej, tam, do Petersburga! (A kopie — od razu do Inessy, a ta — do Usijewicza, 
a ten — do Karpińskich, a ci — z powrotem i wszystko ekspressem, wszystko to 
ze względów taktycznych jest niebywale ważne.) Niemal ciągle ktoś kursuje — na 
pocztę a do tego jeszcze szuka po kioskach i czytelniach gazet, których Lenin nie 
czytał i znowu analizować, zgadywać — i błyskawicznie formułować nowe 
punkty programu! A tu Łunaczarski wykręca się od wystąpienia przeciw 
Czcheidzemu — trzeba go potraktować z wyraźną rezerwą. Tu głupkowaty 
Górki pcha się do polityki: wyrazy uznania dla Rządu Tymczasowego i bajeczki 
o „honorowym pokoju”, arcywredne wystąpienie, trzeba mu będzie dać po 
łapach! (Nie jesteś w stanie trzymać się linii partii, to się nie pchaj, pisz swoje 
obrazki.) A tam, w Pitrze, przykrości z Czernomazowem, mało im 
Malinowskiego, chcą koniecznie unurzać naszą partię w błocie. A tam znów 
Kołłontaj jedzie do Rosji, szczęśliwa! A tu, póki co, utknęli, dobrze byłoby 
zdążyć przepisać na maszynie 500 stron „Programu agrarnego”, kto by się mógł 
za to zabrać? A poza tym: jak tu nie napisać ulotki do rosyjskich jeńców 
wojennych, jest ich dwa miliony: oświadczcie dobitnie, że wrócicie jako armia 
rewolucji, a nie armia cara (równie dobrze mogliby ich wykorzystać i w 
przeciwną stronę): a my przyspieszymy nasz wyjazd i będziemy wam z Rosji 

background image

posyłać pieniądze i chleb... A poza tym: czy można wyjeżdżając nie napisać 
pożegnalnego listu do proletariatu Szwajcarii, piętnując jeszcze raz szowinistów, 
jeszcze raz wskazując robotnikom własną drogę (tylko, że to niebezpieczne, może 
utrudnić wyjazd. Ale lepiej zrobić w ten sposób: napisać, zostawić tutaj, a już 
będąc w Rosji telegramem spowodować wybuch, niech

165

drukują). A tymczasem...

...A tymczasem całkiem źle z Inessą. Jest obrażona. Gniewa się. Siedzi w Clarens 
(a może już nawet nie w Clarens? Listy przestały przychodzić, może już jej tam 
nie ma). Gniewa się, ale jak to zawsze u kobiet, weksluje to na zupełnie inne tory:
że niby ujawniły się między nimi „teoretyczne rozbieżności”, sprzeciwia się i 
grymasi tam, gdzie dziecko by zrozumiało. Jakże by się przydała, gdyby była pod 
ręką? Co za czasy! Czyż teraz pora na babskie dąsy? Nie ma kto się zająć 
zbieraniem, uporządkowaniem wszystkich telegramów z Rosji, można przecież 
przepuścić coś niezwykle ważnego! Mało, że nie chciała zbadać możliwości 
powrotu przez Anglię, nawet na jeden dzionek nie chce przyjechać do Zurychu! 
W Czternastym jechała specjalnie dla niego znad Adriatyku do Brukseli, 
zostawiając dzieci, a teraz, bez dzieci i z Clarens — ani razu nie przyjechała, 
choćby na dzionek.

I trudno zgadnąć: czy w ogóle pojedzie z nami?...

Ale wszystko to, wszystko kręciło się jak wiry na powierzchni wody, nawet z 
Inessą — a wydarzenia najważniejsze, jak wielkie, tłuste, ciemne ryby bezgłośnie 
przepływały przy samym dnie.

Hanecki potwierdził krótko: będziel Ale oczekiwanie to prawdziwa tortura. Z 
rachunku wynikało, że w Berlinie mógł już być przygotowany i przesłany tutaj 
jego paszport — a ciągle go nie było.

I wszechmocny Parvus milczał.

A nie bez podstaw, mógł czuć się obrażonym. I nie wykluczone, że wystawiał 
nerwy Lenina na próbę, wzmacniał swą pozycję wyczekiwaniem.

Ale jeden bez drugiego nie mogli się obejść: wydarzenia ich jednoczyły.

Skoro dawali mu miliony na miraże — to właśnie teraz mają na co płacić.

I — będzie na co brać. I teraz właśnie trzeba, nie wtedy.

A tymczasem w hałaśliwych „Komitetach powrotu”, mimo większości 
zimmerwaldczyków, wszyscy nagle zapragnęli działać legalnie, czekali aż wyrazi 
swą zgodę sprzedajny rząd Guczkowa, który już wysłał 180 tysięcy franków z 
prywatnych składek — na powrót dla drogich rodaków, ale oczywiście przez 
państwa sojusznicze (gdzie też niemieckie łodzie podwodne zatapiają transporty 

background image

głupcówf — i już wokół tych pieniędzy zaczęły się intrygi, przy podziale mogli 
pominąć bolszewików, na zebraniach dochodziło niemal do bójek.

Iljicz oczywiście na te zebrania nie chodził, ale relacjonowano mu je ze 
szczegółami. I im bardziej się te wszystkie spory zaostrzały — a nastroje wśród 
szwajcarskiej emigracji stanowiły zaledwie słabe odbicie tego, co zaczyna 
wyrabiać się w Rosji — Lenin zrozumiał, że się zanadto pospieszył, 
niepotrzebnie: nie wolno mu brać żadne-

166

go indywidualnego paszportu, sam jechać nie może.

I 10-go, równo tydzień po fotografii, wysłał do Haneckiego odwołujący telegram: 
„Droga oficjalna dla pojedynczych osób nie do przyjęcia”.

Koniec, zrezygnowali.

Za to Ciwin-Weiss ciągle chodził do Romberga. Ten zapewniał, że toczy się 
intensywna korespondencja z Berlinem, nawet przy pomocy kurierów. I powoli 
— z mroku, z przyszłości, z niebytu, wynurzały się kontury wielkiej idei — jak 
wielki parowóz z mgły — tyle tylko, że koła tego parowozu obracały się niezwykle
wolno, albo nawet nie obracały się wcale.

A za nim — wagon.

Wynurzał się z mroku — wagon.

Nieźle. Na to można się zgodzić.

Ale na razie, ci ględziarze, ten cały Komitet powrotu, mam nadzieję...? nie 
dostrzegli jeszcze tych możliwości...?

Nie, nie. Nie-nie. Tamto odbywa się oficjalnie, a tu — konfidencjonalnie.

Dobrze, dobrze. I tak, powoli, przy pomocy kilku myślących osób, wspólnym 
wysiłkiem — do czegoś jednak dochodzimy, coś znajdujemy. Na czymś stoimy. 
(Ale — jakże się to ciągnęło! Ale — aż to do Niemców niepodobne, jak! Przecież 
powinno ich jeszcze mocniej przypiec, gdy Tymczasowy oświadczył, że 
kontynuuje wojnę.)

Zaczęli układać listę wyjeżdżających. Zbierali swoich po całej Szwajcarii, ale — 
dyskretnie, to ważne, żeby nie włączyć nikogo obcego. A jednocześnie (to także 
ważne!) na głos mówili wszystkim coś zupełnie odwrotnego: i Anglia nas nie 
przepuści i przez Niemcy się nie uda. I hałaśliwie analizowali próby 
anegdotyczne: Wala Safaro-wa podjęła starania przez konsulat angielski, ktoś 
wysłał telegram protestacyjny do Milukowa, a Sarra Rawicz wpadła na pomysł 
fikcyjnego małżeństwa ze Szwajcarem — by w ten sposób zdobyć prawo do 
przejazdu bezpośredniego. Lenin śmiał się i radził jej, zęby wyszła za staruszka 

background image

,,w odpowiednim wieku” — starego Akselro-da, który w żaden inny sposób nie 
mógł już przydać się rewolucji.

U Niemców, z jednej strony — przeciągało się, z drugiej — kręciło się aż nazbyt 
mocno, wyraźnie —jedna maszyna pracowała niezależnie od drugiej. 14 rnarca 
wieczorem, wracając z Domu Ludowego, gdzie przez dwie i pół godziny 
wygłaszał Szwajcarom odczyt na temat przebiegu rewolucji rosyjskiej — że 
autentyczna, druga rewolucja jeszcze się nie dokonała, i istnieje już dla niej 
odpowiednia forma — Rady Delegatów, i że już dziś należy przygotowywać 
powstanie przeciw burżuazji — doskonale go ten referat odprężył, pozwolił 
oderwać się od tych dręczących beznadziejnych planów wy-

167

jazdu, z przyjemnością wracał piechotą w pogodny wieczór, wszedł do siebie na 
górę — i stanął zaskoczony: malutki, chudy, siwiejący, z rożkiem chusteczki 
wystającym z butonierki, siedział i uśmiechał się, jakby oczekując na powitalny 
wybuch radości i wyniośle nie spieszył się, by wstać i podać rękę.

Sklarc!!!

Nie zganił, ale nie chwalił, nie powiedział ani „źle” ani „dobrze” — tylko ruszył 
Lenin na Sklarca ze swym przeszywającym, kosym spojrzeniem (ten wzrok 
zawsze wywoływał strach) — ten wstał, tracąc całą pewność siebie i Lenin 
uścisnął mu rękę, jakby chciał ją urwać:

— No, z czym przyjechaliście?

Bez wrażeń z podróży, bez wstępów, bez sentymentalizmów: z czym 
przyjechaliście?

Kupiec, coraz bardziej zaangażowany w wielką politykę wielkich Niemiec, 
przyjmowany z szacunkiem przez co znaczniejszych generałów i w 
ministerstwach, na dodatek przeświadczony o szczodrości swej dzisiejszej misji 
— speszył się tym ostrym spojrzeniem przymrużonych oczu i nie wróżącym nic 
dobrego wygięciem brwi, wąsów, a cała reszta — jakby futbolową piłką dostał 
prosto w twarz

— speszył się, zginął gdzieś uśmiech i nie odważył się rozpocząć swej 
charakterystycznej paplaniny, która miała rozmówcę zabawić, nawet żarciki 
sobie na tę okazję wcześniej przygotował — tylko bez żadnych wstępów, to co 
najważniejsze wypowiedział i wyłożył na stół.

I nie siadał.

Lenin też nie siadał.

A Zinowiew siedział i sapał.

background image

A sprawa wyglądała tak. Sklarc przyjechał tu nie tylko z polecenia Parvusa, choć 
hipopotami łeb wszystko zainicjował (a zaczął sam, jeszcze zanim Lenin go 
prosił, prośba dotarła później, zaczął natychmiast, gdy tylko usłyszał o rewolucji 
w Petersburgu, uznaw-szy, że nie gorzej od Lenina wie, co należy robić), Sklarc 
przyjechał i miał ze sobą wszelkie pełnomocnictwa sztabu generalnego na 
przejazd przez Niemcy i zapewnienie, że pomoc przy wyjeździe okaże niemiecki 
konsul w Zurychu, a gdyby zaszła taka potrzeba, również ambasador w Bernie 
— ale Sklarc przywiózł też gotowe dokumenty

—  i oto leżały one, prawdziwy cud, choć cuda nie zdarzają się — leżały na 
wytartej ceracie w żółtym kręgu światła naftowej lampy.

Proszę. Pan Uljanow. Pani Uljanowa. Wszystko w porządku.

A — Zinowiew?...

Bardzo proszę. I pani Lilina. Wszystko w porządku.

Tak, ale... A...?

I jeszcze jeden, piąty, tak, oto i on: pani Armand.

168

Wszystko, dokładnie wszystko wiedział, wszystko sam przewidział genialny 
Parvus!

I — Inessa...

I Już! I wszystkie problemy rozwiązane! I ani godziny nie trzeba już czekać, 
manewrować, uprawiać dyplomacji, denerwować się, posyłać umyślnych, czekać 
na wiadomości, być od kogolwiek zależnym — tylko spakować rzeczy — a 
rewolucjonista ich nie ma! I jechać choćby jutro rano! Choćby jutro wieczorem! 
Dwanaście dni temu abdykował car — a my za trzy dni będziemy w Pitrze — 
przestawimy cała rewolucję rosyjską na właściwy tor. Czy w czasie wojny 
światowej można szybciej? Nim jednak ktokolwiek coś zepsuje — pierwszemu 
wedrzeć się na pierwsza petersburską trybunę, wyprzedzając nawet zesłańców z 
Syberii — i wyrwać Radę Delegatów spod wpływów nikczemnego rządu 
Guczkowa i tworzyć ogólnonarodową milicję, od 15 do 65 roku życia kobiety i 
mężczyźni, i co się tylko chce!

Dokumenty — leżały. Z niemieckimi, gotyckimi wykrętasami, niemieckimi orlimi 
pieczęciami i — dobrze, że posłał, przydała się jednak — już wklejona, właśnie 
wróciła do niego jego własna fotografia — w świetle naftowej lampy drogocenny 
dokument na taniej ceracie, poprzecieranej tu i ówdzie niemal na wylot.

Na takie dokumenty sam kanclerz musiał powiedzieć: ,,tak”, żeby je 
przygotowano.

background image

Parvus spłacał dług za to, że kiedyś go prześcignął.

I tłusty Zinowiew — uśmiechnął się od ucha do ucha, wyciągnął ręce po 
dokumenty.

Lenin rzucił się na niego jak na wroga — ten zamarł.

Niestety, już to wiedział: nie da się bezkarnie włożyć ręki w płomień rewolucji — 
można się poparzyć.

I potarłszy, i potarłszy nerwowo nad dokumentami już nieco poparzone dłonie, 
Lenin energicznie cofnął je za siebie, założywszy je z tyłu.

Takiej transakcji nie dałoby się później ukryć. Nie da się jej przekonywująco 
uzasadnić. I wszystko wyjdzie na jaw, rozpłacze się nić aż do samego Paryusa — 
i na nic nie zda ci się jego wspaniała rewolucyjna przeszłość — a przypiszą ci te 
same niegodziwoś-ci, co jemu i ster rewolucji wyrwą z rąk.

Czy Parvus aby nie dlatego tak się stara, żeby właśnie — Lenin miał równie 
zaszarganą opinię, jak on sam? Właśnie przy pomocy takiej indywidualnie-
rodzinnej wyprawy narzucić pętlę — a potem mieć go w garści? A potem 
dyktować jeszcze warunki — jak ma prowadzić rewolucję?

Ale — w samą porę spostrzegł Lenin tę pułapkę!

