background image

 

 

 

 

R

R

 

 

O

O

 

 

Z

Z

 

 

D

D

 

 

Z

Z

 

 

I

I

 

 

A

A

 

 

Ł

Ł

 

 

 

 

 

 

 

 

P

P

 

 

I

I

 

 

E

E

 

 

R

R

 

 

W

W

 

 

S

S

 

 

Z

Z

 

 

Y

Y

 

 

C

C

Z

Z

A

A

S

S

 

 

D

D

O

O

 

 

A

A

K

K

A

A

D

D

E

E

M

M

I

I

I

I

 

 

iatr  leniwie  poruszał  lekkimi,  fioletowymi  zasłonami  zawieszonymi  nad 
wielkim plastikowym oknem. Słońce z uporem maniaka próbowało dostać 
się do tego małego pokoju, jednak masywne drzewo, które rosło tuż przed 

domem rodziny Cordoba, skutecznie mu to uniemożliwiało.  
 

Wysoka  dziewczyna  o  ciemnych,  pofalowanych  włosach  krzątała  się  po 

pomieszczeniu.  W  lewej  ręce  trzymała  kilka  kartek  papieru,  w  prawej  zaś  długopis. 
Sukcesywnie  skreślała  z  listy  to,  co  już  włożyła  do  walizek  leżących  na  dywanie.  Carmen 
przygryzła  wargę.  Nie  była  do  końca  pewna  czy  aby  nie  zapomniała  jakiejś  iście  ważnej 
rzeczy, która byłaby jej niezbędna do przeżycia w Akademii przez te najbliższe dni. Z drugiej 
strony może zawsze skoczyć do sklepu i sobie coś kupić. 
 

Spojrzała  na  zegarek  stojący  na  komodzie,  który  nie  śmiał  przeszkadzać  w 

przygotowaniach  i  ze  strachu  od  dłuższego  czasu  pokazywał  tę  samą  godzinę.  Dziewczyna 
cmoknęła z niezadowolenia. Dlaczego budzikom trzeba zmieniać baterie?  

Rozgrzebała jakieś kartki na dębowym biurku, aby sprawdzić czy przypadkiem coś jej 

się nie przyda. Znalazła brzoskwiniowy błyszczyk. A i owszem, przyda się! Obok leżał stary 
długopis.  Przyda  się!  Te  karteczki  samoprzylepne  też  są  jej  do  szczęścia  koniecznie 
potrzebne! 

Stanęła przed lustrzanymi drzwiami od szafy. Nie wiele myśląc zaczęła malować usta 

swoim najświeższym  znaleziskiem.  Przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie. Do kogo 
jest właściwie podobna? Do matki czy ojca? Czasami jak się na kogoś spojrzy od razu widać 
O,  wykapana  mamá!.  A  Carmen  nic  takiego  nie  mogła  dostrzec.  Dziewczyna  miała  smukłą 
sylwetkę  oraz  oliwkową  cerę,  która  w  tamtym  momencie  świetnie  podkreślała  kremową 
sukienkę. 

Przysunęła  twarz  do  lustra.  Jedyne  czego  była  pewna  to,  to,  że  duże,  brązowe  oczy 

miała  po  ojcu,  a  grupę  krwi  po  matce.  Więcej  podobieństw  nie  widziała.  Czasami  się 
zastanawiała czy naprawdę jej ktoś nie podmienił w szpitalu, jak to babcia miała w zwyczaju 
żartować. 

- Rahul! – krzyknęła w przestrzeń.  
A matka była Angielką i najwidoczniej jej geny nie miały siły przebicia. Choć… może 

dała córce sylwetkę? Carmen była dość drobna jak na Hiszpankę.  

- Jestem – odpowiedział mężczyzna zza jej pleców. 
Odwróciła  się  na  pięcie  przerywając  swoje  rozmyślania.  Spojrzała  na 

trzydziestoparoletniego  mężczyznę  pochodzącego  z  Indii.  Pracował  u  nich  w  zamian  za 
opiekę oraz dach nad głową. Jakoś tak się zdarzyło, że kilka lat temu pomogli mu wygrać z 
biurem  do  spraw  emigrantów  i  już  u  nich  został.  Swego  czasu  bardzo  dużo  pomagał  ojcu 
dziewczyny w sprawach rodzinnej firmy. 

-  Można już zabrać walizki  –  poinformowała pokazując torby stojące na podłodze.  – 

A… - zawahała się – ojca nie ma? 

- W pracy – odpowiedział krótko po czym złożył ręce jak do modlitwy. 
Między  jego  dłońmi  wytworzyła  się  jakaś  energia,  która  zmaterializowała  się  jako 

połyskujące  srebrne  nitki.  Po  chwili  walizki  zaczęły  znikać,  aż  w  końcu  nie  było  ich 
całkowicie. 

- No pewnie, bo po co odwozić córkę do szkoły – powiedziała z przekąsem i włożyła 

ręce do kieszeni.  

W

W

 

 

background image

 

 

 

Rozejrzała się przez chwilę. Zostawiała lekki pierdacznik w pokoju – matka znowu się 

wścieknie. Wzruszyła ramionami i biorąc odtwarzacz mp3 wyszła z pomieszczenia. 

Zaczynał się kolejny rok nauki w Akademii Delgado, do której uczęszczała Cordoba. 

W sumie to dobrze. Cieszyła się, że wraca do przyjaciół i swojego normalnego życia. Od razu 
na wstępie postanowiła sobie wziąć się ostro do roboty oraz niczego nie będzie odkładać na 
ostatnią chwilę. Mówiła tak co roku i jakoś jeszcze nigdy nie dotrzymała słowa.  

No mniejsza o szczegóły. 
Zajęła  tylnie  siedzenie  w  samochodzie  gdzie  już  czekał  Rahul.  Mężczyzna  podrapał 

się po swoim lekkim dwudniowym zaroście i nieśmiało zapytał czy zawieść pod szkołę, czy 
na metro. Carmen zamyśliła się. 

Raz  w  żuciu  jechała  metrem.  Był  okropny  ścisk  i  przez  dłuższy  czas  musiała  stać. 

Mając przed oczami tę sytuację, odpowiedź na pytanie Hindusa wydawała się być oczywista. 
Zresztą, jadąc metrem czuła by się lekko zrzucona z piedestału jaki zapewnił jej ojciec.  

- Ja się nie będę tłukła do szkoły tym czymś. 
W pewnym momencie usłyszała ciche pikanie. Otworzyła skórzaną torbę i wyciągnęła 

telefon.  Dostała  krótką  wiadomość  tekstową  od  swojej  najlepszej  przyjaciółki  Giulii 
Materazzi,  która  napisała,  że  jedzie  metrem  i  tyle.  Nic  więcej.  Żadnych  słów  wyjaśnienia. 
Przecież miały jechać razem! Co jej się odwidziało? 

Cordoba szturchnęła Rahula w ramię. 
-  Na  metro  jedziemy  –  mruknęła  i  założyła  duże  okulary  przeciwsłoneczne.  – 

Wariatka. 

 
Upragniona stacja mieściła się w samym sercu Walencji w starej fabryce butów, która 

została  zamknięta  za  długi  finansowe.  Obdrapane  ściany  i  zardzewiałe  metalowe  okna  nie 
zachęcały do odwiedzin. W środku było trochę lepiej. Marmurowe podłogi oraz specyficzny 
zapach i gwar nadawały wyjątkowości temu miejscu. Od czasu do czasu można było spotkać 
milicjantów,  którzy  wnikliwie  patrolowali  okolicę,  aby  nikt  niepowołany  nie  dostał  się  na 
teren stacji metra.  

Gdyby  ludzie  dowiedzieli  się,  że  wśród  nich  żyją  sobie  osoby  z  nadprzyrodzonymi 

mocami  zaczęliby  panikować.  W  wiadomościach  podawaliby  instrukcje  co  zrobić  w  chwili 
spotkania  maga,  kogo  powiadomić  i  jak  go  unicestwić.  Wszystkie  pieniądze  poszłyby  na 
wynalezienie  szczepionek,  które  pozwoliłyby  uchronić  się  przed  groźnymi  urokami.  W 
ostateczności  na  większych  skrzyżowaniach  wzniecaliby  ogniska  i  palili  bezbronnych  ludzi 
nie zastanawiając się czy przypadkiem magowie nie mają jakiegoś zaklęcia długowieczności.  

A  to  wszystko  przez  książki,  które  wykreowały  taki  wizerunek  maga  –  zły, 

niebezpieczny i trzeba się go bać. Co za bzdury!  

Dziewczyna  stanęła  wśród  tłumu  młodych  ludzi  żegnających  się  z  rodziną. 

Mimowolnie  poczuła  uczucie  zazdrości,  że  jej  nikt  nie  odprowadził.  Do  nieobecnego  ojca 
zdążyła się przyzwyczaić, jednak ignorująca matka była dla niej dziwnym przeżyciem.  