— Przecież sam pan zamawiał, panie Uljanow! — Nie ma gor-

169

szej zniewagi dla kupca, niż to, kiedy na dobry towar mówią: zły.

— Zamawiałem. Ale to był błąd. Sytuacja go naprawia — ponuro mówił Lenin, 
nadal nie siadając, z ogromnym napięciem nawet nie w głosie, tylko tam, w 
środku, w myśli, i stamtąd proroczo dyktując: — Trzeba — dużą grupę. Ze 
czterdzieści osób. Wagon. Izolowany, eksterytorialny wagon.

Podniósł oczy, spojrzał na Sklarca uważnie, uważniej — i teraz już z większym 
zrozumieniem, a nawet weselej. (Zdał sobie sprawę: przecież ten człowiek w 
ciągu jednej doby może dojechać do rządu Niemiec! Przecież to wspaniale, że 
przyjechał. Dziękuję, Parvus! No, zmieniony troszkę wariant, no —jeszcze 
najwyżej kilka dni.)

I poczuwszy, że Lenin wobec niego trochę złagodniał — rozluźnił się Skląrc, 
uśmiechnął: nawet w wysokich sferach nie był przyzwyczajony do takiego 
traktowania, niczym na nie nie zasłużył.

— Izrael Łązarycz prosił o pośpiech — przypomniał. — Żeby ten rząd zaufania 
narodowego nie doprowadził tymczasem do zawarcia pokoju!

background image

— Nie ma obaw, nie ma obaw — w szparkach oczu Lenina pojawiło się 
rozbawienie.

Posadził gościa, sam usiadł na przeciwległym rogu stołu — nie samymi słowami, 
ale wzrokiem przekonywał, hipnotyzował, żeby ten wszystko zapamiętał i 
dokładnie wykonał:

— Jedźcie i dogadajcie się bezpośrednio. Innymi kanałami trwa to zbyt długo. 
Muszą zrozumieć, że nie wolno nam skompromitować się, i niech nas nie stawiają
w takiej sytuacji. Niech nas nie ograniczają — że kogoś nie możną, na przykład 
tych, którzy podlegają służbie wojskowej i tak dalej.

(Akurat sam Lenin właśnie podlegał. Ale jako najstarszy syn w rodzinie nie był 
nigdy powoływany — stracenie brata dało mu ten przywilej.)

— Albo — stosunek do wojny i pokoju. Żeby nie robili kontroli paszportowej, 
kontroli osobistej. Jak wjechaliśmy — tak wyjeżdżamy, jak nienaruszone jajko, 
rozumiecie? I żeby — ani słowa w prasie.

Wszystko — błyskawicznie. Przepuścić wagon —jak pocisk. Po co wszyscy mają 
o tym wiedzieć, dyskutować?

— Acha! — przypomniał sobie Skląrc, ciesząc się, że za chwilę powie coś nad 
wyraz przyjemnego. — Koszt przejazdu rząd niemiecki bierze na siebie.

— Jeszcze czego! — Zapłonęły gniewem i to każde inaczej, oczy Lenina. — 
Dziwnie wyglądałby taki przejazd. Cóż tam macie za głupców obok siebie. Za 
przejazd, bez dyskusji — płacimy my! — I łagodniej! — Ale — według taryfy 
trzeciej klasy.

I dodał jeszcze:

170

— Wybieracie się do mnie — i nie możecie się ubrać skromnie. Mógł was widzieć 
ktoś z towarzyszy. W związku z tym pozostańcie tu jeszcze na jutro, siedźcie w 
hotelu, a do mnie niech przyjdzie Do-ra. Oczywiście bez dokumentów, tylko 
niech coś do mnie mamrocze, a ja jej będę odmawiał. I dopiero potem będziecie 
mogli wyjechać. I jak tylko rząd wyrazi zgodę — niech nam natychmiast dają 
znać!

Gdy Sklarc wszystko zrozumiał, pozbierał dokumenty, uścisnął rękę f ogromnym 
szacunkiem, wdzięcznością i wyszedł.

— Jakże można im jeszcze stawiać warunki? — zdziwił się oklapnięty Zinowiew, 
wzruszając przyciężkimi ramionami.

Lenin zmrużywszy mocno oczy:

background image

— Nic nie szkodzi. Bardziej im zależy, niż nam.

— Na temat Sklarca — nic nie mówimy.

— Nie, Plattenowi powiemy. Byłoby gorzej, gdyby się sam dowiedział. Plattena, 
Miinzenberga — nie wolno nam stracić.

A jeszcze, na wszelki wypadek — natychmiast list do Haneckie-go (może go 
komuś pokaże):

„Korzystać z pomocy ludzi, którzy mają cokolwiek wspólnego z wydawcą 
„Kołokoła”, oczywiście nie mogę...”

I nawet:

...,,Wasz plan podróży przez Anglię...”

Im więcej skoków i fałszywych ruchów, tym nora bezpieczniejsza.

Oto — zaproponowany przez Romberga wagon. Wagon. Trzeba ubrać go w 
odpowiednie słówka, trzeba temu wagonowi, jak kurczakowi, pomóc wykluć się 
do publicznej świadomości. Mówić, pisać, rzucać zdania:

— A może wagon dostanie rząd szwajcarski?...

—  A czy rząd angielski nie zgodziłby się na przepuszczenie wagonu?

- Jak to?

— A... od portu do portu. Dlaczego by Anglia nie miała przepuścić zamkniętego 
wagonu? Na przykład, z towarzyszem Plattenem na dowolną ilość osób, 
niezależnie od ich poglądów na wojnę i pokój?

— Jakże to tak: Anglia jest wyspą, a — wagon?

— A... dalej — neutralnym statkiem. Z prawem powiadomienia wszystkich — 
wszystkich — wszystkich krajów o godzinie jego odpłynięcia. (Żeby mianowicie 
niemiecka łódź podwodna przez głupotę nie potopiła swoich.)

A o wyjeździe mówią — wszyscy i dużo. I kilka emigracyjnych komitetów i 
wszystkie odłamy partii prosiły Grimma, żeby przystąpił do rokowań z 
niemieckim ambasadorem. (Zgodnie z propozycją Martowa — za każdego 
emigranta zwolnimy niemieckiego jeńca.)

171

Doskonale, doskonale, plan Martowa działa!

background image

Grimm — podjął się! (Jeszcze lepiej.) Ale przecież jest on nie tylko przywódcą 
Zimmerwaldu — ale również posłem do szwajcarskiego parlamentu, i nie byłoby 
rozsądne podejmowanie takiego kroku bez aprobaty rządu, na przykład ministra 
spraw zagranicznych Hoff-mana. (A skoro Grimm się podjął — to znaczy, że się 
konsultował, zauważmy to. A niby dlaczego Szwajcaria miałaby być przeciw? 
Szwajcarii też byłoby na rękę wyprawić tę hałaśliwą bandę. Wojna sprawia 
niemałe kłopoty również samej Szwajcarii.) Grimm chodzi i chodzi do 
Romberga, prowadzi rokowania absolutnie tajne, żeby nic nie przedostało się do 
prasy, żeby nie narazić na szwank szwajcarskiej neutralności — a głównych 
przedstawicieli poszczególnych partii (Natansona, Martowa, Zinowiewa) jednak 
informuje. My — wiemy.

Ślimak jedzie — kiedyś dojedzie. No i dobrze. No i dobrze.

A Romberg wszystkim odpowiadał: ,,tak”. I Grimm uznał, że zrobił co do niego 
należało: jak tak — to tak. Teraz, towarzysze, pozostaje wam prosić o zgodę swój 
Rząd Tymczasowy.

Ach, dziękujemy! Ach, zapomnieliśmy pokłonić się wam z wdzięcznością! I 
potem przez wiek padać do nóżek Louis Blancowi-Kiereńskiemu?

W okresie tych pełnych napięcia dni bardzo przydałby się cwa-ny Radek, 
wezwano go więc telefonicznie z sanatorium w Davos, odpoczywał sobie, nawet 
wieść o rewolucji w Rosji nie skłoniła go do natychmiastowego wyjazdu. Ale już 
w drodze domyślił się, o co idzie i zapronował kolejne, opóźniające, sondażowe 
posunięcie: w Bernie, przez niemieckiego korespondenta.

I cóż, i jemu Romberg odpowiedział jak wszystkim pozostałym: tak, tak, 
oczywiście, wszystkich chętnych przepuścimy.

— Ale — nie otwierała się przed nimi na oścież niemiecka granica, a i wszyscy 
chętni chcieli się tylko dowiedzieć, i porównać, i poprosić Tymczasowy o zgodę 
(słali telegramy do Kiereńskiego) a w gruncie rzeczy ociągali się.

Wszyscy byli zgodni — i nic się nie działo. Stare, dyplomatyczne metody są mało 
skuteczne.

A nie działo się nic, póki ciemne, grube ryby przy samym dnie nie przepłyną 
swoim kursem.

Póki Sklarc nie przekaże w Berlinie kontrpropozycji Lenina.

I niemieckie Naczelne Dowództwo nie powie definitywnie: tak.

I nie zaniepokoi się ministerstwo spraw zagranicznych: już tyle jest publicznych 
rozmów na temat tego powrotu, już książę Lwów otwarcie oświadczył 
wysłannikowi Szwajcarii, że szybki wyjazd emigrantów ze Szwajcarii jest 
niepożądany. Więc trzeba przyspieszyć! — Kto opóźnia? — ta szansa dla 

background image

Niemiec już nie powtórzy!

172

118 marca, w sobotę, ambasador Romberg w Bernie otrzymał wreszcie polecenie, 
by możliwie najszybciej poinformować Lenina, że jego propozycje dotyczące 
eksterytorialności zostały przyjęte, nie będzie osobistej kontroli i żadnych 
ograniczeń.

W sobotę — i „możliwie jak najszybciej”! A oznacza to — nie mitrężyć czasu 
przez niedzielę. I, wbrew wszystkim zasadom ostrożności, wykorzystując 
kontakty zarezerwowane na nadzwyczajne okoliczności, niemiecki ambasador 
zaczął wydzwaniać przez telefon, w Domu Ludowym odnalazł wreszcie socjalistę 
— Niemca Paula Levi: należy natychmiast przekazać Leninowi, że...

I kolejny dzwonek przywołał Lenina do telefonu u sąsiadów na Spiegelgasse — i 
szedł, przejęty, że to Inessa.

A to była — odpowiedź!!!

I oto wreszcie — droga stała otworem! Oto wreszcie można było 40-osobowej 
grupie wyznaczyć termin wyjazdu nawet za dwa dni, dając tylko czas, by 
towarzysze zdążyli spakować rzeczy, oddać książki, uporządkować sprawy 
finansowe, dojechać do Genewy, Clarens, Berna, Lucerny, kupić żywność na 
drogę, można by jechać już we wtorek, a już w sobotę — tylko o jedną sobotę 
później, niż ze Sklar-cem — włączyć się w rosyjską rewolucję!

Ale już w półmroku ponurych, zatęchłych schodów, a potem w dziennym 
półmroku swego pokoju-celi (od rana sypał gruby, gęsty śnieg, albo śnieg z 
deszczem na przemian) wciskając ręce w wycięcie kamizelki, żeby zbyt wcześnie 
nie wyrwały się do działania i przytłoczony ciężką jak palto, starą, wytłuszczoną 
marynarką — Lenin zmusił się, żeby nie pędzić do nikogo z informacją, tylko — 
pomyśleć. Pomyśleć. Pomyśleć, biegając.

Człowiek twardy nie może tracić głowy, ani w okresach klęski, ani w momentach 
przygnębienia. Ale stracić głowę od sukcesu — bardzo łatwo, i jest to największe 
niebezpieczeństwo dla polityka.

Wszystko stawało teraz otworem — a wykorzystać tego nawet teraz nie było 
można: bo jak potem wyjaśnisz: dzięki komu i jak udało się to załatwić, że ni 
stąd, ni z owad oddano do dyspozycji kierownictwa bolszewików wagon — i 
pojechali?

Trzeba wykonać jeszcze kilka opóźniających, pozorujących posunięć.

Nie ma gdzie się wybiegać, i na ulicę w taką pogodę nie wyskoczysz (i czytelnie 
już kompletnie zapomniane) — i cała nierozłado-wana energia skoncentrowała 
się w wirujących, ognistych spiralach przewiercających mózg.

background image

Jechać — można, to fakt, ale — dokąd? Do aresztu na fińskiej granicy? Czy do 
więzienia, gdzie wsadzi cię Rząd Tymczasowy? Można sobie wyobrazić, jak tam 
teraz szaleje szowinizm! Według rozpowszechnionych, drobnomieszczańskich 
poglądów — to

173

przecież nic innego niż tak zwana „zdrada ojczyzny”. I nawet tu w Szwajcarii — 
mieńszewicy, eserowcy, cała ta pozbawiona zasad emigracyjna banda, podniesie 
wrzask, że „zdrada”.

Nie!

Nie.

Nie...

I gdyby wstrzymywały okoliczności, ale powściągać samego siebie, kiedy już się 
jest wolnym, wyrywać się — i powstrzymywać, jakież to trudne!

Ale trzeba... Trzeba...

Wszystko, co dotychczas jak grube, ciemne ryby płynęło tuż przy samym dnie, 
przeprowadzić teraz po powierzchni jak białą żaglówkę.

Pertraktacje zakończone? — teraz dopiero należy je rozpocząćl Dopiero dziś 
podjąć je jakby po raz pierwszy!...

I nikt tego lepiej nie zrobi niż ufny, nie mający w sobie za grosz obłudy Platten.

Przygotowywać grupę — oczywiście. Lista jest już nawet przygotowana.

(Inesso! Nawet teraz nie pojedziesz!? Zdumiewające! Z nami — nie pojedziesz? 
Do Rosji! — na święto, na z dawna oczekiwane. Zostaniesz w tej zgniliznie?...)

Czterdziestu osób — o zdradę już oskarżyć się nie uda. Po czterdziestu ludziach 
piętno się rozmyje — i jakby go nie było. Oczywiście można by wziąć ze sobą 
także maksymalistów i różnych innych desperatów, wyglądałoby to jeszcze 
bardziej niewinnie. Ale... Obcych lepiej z sobą nie zabierać, niepotrzebni 
świadkowie w czasie podróży, niepotrzebni świadkowie każdego kroku, kto wie, 
co się może zdarzyć. I na czym miałby polegać nasz sukces, gdybyśmy dzięki 
własnym zabiegom, w swoim własnym wagonie mieli przewozić wrogów, a potem 
w Pitrze z nimi walczyć? Nie! Do ostatniej chwili, wszystko — w absolutnej 
tajemnicy, dzień, i godzina odjazdu — w tajemnicy.

Tylko pertraktacje — jawne.

Nie mając w kieszeni zgody — nie wolno tych pertraktacji zaczynać: bo jeżeli nic 

background image

z tego nie wyjdzie, co za hańba! Ale ze zgodą w kieszeni — właśnie należy je 
prowadzić.

I, tak jak doskonała organizacja niezbędna jest we wszelkiej działalności 
prowadzonej w imię proletariatu, na każdym jej kroku — podobnie z tym 
wyjazdem. Bezwzględna dyscyplina. Żeby jakieś byle zero nie przysporzyło nam 
kłopotów. Żeby wszyscy trzymali się razem — i nikt się nie wyłamywał, nie mógł 
potem powiedzieć: a ja nie brałem w tym udziału! A ja nie podejrzewałem 
nawet, o co w tym wszystkim chodzi!

174

I dlatego każdy musi złożyć swój podpis. Jakby złożył przysięgę, jakby ślubował. 
Tak jak zbójcy całują nóż. Żeby nikt się potem nie odłączył, nie zaczął nagle 
„demaskować”. Odpowiedzialność jest ogromna i powinna się rozkładać na całą 
czterdziestkę.

(Czy Inessa naprawdę nie pojedzie?)

I już — siedział, formułował tekst odpowiedniego zobowiązania. Już coś notował, 
siedząc na krześle pod oknem, na kolanach, w półmroku śnieżnej zawiei, swym 
nerwowym, pochyłym pismem, jakby starając się doścignąć swe myśli, w poprzek
kartki, literami większymi niż zazwyczaj, taki był przejęty — formułował punkt 
po punkcie to, co powinno się tu znaleźć; potwierdzam... że o warunkach 
postawionych przez ambasadę Niemiec towarzyszowi Platte-nowi zostałem 
poinformowany... i podporządkowałem się im z pełną odpowiedzialnością 
polityczną wobec wszelkich możliwych następstw...

I nagle z korytarza — sympatyczny, wysoki, kpiący głos Radka. Przyjechał? No, 
lepszego gościa i pomocnika trudno sobie teraz wymarzyć! Karol, Karol, dzień 
dobry, rozbierajcie się, och, napadało wam za kołnierz. Zdajecie sobie sprawę, że 
jesteśmy w całkiem nowej sytuacji?!?

Krótki okrzyk, lśniące zęby wystające spod górnej wargi, kędzierzawy, w aureoli 
bokobrodów — roześmiany zawadiacko Radek!

No, nie ma co, będziemy formułować wspólnie. Równie twarde warunki należy 
przygotować dla Romberga.

—  Wy — im — warunki? - Tak. A co?

—  Cudownie!

Oto — coś dla Radka. Ten — i poradzi, i pożartuje, a jego pomysły i wnioski są 
niezwykle przezorne.

Niestety w tym pokoju nie wolno palić, ssie więc pustą fajkę. I... E-e...

— Włodzimierzu Iljiczu! A co będzie ze mną? Czyżbyście mogli nie zabrać mnie 

background image

ze sobą?

—  Niby dlaczego mielibyśmy nie zabrać?

— No, bo przecież piszemy — ,,emigranci rosyjscy”, a ja jestem poddanym 
austriackim?

A, do diabła, austriacki poddany! Diabli nadali! Przywykli, że jest swój, tylko dla 
pozoru przecież uchodzi za polską partię. Ale jakże można Radka nie zabrać? 
Radka — i nie zabrać!

A Radek ma już gotowe wyjście: jeżeli Platten będzie podpisywał z Rombergiem 
umowę na piśmie (bo gdyby nie na piśmie, to ustnie zamącić jeszcze łatwiej) 
trzeba tylko pominąć słowo „rosyjscy”, napisać — „emigranci polityczni”, bo o 
kogóż innego może chodzić? Niemcy się nie domyśla, podpiszą.

175

A w ogóle w tak arcyodpowiedzialnej chwili, w tak niebywale poważnej sprawie, 
nie można sobie pozwolić na jakąkolwiek grę, a niemieckie Naczelne Dowództwo 
— to nie jest partner do żartów. Ale dla Radka — niezastąpionego, 
niezrównanego, fontanny pomysłów, dowcipnego, złośliwego, aroganckiego 
Radka — możnaby jednak spróbować?

— Ale czy Platten zgodzi się prowadzić te pertraktacje? Zgodzi się pojechać?

—  Nie ma nikogo innego. Więc zgodzi się.

—  A może Miinzenberg? Jest twardszy.

— Willi? Przecież uważany jest za niemieckiego dezertera. Jakżeby mógł — z 
ambasadorem? I w jaki sposób przez Niemcy?

— A mimo wszystko — postukiwał Radek ustnikiem po zębach, a mimo 
wszystko, Platten — to sekretarz partii, a tu jakiś wyjazd z emigrantami? A jeśli 
nagle zacznie się dręczyć, czy aby nie przyniesie to szkody jego Szwajcarii?...

—  A co — Szwajcarii? Dla niego nawet lepiej.

Nie, tu Lenin nie miał wątpliwości, w stosunku do Grimma Platten nie czuł się 
zbyt pewnie, to prawda, ustępował, ale w sprawach najważniejszych — nie 
zawiedzie, nasze argumenty go przekonają. To człowiek pracy, proletariacka 
krew. O pertraktacjach z udziałem Parvusa nic przecież nie wie i nigdy się nie 
dowie.

A Radkowi na temat Parvusa można opowiadać lub nie — sam wszystko 
rozumie. Radek wręcz nieprzyzwoicie ulega Parvusowi: w berneńskich knajpach 
powinien by go nie wiem jak potępiać, choćby tylko z internacjonalistycznego 
obowiązku — za niewybaczalne zbliżenie z szowinistami, za bogactwo, za ciemne 

background image

interesy, za nieuczciwość, za przygody z kobietami — nic z tego, siedzi wpatrzony 
w niego z otwartą gębą, z pianą w kącikach ust, cały w zachwycie: ach, co za 
zuch! ach, gdybym ja tak potrafił!...

— Na temat Sklarca powiedział mu, że to chłopak na posyłki niemieckiego rządu 
i że go przepędziłem! O Grimmie powiem: zachowuje się podejrzanie, hamuje 
wyjazd, robi jakieś geszefty na swój rachunek. A my — nie możemy dłużej 
czekać, rewolucja wzywa! Po proletariacku, bez owijania w bawełnę, bez 
jakichkolwiek sekretów — po prostu zwrócimy się do niemieckiej ambasady! 
Zgodzi się! — Lenin był o tym przekonany.

Tylko jak go nauczyć rozmawiać z Rombergiem? Przecież to zupełnie nowy tekst. 
Że niby w Rosji sprawy przybierają niebezpieczny dla świata obrót. Trzeba 
wyrwać Rosję z łap angielsko-francuskich podżegaczy wojennych. My ze swej 
strony podejmiemy oczywiście starania, by uwolnić niemieckich jeńców 
wojennych (a później szukajcie wiatru w polu!...) Ale powinniśmy być 
zabezpieczeni przed kompromitacją i mieć gwarancję, że nie będzie żadnych 
niespodzia-

176

nek w trakcie podróży... Jesteśmy gotowi jechać w zamkniętych, a nawet 
zasłoniętych przedziałach. Ale musimy mieć pewność, że wagon nie zostanie 
zatrzymany...

Lenin dostosował się do rozmiarów pokoju i biegał po przekątnej — trzy kroki, 
trzy kroki, trzy — z jedną ręką z tyłu, machając drugą — a Radek notował, 
pustą fajką przytrzymując kartkę.

Z Radkiem prześcigają się w pomysłach: w tym celu przydałoby się jeszcze 
zebrać popierające podpisy od zachodnich socjalistów. Socjalistów — owszem, 
ale warto by mieć także poparcie jakichś ludzi o nieposzlakowanej opinii... Tylko 
gdzie takich znaleźć?...

— A, na przykład, Romain Rolland! Doskonały pomysł, świetnie!

Już teraz warto byłoby zarzucić na niego haczyk. Kto mógłby nam pomóc 
dotrzeć do Rollanda?

Wraz z przyjściem Radka zmniejszył się rozsadzający, natrętny szum w głowie: 
można zebrać myśli, można je wypowiedzieć, usłyszeć odpowiedź. Proszę... Jeśli 
mamy demonstracyjnie zaczynać nowe rozmowy przez Plattena, należałoby w 
sposób równie demon’ stracyjny zerwać z Grimmem:

Właśnie tak — zerwać z hukiem!

— I to tak, żeby całą winę zwalić na niego!

— I jeszcze dołożyć mu, draniowi, za stare sprawki! Niech popamięta za to, że 

background image

odłożył szwajcarski zjazd?

A do tego trzeba: po pierwsze, opublikować wszelkie konfidencjonalne 
informacje o jego poufnych rozmowach!

To zawsze wywołuje ogromne wrażenie: niespodziewane opublikowanie tego, co 
okryte było tajemnicą. Wręcz wywołuje szok.

No więc, teraz, zaraz, od ręki przygotować taką publikację.

—  ...I odpowiednio rozłożyć akcenty?

—  ...I natychmiast, już jutro, opublikować!

No, z Radkiem nawet najbardziej odpowiedzialna praca przeradza się w wesołą 
zabawę! Radka szczególnie lubił za to, że potrafił być tak doskonale stronniczy!

I już siedzieli i pisali: Radek pisał, przesuwając ustnik pustej fajki między 
zębami, nie ma wolnej chwili, żeby wyjść na korytarz — czasami śmiejąc się, a 
nawet skacząc do góry przy szczególnie udanych sformułowaniach — a Lenin 
siedział z boku i doradzał.

Radek był jedynym człowiekiem, któremu, siedząc z boku, Lenin bez wahania 
mógł oddać pióro i ograniczyć się wyłącznie do kpinek. Lepszego pióra niż Radek 
nie miał nikt i nigdy w całej partii bolszewików. Bogdanów, Łunaczarski, 
Bucharin — wszyscy pisali gorzej.

— Ale ważne jest także — co z tego wyniknie: że to właśnie Szwajcaria prowadzi 
wszystkie pertraktacje i chce się nas pozbyć.

12 — Lenin w Zurychu

177

Wcale nie my!

Ach, jakiż on mądry, inteligentny, złoto!

—  I już jutro to opublikujemy — u Nobsa albo...

— Jutro jest niedziela. Więc zrobimy tak! — wesołe iskierki posypały się zza 
okularów Radka — skoro jutro jest niedziela poślijmy do Grimma   od   razu,   
nie zwlekając — telegram! W sobotę wieczorem, już, natychmiast! — Uśmiechał 
się i podskakiwał do góry, jakby miał szpilki na krześle.

Lenin też podskakiwał z zadowolenia.

I mówili, mówili, jeden przez drugiego, poprawiali, a Radek od razu zapisywał:

background image

...Nasza partia postanowiła... przyjąć bez zastrzeżeń... propozycję przejazdu 
przez Niemcy... i natychmiast przystąpić do organizacji wyjazdu... Absolutnie nie 
możemy ponosić odpowiedzialności... za dalszą zwłokę... zdecydowanie 
protestujemy... i jedziemy s a-m i!...

— Tak-ak! — podrapał się Radek za uchem — zawiniemy mu to w tabliczkę 
czekolady:

...Stanowczo prosimy natychmiast porozumieć się...

— Jutro, w szwajcarską niedzielę, porozumieć się! ...Acha! a na dodatek jutro 
według zachodnich zwyczajów jest prima aprilis!

— Prima aprilis?!! — Lenin dawno już się tak nie śmiał, ogromne napięcie 
ostatnich tygodni uchodziło z jego piersi silnymi, gwałtownymi wybuchami. — 
Niezłą bombonierkę dostanie, centrowe bydlę!

—  Porozumieć się... i, jeśli to możliwe, już jutro...

—  Kiedy cała Szwajcaria będzie chrapać!

—  ...Zakomunikować nam decyzję!... Z wdzięcznością...

Jak na szachownicy, kiedy zrobiłeś już z dawna obmyślany ruch i nagle 
dostrzegasz większe szansę i możliwości, niż przewidywałeś. Ale ten żarcik — z l 
kwietnia i niedzielnym zadaniem dla towarzysza Grimma — wymyślił Radek-
wesołek!

—  A jeżeli przez niedzielę tego nie zrobi — to w poniedziałek rano mamy prawo 
działać sami!

—  No, powiedzmy, we wtorek...

Ale gdzie tam! Na jeszcze lepszy pomysł wpadł Radek:

— Włodzimierzu Iljiczu! A — do Martowa? Przecież do Marto-wa tym bardziej 
mamy obowiązek napisać, jakby nie było to on jest inicjatorem planui? — dusił 
się Radek ze śmiechu.

—  A niby co do Martowa? — tak szybko nawet Lenin nie skojarzył.

— A to, że bez wahania przyjmiemy propozycję Grimma, żeby jechać przez 
Niemcyl Roztrąbić, że to jego propozycja!!! Na cały świat — jego! Szwajcarscy 
socjaliści nas wyrzucają! Poseł do szwajcarskiego

178

parlamentu!

background image

No, to było wręcz genialne! Wspaniale, Radek! No, teraz dopiero dostanie 
Grimm za swoje! Natychmiast zacznie dementować. A oczyścić się zawsze 
trudniej, niż plunąć. Trzeba umieć szybko i w odpowiednim momencie plunąć 
jako pierwszy.

— Popamięta sobie, podlec, moją niewydrukowaną broszurę!..,

—  Późno już. Trzeba będzie pójść nadać na Fraumiinster.

— Ja pobiegnę, Włodzimierzu Iljiczu.

—  Chodźmy razem, skoro już tak.

A wobec tego trzeba się przez chwilę zastanowić, pomyśleć — co jeszcze? Acha, 
do Haneckiego do Sztokholmu:

— Przyślijcie pilnie trzy tysiące koron na wydatki związane z wyjazdem!

(A w takim razie i do Inessy... O pieniądze proszę się nie martwić... Jest ich 
więcej niż się spodziewaliśmy... Bardzo pomagają towarzysze ze Sztokholmu... 
Mam nadzieję, że jedziemy razem z Wami?...)

I jeszcze: w kantonalnym banku złożona jest kaucja za pobyt w Szwajcarii, 100 
franków, nie ma co rozpuszczać lokajskiej republiki, trzeba odebrać.

Ubierali się, Iljicz — w swoje ciężkie, jak z żelaza palto na watolinie, a Radek — 
w letni płaszczyk, całą zimę w nim przechodził, wszystkie kieszenie wypchane 
książkami.