Jakoś od dłuższego czasu wszyscy przestali się sobą interesować. 
- Carmabelle! – krzyknął ktoś z lewej strony. 
Obejrzała się. W jej kierunku szła młoda Włoszka o brązowych włosach z uśmiechem 

na ustach. Najwidoczniej ucieszył ją widok przyjaciółki. 

-  Sorry,  ale  matka  się  uparła,  że  muszę  jeździć  do  szkoły  jak  normalny  człowiek  – 

mruknęła  Materazzi  na  usprawiedliwienie  swojej  nagłej  zmiany  planów.  –  A  ojciec  jej 
przytaknął i powiedział, że się ze mną przejedzie metrem, bo to fajna sprawa. 

Cordoba  roześmiała  się.  Lorenzo  miał  specyficzne  poczucie  humoru,  przez  co 

przyciągał wszystkie dziewczyny jak magnez. Pewnie na świecie to miał kilka fanklubów i z 
milion  ołtarzyków  w  domu.  Łatwo  nawiązywał  kontakty  (nawet  z  przyjaciółmi  swojej 

background image

 

 

 

córuchny)  przez  co  wprowadzał  Giulię  w  lekkie  zakłopotanie.  Ale  co  się  dziwić,  tego 
człowieka nie da się nie kochać.  

Choć w sumie jego żona mogłaby by na ten temat podyskutować. Chodzą słuchy, że 

jest jedyną osobą na świecie, która uodporniła się na jego wdzięki.  

- Na szczęście coś miał do załatwienia – rzekła z nieukrywaną ulgą. 
- Ja zawsze lubiłam twojego ojca – skwitowała Carmen.  
Nagle  jacyś  panowie  w  granatowych  uniformach  zaczęli  krzyczeć,  żeby  odsunąć  się 

od torów, bo nadjeżdża pociąg. I nagle zrobiła się widoczna granica pomiędzy młodzieżą, a 
dorosłymi.  

Już było widać światła w tunelu. 
Giulia  momentalnie  pociągnęła  Cordobę  za  sobą,  mówiąc,  że  na  samym  początku 

będzie luźniej. Nie tracąc ani  chwili dłużej  pobiegły na drugi  koniec peronu. Może i ludzie 
patrzyli  się  na  nie  dziwnie,  ale  osiągnęły  swój  cel.  Zdyszane  wpadły  do  wagonu  po  czym 
zajęły upragnione miejsca siedzące. 

Usłyszały głośne, powolne oraz basowe pikanie. Drzwi zasunęły się automatycznie. 
Następna stacja: Barcelona. Dziesięć minut – oznajmił miły, ciepły głos z radia.  
Metalowe  wagony  lekko  szarpnęły  i  cała  konstrukcja  pojechała  do  przodu  wydając 

przy  tym  ciche  pomrukiwanie.  Carmen  pogładziła  zielone  obicie  na  siedzeniach  oraz 
błyszczące rurki służące do trzymania. 

- A właściwie skąd wiedziałaś, że tu będzie luźno? – zapytała Cordoba rozglądając się 

po jasnym wnętrzu. 

- Bo stało najmniej osób – odpowiedziała, zaraz po tym napiła się trochę wody.  
Czarnowłosa  założyła  nogę  na  nogę,  podziwiając  wnętrze  metra.  Jej  uwagę  przykuł 

mały  ekran  zawieszony  na  przeciwległej  ścianie.  Z  nieudawanym  zainteresowaniem  czytała 
informacje o pogodzie, polityce, sporcie, kulturze a nawet angielskich słówkach. Nie mogła 
wyjść z podziwu, że ktoś był na tyle inteligentny i wymyślił coś takiego. 

Nagle metro mocno szarpnęło, a Carmen zobaczyła białe iskry przez okno. 
- Co to było? – zapytała przerażona. 
- Małe spięcie – odpowiedziała Giulia pisząc coś na telefonie. 
- Jakie spięcie? 
- Czy ja mam magistra elektryki? Jedziemy dalej? Jedziemy, a to oznacza, że nie ma 

powodów do niepokoju.  

Cordoba ponownie się rozejrzała i wzrok zatrzymała na małej dziewczynce siedzącej 

sobie  na  sąsiedniej  ławce.  Jeszcze  kilka  lat  temu  to  Carmen  miała  swój  pierwszy  dzień  w 
nowej szkole. Z tą różnicą, że ona pojechała samochodem, bo metro dopiero budowali. No i 
może wyglądała na mniej przerażoną.  

Po krótkim czasie zdała sobie sprawę, że coś ją irytuje. W mig spostrzegła młodych 

chłopaczków  z  drugiej  klasy,  którzy  to  głośno  rozmawiali  oraz  przeklinali.  Dziewczyna 
gwałtownie wstała i udała się na drugi koniec przedziału z wrogim nastawieniem.  

- Ej, ty! – krzyknęła wskazując nosem na jednego z nich. – Matka nie nauczyła jak się 

należy zachowywać wśród ludzi?  

Dzieci lekko się zdziwiły. Cordoba bardzo dobrze wiedziała, że teraz to się uważali za 

panów tego świata – w końcu przeżyli już jeden rok w szkole! No normalnie doświadczenie 
życiowe, którego nie powstydziłby się żaden weteran wojenny. 

- No co tak nagle ucichłeś? – warknęła nachylając się nad chłopcem.   
Drugoroczni wyglądali na lekko zmieszanych. Zamiast jej coś odpowiedzieć milczeli 

z nerwowym uśmiechem na ustach, modląc się o to aby sobie już poszła.  

-  Nie  wszyscy  chcą  słuchać  twojego  małpiego  chichotu  –  mówiła  niskim  tonem.  – 

Macie nie gadać i nie przeklinać! 

background image

 

 

 

Chłopcy zrobili posłusznie to co im rozkazała. Cordoba odwróciła się na pięcie i miała 

ochotę parsknąć śmiechem. Jakimś cudem się powstrzymała. 

- Oj, nie ładnie tak znęcać się nad dziećmi – skomentowała Giulia, kiedy przyjaciółka 

usiadła obok niej.  

-  Ja  im  delikatnie  zwróciłam  uwagę  na  ich  zachowanie  –  poinformowała  uprzejmie 

Carmen. 

Stacja: Barcelona. Trzy minuty – oznajmił przyjazny głos. 
- Ależ oczywiście – uśmiechnęła się Materazzi. – Wcale na nich nie nakrzyczałaś.  
- Po prostu, dobitnie wyraziłam swoją opinię, jeśli o to ci chodzi. 
Po chwili ciszy Giulia pokusiła się o jeszcze jeden komentarz. 
- Nie chciałabym być twoim dzieckiem. 
-  Wiesz,  dzięki.  To  właśnie  chciałam  usłyszeć  –  rzekła  Carmen,  a  później  wstała  i 

podeszła do elektronicznej tablicy linii metra.  

Stacja: Barcelona – powiedziała kobieta z głośników. 
Drzwi  się  rozsunęły,  a  ludzie  na  raz,  dwa,  trzy  wskoczyli  do  środka.  Nadal  w 

pierwszym wagonie znajdowały się miejsca siedzące. Głównie dlatego, że większość magów 
wsiadała  do  trzeciego  tudzież  czwartego  wagonu,  który  zawsze  zatrzymywał  się  blisko 
wejścia na peron. Czasami ludzie w ogóle nie myślą.  

-  Jeszcze…  siedem,  osiem…  Boże,  dopiero  na  dziesiątej  wysiadamy  –  jęknęła 

Cordoba, której się ta podróż zaczynała dłużyć. 

- Szybko zleci – zapewnił głos zza jej pleców.  
Odwróciła się błyskawicznie. Za nią stał przystojny chłopak, który uśmiechał  się do 

niej  figlarnie  pokazując  dołeczki  w  policzkach.  Jak  niby  od  niechcenia  przeczesał  dłonią 
swoje czarne włosy. Spojrzał na Carmen uwodzicielskim wzrokiem. 

Dziewczyna  zaniemówiła.  Nawet  przez  myśl  jej  nie  przeszło,  że  ten,  w  którym 

potajemnie  się  podkochuje,  podróżuje  metrem.  Gdyby  to  wiedziała  wcześniej,  nie  stroiłaby 
takich fochów kiedy tu jechała. 

Spojrzała na jego silne ramiona. Co ona by dała, żeby się tam skryć. 
Następna stacja: Zaragoza. Sześć minut – poinformował uprzejmie głos z radia.  
Metro  szarpnęło  co  zaskoczyło  Cordobę,  która  nie  wpadła  na  to,  aby  się  czegoś 

przytrzymać.  W  popłochu  machała  przed  sobą  rękoma.  Błyskawicznie  chwycił  ją 
czarnowłosy młodzieniec i przywrócił do pionu. 

Myśląc o skrywaniu  się  w jego ramionach niekoniecznie miała na myśli  akurat  taką 

sytuację. Dobra, głupio wyszło. 

- ¡Gracias!