Nabijał fajkę tytoniem, przygotowywał sobie zapałki.

— Drobiazg. Między Plattenem i Rombergiem — jakież mogą być pertraktacje? 
Romberg wyciągnie z szuflady i da. Ale tych kilka dni trzeba, trzeba było rzucić 
tym szowinistycznym draniom.

Radek wiercił się jak młodzieniaszek, wesoły, szczęśliwy:

—  Ręce świerzbią, język świerzbi — chciałoby się jak najprędzej do Rosji, do 
agitacyjnej roboty!

I, puszczając Lenina przodem, zapałka w pogotowiu, żeby już w korytarzu 
zapalić.

— No, to cóż, Włodzimierzu Iljiczu: za sześć miesięcy albo będziemy ministrami 
— albo będziemy wisieć.

179

background image

DOKUMENTY

18 marca (31 marca). Berlin.

Raport na piśmie urzędnika MSZ ze Sztabu Generalnego.

.. .przede wszystkim powinniśmy uniknąć kompromitacji jadących przez zbytnią 
uprzejmość z naszej strony. Byłoby niezwykle pożądane uzyskanie jakiegolwiek 
oświadczenia rządu Szwajcarii. Jeżeli bez takiego oświadczenia wyślemy ni stąd 
ni zowąd ten niespokojny element do Szwecji, może to zostać wykorzystane 
przeciwko nam.

18 marca (31 marca)

Pomocnik staats-sekretarza — do ambasadora w Bernie, Rom-berga. 
(Szyfrówka)

Pilne! Przejazd rosyjskich rewolucjonistów przez Niemcy pożądany jak 
najszybciej ponieważ Ententa podjęła już przeciwdziałania w Szwajcarii. W 
miarę możliwości przyspieszcie pertraktacje.

20 marca (2 kwietnia)

Niemiecki ambasador w Kopenhadze hrabia Brokdorf-Rantzau — do MSZ. 
Ściśle poufne.

...Powinniśmy teraz bez wątpienia starać się wywołać w Rosji jak największy 
chaos. W tym celu unikać wszelkiej jawnej ingerencji w przebieg rosyjskiej 
rewolucji. Dyskretnie jednak robić wszystko dla pogłębienia sprzeczności między 
partiami umiarkowanymi i radykalnymi, jesteśmy bowiem nader zainteresowani 
zwycięstwem tych ostatnich, ponieważ wówczas przewrót stanie się nieunikniony 
i przybierze formy, które wstrząsną podstawami państwa rosyjskiego... Nasze 
poparcie dla elementów radykalnych —jest bardziej pożądane, ponieważ dzięki 
temu prowadzona jest bardziej swobodna praca, a efekty osiąga się szybciej. 
Wszelkie prognozy pozwalają mniemać, że w ciągu mniej więcej trzech miesięcy 
nastąpi na tyle poważny rozkład, iż nasza ingerencja wojskowa zagwarantuje 
załamanie rosyjskiej potęgi.

180

UWAGI AUTORA

Ci, którym wyrażenia W. I. Lenina, jego sposób myślenia czy też zachowania 
wydadzą się szokujące, mogą nieco uważniej przeczytać jego prace wykorzystane 
w tej książce:

,,Do Komitetu Bojowego przy Komitecie Sankt Petersburskim”;

background image

Wybór dzieł, wyd. IV ..........................................   t.   9, str. 315

Zadania oddziałów armii rewolucyjnej ................ tamże, str. 389

O haśle „rozbrojenia” .........................................   t. 23, str.    83

Przemówienie na zjeździe szwajcarskiej partii

socjąl-demokratycznej  4.11.1916 ........................ tamże, str. 110

Zadanie zimmerwaldzkiej lewicy

w szwajcarskiej partii s-d .................................... tamże, str. 126

Tezy o stosunku szwajcarskiej s-d do wojny ....... tamże, str. 138

Pryncypialne tezy związane z problemem

wojny .................................................................. tamże, str. 141

List otwarty do Charlesa Naine’a ........................ tamże, str. 212

Dwanaście krótkich tez o obronie przez

Greulicha obrony ojczyzny .................................. tamże, str. 247

Zarys tez 4/17 marca 1917 ................................. tamże, str. 282

Listy z daleka ...................................................... tamże, str. 289

Listy Lenina z lat wojny 1914-1917 ..................... wyd.Y, t.48-49

Uważam za swój obowiązek przytoczyć cztery współczesne rozprawy, które, 
pośród wielu innych, szczególnie pomogły mi przy pisaniu tych rozdziałów:

Werner Helweg — Lenin’s Riickkehr nach Russland 1917 — Lei-den 1957

Winfried B. Scharlau, Zbynek A. Zeman — Freibeuter der Revo-lution - Koln, 
1964

Willi Gautschi — Lenin als Emigrant in der Schweiz — Koln 1973

Fritz N. Platten, jr. — Von der Spiegelgasse in den Kreml — ,,Volksrecht” (13.3 
- 17.4. 67)

181

background image

i wyrazić autorom uznanie za baczne obserwowanie wydarzeń wyznaczających 
przebieg XX wieku, ale tak starannie ukrytych przed historią, a ze względu na 
kierunek rozwoju Zachodu nie cieszących się zbytnim zainteresowaniem.

Moskwa, 1971; Zurych, 1975

182

INFORMACJA (rewolucjoniści i osoby zbliżone)

ABRAMOWICZ ALEKSANDER E. (ur. 1894). Urodzony w Odessie. Członek 
SDPRR od 1908. Od 1911 w Szwajcarii: studiuje w Genewie, pracuje w fabryce 
zegarków w Chaux-de Fond. Wrócił do Rosji w grupie Lenina. Istnieją 
uzasadnione podejrzenia, że w 1918 był radzieckim agentem przy Republice 
Bawarskiej. Współpracownik Kominternu.

ARMAND INESSA TEODOROWNA (1874-1920). Urodziła się w Paryżu, w 
rodzinie francuskich aktorów. Wychowana w Rosji przez ciocię-guwernantkę, 
wyszła za mąż za fabrykanta Armanda, z którym miała czworo dzieci, następnie 
przeszła do jego młodszego brata i urodziła (w Szwajcarii) jeszcze syna. W czasie 
rewolucji 1905 roku była związana z moskiewską grupą eserów, następnie na 
zesłaniu, skąd uciekła na emigrację. Po śmierci drugiego męża studiowała na 
Sorbonie, spotkała się z Leninem w 1909, odtąd przyłączyła się do bolszewików. 
Była przyjaciółką Lenina, z krótkimi przerwami aż do śmierci, należąc stale do 
jego najbliższych współpracowników. W 1912 jeździła do Rosji, przez krótki czas 
siedziała w więzieniu, zwolniona dzięki staraniom pierwszego męża. Uczestniczka 
konferencji w Kientalu (z ramienia bolszewików). Wróciła do Rosji wraz z grupą 
Lenina. Po przewrocie październikowym przez pewien czas była przewodniczącą 
Moskiewskiej Gubernialnej Rady d/s Gospodarki Narodowej, później — 
kierowała Wydziałem d/s Kobiet przy KC RKPb.

BAGOCKI SIERGIEJ JUSTINOWICZ (1879-1953). Polak z Rosji, lekarz. Był 
wraz z Leninem w Krakowie, w ślad za nim przeniósł się do Szwajcarii. W owym 
czasie był praktycznym pomocnikiem Lenina w sprawach bytowych i 
finansowych, w podtrzymywaniu — przez pośredników — konspiracyjnych 
kontaktów z Niemcami. Będąc na emigracji w Szwajcarii — żył na szerokiej 
stopie, rozrzutnie (zeznanie Nobsa). Od 1918 — przedstawiciel rosyjskiego 
Czerwonego Krzyża w Szwajcarii.

183

BOGDANÓW (MALINOWSKI) ALEKSANDER ALEKSANDRO-WICZ 
(1873-1928). Syn nauczyciela fizyki, ukończył gimnazjum w Tulę, w 1899 — 
medycynę na uniwersytecie w Charkowie. Z tamtejszego inteligenckiego koła 
socjal-demokratów , ,wystąpił z powodu różnych poglądów na kwestię 
moralności, której nadawali oni szczególne znaczenie”. Lekarz, socjolog, filozof. 
Kilkakrotnie na lekkich zesłaniach (Tuła, Kaługa, Wołogda), w 1904 przyłączył 
się do Lenina, wszedł do pierwszego kierownictwa bolszewików. Teoretyk 
powstania zbrojnego, organizator taktycznych napadów, ekspro-priacji, 

background image

zdobywania funduszy dla partii. W 1905 aresztowany wraz z całą Petersburską 
Radą Delegatów Robotniczych, ale wkrótce zwolniony. Rewolucyjne lata 1906-
1907 spędził wraz z Leninem w Kuok-kale. Stanowczo nalegał na bojkotowanie 
działalności parlamentarnej i legalnej, od czego Lenin w 1907 odstąpił. 
Niezadowolony z udziału Bogdanowa w kierownictwie partii Lenin zaatakował 
go na polu filozofii („Materializm i empiriokrytycyzm”, 1909) — i w ogóle 
wyrzucił Bogdanowa z partii. B. już nigdy odtąd nie zajmował wysokich 
stanowisk ani w partii, ani w radach. W okresie wojny zmobilizowany, lekarz na 
froncie. Wydał wiele prac z dziedziny ekonomii politycznej, filozofii, organizacji 
nauki i gospodarki, dwie powieści fantastyczne. Zginął przy ryzykownym 
eksperymencie związanym z transfuzją krwi.

BOSZ JEWGIENIA GOTLIBOWNA (1879-1924), urodzona w Oczakowie. 
Mając lat 16 wyszła za mąż za syna fabrykanta, w 21 roku życia opuściła męża i 
rzuciła się w wir działalności s-d (Kijów), bolszewiczka. Przyjaciółka Piatakowa. 
W 1913 zesłana do guberni irkuckiej, stamtąd wraz z nim uciekła przez 
Władywostok. Przez krótki okres w Szwajcarii, następnie w Skandynawii. Po 
rewolucji lutowej — przewodnicząca Kijowskiego Gubernialnego Komitetu 
Partii, agituje gwardyjski korpus do marszu na Kijów w celu obalenia Rady. 
Członek kijowskiego Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego. W pierwszym rządzie 
komunistycznym Ukrainy (Charków — 1918) — ,,Ludowy sekretarz spraw 
wewnętrznych”. W okresie wojny domowej oddelegowana do zadań 
administracyjno-pacyfikacyjnych w skali całych guberni (Penza, Astrachań, 
Homel), komisarz Frontu Kaspijsko-Kaukaskiego. W 1923 oskarżona o trockizm,
w 1924 popełniła samobójstwo.

BRILLIANT - patrz SOKOLNIKOW.

BROŃSKI (WARSZAWSKI) MOJSIEJ (1882-1941), urodzony w Łodzi. Polski 
s-d, następnie bolszewik. W 1907 wyemigrował do Szwajcarii. Bliski pomocnik 
Lenina, wysłany przezeń na konferencję w Kientalu. Po przewrocie 
październikowym — przez pewien czas redaktor Prawdy, zastępca ludowego 
komisarza do spraw handlu

184

i przemysłu. 1920-22 — przedstawiciel pełnomocny (ambasador) w Austrii. Po 
śmierci Lenina nie zajmował poważniejszych stanowisk.

BUCHARIN MIKOŁAJ IWANOWICZ (1888-1938). Jeden z najwybitniejszych 
teoretyków partii bolszewickiej i jej niespełniony przywódca. Urodził się w 
rodzinie nauczycielskiej. Połączenie wychowania inteligenckiego i prostego. 
Ukończył l Moskiewskie Gimnazjum, od 18 roku życia — członek partii 
bolszewików, jako 20-letni student dookoptowany do Moskiewskiego Komitetu 
Partii. Kilka lekkich aresztowań, z zesłania udał się na emigrację. Od 1911 za 
granica, wiele się uczył, rozpoczął działalność publicystyczną. Wrócił do Rosji w 
1917 przez Amerykę, Japonię, Syberię. Od lata 1917 — członek KC. Będąc 
przeciwnikiem pokoju brzeskiego, stanął na czele opozycji ,,lewicowych 
komunistów” (nie wzmacniać Niemiec przez separatystyczny pokój, tylko dążyć 
do światowej rewolucji). W latach władzy radzieckiej dużo publikował (prace 

background image

ekonomiczne, polityczne, popularyzacja). Po śmierci Lenina — w kierowniczej 
siódemce (Politbiuro) i wykorzystany przez Stalina dla jej likwidacji: przy jego 
pomocy rozbita została trójka — Trocki, Kamieniew, Zinowiew, po czym i on 
został zlikwidowany wraz ze swym zwolennikiem Ry-kowem i Tomskim. Na 
początku lat 30-tych wydawało się, że rozumiał zbrodniczość polityki Stalina, 
prowadzącej do zniszczenia chłopstwa i zdrowej narodowej gospodarki, ale nie 
potrafił stanowczo i skutecznie przeciwstawić się. Po pokazowym procesie z 
typowym ,,przyznaniem się do winy” rozstrzelany.

BURCEW WŁADIMIR LWOWICZ (1862-1942) - rewolucjonista—narodowiec 
od lat 80-tych, terrorysta końca XIX wieku. Po aresztowaniu zbiegł. W Anglii 
nawoływał w druku do zabójstwa Aleksandra III, za co nawet u Anglików dostał 
półtora roku więzienia. Za propagowanie terroru wydalony także ze Szwajcarii. 
Wyspecjalizował się w demaskowaniu agentów policji w rosyjskim ruchu 
rewolucyjnym. W rewolucjach 05 i 17 roku — redaktor pisma Było-je, od 1911 
do 1914 — gazety Buduszczeje i zza granicy wysyłał ją do cara, wielkich książąt, 
ministrów, do biblioteki Państwowej Dumy. Wraz z rozpoczęciem wojny 
światowej stał się patriotą, dobrowolnie poddał się na rosyjskiej granicy, 
sądzony, zesłany, amnes-tionowany (1915). Za bolszewików kilkakrotnie 
aresztowany, znowu wyda wał Byłoje, następnie u białych — Obszczeje dieło. 
Znowu emigrował.

CHARITONOWMOJSIEJM. (1887-1948). S-dod 1905, bolszewik. Od 1912 — w 
Szwajcarii, student prawa. Zbliżony do Lenina, wrócił do Rosji w jego grupie. Po 
przewrocie październikowym naczelnik piotrogrodzkiej milicji. W latach 20-tych 
— sekretarz guber-nialnego komitetu na Uralu, w Permie, w Saratowie. W 1925 
poparł opozycję Zinowiewa-Kamieniewa, następnie ich blok z Trockim.

185

Później nie zajmował poważniejszych stanowisk.

CIWIN EWGEN (pseudonimy z niemieckiego i austriackiego wywiadu — 
,,Weiss”, ,,Ernst Koller”). Rosyjski rewolucjonista, pracujący w Szwajcarii w 
latach wojny w porozumieniu z austriacką a następnie niemiecką służbą 
specjalną.

CZUDNOWSKI GRIGORIJISAKOWICZ (1894-1918). S-d mień-szewik, przez 
długie lata na emigracji. Do Rosji wraca wraz z Tro-ckim, wchodzi w skład 
,,mieżrajonców”, potem — bolszewik. Wraz z Antonowem-Owsiejenką prowadzi 
szturm na Pałac Zimowy. Wojskowy komisarz Kijowa. Zabity na Ukrainie.

GREULICH HERMAN (1842-1923). Urodzony we Wrocławiu, introligator. 
Jeden z założycieli szwajcarskiej partii s-d i jej organu Berner Tagwacht. 
Najpopularniejszy szwajcarski przywódca robotniczy (,,papa Greulich”). Od 
1902 do śmierci — poseł do parlamentu szwajcarskiego.

GRIMM ROBERT (1881-1958). Typograf, mechanik. Jeden z przywódców s-d 
partii Szwajcarii. Od 1905 — sekretarz związków zawodowych w Bazylei. Od 
1909 — sekretarz partii, naczelny redaktor Berner Tagwacht. Od 1911 — poseł 

background image

do parlamentu Szwajcarii, od 1946 jego przewodniczący. Inicjator i 
przewodniczący konferencji w Zimmerwaldzie i Kientalu. Jeden z organizatorów 
II1/2 Międzynarodówki (bardziej lewicowej niż socjalistyczna, bardziej 
umiarkowanej niż komunistyczna).

GUILBEAUX HENRY (1885-1938) - francuski s-d, internacjo-nalista. Jako 
przeciwnik wojny — od 1915 — w Genewie, od 1916 wydawca pisma Demain. 
Uczestnik konferencji w Kientalu. Działacz Kominternu, ale w latach 
trzydziestych oddalił się od ZSRR.

HANECKI (FURSTENBERG) JAKUB (1879-1937). Z bogatej rodziny 
warszawskiej, do s-d przyłączył się w końcu XIX wieku, uczestnik II Zjazdu 
SDPRR z ramienia polskich s-d, przez wiele lat był człowiekiem zarówno partii 
polskiej jak i rosyjskiej. Kilkakrotnie na krótko aresztowany, żadnego 
poważnego wyroku. W czasie służby wojskowej zwymyślał dowódcę pułku, ale 
wybaczono mu to „ze względu na stan podniecenia”. Dwa razy będąc na zesłaniu 
— wyjechał. Przed wojną wraz z Radkiem prowadził rozłamową działalność w 
polskiej partii s-d (opozycja przeciw Róży Luksemburg). Od 1912 bliski 
współpracownik Lenina, razem z nim w Krakowie, potem w Szwajcarii, stad w 
1915 przeniósł się do Parvusa do Skandynawii, gdzie był dyrektorem jego 
przedsiębiorstwa. W marcu 1917 wraz z Radkiem i Worowskim na polecenie 
Lenina pozostał w Sztokholmie, gdzie pod szyldem biura zagranicznego KC 
zajmował się regularnym przekazywaniem środków finansowych dostarczanych 
przez Parvusa na umocnienie bolszewickiej organizacji i prasy w Ro-

186

sji, a także dla prowadzenia propagandy bolszewickiej na Zachód. Po przewrocie 
październikowym — pracuje w ludowym komisariacie finansów (główny 
komisarz banków). Uczestnik „Porozumienia Dodatkowego” z Niemcami w 
sierpniu 1918 — zgodnie z którym, rozszerzając układ w Brześciu, Rosja 
Radziecka zobowiązała się do zwiększenia żywnościowej i materialnej pomocy 
dla Niemiec w przeddzień ich klęski. Uczestnik ważnych rokowań 
dyplomatycznych w latach 1920-1925. Wiele ciemnych plam w biografii. Po 
śmierci Lenina — ludowy komisariat handlu, mniej ważne funkcje. W 1937 
aresztowany i rozstrzelany wraz z żoną i synem.

INESSA - patrz ARMAND.

KAMIENIE W (ROSENFELD) LEW BORISOWICZ (1883-1936). Ukończył 
gimnazjum w Tyflisie, na uniwersytecie w Moskwie (wydział prawa) rozpoczął 
działalność rewolucyjną, wyrzucony, po krótkim aresztowaniu wyjeżdża za 
granicę, tam w 1903 przyłącza się do bolszewików. Kilkakrotnie wraca do Rosji, 
dwukrotnie na krótko aresztowany, działalność propagandowa w okresie 
rewolucji, długotrwała emigracja od 1908, wchodzi w nowe otoczenie Lenina. Po 
zdemaskowaniu Malinowskiego w 1914 zostaje oddelegowany do Rosji, aby 
kierować frakcją bolszewicką Dumy Państwowej z zewnątrz (od wybuchu wojny 
— z Finlandii). W listopadzie 1914 aresztowany na tajnym spotkaniu z nimi pod 
Petersburgiem, w toku procesu 1915 złagodził swój los wyrzekając się 
leninowskiego defetyz-mu, popieranego przez frakcję w Dumie. Zaraz po Lutym, 

background image

wróciwszy do Piotrogrodu i ciesząc się największym zaufaniem Lenina, staje na 
czele partii do jego powrotu. Jedyny w partii sprzeciwił się leninowskim tezom 
kwietniowym. Po opanowaniu przez bolszewików II Zjazdu Rad w noc 
przewrotu — przewodniczący Zjazdu i nowego CKW. Uczestnik brzeskich 
rokowań z Niemcami. W 1922 wraz z Rykowem i Ciurupą —jeden z zastępców 
chorego Lenina. Podzielił wraz z Zinowiewem wszelkie niepowodzenia walki ze 
Stalinem. Będąc już w beznadziejnej sytuacji, na zjeździe partii w 1934 żądał w 
stosunku do „kułackiej” opozycji „riutyńców”: nie prowadzić z nimi sporów 
ideologicznych, tylko rozstrzeliwać. Rozstrzelany po procesie 1936 roku.

KAMO (TER-PETROSJAN) SIEMION ARKASZOWICZ (1882-1922) 
urodzony w Gori, syn bogatego dostawcy. Wyrzucony ze szkoły za 
wolnomyślicielstwo religijne. Znajdował się pod wpływem swego starszego 
krajana Dżugaszwilego. Pomysłowy i sprytny w nielegalnych akcjach z bronią, 
przeprowadzał na zlecenie Stalina udane rekwizycje pieniędzy, między innymi 
słynne zagarnięcie funduszy państwowych w Tyflisie w czerwcu 1907. Jadąc na 
kolejną akcję do Berlina aresztowany przez niemiecką policję z wali-

187

zką materiałów wybuchowych. Uniknął wydania rządowi rosyjskiemu dzięki 
temu, że przez kilka lat umiejętnie symulował chorobę umysłową. Mimo to 
jednak został wydany, ale uratowany od egzekucji dzięki kampanii prasy 
niemieckiej w obronie , ,niewątpliwie chorego człowieka”. Z więziennego szpitala 
uciekł za granicę — do Lenina. W 1912 wrócił na Kaukaz i przy kolejnej 
grabieży pocztowego transportu z pieniędzmi został ranny i aresztowany, 
skazany na śmierć. Jednakże liberalny prokurator wstrzymał wykonanie wyroku 
do manifestu z okazji 300-lecia domu Romanowów i w ten sposób go uratował. 
Uwolniony z więzienia dzięki Rewolucji Lutowej. Lenin wysłał go do uzdrowiska 
w górnym Kaukazie, aby się podleczył. Następnie Karno służył w CzK w Baku. 
Po ustanowieniu władzy mieńszewików prowadził działalność podziemną. Nie 
zgodził się na propozycję Lenina, aby wstąpić do Akademii Sztabu Generalnego. 
Zginął przejechany przez samochód.

KARPIŃSKI WIACZESŁAW ALEKSIEJEWICZ (1880-1965). S-d od 1898, 
bolszewik od czasów rozłamu. Stale na emigracji w Genewie od 1904. 
Wykorzystywany przez Lenina do mniej ważnych prac wydawniczych i 
technicznych. W czasach radzieckich — doktor nauk ekonomicznych.

KESKULA ALEKSANDER EDUARD (1882-1963) - Estończyk z Tartu, 
uczestnik rewolucji 1905. Aresztowany, ale amnestionowa-ny. Emigrował. Przed 
wojną niesystematycznie studiował w Szwajcarii. Od 1914 oddał się do 
dyspozycji niemieckiego ambasadora w Szwajcarii barona Romberga, zabiegał o 
poparcie Niemiec dla estońskiego ruchu wyzwoleńczego. Romberg wykorzystał 
go do kontaktów z różnymi odłamami rosyjskich rewolucjonistów w Szwajcarii, 
między innymi z Leninem. Aby mógł rozwinąć działalność przeniesiony przez 
Niemców do Skandynawii, skąd wysyłał agentów do Rosji i gdzie finansował 
publikacje bolszewików (Bucharina, Piatako-wa i in.|, nie informując ich o 
pochodzeniu środków. Organizował dla bolszewików kontakty między 
Skandynawią i Szwajcarią.

background image

KOŁŁONTAJ ALEKSANDRA MICHAJŁOWNA (1872-1952). Córka generała 
(Ukraińca) i fińskiej chłopki. Wychowywała się w bogatej rodzinie obszarniczej, 
nie posyłano jej ani do gimnazjum, ani na kursy Bestużewa, aby nie zetknęła się 
z elementami rewolucyjnymi. Prywatne lekcje u profesorów historii, literatury. 
Wczesne, krótkotrwałe małżeństwo, którego celem było wymknięcie się spod 
kurateli rodziców. Towarzystwa kulturalno-oświatowe, wszystkie związane z 
pomocą dla rewolucjonistów. Wykształcenie ekonomiczne zdobyte za granicą. S-
d od końca XIX wieku. Była świadkiem strzelaniny na placu Pałacowym 9 
stycznia 1905 roku. Pisała proklamacje dla obu frakcji s-d. „Duchowo bliższy był 
mi bolszewizm

188

z jego bezkompromisowością”, ale od 1915 roku była mieńszewicz-ką, w 1914 
zwolenniczka powszechnego pojednania, dopiero po pewnym czasie przychyliła 
się do leninowskiej koncepcji „wojny domowej” i, tym samym, do bolszewizmu. 
W latach przedwojennych i w czasie wojny — przyjaciółka Szlapnikowa. W 
pierwszym rządzie bolszewickim — ludowy komisarz ubezpieczeń społecznych. 
Później przez długie lata — ambasador ZSRR w Norwegii i Szwecji.

KOZŁOWSKI M. J. (1876-1927) - s-d, petersburski adwokat, w 
konspiracyjnych związkach z przedsiębiorstwem Parvusa. W 1917 — członek 
komitetu wykonawczego Rady Piotrogrodzkiej. W lipcu po opublikowaniu 
demaskujących materiałów na temat powiązań bolszewików z Niemcami — 
aresztowany wraz z kilkoma przywódcami bolszewików (wszyscy zostali 
uwolnieni w czasie powstania Korniłowa). Po przewrocie październikowym — 
przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Śledczej w Piotrogrodzie i 
przewodniczący Małej Rady Komisarzy Ludowych. Następnie — ludowy 
komisarz sprawiedliwości Litwy-Białorusi.

KRASIN LEONID BORISOWICZ (1870-1926). Pochodzi z guberni tubolskiej, 
rewolucjonista od lat studenckich (środowisko zesłańców) . Z przerwami na 
aresztowania i zesłania otrzymał wykształcenie techniczne, inżynier. To określiło 
jego późniejszą rolę technika partii: konspiracja, przygotowywanie materiałów 
wybuchowych, napadów. To on nawiązał kontakt z fabrykantem Sawwą 
Morozo-wem, otrzymywanie stałej pomocy finansowej dla partii. Od 1903 
bolszewik, a nawet członek KC. U szczytu swej działalności rewolucyjnej 
doskonale poradził sobie z obowiązkami sprawowania nadzoru nad przewodową 
siecią oświetleniową całego Petersburga. W 1908 wyemigrował, w 1909 został 
odsunięty od kierownictwa partii bolszewickiej i zrezygnował z działalności 
politycznej. Pracował jako inżynier w Berlinie, wrócił do Rosji, tu zajmował 
stanowiska dyrektorskie. Od 1917 powrócił do partii. Uczestnik rokowań w 
Brześciu, a następnie dodatkowych pertraktacji w Berlinie (sierpień 1918 — 
patrz Hanecki). Jeździł do Naczelnego Dowództwa do Lu-dendorffa daremnie 
prosząc go, żeby Niemcy nie zajmowały Kaukazu i Turkiestanu (plan 
Ludendorffa został udaremniony przez lądowanie Amerykanów we Francji). 
Szereg wysokich stanowisk gospodarczych, ludowy komisarz handlu 
zagranicznego, komunikacji. Od 1920 — ambasador w Londynie, uczestnik 
innych rokowań dyplomatycznych, konferencji w Genui i Hadze.

background image

KRUPSKA NADIEŻDA KONSTANTINOWNA (1869-1939). Córka urzędnika 
sądowego. Od 1897 — żona Lenina (ślub kościelny, ze względów czysto 
formalnych). Dzieliła z nim całe życie, prowadziła techniczną robotę partyjną. 
Próbowała samodzielnie pisać prace

189

z dziedziny pedagogiki, ale nie odniosła sukcesów. Po przewrocie 
październikowym — w kierownictwie ludowego komisariatu oświaty. Od 1925 
przyłączyła się do nieudanej opozycji Zinowiewa-Kamieniewa przeciw Stalinowi. 
Odtąd przez cały okres stalinowskiej dyktatury nieobecna w życiu publicznym.

LEVI (HARTSTEIN) PAUL (1883-1938) - niemiecki s-d, adwokat. W czasie 
pobytu na emigracji w Szwajcarii — uczestnik zim-merwaldzkiej lewicy, później 
w Niemczech — komunista. W latach 20-tych powrócił do s-d.