1

 – wymamrotała zakłopotana dziewczyna chwytając się poręczy.  

Naprawdę czuła się zażenowana. 
-  Nie  ma  sprawy.  ¡Hola

2

,  Didi!  –  powiedział  do  Giuli  i  usiadł  obok  swojego 

przyjaciela, który dotychczas umknął uwadze Carmen. 

Po chwili dziewczyna doszła do wniosku, że bezpieczniej będzie jak zajmie miejsce 

siedzące. Wokół niej nie było nikogo, kto mógłby ją ewentualnie złapać. Upadek w sukience 
na pewno wyglądałby efektownie, jednak Cordoba  wolała sobie tego zaoszczędzić.  

Usiadła obok przyjaciółki. Felipe Cortés, który w tej chwili był pochłonięty szukaniem 

zasięgu  jakoś  niespecjalnie  kłopotał  się  tym,  że  nigdy  oficjalnie  nie  przedstawił  się 
dziewczynie.  A  teraz  miał  idealną  okazję!  W  sumie,  jakby  na  to  trzeźwym  okiem  spojrzeć,  
informowanie kogoś o swoim imieniu po sześciu latach nauki było co najmniej dziwne. 

                                                 

1

 gracias – (hiszp.) dziękuję. 

2

 hola – (hiszp.) cześć 

background image

 

 

 

 - Stacja: Zaragoza. Trzy minuty – oznajmił przyjazny głos. 
- Didi, rozmawiałaś dziś z Niño? – zaciekawił się Cortés. – Bo nie mogę się do niego 

dodzwonić. 

Giulię znali, bo była dziewczyną ich przyjaciela, więc logiczne, że jej się przedstawiać 

nie  musieli.  O  Carmen  pewnie  tylko  słyszeli.  No  może  czasami  widzieli  ją  w  towarzystwie 
Materazzi. Z drugiej strony, Cordoba mogła sama rękę wyciągnąć i powiedzieć swoje imię.  

Czarnowłosa dziewczyna chyba popadała w jakąś obsesję związaną z przedstawianiem 

się.  

- Wsiadł w Madrycie, ale chyba do innego wagonu  – powiedziała Giulia. – Kazałam 

mu, żeby przesiadł się do pierwszego. 

- Bym się śmiał jakby został na peronie – rzekł Cortés chowając telefon do kieszeni.  
- Ha! Barcelona wygrywa już dwoma golami – rzekł z dumą chłopak, który do tej pory 

siedział cicho. 

Javier Casillas był to hiszpański, przystojny młodzieniec o typowej latynoskiej urodzie 

z  ogromnym  poczuciem  własnej  wartości.  Jedyne  co  cenił  sobie  w  życiu  to  kobiety. 
Doskonale  wiedział,  że  za  nim  szaleją,  tak  więc  lubił  ten  fakt  wykorzystywać.  Nie 
interesowały  go  długie  związki.  Cenił  sobie  niezależność.  Być  może  właśnie  ta  jego 
niedostępność  tak  rozbudzała  dziewczęce  wyobraźnie.  Która  nie  marzy  o  usidleniu 
Casanovy? 

Spojrzał na Carmen i Giulię tajemniczym wzorkiem. 
- Wygrywam pięć do zera z Interem – poinformował takim tonem jakby wyjawił jakąś 

wielką tajemnicę. 

Stacja: Zaragoza. 
- To super – odpowiedziała z uśmiechem Materazzi. 
Nastała  chwila  ciszy,  w  trakcie  której  wszyscy  wpatrywali  się  w  drzwi  jak 

zaczarowani. Usłyszeli długie i niskie pikanie, po czym wejście się zamknęło. 

Stacja: Pamplona. Pięć minut. 
-  Gdzie  on  jest?  –  zapytał  Felipe,  który  wierzył,  że  tym  razem  do  wagonu  wejdzie 

Nicolás. 

Giulia nic nie odpowiedziała. Ponownie wykręciła numer swojego chłopaka. Niestety 

nie odbierał. To się robiło naprawdę dziwne. 

Stacja: Pamplona. Trzy minuty – oznajmiła kobieta w radiu. 
- Jest poza zasięgiem – potwierdziła to czego się spodziewała. 
Jeszcze kilka razy próbowała się do niego dodzwonić jednak bezskutecznie. Felipe tak 

się śmiał, ale może on faktycznie wyszedł z wagonu i nie zdążył  wsiąść? Przez kilkanaście 
minut  dyskutowali  o  tym  co  się  mogło  stać.  Dopiero  na  stacji  Ciudad  Real  się  uspokoili, 
ponieważ w drzwiach stanął Nicolás Romero Torres. 

Wysoki, atrakcyjny chłopak o wysportowanym ciele podał dłoń przyjaciołom, Carmen 

rzucił ciche hola, a Giulię pocałował delikatnie w usta. 

-  Sorry,  ale Didi  mi źle powiedziała  –  zaczął  swoją historię.  –  Następnym  razem  jak 

mówisz pierwszy wagon, bądź łaskawa powiedzieć z której strony liczyć.  

- Mogłeś się domyślić – oburzyła się Materazzi. 
-  No  to  się  domyśliłem  i  musiałem  co  stacja  wybiegać  z  wagonu  i  wpadać  do 

następnego. Od Zamora to się zrobił taki kocioł, że ledwo zdążałem.  

- A widzisz, u nas taki luz – rzekła Giulia szczerząc ząbki. 
- Spróbujcie następnym razem przebiec z jednego końca metra na drugi podczas jazdy 

– mówił z ironią Torres. – Naprawdę. Super sprawa! 

- Nie przesadzaj – mruknął Casillas. – Przecież lubisz biegać. 
Chłopcy  zamilkli  na  chwilę.  W  tym  czasie  Javier  dokończył  mecz  w  podręcznym 

symulatorze  gier  z  niezmienionym  wynikiem  pięć  do  zera.  Popatrzył  na  przyjaciół  przez 

background image

 

 

 

chwilę,  po  czym  zaczął  opowiadać  jak  to  fajnie  było  na  kursie  w  Bilbao  z  Felipe.  Zajęcia 
dotyczyły jak najlepszego wykorzystania swoich mocy podczas samoobrony.  

Zanim  Cordoba  się  obejrzała,  Casillas  i  Cortés  stali  naprzeciw  siebie.  Chcieli 

zademonstrować  to  czego  się  nauczyli.  W  tak  zwanym  między  czasie,  chłopcy  zaczęli  się 
kłócić o ułożenie dłoni. Jeden twierdził, że miała być lekko ugięta, drugi zaś, że maksymalnie 
wyprostowana. 

Wyszło na to, że na poważnie zaczęli się pojedynkować. 
-  No  zrób  coś  –  powiedziała  cicho  brązowowłosa  patrząc  wymownie  na  swojego 

chłopaka. 

Facet  wzruszył  ramionami.  Nie  pałał  niekiełznaną  chęcią  ingerowania  w  potyczki 

słowne  przyjaciół.  Póki  nie  dotykało  go  to  personalnie,  starał  się  być  na  uboczu.  Po  co  ma 
nadstawiać karku? Inna sprawa, że on był spokojnym chłopakiem i wszystkie problemy starał 
się rozwiązywać kompromisowo. Natomiast Felipe oraz Javier niekoniecznie. Byli za bardzo 
honorowi i uparci, aby ustąpić. 

- Zrobisz coś czy nie? – warknęła Giulia. 
Nico  skrzyżował  ręce  na  piersi,  a  Casillas  oraz  Cortés  coraz  głośniej  przekomarzali 

się, który z nich więcej potrafi.  

- Nie – odpowiedział. 
W sumie Torres też był uparty. 
Panowie, którzy stali naprzeciw siebie, podwinęli rękawy. Wreszcie zamilkli. Mierzyli 

się tylko wzrokiem. Po chwili, w dłoniach chłopców pojawiły się kule z niebiesko-srebrnymi 
nitkami. Felipe nie wytrzymał napięcia i jako pierwszy rzucił urok. Casillas zrobił unik. Nie 
tracąc  czasu  lewą  ręką  posłał  silne  zaklęcie  paraliżujące.  Cortés  zaskoczony  takim  obrotem 
sprawy,  ukucnął  po  czym  przekształcił  swoją  kulę  mocy  w  prowizoryczną  tarczę  obronną. 
Tarcza,  zamiast  urok  pochłonąć,  odbiła  go  od  siebie.  Służki  światła  latały  jak  szalone  po 
całym wagonie. W końcu uderzyły w Cordobę zanim tamta zdążyła jęknąć. 

-  Widzisz  co  zrobiłeś?!  –  krzyknął  Felipe  wskazując  dłonią  na  Carmen,  która 

nieprzytomna leżała na podłodze. 

- Ja?! – krzyknął Casillas. 
- To twoja wina – warknęła Giulia i podbiegła do przyjaciółki.  
- Moja? – zdziwił się Nico. – Jak to moja? 
- Gdybyś coś zrobił, to by ona nie dostała – wytłumaczyła logicznie Materazzi. – I co 

teraz? 