LITWINÓW MAKSIM MAKSIMOWICZ (1876-1951) syn zamożnej polskiej 
rodziny. Zgłosił się do wojska jako ochotnik i tam zainteresował się marksizmem. 
W 1901 aresztowany w składzie Kijowskiego Komitetu SDPRR, w 1902 — uciekł 
z kijowskiego więzienia za granicę, od 1903 — bolszewik. W 1905 bez 
powodzenia próbował dostarczać broń z Anglii do Rosji. Prócz krótkich 
wyjazdów do Rosji — niemal cały czas na emigracji, od 1907 w Londynie. 
Reprezentował bolszewików w Międzynarodowym Biurze Socjalistycznym (II 
Międzynarodówka). Po przewrocie październikowym — pierwszy radziecki 
przedstawiciel polityczny (ambasador) w Anglii, aresztowany w retorsji za 
aresztowanie Lockharta w Moskwie i za niego też wymieniony. Udana 
działalność dyplomatyczna, zastępca ludowego komisarza, od 1930 do 1939 — w 
szczytowym okresie stalinowskiego terroru — ludowy komisarz spraw 
zagranicznych, zwiastun pokoju na Zachodzie; jego przemówienia wypełniały 
kolumny radzieckiej prasy i były popularne. Zdegradowany w latach przyjaźni z 
hitlerowskimi Niemcami, od 1941 — ambasador w Stanach Zjednoczonych.

ŁUNACZARSKI (WOINOW) ANATOLIJ WASILJEWICZ (1875-1933). 
Płodny dziennikarz i lektor, słaby dramaturg i pisarz (o poziomie literackim 
świadczy wybrany pseudonim). Pochodzi z Połtawy, z rodziny urzędnika o 
radykalnych poglądach, od 15 roku życia studiował marksizm, od 17 agitował 
robotników. Po ukończeniu gimnazjum pojechał na uniwersytet w Zurychu. W 
1899 roku wraca do Rosji, prowadzi działalność propagandową. Trzykrotnie na 
krótko aresztowany, wyroki nie przekraczają kilku miesięcy, z zesłania do 
Kaługi, Wołogdy, pogłębia wiedzę, pierwsze publikacje. Od 1903 — na emigracji 
i, przyłączywszy się do bolszewików popularyzuje ich stanowisko objeżdżając 
wszystkie środowiska emigracyjne w Europie, nie odmawia także wygłoszenia na 
III Zjeździe partii referatu o zasadach powstania zbrojnego. W czasie rewolucji 
1905 — działa w prasie, po miesięcznym aresztowaniu — emigruje aż do 
następnej rewolucji. Współpracownik wielkich emigracyjnych wydawnictw 
bolszewickich. Uczeń Avenariusa, rozszedł się z Leninem

190

background image

po konfliktach na tle filozoficznym w latach 1908-09. Nieudana próba stworzenia 
nowej partii (grupa Wpieriod). W latach wojny — w grupie Trockiego-Martowa.
Wrócił do Rosji przez Niemcy z drugim transportem emigrantów, przez kilka 
miesięcy był „mieżrajoncem”, aż do chwili włączenia się ich do bolszewików w 
lipcu 1917 roku. W ten sposób powrócił do Lenina. Przez krótki czas siedział w 
więzieniu w okresie Rządu Tymczasowego, oskarżony (wraz z czołówką 
bolszewików) o zdradę państwa — kontakty z Niemcami. ,,I przed uwięzieniem i 
w więzieniu niejednokrotnie znajdowałem się w niezwykłą niebezpiecznej dla 
mego życia sytuacji”. Wypuszczony w miesiąc po październikowym przewrocie 
— ludowy komisarz oświaty (do 1929). W latach wojny domowej wiele jeździł po 
frontach i strefie przyfrontowej, stale zajmując się agitacją. Znany z niespożytej 
działalności wykładowej — również w Moskwie. W 1923 wydał książkę o 
przywódcach rewolucji, nie wspomniawszy o Stalinie. Ten błąd kosztował go 
wieloletnią niełaskę i sprawił, że znalazł się w autentycznym niebezpieczeństwie. 
Umarł w drodze do Hiszpanii, gdzie mianowany został ambasadorem.

MALINOWSKI ROMAN WACŁAWOWICZ (1876-1918). Polak urodzony pod 
Płockiem. Krawiec, następnie tokarz. Trzy kradzieże, procesy karne. W czasie 
służby wojskowej został agentem tajnej policji. Najpierw — mieńszewik, od 1910 
przeszedł do bolszewików. Przez Lenina dokooptowany do KC, mianowany 
przewodniczącym Biura Rosyjskiego (szefem partii na terytorium Rosji). Na 
polecenie Lenina dokonał rozłamu we frakcji s-d Dumy Państwowej i został 
przywódcą frakcji bolszewickiej. Jej działalnością kierował i pisał swe 
przemówienia jednocześnie pod kierunkiem Lenina i Departamentu Policji. Ale 
w 1914 nowy naczelnik Departamentu Policji uznał, że mieć za informatora 
wybitnego posła do parlamentu jest sprzeczne z samą ideą państwa, wypłacił 
Malinowskiemu pewną sumę pieniędzy i polecił wycofać się z działalności w 
Dumie. (Istnieje pewne podobieństwo ze zdemaskowaniem Azefa przez samą 
policję.) Malinowski bez żadnych wyjaśnień zrzekł się pełnomocnictw 
parlamentarnych i zniknął. Zaczęły krążyć pogłoski, że był prowokatorem, ale 
Lenin-Zinowiew-Hanecki zrehabilitowali go w 1914 i po raz kolejny w 1917: 
„Instancje kierownicze partii są absolutnie przeświadczone o politycznej 
uczciwości Malinowskiego... Oskarżenia są absolutnie bzdurne”. W czasie wojny 
— w wojsku, dostał się do niemieckiej niewoli. W 1918 postanowił wrócić do 
Rosji Radzieckiej po zagwarantowaniu mu przez Lenina osobistego 
bezpieczeństwa (sądząc z pogłosek, notatkę poręczającą z podpisem Lenina 
zarekwirowano mu na granicy). 5 listopada 1918 postawiony przed Trybunałem 
w obecności Lenina. Malinowski wygłosił 6-godzinną mowę obrończą. 
Rozstrzelany natychmiast.

191

MARTOW (CEDERBAUM) JURIJ OSIPOWICZ (1873-1923). Działalność 
rewolucyjną rozpoczął jako student, wielokrotnie wyrzucany, aresztowany. W 
latach 90-tych w Wilnie sformułował ideologię Bundu, ale sam stał się wkrótce 
jego przeciwnikiem. Wraz z Leninem aresztowany w Petersburgu w 1896, 
skazany na trzy lata zesłania, ale w przeciwieństwie do Lenina, nie mając 
protekcji, odbył je w kraju Turchańskim. Od 1901 na emigracji. Przywódca 
mień-szewików. Nie znosił moralnego prostactwa bolszewików. Opowiadał się za 

background image

legalnym rozwojem s-d. Od początku wojny wypowiadał się przeciw obronie 
ojczyzny, ale jednocześnie był przeciwnikiem przekształcenia wojny w domową. 
Wrócił do Rosji przez Niemcy z drugim transportem emigrantów w maju 1917. 
Wypowiadał się za powszechnym rządem socjalistycznym bez zagarniania 
władzy. W dniach przewrotu październikowego na posiedzeniach Zjazdu Rad 
odradzał szturm Pałacu Zimowego. Ostro protestował przeciw rozporządzeniu 
Zgromadzenia Ustawodawczego, w szczycie czerwonego terroru — przeciwnik 
kary śmierci. W 1920 za zgodą Lenina wyjechał do Niemiec, tam wydawał 
Socjalisticzieskij Wiestnik. Jeden z założycieli II1/2 Międzynarodówki (,,Za 
dyktaturą proletariatu, ale bez terroru”). Zmarł na gruźlicę gardła.

MOOR CARL (1852-1932). Szwajcarski s-d. 1892-1906 brał udział w 
redagowaniu Berner Tagwacht. Zamożny. W czasie wojny pod pseudonimem 
,,Bajer” — podwójny agent niemieckiego i austriackiego wywiadu. Wiele 
pomagał Leninowi. Opiekował się Miin-zenbergiem w szwajcarskim więzieniu, 
Plattenem — w litewskim, wyciągnął Radka z więzienia berlińskiego (1919). 
Realizował tajne misje dyplomatyczne rządu radzieckiego. Po Październiku — 
honorowy obywatel ZSRR i tam też przeważnie mieszkał do 1927. Ostatnie lata 
życia — w Berlinie.

MUNZENBERG WILHELM (1889-1940) urodzony w Erfurcie, emigrował do 
Szwajcarii w 1910. Tu — sekretarz Socjalistycznej Międzynarodówki Młodzieży, 
redaktor jej organu Jugend Internationale. Organizator demonstracji 
robotniczych w Zurychu w latach wojny. Uczestnik konferencji w Kientalu. Od 
1916 — w kierownictwie s-d partii Szwajcarii. W 1917 podróżował 
niejednokrotnie przez Niemcy przy poparciu władz niemieckich (będąc 
niemieckim dezerterem). W 1917 doprowadził do krwawych walk na barykadach 
w Zurychu, po czym, w 1918 r. został po raz kolejny aresztowany. Po 
zakończeniu wojny wydalony do Niemiec. 1919-1921 — sekretarz 
Komunistycznej Międzynarodówki Młodzieży, w 1920 — u Lenina w Moskwie. 
Od 1924 w Niemczech utworzył lewicowy koncern prasowy. Do 1933 — 
komunistyczny poseł do Reichstagu. W 1933 wyemigrował do Francji. Odmówił 
przyjazdu do ZSRR na wezwanie Stalina. Latem 1940 znaleziono go 
powieszonego w lesie pod Grenoble.

192

NOBS ERNST (1886-1957), syn krawca, nauczyciel. Od 1915 — naczelny 
redaktor partyjnego organu Yolksrecht i innych socjalistycznych wydawnictw. 
Od 1916 — przewodniczący organizacji partyjnej Zurychu. Od 1917 — członek 
kierownictwa partii szwajcarskiej. Od 1919 — poseł do szwajcarskiego 
parlamentu, od 1943 do 1951 — członek rządu, w 1948 — prezydent Szwajcarii.

PARYUS (GELFOND) ALEKSANDER (IZRAEL) ŁAZARIEWICZ (1867-
1924). Urodzony w guberni mińskiej (Berezino), dzieciństwo w Odessie. 1885 — 
ukończył odesskie gimnazjum, w 1891 — uniwersytet w Bazylei. Zaczął z 
powodzeniem publikować swe teksty w lewicowej prasie niemieckiej 
(„publicystyczna rewolucja”), działał na rzecz zbliżenia niemieckich s-d z 
rosyjskimi (Plechanow, Potriosow). Organizował drukowanie Iskry w Lipsku i 
sam w niej publikował. Za swą publicystykę wydalany z różnych krajów 

background image

niemieckich, przenosił się do innych. Faktyczny przywódca Rady Petersburskiej 
w 1905, kilka miesięcy w Kriestach i Pietropawłowce, administracyjne zesłanie 
na trzy lata na Syberię, ucieka w czasie podróży, wrócił do Petersburga, wyjechał 
za granicę. Ostro krytykował „rosyjski kurs” (zbliżenie) polityki niemieckiej, 
która zapoczątkowana została w 1907. Od 1910 do 1915 — w Turcji i na 
Bałkanach, zdobył poważny majątek, doradca finansowy rządów Turcji i 
Bułgarii w okresie, kiedy oba państwa przystępowały do wojny światowej. Od 
lutego 1915 w pertraktacjach z niemieckim MSZ. Podjął się dokonać rewolucji w 
Rosji i wyprowadzić ją z wojny. Pod pozorem działalności handlowej 
przekazywał niemieckie pieniądze rosyjskim rewolucjonistom, po Rewolucji 
Lutowej — wyłącznie bolszewikom, umożliwiając im dzięki temu szybkie 
umocnienie swej prasy i organizacji, zupełnie słabej i liczebnie niewielkiej do 
lutego 1917. Po zdemaskowaniu w lutym 1917, nie doprowadzonym jednak do 
końca, ostro atakował w niemieckiej prasie Kiereńskiego. W 1917 hamował 
ogólno-socjalistyczne próby doprowadzenia do pokoju, wpływał na rząd 
niemiecki, aby wyczekał do anarchii w Rosji i następnie unieszkodliwił ją. Po 
przewrocie październikowym chciał wrócić do Rosji (nie dowierzał zdolnościom 
organizacyjnym bolszewików. Leninowi zarzucał „ustępstwa” wobec chłopów). 
Lenin odmówił. Od momentu, gdy rząd radziecki wyasygnował 2 miliony rubli 
„na poparcie rewolucji europejskiej”, Parvus zaczął atakować Lenina (po raz 
pierwszy). To, że bolszewicy uczynią Rosję silnym mocarstwem wojskowym — 
uważał za niebezpieczne. Po rewolucji w Niemczech w listopadzie 1918 wyjechał 
do Szwajcarii, zamieszkał w willi nad jeziorem zurychskim. Orgie, jakie tu 
urządzał, w połączeniu ze skandalem berlińskim wokół Sklarca, który przekupił 
rząd socjal-demokratyczny, doprowadziły do wydalenia Parvusa ze Szwajcarii. 
Urządził sobie bogate mieszkanie na wyspie Schwannerverder (Niemcy) i 
pozostał tam do śmierci.

13 —-Lenin w Zurychu

193

PIATAKOW GIEORGIJ LEONIDOWICZ (1890-1937). Syn inżyniera. Jako 15-
letni uczeń gimnazjum realnego brał udział w ulicznych wiecach, wyrzucony ze 
szkoły. W wieku 16 lat prowadził anarchistyczną propagandę i brał udział w 
„ekspropriacji”, przygotowywał się do terroru. Od dwudziestego roku życia s-d. 
W 1913 zesłany na osiedlenie na Syberii, stamtąd przez Japonię wyjechał do 
Europy — Szwajcaria, Szwecja. Po Lutym — przewodniczący Kijowskiego 
Komitetu Bolszewików, a później także Kijowskiej Rady Delegatów 
Robotniczych, aktywny uczestnik przewrotu październikowego w Kijowie, 
działalność podziemna na Ukrainie, od końca 1918 — pierwszy szef radzieckiego 
rządu Ukrainy. W czasie wojny domowej przeważnie był komisarzem, nie stronił 
od działalności pacyfikacyj-nej, w 1920 roku wraz z Trockim próbował utworzyć 
Armię Pracy (pierwowzór obozów pracy) na Uralu. W 1922 — przewodniczący 
Trybunału na procesie eserów w Moskwie. Od 1923 — członek KC. Przez 
wszystkie lata — w kierownictwie gospodarki ZSRR, do lat 30-tych — faktycznie 
kierował całym przemysłem ciężkim. Aresztowany, torturowany, po pokazowym 
procesie rozstrzelany.9

PLATTEN FRITZ (1883-1942) ślusarz, następnie kreślarz. Sekretarz 

background image

szwajcarskiej partii s-d, uczestnik konferencji w Zimmerwaldzie i Kientalu, gdzie 
był bliski poglądom Lenina. Odwożąc grupę Lenina nie został przepuszczony do 
Rosji przez angielską kontrolę na granicy. Powróciwszy do Szwajcarii, odnowił 
kontakty z ambasadorem Rombergiem, by móc organizować kolejne transporty 
emigrantów. (,,Należy zwiększyć w Petersburgu ilość przekonanych zwolenników 
pokoju, poprzez dowiezienie ich zza granicy”.) Od 1917 poseł do parlamentu 
Szwajcarii. W 1918 — założyciel szwajcarskiej partii komunistycznej. W tym 
okresie niejednokrotnie jeździł do Moskwy, jedna z wybitniejszych postaci przy 
tworzeniu Kominternu w 1919, członek biura Kominternu. Do 1923 — sekretarz 
Komunistycznej Partii Szwajcarii, od 1923 aż do śmierci — w ZSRR. Zmarł na 
zesłaniu.

PLECHANOW GIEORGIJ WALENTYNOWICZ (1856-1918). Pierwszy 
wybitny rosyjski marksista i przez długi czas (do rozłamu z Leninem w 1903) 
przywódca rosyjskiej socjal-demokracji. (W 1883 utworzył marksistowską grupę 
„wyzwolenie prący” w Genewie.) Ale nawet na rozłamowym (II) Zjeździe 
występował jako zwolennik rewolucyjnej dyktatury. Później znowu utworzył 
wspólny blok z Leninem, bez powodzenia próbując odzyskać dla siebie czołowe 
miejsce w partii. Od 1914 przyjął postawę patriotyczną, którą zachował i 
pogłębiał aż do śmierci. W 1917 wrócił do Rosji przez Anglię kilka dni przed 
Leninem. W wyniku rozdrobnienia partii s-d od dawna już nie był przywódcą 
mieńszewików, lecz liderem grupy , Je-dinstwo” (tzn. jedności narodowej) 
szukającej porozumienia z kadetami i rozbitej w wyniku przewrotu 
październikowego.

194

POTRIOSOW ALEKSANDER NIKOŁAJEWICZ (1869-1934). Szlachcic, syn 
pułkownika artylerii. Matka wpoiła mu miłość do ludu. Ukończył wydział 
przyrodniczy, wstąpił na prawo, ale zaabsorbowała go działalność polityczna. W 
1892 — pierwszy wyjazd do Szwajcarii, związki z grupą „Wyzwolenia Pracy”, z 
Plechanowem — staje się jego wydawcą w Rosji. 1898-1900 — zesłanie do 
guberni wiatskiej; wraz z Martowem i Leninem (korespondencja miedzy trzema 
miejscami zesłania) stworzył plan Iskry i w 1900 pojechał do 
Szwajcarii,realizować go. 1901-1903 wycofał się z powodu choroby. W 1905 jako 
jeden z pierwszych wrócił do Petersburga (by wziąć udział w rewolucji) i wraz z 
Parvusem i Trockim brał udział w działalności wydawniczej. Po rozgromieniu 
rewolucji nie pojechał na emigrację z powodów zasadniczych: należy być w 
Rosji. Plechanow zza granicy zaatakował Potriosowa odpowiadając na jego 
krytykę wyrażaną w prasie, wykorzystał to Lenin (tak powstał termin 
„likwidator”). Potriosow był zdania, że podziemie nie może wyrażać interesów 
robotniczych i należy skoncentrować się na organizacjach legalnych. Wojnę 1914 
uznał za początek zagłady Rosji. Popierał wojskowo-przemysłowy Komitet 
Guczkowa. Uznany przywódca ,,mieńszewików-obrońców ojczyzny”. 
Zdecydowany przeciwnik separatystycznego pokoju, za bolszewickich czasów 
ukrywał się, był kilkakrotnie aresztowany przez CzK, zwolniony dzięki 
staraniom starych znajomych. W lutym 1925 z gruźlicą kręgosłupa wypuszczony 
na leczenie do Berlina, już nigdy nie wrócił do zdrowia.

RADEK (SOBELSOHN) KARL BERNHARDOWICZ (1885-1939). Błyskotliwy 

background image

dziennikarz, śmiały, inteligentny polityk. Urodzony w Galicji polski socjal-
demokrata. Emigrował, przyjeżdżał na rewolucję 1905 do Warszawy, znowu 
emigrował do Berlina. W polskiej s-d przeciwnik Róży Luksemburg, z 
niemieckiej s-d wyrzucony za nieprzyzwoite postępki, na początku wojny 
wyjechał z Niemiec do Szwajcarii, żeby uniknąć mobilizacji. Uczestnik 
Zimmerwaldu i Kien-talu, to skłócony z Leninem, to znów w sojuszu z nim, a 
wówczas jego ulubieniec. Przez Niemcy przejechał z grupą Lenina, rok 1917 
spędził w sztokholmskim Biurze Zagranicznym bolszewików (patrz Hanecki). 
Uczestnik rokowań w Brześciu Litewskim. W końcu 1918 pojechał do Niemiec 
pomagać w organizowaniu tam rewolucji proletariackiej, aresztowany, w 
więzieniu odwiedzali go znani politycy. Zwolniony. Niejednokrotnie był w 
Niemczech także w innych tajnych misjach (próba zawarcia sojuszu przeciw 
Polsce itd.j. W 1923 roku wysłany tam po raz kolejny, aby doprowadzić do 
wybuchu rewolucji (nie udało się). Członek KC, członek Komitetu 
Wykonawczego Kominternu. W 1923-25 stracił wpływy wraz z upadkiem 
kolejnych opozycji, zniknął z ważniejszych stanowisk politycznych. Przez wiele 
lat — pierwsze pióro rosyjskiej prasy. Przed procesem

195

1937 składał zeznania obciążające innych, po procesie nie został rozstrzelany, ale 
wkrótce zmarł w więzieniu w niewyjaśnionych okolicznościach.

RAKOWSKI CHRISTIAN GIEORGIEWICZ (1873-1941) - z zamożnej 
bułgarskiej rodziny i rodu zasłużonego w walce o uniezależnienie od Turcji. Jako 
14-letni gimnazjalista uczestniczył w działalności politycznej, mając 17 
wyemigrował do Genewy, gdzie znalazł się pod wpływem Plechanowa i nawiązał 
kontakty ze światowym ruchem socjal-demokratycznym. Przez ślub z Rosjanką 
był związany z Rosją, jeździł tam, publikował w lewicowej prasie j,,Insarow”). 
Przez wiele lat europejskiej emigracji konsekwetna działalność rewolucyjna w 
Rumunii i Bułgarii. Uczestnik Zimmerwaldu. Z rumuńskiego więzienia 
uwolniony przez Rewolucję Lutową, udał się do Petersburga, przyłączył się do 
bolszewików. Po Październiku — komisarz na południu Rosji (oddziału 
marynarzy, odesskiego kolegium nadzwyczajnego itd.). Na polecenie rządu 
radzieckiego prowadził rozmowy ze Skoropadskim i Niemcami na temat 
odłączenia Ukrainy i pokoju z nią. I przeciwnie, po zagarnięciu Ukrainy przez 
bolszewików za każdym razem stawał na czele Rady Komisarzy Ludowych — i 
tak do 1923 stał na czele Ukrainy. (Łączył to z wieloma funkcjami polityczno-
wojskowymi i gospodarczymi). W 1923 — polityczny przedstawiciel (ambasador) 
w Anglii, 1925 — we Francji. Od 1919 w KC partii, we władzach najwyższych. 
Stracił wpływy wraz z upadkiem kolejnych opozycji. Osądzony na procesie 
pokazowym 1937. Zmarł w więzieniu w niewyjaśnionych okolicznościach.

RAWICZ SARRA NAUMOWNA (1879-1957). S-d od 1903, w Genewie od 1907. 
Została aresztowana w Monachium przy rozmienianiu pieniędzy państwowych 
zagrabionych w Tyflisie. Wróciła do Rosji wraz z grupą Lenina, weszła do 
Piotrogrodzkiego Komitetu Bolszewików. Aresztowana prawdopodobnie w 1938, 
ale w obozach przeżyła. Napisała powieść o dekabrystach.

RIAZANOW (GOLDENBACH) DAWID BORISOWICZ (1870-1938). Od 17 

background image

roku życia w ruchu rewolucyjnym, ,,niemal pierwszym był w Odessie marksistą”. 
Skłaniał się ku teorii i działalności literackiej, stał się historykiem marksizmu. 
Kilkakrotnie aresztowany, kilkakrotnie emigrował. Od 1907 pisze historię I 
Międzynarodówki za granicą, publikuje nie wydane dotąd prace Marksa i 
Engelsa, staje się jednym z najlepszych znawców ich spuścizny. Uczestnik 
Zimmerwaldu. Do Rosji powróci przez Niemcy z drugim transportem 
emigrantów. Od 1917 — w partii bolszewików. Lektor, założyciel i dyrektor 
Instytutu Marksa-Engelsa. W 1931 wydalony z partii. Zmarł na zesłaniu.

SAFAROW GIEORGIJIWANOWICZ (1891-1942). S-d od 1908, 196

emigrant w Szwajcarii od 1912, przyłączył się do Lenina i wyjechał wraz z nim 
do Rosji. Naczelny redaktor ,,Leningradzkiej prawdy”, w 1925 — aktywny 
członek opozycji Zinowiewa-Kamieniewa. W 1927 usunięty z partii jako 
trockista. W 1935 aresztowany.

SIEFELD ARTUR RUDOLF (1889-1938), Estończyk z Tallina. Wypróbował 
niemal wszystkie kierunki rewolucyjne, przyłączył się do bolszewików. Od 1913 
do 1917w Zurychu. Pomagał Lenino wi w kontaktach z Keskułą. Opuścił 
Szwajcarię z drugim transportem emigrantów’przez Niemcy.

SIEMASZKO NIKOŁAJ ALEKSANDROWICZ (1874-1949). Syn orłowskiego 
szlachcica, krewny Plechanowa, ukończył gimnazjum jeleckie, z przerwami 
(krótkotrwałe aresztowania, zesłania do rodzinnego majątku) — ukończył 
medycynę. W czasie rewolucji 1905 bierze aktywny udział w zebraniach w 
Niżnym Nowgorodzie, aresztowany, zwolniony za kaucją, emigruje. W Genewie i 
Paryżu zbliżony do Lenina. Po październiku — ludowy komisarz ochrony 
zdrowia y ego imieniem nazwano w ZSRR mnóstwo szpitali i ulic przy których 
znajdują się szpitale — podobnie jak nazwiskiem Podbiel-skiego — ulice gdzie 
znajdują się urzędy pocztowe).

SKLARC GEORG (ur. 1878). Handlowiec, poglądów politycznych nie ujawniał. 
Od początku wojny 1914 — agent niemieckiego wywiadu i głównego sztabu 
Marynarki Wojennej. Współpracownik przedsiębiorstwa Parvusa, prowadził 
następnie poważne operacje na własny rachunek — dostawy wojenne i 
działalność handlowa w powojennych, zniszczonych Niemczech. Oskarżony w 
skandalicznym procesie o przekupstwo i finansowe uzależnienie czołowych 
działaczy niemieckiej s-d — Scheidemahna, Noskego, Eberta, wybitniejszych 
wojskowych.

SOKOLNIKOW (BRILLIANT) GRIGORIJ JAKOWLEWICZ (1883-1939). 
Syn romeńskiego lekarza, uczył się w moskiewskim gimnazjum. Bolszewik od 
1905, uczestnik ,,biura wojskowo-technicznego” (organizacja napadów). Z 
zesłania nad Jenisejem uciekł na emigrację w 1909. W Paryżu ukończył wydział 
prawa. W czasie wojny oscylował między ,,naszesłowcami” (Martow-Trocki) i 
bolszewikami. Wrócił do Rosji wraz z grupą Lenina. Od lipca 1917 — KC 
bolszewików, redaktor Prawdy, w chwili przewrotu — w Biurze Politycznym. 
Kierował akcją zdobywania banków i został ich generalnym komisarzem. 
Podpisał pokój brzeski (przewodniczący delegacji), uczestnik porozumień 
dodatkowych w Berlinie. Sprawował kierownictwo polityczne przy tłumieniu 

background image

powstań w zakładach Iżew-skich i Botkińskich, a także powstań chłopskich w 
guberni wiatskiej, później — represjami nad Donem, które wywołały powstanie 
Dońskie. Dowodził armią przy zdobywaniu Rostowa i noworosyjskiej

197

ewakuacji białych. W 1920 wraz z Safarowem, Kaganowiczem i Pe-tersem 
kierował akcją tłumienia powstania w Turkiestanie. Stanął po nieszczęśliwej 
stronie w partyjnej dyskusji ,,o związkach zawodowych”. Od 1921 do 1926 — 
ludowy komisarz finansów. Od 1929 — ambasador w Anglii, od 1934 — zastępca 
ludowego komisarza spraw zagranicznych. Sądzony na pokazowym procesie w 
Moskwie, zmarł w więzieniu.

SZKŁOWSKI GIEORGIJ LWOWICZ (1875-1937). S-d od 1898, emigrant w 
Szwajcarii od 1909. Chemik. U Lenina — na stanowiskach technicznych, 
skarbników i in. Wrócił do Rosji latem 1917 z trzecią grupą emigrantów. 1918 — 
kieruje przedstawicielstwem radzieckim w Bernie, potem zajmuje także inne 
stanowiska dyplomatyczne. W 1927 zdegradowany jako trockista. W latach 
czystek popełnił samobójstwo.