- To twoja wina – poinformował uprzejmie Casillas. – Źle wyczarowałeś tarczę. To się 

robi na wyprostowanych palcach – dodał szczerząc ząbki. 

Cortés spochmurniał. 
- Oj dobra, co my teraz będziemy winnego szukać – mruknął Felipe chcąc załagodzić 

sytuację. – Trzeba jej pomóc. 

Cała trójka spojrzała na dziewczynę, która nie dawała żadnych oznak życia. 
Stacja: Pamplona. 
Nico zerknął na tłum przed drzwiami. Czym prędzej podniósł dziewczynę z podłogi i 

posadził  na  siedzeniu  opierając  o  ścianę.  Bał  się,  że  ją  uczniowie  Akademii  staranują.  W 
sumie, nie pomyliłby się.  

- No świetnie, Cordoba – szepnął Javier odwracając się do przyjaciół. 
Na  końcu  wagonu,  dało  się  dostrzec  starszego  mężczyznę.  Był  promotorem  w 

sprawach panowania nad własnymi mocami. Wymagał pełnego zaangażowania na zajęciach, 
bardzo często nie odpuszczał podczas egzaminów, jednak wszyscy go lubili. W prosty sposób 
potrafił przekazać swoją wiedzę, a i miał nieprzeciętne poczucie humoru! 

Następna stacja: San Sebastián. Sześć minut – powiedział ktoś z głośników. 

background image

 

 

 

Profesor  Cordoba  był  bratem  ojca  Carmen,  a  ten  fakt  w  dużej  mierze  komplikował 

życie dziewczyny. Bardzo często czuła się przez niego prześladowana i według jej oceny nie 
mogła robić wielu rzeczy na jakie pozwalano innym uczniom.  

- Co teraz? – zapytał Nicolás trzymając Carmen za ramię aby nie upadła.  
- Idź go jakoś zagadaj – powiedział Felipe do Giulii. – Zapytaj się o jakieś uroki czy 

coś. 

Materazzi spojrzała na Cortésa tak jakby przestała rozumieć po hiszpańsku.  
-  Zaraz  pociąg  dojedzie  do  następnej  stacji,  może  wyjdzie  –  powiedział  z  nadzieją  i 

popchnął dziewczynę ku sylwetce starszego mężczyzny. – No idź, my tu coś wymyślimy. 

Giulia  z  misją  do  wykonania  zaczęła  przeciskać  się  między  uczniami,  zostawiając 

nieprzytomną przyjaciółkę na pastwę trzech uroczych młodzieńców. 

- No to co teraz? – zapytał ponownie Torres. 
- Myślisz, że nam wlepi karę za to używanie uroków? – mruknął Felipe do Casillasa. 
-  Carmen  pewnie  by  was  wybroniła  –  wtrącił  Nicolás  puszczając  dziewczynę,  -  ale 

jakimś trafem jest nieprzytomna. 

- Mam dziwne uczucie, że się może lekko wkurzyć – szepnął Javier. – Co dziewczyna 

może robić kiedy jest nieprzytomna? 

Chłopcy ponownie spojrzeli na ciemnowłosą.  
W sumie to nie wiele rzeczy. Można wmówić profesorowi, że jego bratanica śpi, ale 

jak będzie chciał ją obudzić to się wszystko wyda. Jakby chcieli mogliby ustawić jej głowę w 
ten  sposób,  aby  wyglądało  na  to,  że  coś  szepce  chłopakowi  na  ucho.  Mogą  zrobić  tak,  aby 
ludzie pomyśleli, że dziewczyna całuje się z facetem… 

Te ich rozmyślania chyba szły w złym kierunku. 
- To posadzimy ją u ciebie na kolanach – zaczął Felipe wskazując na Torresa. 
- Dlaczego na moich? – od razu zastanowił się chłopak. – Ja mam dziewczynę. 
- No to na Javiera… - skorygował plany Cortés. 
-  Nie  no,  nie  może  mi  siadać  na  kolanach  jakaś  obca  dziewczyna,  bo  podrywam 

Soledad i w takim przypadku to nigdy się ze mną nie umówi.  

Felipe spojrzał na przyjaciela całkowicie zaskoczony. 
- Tą z piątego roku? – zastanowił się. – Nie startowałeś już do niej wcześniej? 
- Ją się zdobywa małymi krokami – odpowiedział dumnie Javier. – Ale tak w gruncie 

rzeczy, czemu sam nie weźmiesz udziału w przedstawieniu? – zapytał Casillas. – Przecież to 
wszystko przez ciebie.    

Stacja: San Sebastián. Trzy minuty. 
- Nie ugryzie cię. Jest nieprzytomna – zapewnił Torres. 
Felipe zerknął to na przyjaciół, to  na Giulię rozmawiającą z profesorem, w ostatnim 

ruchu na Carmen.  

-  No  dobra,  zamieniamy  się  –  powiedział  to  tak  szybko  jakby  miałby  się  zaraz 

rozmyślić. 

I już po chwili, z uśmiechem na ustach, siedział obok Cordoby. 
- Od kiedy ty taki płochliwy do dziewczyn? – zaciekawił się Casillas. 
-  Baranie,  łap  ją!  –  krzyknął  Torres  stojąc  na  straży  bezpieczeństwa  przyjaciółki 

Materazzi.  

Felipe odruchowo wyciągnął rękę w bok natrafiając na ciepłe ciało. 
- Noo… trzeba ją trzymać – rzekł sarkastycznie Nicolás.  
- Uwaga, profesor idzie – szepnął Casillas ukradkiem.  
Jedyne  co  zdążył  zrobić  Felipe,  to  objąć  dziewczynę  i  położyć  jej  głowę  na  swoim 

ramieniu.  W  duchu  nie  przestawał  się  modlić  aby  starszy  mężczyzna  jak  najszybciej  sobie 
poszedł  nie pytając o nic. Cortés nie  chciał następnego tygodnia spędzić na porządkowaniu 
archiwów. On ma wiele innych rzeczy do roboty! 

background image

 

 

 

-  Czołem  dzielna  młodzieży  –  zaczął  przyjaźnie  Cordoba  zatrzymując  wzrok  na 

bratanicy. 

- Czołem! – krzyknął Javier. – A czy w tym roku będą pojedynki?  – próbował jakoś 

pospiesznie odwrócić uwagę od dziewczyny. 

- Co jej jest? – zapytał starszy mężczyzna ignorując pytanie ucznia.  
Nastała chwila ciszy. Jakoś nikt specjalnie nie kwapił się, aby narazić się profesorowi. 

Cortés czuł na sobie wzrok przyjaciół. No tak, to on jest winny całemu temu zamieszaniu i jak 
już ma ktoś kłamać to tylko on. 

- Śpi – odkrząknął nieznacznie. – Śpi – powtórzył głośniej. 
-  No  to  trzeba  ją  obudzić  –  poinformował  Cordoba  i  zbliżył  się  do  bratanicy.  – 

Carmen… wstawaj… Carmen… - mówił gładząc ją po policzku. 

Za  plecami  promotora  Casillas  jeszcze  próbował  pokazać  Felipe  aby  nie  pozwolił 

zobaczyć  źrenic  dziewczyny.  Dziwne  by  było  gdyby  ten  mężczyzna  nie  rozpoznał  uroku, 
przecież to jego dyscyplina naukowa.  

- Carmen… - Cordoba zaczął bratanicą lekko potrząsać. 
Wszyscy  wstrzymali  oddech.  Wiedzieli,  że  kłamstwo  zaraz  się  wyda.  Giulia  zaczęła 

panikować w duchu. Teraz była pewna, że jej się też oberwie!  

To była najdłuższa i najbardziej stresująca chwila w życiu Materazzi. Przez moment 

miała ochotę wykrzyczeć na cały głos co się stało tylko po to, aby mieć to z głowy. Po chwili 
namysłu uznała taki wybryk z głupi pomysł i nadal milczała. 

-  Co  jej  zrobiliście?  –  mówił  powoli  profesor,  a  tętno  Felipe  osiągnęło  najwyższy 

wynik.  

Chłopak  nie  wiedział  co  odpowiedzieć.  Milczał,  wpatrując  się  w  zamknięte  oczy 

dziewczyny. 

- Słucham? – mówił promotor co już brzmiało jak groźba. 
Wszyscy  zaczęli  wpatrywać  się  w  dziewczynę.  Nagle,  bez  uprzedzenia,  starszy 

mężczyzna lekko rozchylił Carmen prawe oko. 

- To moja wina! – krzyknął Felipe w geście rozpaczy. 
Profesor oraz przyjaciele spojrzeli na niego z zaskoczeniem. Nawet Carmen wyrwała 

się  z  jego  silnych  ramion  po  czym  patrzyła  w  jego  stronę  jakby  zobaczyła  największego 
wariata w Akademii.  