SZLAPNIKOW ALEKSANDER GAWRIŁOWICZ (1885-1937). Ze 
staroobrzędowej muromskiej rodziny. Ojciec — rzemieślnik zmarł wcześnie, 
matka została z czwórką dzieci. Ukończył trzyletnią szkołę ludową, marzył o 
zostaniu mistrzem, z czasem został ślusarzem i wysoko wyspecjalizowanym 
tokarzem. Od ortodoksyjnej religii staroob-rzędowej z czasem przeszedł na 
socjal-demokratyzm. Pracował w Sormowie, w Petersburgu. Kilkakrotnie 
aresztowany, nigdy na dłużej niż rok, zwalniany, czy to dzięki amnestii, czy też za
kaucją. Od 1905 bolszewik. W 1908 emigrował, pracował w wielu fabrykach 
Europy. W czasie wojny kilkakrotnie przekraczał rosyjską granicę ze 
Skandynawii, jedyny w całej partii bolszewickiej utrzymywał realne kontakty 
między emigracją i metropolią: przewoził literaturę propagandową, pobudzał 
działalność organizacji w stolicach i na prowincji (konspiracyjnie objeżdżał je). 
Od 1915 — przewodniczący Rosyjskiego Biura KC, tzn. faktyczny i formalny 
szef całej partii na terytorium Rosji, wszyscy inni wybitni działacze partyjni w 
okresie wojny zaniechali działalności, większość komitetów siedziała bezczynnie. 
Rewolucja Lutowa zastała Szlapnikowa w Petersburgu, z ramienia bolszewików 
wszedł do Komitetu Wykonawczego Rady Delegatów, tworzył Gwardię 
Czerwoną, organizował powitanie Lenina. Wkrótce jednak został odsunięty 
przez licznych przyjezdnych. Na wiele lat został przewodniczącym związku 
metalowców. Wszedł jako komisarz ludowy do pracy do pierwszego rządu 
radzieckiego. Po ucieczce rządu do Moskwy powierzono mu zorganizowaną 
ewakuację Piotrogrodu. W 1921 stanął na czele ,,opozycji robotniczej”, 
oskarżającej przywódców partii o lekceważenie robotniczych interesów i 
wyradzanie się. Został gwałtownie zaatakowany przez Tro-ckiego, Lenina i 
większość KC, tej opozycji nigdy mu nie wybaczono. Odtąd zajmował wyłącznie 
drugorzędne stanowiska. Był stale inwigilowany. Stalin w 1929, wzywając go 
niejednokrotnie w środ-

198

background image

ku nocy, żądał od Szlapnikowa samooczerniania się. W 1933 wyrzucony z partii, 
zesłanie, rok później aresztowany. Niemal trzy lata w śledztwie, nie poddawał się, 
doprowadzenie do procesu pokazowego okazało się niemożliwe, rozstrzelany we 
wrześniu 1937 roku. Przez prokuraturę zrehabilitowany w 1956, ale rehabilitacji 
partyjnej mu odmówiono do dnia dzisiejszego: ,, robotnicza opozycja” nie może 
zostać wybaczona.

URlCKI MOJSIEJ SOŁOMONOWICZ (1873-1918) - z kupieckiej rodziny w 
mieście Czerkassy, gimnazjum w Białej Cerkwi, wydział prawa uniwersytetu w 
Kijowie. Udział w ruchu s-d, bez trudu ucieka z miejsc zesłania, emigruje. 
Mieńszewik, w latach wojny — ,,naszesłowiec” z Trockim, podtrzymuje kontakty 
Parvusa z „mież-rajoncami” w Petersburgu. Wraz z jjjyjjJDrzyłącza się do 
bolszewików, od razu — członek KC. W czasie pisz^totu październikowego — 
członek Komitetu Wojskowef-Rewolucyjneg?i kierującego powstaniem. ,, 
Komisarz Zgromadzenia Ustawodawczego” — rozwiązał je. Naczelnik 
Piotrogrodzkiego tzK, kieruje terrorem w byłej stolicy. Zabity przez studenta 
Kanegfssera.

WEISS patrz CIWIN.       V

ZINOWIEW (APFELBAUMf’T3*ttf:foRIJ JEWSIEJEWICZ (1883-1936) 
pochodzi z Jelizawietgradu. Bez wykształcenia, w młodości — biuralista. W 18 
roku życia przyłączył się do s-d, od 19, ani razu jeszcze nie aresztowany, 
wyemigrował. W 1903 poznał Lenina i przyłączył się doń na zawsze. Próbował 
studiować na uniwersytecie w Bernie to na wydziale chemii, to znów na wydziale 
prawa. Zrezygnował. W okresie rewolucji 1905 skarżąc się na serce (w wieku 22 
lat) otrzymał od profesora zakaz ,, wszelkiej działalności politycznej” i znowu 
wyjechał za granicę. Gdy najważniejsze wydarzenia rewolucji przebrzmiały — 
wyzdrowiał, wrócił do Rosji. W 1908 aresztowany po raz pierwszy, po kilku 
miesiącach zwolniony za poręczeniem — wyemigrował definitywnie. Począwszy 
od 1907 — stały członek bolszewickiego KC. Gdy Lenin zmienił krąg 
współpracowników, w 1908 został jego najbliższym pomocnikiem, 
współredaktorem wszystkich wydawnictw, wyjeżdża jego śladem do Galicji i 
jeszcze raz do Szwajcarii, zabrany przez Lenina na konferencję w Zimmer-
waldzie i Kientalu, przez wszystkie lata wojny ,,KC” to: Lenin, Zi-nowiew oraz 
ci, których sobie dobierają. Wrócił do Rosji przez Niemcy w grupie Lenina, 
wtajemniczony we wszystkie kontakty Parvusa oraz sprawę niemieckiej pomocy, 
w lipcu 1917, po zdemaskowaniu w prasie ukrył się wraz z Leninem (Razliw), 
aby uniknąć prawdopodobnego postawienia przed sądem. Ukrywał się aż do 
przewrotu październikowego. Po nim — przewodniczący Piotrogrodzkiej Rady 
Delegatów Robotniczych, przewodniczący ludowego komisa-

199

riatu Związku Komun Obwodu Północnego, to znaczy po ucieczce rządu 
radzieckiego do Moskwy w marcu 1918 został faktycznym dyktatorem 
Piotrogrodu i północno-zachodniej Rosji, pod jego kierownictwem 
przeprowadzony został terror 1918-1919. Od 1919 — na czele Kominternu. W 
latach 1923-24 pomógł Stalinowi usunąć Tro-ckiego oraz umocnić się na 

background image

stanowisku generalnego sekretarza. W 1925 wraz z Kamieniewem stanął na czele 
„opozycji leningradzkiej”, próbując zagarnąć władze w partii, ale został 
pokonany przez Stalina sprzymierzonego z Bucharinem. Następnie próbował 
stworzyć blok z Trockim, ale odzyskać swych pozycji nie byli już w stanie. Od 
1926 stracił wszystkie najważniejsze funkcje i znaczenie. W procesach lat 1935 i 
1936 skazany na rozstrzelanie. Istnieją dowody, że całował buty czekistów 
prowadzących go na rozstrzelanie, błagając o litość.

200

PRZYPISY

1.

Wpieriedisty — grupa lewicowych socjal-demokratów, która odłączyła się 

od bolszewików. Istniała od 1909 r. do Rewolucji Lutowej 1917 r. Nazwa grupy 
pochodzi od jej organu prasowego Wpieriod. ,,W” wypowiadali się przeciwko 
taktyce bolszewików przyjętej po klęsce rewolucji 1905 roku (patrz ,,otzowisty”). 
Do „W” należeli m.in. F. I. Kalinin, M. J. Jakow-lew, A. W. Łunaczarski, D. 
Manuilski, A. A. Bogdanów, M. N. Pokrow-ski.

2.

Otzowisty — wroga bolszewikom grupa, która powstała w szeregach tej 

partii na początku 1908 r. Gdy po rewolucji 1905 roku bolszewicy przeszli od 
otwartej walki z caratem na drogę wykorzystywania wszelkich, realnych w nowej 
sytuacji możliwości działania (m.in. zakładania kas samopomocy, udziału w 
Dumie). Grupa ,,O” negowała tę taktykę, nawołując do kontynuowania pracy 
wyłącznie konspiracyjnej, prowadzenia energicznych przygotowań do kolejnego 
powstania zbrojnego, domagała się odwołania socjal-demokratycznej frakcji z 
Dumy (stąd nazwa ,,ot-zowisty”). Organizatorami i przywódcami ,,O” byli: A. A. 
Bogdanów, Aleksiński, A. Łunaczarski, M. Pokrowski.

3.

Ultimatisty — grupa członków SDPRR nawołująca do przeciwstawienia 

się w partii zwolennikom Lenina. Postulowała: odrzucenie pracy w Dumie i 
rezygnację partii z działalności legalnej. Grupa ta domagała się postawienia 
ultimatum frakcji bolszewickiej z żądaniem natychmiastowego wycofania się z 
Dumy. W końcu 1909 r. ,,ultimatisty” wraz z ,,otzo-wistami” utworzyli grupę 
,,wpieriedistów”.

4.

Machiści — machizm lub empiriokrytycyzm — kierunek filozofii 

odrzucający istnienie obiektywnej rzeczywistości. Twórcami jego są niemiecki 
filozof Avenarius i austriacki fizyk Ernst Mach.

5.

Bogostroitieli — ruch religijno-filozoficzny, który cieszył się dość dużą 

popularnością w środowisku radykalnej inteligencji rosyjskiej po klęsce 
rewolucji 1905 r. Ten pół-filozoficzny, pół-literacki ruch usiłował stworzyć 
,,religię bez Boga”.

6.

Okisty — mieńszewicy. Okisty — skrót od OK (Organizacyjna Komisja).

7.

Nasze Słowo — pismo mieńszewików wydawane w Paryżu, organ grupy 

związanej z Trockim i Martowem.

background image

201

8.

Mieżrajoncy — Mieżrajonnaja Organizacja Objedinionnych Socjal-

Demo-kratow — centrystyczna, mieńszewicka organizacja powstała w 
Petersburgu w 1913 r. Występowała przeciw rozłamowi z socjal-szowinistami, 
zwalczała bolszewickie hasła o przekształceniu wojny imperialistycznej w 
domowa, odrzucała możliwość zwycięstwa socjalizmu w Rosji. Jednakże w 
trakcie przewrotu październikowego uznała słuszność polityki i programu 
bolszewików. Na VI Zjeździe przyjęto ich z powrotem do partii.

9.

Informacja nie jest ścisła. Piatakow przez rok — mimo strasznych tortur 

— nie przyznawał się do winy. Nie odbył się więc żaden proces pokazowy, 
rozstrzelano go w 1938 po dwudziestominutowym posiedzeniu ,,sądu” w 
więzieniu. Patrz: Julia Piatnicka, „Dniewnik żeny bolszewika”, wyd. Czalidze, 
Nowy Jork 1987 — przyp. tłumacza.

202

EDITIONS SPOTKANIA

Od 1978 roku Editions Spotkania wydaje niezależne Pismo Młodych Katolików 
— SPOTKANIA ukazujące się bez cenzury od 1977 (Kraków, Lublin, 
Warszawa). Publikuje książki o tematyce historycznej, religijnej, kulturalnej i 
społeczno-politycznej. Dotychczas nakładem Editions SPOTKANIA ukazały się:

1.

Ks. Władysław Bukowiński — Wspomnienia z Kazachstanu

2.     Ks.   Adam   Boniecki   —   Budowa  kościołów  w   diecezji przemyskiej

3.

Aleksander Kamiński, Antoni Wasilewski — Józef Grzesiak ,,Czarny”

4.

Ks. prof. Józef Tischner — Polski kształt dialogu

5.

O. Gleb Jakunin — Rosyjski Kościół Prawosławny

6.

Piotr Woźniak — Zapluty karzeł reakcji

7.

Ks. prof. Józef Tischner — Etyka Solidarności

8.

Marian Kukieł — Dzieje Polski porozbiorowe 1795-1921

9.

Władimir Bukowski — Pacyfiści kontra pokój

10.

Tadeusz Żenczykowski —Dwa komitety 1920, 1944. Polska w planach 

Lenina i Stalina

11.

Czesław Leopold, Krzysztof Lechicki — Więźniowie polityczni w Polsce 

1945 — 1956

background image

12.

Stefan Kisielewski — Walka o świat

13.

Bohdan Cywiński — ...Potęgą jest — i basta. Z minionych doświadczeń 

ruchów społecznych na wsi

14.

Antoni Pawlak, Marian Terlecki — Każdy z was jest Wałęsą

15.

Andrzej Drzycimski, Marek Lehnert —Osiem dni w Polsce

16.

Józef Czapski — Na nieludzkiej ziemi

17.

Bohdan Cywiński — Doświadczenie polskie

18.

Maciej Łopiński, Marcin Moskit, Mariusz Wilk — Konspira — rzecz o 

podziemnej Solidarności

19.

Ks. Józef Kuczyński — Między parafią a łagrem

20.

Tadeusz Żenczykowski — Samotny bój Warszawy

21.

Ks. Rudolf Adamczyk — Czyściec

22.

Bohdan Cywiński — Rodowody niepokornych

23.

O. Ryszard Czesław Grabski OFMC — Gdyby nie Opatrzność Boża

24.

Polska 1985 — Spojrzenie na gospodarkę

25.

Kazimierz Iranek-Osmecki — Emisariusz Antoni

26.

Adam Ludwik Korwin-Sokołowski — Fragmenty wspomnień (1910-1945)

27.

Jerzy Popiełuszko — Zapiski 80-84

28.

Maria Byrska — Ucieczka z zesłania

29.

Anna Mironowicz — Od Hajnówki do Pahlawi

30.

Władysław Bartoszewski — Warto być przyzwoitym

31.

Nijole Sadunajte — Pamiętnik

32.

Ryszard Legutko — Dylematy kapitalizmu

33.

Andriej Płatonow — Wykop

34.

Michał Tymowski, Jan Kieniewicz, Jerzy Holzer — Historia Polski

background image

35.

Zapis Rokowań Gdańskich — sierpień 1980

36.

O. Tomasz Rostworowski — Zaraz po wojnie...

37.

Z.Z.Z — Syndykat zbrodni

38.

Jan Dzieduszycki — Trzy lata wykreślone z życia

39.     Grudzień 1970

40.

Ewa Jabłońska-Deptuła — .. .Czyż może historia popłynąć przeciw  

prądowi   sumień?   (Kościół  -  Religia  -  Patriotyzm) 1764-1864, 1987

41.

Władysław Bartoszewski — Na drodze do niepodległości, 1987

42.

Stefan Kisielewski — Bez cenzury, 1987

43.

Tadeusz Żenczykowski — Polska lubelska 1944, 1987

44.

Grażyna Lipińska — Jeśli zapomnę o nich...

45.

Markiz Astolphe de Custine — Listy z Rosji, 1988

46.

Edmund Banasikowski — Na zew Ziemi Wileńskiej, 1988

47.

Ks. bp Ignacy Tokarczuk — Wytrwać i zwyciężyć, 1988