- C-c-carmen? – wyjąkał zaskoczony Cortés. 
Super! Nauczył się jej imienia w tych ekstremalnych warunkach. 
- No i spaliłeś – skomentowała. 
Stacja: San Sebastián. 
Wszystko  potoczyło  się  bardzo  szybko.  Drzwi  się  rozsunęły,  profesor  pociągnął  za 

sobą  bratanicę  bez  żadnych  komentarzy,  wyszli,  na  ich  miejsce  przyszli  nowi  uczniowie,  a 
Giulia,  Nico,  Javier  i  Felipe  pozostali  sam  na  sam  z  pytaniem  jak  to  wyszło,  że  Carmen 
naprawdę spała. 

Następna stacja: La Coruña. Dwanaście minut. – oznajmiła kobieta w radiu. 
Metro szarpnęło, ruszyli dalej bez Cordoby. Zaskoczeni usiedli na jednej ławce.  
- Rozumiecie coś z tego? – zapytał Felipe wskazując palcem na okno. 
- Nic – odpowiedziała Materazzi siadając na kolanach Torresa. 
- Zaklęcie odbiło się od tarczy i zmieniło właściwości? – rzucił w przestrzeń Nicolás. 
Chłopcy zastanowili się przez chwilę. 
- Wydaje mi się, że urok trwał krócej niż myśleliśmy – zaczął Casillas. – Po prostu, od 

pewnego momentu zaczęła sobie z nas żarty stroić. 

Giulia z trudem powstrzymywała uśmiech nasuwający się na usta. Carmen wykiwała 

trzech najsprytniejszych chłopaków w Akademii, co było im wysoce nie w smak. Oczywiście 

background image

 

 

 

trzeba  też  brać  pod  uwagę  fakt,  że  Cordoba  być  może  chciała  nacieszyć  się  ramionami 
Cortésa. Ale to jest być może

Nagle ktoś z końca przedziału krzyknął hasło Carmen. Odruchowo spojrzeli w tamtą 

stronę.  Materazzi  od  razu  zobaczyła  Davida  Villa.  Chłopak  o  gęstych,  farbowanych  blond 
włosach żywo dyskutował z przyjaciółmi. Nie zależało mu czy ich rozmowę ktoś usłyszy cz 
też nie, z tego powodu Giulia wszystko doskonale rozumiała. 

- O Kłoda – powiedział Casillas. 
- Co? – zapytała Materazzi nie rozumiejąc o co chodzi. 
-  Villa  jest  tak  tępy  jak  kawałek  drewna  –  wyjaśnił  filozoficznie  Javier.  –  Nie 

wiedziałaś? Przecież to facet – uśmiechnął się szeroko – twojej koleżanki. 

Dziewczyna  z  politowaniem  spojrzała  na  chłopaka.  Jak  on  mógł  uwierzyć  w  takie 

brednie?  No  ale  z  drugiej  strony  miał  pełne  prawo  zważając  na  to,  że  Villa  rozpowiada  tę 
plotkę komu popadnie. 

- On ją prześladuje krok w krok – wyjaśniła Giulia. – Carmen próbowała wszystkiego 

aby  się  zniechęcił,  ale  to  uparte  stworzenie.  Najpierw  ją  wyzywa,  potem  przeprasza  i  daje 
dużo drobnych prezencików typu jakieś figurki piesków czy coś. 

- Ma to jeszcze? – zainteresował się Nico. 
- Ona wszystko trzyma, to taki chomik – powiedziała Materazzi. – Byłoby tego dużo, 

dużo więcej, ale większość listów niszczyła na bieżąco, albo nie przyjmowała w ogóle. 

-  Tylko  czekać  aż  się  oświadczy  –  powiedział  wesoło  Felipe  krzyżując  palce  rąk  na 

głowie. 

Dziewczyna zamyśliła się przez chwilę. 
- No jak? Przecież on się już oświadczył – zawiesiła głos. – Nie wiedziałeś? 
- Kiedy? – zapytał zaskoczony Cortés. 
- A bo ja wiem – zastanowiła się Giulia. – Tak gdzieś w pierwszej klasie. 
Chłopcy  nie  bardzo  wiedzieli  czy  dziewczyna  w  tym  momencie  mówi  prawdę  czy 

żartuje. 

- No co się tak patrzycie, nic nie słyszeliście?  –  zapytała zdziwiona. – Głośno o tym 

było  w Akademii.  Ukradł  pierścionek matce,  a  potem przez cały dzień wciskał go Carmen. 
Tamta go przyjmowała i oddawała. Na koniec dnia postanowiła mu go zwrócić. Biedny nie 
wiedział co zrobić i gdy zobaczył jej mamę, powiedział, żeby przekazała pierścionek córce.  

- Przekazała? – zapytał nieśmiało Felipe. 
-  No  cóż,  w  sumie  tak,  ale  nie  tej  osobie  co  by  chciał  –  powiedziała  Materazzi.  – 

Zwróciła go jego matce. 

-  Tak naprawdę to  w pierwszej  klasie byliśmy jeszcze dziećmi  –  poinformował  Nico 

jakby chciał usprawiedliwić Villę. 

-  Przestań  –  powiedział  Felipe.  –  Ja  też  miałem  te  jedenaście  lat  i  nie  latałem  z 

pierścionkiem matki do dziewczyny. 

-  Bo  nie  byłeś  na  tyle  inteligentny  aby  na  to  wpaść  –  rzekł  Javier  z  wrednym 

uśmiechem. 
 

 

 

Metro zaczynało zwalniać, a wszyscy trzymając torby w rękach stali tuż przy drzwiach 

gotowi do wyjścia. Gdyby ktoś, dziwnym trafem zaspał i tak przypadkowo został w wagonie, 
będzie zmuszony pojechać prosto do Madrytu i od nowa zacząć swoją podróż.   

-  Stacja:  Akademia.  Dziękujemy  za  skorzystanie  z  naszych  linii  transportowych  – 

rozległ się tradycyjnie ciepły głos z głośników.  

background image

 

 

 

Uczniowie  wyszli  na  kamienną  posadzkę.  Pierwszaki  wypatrywali  w  tłumie  jakiś 

dorosłych, natomiast wszyscy inni maszerowali po ruchowych schodach na wyższe piętro, do 
sal lekcyjnych, w celu zamienienia ubrań na szkolne uniformy.  

Dochodziła godzina dwudziesta. Mieli jeszcze trochę czasu. 
W  samym  centrum  okrągłego  korytarza,  znajdowała  się  szklana  winda,  zdolna 

pomieścić piętnaście osób. Była dość ograniczonym urządzeniem jak na tę Akademię, gdyż 
poruszała się tylko w górę i w dół, nie tak jak jej mniejsze modele umieszczone po bokach, 
które to świetnie sobie radziły z jazdą w poziomie. 

Giulia  stała  przy  drzwiach  do  największej  sali  w  budynku.  Uczciwie  mówiąc, 

promotorzy  używali  jej  kilka  razy  do  roku,  głównie  na  duże  uroczystości.  Na  co  dzień 
upychali tam różne niepotrzebne graty takie jak stoły, ławki, świąteczne dekoracje. Materazzi 
nigdy nie wiedziała co z tym wszystkim robili, kiedy było rozpoczęcie roku nauki.  

- Panna Didi! – krzyknął ktoś zza jej pleców. – Pani poczeka! 
Może wynosili to na plażę? 
- Giulia, mówię do ciebie – warknęła dziewczyna stając przed przyjaciółką. 
Francisca  Miramontes  –  blondowłosa  piękność  o  dość  zadziornym  uśmiechu 

desperacko  trzymała  przyjaciółkę  za  rękę.  Dziewczyna  zdążyła  już  założyć  krótką  czarną 
spódnicę  w  kremowo-czarną  kratkę  oraz  białą  koszulę  z  logiem  Akademii  naszytym  na 
rękawie. Kilka kolorowych bransoletek i ciemny żakiet trzymała jeszcze w ręce. 

- Co się nie zatrzymujesz? – zapytała. 
-  Fleer,  widziałaś  Carmen?  –  powiedziała  ignorując  pytanie  przyjaciółki.  –  Jest  poza 

zasięgiem – uniosła do góry komórkę. 

- Nie  - odpowiedziała automatycznie.  
Dziewczyny powolnym  krokiem weszły do sali.  Intuicyjnie skręciły w prawą stronę. 

Mniej  więcej  gdzieś  w  tamtych  rejonach  znajdowały  się  miejsca  wcześniej  dla  nich 
przygotowane.  W  mig  znalazły  swoje  bileciki  z  nazwiskami.  Usiadły  na  drewnianych 
krzesłach.  Giulia  zaczęła  się  rozglądać,  ale  w  tym  tłumie  ludzi  trudno  było  cokolwiek 
zobaczyć. Każdy szukał swojego stołu odpowiadającego własnemu oddziałowi w Akademii.  

Nagle nad ich głowami nachylił się Nicolás Torres. 
- No co tam moja pani? – uśmiechnął się niewinnie. – ¡Hola Fleer! 
- Hej ziomek – dopowiedziała blondynka. 
Materazzi spojrzała na niego. Założył białą koszulę i kremowe spodnie, które uparcie 

brudził podczas grania w piłkę nożną. Żółty krawat w ciemne paski założył sobie niedbale na 
szyję a czarną marynarkę ukrywał za plecami. 

Jakoś nikt specjalnie nie pałał miłością do tych szorstkich żakietów. 
- Widziałeś Carmen? – zapytała Materazzi. 
- A wiesz co – rozejrzał się chłopak po sali, – nie – odparł, siadając obok dziewczyny. 

- Dobrze? – zapytał pokazując żółty skrawek materiału na biały tle. 

- Może trochę krótszy – poinstruowała Giulia podciągając krawat wyżej. 
Chłopak zaczął wiązać elegancki supełek na szyi.  
- No… a wasze gdzie? – zapytał.  
Materazzi oraz Miramontes od razu podniosły jakieś czerwone materiały w paski. 
- Ale sama umiem zawiązać – zaznaczyła Giulia.  
Chłopak  nie  tracąc  chwili,  gdy  tylko  skończył  zajmować  się  swoją  szyją,  wyrwał 

krawat  z  ręki  dziewczyny  i  zawiązał  zanim  tamta  zdążyła  zaprotestować.  Później  wstał, 
poinformował, że nie musi mu dziękować, założył marynarkę po czym zapytał jak wygląda. 

- Dobrze – skomentowała Materazzi. 
-  Powinnaś  odpowiedzieć  jak  grecki  bóg  –  rzekł  z  udawaną  urazą.  –  Ale  spokojnie 

Wisienko, jeszcze nad tym popracujemy – i poszedł do stołu obok zajmując miejsce niedaleko 
Casillasa oraz Cortésa. 

background image

 

 

 

Nagle, w drzwiach pojawiła się Cordoba z rękoma w kieszeniach krótkich spodenek w 

kremową kratę. Zanim doszła do stołu zdążyła związać włosy w wysoki kucyk. Zignorowała 
pytający  wzrok  przyjaciółki  i  zajęła  miejsce  z  przodu.  Nie  to,  żeby  ich  unikała.  Po  prostu 
uczniowie byli usadzani alfabetycznie.  

Odruchowo poprawiła sztućce wokół porcelanowego talerza z motywem smoka.  
Nic tylko czekać, aż się w końcu zacznie ta kolacja. 
-  ¡Hola!  –  powiedział  młody  chłopak  opadając  bezwładnie  na  drewniane  krzesło.  – 

Caray,

3

 tych ludzi jest za dużo! Nie można normalnie przejść. 

- ¡Hola Esteban! – powiedziała z uśmiechem Carmen zakładając nogę na nogę. – Tak 

wiem, ale podobno w przyszłym roku mają zrobić jeszcze dwa wejścia.  

-  Nie,  już  powiedzieli,  że  to  za  dużo  będzie  kosztowało,  rozmawiałem  z  profe

4

  – 

mruknął  chłopak  i  chwycił  swój  bilecik  stojący  na  talerzu.  –  Esteban  Castro  Domínguez  – 
przeczytał po cichu. 

Po  chwili  spojrzał  na  karteczkę  sąsiadki  i  uśmiechnął  się.  Zwinnym  ruchem  zabrał 

bilecik Cordoby.  

- Ej, Pablo – krzyknął do kolegi, który dopiero, co usiadł na przeciw niego, - zobacz! – 

Puścił  karteczkę  dziewczyny,  która  spadła  na  jego  tors  i  niżej.  –  Carmen  na  mnie  leci  – 
stwierdził. 

Chłopak  zaczął  chichotać,  a  dziewczyna  lekko  się  uśmiechnęła  czekając  na  większą 

kreatywność kolegi.  

Przy  stole  zaczynało  pojawiać  się  coraz  więcej  dawno  niewidzianych  twarzy.  Swoje 

miejsce obok Carmen zajęła również Mercedes Alonso Gutiérrez – ładna, wesoła dziewczyna. 
Bardzo  często  służyła  dobrą  radą  czy  pomocą,  jednak  miała  jedną  irytującą  cechę  –  była 
okropną plotkarą. Gdy tylko nadarzała się okazja najpierw wyciągała informacje ze swojego 
rozmówcy,  a potem wiadomości  na temat  jego znajomych. Ta wścibskość i  bezpośredniość 
niejednokrotnie denerwowała Carmen. Ale tak ogólnie to postać jak najbardziej pozytywna. 

-  Co  tam  słychać?  –  zagadnęła  poprawiając  sobie  czerwony  krawat  na  szyi.  –  Jak 

wakacje? 

- Względnie – odpowiedziała Cordoba, – a twoje? 
-  Byłam  na  Hawajach  z  Kike  –  rzekła  rozglądając  się  po  sali.  –  Nawet  fajnie  było, 

poznaliśmy kilku turystów z Rosji. Ty wiedziałaś, że u nich nie jest tak, że ciągle pada śnieg? 

Carmen uśmiechnęła się i  wyprostowała, wtedy  to  do jej uszu dotarły jakieś urwane 

zdania  wygłaszane  przy  akompaniamencie  salw  śmiechu.  Odwróciła  się  ostrożnie  po  czym 
zobaczyła jak Esteban szybko porusza małymi karteczkami włożonymi w siebie. 

- I na pieska – powiedział stawiając jedną karteczkę na stole.  
Carmen, czym prędzej chwyciła swój bilecik. 
-  Erotycznie  to  ty  się  wyżywaj  na  Pablo  czy  Piqué,  a  mój  skromny  bilecik  zostaw  – 

powiedziała Cordoba z uśmiechem. – Obawiam się, że możesz nie wyżywić małych karteczek 
i nie zagwarantować im odpowiedniego wykształcenia. 

-  Ale  ci  dowaliła  –  powiedziała  jakaś  dziewczyna  siedząca  obok  czarnowłosego 

chłopaka. 

Nagle  rozległy  się  głośne  stuki.  Na  końcu  sali,  na  podeście  ukazała  się  kobieta  o 

azjatyckiej  urodzie.  Carmen  nie  dowidziała  dobrze,  ale  chyba  była  ubrana  w  długą  jasną 
sukienkę z szeroką wstążką pod biustem.  

Taka kreacja w stylu kobiet Napoleona Bonaparte.  
- Witam wszystkich bardzo serdecznie – rzekła i położyła jakieś papiery na pulpicie. – 

Nazywam się Rosa Alonso i jestem zwierzchnikiem Akademii Delgado już od dwudziestu lat. 
Mam nadzieję, że ten rok będzie równie spokojny i udany jak poprzednie – zerknęła na swoje 
                                                 

3

 Caray! – (hiszp.) Boże! 

4

 Profe – (hiszp.) potocznie profesor; sor. 

background image

 

 

 

notatki. – Wczoraj dotarła do mnie lista z międzynarodowymi konkursami. Muszę przyznać, 
że ich ilość jest imponująca, mam nadzieję, że uczniowie wyrażą chęć uczestniczenia w nich. 

-  Taaa,  już  biegnę  –  mruknęła  Mercedes  krzyżując  ręce  na  piersi.  –  Ale  się 

rozpędziłam. 

Cordoba tylko się uśmiechnęła, bo do końca nie usłyszała, co koleżanka powiedziała. 

Nigdy  nie  przykładała  wagi  do  tego,  co  działo  się  podczas  kolacji.  Z  reguły  i  tak  to,  co 
najważniejsze było powielane na lekcjach, więc po co zawracać sobie tym głowę? 

Dziewczyna dyskretnie ziewnęła i spojrzała na portrety ludzi zawieszonych na ścianie. 

Byli  to  poprzedni  zwierzchnicy  Akademii.  Carmen  nie  wiedziała  jak  i  po  co  ta  Azjatka 
znalazła się w tej instytucji. Nikt wcześniej nie posiadał takich egzotycznych rysów twarzy. 
W szkole krążyły różne teorie, a to, że przekupiła prezydenta i dostała tę posadę, albo była 
nieślubnym  dzieckiem  ostatniego  dyrektora,  lub  też  uciekała  ze  swojego  kraju,  ponieważ 
została skazana za zabójstwo trzech niebezpiecznych gangsterów.  

Uczniom najbardziej podobała się ta trzecia wersja. 
Nagle Carmen poczuła, że coś uderzyło ją w tył głowy. Podniosła kartkę z podłogi i 

przeczytała w myślach: 

 

Tworzymy opowiadanie o naszej szkole. 

Dopisz swoje trzy słowa.  

 

Dawno, dawno temu... 

...wybudowano tę szkołę... 

...po skończonej pracy... 

... budowniczy poszli do... 

... lasu, a tam... 

... spotkali nagą Rosę... 

...która miała na nich ochotę... 

To nie są trzy słowa! 

Sorry, ale aż się prosiło. 

... pan z wąsikiem... 

... zrzucił palto... 

Nie uważasz, że to dziwne, aby budowniczy miał palto? 

Trzy słowa, nie dociera? Blokada się w mózgu włączyła? Mur Chiński tam budujecie? 

¡Que te den por el culo!

5

 

Ty hijo de puta

6

! Jak ty się do mnie odzywasz! 

Jezu, dajcie sobie siana! 

Piękna ta historia szkoły. 

Zamknij się debilu! 

Samo życie, samo życie...  

... takie właśnie jest. 

 

Carmen  odwróciła  się  w  stronę  siódmoklasistów.  Jeden  z  nich  wyciągnął  rękę  do 

dziewczyny aby oddała mu kartkę. Zrobiła to o co prosił. W sumie, nie wiadomo czego się 
spodziewała. W Akademii była tylko jedna grupa osób zdolnych do publicznego naśmiewania 
się z zwierzchnika. Dla nich nie istniało coś takiego jak dyscyplina. Profesorowie wymyślali 
coraz to okrutniejsze kary jednak nic nie skutkowało. Nawet wuj Carmen przyznał się, że raz 
miał ochotę ich rozszarpać na lekcji. Powiedział również, że wysłali pismo do władz z prośbą 
o ograniczenie ich mocy.  
                                                 

5

 ¡Que te den por el culo! – (hiszp.) chuj ci w dupę; (dosł.) niech ci dadzą w/przez dupę 

6

 hijo de puta – (hiszp.) skurwysyn 

background image

 

 

 

Może w takim przypadku trochę by spokornieli.  
- Następnie – ciągnęła dalej pani zwierzchnik, – profesor Cordoba pragnie, zaznaczyć, 

że  zapisy  do  między  klasowych  pojedynków  trwają  do  dwudziestego  dziewiątego  września 
włącznie i ani dnia dłużej.   

-  O,  to  wcześnie  –  odezwał  się  Esteban  odrywając  się  od  podpalania  serwetki  z 

pomocą stojącej na stole świeczki.  

-  Przypominam,  że  klasy  pierwsze  i  drugie  nie  mogą  brać  udziału  w  tego  typu 

konkursach – poinformowała uprzejmie Rosa. – Nie przychodźcie do profesora Cordoby, bo i 
tak nie zrobi dla was wyjątku.  

Odezwały się ciche jęki i pomrukiwania. 
- Cisza – zagrzmiała kobieta i spojrzała na nauczycieli. – Czy ktoś ma coś do dodania? 

– powiedziała już nieco łagodniej. – Skoro nie, możemy zacząć kolację. 

Na  stołach  pojawiły  się  przeróżne  dania.  Każdy  od  razu  ucieszył  się  na  widok  tak 

apetycznie  wyglądających  posiłków.  Na  sali  znowu  zaczynało  być  głośno.  Wszyscy 
dynamicznie  gestykulowali i  prawie krzyczeli do swojego sąsiada. Carmen od razu sięgnęła 
po swoje ulubione gazpacho

7

 ignorując namowy Mercedes by tym razem spróbowała czegoś 

innego. Po dwóch łykach świetnie przygotowanego dania, dziewczyna zaczęła rozglądać się 
za  Felipe.  Znalazła  go  przy  stole  obok.  Siedział  w  sąsiedztwie  Javiera  zajadając  się 
empanadillas

8

. Przez te wszystkie lata zauważyła, że jej wybranek lubił porządnie zjeść i nie 

nigdy nie odmawiał czekoladowego deseru. W pewnej chwili Carmen gwałtownie odwróciła 
głowę,  aż  Esteban  zapytał  czy  wszystko  w  porządku.  O  mały  włos,  a  Navarro  Cortés  i 
Cordoba spotkaliby się wzrokiem. Do końca uczty dziewczyna nie ryzykowała i zajmowała 
się sprawami swojej klasy.  

Po  kilkudziesięciu  minutach  wszyscy  byli  tak  najedzeni  i  zmęczeni,  że  przedłużanie 

kolacji  nie  miało  sensu.  Zwierzchnik  Akademii  uprzejmie  się  pożegnał  przypominając  o 
przestrzeganiu  ciszy  nocnej,  po  czym  pozwolił  odejść  od  stołów.  Każdy  odetchnął  z  ulgą  i 
wyszedł z sali. 

Carmen  dołączyła  do  Francisci  oraz  Giulii.  Zerknęły  na  ulotki  konkursów,  po  czym 

bocznym  wejściem  wymknęły  się  na  plac  przed  Akademią.  Noc  była  ciepła  i  prawie 
bezwietrzna.  Czuć  było  morską  bryzę  nadciągającą  z  Morza  Śródziemnego.  Aż  chciało  się 
położyć na zielonej trawie i nigdy nie wstawać. 

Dziewczyny  zamierzały  dotrzeć  do  sąsiedniego  budynku.  gdzie  miały  przygotowane 

miejsce  do  spania.  Na  cześć  założyciela  Akademii,  budowla  nazywała  się  Conrado  i 
posiadała  symboliczne  sześć  pięter.  Carmen  machnęła  jakimś  dokumentem  przed  oczami 
profesora  i  bez  większych  kłopotów  pojechała  windą  na  ostatni  poziom.  Tam,  na  końcu 
korytarza, znalazła drzwi do apartamentu, a obok nich krzywo zawierzoną tabliczkę:  

 

Carmen Elisabetta Cordoba 

Giulia Lorenza Materazzi 

Francisca Blanco Miramontes 

Klasa: 6 Oddział: H 

 
Cordoba poprawiła miedziany szyld, jednak ten uparcie powrócił do krzywej formy.  
- Trzeba to zgłosić – wskazała palcem na tabliczkę, kiedy dołączyły przyjaciółki. 
Carmen  położyła  rękę  na  klamce,  zamek  w  drzwiach  mocno  stuknął  i  weszła  do 

środka.  Nic  się  nie  zmieniło  od  ostatniej  wizyty.  Ich  salon  wyglądał  tak  jak  dwa  miesiące 
temu. Może było w nim czyściej. Zapaliła światło, po czym zwinnym ruchem zdjęła krawat 
oraz  żakiet.  Ubrania  rzuciła  na  skórzaną,  brązową  kanapę.  Z  kominka  chwyciła  srebrnego 
                                                 

7

 gaz pacho – hiszpański chłodnik warzywny 

8

 empanadillas – pierożki smażone na oleju z nadzieniem z ryb, pomidorów lub mięsa 

background image

 

 

 

pilota  i  włączyła  cienki  telewizor.  W  pokoju  od  razu  zaczęło  być  głośno.  Dziewczyna 
uśmiechnęła się. W końcu poczuła, że wróciła do rzeczywistości. Miała serdecznie dość tych 
wakacji,  które  spędziła  w  domu  z  rodziną.  To  nie  był  odpoczynek,  to  był  horror,  który  w 
większości zawdzięczała swojemu padre. Ciągle wykrzykiwał, jaka to ona jest rozpieszczona 
i  nie  potrafi  docenić  tego,  co  ma.  Skończyło  się  na  tym,  że  Carmen  wyprowadziła  się  do 
dziadków  gdzie  spędziła  resztę  wakacji.  Oczywiście  na  odchodne  wytknęła  ojcu  jak  dużo 
czasu poświęcał w wychowanie córki oraz jego stosunek do rodziny. 

Teraz nie była taka pewna, że dobrze zrobiła. 
-  Mamma  mia!

9

  –  krzyknęła  Giulia  tylko  jak  przekroczyła  próg  salonu.  –  Trzeba  tu 

przewietrzyć, otwórzcie okno! 

Carmen  skomentowała  to  tylko  głośnym  cmoknięciem,  jak  to  miała  w  zwyczaju 

wyrażać  swoje  niezadowolenie.  Ona  nie  wiedziała,  co  to  duszność.  Lubiła,  kiedy  w  pokoju 
było  ciepło  i  zawsze  się  dziwiła  profesorom,  którzy  otwierali  okna  podczas  zimny.  No 
przecież zimno jest, po co to jeszcze wietrzyć?  

- Dobra, sama otworzę – warknęła Włoszka. 
Francisca  bezwładnie  opadła  na  szeroki,  skórzany  fotel,  a  nogi  położyła  na 

drewnianym, niskim stoliku. 

-  Wiesz,  co  lubię  w  tej  szkole?  –  zapytała  głosem,  który  sugerował,  że  trzeba 

odpowiedzieć nie

-  Nie  – mruknęła Cordoba zastanawiając się przypadkiem  czy nie piła jakiegoś  wina 

po drodze. 

-  Że  w  tej  szkole  jest  tak  dużo  uczniów  –  odpowiedziała  triumfalnie.  –  Ciągle 

spotykam jakiś nowych ludzi. Ba, nawet nie byle jakich! Same karmelki, można by rzec… 
prawda Karmelku?  

Carmen uśmiechnęła się na dźwięk gry słownej.  
- Tylko żeby ci się do zębów nie przykleili – powiedziała z uśmiechem Cordoba. 
Dziewczyna próbowała znaleźć coś interesującego w telewizji - bezskutecznie. Ciągle 

napotykała jakieś idiotyczne reklamy jedzenia czy też proszków do prania. Z niezadowoloną 
miną  poddała  się  i  postanowiła  zobaczyć  grafik  szkolny  na  najbliższe  pół  roku.  Wcisnęła 
duży, okrągły przycisk, a na płaskim ekranie pojawiło się kolorowe menu: 

 

» Plan Lekcji 
» Zajęcia dodatkowe 
» Konkursy 
» Ogłoszenia 
 

Ooo, dobry pomysł – pochwaliła Giulia usiadłszy pospiesznie obok czarnowłosej. – 

Boże,  tylko  nie  Florale  –  rzekła  mocno  zaciskając  powieki  i  krzyżując  palce  środkowe  ze 
wskazującymi. – Tylko nie Frolare... 

Carmen  i  Francisca  uśmiechnęły  się  pod  nosem.  Wiedziały,  że  Materazzi  była  pilną 

uczennicą profesor Inès Ramos. Nie to żeby się źle uczyła. O nie! Po prostu, na lekcjach tej 
nieprzeciętnej kobiety zakwitła tak jakby miłość, tyle, że platoniczna. Giulia zawsze musiała 
zostawać po lekcjach, aby wysłuchać jakiś nowych informacji z dziedziny Ziół Leczniczych. 
Pani  profesor,  co  i  rusz  pożyczała  jej  naukową  literaturę,  a  potem  długo  dyskutowała,  nad 
trafnością tezy jakiegoś naukowca z Instytutu Badawczego. 

Cordoba i Miramontes próbowały powstrzymać wybuch śmiechu.  
One już wiedziały.  

                                                 

9

 Mamma mia! – włoskie powiedzenie, które w zależności od okoliczności przyjmuje nieco odmienne znaczenia, 

(dosł.) o matko! 

background image

 

 

 

Materazzi  nie  wytrzymała.  Rozchyliła  lekko  jedną  powiekę  po  czym  miała  ochotę 

głośno przekląć. Z racji tego, że nie używała wulgaryzmów postanowiła ograniczyć się tylko 
do cichego ojej
 

GODZINA 

LUNES 

MARTES 

MIÉRCOLES 

JUEVES 

VIERNES 

SÁBADO 

07:00 – 07:55 

Lat+ s. 103 

ANM s. 23 

Esp. s. 18 

08:00 – 08:55  Flo.+ s. 65 

Lat+ s. 103 

ANM+ s. 23 

PZ s. 2 

Flo.+ s. 65 

ANM+ s. 23 

09:00 – 09:55  Flo. s. 65 

NN+ s. 215 

Prof. s. 154 

Fr. s. 208/It. s. 54  NN s. 48 

Prof.+ s. 16 

10:05 – 11:00  NN s. 215 

NN s. 215 

Fr. s. 208/It. s. 54  Fr. s. 2/It. s. 302 

Prof. s. 16 

11:10 – 12:05  Prof. s. 214 

Esp. s. 716 

NN s. 223 

Esp. s. 573 

AA s. 214 

12:10 – 13:05  Esp. s. 128 

Prof.+ s. 72 

Esp. s. 716 

PZ s. 1024 

Historia Magów s. 88  AA+ s. 69 

13:10 – 14:05 

Prof.+ s. 72 

NN s. 252 

In. s. 400 

AA+ s. 69 

16:15 – 17:10  AA s. 84 

In. s. 201 

Prof.+ s. 59 

17:15 – 18:10  AA+ s. 84 

In. s. 201 

20:55 – 21:50  Caelestis

10

 

Caelestis+ 

 

 

AA – Ars Aqua

11

 

ANM – Ars Non magica

12

 

NN – Numero Numerus

13

 

Esp. - Español 
It. – Italiano 

Lat. – Latina 
 

 

Prof. - Profictum

14

 

Flo – Florale

15

 

Fr. – francés 

In. - Inglés

16

 

PZ – Przyuczenie Zawodowe 

zajęcia 

dla 

zaawansowanych 

(nieobowiązkowe) 
 

 
- Co to jest to PZ? – zapytała Francisca mrużąc oczy. 
- Tak w skrócie? – odezwała się Cordoba. – Przyjdzie facet i będzie ci mówił, w jakim 

zawodzie się sprawdzisz i co masz zrobić by go zdobyć. 

- Nie Carmen – zaprzeczyła Giulia, - on cię z tego będzie rozliczał. 
-  No  świetnie  –  fuknęła  Miramontes  i  założyła  nogi  za  oparcie  fotela  tak,  że  głowę 

miała na siedzeniu. – Można na to nie chodzić? – zapytała z nadzieją w głosie. 

-  To  jest  obowiązkowe  –  poinformowała  Materazzi,  -  ale  pewnie  nie  będzie  się 

chodziło na wszystkie zajęcia. On ci powie, kiedy masz przyjść. 

- Nie mają, co robić tylko dupę zawracać  – podsumowała blondynka po czy wstała i 

poszła do drugiego pokoju, który pełnił rolę sypialni. – Ciao!

17

 – krzyknęła w drzwiach. 

Nie upłynęło kilka minut, a Materazzi również poszła spać. Nie ma, co się dziwić, w 

końcu jutro zaczynała dzień swoim ulubionym przedmiotem. Musi się jakoś na to psychicznie 
przygotować. 

W salonie pozostała już tylko Carmen, która cały czas wpatrywała się w plan lekcji. 

Zaliczyła go do względnie dobrych, bo te dwie godziny AA w sobotę trochę ją przytłaczały. 

                                                 

10

  Caelestis  –  (łac.)  sprawy  niebiańskie/nieziemskie;  ciała  niebieskie;  astronom.  Tu  przedmiot  zajmujący  się 

badaniem wpływów ciał niebieskich na moc magów. 

11

 Ars Aqua – jest to połączenie Ars magica (łac.) magia, oraz Aqua (łac.) woda, czyli w dosłownym tłumaczeniu 

magiczna woda; nauka o wodzie. Zajęcia sprawdzające umiejętności tworzenia mikstur. 

12

  Ars  Non  Magica  –  połączenie  Ars  (łac.)  nauka,  Non  (łac.)  nie  oraz  Magica  (łac.)  magia.  Przedmiot 

przyuczający do radzenia sobie w sytuacjach ekstremalnych (bez mocy). 

13

 Numero Numerus – połączenie Numero (łac.) liczyć, oraz Numerus (łac.) liczba. Dosłownie liczyć liczby.  

14

 Profictum – połączenie  Proficio (łac.) rzucać, oraz  Dictum (łac.) słowo. Dosłownie  rzucać słowa. Dziedzina 

zajmująca się urokami. 

15

 Florale – połączenie Flos (łac.) kwiat oraz Curare (łac.) leczyć. W dosłownym tłumaczeniu kwiat, który leczy.  

16

 Inglés – (hiszp.) angielski 

17

 Ciao – (wł.) cześć 

background image

 

 

 

Lubiła  ważyć  mikstury,  ale  bez  przesady.  W  sobotę?  Sobota  powinna  być  w  ogóle  dniem 
wolnym od zajęć! Kto to wymyślił, aby w ten dzień chodzić na lekcje?  

Dziewczyna głośno cmoknęła. 
Tak,  kochana  pani  zwierzchnik.  Ona  miała  tą  swoją  wizję  szkolnictwa,  którą 

skrupulatnie  wprowadzała  w  życie.  Czasami  Cordoba  chciała  udusić  ją  za  te  pomysły.  Ale 
wtedy prawdopodobnie zostałaby wyrzucona ze szkoły, ojciec by się wściekł, afera nie z tej 
ziemi... 

Ponownie cmoknęła. Głupi pomysł.  
Rozległo  się  ciche  pikanie  i  dziewczyna  wyciągnęła  z  kieszeni  telefon.  Odebrała 

krótką  wiadomość  tekstową  od  Villi.  Głośno  westchnęła.  Znowu  będzie  musiała  zmienić 
numer.  Zastanowiła  się  przez  chwilę.  To  chyba  będzie  dwudziesty  trzeci  raz  w  tym  roku. 
Odłożyła  urządzenie  na  drewniany  stolik  i  poszła  spać.  W  końcu  jutro  czekał  ją  męczący 
dzień.  

Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, telefon ponownie się odezwał. Pewna, że to David, 

zignorowała sygnał dźwiękowy. Pomyliła się. Gdy rano odkryła swój błąd, było już za późno. 
Nie  mogła  oddzwonić,  bo  nie  wyświetlił  się  numer.  Ciekawość,  kim  była  dzwoniąca  osoba 
nie pozwoliła jej skupić się na trzech pierwszych lekcjach. A może to był Felipe? – myślała.